background image

 

Brodeur Adrienne 

Obóz dla prawdziwych mężczyzn 

 

 

 

Martha  i  Lucy  to  typowe  nowojorskie  kobiety:  piękne, 

pewne  siebie,  każda  w  swoim  stylu.  Jedyną  bolączką,  której 

nie potrafią przezwyciężyć, jest... brak prawdziwych mężczyzn. 

Ich  znajomi  faceci  są  zniewieściali,  zarozumiali,  niezaradni. 

Nadzieję  daje  im  tylko  Cooper,  przyjaciel  Lucy  ze  studiów, 

przystojny,  wykształcony,  męski  pod  każdym  względem... 

farmer.  

Dziewczyny wpadają na szatański pomysł: zorganizują dla 

mieszczuchów  obóz  dla  prawdziwych  mężczyzn  na  farmie 

Coopera. 

 

background image

ROZDZIAŁ 1 

„Czego chce kobieta?" — oto ważkie pytanie, na które mimo 

trzydziestu  lat  zgłębiania  kobiecej  duszy  wciąż  nie  potrafię 

odpowiedzieć. 

Zygmunt Freud 

Lucy Stone jak zwykle czeka na Marthę. Pracowała dziś do późna 

i prosto z laboratorium przyjechała taksówką do La Luny, winiarni w 

Chelsea,  w  której  teraz  siedzi,  zastanawiając  się,  dlaczego  tak  się 

spieszyła. Martha nigdy nie przychodzi na czas.  

Tego  wieczoru  Lucy  jest  przynajmniej  na  to  przygotowana  - 

zabrała najnowszy numer „Biology Today", otwarty teraz na artykule 

o zwyczajach godowych jaskółek. Pismo leży na barze z nierdzewnej 

stali,  a  Lucy  trzyma  w  ręku  pióro,  gotowa  w  każdej  chwili  zrobić 

notatkę na marginesie. Tylko czytanie jej nie idzie, po prostu stara się 

wyglądać na zajętą, by uniknąć niechcianej rozmowy.  

Starannie zaczesała do tyłu jasne włosy i spięła je dużą klamrą, na 

nosie  ma  okulary  w  grubej  czarnej  oprawie,  jak  ktoś,  kto  chce,  żeby 

go  poważnie  traktowano.  Jednak  mimo  swoich  trzydziestu  trzech  lat, 

stanowiska  wykładowcy  na  Uniwersytecie  Columbia  i  perspektywy 

wspaniałej  kariery,  Lucy  nie  udaje  się  wyglądać  na  doświadczoną 

biolożkę.  

Wszelkie  podejmowane  przez  nią  próby  odnoszą  skutek 

przeciwny do zamierzonego - wydaje się młodziutka i jeszcze bardziej 

przystępna,  jak  dziewczynka  w  butach  na  wysokich  obcasach  i 

background image

wyjściowej  sukience  matki,  która  dopiero  wtedy  sprawia  wrażenie 

naprawdę małej. 

Już piętnaście po dziewiątej, a umówiły się na spotkanie kwadrans 

wcześniej.  Oznacza  to,  że  Martha  ma  jeszcze  pięć  minut,  zanim  obie 

oficjalnie uznają ją za spóźnioną. Spokojnie.  

Zaraz  przyjdzie,  zapewnia  się  w  myślach  Lucy  i  zastanawia  się, 

jak  to  jest  być  pewną  siebie  kobietą,  która  sama  chodzi  po  fajnych 

knajpach - po prostu poczytać albo na lampkę wina - i nie przejmuje 

się, co wszyscy wokół myślą. 

- Martha ma dziś wielki dzień, co? - pyta Eva, pulchna barmanka 

z  La  Luny,  i  nalewa  Lucy  kieliszek  czerwonego  wina.  -  Wierzyć  się 

nie chce, że jej tak wychodzi prawie bez przygotowania.  

Wszystko jedno, ile wypiją, Eva  bierze od Lucy i Marthy tylko za 

jeden  kieliszek.  Mówi,  że  dzięki  nim  interes  lepiej  się  kręci,  ale  w 

rzeczywistości ma ochotę na Marthę, a przy tym cały czas dostaje od 

nich  niezłe  napiwki.  Eva  -  bardziej  prowokacyjna  niż  ładna  -  ma  na 

sobie  jak  zwykle  spódnicę-biodrówkę,  odsłaniającą  spory  kawałek 

młodego brzuszka i tatuaż - lekko rozchylone usta - tuż poniżej pępka. 

Lucy  potakuje.  Też  nie  mogę  w  to  uwierzyć,  myśli,  ale  jeśli 

komuś się uda, to właśnie Marcie. 

Lucy  wpatruje  się  w  rozstawione  na  barze  miseczki  rzodkiewek. 

Przychodzi jej na myśl Scarlett O'Hara, której zbiera się na mdłości na 

widok  zrujnowanej  Tary.  Zastanawia  się,  kto  właściwie  lubi 

rzodkiewki.  Wystarczy  jednak  rzut  oka  na  bar  i  Lucy  dostrzega,  że 

background image

wszyscy.  Ludzie skupili się wokół miseczek, zanurzają rzodkiewki w 

soli morskiej i wkładają do ust.  

Na  ten  widok  zalewa  ją  fala  tęsknoty  za  domem,  za  Cape  Cod, 

gdzie  w  barach  pogryza  się  zwykle  orzeszki  ziemne  i  mieszankę 

Cheksa. Tu, w  La  Lunie, jedzenie jest wyrafinowane, pełne smaków, 

których poznanie wymaga pewnej dozy dobrych chęci.  

Eva  wyjaśniała  jej,  że  jedzenie  ma  „sprostać  konkurencji"  wina. 

En gardę, myśli Lucy i macza rzodkiewkę w soli, po czym wkłada ją 

do  ust  i  rozgryza.  Oczy  trochę  łzawią  od  ostrego  smaku.  Lucy  upija 

łyk wina i sięga po kolejną rzodkiewkę. Potem po następną. 

-  Hej  -  zagaduje  z  tyłu  przystojny  trzydziestopięciolatek  o 

piaskowych włosach. 

Lucy obraca się na stołku i wpatruje w niego zza okularów. 

-  Hmm...  Ciekawe  -  stwierdza  mężczyzna,  zaglądając  jej  przez 

ramię  i  odczytując  tytuł  artykułu.  -  „Zwyczaje  godowe  jaskółek"  - 

zanosi  się  cichym  chichotem.  -  A  wyglądałaś  mi  na  taką  grzeczną 

dziewczynkę.  

Lucy uśmiecha się z zażenowaniem. 

- Dają jakieś fajne fotki ptaszków? - pyta, śmiejąc się z własnego 

dowcipu.  

Lucy nie odpowiada. 

-  Może  niewiele  wiem  o  jaskółkach  -  ciągnie  -  ale  niektórzy 

uważają  mnie  za  speca  od  zalotów.  -  Robi  krok  do  tyłu,  tak  kładąc 

ręce na biodrach, by rozchyliła się marynarka. 

background image

Te  ruchy  przypominają  Lucy  zachowanie  samczyka  jarząbka 

cieciornika,  ptaka,  który  powiększa  się  optycznie,  wydymając  klatkę 

piersiową  i  szeroko  rozkładając  skrzydła.  Nakazuje  sobie  w  myślach 

wykorzystać  ten  przykład  w  części  swojej  pracy  naukowej 

poświęconej męskiej dominacji.  

Przyglądając  się  przystojniakowi,  Lucy  zastanawia  się,  czy 

strategia, którą właśnie zastosował, zazwyczaj działa, i odczuwa ulgę, 

że  odkąd dwa  lata  temu  zakochała  się  w  Adamie, nie  musi  już  tracić 

czasu na takie końskie zaloty. 

Po  chwili  blondyn  zaczyna  czuć  się  nieswojo,  opuszcza  ręce,  a 

jego barki lekko opadają do przodu. Wzrusza ramionami i odchodzi. 

Milczenie jest dla Lucy całkiem nową taktyką, której nauczyła ją 

Martha. Dawna Lucy - sama, bez chłopaka - śmiałaby się grzecznie z 

jego  żartów, nawet jeśli  w ogóle by  się jej nie spodobał, tylko po to, 

żeby spędzić resztę wieczoru, próbując go zbyć.  

Jeśliby  się  nie  powiodło,  może  zgodziłaby  się  na  randkę,  choćby 

dlatego,  żeby  mu  wyjaśnić,  dlaczego  nie  chce  się  z  nim  umawiać. 

Niewykluczone też, że potem nastąpiłoby kolejne spotkanie, zapewne 

na  kawie,  gwarantujące  pewność,  że  wszystko  się  pomyślnie 

rozwiązało.  

Kiedyś,  kilka  lat  wcześniej,  gdy  Lucy  próbowała  się  pozbyć 

jakiegoś  natrętnego  adoratora,  Martha,  która  nigdy  nie  była 

zwolenniczką 

uległej 

przychylnej 

postawy 

przyjaciółki, 

zaproponowała, żeby lepiej obciągnęła facetowi druta, jeśli koniecznie 

background image

chce  potraktować  go  ulgowo.  W  efekcie  Lucy  zaczęła  stosować 

obecną, bardziej bezpośrednią metodę w kontaktach z mężczyznami. 

Teraz  znów  próbuje  udawać,  że  czyta,  ale  w  barze  jest  głośno, 

wokół tłoczą się zarośnięci artyści - cudowni dwudziestoparolatkowie, 

których  prawdziwy  talent  polega  na  utrzymywaniu  niedbałego 

wyglądu:  niemytych  włosów,  schodzonych  butów  i  wystających  ze 

spodni koszul. Lucy bardzo chce, żeby Martha już przyszła.  

Trzeba uczciwie przyznać, że Martha rzeczywiście ciężko pracuje 

nad  swoim  problemem  z  organizacją  czasu.  Jedno  z  jej  dwóch 

noworocznych postanowień zakłada nawet, że przestanie się spóźniać. 

Drugim  -  na  które  zresztą  wpadła  Lucy    -    jest  przynajmniej  jedna 

randka w miesiącu. 

- Łatwo ci mówić. Przecież ty masz  chłopaka - Martha zbeształa 

przyjaciółkę,  ale  w  gruncie  rzeczy  wiedziała,  że  pomysł  jest  niezły,  i 

ostatecznie się zgodziła. 

Lucy 

zaś  postanowiła  dokończyć  pracę  podoktorancką, 

zatytułowaną  „Dobór  partnera:  czego  człowiek  może  nauczyć  się  od 

zwierząt",  oraz  dopilnować,  żeby  Martha  chodziła  na  swoje 

comiesięczne  randki.  Na  zaaranżowanie  styczniowego  spotkania 

przyjaciółce pozostało zaledwie dziesięć dni, a sfinalizowanie badań i 

napisanie rozprawy w ciągu roku będzie dla Lucy nie lada wyczynem. 

Pamiętając  o  założonym  terminie,  Lucy  podkreśla  pierwsze  zdanie 

artykułu:  „Samice  jaskółki  zawsze  wybierają  samce  z  najdłuższymi 

piórami w ogonach". 

background image

Martha zjawia się spóźniona dokładnie dwadzieścia minut. Na jej 

włosach  topnieje  śnieg.  Okalające  twarz  loki  skręciły  się  w  zbite, 

ciemne  sprężynki.  Zarumieniona  i  rozpromieniona,  entuzjastycznie 

ściska Lucy na przywitanie. 

-  Przepraszam,  znów  się  spóźniłam  -  mówi  z  szerokim 

uśmiechem.  

To  standardowe  pozdrowienie  Marthy,  które  w  jej  ustach  brzmi 

równie  naturalnie  jak:  „Cześć,  co  u  ciebie?"  albo  „Tak  się  cieszę,  że 

cię  widzę"  w  wykonaniu  innych.  Nawet  jej  automatyczna  sekretarka 

wita  formułką:  „Cześć,  tu  Martha.  Przepraszam  za  spóźnienie.  Już 

jadę". 

Lucy  odpuszcza  sobie  karcące  spojrzenie,  jakim  w  innej  sytuacji 

na pewno by ją obrzuciła, i poklepuje sąsiedni stołek. 

- Siadaj i wszystko mi opowiedz. 

Martha McKenna jest aktorką i uwielbia skupiać na sobie uwagę. 

- Cierpliwości -  mówi, zsuwając płaszcz w stylu Gypsy Rose Lee 

najpierw z prawego ramienia, potem z lewego, by w końcu spłynął w 

dół pleców.  

Zjawia się  w pełnym rynsztunku nowojorskich samotnych kobiet 

po  trzydziestce  -  wszystko  od  znanych  projektantów  (opłacane 

wykorzystanymi  do  granic  możliwości  kartami  kredytowymi),  a  do 

tego bardzo, bardzo czerwona pomadka.  

Należy  do  kobiet,  których  uroda  polega  na  niedoskonałościach  - 

wszechobecnych i tworzących cudowną, spójną całość: nos i broda są 

zbyt  spiczaste,  kąciki  oczu  opadają, a  gdy  się  śmieje,  oczy  zmieniają 

background image

się  w  szparki,  co  więcej,  ma  fantastyczny  kosmyk  siwych  włosów 

skręcony  w  osobny  srebrny  zawijas  na  tle  burzy  ciemnobrązowych 

loków.  Kiedy  nie  czuje  się  staro  (często  mówi  o  sobie,  że  „dobiega 

czterdziestki",  choć  właśnie  skończyła  trzydzieści  siedem  lat),  zdaje 

sobie sprawę, że to pasemko jest w niej najseksowniejsze. Podchodzi 

Eva z butelką ulubionego chardonnay Marthy. 

-  Hej,  kotku  -  zagaduje,  patrząc  Marcie  w  oczy  i  uwodzicielsko 

trzepocząc rzęsami. - Dziś ja stawiam. 

-  Cześć,  kochanie  -  wita  ją  Martha.  -  Niestety,  wciąż  jestem 

hetero. 

- Przejdzie ci - odpowiada Eva i napełnia Marcie kieliszek. - I co, 

jak  ci  poszło?  -  pyta,  mając na  myśli  wieczór  inauguracyjny  nowego 

przedsięwzięcia Marthy - Pierwszej randki. 

Martha wpadła na ten pomysł już trzy miesiące temu, po randce w 

ciemno  z  Simonem  Hodgesem,  człowiekiem,  który  utrzymywał,  że 

droga do serca kobiety wiedzie przez jej uszy.  

Jeszcze  zanim  kelner  podał  im  coś  do  picia,  Simon  rozpoczął 

długą  i  nieraz  już  przećwiczoną  opowieść  o  swoim  życiu:  o 

zabawnych  wydarzeniach  z  dzieciństwa,  trzeźwych  studiach  na 

Uniwersytecie  Harvarda,  nieudanym  pierwszym  małżeństwie  i 

obecnych  sukcesach  w  dziedzinie  historii  politycznej.  Podczas  jego 

wywodu  Martha  wciąż  się  zastanawiała,  na  ile  whisky  można  sobie 

pozwolić w przyzwoitym towarzystwie. 

Minęła cała wieczność, po czym wreszcie znaleźli się na chodniku 

przed restauracją i pod koniec randki. Martha rozejrzała się za  wolną 

background image

taksówką, zachwycona myślą, że wystarczy tylko odjechać, by się od 

niego wyswobodzić. 

Simon odchrząknął. 

- Wyznam szczerze, że to był magiczny wieczór. 

Co ty powiesz? - Martha odwróciła się, a jej spojrzenie napotkało 

parę skierowanych w dół, ciemnych i włochatych nozdrzy. Szybko się 

odsunęła, by uniknąć pocałunku w usta. 

Nie otwierając oczu, Simon oświadczył: 

- Jeśli choć w połowie czujesz to co ja - że tyle nas łączy - daj mi 

jakiś znak. Jakikolwiek. 

Martha  rozważyła  swoje  możliwości  sygnalizacyjne.  Mogłaby 

przyłożyć  palec  wskazujący  do  skroni  i  kciukiem  pociągnąć  za 

wyimaginowany  spust  albo  rozpaczliwie  zamachać  rękami,  jak 

tonący. Zamiast tego wsiadła do taksówki. 

-  Jak  to  możliwe,  że  facet  w  wieku  Simona  nie  ma  pojęcia,  jak 

postępować  z  kobietą  na  pierwszej  randce?  -  Następnego  ranka 

Martha  spytała  przyjaciółkę,  gdy  popijały  parującą  café  au  lait  w 

zagraconym salonie Lucy.  

Książki  i  czasopisma  poświęcone  zwyczajom  godowym  różnych 

gatunków  zwierząt  wylewały  się  z  półek,  tworząc  schludne  sterty  na 

podłodze.  

-  Przez  cały  wieczór  nie  powiedziałam  nawet  trzech  zdań,  co 

zresztą  Simon  wziął  jakimś  cudem  za  wyraz  zachwytu.  To  chyba 

najgorsza pierwsza randka w moim życiu. - Martha zapaliła papierosa. 

- A jaka była twoja? 

background image

- Zabiłaś mi klina - zastanowiła się Lucy, wydobywając z pamięci 

wspomnienia fatalnych spotkań.  

Takich  jak  Marthy  z  Simonem  Hodgesem  było  wiele,  a  jej  rola 

ograniczała  się  wtedy  do  udawania  zainteresowania  i  bycia  pod 

wrażeniem.  Chociaż  czasami  zdarzało  się  zupełnie  odwrotnie.  Na 

takich  randkach  to  ona  miała  imponować,  a  facet  siedział  sobie 

wygodnie rozparty i oceniał, jak wypada. 

- Serio, wczorajszy wieczór to największa porażka ze wszystkich 

moich  randek.  Nudziarz,  a  do  tego  zarozumialec  -  zabójcza 

mieszanka.  

-  Fatalnie,  mówisz?  Owszem.  Ale  czy  aż  tak?  Na  pewno  nie.  -  

Przez  wszystkie  lata  ich  znajomości  Lucy  nasłuchała  się  już  zbyt 

wiele o randkach Marthy, żeby znów się nabrać. 

-  Trafiali  ci  się  już  lepsi  zawodnicy.  Jak  ten  koleś,  co  śpiewał  ci 

operę przy crème brûlée. Albo ten bostoński arystokrata, z którym się 

kiedyś umówiłaś, pamiętasz? Lothrop? 

Martha  natychmiast  podchwyciła,  naśladując  udawany  bramiński 

akcent Lothropa: 

-  Zakładam,  że  sprawdziłaś  mnie  w  Google  i  już  wiesz,  z  kim 

masz do czynienia. 

- Właśnie, o tego mi chodzi. 

- Chyba masz rację. Lothrop przebija Simona - przyznała Martha. 

-  Ale  nie  zapominajmy,  że  nie  tylko  mi  przytrafiały  się  katastrofalne 

randki, panno Szczęśliwie Zakochana. 

background image

-  Co  racja,  to  racja  -  przytaknęła  Lucy,  bo  przypomniał  jej  się 

facet,  który  na  pierwszej  randce  wspomniał  o  żonie  dopiero  przy 

drinku  po  kolacji,  i  to  tak  od  niechcenia,  że  niemal  tego  nie 

wychwyciła.  -  Przez  pięć  lat  naszej  znajomości  spotykałyśmy  się  z 

maminsynkami,  narcyzami,  szowinistami,  facetami  z  obsesją  na 

punkcie byłej dziewczyny albo jej nowego chłopaka, z takimi, co lecą 

na kasę, z babiarzami, zboczeńcami, zniewieściałymi... 

-  Basta!  -  Martha  zgasiła  papierosa.  -  Sęk  w  tym,  że  dzisiejsi 

faceci już nie wiedzą, na czym polega bycie prawdziwym facetem.  

Podeszła  do  okna  i  spojrzała  na  porośniętą  bluszczem  ścianę  po 

przeciwnej  stronie  zaaranżowanego  w  podwórzu  ogrodu,  za  którą 

mieściło się jej mieszkanie.  

-  Zapomnieli,  jak  uwodzić  kobietę  -  powiedziała,  nawijając 

kosmyk włosów na palec. - Czy w przyrodzie coś takiego jest w ogóle 

możliwe?  No,  wiesz,  czy  samce  ptaków  kiedykolwiek  zapominają 

wyśpiewywać swoje trele, żeby przywabić samiczki? 

Lucy całkiem poważnie potraktowała to pytanie. 

- W trakcie badań nigdy się z tym nie spotkałam. 

-  Simon nie  jest  złym  facetem,  tylko  fatalnie  wypadł  na  randce  -

ciągnęła  Martha,  odwracając  się  do  Lucy.  -  Wiesz  co,  myślę,  że 

naprawdę mogłabym im pomóc. 

- Pomóc? - Lucy zmarszczyła brwi w udawanym zastanowieniu. - 

Tak,  zobaczmy,  co  my  tu  mamy:  nakarmić  głodujące  dzieci,  ocalić 

wieloryby, a może i poratować nieudolnych facetów? 

- Ja nie żartuję. Pewnie można by ich nauczyć. 

background image

-  Czego?  Jak  być  lepszymi  facetami?  Masz  na  myśli  kursy 

randkowania? 

-  Raczej  coś  w  stylu  prywatnych  lekcji  -  odparła  Martha.  -

Wychodzimy  na  randkę,  a  potem  mówię  gościowi,  co  zrobił  nie  tak. 

Albo  co  było  dobrze.  -  Zamknęła  oczy  i  zastanowiła  się,  co 

powiedziałaby  po  wczorajszym  spotkaniu:  „Zadawaj  więcej  pytań, 

Simonie.  Nie  wysilaj  się  tak,  żeby  zaimponować.  Mniej  mów. 

Rozluźnij się". Oczyma  wyobraźni widzi Simona, który rozpływa się 

w  uśmiechu  i  potakująco  kiwa  głową.  -  A  na  dodatek  -  dorzuciła, 

otwierając oczy - założę się, że to może być dochodowy interes. 

Po  tej  rozmowie  zrodził  się  pomysł  na  Pierwszą  randkę.  Lucy 

opuściła  zajęcia  z  jogi  i  przez  cały  dzień  rozmawiały  z  Marthą  tylko 

na  ten  temat.  Jaki  byłby  cel  Pierwszej  randki?  Pomóc  facetom 

wywierać korzystniejsze wrażenie na randkach.  

W  jaki  sposób  to  osiągnąć?  Klienci  będą  zabierać  Marthę  na 

kolację,  jakby  zapraszali  ją  na  prawdziwą  pierwszą  randkę,  ona 

natomiast  krytycznie  oceni  ich  umiejętność  uwodzenia  i  poradzi,  jak 

ją udoskonalić. Ile by to kosztowało? Określoną, stałą sumę plus cena 

posiłku.  Dlaczego  faceci  mieliby  na  to  pójść?  Bo  jest  szansa  na 

efekty! 

 

Przez  następne  dwa  miesiące  Martha  z  zapałem  zdobywała 

rozeznanie  w  sytuacji.  Informacje  z  niepotwierdzonych  źródeł  -  od 

kobiet  -  rzecz  jasna  w  pełni  poświadczały  zapotrzebowanie  na 

Pierwszą  randkę,  ale  czy  mężczyźni  zdawali  sobie  sprawę,  że 

potrzebują pomocy? Czyby za nią zapłacili?  

background image

Heteroseksualni przyjaciele Marthy w zasadzie nie chcieli z nią o 

tym rozmawiać. Gdy podpytywała swojego młodszego brata, Jessego, 

ten  zasugerował  jej  powrót  na  psychoterapię.  Z  kolei  emanującego 

zazwyczaj  stoickim  spokojem chłopaka  Lucy,  Adama,  zdenerwowała 

sama  tylko  próba  wyjaśnienia  jej,  dlaczego  uważa  cały  pomysł  za 

obraźliwy. 

Wszystko  to  bynajmniej  nie  zniechęciło  Marthy  ani  też  nie 

odwiodło  jej  od  powziętego  zamiaru.  Lucy  zaś  była  przekonana,  że 

jeśli  mężczyźni  uznają,  iż  -  obojętnie  jak  seksistowska  -  Pierwsza 

randka  zwiększy  ich  notowania  u  kobiet,  to  zaczną  walić  drzwiami  i 

oknami.  Przytoczyła  przykład  ostatnich  badań,  które  wykazały,  że 

samce  wyjca  podejmowały  intensywne  starania,  by  opanować  nowe 

zachowania  godowe  dające  im  jako  reproduktorom  znaczącą 

przewagę nad innymi osobnikami. 

-  Nie  widzę  powodu,  dlaczego  u  ludzi  miałoby  być  inaczej  -

podsumowała Lucy. 

Martha  dokonała  szybkiego  przeskoku  od  małpy  do  człowieka. 

Opracowała 

biznesplan, 

określiła 

misję 

przedsięwzięcia 

zaprojektowała stronę internetową. Okazało się, że gotówki wymagało 

jedynie  zamieszczenie  kilku  strategicznych  ogłoszeń  w  piśmie  „New 

York"  oraz  w  „Time  Out  New  York",  a  także  na  lokalnych  stronach 

internetowych służących zawieraniu znajomości.  

Anons  brzmiał  następująco:  MĘŻCZYŹNI  -  PIERWSZE 

WRAŻENIE  ROBI  SIĘ  TYLKO  RAZ.  UDOSKONALCIE  Z 

„PIERWSZĄ RANDKĄ" SWOJĄ SZTUKĘ UWODZENIA. 

background image

W  La  Lunie  Lucy  i  Eva  umierają  z  ciekawości,  by  usłyszeć,  jak 

poszła  inauguracyjna  Pierwsza  randka  Marthy.  Ta  jednak  nie  byłaby 

aktorką, gdyby nie pragnęła jeszcze bardziej rozgrzać publiczności. 

- Czy to nie okropne, że w barach nie można już palić? - pyta. 

- No, dalej, kobieto. Mam tu pełną knajpę spragnionych klientów 

- odpowiada Eva. - Kto był pierwszym królikiem doświadczalnym? 

- No, mów - wtóruje niecierpliwie Lucy. 

-  Okay,  okay!  -  ulega  Martha,  mimo  wszystko  nieco  się  jeszcze 

ociągając. - Dziewczyny, odkryłam swoje powołanie! 

Lucy wznosi toast, do którego przyłącza się Eva. 

-  Za  Pierwszą  randkę!  -  wykrzykuje  i  wszystkie  trzy  stukają  się 

kieliszkami, naprawdę albo symbolicznie. 

-  Tak  jest  -  mówi  Martha.  -  Dość  dorywczych  fuch.  Koniec  z 

kelnerstwem.  Mam  już  umówione  spotkania  na  ponad  tydzień,  a 

nawet nie otworzyłam jeszcze wszystkich e-maili. Nie tylko dotarłam 

do  zbiorowej  podświadomości  mężczyzn,  więcej  -  są  faktycznie 

gotowi przyznać, że potrzebują pomocy. 

- I za nią zapłacić - dodaje Lucy. 

-  Na litość boską, oni po prostu chcą seksu! - podsumowuje Eva. 

- To żadna nowina, że są gotowi dać się za to poniżyć. 

Martha ucisza Evę, lecz jej uwagę odwraca na moment piaskowo- 

włosy przystojniak, który uśmiecha się z przeciwnej strony baru. 

- Całkiem milutki, nie uważasz? 

- Możesz mi wierzyć, nic ciekawego - odpowiada Lucy. - A teraz 

prosimy o szczegóły! 

background image

-  Okay  -  podejmuje  Martha.  -  Fakty  są  takie:  Jake  Stevens, 

fotoreporter,  około  czterdziestki,  niski,  ładne  oczy  -  tylko  patrzą  na 

coś  obok  mnie.  Znaczy  brak  kontaktu  wzrokowego.  Raz  nawet  się 

odwróciłam, żeby zobaczyć, czy na ścianie nie ma jakiegoś karalucha 

albo rozbieranego kalendarza. Co mogło go tak zaabsorbować?  

Ale  niczego  nie  zauważyłam.  Więc  zabieram  się  do  rzeczy  i 

pytam, na czym,  według niego, polegają jego problemy na randkach. 

Bez  ogródek  oświadcza:  „Chyba  po  prostu  nie  spotkałem  jeszcze 

właściwej kobiety". 

- Jasne, Jake, na pewno o to chodzi - parska Eva. 

- Zaraz nasuwa mi się myśl: „O Boże, wszyscy będą tak gadać". -

Martha  robi  przerwę.  -  A  potem  przypomina mi  się,  ile  razy  sama  to 

mówiłam. 

Lucy pociąga łyk wina. 

- To upokarzająca praca, Martho. Szlachetna i upokarzająca. 

-  Potem  widzę,  że  trzęsą  mu  się  ręce,  naprawdę,  i  myślę  sobie: 

Hmmm, czy to przypadkiem nie problem dla fotoreportera? 

- Może po prostu denerwuje się na randce - podsuwa Lucy.  

Eva wstrząsa martini. 

- Za to kiedy robi zdjęcia, a wokół szaleje wojna, to nigdy. 

- Cóż, muszę przyznać, że też się denerwowałam - mówi Martha. 

- Ale potraktowałam to jak tremę i wczułam się w rolę. Pamiętacie tę 

pielęgniarkę, którą grałam w Ali My Children? 

- Jasne - odpowiada Lucy. - Byłaś niezła.  

background image

-  Byłam  świetna  -  poprawia  Martha,  najwyraźniej  cały  czas 

działając  w  przypływie  adrenaliny.  -  Przy  Jake'u  znów  stałam  się 

wrażliwą  i  nadzwyczaj  kompetentną  siostrą  Joanne.  I  podziałało. 

Powiedziałam  mu:  „Umówmy  się  tak:  przez  pierwsze  dziesięć  minut 

ja zadaję pytania, a potem udajemy, że to prawdziwa randka". Później 

zapytałam  go  o  wszystko,  co  ustaliłyśmy  -  o  obawy  związane  z 

randkami, jaką kobietę chciałby spotkać itp., itd. 

- A powiedziałaś, jakie są zasady? - pyta Lucy. 

- Żadnego całowania, żadnych więcej spotkań, a kiedy zacznie się 

randka żadnych pytań w stylu „jak mi idzie?" Omawiamy wszystko na 

końcu, gdy zdaję mu sprawozdanie z tego, co zauważyłam.  

- Świetnie - chwali Lucy. - A jak tam drugi etap? 

-  Dopiero  wtedy  wszystko  się  pogmatwało.  Wyszliśmy  z  baru  i 

Jake zabrał mnie do Yak-Yaka. 

- Co to jest? 

-  Tybetańska  restauracja  w  East  Village.  Cztery  stoliki.  Zero 

krzeseł.  Na  podłodze  poduszki.  Chwała  Bogu,  nie  włożyłam  wąskiej 

spódnicy.  W  życiu  bym  nie  usiadła.  W  każdym  razie  Jake  tak  cicho 

mówi - Martha też ścisza głos - że muszę się przechylać przez stolik, 

żeby go usłyszeć. Mówię: „Słucham?", a on mi na to, że jest buddystą 

i  przed  kolacją  chciałby  parę  minut  pomedytować.  Zanim  się 

spostrzegłam, już odpłynął, mamrocząc to swoje „om". 

- Jezu - wzdycha Eva. 

- I co ty na to? - pyta Lucy. 

background image

-  A  co  miałam  robić?  -  odpowiada  Martha.  -  W  każdym  razie, 

może  przez  buddyzm,  a  może  przez  Yak-Yaka,  Jake  nagle  się 

zmienia.  Siedzi  na  tej  poduszce,  ze  skrzyżowanymi  nogami,  i  ręce 

przestają mu drżeć, staje się pogodniejszy. Tak odjechał, że na dobrą 

sprawę zaczęłam czuć, że mu przeszkadzam w jego randce. 

Martha zwraca się do Evy: 

- Zgadnij, jakie mieli wina. 

Zanim  Evie  udaje  się  cokolwiek  powiedzieć,  Marcie  już  się 

wyrywa: 

- Żadnego. Ani piwa. W ogóle nic. Wyobrażasz to sobie? 

- Zabieg na otwartym sercu bez znieczulenia - podsumowuje  Eva. 

- Jake radzi spróbować herbaty z masłem z mleka jaka. Mówi, że 

pyszna. 

- Po co się w  ogóle  wysilać, żeby pomagać facetom? - pyta Eva, 

napełniając kieliszek Marthy. - Chłopy to chłopy i nawet tobie nie uda 

się ich zmienić. 

- Tylko mi znowu nie zaczynaj - odpowiada Martha. - Robisz się 

stereotypowa: piękna lesba ziejąca nienawiścią do facetów. 

Eva  bezgłośnie  powtarza  Lucy  słowo  „piękna"  i  upaja  się 

komplementem.  Potem  pochyla  się  nad  barem,  opierając  się  na 

łokciach,  tak  że  ramiona  ściskają  jej  piersi,  i  zwraca  się  do  obu 

dziewczyn: 

-  Zróbcie  coś  dla  mnie.  Pomyślcie  o  najfajniejszym  facecie, 

jakiego  znacie,  wyobraźcie  sobie,  jaki  jest  świetny  i  bystry, 

background image

przypomnijcie  sobie  najlepszą  rzecz,  jaką  kiedyś  dla  was  zrobił, 

najśmieszniejszy kawał, który opowiedział. 

Oczyma  wyobraźni  Martha  widzi  brata,  Jessego,  a  Lucy  myśli  o 

swoim chłopaku, Adamie. Obie się uśmiechają. 

-  A  teraz  porównajcie  tych  facetów  z  najfajniejszymi  babkami, 

które spotkałyście. 

Lucy i Martha dosłownie słyszą, jak zatrzaskuje się pułapka Evy. 

-  Widzicie? Nawet najlepszy facet, jakiego znacie, nie umywa się 

do kobiet - mówi Eva. - Mam rację? 

Lucy obraca się na stołku, by spojrzeć na Marthę.  

- I jak tam herbata z masłem z mleka jaka?  

Martha marszczy nos. 

-  Tłusta  i  obrzydliwa,  można  się  było  spodziewać.  Jeden  łyk 

wystarczył.  I  w  ogóle,  kto  przy  zdrowych  zmysłach  zabiera 

dziewczynę  na  pierwszą  randkę  do  wegetariańskiej  knajpy,  w  której 

nie dają się napić, jeśli wcześniej się z nią nie dogadał? 

Lucy wzdycha. 

- Ktoś ze skłonnością do biernej agresji? 

-  Raczej  z  buddyjską  agresją  -  odpowiada  Martha.  -  Ale  wiecie 

co?  Piękno  Pierwszej  randki  polega  na  tym,  że  na  jutrzejszym 

spotkaniu Jake z moją pomocą dozna olśnienia i zacznie wszystko od 

nowa.  Dobra,  dość  już  o  mnie.  Teraz  wasza  kolej!  -  Wskazuje  na 

czasopismo Lucy. - Jakie zwierzęce pornole masz dziś na tapecie? 

Lucy rzuca okiem na „Biology Today".  

background image

-  Jak  zwykle  wszystkie  te  idiotyzmy,  które  wyczyniają  samce, 

żeby zdobyć samice. 

- O, mój ulubiony temat, mów dalej.  

Lucy uśmiecha się. 

-  Tym  razem  piszą  o  gatunku  jaskółki,  której  samce  zapuszczają 

niesamowicie  długie  ogony,  żeby  zrobić  wrażenie  na  samiczkach.  Są 

czasem takie ciężkie, że nie mogą przez nie latać. 

-  Wielkie  mi  poświęcenie  -  mówi  Martha,  spoglądając  na 

mężczyznę, który nie pomaga swojej dziewczynie zdjąć płaszcza. 

-  Nic  z  tych  rzeczy  -  odpowiada  Lucy.  -  Niektóre  samce 

rzeczywiście  nie  mogą  latać,  nie  wspominając  już  o  pomocy  przy 

budowie gniazda.  

-  Zaraz,  zaraz,  chłopak  robi  z  siebie  inwalidę,  żeby  zdobyć 

dziewczynę? - upewnia się Martha i myśli: Jakie to urocze.  

-  Coś  jak  kobiety,  które  noszą  szpilki  -  szydzi  Eva,  jednocześnie 

obsługując innych klientów i podążając za tokiem rozmowy.  

- W przyrodzie wszystko jest odwrotnie - mówi Lucy. - To samiec 

musi za wszelką cenę zadowolić samicę. 

-  Ale  co  jej  z  tego,  jeśli  facet  nie  potrafi  zbudować  gniazda?  -  

pyta Martha. 

-  Weźmy  George'a  Clooneya.  Miałabyś  coś  przeciwko,  jeśli  nie 

umiałby załatać dachu? 

- Dotarło. 

-  W końcu wszystko zależy od tego,  do czego samica potrzebuje 

samca.  W  przypadku  gatunków,  u  których  samce  pomagają  przy 

background image

gnieździe,  samice  wybierają  na  podstawie  ich  umiejętności  w  tym 

kierunku, a samice innych gatunków, które tego nie potrzebują - Lucy 

wskazuje  na  artykuł  -  stosują  kryteria  estetyczne.  Jednak  i  tu,  i  tu  to 

samce  zawsze  uwodzą.  Robią,  co  w  ich  mocy  -  trykają  się  głowami, 

rozkładają  ogony  albo  wyczyniają powietrzne  akrobacje  -  żeby  tylko 

zwrócić na siebie uwagę partnerki.  

-  To  dlaczego  samce  ludzi  są  takie  beznadziejne  w  zalotach?  - 

pyta Martha. 

Lucy wzrusza ramionami. 

- Nie mam pojęcia. 

- Ale Adam cię podrywał, prawda? 

Dobre pytanie, mówi  w duchu Lucy. Czy  Adam ją uwodził? Nie 

całkiem.  To  ona  pierwsza  go  zauważyła  i  poślęczała  trochę  w 

bibliotece  nad  podręcznikiem  ekonomii.  Potem  się  przesiadła,  żeby 

być  nieco  bliżej.  Gdy  się  uważnie  przyjrzała  jego  melancholijnym, 

brązowym oczom, zdecydowała się go zagadnąć. 

- Na dobrą sprawę nie jestem tego taka pewna - przyznaje. 

- Dobra, kto kogo pierwszy zaprosił na kolację?  

Lucy się waha. 

-  Chyba wyszło spontanicznie, poszliśmy coś przegryźć po pracy. 

- A kto kogo pierwszy pocałował?  - pyta Eva. - Nie wmówisz mi, 

że nie pamiętasz! 

Zapadła cisza. 

-  No  cóż,  Adam  mnie  wprawdzie  pocałował,  ale  chyba 

powiedziałam mu coś na zachętę. 

background image

- Coś w stylu „Dalej, pocałuj mnie wreszcie"? - zgaduje Eva. 

Martha piorunuje ją wzrokiem, ale Eva ani myśli się wycofywać. 

Jej  spojrzenie  wyraża  triumf:  Widzicie,  mówiłam,  że  nawet  najlepsi 

faceci mają wady! 

- Właściwie Eva ma rację - przyznaje Lucy. 

-  Wszystko  jedno  -  mówi  Martha,  mając  wrażenie,  że  trafiła  w 

czuły punkt. - Najważniejsze, że teraz ze sobą jesteście. Kochacie się i 

tylko to się liczy. 

-  Chyba  tak  -  zgadza  się  Lucy,  lecz  jej  głos  nie  brzmi  już  tak 

pewnie.  -  Ale  wróćmy  do  ciebie.  Zdaje  się,  że  w  ciągu  najbliższych 

dziesięciu  dni  ktoś  powinien  się  umówić  na  prawdziwą  randkę,  w 

przeciwnym  razie  czekają  go  konsekwencje  złamania  noworocznego 

postanowienia. 

- A jakie właściwie były te konsekwencje? - pyta Martha. 

- Przez cały rok, raz w miesiącu, kolacja w wybranej przeze mnie 

restauracji, która może cię słono kosztować - wylicza Lucy. - A poza 

tym obiecałaś, że spróbujesz. 

 

ROZDZIAŁ 2 

To  wspaniale, że istnieją dwie płcie, prawda? 

James Thurber 

Ceną,  jaką  płaci  Martha  za  złamanie  noworocznego  postanowie- 

nia,  czyli  brak  styczniowej  randki,  jest  kolacja  dla  dwóch  osób  w 

drogim  barze  sushi  w  West  Village,  gdzie  Lucy  zamawia  wszystkie 

przysmaki,  które  przychodzą  jej  na  myśl  -  jeżowca  z  przepiórczym 

background image

jajem,  tłustego  tuńczyka,  rybę  kampachi,  olbrzymiego  małża  - 

zakładając, że niewielka presja finansowa zmobilizuje przyjaciółkę do 

spotkania się z kimś w lutym.  

Lucy  kładzie  trochę  imbiru  na  ostatnim  lśniącym  kawałku  ryby, 

zanurza go w sosie sojowym i wsuwa do ust. Po chwili sięga po kartę 

dań. 

- Masz jeszcze na coś ochotę? 

- Wiem, do czego  zmierzasz, i to nie ma sensu - mówi Martha. -

Zapominasz, że pieniądze nie są już dla mnie problemem. W zeszłym 

tygodniu miałam cztery Pierwsze randki, więc jedz, ile wlezie. 

Lucy wzdycha z rezygnacją i zamawia dzbanek zielonej herbaty. 

- I jak, udały się? Znów jakiś fanatyk religijny?  

Martha przecząco potrząsa głową. 

- Specyficzne towarzystwo, wszyscy dziwnie niemęscy. Wiesz, co 

mam  na  myśli.  Przystojni,  nienagannie  ubrani,  bardzo  dowcipni,  ale 

zero zmysłowości. A mimo to raczej hetero. 

- Typ, z którym nie chciałoby się utknąć na bezludnej wyspie, co? 

Martha przytakuje ruchem głowy i na chwilę milknie. 

- Pytanie do ciebie jako biologa: jeśli ci zniewieściali heterycy nie 

wiedzą, jak uwodzić kobiety, to czy nie grozi im wyginięcie? 

-  Czas  pokaże  -  odpowiada  Lucy,  myśląc  o  Adamie,  subtelnym 

intelektualiście,  którego  zapewne  z  wielkim  trudem  można  by  uznać 

za wzór męskości. 

-  Dlaczego  w  dzisiejszych  czasach  tylu  facetów  nie  ma    bladego 

pojęcia, jak powinien się zachowywać prawdziwy mężczyzna? Jak to 

background image

możliwe,  że  te  cechy  zanikły  z  pokolenia  na  pokolenie?  -  Martha 

szuka  w  pamięci,  czy  kiedykolwiek  chodziła  z  chłopakiem,  który 

umiał  coś  zrobić  w  domu.  -  Nasi  ojcowie  wiedzieli,  jak  naprawiać 

różne  rzeczy,  a  dla  facetów  mniej  więcej  w  naszym  wieku  to  czarna 

magia. Co robisz, kiedy masz w domu awarię? 

-  Z  drobiazgami  jakoś  radzę  sobie  sama  -  odpowiada  Lucy.  -  A 

bardziej  skomplikowane  rzeczy  czekają  na  przyjazd  Coopera.  Kiedy 

mnie  ostatnio  odwiedził,  naprawił  lampę,  odkurzacz i  zrobił  półki  na 

buty w szafie w sypialni. 

- Ach, Cooper. - Martha przypomina sobie najlepszego przyjaciela 

Lucy ze studiów. -  Jak myślisz, dlaczego on jest inny? Skąd wie, jak 

to wszystko zrobić? 

-  Na  pewno  dlatego,  że  dorastał  na  farmie  mlecznej. 

Tuckingtonowie nie wzywali przecież dozorcy, kiedy coś im nawaliło 

-  wyjaśnia  Lucy.  -  Cooper  tyle  umie  i  jest  taki  zaradny,  że 

wystarczyłby mu scyzoryk, a mógłby przeżyć w lesie wiele tygodni. A 

przy  tym  potrafi  traktować  kobietę  z  taką  kulturą  jak  mężczyźni  z 

pokolenia  naszych  ojców.  Przytrzymuje  drzwi,  nosi  torby  czy  inne 

rzeczy  i  nigdy  nie  masz  wrażenia,  że  coś  jest  nie  tak.  Czujesz,  że  to 

naturalne. 

-  O  ile  pamiętam,  jest  też  wysoki,  przystojny  i  silny  -  z 

uśmiechem  dodaje  Martha.  -  Przypomnij  mi,  dlaczego  właściwie  nie 

byliście razem? 

Lucy wspomina, jak bardzo Cooper się jej podobał na pierwszym 

roku, kiedy zajmował się studentami ich akademika. 

background image

- Wiesz, jak to jest. Na początku któreś z nas zawsze kogoś miało, 

a potem już za dobrze się znaliśmy, żeby ze sobą chodzić. 

- Co masz właściwie na myśli? 

-  Boże,  facet  pije  colę  na  śniadanie  i  zaczyna  czytać  książki  od 

ostatniej strony. 

I w czym problem? - myśli Martha. Lucy popija herbatę. 

- Rzecz jasna, zawarliśmy z Cooperem Układ - ciągnie, myśląc o 

obietnicy,  że  mają  siebie  w  rezerwie,  jeśli  żadne  z  nich  nikogo  nie 

poślubi,  gdy  Lucy  przekroczy  trzydziestkę.  Cztery  lata  temu  (na 

dwudziestych  dziewiątych  urodzinach  Lucy)  przesunęli  tę  granicę  na 

trzydzieści  pięć  lat.  Ostatni  rezerwowy  facet  Marthy  ożenił  się  już 

kilka lat temu. 

-  Może  zabrzmię  jak  snobka,  ale  dlaczego  chłopak  po 

Uniwersytecie Columbia ląduje na farmie? 

Jeszcze w college'u Lucy pytała o to Coopera dziesiątki razy. 

-  Gdyby  tu  był,  na  pewno  zaraz  chciałby  wiedzieć,  dlaczego 

uważasz,  że  zajęcia  z  literatury  czy  filozofii  mają  większe  znaczenie 

dla ciebie niż dla niego - odpowiada i wyobraża sobie Coopera, który 

skoro  świt  doi  krowy  z  Poza  dobrem  i  złem  Nietzschego  w  tylnej 

kieszeni spodni. 

-  Chyba  coś  w  tym  jest.  Dyplom  psychologa  na  wiele  mi  się  w 

karierze  aktorskiej  nie  przydał  -  zgadza  się  Martha,  perfekcyjnie 

pokrywając  usta  warstwą  krwistoczerwonej  szminki.  -  Masz  po 

kolacji jakieś plany? 

background image

-  Artykuł  o  monogamicznej  naturze  myszy  kalifornijskiej,  a 

potem idę do łóżka - odpowiada Lucy. 

-  Więc mówisz,  że nie  wszystkie myszy to świnie? Ja tu szukam 

faceta, a tak naprawdę to trzeba mi myszy! - Martha potrząsa głową. - 

A  może  wpadniesz  na  kielicha  do  poduszki?  Za  pół  godziny 

przychodzi Jesse. Pomoże mi zawiesić półkę. 

-  Zawiesić  półkę?  -  powtarza  Lucy.  Ton  jej  głosu  mówi  sam  za 

siebie: Twój brat? Stolarka? Chyba żartujesz? 

- Ostrożnie, Luce. To moja pula genowa. 

- Po prostu nie miałam pojęcia, że w ogóle potrafi coś zrobić. 

- No cóż, opowiem ci jutro, jeśli nie przyjdziesz popatrzeć.  

-  Ale,  ale...  -  przypomina  Lucy,  gdy  Martha  szykuje  się  do 

wyjścia - ...nie zapominajmy, po co nam była ta kolacyjka. 

- Żeby mnie ukarać za nieumówienie się na randkę? 

- Nie ukarać, Martho. Przecież jestem po twojej stronie. Możemy 

przynajmniej pogadać, dlaczego ostatnio tak się izolujesz? 

Martha wzrusza ramionami. 

-  Byłam  zajęta  -  tłumaczy,  opadając  z  powrotem  na  krzesło  i 

owijając się szczelnie swetrem. - Sama nie wiem, Luce, to dla mnie za 

trudne.  Poza  tym  miałam  w  styczniu  randki.  W  każdym  razie  coś  w 

tym rodzaju. 

- Pierwsze randki się nie liczą.  

Martha znów wzrusza ramionami. 

- Z kim się ostatnio umówiłaś na prawdziwą  randkę? 

- Z Simonem Hodgesem. 

background image

-  Z  tym  historykiem,  który  zanudził  cię  na  śmierć?  To  było  parę 

miesięcy temu. 

- Co ja na to poradzę? Simon był kroplą, która przepełniła kielich. 

Nawet  nie  wiem  dlaczego.  Nie  zrobił  nic  strasznego,  ale  po  tym 

spotkaniu coś we mnie pękło. 

- Co się stało? 

-  Straciłam  nadzieję?  -  Martha  zmusza  się  do  niezbyt 

przekonującego śmiechu. 

- Oj, Martho. Wiem, że ci ciężko - argumentuje Lucy - ale może 

zacznij  udawać,  że  każda  twoja  randka  to  historia,  którą  mi  potem 

opowiesz. Te fatalne będą śmieszne, a w końcu trafi się jakaś świetna. 

Kiedy spotkałam Adama, już prawie odpuściłam, pamiętasz? 

Martha sili się na uśmiech, który natychmiast znika z jej twarzy. 

- Chciałabym, żeby moja matka tak myślała. 

- Co znowu zrobiła? 

- Właściwie nic. Chociaż nie, zmieniła podejście. - Martha nalewa 

sobie  herbaty.  -  Całe  życie  wmawiała  mi,  że  żaden  facet  nie  jest  dla 

mnie wystarczająco dobry - ten ma zbyt płaskie czoło, tamten za mało 

zarabia,  inny  za  dużo  pije  i  tak  dalej  -  i  nagle  spanikowała.  Kiedyś 

przeżywała, że zwiążę się z kimś nieodpowiednim. A teraz się martwi, 

że to mnie  już nikt nie zechce. 

- Paranoja. 

-  Wczoraj  zadzwoniła,  żeby  mi  oznajmić,  że  nie  powinnam  tak 

całkiem tracić nadziei co do wyjścia za mąż. Powiedziała, że przecież 

są jeszcze wdowcy. 

background image

- No nie! 

-  Przysięgam,  Lucy,  gdybym  jutro  przywiozła  neandertalczyka, 

zaczęłaby mi opowiadać, jaki czarujący może być prymityw. 

Lucy  wyobraża  sobie  Betsy,  matkę  Marthy,  w  akcji.  Jako 

gospodyni  domowa  z  krwi  i  kości  traktuje  macierzyństwo  z  obojętną 

uprzejmością  stewardesy.  Odnosi  się  do  córki  jak  do  pasażera 

pierwszej  klasy,  zapewnia  jej  wszelkie  wygody,  pilnuje,  by  była 

dobrze  nakarmiona,  i  zawsze  podtrzymuje  miłą,  powierzchowną 

rozmowę. 

- Zaproponowała mi nawet, żebym się umówiła ze Stanleyem. 

-  Synalkiem  sąsiadów,  co  to  myśli,  że  pisze  Wielką  Powieść 

Amerykańską,  i  mimo  czterdziestki  na  karku  nadal  mieszka  z 

rodzicami? - pyta Lucy. - Z tym  Stanleyem? 

- Z tym. 

Lucy zdejmuje okulary i pociera grzbiet nosa. 

- Nie zrozum mnie źle, ale twoja matka ma jeden plus - sprawia, 

że moja wydaje mi się trochę lepsza. 

-  Czuję  dokładnie  to  samo  w  stosunku  do  twojej  -  śmieje  się 

Martha. - Virginia po prostu mnie przeraża. 

- Moja mama jest  straszna - zgadza się Lucy. - Ale przynajmniej 

według niej nadal żaden facet nie jest dla mnie dość dobry. Łącznie z 

Adamem,  rzecz  jasna  -  wzdycha.  -  Mam  już  powyżej  uszu 

wysłuchiwania, jak miesza go z błotem. Jakby chciała, żebym w niego 

zwątpiła. 

background image

-  Pewnie  tak  jest.  W  ten  sposób  jeszcze  bardziej  się  od  niej 

uzależniasz, prawda? 

- Właśnie. Ale im bardziej staram się ją ignorować, tym bardziej 

czuję, że to, co mówi, zaczyna mi chodzić po głowie. A potem, kiedy 

Adam mnie wkurzy, cisną mi się na usta jej słowa. 

-  O  Boże,  to  straszne  uświadomić  sobie,  że  upodabniasz  się  do 

własnej matki - mówi Martha. 

-  Ostatnio  mama  często  mnie  pyta,  czy  uważam,  że  Adam  jest 

interesujący    -  podejmuje  Lucy,  naśladując  sposób,  w  jaki  matka 

przeciąga to słowo. - Tak naprawdę chce przez to powiedzieć, że dla  

niej  jest nieciekawy. 

- Czegoś tu nie rozumiem... - zastanawia się Martha. - Czy Adam 

powinien bardziej ochoczo śmiać się z jej dowcipów? 

- Nie, to by znaczyło, że ma świetne poczucie humoru - wyjaśnia 

Lucy. - Żeby być  interesującym,   musi chłonąć każde jej słowo. 

-  Biedny  Adam,  nie  mógł  gorzej  trafić.  -  Martha  gestem  prosi  o 

rachunek. - A w ogóle, co u niego? 

- W porządku - mówi  Lucy, lecz jej głos bynajmniej nie zdradza 

zadowolenia. 

- Co jest grane? 

-  Nie  dostał  etatu,  na  który  liczył,  więc  w  tym  semestrze  dalej 

będzie  asystentem.  Znów  mu  dali  ekonomię  dla  pierwszego  roku. 

Chyba go to zdeprymowało. I może się czuć upokorzony. 

background image

Martha  z  łatwością  wyobraża  sobie,  że  dziewczyna,  która  jest 

wschodzącą  gwiazdą  swojego  wydziału,  na  pewno  nie  ułatwia  mu 

sprawy. 

- A co teraz o nim myślisz? - pyta. 

- Skłamałabym, gdybym ci powiedziała, że wszystko w porządku 

- przyznaje Lucy. - Ta niepewność przykleiła się do niego jak błoto do 

butów, a mnie się chce krzyczeć: „Nie wnoś tu tego gówna!" 

Martha prawie  wybucha śmiechem, ale  widzi, że  Lucy  wcale nie 

żartuje. 

- Nie  wiem, ile razy musisz usłyszeć od faceta, że nie jest ciebie 

wart,  zanim  zaczniesz  w  to  wierzyć.  Co  gorsza,  wydaje  mi  się,  że  to 

zmienia  też  jego  stosunek  do  mnie.  -  Oczy  napełniają  jej  się  łzami. 

Spogląda w górę, mrugając. 

-  Odbiło  ci?  -  pyta  Martha.  -  Na  miłość  boską,  facet  zasypuje  ci 

całe  mieszkanie  miłosnymi  karteluszkami.  Może  i  przeżywa  ciężkie 

chwile, ale przecież się nie wycofuje. - Kładzie dłonie na rękach Lucy. 

- Wasz wyjazd na walentynki jest aktualny? 

Lucy potakuje, a jej twarz rozjaśnia się na myśl o żółtym domku 

na wsi, który jej znajomi, Wolfowie, odstępują im na weekend. By do 

niego dotrzeć, wystarczą dwie godziny jazdy w górę Hudsonu. Spędzą 

tam z Adamem cztery dni, w środku lasu, gotując na piecu Franklina. 

-  Dla  mnie  to  istne  piekło  -  mówi  Martha,  która  nie  znosi  wsi. 

Odwraca  rachunek  i  otwiera  szeroko  oczy.  -  Lucy  Stone,  mam 

nadzieję,  że  poczuwasz  się  do  winy,  zmuszając  biedną  samotną 

przyjaciółkę do płacenia za staropanieństwo. - Rzuca kartę kredytową 

background image

i  spogląda  na  zegarek.  Dziesięć  minut  temu  miała  się  spotkać  z 

Jessem. 

 

Zanim  Martha  dociera  do  drzwi  mieszkania,  już  w  korytarzu 

słyszy  nastawioną  na  cały  regulator  La  Bohemę.  Odczuwa 

niezrozumiałe  rozdrażnienie,  że  Jesse  przyniósł  swoje  płyty.  Czy  jej 

są aż tak beznadziejne?  

Jej  brat  pokochał  operę,  gdy  miał  czternaście  lat  (trudno  o 

bardziej  niefortunny  moment  w  życiu  chłopaka  na  rozwijanie  takiej 

pasji),  a  Martha  studiowała  w  Boston  College.  W  owym  czasie 

przeklinała  wpływ  rodziców  na  Jessego  i  robiła,  co  mogła,  żeby  go 

powstrzymać. Przesyłała bratu kasety Nirvany, Pearl Jam, R.E.M., co 

jednak nie odniosło zamierzonego skutku. 

Martha  przekręca  klucz,  ale  drzwi  się  nie  otwierają.  Próbuje 

ponownie,  tym  razem  szarpiąc  zamek,  ale  bez  rezultatu.  Potem 

przychodzi jej do głowy, że brat nerwus zamknął się od wewnątrz na 

zasuwę.  Wali  do  drzwi,  woła,  ale  muzyka  jest  zbyt  głośna,  by  mógł 

cokolwiek usłyszeć. Martha zastanawia się, kogo właściwie Jesse tak 

się obawia, ale przypomina sobie, że zawsze był taki strachliwy. 

Schodzi  na  dół  do  dozorcy  i  bierze  zapasowy  klucz.  Zaraz  po 

wejściu do mieszkania wyłącza odtwarzacz CD. Urządzenie wypluwa 

La  Bohemę  i  wciąga  Boba  Marleya.  Martha  uspokaja  się,  stosując 

technikę oddychania, której nauczyła się na kursach aktorstwa: wdech 

na  cztery,  wstrzymać  na  cztery,  wydech  na  cztery,  wstrzymać  na 

cztery.  

background image

Natychmiast  czuje  się  lepiej,  gdy  słucha  No  Woman,  No  Cry, 

myśli o pierwszym kieliszku wina i rozgląda się po mieszkaniu, które 

dzięki  luksusowym,  obitym  aksamitem  sofom,  przyciemnionemu 

światłu  i  wszechobecnemu  zapachowi  dymu  papierosowego 

przypomina raczej bar. 

-  Nastrój  to  podstawa  -  wyjaśniała  Martha  pięć  lat  wcześniej, 

podczas  pierwszych  odwiedzin  Lucy,  po  tym,  jak  się  poznały  w 

pralni.  Lucy  nazwała  to  mieszkanie  Bordello,  przeciw  czemu  Martha 

protestuje, lecz skrycie uwielbia. 

Już w lepszym humorze, kołysząc się  w rytm  reggae, przechodzi 

do kuchni przywitać się z bratem. 

- Hej, larwo - mówi. - Nie sądzisz, że to lekka przesada zamykać 

się na górną zasuwę? 

-  A  ty  nie  uważasz,  że  to  trochę  chamskie  spóźniać  się  pół 

godziny, kiedy przychodzę w twoim interesie? 

Jesse  jest  szczupłym  mężczyzną  mierzącym  około  180 

centymetrów, o niezłych barkach i kanciastej twarzy, jak u Marthy, z 

tym  że  w  jego  podbródku  widnieje  głęboki  dołeczek,  a  w  kręconych 

włosach,  starannie  rozdzielonych  z  boku  przedziałkiem  i  ujarzmio- 

nych  za  pomocą  nieco  zbyt  dużej  ilości  żelu,  nie  ma  śladu  siwizny. 

Ma  na  sobie  swobodne,  nieoficjalne  ubranie  -  dżinsy  na  kant  i 

doskonale odprasowaną białą koszulę.  

Martha się usprawiedliwia. 

background image

-  Rozmowa  z  Lucy  trochę  mnie  zestresowała.  -  Jesse  o  nic  nie 

pyta, więc kontynuuje: - Gadałyśmy o tym, że faceci w Nowym Jorku 

są żałośni. 

Jesse mamrocze coś współczująco i wraca do przerwanego zajęcia 

- przeszukiwania skrzynki z narzędziami. 

- Pomóc? - pyta Martha. - A może lepiej nalać wina? 

-  Dzięki,  poradzę  sobie.  Po  prostu  nie  mogę  znaleźć  śrubek.  -

Zagląda  do  uporządkowanej  drewnianej  skrzynki.  -  Powinny  być  w 

przegródce od S do Z. 

Nie, chyba się przesłyszałam, myśli Martha, przeciskając się obok 

niego, by dostać się do lodówki. 

- Może być białe? - pyta. Innego nie ma. Potem nie może się już 

powstrzymać. - Masz narzędzia ułożone według  alfabetu? 

Jesse  ignoruje  ją  i  zaczyna  starannie  myć  ręce,  namydlając  je  od 

palców  po  nadgarstki  i  odwrotnie.  Skończywszy,  trzyma  je  w  górze 

jak chirurg i lustruje wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu czegoś 

do  wytarcia.  Odrzuca  pełen  zarazków  ręcznik  kuchenny  na  rzecz 

papierowej serwetki. 

- Gdzie chcesz powiesić tę półkę?  

Martha wskazuje miejsce nad zlewem. 

- Tam. Chcę na niej trzymać przede wszystkim książki kucharskie 

i może jeszcze parę wazonów. Co ty na to? 

-  Doskonale  -  odpowiada,  czemu  towarzyszy  pewne  siebie 

skinienie głowy, które wprawia Marthę w dziwne zdenerwowanie. 

background image

-  Nie  zapomnij  o  kotwach  -  mówi,  wyobrażając  sobie  okropne 

dziury, którymi Jesse za chwilę spaskudzi jej ścianę. 

- O czym? 

- O kotwach. Chyba wiesz, co to jest? 

- M-a-r-t-h-o - rzuca Jesse, ostrzegawczo przeciągając jej imię. 

- Co? Spytać nie wolno? 

Jesse  bierze  stołeczek,  którego  Martha  używa,  sięgając  po 

naczynia  przechowywane  wysoko  w  szafkach,  i  stawia  go  w  kącie 

kuchni. 

- Siadaj, pij wino i żadnego pouczania. 

- W porządku -  odpowiada Martha i robi, co jej kazano. Kieliszek 

wina  w  jej  ręku  jest  przyjemnie  chłodny.  Pociąga  spory  łyk, 

pozostawiając  półkę  i  ścianę  na  pastwę  losu.  -  A  co  tam  słychać  w 

świecie redaktorów książek dla dzieci? 

-  Odkryłem  dwóch  nowych  wspaniałych  pisarzy  -  odpowiada 

Jesse, z przejęcia wspinając się na palce. 

Martha  zapamiętuje  sobie,  by  kiedyś  porozmawiać  z  nim  o  tym 

odruchu. 

Jesse  informuje  ją  o  ostatnio  pozyskanych  książkach  -  Kurczaki 

chodzą wcześnie spać i Charczące chuchro dostaje szturchana.  

Jego twarz się ożywia, gdy opowiada ich treść, opisuje ilustracje i 

nakreśla  charakter  dzieci,  do  których  mają  trafiać.  Wszystko  to 

przypomina  Marcie,  jak  bardzo  jej  brat  kocha  swoją  pracę.  Gdyby 

tylko pozostałe sfery jego życia układały się z taką łatwością...  

background image

Jesse  jest  zbyt  nerwowy.  Podskakuje,  kiedy  ciężarówki 

przejeżdżają  nad  studzienkami  kanalizacyjnymi,  i  wciąż  się  obawia 

ataku  biologicznego.  Napady  lęku  nie  dają  mu  spać  po  nocach,  a  w 

dzień  dokuczają  mu  alergie.  Skóra  na  jego  dłoniach  jest  spękana  od 

zbyt  częstego  mycia  i  nadmiernego  stosowania  antybakteryjnych 

chusteczek.  Ostatnio  nabył  cztery  identyczne  pary  okularów  z 

bezodpryskowymi szkłami. 

- Jak  tam ta dziewczyna, o której mi mówiłeś? Jak ci z nią idzie? 

- pyta Martha. 

- Andrea? - odpowiada Jesse z nieśmiałym uśmiechem. - Wczoraj 

poszliśmy na trzecią randkę. 

- I co? 

- Myślę, że sytuacja rozwija się całkiem nieźle - mówi, wkręcając 

czwartą z sześciu śrub według linii, którą wyrysował na ścianie.  

Przy  każdym  jego  ruchu  odpryskuje  farba,  sypie  się  gips  i  pył. 

Martha  chciałaby  odwrócić  wzrok,  ale  nie  może  się  do  tego  zmusić. 

Słuchaj, co mówi twój brat, a nie patrz, jakie wyrządza szkody. 

- Może mi opowiesz o jakichś czułościach?  

Jesse oblewa się rumieńcem. 

- Andrea nie dała mi jeszcze wyraźnego sygnału.  

Martha spostrzega, że linia, którą narysował ołówkiem na ścianie, 

biegnie w dół. 

- Nie sądzisz, że zgoda na trzecią randkę mówi sama za siebie? 

- Chyba liczę na to, że da mi znać, kiedy będzie chciała, żebym ją, 

hmm, pocałował. 

background image

Martha przewraca oczami. 

- Dlaczego ona miałaby to zrobić?  

Jesse spogląda na siostrę. 

-  Cóż,  inicjatywa  nie  musi  należeć  do  niej,  ale  nie  chcę  być 

chamski  albo  zbyt  agresywny.  -  Ponownie  zabiera  się  do pracy.  -  Po 

prostu wydaje mi się, że Andrea jest taka mądra, zdolna i niezależna, 

że da mi znać, gdy będzie gotowa posunąć się dalej. 

Oto,  co  spotyka  Andreę  tylko  za  to,  że  jest  mądra,  zdolna  i 

niezależna! - myśli Martha. 

-  Na pewno się nie obrazi, jeśli jej powiesz, co czujesz.  

Śrubokręt  wyskakuje  z  rowka  śruby  i  wyślizguje  się  z  ręki 

Jessego, przelatuje przez kuchenny blat i ląduje na podłodze. 

-  Może  ci  pomóc?  -  Razem  podnoszą  półkę  i  zakładają  ją, 

naprowadzając  sześć  otworów  na  śruby.  -  Powiedzieć  ci,  jak  ja 

chciałabym być traktowana przez mężczyznę? 

-  Z  szacunkiem?  -  pyta  z  nadzieją  Jesse.  Dokręca  śruby,  nie 

zważając na to, że półka wisi krzywo. 

-  Tak,  jasne,  ale  chcę  też,  żeby  się  o  mnie  starał,  zalecał  się  i 

uwodził.  

Przez twarz Jessego przemyka cień zakłopotania. 

-  A  może  po  prostu  wyzwolisz  przy  Andrei  trochę  swojego 

naturalnego instynktu samca alfa? - proponuje Martha. 

Jesse  zaczyna  nucić  Pieśń  toreadora  ze  swojej  ulubionej  opery 

Carmen,  a  Martha  wnioskuje  po  jego  nieobecnym  spojrzeniu,  że 

właśnie  testuje  swój  instynkt  dominującego  samca,  wcielając  się  w 

background image

wyobraźni  w  rolę  szarżującego  na  matadora  byka.  Stoi  wyprężony, 

wypina pierś i prostuje ramiona. 

- Ta tam ta-tram, tam ta ta ta-ta-tam - podśpiewuje, po czym nagle 

przerywa, a ramiona mu opadają. 

- Co się stało, Toreadorze? - pyta Martha.  

Jesse przenosi wzrok na siostrę.  

- Pomyślałem o Fernandzie. 

Byczek  Fernando  to  bajka  o  uroczym  zwierzaku,  który  wściekle 

wierzgał  użądlony  przez  pszczołę,  a  matadorzy,  zobaczywszy  to, 

wzięli  go  omyłkowo za  groźnego. Zawieźli  go na arenę  w Madrycie, 

licząc  na  zaciętą  walkę,  a  tymczasem  Fernando  podziwiał  tylko 

kwiaty  zdobiące  kapelusze  dam.  W  dzieciństwie  była  to  ulubiona 

książka Jessego. 

-  Widzisz,  Martho,  wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  że  wychowano 

mnie  na  grzecznego  katolickiego  chłopca.  W  dodatku  przez 

trzydzieści lat z hakiem musiałem cię wysłuchiwać, a przez ostatnich 

dwanaście umawiam się z dziewczynami z Nowego Jorku. W efekcie 

wszelki instynkt samca alfa, jaki miałem, został we mnie zabity przez 

wychowanie albo wybity z głowy później. 

-  Ale  czy  nie  masz  czasami  ochoty  po  prostu  rzucić  się  na 

Andreę? 

-  Rzucić  się?  -  Jesse  nie  byłby  chyba  bardziej  zaszokowany, 

gdyby  Martha  zaproponowała  podsunięcie  Andrei  odrobiny 

hiszpańskiej  muchy.  -  To  ty  mnie  uczyłaś,  żebym  był  delikatny, 

pamiętasz? 

background image

- Wiem, wiem. Wybacz. 

- No, teraz mnie wkurzyłaś.  

Martha wstaje. 

- Katastrofa! 

Jesse przygląda się swojemu dziełu. 

-  Nie,  nie  półka!  Ty  i  Andrea!  Chyba  się  nie  spodziewasz,  że 

odwali za ciebie całą robotę. - Martha przechodzi do salonu. - Pomyśl, 

jak  wyglądają  gody  w  przyrodzie  -  samce  pokazują,  na  co  je  stać, 

walczą  i  z  całego  serca  wyśpiewują,  żeby  przywabić  samice.  Spytaj 

Lucy. 

Jesse zamyka skrzynkę z narzędziami i podąża za siostrą. 

- A może pocałujesz dziś Andreę? - pyta Martha. - Dzwoń zaraz i 

powiedz, że nie możesz przestać o niej myśleć. 

Przerywa  im  głośne  miauczenie,  co  Jesse  natychmiast 

wykorzystuje, żeby się wykręcić z niewygodnej sytuacji. 

-  Muszę  iść  -  mówi,  zbierając  rzeczy.  -  Zamknąłem  twojego 

narwanego  kota  w  łazience.  -  Starannie  układa  szal  na  klatce 

piersiowej,  pozostawiając  jeden  luźny  koniec,  którym  będzie  mógł 

dyskretnie zakryć nos i usta, gdyby zaszła konieczność zabezpieczenia 

się przed kaszlącymi pasażerami autobusu.  

Martha podaje mu płaszcz i całuje go w policzek. 

- Dzięki za pomoc. 

-  Drobiazg.  -  Jesse  wkłada  czapkę  i  spuszcza  nauszniki  niczym 

sześciolatek. 

background image

Martha ma nadzieję, że jeśli rzeczywiście zbierze się na odwagę i 

spotka wieczorem z Andreą, zdejmie czapkę. 

Gdy Jesse wychodzi, Martha otwiera łazienkę, a rudy, pręgowany 

kot Hannibal wyskakuje z niej jak z procy i zaczyna krążyć wokół jej 

nóg,  szaleńczo  się  ocierać,  mruczeć  i  miauczeć,  domagając  się 

jednocześnie jedzenia i pieszczot.  

Ten  kot  to  być  może  przyczyna  jednej  z  bardzo  nielicznych 

uzasadnionych  obaw  Jessego.  Hannibal  stanowi  zagrożenie  dla  nóg 

wszystkich, którzy przekraczają próg Bordella, z wyjątkiem Marthy. 

-  Co    w  tym  dziwnego,  że  przez  ciebie  żaden  facet  nie  chce 

spędzić  ze  mną  nocy?  -  pyta  Hannibala,  napełniając  jego  miseczkę 

karmą.  Przygląda  się  dziełu  brata,  po  czym  bardzo  ostrożnie  ustawia 

na krzywo wiszącej półce Radość gotowania

 

ROZDZIAŁ 3 

Mężczyźni  zaprzepaszczają  więcej  zdobyczy  przez  własną 

niezręczność niż z jakiejkolwiek przyczyny tkwiącej w kobiecie. 

Ninon de Lenclos 

Zapałki,  kompas,  świece,  wełniane  skarpety,  czerwone  wino, 

śniegowce, książka o ptakach. Układając w myślach listę rzeczy, które 

przydadzą  się  jej  i  Adamowi  podczas  weekendu  w  lesie,  Lucy  coraz 

bardziej marszczy czoło. Zadzwonić do Hertza. Kupić mapę hrabstwa 

Ulster. Upiec ciasteczka. Zabrać korkociąg.  

background image

Nie  mogąc  już  wszystkiego  spamiętać,  sięga  po  notatnik  i 

pośpiesznie  zapisuje  pytania:  Czy  mamy  zabrać  wodę?  Drewno? 

Wyposażenie ubikacji? Nafta do lamp? Apteczka?  

Stres Lucy zwiększa się proporcjonalnie do długości listy i zanim 

zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  co  robi,  jej  palce  już  wybierają  numer 

Coopera. Odzywa się automatyczna sekretarka. 

- Cooper, jesteś tam? To ja - odczekuje chwilę, przekraczając stos 

ekwipunku na wyprawę: pionierki, zapałki turystyczne, ciepłą bieliznę 

z  długimi  rękawami  i  nogawkami.  -  Okay.  Chyba  cię  nie  ma. 

Oddzwoń.  Jeśli  możesz,  to  jeszcze  dzisiaj.  Wybieramy  się  w  ten 

weekend  na  północ  stanu  do  domku  przyjaciół,  w  którym  nie  ma 

bieżącej wody i prądu, jest tylko piec, w którym trzeba palić... 

- Hej, gąsko - odzywa się Cooper, nieco zdyszany. - Byłem poza 

domem, naprawiałem ciężarówkę. Mów, co ci leży na sercu. 

Walące  serce  Lucy  natychmiast  się  uspokaja.  Głupio  jej,  że  w 

ogóle się zdenerwowała. 

- Hej, Coop - rzuca. - Co tam u ciebie? 

- Wszystko na medal, kochanie. 

-  Swoją  drogą  ciekawe,  dlaczego  zawsze  tak  świetnie  ci  się 

wiedzie? 

- Przyjedź kiedyś, to się przekonasz. 

To  już  dyżurny  żart  -  przez  dwanaście  lat  ich  znajomości  Lucy 

nigdy nie odwiedziła farmy Tuckingtonów. 

-  Tak,  wiem.  Byłabym  lepszym  i  szczęśliwszym  człowiekiem, 

gdyby budziło mnie muczenie krów, a nie wycie klaksonów - mówi. - 

background image

Ale myślę, że nie doceniasz przewagi, jaką dziewczynie z miasta daje 

nadwrażliwość. 

- Może i tak - odpowiada Cooper. - Może powinienem przyjechać 

i osobiście to sprawdzić. 

-  Dlaczego  nie?  Już  dawno  się  spóźniasz  ze  swoimi  corocznymi 

odwiedzinami. 

-  Co  racja,  to  racja.  A  jakaś  przerwa  na  pewno  by  mi  się  teraz 

przydała. 

-  ha  mia casa es e la tua casa — zapewnia Lucy. 

- W takim razie może pod koniec tygodnia sprawdzę loty. Ale do 

rzeczy.  W  czym  mogę  ci  pomóc,  jeśli  chodzi  o  tę  przerażającą 

wycieczkę w dzikie ostępy północnego stanu Nowy Jork? 

Lucy ignoruje złośliwość i od razu zadaje pytania. 

- Jest tam jakieś urządzenie, które doprowadza wodę ze studni do 

domu. Mieliście kiedyś coś takiego? 

-  Jasne.  Są  chimeryczne  -  odpowiada  Cooper,  natychmiast 

przechodząc  do  konkretów.  -  Lepiej  weźcie  ze  sobą  kilka  galonów 

wody, zwłaszcza jeśli zamierzacie przyjechać w nocy i będzie zimno. 

Zamarznięte węże to nic przyjemnego. 

Lucy wpisuje wodę na listę. 

- A co z drewnem na opał? Powinniśmy trochę kupić? 

-  Gwarantuję,  że  wasi  przyjaciele  mają  solidny  zapas  -  mówi  z 

przekonaniem Cooper i zapewnia ją, że małe domki łatwo ogrzać. 

background image

- A jeśli polana będą wilgotne? - nie daje za wygraną Lucy. - Co 

wtedy  zrobimy?  -  W  nagłym  przypływie  zdenerwowania  jednym 

tchem odczytuje całą listę. 

-  To tylko weekend, Luce, ale jeśli tak się tym przejmujesz, może 

nie powinnyście jechać tam z Marthą same? 

-  Z  Marthą?  Jadę  z  Adamem.  W  piątek  są  walentynki.  -  Lucy 

słyszy  w  słuchawce  jakiś  stłumiony  dźwięk  i  dociera  do  niej,  że 

Cooper się śmieje. - Co w tym takiego śmiesznego? 

- Po prostu martwisz się z byle powodu. Dobry Boże! Jak się nie 

wyluzujesz,  to  ten  weekend  będzie  kompletnie  wyprany  z 

romantyzmu. 

- O co ci chodzi? 

-  Posłuchaj,  Luce,  Adam  da  sobie  radę.  Właściwie  to  powinnaś 

mu pozwolić się wszystkim zająć. Twoje pytania są jak z podręcznika 

dla skautów. 

Lucy  próbuje  wygrzebać  z  pamięci  jakąkolwiek  wzmiankę 

Adama  na  temat  rozpalania  ogniska,  strugania  patyków  czy  w  ogóle 

udziału w jakichś akcjach przypominających skautowskie.  

Jest  przekonana,  że  nigdy  się  takich  rzeczy  nie  uczył.  Mocne 

strony  Adama  to  abstrakcyjne  myślenie,  wyższa  matematyka  i 

przyklejane  sporadycznie  w  różnych  miejscach  miłosne  liściki. 

Umiejętność przetrwania w trudnych warunkach do nich nie należy. 

-  Wy,  jankeskie  dziewczyny,  musicie  się  nauczyć,  jak  dać 

facetowi być facetem - mówi Cooper. 

background image

Wieje  porywisty  wiatr,  a  małe  płatki  śniegu  wirują  nad 

wynajmującą  samochody  firmą  Hertza  przy  Trzydziestej  Czwartej 

Ulicy,  gdzie  spotykają  się  Lucy  i  Adam,  by  rozpocząć  swój 

romantyczny weekend.  

Dzień jest bardzo wietrzny, więc oboje solidnie się okutali. Lucy 

w  niebieskiej parce  z  kapturem  obszytym  futrem  wygląda na  gotową 

na  Idita-rod*,  a  Adam  ma  na  sobie  ciężką  granatową  dwurzędową 

kurtkę  i  szary  wełniany  komplet  złożony  z  czapki  i  szala  - 

gwiazdkowy prezent od matki. 

Wita  się  z  widocznym  skrawkiem  twarzy  Lucy  i  całuje  ją  w 

zaróżowiony  nos.  Zgodnie  z  planem  zjawiają  się  w  biurze  firmy 

wynajmującej  samochody  w  południe,  by  mieć  pewność,  że  przed 

zmrokiem  trafią  do  domku  Wolfów.  Lucy  zasiada  za  kierownicą, 

starając się opanować złość na Adama, który zapomniał prawa jazdy. 

-  Pamiętałem,  że  kazałaś  mi  wziąć  latarkę  -  mówi  Adam,  jakby 

jedno mogło zrekompensować drugie. 

Lucy  odpowiada  najlepszym  uśmiechem  z  serii  „nie  ma 

problemu", na jaki ją stać. Prawie nie ma ruchu, więc mkną autostradą 

West Side przez most Georgea Washingtona i wzdłuż Palisades, skąd 

od  czasu  do  czasu  widać  skuty  lodem  Hudson  z  wybitym  na  środku 

pasem, po którym mogą pływać łodzie.  

Podekscytowana  wyjazdem  Lucy  pędzi  autostradą,  lawirując 

między  samochodami  z  wprawą  zawodowego  hokeisty.  Prawa  ręka 

Adama cały czas spoczywa na desce rozdzielczej. 

*Wyścigi psich zaprzęgów na Alasce 

background image

W okolicy Góry Niedźwiedziej zatrzymują się przy malowniczym 

punkcie widokowym, by zjeść parę kanapek z indykiem i serem brie, 

które przygotowała Lucy. 

-  Mówiłem  ci,  że  robisz  najlepsze  kanapki  na  świecie?  -  pyta 

Adam, wsuwając swoją, z kącikami ust błyszczącymi od majonezu. 

-  Nie  -  kłamie  Lucy.  Bardzo  ją  cieszy,  że  Adam  uważa  ją  za 

wspaniałą kucharkę. 

Śnieżna  zasłona  chwilowo  zniknęła  i  Lucy  widzi  w  oddali  parę 

bielików  amerykańskich  wylatujących  z  gniazda  po  drugiej  stronie 

rzeki. Pokazuje je Adamowi. 

-  Piękne, prawda?  -  mówi,  trzymając  go  za  rękę.  Niepewność  co 

do  ich  związku,  którą  ostatnio  odczuwała,  znika  na  widok  ptaków.  - 

Wiesz, orły są trochę jak ludzie. Dobierają się w pary na całe życie. 

-  To  chyba  najmniej  naukowe  stwierdzenie,  jakie  kiedykolwiek 

usłyszałem z twoich ust - odpowiada Adam. 

Lucy  zastanawia  się,  czy  ta  uwaga  ma  jej  utrzeć  nosa  prywatnie 

czy zawodowo. Działa na obu frontach, a dziewczyna stara się ukryć 

urazę, gdy mówi: 

- To nie była obserwacja naukowa. 

-  Przepraszam. Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. To miał być 

żart. - Adam rzeczywiście wygląda na skruszonego, lecz atmosfera już 

się zmieniła. Jeszcze przez kilka chwil w milczeniu jedzą kanapki, po 

czym  Adam  pyta,  czy  Lucy  czytała  artykuł  w  najnowszym  numerze 

„Nature".  -  To  o  nowej  genetycznej  technice  analizowania  linii 

background image

papilarnych,  która  pozwala  na  śledzenie  przelotów  ptaków.  Jest  po 

twojej stronie łóżka. 

Lucy potrząsa przecząco głową. W jej mieszkaniu piętrzą się całe 

stosy czasopism biologicznych, a ona wciąż stara się być na bieżąco. 

-  Ta  nowa  technika  dowodzi,  że  zaledwie  dziesięć  procent 

ptaków,  o  których  biolodzy  sądzili,  że  dobierają  się  w  pary  na  całe 

życie, jest naprawdę monogamicznych. 

Lucy czuje ucisk w żołądku. Do czego on zmierza? Żałuje, że  w 

ogóle wspomniała o bielikach, i włącza zapłon. 

-  A  może  byś  mnie  na  jakiś  czas  zmienił?  -  Zostawia  silnik  na 

chodzie, otwiera drzwi i przechodzi na drugą stronę samochodu. 

Po  piętnastu  minutach  uświadamia  sobie  nagle,  że  dotychczas 

nigdy nie widziała, jak Adam prowadzi. Jakie to nowojorskie, myśli i 

przypomina  sobie  wycieczki,  na  które  się  wybrali  przez  dwa  lata, 

odkąd  są  razem:  tydzień  w  Paryżu  -  samochód  nie  był  potrzebny; 

Boże  Narodzenie  na  Cape  Cod  -  ona  jechała  wozem  matki;  kilka 

krótkich  wypadów  na  plaże  Hamptonów  -  podwozili  ich  przyjaciele; 

parę wyjazdów służbowych - jeździli pociągami. 

Lucy  patrzy  na  mijane  miasteczka:  Newburgh,  Marlboro, 

Highland,  New  Paltz.  Zafascynował  ją  wirujący  śnieg,  im  dalej  na 

północ, tym bardziej mokry i ciężki. W rozmarzeniu wyobraża sobie, 

że są już w żółtym, wiejskim domku i popijają wino przed buzującym 

w piecu ogniem, do którego dokłada Adam z nagim torsem.  

Zamierza właśnie pogładzić umięśnione plecy Wyimaginowanego 

Adama, gdy ten Prawdziwy gwałtownie hamuje i Lucy leci do przodu, 

background image

już  któryś  raz  przez  ostatnich  dwadzieścia  mil,  w  końcu 

zatrzymywana pasem bezpieczeństwa.  

Przechylanie  się  do  przodu  i  do  tyłu  przyprawia  ją  o  mdłości. 

Przypominają  jej  się  słowa  Marthy,  która  powiedziała  kiedyś,  że 

wystarczy popatrzeć, jak mężczyzna prowadzi - czy jest pewny siebie, 

skoncentrowany  na  sobie,  brawurowy  a  można  się  o  nim dowiedzieć 

wszystkiego, co trzeba.  

Lucy  zastanawia  się,  na  co  wskazuje  niezdecydowanie  Adama  - 

naciska pedał gazu i zaraz zdejmuje z niego nogę, i tak w kółko. Stara 

się  nie  wyciągać  żadnych  wniosków.  Zaczyna  się  jednak  obawiać 

każdego  wjazdu  na  autostradę,  kiedy  Adamowi  po  długim,  pełnym 

nerwowych  prób  wahaniu  udaje  się  wreszcie  włączyć  do  ruchu,  ku 

niezadowoleniu pozostałych kierowców. 

Z  całych  sił  starając  się  utrzymać  wizję  dokładającego  do  ognia 

Adama  z  nagim  torsem,  Lucy  pyta  najseksowniejszym  tonem,  na jak 

potrafi się zdobyć: 

- Co chcesz najpierw robić, kiedy już będziemy na miejscu?  

Adam  nawet  na  nią  nie  patrzy,  pochyla  się  do  przodu,  mocno 

zaciskając ręce na kierownicy. 

- W tej chwili myślę tylko o tym, żeby dojechać tam cało.  

Śnieg staje się coraz gęstszy w miarę zbliżania się do gór Catskill. 

Gubią  się  na  jakiejś  pomniejszej  drodze,  mijają  stare  domy, 

rozpadające  się  stodoły,  wiejskie  sklepiki  i  zrujnowaną  tawernę  z 

neonem  BUD  LIGHT  w  oknie.  Zniszczone  kamienne  mury, 

background image

wzniesione setki lat temu, przypominają szerokie, krzywe i bezzębne 

uśmiechy.  

Przyjazne,  zachęcające  szyldy  wskazują  drogę  do  miejscowych 

szlaków  narciarskich,  polecają  restauracje,  oferują  rozwiązanie 

problemów prawnych. Trafił się nawet jeden z trzema uśmiechniętymi 

pomidorami wyrzucającymi w górę patykowate nóżki, jak dziewczyny 

Rockettes, 

ponad 

informacją: 

MIEJSCOWA 

UPRAWA, 

MIEJSCOWA SŁAWA. Bez reszty oczarowana Lucy gotowa jest się 

przeprowadzić do hrabstwa Ulster. 

Gdy  zatrzymują  się  na  podjeździe,  wydaje  okrzyk  zachwytu. 

Żółty domek położony jest na skraju dużej łąki, którą z drugiej strony 

przytłaczają  wzgórza.  Przez  chwilę  po  prostu  syci  się  widokiem, 

potem odpina pas bezpieczeństwa i przytula Adama. 

- Dojechaliśmy! 

Zostawia  go,  by  wypakował  rzeczy,  a  sama  odnajduje  klucz 

ukryty  pod  kamieniem  w  skrzynce  na  kwiaty.  Popycha  drzwi,  które 

otwierają  się  ze  skrzypieniem,  i  wchodzi  do  pachnącej  stęchlizną 

chaty  z  podłogą  z  nierównych  desek  oraz  stropem  z  surowymi 

belkami. 

Adam wchodzi za nią, strząsając z butów śnieg w taki sposób, że 

brzmi to niemal jak narzekanie, lecz gdy Lucy się odwraca, zauważa, 

że przyniósł gałęzie ostrokrzewu. 

-  Są  piękne  -  mówi,  odbierając  je  i  umieszczając  w  wielkim 

dzbanie  na kuchennym  stole.  Zaciera  ręce.  -  Może  rozpalisz  ogień,  a 

ja wszystko rozpakuję? 

background image

Przestrzeń domku nie jest podzielona. Stojący naprzeciwko pieca 

obity  dżinsem  futon  pełni  zarazem  funkcję  kanapy,  a  przed  nim  na 

podłodze  rozpościera  się  skóra  jakiegoś  wyjątkowo  puszystego 

zwierzęcia.  „Dywanik"  wygląda  na  niesamowicie  miękki  i  Lucy 

zastanawia się, czy później będą się na nim kochać.  

W  części  kuchennej  stoi  stary  farmerski  stół  i  misa  służąca  jako 

zlew, a na hakach wbitych w ścianę wiszą garnki. 

- Nie uważasz, że to urocze? - pyta Lucy. 

-  Urocze?  -  Adam  omiata  spojrzeniem  dziwną  zbieraninę 

przymocowanych  do  ściany  lub  zwisających  z  belek  staroci: 

dwuzębne  widły  obok  powgniatanej  łopaty,  siekiera,  młot  kowalski  i 

klin,  łuk  z  rogowymi  wykończeniami  oraz  mnóstwo  strzał  w 

rozpadającym  się  kołczanie.  -  Wyglądają  jak  rekwizyty  z  jakiegoś 

horroru. A to co za cholera? - pyta, wskazując na zawieszone na haku 

w ścianie metalowe narzędzie. 

Lucy  uważnie  przygląda  się  starym  sidłom  z  mechanizmem 

sprężynowym,  który  zatrzaskuje  się  na  łapie  ofiary.  Między 

metalowymi szczękami ledwie się trzyma maleńka kość, najpewniej z 

palca. 

- Ciekawe - mówi. 

- Chyba raczej makabryczne. 

Adam  klęka  przed  piecem  i  Lucy  obserwuje,  jak  wkłada  na  dno 

paleniska złożone kawałki gazety. 

-  Pomóc  ci?  -  pyta,  siłą  woli  zmuszając  go,  by  zmiął  papier  w 

kulki.  Przypomina  sobie  jednak  napomnienie  Coopera  -  „Wy, 

background image

jankeski,  musicie  pozwolić  facetowi  być  facetem"  -    i  gryzie  się  w 

język. 

- Wszystko w porządku. 

Wino,  myśli  Lucy.  Kieliszek  wina  wszystko  naprawi.  Otwiera 

butelkę  lepszego  wina,  zostawiając  gorsze  na  później,  i  zagląda  do 

szafki  pełnej  pustych  słoiczków  po  marmoladzie  Dundee,  które 

najwyraźniej pełnią tu funkcję kubków na każdą okazję.  

Nalewa wina i klęka na skórze obok Adama, który podpala brzegi 

gazety.  Podaje  mu  kubek  i,  pociągnąwszy  łyk,  wślizguje  się  w  jego 

ramiona, a potem całuje. 

- Musisz mnie rozgrzewać, dopóki ogień się nie rozpali - mówi.  

Obejmują  się  i  kładą  na  futrze,  całując  się  i  tuląc  do  siebie,  gdy 

nagle  Adam  gwałtownie  odpycha  Lucy.  Z  pieca  wielkimi  kłębami 

wydobywa się dym, a drewno się tli, lecz nie chce się porządnie zająć. 

- Co jest, cholera jasna? - wykrzykuje chłopak, skacząc na równe 

nogi. 

- Otworzyłeś rurę spalinową? - pyta Lucy. 

Adam  patrzy  na  nią  osłupiały  i  pada  na  kolana,  przysuwając 

głowę do pieca, by zajrzeć do środka w poszukiwaniu dźwigni. Lucy 

znajduje ją pierwsza, na zewnątrz przewodu kominowego. 

- Mam - mówi, przesuwając dźwignię.  

Rura  się  otwiera  i  dym  zaczyna  wylatywać  na  zewnątrz.  Próbuje 

znowu przytulić się do Adama, on jednak wstaje i przemierza chatkę, 

by  otworzyć  drzwi  i  wywietrzyć  dym.  Jego  ciężkie  kroki  dudnią  o 

podłogę, przez co polano obsuwa się na skraj pieca.  

background image

Korzystając z tego, że Adam nie patrzy, Lucy wpycha szczypcami 

polano i podkłada pod drewno kilka kul zmiętej gazety, dzięki czemu 

ogień na dobre się rozpala. Domek szybko się nagrzewa. Adam i Lucy 

pieką  polędwicę  i  zagrzebują  w  palenisku  dwa  zawinięte  w  folię 

aluminiową ziemniaki. Otwierają drugie wino i troszeczkę się upijają, 

nawzajem się przy tym karmiąc. 

Zanim położą się do łóżka, decydują się na wspólną wyprawę do 

toalety. Adam pamiętał wprawdzie o latarce, ale zapomniał sprawdzić 

baterie,  które  ledwo  działają.  Latarka  nie  rzuca  snopu  światła i  może 

tylko  zdradzić  jakimś  czającym  się  w  ciemności  głodnym 

zwierzakom,  gdzie  oboje  się  znajdują.  Adam  i  Lucy  przytulają  się  i 

brną przed siebie po kolana w śniegu. Żadne nie chce przyznać, że się 

boi. 

-  Damy  mają  pierwszeństwo  -  mówi  Adam,  stając  na  straży,  a 

Lucy wchodzi do środka. 

Drzwi się zatrzaskują i w wychodku - a faktycznie zwykłej szopie 

-    robi  się  ciemno  jak  w  grobie.  Lucy  przychodzi  do  głowy,  że  być 

może  na  szczęście  dla  niej.  Jednak  opuszczenie  spodni,  nie  mówiąc 

już  o  tym,  by  przysiąść  na  zamarzniętym  na  kość  klozecie,  i  tak 

wymaga sporej siły woli.  

Zamyka oczy i koncentruje się, cichutko nucąc. Na zewnątrz wyje 

wiatr  i  dziewczyna  słyszy,  jak  gałęzie  uginają  się  z  trzaskiem  pod 

ciężarem śniegu. Potem dochodzi ją donośniejszy  odgłos - b ę c - po 

czym  bez  uprzedzenia  drzwi  otwierają  się  na  całą  szerokość,  do 

background image

środka  wskakuje  Adam  i  nadeptuje  jej  na  stopę,  usiłując  złapać 

równowagę. W końcu mu się udaje. 

- Jezu! - krzyczy Lucy, wstając i podciągając spodnie. 

- Przepraszam, przepraszam. - Odwraca się do niej plecami. 

- Co się stało? 

- Coś tam jest. Słyszałem coś w lesie. -  Oddech Adama jest płytki 

i przyspieszony. 

Lucy wytęża słuch. Wokół panuje cisza. 

-  Może  po  prostu  spadł  jakiś  konar?  -  zgaduje,  powoli 

przesuwając  się  w  kierunku drzwi.  -  To  na  pewno  przez  ten  mokry  i 

ciężki śnieg. 

- Jezu, Lucy, to nie był śnieg. Coś tam jest. 

Lucy otwiera skrzypiące drzwi i niczego nie dostrzega. 

-  W  takim  razie  cokolwiek  to  było,  już  sobie  poszło.  Chcesz, 

żebym poczekała, aż się załatwisz? 

-  Na zewnątrz? Sama? Nie bądź śmieszna. Zresztą i tak mi się nie 

chciało. Lepiej wróćmy do domu. 

Adam  wysuwa  się  przed  Lucy  i  wychyla  głowę  na  zewnątrz, 

świecąc  w  ciemności  dogasającą  latarką.  Rozgląda  się  na  wszystkie 

strony i biegiem rusza do domku. Dopiero przy drzwiach uświadamia 

sobie, że jego dziewczyna została w tyle.  

Macha ręką, by przyspieszyła, lecz ona nie widzi go w ciemności 

i wraca swoim tempem. 

-  Naprawdę  coś  słyszałem  -  mówi  Adam,  gdy  Lucy  dociera  do 

drzwi.  

background image

- Wiem, kochanie. 

Adam  zamyka  drzwi  i  oświadcza,  że  ma  zamiar  się  położyć.  W 

ubraniu  rzuca  się  na  futon  i  kładzie  na  boku,  odwrócony  do  Lucy 

plecami.  Zamyka  oczy  i  po  kilku  minutach  twardo  zasypia.  Albo 

udaje. 

Lucy  powoli  zdejmuje  koszulę  i  przerzuca  ją przez  widły.  Adam 

na  pewno  żartuje.  Zsuwa  dżinsy,  odpina  stanik  i  zdejmuje  bieliznę, 

rzucając  ją  na  łóżko.  I  nic!  Czy  to  możliwe,  że  naprawdę  śpi?  Nie 

może  się  zdecydować  -  wściekać  się  czy  obrażać  -  i  wślizguje  pod 

koce  obok  niego.  Wpatruje  się  w  jego  kark,  obserwując  wystające 

spod  koszulki  włosy.  Skupia  się  na  tym,  jak  bardzo  nienawidzi 

owłosionych karków. 

Lucy  wcześnie  się  budzi,  zmarznięta  i  z  pełnym  pęcherzem. 

Adam  leży  z  głową  wciśniętą  pod  poduszkę.  W  nocy  ściągnął  z  niej 

prawie  wszystkie  koce.  Dziewczyna  wciąga  bieliznę  z  długimi 

nogawkami i próbuje rozpalić ogień, zgniatając dział sportowy gazety 

w  zgrabne  kulki,  które  umieszcza  na  wczorajszych  popiołach. 

Dorzuca  nieco  podpałki  i  dodaje  trzy  polana ustawione  w  piramidkę. 

Wkrótce ogień się pali. Lucy stawia na piecu garnek z wodą na kawę. 

Śpiący  w  pomiętej  pościeli  Adam  przypomina  jej  aniołka. 

Przysięga sobie, że ten dzień spędzą znacznie przyjemniej. Bosa stopa 

Adama wysunęła się spod koców i Lucy starannie ją przykrywa. 

Adam się porusza. 

- Cześć - mówi. 

- Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek. 

background image

-  Nawzajem. Wyspałaś się?  

Lucy potakuje ruchem głowy.  

- A   ty? 

- Całkiem nieźle. 

-  Idę  się  załatwić.  Może  zrobisz  kawę  i  trochę  się  poprzytułamy. 

Co ty na to? 

- Brzmi zachęcająco. Iść z tobą? 

- Poradzę sobie - odpowiada Lucy. 

Adam  przestaje  się  uśmiechać  i  przewraca  się  na  brzuch.  Gdy 

Lucy wraca, siedzi na złożonym futonie. 

- Co z moją kawą i przytulankiem? 

Adam  podaje  jej  kubek  po  marmoladzie  z  parującą  kawą  i 

poklepuje  miejsce  obok  siebie,  jakby  samo  siedzenie  przy  nim 

wystarczało  już  za  przytulanie.  Na  kolanach trzyma  notes  otwarty  na 

stronie z bazgraniną równań. 

- Hej, w walentynki się nie pracuje - mówi Lucy, wyrywając mu z 

rąk notatnik. 

Adam patrzy ze zdumieniem. 

- Trzeba rozgrzać mózg. Wrzucić trochę liczb, żeby zaskoczył. 

-  Czekaj,  zaraz  dostaniesz  swoje  liczby  -  mówi  Lucy, 

przeczesując  palcami  blond  włosy.  -  Dam  ci  walentynkową  lekcję 

matematyki. Jeden  -  całuje go w usta.  -  Dwa - obie powieki. - Trzy 

-  policzek,  nos,  policzek.  -  Trzy  razy  trzy  -  dziewięć  szybkich, 

schodzących w dół pocałunków klatki piersiowej. - Rozgrzany? 

background image

- Może troszeczkę - odpowiada Adam, dochodząc do siebie. - Ale 

wiesz,  prostą  arytmetykę  przerabiałem  trzydzieści  lat  temu.  Teraz 

zajmuję  się  chromodynamiką  kwantową,  więc  proszę  o  odpowiednio 

więcej całusów. 

- Robi się - mówi Lucy i bierze się do dzieła. 

Śniadanie  przeciąga  się  niemal  do  południa.  Potem  Lucy 

proponuje,  by  Adam  znalazł  studnię.  Trzeba  podłączyć  węże,  żeby 

umyć  naczynia  i  się  wykąpać.  Adam  wkłada  swoją  dwurzędówkę  i 

posłusznie  rusza  ścieżką  ze  wskazówkami  Wolfów  w  ręku.  Po 

dwudziestu minutach jego nieobecności Lucy wkłada buty. Idzie jego 

śladami, cały czas go wołając. 

- Tutaj - odkrzykuje chłopak. 

Lucy  wspina się na wzgórek, skąd dobiega głos Adama, i zastaje 

go  klęczącego  w  śniegu  przy  studni,  częściowo  przykrytej  płytą  ze 

sklejki.  Zdjął  rękawiczki  i  ręce  poczerwieniały  mu  już  z  zimna.  W 

jednej  trzyma  wąż,  a  drugą  wlewa  do  niego  wodę,  próbując  -  bez 

powodzenia - wytworzyć ciśnienie, by pompa zadziałała. 

- Co się dzieje? - pyta Lucy. 

Adam wskazuje na przemoczoną nogę. 

- Poślizgnąłem się, kiedy odsuwałem tę płytę. 

- Oj, biedactwo. 

- I nie mogę uruchomić tego cholerstwa. - Unosi koniec węża. 

- Pewnie zmarzłeś na kość - mówi Lucy, odbierając od niego wąż 

i dzbanek. - Lepiej idź do domu, może mi się uda. Jeśli nie, to zaraz 

background image

wrócę.  -  Czyta  zapisane  na  kartce  instrukcje,  które  Adam  położył  na 

kamieniu, i wlewa wodę przez lejek.  

Gdy w wężu słychać gulgotanie, Lucy natychmiast wrzuca koniec 

głęboko  w  breję  w  studni  i  ma  wielką  nadzieję,  że  dzięki  grawitacji 

wąż  zassie  wodę  i  doprowadzi  ją  do  domu.  Adam  nie  zdołał  ujść 

dziesięciu metrów, a Lucy już uruchomiła mechanizm. 

-  Pewnie  już  to  rozruszałeś  -  mówi,  jakby  poluzował  zakrętkę 

słoika.  W  milczeniu  schodzą  ze  wzgórza,  tylko  śnieg  głośno  skrzypi 

pod ich nogami. 

W  domu  Adam  zdejmuje  mokre  dżinsy  i  kalesony,  po  czym 

wiesza  je  na  rurze  pieca,  by  wyschły.  Z  chudymi,  pokrytymi  gęsią 

skórką nogami  wygląda  jak  oskubany  kurczak.  Penis  dynda  mu  przy 

prawym  udzie.  Staje  przy  ogniu,  a  właściwie  już  pomarańczowym 

żarze, usiłując się rozgrzać. 

-  Obawiam  się,  że  skończyło  nam  się  porąbane  drewno  mówi 

Lucy, szukając na kartce od Wolfów wskazówek na temat drewna na 

opał.  Gdy  znajduje  właściwy  fragment,  czyta  go  na  głos.  -  Z  tyłu 

domu jest częściowo porąbane drewno. W kącie za drzwiami jest młot 

i klin. 

Adam  wkłada  suche  bokserki  i  dżinsy,  a  potem  sięga  po  młot  i 

klin.  Od  tygodni  bolą  go  plecy,  więc  z  cierpiętniczą  miną  usiłuje 

zamknąć za sobą drzwi, mając w rękach ciężkie narzędzia. 

Lucy  odkręca  kran.  Do  miski  bije  lodowata  woda.  Dziewczyna 

napełnia  duży  czajnik  i  stawia  na  piecu,  by  podgrzała  się  do 

zmywania.  Gdy  wraca  do  prowizorycznego  zlewu,  wygląda  przez 

background image

okno  i  obserwuje  Adama,  który  ustawia  do  rąbania  kilka  ogromnych 

polan. Cieszy się na widok chłopaka rąbiącego drewno i niecierpliwie 

czeka na wspaniały odgłos rozszczepiającego się bierwiona. 

Adam schyla się i niepewnie wbija klin w polano tak głęboko, by 

utkwił  w  nim  w  miarę  mocno.  Lucy  przychodzi  na  myśl,  że  Adam 

jeszcze nigdy nie rąbał drewna. W końcu dorastał w Nowym Jorku, a 

jego  rodzice  pracowali  na  uczelni.  Trudno  jej  sobie  wyobrazić,  że 

uczyli syna takich rzeczy.  

Adam unosi młot nad prawe ramię i opuszcza na klin. Rozlega się 

wysoki, delikatny dźwięk - ping. Potem wszystko się powtarza. Ping. 

Ping.  Ping.  Klin  nie  posuwa  się  ani  o  centymetr.  Adam  ogląda  się 

przez ramię na dom.  Nakrył mnie,  myśli  Lucy, choć nie jest pewna, 

czy ją widzi. Spuszcza oczy i patrzy na zlew pełen naczyń.  

Odczekuje  chwilę,  a  potem  unosi  wzrok,  tym  razem  jednak  z 

pochyloną  głową.  Adam  znów  podnosi  młot,  teraz  już  wyżej,  sporo 

nad  głowę,  a  gdy  robi  mocny  zamach,  wykorzystując  siłę  mięśni, by 

wzmocnić uderzenie, Lucy wstrzymuje oddech.  

Rozlega  się  głośny  odgłos  metalu  walącego  o  metal,  lecz  młot 

ląduje tuż przed celem, ześlizgując się po zewnętrznej krawędzi klina, 

zamiast  wbić  go  na amen.  Klin  wyskakuje i trafia  chłopaka  prosto  w 

piszczel. 

Adam wrzeszczy z bólu, a Lucy wybiega na zewnątrz. 

-  Kurwa!  -  krzyczy  Adam,  podskakując  na  prawej  nodze  i 

trzymając oburącz lewą. - Kurwa, kurwa, kurwa! 

Lucy bierze go pod ramię i pomaga dokuśtykać do domku. 

background image

- Kurwa! 

Sadza go na futonie, zdejmuje but i podwija nogawkę, odsłaniając 

paskudny,  fioletowy  guz  wielkości  dużego  jajka.  Wybiega  na 

zewnątrz  i  ugniata  w  rękach  śnieg,  który  owija  potem  ręcznikiem  i 

przykłada do obrzmienia. 

- Kurwa! 

- Co mam robić, Adam? 

Jego spojrzenie mówi, że dość już nawyrabiała. 

- Adam? 

Chłopak  cały  czas  nie  jest  w  stanie  się  do  niej  odezwać,  zbyt 

wściekły i obolały. Wyraźnie widać, że obwinia ją o stłuczoną nogę i 

w ogóle o tę całą żałosną eskapadę. 

- Chcę wracać - odpowiada wreszcie. - Nie chcę o tym gadać. Nie 

chcę się dołować. Po prostu mam już dosyć i chcę wracać do domu. 

Gdy Adam, siedząc przy piecu, opatruje nogę, Lucy pakuje rzeczy 

i sprząta: kończy zmywanie, spuszcza wodę z węża, zamyka ubikację, 

wrzuca  ubrania  do  toreb,  wynosi  bagaż  na  zewnątrz  do  samochodu  i 

ładuje na tylne siedzenie. Wskakuje za kierownicę i przekręca kluczyk 

w  stacyjce,  lecz  silnik  nie  zaskakuje.  Wysiada  i  rozgląda  się  - 

bagażnik jest niedomknięty. 

W  domu  Adam  znieczula  się  resztką  wina,  rozkłada  na kolanach 

notatnik  i  zagłębia  się  w  jakimś  równaniu  -  wygląda  już  na  całkiem 

szczęśliwego. Za to w głosie Lucy słychać niezadowolenie. 

- Siadł nam akumulator - oznajmia. - Bagażnik był otwarty. 

Oboje wiedzą, kto go tak zostawił. 

background image

-  Pójdę  do  sąsiada  i  zobaczę,  czy  pomoże  nam  ruszyć  -  mówi 

Lucy. 

Trzeba  przyznać,  że  gdy  Lucy  wraca,  Adam  czeka  już  na 

zewnątrz.  Dziewczyna  siedzi  w  przeżartym  rdzą  pikapie  marki 

Chevrolet obok kierowcy, który na oko wygląda na siedemdziesiątkę z 

okładem, na głowie ma baseballówkę i szczerzy sztuczne uzębienie w 

promiennym uśmiechu. 

Mężczyzna mówi przez zęby, lekko poświstując. 

-  Przyjaciół  Wolfów  w  biedzie  nie  zostawię  -  zapewnia,  ciesząc 

się,  że  ma  okazję  pomóc  mieszczuchom  wykaraskać  się  z  tarapatów. 

Wyciąga zza siedzenia przewody rozruchowe i poleca Lucy usiąść za 

kierownicą  wynajętego  samochodu.  -  Pani  otworzy  maskę,  jak 

małżonek  da  znak,  a  potem  zapali.  I  nie  ma  co  dawać  za  dużo  gazu, 

starczy tylko trochę. 

Wiem,  jak  uruchomić  samochód,  myśli  Lucy.  A  Adam  nie  jest 

moim  mężem!  Nagle  odczuwa  wielką  ulgę,  że  się  nie  pobrali. 

Wysiada  z  pikapa  i  unikając  wzroku  Adama,  zajmuje  miejsce  za 

kierownicą wynajętego samochodu. 

Staruszek  unosi  maskę  chevroleta  i  przyjacielsko  wita  się  z 

Adamem.  Przyczepia  jeden  koniec  kabla  do  akumulatora  swojego 

wozu, a drugi wręcza chłopakowi, który ze zdziwioną miną przekłada 

klamrę z ręki do ręki.  

Biorąc  zakłopotanie  Adama  za  efekt  małżeńskiej  kłótni, 

mężczyzna poklepuje go po plecach. 

background image

-  Wkurzyła  się  trochę,  co?  Nic  się  pan  nie  bój,  migiem  się 

uwiniemy. - Wsiada do swojego wozu. - Okay! - krzyczy. - Przypinaj 

pan i mów, kiedy mam odpalać! 

Zza  kierownicy  Lucy  obserwuje  Adama  przez  przerwę  między 

uniesionymi maskami. Chłopak patrzy na silnik osłupiałym wzrokiem, 

wyraźnie  nie  mając  pojęcia,  jak  zaczepić  klamry.  Przecież  to  z 

podręcznika dla skautów, dupku, myśli Lucy, teraz wściekła już także 

na  Coopera  i  całe  jego  pieprzenie  o  tym,  że  jankeski  muszą  dać 

facetowi być facetem. 

Zazwyczaj  Lucy  stara  się  wymyślić  sposób  podpowiedzenia 

Adamowi  właściwego  rozwiązania,  tak  żeby  się  nie  połapał,  że  mu 

pomaga.  Ale  ta  sytuacja  bynajmniej  do  zwyczajnych  nie  należała. 

Lucy wysiada z samochodu, wyrywa mu kable i każe zająć miejsce za 

kierownicą.  Później  przypina  czerwony  kabel  do  dodatniego  bieguna 

akumulatora, a czarny do blokady silnika, i mówi: 

-  Dobra!  Już!  -  Sygnalizuje  mężczyznom,  by  uruchomili 

samochody. Adam zwiększa obroty silnika. Kilka minut później Lucy 

odpina  kable  w  odwrotnej  kolejności,  owija  wokół  dłoni  i  łokcia,  po 

czym oddaje porządny zwój sąsiadowi Wolfów. 

Adam odzywa się dopiero w połowie drogi do domu. 

- Wybacz, Lucy. Nie cierpię cię rozczarowywać.  

Lucy nie odpowiada. 

Przed nimi jeszcze kawał drogi. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Mężczyzna  to  zwierzę  domowe,  które  można  nauczyć  niemal 

wszystkiego, jeśli je krótko trzymać. 

Jilly Cooper 

PONIEDZIAŁEK - KURT BECKER 

Pierwszorandkowy klient Marthy, Kurt Becker, czeka na nią przy 

barze supermodnej knajpki Mare, której właścicielem jest jakaś sława 

wśród szefów kuchni. Gdy dziewczyna się zjawia, spóźniona zaledwie 

dziesięć  minut,  mężczyzna  wita  ją  mocnym  uściskiem  dłoni  i  patrzy 

prosto w oczy. 

-  Miło  panią  poznać,  pani  McKenna  -  zwraca  się  do  niej 

oficjalnie. - Jak się pani miewa? 

- Wspaniale - odpowiada Martha. - Proszę mi mówić po imieniu.  

Po  jego  powitaniu  Martha  zastanawia  się,  czy  jej  nie  zabrzmiało 

zbyt  wylewnie,  ale  wraca  właśnie  z  próby  podkładania  głosu,  która 

wypadła tak pomyślnie, że natychmiast dostała pracę, a już od tygodni 

nigdzie nie wystąpiła. 

- Podkładanie głosu? - pyta niepewnie Kurt. 

-  Podkładanie  głosu  dla  aktora  to  jak  dla  dermatologa  usuwanie 

brodawek.  Nic  wielkiego,  ale  robić  trzeba.  Tym  się  zarabia  na 

rachunki.  -  Zniża  głos  i  dorzuca:  -  Prawdę  mówiąc,  do  wybrednych 

nie  należę.  -  I  wybucha  śmiechem  na  wspomnienie,  ile  razy  musiała 

dziś powtórzyć zdanie - „Sprawia, że tłuszcz schodzi ci z drogi" - pod 

surowym  okiem  reklamiarza,  który  przekonywał  ją,  by  wyrażała 

większą wdzięczność dla produktu. 

background image

Kurt  wydaje  się  zaskoczony  entuzjazmem  Marthy,  który  chyba 

nie pasuje do poważnego nastroju, jaki usiłuje stworzyć. Śmieje się z 

przymusem, więc Martha postanawia się do niego dostosować i tłumi 

euforię. Mężczyzna wręcza jej niedużą żółto-różową różyczkę, której 

łodyżkę zawinął w wilgotny papier i folię aluminiową. 

- Wyhodowałem w swojej cieplarni - chwali się i przypisuje swoją 

żyłkę ogrodniczą przodkom.  - Eksperymentuję z rodzinnymi różami.  

Na oko Kurt niedawno przekroczył czterdziestkę i Martha uważa, 

że  jest  irytująco  przystojny.  Ma  ciemnoblond  włosy,  chłodne  szare 

oczy i błyszczące białe zęby.  

Dziewczyna  unosi  kwiatek  do  nosa  i  na  chwilę  zapomina,  że  jej 

spotkanie  z  Kurtem  nie  ma  charakteru  rzeczywistej  randki  ani  że 

siedzący  obok  mężczyzna  nie  wyhodował  tej  róży  z  myślą  o  niej  -

prawdziwej  Marcie.  Zamyka  oczy  i  rozpływa  się  w  delikatnej  woni 

kwiatu. Kurt chrząka. 

- Słuchasz mnie, Martho? Czy może mówię do siebie?  

Oczy  Marthy  otwierają  się  szeroko.  Pracujesz,  napomina  się,  a 

klient płaci za twoją uwagę. 

-  Przepraszam  -  odpowiada  i  zauważa,  że  gdy  z  jego  przystojnej 

twarzy  znika  uśmiech,  w  okolicy  ust  pojawia  się  surowy  grymas,  a 

nabrzmiała żyła na czole gotowa jest pęknąć w przypływie gniewu.  

Kurt  ubiera  się  z  klasą,  co  zwykle  trudno  dostrzec  w 

konwencjonalnym stroju biznesmena. Martha - wyczulona na subtelną 

sztukę  doboru  krawata,  grę  krat  i  pasków  czy  znaczącą  wymowę 

kołnierzyków - potrafi to jednak zauważyć.  Zaczyna się zastanawiać, 

background image

dlaczego  właściwie  ją  wynajął  -  zdaje  się,  że  całkiem  nieźle  sobie 

radzi na randkach - i zadaje rutynowe już pierwszorandkowe pytania. 

-  Czego  się  spodziewasz  po  tym  doświadczeniu?  Jak  się 

dowiedziałeś o Pierwszej randce? Jak sądzisz, jakie masz problemy na 

randkach? 

W  przeciwieństwie  do  większości  klientów,  Kurt  gotów  jest 

natychmiast odpowiedzieć. 

-  Może  wyjdę  na  aroganta  -  zaczyna  bez  zwłoki  -  ale  myślę,  że 

całkiem  przyzwoita  ze  mnie  partia.  -  Wylicza  swoje  zalety,  po  kolei 

rozprostowując zgięte palce, aż w końcu otwiera obie dłonie. - Jestem 

inteligentny,  zdrowy,  nieźle  oczytany,  dobrze  zabezpieczony 

finansowo, dobrze  wykształcony, sporo podróżowałem... 

Dobrze, dobrze, myśli Martha, zakładając, że klient żartuje. 

-  Nieźle  gotuję,  jestem  elegancki,  w  świetnej  formie  i  dodajmy, 

nie taki znów nieatrakcyjny. 

Nie żartuje. 

-  W  zasadzie  -  ciągnie  -  mogę  zaoferować  właściwej  kobiecie 

całkiem niezłe życie. - To całkiem niezłe życie obejmuje dom na wsi, 

pięćdziesięciostopowy  jacht,  trzypiętrową  kamienicę  przy  parku 

Grammercy oraz własny samolot. - To chyba uzasadnione, że kobieta, 

z którą się zwiążę, również powinna mieć wiele do zaproponowania. -

Wzrokiem pyta retorycznie: „Prawda?" 

W  spojrzeniu  Marthy  próżno  szukać  odpowiedzi.  Niemniej 

rzeczywiście sądzi, że to dziwne - nawet jeśli do zalet Kurta nie należą 

jej  ulubione  ciepło  i  poczucie  humoru  -  że  dotychczas  nie  spotkał 

background image

kogoś,  komu  te  przed  chwilą  wymienione  wystarczyłyby,  aby  przy 

nim wytrwać.  

Zastanawia  się,  czy  jej  klient  przypadkiem  nie  należy  do 

mężczyzn,  którzy  pragną  miłości  kobiety,  a  gdy  już  dopną  swego, 

przestaje  im  na  niej  zależeć  -  z  gatunku  tych,  co  myślą:  „Jeśli  mnie 

kochasz, to coś z tobą nie w porządku". Kurt nie wydaje jej się już taki 

przystojny. Wtedy następuje wyliczanka: 

-  Odpowiednia  kobieta  musi  być  inteligentna,  piękna, 

wysportowana  i  musi  kochać  sztukę.  -  Nadmienia,  że  pieniądze  jako 

takie  nie  są  konieczne,  ale  robiący  wrażenie  dorobek  naukowy  oraz 

udana kariera owszem. - Przede wszystkim nie powinna oczekiwać, że 

będę ją rozpieszczał. Potrzebna mi też kobieta, która nie da plamy na 

obiedzie  służbowym.  -  Przerywa  i  obrzuca  Marthę  spojrzeniem 

winowajcy,  prawdopodobnie  zdając  sobie  sprawę,  że  brzmi  zupełnie 

beznamiętnie. - I cholernie mnie kręcą smutne oczy. 

Smutne  oczy?  Czy  nie  należą  one  zwykle  do  większej  całości  w 

postaci smutnego człowieka? - zastanawia się Martha. 

Uwaga: odpuść sobie tę listę. 

-  Zasadniczo  kobieta,  z  którą  będę,  powinna  rozumieć,  pod  jaką 

presją  się  znajduję  -  mówi  Kurt  z  niecierpliwością  zdradzającą,  że 

zależy  mu  na  tym,  by  i  Martha  to  zrozumiała.  -  Działam  jak  na 

froncie.    Ta  wojna  wyniszcza  ludzi.  Zanim  się  zorientują,  co  ich 

trafiło,  już  są  martwi.  W  tym  biznesie  to  codzienność.  -  Pociąga  łyk 

podwójnej  szkockiej  z  lodem.  -  Kiedy  wracam  do  domu,  ostatnia 

background image

rzecz,  jakiej  mi trzeba,  to  ktoś, kto  koniecznie  chce  wiedzieć,  jak mi 

minął dzień. Potrzebuję spokoju. 

Martha  nie  może  uwierzyć,  że  przeoczyła  tak  ważną  informację 

dotyczącą jego życiorysu. Bardzo jej się chce zapalić. 

-  Przypomnij  mi,  Kurcie,  czym  się  zajmujesz?  -  pyta  naj- 

łagodniejszym tonem stewardesy, jaki słyszała w wykonaniu matki.  

Pracujesz  na  urazówce?  Infiltrujesz  komórki  al-Kaidy?  Jesteś 

wtyką mafii? Nie może sobie przypomnieć. 

- Prowadzę firmę informatyczną - odpowiada Kurt.  

Martha powstrzymuje wybuch śmiechu i sięga po serwetkę. 

-  Masz  pojęcie,  co  się  działo  w  branży  komputerowej  przez 

ostatnich  kilka  lat?  -  pyta  klient.  -  Firmy  zostały  zdziesiątkowane. 

Uchylamy się przed kulami. 

- Mm-hmm... - Martha odchyla się na oparcie krzesła. 

Kurt  bierze  głęboki  oddech,  rozluźnia  ramiona  i  obdarza  ją 

uśmiechem.  Znów  staje  się  przystojny.  Działa  na  Marthę,  nie 

wulgarnie, ale jak mężczyzna, który daje kobiecie do zrozumienia, że 

uważa ją za atrakcyjną. 

-  Dość  już  o  mojej  pracy  -  mówi  i  przybiera  łagodniejszy  ton.  -

Zabierzmy się do bardziej romantycznych spraw. 

Martha  odwzajemnia  uśmiech,  przekonana,  że  Kurt  chce 

rozluźnić atmosferę. 

- Kobieta, która by mi odpowiadała, powinna być szczupła, mieć 

co najmniej metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i nie więcej 

niż  trzydzieści  pięć  lat...  -  przerywa  na  chwilę,  by  sprawdzić,  czy 

background image

przypadkiem  nie  obraził  rozmówczyni  -  ...żeby  jej  się  za  bardzo  nie 

śpieszyło do ślubu i dzieci. 

- Odczuwasz presję, żeby się ożenić? - pyta Martha.  

Kurt poprawia się na krześle. 

- Zawsze jesteś taka bezpośrednia? 

-  Na  ogół  -  odpowiada  Martha,  chociaż  wie,  że  na  prawdziwej 

randce nigdy nie zadałaby takiego pytania. 

-  Moja  dewiza,  jeśli  chodzi  o  kobiety,  brzmi  następująco:  nie 

myśl, co będzie jutro, żyj  dniem dzisiejszym. 

Anonimowi Alkoholicy też mają taki slogan, myśli Martha. 

-  Zapomnijmy  na  chwilę  o  tym,  z  kim  chcesz  się  umówić,  i 

skupmy się na tym, jak sobie radzisz na randkach - proponuje. 

Żyłka na czole Kurta zaczyna lekko pulsować. 

-  Informowałem  cię  tylko  o  swoich minimalnych  oczekiwaniach. 

Wiem, że nie jesteś swatką. Jesteś ekspertem od randek. - Sposób, w 

jaki  akcentuje  słowo  „ekspert",  sprawia,  że  nabiera  ono  przeciwnego 

znaczenia. - Nie mówiłem, że nie wiem, jak traktować kobietę. 

Sama  się  nie  wynajęłam,  myśli  Martha.  Ty  to  zrobiłeś!  Żałuje 

jednak,  że  zepchnęła  Kurta  do  defensywy.  Przypominają  jej  się 

pierwsze  doświadczenia  z  psychoanalizą,  gdy  miała  dwadzieścia 

cztery  lata.  Dążyła  wtedy  jedynie  do  tego,  by  orzeczono,  że  nie  ma 

żadnych  problemów  czy  nerwicy,  żeby  psychiatra  jej  powiedział,  iż 

jest całkowicie normalna, zabawna, utalentowana i zrównoważona.  

background image

Uświadamia  sobie,  że  Kurt  tak  właśnie  podchodzi  do  Pierwszej 

randki.  Jego  cel  polega  na  tym,  by  usłyszeć,  że  doskonale  się  w  tym 

sprawdza. 

- A może wymyślimy jakieś romantyczne sztuczki, które mógłbyś 

zastosować? - proponuje i stara się wpaść na jakąś stosowną wojenną 

metaforę, która trafi mu do przekonania, ale przychodzi jej do głowy 

jedynie    -    Pal  licho  torpedy!  Cała  naprzód  -  czyli  rada  bardziej  dla 

niej  niż  dla  niego.  Wobec  tego  stawia  na  hasło  sportowe:  -  Kurt, 

przecież gramy do tej samej bramki. 

Okazuje  się,  że  klient  odnajduje  się  w  języku  sportowców  nie 

gorzej niż w żargonie wojennym. 

-  Nie  przejmuj  się,  już  ci  wybaczyłem  -  mówi  z  uśmiechem.  -

Masz ochotę na kolację? 

Wybaczyłem? - zastanawia się Martha, nieco urażona.  

Kurt  daje  znak  ubranemu  w  smoking  maître  d'hôtel,  który 

przeprowadza  ich  od baru  do uroczego,  ukrytego  w  rogu  sali  stolika. 

Kurt delikatnie odsuwa Marcie krzesło. 

- Fakt, że nie jesteśmy na prawdziwej randce, nie oznacza, że nie 

powinienem  sprawić,  żebyś  poczuła  się  wyjątkowo,  jak  to  zwykle 

robię w wypadku każdej kobiety. 

Martha  zastanawia  się,  czy  jej  klient  zdaje  sobie  sprawę,  do 

jakiego stopnia przeciwne do zamierzonego wrażenie wywarłyby jego 

słowa na każdej  kobiecie. Spiesznie podchodzi kelner i umieszcza w 

wazonie  na  stole  tuzin  smukłych  herbacianych  róż,  kolejny  niesie 

butelkę veuve clicquot, a jeszcze inny stawia kubełek z lodem.  

background image

-  Życie  obeszło  się  ze  mną  bardzo  łagodnie  -  zauważa  Kurt  i 

rozwodzi  się  na  temat  swojego  funduszu  powierniczego,  domu  w 

Nantucket i jachtu regatowego. 

Gdy  po  dwudziestu  minutach  nie  otrzymują  jeszcze  karty  dań, 

mężczyzna  poczuwa  się  do  wyjaśnienia,  że  pozwolił  sobie  zamówić 

dla nich obojga przygotowane przez szefa kuchni dania dnia. Uwaga: 

nawet jeśli twoje maniakalne listy skutecznie wyeliminowały już 95% 

damskiej  populacji,  nigdy  -  przenigdy  nie  waż  się  zamawiać  za 

kobietę na pierwszej randce. 

Przy sześciodaniowym posiłku Kurt cytuje ludzi, którzy go cytują, 

urządza  popis  degustacji  win  i  odsyła  swój  filet  mignon  jako 

rozgotowany. 

-  Kiedy  płacisz  taką  sumę  za  posiłek,  oczekujesz  perfekcji  -

wyjaśnia triumfująco. 

Przez cały ten czas Martha robi to, co umie najlepiej - obserwuje. 

Analizuje zachowanie partnera i próbuje dobrze się bawić. Po deserze 

przeprasza,  wychodzi  do  toalety  i  szybko  zapisuje  w  maleńkim 

notesiku:  „Nie  przechwalaj  się  bogactwem,  po  prostu  nie  oszczędzaj 

na  kolacji.  Nie  popisuj  się  sprawnością,  pozwól  się  podziwiać.  Nie 

wyliczaj dyplomów, olśnij mnie poczuciem humoru".  

Przegląda się w lustrze, konstatując, że ma więcej niż trzydzieści 

pięć  lat,  wesołe  oczy  i  mogłaby  nawet  być  niezłą  dziewczyną  dla 

takiego  faceta  jak  Kurt.  Ponownie  otwiera  notesik.  „Lista  twoich 

wymagań  dotyczących  partnerki  to  najlepszy  przepis  na  samotność  - 

background image

tylko  eliminuje.  Prędzej  znajdziesz  właściwą  kobietę,  jeśli  się  na  nią 

otworzysz, kimkolwiek jest". 

 

WTOREK - CHARLES FRINGER 

Charles  zostawia  Marcie  wiadomość  na  poczcie  głosowej  i  na 

kilka  godzin  wcześniej  odwołuje  kolację.  Mówi,  że  cotygodniowe 

zebrania  w  jego  firmie  zostały  przesunięte  na  wtorki,  a  on  nie  ma 

zwyczaju ich opuszczać. Pyta, czy mogliby przełożyć randkę. 

Cotygodniowe  zebrania?  Co  to  może  znaczyć?  -  zastanawia  się 

Martha.  Spotkanie  z  kuratorem?  Problemy  z  kontrolą  gniewu? 

Obiadek u mamusi? Terapia grupowa? 

 

ŚRODA - WALTER SHERMAN 

Martha jak zwykle spóźnia się dziesięć minut, ale Walter Sherman 

zjawia się jeszcze później, stukając w klawiaturę blackberryego. Gdy 

wreszcie  unosi  wzrok,  nie  może  odnaleźć  swej  partnerki  w  tłumie 

długonogich  gwiazdeczek  przesiadujących  w  barze  Bellissima, 

modnej knajpie w Soho, w której zaproponował spotkanie.  

Doświadczone  i  początkujące  modelki  opierają  się  o  kolumny  i 

rozsiadają  na  stołkach,  krzyżują  albo  rozprostowują  długie  nogi, 

owijają  smukłe  ręce  wokół  cienkich  talii  lub  je  wyciągają.  Walter 

wodzi oczami od jednej dziewczyny do drugiej, przesuwając wzrok po 

ich giętkich ciałach. Wreszcie dostrzega kogoś, kto odwzajemnia jego 

spojrzenie. Martha - bezgłośnie porusza ustami. 

Martha  potakująco  kiwa  głową.  Choć  przy  dwóch  posągowych 

pięknościach  wydaje  się  niska,  całkiem  nieźle  wytrzymuje 

background image

konkurencję  w  czerwonej  jedwabnej  bluzce,  czarnej  spódniczce  i 

błyszczących czarnych kozaczkach. 

Walter  unosi  palec  w  przepraszającym  geście,  którym  prosi  o 

jeszcze  chwilę  cierpliwości,  po  czym  znów  naciska  guziczki. Martha 

zamawia chardonnay, które podają tu w kieliszku wielkości naparstka. 

Wypija wino dwoma łykami. 

Trzydziestoczteroletni  Walter  nie  grzeszy  wzrostem  i  Marcie 

natychmiast  nasuwa  się  określenie  „przerośnięty  szczeniak".  Ma 

obwisłe policzki, duże uszy i zaokrąglone ramiona, które pochylają się 

nad  pulchnym  ciałem.  Sunie  w  kierunku  Marthy,  wciąż  ściskając 

blackberryego jak dziecko ulubiony gryzaczek.  

Przeprasza,  wyciągając  na  przywitanie  wolną  -  lewą  -  rękę  i 

wzorem staruszków oboje długo przytrzymują sobie dłonie.  

Martha uwalnia się pierwsza. 

-  Sprawy  służbowe  -  wyjaśnia  Walter,  wsuwając  urządzenie  do 

kieszeni  i  kiwając  głową,  jakby  oboje  dobrze  rozumieli,  że  nie  miał 

wyjścia.  -  Chyba  już  wspominałem,  że  jestem  producentem 

Wiadomości  wieczornych  NBC  -  oznajmia  niczym  gospodarz 

programu,  po  czym  zerka  na  swoje  odbicie  w  lustrze  za  barem  i 

uśmiecha  się.  -  Wiadomości  nie  staną  w  miejscu  tylko  dlatego,  że 

umówiłem się na drinka z ładną dziewczyną. 

Jego  blackberry  wydaje  długi  dźwięczny  sygnał  świadczący  o 

tym, że bateria się wyczerpuje. Marcie przychodzi do głowy, że mógł 

się po prostu zabawiać jakąś grą. 

background image

- Chyba każdy wie, że wiadomości to zwariowana branża - mówi 

klient. 

Martha  nigdy  nie  była  w  pokoju  redakcji  informacyjnej,  więc 

szykuje się na nawał militarnych metafor w stylu Kurta. 

- Jako producent jestem w zasadzie kluczowym ogniwem między 

wydarzeniami  na  świecie  a  tobą  -  telewidzem.  To  ja  wydobywam 

wiadomości na światło dzienne - chwali się Walter, strzelając oczami 

wzdłuż baru.  

Uśmiecha  się  do  siedzącej  obok  Marthy  modelki,  zakładając,  że 

może i ona go słucha, a zatem jest pod wrażeniem.  

-  Sztuka polega na tym, by nie dać się omamić sławie i władzy. 

Cały  czas  muszę  myśleć  trzeźwo  i  obiektywnie,  obojętnie,  czy 

rozmawiam  z  sekretarzem  stanu  czy  z  Miss  America.  -  Zgina  palce, 

prostując  tylko  wskazujące,  którymi  celuje  w  Marthę.  -  Powinnaś 

zajrzeć na moją stronę w sieci www.wal-terpsherman.com. Mam tam 

trochę  świetnych  rzeczy:  Świat  Waltera,  Wiadomości  Waltera,  Dane 

kontaktowe Waltera.  

Rzuca okiem, by sprawdzić, czy modelka zwróciła na to należytą 

uwagę. Nic z tych rzeczy. Uwaga: mania wielkości. 

-  Jasne  -  obiecuje  Martha,  zastanawiając  się,  czy  Walterowi 

kiedykolwiek udało się umówić na drugą randkę. 

Jego  pager  znów  się  odzywa  i  Walter  próbuje  znaleźć  go  przy 

pasku. 

-  Przepraszam  cię  -  mówi,  unosząc  urządzenie  jak  najbliżej 

twarzy,  wpatruje  się  w  ekranik  i  ze  smutkiem  donosi  o  siedemnastu 

background image

zaginionych  w  katastrofie  samolotowej  w  Montanie,  którzy 

prawdopodobnie  nie  żyją.  Milczy  przez  chwilę,  potem  przestawia 

pager  na  sygnał  wibrujący  i  zgrabnie  umieszcza  na  swoim  miejscu 

przy pasku. 

-  Wystrzałowa  knajpa,  co?  -  pyta,  rozglądając  się  i  ze  świstem 

wypuszczając  powietrze.  -  Aż  zachwyt  bierze,  jak  zadziwiająco 

piękne i eleganckie są nowojorskie kobiety. Myślę sobie, że na jednej 

ulicy  w  Soho  jest  więcej  wspaniałych  kobiet  niż  w  całym  stanie 

Kansas. 

Uwaga: nigdy nie zakładaj, że dziewczynie, z którą umówiłeś się 

na randkę, sprawi przyjemność tak wielki podziw dla innych kobiet. 

-  Jesteś  z  Kansas?  -  pyta  Martha,  lecz  uwagę  Waltera  bez  reszty 

pochłania  nastoletnia  modelka,  bez  stanika,  jedynie  w  bluzeczce  w 

folkowym  stylu,  która  prowadzi  ich  do  stolika  -  nakrytego  lnianą 

serwetką  kwadracika  przyciśniętego  do  ściany  na  końcu  lokalu, 

oddalonego nie więcej niż piętnaście centymetrów od następnego.  

-  Mam  na  imię  Ashley.  -  Dziewczyna  przekrzykuje  rytmiczne 

dudnienie  zbyt  głośnej  muzyki  elektronicznej.  -  Czy  mogę  państwu 

coś podać? - Odbiera zamówienie na napoje i pochyla się, by wręczyć 

im  menu,  pozwalając  Walterowi  bez  przeszkód  zajrzeć  w  dekolt 

bluzki.  -  Proszę  dać  mi  znać,  jeśli  zechcą  państwo  jeszcze  coś 

zamówić. 

-  Jasne,  Ashley.  Dzięki  -  odpowiada  Walter.  -  Martho,  możemy 

się  zamienić  miejscami?  Wolę  patrzeć  na  ludzi.  W  ten  sposób 

zachowuję  czujność.  

background image

Martha  czuje,  jak  wzbiera  w  niej  niechęć  do  klienta,  i  upomina 

samą siebie, że powinna się zachowywać jak profesjonalistka. To nie 

randka,  tylko  praca,  i  jesteś  tu  po  to,  żeby  pomóc.  Przesiada  się  i 

obserwuje  mężczyznę  lustrującego  wnętrze  Bellissimy.  Walter 

marszczy nos. 

- Dlaczego zdecydowałeś się na Pierwszą randkę? - pyta Martha. 

Odpowiada jej pełen zakłopotania uśmiech. 

- Dasz wiarę, że moje byłe dwie dziewczyny natknęły się na twoje 

ogłoszenie i zaraz do mnie zadzwoniły? - wybucha śmiechem. - Obie 

powiedziały,  że  na  pierwszej  randce  byłem  okropny.  Rzecz  jasna, na 

pewno  się  zmówiły  i  chciały  mi  wyciąć  numer,  ale  pomyślałem: 

Dlaczego nie? Taka wiedza zawsze się przyda. 

- Jesteś bardzo otwarty - chwali Martha. 

Ashley wraca z drinkami: następnym naparstkiem chardonnay dla 

Marthy i wodą sodową z sokiem lunetowym Rose dla Waltera. 

- Lubię być zawsze w pogotowiu - mówi Sherman, wskazując na 

bezalkoholowy napój. 

-  Zupełnie  jak  Bruce  Wayne  -  odpowiada  Martha,  wyobrażając 

sobie pelerynę i trykoty ukryte w teczce klienta. 

-  Dobre  -  rzuca  Walter  z  uśmiechem.  -  O  ile  pamiętam,  to  Clark 

Kent  siedział  w  wiadomościach  tak  jak  ja,  prawda?  Za  to  nie 

przypominam sobie, co robił Bruce Wayne. 

- Chyba niewiele - odpowiada Martha. 

Pager  wibruje.  Walter  chwyta  go  i  odczytuje  z  niewielkiego 

ekranika tajemniczą informację. 

background image

- Obawiam się, że muszę odpowiedzieć, Batgirl - oświadcza. - To 

potrwa  tylko  chwilę.  -  Zaczyna  szukać  swojego  blackberryego,  przy 

okazji  wyciąga  komórkę,  dyktafon  i  gameboya.  Gdy  odnajduje 

blackberryego,  wystukuje  e-mail  i  z  uśmiechem  naciska  „wyślij".  - 

Świat jest już chyba bezpieczny. 

Uwaga: odstaw zabawki. 

-  Na  czym  stanęliśmy?  -  pyta  Walter.  -  Aha,  redakcja 

wiadomości... 

 

CZWARTEK - BOB McCAB 

-  Lubisz sprawdzać, na ile cię stać? - Tak właśnie zwrócił się do 

Marthy Bob, gdy spotkali się na ulicy przed Summitem, który okazał 

się  nie  restauracją,  lecz  halą  wspinaczkową.  -  Dlatego  cię 

uprzedzałem,  żebyś  się  swobodnie  ubrała  -  wyjaśnia,  stojąc  obok 

swojego  motocykla,  w  starych  roboczych  butach,  dżinsach  marki 

Levi's i skórzanej kurtce. 

Martha  zastanawia  się,  czy  za  wszelką  cenę  stara  się  zachować 

młodość,  czy  może  po  prostu  jeszcze  nie  wydoroślał.  Nie  jest 

zabójczo  przystojny,  ale  za  to  seksowny.  Ma  potargane  włosy,  pełne 

usta i przynajmniej raz złamany nos. 

- Myślę, że jedyny sposób, żeby naprawdę  kogoś poznać, polega 

na robieniu czegoś razem - mówi. - Wszystko inne to po prostu czcza 

paplanina, mam rację? 

Martha przypuszcza, że prawdziwe życie sprawia Bobowi kłopot. 

Odkryła,  że  Pierwsze  randki  niczym  się  nie  różnią  od  zwykłych,  na 

background image

których  w  ciągu  początkowych  dziesięciu  minut  ludzie  próbują  się 

pokazać - sztuka polega na tym, żeby uważnie słuchać.  

Niewątpliwą zaletą Pierwszej randki jest jednak to, że Martha nie 

musi  ignorować  tych  rewelacji,  by  podtrzymywać  romantyczną 

nadzieję. Jej praca zasadza się faktycznie na tym, by tego nie robić.  

Wchodzi  do  Summitu  w  ślad  za  Bobem  i  spogląda  w  górę  na 

ponadsiedmiometrową  -  na  wysokość  całego  budynku  -  różowawo- 

szarą  ścianę  wspinaczkową,  pełną  ostrych  występów  i  wgłębień. 

Miejscami  ściana  jakby  się  wywija,  tworząc  półki  i  krawędzie,  z 

których poszukiwacze  wrażeń mogą  zwisać głową  w dół, produkując 

niemal  śmiertelną  dawkę  adrenaliny  wartą  całych  dwudziestu  pięciu 

dolców za wstęp. 

Instruktor  wręcza  im  uprzęże  i  w  ciągu  dwóch  minut  recytuje 

regulamin. 

- Co ty na to? - pyta Bob. 

-  Świetnie  -  odpowiada  Martha,  choć  czuje  coś  wręcz 

przeciwnego. 

- Fantastycznie podchodzisz do sprawy! - Bob pomaga jej założyć 

sprzęt  wspinaczkowy,  sprawdza,  czy  wszystko  w  porządku,  a  na 

koniec klepie ją po tyłku. - Najważniejsze jest poczucie, że ty i ściana 

to jedno - oznajmia autorytatywnym tonem.  

Ustawia stopy niczym kaczka i pokazuje, jak znaleźć oparcie dla 

nóg  i  rąk,  wspinając  się  przy  tym  parę  metrów  bez  zabezpieczenia. 

Instruktor  każe  mu  zejść,  na  co  Bob  odpowiada  wymownym 

spojrzeniem „litości". 

background image

- Pamiętaj, nie patrz w dół - poucza dalej Marthę. - Gotowa? 

- Chyba tak. 

Jakby wyczuwając jej lęk, zaczyna dodawać jej otuchy. 

-  Zobaczysz,  będzie  wspaniale!  -  przekonuje.  -  Dasz  radę!  -

zagrzewa. - Idź na całość! 

Uwaga:  unikaj  utartych  powiedzonek  i  cytatów  z  reklam  piwa. 

Martha zastanawia się, czy ten doping przeznaczony jest dla niej czy 

dla niego samego. A może po prostu lubi brzmienie własnego głosu. 

Wtedy  Bob  wspomina,  że  jego  była  dziewczyna,  Beth,  nie 

przepadała za ryzykiem, co doprowadziło w końcu do rozstania. 

- Moją dewizą jest cieszyć się każdym dniem. Wiesz, carpe diem, 

te sprawy. 

Podchodząc  do  ściany  wspinaczkowej,  Martha przypomina  sobie 

dalszy ciąg tej sentencji: carpe diem... quam minimum credu apostero. 

„Nie  pokładaj  nadziei  w  jutrze"  -  to  dopiero  pocieszające,  myśli  i  z 

bijącym  sercem  odnajduje  najniższe  uchwyty.  Próbuje  się  uspokoić  i 

bierze  kilka  głębokich  oddechów.  Po  jakie  licho  zdecydowała  się 

podpisać  oświadczenie,  w  którym  zwolniła  Summit  z  wszelkiej 

odpowiedzialności za skutki wypadku lub śmierć? 

Gdy  dociera  na  wysokość  niemal  sześciu  metrów,  po  omacku 

szukając  punktów  zaczepienia,  przychodzi  jej  na  myśl,  że  w  wieku 

trzydziestu  siedmiu  lat  nie  powinna  już  robić  na  randce  rzeczy,  na 

które  nie  ma  ochoty,  nie  wspominając  o  zwisaniu  w  uprzęży 

wspinaczkowej  i  odpowiadaniu  w  tej  pozycji  na  zestaw  pytań 

zapoznawczych. 

background image

-  Mam  już  dość  -  woła  i  rozluźnia  uchwyt,  ufając,  że  Bob  nie 

pozwoli jej spaść. 

-  Fantastycznie!  -  odkrzykuje.  -  Pierwszy  raz  jest  zawsze 

najstraszniejszy. 

Martha  po  cichu  odmawia  „Zdrowaś  Mario"  i  wyzwala  się  ze 

sprzętu. 

- To właściwie mój ostatni raz.  

Bob rozkłada ręce. 

-  Nauczyciel  tylko  otwiera  drzwi,  a  uczeń  sam  musi  wejść  do 

środka. 

A  niech tam,  myśli  Martha, decydując  się  złamać  swoją  zasadę  i 

przejąć inicjatywę. 

- A co powiesz na odrobinę czczej paplaniny? 

-  W  porządku,  dlaczego  nie?  -  Bob  proponuje  francuską  kafejkę 

za  rogiem,  w  której  podają  wspaniałe  crepe  i  kawę.  Po  drodze  mówi 

jej,  że  pracuje  jako  scenarzysta  i  w  tej  kawiarni  powstały  niektóre  z 

jego  najlepszych  dzieł.  -  Beth  uważa,  że  obsługa  jest  zbyt  powolna, 

ale mi się podoba, że jest taka autentycznie francuska. 

Uwaga: nie opowiadaj zbyt wiele o swojej byłej dziewczynie. 

W  kafejce  jest  nieco  niechlujnie,  przypomina  bardziej  salon  w 

jakimś mieszkaniu niż restaurację, a dwóch gburowatych kelnerów nie 

ma  najszczęśliwszych  min  na  widok  gości.  Martha  i  Bob  siadają  w 

narożniku na sfatygowanej dwuosobowej kanapie.  

background image

Dziewczyna  mruży  oczy,  by  odczytać  menu  wypisane  na  tablicy 

na przeciwległej  ścianie  pomieszczenia.  Zamawia  cappuccino  i crêpe 

fromage, a Bob prosi o czarną kawę, „jak zwykle". 

- Nic nie zjesz? 

-  Wiesz,  co  powiedział  Hemingway  o  gruszkach  Cézanne'a?  - 

pyta Bob. - Że na pusty żołądek są piękniejsze. - Robi krótką przerwę. 

-  Tak  właśnie  chcę  przeżyć  życie:  podziwiając  piękno,  które  mnie 

otacza.  Nawet  jeśli  to  oznacza,  że  mam  opuścić  posiłek  lub  dwa,  by 

kolejny lepiej smakował, to co? Beth, rzecz jasna, myśli, że przyczyna 

tkwi w moim skąpstwie, ale ona tego nie łapie. 

- A kiedy właściwie się rozstaliście? - pyta Martha.  

Bob opiera się i zakłada ręce za głowę. 

-  Jakbym  chciał być  cyniczny,  tobym  spytał  „za  którym  razem?" 

Rzecz  w tym, że byliśmy  ze sobą z  przerwami przez dziesięć  lat, ale 

ostatnie zerwanie jest raczej definitywne. Po skończeniu studiów Beth 

się  zmieniła.  Nagle  zachciało  jej  się  całego  tego  mieszczańskiego 

gówna: mieszkania z dwoma sypialniami, wynajętego domku na lato, 

ubezpieczenia  i  reszty  kramu.  Chce,  żebym  zrezygnował  z  marzeń  i 

poszedł  pracować  do  jakiejś  firmy.  Po  prostu  przestaliśmy  do  siebie 

pasować, jak ośli pysk do końskiej uzdy. 

Martha przekrzywia głowę. 

- To stare chińskie porzekadło. 

Kelner stawia kawy na stoliku ze znudzonym Voilà. 

background image

-  Po  prostu  zbyt  się  różnimy.  Lubię  żyć  pełnią  życia  ciągnie, 

rozkładając  szeroko  ręce.  -  Kiedy  umrę,  chcę,  żeby  przyjaciele 

pomyśleli: „Ten to dopiero wiedział, jak przeżyć życie". 

Martha uśmiecha się znad parującego cappuccino. 

-  W  każdym  razie  muszę  znów  zacząć  się  z  kimś  umawiać,  to 

wszystko  -  mówi.  -  Beth  twierdzi,  że  żadna  kobieta  nie  zechce 

trzydziestoośmiolatka  bez  perspektyw,  ale  ja  nie  sądzę,  że  wszystkie 

są takie powierzchowne. Poza tym to ja będę się śmiał ostatni, kiedy 

nakręcą mój film. 

-  Nie  uważasz,  że  może  lepiej  trochę  odczekać,  zanim  wejdziesz 

w nowy związek? - pyta Martha, wspominając własne doświadczenia, 

jeśli chodzi o zasadę „klin klinem". 

-  O  nie,  jestem już  gotowy  -  odpowiada  Bob,  wyciągając nitkę  z 

sofy. - Potrzebuję kogoś nowego, kogoś z pozytywną energią. 

 

PIĄTEK - HANNIBAL 

Martha z przyjemnością spędza walentynki z Hannibalem. Nigdy 

nie przepadała za tym świętem. Najlepsze  walentynki, jakie jej się  w 

życiu  przytrafiły,  upłynęły  jej  w  towarzystwie  Lucy  w  Madison 

Square Garden na westminsterskiej wystawie psów.  

Piły taniego szampana z plastikowych kubeczków w kształcie serc 

i rozważały ciekawe zjawisko polegające na tym, że im mniejszy pies, 

tym  większy  właściciel.  Z  kolei  najgorsze  walentynki  spędzała  w 

czerwonych sukienkach z mężczyznami, których chciała pokochać. 

background image

W  tym  roku  wypożyczyła  film  Sklep  na  rogu,  zrobiła  pedicure, 

zamówiła sushi (które zjedli wspólnie z Hannibalem) i miała nadzieję, 

że romantyczny weekend Lucy naprawdę się uda. 

 

SOBOTA - ALLEN SANDERS 

Allen jest młody,  wrażliwy i nerwowy. Martha jeszcze nigdy nie 

miała  większej  ochoty  pomóc  klientowi.  Ma  uroczą,  pociągłą, 

piegowatą  twarz,  brązowe  oczy,  nieśmiałe  spojrzenie  i  jasne  kręcone 

włosy,  jakie  widuje  się  zwykle  u  baraszkujących  na  plaży  małych 

chłopców. 

- Podoba ci się to miejsce? - pyta. 

Siedzą  naprzeciw  siebie  na  wysokich  stołkach  przy  okrągłym 

stoliku w minibrowarze w okolicy wieżowca Flatiron. 

-  Jest  świetne  -  odpowiada  Martha,  szczęśliwa,  że  po 

wspinaczkowej  randce  znalazła  się  po  prostu  w  restauracji.  Ocenia 

wybór  piw.  -  Co  byś  zamówił:  bawarskiego  weisena  czy  ciemnego 

stouta? 

-  Jesteś  pewna,  że  nie  wolałabyś  czegoś  tajskiego  albo  sushi?  A 

może stek? - dopytuje się Allen. - Zrobiłem jeszcze trzy rezerwacje. 

- Naprawdę jest wspaniale. Bardzo mi tu dobrze. - Marta zamawia 

stouta  i  przechodzi  do  pierwszorandkowych  pytań.  -  Jak  byś  określił 

swój największy problem na randkach? - zaczyna. 

-  Brak  pewności  siebie  -  wyznaje,  wciąż  wymachując  rękami.  -

Podobno już w łonie matki byłem nieśmiały. Tak twierdzi mama. 

Uwaga: za wszelką cenę unikaj nawiązań do łona swojej matki. 

- Jak  się zazwyczaj czujesz na randce? - kontynuuje.  

background image

Allen  zastanawia  się  przez  chwilę  i  próbując  uspokoić  ręce, 

kładzie je, jedną na drugiej, na stole. 

-  Zdenerwowany  -  odpowiada.  -  Zawsze  wydaje  mi  się,  że  moja 

dziewczyna na pewno wolałaby robić coś innego i z kimś innym. 

Martha  wie  coś  o  problemach  z  pewnością  siebie,  bo  większość 

swoich  dotychczasowych  randek  odbyła,  wcielając  się    w  kobietę,  z 

którą według jej wyobrażeń mężczyźni chcieliby się umawiać.  

Gdy była nastolatką, zmieniała się z jednego aniołka Charliego w 

drugiego,  zdając  sobie  sprawę,  że  każdy  chłopak  ma  nad  łóżkiem 

przynajmniej  jeden  ich  plakat.  Po  przekroczeniu  dwudziestu  lat 

wypróbowała  wszystkie  gwiazdy  -  od Madonny  czy  Cindy  Crawford 

po Julię Roberts.  

Teraz  wzoruje  się  na Mirandzie  z  Seksu  w  wielkim  mieście  oraz 

na  Catherine  Zeta-Jones.  Jeśli  randka  się  nie  uda,  wcielanie  się  w 

jakąś  postać  powoduje,  że  w  odczuciu  Marthy  odrzucona  została 

właściwie nie ona sama, lecz ktoś inny. 

Martha  spogląda  przez  stolik  na  słodkiego  Allena,  podciąga 

spódniczkę  i  zakłada  nogę  na  nogę.  Czuje  się  dziś  trochę  jak  pani 

Robinson.  Kelner  podaje  im  piwo  w  wysokich,  zmrożonych  kuflach. 

Długie palce Allena rytmicznie stukają w stół. 

- Powiedz mi, jak to jest być kucharzem? - pyta Martha, wiedząc, 

że pomaga mu bardziej, niż powinna. 

-  Cóż, przede mną jeszcze jeden semestr nauki, ale uwielbiam to -

odpowiada  Allen,  wyraźnie  się  rozluźniając  przy  opowieściach  o 

wałkowaniu ciasta, mieszaniu sosów czy zagniataniu chleba.  

background image

Posługując  się  dłońmi  jak  łopatkami,  pokazuje  Marcie,  jak 

przygotowywał 

tego 

wieczoru 

mus 

czekoladowy, 

dodaje 

wyimaginowane białka do gęstego sosu.  

-  To było boskie -  mówi, zamykając oczy.  

Wciąż  wymachuje  rękami  i  rozkłada  je,  aż  wreszcie  czubkami 

palców trąca kufel Marthy, który niebezpiecznie się chwieje, po czym 

przewraca w jej kierunku. 

- Oj - krzyczy Martha, gdy cała zawartość naczynia ląduje na jej 

bluzce i spódnicy. 

Allen skacze na równe nogi. 

-  O  Boże,  tak  mi  przykro.  -  Niezdarnie  poklepując  ją  po  udach, 

próbuje zebrać piwo serwetką. - Strasznie cię przepraszam. 

-  Nie  przejmuj  się  -  odpowiada  przemoczona  Martha.  -  To  tylko 

trochę piwa. 

Przybiega  kelnerka  z  garścią  dodatkowych  serwetek,  a  jej 

pomocnik  sprząta  mopem  rozlaną  wokół  resztę  napoju.  Martha 

wychodzi do toalety, by doprowadzić się do porządku. Gdy wraca, na 

stoliku czekają już nowe kufle z piwem. 

Allen wygląda na wstrząśniętego. 

- Zrozumiem, jeśli wolałabyś iść do domu. 

-  Co?  Z  powodu  odrobiny  rozlanego  piwa?  -  Wzrok  Marthy 

uzupełnia: „Nie wygłupiaj się". Gdyby na jego miejscu znajdował się 

inny, mniej wrażliwy klient, być może skorzystałaby z propozycji, ale 

wątpi, czy Allen zdecyduje się jeszcze raz umówić, a sądzi, że potrafi 

background image

mu pomóc. - Naprawdę wszystko w porządku - zapewnia, odciągając 

mokrą bluzkę, by nie przylegała do koronkowego stanika. 

-  Po prostu nie mam pojęcia, jak mogłem zrobić coś tak głupiego. 

Przecież zrobiłem tylko tak... - mówi, powtarzając gest, który wykonał 

kilka chwil wcześniej.  

To, co następuje, jest równie nieuchronne jak kolejna fala bijąca o 

brzeg  -  kufel  Marthy  opiera  się  na krawędzi  przez  jedną, upływającą 

jakby  w  zwolnionym  tempie  sekundę,  niczym  uczepiony  obręczy 

koszykarz, a potem zwyciężają prawa fizyki. 

 

PONIEDZIAŁEK - BRYCE CARROLL 

Martha na czas zjawia się w Bubbly, knajpce z szampanem, którą 

Bryce  wybrał  na  miejsce  spotkania.  Dostrzega,  że  starannie  ubrany 

chłopak przy barze wyczekująco spogląda na drzwi. 

Natychmiast ją rozpoznaje. 

- Martha? - pyta. - To ty? 

- Tak - potwierdza. - A ty jesteś Bryce.  

Chłopak po europejsku całuje ją w policzki. 

- Nie spodziewałem się takiej seksbomby. 

Martha natomiast nie oczekiwała tak bezgranicznego entuzjazmu. 

Staje się nieco podejrzliwa. 

-  Masz  ten  wspaniały  urok,  jaki  roztacza  Andie  Mac-Dowell  -

zauważa klient. - Ale pewnie wszyscy ci to mówią. - Odsuwa się, by 

objąć wzrokiem całą sylwetkę dziewczyny. - Cholera! A te loki! 

Martha  zastanawia  się,  dlaczego  czuje  się  bardziej  niepewnie  w 

towarzystwie  faceta,  który  prawi  jej  komplementy,  niż takiego,  który 

background image

w  jej  obecności  ogląda  się  za  innymi  kobietami.  W  przypływie 

zażenowania dotyka włosów. 

- Ładny - ocenia Bryce, muskając miękki rękaw swetra kupionego 

przez Marthę tego popołudnia. - Od Prady? 

- Skąd wiesz? 

-  Dobrze  znam  swoich  ulubionych  projektantów  i  uwielbiam 

kobiety,  które  potrafią  świetnie  dobrać  strój.  A  teraz,  czego  się 

napijesz? 

Martha rozkłada ręce i mówi: 

- Skoro już jesteśmy w Bubbly... 

- Doskonale. - Zamawia dla niej kieliszek szampana, a dla siebie 

czyste  martini  Ketel  One,  bardzo  wytrawne,  z  cytryną.  Gdy  barman 

podaje im drinki, martini jest „zbite" i Bryce cierpliwie opowiada mu 

o  przewadze  mieszania  nad  wstrząsaniem.  -  Co  ja  na  to  poradzę?  -

zwraca się do Marthy. - Jestem wymagający. 

Bryce  rzeczywiście  dba  o  szczegóły.  Ma  na  sobie  dżinsy  marki 

Diesel,  doskonale  odprasowaną  koszulę  i  mokasyny  z  frędzlami  od 

Gucciego. Informuje Marthę, że pracuje w reklamie, a ona zastanawia 

się,  czy  dostaje  dużo  prezentów  od  klientów.  To  mogłoby  tłumaczyć 

jego dobrze utrzymaną cerę i lśniące włosy.  Zanim jednak zdoła o to 

zapytać, Bryce sam proponuje, by wymienili się sekretami pielęgnacji 

urody. 

-  „Czysta  skóra"  -  mówi,  dotykając  twarzy.  -  Dziesięć  procent 

kwasów  owocowych,  koenzym  Q10  i  mnóstwo  witaminy  E.  Usuwa 

background image

plamy, drobne zmarszczki i tak wygładza skórę, że nie przypuszczała- 

byś, że to w ogóle możliwe. 

Martha  wciąga  się  w  rozmowę  -  zupełnie  jakby  siedziała  z 

przyjaciółką. 

-  Teraz  twoja  kolej  -  oświadcza  Bryce.  -  Muszę  wiedzieć,  czym 

pielęgnujesz włosy. 

- Mówisz poważnie? - pyta Martha, patrząc mu prosto w oczy. 

- Śmiertelnie - odpowiada. 

I na tym polega twój problem z randkami, myśli Martha. 

 

ROZDZIAŁ 5 

Kobiety  kochają  nas  za  nasze  mankamenty.  Jeśli  mamy  ich 

wystarczająco dużo, wszystko nam wybaczą. 

Oscar Wilde 

Odkąd  zaczęły  się  przyjaźnić,  Martha  ani  razu  nie  zjawiła  się  na 

spotkaniu przed Lucy. Teraz jednak właśnie tak się stało i dziewczyna 

siedzi,  opierając  się  łokciami  o  lśniący  bar  w  La  Lunie.  Czeka  na 

Lucy,  która  przychodzi  z  kilkuminutowym  opóźnieniem.  Martha 

zerka na zegar. 

-  Gdzie  się  podziewałaś?  -  żartuje,  przybierając  troskliwy  ton. 

Stojący  przed  nią  kieliszek  chardonnay  zdążył  się  zrosić.  -  Dlaczego 

nie odpowiadałaś na moje telefony? 

Lucy miała nadzieję, że uniknie rozmowy na temat nieszczęsnego 

weekendu z Adamem. 

- Przepraszam, ale jestem zawalona robotą. 

background image

-  Przyszłam  pięć  minut  wcześniej  -  oznajmia  z  dumą  Martha.  -

Staram się dotrzymywać noworocznych postanowień. 

Zdejmując płaszcz i zsuwając z ramienia wypchaną czasopismami 

torbę,  Lucy uświadamia sobie, że punktualność przyjaciółki znacznie 

skróci czas, jaki zwykle poświęcała lekturze. 

-  Czy  ty  w  ogóle  zauważyłaś,  że  użyłam  liczby  mnogiej?  -  pyta 

Martha. - Postanowień? 

Znaczenie jej słów dopiero po chwili dociera do Lucy. 

- Masz randkę? Z panem Lutym? Kto to? 

-  Fred  -  powoli  odpowiada  Martha,  tak  że  wypowiedziana  przez 

nią pojedyncza sylaba brzmi jakoś egzotycznie. 

Czy Martha kiedykolwiek wspominała o Fredzie? Lucy nie sądzi, 

by tak było. 

- To randka w ciemno - informuje przyjaciółka. 

- I zgadnij, kto im to załatwił? - rzuca Eva, która wyrasta jak spod 

ziemi i kieruje oba palce wskazujące w stronę swojej okrągłej twarzy. 

-  Nie  gadaj.  -  Lucy  zamawia  kieliszek  czerwonego  wina,  a  gdy 

tylko  upewnia  się,  że  Eva  jej  nie  usłyszy,  pyta  przyjaciółkę:  -

Zwariowałaś? 

- Co? Czy fakt, że Eva jest lesbijką, oznacza, że nie zna żadnych 

wolnych facetów, którzy są hetero? 

-  Nawet  my    nie  znamy  samotnych  heteryków,  a  przecież  ciągle 

się  rozglądamy  -  przypomina  jej  Lucy.  -  Zapomniałaś,  kto  był  na 

zeszłorocznym  przyjęciu  gwiazdkowym?  Sześć  par,  jedenaście 

samotnych kobiet i siedmiu gejów. 

background image

Martha wzrusza ramionami. 

- Czy ty w ogóle wiesz, jaki Eva ma gust, jeśli chodzi o facetów? 

-  Lucy,  to  jedyna  osoba,  która  mi  kogoś  znalazła,  okay?  Jeden 

czwartkowy wieczór z kumplem Evy chyba mnie nie wykończy? 

-  Czwartek?  Wtedy  przyjeżdża  Cooper.  Mieliśmy  zjeść  razem 

kolację. 

- Przecież wiesz, jak bardzo chcę się zobaczyć z Cooperem. Dojdę 

do was po randce. 

W  milczeniu,  które  potem  następuje,  Lucy  odpina  klamrę,  a 

błyszczące włosy spływają kaskadą na jej ramiona. Martha dostrzega, 

że kilka głów obraca się w ich stronę.  

Blondynki mają lepiej, myśli i zastanawia się, dlaczego jej śliczna 

przyjaciółka  nie  podejmie  niewielkiego  wysiłku,  który  zupełnie  by 

wystarczył,  żeby  wyglądała  absolutnie  olśniewająco:  pomadka  w 

żywym  kolorze,  elegancka  bluzka  i  porządna  fryzura.  Zawsze  blada 

Lucy wygląda tego wieczoru na kompletnie wykończoną. 

- Wszystko okay, Luce? 

Zamiast odpowiedzieć, przyjaciółka drąży: 

- Wiadomo, skąd Eva zna Freda? 

- Chodzi z nią do Y na kurs garncarstwa. 

-  Kurs  garncarstwa?  -  Lucy  zadaje  pytanie  takim  tonem,  jakim 

ktoś mógłby spytać: „Do lokalu ze striptizem?" 

-  Co  w  tym  złego?  Nawet  podoba  mi  się  wizja  faceta,  który  ma 

ochotę artystycznie się rozwijać. To świadczy o jego zmysłowości. 

background image

- A w dodatku obłędnie lepi garnki - uzupełnia Eva, wymachując 

butelką shirazu. 

Lucy prosi: 

- Opowiedz nam coś o twoim kumplu Fredzie. 

Ewa wie niewiele więcej: niedawno przekroczył czterdziestkę, ma 

włosy, jest po rozwodzie i - tak jej się wydaje -pracuje. 

Lucy marszczy brwi. 

- Niemożliwe, tylko tyle? 

-  A  co  mam  powiedzieć,  że  chętnie  ustępuje  miejsca  przy  kole 

garncarskim? - W barze robi się tłoczno i Eva nie ma czasu na dalsze 

maglowanie.  -  Spełnij  człowieku  dobry  uczynek,  a  kara  cię  nie 

minie... - burczy, śpiesząc do niecierpliwego klienta. 

- Na litość boską, Luce, to tylko randka. Po co to przesłuchanie? 

Właśnie,  po    co    to  przesłuchanie?  Lucy  bierze  głęboki  oddech. 

Przemyka jej przez myśl obraz Adama, bezradnie wpatrującego się w 

kable rozruchowe. 

-  Chyba  po  prostu  bardzo  się  dziwię,  jak  nisko  wieszamy  teraz 

facetom  poprzeczkę.  Spójrz  na  siebie:  jesteś  błyskotliwa  i  wspaniała, 

utalentowana  i  dowcipna,  a  umawiają  cię  z  kimś,  kogo  jedynymi 

znanymi nam zaletami są rozwód i brak łysiny. 

- Dobra. A tak naprawdę co jest grane? - pyta Martha.  

Lucy krzyżuje ramiona na barze i opiera na nich głowę. 

-  Prawda  jest  taka,  że  wkurzyłam  się  na  Adama  i  nie  chcę  się 

wyżywać  ani  na  tobie,  ani  na  Fredzie  czy  Evie.  Wyjazd  na  wieś 

background image

niezbyt  nam  się  udał.  Właściwie  okazał  się  totalną  porażką. 

Wróciliśmy dwa dni wcześniej. 

-  Kochanie,  tak  mi  przykro.  -  Martha  obejmuje  przyjaciółkę.  -

Opowiedz po kolei, jak było. 

-  Daj  mi  parę  minut,  okay?  -  Lucy  wyprostowuje  się  i  próbuje 

odzyskać spokój. 

- Jasne. - Martha rozgląda się. Bar jest już niemal pełny. - A może 

odpuścimy  sobie  dziś  wino  i  weźmiemy  coś  cięższego  kalibru?  -

proponuje. - Mam na myśli tequilę. 

Lucy  świetnie  wie,  że  znajduje  się  w  rękach  wykwalifikowanej 

lekarki dusz. 

- Brzmi doskonale. 

- Bądź grzeczna, a ja opowiem ci kilka ekstrahistorii z Pierwszej 

randki. 

Eva  zabiera kieliszki do wina i zastępuje je mniejszymi do wódki, 

dodaje kilka kawałków limety i miseczkę soli. 

- Sauza? 

Martha potakuje skinieniem głowy. Pierwszy kieliszek spływa do 

gardła wspaniałą rozgrzewającą przełyk strugą. 

Uwagę  Marthy  przyciąga  niski  pękaty  facecik,  który  stoi  na 

palcach  na  obrzeżach  półkola  stworzonego  przez  mężczyzn  w 

ciemnych  garniturach.  Pochyla  się  do  przodu, usiłując przyłączyć  się 

do grupy. 

- O co mu chodzi? - pyta. 

background image

-  To  proste  -  odpowiada  Lucy,  wkładając  do  ust  garść  wasabi.  -

Mniej liczący się goryl próbuje przeniknąć do kręgu dużych samców. 

Sam nie potrafi zdobyć tego, na czym mu zależy, ale z nimi ma szansę 

na resztki jedzenia i pozostawione przez nich samice. Nazywają tę grę 

zoomorfizmem. 

- Biedna pyzata małpka - mówi Martha, szukając już następnego 

kandydata.  -  A  ten  starszy  facet,  ten  seksowny  w  czerwonym 

krawacie? 

Lucy podąża za wzrokiem Marthy i przypatruje się atrakcyjnemu 

mężczyźnie  o  siwiejących  skroniach,  stojącemu  w  samym  środku 

półkola. Właśnie podkreślił swoje zdanie, tak mocno uderzając dłonią 

w  bar,  że  odgłos,  który  się  rozlega,  ucisza  grupę  i  sprawia,  że 

grubasek lekko odskakuje. Mężczyzna śmieje się zadowolony. 

-  Taa.  To  samiec  alfa.  Ten  dźwięk  ma  odstraszyć  konkurentów  i 

drapieżniki  -  komentuje  Lucy.  -  Pan  Czerwony  Krawat  to  wielki 

dominujący samiec tego stada. 

- Cześć, panie Kong - mówi Martha słodkim głosem Fay Wray. - 

Daje  znak  Evie,  by  nalała  następną  kolejkę.  -  Gotowa?  -  pyta 

przyjaciółkę. 

- Gotowa. 

Sypią  szczyptę  soli  na  napiętą  skórę  dłoni  między  kciukiem  a 

palcem  wskazującym,  odliczają do  trzech  i  zlizują,  wypijają tequilę  i 

przegryzają limetką. 

Ośmielona  Martha  wyprostowuje  się  na  stołku,  unosi  brew  i 

mówi: 

background image

- Znajdź mi coś ciekawszego niż naczelne.  

Lucy rozgląda się po barze. 

- A ona? - proponuje Eva, ruchem głowy wskazując na zmysłową 

rudowłosą, która stoi przy stoliku za ich plecami. 

Lucy  przypatruje  się  kobiecie,  która  kołysze  biodrami  w  rytm 

rozbrzmiewającego w tle kubańskiego jazzu. 

- To  łania w rui - odpowiada. - Macha ogonem jak chorągiewką, 

sygnalizując  w  ten  sposób,  że  jest  zainteresowana  rozmnażaniem  się 

przy udziale wolnych byków. 

- Najwyraźniej każdy byk w tym barze jest do wzięcia - zauważa 

Martha. - Nawet te zaobrączkowane. - Spogląda wokół i dostrzega, że 

nikt  w  najmniejszym  stopniu  nie  zainteresował  się  wabieniem.  -  Jak 

tak dalej pójdzie, nigdy nie będę miała jelonka. 

- Wiadomość z ostatniej chwili - mówi Eva, wylewając z shakera 

różowego  drinka.  -  Mamy  dwudziesty  pierwszy  wiek.  My,  łanie,  nie 

potrzebujemy byków, żeby mieć jelonki. 

Marcie rzednie mina. Nie może znieść myśli, że zegar biologiczny 

zmusi ją kiedyś do zastosowania tak drastycznych środków. 

- A może znajdziemy jakiegoś stwora, na którym można polegać, 

jak czarna wdowa albo modliszka? - wypytuje przyjaciółkę. - Coś, co 

po seksie pożera partnera. 

Do  lokalu  wkracza  paw  w  czarnym  skórzanym  płaszczu  i 

pasiastym  szalu  we  wszystkich  kolorach  tęczy.  Zatrzymuje  się  tuż 

przy  wejściu,  by  skontrolować,  kto  na  niego  patrzy.  Potem  kroczy 

wokół baru, by zająć wolny stołek. 

background image

-  Obawiam  się,  że  żadna  pawica  tego  nie  kupi  -  mówi  Lucy, 

rozluźniona i z błyskiem w oku. 

-  A  tych  dwoje?  -  pyta  Martha,  wskazując  na  opalonego 

mężczyznę  około  pięćdziesiątki,  który  po  drugiej  stronie  baru 

pokazuje  zdjęcia  jakiejś  posiadłości  drobniutkiej  Azjatce.  Widać,  że 

czeka na reakcję z jej strony, lecz ta nie następuje. 

-  Wikłacze!  -  woła  Lucy,  której  intelekt  przezwycięża  działanie 

alkoholu.  -  Gdy  samiec  wikłacza  dostrzega  samicę,  która  mu  się 

podoba,  zwiesza  się  głową  w  dół  pod  swoim  gniazdem  i  macha 

skrzydełkami,  dopóki  nie  przyciągnie  jej  uwagi.  Gdy  tego  dokona, 

będzie mógł jej pokazać swój dom. 

-  To  najcudowniejsza  rzecz,  jaką  kiedykolwiek  słyszałam  -

wyznaje Martha. - Wprowadziłabym się, zanimby wywiesił powitalną 

gałązkę. 

- Z nią nie pójdzie chyba tak łatwo - mówi Lucy.  

Azjatka  odgarnia  kosmyk  długich  czarnych  włosów  i  odwraca 

wzrok od mężczyzny z fotografiami. 

- Sugerujesz, że jestem łatwa? 

- Niezupełnie - mówi Lucy. - Ale spójrzmy prawdzie w oczy, nie 

jesteś wikłaczem. 

- A co takiego robi wikłacz, czego mi brakuje? 

-  No  cóż,  po  pierwsze,  samice  wikłacza  nie  spółkują,  dopóki 

dokładnie  nie  obejrzą  gniazda  samca  -  wyjaśnia  Lucy.  -  Jeśli  nie jest 

na poziomie, nici z bzykania. 

background image

- No, no. Faktycznie są sprytne - zachwyca się Martha. - I w tym 

rzecz.  Od  dziś  już  nigdy  nie  zwiążę  się  z  facetem  bez  przyzwoitej 

chaty. 

- Tak gadasz, bo strzeliłaś sobie tequilę - powątpiewa Lucy. 

- Czyżby? A jakie Adam miał mieszkanie, kiedy się poznaliście?  

Lucy robi żałosną minę. 

- Sorry. Zapomniałam, że jeszcze o nim nie mówimy. - Zamawia 

następną kolejkę tequili. 

Gdy Eva nalewa, wyobraża sobie ludzką wersję  wikłacza, faceta, 

któremu chciałoby się wymachiwać skrzydłami, by zwróciła na niego 

uwagę. 

- Kogo ja chcę oszukać? - mówi do Lucy, patrząc na bursztynowy 

płyn  i  czując  jego  działanie.  -  Zawsze  przymknęłabym  oko  na 

niechlujne  gniazdko,  jeśli  ktoś  by  się  odpowiednio  mocno  starał  o 

moje względy. 

-  Ja  też  -  zgadza  się  przyjaciółka,  stukając  o  malutki  kieliszek 

Marthy.  -  Gdy  po  raz  pierwszy  spotkałam  Adama,  wynajmował  na   

spółkę      kawalerkę  w  Hell's  Kitchen.  Jak  myślisz,  dlaczego  się  do 

mnie  wprowadził?  -  Sypie  sól  na  dłoń.  -  Powinnyśmy  się  postarać 

czegoś  nauczyć  od  samic  wikłacza,  bo  one  przynajmniej  działają  z 

myślą o rozmnażaniu. 

-  Za  myślenie  w  stylu  samic  wikłacza  -  wznosi  toast  Martha  i 

szybko  wychyla  trzecią  kolejkę.  -  Dlaczego  nie  jesteśmy  do  nich 

bardziej podobne?  

background image

-  Ludzie  nie  mają  zbyt  pragmatycznego  podejścia  do  rozmnaża- 

nia. - Lucy myśli o swoim związku z Adamem i marszczy czoło. - Po 

prostu miłość nie jest najbardziej precyzyjnym instrumentem pomiaru 

ewolucyjnych wskazań do wiązania się z takim, a nie innym facetem. 

Martha zauważa, że przyjaciółka zaraz się rozklei. 

- Chcesz posłuchać o moich Pierwszych randkach?  

Nie  czekając  na  odpowiedź,  rozpoczyna  opowieść,  przy  czym 

znacznie  wyolbrzymia  wszystkie  wady  swoich  klientów.  Mówi,  jak 

Kurt  kończył  każde  zdanie  bojowym  okrzykiem,  jak  Walter  wciąż 

upuszczał widelec, by kelnerka  w powiewnej bluzce się schylała, jak 

Bryce  zaproponował,  że  zrobi  jej  oczyszczanie  twarzy  za  pomocą 

barowego garnirunku w postaci oliwek i cytryn. 

Wkrótce  Lucy  tak  się  zaśmiewa,  że  po  policzkach  ciekną  jej 

strużki łez. 

-  Przynajmniej  próbowali!  -  Martha  śmieje  się  na  równi  z 

przyjaciółką. 

- To się liczy -  zgadza się Lucy, żałując, że Adam bardziej się nie 

stara.  -  Ale  jedno  mnie  ciekawi  -  co  ty  im  mówisz  na  następnym 

spotkaniu?  Jak  powiesz  takiemu  Walterowi,  że  powinien  przestać 

pożerać  babki  wzrokiem?  Albo  Bryce'owi,  żeby  się  pozbył 

gejowskich naleciałości? 

- Metroseksualnych - poprawia ją Martha. - Z każdym jest inaczej. 

Weźmy na przykład Kurta. Bystry z niego facet. Na drugim spotkaniu 

powiedziałam  mu,  że  przechwalanie  się  pokaźnym  kontem  w 

background image

rzeczywistości robi wrażenie przeciwne do zamierzonego - wydaje się 

niepewny siebie. 

-  Masz  na  myśli  starą  teorię,  że  luksusowy  sportowy  wóz  równa 

się mały fiut? 

- Właśnie. I on to dobrze zrozumiał. Tylko że... -  Martha milknie. 

- Mów dalej - ponagla Lucy. 

- Pierwsza randka ma jedną wielką wadę - wyznaje przyjaciółka. - 

Jedno  spotkanie  po  prostu  nie  wystarcza.  Nadzieja,  że  mogłabym 

pomóc tym facetom, mając dwie lub trzy godziny, jest raczej złudna. 

Przecież  pracują  nad  sobą  -  nad  tym,  kim  są  -  już  dwadzieścia  albo 

trzydzieści  lat.  Nie  wystarczy  im  powiedzieć,  żeby  nie  gadali  przez 

komórkę czy jedli z zamkniętymi ustami. 

Lucy potakująco kiwa głową. 

-  Oni  potrzebują  nie  tylko  wskazówek,  jak  skłonić  kobietę  do 

drugiej randki - ciągnie Martha. - Potrzebują lekcji funkcjonowania w 

udanych, pełnowartościowych związkach. 

- Co masz na myśli? 

- Nie wiem... taki ogólny kurs w stylu, jak być lepszym facetem -

odpowiada  Martha,  wgryzając  się  w  kawałek  limetki.  -  Bardzo 

zróżnicowany:  poczynając  od  nabierania  pewności  siebie  przez 

stolarkę po kurtuazję. I to dopiero początek. 

- Nic nie mów, coś o tym wiem -  zgadza się Lucy i opowiada, jak 

fatalnie  Adam  prowadził  samochód. Rzuca  się  w  przód  i  w  tył,  żeby 

zobrazować ich podróż, po czym, w ferworze demonstracji, niechcący 

ześlizguje się ze stołka. 

background image

- Wszystko okay? - Martha podtrzymuje za rękę wspinającą się na 

swoje miejsce Lucy. 

- Każdy facet powinien dobrze prowadzić samochód - kontynuuje 

Lucy jak gdyby nigdy nic, nieco pijackim, lecz profesorskim tonem. 

- O właśnie - wtrąca się Eva. - Mężczyznom przydałyby się lekcje 

praktycznie  wszystkiego:  zamawiania  wina,  ścielenia  łóżka,  tańca, 

rozpalania ognia... 

- Tak, to absolutnie konieczne! - przerywa Lucy. - Tak naprawdę 

to  powinni  obowiązkowo  opanować  wszystkie  podstawowe 

umiejętności 

jaskiniowca: 

polowanie 

na 

drobną 

zwierzynę, 

odstraszanie drapieżników, znajdowanie wody. Po prostu wszystkie. 

-  A  nowoczesny  jaskiniowiec  powinien  jeszcze  wiedzieć,  jak 

zmienić  koło  -  dodaje  Martha,  wyobrażając  sobie  tkwiącego  na 

poboczu brata. 

-  Nie  wspominając  o  tym,  jak  uruchomić  samochód  z  czyjegoś 

akumulatora  -  uzupełnia  Lucy,  przełamując  opory  i  wyrzucając  z 

siebie  całą  przykrą  historię  weekendu  spędzonego  z  Adamem:  jego 

uwagę  na  temat  orłów,  fatalne  wyjście  do  toalety,  tragiczne  rąbanie 

drewna, każdą żenującą chwilę.  

-  To  było  coś  więcej  niż  zwykła  nieporadność  -  mówi.  -  Jakby 

Adam  dawał  mi  do  zrozumienia,  że  nie  sprosta  moim  oczekiwaniom 

wobec  partnera,  jakby  mówił:  „Takie  mam  ograniczenia.  Spójrz  na 

mnie,  ledwo  potrafię  zadbać  o  samego  siebie.  Nie  jestem  gotowy  do 

roli męża czy ojca". 

background image

-  Nie  sądzę,  żeby  miał  takie  intencje  -  odzywa  się  Martha.  - 

Wiem, że wszystko schrzanił, ale pamiętaj, jak bardzo cię kocha. 

Lucy wyciera nos w wilgotną serwetkę. 

-  To  nie  takie  proste,  kiedy  zachowuje  się  jak  ostatni  idiota. 

Wyobraźcie  sobie,  facet  pociesza  się  matematyką.  Jest  totalnie 

nieobecny.  A  ja  jestem  w  naszym  związku  sekretarką,  muszę  się 

wszystkim zajmować: od załatwiania wakacji i organizowanie kolacji 

po plany na przyszłość. 

Nie  wiedząc,  co  odpowiedzieć,  Martha  przyciąga  przyjaciółkę  i 

całuje ją w czoło. 

- Co się stało z mężczyznami? - pyta Lucy, już niezbyt wyraźnie. 

Toczy palcem suchy groszek wasabi. - Czy nasi ojcowie też tacy byli, 

tylko my tego nie  zauważałyśmy?  Albo może to feminizm zamieszał 

w  naturalnym  porządku  rzeczy?  Może  mężczyźni  poczuli  się 

zagrożeni,  kiedy  kobiety  wdarły  się  na  święte  męskie  terytorium 

pracy. Zamiast zajmować się domem, całkiem się z niego wyniosły. 

Eva i Martha wymieniają czujne spojrzenia, po czym Lucy dostaje 

wielką szklankę wody. 

-  Gloria  Steinem  mówi  tak  -  ciągnie  Lucy,  którą  już  poniosło  -

jeszcze  nie  słyszałam,  by  mężczyzna  prosił  o  radę,  jak  połączyć 

małżeństwo  z  karierą.  -  Rozgniata  kciukiem  wasabi,  pozostawiając 

kupkę proszku. 

Eva spogląda na ten stosik. 

-  A  może  darujemy  sobie  tę  teorię.  To  przecież  faceci,  zawsze 

tacy byli. Wcześniej czy później antropolodzy się połapią, że setki lat 

background image

dawali  się  nabrać  na  te  obrazki  z  jaskiń,  i  okaże  się,  że  jaskiniowcy 

zwyczajnie  zmyślali,  kiedy  malowali  tych  macho,  co  polują  na 

mamuty, i że tak naprawdę robili to tylko dla zabicia czasu: siedzieli 

na  włochatych  dupskach,  bazgrali  i  czekali,  aż  kobiety  wrócą  z 

jedzeniem. 

Martha wybucha śmiechem. 

-  Według  mnie  to  problem  mieszczuchów.  Dla  facetów  ze  wsi 

wszystkie te męskie zajęcia to pestka. 

- Akurat - wątpi Eva. 

- Nie, Evo, Martha ma rację - potwierdza  Lucy. - Mój przyjaciel 

Cooper pochodzi z Południa i faktycznie jest męski. 

- A na dodatek to dżentelmen - dorzuca Martha. 

-  Można  by  pomyśleć,  że  faceci  z  miasta  będą  nadrabiać  brak 

męskości większą kurtuazją, ale nic z tego. 

-  Więc  ich  nauczmy!  -  oświadcza  Martha,  ożywiając  się  na  tę 

myśl. - Gdzie się nauczyłyście rozpalać ogień? 

- Na obozie skautek w Nauset - odpowiada Lucy. 

- Na obozie w Mashunga - mówi Eva. 

- Właśnie! - wykrzykuje Martha, uderzając dłońmi w bar i niemal 

strącając  miseczkę  z  wasabi.  -  Jakie  to  oczywiste!  Zorganizujemy 

obóz dla facetów! 

Lucy zaczyna się śmiać. 

- Najwyraźniej nie tylko ja za dużo wypiłam. 

-  Nazwiemy  go  Obozem  dla  prawdziwych  mężczyzn  -  dodaje 

Martha. 

background image

-  Nawet  chwytliwe  -  przyznaje  Lucy.  -  Dobra,  piszę  się  na  to. 

Adam będzie pierwszym uczestnikiem. 

-  A  Jesse  drugim  -  mówi  Martha.  -  Jeśli  ten  chłopak  ma 

jakiekolwiek  szanse  u  Andrei,  trzeba  mu  przypominającej  dawki 

męskości. 

-  Twoim  facetom  z  Pierwszej  randki  też  przydałaby  się  pomoc  -

włącza  się  Eva  i  zniża  głos.  -  Nie  wspominając  o  większości  moich 

klientów. 

Zmęczona  i  wstawiona  Lucy  oznajmia,  że  na  nią  już  czas.  Rano 

wykłada biologię dla pierwszego roku i gdzieś w tyle głowy już czuje 

jutrzejszego kaca. 

Eva  liczy  im  za  dwie  kolejki tequili,  bo  Lucy  nalega.  Wyciąga  z 

portfela  dwudziestodolarówkę,  na  której  Adam  przykleił  karteczkę: 

„Właśnie  o  tobie  myślę".  Odkleja  ją  i    przylepia  do  zewnętrznej 

kieszonki,  gdzie  zgromadziła  już  tuzin  innych:  „Kocham  cię  jak 

cholera!", „Bądź na zawsze moja", „Chciałbym wziąć cię w ramiona". 

Zwykle  odbiera  te  liściki  jako  urocze,  lecz  dziś  wydają  jej  się  tylko 

krótkie. 

Lucy  daje  Evie  gigantyczny  napiwek  i  chwiejnym  krokiem 

wychodzi  wraz  z  Marthą  na  nocne  powietrze.  Chichoczą  przez  całą 

drogę  do  domu.  Idą  pod  rękę  i  wskazują  na  przypadkowych 

przechodniów. 

-  Natychmiast  na  Obóz  dla  prawdziwych  mężczyzn  -  szepczą  do 

siebie.  

background image

Nazywają  „uczestnikiem"  mężczyznę,  który  pozwala,  by  żona 

sprzątała  po ich  miniaturowym  pudelku, i  odwraca  wzrok,  udając,  że 

nie  jest  jego  właścicielem.  Określają  tak  również  przygarbionego 

męża strofowanego przez  zołzowatą małżonkę, który powtarza tylko: 

„Masz  rację.  Masz  rację.  Przepraszam".  Później  nazywają  tak  faceta, 

który  wchodzi  przed  nimi  do  budynku,  zatrzaskując  im  drzwi  przed 

nosem. 

- Wszyscy na Obóz dla prawdziwych mężczyzn - kwituje Martha, 

przeciągając kartę magnetyczną i przepuszczając Lucy w drzwiach. 

W środku Lucy nagle poważnieje. 

- O Boże, Martha. Wyobrażasz sobie, co byśmy pomyślały, gdyby 

jakiś  facet  chciał  rozkręcić  Obóz  dla  prawdziwych  kobiet?  -  Przed 

oczami ma sceny z lekcji ubijania masła i cerowania skarpet. 

-  Nie  sprowadzaj  mnie  na  ziemię  -  mówi  Martha.  -  Jesteśmy  w 

krainie fantazji i możemy robić, co nam się podoba, a ja chcę zgarnąć 

wszystkich facetów i odesłać ich do naprawy. 

- Dobrze, Dzwoneczku. 

Ściskają się na dobranoc i rozchodzą w przeciwne strony długiego 

holu.  Lucy  słyszy,  jak  Martha  podśpiewuje  własną  przeróbkę  Where 

Have  All  the  Flowers  Gone:  „Gdzie  są  młodzi  chłopcy,  gdzie?  /  Na 

obozie uczą się / Facetami będą w mig / Facetami będą w mig". 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Kobiety chcą przeciętnych mężczyzn, a mężczyźni z całych sił 

się starają być jak najbardziej mierni. 

Margaret Mead 

Martha nie może się zdecydować, co włożyć na randkę w ciemno 

z  Fredem.  Rozrzuciła  ubrania  po  całym  Bordello  -  na  łóżku,  na 

oparciach  foteli,  na  podłodze.  Przymierza  kilka  standardowych 

pierwszorandkowych zestawów: obcisła czarna spódnica do tego jakaś 

kolorowa bluzka i eleganckie czarne kozaczki o spiczastych noskach. 

Ale dziś nic jej nie odpowiada. Martwi się, że jej „roboczy" strój może 

się  wydać  zbyt  przebojowy  i  oficjalny.  W  końcu  to  prawdziwa  

randka. 

Gdyby  tylko  przyszła  jej  do  głowy  właściwa  postać,  w  którą 

mogłaby  się  wcielić  na  spotkaniu  z  Fredem.  Wtedy  doskonale 

pasujący strój sam by się nasunął. Ale kto by się na dzisiaj nadawał? 

Marilyn Monroe? Audrey Hepburn? Catherine Deneuve?  

Tego  wieczoru  nie  ma  jednak  siły  ani  ochoty  odgrywać 

legendarnej  gwiazdy,  więc  zastanawia  się,  dlaczego  nie  może  wpaść 

na jakąś skromniejszą wersję wspaniałej kobiety. Przydałby się ktoś o 

nieodpartym uroku i z poczuciem humoru.  

Ktoś taki jak Lucy.  

Genialne, doznaje olśnienia. Pójdę jako Lucy Stone. Nalewa sobie 

kieliszek  wina  i  wybiera  płytę,  którą  ostatnio  pożyczyła  jej 

przyjaciółka  z  nadzieją,  że  wprowadzi  się  w  odpowiedni  nastrój.  To 

prezent  świąteczny  od  Coopera,  składanka  jego  ulubionych  utworów 

background image

zatytułowana  Piosenki  farmerskie.  Martha  wkłada  krążek  do 

odtwarzacza i przygląda się zdjęciu farmy na okładce.  

Na pierwszym planie stoją krowy, a w oddali mężczyzna - Martha 

domyśla się, że Cooper. Ubrany jest w dżinsy i kraciastą koszulę, a na 

silnych  ramionach  trzyma  ogromną,  większą  niż  on  sam,  piłę 

poprzeczną.  Odchodzi  od  fotografującego  pylistą  drogą  z  płotem  po 

obu stronach. Martha się zastanawia, czy  Fred kiedykolwiek  w życiu 

widział    taką  piłę.  Pierwsza  piosenka  to  Hey,  GoodLookin  i  Martha 

uznaje ją za dobry znak.  

Zwiększa  głośność  i  śpiewa:  Whatcha  got  cooking?,  tańcząc 

korytarzem  w  limetowozielonym  komplecie  marki  Cosabella 

złożonym  ze  stanika  i  stringów.  W  sypialni  wkłada  ciepłe,  długie, 

brązowe  sztruksy,  owija  biodra  szerokim  paskiem  i  z  aprobatą  kiwa 

głową na widok swojego odbicia w lustrze.  

Tak,  a  teraz  co  Lucy  wybrałaby  na  górę?  -  głowi  się.  Ostatnio 

przyjaciółka  pożyczała  od  niej  kardigan  z  angory  w  kolorze  kości 

słoniowej. Martha uznaje, że sweter świetnie się nada (zwłaszcza jeśli 

zapnie  parę  guzików  mniej,  niż  zrobiłaby  to  Lucy).  Wkłada  go  i 

okazuje  się,  że  wszystko  doskonale  pasuje  -  łącznie  z  maleńkim 

skrawkiem  brzuszka  widocznym  w  miejscu,  gdzie  kardigan  rozchyla 

się poniżej ostatniego guzika.  

Podczas zaprawionego kropelką goryczy Sweet Dreams (of You) 

w  wykonaniu  Patsy  Cline  Martha  nakłada  niemal  niewidoczny 

makijaż  w  stylu  Lucy  i  wyobraża  sobie  tragiczny  przebieg  swojego 

romansu z Fredem: pierwszy pocałunek - muśnięcie różem; pierwsza 

background image

kłótnia  -  pociągnięcie  rzęs  tuszem;  niewierność  -  kropla  błyszczyku; 

gorycz  porzucenia  -  przyprószenie  twarzy  pudrem.  You    don't  love 

me, it's plain - śpiewa Patsy. / should know, I'll never wear your ring.  

Martha  opiera  się  o  umywalkę  i  uważnie  ocenia  efekt  swoich 

starań. Pomija wyraz cierpienia, którego przyczyną był wyimaginowa- 

ny  zawód  miłosny,  i  stwierdza,  że  ze  śladowym  makijażem  jej  do 

twarzy. Ciemne oczy błyszczą, a cera wygląda na dobrze nawilżoną. 

Trzeba było o tym pomyśleć, zanim mnie zostawiłeś, Fred, rzuca 

w myślach i zmienia piosenkę na weselszą.  

 

Lucy  dwoi  się  i  troi,  by  przygotować  mieszkanie  na  odwiedziny 

Coopera.  Jeśli  samolot  wylądował  zgodnie  z  rozkładem,  gość 

powinien się lada chwila pojawić. Większość punktów z  listy  została 

już  załatwiona:  wyłożyła  pościel  na  sofie,  posprzątała  łazienkę, 

wyciągnęła nowe świece.  

Pozostało  jedynie  przyrządzić  doskonałą  kolację,  przy  której, 

według jej planu, Cooper i Adam nieco lepiej się poznają. Spotkali się 

już  kilka  razy,  ale  zawsze  któryś  dokądś  pędził,  więc  z  konieczności 

poprzestawali  na  uściskach  dłoni  albo  grzecznościowych  formułkach 

przez  telefon.  Choć  Lucy  nie  wyobraża  sobie,  że  mogliby  się  nie 

polubić,  zdaje  sobie  sprawę,  że  smaczny  posiłek,  łagodna  muzyka  i 

butelka  wyśmienitego  cabernet  mogą  znacznie  przyspieszyć 

zawieranie przyjaźni. 

Gdy dzwoni telefon, Lucy zakłada, że to Cooper, by zawiadomić 

ją o spóźnieniu samolotu lub zaginionym bagażu, lecz  mimo zakłóceń 

na linii słyszy głos Marthy. 

background image

-  Co  tam,  randkowiczko?  -  pyta,  siekając  cebulę  i  przyciskając 

słuchawkę  podbródkiem  do  ramienia.  Oczy  zaczynają  jej  już 

wilgotnieć. 

- Hm. Nic specjalnego - odpowiada z wahaniem Martha. - Trochę 

zboczyłam z drogi na spotkanie z Fredem. 

Lucy  odkłada  nóż  i  spogląda  na  zegarek.  Jest  19.10.  Randka 

Marthy miała się zacząć dziesięć minut temu. 

- Co znaczy zboczyłam? 

- Siedzę w irlandzkim pubie naprzeciwko knajpy, w której mamy 

się spotkać. 

Do  uszu  Lucy  dochodzi  pluskanie  kostek  lodu  w  szklaneczce,  z 

której Martha właśnie coś popija. 

- Luce, co się ze mną dzieje? 

-  Zwyczajnie  się  denerwujesz.  -  Lucy  opłukuje  ręce,  przechodzi 

do  salonu  i  siada  na  podłodze,  opierając  się  plecami  o  sofę.  -    O  co 

chodzi? 

- Pojęcia nie mam. Ale chyba o to, że po prostu nie jestem tobą. 

Lucy jest zdezorientowana. 

- To chyba dobrze. 

-  Nie,  widzisz,  odkąd  pamiętam,  zawsze  na  randkach  kogoś 

udawałam.  -  Martha  jeszcze  nikomu  o  tym  nie  mówiła.  -  Zwykle 

wybieram  jakieś  sławy:  Mae  West,  kiedy  mam  buntowniczy  nastrój, 

Audrey Hepburn, gdy chcę być olśniewająca. Wiesz,  o co chodzi. W 

każdym razie dziś pomyślałam, że mogłoby być fajnie pobyć tobą.  

background image

Lucy  trawi  tę  informację,  nie  do  końca  przekonana,  czy  podoba 

jej się wizja wcielającej się w nią Marthy. 

-  Ale  nie  wyszło  -  ciągnie  przyjaciółka.  -  W  taksówce  zaczęło 

wyłazić  moje  prawdziwe  „ja",  tak  bardzo,  że  nie  mogłam  go 

zignorować.  

Lucy z wyraźną ulgą pyta: 

- No i co mówiło twoje prawdziwe „ja"? 

- Że nigdy w życiu nie zrobiłabyś czegoś tak neurotycznego.  

Fakt, myśli Lucy. 

-  Nie  rozumiem  tylko  jednego  -  dlaczego  tak  się  denerwujesz 

randką  z  facetem,  którego  nigdy  nie widziałaś?  Z  jakimś  garncarzem 

amatorem. 

Martha na chwilę milknie. 

- Chyba po prostu nie zniosłabym, gdyby Fred Jakiś-tam sprawił, 

że poczuję się niewystarczająco piękna albo młoda, albo dowcipna. 

Słowa  przyjaciółki  napełniają  Lucy  uczuciem  wdzięczności  za 

obecność  Adama  w  jej  życiu.  Unosi  jedną  z  poduszek  sofy  w 

poszukiwaniu  przyklejonego  tam  miłosnego  liściku,  lecz  go  nie 

znajduje. 

- Martho, nic się nie stanie, jeśli pójdziesz jako ty. 

-  Mówisz  tak,  bo  jesteś  moją  najlepszą  przyjaciółką  -  wzdycha 

Martha.  -  Poza  tym  nie  masz  pojęcia,  jaka  się  staję  na  randkach.  To 

ktoś zupełnie inny niż ja, taka, jaką znasz. Nie znosiłabyś jej. 

- Wątpię. 

background image

-  Naprawdę!  Zmieniam  się  w  żałosną,  uśmiechniętą  super- 

gospodynię  bez  własnego  zdania.  Zadaję  pytania  w  stylu:  „Jak  ci 

smakuje  zupa?"  albo  „Jak  tutaj  rozkosznie,  nie  sądzisz?"  Wcale  nie 

żartuję,  używam  takich  słów  jak  „rozkosznie".  Lucy,  to  okropne,  ale 

zamieniam się w  moją  matkę. 

- Posłuchaj - mówi Lucy - zaraz ci powiem, o czym masz myśleć. 

-  Jednak  nie  jest  całkiem  pewna,  co  ma  powiedzieć.  -  Pomyśl  tak: 

Jestem  Martha  McKenna,  aktorka,  bizneswoman,  wspaniała  kobieta. 

Ty  jesteś  Fred  Jakiśtam,  nieznana  istota,  która  musi  dowieść,  że 

zasługuje  na  moje  towarzystwo.  -  Lucy  robi  krótką  przerwę.  -  Mam: 

idź jako pawica!  

- Co? 

-  W  przyrodzie  to  samce  zawsze  zajmują  się  zalotami  i 

uwodzeniem. Pamiętasz? I z tą myślą spotkaj się z Fredem. Niech on  

się  postara.  Pomyśl:  Fred  to  tylko  jeden  z  setki  pawi,  które  do  mnie 

uderzają. 

-  Dobra  -  odpowiada  Martha,  wyraźnie  pełna  wątpliwości,  ale 

skłonna chwycić się brzytwy. 

Lucy wstaje i przemierza pokój. 

-  W  czasie  kolacji  powinnaś  sobie  zadawać  takie  pytania:  Fred, 

czy pióra w twoim ogonie mnie zadowalają? Czy podoba mi się twój 

śpiew?  Czy  twój  taniec  godowy  mi  odpowiada,  czy  może  tak  się 

nadymasz, że mam wrażenie, że zaraz pękniesz? 

Odpowiada jej milczenie.  

- Jesteś tam? 

background image

- Kuuu - odzywa się Martha potakująco. - Kuuu. 

-  Zuch  dziewczyna!  -  Lucy  zwalcza  chęć  poprawienia  jej  prób 

imitowania pawicy. - Pamiętaj, niech on  się wysili! 

- Tak. Niech on  się wysili. Niech on  się wysili. Okay, lepiej już 

pójdę, Luce. Mój paw czeka dwadzieścia minut. 

 

Lucy podaje swoje ulubione danie z Cape Cod - linguine w sosie z 

małży.  W  dzieciństwie  co  lato  przynajmniej  raz  w  tygodniu  brnęła  z 

ojcem  przez  błoto  na  bagnach  Zatoki  Nauset,  oganiając  się  od 

kąśliwych  much  i  innych  ledwie  widocznych  owadów,  by  znaleźć 

delikatne małże potrzebne do tej potrawy.  

Te  dzisiejsze  pochodzą  jednak  z  Whole  Foods,  podobnie  zresztą 

jak  cała  egzotyczna  zielenina.  Gdy  Lucy  dopada  przygnębienie 

Nowym  Jorkiem,  lubi  sobie  przypominać,  że  jest  to  jedno  z 

nielicznych  miejsc  na  ziemi,  gdzie  przez  całą  dobę,  bez  względu  na 

porę roku, można kupić młodą rukiew.  

Dorzuca  trochę  koziego  sera,  plasterki  gruszki  i  garstkę 

rozdrobnionych  orzechów  włoskich,  po  czym  umieszcza  miskę  w 

lodówce,  by  całość  się  schłodziła.  Adam  zjawia  się  z  bukietem 

kwiatów nabytym w narożnym sklepiku. 

- Wspaniale pachnie - krzyczy z korytarza, ryglując drzwi.  

Gdy  wchodzi do kuchni, Lucy stoi odwrócona do niego plecami. 

Całuje ją w kark, wywołując u dziewczyny dreszcz podniecenia. Lucy 

obraca się, by pocałować go w usta. 

-  Kwiaty!  Jak  miło.  -  W  obu  dłoniach  trzyma  małże,  a  w  zlewie 

piętrzy się stosik już oczyszczonych. - Wstawisz je do wazonu? 

background image

Adam  sięga  po  wazon  i  uwalnia  bukiet  z  plastikowego 

opakowania.  Łodygi  są  oślizgłe,  a  przy  wyjmowaniu  kwiaty  tracą 

połowę płatków. Ogląda się, by sprawdzić, czy Lucy coś zauważyła - 

na  szczęście  nie  -  więc  szybko  układa  kwiaty,  starając  się  ukryć  ich 

braki. 

-  Jak  ci  minął  dzień,  kochanie?  -  pyta  Lucy,  spodziewając  się 

żywego sprawozdania z wykładu z ekonomii zachowań, na który miał 

dzisiaj pójść. 

Zamiast  tego  Adam  opowiada  jej  o  ergonomie  z  Mount  Sinai, 

który  przyszedł  popatrzeć,  jak  pracuje,  i  ocenić,  jak  ustawienie 

komputera  oraz  nawyki  robocze  przyczyniają  się  do  jego 

chronicznego bólu pleców. 

-  Nie  masz  pojęcia,  Luce,  ile  rzeczy  robię  niewłaściwie:  monitor 

mam za daleko, nadużywam myszy, krzesło jest za niskie. 

Lucy wyciera ręce w fartuszek, po czym go zdejmuje. 

- Zaproponował ci jakieś zmiany? 

- Więcej przerw. 

Więcej przerw? - Lucy zastanawia się, czy Adam zdoła skończyć 

swoją rozprawę przed emeryturą. 

- Poza tym radził kupić ergonomiczną klawiaturę i telefon, który 

pozwala mieć obie ręce wolne, ale to wszystko trochę drogie. - Adam 

pociera  plecy  w  okolicach  lędźwi.  -  I  powiedział,  żebym  poszedł  na 

masaż ortobioniczny. 

-  Masaż?  -  powtarza  sceptycznie  Lucy,  myśląc  o  ogłoszeniach 

wyraźnie  sugerujących  usługi  seksualne,  które  zamieszczane  są  pod 

background image

tym nagłówkiem w pismach takich jak „New York" czy „Time Out". - 

A teraz cię boli? 

Adam potakuje skinieniem głowy. 

-  W  takim  razie  może  się  czegoś  napijesz?  -  proponuje  Lucy, 

zastanawiając się, czy pamiętał o winie. Nie przyniósł go do kuchni. 

-  Wino  powinno  zaraz  tu  być  -  odpowiada  Adam,  wyraźnie 

zadowolony, że nie zapomniał. - Ergonom mi powiedział, że dopóki te 

objawy  nie  ustąpią,  nie  powinienem  podnosić  nic  ciężkiego,  więc 

zamówiłem pół skrzynki z dostawą do domu. 

Kiedy kilka chwil później ktoś dzwoni do drzwi, okazuje się, że to 

nie  dostawca,  lecz  Cooper,  którego  mierząca  metr  i  osiemdziesiąt 

centymetrów  postać  całkiem  wypełnia  drzwi.  Z  przewieszoną  przez 

ramię  torbą  z  mocnej  tkaniny  i  dwiema  butelkami  wina  w  rękach 

otacza Lucy ramionami w serdecznym uścisku i unosi ją.  

Gdy tych dwoje się obejmuje, Adam trzyma się z boku. Przygląda 

się  twarzy  Coopera  nad  ramieniem  Lucy.  Ma  przed  sobą  dobrze 

zbudowanego  mężczyznę  z  burzą  brązowych  włosów,  które  niemal 

wpadają mu do oczu, i bokobrodami przecinającymi smagłe policzki.  

Adam  kiwa  głową  na  przywitanie,  a  Cooper  odwzajemnia  ten 

gest,  wręczając  mu  torbę.  Jej  ciężar  przechodzi  oczekiwania  Adama. 

Bagaż ląduje z hukiem na podłodze. 

 

W  restauracji  jest  dwanaście  stolików  i  tylko  jeden  samotnie 

siedzący  mężczyzna.  Fred.  Ma  na  sobie  jaskrawo-żółty  sweter  z 

dekoltem w serek, a pod nim niebieską koszulę. Choć siedzi zwrócony 

twarzą do drzwi, jest zbyt zajęty usuwaniem kuleczek wełny z rękawa, 

background image

by  zauważyć  nadejście  Marthy.  Dziewczyna  zbliża  się  do  stolika  i 

przedstawia. 

- Cześć - odpowiada Fred. - Miło cię wreszcie poznać. 

Martha  wsuwa  się  na  ławkę  naprzeciwko  niego.  Pomiędzy  nimi 

znajduje  się  wpuszczony  w  stół  palnik.  Smukła  kelnerka  w  kimonie 

zapala go i stawia na nim garnek z wodą. 

- Przepraszam za spóźnienie - mówi Martha. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  odpowiada  Fred,  lecz  Martha  widzi,  że  jest 

odwrotnie. - Zanim zostałem ojcem, też byłem spóźnialski.  

Spieszy z wyjaśnieniem, że jest świeżo po rozwodzie i zajmuje się 

domem i dwiema córeczkami. 

-  Nic tak nie ustawia priorytetów jak dzieci. Zmuszają człowieka, 

by stał się lepszy, niż myślał, że to w ogóle możliwe. 

Martha  wyobraża  sobie  reakcję  Lucy  na  wiadomość,  że  Fred 

Garncarz faktycznie nie pracuje. Potem dopada ją poczucie winy.  

Czy  to  przypadkiem  nie  seksistowskie  mieć  opory  związane  z 

umawianiem  się  z  zajmującym  się  domem  i  dziećmi  ojcem?  Nie 

mówiąc  już  o  zastrzeżeniach  dotyczących  potencjalnych  pasierbic,  o 

których Eva nawet nie wspomniała.  

Nasuwa się jej słowo „gospodyni domowa", a raczej „gospodarz". 

Woda w garnku zaczyna wrzeć. 

- Próbowałaś już kiedyś shabu-shabu? - pyta Fred. - Mam słabość 

do pracochłonnych potraw: homara, karczochów, pistacji. Uważam, że 

wysiłek sprawia, że lepiej smakują. 

background image

Wkrótce  kelnerka  stawia  przed  nimi  wspaniałą  tacę  z  wołowiną 

pokrojoną  w  cienkie  plasterki  i  artystyczną  kompozycją  z  warzyw. 

Wręcza  Marcie  jakiś  sprzęt  -  coś  pomiędzy  nabierką  a  sitkiem  -  i 

pokazuje, jak zbierać pianę z wrzącego płynu. 

Martha próbuje uwierzyć Fredowi na słowo. 

- Jak sobie radzisz, zajmując się domem po rozwodzie? - pyta i za 

pomocą  pałeczek  umieszcza  bok  choy  w  bulgoczącej  cieczy.  Choć 

szumowiny jeszcze nie powstały, przeciąga po powierzchni specjalną 

łyżką. 

-  W  zasadzie  tak  samo  jak  zawsze  -  odpowiada  Fred.  -  Tylko  że 

teraz  mam  własne  mieszkanie.  W  dzień  nadal  przebywam  z 

dziewczynkami  u  byłej  żony.  -  Wrzuca  trochę  warzyw  do  garnka  i 

wpycha je głębiej. - Chcesz zobaczyć zdjęcia? 

Zanim  Martha  odpowiada,  Fred  obchodzi  stół  i  siada  obok  niej. 

Dziewczyna przesuwa się do ściany i skupia na usuwaniu brązowawo-

żółtych  bąbelków  z  powierzchni  wywaru.  Z  garnka  bucha  para,  a 

ramię Freda otacza ją ponad ławką. Odczuwa klaustrofobię. 

Fred przerzuca  zdjęcia swoich uroczych córeczek  -  na karuzeli, 

w łazience, na plaży. 

- Prawda, że są kochane? 

-  Mhm  -  przyznaje  Martha,  dokładając  do  bulionu  dwa  plasterki 

wołowiny  i  trącając  przy  tym  Freda  łokciem.  -  Jemy?  -  Wymownie 

spogląda na pustą ławkę po przeciwnej stronie stołu. 

- Ach, przepraszam - mówi Fred i wprawdzie zabiera ramię, lecz 

pozostaje  w  jej  przestrzeni.  -  A  teraz  chwila  szczerości:  od  czasu 

background image

rozstania  z  żoną  nigdy  się  z  nikim  nie  spotkałem  i  chyba  się  trochę 

denerwuję.  -  Śmieje  się.  -  No  dobrze,  bardzo  się  denerwuję. 

Umówiłem  się  nawet  po  południu  na  specjalną  wizytę  u  mojego 

psychoanalityka. 

Martha ma ochotę poradzić Fredowi, żeby na pierwszej randce nie 

mówił o psychoterapii, ale przypomina sobie, że on akurat nie jest jej 

klientem. 

 

W  Kingston Lucy, Cooper i  Adam siedzą przy kolacji i wsuwają 

do  ust  soczyste  kęsy  linguine.  Posiłek  jest  pyszny,  a  obaj  mężczyźni 

wydają  się  rozluźnieni  i  zadowoleni  ze  swojego  towarzystwa,  choć 

Adam ścisnął dłoń Lucy, wyrażając zdziwienie, gdy Cooper odmówił 

modlitwę. 

Teraz  jednak  wino  płynie  szerokim  strumieniem,  podobnie  jak 

opowieści  Coopera  o  życiu  na  farmie  Tuckingtonów.  Lucy  i  Adam 

słuchają jak zahipnotyzowani.  

Dowiadują  się  o  trudnościach  związanych  z  minioną  rekordowo 

ostrą zimą: awariach różnych maszyn - traktora, snopowiązałki i - jak 

to  określił  -  „miodowozu"  (czyli  rozrzutnika  obornika);  o  tym,  jak 

część  stada  złapała  zapalenie  wymion,  które  wymagało  leczenia 

antybiotykiem,  a  to  z  kolei  sprawiło,  że  przez  jakiś  czas  całe  mleko 

nie  nadawało  się  na  sprzedaż;  o  tym,  jak najęty  pomocnik  niechcący 

rozdarł  jeden  z  dwóch  ogromnych  trzydziestometrowych  worków  z 

kiszonką, marnując sporo paszy na wiosnę. 

background image

-  Prawdę  mówiąc,  to  najcięższa  zima,  odkąd  przejąłem  farmę  -

wyznaje  Cooper.  -  Dzięki  Bogu,  że  mamy  wiosnę.  -  Wkłada  do  ust 

kolejny kęs potrawy i z aprobatą patrzy na przyjaciółkę. 

-  Jak  tam  Pinckney?  -  pyta  Lucy  z  myślą  o  byku  czempionie 

Coopera. 

- Mam z nim same problemy - odpowiada przyjaciel. - I to jakie. 

W  zeszłym  tygodniu  przedarł  się,  cholernik,  przez  płot  i  dopadł 

holsztyńskiego byka sąsiada. Całą zimę wojowali, rycząc na siebie jak 

dinozaury.  Gdy  tylko  wiosna  dała  o  sobie  znać,  stary  Pinckney 

postanowił, że trzeba się pozbyć konkurencji. 

- Co zrobiłeś? - dopytuje się Lucy, odkładając widelec. 

-  Cóż,  w  zasadzie  nie  można  było  nic  poradzić,  pozostało  tylko 

patrzeć.  Chwała  Bogu,  oba  miały  obcięte  rogi,  ale  walczyły  całymi 

godzinami. Przewracały się, rozwalały płoty, waliły się po żebrach, a 

nawet rozniosły niedużą metalową szopę. - Cooper demonstruje walkę 

byków za pomocą sztućców. 

- Nie do wiary - mówi Lucy. - Dlaczego tutaj nigdy nie dzieje się 

nic tak ekscytującego? - Łapie Adama za rękę i proponuje, by uciekli 

z miasta i kupili farmę. 

Adam patrzy na nią jak na wariatkę. Od wypadu w walentynki nie 

minęły nawet dwa tygodnie. 

-  Nie  muszę  ci  chyba  przypominać,  że  zaczynam  dzień  o  piątej 

rano  od  wyrzucania  gnoju  -  odzywa  się  Cooper.  -  Brzmi  nader 

ekscytująco, prawda? 

background image

-  Przymknij  jadaczkę  -  odpala  Lucy,  używając  wyrażenia,  które 

podłapała  od  niego  w  college'u.  -  Nie  znam  nikogo,  komu  się  lepiej 

żyje. 

-  Racja.  Nie  ma co,  gospodarstwo  mleczne  jest  fantastyczne.  Jak 

wiesz, przez większość czasu nie mogę się opędzić od supermodelek. 

Lucy przewraca oczami. 

Cooper  spogląda  na  Adama  ponad  sfatygowanym  bukietem 

kwiatów i nagle zdaje sobie sprawę, że zdominował rozmowę. 

-  Faktycznie,  jak  na  jeden  wieczór,  to  już  dość  kłapię  jadaczką. 

Adamie, opowiedz mi coś więcej o swojej pracy. 

Adam potrząsa głową. 

-  Ciężko  mi  będzie  konkurować  z  opowieściami  o  wściekłych 

bykach. 

-  Nonsens  -  mówi  Lucy,  ściskając  go  za  ramię.  -  Najbardziej 

wpływowe  umysły  świata  zaczynają  się  interesować  ekonomią 

zachowań.  

-  Wal  śmiało  -  wtóruje  jej  entuzjastycznie  Cooper.  -  Nie  chcesz 

chyba,  żebym  wrócił  do  Wirginii  Zachodniej  i  nie  miał  czym 

zaimponować supermodelkom. 

Lucy posyła Adamowi pełen zachęty uśmiech: „Zaczynaj!" Adam 

nie ma wyboru. 

-  Zasadniczo  ekonomia  zachowań  proponuje  teorię  alternatywną 

do  teorii  ekonomii klasycznej,  która zakłada,  że  ludzie  to  racjonalnie 

myślące istoty funkcjonujące na doskonale wydajnym rynku.  

background image

Mówi pośpiesznie, nie mogąc się doczekać, kiedy będzie miał to z 

głowy.  

-  Ekonomiści  zachowań  koncentrują  się  na  irracjonalnym 

postępowaniu  ludzi,  wykorzystując  psychologię  do  interpretacji  ich 

zachowań, na przykład altruistycznych czy takich jak zakup zbędnych 

produktów.  Naszym  celem  jest  zwiększenie  przewidywalności 

konwencjonalnych  modeli  w  ekonomii  i  dostarczenie  bardziej 

realistycznych  wzorów  związanych  z  rzeczywistymi  zachowaniami 

ludzi. 

Cooper szczerze się zainteresował. 

- A w czym się specjalizujesz? 

- W opóźnieniu - odpowiada Adam, patrząc w talerz. - Opóźnienie 

ma ogromne konsekwencje dla gospodarki. 

Faktycznie,  myśli  Lucy,  która  właśnie  zapłaciła  za  Adama  jego 

część czynszu. Adam kontynuuje wywód. 

-  Przykładowo,  wielu  ludzi  zwleka  z  zastosowaniem  planu 

401(k)*, choć wie, że to korzystne. 

- I co, według ekonomii zachowań, można na to poradzić? 

- Większość ekonomistów dowodziłaby pewnie, że rząd powinien 

wypracować  politykę,  która  byłaby  świadoma  tego  opóźnienia,  i 

wprowadzić 401(k) jako plan automatyczny, nie zaś opcjonalny. 

- Ciekawe założenie - komentuje Cooper. - Choć muszę przyznać, 

że zupełnie się z nim nie zgadzam. 

Adam przekrzywia głowę.  

* Emerytalny plan inwestycyjny 

background image

-  Pomysł  polityki,  która  wspiera  opóźnianie,  wydaje  mi  się 

niewłaściwy  -  ciągnie  Cooper.  -  Rząd  powinien  zachęcać  ludzi  do 

osiągania  samodzielności  finansowej,  a  nie  godzić  się  z  lenistwem. 

Chcemy przecież niezależnej ludności. 

Adam  wybucha  nerwowym  śmiechem  i  zamierza  właśnie 

zaoponować,  gdy  Lucy  łapie  go  pod  stołem  za  kolano  i  wymownie 

ściska: „Masz całkowitą rację, ale proszę, zmień temat". 

Chłopak odbiera ten gest jako reprymendę i milknie. 

- Chcę pojechać do ciebie na farmę - odzywa się Lucy.  

Cooper zauważa niepokój na jej twarzy i spogląda na Adama. 

- Wybacz - mówi. - Może na razie darujemy sobie politykę? Lucy 

ci  nie  mówiła,  że  jestem  starym,  zawziętym  konserwatystą? 

Przyjaźnimy  się  przez  te  wszystkie  lata  tylko  dlatego,  że 

postanowiliśmy nie gadać o polityce. 

Adam  kiwa  głową  i  zastanawia  się,  dlaczego  Lucy  nigdy  nie 

wspomniała, że Cooper jest po prostu zaciekłym bykiem zapatrzonym 

w  Fox  TV,  wymachującym  Biblią  i  chorym  na  Drugą  Poprawkę. 

Nigdy wcześniej nikogo takiego nie poznał. 

 

Martha puka do Lucy grubo po dziesiątej. 

-  Jesteś  Einsteinem  w  sprawach  randek!  -  ogłasza,  ściskając 

przyjaciółkę.  -  Wieczór  był  kompletnym  fiaskiem,  ale  twoja  rada 

okazała się genialna! 

W  odpowiedzi  Lucy  przykłada  palec  do  ust  i  ucisza  Marthę 

wymownym „ciii". 

background image

-  Adam  już  się  położył.  Ma  wcześnie  rano  wykład.  Ale  wchodź. 

Jeszcze nie skończyliśmy z Cooperem deseru. 

Kątem oka Martha dostrzega, jak Cooper podnosi się z kanapy, i 

kołysząc biodrami, zmierza w jego kierunku. 

- Witaj, mężczyzno wstający na mój widok - mówi. 

- Masz ochotę na kieliszek wina? - pyta Lucy. 

- Poproszę - odpowiada Martha, opadając na sofę naprzeciwko tej, 

na której wcześniej siedzieli przyjaciele. Zrzuca buty i wyciąga długie 

nogi.  Sweterek  z  angory  unosi  się,  odsłaniając  kilka  centymetrów 

jasnej  skóry  brzucha.  -  Co  cię  tym  razem  sprowadza  do  naszego 

pięknego miasta?  -  zwraca się do Coopera. 

-  Wystarczy  perspektywa  napicia  się  wina  z  dwiema 

najwspanialszymi  kobietami  na  ziemi  -  odpowiada  Cooper,  po  czym 

odwraca na chwilę wzrok od jej brzuszka, by otworzyć butelkę wina, 

którą właśnie podała mu Lucy. 

- Lucy, znasz takich więcej? 

- Cooper mówi, że w Wirginii Zachodniej wszyscy są tacy jak on 

- odpowiada Lucy, która ma ochotę przykryć jej talię narzutą. Obciąga 

swój sweter, jakby dając przykład przyjaciółce. 

-  Niczego  takiego  nie  mówiłem  -  prostuje  Cooper,  nie  mogąc 

oderwać  oczu  od  Marthy.  -  Zapewniam  cię,  jestem  jedyny  w  swoim 

rodzaju. A jakąż to wspaniałą radę dała ci nasza wybitna pani Stone? 

-  Och,  nic  nadzwyczajnego:  włóż  czystą  bieliznę  i  myśl  jak 

pawica - odpowiada Martha. 

background image

-  Oczywiście  -  zgadza  się  Cooper,  zdziwiony,  lecz  zupełnie 

oczarowany dziewczyną. 

- I jak? - wtrąca niecierpliwie Lucy. - Jak się udała randka? 

-  Była  zupełnie  nijaka  -  mówi  z  uśmiechem  Martha.  -  Jak  sam 

paw. Pojęcia nie mam, czego tak się bałam. Pióra w ogonie Freda były 

beżowe, jego śpiew fałszywy, a taniec godowy polegał na obgadaniu 

odkryć, jakich dokonał w trakcie psychoterapii po rozwodzie. 

-  Sexy  -  podsumowuje  bez  entuzjazmu  Lucy.  Przenosi  wzrok  na 

Coopera.  -  Widzisz?  W  tym,  co  ci  mówiłam  nie  ma  krzty  przesady. 

Mamy to na co dzień: facetów, którzy trochę za bardzo ulegają swojej 

wrażliwości. 

Martha wpada jej w słowo. 

- I nie zapominaj o metroseksualistach. 

- Metro co? - pyta Cooper. 

-  No,  wiesz,  metroseksualistach  -  objaśnia  Lucy.  -  Facetach, 

którzy  są  hetero,  ale  lubią  drogie  kremy  do  twarzy,  noszą  wyłącznie 

koszule  szyte  na  miarę  i  nigdy  nie  zamówiliby  martini  bez  podania 

szykownej marki: Grey Goose albo Ketel One. 

-  Racja  -  dodaje  Martha.  -  Mężczyźni  w  Nowym  Jorku  lubią 

chodzić  do  psychoanalityka,  na  jogę  i  na  wyprzedaże  do  Barneysa.  I 

uwielbiają rozmawiać o swoich uczuciach. 

- Wielki Boże - wzdycha Cooper. 

-  Ale  na  randkach  metroseksualiści  nie  są  wcale  najgorsi  -

uzupełnia Martha. 

background image

-  To  zupełnie  niepojęte  -  jąka  się  z  niedowierzaniem  Cooper.  - 

Czy  zdajecie  sobie  sprawę,  że  gdybyście  mieszkały  w  Wirginii 

Zachodniej,  faceci  by  się  bili,  żeby  otworzyć  wam  drzwi?  -  Unosi 

kieliszek,  lecz  zaraz  go  odstawia,  by  mówić  dalej.  -  Do  diabła, 

przeszliby  milę  w  deszczu,  żeby  wam  przynieść  kanapkę  z  szynką, 

jeśli przyszłaby wam na nią ochota. 

Lucy  i  Martha  promienieją.  Choć  nie  wierzą  w  ani  jedno  jego 

słowo,  nie  ma  to  jak  posłuchać  tyrady  Coopera  na  temat:  jak 

mężczyźni powinni traktować kobiety. 

-  Czy  ci  faceci  nie  wiedzą,  że  są  zupełnie  zbyteczni?  -  pyta 

Cooper.  -  Z  tym  swoim  żałosnym  chromosomem  Y  i  całym 

śmietnikiem DNA? Według mnie mężczyzna powinien udowodnić, że 

jest niezbędny, bo inaczej ryzykuje, że stanie się niepotrzebny. 

- Patrząc z punktu widzenia rozmnażania, masz zupełną słuszność 

-  mówi  Lucy  i  wyjaśnia  Marcie  tę  koncepcję.  -  Niewielka  liczba 

wartościowych  mężczyzn  całkowicie  by  wystarczyła,  by  zaspokoić 

potrzeby prokreacyjne wszystkich kobiet. 

Cooper przytakuje skinieniem głowy. 

-  By  zapłodnić  wszystkie  krowy  na  farmie,  potrzebny  jest  tylko 

jeden byk - mówi. Potem pożądliwie spogląda na Marthę. - Choć wolę 

pozostać  przy  zdaniu,  że  samce  gatunku  ludzkiego  mają  do 

zaoferowania  coś  więcej  niż  tylko  spermę:  opiekuńczość,  poczucie 

bezpieczeństwa i uwielbienie. 

Martha  czuje  się  trochę  nieswojo  pożerana  wzrokiem  przez 

Coopera, więc mówi: 

background image

- Cóż, dzisiejszy wieczór upewnił mnie co do jednego - muszę się 

skoncentrować na Pierwszej randce, na interesach. Prawdziwe  randki 

są zbyt zniechęcające. 

 

Podczas  tygodniowego  pobytu  w  Nowym  Jorku  Cooper,  bez 

żadnych  aluzji  czy  słów  zachęty,  robi  wszystko,  czego  potrzebują 

Lucy  i  Martha.  W  mieszkaniu  Marthy  kilkoma  sprawnymi 

uderzeniami  młotka  poprawia  krzywo  zawieszoną  przez  Jessego 

półkę.  Instaluje  dodatkowe  gniazdko  telefoniczne  w  sypialni  Lucy, 

przepycha jej umywalkę i składa biurko, by mogła pracować w domu.  

Przytrzymuje drzwi, odsuwa krzesła, zabiera dziewczyny do kina 

i  elokwentnie  rozmawia  na  każdy  temat  -  od  wina  przez  politykę  po 

prowadzenie  farmy  mlecznej,  a  przy  tym  cały  czas  kompletnie 

nieświadomie emanuje męskością i galanterią, co dla funkcjonujących 

w nowojorskiej codzienności Lucy i Marthy jest zupełnie obce. 

W  przeddzień  wyjazdu  Coopera  Lucy  czeka  na  dowóz  nowej 

sofy.  Portier  informuje  ją  przez  domofon,  że  dostarczyciele 

odmawiają wniesienia jej do mieszkania. 

-  W  papierach  mają  napisane,  że  dostawa  ma  być  pod  dom  -  

mówi portier - a za wniesienie chcą dodatkowo dwieście dolarów. 

Lucy jest zbulwersowana. 

- Za wtoczenie sofy do windy? - Zanim jednak dociera na dół, po 

dostawcach  nie  ma  już  śladu,  a  opakowana  w  wytrzymałą  folię  sofa 

stoi na  chodniku.  -  Zadzwoni  pan do  konserwatora  po  wózek?  -  pyta 

portiera. 

background image

-  Oczywiście,  pani  Stone  -  odpowiada  odźwierny.  -  Zawsze 

chętnie pomogę. 

- Dziękuję - odpowiada Lucy i z ulgą stwierdza, że rycerskość nie 

jest jeszcze całkiem na wymarciu. 

- Pani zadba o mnie, a ja zadbam o panią - dodaje portier. 

Choć  Lucy  miała  szczerą  chęć  dać  mu  napiwek,  teraz  czuje  się 

oburzona,  że  się  o  to  dopomniał.  Gdy  pojawia  się  wózek,  oświadcza 

portierowi, że poradzi sobie bez jego pomocy.  

Tylko  jak?  Adam  tkwi  jeszcze  w  łóżku  nafaszerowany  środkami 

przeciwbólowymi,  bo  nadwerężył  kręgosłup,  próbując  ustawić 

komputer  w  biurze  według  wskazówek  ergonoma,  a  Cooper  jest  na 

śniadaniu z kumplami z college'u.  

Lucy dzwoni na telefon komórkowy Marthy, budząc ją, mimo że 

już  po  jedenastej.  Pięć  minut  później  na  chodniku  pojawia  się 

rozmamłana przyjaciółka. 

- Siedziałaś do późna? - pyta Lucy. 

- Coś w tym stylu. - Przed trzecią kawą Martha jest nie do życia. 

Sofa  okazuje  się  ciężka,  lecz  usiłują  postawić  ją  do  połowy  na 

wózku,  który  ciągle  im  odjeżdża.  Siadają  na  kanapie  i  rozważają 

wszystkie możliwości. Wtedy Cooper wraca ze śniadania. 

- Co u licha? - pyta, łagodnie je odsuwając. Wciąga sofę na wózek 

i  zwinnie  manewruje  nim  po  podjeździe  dla  niepełnosprawnych,  a 

potem wtacza do budynku, w którym natyka się na portiera. 

- Cholera jasna, co z panem nie tak, stanął pan jak kołek w płocie, 

a te panie się męczą? 

background image

Portier wzrusza ramionami. 

- Wnoszenie mebli nie należy do moich obowiązków.  

Cooper piorunuje go wzrokiem. 

-  Faktycznie,  nie  przesadzałaś  -  zwraca  się  do  Lucy.  -  Gdzie,  do 

cholery,  podziewa  się  twój  chłopak?  Kto  pozwala,  by  kobieta  sama 

taszczyła sofę? 

-  No,  no  -  broni  się  Lucy.  -  Wiesz,  że  Adam  nadwerężył 

kręgosłup. 

- Bzdury - mruczy pod nosem Cooper.  

Obraca sofę na bok i ostrożnie wstawia do windy. Pot występuje 

mu na czoło. Martha wyobraża sobie grę mięśni na plecach Coopera. 

Bierze Lucy pod rękę. 

-  Nareszcie  facet,  któremu  nie  trzeba  Obozu  dla  prawdziwych 

mężczyzn! 

-  Niestety,  na  jednego  takiego  wypada  sześciu,  którym  się  to 

przyda  -  stwierdza  Lucy,  oglądając  się  na  portiera,  gdy  wsiadają  do 

windy. - Ten zalicza bilet w jedną stronę. 

- Dożywocie na obozie - zgadza się Martha.  

Cooper patrzy na nie z zaciekawieniem. 

- O czym mówiłyście? 

Lucy  i  Martha  zaciskają  powieki.  Wydało  się!  Drzwi  windy  się 

zasuwają. 

-  Gadajcie  -  nalega  Cooper.  -  Co  to  jest  Obóz  dla  prawdziwych 

mężczyzn? 

- A dotrzymasz tajemnicy? 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Nikt  nigdy  nie  zwycięży  w  walce  płci.  Zbyt  wiele  tu  bratania 

się z wrogiem. 

Henry Kissinger 

-  Jeszcze  raz  mi  przypomnij,  dlaczego  jedziemy  do  Muzeum 

Guggenheima?  -  pyta  przyjaciółkę  Martha,  która  nie  wyobraża  sobie 

nudniejszego zajęcia w ostatni dzień pobytu Coopera w mieście.  

Zmierzają  we  trójkę  na  północ  zatłoczonym  autobusem  po 

Madison  Avenue.  Trzymają  się  metalowych  rurek,  by  nie  wpadać  na 

innych pasażerów, o co nietrudno przy tak dużym ruchu ulicznym.  

-  Za  każdym  razem,  gdy  schodzę  tą  wielką  serpentyną,  dostaję 

choroby lokomocyjnej. 

-  Moja  droga,  trzeba  nam  odrobiny  kultury  -  odpowiada  Lucy.  -

Nie  uważasz,  że  to  trochę  śmieszne,  że  mieszkając  tutaj,  nigdy  nie 

chodzimy do muzeów? 

Martha  wzrusza  ramionami.  Próbowała  przeforsować  lunch  w 

Village albo wyprawę na zakupy do Soho. 

-  Nawet  Cooper  zaliczył  wystawę  Matisse'a  i  Picassa  -  dodaje 

Lucy. 

-  Tak,  to  było  coś  wspaniałego  -  mówi  Cooper.  -  Choć  jeśli  o 

mnie chodzi, powinna się nazywać „Picasso jest trochę lepszy". 

Martha  wybucha  śmiechem  i  powtarza  jego  słowa,  szturchając 

Lucy,  jakby  przyjaciółka  ich  nie  usłyszała,  bo  inaczej  też  by  się 

przecież ubawiła. 

background image

To  nie  jest  aż  takie  śmieszne,  myśli  Lucy  i  nachyla  się  do  okna, 

żeby sprawdzić, na jakiej ulicy się znajdują. Przeszkadzają jej w tym 

puchowe  kurtki  pasażerów  i  zabrudzone  szyby,  więc  odczytanie  w 

trakcie  jazdy  numerów  na  małych  zielonych  tabliczkach  sprawia  jej 

sporą trudność. 

Nagle  autobus  zatrzymuje  się  na  przystanku  i  Martha  traci 

równowagę.  Zatacza  się  na  Coopera,  który  łapie  ją    w  pasie  silnym 

ramieniem.  Żadne  się  nie  rusza,  nawet  gdy  Martha  odzyskuje  już 

równowagę.  

Dziewczynie  przypominają  się  szkolne  czasy,  kiedy  w  siódmej 

klasie  kolano  Dannyego  McCormicka  zetknęło  się  pod  stołem  z  jej 

kolanem  i  zamarli  w  tej  pozycji  chyba  na  całą,  upływającą  w 

zwolnionym  tempie  godzinę.  Udawali,  że  to  dotknięcie  nie  było  ani 

celowe, ani też wyjątkowe, choć ciało Marthy pozostawało przez cały 

czas jak pod napięciem. 

-  Czy  kiedykolwiek  rozmawiałyście  z  Lucy  o  wprowadzeniu  w 

życie  idei  Obozu  dla  prawdziwych  mężczyzn?  -  pyta  Cooper, 

nonszalancko  odnosząc  się  do  położenia  swojej  ręki.  -  Odkąd  mi 

wszystko  opowiedziałyście,  nie  przestaję  o  tym  myśleć.  To  genialne. 

Idiotyczne, rzecz jasna, ale otwiera mnóstwo możliwości. 

-  To  był  mój  pomysł  -  mówi  przyciszonym  głosem  Martha  i 

natychmiast czuje się głupio, że przypisuje sobie tę zasługę. 

-  Wcale  mnie  to  nie  dziwi  -  odpowiada  Cooper,  obdarzając  ją 

uśmiechem.  -  Wiesz,  farma  Tuckingtonów  jest  jakby  stworzona  dla 

tego celu. 

background image

-  Siedemdziesiąta  Dziewiąta  -  wykrzykuje  Lucy  nazwę  ulicy. 

Odwraca  się  znienacka  i  zaskakuje  przytulonych,  niczym  postaci 

jakiejś  rzeźby,  przyjaciół  z  twarzami  zbliżonymi  jak  do  pocałunku.  - 

Jesteśmy prawie na miejscu - mamrocze bezgłośnie. 

Cooper opuszcza rękę, a Martha nieco się od niego odsuwa. 

- Dasz wiarę, że ten wariat naprawdę chce zorganizować Obóz dla 

prawdziwych mężczyzn? - pyta Martha. 

Lucy nie odpowiada. Ten wariat to mój stary przyjaciel, myśli. To 

mój  wariat! 

-  On  mówi  całkiem  poważnie,  Luce  -  ciągnie  Martha.  -  Chce 

zrobić na swojej farmie prawdziwy obóz dla mężczyzn. 

Daj mi spokój, myśli Lucy. 

- To świetny pomysł - potwierdza Cooper. - A wiosną zawsze mi 

się przyda każda para rąk do pracy. -  Uśmiecha się do Marthy. - Mój 

ukryty motyw to oczywiście chęć ściągnięcia was obu na farmę. 

Lucy chmurnie patrzy na jego profil. Przecież jesteś moim planem 

awaryjnym! Dlaczego flirtujesz z Marthą? 

- Poza tym wyobraźcie sobie, jaka to będzie frajda popatrzeć, jak 

mieszczuchy zmieniają się w prawdziwych facetów - rzuca Cooper. 

-  Chyba  faktycznie  coś  w  tym  jest  -  przyznaje  Martha, 

przyglądając  się  jego  stwardniałym  od  pracy  palcom  zaciśniętym  na 

metalowej rurce.  

Zastanawia  się,  czy  poczucie  spełnienia,  jakie  daje  mężczyznom 

wytężona  praca  na  świeżym  powietrzu,  może  przynosić  odprężenie 

porównywalne  z  tym,  które  zapewniają  kobietom  centra  odnowy 

background image

biologicznej.  Czy  taki  wysiłek  może  dodawać  pewności  siebie? 

Działać jak zastrzyk endorfin?  

-  Może  się  okazać,  że  Obóz  dla  prawdziwych  mężczyzn  to 

właśnie  to,  czego  trzeba  moim  klientom  z  Pierwszej  randki.  Nasze 

spotkania nie są w stanie całkowicie rozwiązać ich problemów. Co ty 

na to, Luce? 

- Nie wiem - odpowiada Lucy, zła, że czuje się zazdrosna. 

- Cóż, powiedziałabym, że ten pomysł ma wielki potencjał - mówi 

Martha.  -  Pomyśl  tylko,  jeśli  Obóz  dla  prawdziwych  mężczyzn 

sprawdzi się na farmie Tuckingtonów, moglibyśmy udzielać na niego 

franszyzy. 

- Coś w tym jest - zgadza się Cooper.  

Lucy  krzyżuje  ramiona  na  piersiach.  Za  to  Marthę  taka 

perspektywa przyprawia o zawrót głowy. 

- Obozy dla prawdziwych mężczyzn mogłyby się rozpowszechnić 

w  całym  kraju  -  zapala  się.  -  Mogłyby  nawet  być  tematyczne:  dla 

starszych panów, dla artystów, intelektualistów, gejów... 

-  Czy  tylko  ja  jestem  zdania,  że  to  trąci  nagonką  na  facetów?  - 

pyta Lucy. - Nie mówiąc już o tym, że sukces tego dość ryzykownego 

interesu jest mało prawdopodobny. 

-  Pozwól,  że  ci  przypomnę,  że  Pierwsza  randka  naprawdę 

wypaliła, a to przedsięwzięcie było nie mniej zuchwałe. 

Oczy Coopera płoną. 

- Możemy na tym nieźle zarobić. 

background image

Lucy  nie  postrzegała  Obozu  dla  prawdziwych  mężczyzn  jako 

ulepszonej i poszerzonej  wersji Pierwszej randki, innymi słowy, jako 

sposobu  uświadomienia  mężczyznom,  jak  właściwie  traktować 

kobiety.  Z  drugiej  strony,  nigdy  też  nie  myślała  o  wcieleniu  tego 

pomysłu w życie, to wszystko.  

Jako  biolog  zdaje  sobie  sprawę,  że  obietnica  zwiększenia  szans 

samca w czasie godów zawsze będzie dla niego kusząca. Mimo to nie 

decyduje  się jeszcze  przyznać,  że  takie  przedsięwzięcie  jak  Obóz dla 

prawdziwych mężczyzn może się powieść. 

Cooper chichocze. 

-  Daj  spokój,  Luce.  Pomyśl,  jakie  to  proste.  Potrzeba  nam  tylko 

paru  instruktorów-doradców  i  uczestników.  Idealne  miejsce  już 

mamy. 

-  Farma  Tuckingtonów,  ostoja  prawdziwego  mężczyzny!  -  mówi 

Martha, udając, że podkłada głos w reklamie Obozu dla prawdziwych 

mężczyzn. 

Lucy nie ma nastroju, by dać się temu porwać. 

- My troje bylibyśmy świetnymi instruktorami - dorzuca Cooper. - 

Wy uczyłybyście galanterii i kurtuazji, a ja mógłbym im pokazać, jak 

orać i stawiać płoty, co, nawiasem mówiąc, bardzo by mi się przydało 

w najbardziej pracowitej porze roku. 

- A co z uczestnikami, Cooper? - pyta Lucy aż nazbyt cierpliwym 

tonem,  jaki  zwykle  rezerwuje  dla  studentów  pierwszego  roku,  którzy 

zadają głupie pytania. 

background image

-  Rozejrzyj  się  -  odpowiada  Cooper,  patrząc  na  siedzących  obok 

dwóch  zagadanych  młodych  mężczyzn,  nieświadomych  albo 

obojętnych na stojącą nad nimi ciężarną kobietę. - Nasi uczestnicy są 

wszędzie. 

- To jeszcze nie znaczy, że od razu kupią Obóz dla prawdziwych 

mężczyzn  -  replikuje  Lucy.  -  Kto  przy  zdrowych  zmysłach  się  na  to 

zapisze? 

-  Cóż,  oczywiście,  że  oficjalnie  tak  tego  nie  nazwiemy  -

przekonuje Cooper, a w jego głosie  pobrzmiewa lekka irytacja. - Ale 

każdy  facet,  który  decyduje  się  na  lekcje  randkowania,  nie  będzie 

chyba robił z tego powodu problemów? 

Racja,  myśli  Lucy,  lecz  nie  daje  się  jeszcze  przekonać. 

Rozentuzjazmowana twarz Coopera nabiera chłopięcego wyrazu. 

-  Pomyśl,  Lucy,  nareszcie  zobaczysz  naszą  farmę,  a  przy  tym 

zrobimy  dobry  uczynek.  Te  biedne,  żałosne  niedorajdy  potrzebują 

naszej pomocy. 

Martha włącza się do rozmowy. 

- Dlaczego nie weźmiesz  Adama? Mógłby skorzystać na równi z 

innymi, a do tego mielibyście wakacje. Poza tym można by go łatwo 

namówić. 

- Odbiło ci? - pyta Lucy.  

Niemniej  nigdy  wcześniej  nie  zastanawiała  się  nad  tą  konkretną 

korzyścią płynącą z Obozu dla prawdziwych mężczyzn. Adamowi nie 

zaszkodziłoby  się  nauczyć  rozpalać  ogień  i  rąbać  drewno.  Wyobraża 

background image

go  sobie  w  lewisach,  jak  zdejmuje  z  ciężarówki  wielkie  bele  siana, 

widzi jego gładkie, brązowe ramiona z naprężonymi mięśniami. 

-  Mogłabyś  go  namówić  -  przekonuje  Cooper.  -  Nie  doceniasz 

swoich kobiecych sztuczek. 

Lucy krzywi się z niesmakiem. 

-  Mam  na  myśli  jedynie  twoją  niesamowitą  zdolność 

przekonywania  -  wyjaśnia  przyjaciel.  -  Gdybyś  mi  powiedziała, 

żebym  przez  godzinę  stał  na  autostradzie  West  Side,  nawet  bym  nie 

spytał dlaczego. 

Zamiast  dać  się  oczarować,  Lucy  uznaje  gadkę  Coopera  za 

nieszczerą  i  wkurzającą,  więc  poważnie  myśli  o  wysłaniu  go  na 

autostradę. 

- Ty chyba nie rozumiesz, Cooper, że tutejsi faceci nie są tacy jak 

ty. 

-  Dlatego  właśnie  musimy  ich  wysłać  na  Obóz  dla  prawdziwych 

mężczyzn.  -    Uśmiecha  się  cierpliwie.  -    Wszyscy  faceci  mają  dwie 

wspólne cechy. Po pierwsze, lubimy zadowalać kobiety. A po drugie - 

lubimy zadowalać kobiety. Przyznaję, że nasza motywacja bynajmniej 

nie  musi  być  szlachetna,  ale  zapewniam  cię,  że  jeśli  nie  kręcisz, 

zawsze postaramy się ciebie zadowolić. 

Lucy  odwzajemnia  jego  uśmiech  i  wysyła  jasny  telepatyczny 

przekaz:  Mógłbyś  mi  sprawić  przyjemność,  nie  zakochując  się  w 

mojej najlepszej przyjaciółce.  

Lecz  po  części  dostrzega  sens  tego,  co  mówi  Cooper  -    rzadko 

komunikuje  Adamowi  swoje  potrzeby,  bo  zawsze  jest  bardzo  zajęta 

background image

domyślaniem  się  i  dostosowywaniem  do  jego  własnych.  Jeśli  praca 

naukowa  ciężko  mu  idzie  (zawsze),  Lucy  przejmuje  obowiązki 

domowe.  Jeśli  ma  problemy  finansowe  (często),  płaci  jego  połowę 

czynszu  albo  pokrywa  rachunek  za  obiad.  Jeśli  nie  może  zasnąć 

(czasami), przeczesuje mu palcami włosy, dopóki nie zacznie głęboko 

oddychać. 

Dojeżdżają już do Setnej Ulicy, gdy Martha uświadamia sobie, że 

minęli przystanek, na którym należało wysiąść. 

- Oj! - woła, łapiąc Coopera za rękę i przepychając się przez tłum.  

Lucy zostaje nieco w tyle.  

Na  zewnątrz  ustalają,  gdzie  się  znajdują,  i  poprawiają  ubrania: 

zapinają  guziki  płaszczy,  owijają  się  szalami,  zakładają  czapki  i 

rękawiczki.  Nie  odjechali  aż  tak  daleko  od  muzeum,  a  dzień  jest 

słoneczny i wietrzny, ale do zniesienia, więc decydują się na spacer. 

Cooper bierze dziewczyny pod ręce. 

-  Zróbmy  to  -  namawia,  przyciskając  ich  ramiona  do  boków.  -

Zdaje  się,  że  każde  z  nas  coś  z tego  wyniesie.  -  Spogląda na  Lucy.  - 

Adam  zmieni  się  w  nieustraszonego,  zawadiackiego  amatora 

wypoczynku  na  świeżym  powietrzu,  który  umie  rozpalić  ogień  i 

naprawić silnik.  

Przenosi wzrok na Marthę.  

-  Obóz  dla  prawdziwych  mężczyzn  to  Pierwsza  randka  na 

sterydach,  więc  twoi  klienci  przejdą  intensywne  szkolenie,  którego 

potrzebują,  a  ty  zarobisz  kupę  pieniędzy.  Co  do  mnie,  zyskam 

darmowych pracowników na farmie Tuckingtonów. 

background image

- Możesz na mnie liczyć - mówi Martha, ściskając jego biceps. 

Lucy  chce  się  sprzeciwić,  nie  tyle  samemu  pomysłowi,  ile 

szybkości zachodzących zmian. Zwykły żart trójki przyjaciół zmienia 

się  w  machinę,  która  łączy  Coopera  i  Marthę  bez  jej  udziału.  Kiedy 

stanie się piątym kołem u wozu?  

Stop! - napomina się, uświadamiając sobie, że stacza się po równi 

pochyłej.  Masz  Adama.  Niepotrzebne  ci  wyjście  awaryjne.  Dlaczego 

zazdrościsz dwójce najlepszych przyjaciół odrobiny uciechy? 

Dotarłszy 

do 

muzeum, 

zatrzymują 

się 

przy 

stoiskach 

sprzedawców  koszulek,  czapek  i  niewielkich  reprodukcji  obrazów  z 

miejscowej  kolekcji.  Jedna  z  nich  przyciąga  wzrok  Lucy.  Jest  to 

barwna  miniatura  przedstawiająca  kobietę  o  żółtych  włosach  pędzla 

Picassa.  Bohaterka  obrazu  ma  rozanielony  wyraz  twarzy  i  otacza 

ramionami głowę ze związanymi w koński ogon włosami - śpi. 

-  Muszę  iść  do  domu  się  przespać  -  mówi  Lucy,  nie  mogąc 

wymyślić  lepszej  wymówki,  by  zostawić  ich  samych  w  ostatni  dzień 

pobytu Coopera. 

Przyjaciele z grzeczności się sprzeciwiają, ale decyzja została już 

podjęta.  Cooper  obiecuje,  że  zadzwoni  natychmiast  po  przylocie  do 

Wirginii, a Lucy mocno go ściska. 

-  Tylko  bez  łzawych  pożegnań  -  mówi  Cooper,  przytrzymując 

Lucy  za  ramiona.  -  I  proszę,  pomyśl  o  Obozie  dla  prawdziwych 

mężczyzn. Da nam co najmniej powód, by się wkrótce zobaczyć. 

Lucy  zagłębia  ręce  w  kieszeniach  i  patrzy,  jak  Martha  i  Cooper 

znikają  za  drzwiami  muzeum.  Potem  idzie  do  Central  Parku,  gdzie 

background image

ożywia  ją  chłodne  powietrze,  i  znów  zaczyna  jasno  myśleć.  Im 

gruntowniej  rozważa  organizację  Obozu  dla  prawdziwych  mężczyzn, 

tym  sensowniejszy  wydaje  jej  się  ten  pomysł,  szczególnie  zaś  jego 

część związana z przekonaniem Adama.  

Uśmiecha  się  na  samą  myśl  zebrania  w  jednym  miejscu  tak 

różnych  i  dziwnych  facetów.  O  czym  w  ogóle  mogliby  rozmawiać 

tacy  mężczyźni  jak  przewrażliwiony  na  swoim  punkcie  potentat 

informatyczny,  niezdarny  młody  kucharz  albo  neurotyczny  brat 

Marthy?  

Mimo wszystko jednak idea jest całkiem prosta. Sprawa polega na 

pokazaniu każdemu uczestnikowi, jak być prawdziwym mężczyzną, w 

taki  sposób,  by  nie  miał  świadomości,  że  się  czegoś  uczy,  czyli 

szkoleniu  go  tak,  żeby  nie  ujawniać  rozmiaru  jego  nieudolności,  i 

uczynieniu go bardziej męskim bez wskazywania na brak męskości. 

Pod  podmuchami  wiatru  Lucy  chowa  głowę  w  ramiona  i 

obserwuje, jak z ziemi unoszą się dawno opadłe liście. Stopy grzęzną 

jej  nieco  w  tającej  ziemi,  co  z  kolei  przypomina  o  nadchodzącej 

wiośnie,  o  odrodzeniu  się  życia  i  nadziei.  Już  wkrótce,  myśli, 

zwracając  się  do  nagiego  wiązu,  wyrośnie  ci  około  trzech  milionów 

liści.  Spogląda  na  ziemię.  Wtedy  gąsienice  miernikowca  rozpoczną 

swoją wędrówkę ku górze.  

Przyspiesza  kroku.  Potem  przylecą  drozdy  wędrowne  i  rzucą  się 

na  gąsienice,  a  inne  ptaki  pójdą  w  ich  ślady.  I  wtedy  nastąpią 

gorączkowe  rytuały  godowe.  Przymyka  oczy  i  wyobraża  sobie 

spektakularne  powietrzne  zaloty  kruków  czy  orłów,  szalone  bicie 

background image

skrzydeł  samców  jarząbka,  pełne  radości  miłosne  trele  strzyżyków, 

sikorek i drozdów. 

A co mógłby zrobić Adam, by zdobyć jej względy?  Czy Obóz dla 

prawdziwych mężczyzn to miejsce, w którym się o tym przekona? 

 

Cooper kupuje dwa bilety i wjeżdża z Marthą windą na samą górę 

muzeum.  Potem  powoli  schodzą.  Mimo  że  poznali  się  już  trzy  lata 

temu,  nigdy  wcześniej  nie  zostali  sam  na  sam,  a  pod  nieobecność 

Lucy rozmowa toczy się trudniej, niż oboje oczekiwali. 

-  Lubisz  baseball?  -  pyta  Cooper,  a  na  jego  twarz  wypływa 

głupawy uśmiech. 

- To chyba to z bramkami? - żartuje Martha.  

Zaczyna  mu  opowiadać  o  swoim  zwariowanym  kocie,  ale 

przerywa,  uświadamiając  sobie,  że  Cooper,  którego  byt  zależy  od 

hodowania  udomowionych  zwierząt,  niekoniecznie  musi  docenić 

takiego nieposłusznego ulubieńca. 

- Koty mnie uwielbiają - mówi Cooper.  

Nie mój, myśli Martha. 

Chłopak  opowiada  jej,  że  świt  to  jego  ulubiona  pora  dnia,  a  ona 

przypomina  sobie  nieliczne  wschody  słońca,  które  zdarzyło  jej  się 

podziwiać  zawsze  zaczerwienionymi  po  spędzonej  na  mieście  nocy 

oczami. 

- Ja  raczej nie należę do rannych ptaszków - wyznaje i dodaje, że 

jeszcze  nie  zmieniła  ustawienia  budzika,  który  dzwoni  w  samo 

południe. - Oczywiście zwykle budzę się wcześniej. Zwykle.  

background image

Dla  Coopera  to  niewyobrażalne  -  w  południe  farmer  ma  już 

połowę  dnia  roboczego  za  sobą  -  więc  kieruje  rozmowę  na 

bezpieczniejszy temat. 

- Lubisz gotować? - pyta. - Przepadam za dobrym amerykańskim 

jedzeniem, takim jak naleśniki z syropem klonowym, mac z serem czy 

befsztyk z ziemniakami. 

Martha  stara  się  ukryć  przerażenie.  Poza  alkoholem  od  miesięcy 

świadomie nie tknęła węglowodanów. Jej lodówkę wypełniają gotowe 

posiłki: 

sześciopaki  beztłuszczowych 

jogurtów, 

hermetycznie 

zapakowane  surówki  z  kiełków,  dietetyczne  dania  z  okolicznych 

restauracji.  

- Jaka jest twoja specjalność? - pyta Cooper.  

-  Sashimi  z  tuńczykiem  i  buri  z  212-GOJAPAN  z  udawaną 

powagą  odpowiada  Martha.  -  Doprawiam  po  swojemu,  zamawiając 

dodatkowy imbir i wasabi. 

Skacząc  tak  z  tematu  na  temat,  pokonują  dwie  pętle  spirali 

muzeum, 

mijając 

szereg 

abstrakcyjnych 

obrazów 

Pollocka, 

Kandinskyego  czy  Rauschenberga.  Martha  nie  przepada  za  taką 

sztuką. W muzeum jest ciepło i zaczyna jej się robić duszno. Dlaczego 

nie  jeżdżą  na  łyżwach  po  Woolman  Rink  albo  nie  jedzą  dim  sum  w 

Chinatown? 

Gdy dochodzą do serii płócien pokrytych jedynie bielą, ma ochotę 

zażartować:  „Chyba  ktoś  powiesił  je  do  góry  nogami",  lecz  zamiast 

tego mówi: 

- Jak myślisz, co artysta chciał w ten sposób przekazać? 

background image

Przepełnia  ją  odraza,  gdy  w  swoim  głosie  słyszy  ton  wzorowej 

gospodyni,  jakim  posługuje  się  jej  matka.  Zastanawia  się,  czy  brzmi 

jak  kobieta  ze  Stepford,  i  czuje,  że  budzi  się  w  niej  niepokój.  Głos 

matki  napomina  ją,  by  przestała  się  garbić.  No  to  jestem  udupiona, 

myśli i słyszy karcące „ciii" matki.  

Prostuje się i rozgląda wokół, pewna, że dopadł ją klasyczny atak 

paniki.  Ledwo  do  niej  dociera  głos  Coopera,  który  posłusznie 

odpowiada na pytanie:  

-  „Bla,  bla,  minimalizm,  bla,  bla,  naśladowczy,  bla,  bla, 

witalność". Koncentruje się na oddechu. 

- Wszystko w porządku? - pyta Cooper. - Martho?  

Martha potrząsa przecząco głową. 

- Wybacz, jestem trochę rozkojarzona. 

- Nic nie szkodzi - zapewnia. - A co sądzisz o tym?  

Stojąc przed brzydkim obrazem z plamami czerwieni na smugach 

brązu  i  czerni,  Martha  przechyla  głowę,  jakby  w  ten  sposób  łatwiej 

mogła  do  niej  wpaść  jakaś  istotna  myśl.  Wpatruje  się  w  obraz.  Głos 

matki  radzi,  by  powiedzieć  Cooperowi,  że  jej  zdaniem  dzieło  jest 

interesujące. 

Przypomina  sobie  jednak  o  tysiącach  dolarów,  które  wydała  na 

terapię  dokładnie  po  to,  by  pozbyć  się  kobiecości  w  tym  stylu, 

skupionej wyłącznie na zadowalaniu mężczyzny. 

-  Prawdę  mówiąc,  nie  lubię  sztuki  abstrakcyjnej.  Wiem,  jestem 

aktorką,  mieszkam  w  Nowym  Jorku,  więc  powinnam  uwielbiać 

wszystko, co się  wiąże z kulturą. Ale co na to poradzę?  Wolę sztukę 

background image

przedstawiającą: portrety, martwe natury, takie rzeczy.  - Spogląda na 

Coopera z nadzieją, że w jego spojrzeniu nie dostrzeże rozczarowania. 

Cooper zanosi się swoim głośnym śmiechem, pełną piersią, który 

w bibliotecznej ciszy muzeum wydaje się jeszcze donośniejszy. 

- W takim razie chodźmy do stałej ekspozycji - proponuje. Bierze 

ją  za  rękę  i  prowadzi  do  sali  Tannhausera  z  malarstwem 

impresjonistów i postimpresjonistów. - Uwielbiam cię między innymi 

za to, że zawsze mówisz to, co ci leży na sercu. 

Martha  może  wyjawiłaby  Cooperowi,  co  rzeczywiście  ma  na 

myśli,  gdyby  nie  to,  że  skoncentrowała  się  na  użytym  przez  niego 

słowie „uwielbiam". Uwielbia mnie między innymi za to. Zastanawia 

się,  za  co  jeszcze,  i  spuszcza  wzrok,  przyglądając  się  kręgom  soli  na 

kozaczkach - pozostałościom po zimie. 

Jej  ostatni  partner,  Elliot,  oszczędnie  dawkował  jej  miłość  czy 

uwielbienie. Wydzielał je w mikroskopijnych dawkach i rekompenso- 

wał to sobie na setki rozmaitych sposobów. W ciągu ich dwuletniego 

związku tylko raz wyznał, że ją kocha, a i to brzmiało jak przyznanie 

się do winy, jakby miłość była wadą, którą można zwalczyć siłą woli.  

Chłopak  przed  Elliotem  miał  przeciwny  problem.  Pozbawiał 

słowa znaczenia, nadużywając ich. Jego miłość do Marthy  wydawała 

się  niczym  nie  różnić  od  miłości  do,  na  przykład,  czekoladowych 

cukierków. Uwielbiał swoje ulubione adidasy, The Daily Show, stek z 

grillowaną cebulą, dirtbike, Marthę i sizalowe dywany. 

Wydarzenia tego dnia przyprawiły Marthę o lekki zawrót głowy, 

więc  próbuje  wrócić  do  równowagi,  koncentrując  się  na  obrazie 

background image

Cezannea - martwej naturze z gruszkami, tak soczystymi i dojrzałymi, 

że  z  głodu  dziewczynie  aż  skręca  żołądek,  a  w  ustach  niemal  czuje 

słodycz  owoców.  Nagle  rozumie,  co  miał  na  myśli  Hemingway, 

mówiąc, że bardziej docenia te gruszki na pusty żołądek. 

 

W  poniedziałek  rano  Martha,  nie  zwlekając,  postanawia 

poćwiczyć  na  bracie  swoją  umiejętność  przekonywania.  Sądzi,  że 

pozyskanie  jednego  uczestnika  -  nawet  jeśli  będzie  to  tylko  Jesse  - 

doda jej pewności siebie, a może nawet pomoże wpłynąć na kolejnych 

potencjalnych kandydatów. 

-  Biuro  Jessego  McKenny  -  w  słuchawce  odzywa  się  radosny 

głosik. 

- Cześć, Kathy - mówi do asystentki brata. - Tu Martha.  

Słychać  odgłos  łączenia,  potem  następuje  przerwa,  rozbrzmiewa 

jakaś melodia, a wreszcie słychać głos Jessego. 

- Wpół do jedenastej, nie za wcześnie dla ciebie, Martho? 

- Może odrobinę - przyznaje, podpierając się poduszkami. Wypija 

łyk  kawy.  Do  tej  pory  nie  wiedziała,  jaką  obrać  taktykę  -  kusić  czy 

straszyć - lecz uwaga brata podsunęła jej pomysł. -  Zerwałam się tak 

wcześnie  tylko  dlatego,  że  miałam  o  tobie  okropny  sen  -  mówi.  - 

Dzwonię, żeby się upewnić, czy wszystko w porządku. 

Głos Jessego łagodnieje.  

- Jak najbardziej, naprawdę. 

- Wydawał się taki rzeczywisty - opowiada Martha, wcielając się 

w  Meryl  Streep  z  Silkwood.  -  Jakiś  pisarz-psychol  rozsyłał  wąglika 

wszystkim  redaktorom,  którzy  odrzucili  jego  rękopis,  a  ty  byłeś 

background image

następny  na  liście.  Jedyne,  co  by  cię  ocaliło,  to  wyjazd  z  miasta,  ale 

nie mogłam się z tobą skontaktować. 

Jesse  akurat  ocenia  rękopisy.  Robi  to  codziennie  -  przebiega 

wzrokiem  list  pisarza  i  czyta  około  pięciu  stron  tekstu,  zanim 

zdecyduje  o  jego  losie,  a  zarazem  o  losie  jego  autora.  Potencjalnie 

niezrównoważonego  psychicznie  autora. Jesse chrząka. 

Będziesz  się  smażyć  w  piekle,  skazuje  się  w  myślach  Martha  i 

zastanawia się, czy brat łyknął historyjkę. 

-  Wiem,  że  to  tylko  sen,  Jesse,  ale  w  Nowym  Jorku  wszystko 

może  się  zdarzyć.  -  To  powinno  zwrócić  jego  uwagę,  myśli, 

podciągając  pościel  aż  pod  brodę.  -  Naprawdę  się  cieszę,  że 

wyjeżdżam. 

- Dokąd? - pyta nerwowo Jesse.  

Mam go, myśli Martha. 

- Na uroczą farmę mleczną w Wirginii Zachodniej - odpowiada. -

Pamiętasz  przyjaciela  Lucy,  Coopera?  Jadę  do  niego  na  tydzień 

zobaczyć,  jak  się  żyje  na  wsi,  i  zabieram  kilku  klientów  z  Pierwszej 

randki, żeby kontynuować szkolenie czy coś w tym rodzaju. 

- Naprawdę? A kiedy wyjeżdżacie? 

-  Kiedy  tylko  ustalę  wszystko  z  facetami,  ale  pewnie  nie 

wcześniej niż w pierwszym lub drugim tygodniu maja. - Przerywa na 

chwilę,  by  zarzucić  przynętę.  -  Mam  pomysł:  może  byś  się  z  nami 

wybrał? Przydałyby ci się wakacje. 

 

background image

Lucy  rozmawia  właśnie  z  Evą,  gdy  Martha  otwiera  czerwone 

drzwi  La  Luny  i  wchodzi  do  środka  z  telefonem  komórkowym  przy 

uchu. 

-  Świetnie,  spotkajmy  się  jutro  na  kawie  -  mówi,  bezgłośnie 

informując  Lucy,  że  rozmawia  z  Kurtem  Beckerem.  -  Okay.  O 

trzeciej.  W  Café  Blasé.  -  Zatrzaskuje  telefon.  -  Kolejne  spotkanie  ze 

starym  klientem.  Obóz  dla  prawdziwych  mężczyzn  całkiem  mnie 

wciągnął!  -  oświadcza.  Całuje  Lucy  w  policzek  i  natychmiast  ściera 

ślad  szminki.  -  Obdzwoniłam  chyba  z  tuzin  klientów  i  mam  już 

jednego  chętnego  i  trzech  niezdecydowanych,  a  z  kilkoma  innymi 

umówiłam się na kawę. 

- Nikt nie odmówił? - pyta ze zdziwieniem Lucy. 

-  Och,  odmówił  -  odpowiada  Martha.  -  Wielu  odmówiło.  Mój 

niezdarny kucharz uczy się do majowych egzaminów z cukiernictwa, 

buddysta-wegetarianin nie znosi hodowli zwierząt, a wspinacz wrócił 

do swojej dziewczyny.  

Siada  na  stołku  obok  przyjaciółki  i  wita  się  z  Evą,  która  akurat 

obsługuje klienta.  

-  Co  mam  ci  powiedzieć?  Niełatwo  namówić  człowieka,  żeby 

zrezygnował  z  tygodnia  zasłużonych  wakacji,  ale  jakoś  sobie 

poradzimy. A ty? Rozmawiałaś już z Adamem? 

Lucy potrząsa przecząco głową. Do tej pory nawet nie poruszyła z 

nim tego tematu. 

- Jeszcze nigdy go nie okłamałam - wyznaje z powagą. 

background image

-  Och,  daj  spokój!  -  Martha  rozpina  kurtkę.  -  Między 

niedomówieniem a oszustwem jest wielka różnica. 

- Tak myślisz? 

-  Jasne.  Jeśli  nie  byłabym  tego  pewna,  nie  mogłabym  przecież 

zmrużyć  oka  po  tej  historii  ze  snem  o  wągliku,  którym  nastraszyłam 

Jessego. 

- Więc to Jesse jest naszym jedynym chętnym?  

Martha potwierdza skinieniem głowy. 

-  Brakowało  mi  was  w  zeszłym  tygodniu  -  zagaduje  Eva, 

nalewając Marcie chardonnay. - Jak tam randka z Fredem? 

Martha  przez  moment  nie  może  sobie  przypomnieć,  o  kogo 

chodzi. 

- Ach, Fred. Miły. 

Eva unosi wydepilowaną brew. 

- Co ci się w nim nie spodobało? 

- Chyba po prostu nie zaiskrzyło między nami, to wszystko. 

- Hm, może u ciebie nie zaiskrzyło - mówi Eva, przechylając się 

przez  bar.  -  Ale  po  zajęciach  poszliśmy  z  Fredem  pogadać  i  możesz 

mi wierzyć, że u niego jak najbardziej. Naprawdę. 

Czy to możliwe? - zastanawia się Martha, nagle zdjęta strachem. 

Czy jej obojętność może mieć jakieś karmiczne konsekwencje? Czy to 

może znaczyć, że jej zauroczenie Cooperem też było jednostronne? 

Lucy zauważa panikę Marthy. 

- Nie przejmuj się. Spodobałaś się Cooperowi. Naprawdę, to było 

widać. Jasne, że niezły z niego podrywacz, a na dodatek jest taki miły, 

background image

że  w życiu się nie zorientujesz, że kogoś nie polubił, ale nigdy dotąd 

nie widziałam, żeby się do kogoś tak zapalił. 

Mąci mi się w głowie, myśli Martha. 

- Nie powiecie mi, co jest grane? - pyta Eva. 

- Martha ma ochotę na mojego starego przyjaciela. 

- A-ha - odpowiada śpiewnie Eva. 

-  Żadnych  a-ha.  Bardzo  się  cieszę.  Wydaje  mi  się,  że  od  zawsze 

się na to zanosiło - przekonuje Lucy.  

Eva  tylko  wydyma  wargi  i  wyraźnie  widać,  że  nie  kupuje  tej 

bajeczki. Lucy szybko zmienia temat.  

-  Jest  jeszcze  druga  wielka  nowina.  Postanowiłyśmy  zorganizo- 

wać Obóz dla prawdziwych mężczyzn na farmie Coopera. 

-  Dosyć  tego  -  mówi  Eva,  ciskając  ścierkę  na  bar.  -  Nie 

przyjdziecie  jeszcze  kiedyś  w  poniedziałek,  a  koniec  z  naszym 

układem. - Odchodzi na drugą stronę baru. 

- Martwisz się, jak pogadać z Adamem o obozie? - pyta Martha. 

-  Teraz  raczej  o  to,  że  jeśli  nie  skończy  tej  swojej  rozprawy,  to 

chyba  go  zabiję.  Pisanie  całkiem  go  pochłania.  Nie  ma  czasu  na 

rozrywkę ani na mnie, a tym bardziej na jakąkolwiek pomoc w domu. 

- Cóż, w końcu to przecież facet.  

- I to ma być wymówka? 

- Nie, to po prostu fakt. 

-  Kiedy  się  wprowadził,  zapowiadał  się  na  liberalnego  faceta, 

który  popiera  równouprawnienie  i  chce  brać  udział  w  pracach 

domowych. Na to się pisałam. 

background image

-  Kochana,  słyszałaś,  żeby  kiedykolwiek  w  historii  istniał 

naprawdę równy podział obowiązków domowych? - pyta Martha. 

Lucy wzrusza ramionami. Martha chwyta ją za nadgarstek. 

-  Wszystkie  myślimy,  że  z  nami  tak  nie  będzie,  ale  faceci  po 

prostu tacy są. 

Lucy  nie  może  się  już  doczekać,  kiedy  Cooper  złapie  jakieś 

przeziębienie  i  trzeba  będzie  się  nim  zaopiekować  jak  małym 

dzieckiem.  Męska  bezradność  na  pewno  sprawi,  że  Martha  straci  tę 

pewność i spokój. 

-  Kobiety  jakoś  nigdy  nie  mają  czasu  na  oglądanie  meczów  albo 

grę  w  jakimś kiepskim  zespole.  Dziwne,  nie  sądzisz?  Każda  kobieta, 

którą  znam,  jest  jak  lwica.  Kiedy  nie  troszczy  się  o  młode,  idzie 

polować  na  gazele  dla  wrzaskliwego  lwa,  co  siedzi  na  dupie  i  ryczy, 

że chce obiad. 

-  Luce,  musisz  się  zdecydować  -  mówi  Martha.  -  Ma  być  męski 

czy pomagać w domu? Proponuję, żebyś została przy tym pierwszym, 

bo masz małe szanse, że Adam kiedykolwiek zrobi w domu to, co do 

niego  należy.  Za  to  jeśli  go  wyślesz  na  Obóz  dla  prawdziwych 

mężczyzn,  może  się  przynajmniej  nauczy,  jak  coś  dla  ciebie 

upolować.  

Lucy wybucha śmiechem. 

- Ale nie uważasz, że to źle nie powiedzieć mu prawdy? 

-  Oczywiście,  że  źle,  ale  nie  tak  bardzo.  My,  katolicy,  świetnie  

się  znamy  na  stopniowaniu  grzechów,  a  to  się  nie  kwalifikuje  nawet 

jako  drobny  grzeszek  -  mówi  Martha,  obracając  kieliszek.  Potem 

background image

dodaje:  -  Na  pewno  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  że  Cooper  mi  się 

podoba? 

-  Przyzwyczajam  się  do  tej  myśli  -  odpowiada  Lucy.  -  Co 

robiliście, kiedy sobie poszłam? 

- Cooper ci nie mówił? 

- Oczywiście, że tak. Chcę po prostu poznać twoją wersję.  

Marthy  nie  trzeba  dłużej  zachęcać.  Jej  oczy  błyszczą  na  myśl  o 

popołudniu, które spędziła z Cooperem w Muzeum Guggenheima. 

-  Snuliśmy  się  cały  dzień  jak  para  zakochanych  nastolatków,  ale 

nie uwierzysz - ani razu nie zasugerował, żebyśmy poszli do mnie. 

Jasne,  że  nie,  myśli  Lucy.  Cooper  chciałby,  żeby  Martha 

zobaczyła najpierw farmę Tuckingtonów. 

- Znalazłaś swojego wikłacza. 

Znalazłam  swojego  wikłacza,  myśli  Martha  i  wyobraża  sobie 

Coopera  na  tle  farmy  ze  stodołami,  oborami,  silosami,  krowami  i 

pastwiskami. Macha do niej ręką, przywołując ją zza płotu. 

 

Lucy  spędza  noc  w  półśnie,  na  granicy  między  świadomością  i 

nieświadomością. Ma dziwny sen o rytualnym locie godowym trutnia, 

który  okalecza  się,  pozostawiając  we  wnętrzu  królowej  genitalia,  a 

także coś w rodzaju pasa cnoty.  

Potem  nie  może  już  zasnąć,  mimo  uspokajającego,  lekkiego 

pochrapywania  Adama.  Pobudzony  mózg  wymyśla  wciąż  nowe 

problemy  -  rzeczywiste  i  urojone.  Lucy  radzi  sobie  z  dylematem 

związanym z jej pracą naukową, kłóci się z matką, martwi o obiad, na 

który  zaprosiła  gości,  planuje  wykład  i  próbuje  sobie  logicznie 

background image

uzasadnić,  dlaczego  nie  powinna  mówić  Adamowi,  że  celowo  ściąga 

go na Obóz dla prawdziwych mężczyzn. 

Wreszcie, po długim, długim czasie, nastaje ranek. 

Dochodzi  południe,  gdy  Lucy  wysiada  z  kolejki  przy  Sto 

Szesnastej  Ulicy  i  z  premedytacją  zmierza  do  budynku  wydziału 

biologii.  W  którymś  momencie  w  środku  bezsennej  nocy  doszła  do 

wniosku,  że  nie  postąpi  źle,  wmawiając  Adamowi,  że  pojedzie  na 

farmę Tuckingtonów raczej w charakterze instruktora niż uczestnika.  

Martha  miała  rację.  Lucy  nie  zawiedzie  zaufania  Adama,  w 

każdym  razie  nie  bardzo.  Poza  tym  planuje  zorganizować  mu 

najwspanialsze wakacje jego życia: romantyczne spacery, przejażdżki 

konne, miłość pod gwiazdami. 

Lucy  przemyka  przez  labirynt  pomieszczeń  wydziału  biologii: 

dziesięć  pięter  gabinetów,  laboratoriów  i  bibliotek;  hałaśliwe, 

ruchliwe  korytarze;  aparatura,  która  miesza,  przesuwa  i  obraca,  by 

wyodrębniać,  hodować  czy  dzielić  swą  zawartość.  Mija  specjalną 

zamrażarkę, gdzie przechowuje się tysiące wycinków tkanek i miliony 

komórek, po czym na krótko zatrzymuje się w chłodni, by obok białek 

zostawić brązową papierową torbę z przysmakami Adama na lunch. 

Wzorowany na metodzie Pawłowa plan Lucy polegał na łączeniu 

każdej  wzmianki  o  farmie  Tuckingtonów  ze  smakołykiem  lub 

przyjemnością:  krowy  plus  kawałek  jabłka  z  brie;  silosy  plus 

szampan; traktory plus czuły pocałunek itd.  

Ma  nadzieję,  że  teoria  Coopera  o  pragnieniu  mężczyzny,  by  za 

wszelką  cenę  zadowolić  kobietę,  sprawdzi  się  w  praktyce  i  że  Adam 

background image

zechce ją zadowolić, nie zadając zbyt wielu pytań. Piknik w gabinecie, 

który wymyśliła przed świtem, ma na celu pobudzić ten instynkt w jej 

chłopaku. 

Sztampowo umeblowany gabinet Lucy jest ponury i przygnębiają- 

cy,  z  wyjątkiem  starej  tablicy  za  biurkiem.  Widnieje  na  niej  duży 

wykres narysowany przez Adama niebieską kredą dwa lata wcześniej, 

w dniu, gdy po raz pierwszy wyznał jej miłość.  

Wyraźna, biegnąca wciąż w  górę  linia prosta ilustruje wzrost ich 

miłości w czasie. Lucy czerwoną kredą uzupełniła ten wykres o swoją 

teorię  miłości  -  wierzchołek  gwałtownego  wzrostu,  a  potem  długą 

skierowaną w dół linię znamionującą powolny spadek.  

-  Dowiodę,  że  się  mylisz  -  powiedział  Adam,  a  Lucy  niemal 

uwierzyła, że faktycznie to zrobi.  

Uważała  wtedy,  że  roztargnienie  i  nieporadność  chłopaka  są 

czarujące i świadczą o jego geniuszu. Za to teraz chciałaby po prostu, 

żeby  spisywał  listę  rzeczy  do  zrobienia  i  stał  się  uważniejszy.  Chce, 

żeby  zaczął  się  zachowywać  jak  samiec  każdego  gatunku  poza 

ludzkim  -  by  był  dumny  jak  paw,  silny  jak  tur  i  zaborczy  jak  żuk 

trojeściowy i wykazał, że jest najlepszym kandydatem na jej partnera.  

Lucy  wstawia  do  kubka  stokrotki,  rozkłada  na  podłodze  koc  i 

usiłuje  wprowadzić  się  w  romantyczny  nastrój.  Jednak  nie  może 

zapomnieć  widoku  z  poprzedniego  dnia  -  Adama,  który  czytał  jakąś 

książkę  z  ekonomii,  w  pasiastych  bokserkach,  opadających  czarnych 

skarpetach i z wystającym brzuchem.  

background image

Dlaczego  się  tym  zadowalam?  Dlaczego  nie  poszukam  poety, 

który  pisałby  dla  mnie  wzruszające  wiersze  miłosne,  albo  milionera, 

który by mnie rozpieszczał, albo chociaż któregoś z tłumu łysiejących 

facetów, którzy postaraliby się, jeśli trzeba? 

Pukanie  do  drzwi  przerywa  jej  rozmyślania.  Do  pokoju  zagląda 

Adam. Lucy nagle zdaje sobie sprawę, jaki jest przystojny - zaskakuje 

ją to wciąż na nowo. 

Chłopak  z  zadowoleniem  kontempluje  obraz,  który  ma  przed 

oczami:  wyciągniętą  na  sofie  Lucy  w  miękkim,  szarym  swetrze  i  z 

dziwnym  uśmiechem  na  twarzy.  Jednak  natychmiast  się  denerwuje, 

jakby się zastanawiał, czy zapomniał o jakiejś ważnej okazji.  

- Z jakiej to okazji? 

-  Bez  okazji  -  odpowiada  Lucy  i  podnosi  się,  by  go  pocałować. 

Gdy  ich  usta  się  spotykają,  dziewczyna  przebiega  palcami  po  jego 

karku  do  linii  włosów,  przyprawiając  go  o  gęsią  skórkę.  -  Po  prostu 

przyszło  mi  do  głowy,  że  od  wieków  nie  urządzaliśmy  pikniku  w 

gabinecie  -  mówi  i  przylega  do  niego  całym  ciałem  w  nadziei,  że 

przypomni  mu  o  ostatnim  takim  spotkaniu  wiele  miesięcy  temu,  na 

którym kochali się ostrożnie na twardej podłodze, nie zważając na to, 

co  dzieje  się  za  drzwiami:  na  pochylonych  nad  mikroskopami 

naukowców,  komórki  hodowane  w  sterylnych  inkubatorach  czy 

kołyszące się w aparaturze naczynia Petriego.  

Lucy wychodzi do chłodni po jedzenie, a gdy wraca z papierową 

torbą  w  ręku,  zauważa,  że  uścisk  wywołał  w  pamięci  Adama 

zamierzone  skojarzenia.  Podaje  mu  do  otwarcia  butelkę  szampana, 

background image

siada na kocu, kładzie plaster brie na kawałku chleba i wsuwa mu do 

ust. Zanurza palce w jego  włosach i patrzy, jak Adam z zadowolenia 

przymyka oczy. 

- Kochanie - mówi łagodnie, pokrywając pocałunkami jego brodę. 

-  Chciałabym,  żebyśmy  w  przyszłym  miesiącu  pojechali  na  wakacje 

na farmę Tuckingtonów. - Podaje mu papierowy kubek z szampanem. 

-  Dobrze,  maleńka  -  odpowiada  rozanielony  Adam  i  czeka  na 

kolejny smakowity kęs albo pocałunek. 

Dobrze,  maleńka?  -  dziwi  się  Lucy.  Jak  to,  tak  szybko  poszło? 

Czuje  się  trochę  jak  Dorotka  z  Czarnoksiężnika  z  Krainy  Oz,  która 

dowiaduje się, że cały czas mogła wrócić do Kansas.  

Dlaczego przez tyle lat starała się spełniać zachcianki mężczyzn i 

akceptować  ich  takimi,  jacy  byli?  Najwyraźniej  wszyscy  wokół 

wiedzą, że to nie w tym rzecz. Chodzi o negocjowanie, targowanie się 

i seks, nawet Cooper to przyznał. 

- Wspaniale - mówi Lucy. - Będziemy się świetnie bawić. 

- Mhm - zgadza się Adam, wciąż w miłosnym oszołomieniu. 

-  Cooper  mówi,  że  krowy  zaczną  się  akurat  cielić  -  opowiada 

Lucy.  -    A  Martha  zabiera  na  krótki  kurs  kilku  facetów  z  Pierwszej 

randki. 

Na wzmiankę o Pierwszej randce Adam otwiera szeroko oczy. 

- Uch, to takie żałosne, że ktokolwiek się na to pisze - mówi. 

Lucy szybko się podnosi, boleśnie uderzając łokciem o stół. 

- To wcale nie jest żałosne - protestuje i rozciera stłuczenie. - Po 

prostu  potrzebują  odrobiny  pomocy.  To  chyba  nic  złego,  prawda?  - 

background image

Podchodzi  do  tablicy.  -  Nadal  uważasz,  że  twój  wykres  jest 

prawidłowy, a mój nie? 

-  Prawda  leży  chyba  gdzieś  pośrodku  -  mówi  Adam.  -  Nasza 

miłość  bardziej  przypomina  giełdę.  Mamy  zwyżki  i  spadki,  okresy 

ożywienia i wyrównania, ale ogólnie tendencja jest zwyżkowa. 

Lucy uśmiecha się z nadzieją, że jej chłopak ma rację. 

 

ROZDZIAŁ 8 

Z  jednej  strony  nigdy  nie  doświadczymy  porodu,  z  drugiej  - 

potrafimy sami otworzyć sobie wszystkie słoiki. 

Bruce Willis 

Cooper  czeka  na  uczestników  szkolenia  i  ich  instruktorów  przed 

punktem  odbioru  bagażu  na  lotnisku  regionalnym  w  Roanoke.  Wita 

się  serdecznie,  całuje  Lucy  i  Marthę,  ściska  ręce  zwerbowanym 

kursantom:  Simonowi  Hodgesowi,  Kurtowi  Beckerowi,  Walterowi 

Shermanowi  i  Bryce'owi  Carrollowi,  a  także  -  porozumiewawczo  - 

Jessemu  oraz  Adamowi,  którzy  przyjechali  jakoby  na  szczególnych 

zasadach.  

Cooper,  ubrany  w  znoszone  dżinsy,  flanelową  koszulę  i 

sfatygowaną  skórzaną  kurtkę,  wrzuca  bagaże  mężczyzn  na  platformę 

ciężarówki  i  pogania  ich,  by  zdążyli  dojechać  na  miejsce  jeszcze  za 

dnia. Do doliny Manasseh, w której znajduje się farma Tuckingtonów, 

należy  jechać,  kierując  się  na  wschód  przez  góry  Blue  Ridge  i 

Allegheny. 

background image

Ciężarówka,  ogromny  pikap  marki  Dodge  z  poszerzoną  szoferką 

mieszczącą  cztery  osoby,  dwoma  parami  drzwi  oraz  podwójnymi 

tylnymi  kołami,  robi  wyjątkowo  niezachęcające  wrażenie.  Jest 

powgniatana,  ubłocona  i  ma  brudne  okna.  Dwa  ogromne  siedzenia 

wyglądają,  jakby  swobodnie  mieściły  sześć  osób.  Grupa  składa  się  z 

dziesięciu. 

Odzywa się Kurt, gotowy odegrać rolę samca alfa: 

-  Wszyscy  się  tu  nie  zmieścimy  -  i  oświadcza,  że  zamierza 

wynająć samochód. 

-  Nie  ma  takiej  potrzeby  -  odpowiada  Cooper,  wrzucając  na  tył 

samochodu  resztę  bagaży.  -  Dziewczyny  pojadą  z  moją  matką. 

Załatwia jakieś sprawy i trochę się spóźnia, ale na pewno  wkrótce tu 

będzie. 

Cooper  popędza  Lucy  i  Marthę,  by  udały  się  do  terminalu  na 

umówione  miejsce  spotkania  z  jego  matką.  Odprowadza  je  kawałek, 

ujmując  za  łokcie.  Lucy  ogląda  się  i  zauważa,  że  Adam  zdaje  się 

oszołomiony  jej  niespodziewanym  odejściem.  Próbuje  zwolnić, 

zdenerwowana,  że  nie  miała  okazji  mu  wyjaśnić,  co  go  czeka,  lecz 

Cooper zmusza je do szybkiego marszu.  

Również Martha odwraca się, by popatrzeć na brata. Jesse ma się 

całkiem nieźle - opiera się o ciężarówkę, nie zważając na brud, co jest 

bez  wątpienia  efektem  działania  leku  przeciwlękowego,  dzięki 

któremu w ogóle wsiadł do samolotu. 

background image

Pomysł  tak  szybkiego  oddzielenia  mężczyzn  pochodził  od 

Coopera  i  bynajmniej  nie  zachwycił  Lucy.  Przyjaciel  przekonał  ją 

jednak, że będzie to korzystne dla psychiki uczestników. 

- Jeśli nie wyciągnę ich ze strefy komfortu i nie wzbudzę w nich 

instynktu  przetrwania,  nie  stworzę  między  nami  więzi  -    wyjaśniał 

przez telefon. - Po prostu z facetami tak już jest. 

Teraz  jednak,  w  terminalu,  gdy  Adam  zniknął  z  pola  widzenia, 

Lucy ogarnia niepokój. 

-  Czy Adam nie zacznie czegoś podejrzewać? Nie jedzie przecież 

z nami, instruktorkami, lecz z uczestnikami. 

- Będzie ze mną, Lucy. Nie martw się, dopilnuję, żeby czuł się jak 

instruktor  -  zapewnia  Cooper,  nadal  trzymając  ją  za  łokieć.  -  Jeśli 

naprawdę chcesz mu pomóc, musisz przestać być taka nadopiekuńcza. 

Zirytowana  Lucy  wyswobadza  się  i  wraca  do  drzwi  popatrzeć 

przez  szybę  na  mężczyzn.  Cooper  wykorzystuje  okazję,  by  zamienić 

kilka słów z Marthą. 

-  Chyba  nigdy  wcześniej  nie  byłem  taki  szczęśliwy,  że  jestem 

sobą - mówi, obdarzając ją uśmiechem. 

Spoglądając przez szklane rozsuwane drzwi, Lucy zastanawia się, 

czy  Adam  jest  na  nią  zły.  Jednak  chłopak  najwyraźniej  nieźle  sobie 

radzi.  Rozmawia  z  Walterem,  obleśnym  facetem,  który  nawet  w 

samolocie uderzał do stewardesy.  

Lucy  czuje  się  jak  matka,  która  ukradkiem  obserwuje  swoje 

dziecko na placu zabaw. Krew się w niej burzy, gdy widzi, jak Walter 

sprytnie  podprowadza  Adama  do  ciężarówki  i  przepuszcza  go,  by 

background image

zapewnić sobie miejsce przy oknie. W końcu jej chłopak miewa ataki 

choroby  lokomocyjnej.  Poza  tym,  czy  pierwsza  lekcja  na  Obozie  dla 

prawdziwych  mężczyzn  musi  go  akurat  nauczyć,  jak  zostać 

kobieciarzem? 

- Poradzi sobie, Luce - zapewnia łagodnie Cooper uspokajającym 

tonem starszego brata. - Żadnych kół ratunkowych, pamiętasz? Adam 

jest teraz na obozie. - Uśmiecha się. - Do zobaczenia na farmie.  

Lucy  i  Martha  obserwują,  jak  Cooper  i  reszta  mężczyzn  szykują 

się  do  odjazdu.  Nawet  z  takiej  odległości  wyraźnie  widać,  że  są 

podenerwowani. Próbują zaimponować sobie nawzajem, ustalić jakąś 

hierarchię.  

Kurt prowadzi ożywioną rozmowę przez telefon komórkowy, bez 

wątpienia  wykrzykując podwładnemu  w  Nowym  Jorku  polecenia,  na 

wypadek gdyby pod jego nieobecność zdarzyły się jakieś strategiczne 

ataki  czy  przejawy  buntu.  Bryce  pieczołowicie  przemieszcza  swoją 

skórzaną  walizkę  marki  Louis  Vuitton,  a  w  końcu  ustawia ją  między 

dwoma innymi, by uniknęła wszelkiego kontaktu z brudną ciężarówką 

Coopera.  

Simon  rozłożył  na  masce  samochodu  mapę  regionu  i  wodzi 

palcem po trasie przez Allegheny, którą wkrótce przemierzą. Wylicza 

przy  tym  kompletnie  nieuważnym  słuchaczom  miejsca,  w  których 

rozegrały się rozmaite historyczne wydarzenia.  

Walter,  jak  się  zdaje,  wystukuje  wiadomość  na  swoim  black- 

berrym,  choć  równie  dobrze  może  się  zabawiać  gameboyem  albo 

background image

ściągać  jakieś  pornole.  Jednocześnie,  rzecz  jasna,  rezerwuje  sobie 

miejsce, siedząc na nim jednym pośladkiem. 

-  Gotowi?  -  Cooper  przekrzykuje  głośny  terkot  dieslowskiego 

silnika  dodgea.  Z  przodu  obok  niego  siedzą  Jesse  i  Kurt,  z  tyłu  zaś 

tłoczą się Bryce, Simon, Adam oraz Walter. - Jeśli wszystko okay, to 

zrobię, co w mojej mocy, żeby ominąć miasto. 

- Jakie miasto? - szepcze Bryce do Simona. - Na świecie są tylko 

cztery  miasta  z  prawdziwego  zdarzenia:  Nowy  Jork,  Paryż,  Rzym  i 

Londyn.  Roanoke  to  najwyżej  jakaś  wiocha.  -  Skopuje  upaćkane 

smarem  narzędzie,  które  wysunęło  się  spod  przedniego  siedzenia,  i 

sprawdza,  czy  zabrudził  sobie  czubek  buta.  -  Czy  jest  szansa,  że  po 

drodze przejedziemy obok Starbucks? Napiłbym się mocnej kawy. 

Cooper  ignoruje  pytanie,  opuszcza  szybę  i  z  rozbawieniem 

obserwuje  we  wstecznym  lusterku,  jak  Bryce  unosi  ręce,  by 

zabezpieczyć  fryzurę  przed  wiatrem.  To  na  pewno  ten  metro- 

seksualista, myśli. 

Walter  chwali  się  pozostałym  programem  o  amiszach  dla  NBC, 

którego był producentem. 

- Jak się spędziło dwa tygodnie na wsi w Pensylwanii, chodząc za 

zaprzężonym  w  konie  pługiem,  to  robota  na  każdej  innej  farmie 

przypomina rajskie życie. 

- Mam nadzieję, że w twoim przypadku to się potwierdzi - mówi z 

uśmiechem Cooper.  

Jedną  ręką  prowadzi  samochód,  a  drugą,  wystawioną  za  okno, 

wybija o drzwi rytm piosenki. Chciałby ją zagrać Marcie na gitarze - 

background image

Lavender blue, dilly dilly, lavender green I If I were king, dilly dilly, 

I'd need a queen*.  W mgnieniu oka wywozi uczestników „kursu" na 

drogę stanową nr 311, dwupasmówkę z dębami, klonami i orzechami 

po  obu  stronach,  na  początku  biegnącą  płasko,  a  później  pnącą  się 

coraz wyżej po pagórkowatym terenie.  

-  Trzymajcie  się  -  uprzedza,  po  czym  naciska  pedał  gazu  i 

wyprzedza, mało się troszcząc o jadących z naprzeciwka. Za każdym 

razem,  kiedy  wrzuca  drugi  czy  czwarty  bieg,  niechcący  boleśnie 

uderza Jessego dźwignią w kolano.  

Milczący  dotąd  Simon  chrząka  i  wychyla  się  do  przodu,  by 

obwieścić,  że  spędził  ostatnich  kilka  tygodni  na  czytaniu  o  regionie 

doliny Manasseh i jego historii. 

- Mówię  wam to tylko po to, żeby  was poinformować, że stałem 

się  swego  rodzaju  ekspertem  od  Appalachów.  To  na  wypadek, 

gdybyście mieli jakieś pytania. 

Cooper  krzywi  się  na  jankeską  wymowę  Simona,  po  czym 

delikatnie go poprawia. Jego głos jest uprzejmy i cierpliwy. 

- Ach, tak. Jasne. Oczywiście - odpowiada Simon, znów nerwowo 

chrząkając.  -  Po  prostu  uwielbiam  dialekty.  Czy  zdajecie  sobie 

sprawę,  że  korzenie  tutejszego  języka  sięgają  angielskiego  epoki 

elżbietańskiej?  

 

*  „Lawenda  błękitna,  oj  da-dana,  lawenda  zielona  /  Byłbym  ja 

królem,  oj  da-dana,  trza  by  mi  królowej"  -  XVII-wieczna  piosenka 

ludowa spopularyzowana w XX wieku przez Burla Ivesa  

background image

 Jeszcze  kilka  odkaszlnięć  i  Simon  na  dobre  się  rozkręca,  robiąc 

monotonny wykład na temat zalet południowej frazeologii.  

- Chyba najbardziej podoba mi się wprost czarujące zastosowanie 

podwójnego  przeczenia,  aby  coś  szczególnie  podkreślić.  To  takie 

klasycznie greckie. 

Pozostali  mężczyźni  wymieniają  spojrzenia,  nagle  solidarni 

wobec nowego, wspólnego wroga.  

Znudzony perorowaniem Simona Adam, którego mdli od jazdy po 

pagórkach, zamyka oczy i odpływa w kojący świat równań, w którym 

rozważa  zmienne  konieczne  do  przeprowadzenia  analizy  kosztów  i 

korzyści nowego przedsięwzięcia Marthy. Ma do dyspozycji niewiele 

informacji,  poza  wiedzą,  że  uczestnicy  próbnego  kursu  płacą  około 

pięciuset  dolarów  na  głowę  (za  przelot  i  wyżywienie)  oraz  że  celem 

programu jest zapewnienie mężczyznom bardziej udanych kontaktów 

z kobietami.  

Zakładając,  że  to  się  powiedzie,  najważniejszą  liczbą,  jaką  musi 

ustalić,  jest  suma  zaoszczędzona  dzięki  posiadaniu  dziewczyny  w 

porównaniu z kwotą wydawaną na jej zdobywanie.  

W  swoich  obliczeniach  Adam  kalkuluje  koszt  „wczesnego" 

randkowania  (które  stanowi  zapewne  najdroższy  etap  każdego 

związku,  jeśli  uwzględnić  obowiązkowe  wykwintne  kolacje, 

taksówki, kwiaty  i  prezenty),  a  następnie  porównuje  go  z  wydatkami 

wspólnego  życia  na  stałe  (kiedy  funkcjonowanie  tanim  kosztem  jest 

już  do  przyjęcia  -  można  na  przykład  wypożyczyć  film  na  kasecie 

wideo i zamówić chińszczyznę).  

background image

Stawia hipotezę odnośnie do ogólnej redukcji randek, które będzie 

musiał odbyć „absolwent" programu, zanim zdobędzie stałą partnerkę 

szacuje ich liczbę na trzy - i włącza ją do obliczeń.  

Z  ciężkim  sercem  przyznaje,  że  jeśli  Marcie  uda  się  wyelimino- 

wać choćby trzy lub więcej kobiet z randkowego portfela mężczyzny, 

zanim  spotka  on  tę  właściwą,  potencjał  zoptymalizowania  zysku  z 

jego  inwestycji  aż  nadto  usprawiedliwi  słoną  opłatę,  którą  kiedyś 

Martha ma nadzieję pobierać. 

 

Martha  pomyliła  się,  wyobrażając  sobie  matkę  Coopera  jako 

kobietę o pulchnych, rumianych policzkach oraz włosach związanych 

z  tyłu  w  luźny  kok,  roztaczającą  wokół  siebie  delikatny  zapach 

cynamonu  i  brązowego  cukru.  Beatrice,  która  wysiada  ze  srebrnego 

kabrioletu  marki  Saab,  jest  chudziutka  jak  patyczek.  Ma  na  sobie 

obcisłe dżinsy i sweter z głębokim dekoltem. 

- Lucy Stone! - woła, wysiadając z samochodu. - Czy to możliwe, 

że  odkąd  cię  ostatnio  widziałam,  jeszcze  wypiękniałaś?  -  Całuje 

powietrze  tuż  przy  policzkach  dziewczyny.  -  Nie  wiem,  czy 

kiedykolwiek wybaczę Cooperowi, że cię przy sobie nie zatrzymał! 

Nie zatrzymał? - dziwi się w myślach Martha. 

Lucy  oblewa  się  rumieńcem,  nie  wiedząc,  co  odpowiedzieć.  Do 

tej  pory  widziała  ją  tylko  raz,  w  dzień  promocji  Coopera,  i    -  o  ile 

dobrze  pamięta  -    Beatrice  nie  starała  się  specjalnie  ukryć  niechęci  z 

powodu obecności dziewczyny na ich zjeździe rodzinnym. 

-  Miło  znów  panią  widzieć,  Beatrice  -  mówi.  -  Chciałabym  pani 

przedstawić moją najlepszą przyjaciółkę, Marthę McKenna. 

background image

-  Ach,  więc  to  ty  jesteś  Martha  -  odpowiada Beatrice  i  robi krok 

do  tyłu,  by  ogarnąć  dziewczynę  spojrzeniem,  po  którym  wyraźnie 

widać, że nie  tego  się spodziewała. - Hm, byłam pewna, że Cooper 

mówił, że jesteś aktorką. 

-  Jestem  -  potwierdza  Martha  i  z  całych  sił  próbuje  przekonać 

siebie, że Beatrice wcale nie uważa jej za niewystarczająco piękną, by 

wykonywać  ten  zawód.  -  Miło  panią  poznać.  -  Martha  ujmuje  rękę 

Beatrice w obie dłonie, co w zamierzeniu miało być ciepłym gestem, 

lecz wygląda na błagalny. 

„Oczywiście,  że  tak"  -  odpowiada uśmiechem  Beatrice, po  czym 

ponownie zwraca się do Lucy. 

- Cooper mówił mi o wszystkim, czego przez te lata dokonałaś, i 

nie  mogę  się  już  doczekać,  kiedy  mi  opowiesz  o  swojej  fascynującej 

karierze.  Wykonywanie  takiej  poważnej  pracy  musi  być  naprawdę 

satysfakcjonujące.  -  Spogląda  na  Marthę,  która  potakująco  kiwa 

głową. 

Beatrice  otwiera  bagażnik  kabrioletu  po  brzegi  wypełniony 

zakupami i umieszcza w nim torbę z laptopem Lucy. 

-  Obawiam  się,  że  reszta  pojedzie  z  tobą  na  tylnym  siedzeniu  -

zwraca się do Marthy. 

 

Gdy  Adam  otwiera  oczy,  dolinę  Catawba  mają  już  za  sobą, 

wjechali  do  Lasu  Państwowego  im.  Jeffersona  i  szykują  się  do 

pokonania gór oddzielających Wirginię od Wirginii Zachodniej.  

Pną  się  wzwyż  i  mkną  w  dół  wijącymi  się  drogami  o  ostrych 

zakrętach. Chłopak spogląda na kompas na tablicy rozdzielczej.  

background image

Wskazówka  wciąż  zmienia  położenie,  często  informując,  że 

zmierzają  na  wschód,  czyli  tam,  skąd  przybyli.  Co  kilka  kilometrów 

utykają  za  olbrzymią  ciężarówką  z  drewnianymi  balami  o  średnicy 

przekraczającej metr, przymocowanymi łańcuchami. 

-  Strach  pomyśleć,  co  by  się  stało,  gdyby  któraś  była 

niezabezpieczona  -  mówi  Jesse,  lekko  mamrocząc  pod  wpływem 

środka przeciwlękowego.  

Ponieważ nie przewidziano pasa bezpieczeństwa dla środkowego 

pasażera, chłopak przechyla się w przód i w tył. Nawet uchwyciwszy 

się oburącz tablicy rozdzielczej, nie może utrzymać równowagi. 

- Bylibyśmy w bardziej opłakanym stanie niż krowa w drodze do 

McDonald'sa  -  mówi  Cooper,  dodając  gazu  i  próbując  wyprzedzić 

jedną z ogromnych ciężarówek.  

Silnik dodgea z wolna zwiększa obroty, a mężczyźni wstrzymują 

oddech i modlą się, żeby nic nie nadjeżdżało z naprzeciwka. Niekiedy 

kierowcy  ciężarówek  uprzejmie  zjeżdżają  na  pobocze,  umożliwiając 

wyprzedzanie,  często  jednak  pobocza  nie  ma,  a  jeszcze  częściej 

kierowcy nie grzeszą uprzejmością. 

Kurt  i  Walter,  którzy  zajmują  miejsca  przy  oknie,  spoglądają  w 

dół stromych stoków -  ziemia urywa się zaledwie parę metrów od kół 

ciężarówki  -    na  dachy  położonych  setki  metrów  niżej  domów.  Z 

rzadka zauważają kawałek aluminiowej balustrady, powgniatanej albo 

całkiem przerwanej, przeważnie jednak między nimi a przepaścią nie 

ma  żadnej  bariery.  Walter  już  dawno  odłożył  swojego  gameboya  i 

background image

trzymając  się  kurczowo  poręczy  siedzenia,  liczy  miejsca  katastrof 

wyznaczane przez krzyże i wieńce w różnym stadium rozkładu. 

Po drugiej stronie drogi widać tylko stromą ścianę o błyszczących 

skalistych  powierzchniach.  Wszędzie  leżą  zabite  przez  samochody 

zwierzęta  -  więcej  niż  kiedykolwiek  widzieli  podczas  wszystkich 

swoich  wypadów  do  Hamptonów  razem  wziętych  -  jelenie,  łanie, 

świstaki, skunksy, oposy i inne, niemożliwe do zidentyfikowania. 

Krawędzie  drogi  roją  się  od  znaków  ostrzegawczych  i  in-

formacyjnych  -  SPADAJĄCE  ODŁAMKI  SKALNE,  ZAKRĘT  I 

WJAZD  NA  DROGĘ  BEZ  PRZEJAZDU,  DZIKIE  ZWIERZĘTA, 

DROGA  BEZ  PRZEJAZDU.  Jednak  mknąc  przez  góry,  Cooper 

ignoruje  je  wszystkie  i  ścina  zakręty,  wyjeżdżając  poza  podwójną 

żółtą linię. 

Opowiada  swoim  pasażerom,  że  w  pogodne  dni  ze  szczytów 

można  oglądać  olśniewająco  piękne  widoki  -  spowite  srebrną  mgłą 

doliny  z  rwącymi  strumieniami.  Dzisiaj  jednak  jest  ponuro,  a  nisko 

wiszące  chmury  przetaczają  się  nad  górami,  spowijając  ciężarówkę 

gęstą mgłą.  

Gdy  osiągają  trzecie,  ostatnie  wzniesienie  o  wysokości  ponad 

tysiąca  metrów,  Cooper  informuje  ich,  że  właśnie  mijają  miejsce, 

gdzie  woda  przestaje  spływać  na  wschód,  ku  Atlantykowi,  i  zaczyna 

kierować  się  na  zachód,  ku  rzekom  Ohio  i  Missisipi,  a  następnie  do 

Zatoki Meksykańskiej.  

Nagle  przed  uczestnikami  „szkolenia"  wyłania  się  droga,  która 

wyprowadza  ich  z  chmur  w  dolinę.  W  ciągu  zaledwie  kilku  minut 

background image

znajdują się trzysta metrów niżej, a nagła utrata wysokości przyprawia 

ich o efekt „zatkanych" uszu. 

 

Martha,  wciśnięta  w  tylne  siedzenie  saaba  i  przytłoczona 

walizkami, niestety nie potrafi sprecyzować, co właściwie działa jej na 

nerwy  w  prowadzącej  samochód  drobnej  kobiecie.  Póki  co,  wraz  z 

Lucy  wtajemniczają  Beatrice  we  wszystko,  co  dotyczy  Obozu  dla 

prawdziwych mężczyzn - począwszy od narodzin samego pomysłu w 

La Lunie, a skończywszy na oczekiwaniach związanych z pobytem na 

farmie Tuckingtonów. 

- Nasz priorytet polega na tym, by te rozpieszczone mieszczuchy 

stały się bardziej męskie - wyjaśnia Martha. 

- By pomóc im odszukać mężczyznę w ich wnętrzu - dodaje Lucy. 

-  Muszę  przyznać,  że  gdy  pierwszy  raz  usłyszałam  o  tym  od 

Coopera,  pomyślałam,  że  na  pewno  źle  was  zrozumiał  -  mówi  ze 

śmiechem  Beatrice.  -  Za  moich  czasów  zadaniem  kobiety  było 

pozbawianie    mężczyzn  odrobiny  męskości,  a  nie  jej  przywracanie.  

Doszłam do wniosku, że przywozicie ich tu jedynie po to, by nauczyć 

ich kurtuazji, pokazać, jak się stać dżentelmenami z Południa. 

Lucy  może  sobie  tylko  wyobrażać,  jak  zwariowany  może  się 

wydawać Beatrice ich pomysł. Przecież ta kobieta spędziła całe życie 

wśród  mężczyzn,  którzy  potrafią  wszystko  naprawić  i  zrobić,  którzy 

polują, pracują na farmie i nie boją się pobrudzić sobie rąk. 

- Wkrótce się pani przekona, o co nam chodzi - obiecuje. - Rzecz 

nie w tym, że to nie są wspaniali mężczyźni, naprawdę tacy są. Tylko 

że lepiej nie musieć na nich polegać w chwili jakiegoś kryzysu. 

background image

- Właśnie - wtrąca się z tyłu Martha. - Pogromcy smoka się tu nie 

doszukasz. 

- Co takiego? - pyta Beatrice, udając, że nie zrozumiała.  

Martha powtarza, a kobieta odpowiada: 

- Tak właśnie myślałam. 

Chcąc zmienić temat, Lucy przechodzi do kalendarza szkolenia. 

- Jeśli Cooper działa zgodnie z harmonogramem - mówi, zerkając 

na zegarek - zaraz nastąpi oficjalne rozpoczęcie kursu. 

- Motoryzacja - informuje Martha. - Zmiana koła.  

Lucy  uśmiecha  się  na  myśl  o  Adamie  z  ubrudzonymi  smarem 

rękami. 

-  Według  planu  Cooper  zajmie  się  wpajaniem  podstawowych 

umiejętności  macho,  takich  jak  stolarka,  naprawa  silnika,  praca  na 

farmie, polowanie itd. Nasze zadanie będzie polegało na nauczeniu ich 

subtelniejszej sztuki: zachowania się wobec kobiet. 

- I ci mężczyźni naprawdę wiedzą, po co ich tu przywiozłyście? - 

pyta Beatrice. 

- Wszyscy zapisali się z własnej woli - zapewnia Martha.  

Lucy ogląda się na przyjaciółkę. 

- No, może niezupełnie - dodaje z wahaniem. - Mój chłopak i brat 

Marthy myślą, że przyjechali tu nam pomagać. 

- Nic nie szkodzi - zapewnia ją Beatrice. - Zawsze byłam zdania, 

że mężczyznom należy mówić tylko tyle, ile muszą wiedzieć. 

Zamiast ulgi Lucy odczuwa jeszcze większy niepokój. 

background image

-  Pomyślałyśmy,  że  byłoby  fajnie  zorganizować  pod  koniec 

tygodnia przyjęcie, żeby uczcić ich postępy - mówi Martha. 

-  I  zaprosić  mnóstwo  piękności  z  Południa,  żeby  się  mogli 

sprawdzić w zalotach - uzupełnia Lucy. 

-  Wspaniały  pomysł.  A  może  zorganizujemy  potańcówkę?  -

proponuje Beatrice. 

- To nawet lepiej - zgadza się Martha. 

-  Stara  stodoła  to  doskonałe  miejsce,  a  Jolene  mogłaby  nam 

pomóc. 

- Jolene? - pyta Martha. 

-  Tak,  Jolene.  Jest  taka  kochana  i  taka  zdolna!  -  odpowiada 

Beatrice. - To bliska przyjaciółka Coopera z kościoła. 

Martha z trudem przełyka ślinę. 

 

W miasteczku New Penial Cooper oświadcza, że „musi się odlać", 

i zatrzymuje ciężarówkę na poboczu, obok kolonialnej ruiny z czasów 

Thomasa  Jeffersona.  Wyskakuje  z  samochodu  i  zanim  pozostali 

zdołają otworzyć swoje drzwi, ukradkiem podrzuca pod tylne koło po 

stronie  kierowcy  parę  „jeży"  z  poskręcanych,  sterczących  we 

wszystkie strony gwoździ. Potem załatwia się w rowie. 

- Niedaleko stąd stoi pomnik poległych konfederatów,  wielki jak 

cholera. Założyciele miasta ufundowali go sto lat temu, zakładając, że 

ludzie zaczną osiedlać się coraz dalej na północ. Tyle że to nigdy nie 

nastąpiło, więc sterczy tak, biedactwo, samiuteńkie, i tylko konie przy 

nim się pasą. 

background image

Mężczyźni  się  uśmiechają.  Trudno  nie  polubić  tak  życzliwego 

faceta  jak  Cooper,  mimo  że  na  początku  nie  byli  na  to  nastawieni. 

Czują się już znacznie swobodniej jako uczestnicy tego wyjazdu.  

Simon  chrząka  ostrzegawczo  i  improwizuje  wykład  na  temat 

wojny domowej. 

- Być może nie wszyscy tutaj zdają sobie sprawę, że w 1862 roku 

Lincoln  podpisał  projekt  ustawy  o  utworzeniu  stanu  Wirginia 

Zachodnia, by przyciągnąć jego obywateli do wojska na pomoc Unii. 

Cooper uruchamia silnik i ostrożnie najeżdża na podłożone „jeże". 

Po  kilku  kilometrach  pasażerów  dochodzi  nieznajomy  odgłos 

pękającej opony. 

- Chyba złapaliśmy gumę, chłopaki - mówi Cooper.  

Zatrzymuje  się  na  poboczu  i  czeka,  aż  wszyscy  wysiądą.  Kurt 

wskazuje na kulę gwoździ wystającą z opony. 

- Co to jest, do jasnej cholery? 

-  To,  przyjacielu,  taka  stara  sztuczka  -  wyjaśnia  mu  Cooper.  -

Zrobione  z  powyginanych  gwoździ,  tak  że  obojętnie  jak  upadnie, 

jeden  zawsze  sterczy  w  górę.  Sprytne,  co?  Górnicy  używali  tego 

podczas  sporów  z  udziałem  związków  zawodowych,  by  rozwalać 

opony  łamistrajkom  i  ciężarówkom  z  węglem.  Ale  tym  razem  chyba 

po prostu jakiś dzieciak wyciął nam numer. 

-  A  propos  związków,  świetnie  by  było  pogadać  z  jakimiś 

miejscowymi  o  zmaganiach  o  pracę  w  latach  20.  i  30.  -  zaczyna 

Simon. - Może są jakieś placówki, w których... 

background image

- Po kolei, najpierw najważniejsze - przerywa Cooper. - Mamy tu 

przebitą oponę. 

-  Zaraz to załatwię -  mówi Walter i wyciąga telefon komórkowy 

i  palm  pilota.  -  Triple  A  gwarantuje  kluczowym  klientom  obsługę  w 

czasie krótszym niż pół godziny. - Zakłada, rzecz jasna, że należy do 

najlepszych  klientów,  rozstawia  szeroko  nogi  i  naciska  guziczki 

rozmaitych gadżetów. 

Pozostali odczuwają wyraźną ulgę. 

Po  chwili  Walter  z  konsternacją  wpatruje  się  w  telefon.  Ucisza 

Coopera, który próbuje zwrócić mu na coś uwagę, i przyciska kolejne 

guziczki.  

-  Przykro  mi,  przyjacielu  -  mówi  Cooper,  wskazując  na  masyw 

górski. - W tej okolicy nigdzie nie ma zasięgu.  

Walter zatrzaskuje telefon. 

- Nie przejmuj się - pociesza Cooper. - Nawet gdyby był, pomoc 

drogowa  tu  nie dojeżdża.  Ale  mam  też  dobrą  wiadomość  - na  farmie 

jest zasięg. 

W grupie panuje ponura atmosfera. 

- Co my teraz, cholera, zrobimy? - odzywa się Kurt. Żyła na jego 

czole pulsuje jak szalona. 

-  Na  litość  boską,  to  tylko  flak  -  mówi  Cooper,  szczerze 

zdziwiony ich bezradnością.  

Po raz pierwszy samodzielnie zmieniał koło jako trzynastolatek, a 

nawet wtedy przyszło mu to w sposób tak naturalny jak dojenie krów. 

Dokładnie  wiedział,  co  robić,  bo  przez  lata  obserwował  ojca.  Czy  te 

background image

mieszczuchy  nie  mają  ojców?  Czy  może  w  mieście  nie  trzeba  nic 

naprawiać?  

- Tutaj ciągle nam się to przytrafia - dodaje, wracając do rzeczy. -  

To  pestka.  Do  licha, nawet  gdybyśmy  nie  mieli  czym  tego  naprawić, 

jest nas przecież siedmiu!  Jeśli trzeba, znieślibyśmy tę ciężarówkę. - 

Cooper klęka w błocie, zagląda pod samochód i ocenia szkodę. 

-  Fuj  -  Bryce  przygląda  się,  jak  na  kolanach  spodni  Coopera 

rozrastają się plamy - na klasycznych dżinsach marki Levi's z dobrego 

rocznika, których szuka już od ponad roku. - Gdzie kupiłeś te dżinsy? 

-  pyta,  podziwiając  szwy.  -  Przeryłem  cały  Manhattan,  żeby  takie 

znaleźć! 

- Należały do mojego ojca, Bryce - odpowiada spokojnie Cooper. 

-  A  teraz  skupmy  się  przez  chwilę  i  nauczmy,  jak  zmieniać  koło. 

Adamie, podasz mi ze schowka miernik ciśnienia w oponach? 

Gdy  Adam  otwiera  schowek,  natyka  się  najpierw  na  błyszczący 

pistolet. 

- O, cholera! - wykrzykuje, biorąc go do ręki. - Co on tu robi? Jest 

naładowany? 

-  Jasne,  że  tak  -  potwierdza  Cooper.  -  Nie  nosi  się  przecież 

pistoletu, bo jest ładny. Proszę, odłóż go i weź ten miernik, dobra? 

Adam robi, co mu kazano. 

- Dlaczego go nosisz? 

-  Bez  powodu  -  odpowiada  Cooper.  -  W  tej  okolicy  prawie 

wszyscy  tak  robią.  Wtedy  kłopoty  trzymają  się  od  ciebie  z  daleka. 

background image

Może postrzelamy trochę na farmie pod koniec tygodnia. Albo jeszcze 

lepiej zabiorę was na strzelnicę. 

Z  zaskoczenia,  jakie  wywołał  u  mężczyzn  pistolet,  Cooper 

wnioskuje,  że  strzelanie  może  ich  zainteresować.  Najwyraźniej 

zahaczył  o  uniwersalne  marzenie  facetów,  by  wysadzić  coś  w 

powietrze. 

- Kiedy ostatnio zmienialiście koło? - pyta.  

Odpowiada  mu  cisza.  Cooper  nie  może  w  to  uwierzyć  -  wisi 

Marcie dziesięć dolców! Nie sądził, że to w ogóle możliwe, by sześciu 

dorosłych facetów nigdy nie zmieniało koła. 

- Czy to znaczy, że żaden z was nigdy  tego nie robił? - Patrzy na 

Adama i Brycea, którzy stoją najbliżej. - A co robicie, gdy dziewczy- 

na dzwoni, że złapała gumę? 

- Mówię, żeby wzięła inną taksówkę - odpowiada Bryce.  

Bez cienia rozbawienia Cooper oświadcza: 

- W tych okolicach bardzo dbamy o nasze kobiety. 

-  Tylko  żartowałem  -  mówi  Bryce.  -  Chodzi  o  to,  że  w  Nowym 

Jorku nikt nie prowadzi samochodu. 

-  I  w naszych okolicach - uzupełnia Adam - narobilibyśmy sobie 

znacznie więcej kłopotów, mówiąc o nich „nasze kobiety". 

Cooperowi  wyraźnie  się  podoba,  że  Adam  mu  się  sprzeciwił,  i 

zdaje sobie sprawę, że chłopak ma sporo racji. Może go nie docenił. 

- Cóż, myślę, że tutaj lepiej nikogo nie zatrzymywać - wtrąca się 

Jesse,  który  zauważył  specyficzny  wyraz  twarzy  kierowców 

background image

mijających  ich  ciężarówek  i  strzelby  na  stojakach  przy  tylnych 

szybach. 

- Coś w tym jest - potwierdza Cooper, sądząc, że odrobina strachu 

przed wiejskimi prostakami zmotywuje mężczyzn do nauki. - Pokazać 

wam, jak się to robi? 

Uczestnicy szkolenia całkowicie koncentrują się na poczynaniach 

Coopera, otaczając go ciasnym półkolem. 

-  Najpierw  trzeba  wziąć  klucz  -  poucza,  sięgając  pod  siedzenie 

kierowcy.  -  Nawiasem  mówiąc,  nieźle  się  sprawdza  jako  broń.  - 

Uderza  narzędziem  o  dłoń,  by  zademonstrować  jego  ciężar.  -  Potem 

luzujecie  śruby  na  tylnym  kole.  Wielu  facetów  miałoby  ochotę 

najpierw  podnieść  ciężarówkę,  ale  wy  będziecie  mądrzejsi  -  mówi, 

ściszając  głos.  -  Kiedy  koło  się  kręci,  nie  ma  przyczepności,  więc 

zostawcie wóz na ziemi i wykorzystajcie siłę nacisku.  

Rozlegają się okrzyki zdziwienia i pomruki zrozumienia. 

- Ktoś chce spróbować poluzować śruby? 

Zgłasza  się  Kurt,  choć  zamiast  posłuchać  rady  Coopera,  by  się 

zaprzeć i wykorzystać nacisk masy ciała oraz siłę nóg, zabiera się do 

dzieła, naprężając wytrenowane bicepsy i stękając przy tym z wysiłku.  

-  Dobra  robota  -  chwali  Cooper,  klepiąc  Kurta  po  plecach.  Ceni 

facetów,  którzy  robią  coś  po  swojemu.  Wręcza  Jessemu  garść  śrub  i 

przykazuje nie spuszczać z nich oka. 

Cooper  angażuje  wszystkich  po  kolei  i  wkrótce  pracują  już  jak 

zgrany  zespół:  Walter  bierze  lewarek,  Bryce  sprawdza  ciśnienie  w 

pozostałych oponach, Adam wczołguje się pod ciężarówkę, by odpiąć 

background image

koło zapasowe, które - zgodnie z tym, co mówi Cooper - znajduje się 

tuż  za  tylnym  dyferencjałem.  (Wnioskuje,  że  zorientuje  się,  jak 

wygląda tylny dyferencjał, gdy odnajdzie koło zapasowe.)  

Cooper  objaśnia  im,  gdzie  najlepiej  umieścić  lewarek  na  ramie. 

Posługując  się  kluczem  jak  dźwignią,  Walter  uruchamia  lewarek  i 

unosi ciężarówkę, a tym samym koło.  

Oczywiście nie może się oprzeć pokusie przesadnego popychania 

dźwigni,  przy  czym  stęka  jak  wyposzczony  facet,  któremu  wreszcie 

udało  się  zaciągnąć  kobietę  do  łóżka.  Cooper  zastanawia  się  przez 

chwilę,  czy  nie  wytknąć  mu  tych  szczeniackich  popisów,  ale 

rezygnuje. Maniery to działka Lucy i Marthy, on zaś musi się skupić 

na  swoim  zadaniu:  nauczeniu  uczestników  obozu  podstawowych 

męskich czynności. 

-  Pamiętajcie,  koło  zapasowe  będzie  większe  niż  przebite  - 

poucza.  -  Więc  upewnijcie  się,  że  unieśliście  ciężarówkę  wyżej,  niż 

wydawało się to konieczne. 

Mężczyźni  angażują  się  w  lekcję  podekscytowani,  że  Cooper 

wtajemnicza  ich  w  sztuczki,  do  których  sami  dochodziliby  latami. 

Cooper szarpnięciem zdejmuje uszkodzone koło i sprawnie umieszcza 

na piaście zapasowe. 

- Lepiej najpierw zamocować śruby palcami mniej więcej w takim 

porządku,  jakbyście  rysowali  gwiazdę  -  czyli  kolejno  przeciwległe  - 

wtedy  koło  będzie  się  trzymało  -  wyjaśnia.  -  A  potem  wystarczy  już 

tylko  dokręcić  je  kluczem.  -  Gdy  kończą,  poleca  Jessemu  włożyć 

background image

klucz do podnośnika i obrócić, tak by ciężarówka znów znalazła się na 

ziemi. 

- Cool - komentuje Jesse. 

-  Teraz,  kiedy  już  stoi,  można  ostatni  raz  dokręcić  śruby  -  mówi 

Cooper. 

W  tej  chwili  mijają  ich  Martha  i  Lucy  z  Beatrice.  Zauważają 

mężczyzn  na  poboczu,  zwalniają  i  zatrzymują  się  jakichś  sześć 

metrów od ciężarówki. Martha wychyla głowę przez okno. 

- Wszystko okay? - pyta. 

Jesse trzyma jeszcze rękę na podnośniku. 

-  W  porządku  -  odkrzykuje,  a  jego  mina  mówi:  „Nic  takiego".  - 

Po prostu zmieniamy koło. 

Cooper uśmiecha się i unosi kciuk. 

- Pojedziemy tuż za wami.  

Adam macha do Lucy i krzyczy: 

- Do zobaczenia na farmie! 

- Dobra - odpowiada dziewczyna. - Będziemy czekać z obiadem. 

Beatrice  przyspiesza,  a  Lucy  zamyka  okno.  Obie  z  Marthą 

zanoszą się śmiechem, przejęte, że szkolenie już się rozpoczęło. 

Gdy brudną robotę mają za sobą, Bryce wyjmuje z plecaka garść 

osobno pakowanych nawilżanych chusteczek. 

-  Moje  motto  brzmi:  „Bądź  zawsze  przygotowany"  -  mówi, 

wręczając je nowym przyjaciołom. 

-  Krok  do  przodu, dwa  kroki  w  tył  -  mruczy  pod nosem  Cooper, 

wycierając ręce w brudną szmatę, którą trzyma pod siedzeniem. 

background image

Światło  przybiera  już  odcień  zieleni,  gdy  wjeżdżają  do  Neoli, 

stolicy  hrabstwa  w  dolinie  Manasseh.  Cooper  zwalnia  na  głównej 

drodze  -  wąskiej,  obsadzonej  stuletnimi  drzewami.  Mijają  budynek 

sądu  hrabstwa  Neola  wzniesiony  w  1837  roku,  starą  pocztę  i  męski 

zakład fryzjerski, w którym Cooper strzyże się przez całe życie.  

Słońce  schowało  się  za  wzgórzami,  więc  prawie  zmierzcha,  gdy 

przemykają obok stawu, po którym w dzieciństwie jeździł na łyżwach. 

Naprzeciw  stawu  znajduje  się  cmentarz  konfederatów,  a  dalej  długa 

gruntowa 

droga 

prowadząca 

do 

ośmiusetakrowej 

farmy 

Tuckingtonów. 

W  zmroku  mężczyźni  widzą  zaledwie  zarysy  budynków:  główną 

oborę, rozmaite wiaty i szopy, rozchwiany płot wyznaczający granicę 

gospodarstwa,  silos,  zbite  w  małe  stadka  krowy,  bele  siana.  Cooper, 

który  zna  farmę  jak  własną  kieszeń,  dostrzega  coś,  czego  nie 

zauważają  pozostali  -  świeżo  przypięte  do  płotu  przy  drodze 

zawiadomienie o zajęciu nieruchomości.  

Choć  przychodziło  wiele  listów,  Cooper  był  przekonany,  że  ma 

jeszcze choćby miesiąc, zanim bank podejmie działania. Myślał, że to 

mnóstwo  czasu,  by  doprowadzić  sprawy  do  porządku.  Serce  mu  

łomocze i ma nadzieje, że matka nie widziała kartki, którą sam usunie, 

gdy tylko goście pójdą spać. 

Kiedy zbliżają się do domu, na powitanie rzucają się dwa golden 

retrievery. Cooper przedstawia je swoim pasażerom jako Tora i Tapa, 

wyjaśniając,  że  posiadłość  Tuckingtonów  od  zawsze  zamieszkiwały 

background image

dwa psy tej rasy i o takich imionach. Tradycję tę zapoczątkował jego 

dziadek, kontynuował ją ojciec, a po nim bez sprzeciwu Cooper. 

- Niespecjalnie nadają się do pilnowania - mówi gościom, gdy ci 

zabierają bagaże. - Ale są dobrymi i wiernymi kompanami. 

Lucy, Martha i Beatrice wychodzą na ganek. Przypominają anioły 

w  aureolach,  opromienione  padającym  z  kuchni  światłem.  Po  chwili 

roznoszą  się  smakowite  zapachy  pieczonych  ziemniaków  i  kurcza- 

ków. Beatrice wychodzi na spotkanie gości i ściska każdemu dłoń. 

-  Strasznie  mi  przyjemnie  was  poznać  -  mówi  z  przesadnym 

południowym  akcentem.  Gdy  zbliża  się  do  niej  syn,  zwraca  się  do 

niego  z  udawaną  naganą:  -  Cooperze  Tuckington, co  to  za  powitanie 

dla  naszych  gości?  -  Uśmiecha  się  promiennie,  klepiąc  go  przez 

skórzaną  kurtkę  po  klatce  piersiowej.  -    Nie  sądzisz,  że  ci  przystojni 

panowie mają lepsze rzeczy do roboty niż zmienianie z tobą koła? 

 

ROZDZIAŁ 9 

W  moim  życiu  liczą  się  nie  mężczyźni,  lecz  życie  w  moich 

mężczyznach. 

Mae West 

Trudno  o  coś  bardziej  odmiennego  od  codziennej  nowojorskiej 

rutyny  przyjezdnych  niż  życie  na  farmie  Tuckingtonów.  W  mieście 

funkcjonują mniej więcej między ósmą rano a północą, a ich rozkłady 

dnia  nieznacznie  się  różnią:  kilkakrotnie  naciskają  guziczek  drzemki 

na budziku, by w końcu wstać przy ulubionym programie radiowym, z 

radością spełnić poranny rytuał z prysznicem, kawą latte i gazetą; jeśli 

background image

starcza im siły woli, chodzą na siłownię, jeśli nie, udają się prosto do 

pracy,  w  której  spędzają  kolejnych  dziesięć  do  dwunastu  godzin  z 

pocztą elektroniczną i słuchawkami; większość wieczorów upływa im 

na  spotkaniach  z  przyjaciółmi  lub  na  sporadycznych  randkach,  choć 

czasami  zostają  w  domu,  zamawiają  chińszczyznę  i  oglądają  jakiś 

reality show. 

Na  farmie  Tuckingtonów  jest  zupełnie  inaczej.  O  piątej  rano,  z 

pomocą  koguta  rasy  leghorn  zwanego  Pavarotti,  Cooper  budzi 

uczestników  szkolenia,  każe  im  wsiąść  na  platformę  jednego  z 

pikapów i wywozi do dojami położonej niecały kilometr od domu.  

Zdezorientowani,  pozbawieni  porannego  prysznica  mężczyźni 

stoją  na  gumowych,  przemysłowych  matach  rozciągniętych  wzdłuż 

przejścia pomiędzy dwiema platformami, po których przez następnych 

dziewięćdziesiąt  minut  przepływa  nieprzerwany  potok  blisko 

siedmiusetkilogramowych  krów,  wpuszczanych  jednorazowo  po 

dwadzieścia cztery sztuki, po dwanaście na platformę. 

Każdy  z  sześciu  mężczyzn,  rozmieszczonych  równomiernie 

wzdłuż  centralnego  przejścia,  ma  za  zadanie  wydoić  cztery  krowy, 

dwie z jednej i dwie z drugiej strony. Cooper zaznacza, że mają sporo 

szczęścia,  korzystając  z  najnowocześniejszego  rozwiązania,  dzięki 

któremu  wymiona  znajdują  się  na  wysokości  ich  pasa  i  praktycznie 

nie trzeba się schylać.  

Patrzą  na  niego  ze  złością  czerwonymi,  zapuchniętymi  oczami, 

bez wątpienia zachodząc w głowę, jak to możliwe, że dali się w ogóle 

namówić na przyjazd na farmę Tuckingtonów. 

background image

-  Całą  robotę  wykonuje  zwykle  dwóch  pomocników  -  informuje 

Cooper. - Więc dla was, chłopaki, to na pewno pestka. 

Solidaryzując  się  z  mężczyznami,  Lucy  i  Martha  wstają  o  tej 

samej  nieludzkiej  porze,  by  przyjrzeć  się  udojowi  z  przedniej  części 

budynku,  gdzie  Cooper  ustawił  dla  nich  dwa  staroświeckie  stołki.  Z 

tej  uprzywilejowanej  pozycji  obserwują,  jak  krowy  wchodzą  do 

dojami  z  obłędem  w  oczach  i  wymionami  tak  irytująco 

przepełnionymi  mlekiem,  że  oplatające  je  olbrzymie  żyły  wyglądają, 

jakby lada chwila miały pęknąć. 

Krowy,  pobudzone  stanem,  w  jakim  się  znajdują,  stają  się 

wyjątkowo  niespokojne  w  obecności  obcych,  więc  Cooper  robi,  co 

może,  żeby  nad  nimi  zapanować.  Przyciszonym,  łagodnym  głosem 

poucza uczestników obozu, jak obchodzić się z bydłem i ze sprzętem, 

czasem  przerywa,  cmoknięciem  dodaje  otuchy  jakiejś  przestraszonej 

krasuli i naprowadza ją na właściwe stanowisko. 

-  To  bardzo  istotne,  by  nie  spadać  poniżej  normy  produkcyjnej, 

czyli  trzydziestu  pięciu  litrów  mleka dziennie  -  informuje.  -  Oznacza 

to,  że  należy  właściwie  zakładać  sprzęt  i  zachowywać  tu  jak 

największy  spokój.  I  pamiętajcie  o  podstawowej  zasadzie 

obowiązującej w dojami - żadnego kontaktu rąk z wymionami. 

- Dlaczego? - pyta Adam. 

-  Bo  to  niehigieniczne,  a  resort  rolnictwa  jest  bardzo  wyczulony 

na zanieczyszczenia w mleku - odpowiada stanowczo Cooper. Potem 

kątem  oka  dostrzega  Lucy  i  Marthę  i  zmusza  się  do  uśmiechu.  - 

Nasyłają  na  nas  inspektorów,  małych  tłuściochów  z  podwójnymi 

background image

podbródkami,  w  okularach  ze  szkłami  jak  denka  od  butelek,  których 

zwykle zabijamy i zjadamy. 

Mężczyźni śmieją się z dowcipu. Potem Cooper pokazuje im, jak 

prawidłowo  wydoić  krowę.  Zanurza  każdą  dójkę  w  butelce  ze 

środkiem  odkażającym,  wyciera  specjalną  szmatką  i  podłącza  do 

urządzenia,  które  nazywa  „łapą"  (czyli  do  rodzaju  krowiego 

odpowiednika  odciągacza  pokarmu)  o  czterech  końcówkach 

odsysających  mleko  do  osobnych  sześciogalonowych  słoików  z 

czerwonymi oznaczeniami jak na miarkach. 

-  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  bym  chciała  go  przy  tym  nie 

oglądać  -  szepcze  Martha  na  ucho  Lucy  i  krzyżuje  ramiona  na 

piersiach. 

Nikogo  nie  dziwi,  że  Kurt  najszybciej  podłącza  krowy  do 

aparatury.  W  wolnym  czasie  robi  obchód  niczym  instruujący 

żołnierzy sierżant podczas musztry. Zatrzymuje się przy Brysie, który 

obchodzi  się  ze  sprzętem  jak  ze  zgniłym  jajem,  starając  się  jak 

najmniej go dotykać. 

- To nie bomba, nie wybuchnie - mówi. - Opóźniasz nas, kolego. 

Pamiętaj, w zespole „ja" nie ma nic do gadania. 

- Nie powiedziałbym - stawia się Bryce, którego cieszy sam fakt, 

że jest w tej grupie najlepiej ubranym farmerem.  

Ma na sobie nowiutki kombinezon Carhartta oraz buty marki L. L. 

Bean.  Jesse,  zdenerwowany,  że  na  niego  patrzą,  zasysa  sobie  palec 

wskazujący  w  końcówkę 

„łapy",  co  skłania  Waltera  do 

background image

niepohamowanego  chichotu.  W  końcu  Cooper  wyłącza  maszynę  i 

wyswobadza chłopaka. 

Simon  jest  nienaturalnie  wyciszony,  więc  jak  przypuszcza 

Martha, chyba się połapał, że pozostali za nim nie przepadają, albo po 

prostu - podobnie jak ona - nie jest rannym ptaszkiem. Adam z kolei 

pracuje  równym  tempem,  zręcznie  podłącza  krowy  do  aparatury,  a 

przy tym pogwizduje, by stały spokojne i zadowolone.  

Tymczasem  Lucy  zastanawia  się  nad  kontrastem  między 

realnością  czy  przyziemnością  krów  o  nabrzmiałych  wymionach  a 

technicznym  zaawansowaniem  mleczarni  stworzonej  do  obliczania, 

transportowania  i  chłodzenia.  Następnie  rozmyśla  o  cudownym 

efekcie  tych  działań:  o  mleku  -  białym,  pasteryzowanym  i 

zatwierdzonym przez rząd do powszechnego spożycia przez dzieci.  

Martha z kolei głośno rozważa, czy stado nie czułoby się bardziej 

swojsko,  gdyby  słuchało  muzyki  country  zamiast  klasycznej,  która 

rozbrzmiewa z kantorka Coopera. 

-  Chodzi  wyłącznie  o  odprężenie  -  wyjaśnia  Cooper, 

przystawiając  sobie  trzeci  stołek.  -  Im  bardziej  kojące  dźwięki,  tym 

lepiej  leci  mleko.  Możesz  mi  nie  wierzyć,  ale  krowy  mają  na  farmie 

całkiem przyjemne życie. 

Martha  obrzuca  go  sceptycznym  spojrzeniem.  Zmuszane  do 

reprodukcji  i  odsysania  mleka.  I  to  ma  być  przyjemne?  Nie  daje  się 

przekonać.  Na  ostatniej  stronie  menu  z  GOJAPAN  wyczytała,  że 

bydłu  z  Kobe  zapewnia  się  piwo  do  każdego  posiłku  i  codzienny 

background image

masaż.  Gdyby  była  krową,  wolałaby  raczej,  żeby  jej  w  taki  sposób 

dogadzano. 

Po  odłączeniu  ostatniej  „łapy"  i  zakończeniu  udoju  sflaczałe 

czworonożne damy opuszczają dojarnię w wyraźnie lepszym nastroju 

niż  w  momencie  przybycia.  Niemal  natychmiast  zmienia  je  kolejna 

grupa,  łypiąca  brązowymi  oczami  jak  w  obłędzie,  z  rozdętymi  do 

granic  możliwości  wymionami.  Lucy  przygląda  się  zróżnicowanej 

ilości mleka w słoikach i pyta: 

- Dlaczego niektóre krowy mają tak dużo mleka, a inne nie? 

-  Gdybym  znał  odpowiedź,  byłbym  bogaczem  -  mówi  Cooper  i 

wyjaśnia,  że  produkcja  mleka  zależy  od  wielu  czynników,  takich jak 

wiek krowy, stan zdrowia czy faza laktacji. 

-  Podoba  mi  się,  że  nazywasz  to  miejsce  „krowim  pałacem".  -

Lucy wskazuje na przestronne wnętrze. - Zupełnie jakby jakaś dobrze 

ułożona  jałówka  mogła  sobie  zasiąść  przy  piwie  korzennym  i 

oczekiwać wizyt byczych kawalerów.  

Martha  przypatruje  się  nowemu  stadku  krów,  które  wpadają  do 

mleczarni  z  upaćkanymi  nozdrzami,  zabłoconymi  nogami  i  zadami 

brudnymi od odchodów.  

-  Drogie  panie  -  woła.  -  Co  powiecie  na  odrobinę  dbałości  o 

wygląd  i  higienę?  Nigdy  nie  wiadomo,  może  zaraz  tu  zajdzie  jakiś 

przystojny byczek! 

Cooper  wybucha  śmiechem,  oczarowany  niemądrą  paplaniną 

Marthy. 

background image

-  Obawiam  się,  że  te  panie  nigdy  nie  ujrzą  stworzenia,  które 

bardziej niż ja przypomina buhaja - mówi. 

-  A  Pinckney?  -  pyta  Lucy.  Przecież  przejeżdżają  obok  jego 

zagrody po drodze do mleczarni. - Myślałam, że to on kryje wszystkie 

krowy Tuckingtonów. 

-  Tak  naprawdę  inseminacja  okazała  się  tańsza  i  pewniejsza  -

tłumaczy Cooper. - Więc stary Pinckney obsługuje już tylko jałówki. 

Lucy i Martha wymieniają spojrzenia. Obsługuje? 

-  A  jaka  jest  właściwie  różnica  między  jałówką  a  krową?    -  pyta 

Martha. 

W oczach Coopera pojawia się błysk. 

-  Jałówka  nie  daje  mleka.  Staje  się  krową,  kiedy  się  ocieli  - 

wyjaśnia. 

Lucy  nagle  zdaje  sobie  sprawę,  że  w  bydlęcym  świecie  obie  z 

Marthą byłyby jeszcze jałówkami. 

Martha jakby czyta w jej myślach. 

- Co jałówka, to nie krowa. 

Co  rano  cała  grupa  wraca  do  domu  przed  ósmą  i  wita  ją  zapach 

świeżo  upieczonego  chleba,  odgłos  skwierczącego  na  patelni  bekonu 

oraz uroczy widok Beatrice (w fartuszku w krowie łaty), która krząta 

się  po  kuchni,  smażąc  jajecznicę,  podrzucając  naleśniki  i 

przygotowując  inne  smakołyki  na  śniadanie.  Na  stole  i  obok  pieca 

leżą  duże  bryły  miękkiego  masła  o  zaokrąglonych  od  kuchennego 

ciepła krawędziach. 

background image

Pierwszego  dnia  Bryce  wzdryga  się,  gdy  Beatrice  wręcza  mu 

talerz  pełen  jajecznicy,  grubych  plastrów  bekonu,  smażonych 

ziemniaków i posmarowanych masłem tostów. 

-  Bez urazy, Beatrice -  mówi, spoglądając na swoją porcję -  ale 

tu  jest  więcej  kalorii,  niż  normalnie  zjadam  przez  cały  tydzień.  Czy 

nie ma pani muesli albo niskotłuszczowego twarożku? 

Święte  słowa,  myśli  Martha,  której  ulżyło,  że  ktoś  ją  uprzedził  i 

poruszył  ten  temat.  Dlaczego  nie  pomyślała  i  nie przywiozła  ze  sobą 

odtłuszczonego jogurtu? 

Mimo  że  dziewczyny  ostrzegały  ją  w  samochodzie,  Beatrice 

wygląda  na  zszokowaną:  jaki  mężczyzna  odmawia  porządnego 

śniadania?  W  ciągu  sekundy  obiera  jednak  odpowiednią  taktykę.  W 

końcu  jest  kobietą  z  Południa,  więc  flirt  to  jej  specjalność. 

Podkreślając swój akcent, mówi: 

- Chyba nie sugerujesz, chłopcze, że odmówisz domowej strawy, 

którą  dla  ciebie  przyrządziłam  własnymi  rękami?  -  Przechyla  lekko 

głowę i posyła mu spojrzenie, rozpaczliwe i uwodzicielskie zarazem. - 

Poza tym trzeba ci wiedzieć, że kobiety uwielbiają dużych mężczyzn. 

Walter ożywia się na te słowa i poklepuje po gąbczastym brzuchu, 

jakby go wyhodował, by sprawić przyjemność kobietom.  

Dużych,  w  sensie  silnych,  nie  tłustych,  myśli  Lucy,  której 

przypomina  się  napis  na  drzwiach  damskiej  toalety  w  La  Lunie: 

„Kobiety będą faktycznie równe mężczyznom, gdy zaczną obnosić po 

ulicach łysiny i brzuchy, nadal pewne własnej urody". 

background image

-  Im  większy  mężczyzna,  tym  bezpieczniej  czujemy  się  w  jego 

ramionach - ciągnie Beatrice. 

Martha  sprawdza,  czy  Lucy  jest  równie  zaszokowana 

uwodzicielskim tonem Beatrice jak ona, lecz przyjaciółka nawet tego 

nie  dostrzega.  Nadal  rozmyśla  nad  uwagą  matki  Coopera  o  dużych 

mężczyznach.  Przypomina  jej  się  pierwszy  raz,  kiedy  rozebrała  się 

przy Adamie. Przeraziła się, że ma grubsze uda niż on.  

Zastanawiała się wtedy, czy kiedykolwiek poczuje się bezpieczna, 

chodząc z chłopakiem, który waży zaledwie pięć kilo więcej niż ona. 

Teraz,  przyglądając  się  jego  szczupłym  palcom,  wręcza  mu  talerz  z 

największą porcją bekonu. 

- Jedz, kochanie - mówi. 

-  Daję  słowo  -  obiecuje  Beatrice,  targając  Bryceowi  włosy  -  że 

mój syn dopilnuje, żebyś spalił to śniadanie przed lunchem. 

- Skoro tak - uspokaja się Bryce, poprawiając fryzurę.  

Jeśli jesteś taki naiwny, myśli Martha, szacując liczbę kalorii oraz 

zawartość  tłuszczu  i  węglowodanów  w  jego  posiłku,  powinnam  ci 

była sprzedać pigułkę, która zmienia w idealnego mężczyznę. 

- A jak pani  przy takiej diecie utrzymuje tak smukłą sylwetkę? -

pyta Bryce. 

Beatrice  kładzie  ręce  na  biodrach,  zadowolona,  że  młody 

mężczyzna zauważył jej świetną figurę. 

- Na  wsi człowiek pracuje na swoje wyżywienie i to w zasadzie 

wystarcza.  Miejscowi  nie  siedzą  całymi  dniami  za  biurkiem  -

odpowiada,  przekładając  patelnie  z  pieca  do  zlewu.  -  Zajmuję  się 

background image

ogrodem warzywnym i kurami, a poza tym, kiedy tylko mogę, chodzę 

na tańce. 

Martha  mruży  oczy.  Wie,  że  istnieje  bardziej  wiarygodne 

wytłumaczenie  szczupłej  sylwetki  matki  Coopera.  Szybko  liczy 

talerze i przekonuje się, że jednego brakuje. 

-  Nie  zje  pani  z  nami?  -  pyta  niewinnie.  Nie  zmuszaj  mnie  do 

odszukania twoich zapasów slim-fastu. 

Beatrice odpowiada uśmiechem. 

-  Czy  to  nie  niegodziwość  wytykać  mi  brak  dobrych  manier?  -

mówi, przepraszająco patrząc na mężczyzn. - Wstyd przyznać, ale gdy 

robiłam śniadanie, tak zgłodniałam, że po prostu nie wytrzymałam. 

- Proszę na nas nigdy nie czekać - proponuje Kurt. 

-  Oczywiście  -  popiera  go  Simon.  -  Jest  pani  cudowną 

gospodynią. 

- Najlepszą - dodaje Jesse, zakłopotany bezczelnością siostry. 

Niezła  jest,  myśli  Martha,  z  podziwem  patrząc,  jak  skwapliwie 

mężczyźni  biorą  ją  w  obronę.  Beatrice  obrzuca  Marthę  wyniosłym 

spojrzeniem i wraca do przerwanej rozmowy z Bryce'em. 

-  Może  jestem  staroświecka,  ale  myślę,  że  to  ważne  wiedzieć, 

skąd  pochodzi  jedzenie  -  mówi  z  przekonaniem.  -  Spójrz  na  swój 

talerz:  jajka  prosto  od  moich  kur,  wieprzowina  z  sąsiedniej  farmy, 

świeżutki  chleb,  codziennie  pieczony  przez  sąsiadów  w  zamian  za 

nasze masło.  

A skąd według ciebie pochodzi to muesli?  A skąd według ciebie 

pochodzi  sok  pomarańczowy  Tropicana?  -  myśli  Martha,  unosząc 

background image

kartonik  za  plecami  Beatrice.  Lucy  marszczy  brwi,  dając  jej  do 

zrozumienia, by go odstawiła.  

Wiosna  to  w  gospodarstwie  bardzo  pracowita  pora  roku. 

Codziennie  trzeba  wykonywać  dziesiątki  czynności  wymagających 

większego lub mniejszego  wysiłku. Należy  zadbać, by krowy dawały 

mleko, dostały paszę i bezpiecznie się cieliły, by pola zostały zaorane, 

użyźnione nawozem i obsiane, dopilnować naprawy płotów i sprzętu.  

Rozkład dnia przybyłych na farmę mężczyzn jest zatem napięty i 

ściśle określony. O wschodzie słońca rozpoczyna się poranny udój, po 

nim  śniadanie  i  codzienna  sesja  szkoleniowa  (stolarka,  obsługa 

maszyn  i  praca  na  roli  stanowią  zasadniczą  część  programu 

nauczania).  Potem  wszyscy  udają  się  na  lunch  i  odbywają 

wyczekiwaną sjestę, po której następuje wieczorny udój wyznaczający 

koniec 

dnia 

roboczego, 

zarazem 

początek 

rozmaitych 

proponowanych przez Coopera nadprogramowych zajęć.  

Martha  i  Lucy  przejmują prowadzenie  szkolenia  podczas kolacji, 

udzielając  niezobowiązujących  lekcji  dobrych  manier,  konwersacji 

czy  galanterii  w  postępowaniu  z  kobietami.  Wieczorami  ci,  których 

nie zmorzył sen, oglądają wybrane przez nie filmy z silnymi, męskimi 

i romantycznymi bohaterami. 

Zajęcia organizowane przez Coopera są zdecydowanie najbardziej 

wyczerpujące  dla  uczestników  obozu.  Sam  Cooper  początkowo  nie 

zamierzał  wymagać  od  nich  tak  ciężkiej  pracy,  nie  wiedział  jednak, 

jak  poważny  obrót  przybiorą  sprawy  na  farmie  -  nota  o  zajęciu 

gospodarstwa przez bank była jak kubeł zimnej wody wylany na jego 

background image

głowę.  Musiał  wykorzystać  sześciu  sprawnych  ludzi,  których  miał 

akurat do dyspozycji. Mogli stanowić jego jedyną szansę, by postawić 

farmę na nogi przed wyprzedażą ziemi, maszyn czy bydła. 

Pierwszego  dnia  sesja  szkoleniowa  poświęcona  jest  stolarce. 

Cooper  daje  mężczyznom  karkołomne  zadanie  wymiany  odcinka 

drewnianego  płotu  biegnącego  wzdłuż  drogi,  począwszy  od  domu. 

Stawiał  go  czterdzieści  lat  wcześniej  jego  ojciec  i  Cooper  już  zbyt 

długo odkładał tę pracę. Za pomocą specjalnie wyposażonego traktora 

wbija nowe słupy w odległości kilku centymetrów od starych, a potem 

pokazuje mężczyznom, jak prawidłowo mocować na nich deski. 

- Jak widzicie - mówi, wskazując na stary, powykrzywiany płot -

deski biegną na trzech poziomach - górnym, środkowym i dolnym - a 

każda  ma  siedem  metrów  długości.  Słupy  ustawione  są  w  odległości 

nieco  ponad  dwóch  metrów,  tak  by  każda  deska  przypadała  na  trzy. 

Sztuka  budowania  mocnego  płotu  polega  na  schodkowym  układaniu 

desek w taki sposób, żeby do każdego słupa przybita była tylko jedna. 

Popatrzcie.  

Leciutko  wbija  gwóźdź  w  deskę,  po  czym  dwoma  celnymi, 

silnymi uderzeniami młotka przytwierdza ją do słupa.  

- Uważajcie, żeby dokładnie trafiać w gwóźdź. 

Kurt wyrzuca młotek w powietrze i łapie go, gdy opada. 

-  To  pestka!  -  mówi,  chwyta  deskę  i  natychmiast  zabiera  się  do 

roboty. 

Przez twarz Coopera przemyka uśmieszek. Stawianie płotu to nie 

byle  co.  Zajmuje  się  tym  od  lat  (stąd  jego  bicepsy  jak  u  Popeyea)  i 

background image

nadal  najbardziej  tego  nie  znosi.  Pozostali  zachowują  się  z  większą 

rezerwą i stosują do jego wskazówek. 

Dziewczyny siedzą na pobliskich pniach, obserwując ich z daleka. 

Marthę  bawią  chęć  rywalizacji  Kurta  i  pogięte  przez  Bryce'a 

gwoździe.  Lucy  z  kolei  martwi  się,  że  Adamowi  może  się  odnowić 

uraz  pleców.  Walter  zmierza  w  ich  stronę  -    najwyraźniej  woli 

pogadać  o  pracy,  niż  się  do  niej  zabrać.  Chwali  się  doświadczeniem 

zdobytym na farmie amiszów. 

-  Zero  mechanicznej  orki  czy  nowoczesnych  maszyn.  Liczy  się 

tylko to - mówi, poklepując swoje wątłe bicepsy. 

Lucy  i  Martha  uśmiechają  się  z  grzeczności,  lecz  dla  Waltera  to 

zachęta. Opiera się obiema rękami o stary płot i szykuje do skoku na 

ich stronę, by jeszcze coś opowiedzieć. 

Lucy  skacze  na  równe  nogi,  żeby  go  powstrzymać  -  Cooper 

dopiero  co  uprzedzał,  że  stary  płot  jest  pod  napięciem,  a  drut  -

elektryczny  pastuch  -  biegnie  wzdłuż  górnej  deski,  ale  jest  już  za 

późno  i  w  trakcie  skoku  Walter  doznaje  porażenia  prądem, 

wystarczająco  silnym,  by  odstraszyć  ważącego  tonę  byka.  Z  jękiem 

upada  na  ziemię.  Rozproszony  tym  zdarzeniem  Kurt  uderza  się 

młotkiem w kciuk. Dwóch pomocników odpada. 

Martha zasłania oczy. 

-  Przypomnij  mi,  do  czego  im  się  przyda  w  mieście  stawianie 

płotu?  -  pyta  przyjaciółkę,  nagle  zaniepokojona  o  bezpieczeństwo 

podopiecznych. 

- Wszystko w porządku - uspokaja ją Lucy, szacując szkody.  

background image

Cooper postawił już Waltera na nogi i obaj zaśmiewają się z bólu, 

jaki  wywołuje  porażenie  prądem,  jakby  stanowił  jedną  z 

podstawowych  prób,  które  musi  przejść  prawdziwy  mężczyzna.  Kurt 

też ma się całkiem nieźle, bo może sobie ulżyć i głośno zakląć. 

Martha nadal nie patrzy. 

-  Posłuchaj  -  przypomina  jej  Lucy  -  chciałaś  ich  odciągnąć  od 

intelektualnego życia w Nowym Jorku i umożliwić kontakt z fizyczną 

pracą. 

-  No  tak,  racja  -  mówi  Martha,  otwierając  oczy.  -  Budowanie 

płotu jest bardziej męskie niż liczenie. 

-  Właśnie. Chyba nas potrzebują. Może się do nich przyłączymy? 

- Niezły pomysł - odpowiada Martha, wstając.  

Cooper jednak sprzeciwia się temu zamiarowi. 

- A jeśli okażecie się lepsze? 

Następnego  dnia  zajęcia  poświęcone  są  konserwacji  i  naprawie 

silnika.  Odbywają  się  w  warsztacie  -  podłużnym,  niskim  i 

przesiąkniętym  zapachem  ropy  budynku.  Dach  pokrywa  cynowa 

blacha, a okna tak zarosły brudem, że  wnętrze jest ciemne i chłodne. 

Przy jednej ścianie stoją stoły robocze zagracone upaćkanymi smarem 

narzędziami.  Po  podłodze  walają  się  palniki  acetylenowe,  łańcuchy, 

części  dawno  zepsutych  maszyn  i  rozmaite  żelastwo.  Na  zewnątrz 

czeka na mężczyzn sześć pojazdów. 

Cooper  wprowadza  ich  w  kilka  rutynowych  czynności 

konserwatorskich,  takich  jak  sprawdzanie  poziomu  oleju,  filtrów  czy 

chłodnic,  i  podpowiada,  jak  szybko  zareagować  w  awaryjnych 

background image

sytuacjach - uruchomić samochód z innego akumulatora lub „na pych" 

czy  coś  zaradzić  w  przypadku  przegrzania  silnika.  Następnie  wręcza 

im  pudełka  smaru  i  poleca  zająć  się  zaniedbanymi  pojazdami 

stojącymi przed warsztatem. 

- Jakie to urocze - mówi  Lucy, siedząc na trawie obok Marthy. -

Spójrz  na  ten  brud  na  czole  Adama  albo  na  twojego  brata  ze 

smarownicą! 

Martha  nie  odpowiada.  Myśli  o  Cooperze  i  o  tym,  że  liczyła  w 

związku z ich wspólnie spędzonym tygodniem na coś zupełnie innego. 

Wyobrażała  sobie  skradzione  pocałunki  za  oborami,  ukradkowe 

spacery  po  lesie  i  potajemne  wyprawy  do  miasta.  Rzeczywistość 

okazała się jednak zupełnie wyprana z romantyzmu. 

- Lucy, myślisz, że jest coś między Cooperem a tą Jolene, o której 

ciągle gada Beatrice? 

- Wykluczone -  zapewnia Lucy. - Cooper nie namawiałby cię do 

przyjazdu, gdyby miał dziewczynę. 

Każdego  popołudnia,  gdy  uczestnicy  obozu  kończą  pracę,  a 

dziewczyny  przygotowują  obiad,  Cooper  organizuje  swoim 

podopiecznym  wyłącznie  męską  przygodę,  nadprogramowe  zajęcia, 

które  -  ma  nadzieję  -  rozbudzą  w  nich  ukryte  gdzieś  głęboko  męskie 

instynkty. Pierwszego dnia uczy ich obchodzić się z ulubioną strzelbą 

jego ojca - marlinem, kaliber .22.  

Ćwiczą strzelanie na farmie, w dużym zagłębieniu terenu. Cooper 

zabiera  sporo  amunicji  i  pokazuje  mężczyznom,  jak  namierzać 

background image

wybrane  przedmioty  za  pomocą  celownika  ze  szczerbinką,  i  zdradza 

sekret oddania pewnego strzału. 

-  Weźcie  głęboki  wdech,  potem  całkiem  wypuśćcie  powietrze  i 

stopniowo  naciskajcie  palcem  spust.  -  Mówiąc,  jednocześnie 

demonstruje  swoją  technikę,  celując  do  strąka  trojeści  z  nasionami. 

Trafia w sam środek, a biały puch wzbija się i ulatuje z wiatrem. 

Mężczyźni  podchodzą  kolejno,  podekscytowani  strzałem  i  siłą 

odrzutu.  Choć  nie  trafiają  idealnie,  wykazują  dużo  entuzjazmu,  więc 

Cooper proponuje, by któregoś wieczoru zapolowali na świstaki. 

Kurt  odpowiada  takim  okrzykiem,  jakby  dostał  właśnie  rozkaz 

ataku na plaże Normandii. Zachęcony tą reakcją, Cooper kontynuuje: 

-  Trzeba  je  wytropić,  naśladując  ich  świst,  o  tak  -  wydaje 

przenikliwy  dźwięk.  -  A  potem,  gdy  jakiś  wystawi  z  nory  swój 

włochaty  łebek  -  BUM!  -  przykłada  strzelbę  jak  do  strzału.  -  Ale  te 

stwory  mają  naprawdę  grube  futro  i  mnóstwo  tłuszczu  -  jak 

niedźwiadki - więc zwykle trzeba je dobić. 

Przez twarz Jessego przebiega skurcz. Ostatnio redagował książkę 

pod tytułem  Leśni przyjaciele, o pręgowcu i świstaku, które łączą się 

w obliczu zagrożenia swych norek pożarem. Ma pewność, że gatunek 

świstaka,  o  którym  mówi  Cooper,  jest  bardzo  zbliżony  do  bohatera 

książeczki. Cooper zauważa, że trochę go poniosło, i dodaje na  swoją 

obronę. 

- Ich nory stanowią poważne zagrożenie dla krów. 

Zakładając,  że  będzie  powoli  przyzwyczajał  podopiecznych  do 

myśli  o  zabijaniu,  następnego  dnia  Cooper  pokazuje  im  miejsce  nad 

background image

wezbraną  rzeką  Manasseh,  gdzie  jego  ojciec  najchętniej  łowił  ryby. 

Tak  dobrze  je  zna,  że  pamięta  nawet,  jak  gałęzie  rysują  się  na  tle 

nieba, jak pada światło i gdzie pojawiają się cienie.  

Ustawia mężczyzn na brzegu i demonstruje, jak zarzucać wędkę. 

Haczyk z przynętą ląduje tuż obok skał sterczących pośrodku rzeki. W 

ciągu kilku sekund bierze pstrąg i Cooper bez wysiłku wyciąga go na 

brzeg. Bryce pochyla się, by dokładnie obejrzeć rybę. 

-  Wygląda  zupełnie  jak  te  z  pêcherie  zaraz  obok  mojego 

mieszkania - mówi ze zdziwieniem. 

- Nie całkiem -  zauważa Cooper, otwiera sprężynowy scyzoryk i 

mocno  wbija  ostrze  między  płetwy  piersiowe  rzucającej  się  ryby.  - 

Ale  za  chwilę  będzie.  -  Szybkim  ruchem  przecina  rybę  wzdłuż  i 

patroszy,  po  czym  wrzuca  garstkę  wnętrzności  do  rzeki.  -  Jedną 

mamy, na kolację przydałoby się jeszcze dziewięć. 

Pełen obrzydzenia Jesse próbuje płoszyć ryby, chlapiąc wodą przy 

brzegu,  ale  na  niewiele  się  to  zdaje  wobec  wędkarskiej  wprawy 

Coopera, który niemal za każdym razem coś łapie. 

Tylko  Simonowi  i  Kurtowi  udaje  się  złowić  po  jednej  rybie. 

Reszta,  wyczerpana  pracą,  z  radością  powtarza  wyuczone  ruchy  i 

wykorzystuje  rzadką  okazję,  by  nacieszyć  oczy  krajobrazem 

pozbawionym stali, betonowych chodników czy neonów. 

W  połowie  tygodnia  Cooper  oznajmia,  że  po  śniadaniu  będzie 

inseminował  jałówki.  Proponuje  mężczyznom,  by  się  przyłączyli  lub 

popracowali z jego pomocnikami przy sianiu pszenicy. Brak chętnych, 

więc  Martha  wyczuwa  szansę  dla  siebie  i  natychmiast  się  zgłasza. 

background image

Brzmi  to  bardziej  zachęcająco  niż  patrzenie,  jak  jej  podopieczni 

jeżdżą  na  siewnikach,  a  poza  tym  bardzo  by  chciała  spędzić  trochę 

czasu sam na sam z Cooperem. 

Jest słonecznie, lecz chłodno, więc Martha otula się kardiganem i 

w  drodze  do  obory  bierze  Coopera  pod  rękę.  Chłopak  prowadzi  ją 

przez  pastwisko,  omijając  drogę  dojazdową  do  domu,  na  wypadek 

gdyby na płocie znów wisiała nota o zajęciu farmy przez bank.  

Troska  o  gospodarstwo  całkowicie  zaprząta  mu  głowę:  czy 

powinien  sprzedać  sto  akrów  developerowi,  który  od  roku  ponawia 

ofertę, a może zlicytować część stada? Od każdego z tych rozwiązań 

ojciec  przewróciłby  się  w  grobie.  Jak  można  było  dopuścić  do  takiej 

katastrofy?  

Coopera  stać  jedynie  na  prowadzenie  luźnej  pogawędki,  pełnej 

informacji  o  bydle,  które  mógłby  wyrecytować  nawet  obudzony  w 

środku nocy. Jego myśli krążą jednak zupełnie gdzieś indziej. 

-  Najważniejsze  to  wyczuć  właściwy  moment  -  odpowiada  na 

pytanie  Marthy  o  inseminację.  -  Ruja  trwa  zaledwie  osiem  godzin, 

więc  gdy  tylko  jej  oznaki  stają  się  widoczne,  trzeba  natychmiast 

przystępować do działania. 

-  A  co  to  za  oznaki?  -  pyta  Martha  znaczącym  tonem, 

zadowolona,  że  udaje  jej  się  sprowadzić  rozmowę  na  bardziej 

interesujący ją temat.  

-  Krowy  zaczynają  się  zachowywać,  jakby  się  pokrywały  - 

odpowiada  Cooper,  nie  zważając  na  uwodzicielskie  aluzje  Marthy,  i 

wyjaśnia jej szczegóły rozmnażania bydła.  

background image

Gdy  docierają  do  obory,  prowadzi  dziewczynę  prosto  do 

metalowego  pojemnika  z  ciekłym  azotem,  gdzie  przechowuje  zapas 

byczego nasienia. W kłębach oparów wydobywa cieniutką słomkę ze 

spermą  i  umieszcza  ją  w  kubku  z  letnią  wodą.  Gdy  nasienie  osiąga 

odpowiednią  temperaturę,  obcina  końcówkę  i  umieszcza  słomkę  w 

wykonanym ze stali nierdzewnej pistolecie do inseminacji.  

Następnie  zabiera  Marthę  do  krów,  które  już  czekają,  z 

unieruchomionymi głowami, co ma zapobiec nagłym ruchom. Cooper 

wkłada  długą  gumową  rękawicę,  natłuszcza  czubki  palców  i  odsuwa 

krowi ogon. Martha spiesznie podchodzi do głowy zwierzęcia, jeszcze 

nim Cooper zdoła włożyć mu rękę do pochwy. 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu - szepcze do krowy numer 42 

(według  kolczyka  w  uchu)  -  będę  ci  mówić  Bessie.  Klepie  czarno-

białą łaciatą głowę Bessie i podziwia jej długie rzęsy. - Jesteś piękna  -  

mówi. - I myślę, że on  naprawdę cię lubi. Tak, na pewno zadzwoni. 

-  Co  tam  szepczesz  czterdziestce  dwójce?  -  pyta  Cooper, 

przytrzymuje  macicę  przez  ścianki  odbytu  i  wprowadza  pistolet  do 

inseminacji do pochwy krowy, w której wypuszcza spermę. 

-  Takie  tam babskie  pogaduszki  -  odpowiada Martha,  widząc,  że 

Bessie  pozostaje  raczej  obojętna  na  to,  co  się  wokół  niej  dzieje.  -

Dziewczyna  czasem  potrzebuje  zapewnienia,  że  facet  ją  kocha  - 

mówi, zadowolona z bezpośredniości swoich słów. 

-  Gotowe  -  oznajmia  Cooper,  wyciągając  rękę.  -  Cóż,  numer 

czterdzieści  dwa  może  się  już  nie  bać,  że  zwali  się  na  nią 

tysiąckilogramowy byk. Prawda, krówko? 

background image

Martha  wzdycha,  nieco  zdenerwowana,  że  Cooper  nie  zwrócił 

uwagi na jej słowa. 

Poklepując zad krowy, Cooper łagodnie do niej przemawia: 

- Zajdź w ciążę, krówko. 

Martha rozczula się na chwilę pełnym słodyczy tonem jego głosu. 

- A kim właściwie jest tatuś? 

Cooper  zdejmuje  zużytą  rękawicę,  wrzuca  ją  do  kosza,  po  czym 

wyjmuje  z  tylnej  kieszeni  spodni  i  podaje  Marcie  marcowy  numer 

„Holstein Director", pisma poświęconego bykom rasy holsztyńskiej. 

Oczy Marthy otwierają się szerzej ze zdziwienia. W czasopiśmie, 

którego  podtytuł  brzmi  „Wybierz  ojców",  roi  się  od  drobnych 

ogłoszeń,  których  przedmiotem  nie  są  bynajmniej  poszukujący 

miłości  samotni  mężczyźni,  lecz  buhaje,  których  atrakcyjność polega 

na zdolności płodzenia najbardziej mlecznych krów. Strony zapełniają 

ponętne fotografie ich potomstwa ze szczegółowymi opisami wymion, 

dójek oraz zadów. 

-  Nie  wierzę  -  dziwi  się  Martha,  otwierając  rozkładówkę  w  stylu 

„Playboya" przedstawiającą Słoneczko, córkę byka Ottona.  

Zdjęcie zrobiono od tyłu, portretując modelkę w trzech czwartych 

z uwydatnieniem obfitego wymienia i szczupłego tułowia.  

-  Ciekawe,  jakie  ma  hobby!  -  mówi  Martha  i  puszcza  wodze 

fantazji:  „Specjalistka  w  tłuczeniu  much  ogonem,  muczy  Old  Man 

River, jej placki mają kształt serca". 

- Daj spokój, Otto już nieraz mi się przysłużył - broni się Cooper. 

background image

Dlaczego  na  mnie  nie  patrzysz  tak  jak  w  Nowym  Jorku?  -  chce 

krzyknąć  Martha,  ale słowa, które padają z jej ust, dotyczą pisma. 

-  W  takim  razie  świetnie  znasz  jego  wspaniałe  geny.  Te 

wyjątkowe wymiona i najwyższa mleczność. 

-  Jak  najbardziej  -  odpowiada  Cooper.  -  Jest  ojcem  siedem- 

dziesięciu pięciu procent krów Tuckingtonów, na dodatek za rozsądną 

cenę. 

Martha potrzebuje chwili, by przetrawić tę informację, zgodnie z 

którą Otto pokrył matki i córki, siostry, ciotki oraz kuzynki. Fuj! 

Cooper zauważa wyraz obrzydzenia na jej twarzy. 

- To ma swoje plusy - mówi. - Jak koncepcja, którą chcesz wpoić 

swoim  podopiecznym:  stań  się  niezbędny,  inaczej  ryzykujesz,  że 

kobiety uznają cię za niepotrzebnego.  

Prowadzi Marthę w kierunku pojemnika z ciekłym azotem.  

- Wyobrażasz sobie miejsce, które bardziej uczy faceta pokory niż 

farma  mleczna?  -  pyta.  -  Farmerowi  wystarcza  tylko  jeden  byk,  by 

zaspokoić  potrzeby  reprodukcyjne  całego  stada.  -  Bierze  kolejną 

słomkę  z  nasieniem  Ottona  i  unosi  ją  w  wymownym  geście.  -  Co 

więcej, nie potrzeba nawet samego byka. 

Martha dotyka ramienia Coopera, próbując wymyślić jakiś sposób 

skierowania  rozmowy  na  temat  relacji  między  nimi.  Zamiast  tego 

mówi: 

- Twoja mama chyba za mną nie przepada.  

Cooper zaprzecza ruchem głowy i wyjaśnia: 

background image

-  Po  prostu  taka  już  jest.  -  Czeka,  aż  druga  dawka  nasienia 

rozgrzeje  się  do  temperatury  pokojowej,  a  jego  myśli  płyną  znów  ku 

zawiadomieniu o zajęciu farmy przez bank. Marszczy czoło. 

Spytaj go, o co chodzi, namawia samą siebie Martha, starając się 

odczytać sens tej marsowej miny. Słyszy jednak własne słowa: 

- W kółko mówi o twojej przyjaciółce Jolene. 

Lecz  Cooper  jest  teraz  bardzo  daleko,  negocjuje  z  bankierami, 

błaga  o  więcej  czasu,  wykrzykuje  coś  do  licytatora.  Gdy  chwilę 

później wraca wzrokiem do Marthy, zdaje sobie sprawę, że nie dotarło 

do niego ani jedno jej słowo. Wpatruje się w nią i czuje jak idiota.  

Jest  taka  piękna  z  włosami  skąpanymi  w  promieniach  słońca. 

Trudno  mu  sobie  wyobrazić,  że  mógł  myśleć  o  czymkolwiek  innym. 

Zanim jednak decyduje się jej o tym powiedzieć, Martha odwraca się i 

wychodzi z obory. 

 

ROZDZIAŁ 10 

Nie przeczę, kobiety są  głupie - Wszechmogący stworzył je, by 

pasowały do mężczyzn. 

George Eliot 

Jest  już  popołudnie  i  podopieczni  Marthy  oglądają  Oficera  i 

dżentelmena.  Dziewczyna  przywiozła  na  farmę  dziesiątki  filmów  na 

kasetach wideo, by umożliwić mężczyznom kontakt z jak największą 

liczbą pozytywnych wzorców męskości.  

Grają w nich takie gwiazdy,  jak Sam Shepard, Humphrey Bogart 

czy  Sean  Connery,  a  męskość  odtwarzanych  przez  aktorów  postaci 

background image

zawsze  wystawiona  jest  w  jakiś  sposób  na  próbę.  W  niektórych 

filmach bohaterowi  udaje  się  zdobyć  dziewczynę,  w  innych  nie,  lecz 

nawet  pod  ostrzałem  nie  brak  mu  odwagi  i  zawsze  pozostaje 

dżentelmenem. 

Mężczyźni  wyglądają  jak  porozrzucane  po  pokoju  szmaciane 

lalki:  rozłożyli  się  na  podłodze,  opadli  na  krzesła,  powyciągali  na 

sofach.  Wyczerpani  kolejnym  pracowitym  dniem,  objedzeni 

pieczonymi  kurczakami  Beatrice,  z  zadowoleniem  wchłaniają  lekcję 

męskości przez osmozę - oglądają film w półśnie. 

W  punkcie  kulminacyjnym  -  po  tym  jak  najlepszy  przyjaciel 

Zacka  Mayo  popełnia  samobójstwo,  dzięki  czemu  główny  bohater 

przechodzi  metamorfozę  z  nadętego  egoisty  w  zaangażowanego 

członka i lidera grupy - Martha klepie Lucy po ramieniu i wskazuje na 

drzwi.  

Bardzo  chce  pogadać.  Lucy  ma  nadzieję,  że  cokolwiek  niepokoi 

Marthę,  może  poczekać,  aż  Richard  Gere  wyniesie  Debrę  Winger  z 

fabryki. Przyjaciółka jednak nie ustępuje. Lucy wyswobadza się więc 

z objęć Adama. 

-  Muszę iść -  szepcze mu do ucha.  -  Czy mógłbyś poprowadzić 

po filmie dyskusję o przemianie Zacka Mayo? 

Adam odpowiada wymownym spojrzeniem: „Wykluczone".  

Lucy  i  Martha  niemal  niepostrzeżenie  opuszczają  pokój  i 

wymykają  się  z  domu przez  tylne  drzwi.  Kierują  się  na przeciwległy 

kraniec  podwórza  i  siadają,  oparte  o  szeroki  pień  wyniosłego 

background image

srebrzystego klonu. Nocne niebo jest czyste i gęsto usiane gwiazdami, 

a księżyc - prawie w pełni - wisi tuż nad wzgórzami. 

-  Boże,  wiosna  jest  po  prostu  niewiarygodna!  Maj  to  taki 

seksowny  miesiąc  -  Lucy  mówi  głośniej  z  powodu  szumu 

dochodzącego  od  strony  stawu.  -  Posłuchaj  tylko  tych  zalotów.  -

Chciałaby, żeby Adam też przy tym był. 

- Tak - potwierdza kwaśno Martha. - Romans wisi w powietrzu. 

-  Wiesz,  że co noc rzekotki mogą powtarzać swoje nawoływania 

ponad  cztery  tysiące  razy?  -    Tego  rodzaju  fakty,  które  Lucy  może 

przytaczać  setkami,  mogą  ją  niepokoić  wobec  braku  romantyzmu 

Adama. Kiedy ostatnio coś dla niej zaśpiewał? 

Martha mruczy niezadowolona. 

-  Co  właściwie  w  tym  ich  wrzasku  przyciąga  samice?  Przez  ten 

hałas prawie nie zmrużyłam oka. 

Lucy uśmiecha się, słuchając marudzenia przyjaciółki. 

-  No  cóż,  przynajmniej  musisz  przyznać,  że  nasz  mózg 

zdumiewająco  reaguje  na  dźwięki.  Pomyśl  tylko:  karetki,  które  wyją 

na Dziewiątej Alei o czwartej rano jakoś nie przeszkadzają ci spać, za 

to  mała  żabka,  która  wyśpiewuje  swoją  miłosną  pieśń,  nie  daje  ci 

zmrużyć oka. 

Martha przewraca oczami. 

- Wybacz, nie mam dziś nastroju zachwycać się cudami natury. 

- Przepraszam - mówi Lucy. - Co się stało?  

Martha nie do końca wie, od czego zacząć. 

background image

-  Po  prostu  nie  nadaję  się  do  życia  na  wsi.  Wczesne  wstawanie 

doprowadza mnie do szału, a sprzątania i gotowania mam już powyżej 

uszu, tak samo jak trzymania się na uboczu. Spójrz na mnie - siedzę tu 

od  ilu,  od  czterech  dni?  A  już  jestem  w  kompletnej  rozsypce.  Nie 

mogę  spać.  Mam  dość  skaleczeń  i  sińców,  żeby  dostać  rolę 

maltretowanej żony.  

I  jestem  już  o  tyle  -  mówi,  pozostawiając  minimalną  przerwę 

między  niemal  złączonymi  kciukiem  i  palcem  wskazującym  -  od 

umówienia  się  z  psychiatrą  na  nadzwyczajne  konsultacje  przez 

telefon.  Chcę  pogadać  o  tej  suce  Beatrice.  Co  ja  zrobiłam,  żeby 

zasłużyć na takie traktowanie? 

-  Nic.  -  Lucy  otacza  przyjaciółkę  ramieniem.  -  Jest  po  prostu 

zaborczą matką jedynaka. Teraz, kiedy umarł jej mąż, został jej tylko 

Cooper. Czy można ją za to winić? 

Można,  myśli  Martha,  którą  zawsze  wkurzała  zdolność  Lucy  do 

wczuwania  się  w  sytuację  niewłaściwej  strony  konfliktu.  Wyrywa  z 

ziemi pojedyncze źdźbła trawy. 

- Nie układa mi się z Cooperem - wyznaje przyciszonym głosem. 

- Nie i koniec. 

- Próbowałaś z nim porozmawiać? 

-  Tak,  kiedy  inseminował  krowy,  ale  wszystko  poszło  nie  tak. 

Zamiast spytać, co się między nami dzieje, skrytykowałam jego matkę 

i wypytywałam o Jolene. 

- Na pewno nie było tak strasznie, jak mówisz - zapewnia Lucy i 

kładzie się na ziemi, by popatrzeć na gwiazdy. Wielki Wóz ustawił się 

background image

pod tak karkołomnym kątem, jakby miał zaraz rozrzucić swój ładunek 

po  całej  galaktyce.  -  Nie  myśl  o  nim  źle.  Pewnie  czymś  się  martwi  i 

po prostu musisz być cierpliwa. - Lucy  wie, że cierpliwość nigdy nie 

była mocną stroną Marthy. 

Po  chwili  słyszą  skrzypnięcie  otwieranych  siatkowych  drzwi  i 

trzask,  z  jakim  się  zamykają.  Cooper  i  Adam  stają  na  ganku  z  tyłu 

domu i rozglądają się po trawniku. 

- Tu jesteśmy - woła Lucy, machając ręką. 

Przy Cooperze  Adam wydaje się wysoki, co bardzo cieszy  Lucy. 

Zauważa,  że  jej  chłopak  wygląda  ostatnio  wyjątkowo  atrakcyjnie. 

Przypisuje to pracy na świeżym powietrzu. Jego zazwyczaj pochylone 

ramiona  są  teraz  wyprostowane  i  uniesione,  a  ziemista  cera  lekko 

zbrązowiała. 

-  Musisz  przyznać,  że  to  ironia  losu,  że  właśnie  nam  ciężko  się 

przystosować do życia na farmie - śmieje się. - Facetom najwyraźniej 

to służy, a my dałyśmy się zamknąć w kuchni. 

- Taa. Śmieszne jak cholera - odpowiada Martha. 

- Daj spokój. Sprawiedliwości stało się zadość. 

- Chyba mam gdzieś tę sprawiedliwość. 

Cooper  i  Adam  wolnym  krokiem  przemierzają  trawnik,  by 

zatrzymać się przed dziewczynami. 

- Spójrzcie na te gwiazdy - mówi Adam, gwiżdżąc z zachwytu. 

-  W  wielkim  mieście  niezbyt  często  ogląda  się  takie  widoki,  co, 

Martho? - dodaje Cooper, spoglądając w niebo. 

background image

Martha myśli jednak o widokach, których nie uświadczyła na wsi, 

takich  jak  rzeżucha,  gazety  z  wiadomościami  z  zagranicy  czy  nadzy 

mężczyźni. 

-  Dla mnie -  ciągnie rozmarzony Cooper - gwiazdy to dowód na 

istnienie Boga. 

- Jak  to? - dziwi się Lucy. 

- Wiesz, to są po prostu absolutnie niepotrzebne cuda rozsiane po 

niebie,  by  nam  przypomnieć,  że  gdy  zbłądzimy,  On  nam  pomoże  - 

odpowiada Cooper, obserwując złożony z trzech gwiazd sztylet u pasa 

Oriona. 

W ciszy, która zapada, rozbrzmiewa crescendo żabiego rechotu. 

-  Jak    mówimy  w  wielkim  mieście,  rozmowa  się  zakorkowała    -

stwierdza Adam. 

Cooper wybucha śmiechem, a zaraz po nim Lucy, z ulgą, że żart 

Adama  został  dobrze  przyjęty,  i  zadowoleniem,  że  dwóch 

najbliższych jej mężczyzn nieźle się ze sobą dogaduje. 

-  Wyszedłem,  żeby  powiedzieć  wam  dobranoc  -  odzywa  się 

Cooper.  -  Tyrałem  dzisiaj  jak  koń  i  jestem  wykończony.  - 

Poszturchuje  czubkiem  ciężkiego  buciora  bucik  Marthy.  -  Dzięki  za 

pomoc przy krowach. 

-  Nie  ma  za  co.  Dobranoc  -  odpowiada  Martha.  Przypuszcza,  że 

jest  dopiero  około  wpół  do  dziesiątej.  Patrzy,  jak  sylwetka  Coopera 

maleje,  w  miarę  jak  chłopak  zbliża  się  do  domu.  -  Słodkich  snów  - 

dodaje  cichutko,  gdy  zamykają  się  za  nim  siatkowe  drzwi.  Czeka 

jeszcze  kilka  chwil,  wstaje  i  otrzepuje  siedzenie  z  gałązek  i  źdźbeł 

background image

trawy.  -  Muszę  wracać.  Zobaczę,  jak  tam  moi  podopieczni  -  mówi, 

kierując się w stronę domu.  

Nagle się waha.  

- Adamie, myślisz, że chłopakom się tu podoba? 

- To zadziwiające, ale bardzo. Harują jak woły, ale to uwielbiają i 

myślę,  że  naprawdę  sporo  się  uczą  -  podsumowuje  z  perspektywy 

instruktora.  Wciąż  jest  przekonany,  że  odgrywa  tu  taką  rolę.  -  No, 

może  z  wyjątkiem  Bryce'a.  On  jest  niereformowalny,  ale  trzech  na 

czterech  to  całkiem  niezły  wynik.  Albo  pięciu  na  sześciu,  myśli 

Martha,  doliczając  w  swoich  prywatnych  kalkulacjach  Jessego  i 

Adama. 

- To miejsce ma  w sobie coś, co pozwala się zupełnie oderwać -

ciągnie Adam. - Może to ciężka praca i świeże powietrze. Nawet ja to 

czuję. Pierwszy raz w życiu przestałem mieć obsesję na punkcie mojej 

rozprawy,  a  mimo  to,  chyba  podświadomie,  nad  nią  pracuję.  - 

Spogląda w dół na Lucy. - Wymyśliłem zakończenie. 

- Poważnie? - pyta Lucy, unosząc się na łokciach.  

Adam  klęka  i  wyjaśnia,  że  postanowił  wykorzystać  w  pracy 

hodowlę  jako  trzeci  model  działalności  gospodarczej,  bo  idealnie 

ilustruje jego teorię opóźniania.  

Po  usłyszeniu  takich  określeń,  jak  przewidywalność  zachowań, 

racjonalność proceduralna czy anomalie gospodarcze, Marcie wyrywa 

się sarkastyczne: 

- Fascynujące. 

Po raz ostatni życzy przyjaciołom dobrej nocy.  

background image

Lucy bierze Adama za rękę i przyciąga go ku ziemi. 

- Nie mogę uwierzyć, że coś drgnęło. 

- A jednak. Koniec jest już blisko. - Adam przetacza się na plecy i 

pociąga  za  sobą  Lucy,  która  leży  teraz  na  nim.  -  A  wiesz,  komu  to 

zawdzięczam? Tobie, bo przez ostatni rok byłaś taka cierpliwa. Tobie, 

bo    zabrałaś  mnie  jako  adiunkta  na  te  zwariowane  wakacje. 

Powinienem podziękować ci za to, jaka jesteś. - Całuje ją. - Wiesz, na 

czym polega jedyny mankament tego miejsca? Spędzamy ze sobą zbyt 

mało czasu. 

-  Cieszę  się,  że  ci  się  tu  podoba  -  mówi  Lucy,  rozkoszując  się 

kojącym  działaniem  słów  Adama  na  jej  nieczyste  sumienie.  - 

Przyznam,  że  miałam  wątpliwości.  -  Podnosi  głowę  i  patrzy  w  jego 

ciemne  oczy.  -  Czy  teraz,  kiedy  już  bliżej  poznałeś  Coopera,  nie 

uważasz, że jest fantastyczny? 

- To porządny facet. 

Lucy  słyszy  „ale"  w  głosie  Adama,  więc  pyta,  na  czym  polega 

problem. Chłopak się waha. 

-  Ale...  czy  jako  naukowiec  nie  skręcasz  się  w  środku  na  to 

gadanie o Bogu?  

To  prawda,  nieskrywana  religijność  Coopera  zawsze  drażniła 

Lucy, nawet w czasach college'u, teraz jednak czuje, że musi stanąć w 

obronie starego przyjaciela. 

- Jezu, Adam, to religia, nie żadne czary.  

Spojrzenie Adama odpowiada: „A co to za różnica?" 

background image

-  Nie  bądź  taki  ograniczony.  Wielu  wielkich  naukowców  było 

wierzących.  Weźmy  Darwina  -    mówi  Lucy,  choć  chciałaby  podać 

jakiś bardziej współczesny przykład. 

-  Dobra,  zostawmy  to  -  ustępuje  Adam,  czując,  że  Lucy  mija 

romantyczny  nastrój.  -  Przejdźmy  się  trochę  -  proponuje,  pomagając 

jej wstać. Bierze ją za rękę i  wyprowadza przez bramę  wzdłuż płotu, 

obok  pastwisk,  niekiedy  pełnych  krów.  Wschodzi  księżyc  i  oświetla 

im drogę. 

Gdy  docierają  do  zakrętu,  przy  którym  droga  opada,  Lucy 

zauważa kępkę krokusów i zrywa jednego. 

-  Obcowanie  z  pięknem  przyrody  w  jakiś  sposób  zmienia  moje 

podejście do życia - mówi, wręczając mu kwiatek. 

-  Pewna  znajoma  biolożka  mówiła  mi  kiedyś,  że  kwiat  to  coś, 

dzięki czemu rośliny się kochają. 

- Nie mogę uwierzyć, że to  zapamiętałeś. -  Lucy  obejmuje go za 

szyję. 

- Pamiętam wszystko, co mi mówisz - zapewnia Adam, po czym 

delikatnie opiera ją o pobliską brzozę i całuje. 

Lucy odpowiada pocałunkiem i zamyka oczy. Dłońmi opiera się o 

papierowy  w  dotyku  pień i  z  nierówności  odczytuje  zapisaną na nim 

niby  alfabetem  Braillea  nadzieję.  Palce  Adama  rozpinają  guziki  jej 

bluzki. Dziewczynie miękną kolana.  

Chłopak  rozchyla  bluzkę  i  wodzi  rękami  po  jej  talii  i  brzuchu, 

czując, jak jej mięśnie drżą pod wpływem dotyku. Potem odsuwa się, 

background image

by  zdjąć  koszulę.  Nagle  powietrze  przeszywa  upiorne  „huu,  huu". 

Lucy otwiera szeroko oczy. 

- Co to było? 

Adam przyciąga ją do siebie. 

- Nie przejmuj się, Luce - mówi, opierając podbródek o jej głowę. 

-  To    tylko  puchacz.  -  Kilka  dni  wcześniej,  wcześnie  rano,  słyszeli 

podobny  odgłos,  a  Cooper  wyjaśnił  im,  że  te  sowy  zamieszkują  całą 

dolinę Manasseh. 

Lucy  wtula  się  w  ramiona  Adama,  który  rozkłada  koszulę  na 

ziemi i delikatnie pociąga na nią dziewczynę. Potem kładzie się obok 

na trawie. 

 

W  domu  Martha  sprawdza,  co  porabiają  jej  podopieczni.  Jesse, 

Simon  i  Walter  poszli  się  już  położyć.  Jedynie  Kurt  i  Bryce  zostali, 

żeby porozmawiać. 

- Co myślicie o filmie? - pyta Martha.  

Kurt opuszcza kciuk w geście dezaprobaty. 

-  Za  ckliwy  -  podsumowuje.  -  Chociaż  Louis  Gossett  Junior  dał 

czadu jako sierżant artylerii. 

Bryce  ogląda  swoje  dłonie,  wyraźnie  niezadowolony,  że  praca 

pozostawiła na nich ślady. 

- Mundury były fantastyczne. 

Dopiero teraz Martha zdaje sobie sprawę, że Adam miał rację. W 

przypadku  Bryce'a  obóz  nie  poskutkuje.  Jest,  jaki  jest  -  lubi  robić 

sweterki dla swojego psa, oglądać romantyczne babskie filmy i gadać 

o związkach znanych ludzi. Zawsze będzie się czuł lepiej na zakupach 

background image

niż  przy  budowie  płotu.  Wprawdzie  chętnie  pojechał  na  farmę,  lecz 

Martha wie, że  w głębi serca nie chce się stać bardziej męski, zależy 

mu tylko na zdobyciu większej liczby kobiet.  

I  właściwie dlaczego jedno miałoby wykluczać drugie? W końcu 

umiejętności rąbania drewna czy polowania nie są niezbędne do życia 

w  Nowym  Jorku,  a  jeśli  kogoś  stać  na  samochód,  może  sobie  też 

pozwolić na mechanika. Martha przypomina sobie wyelegantowanych 

przyjaciół  ojca  z  przedmieścia  -  mężczyzn,  którzy  nosili  różowe 

swetry  i  marszczone  spodnie,  a  przecież  jakoś  znajdowali  żony  i 

szczęście.  Może  metroseksualni  faceci  to  po  prostu  ich  modniejsza, 

współczesna wersja, zastanawia się. 

Mimo  że  nie  odczuwa  większego  zmęczenia,  chciałaby  pobyć 

sama, więc życzy wszystkim dobrej nocy. Zamierza się położyć. Gdy 

wchodzi  schodami  na  górę,  ze  zdziwieniem  dostrzega  Coopera  na 

stojącej  na  podeście  kanapie.  Zaprasza  ją  gestem,  by  usiadła  obok 

niego, i bierze za rękę. 

-  Chciałbym cię przeprosić, że byłem ostatnio taki rozkojarzony. 

Serce  Marthy  drży  z  przejęcia.  Patrzy  na  Coopera  i  widzi 

chłopaka, któremu przykro, bardzo  przykro. Milczy, czekając, aż ten 

jeszcze  coś  powie,  lecz  on  tylko  ją  całuje  -  za  to  w  taki  sposób,  że 

wszelkie wyjaśnienia wydają się już zbędne. W mgnieniu oka Cooper 

zrzuca  poduszki  na  podłogę  i  oboje,  wciąż  w  namiętnym  uścisku, 

kładą się na sofie. 

Nagle z dołu dobiega ich głos Beatrice. 

background image

-  Mam  nadzieję,  że  nie  robicie  bałaganu!  Ruth  dopiero  co 

sprzątała. - Zapala światło i nucąc, wspina się po schodach. 

Martha  i  Cooper  siadają  wyprostowani.  Dziewczyna  poprawia 

ubranie i fryzurę. Czuje się, jakby powróciła do czasów podstawówki. 

Nadchodzi Beatrice z miotełką z piór. 

- Ruth zawsze zapomina odkurzyć te półki - mówi, zabierając się 

do dzieła. 

Cooper wzdycha z rezygnacją. 

Zrób  coś!  -  myśli  Martha  i  zaczyna  liczyć  do  trzech.  Jest  jednak 

zbyt wściekła, by skończyć. Zrywa się na równe nogi, mówi dobranoc 

i  odchodzi  do  swojego  pokoju  położonego  po  przeciwnej  stronie 

korytarza niż sypialnia Coopera. Przychodzi jej do głowy, że Beatrice 

nie spocznie, dopóki nie zamkną się za nią drzwi. 

Rzuca  się  na  łóżko,  wtula  twarz  w  poduszkę,  która  tłumi  jęk 

zawodu.  Potem  bierze  książkę,  by  oderwać  się  od  tego  wszystkiego, 

ale  po  chwili  ją  odkłada.  Po  czym  znów  po  nią  sięga.  W  abażurze 

lampki  miota  się  ćma,  trzepocząc  skrzydełkami  o  ścianki.  Martha  z 

trzaskiem zamyka książkę, podciąga kołdrę pod brodę i gasi światło.  

Przez  okno  dostrzega  oborę,  z  daleka  maleńką.  Zastanawia  się, 

czy krowy śpią, a potem czy jej podopieczni też już się położyli, czy 

przytyła,  czy  Beatrice  zawsze  tak  się  wtrąca  i  czy  gwiazdy 

rzeczywiście są absolutnie niepotrzebnymi cudami.  

W  myślach  przeskakuje  z  tematu  na  temat,  aż  wreszcie  dotyka 

tego,  co  ją  naprawdę  niepokoi:  co  rozprasza    Coopera?    Jednak  im 

background image

bardziej  się  na  tym  koncentruje,  tym  mniej  rozumie,  aż  w  końcu 

morzy ją sen. 

Następnego dnia Cooper nadzoruje poranny udój, po czym udaje 

się  do  miasta  na  spotkanie  w  banku.  Poleca  mężczyznom  i 

pomocnikowi  na  farmie,  Royowi  Snedegarowi,  uporządkować  po 

śniadaniu  zapuszczone  południowe  pastwisko.  Obiecuje,  że  wróci  na 

lunch i zabierze ich na strzelnicę. 

Pogoda  jest  piękna,  więc  mężczyźni  rezygnują  z  samochodu  i 

decydują  się  na  spacer  do  wyznaczonego  pola.  Idą  drogą  dojazdową 

do  farmy,  mijając  postawiony  przez  siebie  płot,  obsadzone  pole  i 

liczne, własnoręcznie naprawione pojazdy.  

Zdają sobie sprawę, że ponad połowę pobytu mają już za sobą, a 

przez  to  są  dla  siebie  szczególnie  wyrozumiali.  Nikomu  nawet  nie 

przeszkadza,  że  Simon  wygłasza  krótki  wykład  na  temat  korzyści 

płynących  ze  stosowania  płodozmianu.  Adam  pogwizduje.  Z  ochotą 

rozpocznie kolejny dzień pracy, bo nic go już nie gryzie - ułożył sobie 

w myślach kształt swojej rozprawy doktorskiej. 

Mijając  ostatni  zakręt,  mężczyźni  dostrzegają  samochód  szeryfa, 

który  wyjeżdża z drogi Tuckingtonów na główną. Na słupie widnieje 

pomarańczowa nota. 

- Co to? - pyta Bryce. 

-  Jasna  cholera  -  mówi  Adam,  odczytując  drobny  druk.  -  „Z 

powodu  naruszenia  warunków  kredytu  hipotecznego  poprzez  brak 

płatności  czy  niedotrzymanie  warunków  przewidzianych  w  tejże 

umowie  o  kredyt  hipoteczny..."  Boże,  to  zawiadomienie  o  zajęciu 

background image

nieruchomości.  Cooper  straci  farmę.  -  Przebiega  wzrokiem  notę, 

odczytując  na  głos  niektóre  fragmenty.  -  „Oficjalne  przejęcie", 

„ostateczne postanowienie", „uprasza się o opuszczenie". 

- Nasz doskonały samiec alfa chyba nie do końca nad wszystkim 

panuje - komentuje Kurt. 

W  domu  kobiety  kończą  zmywać  po  śniadaniu  i  dopinają  na 

ostatni  guzik  operację  „Damy  w  opałach".  Lucy  opowiada  Marcie  o 

jaskiniach, w których mają się później „zgubić". 

- Farma Tuckingtonów leży na tak zwanych terenach krasowych, 

czyli  zasadniczo  na  podłożu  wapiennym,  poddającym  się  działaniu 

wody - rozwodzi się z nadzieją, że więcej informacji bardziej zachęci 

Marthę  do  zbliżającej  się  przygody.  Kieruje  się  jednak  rozsądkiem  i 

nie wspomina o albinotycznych pająkach, które zamieszkują jaskinie. 

- Zsynchronizujmy zegarki. 

- Podziwiam twoją odwagę, Lucy - mówi Beatrice. 

Warto  spędzić  kilka  godzin  w  oślizłej  jaskini,  byle  tylko  znaleźć 

się jak najdalej od ciebie, myśli Martha i niechcący uderza biodrem o 

kant stołu, nabijając sobie kolejnego siniaka. 

- Cooper opowiedział mi kiedyś bardzo smutną historię o tym, jak 

jego ulubiony cielaczek zabłądził w tych jaskiniach - Lucy zwraca się 

do Marthy. - Cooper miał wtedy osiem lat. Całe rano szukali z ojcem 

tego cielaczka, kierując się jego beczeniem. Ale odchodził coraz dalej 

i  w  końcu  tata  Coopera  stwierdził,  że  ma  już  tego  dosyć.  Życzył 

cielakowi szczęścia i wyciągnął syna z jaskiń. 

background image

- Wtedy dopiero zaczął się prawdziwy bek - podejmuje Beatrice. - 

Niczym  nie  mogłam  go  pocieszyć!  -  Spogląda  na  kuchenny  zegar.  - 

Jest dokładnie jedenasta. 

Lucy przestawia zegarek. 

-  Okay.  Wchodzimy  do  jaskiń,  potem  skręcamy  w  prawo  na 

końcu  pierwszej  dużej  komory,  idziemy  jeszcze  z  pięćdziesiąt 

metrów, siadamy i czekamy - powtarza ustalony plan. - Gdy chłopaki 

wrócą na lunch, będzie pani zaniepokojona. Powie im pani, że nie ma 

nas  od  kilku  godzin,  wtedy  pójdą  nas  szukać.  I  natychmiast  zostaną 

bohaterami. 

- Świetnie. 

- Cooper to nasz plan awaryjny, gdyby coś poszło nie tak -  dodaje 

Lucy. 

-  A  gdzie  on  właściwie  jest?  -  pyta  Martha,  która  rano  zaspała  i 

nie widziała go od czasu nieszczęsnej nocnej schadzki. 

-  Powiem  ci  jedno:  nigdy  się  nie  mieszam  w  życie  osobiste 

mojego  syna  -  odpowiada  Beatrice,  popijając  kawę.  -  Czasami 

obowiązki  zatrzymują  go  w  mieście  do  nocy  -  mówi  bardzo 

dwuznacznym tonem. 

Martha przypomina sobie, że na farmie Tuckingtonów „do nocy" 

oznacza  pewnie  do  ósmej  wieczorem,  i  usiłuje  nie  dać  się 

sprowokować. 

-  Cooper  powinien  wrócić na  lunch  -  zapewnia  ją  Lucy.  -  Jeśli  z 

jakiejś przyczyny chłopacy nas nie znajdą, on na pewno to zrobi. 

background image

-  Miejmy  nadzieję,  że  z  nami  pójdzie  mu  lepiej  niż  z  tym 

cielakiem - mruczy pod nosem Martha. - To  co, zaczynamy? 

- Zanim wyjdziecie, powinnyśmy pomówić o przyjęciu - odzywa 

się Beatrice. - Zaprosiłyśmy na piątek pięćdziesiąt osób z sąsiedztwa, 

a nawet nie ustaliłyśmy menu! 

- Może zaczniemy od dużej sałatki? - proponuje Martha, której na 

samą  myśl  ślina  napływa  do  ust.  Wyobraża  sobie  połączenie  rukwi, 

awokado i pomidorków koktajlowych w wielkiej drewnianej misie. 

-  Niezły  pomysł  -  przyznaje  ze  zdziwieniem  Beatrice.  -  Na 

zeszłorocznym jarmarku Jolene dostała za swoją sałatkę ziemniaczaną 

pierwszą  nagrodę.  Założę  się,  że  chętnie  nam  ją  zrobi.  Cooper 

uwielbia jej kuchnię. 

Sałatka ziemniaczana to nie to, myśli Martha, lecz mówi: 

- Brzmi fantastycznie. 

- Na przystawkę chciałabym podać żeberka - informuje Beatrice. 

Rozlega  się  dzwonek  telefonu.  Beatrice  idzie  odebrać,  a  Martha 

wkłada dżinsową kurtkę i stanowczo oświadcza:  

- Dalej, Luce. Natychmiast  wychodzimy. 

Gdy  przechodzą  przez  farmę  w  kierunku  zagłębienia,  gdzie 

znajduje  się  wejście  do  jaskiń,  Martha  próbuje  sobie  wyobrazić 

opisywany  przez 

Lucy  podziemny,  wapienny  świat  pełen 

tajemniczych korytarzy i komór. 

-  Jak  to  możliwe,  że  domy  się  nie  zapadają?  -  zastanawia  się  na 

głos. - Jeśli o mnie chodzi, mieszkanie nad jaskiniami nie wydaje się 

szczególnie bezpieczne. 

background image

- Nie gadaj głupot - odpowiada Lucy. 

Niemniej, kiedy zbliżają się do zagłębienia, dostrzegają szeroki na 

ponad  trzydzieści  metrów  lej  w  miejscu,  gdzie  ziemia  się  zapadła  - 

wystarczająco  duży,  by  pomieścić  dom.  Obawy  Marthy  wydają  się 

więc  uzasadnione.  Ściany  zagłębienia  porastają  pnącza,  które 

dziewczyny odsuwają, torując sobie drogę ku wejściu. Jest tak wąskie, 

że ledwo można się przez nie przecisnąć. 

-  Mówiłyśmy  ostatnio  o  mojej  klaustrofobii?  -  pyta  znacząco 

Martha, zapalając latarkę. 

-  Nie  ma  żadnego    związku  z  jaskiniami  -  odpowiada  Lucy  i 

wchodzi jako pierwsza. - Twoja klaustrofobia dotyczy raczej ludzi niż 

przestrzeni - zatłoczonych wind czy pociągów. Nie chodzi tu o strach 

przed schodzącymi się ścianami, ale o utknięcie gdzieś z nieznajomy- 

mi, którzy zanudzą cię na śmierć. 

-  No  tak  -  zgadza  się  Martha  i  porzuca  ten  temat.  Zerka  na 

zegarek. - Umówmy się: nie więcej niż godzina, dobrze? 

- Najwyżej godzina. 

Idą  jedna  za  drugą.  Korytarz  jest  wąski,  ciemny  i  wilgotny. 

Odchodzi od niego kilka maleńkich komór. 

- Trochę mi to przypomina moje pierwsze mieszkanie w Nowym 

Jorku  -  stwierdza Martha.  -  Tylko że tu jest przestronniej i jaśniej. 

Lucy wybucha śmiechem. 

- I nie ma tyle robali! 

- To w jaskiniach są robale? 

- Hmm... 

background image

- A nietoperze? 

Lucy wyczuwa panikę w głosie Marthy, więc próbuje ją uspokoić. 

-  Nietoperze  cieszą  się  złą  sławą.  W  rzeczywistości  prawie  nie 

gryzą, a to całe gadanie o wampirach to bzdura. 

Korytarz  skręca  i  otwiera  się  na  wielką  komorę,  ogromną  jak 

tunel metra, z połyskującymi od wody ścianami. 

- To  na pewno ta duża komora. 

-  Ojej,  niesamowita  -  mówi  Martha,  dotykając  śliskich  ścian. 

Włącza  i  wyłącza  latarkę,  zdumiona  otaczającą  je  nieprzeniknioną 

ciemnością. - Czy to się ciągnie całymi kilometrami? 

- Chyba tak. 

-  Zobacz,  jaki  dziwny  twór  -  mówi  Martha,  pokazując  na 

widniejący  w  oddali  stalagmit.  Zbliżają  się, by  go  obejrzeć,  po  czym 

przechodzą  przez  kolejny  korytarz  z  mniejszymi  komorami.  Nagle 

otwiera  się  przed  nimi  ogromna  przestrzeń,  jeszcze  większa  niż 

poprzednia. 

- Zaczekaj - Lucy powstrzymuje przyjaciółkę. - Cieszę się, że tak 

się  wczuwasz,  ale  ta  dama  -  wskazuje  na  siebie  -  pragnie  odnaleźć 

miejsce schadzki. - Cofają się więc, lecz z przerażeniem odkrywają, że 

każdy korytarz wygląda tak samo.  

Prawie  natychmiast  trafiają  na  rozwidlenie,  którego  sobie  nie 

przypominają. Obierają kierunek i mijają kilka innych nie znanych im 

rozgałęzień.  Wkrótce  są  już  tak  skołowane,  że  nie  wiedzą,  czy 

zmierzają  ku  wyjściu  czy  dalej  w  głąb  labiryntu,  a  może  chodzą  w 

kółko. 

background image

Lucy  zauważa  na  skałach  sporo  kości  i  zębów,  co  przywodzi  jej 

na  myśl  najpierw  odrażającą  atmosferę  kostnicy,  a  zaraz  potem 

cielaczka  Coopera.  Obok  przemyka  brązowa  salamandra.  Lucy 

przypomina sobie opowieści przyjaciela o żyjących tu stworzeniach - 

coraz bardziej przezroczystych w miarę zagłębiania się w jaskinie. To  

upewnia  ją,  że  nie  zapuściły  się  jeszcze    zbyt  daleko,  jednak  ten 

podziemny świat ciągnie się kilometrami. 

- Lepiej usiądźmy. Pójdą nas szukać, gdy tylko Beatrice powie im 

o naszym zniknięciu. 

-  Dobry  pomysł  -  odpowiada  Martha.  Nie  boi  się  jeszcze,  raczej 

trochę  jej  głupio,  że  naprawdę    zabłądziły.  Tego  nie  było  w  planie. 

Jolene na pewno nie popełnia takich idiotycznych błędów. 

 

Mężczyźni  spędzają  ranek,  porządkując  południowe  pastwisko, 

porośnięte  chwastami,  polnymi  kwiatami  i  młodymi  drzewkami.  Pod 

nadzorem  Roya  Snedegara,  spokojnego  chudzielca  w  roboczym 

kombinezonie, kolejno zmieniają się za kierownicą małego buldożera, 

za pomocą którego wywracają drzewka.  

Używają  też  maszyny  przypominającej  kosiarkę  na  sterydach, 

służącej do usuwania krzaków i innych zarośli. Adam ładuje wszystko 

na wóz i transportuje do dołu, w którym to potem spalą. Ci, którzy nie 

kierują  większymi  pojazdami,  posługują  się  piłami  łańcuchowymi  i 

łopatami, usuwając pnie. Gdy zbliża się pora lunchu, wszyscy gotowi 

są  przerwać  pracę  z  wyjątkiem  Kurta,  który  wykopuje  jakiś  oporny 

korzeń. 

background image

- Dajcie mi skończyć - prosi, ocierając ręką czoło i zostawiając na 

nim brązową smugę. 

Przyjeżdżają do domu niemal z godzinnym opóźnieniem, zastając 

już nie na żarty zaniepokojoną Beatrice. Kobieta przemierza werandę 

w tę i z powrotem, a obok biegają Tor i Tap. Informuje mężczyzn, że 

dziewczyny nie wróciły jeszcze z wyprawy do jaskiń, a ona nie może 

się skontaktować z Cooperem.  

Na  poręczy  leżą  przygotowane  latarki  i  torba  czerwonych 

żetonów  do  pokera  do  oznaczania  drogi.  Poza  Jessem  i  Adamem, 

których mdli ze zdenerwowania, mężczyźni są podekscytowani myślą 

o  ratowaniu  Lucy  i  Marthy.  Bez  większych  dyskusji  ustalają  plan. 

Kurt  przejmuje  kontrolę  i  tworzy  w  domu  centrum  dowodzenia,  by 

koordynować działania.  

Adam  i  Jesse  wchodzą  w  skład  zasadniczej  grupy  ratunkowej. 

Wyruszają  na  poszukiwanie  dziewczyn  ze  sprzętem  i  psami,  przy 

czym  zgadzają  się  wrócić  po  godzinie,  by  złożyć  sprawozdanie. 

Simon  z  Walterem  jadą  do  Neoli  odnaleźć  Coopera.  Bryce  pomaga 

Beatrice w przygotowaniu lunchu. 

 

Martha  i  Lucy  siedzą  na  skalnym  występie  tak  długo,  że 

odśpiewały  już  wszystkie  piosenki  Beatlesów,  które  zdołały  sobie 

przypomnieć. W pewnej chwili Lucy zauważa, że baterie w latarce się 

wyczerpują. 

- Lepiej na jakiś czas ją wyłączmy. 

Martha  słucha  rady  przyjaciółki  i  wokół  zapada  taka  ciemność, 

jakiej obie nigdy wcześniej nie doświadczyły. 

background image

-  Here  comes  tbe  sun,  da-da-da-da  -  śpiewa  Lucy,  licząc,  że 

rozśmieszy Marthę, lecz w odpowiedzi słyszy jedynie spływającą  po 

ścianach wodę. - Jeśli miałybyśmy tu umrzeć - zaczyna Martha - czy 

jest coś, co chciałabyś mi powiedzieć? 

- Hę? 

- No, jakaś tajemnica albo coś kompromitującego, co uszło ci na 

sucho. 

- Chyba nie - odpowiada Lucy. 

-  Daj  spokój.  Jeśli  powiesz,  ja  też  ci  coś  opowiem.  Mogę  nawet 

zacząć. 

-  Dobra  -  zgadza  się  Lucy  w  nadziei,  że  zyska  na  czasie  i  coś 

wymyśli. 

- Pamiętasz, jak zimą w zeszłym roku robiłyśmy sobie masaże w 

De-Stress? - zaczyna Martha. 

- Tak. 

-  I  pamiętasz,  jak  potem  omdlewałam  z  rozkoszy  w  łaźni 

parowej? 

- Tak. 

- Wiesz, to dlatego, że... - Martha urywa w pół zdania i chichocze. 

- Że ten facet masował mi piersi. 

- Żartujesz! To  odrażające! I co zrobiłaś?  

- Jak to? 

- No, zgłosiłaś to gdzieś albo zadzwoniłaś na policję? 

background image

-  Hm,  niezupełnie  -  odpowiada  Martha,  wciąż  chichocząc.  -  To 

nie  było  nieodwzajemnione.  Wiesz,  było  coś  w  tych  świecach, 

muzyce, no i stało się. 

- Jezu, Martha. 

- „Jezu, Martha" - tylko na to cię stać? 

- Dałaś mu napiwek? 

Martha w ciemnościach kiwa głową.  

- I to jaki. 

-  To  właściwie prostytucja. 

- Hmm, Luce - mówi Martha. - Jest taka dobra zasada: nie osądzaj 

innych. A teraz twoja kolej. 

Lucy  wdycha  głęboko  wilgotne  powietrze,  zastanawiając  się, 

dlaczego  temperatura  w  jaskiniach utrzymuje  się  na  stałym  poziomie 

około  dwunastu  stopni  Celsjusza.  Tajemnica,  myśli.  Coś  żenującego. 

Nic nie przychodzi jej do głowy. 

- Kiedyś uściskałam króliczka na śmierć? - mówi wreszcie, tonem 

przypominającym bardziej pytanie niż stwierdzenie. 

-  Co  takiego? 

-  Uściskałam  króliczka  na  śmierć.  Przynajmniej  tak  mi  się 

wydaje. To było jeszcze w przedszkolu. Ściskałam go i ściskałam, aż 

przestał się ruszać. Pamiętam tylko, że potem przyszła panna Atmore i 

zabrała Fluffy'ego. 

- Luce?  

- Tak? 

background image

-  Rozumiesz  chyba,  że  te  historie  są  zupełnie  nieporównywalne? 

Moja wiąże się z upokorzeniem. A twoja... no, nawet nie wiem, co z 

tą twoją. 

Lucy sili się, by wymyślić coś lepszego. 

- Luce?  

- Tak? 

- Naprawdę się boję. 

- Ja też, ale wszystko będzie dobrze - zapewnia przyjaciółkę Lucy. 

-  Mamy  mnóstwo  wody,  a  bez  jedzenia  możemy  przeżyć  nawet 

tydzień. Poza tym chłopaki na pewno już wiedzą, że się zgubiłyśmy, i 

nas szukają. 

-  To  my  myślimy,  że  o  tym  wiedzą.  A  jeśli  Beatrice  im  nie 

powiedziała? 

- Bzdura. Poza tym Cooper też wie.  

Martha wyławia jakiś dźwięk. 

- Co to było? 

Obie  nasłuchują  z  nadzieją.  Bezskutecznie.  Nagle  Martha 

wrzeszczy. 

- Coś mi się prześlizgnęło po nodze. 

- Uspokój się, to na pewno tylko salamandra. 

- Żadne tylko - protestuje Martha. - Będę codziennie dzwonić do 

matki. Rzucę palenie. Zacznę chodzić do kościoła. Przestanę... 

- Co ty, do cholery, wyprawiasz? - pyta Lucy. 

-  Modlę  się  -  oświadcza  Martha.  -  My,  niepraktykujący  katolicy, 

robimy to w ostateczności. 

background image

Lucy słyszy  w  oddali jakiś hałas i ucisza Marthę. W komorze, w 

której siedzą, pobrzmiewa echo stłumionego szczekania psów. 

- To na pewno oni! Tutaj! Tu jesteśmy! - krzyczy Lucy. - Tutaj! -

Chwyta latarkę i włącza ją. 

Po  chwili  wpadają  Tor  i  Tap.  Pędzą  w  ich  stronę,  merdając 

ogonami. 

-  Dobre  pieski  -  chwali  Martha,  klepiąc  je  po  głowach.  -  Dobre, 

kochane pieski. 

Wkrótce potem słyszą człapanie znacznie większych zwierzaków, 

a z tunelu wynurzają się głowy Adama i Jessego. Chłopacy oświetlają 

Lucy  i  Marthę  latarkami.  Adam  podbiega  do  Lucy  i  bierze  ją  w 

ramiona. 

- Kochanie, tak się o ciebie martwiłem.  

Lucy przytula twarz do jego szyi. 

- Bohater z ciebie, larwo - mówi Martha, ściskając brata. - Kto by 

pomyślał,  że  pójdziesz  mnie  szukać  w  jaskini?  Dziękuję.  -  Rozgląda 

się, czy wśród ratowników nie ma Coopera. Nie ma. 

Po  drodze  do  domu  Adam  opowiada  Lucy  o  nocie  o  zajęciu 

farmy.  Idą,  trzymając  się  za  ręce,  znacznie  wyprzedzając  Marthę  i 

Jessego. 

- Coś mi tu śmierdzi - mówi. - Jeszcze nie wiem co, ale Cooper na 

pewno wpadł w jakieś tarapaty. 

Dlaczego  mi  nie  powiedział?  -  zastanawia  się  Lucy.  Ogląda  się 

przez  ramię  na  Marthę,  która  idzie  obok  brata,  patrząc  w  ziemię.  To  

dlatego Cooper trzymał cię na dystans, zdaje sobie sprawę.  

background image

Zatrzymuje  się,  bierze  przygnębioną  przyjaciółkę  pod  ramię  i 

odciąga na bok. 

-  Już  wiem,  na  czym  polega  problem  -  mówi  i  powtarza  Marcie 

słowa  Adama.  -  To  na  pewno  dlatego  Cooper  był  taki  nieobecny.  I 

założę się, że właśnie dlatego siedzi teraz w banku. 

Martha patrzy na nią pustym wzrokiem. 

- Nie rozumiesz? - dziwi się Lucy. - Twój wikłacz nie może się o 

ciebie starać, jeśli z gniazdem coś nie w porządku. 

 

ROZDZIAŁ 11 

Mężczyznę  można  naprawdę  poznać  po  tym,  jak  traktuje 

człowieka, który absolutnie na nic mu się nie przyda. 

Ann Landers 

- To wstyd kazać się tak wszystkim zamartwiać! - gdera Beatrice, 

ze sprytną miną mrugając do Lucy i Marthy. 

Mija wpół do trzeciej, gdy wszyscy siadają wreszcie do stołu, by 

zjeść  lunch  i  pochłonąć  kanapki  z  szynką  i  serem.  Mężczyzn 

całkowicie  zaprząta  trudna  sytuacja  farmy,  nie  są  jednak  w  stanie 

otwarcie  o  niej  mówić  w  obecności  Beatrice.  Siedzą  w  milczeniu, 

zastanawiając się, jak - jeśli w ogóle - mogliby pomóc.  

Dziewczyny  również  zachowują  się  powściągliwie,  zakłopotane, 

że naprawdę trzeba je było wybawić z opresji. Coopera zatrzymują w 

banku jakieś sprawy, lecz dzwoni, by  zgodnie z obietnicą za godzinę 

umówić się z mężczyznami na strzelnicy Sleepy Creek. 

background image

-  Szybko,  moje  panie  -  odzywa  się  Beatrice  po  jedzeniu.  -

Sprzątnijmy ze stołu i weźmy się do pracy nad naszą potańcówką. 

Martha  zjeża  się  na  słowo  „naszą"  i  zaczyna  zbierać  naczynia. 

Spogląda na mężczyzn, którzy nie ruszają się z miejsc. W domu każdy 

skoczyłby  do  pomocy,  a  tu  jakby  nie  przychodzi  im  to  do  głowy, 

nawet jej doskonale wychowanemu bratu. 

-  Panowie  -  zagaduje  śpiewnym  głosem  Beatrice  -  mam  dla  was 

niespodziankę.  Jutro  nauczę  was  two-stepa.  -  Od  razu  robi  krótką 

prezentację,  wdzięcznie  pląsając  wokół  stołu  i  zatrzymując  się  za 

krzesłem  Bryce'a.  -  Moim  zdaniem  nic  nie  robi  na  kobiecie  takiego 

wrażenia  jak  mężczyzna,  który  potrafi  tańczyć.    -  Kładzie  ręce  na 

ramionach  Bryce’a.  -  Ale  ostrzegam,  gdy  raz  rozsmakujecie  się  w 

pięknościach Południa, nigdy nie wrócicie do tych jankesek. 

Z talerza, który wynosi Martha, spadają srebrne sztućce i uderzają 

o  podłogę.  Beatrice  uśmiecha  się,  jakby  dopiero  teraz  zdała  sobie 

sprawę z popełnionej gafy, po czym dodaje: 

- Oczywiście z wyjątkiem tu obecnych. 

 

Strzelnica  Sleepy  Creek  położona  jest  na  północnym  krańcu 

doliny  Manasseh,  około  trzydziestu  kilometrów  od  farmy 

Tuckingtonów. Po  drodze mężczyźni mają więc okazję porozmawiać 

i coś zaplanować. Mieli cały dzień, by przemyśleć znaczenie spotkań 

w  banku  i  powiadomień  o  zajęciu  nieruchomości,  a  teraz  gotowi  są 

odkurzyć arsenał elektronicznych gadżetów  - laptopów, sprzętu GPS, 

kalkulatorów  HP,  blackberrych  i  palm  pilotów  -  i  udzielić  pomocy. 

Pokażą Cooperowi, że mieszczuchy też coś potrafią. 

background image

-  Zacznijmy  od  tego,  co  wiemy  -  mówi  Adam,  spoglądając  po 

pasażerach  ciężarówki.  -  Mamy  tu  biznesmena,  producenta 

wiadomości, historyka, dyrektora w firmie reklamowej i - milknie na 

chwilę,  gdy  jego  wzrok  spoczywa  na  Jessem  -  redaktora  książek  dla 

dzieci. Problem, który musimy rozwiązać, dotyczy... 

-  Słuchajcie,  jeśli  będziemy  się  tak  guzdrać  -  przerywa  Kurt  -

Cooper straci dom, zanim w ogóle ocenimy sytuację. 

-  Dobrze,  przejdźmy  do  rzeczy  -  przystaje  Adam  i  ogląda  się  na 

tylne  siedzenie,  gdzie  tłoczą  się  Simon,  Walter  i  Bryce  z  rozmaitym 

sprzętem  elektronicznym  na  kolanach.  -  Simon,  przed  przyjazdem 

tutaj sporo czytałeś, więc powiedz nam wszystko, co wiesz o hodowli 

bydła mlecznego. 

Zadowolony, że poproszono go jako pierwszego, Simon chrząka i 

obwieszcza,  że  historia  hodowli  bydła  mlecznego  raczej  nie  podnosi 

na duchu. 

-  Większość  drobnych  farmerów  musiała  zrezygnować  ze  swojej 

działalności  z  powodu  licznych  przestarzałych  przepisów.  -  Zamyka 

oczy  i  rozpoczyna  długi  wywód  wyjaśniający,  w  jaki  sposób  zawiły 

system  ustalania  cen  mleka  stworzony  przez  rząd  federalny  w  latach 

30.  XX  wieku  w  połączeniu  z  zamrożeniem  cen  hurtowych  na 

trzydzieści  lat  uniemożliwił  funkcjonowanie  na  rynku  wielu  farmom 

rodzinnym. 

- Jak w takim razie niektóre się utrzymały? - pyta Jesse. 

-  Normalnie  -  odpowiada  Simon.  -  Dotacje  rządowe,  rozwój, 

ekonomia skali. 

background image

Jesse nie ma pewności, co to wszystko znaczy. Adam notuje: czy 

poszerzenie działalności zwiększy marżę zysku? 

-  Mimo  imponującego  wzrostu  liczby  ludności  w  naszym  kraju  -

ciągnie Simon, niczym na wykładzie - mamy obecnie mniej farmerów 

niż  za  czasów  wojny  domowej.  Dokładniej  mówiąc,  ich  liczba  jest 

statystycznie niewielka. 

Kurt przewraca oczami. 

-  Nie  rozumiem,  jaki  to  ma  związek  z  katastrofą,  którą  się  tu 

zajmujemy. 

-  No,  warto  by  się  na  przykład  dowiedzieć,  czy  Cooper  hoduje 

tyle samo krów, co jego ojciec i dziadek - odzywa się Adam. 

Kurt wyprzedza niedużą ciężarówkę. 

-  Całkowicie  popieram  precyzyjne  działanie  -  ucina.  -  Ale  farma 

Tuckingtonów  jest  pod    ostrzałem  i   musimy  podjąć jakieś działania. 

W  niedzielę  wyjeżdżamy,  a  do  tego  czasu  nie  mamy  szans  stać  się 

ekspertami  od  hodowli  bydła  mlecznego  czy  związanego  z  tym 

przemysłu.  Musimy  skłonić Coopera,  żeby  nam  wyjaśnił, co  zmusiło 

bank  do  wysłania  tych  not  o  zajęciu  nieruchomości  i  ile  ma  jeszcze 

czasu.  Potem  musimy  przejrzeć  jego  księgi  i  wymyślić  jakiś  plan 

działania. 

- Ale Cooper nawet nam nie wspomniał, że ma problemy - mówi 

Adam. - Jak, według ciebie, mamy go skłonić, żeby szczerze wszystko 

opowiedział? 

- Po prostu mu powiemy, co wiemy - że siedzi po uszy w gównie i 

że  chcemy  mu  pomóc.  Do  diabła,  mówiłeś  przecież,  że  w  tej 

background image

ciężarówce jadą same tęgie głowy. - Kurt przegląda się we wstecznym 

lusterku.  -  Fakt,  że  jakiś  małomiasteczkowy  bank  go  zbombardował, 

nie oznacza jeszcze, że nie możemy tam posłać kilku pocisków.  

-  Mam  wrażenie,  że  do  Coopera  trzeba  podchodzić  ostrożnie  - 

zauważa Adam. - Gdyby chciał naszej pomocy, toby o nią poprosił. 

- Facetowi cały świat się zaraz zawali. Tu  trzeba gadać prosto z 

mostu,  nie  działać  w  białych  rękawiczkach  -  nalega  Kurt,  mocno 

ściskając  kierownicę.  -  A  bez  znajomości  faktów  nic  mu  nie 

pomożemy.  

Siedzący  między  Kurtem  a  Adamem  Jesse  nie  wytrzymuje 

napięcia  i  zaczyna  grzebać  w  schowku,  w  którym  wśród  zwykłych 

rzeczy, takich jak mapy, rachunki czy dowód rejestracyjny, odnajduje 

krowi dzwonek i zdjęcie małego Coopera trzymającego ojca za rękę. 

Adam  bierze  od  Jessego  fotografię  i  uważnie  się  jej  przygląda. 

Cooper  ma  około  siedmiu  lat.  Stoją  z  ojcem  przed  główną  oborą  z 

dumnymi  minami.  Napis  z  tyłu  głosi:  „Pierwszy  udój  Coopera,  1972 

r." 

- Mam pomysł - rzuca z tyłu Bryce. - By pobudzić w nas krążenie 

twórczych soków, zróbmy burzę mózgów! 

Kurt stuka się w czoło. 

-  W  reklamie  cały  czas  to  robimy  -  tłumaczy  Bryce.  -  Chodzi  o 

swobodne skojarzenia. Otwórzcie się i nie wartościujcie. 

- To  nie zabawa! - wrzeszczy Kurt. 

-  No,  dalej  -  zachęca  Bryce.  -  Ktoś  zacznie?  Rzućcie  pierwszy 

zwariowany pomysł, jaki przychodzi wam do głowy. 

background image

-  Może  Walter  załatwi  w  NBC  specjalny  program  o  farmie 

Tuckingtonów? - proponuje Simon. 

-  Jasne  -  rechocze  Kurt.  -  Pod  tytułem  „Farma  Tuckingtonów 

jeszcze istnieje". - Nie zwracaj na niego uwagi - mówi Bryce. 

-  A  może  rozkręcić  jakiś  dodatkowy  interes,  na  przykład 

pensjonat,  albo  zorganizować  agroturystyczne  wakacje  na  farmie  - 

rzuca Jesse. 

-  Super!  -  zachwyca  się  Simon.  -  Moglibyśmy  to  powiązać  z 

mnóstwem  ważnych  bitew  z  czasów  wojny  domowej,  które  stoczono 

w okolicy. To  mogłoby nawet odwieść developerów od realizacji ich 

planów budowlanych. 

-  A  Lucy  mogłaby  znaleźć  jakiś  zagrożony  gatunek  ptaka  -

dorzuca Jesse. 

-  Rozluźnijcie  się  jeszcze  trochę  -  namawia  Bryce.  -Wyjdźcie 

poza ramy... 

Walter spogląda na blackberry'ego. 

-  A  może  zbierzemy  nasienie  buhaja  i  sprzedamy  je  przez 

Internet? Czy Pinckney ma rodowód? 

-  Śmiechu  warte  -  podsumowuje  Kurt.  -  Czy  któryś  z  was 

kiedykolwiek  prowadził  firmę?  Choćby  kiosk  z  lemoniadą?  Na 

osiągnięcie  zysku  jest  tylko  jeden  sposób:  zwiększyć  produkcję  i 

obniżyć koszty. 

-    To    nie  wszystko  -  sprzeciwia  się  Bryce.  -  Produkcja  to  tylko 

połowa  sukcesu,  druga  połowa  to  sprzedaż.  W  reklamie  trzeba 

stworzyć tak zwaną „unikatową ofertę sprzedaży" produktu. 

background image

-  To  jest  mleko,  Bryce  -  mówi  Kurt.  -  Nie  ma  w  nim  nic 

nadzwyczajnego. 

-  I  tu  się  mylisz  -  poprawia  go  Bryce.  -  Pomyśl  o  Starbucks. 

Dlaczego płacimy cztery dolce za coś, co gdzie indziej kupilibyśmy za 

jednego? Albo dwa dolce za butelkowaną wodę, kiedy kranówa jest za 

darmo?  Chodzi  o  jakość,  stworzenie  marki  i  sprecyzowanie 

docelowego segmentu rynku.  

Szybko  szkicuje  staroświecką  butelkę  mleka  z  uśmiechniętą 

krową na etykiecie.  

- Nie powiesz mi, że mieszczuchy nie dadzą kupy kasy za mleko 

w  fikuśnej  szklanej  butelce  -  mówi,  pokazując  rysunek.  -  Dodaj 

etykietkę  z  napisem  „Prosto  z  farmy  Tuckingtonów"  i  pieniążki  się 

posypią. 

Jesse  próbuje  oszacować,  ile  wydaje  na  ekologiczną  żywność  w 

sklepie Whole Foods, tak drogim, że według jego siostry można by w 

nim zostawić całą wypłatę. 

- Bryce ma rację - przyznaje. 

- Panowie - odzywa się Adam, próbując rozładować napięcie - te 

dwa podejścia niekoniecznie muszą się wykluczać. 

- Dalej, Kurt - zachęca Bryce. - Rzuć jakiś pomysł. 

-  Obawiam  się,  że  nie  zdołam  wyjść  poza  te  twoje  ramy. 

Chciałbym wydobyć od Coopera konkretne liczby, posiedzieć trochę z 

kalkulatorem  i  namówić  swojego  bankiera  na  jakiś  krótkoterminowy 

niskooprocentowany kredyt albo na plan sprzedaży farmy i wzięcia jej 

background image

z  powrotem 

leasing.  To 

zagwarantowałoby  Cooperowi 

natychmiastowy przypływ gotówki i postawiło farmę na nogi.  

Realistyczna postawa Kurta zamyka wszystkim usta. 

- Potem pomyślelibyśmy, co trzeba by zmienić - dodaje. 

Adam  wygląda  przez  okno.  Popołudniowe  słońce  wędruje  po 

niebie, zalewając wzgórza żółtym światłem. Pozwala odpocząć oczom 

i  swobodnie  krążyć  myślom.  Stara  się  połączyć  punkty  i  stworzyć 

model,  który  według  ekonomii  zachowań  wyjaśniałby  przyczyny 

upadku farmy Tuckingtonów. 

Kurt skręca w drogę prowadzącą do Clover Hollow i pyta: 

- A teraz dokąd? 

Jesse uważnie studiuje mapę. 

-  Nie  jestem  pewien  -  odpowiada  zaniepokojony.  -  Wskazówki 

Coopera  nie  mają  sensu.  „Zjedźcie  z  drogi  stanowej  w  kierunku 

Clover  Hollow,  potem  jedźcie  około  ośmiu  kilometrów  prosto. 

Skręćcie w lewo w ulicę Lee, zaraz za drewnianym domem, w którym 

kiedyś    była  poczta  konna,  a  potem  w  prawo,  przy  dawnej    aptece 

Farbera, i zostawcie wóz na parkingu na tyłach budynku".   

Adam znów notuje: czy kryzys farmy  może się wiązać z tym, że 

Cooper tak bardzo żyje przeszłością? 

W  Clover  Hollow  mężczyźni  pytają  o  drogę  do  strzelnicy. 

Wkrótce  są  już  na  miejscu  i  parkują  ciężarówkę  obok  samochodu 

Coopera  przed  magazynem  o  beżowych  ścianach,  pozbawionym 

jakiegokolwiek  szyldu.  Wchodzą  na  strzelnicę  długim  korytarzem  ze 

szklanymi gablotami pełnymi pistoletów i amunicji.  

background image

Na  jego  końcu  stoi  Cooper  pogrążony  w  ożywionej  rozmowie  z 

przysadzistym  staruszkiem  kasjerem.  Przed  nim  na  ladzie  leży  sześć 

pistoletów, słuchawki, okulary ochronne oraz stosik plansz w kształcie 

ludzkiej sylwetki. 

Cooper dostrzega mężczyzn i macha ręką, by podeszli.  

- Zobaczycie, jak wam się spodoba strzelanie. Niewiele rzeczy tak 

relaksuje  jak  ustrzelenie  takiego  kolesia  -  mówi  wesoło,  unosząc 

tarczę - plakat przedstawiający niebieską sylwetkę z okrągłą głową na 

prostokątnym  tułowiu,  na  którym  w  pięciu  miejscach  zaznaczono 

koncentryczne okręgi.  

-  Wyznaczają  pola  śmiertelnego  postrzału  -  wyjaśnia  Cooper, 

posługując  się  pistoletem  jak  wskaźnikiem.  -  Jeśli  gdzieś  tu  traficie, 

poważnie  uszkodzicie  niezbędne  do  życia  narządy  wewnętrzne  i 

macie  spore  szanse  zabić  ofiarę.  -  Potem  wskazuje  na niezaznaczone 

obszary.  -  Jeśli  traficie  tutaj,  tylko  zranicie  przeciwnika.  Będzie  w 

stanie odpowiedzieć ogniem. 

Adam  zastanawia  się,  jak  Cooper  może  być  tak  niefrasobliwy, 

zważywszy  na  powagę  położenia  farmy.  Wnioskuje,  że  w  tym 

również musi tkwić źródło problemów. 

Mężczyźni nakładają okulary i słuchawki i podążają za Cooperem 

na  strzelnicę.  Mijają  stanowiska  zajmowane  przez  wiekowe  pary, 

chłopaków ze swoimi dziewczynami czy nawet całe rodziny.  

-  Popołudnie  dobre  jak  każda  inna  pora,  by  pouczyć  małego 

Bobbyego zabijania - żartuje Bryce. 

background image

Większość stanowisk zajmują jednak mężczyźni, którzy otwierają 

ciągły  ogień  do  tarcz  przedstawiających  rzeczywiste  postaci:  Osamę 

bin  Ladena,  Hillary  Clinton,  dr.  Phila  z  telewizji.  Trzech  strzela  z 

magnum kaliber .44, broni tak potężnej, że słuchawki podopiecznych 

Coopera szczelnie przylegają do uszu, gdy padają serie wystrzałów. 

- Seryjny morderca, seryjny morderca, seryjny morderca - szepcze 

Adam, mijając strzelców. 

Sprzęt  nieco  dezorientuje  mężczyzn,  szczególnie  zaś  słuchawki, 

które  w  pewnych  momentach  wzmagają  dźwięki,  a  w  innych 

całkowicie  wyciszają,  by  ochronić  uszy  przed  nadmiarem  hałasu. 

Stanowią słuchowy odpowiednik światła stroboskopowego.  

Pistolety z kolei są ciężkie i zimne. 

Cooper  zajmuje  stanowisko  położone  najdalej  od  wejścia, 

przypina  niebieską  sylwetkę  i  naciska  przełącznik,  dzięki  któremu 

mechanizm z bloczkiem odsyła ją na drugi koniec pomieszczenia. 

-  Pistolet  trzyma  się  w  ten  sposób  -  mówi,  ściskając  broń  w 

prawej,  niemal  wyprostowanej  ręce.  -  Lewą  ręką  blokuje  się  prawą. 

Potem  trzeba  się  uspokoić,  odbezpieczyć  pistolet,  namierzyć  cel  i 

nacisnąć spust. - Cooper robi to raz za razem.  

Opróżnia cały magazynek, a mosiężne łuski spadają na wszystkie 

strony,  odbijając  się  od  ścian.  W  końcu  przerywa,  opuszcza  pistolet, 

ponownie  naciska  przełącznik  i  przyciąga  tarczę.  W  dwóch 

najbardziej  centralnych  polach  wyznaczonych  okręgami  widnieje 

piętnaście rozmieszczonych tuż obok siebie dziur. 

Kurt pogwizduje z podziwem. 

background image

- Cholera, to się nazywa celność. 

Na twarzy Coopera pojawia się uśmiech. 

-  Faktycznie, muszę przyznać, że jest całkiem nieźle. Wystrzelam 

jeszcze  jeden  magazynek,  a  potem  ustawię  was,  chłopaki,  na 

osobnych stanowiskach. 

Mężczyźni  przytakują,  jednak  wyłącznie  z  grzeczności,  a  gdy 

Cooper  odwraca  się,  by  postrzelać,  wbijają  wzrok  w  Adama, 

skłaniając go do rozpoczęcia rozmowy.  Adamowi niezbyt podoba się 

pomysł konfrontacji z uzbrojonym mężczyzną.  

-  Hmm,  Cooper  -  zaczyna  ostrożnie.  -  Chcielibyśmy  z  tobą  o 

czymś pomówić. 

-  Tak?  -  odpowiada  Cooper,  unosząc  pistolet  i  oddając  pierwszą 

serię. 

Adam zbiera się na odwagę. 

-  Wiemy  o  sprawie  zajęcia  farmy.  Widzieliśmy  notę  i  zastępcę 

szeryfa,  który  ją  zostawił.  -  Przerywa,  czekając  na  reakcję,  lecz 

Cooper nie przestaje strzelać. 

-  Mamy  dobrą  wiadomość:  wpadliśmy  na  kilka  świetnych 

pomysłów, jak temu zaradzić - dodaje entuzjastycznie Bryce. 

Ręka  Coopera  nagle  opada,  a  otwory  po  kulach  obejmują  całą 

sylwetkę. 

-  Świetne  pomysły,  co?  -  Wciąż  nie  odrywa  wzroku  od  tarczy.  -

Dzięki,  chłopaki,  to  miło  z  waszej  strony,  ale  całkowicie  panuję  nad 

sytuacją.  To  jak,  może  pójdziecie  na  stanowiska  i  spróbujecie 

postrzelać? 

background image

- Myśleliśmy raczej o czymś innym - oświadcza stanowczo Kurt. 

- Sądzimy, że powinniśmy spędzić resztę popołudnia w twoim biurze i 

skutecznie zabrać się do roboty, zanim stracisz farmę. 

Cooper  opuszcza  broń  i  patrzy  na  mężczyzn.  Jego  oczy  są 

wąziutkie jak szparki, przepełnione najwyższą pogardą. 

-  A  jaki  niby  miałoby  to  sens?  Gówno  wiecie  o  krowach  i 

hodowli. 

Simon,  Bryce  i  Jesse  cofają  się  o  kilka  kroków.  Wtedy  Cooper 

zdaje sobie sprawę, że ich przestraszył. 

- Posłuchajcie, panowie. Nie chcę wyjść na niewdzięcznika, ale to 

prywatna  sprawa,  a  na  dodatek  nie  macie  o  niej  bladego  pojęcia. 

Faktycznie, było ciężko,  ale dzisiaj udało mi się to wyprostować. I na 

tym koniec. 

- Powiesz nam w jaki sposób? - pyta Kurt. 

-  Jeśli  koniecznie  chcesz  wiedzieć,  bank  zgodził  się  dać  mi 

jeszcze trochę czasu, a po waszym odjeździe zamierzam zorganizować 

aukcję.  Sprzedam  trochę  bydła  i  sprzętu,  zdobędę  gotówkę  na  spłatę 

zadłużenia i zacznę wszystko od nowa. 

Kurt nie wygląda na przekonanego. 

- Wszyscy farmerzy tak robią - dodaje Cooper. 

- I plajtują - uzupełnia Kurt, wyjmując kalkulator. Potrząsa głową, 

gdy uświadamia sobie, że nie dysponuje przecież żadnymi liczbami. - 

Posłuchaj,  nie  mam  pojęcia,  ile  możesz  dostać  na  aukcji  za  krowy  i 

maszyny  -  mówi  -  ale  zdrowy  rozsądek  mi  podpowiada,  że  nie 

wystarczy tego na spłatę długu i zakup nowego bydła i sprzętu. A czy 

background image

w  ogóle  uwzględniłeś  podatek  dochodowy,  który  będziesz  musiał 

zapłacić? Nic tu się nie trzyma kupy. I nic ci nie zostanie, żeby zacząć 

od nowa. 

Jesse  wysuwa  się  do  przodu.  Przemawia  do  Coopera  jak  do 

pisarzy, którzy nie znoszą krytyki. 

-  Kurt  chce  chyba  powiedzieć,  że  nie  masz  nic  do  stracenia, 

pozwalając  nam  sobie  pomóc.  Jeśli  połączymy  siły,  założę  się,  że 

rozwiążemy ten problem raz na zawsze. 

Cooper milknie. 

-  Wiem,  że  być  może  patrzysz  na  nas  jak  na  lalusiów  z  miasta  -

wtrąca  się  Adam.  -    Ale  my  też  coś  potrafimy.  Ja  robię  doktorat  z 

ekonomii.  Walt  jest  producentem.  Kurt  ma  własną  firmę 

informatyczną. 

-  I  ocaliłem  już  od  bankructwa  trzy  przedsiębiorstwa  -  uzupełnia 

Kurt. 

- Przejrzyjmy tylko razem księgi - przekonuje Adam. 

Wokół  rozbrzmiewają  odgłosy  wystrzałów,  przyciągania  i 

odsyłania  tarcz,  uchodzącej  z  mężczyzn  frustracji.  Nagle  Cooper 

odczuwa  zmęczenie,  śmiertelne  zmęczenie.  Przez  dłuższą  chwilę 

wpatruje się w podziurawioną przez siebie tarczę. 

-  Chyba  nie  zaszkodzi  trochę  się  w  tym  rozejrzeć  -  mówi,  a 

napięte  mięśnie  jego  twarzy  powoli  się  rozluźniają.  Doznaje 

nieskrywanej ulgi. 

 

Znów w kuchni. Martha i Lucy przygotowują przyjęcie: układają 

kwiaty, myją warzywa, zawijają sztućce w serwetki. Beatrice właśnie 

background image

zamówiła  dwadzieścia  pięć  kilo  żeberek  i  skontaktowała  się  z 

ostatnim sąsiadem, ustalając, kto co przynosi.  

Proponuje dziewczynom spacer. 

- Dziewczęta, może pokażę wam miejsce potańcówki? - pyta. - To 

tylko kilometr stąd. 

Martha  i  Lucy  przez  cały  dzień  na  to  czekały,  więc  pośpiesznie 

wybiegają z kuchni. Osuszają ręce, chwytają kurtki i nawołują Tora i 

Tapa, które pędzą, zachwycone perspektywą spaceru.  

Ruszają  żwirową  ścieżką,  mijają  przejście  dla  bydła  i  wychodzą 

na  drogę.  Niebo  jest  cudownie  czyste,  a  z  oddali  słychać  rozmaite 

odgłosy  -  zabawy  dzieci  na  sąsiedniej  farmie,  krowich  dzwonków  z 

drugiej  strony  wzgórza,  ciężarówki  mozolnie  podjeżdżającej  pod 

pobliskie wzniesienie. 

- Na pewno spodoba wam się stara zielona obora. To  wyjątkowe 

miejsce - mówi Beatrice. - Gdy ją zobaczycie, to zrozumiecie. 

- Dlaczego już się jej nie używa? - interesuje się Martha. 

- Ależ używa się - odpowiada Beatrice. - Zamykamy tam cielęta, 

a  zimą  przechowujemy  siano.  Na  tej  farmie  nic  się  nie  marnuje.  Po  

prostu to już nie jest główna obora. 

- Dlaczego oddziela się cielęta od reszty stada? - pyta Martha. 

-  Bo  jesteśmy  farmą  mleczną.  -  Beatrice  wyjaśnia  powoli  i 

cierpliwie jak cielęciu. - Mamy oddawać im to, z czego żyjemy? 

Martha rumieni się, lecz nadal nie rozumie. 

- A co według ciebie jedzą cielęta? - pyta Beatrice.  

background image

Lucy  naśladuje  dojenie,  a  upokorzona  Martha  wreszcie  pojmuje, 

w czym rzecz. 

Mijają  zepsute  traktory  i  kosiarki, których  ostrza  nadawałyby  się 

chyba  do  muzeum.  Martha  wyobraża  sobie,  że  kiedyś  również 

Beatrice będzie tylko zardzewiałym reliktem na farmie Tuckingtonów. 

Docierają  już  prawie  do  szczytu  wzgórza,  gdy  matka  Coopera 

wspomina, że dołączy do nich Jolene. 

- To nieoceniona pomocnica. Spec od organizacji przyjęć.  

Martha przeszukuje kieszenie i znajduje papierosy.  

-  Jolene  jest  dla  mnie  uosobieniem  kobiecości  -  chwali  dalej 

Beatrice.  -  Jest  błyskotliwa  i  zdolna,  a  przy  tym  ma  tyle  uroku,  że 

każdy  mężczyzna  czuje  się  przy  niej  mądrzejszy,  wyższy  i 

przystojniejszy niż w rzeczywistości. 

-  Przydatna  umiejętność  -  zauważa  Martha,  widząc  oczyma 

wyobraźni  tłum  liliputów  wokół  jej  kostek.  -  A  gdzie  ona  pracuje?  - 

Imaginuje sobie, że Jolene zajmuje się lukrowaniem ciasteczek. 

- Jest weterynarzem.  

Ze szczytu pagórka widać już położoną na jego zboczu drewnianą 

oborę.  Jest  tak  malowniczo  zrujnowana,  że  wydaje  się  jakąś 

romantyczną  wizją  obory,  nie  zaś  miejscem,  gdzie  naprawdę  trzyma 

się krowy. Budynek urzeka sielskością i prostotą, ma lekko zapadnięty 

dach i ogromne, szeroko rozpostarte, zapraszające do środka wrota.  

Kobiety  wchodzą,  przemierzają  przestronne  przejście  z  boksami 

dla  cieląt  po  bokach,  po  czym  kierują  się  na  strych  na  siano,  gdzie 

odbędzie  się  przyjęcie.  Przybycie  intruzów  płoszy  jerzyki  i  szpaki, 

background image

które  śmigają  na  zewnątrz  przez  wielkie  okna  służące  do  zrzucania 

siana  na  wozy.  Wewnątrz  obora  sprawia  wrażenie  wywróconej  do 

góry dnem łodzi - przez całość biegną krokwie, a do stropu jest jakieś 

dziesięć metrów. Czuć w niej upływ czasu. 

-  Czy  gdzieś  istnieje  lepsze  miejsce  na  potańcówkę?  -  pyta 

Martha. 

Co  do  tego  jednego  Beatrice  akurat  się  z  nią  zgadza.  Popołudnie 

jest  ciepłe,  a  słodko  pachnący  wietrzyk  szeleści  rozrzuconym  na 

podłodze sianem. 

- Można by umieścić kapelę na samym końcu, a bufet z jedzeniem 

tu przy schodach - proponuje Martha, szeroko gestykulując.  

Przymyka  oczy.  Wyobraża  sobie,  jak  pełna  ludzi  obora  będzie 

wyglądała  z  zewnątrz  albo  jaki  kontrast  stworzą  światło  i  gwar  z 

ciemnością i ciszą otoczenia. 

- Obawiam się, że to się nie sprawdzi - dobiega je z tyłu głos. 

Lucy i Martha odwracają się. Słowa pochodzą od dorodnej młodej 

kobiety  z  burzą  kasztanowych  włosów  i  uroczymi  dołeczkami  w 

policzkach,  siedzącej  na  sporych  rozmiarów  kostce  siana  obok 

schodów.  Uświadamiają  sobie,  że  wchodząc  na  górę,  musiały  ją 

minąć. 

-  Jolene,  kochanie  -    cieszy  się  na jej  widok Beatrice  i kieruje  w 

jej stronę z rozpostartymi ramionami. - Długo czekasz? 

-  Tylko  kilka  minut  -  odpowiada  Jolene  i  zeskakuje,  by  się 

przywitać.  Potem  niespiesznie  zbliża  się  do  Lucy  i  Marthy.  -  Mam 

nadzieję,  że  cię  nie  uraziłam,  wtrącając  swoje  trzy  grosze.  Po  prostu 

background image

myślę,  że  tworzenie  zatoru  przy  wejściu  to  nie  najlepszy  pomysł. 

Rozsądniej  umieścić  bufet  bliżej  kapeli,  żeby  zrobił  się  ruch.  - 

Najpierw podaje rękę Lucy, a dopiero później zwraca się do Marthy. -

Więc to ty jesteś Martha. 

Głos  Jolene  brzmi  jak  kołysanka,  melodyjnie,  a  zarazem  kojąco. 

Jest  niezwykle  urodziwa,  a  jej  nieskazitelną  cerę,  niebieskie  oczy  i 

błyszczące włosy można określić tylko jednym słowem - dorodne. 

-  Jeśli  rozmieścimy  wszystko  tak, jak proponujesz,  będzie  sięgać 

zbyt głęboko na parkiet taneczny - mówi Martha. Potem wskazuje na 

miejsce w połowie pomieszczenia. - A może tam? 

- Hm. To też niezbyt dobry pomysł - komentuje Jolene. 

- Zdecydowanie nie - zgadza się Beatrice. 

Jolene prowadzi Marthę do dwóch wielkich otworów w podłodze. 

-  Nie  ma  powodu,  żeby  dziewczyna  z  miasta  o  nich  wiedziała  -

mówi. - Służą do zrzucania siana. - Wybucha dźwięcznym śmiechem. 

- Tańce mogłyby się tu fatalnie skończyć! 

Martha już rozumie. 

-  Dzięki  Bogu,  że  tu  jesteś,  kochana  -  Beatrice  zwraca  się  do 

Jolene. - Gdyby nie ty, nasi chłopcy powypadaliby przez te dziury! 

Martha  przyłącza  się  do  Lucy,  która  trzyma  się  na  uboczu  i 

wygląda przez boczne okno. Beatrice i Jolene zdają się nie zauważać 

wycofania dziewczyn.  Wspólnie,  jak  jeden  mózg,  podejmują  decyzje 

związane z przyjęciem. 

- Stoły tutaj? 

- Koniecznie. 

background image

- Kwiaty na szczycie schodów? 

- Doskonale. 

- Czy my nie mamy tu nic do powiedzenia? - pyta Martha. 

-  Na  pewno  nie  z  takiej  odległości  -  odpowiada  Lucy.  -  Wracaj 

tam i staw im czoło. 

Martha  bierze  głęboki  wdech.  Bądź  asertywna.  Jesteś  Sharon 

Stone  w  Nagim  instynkcie  -  motywuje  się.  -  Z  tym,  że  w  bieliźnie. 

Wie,  że  wybór  roli  nie jest  zbyt  trafny,  więc  by  dodać  sobie  odwagi, 

zapala  papierosa.  Zaciągając  się  po  raz  pierwszy,  odczuwa  ulgę,  za 

drugim razem -  napięcie całkiem z niej uchodzi.  

To  tylko potańcówka, powtarza sobie. Potem dobiega ją krzyk. 

-  Zwariowałaś?  -  wrzeszczy  Beatrice.  -  W  oborze  się  nie  pali! 

Chcesz nas puścić z dymem? 

Marcie  robi  się  przykro.  Oczy  jej  wilgotnieją,  zbiega  na  dół  i 

wypada z obory. Słyszy, jak Beatrice gdera, a na koniec rzuca uwagę, 

że  przydałby  się  obóz  dla  prawdziwych  kobiet.  Lucy  dogania 

przyjaciółkę, która nie odeszła daleko. 

- Skończona suka - mówi, choć nawet ona nie może uwierzyć, że 

Martha zapaliła w oborze. Siadają na zboczu. - Już w porządku? 

Martha przecząco kręci głową. 

-  Wiesz, co jest najgorsze na Południu? Kobiety.  

Jolene i Beatrice pojawiają się we wrotach obory, jakby wyczuły, 

że o nich mowa. 

background image

-  Posłuchaj,  Martho,  przepraszam,  że  tak  na  ciebie  napadłam  -

mówi  Beatrice.  -  Po    prostu  zaskoczyło  mnie,  że  można  zrobić  coś 

tak... tak... 

Martha podnosi się i tuż przed nią zdeptuje papierosa. 

-  Możemy  zamienić  słowo  na  osobności?  -  Prowadzi  Beatrice  za 

oborę.  -  Chciałabym  wiedzieć,  dlaczego  sprzeciwia  się  pani 

wszystkim moim pomysłom. 

- Nie bądź śmieszna - odpowiada Beatrice. 

- Nie jestem. Za co mnie pani tak nie lubi? 

-  Moja  droga,  nie  znam  cię  na  tyle,  żeby  cię  nie  lubić.  Wybacz, 

jeśli  cię  uraziłam,  bo  nie  przepadam  za  paleniem  obór,  ale  taka  już 

jestem. 

Martha zamyka oczy. Ta  rozmowa prowadzi donikąd. 

- I szczerze mówiąc - dodaje Beatrice, wyzywająco unosząc brodę 

- nie przywykłam, żeby się tak do mnie zwracano, i nie podoba mi się 

to. - Odwraca się gwałtownie, po czym  wychodzi zza obory.  Wspina 

się na wzgórze, kierując się w stronę drogi prowadzącej do domu. 

-  Zostań -  szepcze Martha do Tora i Tapa, próbując przeciągnąć 

je na swoją stronę, lecz one już pędzą za swoją panią. 

- Cholera, co ty jej właściwie powiedziałaś? - pyta Jolene. 

- Niestety, nawet w połowie nie to, co chciałam. 

-  Ona  ma  siedemdziesiąt  lat!  -  klaruje  Marcie  Jolene,  jakby 

tłumaczyła  coś  dziecku.  -  Przydałoby  się  trochę  szacunku.  -  Biegnie, 

by dogonić Beatrice. 

background image

-  Powiedz  mi,  że  ta  kobieta  nie  zostanie  na  kolacji  -  zwraca  się 

Martha do Lucy. - Kiedy pomyślę, jak flirtuje z Cooperem... 

-  Nie  przejmuj  się  Jolene  -  uspokaja  ją  Lucy,  gdy  powoli,  z 

wahaniem,  kierują  się  w  końcu  w  stronę  domu,  w  ślad  za  obiema 

kobietami. - Ona ci nie zagraża. To  ty się podobasz Cooperowi. 

-  Nie  zagraża  -  powtarza  Martha,  patrząc  na  idealny  tyłeczek 

Jolene, kołyszący się nad długimi nogami. - Nie zagraża. Nie zagraża. 

Gdy  cztery  kobiety  docierają  już  niemal  do  drogi  dojazdowej  do 

domu,  z  naprzeciwka  nadjeżdża  ciężarówka  Coopera.  Adam  siedzi 

obok niego, a reszta mężczyzn podąża za nimi drugim samochodem. 

- Ciekawe, dlaczego tak wcześnie wrócili - mówi Martha. 

Cooper zwalnia, by się szybko przywitać. Uśmiecha się uprzejmie 

do Jolene, lecz zwraca się do Marthy. 

-  Mam  nadzieję,  że  będziesz  wyrozumiała,  jeśli  trochę  się 

spóźnimy  -  mówi.  -  Mamy  jeszcze  z  chłopakami  parę  spraw  do 

załatwienia. 

Gdy Adam macha do Lucy, Jolene wydaje się, że to do niej, więc 

z entuzjazmem odpowiada. Lucy sztywnieje. 

- Widziałaś? - szepcze do przyjaciółki. 

-  Ona ci nie zagraża -  odpowiada Martha, przedrzeźniając Lucy. 

- Nie zagraża. 

 

Kantorek  Coopera  jest  zagracony  i  zapuszczony.  Na  ścianach 

wiszą jakieś pożółkłe tabele udoju, a na półkach walają się wycinki z 

pisma „National Dairyman" z przynajmniej dziesięciu lat. Mężczyźni 

z  trudem  zajmują  miejsca  na  przeładowanych  meblach:  metalowym 

background image

biurku,  sfatygowanej  szafie  na  dokumenty  i  trzech  stołkach.  Cooper, 

Adam i Kurt stoją oparci o ściany. 

-  Od  czego  zaczynamy?  -  pyta  Cooper,  nagle  przytłoczony 

zaistniałą sytuacją. 

-  Może  nam  opowiedz,  od  czego  twoim  zdaniem  zaczęły  się 

problemy - proponuje Jesse. 

Wtedy  Cooper  zaczyna  zrzucać  z  siebie  ciężar  kłopotów.  Mówi, 

że  odkąd  przejął  farmę  po  śmierci  ojca,  zyski  spadały  -  powoli,  ale 

nieprzerwanie.  Nie  rozumie  dlaczego.  Przecież  robi  wszystko 

dokładnie tak jak ojciec: hoduje tyle samo krów, przeznacza taki sam 

areał  gruntów  pod  uprawę  zbóż,  używa  tej  samej  paszy,  firmy 

przewozowej  i  mleczarni,  rasa  krów  i  proces  hodowli  również 

pozostały niezmienione - wszystko jest jak dawniej. 

- Już  w tym może tkwić problem - zauważa Adam. - Wygląda na 

to, że prowadzisz farmę w sposób naśladowczy, nie twórczy. 

- Inaczej nie potrafię - odpowiada Cooper. 

- To nie oznacza, że takie postępowanie musi być zawsze błędne -

wtrąca  się  Kurt.  -  Jednak  istnieje  prawdopodobieństwo,  że  nie 

wykorzystujesz niektórych możliwości. 

Od  tej  chwili,  za  zgodą  Coopera,  mężczyźni  rozpoczynają 

wytężoną  pracę  polegającą  na  rozpatrywaniu  wszystkich  aspektów 

działalności farmy Tuckingtonów i analizowaniu każdej standardowej 

procedury. Zajmuje im to cały wieczór i sporą część nocy.  

Następnego  dnia  ponownie  się  zbierają,  by  kontynuować 

posiedzenie.  Zajęcia  przewidziane  programem  obozu  wykonują  teraz 

background image

pomocnicy  Coopera,  więc  mężczyźni  mogą  się  całkowicie  poświęcić 

studiowaniu  tabel  udoju,  sprawdzaniu  ofert  konkurencyjnych 

mleczarni  czy  spółdzielni  mleczarskich  oraz  wyszukiwaniu  pasz  w 

Internecie. 

Kalkulują zalety innego wykorzystania gruntów, biorą pod uwagę 

uprawy  rynkowe,  zbierają  dane  o  innych  rasach  krów  i  analizują 

każdy etap produkcji mleka. Okazuje się, że w ciągu ostatnich pięciu 

lat  produkcja  mleka  na  farmie  Tuckingtonów  spadła  z  przeciętnego 

poziomu  około  dwudziestu  dziewięciu  litrów  dziennie  od  każdej 

krowy  do  dwudziestu  siedmiu,  przy  czym  Simon  poinformował  ich, 

że średnia w regionie wynosi prawie trzydzieści jeden.  

Dowiadują  się,  że  ceny  mleka  są  najwyższe  jesienią  i  zimą,  bo 

więcej  pije  się  go  w  szkołach  na  lunch.  Oznacza  to,  że  Cooper 

powinien wprowadzić zasadnicze zmiany w procesie hodowli.  

Simon  jest  wyjątkowo  zadowolony,  gdy  odkrywa  stronę  urzędu 

geologicznego  z  oznaczonymi  kolorami  satelitarnymi  mapami 

zagospodarowania terenu, które dostarczają szczegółowych informacji 

dotyczących  składu  chemicznego  gleb,  niezwykle  pomocnych  przy 

podejmowaniu  decyzji,  czym  je  obsadzić.  Znajdują  spółdzielnię 

mleczarską,  która  płaci  znacznie  więcej  za  mleko  niż  mleczarnia,  z 

którą rodzina Coopera współpracowała od pokoleń. 

- Chciałbym, żebyś przemyślał jeszcze jedną rzecz - mówi Kurt. -

Zakup specjalnego oprogramowania dla rolników. 

- To chyba zbyt kosztowne - odpowiada Cooper. 

background image

-  Opłaci  się  -  wyjaśnia  Kurt,  który  już  wcześniej  zadzwonił  do 

swojej  firmy  i  stworzył  zespół  do  pracy  nad  tym  projektem.  -

Najnowsze programy dotyczące produkcji mleka mogą tak usprawnić 

wszystkie operacje, że efekt przejdzie twoje wyobrażenia. Pomyśl, że 

każda  krowa  na  farmie  ma  transponder,  który  kontroluje  ilość 

spożywanej przez nią paszy, wytwarzanego mleka, zawartość tłuszczu 

w  mleku  itp.  To    ci  umożliwi  śledzenie  historii  hodowli,  tworzenie 

zapasu nasienia - wszystko. 

Cooper nadal sprawia wrażenie przybitego, lecz jest przepełniony 

wdzięcznością. 

- A jeśli nie masz nic przeciwko temu - ciągnie Kurt - zostanę tu 

jeszcze ze dwa tygodnie i pomogę ci zainstalować ten system. - Nim 

Cooper  znalazł  powód,  by  zaprotestować,  Kurt  dodał:  -  Wziąłem  już 

w pracy wolne, więc z przyjemnością to zrobię. 

 

ROZDZIAŁ 12 

Mężczyźni  żenią  się  z  kobietami  w  nadziei,  że  te  się  nie 

zmienią. Kobiety wychodzą za mąż z nadzieją, że oni tak. 

autor nieznany 

Mija  już  północ,  gdy  Martha  przemyka  się  na  dół,  do  barku, 

nalewa  sobie  pełną  szklaneczkę  whisky  i  wspina  się  na  palcach  z 

powrotem do swojego pokoju. Szczotkuje włosy, przy czym pokrzepia 

się sporą ilością drinka.  

Zbiera się na odwagę, otwiera drzwi sypialni i ostrożnie, na boso, 

przemierza  oświetlony  przez  księżyc  korytarz.  Mija  sypialnie  swoich 

background image

podopiecznych,  kanapę,  na  której  całowali  się  z  Cooperem,  a  także 

łazienkę  z  cieknącym  kranem,  by  wreszcie  dotrzeć  do  celu  -  jego 

pokoju.  Waha  się,  więc  powtarza  sobie  w  myślach,  że  za  dwa  dni 

wyjeżdża, a przecież musi wiedzieć, na czym stoi.  

Wychyla  szklaneczkę  do  dna,  odstawia  ją  na  parapet,  po  czym  - 

bez  zastanowienia  -  chwyta  za  gałkę  i  wślizguje  się  po  cichutku  do 

pogrążonej w mroku sypialni Coopera, zamykając za sobą drzwi. 

Przez  kilka  sekund  stoi  nieruchomo,  pozwalając  oczom 

przywyknąć do ciemności. Potem jedną ręką przytrzymując się ściany, 

a drugą badając przestrzeń przed sobą, by uniknąć zderzenia z jakimś 

meblem, po omacku odnajduje drogę do łóżka Coopera.  

Po  kilku  krokach  nagle  uderza  głową  o  coś  dużego  i  twardego, 

zwisającego  z  góry.  W  panice  przychodzi  jej  do  głowy  absurdalna 

myśl,  że  Beatrice  zastawiła  na  nią  pułapkę.  Wyciąga  rękę  i  dotyka 

czegoś, co przypomina szorstki, suchy męski zarost. 

Odnajduje w kieszeni zapałki, zapala jedną i odkrywa, że uderzyła 

w wypchany pysk jakiegoś wielkiego jeleniowatego, może łosia? Nie 

jest całkiem pewna. Teraz dopiero dostrzega, że całą ścianę pokrywają 

trofea  łowieckie  -  łby,  poroża,  niekiedy  całe  wypchane  zwierzęta  - 

rzucające  straszne  cienie,  które  wyglądają  niczym  bajkowe  potwory. 

Wszystkie stwory wpatrują się w nią szklanymi oczami.  

Gdy  zapałka  gaśnie  i  upada  na  podłogę,  Martha  zdaje  sobie 

sprawę,  że  ją  upuściła.  Nagle  bardzo  jej  spieszno  do  Coopera,  więc 

przesuwa się szybko, aż natrafia na krawędź łóżka. Wyczuwa rękami 

background image

wolne  miejsce,  wsuwa  się  pod  kołdrę  i  przytula  do  jego  szerokich 

pleców. Rytm jego oddechu ulega zmianie, co oznacza, że już nie śpi. 

-  Na wypadek, gdybyś przywykł do cycatych dojarek, co włażą ci 

do łóżka - szepcze - jestem Martha. 

Cooper  wypuszcza  z  ulgą  powietrze,  po  czym  wybucha 

śmiechem.  

-  Myślałem,  że  śni  mi  się  fantastyczny  sen,  i powtarzałem  sobie: 

„Tylko się nie obudź!" - Odwraca się do dziewczyny. - Witaj, Martho. 

- Co to za muzeum przyrody nad naszymi głowami? 

- Wpędziło cię do mojego łóżka, co? 

- Hmm. 

Cooper bierze ją w ramiona. 

-  Cieszę  się,  że  tu  jesteś.  Miałem  nadzieję,  że  jakimś  cudem  do 

tego dojdzie. 

- Więc dlaczego ty do mnie nie przyszedłeś? 

-  Dobre  pytanie  -  odpowiada  Cooper,  wyraźnie  zaskoczony.  -

Chyba  mnie  nauczono,  że  prawdziwy  dżentelmen  z  Południa  nie 

powinien włazić gościom do łóżek. 

-  Chyba  powinnam  za  to  podziękować  twojej  matce  -  mówi 

Martha. Pieprzona Beatrice. - Wiesz, całe to gadanie o dżentelmenach 

z Południa zaczyna mi już działać na nerwy. 

- Dżentelmen to po prostu cierpliwy wilk. 

- Mamy dziś pełnię, wilczku.  

Cooper cichutko wyje. 

background image

-  Wyobrażam  sobie,  co  pomyślałaby  twoja  matka  o  kobiecie, 

która  się  tu  zakrada  -  mówi  Martha,  nasłuchując  odgłosu  kroków  na 

korytarzu. 

- I pewnie masz rację - odpowiada Cooper. - Bezpośredniością nie 

grzeszy. Dla niej kobiecość to umiejętność skłonienia faceta, by robił, 

co ona  zechce, myśląc, że to jego  pomysł. 

Marcie imponuje przenikliwość Coopera co do charakteru matki. 

-  Kobiety  z  Południa  to  kwintesencja  sprytu  -  ciągnie  chłopak.  -

Dlatego uważam, że jankeski są o niebo lepsze. 

Martha uśmiecha się w ciemnościach. 

-  Pamiętasz,  co  ci  powiedziałem  w  Muzeum  Guggenheima?  Że 

cię uwielbiam, bo zawsze mówisz to, co myślisz? 

- Nie - kłamie Martha. 

-  To  prawda. Jesteś nieustraszona!  

Całują się. 

- Cooper?  

- Tak? 

Martha przewraca się na plecy. 

- Gdybyś tylko wiedział, ile whisky  w siebie  wlałam, żeby się tu 

znaleźć, przekonałbyś się, że nie jestem nieustraszona.  

Jej oczy w końcu przyzwyczaiły się do ciemności i przygląda się 

ledwo widocznej galaktyce - fosforyzującym naklejkom, które Cooper 

umieścił na suficie pewnie jeszcze jako dziecko. Próbuje zebrać myśli 

i  przypomnieć  sobie  mówkę,  którą  wcześniej  przygotowała  z 

zamiarem wygłoszenia jej Cooperowi.  

background image

- Myślę, że jedyny sposób na nieustraszoność w miłości polega na 

całkowitym  zaufaniu  do  partnera.  Przez  cały  tydzień  starałam  się 

usprawiedliwić  twoje  zachowanie,  ale  teraz  chcę  po  prostu  wiedzieć: 

czy twój stosunek do mnie się zmienił? 

- Oj, Martho, chodzi o coś zupełnie innego - odpowiada Cooper, 

przyciągając ją do siebie. Całuje ją w skroń.  - Jesteś nieustraszona, a 

ze mnie kompletny idiota. 

Przez  dłuższą  chwilę  leżą  w  ciemności,  nie  odzywając  się  do 

siebie.  Martha  koncentruje  się  na  sterczącym  nad  jej  głową  pysku 

baribala, a Cooper szuka właściwych słów. 

- Nie jestem facetem, który prosi o pomoc albo się komuś zwierza 

- wyznaje wreszcie. - Nie zostałem tak wychowany i przychodzi mi to 

z wielkim trudem. 

- Cóż, dla mnie również zakradanie się w środku nocy do twojego 

pokoju  nie  było  zupełnie  naturalne  -  mówi  Martha.  -  Teraz  twoja 

kolej,  żeby  pójść  na  całość.  -  Odczekuje  chwilę.  -  Jeśli  chcesz, 

przyniosę ci trochę whisky. 

Cooper bierze głęboki oddech. 

- Chyba musisz wiedzieć, że nie byłem z tobą całkiem szczery. 

Martha  sztywnieje  i  zbiera  siły  w  oczekiwaniu  na  wzmiankę  o 

Jolene. 

-  Moja  farma  jest  w  tarapatach  -  wyrzuca  z  siebie  Cooper.  -  I  to 

bardzo poważnych. 

Ach, o to chodzi, myśli Martha. 

background image

-  Nie  chcę  wyjść  na  gruboskórną,  ale  nie  pojmuję,  jaki  ma  to 

wpływ na twój stosunek do mnie? 

- Hmm, to nie ma wpływu na to, co czuję, ale - może to zabrzmi 

seksistowsko - w końcu jestem facetem. Nie mogę się o ciebie starać, 

jeśli  nie  jestem  w  stanie  nic  ci  zapewnić,  nie  mówiąc  już  o  sobie 

samym. 

Żaden  nowojorczyk  nawet  przez  chwilę  by  o  tym  nie  pomyślał, 

odkrywa Martha.  

- Więc wobec tego zamierzasz mnie rzucić?  

- Jasne, że nie. Chociaż kiedy to teraz mówisz, widzę, że mogłaś 

mnie  całkiem  opacznie  zrozumieć.  W  rzeczywistości  uważałem,  że 

nie mam prawa się do ciebie zalecać, jeśli mój świat wali się w gruzy. 

Myślałem  raczej  o  tym,  żeby  trochę  zaczekać...  aż  znowu  stanę  na 

nogi. 

-  A  kiedy  zamierzałeś  mnie  zawiadomić  o  tej  niewielkiej 

romantycznej zwłoce? Chyba miałam prawo się o tym dowiedzieć?  - 

Martha  odwraca  się  znów  na  bok,  tak  że  ich  twarze  dzieli  zaledwie 

kilka  centymetrów.  -  Ironia  losu,  co?  Ściągnęłam  tu  tych  wszystkich 

facetów,  żeby  się  od  ciebie  uczyli,  a  okazuje  się,  że  sam  się  od  nich 

uczysz.   

Gładzi go po policzku.  

-  Mam  dla  ciebie  nowinę:  nie  zakochałam  się  w  tobie,  bo 

sądziłam, że masz świetną farmę mleczną.  

- Wiem. Ale, choć może wydam ci się wariatem, zależy mi, żeby 

tak  było.  -  Cooper  próbuje  podsumować  wszystko,  czego  się 

background image

dowiedział w ciągu minionych dwóch dni. -  Posłuchaj, Martho, choć 

nie  jest  to  przyjemne,  coraz  wyraźniej  widzę,  że  mój  sposób 

prowadzenia  farmy  się  nie  sprawdza,  ale  staram  się  to  naprawić.  - 

Ujmuje jej dłonie. - Proszę, daj mi jeszcze jedną szansę. 

-  Chyba  da  się  to  jakoś  załatwić  -  odpowiada  z  uśmiechem 

Martha. - Pod pewnymi warunkami. 

-  Wal  śmiało  -  mówi  Cooper.  -  Chociaż  mam  nadzieję,  że  nie 

chodzi o jogę albo oczyszczanie twarzy. 

-  Po pierwsze, powstrzymaj swoją matkę. Po drugie, więcej mnie 

nie  odrzucaj.  A  po  trzecie  -  Martha  robi  przerwę,  by  zebrać  się  na 

odwagę  -  te  wszystkie  bzdury  o  dżentelmenach  z  Południa  zostawiaj 

za drzwiami sypialni. 

- Zgoda, zgoda i jeszcze raz zgoda! 

Nie  śpią  przez  całą  noc,  do  momentu,  gdy  nad  wzgórzami 

wschodzi  słońce,  a  wyczerpany  i  szczęśliwy  Cooper  oświadcza,  że 

musi  wydoić  krowy.  Ubiera  się,  siada  na  brzegu  łóżka,  bawiąc  się 

ciemnym  lokiem  Marthy  -  jednym  z  długich  rozrzuconych  na 

poduszce kosmyków - i opowiada, jak goście przyszli mu z pomocą. 

- Nie ma w tym krzty przesady - gdyby nie ty i twój zwariowany 

pomysł  na  Obóz  dla  prawdziwych  mężczyzn,  byłbym  już  na  dobrej 

drodze, by stracić rodzinną farmę. 

Martha odpowiada uśmiechem. 

- Chyba się w tobie zakochuję, Martho McKenna - mówi Cooper. 

- Powtórz to - szepcze dziewczyna. 

Kilka godzin później Martha wymyka się z pokoju Coopera.  

background image

Skrada  się  korytarzem,  zdziwiona,  że  nocny  wypad  uszedł  jej  na 

sucho.  Ubiera  się  i  zbiega  na  dół,  radośnie  witając  Lucy  i  Beatrice, 

które postukują w kuchni garnkami. Beatrice odpowiada jej, wyraźnie 

podkreślając, że jest już popołudnie. 

Martha zerka na zegar ścienny - dwunasta dwadzieścia. 

- Oj! Przepraszam, zaspałam. Coś mnie ominęło? 

- Absolutnie nic - mówi Lucy,  wyczuwając nutę tajemniczości w 

głosie  przyjaciółki.  Podaje  Marcie  kubek  kawy  i  bezgłośnie  porusza 

ustami: A mnie  coś ominęło? 

Martha  nie  ma  okazji  zareagować,  gdy  Beatrice  wręcza  jej 

szklaneczkę po whisky, którą dziewczyna zostawiła na parapecie obok 

pokoju Coopera. Jest świeżo wymyta, ogrzana ciepłem rąk kobiety. 

- Martho, bądź tak dobra i odłóż ją na miejsce. 

 

Podopieczni  Marthy  spędzają  dzień,  ciężko  pracując  nad 

ratowaniem  farmy  Tuckingtonów.  Walter  zaopatruje  komputer 

Coopera w bezprzewodowe łącze internetowe i dokłada wystarczająco 

dużo  pamięci,  by  umożliwić  instalację  rolniczego  oprogramowania, 

które nowojorscy pracownicy Kurta już nabyli, a obecnie dostosowują 

do potrzeb farmy.  

Simon  nadal  prowadzi  analizę  geologiczną,  oznaczając  kolorami 

mapę  gospodarstwa  -  pole  po  polu,  według  kryterium  składu 

chemicznego  gleby.  Bryce  szkicuje  logo  i  projektuje  etykiety, 

natomiast  Adam  testuje  algorytmy,  by  można  było  dokonywać 

obliczeń wysokości produkcji.  

background image

Kurt z Cooperem wyjeżdżają do miasta. Negocjują z bankierami, 

przekonując  ich  do  cofnięcia  decyzji  o  zajęciu  farmy  za  pomocą 

weksli  od  nowojorskich  finansistów,  chętnych  do  inwestycji 

przyjaciół Kurta. 

Lucy  z  Marthą  dowożą  do  starej  obory  jedzenie  i  pod  czujnym 

okiem  Beatrice  zaczynają  dekorować  pomieszczenie  na  potańcówkę. 

Dziewczyny  z  niecierpliwością  czekają,  aż  kobieta  zostawi  je  same, 

dając  im  możliwość  porozmawiania  o  wspólnej  nocy  Marthy  i 

Coopera, lecz nic takiego nie następuje.  

Beatrice  skwapliwie  nadzoruje  układanie  kwiatów,  składanie 

serwetek,  poprawia  obrusy  rozpostarte  przez  Lucy  i  Marthę  na  stole 

oraz  barze.  Za  to  efekt  przechodzi  oczekiwania  -  obora  wygląda 

romantycznie  i  odświętnie  z  drewnianymi  skrzynkami  czerwonych 

pelargonii  na  parapetach,  uczepionymi  belek  sznurami  lampek  i 

porozstawianymi gdzieniegdzie dzbanami słoneczników. 

Dopiero późnym popołudniem wracają do domu, by się przebrać. 

Spędzają wreszcie chwilę na osobności, poza zasięgiem uszu Beatrice. 

Martha  przymierza  strój  na  wiejską  zabawę,  zakupiony  u  Barneysa 

dwa  dni  przed  wyjazdem  z  Nowego  Jorku:  szeroką,  szykowną 

spódnicę i obcisłą białą bluzkę z głębokim dekoltem.  

Tymczasem  Lucy  przykłada  ucho  do  drzwi,  nasłuchując 

skrzypienia  desek  podłogi.  Gdy  się  w  końcu  upewnia,  że  nie  mają 

towarzystwa, rzuca się na łóżko. 

-  Gadaj!  -  żąda,  a  Martha  odpowiada  jej,  śpiewając  z  nosowym 

wiejskim akcentem: 

background image

-  I'm  just  a  girl  who  can't  say  no\*  -  Tańczy  po  pokoju, 

wymachując  spódnicą,  i  wyjawia  szczegóły  miłosnej  nocy.  Jest  w 

siódmym niebie, gdy opowiada o Cooperze, a jednocześnie się ubiera. 

-  Mogłabym  zagrać  główną  rolę  w  Oklahomie.  Fajna  ta  spódnica, 

prawda? 

-  Tak,  tak,  bardzo  -  odpowiada  Lucy,  którą  bardziej  ciekawi 

romans  przyjaciółki  z  Cooperem  niż  jej  ubranie.  Nie  przepada  za 

chodzeniem  po  sklepach,  więc  włożyła  sukienkę  typu  futerał,  którą 

ma  już  ponad  dziesięć  lat  -  prostą,  błękitną,  sięgającą  tuż  ponad 

kolana, z kwadratowym dekoltem obszytym maleńkimi stokrotkami. - 

Opowiedz, jak to wspaniale być z takim facetem jak Cooper. 

-  Wiesz,  nic  się  nigdy  nie  układa  tak,  jak  sobie  wymyślisz  -

odpowiada  Martha,  robiąc  minę  do  lustra  w  trakcie  malowania  rzęs 

tuszem. - Cooper nie ma tych wad, do których się przyzwyczaiłyśmy 

u znajomych facetów, ale z kolei nie ma ich zalet. 

- Jakich? 

-  No,  po  pierwsze,  nasze  mieszczuchy  potrafią  rozmawiać  o 

uczuciach. 

- Hmm. Tydzień temu nazwałabyś to mazgajstwem.  

- Więc wyobraź sobie, że to się nie zdarzyło i masz Coopera. Jest, 

rzecz jasna, bardzo męski i szarmancki, ale nie najlepszy, gdy chodzi 

o  emocje  -  wyjaśnia  Martha,  opisując,  jak  chłopak  gotów  był  raczej 

zaryzykować  ich  kiełkującą  znajomość,  niż  przyznać  się  do  swoich 

niepowodzeń.  

* „Taka już jestem, że nie umiem odmówić!" 

background image

-  Naprawdę  nie  można  jednego  z  drugim  pogodzić?  -  jęczy 

zawiedziona Lucy. 

-  Najwyraźniej  nie!  No  jak,  gotowa?  -  pyta  Martha,  chwyta 

przyjaciółkę za rękę i podrywa z łóżka. 

Na  dole  Beatrice  wygląda  przez  kuchenne  okno.  Obserwuje 

burzowe chmury, które zbierają się nad pobliskimi wzgórzami. 

-  Czyż  burza  nie  jest  piękna?  -  pyta.  Gdy  wypowiada  te  słowa, 

niebo ciemnieje i nabiera fantastycznego fioletowo-szarego koloru. 

- Bardzo - odpowiada Martha, wyobrażając sobie nawałnicę, jaka 

się  rozpęta,  gdy  Beatrice  się  dowie,  że  jej  syn  się  w  niej  zakochał, 

zresztą z wzajemnością. 

- Cóż, ta przeszła bokiem na wschód - mówi Lucy. - Widzicie, w 

którą  stronę  zwraca  się  górna  część  chmur  w  kształcie  kowadła? 

Można po tym poznać, dokąd skieruje się burza. 

- Boże, skąd ty to wszystko wiesz? - pyta z podziwem Martha. Na 

próżno stara się sobie przypomnieć jakąkolwiek informację pomocną 

w przewidywaniu pogody. 

Rudy,  pręgowany  kot  zeskakuje  z  płotu,  wywołując  u  Marthy 

przypływ tęsknoty za domem. Brakuje jej Hannibala i po raz pierwszy 

uświadamia  sobie,  jaka  odległość  dzieli  Nowy  Jork  od  Wirginii 

Zachodniej. 

- Cholerny kocur, zrobił sobie z mojego ogrodu wychodek - piekli 

się Beatrice, po czym gwiżdże na Tora i Tapa, by przepędziły intruza. 

background image

Kiedy  dziewczyny  pojawiają  się  w  oborze,  kapela  już  się 

rozgrzewa. W środku pełno jest sąsiadów i przyjaciół, którzy popijają 

orzeźwiające koktajle i przytupują w takt muzyki.  

Martha  od  świtu  nie  widziała  Coopera,  a  gdy  dostrzega  go  na 

scenie,  przygląda  się,  jak  czule  trzyma  kontrabas  -  niczym  postawną 

kobietę  -  i  marzy,  by  znaleźć  się  w  jego  objęciach  zamiast 

instrumentu.  Chłopak  uroczo  kiwa  głową  w  rytm  muzyki,  przymyka 

oczy,  żeby  dotrzymać  kroku  rozbawionemu  bandżo,  które  wciąga  w 

ożywioną  rozmowę  mandolinę,  skrzypce,  gitarę  i  coś,  czego  Martha 

jeszcze nie zna - drumlę.  

Muzycy  grają  bluegrass,  Hillbilly,  ragtime  i  old-timey.  Żwawo 

przebierają palcami, pracują całymi ciałami, aż na ich czoła występuje 

kroplisty pot, zupełnie jak w kreskówkach. 

Na  komendę  Beatrice  rozpoczyna  się  taniec  w  cztery  pary. 

Najpierw mężczyźni ustawiają się po jednej stronie strychu, a kobiety 

po  drugiej,  kłaniając  się  sobie  z  zachowaniem  odpowiedniej 

odległości.  Gdy  jednak  nawoływania  Beatrice  stają  się  częstsze  i 

bardziej  skomplikowane  -Do-si-do!  Allemande!  Circle  borne!  -  pary 

się łączą, parkiet zmienia w wymyślny kalejdoskop migających figur i 

wzorów, a solidna podłoga ugina się pod ciężarem tak wielu tancerzy. 

Adam  rozmawia  z  Jessem.  Trzyma  się  na  uboczu.  Tancerze 

przypominają  mu  czasy  gimnazjum,  kiedy  jako  nieśmiały  chłopak 

chował  się  z  kolegami  pod  sceną,  gdzie  wspólnie  komentowali 

dziewczyny, zamiast poprosić je do tańca.  

background image

Kobiety  z  Neoli  pięknie  dziś  wyglądają  -  w  wyjściowych 

sukniach  i  z  mocno  umalowanymi  rzęsami  przypominają  lalki. 

Najładniejsza  z  nich,  Jolene,  wyłania  się  z  tłumu,  lekko  odurzona 

piwem.  Prosi  Adama  do  tańca.  W  szkole  taka  dziewczyna  nigdy  nie 

zwróciłaby  na  niego  uwagi,  ale  teraz,  tuż  przed  trzydziestką,  nie  jest 

już tak wybredna.  

Adam  grzecznie  odmawia, tłumacząc,  że  pierwszy  taniec  obiecał 

Lucy.  Rozgląda  się  po  strychu  w  poszukiwaniu  dziewczyny. 

Dostrzega  ją  po  drugiej  stronie  parkietu.  Zaśmiewa  się  z  czegoś  z 

Marthą. Obie stoją przy zespole, naśladując grę Coopera.  

Adam nagle zdaje sobie sprawę, że Lucy wygląda olśniewająco z 

wysoko  upiętymi  włosami  i  odsłoniętą  smukłą  szyją.  Widać,  że 

szczęście  przyjaciółki  sprawia  jej  wielką  radość.  Jej  twarz  rozjaśnia 

beztroski  uśmiech,  którego  chłopak  niemal  już  nie  pamięta.  Dlatego 

zastanawia  się,  czy  w  jakiś  sposób  nie  przyczynił  się  do  jego 

zniknięcia. Przypomina sobie rozczarowanie Lucy w walentynki. 

Na  co  ja,  do  cholery,  czekam?  -  doznaje  iluminacji.  Wie,  że 

wkrótce  skończy  rozprawę  doktorską,  co  wiąże  się  z  niezliczonymi 

możliwościami pracy, lecz nie ma drugiej takiej Lucy, która przecież 

jest dla niego wszystkim. Natychmiast postanawia się oświadczyć.  

Jeszcze tego wieczoru. Stara się wymyślić coś romantycznego, ale 

zawodzenie  chuderlawego  wokalisty    -    „Dlaczego  nie  kochasz  mnie 

już  jak  dawniej?"  -  nie  pozwala  mu  się  skupić.  Udaje  się  więc  do 

pustego  silosu  przy  oborze,  gdzie  panuje  spokój.  Chodzi  w  kółko  i 

ćwiczy. 

background image

-  Lucy - mówi na głos - nie bardzo wiem, jak ci to powiedzieć... 

Lucy,  chyba  wiesz,  co  do  ciebie  czuję...  Lucy,  jesteśmy  ze  sobą  już 

ponad dwa lata... Wyjdź za mnie, Lucy  -  postanawia wreszcie.  

Jego  słowa  przyjemnie  odbijają  się  echem,  są  zdecydowane, 

proste i konkretne. 

 

- Popatrz tylko na mojego braciszka -  mówi Martha, przyglądając 

się, jak Jesse przemyka obok z jakąś ślicznotką w objęciach. 

Lucy rozgląda się za ich podopiecznymi, którzy flirtują na całego 

i  usłużnie  przynoszą  drinki.  Miejscowe  dziewczyny  otaczają  ich  ze 

wszystkich  stron,  trzymają  pod  rękę,  śmieją  się  z  dowcipów, 

pochylają, by szepnąć coś do ucha.  

- Nie mogę uwierzyć, że to faceci z twoich nieudanych randek.  

- Żartujesz!  - odpowiada Martha.  

Zespół  gra  teraz  jakąś  piosenkę  country-western  i  tancerze  się 

rozchodzą. 

-  Trzeba  przyznać,  że  lekcje  two-stepa  Beatrice  okazały  się 

nieocenione - mówi Lucy.  

- Spójrz, nieźle sobie poczynają.  

Martha  niechętnie przyznaje  jej  rację,  patrząc,  jak  Simon  pewnie 

obraca w tańcu dziewczynę w rozkloszowanej spódnicy.  

- Obóz dla prawdziwych mężczyzn przeszedł moje oczekiwania. 

-  Adam  też  zachowuje  się  zupełnie  inaczej  -  dodaje  Lucy. 

Wyciąga  szyję,  by  dostrzec  go  w  odległych  zakamarkach  strychu.  - 

Gdzie on się właściwie podział? Jeszcze nawet nie zatańczyliśmy.  

background image

Gdy  zespół  robi  sobie  przerwę,  Cooper  przemierza  strych  w 

poszukiwaniu Marthy. Beatrice zastępuje mu drogę, podając szklankę 

lemoniady. 

- Dzięki, mamo - odpowiada, odbierając szklankę z oczami nadal 

utkwionymi w Marcie, która kieruje się w jego stronę. 

-  Wspaniale  grałeś,  kochanie  -  mówi  Beatrice,  przysuwając  się 

bliżej. - Mogę cię prosić na słówko? 

Martha  nieco  zwalnia,  niepewna,  czy  jest  mile  widziana,  lecz 

Cooper  wyciąga  do  niej  rękę  ponad  ramieniem  matki.  Po  chwili 

dziewczyna stoi już u jego boku. 

- Ślicznie wyglądasz - mówi, delikatnie całując ją w usta.  

Beatrice stanowczo odwraca głowę, sugerując synowi, by przeszli 

porozmawiać na osobności, lecz Cooper się nie zgadza. 

-  Cokolwiek  masz  mi  do  powiedzenia,  możesz  to  zrobić  w 

obecności Marthy - zwraca się do matki. 

-  Cóż,  miałam  nadzieję,  że  poprosisz  Jolene  do  tańca  -  mówi 

Beatrice. - Jestem pewna, że Martha nie miałaby nic przeciwko temu. 

Myślę,  że  to  niegrzecznie  tak  zaniedbywać  starych  przyjaciół  tylko 

dlatego, że odwiedzili cię nowi. 

-  Grałem,  mamo.  Nikogo  nie  zaniedbuję  -  odpowiada  Cooper, 

czując, że Martha łowi każde jego słowo. - W każdym razie obawiam 

się, że karnet mam już na ten wieczór zapełniony. - Udaje, że do niego 

zagląda. - Martha, Martha, Martha, Martha, Martha. 

Martha uśmiecha się triumfująco do Beatrice. Jego karnet jest już 

na zawsze zapełniony, kochana.  

background image

Beatrice unosi podbródek i odchodzi w kierunku bufetu, jakby ta 

rozmowa nigdy się nie odbyła. 

Wkrótce kapela znów  zaczyna grać, a Jolene, kołysząc biodrami, 

zbliża się do Marthy. 

- Kto to jest? - pyta, wskazując wzrokiem Kurta.  

Martha  podziwia  jej  tupet,  lecz  nie  potrafi  określić,  czy  Kurt 

naprawdę  wpadł  Jolene  w  oko,  czy  ta  chce  tylko  udać  brak 

zainteresowania Cooperem. 

- Ma na imię Kurt. Nie ma partnerki, jest bystry, świetnie mu się 

powodzi... i zostaje na farmie Tuckingtonów jeszcze dwa tygodnie. 

Jolene uważnie mu się przygląda. 

-  I  jeszcze  mała  wskazówka:  kiedyś  powiedział  mi,  że  uwielbia 

kobiety  o  smutnych  oczach  -  dodaje  Martha,  podając  gałązkę  oliwną 

na zgodę. - Z przyjemnością cię przedstawię. 

- Nie trzeba - odpowiada Jolene, wygładzając dłońmi spódnicę.  

Gdy  unosi  głowę,  z  jej  twarzy  znika uśmiech  i  zmierza  w  stronę 

Kurta z taką miną, jakby właśnie zdechł jej ukochany szczeniaczek. 

Martha  wybucha  śmiechem.  Szczerze  podziwia  Jolene  za 

umiejętność wczuwania się w rolę. 

Podczas kolejnej przerwy zespołu Martha ciągnie Lucy i Coopera 

na  zebranie  instruktorów  obozu.  Zbiegają  na  dół,  mijają  zagrody  dla 

cieląt,  po  czym  wychodzą  na  zewnątrz,  na  pachnące  wieczorne 

powietrze  Wirginii  Zachodniej.  Na  niebie  kłębią  się  chmury,  więc 

Martha  prowadzi  przyjaciół  wzdłuż  obory  na  zbocze  pagórka, 

osłonięte jeszcze spadzistym dachem budynku. 

background image

-  Wznieśmy  toast  -  mówi,  unosząc  butelkę.  -  Za  Obóz  dla 

prawdziwych mężczyzn! 

- Za Obóz dla prawdziwych mężczyzn - powtarzają przyjaciele. 

Martha  pociąga  spory  łyk  piwa,  upojona  sukcesami  minionego 

tygodnia, a szczególnie tym jej i Coopera.  

- I za najlepszych na świecie instruktorów. 

- Racja - zgadza się Cooper. 

- Cały czas jestem w szoku, że to wypaliło - mówi Lucy. 

- Cóż, to fakt - odpowiada Cooper. -  Zauważyłyście, jak chłopaki 

świetnie  sobie  radzą?  Dziewczyny  za  nimi  szaleją.  A  ja  z  radością 

melduję,  że  każdy  uczestnik  obozu  zaliczył  podstawowy  kurs  z 

zakresu  mechaniki  samochodowej,  stolarki,  instalacji  elektrycznych  i 

posługiwania się bronią. Oczywiście z wyjątkiem Bryce'a. 

- Biedny Bryce - lituje się Lucy. 

-  Poradzi  sobie  -  zapewnia  Martha.  -  To    twórczy  facet  z  dobrą 

pracą i dużą klasą. Większości kobiet to wystarczy. 

Cooper przytakuje ruchem głowy. 

-  Za  rok  mogę  znów  zorganizować  Obóz  dla  prawdziwych 

mężczyzn, kiedy tylko zechcecie. 

- Za rok? - dziwi się Martha. - A może za miesiąc? 

-  Zaraz,  zaraz  -  przerywa  Lucy.  -  Chcę  jeszcze  porozmawiać  o 

tym obozie. Kto waszym zdaniem najwięcej z niego wyniósł? 

- Czyli który uczestnik najbardziej się zmienił? - pyta Cooper. 

- Tak. 

- To jasne - odpowiada Martha. 

background image

Adam wraca na strych z mocnym postanowieniem działania. 

- Widziałeś gdzieś Lucy? - pyta Jessego. 

-  Przed  chwilą  cię  szukała  -  odpowiada  Jesse.  -  Chyba  wyszła  z 

Marthą na zewnątrz. 

-  Poszukam  jej  -  mówi  Adam,  który  jak  najszybciej  chce  mieć 

wszystko za sobą, póki starcza mu odwagi.  

Wychodzi z obory, zrywa garść rosnących przy ścianie stokrotek, 

po czym podąża za dobiegającym zza obory głosem Lucy, donośnym i 

rozbawionym. Przy rogu budynku zatrzymuje się, żeby zebrać myśli i 

jeszcze raz przećwiczyć oświadczyny. Zerwał się wiatr, pada deszcz, a 

jego  przyszła  żona  znajduje  się  zaledwie  kilka  kroków  od  niego. 

Szykuje się do przerwania jej rozmowy, gdy słyszy słowa Coopera. 

-  Pewnie,  Kurt  zrobił  duże  postępy,  ale  przecież  już  na początku 

nie było z nim tak źle. 

-  Zastanów  się,  Lucy  -  zachęca  Martha.  -  Kto  był  w    naprawdę 

kiepskiej formie? 

- Chyba wszyscy? 

- Naprawdę  nie wiesz? - dziwi się Cooper. 

-  Miłość  jest  ślepa  -  stwierdza  Martha.  -  Dam  ci  wskazówkę: 

przewody rozruchowe. 

Cooper przedrzeźnia falsetem: 

- Tam  w lesie coś się czai, tak bardzo  się boję.  

Lucy otwiera usta ze zdziwienia. 

- To Adam zrobił największe postępy? 

- Zdecydowanie najszybciej - potwierdza Cooper. 

background image

- Racja - zgadza się Martha. - Za Adama. 

Cooper  pierwszy  zauważa  Adama,  który  wychodzi  zza  rogu 

akurat  wtedy,  gdy  cała  trójka  wznosi  za  niego  toast,  stukając  się 

butelkami.  Jeśli  chłopak  nie  wierzył  dotąd  w  to,  co  usłyszał,  panika, 

jaką dostrzega na twarzach przyjaciół, rozwiewa jego wątpliwości. 

- Przywiozłaś mnie tu jako  kursanta? - pyta Lucy. 

-  Daj  spokój,  tylko  się  nabijaliśmy  -  mówi  Cooper,  lekko  się 

jąkając. 

- Opowiedziałaś im o naszym wyjeździe w walentynki? 

- Tylko dla żartu - tłumaczy Cooper.  

Adam patrzy na niego z ukosa i pyta: 

-  Jakim  prawem  mnie  krytykujesz?  Przecież  pomogłem  ci  ocalić 

dupę. - Przenosi spojrzenie na Lucy, zawstydzony, że Cooper i Martha 

wiedzą  o  jego  porażkach  podczas  fatalnej  wyprawy.  -  Okłamałaś 

mnie, że jedziemy tu tylko na wakacje? 

- Adamie, wszystko ci wytłumaczę... 

- Okłamałaś mnie! - powtarza chłopak. 

- Chwileczkę, Adamie - wtrąca się Martha. - Lucy nie chciała tego 

zrobić. To  ja ją namówiłam. 

- A co to za różnica? - pyta, czując się okropnie głupio. Upuszcza 

stokrotki na ziemię. 

-  Adamie,  daj  spokój,  robisz  z  igły  widły.  Przyłapałeś  nas  na 

głupocie i braku wrażliwości i przepraszamy cię za to - mówi Lucy. - 

Ja  cię przepraszam. 

Adam odwraca się i odchodzi. 

background image

- Adamie, poczekaj chwilę - woła Martha. - Rozumiem, że jesteś 

wściekły, i masz do tego prawo. Ale  Lucy też. Przecież  wiadomo, że 

ona  zupełnie  nie  umie  kłamać,  więc  wyobraź  sobie,  ile  ją  to 

kosztowało, żeby cię tu ściągnąć. 

-  Więc  to  moja  wina,  że  moja  dziewczyna  mnie  oszukała?  Nie 

sądzę. - Adam patrzy na nich z odrazą i odbiega. 

Lucy zrywa się za nim, ale waha się, nie wiedząc, co robić. 

- Daj mu trochę czasu - mówi Cooper. - Musi ochłonąć. 

- Wszystko będzie dobrze - zapewnia Martha. 

- Nie będzie. Nic już nie będzie dobrze. 

-  Nie zapominaj, że Adam nie jest bez winy. Jego wyjazd na obóz 

nie był nagrodą za dobre sprawowanie. Był egocentrycznym dupkiem 

i ignorował twoje potrzeby - przypomina Martha. - Ty tylko chciałaś 

wszystko  naprawić.  A  co  do  obozu, to  bynajmniej  nie  była  pomyłka. 

Czy Adam kiedykolwiek   tak o ciebie dbał?   

Martha obejmuje Lucy, lecz ta odtrąca jej rękę i biegnie za swoim 

chłopakiem. 

Gdy  okrąża  oborę,  przekonuje  się,  że  jest  już  za  późno.  Adam 

odjeżdża  jedną  z  ciężarówek.  Tylne  światła  znikają  za  wzgórzem  i 

pojawiają  się  znów  w  oddali,  za  pastwiskiem,  przy  którym  wiejska 

droga  krzyżuje  się  z  prowadzącą  do  miasta.  Potem  przepadają  na 

dobre. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

Najpiękniejszy  w  męskich  mężczyznach  jest  pierwiastek 

kobiecy, a w kobiecych kobietach - męski. 

Susan Sontag 

Adam  budzi  się  przy  pierwszym  przenikliwym  pianiu 

Pavarottiego.  Choć  słońce  dopiero  co  wstało,  chłopakowi  wydaje  się 

niesamowicie  jasno.  Głowa  mu  pęka.  Próbuje  się  skupić  na 

zamazanym  obrazie  za  oknem,  aż  wreszcie  rozpoznaje  dach  domu 

Tuckingtonów. Musiał utknąć na drodze dojazdowej.  

Ostatnia rzecz, jaką pamięta, to picie whisky w miejscowym barze 

ze  starym  twardzielem,  który  był  płetwonurkiem  podczas  drugiej 

wojny światowej. 

Co  teraz  powie  Lucy?  W  nocy,  gdy  gniew  mu  już  minął, 

uświadomił  sobie,  że  w  podsłuchanej  rozmowie  najbardziej 

rozdrażniła  go  prawda  o  nim  samym.  W  minionym  roku  w  którymś 

momencie stracił pewność siebie i zaczął się panicznie bać oczekiwań 

Lucy.  Chowa  głowę  w  ramionach  i  ponownie  zapada  w  sen,  choć 

kogut wcale nie milknie. 

Kilka  godzin  później  budzi  go  nieśmiałe  pukanie  w  szybę. 

Otwiera  oczy  i  widzi,  jak  Lucy  próbuje  otworzyć  drzwi  z  dwoma 

kubkami kawy w rękach. 

Naciska klamkę, a dziewczyna zajmuje miejsce obok niego. 

- Hej - mówi. 

- Hej. - Przesuwa się i opiera o drzwi po stronie pasażera, by móc 

spojrzeć jej w twarz. 

background image

- Słyszałam, jak w nocy przyjechałeś, ale pomyślałam, że przyda 

ci się odrobina samotności, bo inaczej wszedłbyś przecież do domu. - 

Ma  podpuchnięte,  zmęczone  oczy  i  nie  wie,  co  powiedzieć.  - 

Wszystko okay? 

- Bywało lepiej - przyznaje Adam, pocierając skronie. Zdaje sobie 

sprawę, że na pewno wygląda okropnie, a pachnie jeszcze gorzej. 

Lucy podaje mu kubek z kawą. 

- Słuchaj, Adamie, czuję się strasznie po tym, co wczoraj zaszło. 

Mogę ci tylko powiedzieć, jak bardzo mi przykro, że cię uraziłam. Nie 

ma dla mnie usprawiedliwienia. 

- Przestań - ucisza ją Adam. 

Siedzą  w  milczeniu,  popijając  kawę.  Po    deszczu  wiosenna 

roślinność stała się jeszcze bujniejsza, na kamienny murek przylatuje 

gołąb  karoliński  i  wyśpiewuje  swą  smutną  pieśń  w  nadziei,  że 

zaimponuje potencjalnej partnerce. 

- Proszę, powiedz coś - mówi Lucy. - Wybaczysz mi, prawda? 

-  Oczywiście,  że  tak,  Luce  -  zapewnia  Adam.  -  Jasne,  że  jeśli 

miałbym  wybór,  wolałbym,  żebyś  wyraziła  to  wszystko  inaczej.  Ale 

rozumiem, że nie dałem ci wielkiego wyboru. 

Lucy oddycha z ulgą, zamyka oczy i chwyta Adama za rękę. Ptak 

zwrócił uwagę samicy, przekrzywia główkę i rozkłada ogon. 

- Mam nadzieję, że ty też mi wybaczysz - dodaje łagodnie Adam. 

- Wiem, że zachowywałem się jak idiota. Tak  się uwikłałem w to, co 

mi nie wychodziło, że zaniedbałem jedyne, co naprawdę się udało. 

background image

Lucy ściska jego rękę, a on odpowiada jej uściskiem. Oba gołębie 

sfruwają  z  muru,  by  kontynuować  zaloty  poza  zasięgiem  ludzkiego 

wzroku. 

 

W  domu  wszyscy  zebrali  się  w  kuchni,  gdzie  Beatrice  celebruje 

wystawne  pożegnalne  śniadanie  złożone  z  jajecznicy,  bekonu, 

kiełbasek, a do tego jeszcze naleśników. 

-  Podczas  śniadania  nikomu  nie  powinno  się  kazać  wybierać 

między  jajkami  a  naleśnikami  -  mówi,  pogryzając  chrupiący  pasek 

bekonu. 

-  Bez  wątpienia  będzie  nam  brakowało  pani  kuchni  -  wyznaje 

Bryce,  a  reszta  mężczyzn  potakuje.  Kolejno  nakładają  sobie  pełne 

talerze i znikają za drzwiami jadalni. 

Kątem oka Martha dostrzega łańcuszek mrówek wdrapujących się 

na stół, gdzie stoją półmiski z jedzeniem. Marszczy czoło. W tej samej 

chwili zauważa je Bryce, szybko zabiera swoją porcję i odchodzi. 

Martha  moczy  papierowy  ręcznik  z  zamiarem  unicestwienia 

owadów, gdy nadchodzą Lucy i Adam. 

- Stop! Nawet o tym nie myśl! - powstrzymuje ją przyjaciółka. 

- Daj spokój, Lucy - mówi Martha. - To  tylko mrówki! 

-  Owszem,  więc  powinnaś  uważnie  im  się  przyglądać  - 

przekonuje  Lucy,  kiwając  na  przyjaciółkę,  by  się  zbliżyła.  -  Uważaj, 

gdzie  stawiasz  nogi.  -  Adam  z  Cooperem  też  się  pochylają.  Cztery 

twarze  zawisły  nad  blatem  w  odległości  kilku  centymetrów  od 

mrówek. - Daj im trochę naleśnika. 

background image

- W moim domu nie karmi się mrówek, wypraszam sobie - wtrąca 

się Beatrice. 

- Spróbujcie czegoś się od nich nauczyć - zwraca się do przyjaciół 

Lucy. - Przetrwały ponad sto milionów lat. Na całym świecie jest ich 

chyba  bilion.  Ważą  więcej  niż  wszystkie  ptaki,  płazy,  gady  i  ssaki 

razem wzięte. 

-  Obrzydliwe,  Luce  -  komentuje  Martha.  -  Możesz  nam 

powiedzieć,  jaka  nauka  z  tego  płynie,  czy  mamy  się  zastanawiać  do 

samej śmierci? 

-  Nie  ma  w  tym  żadnej  nauki  -  wzdycha  Lucy.  -  To  bardziej 

impuls  do  przemyśleń.  Mrówki  dowodzą,  co  można  osiągnąć  dobrą 

współpracą i ciężką harówką. 

- Ach, ty nasza biolożko - mówi Cooper.  

Adam otacza Lucy ramieniem. 

- Moja biolożko - poprawia. 

Dziewczyny  pomagają  Beatrice  posprzątać  po  śniadaniu.  Nagle 

Martha uświadamia sobie, jak już późno. 

- Wszyscy na pokład! - krzyczy. 

-  Chybiona  metafora  -  mówi  Lucy.  -  Wymyśl  coś  bardziej 

farmerskiego. 

- Hajda, psiaki! - nawołuje mężczyzn, którzy pakują się w swoich 

pokojach. 

- Dużo lepiej - przyznaje Cooper. 

Po    chwili  podopieczni  Marthy  są  już  na  dole,  przechodzą  przez 

kuchnię  i  wsiadają  do  ciężarówki.  Lucy  podąża  za  nimi,  chcąc 

background image

pozostawić  Marcie  i  Cooperowi  trochę  czasu  na  osobności,  zanim 

wpakują  się  do  samochodu,  jak  pozostali,  by  wyruszyć  w 

dwugodzinną podróż na lotnisko. 

- Kiedy znów się zobaczymy? - pyta Cooper, obejmując Marthę w 

pasie. - Chcesz przywieźć kolejną gromadkę facetów czy mogę liczyć, 

że spędzimy odrobinę czasu sam na sam? 

Martha  uśmiecha  się  na  myśl  o  tym,  że  mogłaby  mieć  go 

wyłącznie dla siebie. 

- O niczym innym nie marzę, tylko by pobyć z tobą sam na sam. 

Stłumione  chrząknięcie  uświadamia  im  obecność  Beatrice  i 

Martha szybko zmienia zdanie.   

- Jest szansa, że wkrótce zjawisz się w Nowym Jorku? 

-  Tak  się  składa,  że  za  dwa  tygodnie  pewnie  się  tam  wybiorę 

razem  z  Kurtem,  żeby  poznać  inwestorów.  Mogę  się  u  ciebie 

zatrzymać? 

Martha lekko się rumieni, zadowolona, że o to spytał. 

- Oczywiście. 

Cooper przytula ją i odsuwa się. 

- Chyba już czas ruszać w drogę - mówi.  

Klaszcze  i  zbiera  chłopaków.  Beatrice  podchodzi  do  Marthy  z 

rozpostartymi ramionami. 

- Tak mi miło, że przyjechałaś - mówi, czule ściskając gościa na 

pożegnanie. - Mam nadzieję, że niedługo znów nas odwiedzisz. 

- Dziękuję - odpowiada zakłopotana Martha. Nie jest pewna, czy 

Beatrice próbuje uśpić czujność Coopera i dopaść ją pod nieobecność 

background image

syna,  czy  jej  uczucia  rzeczywiście  się  odmieniły.  A  może  po  prostu  

tak  się  cieszy,  że  już  wracam  do  Nowego  Jorku?  -  zastanawia  się, 

wychodząc na werandę. Dołącza do Lucy, która obserwuje mężczyzn. 

-  Myślisz,  że  bardzo  chcą  wrócić  do  domu  czy  szkoda  im 

wyjeżdżać? - pyta. 

-  Pewnie  i  to,  i  to  -  odpowiada Martha.  -  W  każdym  razie  ja  tak 

czuję. Z jednej strony nie mogę się już doczekać powrotu do miasta i 

wszystkiego,  co  znajome:  Pierwszej  randki,  przesłuchań,  sushi  na 

telefon,  Hannibala.  Z  drugiej  -  zaczęłam  naprawdę  cenić  poczucie 

ponadczasowości  i  bezpieczeństwa,  jakie  dają  krowy.  -  Zapala 

papierosa,  po  czym  zaciąga  się  z  namysłem.  -  Jak  wiesz,  nie  ma  nic 

lepszego niż miłość dobrego faceta. 

Patrzą,  jak  mężczyźni  z  łatwością  wrzucają  torby  do  bagażnika. 

Walter  kopie  opony,  Simon  po  raz  ostatni  rozgląda  się  dokoła,  Jesse 

głaszcze Tapa i Tora, a Bryce czyści tylne siedzenie dezynfekującymi 

chusteczkami. 

-  Twój  kumpel  Bryce  za  niczym  tu  chyba  nie  zatęskni  -  mówi 

Lucy. 

-  Pewnie nie, ale gwarantuję ci, że reszcie będzie tego brakowało. 

Myślę, że  wiele  wynieśli z tego  wyjazdu. Jesse na przykład pierwszy 

raz w życiu poleci bez łykania środków uspokajających. 

- Imponujące. 

- A u ciebie i Adama wszystko gra? 

-  Tak,  jest  całkiem  nieźle.  Wszystko  już  obgadaliśmy.  Nie  tylko 

przyznał  się  do  swoich błędów,  ale  wybaczył  mi  moje  -  mówi  Lucy, 

background image

spoglądając  na  pogrążonych  w  rozmowie  Adama  i  Coopera.  Ma 

nadzieję,  że  się  pogodzą.  -  Kiedy  bogowie  chcą  człowieka  ukarać, 

odpowiadają na jego modlitwy. Chciałam, żeby Adam był silniejszy, a 

teraz muszę się nauczyć żyć z tą jego siłą. 

Martha potakuje i znów się zaciąga. 

- Ciekawe, co Eva na to wszystko powie.  

Lucy wybucha śmiechem. 

- Musimy jej mówić, że zabłądziłyśmy w jaskiniach? 

- Odbiło ci?! Mówimy same dobre rzeczy. 

Gdy  ciężarówka  jest  już  pełna,  Lucy  i  Martha  wskakują  na 

przednie siedzenie, między Coopera i Adama. Machają na pożegnanie 

Beatrice  i  Kurtowi,  którzy  stoją  na  werandzie  z  Torem  po  jednej,  a 

Tapem  po  drugiej  stronie  i  wyglądają  jak  wycięci  z  sielankowej 

pocztówki.  Samochód  rusza,  przejeżdża  przejściem  dla  bydła,  po 

czym skręca i jedzie dalej wzdłuż nowo postawionego płotu - jasnego, 

nie brudnoszarego.  

Mijają  pastwisko  dla  cieląt,  główną  oborę  i  przydrożny  rów 

porośnięty  fioletowo  kwitnącym  sadźcem  purpurowym.  Lucy  opiera 

głowę  o  ramię  Adama,  a  Martha  patrzy  na  znikającą  farmę 

Tuckingtonów,  zastanawiając  się,  czy  życie  tak  różne  od  tego,  jakie 

dotychczas prowadziła, byłoby dla niej w ogóle możliwe.  

Cooper obejmuje ją ramieniem i Martha wie, że zdobędzie się na 

kompromis. 

Tak  jak wszyscy.