background image

MARGIT SANDEMO
WYMARZONY PRZYJACIEL
Tytu  orygina 
u: „Drommen om en venn”
PRZEDMOWA

 krótk  opowie

 napisa am dawno, w roku 1963, mo e 1964, zanim jeszcze odwa

am si  my le  o wysy aniu czegokolwiek do wydawcy. W

owych czasach nie wypada o pisa  niczego z gatunku science - fiction, dlatego zrobi am to dla siebie, z samej po-trzeby pisania.

Nigdy o niej nie zapomnia am, cho  s dzi am,  e albo ju  dawno gdzie  przepad a, albo zosta y z niej jakie  fragmenty. A  wreszcie, w roku 1995,

prze-prowadzali my si . Wtedy j  znalaz am, po prostu jakby spad a z nieba na sam wierzch skrzyni pe nej maszynopisów. Pi

 minut wcze niej na

pewno jej tam nie by o! Maszynopis by  kompletny, jedyne, co pozosta o mi do zrobienia, to drobne zmiany re-dakcyjne i uwspó cze nienie tekstu.

Opowie

 przemówi by  mo e najbardziej do m odzie y i tych, którzy zachowali m odzie czy umys  i marzenia. Przyjmijcie j

askawie jako mo-j

pierwsz , naiwn  prób  pisarsk !

Margit Sandemo
ROZDZIA  I
Dzie , w którym Lindis dowiedzia a si  prawdy, oznacza  dla niej koniec  wiata.
Ju  sam ranek by  fatalny.
Nocna k ótnia rodziców, której nie starali si  ukry , nie da a jej d ugo zasn

. Rano Lindis by a niewyspana i poirytowana. Rzuci a jak

 k

liw

uwag  w stron  swej przem drza ej m odszej sio-stry, co natychmiast sprowokowa o rodziców do wzi cia ma ej w obron .

Lindis nie mog a si  powstrzyma  od z

liwego komentarza:

- Dziwne,  e potrzebujecie wspólnego wroga, aby dzia

 razem...

Ojciec przytrzyma  j  mocno za rami .
- Nie b

 bezczelna! Chodzisz do szko y  red-niej, dostajesz od nas ubrania i jedzenie. Nie masz powodu nas o nic oskar

!

- Nie rozumiem, co to ma wspólnego z ca  spra-w  - mrukn a nieco ciszej. - Dlaczego nigdy nie krzyczycie na Karin? Ona mo e robi , co jej si

tyl-ko spodoba!

Ojciec nie wiadomie przybra agodniejszy wy-raz twarzy.
- Przecie  wiesz,  e Karin...
- Wiem,  e Karin ci

ko chorowa a jako dziec-ko. By o mi jej wtedy  al, musia am mie  na ni  wzgl d i by  grzeczn  dziewczynk . Ale teraz, u

diab a, jest...

- Nie przeklina si  w moim domu - rzuci a mat-ka swym najch odniejszym tonem. By a eleganck  dam  w tak zwanym kwiecie wieku, powa an

przez wszystkich i mocno przywi zan  do konwe-nansów. - Czy ja musz  zawsze si  za ciebie wsty-dzi , Lindis? Jeste  najbardziej niewdzi cznym
stworzeniem, jakie kiedykolwiek spotka am. Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobi am!

Lindis nie chcia a po raz kolejny wys uchiwa  znanego tekstu. Z apa a teczk  i wybieg a z domu. K tem oka dostrzeg a jeszcze triumfalny u mie-szek

siostry.

Ich troje. Trzymali si  razem, wspieraj c nawza-jem, a j  odsuwaj c na dystans.
Siedemnastoletnia Lindis przechodzi a w

nie okres buntu i nie zawsze w

ciwie ocenia a rzeczy-wisto

. Chcia a czu  si  odrzucona i

niezrozumia-na, chcia a cierpie ! By  to kolejny etap jej rozwo-ju, o tym jednak nie wiedzia a.

Karin mia a dopiero dwana cie lat i nie dosi

o jej jeszcze charakterystyczne dla nastolatków gwa -towne pragnienie samodzielno ci. Dokucza a

Lin-dis po dziecinnemu, pewna rodzicielskiego wspar-cia, cz sto wykorzystuj c dawn  chorob . By a ju  zdrowa i silna, ale trzyma a to w tajemnicy.

Wspaniale by o czu  si  uprzywilejowan  w sto-sunku do starszej siostry, wspaniale móc si  wykr -ca  od nieprzyjemnych prac domowych, mówi c

ci-chutko: „Ale ja przecie  nie dam rady...” Lindis przejrza a jej fortele, dlatego tym bardziej cieszy o Karin, gdy starsza siostra obrywa a bur .

Przepe niona buntem Lindis czeka a na szkolny autobus. Nie zjad a  niadania, jak zwykle od czasu tej fatalnej lekcji wuefu. Nadepn a wtedy na

nog  Inger - Lise, która krzykn a:

„Uwa aj, gdzie leziesz, ty wielka, t usta, niezdar-na krowo!”
Dla Lindis by  to prawdziwy szok. Zawsze uwa-

a,  e ona jest normalnie zbudowana, a Inger - Lise jest niedo ywion  szczap . Jednak z

liwe

owa zapad y jej g boko w serce i zupe nie si  za ama a. Nie mia a ju  odwagi je

. Porównuj c si  z najszczuplejszymi dziewczynami o drobnych

ko ciach, czu a si  przy nich jak stodo a.

Nie mia a racji. Doskonale mie ci a si  w grani-cach normy, je li chodzi o wag . By a zdrow , zgrabn  dziewczyn  o  ywym usposobieniu. Teraz

jednak znajdowa a si  na drodze ku przepa ci. Oczywi cie, s ysza a o anoreksji, ale s dzi a,  e jej to nie dotyczy. Uwa

a,  e w pe ni si  kontroluje i  e

musi tylko schudn

 par  kilo. Jeszcze tylko pa-r . Fakt,  e ju  dawno zesz a poni ej wymarzonej wagi, przeoczy a.

W domu zauwa ano czasem,  e Lindis rezygnu-je z obiadu i  e jada bardzo ma o, jednak fakt ten przes ania y rodzicom ich w asne zmartwienia.

Wystarcza o,  e rzucili czasem: „No, jedz wresz-cie!”, albo: „Bo e jedyny, dziewczyna nied ugo sko czy osiemna cie lat, najwy szy czas,  eby sa-ma
dba a o siebie! Przecie  gorzej jest z Karin, która znów nie mo e wyj

 z przezi bienia. Przy jej s abych p ucach i niskiej odporno ci... Biedulka, chyba

si  znów nie rozchoruje?”

Drog  nadesz y kole anki z klasy Lindis, rozma-wiaj c o czym , co Anne Sofie trzyma a w r ce.
- Co to jest? - spyta a Lindis.
- Dosta am to! - promienia a Anne Sofie. - To zdj cie mojego ukochanego. Och, nie mog , jaki on jest pi kny! Nie wiem, co mi napisa , ale to mu-si

znaczy ,  e mnie kocha! Bezgranicznie!

By o to zdj cie angielskiego muzyka rockowego na tle grupy. Marit, chluba klasy, poprosi a o podanie jej zdj cia tego ubranego w skóry i metal
pó boga.
- Napisane jest: „Best wishes”. Najlepsze  yczenia.
- Zawsze musisz wszystko popsu  - mrukn a Anne Sofie lekko za enowana.
Nie nale

a do najlepszych, je li chodzi o j -zyki obce, jako  jednak uda o si  jej skleci  list do swego idola. Kirsten, przyjació ka Anne Sofie, te  nie

nale

a do geniuszy, poniewa  jednak by- a sko czon  pi kno ci , nie mia a  adnych kom-pleksów.

- I tak masz szcz

cie - westchn a Solveig, pa-trz c na Anne Sofie.

Solveig by a ma a i szara jak mysz. Trzyma a si  tych kole anek, którym to akurat nie przeszkadza o.
Liderka grupy jeszcze si  nie wypowiedzia a. Mia a na imi  Tone i posiada a autorytet wynikaj -cy z urody, sprawnego umys u, porz dnego domu i

wielu wielbicieli oraz wielbicielek. Podbudowywa- y go te  wypowiadane przez ni  s dy. Z wydaniem aktualnego zaczeka a, a  wszystkie obróc  si  w
jej kierunku.

- Kochanie si  w idolach jest nieszkodliwe i nie-co dziecinne - orzek a. - Wykazuje tylko,  e ma si  ma e szanse w kr gu znajomych.
Rado

 Anne Sofie wyra nie min a. Nadjecha  autobus, dziewczyna wsun a z westchnieniem zdj cie do ksi

ki od matematyki.

Dlaczego ludzie s  dla siebie tak okropni? pomy- la a Lindis, wsiadaj c do autobusu. Cho  w zasa-dzie ja te  taka jestem w domu...
Musz  by  troch  milsza, postanowi a.
Nagle dotar o do niej,  e takie postanowienie podejmowa a ju  wiele razy w ci gu tego roku. Bez specjalnego rezultatu...
Ojciec by  wicedyrektorem w jej szkole. To nie by a korzystna sytuacja dla niej jako uczennicy. Mo e w

nie to sprawi o,  e odsun a si  od ojca,

nawet nie wiadomie?

Gdyby tylko mog a z kim  szczerze porozmawia ! Z prawdziwym przyjacielem. Z dziewczynami by o dobrze tylko pozornie.  adnej z nich nie

odwa

a-by si  zwierzy . W tpi a, czy interesuje je to samo, co j , poza tym wszystkie mia y spokojne domy.

Bo ona nie mia a, to by o pewne. Wina w du ej mierze le

a po jej stronie, ale tak trudno jest by  mi  i grzeczn , kiedy dusza wyra a sprzeciw! To

minie, mawia a mama. To tylko dojrzewanie.

Sk d ona to wiedzia a? Przecie  nie mog a zaj-rze  do wn trza Lindis!
Lisbeth Lund, u miechni ta, niewysoka nauczy-cielka angielskiego, pewnie by j  zrozumia a. Z ni  na pewno by si  dobrze rozmawia o, cho  to nie

to samo, co przyjaciel ch opak...

Tego jednak nie by o jej jeszcze dane zazna . Durzy a si  w kilku, lecz zachowywa a si  zbyt nie-zr cznie, aby który  odwa

 si  do niej zbli

.

Autobus zatrzyma  si  przy szkole w momencie, gdy zabrzmia  dzwonek. Gromada uczniów t oczy- a si  przy drzwiach w przepychance, kto ostatni

przekroczy g ówne wej cie.

Na korytarzu Lindis napotka a ojca stoj cego z Lisbeth Lund. Przyje

 do szko y samocho-dem, dlatego j  wyprzedzi . Podwozi  czasem Ka-rin,

gdy , jak twierdzi , Lindis stale za mieca a mu auto resztkami chipsów.

Skin a na powitanie g ow , lecz ojciec zatrzy-ma  j .
- Podobno coraz gorzej si  uczysz, Lindis. Po-staraj si  bardziej skoncentrowa . Zosta  ci prze-cie  jeszcze tylko rok.
- Ja nie mog  narzeka  - odezwa a si  przyja nie Lisbeth Lund. - Jest dobra z angielskiego i uwa a na lekcjach.
Kochana Lisbeth! Lindis ogromnie j  lubi a. Na-uczycielka wstawia a si  za ni  i mo e dlatego dziewczyna na jej lekcjach stara a si  bardziej ni  na
innych.
Gdyby tak to ona by a moj  matk  zamiast tej ch odnej, oboj tnej bizneswoman, która zjawia a si  w domu tylko wtedy, gdy robi a przyj cie dla

przyjació ek... Nie, jestem niesprawiedliwa. Mama wspaniale prowadzi dom i to pewnie moja wina,  e mnie nie lubi. Ojciec bywa  w domu rzadko.
Ka -de g upstwo tak go wyprowadza o z równowagi,  e mo e to i lepiej. Tak e on mia  s abo

 do Karin i traktowa  Lindis jak z o konieczne, które

powin-no mo liwie najszybciej opu ci  dom.

Co ze mn  jest nie tak? pomy la a wojowniczo, wchodz c do klasy. W szybie napotka a swoje odbi-cie: owaln  twarz o du ych, ciemnych oczach, z

ostro zaznaczonymi ko

mi policzkowymi - za-s ug  lub win  intensywnego odchudzania,  adny nos i usta, ciemnobr zowe w osy obci te domo-wym

sposobem na pazia, kanciaste ramiona i bio-dra, ale ogólnie zgrabn  figur  i  adne nogi.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Mog o by  gorzej. Ale w domu i to nie wystar-cza o, by j  akceptowali. Mo e tylko jako opiekun-k  Karin, gdy rodzice wychodzili.
Najlepiej schudn

. Wtedy na pewno mnie polu-bi . Przecie  jestem wielka i niezgrabna, tak powie-dzia a Inger - Lise.

Lindis udawa a,  e nie zauwa a g odu. Najbar-dziej dokucza  przez pierwsze trzy doby. Teraz mog a nic nie je

 przez d ugie dni. Czasem jed-nak

nadchodzi  i uderza  mocno. Stara a si  wte-dy k

 spa , aby przeczeka  fantazje o jedzeniu dobrych rzeczy.

By a os abiona. Na nic nie mia a si y. Ale wyda-wa o jej si  to naturalne na przedwio niu, gdy  nieg topnieje i wszyscy czekaj  na wiosn .
W czasie ostatniej przerwy sta 
a z dziewczynami, z którymi razem doje

a autobusem i z którymi w zwi zku z tym przebywa a najcz

ciej. Anne

So-fie, Marit, Kirsten, Solveig i Tone. Nie by a im po-trzebna, ale trzyma a si  ich, staraj c si  by  niezau-wa alna. Dzi ki temu j  tolerowa y.

Kirsten odwróci a si  nagle w jej stron  z zaska-kuj cym pytaniem:
- Co za

ysz na imprez  w przysz y pi tek?

- W pi tek?
- No tak! U Tone. B. R.
Zapad a niezr czna cisza. Lindis wiedzia a,  e B.R. oznacza „bez rodziców”, ale jej nikt nic nie mówi  o pi tku...
Tone wygl da a, jakby mia a zamiar odej

, lecz w ko cu zmieni a zdanie. Pos

a Kirsten pe ne z

ci spojrzenie i rzuci a do Lindis:

- Nie dosta

 wiadomo ci? U mnie w domu, o ósmej. Musisz mie  ze sob  ch opaka, do u ytku ogólnego. Ale musi by  sensowny!

Potem odwróci a si  na pi cie i odesz a w towa-rzystwie niezmiennie j  podziwiaj cej Solveig. Pozo-sta e dziewczyny zacz y g

no o czym

rozmawia  i Lindis znów poczu a si  wykluczona z ich kr gu.

Nie mia a ochoty i

 na imprez , na któr  w a- ciwie nie zamierzano jej zaprasza ! I to „we  ze so-b  ch opaka”. Tone wiedzia a przecie ,  e Lindis

nie mog a w nich przebiera . „Do u ytku ogólne-go”... Brzmia o to do

 brzydko, ale ju  wiedzia a, o co chodzi: aby nie siedzia a ca y wieczór,

trzyma-j c tego ch opaka za r

, ale  eby wszyscy bawili si  ze wszystkimi.

Nie, na pewno nie chce tam pój

!

- Niestety, nie mam czasu! - zawo

a w  lad za Tone i pozosta ymi dziewczynami. Zd

y ju  jed-nak wej

 do  rodka, wi c jej odwa na odmowa

nie wywar a na nich  adnego wra enia.

Musz  o tym opowiedzie ...
Zatrzyma a si . Czy jest kto , komu mog aby o tym opowiedzie ?
Lisbeth Lund?
Nie, z jakiej racji? Po pierwsze, by by to rodzaj pora ki,  e ma si  tylko nauczycielk  za powierni-c . Po drugie... No w

nie, po drugie? Z pewnym

niepokojem przypomnia a sobie rozmow  sprzed kilku dni. Kto  w klasie powiedzia ,  e Lisbeth Lund chyba lubi Lindis, bo zawsze zwraca si  do niej
takim mi kkim g osem. Gdy dziewczyna od-par a z niedowierzaniem, zarumieniona: „Napraw-d ?”, inny ucze  powiedzia  ze  miechem: „A co na to
twoja mama?”

Lindis nie zrozumia a aluzji, cho  wyczu a,  e co  chcia  przez to powiedzie .
Niech tnie powlok a si  w stron  budynku szko y.
Czu a si  strasznie samotna.
Gdyby tak mie  przyjaciela!

Gdy wróci a do domu, zasta a w nim tylko ma-m . Najwyra niej nie us ysza a, jak córka wcho-dzi, gdy  na jej widok szybko zabra a co  ze sto- u i

schowa a. Lindis jednak zdo

a dostrzec, co to by o: bluzka, o jak  dopomina a si  Karin ju  od kilku dni.

Matka spostrzeg a,  e odkryto t  ma  tajemni-c , i rzuci a z wymuszonym u miechem:
- Ojciec kupi  j  dla Karin. Naprawd  na ni  za-s

a, biedna male ka.

Lindis spostrzeg a,  e matka p aka a, ale nie by- a w nastroju do wspó czucia.
- Dlaczego mnie ojciec nigdy nic nie kupuje?
Poniewczasie zrozumia a,  e matka by a na kra-w dzi za amania. Przypomnia a sobie nieprzyjem-n  atmosfer  ostatnio panuj

 w domu, drobiazgi

umykaj ce jej uwagi. Ostre sprzeczki rodziców, gwa townie urywane, gdy wchodzi a która  z có-rek, trzaskanie drzwiami, wszystkie te detale, których
Lindis, zapatrzona w siebie nastolatka, nie zauwa

a.

Jej agresywne pytanie zadzia

o jak iskra powo-duj ca wybuch.

Matka wsta a z pa aj cymi policzkami i podesz a do okna. Nagle córka dostrzeg a j  w nowym  wietle. Nie by a ju  tak m oda, elegancka ani pew-na

siebie. Na u amek sekundy Lindis ujrza a jej na-g , bezbronn  twarz.

Ale to trwa o tylko moment. W nast pnej chwi-li matka przybra a sw  mask  i powiedzia a, nie pa-trz c na Lindis:
- Twój ojciec? Twój ojciec nigdy nie dba  o cie-bie. Poszed  sobie i zostawi  mnie z tob  na karku. By  tchórzem, zawsze uciekaj cym przed

odpowie-dzialno ci . Dla mnie poczucie odpowiedzialno ci by o najwa niejsz  spraw  w  yciu. Sama zapraco-wa am na moj  obecn  pozycj  mimo
utrudnienia, jakim dla mnie by

. Tego mi nikt nie odbierze!

Lindis zmarszczy a czo o.
- Ojciec uciek ? Przecie  widzia am go w szkole - b kn a niepewnie. - Nawet ze mn  rozmawia , to znaczy mnie strofowa , ale on tak zawsze.

Dla-czego nigdy nie powie nic mi e...

Matka sta a nadal przy oknie, znów ch odna i wynios a, pomimo zap akanych oczu, czerwonych plam na szyi zdradzaj cych gorycz przekwitania i

osów cho  raz nie uczesanych idealnie.

- Nie mówi  o moim m

u - powiedzia a lodo-watym tonem. - Mówi  o twoim biologicznym oj-cu. O tym, który obiecywa  mi z ote góry i lata

szcz

cia. Niech to, musia am do wszystkiego doj

 sama. A on? Po prostu znikn ! Wiele, wiele lat te-mu. Mówi ,  e jedzie do Australii, ale nie wiem,

do-k d go zanios o.

Prawda powoli dociera a do Lindis. Wi c to dlatego ojciec prawie nigdy jej nie zauwa

 poza przypadkami, gdy jej robi  wyrzuty!

Mia a w g owie taki zam t,  e trudno jej by o skupi  si  na tym, co mówi matka.
- Tak to ju  jest, gdy wychodzi si  za m

 za czaruj cego wdowca z córk . By  aktorem podzi-wianym przez wszystkich, ale bez pracy. No, mo- e

tylko w reklamówkach. Na co mi by  ten  lub? Dosta am rozwód po tym, jak dowiedzia am si ,  e uton . Nie wiem, czy to prawda, ale nie dbam o to.
Mia am go dosy  raz na zawsze! A gdy twój ojciec si  o wiadczy ...

Lindis podnios a r

.

- Chwileczk ! Ten, który si  o wiadczy , nigdy wi c nie by  moim ojcem?
Matka odwróci a si  w jej stron  z zaci

 twarz .

- Zajmowa  si  tob  przez te wszystkie lata, za-pewni  ci byt, wi c nie uwa am,  e masz prawo na-rzeka .
- Przecie  tego nie robi . Ale nie o to mi chodzi. Mówi

,  e pierwszy m

 by  wdowcem z córk . Ta córka to ja?

- No, a kto? Zostawi  mnie z dzieckiem innej kobiety! Jakie mia am szanse na ponowne zam

pój cie? Ale uda o mi si !

Lindis nie by a w stanie podziela  triumfu mat-ki. By a zdezorientowana, nie mog a posk ada  fragmentów w ca

.

- Czy to znaczy,  e nie jeste  moj  matk ?
Matka prychn a.
- Nie, a widzisz jakie  podobie stwa? Ale uwa- am,  e dobrze spe ni am swój obowi zek. Nigdy ci niczego nie brakowa o, przyznasz sama!
Spojrza a na sw  przybran  córk , jakby widzia- a j  po raz pierwszy.
- Ale  ty jeste  chuda!
- Prawda? - rozja ni a si  na chwil  Lindis. - I schudn  jeszcze bardziej!
- Lindis! - wykrzykn a, wreszcie przestraszona, matka. - Chyba nie masz... nie jeste ...
Krótka chwila rado ci min a. Lindis ujrza a na-gle swoj  sytuacj  w nowym  wietle i poczu a, jak ogarnia j  zimna fala samotno ci i wyobcowania.
- Oszukali cie mnie! - krzykn a, trac c panowanie nad sob . - Ca e  ycie mnie oszukiwali cie! Nic nie mam wspólnego z waszym sztucznym

domem lalek!

Wybieg a na dwór.
Musia a ucieka , ucieka  od tego bólu!
ROZDZIA  II
Bardzo szybko Lindis zauwa

a,  e straci a swo-j  dawn  dobr  form . By a tak s aba i zm czona,  e niemal wlok a nogi za sob , staraj c si

wybiec spomi dzy domów. Musia a nawet zwolni ,  eby nie upa

.

Co si  ze mn  dzieje? pomy la a zirytowana.
W g bi duszy jednak zna a odpowied  na to py-tanie. Po prostu nie mia a w ustach porz dnego po-si ku ju  od kilkunastu dni.
No i co z tego, za to jestem szczup a, uzna a bun-towniczo. Nikt nie mo e powiedzie ,  e jestem t u-sta i niezgrabna, a ju  na pewno, je li jeszcze

schud-n  par  kilo.

Zatrzyma a si , nagle bezradna. Na co si  przy-da to chudni cie, je li nikt, nikt na ca ym  wiecie si  ni  nie przejmuje? Nawet nie ma ju  rodziny!

Wszystko by o k amstwem od pocz tku do ko ca.

Bezwiednie zacz a i

 wzd

 ska  nad morzem. Nie zwróci a uwagi na to,  e lód  ci  wod  w ka-

ach na skale,  e  nieg ju  zd

 stopnie  na

wrzosowisku, nie zauwa

a czerwono zachodz -cego s

ca.

Sz a zrozpaczona, zbuntowana, ze wzrokiem przes oni tym  zami, nie widz c, gdzie stawia sto-py. Nagle po lizgn a si  na oblodzonym kamieniu i

straci a równowag . Zaciekle walcz c o jakie  za-czepienie dla nóg czy r k, zsuwa a si  nieub aganie na dó . Wyl dowa a na piaszczystym skrawku

-du, ponad którym wznosi y si  strome, wyg adzo-ne ska y. Fale uderza y o nie rytmicznie, mocz c jej buty i spodnie.

Upadek okupi a kilkoma otarciami, ale nie to by o najgorsze.
Znalaz a si  w pu apce!

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Próby wspi cia si  po ska ach spe

y na niczym.

Popatrzy a zdesperowana w morze. Któ  jednak o tej porze, na przedwio niu, wybiera si  na ryby? Wi ksze statki t dy nie przep ywa y, mia y inn

tra-s . P ywali tu tylko niedzielni w dkarze.

Dopiero teraz spostrzeg a,  e s

ce ju  niemal zasz o, by o dok adnie na linii horyzontu. Musia a d ugo tak chodzi , pogr

ona w ponurych

rozmy- laniach.
Spojrza a na ska 
y. Dostrzeg a  lad, który przy-prawi  j  o kolejny szok. Linia przyp ywu!
Wi c dochodzi  a  tak wysoko! Woda si ga aby jej ponad tali . Ale czy to na pewno jest najwy szy poziom? Codziennie chyba a  tak si  nie
podnosi?
Lindis ogarn a panika. Zawo

a o pomoc, naj-pierw ostro nie, onie mielona w asnym g osem w tej pustce, potem g

niej. Jeszcze kilka razy.

Któ  j  us yszy?
Ma wej

 do wody i p yn

? Fale wydawa y si  agresywne, mog y ni  uderzy  w ska y. Nie wiedzia- a zreszt , jak daleko jest do p askiego brzegu,

nic nie widzia a z tego os oni tego miejsca.

Woda by a zreszt  okropnie zimna. Ju  dawno zlodowacia y jej uda.
Co za beznadziejna sytuacja!
Ja przecie  chc

, stwierdzi a ze zdumieniem, mimo  e w ci gu ostatniej godziny przez g ow  przelatywa y jej nawet samobójcze my li.

wiado-mi a to sobie teraz, gdy  mier  naprawd  zajrza a jej w oczy. Przecie  nie mog  narzeka . Czy moja tak zwana matka nie zajmowa a si  mn

przez te wszystkie lata? Gra a co prawda m czennic , ale te-raz ju  rozumiem lepiej, dlaczego. Przecie  to nie-zwyk e,  e wzi a odpowiedzialno

 za

cudze dziecko. A mój w asny tatu  po prostu uciek .

Kim on móg  by ? A mama?
Mo e mam gdzie  krewnych?
A nazwisko? Nazywam si  Bergstrom, jak ca a rodzina. Czyli ojciec mnie adoptowa .
Mi o z jego strony. Cho  poza tym nie okaza  mi wi kszego zainteresowania, to pewne.
Cho , mo e? Na pocz tku? Ale gdy pojawi a si  Karin, jego w asna córka, istnia a ju  tylko ona. Wszystko kr ci o si  wokó  niej.
Chyba mo na to zrozumie ?
Ale czy musz ?
Lindis czu a,  e ca y jej  wiat run  jak domek z kart. Tak, bardziej stabilny nigdy nie by , mimo stara  tych dwojga obcych ludzi.
To nie by a przecie  normalna adopcja, w której dwoje ludzi decyduje si  na w

nie to dziecko, które oboje wybrali. Na w

nie to jedno. Nie, ona

wyl -dowa a im prosto na kolanach i matka, dla której obowi zek by  spraw

wi

, poczu a si  zmuszona do dalszego zajmowania si  córk  swego

zaginione-go m

a. Wstyd jej by o odda  dziecko, a  e nie chwali a si  jego pochodzeniem? Musia aby si  wte-dy przyzna ,  e zosta a porzucona! Nie,

dosy  tego, niechciane dziecko nie powinno tak my le .

Wi ksza fala ochlapa a Lindis. Dziewczyna za-dr

a z zimna.

Pasek piasku zw zi  si  do szeroko ci jej stóp.
- Ratuuunku!
Zawo

a jeszcze kilka razy coraz bardziej roz-paczliwie.

Nagle zesztywnia a. Wyda o jej si ,  e co  us y-sza a nad sob .
Spojrza a w gór .
Kto  sta  i patrzy  na ni . Ulg  odczu a jak otu-laj ce j  ciep o.
Z tej perspektywy dostrzeg a tylko bia y kombi-nezon i buty na grubych podeszwach. Mo e to ja-ki  monter?
- B agam, pomó  mi si  st d wydosta  - j kn a. - Idzie przyp yw, strasznie zmarz am.
Pewnie by a ju  sina z zimna, ale teraz nie my- la a o swym wygl dzie. Wa niejsza by a ta posta  na górze.
Nagle jednak znowu przenikn o j  zimno.
Cz owiek znikn .
- Wracaj, do dia...
Nie, nie przeklinaj. Nie histeryzuj. Kto  ci  zo-baczy , wi c masz szanse na ratunek. Spokojnie, on wróci. Na pewno poszed  po pomoc. Zaraz przy le

helikopter albo  ód , albo co  takiego.

Po skale jak blady w

 sp yn a lina.

No, dobre i to. Kto  jeszcze zawi za  na niej w -z y,  eby Lindis by o  atwiej.
Z trudem chwyta a sztywnymi palcami lin , jed-nak, z najwi kszym wysi kiem, uda o jej si  wspi

 na gór . Nikt jej nie wci gn .

Wreszcie poczu a such , tward  i równ  ska  pod palcami. Lina prowadzi a dalej, a  do k py kar owatych sosen. Do jednej z nich by a
przymo-cowana.
Dzi ki ci, sosenko!
Wybawiciela nie by o nigdzie wida .
Dziwne! Ludzie lubi , gdy si  im dzi kuje i chwali za okazan  pomoc.
- Dzi kuj ! - zawo

a w pustk . - Bardzo dzi -kuj !

By a jednak tak wyczerpana,  e nie mog a stan

. Le

a na plecach z rozrzuconymi ramionami, nie-zdolna do ruchu. Z trudno ci  wci ga a

powietrze do p uc, serce bi o tak mocno,  e a  bola o, w g o-wie jej si  kr ci o.

e te  mam tak s ab  kondycj , pomy la a z za-mkni tymi oczami. To niepodobne do mnie. Wie-le razy o ma o nie pu ci am liny. Na nic nie mam

si y!
Nagle poczu a,  e nie jest ju  sama. Wyczuwa a czyj

 obecno

 tak wyra nie, jakby jej dotyka a.

- Jeste  chora? - spyta  kto .
Otworzy a oczy.
To by  on, ten ubrany na bia o monter.
Poczu a si  niepewnie, patrz c na niego z ziemi. Zerwa a si  na nogi i zachwia a.

czyzna wyci gn  r

,  eby j  podtrzyma .

Wtedy wreszcie mu si  przyjrza a. No, w

ci-wie nie ca kiem, bo  una zachodz cego s

ca j  o lepia a i widzia a nieznajomego jako czarny zarys

na tle nieba. Przesun a si  odrobin  i wtedy mog a normalnie patrze .

Wci gn a g boko powietrze.
Nigdy jeszcze nie widzia a tak przystojnego m

-czyzny! Mia  kruczoczarne, lekko faluj ce w osy, jego kombinezon nie by  bia y, w

ciwie mieni  si

srebrzy cie. U pasa, okalaj cego silnie zbudowane cia o, wisia  pod

ny woreczek.

Ca a ta sytuacja wydawa a si  dziewczynie kom-pletnie nierzeczywista. Czas jakby zatrzyma  si  w miejscu, fale uderza y miarowo o ska y, wiatr

wista . Mia a wra enie,  e ca y  wiat sk ada si  tyl-ko z tego uroczyska. Nieznajomy patrzy  na ni  tak intensywnie, jakby chcia  j  przejrze  na wylot i

po-zna  do g bi.

Nie móg  by  Norwegiem, nie umia a te  odgad-n

, sk d pochodzi . Jednego by a pewna: mia a do czynienia z cz owiekiem inteligentnym, o

ogromnej kulturze osobistej. Oczy pod mocno zarysowanymi brwiami by y pod

ne, lekko sko ne, ale nie w spo-sób orientalny, nos prosty i krótki, a

linia ust bardzo interesuj ca: mocna i zdecydowana, lecz z ledwie zau-wa alnym grymasem w k cikach,  wiadcz cym o po-czuciu humoru. Twarz,
cho  opalona s

cem i wia-trem, sprawia a wra enie wyrze bionej z marmuru.

Najbardziej jednak zaskoczy  Lindis kolor oczu nieznajomego. T czówki mia  jasne, mieni ce si  od szarego do zielonego, jak oczy kota albo istot

yj -cych w morzach czy rzekach; by o to niezwykle fa-scynuj ce. W

ciwie samo pojawienie si  tego m

czyzny by o niespodziewane, jak grom z

jasnego nieba.

Lindis wci gn a gwa townie powietrze. On te  si  jakby odpr

.

- Twoja obecno

 zaskoczy a mnie - u miechn  si . - Nie przypuszcza em,  e spotkam tu ludzi.

Wreszcie odzyska a zdolno

 mówienia i mog a podzi kowa  mu za uratowanie  ycia. Zby  j  stwierdzeniem,  e nie chcia  jej potem przeszka-dza ,

ale poniewa  zobaczy ,  e nie jest w stanie usta  na nogach, wróci . Przeprasza za k opot.

Nie chcia  przeszkadza ? Przeprasza? O co mu chodzi?
- Co pan tu... co tu robisz? - spyta a Lindis.
- A, to - otworzy  d

 i pokaza  ma y kamie . - Zbieram próbki minera ów.

Mia  szczup e d onie o niezwykle d ugich pal-cach.
- Jeste  geologiem?
Patrzy  na ni  przez chwil , zastanawiaj c si , a  pomy la a,  e u

a niew

ciwego s owa. Wreszcie u miechn  si .

- Tak. W ka dym razie prawie.
Lindis spróbowa a odgadn

, ile móg  mie  lat. Chwilami wygl da  na ch opaka, a chwilami na trzy-dziestolatka. Uzna a,  e ma dwadzie cia kilka lat.

- Szukasz jakich  specjalnych okazów? - spyta- a z nadziej ,  e nie zabrzmi to g upio.
Bardzo chcia a wywrze  na nim wra enie osoby inteligentnej. Zrobi a krok w jego stron , lecz zatrzyma a si , gdy si  cofn . Opu ci  j  zapa  i sta- a

bezradnie, kopi c ziemi  czubkiem buta.

Wtedy podszed  do niej i pokaza  zawarto

 wo-reczka.

- Nie, nie szukam konkretnego minera u, zbie-ram tylko takie, których wcze niej nie widzia em. Du o ciekawych rzeczy tu znalaz em. Bior  je do...
laboratorium.
Lindis by a jeszcze zbyt oszo omiona, aby zau-wa

 t  ma  przerw  mi dzy s owami.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Widz ,  e wzi

 te  kamyki z pla y.

Dlaczego jej g os zabrzmia  tak niepewnie? Bro-da jej dr

a tak,  e nie panowa a nad ni .

- Tak, stamt d z do u. Potrzeba mi b dzie jeszcze du o wi cej tych próbek, ale nie mia em czasu.
Lindis przerwa a mu bez namys u:
- Och, mo e mog abym ci pomóc? Ja... To zna-czy, je li nie b

 przeszkadza ...

Spojrza a na niego z l kiem. Znów zachowa a si  beznadziejnie. Narzuca a si . Zupe nie nie mia a do- wiadczenia w kontaktach z ch opakami.
Otrzyma a jednak uprzejm  odpowied :
- B

 wdzi czny za pomoc. Jest tu du o rzeczy do zbadania. Ale teraz jest ci zimno, masz mokre ubranie, powinna  i

 do domu.

- E, tam, dam sobie rad  - odpowiedzia a bu -czucznie, cho  szcz ka a z bami z zimna.
Patrzy  na ni  przez d

sz  chwil , co j  jeszcze bardziej zbi o z tropu. Wyci gn  w ko cu z wo-reczka niebieski jak lawenda szalik i owin  go

wokó  jej szyi. By  niewiarygodnie mi kki, jak puch. A jak grza !

- Pomaga? - spyta .
- O, tak! - szepn a. Ciep o rozchodzi o si  po jej ciele. - Niesamowicie!
Przez moment wygl da  na zaniepokojonego, zaraz jednak poprosi :
- Postaraj si  znale

 jak najwi cej ró nych ka-mieni, zarówno tych wyg adzonych przez morze, jak i tych o ostrzejszych kraw dziach.

Lindis ochoczo zesz a na pla

, która zreszt  by- a zadziwiaj co blisko tej zatoczki, do której nie-chc cy si  zsun a, i zacz a zbiera  kamienie.

Wy-pycha a nimi kieszenie swetra, a  zupe nie straci  fason. M

czyzna te  szuka . Ca y czas rozmawia-li ze sob , to znaczy papla a g ównie Lindis.

Naj-pierw o ka dym kamieniu, gdy  ka dy by  godny wzmianki, potem o swoich zmartwieniach. Zanim si  zorientowa a, opowiedzia a mu ca  sw
histo-ri . On odpowiada  i pyta  o ró ne rzeczy, a Lin-dis czu a si  swobodna jak nigdy dot d. Nie kr -powa a si  ju , nie l ka a,  e si  wyg upi. Po raz
pierwszy czu a,  e mo e by  z kim  szczera i natu-ralna bez obawy,  e ten kto  j  wy mieje czy spoj-rzy z pogard .

Najbardziej nieznajomego zaintrygowa o o wiadczenie Lindis,  e szczególnie interesuje j  pa-leozoologia,  e wie „wszystko” o wymar ych

zwie-rz tach. Zawsze j  ciekawi y, o wiele wcze niej, ni  Steven Spielberg nakr ci  „Park Jurajski”. Jej wybawca nie móg  si  nas ucha  do syta. Nagle
wyda- o si  jej,  e mo e sobie z niej  artuje. Nie zd

a g

no wyrazi  w tpliwo ci, gdy powiedzia ,  e wie-dza na ten temat ma wielkie znaczenie dla

jego bada . Wyda o jej si  nieco dziwne,  e geolog nie stu-diowa  paleontologii, ale rado

 ze znalezienia przy-jaciela zatar a to wra enie.

Zorientowa a si  nagle,  e za bardzo si  oddali a, a poniewa  kieszenie i rodzaj worka, jaki zrobi a, podwin wszy sweter, sta y si  bardzo ci

kie,

po-bieg a z powrotem do nieznajomego. Wci

 zadzi-wia  j  sw  urod .

- Nie zauwa

am,  e a  tak daleko odesz am. S ysza am ci  tak dobrze, to pewnie dzi ki wiatro-wi - za mia a si . - Oto moja zdobycz.

Zrzuci a zebrane kamienie, wyg adzi a rozci -gni ty sweter i czeka a na jego os d.
Podszed  do niej. Lindis a  ugi y si  kolana, gdy poczu a jego blisko

. Zupe nie jakby mia  w sobie jak

 magnetyczn  si  przyci gania.

Obejrza  ka dy kamie . Wiele odrzuci , cz

 w

 bez wi kszego zainteresowania do worka, z kilku jednak wyra nie si  ucieszy . Lindis poczu- a

wtedy,  e zrobi aby dla niego wszystko.

W kieszeni namaca a jab ko i poda a mu je. Podzi kowa  i schowa  owoc do worka.
- Nie zjesz? - spyta a dziewczyna.
- Je li mo na, wola bym je zje

 pó niej.

- Oczywi cie.
Lindis nagle u wiadomi a sobie,  e zrobi o si  bardzo pó no. Zapad  ju  zmrok. Z niech ci  zdj

a pi kny szalik i odda a mu go. Od razu poczu a, jak

ostry wiatr przenika j  na wskro , a jej mokre ubranie lodowacieje.

Nieznajomy w

 szalik do kieszeni. Lindis nigdy jeszcze nie widzia a równie wspaniale zbudo-wanego m

czyzny: tak szerokiego w barach i

-skiego w biodrach. Pewnie jest niezwykle silny, po-my la a z podziwem zmieszanym ze strachem.
- No, musz  ju  i

 do domu - rzuci  jakby w od-powiedzi na jej my li. - Bardzo ci dzi kuj  za po-moc, informacje i jab ko. I za to,  e opowiedzia

 mi

tyle o sobie. Bardzo to ceni . Zapami taj jedn  rzecz: ludzie nie zawsze s  tacy, jakie sprawiaj  wra- enie. Mo e to brzmi banalnie, ale tak ju  jest.
Wiem to. Wydaje ci si ,  e nikt o ciebie nie dba, ale gdyby  zajrza a do wn trza dusz swoich bliskich, zobaczy- aby  co  zupe nie innego. Pod s owami i
czynami le-

 my li, a pod nimi w

ciwe ja cz owieka. Widz ,  e nie za bardzo mnie teraz rozumiesz, ale pewnego dnia to pojmiesz. Tak w ogóle: czy

ty kogo  lubisz?

Lindis patrzy a na nieznajomego zaskoczona. Te  pytanie! Przecie  lubi... no...
Och, nie! Nikt jej nie przychodzi do g owy! Po-za nim, oczywi cie, ale...
Nie zd

a zako czy  my li, gdy przerwa  jej spokojnie:

- Nie musisz liczy . Mo e zrozumia

,  e ten problem nie jest taki prosty. No, id  ju  do domu, musisz by  g odna.

- Nigdy nie jestem g odna - odpar a szybko, cho  k ama a. By a tak g odna,  e 

dek a  krzycza . Znów jeden z tych dni, pomy la a gorzko. Musi si

zaraz po

 spa ,  eby nie rzuci  si  na jedzenie. Dotychczas jeszcze tego nie zrobi a, ale zdawa a sobie spraw ,  e to by oby niebezpieczne.

Aby oddali  niezr czny temat, powiedzia a szybko:
- Dzi ki,  e tu by

! Straci am nadziej ,  e kto  mnie uratuje, tym bardziej kto  tak... no,  e w ogóle kto  tu b dzie. Dzi kuj !

miechn  si  krzywo i przez to sta  si  jeszcze bardziej poci gaj cy.

- Znów marzniesz - stwierdzi . - Dasz rad  doj

 do domu? Wygl dasz na niedo ywion . Wszyscy tacy jeste cie?

Nie do ko ca zrozumia a to pytanie.
- Jacy wszyscy?
Nie odpowiedzia . Lindis w

ciwie by a dumna,  e nazwa  j  niedo ywion . Oznacza o to,  e cho  daleko jej do idea u, to na pewno jest szczup a.

Pogr

ona we w asnych my lach rzuci a:

- Ale nie zaproszono mnie do Tone. Wszystkich zaprosi a, a mnie nie.
Popatrzy  na ni  badawczo.
- Chyba wiem dlaczego. Tone si  ciebie boi, bo jeste  zbyt  adna.
- Ja? - wykrzykn a Lindis. - Wcale nie jestem  adna. Jestem wielka, t usta i niezgrabna. Tak po-wiedzia a Inger - Lise.
- Przeciwnie! Zobacz sama!  okcie ci stercz , r ce i nogi masz jak patyki. My lisz,  e to  adnie wy-gl da? Widzia em inne dziewczyny tutaj, mia y

kr

e ramiona i pi kne cia a. Mog aby  pobi  je wszystkie pod wzgl dem urody, gdyby  nie by a ta-k  wychudzon  szczap . Rozumiem jednak, jeste

chora i dlatego wygl dasz tak brzydko.

Lindis nie zorientowa a si ,  e on chce j  spro-wokowa  i sprawi ,  eby odzyska a rozs dek.  zy stan y jej w oczach.
- Nic nie rozumiesz. Jak mo esz mówi ,  e je-stem chuda? Ja chc  by  chuda, ale nie udaje mi si , mimo  e wcale nie jem.
- Chcesz si  jeszcze ze mn  spotka , Lindis?
- Tak, bardzo - odpar a, zdumiona pytaniem.
- Wi c id  do domu i zjedz co  porz dnie. Bez oszukiwania! Powinna  zacz

 ostro nie i powoli zwi ksza  porcje. Je eli nadal b dziesz si

odchu-dza , zniszczysz organy wewn trzne, a w ko cu umrzesz! Chcesz tego?

Czy nie chcia a tego? Przecie  czu a,  e wszyst-kim zawadza, chcia a uciec...
Zdarzy y si  jednak dwie rzeczy: znalaz a si  w rzeczywistym niebezpiecze stwie oraz spotka a wspania ego przyjaciela. To znaczy, on chcia

zo-sta  jej przyjacielem. Je li zacznie je

. Czy chcia- a? Teraz, gdy zbli

a si  do idea u? Mia aby to zmarnowa ?

A mo e nie przejmowa  si  s dem Inger - Lise, có  ona znaczy a?
- Tak, chc  - odpowiedzia a, ale zda a sobie spraw ,  e odpowiada na w asne my li, a nie na jego py-tanie. - To znaczy, nie chc . Nie chc  umrze .

Nie teraz. Zrobi , jak mówisz.

- Wspaniale! I nie zapomnij opatrzy  kolana!
- Sk d wiesz? - znów si  zdumia a.

miechn  si  tylko i podniós  d

 w ge cie po-zdrowienia. Wspi  si  na ska y i znikn .

Lindis sz a do domu zamy lona. Czu a si  o wie-le lepiej. Gdy dotar a do pierwszych zabudowa , spróbowa a nawet wskoczy  na murek. Nie mia a

jednak do

 si  i upad a. No có , za mia a si  do siebie.

W my lach powtarza a sobie ca  rozmow  z nie-znajomym. A  si  wzdrygn a, gdy u wiadomi a sobie,  e zapomnia a go spyta  o imi . Sk d by ? I

dok d po-szed ? Przecie  tam nikt nie mieszka .  adnego domu, same wrzosowiska i nieu ytki.

No, mo e zna  jaki  skrót.
Najgorsze,  e si  nie umówili! A je li go ju  nie zobaczy? By  taki mi y. Wydawa o si ,  e si  dobrze rozumiej , cz sto odpowiada  jej, niemal zanim

za-da a pytanie. To w

nie o takim przyjacielu i kole-dze marzy a. Fakt,  e by  tak m ski i przystojny, na pewno stanowi  zalet , ale nie liczy  si

najbardziej.
Czyli jednak by  Norwegiem, mówi  bez  adne-go akcentu. A g os...

os?

Zaraz, jaki on mia  g os? Absolutnie nie mog a sobie przypomnie  jego g osu. A przecie  nie tak dawno si  po egnali! Stara a si  sobie go

przypomnie  ze wszystkich si , lecz nie mog a. Jak go znów spotka, a musi, inaczej  ycie straci sens, to zwróci uwag  na jego g os.

Wcale go nie pami ta a.
ROZDZIA  III
Powrót do jedzenia nie by  jednak taki prosty, jak s dzi a. A naprawd  si  stara a. Okaza o si ,  e sam widok po ywienia j  odrzuca . Organizm jak

gdyby odmawia  jego przyj cia. Jaka  bariera w mózgu mówi a: nie jedz, bo b dziesz gruba i brzydka! Pierwszego dnia nic si  jej nie uda o prze kn

.

Ratunku! pomy la a. Czy zabrn am a  tak da-leko? Pomocy! A je li ju  nie b

 w stanie nic zje

? Czyta am o takich przypadkach...

Lindis nie wiedzia a,  e cho  znalaz a si  w stre-fie zagro enia, nie grozi a jej  mier . Jeszcze nie. Osoba cierpi ca na anoreksj  i pragn ca

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

wylecze-nia jest w o wiele lepszej sytuacji ni  taka, która nie chce przyzna  si  przed sam  sob  do choro-by. Lindis na szcz

cie nie zapad a na

bulimi . Ob- eranie si , a potem wymuszanie torsji wydawa o jej si  po prostu obrzydliwe, nie by a w stanie te-go zrobi . Nie chcia a by  nieapetyczna...

Dziewczyna mia a niezwyk e szcz

cie,  e zosta- a obudzona na czas.

Powrót do normalno ci by  jednak trudny. L k przed jedzeniem wci

 jej nie opuszcza . Ka demu k sowi towarzyszy y wyrzuty sumienia. Zmusza a

si  jednak do tego, co jeszcze niedawno wydawa o si  jej nie do pomy lenia: stara a si  przybra  na wa-dze. Pi a niewielkie ilo ci mleka i nawet
próbowa a takich zakazanych s 
odko ci, jak ciastka z kremem. To jednak si  nie udawa o. Czu a md

ci na sam  my l,  e mia aby je

 co  takiego.

Jedno wiedzia a na pewno: musia a znów spotka  swego wybawiciela. Ale jak?
W domu nie zasta a rodziców. Matka by a pewnie na jakim  zebraniu, a ojciec zosta  jeszcze w szkole. Ostatnio cz sto tak robi .
Trzeciego dnia Lindis zrozumia a,  e potrzebuje pomocy. Najch tniej pobieg aby na uroczysko, ale nie mog a, poniewa  nie zacz a je

. Tylko

troch  mleka, pó  talerza zupy... Tyle co nic.

Posz a do szkolnego lekarza.
Lekarz dobrze zna  wszystkich w tej miejscowo ci. Dzieci leczy  od niemowl ctwa poprzez choro-by wieku dzieci cego.
Lindis przesz a od razu do sedna sprawy:
- Wydaje mi si ,  e mam anoreksj . Chcia abym z tego wyj

.

Poprosi  j  o zdj cie bluzy i koszulki. Na widok ods oni tego cia a dziewczyny a  si  lekko wzdry-gn .
- Twoi rodzice ci  nie ogl dali?
- Raczej nie - stwierdzi a Lindis z rezygnacj . - Mama powiedzia a co  przedwczoraj, ale chyba za-pomnia a.
Lekarz westchn  g boko. Spyta , jak to si  wszystko zacz o. Z wahaniem opowiedzia a mu o tej fatalnej lekcji gimnastyki. Nie zdradzi a, z czyich

ust pad y te brzemienne w skutki s owa, ale doktor od razu odgad .

- To pewnie moja jadowita s siadeczka, Inger - Lise, która chwali si  wszem i wobec, jaka jest drobna i krucha. Nie zwracaj na ni  uwagi. Jest po

prostu zazdrosna! Uwa a,  e wszyscy inni s  góra-mi t uszczu niezale nie od tego, jak naprawd  wy-gl daj .

Lindis a  si  za mia a.
- No, ja nie jestem  adna.
- Tak uwa asz? - zastanowi  si  lekarz. - No tak, raczej by

adna. By

 wtedy sob , a nie tym wy-suszonym szkieletem. Nie jeste  doskona

ci ,

ale bije od ciebie blask, którego inne mog  ci tylko za-zdro ci .

Dziewczyna ch on a jego s owa. Czu a,  e to cz

 terapii, ale przecie  zgadza y si  z tym, co mówi  jej przyjaciel ze ska . Czy odwa y si  im

uwierzy ?
Doktor otrze wi  j :
- Musz  jednak przyzna ,  e ten blask ostatnio nieco przygas . Nie jeste  ju  pogodna.
- Nie wiem, czemu - szepn a. - Czuj  si  nie-chciana.
Lekarz popatrzy  na ni  uwa nie.
- Raczej nie masz powodu. Tacy wspaniali rodzi-ce, mi a siostrzyczka, tyle kole anek...
Nie odrzek a nic. Wiedzia a ju  teraz,  e wina le y po obu stronach. 

da a mi

ci od innych, ale czy da-wa a co  w zamian? „Jeste  w trudnym

wieku”, mówi-li niezale nie od tego, co zrobi a. Mo e i tak. A nu  nie jest z ni  tak  le? Gdyby dano jej troch  czasu...

Lekarz pouczy  j , jak mo e przybra  na wadze. Poprosi ,  eby przejrza a si  w lustrze wisz cym na  cianie.
- Jestem strasznie gruba - mrukn a.
Doktora najwyra niej to zaniepokoi o.
- A wi c nie ogl daj si  ju  wi cej w lustrze. Masz si  kim  zaj

? Mo esz zapomnie  na troch  o swo-jej szanownej osobie? Masz psa?

- Ha! - wykrzykn a gorzko. - Próbowa am kil-ka lat temu. Us ysza am najstanowczejsze „nie” w moim  yciu.
- Najbardziej stanowcze - poprawi  lekarz odru-chowo. - Dobrze, przyjd  do mnie pojutrze, usta-limy wtedy terminy kontroli. Przepisz  ci tabletki

stymuluj ce apetyt...

Mówi  dalej, roztaczaj c przera aj ce wizje zni-szczonych nerek i w troby, rozregulowanego uk a-du trawiennego, ustania miesi czki, psucia si

-bów... Lindis z dum  przyzna a,  e tak daleko jeszcze nie zasz a.

Doktor kontynuowa  wywód, wspominaj c szko-dy w uk adzie kostnym, zmiany w mózgu... To dopiero powa nie j  zaniepokoi o, bardzo bowiem

ce-ni a swój mózg. Zako czy  wizj  ca kowitego za a-mania organizmu i jego  mierci.

Mi e widoki na przysz

, nie ma co! Lindis jed-nak by a wdzi czna lekarzowi za wsparcie mimo tych czarnych barw. Chcia  przecie  jej dobra!

Da sobie rad . To b dzie trudne, wiedzia a. Jed-na jej po owa chcia a jeszcze schudn

, podczas gdy druga chcia a zas

 na spotkanie z

wybaw-c  znad morza. Sama Lindis by a gdzie  po rodku...

Wesz a do domu z mocnym postanowieniem przeproszenia za swoje zachowanie w ci gu ostat-niego roku. Niestety, dom, jak zwykle, by  pusty.

Ca a zmobilizowana odwaga powoli uciek a. Po-czu a, jak gdyby nikogo nie obchodzi o, gdzie by- a ani co robi a. Czy ju  spisali j  na straty? No tak,
mog a tylko sobie za to podzi kowa . Szcze-rze mówi c, bywa a niezno na...

Nie mog a si  powstrzyma  i przepyta a si  dys-kretnie, jakby mimochodem, czy w okolicy nie po-jawi a si  ostatnio jaka  grupa geologów. Nikt o

ni-czym nie wiedzia . Nie odwa

a si  docieka , czy kto  nie widzia  niezwykle przystojnego nieznajo-mego, aby nie wyda  si  naiwn .

Powinna sama pilnowa  swych rozlicznych zna-jomych...
Pi tkowy wieczór u Tone zbli

 si  przera aj co szybko. Lindis co  si  zacz o marzy , ale nie chcia a si  do tego g

no przyzna . Na razie

powiedzia a Tone,  e tego wieczora jest zaj ta, ale je li zajdzie co  nieprzewidzianego, to mo e... Zosta-wi a sobie ma  furtk .

To si  nie mo e uda ! Na pewno ju  dawno st d wyjecha ...
We wtorek po po udniu nie wytrzyma a.
Po szkole wróci a do pustego domu i spróbowa- a wmusi  w siebie nieco jedzenia. Sko czy o si  jednak na chlupocz cej w 

dku fili ance

czeko-lady. Potem pow drowa a nad morze.

Wiosna jeszcze nie nadesz a. W ostrym powie-trzu fruwa y ma e p atki  niegu.
Na pla y nie dostrzeg a nikogo, ska y tak e by- y puste. Czegó  oczekiwa a?
Gdyby tylko wiedzia a, kim jest, mog aby go od-szuka . A tak musia a czeka , a  on da znak Niby dlaczego mia by to zrobi ? Nie by a  adn

pi kno- ci . Czy chcia by mie  co  wspólnego z jak

 siedem-nastolatk , no, prawie osiemnastolatk ? Dziewczyn  zaj

 rozmy laniem o w asnej

figurze,  ebrz

 o okruchy sympatii, a nie interesuj

 si  zmartwie-niami innych? Nienawidz

 po owy  wiata, mówi -c  tylko o sobie? Dziewczyn ,

która nie spyta a swe-go najlepszego przyjaciela o imi ?!

Bezwiednie zacz a zbiera  kamyki.
Gdy s

ce zacz o zachodzi , uzbiera a ju  nie-z y ich pagórek. Co najmniej setny raz spojrza a w kierunku ska , gdzie wtedy znikn . By a ju  kil-ka

razy na górze i wpatrywa a si  w dal, ale nikogo nie dostrzeg a. Tylko pofa dowany, kamienisty te-ren z wrzosami i k pkami drzew.

Zrozpaczona i zmarzni ta snu a si  wzd

 pla- y, kopi c nog  piasek. By a przygn biona. On nie przyjdzie, powinna to przewidzie . Ale nie chcia a.

Mo e szuka  minera ów gdzie indziej? O co mu w

ciwie chodzi o? Tyle papla a o swoim  yciu, nie da a mu powiedzie  nic o sobie. By  geologiem -

prawie - i dostarcza  próbki do jakiego  laborato-rium. To wszystko, co o nim wiedzia a. Niewiele...

Ogarn a j  ochota na rozwalenie piramidki ka-mieni, ale si  rozmy li a. Niech sobie le y na pa-mi tk  niespe nionej mi

ci!

Niespodziewanie poczu a, jakby przep yn a przez ni  jaka  fala. Zesztywnia a. Nie mia a odwagi si  odwróci .
By  tu! By  niedaleko, czu a to tak wyra nie, jak-by go widzia a.
Powoli si  obróci a. Daleko na skale, odcinaj c si  na tle nieba, sta  on. Lindis zrobi o si  gor co. Pomacha a do niego, a on w odpowiedzi podniós

. Po chwili by  ju  na pla y i zbli

 si  do niej.

Lindis zachowa a w pami ci wyidealizowany obraz m

czyzny, mimo to dozna a szoku. W

ciwie zapo-mnia a, jak bardzo by  fascynuj cy i

przystojny. Nie-samowite, mieni ce si  zieleni  oczy a  za wieci y spod czarnych brwi, gdy u miechn  si  do niej, uka-zuj c bia e, mocne z by.
Porusza  si  mi kko jak kot, cho  by  solidnie zbudowany. Mia  na sobie ten sam kombinezon, ale ju  bez woreczka u pasa.

- Ja... nie s dzi am,  e przyjdziesz - odezwa a si  Lindis, szcz

liwa.

- Analizowa em próbki w laboratorium - odpowie-dzia . - Teraz mog  troch  odpocz

. D ugo tu jeste ?

- Nie, dopiero przysz am.
Spojrza  na piramidk  kamieni i pewnie pomy- la  swoje, ale tylko si  u miechn .
Lindis nie mog a rozgry

, sk d pochodzi. Nie by  Latynosem ani Arabem, mimo  e dostrzega a jaki  azjatycki rys w twarzy, co  w oczach i ko ciach

po-liczkowych. Wiele innych cech wyklucza o jednak orientalny rodowód. W ogóle nie pasowa  do  adne-go ze znanych Lindis typów antropologicznych.

- Wydaje mi si ,  e masz dzi  bardziej zaró o-wione policzki - rzuci  zamy lony.

 si  rozja ni a.

- O, tak, chodz  do lekarza. Pomaga mi powróci  do normalnego jedzenia. Troch  mi to wolno idzie, musz  przyzna . Nie mog  przezwyci

strachu przed przytyciem. Ale si  nie poddaj . Wytrzymam. Dzi ki,  e mówi

 o mnie takie okropne rzeczy!

- Doprawdy, mówi em?
- No, a wychudzona szczapa? Tak mnie nazwa-

. Mówi

 o innych mi ych dziewczynach z ró -nymi kr

ciami. To zrobi o na mnie wra enie. O

wiele wi ksze, ni  gdyby  mi wspó czu .

- Musz  przyzna ,  e zrobi em to celowo - za- mia  si . - Chcia em ci  nastraszy .
- I uda o ci si ! Stara am si  tak e wi cej my le  o innych. Mia am przeprosi  przybran  matk  za mo-je niezno ne zachowanie. Ale nigdy nie by o jej

w do-mu, tak jak ojca i Karin. Zawsze co  maj  do roboty.

- A ty?
- No... zdarza si . S yszysz, jaka jestem mi a?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Tak. I zadowolona! No w

nie. Je li jest co , co nikomu nie sprawia przyjemno ci, to w

nie skwaszona mina. To najwi kszy wróg cz owieka w

kontaktach z innymi lud mi.

- Zapami tam to sobie. Trudno by  zadowolo-nym, maj c uczucie,  e si  komu  zawadza.
Jedna my l nie dawa a jej spokoju. Ogarn a j  nieodparta ch

 spytania go o co , jednak strasznie si  kr powa a.

- No? - rzuci , zerkaj c na ni  z ukosa. - O co chcia

 zapyta ?

Mówi  tak przyja nie,  e zebra a ca  odwag  i zaryzykowa a:
- Mam i

 do... kole anki w pi tek wieczór. No i pomy la am... - g os jej zamiera , wi c doko czy- a niemal niedos yszalnie: - Zastanawia am si , czy

nie móg by  pój

 tam ze mn .

ugo patrzy  na ni . Dziewczyna zerkn a na niego, za enowana. Dlaczego tak od razu go spy-ta a? Dopiero co si  przywitali. Powinna by a

za-czeka . Albo da  spokój.

- Dzi kuj ,  e mnie zaprosi

 - odpar  w ko -cu. - Niestety, nie mog .

Czy by zgas o s

ce? Dlaczego wszystko tak poszarza o?

- Aha - zawiesi a g os. - Jeste  zaj ty?
- Nie, nie jestem. To po prostu... Tak, to niemo -liwe.
- Ale dlaczego?
Widzia a, jak mi

nie jego twarzy napinaj  si  pod skór , jednak nie odpowiedzia . Patrzy  w mo-rze. Lindis grzeba a nog  w piasku, bole nie

zawie-dziona. W

nie sobie u wiadomi a, jak bardzo chcia a,  eby on poszed  z ni  do Tone. Wcze niej my l ta tkwi a gdzie  g boko,

nieu wiadomiona.
Dotkn  delikatnie jej w osów. Serdecznie, jak-by odgadywa  jej rozczarowanie i chcia  pomóc, ale nie móg . Wydawa o si ,  e jest mu równie

przy-kro, jak jej.

Zadziwiaj ce, jak bardzo dobrze wyczuwali swo-je nastroje. Pasowali do siebie jak nikt inny!
Mimo to by o w nim tyle zagadek. Na przyk ad to,  e zawsze si  odwraca , kiedy mówi . A je li nie, to patrzy  na ni  tak intensywnie tymi swoimi

ja-snymi oczami, jakby j  hipnotyzowa .

Nagle przypomnia a sobie,  e postanowi a zwróci  uwag  na jego g os. Dziwne, nadal nie mog- a stwierdzi , jak  mia  barw . Chyba bardziej

pa-sowa a niska. Teraz pos ucha.

- Czy laboratorium jest daleko st d? - spyta a.
Jego pod

ne, sugestywne oczy popatrzy y na ni  z góry. Tym razem nie da si  im rozproszy . Zmusi a si  do patrzenia na jego usta.

- Nie, to niedaleko.
Lindis poczu a lodowaty dreszcz.
Z niezwyk  wyrazisto ci  us ysza a szum fal.
Unios a dr

 d

 ku twarzy, jakby w obronie.

Odpowiedzia , s owa s ysza a wyra nie. Jednak nie poruszy  ustami, nie wydoby

adnego d wi ku.

Jego odpowied  Lindis us ysza a w swojej g o-wie!
On nie mia  g osu!
ROZDZIA  IV
Lindis zacz a krzycze .
Krzycza a z ca ych si , uciekaj c w panice w kie-runku osady. W

ciwie nie w strachu, a w prote- cie. W prote cie przeciw z emu losowi, który

odbiera  jej jedynego przyjaciela, jakiego kiedykol-wiek mia a. W ostatniej chwili dostrzeg a, jak jego oczy robi  si  ogromne ze zdziwienia i strachu.

ysza a jego mi kkie, szybkie kroki za sob  i czu- a, jakby co  j  zmusza o do zatrzymania. Wyt

y- a jednak wszystkie si y i bieg a dalej, zapadaj c

si  w piasku po kostki. Wydawa o jej si ,  e to scena z jakiego  sennego koszmaru.

Gdy dotar a do ska , nogi odmówi y jej pos u-sze stwa. Zu

a ca kiem swoje n dzne si y.

On ju  jej nie goni , nie s ysza a jego kroków. Gdy tak sta a oparta o skaln

cian , staraj c si  odzyska  oddech, poczu a co  przedziwnego.

Co  otuli o j  ze wszystkich stron, jakby mg a ciep a, bezpiecze stwa i przyja ni. Wra enie by o tak silne,  e osun a si  na kolana. Z czo em

wspar-tym o zimn  ska  rozp aka a si  g

no.

Poczu a jego d

 g adz

 jej w osy i wtedy strach znikn . Pi

ci  otar a oczy. On ukucn  obok, czekaj c cierpliwie, a  si  ca kiem uspokoi.

- Wybacz mi - powiedzia  mi kko. - Musia em ci  zatrzyma .
- Jeste  brzuchomówc ? - spyta a, poci gaj c no-sem.

miech przemkn  przez jego twarz.

- Nie, nie jestem.
- No to... - zawstydzi a si , lecz pyta a dalej: - Ja-kim  duchem?
- Nie! - za mia  si . - Czy odwa ysz si  pój

 ze mn ? Do laboratorium?

Zawaha a si , ci gle jeszcze przestraszona.
- Pami tam - zacz  ciep o - pami tam, jak pew-na dziewczyna mówi a ostatnio o Przygodzie.  a- owa a,  e si  nic nie dzieje,  e jest tak nudno...
- Tak, to prawda, ale mówi am o niewielkiej przygodzie, nie o takiej, która mnie przyt oczy.
Popatrzy  na ni  przyjaznymi, m drymi oczami, a  u miechn a si  nie mia o.
- Nie wiem, czy jeste  potworem, ale je li tak, to na pewno mi y z ciebie potwór.
Delikatnie postawi  j  na nogi.
- Chod .
Wspi li si  na ska y, min li wrzosowisko, prze-szli kilka wzniesie  i dotarli do  wierkowego lasku. S

ce ju  dawno zasz o, w lesie by o ciemno i

nieprzyjemnie, ale Lindis ufnie sz a za nieznajomym. Nie odwraca  si , aby sprawdzi , czy za nim idzie, ale przytrzymywa  ga zie,  eby jej nie uderzy y.
Nadal nic nie rozumia a, ale w jaki  przedziwny sposób ten niezwyk y m

czyzna przekaza  jej,  e nie powinna si  ba  i  e mo e mu zaufa . Nie czu- a

ju  strachu, tylko igie ki podniecenia.

Ale  mam dzisiaj kondycj , pomy la a zdziwio-na. Czy sprawi y to rzeczywi cie te szklanki mle-ka i porcyjki jedzenia? Zadziwiaj ce!
Weszli na kamienne rumowisko, przez które prowadzi  j  jakby niewidzialn

cie

, a  dotarli do g bokiego w wozu, niewidocznego z zewn trz.

To nie mog  by  ja, pomy la a. Takie rzeczy nie zdarzaj  si  Lindis Bergstrom.
Tylko jeden raz „przemówi ” do niej. Spyta a go, dlaczego zszed  do niej w

nie dzisiaj.

- Wo

 mnie - stwierdzi  krótko.

- Naprawd ?
- Tak. Kilka razy pomy la

 przecie : „Przyjd , musisz do mnie przyj

”.

- No tak. Us ysza

 to?

- Oczywi cie. Przecie  zwraca

 si  bezpo red-nio do mnie. Nie powinienem by  przychodzi , bo to jest niebezpieczne dla nas obojga, ale

us ysza- em, jaka jeste  smutna. Sama rozumiesz, ju  nasze pierwsze spotkanie by o niedozwolone, ale jeszcze gorzej,  e przyszed em do ciebie
dzisiaj. No có , jako  to naprawimy.

Zatrzyma  si  na polance.
- Dlaczego stoimy? - spyta a Lindis.
- Wo am pozosta ych.
Jej oczy rozwar y si  szeroko. Pozosta ych? By o ich tu wi cej?
- Jest nas trzech - odpowiedzia .
Mia a teraz dowód,  e umia  czyta  w my lach, gdy  nie spyta a g

no.

Znów si  odezwa :
- Nie musisz mówi . To tylko przeszkadza, gdy  nie rozumiem twojego j zyka. Je li chcesz mi co  przekaza , po prostu pomy l! To wystarczy.
- Czytasz moje wszystkie my li? - spyta a prze-ra ona Lindis.
- Wszystkie - przyzna  z u miechem.
Lindis ucieszy  fakt,  e zapad y ju  ciemno ci, bo zorientowa a si , jak pal  j  policzki.
Nieznajomy zada  jej jednak ostateczny cios.
- I widz  w ciemno ci - doda .
Lindis podda a si  i wybuchn a  miechem. On przy czy  si  do niej, wida  te  chcia  roz adowa  napi cie. Ju  nie wstydzi a si ,  e obcy widzi j  na

wskro . Wiedzia a,  e j  lubi i  e dobrze si  z ni  czuje.

Nagle znów si  przestraszy a. Z lasu po drugiej stronie polany wysz o dwóch m

czyzn. Lindis i jej towarzysz ruszyli im na spotkanie. Ze strachu

dziewczynie a  szcz ka y z by.

Jeden z przybyszów by  wysokim, w adczym m

czyzn  w  rednim wieku. Spojrza  ostro na Lindis oczami o niezwyk ej sile wyrazu. Znów mia a

uczucie, którego zazna a przy pierwszym spo-tkaniu z przyjacielem -  e oto kto  zagl da jej w dusz . Drugi z nich by  jeszcze starszy, patrzy  na ni
przyjaznymi, m drymi oczami. Obaj byli równie niezwykli, przystojni i ciemnow osi jak jej towarzysz.

Ich „rozmowa” przebiega a najwyra niej burzli-wie, o ile mog a si  domy li  ze  ci gni tych brwi tamtych dwu i ich oczu ciskaj cych b yskawice.
Wreszcie ten, którego w my lach nazwa a sze-fem, zwróci  si  do niej.
- Lo pope ni  kardynalny b d, spotykaj c si  z tob  ponownie - „powiedzia ”. - Obarczy  w ten sposób twoje m ode barki zbyt wielkim ci

arem.

Uwa a jednak,  e jeste  m dr  dziewczyn , co zre-szt  te  stwierdzili my z uczonym Tanem. Dlate-go witam ci  i zapraszam na powa

 rozmow .

Poszli przodem przez las. Lo wzi  j  za r

, chroni c przed upadkiem.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

A wi c mia  na imi  Lo. Wiedzia a,  e po szwedzku „lo” znaczy tyle co „ry ”. To imi  paso-wa o do jej przyjaciela. By  silny i zwinny jak kot.
Pomi dzy drzewami zarysowa 
 si  pot

ny blok skalny.

Przywódca podszed  bli ej i odsun  wej cie w „skale”.
Serce Lindis wali o mocno.  cisn a d

 Lo. Odwzajemni  jej u cisk uspokajaj co.

- Czy to jest UFO? - szepn a. - Lataj cy talerz?
- Tak, tak je nazywacie - odpowiedzia  szef. Musieli my go dobrze ukry , aby nikt go nie zna-laz . Prosz , wejd !
Lindis zawaha a si .
- Wejd , nie bój si . Nie wzniesiemy si  w po-wietrze z tob  - u miechn  si  najstarszy z nich, ten, którego spontanicznie nazwa a profesorem.
Jego s owa brzmia y bardzo przyjacielsko. O ile w ogóle mog a co  takiego stwierdzi ... Przecie  nic nie powiedzia  g

no.

Wzi a g boki oddech i wkroczy a do  rodka. Gdy drzwi zasun y si  za nimi, Lo zapali  niewi-doczne  wiat o, dyskretnie o wietlaj ce
pomie-szczenie.
Znajdowali si  w czym  w rodzaju salonu. Przy-mocowane do pod ogi meble o linii, jakiej dotych-czas Lindis nie widzia a, wydawa y si  by

najlep-szego gatunku. Mia y  agodne kolory, po czone w zaskakuj ce zestawienia. W pomieszczeniu zoba-czy a wiele drzwi, teraz zamkni tych.
Panowa o mi- e ciep o. W zasadzie nie wiedzia a, czy to, co dostrzega powinna nazywa  meblami, lampami czy mo e  cianami...

czy ni  miali si  z jej zmieszania. Przywódca zaprosi  j ,  eby usiad a. Z wahaniem wybra a sie-dzenie wielko ci wanny, ale o wiele

wygodniejsze. Przy wszystkich siedziskach wisia y szerokie pasy.

- To pasy bezpiecze stwa - odpowiedzia  Lo.
- Jeste cie z Marsa? - spyta a Lindis nie mia o.
Lo pokr ci  przecz co g ow  z u miechem. Zd

a ju  polubi  ten jego ciep y, melancholijny u miech. Czu a,  e traktowa  j  troch  jak dziecko,

jednak nie demonstrowa  przy tym wy szo ci, tyl-ko opieku czo

.

Wszyscy usiedli. Lo przyniós  jeszcze tac  z owo-cami i orzechami, jakich nigdy nie widzia a. Ostro -nie wzi a jaki  czerwony owoc. Smakowa

wybor-nie: by  s odki i aromatyczny.

Nagle dostrzeg a swoje jab ko, le

o pokrojone na szklanym blacie. Lo pod

 za jej wzrokiem.

- No tak, wybacz mi, ale nie mog em si  oprze  pokusie zbadania go. Wykorzystujemy ka

 oka-zj , która si  nadarza.

Szef wzi  cz stk  czego , co nie przypomina o jej niczego znanego, i odpowiedzia  na zadane wcze niej pytanie:
- Nie, na Marsie nie ma ludzi. Lo, przynie  ma-p  tutejszego nieba, któr  narysowa

.

Lo wsta . Jedne z drzwi otworzy y si  i Lindis dostrzeg a laboratorium ze sto em zastawionym ró nymi aparatami.
Wróci , przestawi  tac  z owocami i roz

 ma-p  nieba. Lindis rozpozna a Wielki Wóz, Kasjopej  i jeszcze kilka innych gwiazdozbiorów. Mapa by a

dok adna i czytelna.

Przywódca da  znak „profesorowi” Tanowi, który spojrza  na Lindis swymi ciep ymi oczami.
- We wszech wiecie jest oko o trzydziestu miliar-dów gwiazd, przynajmniej o tylu wiemy - us ysza a jego my li. - Jedn  z nich jest wasze S

ce.

Wokó  wielu z nich kr

 planety. Liczba planet we wszech wiecie nie jest znana, ale na pewno wielokrotnie przekracza liczb  gwiazd. W tym systemie

onecz-nym, w którym teraz jeste my, tylko na Ziemi, po procesie trwaj cym miliony lat, pojawi  si  cz owiek Najmniejsze odchylenie mog oby

spowodowa ,  e rozwin aby si  zupe nie inna forma  ycia.

Spojrza  na ni , aby sprawdzi , czy nad

a, i kon-tynuowa :

- Mo na wobec tego oczekiwa ,  e w ród tak ogromnej ilo ci cia  niebieskich znajd  si  i takie, na których istniej  podobne warunki do  ycia, jak na

Ziemi. Jest ich wiele! Niektóre le

 w podobnej odleg

ci od swego s

ca, liczne spo ród nich maj  podobne do ziemskich warunki do rozwoju form

ycia. Potrzebny jest jeden zwi zek chemicz-ny, na razie o nim nie b

 mówi , niezb dny do otrzymania wody. Wiesz,  e twoj  planet  nazywa-j

„niebieskim klejnotem”? To oceany nadaj  jej ta-k  przepi kn  barw . Jest mnóstwo planet, na któ-rych stwierdzono takie czy inne formy  ycia. Ale
tylko na jeszcze jednej z nich, o ile wiemy, powsta-li ludzie. To zakrawa na cud,  e na dwóch plane-tach rozwin y si  niemal identyczne stworzenia.

- Gdzie jest ta planeta? - spyta a Lindis podniecona.
Profesor pochyli  si  nad map .
- Mamy tu niebo pó kuli pó nocnej. Widzisz te trzy jasne gwiazdy stoj ce w szeregu...
- Pas Oriona - skin a g ow  Lindis.
- Tak to nazywacie? - zdziwi  si  Tan. - Tu  po-nad nimi s  dwie du e gwiazdy.
- Rigel i Betelgeuse - pomy la a dziewczyna.
- Znasz je, s ysz . Je li przeci gniemy lini  od nich w lewo, dojdziemy do tej gwiazdy. Mo e i j  znasz?
Lindis by a zadowolona,  e astronomia intereso-wa a j  od dawna.
- To Procjon w Ma ym Psie.
Lo i jego szef spojrzeli na ni  z uznaniem, a ona odwzajemni a ich spojrzenie radosnym u miechem.
- To nasze s

ce - powiedzia  profesor Tan. - A jego czwarta planeta to nasz dom.

Lindis spojrza a na Lo z rezygnacj . Skoro ju  wreszcie znalaz a przyjaciela, to czy nie móg by mieszka  cho  troch  bli ej?
- Ale jak to jest, Procjon stanowi chyba uk ad podwójny?
Trzej m

czy ni popatrzyli po sobie.

- Wiesz co? - spyta  przywódca. - Coraz bardziej ci  lubi , Lindis. Lo rzeczywi cie dobrze ci  oceni  po pierwszym spotkaniu. Nie móg  wybra  lepiej,

skoro ju  absolutnie musia  zapl ta  si  w uk ady z Ziemianami.

Lindis a  promienia a.
- Tak, nie mylisz si , mamy dwa s

ca - przy-zna  Tan. - Jedno nas nie obchodzi, bo jest ma e i le y za daleko, aby wywiera  jakikolwiek wp yw na

nasz klimat. To dzi ki temu drugiemu nie ma-my  niegu ani lodu takiego jak u was.

- Czy na waszej planecie jest  adnie? - spyta a Lindis z ciekawo ci , nadal nie mog c w to wszy-stko uwierzy . A  si  uszczypn a ukradkiem. Lo

miechn  si , a ona zala a rumie cem.

- Jest bardzo  adnie - odrzek  szef. - Wspania e ko-lory, bujna natura, w

nie ze wzgl du na wod , zaa-wansowana cywilizacja. Mamy miasta, które

 klej-notami pi kno ci i stanowi  arcydzie a mi kkich linii.

- Czyli to raj?
- Nie, a  tak nudno tam nie jest. Zauwa

 pewnie,  e jeste my solidnie zbudowani i mamy wysoko rozwini te zmys y. Nie wspi li my si  jed-nak

na nasz poziom tak ca kiem bez wysi ku. Jeste- my pokojowo nastawionym ludem o wysokiej mo-ralno ci. Przest pczo ci nie ma u nas prawie wcale.

Lindis s ucha a z napi ciem jego s ów, przerwa a w ko cu:
- Powiedz mi,  yjecie o wiele bli ej Syriusza ni  my. To najpi kniejsza gwiazda, jak  znam. Czy wi-dziana u was jest równie  adna?
- Odleg

ci na niebie s  cz sto myl ce. Jest mo- e nieco wi ksza - wyja ni  profesor. - Stanowi uk ad podwójny, a w

ciwie potrójny. W

nie

dla-tego  adniej wygl da st d.

Odwróci a si  w stron  przyjaciela.
- Czy to nie dziwne sta  tu i widzie  swoje s

-ce jako male

 gwiazd ?

- Tak - skin  g ow  Lo. - To budzi t sknot .
- T sknisz do domu?
- Czasem.
- Lo jest najlepszym badaczem kosmosu m odej generacji - wtr ci  profesor. - Jest w przestrzeni ju  dziesi

 lat.

- Dziesi

 lat?

- No tak, podró  na Ziemi  nie trwa bynajmniej kwadrans.
Lindis zamilk a na chwil .
- Czy odwiedzili cie wiele miejsc w kosmosie?
- Na przestrzeni dziejów tak. Jeste my daleko przed wami pod wzgl dem rozwoju. Nasze zainte-resowanie skupia si  jednak na tej planecie -

u-maczy  przywódca. - Na tej biednej, pi knej pla-necie z jej wiecznymi wojnami. Ma co  w sobie, co zapada w serce. Te melancholijne, rozmarzone

wiosny, gwa towne burze  nie ne... To dziwne, ale ta cz

 planety bardziej nam si  podoba ni  boga-te, przyci gaj ce wzrok po udnie.

- Tak - zgodzi a si  zamy lona Lindis. - My, mie-szka cy pó nocy, ch tnie podró ujemy, by ogl da

wiat. Ale im dalej na po udnie docieramy, tym

mocniej t sknimy za domem. Mówi si ,  e najgo-rzej pod tym wzgl dem maj  Eskimosi.

Lo pokiwa  g ow .
- Co  jest w tym, o czym mówisz. My

,  e dla-tego lubimy t  cz

 Ziemi, gdy  przypomina nam nasz  planet . Nie mamy co prawda zimy, ale jest

co  podobnego w powietrzu, w  wietle. Nasza przyroda jest bogatsza, zbiory obfitsze, ale ta wa-sza, pó nocna, w swej surowo ci ma co  pi knego.

Lindis poczu a patriotyczn  dum .
- Jeste cie tu ju  d ugo?
- Tutaj jeste my ju  drugi tydzie , ale byli my te  w innych miejscach na Ziemi.
- To was mo na spotka  jako UFO?
- No, jest ich wiele typów, my latamy jednym z nich - odpowiedzia  szef. - Kilkakrotnie o ma o nie natkn li my si  na ludzi, ale uda o nam si  ukry .

Ty jeste  pierwsz  osob , z któr  nawi zali- my kontakt.

- Ale dlaczego nie... Znaczy, jeste cie przecie  mi-li i pokojowo nastawieni. Dlaczego nie chcecie si  ujawni ?
Oczy profesora posmutnia y.
- Nie mamy odwagi. Tak d ugo, jak tocz  si  tu wojny, nie mo emy. Cz owiek, na którego by my trafili, móg by chcie  nas wykorzysta  przeciw

swojemu wrogowi. Nie mówi c ju  o tych szcze-gó owych badaniach i kwarantannach, jakie musie-liby my przej

, aby zosta  zaakceptowanymi. O ile,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

oczywi cie, nie zastrzelono by nas w panice, zanim zdo aliby my si  odezwa ...
Lindis uzna a jego racje.
- A w

nie... czy wy ze sob  nigdy nie rozmawia-cie? Tak, jak my?

- Rozmawiamy, ale rzadko. Mamy swój j zyk, ale go nie potrzebujemy. Tylko w nim czytamy. Nauczyli my si  zreszt  angielskiego i rosyjskiego na

wypadek zaskoczenia. Tak jak to przydarzy o si  Lo. Przypuszcza ,  e uwierzysz,  e rozmawia z to-b  po norwesku. Najwyra niej ci  nie docenia .

Lindis pokaza a Lo j zyk, a on odpowiedzia

miechem.

ugo siedzia a, rozmawiaj c z obcymi przybyszami. Opowiadali o kosmosie i swych podró ach tak wspania e rzeczy,  e Lindis z podniecenia a

o-n y uszy. Dowiedzia a si  te ,  e oni  yj  dwa ra-zy d

ej ni  ziemscy ludzie i  e Lo, który ma trzy-dzie ci cztery lata - o rany, a  tyle?! -

odpowiada wiekiem tutejszemu siedemnastolatkowi. No, to ju  lepiej brzmi. Sto pi

dziesi t lat profesora Tana od-powiada w takim razie

siedemdziesi ciu pi ciu.

- A gdybym do was przyby a, mia abym z po-wrotem osiem lat? - zastanawia a si  Lindis.
Za miali si .
- Nie, to niemo liwe. Zachowa aby  jednak m o-do

 jeszcze przez wiele lat.

- Przecie  jestem z Ziemi. Chyba nie mog abym do

 dwustu lat?

- Mog aby . Mamy specjaln  diet , która by to sprawi a. Spreparowali my pewne zwi zki, które opó niaj  proces starzenia.
Lindis zaniemówi a. W g bi duszy powsta o pewne ciche i beznadziejne marzenie...
Nie pokazali jej pozosta ych pomieszcze , nie prosi a zreszt  o to. Gdy wsta a, szykuj c si  do wyj cia, przywódca powiedzia :
- Zdajesz sobie spraw  z odpowiedzialno ci, ja-ka teraz na tobie spoczywa. Je eli pi niesz o nas cho  s owo...
Lindis przysi

a,  e b dzie milcze .

Wspomnia a jeszcze o imprezie u Tone i o tym,  e chcia a, by Lo poszed  tam z ni . Po krótkiej, nies yszalnej dla niej dyskusji szef stwierdzi :
- Ryzyko jest zbyt du e. By oby to rzeczywi cie interesuj ce, gdyby Lo móg  poobserwowa  ludzi z tak bliska, mo e nawet by mu si  uda o, ale

jeste  jeszcze ty, Lindis. Znalaz aby  si  w trudnej sytua-cji, musia aby  z pewno ci  odpowiada  na pod-chwytliwe pytania. Nie mo emy wymaga  a
takiej dyplomacji od siedemnastolatki. Dlatego niestety musimy odmówi .

- Za kilka dni sko cz  osiemna cie! - si gn a po ostatni argument.
- Niemo liwe - u miechn  si  Lo.
- I ty to mówisz! - zdenerwowa a si  dziewczy-na. - Sam masz ledwo siedemna cie.
- Trzydzie ci cztery - odpar  Lo.
- Siedemna cie!
- Trzydzie ci cztery - upiera  si .
- Dzieci! - westchn  Tan. - Gdy ciebie teraz s u-cham, Lo, wydaje mi si ,  e nasz preparat opó nia tak e rozwój inteligencji... Lo sko czy  trzydzie ci

cztery lata, Lindis.

- No, to w takim razie jest dziadkiem - mrukn

a, bo chcia a,  eby do niej nale

o ostatnie s owo.

- Je li zechcesz znów tu przyj

, serdecznie zapra-szamy - odezwa  si  dowódca przyja nie. - Jeste  m dra, ch tnie dowiedzieliby my si  za twoim

po- rednictwem czego  wi cej o ludziach. Chcia aby ?

- O, tak! - wykrzykn a Lindis z oczami promie-niej cymi szcz

ciem. Do diab a z imprez  u Tone, to by o stokro  ciekawsze! - Jeste cie tacy mili i

wszystko jest tu strasznie ciekawe. Mo ecie mnie pyta , o co chcecie, i bada  mnie, ile chcecie!

Za mia  si .
- Nie b dziemy natarczywi, obiecuj .
Lindis znów mia a wra enie,  e si  wyg upi a.
- Lo odprowadzi ci  przez las. Dalej pójdziesz ju  sama. Do widzenia!
Có  za wspania e s owa!
W lesie by o ju  ca kiem ciemno. Ponad drzewa-mi migota y gwiazdy.
Gwiazdy... Zawsze my la a o nich jak o jasnych punkcikach o  adnych nazwach,  wiate kach wisz -cych gdzie  w przestrzeni. Dopiero teraz

uprzyto-mni a sobie niezwyk

 sytuacji, w jakiej si  zna-laz a. M

czyzna id cy przed ni  pochodzi  gdzie  stamt d, z dalekiej gwiazdy. Procjon... A

szepn

a t  nazw  do siebie.

Dotarli na skraj lasu. Przed nimi rozci ga o si  wrzosowisko sk pane w zimnym blasku ksi

yca. Lo zatrzyma  si  i odwróci  do Lindis.

 si  wzdrygn a.

- Lo! - krzykn a - Twoje oczy  wiec !
- To tylko odbicie ksi

yca - u miechn  si . - Przestraszy

 si ?

Zadr

a.

- Wygl da to troch  niesamowicie...
- Przyzwyczaisz si . Widzisz t  drog ?
Lindis niczego nie dostrzeg a.
- Tam, pomi dzy wzgórkami. Id  tamt dy, b -dziesz szybciej w domu. Pospiesz si , na pewno si  o ciebie niepokoj .
- A niech tam - prychn a gorzko.
- Na pewno! No i... Id  na t  imprez  w pi tek! Za du o przebywasz sama. Ale  ty marzniesz! Chcesz ten szalik?  adnie ci w nim by o.
- Och, dajesz mi go? Dzi ki, Lo! Te  co  ci dam... Zobacz, to moje zdj cie. Zawsze mo esz wzi

 pa-pier do analizy - zako czy a ironicznie.

- Przyjdziesz jutro? - Zerkn  na zdj cie i u miech-n  si . - Dzi kuj !
Ucieszy a si .
- Jutro? Na pewno! Gdzie si  spotkamy?
- Tutaj. To bli ej ni  z pla y.
- Przyjd  od razu po szkole. Gdy s

ce b dzie nad morzem. Dobranoc, Lo! Dzi kuj  za wspania- y wieczór!

- Dobranoc, ma a Lindis!
Znikn  pomi dzy drzewami. Sta a jeszcze i pa-trzy a za Lo. Po prostu sta a i my la a o nim. Wes-tchn a g boko z bezgranicznego szcz

cia.

Jej marzenie o przyjacielu si  spe ni o. I to jak!
Nagle zasmuci a si . Przecie  w ko cu go straci, nale y przecie  dos ownie do innego  wiata...
Niewa ne! Jutro go znów zobaczy! Czy  mo e by  wi ksze szcz

cie?

ROZDZIA  V
Zegar ko cielny wybi  jedenast , gdy Lindis sz a przez ulice z szalikiem powiewaj cym na wietrze. Tak pó no jeszcze nigdy nie by a sama poza

do-mem. Mo liwe,  e macie tam gdzie  w gwiazdach wysoki poziom moralno ci, pomy la a, jednak tu na Ziemi zwabiacie niewinne dziewczyny na
dro-g  pokus. Pomy le , jedenasta w nocy, a ja sobie id ! St umi a triumfalny  miech.

Siedzieli i czekali na ni  wszyscy troje... Ojciec zerwa  si  z fotela i krzykn :
- Gdzie  ty, u diab a, by a o tej porze?! My lisz,  e mo esz robi , co ci si

ywnie podoba? Gdzie by

? Wyt umacz si !

- U przyjaciela - odpowiedzia a Lindis cicho.
- U jakiego znów przyjaciela? U ch opaka?
- Nie, nie u ch opaka. Nie mog am wróci  wcze -niej. Chcieli jeszcze ze mn  rozmawia .
- Chcieli? To by o ich wi cej?
- Tak, by o nas czworo. Zaprosili mnie na owo-ce i orzechy i rozmawiali my o astronomii.
Troch  to g upio zabrzmia o, ale przecie  by o prawd !
- Astronomia do jedenastej w nocy - zadrwi  ojciec. - Nie le, nie ma co. By y was dwie pary, tak? I rozmawiali cie o astronomii? Na pewno zgasili- cie

wiat o,  eby lepiej widzie  gwiazdy, co? - grzmia  dalej. - Czy z tob  musz  by  same awan-tury? Je eli si  w co  zap aczesz, wylecisz z domu!

Rozumiesz?
Nie le by to wygl da o, córka wicedyrektora...
Lindis próbowa a z ca ych si  doszuka  si  mi o- ci za tymi surowymi s owami, tak jak radzi  Lo. Rozumia a,  e ojciec krzycza  na ni , bo si  o ni  ba ,

jednak uwa

a,  e jest niesprawiedliwy.

Matka nie poprawi a jej nastroju. Nakrzycza a za zniszczony sweter. Nosi a w nim kamienie? No i co to za bzdury,  e ona nie chce je

?

Zanim Lindis zdo

a odeprze  atak, matka spy-ta a:

- Co to w ogóle s  za ludzie? Gdzie mieszkaj ?
- Nie znacie ich. Spotka am jednego niedawno, a dzisiaj zaprosili mnie do siebie. Mieszkaj  poza miastem. Jeden jest profesorem, drugi geologiem,

a trzeci... a trzeci to astronom.

- I co, chcieli z tob  rozmawia ? - spyta  ojciec uszczypliwie. - Mamy w to uwierzy ?
- Trzej m

czy ni? - dziwi a si  Karin. - By

 sam na sam z trzema m

czyznami? Masz ty rozum?

- Byli bardzo mili - t umaczy a si  Lindis roz-paczliwie. - Zapewniam was, nic podejrzanego si  nie dzia o.
- No dobrze, ale jak si  oni nazywaj ? - nie pod-dawa a si  matka.
- Geolog nazywa si  Lo. Nazwisk pozosta ych nie pami tam.
- Lo? - spyta  ojciec nieco spokojniej. - Dziw-nie. Jest w ksi

ce telefonicznej?

Lindis nie mog a powstrzyma  u miechu.
- Nie s dz .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Nadal zasypywali j  pytaniami. Stara a si  odpo-wiada  jak najbardziej dyplomatycznie. Jednak cierpliwo

 jej si  sko czy a, gdy Karin pogardli-wie

da a do zrozumienia,  e siostra nie jest ju  pewnie tak niewinna, jak  udaje.

- I ty to mówisz, a sama palisz trawk  za szko ! - wybuchn a.
Zapad a  miertelna cisza.
- Przepraszam - b 
kn a Lindis. - Nie chcia am tego powiedzie .
- Pewnie,  e chcia

! - zapiszcza a Karin. - Tyl-ko  e k ama

!

Lindis westchn a, zm czona.
- Dobra, k ama am.
Rodzice znów rzucili si  na ni  z pretensjami. Jak mog a oskar

 o co  takiego swoj  dwunasto-letni  siostr ! Co jej przysz o do g owy?!

Lindis wiedzia a,  e wi cej uczniów z klasy Ka-rin podpala marihuan , ale by o jej ju  wszystko jedno. Znów zacz li j  pyta  o nowych znajomych.
- Zaprosili mnie na jutrzejsze popo udnie - rzu-ci a Lindis, id c w stron  drzwi. - Ale wróc  wcze- niej. B

 w domu oko o szóstej. Mam im pomóc

sortowa  zebrane kamienie.

Przerwa a nowe upomnienia, zamykaj c drzwi. Zdo

a jeszcze dostrzec, jak rodzice przytulaj  Ka-rin, mówi c uspokajaj co: „Biedne dziecko...”

- Ale  Lindis! - wykrzykn a Kirsten na dziedzi -cu szkolnym. - Po raz pierwszy od dawna widz ,  e masz ze sob  drugie  niadanie!
- Prawid owa obserwacja - u miechn a si  Lin-dis. - Znów zacz am je

.

- Dzi ki Bogu - odetchn o kilka kole anek. - Ba

my si ,  e masz anoreksj  albo co  takiego.

Wi c niepokoi y si  o ni ! Ogarn o j  wzrusze-nie pomieszane z lekkim poczuciem winy. A tak  le o nich my la a!
- O ma o co bym mia a - przyzna a. - Inger - Lise którego  dnia powiedzia a mi co  niemi ego o mo-im wygl dzie i odt d nie chcia am je

. Ale teraz

to si  zmieni o.

- Inger - Lise! - prychn a Anne Sofie. - Wyobra- a sobie,  e jest ósmym cudem  wiata.
- To raczej wynika z niepewno ci - stwierdzi a Tone. - Taki kto  wytyka innym wady, aby same-mu poczu  si  lepiej.
- Ale Lindis nigdy nie by a gruba - zaprotesto-wa a Anne Sofie. - By

 chyba dla niej zbyt dosko-na a. Chcia a ci  jako  pogr

.

- Prawie jej si  to uda o - rzek a Lindis, czuj c, jak po plecach przebiega jej dreszcz.
Popatrzy a zdziwiona po swoich kole ankach. To by y w

ciwie jej przyjació ki, nie traktowa y jej jak k opotliwego dodatku.

Mo e to dlatego,  e sta a si  milsza? W takim ra-zie to zas uga Lo. I lekarza. Obaj pocz stowali j  niez  gar ci  prawdy o niej samej.
Spyta a Marit, co dosta a z klasówki z matema-tyki, pochwali a sweter Solveig, poprosi a Kirsten o rad  w zwi zku z now  p yt ... I tak dalej! Lin-dis

odkry a,  e to wspaniale interesowa  si  inny-mi. Wszystkim sprawia o to mi  niespodziank .

- Przyjdziesz w pi tek, prawda? - upewni a si  Tone szczerze.
Lindis powiedzia a,  e si  postara. Nie wspo-mnia a nic o osobie towarzysz cej, gdy  raczej nie b dzie jej mia a. Mimo to cieszy a si .
Okaza o si ,  e nie zawsze trzeba wystawia  kolce.

Na lekcji norweskiego klas  czeka a niemi a nie-spodzianka.
- Macie dzi  trzygodzinne pisanie wypracowania - zapowiedzia  nauczyciel. - Nie by o zapowiadane, bo trzeba je tak w

nie przeprowadzi . Oto

tematy.
Lindis spojrza a na tablic .  le spa a w nocy, a lek-cje odrobi a wcze nie rano. Bez wi kszego entuzja-zmu przeczyta a: „Dramaty Ibsena i

Bjornsona”, „Je-sienna przechadzka po lesie”, „Sytuacja polityczna w Afryce po udniowej”... Nagle drgn a. „Gwia dzi-ste niebo jesieni ”!

Kilka chwil siedzia a, gryz c o ówek, a  zacz a pisa .

ówek fruwa  po papierze. Wype nia a stron  po stronie wiedz  z lekcji, w asnych lektar, ale przede wszystkim tym, co poprzedniego wieczora

us ysza a od profesora Tana, dowódcy i Lo. Gdy w ko cu spojrza a na zegarek, zorientowa a si ,  e powinna ju  zacz

 przepisywa  na czysto. Prac

ko czy a bez brudnopisu. Ostatnie zdanie dopisa a w ostatniej chwili i odda a wypracowanie, dumna i kompletnie wyczerpana. Nauczyciel z ciekawo ci
zajrza  na pierwsz  stron  i a  uniós  brwi ze zdzi-wienia, gdy zobaczy , który temat wybra a.

Jego zdziwienie zwi kszy o si  jeszcze na widok liczby zapisanych kartek.
Lindis u miechn a si . Nie móg  tego oczekiwa  po najbardziej leniwej uczennicy w klasie...
Panna Lund by a dla niej szczególnie mi a na na-st pnej lekcji mimo nie odrobionej pracy domowej. Ojciec te  lubi  Lisbeth Lund. Stali cz sto razem

na korytarzu, rozmawiaj c. Matka, przeciwnie, nie znosi a jej. Mama chyba nie zna si  na ludziach, po-my la a Lindis.

Od razu po szkole pop dzi a w kierunku uroczy-ska, upewniwszy si  wcze niej, czy na pewno nikt nie widzi, dok d ona zmierza.
Na skraju lasu czeka  na ni  Lo. Jak zwykle na jego widok serce uderzy o Lindis dodatkowo co najmniej pi

 razy. Chyba nigdy si  nie przyzwy-czai

do jego niezwyk ej si y przyci gania.

- Dzi  nie mog  d ugo zosta  - rzuci a g

no. U wiadomi a sobie jednak co  i potem ju  „my la- a” do niego. - Uda o mi si  wczoraj odpowiedzie  na

wszystkie pytania o to, gdzie by am.

-  wietnie - ucieszy  si  Lo.
Wspaniale by o znów „us ysze  jego g os”! By  przy nim blisko, patrze  na niego...
Wyci gn a paczk  z plecaka.
- To dla ciebie - u miechn a si  za enowana. - Kupi am j  za kieszonkowe. Jest po angielsku, wi c powiniene  zrozumie .
Lo rozwin  papier. Ksi

ka traktowa a o mine-ra ach i rodzajach ska , o wieku geologicznym i in-nych niezrozumia ych dla Lindis rzeczach. Kupi a j

na przerwie za pieni dze ze skarbonki.

Lo przewraca  kartki z zainteresowaniem.
- Jest wspania a - rzek  z zachwytem, a Lindis czu a,  e mówi szczerze. - Dok adnie to, czego po-trzebujemy! Nie mogliby my tak po prostu pój

 i

kupi  czego  takiego. Jak mog  si  zrewan owa ? Jeste  bardzo mi a.

Ona? Mi a? Teraz naprawd  poczu a si  za eno-wana.
- Nie chc ,  eby  si  rewan owa  - rzuci a. - To przecie  prezent. Nie znios , je li b dziesz czu ,  e masz jaki  d ug wdzi czno ci w stosunku do

mnie. To ju  lepiej oddaj j  z powrotem.

Ukry  ksi

 za plecami,  miej c si .

- Nie, nie oddam! Jest zbyt cenna. Pod wieloma wzgl dami.
Powsta a sytuacja, w której Lindis nie czu a si  zbyt pewnie, rzuci a wi c niezr cznie:
- B dziemy tu sta  ca y dzie , czy...
- Nie, oczywi cie,  e nie. Idziemy? Bardzo bym chcia  ci  zbada , je li pozwolisz.
- Królik do wiadczalny? Dobra, pewnie. O ile nie b dzie bola o, znios  wszystko.
Obieca ,  e nie b dzie bola o.
W „salonie” przywitali j  Tan i dowódca, który wreszcie si  przedstawi . Mia  na imi  Ari. Lo po-kaza  im ksi

. Dos ownie si  na ni  rzucili, czym

niezwykle uradowali Lindis. A wi c wybra am w a- ciwy prezent, pomy la a z dum .

Lo zaprowadzi  j  do s siedniego pokoju pe ne-go ró nych aparatów i instrumentów. Wygl da to ciut niebezpiecznie, pomy la a.
- Po

 si  na tej wysokiej  awce - poleci  i znik-n  za drzwiami.

Pos ucha a go i le

a spokojnie, czekaj c. Wróci  przebrany w bia e spodnie i koszulk  z krótkimi r kawami. Wiedzia a,  e nie wypada ga-pi  si  na

czyzn, ale nie mog a oderwa  oczu od jego ramion. Ramiona s  naj adniejsz  cz

ci  cia a m

czyzny, pomy la a. Kiedy si  odwróci , zmieni a

zdanie na korzy

 pleców. A kiedy usiad  ko o niej na  awce, by a ju  ca kiem zdezoriento-wana, bo teraz naj adniejsza wyda a jej si  jego twarz.

Westchn a. Bycia tak doskona ym nale a- oby zabroni ...

Otuli  j  du ym, ci

kim kocem.

- Nie bój si  - us ysza a jego my li. - To nie jest niebezpieczne.
Do koca pod czy  jakie  przewody i przekr ci  wy cznik na tablicy rozdzielczej. Lindis poczu a, jak-by koc otuli  j  mocno, nie by o to jednak przykre.
- Mo esz tak pole

 przez kilka minut? - spy-ta . - Mo emy porozmawia , je li chcesz.

- Tak, mam par  pyta . Jak to jest,  e ty czytasz moje my li, a ja dostaj

adnie okrojon  wersj  twoich?

- To proste. Dysponujemy wysoko rozwini -tym zmys em telepatii. Mo emy zarówno nada-wa , jak i odbiera . Poza tym kontrolujemy to, co

wysy amy. To tak, jak u was z mow . Nie wysy a-my innych my li ni  te, które chcemy. Ty nie masz takiej kontroli. Dlatego widz  wszystkie twoje my li i
musz  przyzna ,  e s  czasem mocno po-pl tane...

- Uff, chyba tak - westchn a Lindis. - Mo e bym i wola a,  eby  nie by  a  tak przenikliwy.
Lo u miechn  si  przelotnie.
- My la em du o o tobie i twoich problemach, Lindis. Chyba wiem, co mog oby ci pomóc. Zda-rza si  u was,  e osoby s abo widz ce lub s ysz ce

dostaj  specjalne aparaty?

- Tak - pokiwa a g ow . - Okulary i tym podob-ne.
- No w

nie. Je li u nas czyj  zmys  telepatycz-ny ulega przyt pieniu, ten kto  dostaje pewien apa-rat. Umieszcza si  go za uchem. Oto on. Na ile

zrozumia em, nie masz harmonijnych kontaktów z otoczeniem.

- Raczej nie. Ale to si  poprawia. Szybko.
- Nie wierzysz ludziom, masz z góry ustalone s -dy na ich temat. Czy chcesz po yczy  ten aparat na jeden dzie ? Chcesz czyta  my li innych?
- Ojej! - Lindis by a zachwycona i przera ona jednocze nie. - Oczywi cie,  e chc !
- My

,  e ci pomo e. Nie mo esz go jednak nadu ywa , to mo e by  niebezpieczne. No i nikt nie mo e go zobaczy !

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- No tak, to zrozumia e. A do czego jest ten ma- y prze cznik?
- Ten? Poczekaj, uwolni  ci  z tych okowów. No, teraz lepiej, prawda? Zbadane zosta o twoje serce, p uca i inne organy. Teraz to si  wydrukuje, a

potem wszystko przeanalizujemy. A wi c ten prze cznik jest po to, by móc wej

 g biej w psy-chik  danej osoby. Mówi em kiedy ,  e s owa, my- li i

charakter to trzy ró ne rzeczy. Ju  ci t umacz , jak to wygl da. Oto rozmawiasz z jakim  cz owie-kiem. Mówi ci przykre s owa. Czytasz jego my li.
Widzisz,  e boli go co 
, czego nie wyra a s owami. Przekr casz prze cznik. Wchodzisz wtedy pod zwyk e my li i widzisz to, czego ten cz owiek mo- e
sam nie by

wiadomy. Widzisz,  e on ci  kocha, mo e ma wyrzuty sumienia w stosunku do ciebie i dlatego, broni c si  przed tym, jest na ciebie z y.

Czy to mo e brzmi zbyt skomplikowanie?

- Nie - Lindis usiad a. - My lisz o moich rodzicach?
- Nie znam ich - powiedzia  Lo wymijaj co - ale s dz ,  e mog  tak my le . Czy z twojej strony to nie wygl da tak samo? Wewn trz siebie ich lubisz,

a na zewn trz jeste  niemi a?

- Tak, zgadza si ... czasami bywam bardzo nie-mi a.
- Jeste  po prostu samotna i nieszcz

liwa. Mu-sisz znale

 kogo , kogo polubisz.

Odwróci a g ow , aby nie zauwa

ez, ale on odwróci  j  z powrotem. Zacisn a mocno oczy.

Po chwili odezwa  si :
- I to ja, pewny siebie idiota, mówi  o pomocy!
Wreszcie odwa

a si  na niego spojrze . Nadal sta  i patrzy  na ni . Pokr ci  g ow .

-  aden ze mnie dobry przyjaciel, Lindis. Je li powiem,  e nie chcia em ci  zawie

, nie uwierzysz mi chyba?

- Uwierz  - przyzna a s abo. - Chyba... u

 niew

ciwych s ów.

Pokiwa  g ow .
- Na pewno. Ale wracaj c do prze cznika... przekr caj go jak najrzadziej! Najlepiej b dzie dla ciebie, je li nie poznasz najg bszych pok adów

du-szy innego cz owieka. Po

 si  jeszcze, pobior  próbki krwi. Musimy ci  wykorzysta , Ziemianko, skoro ju  tu jeste !

Znów poczu a do niego zaufanie.
- Dotar

 do mojego wn trza?

- Tak. Wtedy, gdy si  spotkali my. Wymaga to od nas wielkiej koncentracji i jest m cz ce.
- Rzeczywi cie, pami tam co  takiego. I wtedy, w lesie, przy spotkaniu z pozosta ymi. No i co zna-laz

?

- Nie, tego nie powiem. Mog oby to dla ciebie okaza  si  ci

arem ponad si y.

- By o a  tak  le?
- Ma a, gdyby by o  le, nie zaprosiliby my ci  tu-taj. Nie rozumiesz,  e nawet  wiadomo

 tego,  e jeste  dobrym cz owiekiem, mo e sta  si

ci

arem? No niech ci b dzie, jeste  w porz dku. Przera aj -co niedojrza a i niezadowolona z siebie samej, ale absolutnie „czysta”.

- A ty sam? Czy kiedykolwiek przesta

 kontro-lowa  w asne my li?

- Tak, raz. Wtedy, gdy ucieka

 ode mnie i chcia- em ci  powstrzyma .

- W takim razie masz wspania  dusz  - powie-dzia a Lindis cicho.
- Ju  nie - odrzek  Lo poirytowany. - Zachowa- em si  jak g upiec i o ma o nie zniszczy em pi knej przyja ni tylko dlatego,  e chcia em by

szlachetny.  aden ze mnie rycerz - zako czy , podci gaj c r -kaw jej swetra.

- U nas pobiera si  krew ze zgi cia r ki - mruk-n a.
Cz sto zapomina a si  i mówi a na g os. Nie mog a si  przyzwyczai ,  e Lo rozumia  jej my li lepiej ni  s owa.
Wk

 co  ostrego w jej rami . Odwróci a wzrok, póki nie wyj  tej ig y czy czego . Pobra  kilka próbek. Le

a spokojnie i patrzy a na jego

fascynuj -c  twarz, zagadkowe oczy i usta.

Ciekawe, jakby to by o, gdyby on mnie poca owa , pomy la a w roztargnieniu. W tym momencie on spoj-rza  na ni  pytaj co, u miechn  si  i pokr ci

ow .

Lindis spiek a raka.
- No, to wszystko - rzuci . - Dzi kuj ! By

 dzielna.

Nie mog a wydusi  z siebie ani s owa. Wsta a i obci gn a r kawy swetra.
- Pójdziemy do nich? - spyta .
Skin a g ow , nadal umieraj c ze wstydu.
Zaprosili j  na obiad z

ony ze wspania ych, nieznanych da , które jej bardzo smakowa y. Po-czu a,  e strasznie chcia aby zaprosi  ich do domu,

ale wtedy podzi kowali jej uprzejmie, gdy  oczy-wi cie odczytali jej my li.

Nast pnie znów zadawali Lindis mnóstwo py-ta  na wszelkie tematy dotycz ce  ycia ludzi, a ona odpowiada a najlepiej, jak umia a.
Tym razem to nie Lo odprowadzi  j  przez las, lecz Ari. Lindis by a zawiedziona, lecz stara a si  to ukry . Na ile jej si  to uda o, nie wiedzia a. Gdy si

egnali, m

czyzna spojrza  na ni  powa nie.

- Postarasz si  przebywa  jak najcz

ciej ze swy-mi kolegami, Lindis? - spyta .

Nie zrozumia a.
- Dlaczego?
- By oby dla ciebie dobrze, gdyby  si  zakocha- a w którym  z nich.
Teraz ju  nic nie rozumia a.
- Ale ci ch opcy... s  beznadziejni. Nie mo na z nimi o niczym porozmawia !
Ari skrzywi  si .
- W

nie tego si  ba em. To zmierza w z ym kie-runku. B

 ostro na, Lindis! Bardzo ci  cenimy wszyscy trzej, by

 dla nas prawdziw  pomoc , i

dla-tego nie chcemy,  eby  cierpia a. Nie mo emy z cie-bie zrezygnowa , bo ci  nadal potrzebujemy, poza tym ci  lubimy. Czy by  tego nie rozumia a?
Jeste  przecie  taka wra liwa. Rozstanie mo e okaza  si  bardzo bolesne, je li nie opami tasz si  w por . Po-staraj si  rozejrze  wokó  siebie, mo e
znajdziesz ja-kiego  sensownego ch opaka... To moja rada. Pocie-sza nas fakt,  e jeste  m oda i  e szybko zapomnisz. Poza tym ma o ostatnio spa

.

Postaraj si  wypocz

 przez kilka dni, potem zobaczymy.

Chcia a zaprotestowa , ale zmieszana zgodzi a si  i po egna a.
Ale  jej nagada ! Tego wieczoru on i Lo tyle mówili o tych idealnych ch opakach dla niej.
Lindis przeszed  dreszcz. Mo e to by o przeczu-cie? Przeczucie przysz ego bólu...
ROZDZIA  VI
Lindis przygl da a si  ukradkiem siedz cym przy stole, poch oni tym rozmow  kole ankom.

ród nich najbardziej ma omówna by a Solveig, która dzisiaj wygl da a na zmartwion . Nie-korzystne wra enie pog bia  dodatkowo jej

niee-fektowny wygl d; ta drobna, niska dziewczyna mia a na sobie obszern  puchow  kurtk , jakby zdj

 ze starszego brata. Kurtka by a mocno

wy-gnieciona, bo, jak oznajmi a jej w

cicielka, „do-piero co wysz a z prania”. Rzeczywi cie, na ramio-nach wida  jeszcze by o  lady po spinaczach do

bielizny. Nagle Lindis zrobi o si

al Solveig, która siedzia a teraz ze spuszczon  g ow  i przypomina- a zranione, porzucone przez rodziców piskl .

Lindis nie mia a dot d okazji wypróbowa , jak dzia a magiczne urz dzenie, które po yczy  jej Lo. W domu rodzice na pewno nie pochwaliliby takiej

zabawy. Teraz si gn a do kieszeni. To dopiero by- aby frajda, gdyby mog a pozna  najskrytsze my li i pragnienia kole anek!

Przez nikogo nie zauwa ona, Lindis wymkn a si  z pokoju i znikn a za drzwiami  azienki. Dr

-cymi r koma umocowa a male ki aparacik za lewym

uchem, przys oni a go lu no opadaj cymi na ramiona w osami, po czym, jak gdyby nigdy nic, wróci a do towarzystwa. Serce wali o jej niczym ko-walski

ot.  eby tylko nikt nie zauwa

 niczego podejrzanego...

By a tak podniecona,  e z pocz tku nie mog a wy owi

adnych g osów. Czy zdo a pozna  taje-mnice kole anek, skoro sama nie mo e poradzi

sobie z w asnymi problemami? Po chwili jednak co  zwróci o jej uwag . Stopniowo zacz a rozró -nia  zdania, które nigdy nie zosta y wypowiedzia-ne
na g os. By y to rozmowy, o których nikt nie mia  si  dowiedzie , rozmowy, które dziewcz ta prowadzi y same z sob . Pocz tkowo Lindis nie potrafi a
oddzieli  poszczególnych wypowiedzi, my la a nawet,  e powinna da  sobie spokój z t  w tpliw  zabaw . Wkrótce zrozumia a, co nale y robi ; po
prostu musi skoncentrowa  si  na obser-wacji tylko jednej z dziewcz t.

Najpierw zaj a si  Marit, atrakcyjn  dziewczy-n  i zarazem najzdolniejsz  uczennic  w klasie, która zawsze niezwykle jej imponowa a.
Wybór okaza  si  strza em w dziesi tk . Lindis obj a g ow  d

mi, by g os z ma ego aparatu by  wyra niejszy. Serce dziewczyny nadal bi o jak

sza-lone. Mimo  e Marit od czasu do czasu w cza a si  do o ywionej dyskusji, Lindis s ysza a, o czym roz-my la jej kole anka w skryto ci ducha.

„Chyba pocz stuj  si  ciastkiem, wygl da tak ape-tycznie. Za to jutro do wieczora nic nie wezm  do ust; u Tone musz  wygl da  wystrza owo.  eby

tyl-ko nie sko czy o si  tak, jak w przypadku Lindis. Ona wyra nie przesadzi a, cho  przestrzegano j ,  e nadmierne odchudzanie jest niebezpieczne
dla zdrowia. Jednak mnie to chyba nie grozi, przez je-den dzie  nie zd

 ani uty , ani specjalnie straci  na wadze. Ach, wezm  kawa eczek. Dlaczego

mia- abym sobie wszystkiego odmawia ? Zas

am na odrobin  s odyczy. Ojej, co za ulga! Lindis znowu mi si  podejrzliwie przygl da. Ciekawe, o

czym te-raz my li? Kto wie, mo e snuje marzenia o króle-wiczu z bajki, a tymczasem królewicza ani  ladu? Dziwna z niej dziewczyna. Chodzi i szuka
jakiego  geologa. Pewnie pozna a kogo  i zaraz si  zakocha- a, a jej wybranek znikn  bez  ladu. Ostatnio Lin-dis bardzo wydoro la a. Mo e w

nie

ten geolog tak na ni  wp yn , o ile nie jest wytworem jej wy-obra ni. Wcale bym si  nie zdziwi a, gdyby to by- a prawda. Biedna dziewczyna, w domu

opoty, poza domem te ... Ojej, wcale nie mam ch ci na to jutrzejsze wyj cie, chocia  co ja mówi ? Przecie  b dzie tam Dagfinn. Dobrze,  e nikt nie

wie, jak bardzo jestem w nim zakochana. I nigdy si  nie do-wiedz . Inteligentna Marit nie pozwoli sobie na ta-k  s abo

. Niech my

,  e on mnie

wcale nie in-teresuje. Kto wie, mo e nawet dziewczyny by mnie wy mia y? Na przyk ad taka Tone? Uwa a,  e po-zjada a wszystkie rozumy.
Nienawidz  jej. Cieka-we, czemu Lindis ma tak  tajemnicz  min ...”

Lindis prze ywa a rozterk . Z jednej strony nie mia a ochoty odkrywa  kolejnych tajemnic Marit, kr powa o j  to i odczuwa a wyrzuty sumienia, z

drugiej jednak korci o j , by przyjrze  si  pozo-sta ym dziewcz tom.

Po chwili w male kiej s uchawce us ysza a g os drugiej kole anki, Anne Sofie. Gdy do Lindis do-tar y my li dziewczyny, o ma o si  nie zdradzi a.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

„Panie Bo e, zachowaj mnie w swojej opiece! To nie mo e by  prawda! Ju  siedem dni po terminie! Sko czy am przecie  dopiero siedemna cie lat!

Co ja zrobi , co powie mama, przecie  ona wyrzuci mnie z domu! Taki wstyd! Jak to si  mog o sta , skoro sp dzi am z Tomem tylko ten jeden jedyny
wieczór! Mate 
ko Przenaj wi tsza, b agam, wys u-chaj moich pró b!”

Lindis przestraszy a si  nie na  arty, kiedy zro-zumia a, jakie problemy ma kole anka. Ogarn y j  w tpliwo ci. Cho  z ca ego serca pragn a pomóc

Anne Sofie, nie wiedzia a, w jaki sposób mog aby to uczyni .

Rozmy lania przerwa  Lindis s odki jak miód g os. To Solveig zwróci a si  do niej z pytaniem:
- Lindis, czy odrobi

 ju  angielski?

- Jeszcze nie ca kiem - odpowiedzia a spokojnie Lindis. Zaraz potem przenios a swoj  uwag  na no-w  „rozmówczyni ”.
„Lindis wcale mnie nie lubi”, my la a wojowni-czo Solveig. „To dlatego,  e tak wy adnia a i uwa a si  za cudo. W

ciwie to ona wcale nie jest taka

ad-na. O mnie nikt si  nie martwi, w ogóle ich nie obchodz . Gdybym tylko mia a przyjació

! Najle-piej Tone, bo jej wszystkie nadskakuj . Anne So-fie

w g owie tylko ch opaki i nikogo poza nimi nie potrzebuje, za to Marit jest przebieg a i zarozumia- a. Kirsten te  jest zimna jak lód i nigdy si  nie odzywa,
tylko mierzy wszystkich ponurym, podejrzliwym wzrokiem. Z ni  w ogóle nie chcia- abym si  przyja ni , na pewno nie jest szczera. Lindis z kolei
wiecznie opowiada te swoje niestwo-rzone historie. Ona te  nie ma  adnej przyjació ki. Ciekawe dlaczego? Ostatnio bardzo si  zmieni a. Wszystkie i tak
my

 tylko o sobie. Wcale im na mnie nie zale y. A ja przecie  tak si  staram, tak bardzo chcia abym by  z nimi bli ej! A zreszt , czy to warto? Niech

sobie id  do diab a!”

Lindis poczu a niesmak. Nie mog a si  nadziwi ,  e Lo okaza  si  takim znawc  ludzkich dusz. Jej niech

 do magicznego urz dzenia z ka

 chwil

ros a, jednak korci o j , by pozna  tak e najskryt-sze my li Kirsten.

Tym razem jednak nie wszystko posz o tak g ad-ko. Lindis nadstawi a uszu, ale dociera y do niej je-dynie bardzo niewyra ne, chaotyczne fragmenty

zda , których nie mog a po czy  w sensown  ca-

. Z trudem odgadywa a, o czym w danej chwi-li my li Kirsten.

„Ciekawe, czemu Lindis si  tak na mnie gapi? Let me know..., jak to sz o dalej? Jutro na pewno wy-gram, ale ani s owa nikomu. O matko, ale ta Marit

si  opycha! Nied ugo b dzie gruba jak s

. Przyjecha  jaki  samochód. Ju  pó no, musz  i

. Lubi  Lisbeth Lund. Ojciec Lindis to przystojny facet.

Ja-ka ta Tone g upia...”

Lindis ogarnia o coraz wi ksze zdumienie. Nie s dzi a,  e Kirsten jest tak  prost  dziewczyn . Jej jedyn  broni  okaza o si  milczenie. Stanowi o, jak

wida , skuteczniejsz  metod  ni  ta, któr  stoso-wa a Solveig. Chc c przypodoba  si  kole ankom, robi a wszystko, co jej kaza y. Niestety starania
Solveig przynosi y odwrotny efekt: zamiast okazy-wa  przyja

, kole anki coraz bardziej by y Solveig niech tne.

Pozosta a jeszcze Tone. Tak naprawd  Lindis nie zna a jej zbyt dobrze. Mimo  e chodzi y do jednej klasy, rozmawia y tylko przelotnie, i to zawsze na

ahe tematy. To jedyna okazja, by pozna  j  bli ej.

„Co one si  tak uczepi y Lindis, ci gle tylko o niej mówi . Ale ja jej jeszcze poka

! Niech no tylko spo-tkam tego geologa, o którego niedawno

pyta a. Ju  ja jej wtedy dopiek ! Powiem jej, co my

 o romansie jej ojca! Dojrza y m

czyzna, a  adny przyk ad daje m odym! Z tym geologiem to te

na pewno bujda. Mo e powiedzie  dziewczynom? Nie, na razie je-szcze poczekam. Swoj  drog , Lindis wy adnia a i ma  adny szalik. Do twarzy jej w

kicie. Musz  ko-niecznie mie  taki sam. Ciekawe, gdzie go kupi a?”

Lindis u miechn a si  pod nosem. Si gn a dys-kretnie za ucho, by wyciszy  aparat, ale jej my li nadal b dzi y wokó  Tone, Anne Sofie i Marit.

Mia- a wyrzuty sumienia,  e odkrywa najskrytsze tajemnice kole anek. Jednocze nie dowiedzia a si ,  e wszystkie te dziewcz ta s  w rzeczywisto ci
zupe -nie zwyczajnymi nastolatkami, ani lepszymi, ani te  gorszymi od niej samej. I  adnej z nich nie jest obca samotno

. By a te  zawiedziona, bo

zda a so-bie spraw ,  e  adna z dziewcz t nie jest tak na-prawd  sob ,  e staraj  si  udawa  kogo  innego.

Lindis przypomnia a sobie teraz, jak bezpiecznie czuje si  w towarzystwie Lo, jak jej przy nim do-brze. To wielkie szcz

cie,  e mo e mie  takiego

przyjaciela.
„Dziewczyny mi nadskakuj , ale w gruncie rze-czy to si  mnie boj ”, my la a dalej Tone. „S dz ,  e tak naprawd  wcale mnie nie lubi . Mog abym

okazywa  im wi cej serdeczno ci, ale odczyta yby to jako oznak  s abo ci. Na my l o tym,  e zosta-n  sama jak palec, chce mi si  po prostu p aka ...

Lindis wyczu a w my lach Tone wyra ny l k przed samotno ci , taki sam zreszt  jak i u innych dziewcz t. Teraz, gdy ju  wiedzia a, co naprawd  o

niej s dz , kamie  spad  jej z serca. Nieoczeki-wanie uzna a,  e mo e kiedy  b dzie im jednak po-trzebna.

- No nie, dziewczyny, lekcje! Jeste my spó nio-ne! - krzykn a przera ona Marit.
Kole anki poderwa y si  w mgnieniu oka i wy-bieg y z pokoju. Lindis chwyci a w po piechu tecz-k  z ksi

kami i pop dzi a za nimi, zapominaj c o

urz dzeniu do odczytywania ludzkich my li, które nadal tkwi o za uchem.

Na szkolnym korytarzu wpad a prosto na pann  Lund.
- Witaj, Lindis, jak si  masz? - zagadn a s odko nauczycielka.
- Dzie  dobry pani. Spiesz  si  na zaj cia, ju  je-stem spó niona.
Nagle Lindis zamar a, bo dosz y do jej uszu s o-wa, które w duchu wypowiada a panna Lund.

e te  musz  si  tak krygowa  przy tej smarkuli! Ale co zrobi , chc  j  sobie zjedna , chc ,  eby mnie polubi a. Teraz, gdy ju  owin am Ernsta

wokó  pal-ca, reszta powinna pój

 g adko. Jego  ona wkrótce spakuje manatki. Skoro Ernst koniecznie chce za-trzyma  jedn  z córek, niech b dzie

ni  Lindis, bo ona przynajmniej darzy mnie sympati . Wprawdzie przechodzi trudny okres i mo e si  troch  buntowa , ale ju  ja j  sobie wychowam, jak
nale y”.

Lindis gwa townie skr ci a za róg. Wielkie nieba! Co to wszystko ma znaczy , co si  tu dzieje? Oj-ciec i panna Lisbeth Lund razem? Nie, to

niemo -liwe! Nie wolno na to pozwoli !

A jeszcze nie tak dawno wyobra

a sobie,  e panna Lisbeth Lund jest jej matk ! Teraz nawet nie chcia a dopu ci  do siebie takiej my li. Jak nigdy

przedtem poczu a g bok  solidarno

 z macoch  i z ca ego serca zapragn a jej pomóc.

Na korytarzu po raz drugi zad wi cza  dzwonek na lekcje, jednak Lindis by a tak oszo omiona,  e nie mog a zrobi  kroku. Przez nikogo nie

zauwa o-na, wsun a si  ukradkiem do pustej o tej porze auli i przycupn a pod  cian . Dopiero teraz poj a, dlaczego rodzice wci

 si  ze sob

sprzeczaj , dla-czego sprzeczki ko cz  si  p aczem matki, a kole- anki czyni  niedwuznaczne uwagi.

Lindis nie mia a poj cia, jak powinna zachowa  si  w takiej sytuacji.
- Lo, Lo, gdzie jeste , przyjacielu... - chlipn a ci-chutko.
- Co si  sta o, Lindis?
Drgn a. By a pewna,  e s yszy g os Lo, ale ni-kogo w pobli u nie zauwa

a.

- Masz przy sobie aparat, a poza tym wo

 mnie. Wi c jestem.

- Czy to naprawd  ty? Zosta  ze mn  przez chwil , nie odchod , prosz . Gdzie ty si  podziewasz?
- Jestem u siebie, w bazie. To miejsce wy, lu-dzie, nazywacie statkiem kosmicznym albo lataj -cym talerzem. Widz ,  e z twoj  form  dzi  nie
najlepiej?
Lindis zacisn a bezradnie pi

ci.

- Nie wiem, co powinnam zrobi . Ojciec ma no-w  przyjació

, pann  Lund...

- Wiem o tym. Domy li em si  od razu, gdy mi o nich opowiada

.

- Czy s dzisz,  e mog  jako  pomóc mamie?
- Raczej nie. Lepiej nie mieszaj si  do tych spraw. Mama musi to rozwi za  sama.
- Ale przecie ...
- Dobrze ci radz . Zreszt  spróbuj  nad tym pomy le . A co poza tym u ciebie? Jak ci si  podoba mój aparat?
- To... wcale nie takie przyjemne, jak s dzi am...
- Naprawd ?
Lindis wydawa o si  teraz,  e s yszy Lo tak, jak-by znajdowa  si  tu  obok. A jednak nie zwraca  si  do niej s owami, tylko przesy

 jej swoje my li.

Mi-mo to Lindis nie mog a powstrzyma  si , by nie po-prawi  w osów czy wyg adzi  r

 zmi tej bluzki. Pragn a podoba  si  Lo. Z udzenie,  e

przyjaciel jest w pobli u, dodawa o jej otuchy.

- Mo e troch  przesadzi am. Wypróbowa am go na moich kole ankach z klasy. Nie mia am poj cia,  e ka da z nich odczuwa samotno

 i tak bardzo

skni za bratni  dusz . Do tej pory uwa

am,  e tylko ja jestem biedna, nieszcz

liwa i opuszczona. Tymczasem inne dziewczyny s  tak samo

zagubio-ne jak ja. Czy to normalne, Lo, czy wszyscy ludzie czuj  podobnie?

- O, tak, zw aszcza gdy maj  po osiemna cie lat.
Kontakt my lowy z przyjacielem poprawi  samo-poczucie Lindis.
- Wiesz, twój aparat ma jedn  wielk  zalet . Mo-g  rozmawia  z tob  do woli, nawet gdy znajdujesz si  daleko st d. Dzi ki temu ma emu

przedmioto-wi ju  nie czuj  si  samotna. Wiem,  e jeste  bli-sko. Inne kole anki nie maj  tak wspania ego przy-jaciela.

Tym razem Lindis nie odebra a kolejnych sygna- ów od Lo.
- Lo, jeste  tu? Wcale ci  nie s ysz , Lo! - prze-straszy a si  nagle dziewczyna.
Po chwili nadesz a odpowied :
- Jestem, Lindis.
- O, jak si  ciesz . Ba am si ,  e kontakt zosta  przerwany.
Lindis us ysza a delikatny  miech przyjaciela.
- Czy wypróbowa

 ju  mój aparat na rodzi-cach i siostrze? - spyta  nagle Lo.

- Jeszcze nie... jako  nie mog  si  przemóc.
- A to szkoda. Przecie  w

nie po to ci go po y-czy em.

- Wiem, ale co  mnie powstrzymuje. Mo e jed-nak dam sobie z tym spokój. A je li si  oka e,  e ich naprawd  nic a nic nie obchodz ? Je li mój dom

jest zimny i pozbawiony serdeczno ci? Nie prze y- abym tego. Wol

 w przekonaniu,  e rodzice cho  troch  troszcz  si  o mnie. Wspomina am ci o

pannie Lund, prawda? A pomy le ,  e naprawd  j  lubi am! Odnosi am wra enie,  e chocia  ona mnie rozumie. Tymczasem by a to jedynie bardzo

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

zr czna gra.
- No dobrze, jak chcesz. A teraz zajmijmy si 
 czym  przyjemniejszym. Mieli my wszyscy na-dziej ,  e nas wezwiesz. Brakowa o nam ciebie.
W jednej chwili Lindis poczu 
a,  e robi jej si  ciep o na sercu. Nagle dzie  wyda  si  pi kniejszy, a s

ce ja niej za wieci o, oblewaj c korony drzew

ocistym blaskiem.

- Naprawd ? A ja my la am,  e Ari mnie nie lubi...
- Ari chce jedynie twojego dobra, uwierz mi. Dla-tego chcia bym ci  o co  poprosi . Czy mo esz si  ze mn  spotka  po zmroku?
- Pewnie,  e mog  - rzuci a bez zastanowienia Lindis.
-  wietnie. B dziesz mia a okazj  prze

 co  niepowtarzalnego. Co , czego dot d nie do wiad-czy a  adna ludzka istota.

- O czym my lisz, Lo?
- Troch  cierpliwo ci, dziewczyno. Niczego si  nie bój, mo esz na nas polega . Nic z ego ci si  nie stanie.
- W porz dku, tylko  e nie mog  zosta  d ugo.
Lo milcza  przez chwil .
- Dasz rad  wymkn

 si  z domu nie zauwa ona?

- Nie wiem, postaram si . Rodzice na ogó  zja-wiaj  si  pó no i zaraz k ad  si  spa .
- Musisz jednak wiedzie ,  e chc  zabra  ci  na dalsz  wypraw . Potrwa to pewnie pó  nocy, a mo- e i d

ej - wyja ni  Lo.

- Naprawd ? Na szcz

cie jutro nie b

 musia- a zrywa  si  tak rano do szko y. Id  dopiero na trzeci  lekcj . Jako  sobie poradz . Ale wola abym

wiedzie , co mnie czeka?

- Chc  ci  pozna  nasi naukowcy pracuj cy w przestrzeni kosmicznej - rzek  z wahaniem Lo.
- Z przestrzeni kosmicznej? Przecie  mówi

...

- Nasz ma y  ataj cy talerz to tylko jeden z bar-dzo wielu obiektów uczestnicz cych w badaniach kosmosu. Poza ziemsk  atmosfer  znajduj  si

niezmierzone przestrzenie i one tak e interesuj  na-szych badaczy. Nie wyobra asz sobie chyba,  e zdo aliby my wróci  na nasz  odleg  o lata

wiet-lne planet  tym male kim pojazdem?

- To nie do wiary! Naprawd  nie wiem, co o tym wszystkim my le . Mimo to jestem gotowa na to spotkanie - o wiadczy a z powag  w g osie Lindis,

po czym doda a ciszej: - Lo?

- S ucham ci , przyjació ko?
Dziewczyna, wyra nie zawstydzona, rzek a:
- Wiesz, dzisiaj s  moje osiemnaste urodziny i chcia abym,  eby

yczy  mi wszystkiego najlep-szego. Tylko nie mów,  e wygl dam dziecinnie.

Naprawd , wiele si  ostatnio nauczy am.

Lo roze mia  si  serdecznie i odpar :
- Ale , Lindis, nic takiego nie mia em na my li. Jeste  naprawd  wspania , m dr  dziewczyn . Mam nadziej ,  e ten nadchodz cy rok b dzie dla

ciebie wyj tkowo szcz

liwy. Trzymam kciuki za twoje powodzenie.

- W ka dym razie zaczn  go wystrza owo, praw-da? Skoro czeka mnie podró  w kosmiczne prze-stworza! - zauwa

a rozbawiona.

Po chwili jednak poczu a na plecach dreszcz strachu.
- Widz ,  e mimo wszystko troch  si  boisz. Pa-mi taj,  e ca y czas b

 nad tob  czuwa  - pocie-sza  Lo. - Przy mnie nic ci nie grozi. Chyba  e nie

masz ochoty na t  wypraw ? Nie chcia bym ci  zmusza .

- Ale  sk d! Jestem do waszej dyspozycji - od-par a nieco zawstydzona Lindis. - Z tob  jestem go-towa wybra  si  na kraj  wiata, je li zajdzie taka
ko-nieczno

.

Te s owa Lindis tak rozbawi y Lo,  e d ugo nie móg  opanowa

miechu.

- To ci si  uda o. W

nie polecimy a  poza kraj  wiata!

- Masz racj . No, ale teraz ju  czas na mnie, zw aszcza  e kto  nadchodzi. B

 czeka a pod la-sem tu  po zmroku.

-  wietnie. I pami taj, nie ma si  czego ba ! Ubierz si  ciep o, we  sweter i d ugie spodnie,  eby  nie zmarz a.
Do auli zajrza a Tone. Kiedy zobaczy a siedz

 w kucki przy  cianie kole ank , wykrzykn a:

- Lindis, tu ci  mam! Co ci jest? Panna Lund po-wiedzia a,  e  le si  czujesz.
- Nie, wszystko w porz dku. Tone, czy

wiat nie jest pi kny?

Zaskoczona Tone zmierzy a kole ank  zimnym spojrzeniem.
- Czy  ty zwariowa a, Lindis?
- Tone, dzisiaj wieczorem wybieram si  w pod-ró , w niesamowit  podró !
Tone z politowaniem pokiwa a g ow  i wysz a z auli, pozostawiaj c Lindis z g ow  w chmurach.
ROZDZIA  VII
Gdy Lindis pojawi a si  w domu,  adnego z ro-dziców nie zasta a. Nie by o te  Karin. Korzystaj c z tego, bez namys u zabra a si  do pracy. Najpierw

przystawi a pod swoje okno drabin , nast pnie na-oliwi a wszystkie zamki i dok adnie sprawdzi a, które deski w pod odze skrzypi . Od czasu do cza-su

miecha a si  do siebie, rozmarzona.

Potem postanowi a chwil  si  zdrzemn

. Sen na pewno jej si  przyda.

Popo udnie sp dzi a z rodzicami i siostr  przy skromnym urodzinowym pocz stunku. W czasie kolacji ostentacyjnie ziewa a, udaj c bardzo
zm -czon .
Znalaz szy si  wreszcie w swoim pokoju, od ra-zu zacz a przygotowania do nocnej eskapady. Wydoby a z szafy gruby, bia y golf i z niema ym

trudem wci gn a go przez g ow . Potem poprawi- a w osy i korzystaj c z drabiny, cichutko wysun

a si  przez okno na podwórko. Gdy znalaz a si  na

dole, pofrun a jak na skrzyd ach w stron  lasu i po kilku minutach ponownie wita a si  z Lo.

By a ogromnie uradowana,  e znowu go widzi.
- Zwracam twój aparat, Lo. Dzi kuj  - powiedzia a, podaj c przyjacielowi magiczne urz dzenie.
Lo schowa  je do kieszeni, po czym podniós  wzrok w niebo i z u miechem zapyta :
- No i jak, boisz si ?
Lindis skin a lekko g ow .
Lo uj  dziewczyn  za r

 i poprowadzi  drog  w g b lasu. Cho  zna a t  okolic , za  adne skar-by nie wypu ci aby teraz d oni przyjaciela. Lo

do-skonale zdawa  sobie z tego spraw  i nie mia  za-miaru zostawia  jej samej w le nym g szczu.

Gdy uszli ju  spory odcinek, Lindis us ysza a ci-chy warkot. W miar  jak las si  przerzedza , war-kot stawa  si  coraz g

niejszy.

Na koniec stan li na przestronnej polanie, a oczom Lindis ukaza  si  ogromnych rozmiarów pojazd w kszta cie talerza. Mimo  e Lindis by a ju  raz na

pok adzie tego niezwyk ego statku, dopiero teraz ujrza a go w ca ej okaza

ci. By a zafascyno-wana. Przyt umione  wiat o masywnych reflekto-rów,

które oblewa o ca  polan , nadawa o scenerii nieprawdopodobny, tajemniczy wyraz. Tu  przy  a-godnie wznosz cym si  ku maszynie podje dzie
oczekiwali Ari i Tan.

Lindis czu a wyra nie,  e krew szybciej p ynie w jej 

ach, tak jakby mia a za sob  wielokilome-trowy bieg. Czy ta przygoda na pewno sko czy si

dla niej szcz

liwie? A mo e powinna si  wycofa ?

Rozgl da a si  niepewnie dooko a, gdy Ari rzek  z serdecznym u miechem:
- Witaj, Lindis. Cieszymy si ,  e przysz

. Za chwil  wyruszamy. W

nie zako czyli my spraw-dzanie instrumentów pok adowych. Zapraszam do

rodka.

Pod Lindis ugi y si  nogi. W pierwszej chwili nie mog a zrobi  ani kroku. Zaraz jednak poczu a na swojej d oni pewny u cisk Lo, który  agodnie

podprowadzi  j  do wej cia.

We wn trzu pojazdu wszystko wygl da o zupe -nie inaczej ni  podczas jej pierwszej wizyty. Lo po-kaza  teraz Lindis pomieszczenia, których istnienia

wcze niej mog a si  jedynie domy la . Wi kszo

 z nich wype niona by a najró niejsz  aparatur  i wysokimi, pozamykanymi rega ami. Na pulpi-tach i

pod sufitem zamontowano setki lamp, mi-gocz cych i roz wietlaj cych wn trze jaskrawym  wiat em.

- Nie widzia

 jeszcze tylko naszych sypialni oraz kuchni - powiedzia  Lo, kiedy zatrzymali si  w ma ym pomieszczeniu przypominaj cym

wypo-sa eniem gabinet lekarski. Potem Lo poprosi  Lin-dis, by u

a si  wygodnie na obci gni tej cerat  szerokiej kozetce.

- R ce trzymaj lu no wzd

 tu owia - doda . - Z cz stopy, o, tak, dobrze. Czy wszystko mamy na miejscu? - spyta  Ariego.

Obok kozetki znajdowa y si  przeró ne aparaty i przyrz dy. Na ich widok Lindis drgn a.
- Nie bój si , Lindis - rzek  uspokajaj co Lo. - Ta aparatura najprawdopodobniej w ogóle nie b -dzie nam potrzebna. Zamontowano j  tu wy cznie na

wypadek wyst pienia nieprzewidzianych okoliczno ci. A teraz przygotuj  ci  do lotu!

Lindis stara a si  le

 spokojnie, podczas gdy Lo wk ada  na jej stopy ci

kie, masywne buty jak do jazdy na nartach. Mocno zacisn  ich klamry, a

po-tem przypi  dziewczyn  grubymi pasami na wyso-ko ci talii, kostek i przegubów r k. Doln  cz

 ko-zetki nieco opu ci , za  cz

 górn  lekko

uniós , tak  e Lindis pozostawa a w pozycji pó le

cej.

Ari oraz profesor Tan przez chwil  obserwowa-li czynno ci kolegi, lecz wkrótce wyszli. Lindis jed-nak nadal nie traci a ich z oczu, gdy  najbli sze

po-mieszczenia by y pooddzielane przezroczystymi  cianami. Ari zasiad  w wygodnym fotelu przed pul-pitem sterowniczym, na którym znajdowa y si
nie-zliczone ilo ci ma ych i du ych przycisków i miga-j cych lampek.

Lindis przypuszcza a,  e za

 jej skafander, ta-ki jakiego u ywaj  kosmonauci, ale tak si  nie sta- o. Có , pozostawa o jej zaufa  wiedzy

przybyszów z dalekiej planety.

Lo wsta , podszed  zdecydowanym krokiem do masywnych drzwi, wykonanych z materia u przy-pominaj cego pleksi, i zatrzasn  je. Nast pnie da

znak kolegom,  e wszystko gotowe do odlotu, i po-nownie przysiad  obok Lindis, która ani na chwil  nie spuszcza a swojego opiekuna z oczu.

- Zwykle pomagam Ariemu przy starcie. Manew-rowanie w atmosferze ziemskiej wymaga sporej wprawy - wyja ni . - Tym razem jednak

postanowi em dotrzyma  ci towarzystwa. Jeste  pierwsz  ludzk  istot , która wyruszy w kosmiczn  podró  w mi dzyplanetarnej maszynie tego typu.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Wiemy,  e i wy, Ziemianie, dysponujecie nowoczesnymi statkami kosmicznymi, ale nasze pojazdy to ma-szyny du o nowszej generacji. Dlatego nie

jeste- my pewni, jak zniesiesz ten lot, rozwiniemy bo-wiem ogromn  pr dko

. Zastanawiam si , czy nie zaaplikowa  ci zastrzyku znieczulaj cego.

Podczas wznoszenia si  statku mo esz odczuwa  dotkliwy ból w uszach.

- Oszala

? Nie chc

adnego znieczulenia!

- Nie zamierzam ci  straszy , ale zanim nie opu- cimy atmosfery i nie znajdziemy si  poza stref  przyci gania ziemskiego, mo e by  naprawd
nie-przyjemnie.
- Nie boj  si  - sk ama a Lindis.
Lo u miechn  si  pod nosem.
- Wyj tkowo dzielna z ciebie dziewczyna.
Profesor Tan w czy  silnik i ustawi  parametry lotu. Lindis zauwa

a,  e trójka pilotów jest nie-zwykle skoncentrowana.

- Ruszamy - „us ysza a” my li profesora Tana.
- Oczekujemy was - rozleg  si  niski g os, dobie-gaj cy od strony niewielkiego monitora. - Uwa aj-cie na deszcz meteorów na waszym kursie. Czy

jest z wami dziewczyna z Ziemi?

- Owszem. Zdecydowa a si  na t  podró .
- Znakomicie. Zwró cie szczególn  uwag  na jej reakcje. Poruszajcie si  z minimaln  pr dko ci ! Lo ma racj , mówi c,  e ludzie z planety Ziemia

nie s  tak odporni jak my. Wprawdzie ci ludzie u ywaj  skafandrów kosmicznych, ale w tym przypadku na-wet i one nie na wiele by si  zda y. Pozostaje
nam wierzy ,  e wszystko pójdzie dobrze.

os ucich , a tymczasem Lo u

 si  na drugiej kozetce tu  obok Lindis i przypi  starannie pasami. R ce i nogi mia  jednak wolne na wypadek,

gdyby musia  pomaga  wspó towarzyszce podró y. Wcze -niej jeszcze owin  rami  dziewczyny szerokim pa-sem. Lindis odnios a wra enie,  e w ten
sposób Lo mierzy jej ci nienie.

W pewnej chwili statek zacz  si  ko ysa , a sil-nik zawy  przejmuj co. Z sekundy na sekund  owo napawaj ce Lindis l kiem ko ysanie wzmaga o

si , a po up ywie minuty lub dwóch nagle wszystko si  uspokoi o i ucich o.

- Natychmiast otwórz usta! - zawo

 nieoczeki-wanie Lo.

- Dlacze... - chcia a zapyta  Lindis, lecz nie zd

a. Nag a zmiana ci nienia wewn trz pojazdu sprawi a,  e z p uc Lindis w u amku sekundy

wy-dosta o si  zalegaj ce tam powietrze. W pomie-szczeniu rozleg  si  jej rozdzieraj cy krzyk.

- Jestem przy tobie, spokojnie - stara  si  uspo-kaja  przyjació

 Lo.

Lindis tymczasem nie mog a z apa  tchu. B ben-ki w uszach bola y niemi osiernie, a nieznana si a rozsadza a jej p uca i wciska a cia o w kozetk .

Dziewczyna mia a nieodparte wra enie,  e ga ki oczne wbijaj  si  g boko w jej mózg. Skóra na twarzy napi a si  tak, jakby za moment mia a p k-n

.

Po chwili pod nosem Lindis pojawi y si  kro-pelki krwi.

Lo obserwowa  dziewczyn  z przera eniem. Na chwil  kompletnie straci  g ow  i nie by  w stanie zareagowa . Opanowa  si  jednak, ostro nie otar  z

twarzy Lindis krew i pot, jeszcze bardziej uniós  górn  cz

 kozetki, po raz kolejny zmierzy  Lin-dis ci nienie i sprawdzi  prac  serca. W pewnej chwili

zrozpaczony krzykn  w stron  pilotów:

- Zawracajcie!
Oddychanie przychodzi o Lindis z niewyobra- alnym trudem. Zsinia a i by a ju  bliska utraty przytomno ci. Tan wskaza  d oni  na aparat tleno-wy,

wisz cy ponad g ow  dziewczyny, i Lo b yska-wicznie zrobi  z niego u ytek.

Lindis poczu a wyra

 ulg  i wreszcie uda o jej si  wci gn

 wi kszy haust powietrza do p uc. Ostatkiem si  skierowa a do Lo przes anie:

- Nie zawracajcie. Wytrzymam.
Wcale jednak nie by a tego taka pewna. Czu a,  e opada z sil, ale nic nie mog a na to poradzi . Nie by a w stanie nawet ruszy  si  z miejsca, gdy

kr -powa y j  pasy bezpiecze stwa, za  ci nienie we-wn trz kabiny nie pozwoli oby na najmniejsze uniesienie g owy czy r ki. Wydawa o jej si ,  e
cier-pieniom nie b dzie ko ca.

Ari odwróci  si , spojrza  na dziewczyn  i z tro-sk  w g osie spyta :
- Lo, jak ona to znosi?
Lo w milczeniu pokr ci  tylko g ow . Wygl da  na bezradnego.
- Za chwil  znajdziemy si  poza stref  przyci -gania. To ju  nie potrwa d ugo - pociesza  Ari.
Lindis nigdy przedtem nie prze ywa a tak okrop-nego bólu. Mia a wra enie,  e jaka  niewyobra al-na si a rozrywa jej cia o na tysi ce kawa eczków,

uca pracuj  niczym kowalskie miechy, za  z oczu, czo a, a nawet uszu sp ywaj  pomieszane z potem  zy. Czu a na sobie d onie Lo, ale nie widzia a

jego twarzy. Wydawa o jej si ,  e wszystkie  wiat a po-gas y. Wokó  niej zapanowa a g boka ciemno

. Raz mia a wra enie,  e marznie, innym razem

oble-wa a j  fala gor ca.

Profesor Tan zacz  mówi  do mikrofonu, infor-muj c macierzyst  jednostk  o stanie pasa erki.
- Wygl da na to,  e dziewczyna nie wytrzyma.
- Spróbujcie zrobi  jej zastrzyk z...
Co zamierzano jej zaaplikowa , tego Lindis nie dos ysza a. Poczu a jedynie lekkie uk ucie w przed-rami  i ju  po chwili jej serce zacz o bi

spokoj-niej. Nadal jednak nie ust powa o bolesne napi cie w uszach i p ucach, a skronie wci

 dudni y. Dziew-czyna odwróci a wykrzywion  bólem

twarz w stro-n , gdzie, jak s dzi a, siedzia  jej przyjaciel.

- Nie mia em poj cia,  e mi dzy mieszka cami Ziemi a nami jest taka ró nica. Gdybym przypu-szcza , jakie sprowadz  na ciebie cierpienia, nigdy nie

pozwoli bym na t  podró  - powiedzia  za amany Lo. - Za bardzo zaufa em podobie stwom, s -dzi em,  e wiele nas  czy. Teraz wiem,  e nie mo- ecie
oby  si  bez skafandra. O ile w ogóle na co  by si  tu zda .

- Jeste my s abymi istotami - . wyszepta a z tru-dem Lindis.
Czu a si  tak, jakby za chwil  mia a umrze , a jed-nak si  nie ba a. By  mo e sprawi a to obecno

 Lo, a mo e fakt,  e jej organizm znajdowa  si  w

stanie kra cowego wyczerpania. Nie mia a si y do dalszej walki. Teraz by o jej oboj tne, jak zako czy si  ta przygoda.

Naraz wszelkie bóle i uci

liwo ci min y jak r -k  odj . Lindis poczu a si  znacznie lepiej. Napi -cie w ca ym ciele ust pi o, powróci  wzrok, lepiej

ysza a. Zdeformowana,  ci gni ta skurczami twarz odzyska a normalny wygl d. Lindis z niedo-wierzaniem popatrzy a na Lo; on równie  wyda-wa  si

zaskoczony.
- Uda o si  - rzek  z westchnieniem ulgi i u miech-n  si , patrz c na spokojn  ju  dziewczyn . - Och, Lindis, nareszcie! Tak si  o ciebie ba em.

Teraz nie-bezpiecze stwo min o, jeste my ju  poza zasi giem przyci gania ziemskiego.

Przez moment wygl da o na to,  e Lo rzuci si  Lindis na szyj  i u ciska j  z rado ci. Nie uczyni  tego, tylko wsta , uwolni  Lindis z pasów

bezpie-cze stwa i otar  jej z czo a pot. Wygl da  na bar-dzo zm czonego, ale i uradowanego.

Lindis odetchn a g boko.
ROZDZIA  VIII
Jaki  czas le

a bez ruchu i odpoczywa a po dra-matycznych prze yciach. Teraz nie by aby w stanie poruszy  cho by palcem. Tymczasem profesor

Tan przy u yciu specjalnego wziernika dok adnie obej-rza  uszy dziewczyny.

- No, na szcz

cie nic powa nego si  nie sta o. Masz wprawdzie uszkodzone b benki, ale z czasem same si  wygoj . Na razie mo esz mie  k opoty

ze s uchem. Nic si  jednak nie martw.

- W

ciwie uszy nie s  mi a  tak bardzo potrzeb-ne. Przecie  i tak wiem, co mówi do mnie Lo.

- Ach, wi c tylko on ci  interesuje? A twoi przy-jaciele tam, na Ziemi?
- Profesorze, chwilami odnosz  wra enie,  e ma-j  niewiele do powiedzenia, dlatego nie 

uj ,  e ich nie us ysz .

Lindis unios a si  na  okciu i ostro nie spu ci a no-gi na pod og . Dobre samopoczucie powoli powraca- o. Nie mog a uwierzy  w to, co jeszcze kilka

minut wcze niej dzia o si  z jej cia em. By a niezmiernie dumna,  e jako jedyna Ziemianka mo e bra  udzia  w tak dalekiej mi dzyplanetarnej

ekspedycji.
Gdy wsta a, Lo uj  j  pod rami  i podprowadzi  w kierunku okienka.
- Chod , co  ci poka

 - powiedzia .

Lindis odnios a wra enie,  e prawie nic nie wa- y. Tylko dzi ki ogromnym, ci

kim butom, któ-rych Lo nie pozwoli  jej zdejmowa , mog a nor-malnie

chodzi  po pod odze.

- Gdyby  nie mia a na sobie tych specjalnych bu-tów, unosi aby  si  pod sufitem jak balonik. A te-raz spójrz tam, w dó .
Niektóre elementy pok adu wykonano z prze-zroczystego materia u, przypominaj cego szk o, tak  e mo na by o przez nie wygl da  na zewn trz.
- Wielkie nieba, Lo! - zawo

a bezmiernie zdu-miona Lindis. - Czy my naprawd  znajdujemy si  tak daleko od Ziemi?

Nisko pod stopami, w g stej mgle, dostrzeg a wisz

 niczym bombk  choinkow , l ni

 nie-zwyk ym blaskiem planet .

- To nie jest Ziemia - powiedzia  Lo z u miechem.
- A co, Ksi

yc? Nie, to niemo liwe. W ci gu kilkunastu minut nie mogli my pokona  a  takiej drogi?

- Masz przed sob  Wenus w ca ej okaza

ci, moja ma a.

- Co takiego? Lo, ja chc  do domu! - wykrzyk-n a Lindis ju  nie na  arty przera ona.
- Nic si  nie bój. Wszystko jest pod kontrol . Chod , poka

 ci twoj  ukochan  Ziemi , ale mu-simy przej

 na drug  stron . Spójrz, oto ona -

powiedzia  i wskaza  na ja niej

 b kitem kul . - Ta najwi ksza. Ksi

yca w ogóle st d nie zobaczysz.

Lindis wcze niej nie zdawa a sobie sprawy z te-go,  e mo e znale

 si  tak daleko od planety mat-ki. Ogarni ta l kiem ukry a twarz w d oniach.

- Boj  si  - zaszlocha a.
Lo delikatnie otoczy  j  ramieniem. Gdy tak przez chwil  stali przytuleni, Lindis nagle opu ci  niepokój. W ramionach przyjaciela czu a si  ca -kiem
bezpieczna.
- Podró  powrotna nie b dzie ju  taka drama-tyczna - zapewni agodnie. - Najgorsze ju  za to-b , wierz mi.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Lindis spojrza a z wdzi czno ci  na Lo, a po chwili rzek a:
- Strasznie tu u was gor co.
- Nic dziwnego, teraz znajdujemy si  blisko S

ca.

Mog abym tak sta  w jego ramionach ca  wiecz-no

, pomy la a, ale powinnam zachowa  wobec niego dystans.

Tymczasem Lo wypu ci  j  z obj

 i oboje zno-wu podeszli do okienka, z którego wcze niej pa-trzyli na Wenus.

Jakby to by o dobrze móc kontrolowa  swoje w asne my li, rozmarzy a si  Lindis. To niesprawie-dliwe,  e Lo mo e o mnie wiedzie  wszystko,

pod-czas gdy sam stanowi dla mnie zagadk !

- Wenus, jak zapewne wiesz, jest drug  planet , licz c od S

ca - wyja nia  Lo. - Cho  spo ród wszystkich planet pod wzgl dem rozmiarów i

sto ci najbardziej przypomina Ziemi , wy, ludzie, nie mogliby cie na niej zamieszka . Na Wenus panuje bardzo wysoka temperatura, no i prawie nie

ma tam tlenu.

Pojazd tymczasem zatoczy  du e pó kole i wró-ci  na poprzedni kurs. Po up ywie minuty lub dwóch z kabiny pilotów odezwa  si  Ari:
- No, jeste my prawie na miejscu.
Lindis podbieg a do znajduj cego si  najbli ej sta-nowisk pilotów okienka i wyjrza a przez nie. Do

 wysoko ponad nimi zawis  olbrzymich rozmiarów

statek, równie  zbli ony kszta tem do - jak okre la-li to ludzie - lataj cego talerza. Pod jego p askim spodem przelatywa y w t  i z powrotem pojazdy
identyczne jak ten, którym podró owa a Lindis. Niektóre z nich wlatywa y do wn trza olbrzyma, inne wylatywa y z niego niczym pszczo y z ula.

- No, Lindis, masz przed sob  bardzo wa ne spo-tkanie - odezwa  si  zza jej pleców Tan. - Jak czu-jesz si  jako pierwsza istota ludzka, która dotar a

tak daleko?

- Czy by cie wy nie byli lud mi? - spyta a za-skoczona dziewczyna.
- Owszem, tylko w du o bardziej zaawansowa-nym stadium rozwoju ni  Ziemianie. Wybacz, je li ci  urazi em. Wszystkie pojazdy, które tu widzisz,

cznie ze statkiem - baz , zosta y wybudowane spe-cjalnie do celów badawczych. Szczególnie interesu-je nas Ziemia i wy, jej mieszka cy. Przykro mi,

e nie pomy leli my o skafandrze dla ciebie, ale w

nie te mniejsze statki s  dla nas tym, czym dla lu-dzi z Ziemi kosmiczne skafandry. Sama przed

chwi-l  bole nie do wiadczy

,  e nie s  one jednak do-statecznie bezpieczne dla istot takich jak ty. Jeste cie, jak si  okaza o, znacznie mniej odporni

na wahania ci nienia. My u ywamy skafandrów tylko wówczas, gdy schodzimy na ca kiem odmienne od naszej ob-ce planety. Na Ziemi mo emy si
bez nich obej

.

Lindis z rozdziawionymi z przej cia ustami ob-serwowa a rozgwie

one niebo. Naraz wybuch a g

nym  miechem, czym wszystkich wprawi a w

zdumienie.
- Co si  sta o, co ci  tak cieszy?
- Przypomnia am sobie,  e za kilka godzin mam wieczorek u kole anki, która mieszka na tamtej ma- ej planecie.
- Oj, chyba si  mylisz, moja droga. Tamta plane-ta nazywa si  Mars - wyja ni  Lo.
- Jak to, przecie  dopiero mi j  pokazywa

 i mó-wi

,  e to Ziemia! - zawo

a oszo omiona Lindis.

- Poruszamy si  z zawrotn  pr dko ci  - powiedzia  spokojnie Ari. - Specjalnie dla ciebie nad

yli my drogi i zatoczyli my pó kole, by przelecie

blisko We-nus. To pi kna planeta i warto na ni  popatrze . Taka okazja niepr dko si  powtórzy. Przede wszystkim jed-nak chcieli my unikn
niebezpiecznego spotkania z deszczem meteorów. Nie rozumiem, dlaczego nie mog  teraz po czy  si  z baz  - doda  poirytowany.

- Czy macie mo e lusterko? - zapyta a nieocze-kiwanie Lindis.
Lo nie móg  opanowa  weso

ci.

- Ciekawe, czy kto  spotka  kiedy  kobiet , któ-ra mog aby oby  si  bez lusterka? - zapyta . - Chod , zaprowadz  ci  do  azienki. Tam znaj-dziesz

wszystko, co potrzeba.

Pok adowa  azienka urz dzona by a naprawd  wspaniale. Zachwycona Lindis spyta a, czy nie mo-g aby si  wyk pa .
- Lindis, obawiam si ,  e to na razie niemo liwe - rzek  Lo. - Woda rozchlapie si  po ca ym pomie-szczeniu, nie utrzymasz jej w wannie.
Lindis rozejrza a si  uwa nie dooko a.
- Zastanawiam si , gdzie przechowujecie swoje przybory do golenia. Wprost nie mog  si  nadzi-wi , ka dy z was wygl da zawsze tak  wie o, jak-by

wyszed  prosto spod brzytwy!

- Ale  z ciebie dociekliwa osóbka! Rzeczywi cie, nie musimy si  goli  zbyt cz sto, wystarczy raz na pó  roku.
Lindis odruchowo unios a d

, by dotkn

 po-liczka przyjaciela, ale zaraz, zawstydzona, cofn a j .

- Prosz  bardzo, mo esz sprawdzi  - rzek  roz-bawiony Lo.
Przez chwil  przygl da a si  twarzy przybysza z dalekiej planety, po czym pog aska a czule jego policzek, a nawet palcami leciutko musn a jego

wargi. Przez moment odnios a wra enie,  e Lo spe-cjalnie przybli

 twarz, zaraz jednak si  cofn .

Lindis poprawi a rozwichrzone w osy i uzna a,  e prezentuje si  ca kiem dobrze. Razem z przyjacielem wróci a do pomieszczenia za kabin  pilotów.
Wreszcie nadszed  najwa niejszy moment.
- Jeste my gotowi do po czenia ze statkiem - baz  - rzek  Ari. - Prosz  zapi

 pasy.

Lindis oczekiwa a gwa townego uderzenia, tym-czasem wp yn li g adko przez otwarty luk i mi k-ko wyl dowali.
Po kilku minutach mogli ju  opu ci  swój po-jazd. Gdy po podstawionym szerokim trapie zeszli na dó , Lindis rozejrza a si  ciekawie dooko a. Oto

znalaz a si  na g ównym pok adzie statku - bazy. Po-tem wraz z trzema towarzyszami przesz a do du e-go pomieszczenia, w którym czeka o ju  kilku
ro-s ych m

czyzn o nieprzeniknionych twarzach. Przed

aj ca si  pe na napi cia cisza sprawi a,  e Lindis poczu a si  nieswojo. Prze kn a nerwowo

lin .  ebym tylko dobrze wypad a, pomy la a.

- Dasz sobie rad , Lindis - rzek  z przekonaniem Lo, który wiedzia , co czuje teraz dziewczyna. - Pa-mi taj,  e oni s  mili i przyja nie do ciebie
nasta-wieni.
Tymczasem zbli

 si  do nich jedyny w tej gru-pie kr py i niski m

czyzna.

- Witam, s ysza em,  e mia a pani wyczerpuj

 podró .

Lindis unios a g ow , dygn a na przywitanie i odpowiedzia a z dum :
- Tak, ale wszystko dobrze si  sko czy o.
- To bardzo uprzejme z pani strony,  e zechcia- a nas pani odwiedzi . Prosz  zaj

 miejsce, zaraz zaczynamy. Mamy niewiele czasu. Podobno

wraca pani na swoj  planet  za kilka godzin?

Lindis u miechn a si  pod nosem. Co  takiego! Wszyscy przejmuj  si  tym,  e musi nied ugo wra-ca  do siebie. Czy by nie chcieli si  z ni
rozstawa ?
Kiedy Lindis usiad a, otoczyli j  pozostali m

-czy ni. Zadawali jej tyle pyta ,  e po paru minu-tach poczu a si  bardziej wyczerpana ni  po

najd

szej odpowiedzi na ocen  w szkole. Intere-sowa o ich wszystko: problemy spo eczne, religia, przyroda, polityka, ekonomia, szkolnictwo,  ycie

rodzinne, zwi zki mi dzy kobiet  a m

czyzn  i wiele innych zagadnie . Im wi cej pada o pyta , im g biej dr

ono temat, tym bardziej bezradna czu a

si  Lindis. By o jej wstyd,  e ma takie luki w wykszta ceniu. Có , wiele przedmiotów trakto-wa a po macoszemu, nic wi c dziwnego,  e teraz nie
wszystko potrafi a wyja ni .

Lo nie odst powa  Lindis i w ten sposób pod-trzymywa  j  na duchu. By a wdzi czna,  e chocia  w nim znajduje oparcie.
Dziewczyna wci

 nie mog a si  nadziwi ,  e do-skonale s yszy ka de z pyta , cho

aden z dostoj-nie wygl daj cych panów nie zadaje ich na g os.

Zd

a si  ju  przyzwyczai ,  e w ten szczególny sposób komunikuje si  z Lo, ale przecie  niezwy-k a komisja egzaminacyjna sk ada a si  z zupe nie

obcych jej osób!

Po godzinie Lindis poczu a ogromne zm czenie. Jej odpowiedzi nie by y ju  tak staranne i przemy lane. Gdy jeden z m

czyzn zapyta  j , dlaczego

jest taka chuda i dlaczego czuje si  samotna, cho  przecie  ma wielu znajomych, o ma o si  nie roz-p aka a.

Na szcz

cie kr py m

czyzna, ten który na po-cz tku powita  Lindis, dostrzeg , jak bardzo jest wyczerpana, i stwierdzi :

- Chyba najwy szy czas na przerw , panowie. Nasz go

 jest znu ony. Pozwólmy mu odsapn

. My

 te ,  e powinni my co  zje

.

Po chwili podano do sto u. Patrz c na smakowi-te,  adnie podane potrawy, Lindis ku swemu zdzi-wieniu poczu a wyra ny g ód.
- My la am,  e od ywiacie si  wy cznie tablet-kami - powiedzia a z u miechem.
- Nie gardzimy dobr  kuchni  - odpar  Tan. - Ja-ki  czas temu przeszli my na pokarm farmakolo-giczny, ale ludno

 podnios a bunt.

Po sko czonym posi ku Lindis znów odpowia-da a na pytania obcych m

czyzn. Potem dziewczy-nie pobrano krew, zmierzono ci nienie krwi,

wyko-nano elektrokardiogram, tomografi  komputerow  mózgu i wiele innych bada , których celu nie zna- a. Badanie, jakie na Ziemi przeprowadzi  Lo,
by o jedynie wst pem do mnóstwa analiz, które plano-wali przybysze z obcej planety.

Kiedy Lindis uzna a,  e nareszcie dadz  jej spo-kój, egzamin zacz  si  od nowa. Chcia a wypa

 jak najlepiej, za nic nie chcia a sprawi  zawodu Lo.

Cho  by a ledwie  ywa i nie mog a si  skupi , cierpliwie odpowiada a, a  wreszcie, kompletnie wy-czerpana, po prostu umilk a.

- Za du o od niej wymagacie - oburzy  si  Lo. - Nie mo ecie oczekiwa ,  e nastoletnia uczennica wyja ni wszystkie interesuj ce nas kwestie.
- Prosz  nam wybaczy , by  mo e troch  przesa-dzili my - usprawiedliwia  si  niewysoki m

czy-zna. - Po prostu tak bardzo interesujemy si

Ziemi , jej mieszka cami i ich  yciem,  e chcieli my do ma-ksimum wykorzysta  obecno

 naszego go cia.

Zacz li wymienia  mi dzy sob  ciche uwagi, a chwilami Lindis odnosi a nawet wra enie,  e si  o co  spieraj . Jeden z m

czyzn przywo

 do

sie-bie Lo i co  mu szepn  do ucha. Lo wyra nie spochmurnia . Lindis da aby teraz wiele za to, by mie  przy sobie urz dzenie, które pozwala
odgadywa  cudze my li.

Wreszcie Lo podszed  do Lindis. Stan wszy za plecami dziewczyny, opar  jej g ow  wygodnie na oparciu fotela i pocz  delikatnie masowa  skronie
siedz cej.
Lindis spojrza a na niego pytaj co, tym razem jednak nie przekaza  jej  adnych wyja nie . Powie-ki Lindis sta y si  naraz ci

kie jak o ów i powoli

zacz  morzy  j  sen. Wokó  zapanowa a cisza...

Po jakim  czasie poczu a,  e kto  delikatnie po-trz sa j  za rami . Poderwa a si  na równe nogi.
- Lindis, wracamy na Ziemi , ju  czas - poinfor-mowa  Lo.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Niewysoki kr py m

czyzna podzi kowa  Lindis serdecznie za spotkanie oraz udzielenie odpo-wiedzi na wiele wa nych pyta . Informacje, które

dzi ki niej zgromadzili, zostan  teraz szczegó owo przeanalizowane i wykorzystane do dalszych ba-da , zapewni .

Po jakim  czasie, gdy Lindis wraz z Lo, Arim i Tanem znale li si  na pok adzie mniejszego stat-ku, Lindis zagadn a przyjaciela, który siedzia
na-chmurzony:
- Co si  ze mn 
 dzia o, Lo?
- Zadali ci kilka pyta , na które nie chcia

 udzieli  odpowiedzi - wyja ni , starannie unikaj c jej spojrzenia. - Musieli my podda  ci  hipnozie,

poniewa  tym razem nasze umiej tno ci czytania w my lach zawiod y.

Lindis zaniepokoi a si  nie na  arty. Nie mia a poj cia, o jakie pytania chodzi. Zdarza o si  prze-cie ,  e o pewnych sprawach nie mia a ochoty

roz-mawia  z nikim. Czasami ba a si  nawet o nich my- le . Poczu a si  dotkni ta do  ywego.

- Nie mia

 prawa zmusza  mnie do niczego! - zawo

a. - I to w obecno ci obcych m

czyzn!

- Nie mia em wyboru - odpar  krótko.
- I co, dowiedzieli si  tego, czego chcieli? - zapy-ta a obra ona Lindis.
- Owszem, ale nie by y to dla nas sprawy nowe. Okaza o si ,  e jednak mamy wiele wspólnego.
Lindis odwróci a si  na pi cie i usadowi a si  w fotelu na drugim ko cu pomieszczenia.

dowanie na Ziemi w porównaniu z prze yciami, jakie sta y si  udzia em Lindis przy starcie, by- o niemal przyjemno ci . Powoli wstawa  ranek,

ko cielne dzwony w

nie zacz y wzywa  na po-ranne nabo

stwo. Gdy s

ce wychyli o si  znad horyzontu, Lindis le

a ju  w swoim 

ku i

zasy-pia a. W zaci ni tej d oni trzyma a b kitny szalik.

ROZDZIA  IX
Odk d Lindis si ga a pami ci , czas sp dzany w domu nie kojarzy  jej si  z niczym przyjemnym. Teraz, kiedy dziewczyna pozna a prawdziwe

za-miary panny Lund, czu a si  tu jeszcze bardziej ob-co. Z drugiej jednak strony uzna a,  e nie wolno do-pu ci  do tego, by obca kobieta rozbi a jej
rodzin , cho by nawet ta rodzina ró ni a si  od normalnych. Rozmy la a o tym ca e przedpo udnie, a  wreszcie zdecydowa a,  e musi porozmawia  z

ojcem.
Po obiedzie z dusz  na ramieniu stan a pod drzwiami jego gabinetu i delikatnie zapuka a.
Ojciec uniós  wzrok znad biurka.
- Kogo widz , Lindis! Co, sko czy o si  kieszon-kowe?
Dziewczyna potrz sn a przecz co g ow  i rzek a:
- Tym razem nie. Chcia abym z tob  powa nie porozmawia .
Odetchn  z ulg  i od

 na bok swoje papiery.

- Zamieniam si  w s uch.
Zimny ton g osu ojca speszy  Lindis, ale po chwi-li dziewczyna wzi a g boki oddech i zacz a:
- Dotar y do mnie nieprzyjemne plotki na twój temat, ojcze...
- Co takiego? - spyta  pan Bergstrom, wyra nie bledn c.
- Wygl da na to,  e nasza nauczycielka od angiel-skiego chwali si  wszem i wobec,  e wpad

 jej w oko. Rozg asza,  e odchodzisz od  ony.

ysza am nawet,  e chcecie mnie zabra  do siebie, a Karin zo-stawi  mamie! Ja si  na to stanowczo nie zgadzam! Nie zamierzam zosta  pasierbic

panny Lund!

Na twarzy ojca wyst pi y czerwone plamy.
- Kto ci nagada  takich g upstw! - krzykn , ude-rzaj c pi

ci  w stó . - To... to nieprawda.

Szloch  cisn  Lindis za gard o, tak  e z trudem zdo

a wykrztusi :

- Ja... s ysza am to od ró nych osób... Pan Bergstrom ciska  z oczu b yskawice.
- Tato, czy to prawda? - pochlipywa a Lindis. - Chcesz naprawd  zostawi  mam ? Czy dlatego ma-ma jest taka nieszcz

liwa?

- Lindis, wyjd  st d natychmiast! Musz  pilnie zadzwoni ! - M

czyzna z apa  si  za g ow  i opad  bez si  na fotel. - To jaka  kompletna bujda! Kto ci

naopowiada  takich rzeczy? Zamiast s ucha  pod ych oszczerstw, powinna  kategorycznie za-przeczy !

Lindis opu ci a gabinet ojca. Mia a wra enie,  e pierwsz  rund  wygra a. Wiedzia a jednak,  e na tym jeszcze nie koniec,  e czeka j  kolejne starcie.
Pomy la a o swoim przyjacielu. Ani on, ani te  Tan czy Ari nie wspomnieli nawet s owem o ewen-tualnym nast pnym spotkaniu. Tymczasem Lindis

ju  nie mog a si  doczeka , by znowu ujrze  Lo. Od-nosi a wra enie,  e i Ari, i Tan nie pochwalaj  jej nadmiernego zainteresowania osob  Lo. Z
pewno- ci  woleliby,  eby teraz usun a si  w cie . Lindis za  targa y sprzeczne uczucia: za  adne skarby nie chcia a si  narzuca , a jednocze nie

skni a za nie-zwyk ym przyjacielem, z którym tak wspaniale si  rozumieli. Nie wiedzia a nawet, w jaki sposób na-wi za  z nim kontakt, nie by a pewna,

czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Mog a tylko cierpliwie czeka  na jaki  znak od niego. Chyba Lo nie opu ci jej bez po egnania? Samotna,
spragniona mi

ci i przyja ni Lindis cierpia a prawdziwe m ki.

Mimo wielkiego przygn bienia postanowi a jed-nak pój

 na wieczorek do Tone. Zastanawia a si , w czym by oby jej naj adniej. A mo e nie warto si

stroi , tylko w

 zwyk  trykotow  koszulk  i wytarte d insy?

Jednak zdecydowa a,  e ubierze si  starannie, na z

 kole ankom. Poza tym uzna a,  e gdyby Lo jej towarzyszy , z pewno ci  ucieszy by si ,

widz c j  eleganck  i zadban . Ciekawe, w czym podoba- abym mu si  najbardziej? pomy la a.

Umy a w osy i zwin a je wysoko, upinaj c w zgrabny kok. W

a obcis  granatow  spó-dniczk , która ods ania a smuk e nogi i podkre la- a

szczup  tali . Do tego  wietnie pasowa a jasno-niebieska bluzka z przezroczystymi szyfonowymi r kawami. Gdy Lindis by a ju  gotowa, przejrza a si
w lustrze. Uzna a,  e wygl da bardzo efektow-nie. Szczególnej elegancji doda y jej ciemne panto-felki na wy szym ni  zwykle obcasie.

Czy mog  si  tak pokaza  w towarzystwie? A je- li dziewcz ta mnie wy miej ?
Tymczasem do pokoju wesz a mama Lindis. Na widok córki oniemia a.
- Ale  Lindis... jak... jak... ty...? - wykrztusi a po d

szej chwili. - Chcia am powiedzie ,  e prze- licznie wygl dasz, cho  mnie wydajesz si

stanow-czo za szczup a. Chyba sko czy

 z tym odchu-dzaniem? No, no, kto by pomy la ? Taka pi kna dziewczyna!

- Mamo, w

nie przyby am na wadze dwa kilo-gramy. Ostatnio jem za dwie, wi c nie musisz si  martwi . Czy mog abym po yczy  twoich perfum?

Podobaj  mi si  te o zapachu konwalii.

Pani Bergstrom pozwoli a Lindis skorzysta  nie tylko z perfum, ale te  z pomadki i kredki do oczu. Doradzi a tak e córce, by poci gn a rz sy

czar-nym tuszem. Dzi ki tym zabiegom twarz Lindis sta a si  du o bardziej wyrazista.

Ju  stoj c w drzwiach, przed samym wyj ciem, Lindis nieoczekiwanie powiedzia a:
- Mamo, tak mi przykro,  e ostatnio by am wo-bec ciebie osch a Poprawi  si , obiecuj . I wcale nie t skni  za moimi biologicznymi rodzicami. My

,

e z tob  jest mi najlepiej.

Zanim do zaskoczonej pani Bergstrom dotar  sens s ów, Lindis znikn a.
U Tone by o ju  gwarno. Na widok wchodz cej Lindis dziewcz ta zamar y, po czym otoczy y j  i za-cz y prze ciga  si  w komplementach,

zachwycone jej nowym stylem. Ku swojemu zdumieniu Lindis stwierdzi a,  e podziw kole anek jest szczery.

- Tylko pasek troch  ci si  przekrzywi  - rzuci- a Tone, co najwyra niej oznacza o,  e ca a reszta jest w najlepszym porz dku.

ród go ci Lindis dostrzeg a Dagfinna, ku któremu t skne spojrzenia s

a Marit. On jednak poch oni ty by  rozmow  z inn . Anne Sofie spra-wia a

wra enie rozbawionej i wyj tkowo szcz

li-wej. Lindis domy li a si ,  e obawy kole anki oka-za y si  przedwczesne. To dobrze, dziewczyna nie b dzie

musia a przerywa  szko y w po owie roku.

W drodze na wieczorek Lindis natkn a si  na pann  Lisbeth Lund. Uk oni a jej si  grzecznie, jak zwykle. Nauczycielka tymczasem zmierzy a j

nie-ch tnym wzrokiem, po czym szybko si  oddali a. Lindis wiedzia a,  e tego wieczoru ojciec postano-wi  zosta  w domu ku wielkiej rado ci matki.
Lin-dis by a z tego powodu niezwykle dumna. W ko -cu to jej zas uga.

W pewnym momencie do Lindis podesz a Marit.
- Nawet jak mnie poprosi, nie mam zamiaru z nim ta czy  - powiedzia a troch  bez zwi zku i znów pos

a czu e spojrzenie Dagfinnowi. - Spójrz, jak

ci ch opcy uganiaj  si  za g upimi g ska-mi. Mnie nadmiar powodzenia nie grozi, prawda, Lindis? Oni wszyscy boj  si  m drych dziewcz t!

- Ze mn  te

aden nie chce ta czy . Nawet nie mam tej pociechy co ty - z gorycz  w g osie odrze-k a Lindis.

- No wiesz! Ty w ogóle nie okazujesz im zainte-resowania, dlatego omijaj  ci  z daleka. Mrozisz ich swoim lodowatym spojrzeniem. Chodzisz z

ow  w chmurach albo zaczynasz rozmow  na zbyt skomplikowane tematy. Oni tego nie lubi . Wol  w kó ko chwali  si  swymi w tpliwymi sukcesami,

przytula  si , uszczypn

 tu i tam. To wszystko, na co ich sta . Po co nadmiernie wysila  mózg?

- Marit, jeste  niesprawiedliwa - zauwa

a ze  miechem Lindis. - Ale co do mnie masz racj . Ja-ko

aden z nich mnie nie interesuje. Gdyby mieli

same zalety, gdyby stan  przede mn  sam Tom Cruise, to i tak nie dorasta by nawet do pi t...

- Ach, tak, wi c nadal marzysz o tym geologu - powiedzia a z przek sem Marit. - Niech ci b dzie.
Lindis przypomnia a sobie s owa Ariego. Mówi ,  e powinna jak najwi cej czasu sp dza  ze swoimi najbli szymi i z rówie nikami. Có , kiedy nudzi a

si  w ich towarzystwie. Nie by o jej  atwo.

yj  w dwóch ró nych  wiatach, pomy la a. Pierwszy to mój zwyczajny, powszedni dzie , ten drugi, niezwyk y, to  wiat Lo. Najwi kszym pro-blemem

jest to,  e wci

 t skni  za tym drugim.

Nagle Lindis zamar a. Mimo gwaru, jaki pano-wa  w pomieszczeniu, us ysza a znajomy g os. G os, który rozpozna aby nawet wówczas, gdyby

docho-dzi  z ko ca  wiata. To Lo wzywa  j  do siebie.

- Lindis, wyjd  na dwór. Czekam w ogrodzie!
Na moment wstrzyma a oddech. By a tak uszcz

liwiona,  e w pierwszej chwili nie mog a zrobi  kro-ku. Zaraz jednak opanowa a si  i przeprosi a

Marit.
- Wybacz mi, Marit, zaraz wracam.... - rzuci a tonem usprawiedliwienia i wybieg a na zewn trz.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Obesz a dom w ko o i znalaz a si  na jego ty- ach, ko o werandy, której schodki prowadzi y w dó , w stron  pla y. W ciemno ci dostrzeg a

po- yskuj cy kombinezon przyjaciela. W okamgnie-niu znalaz a si  tu  przy Lo.

- Cze

, jak to dobrze,  e przyszed

! - rzuci a zdyszana. - Czy b

 wam znowu potrzebna? Nie wybieracie si  czasem w kolejn  podró ?

Lo spojrza  na Lindis, jakby zobaczy  j  po raz pierwszy w  yciu.
- Nie, na razie nigdzie si  nie wybieramy. My- la em tylko... Lindis, nie mog  wyj

 ze zdumie-nia. Wygl dasz tak... tak elegancko...

Elegancko? Lindis spodziewa a si  innego kom-plementu. S dzi a,  e Lo przywita j  bardziej ser-decznie. Nie móg  nie zauwa

, jak bardzo si

zmieni a, mia  wszak znakomity wzrok, nie prze-szkadza a mu najg bsza nawet ciemno

.

Lo dostrzeg  zawiedzion  min  Lindis.
- Mo e  le si  wyrazi em. Wygl dasz pi knie - poprawi  si  z u miechem.
Zanim Lindis zd

a zareagowa , mówi  dalej:

- Wiesz, ciekawi mnie, jak si  bawicie.
- No to chod  ze mn  do  rodka - zapropono-wa a uradowana.
- Lepiej nie. Podejd  tylko do okna i troch  pozagl dam. Chyba mnie nie zauwa

.

- Mo e masz racj  - rzek a, z trudem opanowu-j c rozczarowanie. - Wyobra am sobie, jakie wy-wo

by  poruszenie.

- Zw aszcza w tym kombinezonie - dorzuci .
- My

,  e nie tylko ten strój spowodowa by za-mieszanie.

e te  tak si  wyg upi a! Co jej przysz o do g o-wy,  eby zaprasza  go na wieczorek? Obserwowa- a ukradkiem, jak Lo przygl da si  rozbawionej

odzie y, i tym bardziej 

owa a swoich s ów. Lo tak ogromnie ró ni  si  od jej kolegów i kole anek! Cho  dla niej by  po prostu wspania ym

czy-zn , jego niezwyk e oczy mog y wywo

 szok u in-nych dziewcz t. A mo e przeciwnie, zachwyci yby si  nim, a potem nie móg by si  op dzi

od rozhisteryzowanych wielbicielek, które stara yby mu si  przypodoba . Nie, nade wszystko Lindis nie mia a zamiaru dzieli  si  Lo, pokazywa  go
innym. Nale-

 tylko do niej, by  jej wiernym przyjacielem i ta  wiadomo

 podnosi a j  na duchu.

Nagle zda a sobie spraw ,  e Lo  ledzi jej my li, gdy  wyra nie posmutnia . Lindis szybko zacz a mówi  na zupe nie inny temat, ale Lo zdawa  si

jej nie s ucha .

- Interesuj ce - wycedzi  przez z by i w zamy- leniu obserwowa  s cz cych drinki ch opców. - Nie mog em sobie odmówi ,  eby tu do was nie

zajrze . Tyle ciekawych postaci...

- Ach, tak, wi c tylko po to tu przyszed

?

Odwróci  si  do Lindis i spojrza  jej g boko w oczy.
- Tak, tylko po to.
- A co powiedz  na t  wizyt  Ari i Tan?
- Nie wiedz ,  e tu jestem.
- Naprawd ? - zawo

a Lindis. - Wychodzisz bez powiadomienia swoich prze

onych?

- No, a co ty zrobi

 wczoraj w nocy?

- Wczoraj wpatrywa am si  w planet  Wenus w towarzystwie ukocha... Oj, przepraszam. Mia am zupe nie co innego na my li - doda a zawstydzona.
- Ja nic nie s ysza em, Lindis.

adne z nich ju  si  nie odezwa o. W milczeniu przygl dali si  gromadzie rozbawionych m odych lu-dzi. Lindis czu a si  nieswojo, podgl daj c

znajomych, ale wcale nie mia a ochoty ruszy  si  z miejsca.

- Powiedzia bym,  e nie widz  w nich nic nad-zwyczajnego - powiedzia  w ko cu Lo. - Uwa am,  e nie dorastaj  ci do pi t.
Lindis dopiero po chwili si  zorientowa a,  e Lo do niej mówi. Po raz pierwszy us ysza a jego praw-dziwy g os. Tym razem Lo nie przekazywa  swoich

my li, tylko je naprawd  wypowiada . G os mia  ni-ski, ciep y, d wi czny. Lindis by a nim zachwycona.

- Zobacz, jakie pi kne w osy ma ta dziewczyna - rzuci  w pewnym momencie. - Takie jasne jak  an  yta!
To by a Kirsten. Jej d ugie z otoblond w osy sp ywa y pi knymi lokami na ramiona.
Lindis posmutnia a. Niewiele brakowa o, a roz-p aka aby si . Wiele da aby za takie w

nie w osy...

- Lindis - zacz  Lo. - Dlaczego tak dziwnie rea-gujesz? Czy od razu zakochujesz si  w ch opcu tyl-ko dlatego,  e ma bujn  czupryn ?
- Oczywi cie,  e nie.
- Dlaczego wi c s dzisz,  e ze mn  jest inaczej?
- Przepraszam, nie chcia am zrobi  ci przykro- ci. Powiedz, czy jeste

onaty?

- Nie, od dziesi ciu lat zajmuj  si  wy cznie ba-daniem przestrzeni kosmicznej. Jako  nie my la em o u

eniu sobie  ycia. Wcze nie opu ci em

rodzin-ny dom.

- Nigdy nie t sknisz za kim  bliskim?
- Mo e czasami - powiedzia  ostro nie.
- Za kim  konkretnym?
- Lindis, daj spokój - uci  krótko.
Dziewczyna umilk a, zgaszona, a po chwili zmie-ni a temat.
- Umiesz hipnotyzowa ? - spyta a.
Lo spojrza  na Lindis w zamy leniu. Jego zmru- one jak u kota, l ni ce jasnym blaskiem oczy kon-trastowa y ze smag , jakby opalon  twarz .
- Hm, mo e to nie jest najlepsze okre lenie. Nie wiem zreszt , o co tak naprawd  ci chodzi.
Lindis zerkn a na Lo i poprosi a:
- Czy móg by  sprawi ,  eby Dagfinn zata czy  z Marit? Ona jest w nim taka zakochana, a Dag-finn zupe nie nie zwraca na ni  uwagi. Niech po-prosi

 do ta ca!

- Widz ,  e pragniesz wszystkich uszcz

liwia  - u miechn  si  Lo. - A który to Dagfinn?

Lindis wskaza a na jednego z rozbawionych ch opców.
- No wiesz? Czemu mia oby to s

? - zdzi-wi  si  Lo. - On nie zas uguje na jej zainteresowa-nie. Wola bym skojarzy  j  z tym drugim, który stoi

nieco w tyle. Zobacz tylko, jak cz sto posy a w jej kierunku czu e spojrzenia.

- Niech wi c Marit zmieni swój obiekt wes-tchnie !
- Lindis, kochanie, przecie  nie jestem swatem! Uczu  nie mo na poddawa  eksperymentom.
- A gdyby  zna  dziewczyn , która ulokowa a swoje uczucia nie w tej osobie, co nale y, nie chcia -by  jej pomóc? Zw aszcza gdyby nie chodzi o o

mi-

, ale o zwyk ... przyja

?

Lindis zdawa a sobie spraw  z tego,  e jej g os zaczyna dr

.

- Je li chodzi o przelotne zauroczenie, by  mo- e uda mi si  co  na nie poradzi , ale nie mam naj-mniejszego zamiaru miesza  si  do prawdziwej

mi-

ci. Nie le y to zreszt  w mojej mocy.

- Wi c nie pomo esz Marit?
- Owszem, jej mog  pomóc, je li rzeczywi cie tak bardzo ci na tym zale y.
Zale y? Tylko tego brakowa o! Co ja narobi am? Wtr cam si  w nieswoje sprawy, a do tego ryzyku-j  utrat  przyja ni Lo. Ale co zrobi , platoniczna

przyja

 dziewczyny i ch opca nie mo e chyba trwa  wiecznie. Pr dzej czy pó niej musi przerodzi  si  w g bok  za

. Dotyczy to tak e mnie,

zw aszcza  e chodzi o kogo  tak przystojnego i zmy-s owego jak Lo.

Tymczasem Lo skoncentrowa  uwag  na dwojgu m odych. W pewnej chwili Lindis zauwa

a,  e Marit podesz a do ch opca, który od dawna t sknie

spogl da  w jej stron .

A jednak uda o si ! Lo jest naprawd  wspania y, pomy la a z wdzi czno ci  Lindis.
Nie min o wiele czasu i Marit z ch opakiem, czu-le obj ci, wyszli na werand . Stali w milczeniu, zapa-trzeni w sierp ksi

yca na niebie. Lindis z Lo

odeszli po cichutku troch  dalej, by para ich nie zauwa

a.

- Jak oni mog  tak si  obejmowa ! - zawo

 w pewnej chwili oburzony Lo. - Przecie  prawie si  nie znaj ! A ta twoja Marit nawet go nie kocha! Nie

pojmuj  waszych zwyczajów. Dla nas mi

 jest rzecz  wielk , bez niej nie ma mowy o blisko ci i fi-zycznym kontakcie. Czy wy nie macie  adnych

za-sad? Wi kszo

 tych dziewcz t... Ich my li wprawia-j  mnie w prawdziwe zak opotanie. Musz  przyzna ,  e jestem zaszokowany.

Zawstydzona Lindis przypomnia a sobie,  e je-szcze niedawno sama chcia a poca owa  Lo.
- Ty jeste  zupe nie inna, przyjació ko - powie-dzia  Lo, jak zwyk e odczytuj c jej my li. - Z pew-no ci  podoba aby  si  mieszka com naszej

plane-ty, jeste  bowiem wra liw , my

 dziewczyn . To nie tylko moje zdanie, ja to po prostu wiem. Otwarto

, szczero

, serdeczny stosunek do

dru-giego cz owieka to zalety, które przyci gaj  do cie-bie innych, Lindis.

Lindis zadowolona ch on a s owa Lo tak, jak gdyby ju  nigdy wi cej nie mia a ich us ysze . By- a niezwykle wdzi czna i dumna,  e Lo ma o niej tak

dobre mniemanie.

Zerwa  si  wiatr. Lindis drgn a.
- Zmarz

? Chod  do mnie, ogrzej  ci .

Lo otuli  dziewczyn  po  swojej kurtki i przy-tuli  do siebie. Lindis z wra enia niemal zamar a. Po chwili ostro nie przy

a ucho do szerokiej piersi

przyjaciela, a us yszawszy, jak rytmicznie bi-je jego serce, wykrzykn a zaskoczona:

- Lo, do tej pory s dzi am,  e ty nie masz serca!
- Chyba  artujesz, Lindis. Czy by  uwa

a mnie za robota?

- No... raczej nie. Jak mocno bije! Czy zawsze tak je s ycha ?
Lo zmarszczy  czo o i rzek  niemal z gniewem:
- S uchaj, dziewczyno, je li nie przestaniesz mnie prowokowa , ju  nigdy si  nie spotkamy. Nie rozumiesz,  e mnie po prostu dr czysz?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Zmieszana Lindis nie wiedzia a, co powinna od-powiedzie .
- Przepraszam, ale ja naprawd  nie chcia am sprawi  ci przykro ci - wyj ka a. - A tym bardziej nie mia am zamiaru ci  prowokowa . Nic nie pora-dz ,

e tak ci  lubi  - doko czy a ledwie s yszalnie.

Lo u miechn  si  smutno.
- No dobrze, ju  si  nie gniewam. Wiem,  e jest ci ci

ko. I tak jeszcze niema o si  nacierpisz.

W tej samej chwili otworzy y si  drzwi na weran-d . Kiedy Lo podniós  wzrok na stoj

 w nich dziew-czyn , ta wrzasn a przera ona i jak burza

wpad a do salonu.

Lo zareagowa  b yskawicznie. Jednym susem po-kona  ogrodzenie i stoj c ju  po drugiej stronie, za-wo

:

- Lindis, skacz! Z api  ci . Potem biegnij szybko do wej cia, zabierz swój p aszcz i zmykaj. Czekam na ciebie za najbli szym rogiem.
Lindis bez namys u rzuci a si  do przodu i wyl -dowa a w ramionach Lo. Zza  ciany wci

 docho-dzi  histeryczny krzyk dziewczyny.

- Co jej si  sta o? Dlaczego tak krzyczy?
- Prawdopodobnie w moich oczach odbi o si

wiat o. Mo esz sobie wyobrazi , jak to wygl da o!

- Wielkie nieba! Ju  p dz . Tylko mnie tu nie zo-stawiaj!
Gdy Lindis znalaz a si  w przedpokoju, zdj a z wieszaka swój p aszcz i bez s owa wyja nienia czym pr dzej opu ci a dom Tone. Za najbli szym

rogiem obejrza a si  za siebie. Werand  wype nia  ju  t umek go ci.

- My

,  e moi znajomi maj  si  teraz z pyszna - zauwa

a z przek sem Lindis.

Lo nie zareagowa . Min li w milczeniu kilka przecznic, a  wreszcie dotarli do domu Lindis.
- Tu w

nie mieszkam.

Zatrzymali si  przy schodkach.
- Nie b

 wchodzi . Znowu narobi bym zamie-szania. Powiedz, czy jeste  zadowolona z dzisiej-szego wieczoru?

- By o wspaniale! - powiedzia a, a w duchu po-prosi a: Poca uj mnie na po egnanie, Lo.
Blisko

 przyjaciela przyprawia a dziewczyn  o zawrót g owy. Po raz kolejny u wiadomi a sobie,  e w

nie on jest tym cz owiekiem, który móg by

wyrwa  j  z zakl tego kr gu samotno ci.

Nic si  jednak nie sta o. Lo nagle spowa nia  i pozosta  g uchy na jej pro

.

- Teraz niepr dko si  zobaczymy - zakomuni-kowa  sucho. - Obieca em to moim prze

onym. Jeste my bardzo zapracowani. Odezw  si  do

cie-bie, jak tylko b

 mia  chwil  czasu. Zreszt  b -dziemy ci  jeszcze potrzebowa .

Teraz wszystko sta o si  jasne. Stanowi dla Lo jedynie obiekt bada . Chcia  pozna  zachowanie i zwyczaje mieszka ców Ziemi i postanowi  j

wy-korzysta  do tego celu.

- Dobranoc, Lo - wyszepta a zawiedziona.
- Dobranoc.
Z krwawi cym sercem nacisn a klamk  i wesz a do mieszkania.
Kim ja tak naprawd  jestem? my la a roz alona. Nie wiadomo, czy ju  doros am, czy jeszcze jestem ma  dziewczynk . Osiemna cie lat, a taka

niedoj-rza a, jak mawia Lo.

Nieodwzajemniona mi

 bardzo boli. Czy zdo- am sobie poradzi  z tym wszechogarniaj cym uczuciem, które nigdy nie doczeka si  odpowiedzi?

Dlaczego nikt mnie nie kocha? Czy robi  co  nie tak, czy to jaki

art okrutnego losu? Dla mamy i taty tak naprawd  istnieje tylko Karin, a mnie

po-zostawiaj  samej sobie. Lisbeth Lund, jak si  oka-za o, jest po prostu wyrachowana i nieszczera. Dla Lo stanowi  wy cznie obiekt bada
naukowych. Dobrze wie,  e jestem w nim zakochana, ale poza wspó czuciem nie jest w stanie nic mi ofiarowa .

Czym si  to wszystko sko czy? Czy mo e mnie spotka  co  gorszego ni  nieodwzajemniona mi-

? Chyba p knie mi serce...

ROZDZIA  X
Przez ca  sobot  i niedziel  trwa y nie ko cz ce si  dyskusje na temat potwora, którego Anette uj-rza a w ogrodzie Tone. Wszyscy byli pod

wra e-niem, jaki

artowni  twierdzi  nawet,  e w ogrodzie pojawi  si  wilko ak. Ów potwór, jak o wiadczy a Anette, ciska  z oczu b yskawice, a w

dodatku mia  wyj tkowo nieforemne cia o. Lindis doskonale wie-dzia a, co by o tego powodem. Sta a przecie  wtu-lona w ramiona Lo i okryta jego
kurtk . Jej samej nie by o wida , ale sylwetka Lo z pewno ci  mog a wyda  si  zniekszta cona. Anette mówi a tak e, i  owa gro na istota szykowa a si
do ataku na ni . Wszyscy w miasteczku byli poruszeni, kilku m

-czyzn wydoby o nawet bro  my liwsk  na wypa-dek, gdyby potwór mia  si  jeszcze

pojawi .
Lindis s ucha a tylko, co mówi  inni, sama mil-cza a jak zakl ta.

W poniedzia ek na pierwszej lekcji by  norweski.
Kole anki i koledzy Lindis nie przestawali mó-wi  o tym, co sta o si  w pi tek wieczorem. Kto  spyta  Lindis, o której opu ci a imprez , kto  inny z

przej ciem zrelacjonowa  jej sensacyjne wydarze-nie. Lindis  ga a jak z nut: na wieczorku u Tone  le si  poczu a i wcze nie opu ci a towarzystwo.

O ósmej do klasy wszed  nauczyciel norweskie-go w towarzystwie fizyka oraz starszego, nieznajo-mego m

czyzny o  ywym spojrzeniu.

Nauczyciel norweskiego przedstawi  zaskoczo-nym uczniom go cia.
- To jest pan profesor Andersen z laboratorium astronomicznego.
Wszyscy trzej panowie usiedli, a potem nauczy-ciel norweskiego wyj  z teczki stos wypracowa .
- Przejrza em wasze prace - powiedzia . - Musz  przyzna ,  e mam mieszane uczucia.
Powoli obchodzi  klas  i zwraca  kolejno wypra-cowania. Z ka dym uczniem zamienia  przy okazji kilka s ów.
- Olav, zupe nie nie zrozumia

 tematu - rzek . - Praca w zasadzie nawet nie najgorsza, ale za to b -dy! Jens! U ciebie tak e b d na b dzie. Ocena

obni- ona o dwa stopnie. Przykro mi. Kirsten, zupe nie si  nie przygotowa

. Marit, jak zawsze bez zastrze

.

Lindis siedzia a jak na szpilkach. Wola a, by pan nie wypowiada  si  g

no na temat jej pracy. Kie-dy nauczyciel rozda  wszystkie wypracowania,

po-mijaj c tylko j , przerazi a si  nie na  arty. On tym-czasem podszed  do swojego stolika, przystan  przy nim i odetchn wszy g boko, rzek :

- Kiedy wzi em do r ki wypracowanie Lindis Bergstrom, od razu uzna em,  e jest naprawd  wy-j tkowe. Poniewa  sam nie znam si  na tych

spra-wach, poprosi em o pomoc koleg  fizyka. Jak si  okaza o, on równie  musia  si  podda . Zasi gn li- my wi c opinii eksperta, pana Andersena.
Pan pro-fesor dok adnie przeczyta  prac  Lindis. Chcia by zada  jej kilka pyta . Dlatego jest tu dzisiaj z nami.

Nauczyciel usun  si  na bok i ust pi  profesoro-wi miejsca przy swoim stoliku. Serce podskoczy o Lindis do gard a, nerwowo wyciera a spocone

o-nie o spodnie.

Profesor odwróci  si  w stron  uczniów i rzek  surowym tonem:
- Czy Lindis Bergstrom mo e do mnie podej

?

Lindis z wielkim trudem stara a si  zapanowa  nad dr eniem kolan. Reszta klasy nie spuszcza a z niej wzroku. Co ona znowu nabroi a, my leli
zapewne.
- Hm, tak... - odchrz kn  z przej ciem profe-sor. - W

ciwie nie bardzo wiem, od czego zacz

. S ysza em,  e Lindis Bergstrom nie jest szczególnie

wyró niaj

 si  uczennic . Podobno nawet opu- ci a si  troch  w ostatnim pó roczu. Tym bardziej trudno jest mi poj

,  e ta m oda osoba jest

autor-k  tak dojrza ej pracy, powiedzia bym, rozprawy naukowej. By bym nie mniej zdumiony, nawet gdyby napisa  j  mój najlepszy student. Ja... po
pro-stu jestem pe en uznania!

Lindis sta a naprzeciw profesora ze spuszczon  g ow , z wypiekami na policzkach.  adne rzeczy, tego tylko brakowa o!
- Twoje wypracowanie, Lindis, zawiera specjali-styczne sformu owania, a tak e szereg tez, których nie powstydzi by si  najlepszy ekspert. Piszesz o

faktach, które znane s  wy cznie badaczom. - Profesor z impetem z

 ksi

, któr  trzyma  w d oni. - Z wielkim zaskoczeniem musz  tak e

przyzna ,  e znalaz em tu wyja nienie pewnej teo-rii, nad któr  od dawna pracowali my. Lindis za-prezentowa a nam alternatywne rozwi zania kilku
skomplikowanych problemów. Co zupe nie zaska-kuj ce, sprawdzili my te rozwi zania, i okazuje si ,  e s  tym, czego od dawna szukali my! Lindis,
two-ja praca ju  teraz sta a si  sensacj  w  rodowisku naukowym! Ciekawi mnie, sk d zaczerpn

 swo-j  wiedz ? Wydaje nam si  niemo liwe, aby

dosz a do tego na w asn  r

. Wprawdzie wykazujesz ta-lent w dziedzinie astronomii, ale nie mia

, zdaje si , dot d dost pu do obserwatorium.

Zreszt  w tej cz

ci kraju obserwatoriów nie ma.

- Nie - przyzna a skruszona Lindis.
- A zatem? Gdzie si  tego wszystkiego nauczy-

? Wasz profesor twierdzi,  e to wypracowanie jest dla niego ogromnym zaskoczeniem, dot d

two-je prace by y przeci tne.

- Troch  czyta am - odpar a dziewczyna. - Od dawna interesuj  si  gwiazdami. Ale najwi cej do-wiedzia am si  od... od... znajomych.
Profesor nachyli  si , by nie uroni  ani s owa z re-lacji uczennicy.
- A jak oni si  nazywaj ?
Wielkie nieba, Lo, wybaw mnie z tej opresji! Co ja im teraz powiem?
Na moment przymkn a powieki w nadziei na lepsz  koncentracj . Z ca ego serca wierzy a,  e uda jej si  nawi za  kontakt z Lo. Tymczasem

dziel ca ich odleg

, a mo e zbyt ma e telepatyczne zdol-no ci Lindis sprawi y,  e jej usi owania nie przynio-s y oczekiwanego rezultatu. By a

za amana.
Jednak po chwili poczu a w sobie nieznan  do-t d odwag . Wprawdzie nie s dzi a,  e kontaktuje si  bezpo rednio ze swoim przyjacielem, by a

jed-nak pewna,  e to on wspiera j  z daleka.

- Cz owiek, który zainteresowa  mnie t  tematyk , nazywa si  Lo - us ysza a w asny zdecydowany g os, tak jakby to nie ona sama przemawia a. -

Jest z wykszta cenia geologiem, ale posiada wybitn  wiedz  w dziedzinie astronomii.

Po klasie przeszed  szmer podziwu. Geolog, o którym wspomina a Lindis! A wi c on napraw-d  istnieje, skoro wypracowanie Lindis wywo

o tak

sensacj !
Tymczasem profesor Andersen wyprostowa  si  i rzek :

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Hm, w  rodowisku naszym nie znamy osoby o takim nazwisku. Czy on mieszka gdzie  niedaleko?
- W tej chwili jest nieobecny - odpar a Lindis. - Ale wkrótce znowu si  pojawi.
- W takim razie koniecznie chcemy go pozna . B

 tak mi a i przeka  mu to. A propos, czy on jest Norwegiem?

- Nie.
Profesor z pewno 
ci  chcia  uzyska  wi cej infor-macji na temat tajemniczego geologa, ale porzuci  ten zamiar, co Lindis uzna a za ewidentn

zas ug  Lo; z pewno ci  uda o mu si  skierowa  my li astro-noma na inne tory. Profesor Andersen za  doda :

- Musz  przyzna , Lindis,  e masz bujn  wyo-bra ni . W twojej pracy wysuwasz tez ,  e istnie-j  planety, które zamieszkuj

ywe istoty. Na to

nauka nie zdoby a jeszcze dowodów. Zauwa

em te ,  e szczególnie interesuje ci  odleg y od nas set-ki lat  wietlnych Procjon. Dlaczego w

nie ta

gwiazda?
Czy rzeczywi cie co  podobnego napisa am? Co mi strzeli o do g owy?
Tymczasem profesor dr

 nieub aganie:

- Troch  pu ci

 wodze fantazji, prawda?

- Tak - przyzna a ze skruch  dziewczyna.
- No w

nie. Mimo to jestem zdania,  e wypra-cowanie Lindis Bergstrom zas uguje na najwy sz  ocen , ba, na celuj cy. Nauczyciel zaproponowa

bardzo ogólny temat: „Gwia dziste niebo jesieni ”, tymczasem Lindis potraktowa a go wyj tkowo konkretnie. Brawo! Cho  elementy fizyki kwanto-wej
lub kwazary nie s  specjalno ci  norwegisty, zrobi y jednak na nim wielkie wra enie. Ale to, jak s dz , jest ju  zas ug  twoich przyjació .

Lindis mia a wielk  ochot  przyzna ,  e kwazary zna od dawna, ale uzna a,  e lepiej wi cej si  nie odzywa .
- Pan nauczyciel przymkn  oko na fakt,  e wy-sz

 poza ramy zwyk ego wypracowania. Ja nato-miast mog  doda ,  e twoja praca pos

y za

zna-komity materia  do rozprawy doktorskiej. Jeszcze raz prosz , aby  skontaktowa a si  ze swoim przy-jacielem i umówi a nas na spotkanie. My
tak e,  e wkrótce b dziemy mogli zaprosi  was oboje na konferencj  w stolicy po wi con  nowym trendom w fizyce i astronomii. Obiecaj mi to, Lindis.

- Naturalnie - przytakn a bez namys u dziew-czyna.
Na tym lekcja si  sko czy a. Lindis czu a si  tak wyczerpana,  e ledwie sta a na nogach. Swoje pierwsze kroki skierowa a do toalety, nie mia a

bo-wiem ochoty z kimkolwiek rozmawia .

Gdy nieco ju  och on a, wys

a telepatyczne podzi kowanie do Lo.

Jestem ci dozgonnie wdzi czna, pomy la a.
Wydawa o si  jej,  e Lo odpowiedzia :
- Nie ma za co, przyjació ko. Da

 sobie rad ...

Kto  trzasn  drzwiami, a Lindis zd

a jeszcze dorzuci :

- Na razie mi si  uda o. Nie wiem za to, jak so-bie dalej poradz , jak to si  sko czy?
Tym razem odpowiedzia a jej niczym niezm co-na cisza. Lindis nie odebra a ju

adnych wiadomo- ci i odt d sama musia a radzi  sobie z dalszymi

problemami.
ROZDZIA  XI
Rozstanie nadesz o gwa townie.
W czasie obiadu zadzwoni  telefon. Odebra  oj-ciec. Lindis s ysza a ca  rozmow .
- Alarm obrony cywilnej? Dzi  wieczór? Dlacze-go?... Co mówisz? Harcerz? Co widzia ?... UFO?! No, tylko bez takich bzdur... Nieznany obiekt o

charakterze militarnym? Niemo liwe!... Aha... Co  takiego!... Jak to by o?... Wpe

 pod skalny blok i zobaczy ... Podwozie?... Nie domy li  si , jakiego

poja-zdu?... Nie, ja te  nie wiem... Aha?... O!... Naprawd ?... W  wierkowym lesie za wrzosowiskiem, ju  notuj ... Tak, wiem, gdzie to jest... A co on tam
robi ?... Szu-ka  gniazd gilów... Ci harcerze... Zadbali cie,  eby tam nikt nie chodzi ?... On nikomu nie powiedzia , to dobrze... A wi c czekamy na
wojsko... Pe ne uzbrojenie, no tak, to powa na sprawa... Zagro enie dla kraju... S ysza , jak kto  si  porusza  we wn -trzu?... Nie do uwierzenia... Nie,
nie b

 móg  pój

, z apa o mnie lumbago, ale zawiadomi  moich... A wi c przy szkole o dziesi tej. B

!

Lindis zblad a jak kreda. Teraz by a szósta. Zo-sta y cztery godziny...
Jeszcze nigdy nie bieg a tak szybko. Gdy dotar a do lasu, upad a na ziemi . Wym czone p uca nie da-wa y rady, wida  jeszcze nie odzyska a pe ni

si  po intensywnym odchudzaniu. Le

a na mchu, z tru-dem  api c powietrze i przeklinaj c swoj  s ab  for-m . A cenne minuty up ywa y...

Zmobilizowa a si y i ruszy a dalej.
Pierwszy raz sz a t  drog  sama. Gdyby nie nie-pokoi a si  tak losem swoich przyjació , z pewno ci  przestraszy aby si  ciemno ci. Zmrok ju

zapad , a las by  g sty. Stara a si  trzyma  drogi. Najgorzej by o na skalnym rumowisku. Kamienie wydawa y si  tak do siebie podobne... Kilka razy
potkn a si  i pot uk a bole nie. W lesie sz a od drzewa do drze-wa. Przez chwil  mia a wra enie,  e si  zgubi a, gdy  droga wyda a jej si  zbyt d uga.
W ko cu jednak znalaz a si  na polance. Przyspieszy a i wreszcie dopa-d a do skalnego bloku.

Za omota a pi

ciami.

- Otwórzcie! Otwórzcie! Tu Lindis. Szybko! Po-spieszcie si !

ysza a, jak histerycznie brzmia o to wo anie, ale nic si  nie liczy o. Byle tylko otworzyli!

Drzwi si  uchyli y i Lo pomóg  jej wej

. By a tak zm czona,  e osun a si  na kanap .

- Jaki  harcerz odkry  wasz pojazd - wykrztusi- a z trudem. - Przyjd  tu dzi  wieczorem o dziesi -tej. B

 uzbrojeni 

nierze!

Rozmawiali mi dzy sob , wyra nie zdenerwo-wani. Spytali Lindis o czas, nie za bardzo wiedzie-li, jak d ugo trwa ziemskie pó torej godziny.
- Ruszamy zaraz - powiedzia  Ari do dziewczyny. - Dzi kujemy za ostrze enie! Nie po raz pierwszy wy wiadczasz nam przys ug . A teraz p

 do

domu!
- Kiedy tu wrócicie? - rzuci a niecierpliwie.
Zatrzymali si  z powa nymi minami.
- Nigdy nie wrócimy, Lindis - odpar  Ari.
- Jak to... nigdy?... - spyta a, patrz c na nich prze-straszona. - Jedziecie w inne miejsce? Mog ...
- W zasadzie sko czyli my badanie tego syste-mu s onecznego. Teraz statek - baza wraca do domu. Byli my w przestrzeni kosmicznej ju  dziesi

lat. D

ej w tych warunkach nie mo e przebywa

a-den badacz. Kiedy wyruszymy w kolejn  ekspedy-cj , naszym celem b dzie inny system

oneczny, odleg y mo e o kilkaset lat  wietlnych st d.

Patrzy a na nich os upia a. Lo wbi  wzrok w pod- og  i przygryz  warg .
- Ale... poczekacie chyba, póki nie zabior  z do-mu kilku rzeczy? - spyta a niepewnie.
Profesor Tan pokr ci  g ow .
- Nie mo esz z nami lecie , Lindis.
Zapad a cisza. Patrzy a na nich nic nierozumiej cym wzrokiem.
- Nadszed  ten moment, o którym ci mówi em, Lindis - powiedzia  Ari wspó czuj cym tonem. - Ostrzega em ci  przed nim. To koniec.
Skuli a si , zgn biona.
Profesor Tan podszed  do niej i obj  j .
- Zegnaj, ma a Lindis. Nigdy ci  nie zapomn .
- To nie mo e by  prawd  - wyszepta a.
Teraz obj  j  Ari.
- Gdyby tak wszyscy byli tacy jak ty...
Odszed .
Lo patrzy  na ni , stoj c bez ruchu. Do Lindis za-cz o dociera , co si  naprawd  zaraz stanie.
- Lo! - zawo

a, jakby prosz c go o pomoc, i umilk a.

Obj  j  mocno.
- No, ju , ju ... - powiedzia  pocieszaj co. - Wkrótce zapomnisz.
- Nie odje

aj, Lo! Nie odje

aj!

- Musz  - odpar agodnie. - Sama widzia

,  e do was nie pasuj . Ari ma racj : gdyby wszyscy na Ziemi byli tacy jak ty, mo e móg bym zosta . Ale

przecie  na w asne uszy s ysza

: wojsko i inni ch tni do strzelania zawsze si  znajd . Najpierw strzelaj , a dopiero potem patrz , do kogo.

- No to we  mnie ze sob !
- Jeste  jeszcze dzieckiem, Lindis. Nie mamy prawa tego zrobi . Pomy l o rodzicach! Poza tym, nie dasz rady. Pami tasz, co si  dzia o podczas

star-tu pojazdu?

- Wol  umrze  z tob , ni

 tu bez ciebie - mrukn a, cho  wiedzia a,  e to brzmi patetycznie.

Nadszed  Ari.
- Nie m cz go ju , Lindis - rzek  ze smutkiem. - To si  na nic nie zda. Musimy przygotowa  si  do startu.
- Odprowadz  j  kawa ek - zdecydowa  Lo. - Mamy jeszcze troch  czasu.
Najgorsze,  e jej mi

 by a nieodwzajemnio-na. Wiedzia a,  e narzuca si  Lo ze swym uczuciem mimo jego oboj tno ci. Zawstydza o j  to

niewy-powiedzianie, ale nie mog a powstrzyma

ez. Mia- a wra enie,  e jest rozdzierana na strz py. Jedyna osoba na ca ej Ziemi, któr  kiedykolwiek

kocha a... Czu a dojmuj cy ból, maj c  wiadomo

,  e ta oso-ba... Nic nie pozostanie.

Znów szli przez las. Ostatni raz prowadzi  j  przez rumowisko. Lindis stara a si  powstrzyma  p acz, ale  zy p yn y jej po twarzy nieprzerwanym
strumieniem.
- Lindis - zacz  Lo cicho. - Nie wolno ci zro-bi  tego, o czym teraz my lisz.
- Ale ja nie mam po co 

!

- Tak nie mo na.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

-  atwo ci mówi . Nie rozpacza si  po obiekcie bada ...
- Nie mów tak, Lindis!
Nie zauwa

a, kiedy doszli nad ska y nad mo-rzem. W

nie tam, gdzie si  wtedy zsun a. Nie chcia a spojrze  w dó , w miejsce, gdzie sta a, za-nim

on j  uratowa .

- Tu ci  znalaz em - powiedzia . - I tu musimy si  rozsta . Nie p acz ju , Lindis! Wierz mi, wkrót-ce zapomnisz.
- Wiesz,  e nie zapomn , Lo.
- Tak, Lindis, wiem - odpar  cicho. - Ale kiedy  musisz nauczy  si  rezygnowa . I akceptowa .
- Nie ma  adnej nadziei? - Dziewczyna by a nie-pocieszona.
Potrz sn  g ow .
- Napiszesz... No nie, g upia jestem. A nie mo- esz mi da  tego aparatu? Mogliby my wtedy ze so-b  rozmawia ...
- Na odleg

 bilionów kilometrów?

- Ale  Lo, to b dzie tak, jakby  umar . Tylko je-szcze gorzej.
- Tak, Lindis. A ty jakby  umar a dla mnie.
My la a,  e si  przes ysza a.
- Czy bym co  dla ciebie znaczy a?
Nie odpowiedzia . Sta  tylko, obejmuj c j  moc-no i ko ysz c powoli.
Fale po yskiwa y szaro gdzie  pod nimi. Wiatr szarpa  ich ubrania, ale Lindis nie zwraca a na to uwagi. By a ot pia a z rozpaczy. Przesun a d

 ku

policzkowi przyjaciela i odwróci a jego twarz w swoj  stron .

- Lo - spyta a zdziwiona. - My la am,  e tylko ja... Lo! Naprawd ? Mo e to tylko lito

?

Znów ogarn a j  ta niezwyk a mg a. Poczu a mi

 i smutek tak g boki jak fizyczny ból.

- Kocha em ci  od pierwszej chwili. Nie wolno mi by o jednak tego okaza , bo jeste  taka m oda i wiedzia em, jak to si  musi sko czy . Ale teraz...

Kochana, kochana dziewczynko z innego  wiata!

Wreszcie Lindis dowiedzia a si , jaki jest poca- unek Lo. Czego  takiego na pewno nigdy ju  nie b dzie jej dane do wiadczy . Cz owiek z gatunku Lo

wk ada w pieszczoty o wiele wi cej mi

ci, od-daje sw  dusz , serce i ca ego siebie. Lindis odwza-jemni a jego poca unek z  arem, wiedz c,  e Lo zna

jej uczucia lepiej ni  ktokolwiek na Ziemi. Wtuli a twarz w jego szyj , szepcz c wci

 jego imi  w dzikiej, nieopanowanej rozpaczy.

Nie zauwa

a, jak zacz  delikatnie g adzi  jej skronie. Osun a si  na traw , zdawa o jej si ,  e s yszy s owa: „Zegnaj, moja kochana Lindis”, a

po-tem cichn ce kroki Lo.

Zapad a w ci

ki sen.

Ockn a si  i usiad a gwa townie. By a noc, mo-rze hucza o, wiatr wy  gdzie  w ska ach.
Gdzie by a? Dlaczego tu le

a? Ale zimno! Tak pusto i samotnie.

By o jej niezwykle smutno. Co si  w

ciwie sta o? Nagle przypomnia a sobie,  e sz a t dy po szko-le, samotna i pe na goryczy. Nikomu na niej nie

za-le

o. T skni a za prawdziwym przyjacielem, po-wiernikiem, ale nie mia a nikogo. Jej matka w

nie powiedzia a jej,  e nie jest jej biologiczn

matk , a ojciec - prawdziwym ojcem. Zaj li si  ni  z obo-wi zku, ale ich w asna córka zawsze by a dla nich najwa niejsza.

A potem? Id c po ska ach, nie patrzy a pod no-gi, po lizgn a si ...
Ale co by o potem?
Pami

 zacz a si  jej rozja nia . To by o co  wspania ego, sen o gwiazdach i statku kosmicznym, astronomach i...

Lo!
Wspomnienie przeszy o j  niczym nó . Wszyst-ko ju  pami ta a. To by o takie rzeczywiste.
Czu a,  e p aka a. No tak, mo na p aka  przez sen, zdarza o si  jej to. Pewnie uderzy a si  w g o-w  przy upadku i straci a przytomno

, tego

prze-cie  nie mog a pami ta .

Sen? To wszystko by o tylko snem?
Raczej tak. Nic tak dziwnego nie dzieje si  na-prawd . To jedno z jej szalonych marze , mo e bar-dziej szalone ni  zwykle. Pewnie pod wp ywem
upadku...
Zebra a wszystko razem: wyidealizowany obraz przyjaciela... Przecie  ona zawsze marzy a o kim  niezwyczajnym. No i by  przystojny, m dry, mi y...

I mi

. Budz ca si  w niej kobieta t skni a za mi

ci . Lindis zawsze marzy a, aby zjawi  si  na im-prezie z najwspanialszym facetem. Zrezygnowa a

z tego, mo e z powodu kompleksu ni szo ci? Z oba-wy,  e spodoba mu si  jaka  klasowa pi kno

?

A marzenie o s awie? Chwalono j  przed ca  kla-s , a przecie  cz owiek zwykle chce si  popisa  przed przyjació mi. Wypracowanie uznano za

sen-sacj , i to z dziedziny, w której pozornie by a s aba. To by o beznadziejne, typowo dziecinne marzenie.

Problemy domowe? Czy pod wiadomie nie czu- a,  e co  jest nie tak? Czy nie podejrzewa a,  e oj-ciec i Lisbeth Lund byli kim  wi cej ni

przyjació -mi? I oto nadesz a ona, bohaterka z naostrzonym rewolwerem, i zaprowadzi a porz dek.

Naostrzony rewolwer? Chyba co  jej si  pomie-sza o. Lindis a  zachichota a.
No i ten aparat do odczytywania my li. Przecie  o czym  takim te  marzy a. Chcia a wiedzie , jakie my li k bi  si  w g owach innych.
A t sknota do idealnego  wiata... Do Utopii... Wszystko tam by o!
Wreszcie podró  w przestrze  kosmiczn . Lin-dis za mia a si  gorzko. Statek kosmiczny, z które-go mog a ogl da  Wenus! I ci wszyscy mieszka cy

jej planety zadaj cy tyle pyta , i ona, która na nie odpowiada a! Marzenie,  e jest si  kim  Wa nym.

Ten ból przy starcie? Przecie  te  mo na wyt u-maczy  to upadkiem, poobijaniem si  o ska y. Z pewno ci  to w

nie odczuwa a podczas tego

dziwnego snu.

Czemu jednak musia a  ni  o Lo? My l o nim nadal przysparza a jej cierpienia. Czy nie mog a  ni  o kim  mniej mi ym i  atwym do zapomnienia?
Zadr

a z zimna. Jak d ugo tu le

a? Niedobrze! Wsta a i zacz a i

 w stron  domu. Dla rozgrzew-ki przebieg a kawa ek.

Nie mia a ju  przecie  tego wspania ego szalika Lo. Dziewczyna u miechn a si  gorzko. To znów sztuczka jej wyobra ni. Czy co  okr conego

wokó  szyi mog o ogrza  cale cia o? Przypuszczalnie poci- a si , st d sen o ogrzaniu si  czym  nale

cym do Lo. Ech, có  za fantazje!

Zima jeszcze nie min a, w powietrzu panowa  nieprzyjemny ch ód. Na jej planecie marze  nie ist-nia a zima...
Przygniata a j  pustka. Ten d ugi sen zdawa  si  by  tak prawdziwy... Tak wspania y i tak bolesny. Przyja

 z Lo by a niewypowiedzianie pi kna.

Ta-ka przyja

 nie zdarza si  naprawd ...

Czy doprawdy mo na  ni  tak realnie?
O, tak, je li to jest co , za czym si  bardzo t skni.
A gdyby to nie by  sen...? Gdyby jednak... Nie, Lo nie istnieje naprawd  i nigdy nie prze

a tych wspa-nia ych dni. Mo e tak jest lepiej. Bo przecie

je li to nie sen, Lo znajdowa by si  teraz w przestrzeni ko-smicznej. Nigdy nie spotka aby ju  kogo  takiego jak on. Lo i ona pasowali do siebie jak dwie
po ów-ki jab ka. Dzieli aby ich teraz odleg

 bilionów mil. Na zawsze.

Tak, chyba lepiej,  e by  to sen. Nawet bolesny.
Zegar ko cielny pokazywa  dziesi

 po dziewi -tej. Nie pó niej? Zdawa o si  jej,  e jest grubo po pó nocy.

Nadjecha a Karin na rowerze. Zatrzyma a si  i zeskoczy a.
- Tu jeste ! Zwariowa

, Lindis, dlaczego nie wracasz do domu? Tata i mama czekaj  od kilku godzin!

- Jaki dzisiaj dzie ?
- Poniedzia ek, oczywi cie!
No tak, to by si  zgadza o. W

nie w poniedzia- ek posz a na ska y nad morzem. By a zrozpaczo-na: matka ujawni a jej przesz

, bola a j

niespra-wiedliwo

 losu, by a z a na w asne cia o, które chcia a zmusi  do schudni cia a  do granic anorek-sji... Czy to dziwne,  e by a tak niemi a przez

ostat-ni rok? Bunt okresu dojrzewania, udr czone cia o wo aj ce o jedzenie... I to uczucie,  e jest niechcia-na. Zajmowali si  ni  ca e  ycie, dawali
wszystko, czego potrzebowa a, a ona odwzajemni a si  okropnym zachowaniem i s owami pe nymi z

ci.

Poprawi si  teraz! Czas buntu i egoizmu ju  mi-n .
Pomy le ,  e le

a tam na ska ach i  ni a o ja-kich  cudach! Lindis zadr

a.

By a w stanie wy mia  wszystko, o czym  ni a, wszystko z wyj tkiem Lo. To bola o. Lo, dlaczego musz  o tobie marzy ? Jak zdo am zakocha  si  w

innym ch opaku? Zawsze b

 t skni a za posta-ci  ze snu...

Podniesione g osy rodziców dotar y do Lindis z ich sypialni. Raczej jej nie us yszeli i nadal si  k ócili.
- Nie zauwa

 tego w szkole? - krzycza a mat-ka. - Musia

 co  zauwa

. Twoja w asna córka pal ca marihuan ! Chyba umr  ze wstydu.

- Gdzie ona jest? S ysza em, jak trzasn y drzwi na dole. Wysz a? Wysz a po wi cej?
- Sk d mam wiedzie ? - krzykn a matka histerycz-nie. - Co to w ogóle za córki? Jedna ma anoreksj , druga pali trawk . Na pewno Lindis j  tego
nauczy a.
No nie... pomy la a Lindis i a  przystan a. Nig-dy w  yciu nie próbowa am  adnych narkotyków!
Najgorsze by o,  e ojciec te  j  obwinia . Na pewno Lindis skusi a do tego s odk  ma  Karin. Okropna Lindis!
- Nic, tylko problemy z tym twoim dzieciakiem.
- To przecie  nie moje dziecko - zaprotestowa a matka. - Nie mo esz wini  mojej rodziny za to,  e ta dziewucha jest tak beznadziejna!
Gdyby sen by  prawd , musieliby wspomnie  jej wspania e wypracowanie o gwiazdach! Ale nie zro-bili tego... To ostatecznie zaprzecza o istnieniu
Lo.
O Bo e, jakie to wszystko trudne!
- Jak d ugo jeszcze ona ma tu mieszka ? - spyta  ojciec ponuro.
- Nied ugo sko czy szko . Wtedy musi i

 do pracy. B

 potrzebowa a jej pokoju dla Karin, do odrabiania lekcji.

- Tak jej s abo idzie,  e mog  j  ju  teraz wyrzu-ci  ze szko y. Zaraz, powiedzia

,  e b dziesz potrzebowa a tego pokoju? Co masz na my li?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Chyba nie wyobra asz sobie,  e b dziesz tu mieszka  po skandalu z t  ma  podlizuch  ze szko- y? Id  do niej, do swojej kochanki! Nie chc  ci

tutaj, brzydz  si  tob . Wszyscy ju  wiedz  o tej ohydnej historii. Ale Karin nigdy nie dostaniesz.

- B

 j  mia ! Jest moim jedynym dzieckiem! Samotna kobieta nie uchroni jej przed z ym wp y-wem kolegów!

- Ona jest te  moim jedynym dzieckiem, nie za-pominaj o tym! Mo esz wzi

 Lindis.

- Chc  Karin. Dlaczego sama nie we miesz Lin-dis? To ty j  wprowadzi

 do rodziny.

- Jestem matk  Karin. Ja mam do niej prawo, ty swoje straci

.

- Nigdy jej nie dostaniesz! Poza tym mówi em ci ju  tysi ce razy,  e sko czy em z Lisbeth Lund. Jest tylko ma  intrygantk .
- Nie my l,  e ci przebacz  tylko dlatego,  e teraz tak mówisz! Jutro pakujesz rzeczy i do widzenia!
- Nie wyjad  bez Karin. Jest moja.
- Straci

 do niej prawo!

ótnia trwa a dalej. Lindis uciek a do swego po-koju i opar a si  plecami o drzwi.
aka a cicho i bezradnie. Czy mo na by  bar-dziej samotnym?

I nagle zobaczy a to.
Na nocnej szafce le

 niebieski jak lawenda sza-lik.

ROZDZIA  XII
To jednak nie by  sen!
Oczywi cie,  e nie! Przecie  ojciec nic nie wie-dzia  o tym, jak  intryg  szykuje panna Lund! Kie-dy Lindis po s ownej utarczce z ojcem roztrz sio-na

wybieg a z domu, nic nie wskazywa o na to, by pan Bergstrom chcia  porzuci  pann  Lund! Teraz by a ju  ca kiem pewna, nie mog a si  myli :
przy-goda z Lo nie by a wytworem jej wyobra ni.

Zaraz, która to godzina? Za kwadrans dziesi ta?
Lindis zerwa a si  na równe nogi i z apa a swój ma y plecak. W okamgnieniu chwyci a kilka najpo-trzebniejszych drobiazgów: b kitny szalik,

ulubio-ne ksi

ki, bielizn  i dwa golfy na zmian , po czym wybieg a z domu. Szansa, by zd

a przed odlo-tem pojazdu, by a minimalna, lecz Lindis nie

daro-wa aby sobie, gdyby nie spróbowa a. Dobrze wiedzia a,  e mo e jest ju  za pó no,  e polana b -dzie zupe nie pusta. Nie przestawa a jednak
modli  si  w duchu.

Gdyby jednak zechcieli zabra  j  ze sob ? Mo e jako  zdo a ich przekona ?

nie przebiega a ko o osiedla domków jedno-rodzinnych, kiedy zauwa

a oparty o parkan samotnie stoj cy rower. Podobno cel u wi ca  rod-ki,

pomy la a usprawiedliwiaj co, i wskoczy a na siode ko. Z ca ych si  naciska a na peda y i tak sa-mo intensywnie stara a si  skoncentrowa  swoj  uwag
na Lo; mo e odbierze jej sygna y i poczeka?

Nie zostawiaj mnie, prosz , nie odje

aj beze mnie, b aga a w duchu. Jaka czeka mnie tu przy-sz

? Wszystko sko czone! Rodzice nied ugo si

rozejd  i oboje si  mnie wyrzekn . Wkrótce nie ze-chc  mnie w domu i bez wahania rozka

, bym szuka a sobie innego miejsca. Lo, tak bardzo

prag-n  by  z tob , moje miejsce jest przy tobie!

Gdy Lindis mija a budynek szkolny, zauwa

a kolumn  wojska w równym szyku, gotow  do wy-marszu. Na samym przedzie sta y dwa opancerzo-ne

wozy...

Co za szale cy, co oni robi ? my la a przera o-na Lindis.
Dotar a do skraju lasu, zeskoczy a z roweru i po-rzuci a go. P dem pu ci a si  w stron  polany.
Ju  za pó no, ju  na pewno za pó no, my la a za amana. Tak d ugo z pewno ci  nie czekali! A je- li jeszcze s , nie b

 chcieli zabra  mnie ze

sob !
Nie zostawiajcie mnie tutaj, nic mnie ju  tu nie trzyma! Przecie  dobrze o tym wiecie. B agam, nie zostawiajcie mnie!
A mo e ju  dawno znikn li w przestrzeni mi -dzyplanetarnej ?
Serce Lindis  ciska o si  z  alu na t  my l.
Mimo  e nadzieja na spotkanie by a niemal  adna, Lindis nie zwalnia a. P dzi a na z amanie karku. Z ty u, za plecami, s ysza a warkot silników, znak,

e wojskowa kawalkada ruszy a w tym samym co ona kierunku.

W lesie panowa a niemal ca kowita ciemno

. Lindis co kilka kroków potyka a si  o niewidoczne w mroku, wystaj ce z ziemi korzenie i ga zie, które

bole nie rani y jej stopy. Z minuty na minut  ple-cak ci

 jej coraz bardziej. Jakby tego by o ma o, cz sto traci a orientacj , myli a  cie ki, zawraca a,

zmienia a kierunek i znowu zaczyna a biec.

Odmówi , na pewno odmówi , dlaczego mieliby zmieni  zdanie? Ari nigdy nie zgodzi si  na to, by mnie zabra ! Nie ma ju  dla mnie  adnej nadziei!
szlocha a.
Naraz w ciemno ci zauwa

a czyj

 sylwetk . Kto  si  do niej zbli

. W pierwszej chwili przy-kucn a, by si  ukry , s dzi a bowiem, i  to jeden z

nierzy. Po chwili us ysza a g os Ariego.
- Lindis, przyjació ko, jak to dobrze,  e o nas my- la

. Ju  nawet w czyli my silniki i sekundy dzie-li y nas od startu. Chod , podaj mi r

, bo czas

na-gli. A có  to masz ze sob ?

- To mój plecak. Zapakowa am do niego kilka wa nych drobiazgów.
- Pomog  ci, widz ,  e jeste  wyko czona, ledwie trzymasz si  na nogach. Nie masz poj cia, jak bar-dzo uszcz

liwisz pewnego cz owieka, Lindis!

a- nie zajmuje si  przygotowaniem specjalnej kabiny dla ciebie,  eby tym razem jak najbardziej ograni-czy  niebezpiecze stwo.

Lindis uroni a kilka  ez, a wzruszenie odebra o jej mow . Wi c jednak moje pro by zosta y wys u-chane, pomy la a z rado ci .
- Nie ciesz si  za wcze nie, moja droga. Stoisz przed naprawd  ci

 prób . Mam nadziej ,  e Lo zrobi wszystko, co w jego mocy, by  nie

cierpia a. Ale mu-simy si  spieszy , ju  jeste my spó nieni, a to wszyst-ko przez niego. Upar  si ,  e zostanie, ale nie wyrazi- em na to zgody. Poza
tob  nie znali my tu nikogo, a ty, jak na z

, bardzo przypominasz mieszka ców naszej planety. Tymczasem Lo w tajemnicy przed na-mi wymkn  si

na spotkanie z tob  i przy okazji przyjrza  si  innym m odym ludziom. Jak nam pó niej opowiada , by  kompletnie zaszokowany. Dostrzeg  wiele fa szu,
zawi ci, nie yczliwo ci. A my nie mo e-my pozwoli  sobie na przyjmowanie takiej ilo ci ne-gatywnych sygna ów. To mog oby nas unicestwi .

Ta informacja ogromnie przerazi a dziewczyn . J  te  nieprzyjemnie zaskoczy y reakcje i postawy najbli szych kole anek.
Tymczasem Ari kontynuowa :
- Ch opak nie mia by tu wielkich szans, p

oby mu serce. W

nie dlatego nie mog em pozwoli , by zosta  na Ziemi. Tymczasem jednak

zorientowa em si ,  e Lo kocha ci  nad  ycie. A my mo emy ko-cha  tylko raz, i to tylko wtedy, gdy mi

 jest odwzajemniona. Ty i Lo zostali cie dla

siebie stwo-rzeni, on za  by  na najlepszej drodze, by ci  utra-ci . To tak e oznacza oby dla niego koniec. Nie mog em do tego dopu ci .

- Och, Ari!
- Na jego szcz

cie okaza o si ,  e zapad

 w do

 lekki sen. Gdy zacz

 nas wzywa , gdy opowiedzia

 o tym, co ci  czeka, nie zwlekali my

ani chwili d

ej. Zdecydowali my,  e pojedziesz z nami. W przeciwnym wypadku unieszcz

liwili - by my i Lo, i ciebie. Ani ja, ani Tan nie zdawali my

sobie przedtem sprawy z tego,  e wasze uczucie jest tak silne. Uwa ali my,  e jeste  zbyt m oda i nie wiesz, czym jest prawdziwa mi

. Lo zadba o

to, by  mog a mu w przysz

ci towarzyszy  w jego podró ach badawczych. Czy chcesz tego, Lindis?

- Ale  tak, z ca ego serca! Przysi gam,  e nigdy go nie opuszcz !
- To dobrze - Ari u miechn  si  ciep o. - No, a te-raz pospieszmy si , bo s ysz  warkot samochodów.

nie znale li si  na polanie, tu  przed goto-wym do startu pojazdem. Lo chwyci  Lindis w ra-miona i wci gn  do wn trza kabiny, po czym

y-skawicznie zatrzasn  za sob  drzwi. Ari zaj  miejsce w swoim fotelu, podczas gdy Lo zak ada  Lindis uniform, który troch  przypomina  kami-zelk

ratunkow .
Lo najwyra niej odblokowa  swoje my li, bo Lin-dis ze zdumieniem zauwa

a,  e wie o wszystkim, co dot d ukrywa . Tym razem nie sprawia

wra e-nia osoby pow ci gliwej, tysi ce najró niejszych my li w nie adzie przelatywa y mu przez g ow . Nade wszystko Lindis odczuwa a rado

 i wielk

ulg . Odt d jego my li stan  si  moimi my lami, i odwrotnie. Odt d Lo nie b dzie mia  przede mn

adnych tajemnic.

Lo umie ci  Lindis w specjalnym siedzisku, za-

 jej na usta aparat tlenowy, po czym zamkn  nad ni  du

 przezroczyst  kopu . Silniki nabra- y

mocy.
Nadszed  moment startu. Dla Lindis by o to ko-lejne trudne prze ycie. Oddycha a ci

ko, cho  ka-mizelka zdecydowanie regulowa a nierówny

od-dech. Po kilku minutach Lo uniós  kopu  i, podob-nie jak za pierwszym razem, zrobi  Lindis zastrzyk. Dziewczyna, widz c strach w oczach
ukochanego, powiedzia a:

- Znios  wszystkie trudy. To lepsze ni

ycie bez ciebie na Ziemi.

I nagle wszystko si  odmieni o. Lindis znowu mog a swobodnie oddycha , za  Lo wy czy  apa-ratur  i obj  dziewczyn . Lindis pog adzi a go po

owie i poczu a si , jak nigdy dot d, zupe nie do-ros a.

Po chwili zwróci a si  do profesora Tana:
- Chcia abym wys

 na Ziemi  wiadomo

,  e ze mn  wszystko w porz dku. Nie chc ,  eby si  martwili ani by mnie szukali.

- Mo emy to zrobi , Lindis. Musisz podej

 do mnie, a ja przeka

 t  wiadomo

 twoim rodzicom.

Lindis zastanawia a si  przez chwil , co po-winna powiedzie , po czym Tan przes

 jej ko-munikat:

- Nazywam si  Lindis Bergstrom i mieszkam w pó nocnej Norwegii. Obecnie znajduj  si  na po-k adzie obiektu lataj cego. Udaj  si  w kierunku

czwartej planety Procjona, sk d nie zamierzam po-wróci . Dokona am wyboru. Pozdrawiam moich rodziców i prosz ,  eby mnie nie szukali.

Lo podniós  wzrok i spojrza  z mi

ci  na Lindis.

- Zobaczysz, najmilsza, b dzie nam razem jak w niebie!

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m