background image

MAY GRETHE LERUM

ZERWANE KAJDANY

background image

ROZDZIAŁ 1

Lyster, sierpień 1685

W   ciemny   letni   wieczór   Maria   biegła   lekko   przez   łąkę.   Czuła   się   jak   młoda 

dziewczyna. Już dawno temu skończyła trzydzieści lat, lecz twarz wciąż miała gładką, a 

teraz promieniała radością, jakby była zakochana po raz pierwszy.

Kąciki ust drgały jej od powstrzymywanego uśmiechu, ale gdyby ją teraz ktoś 

zobaczył, wcale nie byłoby jej wesoło. Uciekała. Nie od czegoś czy kogoś, lecz do kogoś. 

Do niego! W ten wieczór, gdy niebo było bardziej niebieskie niż kiedykolwiek, nareszcie 

znajdzie ukojenie.

On właśnie czeka na nią nad głębiną, w miejscu, które pokochała, a które omal jej 

nie zabiło. To miejsce było dokładnie takie samo jak Randar, raz niosło radość życia, 

innym razem mogło zadać śmierć.

Randar także. Dla niej był samą istotą życia, wszystkim, czego potrzebowała, by 

istnieć.

Dla   wielu   innych   był   człowiekiem   Śmierci,   czarny   kaptur,   którego   sam 

nienawidził, stał się jego znakiem rozpoznawczym.

Był katem, wykonawcą wyroków śmierci, mistrzem.

Maria   musiała   sama   przed   sobą   przyznać,   że   to,   co   w   nim   odpychające,   co 

tajemnicze i straszne, pobudzało jeszcze jej płomienne uczucie.

Przedtem   jednak   znała   go   jako   brata,   jako   ukochanego   towarzysza   zabaw   i 

dającego poczucie bezpieczeństwa opiekuna. Dorastając nie zakosztowała innego losu 

niż dobre dni w małej, położonej na odludziu zagrodzie. Meisterplassen. Zagroda Kata. 

To złe miejsce, powiedzieli jej ludzie, gdy dorosła na tyle, by towarzyszyć swej matce, 

Liv, do wsi. Płakała wtedy z wściekłości. Ponieważ jednak wciąż była dzieckiem, szukała 

schronienia u tego, którego nazywała bratem. I on był bratem, ten zamknięty w sobie, 

rosły młody mężczyzna.

Trwało tak aż do dnia, w którym Maria zrozumiała, że jest już kobietą. A potem 

przeżyła taką rozpacz i taką tragedię, że jeszcze teraz na myśl o tym czuła zimny skurcz 

w sercu. Nie mogła zrozumieć tego człowieka. Ból po śmierci przybranego ojca zaślepił 

go, pozbawił rozumu.  Randar wybrał  zemstę.  Maria  zadrżała,  starała się odsunąć od 

background image

siebie tamte dawne przeżycia. Dzisiejszej nocy rozpocznie się coś nowego. Jej myśli 

powinny być jasne i lekkie jak ten letni wiatr wiejący znad fiordu.

-   O,   mój   ukochany,   jakże   musieliśmy   oboje   tęsknić   i   cierpieć!   Los   nie   był 

łaskawy dla naszej miłości. Teraz sami przejmiemy za nią odpowiedzialność, choć wiem, 

że   przyczyni   nam   to   wiele   bólu.   Dłużej   jednak   nie   możemy   tak   żyć,   nie   możemy 

pozwolić, by nasze ciała i dusze zatruła na zawsze zła siła niespełnionej miłości. Maria 

dygotała w chłodnym powietrzu. Miała go spotkać o północy. W małym węzełku niosła 

najpotrzebniejsze   drobiazgi,   poza   tym   trochę   pieniędzy   i   parę   zimowych   butów.   Na 

plecach dźwigała ciężki worek wypełniony książkami, lekarstwami w małych naczyniach 

i ziołowymi mieszankami. Chciała zabrać wyłącznie rzeczy osobiste. Reszta należała do 

Mogensa.

Była biedna, kiedy do niego przyszła przed wieloma laty.

Chciała być równie biedna, gdy postanowiła odejść.

Nie, to zresztą niemożliwe.

Mogens dał jej największe bogactwo, jakiego mogła pragnąć.

Nauczył ją czytać, czerpać wiedzę ze starych i nowych ksiąg z całego świata.

Wykorzystywała te umiejętności z zapałem, to nadało jej życiu treść, która na 

długie lata wypełniła pustkę, jaka została po Randarze.

No i przyszła na świat Sunniva, najukochańsze dziecko, a także bliźniaczy brat 

Sunnivy, lecz jego nie dane było matce zachować.

Przeżyła tutaj jedenaście lat jako dojrzała i odpowiedzialna kobieta, matka i żona. 

Ale wszystkie te lata były drogą do największej zdrady życia, drogą do ukochanego...

Miała   na   sobie   piękną,   dostojną   suknię,   która   bardzo   wyraźnie   określała   jej 

pozycję. Maria była żoną proboszcza.

Była jednak także kochanką kata.

A   teraz   zostawiła   wszystko,   co   posiadała,   by   połączyć   się   z   nim   i   odbyć 

brzemienną w skutki podróż na drugą stronę fiordu.

Do Meisterplassen.

Do domu.

Tam   gdzie   zaniosła   ją   matka,   kiedy   była   niemowlęciem.   Tam   gdzie   spędziła 

jasne,   dobre   lata   dzieciństwa,   nie   martwiąc   się   szczególnie   tym,   że   ludzie 

background image

niesprawiedliwie oceniają jej bliskich.

Rodzina dawała sobie radę sama, bez niczyjej pomocy. Do kogo zresztą mieliby 

się zwracać?

Byli odrzuceni, wyszydzani, przechodnie spluwali im pod nogi w tych rzadkich 

przypadkach, kiedy ktoś z Meisterplassen załatwiał coś we wsi. Wykrzykiwano, że są 

bękartami kata i jego nałożnicy, stali na najniższym szczeblu społecznej drabiny. Nawet 

cuchnące i obdarte samotne sieroty, przesiadujące nad fiordem, ciskały szydercze słowa i 

kamienie za Marią i jej matką.

Ale matka Marii zdołała w końcu nauczyć paru z nich, by przychodzili z czapką 

w rękach do małej chaty na wysokim brzegu.

Dawała im zioła przeciwko dolegliwościom, które ich dręczyły, opatrywała rany, 

o których wszyscy sądzili, że są śmiertelne.

Powstrzymywała   krwotoki.   Większość   jednak,   zwłaszcza   tak   zwani   dobrzy 

chrześcijanie, ludzie cieszący się powszechnym szacunkiem i uznaniem, nigdy jej nie 

pozdrawiali. Rzadko kiedy mogła się spodziewać innego podziękowania niż splunięcie 

pod nogi, jeśli ktoś spotykał ją na swojej drodze. A w końcu odebrali jej i męża, i syna.

Teraz Liv odeszła także.

Maria uświadomiła sobie, że to ona należy do najstarszego pokolenia, i drżąca 

potrząsała głową, by odegnać od siebie uczucie, jakie niosła ta świadomość.

Przecież dopiero co rozpoczęła życie!

Więcej nawet, rozpocznie je dopiero dzisiejszej nocy!

Teraz,   kiedy   decyzja   została   podjęta,   dużo   łatwiej   było   tłumić   lęk   i   wyrzuty 

sumienia.

Mogens powinien dać sobie radę. Był mężczyzną o wielkim temperamencie, ale 

Maria żywiła nadzieję, iż jego gniew minie i pewnego dnia będą się mogli pojednać. Miał 

więcej lat niż wielu tych  wyniszczonych  staruszków, których  dolegliwości starała się 

łagodzić, lecz pozostał twardy niczym psia skóra i mógł pracować jeszcze długo. I córka 

na pewno się nim zaopiekuje.

Sunniva co prawda nie skończyła jeszcze jedenastu łat, ale rozumie więcej, niż 

można się spodziewać.

Ona   będzie   Mogensowi   pociechą,   ojciec   i   córka   z.   pewnością   tak   pokierują 

background image

sprawami, by życie codzienne toczyło się normalnie i bez niej.

Solveig Plassen i pozostałe dwie dziewczyny zadbają, by w domu nie odczuwało 

się braku silnej kobiecej ręki.

Solveig   zastąpi   ją   również   w   izbie   chorych,   umie   wiele   i   potrafi   się   zająć 

większością przypadków. Pewnego dnia przejmie to Sunniva...

Od dawna była wierną pomocnicą w ogrodzie ziołowym Liv, obserwowała także, 

jak Maria pielęgnuje chorych.

Sunniva jest z pewnością moją córką, myślała Maria zadowolona. Ta wysoka, 

dobrze zbudowana dziewczyna o jasnobrązowych włosach miała co prawda oczy ojca i 

nos równie ostry jak nos Mogensa, a jej silne ręce w niczym nie przypominały białych 

szczupłych   dłoni   matki,   ale   miała   też   bardzo   miły   glos.   Jej   wyprostowana   sylwetka 

sprawiała, że Marii kojarzyła się z angielską królową.

W   matczynym   sercu   pojawiał   się   bolesny   skurcz   za   każdym   razem,   gdy 

uświadamiała sobie, jak córka musiała cierpieć z powodu śmierci brata.

Wciąż jeszcze zmarłe dziecko nawiedzało Marię w snach, chłopiec dorastał w jej 

marzeniach, ukazywał się jako roześmiany czarnowłosy, urodziwy młodzieniec.

Zawsze z tym dziwnym błyskiem w oczach, jakby się chciał z nią przekomarzać, 

zawsze uciekający od niej poprzez pokryte kwieciem letnie łąki, wymykał się jej wciąż i 

wciąż od nowa.

Z latami żal złagodniał, ale wciąż tkwił w jakimś zakamarku jej duszy, nic nie 

było w stanie zabliźnić tej rany.

Może   pod   wpływem   miłości   Randara   mogłoby   odtajać   również   i   to   martwe 

miejsce?

Syn z nim...

Dziecko o jego ciemnych oczach i równie ciemnych włosach!

Marzenie mogło się stać rzeczywistością.

Tak, może  nawet już teraz,  po licznych  miłosnych  spotkaniach  nad tą głębią, 

wykiełkowało w niej nowe życie?

Nie, miała nadzieję, że tak nie jest.

Ich   dziecko   nie   powinno   być   poczęte   w   tajemnicy,   w   ukryciu   i   z   gorzkim 

smakiem wstydu w ustach.

background image

Wkrótce znajdą się w domu.

Dwa, trzy dni w lodzi, zielone fale będą ich unosić ku wielkiemu fiordowi, potem 

popłyną odnogą w kierunku Sogndal i przedostaną się na wymarłą, lecz słoneczną stronę.

Meisterplassen.

Maria przyspieszyła kroku, już prawie biegła.

Worek wrzynał się w ramiona, ale się tym nie przejmowała.

Dusza   w   niej   śpiewała,   serce   tłukło   się   w   piersi   tyle   z   napięcia,   co   i   z 

oczekiwania.

Randar, Randar, wkrótce będę przy tobie.

I tym razem już na zawsze!

Woda w głębinie stała spokojna, jak martwa. Znikąd nie docierał żaden dźwięk, 

słyszało się tylko cichutki szept rzeki.

Gdzieś   daleko   śpiewał   ptak,   lekceważąc   sierpniowe   ciemności   zwlekał   z 

ukryciem główki pod skrzydłami.

Jeszcze na zboczu Maria rozejrzała się dookoła.

Nigdzie żywej duszy.

Mrużyła oczy w ciemnościach, on z pewnością ukrył się w cieniu wielkich drzew 

nad wodą.

Odłożyła worek i zawiniątko, zdjęła buty i zaczęła się ostrożnie zsuwać w dół po 

stromej, śliskiej ścianie. Potem przywarła do niej ciałem i odnajdywała punkty oparcia 

dla stóp na niemal pionowej skale.

- Randar! Jestem tutaj!

Maria szeptała, z trudem powstrzymując krzyk.

- Gdzie jesteś? Może zasnąłeś, ty leniwy...

Odnalazła miejsce, w którym  Randar sypiał przez ostatnie dni od chwili, gdy 

nieoczekiwanie pojawił się w jej wsi. Na szczęście nikt go nie odkrył. Również wielu w 

tej części fiordu znało twarz kata.

Ale tam go nie znalazła. Szałas został zrównany z ziemią, tylko kilka czarnych od 

sadzy kamieni przykrytych torfem wskazywało, że ktoś tutaj popasał.

Czuła, że ogarniają panika.

Gdzie on się podział?

background image

Nie mogła źle zrozumieć, mieli się spotkać właśnie dzisiejszej nocy.

Randar   powiedział...   A   może   to   ona   sama?   Po   strasznej   kłótni   wczorajszego 

wieczora Maria podjęła decyzję, nie była już w stanie się wahać.

Krok został uczyniony.

Dawne życie zostawiła za sobą.

A on miał ją zabrać, czyż nie dlatego przyjechał do Lyster po tych wszystkich 

latach?

Miłość pozostała tak samo silna jak w młodości, równie oszałamiająca, pełna.

Rozpoznała   dawne   uczucie   szczęścia,   rozkoszne   drżenie   zawładnęło   nią 

natychmiast, gdy zrozumiała, że on jest, wciąż jest, znajduje się tak niedaleko. A w jego 

oczach zobaczyła ten sam blask, który płonął w nich tamtego dnia, kiedy odnaleźli się po 

raz pierwszy.

Blask,   który   zgasł,   gdy   przybrany   ojciec   obojga   został   tak   brutalnie 

zamordowany. Wówczas dla Randara zemsta okazała się ważniejsza.

Maria nie rozumiała tego wtedy i nie zrozumiała do dzisiaj.

Cóż może być ważniejszego niż miłość?

Ona w każdym razie poświęciła dla niej wszystko, nawet własną córkę i wieczny 

spokój   swej   duszy.   Poświęciła   także   Mogensa,   drogiego   Mogensa   obdarzonego   taką 

wyrozumiałością.

- Randar! Wolała teraz głośno, niepomna, że ktoś może usłyszeć.

- Gdzie ty jesteś? Nie żartuj sobie ze mnie, boję się... Głos łamał się ze strachu, 

zagryzała wargi, załamywała ręce. Zimny lęk rozprzestrzeniał się od karku na cale ciało, 

twarz Marii zrobiła  się sztywna  i nieruchoma.  Usta nie chciały się otwierać, tłumiły 

wydobywający   się   z   krtani   krzyk.   Tylko   las   odpowiadał.   Las   pełen   odwiecznych 

odgłosów,   trzasku   łamanych   gałązek,   szelestu   zwierząt   pełzających   pośród   wrzosów, 

trzepotu ptasich skrzydeł w koronach drzew i bezgłośnego oddechu kwiatów.

Jego tu nie ma. Odjechał.

Maria   opadła   na   ziemię   w   miejscu,   gdzie   jego   ciało   wyżłobiło   w   trawie 

zagłębienie.

Skuliła się, chciała poczuć jego ciepło, które ziemia musiała przechować właśnie 

tutaj.

background image

Nic   nie   było   takie,   jak   powinno,   i   serce   lasu,   i   puls   rzeki   zamarły   w   tym 

momencie.

Randar zdradził. Zdradził jeszcze raz.

Wstała.

Uderzała głową o pień sosny, kopała nogą wilgotną trawę.

Przez chwilę jej rozsądek balansował na cieniutkiej niczym ostrze miecza granicy 

pomiędzy rozpaczą a wściekłością.

Instynkt samozachowawczy jednak zwyciężył  i Maria zaczęła miotać w nocny 

mrok straszne przekleństwa.

-   Do   diabła   z   tobą,   ty   przeklęty   psie!   Podstępny   łotrze,   znowu   się   ze   mną 

zabawiłeś! Niech cię dzisiejszej nocy wiodą wszystkie złe moce, wszystkie duchy morza, 

niech ci dadzą taką nauczkę, byś nigdy nawet nie pomyślał o podobnej zdradzie!

Dźwięki były stłumione, Maria płakała rozpaczliwie, ale niemal bezgłośnie.

Siedziała tak przez dłuższy czas, starała się opanować myśli. Zimny gniew dał jej 

dość siły, by wstać z godnością. Uniosła w górę twarz, ściągnęła brwi i spojrzała na 

zachodzący księżyc, Parsknęła niczym mokry kot, lecz płacz wciąż dławił ją w gardle.

Jeśli  jesteś  tam w  górze,  tak jak to odczuwam,  to wiedz,  że nie  pozwolę się 

zgnieść. Rozumiem twoje posła nie, Boże, ale nie żałuję! Mój grzech jest mimo wszystko 

tak samo wielki, więc dlaczego pozwoliłeś mu odjechać? Powoli uspokajała się, czuła, że 

noc jest zimna. Powiedziała sama do siebie:

- Wracaj do domu i nie myśl o tym więcej, przynajmniej dopóki nie będziesz 

miała pewności, co się stało.

Trudno, nie ma go. Już przedtem przez to przeszłaś, rozumiesz, co to znaczy, ale 

teraz jesteś starsza, wiesz o życiu więcej.

Gorycz stopniowo wypełniała jej udręczone ciało, godziła się na to, pojmowała 

bowiem, że właśnie to uchroni ją przed załamaniem.

- Nigdy, nigdy więcej nie dam się dręczyć temu przeklętemu, tchórzliwemu psu. 

Maria pospieszyła do domu.

Droga   była   długa,   minęło   wiele   godzin,   zanim   doszła   do   plebanii.   Nogi   nie 

chciały   jej   nieść.   Worek   wydawał   się   dziesięć   razy   cięższy   niż   poprzednio.   Niebo 

zaczynało się złocić na wschodzie. Może nawet ci, którzy wstają najwcześniej, kręcą się 

background image

już po obejściu między stajnią i oborą.

Skrajem lasu zbliżyła się do domu, jakiś czas posuwała się wąską dróżką przez 

zagajnik. W końcu znalazła się obok tego dziwnego długiego budynku, który pełnił rolę 

izby chorych.

W oknach Liv było, naturalnie, ciemno.

Maria jednak wbiegła bezgłośnie po schodach do dwóch małych pokoików, które 

do niedawna zajmowała jej matka. Pomyśleć, że Liv siedziała w tym fotelu jeszcze przed 

paroma dniami!

Ta   pogodna,   energiczna   kobieta   o   niebiańsko   błękitnych   oczach.   Ona,   która 

zawsze pachniała słodkimi ziołami, która zawsze miała życzliwą dłoń i słowa pocieszenia 

dla wszystkich cierpiących.

Nikt nie wiedział, co ona sama nosiła w sercu, Maria domyślała się tylko, że 

musiała to być tajemnica z rodzaju tych najbardziej ponurych.

Liv Bergaheim, jej matka.

- Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie - szeptała córka, kuląc się na łóżku 

matki i okrywając rozdygotane ciało miękką kołdrą. - Pomóż mi, mamo, w tym, co musi 

nadejść. I, na Boga, daj mi siłę, bym nigdy więcej nie uległa pokusie pokochania kogoś!

Ukryły   Bóg   stukał   chyba   do   serca   Marii   albo   może   to   daleki   krzyk   jakiejś 

dziewczyny dotarł do niej we śnie...

Ocknęła   się   gwałtownie   i   oszołomiona   usiadła   na   łóżku   zmarłej   matki,   zaraz 

zerwała się na równe nogi i stanęła na zimnej podłodze. Kolana uginały się pod nią, 

półprzytomna   uświadomiła   sobie,   gdzie   jest,   miała   wrażenie,   że   ściany   zaciskają   się 

wokół niej, jakby chciały wypchnąć ją na zewnątrz.

Nie   wiedziała   dlaczego,   po   prostu   ukryła   worek,   który   ze   sobą   przyniosła,   i 

pobiegła w stronę głównego domu.

Na szczęście nikt się jeszcze nie obudził. I nagle zrozumiała, o co chodzi.

List do Mogensa.

Trzeba go usunąć!

Nie wolno dopuścić, żeby zobaczył  te rozmazane  od łez słowa, zdradę,  którą 

drżącymi rękami uwieczniła poprzedniej nocy na papierze.

List pożegnalny.

background image

I pierścionek, który on jej dał.

Boże, Mogens nie mógł tego widzieć! Dlaczego nie poszła tam natychmiast i nie 

usunęła okrutnej wiadomości?

Wpadła do gabinetu, do tego drogiego jej pokoju, w którym ogień na kominku nie 

wygasał, kiedy dni stawały się krótkie.

Szuflada biurka była lekko wysunięta, tak jak ją zostawiła. Ów straszny arkusik 

papieru wciąż leżał nietknięty. Szarpnęła go mocno, pierścionek wcisnęła z powrotem na 

palec.   Pokrył   biały   paseczek   skóry,   który   wczoraj   wieczorem   tak   długo   masowała   i 

uciskała. Ulga mieszała się z jakimś nerwowym niepokojem. Wciąż jeszcze wszystko 

mogło się wydarzyć. Wciąż jeszcze istniało wielkie niebezpieczeństwo, że Mogens się 

dowie, że dotrze do niego, co Maria zamierzała zrobić. Co ma mu powiedzieć, kiedy mąż 

odkryje, że nie nocowała w domu?

Wymówki i kłamstwa nasuwały się same.

Mogła przecież zostać wezwana do chorego również dzisiejszej nocy, zdarzało się 

ciągle, że ktoś stukał do drzwi i domagał się jej pomocy przy trudnym porodzie, jakimś 

nieszczęściu lub ostrej chorobie.

Ludzie wiedzieli, że Maria przyjdzie.

I Mogens chwalił jej chęć niesienia pomocy i ofiary. Wykonywała swoje posługi 

z taką chrześcijańską miłością bliźniego, że należało to podziwiać, uważał.

Kiedy otwierała drzwi do ich wspólnej sypialni, wstrzymała oddech.

On z pewnością nie zapyta natychmiast, jak zwykle będzie chciał oszczędzić jej 

kłamstw. Mogens nigdy nie dowiadywał się o Randara, o tego syna kata, od którego 

kiedyś uciekła. Nie chciał znać odpowiedzi. Dlatego nie pytał. Maria myślała: To jest 

właśnie dowód szlachetności mądrego człowieka. Nawet pożar, który wznieci! w niej 

Randar, nie był w stanie stłumić dawnej czułości. Poczuła, że skurcz w żołądku ustąpił, i 

odetchnęła wolno.

Mogens leżał, spokojny i cichy, po swojej stronie łoża.

Zdziwiło ją, że włożył najlepszą nocną koszulę. Na szafie przy oknie wisiały dwie 

sutanny, czarne i lekko połyskliwe. Na nocnym stoliku zauważyła na wpół opróżnioną 

karafkę. Podeszła bliżej, w pokoju panował mrok, okiennice były zamknięte.

Tylko przez małą szczelinę sączył się strumyk światła, który padał na kościste 

background image

dłonie Mogensa.

Maria miała ochotę płakać, a jednocześnie uśmiechała się przez łzy. On leży tutaj, 

śpi   najniewinniejszym   snem   i   nie   wie   nic   o   dramatycznych   nocnych   przeżyciach 

małżonki.  Nie przypuszcza  nawet, że w ciągu pięciu  ostatnich  nocy wymykała  się z 

domu, żeby go zdradzać w ordynarny, najbardziej prymitywny sposób. Podczas kiedy on 

wierzył, iż Maria myśli wyłącznie o swojej zmarłej matce, że pogrążona jest w żałobie...

Czy kiedykolwiek mógłby pomyśleć, że drzemie w niej taka pospolita dziwka?

Nie, dla Mogensa była  zawsze czysta, wiedziała o tym. Mogens ją podziwiał, 

wielbił   ponad   wszelkie   wyobrażenie.   -   Przekonywał   przecież   samego   biskupa   w   jej 

sprawie, nieulękły i pełen miłości. Nawet swego najbliższego współpracownika, owego 

podstępnego   Revelina,   Mogens   osadził   zdecydowanie   na   miejscu.   Jak   ten   nędznik, 

zazdrosny   wikariusz,   mógł   wierzyć,   iż   rzuci   na   Marię   cień   swoimi   intrygami?   Nic 

podobnego,   przynajmniej   dopóki   Mogens   Skanke,   jej   małżonek,   będzie   przy  niej!   Z 

bladym   uśmiechem   Maria   wyciągnęła   rękę,   chcąc   obudzić   go   delikatną   pieszczotą. 

Mogens   nigdy  nie   wymagał   od  niej   więcej,  niż   sama   chciała   mu   dać.   Nigdy  jej   do 

niczego nie zmuszał.

Skóra, której dotknęły opuszki palców Marii, była zimna.

Twarz na poduszce zastygła, usta się nie poruszały, oczy były zamknięte i nie 

drgnęły nawet, kiedy dłoń żony przesunęła się po krzaczastych brwiach.

On nie żyje, przemknęło jej przez głowę.

On nie żyje!

Maria stała pośrodku pokoju i jakby z boku spoglądała na siebie. Żona Lota, 

pozbawiona   uczuć   niczym   szary   kamień.   Myśli   przebiegały   jej   przez   głowę   ze 

zdumiewającą jasnością. Raczej je rejestrowała, niż była w stanie nad nimi panować. 

Kiedy człowieka dotyka nieszczęście, jest najpierw bezgranicznie zrozpaczony. Potem 

przychodzi   załamanie,   może   nawet   histeria,   następnie   zmęczenie,   rezygnacja, 

odrętwienie. W końcu człowiek otrząsa się z desperacji i może rozpocząć powrotną drogę 

do rzeczywistości, do powszedniego dnia. Zwykle taki proces trwa przez kilka lat. Jak to 

się stało, że już tutaj jestem?

Stopy Marii poruszyły się, biodra lekko zakołysały, stwierdziła, że siedzi obok 

Mogensa. Jakie to nierzeczywiste, jak sen. Jak sen, śniony przez kogoś innego. Zdumiona 

background image

trwała w bezruchu na brzegu łóżka i nie mogła pojąć, że jej myśli są takie klarowne, choć 

głowę   wypełnia   coś   jakby  mokra   wełna.   Siedziała   na   małżeńskim   łożu,   palce   wciąż 

jeszcze gładziły drogą, starą twarz męża. Dom zaczynał się budzić, z kuchni dochodził 

szczęk naczyń. Maria wstała, zdjęła brudną suknię i rzuciła na podłogę. Ten strój nigdy 

więcej   nie   będzie   używany.   Był   przeznaczony   dla   innego.   Wyjęła   z   szafy   swoje 

najpiękniejsze ubranie.

Czarna suknia, skromny fason z wysokim kołnierzykiem  z delikatnej koronki. 

Rękawy wąskie, przybrane jedwabną wstążką. Kiedy Maria wychodziła za mąż, spod 

sznurówki stanika widać było piękną jedwabną bluzkę. Teraz, gdy mocno zasznurowała 

stanik, jego brzegi się stykały.

- Schudłam - powiedziała  półgłosem,  zdumiona.  Na ramiona  narzuciła  czarny 

szal, na nogi zaś włożyła  lśniące pantofle  z cielęcej  skóry na miękkich podeszwach. 

Uporządkowała   łóżko,   otworzyła   okiennice.   Ptaki   śpiewały,   witały   z   radością   nowy 

dzień. A może śpiewem żegnały Mogensa?

On   zaś,   w   śnieżnobiałej   pościeli,   wyglądał   pięknie   i   młodzieńczo.   Twarz 

zachowała jeszcze zdumiewająco zdrową barwę, usta układały się miękko. Blask słońca 

rozjaśniał liczne srebrne nitki w jego brodzie.

Maria ułożyła sztywne ręce zmarłego na piersi i wsunęła mu w dłonie niewielki 

katechizm.

Potem ujęła karafkę, w której na dnie zostało jeszcze trochę płynu, i wchłaniała 

niezwykły zapach. Spróbowała wina, wydało jej się słodkie i przyjemne.

W kieliszku również trochę zostało. Uniosła naczynie w stronę zmarłego męża. 

Przemawiała w milczeniu do milczącego:

- Na zdrowie, mój przyjacielu, pozwól mi wypić na pożegnanie i w podzięce za 

wszystko.   Zostało   ci   oszczędzone   straszne   cierpienie,   jakie   zamierzałam   na   ciebie 

sprowadzić, i być  może, odchodząc właśnie dzisiejszej nocy,  uratowałeś moją duszę. 

Musisz   jednak   wiedzieć,   że   będę   za   tobą   tęsknić,   jakkolwiek   dziwnie   to   brzmi. 

Zamierzałam   od   ciebie   odejść,   mój   ukochany   przyjacielu,   ale   to   ty   wypowiedziałeś 

ostatnie słowo. Teraz ja będę musiała żyć z tęsknotą, z podwójną tęsknotą... Zasłużyłam 

sobie na to. Spoczywaj w pokoju, mój kochany!

Opróżniła kieliszek, ale nie przełknęła płynu. Czekała, aż poczuje na języku ów 

background image

dobrze znany smak.

Nic takiego nie nastąpiło, a ona instynktownie wypluła wstrętną ciecz z powrotem 

do kieliszka. Wpatrywała się zaszokowana w cierpkie, choć z pozoru słodkie czerwone 

wino.

Usta krzywiły się w obrzydzeniu, napój był dławiący, paskudny, kleił się do warg 

jak syrop. W ułamku sekundy zrozumiała. Czarny lulek.

I naparstnica.

I jeszcze to niebezpieczne, a mimo to takie dobre lekarstwo z kopenhaskiej apteki.

Pomaga   ono   ludziom   się   odprężyć,   zasypiają   nawet   przy   najpotworniejszych 

bólach.   Maria   użyła   go   tylko   jeden   raz   i   dotychczas   wspomina   ze   zgrozą,   jak   silny 

mężczyzna omal nie umarł, gdy składała mu złamaną nogę. Prawie przestał oddychać, 

Maria nie mogła pojąć, w jaki sposób działa to nieznane lekarstwo. Schowała je potem 

głęboko, nie odważyła się nawet go dotknąć.

I oto teraz  Mogens  zażył  właśnie ten lek.  Pomieszał  zioła  z jej zapasów  i w 

żadnym razie nie mogło się to zdarzyć przez pomyłkę.

Maria   zawsze   starannie   chowała   zarówno   czarny   lulek,   jak   i   suszone   liście 

naparstnicy, zamykała je lepiej niż inne lekarstwa.

On wiedział, czego użyć, by śmierć przyszła prawie niepostrzeżenie.

Ale dlaczego?

Nigdy się tego nie dowie.

Zresztą istnieje tylko jedna odpowiedź.

Mogens zrozumiał, co się dzieje. Może nawet znalazł kryjówkę, gdzie Randar na 

nią czekał i gdzie przez wiele nocy w zmysłowym uniesieniu oboje zapominali o bożym 

świecie.

Może nawet szedł za nią którejś nocy, może widział ich razem?

Robiło jej się coraz bardziej zimno; lęk, który tak długo od siebie odsuwała, teraz 

przenikał ją do szpiku kości lodowatymi igłami. Swoim grzechem doprowadziła go do 

rozpaczy.

Lekkomyślna, głupia i zaślepiona posłała go w objęcia śmierci, by sama mogła 

mieć   to,   za   czym   tęskniła.   Nic   dziwnego,   że   Pan   ją   ukarał.   Nie   miała   siły,   by   się 

buntować przeciwko temu, co nazywała losem, jej zdradzieckie serce nie było w stanie 

background image

przejmować się grzechem. Czuła się tylko bardzo smutna i zmęczona. - Mój kochany 

biedaku, umarłeś na próżno...

Nie, odpowiedział głos Mogensa, płynący jakby z jej własnych myśli. Nie, nie na 

próżno. Teraz jesteś wolna i możesz pójść za głosem swego serca bez wstydu  i bez 

ludzkiego szyderstwa! Maria pomyślała: Chyba zwariowałam, poddaję się szaleństwu. 

Och, mamo, nie pozwalaj mu, żeby tak do mnie mówił, nie teraz! Mimo wszystko jest już 

za   późno.   Randar   odjechał.   On   mnie   po   prostu   nie   chciał.   Nie   chciał,   bym   ciebie 

zdradziła,   Mogensie,   był   twoim   przyjacielem   bardziej   niż   ja.   Ale   twoją   pamięć 

zachowam w największej czci, obiecuję ci, że tak będzie. Powiedz mu to, mamo, kiedy 

będziesz go zabierać ze sobą przez te morza, które musisz pokonać.

Na plebanii nastał czas żałoby, wielkiego pośpiechu i przygotowań. Dom został 

wywrócony   do   góry   nogami.   Maria   widziała   wiele   młodych   dziewcząt,   które 

przychodziły pomagać. Uśmiechały się, chichotały za jej plecami i podkradały w kuchni 

smakowite   kąski.   Kiedy   jednak   bezszelestne   kroki   Marii   je   zaskoczyły,   sprawiały 

wrażenie   zawstydzonych   i   powaga   malowała   się   na   ich   twarzach.   Dygały   przed 

gospodynią, kryjąc wzrok.

Jakby dopiero co mówiły o mnie coś złego, myślała Maria obojętnie.

Nie chciała mieć teraz zbyt wiele czasu na pełne goryczy rozmyślania.

Pogrzeb,   stypa.   Trzeba   zawiadomić   Marię   Cecilię,   a   Bóg   wie,   gdzie   się   ona 

podziewa.

I wkrótce będą musieli opuścić dom, ci wszyscy, którzy tutaj na plebanii spędzili 

tyle dobrych lat.

Wikariusz z pewnością będzie się niecierpliwił.

Zresztą   trzeba   powiadomić   biskupa,   a   także   lensmana.   Z   wiadomością   do 

wikarego została wysłana Solveig, Maria sama nie była w stanie znieść myśli o spotkaniu 

w tak trudnej godzinie z tym podstępnym, pełnym złości człowiekiem.

Zawsze   w   jego   oczach   dostrzegała   budzącą   niepokój   mieszaninę   nienawiści   i 

ponurych żądz, dłonie mimo woli chwytały łańcuszek, który nosiła na szyi jako amulet.

Raz przecież próbował i niemal mu się udało doprowadzić ją przed oblicze sądu, 

oskarżyć o czary.

Z   pewnością   będzie   próbował   znowu,   skoro   teraz   została   pozbawioną   opieki 

background image

wdową.

Ale mam przyjaciół, pocieszała się.

W całej parafii ma wielu przyjaciół, i to potężnych! Oni na pewno się połączą, 

wiedzą, kto jest i pozostanie spadkobiercą Mogensa Skanke, komu należy się po nim 

wszystko prócz probostwa. Z pewnością jej pomogą i z izbą chorych, i z ziemią, którą 

odziedziczy, z kierowaniem majątkami i z papierami, którymi teraz, po śmierci Mogensa, 

trzeba się zająć. To przyjaciele, z którymi dzieliła troski i płakała, gdy przytrafiło im się 

nieszczęście. Ludzie, o których wiedziała, że mają dość władzy, by sarni pokierować 

parafią, gdyby ludzie kościoła wystąpili przeciwko niej. Jest wielu przyjaciół. Wiernych. 

Maria nabrała powietrza w płuca i poczuła, że ta świadomość otula ją niczym ciepłe 

okrycie, że tłumi pulsujący niepokój, który wikariusz zawsze w niej wzbudzał.

Nikt nie powiedział nic, co by wskazywało, że ostatnia tajemnica Marii i Mogensa 

została   odkryta.   Nikt   się   nie   dziwił,   że   pastor   spotkał   swego   Boga   w   nocy,   bez 

pożegnania,   bez   jakichkolwiek   dramatycznych   wydarzeń.   Mogens   Skanke   był 

prawdziwym mężczyzną i potrafił zdziałać więcej niż inni. To, że nie znał godziny swej 

śmierci, zostało przez wielu przyjęte z ulgą. No i proszę, niech teraz zobaczą ci złośliwi, 

którzy, choć było ich niewielu, sądzili, że zmarły był w równym stopniu pasterzem Pana, 

jak i kapłanem ciemności. Ludzie nie szczędzili mu modłów i podziękowań na ostatnią 

drogę, szczodrze i z hojnością wypełniali ołowiane naczynie, do którego zbierano dary 

dla wdowy.

Stary pastor leżał spokojnie w trumnie, którą wystawiono w kościele.

Światło  płonących   nieustannie   świec  sprawiało,   że  twarz   wydawała  się  żywa. 

Policzki   jednak   zapadały   się   coraz   bardziej.   Ręce   złożone   na   piersiach   zrobiły   się 

sinoczarne.

Nastały teraz naprawdę zimne noce, więc można było czekać z pogrzebem.

Codziennie na plebanię przybywali nowi ludzie, przyjeżdżali z daleka i z bliska, 

by być przy tym, gdy ziemskie szczątki Mogensa Skanke zostaną złożone na wieczny 

spoczynek.

- Mogens będzie pochowany w krypcie - oznajmiła Maria stanowczo i nikt, nawet 

wikary, jej się nie sprzeciwił.

W trumnie sam Mogens jakiś czas temu kazał wstawić szklaną szybę.

background image

Jakby okno w pięknie wykutej skrzyni, otwór pomiędzy światami. To straszne, 

myślały   dzieci,   a   kobiety   bladły.   Nigdy  przedtem   czegoś   takiego   nie   widziano,   lecz 

ludzie   szeptali,   kiwali   głowami   sądząc,   iż   tak   trzeba.   Jeśli   jest   ktoś,   kto   może 

obserwować świat z tamtej strony, to z pewnością Czarny Mons!

On umiał więcej, niż chcielibyśmy wiedzieć, powtarzali w duchu parafianie. Ale 

Bóg najwyraźniej spoglądał łaskawie na swego sługę i nie zagłębiał się w szczegóły. 

Czyż Mogens przez całe życie nie walczył w obronie słabych? Czy nie rezygnował z 

podatków i sam nie płacił za biedaków, którzy znaleźli się w trudnym położeniu? Czy nie 

dawał im jedzenia i ubrania, by nie zamarzli podczas ciężkiej zimy?

Mogens Skanke zostawiał po sobie dobrą pamięć.

Wdowa zaś spotykała tyle ciepła i zrozumienia, ile tylko mogła zapragnąć. Maria 

i Sunniva półprzytomne siedziały w salonie i pozdrawiały wszystkich, którzy paradowali 

przed nimi, by wyrazić swoje współczucie i szacunek.

Sunniva przeżywała to wszystko bardzo głęboko.

Niełatwo zrozumieć dziecku, że ojciec, który tak czule obejmował je na dobranoc 

jeszcze wczoraj, nagle odszedł.

Tak pełen życia, taki sympatyczny był tego ostatniego wieczora!

- Jakby wiedział, że Bóg zechce go zabrać, tak, prosił mnie nawet, bym odmówiła 

specjalny pacierz za ciebie, mamo!

Maria   pogłaskała   ładne   włosy   dziewczynki,   spojrzała   w   błyszczące, 

zaczerwienione oczy.

- Tak, Sunnivo. Lepszego ojca nikt nie może mieć.

- Ani lepszego męża - odparła Sunniva dorośle, nie patrząc w spłoszoną nagle 

twarz matki.

Strumień ludzi ustal trzeciego dnia. Maria miała czas zajrzeć do izby chorych, 

gdzie w ostatnim czasie rządziły dwie dziewczyny ze wsi. Nikogo poważnie chorego, 

nikt nie uległ wypadkowi. Jakaś kobieta przyszła po maść na bolący palec.

Dziewczyny dały jej jeszcze suszonej brzozowej kory, ona pomoże wyciągnąć 

ból, czyż nie?

Przyszło też dziecko z prośbą od matki po jeszcze trochę tej dobrej herbaty, dzięki 

której jej chude piersi napełniły się mlekiem. Maria kiwała głową z uznaniem, kiedy 

background image

dziewczęta  opowiadały o mieszance  z rumianku,  kopru włoskiego, czarnego pieprzu, 

krwawnika i wiesiołka. Gdy trochę skrępowane wyznały, iż posłały też położnicy trochę 

jedzenia, zrozumiała, że młode pomocnice znakomicie dadzą sobie radę.

Maria poprosiła, żeby już poszły, teraz będą mieć wolne. Izba chorych zostanie 

zamknięta. Nic na świecie nie oderwie jutro Marii od trumny Mogensa.

Najpierw   jednak   trzeba   napisać   kolejny   list   do   Marii   Cecilii,   starszej   córki 

zmarłego.

Prowadziła  ona  niespokojne  życie,   wciąż  w  rozjazdach  pomiędzy  krewnymi  i 

przyjaciółmi   na   całym   Zachodnim   Wybrzeżu.   Kiedy   ostatnio   otrzymali   od   niej 

wiadomość,   napomykała,   że   być   może   osiądzie   na   dłużej   w   pewnym   miejscu   pod 

Bergen, gdzie ma być panną do towarzystwa swojej starej ciotki, a poza tym spotkała 

bardzo przystojnego i bogobojnego kawalera... To syn dzwonnika. Później nie dostawali 

już   żadnych   wieści   przez   co   najmniej   półtora   roku   i   Maria   była   przekonana,   że 

małżeństwo pasierbicy nie doszło do skutku.

Maria Cecilia, z pewnością wciąż jeszcze jako panna, dotrzymuje towarzystwa 

starej wdowie. Dziewczyna musi teraz mieć trzydzieści jeden lat!

Ledwie kilka lat młodsza od niej samej.

Dla   Cecilii   też   musi   to   być   dziwne,   pomyślała   Maria   nieoczekiwanie. 

Wspomnienia z czasów, kiedy ona sama była młodą dziewczyną, uczennicą Mogensa, 

zalały ją wielkim strumieniem.

Cecilia   nigdy   właściwie   nie   pozwoliła   jej   się   do   siebie   zbliżyć.   Zawsze   była 

chłodną,   daleką   i   niemal   eteryczną   istotą.   Maria   wciąż   jeszcze   pamiętała   żyły   na 

delikatnych dłoniach, a także niepewny głos, który przypominał kwilenie ptaka. Szczupła 

talia, chłopięce biodra pod suknią, równie chłopięcy profil, który wcale nie zapowiadał 

kobiecych  kształtów. Maria przypominała  sobie noc, kiedy umarła matka  Cecilii, jak 

wtedy obejmowała chudziutką, zrozpaczoną dziewczynę i próbowała ją rozgrzać. Wtedy 

Cecilia   się   do   niej   przytulała,   poza   tym   jednak   zawsze   była   bardzo   powściągliwa, 

podejrzliwa, a kiedy Maria wyszła za mąż za jej ojca, nie kryła nienawiści.

Na swój sposób była dość ładna.

Nigdy jednak żadna sprawa nie budziła w niej zapału, można było wątpić, czy w 

ogóle żyje!

background image

Na pewno z latami dojrzała, myślała Maria, opuszczając izbę chorych i kierując 

się do biblioteki.

Trzeba pamiętać, by dobrze zapakować wszystkie wartościowe książki.

Wiedziała,  że jej dni w tym  domu  są policzone.  Zdarzało  się, oczywiście,  że 

'wdowy po pastorach mieszkały jeszcze przez wiele lat na plebanii, zwłaszcza gdy nowy 

proboszcz nie miał rodziny. Pan Revelin też nie miał, ale z pewnością wkrótce się ożeni, 

a wtedy wdowa po Mogensie musi się usunąć. Ale Mogens posiadał w parafii trzy spore 

zagrody, zawsze wiedział, jak należy inwestować pieniądze.

Wdowa i córka pana Skanke nie będą cierpiały biedy, zadbał o to w odpowiednim 

czasie.

Maria wyjęła szkatułkę z najładniejszym papierem listowym, który zamawiała w 

Christianii. Na każdym arkuszu w górnym prawym rogu znajdował się jej znak. Kluczyki 

Maryi.

Chwyciła za pióro, zanurzyła je w czarnym atramencie.

Minęło sporo czasu od chwili, gdy ostatnio bawiła się pisaniem, lecz palce szybko 

odzyskały sprawność, poruszały się po arkuszu w pewnym, płynnym rytmie. Jakie to 

cudowne, móc przekazywać swoje uczucia w ten sposób! Jakie to błogosławieństwo, 

umieć uchronić własne słowa tak, że stają się czymś więcej niż tylko przelotną smugą na 

wietrze!

- Dziękuję ci, Mogensie, że dałeś mi również to - mruknęła półgłosem.

Wkrótce   list   do   Cecilii   był   gotów,   Maria   przeczytała   go   uważnie   i 

przypieczętowała sygnetem Mogensa.

Chciała go wysłać przez najmłodszego chłopaka Jensenów, który miał właśnie 

rozpocząć swoją służbę dla ojczyzny. Spotka pewnie ludzi, którzy potrafią wyprawić list 

pod właściwy adres.

Jakkolwiek będzie, wiadomość dotrze za późno.

Zresztą ojciec nigdy nie marzył o powrocie starszej córki do domu.

Cecilia utraciła jedyny dom, jaki kiedykolwiek miała.

Ona również.

Nadszedł już czas na odpoczynek, noc nastała tak samo chłodna jak poprzednie. 

Maria nie była w stanie zasnąć w dobrze znanej sypialni, gdzie umarł Mogens. Pościeliła 

background image

sobie w gabinecie, na podłodze przed kominkiem.

Tutaj czuła się bezpieczna.

Pośród wszystkich książek, z unoszącym się wciąż w powietrzu zapachem fajki 

Mogensa i z widokiem ognia w kominku, który tak lubiła.

Kiedy człowieka gnębi niepokój, nic tak nie koi jak płonący ogień, myślała.

Wpatrywała się w dwa pełgające płomyki, pozwalała, by ich dziwny taniec ją 

hipnotyzował.

Sen jednak nie przychodził, głowę miała ciężką od uczuć, które starała się od 

siebie odsunąć. Czuła ból i pulsowanie w skroniach.

Wiedziała, co powinna zrobić.

Usiadła, zapaliła lampę na biurku.

Potem przyniosła swoją własną księgę, tę oprawną w czerwoną skórę, otworzyła 

ją i zaczęła notować.

Dziennik. Nie, raczej księga nocy. Tak, z pewnością. Nocna księga Marii. Ona 

była powiernicą wszystkich myśli, tutaj zostało opisane całe życie.

Ta   książka   stała   się   jej   najlepszym   przyjacielem,   partnerem   w   najbardziej 

intymnych rozmowach, jej zawsze tak samo pobudzającym zbiorem doświadczeń i myśli.

Czerwona księga przyjmowała wszystko, zarówno smutne wyznania, jak i pełne 

triumfu opisy zwycięstw w izbie chorych. Zdarzało się, że Maria otwierała zapisane gęsto 

strony i odnajdowała szczegóły dotyczące ziołowych mieszanek oraz leczenia chorych, 

których dokładnie nie pamiętała. Na końcu książki zamieściła spis stosowanych przez 

siebie ziół, a potem odnotowywała przy ich nazwach szczegółowe obserwacje.

Teraz jednak otworzyła tam, gdzie znajdowały się najbardziej skryte zwierzenia, a 

papier był zniszczony i poplamiony. Zaczęła wylewać cały swój smutek na te pożółkłe 

arkusze,   czarny   atrament   płynął   niczym   łzy   i   spłukiwał   gorycz.   Zamknęła   książkę 

dopiero, kiedy nastał jasny ranek, a przez szyby i ciężkie  aksamitne zasłony zaczęły 

przenikać głosy z zewnątrz.

background image

ROZDZIAŁ II

Maria Cecilia Skanke skończyła  właśnie trzydzieści jeden lat, i to akurat tego 

dnia, gdy miała zamiar wrócić do domu, do domu swego dzieciństwa, na plebanię w 

Lyster.

Matka odeszła dawno temu. Teraz ojciec też nie żyje.

Cecilia wsłuchiwała się w bicie własnego serca, lecz nie znajdowała w nim żalu. 

Ludzie interesowali ją coraz mniej. Wyżej ceniła sobie szpinet ciotki niż macierzyńską 

opiekę   starej   kobiety.   Najbardziej   lubiła   siedzieć   samotnie   w   swoim   starannie 

odkurzonym pokoju i wyszywać małe, piękne inicjały na czystych kawałkach płótna.

Wyprawa.

Maria   Cecilia   przygotowała   sobie   wyprawę,   jaką   niewiele   panien   z   jej   stanu 

widziało. Przez ostatnie lata jeździła od dworu do dworu, na zmianę jako gość u dalekich 

krewnych   albo   jako   opiekunka   do   dzieci   w   lepszych   rodzinach,   które   z   czasem 

poznawała.

Brakowało jednak najważniejszego. Pana młodego.

Cecilia, bo chciała, żeby tak właśnie ją nazywano, nie znalazła dotychczas nikogo 

odpowiedniego.

Prawdę powiedziawszy, tych kandydatów nie było też tak wielu.

Już w jakieś trzy dni po przyjeździe do domu ciotki oświadczył się o jej rękę 

bratanek   opiekunki.   Zbliżał   się   do   pięćdziesiątki,   miał   wielki,   sterczący   brzuch   i 

potarganą rudą brodę. Był synem lensmana, nie przejął jednak urzędu po ojcu ze względu 

na jakąś sprawę sądową w młodych latach.

Zajmował się handlem zbożem i lichwą.

Większość tego, co zarabiał, wydawał natychmiast na wino i piwo, na kobiety i 

różne zachcianki.

Cecilia   odpowiedziała   mu,   że   powinien   się   wstydzić,   cóż   za   bezczelność, 

zaproponować małżeństwo takiej damie jak ona.

Wbiła w niego swoje lodowato niebieskie oczy i sprawiła, że poczuł się niczym 

robak w jabłku.

Ale nie natychmiast zrezygnował, paskudnie roześmiał się jej w twarz.

background image

- Taka starzejąca się panna będzie przebierać i kręcić nosem? Proszę pozwolić, że 

opowiem panience, jak to moi koledzy ostrzegali mnie przed kościstym ciałem panienki i 

nie radzili się oświadczać. Ja jednak pomyślałem, że co człowiekowi przyjdzie z bujnego 

ciała w małżeńskim łożu... Skoro panna ma odpowiednio dużo szylingów i wyprawę, to...

- Na co pan sobie pozwala! Proszę natychmiast wyjść! Poinformuję o wszystkim 

ciotkę...

- Świetnie! Tak, proszę iść do tego starego, siedzącego na pieniądzach babska i 

opowiedzieć! Proszę jednak przyjąć do wiadomości, że ona wcale nie jest taką bryłą lodu 

jak pani. Ona nigdy nie odmawiała żadnemu z tych, którzy chcieli ogrzać jej stare uda...

Cecilia jeszcze teraz lekko zadrżała na myśl o tamtej upokarzającej rozmowie. 

Później   jednak   trafił   jej   się   tylko   jeden   zalotnik.   I,   niestety,   jako   kandydat   równie 

nieodpowiedni jak pierwszy. Syn dzwonnika, nie był w stanie zrobić kroku bez laski. 

Liczył   sobie   zaledwie   trzydzieści   lat,   ale   jego   wychudzone   ciało   było   przedziwnie 

połamane i krzywe jak u starego dziada. Urody też mu brakowało, ale to Cecilia mogłaby 

znieść.   Całkowicie   jednak   przekreślił   swoje   szanse,   gdy   zaraz   po   oświadczynach 

oznajmił,   że   oczekuje,   iż   propozycja   zostanie   przyjęta,   oraz   że   jeśli   chodzi   o   jej 

obowiązki małżeńskie, on będzie bardziej wymagający, niż to zazwyczaj bywa.. Cecilię 

przerażał jego mętny wzrok, odmówiła w sposób jak najbardziej formalny, nie szczędząc 

jednali uszczypliwości.

Ciotka wyrzuciła ją z domu zaledwie w parę dni potem. Miała dość krygowania 

się Cecilii i jej wielkopańskich manier. Okazała jednak swojej kuzynce tyle życzliwości, 

że   wsunęła   jej   do   kieszeni   list   polecający,   dzięki   któremu   to   dokumentowi   Cecilia 

uzyskała  miejsce jako starsza opiekunka  do dzieci  i dama  do towarzystwa  u pewnej 

młodej kapitańskiej rodziny niedaleko Bergen.

Majątek był wielki, prawdziwa pańska siedziba, Cecilia mogła jedynie marzyć, że 

kiedyś zamieszka w takim miejscu.

Rozkoszowała się każdą minutą spędzoną u rodziny von Sacherstierne - Gluck, a 

nawet towarzyszyła swoim państwu w ich corocznej podróży do miasta. Rynek, ludzie, 

wszystkie zagraniczne cuda... Cecilia była zielona z zazdrości. Nie mogła zrozumieć, 

dlaczego niektórzy otrzymali od losu tak wiele, podczas gdy ona sama musiała się przez 

całe lata zadowalać starą, uszytą w domu sukienką.

background image

Pani miała biżuterię, bardzo dużo biżuterii. Różne pierścionki i broszki, piękne, 

delikatne złote łańcuszki takie cieniutkie, że wprost trudno uwierzyć, iż jakiś złotnik był 

w stanie je zrobić. I mieniące się kolorami kamienie... przypominały one oczy jej matki, 

Cecilia powracała myślami do tamtego dziecka, którym niegdyś była, i płacz dławił ją w 

gardle.

To właśnie w tym domu Cecilię złapano za rękę, gdy zbyt głęboko wsunęła ją do 

szkatułki z biżuterią. Została wyrzucona. Szybko i brutalnie.

Na  dodatek   straszyli,   że   zameldują   o   kradzieży   na  policji,   w   takim   razie   zaś 

Cecilia mogła stracić dobre imię, a także dłoń.

Na szczęście do tego nie doszło.

Wyruszyła w podróż do domu na małym kutrze, którego kapitan zgodził się ją 

podwieźć do Sognefjorden. Nienawidziła tej podróży, wciąż zmieniającej się pogody, 

nieustannego, dławiącego smrodu ryb, smoły, lepiącej się do butów i ubrań, ordynarnych 

marynarzy, a także samego kutra.

Wykonywała jednak swoje obowiązki kucharki i praczki bez szemrania. Innego 

sposobu dostania się do domu nie było. Nie chciała poświęcać niczego, co posiadała, by 

wynająć powóz.

Do domu zaś wrócić musiała.

Wprost trudno uwierzyć, ale kiedy kuter miał wpłynąć na odnogę fiordu, spotkała 

ziomków.

Niedaleko Helia stanęli przy nabrzeżu tuż obok statku pełnego rekrutów.

Kapitan wdał się z nimi w rozmowę i dowiedział się o liście od pastora Mogensa 

Skanke do córki Marii Cecilii, który wiezie jeden z młodych wojaków.

- Czy nasza Cecilia nie pochodzi z Lyster? - zawołał do swoich ludzi, ładujących 

pod pokładem worki z wełną i solone mięso.

- Oczywiście! I na dodatek jest córką pastora!

-   W   takim   razie   to   musi   być   do   ciebie   -   oznajmił   kapitan   i   zachichotał 

zaciekawiony.

Wzięła kopertę i poszła z nią do osłoniętego plandeką kąta na rufie kutra, gdzie 

przygotowywała   proste   posiłki   dla   załogi   i   gdzie   znajdowało   się   jej   wciąż   wilgotne 

posłanie.   To   Maria,   nowa   żona   ojca,   napisała   ten   list.   Cecilia   długo   sylabizowała 

background image

poszczególne słowa, zanim pojęła ich sens.

W końcu jednak główne przesłanie dotarło do jej świadomości. Ojciec nie żyje.

Maria prosi, by Cecilia wróciła do Lyster, pewnie zamierza oddać jej spadek po 

matce.

Ale jako wdowa Maria może używać wszystkiego przez wiele lat. A jest przecież 

ledwie dwa czy trzy lata starsza od Cecilii! A to dziwka! Ciekawe, czy ciągle jeszcze 

zajmuje się tymi swoimi paskudztwami, lata do chorych, przewiązuje im cuchnące rany! 

Cecilia wiedziała, że z Marią nie wygra. Ojciec z pewnością zadbał, by zabezpieczyć 

ukochaną,   odurzony   i   ślepy   na   wszystko   stracił   dla   niej   głowę   od   chwili,   gdy   jako 

młodziutka dziewczyna, nędzarka, ale zadzierająca nosa, przyszła do ich domu, „by się 

uczyć”.  Ha, prawdopodobnie  ojciec  zszedł  się z nią  na długo  przed śmiercią  mamy, 

myślała Cecilia z goryczą.

Sama   nie   wiedziała,   kiedy   w   jej   sercu   zrodziła   się   nienawiść   do   Marii,   był 

przecież   czas,   że   potrafiły   ze   sobą   rozmawiać,   ba,   nawet   lubiły   nawzajem   własne 

towarzystwo.

To   chyba   samo   życie   pozwoliło   mi   ją   przejrzeć,   powtarzała   sobie   Cecilia   ze 

złością, kuląc się na posłaniu, gdy tymczasem kuter odpływał od brzegu.

Teraz   rozumiem,   jak   bardzo   głupie   i   niesprawiedliwe   jest   życie!   Ja,   córka 

świętego   człowieka,   siedzę   tu   jak   najnędzniejsza   służąca   i   marznę   w   swojej   starej, 

połatanej sukni. A jednocześnie taka dziwka jak Maria chodzi po pięknym salonie mojej 

matki i cieszy się szacunkiem całej parafii dzięki tym jakimś smarowidłom i pogańskim 

zamawianiom!

Zapomniała,   albo   chciała   zapomnieć,   że   matka   tej   kobiety,   którą   w   myślach 

nazywała dziwką, to ta sama osoba, która żeglowała przez trzy dni, by dotrzeć do Lyster i 

wyleczyć małą, śmiertelnie chorą Marię Cecilię...

Życie Cecilii nie potoczyło się tak, jak oczekiwała.

Ciężko było wciąż patrzeć, jak marzenia rozpływają się w nicość, ciężko jest stać 

spokojnie, kiedy prawdziwa gra toczy się obok.

Już prawie utraciła wszelką nadzieję.

Chociaż, gdyby... Gdyby Maria sama dostrzegła niesprawiedliwość i z własnej 

woli się usunęła... Cecilia jest najstarszym dzieckiem Mogensa. Wiedziała, że z czasem 

background image

odziedziczy przynajmniej  największy z trzech dworów. Ale Maria mogła żyć  równie 

długo jak ona sama, a poza tym jest jeszcze ta Sunniva. Przybrana siostra, która tak się 

różni od Cecilii, iż nikt nigdy nie uwierzy, że w ich żyłach płynie krew tego samego ojca. 

Na szczęście bliźniaczy brat Sunnivy nie przeżył.

Gdyby   on   teraz   żył,   jako   chłopiec   odebrałby   spadek   zarówno   Cecilii,   jak   i 

rodzonej siostrze.

No cóż, istnieją jednak jakieś jaśniejsze punkty i odrobina nadziei.

Potrzebna jest tylko wola walki oraz zdolność trzeźwego myślenia, nie wolno 

ulegać emocjom...

Kiedy sterany sztormami kuter wziął kurs na wschód, ona gorączkowo układała 

plany.

Szczupła twarz wykrzywiła się w przebiegłym uśmiechu, gdy Cecilia w końcu 

znalazła rozwiązanie.

Wikary.

O ile wie, wikary się nie ożenił, a teraz miał przejąć parafię po jej ojcu. Nie 

pamiętała go dokładnie, zresztą nigdy nie zawierała bliższych znajomości z ludźmi spoza 

probostwa.

Teraz wydawał jej się wymarzonym kandydatem.

No i mogłaby mimo wszystko zostać gospodynią na plebanii, i podtrzymywać 

tradycje oraz pamięć swojej zmarłej matki. To będzie jej zemsta.

Gdy tylko pozbędzie się Marii i Sunnivy, rzecz jasna.

Uspokojona, przepełniona chłodnym uczuciem oczekiwania, Cecilia zasnęła na 

swojej nędznej kei. Nie przejmowała się tym, że obrzydliwe insekty dzielą z nią, ciepło 

posłania. Wkrótce nadejdą inne czasy! Próby, jakie los na nią zsyłał, muszą się przecież 

kiedyś skończyć.

Cecilia przybyła na plebanię już następnego dnia po pogrzebie. Maria ledwie ją 

poznała.   Kiedy   nagle   zobaczyła   wysoką,   szczupłą   kobietę   idącą   przez   podwórze   i 

kierującą się w stronę głównego domu, długo przyglądała się zdumiona.

Wysłała   Solveig,   by   otworzyła,   sama   bowiem   nie   miała   siły   podnieść   się   z 

wygodnego, ulubionego fotela w bibliotece.

Solveig pospiesznie wróciła, pobladła, z rozbieganymi oczyma.

background image

- Proszę pani, to jest... panna Cecilia!

- Oczywiście - odparła Maria spokojnie, choć ona również była zaskoczona, że 

wiadomość o śmierci Mogensa tak szybko dotarła do adresatki. - Zaprowadź ją do po-

koiku na górze i pomóż się rozgościć, a potem przynieś nam tutaj coś gorącego do picia i 

trochę ciasteczek. Cecilia była taka jak dawniej.

Weszła   do   pokoju,   pośpiesznie   omiotła   go   wzrokiem   i   uśmiechnęła   się 

zadowolona, stwierdziwszy, że niewiele się tu zmieniło.

- Cecilio... moja droga... Nareszcie jesteś w domu. Cieszę się, że będziesz z nami 

w tych ciężkich chwilach.

Twój ojciec... Mogens... zdarzało się wielokrotnie, że siadywaliśmy wieczorami 

właśnie tutaj i rozmawialiśmy o tobie. On za tobą tęsknił...

- O, z pewnością niezbyt mocno. Ale mimo to dziękuję, Mario. Rozumiem, że 

próbujesz sprawić  mi  przyjemność.   Maria  obserwowała  nienaturalne   maniery  Cecilii. 

Panna zadzierała nosa i spoglądała na łudzi zmrużonymi oczyma, z góry, a jej wąskie 

wargi przypominały rybi pyszczek, niezależnie od tego, czy próbowała się uśmiechać, 

czy zaciskała je. Maria przyjęła to z wyrozumiałością. Nieszczęsna straciła przecież ojca. 

Wprawdzie długo pozostawała poza domem, ale teraz z pewnością jest jej ciężko. Nic 

dziwnego,   że   sprawia   wrażenie   obcej   i   niechętnie   usposobionej.   Wezwała   jedną   z 

dziewcząt, poleciła oprowadzić Cecilię po plebanii i pomóc jej się urządzić.

- Jak to dobrze znowu być w domu - westchnęła nagle przybyła, siadając w fotelu 

Marii.

Solveig weszła z tacą, postawiła ją na małym stoliku przy drzwiach i wyszła.

- Na Boga! Czy tutejsza służba nie wie, jak się zachowywać? No tak, od razu 

widać, że człowiek znowu wrócił na wieś. Mario, nie powinnaś jej pozwalać na taką 

swobodę! Ona się nawet do ciebie uśmiecha! Bez szacunku! I czy naprawdę sądzicie, że 

będę jadła, zanim się umyję? Cóż za świństwo, jaka nędza...

- Droga Cecilio - wtrąciła Maria znużonym głosem i ujęła naczynie z ciepłym 

słodkim piwem. Nalała gościowi i sobie, a potem podsunęła Cecilii dużą drewnianą tacę 

z ciastkami. - Rozumiem, że prowadziłaś lepsze życie, widziałaś wiele. Ale nie staraj się 

ciągle tego okazywać, pamiętaj, że także i ty wyrosłaś w skromniejszych warunkach...

- W skromniejszych warunkach! Czy nie wiesz, z jakiej rodziny pochodziła moja 

background image

matka? Oni są bogaci i potężni...

-   Tak,   tak,   wiem.   Ale   ty   dorastałaś   w   Lyster   i   sądzę,   że   twój   charakter 

ukształtował się tu u nas - odparła Maria.

Poczuła się ze sto lat starsza od tej kobiety, która najwyraźniej niewiele jeszcze w 

życiu doznała. Miała w każdym razie nadzieję, że właśnie to jest przyczyną tej niemal 

nieznośnej arogancji panny. Piły piwo w milczeniu, wzrok Cecilii przesuwał się wzdłuż 

ścian.

- Dużo książek... I bardzo ładne, oprawione w skórę, ze złotymi tłoczeniami... 

Ciekawe, ile też mogą być warte? Maria zareagowała spokojnie.

- Mają wartość samego życia,  Cecilio. Zawierają wiedzę i umiejętności, które 

niemal każdego dnia podpowiadają mi nowe sposoby pomagania chorym i łagodzenia 

cierpień - rzekła z powagą, próbując spojrzeć w przezroczyste oczy tamtej.

- Z pewnością, ale ja nie myślałam o takiej wartości... Muszą zostać sprzedane 

teraz, kiedy ojciec już... już z nich nie korzysta.

- Ja z nich korzystam - oznajmiła Maria cicho.

- No to możesz je sobie kupić - uśmiechnęła się Cecilia w odpowiedzi, a Maria 

poczuła, że dławi ją gniew. Zacisnęła wargi i ugryzła się w język. Cecilii z pewnością nie 

jest  łatwo.  Jej   drżące   ręce  i   rozbiegany  wzrok  wskazywały   wyraźnie,   że  nerwowość 

matki odrodziła się w córce. Cecilia była rozdygotana niczym porzucony młody zając.

Maria współczuła jej głęboko, ale nie potrafiła stłumić irytacji wobec tej zajętej 

sobą pasierbicy. Serce młodej kobiety było puste, wszyscy, którzy je wypełniali, odeszli.

-   Cecilio.   Musimy   o   tym   porozmawiać.   My   obie,   i   Sunniva,   jesteśmy 

dziedziczkami   Mogensa.   Wiem,   że   masz   prawo   jak   najszybciej   domagać   się   swojej 

części.  Ale spróbujmy zaczekać,  nie wystawiajmy się na pośmiewisko wsi. Możemy 

pomieszkać   tutaj   razem   przynajmniej   przez   okres   żałoby.   Mogłabym   opowiedzieć   ci 

wiele, tak wiele... W ciągu ostatnich lat rzadko przecież spotykałaś swego ojca...

- Ach, tak, jeszcze chcesz mnie za to winić? Nie mogłam przecież wciąż tutaj 

przyjeżdżać,   by   mu   się   kłaniać.   Miałam   własne   sprawy!   Odpowiedzialną   posadę, 

wytwornych ludzi, którzy na mnie polegali...

- Tak, tak, rozumiem. Nie chciałam cię krytykować, zależy mi tylko na tym, byś 

wiedziała, że on o tobie myślał.

background image

Tym   razem   Cecilia   nie   odpowiedziała,   wstała   i   chodziła   wolno   wzdłuż 

uginających się pod książkami pólek.

Raz po raz skrobała paznokciami grzbiety oprawnych w skórę woluminów, co 

sprawiło, że Maria dostała gęsiej skórki.

Cecilia wyjęła jedną książkę, niestety z tych najnowszych. Była to „Anatomia”, 

dzieło   przetłumaczone   z   francuskiego,   zawierające   wielkie   rozkładane   plansze,   na 

których przedstawiono wewnętrzne organy i funkcje ludzkiego ciała.

Cecilia podskoczyła i krzyknęła, gdy przypadkiem otworzyła jedną z nich.

- A to co? Ja nigdy... ja nigdy... Maria musiała stłumić złośliwy śmiech.

- Nie. Oczywiście, że ty nigdy. I myślę, że powinnaś trzymać się raczej innej 

części   domu   -   rzekła   surowo,   rozłożyła   planszę   z   nagim   męskim   ciałem,   a   potem 

starannie złożyła, nim odstawiła dzieło na półkę.

Cieszyła się, kiedy nareszcie nastał wieczór i Cecilia udała się na spoczynek. Na 

poddaszu było ciepło i przyjemnie w tę sierpniową noc, paleniska i kominki na dole 

ogrzewały   również   podłogę   górnych   pokoi.   Maria   jednak   nie   poszła   do   sypialni, 

większość swoich rzeczy przeniosła do gabinetu. Kanapa ustawiona przed kominkiem 

służyła jej jako łóżko. Rozkładała na niej wypchany świeżą słomą siennik, nie przejmując 

się tym,  że posianie jest krótkie i wąskie. Podczas  ostatnich strasznych  nocy sypiała 

niewiele.   Przygotowania   do   pogrzebu   wymagały   nieustannej   aktywności   i   pomagały 

utrzymać  się na powierzchni, ale groźba załamania psychicznego nie została całkiem 

odsunięta.

Żałoba po matce nigdy nie ogarnęła jej naprawdę, nie było na to czasu. Maria 

'wiedziała jednak, że to nadejdzie, że tamten ból połączy się z innymi dramatycznymi 

przeżyciami. Ze wkrótce będzie musiała spojrzeć prawdzie w oczy, poddać się rozpaczy. 

Tyle czekało w niej nie wypłakanych łez, tyle było nieukojonego bólu. A dalej, wciąż 

jeszcze dalej... kiedy już to wszystko zostanie przeżyte i stłumione... wciąż czeka gorycz 

i udręka wyniszczająca jeszcze bardziej. Myśli o Randarze, uczucia, przeklęte tęsknoty, z 

którymi musiała walczyć nawet podczas pogrzebu Mogensa.

Jeśli pozwoli im sobą zawładnąć, nie będzie mogła dalej żyć.

A przecież teraz żyć musi, ze względu na Sunnivę, nadać jakiś rytm powszednim 

dniom.

background image

Mój Boże, czy musiała mnie spotkać aż taka kara za tę zdradę?

Tak,   odpowiadała   sama   sobie,   masz   to,   na   co   zasłużyłaś.   Czy   dostałaś   już 

wystarczającą nauczkę? Byłaś szalona niczym klacz na pastwisku, pozwoliłaś pochłonąć 

się   dzikim,   mrocznym   uczuciom,   zapomniałaś   o   obowiązkach,   o   swoim   dziecku   i   o 

mężu. Teraz utraciłaś wszystko.

Nie, nie wszystko, myślała.

Pałce gładziły fajkę, która wciąż jeszcze zachowała zapach Mogensa.

Jeszcze tutaj ze mną jesteś, Mogensie... Pomyśleć, że nawet w tej chwili jesteś dla 

mnie największą pociechą. Ja wiem, że umarłeś nieszczęśliwy, że wiedziałeś o mojej 

zdradzie. Wierzę jednak, że wybrałeś śmierć jako ostatni wielki dar dla mnie. Chciałeś mi 

zwrócić wolność, bym mogła kochać, wiedziałeś, że moje serce płonie dla innego.

Chociaż najchętniej oddałabym te uczucia tobie!

To ty powinieneś był widzieć w moich oczach rozkosz i pożądanie, to za tobą 

moje serce powinno tęsknić w każdej sekundzie. To przecież ty dałeś mi wszystko!

Ale wiem, że rozumiesz, wiem, że jesteś wielkoduszny, że wybaczysz.

Nie zawsze sami kierujemy naszym życiem...

Maria wzięła fajkę, stwierdziła, że w haftowanym woreczku znajduje się jeszcze 

spora porcja tytoniu.

Bez wahania nabiła fajkę do pełna, tak jak widziała, że on to robił.

Na próbę ujęła wargami zimny ustnik, palce zacisnęły się mocno.

Szybko podeszła do kominka, znalazła rozżarzony węgielek, wyjęła go małymi 

szczypczykami, przeznaczonymi do tego właśnie celu.

Wciągnęła   powietrze   poprzez   pachnący   hiszpański   tytoń   i   poczuła,   jak   usta 

wypełnia dym.

Smakowało   dziwnie,   zakręciło   jej   się   w   głowie.   Nos   miała   odrętwiały,   dym 

wciskał się do płuc. Wkrótce pokój wypełniły takie same obłoczki jak te, przez które tak 

często uśmiechała się do Mogensa.

Obłoczki   tańczyły,   krążyły   w   blasku   dogasających   płomieni   i   Maria   niemal 

uwierzyła, że nie jest już sama.

Wciągała dym, wypuszczała go przez nos, czuła na języku smak Mogensa.

Ciało stało się ciężkie, koncentrowała się wyłącznie na tej nowej sztuce. Fajka 

background image

nabijana srebrem zrobiła się w jej rękach ciepła, zdawała się pulsować życiem. Maria nie 

zwracała uwagi na lekkie mdłości.

Oj, chyba fajka stanie się jej przyzwyczajeniem.

Kiedy trzeciego wieczora po przyjeździe Cecilii ktoś zapukał do drzwi, Maria 

była pewna, że potrzebują jej pomocy w izbie chorych. W ciągu ostatnich dni nie zjawił 

się ani jeden chory. Ludzie we wsi radzili sobie sami, przepełnieni szacunkiem, chcieli, 

by młoda wdowa doszła do siebie. Ale przecież porody i wypadki musiały się chyba 

zdarzać? Maria miała nadzieję, że naprawdę w tym czasie jej obecność w szpitaliku nie 

była konieczna. Przyjemnie było siedzieć po prostu w bibliotece i wypełniać pustkę w 

głowie książkową wiedzą.

Pospiesznie   odsyłała   wszystkich,   którzy   ostatnio   tutaj   przychodzili.   Usłyszała 

wiele   życzliwych   słów,   ludzie   ofiarowywali   jej   pomoc,   zdarzyło   się   nawet   paru 

konkurentów do ręki. Wiadomo, że wdowa po pastorze to świetna partia. Często tym 

samotnym kobietom trzeba pomóc w zarządzaniu odziedziczonym majątkiem. Na ogól w 

ciągu roku muszą urządzić sobie życie na nowo i większość z nich uważa za „wskazane 

po raz drugi wyjść za mąż najszybciej jak to możliwe. Maria nie musiała jednak o niczym 

takim myśleć.

Mogens   posiadał   dwory,   w   których   mieszkali   dzierżawcy,   miał   też   prawo   do 

otrzymywania   z   różnych   gospodarstw   zboża   i   wełny.   Nawet   gdyby   Cecilia   odebrała 

swoją część, wystarczy reszty na zasobne życie dla Marii i Sunnivy przez długie lata. A 

gdyby zaczęło im czegoś brakować, to Maria zawsze może brać zapłatę za swoje usługi 

w izbie chorych. Zatrzasnęła książkę, sama słyszała, że w jej głosie brzmi irytacja.

- Proszę wejść! To wikariusz.

Włosy koloru piasku sterczały jak zwykle na wszystkie strony. Płaszcz zwisał na 

jego wiecznie niedojrzałym, kościstym ciele.

Starał się wyglądać władczo i godnie, najwyraźniej nabrał zwyczaju stawania na 

szeroko rozstawionych nogach. Marię potwornie irytowały jego próby upodobniania się 

do Mogensa. Czy on naprawdę wierzy, że tym sposobem zdobędzie ludzki szacunek? 

Jakie to żałosne!

Nie   odważyła   się   jednak   uśmiechać,   wiedziała,   że   ten   człowiek   może   być 

niebezpieczny.

background image

-   Dobry   wieczór   wikar...   to   znaczy   chciałam   powiedzieć,   proboszczu.   Proszę 

usiąść i powiedzieć, z czym pan przychodzi. Czytałam akurat...

- Moja dobra Mario, nie powinnaś tracić czasu na takie niekobiece zajęcie, i to w 

okresie żałoby.  Proś  twego Boga, by ci wybaczył  to niebezpieczne  dla twojej duszy 

pragnienie wiedzy, to nieprzystojne zainteresowanie dla świata mężczyzn!

-   Dziękuję,   mój   panie,   ale   ja   sama   decyduję   o   swoim   życiu   i   nikomu   nie 

pozwalam się wtrącać do takich rzeczy. Proszę raczej przedstawić swoją sprawę!

Czuła na sobie jego nienawistne spojrzenie, serce zaczęło bić szybciej, niepewnie. 

Było coś jeszcze... nie tylko nienawiść. Widziała, jak jego wzrok przesuwa się w górę po 

jej sylwetce i zatrzymuje na piersiach. Rumieniąc się stała bez ruchu, gdy on tymczasem 

zaczął spacerować po pokoju.

Maria nie chciała siadać, wolała w razie czego spotkać go twarzą w twarz. Byli 

mniej więcej tego samego wzrostu.

- Pani Skanke, przychodzę, by się z tobą pojednać.

Zrobił   pauzę   i   pozwolił   jej   zastanowić   się   nad   tą   szokującą   zmianą   w   jego 

postawie.

- Jest moim obowiązkiem w takiej sytuacji zająć się tymi, których zostawił mój 

szanowny poprzednik. Za równo chrześcijańska miłość bliźniego, jak i wrodzona wysoka 

moralność nakazują mi zatroszczyć się o zrozpaczoną kobietę w trudnym położeniu.

Złożył ręce, a jego chuda twarz przybrała wyraz żalu.

- Serce mi się kraje na myśl, że będę musiał cię wypędzić z probostwa, z miejsca, 

które tak długo było twoim domem.

Maria przyglądała mu się bez słowa, zdumiona dziwnym, jakby proszącym tonem 

w jego głosie i spokojem brunatnych oczu. Usiadł w fotelu Mogensa, Maria musiała się 

pochylić, by mu patrzeć w twarz.

- Maria... ja nie chcę zrobić ci krzywdy... Teraz mówił szeptem. Wprost nie mogła 

uwierzyć własnym uszom.

- Ty miałaś zawsze... ja zawsze uważałem... że jesteś właściwie dobrą kobietą. 

Jesteś też nieziemsko piękna, wyglądasz niczym anioł, kiedy włosy spływają ci na krągłe 

ramiona... i masz tyle  ciepła.  Nosisz w sobie prawdziwą miłość bliźniego,  jesteś jak 

samarytanka dla wszystkich, którzy cierpią i są smutni. I nie dlatego cię upominałem, 

background image

moja   droga.   Nie,   to   chodziło   o   te   twoje   wywary...   lekarstwa,   które   przyrządzasz, 

wzorując się na Bóg wie jakich okropnych przepisach. To niebezpieczne, Mario, narażasz 

na potępienie własną duszę i dusze tych niewinnych ludzi!

Przerwał   i   starał   się   opanować,   uświadomił   sobie   widocznie,   że   zaczyna 

wygłaszać jedno ze swoich grzmiących kazań. Głos znowu złagodniał.

- Gdybyś chciała odrzucić to wszystko i powierzyć mi duszę... twoje ciało i twoją 

duszę,   twoje   wieczne   zbawienie,   to   jestem   gotów   się   o   nie   zatroszczyć.   Możesz   tu 

mieszkać, na tym pięknym probostwie, który uczyniłaś swoim domem. Twoje dziecko 

otrzyma ojca, a izbę chorych będzie można wykorzystywać na spotkania wiejskich dzieci 

i młodych ludzi, by zadbać o ich chrześcijańskie wychowanie... Tak więc na koniec także 

ten budynek posłuży czemuś dobremu! - Uśmiechnął się życzliwie i po ojcowsku, lecz 

oczy lśniły mu w jakiś przerażający sposób.

Maria Otworzyła usta, by zaprotestować. Nie dopuścił jej do głosu.

-   Tak,   moja   droga,   widzę,   że   oniemiałaś   z   wdzięczności.   Być   może   nie 

oczekiwałaś tego ode mnie, który cię upominałem. To mój Bóg polecił mi, bym podjął 

ten szlachetny czyn. On to wskazał mi, w jaki sposób mam odpędzić złe moce, które cię 

dręczą. Nie mnie dziękuj, dziękuj Panu!

Podniósł się i błyskawicznie doskoczył do Marii, ścisnął mocno rękami jej głowę 

i dyszał w twarz mdłym odorem.

- Daj mi swoje usta dla przypieczętowania naszej umowy - szeptał gorączkowo.

Nareszcie życie  pojawiło się w odrętwiałym  ciele  Marii. Wyrwała  mu się tak 

gwałtownie, że wikariusz został z jej grzebykiem i pękiem włosów w rękach.

- Nie! Nie wolno... ja nie chcę... Szlochała, zatoczyła się i z najwyższym trudem 

zdołała utrzymać równowagę.

- Panie... proboszczu... proszę przyjąć podziękowanie za tę propozycję, lecz ja nie 

mogę was obarczać swoimi sprawami. Ja... wciąż jestem w żałobie po mężu, nawet nie 

dopuszczam do siebie myśli o nowym małżeństwie. Musicie zrozumieć, my dwoje nigdy 

nie będziemy razem. Nigdy nie będę taka, jak chcecie, i nigdy nie wy rzeknę się sztuki 

leczenia! Twarz mu pociemniała, zwinął w kulkę włosy, które jej wyrwał.

- Mario, popełniasz błąd. Jesteś  niczym  dziecko, nie rozumiesz, co dla ciebie 

najlepsze. Strzeż się i nigdy więcej mnie nie obrażaj!

background image

-   Nie   to   było   moim   zamiarem,   proboszczu,   muszę   jednak   być   szczera.   Nie 

możecie się ode mnie spodziewać niczego więcej niż odmowy. A teraz idźcie w spokoju i 

zakończmy tę rozmowę bez złych słów.

Zanim wypowiedziała zdanie do końca, dotarło do niej, że odmowa natychmiast 

go odmieni. I rzeczywiście. Zmrużył oczy i wpatrywał się w nią uparcie.

- Zakończyć? Oczywiście, Mario. Ale ja stąd nie odejdę, dopóki wola Boża nie 

zostanie wypełniona! Wiem, czego Pan sobie życzy, wiem, że jestem jego narzędziem.

Nie będziesz więcej uprawiać twoich diabelskich praktyk,  twojej bezwstydnej, 

heretyckiej  działalności, która nie przystoi kobiecie! Ponownie do niej podszedł, tym 

razem   zdołał   objąć   ramieniem   jej   szyję.   Nieoczekiwanie   silna   dłoń   zacisnęła   się   na 

ustach Marii. Czuła na karku oddech Revelina, świszczący, przypominający jęk. Wolną 

ręką przesuwał po jej ciele. Nagle szarpnął nią gwałtownie. Została brutalnie ciśnięta na 

biurko Mogensa, leżała niczym owca na rzeźnickim stole, on zaś z całych sił przyciskał 

górną część jej ciała do blatu.

Meisterplassen,   gwałciciele,   Joril,   krew,   nóż,   krzyk,   strach.   Wyrywała   się   i 

kopała, miała nadzieję, że trafi go w czuły punkt, on jednak wymykał  się zręcznie i 

stanowczo dążył do celu.

- Zostaniesz oczyszczona... ty brudna dziwko, zostaniesz uświęcona poprzez mój 

miecz... nałożnico diabła, służko bestii, dzisiejszego wieczora przepędzę z twego ciała 

demony, taka jest wola Pana...

- Ty szatanie! Masz zamiar zgwałcić mnie w imię Boże? Nie mogła unieść głowy, 

ale   słowa   padały   twarde   i   dźwięczne.   Zanim   zdążyła   wykrzyczeć   więcej,   ponownie 

zamknął jej usta. Sapiąc szeptał jej do ucha:

- Nie próbuj żadnych sztuczek! Jesteś w mojej władzy! A jeśli zaczniesz krzyczeć 

albo   wystąpisz   przeciwko   mnie   z   bezwstydnymi   oskarżeniami,   to   wiedz,   że   mam 

potężnych przyjaciół! jedno słowo z mojej strony i stos zapłonie!

Serce w niej zamarło, oczy wypełniły się łzami ze złości, że nie wie, co z tego jest 

prawdą. Czy on rzeczywiście tyle może, czy też przez cały czas próbuje ją straszyć? I co 

się właściwie stało wówczas, kiedy Mogens jeździł do biskupa, by wyjaśniać jej sprawę? 

A co będzie, jeśli Revelin wystąpi z nowymi oskarżeniami? Teraz Maria jest przecież 

sama, nie ma już silnego ramienia Mogensa, które mogłoby ją ochronić.

background image

Ręka pastora wsunęła się pod jej spódnicę. Czuła, jak przesuwa się po nagiej 

skórze, było to gorsze niż ból twarzy.

Znowu odniosła wrażenie, że stoi i patrzy na to wszystko z boku, dziwne, że 

myśli tak chłodno i że zdaje sobie sprawę, iż ta bestia w sutannie brutalnie przyciska jej 

ciało.

Zdjął rękę z jej ust, Maria nie krzyknęła.

Usłyszała dziwne mamrotanie, sądził najwyraźniej, że zwycięstwo jest już po jego 

stronie.

Wkrótce zwolnił też uścisk na szyi Marii, wciąż jednak leżał ciężko na jej ciele 

rzuconym  na stół. Stopy ledwo dotykały podłogi. Kobieta trwała bez ruchu z twarzą 

przyciśniętą do wypolerowanego drewna.

On odsunął się na moment, Maria z zimną krwią obserwowała, jak zaczyna się 

rozbierać. Czy proboszcz zamierzają zgwałcić niczym ogarnięty chucią pies, tutaj na tym 

stole?

W głowie miała pustkę, to zbyt okrutne, by mogło być prawdziwe. To chyba sen, 

męczą ją koszmary...

Nie.   Ręce,   które   zrywały   z   niej   ubranie   tak,   że   guziki   rozpryskiwały   się   na 

wszystkie strony, były aż nadto rzeczywiste.

Mężczyzna   działał   teraz   pospiesznie,   uznał   chyba,   że   bierność   Marii   oznacza 

rezygnację. I wciąż przygniatał ją całym ciężarem, czuła jego kościste kolana na swoich 

nogach. Nie poruszała się jednak, oddychała tylko wolno z twarzą przyciśniętą do blatu 

biurka. Revelin wierzył coraz mocniej, że Maria nie będzie się już bronić, pojękiwała 

tylko z cicha. On wyrzucał z siebie jakieś gorączkowe dźwięki, bełkotał coś na temat, że 

w końcu zrozumiała, iż powinna ulec.

Z chłodną świadomością pozwoliła mu trwać jeszcze przez chwilę w tym błędzie. 

Kiedy jednak położył rękę na jej plecach i zdołał zerwać z niej resztkę ubrania, zaczęła 

się powolutku odwracać.

W ręce trzymała ciężki, kuty metalowy przedmiot. Na jednym jego końcu została 

wyryta pieczęć Mogensa, która służyła do pieczętowania listów. Brąz połyskiwał lekko w 

słabym świetle, gdy przewróciła się na plecy i spojrzała pastorowi w oczy.

Patrzyła, jak on mruży swoje, stwierdziła, że jest gotów, że to ostatni moment.

background image

Potem zamachnęła się z całej siły i zanim zdążył ruszyć palcem, trafiła go w 

skroń.

Świeżo upieczony proboszcz osunął się na ziemię ściskając w jednej ręce swój 

członek, a w drugiej garść włosów Marii.

Pozwoliła mu tak leżeć, sama usiadła w fotelu i starała się opanować strach.

Co powinna teraz zrobić?

Pomocy   wzywać   nie   mogła,   bo   to   prowadziło   do   skandalu,   którego   by   nie 

przeżyła.

Wyglądał tak śmiesznie tam, gdzie leżał, z wykrzywianą twarzą, zaskoczony i 

przerażony. Oddychał, Maria wiedziała zresztą, że cios nie był śmiertelny. Zła sama na 

siebie odetchnęła jednak z ulgą.

Właściwie powinna była go zabić! Ale nie teraz. Nie w tym strasznym czasie...

Dostrzegała na jego skroni jedynie niewielkie zadrapanie.

Ręka opadła bezwładnie na podłogę, wypuszczając zwiotczały członek.

Był beznadziejnie śmieszny.

Maria   zachichotała   nerwowo.   Ten   nędznik,   taki   zajęty   sobą,   pozbawiony 

szerszych horyzontów! Ona sama posiadała dwa razy większą wiedzę książkową niż on, 

a przynajmniej sto razy więcej zwyczajnych ludzkich umiejętności.

On nie ma przyjaciół, nikt go nie lubi, ani wielcy, ani mali.

Nie może pozwolić, by ją straszył.

Musi mu pokazać, które z nich jest silniejsze!

Maria siedziała w fotelu i paliła fajkę, gdy tymczasem mężczyzna na podłodze 

powoli   dochodził   do   siebie.   Przyglądała   mu   się   z   zainteresowaniem,   to   fascynujące 

patrzeć na takie byle co pokonane, czołgające się jak pijane. Pastor jęknął i próbował 

wstać, najwyraźniej nie wiedział, gdzie się znajduje.

Chwycił   się   za   głowę   i   zaklął   siarczyście!   Maria   siedziała   cicho   jak   mysz, 

wydmuchiwała tylko w jego stronę małe kłębki dymu.

Nareszcie   brązowe   oczy   pod   grzywką   koloru   piasku   odzyskały   zdolność 

widzenia. Zaczął ją przeklinać i wymyślać od najgorszych.

-  Ty  cholerna  dziwko...  przeklęta  Jesabel...   Jeszcze  po  żałujesz!  Spłoniesz  na 

stosie, ty wiedźmo, nawet gdyby to miała być ostatnia rzecz, jakiej w życiu dokonam! 

background image

Będziesz chłostana, dręczona, prześladowana, stracisz wszystko, co masz! Ty będziesz...

- A ty wyniesiesz się stąd natychmiast - ucięła Maria. Energicznym szarpnięciem 

pomogła mu się podnieść, podała kapelusz oraz płaszcz i popchnęła ku drzwiom.

- A teraz zabieraj się i zastanów nad sobą! Jeśli zostawisz mnie w spokoju, jeśli 

zapomnisz   o  swoich   niedorzecznych   podejrzeniach,   to  nie   usłyszysz   ode   mnie   złego 

słowa.   Nigdy   nie   wspomnę   nikomu   o   twoim   wstrętnym   zachowaniu   dzisiejszego 

wieczora. Ale jeśli będziesz próbował prześladować mnie albo kogoś z moich bliskich, to 

może się zdarzyć, że zajmą się tobą i lensman, i biskup! Na chwiejnych nogach wymknął 

się za drzwi, lecz jedyna odpowiedź, jaką usłyszała, to jakieś bełkotliwe przekleństwa. 

Poczuła głęboką radość z tego, że miała dość siły, by obronić siebie i to, co posiada.

Gdzieś z oddali Liv szeptała do niej: „Nie poddawaj się”. Maria czuła się lekka i 

wolna, kiedy w końcu mogła ułożyć się na swojej sofie i pozwolić, by blask i ciepło 

rozżarzonych polan w kominku poprowadziły ją do królestwa snu. jutro będzie nowy 

dzień.

Przybędzie lensman i pisarz, by pokierować likwidacją mieszkania legendarnego 

Mogensa Jonsona Skanke.

background image

ROZDZIAŁ III

Kolejne   dni   pan   Revelin   spędził   w   kościele   na   przeglądaniu   ksiąg   i   notatek 

Mogensa. Źle się czuł w swoim pustym pokoju, ale przy kruchcie znalazła się niewielka 

nisza, która mogła służyć mu za biuro, dopóki nie przeprowadzi się na plebanię. A to 

nastąpi wkrótce.

Sam   nalegał   na   biskupa,   by   pozwolił   mu   przejąć   parafię   tak   szybko   jak   to 

możliwe,   i   zapewniał,   że   wdowa   odziedziczy   przynajmniej   jedną   zagrodę,   do   której 

będzie   się   mogła   przenieść.   Żadna   łaska   nie   będzie   jej   potrzebna,   Maria   Livsdatter 

posiada więcej, niż ona sama i dziecko mogą potrzebować. Ale jest jeszcze Cecilia... Pan 

Revelin spotkał ją następnego dnia po upokarzających wydarzeniach w bibliotece Marii.

Natychmiast zauważył, że ta kobieta reprezentuje całkiem odmienny typ. Nie jest 

też nawet w przybliżeniu tak ładna.

Właściwie to brzydka, trzeba przyznać.

Nie lubił takich bezkrwistych, bladych ludzi, z pewnością dlatego, że sam do nich 

należał.

Ale Cecilia uśmiechnęła się do niego przymilnie, czyniła to z takim zapałem, że 

odniósł wrażenie, iż jej białe policzki popękają. A usta mówiły szybko, bardzo szybko, 

głos miała ostry i pod koniec każdego zdania podnosiła go niemal do krzyku. Zauważył 

też   jej   jasne   oczy,   okolone   równie   bezbarwnymi   rzęsami,   którymi   teraz   trzepotała 

kokieteryjnie.

- Niełatwo jest pozbawionej ojca pannie, mogę pana zapewnić. I jeszcze z taką 

macochą   na   dodatek...   Wie   pan,   ona   chce   mi   odebrać   ukochane,   książki   ojca.   Moje 

drobne palce nie będą mogły pieścić pożółkłych stronic, by czerpać z nich to ciepło, 

którego jego własne ręce nie zdążyły mi dać, zanim odszedł...

Revelin zastanawiał się, co oznacza ta gra, czuł jednak, że rozpala się w nim 

nowy, gorący płomień nadziei.

A więc córka Mogensa wcale nie jest w dobrych stosunkach z Marią! Oni dwoje, 

którzy   w   normalnych   okolicznościach   nie   zamieniliby   ze   sobą   ani   słowa,   odkryli   w 

końcu wspólny cel. Siedzieli i rozmawiali ze sobą dużo dłużej, niż wypada. A potem on 

zaprosił ją do swojego małego domku, w którym jedna izba spełniała funkcję gabinetu, 

background image

salonu i sypialni.

Tam czuli się swobodniej i kiedy Cecilia już w łóżku z przymkniętymi oczyma i z 

dobrze skrywanym dreszczem obrzydzenia głaskała jego kościste plecy, na jej twarzy 

pojawił się uśmiech triumfu. On zaś, przypieczętowując bez zbędnych ceregieli świeżo 

zawarty z Cecilia układ, przez cały czas widział przed sobą twarz Marii. Ale trudno, on i 

Cecilia   razem  są  silni,  razem  zdołają  przepędzić  tamtą  z  probostwa... może   nawet  z 

parafii.

- Żeby ojciec nie był  się z nią ożenił - mruczała  Cecilia.  - Z taką wywloką! 

Dlaczego ściągnął hańbę na swoje nazwisko? Nie mogę tego pojąć. Taka prostaczka... 

Zwyczajna wiejska dziewucha... Jej matka była taka sama, kobieta lekkich obyczajów z 

zapomnianej przez Boga i ludzi górskiej zagrody.

-  Ale  poślubieni   byli...   na  nic  innego  Mogens   by  się  nie  odważył.   Pamiętam 

jeszcze dziś, że proboszcz z Sogndal przyjechał, by udzielić im ślubu. Boże, miej  w 

opiece jego duszę, tego biedaka, który strawił życie, włócząc się po sądach i kłócąc z 

upartymi chłopami ze swojej parafii. Żadnego majątku się nigdy nie dorobił, straszna 

była z niego oferma. Za słaby, zbyt tchórzliwy... teraz on też nie żyje.

- Pastor, który udzielał im ślubu, nie żyje... i Tulva też odeszła... Even umarł kilka 

lat temu... - Cecilia myślała głośno.

-   O   co   ci   chodzi?   -   warkną!   Revelin   zirytowany,   nie   znosił   tych   kobiecych 

niedopowiedzeń. Ale ich ciasne główki nie są przecież w stanie jednocześnie myśleć i 

mówić,   to   wiadomo   zarówno   z   pism   Lutra,   jak   i   z   osobistego   doświadczenia   pana 

Revelina.

- Małżeństwo Marii... czy można powiedzieć, że oni nigdy nie zostali zaślubieni? 

Świadkowie przecież nie żyją... - nie ustawała Cecylia.

-   Ale   rzecz   została   odnotowana   w   kościelnych   księgach,   Mogens   nigdy   nie 

zaniedbywał takich spraw... Tak jest, niestety, z pewnością wszystko zostało opisane w 

najlepszym  porządku.  Ona  jest  prawdziwą,  posiadającą   prawa wdową i  dlatego   chce 

urwać jak najwięcej ze spadku po twoim ojcu. Gdybyś ty chociaż była mężczyzną!

- Och, kochany, tego sobie chyba nie życzysz? - Zerkała na niego niespokojnie, 

podciągnęła wyżej kołdrę, by okryć płaską pierś. Próbowała udawać urażoną dziewicę.

- Nie, oczywiście. Naturalnie, że nie. Chodzi tylko o to, że wtedy nie byłoby tyle 

background image

kłopotu   z   Marią   ani   z   tym   jej   pozbawionym   praw   do   spadku   bękartem!   -   wyjaśnił 

Revelin.

Tylko   że   ja   nie   tknąłbym   nawet   palcem   tego   majątku,   więc   bądź   już   lepiej 

kobietą, pomyślał, ale głośno tego nie powiedział. - Czy byłoby możliwe... mógłbyś... 

nie, to się nie uda...

Syknął wściekle na to mamrotanie.

Znali   się   zaledwie   półtorej   doby,   a   on   traktował   ją   z   taką   irytacją,   jakby   go 

dręczyła już co najmniej przez pół życia.

Cecilia wolała tego nie zauważać.

Wiedziała, że jeśli właściwie zagra swoją kartą, on może zapewnić jej przyszłość.

- Nie bądź taki gwałtowny, mój panie. Wybacz mi kobiecy brak zdecydowania. 

Chciałam tylko powiedzieć... myślałam, że może... jeśli by to nie było zbyt ryzykowne... 

Miał ochotę nią potrząsnąć, domyślał się jednak, że za chwilę Cecilia wykrztusi z siebie 

coś ważnego.

- Może mógłbyś wymazać to małżeństwo z kościelnej księgi? - zapytała cicho. - 

Mógłbyś  może  wyrwać  akurat tę  kartkę?  Wtedy nie  zostałoby z  jej  małżeństwa  nic, 

zarówno mąż, jak i świadkowie nie żyją. A ludzie tutaj we wsi dziwili się, dlaczego 

Mogens nie poprowadził Marii do ołtarza na oczach wszystkich, jak to się robi! Kiedy 

opowiemy im, że cały ten ślub był  oszustwem, z pewnością nam uwierzą. Dlaczego 

właściwie miałby poświęcać swoje dobre imię za odrobinę ciepła w łóżku? Zrozumieją, 

że Marię ten związek interesował tylko z powodu pieniędzy i władzy, jaką mogła dzięki 

niemu uzyskać!

Pan   Revelin   był   zaskoczony   propozycją.   Na   myśl   o   tym,   by   zrobić   coś   tak 

niedozwolonego,   krew   zaczynała   mu   szybciej   krążyć.   Księgi   kościelne   to   świętość, 

należą do samego Boga, który z pewnością zażąda ich w dzień sądu. Jeśli on, który jest 

tutaj na ziemi sługą Bożym, chce sfałszować księgi... tak, z pewnością spadnie na niego 

kara boska. Nie mówiąc już o tym, co powiedzą wierni, gdyby się sprawą wydała.

Ale to przecież niemożliwe.

Nie   mógł   udawać,   że   księgi   zaginęły,   a   potem   wystąpić   z   twierdzeniem,   że 

małżeństwo jest nieważne. Strony też wyrwać się nie da, ponieważ znajduje się tam na 

pewno mnóstwo innych zapisów o narodzinach, pogrzebach i małżeństwach, one również 

background image

uległyby   zniszczeniu.   A   to   już   musiałoby   się   prędzej   czy   później   wydać.   Wszyscy 

wiedzieli, że Mogens z wielką starannością wykonywał wszystkie swoje obowiązki, że 

zwłaszcza zapisy wydarzeń i kroniki prowadzi! dokładnie. Gdyby Revelin spalił księgę, 

ba,   nawet   cały   kościół,   to   i   tak   nie   uzyskałby   dowodu   w   tej   sprawie.   Wszyscy 

twierdziliby bez wątpienia, że małżeństwo zostało zawarte. Nie, jedyny sposób okazał się 

niewykonalny. - W ogóle nie ma się nad czym zastanawiać.

Mimo   to   jednak   przyniósł   książkę   i   zaczął   powoli   szukać   informacji   o   tym 

fatalnym małżeństwie, a Cecilia tuliła się do jego pleców. Zapisy rozpoczynały się w 

roku 1638, najpierw jednak były to luźne kartki, wsunięte pod okładkę. Sama księga 

natomiast   została   wykonana   solidnie,   z   piękną   oprawą   i   metalowymi   okuciami.   Na 

pierwszej stronie wypisano ozdobnymi cyframi rok. Dla dekoracji u góry umieszczono - 

werset z Biblii. Potem następowały zwyczajne informacje na temat liczby mieszkańców i 

wyjątkowych wydarzeń, jakie miały miejsce w okolicy, a także o życiu ludzi przez cały 

rok aż do końca. Można się było dowiedzieć, ile w tym roku przybyło wdów i wdowców, 

ile zawarto ślubów, ile dzieci ochrzczono. A także ile dzieci urodziło się poza świętymi 

ramami małżeństwa...

Revelin   ślinił   palce,   które   smakowały   czymś   obrzydliwym...   nim   samym. 

Przewracał kartki, przebywał kolejne dziesięciolecia, dotarł do roku 1673.

Nietrudno   było   znaleźć   właściwą   kolumnę.   Oboje   jęknęli,   kiedy   zobaczyli 

wyraźne   pismo   Mogensa.   Z   miłością   i   wielką   starannością   opisał   zawarcie   związku 

małżeńskiego, poświęcając na to całą stronę.

Słowa zostały ładnie rozmieszczone i tworzyły swoistą kompozycję na żółtym 

arkuszu.

Oboje pomyśleli to samo.

Mogens ułatwił im działanie, zarezerwował mianowicie całą kartę świętej księgi 

dla   siebie   osobiście   i   dla   swojej   sprawy.   Oboje   wstrzymywali   dech,   kiedy   Revelin 

zaglądał na drugą stronę.

Tam także ani śladu atramentu.

Natomiast   na   kolejnej   stronie   znowu   imiona   i   daty   czerniły   się   gęsto   jak   na 

upstrzonym przez muchy suficie, jakby prywatna, wspaniała notatka pastora pomiędzy 

nimi w ogóle nie istniała.

background image

Jeśli   wyrwą   tę   kartkę,   nikt   nie   pozna,   że   informacja   o  małżeństwie   Mogensa 

została usunięta.

Kolumny, nieskończone szeregi dni i ludzkich losów, te będą się nieprzerwanie 

ciągnąć przez całą księgę.

Może je oglądać każdy, kto tylko zechce.

Nikt nie odnajdzie wiadomości o trzecim małżeństwie Mogensa.

Ludzie uwierzą, że pastor w końcu Marię oszukał.

A Cecilia otrzyma swój spadek w całości, ani trochę nie uszczuplony.

Pan   Revelin   natomiast   będzie   oczywiście   wiedział,   że   należy   jej   pomóc   w 

zarządzaniu majątkiem. Kobiety nigdy nie powinny się brać do takich rzeczy, sprawy 

pieniężne i majątkowe Bóg powierzył mężczyznom.

Popatrzyli na siebie nawzajem i w milczeniu skinęli głowami. Pastor przyniósł 

nożyk do ostrzenia piór i w świetle trzech lamp bardzo ostrożnie wyciął arkusz.

Nikt   niczego   nie   zauważy.   Przycisnęli   księgę   ciężkim,   starannie   owiniętym 

kamieniem.

Teraz trzeba tylko zaczekać na właściwy moment, by zgłosić podejrzenia.

I ważne jest, żeby nie widywano ich razem.

To   mogłoby   wzbudzić   plotki   i   gadanie,   na   czym   nikt   nie   zyska.   Maria   jest 

kochana i szanowana, nie należy o tym zapominać. Nawet jednak najbliżsi przyjaciele 

odsuną się z pewnością od niej, kiedy wyjdzie na jaw, że wcale nie jest żadną bogatą 

wdową po pastorze.

Jest jedynie kobietą lekkich obyczajów pozbawioną praw, obarczoną bękartem 

jako jedynym świadectwem tego, że żyła z pastorem Mogensem.

Cecilia nie mogła się wprost doczekać widoku twarzy Marii, kiedy zostanie jej 

przedstawiony ten niewątpliwie szokujący fakt.

Może   wtedy   przestanie   się   uśmiechać,   jakby   chciała   powiedzieć   „moje   ty 

biedactwo”. Teraz zobaczy, kto tu rządzi! Jaka to będzie radość przepędzić ją i odebrać 

jej wszystko, każdą ukochaną książkę.

Nie   zabierze   nawet   najmniejszej   gałązki   suszonego   jałowca   ze   swoich 

imponujących zbiorów ziół! Ani jednej koszuli, ani filiżanki! Piękna pastorowa będzie 

musiała   opuścić   dom   biedna   niczym   mysz   kościelna   i   będzie   musiała   zrozumieć,   że 

background image

władza nadal pozostaje w tych samych ścianach.

Mając samego proboszcza za sobą, Cecilia zniszczy nareszcie swoją największą 

rywalkę.

Ona odebrała jej ojca. Ona sprawiła, że biegał  z głupkowatym  uśmiechem na 

ustach, ślinił się z pożądania, jakiego jego córka nigdy nie widziała. Zhańbił pamięć 

matki.

Pozwolił Marii usunąć wszystkie piękne przedmioty z salonu.

Pozwolił,   by   wypełniła   dom   matki   nowymi,   brzydkimi   rzeczami   i   obcymi 

zapachami. Kiedy umarła jego prawdziwa żona, w ogóle jej nie żałował!

A Cecilia widziała, jak ojciec unika jej wzroku, słyszała, jak przemawia do niej 

sztucznym, nieszczerym, udającym serdeczność tonem. Widziała, kiedy nie kontrolował 

wyrazu swojej twarzy, jak patrzy na nią z zimnym wyrzutem.

Nie była córką jego marzeń, nie dorastała do nich.

Maria natomiast dawała mu więcej, niż mógłby oczekiwać od żony.

Łaził za nią niczym szczeniak! Cecilia dziękowała swemu dalekiemu Bogu, że 

okres upokorzeń minął. Nareszcie jej cierpienie zostanie nagrodzone!

Od dnia, w którym pozbędzie się Marii, nie zabraknie jej niczego.

Będzie miała męża, dostanie samego proboszcza.

Będzie   miała   piękny   dom,   większy   i   lepiej   wyposażony,   niż   można   się 

spodziewać tutaj na wsi. I nie ma znaczenia fakt, że to dzięki gustowi Marii te pokoje są 

takie przytulne.

Pozycja, szacunek i podziw. Nikt nie ośmieli się wadzić z pastorową.

Cecilia czuła w sobie dziwną łagodność. Gorycz, którą nosiła przez całe życie, 

zaczynała   ustępować.   Oddychała   swobodniej,   czuła,   że   mięśnie   się   poruszają.   Jak 

przyjemnie jest odłożyć nareszcie broń, wiedzieć, że ktoś inny będzie walczył w mojej 

sprawie, myślała.

Bo Revelin wyglądał złowieszczo, siedząc w wielkim skupieniu, mamrocząc sam 

do siebie i zapisując coś na kawałku papieru. Złożył starannie niepotrzebny już małżeński 

kontrakt i rzucił go na podłogę.

Potem wylał na dokument olej z jednej lampki i podpalił.

Oboje   patrzyli,   jak   papier   zwija   się   w   cieple   płomieni,   jak   się   zmienia   na 

background image

brunatnoszarą, rozpadającą się masę.

Teraz więc nadszedł czas, by porozmawiać zarówno z wójtem, jak i z pisarzem.

Stary człowiek po prostu nie wiedział, co zrobić z tą smutną sprawą.

Był tutaj w Sogn pisarzem w ciągu życia całego pokolenia, rzadko jednak jakaś 

sprawa budziła w nim tyle wątpliwości, co ta.

Znal Marię i bardzo ją lubił.

Mogens był  jego przyjacielem, niezależnie od tego, że ich drogi nieczęsto się 

krzyżowały.

A teraz ukochana żona Mogensa miała być wypędzona z domu, ogołocona ze 

wszystkiego i zhańbiona przez pozbawionego uczuć, głupiego nowego proboszcza.

Mała   Sunniva,   którą   Mogens   zajmował   się   z   taką   troskliwością,   zostanie 

naznaczona jako bękart i nawet guzika po ojcu nie dostanie.

Doświadczenie   mówiło   mu,   że   ludzie   niechętnie   uznają   więzy   krwi   poza 

małżeństwem.

Może mógłby coś dla niej uratować, dowodząc, że jej rodzice żyli ze sobą długo?

Nie   miał   jednak   żadnej   możliwości   udowodnienia,   iż   małżeństwo   naprawdę 

zawarto.

Kościelna   księga   była   czysta,   Revelin   mówił   prawdę.   Świadkowie   wydarzeń 

odeszli z tego świata. Tylko Maria przysięga, że ślub w gabinecie Mogensa dokonał się 

zgodnie z prawem.

Dlaczego nie pobrali się tak jak inni, w kościele, w obecności wiernych i sług 

Bożych?

Nie, na to nie umiała dać rozsądnej odpowiedzi, po prostu Mogens tak chciał... i 

ona także.

Teraz może żałować, że zawsze chciała wszystko robić we własny sposób.

W końcu ściągnęła na siebie nieszczęście.

Nawet jednej koszuli nie wyniesie z tego małżeństwa, wygląda na to, że odejdzie 

stąd tak jak stoi.

Pisarz żuł w zamyśleniu kawałek suszonej baraniny.

Lubił jedzenie i zawsze miał przy sobie jakiś smakowity kąsek.

Co zrobić, by pomóc Marii?

background image

Przeglądał dawne protokoły, szukał podobnej sprawy.

Nigdy jednak, jak daleko sięga pamięcią, nie znajdował się w tak trudnej sytuacji. 

Oczywiście   zdarzało   się,   że   małżeństwo   uznawano   za   nieważne,   zwłaszcza   kiedy 

zaginiony małżonek po wielu latach powracał nagle z dalekiego świata.

Mogło to stwarzać problemy zarówno ekonomicznej, jak i uczuciowej natury. I 

bywało przy rozliczeniach spadku, że rodzeństwo szukało dowodów na potwierdzenie, iż 

najstarszy   brat   ma   w   żyłach   inną   krew   niż   oni   sami.   Ale   żeby   ktoś   zaprzeczał,   iż 

małżeństwo zostało zawarte, gdy obie strony należą do najpierwszych obywateli...

Nie, z czymś podobnym jeszcze się nie spotkał.

Będzie   musiał   użyć   w   tej   sprawie   całego   swego   rozumu   i   prawniczych 

umiejętności. To ostatnie, co może zrobić dla ludzkiego i sprawiedliwego człowieka, 

jakim był Mogens Skanke.

On bowiem kochał swoją żonę i traktował ją z dużo większym  szacunkiem i 

czułością niż jakikolwiek inny znany pisarzowi mąż.

Pisarz nie mógł zrozumieć, jakie motywy kierowały Mogensem, by oszukać ją w 

tak paskudny sposób. I świadkowie, Tulva i Even Solgarden, a nawet rodzona matka 

Marii... Dlaczego oni poświęcili swój honor w dziwnie podejrzanej grze?

Nie, małżeństwo na pewno zostało zawarte z całą powagą.

Tylko Mogens popełni! fatalny błąd, że zapomniał wpisać ten fakt do księgi. Nie 

znaleziono też żadnych innych papierów, Maria nigdy niczego takiego nie widziała, ale 

chyba muszą istnieć.

Prawdopodobnie znajdą się wkrótce. Jeśli szczęście dopisze, to może się okazać, 

że papiery zostały złożone u lensmana. Pisarz łudził się taką nadzieję w imieniu Marii.

Być może uniknie stawania przed tingiem i bronienia swej czci oraz przyszłości. 

Widoki jednak były marne. Wikary musi mieć powody, że skoro odważył się twierdzić 

coś tak niesłychanego o swoim poprzedniku.

Revelin i Cecilia Mogens z pewnością nie bez przyczyny się zeszli i oboje żądają 

teraz, by Maria i Sunniva wyprowadziły się przed Bożym Narodzeniem.

Pisarz westchnął ciężko nad niegodziwością i chciwością ludzi.

Widywał to już wielokrotnie przedtem, ale nigdy jeszcze uczucia pochodzące z 

najciemniejszych zakątków ludzkiej duszy nie były tak wyraziste, jak u tego nowego 

background image

pastora i jego kobiety.

Córka Mogensa przeciwko jego ukochanej żonie.

Jak Bóg może na to pozwalać?

-   Przewracasz   się   pewnie   teraz   w   grobie,   stary   przyjacielu.   Ale   ja   zrobię 

wszystko, co będę mógł, by sprawiedliwości stało się zadość - mruczał pisarz, zabierając 

się do pisania listów skierowanych do zwierzchności dystryktu.

Napisał też do biskupa, a nawet do samego króla.

Fakty w sprawie były jednak przerażająco oczywiste.

Maria nie miała już sił przeżywać kolejnego szoku, toteż wiadomość od pisarza 

przyjęła po prostu ze spokojem.

Podejrzewała   od   jakiegoś   czasu,   że   na   coś   się   zanosi,   była   zdenerwowana   i 

spłoszona od tamtego fatalnego wieczoru, kiedy pan Revelin ją zaatakował.

Wtedy potrafiła się obronić i przez krótką chwilę cieszyła się, że tak łatwo sobie 

poradziła.

Ale jego wymyślne i pokrętne metody przerażały ją. Revelin znał wielu ludzi, 

pisał przypochlebne listy, rozmawiał z takimi, którzy nawet własną cześć i słowo honoru 

mieli na sprzedaż... Kupował sobie świadków i przyjaciół, prosił lub groził, podlizywał 

się i układał.

Maria wiedziała o jego zabiegach i oszustwach, o tym, jak mamił prostych ludzi i 

robił wszystko, by podporządkowali się jego autorytetowi.

Teraz   sam   pisarz   siedział   w   jej   salonie   i   odczytywał   jeden   ze   swoich 

dokumentów.

Maria rozumiała z całą jasnością, co to znaczy, każde z tych trudnych słów i 

sztywnych zwrotów przenikało do jej mózgu.

...Jeśli ona. będzie chciała odejść, zabierając tylko osobiste rzeczy, opuści dwór 

przed pierwszym listopada, to nie będziemy dalej domagać się ukarania jej postępku...

Pisarz otarł łzę, która najwyraźniej pojawiła się z powodu jego słabego wzroku, 

musiał mrużyć oczy, odsuwać i przysuwać do siebie papier.

Maria pomyślała, że przydałyby mu się takie szlifowane szkła, o jakich czytała w 

książkach.   Można   przez   nie   lepiej   widzieć,   wzmacniają   oczy.   Widziała   je   kiedyś   u 

wędrownego kupca.

background image

- A zatem rozumiesz, Mario Livsdatter Skanke? Skinęła głową, uśmiechnęła się z 

wdzięcznością, że nie pozbawił jej nazwiska. Zwrócił się do niej jako do prawowitej 

małżonki Mogensa i tym samym pokazał, po czyjej stronie stoi.

- Nie mogę ci więcej powiedzieć, jestem związany tajemnicą, a poza tym moje 

stanowisko wymaga, bym tłumaczył prawo i sprawiedliwość na podstawie oczywistych 

faktów. W takim razie zaś muszę powiedzieć, że twoje położenie jest po prostu złe. Nie 

ma ani jednego dokumentu, który by potwierdzał ważność małżeństwa.

- Czy oni naprawdę uwierzą, że Mogens... że człowiek o takiej pozycji?

Pisarz prychnął, z całych sił wydmuchnął powietrze przez nos, rozległ się przy 

tym odgłos przypominający gdakanie.

- Oczywiście, że uwierzą. Wiedzą dobrze, że księża to też tylko ludzie. Wciąż 

jeszcze opowiada się historie z czasów, kiedy kapłani musieli żyć w celibacie, a wtedy 

miewali   po   dwie,   trzy   nałożnice.   A   ile   ciężarnych   służących   nadal   widuje   się   na 

wiejskich plebaniach? Oni też są mężczyznami, A ty jesteś wspaniałą kobietą, nietrudno 

uwierzyć,   że   go   uwiodłaś!   Maria   poruszyła   się   w   fotelu,   poczuła   ból   w   piersiach. 

Wiedziała, że pisarz ma rację.

Ludzie   odwrócą   się   od   niej,   gdyby   mieli   ryzykować   cokolwiek.   A   pod   izbę 

chorych już teraz może podłożyć ogień. Revelin z pewnością najszybciej jak to możliwe 

odbierze jej tę pracę. Nie pozwoli jej się tam nawet pokazywać. Pewnie by się z nią 

trochę liczył,  gdyby miała pieniądze i ziemię. To daje władzę, przyjaciół i szacunek. 

Revelin dobrze o tym wie.

Ale zanim ujawnił swoje zamiar)', najpierw postanowił ją oskubać. Oskubać ją...

Tak jak się skubie kurę, zanim umieści się ją nad ogniem. Spostrzegła, że pisarz 

zbiera swoje dokumenty i wsuwa do teczki.

-   Powinnaś   wiedzieć,   Mario,   że   jestem   z   tobą.   Wiem,   jakim   mężczyzną   był 

Mogens, i wiem też, że byłaś najdroższym, co posiadał. Będę walczył w twojej sprawie, 

muszę ci jednak powiedzieć, że nie wierzę, byśmy wygra li. Nie potrafisz udowodnić, że 

Mogens był naprawdę twoim mężem. Ufam tylko, że sąd mógłby zaakceptować, iż żył z 

tobą jak z żoną i że jego dziecko ma prawo do spadku. I można by twoją przyszłość 

zabezpieczyć dzięki Sunnivie. Nie zostaniesz z pewnością wyrzucona za drzwi całkiem 

bez środków do życia, moja droga!

background image

-   Dziękuję,   pisarzu.   To   dla   mnie   wielka   pociecha   wiedzieć,   że   nie   wszyscy 

zdradzają. Siedzę tutaj sama, dom jest pusty. Gdyby nie Sunniva...

- Twój dom nigdy nie będzie pusty, Mario. Ludzie garną się do twojego ciepła. 

Wiedz jednak, że hodujesz na swojej piersi żmiję. Cecilia... uważam, że to ona zachęcała 

pana Revelina do tej całej afery. Oni dwoje... no, cóż, wygląda na to, że mają więcej 

wspólnego niż tylko kwestie sprawiedliwości...

Ukłonił się z wielkim szacunkiem i zniknął za drzwiami.

Maria wyszła do kuchni, gdzie Sunniva bawiła się z trzema niedawno urodzonymi 

kociętami. Przytulała je ostrożnie do swoich drobnych piersi, a one wczepiały się w jej 

ubranie,   szukając   ciepła.   Ręce   dziewczynki   delikatnie   głaskały   drżące   ciałka.   Maria 

uśmiechnęła   się   i   stwierdziła,   że   jej   córka   jest   już   taka   duża,   iż   wkrótce   mogłaby 

przytulać kogo innego.

Drażniła się nawet z Sunnivą, że Einar, chłopiec z Solgarden, nie dlatego tak 

często przechodzi koło plebanii, że kuszą go dojrzewające w ogrodzie jabłka.

Dziewczynka   prychała   wtedy,   złościła   się   na   matkę,   rumieniła,   ale   nie 

przestawała   się   śmiać   i   wyglądała   jak   sama   esencja   budzącego   się,   niewinnego 

zakochania.

Teraz była poważna.

Ciemny   warkocz   spoczywał   na   plecach,   dziewczynka   siedziała   w   kucki   i 

przemawiała   cichutko   do   kociąt.   Drgnęła   gwałtownie,   gdy   poczuła   na   barkach   dłoń 

matki.

- Co się stało, mamo? W dużych oczach małej widać było lęk. Maria opanowała 

się, pomogła córce wstać i objęła ją ramieniem.

- Musimy porozmawiać, Sunnivo. Coś się wydarzyło, coś przykrego...

Maria modliła się w duchu o pomoc, by mogła znaleźć odpowiednie słowa. Jak 

wytłumaczyć   dziecku,   że   jest   bękartem,   skoro   przez   jedenaście   lat   żyło   u   boku 

kochanego i szanowanego ojca? jak wytłumaczyć mu, że zostanie wyrzucone za drzwi, 

nie mając dokąd się udać?

Sunniva wiedziała, że wyprowadzą się z plebanii, i nawet się cieszyła, że będą 

mieszkać   w   zagrodzie   leżącej   niedaleko   domu   jej   przyjaciółki   Aslaug   i   wcale   też 

niedaleko   od   Solgarden.   Ale   teraz,   teraz   ja   już   naprawdę   nie   wiem,   gdzie   się 

background image

podziejemy...   Maria   szukała   sposobu,   by   wytłumaczyć   małej   sytuację,   ale   go   nie 

znajdowała. W końcu równie dobrze można powiedzieć prawdę.

- Sunnivo - zaczęła, ujmując obie dłonie córki. - Jak wiesz, wkrótce będziemy 

musiały   się   przenieść.   Plebanię   trzeba   przygotować   dla   nowego   proboszcza,   pana 

Revelina.

- Tak, wiem o tym - odparła córka ze smutkiem. Zaraz jednak się rozjaśniła. - I 

będziemy mieszkać w Bringe! Już oglądałam zagrodę, jest tam pięć dużych budynków, a 

w stajni mnóstwo małych jagniątek!

Maria z trudem przełknęła ślinę.

- Nie, Sunnivo, tam też nie możemy się przeprowadzić. Musisz zrozumieć... Nie, 

ja  sama  tego   nie   rozumiem.  Ale  pan   Revelin   wynalazł...   Stwierdził,  że   twój   oj  ciec 

zapomniał wpisać do księgi kościelnej informację o naszym małżeństwie. Tam po prostu 

nie ma nic... Ani jednego słowa, które by świadczyło, że byliśmy sobie poślubieni. Więc 

oni uważają, że nie jestem wdową po Mogensie, tylko... jego byłą nałożnicą. A w takim 

razie... w takim razie mogą odebrać nam wszystko, wszystkie książki, nawet ubrania, 

które   ojciec   nam   kupował.   Dziecko   słuchało   z   otwartymi   ustami.   Co,   na   Boga,   to 

wszystko znaczy? Maria gładziła dziewczynkę po plecach.

-   To   niełatwo   zrozumieć,   ale   obawiam   się,   że   nie   mamy   zupełnie   nic.   Ty, 

Sunnivo, nigdy nie byłaś biedna, nigdy ci niczego nie brakowało. Ale nie bój się, ja będę 

walczyć o nasze prawa, w każdym razie nie będziesz musiała głodna chodzić spać. Mimo 

wszystko, jak wiesz, mamy przyjaciół! Oni nam pomogą!

- Ale mamo, przecież Cecilia... ona się z nami nie podzieli? Przecież ona i ja 

jesteśmy siostrami!

-   Tak,   jesteście   siostrami,   macie   tego   samego   ojca.   Nikt   jednak   nie   może 

zaprzeczyć, że Mogens był mężem jej matki. Dlatego ona weźmie większość tych rzeczy, 

które uważamy za swoje...

- Ale chyba nie Krasulę? I nie Łaciatą? Z oczu dziewczynki popłynęły łzy równie 

nieoczekiwanie jak deszcz z małej chmury w ciepły, letni dzień.

- Niestety, Sunnivo, nie wiem, jak to będzie. Może pozwolą nam zabrać któreś 

zwierzęta. Może zdołamy znaleźć jakiś dwór za niewygórowaną dzierżawę. Tak, może 

nawet pisarz mógłby nam oddać jedno ze swoich gospodarstw. Miałby ze mnie pożytek 

background image

również   w   swojej   pracy,   mogłabym   mu   pomagać   sporządzać   protokoły   i   inne 

dokumenty...

Maria   poczuła,   że   w   miarę,   jak   mówi   o   najbliższej   przyszłości,   ogarnia   ją 

optymizm. z pewnością jakoś przeżyją.

Wiedziała, że jest silna i posiada wiele umiejętności, a to ważna sprawa, kiedy 

szuka się  środków  utrzymania.  Są przecież  właściciele  majątków  i  urzędnicy,  którzy 

zaraz po śmierci Mogensa proponowali jej pomoc, a nawet małżeństwo.

Tylko czy zechcą podtrzymać swoje propozycje, gdy usłyszą, że ona wcale nie 

jest żadną godną szacunku wdową po proboszczu...

-   Damy   sobie   radę,   Sunnivo.   Wszystko   będzie   dobrze.   Musisz   jednak   być 

przygotowana, że jacyś głupi ludzie odwrócą się od nas. To właśnie w takich ciężkich 

czasach człowiek poznaje, kto naprawdę jest jego przyjacielem - powiedziała, patrząc 

córce w oczy.

-   Tak,   mamo.   Myślę,   że   wielu   jest   takich,   którzy   zechcą   nam   pomóc!   Głupi 

Revelin... ja zawsze wiedziałam, ze to okropny typ. Lis!

- No, no, nie mówi się tak o innych. Pokażmy wszystkim, że nie mamy się czego 

wstydzić. Chodź, pójdziemy z wizytą do Solgarden! Będziesz mogła porozmawiać trochę 

z   tym   dzielnym   chłopcem   i   pobawisz   się   z   dziewczynkami.   W   ciągu   najbliższego 

tygodnia zwrócę się do wszystkich znajomych, żeby się zorientować, na czym stoimy.

Próbowała się uśmiechnąć, ale na jej twarzy pojawił się tylko grymas.

- Ludzie z Solgarden już nie raz dowiedli, że nie od wracają się, gdy przyjaciele 

potrzebują wsparcia. To oni pomogli twojej babci, jak wiesz, kiedy była bardzo młoda i 

dotknęło   ją   straszne   nieszczęście.   Teraz   także   mnie   ochronią,   przyjęli   mnie,   kiedy 

przyjechałam tu do wsi, by uczyć się u Mogensa. Dzieci Tulvy i Evena z pewnością nam 

nie odmówią!

Sunniva   uśmiechnęła   się   ponownie,   optymizm   matki   ją   uspokoił,   a   poza   tym 

miała spotkać Einara.

Droga do Solgarden wiodła przez mały zagajnik, który zawsze skłaniał Marię do 

myśli o Annie. Dobrze znany łańcuszek na szyi wydawał się ciężki, miała wrażenie, że 

szlachetny i rzadko spotykany metal przynosi jej spokój, dar od zmarłej czarownicy. 

Wkrótce znalazły się na miejscu, pośrodku przyjaznego dziedzińca w Solgarden.

background image

Dwie służące robiły na podwórzu pranie w dużej balii. Ze stodoły docierał głos 

miarowych   uderzeń   cepów,   młócących   tegoroczne   zboże.   Plewy   muszą   zostać 

oddzielone od ziarna. Maria pozdrawiała uprzejmie wszystkich, którzy mieli dość czasu, 

by znad roboty spojrzeć na gości. Poszła wprost do drzwi i zapukała. Sunniva zobaczyła, 

że Einar i dziewczynki bawią się niedaleko obory, grali chyba w jakąś grę.

Otworzyła sama gospodyni, postawna żona Karla. Maria z zaskoczeniem ujrzała 

na jej skroniach srebrne włosy. Ale trzeba się z tym pogodzić, Annalisa miała mniej 

więcej tyle samo lat co i ona. Even - Olai, Knut, Tulva Karina oraz Jorgen założyli już 

własne rodziny i każde było na swoim.  Tylko  najmłodsza  córka Tulvy,  zawsze mila 

Gudrun, nadal mieszkała u najstarszego brata. Odmawiała wszystkim starającym się o nią 

i najbardziej lubiła chodzić na lato w góry z inwentarzem.

- Co słychać, Annaliso? Przyszłam na chwilę, żeby zamienić kilka słów z twoim 

mężem.

- Dziękuję bardzo, u nas wszystko dobrze. Ale to chyba ciebie należy teraz pytać, 

niełatwe czasy nastały w twoim życiu, biedaczko...

- Tak. Rzeczywiście jest ciężko. A będzie jeszcze ciężej, jeśli stanie się to, czego 

się obawiam.

- Co ty mówisz? Czy ktoś znowu zachorował na plebanii? Sunniva?

- Nie, nie, Sunniva jest ze mną, zdrowa, tylko wciąż jeszcze smutna po śmierci 

ojca. Nie, grozi mi co innego. Ale czy nie mogłabyś sprowadzić Karla, żebym was oboje 

zapytała o radę?

Gospodarz siedział na swoim miejscu u szczytu długiego stołu, gdzie Maria tak 

często  widywała  Evena. Izba pozostała taka sama,  widać tylko,  że orli wzrok Tulvy 

przestał już nad nią czuwać. Belki u powały były brudne i okopcone. W kątach wisiała 

pajęczyna. Popiołu z paleniska nie wybierano chyba od wielu dni, nie umyto też garnków 

po starej zaschniętej kaszy. Na stole jednak stało piwo i podpłomyki, a masło było tłuste i 

żółte.

Karl wstał i zaprosił gościa do stołu.

Marię ogarnęło dziwnie nieprzyjemne uczucie.

- Z jaką to sprawą przychodzisz, Mario? - zapytał gospodarz, gdy wymienili już 

wszystkie   zwykłe   uprzejmości,   powtórzyli   raz   jeszcze   kondolencje   i   porozmawiali   o 

background image

wioskowych nowościach. Maria zaczęła spokojnie:

- Przychodzę tutaj, by się dowiedzieć, gdzie mam prawdziwych przyjaciół, Karlu 

Solgarden.   A   was   uważam   za   najwierniejszych   ludzi   i   bliskich   mojej   matki.   Sama 

wielokrotnie szukałam wsparcia u twoich rodziców i nigdy nie spotkało mnie nic oprócz 

życzliwości   i  lojalności.  Wiem,   że  wy,   młodzi,  macie  takie   same  poglądy,   i  dlatego 

odważyłam się prosić was o radę.

Spostrzegła, że oboje odsunęli od siebie naczynia z piwem, Annalisa wyraźnie 

chciała jak najprędzej wstać od stołu. Maria wyłożyła pokrótce swoje problemy. Karl 

słuchał z coraz głębszą zmarszczką na czole. Pamiętał dobrze tę małą dziewczynkę, która 

przed wieloma laty przyjechała do nich ze swoją matką. Ale dużo lepiej pamiętał pewną 

siebie pannę, która mieszkała tutaj przez dłuższy czas i która odrzucała wszystkie jego 

niezdarne pieszczoty, z dumną miną potrząsała swoimi długimi, złotymi włosami. Bardzo 

go to wtedy bolało.

Wciąż jeszcze miał w uszach jej perlisty śmiech i szelest spódnic, które musnęły 

go w twarz pewnego razu na łące podczas sianokosów, gdy Maria uciekała od niego.

Ona zawsze chciała się bawić. Ale gdy tylko zabawa stawała się poważniejsza, 

uciekała niczym południowy wiatr.

A teraz to ona przychodzi do niego.

Teraz nie może uciec.

Z przyjemnością wpatrywał się w granatowe cienie pod jej niebieskimi oczyma. 

Patrzył  na głębokie  zmarszczki  na twarzy,  świadczące,  że  i ona dawno przekroczyła 

trzydziestkę.

Jeśli   dobrze   ją   zrozumiał,   to   szanowana   pastorowa   nagłe   została   z   pustymi 

rękami. Nie będzie już mogła chodzić po wsi i patrzeć z góry, jak chłopi i biedni ludzie 

zdejmują przed nią czapki. Nie ma już swego udziału w nieograniczonej władzy kościoła 

nad nieszczęsnymi ludźmi.

I nie ma też ani szylinga, by kupić sobie przyjaciół.

Karl nic nie mógł poradzić na ostry ból w piersiach, który sprawił, że nie potrafił 

oderwać od Marii wzroku.

Musiał się na nią napatrzeć, widzieć, jaka jest mała i nic nie znacząca, podobnie 

jak on wtedy, kiedy byli młodzi i lekkomyślni.

background image

- Przyszłaś do niewłaściwego domu, Mario. Jeśli to prawda, że przez cały czas nas 

oszukiwałaś, udawałaś żonę pastora, to nie możesz oczekiwać, że teraz ci po możemy! 

Zawsze byłaś trochę... specjalna. Nigdy nie przejmowałaś się tym, co porządnej kobiecie 

przystoi, a co nie.

Wciągnął głęboko powietrze i mówił dalej z szyderczym uśmieszkiem:

-   Teraz,   kiedy   już   nie   ma   czarnej   peleryny   pastora,   pod   którą   mogłabyś   się 

schronić, musisz pogodzić się z ludzkim osądem. Nie jesteś jedną z nas, nigdy nie byłaś!

Maria przyjęła jego słowa bez łez, ale ucisk w gardle przekształcił się po nich w 

bolesny skurcz, musiała z trudem przełykać ślinę, by pozbyć się goryczy w ustach. Bała 

się, że zwymiotuje, miała wrażenie, że żołądek unosi się w górę. Smak zdrady.

Wstała   jak   we   mgle,   czuła,   że   solidna   gliniana   podłoga   ugina   się   pod   nią. 

Zataczając się doszła do drzwi, chciała zawołać Sunnivę. Ale Annalisa uprzedziła ją, 

ostrym   głosem   przywołała   do   siebie   Einara   z   miną,   która   nie   pozostawiała   żadnych 

wątpliwości. A więc to tyle warte, wszystko, co zrobiła dla tych ludzi. Tyle wart jest cały 

jej wysiłek wtedy, gdy najmłodsza córeczka w tym domu przyszła na świat po długim i 

bardzo   trudnym   porodzie.   Taka   jest   wdzięczność   za   to,   że   niegdyś   jej   matka,   Liv, 

uratowała Karlowi nogę. Maria pamiętała tę sprawę, ale on najwyraźniej zapomniał, że 

pewnego razu mały chłopiec uległ wypadkowi i byłby umarł, gdyby nie pomoc młodej 

Liv Bergaheim.

Czuła, że gorycz przepełnia jej serce. Niewdzięczność jest w życiu najczęstszą 

zapłatą.

Ale czyż naprawdę liczyła na coś innego?

Była   przecież   biedną   dziewczyną,   urodzoną   przez   matkę,   która   nigdy   nie 

wyjawiła,   w   jakim   strasznym   grzechu   dziecko   zostało   poczęte.   Jej   ojcem   mógł   być 

dosłownie każdy, może jakiś morderca albo człowiek psychicznie chory. Przez kilka lat 

żyła dostatnio jako jedna z najbardziej szanowanych w społeczeństwie, ale musiała się 

widocznie posunąć za daleko. Wolność nie oznacza wcale, by dobrze wyjść za mąż czy 

mieć dużo pieniędzy.

Dopiero teraz Maria mogła się poczuć naprawdę wolna.

- Chodź, Sunnivo, idziemy do domu - powiedziała, ujmując miękką dłoń córki. - 

Idziemy do domu. Do domu, w którym nigdy nie byłaś, ale w którym ja zapuściłam 

background image

głęboko korzenie.

Maria szła lekko, głowę miała jasną, jakby każdy krok oddalający ją od Solgarden 

oddalał także ten mroczny Żal, który ją w ciągu ostatnich dni paraliżował.

Wolność, myślała. Wolność nie .zawiera się przecież w wiedzy i umiejętnościach. 

Wiem dużo, umiem wiele rzeczy. Ale czy kiedyś byłam wolna na tyle, by żyć dla tego, 

co jest w życiu najważniejsze?

Nie.

Ze zdziwieniem pojęła, że czuje się tak, jakby bardzo długo błądziła we mgle i 

nareszcie zobaczyła jakiś krajobraz.

Wolność   to   po   prostu   inna   nazwa   sytuacji,   w   której   nie   ma   się   już   nic   do 

stracenia.

background image

ROZDZIAŁ IV

Karl Solgarden nie czul się całkiem dobrze.

Słyszał głos matki niczym głębokie, dalekie dudnienie w piersiach, niemal widział 

jej smutne, patrzące z wyrzutem oczy.

Matka   nigdy   by   mu   tego   nie   wybaczyła.   Gdyby   się   okazało   konieczne, 

odepchnęłaby nawet od siebie najstarszego syna, dlatego że zdradził ukochaną Marię.

Ale matka nie żyje.

Ojciec też nie.

Teraz Karl tutaj decyduje.

Życie   długo   kazało   mu   czekać   na   szczęście,   zresztą   może   ono   nigdy   nie 

nadejdzie.   Ale   fakt,   że   jest   gospodarzem   z   Solgarden,   poprawiał   mu   samopoczucie, 

ludzie, którzy go otaczali, zawsze bez wahania spełniali każde jego polecenie.

Miał elegancką  bryczkę,  którą jeździł z rodziną do kościoła, a pod kamizelką 

coraz wyraźniej rysował się brzuch, świadectwo dobrobytu.

Rozmawiał z pastorem i z lensmanem, z pisarzem i wójtem niemal jak równy z 

równymi.

Jego  dzieci   zarówno   na   Boże   Narodzenie,   jak  i   na   Wielkanoc   nosiły   ubrania 

kupowane w mieście.

A wszyscy mieszkańcy wsi prosili go o radę w ważnych sprawach.

Dawał sowite datki na kościół i na opiekę nad biednymi, zapewniając sobie w ten 

sposób zbawienie duszy.

Nowy proboszcz również musiał wiedzieć, dlaczego trzyma z Karlem Solgarden.

Karlowi zresztą także pastor był potrzebny.

Nigdy nie zaszkodzi spotykać się z najlepszymi.  Mogens też był człowiekiem 

przystępnym, mimo to Karl nigdy się nie odważył poprosić, by ochrzcił jego syna.

Chłopiec urodził się w tajemnicy pewnej listopadowej nocy, lecz to nie Annalisa 

leżała wtedy w połogu, to nie ona wzywała go po imieniu.

Wziął chłopca do swojego domu i wychowywał jak pozostałe dzieci.

Wszyscy znali pochodzenie małego, Karl jednak wyciszał ludzkie gadanie dobrze 

przemyślaną mieszaniną swoich wpływów, pogróżek i przekupstwa.

background image

Zdarzyło się niegdyś, że bluźnił surowemu Bogu, który później ukarał go, dając 

mu same córki.

Dziedzicem Solgarden będzie więc bękart.

Podobnie   jak   nieślubnej   córce   Liv   Bergaheim,   Einarowi   wszystko   w   życiu 

przychodziło   łatwo.   Jej   nie   nauczyło   to   pokory,   ale   on   będzie   mężczyzną,   a   dla 

mężczyzny duma i zuchwałość to nie są złe cechy.

Natomiast Maria będzie w końcu musiała zapłacić.

Będzie   chodzić   pomiędzy   zagrodami,   wystawiona   na   ludzką   ciekawość   i 

pośmiewisko, nikt nie zaprosi jej, by usiadła, kiedy usłyszą, że Karl Solgarden pokazał 

jej drzwi.

I jeśli historia, którą opowiadała, jest prawdziwa, to trzeba się liczyć, że zarówno 

nowy proboszcz, córka Mogensa, jak i ludzie, którzy coś we wsi znaczą, odwrócą się od 

niej plecami. Odepchnięta. Te zawsze wyprostowane plecy będą się nareszcie musiały 

ugiąć.

Ona nigdy nie była częścią tej wsi.

Karl czuł, oczywiście, bolesne ukłucia w piersi, przypominał sobie, jak to Maria 

delikatnie składała nowo narodzone dziecko w jego ramiona. Nie był w stanie przytulić 

do   siebie   tego   czerwonego   małego   robaczka,   bo   jego   spojrzenie   tonęło   w   oczach 

akuszerki, stał niczym wyrostek z uniesionymi ramionami i płonącą twarzą. Tajemnicze 

pożądanie ogarniało go nawet w chwili, gdy jego ślubna małżonka urodziła mu córkę.

Czarownica, powiadano.

No, może. On był na tyle trzeźwo myślącym i stąpającym po ziemi człowiekiem, 

by nie wierzyć, że Maria w księżycowe noce lata na miotle. Ale na niego jakiś rodzaj 

czarów na pewno rzuciła.

I teraz za to odpokutuje.

Nie musiał mówić zbyt wiele, wiedział o tym. Wystarczy, że szepnie parę słów 

temu i owemu spośród swoich bogatych sąsiadów.

Po czymś takim w tej parafii nikt Marii nie zatrudni nawet do prania.

Słowa niosły się z zagrody do zagrody niczym żywiące się padliną ptaszyska. 

Tym  razem to nie kobiety roznosiły okrutne plotki, kobiety raczej  milkły z goryczą, 

kiedy słyszały twarde słowa mężczyzn rzucane na pełną miłosierdzia wdowę po pastorze. 

background image

Niejedna z nich zawdzięczała jej życie. Kobiety nie zapomniały życzliwego uśmiechu, 

delikatnych   rąk,   które   mogły   się   też   zacisnąć   w   gniewie   na   niesprawiedliwość   i   złe 

traktowanie.

Maria   o   pięknych   włosach,   dzieci   tych   kobiet   myślały,   że   jest   aniołem. 

Przygotowywała   dla   malców   lekarstwa   łagodzące   ból   gardła   i   inne   dolegliwości.   I 

zawsze do gorzkich kropli dodawała czegoś słodkiego.

Kobiety też ze sobą rozmawiały, a kiedy były same, zwierzały się sobie nawzajem 

z oburzenia na sposób, w jaki potraktowano Marię.

Żadna z nich jednak nie miała takiej siły, by przeciwstawić się pastorowi i jego 

narzeczonej.

A książki kościelne mówią przecież prawdę, trudno było zaprzeczać, że Mogens 

Skanke oszukał wszystkich, narzucając im wiarę, że jest zgodnie z prawem związany z tą 

piękną młodą kobietą.

Może oszukał i ją?

Los   Marii   wywoływał   w   kobietach   grozę,   garnęły   się   nawzajem   do   swego 

towarzystwa, które dawało trochę poczucia bezpieczeństwa.

Wiedziały   dobrze,   że   ich   los   oraz   przyszłość   zawsze   znajdowały   się   i   będą 

znajdować w rękach mężczyzn. I tak ma pozostać, grzmieli księża ze wszystkich ambon.

Miesiące   mijały,   powoli   całe   wydarzenie   pogrążało   się   w   niepamięci,   coraz 

rzadziej i rzadziej słyszało się jakieś nowe wiadomości na temat Marii. Ludzie gadali, że 

wynajmuje izbę u biednej familii w Dalsdalen. Dwa czy trzy razy widziano Sunnivę w 

drodze do wsi, z pewnością szła spotkać się z dawnymi koleżankami. Einara Solgardena 

też   pewnie   spotkała,   dzieci   jednak   szybko   przejęły   postawę   dorosłych.   Biegały   za 

Sunnivą i wyzywały ją najgorszymi słowy.

Panie Boże, przecież ona mimo wszystko jest córką pastora!

Może właśnie dlatego cieszyli się, że mogą wepchnąć ją w błoto, kiedy nadarzała 

się taka nieoczekiwana okazja.

Ole Seiderstad był jedynym człowiekiem, który odważył się stanąć w obronie czci 

Marii.   Dowiedział   się   wszystkich   strasznych   sensacji   natychmiast,   gdy   jego   łódź 

wylądowała u brzegów Dosen. W chacie, do której, zawsze wstępował. Mieściła się tam 

swego rodzaju gospoda, gdzie można było dostać kufel piwa, a także miskę zupy lub 

background image

kaszy.

Ole siedział w milczeniu i wsłuchiwał się w rozmowę przy stole.

Gospodarz należał do ludzi, którzy lubią, gdy wszystkie twarze zwrócone są na 

nich,   upiększał   i   dodawał   informacji   do   niewiarygodnej   historii   upadku   pięknej 

pastorowej, robił przy tym złośliwe grymasy.

- Taka wyprostowana i wyniosła, chodziła zawsze między nami niczym gołąb 

pośród wróbli! A tymczasem była po prostu niezamężną dziwką, biedną dziewuchą, tyle 

tylko że sypiała z samym  proboszczem! Gospodarz mówił z takim zapałem, że ślina 

tryskała na boki.

- Ha, ale j ą oszukał! Szczerze mówiąc, to ja rozumiem starego Czarnego Monsa, 

dostawał tyle ciepła i rozkoszy w łóżku i wcale nie musiał płacić!

Wtedy   Ole   wstał.   Miska   z   zupą   była   ledwie   do   polowy   opróżniona   i   gdy 

grzmotnął pięścią w solidny drewniany stół, jedzenie się wylało.

Zamknij pysk, człowieku! Nikt nie będzie tak gadał o Marii w mojej obecności!

Chłopi przy stole siedzieli  cichutko,  ruchy zamarły,  wyglądali  jak na obrazie. 

Można było słyszeć odległy skrzyp kołowrotka, na którym ktoś pracował w głębi domu.

Ole wystąpił  z tego znieruchomiałego  obrazu i szybkim  krokiem podszedł do 

gospodarza. - No?

Spojrzenie jego surowych oczu przerażało równie mocno jak upodabniająca go do 

niedźwiedzia sylwetka.

- Ja... ja... nie wiedziałem... - Nie?

- Wybacz... jeśli cię uraziłem... jeśli ty...?

Ów zazwyczaj wyprostowany mężczyzna skulił się przed Olem, widocznie bał się 

o swoją skórę, widząc zmienioną od gniewu twarz tamtego. Ole to nie byle kto. Mówiono 

o nim, że potrafi się bić, a nawet zabić. Wojownik, myśleli niektórzy. Ostatni z wielkich 

żeglarzy, którzy wyprawiali się aż do Anglii, mawiali inni. Niezależnie od wszystkiego 

opłacało   się   raczej   uśmiechać   i   być   jego   przyjacielem,   zwłaszcza   gdy   się   komuś 

wymsknęło jakieś nieostrożne słowo.

- Wybacz,  przyjacielu,  zapomnij  moje słowa. Zagalopowałem się, bo przecież 

wszyscy kiedyś gapiliśmy się na twoją piękną przyjaciółkę... Może siedzimy tu i gadamy 

głupstwa, bo jesteśmy trochę zazdrośni...

background image

-   Prawda,   gospodarzu.   To   najmądrzejsze   słowa,   jakie   kiedykolwiek   padły   z 

twoich ust. Siedzicie tutaj i gdaczecie niczym baby, chichoczecie obrzydliwie nad losem, 

który spotkał kobietę sto razy za dobrą dla każdego z was. Dawniej gapiliście się na nią, 

ślina ciekła  wam po brodzie i żebraliście  o okruchy z jej  ręki jak porzucone dzieci. 

Marzyliście o niej, czuliście mrowienie w krzyżach i zazdrość, kiedy pojęliście, że stary 

pastor potrafi strzec swego. Teraz pastor odszedł, a wy wiecie, że wciąż jest dla was 

nieosiągalna. Dlatego odpychacie ją i poniżacie, dlatego próbujecie ją upokarzać.

Stół skrzypnął pod ciężarem Olego. Zacisnął wielkie pięści i po raz ostatni zaklął:

-   Nędzne   gadziny!   Złe   słowa   wciąż   jeszcze   wisiały   w   powietrzu,   gdy   drzwi 

zatrzasnęły się za Olem z hukiem.

Ci,   którzy   zostali,   ledwie   mieli   odwagę   oddychać.   W   końcu   gospodarz 

zaserwował jeszcze jedną kolejkę piwa i nastrój wokół stołu zaczął się poprawiać. W tej 

izbie jednak nie padło już nigdy nawet słowo o Marii.

- Urodziłem się chyba na tej ziemi tylko po to, by być twoim przewoźnikiem, 

moja kochana!

- Na to wygląda. Nigdy nie spotkałam drugiego człowieka, który by tak jak ty 

potrafił wybierać najwłaściwszy czas i miejsce!

Maria   musiała   stanąć   na   palcach,   by   uściskać   gorąco   tego   ogromnego 

niedźwiedzia. Jej lnianozłote włosy przesłoniły mu twarz, nie uwolnił się, dopóki nie 

nadbiegła Sunniva i nie odepchnęła matki, by zacząć szukać łakoci. Szeroki płaszcz z 

szorstkiego materiału miał przepastne kieszenie po wewnętrznej stronie i Ole chował tam 

zawsze jakieś drobiazgi, które małe dziewczynki bardzo cenią.

- Ależ Sunnivo, nie jesteś już przecież małym, chrupiącym cukierki brzdącem! 

Myślałem, że wyrosłaś na młodą damę, jedenaście lat i w ogóle... Więc, niestety, nie 

mam   dzisiaj   dla   ciebie   nic   słodkiego...   Wykrzywił   wargi,   patrzył   na   nią   z   takim 

wyrzutem w oczach, że Sunniva poczuła się głęboko rozczarowana. Nagle jednak twarz 

rozjaśniła mu się ponownie, wsunął rękę do kieszeni kamizelki.

- Ale spójrz na to! Mały drobiażdżek dla młodej panienki! Sunniva jęknęła ze 

zdziwienia, oczy jej rozbłysły. Przedmiot w ręku Olego lśnił niemal tak promiennie jak 

oczy dziecka.

- To... diament, prawda? Ole roześmiał się.

background image

-   Nie,   moja   kochana,   tak   kosztowny   prezent   to   niestety   nie   jest.   To   kryształ 

górski, też nieźle, sam go wy dobyłem z wielkiej, wysokiej górskiej ściany daleko stąd na 

wschodzie, nad samym fiordem. Tkwił w skale i mienił się pośród innych kamyków. A 

teraz chodź, opowiem ci, w jaki sposób zdobyłem skarb od małej huldry...

Maria widziała, jak bierze jej córkę na kolana i szeptem opowiada zdumionemu 

dziecku fantastyczną historię.

Biedna Sunniva, na granicy między dzieciństwem a dorosłością.

Jedenaście lat, a już tak bardzo doświadczona przez życie.

Sierota pozbawiona ojca.

Przyzwyczajona do najlepszych rzeczy.

Taka beztroska i wesoła!

I teraz dotknięta przez los, czy może raczej przez mściwego Boga?

W   każdym   razie   dziewczynka   została   wyrzucona   z   domu,   musiała   opuścić 

wszystko,   co   było   jej   drogie,   widziała,   jak   towarzysze   zabaw   odwracają   się   do   niej 

plecami, słyszała, jak dorośli ludzie rzucają złe słowa na jej matkę, nie przejmując się, że 

mogą ranić dziecięcą duszę.

Nauczyła się pracować. Ocierała ręce do krwi, piorąc ubrania obcych mężczyzn.

Nosiła słomę, czyściła stajnię, zbierała korę drzew na paszę dla zwierząt, którą 

będzie można sprzedać, gdy nadejdzie zły przednówek. Dzieliła wąskie, twarde posłanie 

z matką i kilkoma tuzinami pluskiew.

Skończyły się dobre dni, kiedy mogła w koronkowej bieliźnie leżeć z matką nad 

rzeczną głębiną i chichotać wesoło.

Moje najdroższe dziecko, nie zasłużyłaś sobie na to!

Ale   nie   jestem   w   stanie   czuć   się   winna,   obie   przecież   stałyśmy   się   ofiarami 

ponurego spisku.

Musimy   jednak   przeżyć,   trwać   tutaj   dzień   za   dniem,   dopóki   czarna   łódź   nie 

przybędzie, by zabrać nas do domu...

W późne wieczory, gdy zimowy chłód nie dawał im zasnąć, Maria obejmowała 

córeczkę, by ogrzać ją ciepłem swego ciała i pocieszyć dobrym słowem. Opowiadała o 

miejscu,  do  którego  wkrótce   pojadą,  niech  no  tylko   Ole  przyjedzie   do  Lyster  swoją 

czarną łodzią.

background image

- Dlaczego musimy czekać, mamo? Czy nie możemy tam pójść?

- Owszem, moje dziecko, mogłybyśmy przejść przez góry i wąskimi ścieżkami 

dotrzeć do Sogndal. Ale teraz jest zima, a my nie mamy innych ubrań niż te suknie. Nie 

mamy zimowych  butów, ani wełnianych  okryć, które chroniłyby nas przed śniegiem. 

Zamarzłybyśmy obie i rozchorowały się w czasie takiej wyprawy. Całowała dziecięcą 

buzię i unosiła w górę głowę córki.

- Nie, musimy czekać na Olego, który przewiezie nas bezpiecznie swoją dużą 

łodzią.

- Oczywiście, mamo. Tylko że możemy długo czekać...

- Nie, kochanie, on wkrótce przyjedzie. Może nawet jutro...

I tak siedziała z córeczką w objęciach każdego wieczoru, a każdy następny dzień 

przynosił tak samo głębokie rozczarowanie, gdy musiała sobie uświadamiać, że łodzi 

Olego nie zawsze można oczekiwać natychmiast, gdy się potrzebuje jego silnych ramion 

i pomocnej dłoni.

Modliła   się,   by  przyjechał,   całą   swoją   energię   koncentrowała   na   desperackim 

przywoływaniu go w myślach.

Widocznie  Ole  nie słyszał,  tym  razem  nie. Maria  poruszała  się  jak we mgle. 

Ludzie,   których   niegdyś   odwiedzała   w   pięknych   izbach   i   była   przyjmowana   niczym 

najbardziej honorowy gość... teraz odwracali się na jej widok albo patrzyli na nią tak, 

jakby była duchem. Ale nigdy się nie załamała, wciąż chodziła z podniesioną głową, 

pozdrawiała ludzi równie życzliwie jak dawniej i próbowała chwytać ich zawstydzone 

spojrzenia.

O tym też ludzie gadali, była tego pewna. Muszą jednak uznać, że ona nie ma się 

czego wstydzić! Nie wierzyli jej słowu, że jest prawowitą małżonką Mogensa, chociaż 

nie może przedstawić nikogo żyjącego jako świadka.

A skoro nie istniał najmniejszy nawet papierek... no cóż, dlatego Cecilia mogła 

bez trudności zagarnąć wszystko, co pan Mogens posiadał na tej ziemi. Revelin zaś nie 

będzie długo czekał, by zacząć z tego korzystać.

Teraz   dopiero   w   pełni   rozumiem,   jak   ty   musiałaś   żyć,   mamo!   Coś   takiego 

spotkało również i ciebie, w innej okolicy i w innym czasie.

A ja złościłam się na twoją słabość, za to, że nadstawiałaś drugi policzek.

background image

Teraz rozumiem, teraz wiem, że twoja łagodność, twoja dobroć i umiejętność 

wybaczania innym były jedyną ochroną przed ludzkim chłodem.

Tylko że ty, mamo, nie nosiłaś w sobie pożaru, nie miałaś tej upartej, zuchwałej 

natury. Nie ze wszystkich swoich cech i uczuć jestem dumna, potrafię ranić ludzi i plątać 

moje życiowe ścieżki w taki sposób, jakiego ty nigdy byś nie uznała. Zdarza się, że ci 

zazdroszczę, mamo, tobie, która umiałaś spokojnie oddychać i poświęcić się najbliższym 

sprawom, twojej ukochanej rodzinie.

Ludzie   cię   ranili,   obrzucali   błotem,   ale   ty   i   tak   zawsze   pozostawałaś   czysta. 

Kochana mamo, daj mi siłę odsuwać te kamienie, przed którymi ty musiałaś się uchylać!

Maria znajdowała jakieś oparcie w dniu powszednim, wiedziała, że ten okrutny 

czas to tylko okres przejściowy. Już niedługo, niedługo przyjedzie Ole!

I wtedy ona będzie mogła pójść za swoją tęsknotą, która z coraz większą siłą 

uświadamiała młodej kobiecie, co powinna wybrać.

Pozwoliła,   by   pamięć   o   Randarze   zajęła   najgłębsze   i   najbardziej   szlachetne 

miejsce w jej sercu. Nie odsuwała go, odkryła, że Randar może tam trwać w spokoju, 

pozostawiając   przy   tym   przestrzeń   dla   Mogensa   i   mamy,   dla   Sunnivy   i   wszystkich 

innych, którym kiedyś okazała swoją dobroć.

Randar pozostał z nią.

Nie   wiedziała,   dlaczego   wtedy   odszedł,   ale   nie   chciała   wymyślać   żadnych 

fantastycznych wyjaśnień.

Z pewnością miał swój powód, i ona się kiedyś o tym dowie.

Wszystko, co chciała pamiętać, to jego czułe ręce, usta, które mówiły dokładnie 

to, co pragnęła usłyszeć. Wargi, które całowały ją tak, jakby była świętym posążkiem 

bóstwa. Oczy, które były zwierciadłem jej oczu i które nie potrafiły kłamać, kiedy jej 

serce się przepełniło i zmusiło, by z nim odeszła.

On nigdy nie zdradził. Chciał jej oszczędzić zdrady.  Jedyny człowiek na tym 

świecie, któremu mogła całkowicie ufać, tak sprawił ironiczny los.

I czeka na nią.

Ta świadomość była niczym plaster na obolałą ranę.

Cóż zatem mogło wprawić ją W rozpacz? Przyszło jej teraz do głowy jedno z 

licznych   powiedzeń   Mogensa,   nie   miała   wątpliwości,   że   wypowiedział   je   w   innej 

background image

sytuacji, ale te słowa pocieszały ją i dawały siłę do przetrwania wstydu nieoczekiwanego 

ubóstwa.

„Na co się zda człowiekowi, że zdobędzie cały świat, jeśli przyniesie to szkodę 

jego duszy?”

- Mamo!  Mamo! Nie jesteśmy już biedne! Ole dał mi  to, popatrz, to kamień 

huldry! Mogę nim czarować, Ole mnie o tym zapewnił.

Wystarczy tylko, bym trzykrotnie wypowiedziała jakieś pragnienie, to zaraz się 

spełni. Może nie tak zaraz, ale spełni się na pewno... - No, no, jesteś już chyba za duża na 

takie zbójnickie historie. Wstydź się, Ole! Dlaczego mieszasz w głowie temu dziecku? 

Jej i tak jest wystarczająco ciężko, z taką matką, żeby jeszcze na dodatek ludzie widywali 

ją z czarodziejskim kamieniem w ręce!

- Kryształ jest potężny. Nie przekreślaj jego siły, Mario! Uważnie przyglądała się 

jego twarzy, nie wiedziała do końca, czy Ole mówi poważnie, czy żartuje sobie. Czy Ole 

mógłby wierzyć w takie sprawy? Nigdy przecież nie spotkała nikogo bardziej trzeźwego i 

pewniej stąpającego po ziemi. Nie, teraz znowu się do niej uśmiecha.

- Spróbuj sama, Mario! Zapragnij czegoś z całego ser ca, to zobaczymy, czy ci się 

spełni.

Maria   zamknęła   oczy   i   wypowiadała   w   duszy   pragnienie.   Wiedziała,   że   Ole 

przyjdzie kryształowi z pomocą i zabierze ją do Randara. Szybko, jak najszybciej.

background image

ROZDZIAŁ V

Nigdy jeszcze wiatr nie był taki przenikliwy, a wody takie wzburzone i trudne do 

pokonania przez niedużą łódź. Zdawało się, że wiosłują w gęstej, świeżo roztopionej 

smole.

I nigdy kwietniowego powietrza nie przenikały takie dźwięczne tony. Tutaj, nad 

wrzynającym się daleko w głąb lądu fiordem, wiosna przychodziła późno. Pierwszego 

dnia  podróży musieli  się  przebijać przez  pełne  kry przejście.  Lody po obu brzegach 

fiordu topniały już na dobre, brudna woda to podnosiła się, to opadała, a na szklanej tafli 

widniało mnóstwo sinoczarnych plam.

Ludzie  byli  do tego przyzwyczajeni.  Nie spodziewali  się  ujrzeć  czystej  wody 

przed Wielkanocą, kiedy zima na dobre zbierze się do odwrotu.

Ole żeglował po wolnym od lodu pasie. Okoliczni mieszkańcy na zmiany pływali 

po fiordzie, by choć wąskie przejście uchronić od zamarznięcia. Mężczyźni wiosłowali 

pomiędzy Nes a położoną już w głębi lądu zatoką. Ale kiedy lód zaczynał atakować ze 

zdwojoną siłą, rezygnowali, gotowi przeżyć resztę zimy w izolacji od świata.

Piechotą też nie można było nigdzie dojść, chociaż najodważniejsi młodzi ludzie 

opowiadali często o śmiałkach pokonujących góry na nartach.

Łódź Olego - Miedziaka  torowała sobie drogę poprzez gęsto zalegającą  krę i 

prześlizgiwała   się   przez   z   pozoru   niedostępne   przejścia.   Płynęła   kawałek,   a   potem 

zatrzymywał ją lód. Powoli i mozolnie parła naprzód i po jakimś czasie znowu woda 

swobodnie pluskała pod kilem.

Stracili cały dzień, zanim daleko przed nimi ukazała się szeroka i zupełnie już 

wolna od lodu część fiordu.

Maria chwyciła parę wioseł i pracowała niestrudzenie, wkładając w to całą swoją 

tęsknotę.  Wkrótce  ręce   miała  tak  samo  odarte  ze   skóry jak  podczas  tamtej  strasznej 

podróży,   dawno   temu,   zdawało   się,   jakby   w   innym   wcieleniu,   kiedy   obie   z   matką 

uciekały   do   Lyster,   by   ratować   życie.   Wtedy   musiała   wiosłować   w   sztormie   i 

zacinającym zimnym śniegu. Jej dusza była tak samo lodowata, każde uderzenie wioseł 

zwiększało odległość pomiędzy nią a tym, który został na brzegu.

Teraz, kiedy droga wiodła do domu, wiosłowało jej się lżej.

background image

Łódź jednak sunęła powoli, płynęli pod wiatr, to wymagało wysiłku i pulsująca na 

szyi krew odbijała się bolesnym echem w skroniach.

Sunniva była radosna, pełna oczekiwań.

Okazało   się   ostatnio,   że   dziewczynka   posiada   niewiarygodną   zdolność 

przystosowywania się do każdej sytuacji. Maria ucieszyła się, gdy odkryła tę skłonność 

córki.

To bardzo wartościowa cecha, być może sprawi, że dziewczynka będzie miała 

łatwiejsze   życie.   Sunniva   skończy   w   lecie   dwanaście   lat   i   wygląda   właśnie   na   tyle. 

Wszystko wskazywało na to, że wyrośnie na urodziwą, rumianą pannę, taką za którą 

chłopcy oglądają się z przyjemnością.

Już teraz ma szerokie biodra i miękkie, krągłe ramiona.

Szaroniebieskie   oczy   często   się   śmiały,   dziewczynka   zawsze   gotowa   była   do 

żartów, wprost promieniała zmysłowością, która na pewno z latami dojrzeje.

Wspaniały materiał na żonę!

Maria wiedziała, że córka będzie podążać przez życie szeroką i bezpieczną drogą. 

Różniła   się   bardzo   od   matki,   buntowniczki,   której   uczucia   strzelały   w   górę   niczym 

płomień.

Sunniva była raczej rozżarzonym węglem, czerwonym i dającym ciepło, zawsze 

obecna tam gdzie trzeba, zrównoważona i przewidująca. Nie miała w sobie płomieni, 

lecz aż nadto dużo ciepła, by topić lody.

Córka Mogensa.

Maria kochała ją za to.

Wiedziała jednak instynktownie, że Sunniva odziedziczyła zbyt mało jej własnych 

cech, by mogły na zawsze pozostać sobie bliskie. Już teraz każda żyła w swoim świecie, 

a łączące je więzy słabły i z czasem, w miarę jak dziecko będzie dorastać i budować 

własne życie, rozluźnią się całkiem.

Czy ona zrozumie?

Czy   będzie   chciała   pojąć,   czym   jest   dla   mnie   Randar?   Muszę   jej   o   tym 

opowiedzieć, muszę wyjaśnić... Na szczęście ona wie już dość dużo.

Liv bardzo lubiła opowiadać Sunnhde różne historie. Mówiła o Meisterplassen, o 

ciemnowłosym i bardzo miłym kacie, który tam mieszka... Maria wielokrotnie widywała, 

background image

jak Sunnivakuli się przerażona opowieściami o swoim wuju oraz o niezwykłym i bardzo 

kochanym dziadku.

Liv nigdy nie mówiła, że Jorand nie był prawdziwym ojcem Marii.

Maria wiele się nad tym zastanawiała, próbowała wydobyć prawdę z Mogensa, 

nigdy  jednak  nie  otrzymała   odpowiedzi.   Teraz   coraz  rzadziej  powracała  myślami  do 

tamtych spraw. Od śmierci Joranda uważała, że na zawsze utraciła ojca.

Jorand nie był też ojcem Randara. Tylko Jorilowi dał swoją krew i Maria cieszyła 

się, że nie musiał oglądać ran syna ani jego śmierci.

Teraz wszystko minęło.

Randar   mówił   jej,   że   zwłoki   gwałcicieli   zostały   usunięte   z   Meisterplassen. 

Spoczywają tam tylko Jorand i Joril. Żaden z nich nie został ochrzczony ani nie otrzymał 

ostatniego namaszczenia, obaj tak samo odepchnięci...

A jeśli ona też będzie musiała spocząć w takim grobie, daleko od poświęconej 

cmentarnej ziemi?

Czasy zmieniają się tak wolno, wszystko pewnie zostanie po staremu.

Ale co to ma za znaczenie, w jakiej ziemi jej ciało przemieni się w proch?

Ważne jest, co jej przyniesie los. A Maria chętnie oddałaby nawet duszę za to, by 

w ostatni wieczór swego życia móc zasnąć w objęciach Randara.

Żeby tylko mogli być razem, to zniosą wszystko.

Nienawiść ludzi, podejrzliwość i niechęć. Los matki jako nałożnicy kata. Chociaż 

Maria przysięgała, że wszystko będzie inaczej.

Że   tam,   gdzie   mama   pochylała   głowę   i   szukała   pociechy   w   swoim   własnym 

świecie, Maria rozegra walkę o godność. I wygrają. Czeka ją nowy start. Może także 

lepsza pamięć po tych, którzy odeszli.

Tym razem ludzie w okolicy będą od początku dobrze wiedzieli, kim ona jest. 

Kobieta kata. A przy tym ktoś, kto może mieć władzę nad ich życiem, jeszcze większą 

władzę nad życiem i śmiercią niż człowiek z toporem.

Wkrótce się o tym przekonają.

Maria odłożyła wiosła, przeszła na rufę łodzi, by odpocząć. Oparła się o kuferek z 

drogocennymi lekarstwami. Wypełniła go pospiesznie ostatniego wieczora, a książkę w 

czerwonej oprawie położyła na samym dnie. Cecilia stała nad nią, pilnowała, by Maria 

background image

nie wzięła czegoś wartościowszego.

- Zabieraj te swoje świństwa, ty wiedźmo! Te śmierdzące wywary, które cuchną 

diabłem! Wynieś to z mojego domu!

Cecilia wrzeszczała histerycznie, ale Maria przyjmowała awanturę ze stoickim 

spokojem.

Bogu dzięki, że pozwolono jej coś ze sobą zabrać, tych rzeczy nie można zdobyć 

bez odpowiednich kontaktów. Cenne, niezwykle cenne krople!

Ziołowe maści, mieszanki i suszone proszki musiała zostawić. Nie była w stanie 

unieść wszystkiego na plecach. Płakała nad ogrodem matki, w którym  piękne zioła i 

kwiaty wyrosły po raz ostatni. Teraz w żyznej, pachnącej ziemi pan Revelin będzie sadził 

kapustę.

Maria wzięła też nabijaną srebrem fajkę Mogensa i cały zapas wonnego tytoniu. 

Cecilia z pewnością kiedyś to odkryje, ale teraz widocznie zapomniała o pięknym dziele 

sztuki.

Nie dowie się też nigdy, że Solveig wyniosła dla Marii z tajemnej szuflady biurka 

Mogensa mały skórzany woreczek.

Były  w   nim  pieniądze,  które   Maria  oddała  mężowi   na  przechowanie,  a   które 

zarabiała czasem na leczeniu chorych i sprzedaży lekarstw.

Nie miała odwagi wydawać ich we wsi, „wiedziała, że Cecilia natychmiast by to 

wywąchała. Zachowała je na ponowne spotkanie ze swoją dawną rodzinną okolicą.

Poczuła, że drga jej jakiś nerw na szyi, z zaskoczeniem stwierdziła, że oczy ma 

pełne łez.

Jeszcze tylko okrążą ostatni długi cypel i znajdą się na wodach Sogndalsfjordu.

Po krótkiej chwili zobaczą dom...

Tysiące razy wyobrażała sobie w myślach spotkanie z Randarem.

Widziała   samą   siebie   w   snach,   jak   biegnie   do   niego,   widziała,   że   on   stoi   z 

opuszczonymi rękami i odwraca twarz. We śnie biegła tak długo, dopóki nie poczuła na 

wargach smaku krwi, nogi stawały się coraz cięższe i cięższe, ale odległość między nimi 

wzrastała. Potem on znikał, rozpływał się w powietrzu, wyciągała do niego ręce, ale 

stwierdzała, że są puste.

Zwykle wtedy się budziła, zlana potem, z zaschniętym gardłem.

background image

Innym   razem   znów   wyobrażała   sobie,   jak   się   do   siebie   zbliżają,   najpierw   z 

wahaniem, a potem coraz bardziej zdecydowanie.

Wyobrażała sobie obejmujące ją silne ramiona, czuła jego zapach, myśl o jego 

miękkich   a   zarazem   twardych   wargach   sprawiała,   że   oddech   stawał   się   ciężki   i 

powolny... Może zechce ją do siebie mocno przytulić, obieca, że nigdy więcej jej nie 

opuści, będzie mówił takie fantastycznie proste słowa i na zawsze przy niej zostanie...

Zdarzało   się   też   czasami,   że   dopuszczała   do   siebie   strach.   A   może   on   ją 

odepchnie, będzie na nią patrzył gniewnie, na wpół zmrużonymi oczyma, tak jak kiedyś, 

kiedy   oślepiała   go   nienawiść.   Może   będzie   ciskał   jej   w   twarz   nowe   oskarżenia,   nie 

zechce ulec własnej tęsknocie.

Może zresztą uważa, że miłość do niej przyczyniła mu już dość bólu...

A gdyby się tak miało stać, gdyby on naprawdę się od niej odwrócił, to nie będzie 

miała już nic do stracenia.

Owszem, Sunnivę.

W każdym razie przez kilka lat dziewczynka będzie jeszcze potrzebować matki. A 

dzieci ma się przecież na cale życie.

Teraz,   kiedy   łódź   Olego   delikatnie   stuknęła   o   pięknie   zbudowane   nabrzeże 

Meisterplassen, wszystkie te wyobrażenia jednocześnie spadły na głowę Marii.

Ale żadne z nich nie okazało się prawdziwe.

Napięcie   wprost   ją   dławiło,   owa   nerwowa,   intensywna   i   wszechogarniająca 

tęsknota nie znajdowała ujścia.

Maria czuła, że wszystko wali się niczym  domek z kart. Randara nie było  w 

Meisterplassen.

Przy nabrzeżu nie widziała łodzi.

Ole   poszedł   z   nimi   do   domu,   niósł   te   nad   wyraz   skromne   tłumoczki,   które 

przywiozły. W obejściu też nigdzie żywego ducha. Zagroda leżała spokojna i pusta w ten 

wiosenny wieczór, kilka postrzępionych żółtych kwiatków podbiału walczyło z chęcią 

zamknięcia się na noc, lśniły ku gościom, jakby pragnęły ich powitać.

Randar wyruszył pewnie w jedną ze swoich podróży. Ale nie potrwa to chyba 

dłużej niż dwa, trzy dni - pocieszał Ole i czochrał pięknie ułożone włosy Marii. Z irytacją 

odwróciła twarz.

background image

- Jestem głodna - skarżyła się Sunniva, jak zawsze praktyczna i rozsądna.

- Wejdziemy do domu, to mama przygotuje nam trochę jedzenia - powiedział Ole 

i wprowadził dziewczynkę na zniszczoną kamienną płytę przed drzwiami.

Weszli do małej izby, wieczorny mrok wypełniał już kąty. Światło kończącego się 

właśnie kwietniowego dnia wpływało jeszcze wątłym strumieniem przez otwór w dachu, 

kiedy Maria zdejmowała płaszcz.

Cienki   pęcherz   świński   zasłaniał   ten   otwór   przed   deszczem   i   śniegiem,   lecz 

wpuszczał też do środka trochę światła.

Izba się nie zmieniła.

Palenisko było to samo. Widok łóżka w rogu sprawił, że Marię zalała fala ciepła.

Sunniva wskoczyła natychmiast na piękną rozkładaną sofę, którą Jorand i Randar 

wyrzeźbili tak kunsztownie. Kilimy Liv wciąż zdobiły długą ścianę.

Z uciskiem w gardle Maria patrzyła na swoją zapomnianą koszulę na haczyku 

przy drzwiach.

Randar jej nie zdjął. Wisiała tam przez blisko dwanaście lat!

Pogłaskała materiał i zdawało jej się, że czuje zapach ługu i sosny.

O Boże, on ją prał!

W skrzyni na jedzenie znalazła tylko parę kawałków zeschniętego na kość mięsa i 

kilka garści mąki w woreczku. Mąka pachniała pleśnią.

Maria zdecydowała się ją wyrzucić. Spleśniała mąka to groźna trucizna, wywołuje 

straszną chorobę, która najczęściej kończy się powolną śmiercią w boleściach. Dziwna 

sprawa, ale tę samą pleśń moczyła w spirytusie, a potem wykorzystywała do różnego 

rodzaju zabiegów.

Szukała dalej, wysłała Olego do wolno stojącej wykopanej w ziemi piwnicy koło 

domu, by sprawdził, czy nie ma tam zeszłorocznych warzyw. Wrócił z pociemniałymi, 

oślizgłymi resztkami kapusty w dłoniach.

- To wszystko - rzucił i z żalem ściągnął brwi. - Musi nam chyba wystarczyć 

solona ryba, którą przywieźliśmy - dodał i poszedł do łodzi.

Solona ryba smakowała nie najgorzej, ale zimowe zapasy się kończyły. Teraz, 

gdy nadeszła wiosna, morze nie dawało ludziom zbyt wiele jedzenia. Ryb było mało, a te 

nieliczne, które udało się złapać na haczyk lub w sieć, były chude i miały matową skórę 

background image

niczym stare panny.

Niemniej jednak najedli się do syta, a Maria postanowiła rozejrzeć się za rzepą i 

cebulą, która może przezimowała w starym ogrodzie za oborą.

Jakimś cudem warzywa rozsiewały się same i nowe rośliny wyrastały bez ludzkiej 

pomocy. Teraz też tkwiły jeszcze w przemarzniętej ziemi, choć mróz obszedł się z nimi 

surowo. Maria odkroiła nadgniłe i okaleczone górne części, na szczęście głębiej znalazła 

jadalne korzenie.

Sunniva krzywiła nos, ale głód jest dobrym kucharzem, więc zjadła pożywienie 

nędzarzy, do którego w ostatnich czasach musiała się powoli przyzwyczajać.

Maria cierpiała, tak bardzo chciała przywrócić córce dzieciństwo.

Jasne dni z zabawami i kąpielą, pszenny chleb i mleko z miodem.

Ole   jadł   z   wielkim   apetytem,   nikt   nie   mógłby   powiedzieć,   że   jeśli   chodzi   o 

jedzenie, jest wybredny.

Potem wziął swoją miskę i łyżkę i wyniósł je do zbiornika, który zawsze stał pod 

domem, by gromadzić deszczową wodę.

Zrobiło się zupełnie ciemno.

Rozpalili ogień na obu paleniskach, nowy piec miał komin, dzięki czemu w izbie 

było   nieco   mniej   dymu.   Stare   palenisko   jednak   dymiło   tak,   jak   to   się   działo   od   co 

najmniej dwustu lat.

Maria niemal  zapomniała,  jak to  jest, gdy w  tego  rodzaju kurnej  chacie  dym 

wiszący niczym ciężka zasłona szczypie w oczy i drapie w gardle. Uświadomiła sobie, 

jak bardzo przywykła do lepszych warunków. Na probostwie, zaraz po jej przybyciu, 

zbudowano   kominy,   które   odprowadzały   dym   na   zewnątrz.   Wciąż   jednak   większość 

domów ogrzewały takie właśnie wielkie paleniska ustawione pośrodku izby, a otwory w 

dachu, przez które dym uchodził na zewnątrz, wpuszczały do wnętrza trochę światła.

Sunniva ziewnęła.

Maria   ułożyła   ją   do   snu   w   tym   samym   łóżku,   w   którym   i   ona   sypiała   jako 

dziecko.

Podczas wielu takich wiosennych nocy zasypiała bezpiecznie w malej izdebce, 

wsłuchana   w   szum   co   najmniej   tuzina   wodospadów   i   strumieni,   które   uwolniły   się 

nareszcie od lodowej pokrywy i pędziły w dół wzdłuż nowych łożysk.

background image

- Śpij dobrze, moje dziecko. I witaj w domu!

- Dobranoc, mamo. Ale... Czy to bardzo źle, że jeszcze nie całkiem czuję się tutaj 

w domu?

Maria uśmiechnęła się smutno.

- Nie, oczywiście, że nie. Potrzebujesz czasu. A poza tym nie przywitałaś  się 

jeszcze z Randarem. On pewnie jutro wróci!

- I wtedy ty się bardzo ucieszysz, mamo! - Oczywiście, moja mała. Bardzo, się 

ucieszę.  Starannie  otuliła  Sunnivę okryciem.  Stwierdziła,  że czuć je pleśnią i że jest 

wilgotne. Ale dziewczynka nawet o tym nie wspomniała, westchnęła głośno i ułożyła się 

do snu. Co za dziecko!

Jakim sposobem zdążyła tak szybko zapomnieć swoje piękne puchowe poduszki, 

delikatną pościel i wełnianą kołdrę?

Zdolność Sunnivy do przystosowania się zadziwiała Marię. A może to znaczy, że 

Maria jednak daje dziecku poczucie bezpieczeństwa?

Odeszła od śpiącej dziewczynki i usiadła w wygodnym fotelu przy palenisku.

To fotel Jorila.

Liv   zrobiła   go   dla   chorego   syna,   użyła   płóciennego   worka,   który   starannie 

wypchała miękkim sianem. Worek układał się tak, że dawał oparcie obolałym członkom.

Przyjemnie było w nim siedzieć. Maria czuła, że jej ciało odzyskuje spokój, serce 

jednak   wciąż   tłukło   się   w   piersi   z   napięcia   przed   spotkaniem,   które   wkrótce   miało 

nastąpić. Jej wzrok nieustannie kierował się ku drzwiom, jakby w każdej chwili on miał 

stanąć w progu.

I tak się przecież mogło stać.

Ole uśmiechał się w półmroku.

Ogień trzaskał w piecu i na palenisku.

W izbie zrobiło się już ciepło, a z okryć nowo przybyłych unosił się obłok pary.

-   Wyglądasz   jak   młoda   dziewczyna,   Mario,   matko   dzieciom!   Jak   zakochana, 

niecierpliwa   młoda   dziewczyna!   Pochylał   głowę   i   zerkał   na   nią   szelmowsko.   Maria 

uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi, skinęła głową i spuściła wzrok. Ole roześmiał się. 

Nagle jednak spoważniał.

- Mario, chciałbym coś wyjaśnić. Widzisz, ja czuję się trochę winien temu, co się 

background image

stało. Kiedy byłem tutaj po raz ostatni... wtedy to Randar zdecydował się pojechać po 

ciebie. Boję się, że zrobił to pod moim wpływem... Co się właściwie wydarzyło między 

wami w Lyster? Zwilżyła wargi końcem języka, nie wiedziała, ile może mu powiedzieć. 

O   wszystkim   pomiędzy   nią   a   Randarem,   to   zbyt   wiele,   to   tylko   jej   sprawa,   bardzo 

osobista. Nawet Liv nie wiedziała tak dużo.

- My... my spotykaliśmy się nad głębią. Wiele razy. Ole skinął głową i chrząknął. 

Tego się domyślał.

- W końcu zrozumiałam, że muszę zerwać z dawnym życiem i zostać z nim. Po 

prostu nie widziałam innego wyjścia. Uznałam, że musimy być razem, wszystko inne 

wydawało się wbrew naturze, jakby zima miała nadejść zamiast wiosny... Ale wiem, że w 

grzeszny sposób byłam zajęta sama sobą, chciałam ściągnąć na moich bliskich tyle bólu. 

Mimo to... spakowałam parę rzeczy i byłam gotowa do drogi. Mieliśmy się spotkać nad 

głębiną.  Ale   kiedy  przyszłam...  jego  tam   nie  było.   Odjechał   beze   mnie.   Mogę  tylko 

zgadywać, dlaczego. Spojrzała na niego wyzywająco, na tego dziwnego człowieka, który 

był  jedynym  przyjacielem Randara. Ole ssał jakiś wiór, przesunął go teraz w ustach. 

Maria pomyślała, że może nabita fajka sprawiłaby mu przyjemność. Prawdziwy rarytas 

dla kogoś takiego jak Ole - Miedziak!

- Domyślałem się właściwie, że tak to było. Przez ja kiś czas sądziłem, że może to 

ty go odprawiłaś. Ale ja cię znam, Mario, a poza tym potrafię tłumaczyć ludzkie uczucia, 

nawet jeśli wyznanie ich z trudem przeszłoby im przez usta. I powiem ci, że rzadko 

widuje się kobietę, która tak otwarcie jak ty ujawnia swoją miłość.

Podczas gdy mówił, Maria podeszła do swojego kuferka i wyjęła fajkę Mogensa. 

Odwrócona do Olego plecami, oczyściła fajkę, nabiła ją i wyjęła płonący wiór z pieca. 

Ole mówił dalej, wiedział, że Maria słucha.

- Randar wie, o co mu chodzi. To ty pozwoliłaś mu przeżyć w więzieniu i w 

trudnych   czasach,   jakie   nastąpiły   potem,   podczas   tych   wszystkich   samotnych   nocy 

ogrzewałaś jego duszę. Czepiał się swego rodzaju pewności, że tak silne uczucia nie 

mogą po prostu zgasnąć...

Ole przerwał na widok Marii, która stanęła przed nim i wydmuchnęła w jego 

stronę cieniutką smużkę dymu.

Widok   był   piękny,   młoda,   urodziwa   kobieta   z   tym   odwiecznym   męskim 

background image

symbolem w ustach. Ole ze zdumienia zmrużył oczy. Maria roześmiała się, wciągnęła 

nową   porcję   dymu   do   płuc,   a   potem   złożyła   wargi   i   wydmuchiwała   dym   małymi 

obłoczkami. W końcu podała fajkę zdumionemu przyjacielowi.

- Mój Boże, Mario, ty naprawdę jesteś wyjątkowa...

-   Proszę   bardzo,   rozkoszuj   się   hiszpańskim   perfumowanym   tytoniem.   To 

naprawdę coś innego niż chwasty, które uprawiają nad fiordem, sprzedają bardzo drogo i 

także nazywają tytoniem.

Podziękował, oparł się wygodnie na krześle i pykał fajkę. Jego szorstkie palce 

pieściły srebrny ornament, wąski cybuch fajki stanowił prawdziwe dzieło sztuki, którego 

wszyscy instynktownie z przyjemnością dotykali.

- A jak sądzisz, co on sobie pomyśli, kiedy nas tu za stanie? Nie wpadnie w 

gniew? Wdarłyśmy się przecież do środka, choć to nie jest już mój dom...

- To jest teraz twój dom - przerwał jej Ole ostro. - Gdyby nie twoja matka i ty 

sama, nie byłoby tu w ogóle żadnego domu!

Ole z uroczystą miną zaciągnął się tytoniowym dymem, a potem kaszlał długo z 

głębi brzucha, zanim zaciągnął się ponownie.

- Randar nie pragnie niczego innego, jak tylko mieć ciebie tutaj. Sądzę jednak, że 

wtedy odjechał, ponieważ nie mógłby żyć ze świadomością, że poświęciłaś tak wiele... 

Bał się, iż ty także nie będziesz mogła żyć z takim obciążeniem. I wiesz, myślę, że miał 

rację!

Ole przyglądał jej się uważnie, Maria poczuła się mała i niepewna.

Czy to prawda?

Czy obiecała zbyt wiele, kiedy chciała całe swoje życie złożyć w jego ręce? Czy 

przyjazne oczy Mogensa prześladowałyby ją w każdej sekundzie, a wyrzuty sumienia 

byłyby tak wielkie, że zabiłyby ich piękną miłość?

A Sunniva... Maria chciała odjechać od własnej córki, czy mimo to mogłaby się 

rozkoszować pieszczotami kochanka?

Tego nie wiedziała.

Los chciał, żeby stało się inaczej.

Nie bardzo chyba mogłaby żyć ze wspomnieniem Mogensa, gdyby odjechała nie 

wiedząc, jak się sprawy ułożyły. On przecież umarł tej samej nocy. Pomyśleć, że byłaby 

background image

zniknęła z domu!

W najgorszym razie oskarżono by ją o morderstwo. Lodowaty chłód przemknął 

po jej plecach. Odsunęła tę myśl jak najdalej od siebie.

Może nawet nie dowiedziałaby się o jego śmierci, w każdym razie nie poznałaby 

jej przyczyny. A Sunniva zostałaby tam sama, u Cecilii...

Maria przymknęła oczy i z przyjemnością wciągała tytoniowy dym.

To ją uspokajało, tak jak zawsze dym z fajki Mogensa.

Może wtedy Cecilia nie byłaby taka mściwa, może pan Revelin byłby litościwszy 

dla dziecka? Cały ten spisek zawiązali przecież po to, żeby przepędzić przede wszystkim 

ją. Ale myśl o małej Sunnivie samotnej w Lyster, której ojciec umarł, a matka uciekła...

- Dzięki ci, Boże, za to, że Randar odjechał... Szeptała te słowa sama do siebie, 

lecz Ole pojmował, o co chodzi.

- Więc nie jesteś na niego zła?

- Nie! Nie! On nie mógł tego oczywiście wiedzieć, lecz uratował mój zdrowy 

rozsądek i spokój mego serca, gdy pozwolił mi tamtej nocy niepotrzebnie przyjść na 

miejsce spotkania. Mój Boże, co by się stało w przeciwnym razie?

- Więc powiedz mu to, natychmiast gdy tylko stanie w drzwiach. Podziękuj mu za 

jego szlachetne uczucia, za to, że działał nie myśląc o sobie. Rozumiesz, że nie było mu 

łatwo   tak   postąpić.   Wiedział   przecież,   jak   bardzo   cierpiałaś,   kiedy   odtrącił   cię 

poprzednim razem...

- Tak, ale to było co innego. Wtedy ja błagałam, złożyłam swoje serce w jego 

dłonie, a on mnie odepchnął od siebie i poszedł szukać ślepej zemsty.

-   Tak   ty   to   widzisz?   No   cóż,   twoje   prawo   -   szepnął   Ole,   a   Marię   ogarnęło 

nieprzyjemne uczucie, że robi jej wymówki za tamten gniew i za to, że zbudowała wokół 

siebie mur, a w końcu została pastorową w Lyster.

Milczeli przez jakiś czas, słychać było tylko trzask brzozowych bierwion i ciche 

pykanie fajki.

Wyglądało na to, że lampa także wkrótce zgaśnie. Oliwa się dopalała.

Zresztą nie ma czego żałować, cuchnęła okropnie, a światła dawała niewiele.

- Może... może powinniśmy pójść spać? Nagle Maria pojęta niezwykłą sytuację, 

siedziała oto całkiem sama z obcym mężczyzną i miała dzielić z nim izbę w ciągu nocy. 

background image

Rany boskie, tego się nie robi, w każdym razie nie w domu swego ukochanego!

Ale Ole, to Ole. Maria wierzyła, że Randarowi nigdy nie przyjdzie do głowy 

domyślać się czegoś niestosownego z tego powodu, że spała z Olem pod jednym dachem. 

Wprost przeciwnie, nikt nigdy nie widział człowieka budzącego mniejsze podejrzenia. 

Ole jest przyjacielem. I jest stary... No nie, chyba jeszcze nie taki stary...

- Oczywiście. Musimy się trochę przespać. Randar z pewnością nie zjawi się w 

nocy,   on   najchętniej   podróżuje   w   świetle   dnia.   A   gdy   tylko   usłyszę,   że   wrócił,   to 

przywitam się krótko i natychmiast znikam. Musicie zostać przez jakiś czas sami... Może 

mógłbym też zabrać Sunnivę na niedużą wyprawę? Z pewnością chętnie zobaczyłaby 

Kaupanger,   wczoraj   zaczął   się   tam   wiosenny   ting   i   targ.   Mnóstwo   ludzi...   Mnóstwo 

podniecających rzeczy... może nawet coś ładnego do kupienia małej panience?

-   Noo...   nie   wiem...   Dopiero   co   tutaj   przyjechała,   powinna   chyba   zapuścić 

korzenie. Utraciła ojca... chyba niedobrze, by ruszała w nową podróż!

- Przeciwnie! Dzieci lubią takie podniecające wyprawy. A zapewniam cię, że ani 

na moment nie spuszczę z niej oczu. Pomyśl, ile to będzie dla niej radości, słyszałem, że 

pokazują tam rzadkie zwierzęta, a nawet czarnych ludzi. Każdy, kto poświęci niedużą 

monetę, może to obejrzeć!

Maria wahała się z poczuciem winy. Oczy Olego rozbłysły w uśmiechu.

- Najlepiej zapytać ją samą. Z pewnością będzie miała ochotę. A ja widzę, że 

podoba ci się myśl, by mieć trochę czasu dla siebie. - Mrugnął do niej niemal zuchwale i 

wskazał wzrokiem łóżko w rogu izby: Maria rzuciła się na niego, złapała go za ucho.

- Ty draniu! Tylko żarty ci w głowie! Ale zawsze - wiesz, czego potrzebuję, 

zanim ja to sobie uświadomię. I to bardzo miło z twojej strony, że chcesz zabrać Sunnivę 

na wiosenny ting... Chroń ją tylko przed najgorszymi wrażeniami, nigdy nie potrafiłam 

zrozumieć, jak ludzie mogą pozwalać dzieciom biegać wokół miejsca kaźni, patrzeć na 

cudze cierpienie, chłonąć zapach krwi... Ole opanował się, by nie zachichotać. Cała ona, 

ta jego wspaniała Maria. Przywiozła córkę do domu kata, sama kocha tego człowieka, 

którym inni straszą dzieci. A teraz chce ochraniać córkę przed rzeczywistością, której 

Sunniva jest bliższa niż jakiekolwiek inne dziecko. Uśmiechnął się jednak:

- Umowa stoi. Dostaniesz ją z powrotem tak samo niesplamioną i czystą jak teraz, 

kiedy śpi.

background image

I pomyślał... Ona nie zna historii Liv. Nie wie, że matka była tylko troszkę starsza 

niż Sunniva teraz, kiedy wiozłem ją do Kaupanger i zgubiłem po drodze. Ale to było 

bardzo dawno temu, choć jednocześnie zupełnie niedawno. Ole z trudem przyjmował to 

do wiadomości. To przecież matkę Marii zabrał ze sobą z Lyster. To jej córce kupował 

łakocie i wstążki. Ole rzadko myślał o swoim wieku i o tym, co minęło, teraz jednak 

przymknął oczy i popadł w zadumę. Nie zauważył nawet, że Maria również zwracała się 

ku przeszłości.

Powiedzieli sobie dobranoc.

Maria wślizgnęła się do łóżka Randara.

Do łóżka, które było samotnym posłaniem Joranda przez tak wiele lat, a potem 

miłosnym gniazdem jej matki.

Potem należało do Randara i do niej. Potem znowu do Randara.

Teraz przyjęło samotne, drżące ciało Marii.

Ale niedługo, już niedługo...

background image

ROZDZIAŁ VI

No i Randar wrócił.

Żadne z przybyłych nie słyszało ani nie widziało łodzi. Wszedł do izby niczym 

senna mara, wytrzeszczając oczy poruszał się tak, jakby nie wiedział, czy śni, czy to 

prawda.

Już z daleka - widział dym ponad dachem.

Nagle poczuł się niemal  pewien, wiedział,  co się stało, lecz zaskoczenie było 

wielkie i od pierwszej chwili z trudem panował nad wzburzonymi zmysłami.

Czy to może być ona? Nie...

Ale u nabrzeża stoi łódź...

Randar mrużył oczy, osłaniał je dłonią, próbował raz po raz stwierdzić, czy to ta 

sama czarna burta.

Wiosłował   tak,   że   woda   rozpryskiwała   się   na   wszystkie   strony,   co   chwila 

odwracał się na ławeczce.

Owszem. To Ole. Naturalnie, że to Ole przyjechał.

Któż bowiem inny odważyłby się wejść do domu kata i poczuć się tam na tyle u 

siebie, by rozpalić ogień?

Staraj się nie myśleć o Marii...

To głupie pozwalać sercu tak się tłuc w piersi w pozbawionej wszelkich podstaw 

nadziei.

Ale mimo wszystko...

Czy coś mogło się stać?

Wiedział, że jeśli Maria teraz ukaże się w drzwiach, to on już nigdy, absolutnie 

nigdy nie zachowa się tak szlachetnie jak poprzednio.

Teraz ani myśl o pastorze, ani o dziecku, o bogactwie czy jej dobrym imieniu nie 

odegra już żadnej roli. Pragnie ją kochać, mieć ją dla siebie, uwolnić od ponurych myśli, 

odsunąć od niej wszelkie wyrzuty sumienia.

Wiedział, że rozsądek przegrał ostatnią walkę z uczuciem.

Zbyt   mało   kroków   dzieliło   go   od   domu,   były   zbyt   krótkie,   by   miał   czas   się 

zastanowić. Stopy niosły go same, prawie nie dotykał ciężkimi butami żwiru na ścieżce. 

background image

Za późno odkrył, że jego okrycie jest brudne i poplamione.

Została na nim krew nieszczęsnego grzesznika.

Zerwał z siebie płaszcz, biegnąc cisnął go pod ścianę obory, próbował palcami 

przeczesać wciąż tak samo potargane długie włosy.

Jeśli ona przebyła tę długą drogę i ofiarowała tak wiele, by tutaj przyjechać... tak, 

z pewnością przyjmie go takim, jakim jest.

Drgnął gwałtownie, gdy koło szopy zauważył jakąś sylwetkę.

Dziecko! Ta sama mała dziewczynka, którą widział z Marią na plebanii.

Sunniva, córka Marii!

Mała wyglądała na przestraszoną, usta otworzyły się do krzyku, lecz dziewczynka 

zdołała się opanować.

Ukląkł na ścieżce i pozdrowił ją.

Uśmiechnęła  się blado w odpowiedzi,  jej wzrok kierował  się ku drzwiom,  za 

którymi najprawdopodobniej była matka.

- Witaj, młoda panienko, jestem Randar.

- Wiem o tym. Mama... mówiła, że jesteś sympatyczny. Ale wyglądasz nie za 

bardzo!

Uśmiechnął się nad jej szczerością, udawał lekko urażonego.

- Ty za to wyglądasz znakomicie! Jakie masz piękne włosy! A jakie ładne koszyki 

umiesz wyplatać! Sunniva spojrzała w dół na mocno pogięte gałązki, które splotła razem, 

miał to być koszyk dla mamy, zrobiony z najdelikatniejszych wiosennych brzozowych 

rózeg.

-  To   dla   mamy.   Nie  ruszaj!  Randar   wstał,   szanował   powściągliwość   dziecka. 

Próbował włożyć w swój uśmiech cale ciepło, jakie posiadał, wiedział, że musi zdobyć 

zaufanie córki Marii.

I   chyba   nie   będzie   to   takie   trudne,   ponieważ   za   zasznurowanymi   usteczkami 

wyczuwało się uśmiech. Głęboko wciągnął powietrze, nie chciał dłużej czekać. Ucieszył 

się, że Sunniva daje mu trochę czasu na przygotowanie się do spotkania. Słyszał, że 

pobiegła w stronę warsztatu, wołając Olego. A zatem Maria jest sama. Bogu dzięki.

Randar   spostrzegł,   że   jego   ręka   wysuwa   się,  by  zapukać   do   własnych   drzwi, 

zrezygnował z tego, ujął drewnianą klamkę i nacisnął.

background image

- Wróciłem do domu, Mario - powiedział łagodnie. Ona stała pośrodku izby z 

miotłą w ręce. U jej stóp na podłodze leżała nieduża kupka śmieci, zdążyła  zamieść 

połowę izby.

- Ja... też. Nic więcej nie mieli do dodania.

Przeszli tych kilka dzielących ich kroków i stali bez słowa, obejmując się mocno.

Pomieszczenie zakołysało się nieznacznie, a może to ich ciała nie były w stanie 

zachować równowagi?

Maria wsunęła ręce w czarne, potargane włosy, on przyciskał ją do siebie tak, że 

ledwie mogła oddychać.

-   Jesteś   tutaj   -   szeptał   jej   do   ucha,   Maria   wspięła   się   teraz   na   palce,   uścisk 

Randara unosił ją w górę.

- Tak, jestem tutaj, już na zawsze, taką mam nadzieję.

- Na zawsze! Tak! Czy to rzeczywiście  prawda? Rozkoszowali się tą chwilą, 

pozwalali, by ciała i myśli pojęły ów cudowny stan. Razem, w końcu razem.

Nic już teraz nie zdoła ich rozdzielić!

Randar nie zadawał pytań, ona też tłumiła ciekawość pocałunkami, po których 

zostawał jej na wargach słony smak.

Nie   wypuścili   się   nawzajem   z   objęć,   dopóki   wesołe   glosy   za   drzwiami   nie 

uświadomiły im, że Ole i Sunniva wracają.

Dziewczynka natychmiast podbiegła do matki, spojrzała skrępowana na Randara i 

ukryła twarz za plecami Marii. Maria zdołała się opanować, glos nie brzmiał wcale tak 

ochrypłe, jak się obawiała.

Sunniva jednak widziała, że stało się coś wyjątkowego. Co sprawiło, że mama 

uśmiecha się tak dziwnie, a jej wargi zrobiły się duże i czerwone? Serce bilo ciężko i z 

wysiłkiem.

- Sunniva, to jest Randar.  On... on jest  naszym  przyjacielem  i chce  się nami 

opiekować. Prawda, Ole?

- Oczywiście, że prawda, nikt nie może mieć lepszego opiekuna!

- Kiedy byłam mała, taka jak ty teraz, bawiliśmy się razem na podwórzu. Zawsze 

byliśmy przyjaciółmi... zawsze bardzo się lubiliśmy...

- A teraz  on jest twoim ukochanym?  Maria drgnęła,  słysząc  te słowa. Ale w 

background image

jasnym głosie córki słyszała jedynie ciekawość.

Spojrzała na Randara, jakby szukając u niego pomocy w znalezieniu właściwych 

słów. Może Sunniva nie zechce, żeby miejsce po zmarłym ojcu zapełniło się tak szybko?

Mimo   wszystko   najlepiej   być   szczerym.   To   bystre   dziecko   i   tak   natychmiast 

przejrzy grę dorosłych.

- Tak, teraz to mój ukochany, a ja jestem jego ukochaną.

- To znaczy, że będziemy mieć wesele? Musi być wielkie, tak żeby nikt nie mógł 

nas już później przegonić mówiąc, że nie zostaliście sobie poślubieni?

Sunniva stała zaciskając pięści, a jej głos był zbyt  stanowczy, by można było 

przypuszczać, że nie zdaje sobie sprawy z tego, co mówi.

Maria westchnęła. Dziecko nie powinno być takie rozsądne. Zresztą sprawy nie 

ułożą się ani łatwo, ani szybko.

Wybrała najprostsze wyjście, odpowiadała jedynie na to, o co dziecko pytało.

- Oczywiście, że będzie wesele. Będzie wielkie święto! Ty i Ole, i Randar, i ja 

urządzimy ucztę z mnóstwem pysznego jedzenia, może nawet z tańcami.

- Świetnie! A kiedy to będzie? I w jakim kościele udzielą wam ślubu? Widziałam 

po drodze co najmniej ze trzy. Maria mówiła łagodnym głosem:

- Chyba nie będzie ani pastora, ani kościoła, Sunnivo. Musisz zrozumieć... nie, 

niełatwo jest to zrozumieć komuś... Ale Randar nie jest mile widziany w kościele. On 

jest... to znaczy jego praca jest...

- Nie jest mile widziany? To co on takiego robi? Maria wzięła Sunnivę na kolana, 

chociaż dziewczynka była już za duża na takie pieszczoty.

- On jest katem - rzekła  po prostu. - Jest tym,  który usuwa przestępców, by 

porządni ludzie mogli czuć się bezpiecznie...

Sunniva   zamyśliła   się   na   chwilkę,   spoglądała   ze   zdumieniem   pomieszanym   z 

lękiem na tego barczystego, mrocznego człowieka, który siedział taki zakłopotany przy 

stole.

- Czy szybko  dostaniemy coś do jedzenia? - zapytała  nieoczekiwanie.  - Twój 

ukochany kat też jest głodny! Maria przymknęła oczy, uznała jednak, że nic już więcej 

mówić   nie   trzeba.   Sunniva   uśmiechnęła   się   blado.   Nie   czekając   na   odpowiedź 

przemknęła obok Randara i usiadła na miejscu, na którym zawsze w tym domu siadały 

background image

dzieci.   Maria   potrząsnęła   lekko   głową,   lecz   uśmiechała   się.   Ciekawe,   jak   ona   sama 

zachowałaby   się   w   takiej   sytuacji.   Chyba   jednak   nie   obyłoby   się   bez   awantury... 

Uściskała córkę i lekkim krokiem poszła przygotowywać jedzenie.

-   Oczywiście,   że   zaraz   będzie   kolacja!   Ale...   obawiam   się,   że   niespecjalnie 

wystawna.   Znalazłam   trochę   ziarna,   upiekłam   podpłomyków...   przyniosłam   wody   ze 

strumienia! A poza tym mam faskę topionego masła w kuferku...

- A ja mam coś jeszcze - dodał Randar i wyciągnął swój worek. - Moja zapłata 

była dzisiaj wyjątkowo sowita. Patrzcie, wędzone mięso, fasola i owsiane ciasto!

Sunniva krzyknęła  z zachwytu,  od wielu tygodni  nie  próbowała tak pysznego 

jedzenia.

Rozsiedli   się   przy   stole,   śmiali   się   i   żartowali,   nastrój   panował   taki,   jakby 

wszyscy czworo zjedli razem setki posiłków i od dawna mieszkali pod jednym dachem.

Niewidzialna,   ale   wyraźnie   obecna   więź   pomiędzy   Randarem,   siedzącym   w 

jednym końcu stołu, a Marią na drugim, żarzyła się w półmroku izby niczym ogień...

Na stole ustawiono trójramienny świecznik z jesionowego drewna.

Randar sam go wyrzeźbił, a zręczne palce Joranda wykuły żelazne podstawki, w 

których ustawiało się świece. Niestety, udało się znaleźć tylko dwie i obie przeznaczono 

na tę uroczystą okazję.

Sunniva czuła się znakomicie, wkrótce jednak powieki zaczęły jej ciążyć i oparła 

się o ławę. Z uszczęśliwionym uśmieszkiem, jaki świadczy o pełnym żołądku, siedziała 

przysypiając, gdy tymczasem rozmowa dorosłych toczyła się żywo. Dziewczynka śniła, 

choć na dobre nie zasnęła.

Tak przyjemnie jej i matce nie było od czasu, gdy tatuś...

Nie, nie wolno teraz myśleć o tacie. Bo zaraz zrobi się smutno.

Sunniva   pochyliła   się,   złożyła   dłonie   i   odmówiła   pośpieszną   modlitwę   za 

zmarłych. Maria spostrzegła to, wiedziała, o co chodzi.

Ole  również   zauważył,   że  w   oczach   dziewczynki  pojawił   się  smutek,   i  wziął 

Sunnivę za rękę.

- Posłuchaj no, moja panno, mam dla ciebie - wiadomość. Właśnie się rozpoczął 

wiosenny   jarmark   w   Kaupanger,   mnóstwo   łudzi,   mnóstwo   ciekawych   rzeczy   do 

oglądania, a może nawet do kupienia. Gdybyś zechciała mi towarzyszyć i trochę pomóc, 

background image

to dostaniesz ten pieniążek! Dziewczynka rozbudziła się na dobre, oczy zrobiły jej się 

wielkie.

- Ooo! Jarmark! Już o tym słyszałam, podobno tam jest bardzo wesoło! Są nawet 

małpy i grajkowie, a tak że piękne panie i dzieci, które mówią bardzo dziwnie! Mamo, 

mogę jechać? Mamo, pozwól!

Twarz   dziewczynki   mieniła   się   z   nerwowego   oczekiwania.   Maria   nie 

odpowiadała,   droczyła   się   trochę   z   córką,   widok   ogromnego   podniecenia   dziecka 

sprawiał jej przyjemność.

- Cóż... jeśli Ole chce, żebyś mu towarzyszyła... Jeśli obiecasz, że będziesz się 

zachowywać grzecznie...

- Tak, tak! Będę grzeczna i przydatna!

- Hm. W takim razie możesz jechać. Ale nie wolno ci odchodzić od niego ani na 

krok,   pamiętaj,   że   na   jarmark   do   Kaupanger   ściągają   różnego   rodzaju   ludzie!   Obce 

łodzie... oszuści i złodzieje!

-   On   mnie   przypilnuje.   Prawda,   Ole?   Stary   człowiek   uścisnął   mocno   miękką 

rączkę Sunnivy.

-   Oczywiście.   Nikt   się   nie   odważy   podejść   do   ciebie   zbyt   blisko,   jeśli   przy 

będziesz w łodzi Olego - Miedziaka.

- No to w porządku. Jak długo was nie będzie?

- Myślę, że jakiś tydzień. Pewnie wybierzemy drogę przez fiord wokół Maisen, to 

szybciej, a poza tym nie będziemy musieli w Eidet pożyczać konia. Jeśli utrzyma się taki 

wiatr jak dzisiaj, dotrzemy do Kaupanger, zanim się ściemni.

-   Tam   jest   podobno   pięknie   -   mruknęła   Maria.   Niewiele   jednak   miała   do 

powiedzenia oprócz tego, co mówiła jej matka.

To 'właśnie do Kaupanger przyjechała Liv któregoś razu, również ją przywiózł 

Ole. Młoda, okropnie przez los potraktowana dziewczyna ze swoim nowo narodzonym 

dzieckiem przy piersi w mroźną zimę. A tam Ole został napadnięty i Liv uciekała w 

panice przez las. Wtedy spotkała Joranda, przybranego ojca Randara.

Kiedy Sunniva znalazła  się już w łóżku, rozmowa  między dorosłymi  również 

przycichła.

Ole   ziewał,   choć   wieczór   nie   był   jeszcze   późny.   Maria   wstała,   by   schować 

background image

jedzenie, te resztki, które jeszcze zostały.

Jak Randar sobie radził? Wszystko w tym domu było puste, pusty spichlerzyk, 

puste skrzynie, a w lamusie wisiało tylko kilka ogołoconych z mięsa kości.

Czy grozi im głód? Panował właśnie przednówek, i zwierzęta, i ludzie jadali za 

mało. Na szczęście jednak w stodole było pod dostatkiem siana i liści dla stojącego w 

obórce inwentarza. Może udałoby się wymienić trochę paszy za jakieś zwierzę nadające 

się do zabicia.

Maria   pamiętała   owce,   które   ze   sobą   zabrała,   nie   zniosły   mrozu   i   wilgoci   i 

zamarzły. Gdyby tak teraz miała choć kilka owiec! I trochę ziarna, oczywiście. Jak to 

dobrze, że wróciły powszednie zmartwienia!

Myśli w jej głowie wirowały, nie była w stanie pojąć żadnej z nich ani zatrzymać 

jej na dłużej niż sekundę.

Całą swoją istotą odczuwała tylko jedno:

Dzisiejszej nocy zaśnie w ramionach Randara.

Nie, chyba nie będzie spać!

Będzie leżeć obok niego i rozkoszować się jego zapachem, dotykiem jego skóry 

pod palcami, smakiem jego warg.

Będzie nasłuchiwać jego oddechu, czuć bicie jego serca w szerokiej piersi, bawić 

się delikatnie małymi loczkami, które zawsze tak samo zaskoczona odnajdywała na jego 

karku pod włosami przypominającymi potarganą końską grzywę.

Tej nocy nie straci ani jednej sekundy na spanie!

Zdenerwowani   niczym   młoda   para  w   noc  poślubną  wsunęli   się  w  końcu   pod 

okrycia. Jakie to niezwykle nie musieć się śpieszyć, jakie niezwykłe wiedzieć, że mają 

przed sobą całą noc, jutrzejszy dzień, całe życie.

Maria była pewna, że on również tak to odczuwa, leżał ciepły i spokojny przy 

niej,  z jej  głową  na swoim  ramieniu.   Twarze  znajdowały  się tuż   obok siebie,  wargi 

Randara leciuteńko muskały policzki ukochanej.

Wciąż jeszcze między nimi znajdowały się niewypowiedziane słowa.

Maria wiedziała, że Randar musi jak najszybciej poznać jej ponurą historię, bała 

się   jednak,   że   znowu   trzeba   będzie   przejść   przez   te   okropne   tygodnie.   Najchętniej 

zostawiłaby wszystko za sobą, zapomniała o tym, jak ludzie, którym wierzyła, których 

background image

znała, nagle odwrócili się do niej plecami. Jakie to gorzkie.

Ale też zrozumiale, trzeba to przyznać.

Pisane i niepisane reguły życia wymyślono po to, by większość ludzi mogła czuć 

się bezpiecznie. By wiedziała, jak oceniać różne zachowania i postępki.

To jednak wymaga ofiar i wszyscy wyróżniający się natrafiają na żelazne zasady, 

które tradycja tworzyła przez setki lat.

Bez dłuższych wstępów opowiedziała Randarowi o samobójstwie Mogensa.

-   Wybrał   śmierć,   chciał   zwrócić   mi   wolność.   Ręce   Randara   zesztywniały, 

wyczula drganie jego mięśni i cieszyła się, że leżą w ciemności.

- Boże drogi... co za człowiek - jęknął w końcu ze zdumieniem, pomieszanym z 

szacunkiem.

-   Tak,   on   był...   wyjątkowy   -   przyznała   Maria   ze   smutną   czułością.   Randar 

oddychał wolno.

- Wiem, że go kochałaś, potrafię się z tym pogodzić. Było mi trudno, kiedy żył, 

był  moim rywalem. Wiedziałem, że jego wspomnienie pójdzie za tobą i będzie stało 

pomiędzy nami aż do jego śmierci. Ze pozostanie żywy przynajmniej w twoich myślach. 

I w moich...

-   To   bardzo   mądre,   Randar,   choć   nie   potrafię   znaleźć   słów,   by   opisać   moją 

rozpacz, kiedy cię tamtej nocy nie zastałam na umówionym miejscu.

- Ja wiem... ukochana... Pocałował ją delikatnie, tak dobrze znała jego wargi, takie 

wrażliwe,   przytuliła   się   do   niego   mocno.   Cofnął   się   mimo   woli.   Chciał   najpierw 

dowiedzieć się wszystkiego.

- I wtedy do domu wróciła Cecilia, starsza córka Mogensa. Ona... ja... my obie 

nigdy nie byłyśmy bardzo zaprzyjaźnione. Ale nie myślałam, że okaże się taka straszna, 

że nosi w sobie tyle  goryczy,  zła i zazdrości. Ona nas wyrzuciła z domu, Randarze. 

Dobrała sobie do pomocy zimnokrwistą rybę, czyli naszego wikariusza, i odebrali nam 

wszystko...

-   Chyba   wdowa   po   pastorze   nie   musi   się   podporządkowywać   nowemu 

proboszczowi?

-   Oczywiście,   ale   to   nie   o   to   chodziło.   Oni...   wynaleźli,   że...   tak   urządzili 

wszystko,  by  mogli  mnie   oskarżyć   przed  prawnikiem.  Dowiedli,  że  byłam   nałożnicą 

background image

Mogensa, a nie jego żoną... Randar wsparł się na łokciu, ciężko dyszał przerażony.

- Jak oni mogli? Maria znużonym głosem opowiedziała o księdze kościelnej, o 

świadkach i pastorze, którzy umarli, o niezwykłym, na •wpół potajemnym ślubie.

Randar nie posiadał się z oburzenia  na taki podstęp. Po chwili  opanował się, 

pogłaskał ją delikatnie po włosach. W mroku dostrzegał tylko zarys pięknego profilu, jej 

mały, prosty nos. Włosy jednak lśniły nawet w tym marnym świetle, leżały na poduszce 

niczym mieniąca się kaskada. Oczy również połyskiwały, najwidoczniej były wilgotne.

On   sam   poczuł   łzy   w   oczach   i   przycisnął   do   siebie   Marię,   która   tymczasem 

opowiedziała mu o tym, jak chodziła napiętnowana pośród dawnych przyjaciół. Teraz 

obie są biedne. Biedniejsze niż on, bo on nie miał żadnych przyjaciół, których mógłby 

utracić. Zosta! tylko Ole.

On jest jak kamień, to człowiek, który niczego nigdy się nie lękał.

A Randar przez cały czas tkwił tu w domu i tęsknił za Marią, nie mając pojęcia, 

jak bardzo ona go potrzebuje.

- My natomiast  czekałyśmy  na Olego - rzekła  po prostu. - Wiedziałyśmy,  że 

przyjedzie i zabierze nas do ciebie...

-   Na   wszystkie   dobre   moce,   nie   pojmuję,   jak   ty   to   wytrzymałaś!   Ty,   taka 

troskliwa,   która   bez   żadnej   zapłaty   pracowałaś   ponad   siły,   za   własne   pieniądze 

pomagałaś  tym  ludziom! Tak samo jak twoja matka... Czy naprawdę nie ma na tym 

świecie sprawiedliwości?

-   Owszem.   Jest   sprawiedliwość.   -   Uśmiechała   się   z   ustami   przy  jego   skórze. 

Czuła, że jego mięśnie się napinają, że Randar jej pożąda. - Czyż nie leżymy tutaj objęci? 

Czegóż innego mogłabym pragnąć prócz radości, że jesteś blisko? Nie potrzebuję nikogo 

innego - szeptała uwodzicielsko w mrok.

Teraz ona pochylała się nad nim, jej włosy spływały na jego twarz i szyję. Wargi 

Marii   odnajdywały   drogę   od   ust   w   dół,   rozpoznawały   każdy   zakątek   ciała   Randara. 

Pewna siebie dłoń przesuwała się po nagich  piersiach, odnalazła  poskręcane  włosy i 

bawiła się nimi, krótkie paznokcie z miłością delikatnie drapały jego skórę. Randar czuł 

jej policzek na swoim płaskim brzuchu, czuł również gorący oddech, który wprawiał jego 

ciało   w   drżenie.   Ani   jedno   miejsce   na   skórze   tego   mężczyzny   nie   było   jej   obce, 

prowadziła dalej swoją grę, a jego ciało napinało się i wstrzymywało oddech.

background image

- Kocham cię, Mario... Słowa niczym podmuch wiatru w gorący, letni wieczór. 

Cichutkie miłosne wyznania, równie rozkoszne jak słodkie wino dla spragnionych ust. 

Upajała się nimi, całą duszą wsłuchiwała się w pulsujące ciało.

- Moja najdroższa... dziękuję ci, że jesteś.

Pozwoliła, by odwrócił ją na bok, wkrótce leżeli znowu z przytulonymi do siebie 

twarzami, delikatny kobiecy policzek przy klującym krótkim zaroście.

Ukryła nos w zagłębieniu koło jego ucha, tam zarost był delikatniejszy i zwijał się 

lekko. Wąchała. Smakowała. To był on. Ciężki, dosyć ostry zapach mężczyzny.

Słodkawy, pomieszany z zapachem morskiej wody.

Czasami   intensywny,   innym   razem   delikatny   niczym   u   noworodka.   W 

odpowiedzi  na pieszczoty przesuwał językiem  po szyi  ukochanej, a potem w  dół ku 

piersiom, i dalej.

Dwie pary rąk głaskały i dotykały bez pośpiechu. Każda pieszczota była najpierw 

zapowiadana, dawali sobie oboje czas na to, by tęsknić.

I tęsknota narastała w nich z każdym  najmniejszym  drgnieniem,  teraz zmysły 

przejęły   kontrolę   nad   wydarzeniami,   kochankowie   poruszali   się   rytmicznie,   jak   w 

spazmach.

Maria nie wiedziała już, gdzie kończy się jej ciało, a zaczyna jego.

W  jakiejś  chwili   spojrzała  mu  w  oczy i  wydało   jej  się,  że  może  zaglądać  w 

najgłębiej ukryte zakamarki jego duszy.

Czy rzeczywiście tak było?

Czy naprawdę zna nie tylko jego ciało, lecz także myśli?

Leżeli całkiem dla siebie odkryci, nadzy, tylko skóra ich dzieliła.

- Jesteśmy jak dwie części jednej całości, rozumiesz to? Wszystko w nas do siebie 

pasuje... Nie możemy bez siebie żyć...

Maria przyjęła i jego słowa, i jego ciało z tą samą, pełną szczęścia radością. Nie 

miała   jednak   siły,   by   mu   odpowiedzieć,   mogła   jedynie   przylgnąć   do   niego   jeszcze 

bardziej, wyjść mu na spotkanie tak gwałtownie i intensywnie, że wkrótce poprowadził ją 

w krajobrazy poza najwyższym uniesieniem.

Powoli dochodził znowu do siebie, opadł na nią, ogarnięty trudnym do pojęcia 

spokojem.

background image

Było tak, jakby wrócił do domu po długiej, niebezpiecznej podróży.

Leżał i gładził jej twarz wilgotną od świeżego potu, śliskiego i gorącego. Włosy 

również   były   mokre   aż   po   same   korzonki,   Randar   wiedział,   że   jutro   namęczy   się 

biedaczka bardzo, by rozczesać pozlepiane kosmyki.

Poczuł, że jej piękne rzęsy drgają, gdy ich dotyka, odgadywał w ciemnościach, że 

usta   układają   się   do   uśmiechu.   Ona   wzdychała   głęboko   z   wielkim   zadowoleniem, 

całowała jego ręce i wciąż tuliła się do niego niczym kociak do piersi matki.

Rozgrzane ciała odpoczywały. Wszystko w nich zastygło niemal w bezruchu.

Na   zewnątrz   słychać   było   tylko   szum   wodospadów,   które   powiększały   się   z 

chwili na chwilę. W górach topniał lód, każdego dnia płaty śniegu na halach robiły się 

mniejsze.

Idzie lato, pomyślał Randar, i nigdy jeszcze nie doznał tak gwałtownego szczęścia 

wobec tego prostego faktu. Maria zasnęła.

background image

ROZDZIAŁ VII

Tydzień,   który   mieli   dla   siebie,   wykorzystywali   na   zabawy   niczym   cielęta 

wypuszczone na porośnięte wiosenną zieloną trawą łąki. Tylko ptaki i pękające pączki 

brzóz były świadkiem ich miłosnego szaleństwa. Cieszyli się jak dzieci ciepłą wiosną, 

wchłaniali  w siebie słoneczne promienie,  radowali się świeżo uwolnioną od śniegu i 

mrozu   ziemią.   Chodzili   do   lasu,   badali   dalej   położone   i   bardziej   niedostępne   części 

swojego   gospodarstwa.   Oglądali   piękne   gniazdka   ptasie,   widzieli   jaskółki,   jak 

rozszczebiotane latają między domem a szopą na siano.

Kochali  się gwałtownie, jak szaleni,  niekiedy było  to niczym  perlisty śmiech, 

innym razem jak czuły podmuch z dalekiego świata. Maria dobrze wykorzystywała dane 

jej  dni, w każdej chwili  cieszyła  się tym  niemal  zbyt  pełnym  szczęściem.  Pracowali 

razem,   tryskali   siłą   i   odwagą,   mimo   że   sypiali   nie   więcej   niż   po   cztery   godziny. 

Zwłaszcza teraz, kiedy - wszystko między nimi zostało wyjaśnione, doba wydawała się 

zbyt krótka.

Rozmowy w ciemnościach, kiedy nasycone ciała odpoczywały, tworzyły między 

nimi nowe więzy.

Maria opowiadała o swoim nie znanym mu życiu na probostwie, on słuchał jej 

bez zazdrości i z nieustannym zainteresowaniem dla świata innych ludzi. Chciał słuchać 

o pięknych salonach, o domach urzędników.

Wypytywał o to, jak oni żyją, a jak żyją zwyczajni śmiertelnicy, Maria śmiała się, 

komicznie naśladowała ludzi, których  znała, parodiowała ich, by ożyli  przed oczyma 

Randara.   Zauważyła,   że   wspomnienia   stają   się   mniej   groźne,   kiedy   dzieli   je   z 

ukochanym. Stwierdziła też, że jego śmiech i proste komentarze sprawiają, iż wydarzenia 

w Lyster zdają się teraz daleką, pozbawioną znaczenia nieprzyjemnością. Opowiadała też 

o izbie chorych. Randar widział, że staje się smutna i zraniona na myśl o tym, iż piękny 

budynek został z pewnością przemieniony na magazyn  albo szopę na siano... Słuchał 

zdumiony o licznych dramatycznych wydarzeniach, a kiedy mówiła o młodym chłopcu, 

który o mało nie stracił nogi, Randar kiwał głową w ciemnościach.

-   Jakie   to   okropne.   Maria   otworzyła   oczy.   Coś   nieprzyjemnego   zawisło   w 

powietrzu, nie chciała, by zniszczyło atmosferę. Mruknęła tylko:

background image

- Tak, wiem, o czym mówisz. Randar skinął głową.

Kat był ostatnią nadzieją, kiedy ktoś uległ wypadkowi i groziła mu gangrena. Nikt 

nie umiał tak jak on, fachowiec, odciąć nogi lub ręki i potem skutecznie zatamować 

krwotoku.   Rozpalone   do   czerwoności   żelazo   kata   albo   wrzący   olej   to   ponure   i 

nieprawdopodobnie   bolesne   doświadczenie.   Większość   pacjentów   jednak   przeżywała, 

jeśli tylko byli zdrowi i silni.

Ale nawet  takie szczególne  zadania  nie przyczyniały  się do zmiany opinii na 

temat  mistrza  i ludzie nadal okazywali mu  pomieszaną ze strachem pogardę. Randar 

opowiadał jej o okolicy.

Znał  parafię  Sogndal równie dobrze  jak lensman,  schodził  ten  teren  wzdłuż  i 

wszerz, bywał też w sąsiednich parafiach.

Mówił o opuszczonych zagrodach, które teraz zaczynano odbudowywać. O coraz 

większym bogactwie, o majątkach, które zostały podzielone, a teraz zapewniają dobrobyt 

wielu ludziom. W ich parafii było tylko  dwóch wyższych  urzędników, wójt i pastor. 

Oprócz nich dwóch lensmanów, jeden w Norum i jeden w samym Sogndal. Do Norum 

należało również Fardal, Fimreite i Kaupanger. Meisterplassen, ulokowane pośrodku, nie 

należało   do   żadnej   parafii.   Randar   opowiadał   też   o   Kaupanger,   gdzie   teraz   Sunniva 

prawdopodobnie   przeżywa   bardziej   fantastyczne   rzeczy,   niż   Maria   może   sobie 

wyobrazić.   Ole   miał   ją   zabrać   do   samego   pałacu,   gdzie   przepych   i   bogactwo   były 

większe niż w jakimkolwiek innym miejscu nad fiordem. Duży dwór, który w swoim 

czasie musiał przejąć wójt Gjode, wciąż jeszcze był najpiękniejszy w całym dystrykcie. 

Otoczony   wspaniałym   ogrodem,   ziemie   nad   fiordem   urodzajne.   Gospodarstwa 

przeważnie   radziły   sobie   bardzo   dobrze,   w   okolicach   Kaupanger   i   Sogndal   nawet 

pszenica   miała   dobre   warunki.   A   wokół   rozciągały   się   rozległe,   potężne   lasy,   także 

najlepsze w całym dystrykcie.

Mieszkało tu również paru obywateli, którzy przeprowadzili się z Bergen, kilku 

byłych żołnierzy z żonami, różnego rodzaju rzemieślnicy. Tutejsi szkutnicy cieszyli się 

znakomitą opinią, każdej wiosny w Eidet budowano co najmniej tuzin lodzi do żeglugi 

po wodach fiordu.

Podatki nie były bardziej uciążliwe niż w innych miejscach, wprost przeciwnie, 

wójt nie należał do najgorszych. Nieraz pisywał w imieniu chłopów błagalne listy do 

background image

króla, prosząc go o cierpliwość i wyrozumiałość, „bo tu nie ma wielkiego bogactwa do 

zabierania...” Randar barwnie opisywał wydarzenia z tingów, gdzie dwa razy do roku 

nieszczęśliwi   i   pokrzywdzeni   mogli   dochodzić   swoich   spraw.   Zamilkł   nagle,   Maria 

spostrzegła, że popadł w zadumę.

- Co się stało? Dlaczego nic nie mówisz? Nie popatrzył jej w oczy, choć majowa 

noc   była   dostatecznie   jasna.   Odwrócił   się   do   ściany   i   powiedział   cicho   niemal 

zawstydzony:

- Czy wiesz, jakie popełniliśmy przestępstwo? Maria rozumiała, co ma na myśli, 

dobrze znała kary za cudzołóstwo. Ale czy to jest przestępstwo? Nie, nie chciała przyjąć 

tego do wiadomości.

- To zależy od prawa - zaczęła wolno. - Moje prawo w każdym razie na coś 

takiego zezwala. Nie mam żadnych wątpliwości, że staram się być tam, gdzie jest mój 

dom. Czy należy niszczyć statek tylko dlatego, że szuka swojej przystani? Czy należy 

karać   ptaki   za   to,   że   każdej   wiosny   uszczęśliwione   wracają   do   domu,   porzucając 

południowe rejony? Czy można sądzić słońce za to, że każdego ranka wstaje i pokazuje 

nam swoje ciepłe oblicze?

Klasnęła   w   dłonie,   mówiła   z   zapałem,   rozgorączkowana,   Randar   musiał   się 

uśmiechnąć na te jej pompatyczne, poetyckie porównania.

Cała Maria. Wymyśliła nawet własne prawa i żąda, by oceniano ją według nich.

Chwycił gestykulujące dłonie i przygarnął ją do siebie.

Blisko, blisko między nimi znajdowała się tylko cieniutka tkanina.

Czul   jej   piersi,   delikatne   udo   wsunęło   się   pomiędzy   jego   nogi,   jej   ramiona 

obejmowały go z siłą, której nigdy nie mógł się nadziwić.

- Jesteś piękna, moja ukochana - szepnął, jak gdyby ten fakt mógł usprawiedliwić 

ich postępki.

Nie   zniosłabym...   gdybym   cię   miała   znowu   utracić.   Randar   zacisnął   oczy, 

skrzywił się boleśnie na myśl, że Maria mogłaby stawać na tingu, rozebrana do naga i 

spływająca krwią na oczach tak zwanych porządnych ludzi.

- Nie odważą się badać, co nas łączy. Dlaczego mieliby zaczynać właśnie teraz? 

Nigdy przecież nie chcieli przyjąć cię do swojej społeczności, nie wpuszczają cię nawet 

do kościoła i wójt też cię nie uznaje. Dla nich nie istniejesz, dlaczego teraz mieliby 

background image

otwierać swoje księgi i wskazywać nam, jak mamy żyć?

- Dlatego, że nastały nowe czasy. Dlatego, że ostatniej zimy zagadnął mnie sarn 

dzwonnik. Powiedział mi, że proboszcz wspomniał o mojej skromnej osobie i o tym, że 

narażam duszę na potępienie. Napomknął też, że za kilka talarów złożonych w ofierze na 

kościół lub za inny wartościowy dar mógłby wpisać moje nazwisko do ksiąg parafialnych 

i zapewnić w ten sposób zbawienie mojej duszy. Miało to chyba coś wspólnego z tamtą 

niezwykłą  sprawą sądową, nieczęsto się zdarza, że uwalnia się kata tylko dlatego, iż 

jakieś dziecko miało widzenie, oznaczające bezpośrednią interwencję Boga!

- Taak... to znak nowych czasów, tak. I co ty zrobiłeś?

-  Nic.  Dlaczego  miałbym   wyrzucać  moją  nędzną   zapłatę   na  wątpliwą   sprawę 

przyszłego zbawienia? Ono podobno nie jest do kupienia, w co pozwalam sobie wierzyć. 

A   kiedy  przyjdzie   mój   czas,  mogę   równie   dobrze  leżeć   tu  taj   w   zagajniku,  jak  i  w 

poświęconej ziemi, prawda? Spoglądał na nią ukradkiem, chciał zobaczyć, jaka będzie jej 

reakcja.   Wiedział,   że   mimo   wszystko   Maria   przyzwyczajona   jest   do   innego   sposobu 

myślenia.

Maria   zastanawiała   się,   widział   na   jej   czole   zmarszczki   i   niemal   słyszał,   jak 

pracuje jej mózg... W końcu spojrzała na niego.

- Randar, rozumiem cię bardzo dobrze. Ale czy nie sądzisz... nie uważasz, że 

mogłoby się opłacać wyjść pastorowi na spotkanie i ukorzyć się trochę?

- Dlaczego? - zapytał niewinnie, pełen napięcia zastanawiał się, czy ona myśli o 

tym samym co on.

Rany   boskie,   jak   mu   to   powiedzieć?   Wydaje   się   to   takie...   niekobiece,   takie 

wyrachowane.

- Owszem... dlatego... że ja zawsze pragnęłam mieć z tobą dziecko...

Spojrzenie   Randara   złagodniało,   chwycił   Marię   w   ramiona,   kołysał   ją   przez 

chwilę z wielką czułością.

- Mario, żebyś wiedziała, jak pragnąłem usłyszeć te słowa... gdybyś wiedziała, od 

jak   dawna   o   tym   myślę.   Musiałem   to   usłyszeć   od   ciebie,   tyle   w   ostatnich   czasach 

rozmyślałem o przyszłości, pragnę przyszłości! Razem z tobą. I z naszym synem...

- Albo z córką - przerwała mu Maria.

- Albo z całą dziesiątką - „wybuchnął śmiechem.

background image

- No, no, tylko nie przesadzaj. Pamiętaj, że jestem starą kobietą, że mogę zdążyć 

urodzić ci nie więcej niż troje, no, może czworo!

- Jesteś młoda, pełna życia, a twoje ciało jest silniejsze od mego! A poza tym 

masz wielkie serce, masz sumienie i czułość dla wszystkich małych i pokrzywdzonych. 

Jesteś wspaniałą matką, widzę to, bo patrzę na Sunnivę.

Przyjęła jego komplement i nagle poczuła bolesny skurcz w sercu. Córka jest 

wspaniała, to prawda, I jak niezwykle łatwo jest z nią postępować. Maria znała wielu 

młodych ludzi, których taki kryzys, jaki w ostatnim czasie przeżyła Sunniva, okaleczyłby 

na   całe   życie.   Zdarzało   się   jednak,   że   Maria   odczuwała   bolesny,   głęboki   lęk,   jakieś 

groźne uczucie, coś mrocznego i niejasnego w głębi serca, kiedy myślała o córce.

Sunniva   była   po   prostu   zbyt   odporna.   Zbyt   podporządkowana.   Przyjmowała 

wszystko ze spokojem, który nie sprawiał wrażenia normalnego.

Maria wiedziała, że dziewczynka nie będzie przeżywała tych wątpliwości i tych 

wewnętrznych konfliktów, które ona sama musi przez cale życie rozstrzygać.

Nie podobało jej się, że osobowość córki tak bardzo różniła się od jej własnej. 

Niemal nie dostrzegała w tym dziecku żadnego podobieństwa do siebie, czasami tylko 

jakieś lekkie podobieństwo do Mogensa.

Wiedziała również, że dziecko zniosłoby cierpliwie utratę matki, nie pogrążyłoby 

się z tego powodu w rozpaczy. Serce Marii drżało, czuła, że ogarniają uczucie podobne 

do gniewu.

Ale czyż nie powinno jej to uspokajać, zamiast wywoływać oskarżenia?

Nie chcę już o tym - więcej myśleć, Sunnivie jest dobrze. Nigdy się nie użalała, że 

tak rzadko widuje inne dzieci, inne dziewczynki, że nie ma przyjaciółki.

Ale nadchodzą nowe czasy, myślała Maria.

Już nadeszły.

W ciągu tego lata Maria i Randar odnieśli wiele małych zwycięstw. W oborze 

pojawiły   się   dwie   nieduże   krowy,   obie   wychudzone   i   ponad   pięcioletnie.   Teraz 

wychodziły na pastwisko i nabierały ciała dzięki soczystej trawie, lecz wymiona zwisały 

pod   brzuchami   niczym   puste   worki.   Maria   jednak   widziała,   że   są   to   silne,   dobre 

zwierzęta,   cierpliwe   i   łagodne.   Jesienią   będą   się   dobrze   doić,   muszą   tylko   dostać 

odpowiednio dużo paszy, no i przeżyć wycielenie. Z radością zbierała siano i liście dla 

background image

zwierząt,  cieszyła   się,  patrząc,   jak  Meisterplassen  powoli   staje  się  gospodarstwem,  z 

którego będzie można wyżyć.

Randar kupił pięć owiec i dużą, silną kozę, a w domu wybuchł entuzjazm, kiedy 

któregoś  dnia wrócił do domu,  niosąc starannie przykryły  koszyk.  Sunniva odchyliła 

przykrycie i zrobiła wielkie oczy, gdy usłyszała cieniutkie głosiki dochodzące z koszyka. 

Dziesięć małych puchatych kulek tuliło się do siebie, niektóre białe, inne szare, a jedno 

złocistożółte. Wszystkie miały żółte dziobki i szare, niezdarne małe nóżki o czterech 

palcach. Kurczęta!

-   O,   Randar,   jak   wspaniale!   Teraz   będziemy   mieć   jajka   do   wypieków   i   do 

smażenia! Więcej jajek niż zdoła my zjeść. Randar chwycił ją wpół, uniósł i okręcił się 

parę razy, a nieprzyzwoicie krótkie spódnice furkotały w powietrzu, po chwili miska z 

kaszą spadła z ławy.

- Nie tak prędko, kochanie! Jeśli będziemy mieć pecha, to co najmniej połowa 

tych   maleństw   okaże   się   kogutami!   Teraz   nie   można   tego   jeszcze   sprawdzić.   Ale 

wymieniłem je korzystnie, dałem za nie tylko sak do łowienia ryb z rzeźbioną pokrywą. 

Mam ich jeszcze dużo, ludzie najwyraźniej lubią te saki... chociaż to ja je robię.

- Jesteś bardzo zdolny, mój kochany, i ludzie to rozumieją. A ja nie poddam się aż 

do  dnia,  kiedy  wszyscy  w  okolicy  będą  zabiegać   o to,  by mieć  rzeczy,   które  zrobił 

Randar Meisterpłass.

Potrząsnął   głową   na   te   słowa,   musiał   jednak   przyznać,   że   coraz   częściej 

mieszkańcy   wsi   odpowiadają   na   jego   pozdrowienia,   a   nawet   od   czasu   do   czasu 

zamieniają z nim parę życzliwych zdań.

Jakby łagodniejsze wiatry zaczęły wiać nad Meisterplassen, a może to wiosna 

skłania   ludzi,   by   myśleć   bez   gniewu   i   nienawiści,   a   koncentrować   się   raczej   na 

przygotowywaniu jedzenia? Krótkie północne lato oznacza dla nich życie lub śmierć, 

tylko po jego plonach mogą przewidywać, czy przetrwają zimę.

Maria policzyła  pieniądze, które przyniosła w woreczku. Było tego trzydzieści 

osiem talarów i parę szylingów.

Kiedy nadeszła jesień, Randar wziął gotówkę i pojechał kupić ziarno.

Przywiózł jęczmień na kaszę i piwo, owies na chleb i żyto na podpłomyki. Kupił 

też   miarkę   pszenicy   najlepszego   gatunku   i   zawiózł   ją   do   dużego   młyna   przy 

background image

wodospadzie.   Maria   cieszyła   się,   że   upiecze   ciasto   na   Boże   Narodzenie,   pachnące 

pszenne placki, nadziewane gotowanymi  jabłkami i być może nawet posłodzone. Ole 

pokazał się tego lata tylko raz, żeglował do Bergen na polecenie lensmana. W jego łodzi 

umieszczono   skrępowanego   na   świński   sposób,   to   znaczy   ze   związanymi   rękami   i 

nogami, przestępcę, dodatkowo przykuto go jeszcze do burty.

- Wiozę nieszczęśnika do więzienia w Bergen. Z pięcioletnim wyrokiem. Spłodził 

dziecko ze swoją bratową, drań... kobieta mówi, że chciał je zamordować!

Ole często podejmował się takich zadań, wzywano go zawsze, gdy lensman sam 

nie miał odwagi wyprawić się w długą drogę z groźnym przestępcą, gwałcicielem lub 

psychicznie chorym. Ole znakomicie dawał sobie z nimi radę. Nie odmawiał podjęcia się 

takiego obowiązku, nie przejmował się tym, że to bardzo nieprzyjemne i niebezpieczne 

towarzystwo.   Przewoził   nawet   zwłoki   i   zdobył   sobie   dzięki   temu   opinię   człowieka, 

którym rodzice straszyli dzieci.

Mój najlepszy przyjaciel, myślała Maria, kiedy czarna łódź ponownie odbijała od 

brzegu i kierowała się na wody fiordu.

Randar myślał to samo.

Sunniva wołała za nim, przypominała, że obiecał jej przywieźć z wielkiego miasta 

bluzkę.

Uwielbiała się stroić, ale nie narzekała, że wszystkie jej piękne ubrania zostały w 

Lyster. Wpinała sobie kwiaty we włosy, farbowała w roślinnych wywarach spódnice, by 

nadać im żywsze kolory.

Wyrastała z niej młoda dama, w tym najbiedniejszym z gospodarstw, które na 

dodatek leżało po niewłaściwej stronie fiordu...

Dni mijały na powszednich troskach i staraniach, Randar często musiał zostawiać 

kobiety same.  Maria zaczynała  nienawidzić  widoku lodzi kierującej  się w  stronę ich 

domu.

Zawsze siedział w niej jakiś komornik albo rybak z Sogndal, który przybywał po 

kata. Najczęściej Randar oczekiwał tych ludzi.

Zdarzyło się dwa razy, że musiał podróżować aż do Vik i Voss, co zajęło blisko 

trzy   tygodnie,   ale   dostał   sowitą   zapłatę.   W   tamtych   stronach   nie   mieli   własnego 

wykonawcy sprawiedliwości i uznali widocznie, że Randar Meisterplass przyda się w 

background image

razie konieczności.

Dzięki temu unikną też sąsiedztwa kata w normalnych okolicznościach.

Randar najchętniej brał teraz zapłatę w gotówce albo w postaci masła i ziarna, 

które łatwo było wymieniać.

Pokupował nowe kosy, sierpy i noże. Kupił też nowy saganek, duży i błyszczący 

od tłustego mazidła, którym go wysmarowano dla ochrony przed rdzą. Kupował często 

cukier w małych kawałkach, a raz nawet słoiczek pieprzu.

Kuferek Marii mieścił wiele, ale często ubolewała, że naczynie z pieprzem zostało 

w Lyster.

Prosiła   Olego,   by   rozglądał   się   za   nasionami,   zwłaszcza   na   statkach 

przybywających   z   krajów   hanzeatyckich,   a   także   z   Hiszpanii,   Francji   i   Anglii. 

Przywoziły one niekiedy nowe gatunki roślin, a nawet nieduże krzewy i małe drzewka, 

które rodzą słodkie jagody i owoce.

Maria wypisywała mu nazwy ziół, których najbardziej jej brakowało, zamierzała 

uprawiać je tutaj metodami stosowanymi przez Liv.

Bardzo   jej   były   potrzebne,   nie   chciała   zostać   bezradna,   gdyby   coś   miało   się 

przydarzyć. Arcydzięgiel posadzony przez Liv rósł w Meisterplassen dziko i rozpleniał 

się wszędzie, gdzie to możliwe, rośliny wysiewały się same z roku na rok, a nikt od 

dawna ich nie zbierał. Teraz Maria pościnała największe, pozrywała liście i kwiaty z 

grubych, pustych w środku łodyg. Ugotowała je, a potem ułożyła w beczkach jako bardzo 

zdrowe warzywo na zimę.

Kapusta również tego roku obrodziła wspaniale, głowy zwijały się pięknie, były 

duże i soczystozielone. W tym roku zbiory nie zostaną uszkodzone przez robaki, których 

plaga, jak Randar opowiadał, dotknęła niemal całą okolicę właśnie ostatniej jesieni.

Jedzenie magazynowano w ziemnej piwnicy, gdzie temperatura zimą i latem była 

niemal taka sama. Maria czuła się bezpieczna i zadowolona, patrząc na wypełniającą się 

piwnicę.

W zimie nie będą cierpieć głodu.

Może nawet zostanie im trochę dla ludzi w trudnej sytuacji. Zanosiło się na ciężką 

zimę, świadczyły o tym marne zbiory zboża i plaga kapuścianego robactwa.

Ryby zawiodły także, chłopi wracali do domu z niemal pustymi łodziami, kiedy 

background image

skończyły się jesienne połowy makreli. Zazwyczaj udane połowy tłustych, okrągłych i 

połyskujących   srebrnie   makreli   ratowały   wiele   biednych   rodzin.   Wprawdzie   lepiej 

sytuowani  nie jedli owej dziwnej  ryby  o ciemnym  mięsie.  Raczej  tłoczyli  olej  z ich 

wątroby,   który   paląc   się   wydzielał   paskudny,   kopcący   zapach   i   dlatego   najchętniej 

używano go do latarek w oborze i stajni.

Randar jednak postarał się również o ryby. Teraz w spichlerzu wisiały suszone 

dorsze, śledzie i inne gatunki.

Zawsze gdy płynął gdzieś łodzią, zarzucał haczyk z przynętą. Na ogół łowił w ten 

sposób jedną czy dwie duże sztuki. Czyścił je potem i wieszał do suszenia albo gdy 

połów   by!   bardziej   udany,   poświęcał   dla   nich   trochę   czystej   soli.   Przygotowywali 

również własną sól, woda w. fiordzie bywała w niektórych okresach wystarczająco słona. 

Tworzono   niewielkie   naturalne   baseny   w   skałach   nad   brzegiem.   Potem,   gdy   woda 

wyparowała, zeskrobywano sól z kamieni. Tak uzyskaną sól nie była jednak zbyt dobra, a 

poza tym nigdy nie udawało się jej wystarczająco oczyścić. Najlepsze gatunki soli trzeba 

było kupować, gruboziarnista i lśniąca niczym połyskliwe kryształy lodu pochodziła z 

mórz położonych daleko stąd. Przywożono ją tu w workach i beczkach, a ceny zmieniały 

się z roku na rok. Zwykle można było nabyć sporą beczkę soli za cenę jednego cielęcia. 

Maria   stawała   się   powoli   specjalistką   od   handlu.   Odważnie   chodziła   do   wsi, 

zdecydowana zapomnieć o całym złu i patrzeć ludziom prosto w oczy.

Większość odwracała od niej wzrok, lecz ona uśmiechała się również do nich i 

kłaniała się uprzejmie.

Widziała lęk w ich oczach, domyślała się, iż sądzą, że mogłaby sprowadzić na 

nich złe moce... No cóż, tym chętniej okażą jej trochę szacunku. Wolała to niż szydercze 

słowa i spluwanie pod nogi, co matka zawsze dzielnie znosiła.

Maria uznała, że najlepiej jest kroczyć prosto do celu i zaczynać od samej góry. 

Czuła się dobrze w przerobionej sukni, może troszkę zbyt ciasnej na piersiach, ale o 

szerokiej, pięknie układającej się spódnicy, falującej wdzięcznie, gdy szła drogą w stronę 

dworu Stedje. Na włosach zaplecionych w trzy długie, grube warkocze, a potem upiętych 

wokół głowy w koronę, zawiązała jedwabną chustkę. Włosy mieniły się w jesiennym 

słońcu, Maria swoim wyglądem przywodziła teraz na myśl królową. Na szyi połyskiwał 

łańcuszek, na palcu miała srebrny pierścionek, który ofiarował jej Randar. Niosła koszyk 

background image

pełen smakołyków, w którym znalazły się też dwie butelki ziołowej nalewki. Na samym 

spodzie leżał skórzany woreczek z ośmioma talarami. Odważyła się je zabrać, skoro dom 

pełen był jedzenia, a w zagrodzie stały silne zwierzęta i Randar zarabiał wystarczająco 

dużo, by odłożyć od czasu do czasu jedną czy drugą srebrną monetę. Gospodarz w Stedje 

był najlepszym przyjacielem proboszcza.

Jeśli chodzi o zasobność, to przewyższał zarówno pastora, jak i wójta, posiadał 

gospodarstwa w tej okolicy, jak i w innych parafiach. Miał swoje udziały w północnych 

spółkach   i  był  właścicielem   co  najmniej   trzech   tartaków   w  Skogen  i   Kaupanger.  W 

wielkich oborach mieściło się parę tuzinów krów i cieląt oraz cztery konie.

Już   w   izbie   dostrzegało   się   to   bogactwo,   zwłaszcza   teraz,   w   popołudniowym 

słońcu, pięknie mieniły się ciężkie klamki u drzwi, a w oknach lśniły grube, zielone 

szklane szyby.

Maria skierowała się prosto ku schodom.

Uważała, by nie wejść do domu niczym żebraczka, musiała mu pokazać, że wie, 

co to godność i styl.

Ludzie gadali, że gospodarz ceni sobie alkohol i że każdej zimy bardzo go dręczy 

reumatyzm.

W   koszyku   niosła   więc   maści   i   mikstury,   które   z   wielką   starannością 

przygotowała właśnie dla niego. Może uda się dzięki temu zdobyć jego przychylność?

Okazało   się,   że   jest   to   możliwe.   Eyliff   Stedje   z   radością   przyjął   i   wódkę,   i 

lekarstwa,   najbardziej   jednak   rozkoszował   się   widokiem   Marii,   kiedy   siedziała 

swobodnie na pięknym angielskim krześle w najlepszej izbie i popijała coś tak rzadkiego 

i niezwykłego jak kawa.

Starała się bardzo, by nie krzywić się od gorzkiego smaku, udawała, że od dawna 

przywykła   do   tego   dziwnego,   czarnego   i   niesmacznego   napoju,   który   podawano 

zwłaszcza wtedy, gdy gospodarz chciał podkreślić swoje bogactwo i pozycję Eyliff lubił 

się trochę pokazać, lubił być tym, który przewodzi wsi i może zaprezentować bogactwo, 

jakiego zwyczajni ludzie nigdy nie widzieli.

Na   honorowym   miejscu   w   jego   izbie   stała   wypchana   bestia,   którą   nazywał 

krokodylem. Na ścianach wisiały duże, wypolerowane do połysku muszkiety, o których 

Eyliff z dumą opowiadał, że należały do marszałka dworu Andersa Bille, który w 1657 

background image

roku poniósł kompletną klęskę pod Fredriksodde. Maria jęknęła z podziwu i wyciągnęła 

drżący   palec   ku   zimnej   stali,   przesunęła   delikatnie   z   góry   na   dół,   patrząc   przy   tym 

gospodarzowi w oczy.

- No, muszę powiedzieć... muszę powiedzieć, że ma pan gust i poczucie wartości. 

A jaki oczytany i poinformowany! Rzeczywiście, można się naprawdę wiele od pana 

nauczyć, panie Stedje.

Eyliff chłonął pochwały Marii, jej piękny głos, trudne słowa, które świadczyły o 

jej wykształceniu.

Zdała mu pokrótce sprawę ze spisku, jaki zawiązano przeciwko niej w Lyster, 

trzepotała rzęsami, opowiadając o tym, jak zły pastor zdradził ją i oszukał.

A teraz jest tutaj, wróciła do biednego domu swego dzieciństwa, który urządziła 

najlepiej jak mogła.

Sprawy mają się jednak tak, że powinna znaleźć nowego ojca dla swojej małej 

córeczki.

I   Randar,   z   którym   razem   dorastała,   chce   zapewnić   jej   bezpieczeństwo   i 

utrzymanie w ich małym, drogim gospodarstwie.

Tak, jak pan Stedje zapewne rozumie, niełatwo jest samotnej kobiecie wrócić bez 

niczego do domu, istnieją ludzie, którzy niechętnym okiem spoglądają na mieszkających 

razem młodych ludzi, bez ślubu i w ogóle. Chociaż ludzie uważają raczej Randara i ją za 

niemal rodzeństwo... w każdym razie nikt jeszcze nic nie powiedział.

Oni przecież nie są jednak rodziną i najlepszym rozwiązaniem byłby ślub.

Owszem, gospodarz to rozumiał, choć nie bez żalu. już zdążył się zakochać w tej 

pięknej kobiecie, chętnie wziąłby i ją, i jej dziecko, i wszystko, gdyby nie fakt, że już od 

dawna miał przy swoim boku bezpiecznie się tu czującą żonę. Gdyby chociaż jeden z 

synów był w odpowiednim wieku... bardziej eleganckiej i czarującej kobiety nikt chyba 

nie widział! Byłoby co pokazać, kiedy następnym  razem generał von Richter - Simc 

przybędzie z wizytą albo jeśli wyniosła szlachecka rodzina żony uzna, że warto zrobić 

wycieczkę do tej odległej, prymitywnej części kraju!

Ale   to   niestety   niemożliwe.   Cóż   za   rozrzutność   dawać   tego   anioła   za   żonę 

ponuremu, odpychającemu katu !

Eyliff rozumiał jednak, że ona wie, czego chce.

background image

A poza tym jej przyjaźń też jest nie do pogardzenia.

Widać przecież, że potrafi więcej, niż zazwyczaj umieją żony pastorów... On sam 

wiedział sporo o jej działalności, pamiętał opowiadaną jeszcze historię o jej matce, która 

zatamowała krwotok, kiedy gospodarz z Aaberget został przebity na wylot płozą ciężkich 

sań.

Poza tym przyjemnie by było pokazać wsi, że gospodarz ze Stedje robi, co chce!

Oczyma   duszy   widział   już,   jak   kobiety   klaszczą   w   dłonie   ze   zdumienia   i 

zachwytu, gdyby zaprosił Marię i Randara na obiad w Boże Narodzenie...

Eyliff jeździł sporo po świecie, w młodości poznał Bergen i Trondhjem.

Widywał   wtedy   wykonawców   wyroków   i   innych   ludzi   prawa   przy   stołach 

najwybitniejszych   ludzi.   Byli   co   prawda   Niemcami,   ale   przecież   wypełniali   te   same 

zadania co kat z Meisterplassen.

Widocznie tylko tutaj nad fiordem niechęć dla tych sług śmierci była w ludziach 

głęboko zakorzeniona. A kto temu winien?

Eyliff   nie   widział   powodu,   by  odmawiać   przyjęcia   podarunków   Marii.   Oboje 

mieli różne doświadczenia z kościołem i tymi ze sług Pana, którzy rozdzielali łaski... 

Maria wyłożyła swoją sprawę.

- Wiem, że jesteście najbardziej wpływowym człowiekiem w parafii - mówiła 

przymilnie i widziała, że jemu sprawia to przyjemność. - Dlatego chciałabym prosić was 

o przysługę, a ja potrafię się odwdzięczyć. Świadomie godziła się na to, że gospodarz 

może źle zrozumieć jej słowa, po chwili jednak podjęła:

- Wiem, że każdej jesieni odzywa się wasza ciężka choroba, że jesteście chorzy i 

nieporadni.   Chciałabym   dać   wam   to   lekarstwo,   zobaczy   pan,   że   zima   będzie   dużo 

łatwiejsza.  A   gdyby  zechciał   pan czekać  do  wiosny,   przekonać  się,  że  moje  recepty 

naprawdę działają...

- Mario Livsdatter, ludzie gadają, że wiesz, o czym mówisz. Chętnie przyjmę 

lekarstwa i nie będę pytał, skąd pochodzą twoje potężne umiejętności. Jeśli ktoś zdoła 

zdjąć ze mnie tę udrękę, tak bym również w zimie mógł się poruszać swobodnie, to 

wynagrodzę go sowicie!

-   Ja   nie   chcę   waszego   bogactwa,   panie.   Pragnę   pańskich   wpływów,   pańskiej 

władzy.   Wiem,   że   pańskie   słowo   skierowane   do   odpowiedniego   człowieka   może 

background image

otworzyć większość drzwi przede mną i Randarem.

- Masz rację, niech mnie diabli - roześmiał się, rad z jej oczywistego zaufania. - 

Porozmawiam zarówno z proboszczem, jak i z innymi, zadbam, by się dowiedzieli o tym, 

że   byłaś   żoną   pastora.   Oni   z   pewnością   o   tobie   słyszeli,   przynajmniej   większość, 

postaram się jednak, by trzymali język za zębami i nie rozpowiadali, jaką naprawdę jesteś 

damą!

Uśmiechnęła   się   do   niego,   zdobyła   się   na   jeden   ze   swoich   najpiękniejszych 

uśmiechów. Musiał być w gruncie rzeczy życzliwym człowiekiem, skoro tak wyraźnie 

dał się omamić odrobiną kobiecego wdzięku...

Pozwoliła   mu   się   pocałować   w   rękę   na   pożegnanie,   najpierw   nie   bardzo 

pojmowała, o co mu chodzi, stanęła oniemiała i patrzyła, jak on powoli się podnosi.

- Tak wita się i żegna damy na królewskim dworze - powiedział dumny, że zna się 

na konwenansach. Maria skinęła wolno głową, ściągnęła brwi, by pokazać, jak bardzo jej 

to zaimponowało.

Gospodarz kłaniając się odprowadził ją do drzwi, a kiedy zrobiła parę kroków 

przez   werandę,   zawołał   ją   z   powrotem.   Wyciągnął   do   niej   słoik   z   zalaną   woskiem 

przykrywką, zdyszany prosił, by to przyjęła.

- To wiśnie gotowane w cukrze... dla twojej córki... dzieci lubią takie... a może ty 

również? Chętnie zostałbym taką wiśnią między twoimi wargami...

-   Dziękuję,   dziękuję,   to   naprawdę   niepotrzebne   -   wykrzyknęła   i   niemal   siłą 

musiała   się   wyrwać,   by   uniknąć   dalszych   serdeczności.   Wyprawa   udała   się   ponad 

wszelkie oczekiwania. Pomyśleć, że poszło to tak gładko!

Eyliff Stedje z pewnością porozmawia o niej i z małymi, i z dużymi w parafii, 

może wkrótce będzie można pójść do pastora i poprosić o zapowiedzi. Randar będzie 

musiał zostać przedtem ochrzczony i konfirmowany, tyle jednak chyba zniesie. Wracając 

do domu nuciła wesoło. Zapadał już wieczór, a od łąk niósł się zapach późnego lata.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Nigdy   tak   wielu   ludzi   nie   zebrało   się   w   starym   kościele   na   wzgórzu   ponad 

Sogndalstjseren. Aż się roiło na krętych, wąskich drogach wiodących do świątyni, ludzie 

szli piechotą, niektórzy jechali na wozach z oddalonych górskich osad.

Przybywali z Dalen, czasami aż ze Slinde, z Kjernes, Bjella, Barsnes, a nawet z 

Kaupanger i Arnie.

Tutejszy kościół  był  wielokrotnie  rozbudowywany,  teraz bardziej  przypominał 

niezdarny   statek,   ustawiony   wysoko,   górujący   ponad   ludźmi   i   fiordem.   Brązowe, 

zniszczone przez deszcz i wiatry ściany gruntownie wysmarowano smołą, a dach pokryto 

gontem.

Głowy   smoków   i   inne   ozdoby,   rzeźbiony   portal   z   takim   mnóstwem   różnych 

motywów, że człowiek zawsze znajdował coś nowego, by się dziwić.

Zapalono tylko świece na ołtarzu.

Nie było powodu ofiarowywać więcej, mimo wszystko nie był to przecież ślub 

kogoś z wyższych warstw.

Poza tym był łagodny jesienny dzień, słoneczny i jasny.

Jutro   wypada   pełnia   księżyca,   świetny   moment   na   wesele.   Zboża   od   dawna 

znajdowały się pod dachem, ziarno zebrane i wymłócone, letnie zajęcia zbliżały się do 

końca. Teraz nastawa! czas radowania się z pracy, czas odpoczynku, zwolnionego tempa, 

przygotowań na powitanie zimowych dni, pora spokojnego zapadania się w bezczynność, 

jakby ludzie podobni byli do niedźwiedzi.

Zebrani  drżeli  z chłodu  w  ten łagodny październikowy dzień,  tłoczyli  się, by 

zdobyć  jak najlepsze miejsce w świątyni, wyciągali szyje, ale nie szeptali już jak na 

kościelnym wzgórzu. Wielu nie zdołało wejść do środka, nie mogli słyszeć grzmiących 

słów padających z ambony, nie widzieli twarzy Randara i Marii.

Kiedy   dowiedzieli   się   o   tym   po   raz   pierwszy,   nie   wierzyli   własnym   uszom, 

nowina rozprzestrzeniała się jednak, przemykała z zagrody do zagrody niczym łasica, 

powtarzały ją wszystkie usta: kat bierze za żonę wdowę po pastorze!

To   prawda,   straszna,   niewiarygodna,   trudna   do   pojęcia,   ale   prawda!   I   sam 

proboszcz obiecał pobłogosławić ten związek w kościele!

background image

I oto teraz niezwykła para miała uklęknąć na stopniach ołtarza i przyjąć Boże 

błogosławieństwo.

Kto by pomyślał?

Kat, egzekutor, ten, który odbiera życie!

A   ona,   córka   nałożnicy   starego   kata,   będzie   jego   żoną!   Cud,   że   nie   zostali 

wcześniej skazani i ścięci za cudzołóstwo! Oboje.

Ale   zapewne   ich   nie   .dotyczyły   stare   prawa,   kiedy   dopuszczali   się   grzechu. 

Społeczność ich przecież odrzuciła.

Córka nałożnicy starego kata wybiła się w życiu i poślubiła pastora!

Nietrudno zrozumieć, że mężczyźni wyciągają szyje, żeby jej się przyjrzeć.

Panna młoda musi już być po trzydziestce, ale wygląda jak prawdziwa dziewica.

A na dodatek ta biała suknia!

Nigdy nie widziano podobnej.

Żadna wiejska gospodyni, nawet najbogatsza, nigdy nie posiadała białej sukni. I 

jak pięknie uszyta!

Z czarnym haftem na szerokiej spódnicy i pod szyją. A rękawy...

Kobiety   gapiły   się   i   musiały   zagryzać   palce,   by   nie   zacząć   pokazywać   sobie 

nawzajem różnych szczegółów.

Duże, bufiaste rękawy kończyły się tuż nad łokciem srebrzystą taśmą.

Niebieskie,   przypominające   płomienie   wzory   zdobiły   brzeg   sukni   uszytej   z 

cieniutkiej, zwiewnej materii, która na pewno nie została utkana na jakimś  wiejskim 

warsztacie.

Niebieskie wzory ukazały się wyraźnie, kiedy Maria wstała z ławki przeznaczonej 

dla pary młodej i powtarzała stare, odwieczne przysięgi Bogu i swemu mężowi. Dół 

sukni był z przodu zapinany!

Nie,   nie,   wszystko   bardzo   przyzwoicie,   kilka   warstw   materiału   w   różnych 

odcieniach błękitu, które przy każdym ruchu falowały, sprawiając wrażenie spływającej 

wody.

Naprawdę niczego podobnego nigdy nie widziano!

A mężczyźni na widok całej tej piękności tylko wstrzymywali dech.

Oni nie znali się na ubraniach, ale wiedzieli, co znaczą te rozpromienione policzki 

background image

i te odrobinę zbyt wyraziste zmysłowe usta.

Panna młoda dziewicą przecież nie jest!

Czuli, że krew im się burzy na myśl, czym od dawna syci się ten czarny, milkliwy 

człowiek, zwany Mistrzem.

Pastor wygłaszał pełne napomnień kazanie, wciąż podkreślał wielkie znaczenie 

obyczajności.

I Bóg tego wymaga, i ludzie!

Mówił   o   diabelskich   kotłach   cuchnących   siarką,   czekających   na   tych,   którzy 

złamią   święty   sakrament   małżeństwa.   Grzmiał   o   grzesznych   pragnieniach,   ostrzegał 

przed wężem, który każdego dnia czai się za budzącym pożądanie ciałem kobiety.

Przypominał   o karach  ziemskich,  które  mogą  nawet  sprowadzić  na  człowieka 

śmierć, jeśli nie będzie się starał podążać w swoim życiu prawą i czystą drogą. Mówił o 

nieszczęsnych   dzieciach,   cierpiących   wieczne   męki   dlatego,   że   zostały   poczęte   w 

grzechu.

Ludzie wiedzieli, z jakiego to powodu wybrał ten temat właśnie na dzisiejszy 

dzień.   Niewielu   było   takich,   którzy   potrafiliby   wyrwać   się   z   życia,   z   jakim   dzisiaj 

postanowiła skończyć młoda para.

Żyli ze sobą od ponad roku, bez błogosławieństwa Bożego i bez świadków.

Znano kobiety, które za wiele mniejsze przestępstwo zapłaciły głową.

I   mężczyzn,   którzy   musieli   odpokutować   grzech,   oddając   cały   swój   majątek 

zagrodę i ziemię...

Ale ludzie z Meisterplassen nigdy nie byli tacy jak reszta.

Wieś poza tym rozumiała, że skoro zostali wyrzuceni poza nawias społeczności i 

kościoła, to trzeba  również uznać, iż nie mogli  uzyskać błogosławieństwa. Teraz, po 

trwających tygodniami gorączkowych dyskusjach i coraz liczniejszych podniecających 

wyjaśnieniach, mieszkańcy parafii wydali swój sąd.

Pastor postąpił słusznie, decydując się ich pobłogosławić.

A Eyliff Stedje siedział na swojej prywatnej ławce w kościele niczym  dumny 

ojciec i nie miał najmniejszych wątpliwości, że to jego dzieło.

To, że Maria mogła kupować we wsi buty i wełnianą odzież, także było jego 

zasługą. I to, że Randar po raz pierwszy został po którejś egzekucji zaproszony na kufel 

background image

piwa, również miało wiele wspólnego ze słowami Eyliffa. Ludzie tak uważali.

A młoda Sunniva, która mogła z podniesioną głową raz w miesiącu chodzić na 

naukę do dzwonnika tak, jak wszyscy młodzi ludzie w parafii mieli obowiązek czynić?

Spodziewał   się,   oczywiście,   podziękowania,   ale   cieszył   się   również   bardzo   tą 

swoją magiczną grą. Gra oznaczała dla niego samą istotę życia.

I władza.

Mógł kierować życiem swoich bliźnich, a gdyby zechciał, to również śmiercią. 

Mógł się wykupić od większości męczących obowiązków i zasad, wiedział, że srebro 

może doprowadzić człowieka dalej niż szlachetność.

Nigdy jednak nie wstrząsnął parafią tak jak teraz!

Uśmiechał się tedy pod nosem zadowolony, bawiąc się przy tym grubym złotym 

pierścieniem, który zawsze wkładał, udając się do kościoła. Żona, Hilda, patrzyła przed 

siebie, jej pełne ciało grzało jego bok na ciasnej ławce.

Eyliff widział, że spogląda na Marię z ciekawością, a także z odrobiną zazdrości.

Była   jednak   na   tyle   mądra,   by   znać   swoje   miejsce   i   nie   próbować   nakładać 

mężowi wędzideł.

Hilda   znała   życie,   wiedziała,   jaką   cenę   powinna   płacić   za   swą   pozbawioną 

zmartwień egzystencję.

Była   gospodynią   w   Stedje,   najokazalszym   dworze   w   okolicy,   i   wcale   nie 

potrzebowała się wstydzić, że mąż pochodzi ze zwyczajnego chłopskiego rodu.

Organista   zaintonował   pieśń,   wkrótce   potężne   tony   odbijały   się   od   wysokiej 

wieży kościoła.

Ludzie wypływali na zewnątrz, dopiero teraz poczuli, jakie gęste i duszne było 

powietrze w kościele.

Zbliżało się wielkie zakończenie.

Teraz można będzie się dowiedzieć, skąd wiatry wieją.

Trzy tygodnie temu specjalni wysłannicy jeździli po parafii, zapraszając na ślub i 

wesele najbogatszych gospodarzy, byli u lensmana i wójta, u zamożnych rzemieślników, 

kowala,   szkutnika,   szypra   i   kapitana.   Każdy,   kto   miał   cokolwiek   do   powiedzenia   w 

parafii, otrzymał zaproszenie.

I wysłannicy tłumaczyli wszystkim dokładnie, jak się uroczystość odbędzie.

background image

Orszak ślubny wyruszy spod bramy kościelnej i pójdzie do Stedje. Ci, którzy 

wezmą w tym udział, nie będą mogli później stawać przeciw Marii i Randarowi.

Pierwszym,   który   wyrwał   się   z   tłumu   składających   gratulacje   i   spragnionych 

widowiska,   był   sam   proboszcz.   Z   wysoko   uniesioną   głową   odszedł   w   przeciwnym 

kierunku, tam gdzie stały wozy.

Przez   tłum   przeszedł   cichy   pomruk,   wszyscy   pojmowali,   co   to   oznacza, 

przewidzieli   to   zresztą   już   w   kościele,   gdy   dotarły   do   nich   groźne   upomnienia 

wypowiadane ostrym głosem.

Proboszcz parafii nie z własnej woli wszedł tego dnia na ambonę, tyle rozumieli. 

A   najbardziej   złośliwi   chichotali   pamiętając,   jaką   rolę   odegrał   w   tym   wszystkim 

gospodarz ze Stedje.

Czy to możliwe, że ma on coś również na samego proboszcza, coś, dzięki czemu 

zmusił świątobliwego do działania wbrew swoim zasadom?

Sprawa zaczynała być coraz bardziej interesująca, z pewnością dostarczy wielu 

przyjemnych chwil zimą w izbie przy ogniu...

Chodzi więc o to, by zebrać jak najwięcej szczegółów.

Patrzcie, tam idzie obywatel Anders Nagel, a obok wójt Gaas, obaj z żonami i 

dorosłymi synami.

A także właściciel tartaku Hans Jonsen Mager, utykając na swojej ułomnej nodze.

Za nimi płyną zamożni gospodarze i posiadający ziemię chłopi.

A bębnista wybija na prostym bębenku lekkie rytmy, od czasu do czasu uderzy 

mocniej, jak to bywa w miłosnym marszu.

Ludzie zaczęli śpiewać stare pieśni, a w miarę jak orszak zbliżał się do wielkiego 

dworu Stedje, widzowie stawali się coraz bardziej zuchwali.

Wszystko było tak jak powinno.

Wyglądało na to, że będzie to wesele, jakiego nie widziano od lat!

Tylko trzech czy czterech zaproszonych odmówiło.

Maria wiedziała, że zwycięstwo jest po stronie jej i Randara.

Teraz będzie mogła podjąć swoją drugą sprawę, podążać ku mieniącemu się w 

oddali, radosnemu celowi:

Spróbuje uwolnić Randara od katowskiej służby.

background image

To musi być sen. To nieprawda, że siedzę tutaj w swoim najlepszym ubraniu, przy 

stole gospodarza Stedje, z tą kobietą niczym wróżka z bajki u boku.

Nigdy nie była ładniejsza, materiał sukni lśnił niczym kwiaty bagiennej wełnianki 

w wilgotny poranek, na śnieżnobiałym tle mieniły się barwy nieba i morza. Maria jest 

cudowna.

Nieziemska.

Nic dziwnego, że zawistni ludzie pomawiają ją o czary!

Wystarczyło,   by   skinęła   małym   palcem,   a   wszyscy   zebrani   tu   mężczyźni 

czołgaliby się do niej niczym zgłodniałe psy i lizali jej buty.

O, ci głupi panowie stworzenia!

Jacy właściwie jesteśmy prymitywni, myślał uśmiechając się blado.

Zgiełk i szum głosów blisko setki zaproszonych gości zalewały go ze wszystkich 

stron, oddalały od rzeczywistości, wprowadzały do wspólnoty, jakiej nigdy przedtem nie 

zaznał.

Na początku siedział na ławie wyprostowany i sztywny, z przesadnym uśmiechem 

pozdrawiał   ludzi   na   prawo   i   na   lewo,   przyjmował   życzenia   szczęścia   z   bolesnym, 

klującym uczuciem w sercu.

Czy pod tymi pięknymi słowami nie kryje się szyderstwo?

Czy to przyjazne twarze, czy martwe maski?

Czy te śmiejące się usta nie ściągną się nagle, by splunąć mu w twarz, na co 

pewnie większość zebranych ma wielką ochotę?

Nie.

Dzisiaj panowały śmiech i radość, dobre słowa i życzliwość, swobodna wesołość i 

ciepłe, bardzo ciepłe poczucie bezpieczeństwa.

Znali się nawzajem, wyrośli z tych samych korzeni. Byli konarami tego samego 

drzewa, ich życie splatało się niczym gałązki starego jesionu.

Byli krewnymi, sąsiadami, mieszkańcami wsi. Teraz Randar pojmował, jaka to 

siła płynie z owego poczucia wspólnoty, to zamknięcie, niechęć dla obcych, wszystko, co 

mogło chronić przed zewnętrznym światem.

Oni się tak bronią. Osłaniają w ten sposób swoje życie, swój wizerunek świata. 

Rozpinają   gęstą   sieć   moralnych   nakazów,   dobrych   obyczajów   i   tworzą   dzięki   temu 

background image

nieprzekraczalne ramy swojej egzystencji.

Randar westchnął, ten dzień niósł zbyt wiele wrażeń.

On zaś chciał się skoncentrować na tym jednym jedynym, najbardziej cudownym 

ze wszystkiego.

Maria jest teraz jego żoną.

Nie   nałożnicą,   nie   kobietą   lekkich   obyczajów,   mieszkającą   u   niego   bez 

błogosławieństwa i papierów.

On zaś był mężczyzną, który ją chronił, kochał i bronił w razie konieczności. Ale 

dopiero teraz stał się dla niej mężem w takim znaczeniu, jak to rozumiano od zarania 

dziejów.

Randar dostrzegał  Boże błogosławieństwo w  tym  wszystkim,  co takie  piękne, 

wiedział jednak, że On nigdy tak naprawdę nie wpuści go do swego kościoła. Nawet i 

dzisiaj, gdy stał obok Marii w tym pięknym, lecz obcym pomieszczeniu nie odczuwał 

niczego szczególnego.

Wysokie kolumny podpierające dach drewnianej świątyni, piękne malowidła na 

ścianach, złocenia i srebrne lichtarze...

Te wspaniałe korony na suficie...

Nie.

Dzieło ludzkich rąk jest wprawdzie piękne, ale w żadnym  razie nie może się 

równać z objawieniem natury.

Kiedy   to   pojął,   poczuł   ból   w   piersi   i   zatęsknił   za   pojednaniem   się   z   tym 

wszystkim, co istnieje w głębi.

Chciał jednak zachować te uczucia dla siebie. Jeśli przed kimś się z nimi zdradzi, 

to może przed Marią.

Wciąż   było   między   nimi   wiele   nie   wypowiedzianych   słów,   wiele   pełnych 

napięcia myśli i uczuć, którymi będą musieli się podzielić, by oboje mogli naprawdę 

dojrzeć.

Randar ocknął się pod wpływem potężnego klapnięcia w plecy. Sam gospodarz, 

bardzo   zarumieniony,   ze   spoconą   twarzą,   w   swojej   najlepszej   brokatowej   kamizelce. 

Niebieskie gładkie spodnie podtrzymywane kolorowym tkanym pasem zsuwały mu się z 

wydatnego brzucha, poruszał się jednak niezwykle zręcznie, widocznie piwo stłumiło ból 

background image

chorych kości.

- Czas na taniec pary młodej, Randar! Jeśli jesteś prawdziwym mężczyzną, to jej 

spódnice powinny furkotać tak, byśmy mogli policzyć wszystkie halki.

Mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem, brzmiało w nim podniecenie, jakie 

zwykle  wywołuje weselna atmosfera.  Chyba  nie znalazłby się wśród nich taki, który 

nigdy nie marzył, by mieć tę pannę młodą przy sobie w pościeli.

Rytmiczna   pieśń   płynęła   gładko,   muzykanci   grali   z   zapałem,   silne   głosy 

wywodziły   to   wznoszącą   się,   to   opadającą   pieśń   weselną   znad   Północnego   Fiordu. 

Bardzo dobrze nadawała się do tańca, łatwo było się jej nauczyć i łatwo dać się porwać...

Maria wirowała w kręgu rozgrzanych, radosnych ludzi. Randar trzymał ją mocno 

za ręce, raz był tuż przy niej, to znowu uwalniał się i drobił w miejscu, jak przystoi 

mężczyźnie. Przykucał, i w tej pozycji wymachiwał raz jedną, raz drugą nogą. Śpiew 

mężczyzn   wznosił   się   do   przeciągłego   krzyku   z   podziwu,   nie   wahali   się   jednak 

wrzeszczeć  z   niezadowoleniem,   gdy  tancerz  się  potknął  albo   był  bliski   upadku.  Pod 

sufitem   unosił   się   obłok   gęstego   szarego   dymu,   z   paleniska,   na   którym   kobiety 

podgrzewały jedzenie, a także z pięciu czy sześciu fajek. Maria po tańcu była roześmiana 

i spocona, ktoś podał jej miseczkę chłodnego piwa, a ona wypiła je duszkiem i poczuła, 

jakie jest pyszne. Randar siedział teraz pośród czterech gospodarzy, którzy raz po raz 

podawali mu gościnnie nabitą fajkę. Ona bardzo mu tego zazdrościła, przyzwyczaiła się 

już do tytoniowego dymu. Ale fajki Mogensa nie mogła przecież zabrać z domu, a tym 

bardziej   zapalić   jej   publicznie...   Może   kiedyś,   gdy   jej   pozycja   będzie   bardziej 

ugruntowana   niż   teraz.   Musiała   się   zadowolić   ukradkowymi   pocałunkami   i  smakiem 

gorzkiego,   wysuszonego   na   słońcu   tytoniu   z   jego   warg.   Para   młoda   dostała 

najpiękniejszy pokój na poddaszu dużego spichlerza. Marię odprowadzano do sypialni 

pośród dużych i małych budynków zasobnego dworu, rozbawione kobiety wiodły ją, jak 

nakazuje obyczaj.

W pokoju przygotowano białą pachnącą pościel i ciepłe narzuty, a na podłodze 

leżała wielka skóra niedźwiedzia. W wazonie na stole stały kolorowe jesienne kwiaty.

Przygotowano też dzbanek piwa i przekąski, trochę mięsa i słodkie ciasta. A także 

jabłka z własnego sadu.

Maria pozwoliła kobietom rozpiąć liczne drobne guziczki sukni, piszczały przy 

background image

tym i wykrzykiwały z przejęcia, dotykając delikatnej, lekko falującej tkaniny.

Coś tak białego!

I gładkiego!

I te niebieskie mieniące się halki, wiejskie gospodynie otwierały usta z podziwu. 

Pierwszy raz w życiu widziały takie cudo.

Maria była zadowolona, nie dostrzegała w ich głosach złośliwej zazdrości.

Opowiedziała im o pochodzeniu swojej sukni i o tym, że dostała ją od Olego. 

Suknia została uszyta  dla pięknej duńskiej szlachcianki  przed blisko trzydziestu  laty. 

Wtedy również była suknią ślubną, tyle że zdobiły ją dodatkowo hafty z pereł i drogich 

kamieni.

Szlachcianka wyszła za mąż za właściciela zamku w Szwajcarii, lecz nie zaznała 

w życiu szczęścia.

Okazało się, że zamek jest bardzo stary i w złym stanie, więc posag młodej pani 

poszedł wkrótce na opłacenie cieśli i na szyby do okien.

W końcu trzeba było sprzedać zarówno biżuterię, jak i ślubną suknię, by zapewnić 

rodzinie utrzymanie.

Suknia wróciła do Danii, gdzie została  zakupiona  przez jakiegoś  norweskiego 

rycerza,   i   w   końcu   trafiła   na   targ   w   Bergen.   Leżała   tam   pośród   mnóstwa   innych 

jedwabnych i brokatowych ubrań, kolorowych wstążek i angielskich haftów.

Podczas podróży uległa uszkodzeniu, splamiona morską wodą i rybią krwią.

- Ole uznał jednak, że jest w dalszym ciągu piękna i kupił ją za niewielką sumę. Ja 

sama  uprałam ją i przerobiłam  tak, że nawet najgorsze plamy zniknęły - zakończyła 

Maria opowieść.

Kobiety   z   wielkim   szacunkiem   powiesiły   strój,   do   rękawów   wsunęły   małe 

woreczki z pachnącymi suszonymi kwiatami.

Maria włożyła nocną koszulę, którą sobie uszyła z jednej z halek wyciętych ze 

ślubnej toalety.  Koszula była  również biała z pięknym  różowym  przybraniem.  Maria 

zużyła swoje najdelikatniejsze jedwabne nici, by zacerować drobne rozdarcia. Chciała 

zmniejszyć   zbyt   głębokie   wycięcie   pod   szyją   i   może   przerobić   zbyt   długie   rękawy 

opadające na dłonie kaskadami koronek. Uświadomiła sobie jednak, że sztuki haftu nie 

przynosi się ze sobą na świat, skończyło się więc na prostszych przeróbkach.

background image

Trudno, niech zostanie taka jak jest.

Kobiety   pojękiwały   na   widok   śmiało   wyciętego   dekoltu,   wyglądało   na   to,   że 

piersi Marii w każdej chwili mogą się wysunąć na zewnątrz.

Czesały długie, złociste włosy Marii, które układały się pięknie, lekko wilgotne 

po tańcach.

Potem szczypały ją lekko w policzki, by wywołać odpowiedni rumieniec.

Teraz   na   zewnątrz   rozległy   się   tony   fletu.   Przyciszone,   lecz   wesołe   dźwięki, 

słychać je było bardzo dobrze mimo towarzyszących im męskich rozmów i głośnych 

śmiechów.

Pan młody zbliżał się w towarzystwie drużbów.

Kobiety ulokowały Marię w łożu, okryły ją pięknie kołdrami. Maria siedziała 

wsparta o poduszki, podciągała kołdrę pod brodę, a ciało dygotało w oczekiwaniu.

Teraz przyjdzie Randar!

Musiała   uśmiechnąć   się   sama   do   siebie,   stara   baba,   a   siedzi   tutaj   niczym 

dziewica!

Drzwi   otworzyły   się   szeroko   i   Randar   przy   akompaniamencie   gromkich 

śmiechów został wepchnięty do środka. - Patrz, ona na ciebie czeka! Nadeszła nareszcie 

ta chwila, mistrzu, już się nam nie wyrwiesz!

Randar  uśmiechał   się  blado,   nie  ufał   specjalnie  tym  tak   bardzo  rozbawionym 

glosom. Pilnie baczył, by wesołe komentarze i męskie żarty nie przekraczały granic i nie 

obrażały Marii. Rozumiał jednak, że tak się mówi i zachowuje na każdym weselu, tylko 

teraz   ci   podnieceni   chłopi   mieli   okazję   do   wyrażenia   swoich   tęsknot.   Ich   własne 

małżeńskie   uściski   na   ogól   mają   miejsce   w   ciemnościach,   pod   okryciem,   często   w 

obecności   dwóch   lub   trzech   pokoleń   śpiących   w   tej   samej   izbie.   Nic   dziwnego,   że 

odbywa się to w milczącym pośpiechu. Nic dziwnego, że w głowach roją się chłopom 

rozmaite fantazje, które mają odwagę ujawnić dopiero nad ostatnim kuflem weselnego 

piwa,   gdy   parę   młodą   odprowadzono   już   do   łoża.   Wesoła   gromada   na   poddaszu 

niechętnie się żegnała, chłopi bardzo starannie wypełniali  wszystkie rytuały,  śpiewali 

wciąż   kolejne   zwrotki   dość   nieprzyzwoitej   pieśni   na   dobranoc.   Raz   po   raz   pili   za 

powodzenie pary młodej.

W końcu jednak przyszedł gospodarz, żeby ich przepędzić, powinno się mimo 

background image

wszystko   dać   parze   młodej   kilka   godzin   spokoju   w   tę   ich   pierwszą   małżeńską   noc. 

Patrzcie, patrzcie, niebo na wschodzie zaczyna jaśnieć!

Zdołał nareszcie odprawić wszystkich, na chwiejnych nogach schodzili w dół.

Gdy   zniknęli,   zaległa   dzwoniąca   w   uszach   cisza.   Z   oddali   docierały   jeszcze 

wesołe głosy bawiących się gości, przerywane od czasu do czasu prostymi tonami fletu, 

dźwiękiem samotnego bębenka, tub dudniącym łoskotem, kiedy toczono kolejną beczkę z 

piwem lub zamykano okiennice.

Maria   widziała,   że   Randar   rozpina   guziki   pięknej   koszuli,   którą   dostał   w 

prezencie, a potem na krześle w kącie wiesza kamizelkę.

„W izbie nie było pieca, Maria wiedziała jednak, że to nie chłód ponosi w tej 

chwili winę za jej gęsią skórkę.

Nie   spuszczała   z   niego   oczu,   choć   wydawało   jej   się   czymś   niezwykłym   i 

dziwnym, że leży tu w półmroku i patrzy, jak on się rozbiera.

Tak jednak powinno być teraz, kiedy są przyzwoitymi ludźmi.

Uśmiechnęła się na myśl o tym, a on również odpowiedział uśmiechem.

-   Nie   jesteś   zadowolona   z   tego,   co   dostałaś?   -   zapytał   przekornie   i   powiesił 

spodnie na kamizelce.

Maria cieszyła się, widząc, jak na niego działa.

Postarała się, by uśmiech był odrobinę bardziej uwodzicielski, i pochyliła głowę, 

udając, że ocenia sprawę.

Kiedy   wykrzywiła   wargi   udając   niepewność,   rzucił   się   na   nią   na   łóżko,   by 

zademonstrować,  kto tu ma  władzę. Maria odsunęła się gwałtownie,  bardzo lubiła te 

przekomarzania się, tę swobodną beztroską zabawę.

Randar szybko spoważniał, jego pieszczoty były piękne i delikatne, podniecające i 

upajające. Połączyli się, poruszali się niemal nieświadomie, byli niczym leniwe, delikatne 

morskie   prądy,   ostrożne   jak   stąpanie   kocich   łap   i   leniwe   niczym   spokojnie   płonąca 

świeca.

Maria zamknęła oczy, pozwoliła unosić się w nieznane, ani jeden mięsień nie 

drgał, wszystkie nerwy były napięte. Randar poruszał się dokładnie w tym samym rytmie 

co ona, twarz miał czystą jak u śpiącego dziecka. Kochali się niczym w marzeniu, jakby 

znajdowali się gdzieś w lesie, pod letnimi białymi obłokami.

background image

Zaraz   potem   Maria   pojęła,   co   naprawdę   oznaczają   stare   dziwne   słowa:   jedno 

ciało.

Stali się teraz jednym ciałem, uświęconym i pobłogosławionym.

Randar ubrał swoje myśli w słowa, powiedział ochrypłym głosem:

- Maria, moja żona, nareszcie...

Przytulił ją do siebie delikatnie, czule, jak się obejmuje nowo narodzone jagnię.

A ona nieoczekiwanie poczuła zapach świeżo zaoranej ziemi, morskiej wody i 

kiełkującej trawy.

W tym momencie pojęła, że została poczęta nowa istota. Niezwykła tajemnica 

sprawiła,   że   poddała   się   najczystszemu,   najsilniejszemu   uczuciu   szczęścia,   jakiego 

kiedykolwiek doznała.

Tej samej nocy inna Maria leżała wpatrując się w głębokie ciemności, podczas 

gdy zimne plecy spoczywającego obok niej męża poruszały się w takt oddechu śpiącego.

Ironicznym zrządzeniem losu Maria spędzała swoją noc poślubną w tym samym 

czasie co jej nieprzejednana imienniczka. Cecilia została panią Revelin tej samej nocy, 

gdy Maria po raz pierwszy obejmowała Randara jako swego prawowitego małżonka.

Ale   Cecilia   nie   zasnęła   zadowolona   w   ramionach   ukochanego,   jej   ciało   było 

sztywne i zimne, niemal tak samo zmrożone jak zmysły.

Mój Boże, czy nigdy nie pozbędzie się tego upiora? Tej przeklętej wiedźmy, która 

uwiodła   jej   własnego   ojca,   odebrała   dom   dzieciństwa   i   zbrukała   pamięć   matki, 

wywracając do góry nogami zarówno mieszkanie, jak i parafię!

Tej   jasnowłosej,   obdarzonej   anielskim   wyglądem   dziwki,   która,   jakby 

wszystkiego było jej mało, potrafiła zawrócić w głowie również mężowi Cecilii!

Bo to oczywiście ona jest przyczyną wszystkiego.

W ogóle to mąż okazał się młodym  i pełnym  życia  mężczyzną, który nie raz 

demonstrował swoją potencję powściągliwej Cecilii.

Ona co prawda nigdy przy nim nie odczuwała niczego szczególnego, jeszcze by 

tego brakowało, jest przecież szanującą się kobietą.

Czasami   jakiś   dreszcz   zakazanego   pożądania,   na   ogół   jednak   czerpała 

zadowolenie ze świadomości, że w tej jednej, najważniejszej chwili mężczyzna pozostaje 

całkowicie w jej władzy.

background image

On zaś okazywał zapał od tamtego pierwszego wieczoru, kiedy wyjawili sobie 

nawzajem niechęć do Marii i zawarli porozumienie.

Cecilia dopuszczała go do siebie, wiedziała bowiem, że tędy wiedzie droga do 

zdobycia pozycji pastorowej.

Ale   gdy  tylko   z   ambony   padła   pierwsza   zapowiedź,   zaczęła   zadzierać   nosa   i 

wyszydzać brak samodyscypliny. Posługiwała się nawet jego własną bronią, wskazywała, 

że Pismo Święte mówi wyraźnie o tych sprawach, i groziła zgubą nieśmiertelnej duszy. 

Nie ulegało wątpliwości, że słowa trafiają celnie, Cecilia widziała, że on wstydzi się 

swojej grzesznej żądzy, braku moralnego kręgosłupa.

Krzyczał na nią, wymyślał jej, zarzucał fałszywą moralność, nazywał Jesabel i 

dziwką.

Lodowata cisza panowała między nimi przez wiele dni, w końcu zawarli pewien 

rodzaj pokoju, ale rozmawiali ze sobą jak dalecy znajomi.

Nienawiść do Marii to jedyne, co ich łączyło. Gdy opuściła wieś, również i to 

stało się martwe, utraciło moc.

Cecilia wiedziała, że czeka ją niełatwy los, że musi właściwie rozegrać swoje 

karty, by przywrócić w jego oczach choć odrobinę żaru.

Gdyby chciał przynajmniej czasem patrzeć na nią z tym samym błyskiem, jaki się 

pojawia w jego wzroku, gdy pada imię Marii!

Wielkie nadzieje Cecilia pokładała w nocy poślubnej. Przygotowała sobie nawet 

na tę okazję nową koszulę z najpiękniejszej koronki.

Zupełnie  niewiarygodny strój, nie ukrywał  prawie niczego. Koszula nie miała 

tego wysokiego, zapiętego pod brodą kołnierzyka, jakie Cecilia zwykle nosiła. Nie była 

też   ukrywającym   wszelkie   kształty,   zwisającym   workiem.   Dopasowana   w   talii,   na 

piersiach   została   ozdobiona   wspaniałą   draperią.   Cecilia   wiedziała,   że   akurat   w   tym 

miejscu   należy   to   i   owo   poprawić,   może   odpowiednio   zmarszczona   koszula   zastąpi 

kształty, których jej brak?

Czuła piekący ból w piersiach namyśl,  że także pod tym  względem nie może 

rywalizować z wiedźmą.

W końcu odbył się ślub i wyczekiwana noc nadeszła.

Trwała właśnie, lecz zimniejsza i bardziej samotna niż jakakolwiek noc przedtem.

background image

Nadzieje Cecilii rozpłynęły się raz na zawsze.

Serce biło głucho i tak ciężko, jak tylko mogła to znieść.

Jego plecy były jak mur, którego ona nigdy nie zdoła przekroczyć.

Z   wysokich   szczytów   nadziei   i   oczekiwań   spadła   w   odmęty   głębokiego 

rozczarowania i nienawiści.

Kiedy mąż zobaczył ją w sypialni, stanął jak - wryty, patrzył otwierając usta ze 

zdumienia nad jej niesłychanym pomysłem.

Przyjęła go w swojej pięknej koszuli, a rzadziutkie włosy rozpuściła na ramiona. 

Wyglądały niczym pajęczyna, przesłaniały szczupłą twarz i sprawiały, że wydawała się 

starsza.

Mimo to podszedł do niej, najpierw z wahaniem, potem bardziej zdecydowany.

I wdrapał się na nią pełen zapału i niecierpliwy niczym głodny szczeniak przed 

miską z jedzeniem. Szarpał ją i popychał, głaskał i obmacywał, w końcu jakoś dotarł do 

celu, odsuwając kaskady jedwabiu, z którego uszyta została jej wspaniała koszula.

Rozgorączkowany, z gwałtownością, która ją cieszyła i przerażała zarazem, dążył 

do ekstazy, gdy tymczasem ona leżała spokojnie i koncentrowała się na głaskaniu jego 

pleców.

Żadne nie wypowiedziało dotychczas ani słowa, a zespolenie dokonywało się w 

takim samym milczeniu, w jakim swoje dramatyczne spektakle prezentują psy.

Cecilię przenikał ponury dreszcz, kiedy słyszała dziwne dźwięki, wydobywające 

się z jego krtani, skuliła się mimo woli, czując, że jego ciało jest lepkie i spocone.

I ten zapach... Ten obcy, dławiący zapach grzechu.

Mimo to jednak na jej wargach pojawił się ledwie „widoczny uśmiech. W tym 

momencie, gdy nagi mąż był całkowicie na nią zdany, pozostawał w jej mocy. Mogła 

przedłużać jego rozkosz lub przerwać ją jednym ruchem, jakby skręcała delikatną szyjkę 

kurczęcia.

Mogła swobodnie studiować jego twarz, wiedziała, że w tym momencie on nie 

jest w stanie ukryć się przed nią za codzienną maską, za ostrymi słowami ani udawaną 

godnością.

Jest tylko podnieconym, brudnym mężczyzną.

Bez księżej sutanny nie jest w niczym lepszy niż chłopi, którzy obmacują baby 

background image

pod każdym stogiem siana!

Odczuwała jednak pewną czułość dla jego bezbronnej nagości, przyjmowała jego 

pożądanie i pozwalała, by umacniało to jej pewność siebie.

Przez krótką chwilę i ona odczuwała przyjemność z zespolenia, czuła mrowienie 

w dole brzucha i ręce mimo woli zacisnęły się mocniej wokół jego szyi.

Wtedy on jęknął przeciągle, zesztywniał na niej niczym kłoda, wywrócił oczy tak, 

że widać było tylko białka, wyglądał jak lunatyk.

Cecilia słyszała dochodzące z daleka słowa, brzmiały niczym wołanie potępionej 

duszy:

- Mariaaa! Maria!!!

Wiedziała, że to nie jej imienia wzywa w uniesieniu. Nie wystarczyło, że się jej 

pozbyła, że usunęła ją z przed oczu Revelina.

Trzeba ją jeszcze wypędzić z jego myśli i serca.

Istnieje tylko jeden sposób.

Podczas gdy ślub na probostwie w Lyster był krótką uroczystością w obecności 

tylko   kilku   starannie   wybranych   gości,   to   wesele   w   Stedje   miało   stać   się   tematem 

rozmów   na   wiele   lat.   Świętowano   trzy   pełne   dni,   tak   postanowił   sam   Eyliff.   Nie 

szczędzono na niczym, trudno byłoby sobie wyobrazić wspanialsze wesele, gdyby to za 

mąż wychodziła rodzona córka gospodarza.

I chyba to właśnie miejsce przeznaczał Eyliff dla Marii, tej wyrosłej w biedzie 

dziewczyny, która wybiła się w życiu, nauczyła się posługiwać językiem lepszych sfer 

oraz   rozumieć  ich   znaki   mądrości  i   wiedzy  zawarte  w   księgach   i  pismach.   Potrafiła 

zresztą o wiele więcej, znała się na rzeczach, których na pewno nie dowiedziała się od 

pastora.

Niebezpiecznie piękna, dojrzała kobieta, promieniejąca mocą i siłą.

Ale   'wciąż   jeszcze   nie   pozbawiona   dziewiczego   wdzięku,   wciąż   obdarzona 

ciekawością dziecka, gdy zatrzymywała się, by podziwiać małe cuda powszedniego dnia, 

których mimo wszystko tyle jest na świecie.

Gdzież to można zobaczyć dorosłą kobietę, która zatrzymuje się i pada na kolana 

przed piękną różą z lodu wykwitłą na brudnej kałuży?

Kto poza tym potrafiłby czuwać dzień i noc, przez cały tydzień, by uratować 

background image

życie chorego szczenięcia?

Opowieści na temat Marii Meisterplass rozrastały się, przenosiły na drugą stronę 

fiordu i docierały aż do wsi u stóp wielkich lodowców.

Wtedy jednak trudne już były do rozpoznania.

Marii wydawało się niemal nieprawdopodobne, że po trzech dniach świętowania 

mogą   wrócić   powszednie   dni.   Czas   wesela   pełen   był   szczęścia   i   radości,   Maria 

rozmawiała   z   tuzinami   obcych   ludzi,   wirowała   w   tańcu,   wieczorami   śpiewała   stare, 

rytmiczne, radosne pieśni. A noce...

Noce były czułe i szalone, pełne powagi i beztroskie.

Przytulny   pokoik   na   górze   stanowił   dla   miłości   schronienie   poza   czasem   i 

przestrzenią, ramy świata, do którego Maria nie dopuszczała najmniejszego zmartwienia 

ani troski.

Głęboko wchłaniała nieskażoną niczym radość, rozkoszowała się tym, że głowę 

miała lekką niczym puchowa poduszka, na której spoczywała.

Nie musiała się przejmować tym, co robi Sunniva, ani czy dobrze się tu czuje, 

dziewczynka bowiem już dawno przyłączyła się do swoich rówieśnic ze wsi i była wśród 

nich niczym mała królowa.

Dziewczęta miały własne święto, z rozmowami i chichotami w starej izbie po 

drugiej stronie podwórza. Siedziały tam z robótkami w rękach, zaplatały sobie nawzajem 

warkocze, rozmawiały i zwierzały się, opowiadały pełne napięcia  historie o młodych 

mężczyznach, którzy przychodzili i odchodzili.

Sunniva była najmłodsza, lecz jej ciało już od jakiegoś czasu nabierało kobiecych 

kształtów. Tamte miały po trzynaście, czternaście lat, i pochodziły zarówno z rodzin 

chłopskich, jak i rzemieślniczych.

Dojrzałość i życzliwość  Sunnivy zyskała  jej w tych  dniach wielu przyjaciół  i 

dziewczynka z rozkoszą unosiła się na falach nieznanego morza popularności.

A kiedy się okazało, że pewien chłopak z sąsiedztwa coraz częściej przychodzi do 

starej izby, by się orzeźwić i zamienić parę słów z obcą panienką, rozbawione koleżanki 

podśmiewały się z Sunnivy i pociągały ją za warkocze.

Przekomarzały się i śpiewały...

Uradowana Sunniva odpowiadała im ze śmiechem, potrząsała głową, starając się 

background image

panować nad rozpromienioną, zarumienioną twarzą, jak dobrze jest cieszyć się przyjaźnią 

ludzi, która ogrzewa niczym płomienie na palenisku!

Chciała wyciągać ręce w stronę tego ognia, chciała ogrzewać zmarznięte palce, 

chciała brać wszystko, co tylko zdoła.

Sunniva bowiem wiedziała dobrze, że radosne wesele to tylko rzadki, mieniący 

się diament na kamienistej drodze życia.

Ostatniego wieczora spakowała swoje nieliczne rzeczy i czekała przy palenisku w 

kuchni, aż wszyscy zasną.

Będę dziś płakać, myślała.

Nie zniosę myśli, że to cudowne życie dobiega końca. Tańce, wspaniali ludzie, 

pyszne jedzenie... nawet przed samą sobą nie chciała wyznać najważniejszego.

W głębi jej duszy rozpalał się nowy płomień, piekąca tęsknota za czymś więcej.

Czuła jakieś nowe drżenie w całym ciele, była niczym kwiat tuż przed wschodem 

słońca, które już teraz nakazuje mu się otworzyć.

Gdzieś, w głębi jej istoty, brzmiały nowe tony, mroczne i głębokie, gdy zamknęła 

oczy,  widziała smugi drgającego światła, czerwone z dodatkiem lodowatego błękitu i 

wiosennej zieleni.

Gładziła własne ciało, była dumna z jego kształtów, dotykała silnych mięśni i 

delikatnej skóry. Nogi miała niezbyt długie, lecz proste i szybkie. W talii wprawdzie była 

znacznie  grubsza niż mama,  miała  za to pięknie uformowane  biodra. Posiadała  dość 

rozsądku,   by  zauważać   spojrzenia,   jakie   rzucają   jej   mężczyźni...   Również   spojrzenia 

Bjornara...

Mógł   być   od   niej   jakieś   trzy,   cztery   lata   starszy,   niezbyt   wysoki,   o   jasnych, 

mieniących się złotem włosach, opadających na ramiona pięknymi lokami. Miał w sobie 

niemal dziewczęcy wdzięk, ale na szczęście dość grube, wyraziste rysy twarzy dodawały 

mu męskości. Usta były trochę zbyt szerokie, a kiedy się uśmiechał, pokazywał białe, 

silne zęby. Oczy miał niebieskie, lecz jaśniejsze niż ona, w oprawie gęstych rzęs i brwi. 

Na   chłopięcej   jeszcze,   ładnej   skórze   policzków   i   brody   pojawiał   się   delikatny   puch 

zarostu. Sunniva zastanawiała się, co by poczuła, gdyby go pogłaskała... Długo w noc nie 

mogła zasnąć, pogrążona w marzeniach. Leżała na starym strychu, pomiędzy śpiącymi 

dziewczętami, wsłuchana w ich spokojne oddechy.

background image

Z   głównego   domu   wciąż   docierały   tutaj   odgłosy   zabawy,   mężczyźni 

wykrzykiwali coś i śpiewali stare pijackie piosenki.

Był   to   jednak   ostatni   wieczór   i   ludzie   zaczynali   się   już   przygotowywać   do 

nadchodzącego powszedniego dnia. Jeszcze tylko przez krótką chwilę mogli się bawić i 

cieszyć niczym swobodne ptaki pod czystym niebem Pana.

Wkrótce minie i to, ponieważ wszystko co dobre, prędzej czy później się kończy.

A jutro czeka na nich znowu trud i walka. Dla wielu będzie to wałka o życie. 

Większość zaproszonych na wesele Marii mogła jednak poświęcić jeden czy dwa dni 

pracy.

Goście śpiewali na cześć młodej pary, a później śpiewali młodym na pożegnanie.

Słowa   poprzez   ściany   z   grubych   brunatnych   bali   odnajdywały   też   drogę   do 

pokoju Marii i Randara.

Randar spał, syty i szczęśliwy.

Ona obudziła się, leżała i głaskała jego ciemne, potargane włosy.

Przyciął   je   sobie   przed   ślubem,   lecz   i   tak   zostawił   na   tyle   długie,   by   mogła 

zanurzać dłonie i przeczesywać je palcami.

Były szorstkie i niesforne jak sam Randar, zarazem jednak cudownie miękkie, 

układały się w piękne fale na karku, w miejscu gdzie szyja łączy się z głową. Tam były 

delikatne niczym futerko małego kotka i tam zawsze przechowywał się ciepły zapach, 

który Maria mogła sobie w każdej chwili, zamknąwszy oczy, przypomnieć.

Mój mąż.

Na zawsze.

Czy człowiek może być aż tak szczęśliwy przez całe życie?

Maria leżała bez ruchu i czuła, że w jej sercu szczęście zaczyna walczyć z lękiem.

Wszystko wydawało jej się nierzeczywiste, czy to może być prawda?

Wiedziona jakąś instynktowną  pewnością, jakby to było  jedno z praw natury, 

Maria   zaczęła   już   teraz   żałować,   że   szczęście   nie   może   trwać   wiecznie.   Choć   czy 

człowiek byłby w stanie znieść go aż tyle?

Życie nauczyło ją, że nieszczęście spada zwykle z jasnego nieba. A teraz, właśnie 

teraz, w tym momencie, jej niebo było czystsze i jaśniejsze niż kiedykolwiek przedtem.

I być może nigdy później już takie jasne nie będzie.

background image

W końcu nadszedł czas odjazdu, nowożeńcy zeszli na brzeg odprowadzani przez 

liczny orszak. Mieli ze sobą pełen wóz darów, gospodarz ze Stedje okazał się najbardziej 

hojnym ze wszystkich i ofiarował im piękną krowę.

Stała teraz przywiązana do kamienia na suchym brzegu, porykiwała nerwowo, 

widząc oczekujące lodzie.

Randar prowadził ją pewnie na pokład, klepał i głaskał serdecznie, przewiązał jej 

wielkie oczy własną apaszką, by oszczędzić zwierzęciu widoku niebezpiecznej falującej 

wody.

Solidna łódź już i dawniej przewoziła bydło, przy maszcie znajdowało się więc 

specjalne pomieszczenie, w którym je przywiązywano.

Nad fiordem wiał słaby wiatr, ale zimny, jesienny, i delikatnie, lecz stanowczo 

przypominał, że zima się zbliża.

W   orszaku   znajdowały   się   jeszcze   dwie   łodzie,   Randar   wiosłował   prowadząc 

swoją, Maria siedziała przed nim na ławeczce.

Odwracali się wielokrotnie i machali gościom, widzieli, że właściciel Stedje w 

przypływie  niezwykłej  życzliwości  rzuca szylingi  i resztki z weselnego stołu w tłum 

bezdomnych nędzarzy, żyjących na brzegu.

Maria   zadrżała   widząc,   jak   czołgają   się   w   błocie,   by   zdobyć   dla   siebie   owe 

rzadkie  dary.  Walczyli  ze sobą, krzyczeli  i przeklinali.  Ich glosy odprowadzały parę 

młodą   jeszcze   bardzo   długo.   Maria   sama   miała   za   sobą   dni,   kiedy   głód   ściskał 

wnętrzności,   a   przecież   ich   przyszłość   nie   miała   wiele   do   zaofiarowania.   Do   Marii 

uśmiechnęło się jednak szczęście, los pomógł jej się wydostać z nędzy, wspięła się z 

nizin, zajmując wysokie miejsce pod słońcem.

Ci ludzie na brzegu nie mieli nic oprócz nadziei.

Ich   wołania   były   ostatnim,   co   zostawiali   za   sobą,   ruszając   poprzez   fiord   do 

Meisterplassen.

Maria odczuwała głębokie pragnienie, niemal wezwanie. Bardzo chciała pomóc 

tym biedakom. Tylko w ten sposób mogła zapłacić za wszelkie dobro, które zesłał jej los. 

A może Bóg?

I była pewna, że córka jest gotowa jej pomóc. Sunniva siedziała wyprostowana na 

rufie i wpatrywała się w ponury spektakl nędzy, rozgrywający się za nimi.

background image

Wtuliła głowę w ramiona, zaciskała dłońmi uszy tak, że palce jej zbielały.

Nie byłaby moją córką, gdyby wkrótce nie zdjęła rąk, pomyślała Maria.

Cierpienie nie mija od tego, że go do siebie nie dopuszczamy.

Istnieje   wszędzie,   w   każdym   człowieku.   Tylko   że   u   jednych   jest   bardziej 

widoczne,   ujawnia   się   wyraźniej   niż   u   innych.   Wiedziała,   że   dzieje   się   tak   przede 

wszystkim z tymi, którzy chcą łagodzić i pomagać. Zdawała sobie też sprawę z tego, że 

ona sama ma do zaoferowania więcej niż inni ludzie. Doświadczenie z izby chorych 

nauczyło ją wiele, a treść książek przeczytanych na probostwie wciąż jeszcze trwała w jej 

mózgu.

Może właśnie Bóg tak chce?

Może to prawda, że ma jakieś plany w stosunku do mego życia, coś, czego ja nie 

dostrzegałam, gdy świat rozpadał się wokół mnie i zmuszał do buntu?

Słyszałam przecież o wybranych, którzy zostawiali wszystko, porzucali rodziny i 

szli za swoim powołaniem. Czy ze mną też tak jest? Może to wcale nie przypadkowe 

zrządzenie losu miota mną tam i z powrotem, od bogactwa do skrajnej nędzy, niemal w 

jednej chwili?

Czy   jest   możliwe,   że   otrzymałam   to   wszystko,   a   także   miłość   jako   wsparcie 

właśnie dlatego, że zostało mi wyznaczone zadanie do spełnienia tutaj, w rodzinnej wsi?

Zapragnęła natychmiast podzielić się swymi myślami z Randarem, wiedziała, że 

on   nie   będzie   jej   zabraniał   zużyć   na   pomoc   dla   najbiedniejszych   tych   ostatnich 

szylingów, które jeszcze przechowywała w skórzanym woreczku. Zwłaszcza że wracają 

do domu  jako bogaci ludzie.  Wśród ślubnych  darów wiozą ziarno  i chmiel,  lniane  i 

wełniane tkaniny, sól i cukier, a także nowy żelazny sagan i mnóstwo pięknych misek 

oraz innych naczyń.

Dostali też lampę z pięknej kutej miedzi i kociołek do gotowania wody.

No i ta krowa, chyba najserdeczniej witany dar. Gładsza, lepiej wyglądająca niż 

ich własne, które już stoją w oborze, ale nie dają zbyt wiele mleka.

Maria nie mogła się nadziwić, z jakiego powodu Eyliff chciał wynieść ich tak 

wysoko.  Nie  miała   najmniejszych  wątpliwości,   że  to  jego  władza  i  wpływy   skłoniły 

mieszkańców wsi do takiego, a nie innego zachowania.

Wiedziała  jednak  również,  że   Eyliff   ma  dość  władzy,   by  wszystko  ponownie 

background image

odmienić. Sympatia i przyjaźń ludzi jest tak samo niestała jak wzory, układające się na 

wodzie za ich łodzią.

Nie   miała   zaufania   do   mieszkańców   wsi,   cieszyła   się   dobrym   słowem,   nie 

oczekując, że twarze pozostaną również jutro tak samo uśmiechnięte.

Wiedziała więcej o ludzkich duszach i zdarzało się, że czasem ogarniała ją złość 

na samą siebie za ten brak ufności.

Czy Randara również to dotyczy?

Widziała   jego   barczystą   sylwetkę   na   ławeczce,   patrzyła   na   gładką   twarz, 

obserwowała spokojne, pewne ruchy wioseł.

Po chwili napotkała jego spojrzenie, uśmiechnęli się do siebie, Maria stwierdziła, 

że kolor jego oczu jest teraz taki sam jak w chwilach, kiedy się kochają.

On nigdy jej nie zawiedzie.

Na nim może polegać.

A z resztą świata niech będzie jak chce.

Zobaczyli   łódź   na   wodach   fiordu   i   zdziwili   się   trochę,   że   płynie   w   stronę 

Meisterplassen.

Randar zaklął cicho.

Widywał już tę łajbę.

To łódź lensmana z Leikanger.

A więc znowu go potrzebują.

Nie był w stanie znieść myśli, że wkrótce będzie musiał odjechać. Nie chciał, by 

go odrywano od Marii teraz, kiedy są sobie nawzajem tacy bliscy. Czuł także gorycz w 

ustach na myśl o czekającym go zadaniu, zalała go kolejna fala niechęci, którą od dawna 

nosił w sobie niczym ciężki kamień.

Ostatnie dni przeżywał w oszołomieniu, upojeniu życiem, niemal zapomniał, że 

jest człowiekiem śmierci.

Przeklęte dziedzictwo!

Ale to jego los na tej ziemi, który zresztą nie wydawał się już taki zły, kiedy 

Randar przyprowadził do domu Marię jako prawowitą małżonkę, posiadał gospodarstwo 

i rodzinę.

Łódź naprawdę należała do lensmana.

background image

Jego samego jednak nie było, przysłał po Randara dwóch ludzi.

Poprosił Marię i Sunnivę, by poszły do domu i przygotowały poczęstunek dla 

tych ośmiu, którzy towarzyszyli młodej parze do domu.

Naprawdę nie chciał, by Maria widziała go w tamtej roli.

Ci   dwaj   z   Leikanger   wyglądali   na   zaskoczonych   wielkimi   zmianami   w 

Meisterplassen. Z zaciekawieniem zerkali na skrzynie, kosze i tobołki z darami wnoszone 

do domu kata.

I robili   wielkie  oczy na  widok  opierającej  się  krowy,  którą  wciągano   na ląd. 

Nigdy nie widzieli tak pięknego zwierzęcia. I w dodatku tutaj...

Musi dawać co najmniej dwa wiadra mleka dziennie.

Wysłannicy   lensmana   nie   należeli   do   najbogatszych   chłopów,   tylko   biedni 

podejmowali się podobnych zadań. Jeśli któryś z nich ma w domu krowę albo nawet 

dwie, to z pewnością obie razem nie dają nawet wiadra mleka.

Przybysze otrząsnęli się ze zdumienia, wyjaśnili, z czym przybywają.

Zdawali sobie sprawę, że Randar chce wiedzieć jak najwięcej o tym, co go czeka.

- Jest ich dwóch - oznajmili krótko. - Jeden zamordował w bójce własnego syna, a 

drugi cudzołożył z macochą. Poza tym jeszcze jeden złodziej. Skazano go na obcięcie 

ręki, ledwie uszedł z życiem. Okradał spichlerze we wsiach wzdłuż drogi z Leikanger do 

Vik. Podczas ucieczki zabił jednego z ludzi lensmana, co będzie go drogo kosztowało, 

zarówno   jeśli   idzie   o   zdrowie,   jak   i   o   majątek.   Jego   nieszczęsna   kobieta   została   z 

czworgiem drobiazgu i wypędzono ją z malutkiej zagrody, którą dzierżawili od chłopa z 

Laplass. Strach pomyśleć, co niektórym ludziom przychodzi do głowy, nie zastanowią 

się,   że  skazują  własną  rodzinę   na  śmierć   głodową,  gdy wyciągają  rękę   po  własność 

bliźniego...

- Dobrze, w porządku. Chcę - wiedzieć tylko tyle, ile koniecznie trzeba - uciął 

Randar zirytowany.

Nie znosił wysłuchiwania zbyt szczegółowych opowieści o ofiarach, nie chciał 

zagłębiać się w te wszystkie  tragedie, które rozgrywają  się, nim dojdzie do skazania 

złoczyńcy.   Skutki   ciosu   katowskiego   topora   rozchodzą   się   niczym   kręgi   na   wodzie, 

pochłaniają   domy   i   ludzkie   życie,   zanim   rozpłyną   się   i   przepadną   w   morzu   czasu. 

Otrząsnął się ze złych myśli i zapytał ostro:

background image

- W jaki sposób?

- Jeden ma być powieszony, jeden położy głowę pod topór.

- Kto stawia szubienicę?

- Anders Cieśla z Hernansverk.

-   Dobrze,   on   się   zna   na   rzeczy.   Jaka   zapłata?   Posłańcy   popatrzyli   na   siebie, 

ściągnęli ze zdumienia brwi. Od kiedy to kat myśli o takich sprawach? Zwykle brał, co 

mu dawano...

- My... my nie wiemy. Lensman nam o niczym takim nie mówi...

- Od tej chwili nie będzie was po mnie posyłał, nie mówiąc, za jaką to ma być 

cenę. Wiem, że inni na moim miejscu mają wysokie wymagania co do zapłaty, to jest 

robota, której mało kto nam zazdrości, musimy więc dostać jakieś zadośćuczynienie.

Posłańcy   byli   coraz   bardziej   zdumieni,   kiwali   jednak   głowami,   rozumieli 

przecież... Kiedy człowiek ma żonę i w ogóle...

- Dobrze - zakończył Randar znużony, nie miał siły dłużej z nimi rozmawiać. - 

Pojadę z wami, musicie jednak wykazać trochę cierpliwości. W nocy świeci księżyc, 

dotrzemy na czas, prawda?

- Tak, wyrok ma być wykonany pojutrze. Tylko Lensman żąda, żebyś przyjechał 

dzisiaj, bo podobno chce o czymś z tobą pogadać.

- W takim razie powinien był  sam tutaj przyjechać. Nie jestem jego wiernym 

psem, który przybiega na każde gwizdnięcie. Powiedzcie mu to, jeśli się odważycie, i 

powiedzcie też, że policzymy się po wykonaniu zadania. A teraz ruszajcie, nie potrzebuję 

waszej podwody.  Wielokrotnie odbywałem takie podróże sam, więc i tym  razem tak 

będzie!

Odeszli. Cofali się najpierw kawałek, zdjęli czapki i kłaniali się na pożegnanie, 

Randar jednak stał nieporuszony, jakby nie dostrzegał ich niebywałej uprzejmości.

Twarz   mu   pociemniała,   kroki   pod   górę   niepotrzebnie   były   takie   długie   i 

pospieszne.

Z   wysiłkiem   uśmiechał   się   do   gości   siedzących   w   izbie   nad   kuflami   piwa   i 

solonym mięsem, podpłomykami i mlekiem.

Dostrzegli,   że   coś   go   trapi,   chociaż   rozmawiał   z   nimi   przyjaźnie   i   dawał   do 

zrozumienia, że bardzo sobie ceni tę wizytę.

background image

Wkrótce goście podziękowali za poczęstunek, potem podziękowali raz jeszcze, 

żegnali się, chwaląc Boga i życząc domowi spokoju.

W   końcu   odeszli,   a   Sunniva   wymknęła   się   za   nimi.   Ona   również   zauważyła 

ciężki, przytłaczający nastrój.

- Randar, co cię dręczy? On wciąż milczał, nerwowo rzucał chrust na palenisko. 

Siedział i wpatrywał się ze złością w pełgające płomienie, których blask odbijał się w 

jego ciemnych oczach.

-   Nic.   Nic,   co   byś   mogła   zrozumieć   -   odburknął   i   natychmiast   ogarnęły   go 

wyrzuty sumienia.

Maria   pojmowała,   że   coś   się   stało,   nie   chciała   jednak   pytać.   Nie   lubił   tego, 

zwykle   potrzebował   trochę   czasu,   by   znaleźć   odpowiednie   słowa.   Po   chwili   opowie 

„wszystko sam.

- Muszę jechać - oznajmił nagle z żalem w głosie, od którego poczuła ciepło w 

sercu. Randar nie chce od niej odjeżdżać!

- Do Leikanger. Jutro, a może jutro w nocy. Trzech skazanych. Dwóch na śmierć, 

Maria zadrżała, starała się zachować spokojną twarz.

- Tak. No tak, pewnie zasłużyli.

- Miejmy nadzieję - odparł zaskakująco niepewnie. Maria domyślała się, jakiego 

typu mary go dręczą.

- Będę na ciebie czekać, będę tutaj, kiedy wrócisz!

- Wiem. Dziękuję. Teraz nie mogę pojąć, jak ja przedtem to wytrzymywałem - 

powiedział,   przytulając   ją   do   siebie   i   trzymając   mocno,   jakby   się   bał,   że   straci 

równowagę.

Zapach żywego człowieka.

Smak nagłej śmierci.

Boże, jakaż to walka się w nim toczy, jaką słabość musi pokonać?

Randar nie był w stanie rozstrzygnąć dylematu. I dlatego walczył z całych sil, 

odsuwał od siebie, koncentrował myśli na innych sprawach, innych zmartwieniach.

- Czy ty... czy ty się nie boisz zostać tutaj sama? Chodzi mi o... Po tym, co się 

stało tamtym razem...

- Tamto minęło. Oni nie żyją. Nie mam teraz żadnych wrogów - odparła Maria 

background image

spokojnie. - Ja i Sunniva damy sobie radę przez kilka dni, radziłyśmy sobie same już w 

gorszych sytuacjach!

- Masz rację, oczywiście. Moja silna, dzielna Maria! Ona nie lęka się jednej czy 

dwóch samotnych nocy!

- Owszem. Bardziej niż przypuszczasz - szepnęła i pocałowała go.

background image

ROZDZIAŁ IX

Fimreite, pewnego dnia w październiku 1686

Ten   stary   znowu  idzie,   o  mój   Boże,   sędzio   tych,   którzy   nie   zaznali   spokoju, 

wstrzymaj jego kroki, nie pozwól mu tutaj wejść!

Niech szczeble drabiny załamią się pod jego obutymi w ciężkie trepy nogami, 

spraw, by spadł i na kamiennej podłodze złamał sobie kark!

Nie, nie, wcale tak nie myślałam, Panie, nie karz mnie za te złe słowa.

Ale tak się boję, tak się boję, leżę tu i czuję, że krew tężeje mi w żyłach. Jeśli on 

przyjdzie   do   mnie   również   dzisiejszego   wieczora,   nie   wytrzymam.   Umrę,   brudna   i 

zhańbiona, napiętnowana, we wstydzie.

Święta Mario, ukochana Matko Jezusa, nie pozwól, by do mnie przyszedł!

Zacisnęła pięści w bezgłośnym wołaniu o pomoc.

W głębi duszy wiedziała jednak, że to się na nic nie zda.

Nikt nie może jej pomóc.

Jest   sama   na   świecie,   nędzna   dziewczyna   z   komorniczego   domu,   sierota   bez 

matki i ojca. Życie to nie zabawa, nic nie zostanie człowiekowi oszczędzone. Poznała 

już, co to głód, marzła i cierpiała nędzę, upokarzającą, wyciskającą piętno na duszy i 

ciele. Pełzała po polach, by szukać zapomnianych kłosów, a potem żuła twarde ziarno.

Boso   brnęła   przez   śnieg   i   błoto,   zrywała   korę   z   drzew,   by   choć   na   chwilę 

zaspokoić to zwierzę, które rwało jej wnętrzności.

I kradła.

A to główkę kapusty, a to parę suszonych ryb. Pewnego razu ukradła nawet cały 

worek grochu, ale o mało nie umarła z bólu i wzdęć, bo nie miała go gdzie ugotować, 

więc jadła na surowo. Uwierzyła, że teraz nadeszły lepsze czasy, kiedy jakimś cudem 

przybyła do tej pięknej osady. Wędrowała długo i z bardzo daleka, wyrosła na brzegu 

całkiem   innego  fiordu. Ale  głód  i  nędza  gnały ją w  świat,  z  miejsca   na  miejsce,   w 

poszukiwaniu czegoś lepszego. Gdy więc gospodarz Rov zaproponował jej służbę za 

dach nad głową i utrzymanie, przyjęła to z wdzięcznością, nie pytając o nic więcej. Chłop 

jej zdaniem wyglądał sympatycznie, zatrzymał  się, spotkawszy ją na drodze, i nawet 

podzielił się z nią śniadaniem.

background image

Przestała się wstydzić swego ubrania w strzępach i brudu, który przywarł do jej 

twarzy i rąk.

Kiedy na nią patrzył, dostrzegała w jego oczach coś jakby ojcowską troskę.

Opowiadał po drodze o różnych sprawach, o swoim małym gospodarstwie i o 

chorej żonie oraz o dwóch chłopcach, którzy muszą ciężko pracować.

- Nawet polowy siana nie zwieźliśmy w tym roku pod dach. A zboże,., wyrosło 

marne, poza tym  jesienią wszystko wytłukły deszcze. Takie przeklęte szczęście! .Ale 

wygląda na to, że ty wiesz, jak to jest, kiedy los człowieka prześladuje...

Wzdychał i użalał się nad sobą, dziewczynie zrobiło się przykro.

To jakiś biedak. Podobnie jak ona, nie miał w życiu żadnego oparcia.

Domyślała się, że swoje gospodarstwo prowadził nie najlepiej.

Tak, tak, z pewnością potrzebował pary silnych rąk służącej, przyzwyczajonych 

do pracy od chwili, gdy musiały wypuścić pierś matki.

Gjertrud podziękowała serdecznie za propozycję i na zadatek posłała mu ciepły 

uśmiech.   Nie   oczekiwała   zbyt   wiele,   gospodarz   Rov   nie   wyglądał   na   bogatego, 

wspomniał nawet w rozmowie, że i u niego głód bywa gościem. Ale przecież ona umiała 

się obywać byle czym, nie przywykła do wykwintnego jedzenia, mogła pracować przez 

cały dzień o misce kaszy i kawałku chudej ryby.

A zima nadchodziła długimi krokami, dziewczyna bała się najbardziej tego, że 

zostanie pod gołym niebem i będzie w śnieg i mróz krążyć po wiejskich drogach.

Stare odmrożenia z poprzedniej zimy wciąż jeszcze jej dokuczały, jedna stopa 

nigdy się naprawdę nie rozgrzewała. Nie było w niej czucia i uginała się pod Gjertrud bez 

ostrzeżenia.

Tak więc biedna sierota przyjęła służbę u Rova.

Gospodyni   była   poważnie   chora.   Ulokowano   ją   na   rozkładanej   ławie   obok 

paleniska, gdzie drżała z zimna pod brudnymi  okryciami  z niegarbowanych  owczych 

skór.

Dwaj   chłopcy,   dwunastolatek   i   drugi   może   pięcio   -   ,   sześcioletni,   siedzieli   i 

patykami odłupywali z saganka resztki zaschniętej kaszy.

Gospodarz przegonił ich zaraz na dwór, żeby narąbali drzewa.

Popchnął Gjertrud w głąb ciemnej, wypełnionej dymem izby, poczuła ciężki odór 

background image

potu, krwi i stęchlizny. Rzeczywiście potrzeba tu kobiecej ręki!

Gruba   warstwa   brudu   leżała   na   ścianach   i   niskich   belkach,   przed   drzwiami 

gliniana podłoga była nierówna i podziurawiona.

Najwyraźniej nikt tej izby nie zamiatał przez wiele ostatnich tygodni.

Na stole stały nie umyte miski i czerpaki z resztkami zaschniętego jedzenia.

One również cuchnęły.

Ale najgorszy odór unosił się nad posłaniem chorej. Gjertrud domyślała się, że 

biedaczka   nie   mogła   liczyć   na   żadną   pomoc   ze   strony   swoich   bliskich,   nawet   w 

najbardziej niezbędnych sprawach. A, jak widać, sama nie dawała sobie rady.

Gospodarz zauważył, że Gjertrud zareagowała na odór, i zostawił obie kobiety. 

Dziewczyna z pewnością będzie wiedziała, od czego powinna zacząć, pomyślał.

I Gjertrud zajęła   się chorą,  chudą  nieszczęśnicą,   umyła   jej  wyniszczone   ciało 

najlepiej jak umiała. Gospodyni nie protestowała przeciwko temu, że ktoś obcy wykonuje 

przy   niej   takie   intymne   czynności,   najwyraźniej   rozkoszowała   się   rzadkim   uczuciem 

dotyku   czystej   wody   na   brudnej,   wysuszonej   skórze.   Ona   jest   podobna   do   starego 

pomarszczonego trolla, pomyślała Gjertrud, wiedziała jednak, że ta sterana życiem istota 

ma nie więcej niż dwadzieścia siedem, może dwadzieścia osiem lat.

Dziesięć   lat   więcej   niż   ona   sama.   Ciekawe,   czy   ja   za   dziesięć   lat   będę   tak 

wyglądać?

Prawdopodobnie też się przedwcześnie zestarzeję, jak ta moja nieszczęsna siostra. 

Takie   bowiem   jest   życie   biednych   kobiet,   rzadko   mogą   liczyć   na   choćby   odrobinę 

radości i dobrobytu.

Nie rozmawiały ze sobą prawie wcale, Gjertrud nie wiedziała, co powiedzieć.

A gospodyni miała najwyraźniej problemy z wymawianiem słów.

Jakby je zapomniała, w sercu Gjertrud narastały podejrzenia.

Nie wyglądało na to, by mąż i synowie przejmowali się chorą. Być może leży 

tutaj niczym żywy trup, zdana na samą siebie, już od bardzo dawna.

Synowie, ojcowie, mężowie.

Nigdy nie można  być  pewnym,  jak zechcą  odpłacić  za życie  zmarnowane  na 

pracy i trosce o nich.

Gjertrud zapytała, czy ma przygotować coś do jedzenia.

background image

-   Mężczyźni   już   chyba   jedli   -   wykrztusiła   kobieta   na   posłaniu   i   zaniosła   się 

gwałtownym   kaszlem.   Gjertrud   zadrżała   od   tego   suchego,   szczekliwego   skrzeku,   już 

kiedyś słyszała taki kaszel.

- No a ty, ty też potrzebujesz czegoś, by się wzmocnić.

- Mnie nic się nie stanie. Ja... to i tak wyrzucanie jedzenia... Ale ty,  Torgrim 

obiecał ci pewnie wyżywienie? Ugotuj sobie zupy, w skrzynce pod ścianą powinno być 

trochę ziarna. - Wskazała na solidne drewniane półki za mocowane na przeciwległej 

ścianie. - A żarna znajdziesz w sieni. Są stare, ale jeszcze działają...

Gjertrud znalazła duży płaski kamień z otworami i mniejszymi  wygładzonymi 

kamieniami. Rozsypała drobne ziarna po powierzchni i patrzyła, jak przesuwające się 

małe  kamienie  je miażdżą.  Grubo zmieloną  mąkę  zmiotła  starannie do miski,  potem 

nalała do niej wody. Odstawiła, żeby mąka się namoczyła, a sama wzięła miotłę i zaczęła 

wymiatać najgorsze śmieci.

Gospodarz i chłopcy gdzieś zniknęli, zajmowali się widocznie jakimiś  swoimi 

sprawami. Z pewnością jednak wieczorem nie odmówią porcji zupy. Ona już raz dzisiaj 

jadła.

Pierwsza  noc minęła  spokojnie, dziewczyna  spała  głęboko,  czuła  się dobrze i 

bezpiecznie. Wypchany słomą siennik leżał na podłodze pod niskim skośnym dachem na 

strychu   ponad   izbą.   Wślizgnęła   się   tam,   przepełniona   wdzięcznością,   że   ma   własne, 

prywatne miejsce do spania w tej ciasnej, małej chacie. Nie mieli tutaj nad oborą strychu, 

ale i tu, w kąciku nad izbą, było ciepło od ognia, który na palenisku nigdy nie gasł. Do 

uszu Gjertrud dochodziły różne głosy, gospodarz chrapał, a jego żona kaszlała. Chłopcy 

spali spokojnie, najwyraźniej nie przejmowali się obecnością obcej osoby w domu.

Druga noc była krótka, Gjertrud położyła się dopiero, kiedy księżyc przebył już 

sporą drogę po niebie. Prała w świetle kopcącej lampki, tłukła kijanką pościel i ubrania 

rozłożone na świeżym śniegu.

Ale   trzeciej   nocy   przyszedł   do   niej.   I   powracał   potem   niemal   we   wszystkie 

następne.

Teraz miała za sobą już tyle tych strasznych, upokarzających gwałtów, że nie była 

w stanie ich zliczyć.

Najpierw walczyła zaciekle, ale gospodarz silnymi uderzeniami w twarz i brzuch 

background image

zmuszał ją, by leżała spokojnie. Bo jak nie, to ją zabije, powtarzał, a ona musiała mu 

wierzyć.

Pluła mu tylko czasem prosto w twarz, kiedy wdzierał się jej między nogi i starał 

dotrzeć tam, gdzie nikt nie powinien był jej dotykać.

Sprawiało to ból, jakby rozcinało ją lodowate ostrze, innym razem jak gdyby był 

zrobiony z rozpalonej stali.

Protesty dziewczyny prowadziły jednak do tego, że stawał się jeszcze bardziej 

brutalny, rozkoszował się jej rozpaczliwymi krzykami i dzięki nim przeżywał jeszcze 

większą ekstazę.

Gjertrud pojęła, że najlepiej, by leżała  jak martwa,  lepiej  nie protestować,  po 

prostu zostawiać ciało na posłaniu i pozwolić, by dusza unosiła się i niczym ptak siadała 

na belce pod dachem. Myślała o swoim żołądku, który już teraz nie kurczył się każdego 

wieczora z głodu, myślała o tym, co się czuje, kiedy bose stopy dotykają przemarzniętej 

ziemi, o czerwonej mgle, która często przesłaniała jej oczy, gdy zbyt długo nie jadła, a 

chłód omal jej nie zabił.

Gjertrud chciała żyć! Nawet tę udrękę dotychczas nie znaną zniesie, jeśli trzeba. 

Wiedziała, co ją czeka, jeśli ucieknie z tego domu.

Ale każdego dnia wielokrotnie posyłała rozpaczliwe modły do dalekiego Boga, by 

uwolnił ją od tej straszliwej mary.

I błagała Świętą Dziewicę, by gwałty i zadawany ból nie zapuściły korzeni w jej 

ciele, by nie okazało się, że jest brzemienna. To by oznaczało dla niej wyrok śmierci, co 

do tego nie miała żadnych wątpliwości. Nigdy, absolutnie nigdy nie zdecydowałaby się 

wydać niewinnej istoty na ten beznadziejny i pozbawiony litości świat.

Zdarzało   się,   że   wychodziła   wysoko   na   strome   skały,   daleko   za   ostatnimi 

zabudowaniami wsi.

Zwykła tam siadywać, zwieszając nogi w dół, i spoglądała jak zahipnotyzowana 

na szumiący w dole fiord.

Czuła, że głębia ją wciąga, że woda wabi, a jednocześnie przeraża.

Pewnego razu mała brzózka, której się trzymała, wysunęła jej się z rąk i Gjertrud 

upadla na krawędzi skały. W ostatnim momencie zdołała gwałtownym ruchem odsunąć 

się od brzegu, zerwała się na równe nogi i przerażona uciekła. Nie należy igrać z losem.

background image

Jej własne nędzne życie z pewnością nic nie było warte, wiedziała jednak, że 

samobójcy i kobiety lekkich obyczajów kończą w najgłębszych odmętach piekieł.

A ona przecież już i tak ma na sumieniu ciężkie grzechy.

Wróciła więc do źródełka i wzięła swoje wiadra wypełnione wodą.

Jeśli w ciągu dnia naprawdę się zmęczy, wieczorem będzie mogła szybko zasnąć.

Gospodarz przychodził do niej wczoraj, być może dzisiaj zostawi ją w spokoju. 

Wciąż starała się wynajdywać tego rodzaju małe radości i jaśniejsze punkty w swoim 

życiu.

Ale on jednak wieczorem przyszedł.

I nigdy jeszcze wszystko się tak w niej nie burzyło, nigdy nie zauważyła, by ciało 

buntowało się do tego stopnia. Gospodarz jeszcze nie ukazał się w wejściu na szczycie 

krótkiej drabiny, ile właściwie czasu potrzeba mu na to, by wspiąć się na górę?

Nie, czas stanął w miejscu, Gjertrud nie umiała pojąć, jak w tak krótkiej chwili w 

głowie człowieka może się pojawić tyle myśli.

Czuła   się   jak   skazaniec,   rozpacz   piekła   boleśnie,   ogarnęło   ją   straszne 

rozczarowanie, już bowiem zaczęła się cieszyć z końca roboczego dnia i miała nadzieję 

na spokojną noc we własnym łóżku.

Tymczasem on znowu pnie się po drabinie, kiedy w końcu głowa prześladowcy 

ukazała się w otworze, coś pękło w duszy nieszczęsnej dziewczyny, nie była w stanie 

panować nad wzburzonymi uczuciami.

Rozpostarła   zdrętwiałe   ręce,   modlitwa   przemieniła   się   w   zwierzęcy   krzyk, 

dobywający się z głębi duszy:

- Nie! Nie! Nie wolno ci! Nie wejdziesz tutaj! Ja...

Widziała tuż nad powierzchnią podłogi jego wielką twarz, gospodarz wyglądał, 

jakby patrzył w twarz samej Zarazy, a nie małej rozzłoszczonej niewolnicy.

Gjertrud przestała myśleć, widziała tylko jego tępe oczy, rozdziawioną, śliniącą 

się gębę, która tyle razy pokrywała jej twarz cuchnącą, lepką mazią.

Najpierw   stała   jak   zamurowana,   potem   nagle   rzuciła   się   na   niego   z   całą 

gromadzącą się tak długo rozpaczą.

Drapała i gryzła, drabina się chwiała, Gjertrud nie zwracała uwagi na nic, niczego 

nie widziała, czuła tylko na wargach smak jego krwi i słyszała głośne przekleństwa.

background image

Złapał ją za gardło, chciał zmusić, by przed nim uklękła, ale wciąż stal niżej niż 

ona na tej kołyszącej się, starej drabinie.

Gjertrud cięła niczym oszalała pszczoła, nagle poczuła pewniejsze oparcie dla 

stóp, odbiła się od skrzyni stojącej w kącie i całym ciałem, jakby to był taran, uderzyła. 

Trafiła   prosto   w  żołądek,   sama  upadła   na  podłogę   tuż  przy  otworze,  ale   zdołała  się 

przytrzymać, by nie spaść.

Gospodarz   zamachał   rękami   w   powietrzu,   musnął   jedynie   palcami   belkę   pod 

dachem i zniknął.

Przerażona słyszała głuchy łoskot, gdy jego ciało upadło na kamienną podłogę.

Usłyszała też wrzaski chłopców.

Zaraz się pojawią.

Ostrożnie, leżąc na brzuchu, spojrzała w dół.

W mroku widziała tylko na ziemi ciemny tłumok, wiedziała jednak, że chłop nie 

żyje.

Histeryczny śmiech wyrwał się jej z zaschniętego gardła.

Prześladowca nie żyje!

Już nigdy więcej nie będzie jej dręczył!

Ale jednocześnie dotarła do niej świadomość, że jej własny los został również 

przypieczętowany.

Kto zechce uwierzyć, gdy będzie opowiadać o jego przestępstwach?

Nieszczęsna Ruth, gospodyni, leży w izbie na łożu śmierci. Teraz na dodatek 

została wdową.

I chłopcy... cóż, to twarde sztuki, oni z pewnością przetrwają. Gjertrud ich nie 

lubiła, nie byli dziećmi, przyjmującymi jej troskliwość, nie byli też dorośli, tak by mogła 

z nimi porozmawiać.

Teraz   znajdą   ciało   ojca,   gdy   tylko   otworzą   drzwi   izby   na   dole.   Już   znaleźli. 

Słyszała ich wołania i krzyki, słyszała, że potrząsają ciężkimi zwłokami, po raz pierwszy, 

odkąd przyszła do tego domu, słyszała, że wołają matkę.

- Mamo! Mamo! Gjertrud go zabiła! Cała głowa jest roztrzaskana, mamo, cała 

podłoga we krwi! Musimy ją złapać, trzeba sprowadzić lensmana!

Gjertrud skuliła się na swoim sienniku, ukryła twarz w dłoniach.

background image

Gniew minął, wzburzone zmysły wracały do równowagi. Teraz pojawił się też 

strach, przerażenie potwornym losem, jaki ją czeka.

Usłyszała, że chłopcy wyszli z domu, wołali do matki, że drabinę odstawili i że 

Gjertrud nie ucieknie ze strychu. Mogłaby co najwyżej zeskoczyć na dół, ale nikt czegoś 

takiego by nie przeżył, w najlepszym razie połamie sobie nogi. A wtedy i tak lensman ją 

pojmie. Trzeba ostrzec sąsiadów, powiedzieć im, żeby byli czujni, dopóki morderczyni 

nie znajdzie się pod kluczem.

A zatem musi uciekać, jak najszybciej.

Tylko dokąd miałaby się udać? Żeby się dostać na drugą stronę fiordu do Norane 

albo Slinde, potrzebowałaby łodzi, drogą lądową się tam nie dotrze, po prostu nie ma 

przejścia. Przez górę Fimreite nie odważyłaby się pójść, chociaż wiedziała, że po obu jej 

stronach leżą jakieś zagrody,  a wijąca się wśród skał ścieżka wiedzie do Haukasen i 

Kaupanger.

A  dokąd  dotrze  fiordem?   Wszędzie  tylko   strome   ściany  schodzące  wprost  do 

wody, tu i ówdzie skalne nawisy.

Gdyby zdołała wspiąć się dostatecznie wysoko, to może mogłaby się dostać do 

lasu  i tam  przeczekać  najgorszy czas. Ale  z pewnością zobaczą  ją wśród mizernych 

drzew, a w ogóle to tam najpierw będą jej szukać. Miała nad szukającymi przewagę tylko 

tej jednej nocy.

Koniecznie musi zdobyć łódź!

I   musi   zejść   na   dół,   by   prosić   Ruth   o   przebaczenie,   powinna   się   też   z   nią 

pożegnać.

Pospiesznie spakowała tych kilka rzeczy, które były jej własnością, zgarnęła je w 

derkę, którą przewiązała na plecach niczym worek. Już miała zacząć drzeć drugą derkę 

na pasy, by zrobić z nich linę, gdy z dołu dotarł do niej jakiś chrobot.

Przestraszona znowu spojrzała przez otwór.

Na dole stała Ruth, drżąca, o zupełnie białej twarzy. Zwłoki męża leżały u jej 

stóp,   lecz   ona   zupełnie   się   tym   nie   przejmowała.   Gjertrud   uświadomiła   sobie,   że   w 

zniszczonej twarzy nie ma żalu, tylko bezbrzeżny smutek.

- Więc i twoje życie zniszczył także. Jesteś trzecia... Ale jeszcze nie wszystko 

stracone.

background image

- Ruth! Jakim sposobem... nie wolno ci... chodzi mi o to... Wszystko wokół niej 

wirowało, lecz Ruth stała wciąż nieporuszona.

- Jesteś dobra, Gjertrud. Widziałam, jak bardzo cierpisz. Ja wiem, co to jest... był 

za człowiek. Nie ciebie pierwszą sprowadził do domu, by potem gwałcić. Ale kiedy mnie 

myłaś pierwszego wieczora, od razu wiedziałam, że jesteś na to za dobra. Tli się jeszcze 

w tobie iskra życia, nie jesteś taka jak tamte biedaczki, które przyprowadzał przedtem. 

Walcz, Gjertrud! Ja się modlę za ciebie i za to, by któregoś dnia nastąpił koniec, by 

mężczyźni nie mieli już danego im od Boga prawa dręczyć nas i wykorzystywać.

Gjertrud,   zdumiona   tym   przemówieniem,   stała   bez   słowa.   Ruth   nie   była   taką 

bezbronną, zapóźnioną w rozwoju kobietą, jak Gjertrud początkowo myślała. Używała 

pięknych słów, wymawiała je prawidłowo i dźwięcznie, wszystko to świadczyło, że owa 

udręczona kobieta widziała również inne miejsca niż historyczne wybrzeża Fimreite.

- Ruth, tak mi przykro...

Nie, nie przepraszaj. Ty się po prostu broniłaś. - I dzięki tobie będę mogła umrzeć 

w spokoju. Jestem ci za to bardzo wdzięczna. Ale teraz musisz uciekać jak najszybciej. 

Weź łódź starej Maren, ona i tak nie będzie jej już potrzebować. Łódź jest ukryta pod 

gałęziami koło zniszczonej szopy nad strumieniem. Weź ją i wiosłuj ile sił w rękach, jak 

najdalej w głąb fiordu. Musisz minąć przylądek, a potem wodospad Fardal, daleko po 

tamtej   stronie   fiordu.   Wtedy   zobaczysz   niewielką   zagrodę,   leżącą   samotnie   na   dużej 

polanie w pobliżu przylądka Venes.

To   jest   Meisterplassen.  Mieszka   tam   pewna   kobieta,   o   której   opowiadają 

niezwykłe   rzeczy.   Jest   dobra   jak   anioł   i   sprytna   niczym   samica   żbika   wychowująca 

młode. Ona ci na pewno pomoże, jeżeli to, co o niej słyszałam, to nie są tylko puste 

wymysły. Jest nałożnicą kata... Potrafi więcej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. 

Gorączkowe przemówienie Ruth zostało zakończone głębokim, przeciągłym jękiem.

- Dziękuję... dałaś mi nadzieję... zresztą i tak nie mam nic do stracenia. Jak się 

nazywa ta kobieta?

- Maria. Ja kiedyś spotkałam jej matkę, tamta miała na imię Liv. Żyła ze starym 

katem,   miała   w   rękach   dar   uzdrawiania.   Córka   odziedziczyła   zarówno   jej   los,   jak   i 

zdolności. Idź do niej, pilnuj jednak, by cię nikt nie widział! Ukryj się, wypatrz taki 

moment,   kiedy   będziesz   mogła   z   nią   rozmawiać   sam   na   sam!   Wiesz   dobrze,   że   za 

background image

udzielanie ci pomocy grozi śmierć!

Gjertrud   skinęła   głową,   tak,   ta   prawda   już   do   niej   dotarła.   Zeszła   na   dół   po 

podstawionej   jej   drabinie,   uściskała   gospodynię,   poczuła,   że   ciało   biedaczki   niemal 

chrupnęło w jej objęciach. Ruth stała jednak spokojnie, nic nie wskazywało na to, że 

najbardziej ze wszystkiego pragnie wrócić do izby i położyć się.

Gdy   Gjertrud   pospiesznie   wymknęła   się   w   mrok,   a   potem   odwróciła   po   raz 

ostatni, zobaczyła jeszcze białą postać. Chora kobieta nie miała już siły zrobić ani kroku, 

cieszyła się jednak, że Gjertrud wyszła z domu, zanim ona upadnie.

Uciekinierka dotarła do Meisterplassen o brzasku, gdy dzień ledwie się zaczynał. 

Przybiła do brzegu z dala od kamiennej kei, zauważyła jednak, że nie ma tam żadnej 

łodzi. Ta łódź, którą pożyczyła sobie od starej Maren, leżała teraz ciężko na wodzie. 

Gjertrud wyrwała deskę w dnie i patrzyła, jak łódź tonie.

Nikt nie mógł się nawet domyślić, że leży na dnie przy pustym nabrzeżu.

Może zatem w domu nikogo nie ma?

Owszem,   ta   kobieta,   której   szuka,   Maria,   na   pewno   jest   w   zagrodzie,   bo   to 

przecież jej mąż jest katem i to chyba on wiele podróżuje.

Gjertrud zadrżała, dotarła do niej cała ironia tej sytuacji: oto zbiegła morderczyni 

szuka pomocy w domu egzekutora prawa. Ale Ruth wiedziała chyba, o czym mówi, nie 

wysyłałaby jej przecież wprost w objęcia śmierci?

A może... może to tylko była gra, może wcale nie uważała, że Gjertrud postąpiła 

słusznie?

Czyżby to podstępna zemsta? A teraz Ruth siedzi i śmieje się z głupoty Gjertrud?

Pomyśleć, że ktoś ucieka z miejsca przestępstwa prosto w ramiona kata!

Poczuła zimny dreszcz na plecach, ale pozytywne nastawienie do życia także i 

tym razem wzięło górę.

Cóż mogła zrobić innego, musiała przyjąć, że Ruth chciała jej pomóc tak, jak 

zapewniała.

Gjertrud wślizgnęła się na podwórze, słyszała zwierzęta w oborze.

Były zdaje się przyzwyczajone do wczesnego obrządku. Nad domem jednak nie 

wznosił się jeszcze dym, chata leżała pogrążona w ciszy i mroku, wszystko wokół ciągle 

spało.

background image

Gjertrud zauważyła również inne budynki w obejściu, stary drewniany spichlerz o 

ścianach z bali łączonych na zrąb oraz nowszy budynek z otworami dla światła.

Pobiegła w stronę warsztatu Randara i cichutko otworzyła skobel.

Przez szparę wsunęła się do środka i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi.

Tutaj nikt pewnie tak wcześnie nie przyjdzie.

Widziała, że to miejsce pracy mężczyzny.

Z zaciekawieniem  wciągała  zapach  świeżego  drewna, ową  wyjątkową,  świeżą 

woń sosny.

Po omacku szła przed siebie, czuła pod stopami wióry i trociny. Wzdłuż jednej 

ściany znajdowała się szeroka lawa. Pełno było na niej różnego rodzaju narzędzi, noży, 

wśród   nich   mała   siekierka,   kilka   ostrych   dłut,   których   z   pewnością   używano   do 

rzeźbienia i wycinania wzorów.

Zderzyła się z wysokim, zrobionym z brzozowych drążków krzyżakiem, który 

skrzypnął przeciągle. Gjertrud podskoczyła, pojęła, że najlepiej się nie ruszać. W jednym 

kącie znalazła trochę słomy i siana, zmieszanych z wiórami i miękkimi gałązkami.

Tam   usiadła   i   patrzyła,   jak   światło   dnia   powoli   przedostaje   się   przez   szpary 

budynku i pada na podłogę u jej stóp. Światło było coraz mocniejsze, coraz bardziej 

rozjaśniało pomieszczenie.

Nagle na podwórzu rozległy się kobiece głosy.

Jest ich więcej?

Jeden z głosów był wysoki i jasny. To dziecko, na to wygląda.

Dobrze,   trzeba   więc   wykorzystać   szansę,   bo   gospodarz   tego   domu 

prawdopodobnie wyjechał.

Otworzyła   wolno   dobrze   nasmarowane   drzwi.   Rzeczywiście,   na   podwórzu 

znajdowała się dorosła kobieta i spora, może dwunastoletnia dziewczynka.

Obie miały na głowach niebieskie czepki, obie nosiły grube, brązowe fartuchy. 

Najwyraźniej miały zamiar pójść do obory. Dziewczynka pobiegła do szopy na siano i 

przyniosła duże naręcze.

Kobieta ruszyła natomiast prosto do obory, przemawiając łagodnie do zwierząt. 

Niosła w rękach duże, drewniane wiadro.

Gjertrud czekała. Zastanawiała się, czy nie lepiej teraz ukryć się i zapukać do 

background image

drzwi,   kiedy   obie   kobiety   wrócą   do   izby?   A   może   podejść   do   drzwi   obory?   Może 

zawołać, by domyśliły się, że ktoś tutaj jest?

Ale nie chciała ich przestraszyć.

Problem rozwiązał się sam, gdy kobieta wyszła z obory z wiadrem pełnym mleka. 

Postawiła je na płaskim kamieniu przy drzwiach i zawołała kota. Potem wytarła ręce w 

fartuch, ostrożnie wyprostowała plecy i rozejrzała się wokół, jakby spostrzegła, że jest 

obserwowana.

Był zimny październikowy ranek i Gjertrud zdumiała się niezmiernie, gdy nagle 

kobieta   rozwiązała   czepek   i   mnóstwo   złotych   włosów   opadło   jej   na   ramiona.   Jakby 

słońce rozbłysło.  Z czepkiem w dłoniach przecięła podwórze, kierując się wprost do 

kryjówki, gdzie stała Gjertrud.

Maria   miała   zamiar   wziąć   trochę   wiórów   z   warsztatu   Randara,   tak   pięknie 

rozpalało się nimi ogień. Poza tym lubiła to miejsce, zaczęła tęsknić za Randarem, zanim 

jeszcze wczoraj rano wyruszył w drogę.

A   tutaj   ściany   zachowały   jego   zapach,   jego   ręce   dotykały   wszystkich 

znajdujących się tu narzędzi.

Maria lubiła głaskać śliskie rękojeści noży i dłut.

Miała ochotę spróbować, czy również jej palce potrafią tak pokierować nimi po 

powierzchni drewna, by wydobyć piękne kształty...

Ale teraz  chciała  tylko  wziąć  trochę  wiórów, dzięki  którym  ogień szybko  się 

rozpali   i   będzie   można   nastawić   kaszę.   Zmarszczyła   brwi,   widząc   odsunięty   skobel. 

Randar zawsze wszystko starannie za sobą zamyka.

Kiedy   jednak   drzwi   się   otworzyły   i   stanęła   twarzą   w   twarz   z   przerażoną, 

zaczerwienioną młodą kobietą, była całkowicie na to spotkanie nieprzygotowana.

- Maria... ty jesteś Maria, prawda?

- Tak, a kim jesteś ty, która stoisz tu i gapisz się na mnie? Przestraszyłaś mnie!

- Przepraszam,  proszę mi  wybaczyć,  pani! Ja... ja... przychodzę  do ciebie,  by 

prosić o pomoc. Wahała się, ale w końcu musiała powiedzieć:

- Szukają mnie, zamordowałam mężczyznę, ale to był potwór, on...

Próbowała   opowiedzieć  swoją  historię  jednym   jedynym  zdaniem,   lecz   głos  ją 

zawiódł i stała po prostu w milczeniu z twarzą zalaną łzami. Maria zrozumiała, że stało 

background image

się coś bardzo poważnego. Morderczyni, ta drobna nieszczęsna dziewczyna?

- Chodź z nami do domu, ogrzejesz się i opowiesz mi, jak to było.

- Ale... nikt nie może mnie zobaczyć. W przeciwnym razie będę stracona!

- Nie, nikt cię nie zobaczy, tutaj jesteśmy tylko my. To znaczy jest też Sunniva, 

moja córka. Ma niecałe trzynaście lat i jest na tyle dorosła, żeby dotrzymać tajemnicy.

Maria objęła drżącą kobietę macierzyńskim gestem i poprowadziła do chaty. W 

drugiej ręce niosła czepek pełen wiórów. Wkrótce na palenisku wesoło trzaskał ogień, a 

ciepło   roznosiło   się   po   wyszorowanej   do   czysta   izbie.   Sunniva   wróciła   z   kotem, 

przystanęła w drzwiach i z zaciekawieniem patrzyła na obcą.

-   Mamy   gościa   -   rzekła   Maria.   -   Ona   jednak   musi   trzymać   się   w   ukryciu. 

Rozumiesz?

Dziewczynka skinęła głową i nieznacznie wzruszyła ramionami, nie okazywała 

najmniejszej ciekawości. Dygnęła grzecznie przed obdartą kobietą i powiedziała, jak ma 

na imię. Maria z radością stwierdziła, że dziecko nie wywyższa się ponad tę najwyraźniej 

bardzo ubogą istotę, lecz okazuje jej uprzejmość, z jaką wszyscy młodzi ludzie powinni 

się odnosić do dorosłych.

Gjertrud uśmiechnęła się w odpowiedzi, ona również powiedziała, jak ma na imię.

Wymieniły jeszcze ze dwa nic nie znaczące zdania, po czym Sunniva poszła się 

umyć przed śniadaniem.

Gjertrud rozkoszowała się urodą i przytulnością pomieszczenia, barwne kilimy na 

ścianach zdobiły izbę, a zarazem dodawały jej ciepła. Wszystkie meble były rzeźbione, 

niektóre również malowane.

Na podłodze, zrobionej z grubych desek, leżały świeże gałązki jałowca, a także 

grube tkane chodniki.

Przed łóżkiem w rogu znajdowała się wielka, brunatna skóra, prawdopodobnie z 

niedźwiedzia.

A   na   stole   świecznik   z   błyszczącego   srebra!   I   książka!   Oprawiona   czerwona 

księga z gęsim piórem spoczywającym obok na specjalnym statywie. Nieco dalej zaś 

misternie rzeźbiona taca na nóżce, a w niej jakieś zielone, dziwne owoce. To jabłka, 

Gjertrud widywała takie w swoich rodzinnych stronach.

- Jak pięknie! Jaką macie piękną izbę! Kto by pomyślał... Och, nie, nie chciałam 

background image

tak powiedzieć!

Przestraszona patrzyła na Marię, najchętniej odgryzłaby sobie język. Gospodyni 

pewnie   się   obraziła.   Ale   Maria   uśmiechnęła   się   tylko,   jakby   z   przekąsem,   dobrze 

wiedziała, jak ludzie przez stulecia wyobrażali sobie dom kata.

- Dziękuję, tak, żyje nam się nieźle. W każdym razie teraz - dodała i odwróciła 

się, by przynieść ser i masło ze skrytki pod podłogą.

Gjertrud zerkała na Marię, która spokojnie nakrywała do stołu, nie pytając o nic 

ważnego.

- Jesteś głodna?

- Tak... dziękuję.

-   No   to   siadaj   tutaj,   a   potem   opowiesz   nam   więcej.   I   Gjertrud   przepełniona 

wdzięcznością  otworzyła  wszystkie  zamki  i pozwoliła  słowom płynąć.  Jedna historia 

następowała po drugiej, uczucia były niczym wiosenne wody, smutek, gniew i strach 

wylewały się na zewnątrz.

Maria   widziała   łzy   dziewczyny,   słyszała   szloch   dobywający   się   z   głębi   jej 

wrażliwej duszy.

Taka młoda, a już tak ciężko doświadczona.

Ale ma odwagę, historia jej życia świadczy o tym wymownie. A Maria lubiła 

ludzi posiadających odwagę. Zawsze tak jest, że szuka się podobnych sobie. W stosunku 

do niewielu kobiet Maria odczuwała podziw, przeważnie kobiety pozwalają się dręczyć, 

wykorzystywać i źle traktować przez mężów, ojców, synów lub kochanków.

Ta jest inna.

Ona potrafiła się zbuntować.

Łzy przestały płynąć, Gjertrud doszła do ostatniego rozdziału swojej historii.

Wyciągnęła ręce, Maria stwierdziła, że dziewczyna wcale tak bardzo nie żałuje 

tego, co zrobiła.

I   roześmiała   się   głośno,   gdy   Gjertrud   opowiadała   ze   wstydem   o   tym,   jak 

gospodarz spadł z drabiny i jak jego przerażone oczy po raz ostatni spojrzały na ten 

świat.

- No więc nie żyje, ale myślę, że nikt specjalnie nie będzie za nim tęsknił. Nie 

mam wielkich wyrzutów sumienia, jeśli istnieje Bóg na niebie, to on już i tak wykreślił 

background image

mnie ze swoich ksiąg. Jedno morderstwo  nie znaczy chyba  tak wiele dla kogoś, kto 

przedtem kradł, cudzołożył i kłamał...

- Osąd zostaw Panu Bogu. Myślę, że jest on bardziej wyrozumiały, niż wielu na 

tej ziemi by chciało - stwierdziła Maria sucho. - A jeśli nie jest, to spotkamy się obie 

gdzieś tam na dole - dodała z cierpkim uśmiechem.

Och, cóż to za cudowna kobieta!

Potrafi się śmiać nawet z najstraszniejszych rzeczy!

A wydaje się taka spokojna, niczego się nie lęka, choć przyjęła pod dach zbiegłą 

morderczynię, co jest równie wielkim przestępstwem jak samo zabójstwo... Tutaj chyba 

jednak ludzie rzadko zachodzą...

- Szczerze mówiąc, sama nie wiem, co my z tobą zrobimy. To pewne, że już 

zaczęli cię szukać, ale jeśli dokładnie zatopiłaś łódź, to do nas raczej nie trafią. Może 

mogłabyś tu zostać, dopóki najgorsze zamieszanie nie ucichnie... w końcu przecież ludzie 

zaczną   myśleć   o   czym   innym,   zwłaszcza   że,   jak  powiadasz,   nikt   nie   będzie   za   nim 

specjalnie tęsknił.

- To prawda... Ale... czy rzeczywiście mogłabym zostać... Twój mąż... on jest 

przecież...

- Jest katem, tak. Ale on ludzi nie osądza. Umilkła zamyślona.

Randar znalazłby się w trudnej sytuacji, wiedząc, gdzie się znajduje poszukiwana 

kobieta,   musiałby   kłamać   swoim   zwierzchnikom.   Chyba   źle   zrobiła,   dając   jej 

schronienie.

- Może... byłoby najlepiej, gdyby on ciebie nie spotkał. Nie lubię niczego przed 

nim ukrywać, to sprawiedliwy i dobry człowiek. Ale muszę tym razem tak po stąpić, 

żeby nie stawiać go w trudnej sytuacji. Już miała gotowy plan:

- Możesz sypiać na sianie nad oborą, jak chcesz, to nawet całą zimę. Jest tam dość 

miejsca na siennik, będzie ci ciepło nawet w najgorsze mrozy. Zresztą nie sądzę, że aż 

tak długo będzie trzeba cię ukrywać. Mam przyjaciela, wiesz...

I  opowiedziała   o   Olem,   który  na   pewno  nie   będzie   zadawał   zbędnych   pytań, 

natomiast wywiezie uciekinierkę ukrytą wśród ładunków na swojej lodzi. Zabierze ją, 

kiedy następnym razem wstąpi tu po drodze do Bergen. W dużym mieście chętna do 

pracy dziewczyna znajdzie miejsce jako służąca, czy gdzie indziej, a w najgorszym razie 

background image

jako pomoc przy czyszczeniu ryb, kiedy łodzie wrócą z zimowych łowisk.

Gjertrud kiwała głową, w jej ciepłych oczach zapłonęła nowa nadzieja.

-   Och,   ty   naprawdę   chcesz   mi   pomóc!   Dziękuję,   dziękuję,   niech   cię   Bóg 

pobłogosławi!

- Już mnie  pobłogosławił - odparła Maria wieloznacznie,  gładząc  dłonią  swój 

płaski brzuch.

Sunniva uznała, że to szalenie podniecające i przyjemne mieć znowu z matką 

tajemnicę.

Minęło   całe   życie   od   czasu,   kiedy   one   dwie   szeptały   w   sekrecie   o   swoim 

kąpielisku,   złączone   jakby   tajnym   spiskiem.   Teraz   znowu   zawarły   porozumienie... 

Pomyśleć, kobieta, która zamordowała gwałciciela! Jaka dzielna! Zasłużył sobie na to, 

łotr!

Sunniva wiedziała jednak dobrze, że Gjertrud znajdzie się w nie lada opałach, 

kiedy zostanie postawiona przed pełnymi godności sędziami, którzy mieliby ocenić jej 

postępek. Nic by nie znaczyły jej zapewnienia, że działała w swojej obronie. Prawa są 

tworzone przez mężczyzn i przez mężczyzn tłumaczone. Kobieta nie może liczyć na to, 

że zostanie osądzona z jakimś wyjątkowym miłosierdziem.

Kiedy Randar wrócił do domu, zauważył  zaczerwienione gorączkowo policzki 

Sunnivy oraz podejrzany błysk w jej oczach. Widział, jak biega nerwowo po izbie, nie 

ulegało wątpliwości, że dzieje się coś niezwykłego. Maria odetchnęła jednak z ulgą, gdy 

sam postarał się o wyjaśnienie.

-   No,   no,   zdaje   mi   się,   Sunnivo...   że   ty   w   czasie   wesela   spotkałaś   kogoś 

wyjątkowego? Może to ten urodzi wy chłopak z Gurvi, ten o jasnych lokach? Sunniva 

zachichotała zawstydzona i prychnęła z udaną złością na Randara.

On roześmiał  się wesoło, drażnił  się z dziewczynką  i zasłaniał  przed ciosami 

ścierki, z którą się na niego rzuciła.

Później nie zastanawiał się już nad dziwnym zachowaniem małej. Do obory też 

nie miał po co chodzić.

Przez całą jesień Gjertrud i Maria miały dość czasu, by się dobrze poznać. Randar 

miał mnóstwo pracy. Aż strach, co się w tym roku porobiło z ludźmi, kradli, gwałcili, 

napadali, mordowali jak rzadko kiedy. Tylko w październiku i listopadzie stracono osiem 

background image

osób, a czternaście skazano na chłostę i inne kary fizyczne. Pięciu przestępców to starzy 

znajomi,   można   powiedzieć,   buntownicy   i   heretycy,   którzy   od   dawna   siedzieli   w 

więzieniu, czekając na ostateczne rozstrzygnięcie swojej sprawy. Król jednak też miał 

tego roku pełne ręce roboty, toczyła się wojna szwedzko - duńska, Duńczycy atakowali i 

po raz drugi zajęli Gottorp. W tej sytuacji odwołania jakichś ludzi, którzy w dalekiej 

norweskiej   prowincji   czuli   się   niesprawiedliwie   osądzeni,   były   nic   nie   znaczącymi 

drobiazgami. Jakiejś odpowiedzi trzeba im było tak czy inaczej udzielić, ale, niestety, 

większość nie dostąpiła królewskiej łaski. Randar wychodził z domu w coraz bardziej 

ponurym nastroju i wracał tak samo zgnębiony. Maria przez całe dnie piekła podpłomyki, 

przygotowywała warzywa na zimę, zbierała arcydzięgiel i gromadziła inne zioła. Soliła 

mięso, robiła kiełbasy, sortowała suszone ryby i układała je w piwnicy. Warzenie serów i 

topienie masła też wymagało sil i czasu, na szczęście Sunniva przejęła niemal wszystkie 

prace związane z przetwarzaniem mleka.

Maria znajdowała czas na wyprawy do Sogndal, zachodziła również do Stedje, 

gdzie przyjmował ją Eyliff z żoną. Dziękowała im wciąż najuprzejmiej i powtarzała, jak 

wiele   dla   niej   zrobili.   Przy   okazji   wspomniała   o   swoim   zainteresowaniu   biedakami 

mieszkającymi na brzegu fiordu, starała się pozyskać Eyliffa do tej sprawy. Obiecał, że 

zbuduje nieduży dom nad wodą tak, by miała dla siebie jakieś miejsce, kiedy rozpocznie 

pracę. Radził też, by zaczekała do wiosny, ona jednak niecierpliwiła się.

- Zima to najgorszy czas. Oni mnie teraz potrzebują. Trzeba im ubrań i jedzenia, a 

także kogoś, kto nakłoni ich do przygotowania opału na zimę.

- Nikt nie zmusi tych ludzi do roboty! I szczerze powiedziawszy, to ja wcale nie 

wiem, czy w ogóle chcą mieć dach nad głową...

- Oczywiście,  że chcą! Niech no tylko  dostrzegą taką możliwość, to będą się 

cieszyć i z zapałem przystąpią do pracy.

Eyliff obiecał, że pomoże w czym będzie mógł, a Maria wiedziała, że dzięki temu 

może liczyć również na pomoc innych bogatych mieszkańców wsi.

- Powinnaś jednak wiedzieć, że nie wszyscy lubią tych ludzi. Gnieżdżą się na 

brzegu   fiordu,   żyją   jak   zwierzęta,   cuchną   i   przeklinają,   a   ich   dzieci   biegają   po   wsi 

zarażając nasze pociechy chorobami, roznoszą wszy i w ogóle...

-   I   właśnie   dlatego   trzeba   z   tym   skończyć   -   rzekła   Maria   stanowczo.   Eyliff 

background image

mamrotał coś pod nosem nad dziwnymi pomysłami tej pięknej, upartej kobiety, która, jak 

sądził, rzucała się teraz na zbyt głęboką wodę. Była niczym jedna z bohaterek biblijnego 

świata, niezłomna, nieugięta, nosiła w sobie wiecznie płonący ogień. Maria opowiadała 

Gjertrud o swoich planach, obie szczegółowo nad nimi dyskutowały. Gjertrud, znająca 

nędzę od zawsze, udzielała rad, podpowiadała, od czego trzeba zacząć i co robić dalej. 

Bardzo obrazowo tłumaczyła Marii, jak naprawdę żyją nędzarze, potrafiła też wyrazić ich 

myśli i uczucia, opowiadała o przeżyciach, które odbierają im człowieczeństwo.

Liczne i długie wyprawy Randara do wsi po obu brzegach fiordu pozostawiały im 

wiele czasu na rozmowy,  obie kobiety cieszyły się tą niezwykłą przyjaźnią, która się 

pomiędzy   nimi   zawiązywała.   Bardzo   się   od   siebie   różniły,   pochodziły   z   różnych 

środowisk,   miały   bardzo   różne   doświadczenia   życiowe.   Odczuwały   jednak   głęboką 

wspólnotę, jakiś rodzaj porozumienia, który można przypisać jedynie temu faktowi, że 

obie były kobietami.

Jeśli   Gjertrud   próbowała   coś   nazwać,   znaleźć   odpowiednie   słowo   dla   jakiejś 

rzeczy, Maria natychmiast rozumiała, o co chodzi.

Uzupełniały się nawzajem, jeśli jedna nie mogła sobie z czymś poradzić, druga 

natychmiast znajdywała rozwiązanie. A rozmowy między nimi toczyły się nieprzerwanie 

niczym fale, rozpoznawały nawzajem własne myśli, jakby były bliźniaczymi siostrami.

Maria   zdawała   sobie   sprawę,   że   los   dał   im   ograniczony   czas,   i   z   każdym 

mijającym dniem bardziej nad tym ubolewała. Nie znajdowała jednak żadnej rady, wciąż 

jeszcze poszukiwano zbiegłej morderczyni, a Randar wielokrotnie opowiadał o tym, co 

ludzie we wsi gadają o morderstwie. Maria z trudem potrafiła w takich razach zachować 

obojętny wyraz twarzy, zwłaszcza tego dnia, kiedy Randar powiedział, iż ukrywająca się 

kobieta będzie odpowiadać za dwie śmierci. Żona zamordowanego, słabowita i chora, 

zmarła w wyniku szoku, gdy znalazła w sieni męża ze zmiażdżoną głową.

Ruth!

Ten fakt nie zgadzał się z opowiadaniem Gjertrud.

Ostrożnie próbowała dowiedzieć się czegoś więcej w sprawie, ale dzisiejszego 

wieczora  nie  było  po temu  okazji. Randar  przez  cały czas  nie spuszczał  z niej  tego 

specjalnego spojrzenia. Czuła, że wciąż na nią patrzy, robiło jej się gorąco koło serca i 

śmiała się radośnie.

background image

Randar bawił się z nią, ich tajemnicze sygnały potęgowały oczekiwanie, które 

znajdowało spełnienie wieczorem, gdy wszyscy udali się na spoczynek.

Musiała się śpieszyć z pracą w oborze, w przeciwnym razie on by pewnie za nią 

tutaj przyszedł.

Nie było czasu na żadne szepty na strychu, to nie ulega wątpliwości.

Może Sunniva...

Maria posłała  przez córkę kilka  kawałków  świeżo pieczonego chleba  i porcję 

gotowanej baraniny z kapustą.

Gjertrud   nie   powinna   przynajmniej   głodować,   samotność   była   wystarczająco 

dokuczliwa.

Sunniva   uśmiechała   się   tajemniczo,   Maria   posłała   jej   surowe   spojrzenie. 

Ukrywanie zbiegłej nie wydawało jej się już takim mądrym rozwiązaniem... Prędzej czy 

później Randar się domyśli, że zachowanie dziewczynki nie jest wywołane wyłącznie jej 

budzącymi się uczuciami.

Teraz Maria patrzyła, jak córka bierze wiadro i biegnie do obory. To akurat nie 

jest   wyjątkowa   sytuacja,   często   prosiła   Sunnivę,   by   zastąpiła   ją   przy   wieczornym 

obrządku.

Ona   zaś   nie   jest   na   tyle   zuchwała,   by   drażnić   się   z   matką,   łobuzerskim 

spojrzeniem daje tylko do zrozumienia, że naprawdę może pomóc, może się też położyć 

wcześniej wieczorem i naciągnąć okrycie na głowę...

Sunniva stawała się małą kobietą, trudno tego nie zauważyć.

Rozumiała więcej, niż matka by chciała. Szczerze mówiąc, Maria źle się czuła ze 

świadomością,   że   jej   na   wpół   dorosła   córka   mogłaby   słyszeć   i   domyślać   się,   co 

nowożeńcy robią w swojej sypialni...

Randar  na   nią  czekał,  już  leżał  pod  skórzanymi  okryciami.   Ręce   założył   pod 

głowę,   dzięki   temu   jego   szeroka   klatka   piersiowa   wyglądała   jeszcze   bardziej 

muskularnie. Patrzył na żonę spod gęstych, ciemnych rzęs, włosy opadały mu na jedną 

stronę i na wpół przykrywały lewe oko.

Wyglądał uwodzicielsko.

Prawdziwy mężczyzna.

I należy do niej!

background image

Przyłączyła się do zabawy, stanęła przy drzwiach, wiedziała, że słabe światło z 

izby sprawia, iż wygląda niczym mroczna, nierzeczywista zjawa.

Zaczęła rozpinać guziki u sukni, po czym zsunęła ją na podłogę. Halki poszły tą 

samą drogą. Długie majtki, których używała, gdy nastała chłodna jesień, zdejmowała z 

wystudiowaną elegancją.

Skórę miała ciepłą i lekko zaczerwienioną od bliskiego kontaktu z wełnianym 

ubraniem. Stała teraz w samej krótkiej koszuli. Randar zawołał:

- Chodź tutaj!

Maria zwlekała, obeszła łóżko dookoła i przykucnęła w nogach.

Powoli przysuwała się do czekającego mężczyzny, po chwili położyła się na nim, 

a   potem   uniosła,   podpierając   się   łokciami   i   kolanami.   Jednym   ruchem   rozwiązała 

wstążkę we włosach i jedwabista kaskada pokryła twarz Randara niczym zasłona. Usta 

obojga spotkały się pod tym okryciem z włosów, oddzielającym ich od reszty świata. 

Maria przytuliła policzek do jego brzucha, czuła, że również tam puls mocno uderza. 

Randar   wstrzymał   oddech,   wiedział,   do   czego   ona   zmierza.   I   nie   zawiodła   go, 

powolnymi, delikatnymi pieszczotami doprowadziła go do najwyższego uniesienia.

Lubiła mu się przyglądać w takich chwilach, widziała na jego twarzy trudne do 

opisania wzruszenie.

Nigdy ta twarz nie była  tak otwarta i bezbronna jak teraz, w tym  momencie, 

zanim   pozwolił   pochłonąć   się   najbardziej   szalonej   rozkoszy.   Drżał   pod   nią   niczym 

struna, silna i napięta, emanująca erotyczną siłą. Widziała, jak jego mięśnie się prężą, to 

pobudzało ją jeszcze bardziej, budziło pragnienia, którym prawie nigdy nie miała odwagi 

całkowicie ulec.

Doznawała jednak zawrotu głowy na myśl o tym, że ma nad nim taką władzę, że 

może wysłać go aż do gwiazd, że może pobudzać go jeszcze i jeszcze bardziej...

Nie pomyślała, że ta władza może zostać brutalnie wyrwana z jej rąk, i to jak 

najdosłowniej.

Tymczasem on jednym jedynym ruchem zmienił pozycję, znalazł się na górze i z 

łatwością, z jaką zgina się wiosną gałązkę wierzbiny, wsunął ją pod siebie. Roześmiał się 

cicho, ujął jej dłonie w swoje i ścisnął ponad jej głową mocno, z miłością.

Teraz cię mam, czarownico! Już. mi się nie wy mkniesz!

background image

Maria wyrywała się, próbowała się uwolnić, wiedziała jednak, że on się domyśla, 

iż sprawia jej to przyjemność.

Spójrz, twoje ciało wygina się ku mnie. A może jednak nie chcesz, żebym cię 

wypuścił?

Bardzo delikatnie dotykał jej łona, Maria pojękiwała i mimo woli tuliła się do 

niego, by poczuć go głębiej.

Teraz on przejął kontrolę, ona zaś była stroną podporządkowaną, tęskniącą za tą 

chwilą,   kiedy   on   nie   zniesie   już   dłużej   napięcia   i   pozwoli,   by   ich   zespolone   ciała 

podążyły własną drogą.

Bez słów, bez świadomości, zaślepione jak ćmy mknące do światła.

Wczepili się w siebie nawzajem, nogi i ramiona splątały się, nie wiedzieli już, czy 

stanowią jedno ciało, czy w dalszym ciągu dwa.

Maria wbiła zęby we własną dłoń, by powstrzymać krzyk, gwałtowne spełnić nie 

rozkoszy wtłoczyła w głąb swego jestestwa. I zatrzymała tam na długo.

W takie wieczory zwykle już niewiele rozmawiali, jakby nie było nic więcej do 

powiedzenia, jakby ciała wyraziły wszystko.

Oboje   odczuwali   ten   wyjątkowy   nastrój   jako  zbyt   ważny  i   szlachetny,   by  go 

zbrukać pospolitą rozmową na praktyczne tematy. Ona nie chciała burzyć jego spokoju i 

pełnej uniesienia czułości, jaką jej okazywał, prosząc ni stąd, ni zowąd, by jutro zniósł 

drzewo do szopy...

A on jakby nie miał odwagi zapytać tej pulsującej gorącem nieziemsko pięknej 

bogini u swego boku, czy jutro rano nie zechciałaby być tak dobra i nie polatała jego 

spodni... Dlatego milczeli, wsłuchani w ciągle jeszcze brzmiące w ich uszach niebiańskie 

dzwony. Dłonie niczym motyle bawiły się ponad rozgrzanymi ciałami, a wargi muskały a 

to policzek, a to zarośniętą brodę.

Wchłaniali w siebie zapach miłości, nagle Maria odniosła wrażenie, że poczuła w 

dole brzucha delikatny ruch.

Ale na to jeszcze za wcześnie.

Naprawdę za wcześnie.

Mimo to miała wielką ochotę, by powiedzieć mu o maleńkiej, kiełkującej istocie, 

wiedziała, że przyjąłby to z ekstatyczną radością.

background image

Zawsze pragną! własnego dziecka. Będzie najwspanialszym i najlepszym ojcem 

na świecie!

Ale jeszcze czekała, wciąż jeszcze chciała sama cieszyć się tą radosną tajemnicą. 

Zresztą byłoby też zabawne dowiedzieć się, ile czasu musi minąć, by Randar zaczął coś 

podejrzewać? Z pewnością nie prowadził obliczeń dotyczących jej osoby, ale przecież w 

końcu zrozumie, że skoro każdego wieczoru ona przychodzi do niego w ten sposób, to 

coś to musi znaczyć.

Nie, mężczyźni są tacy głupi, stwierdziła.

Może udałoby się jej zachować tajemnicę aż do Bożego Narodzenia?

Byłby to wspaniały podarunek wigilijny!

Zasnęła bezpiecznie opleciona jego ramionami, czuła jego równomierny oddech 

na szyi, zmęczone ciała tuliły się do siebie z czułością.

Jak on potrafi ją uszczęśliwić!

Akurat   w   tym   momencie   była   pewna,   że   nic   nie   zdoła   jej   wyrwać   z   tego 

przedsionka niebios.

Ach, więc to tam ona się ukrywa...

Tak, słyszeliśmy przecież o wyprawach Liv gdzieś w głąb fiordu, ludzie gadali, że 

towarzyszył jej tam jakiś ponury obcy człowiek.

Nałożnica   kata...   a   więc   to   prawda.   I   Maria   idzie   w   jej   ślady,   czyż   to   nie 

przerażające, jak ludźmi może kierować złe dziedzictwo?

Pastor   Revelin   przyjął   posłańca,   przynoszącego   mu   sensacyjne   wiadomości,   z 

uśmiechem zadowolenia. Historia, opowiadana przez tego człowieka, jest chyba lepsza, 

niż można by sobie życzyć. Maria żyje.

I nie tylko to.

Żyje jako żona kata. A proboszcz w Sogndal wbrew swojej woli musiał udzielić 

im sakramentu, nie był w stanie oprzeć się naciskom ze strony potężnych obywateli, 

których ona przekabaciła na swoją stronę. To wystarczy.

To naprawdę wystarczy.

Tym razem nie ma już Mogensa Skanke, który ją obroni, u jej boku stoi jakiś 

nędznik,   kat,   z   pewnością   całkiem   pozbawiony   wszelkiej   inteligencji.   Bardziej 

zaszkodziłby jej niż pomógł, gdyby chciał występować przed sądem w jej obronie.

background image

Revelin   sowicie   wynagrodził   swego   wywiadowcę   i   wysłał   go   na   powrót   do 

Sogndal z poleceniem, by w dalszym ciągu zbierał wszelkie informacje. Wszystko, nawet 

drobiazgi, z pozoru nie mające znaczenia opowieści o magicznych sztuczkach i dziwnym 

zachowaniu.   Maria   nie   może   uczynić   ani   kroku,   by   wysłannik   Revelina   o   tym   nie 

wiedział.

Czasu mieli dość. Niech Maria poczuje się bezpieczna, dopiero potem się uderzy.

On tymczasem powinien przygotować swoją sprawę tak dobrze, by nie istniał 

nawet cień szansy, że czarownica zdoła uniknąć stosu.

Cecilia będzie wzruszona.

On   sam   będzie   stał   u   podnóża   stosu   i   rozkoszował   się   widokiem   płomieni 

liżących   piękne   ciało,   smażących   rozwiane   włosy   i   tłumiących   diabelskie   krzyki,   a 

zarazem obejmujących zmysłowe wargi.

Ostatnie, co zobaczy na tym świecie, to jego triumf!

Ostatnie, co usłyszy, to swoje własne krzyki bólu pomieszane z jego śmiechem!

Twarz Revelina wykrzywiła się w złym grymasie, oczy lśniły niczym u nocnego 

zwierzęcia, a on czuł, że pod szeroką peleryną pastora jego ciało oblepia ciepła wilgoć.

background image

ROZDZIAŁ X

Następnego ranka Randar obudził się wcześnie.

W   pokoju   panowało   lodowate   zimno.   Maria   jeszcze   spała,   ostrożnie   otulił 

skórzanym okryciem jej nagie, zimne ramiona, które obejmowały go nawet we śnie.

Dziwne, jaka ona jest ostatnio zmęczona!

Ziewa   przez   cale   popołudnie   i   gdy   tylko   zakończy   wieczorny   obrządek, 

natychmiast   się   kładzie.   Całe   szczęście,   że   Sunniva   tak   jej   pomaga.   Randar   poczuł 

ukłucie w sercu, wiedział, że musi wykazywać więcej odpowiedzialności za prowadzenie 

gospodarstwa.

Teraz bowiem również - większość męskich prac spada na Marię.

Ale dzisiaj pozwoli jej odpoczywać!

Wstanie teraz bardzo cicho, obudzi Sunnivę i pójdą razem do obory, a potem on - 

wróci do domu i przygotuje wszystkim pyszne śniadanie.

Smażone mięso i jajka, chleb i kufel ciepłego piwa, a poda to Marii do łóżka!

To ją wzmocni.

Nucąc cichutko jakąś miłosną  pieśń rozpalił  ogień i ustawił kociołek z wodą. 

Sunniva spała jeszcze na swoim łóżku w kącie izby, ją także otulił starannie, widział, że 

brązowe rzęsy drżą, widocznie śni jej się coś przyjemnego.

Niech tam, sam przecież może zająć się obrządkiem!

Zasłużyły sobie na to, żeby je trochę porozpieszczać, te jego śliczne dziewczyny!

Randar skulił się pod uderzeniem mroźnego wiatru i pobiegł do ciepłej obory. 

Postawił lampę na niewielkiej półeczce pod sufitem, dawała wystarczająco dużo światła. 

Zaczął od ścielenia, żeby zwierzęta miały czysto przy jedzeniu. Ale krowa protestowała 

rycząc, owce beczały jedna przez drugą, a osiem kur zeskoczyło z grzędy i dziobało u 

jego stóp w poszukiwaniu ziarna.

No   dobrze,   niech   najpierw   będzie   jedzenie.   Zwierzęta   mają   widocznie   swoje 

utrwalone przyzwyczajenia, nie podoba im się, że zamiast Marii przyszedł ktoś obcy.

Najpierw zadał więc paszę i miał zamiar zabrać się do usuwania gnoju i ścielenia, 

kiedy jakiś dźwięk skłonił go, by spojrzał w górę.

Najpierw myślał, że to jedna z kur przez pomyłkę trafiła na strych z sianem.

background image

Zaraz jednak w otworze mignęła mu twarz.

Kobieta!

Spoglądała na niego, mrużąc oczy, krzyk przerażenia uwiązł jej w gardle.

Z początku on sam też się przestraszył, nie wiedział, co ukrywa się w mroku za 

nią.

Ale z samotną kobietą przecież sobie poradzi.

- Kim jesteś ty, która w ten sposób włamujesz się do cudzego obejścia?

- Ja... ja się nie włamałam...

- Natychmiast złaź na dół! Zaraz sobie wszystko wyjaśnimy! Czy byłaś też w 

spichlerzu i w piwnicy?

- Nie... nie... och, drogi Randarze, nie bądź taki zły...

- Skąd znasz moje imię?

- Ja... ja... Ma... nie, tak zwyczajnie, wiem, nie ma znowu tak wielu katów w tych 

okolicach   -   wykrztusiła   trochę   już   opanowana.   On   też   się   uspokoił,   glos   brzmiał 

łagodniej, widział, że kobieta się boi.

- W jakiej właściwie sprawie tu przyszłaś, dlaczego ukrywasz się na moim sianie?

- Ja zamordowałam człowieka - rzekła po prostu, patrząc mu w oczy.

Randar natychmiast zrozumiał. To musi być ta dziewczyna, która uciekła z Rov, 

ta, która zamordowała swojego gospodarza i za której przyczyną chora gospodyni umarła 

na skutek szoku. - Twoje sprawy nie wyglądają dobrze - mruknął, spluwając na kupkę 

wiórów w kącie. - Wiesz chyba, co będę musiał zrobić?

Kobieta skuliła się. Wiedziała, wiedziała aż za dobrze. Ten urodziwy mężczyzna 

wcale nie wyglądał na kogoś złego czy niebezpiecznego. Gjertrud była na tyle dorosłą 

kobietą, by rozumieć, dlaczego Maria kocha go tak bardzo. Bez protestu poszła za nim.

Gdyby opowiedziała o Marii, wyznała, że żona ukryła ją za jego plecami... nie, 

nie chciała nawet myśleć, jakie by to spowodowało problemy między nimi dwojgiem. 

Gjertrud   domyślała   się,   że   przenikliwe   oczy   tego   mężczyzny   mogą   zapłonąć 

przerażająco, gdyby uznał, że go oszukano.

Niech się dzieje, co chce. Zaczynała już mieć dosyć tej nieustannej samotności na 

strychu,   niemożności   zajęcia   się   czymkolwiek.   Dzięki   Marii   uzyskała   błogosławione 

odroczenie   wyroku,   Gjertrud   pojmowała   jednak,   że   nie   może   przez   całe   życie   się 

background image

ukrywać.  A  skoro  tak,  to   niech   się  wszystko  skończy  jak  najszybciej,   nie  ściąga  na 

nikogo więcej cierpienia i nieszczęść.

Teraz wiedziała zresztą, że przed nikim innym tak chętnie nie złoży głowy na 

pieńku, jak przed tym tutaj.

Dlatego poszła za nim w ten szary wczesny poranek do nabrzeża, gdzie z własnej 

woli i bez zbędnych słów wskoczyła do łodzi.

Podróż minęła szybko, zaledwie dwie godziny później Randar wracał do domu, 

oddawszy Gjertrud ludziom lensmana.

Wieczorem opowie o wszystkim Marii. Nie chciał jej niepokoić bez potrzeby, nie 

chciał mówić, że miała w swojej zagrodzie morderczynię, a tymczasem sypiała spokojnie 

i czuła się bezpieczna...

I Sunniva!

Pomyśleć, co by było, gdyby to Sunniva napotkała tę obcą kobietę!

Jaki szok dla dziecka!

Dobrze się stało, że obudziłem się dzisiaj tak wcześnie, myślał.

Sunniva   ocknęła   się   dopiero,   kiedy   dzienne   światło   zapanowało   na   dobre. 

Oszołomiona usiadła na łóżku, coś było nie tak jak zawsze.

Zwykle budziły ją ciche, sympatyczne odgłosy krzątaniny matki, która zawsze 

wstawała pierwsza.

Teraz wszędzie panowała cisza. Nawet głodne zwierzęta się nie odzywały. Ktoś 

widocznie musiał je nakarmić.

Pewnie mama wymknęła się cichutko z domu, by jej nie budzić. Jak przyjemnie 

jest leżeć w ciepłej pościeli i po prostu leniuchować!

Ogień na palenisku już płonął, woda w kociołku gotowała się i rozpryskiwała na 

wszystkie strony.

Uff, mimo wszystko trzeba się podnieść, żeby odstawić kociołek z ognia.

Sunniva wsunęła stopy w skórzane pantofle przy łóżku i owinąwszy się derką, 

poczłapała w stronę paleniska. Przestawiła kociołek i natychmiast wróciła do ciepłego 

posłania.

Leżała, powoli zapadając w drzemkę, nie chciała wstawać i ubierać się, dopóki 

matka nie wróci z obory. Wkrótce zasnęła znowu głęboko.

background image

W jakiś czas potem Maria zerwała się i oszołomiona snem usiadła na posłaniu 

słysząc, że serce tłucze się gwałtownie w piersi.

Słaby promyk dziennego światła przenikał przez zamknięte okiennice.

Zaspała!

Gdzie Randar?

W całym domu panowała cisza, czy tamci dwoje wstali i wyszli?

Ale dlaczego jej nie obudzili?

Zerwała   się,   wyskoczyła   z   łóżka   i   pospiesznie   naciągnęła   na   siebie   lodowate 

ubranie, nie miała czasu, by je potrzymać chwilę w ciepłym łóżku i ogrzać, jak to zwykle 

robiła.

W izbie Sunniva ciągle spała!

Ale na palenisku płonął ogień, kociołek z wodą został odsunięty na bok, chociaż 

nikt nie wyjął jedzenia i nie przygotował śniadania.

Czym Randar zajmuje się tak wcześnie?

Widocznie obrządził zwierzęta, bo w obejściu jest cicho.

Lodowały lęk przeniknął Marię.

Boże   drogi,   on   chyba   nie   odkrył   Gjertrud?   Jeśli   się   na   nią   natknął,   to   mógł 

pomyśleć, że złapał złodziejkę.

Och, nie, żeby jej tylko nie zrobił krzywdy!

Nie mógł przecież wiedzieć...

Maria wciągnęła pośpiesznie buty i pobiegła do obory. Wspięła się po drabinie, 

nie miała odwagi wołać przyjaciółki po imieniu, Randara nigdzie nie było widać.

Siennik był pusty, pościel leżała odsunięta na bok. Gjertrud zniknęła.

W skrzynce przy łóżku stało jedzenie.

Co się stało?

Maria zeszła na dół, zawołała Randara. Nikt jej nie odpowiedział.

Dopiero teraz zobaczyła, że przy nabrzeżu nie ma lodzi.

Randar popłynął do wsi.

Prawdopodobnie po to, by przekazać Gjertrud lensmanowi. jak on mógł!

Oczy Marii napełniły się łzami wściekłości, rozpacz i rozczarowanie piekły ją w 

piersiach. Czułość ostatniej nocy zastępował powoli zimny, niebezpieczny gniew na tego 

background image

nic nie rozumiejącego mężczyznę.

Czy naprawdę zabrał stąd jej przyjaciółkę, posiał ją na śmierć, nie mówiąc żonie 

ani słowa?

Maria   oczyma   wyobraźni   zobaczyła   Gjertrud,   tę   drobną,   dzielną   kobietę,   jak 

klęczy przed Randarem. Musiała go błagać, składać swoje życie w jego ręce.

Ale on nie miał dość miłosierdzia, by jej pomóc.

Może nie miałby go nawet dla własnej żony?

Uznałby z pewnością, że Maria miała widocznie swoje powody, by przez wiele 

tygodni dawać schronienie poszukiwanej kobiecie.

Teraz zrozumiała, że postąpiła właściwie, ukrywając wszystko przed mężem.

A tymczasem ona nie ujawniała tajemnicy, bo chciała mu oszczędzić trudnego 

dylematu. Jakże była głupia!

Okazuje się, że on nie ma żadnych dylematów. Okazuje się, że bardzo dobrze wie, 

komu winien jest lojalność.

Poświęci uczucia żony dla zimnych wymagań sprawiedliwości.

Randar raz jeszcze stanął po niewłaściwej stronie!

Maria   płakała   i   zgrzytała   zębami,   rozgoryczona   zaciskała   pięści   i   czuła,   że 

rozpacz z powodu losu Gjertrud odbiera jej wszelką siłę.

- Czy nie mogłeś zaczekać, naprawdę nie mogłeś? Naprawdę tak lubisz patrzeć, 

gdy ludzie konają u twoich stóp? Takie to dla ciebie ważne, by widzieć wciąż nowe 

odpadające głowy? Powiadasz, że nienawidzisz swoich obowiązków, ale jednocześnie to 

ty pomagasz ludziom króla, by chwytali jak najwięcej biednych nieszczęśników, to ty 

pomagasz, żeby się wykrwawiali wobec tego, co nazywasz sprawiedliwością! Niczym się 

nie   różnisz   od   spragnionego   krwi   rosomaka,   jesteś   podstępnym,   nieobliczalnym 

mordercą!   Ostry   głos   Marii   kaleczy!   boleśnie   jego   duszę,   choć   Randar   wiedział,   że 

brutalne słowa dyktował jej gniew i bunt. Rozum jej się mącił, był o tym przekonany, nie 

mogła tak o nim myśleć.

Czuł się niczym trędowaty, kiedy tak stał pochylony we własnej izbie, bez żadnej 

ochrony wobec nienawistnych słów, lecących na niego niczym grad, i to z dwóch stron.

I Sunniva, i Maria płakały i rozpaczały, obie posyłały mu spojrzenia, od których 

najchętniej zapadłby się pod ziemię.

background image

Nie   dopuściły   go   do   głosu,   dopóki   nie   wykrzyczały   wszystkich   strasznych 

oskarżeń i nie pogrążyły się w cichym rozpaczliwym płaczu.

Bogu dzięki.

Teraz on może zacząć się bronić.

I powiedział wszystko, co myślał... dlaczego, na miłość boską.

Gjertrud ani słowa mu o niczym nie wspomniała? Dlaczego nie wyjawiła, że to 

Maria   ukryła   ją   na   sianie,   przynosiła   jej   jedzenie   i   dbała   o   bezpieczeństwo,   dopóki 

władze wysyłały ludzi na poszukiwania zbiegłej morderczyni?

Randar potrząsał głową, jakby chciał ulokować myśli na właściwym miejscu. Od 

czego powinien zacząć? jak to wszystko wyjaśnić?

Odniósł przecież niejasne wrażenie, że ta kobieta pragnęła położyć kres swojej 

ucieczce, że chciała wyjść na spotkanie sprawiedliwości z tą samą chłodną odwagą, która 

pchnęła ją do walki z gwałcicielem.

Tak, Randar wierzył w prawdziwość jej historii.

Ale   równie   dobrze   jak   ona   wiedział,   że   to   nic   nie   pomoże,   kiedy   sędziowie 

zasiadający na wysokich ławach zaczną roztrząsać jej sprawę.

Może uda jej się zachować życie, może skończy się dożywotnim więzieniem. A 

może sędziowie uznają, że wystarczy chłosta. Ale może też zostać zesłana do ponurego 

obozu rybackiego daleko na północy kraju, skąd jeszcze nigdy żadna kobieta żywa nie 

wróciła do domu.

Najbardziej prawdopodobny jest jednak wyrok śmierci. Zabójstwo to poważna 

sprawa.

I nikt nie będzie jej traktował łagodniej tylko dlatego, że jest kobietą. Zwłaszcza 

że Gjertrud to biedna, pochodząca z komorniczej rodziny dziewczyna, a ten, którego 

zamordowała,   posiadał   zagrodę   i   ziemię...   Takie   rzeczy   bierze   się   pod   uwagę.   Bo 

przecież... gdyby tak każda zgwałcona dziewczyna chciała odbierać życie swojemu panu, 

to wsie zaczęłyby się wyludniać.

Randar delikatnie przytulił do siebie Marię, drugą ręką objął Sunnivę. Serce by 

mu pękło, gdyby one obie odwróciły się od niego. Ja przecież nie wiedziałem... nawet mi 

do  głowy nie  przyszło,  że  wy  ją  znacie.  Myślałem,   że  wślizgnęła  się  tutaj   i  ukryła, 

cieszyłem się, że to ja odkryłem jej obecność, że nie przeraziła żadnej z was.

background image

Maria opanowała się, pojęła, że on rzeczywiście cierpi wraz z nimi. To przecież 

jedno   wielkie   nieporozumienie.   Gjertrud   nie   błagała   go   o   życie.   Nie   odważyła   się 

wyjawić tajemnicy, nie chciała stwarzać złej krwi pomiędzy Marią i jej mężem. Cóż za 

lojalność!   Jaka   odwaga!   I   kobieta   o   takim   charakterze,   taka   dumna,   ma   być   teraz 

zaciągnięta na ting i ukarana, zamordowana za przestępstwo wcale nie większe od tego, 

którego sama była ofiarą.

-   Randar,   bardzo   mi   przykro.   Byłam   zbyt   ostra,   wiedziałam   za   mało.   Ja... 

niedobrze, że wpadłam w taką złość, ale wiesz przecież, że czasami gniew odbiera mi 

rozum.  I byłam  taka  rozczarowana... myślałam,  że wydałbyś  Gjertrud, nawet gdybyś 

wiedział, jak bardzo ją lubię...

- Nie, nie, skąd! Ona nie wspomniała ani słowem, że się znacie. Ona była... nie 

wiem, jakaś taka zimna. I nie zaprotestowała nawet jednym gestem, kiedy powiedziałem, 

że muszę wypełnić swój obowiązek i oddać ją w ręce lensmana.

Sunniva znowu zaczęła płakać.

- A teraz ona zostanie skazana na śmierć, to pewne!

- Głos dziewczynki narastał do histerii. - I to ty będziesz ją musiał zabić, Randar!

Dwie pary kobiecych oczu patrzyły na niego, jakby widziały go po raz pierwszy. 

Nigdy   w   ten   sposób   o   nim   nie   myślały,   chyba   nie   do   końca   rozumiały,   na   czym 

właściwie polega jego praca.

-   Po   raz   pierwszy   egzekucja   miała   dotknąć   je   osobiście.   I   wiedziały,   że   nie 

potrafiłyby żyć z obrazem Randara, którego topór opada na kark drogiej Gjertrud.

On widział,  jakie  uczucia  malują  się na twarzach  bliskich  mu  kobiet,  opuścił 

bezradnie ręce, pochylił głowę, jakby nie chciał patrzeć na te przenikające go na wylot 

spojrzenia. Włożył czapkę na głowę i wybiegł z domu.

O, mój Boże, w cóż to się wdał?

Został wplątany w sytuację, w której uczucia mieszały się z obowiązkiem.

Był katem, egzekutorem, człowiekiem działającym w imieniu prawa.

Ale był również mężem, kochankiem, ojczymem.

Teraz pojmował, dlaczego jego poprzednicy woleli żyć samotnie, a przynajmniej 

nie chcieli się z innymi ludźmi wiązać: uczuciowo.

Wiedział  też,   że  dłużej  tak  nie  potrafi   tkwić  na  granicy pomiędzy  miłością   a 

background image

chłodem.

Pomiędzy życiem a śmiercią.

Śmierć   była   jego   nieodstępnym   towarzyszem,   jego   sprzymierzeńcem,   jego 

nieodwracalnym losem.

Był skazany na wypełnianie swego zadania, dopóki tli się w nim choćby jedna 

iskra życia i ma dość siły w rękach, by udźwignąć katowski topór.

W dniu, gdy nie będzie już mógł tego zrobić, zostanie na niego podpisany wyrok 

śmierci.

Taką umowę zawarł ojciec Joranda.

W ten sposób zaprzedał on swoich potomków, skazał ich na nieludzką profesję.

Po raz pierwszy Randar odważył się przyznać, że on też zaprzedał swoje dzieci, 

których jeszcze nie ma, ale może kiedyś będzie miał.

Myśl o tym sprawiała mu tak niepojęty ból, że starał się ją od siebie odepchnąć. 

Może   dlatego   nigdy   się   nie   zastanawiał,   do   czego   mogą   doprowadzić   jego   miłosne 

uniesienia z Marią?

I dotychczas nic się jeszcze nie stało, Maria była tak samo szczupła w pasie jak 

zawsze. Kiedy przed wieloma laty wydała na świat bliźnięta, poród był bardzo ciężki. 

Może coś  w  niej uległo uszkodzeniu, a może  to on nie jest w stanie spłodzić  z nią 

dziecka? Dla większości mężczyzn byłoby to przekleństwo.

Dla mnie to błogosławieństwo, myślał Randar z goryczą.

Mógłby pozostać ostatnim w szeregu nieszczęśników z Meisterplassen. jeśli chce 

spełnić w życiu jakieś zadanie, jeśli jego istnienie ma mieć jakikolwiek sens, to powinien 

się postarać o przełamanie tego przekleństwa.

Gdyby okazało się konieczne, powinien złożyć za to w ofierze własne życie.

Ale jeszcze nie teraz, nie tak szybko...

Przecież dopiero rozpoczął życie z Marią!

Świadomość sytuacji jednak kładła się nieznośnym ciężarem na jego sercu, wyraz 

oczu Marii mówił mu wszystko, co powinien był wiedzieć.

Ona też nie będzie mogła dłużej z tym żyć.

Ona,   która   przez   wszystkie   swoje   dni   walczy   o   życie,   która   poświęciła   całą 

wiedzę, wszystek czas i swoje wdowie pieniądze, by ratować choćby niewielu z tych 

background image

tysięcy istot, jakie cierpią na świecie.

Ona jest tą, która wspiera życie, która rozpala gasnący żar i ratuje umierających, 

sprowadza ich dusze z powrotem do żywych, na ziemię.

Ona jest aniołem światła, nadzieją, ukojeniem.

On zaś jest samym bólem, przekleństwem, śmiercią.

background image

ROZDZIAŁ XI

Sprawę   przeciwko   Gjertrud   postawiono   przed   ringiem   jeszcze   w   tym   samym 

miesiącu. Dochodzenie nie było szczególnie skomplikowane, świadków przesłuchano już 

wcześniej. Wszystko wydawało się raczej proste i lensman nie miał ochoty utrzymywać i 

karmić więźniarki przez cały okres świąt Bożego Narodzenia. Należało kuć żelazo póki 

gorące.

29 listopada 1686 roku zapadł wyrok i sędziowie wydali go jednogłośnie.

Gjertrud Arnfinnsdatter uznano winną zabójstwa swego gospodarza, a postępek za 

szczególnie   okrutny,   ponieważ   spowodował   również   śmierć   chorowitej   żony 

zamordowanego.

Starszy syn zmarłych gospodarzy Rov stawał przed sądem i opowiadał, jak to 

Gjertrud podstępem wdarła się do domu jego ojca, jak zwabiała go do siebie, gdy tylko 

usłyszała, że posiada zagrodę i ziemię, a na dodatek jego żona choruje.

- Na pewno chciała  zmusić  go do małżeństwa,  jak tylko  matka  spocznie pod 

darnią - zapewniał dorośle wyrostek.

Sędziowie zwrócili uwagę na jego rozbiegane spojrzenie i na ręce, które nigdy nie 

leżały spokojnie. Nie mieli  jednak powodu podawać w wątpliwość jego świadectwa, 

malującego   raczej   niesympatyczny   obraz   kobiety,   siedzącej   teraz   między   ludźmi 

lensmana.

W obronie Gjertrud nie świadczył nikt. Sama też nie chciała wiele opowiadać o 

ucieczce, ani słowem nie wspomniała o tym,  że znalazła schronienie i odpoczynek u 

Marii. Dlaczego miałaby ciągnąć za sobą w nieszczęście tę przyjazną jej kobietę? Maria 

natomiast   przeżywała   poważny   dramat,   kiedy   wezwano   ją   do   złożenia   przysięgi   i 

polecono przed Bogiem i ludźmi zeznać, że nigdy nie widziała ani nie pomagała osobie, 

którą Randar później przyprowadził do wsi i postawił przed obliczem sprawiedliwości.

Wpatrywała się w podłogę, wzdragała się przed składaniem przysięgi. Sędziowie 

dziwili   się   temu,   nie   znajdowali   jednak   powodu,   by   formułować   na   tej   podstawie 

jakiekolwiek   wnioski.   Kat   spełnił   obowiązek   jak   trzeba.   I   z   pewnością   również   on 

wykona  ostatnią  czynność  w tej  sprawie,  o której przeprowadzenie  sam się postarał. 

Gjertrud   opowiedziała   swoją   historię   do   końca,   jej   proste   słowa   wywarły   wielkie 

background image

wrażenie   na   przedstawicielach   prawa.   Szczerze   i   z   podniesionym   czołem   mówiła   o 

atakach gospodarza, o tym, że co noc odwiedzał ją na strychu i gwałcił.

Musiała jednak zaprzeczyć, gdy sąd zapytał ją, czy za każdym razem stawiała taki 

sam opór.

- To się przecież i tak na nic nie zdało - szepnęła i z jej oczu popłynęły łzy.

- Dlaczego nie poszłaś do gospodyni ze swoimi kłopotami, wiedziałaś przecież, że 

zostałby ukarany za zmuszanie cię siłą do cudzołóstwa?

- Ruth... ona by nie mogła...

-   Zatem   pozwalałaś   mu   przychodzić   do   swego   łóżka   tak   często,   jak   chciał, 

ponieważ chciałaś oszczędzić przykrości gospodyni? - dopytywał się jeden z sędziów 

złośliwie. Gjertrud nie odpowiedziała, szlochała cicho.

Po chwili uniosła głowę i popatrzyła sędziom w oczy.

-   Działałam   w   obronie   własnej,   nie   mogłam   pozwolić,   by   jeszcze   raz   mnie 

zhańbił. Ścierpiałam już wiele, również od innych. Tego wieczora kielich goryczy został 

przepełniony i uderzyłam, broniąc się, nie myślałam wtedy, jakie nieszczęście może się 

zdarzyć. Zebrani ze zdziwieniem słuchali jej odważnych wypowiedzi, nie mogli jednak 

dopuścić, by do niej należało ostatnie słowo.

- Więc nie wiedziałaś, że upadek ze strychu w dół na kamienną podłogę może 

spowodować śmierć?

- To nie było tak... ja nie myślałam o morderstwie ani zranieniu. Chciałam go 

tylko odepchnąć...

- I wtedy zabiłaś. No dobrze, już to słyszeliśmy. Masz coś jeszcze do dodania?

Gjertrud   wyczuwała   niecierpliwość   w   glosie   sędziego,   wiedziała,   że   bitwa 

zostanie i tak przegrana.

Dlatego po prostu milczała, potrząsając lekko głową.

Słyszała, że gdzieś za nią płacze Maria, w ciszy rozlegał się bolesny szloch, jakby 

to nie ona, lecz Maria miała stracić życie.

Gjertrud odwróciła się.

- Nie płaczcie, kobiety! Strzeżcie się tylko, żebyście nie poszły w moje ślady! W 

milczeniu poruszajcie się po tym świecie i nie sądźcie, że jesteście coś warte! Jedyne, co 

możecie zrobić, to właściwie wychowywać waszych synów, tak aby inaczej odnosili się 

background image

do   kobiet,   kiedy   dorosną!   Pewnego   dnia   kajdany   zostaną   zerwane   i   my,   kobiety, 

będziemy   mogły   żyć   bezpiecznie   w   świecie   mężczyzn.   Obawiam   się   jednak,   że   nie 

szybko to nastąpi...

-   Dość!   Oskarżona   niech   zachowa   spokój,   nie   życzymy   sobie   tutaj   żadnych 

przemówień! Wyprowadzić ją z sali! Wyrok zostanie ogłoszony za dwadzieścia cztery 

godziny.

Wkrótce   izba   w   domu   wójta   opustoszała,   ludzie   szepcząc   pomiędzy   sobą 

opuszczali sądowe pomieszczenie, by wypić kufel piwa na rozgrzewkę.

Proces o morderstwo sprawił, że bardzo niewiele  czasu poświęcono wyborom 

nowego lensmana,  choć zwykle  wydarzenie to było  przedmiotem  wielotygodniowych 

dyskusji   i   rozważań.   Tym   razem   właściwie   w   grę   wchodził   tylko   jeden   kandydat, 

ponieważ stary lensman nie miał synów.

Nadeszła właśnie pora, by Eyliff Stedje objął urząd. Został wybrany jednogłośnie, 

choć prawdopodobne jest i to, że wielu uczestników wyborów nie wróciło do domu z 

pustymi kieszeniami. Ale sprawa o morderstwo przyćmiła okoliczności innych wydarzeń.

Była   to   prawdziwa   rozrywka,   podniecający   proces   z   wieloma   intymnymi 

szczegółami   i   opowieściami   o   kobiecym   buncie.   Ta   dziewczyna   dostanie   jednak   za 

swoje! Jej życie zawisło na włosku tak cienkim, że nie utrzymałby nawet leciutkiego 

pióra. Podniecenie we wsi długo jeszcze nie opadnie!

Nic równie dramatycznego nie zdarzyło się od czasu, kiedy Randar stawał przed 

sądem, oskarżony o podwójne morderstwo, i został uniewinniony dzięki duchowi!

Tym razem również był uwikłany w wydarzenia, lecz teraz po stronie prawa.

Klepali go po plecach, wielu zapraszało do szynku, wciąż chcieli od początku 

słuchać szczegółowych opowiadań na temat skazanej morderczyni i o tym, jak ją znalazł 

na swoim strychu na siano.

On jednak odwracał się od wszystkich i odchodził.

Maria poszła za nim, ale go nie dogoniła.

Ludzie widzieli, jak biegła w stronę brzegu, gdzie przybyli z innych stron stali w 

małych  grupkach i podnieceni  dyskutowali  ostatnie  wydarzenia.  Randar wskoczył  do 

swojej łodzi, nie odwrócił się nawet, by pomóc żonie.

Ona zatrzymała się nagle, a potem z podniesioną głową wróciła tą sarną drogą, 

background image

którą przyszła.

Widzieli   jeszcze,   że   skierowała   się   w   stronę   doliny,   a   niektórzy   opowiadali 

później, iż wiedzą, dokąd poszła.

Eyliff miał zbyt wiele poczucia godności, by biegać wśród gapiów i rozprawiać o 

nieszczęsnej morderczyni. W głębi duszy uważał, że to bardzo dobrze, iż takie kobiety 

spotyka   kara.   Mogło   się   oczywiście   zdarzyć,   że   miała   uzasadnione   powody,   by 

zbuntować się przeciw gospodarzowi Rov, ale nie można takich rzeczy puszczać płazem. 

Jest mnóstwo głupich kobiet, które chętnie poszłyby w jej ślady.

To zbyt wielkie ryzyko.

Zwłaszcza teraz, kiedy został świeżo wybranym lensmanem, nie mógł okazywać 

niezdecydowania ani słabości w tego rodzaju sprawach.

Zaprosił wójta i diakona, gospodarza z Foss, a także ludzi ze Stigen na kolację. 

Kiedy więc usłyszał, że ktoś wchodzi do sieni, krzyknął, że otwarte i że zaprasza, ale sam 

nie podniósł się i nie wyszedł im na spotkanie.

Kroki były jednak dziwnie lekkie, a kiedy drzwi się uchyliły z wahaniem, mignął 

mu w otworze czarny kobiecy czepek obramowany białą koronką.

Maria.

Gospodarz zerwał się z fotela, obciągnął kamizelkę na zbyt pękatym brzuchu, 

poprawił srebrny zegarek, by był dobrze 'widoczny.

-   Maria!   Jak   się   cieszę,   że   przyszłaś!   No   i   jak   się   czuje   świeżo   poślubiona 

małżonka? Pewnie szczęśliwa?

Uśmiechał się do niej zalotnie i chciał jej pomóc zdjąć płaszcz. Podziękowała, 

mówiąc, że woli zostać tak jak jest, otuliła się nawet szczelniej.

- Eyliff, chciałabym z tobą przedyskutować pewną sprawę... Randar nie wiedział, 

co Maria zamierza. Chodziła z twarzą zastygłą niczym maska, odpowiadała tylko krótko 

na konkretne pytania.

Rozgoryczenie   i   ból   żłobiły   głębokie   cienie   pod   jej   zawsze   tak   promiennymi 

oczyma, nawet włosy pozbawione blasku zwisały w nieładzie. Nie co dzień je zaplatała.

Sunniva   przemykała   się   pod   ścianami   niczym   przeganiany   kot,   bojąc   się 

wkroczyć na niewidzialną linię ognia, jaka zdawała się dzielić dorosłych. Dziewczynka 

zastanawiała się oczywiście, czy mama nie jest za bardzo surowa, sama nieraz chciała 

background image

podejść Randara od tylu i przestraszyć, jak to zwykła przedtem robić.

Ale teraz panowała wojna.

Lepiej trzymać się z daleka!

Randar domyślał się uczuć Marii. Wiedział, że nie będzie mogła już teraz żyć z 

tymi jego wyprawami, z makabrycznymi zadaniami, które wykonywał. Nie odważyła się 

jednak jeszcze powiedzieć tego głośno.

Wciąż starała się odwlekać to, co takie straszne, takie beznadziejne.

Nie ma, po prostu nie ma najmniejszej szansy, by uniknąć wyroku.

Jeśli Randar zerwie kontrakt, który został zawarty dwa pokolenia temu, będzie 

musiał zapłacić swoim życiem za tamto życie, które ojciec jego przybranego ojca sobie 

kupił.

Innego wyjścia nie ma i Randar zdawał sobie sprawę, że Maria o tym wie.

Będzie mogła zostać w Meisterplassen jako wdowa, gdy kat własnym  życiem 

odkupi złe dziedzictwo. Będzie wtedy mogła nabyć gospodarstwo na własność, może 

wyjdzie   za   mąż   i   będzie   miała   synów,   którzy  staną   się   tacy  sami   jak   inni   chłopscy 

synowie.

Może też zostać tu jako żona kata, w takim razie jednak musi tolerować, że on 

wciąż podąża tą straszną życiową drogą. A jeśli mu kiedykolwiek urodzi syna, będzie on 

miał obowiązek podążać tymi samymi krwawymi śladami.

Randar   nie   mógł   wiedzieć,   że   Maria   zastanawia   się   nad   zupełnie   innym 

rozwiązaniem.  Skupiła   się  w   tym  cala   jej  nadzieja,  cale  swoje  życie  złożyła   w  ręce 

Eyliffa.   Wszystko   w   jej   wnętrzu   protestowało,   instynkt   podpowiadał,   że   nie   należy 

polegać na takim człowieku, alternatywa była jednak po prostu straszna.

Maria nie mogła żyć bez Randara.

A dopóki on będzie katem, nie będzie mogła żyć z nim.

W każdym razie od chwili, gdy zobaczy, jak oddziela toporem głowę Gjertrud od 

jej ciała.

Nie może, w żaden sposób nie może pozwolić jej umrzeć, nie może zaakceptować 

wyroku ubranych na czarno mężczyzn.

Gjertrud jest jak ja, myślała Maria zbuntowana. Dumna, a mimo to nosi w sobie 

tak nieskończenie wiele bólu. Może ona też myślała jak ja kiedyś, że życie nie jest nic 

background image

warte?

Ale ja wiem, że jest do mnie podobna i że ocknie się z tego snu, będzie chciała 

żyć. Będzie żyła.

Musi   być   jakiś   sposób...   jeśli   ktoś   może   jej   pomóc,   to   tylko   Eyliff   lensman. 

Dzięki ci, Boże, za to, że on jest moim obrońcą!

Była przejęta widząc, że Randar znowu pochyla się nad robotą z nożem w ręku. 

Wiele czasu minęło od chwili, gdy siadywał tak przy ogniu i odcinał maleńkie wiórki od 

kawałka twardego drewna.

Maria była ciekawa, a zarazem smutna na ten widok, który przypominał jej lata 

dzieciństwa.

To   niebezpieczne,   bardzo   niebezpieczne   spoglądać   spoza   tej   ciemnej   zasłony, 

jaką   otuliła   swoje   uczucia.   Wiedziała,   że   wystarczy   tylko   jedno   spojrzenie,   jedno 

dotknięcie, a wszystko się w niej załamie. Miłość była taka silna, narastała w niej z każdą 

sekundą, trzeba było nieustannej walki, by utrzymać ją pod kontrolą. Musiała jednak do 

niego   podejść,   do   tej   skulonej   postaci   z   ramionami   podniesionymi   prawie   do   uszu, 

zgnębionej   i   kiwającej   się   lekko   nad   rzeźbą.   Czarne   włosy   były   niczym   zasłona 

pomiędzy jego twarzą a resztą świata. Maria miała ochotę odgarnąć je na bok.

-   Randar...   co   rzeźbisz?   Drgnął,   nie   oczekiwał   tak   łagodnego   głosu   po   wielu 

dniach gorzkiego milczenia.

Spojrzał w jej niebieskie oczy, zatonął w nich, poczuł ból w piersi ciężki niczym 

młyńskie   koło.   Ukrył   kawałek   drewna   w   dłoniach.   Ona   jednak   zdążyła   dostrzec 

zaokrąglony kształt. Połowa serca wyrastała z grubego odrąbanego polana. Było gładkie i 

śliskie, wypolerowane potem z jego rąk. Maria pogładziła drewno, miała wrażenie, jakby 

dotknęła jego serca.

- Nie możemy żyć w ten sposób - powiedziała po prostu.

- Nie. Nie możemy.

- Pozwól, że opowiem ci o Gjertrud - rzekła Maria.

- Dobrze - odparł cicho.

A kiedy Maria podniosła się, by poprowadzić go do stołu, dostrzegł przelotny 

skurcz w jej twarzy, leciuteńki cień bólu, który natychmiast przemienił się w uśmiech. 

Maria   uśmiechała   się   sama   do   siebie.   Randar   widział   też   dłoń   wspierającą   krzyż, 

background image

nieznaną ostrożność w ruchach, gdy prostowała plecy. Wtedy zrozumiał.

Ona jednak nic o tym nie wspomniała, mówiła tylko o Gjertrud.

Słyszał każde słowo, widział, jak jej wargi się poruszają, ale w głowie miał tylko 

tę jedną jedyną myśl: Maria jest w ciąży.

Jego syn jest już być może w drodze do tego świata.

Nie można zwlekać z wyborem.

Zresztą już chyba został dokonany.

Miejsce kaźni jak zawsze przyciągało ludzi.

Był luty, w powietrzu zaczynało się wyczuwać wiosnę.

Rzeki szumiały,  niebo z dnia na dzień stawało się wyższe, na suchym brzegu 

pojawiły się już niektóre wędrowne ptaki i wydziobywały ziarno, które przez całą zimę 

leżało pod lodem.

Posłańcy szli od wsi do wsi, władze zwierzchnie chciały, by wiadomość dotarła 

do ludzi. To ważne, by mieszkańcy wiedzieli, że król niczego przed nimi nie ukrywa. 

Tego rodzaju sprawy mogły też przestraszyć innych przestępców i wybić im z głowy 

grzeszne pomysły.

Dzisiaj   na   miejscu   pojawili   się   dwaj   wysłannicy   gubernatora,   mieli   odczytać 

obwieszczenie samego biskupa. Proboszcz miejscowej parafii stal między nimi, próbował 

wyglądać tak władczo i godnie jak to możliwe.

Niedawno został oszukany i przeżył zawód, przegrał zaciekłą walkę o władzę z 

gospodarzem ze Stedje. Tamten nie tylko wywrócił całą parafię do góry nogami i zmusił 

proboszcza do udzielenia tego bezwstydnego ślubu, lecz także odebrał mu przyjaciół i 

sprzymierzeńców, pozbawił go głosu, naruszył autorytet.

Bogu dzięki, że przynajmniej w tej chwili stoi obok przedstawicieli zwierzchności 

jako najwyższy reprezentant lokalnej władzy.

Randar Melsterplass nie włożył dzisiaj na głowę czarnego kaptura. Gjertrud go o 

to prosiła.

Zamienili ze sobą niewiele słów, zgiełk i hałas tłumu ludzi zagłuszał wszystko.

Dziewczyna była bardzo chuda, kości policzkowe sterczały w jej dumnej twarzy, 

włosy zostały ostrzyżone krótko, by ułatwić toporowi dostęp do szyi.

Miała jednak na sobie czyste, porządne ubranie, co Randara zdziwiło.

background image

Więźniowie   przemieniają   się   często   w   brudne   wraki   po   kilku   miesiącach 

spędzonych w jakiejś chłopskiej piwnicy albo jeszcze gorzej w domu dla wariatów w 

Bergen albo w Vik.

Gjertrud pochyliła kark, nie była w stanie przyglądać się tłumowi, nie szukała 

znajomych twarzy.

Wiadomość   o   tym,   że   podejmowane   przez   lensmana   próby   uzyskania   łaski 

zostały oddalone, dotarła do wsi przed czternastoma dniami.

Wtedy Gjertrud straciła wszelką nadzieję. Właściwie umarła w chwili, gdy się o 

tym dowiedziała.

Zdawała sobie sprawę, że lensman próbował wszystkiego, nie wiedziała tylko, z 

jakiego powodu tak robił. Chciałaby go zapytać... ale jakie to ma znaczenie?

Jedyną osobą, która zna całą prawdę, wiedziała o gwałtach, o prześladowaniach i 

atakach,   jest   ona   sama.   I   teraz   oto   stoi   przed   sądem   oskarżona   o   śmierć   swego 

prześladowcy.

Gdyby Ruth żyła...

Może, może jej świadectwo mogłoby mnie uratować?

Ale biedaczka umarła.

Nie, teraz jest nas już tylko dwoje na świecie, tylko ja i Randar.

On się do mnie nie uśmiecha, a tak bym chciała, żeby to zrobił.

Ludzie   by   się   jednak   pewnie   dziwili.   Czy   ktoś   kiedyś   widział,   by   Randar 

uśmiechał się, unosząc topór?

Dostrzegała jednak jego oczy, lśniące jak rozżarzony węgiel. Wyrażały uczucie, 

którego   nie   potrafiła   zrozumieć,   a   które   sprawiło,   że   krótkie   włosy   na   jej   karku   się 

uniosły. Po chwili pojęła. Współczucie.

Boże drogi, widzi współczucie w oczach swego kata. Żadnych łez, nie, ani śladu 

tego rodzaju sentymentalizmu. Zastanawiała się, czy wszystkie jego ofiary widziały to 

samo, tę pociechę i coś jakby rozpaczliwą prośbę o wybaczenie.

Czy to możliwe?

Czy ktoś taki jak on może w ten sposób myśleć?

Nie mogła  tego  zrozumieć,  zawsze  uważała,  że ludzie  jego profesji są silni  i 

zdyscyplinowani,   że   albo   w   ogóle   nie   posiadają   uczuć,   albo   też   potrafią   je   w   sobie 

background image

stłumić gdy trzeba.

Ale   Randar   cierpiał,   widziała   to   wyraźnie.   I   tylko   ja   to   rozumiem,   myślała 

zdumiona, podczas gdy tłum zaczął wykrzykiwać pod jej adresem wyzwiska.

Pastor uniósł dłoń, chyba po to, by uspokoić zgromadzonych.

Szczupły człowiek w mundurze rozwinął jakiś dokument, najwyraźniej zamierzał 

go odczytać.

I   rzeczywiście,   rozległy   się   słowa,   których   jednak   Gjertrud   nie   rozumiała   do 

końca, pojmowała tylko, że tamten czyta ostrzeżenie przed wszelkim buntem i gwałtem 

wobec wyżej postawionych.

Wkrótce  skończył,  a  ludzie  odepchnęli  go na bok. Wszyscy  otwierając usta i 

wytrzeszczając oczy pchali się naprzód, by dobrze widzieć kata.

On stał wyprostowany.

Po chwili ujął topór, ten wielki z szerokim, lekko zaokrąglonym i bardzo cienkim 

ostrzem topór. Zebrani wydali z siebie jęk grozy.

Kaptur leżał na ziemi.

Obok pnia stał koszyk.

Ziemia wokół została pokryta iglastymi gałązkami, tak by krew nieszczęsnej nie 

spływała na ziemię i nie bezcześciła jej.

Teraz   nadeszła   kolej   pastora.   Mamrotał   pod   nosem   jakieś   niezrozumiałe 

modlitwy, prawdopodobnie chciał sprawić, by dusza umierającej nie wróciła na ziemię i 

nie czyniła szkody swoim sędziom.

Gjertrud poczuła, że ktoś uderzył ją w plecy, została popchnięta w stronę pieńka. 

Zmuszono ją, by uklękła, a kiedy się opierała, podcięto jej nogi.

Poczuła pod policzkiem twarde drewno, nie miała włosów, w których mogłaby 

ukryć twarz. Zacisnęła powieki, śmiertelnie przerażona zaniosła się szlochem, teraz nie 

mogła już mieć najmniejszej nadziei.

Płuca nie chciały już nabrać życiodajnego powietrza, zacisnęła wargi, serce tłukło 

się w piersi w dzikim proteście przeciwko temu, co miało się stać.

Nie chciała krzyczeć, chciała umrzeć, zachowując resztki godności.

Ludzie wokół wstrzymali dech, niektóre matki zasłoniły na tę decydującą sekundę 

swoje dzieci.

background image

Gjertrud słyszała jedynie szum w uszach, który dochodził skądś z jej wnętrza, był 

to pewnie jej własny strach.

Nagle dotarły do niej inne dźwięki.

Ludzie wołali!

Usłyszała   dziwne   szepty   kobiet,   jakby   stłumione   okrzyki   zaskoczenia,   czyjeś 

stopy zaczęły się poruszać, tupać niecierpliwie.

- Patrzcie! Co on robi? Co to znaczy? Czy on nie...?

Tłum ponownie ogarnęło wzburzenie, co się właściwie dzieje?

Gjertrud odważyła się leciuteńko unieść głowę znad twardego pnia.

Bała się otworzyć oczu, lecz ciekawość zwyciężyła.

Spodziewała się, że zobaczy jedynie czarną pelerynę kata, lecz stwierdziła, że nic 

nie przesłania jej widoku.

Ludzie już nie na nią teraz patrzyli, spojrzenia wszystkich kierowały się ponad jej 

głową ku temu samemu punktowi, jakby tłum był jakimś potworem o setkach par oczu.

Odwróciła się z wolna, kark bolał ją tak, jakby już został dotknięty toporem.

Randar stal ledwie parę łokci dalej.

Miał   na   sobie   tylko   koszulę,   luźne   rękawy   zwisały   swobodnie.   Widok   był 

przerażający. Kat stał jak skamieniały.

Czarna peleryna leżała u jego stóp, kaptur również. Obok zwinięta długa lina, na 

ziemi obok pieńka spoczywał też ciężki worek.

Topór natomiast leżał u stóp najstarszego sędziego.

Czy to Randar go tam położył? I dlaczego?

Nie miała  czasu, żeby się nad tym  zastanawiać,  poczuła,  że czyjeś  silne  ręce 

unoszą ją i pomagają stanąć o własnych siłach. Ciągnięto ją przez niemal histerycznie 

wyjący tłum z powrotem do piwnicy, w której spędziła pięć ostatnich dni w oczekiwaniu 

na egzekucję.

background image

ROZDZIAŁ XII

Maria nigdy przedtem nie widziała egzekucji.

Instynkt   podpowiadał   jej,   że   im   mniej   wie   o   życiu   Randara,   tym   lepiej.   Nie 

chciała, by coś kładło się cieniem na obraz jej drogiego, czułego kochanka.

Świadomość,   czym   on   się   zajmuje,   pozostawała   przez   długi   czas   odległym, 

martwym faktem.

Ale oczywiście dręczyło to Marię.

Z całą siłą groza jego zajęcia wybuchnęła, kiedy wydano wyrok na Gjertrud i 

dziewczyna miała zginąć od topora Randara.

Wielokrotnie przedtem, kiedy wyprawiał się w swoje mroczne podróże, żegnała 

go z drżeniem, ale starała się odsunąć od siebie złe myśli.

Nigdy jednak nie uświadomiła sobie do końca, jak bardzo jest to okrutne.

Że też ludzie mogą z własnej woli się temu przyglądać, stoją na placu kaźni jak 

urzeczeni,   oszołomieni   widowiskiem!   Że   też   matki   zabierają   ze   sobą   dzieci,   jakby 

chodziło o jakąś rozrywkę, taniec albo wyścigi!

Maria nie mogła tego pojąć.

Sunnivy nie było na placu, została z innymi dziewczętami w Stedje.

Pewnie zabrała się tam do jakiejś pracy. To dziecko było zdumiewająco odporne 

na   wszystkie   wydarzenia,   Maria   była   bliska   gniewu,   kiedy   patrzyła   na   akceptujący 

wydarzenia spokój córki.

Wiedziała jednak, że droga Sunnivy przez życie będzie łatwiejsza niż jej własna 

właśnie ze względu na ten spokój.

Ona  sama  stała  pośród tłumu,  ale  nie uczestniczyła  ani  w  rozmowach,  ani  w 

nawoływaniach.

Widziała tylko Randara. Niczym cień w głębi groty.

I Gjertrud, którą brutalnie rzucono na kolana przy katowskim pniu.

Randar stał odwrócony plecami, a potem podniósł topór z ziemi.

Na moment odwrócił się i spojrzał w jej stronę, odnalazł w tłumie jej niebieskie 

oczy, popatrzył w nie jakoś dziwnie, jakby przesyłał w powietrzu gorący strumień wprost 

do jej serca. Ona stała niczym słup soli, czuła, że nagle wszystko uległo zmianie.

background image

Randar podszedł odważnie do głównego sędziego, tego, który miał obowiązek 

potwierdzić, czy wyrok wykonano zgodnie z prawem. Stał tam również Eyliff, obok nich 

proboszcz i jeden z wysłanników gubernatora.

Randar złożył topór u stóp sędziego.

W ciszy słychać było dźwięk jego słów. Morze ludzi wokół Marii zakołysało się.

Pomruki zdziwienia przybierały na sile, ludzie mówili coraz głośniej, zaczynali 

krzyczeć.

Zgiełk narastał w miarę, jak dostrzegali, iż kat zwinął czarną pelerynę i umieścił 

ją na ziemi obok leżącego już tam kaptura. Na tym samym miejscu złożył zwiniętą linę. 

A potem jeszcze worek, zawierający bicz do wymierzania chłosty, mniejszy topór, jakieś 

haki i żelaza, o których Maria nie odważyłaby się nawet myśleć.

- On jej nie chce zabić - powiedziała półgłosem sama do siebie.

Wokół niej narastał chaos, ludzie wołali i krzyczeli, oczy wszystkich płonęły z 

przejęcia.

- On nie chce! - zawołały usta Marii i to właśnie te słowa sprawiły, że ocknęła się 

z   oszołomienia.  Stopy same   poniosły  ją  w  stronę   Randara,  łokcie   uderzały  twardo  i 

brutalnie w ciała ludzi stojących jej na drodze.

W końcu do niego dotarła, rzuciła mu się na szyję w wielkiej radości. Ale on stał 

nieporuszony, jak martwy. Wtedy Maria pojęła.

Na moment zapomniała,  co to wszystko  oznacza. Randar podpisał właśnie na 

siebie wyrok śmierci. Uratował jedno życie, odmawiając wykonania swego obowiązku, 

ale   musi   za   to   zapłacić   swoim.   A   gdyby   miał   jeszcze   jedno,   odebrano   by   mu   oba. 

Odmawiając   bowiem   ścięcia   skazanej,   musi   zapłacić   za   nędzne   życie   mordercy   z 

Meisterplassen, tamtego pierwszego kata, który wykupił się od śmierci. Zarazem jednak 

Randar uwalniał zarówno zagrodę, jak i rodzinę od przekleństwa.

Maria spojrzała  przez  ramię  i  stwierdziła,  że  ludzie  lensmana  otrząsnęli  się z 

szoku i gotowi są wykonywać swoje obowiązki, by przywrócić spokój. Rozpędzili tłum, 

Gjertrud została z powrotem odprowadzona do piwnicy, a teraz zbliżali się do Randara z 

kajdanami w rękach.

- Nie! Nie! Nie róbcie... Ale został jej odebrany, sam Eyliff przytrzymał szarpiącą 

się   Marię.   Miotała   się,   tłukła   go   pięściami,   nie   zdawała   sobie   sprawy,   że   jej   ostre 

background image

paznokcie zostawiają czerwone slajdy na twarzy Eyliff a. Lensman jednak nie puszczał, 

usiłował powstrzymać gorączkowe ciosy obejmując ją, jakby była jego ukochaną córką.

-   Cicho,   Maria   -   szeptał   jej   wprost   do   ucha.   -   Takim   zachowaniem   mu   nie 

pomożesz.

W końcu rozsądek wziął górę i protesty ucichły, wtuliła twarz w ubranie Eyliffa. 

On wspierał ją serdecznie, prowadził w kierunku zagrody koło kościoła.

Tam skierował się do małego pokoiku, posadził Marię w fotelu, a sam usiadł na 

krześle pod ścianą.

- Masz wielkie szczęście, moja droga. Popatrzyła na niego, jakby był szalony.

- Naprawdę zostałaś wybrana. Niewiele kobiet jest tak kochanych jak ty!

Umilkł na chwilę, wyjął z kieszeni fajkę, była już nabita. Jakieś przemyślne małe 

narzędzie sprawiło, że tytoń zaczął się żarzyć. Powoli fajka rozpalała się. Marię zdziwiło 

to nieznane urządzenie do krzesania ognia.

- Ale on też ma szczęście. To prawda, że sprawy wyglądają nie najlepiej, ale 

dopóki życie trwa, dopóty jest nadzieja.

- Nadzieja? Dla Randara chyba nie ma już żadnej nadziei? On został skazany co 

najmniej dwukrotnie.

Eyliff pykał fajkę, rozkoszował się dymem.

-   Miałbym   ochotę   zająć   się   tą   sprawą   -   powiedział.   -   Minęło   ponad   sto 

pięćdziesiąt lat od chwili, gdy po raz ostatni kat odmówił sprawowania swojej służby. A 

ta sytuacja i tak jest wyjątkowa. Wiem, że ty sama byłaś wmieszana... Maria nie widziała 

powodu, by zaprzeczać.

Na nic by się wprawdzie nie zdało, gdyby świadczyła na korzyść Gjertrud, ale 

sama z pewnością nie uniknęłaby surowej kary, gdyby wyszło na jaw, że mimo wszystko 

ją ukrywała.

-   Ale   teraz...   teraz   wszystko   wygląda   inaczej.   lensman   pogładził   swoje   gęste 

wąsy.

- Gjertrud zostanie prawdopodobnie uwolniona, jeśli stare prawa mają jeszcze 

jakieś znaczenie. A w takim razie nikt, kto jej pomagał, nie może zostać ukarany.

Maria poczuła, że ogarnia ją szalona nadzieja, jej bystry umysł natychmiast pojął 

rozumowanie Eyliffa.

background image

- Chcesz przedstawić sądowi sprawę Randara! I chcesz przekonać sędziów, że jest 

on podwójnie szlachetny,  ponieważ chciał  ofiarować swoje życie  za kogoś, kto jego 

zdaniem został niesprawiedliwie osądzony!

- Wierzę, że istnieją sędziowie, którzy zechcą zająć się taką sprawą i protestem 

kata przeciwko złemu systemowi.

- Mój Boże, czy coś takiego jest możliwe? I czy... czy Randar zostałby uwolniony 

od obowiązku katowskiej służby, jeśli wyjdzie z życiem z tej całej sprawy?

- No, no, nie żądaj za wiele od razu. Czy nie wystarczy ci, że zachowasz go przy 

życiu, a na dodatek jeszcze Gjertrud zostanie uratowana?

Maria   spuściła   wzrok,   zawstydziła   się.   Potem   znowu   zwróciła   twarz   ku 

lensmanowi.

Jej hipnotyzujący głos sprawił, że mężczyzna poczuł dreszcz na plecach.

-   Ja   go   kocham,   wiesz   o   tym.   Ale   jeśli   uratujesz   mu   życie   i   na   dodatek 

przyszłość...   to,   to   dopóki   świat   trwa,   nic   ze   strony   naszego   rodu   nie   zostanie   ci 

odmówione. Eyliff nie do końca wiedział, czy może wierzyć w to, co obietnica zdawała 

się zawierać.

Ale jej wargi odzyskały znowu dawną barwę, a oczy ożyły.  Wyciągnęła rękę, 

lensman sądził najpierw, że chce się pożegnać. Tymczasem ona dotknęła jego palców, 

którymi   trzymał   fajkę.   Odebrała   mu   ją,   włożyła   do   ust,   przymknęła   oczy,   gdy   dym 

dotknął podniebienia.

Pociągnęła jeszcze dwa czy trzy razy i oddała mu fajkę. Eyliff siedział z dziwnym 

uczuciem, że zawarli jakiś pakt. I zdawał sobie w pełni sprawę, że nie istnieje nic, czego 

byłby w stanie odmówić tej czarującej kobiecie.

Maria   opuściła   dwór,   chciała   odnaleźć   Randara.   Gdzie   oni   go   trzymają?   Czy 

pozwolą jej z nim porozmawiać? Co się dzieje z Gjertrud? Kiedy będzie wiadomo, jakie 

skutki odniosło dziwne zachowanie kata?

Ludzie rzucili się na nią, chcieli się czegoś dowiedzieć, dopytywali się, co wie. 

Co sprawiło, że Randar złożył swój topór u stóp sędziego?

Uśmiechała   się   do   nich   przelotnie,   wyglądała   na   bardzo   zaaferowaną,   ludzie 

potrząsali głowami.

Czy żona kata też została zarażona jakąś dziwną chorobą?

background image

Widzieli,   jak   pobiegła   do   zagrody   wójta,   gdzie   zatrzymali   się   ludzie   króla   i 

sędziowie.

Czy zamierza prosić o darowanie życia mężowi?

To się z pewnością na nic nie zda.

Jaka   tragedia!   Ile   wiadomości!   Niektórzy   płakali   nad   losem   pięknej   Marii 

Meisterplass,   z   którą   przez   krótki   czas   się   znali.   Inni   cieszyli   się  tylko   z   napięcia   i 

zamieszania,   ze   wszystkiego,   co   odmieniało   dzień   powszedni,   a   co   przyjmowali   z 

otwartymi ramionami niczym cenny skarb. jeszcze tego samego wieczoru wiadomości na 

temat wydarzeń znalazły się w drodze w głąb fiordu.

Pewien ubrany na brązowo, nikomu nie znany człowiek siedział w swej samotnej 

łodzi. Obserwował wydarzenia, by zdać z nich sprawę swojemu zleceniodawcy w Lyster.

Luty przeszedł w marzec, marzec w kwiecień, a Gjertrud wciąż siedziała przykuta 

żelaznym łańcuchem do belki w piwnicy wójta.

Nikt nie potrafił powiedzieć, jaka czekają przyszłość.

Sytuacja Randara wyglądała nieco lepiej, wyszedł na wolność w kilka dni po swej 

niesłychanej   demonstracji.   lensman   Eyliff   sam   zajął   się   jego   sprawą,   to   on   nakłonił 

pisarza, by zwolnił tymczasem oskarżonego.

Eyliff   dobrze   wykorzystywał   czas,   znalazł   różne   dojścia   i   tajne   drzwi,   został 

wysłuchany w różnych biurach i na korytarzach bergeńskiego ratusza.

Zdołał   wzbudzić   zainteresowanie   twórców   prawa   dla   tej   niezwykłej   sprawy   i 

doprowadził   do   tego,   że   sam   królewski   kanclerz   prosił   o   wyjaśnienie   problemu 

prawnego, jaki ona nasuwała.

Nowe   wiatry   wiały   ostatnio   nad   krajem,   zaczynały   się   rozprzestrzeniać   nowe 

myśli.

Uciśnieni powstawali przeciwko zwierzchniej władzy, działo się tak w różnych 

częściach   kraju,   prawa   uciskające   najsłabszych   i   pozbawiające   ich   opieki   były 

powszechnie krytykowane, a nawet zmieniane.

Eyliff radował się tą grą sił, którą sam uruchomił. Nie wystarczały mu już teraz 

drobne potyczki z proboszczem, bycie królem we własnej wsi nie dawało takiego jak 

dawniej zadowolenia. Chciał sięgać dalej, pragnął poznać niewidzialne nici, które dzięki 

jego bogactwu i silnej osobowości mogłyby wiązać ręce i serca innych ludzi.

background image

Ale młyńskie koła przemian obracały się irytująco powoli, w sprawie Randara nie 

wydarzyło się nic, chociaż minęła i Wielkanoc, i Zielone Świątki.

Poła zdążyły się już pokryć pierwszą wiosenną zielenią, kiedy nareszcie z Bergen 

nadeszła wiadomość.

Oskarżenie Gjertrud miało zostać rozpatrzone ponownie, albowiem kat dostarczył 

nowych danych. Jeśli się zatem okaże, że odmówił wykonania swego obowiązku, by 

ratować niewinne życie, to sam nie powinien także być za to ukarany. W nowym procesie 

żona kata powinna zeznawać jako świadek, obiecano jej jednak nietykalność.

Wysoko   postawieni   panowie   rozumieli   bowiem   bardzo   dobrze,   że   kat   nie 

pozwoliłby zeznawać swojej żonie, gdyby wiedział, że ryzykuje życie. Tak daleko nie 

posunąłby się żaden nawet najsprawiedliwszy człowiek po to, by ratować niesłusznie 

osądzoną obcą kobietę!

Kiedy nadszedł wyznaczony dzień, do Sogndal ciągnęły jeszcze większe potoki 

ludzi niż poprzednim razem.

Pośród   tłumów,   zgromadzonych   na   wzgórzu   przed   kościołem,   znajdowało   się 

również pięciu ludzi z Lyster.

Dwaj z nich ukłonili się, kiedy Maria ich mijała, dostrzegali jej ciężki chód oraz 

wydatny   brzuch   rysujący   się   pod   chustką.   Była   równie   piękna,   może   nawet   jeszcze 

piękniejsza niż ją zapamiętali z czasów, kiedy nosiła pod sercem dziecko Mogensa.

Cóż to za niezwykła kobieta!

Jeden z tych ludzi obserwował szczególnie uważnie, z kim Maria przyszła, jak się 

zachowuje.

Żałował, że nie  znalazł  miejsca  w prowizorycznej  sali sądowej, ale tam ławy 

zostały zajęte do ostatniego miejsca. Ludzie tłoczyli się również w sieni, deptali sobie 

nawzajem po palcach i wyciągali szyje.

Nie chcieli utracić ani jednego słowa.

Proces zajmie z pewnością wiele dni...

Ale ziarno znajdowało się już w ziemi, kapusta została posadzona, a wszędzie w 

chlewach stały nowo narodzone jagnięta i jedyne, czego potrzebowały, to znaleźć drogę 

do życiodajnego matczynego mleka.

Chłopi   mieli   właśnie   chwilę   oddechu,   dopiero   gdy   nadejdą   sianokosy,   trzeba 

background image

będzie wrócić do ciężkiej pracy.

Ale doznali rozczarowania.

Zeznania   Marii   zostały   spisane   na   papierze   i   nie   odczytano   ich   publiczności. 

Sędziowie podawali je sobie z ręki do ręki, tym razem zresztą sędziowie byli zupełnie 

obcy.

Jeden z nich, szacowny bergeńczyk o małych przenikliwych oczkach, odczytał 

sprawozdanie   z   poprzedniego   posiedzenia   sądu   i   podsumował   wydarzenia,   które 

doprowadziły do ponownej rozprawy.

Zakończył  swoje wystąpienie modlitwą, by Bóg zer chciał pomóc świadkom i 

sędziom w podjęciu sprawiedliwego wyroku.

Przedstawienie się rozpoczęło, ale nie doprowadziło do żadnego dramatycznego 

przesilenia. Chłopi niewiele pojmowali z ciężkiego, pokrętnego języka, to była sprawa 

raczej dla twórców prawa i tych, którzy rządzą społeczeństwem. Chodziło tutaj o zasady, 

o interesujące tradycje prawne, o przypadek, a nie o osobę. Los Gjertrud był roztrząsany i 

analizowany przy użyciu suchych prawniczych formułek i zwrotów.

Kiedy zaś sędzia wygłaszał mowę końcową, tylko niewielu zebranych pojęło, o 

co tak naprawdę chodzi.

Do zebranych dotarło tylko, że Gjertrud ma być uwolniona. Co prawda została 

skazana,   na   to,   że   przez   trzy   niedziele   ksiądz   będzie   z   ambony   wypominał   jej 

przestępstwo, a poza tym miała zostać służącą u ludzi, którzy będą w stanie zająć się jej 

moralnym wychowaniem i czuwaniem nad jej życiem.

Została   ponadto   skazana   na   symboliczną   karę   grzywny   w   wysokości   dwóch 

talarów, które mogła spłacać ratami w ciągu dziesięciu lat. Jest przecież tylko biedną 

służącą i z pewnością nie podołałaby szczególnie ciężkim zobowiązaniom.

Randar   Meisterplass   musiał   zapłacić   dziesięć   razy   wyższą   grzywnę.   Gjertrud 

jednak miała służyć właśnie u niego, była to zapłata za jego szlachetny postępek. Tak 

więc będzie służącą u Marii i Randara, sędzia uważał, że to trochę niezwykłe, ale z 

drugiej strony był rad, że pozbawiona rodziny podsądna zajmie się pożyteczną pracą i nie 

będzie   przyczyniała   społeczeństwu   dalszych   wydatków,   nie   stanie   się   jedną   z   tych 

błądzących po drogach żebraczek.

W końcu pozostała do rozpatrzenia tylko sprawa ta. Czy można uwolnić go od 

background image

obowiązków?

Szukano   długo   w   zakurzonych   starych   archiwach,   w   sądowych   protokołach   i 

pismach   lensmanów.   Nikt   jednak   nie   znalazł   tego   kontraktu,   który   zdaniem   samego 

Randara wiązał go z tą służbą do końca życia.

Sędzia   wykorzystał   całą   swoją   wiedzę,   ale   nie   mógł   znaleźć   ani   jednego 

paragrafu, który by nie pozwalał uwolnić Randara ze służby.

Po prostu chyba w ogóle prawo nic na ten temat nie mówi...

Dlatego   zdecydował   się   spełnić   żądanie   Randara.   Kazał   mu   jednak   zapłacić 

wysoką cenę za zerwanie umowy i jeszcze wyższą za zagrodę, która w ciągu ostatnich 

stu lat była własnością Korony i domem Mistrza.

Rozczarowani ludzie rozchodzili się do domów.

Oczekiwanie niezwykłych wydarzeń tliło się w nich przez całą wiosnę, wszyscy 

chętnie dmuchali na ten żar, tylko o tym szeptano po domach i zagrodach. To był temat 

wszelkich rozmów, niewyczerpany i nieprawdopodobnie podniecający.

A teraz było po wszystkim, ledwie minęło parę godzin.

Ci   eleganccy   uczeni   panowie   z   Bergen   wywrócili   do   góry   nogami   historię   i 

tradycje swymi suchymi wyjaśnieniami.

Nie przytoczono ani jednego świadectwa. Nikt się nie załamał.

Nawet twarze Marii i Randara nie wyrażały niczego, oboje siedzieli bez ruchu 

wsłuchani w dyskusję, Maria sprawiała wrażenie, że z łatwością śledzi trudne słowa i 

zwroty, jakimi przerzucają się ubrani na czarno, godni panowie.

Tylko Gjertrud raz ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem, gdy nie była 

już w stanie spokojnie znieść znaku danego jej przez Marię.

Ale i ona szybko się opanowała, pisarz nie lubił takich kobiecych szlochów w 

sądowej sali. I nie miało najmniejszego znaczenia, że sala jest właściwie pomieszczeniem 

na siano, teraz sama bogini prawa uświęcała prymitywne wnętrze.

Randar   pomógł   Marii   opuścić   dom,   ledwie   się   ukłoniła   łaskawym   panom   za 

ciężkim stołem w podzięce. Wybaczyli  jej z pewnością, że nie pochyliła  się głębiej, 

widzieli jej stan i zdawali sobie sprawę, że to również miało na nich wpływ.

W progu stał jakiś mężczyzna, który nie usunął się na bok, gdy Maria i Randar go 

mijali.

background image

Maria   spojrzała   ze   zdziwieniem   w   bladą,   pomarszczoną   twarz,   zielone   oczy 

nieznajomego coś jej przypominały. Czyżby spotkała go już kiedyś przedtem?

Nie mogła sobie jednak przypomnieć, nie była zresztą w stanie zastanawiać nad 

tym dłużej.

Nie teraz, nie w tej dziwnej chwili.

Nie teraz, kiedy wszechogarniająca ulga poczęła wypełniać jej ciało.

Tamten człowiek jednak nie spuszczał z niej wzroku, dopóki nie zniknęła poza 

obejściem. Dziwiło go, że ta piękna, dobra kobieta wzbudza tyle nienawiści u proboszcza 

i jego małżonki.

Poczuł niemal wyrzuty sumienia, że sprzedaje swoje informacje panu Revelinowi. 

Nie wiedział, co pastor planuje, domyślał się jednak, że to nic przyjemnego. Uff, żeby się 

tylko nie wplątać w jakieś głupstwa.

A ta Maria ma z pewnością i tak z czym  walczyć, jeśli dobrze pojął całą jej 

historię.

Napięcie wielu miesięcy rozpłynęło się tak mało dramatycznie, że Maria ledwo 

mogła w to uwierzyć.

Eyliff musi mieć więcej władzy, niż sądziła.

A może to inna władza okazała jej swoją łaskę?

Mrużyła   oczy   oślepiona   ciepłym,   przyjaznym   wiosennym   słońcem.   Świeżo 

pachniało urodzajną ziemią. Mewy krzyczały nad brzegiem, starały się odpędzać dzieci 

wybierające im jaja z gniazd. Ale dla Marii walka była skończona.

Ostateczny   cel   został   osiągnięty.   Teraz   nadchodzi   czas   odpoczynku,   czas 

spokojnych wieczorów i rozmów o przyszłości. W końcu będzie mogła pogrążyć się w 

przypominającym drzemkę stanie, w jaki często popadają kobiety pod koniec ciąży.

Oczekiwała dziecka nie wcześniej niż za trzy miesiące, jeśli jej obliczenia okażą 

się słuszne.

Dobrze pamiętała uczucia z nocy poślubnej, była pewna, że ją nie zawiodły, że to 

właśnie to życie zostało wtedy poczęte.

Randar sam odkrył tajemnicę, Maria zrozumiała to w tej samej sekundzie, gdy 

odłożył topór u stóp sędziego.

Chciał uwolnić swego nie narodzonego syna od strasznego ciężaru.

background image

Chciał ofiarować szczęście rodziców i dać dziecku jasną przyszłość.

Maria dziękowała Bogu, że nie przyjął ofiary. Będą teraz mogli żyć  razem w 

spokoju.

Wszystko, co złe, zostanie za nimi.

Może za kilka lat ludzie zapomną ponurą historię Meisterplassen?

Kiedy jej wnuki dorosną, może już ta katowska przeszłość nie będzie obciążać 

rodu. A kiedyś, w dalekiej przyszłości, może mieszkańcy złej strony fiordu staną się 

równymi innym chłopami i rzemieślnikami, mieszkańcami tej pięknej okolicy.

Może również inni osiądą po tej, zimą tak ubogiej w słońce, stronie fiordu.

A Meisterplassen będzie jedynie nazwą bez treści...

Maria złożyła ręce pod peleryną, czuła obejmujące ją bezpiecznie ramię Randara, 

czuła na plecach ludzkie spojrzenia.

Jak dobrze będzie wrócić do domu.

Ole, ów wierny przyjaciel, zdążył już odwiązać cumy swojej lodzi i tylko czekał, 

gotów odbić od lądu.

Sunniva   tańczyła,   inne   dziewczęta   klaskały   w   dłonie   i   śpiewały   otaczając   ją 

kołem.   Nagle   melodia   zmieniła   się,   dziewczynka   włączyła   się   w   krąg   roześmianych 

koleżanek i stała się jedną z klaszczących, podczas gdy inna zawirowała w tańcu.

Wszystkie   były   służącymi   gospodarza   Stedje,   jego   bogactwo   powstało   dzięki 

pracy ich rodziców. Były córkami komorników, dworskiej służby i dzierżawców.

Biedne,   lecz   nie   należały   do   najnędzniejszych.   Znały   głód   jako   nieszczęście 

grożące w latach szczególnego nieurodzaju i od zawsze wiedziały, że główną częścią 

życia jest ciężka praca.

Były jednak ubrane i miały tę pracę, każdy dzień przynosił im swoje radości. 

Natomiast sobotni wieczór to najlepsza chwila tygodnia. Nie były jeszcze na tyle dorosłe, 

by chodzić do zagajnika w pobliżu smołami, gdzie panny i kawalerowie z całej okolicy 

zbierali się w letnie noce na tańce i śpiewy. Były jednak na tyle dojrzale, by marzyć, na 

tyle duże, by zakradać się na palcach pod drzewa i podglądać ukradkiem, co się dzieje na 

polanie.   Dziewczęta   przychodziły   tam   po   dwie,   roześmiane,   w   najpiękniejszych 

ubraniach.   Miały   kwiaty   wpięte   we   włosy,   powiewające   cieniutkie   szale,   czerwone 

policzki i usta oraz śliczne warkocze na młodych, szczupłych plecach. Pachniało latem i 

background image

ciepłą leśną ściółką, młodzieńczymi uczuciami i zamkniętym w sercach pożądaniem.

Sunniva   wiedziała,   że   wkrótce   będzie   jedną   z   nich,   gotowana   przyjęcie 

przyzywającego   ją   podniecającego   dorosłego   życia,   gotową   na   przyjęcie   kochania.   I 

miłości.

Tej wielkiej siły pomiędzy mężczyzną i kobietą, którą obserwowała od wielu lat.

Bjornara.

Chłopiec o silnym ciele i anielskich lokach.

Serce ścisnęło się w piersi, zrobiło jej się sucho w ustach, oblała ją fala gorąca na 

samo jego wspomnienie.

Czuła pulsowanie w ciele, tęsknotę, która ją przerażała i oszałamiała.

Te uczucia przejmowały kontrolę nad nią, dziewczyna nie wiedziała, że może 

istnieć coś tak gwałtownego.

Dziś wieczorem on również był w zagajniku, Sunniva wiedziała o tym. Zazdrość 

paliła ją niczym liście pokrzywy.

Żeby tylko nie znalazł tam sobie jakiejś dziewczyny, którejś z tych starszych i 

bardziej doświadczonych w dorosłych grach.

Och, żeby tylko nie patrzył na nią jak na dziecko, jak na małą dziewczynkę, z 

którą można się bawić i drażnić.

Nie wolno mu.

Musi na nią poczekać.

W głębi duszy żywiła nadzieję, że on będzie tego chciał.

Nie   mogła   się   przecież   mylić,   nie   mogła   błędnie   tłumaczyć   tych   jego 

pośpiesznych, przepełnionych miłością słów.

A poza tym dał jej w zastaw biały kamyk.

- Czy nie widzisz, że to jest serce? - szeptał, kładąc rękę na jej dłoni.

Ledwo   zdążyła   wyszeptać   podziękowanie,   zacisnęła   tylko   kamień   w   dłoni   i 

uniosła ku niemu drżącą twarz w nadziei, że chłopiec zrozumiał.

Ale nie było pocałunku, tylko leciuteńkie muśnięcie jego ciepłego oddechu na jej 

czole.

Była jak zaczarowana, lecz natychmiast wszystko się rozwiało.

Sunniva żywiła  jednak nadzieję, wiedziała, że tego lata jej życie  się odmieni. 

background image

Miała ledwie trzynaście lat, ale była na tyle mądra, by rozumieć, że to nie tylko ciężka 

praca w Stedje odbiera jej dzieciństwo.

I tak chyba  powinno być,  zwłaszcza teraz, gdy młodsza siostrzyczka  czy brat 

może się w każdej chwili pojawić na świecie.

- To jest dziewczynka - szeptał Randar w ciemności. Przykładał ucho bliziuteńko 

do wielkiego brzucha Marii, leżał tak od dłuższego czasu i rozmawiał z maleństwem. 

Tylko   cienka   skóra   dzieliła   tych   dwoje   od   siebie.   Randarowi   nigdy   nie   nudziło   się 

głaskanie sterczących wypukłości i wsłuchiwanie się w słabe, pospieszne bicie serca jego 

czy jej tam w środku.

- Skąd ty to możesz wiedzieć? - uśmiechała się Maria z czułością.

- Po prostu wiem. To śliczna, duża dziewczynka z twoim prostym nosem i twoimi 

słodkimi usteczkami!

- I z twoimi potarganymi włosami, prawda? No, nie ma co, to dopiero będzie 

czarownica!

Oj,   żebym   nie   wywołała   czegoś   w   złą   godzinę,   pomyślała   Maria, 

wypowiedziawszy te słowa. Prawie zapomniała o groźnych oskarżeniach, jakie niegdyś 

zostały na nią rzucone, i o bardzo wtedy realnym zagrożeniu stosem.

- Nie, żadna czarownica. Anioł, jak matka. Piękny, czuły, obdarzony wspaniałym 

sercem i nieprawdopodobnie uparty mały anioł!

-   A   ja   myślę,   że   to   będzie   chłopiec   -   przerwała   Maria   jego   rozważania. 

Przyciągnęła go do siebie, była niezdarna i ciężka, gdy próbowała usiąść na posłaniu. 

Ciąża zbliża się do końca, nie ulegało wątpliwości. Jak to dobrze, że jest z nimi Gjertrud, 

zwłaszcza że już przedtem odbierała porody. I zostanie tutaj, wierna przyjaciółka i silna 

pomocnica. Bardzo się przyda teraz, kiedy czeka ich taka ciężka praca, będą musieli 

sprzedawać  zboże,  mięso,  wełnę  i ryby,  by pokryć  przerażająco  wysokie  obciążenia, 

jakie spadły na gospodarstwo. Ale za to jest ono ich własnością! Ta ziemia, po której 

chodzą, należy do ich dzieci, będzie ich żywić, ale też w nią spłynie każda kropla ich 

potu.

Ziemia   dzieci.   Ich   dziedzictwo.   Dobre,   wartościowe   i   dające   poczucie 

bezpieczeństwa dziedzictwo.

Za trzy dni Sunniva będzie obchodzić urodziny. Dla Marii ten dzień łączy się 

background image

zawsze z bolesnym wspomnieniem.

Mały Peter.

Nigdy go nie zapomni.

-   Randar   -   rzekła   powoli.   -   Jeśli   dziecko   urodzi   się   w   tę   niedzielę...   to   czy 

moglibyśmy nazwać go Peter?

Przyjął jej życzenie z ciepłym uśmiechem, wiedział, że Maria się boi, iż go zrani, 

proponując,   by  nadał   synowi   to   samo   imię,   którym   został   ochrzczony   zmarły   synek 

pastora. Ale jego nie kosztowało to nic, ucałował  żonę z czułością  i obiecał,  że tak 

będzie.