background image

 

STEFAN KISIELEWSKI 

 
 
 

Z LITERACKIEGO 

LAMUSA 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

WYDAWNICTWO ZNAK   KRAKÓW   

1979 

background image

 

 

Opracowanie graficzne EUGENIUSZ OLSZAK 
Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK. Kraków 1979. Wydanie L Nakład: 5000+350 egz. 
Objętość: ark. wyd. 13, ark. druk. 16,75. Papier wklęsł, druk. kl. V. 82X104/70 g. Oddano do 
składania 12 I 79. Podpisano do druku 6 XI 79. Druk ukończono w grudniu 1979 r. Cena zł 
60.— Drukarnia Narodowa w Krakowie. Zakład nr 6. ul. E. Orzeszkowej 7. Zam.  8/79                                                                                         
¦   ¦        I-15-203T 
 
 
 
 
LIST DO CZYTELNIKA 
(zamiast przedmowy) 
Szanowny i Cierpliwy Czytelniku! 
Bardzo już od dawna, bo od roku 1934, zwykłem pisywać po gazetach czyli tygodnikach. 
Przed wojną były to min. „Zet", „Bunt Młodych", „Polityka", „Pion", „Muzyka Polska". Po 
wojnie 99 % mojej „produkcji" zamieściłem w krakowskim „Tygodniku Powszechnym", 
resztę w „Tygodniku Warszawskim", „Ruchu Muzycznym" i niewielu innych. Pisywałem 
artykuły, felietony, reportaże, powieści i nowele, recenzjęe muzyczne i literackie, noty 
polemiczne, impresje. Zebrało się tego w sumie co najmniej 2000 pozycji — ani ich już nie 
zliczę, ani nie spamiętam. 
Jak więc widać, piszę i piszę. Przeciwnicy zmieniają poglądy, następuje zmiana warty — a ja 
piszę. Zmienia się etap, zmieniają się przyjaciele i wrogowie — a ja piszę. Sam się zmieniam, 
czytelnicy się zmieniają — a ja piszę. Ale zawsze usiłuję zachować pewne kryteria stałe, 
niezmienne, zachowałem też Czytelników najstarszych, wiernych, którzy zęby stracili na 
moim pisaniu i znają je lepiej ode mnie samego. Dostałem już od nich dobre parę skrzyń 
listów. I dalej piszę. Biorę ilością: „Tygodnik Powszechny" ma mały nakład, nie przeczyta 
ktoś pierwszego czy drugiego felietonu, przeczyta piętnasty, dwudziesty, pięćdziesiąty — 
grunt się nie zrażać. Więc dalej piszę. Piszę i piszę. A piszę. 
Najdłużej przykładałem się do formy felietonowej ¦— od roku 1945 drukowałem w 
„Tygodniku Powszechnym" sześć felietonowych cyiHi: „Pod włos", „Łopatą do głowy", 
„Gwoździe w mózgu", „Głową w ściany", „Bez dogmatu" i po dziś dzień „Wołanie na 
puszczy". Dlaczego taka przewaga felietonu? Z kilku względów. Po pierwsze, że tak się już 
jakoś stało. Po drugie, że jest to forma aluzyjna, symboliczna, zastępczo alegoryczna, 
wieloznaczna i wielotwa-rzowa, umożliwia więc pisanie o równie wielotwarzowej 
rzeczywistości polskiej, nader złożonej psychicznie, socjologicznie, pokoleniowo, gdzie 
dobre i złe, białe i czarne, postęp i zacofanie, pomysł i głupstwo, patriotyzm i egoizm 
przeplatają się z sobą tak misternie. Po trzecie wreszcie, forma felietonu (umożliwia również 
uniezależnienie się od „Tygodnika", pisanie w innym tonie, nie zawsze nadmiernie 
katolickim. Głową należy 'bić w różne ściany — nie tylko w jedną! 
Gazeta przemija, książki zostają. Wydawałem je więc również, w sumie (wraz 'z 
zagranicznymi) około 25. Były tam powieści, nowele, książki o muzyce, eseje, zbiory 
artykułów i felietonów. Najobszerniejszy zbiór moich felietonów wydał w roku 1959 „Pax" 
pod tytułem Rzeczy małe. Zaś ostatnią moją książką wydaną w Polsce był zbiór esejów 
Muzyka i mózg (Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1974). 
A obecnie nowość — choć na ogół bardzo stara. Przesyco-ny i zmęczony felietonowością 
postanowiłem ocalić od zapomnienia prace „poważniejsze": to co pisałem o literaturze w 
latach 1945—1953, zarówno niektóre artykuły ogólne, problemowe, jak i recenzje o 

background image

 

konkretnych książkach, a także eseje literackie, pisywane w latach 1967—70 jako Julia 
Hołyńska. 
Dużo tu starzyzny, impresji z książek zapomnianych, sporo też przebrzmiałych, nie zawsze 
już dziś może zrozumiałych (polemik. Polemiczność, nieraz symbolicznie zastęp-cza, 
przyświecała mi 'zawsze i niegdyś dawało to rezultaty, choć dziś już nie pamiętam okazji i 
pretekstów, nie rozumiem własnych aluzji i taktyki. Tak czy owak, w swoim czasie miałem 
partnerów — dyskutantów licznych a ostrych. Teraz niestety skończyło się to bezpowrotnie: 
trudno wywołać echo czy spowodować ferment, minęły dobre czasy, żegnaj reklamo! 
Jednakże warto może przypomnieć to wszystko, wszakże w kulturze nic nie powinno ginąć. 
Mimo niezrozumiaLstwa niektórych fragmentów, ściśle związanych z tłem swojego czasu i 
etapu, starałem się podać teksty in exten-so. Obroniłem się nawet przed pokusą skreślenia 
wszystkich ¦pochwał, napisanych kiedyś pod adresem Iwaszkiewi-cza, Brezy, Żukrowskiego, 
Putramenta, Dobraczyńskiego. Trudno, nie znałem wtedy przyszłości, a jak lamus to lamus.   
W   Polsce   przeróżne   burze,   tak   zwane   dziejowe, 
zmiotły wiele lamusów publicznych i prywatnych tak, że nieraz śladu po nich nie zostało. 
Zachować swój ślad, choćby niewielki i specyficzny, to jednak pewna idea czy idejka. Na 
razie zresztą nie wiem, jak to wyjdzie i jak się będzie konsumować — niektóre z tych rzeczy 
sam czytam, jakby je napisał kto inny i mało mi znany. Czy jednak istnieje tożsamość oraz 
jedność w wielości i to na przestrzeni lat?! Sprawę tę oceni Czytelnik Cierpliwy — ciekaw 
jestem jego werdyktu. Nie mam zbyt wielkich ambicji ani złudzeń, jeśli książka wyjdzie oraz 
zostanie zauważona, to już będę zachwycony, mogąc zakrzyknąć jak Galileusz: A jednak się 
kręci! 
STEFAN KisielEWSKI grudzień 1978 

 

 
Tematy wojenne 
Czytając nowele, opowiadania, fragmenty powieści — słowem: prozę, ukazującą się obecnie, 
stwierdzić można, że tematycznie obraca się ona niemal wyłącznie około spraw związanych z 
wojną i okupacją. To nastawienie podsycane jest jeszcze przez teoretyków i ideologów, 
którzy nawołują do realizmu, do autentyzmu itp. Oczywiście — trudno' się temu dziwić — 
przeżyliśmy lata takk straszliwie wyjątkowe, przeżyliśmy wstrząsy tak olbrzymie, że musiało 
się to odbić, odcisnąć piętnem na psychice twórców w tym okresie żyjących. W tej sytuacji 
nawoływanie do realizmu nie wydaje się potrzebne: rzeczywistość zawładnęła psychiką 
autorów tak wyłącznie, że nie tylko nie należy się obawiać oderwania się literatury od życia i 
od podłoża społecznego, lecz przeciwnie — zastanowić się trzeba, czy literatura nasza da 
sobie radę z tą lawiną świeżych, dopiero co przeżytych wypadków, która ją zalewa, czy nie 
zatonie w nich i nie zagubi przyświecających jej zasadniczych, wiecznych drogowskazów i 
ideałów. Ten problem jest zarazem naczelnym problemem społecznym literatury w dniu 
dzisiejszym: czy uprawiając „autentyzm" hib „realizm" spełni ona obowiązki wobec 
społeczeństwa i jego kultury? 
W jednym z dodatków literackich „Dziennika Polskiego" mimochodem poruszono tę sprawę 
— czy obecna literatura zaspokaja rzeczywiście wymagania, które stawia jej czytelnik? Bo 
nie zapominajmy, że pisze się przede wszystkim dla czytelników: zainteresować ich, 
zaspokoić ich potrzeby, dać im pożywkę artystyczną, której pragną — oto jest społeczne 
zadanie literatury. Oczywiście — powie ktoś — nie można pomijać jeszcze jednej, 
zasadniczej  roli pisarza, którą jest wychowywać,   oświetlać rze- 
11 

background image

 

czywistość w sposób właściwy, ukazywać prawdę moralną i intelektualną. A więc, biorąc pod 
uwagę te dwa zasadnicze zadania literatury: dostarczenie czytelnikowi pożywki estetycznej i 
wychowywanie go, spróbujmy się zorientować, czy dzisiejsza nasza okupacyjna i pookupa-
cyjna proza te dwa zadania wypełnia. Pytania można by sformułować w sposób następujący: 
1)  czy czytelnik pragnie lektury przedstawiającej mu ciągle straszliwe czasy wojny i terroru, 
(któreśmy przeżyli, 
2)  .czy dostarczanie mu takiej lektury jest potrzebne i korzystne  ze względów 
wychowawczych i moralnych? 
Na pierwsze pytanie, jak sądzę, odpowiedź wypadnie przecząco. Czytelnik książek (nie pism) 
ma pewno nie chce, aby mu opisywano Majdanek, Oświęcim, mordowanie Żydów itp. 
Realizm tych opisów męczy go, napatrzył się na te rzeczy przez wiele lat — literatura tego 
rodzaju staje się dlań tylko kopią życia, reportażem, fotografią — a po cóż przeżywać dwa 
ra'zy to samo! W otaczającym nas przez lata okupacji zamęcie, chaosie zbrodni i gwałtu nie 
znajdował przeciętny odbiorca literatury odprężenia, które konieczne jest dla przyjmowania 
wrażeń artystycznych. Wobec tego szukał ich gdzie indziej — i z n a j d o w a ł. Olbrzymie w 
czasie wojny powodzenie książek takich, jak Rodzina Whiteoaków, Antony Adverse, 
Przeminęło z wiatrem, ma swoją wymowę. Czytelnik szuka w nich odmiennej niż nasza 
atmosfery, atmosfery swobody i godności, humoru, dobrodusznej mądrości i równowagi — a 
więc atmosfery przeciwnej do tej, którą miał naokoło siebie. Nie zgodzę się z Kazimierzem 
Wyką, że powodzenie Przeminęło z wiatrem wynika wyłącznie z analogii wypadków 
wojennych, opisanych w tej książce, do naszych czasów. Owszem, analogia ta pobudza 
zainteresowanie czytelników, ale główne działanie książki polega właśnie na tym, że opisuje 
wypadki podobne do naszych w sposób odmienny, niepatetyczny, zrównoważony, pełen 
żartobliwej pobłażliwości. W książkach takich czytelnik szukał odprężenia, odpoczynku od 
otaczającej go potwornej, beznadziejnej ohydy hitleryzmu z jednej strony i od patetyczno-
despe-rackiej żarliwości konspiracyjnej — z drugiej. Innego^ rodzaju odprężenie daje 
również Proust. Wbrew sugestiom 
12 
Jana Kotta stwierdzić trzeba, że popularność Prousta w czasach wojny osiągnęła u nas 
zupełnie niespodziewane rozmiary. Prousta, lekturę przecież wyrafinowaną i trudną, czytali 
ludzie o zupełnie przeciętnym (poziomie intelektualnym, i to czytali po całych dniach, z 
wypiekami na twarzy, w każdej wolnej chwili zagłębiając się w tej lekturze jak w dziwnej i 
podniecającej kąpieli. Zagłębiali się! — tu leży cała tajemnica; wytrwała lektura Prousta 
umożliwiała przeniesienie się w świat wzruszeń i wrażeń zupełnie inny od tych, jakie nas 
otaczały. Potrzeba odmienności, przygody, egzotyki duchowej tłumaczy też ogromne 
powodzenie książek podróżniczych, dalej życiorysów, powieści biograficznych wielkich ludzi 
z różnych epok, a nawet książek o wojnie światowej (nip. olbrzymia poczytność Wspomnień 
wojennych Lloyda George'a — dwadzieścia lat dystansu w czasie robi z tej książki 
pasjonującą powieść). Natomias^ odwrót zupełny od lektury patetycznej i szarpiącej nerwy, 
od problemów sumienia, od Conrada, Dostojewskiego, Mau-riaca i innych. To są fakty, które 
stwierdzić można było w każdej pierwszej z brzegu czytelni. 
Otóż sądzę, że w tym wypadlku właściwy instynkt masy Odbiorców winien wskazać drogę 
twórcom. Odbiorca chce przede wszystkim odprężenia, chce uzyskać atmosferę wolności 
psychicznej, a potem, w tej atmosferze dopiero — chce sztuki. Sztuka — w samym tym 
słowie kryje się jej geneza — coś sztucznego — wytwór ludzki, owoc ludzkiej twórczości, 
jest bezinteresowna, niezależna od życia codziennego. Wiem, że hasło sztuka dla sztuki budzi 
dziś nawet oburzenie. Ale to tylko- wina jego złego sformułowania: oczywiście, nie sztuka 
dla sztuki, ale sztuka dla gmachu ludzkiej kultury, dia wzbogacenia ludzkiej 'psychiki, dla 
pogłębienia i urozmaicenia naszego stosunku do świata. Lecz na pewno nie sztuka, małpująca 
rozgrywające się wokół nas wypadki, kopiująca życie i czerpiąca wielką uciechę z tego, że 

background image

 

uda się jej wstrząsnąć czytelnikiem, ukazując mu w jaskrawych barwach to wszystko, co go w 
otaczaijącym świecie przeraża, mierzi lub oburza. Toż dokładny opis tortur czy operacji 
będzie zawsze opisem wstrząsającym lub przygnębiającym, zwłaszcza dla ludzi, którzy sami 
to przeżyli; ale czy będzie to działanie artystyczne?...  Na pewno nie!   Sztuka   apeluje do 
rzeczy 
13 
 
wiecznych, 'zrozumiałych nie tylko dla jednego pokolenia. Wypadki dnia dzisiejszego nie 
mają dostatecznej perspektywy, aby można było zawrzeć je w dziele sztuki. Usiłowania 
połączenia jednego z drugim dają rezultaty mizerne. Czytałem ostatnio nowelę dobrego 
pisarza, który usiłuje przedstawić fragment powstania warszawskiego; chce zrobić to nie 
reportażowo, ale artystycznie. Rezultat? — bardzo przykry — pretensjonalne mizdrzenie się. 
Takie fakty jak wypadki warszawskie mówią same za siebie —• ozdabianie ich jakimiś 
literackimi gierkami jest śmieszne i małe, a w ogóle nie ma sensu. Nie twierdzę, oczywiście, 
że wielkie wypadki dziejowe i społeczne nie mogą być przedmiotem dzieła sztuki, twierdzę 
tylko, że na to potrzeba dystansu, oddalenia w czasie, możności obiektywnego i 
syntetycznego spojrzenia. Zarówno Rok 93 Wiktora Hugo jak i Wojna i pokój Tołstoja mogły 
powstać tylko w wiele lat po opisywanych wypadkach historycznych. Zaś chwytanie życia na 
gorąco to tylko reporterstwo, które nie da nam nic poza ersatzem, namiastką, powtórzeniem 
tego, cośmy przeżyli naprawdę. Zdrowy instynkt masy odwraca się od takiej lektury: to nie 
bawi ani nie interesuje — to po prostu męczy. 
A teraz drugie pytanie. Czy z punktu widzenia wycho-wawczo-moralnej roli pisarza, pisarza 
wykrywającego prawdę, wskazującego nowe drogi moralności i kulturze, nie jest konieczne 
poruszanie problemów obecnych, opisywanie wypadków dzisiejszych? Pfearz — jak 
powiedział Conrad — „wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu" — a więc 
otaczającemu nas dzisiaj. 
Tutaj sprawa przedstawia się nie tak prosto. Przede wszystkim dlatego, że powieść, proza 
literacka, nie jest wytworem czystej sztuki jak utwór muzyczny czy nawet wiersz. Powieść 
jest konglomeratem różnych elementów, „formalista" Witkacy orzekł nawet, że nie jest ona 
dziełem sztuki. Oczywista — rozpiętość prozy jest ogromna: od reportażu i publicystyki do 
powieści w rodzaju Prousta, i trudno' tu ustalić jakieś kanony — co jest, a co nie jest 
powieścią. Trudno byłoby także stawiać jakieś rygory — wolno poruszać takie lub inne 
tematy, nie wolno pisać o tym lub o tamtym. Mam wrażenie, że w tym wypadku rozstrzygnąć  
winny  instynkt  i   sumienie twórcze  pisarza 
14 
z jednej strony, opinia masy odbiorców i kontakt pisarza z nią — z drugiej. Otóż obawiam się, 
czy w dzisiejszych czasach oba te czynniki nie ulegają jakiemuś spaczeniu. Wydaje mi się, że 
sumienie i świadomość twórcza dzisiejszego pisarza polskiego, dzięki okupacji, wieloletnim 
nie sprzyjającym warunkom życia prywatnego i publiczno-ar-tystycznego, dzięki wreszcie 
nieopatrznie wysuniętym, sloganowym raczej, niedostatecznie przemyślanym hasłom 
realizmu — zostały zmylone i zaciemnione, zaś niedostateczny kontakt z masą odbiorców 
uniemożliwia pisarzowi skontrolowanie szczerości swej postawy, zaczerpnięcie inspiracji 
twórczych z tego pierwszego źródła, którym jest niewątpliwie masa czytelników, czytające 
społeczeństwo. Rezultat jest ten, że wielu pisarzy marnuje się, jest na drodze do 
wykoślawienia swego talentu, pisze przeciw sobie, spełniając często' w sposób nieudolny i 
sztuczny te zadania, które pozostawiać należy dziennikarzom, publicystom, politykom. 
Publicystyka dziennikarska ma inne zadanie, a proza literacka — inne. Przysłowie: pilnuj, 
szewcze, kopyta zawiera głęboką rację — należy rozróżniać gatunki i rodzaje twórczości, a 
nie tylko — pisać, pisać, pisać. Inne przysłowie: nie święci garnki lepią, stosowane u nas 

background image

 

ostatnio w literaturze i publicystyce, może zemścić się srodze, obniżając na długo poziom 
naszej twórczości literackiej. 
A teraz sprawa wychowawczej roli pisarza. Mam poważne wątpliwości, czy skrajny (realizm, 
obserwowany dzisiaj w zaprezentowanej dotąd twórczości młodych pisarzy, ma dobry wpływ 
wychowawczy. Żyliśmy pięć lat w atmosferze gwałtu, przemocy i zbrodni. Czy 
przedstawianie tego w formie sugestywnej, przypominanie, powtarzanie, pokazywanie — jest 
rzeczywiście dla społeczeństwa korzystne? Czy należy oswajać się ze zbrodnią, czy też raczej 
zapomnieć o niej i powrócić do normalnych, zdrowych stosunków międzyludzkich? Czy 
czytelnik, który zamiast książki o Majdanku woli czytać pogodny i dobroduszny Klub 
Pickwicka, wykazuje tym tylko tchórzostwo i chęć ucieczki od życia, czy też może zdrowy 
instynkt moralny, który każe mu odwrócić oczy od gnijącego śmietnika, a zwrócić je w stronę 
obrazu pogody i czystości? A może pisarz, który uporczywie powraca do obrazów 
straszliwych i ciem- 
15 
 
nych, jest ofiarą patologicznej degeneracji, jaką spowodowały te straszne czasy, może wobec 
tego nie dorósł do roli wychowawcy narodu i społeczeństwa? Jeśli to wynika z jego 
wewnętrznej potrzeby, jeśli nie potrafi już odwrócić oczu od obrazów potwornego pięciolecia, 
to trudno — artyście nie wolno narzucać dróg sprzecznych z jego instynktem twórczym 
(można najwyżej nie dopuścić do rozpowszechnienia jego dzieł). Lecz jeśli cała ta 
patologiczna twórczość jest wynikiem opacznej i symplicystycznej interpretacji hasła 
„społecznego realizmu", to trzeba hasło to zrewidować i pogłębić. 
Przeczytałem niedawno w „Odrodzeniu", że teatr i w ogóle literatura francuska obecnie stoi 
pod hasłem evasion — ucieczki od koszmarów wojny do problemów przedwojennych, 
stworzenia linii ciągłej pomiędzy literaturą tamtą i obecną. Oto zdrowy odruch wspaniałej i 
żywotnej kultury! Ciągłość kultury, ciągłość sztuki ponad kataklizmami i klęskami — to 
widomy obraz jedności, spoistości i żywotności narodu — w przeciwnym wypadku sztuka 
stałaby się jedynie funkcją wydarzeń zewnętrznych — nie zaś reprezentantką jednolitości, 
niezmienności i nieprzemijalności kultury narodowej. W samym słowie „twórczość" kryje się 
już sugestia zasadnicza: tworzy się coś, czego jeszcze nie było, tworzyć to patrzeć w 
przyszłość, a nie w przeszłość. Trzeba zastanowić się, czy pisarze, zapatrzeni wyłącznie w 
ciemne lata okupacji, nie zostaną przypadkiem przez społeczeństwo uznani za bandę 
psychopatów, która zamiast tworzyć nowe życie — chce wskrzeszać stare. To byłoby 
naprawdę aspołeczne działanie, nie jest zaś aspołeczne (jak błędnie uważają niektórzy) — 
oderwanie tematyczne czy pewna, pozorna zresztą, niezależność od wypadków aktualnych. 
Bo sztuka wypełnia właśnie te potrzeby społeczne, które z natury swej są niezależne od 
doraźnych, praktycznych celów, niemniej jednak są one również ważne i palące; głód kultury, 
głód przeżyć artystycznych bywa -również silny i dotkliwy jak głód chleba. Jeśli literatura 
nasza głodu tego nie zaspokoi, zaspokoją go różne tandetne „ersatze": Courths-Mahlerowa, 
Mniszkówna, Vic-ki Baum, Zarzycka itp. Jeśli więc nie Chcemy wypuścić z ręki „rządu 
dusz", nie możemy dawać społeczeństwu wyłącznie literatury oświęcimowo-majdankowej 
czy wojennej. „Wymierzyć sprawiedliwość  widzialnemu  światu"  można 
16 
także — przezwyciężając go. Właśnie społeczną rolą pisarza jest uwolnić społeczeństwo od 
okupacyjnych koszmarów, a nie wypyhać mu je uporczywie przed oczy. I dlatego w imię 
społecznej roli literatury stawiam wniosek: zrewidować niedostatecznie przemyślane hasło 
autentyzmu i realizmu! 
IV   1945. 
 
Miłość do kultury 

background image

 

Niewielu jest ludzi, którzy rzeczywiście kochają kulturę, którzy umieją ją kochać. Mało jest 
takich ludzi zwłaszcza w środowisku artystycznym. Wyda się to może komuś paradoksalne: 
jakżeż mogą nie kochać kultury ludzie, którzy ją tworzą? Tymczasem rzecz, gdy się nad nią 
głębiej zastanowić, okaże się zupełnie oczywista — niejednokrotnie tak bywa, że prawdy 
bezsporne w życiu, wypowiedziane słowami brzmią paradoksalnie. Artysta często nie kocha 
kultury, bo jej całokształtu w ogóle nie dostrzega. Przysłania mu ją własna twórczość. 
Biologiczna niemal potrzeba wydania na świat swego dzieła (zjawiska psychiczne też należą 
do biologii) staje się u artysty jakimś kategorycznym imperatywem, jakimś tyranem 
wewnętrznym, którego żądaniom równie trudno' się oprzeć jak żądaniom popędów 
fizycznych czy nałogów. Artysta to często nałogowiec twórczości, który dla zaspokojenia 
swego nałogu gotów jest poświęcić wszelkie względy uboczne. Niestety, nierzadko się 
zdarza, że to, co takiemu opętanemu ideą wydania na świat swego dzieła zdaje się sprawą 
uboczną, jest w istocie sprawą całokształtu kultury, sprawą najważniejszą. W ten sposób 
problem twórczości jednostkowej przysłania artystom sprawę kultury, będącej sumą wielu 
poszczególnych twórczości. Lecz nie tylko sumą artystyczną, jak zbiorowisko eksponatów w 
muzeum, lecz ich systemem, żyjącym własnym życiem, choć wtopionym w obraz dnia 
dzisiejszego, tak jak własnym życiem żyje wielopiętrowy  gmach  będący   systemem,   a  nie  
sumą   wielu 
18 
cegieł, belek, płyt. Kochać kulturę może jedynie ten, kto się czuje jedną z cegieł tego gmachu. 
Byli artyści, byli twórcy umiejący kochać kulturę. Kochał ją Prus czy Żeromski, kochał ją 
Kasprowicz czy Be-rent: czuli się owymi cegłami, kamieniami, rzucanymi na szaniec kultury 
narodowej, czuli swoją z nią solidarność i swoją za nią współodpowiedzialność. Lecz nie 
brakło u nas również tych drugich — artystów opętanych sobą i swoim indywidualnym 
posłannictwem. Aby zrozumieć ich psychikę, należy porównać ją z psychiką tzw. 
grafomanów. Kim jest grafoman? To człowiek, którego od artysty opętanego sobą odróżnia 
jedynie brak talentu. Poza tą zewnętrzną niejako właściwością świat psychiczny-grafomana 
jest identyczny ze światem psychicznym artysty nie kochającego kultury. Obaj są opętani ideą 
obwieszczenia wszystkim swojego wnętrza, swoich przeżyć, wrażeń i obserwacji, obaj gotowi 
są poświęcić dla tego celu wszelkie względy ogólne, w myśl nie uświadamianej może, lecz 
realizowanej zasady „po nas potop". Tacy nałogowcy własnej twórczości zawsze gotowi byli 
do wszelkiej zdrady klerka, wielokrotnie też na przestrzeni historii zdradzili oni kulturę, 
odstąpili ją z lekkim sercem, aby tylko uzyskać możność indywidualnego tworzenia — za 
wszelką cenę. Każdy artysta i każdy grafoman, który nie odczuwa pokory wobec kultury, 
który nie odczuwa ograniczającej jego indywidualność łączności z kulturą zbiorowiska pojętą 
na przestrzeni wieków — każdy taki artysta staje się podatnym materiałem na zdrajcę kultury, 
zdrajcę jej rozwoju i organicznej ewolucji. Ślepe posłuszeństwo „kategorycznemu 
imperatywowi" twórczemu bez poczuwania się do obywatelstwa ogólnej krainy kultury 
zgubiło już niejednego z tych krótkowzrocznych, zgubiło tak materialnie czy intelektualnie, 
jak i — w rezultacie — artystycznie. 
Ślepi nałogowcy tworzenia czy działania nie kochają kultury. Nie chodzi tu tylko o artystów, 
chodzi w ogóle o ludzi działających twórczo: o grafomanów działania: nie kochają oni 
kultury, jeśli myślą jedynie o swoich ideach i o swoim dziele. Nie kochając mogą ją jednak 
współtworzyć — ale nie w każdej epoce i nie w każdym zakresie. Są epoki przełomowe, 
epoki egzaminu twórców z ich znajomości ogólnego obrazu i kierunku kultury, z ich 
wierności dla niej. Jeśli zaś chodzi o zakres, to prawdziwie wiel- 
19 
ki, genialny twórca zawsze będzie rozumiał cząstkowość swojej roli w całokształcie kultury. 
Nie wierzmy w indywidualistycznych geniuszów na tronie kultury: na tronie tym, jak i na 

background image

 

każdym innym tronie dzisiaj znaleźć się może tylko władca znający całość i odpowiedzialny 
za całość. 
Nie kochają kultury plejady ludzi żyjących twórczo, nie kochają jej jeszcze masy odbiorców 
bądź od wieków upośledzonych społecznie, bądź obojętnych, o nie rozwiniętych potrzebach 
w tym kierunku, o nie wydoskonalonym aparacie odbiorczym. Któż więc naprawdę kocha 
kulturę? Czy wisi ona w próżni? I co to właściwie znaczy — kultura? Operujemy tym 
słowem, bardzo ogólnym, które nieraz różne budziło w ludziach reakcje. „Gdy słyszę słowo: 
kultura, odbezpieczam rewolwer" ¦— powiedział podobno hitlerowski marszałek Goering. 
Cóż znaczyło dla niego to słowo? 
Podać ogólną definicję kultury — byłoby to w tych ramach przedsięwzięcie zbyt śmiałe. 
Chciałbym tu podać definicję specjalną, utrzymaną w jednej tylko płaszczyźnie, definicję, 
ujmującą tę właściwość kultury, która w okresach „burzy i wrzenia" najbardziej jest 
zagrożona. To, co dziś w kulturze wydaje mi się najważniejsze, zamknąłbym w zdaniu:  
kultura to całokształt. 
Kultura to całokształt twórczych wysiłków społeczeństwa, ujętych 'w formę dzieł 
jednostkowych. Kultura narodu  to całokształt jego historii, sztuki, nauki, to wszystkie jego na 
przestrzeni wieków stworzone dzieła, to suma doświadczeń, stylów życia rozmaitych warstw i 
epok, suma wysiłków owocnych i bezowocnych, suma ewolucji i rewolucji, zbiór minionych 
nastrojów, barw, kolorytów, wszystko to oderwane od utylitarnego podłoża dnia dzisiejszego, 
zmo-numentalizowane, przedłużone w czasie, uabsolutnione niejako w indywidualnych 
dziełach pracowników kultury: twórców wszelkiego rodzaju, artystów, historyków, badaczy, 
polityków, filozofów. System tych dzieł, utrwalony w czasie, w kategoriach właściwych 
zjawiskom kultury umożliwia nam odtworzenie sobie obrazu całokształtu życia zbiorowiska 
narodowego na przestrzeni wieków. Dążność człowieka do tworzenia kultury wynika z chęci 
przezwyciężenia wszechwładzy czasu, uniezależnienia się od  niej,   z   chęci   dania  
świadectwa.   W   wielkim  gmachu 
20 
kultury trwa poza czasem całokształt twórczych dziejów społeczeństwa; tak jak w 
podręczniku historii, kulturalny odpowiednik zwycięstwa pod Grunwaldem sąsiaduje tam z 
klęską maciejowicką, a hołd pruski z wojną kokoszą. Kultura bowiem notuje, uobiektywnia i 
w tej postaci zatrzymuje w czasie wszystko: i cienie, i światła składają się na obraz prawdy, 
bez cienia nie ma przecież światła. 
Dzięki stwierdzeniu, że kultura jest całokształtem, łatwiej nam będzie zrozumieć, dlaczego 
często nie kochają jej artyści, twórcy z rozmaitych dziedzin, lub w ogóle ludzie czynu. 
Twórczość i czyn polegają zazwyczaj na uporczywym i fanatycznym podążaniu za swoją 
wizją czy ideą, na dokonaniu indywidualnego wyboru poprzez eliminację materiału 
nieprzydatnego czy wrogiego. Tymczasem ten, kto kocha kulturę, musi bezinteresownie 
kochać wszystko-, co w niej jest, co się na nią składa, cały jej dobytek, wszystkie kierunki, 
rodzaje i gatunki bez wyboru i eliminacji. Ponieważ jednak twórczość i czyn polegają 
częstokroć właśnie na walce, przezwyciężaniu i eliminacji, więc wielu artystów, wielu 
twórców, zwłaszcza obrazobur-ców i nowatorów, skazanych jest na to, że nie mogą kochać 
kultury. Wielu — ale nie wszyscy. Twórca bardzo wielki, twórca wcielający w sobie nie tylko 
osobiste zamierzenia, ale dążenia i pragnienia całego społeczeństwa, twórca świadomy 
ciągłości kultury w czasie i swojej za tę ciągłość odpowiedzialności, umie pogodzić 
konieczność wyboru i eliminacji z miłością do tego, czego nie wybrał, i do tego, co 
wyeliminował. Wybierając dla siebie światło wie, że dla całokształtu obrazu potrzebny jest 
również cień, który wybierze kto inny. Wybierając światło kocha cień, którego nie wybrał. 
W okresach przełomowych, gdy obalane jest stare i budowane nowe, miłość dla kultury 
narodowej wszystkich czasów i wszystkich odcieni staje się specjaLnie ważna: ta miłość 
właśnie będzie smarem, który ułatwi przejście z jednej epoki w drugą w obrębie tej samej linii 

background image

 

dziejowej, klejem (kulturalnym, który spoi epoki, dialektycznie niejako łącząc 
przeciwieństwa w jedność. W takich okresach przede wszystkim potrzebna jest 
odpowiedzialność za całokształt, w takich okresach cząstkowa, eliminacyjna postawa 
twórców opętanych sobą i swoją ideą, kiedy indziej pożyteczna jako gwarantujący żywotność 
ferment, nie wy- 
21 
starcza do sprostania zadaniom kulturalnym, nałożonym na nas przez epokę. Brak miłości dla 
całokształtu staje się wtedy w istocie — obojętnością dla kultury. 
Dam współczesny przykład takiej postawy: reprezentuje ją dla mnie twórczość krytyczno-
badawcza w dziedzinie literackiej uprawiana przez Jana Kotta. Kott, racjonalista, materialista 
i realista, wychowany na kulcie francuskich encyklopedystów i Voltaire'a, szuka w literaturze 
polskiej kierunków pokrewnych tym swoim ulubieńcom. Znalazłszy, apoteozuje je i 
wywyższa, inne pomniejsza i ośmiesza. Robi to z żywotnością i pasją, w innym czasie byłoby 
to nader cenne, zważywszy, że dzięki niewątpliwym jedno-stronnościom polonistyki 
przedwojennej, okresy naszego racjonalizmu czy materializmu należą do mniej zbadanych i 
naświetlonych. Dzisiaj jednak, w epoce burzliwych przemian społeczno-politycznych, taki 
badacz jak Kott dbać winien, aby na drugą stronę spienionej rzeki przewieźć całokształt 
kultury — nie tylko swoje upodobania. Stanowisko jego nie jest dowodem miłości dla 
kultury, lecz dowodem miłości dla własnych poglądów na kulturę. Nie załatwia się 
porachunków w czasie huraganu. Król lub minister (a wszak pisarz jest ministrem w krainie 
kultury) może w czasie spokoju i odrętwienia prowadzić swoją indywidualną i ryzykowną, 
eliminacyjną politykę. Natomiast w czasie ważnym i przełomowym winien troszczyć się o 
całość, o to, aby postępki jego bez reszty zharmonizowane były z dążeniami całego narodu, a 
zarazem z wymaganiami epoki. Jeśli go na to nie stać, to dowód, że nie obejmuje całokształtu, 
jakim w czasie i w przestrzeni jest kultura społeczeństwa, że nie dorósł do odpowiedzialności 
za nią. Twórczość ludzi jest wprawdzie jed nostkowa, indywidualna, lecz są okresy, gdy o jej 
kierunku decydować musi miłość i zrozumienie wszystkich nurtów i prądów kultury 
zbiorowiska. Nie czas wtedy na! kulturalne sekciarstwo.. 
Któż więc kocha kulturę? Można by powyższym wywodom postawić zarzut, że wynika z nich 
kult pozbawionego poglądów eklektyzmu, że w ich świetle najprawdziwiej kocha kulturę 
człowiek o usposobieniu kolekcjonera i konesera, kronikarz, bibliotekarz, kustosz muzeum, 
że postawiłem tu martwy ideał jakiegoś fikcyjnego, ponadczasowego  obiektywizmu.  
Przewiduję  te  zarzuty,  ale  ich nie 
22 
przyjmuję, bo nie docierają one do istoty sprawy. Miłość do całokształtu kultury zbiorowiska 
nie ma nic wspólnego z kolekcjonerską, muzealną martwotą: ona jest wynikiem najgłębszego 
przejęcia się życiem całości tego zbiorowiska, jego historycznym trwaniem i przetwarzaniem 
się. Milszy mi często zakochany w całokształcie kolekcjoner niż namiętnie goniący za swoimi 
ideami i racjami aspołeczny w istocie partyzant wyboru i eliminacji. 
Byli i są ludzie kochający kulturę — bez reszty. W tytułowym opowiadaniu zbioru 
Ksawerego Pruszyńskiego Karabela z Meschedu opisana jest postać prawdziwa: żydowski 
antykwariusz z nędznego polskiego miasteczka, przybysz z Rosji carskiej, który zakochał się 
w kulturze polskiej, w jej całokształcie, w jej historycznych dokumentach i szukał ich 
heroicznie po bezdrożach wojny. Sam znałem takiego również: był to zmarły podczas wojny 
Leon Piwiński, wybitny krytyk i badacz literatury Dwudziestolecia. Pamiętam, jak podczas 
zalegającej Warszawę okupacyjnej nocy narodowej trwał w swym starym, zawalonym 
książkami mieszkaniu przy ulicy Szczyglej. Pośród szalejącego wokół hitlerowskiego terroru, 
chory i bezsilny, żył tylko jedną myślą: książki. Ocalić książki, wszystkie   książki.   
Zapomniał  o   książkach  złych   i  dobrych, 

background image

 

10 

o  walkach i animozjach, o swoim rzemiośle krytyka. Pamiętał o wszystkich bez wyboru 
książkach, jako o dokumentach całokształtu kultury, całokształtu życia, całokształtu walk 
literackich. Są tacy, dla których kultura jest życiem, ojczyzną, domem, schronieniem. 
Jeśli można było kochać kulturę w czasie straszliwego kryzysu okupacyjnego, gdy życie jej 
niemal zamarło, bijąc słabym, podziemnym pulsem, tym bardziej kochać ją trzeba dziś, gdy 
odbudowuje się stare i buduje nowe życie. Odbudowa warszawskiej Katedry, Rynku Starego 
Miasta 
i  Krakowskiego Przedmieścia obok radykalnej przebudowy innych dzielnic Warszawy, 
równolegle z nią, to dla mnie głęboki symbol.  Symboli takich i faktów  chciałbym widzieć  
jak najwięcej.  Szukam ich w  naszej  młodej  krytyce literackiej, lecz znajduję niewiele. 
Więcej tu ambitnych,   walczących za  pomocą   eliminacji  i  domagających się wyboru za 
wszelką cenę młodych opętańców, opętanych sobą lub ideą (co w młodości często się zlewa 
w jedno), niż świadomych rozciągniętego  na czas i  przestrzeń 
23 
całokształtu kultury, społeczeństwa, miłośników tej kultury. A przecież przynajmniej krytyk 
powinien kochać kulturę, pojmowaną tu przez nas wciąż jako ponadczasowy całokształt. 
Powie ktoś, że takie pojęcie ponadczasowej kultury narodu jest fikcją. Nie zgadzam się z tym. 
Na tych łamach walczymy przecież o starą prawdę, że zjawiska duchowe nie zależą od 
władzy czasu, że duch nie umiera. Przeszłość twórcza i teraźniejszość trwają razem w gmachu 
kultury, trwają na równych prawach: wszystko liczy się jednakowo i według jednych praw 
ważone jest na szali nieśmiertelności ducha. Władzy czasu podlegają tylko materialne 
świadectwa ludzkiej twórczości duchowej. Przedłużenie ich trwania i pamięci o nich, oto 
jedno z ziemskich zadań ludzi, którzy kochają kulturę.. 
VIII 1950. 
Jak oceniam 
literaturę dwudziestolecia 
W jednym z numerów „Odrodzenia" Adam Mauersberger zwraca uwagę na nonsensowność 
takich terminów, jak „Polska przedwrześniowa", „rządy pomajowe" i proponuje nadać 
fragmentowi naszego życia państwowego zawartemu między dwoma wojnami nazwę Drugiej 
Rzeczypospolitej, nazwę nie pobrzmiewającą negacją, złośliwością czy kompleksem 
niższości, lecz zawierającą w sobie walor obiektywizacji,  nadawanej  wypadkom  przez 
historię. 
Inicjatywa arcysłuszna, propozycja ze wszech miar godna przyjęcia, zaś cała sprawa, wbrew 
temu, co sądzą niektórzy, jest nader ważna i daleko wykracza poza granicę jakiegoś 
pedantycznego sporu terminologicznego. Kwestia ta  zahacza o cały kompleks 
psychologiczny, który określiłbym nazwą obrazoburczej pasji wobec własnej przeszłości, 
pasji usiłującej ukryć swój odwrócony związek z megalomanią narodową. 
Megalomania i kompleks niższości są, jak wiadomo, ściśle z sobą złączone: jeśli widzimy u 
kogoś jedno, łatwo domyślić się istnienia drugiego, -— i odwrotnie. To zjawisko pozwala 
wytłumaczyć stosunek Polaków do swojej przeszłości, stosunek chorobliwie wynaturzony, 
gorączkowy, namiętny — co wywołane jest przez wyjątkowo tragiczne wydarzenia naszej 
historii. Z jednej strony mistycyzm narodowy, krańcowa egzaltacja, bezkrytyczna apoteoza  
przeszłości,  mesjanizm  —  z   drugiej   trzeźwa  i 
25 
zimna analiza, bezlitosna krytyka, „odbrązowianie", nierzadko ostra drwina chłoszcząca jak 
batem narodowe świętości. Pierwsza postawa znalazła swój najdokładniejszy wyraz w 
dziełach Trzech Wieszczów, druga — w pozytywizmie, u Świętochowskiego, w Weselu i 
Wyzwoleniu, u Koźmiana, Stańczyków, Bobrzyńskiego; drastyczne jej przykłady to słynne: 
„Gwiżdżę-na waszą romantyczną trójcę" Nowaczyńskiego lub Tetmajera „Wole polskie g... w 
polu niż fiołki w Neapolu". 

background image

 

11 

Obie te postawy towarzyszą sobie wiernie w historii polskiej myśli narodowej, przeplatając 
się niby jakiś polifoniczny leitmotiv. Wiążą się one z sobą jak megalomania z kompleksem 
niższości, obie są nieuniknione, bo obie wynikają z bardzo istotnych potrzeb i instynktów 
narodu. 
Mistycyzm narodowy, mesjanistyczna irracjonalna egzaltacja — to wynik instynktu i 
potrzeby ciągłości w życiu psychicznym narodu. Naród stanowi nie tylko jedność etniczną, 
kulturalną i cywilizacyjną — naród musi stanowić jedność w czasie. Każde pokolenie musi 
czuć, że dobytek powstał z pracy ojców i dziadów, że kultura jego jest kontynuacją kultury 
pokoleń poprzednich. Bez tego poczucia ciągłości nie można być narodem. Tymczasem 
jakżeż trudno o zachowanie tej ciągłości w naszym kraju, gdzie od lat dwustu ciągłe 
kataklizmy, katastrofalne wstrząsy przerywają ową linię ciągłości, gdzie każde niemal 
pokolenie rodzi się na gruzach i zgliszczach, wzrasta w cieniu klęski poniesionej, a nierzadko 
zawinionej przez pokolenia poprzednie. Jakże tu nie złorzeczyć ojcom i dziadom, gdy stale 
zaczynać trzeba od początku, gdy młodzi czują się samotni, pozostawieni sobie? I dlatego 
właśnie, chcąc zapełniać te ciągłe luki i wyrwy w polskim życiu, nasza myśl narodowa 
stworzyła ów mistycyzm patriotyzmu i walki, ową tylekroć potępianą egzaltację, której 
zadaniem było- właśnie: skonstruować więź duchową między pokoleniami, zbudować ów 
napowietrzny most, który mógłby trzymać się nawet w próżni, nawet wtedy, gdy " wszelkie 
wartości dotykalne, materiallne zostały zdruzgotane. Desperackie to jest i' tragiczne, prowadzi 
często do szaleńczych i absurdalnych konsekwencji politycznych, lecz daje jedną korzyść: 
przygotowuje naród moralnie na wszystko,  nawet na całkowite  unicestwienie,  od  którego 
26 
przecież w ostatniej wojnie byliśmy o krok. Daje absolutną wiarę, uniemożliwia zwątpienie i 
jałową rozpacz. 
Tej postawie towarzyszy stale jej nieodłączny negatyw: racjonalistyczna, sceptyczna krytyka. 
O ile postawa pierwsza była wynikiem nieodpartej potrzeby ciągłości życia narodu, biegnącej 
poprzez pokolenia, to druga postawa jest wyrazem naturalnego instynktu życia, (normalnego i 
zdrowego, organicznego, jaki ma każde pokolenie; instynkt ten sprzeciwia się ciągłemu 
kultowi grobów i ofiar, niezdrowemu napięciu egzaltacji, uporczywemu irracjonalizmowi. I 
stąd krytyka, ironia, demaskowanie „świętości" jako złud i 'kłamstw („...że to mar 
rozpustnych jest szereg, 'którym trujecie młodzież od powicia" — Nowaczyński). 
I jeden, i drugi kierunek osiąga u nas natężenie przesadne, niezdrowe; rozpiętość między nimi 
jest paradoksalna, nie ma tu równowagi, właściwej innym, w normalnych warunkach żyjącym 
narodom. I megalomania narodowa, i samoopluwanie osiągnęły u nas nasilenie niebywałe: o-
kreślaliśmy siebie i jako Chrystusa narodów, i jako ich pawia i papugę. Syntetycznie złączył 
to Jan Lechoń w Herostratesie: .....papuga wszystkich ludów — w cierniowej koronie". 
Ta sama sprawa owej paradoksalnej dwoistości wyrasta przed nami dziś, gdy skończyła się 
najstraszniejsza w dziejach świata wojna, w czasie której byliśmy o krok od zagłady, i to 
zagłady realnej, namacalnej, biologicznej. Wojna ta znowu — jeszcze raz, jak bezlitosnym 
uderzeniem potwornej gilotyny — odcięła nas od przeszłości', od problematyki społeczno-
politycznej i ideowej, która była treścią życia poprzedniego pokolenia. Epoka 
„dwudziestolecia" — to teraz jakieś ¦egzotyczne wspomnienie; dalsza nam jest zapewne niż 
Francuzom po Sedanie Drugie Cesarstwo. Znowu skłonni jesteśmy przekląć ojców i dziadów 
za klęskę, z której znów z trudem się dźwigamy. I oto dalej działają owe odwieczne polskie 
dwie tendencje. Jedna chce nawiązać wspólną nić ipsychiczną z przeszłością przez dalszy kult 
ofiary, przez apoteozę irracjonalnego poświęcenia, apoteozę walk przegranych, lecz 
bohaterskich, przez mistyczną ideę głębokiego sensu, jaki kryć się ma nawet w tak politycznie 
i strategicznie ryzykownym akcie jak  powstanie  warszawskie.   (Zresztą  na  marginesie   za- 
27 
 

background image

 

12 

znaczyć należy, że tak samo chybione było i powstanie kościuszkowskie, któremu dziś 
niektórzy apologeci starają się nadać zdrowe rumieńce akcji realistycznej, bo rzekomo opartej 
o lud; iw istocie — wraz z innymi powstaniami, trzeba je zaliczyć do kategorii polskich 
szaleństw.) Druga tendencja — to antyteza postawy moralno-racjonalisty-cznej, oblewająca 
zimną wodą, trzeźwa, racjonalna, sceptyczna krytyka, stawiająca jako swoje bożyszcze — 
realizm. Klasycznym przedstawicielem tej drugiej postawy jest Aleksander Bocheński: jego 
Dzieje głupoty w Polsce to konieczne i zdrowe odciążenie dla powstańczego mistycyzmu, 
odciążenie jedynie skuteczne, bo politycznie nie podejrzane, wychodzące od autora nic 
wspólnego nie mającego z akcją publicystyczną usiłującą kilku sloganami załatwić się z 
ideologią krwi i ofiary, ideologią, która, cokolwiek by się o niej dziś myślało, wyrosła z 
wielkich i ciężkich zmagań udręczonego ducha narodowego. 
I oto, gdy iw dniu dzisiejszym stoimy na gruzach i zgliszczach, szykując się do odbudowania 
— jeszcze raz — nowej Polski, do owego (tradycyjnego, niestety, wskrzeszenia z popiołów 
Feniksa, gdy stoimy wobec bankructwa politycznego i militarnego „Drugiej 
Rzeczypospolitej" — heroldowie „nowych czasów" proponują nam spalenie na stosie tej 
resztki dobytku, jaka nam jeszcze pozostała: kulturalnego dorobku dwudziestolecia. Ponieważ 
doprowadziło nas ono do katastrofy, więc nic z jego form życia i tworzenia nie śmie 
przedostać się do dzisiejszej rzeczywistości — na taki hojny gest pozwolić sobie mamy dziś 
my, bankrut narodowy. Czy to jest słuszne? 
oczywiście, że nie jest słuszne. Co więcej — jest absurdalne. Jeśli mamy zachować kulturę 
narodową, musimy złączyć odcięte przez wroga jej człony: kultura nie bierze się  znikąd.,   
lecz  poszczególne   jej   wartości  zazębiają  się 
o  siebie jak ogniwa łańcucha. Przy tym wartości kultury 
i  sztuki mają to do siebie, że nie mogą ich zniweczyć armaty, samoloty i czołgi, tak dobrze 
dające sobie radę z reżimami politycznymi i z ustrojami gospodarczymi. Niemcy sprawili, że 
Sanacja znikła w ciągu paru tygodni z rzeczywistości politycznej,  lecz żadna siła  poza  
nieuniknionymi,  powolnymi',  autonomicznymi prawami  kultury nie może  zniweczyć  
wiersza  Lechonia  czy  powieści  Kadena. Rydza-Śmigłego nie ma, Kaden-Bandrowski — 
choć zginął 
28 
—  pozostał. Bowiem rzeczywistość dzieła sztuki leży w innym wymiarze, ewolucji 
kulturalnej, nie przerwie jej ani wojna, ani rewolucja społeczna. Przerwać lub zmienić bieg 
kultury może  tylko   rewolucja   kulturalna,   lecz taka rewolucja działa nie przez niszczenie 
tego, co było, ale  przez  tworzenie  wartości  nowych.  Ta  rewolucja nie pali istniejących 
książek, lecz — pisze nowe. I tylko taką rewolucję kulturalną uznać możemy; inna 
ściągnęłaby nas na poziom hitlerowskich barbarzyńców. 
Jest jeszcze problem winy; literatura dwudziestolecia musi ponieść karę, bo nie dorosła 
rzekomo do swego czasu, bo uśpiła czujność społeczeństwa, bo bawiła miast zbroić i 
wychowywać itp. Otóż jest tu nieporozumienie. Literatura polska po wojnie światowej, po 
odzyskaniu niepodległości, nareszcie przestała być literaturą-orężem zbrojącym naród w 
walce o przetrwanie, a stała się normalną, zwykłą literaturą, jaką wydaje każde normalne 
społeczeństwo. Spełniło się proroctwo Wyspiańskiego, który marzył o Polsce zwyczajnej, 
takiej jak inne kraje; nie o cierpiętniczej, patetycznej, koturnowej, nie o Mesjaszu narodów 
—   lecz   o   Polsce   prozaicznej,   zwykłej,   zdrowej.   I   ten przełom w (pojęciach, w 
natężeniu, w gatunkach literackich, który zarówno skrajna lewica jak i skrajne grupy 
nacjonalistyczne   nazywały   skarleniem   moralnym   literatury, to był w istocie proces 
najzdrowszy i najbardziej radosny: przemiana człowieka chorego w zdrowego, niewolnika — 
w ¦ wolnego.   Potężny,  patetyczny   ton   Trzech  Wieszczów ustąpił  miejsca może  
małodusznemu, może  hałaśliwemu, może mieszczańskiemu i burżuazyjnemu — ale jakżeż 
zdrowemu i orzeźwiającemu rytmowi skamandrytów. Literatura  przestała być orężem,  

background image

 

13 

natchnieniem,  ideą,  przestała formować postawę polityczno-ideologiczną narodu, stała się; 
po prostu — literaturą, opowiadaniem różnych ciekawych historii, pisaniem ładnych wierszy. 
Patetyczny i bohaterski żołnierz ustąpił miejsca zaaferowanemu i spieszącemu się kupcowi'. 
Lechoń zaznaczył symbolicznie ideologię tego przełomu w Herostratesie, Tuwim wyśpiewał 
to w dwadzieścia lat później pisanych Pieśniach o państwie, „Skamander" stał się symbolem 
rodzącej się nowej Polski, która żarłocznie chciała wyżyć się w tym wszystkim,  czego 
zabroniła  jej   — niewola.  Polska,  kraj  marazmu,  nędzy, bierności, kraj bez dróg, bez 
fabryk bez kapitału — nagle 
29 
mogła próbować dogonić inne kraje, zdjęto jej pęta z nóg. Do tego czasu nie przeżyła jeszcze 
epoki kapitalizmu, nie miała swojej burżuazji, nie znała bohaterstwa handlu i patosu 
bogacenia się — żyła w fikcyjnym, zatrutym niewolą koturnowym świecie „romantycznej 
Trójcy" (inteligencja) lub w ciemnocie i bezmyślności (lud). I oto nagle 
— zdjęto zasłony z okien. Na świecie był prozaiczny dzień, nie patetyczna noc. I wtedy 
literatura zeszła z koturnów, zmalała. Nareszcie! Tak się zaczyna każda wolność. 
Cóż było potem? Nie chcę tu opowiadać historii literatury dwudziestolecia. Była 
wielokierunkowa, bo musiała tyle odrobić, bo chciała spróbować tego wszystkiego, czego 
kosztowała Europa. Była mieszczańska i bezideowa — bo ją to bawiło, bo to była dla niej 
nieznana a zabawnie emocjonuJąca nowość: nie głosić płomiennych idei, tylko łechtać w 
pięty nową warstwę — burżuazję. Lecz oddajmy jej sprawiedliwość: potrafiła być i 
patetyczna, i mądra, i odpowiedzialna, potrafiła widzieć narastające problemy i konflikty 
społeczne. Za jej to czasów przecież wyszło i Rozdroże Dąbrowskiej, i Kordian i cham 
Krucz-kowskiego — książki śmiałe, a wydane niemal bez przeszkód i omawiane szeroko na 
łamach pism oficjalnych. Literatura ta umiała usłyszeć pomruk nadciągającej burzy 
—  czy to doszedł on do uszu poety (Żagary, Czechowic), czy do przenikliwego umysłu 
krytyka (Kołaczikowski). Nie sądzę, aby literatura polska dwudziestolecia mniej wiedziała o 
nadchodzącej wojnie niż literatura (tego okresu w Anglii i Francji. A jednocześnie umiała, 
choć w przededniu katastrofy, stworzyć wartości czysto literackie, nawet oderwane, 
bezinteresowne, umiała zapełnić nasze luki w różnych gatunkach i  rodzajach, rozsypała  się  
na  cały  wachlarz „izmów", odpowiadających bogactwu kulturowemu Europy. Może nie była 
oryginalna i twórcza w pełnym tego słowa znaczeniu,  może  nie była tak  wielka  i  ważka jak 
w czasach niewoli. Nie wydała nowego Mickiewicza, Żeromskiego czy Prusa. Ale bo też inne 
wyznaczyła sobie zadania — nie o to jej chodziło — musiała odrabiać teren i doganiać  
innych nawet  w drobiazgach,  wszak po raz pierwszy od tylu lat Polska dostała równe szansę 
z innymi narodami Europy! 
Dziś literatura ta staje na cenzurowanym: niektórzy twierdzą, że trzeba się jej wyrzec, bo była 
— mała. Mała 
30 
— jak na swoje czasy, nie dorosła do> swych problemów. Nieprawda! Po prostu nie zdążyła 
sięgnąć wyżej, bo nie skończyła wypełniać luk i dopędzać Europy — w drobiazgach. Zaś w 
kulturze nie można nic opuścić, wszystko jest ważne, wszystko wysnuwa się jedno z 
drugiego. Wojna i rewolucja społeczna wpływu na to nie mają — ani nowe formy literackie, 
ani nowe obrazy czy symfonie, ani nowe odkrycia matematyki czy fizyki nie zjawią się na 
zawołanie.  
Prawa kultury są wieczne i nieugięte, są logiczne, ścisłe i konsekwentne. Literatura nasza 
powojenna musi zacząć dokładnie tam, gdzie skończyła literatura „dwudziestolecia". I tak się 
też dzieje: :po pierwszym okresie dezorientacji i panowania narzuconych przez doktrynerów 
sztucznych i martwych formułek (których rezultatem było tylko trochę kiczów) — zaczynają 
wychodzić książki kontynuujące zdobycze i kierunki dwudziestolecia. To jest krzepiące. 
Wierzę w zdrowy rozwój literatury polskiej, wyzwolenie wreszcie z wielkich często, ale i 

background image

 

14 

duszących sugestii niewoli. A na pytanie: — jak oceniam literaturę dwudziestolecia? 
odpowiem: — Bez względu na to, czy była wielka, czy mała, twórcza, czy jałowa, społeczna, 
czy elitarna, radykalna, czy reakcyjna, płytka, czy głęboka, bez względu na to, czy wyczuwała 
„ducha epoki", czy nie, bez względu na to, czy nas moralnie uzbroiła, czy rozbroiła, czy 
popierała reżim sanacyjny, czy nie, czy była gniewna i rewolucyjna— czy lizusowska i 
oportunistycz-na, czy była awangardowa, czy zacofana, pożyteczna, czy szkodliwa, bez 
względu na to wszystko — była nareszcie po latach niewoli — zwykłą, normalną literaturą 
zwykłego, normalnego, europejskiego   wolnego   narodu. 
XII 1946. 
Literatura z tezą 
TEZA PROSTA  I ZŁOŻONA 
¦ Problem literatury z tezą czy z tak zwanym po dziennikarsku „wydźwiękiem" jest dziś u nas 
niezwykle aktualny. Często zapytują mnie ci i owi: — Czy jest pan zwolennikiem takieij 
literatury? (z tezą, z „wydźwiękiem"). Odpowiadam: — Jestem przeciwnikiem literatury bez 
tezy, literatury wypranej z ważkiej treści ideowej i moralnej, co nie oznacza, żebym 
aprobował każdą literaturę z tezą. Od czego zależy moja aprobata? Od jakości tezy. 
Oczywiście nie od jakości w sensie merytorycznym (np. teza marksistowska, 
spirytualistyczna, nietzscheańska, egzystencjalistyczna czy jakakolwiek inna), lecz od jakości 
w sensie wewnętrznej struktury samej tezy, jej charakteru i metody. Teza, którą aprobuję (co 
nie znaczy, że się z nią akurat zgadzam), musi być tezą wielopiętrową i wielopłaszczyznową, 
uwzględniającą (choć w intencjach przezwyciężającą) skomplikowanie, powikłanie świata 
oraz wewnętrzne sprzeczności ludzkie: Czasem może to być nawet teza-klimat, teza-
atmosfera czy teza-ogólna sugestia, w żadnym jednak wypadku nie teza-klucz czy teza-szyfr. 
Teza jest natury myślowej, definicjonalnej, nie akceptuje jednak tezy, która jest myślą 
nadającą się do ujęcia jej w paru zdaniach. Teoria względności kodyfikująca pewne 
obiektywne Właściwości świata fizycznego też jest natury myślowej, a jednak najbardziej 
popularne jej wykłady są skomplikowane. Tym bardziej skomplikowana będzie teza literacka, 
operująca człowiekiem, którego głębi psychicznej jeszcze nie zmierzono, a stosunków między 
świadomością i odruchami w sposób ostateczny nie ustalono. Nie zrobiły tego nawet  tak  
„uniwersalne"  klucze  jak  behawio- 
32 
ryzm   czy   freudyzm,   bynajmniej   przecież   nie   grzeszące skromnością. 
A więc opowiadam się za tezą złożoną: teza musi być tkaniną,, nie nitką. Posłużmy się tu 
przykładem z akustyki muzycznej. Większość dźwięków muzycznych to dźwięki złożone, 
obok tonu zasadniczego słychać tam szereg tonów górnych, zwanych alikwotatmi czy 
dźwiękami harmonicznymi lub kombinacyjnymi. Słuchacz nie zdaje sobie sprawy z istnienia 
tych tonów, uświadamia sobie tylko wysokość zasadniczego, mimo to słyszy je: docierają one 
do jego świadomości, gdyż nadają dźwiękowi masę, głębię i kolor. W przeciwieństwie do 
nich istnieją tony proste, nie posiadające brzmień dodatkowych, np. tzw. flażolety 
skrzypcowe. Jako- tony proste, brzmią one zupełnie inaczej niż dźwięki złożone, choć mogą 
mieć tę samą co tamte wysokość. Sądzę, że teza literacka winna być dźwiękiem złożonym, 
nie flażoletem — co bynajmniej nie łączy się ze sprawą światopoglądowej jakości tezy, lecz 
ze sprawą pełnego (w ramach każdej ideologii) widzenia różnorodności i sprzeczności życia. 
Teza nie może anulować sprzeczności i różnorodności, lecz musi z nich wynikać i na nich się 
opierać, musi być jednością ponad różnorodnościami. Nie może być jedną prostą myślą, nie 
może być jednostkowym kluczykiem filozoficznym, ideowym, uczuciowym czy choćby 
formalym: musi być syntezą, a więc tezą złożoną, wielowarstwową tkaniną a nie nitką, 
dźwiękiem a nie tonem. Jaka jest teza, jaka jest idea wielkich utworów literackich, takich jak 
Bracia Karamazow, Komedia ludzka czy Czerwone i czarne? Trudno to powiedzieć w paru 

background image

 

15 

zdaniach, trzeba by mówić dużo; a przecież nie są to na pewno dzieła bezideowe. Po prostu 
posiadają tezę złożoną. 
Obecność tezy prostej i tezy złożonej obserwować można w utworach literackich o 
najrozmaitszej jakości ideowej, podobnie jak dźwięki i tony proste posiadać mogą tę samą 
wysokość: podział ze względu na wewnętrzną strukturę tezy nie przecina się z podziałem 
ideologicznym. A więc na przykład: Cichy Don Szołochowa, Droga przez mękę Aleksego 
Tołstoja czy Burza Eremburga to powieści marksistowskie o tezie złożonej, natomiast Węgiel 
Ścibora-Rylskiego to lekko przyozdobiona pozorną złożonością marksistowska powieść-
flażolet.  Podobnie 
33 
Sedno sprawy Greene'a to katolicka powieść z tezą złożoną, a Córka Izabelli Lutosławskiej 
lub w jeszcze większym stopniu niektóre powieści Rodziewiczówny to katolickie powieści-
flażolety. Nie wierzy, aby jakikolwiek światopogląd implikował operowanie tylko tezą prostą 
czy tylko tezą złożoną, tylko nitką czy tylko tkaniną. To po prostu zależy od indywidualności 
danego pisarza, od jego głębi i wszechstronności widzenia życia wraz z zawartą w tym życiu 
różnorodnością i sprzecznościami. 
SPRZECZNOŚĆ I RÓŻNORODNOŚĆ 
W dziele literackim, w sposobie widzenia świata odbija się niewątpliwie (w większym lub 
mniejszym stopniu, ale niewątpliwie) osobowość autora, osobowość ta zaś jest złożona i 
pełna sprzeczności. Weźmy Balzaca: z oficjalnych swych poglądów legitymista, uznający 
Kościół i monarchie za dwa filary społeczności, snobujący się na arystokrację i szlachectwo 
(sfabrykował sobie przed nazwiskiem „de"), jednocześnie maluje zepsucie i egoizm 
arystokracji, zepsucie, w którym zresztą osobiście z ochotą uczestniczył, uważając je za jeden 
z cennych smaków życia. Pokazując dysproporcje, paradoksy i ciemne zakamarki 
ówczesnego świata burżuazyjnego, z ogromnym znawstwem odmalowując przeróżne 
krętactwa i giełdowe manewry spekulantów czy bankierów, kreśląc istną epopeję pieniądza, 
obraz brutalnej, bezwzględnej walki, w której silniejszy pożera słabszego, w której zysk i 
użycie są naczelnym motywem a dobro i moralność zepchnięte zostały na szary koniec, 
jednocześnie jednak nie potrafi i nie chce ukrywać, że mu ten obraz imponuje, że podziwia 
toczoną walkę (afirmujące niejednokrotnie bezwzględność kapitalistycznej walki o byt 
wypowiedzi autora w opowieściach Gobseck i Bank Nucingena), że chętnie sam by wziął 
udział w spekulacjach, próbował szczęścia w giełdowej ruletce (co zresztą wielokroć, na ogół 
bez powodzenia ale i bez specjalnych skrupułów, robił). W jednej osobie tytan ascetycznej 
pracy i spragniony uroków życia, nieopanowany, zmysłowy ich żarłok, głęboki znawca 
ludzkiej duszy, malarz cierpień i krzywd a zarazem snob lubujący się w błyskotkach i 
tytułach, demaskator środowiska rekinów spekulacji a zarazem często podświadomy a 
nierzadko świado- 
34 
my tego środowiska miłośnik. Sprzeczności? Tak, ale wewnętrzne sprzeczności jednego 
człowieka, złożoność i wie-lopłaszczyznowość ludzkiej osobowości, odbijająca się również w 
dziele. A przecież Komedia ludzka nie jest utworem bez idei, bez tezy i „wydźwięku": teza jej 
uwypukla się niejako sama, czasem może nawet poza świadomością autora, ponad 
różnorodnością i sprzecznościami, wyrasta z nich i ponad nie, wynika z porywającej 
Balzakowskiej pasji do pokazania prawdy, całej prawdy o życiu. Balzac wiąże i plącze 
różnorakie wątki i sprawy, jak właśnie nici w tkaninie; uwzględnia bogactwo typów ludzkich, 
ich najrozmaitsze motywy działania, ich przeróżne uwarunkowania ekonomiczne, społeczne, 
narodowe, antropologiczne, historyczne a nawet i przypadkowe. Żadnemu z nich nie 
przyznaje wprawdzie rangi uniwersalnego klucza do ludzkiej natury, lecz uwzględniając 
wszystkie, kontynuuje swoją własną, złożoną tezę o człowieku. Trudno zdefiniować tę tezę w 
paru zdaniach, można by o niej napisać książkę, bo „teza świata" nie może być jedną myślą, 

background image

 

16 

jest tkaniną myśli, syntezą sprzeczności i różnorodności. Tam gdzie myśl jest prosta, gdzie 
jest nitką lub tonem, tam powstaje nie realistyczne dzieło literackie, lecz upraszczają-co 
dydaktyczna umowna „powiastka filozoficzna", historyjka z morałem. To też jest swoisty 
gatunek literacki, lecz jego typu tez-flalżoletów nie aprobuję. Teza czy „wydźwięk" dzieła 
literackiego nie może, sądzę, być rezultatem zubożenia życia czy przejścia do porządku nad 
jego sprzecznościami. Jako pracę wstępną przed rozpatrzeniem sprawy literatury z tezą 
poleciłbym każdemu napisanie studium pod tytułem: Wydźwięk ideowy i koncepcja 
człowieka w Komedii ludzkiej. Praca nie beznadziejna, ale i nie łatwa: natkniemy się w niej 
na wiele sprzeczności Balzakow-skiego dzieła. Dużo jest wewnętrznych sprzeczności w 
jednym człowieku, a ileż ich w tysiącach i milionach ludzi! Balzac jest osobiście nosicielem 
drobnego tych sprzeczności ułamka, lecz wystarczy tej „kilkukrotności" jego natury, aby 
dojrzał nie jedną, lecz szereg płaszczyzn i „aspektów" (drugie brzydkie słowo) ludzkiego 
życia. Odcyfrowując Balzakowską tezę, nie sposób tej wielopłaszczyznowości pominąć. 
A więc liberalistyczny, antyselekcyjny, bezideowy bałagan?  — zapyta  ktoś.  I  tutaj  mała  
dygresja  polemiczna. 
35 
DYGRESJA O LIBERALIZMIE 
Winien tu jestem małe wyjaśnienie, w pewnym sensie osobiste. Wiadomo czytelnikom 
„Tygodnika", że głoszę liberalizm, z czego niejeden wyprowadza wniosek, że głoszę 
bezideowość. — Jakże wyznawca jakiejś idei -— rozumuje ów mój oponent — może być, co 
mu nakazuje liberalizm, tolerancyjny wobec innych idei, które przecież, jeśli naprawdę 
wierzy w swoją, musi uważać za fałszywe? Jakże można świadomie równouprawniać idee 
prawdziwe i fałszywe? Nie — konkluduje mój rozmówca — to jest niemożliwe. Człowiek 
naprawdę wyznający jakiś światopogląd nie może być liberałem. Liberalizm wyklucza w 
istocie posiadanie jakiejś sprecyzowanej i ugruntowanej ideologii czy wiary, liberalizm 
bowiem sam jest ideologią swego rodzaju bezideową czy ideologią bezideowości. Tylko 
człowiek bezideowy może być tolerancyjny, tolerancja bowiem jest wynikiem bardziej lub 
mniej świadomego indyferentyzmu. 
Streszczony tu pogląd jak najkategoryczniej odrzucam. Liberalizm w moim pojęciu i ujęciu 
nie jest ideologią, lecz postawą: postawą w pewnym sensie obyczajową, kodeksem 
honorowym, stylem postępowania czy regulaminem pojedynku, kodeksem, który 
obowiązywać winien wszystkie światopoglądy, jest bowiem sam przez się pozamerytoryczny, 
o niczym nie przesądza, tak jak regulamin obrad nie przesądza o ich kierunku. Uznanie 
pewnych impondera-biliów dyskusji jest po (prostu usankcjonowaniem współistnienia 
przeciwieństw, a nie należy się nigdy wzdragać przed formalnym usankcjonowaniem tego, «> 
jest oczywistym faktem. Skoro faktem i to faktem przez dialektykę np. ocenianym 
pozytywnie jest współistnienie i starcie przeciwieństw, wobec tego szukanie regulaminu form 
obyczajowych dla tego starcia, form możliwych do przyjęcia dla wszystkich partnerów bez 
ich uszczerbku ideowego jest niewątpliwie akcją pozytywną, a w życiu intelektualnym zgoła 
konieczną. Akcją tą trudni się liberalizm — jest to, powiedzmy, akcja dodatkowa, akcja 
pozamerytoryczna i pozapoglądowa, niemniej ma i ona swoje imponderabilia, swoje 
dogmaty, a także swój heroizm. To, że ktoś bierze udział w pracy nad regulaminem obrad czy 
pojedynku, nie dowodzi bynajmniej, że rezygnuje on z zajęcia w tych obradach czy walce 
określonego stanowiska: moralna postawa, jaką jest upodobanie do uporządkowanych i lojal- 
36 
nych reguł walki, nie przeszkadza wcale temu, że walczyć się będzie dzielnie, z 
przekonaniem i oczywiście tylko po jednej ze stron. Liberalizm to w moim (pojęciu smar, 
dzięki któremu funkcjonować może mechanizm walki intelektualnej — smar sam przez się 
ideowo Obojętny. Umożliwia on jedynie pewną szerokość i wielowarstwowość czy 
„wieloaspektowość" widzenia, umożliwia docenianie postawy przeciwnika. Dzięki niemu to 

background image

 

17 

właśnie mogę snuć niniejsze rozważania o> literaturze z tezą niejako obiektywnie, nie 
zahaczając w ogóle o jakość tezy, i w konsekwencji 
o  spory światopoglądowe, dzięki niemu mogę posługiwać się na swoje dobro argumentami 
zaczerpniętymi z twórczości  pisarza  tak  ideowo i psychicznie  mi  obcego  jak Balzac, 
dzięki niemu wreszcie mogę jakby zaglądać jednocześnie  w  karty  kilku  partnerów  i  
lojalnie  milczeć,  co nie przeszkadza wcale,  że sympatiami  jestem po stronie jednego z nich. 
Upodobanie w przestrzeganiu regulaminu walki jest przy tym właściwością nie pozbawioną 
istotnych wartości moralnych:  szanuję  a przynajmniej  chcę szanować wszystkich 
walczących, daję im okazję do> zdobycia mojego szacunku,  chociaż nie mojej  kapitulacji  
ideowej. 
SŁOWO A LITERACKA SUGESTIA PERSPEKTYWY 
Wróćmy do spraw literackich, i to z podkreśleniem słowa „literacki". Mówimy bowiem o 
tezie literackiej, a to jest teza specjalnej natury, bardzo odmienna od tez filozoficznych, 
naukowych czy praktyczno-życiowych. Momentem powodującym częstą pomyłkę jest tutaj 
fakt, że teza literacka, podobnie jak i tamte, posługuje się słowami. Lecz słowa literackie są 
inne, mają inną funkcję niż słowa naukowe, filozoficzne czy praktyczno-komunikatywne. Na 
czym polega różnica? 
Ogólnie określiłbym to tak, że funkcją słowa np. naukowego jest zamykanie, a funkcją słowa 
literackiego —• otwieranie. Zdania naukowe zamykają w sobie pewną ściśle określoną 
zawartość, ambicją ich jest, żeby nie zawierać nic więcej, tylko właśnie to. Zdania literackie 
natomiast muszą właśnie pokazywać więcej niż zawierają. Mówiąc z konieczności  (z  
konieczności,  bo  słowa są niedoskonałe 
i   mają  ograniczoną   pojemność   znaczeniową)   o   pewnych tylko określonych tematem 
zjawiskach życia, muszą one 
37 
otworzyć nam perspektywę na inne jeszcze zjawiska tego życia, perspektywę na mnogość, 
perspektywę wymiarów, przestrzeni, głębi, czasu. Słowo literackie jest jak farba, za pomocą 
której malarz stworzyć musi na płaskim płótnie perspektywę głębi. Może to być ta sama 
farba, którą pomalowana jest ściana czy samochód, lecz funkcja jej jest w obu wypadkach 
zupełnie inna, tak właśnie, jak różne są funkcje słowa ¦literackiego i nieliterackiego. Pisarz 
chce ująć w słowa to co wykracza poza treść tych s ł ó w i w tym celu posługuje się szeregiem 
sposobów literackich, czyniących słowa narzędziem sugestii, za pomocą której wytwarza się 
w psychice, w umysłowości czytelnika wizja wielowymiarowa, zaopatrzona w mnogość, w 
głębię, w czas, w (przestrzeń. W ten sposób każda teza prawdziwie literacka jest tezą otwartą, 
tezą niedokończoną, tezą-okazją, pobudzającą umysł i wyobraźnię do działania, tezą niepełną, 
której dokończenie czy antyteza znajduje się w umyśle czytelnika. Przeciwnie, rzecz prosta, 
niż w de-finicjonalnej tezie naukowej, gdzie chodzi właśnie o to, aby ograniczyć myślenie 
odbiorcy do zakresu zawartego w definicji, zamknąć je niejako w ścisłych, 
nieprzekraczalnych ramach. To co dobrze świadczy o twierdzeniu naukowym, źle świadczy o 
powieści. Niedobra to powieść, po której przeczytaniu powiemy sobie z odcieniem zawodu: a 
więc w życiu jest tylko tyle, ile opisano w tej książce? Dobra natomiast jest powieść, po 
której przeczytaniu powiemy: ta książka otwiera perspektywy na masę spraw, których w niej, 
formalnie rzecz biorąc, nie ma; ileż to zagadnień i obrazów poruszyła w nas, jakżeż 
uzmysłowiła nam obszary tajemnic życia i pobudza nas do myślenia o nich, (tajemnic 
oczywiście nie w jakimś sensie mistycznym — nie chcemy przecież wszczynać tu rozmów 
filozoficzno-me-rytorycznych — lecz w sensie tego, czego- człowiek jeszcze nie poznał). 
Taka książka spełniła swe literackie zadanie: dała tezę literacką, tezę otwartą, posłużyła się 
słowem, zdaniem, definicją, po literacku, to znaczy otworzyła za pomocą zdefiniowanych 
pojęć perspektywy szersze od tych pojęć, za pomocą prostego słowa osiągnęła sugestie i 
wrażenia złożone. 

background image

 

18 

Człowiek nie ma innych narzędzi komunikatywnych niż słowo i myśl relacjonująca i 
definiująca, pisarz też ich nie ma, choć jego myśl spełnia funkcje inne niż myśl naukowa. 
38 
funkcje organizowania i pobudzania wyobraźni. Ale to, iż pisarz nie ma innych elementów 
komunikatywno-sugestywnych niż słowo i myśl, nie dowodzi wcale, że elementy takie w 
życiu nie istnieją, tak jak fakt, iż malarz maluje świat farbami, nie dowodzi, że świat składa 
się z farb. Farba, jak i słowo literackie, są tyllko narzędziem, środkiem zastępczym, za 
pomocą którego artysta oddaje wrażenie świata, wrażenie, jakie świat wywiera na umyśle 
ludzkim. O tym, że są to tylko środki zastępcze, przekonać się łatwo; wystarczy zbliżyć twarz 
do obrazu, aby znikła perspektywa, głębia, wypukłość, wklęsłość, a pozostała tylko mazanina 
farb na płótnie. Podobnie jest, gdy próbujemy oddać język literacki komunikatywnym 
językiem definicji i ścisłych określeń. Największe powieści świata, które otwierały nam w 
lekturze rozległe perspektywy życia, przełożone na język zwięzłych tez i definicji — tracą 
swój cały ładunek właśnie intelektualny: zostaje parę ogólników czy banałów, a nierzadko-, 
chcąc coś powiedzieć o jakimś utworze literackim, da się to zrobić tylko... po literacku, w 
formie artystycznej impresji. Słowo filozoficzne, naukowe, praktyczne bywa bezradne wobec 
perspektywicznej wizji literackiej, powieść też nierzadko okazuje się tezą lub poglądem, 
których nie dałoby się wyrazić inaczej. A jednak nie przestają one być tezą czy poglądem, ale 
zaopatrzonym w sugestie wielopłaszczyznowych perspektyw, mnogości i przestrzennej głębi, 
których nie jest w stanie oddać „zamykające w sobie" słowo pozaliterackie, słowo jedynie i 
ściśle definicjonalne. Tak więc „teza literacka" to coś specyficznego, o naturze zupełnie 
odmiennej od tezy definicjonalnej, naukowej, politycznej czy filozoficznej. 
OBIEKTYWNA WARTOŚĆ TEZY LITERACKIEJ 
Interesuje nas oczywiście, ile taka teza jest warta w sensie poznawczym. Wartości jej nie 
doceniają często ci, którzy namiętnie wierzą jedynie w wartość słowa definiującego, słowa, 
jak je nazwaliśmy, zamykającego, słowa stanowiącego dla myśli ostatnią, nieodwołalną i 
jednoznaczną instancję. Tymczasem słowo literackie, owo narzędzie sugestii, powodującej 
wrażenie głębi, mnogości i tajemnicy (przypominam: tajemnicy „świeckiej"), jest jedynie 
wstępem: dailszym ciągiem jest poznanie świata, jakie odbywa 
39 
 
się w nas po pobudzeniu dostarczonym nam przez nie dokończoną tezę literacką. Pamiętajmy 
wciąż o niedoskonałości słowa, o mistyfikacji, której dokonywa ono w utworze literackim, 
mistyfikacji podobnej do złudzenia, jakie wytwarza farba na płótnie. Wszak mówienie o 
wymiarach to jeszcze nie jest widzenie ich: głębię namalowaną widzimy wprawdzie, ale-
musimy ją sobie jeszcze wyobrazić, uzmysłowić; widzenie jej nie jest jej odczuwaniem, 
trzeba by dopiero w nią wejść. I tak samo jest z tezą literacką: jeśli widzenie daje nam 
skrócony symbol wymiarów (perspektywa na płótnie), tak samo słowo daje nam skrócony 
symbol tezy. Jeślibyśmy chcieli skrócić ten symbol jeszcze bardziej, przekładając go na język 
zwięzłych definicji światopoglądowych, postąpiliśmy jak ktoś, kto zachwycając się kwiatem 
postanowił poznać istotę „kwiatowości" i w tym celu obrywa płatek po płatku, aby dostać się 
do jego jądra, do wnętrza jego tezy. Tymczasem teza kwiatu odpada stopniowo wraz z 
każdym oberwanym płatkiem i zostaje wreszcie tylko jej resztka, reprezentacja, pozór, fikcja. 
Tezą kwiatu jest bowiem właśnie cały, pełny kwiat z płatkami — i upraszczanie jej jest jej 
niszczeniem, przekładaniem jej na język, na który ona przełożyć się nie da. 
Tak więc prawdziwa teza literacka, którą aprobuję, która mnie przekonywa, musi być złożona 
i nieprzekładalna, Nie martwimy się jej nieprzekładalnością: zmartwienie nasze byłoby tu 
wynikiem bałwochwalczego przywiązania do słowa — a przecież nie same słowa są na 
świecie, słowo jest tylko pośredniczącym narzędziem. Teza literacka, operując słowami, 
wyprowadza nas poza pojęciowy zakres tych słów — to właśnie jest jej specyfika, stąd 

background image

 

19 

niedoskonałość i mała atrakcyjność takiej tezy, gdy przełożyć ją na język zamkniętych 
sformułowań filozoficznych. Prosta nawet teza, jeśli jest syntezą sprzeczności i 
zjednoczeniem wielości, nabiera właściwego znaczenia tylko na tle dziejów owej syntezy, 
owego uświadomienia sobie wielości świata, które przecież poprzedzić musiało jej 
przezwyciężenie. Teza bez tego swojego „etatowego" tła, bez zaplecza swej historii, bez 
owych geologicznych nawarstwień ukazujących jej dzieje i budowę, staje się po prostu 
tuzinkową i nieciekawą statyczną definicją — truizmem. W tezie literackiej zawierać się 
bowiem muszą —i dzięki storo towo--sugestywnym właściwościom pisarskiego słowa 
zawierają 
40 
się — sprzeczności i walki, poprzez które się ona tworzyła: teza taka, będąc na pozór prosta, 
jest jednocześnie złożona, tak jak fortepianowy dźwięk C jest w istocie sumą szeregu tonów. 
Taką tezę chwalę, lecz złożoność jej musi być rzetelnie organiczna: teza musi być napisana 
dźwiękami, nie tonami: nitką nie zastąpi wielobarwnej tkaniny, sztuczny flażolet nie zastąpi 
dźwięku z natury swej złożonego. 
— Dobrze, teza literacka musi być złożona — powie ktoś — ale przecież musi i ona mieć 
swoją esencję, swoją jedność w wielości. Prawda — ale czyż droga do poznania tej esencji 
wiedzie przez obranie tezy z komplikacji i nawarstwionych-sprzeczności, czyli przez obranie 
kwiatu z płatków? Oczywiście nie. Wydaje mi się, że najwyższą jakość tezy literackiej mamy 
wtedy, gdy jej esencja filozoficzna przemawia sama, niejako ponad świadomością autora: tezą 
są wtedy po prostu prawa życia, które wystąpiły z obrazu niezależnie od świadomości pisarza 
tylko dlatego, że sam obraz był prawdziwy. Tak np. twierdzi krytyka marksistowska o 
Balzaku: że niezależnie od swych konserwatywnych poglądów i tendencji stworzył obraz 
prawdziwy z punktu widzenia postępu społecznego. Słusznie. Pisarz, który wierzy w prawa 
życia tymże życiem kierujące, w „istotę życia", w jedność wielości, nie będzie miał 
wątpliwości co do tego, że jeśli przedstawi prawdziwy obraz życia, to na obrazie tym zarysują 
się i wystąpią owe prawa, owa zasada porządkująca. Oczywiście, pisarz malując obraz świata 
dokonywa (musi dokonywać ¦— jest to prawo jego rzemiosła) selekcji elementów: rzecz w 
tym, aby selekcja owa nie miała na celu wyeliminowania złożoności i skomplikowań świata, 
pomniejszenia jego bogactw, lecz przeciwnie, aby wyselekcjonowane elementy jak najpełniej 
tę mnogość, sprzeczność i złożoność świata reprezentowały i sugerowały (teza otwarta). W 
pierwszym wypadku powstaje powieść-flażolet, która w ramach każdego światopoglądu jest 
niepożądana, bo daje świadectwo zasadzie filozoficznej kosztem prawdy o świecie, w drugim 
powieść o tezie złożonej i nieprzekładalnej, która w ramach każdego światopoglądu daje 
prawdę o świecie, niezależnie od swej zasady filozoficznej. „Prawda przemawia bez języka" 
— mówi wschodnie przysłowie. 
9 III 1952. 
41 
 
i wizja 
Na marginesie polskiej' prozy powojennej 
Sztukę można określić jako wysiłek ducha, dążący do wymierzenia najwyższej 
sprawiedliwości widzialnemu światu. 
(Conrad) 
Od samego początku niepodległości, zanim jeszcze rozpoczęły wychodzić książki, na łamach 
kształtującej się dopiero periodycznej prasy literackiej rozgorzała szeroka i długa dyskusja, 
utrzymana w charakterze wieszczącym i postulującym: jaka będzie, jaka ma być, jaka 
powinna być nowa, powojenna proza polska. Istotnie — po straszliwej 'wojnie, po 
bezprzykładnych w dziejach świata kataklizmach materialnych, a przede wszystkim 
moralnych, po przewrotach politycznych i gospodarczych, literatura — wydawało się — nie 

background image

 

20 

może pozostać obojętna w „wieży z kości słoniowej", musi zająć się wartościowaniem', 
osądzaniem, wyjaśnianiem, a także — postulowaniem. Wszyscy dyskutanci z obozu 
marksistowskiego (pamiętam zwłaszcza wypowiedzi Kotta, Brandysa, Żółkiewskiego, 
Bedharczuka, Kruczkowskiego) — zgodni byli w tym, że nowa literatura musi być 
ideologiczna, że powinna zająć wobec rzeczywistości określoną postawę światopoglądową, 
działać wychowawczo, konstruktywnie itp. Wołano jednym słowem o humanistyczne 
wartości nowej literatury; wołanie to zagłuszone zostało trochę opacznie przyłataną do niego 
dyskusją o realizmie, dyskusją, jak pokazała przyszłość, luźno raczej ze sprawą 
ideologiczności literatury związaną; postulat realizmu, postawiony wtedy zwłaszcza przez 
Kotta i Brandysa w formie dosyć mglistej, nie wytrzymał, w tej postaci przynajmniej, 
konfrontacji z późniejszą literacką .rzeczywistością                                         
42 
Z łamów „Tygodnika Powszechnego" patrzyliśmy wówczas na owo postulowanie 
ideologiczności literatury dosyć nieufnie, zachowując pełną rezerwę. Nie wynikało to, rzecz 
jasna, z miłości do „czystej formy" lub do hasła „sztuka dla sztuki". Po prostu, zgadzając się z 
marksistami co do konieczności ideologicznej postawy nowej prozy, podejrzewaliśmy, że 
pojmują oni tę rzecz jednostronnie, że „literatura ideologiczna" znaczy w ich interpretacji po 
prostu „literatura marksistowska". Jeśli chodziło natomiast o samą zasadę, to katolicka 
postawa światopoglądowa w nie mniejszym stopniu niż postawa marksistowska pociąga za 
sobą postulat ideologiczności literatury, literatura nie jest sztuką czysto formalną, jak muzyka, 
ani sztuką o przewadze elementów formalnych, jak malarstwo — proza literacka jest ścisłą 
syntezą elementów formalnych z elementami intelektualno-ideologicznymi; stąd wniosek 
prosty, że człowiek o określonym, koncentrycznym światopoglądzie musi, zwłaszcza w 
okresie wielkich przemian historyczno-społecznych, domagać się od pisarzy zajęcia 
zdecydowanej postawy moralnej i ideowej. Tu, w samej zasadzie, jest zgodność pomiędzy 
katolikami a marksistami — różnice zaczynają się dopiero w momencie napełniania zasady 
formalnej żywą treścią ideologiczną — treścią w obu wypadkach krańcowo różną. Na tę treść 
ideologiczną nowej prozy czekali z napięciem jedni i drudzy, katolicy i marksiści. 
Tymczasem życie przyniosło niespodziankę: pierwsze książki beletrystyczne, jakie ukazały 
się po wojnie, zgotowały i jednym i drugim nieoczekiwany zawód, poszły na wspak wszelkim 
takim lub owakim obliczeniom na ideologiczność czy polityczność (różnie to nazywano) 
nowej literatury. Książki te bowiem miast osadzać czy wartościować przeżytą niedawno 
niezwykłą rzeczywistość, ograniczyły się do innego zadania: do pokazania tej rzeczywistości, 
bez żadnego komentarza, do stworzenia wizji, wizji przefiltrowanej przez literackie 
rzemiosło, wizji ujętej w karby, w rytm formy literackiej. 
Symbolem niejako tego figla, spłatanego przez literaturę marksistom i katolikom, symbolem 
fiaska tych wszystkich, którzy (naiwnie trochę) oczekiwali, że przeżycie przez pisarzy 
straszliwej rzeczywistości wojennej wywoła w nich natychmiastową reakcję w postaci zajęcia 
w utworach wy- 
43 
raźnej humanistycznej postawy ideowej, była jedna z pierwszych wydanych po wojnie 
książek beletrystycznych, Krata Poli Gojawiczyńskiej. Pisząc w swoim czasie recenzję o tej 
książce (Realizm bezinteresowny, „Tygodnik Powszechny" nr 49), starałem się wykazać, że 
pomimo swego, w samym temacie założonego, realizmu (Kott nazwał go drobnym 
realizmem), książka nie ma absolutnie żadnego wydźwięku wartościującego ani tym mniej, 
ideowego. Barwna i giętka proza, czujnie rejestrująca wydarzenia i drgnięcia psychiczne, ma 
charakter narkotycznej wizji — nie zapładnia, nie pobudza do reakcji ani umysłu, ani 
sumienia; książka o Pawiaku nie budzi nawet nienawiści do Niemców; dzieje się to 
oczywiście nie z powodu jakiejś zamierzonej przez autorkę tendencji, lecz w wyniku 
nieświadomego artystowsko-wizjonerskiego stosunku do opisywanej rzeczywistości; 

background image

 

21 

narkotyk prozy literackiej (w swoim rodzaju doskonałej) relacjonującej rzeczywistość celem 
zbudowania wizji zagłusza wszelką ideową merytoryczność. Można by do tej książki 
zastosować słowa Taileyranda użyte przez Duff Coopera jako motto książki o> nim: 
„Zechciejcie zrozumieć, że ja nie pochwalam ani nie potępiam, tylko opowiadam". 
Po tej pierwszej książce posypało się sporo następnych, rozmaitych kalibrów i gatunków, ale 
zawsze mniej lub więcej wizjonerskich. A więc Jezioro Bodeńskie Dygata (pomimo usiłowań 
autora dodania do książlki komentarza ideologicznego, dobudówka ta okazała się bardzo 
wątła i z czysto wizyjnym nurtem książki związana nader luźno), Mury Jerycha Brezy, 13 
opowieści Pruszyńskiego, Z kraju milczenia Żukrowskiego, Noc Andrzejewskiego, Sztuka 
umierania Skierskiego i inne. Oczywiście, trzeba tu przyjąć szereg zastrzeżeń: przede 
wszystkim nie ma książek czysto wizjonerskich, zaś stopień bezinteresowności wizji jest 
zmienny, po drugie — książka wizjonerska również wyraża jakąś merytoryczną, ideową czy 
moralną tezę, jakąś myśl (o czym szerzej powiem dalej). Rzecz jednak w tym, że poprzez 
artystycznie skomponowaną i zdyscyplinowaną czystą wizję literacką wypowiedzieć można 
tylko tezy proste, hasła sloganowe, uczuciowo intensywne ale intelektualnie uproszczone, 
jednowymiarowe. Czysta, zdyscyplinowana, ogołocona z autorskiego komentarza 
ideologicznego wizja literacka daje w konkluzji, jak określił to pewien 
44 
mój znajomy, myśli plakatowe. Konkluzją myślową nowel Andrzejewskiego Przed sądem lub 
Apel, albo nowel żukrowskiego jak Lotna, ująć można w jednym zdaniu — bardzo to 
nieproporcjonalne do bogactwa wizualnego i e-mocjonalnego, zawartego w tych utworach. 
Myśli plakatowe jako końcowy rezultat lektury prozy (przy jednoczesnym bogactwie przeżyć 
emocjonalnych, nastrojowych, kolorystycznych) są w pewnym stopniu wynikiem 
przeszczepienia w dziedzinę prozy, estetyki i praktyki poetyckiej — wszak powojenna 
polityczna poezja Gałczyńskie-go, to nic innego, jak właśnie — plakat. Ale proza nie jest 
przecież poezją, proza jest jednak do pewnego stopnia workiem, do którego wrzucono, aby 
obijały się o siebie na wieczne czasy, treść ideologiczną i fonnię pisarską. Zaś myśl 
uproszczona, myśl plakatowa to największe niebezpieczeństwo intelektualne naszych czasów: 
z haseł, sloganów i uproszczeń urodził się faszyzm, myśli proste stały u kolebki każdego 
gwałtu: bowiem rzeczywistość dzisiejszego świata jest skomplikowana, wielowarstwowa, 
inna dla każdego kontynentu, dla każdego kraju, krzyżują się tutaj najróżniejsze płaszczyzny i 
punkty widzenia — kto chce to ująć w jedną, prostą myśl i narzucić tę myśl światu, musi 
światu zadać gwałt. Gdy mnie spytają, jaki jest mój stosunek do kapitalizmu, komunizmu, 
liberalizmu, do Rosji, do Francji, czy do Ameryki, nie będę mógł na to odpowiedzieć jednym 
zdaniem, przeciwnie, będę zmuszony powiedzieć wiele zdań, z przypisami, odnośnikami, 
zastrzeżeniami, komentarzami, zdań zachodzących na siebie, często pozornie przeczących 
sobie. Rzeczywistość jest skomplikowana, więc i prawda o niej nie może być prosta — myśl 
plakatowa, sloganowa nie jest prawdą — może być sugestią uczuciową, lecz nie ma nic 
wspólnego z postawą oceniającą, wartościującą i porządkującą — jest w istocie sugestią 
antyintelektualną. Postawa poetycka, omnipotencja wizji — to zaprzeczenie, uniemożliwienie 
postawy ideologicznej i moralizatorskiej — mówił o tym w Krakowie Benda. Dowód 
słuszności tej tezy widzę w jednym z ostatnich naszych wydarzeń literackich. Poeta o rzadko 
w tej branży spotykanych, szerokich zainteresowaniach meryto-ryczno-ideowych, chcąc dać 
pełny obraz ideowej sytuacji dzisiejszej Europy, porzucił właściwy sobie metafo-ryczno-
wizjonerski   język  poetycki   i   posłużył   się   czymś 
45 
w rodzaju łatwo wierszowanej, poetyzowanej prozy (Traktat moralny, „Twórczość" 1948/4). 
Rezultat poetycki może wątpliwy, za to rezultat umysłowy, merytoryczny — niewątpliwy. 
Aby jeszcze dokładniej wyjaśnić sprawę konfliktu wizji z ideą, posłużę się przykładem 
bardzo charakterystycznym: będzie nim książka Broszkiewicza Oczekiwanie i stosunek jej do 

background image

 

22 

słynnej Historii jednego życia prof. Hirszfelda. Obie książki mają ten sam temat: tragedię 
Żydów polskich podczas okupacji — lecz różnica stosunku do sprawy jest zasadnicza. 
Broszkiewicz cały swój wysiłek intelektualny zaprzęga do wspólnej pracy z wysiłkiem 
talentu; celem tej pracy jest zbudowanie psychologicznej wizji, utrzymanej w kategoriach 
literackich. Rezultat jest niewątpliwie świetny: wizja jest jednolita, wspaniale skonstruowana, 
przejmująca do głębi. Ale jest tylko wizją — pokazuje — nie wyjaśnia ani nie rozstrzyga: 
daremnie szukałoby się w niej moralnego ideologicznego drogowskazu, owej latarni, która 
rozświetliłaby tkwiące w mroku korzenie straszliwej zbrodni, popełnionej na milionach ludzi. 
Ideowa, pozytywna strona książki jest w stosunku do jej psy-chologiczno-artystycznej 
dojrzałości uderzająco znikoma — jest to oszczędność być może świadoma, niemniej 
wynikająca z konieczności, z braku. Oto kwintesencja ideologiczna książki, wypowiedziana 
na ostatniej jej stronie przez jedną z głównych postaci: „Ale chyba to nie pójdzie w 
zapomnienie, chyba ludzie nauczą się czegoś z naszego losu? Chyba to wszystko nie pójdzie 
na marne, co?" Oto wszystko — bez żadnego autorskiego komentarza. Czy to nie za mało? 
Czy jeśli nawet względy dyscypliny formalnej utworu nakazywały ograniczyć się do tego, nie 
należy, w imię humanizmu właśnie, rozerwać tych więzów i powiedzieć więcej? Przytoczone 
słowa brzmią żałośnie, jak deklaracje Ligi Narodów — przypominają się słowa Stefana 
Lichańskiego o- bezsilności humanizmu laickiego', napisane z racji Medalionów 
Nałkowskiej. Słowa te mają i tutaj pełne zastosowanie. 
Jakiż kontrast z książką Hirszfelda! Hirszfeld nie jest pisarzem, element wizyjny został w 
jego pracy ograniczony do najkonieczniejszego minimum relacji o faktach. Ale za to jakże 
wielka ambicja przyświecała tej książce: ambicja wszechstronnego ujęcia problemu, 
oświetlenia go na wszy- 
46 
stkich możliwych płaszczyznach: uczuciowej, moralnej, religijnej, historycznej, narodowej, 
socjologicznej, spojrzenia na niego różnymi oczami, i jakżeż żarliwe wysiłki znalezienia 
wyjścia ideowego, spojrzenia w przyszłość. Nie wartościując rezultatów tych wysiłków 
(wiem, że niektóre koła mają co do tego stanowisko negatywne, niezbyt zresztą dokładnie 
wyjaśniając, dlaczego), stwierdzić muszę, że książka ta robi znacznie więcej dobrego niż 
książka Brosz-kiewicza, bowiem — wyprowadza z moralnego i ideowego pesymistycznego 
impasu. Jerzy Cichocki pisał w swoim, czasie (Człowiek, pojęcie najtrudniejsze, „Tygodnik 
Powszechny" nr 134), że gdyby z całego polskiego powojennego piśmiennictwa pozwolono 
mu ocalić tylko jedno dzieło — wybrałby książkę Hirszfelda jako najpełniej i najgłębiej pod 
względem ideowym oświetlającą problemy okupacji. Zgadzając się z nim, zwracam uwagę, 
że nie jest to książka beletrystyczna. Signum temporis! Historia jednego życia napisana jako 
powieść — to byłaby proza, odpowiadająca ważności i napięciu czasów, w których żyjemy. 
Ale jak to napisać? I czy to w ogóle da się zrobić? 
Otóż to! Czy to w ogóle jest możliwe? Czytelnik, śledzący do tej chwili cierpliwie moje 
wywody, od dawna już zapewne powziął podejrzenie, że ja żądam od prozy, od powieści zbyt 
wiele, że żądam wykroczenia poza jej przyrodzone granice a wkroczenia na teren, stanowiący 
domenę traktatu moralnego, dzieła filozoficznego czy teologicznego, rozważań 
socjologicznych lub historycznych. Nie ukrywam, że względy ideowe, społeczne i polityczne 
uważam w dzisiejszych przełomowych, wyjątkowych czasach za ważniejsze od czysto 
artystycznych; jeśli powieść jest formą, która nie nadaje się do wyrażenia wielkości i 
skomplikowania czasów dzisiejszych, tym gorzej dla niej, w takim bowiem razie pisarze, 
chcący osądzić i kształtować teraźniejszość, musieliby tę formę porzucić, aby szukać innych, 
mniej skostniałych, bardziej Współczesnych i wszechstronnych, bardziej dla intelektu 
dogodnych sposobów wypowiedzi. Tak robi Aldous Huxley, wybitny skądinąd beletrysta — i 
robi to ze świetnymi wynikami (Nowy wspaniały świat, W Zatoce Meksykańskiej itd.). 
Odwrót od skonwencjonalizowanej powieści fabularnej... 

background image

 

23 

Nie sądzę jednak, żeby było to całkiem słuszne; mimo wszystko wierzę w powieść, sądzę 
jedynie, że należy 
47 
uwolnić ją od terroru tendencji formalistycznych, przeszczepionych na jej teren z różnych 
innych dziedzin sztuki — z poezji, muzyki, malarstwa. „Wiem, że kobieta powinna być 
dobrze zbudowana, ale czy to również musi dotyczyć powieści?" — zapytywał ironicznie 
Karol Irzy-kowski, gdy atakowano tą lub ową powieść za to, że jest źle zbudowana. Istotnie, 
ortodoksalny f etyszyzm'doskonałości konstrukcyjnej (idący, jeśli chodzi o powieść, w parze 
z rygorystyczną tendencją do ekonomii myślowej) to w Europie jakiś schyłkowy, epikurejski 
kwietyzm — sugestie jego zbiegają się w sposób paradoksalny z tendencjami surowej i 
prymitywnej intelektualnie powieści amerykańskiej. 
Sądzę, że walka z tym zjawiskiem musi pójść drogą re-habilitacji, drogą odbudowania praw 
komentarza autorskiego, komentarza ideologicznego, który formalnie rozwiązany być może w 
najrozmaitszy sposób, bądź podany jako słowa czy myśli osób działających, bądź w 
misterniejszy sposób, jako sugestia autora, bądź jako dygresja itd. Przykładów wykazujących 
olbrzymią rolę komentarza autorskiego (jest to oczywiście określenie bardzo skrócone, 
uproszczone) u największych powieściopisarzy świata — znajdziemy mnóstwo. Pierwszy z 
brzegu: Nędznicy Wiktora Hugo, wspaniała, płodna, niedoceniona u nas powieść, jest istną 
rzeką problemów politycznych, społecznych, filozoficznych, nurtujących ówczesne czasy — 
autor dla postawienia pewnych zagadnień i określenia swego stosunku do nich nie waha się 
wtrącać przerywających akcję i naruszających ową mityczną budowę powieści kilkudzie-
sięciostronicowych dygresji (rozdział o klasztorach). U Balzaka to i się od rozprawiań na 
najrozmaitsze tematy — rozprawia autor lub jego bohaterowie (por. słynny monolog 
Vaiuitrina w Ojcu Goriot). A wielki Jan Krzysztof Romain Rollanda, gdzie całe tomy 
poświęcone są podmalowaniu społecznego i ideologicznego tła akcji? A Proust? A Dos-
tojewski? Kilkudziesięciostronicowe dyskusje, rozmowy, rozważania polityczne, filozoficzne, 
religijne w Braciach Karamazow, w Idiocie, w Zbrodni i karze? Nie zapomnijmy też o 
powieści polskiej; wszak intelektualny sztafaż grał rolę ogromną u największych naszych 
pisarzy, wystarczy wspomnieć Prusa (wykłady Dębickiego w Emancypantkach, dygresje  w  
Lalce),   Żeromskiego,   a  nawet  formalnie   ry- 
48 
gorystycznego i o antyintelektualizm pomawianego Sienkiewicza (rozważania w Bez 
dogmatu, długie rozmowy w - Rodzinie Połanieckich, Quo vadis). Ci wielcy artyści byli 
zarazem wielkimi myślicielami i nie wahali się dawać temu wyraz nawet kosztem „budowy" 
dzieła — a śmiem twierdzić, że powstawały wtedy utwory jednak doskonalsze i pełniejsze od 
tych, jakie smażą się dzisiaj w formalistycznych tyglach współczesnej powieści, której 
antyintelektua-listyczny ideał nakazuje rygorystyczną ekonomię myśli, mającej się wyrażać 
tylko poprzez postępki bohaterów, ogołoconych z wszelkiego komentarza. Chudy to, zaiste, 
ideał. 
Wrócimy teraz do dalszego ciągu spraw polskiej prozy powojennej. Wyraźna 
pozaideologiczność i wizjonerski antyintelektualizm tej prozy zaniepokoiły wreszcie 
marksistów: wizję można tłumaczyć na różne sposoby, ale w końcu ma to swoje granice — 
nie da się w książkę wmówić tego, czego w niej zgoła nie ma. Ten niepokój krytyków 
marksistowskich wyraził się m.in. w głośnym artykule Kotta Zoil albo o prozie współczesnej. 
Po chwilowej konsternacji znalazł się środek i na to: przyskoczył Żółkiewski z efektowną lecz 
kazuistyczną, rehabilitującą i anektującą wszystko tezą, że forma sama przez się jest 
ideologiczna i polityczna. W myśl tej tezy żaden autorski komentarz ideologiczny potrzebny 
nie jest, postawa bowiem autora wyraża się bez względu na to, czy on o tym wie czy nie wie, 
niejako automatycznie przez wybór takiej a nie innej formy, przez taki a nie inny sposób 
ustawienia i opisywania faktów. Ten formalistyczno-irracjonalistyczny determinizm literacki 

background image

 

24 

wyraził Żółkiewski na krakowskim zjeździe polonistów, mówiąc przykładowo, że Lunapark 
Kwiatkowskiego jest dla niego powieścią bardziej polityczną niż Rzeczywistość Putramen-ta. 
Tezy owej nasi krytycy marksistowscy chwycili się kurczowo, chuchając na nią 
pieczołowicie: ów marksistowski neoformalizm rozwinął się w pedantyczny system. Kropkę 
nad i postawił Jerzy Borejsza w swym artykule Krochmalizm czy realizm, zamieszczonym w 
„Odrodzeniu" z okazji sztuki Hołulja. Oto najcharakterystyczniejsze fragmenty: 
„Bezpośrednio czy pośrednio, z wiedzą autora czy bez jego wiedzy, każde dzieło sztuki — 
utwór muzyczny czy balet, rzecz teatralna czy film — jako zjawisko społeczne ma swój tekst 
czy podtekst polityczny. Tekst polityczny 
49 
sztuki Hołuja jest tym silniejszy, że nie ma w niej publicystyki, -wstawek retorycznych, 
efektów pozateatralnych; im ściślej i wyraźniej odrzuca artysta w swojej twórczości elementy 
obce danemu gatunkowi sztuki, im bardziej posługuje się właściwymi środkami tego gatunku 
sztuki, w którym się wypowiada — tym silniej oddziaływa. W sztuce Hołuja to jest 
najcenniejsze, że wielki problem społeczny, polityczny i moralny nie jest narzucony i 
zewnątrz, przez zewnętrzne środki, ale zawarty w samym cieście artystycznym"... 
...„Są w tej sztuce jednak elementy, pozwalające przypuszczać, że w posusze pisarstwa 
dramatycznego w Polsce wyrasta pisarz, który czuje teatr i prawa jego gatunku. Hołuj nie 
ratuje się ani publicystyką, ani retoryką, nie szuka pomocy w prologach, epilogach, 
wstawkach publicystycznych." 
Tak więc marksowski formalizm, za najgorszego swego wroga uważający publicystyczny 
rzekomo komentarz ideologiczny i broniący krańcowo estetycznego ideału czystości 
formalnej — stał się faktem. 
Najbardziej konsekwentnie według tych neoformalistycznych zasad napisaną książką jest 
Popiół i diament Andrzejewskiego. Wzorowa konstrukcja, ekonomia słowa, brak komentarza, 
sprawy pokazywane od zewnątrz, od strony czynów —nie od strony myśli — wszystko to 
pasuje doskonale do przedstawionej powyżej koncepcji. Książka zrobiona jest świetnie, 
„zapięta na ostatni guzik", mimo to (a może właśnie dlatego) ideologicznie nie zadowalnia 
właściwie nikogo. Dzieje się tak dlatego, że właśnie jest ona zbyt rygorystycznie, 
doktrynersko wyprana z wszelkiego zabarwiającego komentarza ideologicznego i przez to 
gole fakty, choć wybór ich ma świadczyć niewątpliwie o tendencji ideowej autora, przez swój 
obiektywizm stają się dwuznaczne, wymowa ich jest chwiejna. Fakty przedstawione w tej 
książce wytyczają pewien wycinek rzeczywistości, lecz brak ze strony autora wszelkich aluzji 
do reszty rzeczywistości, z której ten fragment wycięto, sprawił, że ową resztę każdy 
rekonstruuje sobie na swój sposób. W rezultacie pokazuje się, że powieść pod względem 
formalnym idealnie czysta jest mimo to ideologicznie wieloznaczna, obrotowa. Ciekawe, co 
na to neoformalista Borejsza? 
50 
Mówiłem wyżej i powtarzam, że moim zdaniem w tych wielkich i zawiłych czasach powieść, 
jeśli nie chce zostać zdegradowana do roli estetycznej zabawki, musi od kultu wizji i czystej 
formy przejść do intelektualizmu i do idei, od myśli prostych, plakatowych do myśli 
wielostronnych, wyczerpujących problem. Nie widzę do tego innej drogi, jak przez renesans 
komentarza autorskiego, który — być może — znajdzie dla siebie nową formę, nowe sposoby 
stopienia się z artystyczną całością dzieła. Na zakończenie chcę wskazać pisarzy 
powojennych, którzy, moim zdaniem, w tym kierunku idą — w mniejszym lub większym 
stopniu. Zanim to zrobię, wspomnieć jeszcze trzeba o kilku wizjonerach czystych, do których 
nie mam pretensji, ponieważ czysta wizja ujęta w rytm prozy niejako muzycznej była ich 
świadomym założeniem. Pierwszym z nich jest Iwaszkiewicz, władający u nas najbogatszą, 
najbardziej mistrzowską paletą barw literackich. W założeniu samym poZaideowy, osiągnął 
w Nowelach, włoskich takie bogactwo i wszechstronność wizji zarówno zmysłowej, jak i 

background image

 

25 

psychologicznej, że awansuje ono już do miana jakiejś wizjonerskiej ideologii czy 
wizionerskiego światopoglądu. Również świadome, impresjonistyczne założenia miał, sądzę, 
Żukrowski w świetnym Piórku flaminga (stąd, moim zdaniem, niewłaściwość doszukiwania 
się w tych arcydziełkach smaku jakichś motywów myślowo-ideologicznych). Wreszcie 
świadomość założenia rehabilituje i nie pozwala wciągnąć na listę utworów wizjonerskich w 
wyłuszczonym powyżej negatywnym sensie — Lunaparku Kwiatkowskiego. 
A teraz pisarze „ideologiczni". Oczywiście — pisarz nigdy całkowicie nie wyrzeknie się wizji 
— wizja jest nieodzownym składnikiem tworzywa literackiego. Chodzi tylko o 
Skomentowanie wizji —¦ właśnie o ów komentarz ideologiczny — o wyraźne 
podporządkowanie wizji celom myślowym. Wizjonerem jest niewątpliwie Tadeusz Bo-rowski 
w swojej wstrząsającej książce Byliśmy w Oświęcimiu (wydanej w Niemczech), lecz wizje 
jego, ułamkowe, gwałtowne, mają wewnętrzny rytm ideologiczny, dobór ich odzwierciedla 
szeroki wachlarz problemów, których Borowski wprawdzie nie rozwiązuje (wydaje się, że 
jeśli' chodzi o pozytywne, intelektualne i ideowe sugestie na przyszłość, Borowski, jest w 
przeciwieństwie do Hirszfel-da, bezsilny), lecz które stawia tak mocno, że nie sposób 
przejść obok — zmuszają do głębokiego namysłu — stop temperamentu artystycznego z 
gorączkową pasją moralną jest tutaj niezwykle jednolity. Wizjonerem jest również Adolf 
Rudnicki w Szekspirze, lecz wizje jego, bogate i intensywne, oplecione są gęstą siecią bardzo 
oryginalnego komentarza ideologicznego: komentarz ten to nasycający książkę nurt 
aforystyczny — aforyzmy moralne, wypowiadane przez komentującego przedstawiane 
wydarzenia autora, tworzą w sumie bardzo określony światopogląd humanistyczny. Trzecim 
będzie Artur Sandauer, który w Śmierci liberała prezentuje się jako konsekwentny 
intelektualista, posługujący się tworzywem fabularnym i kolorystycznym bardzo świadomie, 
dla ilustracji niejako pewnych tez. 
A teraz dwaj pisarze na wskroś, organicznie ideologiczni, obaj katolicy — to Dobraczyński i 
Gołubiew. Dobraczyński w Najeźdźcach posłużył się tradycyjnym w polskiej literaturze 
typem komentarza ideologicznego: dyskusjami, monologami, rezonerstwem. Wiem, że 
przyjęto u nas źle mówić o tym pisarzu; Borejsza zaatakował go właśnie z okopów estetyzmu, 
wychodząc z założeń rygorystycznej, formalnej jednolitości — nie jestem co prawda pewien, 
czy zrobiłby to samo, gdyby Dobraczyński był pisarzem marksistowskim. Co do mnie — 
widzę w Najeźdźcach niezwykłe bogactwo problemów i zainteresowań — jak w żadnej z 
polskich powieści osnutych na tematyce wojennej. Może, jak twierdzą wokół, jest to materiał 
niedostatecznie zorganizowany artystycznie, niedostatecznie uporządkowany, ale za to jakież 
ambicje, jaka zachłanność objęcia spraw najszerszych, ile życia! Zacytuję tu innego 
lewicowca, Zbigniewa Bieńkowskiego, który nader trafnie broni Dobraczyńskiego, 
arcysurowo go przy tym traktując; Bieńkowski wykazuje tu niewątpliwie trafnie nikłość 
zarzutów natury czysto estetycznej w dzisiejszych wielkich i groźnych czasach: 
„A tymczasem znaleźli się już tacy, którzy porzucili warsztaty pisarskie i grzebią w 
śmietniku. Być może nigdy tych warsztatów nie mieli i od razu zaczęli od śmietnika, nie 
umniejsza to jednak ich odwagi. Nie chwalę ich dzieł, którym daleko do doskonałości. Niech 
już tam dzieła same swą sławę lub niesławę głoszą. Jednak warte są wska- 
52 
zania palcem tendencje uwyraźnione w twórczości Dobra-!-czyńskiego. Jest tam właśnie 
niechlujstwo i nieład (formalny, treściowy i każdy), jest to, czego się współczesna literatura 
polska panicznie boi. 
Gdy jego koledzy uprawiają rzemiosło literackie składając do kupy półfabrykaty, 
Dobraczyński brudny, ubabrany para się jak umie z surowcem spraw żywych. W książkach 
jego jest wszystko: zły smak, nieporadności stylistyczne, sentymentalizm, nieumiejętność 
zachowania proporcji. Ale wszystko to w kupie jest żywe, gwałtowne, pobudzające. 

background image

 

26 

Między rzemieślnikiem literatury a robotnikiem—Dobra-czyńskim jest przepaść formalna (na 
korzyść tamtych) i treściowa (tu znów jego przewaga). Kawał literatury, który zdołał nam 
dać, jest ciepły jeszcze i drga od życia weń wtłoczonego. A to jest, sądzę, więcej niż wszystko 
tamto. To nie jest papierowe. To jest materiał, na którym można uprawiać politykę. I 
Dobraczyński to polityk właśnie" („Odrodzenie" 1948/21). 
Wreszcie — Gołubiew. Bolesław Chrobry to przykład powieści „z tezą", lecz nie z tezą 
plakatową: z tezą rozbudowaną", wielopiętrową, wielopłaszczyznową — zaś bogactwu 
płaszczyzn samej tezy odpowiada bogactwo wątków fabularnych i wizyjnych, które ją 
artystycznie realizują. Tezą jest — chrześcijaństwo', nawrócenie narodu i przemiana tego 
narodu — przemiana w jego pojęciach moralnych, w obyczajowości, w strukturze społecznej, 
politycznej, gospodarczej, technicznej. Teza pokazana ma być na wszystkich płaszczyznach, 
widziana oczami wszystkich — od wielkich na górze do maluczkich — w dole. Nie ma tu 
wątku przypadkowego, tylko dla kolorków czy podekscytowania czytelnika: poszczególne 
motywy są artystyczne, lecz splatają się w idei, są zorganizowane ideologicznie. Jeśli zamysł 
uda się do końca, będzie to niewątpliwie największy wysiłek myślowy naszej powojennej 
prozy. 
Na tym kończę przegląd „wizjonerów" i „ideologów" w naszej dzisiejszej beletrystyce. 
Przegląd nie był kompletny —• nie znam wszystkich książek, jakie wyszły, chodziło mi o 
przykłady charakterystyczne, które by oświetliły moją główną tezę: przeciwieństwo wizji 
omnipotenckiej, która ma na celu jedynie   pokazanie   świata i na takiej 
53 
autokontemplacji poprzestaje, oraz idei, która posługuje się wizjami, ale celem jej jest świat 
osądzić i uporządkować, wymierzyć mu sprawiedliwość, jak mówił Conrad. Oczywiście 
podział, jak każdy tego rodzaju podział, jest zbyt ogólny, jest uproszczeniem, schematem — 
mnóstwo by tu było wyjątków, form przejściowych, dodatków, aneksów. Ale zrąb tej myśli 
wydaje mi się prosty i oczywisty, tak jak również oczywiste wydaje mi się, że pisarz 
humanista, pisarz zrośnięty z ludzkością i poczuwający się do odpowiedzialności za nią, 
pisarz, który rozumie przełomowe znaczenie dzisiejszych czasów i który chce wziąć udział w 
ich kształtowaniu, taki pisarz nie może pozostać estetyzującym wizjonerem, lecz musi się stać 
— ideologiem. A to w myśl starych słów Kochanowskiego: 
 
Przeto chciejmy wziąć przed się myśli godne siebie Myśli ważne na ziemi, myśli ważne w 
niebie. Służmy poczciwej sprawie, a jako kto może, Niech ku pożytku dobra spólnego 
pomoże. 
13 IV 1948. 
Pierwsze drogowskazy 
O polskiej prozie literackiej lat powojennych 
WSTĘP. KLASYFIKACJA 
Dotychczasową historię polskiej prozy literackiej po drugiej wojnie światowej podzieliłbym 
na dwa okresy. Pierwszy z nich, który nazwać by można okresem liberalistyczno-
eklektycznym, obejmuje lata 1945—1948, drugi okres pozostający pod znakiem 
sprecyzowanego już hasła realizmu socjalistycznego trwa od roku 1949 do dnia dzisiejszego. 
Podział wydaje się chronologicznie dosyć dokładny, momentem przełomowym jest IV Zjazd 
Związku Literatów Polskich w Szczecinie (początek r. 1949), kiedy to w sposób 
zdecydowany wysunięto i sprecyzowano postulat twórczości w duchu realizmu 
socjalistycznego. 
Co oznacza ów podział na dwa etapy? Tyczy się on przede wszystkim gatunku literackiego 
prozy czyli tzw. (jak najszerzej pojętego) języka artystycznego, nie zaś nastawienia ideowego, 
światopoglądowego. Jeśli bowiem idzie o rozwój i podział światopoglądowy pisarzy, to od 
pierwszych niemal chwil rozpoczął >się proces polaryzacji ideologicznej; proces ten nie 

background image

 

27 

obejmował zapewne najwcześniejszych, bezpośrednio po wojnie wydanych powieści, 
zapoczątkowały go raczej polemiki publicystyczne, niemniej jednak już w pierwszym z 
dwóch wyróżnionych przeze mnie okresów, choć nie objął wszystkich prozaików, 
doprowadził jednak do skrystalizowania się wśród nich dwóch obozów światopoglądowych: 
materialistycznego, czyli w tym   wypadku   marksistowskiego,   i   spirytualistycznego. 
55 
 
bardziej lub mniej zdecydowanie krążącego w orbicie filozofii katolickiej. Znaleźli się 
oczywiście, zwłaszcza z początku i pisarze neutralni, obojętni lub niezdecydowani, taka 
literacka, „trzecia siła-", niemniej jednak naczelną charakterystyczną właściwością naszej 
prozy powojennej jest właśnie fakt, że dopracowała się ona konfliktu ideologicznego, że 
odzwierciedla czy stara się odzwierciedlić zasadniczą filozoficzno-światopoglądową 
antynomię dzisiejszego świata. Ta cechująca trzon naszej literatury naprawdę powojennej i d 
e o l o g i c z n o ś ć odróżnia ją zasadniczo od programowo poza ideologicznej, 
obiektywistycznej czy relatywistycznej literatury Dwudziestolecia. 
Ale ta ideologiczność cechuje, jak zaznaczyliśmy, oba powojenne okresy, toteż podział na te 
okresy przeprowadzony został nie pod kątem światopoglądowym, lecz z punktu widzenia 
czysto literackiego, z punktu widzenia przemiany literackich metod i środków wyrazu. W 
pierwszym okresie pisarze „z lewa i z prawa" bez względu na swe intencje światopoglądowe 
posługiwali się tą samą metodą literacką, będącą, z grubsza rzecz określając, eklektyczną 
nieco kontynuacją upodobań literackich Dwudziestolecia międzywojennego, czyli tzw. 
Drugiej Rzeczypospolitej. Mówiąc szczerze, była to kontynuacja zdobyczy, które w 
dziedzinie form i środków wyrazu osiągnęła mieszczańsko--liiberalistyczma literatura 
europejska XIX i XX wieku. W okresie drugim natomiast pisarze, przyznający się do 
światopoglądu materialistycznego w jego interpretacji marksistowskiej, przeszli gremialnie na 
formę i metodę realizmu socjalistycznego. Wprawdzie już w pierwszym okresie toczyły się w 
polskiej prasie literackiej rozliczne debaty nad realizmem w prozie (Żółkiewski, Kott, 
Brandys, Stawar, Wyka, Ważyk, Kubacki, z drugiej strony Jastrząb, K. Górski, Ingarden, 
Borowy i inni), jednak, patrząc na wynikłe z ówczesnych dyskusji postulaty w świetle 
dzisiejszych sprecyzowań metody realizmu socjalistycznego i przykładowych osiągnięć tej 
metody, stwierdzić trzeba, że postulaty owe i wnioski z tą dzisiejszą, konkretną postacią 
realizmu socjalistycznego w prozie niewiele miały wspólnego. Ścisłe sprecyzowanie i 
skonkretyzowanie tej metody oraz jej konkretne zastosowanie to niewątpliwie cecha 
charakterystyczna okresu drugiego. Okres pierwszy był raczej, jeśli chodzi o praktykę 
pisarską — kontynuatorski, 
56 
liberalistyczny i eklektyczny; jeśli chodzi zaś o ideologi-czność podzieliłbym go na dwie, 
zachodzące zresztą na siebie fazy: kontynuatorską i nową, twórczą. 
W szkicu niniejszym zajmę się szczegółowo jedynie właśnie tym dwufazowym okresem 
pierwszym (1945—48), ograniczając się, jeśli chodzi o okres drugi, tylko do ogólnej 
charakterystyki założeń metody realizmu socjalistycznego. Postąpię tak dlatego, że zajmując 
wobec tej metody i jej kryteriów wartościowania stanowisko zasadniczo krytyczne, 
negatywne, nie uważam się za recenzenta kompetentnego do oceny szeregu 
charakterystycznych debiutów literackich tego okresu (np. Pytlakowskiego, Mariana 
Brandysa, Wilczka, Konwickiego, Gruszczyńskiego, Hamery, Kowalewskich, Zalewskiego, 
Korczaka, Ścibora-Rylskiego i innych). Gotów byłbym natomiast powiedzieć parę słów o 
tych pisarzach, którzy wstępując na arenę w okresie drugim, swym gatunkiem literackim, 
metodą i zespołem środków artystycznych przynależą do okresu pierwszego (klasyczny 
przykład: St. Zieliński). 

background image

 

28 

Chcąc omówić beletrystykę polską z pierwszych lat po wojnie trzeba, dla uzyskania 
odpowiedniej perspektywy, cofnąć się do okresu, z którego ona wyrosła i którego, jeśli chodzi 
o środki literackie, bezpośrednią kontynuację stanowiła: do okresu Dwudziestolecia. 
Konieczność takiego nawiązania jest dowodem organicznego związku tych okresów, 
dowodem ciągłości, której nie zdołała przerwać straszliwa Noc Narodowa — okupacja. 
DWUDZIESTOLECIE 
Jak oceniam literaturę Dwudziestolecia? Taki był tytuł ankiety miesięcznika „Twórczość", w 
której brałem w swoim czasie udział (r. 1947). Wypadnie mi tutaj powtórzyć parę myśli z 
udzielonej wówczas odpowiedzi. 
Literatura Dwudziestolecia była po raz pierwszy od lat stu kilkudziesięciu literaturą Polski 
wyzwolonej z obcych zaborów, zjednoczonej i niepodległej. Ten przełom historyczny odbijał 
się na literaturze Dwudziestolecia od samego jej początku w sposób niezwykle 
charakterystyczny, w sposób, który przewidział był niegdyś Wyspiański, oczekując po 
wyzwoleniu na literaturę zwykłą, normalną, literaturę Polski „takiej, jak inne narody". 
Bowiem' litera- 
57 
tura Polski w niewoli na pewno normalną nie była. Jej żarliwe, absolutne skoncentrowanie się 
na problematyce zachowania patriotyzmu i ducha narodowego, jej ekstatyczne marzenia o 
wyzwoleniu, snute nieraz kosztem niejako aktualnych problemów życia społecznego, 
gospodarczego, kulturalnego, wszystko to, słowem, co wywodziło się z poezji wielkich 
romantyków (analogiczną rolę spełniła później Trylogia), tłumaczyło się tym, że literatura 
zastępowała wówczas Polakom politykę, parlamenty, uniwersytety, dyplomację, propagandę, 
że musiała dzierżyć „rząd dusz" i podnosić na duchu, że wreszcie działa częstokroć w 
oderwaniu od codziennego życia społeczeństwa, rozdzielonego przecież na trzy, odrębne w 
swej gospodarczej i politycznej strukturze, części. Dopiero wraz z pozytywizmem rozpoczął 
się w naszej literaturze zwrot od patetycznej, ogólnonarodowej, a więc abstrakcyjnej nieco, 
wielkiej emigracyjnej retoryki romantyzmu do „opisywactwa", do konkretu życia 
codziennego, a co za tym idzie — od poezji do prozy. Bitwa z podtrzymującym narodowego 
ducha romantycznym koturnem nie mogła jednak skończyć się przed odzyskaniem 
niepodległości — specyficzne trudne warunki polityczne czyniły z tego koturnu nieocenione 
narzędzie walki o przetrwanie narodowej świadomości, narzędzie uniwersalne, bo jednakowo 
użyteczne w każdym z trzech zaborów. Ale już zdrowy instynkt normalności dochodził do 
głosu i w poezji; dokumentem tego była wałka z Mickiewiczem w Wyzwoleniu 
Wyspiańskiego, plakatem — słynny   niegdyś,   prowokacyjny   wiersz   Nowaczyńskiego: 
Gwiżdżę na waszą Tomanityiazną Trójcę! Gdybym mógł, epaiMbym jak Kalif Omar Omalńe 
wszystko ich, wiedfząjc że to mar Wysysających naród są ogrójce, 
Którym trujecie młodzież już w powiciu, 
Zwycięstwo normalności, tryumfalne wkroczenie do literatury tematyki dnia codziennego, 
tematyki „zwykłej", niekoniecznie żarliwej i niekoniecznie patriotycznej, nastąpiło wraz ze 
zjednoczeniem Polski i wyswobodzeniem jej od zaborców. Pierwszymi, entuzjastycznymi 
piewcami tego stanu rzeczy stali się poeci z grupy Skamandra, proklamujący wyzwolenie 
poezji od narodowego romantyzmu (Herostrates), zwrot w tematyce do nowoczesnej techniki, 
58 
do maszyn, do wielkomiejskiego •ruchu, do wściekłego tempa współczesnego 
zurbanizowanego życia. Był w tym nalot ideowy futuryzmu, przekształcaijący się nieraz w 
„epatowanie burżuja", lecz i tego się Skamandryci nie wyrzekli: burżuj czy mieszczuch to też 
rzecz zwykła, to stały składnik współczesnego życia — czasem trzeba go postraszyć, czasem 
znów połaskotać w pięty. 
Skamandryci byli heroldami tego odruchu literackiego, który kazał następnie szeregowi 
pisarzy Dwudziestolecia tworzyć książki, stanowiące odpowiednik mieszczańskiej literatury 

background image

 

29 

Zachodu, doganiać Zachód w różnych jego artystycznych kierunkach, odrabiać przespane w 
niewoli zaległości, wypełniać luki w ewolucyjnym łańcuchu form i rodzajów literackich. 
Odruch był zdrowy i naturalny, jak reakcja płynów w naczyniach połączonych. Niestety 
rezultat, stworzona dzięki temu literatura, zawisła w próżni — w próżni społecznej. Polska 
rzeczywistość społeczna nie zmodyfikowała się za swą literaturą, nie stała się „normalną". 
Mówiąc po marksistowsku, nadbudowa nie pasowała do swej bazy, wyprzedzała ją. 
Polska w niewoli nie miała normalnego' rozwoju społecz-no-ekonomicznego; dzięki 
najrozmaitszym czynnikom, z politycznymi na czele, pozostała krajem anachronicznym i 
anormalnym (najnormalniej jeszcze przedstawiał się rozwój Wielkopolski). Polska w 
większości swej nie przeżyła prężnego okresu młodokapitalistycznego, okresu gorączki 
przemysłowej. Jej uprzemysłowienie było fragmentaryczne, jej wiejska struktura — 
anormalna i przestarzała, jej dysproporcje majątkowe — uderzające. Miało się to zmienić w 
Dwudziestoleciu, lecz niestety zmieniło się w stopniu bardzo niewielkim w sposób zgoła 
nieprawidłowy. Polska, otwarta dla ekspansji kapitału zagranicznego, wyniosła z tej symbiozy 
więcej strat niż korzyści: zamiast stać się krajem budującego się przemysłu, stała się krajem, 
który eksploatowano, lecz w który nie inwestowano; zaznawała w ten sposób złych stron 
kapitalizmu niewiele zaznając dobrych, stała się po prostu dla kapitalizmu zachodniego 
krajem pomocniczym. Było to wynikiem  własnych błędów politycznych: niezaradności 
rządów, zbytniej politycznej preponderancji ziemiaństwa, podświadomego respektowania 
podziału na „Polskę A" i „Polskę B". W rezultacie Polska Dwudziestolecia pozostała krajem 
absurdalnie wiej- 
59 
 
skim, a jej „miejska" nowa literatura mimo swych najlepszych i zdrowych chęci zawisła w 
próżni, zostając literaturą przede wszystkim inteligencji — to zaś była baza grubo za wąska. 
Stosunek polskiej myśli literackiej do Zachodu określił wówczas dobrze jeden z 
najbystrzejszych ludzi swego czasu — Karol Irzykowski, przypisując jej „charakter 
plagiatowy". 
Z tym zjawiskiem związana była inna cecha literatury Dwudziestolecia: jej 
wielokierunkowość. Na niewielkiej przestrzeni czasowej chciano zmieścić to wszystko, co 
działo się w literaturze europejskiej w ciągu wieku; chciano szybko zapełnić ową lukę, kiedy 
to literatura polska była wyjątkowa i nienormalna, pełniąc zresztą wówczas inne, wysoce 
zaszczytne zadanie. Z tej chwalebnej w zasadzie dążności wynikło jednak zjawisko dosyć 
paradoksalne: spotkanie się w czasie książek o tak odmiennych rodzajach i metodach 
pisarskich, że normalnie powinna między nimi leżeć przepaść... całej epoki literackiej. I tak 
obok bezpośrednio niemal z Sienkiewicza wywodzącego się „polskiego klasycyzmu" 
Choynowskiego, Goetla, Remibeka czy Kos-sowskiego panoszył się drapieżny, 
ekspresjonistyczny naturalizm i barok słowny Kadena-Bandrowskiego, obok szlachetnego 
humanizmu Stonuga zmysłowy, wyrafinowany es-tetyzm Iwaszkiewicza, obok żarliwego 
katolika Rostworowskiego apostołuje racjonalistyczny sceptyk — Boy, proustowski zaś nieco 
psychologizm Nałkowskiej spaceruje pod rękę z wytrawną, archaizującą stylizacją Berenta. 
Były tu i mniej lub więcej świadome odpryski freudyzmu (Cudzoziemka Kuncewiczowej, 
Namiętny pielgrzym Sterna), był surrealizm Schulza i Truchanowskiego, była szydercza 
groteska Gombrowicza i drapieżne i dziwaczne lecz potężne katastroficzne wizje Witkacego, 
była egzotyka i ar-cybarwna dziwność Straszewicza a jednocześnie Drogami nieuniknionymi 
defoutował Andrzejewski, Szczurami Adolf Rudnicki i Adamem Grywaldem — Breza. 
Drobny, „perełkowy" realizm Gojawiczyńskiej sąsiadował z bezwzględnym, ostrym, 
cynicznym nawet spojrzeniem ze Wspólnego pokoju Uniłowskiego, a arcydziełka kostycznej 
ironii, jakimi było Żyto w dżungli i Pamiętnik morski tegoż aiu-tora powstały w tej samej 

background image

 

30 

epoce co tak bliskie sercu arcy-ciepłe Noce i dnie Dąbrowskiej. Nieskazitelnie szlifujący 
słowa ponadczasowy estetyk Parandowski a tuż obok bez- - 
60 
litośnie przewartościowujący patriotyczną legendę marksista Kruczkowski; Hanna Malewska 
debiutująca w tym samym czasie co Wanda Wasilewska — to przecież rozpiętość nie lada. A 
jeszcze paradoksalnie] zbiegło się wszystko w poezji: Staff i Leśmian obok Skamandrytów, 
szybko podstarzały futuryzm Młodożeńca i Jasieńskiego a tuż awangarda Peiperowska i 
Czechowicz, Przyboś obok Gałczyń-skiego; przejście takie jak od Verlaine'a do Apollinaire'a 
dokonane w ciągu lat paru, to już skrót zbyt syntetyczny, aby mógł być... prawdziwy. 
Jeśli jednak spojrzymy na tę tak na pozór różnorodną prozę Dwudziestolecia „z lotu ptaka", a 
raczej z dzisiejszej naszej perspektywy, znajdziemy niewątpliwie w owej różnolitości 
wspólny mianownik, znajdziemy cechy ogólne, a przynajmniej najbardziej charakterystyczne. 
Cech tych dostrzegamy dwie: pierwsza z nich to, sumarycznie mówiąc, realizm tej literatury, 
druga to jej pozaideowość, •pozafilozoficzność. Oczywiście jedno i drugie z rozmaitymi 
potwierdzającymi regułę wyjątkami. 
Gdy powiemy, że zasadniczo dominującą w Dwudziestoleciu sugestią literacką był realizm, to 
nie należy słowa tego kojarzyć z jakimiś rozpowszechnionymi dzisiaj koncepcjami 
określonymi światopoglądowo i filozoficznie, postulującymi pewne jednoznaczne kryteria 
selekcji faktów, jak „realizm socjalistyczny" czy „realizm katolicki". Realizm literacki 
Dwudziestolecia był realizmem bez przymiotnika, realizmem w najogólniejszym tego słowa 
znaczeniu, po prostu pojęciem przeciwstawnym dla fantastyki czy groteski. Pisać o ludziach, 
ich (przeżyciach zewnętrznych i wewnętrznych tak, jak je widzimy, czy czujemy, a więc tak 
jakie są: nie stylizować ich i nie przetwarzać, ale też nie grupować ich w myśl żadnej 
koncepcji czy założenia — widzieć je i pokazać „takie jak w życiu" — oto było dominujące 
ilościowo hasło literackie Dwudziestolecia; w obrębie tego hasła mieściły się najrozmaitsze 
utwory, od prozy po ©picku obiektywizującej do prozy szarpiąco natu-ralistycznej. Poza tym 
kręgiem były tylko owe wyjątki: fantastyka, groteska, surrealizm Schulza, Gombrowicza, 
Truchanowskiego czy koncepcjonalny, specyficzny „super-realizm" powieści Witkacego. Ale 
powiedzieć trzeba, że książki takie jak Ferdydurke lub Sklepy cynamonowe, dziś rozdymane 
często do miary symbolu czy symptomu, 
61 
 
w swoim czasie czytywane były minimalnie, ich wpływ na publiczność i na większość 
środowiska literackiego był niemal żaden: uważano je za ciekawostki, za dziwadełka, 
cieszono się, że i my mamy swojego Kafkę — i na tym koniec. To był osobny, mały nurcik, a 
raczej właściwie osobne książki — gustami publiczności i literatów rządził ogólnikowy 
realizm. 
Druga cecha prozy, to była jej pozaideowość. Chciała być literaturą doświadczenia 
życiowego, nie miała ambicji badania genezy wydarzeń i szukania z nich wyjścia, 
podchodziła do świata bez żadnego uprzedzenia koncepcjonal-no-światopoglądowego, jak 
ognia bała się wszelkiego „zaangażowania", wszelkiej filozofii, teorii i spekulacji, stawiając 
sobie jako ideał metody pisarskiej pseudoobiektywizu-jący, a za to możliwie sugestywny i 
barwny, zmysłowy empiryzm. Światopogląd był nie w modzie, przynajmniej nie w tej 
modzie, którą lansowały sprawujące dyktaturę na rynku: „Wiadomości Literackie"; tępiły one 
u pisarza wszelką ideologiczność, poza ogólnikowym i na niczym intelektualnie nie opartym 
„humanizmem" — pisarza filozofującego uważano wówczas w przodujących kołach 
literackich wręcz za grafomana. O słabości tej antyintelek-tualnej postawy wobec 
wzbierających groźnie fal fatalizmu i terroryzmu ideowego nie potrzeba już dziś wiele 
mówić. 

background image

 

31 

W tej sytuacji charakterystyczną cechą literatury Dwudziestolecia okazuje się fakt, że słabo 
doszły w niej do głosu kierunki literacko-ideowe, powiązane z określonymi światopoglądami, 
stawiającymi sobie zadanie wyjaśnienia całokształtu świata i wskazania konkretnej, tak 
indywidualnie moralnej jak i zbiorowej, drogi wyjścia z jego konfliktów, kierunki ideowe, 
których antynomią dziś żyjemy. Mam tu na myśli marksizm i katolicyzm. Marksizm 
reprezentowany był przez książki Kruczkowskiego, Wasilewskiej, Drzewieckiego oraz 
pokrewne im Boguszewskiej i Kornackiego; katolicyzm reprezentowały, obok twórczości 
Rostworowskiego i Kossak-Szczuckiej, powieści Józefa Ki-sielewskiego, Izabelli 
Lutosławskiej, Władysława J. Gra-foskiego, Hanny Malewskiej, wreszcie poniekąd Ład serca 
Andrzejewskiego, który z powodu podobieństwa atmosfery, tła i problematyki do powieści 
Bernanosia, uznano, zbyt pochopnie może, za książkę katolicką. To było niewiele, niewiele  
zwłaszcza   jak na  katolicyzm,  religię oficjalnie 
62 
panującą i popieraną. Zemściło się tu z jednej strony uleganie niektórych, zbliżonych do 
katolicyzmu intelektualistów paraliżującym twórczość kulturalną sugestiom totalis-tycznym, 
zemściły się z drugiej — zasadnicze właściwości środowiska literackiego Dwudziestolecia. 
Właściwości te, to właśnie owa pozaideowość, niechęć do filozofii i teoretycznych koncepcji, 
absolutna wiara w intuicyjną witalność czy w jakiś zewnętrznie empiryczny obiektywizm, 
czasem trujący snobizm relatywizmu. Rezultat: ni jakość ideowa większości pisarzy, słabość 
wobec czasów pogardy, którym w najlepszym wypadku przeciwstawiał się szlachetny nie 
utopijny pacyfizm i humanitaryzm Struga lub ekspresjo-nistyczna, szarpiąca flaki ale nie 
ukazująca wyjścia litość dla „męczącego się człowieka" u Kadena. Za późno doszliśmy do 
możności posiadania literatury „normalnej", wielkie wypadki historyczne i niedorozwój kraju 
nie pozwoliły na trwanie tej pseudosielanki, zawieszonej między dwiema wojnami. Zdrowy 
odruch Skamandrytów u progu Dwudziestolecia zamienił się pod koniec tego okresu w 
symbol bez-ideowej słabości. Toteż słabi, duchowo nie uzbrojeni, przekroczyli w swej 
większości pisarze polscy ów próg, jakim był wrzesień roku 1939. 
KONTYNUATORSTWO 
Po nocy narodowej {piękny termin Irzykowskiego) literatura jęła z szuflad i kryjówek wracać 
do życia. Wyczekiwaliśmy jej z napięciem: jakaż będzie? Pierwszy jej odruch był zdrowy i 
normalny — kontynuatorstwo. Nawiązać do literatury sprzed klęski: nie można zaczynać z 
niczego, w życiu kulturalnym konieczna jest tradycja i ciągłość. Odruch zdrowy, ale i trochę 
— jeśli nazbyt odruchowy" — niebezpieczny: nie tylko ciągłość jest potrzebna, potrzebny jest 
również rozwój, rozwój zaś polega często na walce z przeszłością. Nawiązując ślepo do 
wszystkiego, co było, można również nawiązać do wad. Oczywiście — z zastrzeżeń tych i 
obaw uwolnić trzeba pisarzy, którzy nie brali udziału w owym bezideowym, opisywackim 
empi-ryzmie Dwudziestolecia, lecz pracą swą bazowali na pewnych wartościach 
ponadczasowych, wspólnych różnym epokom kultury i historii, a także na niektórych 
niezmiennie aktualnych ludzkich uczuciach i upodobaniach. Mam tu na myśli przede 
wszystkim Jana Parandowskiego, komtynu- 
63 
 
ującego swe specyficzne a mistrzowskie pisarstwo o kulturze i historii ponad wojną i jej 
wstrząsami, a także pokrewną mu w pewnym sensie Hannę Malewską (linia od Żelaznej 
korony do pierwszej, po wojnie wydanej również historycznej powieści ,tej autorki: Kamienie 
wołać będą; być może, że należałoby tu umieścić i oryginalną Kabałę historii Zofii 
Starowieyskiej-Morstinowej). Dalej wliczyłbym tu głęboki, jednolity nurt nieco po 
ibsenowsku symbolicznej poezji dramatycznej, jaką stanowi twórczość Jerzego 
Szaniawskiego. Wreszcie dwa zbiory przepięknych nowel Jarosława Iwaszkiewicza: Nowa 
miłość i Nowele włoskie również, niezależnie od innych, późniejszych powojennych utworów 

background image

 

32 

tego autora (oba wymienione zbiory powstały podczas okupacji) uznane być mogą za 
kontynuowanie pewnej linii estetycznie i tematycznie pozacza-sowej — są takie sprawy, 
wszak miłość i piękno to problemy wieczne. Wspomnianych tu pisarzy nie obciążam 
zarzutem ujemnych skutków kontynuatorstwa: nigdy nie grzęźli oni po uszy w empirycznym 
opisywactwie, w odtwarzaniu współczesnego życia, świadomie również nie nawiązali do 
tematyki wojennej (Iwaszkiewicz później i w sposób niezbyt przekonywający), toteż 
twórczość ich musi być uznana za najcenniejszy, jaki istnieje, klej kulturalny „między 
dawnymi a nowymi laty", między okresem Dwudziestolecia i dzisiejszym. Nawiązali bowiem 
do tradycji dobrej — nie do złej. 
Gorzej było z innymi, z ową, mocno zresztą wojną przerzedzoną plejadą „zmysłowców", 
„temperamentow-ców", opisywaczy i intuicjonalistów, popartą też szeregiem powojennych a 
właściwie wojennych (szuflada) debiutów. Pisarze ci, nie mając do niebywałych wydarzeń 
okupacyjnych i do nowej epoki klucza ideowo-intelektualnego, postanowili jednak (rzecz 
zresztą u pisarza naj-zrozumialsza) wyzyskać tematykę okupacyjno-martyrolo-giczną, jako 
bezcenny materiał fabularny i wprost „kolorystyczny". Postanowili, słowem, pisać stare 
powieści na nowe tematy. W ten sposób powstał szereg książek „opi-sywackich", lecz nie 
umiejących ani wyjaśnić, ani wartościować, ani wskazać moralnego wyjścia, książek nieraz 
artystycznie doskonałych, lecz zapóźnionych: choć mówiących o wydarzeniach drugiej wojny 
światowej (czasem też o poprzedzających ją), to zarówno swą for- 
64 
mą literacką (o co nie mam pretensji, tego nie tworzy się na poczekaniu), jak przede 
wszystkim swym brakiem perspektyw intelektualnych, swą pozafilozoficznością, swym 
ograniczeniem się do opisywackiego empiryzmu i psy-chologizmu, tkwiących bez reszty w 
Dwudziestoleciu. I znowu najodpowiedzialniejsi z tych pisarzy próbowali sformułować jakieś 
ogólne zasady, jakieś podstawy swego protestu przeciw temu co się działo, lecz w braku 
głębszych przemyśleń tak filozoficzno-światopoglądowych jak i społeczno-politycznych 
skończyło się i tym razem na szlachetnym wprawdzie lecz werbalnym i nikogo nie sycącym 
„świeckim humanizmie": przykładem* opowiadania Andrzejewskiego Noc i wstrząsające 
Medaliony Nał-kowskiej. 
Niezwykle pod tym względem charakterystyczna była jedna z pierwszych wydanych po 
wojnie książek beletrystycznych: Krata Poli Gojawiczyńskiej. Pisząc w swoim czasie (r. 
1945) recenzję o tej książce, określiłem jej gatunek jako realizm bezinteresowny. Istotnie: 
okupacja, Pawiak, martyrologia, ujęte tu są w formę prozy rytmicznej i plastycznej, roi się od 
subtelnych, koronkowych obserwacji, nie brak spojrzeń przenikliwych, ale w sumie to jest po 
prostu okupacja i są więzienne okrucieństwa, widziane oczyma „dziewcząt z Nowolipek"; to 
stare, bezradne życie, zręcznie oplecione wokół nowych wydarzeń. Zamykamy książkę: co z 
niej wynika? Nic — że Niemcy źli. A i tu właściwie ostrze oburzenia autorki stępione jest 
przez nałóg harmonijnego, miarkowanego kanonami opisywactwa — obiektywizmu. — Taki 
to już jest ten świat — zdaje się mówić autorka — cóż na to poradzimy: możemy go najwyżej 
zanotować. 
Podobną „filozofię" posiadają właściwie i takie, świetne zresztą, książki, jak Węzły życia 
Nałkowskiej oraz Mury Jerycha i Amory Tobitki (pierwsza część Nieba i ziemi) Brezy. 
Zestawiłem je tak ze względu na wspólną tematykę (Sanacja, kulisy klęski) jak i na duże 
wspólności upodobań literackich. Węzły życia to świetna powieść; postacie znakomite, 
konflikty psychologiczne widziane mądrze i głęboko, uwydatniona jakaś ludzka wewnętrzna 
podwójność czy wieloszczeblowość, i to środkami oszczędnymi a mistrzowsko precyzyjnymi. 
Mądra książka, ale cóż z tej mądrości wobec milionowych grobów: ta mądrość 
65 
wyczerpuje się niejako sama w sobie; paraliżuje ona wszelkie nawet najdostępniejsze 
wartościowanie, może tylko usprawiedliwiać, usprawiedliwiać wszystko ludzką niewiedzą, 

background image

 

33 

ludzką bezradną słabością. Niedaleko tkwi Breza z Murów Jerycha i Amorów. 
„Ludoznawstwo" tu ogromne, spostrzegawczość psychofizyczna ostra jak brzytwa; coż za 
subtelne, proustowskie monografie snobizmu, miłości własnej, pożądania, ileż bystrych 
aforyzmów i obserwacji! Ale autor jest wciąż tylko obserwatorem i re-lacjonistą — unika 
wartościowania i rozstrzygania. Nie wiem jakim cudem pewien krytyk (Lichniak) dopatrzył 
sie_ w Murach Jerycha moralizatorstwa — ja widzę tylko usatysfakcjonowanego badacza, 
pochylonego nad wiwisekcją ludzkich świnek morskich. Cieszą go doskonałe egzemplarze 
człowieczej małości, pychy, przebiegłości, snobizmu, cieszą ich wzajemne zestawienia i 
konflikty, sublimuje je i udoskonala, budując istną misterną mitologię wad i śmieszności. Ale 
nie potępia, nie ma do tego podstawy: to przecież już tak jest. Dopiero w drugim tomie Nieba 
i ziemi Breza raptownie skręca ku moralizatorstwu, a w swej nowej powieści Uczta Baltazara 
przechodzi, jak się zdaje, na zgoła inną metodę pisarską. Ale to już do omawianego okresu 
literackiego nie należy. 
A teraz debiuty, zazwyczaj jeszcze „szufladowe", bo pisane w czasie okupacji. Na pierwszym 
miejscu stoi Jezioro Bodeńskie Dygata. Książka prześliczna, młodzieńcza, świeża, pełna 
wdzięku i wirtuozowskiej dezynwoltury. A zarazem jakaż to skamandrowska książka! 
Skamandrow-ska w swym pełnym zapału zmysłowym empiryzmie, w świeżości i kulcie 
doznań, w swej niechęci do mózgowych definicji i w swej apologii młodzieńczej 
nonszalancji, nawet w swoich weltschmerzach i podźwiękach herostratesowych (odczyt o 
Polsce). To jest wojenna przygoda młodego inteligenta z okresu Dwudziestolecia, książka 
cenna jako dokument pewnej epoki psychicznej i jako osiągnięcie artystyczne, ale nie jako 
klucz do epoki nowej. W tym samym klimacie —- mimo dość zewnętrznych prób 
ekspiacyjnych — utrzymał się Dygat i w książkach następnych (świetne Pożegnania, Pola 
Elizejskie), co dobrze świadczy o jego pisarskiej uczciwości wobec samego siebie, lecz co 
czyni go, pośród coraz wyraźniej,   coraz   bardziej   zasadniczo   krystalizujących   się 
antynomii ideowych naszej epoki — postacią marginesową. Dalecy zresztą jesteśmy od 
potępiania takich uroczych marginesów — stanowią one, jak cień w malarstwie, konieczne 
uzupełnienie obrazu epoki, dostarczają kontrastu, tym dobitniej podkreślają zjawiska 
pierwszoplanowe. 
Bardzo ostro, z bezlitosną precyzją widzą wojnę i jej potworności w swoich pierwszych 
powojennych książkach dwaj młodzi pisarze: przedwcześnie zmarły Tadeusz Bo-rowski 
(Byliśmy w Oświęcimiu) i Jerzy Broszkiewicz (Oczekiwanie), ale też na tym wysiłku 
widzenia się wyczerpują — doprowadzają czytelnika do muru, ukazują ten mur ale 
przekroczyć go nie potrafią, nie wskazują drogi wyjścia (zrobią to dopiero w sposób 
programowy i ostentacyjny w okresie następnym), Borowski z nieustraszoną odwagą (którą 
niektórzy błędnie wzięli za cynizm) maluje u-piorny, ekspresjonistycznie jaskrawy a przecież 
w istocie z doskonałą precyzją wydozowany i z nieomylnym poczuciem plastyki uplanowany 
obraz Obozu koncentracyjnego: nie jest to obraz rozchełstany leoz właśnie precyzyjny —¦ 
dojrzały instynkt pisarski, wyrażający się w podyktowanej względami konstrukcyjnymi 
selekcji faktów, zadziwia w książce tak na gorąco pisanej (Byliśmy w Oświęcimiu wydane 
zostały przez autorów w Niemczech, natychmiast po wyzwoleniu ich z obozu). Również 
precyzją w widzeniu cudzego cierpienia odznacza się Oczekiwanie Broszkiewicza, lecz tu 
obraz jest chłodniejszy, z tendencją do bezosobowego, po aptekarsku skrupulatnego 
obiektywizmu, za pomocą którego osiąga młody autor wstrząsające efekty wrażeniowe. Oba 
te debiuty uderzają umiejętnością widzenia i dojrzałością pisarstwa, a zarazem swoją, typową 
dla Dwudziestolecia bezpoglądowoś-cią" — tylko opis, świetne przedstawienie faktów, lecz 
na tym trud pisarski się wyczerpuje: brak jakichkolwiek uogólnień i definicji, nawet 
wartościowania trzeba się po prostu domyślać; wyjścia ani normalnego, ani historycznego 
książki te nie ukazują — widać autorzy byli wówczas zdania, że to już nie ich sprawa. 

background image

 

34 

Dalej od wymienionych poszedł Artur Sandauer w bardzo ciekawej Śmierci liberała. Nie 
tylko szersze perspektywy umysłowe, nie tylko wyrafinowane sposoby intelektualne, gdy 
autor z imponującą swobodą  posługuje się 
67 
makabryczną groteską, mądrym paradoksem i symboliczną a przecież realną 
antynomicznością, stanowią o wartości tej tak niesłusznie zapomnianej książki. Jej wartością 
specjalnie cenną jest temperatura moralna: to książka gorąca; wyraża niezafałszowane żadną 
obiektywizującą pozą oburzenie, a wszelkie jej intelektualistyczne sposoby owego świeżego, 
rzekłby ktoś, naiwnego oburzenia ani nie przytępiają, ani nie przysłaniają. Ten intelektualista 
i pisarz nie ma zamiaru niczego, w imię swego intelektualizmu i pisarstwa, rozgrzeszać: on 
nie tylko się oburza, lecz również nie zgadza się. Wie, na co się nie zgadza — i to jest cenne. 
Brak jednak ostatecznych spre-cyzowań i definicji (wciąż ta literacka tradycja fałszywej 
dyskrecji ideowej, charakterystyczne dziedzictwo Dwudziestolecia!) nie pozwala zaliczyć 
książki Sandauera do fazy następnej. 
Inteligenckie samobiczowanie urządził w Drewnianym koniu Kazimierz Brandys. Mimo 
niewątpliwej (niezależnie od autoironii) przynależności książki do gatunku inteligenckiej 
„przygody wojennej", w specjalnej uporczywości tego biczowania tkwią już elementy, które 
w przyszłości zrobią z Brandysa pisarza na wskroś programowo ideologicznego. Elementów 
takich nie sposób się natomiast dopatrzyć w bardzo dobrej zresztą powieści Stanisława 
Rembeka: Wyrok na Franciszko Kłosa, nawiązującej do polskiej tradycji epickiego 
obiektywizmu, obiektywizmu nie, jak w Oczekiwaniu, po aptekarsku wytrawionego, lecz 
pełnego zmysłowej soczystości i rozmachu. 
Do szlachetnego lecz werbalnego, nieco strugowskiego świeckiego humanizmu i heroizmu 
nawiązał w Sztuce umierania Kazimierz Zenon Skierski, typową zaś prozę opisywacką dał w 
Godzinie policyjnej Jerzy Waldorff. Wreszcie — jeszcze dwie książki o okupacji, z natury 
swej również czysto opisowe, bo nie beletrystyczne lecz reportażowe: wstrząsające Dymy nad 
Birkenau Seweryny Szmaglewskiej i Przeżyłam Oświęcim Krystyny Żywuls-kiej. 
Dla zadokumentowania, że nie tylko afilozoficzna bez-poglądowość, lecz również 
charakterystyczna wielokie-runkowość przeflancowały się z Dwudziestolecia na pierwszy 
padokres powojenny, przytoczyć tu wypadnie kilka książek z „innej beczki". W pierwszym  
rzędzie wy- 
68 
mienię dwa zbiory opowiadań Ksawerego Pruszyńskiego 13 opowieści i Karabela z 
Meschedu. Debiutujący w be-letrystyce autor błysnął tutaj pięknym, sienkiewiczowskim 
niemal językiem, sarmackim temperamentem, bogactwem tła, barwną galerią wydarzeń i 
postaci, jednocześnie zaś, przy programowo nowej postawie politycznej, nawiązał do starych, 
bolesnych nieraz a drogich spraw, dał jakieś czasem rzewne a czasem polemicznie agresywne 
kompendium polskich trosk a także i polskich kolorytów. Kolorytów — to ważne, bo barwna, 
subtelna zmysłowość tej prozy każe nam, pomimo akcentowania przez autora dzisiejszych 
tendencji ideowych (postawę tę, rzecz charakterystyczna, akcentuje Pruszyński na 
płaszczyźnie wyłącznie polityczno-narodowej, nie potrącając, starym zwyczajem, o sprawy 
filozoficzne, historiozoficzne itd.) uznać jego książki za typowo kontynuatorskie. Jest to 
jednak kontynuacja najszlachetniejszego gatunku: książki Pruszyńskiego stanowią 
niewątpliwie cząstkę owego spajającego epoki „kleju narodowego", stanowią jedną z desz-
czułek pomostu między dawnymi a nowymi laty — desygnuje je na to zarówno arcypolska 
tematyka, jak i z najlepszych polskich tradycji się wywodzący język i gatunek literacki. 
Tragiczna śmierć Pruszyńskiego to wielka strata literacka, strata dla stałego nurtu pisarskiego, 
stanowiącego między innymi o ciągłości i autentyczności kultury. 
Bez pretensji do wysokiej rangi pisarskiej, lecz wprowadzając podgatunek literacki bardzo 
charakterystyczny, niezwykle rozpowszechniony na Zachodzie i niewątpliwie, jak pieprz do 

background image

 

35 

gulaszu, potrzebny do pełnego wachlarza zjawisk kulturalnych, wystąpili dwaj młodzi 
pisarze: Kazimierz Koźniewski ze Szczotką do butów i Leopold Tyrmand z Hotelem Ansgar. 
Książki te, to wojna na wesoło, straszne i śmieszne przygody różnych beztroskich na pozór 
ptaszków; międzynarodowych łączników, agentów, uciekinierów z obozów, a także zwykłych 
łazików, bumelantów wogny, młodzieńców, którzy z katastrofy europejskiej zrobili sobie 
trampolinę do brawurowych, barwnych i wesołych, choć na pograniczu gwałtownej śmierci 
rozgrywających się przygód. Problem humoru w ogóle a humoru wojennego w szczególe nie 
jest problemem błahym. Dowodem, że rozumieją to szerokie rzesze 
 
 
czytelnicze niech będzie pytanie, jakie padło na jednym z masowych wieczorów literackich: 
czy będziemy mieli polskiego Szwejka? Niedaleko wymienionych dwóch książek postawić 
by należało Cafe pod Minogą Wiecha. Twórczość Wiecha, to specjalny gatunek 
kontynuatorstwa, lecz potrąca ona o zbyt rozległe połacie doniosłych problemów kulturalno-
socjologicznych, aby omawiać je w pobieżnym przeglądzie. 
I jeszcze parę nazwisk różnokierunkowych. Jak dziwne kwiatki do polskiego kożucha, 
przytulili się pogrobow-cy „izmów": Tadeusz Kwiatkowski ze swoim fantastycz-no-
groteskowym, arlekinowym Lunaparkiem oraz Kazimierz Truchanowski ze Zmową 
demiurgów, udaną niewątpliwie próbą dostosowania dawnej postawy i metody pisarskiej 
autora do nowej, przez wojnę narzuconej problematyki. O dużym talencie świadczą 
naturalistyczne Wertepy Leopolda Buczkowskiego. Dzikowy skarb Karola Bun-scha to 
kontynuacja pewnego rodzaju powieści historycznej a Tadeusz Hołuj w Próbie ognia 
nawiązuje do rewi-zjonizmu historycznego nieco w gatunku Kordiana i chama. 
Wymieniliśmy tutaj szereg (nie wszystkie oczywiście) książek kontynuatorskich, pośrednio 
lub bezpośrednio wywodzących się z aury literackiej Dwudziestolecia, obecnie zamierzamy 
przejść do tych utworów, które dzięki swej nowej postawie, dzięki swej ideologiczności i 
perspektywom filozoficzno-historiozoficznym przynależą do nowej epoki, stając się (choć 
może są mniej liczne) najcharakterystyczniejszymi zjawiskami dla całego okresu. Tutaj ktoś 
mógłby zauważyć, że w ogóle podział ten jest dość sztuczny, bo nie grupując książek 
chronologicznie, dowolnie umieszczamy je tu i tam nie tak, jak one powstały, lecz tak, jak 
układa się nasza koncepcja. Prawda, lecz to jest nieunikniony mankament wszelkiej litera-
ckiej klasyfikacji i w ogóle pracy krytycznej: chcąc wykryć w zjawiskach literackich cechy 
ogólne i ogólne prawidłowości, nie da się uniknąć pewnych uproszczeń, bo wszelkie życie, 
obok niewątpliwie istniejącego stałego rytmu przemian i rozwojów odznacza się 
kapryśnością; zjawiska zachodzą na siebie, wyrywają się naprzód lub opóźniają się w czasie, 
nierzadko przeczą sobie nawzajem. Każda metoda badania i grupowania zjawisk będzie nie- 
co sztuczna, jak sztuczny jest skalpel wobec żywej tkanki ciała. Ten grzech pierworodny 
sztuczności musi wziąć na siebie wszelka praca porządkująca, niezależnie od swych ambicji 
służenia prawdzie. 
POLARYZACJA IDEOWA 
Polaryzacja  ideowa  zjawisk literackich,  ich podążanie ku dwóm biegunom, jakimi stały się 
marksizm i katolicyzm, oraz wynikły z tego podział na dwie pisarskie strefy "wpływów, były 
to wydarzenia nieuniknione. Nieuniknione, bo ten stan rzeczy odpowiada sytuacji na  
powojennym pobojowisku ideowym Europy — a dalej działa tu zasada naczyń połączonych. 
Sprawdziła się demoniczna przepowiednia Hitlera, że jego klęska będzie zarazem klęską 
starej Europy. Istotnie: wojna ostatnia zadała decydujący cios dwóm kierunkom ideowym, z 
których przez wiele dziesiątków lat Europa czerpała swe siły żywotne. Pierwszy z tych 
kierunków to od dawna już zresztą grzęznący w kryzysie mieszczański sceptyczny 
racjonalizm, oraz me-chanistyczny  bezideowy  scjentyzm,   owa  ślepa   wiara  w technikę   i   
cywilizację   materialną,   na   której   bazowały państwa liberalno-kapitalistyczne.  Drugi  z 

background image

 

36 

nich,  to kult woluntaryzmu, afirmacja życia biologicznie prężnego, afir-macja zdobywczej 
siły, walki, imperializmu, mit nietzsche-ańskiego nadczłowieka, słowem wszystko to, co w 
ostatniej fazie przedwojennej historii Europy zmonopolizowane i zmobilizowane zostało 
przez państwa faszystowskie jako ich oręż ideologiczny, propagandowy, uczuciowy. 
Kierunek  pierwszy  — mieszczański,   technicystyczny  scjentyzm i mechanistyczny 
racjonalizm  skompromitował się nie umiejąc przeciwstawić faszyzmowi i hitleryzmowi 
żadnych  żywych  i   atrakcyjnych  haseł,  nie  umiejąc,  mimo swych zasobów, zmontować i 
zmobilizować przeciw niemu  odpowiedniej   siły  moralnej   i  materialnej,   wreszcie 
bezapelacyjnie ulegając w pierwszym starciu na polu bitwy   (Francja).   Kierunek   
woluntarystyczny,   rozpętawszy straszliwe nienawiści międzyludzkie a brak mądrości 
politycznej zastępując największymi w dziejach świata masowymi zbrodniami, zginął 
śmiercią wręcz samobójczą, pociągając za sobą starą Europę. I oto na placu ideowym 
pozostały  dwa  nienaruszone  kierunki:  odradzający  się   po 
71 
XIX-wiecznych porażkach i zbrojny w swój dwutysiącle-tni dorobek filozoficzno-kulturalny 
katolicyzm, oraz prężny i ambitny, ofensywny materializm marksistowski. Oba systemy 
realistycznie oceniające ziemskie sprawy, oba wyposażone w ambicje maksymalistyczne, jeśli 
chodzi o wyjaśnienie całokształtu zagadnień świata od wielkich do małych, oba filozoficzne, 
zaopatrzone w szereg dyscyplin pomocniczych, z dialektyczną historiozofią na czele. W ten 
sposób konflikt filozoficzny, światopoglądowy, pomiędzy ludźmi wierzącymi a 
niewierzącymi w Boga stał się centralnym problemem społeczno-ideowym naszych czasów a 
konsekwencje wiary lub niewiary, w chwili gdy wiara reprezentowana jest przez katolicyzm a 
niewiara przez marksizm, znajduje swe odbicie w każdej, najbardziej nawet specjalnej 
dziedzinie. Nastąpiło, na ogół zresztą w wyniku aktywności marksizmu, maksymalne 
rozbudowanie tego filozoficznego w istocie konfliktu, obejmujące coraz to nowe, najbardziej 
na pozór neutralne dziedziny. Objęło ono w pierwszym rzędzie kulturę i ludzi pióra: stąd 
ufilozoficznienie i uideologicznienie pisarstwa, stąd ów podział, owa polaryzacja 
światopoglądowa zataczająca coraz szersze kręgi. Najbardziej nawet programowo neutralny 
pisarz nie może dziś uniknąć pytań zasadniczych i konsekwencji, które jego odpowiedzi na te 
pytania muszą pociągnąć, jeśli chodzi o jego dalsze postępowanie. Człowiek niewierzący <z 
trudem odnajdzie dziś realną bazę filozoficzno-społeczną poza marksizmem, człowiek 
wierzący i przyjmujący chrześcijaństwo siłą faktu znajdzie się w atrakcyjnym świecie kultury 
i filozofii katolickiej. „Ten trzeci", może w toczącym się pojedynku ideowym najwyżej — 
milczeć, niekorzystna to dla niego passa. Uważam się za liberała, lecz nie sądzę, aby dzisiaj 
utrzymać się mógł i działać inny liberalizm niż — chrześcijański. 
Tak więc nastąpiła polaryzacja ideowa pisarzy w Polsce — zarówno starych jak i młodych. 
Jak to się odbywało, jak ten i ów dochodził do takich lub innych skrystalizowań, czy to był 
wynik poszukiwań, przemyśleń, dyspozycji psychicznych, czy objawienie i łaska, uleganie 
determinizmowi wydarzeń, czy może przypadek — tym się tutaj zajmować nie będziemy, 
choć to sprawy arcyciekawe. Interesuje nas w tej chwili rezultat: podział pisarzy na dwa 
obozy świadomie światopoglądowe, wręcz 
72 
 
filozoficzne. Literackim sygnałem tego procesu były dla mnie dwie chronologicznie 
najwcześniejsze (nie licząc publicystyki i poezji) książki zdecydowanie ideologiczne czy 
uideologicznione, wskazujące w dwóch przeciwnych kierunkach. Książki te wyszły spod piór 
pisarzy młodych i — rzecz ciekawa — niezbyt chętnie w swych obozach widzianych a 
zwłaszcza niechętnie przyjmowanych jako umysły reprezentatywne. Mam tu na myśli W 
kraju milczenia Wojciecha Żukrowskiego i Sedan Pawła Hertza. Niejeden ortodoksyjny 
katolik krzywił się mocno na frywolne, groteskowe opowiadania Żukrowskiego Piórkiem 

background image

 

37 

flaminga i na różne zakręty jego pisarskiej działalności. Nikt jednak nie zaprzeczy, że W 
kroju milczenia było • u nas pierwszą po wojnie książką rozmyślnie, programowo katolicką, 
pokazującą, jak należy przewartościowywać po katolicku najstraszniejsze i najtrudniejsze 
problemy minionej wojny. Zwłaszcza dwie postaci księży: kapelana podczas kampanii 
wrześniowej i księdza w obozie koncentracyjnym, ich postępowanie tak specyficzne i niby 
paradoksalne a tak w istocie proste i konsekwentne, wskazują na świadomie, programowo 
ideologiczny charakter tych opowiadań — programowość taka to rzecz rzadko w 
Dwudziestoleciu spotykana. Podobnie, choć przeciwnie, ma się rzecz z Pawłem Hertzem. 
Oskarżany częstokroć przez swoich o estetyzm i pięknoduchostwo, dał on jednak w Sedanie 
wyraz bardzo świadomemu i zdecydowanemu wyborowi ideowemu. Nie ukrywając swej 
inteligenckości, przeciwnie, na każdym kroku podkreślając zarówno swe pochodzenie ze 
starego świata jak i głębokie przywiązanie do wartości kulturalnych i różnych odcieni piękna, 
związanych z tym światem, Hertz bardzo zdecydowanie zgłasza akces do obozu „świata 
nowego", do jego filozofii i historiozofii, stwierdzając, że wszelka neutralność czy 
powściągliwość prowadzi nieuchronnie do bankructwa. Mimo swego osławionego estetyzmu 
Hertz poszedł w tej książce dalej niż niejeden z- typowych ideologów, nie cofając się przed 
postawieniem wielu kropek nad i. Obie te prekursorskie książki tym bardziej jeszcze nabierają 
charakteru ważnego symptomu, że wyszły spod piór ludzi nie skrajnych, nie doktrynerów: 
najlepszy to dowód organicznej niejako naturalności zjawiska polaryzacji ideowej. 
73 
Postępująca po obu stronach krystalizacja ideowa najcharakterystyczniejszy swój wyraz po 
stronie marksistowskiej znalazła w zdecydowanych akcesach pisarzy dotąd chwiejnych, 
niejasnych czy grzęznących w odziedziczonej z Dwudziestolecia pozaideologiczności. Te 
akcesy to zjawisko najciekawsze, dlatego wspominając tylko ogólnie pisarzy o 
światopoglądzie już sprzed wojny skrystalizowanym, jak Leon Kruczkowski, Adam Ważyk a 
także Jerzy Putrament (Rzeczywistość) zwróćmy uwagę przede wszystkim na ewolucję 
dwóch utalentowanych prozaików: Jerzego Andrzejewskiego i Kazimierza Brandysa. Andrze-
jewski, wsławiony przed wojną mglistym, niby katolickim Ładem serca, w pięknych swych 
powojennych nowelach Noc stanął, jeśli chodzi o problematykę moralną, na. płaszczyźnie 
owego zdecydowania świeckiego humanizmu, wprawdzie nieokreślonego, ale — 
pozwalającego domyślać się dalszego kierunku ewolucji ideowej autora. Nie kazała ona na 
siebie zbyt długo czekać: wyrazem jej był Popiół i diament. Ta bezbłędnie skonstruowana 
powieść rygorystycznie wyrzeka się komentarza autorskiego i pokazania ludzi „od środka" 
(charakterystyczny odwrót od psychologizmu); przemawia jedynie selekcją i ugrupowaniem 
faktów, przemawia dyskretnie, lecz mocno i zdecydowanie. Jest to bowiem zdecydowany, 
choć nie zawsze wprost wyrażony, akces nie tylko do nowej rzeczywistości politycznej, lecz 
także do historiozofii i moralności marksizmu. Wrodzona afilozoficzność nie pozwoliła 
Andrzejewskiemu pójść dalej w światopoglądowych spre-cyzowaniach, zrobił to natomiast 
Kazimierz Brandys, którego cykl powieściowy Między wojnami jest niezwykle 
charakterystycznym przykładem prozy integralnie uideo-logicznionej. Brandys świadomie 
konstruuje losy swych bohaterów w myśl dialektycznej historiozofii marksistowskiej, jego 
interpretacja czasów przedwojennych, wojennych i powojennych w każdym szczególe 
odpowiada koncepcji historycznej marksizmu, w każdym szczególe podkreśla ją i uwypukla. 
Prawdziwym bohaterem książki jest tutaj szeroko rozbudowana teza polityczno-ideowa, 
której niepowszedni talent prozatorski autora nadaje plastyczność i barwność. Bardzo to 
reprezentatywna twórczość. 
Nie będziemy tu wymieniać wszystkich książek uideolo-gicznionych   w   sensie   
marksistowskim,   poprzestając   na 
74 

background image

 

38 

najbardziej wartościowych artystycznie i najcharakterys-tyczniejszych. Zresztą plejada tych 
utworów pojawi się dopiero w okresie drugim, okresie debiutów, okresie sprecyzowania 
estetyki realizmu socjalistycznego, który już do niniejszych rozważań nie należy. Zajrzymy 
teraz na drugą stronę barykady. Poprzedzony intensywną przygrywką publicystyczną na arenę 
literacką wystąpił szereg pisarzy, których nie sposób scharakteryzować, pomijając słowo 
„katolicki". Obok pięknej i głębokiej, na katolickiej problematyce moralnej osnutej 
twórczości dramatycznej Jerzego Zawieyskiego, obok przesiąkniętych kulturą katolicką 
dramatów historycznych Romana Brand-staettera i powieści historycznych Hanny 
Malewskiej, wymienić tu trzeba jeszcze kilku bardzo charakterystycznych autorów. 
Największą wśród nich poczytność zyskał Jan Dobraczyński, pisarz o niezwykłych ambicjach 
świa-topoglądowo-historycznych, choć o nie zawsze odpowiadającej tym ambicjom precyzji i 
wyposażeniu warsztatu pisarskiego. Oto przykład twórcy na wskroś, programowo 
ideologicznego; ideologiczność przepaja jego każdą książkę, bez względu na temat — a 
wachlarz tematów ma ogromny: od prób historiozoficznego ujęcia ostatniej wojny w 
Najeźdźcach (nie pamiętam kto i jakim cudem dopatrzył się w tej książce rasizmu i 
nacjonalizmu — zupełny nonsens!), od problematyki bohaterstwa i patriotyzmu (W 
rozwalonym domu), czy grzechu i odkupienia (Największa miłość), aż do powieści na tematy 
historycznoreligijne jak biblijni Wybrańcy gwiazd, powieść o św. Pawle (Święty miecz) czy 
ostatni Klucz mądrości, jest Dobraczyński zawsze przede wszystkim katolikiem, pragnącym 
dać katolicyzmowi świadectwo poprzez wszystkie tematy i epoki. Ta jedność 
światopoglądowa przepajająca jego twórczość jest imponująca — dziwna rzecz, że dostrzec 
tego nie potrafią jego przeciwnicy, atakujący go zazwyczaj z pozycji artystowskich, 
formalistycznych. Jakkolwiek' krytykowałoby się jego artyzm, nie sposób zaprzeczyć, że 
przez swe konsekwentne, absolutne uideologicznienie, jest to pisarz niezwykle dla naszego 
okresu charakterystyczny, społeczną zaś wagę tej twórczości podkreśla jeszcze jej szeroka 
popularność. 
Powojenny debiutant Eugeniusz Paukszta podjął ambitny trud przyswojenia katolicyzmowi 
tematów najaktualniej- 
75 
szych, jak problematyka Ziem Zachodnich {Trud ziemi nowej), czy życie środowiska 
robotniczego {Trzecia zmiana). Z innej strony, historycznej, podszedł do problematyki tych 
ziem Władysław Jan Grabski, publikując swoją Sagę o Jarlu Broniszu. W ogóle powieść 
historyczna mocno zajęła myśl i wyobraźnię pisarzy katolickich — dowód to silnego 
powiązania z przeszłością, poczucia jedności i ciągłości historycznej, jedności problematyki 
katolickiej i życia Kościoła na przestrzeni wieków. Wspaniałą znajomością ogólnej postawy 
duchowej i subtelności filozoficznych średniowiecza olśnił nas w Srebrnych orłach Teodor 
Par-nicki, dając niezwykle oryginalną i twórczą, tak w konstrukcji i sposobie prowadzenia 
akcji jak i w dialektycznej postawie autora, jedyną i niepowtarzalną kreację. Wreszcie 
najbardziej monumentalny zamysł twórczy polskiej literatury powojennej — Bolesław 
Chrobry Antoniego Gołubiewa. Wydaje mi się, że za dużo mówiło się i pisało o tej książce 
jako o wielkim malowidle historycznym czy o epopei powstania narodu a za mało o jej 
filozoficzności i dialektyczności — wszak autor stawiając antynomie i kreśląc wewnętrzne 
konflikty w każdym problemie przeprowadza tu w pozornie rozbieżnych i 
wielokierunkowych liniach jedność koncepcji dialektycznej, jedność widzenia świata, 
konstruując losy ludzkie z nie mniejszą konsekwencją niż Brandys w swoim cyklu 
(krańcowej nieznajomości katolicyzmu trzeba było, aby nie dojrzał tego młody krytyk — 
Flaszen). Pokazanie, jak centralny problem Boga i człowieka zawiera się w każdej sprawie, 
jak wszystkie konflikty moralne, publiczne i prywatne splatając się w jeden wielki węzeł, u 
którego podstaw leży myśl Boża, płynąca poprzez nurty duchowe i materialne, poprzez ruchy 
społeczne i koncepcje jednostek, poprzez oderwaną na pozór od życia myśl klasztorną i w 

background image

 

39 

samym wirze codzienności tkwiącą odkrywczą pracę techniczno-cywilizacyjną — oto zamysł 
książki, zamysł splecenia wszystkich wątków ludzkich w wielką syntezę, u której źródła leży 
chrześcijański dualizm i nieugięty realizm filozofii tomistycznej. Zamysł to na wskroś 
programowo ideologiczny i filozoficzny; w tym właśnie, a nie w malowniczości czy w 
przedstawieniu narodzin narodu, 
76 
z konieczności hipotetycznym, leży to, co czyni książkę tak ważką i tak na wskroś, 
cnarakterystycznie współczesną. 
i         „TEN TRZECI" 
Jest jeszcze jeden pisarz, ale mamy z nim kłopot: nie mieści się w żadnej szufladzie, między 
żadnymi przegrodami ideologicznymi, jakieśmy w niniejszym szkicu ustawili. A jednocześnie 
nie sposób uznać go za pogrobowca Dwudziestolecia, bo aż tętni w nim od problematyki 
współczesnej, ani za bezideowego, bo całą jego twórczość opływa i przepaja nurt tak 
głębokiej i intensywnej miłości do człowieka, że to samo przez się stanowi już, choć nie ujętą 
w filozoficzne terminy, ideologię. Pisarzem tym jest Adolf Rudnicki. Prawdziwą jego 
wielkość duchową zrodziła wojna: tragedia ginącego na polskich ziemiach narodu 
żydowskiego uskrzydliła jego miłość dla człowieka i solidarność z nim, nadając jej wymiary 
społeczne, narodowe, ogólnoludzkie. Ten wnikliwy wędrowiec dusz ludzkich zdobywa się w 
swych opowiadaniach (Szekspir, Ucieczka z Jasnej Polany) na akcenty bólu i mądrości 
cierpienia, od których, niczym u Dostojewskiego, tchnie wielkość żywiołowa, jakiej nie musi 
się ujmować w definicje i wyznania wiary — mówi ona za siebie, innym, własnym językiem, 
językiem uczuć i najgłębszego, poza--myślowego niemal przeżycia. „Prawda przemawia bez 
języka", twierdzi wschodnie przysłowie, dlatego też nie sądzę, aby mimo zdecydowanego 
uideologicznienia epoki literackiej, należało domagać się od Rudnickiego jakichś 
sprecyzowań, opowiedzeń się, wyznań wiary. On mówi bez języka — ale wie co mówi; 
czasem zdarza mu się pomylić, może nawet zejść z prostej drogi jak w Pałeczce — ale sądzę, 
że na tę swoją drogę wróci — zarobił sobie pod tym względem na kredyt zaufania. 
REALIZM SOCJALISTYCZNY 
Zbliżamy się więc do końca zakreślonego tematu — scharakteryzowaliśmy pokrótce ów 
dwufazowy okres literacki, który nastąpił po wojnie (pojęcia fazy, przypominam, nie należy 
ujmować w sensie ściśle chronologicznym: prekursorskie W  kraju milczenia Żukrowskiego 
ukazało 
77 
 
się pośród książek typowo kontynuatorskich), sypnęliśmy przykładowo nazwiskami i 
tytułami. Pora kończyć, bo oto zbliża się okres drugi, w którym wytworzyła się sytuacja 
nowa, stawiająca krytyka wobec zupełnie innych zadań niż poprzednio. Chodzi mi o 
sprecyzowaną wreszcie metodę realizmu socjalistycznego w prozie, metodę 
zadokumentowaną już szeregiem utworów (nazwiska zanotowałem na początku). Wobec 
nowej metody i nowych kryteriów wartościowania literackiego trzeba z gruntu odmiennie się 
ustosunkować. Można by wprawdzie, ignorując te kryteria, zastosować do nowych książek 
uniwersalne wzory wartościowania „talentystycznego", ale to trud nieco chybiony, 
odczytywanie tekstu niewłaściwym szyfrem. Ponieważ w dziedzinie nowych kryteriów nie 
czuję się kompetentny, ponieważ przy tym z nową metodą się nie solidaryzuję, uważając 
przede wszystkim, że należy jej się jeszcze huraganowe bombardowanie zarzutami 
skierowanymi nie pod adresem poszczególnych książek lecz w kierunku jej trzonu 
teoretycznego, filozoficzno-estetycznego, więc ograniczę się tutaj do zdefiniowania jej 
najogólniejszych zasad, tak jak widzę je w świetle wypowiedzi Melanii Kierczyńskiej, 
Jadwigi Siekierskiej, Włodzimierza Sokorskiego i innych, a także w świetle praktyki, to jest 
przeczytanych książek. Nawiasem zauważę jeszcze tylko, że bynajmniej, jak niektórzy, nie 

background image

 

40 

zarzucam tej metodzie jej iteoretyczności. To, że teoria poprzedziła w niej praktykę, nie 
odstrasza mnie specjalnie: nie mam przesądu organiczności, to że coś zostało najpierw 
wykomcypowa-ne nic mi nie szkodzi, przeciwnie, imponowała mi np. Peiperowska 
awangarda, która chlubnie zaznaczyła się w Dwudziestoleciu tym, że najpierw skonstruowała 
swój program poetycki, a potem jęła pisać wiersze. Zarzuty mam inne: zasadnicze, 
światopoglądowe. Lecz o tym kiedy indziej. A oto zasady realizmu socjalistycznego, tak, jak 
je widzę: 
1)  Ścisła, konkretna polityczna celowość utworu: utwór pomaga w budowaniu socjalizmu na   
danym   etapie. 
2)  Wynikający   z  tego   wychowawczodydaktyczny   charakter  utworu,  konieczność  
wprowadzenia  tzw.  bohatera pozytywnego. 
3)  Konieczność selekcji faktów, dokonanej  pod specjalnym   marksistowskim,   
dialektyczno-rozwojowym   kątem 
78 
widzenia.  Należy wybierać tylko fakty typowe i  istotne z punktu  widzenia marksistowskiej  
wizji  przyszłości. 
4) Ścisłe podporządkowanie elementów estetyczno-kons-trukcyjnych celom polityczno-
ideowym. Wynikająca z tego niewiara w wychowawcze wartości czystego piękna i walka z 
tzw. „formalizmem" (specjalnie drastyczna na terenie sztuk formalnych: muzyki czystej czy 
malarstwa kolorystyczno-ornamentalnego). 
ZAKOŃCZENIE: PERSPEKTYWY DALSZE 
Zasadniczą, światopoglądową dyskusję na temat naszkicowanych powyżej zasad"realizmu 
socjalistycznego w prozie literackiej odłożyć trzeba na inny czas i miejsce. Pre-ponderaneja 
tej metody w drugim po wojnie okresie literackim sprawia, że, nie czując się kompetentny do 
oceny przeważającej ilości książek tego okresu wedle ich kryteriów i zamierzeń, a wzdragając 
się przed zastosowaniem kryteriów innych (mogłoby się to stać jałowe) świadomie 
ograniczyłem chronologiczne ramy niniejszego, w pewnym znaczeniu historycznego już 
szkicu. Nie tracę jednak nadziei, że perspektywa czasowa dostarczy nam prędzej czy później 
obiektywistycznego klucza i do tego drugiego okresu, klucza, na którego użycie zgodziliby 
się wszyscy zainteresowani, a który pozwoliłby mi omawiać tak nawet skrajnie nie po mojej 
myśli programowe, lecz mimo to wartościowe książki, jak np. Węgiel Ścibora Rylskiego. 
Czas działa cuda, nierzadko to, co w danym momencie wydaje się nam dalekim skokiem w 
inny świat pojęć, w inny wymiar, w perspektywie lat sprowadza się do zwykłego kroku. 
Przypominam tu słowa Adama Schaffa: „Nie ma twardych, ostrych granic pomiędzy 
poszczególnymi etapami rozwoju społecznego. Wzajemne przenikanie się, zachodzenie 
wzajem na siebie — oto ich cecha charakterystyczna" (Wstęp do teorii marksizmu 1948, s. 
286). Perspektywa czasowa, choćby nawet kilku lat, jest, wydaje mi się, dla krytyka 
literackiego konieczna. Niewątpliwie oddała ona spore usługi i przy niniejszej próbie 
syntetycznego (wiem — każda synteza jest nieco sztuczna, mimo to umysł ludzki nie może 
się bez niej obejść) spojrzenia na naszą prozę literacką pierwszych lat po wojnie. 
1952. 
O idee artystyczne 
Ze smutkiem przeczytałem w „Dziś i Jutro" artykuł Zygmunta Lichniaka o katolickiej krytyce 
literackiej. Toć już totalizacja ideowa krytyki nie mogła zostać wyrażona w sposób bardziej 
rygorystyczny niż w tym artykule bra-ta-katolika. Żadnych autonomii, luzów, terenów 
neutralnych, żadnych spraw tajemniczych czy jeszcze nie zbadanych, wszystko jasne, 
zasadnicze, podporządkowane idei centralnej. I co gorsze — ani słowa o samej sztuce, o jej 
„komórce" organizacyjnej. Jeśli sztuka ma dla Lichniaka rację bytu, to tylko przez swoje 
ustosunkowanie do zawartej w lichniakowskim umyśle idei centralnej. Po prostu „słoń a 
sprawa polska". 

background image

 

41 

Nie przychodzi autorowi do głowy, że sztuka ma swoją własną ideę, która we własny 
specyficzny sposób, jak matematyka czy chemia, odzwierciedla prawdę świata. Doskonałość 
materiału, doskonałość- tworzywa, doskonałość układu elementów — to już jest idea i o 
powiązanie jej z ideą centralną nie ma się co tak namiętnie kłopotać: wszak to Pan Bóg a nie 
pan Lichniak stworzył świat, nie ma więc powodu obawiać się, że stworzył go nie po 
Bożemu. Lichniakowski krytyk chce na gwałt wykrywać związki łączące doskonałość 
artystyczną z doskonałością innego rzędu. A może te związki objawią się same, jako rezultat 
pokornych a sumiennych prac i dociekań nad każdą dziedziną specjalną z osobna? Wielki 
malarz Cezanne był pustelnikiem, ascetycznym męczennikiem malarstwa, życie jego 
wypełnione było iście galerniczą, nieustępliwą, codzienną walką o udoskonalenie swej sztuki, 
upływało, jak sam 
80 
o sobie napisał, w „monotonii, którą rodzi nieustanny pościg za jednym jedynym celem". 
Cezanne był samotnikiem, nie troszczył się o wychowawczą funkcję sztuki, mawiał często, że 
„celem artysty jest pracować bez myśli o innychi być silnym" (wyobrażam sobie, jak to 
zdanie musi pana Lichniakowemu podniebieniu nie smakować). A rezultat? Pewien znajomy 
pożyczył mi niedawno zbiór doskonałych reprodukcji Cezann'a: kilkadziesiąt pejzaży, 
martwych natur, aktów, portretów. Im więcej się im przyglądam, tym jaśniej widzę, że 
Cezanne w tym dziele wyraził prawdę, swoją prawdę o świecie: wysiłek jego życia to 
wzruszający, fanatyczny trud, to nieustająca walka z 'opornością tworzywa, z 
niedoskonałością techniki, walka o utrwalenie swojego widzenia świata, walka o prawdę taką, 
jaka przedstawiła się artyście, ujęta w kolory i kształty. Jest to prawda malarska, 
„światopogląd, którego nie dałoby się wyrazić inaczej". Lichniak kłopotałby się, czy jest to 
aby prawda Boża, a ja pytam, czy dla człowieka wierzącego może istnieć prawda inna niż 
Boża? Nie ma się co obawiać doskonałości autonomicznych, bo jeśli rzeczywiście są 
doskonałościa-mi, to autonomiczność ich będzie pozorna, a w istocie są one 
odzwierciedleniem innej strony tej samej prawdy, prawdy Bożej. Toteż krytyk szukający w 
dziele prawdy winien przede wszystkim zbadać stopień jego artystycznej doskonałości; 
piękno jest odmianą czy formą prawdy: wykazać to, znaczy zapobiec używaniu pięknych 
tworów sztuki dla celów sprzecznych z prawdą. Oto, wydaje mi się, głównie zadanie dla 
katolickiego krytyka. Lecz droga do realizacji tego zadania wiedzie przez wydobycie 
tkwiących w dziele idei artystycznych, nie przez aprioryczne postulowanie idei z zewnątrz. 
Wyjaśnić prawdę dzieła poprzez to dzieło — to jest droga naturalna, prosta i właściwa. 
Czy nieustanna pana Lichniakowa troska, aby artysta zdążając ku pięknu nie zapomniał o 
prawdzie, nie jest przypadkiem objawem jakiegoś podświadomego zwątpienia, że nie powiem 
niedowiarstwa, braku ufności, a w każdym razie braku pokory wobec twórców natchnienia i 
pracy, która jeśli jest żarliwa, gorąca i rzetelna, nie może być pracą inną niż praca ku chwale 
Pana? Brak pokory — otóż to! Brak pokory, który przejawia się w niezdol- 
81 
 
ności do samoograniczania, do zwężenia zakresu swych badań celem pogłębienia ich i 
wykrycia idei artystycznych dzieła, w niezdolności do powstrzymania się od interpretacji i 
komentarza ideologicznego przed wykryciem, przedstawieniem i zrozumieniem tych idei? 
Ideowa krytyka dzisiaj wciąż zapomina o ideach artystycznych, czasem wydaje się, jakoby o 
ich istnieniu w ogóle nie wiedziała. A przecież sześćdziesiąt parę lat upłynęło już od chwili, 
gdy Stanisław Witkiewicz rozpoczął u nas walkę o nową sztukę i nową krytykę, stawiając 
swe główne hasło badawcze: nie to ważne, co namalowano w obrazie, lecz jak namalowano. 
W tym „jak" zawiera się idea artystyczna, a nie jest ona sprzeczna z innymi ideami: jest ich 
siostrą, a córką prawdy. 

background image

 

42 

Brak pokory i nieufność wobec piękna odstręczają mnie od pana Lichniakowego typu 
krytyka, bo rzeczywiście krytyk taki, zamiast wykryć w pięknie elementy prawdy, może, 
przez nie empirycznie-badawcze lecz apriorycznie--postulujące, podejrzliwe przy tym 
podejście do sztuki, uniemożliwić wykrycie w pięknie owej prawdy, pozornie ją z niego 
wypędzić. „Krytyk opowiada przygody swojej duszy wśród arcydzieł" powiedział Anatol 
France. Takie ujęcie bardzo musi być obce krytykowi „z poglądem" typu pana Lichniaka. Nie 
opowiada, tylko postuluje i definiuje, nie przygody, tylko akty światopoglądowe, nie wśród 
arcydzieł, tylko... itd. A przecież czasem opowiadając przygody można być bliżej prawdy niż 
kiedykolwiek. Trzeba tylko opowiadać sumiennie, wiernie, precyzyjnie i trzeba... umieć 
przeżywać rzeczywiste przygody. Kto z góry wie, co zamierza przeżyć, ten udaremnia 
duchową przygodę, ten najczęściej nic nie przeżywa. 
Tęsknię za krytykami pokornymi, za fanatykami obiektywnej sumienności i za twórcami-
rzemieślnikami, wąskimi a fanatycznymi, rzadko na pozór zaprzątającymi sobie głowy 
wielkimi, pryncypialnymi ideami, od rana do nocy za to zajętymi prawdą swej sztuki i 
zdobyciem środków do wyrażenia tej prawdy. Do nich należy twórczość: ..jwezmą 
dziedzictwo cisi, ciemni, pracowici ludzie. Przez autonomiczną, rzemieślniczą doskonałość 
sztuki dochodzi się do prawd wielkich i — tym samym jedynych — innych nie ma. Zbadać 
ten proces i opowiedzieć nam go — 
82 
oto podstawowe zadanie krytyka ideowego, który nie chce sztuki niszczyć, lecz ją — 
wytłumaczyć. 
— Wyrażać w sztuce jedynie siebie — jakież to byłoby wulgarrite — powiedział Maurycy 
Ravel. Wydaje mi się, że zdanie to nie powinno razić katolickiego ucha. Przeciwnie.  Jest  w 
tym  pokora, która  przyświecała  wszystkim wielkim mistrzom malarstwa od Tycjana i 
Rafaela do Ce-zanne'a. Wyrazić nie siebie, lecz prawdę, służyć prawdzie! Artysta służy 
prawdzie przez ideę artystyczną swej sztuki, przez- czystość i doskonałość swego metier, 
swego rzemiosła. Czy głosimy tu ideę sztuka dla sztuki? Oczywiście  nie:  sformułowanie: 
"sztuka  dla  sztuki"   jest  powierzchowne — opisuje metodę prowadzącą do osiągnięcia 
czystości sztuki, lecz nie cele tej czystości. Sztuka nie jest dla sztuki, lecz dla prawdy poprzez 
tę sztukę wyrażanej. Hasło  powinno  więc  brzmieć:  przez  czystość  sztuki   do prawdy. 14 
V 1950. 
O autonomiczności i powszechności sztuk 
W odpowiedzi Adamowi Ważykowi 
W „Kuźnicy" ukazał się artykuł Adama Ważyka pt. Nieporozumienia malarskie. Nie jest to 
artykuł specjalnie rewelacyjny, sam Ważyk pisywał lepsze, jest za to niezwykle, przez 
pozbawioną już wszelkiej werbalnej ornamentyki prostotę i otwartość swych sformułowań, 
symptomatyczny, symptomatyczny przez łopatologiczne, sumaryczne i lapidarne powtórzenie 
tez dobrze nam znanych, tez, których konsekwencje w dziedzinie twórczości malarskiej, 
muzycznej czy literackiej nie dają na siebie czekać. Sądzę, że miast spierać się, który obraz 
czy utwór muzyczny jest społecznie wartościowy, postępowy, „realistyczny", który zaś 
społecznie szkodliwy, wsteczny, „formalistyczny", warto cofnąć się w dziedzinę teorii, 
przeanalizować sobie te terminy, opukać je, zbadać, jakie pojęcia pod nim się kryją i 
odpowiedzieć sobie na pytanie, czy pojęcia te wynikły z empirycznego badania dzieł sztuki, 
czy też z apriorycznego rzutowania pewnych, w jednej dziedzinie ustalonych, systemów 
teoretycznych na dziedziny inne: czy ewentualnie rzutowanie to, a co za tym idzie, jednolite 
traktowanie problemu treści i formy (dwóch pojęć przedstawianych dziś u nas jako synonimy 
dualizmu wartości humanistycznych i niehumanistycznych) we wszystkich dziedzinach sztuki 
ma swoje ugruntowanie logiczne i empiryczne, czy też opiera się na metodzie wnioskowania 
per analogiam, metodzie, zaczerpniętej niewątpliwie z arsenału  środków  dialektycznych  
filozoficznego   idealizmu, 

background image

 

43 

84 
od którego przecież Ważyk- gorąco się odżegnuje. Sądzę, że właśnie teoretyczna dyskusja 
tego rodzaju jest rzeczą niezwykle ważną, żyjemy bowiem w okresie, gdy tezy filozoficzno-
dialektyczne momentalnie przyoblekają się w ciało realizacji i ktoś, kto chciałby ten proces 
zaatakować, nie może atakować tylko praktyki, lecz również a nawet przede wszystkim musi 
uderzać w sformułowania teoretyczne. Rozpowszechniona wśród niemarksistowskiej 
inteligencji polskiej niechęć do „jałowych" rozważań i spekulacji, skłonność do 
rozpatrywania zjawisk sztuki wyłącznie z punktu widzenia zmysłowo-praktycznego, to 
wielka słabość intelektu: rozmiłowani w spekulacji i umiejący przekształcić ją w realizacyjny 
dynamizm marksiści zdobywają tu teren nader szybko. Z koncepcją strategiczną bowiem 
walczyć może jedynie druga koncepcja strategiczna, nie zaś dorywczo improwizowana 
partyzantka. 
Chciałbym więc podjąć dyskusję zasadniczą. Czynię to wprawdzie z pewnym pesymizmem, 
bowiem kilkakrotne moje próby wszczęcia analogicznej dyskusji na terenie muzyki spaliły na 
panewce z powodu braku oponentów. Na twierdzenie moje, że w muzyce instrumentalnej 
(podobnie jak w malarstwie abstrakcyjnym) tradycyjny podział na treść i formę nie jest 
możliwy, wobec czego trudno również mówić w tej dziedzinie o „realizmie" i „formalizmie", 
że używanie tych pojęć na terenie muzyki instrumentalnej jest rezultatem apriorystycznego 
przeniesienia ich z terenu literatury, przeniesienia, nie mającego żadnych podstaw 
metodologicznych (patrz moje artykuły Czy w muzyce istnieje formalizm?, Czy muzyka jest 
niehuma-nistyczna?) — otóż na twierdzenie to nikt nie odpowiedział, jedynym ich skutkiem 
było... przyczepienie mi etykietki formalisty. Chociaż etykietka ta jest sympli-fikująca i 
zwęża całą sprawę w sposób zgoła zniechęcającY i gotów ją jestem wziąć na siebie z 
następującą korek-turą: twierdzę, że w sztuce nie tylko treść, ale również i forma wyraża 
wartości humanistyczne, oraz że, jak poucza nas o tym historia sztuki, forma czyni to w 
sposób znacznie trwalszy i bardziej uniwersalny, niż treść, której znaczenie ulatnia się wraz z 
upływem czasu, z przemijaniem historii. Muzyka, architektura, malarstwo beztematyczne (o 
takie głównie mi Chodzi), rzeźba trwają dłużej i dłużej są zrozumiałe, niż literatura i filozofia. 
Jeśli za- 
85 
 
tem za istotne kryterium wartości dzieła sztuki uważamy jego zawartość humanistyczną, czyli 
wyraz, jaki daje ono bytowaniu człowieka w danej epoce (w czym zgadzam się z Ważykiem), 
o tyle za nosicieli tej treści uznać należy również dzieła sztuk beztematycznych, czy mniej 
tematycznych, których treść humanistyczna zawiera się — w samej formie. Błąd Ważyka 
widzę w niezrozumieniu faktu, że nawet sztuka jak najskrajniej na pozór abstrakcyjna i 
pozaludzka jest wytworem ludzkim, a więc w ja kiś, niewątpliwie trudniejszy do myślowego 
zdefiniowania, ale bardziej bezpośredni, żywiołowy i trwały sposób, wyraża człowieka, jego 
styl życia, jego postawę. Nic nie oznaczające ornamenty, dziwaczne posągi asyryjskich czy 
egipskich bóstw, piramidy, „abstrakcyjne" szeregi kolumn w greckich świątyniach, kapitele 
surowe doryckie, lub ozdobne korynckie — wszystko to przecież jest świadomym wytworem 
człowieka, a więc na swój sposób wyraża jego postawę, wyraża humanistyczne wartości 
danej epoki, narodu czy klasy —'¦ forma nie jest wrogiem wiedzy 
o  'człowieku,  ale  jej  wyrazicielem — nie  jedynym,  nie pierwszym — ale i nie ostatnim. 
Przeciwstawienie: humanizm — to treść, antyhumanizm — to forma, prowadziłoby do wielu 
absurdalnych konsekwencji, takich, np. jak potępienie  „abstrakcyjnych i formalistycznych"  
nauk  w rodzaju matematyki i czysto „formalistycznych" sztuk w rodzaju muzyki absolutnej, 
instrumentalnej. Koncepcja zaś, prowadząca do potępień, zubożeń i negacji musi zawierać 
jakiś błąd, właśnie w stosunku do humanizmu. Spróbujmy wykryć ten błąd u Ważyka. 

background image

 

44 

Poglądy Ważyka na malarstwo łatwo streścić — znamy je zresztą nie od dzisiaj. Dzieło 
malarskie jest według Ważyka wyrazem określonej treści społecznej, wyrazem postawy 
klasowej, wyrazem ideologii i stosunku do świata tej klasy społecznej, z której stylu życia, 
myślenia 
i  odczuwania  dany obraz wynika.  Ponieważ  treścią  historii jest walka klas, więc również 
historia sztuki wyraża tę walkę. Sztuka postępowa jest  sztuką klasy,  która wchodzi na arenę, 
wnosząc nowe formy życia społecznego,  sztuka wsteczna jest sztuką  klasy  rozkładającej  
się, ginącej.  A więc np. sztuka mieszczańska burżuazji była kiedyś sztuką postępową, 
bowiem ustrój mieszczański był wobec ustroju feudalnego fazą następną. Dziś mieszczań- 
86 
stwo jest klasą ginącą, która ustępuje miejsca proletariatowi, wobec czego cała sztuka 
mieszczańska (zalicza tu Ważyk malarstwo zachodnioeuropejskie od impresjonizmu 
poczynając) — jest wsteczna, o czym świadczy jej formalizm. Oto jak charakteryzuje go 
Ważyk: „zerwanie z rygorem moralno-uczuciowym sztuki realistycznej w impresjonizmie, 
oderwanie wyobraźni malarskiej od porządku ziemskiego i tła kulturalnego w kubizmie i 
malarstwie »wizji lirycznej, separacja od wszelkiego związku z wyobrażeniem bytu realnego, 
zerwanie z cieniem rzeczywistości w sztuce abstrakcyjnej, to kolejne etapy od przekwitu 
burżuazyjnej treści humanistycznej, aż do rozwiania ostatniego jej prochu..." Tej sztuce 
przeciwstawia się twórczość postępowa, realistyczna, która „szuka w sztuce prawdy i wiedzy 
o świecie", która chce „stać się znowu sztuką ziemską, dawać wzorce wyobrażeniowe 
człowieka w nowych rodzących się formach bytu społecznego, ująć obraz człowieka i 
przyrody w nowy system wartości moralnych, znaleźć nową koncepcję piękna w charakterze, 
dynamice i stylu życia". ' 
Definicja wyrażona w sposób na pozór jasny, ale czy równie jasne są jej konsekwencje w 
różnych dziedzinach sztuki? Spróbujmy zbadać, jak wyglądają te konsekwencje w malarstwie 
i muzyce, rozmyślnie pomijam literaturę, jest to bowiem dziedzina specjalna, stanowiąca 
syntezę co najmniej dwóch elementów: sztuki w sensie piękna formalnego i pom-artystycznej 
myśli spekulatywnej, definiującej. Otóż konsekwencje, jakie w malarstwie i muzyce wynikają 
z przytoczonych powyżej poglądów Ważyka, są nader jednoznaczne: w plastyce będzie to 
zwrot do malarstwa tematycznego, tj. malarstwa, w którym społeczne postulaty epoki 
wyrażone są przez wybór takiego a nie innego tematu historycznego lub obyczajowego, w 
muzyce będzie to zwrot bądź do twórczości wokalnej, zaopatrzonej w odpowiednie teksty, 
bądź też, jeśli idzie o muzykę instrumentalną, do utworów programowych, zaopatrzonych 
znowu w tytuły i komentarze. Tak więc, w obu wypadkach, celem wmontowania sztuk 
bezsłownych i bez-pojęciowych, jakimi w swej istocie są malarstwo i muzyka, w 
problematykę epoki, wprowadza się do nich element zasadniczo pozamalarski i 
pozamuzyczny, zaczerpnięty z dziedziny myśli i pojęć, a więc z dziedziny dyscypliny 
87 
 
zgoła odrębnej. Wniosek z tego, że prawda epoki, zdaniem Ważyka, wyraża się tylko jednym 
językiem, językiem pojęciowym, myślowym — nie ma ona odpowiednika w języku 
poszczególnych sztuk, a w każdym razie Ważyk nie próbuje tego odpowiednika odnaleźć. 
Widzę w tym metodologię typu idealistycznego, nie empirycznego — estetycznym rezultatem 
tej metodologii jest rzutowanie praw i pojęć literackich na plastykę czy muzykę. Według 
Ważyka sztuka wyraża człowieka tylko wtedy, gdy wprost podaje jego myśli, gdy go 
naśladuje i pokazuje, podczas gdy moim zdaniem dzieła sztuki czy techniki stworzone przez 
człowieka muszą go wyrażać nawet wtedy, gdy o nim nie mówią, gdy człowieka na pozór w 
nich nie ma. W wypadku przeciwnym musielibyśmy rzekomo pożerającej tu człowieka 
formie przypisywać jakieś właściwości zgoła demoniczne — a przecież demonologia i 
personifikacja zła jest chyba Ważykowi-materia-liście równie daleka, jak wszelki idealizm. 

background image

 

45 

Tak więc, koncepcja Ważyka zuboża nas, (bowiem niszczy sztuki pozapojęciowe, sztuki 
abstrakcyjne. Niszczy je świadomie, bo nie widzi w nich człowieka, a tylko samą, samoistną 
formę. Wydaje mi się, że to nie tyle wina tych sztuk, co niezbyt czułego aparatu odbiorczego 
ich krytyka. Podejrzenie to poprzeć można jeszcze jednym faktem: oto Ważyk dla 
ugruntowania swoich tez nie przytacza żadnych konkretnych przykładów czy dowodów, 
jakby czując, że stąpa po niepewnym gruncie, ogranicza się do ogólnych, apriorycznych 
twierdzeń, zakładając, że wszystko co pisze, było już dawno udokumentowane przykładami z 
dziedziny sztuk autonomicznych — malarstwa lub muzyki. Tymczasem nie tylko dowodów, 
lecz nawet jednoznacznych definicji dla używanych wciąż terminów (treść — forma) — brak. 
A gdy raz jeden sięgnął po przykład z konkretu, zdemaskował swą słabość w sposób tak 
namacalny, że nie mogę sobie odmówić satysfakcji zacytowania tego wypadku. 
Ważyk polemizuje z niejakim p. L. E. Stefańskim, który opierając się na kryteriach 
formalnoestetycznych krytykuje Matejkę (jako niefachowiec nie wchodzę tu w meritum 
sprawy). Ważyk pisze: 
„Zdaję się, że złośliwy upór formalistycznych estetów przebiera już miarkę. Myślą, że to w 
»dobrym tonie« — 
swawolnie jeździć sobie po Matejce. A jednak przysiągłbym, że nawet Lech Stefański cieszył 
się z odnalezienia »Grunwaldu«. My, maluczcy ludzie tego kraju wiemy, dla-czegośmy się 
cieszyli. Niech nam powie L. E. S. — dlaczego on także? Przecież wiadomo, że »Grunwald« 
jest źle skomponowany. Co gorsza, jest »malowaną historio-zofią«. Więc z czego się cieszył 
L. E. S.? Z tego, że odnaleziono kawałek płótna? Nie można mieć innej oceny dla sztuki, a 
innej dla podstawowych uczuć, kierujących naszym życiem. Prości ludzie, ludzie którzy 
budują życie, takiego odróżnienia nigdy nie przyjmą". 
Błąd tego wywodu jest oczywisty, najłatwiej zaś wykazywać go posługując się właśnie — 
punktem widzenia prostych ludzi. Przedwojenna Warszawa była miastem ciasnym, brudnym, 
źle rozplanowanym, mimo to „prości ludzie" kochali ją bardzo, lecz nikomu z nich nie 
przyszłoby do głowy twierdzić, że kochają ją za to, iż jest ciasna, brudna i źle rozplanowana, 
że ciasnota, brud i złe rozplanowanie są regułą i ideałem. Pomnik Chopina był przez lud 
Warszawy generalnie ośmieszony, imimo to, gdy go Niemcy wywieźli, żal był powszechny, 
lecz nikomu nie przyszłoby do głowy twierdzić, że pomnik stał się mniej śmieszny. Ludzie 
prości bowiem mają silne poczucie hierarchii i gatunków wartości i wcale nie są skłonni 
mieszać elementów subiektywnych, kojarzeniowo-uczuciowych z elementami obiektywnymi. 
To raczej właśnie cecha drobnomieszczań-sko-burżuazyjna. 
Elementy obiektywne! — oto istota rzeczy. W sztuce,, jak w naukach ścisłych, jak i w 
technice istnieją określone wartości obiektywne, w pewnym sensie absolutne, bo 
wykraczające poza swój czas, swój naród, swoją klasę. Żarówka- zawsze będzie żarówką; bez 
względu na to, czy wynaleziono ją w państwie kapitalistycznym czy feudalnym, służyć będzie 
ludziom w każdym ustroju i czasie. Rachunek różniczkowy jest słuszny wszędzie, samochód 
jest wygodny zawsze. O humanistycznym lub antyhuma-nistycznym charakterze decyduje nie 
geneza historycz-noklasowa danego wynalazku, lecz jego zastosowanie w życiu epok 
późniejszych: samochód i żarówka mogą służyć dobrej lub złej sprawie, mogą też być całym 
narodom nieznane, co nie zmienia faktu, że są świetnymi wynalazkami.  Decyduje tu bowiem 
ich autonomiczna, 
 
formalna — jakby powiedział Ważyk — doskonałość. "Lecz zimnej autonomiczności ich 
konstrukcji bynajmniej nie można utożsamiać z amtyhumanizmem — zawiera się w nich 
przecież geniusz ludzki. Podobnie ma się rzecz z dziełami sztuk bezpojęciowych: muzyką, 
architekturą, malarstwem beztematycznym. Jeśli przyjmiemy marksistowską tezę, że treścią 
historii jest walka klas, to fakty uczą nas, iż dzieła sztuki, powstałe jako wyraz pewnego etapu 
tej walki, jeśli były artystycznie (formalnie?) wartościowe, przetrwały swój etap i żyły dalej, a 

background image

 

46 

w następnych etapach przybierały częstokroć zupełnie inną treść społeczną. Sztuka grecka, 
architektura, rzeźba, dramat wyrosły wśród społeczności greckiej, bazującej swój dobrobyt i 
swój styl życia na niewolnictwie, a jednak ta sama sztuka grecka w epokach późniejszych 
bywała używana jako instrument wyzwoleńczy, jako broń duchowa ruchów w swoim rodzaju 
rewolucyjnych. Tum gotycki, produkt ideowego oraz społeczno-politycznego ustroju 
średniowiecza, pozostał jednak jako dobytek kulturalny wszystkich epok i pokoleń. Wagner 
oddał swą muzykę na usługi nacjonalistyczno-rasistowskiej ideologii Niemiec, ia jednak 
obiektywnie twórcze elementy formalne jego sztuki (harmonia, orkiestracja) stały się 
własnością wszystkich muzyków świata, pochodzących spośród wszystkich narodów, spośród 
najzaciek-lejszych nawet wrogów niemieckiego nacjonalizmu. Wagner bowiem odkrył swego 
rodzaju muzyczną żarówkę; bez jej światła następne pokolenia muzyków obyć się nie mogły. 
Wniosek z tego? Oczywisty. Niezależnie od przemian społecznych i ideologicznych, wartości 
formalne sztuk bezpojęciowych mają w historii swój ciąg autonomiczny, tak jak nauki ścisłe 
czy technika. Kryteria estetyczne (nie użytkowe) nie zależą od ustroju społecznego, tak jak 
nie zależą od niego prawa matematyki, przyciąganie ziemi lub wilgotność powietrza. Sztuki 
bezpojęciowe mają swoje autonomiczne, przyrodnicze niejako kryteria doskonałości 
formalnej, zapewniające ich tworom życie dłuższe, niż mają warunki społeczne, które je 
wydały. Okoliczności społeczne, jakie uwarunkowały symfonię Mozarta, należą już dziś do 
historii, symfonia żyje, bo jej dźwiękowa („formalna") doskonałość wciąż znajduje oddźwięk 
w naszej psychice. Jeśli nie chcemy się- 
90 
gać do żadnej mistyki czy demonologii musimy przyjąć sformułowaną na początku tezę: 
elementy formalne dzieł sztuki bezpojęciowej, abstrakcyjnej wyrażają również człowieka, 
mają swój odpowiednik w wartościach humanistycznych. Jaki to odpowiednik, według jakich 
praw przebiega ten proces? Oto wdzięczne bo trudne pole dla badań! Niestety nasi badacze 
omijają ten trud, woląc łatwiutkie, dowolne improwizacje, jakimi są aprioryczne rzutowania 
na teren sztuk bezpojęciowych, pojąć i chwytów zaczerpniętych z dziedzin operujących 
myślami i ich nazwami, z literatury, ideologii czy teorii spekulatywnych. Metoda łatwa, bo 
pozaempiryczma, nie wymagająca znajomości poszczególnych autonomicznych dziedzin 
sztuki, ale też i rezultaty — odpowiednie. 
Wszystko, co powyżej powiedziałem, można zilustrować szeregiem przykładów z historii 
sztuki, można też poprzeć najbardziej przekonywająco jedną generalną cechą tej historii: jej 
ciągłością. Zgadzając się z Ważykiem, że historia sztuki jest w zasadzie szeregiem rewolucji, 
poprzez które każda nowa epoka przeciwstawia się ginącej epoce poprzedniej, widzę jednak 
ponad tymi rewolucjami ciągłość rozwojową, sumowanie wartości — żadne istotnie, twórcze 
odkrycia artystyczne, bez względu na ideologi-czno-społeczny charakter epok z których 
wyrosły, nie zostały przez następne epoki zmarnowane: po gwałtownej reakcji wczesnego 
chrześcijaństwa na pogańską sztukę starożytnej Grecji, katolickie Odrodzenie sztukę tę 
zasymilowało, wchłonęło; gotyk średniowieczny, wyraz chrześcijańskiego mistycyzmu, 
uznany został jako trwały element dorobku ludzkiej sztuki także i przez sceptyczny, laicki 
wiek XIX. Z czego to wynika? Z tego, że piękno formalne ma swój jednolity język i jednolite, 
sprawdzalne kryteria wartościowania, tak jak technika czy nauki ścisłe, toteż skarbiec historii 
sztuki, odrzucając to, co w twórczości poszczególnych epok było schyłkowe, przyjmuje z 
nich to, co było twórcze, odkrywcze, co staje się trwałym elementem ewolucji sztuki, 
cegiełką, na której oprzeć można cegiełki następne. Piękno beztematyczne, abstrakcyjne jest 
dla Ważyka humanistycznie obojętne, ponieważ wartości humanistyczne identyfikuje on z 
pewną merytorycznością, z pojęciami myślowymi, wynika z tego, że piękno czysto malarskie 
czy czysto muzyczne nie ma dla 
91 

background image

 

47 

niego wartości, a jeśli ma, to jest to wartość jedynie zmysłowa, tak jak łechtanie w pięty; 
wynika z tego dalej, że widząc piękną rzeźbę, przedstawiającą jakąś scenę mitologiczną, 
Ważyk przede wszystkim interesować się będzie treścią tej sceny, wzdragając się przed 
wrażeniami czysto plastycznymi, jako przeżyciami niższego rzędu. Wszystko to zaś wynika, 
powtarzam, z faktu, że abstrakcyjne piękno nie ma dla Ważyka wymowy humanistycznej, że 
dostrzega on tutaj konflikt piękna bezpojęciowego — z prawdą. Tego konfliktu, o ile się 
orientuję, nie dostrzega np. filozofia tomistyczna, która każde doskonałe piękno ludzkiego 
dzieła chrzci stygmatem prawdy. Twór rąk ludzkich zawsze, świadomie czy nie, wyrażać 
musi człowieka, a więc — jego prawdę, jego dążność do doskonałości, jego ewolucyjny, 
twórczy wysiłek. Ważyk pisze: „Element dekoracyjny na prostokącie płótna czy kartonu 
może być milszą ozdobą na ścianie, aniżeli szlak wymalowany pod sufitem, ale niechże ten 
prostokąt nie prowadzi wojny ideowej iz aspiracjami sztuki humanistycznej, nie tłamsi 
tendencji realistycznych, nie zakłóca głównego nurtu malarstwa". Ale który nurt jest główny? 
Dla Ważyka nurtem tym będzie malarstwo tematyczne, o tematyce zaczerpniętej z życia 
naszej epoki, dla mnie będzie to malarstwo, które wyrazi naszą epokę językiem czysto 
plastycznym, nie tylko swą treścią, ale i swą formą zrozumiałą i dla przyszłych epok. 
Doświadczenie bowiem uczy nas, że treść sceny mitologicznej z czasem obojętnieje, 
merytoryczne jej wartości zamierają, wartości plastyczne natomiast żyją i one to właśnie 
reprezentują epokę w naszych czasach. I jeszcze jedno. Jednolitość ciągu ewolucyjnego 
wartości formalnych sztuk bezpojęciowych wynika również z faktu, że sztuki te tworzone są 
przez jednolity w pewnej płaszczyźnie klan ludzki — przez klan specjalistów. Muzykę 
artystyczną, malarstwo, rzeźbę, architekturę tworzą specjaliści. Specjaliści ci wyrastają z 
różnych społeczeństw, narodów, epok, klas, wyrażają indywidualność różnych grup ludzkich, 
opierają się na anonimowej twórczości różnych ludów, ale pomimo tych różnic spotykają się 
z sobą na jednym terenie: na terenie wartości formalnych, pewnych uniwersalnych kryteriów 
artystycznych, tak uniwersalnych, jak prawa matematyki czy techniki. Na tym terenie, na 
terenie akordów, modulacji i barw orkies- 
92 
trowych spotykają się antysemita Wagner i jego epigon ¦ oraz kontynuator — Żyd, Manier. I 
na tym terenie obaj są członkami wielkiego obozu humanistów, tych którzy wartości 
humanistyczne wyrażają w języku piękna formalnego. Doszukując się źródeł wartości 
humanistycznych, na terenie sztuk bezpojęciowych nie w samym materiale konstrukcyjnym 
tych sztuk i w rządzących nim prawach, lecz w pojęciach, znajdujących się poza nimi — 
Ważyk dehu-manizuje i przez to deprecjonuje specjalistów. W tym również widzę objaw i 
skutek jego błędów metodologicznych, błędów natury idealistycznej: wszak materialista--
empiryk nie powinien popaść w konflikt ze specjalistami. 
A teraz wnioski społeczne. Żyjemy w okresie emancypacji i samouświadamiania mas 
ludowych! Pod kątem widzenia praw i dobra tych mas kształtować się musi każda polityka, a 
więc i polityka artystyczna. Masy domagają się biernego i czynnego udziału w twórczości 
artystycznej, domagają się udostępnienia im twórczości, domagają się kwalifikacji, 
umożliwiających percypowanie i rozumienie twórczości i kultury. Jakiej twórczości, jakiej 
kultury? Oczywiście takiej, która zawiera w sobie rzeczywiste zdobycze kulturalne 
wszystkich epok, i epoki niewolnictwa i epoki feudalizmu, i epoki kapitalizmu. To, co było w 
tych epokach złe, zdegenerowane, nietwórcze, wyrażające egoizm jednej tylko warstwy — 
odpadnie samo, zaś, to co było twórcze i rzeczywiście wyrażało swą epokę, złożyło się na ów 
uniwersalny ewolucyjny ciąg kulturalny, którego nie można odrzucić, bowiem droga kultury 
jest tylko jedna: od początku nie zaczyna się nigdy, ani w sztuce, ani w technice. W 
niedawnym swym przemówieniu sejmowym premier Cyrankiewicz uzasadnił projekt 
odbudowy dawnego zamku warszawskiego tym, że lud polski ma prawo do całej kultury i 
tradycji narodowej, a więc ma prawo i do zamku, wzniesionego niegdyś przez Konrada 

background image

 

48 

Mazowieckiego. Prawda. Ludowi udostępnia się kulturę i tradycję dawnych epok, lud ma 
prawo do wszystkich wynalazków, udogodnień i zdobyczy technicznych, z jakich korzystała 
burżuazja, lud ma prawo również do tak „elitarnych" form odbioru sztuki jak koncert, na 
którym orkiestra występuje we frakach, czy uroczysty wernisaż. A więc należy ludowi, należy 
masie odbiorców udostę- 
 
pnić również zrozumienie wielkich wynalazków w dziedzinie sztuki, należy umożliwić mu 
korzystanie z tych wielkich przeżyć artystycznych, których dawniej nielicznym stosunkowo 
odbiorcom dostarczało malarstwo Cezanne'a, Renoira, Maneta, Matisse'a, Picassa" muzyka 
Debussy'ego, Ravela, Roussela, Strawińskiego, Prokofiewa, Bartoka, De Falli, Honeggera i 
wielu innych. Trzeba rozszerzyć płaszczyznę chłonności artystycznej masy nie zaś, jak 
sugeruje Adam Ważyk, zwęzić twórczość. Tylko na podstawie wyzyskania zdobyczy 
twórczości dawnej da się zbudować twórczość nową, bowiem każda rewolucja twórcza w 
historii sztuki i perspektywie wieków okazywała się — ewolucją. 
24 VII 1949. 
Trochę systematyki, estetyki i polemiki 
SŁÓWKO WSTĘPU 
Przeczytałem odbitkę referatu dra Juliusza Starzyńskie-go, wygłoszonego na inauguracji 
krakowskiej konferencji w sprawie badań nad sztuką. Tytuł referatu: Materializm 
dialektyczny i historyczny jako ¦podstawa metodologiczna naszych badań nad sztuką. Część 
jego przedrukowano w nrze 41 „Nowej Kultury" pod tytułem O wstecznych i postępowych 
tendencjach, dotychczasowych badań nad sztuką polską. 
Referat dra Starzyńskiego jest uporządkowany, przejrzysty, zawiera myśli, wyrażone w 
sposób dosyć jasny, poszczególne jego diagnozy i opinie splatają się w ogólnej koncepcyjnej 
syntezie. Słowem — wdzięczne pole dla dyskusji, której inauguracją mogłoby się chyba stać 
kilka poniższych uwag. Uwagi te dotyczą samych założeń koncepcyjnych — rzecz prosta, że 
krytyka założeń poprzedzać musi krytykę poszczególnych diagnoz artystycznych. Stąd 
wstępny charakter niniejszych uwag, dotyczących jedynie niektórych, teoretycznych części 
referatu dra Starzyńskiego. 
NAUKA OBIEKTYWNA 
Autor odnosi się bardzo krytycznie do wszelkich koncepcji nauiki jako dyscypliny 
obiektywnej, autonomicznej, rozpatrującej zjawiska niezależnie od sytuacji rozpatrującego 
podmiotu i dążącej do poznania „absolutnych" niejako właściwości rozpatrywanego 
przedmiotu. Jeśli chodzi 
95 
o metodologię badań estetycznych (dr Starzyński uważa estetykę czy historię sztuki za naukę 
tak samo pełnoprawną i pełnowartościową, jak każda inna), "autor odrzuca metodę polegającą 
na bezstronnym opisywaniu dzieła sztuki, opowiada się natomiast za metodą interpretacyjno-
wy-jaśniającą, opartą, rzecz prosta, na określonym światopoglądzie społeczno-fiilozoficznym 
(materializm dialektyczny). Twierdzi, że nie można odrywać badanego przedmiotu od 
człowieka i jego czasu, od podłoża społecznego. Byłoby to — uważa — nienaukowe, 
niehumanistyczne, nie-historyczne i w ogóle — idealistyczne (terminu tego używa autor na 
różne sposoby, nie ograniczając go do jego istotnego filozoficznego znaczenia, lecz 
rozciągając jego zakres, aby zmieścić weń wszystko, z czym się nie zgadza). 
Nasuwa się tutaj jedno zasadnicze zastrzeżenie: oto przedmiotem nauki są bardzo często 
dziedziny zjawisk, w których nie ma człowieka. Zjawiska stanowiące przedmiot takich nauk 
jak astronomia, geologia, chemia nieorganiczna, fizyka i inne, istnieją bytem obiektywnym 
(na to zgadzamy się obaj z drem Starzyńskim) niezależnie od człowieka, niezależnie od tego, 
czy on je pozna czy nie. Również człowiek w swoim poznaniu tych dziedzin nie ogranicza się 
do zakresu użytkowego (tj. takiego, w którym jego życie praktycznie z nimi się styka), lecz 

background image

 

49 

bada je w zakresie szerszym, same dla siebie, bada historię formacji geologicznych przed 
pojawieniem się ludzi na ziemi, czy zjawiska międzyplanetarne, bardzo od naszego życia 
oddalone. Badania takie dotyczą więc zjawisk pozaludzkich, choć badającym jest człowiek. 
Postulat powiązania przedmiotu tych badań za wszelką cenę z człowiekiem, w żadnym 
wypadku nie może być uważany za postulat realizmu we właściwym tego słowa znaczeniu 
(realizm uwzględnia to, co jest czy było —¦ nie to, co chciałoby się, żeby było). Rzutowanie 
właściwości i postulatów i poznającego podmiotu na poznawany przedmiot to przecież 
obyczaj na wskroś idealistyczny: krok tylko od tego do założenia, że pewne kategorie zjawisk 
istnieją tylko o tyle, o ile człowiek je spostrzega, o ile są z nim w stosunku — a to przecież 
byłby idealizm najczystszej wody. Kryterium użyteczności dla człowieka jest w 
rzeczywistości tylko praktycznym marginesem tych nauk,  czasem 
96 
 
stoi jako impuls u ich kolebki, w żadnym jednak wypadku nie jest ich istotą. Nie może istnieć 
astronomia ma-terialistyczna    ani   idealistyczna,   może    jedynie    istnieć astronomia   
realistyczna,  starająca   się  odkryć  ludziom   zjawiska   międzyplanetarne   takie,   jak   
wyglądają one naprawdę. Z tego, że astronomia odkrywa zjawiska międzyplanetarne     
ludziom,    będzie    dr    Starzyński wnioskował o  jej  charakterze  humanistycznym — a to 
przecież   wyraźne   nieporozumienie:   humanistyczny   jest tutaj   jedynie   aparat  
poznawczy  oraz  praktyczne   stosowanie rezultatów tej nauki w życiu ludzkim, lecz to tylko 
jej margines, to doczepiony przez człowieka ludzki dodatek do jej niezależnej od człowieka, 
choć empirycznie przez niego poznawalnej treści. Może istnieć, zależnie od ustroju 
społecznego i panującej  filozofii, taka lub  inna organizacja   badań   astronomicznych,   taka   
lub   inna   ich interpretacja filozoficzna, taki lub inny stopień ich upowszechnienia, lecz nie 
mogą istnieć dwa różne przedmioty tych badań: przedmiot jest jeden, a jego stopień 
poznawalności zależy tylko od obiektywnej  doskonałości przyrządów   poznawczych.   
Astronomia   jako   nauka   nie może istnieć poza człowiekiem (wynika to z samego pojęcia 
nauki,  z jej  definicji),  przedmiot  astronomii natomiast niewątpliwie istnieje poza 
człowiekiem. Próba „humanizacji" astronomii byłaby próbą jej odrealnienia, rozszerzenia 
subiektywistycznego, ludzkiego marginesu użytkowego  czy  interpretacyjnego  w  ten  
sposób,   że   obiektywnie, realnie istniejąca pozaludzka rzeczywistość międzyplanetarna  
sprowadzona  by  została  do  roli  dodatku do ludzkiego życia na ziemi. Nie trzeba chyba 
dodawać, że ten humanocentryzm  jest w  tym  wypadku nie  tyle rezultatem poznania 
właściwości przedmiotu, ile wynikiem subiektywnych  roszczeń  podmiotu.  Postawa  śmiała,  
lecz oczywiście czysto utopistyczna — z realizmem naukowym nic wspólnego nie ma. Jeśli 
zaś ktoś na to powie, że w interpretacji   obiektywnej   świat   międzyplanetarny   jest 
„zimny",    anty -czy    ahumanistyczny,    pozahistoryczny, odpowiemy: tak, trudno i dla 
ludzkiej megalomanii bardzo to może przykre, ale w świetle nauki taki właśnie jest.  Próby   
sztucznego   „ogrzania"   tego  świata   człowiekiem wykraczają poza naukę, a rezultatu nie 
dają — skoro już żegnamy się z zakresem twierdzeń naukowych, do 
97 
jakich upoważnia nas stan badań nad samym, ściśle ograniczonym przedmiotem, to 
moglibyśmy z równym prawem a większym prawdopodobieństwem ogrzać ten świat — 
Bogiem. Ale to  już  do niniejszej  polemiki nie  należy.  
Oczywiście w naukach traktujących nie o człowieku, lecz o przedmiotach istniejących poza 
nim, musimy posługiwać się pojęciami stworzonymi przez człowieka, a w naturze nie 
istniejącymi. Tak więc w matematyce używamy pojęć takich jak niematerialny punkt, linia 
prosta, trójkąt, w kosmografii operujemy równoleżnikami i południkami, w fizyce rozmaitymi 
symbolami matematycznymi. Są to niewątpliwie twory ludzkiego umysłu, pojęcia 
pomocnicze, niezbędne w naukach dlatego, że nauka, co, jak zaznaczyliśmy, wynika z samej 

background image

 

50 

jej definicji, jest formą kontaktu ludzkiego umysłu ze światem i metody jej odczłowieczyć nie 
sposób. Lecz do tych pojęć pomocniczych ogranicza się zabarwienie przedmiotu nauk 
pozaludzkich poznającym podmiotem. Nie jest to wiele, a na obiektywną istotę poznawanego 
przedmiotu nie wpływa, rzecz prosta, wcale. 
Inny natomiast jest przedmiot nauk humanistycznych: traktują one o tworach ludzkich, o 
dziełach cywilizacji i kultury, a więc o czymś z natury swej na wskroś, integralnie ludzkim. 
Tutaj dr Starzyński czuje się w pełni na swoim terenie i tutaj właśnie zamierzamy go. 
zaatakować. Dotychczasowe uwagi miały na celu podkreślenie zasadniczej dla mnie i 
wyraźnej, a przez metodologów marksistowskich kwestionowanej linii podziału 
przebiegającej między naukami humanistycznymi a niehumanis-tycznymi. 
JEDNOLITE KRYTERIA DLA RóŻNYCH DZIEDZIN SZTUKI? 
Dr Starzyński, stwierdzając, że wszystkie dzieła ludzkie wyrażają człowieka, wyprowadza z 
tego wniosek, że wszystkie badać należy tą samą metodą. Tymczasem wydaje się, że 
zróżnicowanie, specyfikacja zarówno przedmiotowa jak i metodologiczna narzuca się tu 
nieuchron- 
* Chciałbym   tu   bowiem   utrzymać   się   na   płaszczyźnie   pojęć   wytyczonej przez dra 
Starzyńskiego. 
98 
nie. Dzieła ludzkie w rozmaitych dziedzinach wyrażają rozmaite potrzeby i stany psychiczne 
natury ludzkiej, rozmaite koncepcje i zamierzenia: twory cywilizacji technicznej wyrażają 
użytkowo-cielesne potrzeby człowieka, dzieła sztuki — jego potrzeby duchowe. A i wśród 
dzieł sztuki nasuwają się najrozmaitsze rozróżnienia czy to ze względu na zamierzenia 
twórcze (jeden artysta chce w dziele wyrazić swoje uczucia, myśli i przeżycie, drugi 
natomiast postanawia jedynie naśladować przyrodę), czy na materiał danej sztuki (literatura 
składa się jedynie z pojęć ludzkich, wyrażanych umownymi symbolami literowymi, dzieło 
muzyczne natomiast w momencie jego wykonania jest realnie poza umysłem odbiorcy 
istniejącym zespołem drgań fal powietrznych, zespołem o pewnym określonym wzorze 
konstrukcyjnym). To byłyby przykłady rozróżnień w dziedzinie przedmiotu kultury, a 
nasuwają się przecież jeszcze rozróżnienia podmiotowe, dotyczące sposobu, celu i zakresu 
badania obiektów kulturalnych: można te obiekty opisywać, można zaś je wartościować, 
można badać ich historyczną genezę, można też badać ich aktualną przydatność itp. Każda z 
tych metod wymaga odmiennych narzędzi badawczych i odmiennej postawy intelektualnej 
badającego. 
W swym generalnym dążeniu do monizmu dr Sta-rzyński nie uznaje tych rozróżnień. To co 
piękne, jest zarazem pożyteczne, każde dzieło automatycznie wyraża człowieka i epokę 
niezależnie od tego, co autor wyrazić zamierzał, określenie historyczno-społecznej genezy 
dzieła określa zarazem jego wewnętrzną konstrukcję, opisywanie winno być zarazem 
wartościowaniem itd. Ten ujednolicający, ujednostajniający monizm metodologiczny 
niewątpliwie wyraża głęboko ludzką potrzebę jedności kryteriów, odwieczne ludzkie 
podejrzenie, że mnogość zjawisk sprowadza się do jednego wyjaśnienia. Ale czy nauka 
(wszak na nią to powołuje się dr Starzyński nieustannie), a raczej jej aktualny stan w 
dziedzinie np. dyscyplin humanistycznych, upoważnia nas do wyciągania tak bezapelacyjnie 
monistycznych wniosków, jak to robi dr Starzyński? Ośmielam się sądzić, że nie. 
Na przykład założenie absolutnej analogii między prawami estetycznymi, rządzącymi 
poszczególnymi dziedzinami sztuki, bez względu na ich język, przedmiot, czy spo- 
99 
sób ich odbierania, przyjmuje dr Starzyński jako pewnik, nie próbując udowodnienia tej tezy. 
Uważa widocznie, że tego już dokonano, nie mówi tylko, gdzie i kiedy. Każda koncepcja 
obejmująca różne dziedziny, jeśli nawet nie ma być właśnie idealistycznym w swej metodzie 
rzutowaniem praw ustalonych w jednej kategorii zjawisk na inną ich kategorię, jeśli nie ma 

background image

 

51 

być improwizowaniem per analogiam (pokusa analogii nie stanowi dowodu), lecz 
realistycznie ugruntowanym stwierdzeniem prawdy, musi być sprawdzalna w każdej 
dziedzinie szczegółowej — dziedziny szczegółowe muszą ją potwierdzić same przez się: musi 
istnieć możliwość dedukcyjnego i indukcyjnego rozumowania, z których każde doprowadzi 
do tego samego rezultatu, koncepcja sprawdzać się musi odgórnie i oddolnie, w przód i 
wspak, i to w każdej dziedzinie specjalnej z osobna. Tymczasem w tym wypadku 
rozumowanie dra Starzyńskiego ma podstawową lukę: nie wyjaśnia na czym opiera się 
założenie jednolitego metodologicznie traktowania różnych dziedzin sztuki, założenie, które 
napotyka przecież na poważne trudności w sztukach zasadniczo bezpojęciowych: muzyce 
czystej (bez programu czy tekstu) i w malarstwie abstrakcyjno-orna-mentalnym. Dr 
Starzyński nie wyjaśnia, lecz mimo to wprzęga wszystkie sztuki w swój apriorycznie-
monistycz-ny rydwan, pisząc: „Zarówno treść (tj. zawarte w danym dziele odbicie 
rzeczywistości z jej konfliktami społecznymi i klasowymi), jak i forma (wewnętrzna struktura 
i kształt zewnętrzny) składają się na organiczną jedność dzieła sztuki". 
Jak wygląda „odbicie rzeczywistości z jej konfliktami społecznymi i klasowymi" w sonacie 
Mozarta czy fudze Bacha? Niektórzy ze sprzyjających drowi Starzyńskiemu muzykologów 
(dr Zofia Lissa) próbują odpowiedzieć na to pytanie. Próby te jak na razie mają przede 
wszystkim charakter badań genetyczno-historycznych, nie estetycz-no-konstrukcyjnych, i nie 
wyjaśniają wcale kapitalnej kwestii, dlaczego dzieło sztuki należące do „nadbudowy" 
(przyjąwszy nomenklaturę marksistowską) o wiele nieraz setek lat przeżywa swą „bazę" 
polityczno-społeczną, dawno już umarłą, dlaczego symfonia Mozarta jest wciąż żywa, piękna, 
aktualna, choć formy produkcji i- stosunki społeczne z czasów Mozarta gruntownie dziś 
zostały zde- 
100 
zaktualizowane i należą jedynie do historii. Problem ten wysuwałem wiele razy (m.in. w 
artykułach Czy w muzyce istnieje formalizm? „Ruch Muzyczny" 1948, nr 22 i O 
autonomiczności i powszechności sztuk „Tygodnik Powszechny" nr 227), długi czas nie 
mogąc jednak doczekać się nie tylko -wyjaśnienia, ale w ogóle poruszenia tej sprawy przez 
kogokolwiek. Wyłom w milczeniu uczynił dr Starzyński, formułując sprawę jak następuje: 
„Dochodzimy na koniec do jednego z najtrudniejszych problemów estetyki i historii sztuki. 
Jak się to dzieje, że dzieła sztuki, stworzone w wyniku działania czynników czasowych, 
stworzone dla obsłużenia określonych potrzeb jednego społeczeństwa — mogą nieraz 
utrzymywać swą wartość estetyczną, nawet i w wiele wieków później, kiedy zarówno baza 
ekonomiczno-społeczna jak i nadbudowa ideologiczna, którym dzieła te zawdzięczały 
niegdyś swe powstanie — dawno już należą do przeszłości. Ten problem coraz mocniej 
wyrasta jako podstawowy problem estetyki". 
Jak widzimy, dr Starzyński stawia ów problem w sposób bardzo podobny do ujęcia mojego 
(identycznie zresztą ujęta jest ta sprawa w broszurze Plechanowa O ma-terialistycznym 
pojmowaniu dziejów). Niestety dr Starzyński, podobnie zresztą jak i Plechanow, ogranicza się 
do sformułowania problemu, lecz choć podkreśla jego ważność, absolutnie go nie wyjaśnia w 
sposób wystarczający: po prostu stwierdza, że są takie dzieła i że trzeba rzecz zbadać. Trzeba 
— o właśnie. Nie obowiązywało to Plechanowa, nie będącego przecież estetykiem, 
obowiązuje natomiast dra Starzyńskiego, który winien nam wyjaśnienie, jaka to mianowicie 
jest natura owej „wartości estetycznej" (nie wiadomo dlaczego opatrzonej przez autora 
cudzysłowem), która pozwala dziełu trwać ponad przemianami historyczno-społecznymi i 
być rozumianym w różnych epokach. I nie wystarcza tutaj wyjaśnienie sprawy (jak to 
marginesowo zresztą próbuje dr Starzyński) odwoływaniem się do sztuki greckiej i do 
Szekspira. Dopóki nie udowodniliśmy analogii między poszczególnymi dziedzinami sztuki, 
nie mamy prawa się na nią powoływać, dlatego też sprawa obiektywnych, w pewnym sensie 

background image

 

52 

ponadczasowych kryteriów estetycznych musi być rozpatrzona osobno właśnie na terenie 
najtrudniejszym, 
101 
na terenie sztuk bezpojęciowych, jak muzyka „czysta" czy malarstwo beztematyczne. Jeśli 
rozpatrując problematykę tych sztuk osobno, dojdziemy oddolnie niejako do potwierdzenia 
koncepcji ogólnej, wtedy dowd będzie bezsporny. 
Nie jest natomiast prawidłowe rozpoczynanie odgórne od koncepcji ogólnej i przedwczesne, 
aprioryczne rzutowanie jej na poszczególne dziedziny. Nie można udowadniać analogii 
pomiędzy sztukami posługując się... tą analogią, tak jak nie można rozwiązać jednego 
równania z dwiema niewiadomymi. 
(Przewidując zakwestionowanie terminu „sztuki bezpojęciowe" — niektórzy badacze 
twierdzą, że sztuk takich nie ma, że w każdym tworze ludzkim zawierają się określone 
pojęcia. Oponentów odsyłam do wymienionych powyżej moich artykułów plus artykuł Czy 
muzyka jest niehumanistyczna? zamieszczony w „Znaku" nr 10. W artykułach tych 
powoływałem się na doświadczenia, które niezbicie wykazują, że to, co uważa się w muzyce 
potocznie za treść pojęciową, bywa najczęściej rezultatem pracy asocjacyjnej dokonywanej 
przez odbiorców, przy czym jeden i ten sam utwór może budzić rozmaite asocjacje zależnie 
od osoby odbiorcy i jego przynależności do takiej czy innej epoki, kultury, narodu i 
środowiska. Z tego wniosek, że treści te nie są pojęciami zawartymi w sposób określony w 
przedmiocie artystycznym, lecz są zmiennymi kojarzeniami podmiotowymi, nic wspólnego 
nie mającymi z obiektywnymi właściwościami przedmiotu. Wobec niezakwestionowania 
przez nikogo tych moich wywodów, czuję się w pełni uprawniony do używania terminu 
„sztuki bezpojęciowe"). 
O cóż, reasumując, chodzi? Nie chodzi mi tu bynajmniej o to, żeby idąc śladami dra 
Starzyńskiego zaproponować jakąś uniwersalną estetykę, tym razem „obiektywistycz-ną" i 
„ponadhistoryczną". Walcząc przede wszystkim o konieczność zróżnicowania problematyki 
poszczególnych sztuk, stwierdzamy jedynie, że w badaniach nad nimi musi mieć prawo 
obywatelstwa również metoda obiek-tywistyczna i „pozaludzka", traktująca twory tych sztuk 
tak jak zjawiska stanowiące przedmiot nauk przyrodniczych czy matematycznych. Metoda ta 
bezwzględnie uzyskać musi pierwszeństwo  przy badaniu  sztuk  bezpojęcio- 
102 
wych, przede wszystkim muzyki. Skoro w pewnych okresach   (jak   stwierdza   również   i   
dr    Starzyński)   same wartości     estetyczne     stanowią     o     ponadhistorycznym trwaniu 
utworu, z  tego  wniosek  prosty, że wartości  te mają   charakter   wartości   obiektywnych,   
pozaczasowych i w pewnym sensie pozaludzkich, jak prawa matematyki czy fizyki. A jeśli 
tak, to  dla  pewnych dziedzin sztuki (w najmniejszym stopniu oczywiście dla literatury — nie     
o nią też tu chodzi) musi być zarezerwowana obiektywizująca i z konieczności pozaludzka (w 
sensie wyłuszczo-nym powyżej), „chłodna" metoda stosowana w astronomii czy fizyce. 
Obawiam się, czy dr Starzyński sprzeciwiając się  gwałtownie  traktowaniu tworów  ludzkich  
i  tworów przyrody na jednej płaszczyźnie, nie popada w wyraźny konflikt* ze   swoim   
materialistycznym   światopoglądem, który przecież nie wyodrębnia 'zasadniczo człowieka 
spośród reszty przyrody. Robi to natomiast spirytualizm, ma on   jednak  do  dyspozycji  inne  
rezerwy  myślowe,  które pozwalają mu dopatrywać się wspólnych zarysów kształtujących 
świat myśli Bożej zarówno w świecie myśli, jak i w świecie pozaludzkim. 
METODA OPISOWA 
Wobec, jak sądzę, dostatecznego* podważenia apriorycznej tezy o absolutnej analogii 
pomiędzy sztukami, mamy prawo uznać rozmaite metody badań estetycznych za przydatne   
do   badania   rozmaitych   obiektów   artystycznych, a nawet do badania z różnych stron 
jednego i. tego samego obiektu. Walczyliśmy tu bowiem nie przeciwko metodzie    
materialistyczno-historycznej    (której    stosowanie w  badaniach literackich  np.  oddaje  

background image

 

53 

niewątpliwie  swoje usługi), lecz przeciwko nieuzasadnionym roszczeniom mo-nistycznym, 
walczyliśmy w obronie pluralizmu metod, a także domagając się rozpoczynania budowy od 
dołu — nie od góry. W tym miejscu zatem nie od rzeczy będzie spróbować obrony bardzo 
przez dra Starzyńskiego deprecjonowanej metody opisowej, która ogranicza się do 
stwierdzenia, opisywania i klasyfikowania faktów artystycznych,  bez  wyciągania  z  tego   
wniosków  uogólniających.  W  swym  upodobaniu  do  monizmu  dr  Starzyński bardzo nisko 
ceni taką metodę, my natomiast, jako zwo- 
103 
 
lennicy pluralizmu, znajdujemy u siebie i dla niej miejsce. 
Stwierdzanie i opisywanie faktów bez wyciągania z nich wniosków jest niewątpliwie również 
działalnością naukową: nie zawsze łatwo jest fakty stwierdzić i ściśle opisać, zaś jeśli chodzi 
o wyciąganie wniosków, to częstokroć przekracza ono zakres danej dyscypliny specjalnej, 
należąc już do dziedziny myśli uogólniającej, jaką jest np. filozofia. Być może, że traktowanie 
historii sztuki wyłącznie jako historii form artystycznych jest wąskie i nie wystarczające, ale 
bądź co bądź w ten sposób ujęta i rzetelnie prowadzona dyscyplina ta dotyczy bezspornych 
faktów. Metoda skromnie ograniczająca się do opisu, ale w stu procentach ścisła, trudniejsza 
bywa (z punktu widzenia nauki) niż rzutowanie na dziedziny specjalne teorii ogólnych. 
Oczywiście — pokusa natychmiastowego stworzenia jednolitego kryterium jest pokusą silną i 
bardzo umysłowi ludzkiemu właściwą. Na pocieszenie zwolenników monizmu powiedzieć 
trzeba, że jeśli ma on być monizmem realistycznym, musi (potwierdzać się oddolnie, a w 
takim razie już w samym opisie faktów szczegółowych (jeżeli jest ścisły i obiektywny) musi 
zawierać się możliwe do odcyfrowania prawo ogólne. W istocie rzeczy więc realistyczni 
moniści czy to z obozu materialis-tycznego, czy spirytualistycznego, nic na tej metodzie nie 
tracą — a jako jedna z wielu przyda się ona na pewno. O prawdziwy opis trudno — stąd, a nie 
z innych powodów, trudno i o prawdę ogólną — syntetyczną. 
Nawiasem mówiąc i dotychczasowe marksistowskie badania np. muzykologiczne w Polsce 
(dr Lassa, dr Chomiń-ski, dr Łobaczewska) również, pomimo pozorów, niedaleko wyszły 
poza „opisywactwo". Ich kontakt ze światem zjawisk społecznych ogranicza się zazwyczaj do 
stwierdzenia społecznej genezy opisywanych utworów: te formy muzyczne wynikły z takich a 
takich okoliczności społecznych, tych instrumentów używano na dworach książęcych, a 
tamtych po feudalnych wsiach, popularność fortepianu wiąże się z rozwojem życia 
mieszczańskiego itd. Jakkolwiek kunsztowne i pełne erudycji byłyby te wywody, to jednak 
zawsze i wyłącznie tyczą się one g e-nezy utworu, zaś stwierdzenie i opisanie genezy to no-
lens volens jeden z elementów metody opisowej — pre- 
104 
tensje do monistycznych uogólnień są tu nieuzasadnione. Pisaliśmy powyżej, że stwierdzenie 
genezy społecznej symfonii Mozarta nic nam istotnego o strukturze tego dzieła nie powie, nie 
wytłumaczy też faktu, że symfonia ta po stu kilkudziesięciu latach żyje, oddziaływa na 
społeczeństwo inaczej, niż oddziaływała w okresie swego powstania (jako analogiczny 
literacki przykład zmiany treści społecznej tego samego dzieła na przestrzeni wieków 
podawałem historię interpretacji Don Kichota). Utwory takie, jak pisze dr Starzyński, „swym 
oddziaływaniem wrastają w świadomość społeczną, trwając w niej i działając dalej — w 
zmienionej i zmieniającej się funkcji — nawet po zaniku nadbudowy, w służbie której 
pierwotnie powstały". Ale wobec tego zjawiska „opisy-wacka" genetyka jest bezsilna, nie ma 
po prostu o nim nic do powiedzenia. Aby wskazać przyczyny ponadczasowego trwania tworu 
artystycznego (przede wszystkim z dziedziny sztuk bezpojęciowych), trzeba by „pozaludzką" 
i „chłodną", quasi—przyrodniczą metodą próbować wyróżnić pewne ścisłe kryteria 
podobania się, pewne niezmienne wartości estetyczne i ich związek z ludzką psychiką. 
Poprzez takie naukowe wartościowanie dzieł sztuki (znajdujące się dziś zaledwie w 

background image

 

54 

powijakach) prowadzi droga do bardzo jeszcze odległego prawdziwego monizmu 
estetycznego, który przepracowawszy wszystkie dziedziny specjalne, mógłby objąć i sztuki 
bezpojęciowe. Ale droga do tego celu żmudna i daleka — stoimy może dopiero u jej 
początku, przemyśliwamy o założeniu fundamentów, gdy dr Starzyński twierdzi, że postawił 
już dach. 
JAKĄ NAUKĄ JEST HUMANISTYKA? 
Dochodzimy do sprawy ostatniej. Dr Starzyński nieustannie szermuje słowem „nauka", lecz 
wierny swym mo-nistycznym upodobaniom nie różniczkuje ani nie rozwija tego pojęcia: po 
prostu nauka — wiadomo o co chodzi. Tymczasem wcale nie wiadomo. My znowu, wierni 
pluralizmowi, próbujemy zanalizować to pojęcie i od razu okazuje się, że istnieją różne nauki, 
wcale sobie nie równe. Naukami są fizyka i matematyka, naukami są również statystyka i 
higiena, lecz nikt nie będzie twierdził, 
105 
że można je postawić na jednej płaszczyźnie co do obiektywnej wartości ich osiągnięć czy 
doskonałości metod. Po prostu istnieją na świecie różne nauki, w różnych stadiach rozwoju 
się znajdujące; panuje wśród nich hierarchia, od najogólniejszych do najbardziej 
szczegółowych, od pierwszoplanowych do pomocniczych, od dojrzałych do rodzących się 
dopiero. Używanie w rzeczowej dyskusji słowa „nauka" bez specyfikacji nie może być 
argumentem. 
Nauki „pierwszego rzędu", jak matematyka, fizyka czy chemia, odznaczają się tym, że mają 
ściśle ograniczony przedmiot, ustalony zakres i znaczenie pojęć, wreszcie jednolitą metodę. 
Czy wymaganiom tym odpowiadają nauki humanistyczne, takie jak socjologia, historia, 
psychologia, estetyka, historia sztuki, literaturoznawstwo w ich stanie dzisiejszym? 
Oczywiście — nie. Nauki te znajdują się in statu nascendi, ich przedmiot zaledwie się ustala, 
w pojęciach panuje zastraszająca wieloznaczność, a co do metod, to widać ich wiele, lecz 
wszystkie dalekie do „zapięcia na ostatni guzik", na razie w stadium hipotez. W tej sytuacji 
humanistyka, chce czy nie chce, jest terenem pluralizmu metodologicznego, tak bardzo 
pogardzanego przez amatorów syntezy, jednolitej metody interpretacyjnej, słowem 
humanistycznego monizmu. Niestety, choć w pełni rozumiemy tęsknoty monistyczne 
(właściwe, jak zaznaczyłem, najróżniejszym, nieraz ostro się zwalczającym światopoglądom), 
to jednak w imię przedmiotowego realizmu stwierdzić musimy, że wobec embrionalnego 
stanu badań nad poszczególnymi dziedzinami (choćby nad estetyką sztuk bezpojęciowych — 
przykładem muzyka) ów eklektyczny pluralizm metodologiczny jest jeszcze stanem w tej 
fazie w zupełności uzasadnionym i zapewniającym przynajmniej minimum poznania faktów. 
Jeśli np. estetyka nie potrafiła dotąd ustalić jakichś obiektywnych kryteriów wartościowania 
twórców artystycznych przeszłości (nie mówiąc już o paradoksalnej rozbieżności sądów 
dotyczących dzieł sztuki dzisiejszej i o zupełnej niemożliwości ustalenia recept na sztukę i 
piękno przyszłości), to jasne jest, że jako nauka daleko jeszcze jest w tyle poza innymi 
naukami i że jej osiągnięcia bezsporne, realistyczne i sprawdzone ograniczają się właściwie 
do opisów i klasyfikacji. W tym stanie 
106 
rzeczy grubo jeszcze za wcześnie na monumentalną syntezę metod: nie wolno  gruntować 
teorii kosztem najdrobniejszej choćby niedokładności czy luki w przedstawieniu faktów; jeśli 
taka niedokładność grozi, trzeba dla ochłody powrócić do — rzetelnego i fachowego opisu. 
Fizyka współczesnego zaczyna już być stać na filozoficzną syntezę: natomiast 
syntetyzującego estetyka musimy odesłać z powrotem   w   konkret:   do   konserwatorium   
czy   do   akademii sztuk   pięknych.   Ten   punkt   widzenia   podziela   zresztą z nami dr 
Starzyński stwierdzając, że problemy estetyczne rozstrzygać należy na przypadkach 
konkretnych. Niestety, w wielu ogólnych, stwierdzeniach swego referatu dr Starzyński 
wykroczył poza tę słuszną zasadę, stąd też niniejsza replika, również nazbyt ogólnikowa i 

background image

 

55 

może, przez swą wyłączną-negatywność, jednostronna, lecz podjęta jako  konieczna   
antyteza,   jako  szkicowe   zagajenie  dyskusji. I 1951. 
 
Dalej o estetyce 
W „Nowej Kulturze" toczy się bardzo interesująca dyskusja o estetyce: wzięli w niej udział, 
jak dotąd, Adam Ważyk, Włodzimierz Sokorski, Jadwiga Siekierska i znów Adam Ważyk. 
Dyskusja toczy się pomiędzy marksistami, na podstawie marksistowskich założeń 
światopoglądowych, toteż niżej podpisany jest z niej automatycznie wyłączony. Niemniej 
uważam tę dyskusję za swój wielki dzień: nareszcie weszły na wokandę sprawy, o które 
walczę od paru lat, wołając, głosem wołającego na puszczy,   że  bez  ich  rozstrzygnięcia  nie  
sposób   posunąć  się 
o   krok  dalej,  nie  sposób   definiować   ani  „formalizmu", ani „realizmu", nie sposób 
ustalić żadnej naprawdę teoretycznie ugruntowanej „polityki artystycznej". Te sprawy, 
centralne problemy estetyki,  to:  1) problem istnienia w sztuce     wartości     
nieprzemijających,     ponadczasowych, trwających ponad zmieniającymi się okolicznościami 
historycznymi,   politycznymi,   społecznymi   etc;   2)   kwestia odrębności problematyki 
estetycznej poszczególnych sztuk 
i  trudności, z jakimi spotykają się próby wyprowadzenia jednolitych kryteriów estetycznych 
dla wszystkich gałęzi twórczości artystycznej. Trudności te są dotkliwe zwłaszcza  dla  
estetyki monastycznej,  jaką  par  excellence   jest estetyka marksistowska. 
Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego niżej podpisany uważa, że dyskusja w „Nowej 
Kulturze" toczy się na jego benefis. Oto gwoździem tej dyskusji, najwięcej   nasuwającym  
trudności  i   kłopotu,  jest  —  muzyka. 
108 
Było dla mnie zawsze rzeczą oczywistą, że muzyka, jako wypadek skrajny, musi być 
rozważana przed wszystkimi innymi wypadkami. Przy tym, rzecz prosta, powinna ona być 
rozpatrywana w swej postaci czystej i typowej, bez tekstu czy programu — wtedy dopiero 
może być mowa o rzeczywistym rozwiązaniu problemu. W swoim czasie, polemizując z drem 
Chomińskim {polemika zresztą była jednostronna, bo nic mi nie odpowiedział), pisałem na 
ten temat w „Ruchu Muzycznym": „Wydaje mi się, że muzyka instrumentalna jest jedyną 
formą muzyki samodzielnej, czystej — natomiast w pieśni, w oratorium czy w operze muzyka 
występuje w stanie symbiozy z inną sztuką — literaturą (zresztą i to nie zawsze — wszak 
często słuchamy oratorium śpiewanego w nie znanym nam języku i rozkoszujemy się 
wyłącznie samym materiałem dźwiękowym). Chcąc rozstrzygnąć pewne problemy z 
dziedziny estetyki muzycznej, musimy posłużyć się tymi gatunkami muzycznymi, w których 
muzyka występuje w postaci i formie najczystszej, najbardziej typowej, nie zaś w postaci 
wyjątkowej, w formie uzależnionej od czynników pozamuzycznych. Tak przecież robi każdy 
badacz, np. Marks, chcąc zilustrować swoje tezy o rozwoju kapitalizmu, posługiwał się 
przykładem krajów o strukturze typowo kapitalistycznej, nie zaś krajów o strukturze z tej czy 
innej przyczyny wyjątkowej, nienormalnej („R.M." 1948, nr 22). 
Ten punkt widzenia zlekceważony został przez naszych muzykologów (dr Chomiński, dr 
Lissa), którzy w gorliwym pośpiechu poszli na łatwiznę i bądź to zajęli się wyłącznie muzyką 
z tekstem, bądź też jęli przyczepiać do muzyki jakieś mętne, bliżej nie określone „treści 
poznawcze" czy „treści uczuciowe". Na szczęście Ważyk zwraca sprawę na sensowny tor, 
pisząc: „Czy muzyka komunikuje nam myśli i idee? Nie można komunikować myśli poza 
językiem, nie można dzielić się ideami przy pomocy dźwięków". I dalej: „...samoistna 
funkcja poznawcza muzyki jest znacznie mniejsza, niż funkcja poznawcza dźwięków 
naturalnych w praktyce życiowej i w ogóle mówić o niej poważnie nie można". 
Jak widać, Ważyk w całej dyskusji częstokroć wypowiada poglądy, pod którymi niżej 
podpisany oburącz by się podpisał. Ważyk jest, jak się zdaje, nieco zaniepoko- 

background image

 

56 

109 
jony tym faktem, i nie omieszkał odciąć się ode mnie, nazywając mnie „zaciekłym wrogiem 
realizmu socjalistycznego". To chyba jednak zbytek ostrożności. Nie negując słuszności 
samej definicji, zapytać jednak wypada: czy przeciwnik lub wróg, mimo odmiennych założeń 
światopoglądowych, nie może mieć w jakiejś poszczególnej dziedzinie racji? Czy od 
przeciwnika nie można się czegoś nauczyć? Odpowiadam twierdząco, a dowodów dostarczyć 
mogą... choćby właśnie ostatnie artykuły Ważyka. 
Jeśli niżej podpisany zajmuje się tutaj prowadzoną w „Nowej Kulturze" dyskusją, to ani nie 
po to, by wziąć w niej udział (do czego, ze względu na operowanie w niej marksistowskimi 
założeniami, nie czuje się upoważniony i kompetentny), ani nie po to, by tanio triumfować, 
krzycząc „moje na wierzchu". Chodzi o to, że dzięki wrodzonemu esprit de contradiction 
najlepiej potrafię wypowiedzieć Swoje poglądy właśnie w dyskusji, dla skrystalizowania 
myśli własnych potrzeba mi podniety w postaci myśli cudzych. Czytając polemikę w „Nowej 
Kulturze" uświadomiłem sobie, że niedawny artykuł mój, dotyczący tych samych problemów 
(Trochę systematyki, estetyki i polemiki, „Tygodnik Powszechny" nr 306), wymaga 
zasadniczych uzupełnień i wyjaśnień — inaczej byłby czymś w rodzaju budowli bez dachu. 
Uwagi poniższe traktować więc należy jako dalszy ciąg wywodów zawartych we 
wzmiankowanym artykule. 
Dyskutanci z „Nowej Kultury" mają kłopot z muzyką, i w ogóle z tym, co ja nazywam 
sztukami bezpojęcio-wymi (oczywiście słuszna jest uwaga Ważyka, że nie można traktować 
muzyki i malarstwa na jednej płaszczyźnie — do sztuk bezpojęciowych wyrażających tylko 
siebie, oprócz muzyki c z y s t ej zaliczyłbym jeszcze architekturę oraz malarstwo 
ornamentalne). Kłopot ten polega na tym, że trudno przypisać te sztuki do jakiejś określonej 
akcji ideowej, jak wiadomo zaś, marksizm uważa udział w takiej akcji za najważniejszą 
społeczną funkcję dzieła artystycznego. Trudność wynika z tego, że sztuki wspomniane nie 
operują myślami czy ideami, lecz językiem innym, sobie właściwym, pozapojęciowym. W tej 
sytuacji wszelkie komentarze ideologiczne okazują się dosyć zewnętrzne i nie zazębiają się o 
istotny język danej sztuki: o ile ktoś nie zna np. tytułu Symfonii lenin- 
110 
grodzkiej Szostakowicza, to z równym powodzeniem uwierzyć może, że symfonia ta obrazuje 
oblężenie Sewastopola, Paryża czy Pekinu. Jasne więc jest, że nie na tej drodze, nie na drodze 
skupienia całej uwagi na tekstach, tytułach czy programach szukać należy sposobów do 
ideologicznej mobilizacji dzieła muzycznego. Sztuka ta przemawia własnym, 
pozapojęciowym językiem: stwierdza to Ważyk, pisząc z chwalebną skromnością, że: 
„Nieokreślona co do treści poznawczej funkcja wzruszeniowa muzyki może mieć swoje, na 
razie nie znane nam bliżej [podkreśl, moje] znaczenie psychiczne i kulturalne, ale 
doświadczenie społeczne pokazuje, że najczęściej [a więc nie zawsze — przyp. mój] muzyka 
spełnia określoną funkcję ideowo-emocjonalną, z ogromną siłą mobilizuje rezerwy 
świadomości". Chce się w tym miejscu zawołać, „ciepło, ciepło", bowiem przyjmując 
Ważykowskie założenia o konieczności wprzęgnięcia sztuki w konkretną akcję ideową, nie 
sposób zrobić tego inaczej, jak badając psychologiczne oddziaływanie dzieła sztuki (patrz 
moje uwagi o asocjacyjnym, kojarzeniowym oddziaływaniu utworu muzycznego). Nie 
popada się tu przy tym w konflikt z założeniami materializmu i realizmu, boć psychologia w 
interpretacji materialistów jest nauką czysto przyrodniczą, a prawdziwy obraz psychiki 
ludzkiej jest obrazem równie realistycznym jak obraz spraw widzialnych. Ważyk jest więc 
wobec swego światopoglądu niewątpliwie w porządku. Ale... 
Ale nie wydaje mi się, aby drogą przez niego wskazywaną, jeśli chodzi o badania i 
izużytkowywania sztuk bez-pojęciowych, podążyć zechcieli bez zastrzeżeń inni dyskutanci z 
„Nowej Kultury". Rzecz w tym, że materializm dialektyczny jest teorią na wskroś 
spekulatywną, związaną ze światem myśli i pojęć konkretnych. Trudno więc wyobrazić sobie, 

background image

 

57 

aby przedstawiciele tego światopoglądu zrezygnowali tak łatwo z treściowego ujęcia sztuk 
bezpojęciowych, aby pogodzili się z faktem, że sztuki te oddziaływają na człowieka poza 
pojęciami, w sposób inny, specjalny, swoisty i, jak pisze Ważyk, nie znany nam bliżej. 
Wydaje się raczej, że próby sprowadzenia problemów estetyki muzycznej do monistycznych, 
ujednoliconych zasad estetyki marksistowskiej, będą ponawiane. Odnawiać się też będą 
kłopoty z  treścią   muzyki. 
111 
Kłopotów takich nie mają natomiast ludzie o również monistycznym (choć w innym sensie) i 
„maksymalistycz-nym", lecz przeciwnym światopoglądzie: zwolennicy spi-rytualizmu 
chrześcijańskiego, uznającego realność obu bytów, duchowego i materialnego. (W tym sensie 
dualistyczny.) Dlaczego nie mają oni kłopotów ze sztukami bezpojęciowymi? Otóż to właśnie 
— tu leży istota całej sprawy, jej fundament światopoglądowy. Zanim jednak wkroczymy in 
medias res, trzeba uporać się z pewnym przeszkadzającym w zasadniczej dyskusji, ubocznym 
elementem; jest nim... formalizm, a raczej oskarżenie o formalizm. 
Powtarzam nasze założenie. Istnieją rozmaite, bardziej lub mniej „pojęciowe" sztuki. Sztuką 
skrajnie bezpojęcio-wą jest muzyka czysta, sztuką skrajnie pojęciową — proza literacka. 
Pomiędzy tymi dwiema skrajnościami rozciąga się cała skala sztuk pośrednich, czy 
mieszanych. Formułując to założenie, zawsze i nieodmiennie spotykałem się z zarzutem 
„formalizmu". Przez wspomniany już instynkt przekory nie sprzeciwiałem się temu, 
zwłaszcza że chodziło tu zazwyczaj o sprawy muzyczne, w tym zaś kontekście słowo 
formalista oznaczało po prostu to samo, co zwolennik muzyki czystej. Jeśli jednak idzie o 
całokształt zagadnień estetycznych, to muszę zdecydowanie odżegnać się od rozwiązań 
„formalistycznych" w antytreściowym znaczeniu, nadawanym temu słowu przez naszych 
przeciwników. Nie przyznaję się do „formalizmu", bo: 1) Uważam treść i formę za pojęcia 
pomocnicze, będące wynikiem sztucznego podziału, dokonanego przez badaczy dla ich 
celów, nie zaś zjawiska realne, istniejące własnym bytem. Tak jak badając przyrodę 
wprowadzamy nie istniejące w niej twory naszego umysłu, jakimi są np. linia prosta, 
płaszczyzna, równoleżniki i południki, tak samo badacze dzieła sztuki wprowadzili podział na 
treść i formę, podział ułatwiający analizę dzieła, lecz w istocie najzupełniej umowny, 
fikcyjny. Dzieło sztuki jako obiekt realnie istniejący jest najzupełniej jednorodne; nie należy 
pomocniczych konstrukcji umysłowych brać za realne byty — to idealistyczna pomyłka. Ten, 
kto uważa dzieło sztuki za jednorodne nie może być formalistą. „Formalistą", jak i 
„antyformalistą", może być tylko ten, kto uznaje treść i formę za obiektywne by- 
112 
ty, kto uważa dualizm dzieła sztuki za bezsporny fakt. Bliskim respektowania realności tego 
podziału jest Wa-żyk, gdy pisze, że to rozkład treści, a nie środków wyrazu stał się przyczyną 
zakładanego przez niego upadku sztuki zachodniej. W twierdzeniu tym kryje się uznanie 
realności podziału — od którego niżej podpisany zdecydowanie się odżegnuje. 2) Uważam 
się za spirytualistę, spirytualista zaś nie może być formalistą, nawet gdy broni praw „formy" 
(co, uwzględniając jedność treści i formy, musi się łączyć z obroną treści). To twierdzenie (2) 
jest bazą wypadową dla naszych dalszych wywodów. 
Rozpatrując w omawianej dyskusji przyczyny ponad-historycznego trwania wielkich dzieł 
sztuki Jadwiga Sie-kierska pisze: „Dzieła wielkiej, realistycznej sztuki przeszłości zapładniają 
kulturę społeczeństwa socjalistycznego nie tylko przez zasady realistycznych środków 
wyrazu, nie tylko przez swe walory ściśle artystowskie czy poznawcze, lecz w pewnym sensie 
również przez swą wymowę ideową, moralną, ogólnie mówiąc, głęboko humanistyczną. 
Humanizm prawdziwej, wielkiej sztuki płynie i stąd, że korzeniami sięga do życia ludu, jego 
twórczości, cierpień i walki". Trzon tego zdania, niezależnie od jego marksistowskiego 
zabarwienia jest bardzo dobrze zrozumiały i dla spirytualisty. Trzonem tym jest myśl, że 
dzieło sztuki trwa dzięki swym wartościom ideowo-me-rytorycznym, nie zaś, powiedzmy, 

background image

 

58 

dekoracyjno-estetycz-nym. Myśl słuszna i wspólna obu monistycznym obozom, a jednak 
rezultaty jej w dziedzinie estetyki sztuk bez-pojęciowych okazują się po obu stronach 
barykady zupełnie różne. Zwolennicy monizmu marksistowskiego mają trudności ze 
sztukami, które trwają, choć wartości merytoryczno-ideowych nie wykazują. Wprawdzie 
Ważyk wskazuje wyjście z tych kłopotów w postaci badania reakcji psychologicznej na 
muzykę i stosowania w praktyce wyników tych badań, ale wyjście to, rzecz prosta, nie może 
zaspokoić maksymalistycznych aspiracji monistycz-nych: estetyk monistyczny chce mieć 
takie wyjaśnienie spraw muzycznych, które ustawi problematykę tej sztuki wobec 
podstawowej prawdy świata, wyprowadzając jej wartości z tej prawdy. A co się dzieje po 
drugiej stronie barykady? Estetyk spirytualistyczny za źródło wszelkich wartości uważa  
również swą podstawową prawdę,  rów- 
113 
nież daje pierwszeństwo walorom ideowo-merytorycznym nad walorami estetyczno-
dekoracyjnymi, również ma ma-ksymalistyczne ambicje monistyczne. A jednak nie ma on 
kłopotów z problematyką sztuk bezpojęciowych, wciela te sprawy w swój światopogląd 
całkiem harmonijnie. Gdzie przyczyna tego stanu rzeczy? Bardzo proste: przyczyny szukać 
należy u samej podstawy światopoglądowej, w odmiennej interpretacji owych wartości ide-
owo-merytorycznych, słowem — w odmiennym pojmowaniu prawdy świata. Wszelkie 
różnice w ujęciu problematyki poszczególnych dziedzin doprowadzają nas po nitce do kłębka 
do podstawowych różnic światopoglądowych. Tutaj tkwi „sedno sprawy". Spróbujmy ująć 
rzecz jak najprościej — nie będzie to już teraz trudne. W przytoczonych zdaniach p. 
Siekierskiej przewija się słowo: humanizm, humanistyczny. Tymczasem rzecz w tym, że nam 
kryteria humanistyczne nie wystarczają. O ile w koncepcji humanizmu materia-listycznego 
jedyną miarą jest człowiek, o tyle dla spirytualisty istnieją dwie miary: Bóg i człowiek. A z 
tego dualizmu kryteriów płyną ważkie konsekwencje dla różnych dziedzin specjalnych, m.in. 
dla estetyki sztuk bez-pojęciowych. Sztuki te, stworzone wprawdzie przez człowieka, lecz 
wyrażające często piękno pozaludzkie, wyrażające tylko siebie, znajdują u nas interpretację 
— boską: świat pozaludzki również odzwierciedla myśl Bożą, a więc nie jest tak martwy i 
zimny, jak w koncepcji humanizmu materialistycznego. Myśl ludzka nie jest dla nas jedyną 
myślą świata — myśl Boża przepaja wszystkie twory pozaludzkie, twory przyrody, a także 
twory człowieka. Wynikają z tego konsekwencje także w stosunku do dzieł sztuki 
pojęciowych, lecz nie realistycznych. Cechą tych dzieł jest deformacja świata zewnętrznego, 
a każda deformacja odzwierciedla stosunek człowieka do świata, jest jakby ludzkim wkładem 
do natury, ludzkim ustosunkowaniem się do dzieła Bożego. Ustosunkowanie to bywa często 
negatywne, nie proste, d rebours, zwalcza, lecz potwierdza istnienie praw przez ich negację, 
jest tu szereg rozmaitych odcieni i gatunków pośrednich, ale wszystkie je zmieścimy na 
pewno w dualistycznej koncepcji spirytualistycznej i to zmieścimy bez bólu, bez żadnych 
doktrynalnych    obaw.    Dlaczego?    Bo,    powtarzam,    u 
114 
spirytualistów nie ma formalizmu, formalizm nie jest dla nich niebezpieczeństwem. To, co 
nasi przeciwnicy biorą za formalizm, to jest po prostu uwzględnienie wszelkich bytów 
realnych, a więc również twórców sztuk bezpojęciowych i wbudowanie ich w wielki gmach 
mo ni z mu spirytual i stycznego. Inny to jest, rzecz prosta, monizm, niż materialistyczny 
monizm dra Starzyńskiego, który omawiałem w poprzednim moim artykule. Nasz monizm, 
przede wszystkim, jest w swej metodzie oddolny, nie, jak u dra Starzyńskiego, odgórny. 
Odgórne rzutowanie na świat obiektywny swej idei nie jest nam metodologicznie potrzebne, 
niepotrzebna też jest idąca za tym eliminacja obiektów artystycznych wrogich, obojętnych 
czy nie dających się w idei zmieścić. Monizm spirytualistyczny nie eliminuje, lecz wciąga <w 
siebie wszystko, będąc pewny, iż ma do tego prawo. Pewność ta płynie z przekonania!, iż 
skoro na świecie nic nie dzieje się poza wolą i myślą Bożą, więc każde dzieło w jakiś sposób 

background image

 

59 

jest do tej myśli ustosunkowane, eo ipso — wpływ jej sobą wyraża. Otwiera się tu wielkie 
pole dla indukcji, dla oddolnego dochodzenia do prawdy, w przeciwieństwie do stosowanego 
często przez naszych przeciwników (dr Starzyński) odgórnego rzutowania idei na badane 
obiekty. Rzecz w tym, że Bóg nie jest ddeą, leoz bytem, w konsekwencji tego monizm 
spirytualistyczny zyskuje swą charakterystyczną cechę: ramowość. Ramowość ta wynika z 
faktu, że poznanie nasze jest ograniczone, niektóre byty są naszemu poznaniu dostępne tylko 
w niewielkiej mierze, nie zawsze wiemy, jak zinterpretować zjawiska, jak powiązać dane 
piękno z centralną prawdą świata, a jednocześnie wiemy, że to na pewno jest powiązalne i 
powiązane, że istnieją ramy dla takiego monizmu, że w ramach tych na pewno mieści się 
wszystko, inaczej być nie może, bo przecież Bóg jest najwyższą, decydującą miarą świata. W 
ten sposób monizm spirytualistyczny zyskuje ogromne luzy; w jego ramach jest miejsce na 
wszystko, nie zaskoczy go żadna różnorodność, żadna wichrowatość (linie wichrowate ani się 
nie przecinają, ani nie są równoległe), choćby na razie nie umiał jej wytłumaczyć —  co  w  
żadnym wypadku nie stanowi  dlań 
115 
nieszczęścia. Jest to monizm zawierający w sobie pluralizm rzeczy, monizm 
uniwersalistyczny. 
Jak z powyższego widać, zarzut formalizmu stawiany koncepcjom spirytualistycznym jest 
nieporozumieniem lub polemicznym chwytem niezbyt fair. Nawet najbardziej skrajna teoria 
autonomiczności sztuki w interpretacji spi-rytualistycznej nie jest bynajmniej teorią zimną 
czy an-tyludzką: to jest teoria piękna tak wysokiego, że aż absolutnego, Bożego — a przecież 
człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boże. Ważyk gromiąc „forma-listów" nie 
robi rozróżnień, wsypując wszystkich swych przeciwników do wspólnego kotła. Jest to błąd i 
nie praktykowane w rzeczowych dyskusjach ułatwienie sobie zadania. Przeciwnicy nasi nie 
chcą zrozumieć, że spirytualista broniąc formy robi to, paradoksalnie mówiąc, dla jej treści, 
dla jakiejś innej, pozapojęciowej treści; treścią taką przemawia zarówno kolumna grecka jak i 
krajobraz górski. Można opisać wrażenie, jakie wywiera na nas kolumna, krajobraz czy 
symfonia, ale nie sposób słowami i pojęciami zdefiniować treści tych zjawisk. Nie jest to 
treść pojęciowa, bywa to treść pozaludzka (o tyle przynajmniej, że nie ma w niej człowieka), 
natomiast na pewno i zawsze jest to treść — boska. Ważyk może się zżymać i intelektualnie 
wzdrygać na słowo „boski", ale nie może zaprzeczyć, że my w ten sposób likwidujemy 
trudność ze sztukami bezpojęciowymi, której istnienie on sam uznaje, pisząc o „na razie nie 
znanym nam bliżej" znaczeniu muzyki. Dzięki naszemu światopoglądowi dużo rzeczy 
merytoryczno-ideowych powiedzieć możemy o czystym pięknie, w której to materii 
przeciwnicy nasi dosyć są bezradni: omawiając społeczną, ekonomiczną, polityczną genezę 
dzieła sztuki, niewiele stosunkowo ideologicznej interpretacji przydać mogą temu, co 
odróżnia dzieło sztuki od dzieł myśli — jego pięknu. Jeszcze raz podkreślam, że broniąc 
piękna bezpojęciowego bronimy go nie z powodu wyznawania jakiegoś formalizmu, lecz 
właśnie w imię — treści. Uznajemy jednak różne treści: treści ludzkie, pojęciowe i treści 
pozaludzkie — bezpojęciowe. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwym formalizmem, który 
może być tylko materialistyczny. Istnieją niewątpliwie formaliści-materialiści (częste 
zjawisko wśród awangardy artystycznej), istnieją też jednak 
116 
ci inni, spirytualiści, w skrajnym wypadku nawet zwolennicy jakiejś „czystej formy", 
szukający w tworach materialnych i bezpojęciowych indukcyjnego potwierdzenia swego 
światopoglądu.  Rozróżnienie tych dwóch światów 
jest konieczne. 
Na zakończenie uwagi pro domo sua. Apel o rozróżnianie kieruje niżej  podpisany nie tylko 
do przeciwników, lecz również do sojuszników światopoglądowych. Niejednokrotnie   o  
sympatie   „formalistyczne"  pomawiali   mnie publicyści z „Dziś i Jutro", podobne 

background image

 

60 

posądzenia dały sie wyczuć  u  pana   kolegi  J.M.S.   Pomijając   już   oczywistą rzecz, że 
słowo „formalizm" bez światopoglądowej specyfikacji jest jedynie epitetem, wydaje mi się, 
że w świetle powyższych moich wywodów cała sprawa zdąża ku wyjaśnieniu. Sądzę, że 
rzeczą jasną i zrozumiałą będzie teraz, dlaczego to nie gdzie indziej, lecz właśnie na łamach 
„Tygodnika  Powszechnego"  upierałem  się  kategorycznie przy   postulacie   autonomii   
sztuk   bezpojęciowych.   Uważam bowiem, że ten postulat jest jak najściślej związany z 
monizmem spirytualistycznym, że autonomia sztuk bez-pojęciowych to walny argument 
spirytualistyczny, punkt wyjścia do rzetelnie indukcyjnego, oddolnego oświetlenia 
podstawowych  chrześcijańskich  antynomii:   ducha  i  materii, Boga i człowieka. Sprawy to  
nieobjęcie rozległe i trudno by (było załatwiać się z nimi w szkicowym, polemicznym  
artykule. Pozwolę więc  sobie  tylko  stwierdzić na zakończenie, że to, co oponenci brali w 
moich artykułach   czy   recenzjach   muzycznych   za   formalizm   lub sympatie  
formalistyczne,  było  po prostu  przywiązaniem do   wiernie   spirytualizmowi   służącej   
realistycznej indukcji, której istnienie napawa mnie zawsze głęboką satysfakcją i otuchą. 
Ul 1951. 
 
Refleksje polonistyczne 
Przesiedziałem parę dni na Zjeździe Młodych Polonistów w Poznaniu, przysłuchałem się 
kilku referatom (o Jastrunie, o Żukrowskim, o Adolfie Rudnickim, o Bran-dysie, o dramacie 
współczesnym), sam nawet zabierałem głos w dyskusji, mocno za to przez młodych oraz nie 
całkiem młodych ludzi zgromiony i wreszcie wróciłem do Krakowa, bogatszy o kilka refleksji 
na temat polonistyki w ogóle, polonistyki zaś powojennej w szczególności. A oto moje 
refleksje, podane w kolejności od szczegółu do uogólnień. 
Właściwością charakterystyczną, która uderzała zarówno w referatach jak i w wielu 
wypowiedziach zjazdowych, było coś, co nazwałbym obsesją całościowości. Obsesja zresztą 
to słowo nieco obraźliwe ¦— może dałoby się je zastąpić przez określenie: idea uporczywa, 
albo, jeszcze grzeczniej, idea przewodnia. Idea ta głosi, że dobry pisarz naszej epoki musi dać 
w swej książce wszystko: przekrój społeczeństwa, trafną diagnozę polityczną i społeczną, 
postacie typowe dodatnie i ujemne ustawione we właściwym, postulowanym konflikcie, dalej, 
że musi we właściwy sposób uwydatnić swoje własne opowiedzenie się po stronie słuszności 
i rozstrzygnąć konflikt tak, aby nie było pola do jakichkolwiek ideowych dwuznaczności czy 
wątpliwości, aby dydaktyczna wartość książki nie budziła żadnych zastrzeżeń. Ta idea, 
wzmocniona jeszcze o młodzieńczy zapał i młodzieńczą naiwność, przybierała w niektórych 
referatach postać bardzo krańcową: wydawało się, że gdyby postulaty młodych referen- 
118 
tów zrealizowały się bez reszty, wówczas wszyscy pisarze pisaliby właściwie jedną książkę. 
Postulatywność wygłoszonych referatów sprawiła również, że unikano częstokroć 
obiektywnej analizy tekstu i zamiast mówić o tym, co w książce jest, mówiono o tym, czego 
w niej nie ma. Charakterystyczny był pod tym względem zarzut, postawiony przez jedną z 
referentek Kartkom sportowym Ru-dnickiego: że nie ma w nich historii sportu!! 
Zastanawiając się nad tą ideą literackiej całościowości i jej źródłami, dochodziło się do 
wniosku, że u podstaw jej stało (krańcowo przeprowadzone) przyjęcie jako jedynego celu 
literatury, jej aktualnej dydaktyczności społe-czno-politycznej oraz obawa, że utwór niepełny, 
„nietypowy" okaże się z punktu widzenia takiej dydaktyczności nieprzydatny- Założenie to 
sformułował jeden z referentów, mówiąc, że celem literatury jest służenie działaniu 
przekształcającemu i cytując zdanie Marksa, iż filozofowie dotychczas wyjaśniali świat, a 
teraz chcą go przekształcać. Zbyt dosłowna i po młodzieńczemu krańcowa interpretacja tego 
założenia na terenie literatury pięknej (boć brzydka na pewno do żadnych w ogóle celów 
przydatna nie będzie) może powodować różne niebezpieczeństwa, choćby np. pomieszanie 
tego co potrzebne z tym co się widzi, tego co powinno być z tym co jest, pomieszanie 

background image

 

61 

ogólnego, koncepcyjnie postulowanego konfliktu historycznego z aktualnym, częstokroć 
nietypowym konfliktem jednostkowym. Nie wydaje się, aby jakakolwiek filozofia ogólna 
mogła zrezygnować z uwzględniania specyfiki szczegółów, aby, jak tego nieświadomie 
pragną młodzi żarliwcy, należało w każdym wypadku zastąpić oglądanie świata w jego 
aktualnej fazie — programem jego przemiany. Czasem w szczególe odbija się całość, w 
jednostkowym, nawet wyjątkowym czy nietypowym konflikcie może kryć się potężny 
ładunek społecznego humanizmu — to zależy od postawy autora. Istnieją pisarze, których 
wzrok literacki przystosowany jest do oglądania fragmentów i szczegółów, którzy nie mają 
temperamentu filozoficzno-światopoglądowego, a których postawa czy typ widzenia nie 
pozwala uznać ich ani za aspołecznych, ani za ahumanistycznych. Nie wydaje się, aby 
jakikolwiek światopogląd chciał z nich zrezygnować dlatego, że rezygnują oni (bo inaczej nie 
potrafią), z bezpośredniego 
119 
wypowiadania jakichkolwiek tez, a prawdę ogólną świata   dojrzeć  chcą   w  szczególe,  w   
samym   miąższu  życia. Jedyność pisarza wyraża się tutaj w wybraniu sobie takiego właśnie 
konfliktu,  jaki odpowiada specyfice jego talentu,   jego  sposobu  widzenia   i   opisywania  
—  wtedy też tylko utwór tchnąć będzie pisarską prawdą, a przecież  prawda,  choćby  prawda  
szczegółu  (wysuwa  się  tu często straszaka naturalizmu) nigdy nie może być obojętna wobec 
ogólnej prawdy świata. Przekonanie, że prawdę koniecznie trzeba wskazać, bo inaczej nikt jej 
nie dojrzy, byłoby przekonaniem nieco dla prawdy wstydliwym. Ale praktyka pokazuje,  że 
przekonanie takie wcale nie jest konieczne: wszak już dawno uznano, że Balzac, choć w 
intencjach legitymista   i konserwatysta,  mimowiednie niejako   ukazał   historycznie   i   
społecznie   prawdziwy,   a więc „postępowy" obraz swej epoki. Prawda musi przemawiać 
nawet bez języka, prawda nie nazwana nie przestaje być sobą. 
Wyszczególnione   tu  trudności  i  kłopoty  zogniskowały się na Zjeździe wokół sprawy 
Adolfa Rudnickiego i charakterystyki oraz oceny  jego twórczości. Twórczość niełatwa, bo 
przepojona  prawdą  przemawiającą  „bez  języka", stanowi twardy orzech dla tych, co nade 
wszystko cenią słowo proste, definiujące i nazywające. Toteż, pomimo wielu trafnych 
spostrzeżeń, w referacie o Rudnic-kim nie  uchwycono  jego  specyfiki pisarskiej,  zwłaszcza 
że połowa chyba referatu poświęcona była postulowaniu, czyli mówieniu o tym, czego u  
Rudnickiego nie ma. Nie wchodzę tu w światopogląd młodych autorów i dyskutantów, 
wydaje mi się jedynie, że w ramach tego światopoglądu wykazali oni za mało dialektycznej 
obrotności i u-miejętności   interpretacji   każdego   zjawiska:   nie   sztuka odrzucić, sztuka 
wytłumaczyć. Postawiono np. Rudnickie-mu zarzut, że w jego nowelach, przedstawiających 
martyrologię Żydów polskich, występują tylko ludzie  nieszczęśliwi, nie widzący drogi 
wyjścia ze swojego nieszczęścia, i że w ten sposób Rudnicki wykroczył przeciw owej 
postulowanej   zasadzie   literackiej   służby   przekształcenia świata. Choćby takich biernych 
cierpiętników — wywodziła  referentka  — była  większość,  to   jednak  obowiąz-Kiem 
pisarza jest pokazanie jednostek walczących i wierzących w ratunek, pokazanie „bohaterów 
pozytywnych"; 
120 
choćby w pewnym okresie stanowili mniejszość, to jednak z punktu widzenia dynamiki 
przemian historycznych, oni właśnie są postaciami typowymi, bez nich obraz nie jest   
prawdziwy.   W   tym   postulowaniu   postaci,   których u Rudnickiego nie ma, widzę dowód 
nieporadności interpretacyjnej,  wynikłej   z  niedostatecznego   zgłębienia   ducha 
dialektycznej  zasady  jedności  przeciwieństw.  Wszak i poprzez porażkę zobaczyć można 
drogę ratunku, obraz klęski może tak samo (albo i bardziej) pobudzać do walki jak obraz 
zwycięstwa, do  prawdy zachęcić może zarówno piękno charakteru bohatera pozytywnego jak 
i o-hyda bohatera negatywnego.  Gdyby  jedynie książki pokazujące zwycięstwo dobra miały 
zachęcać do dobra, to stanowiłoby to poważne zagrożenie realizmu i uniemożliwiłoby wielu 

background image

 

62 

pisarzom rozwinięcie specyficznych właściwości ich talentu. Tak właśnie  jest z Rudnickim: 
sam irytowałem się postacią bohatera jego noweli Ginący Daniel, bohatera, który obojętny na 
toczoną wokół tragiczną  walkę powstańczą,  żyje  tylko swoją wewnętrzną  obsesją. Jednak 
faktem jest, że takiego właśnie, a nie- innego bohatera determinuje  specyfika talentu 
Rudnickiego i  że bez takich specjalnych soczewek nie  pokazałby nam on tego 
wstrząsającego obrazu okupacji, jaki pokazał. A więc — warto mu te soczewki pozostawić: 
opłaci się to sprawie, tak jak opłaciło się ułaskawienie Balzaka. Tylko,  że  młodość bywa 
bezlitosna  i  nie  lubi  ułaskawiać, uważając częstokroć zacieśnienie widzenia za dowód bez-
kompromisowości.   Wierząc   jednak,   że   dialektyka   jest przyrządem dającym temu, kto 
się nią umie posługiwać, szerokie  możliwości,  widziałem  w  wielu  wypowiedziach 
zjazdowych   zacieśnienie   dobrowolne  i  —  choć   po  trochu gość z innego świata — 
szczerze się martwiłem, cieszyły mnie zaś próby rozszerzenia i uelastycznienia aparatury, 
podejmowane z tych samych pozycji światopoglądowych. Na tym kończę na razie refleksje 
zjazdowe, które  nazwać  by  można  uwagami   życzliwego  przeciwnika (choć próbowano 
sugerować, że moja życzliwość to perfidia, to jednak chyba ja wiem lepiej, jak ta sprawa 
wygląda). 
A teraz parę słów o polonistyce w ogóle, o polonistyce jako takiej. Znam polonistykę 
przedwojenną (sam ją studiowałem), obserwuję polonistykę powojenną i — po- 
121 
nad wszelkimi różnicami — widzę jakieś rysy wspólne, rysy nie całkiem mi miłe. 
Oczywiście: przed wojną ideałem była bądź obiektywna analiza merytoryczna 
(„Światopogląd humanistyczny w Pieśniach Kochanowskiego". „Postawa religijna Sępa-
Szarzyńskiego". „Przekrój społeczeństwa w Lalce" itd.), bądź drobiazgowa, 
pozamerytoryczna analiza formalna (sam pisałem takie studium o budowie Sonetów Felicjana 
Faleńskiego) — dzisiaj praca polonistyczna ma charakter krytyczno—postulatywny z 
określonego punktu widzenia. Różnica w meritum sprawy jest duża, ale w samym klimacie 
polonistyki wówczas i dzisiaj jest coś wspólnego. Wsłuchując się w zjazdowe referaty, w 
padające zdania, gładkie, zaokrąglone, nienagannie definicjonalne, czułem tę wspólność 
jakiejś atmosfery umownego werbalizmu. Młodzi poloniści wtedy i dziś to łowcy form 
pojęciowych — a nie treści: zdani na teksty, rozmijają się jakoś, pomimo dzisiejszego hasła 
praktyczności studiów, z zagadnieniem stosunku słowa do życia. Pełni młodzieńczej 
jednostronności i werwy, żonglują ukształtowanymi na stałe formami słownymi, definicjami i 
syntezami, ucieszeni, że żonglować umieją, a beztrosko obojętni wobec problemu pokrycia, 
jakie mają słowa w życiu wewnętrznym i zewnętrznym: nie poczuwają się do konfrontacji 
prawd werbalnych z prawdami żywymi. Może określam to zbyt krańcowo — sprawa nie jest 
tak łatwa do ujęcia w słowa. Po namyśle doszedłem do wniosku, że ten sui generis formalizm 
polonistyki może być wynikiem jej nadmiernych i niezmiennie, pedantycznie przed i po 
wojnie akcentowanych pretensji do — naukowości. Niech mi wybaczy Żółkiewski, ale 
polonistyka nie jest taką naprawdę „naukową" nauką jak chemia, fizyka, matematyka. Znam 
wprawdzie pewnego uczonego maniaka, który twierdzi, że kiedyś wszystkie nauki 
humanistyczne z psychologią na czele sprowadzone zostaną do matematycznych wzorów i 
równań... ale... Polonistyczne ambicje „naukowe", niosące konieczność ukształtowania form 
pojęciowych na wzór nauk ścisłych, powodowały i powodują paradoksalny fakt, że 
polonistyka z wiedzy o życiu staje się wiedzą o definicjach i formułach, w które się to życie 
ujmuje. Brak tu jakiegoś luzu, brak miejsca na intuicję, na własne spojrzenie, na improwizację 
i impresyjność, które przecież częstokroć to- 
122 
rowały drogę wielkim talentom krytycznym, brak poczucia  wielości możliwości,  jakie kryją 
się w tajemniczym jednak   jeszcze   dla   człowieka   (częściowo   przynajmniej) nurcie   
życia,   brak   elementu   niespodzianki,   słowem   — brak powietrza. Na zjeździe młodych 

background image

 

63 

brakło młodości — nie brakło inteligencji, ale zalatywało pedantyczną dokładnością w 
ustawianiu słów i szlifowaniu definicji, dokładnością, robiącą wrażenie celu samego w sobie, 
sztuki  dla" sztuki.   Świeżo mówili  tylko   ci,   co  mówili  nieporadnie, ci jeszcze nie 
doszkoleni — inni mają już ową charakterystyczną   polonistyczną   patynę:   czasem   są   już 
wysuszeni,  chudzi  duchowo,  bo karmią  się  miast treściami życiowymi — słowami o życiu. 
Mogą z nich powstać jakieś jednokomórkowce, po prostu „tekstochłony" — wyśmiał 
troszeczkę całą rzecz Jarosław Iwaszkiewicz, co zresztą wywołało na sali pewną urazę: ta 
uraza to również   już   coś   w   rodzaju   przygarbienia,   spowodowanego uporczywym 
noszeniem naukowej togi. Powyższe wrażenia moje podzielił pewien kolega o diametralnie 
odmiennym, światopoglądzie, również dawny polonista;  dowodzi to, że  nie chodzi tu o 
różnice w ocenie merytorycznej, lecz   o   właściwości  polonistyki   jako   takiej,   
właściwości niezależne niejako od treści studiów. Formy są widać trwalsze od  treści  — tą  
złotą  myślą  kończę,  licząc,  że ktoś kiedyś powróci do arcyważnej sprawy, dlaczego studia   
polonistyczne   bardziej   się   wydają   suche,   formalne i pozaludzkie  niż fizyka  czy  
chemia.  Są  jednak  jeszcze tajemnice na świecie — tylko młodzi ich nie dostrzegają. 
XI 1952. 
Jak ocalić zdrową czarność? 
Rozpoczyna się u nas dyskusja o postulowanym i projektowanym literackim konformizmie, o 
tym, jaka powinna być literatura, aby spełnić różne zadania społeczne, wychowawcze, 
polityczne. Tezy stawiają do dyskusji Żółkiewski, Schaff, Putrament, w szeregu artykułów 
czy wypowiedzi. Co o tym sądzić? 
Osobiście widzę w wypowiedziach powyżej wymienionych dyskutantów pewien element 
teoretyczny, dla mnie jednak w pewien sposób krzepiący. Chodzi mianowicie o to, że nie 
utożsamia się już wartości wychowawczej czy politycznej dzieła z jego wartością estetyczną. 
Dawniej tacy teoretycy jak Sokorski, Kierczyńska, Starzyń-ski czy Lissa twierdzili, że utwór 
szkodliwy społecznie, siejący pesymizm i rozkładowość lub trudny i nie od razu jasny, jest 
zarazem błędny artystycznie, niedobry. W ten sposób moment moralnego czy społecznego 
oddziaływania utworu traktowano jako immanentny element jego konstrukcji artystycznej, 
budując na tym założeniu cały specyficzny system wartościowania dzieł sztuki. System ten, w 
sposób dość dowolny rozciągnięty i na sztuki bezpojęciowe (muzyka, malarstwo 
abstrakcyjne) doprowadził do znanych i powszechnie dziś u nas uznanych szkód, w rezultacie 
został zarzucony. Dyskutując w swoim czasie z teoretykami tego systemu, zwracałem im 
uwagę, że nie jest on wcale marksistowski. Marks, krytykując np. znaną powieść Eugeniusza 
Sue Tajemnice Paryża napisał, że to książka tym bardziej szkodliwa, ponieważ jest doskonałą 
powieścią sensacyjną. To „ponieważ" świadczy  wyraźnie,   że   dostrzegał  on   autonomizm   
war- 
124 
tości estetycznych. Myślę zresztą, że dostrzega to każdy prawdziwy empiryk: dualizm treści i 
formy jakoś tam jednak istnieje, egzystują też twory artystyczne zbliżone do „czystej formy". 
Tak więc Żółkiewski, Schaff, Putrament i inni nie chcą już dzisiaj budować całościowej teorii 
estetycznej, obejmującej różne dziedziny sztuki, nie zakładają z góry prawa analogii między 
tymi dziedzinami, nie zamierzają znać się na wszystkim, nie wyrokują arbitralnie w sprawach 
formy. W zasadzie ograniczają się do twórczości pojęciowej, dotyczącej współczesności i 
mającej szeroki zasięg społeczny, a więc do prozy literackiej i filmu. Przy tym nie przeceniają 
sztuki, jak to robiono dawniej, nie tworzą z literatury ołtarza, uznają nawet, że jest ona w 
dużej mierze po prostu rozrywką, powiadają tylko, że dla celów społecznych, narodowych, 
publicznych, politycznych etc. pożyteczna jest literatura taka a taka, zaś szkodliwa jest 
literatura taka a taka. Są więc dziś skromniejsi, głoszą tezy użytkowo-społeczne a nie tezy 
filozo-ficzno-estetyczne, głoszą program uwolniony od demo-nizmu i swoistej „metafizyki", 
program bardziej tym razem empiryczny niż spekulatywny. 

background image

 

64 

Sytuacja ta, którą od dawna zresztą można było przewidzieć, ma swoje plusy, ma też i 
minusy. Z plusów się cieszę, minusami martwię. Cieszę się, gdy nikt już nie twierdzi, że 
socjalizm zawali się z powodu malarstwa abstrakcyjnego, albo że uprawianie jazzu powoduje 
rozkład społeczny. Myślę, że uda się zachować coraz powszechniejsze wśród polskiej 
młodzieży nowoczesne widzenie plastyczne rzutujące na przemysł użytkowy, strój, 
konfekcję, architekturę, wnętrza. Myślę, że uda się też zachować obecny styl słyszenia, 
rautujący ze swej strony na formy rozrywki, na taniec, płytę, radio (powszechność tego stylu 
obserwowałem na balu w... Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a więc niepodejrzanym 
gnieździe rygorystycznego konformizmu). Myślę wreszcie, że uda się też zachować formalne 
zdobycze nowej „przy-bosioidakiej" poezji, tak pięknie demonstrowane w wierszach 
Białoszewskiego, Harasymowicza, Herberta i innych. 
Ktoś mi zarzuci, że mówię: hop!, choć jeszcze wcale a wcale nie przeskoczyłem. Odpowiem 
na to, że w wymienionych powyżej  trzech dziedzinach jestem zdecydo- 
125 
wanym optymistą. Nie wierzę w powrót czasów, kiedy to po kształcie kolorowej kreski 
poznawano światopogląd autora, ilość półtonów w melodii świadczyła o postawie politycznej, 
a brak rymu interpretowano ideologicznie. Myślą, że na to mamy już wszyscy razem za dużo 
poczucia humoru... 
Ale zostaje sprawa niebłaha: sprawa literatury i filmu (mówię tylko o utworach artystycznych, 
pomijając zatem publicystykę). Sprawa jest niebłaha, bo nie tylko kolegom Żółkiewskiemu, 
Schaffowi ,czy Putramentowi zależy na społecznym i narodowym jej ujęciu. My tu w 
„Tygodniku" również wiemy, że książki nie drukują się w społecznej próżni, my też 
wierzymy w rację stanu i mamy cele ogólnonarodowe. Tylko że różnice pojęć i psychiki są 
spore, a poza tym bardzo nam zależy na odchowaniu w Polsce literatury zarazem społecznie 
pozytywnej ale i prawdomównej, zarazem polskiej ale i nowoczesnej. Jak to zrobić?! — oto 
jest pytanie. 
Problem jest szeroki, więc na razie zwężę go do jednej, osobiście dręczącej mój mózg 
sprawy: do kwestii pesymizmu, czarności, „czarnowidztwa" i ich społecznego oddziaływania. 
Moim zdaniem, ogólnie rzecz biorąc, najbardziej charakterystyczną cechą nowoczesnej 
literatury Zachodu jest właśnie jej czarność: ostre widzenie rzeczy ciemnych, przystawanie z 
czarnością na co dzień, zabawa z czarnością, igraszki z czarnością, nawet w literaturze 
rozrywkowej czy w popularnym filmie. 
Ktoś powie, że jest to dowód dekadencji i rozkładu społeczeństw Zachodu. Nie uważam, a 
raczej niekoniecznie uważam. Znany jest przykład narodu pełnego krzepy i pozytywnych 
talentów, którego ulubioną powszechną rozrywką było babranie się w artystycznie podanej 
czarności. Mam na myśli starożytnych Greków i ich tragedię. I to jaką tragedię: kazirodztwo, 
ojcobójstwo, wy-łupywanie oczu, okrutne wyroki ślepego losu — wszystko to nie 
przeszkadzało obywatelom słonecznej Hellady wracać do domu w dobrym humorze, 
pracować, budować wspaniałe rzeczy. A może właśnie obcowanie z tragicznością wzmacnia, 
może świadomość tragiczności mobilizuje? Czy nie ujmujemy tej sprawy za prosto? 
Analogię psychologiczną widzę we współczesnej zachodniej literaturze rozrywkowej.  Jest 
taki angielski pi- 
126 
sarz James Hedley Chase, autor słynnej powieści Nie ma orchidei dla Miss Blandish. Chase 
uprawia literaturę skoncentrowanej okropności, „niezdrowych" ale silnych emocji, pisze tzw. 
trillery. Książki jego tłumaczone na kilkadziesiąt języków rozchodzą się po świecie w setkach 
milionów egzemplarzy. Kiedyś wpadł mi w rękę wywiad z Chasem, opublikowany w 
paryskim „L'Express". Okazało się, że autor tylu okropności nie jest wcale, jak by można 
sądzić, ani sadystą, ani zboczeńcem, lecz łagodnym sympatycznym starszym panem, 
mieszkającym stale na Jasnym Brzegu, pilnym i systematycznym, grywającym w brydża i 

background image

 

65 

uważającym, że pracuje arcypożytecznie, dostarczając ludzkości dobrej i godziwej rozrywki. 
Jako teren swoich okropności wybrał Amerykę, w której zresztą nigdy nie był, uważając, jak 
mówi, że „jest to kraj, gdzie wszystko może się zdarzyć". Amerykanie nie biorą mu tego 
jednak za złe,  raczej są z tego dumni. 
Rzecz jednak w tym, że jak to ktoś słusznie powiedział, na Zachodzie okropności literackie są 
rozrywką, u nas bierze się je na serio. Tak się bowiem złożyło, że u nas czarność literacka 
zbiegła się z owym nonkonformiz-mem społecznym czy politycznym, który niepokoi 
wymienionych przeze mnie powyżej teoretyków. Zbiegła się raz i drugi, a potem zaczęto je 
kojarzyć zawsze na zasadzie odruchu warunkowego. I oto przed społecznikami 
konformistami staje  problem,  jak ten mariaż rozłączyć. 
Tu jest pies pogrzebany, ale nie zawsze tu, popełnia się bowiem czasem upraszczające 
pomyłki. Na przykład weźmy dwie sztuki: Stan oblężenia Camusa w Teatrze Nowej Huty i 
Proces Kafki w warszawskim „Ateneum". 
O  ile w pierwszej z nich „odruch warunkowy" niewątpliwie działa,  o tyle w wypadku 
drugim jest to pomyłka 
i  przysłowiowe dmuchanie na zimne. Proces (znakomite, bezbłędne przedstawienie!) to 
przecież dramat ponadczasowy i ogólnoludzki — to jakieś przetransponowanie na język 
nowoczesnych  skrótów Bez dogmatu. Jest to przy tym dramat obrotowy, dla wszystkich się 
nadaje. Gołu-biew powie: oto życie bez Boga; Schaff powie: oto życie bez Marksa. A Boy 
sceptyk przypomni owo życie, co to jest na pozór jak „zwykły kawał",  lecz nie tak prosty jak 
by się zdawał. W sumie Proces to sprawa ogólnoludzka,  tragiczna,   lecz  moim   zdaniem   
bynajmniej   nie   de- 
127 
mobilizująca, przeciwnie, krzepiąca wspólnością, solidarnością ludzkiego losu. Przypadkowy 
zewnętrzny szok tego przedstawienia wyniknąć może chyba z nieotrzas-kania się ze skrótami 
i symbolami nowoczesnej inscenizacji — ale to sprawa po prostu przyzwyczajenia. 
Tak więc, pokrótce zastanawiając się nad losami polskiej powieści czy filmu i wcielając się 
ciągle po trochu w sposób myślenia naszych wymienionych na wstępie adwersarzy, 
postawiłbym sprawę następująco: w jaki sposób stworzyć literaturę nowocześnie czarną, a 
zarazem społecznie pozytywną? Katolicyzm ma na tę rzecz swój sposób: wszak Bernanos, 
Mauriac, Julien Green, Graham Greene, to pisarze bardzo czarni, babrzący się z upodobaniem 
w grzechach najgorszych, a zarazem są to — heroldowie światła. Lecz to wynika już ze 
specyficznej dia-lektyki chrześcijaństwa, uważającej zło za immanentny składnik natury 
ludzkiej. Wszak to Peguy pisał, że grzesznik i święty są ludźmi najbliższymi istocie' 
katolicyzmu. 
Ale jak stworzyć literaturę świecką, współcześnie czarną, a zarazem krzepiącą czy 
podnoszącą na duchu? Hm. Tu właśnie pogrzebany jest pies. Odgrzebanie tego psa proponuję 
zwłaszcza koledze Putramentowi, który sam jest pisarzem i lubi używać w swej twórczości 
efektów szarpiących. On wie i ja wiem, że lukrowany optymizm się już przeżył i nie chwyci 
ani w powieści, ani w filmie. Szukajmy więc rady! 
W niespodziewany sukurs zwolennikom sztuki tragicznej przyszedł ostatnio nowy film 
radziecki Dom, w którym mieszkamy. Film jest bardzo dobry, ale co mnie, po dziesięciu 
latach (tyle czasu bowiean nie byłem na radzieckim filmie) zadziwiło, to właśnie jego 
tragiczność. I to nie tragiczność stosowana, mająca służyć jako odskocznia do 
optymistycznego morału, lecz tragiczność „czysta", ogólnoludzka, obiektywna: nie 
znajdujący rozwiązania dramat żołnierza, który stracił nogę czy chłopca, któremu zabito 
narzeczoną. Ten dramatyzm jest zdrowy, podnosi on na duchu wszystkich, którzy tęsknią za 
odświeżającym powiewem tragedii w sztuce. Aby przekonać się o walorach ¦światła, trzeba 
bowiem przejść przez czarność, przez samo jądro ciemności. 
8 U 1959. 

background image

 

66 

RECENZJE,   IMPRESJE,  SYLWETKI 

Granice sztuki 
Z okazji premiery „Domu pod Oświęcimiem" Tadeusza Hołuja 
- Aleksander   Wat,   bodaj   w   głośnym   swoim   artykule Antyzoil zauważył, że istnieje 
tendencja do przeceniania i wyolbrzymiania znaczenia literatury, tendencja, wychodząca z 
założenia, że w literaturze można zawrzeć wszystkie wielkie i straszne sprawy, które 
przeżywamy. Tymczasem literatura  jest  znacznie ciaśniejsza, niż  się  nam wydaje: pewne 
jej  czysto partykularne, powiedzmy formalne  rygory utrudniają nieraz wtłoczenie w  jej  
ramy życia, które jest od niej  i ważniejsze i większe. Sztuka jest   do   pewnego   stopnia   
wąską   specjalnością,   tak   jak szycie butów: można uszyć świetny but ale nie rozwiązać 
tym wielkich życiowych problemów moralnych, społecznych, politycznych; można zaś, 
mając na uwadze tamte sprawy — but spartolić. Bowiem but jest tylko butem,   zaś   szycie   
tylko   szyciem   i   rządzi   się   własnymi, szewskimi prawami — jeśli zaś ktoś chce wielkie, 
najdonioślejsze problemy ogólne pogodzić z problemami szycia butów, niech się nie zdziwi, 
jeśli tak się zdarzy, że poszkodowane zostanie jedno czy drugie, albo i obydwa naraz.   
Przypominam  piękny  wiersz  Leśmiana   o   szew- 
cu: 
W szyidu nic nie ma oprócz szycia Więc szyjmy póki starczy siły. W życiu nic nie ma oprócz 
życia, Więc żyjmy aż po kies mogiły... 
W zarysowanej tutaj pobieżnie antynomii sztuki i życia chcę, przy okazji utworu Hołuja, 
stanąć po stronie życia,   przeciwko   sztuce,   stanąć   w   obrębie   tego   życia, 
131 
które Hołuj przemocą, gwałtem, sztucznie zapragnął wtłoczyć w ramy artystyczne. Ucierpiały 
niewątpliwie na tym owe ramy, lecz, w tym wypadku nie moją jest rzeczą sądzić o tej stronie 
sprawy, czy martwić się nią: Martwię się stratą drugą, nieporównanie donioślejszą, 
ważniejszą, boleśniejszą. Martwię się tym, że na niedobranym i niepotrzebnym mariażu 
sztuki z życiem ucierpiał tak straszliwie ważny, żywy, stojący przed pokoleniem jak upiór 
problem — Oświęcim. Hołuj spostponował Oświęcim, czyniąc z niego element 
mieszczańskiego dramaciku, spostponował go, przeplatając szarpiące sceny obozowe 
irytującymi swą czystą teatralnością i psy-chologizującym konwencjonalizmem gierkami, 
stępił ostrze problemu, załatwiając się z nimi padającymi ze sceny kaznodziejskimi 
truizmami; jego Oświęcim, zamiast krzyczeć wagą, kalibrem, aktualnością problemu, zamiast 
o-twierać myślowe i moralne' widnokręgi, rozpływa się za teatralną mgiełką, stając się 
jednym z elementów wizyjnych poprawnego przedstawienia. Sztuka ta zamiast zatargać nami, 
oswaja nas z Oświęcimiem, oswaja w sposób fałszywy, wygodnicki: pomartwiliśmy się i 
postraszyli, ale w końcu wszystko się wyjaśniło i załatwiło a więc — zapomnijmy i chodźmy 
na piwo. Dom pod Oświęcimiem nie pozostawia materiału do dalszych refleksji: autor 
wyręczył odbiorcę, w wyraźny, wygodny, bo łatwy sposób rozdzielił role, rozdzielił światła i 
cienie, ba, wskazał też na światłocienie (bo sztuka jest „subtelna" i „głęboka"). Wszyscy są 
zaspokojeni ale... Czy w ten sposób załatwiliśmy się już z problemem Oświęcimia?! 
Sytuację zdefiniowałbym tak: Tadeusz Hołuj, wieloletni więzień obozu koncentracyjnego 
postanowił przedstawić to ziemskie piekło dla przestrogi, dla poruszenia umysłów i serc, dla 
uświadomienia ludziom straszliwości, do jakiej doprowadziła totalna przewaga człowieka nad 
człowiekiem. Zamiar zrozumiały, chwalebny, ważki, cenny z każdego punktu widzenia. Lecz 
pamiętajmy: Oświęcim to problem żywy, niedawny, aktualny, nie, zamknięty, problem, który 
zahacza o rozległe perspektywy intelektualne, moralne, historyczne, społeczne, polityczne, 
narodowe, problem, który ma korzenie w przeszłości i konsekwencje w przyszłości, problem, 
którym nie można po- 
132 

background image

 

67 

sługiwać się  jedynie jak wizyjnym  liczmanem,  jak  elementem tła artystycznego, lecz z 
którym trzeba się wziąć za  bary,  walczyć  mózgiem,   sercem,   wiedzą,   sumieniem — 
wszystkim.  Tymczasem co  zrobił Tadeusz Hołuj?  Za najlepszy sposób do wykonania swego 
zamysłu uznał posłużenie się — teatrem.  I to  nie  jakimś  realistycznym, surowym 
reportażem teatralnym — to jeszcze można by" rozgrzeszyć. Hołuj — literat zapragnął przy 
okazji upiec własną  pieczeń: napisać utwór  literacki, teatralną  sztukę  z  fabułą,   
„psychologią",  konstrukcją.   Zaś  teatr  jest teatrem i ma swoje prawa — „w szyciu nic nie 
ma oprócz szycia". W rezultacie powstał „normalny" dramat z wszelkimi dramatycznymi 
akcesoriami mieszczańskiego teatru psychologicznego,  z  trójkątem małżeńskim,  
pojedynkiem szlachetnych   (matka),   czarnymi   charakterami   (Alojzy), szlachetnym 
bohaterem itd. Istna Dama kameliowa! Każdemu   wolno   pisać   dramaty   czy   
melodramaty   w   typie Damy kameliowej, ale Dama kameliowa na temat Oświęcimia?!...  
Oświęcim to problem żywy, otwarty, czekający na  głębokie   analityczne  wyjaśnienia,  to  
problem,  który musi być punktem wyjścia do wielkiej akcji wychowawczej, dydaktycznej. 
Lecz tej akcji nie przeprowadzimy bez uprzedniej   gruntownej,   bezkompromisowej   pracy   
myśli. Wskażę tu na książkę, która ze wszystkich „martyrologicz-nych" dzieł, wydanych w 
Polsce po wojnie, najwięcej wykazała ambicji do istotnego wzięcia się za bary z problemem 
faszyzmu i totalizmu, do przezwyciężania go i intelektem i sercem. Książka ta to — Historia 
jednego życia Ludwika  Hirszfelda,  człowieka  który  cierpiał nie mniej niż Hołuj, a który 
zrezygnował z efektownej artystycznej formy i z teatralnych dreszczów na rzecz jednej z 
najbardziej charakterystycznych cech człowieka cywilizowanego  —  bezkompromisowej   
pracy  myśli.   Julien   Benda twierdzi,  że moralny upadek  literatury, wiąże  się  z  jej 
upadkiem intelektualnym, że kryzys rozpoczął się z chwilą,   gdy  pisarze   zrezygnowali   z   
osądzania   życia   swoim umysłem,   a ograniczyli się do  podawania obrazu  życia, wizji 
życia. Specjalnie zaś wizjonerską gałęzią jest teatr. Tymczasem istnieją sprawy tak doniosłe i 
tak dalece nie wyjaśnione, że mózgowi trzeba tu oddać pierwszeństwo: przed wizją, przed 
uczuciem — przed sztuką. Intelektualna niezręczność Hołuja wobec problemu Oświęcimia 
jest uderzająca  — może zawinił tu brak  perspektywy?   Ale 
133 
przecież Hirschfeld też nie miał perspektywy! Hołuj czuje niedostatek ideowo-myślowy swej 
sztuki, stara się te luki zapełnić jakoś, sypie aforyzmami, sloganami, haseł-kami. Lecz to 
wszystko jest zbędnym balastem, wobec zasadniczego zamierzenia, jakim było niewątpliwie: 
napisać dramat teatralny o Oświęcimiu. Zaś nie o każdej rzeczy i sprawie można od razu 
napisać dramat czy powieść: są rzeczy, w których trzeba zaczynać od rzeczowego raportu i od 
historycznego traktatu. Jeśli dalej pójdzie tak, jak dotąd, to może się zdarzyć, że zaludnimy 
naszą literaturę poprawnymi, średnimi lub kiepskimi utworami „okupacyjnymi", lecz istoty 
problemów okupacji wcale nie dotkniemy (podobnie jak stało się to w filmie). Gruntowna, 
znakomita praca Kazimierza Wyki 
o   Polsce  pod  okupacją  (Gospodarka  wyłączona, 4 „Twórczość 1945/1) jest tylko 
chlubnym wyjątkiem — i to w okresie, gdy tyle się krzyczy na temat metody naukowej 
i   socjologii.   O  istocie,  przyczynach  i  skutkach  wielkiej tragedii, której jednym z aktów 
był Oświęcim, nie wiemy właściwie nic — zamiast otworzyć nam oczy na problem, dają nam 
Damę kameliową. Czy to jest wykonanie „zamówienia społecznego?" 
Jak to — zapyta czytelnik — więc wielkie wydarzenia historyczne nie mogą być tematem 
utworów literatury pięknej? Twierdzenie takie byłoby jawnym nonsensem — przeczy mu 
szereg arcydzieł jak Wojna i pokój, Rok 93, Bogowie łakną krwi itd. Lecz przedmiotem 
artystycznej wizji przeważnie bywają wydarzenia już rzeczywiście historyczne, wobec 
których autor miał perspektywę czasu i perspektywę przewartościowania myślowego i 
moralnego. Dać wizję tego, co jeszcze żyje i jeszcze — w bezpośrednich konsekwencjach — 
działa, wizję, która odsłaniając prawdę mieściłaby się jednocześnie w formie artystycznej — 

background image

 

68 

to rzecz niepomiernie trudna, a w dzisiejszych przełomowych czasach, gdy wydarzenia 
międzynarodowe, społeczne i .polityczne zazębiają się o siebie, pędzą naprzód w niezwykłym 
zagęszczeniu — wręcz, wydaje mi się, niemożliwa. Są problemy i tematy, wobec których 
literatura piękna musi zachować dystans — inaczej nie da sobie z nimi rady. Nie jest rzeczą 
przypadku, że najcenniejsze książki, jakie wyszły w powojennej Polsce na temat okupacji nie 
należą do beletrystyki. Historia 
134 
jednego życia Hirszfelda, Byliśmy w Oświęcimiu Tadeusza Borowskiego, Dymy nad 
Birkenau Szmaglewskiej — to „utwory" po których nie pójdzie się na piwo, jak po 
melodramacie Hołuja — po tych książkach trzeba się głęboko zamyślić, trzeba do nich 
wracać. 'Jeśli nie chcemy z jednej strony zachwaścić i obniżyć naszej literatury, czyli 
pogorszyć jakości wyrabianych przez nią „butów", z drugiej zaś strony spaczyć i spłycić 
naszego stosunku do historycznych wydarzeń, rozgrywających się wokół, musimy zrozumieć 
konieczność specjalizacji w dziedzinie sło-wa pisanego, musimy przezwyciężać mit o 
omnipotencji wizji, o omnipotencji powieści, dramatu czy liryki. Siekierą nie ukrajesz chleba 
— nożem nie narąbiesz drzewa. Voltaire, Montesquieu, Rousseau, Saint-Simon i wielu 
innych nie pisywali powieści, a przecież w rozwoju ludzkości nie mniejszą odegrali rolę niż 
Dostojewski czy Proust. Jeżeli taka literatura piękna ma nas usypiać, odurzać, spłycać i 
wypaczać nasz pogląd na rzeczy, wtedy powiem, że w dzisiejszych wyjątkowych, 
patetycznych i groźnych czasach — należy wystąpić przeciwko niej. Zasada „pilnuj szewcze 
kopyta" musi być przestrzegana, inaczej obalimy kulturę a równocześnie — odwrócimy się 
od istotnych kryteriów wartościowania wydarzeń. Oświęcim, miejsce śmierci milionów, już 
po trzech latach motywem dreszczu scenicznego i niczego więcej — to co najmniej 
nieporozumienie. Znam w naszej powojennej literaturze książkę, która w sposób świadomy 
kusi się o stąpienie problemu wizji artystycznej z problemem okupacyjnej prawdy rzeczowej i 
intelektualnej — jest nią Oczekiwanie Jerzego Broszkiewicza. Sądzę, że próba ta, choć 
również nie całkowitym z ideowo-moralnego punktu widzenia sukcesem uwieńczona, dała 
jednak w rezultacie dziełoi amfoitrie i świadome. Tej świadomości nie widzę u Hołuja: wtopił 
on dramatyczną wizję Oświęcimia w szablonowy, mieszczański (mimo na pozór przeciwnej 
konkluzji ideologicznej) dramat, nie sprostał — literackim — wychowawczym i 
intelektualnym wymaganiom tematu; naszpikował go wprawdzie morałami, lecz tak jak nikt 
nigdy nie uczył się patriotyzmu i rozumu politycznego z Kościuszki pod Racławicami lub 
Panoramy Racławickiej, tak samo nie sądzę, żeby ktoś skorzystał z tych poczciwych, 
grzecznych, szlachetnych pouczeń. Hołuj  wybrał zamiast 
iitu, 
135 
tolemu — teatr, teatr a la Dama kameliowa czy nawet Zbójcy Schillera — zaś teatr taki ma 
swoje określone, teatralne działanie. Melodramat nie otworzy ludziom uszu na straszliwą 
wymowę wydarzeń sprzed lat paru — nie wiem czy w ogóle jest to zadanie dostępne dla 
dzieła sztuki. Hołuj mieszczańskim swym teatrem na pozór gładko załatwił a w istocie 
zagłuszył i znegliżował sprawę Oświęcimia i dlatego uważam jego sztukę za społecznie 
wątpliwą — choć chęci na pewno miał dobre. Ogłoszenie Domu pod Oświęcimiem za jakiś 
społeczny i martyrologiczny głos sumienia to groteskowe i prymitywne nieporozumienie. 
Dramat jest dramatem, teatr jest teatrem, „w szyciu nic nie ma oprócz szycia", fabrykacja 
butów nie jest fabrykacją sztandarów. Bunkier i komora gazowa nie są, na razie przynajmniej, 
dogodnym elementem do działania wyłącznie artystycznego i sądzę, że długo jeszcze stać się 
nim nie będą mogły — bez pomocy myśli analitycznej i badawczej, bez pomocy filozoficznie 
i emocjonalnie ugruntowanych imponderabiliów, bez ambicji szerszych — w tym terenie się 
nie ujedzie. Przebiegają tu bowiem  granice sztuki. 
1948 

background image

 

69 

 
„Dawne dobre czasy" 
Chcąc mówić o tej powieści, trzeba najpierw rozładować atmosferę, jaka towarzyszyła jej 
ukazaniu się, ów splot okoliczności, sugestii, sądów i pogłosek, który niejako oprządł książkę, 
zanim jeszcze dotarła do czytelników. Przy tym książce, która otrzymała nagrodę 
."Odrodzenia", różni usłużni a niezbyt zręczni i do trafiania kulą w płot skorzy krytycy już z 
góry przypięli etykietę, zabarwienia ideowe określonej maści, ukuli legendę, która widocznie 
była im nader na rękę (klasyczna pod tym względem była recenzja Józefa Sieradzkiego w 
„Dzienniku Polskim") — legendę, absolutnie. konfrontacji z samym dziełem nie 
wytrzymującą. Ci fałszywi komentatorzy wyświadczyli autorowi niedźwiedzią zaiste 
przysługę, przedstawiając jego powieść jednostronnie i prostacko, gdy w istocie jest ona, jak 
każdy twór pisarza-mózgowca — a za takiego niewątpliwie uznać należy Brezę (ten typ 
prozaika stanowi przeciwieństwo do typu emocjo-nalno-zmysłowego, jaki reprezentuje 
kontrkandydat Bre-zy do nagrody — Żukrowski) — dziełem złożonym, ukazującym 
wielorakie perspektywy moralne każdej sprawy. Relatywizm moralny, wynikły z bardzo 
przenikliwego widzenia psychologicznej podszewki ludzkich stosunków, przepaja książkę; 
relatywizm, który wyklucza wszelką określoną tendencyjność czy pasję etycznego 
wartościowania zdarzeń. Zdanie Talleyranda: „Zechciejcie zauważyć, że ja nie pochwalam 
ani nie potępiam, lecz tylko — 
* Tadeusz Breza: Mury Jerycha. Powieść. „Czytelnik", 1948. 
opowiadam" — mogłoby tu mieć zastosowanie jako motto. Jakim cudem pp. Kott, Sieradzki 
itp. dopatrzyli się w Murach Jerycha skrystalizowanej oceny faktów historycznych, satyry 
politycznej czy społecznej — to już ich tajemnica. W każdym razie swoim uznaniem i swoją 
charakterystyką książki speszyli czytelnika, który zląkł się z góry, na zapas, że spotka go 
demagogia i nieartystyczna łatwizna. „Chłostać biczem satyry" sanację, gdy tak niedawno 
ochłostała ją historia — to nazbyt łatwo i niezbyt smacznie; zaś wychwalać nowe czasy, gdy 
stoimy zaledwie u ich progu, gdy nie skrystalizowała się jeszcze forma i treść ich 
problematyki moralnej — to znowuż nazbyt trudno. Toteż czytelnik zląkł się bardzo, że 
pomimo szacownego składu jury nagrody „Odrodzenia" — przy udzielaniu tej nagrody 
kierowano się raczej kryteriami ' polityczno-ideologicznymi niż literackimi. Tak myślał 
niejeden, lecz mile się rozczarował. Nagrodzono w istocie książkę na wskroś literacką, nie 
łatwiznę, ani tendencyjną -demagogię, nie żadną „satyrę" na okres rządów sanacji, lecz raczej 
— tak sądzę — próbę wewnętrznej rehabilitacji, usprawiedliwienia czy psychologicznego, 
bezstronnego prześwietlania tego okresu, próbę wskazującą drogę do jego istotnego 
zrozumienia. Przy tym obiektywizm pisarza zaopatrzonego w duchowy mikroskop, jeśli już 
jest tu zamącony jakąś nutą osobistej tendencji — to raczej może nie całkiem świadomym, 
lecz niewątpliwie przepajającym książkę — sentymentem do przedstawionego okresu. Tak — 
to wcale nie żarty — wszak całe pokolenie inteligencji, do którego należy Breza, wzrastało i 
dojrzewało w okresie pomajowym, w moralnej, dialektycznej i politycznej atmosferze 
piłsudczyzny, a zwłaszcza w klimacie jej temperamentu — niewątpliwie nader polskiego, 
zgoła sarmackiego. Trudno przypuścić, żeby atmosfera ta, sugestywna, wszędzie obecna, po 
prostu natrętna, nie wywarła swego wpływu, nie urzekła chociaż trochę pisarza tak 
przywiązanego do swego tworzywa, tak wyraźnie rozkoszującego się przepyszną soczystością 
psychologiczną swych postaci, tak lubiącego materiał psychologiczny, ociekający 
autentyzmem — oczywiście kreowanym przez autora, a więc dla innych ludzi również nieco 
relatywnym, tyle bowiem jest światów, ile par oczu na tym świecie, choćby patrzyły one 
przez psychologiczny 
138 
mikroskop czy historyczny teleskop — względność wi-dzenia to stara dewiza pisarstwa i 
malarstwa. Większą chyba pewność i jednoznaczność osiąga się przez intros-pekcję — 

background image

 

70 

pamiętajmy, że już czcigodny Kartezjusz uznał istnienie własnej jaźni za pewniejsze od 
istnienia otaczającego nas świata — w myśl tej zasady bardziej miarodajny i budzący wiarę, 
mniej relatywny jest dla mnie nie całkiem może przez Brezę sobie uświadomiony, lecz w 
istocie przepajający jego książkę sentyment artysty--psychologa do czasów już 
skrystalizowanych i zamkniętych — niż jego definicja i charakterystyka tych czasów. W 
stwierdzenie, że sentyment taki jest faktem, nie należy wkładać żadnego zabarwienia 
inwektywy, nie ma ono charakteru drwiącego czy denuncjatorskiego, to po prostu 
stwierdzenie starego jak sama literatura zjawiska, że pisarz kocha prototypy swych postaci 
bez względu na swój moralny do nich stosunek czy nawet konkretne z nimi związki. Młody 
Balzac zachwycał się pono doskonałymi, typicznymi postaciami oszustów, którzy wykiwali 
go, gdy chciał założyć własną drukarnię, wyzyskując jego naiwność i niepraktyczność, 
wstrzymał się nawet podobno z wystąpieniem przeciw nim. na drogę sądową, tyle miał dla 
nich sentymentu i wdzięczności jako dla przyszłych postaci jego powieści. Conrad w 
przedmowach do swych książek z pietyzmem, niemal z miłością, opisuje okoliczności, jakie 
zetknęły go z rozmaitymi drapichrustami, z których zrobił potem niezapomniane w swej 
groteskowej czy przerażającej prawdzie psychologicznej postacie Schomberga, Donkina, 
Jonesa lub Ricarda. Zaś jeśli chodzi o sentyment do całej epoki, to nie zapomnijmy, że 
katastrofalny dla Francji w swych historycznych skutkach okres cesarstwa Napoleona III 
(wykazujący zresztą dużo politycznych i psychologicznych analogii do naszych czasów 
„sanacji") zapłodnił wielu pisarzy i artystów, odcisnął swe piętno na różnych artystycznych 
stylach i stylikach, nie był pozbawiony swoistego blasku. Słowem — fakt, że Breza stał się 
pośmiertnym bardem sanacji, stwierdzam bez cienia złośliwości, raczej z uznaniem dla jego 
literackiej bezstronności i bezinteresowności. Peszy mnie jedynie trochę rozbieżność tego 
sądu z sądami innych recenzentów: tam, gdzie oni dojrzeli satyrę i krytykę,  widzę  raczej  
próbę  obiektywizacji  i dążenie 
139 
do bezstronnego zrozumienia, nierzadko nawet rehabilitację czy zgoła apologię. Jest to — 
sądzę — w książce tak wyraźne i ważne — że postanowiłem nawet podkreślić to w tytule 
niniejszych impresji. „Dawne, dobre czasy" to wcale nie ironia czy złośliwość: dla pisarza 
dobre są te czasy, które dają mu materiał odpowiadający gatunkowi jego twórczych 
zainteresowań, jego talentu. 
Po cóż tyle objaśnień, wyjaśnień, zastrzeżeń, przeproszeń — powie może zniecierpliwiony 
czytelnik — wal pan nareszcie jasno i wyraźnie, jak się panu podoba książka Brezy albo — 
jak się ona panu nie podoba: dobra czy zła, słusznie dostał nagrodę, czy nie?! Otóż — powoli, 
powoli! W dzisiejszych czasach ścisłego zmieszania i wzajemnego przeniknięcia się literatury 
z polityką, z problemami społecznymi i ideologicznymi, nie można tak bez omówień i 
papierków lakmusowych obchodzić się z książką, którą tej miary krytyk co Kazimierz Wyka 
nazwał powieścią o polityce. Określenia tego zresztą nie uważam za całkiem słuszne. Mury 
Jerycha nie są powieścią o polityce takiej, jaką ona była, lecz — powieścią o polityce takiej, 
jaką ona mogła być. Bre-za rozwija rzeczywistość historyczną, wyciąga z niej konsekwencje, 
nadbudowuje fakty fikcją, lecz fikcją, której korzenie tkwią w tych faktach; nie przedstawia 
historii politycznej czasów pomajowych, lecz, wyzyskując jako podstawę materiał dany, 
dopisuje historię, z faktów rzeczywistych wyciąga konsekwencje, jakich nie było, ale jakie 
mogły były być, może nawet powinny były być. Jakiś to polityczny surrealizm, świadectwo 
twórczej, nie naśladowczej postawy autora wobec życia — postawy, która pomimo aparatu 
widzenia nie pozwala uznać Brezy za zwykłego, w potocznym, zwulgaryzowanym zresztą 
tego słowa znaczeniu — realistę. Świetnie puszcza w ruch postacie wzięte z realnego życia, 
znakomicie maluje ich psychiczny mechanizm, źródła i tło ich impulsów, lecz nie 
zapominajmy ani na chwilę, że w istocie są to postacie i wypadki, choć mające za prototyp 
postacie i wypadki kiedyś rzeczywiście istniejące — zmyślone, powieściowe. Nie mam do 

background image

 

71 

niego o to najmniejszej pretensji, przeciwnie, pochwalam to — to jest właśnie rola pisarza, 
twórcy — jeśli tę sympatyczną mi fikcyjność książki podkreślam, to tylko dlatego, aby 
zrównoważyć mylny a 
140 
rozpowszechniony pogląd, jakoby ¦całkowicie wiernie i realistycznie malowała ona Sanację, 
Falangę itp. W istocie jest to złudzenie wynikłe z zewnętrznej analogii pomiędzy  niektórymi  
postaciami  i  wypadkami  powieści   a postaciami i  wypadkami  rzeczywistymi {np.  Papara  
— Piasecki. Czerski — Kostek-Biernacki itp.). Nie możemy zapominać, że postać wzięta z 
życia jest dla pisarza jedynie punktem wyjścia — nigdy punktem dojścia. Jak największa   
ilość   akcesoriów   zewnętrznych   zaczerpniętych z życia ułatwia jedynie start, daje barwę, 
punkt zaczepienia  dla  wyobraźni  — takie  bardzo  wyraźne  punk"ty zaczepienia 
konstruował sobie Kaden, posuwając się nawet aż do  parafrazowania  w powieściach 
nazwisk  osób" rzeczywistych, które były prototypami jego  postaci  (np. Francuz Coeur w 
Czarnych skrzydłach powstał na kanwie postaci   konkretnej,   której   nazwisko   brzmiało   
—   Pic!). Metoda ta ułatwia drogę realizacji literackiej fikcji, rezultatem  jej   są  postacie-
konglomeraty,  postacie,  którym istotną  treść   nadał   autor,   ugarnirowane   jednak,   
połączone   z   akcesoriami   realnymi,   zaczerpniętymi   z   życia. Oczywiście, owe prototypy 
mogą doszukiwać się w bohaterach powieściowych wykoszlawienia i przekręcenia swoich 
cech psychicznych, uważać swoją  obecność na  stronach książki  za  tendencyjny paszkwil 
— uderzające  to nieporozumienie,  bowiem  nie  o  to  tutaj   chodzi — one dostarczyły   
tylko   zewnętrznej    formy,   owego   kokonu, oprzędu, z którego wykluje się zupełnie nowy 
motyl. Pamiętam,  jak synowie Daszyńskiego  oburzali  się na Ka-dena za postać 
Mieniewskiego w Czarnych skrzydłach —. grozili nawet obiciem autora. Niesłusznie — nie 
było do tego powodu — Mieniewski jest postacią stworzoną przez  • Kadena,   tak   jak  
Papara   jest   postacią   stworzoną   przez Brezę   i  bezpodstawne  byłyby  pretensje   i   
sprostowania zgłaszane do niej przez Bolesława Piaseckiego. 
Wszystko, co powiedziano powyżej, tyczy się tak samo charakterystyki ruchów czy prądów 
politycznych. Sanacja nie była ani tak sympatyczna, ani tak inteligentna, ani tak świadoma, 
jak owa „sanacja X", to jest sanacja literacka stworzona w Murach Jerycha. Breza uskrzydlił 
sanację, wyciągnął z niej idealne konsekwencje, oczyścił ją z nalotu nieregularnej 
rzeczywistości, podając nam niejako rzut geometryczny na płaszczyznę wyobraźni, do- 
141 
skonale regularny jak jakiś arcysymetryczny kryształ, włożył w usta JaszczyJelskiego, Kozica 
na pozór brutalną i cyniczną, w istocie zaś subtelną, wyrafinowaną i nie pozbawioną swoistej 
etyki dialektykę, której nie spotkałoby się nigdy u poszczególnego sanatara wziętego osobno. 
Breza dokonał syntezy, zebrał rozsiane okruchy myśli w jedną postawę, dał ekstrakt sanacji 
tak sanacyjny, jak w rzeczywistości nie była ona nigdy. To samo z Falangą, której „szarzy" 
nawet członkowie wyposażeni zostali przez hojnego autora w światy psychiczne i ideowo-
dialektyczne zgoła nie spotykane. To idea Falangi w pojęciu Brezy; choćby została nawet, 
przypuśćmy, z prawdziwego materiału faktycznego wyciągnięta, wysublimowana 
prawidłowo, to jednak może być od swego pierwowzoru równie daleka jak filozoficzna idea 
rzeczy od samej rzeczy. Bowiem przy dokonywaniu powieściowej syntezy puszczamy w ruch 
konkrety często na nasadzie praw zgoła nie przyrodzonych i nie naturalnych: drobna rzecz, 
jaką jest tarcie i opór powietrza, sprawia, że rzucona po ziemi kula nie leci wiecznie, lecz 
zatrzymuje się. Różnica między kulą podlegającą tarciu i innym z abstrakcyjnie fizycznego 
punktu widzenia nieistotnym, lecz trudnym do obliczenia przeszkodom, a kulą w warunkach 
idealnej próżni — to różnica pomiędzy konkretnym pierwowzorem a opartą na nim literacką, 
twórczą, własnym życiem żyjącą fikcją. 
Pisarz realista (w najogólniejszym tego słowa znaczeniu) ma prawo konstruować fikcje i 
operować nimi, jeśli oprze je na prawdzie psychologicznej, jeśli przekonywająco skonstruuje 

background image

 

72 

również ich mechanizm psychiczny. Zaś w dziedzinie psychologii osiąga Breza niewątpliwie 
perfekcję wysokiej próby. Z typem jego metody psychologicznej, z jej bezstronnością, 
przenikliwością, a zarazem z satysfakcją, jaką udane jej stosowanie sprawia autorowi, łączy 
się sprawa jego wyrozumiałości wobec świata, wyrozumiałości często prowadzącej go niemal 
do niespodziewanej, nieświadomej może apologii zjawisk, które w zasadzie odmalował jako 
ujemne. Zarówno sanacja jak i Falanga zostały w tej książce wyidealizowane, przedstawione 
jako bardziej skrystalizowane, świadome i silne, niż były w rzeczywistości (zabawnym i 
pikantnym szczegółem jest fakt, że najmniej wyraźnie i przekonywająco 
142 
przedstawiona tu została lewica — zresztą — nie mów hop — poczekajmy do następnych 
tomów). Ta wyrozumiałość prowadząca do niespodziewanych idealizacji, pochodzi u autora 
Murów Jerycha z całkowitego skupienia uwagi   i   zainteresowania   na   mechanizmie   
psychologicznym postaci — w wykrywaniu zależności, motywów, demaskowaniu utajonych 
drgnień psychicznych osiąga Bre-za   niebywałą   perfekcję   i   przenikliwość   —   w   
książce mnóstwo  jest perełek psychologicznych spostrzegawczości — 'znakomitych 
obserwacja, wspaniałych uwag. Obnażaniu aparatu psychicznego swych postaci poświęca się 
tu autor  z   takim   pietyzmem,   z  taką   miłością   niemal,   że trudno  potem   wymagać  od  
niego,   aby  je  wartościował moralnie, aby je oceniał negatywnie — jakżeż może to-zrobić 
wobec ludzi, którzy dali mu okazję do zademonstrowania na swoim wnętrzu tak wspaniałej 
umiejętności. Stąd brak zasadniczego wydźwięku etycznego książki („ja nie pochwalam ani 
nie potępiam — tylko opowiadam"). Przypomina to nieco Kadena — jak w ogóle zresztą 
zbliżone są metody psychologiczne obu pisarzy. Jeden i drugi, pokazując łańcuch zależności 
motywów psychologicznych swych postaci, jednocześnie przygotowuje dla nich 
usprawiedliwienie: każdy człowiek ma swoją rację, autor widzi i tłumaczy tę rację, 
skwapliwie wchodzi w każdą ze swych postaci, na chwilę utożsamia się z nią i solidaryzuje, 
staje się  jej  adwokatem.  „Kompromitacjonizm" (termin Irzykowskiego) łączy się 
nierozdzielnie z „rehabilita-cjonizmem"  (to  już mój potworny nowotwór). Człowiek 
zdemaskowany mniej zasługuje na potępienie — zawsze znajdą   się   jakieś   okoliczności   
łagodzące   —  roztoczenie przed  czytelnikiem obrazu   psychicznego  wszystkich  postaci 
pociąga za  sobą  pewną bezinteresowność moralną i autor, pan i władca tego namalowanego 
obrazu, ma doń dobrotliwy   stosunek   twórcy   —   niczego   nie   potępia, jedynie    się   
napawa.   Swoje   utożsamienie    się    z   postaciami powieści posuwa Breza tak daleko, że 
daje im wspólny   język   —   swój   własny.   Język   to   specjalny: odrębny,      czasem      
nieco      wymuszony      i      męczący,, zawsze     odkrywczy     i     oryginalny,     
„chodzący"     według   swoistego,   charakterystycznego   rytmu.   Wszystkie-postacie 
powieści myślą i mówią tym językiem. Gdy Sać opowiadając o uratowaniu chłopca przez 
Czerskiego, mó- 
14% 
wi: „Rękę miał widoczną na krawędzi lodu, zastaw powrotu, pięciopalczastą kotwicę, którą 
trzymał się nie dna, ale powierzchni" — to jasne jest, że tu opowieść Sacia referuje autor — 
żaden skromny, realistyczny Sać tak by nie mówił. Ta jednolitość języka, sankcjonująca 
niejako wszechstronność autora, jeszcze bardziej, obok merytorycznego „politycznego 
surrealizmu", odrealnia powieść. W swoim czasie Pewien Poeta, ubolewając nad rzekomym 
upadkiem powieści (teza, którą lansował zresztą w sposób bardzo przekonywający) twierdził, 
że zasadniczym punktem tego upadku jest skonwencjonalizowanie powieści realistycznej, zaś 
z kolei symptomów tego skonwencjonalizowania dopatrywał się w nieprawdopodobień-stwie 
faktu, że autor wie, co się dzieje w wszystkich postaciach, oraz w nierealności dialogów'— 
wszak nikt takim językiem nie mówi w życiu. W Murach Jerycha miałby on dla swej tezy żer 
nie lada; osobiście sądzę, że nadprzyrodzona wszehobecność autora oraz wyszukany styl 
przemówień działających postaci, tej książce nie szkodzą, bowiem jest to raczej powieść o 

background image

 

73 

myślach niż o czynach — stąd jest ona znacznie mniej realistyczna, niż się to niektórym 
zdaje, a także mniej moralna i w ogóle mniej merytoryczna. W istocie Mury Jerycha 
nawiązują do dawnych, przerwanych przez wojnę dróg powieści polskiej — bardzo bystre 
było spostrzeżenie Kazimierza Wyki, który podkreślił ich łączność z Adamem Grywałdem, 
pierwszą, chyba przed dziesięciu laty wydaną, książką Brezy. Niewątpliwie jest między tymi 
utworami, pomimo wielu krańcowych niemal przeciwieństw, jakiś pomost, jakaś wspólność 
— czy to w temperaturze i gęstości dusznego i dziwnego trochę, choć w istocie precyzyjnego 
języka („gęsta, lepka proza", z której wyśmiewał się Gałczyński), czy w miejskości i 
salonowości tła, może w powolnym, mozolnym jakby posuwaniu się akcji, a może w o-wym 
obserwatorskim amoralizmie. W każdym razie linia jest — niewątpliwie twórcza i 
indywidualna. 
Tak więc, półgębkiem, dla samego siebie niespodziewanie, chwalę Brezę, choć książka ta w 
pierwszej chwili pomimo znakomitych iskier bystrości, przenikliwości i ar-cyinteligentnej 
spostrzegawczości raczej mnie zmęczyła, niż porwała. Dobrze jednak się stało, że taka 
właśnie książka dostała nagrodę  „Odrodzenia" — świadczy to  o 
144 
ciągłości i nieodwracalności naszych prądów literackich — mimo wojny i okupacji, oraz o ich 
odporności na wszelkie sztuczne, nie wyrastające z organicznego rozboju sugestie. Nie 
rozumiem tylko, dlaczego ta książka podoba się pp. Sieradzkiemu, Szczepańskiemu i 
Kottowi. Oni też pewno nie wiedzą, dlaczego — a ja wiem, dlaczego po-winna im się nie 
podobać, tak jak wiem, dlaczego panom z „Kuźnicy" powinno się nie podobać Jezioro 
Bodeńskie Dygata (z tych samych powodów, dla których mnie się ono bardzo podoba). Nie 
piszę tego po to, aby „Kuźnica" wypędziła Dygata, przeciwnie, życzę mu, aby zakwitał w 
Łodzi długie lata, chciałbym tylko po prostu wiedząc, na jakiej zasadzie grupują się pewne 
ośrodki ideowo-literackie — bo jakoś nie mogę tego zrozumieć. Ale zresztą to jest już 
całkiem inna historia. 
20 X 1946. 
„Mitologia" zwycięża 
O książce tej  mam sąd w pewnym stopniu dodatni — nie dlatego, żebym się z nią zgadzał — 
przeciwnie — uważam ją za zasadniczo błędną, błędną w metodzie i konkluzji, przy tym 
zawierającą wiele nieporozumień i nieścisłości. Lecz widzę w niej kardynalną zaletę: jest 
szczera i to szczerością entuzjastycznego przekonania — choć w wynikach swych niemal 
tragiczna. Muszę się przyznać, że szczerości tej nie mogłem dojrzeć w artykułach Kotta, 
stawiających go w nieco innym, znacznie mniej sympatycznym świetle, niż czyni to książka. 
W książce czuje się rzeczywisty wysiłek ustalenia i zdefiniowania swojej postawy, choć 
przeważnie tylko negatywnej — w artykułach jest natomiast jedynie zręczne i gładkie 
definiowanie tez efektownych, lecz nie udowodnionych, często w jaskrawy sposób 
sprzecznych z faktami, oraz stosowanie zabójczej dla intelektualisty zasady, że cel polityczny 
uświęca wszelkie środki. Taki już los intelektualisty, który bierze się do polityki. Dla Kotta 
zresztą nie jest to zapewne problemem — nie uznaje on pojęcia „klerk" ani odrębnej 
moralności intelektualistycznej, najważniejszym — jak stwierdza — celem jest konkretne 
działanie społeczne i tylko taki intelektualizm jest coś wart, który to działanie ułatwia, służy 
mu. Stąd nieustanne ataki Kotta na wszelkie dziedziny myśli autonomicznej, istniejące same 
dla siebie, w oderwaniu od zjawisk społecznych; do dziedzin tych zalicza on zresztą 
• Jan Kott: Mitologia i realizm. „Czytelnik", 1946. 
146 
również nauki ścisłe (ataki na nauki przyrodnicze i matematyczne są w jego książce częste — 
jest w tym niewątpliwie odwaga szczerości). Cała ta postawa niebezpieczna jest dla 
intelektualisty — speca od myślenia, którego pierwszym przykazaniem winna być 
bezinteresowna sumienność metody, drugim szacunek wobec empirycznie stwierdzonej 

background image

 

74 

rzeczywistości. Kott, czasem, gdy za bardzo •zapędzi się w politykę i za bardzo już stawia 
argumenty na głowie, popadając w konflikt z własnymi założeniami, faktami, nawet ze 
zdrowym rozsądkiem — zaczyna czuć się trochę nieswojo, trochę mu wstyd porzuconej 
sumienności metodologicznej, trochę jednak żal zdradzonego klerkizmu. Otrzeźwia się jednak 
realistycznymi i zręcznie pomyślanymi argumentami o rewolucji, która nie zmienia ludzi, a 
tylko tworzy okazję do działania, o „apokalipsie, która chcąc wszystkiego i wszystkiego 
zaraz" jest w istocie — zdradą rewolucji, wreszcie cytatą z Mal-raux: „Myśleć o tym, co być 
powinno, zamiast o tym, co by się dało zrobić, to wstrętne, to trucizna". Uspokoiwszy 
sumienie, pisze takie artykuły jak ów o węglu lub o awansie społecznym, w których nie 
wiadomo — świadomie, czy nie — popada w absolutną utopię, w kolizję z determinującą 
polityka rzeczywistością — i — co gorsza — w kolizję z własnymi założeniami, które 
definiuje również cytatą z Malraux: „Nie ma myśli politycznej poza porównywaniem jednej 
sprawy konkretnej z inną sprawą konkretną, jednej możliwości z drugą możliwością". 
Niestety — taka myśl polityczna jest i to właśnie w artykułach Kotta; pisząc je, zdaje się on 
nie dostrzegać decydujących faktów — a jeśli je dostrzega, załatwia się z tym szybko, bardzo 
idealistycznie, wątłymi argumentami o awansie moralnym. 
Jeszcze gorzej, gdy Kott całkiem już rezygnuje z wszelkiej metody myślowo-dialektycznej, 
miast argumentować zacietrzewia się i zagłusza własne rozdwojenie wewnętrzne 
najzwyklejszą demagogią, namiętnymi, lecz mało znaczącymi wykrzyknikami (porównaj 
felieton Kropka nad i w nrze 62 „Przekroju"). Budzi wtedy zaskorupiałą zajadłość u 
bezsilnych w tym wypadku przeciwników, a zażenowanie u rozsądniejszych zwolenników. 
Jedno i drugie — uczucia z każdego punktu widzenia niepożądane. 
147 
 
Jeśli zacząłem od mówienia rzeczy krytycznych o Kot-cie-publicyście politycznym — to 
dlatego, że chcę uwolnić się od wszelkich urazów i kompleksów niechęci, jakie budzi we 
mnie jego publiczna działalność — by z tym większym obiektywizmem i sprawiedliwością, 
na jaką tylko mnie stać, móc zanalizować intelektualny ładunek jego książki. Aby już zrzucić 
z wątroby wszystko, nadmienię, jeszcze, że jakby przykrymi zgrzytami są w tej książce 
niektóre, drobne zresztą demagogiczne passusy, jak wzmianka o „dyktaturze wojskowej 
jezuitów w Paragwaju" czy nieuzasadniony, ironiczny atak na nowożytną fizykę i nazwanie 
Jeansa „wulgaryzatorem" (s. 73). Dziwią również pewne twierdzenia oczywiście błędne (np. 
stwierdzenie, że tragedia antyczna wyeliminowała element przypadku!), pomyłki 
chronologiczne, niedokładności rzeczowe, jednostronne cytaty (np. z Conrada; w swoim 
czasie Maria Dąbrowska właśnie cytatami udowadniała wewnętrzne skłonności religijne 
Conrada). Wszystkie te rzeczy, w zasadzie drobne i niezbyt istotne, podrywają jednak 
rzeczowe zaufanie do książki, przypominając Kot-ta-polityka, twierdzącego (szczerze — 
przyznajemy mu to), że nie metoda jest ważna, lecz działanie. Ale przejdźmy nareszcie do 
samej rzeczy. 
Postawa wobec literatury zajęta przez Kotta w jego książce budzi we mnie zastrzeżenia w 
dwóch zasadniczych punktach. Punkty te to nie zdefiniowane wyraźnie, bo nazbyt dla autora 
oczywiste, aby potrzeba je definiować (nie mówiąc już o ich uzasadnianiu!), założenia 
metodologiczne książki. Pierwsze założenie głosi, że literatura nie tyle jest sztuką, co 
wyrazem postaw intelektualnych, światopoglądów, obrazem przemian społecznych itp. To 
skupienie uwagi na intelektualnym i społecznym podłożu literatury utrudnia zrozumienie i 
właściwe oświetlenie niektórych jej okresów (nadrealizm). Będąc wychowany na formalnych 
dyscyplinach najbardziej abstrakcyjnej i autonomicznej ze sztuk — muzyki, zawsze skłonny 
byłem przenosić per analogiam rządzące nią prawa do innych dziedzin sztuki — więc i do 
literatury, i muszę powiedzieć, że metoda ta dopomaga w wielu wypadkach, gdy wyłącznie 

background image

 

75 

intelektualna analiza nie daje zadowalniających rezultatów (jest to jakby czysty empiiryzm w 
stosunku do analizy i dedukcji). Sądzę, że każdy krytyk i badacz 
148 
literatury winien w celu uwszechstronnienia i wzbogacenia swej metody posiąść dyscyplinę 
jakiejś innej sztuki. Oczywiście — w metodzie porównywania sztuk i wyszukiwania 
paralelizmów między nimi nie można iść za daleko — zwłaszcza jeśli chodzi o pracę 
literacką. Wszak sam Witkacy, apostoł formalizmu, twierdzi, że powieść nie jest dziełem 
sztuki. Trochę w tym przesadził; nigdy nie można zapominać że proza literacka powstała z 
bezinteresownego opowiadania ciekawych i raczej wyjątkowych, frapujących historii — 
zwłaszcza Kott, klasyk i entuzjasta metody genetycznej, nie powinien o tym zapominać. 
Rozpatrywanie literatury wyłącznie z punktu widzenia jej postawy światopoglądowej i jej 
celowości społecznej, jej pozytywnego, negatywnego lub obojętnego stosunku do dynamiki 
przemian historycznych sprawia, że potężnego, magicznie sugestywnego wpływu niektórych 
jej okresów ani wyjaśnić, ani odtworzyć nie sposób. Zawarta np. w książce Kotta analiza 
źródeł ideowo-filozoficz-nych oraz społecznych nadrealizmu nie mówi nam nic o 
nadrealizmie jako zjawisku estetycznym, nie tłumaczy jego wpływu, w ogóle jest właściwie, 
jako analiza artystyczna — zgoła żadna. Zawiera się w tym jałowość i bezsilność metody 
genetycznej wobec dziejów sztuki (ani „mitologia", ani realizm w ujęciu Kotta nie mają nic 
wspólnego z problemami estetyki); potrąca ta sprawa o stare spory zwolenników autonomii i 
bezinteresowności sztuki z „użytkowcami". Oczywiście — nie można mówiąc o literaturze 
popaść w żadną z tych krańcowości, bo proza nie jest sztuką czystą, jak malarstwo czy 
muzyka, choć niewątpliwie jest sztuką. W każdym bądź razie jednostronna pozaestetyczność 
zainteresowań Kotta w tej dziedzinie sprawia, że popada on w swego rodzaju literackie 
sekciarstwo: staje się apostołem pewnego tylko rodzaju literatury, niezdolny zaś jest do 
napawania się jej bogactwem i różnorodnością, do percepcji różnych rodzajów, gatunków, 
epok i stylów, do zjednoczenia ich wszystkich przez wyśledzenie pewnych wspólnych im, 
niezmiennych praw estetycznych (pojęcia „wiecznych i niezmiennych praw" boi się Kott jak 
ognia — stąd jego konflikt z religią, z estetyką i co najbardziej powinno mu dać do myślenia 
— z nauką). Dam tu przykład z muzyki: każdy   muzycznie   rozwinięty   człowiek   wie,   że   
wielki 
149 
i twórczy był zarówno Bach jak i Debussy, zarówno Beethoven jak i Strawiński, zarówno 
Wagner jak Proko-fiew, wie, że różne kierunki twórcze, choć w swoim czasie zwalczały się, 
przezwyciężały i następowały po sobie — dziś istnieją równorzędnie jako różne konieczne 
elementy wielkiego, bogatego obrazu ogólnego muzyki. To jest postawa humanistyczna 
wobec ludzkiej twórczości i tej postawy Kott nie jest w stanie zrozumieć ani przyjąć; ma 
punkt widzenia diametrialnie przeciwny; wobec dziejów literatury stosuje metodę czynną, 
eliminacyjną.;, Wie, co jest dobre i co złe, złe gromi, dobre chwali. Dlatego też nie uważam 
go za humanistę-: to apostoł* inkwizytor, Savonarola „społecznego realizmu".                        
¦:¦ . Z';tą właściwością Kotta łączy się i drugie, nie zdefiniowane założenie jego książki.  
Założenie to — to jego 
wizja poznania. Podczas gdy irracjonalistyczny moralista 
czy naukowy pozytywista empiryk (obie postawy Kottowi są nader niemiłe) wyobraża sobie 
poznanie jako szukanie  drogi w grubych ciemnościach za pomocą ręcznej latarki, albo też 
jako rąbanie ścieżki w nieznanym lesie, Kott sądzi, że poznanie, to zapalenie wielkiej lampy, 
która o-świetli nam wszystkie kąty ogromnej, ale w istocie nie zawierającej żadnych tajemnic 
izby bytu. Postęp, którego jest entuzjastą, polega tylko na walce o możliwość zapalenia owej 
lampy, o oświetlenie wszystkich kątów — co na pewno nastąpi, bo w istocie izba jest 
najzupełniej wymierna, uchwytna — nic w niej nie ma tajemniczego. Na razie można już w 
ogólnych zarysach zbadać jej kształt i rozmiar, udowodnić na pewno, że nie ma w niej 

background image

 

76 

żadnych nieregularności ani tajemnic. Myśl, że jakieś niere-gularności czy autonomizmy 
mogłyby istnieć, jest Kottowi nad wyraz wstrętna — nie znosi on marginesów, wyjątków, 
luzów. Ma umysł pokratkowany, kratkujący wszystko, bo nigdy nie przyjmie hipotezy, że 
rzeczywistość mogłaby nie być rządzona tymi samymi prawami, jakie rządzą jego umysłem. 
Stąd nienawidzi wszystkiego, co, choćby w oparciu o nienaganną metodę empiryczną, 
podważa jasność i konkretność, co zakłada istnienie tajemnicy. Dlatego też obok metafizyki i 
dogmatyki objawionej równie zajadle zwalcza... nauki ścisłe. Nowożytna fizyka, 
stwierdzająca nieciągłość materii, to dla niego — mitologia.  Jest w tym przynajmniej 
szczerość i konsek-- 
150 
wencja — bardzo godna polecenia podszywającemu się wciąż pod naukowość towarzyszowi 
Kotta — Żółkiewskiemu. Kott bardzo nie lubi czystej metody naukowej — jak w ogóle nie 
lubi żadnej metody autonomicznej. Niechęć do nauki przypieczętowuje następującymi 
słowami: „Jeżeli prawem każdego rozwoju jest walka przeciwieństw, jeżeli człowiek jest 
postacią harmonijną i posłuszną prawom przyrody, wewnętrzny konflikt moralny jest 
przypadkiem, dramat ludzki — błędem poznania, o-myłką w rachunku. Dobro i zło 
przemienia się w prawdę i fałsz, problematyka moralna utożsamia się z doświadczeniem 
laboratoryjnym lub dyskusją logiczną. Powstają' wtedy moralności typu Gide'a poszukującego 
po wszystkich częściach świata dziesięciorga przykazań, aby nazajutrz obalać je zarzutem 
nieprawdy" (s. 148). 
Jest w tym chorobliwy sceptycyzm i podejrzliwość — brak wiary we wszelką metodę, będącą 
choć w części niezależnym tworem ludzkiego umysłu — biorącego zresztą zawsze w swych 
metodach poznawczych wzór z natury. Kott nie ma zaufania również do natury — wyśmiewa 
się z ,',biologizmu", twierdzi, że umysł ludzki winien przeciwstawić się naturze i to zarówno 
zewnętrznej, otaczającej'go, jak i tej, której jest sam cząstką, o której uczy przyrodnicza w 
istocie dla ateisty nauka — psychologia. Odrzuca Kott, a raczej w ogóle nie rozpatruje 
koncepcji chrześcijańskiej, która uważa świat za harmonijny, a człowieka za wyjątek, 
odróżniony od świata przez skażenie grzechem pierworodnym oraz przez posiadanie rozumu i 
wolnej woli. Chrześcijańska koncepcja walki z własnymi namiętnościami, wynikającymi z 
praw przyrody, jest uzasadniona tajemnicą grzechu pierworodnego. Nie wiemy natomiast, w 
imię czego umysł laicki ma się przeciwstawiać naturze i jej namiętnościom (co Kott, jak się 
wydaje, zaleca) — jeżeli z góry, programowo wyeliminowany zostaje wszelki element 
nadprzyrodzony absolutu, tajemnicy. Niby w imię owego „społecznego realizmu" i 
konieczności „historycznego działania". Lecz   co   to   właściwie   jest   i   na   czym   się   
opiera? 
Tu docieramy do sedna sprawy. Jak powiedziałem, metoda'Kotta jest metodą eliminującą. 
Konsekwentnie eliminuje on i tępi wszystkie „mity". Pomijając już mit religijny, odrzucany w 
samym założeniu (książka zajmu- 
151 
je się tylko: „mitologią laicką") zwalcza Kott po kolei wszystko to, co w dziejach myśli 
ludzkiej dążyło do jakiegokolwiek stałego systemu praw metodologicznych, u-
możliwiających poznanie, wszystko co zakładało istnienie jakichkolwiek prawd stałych, 
wszystko wreszcie co usiłowało ująć zmienność bytu w jakieś niezmienne, ogólne zasady. 
Wszystko to są dla Kotta mity, wszelki wysiłek uogólniający umysłu ludzkiego uważa on 
bowiem za wrogą abstrakcję. Kolekcja tych mitów wcale jest bogata: należy tutaj i 
światopogląd czysto naukowy, i- irracjonalizm, i romantyzm, i pozytywistyczne ideały 
rewolucji mieszczańskiej, i biologizm, i nietzscheanizm, którego linię poprzez Lafcadia z 
Lochów Watykanu prowadzi Kott aż do faszyzmu (najciekawsza część książki — choć i tu za 
wiele jest uproszczeń) i wreszcie „laicki tragizm" Conrada (nb. sprawa Conrada ujęta — 
uważam — nie całkiem słusznie — pominięta została Smuga cienia, w której sformułowane 

background image

 

77 

są metafizyczne niemal ujęcia idei obowiązku — coś prawie jak kategoryczny imperatyw), i 
fre-udyzm, i... — słowem wszystko -— prócz ułaskawionego Stendhala, Voltaire'a i niezbyt 
interesującej apologii Tacyta. Jak dotąd — niemal same mity. Cierpliwy czytelnik, 
przebrnąwszy przez tyle krytyki i negacji, przez tyle „Obalonych i przezwyciężonych" 
systemów i prawd, spostrzega z przerażeniem, że do końca książki pozostał mu tylko jeden 
dziesięciostronicowy rozdział, a dotąd nie dowiedział się, co Kott da mu na miejsce tego 
wszystkiego, co odebrał, w co pozwoli mu wierzyć, co wreszcie nie jest mitem. Zgłodniały 
rzuca się na ów ostatni rozdział pt. „Historia miarą człowieka". I oto następuje wielki zawód. 
Cała. książka okazuje się w istocie tylko książką o tym, czego Kott nie lubi. Realizm, na który 
oczekiwaliśmy tak długo, pławiąc się w krytyce mitologii, okazuje się fikcją — Kott nie 
definiuje go, choć z takim zapałem definiował stanowiska przeciwne. Cała część pozytywna 
nie daje nic — albo prawie nic. Niejasne ogólniki o społecznym realizmie, „społeczne pojęcie 
braterstwa" i — tworzenie historii — lecz też nie wiadomo, w myśl jakich zasad i w ogóle — 
po co? Minimalizm sceptyka — tym Kott nie nakarmi nikogo — umysł ludzki nie zrezygnuje 
z abstrahowania, nie może ukontentować się kilku   najogólniejszymi   zasadami   
praktycznymi,   nie  za- 
152 
spokoi się gołosłownym nawoływaniem do walki i zmiany, walki — o co? zmiany — po co? 
Życie dla życia, zmiany — dla ruchu, dla samego dążenia — to światopogląd przeraźliwie 
jałowy i zimny (właściwie trudno to nazwać światopoglądem, to raczej parę wskazówek i 
sugestii), zdolny obrzydzić życie i skłonić do samobójstwa. Do działania pozytywnego 
skoordynowanego nakłonić można człowieka bądź prawdą objawioną, bądź prawdą 
udowodnioną, bądź rozpaleniem w nim płomienia uczuć i namiętności biologicznych 
irracjonalnych czy apelujących do podświadomości. Lecz altruizm bez uzasadnienia 
wiecznego ani doczesnego, światopogląd bez rusztowania niezmiennych praw, nakaz 
działania bez namiętności i pragnień — czyż to nie gorsze od wszelkich mitów? Po obaleniu 
„mitologii" zostaje pustka i nuda. Gdyby się nie miało własnych założeń umysłowych i 
uczuciowych, lecz poddałoby się sugestiom książki Kotta, skłoniłaby ona do anarchii lub do 
kompletnej bierności i prostracji. Jest czysto negatywna, choć Kott działa w życiu bardzo 
energicznie i — w swoim przekonaniu — konstruktywnie. W imię czego działa? Widocznie 
powodują nim jakieś jemu tylko znane impulsy i uczucia. Lecz nam ich nie przekazał. 
Wspomniałem, że z książki tej bije entuzjazm przekonania. Jakiego? Otóż rzecz ciekawa: 
entuzjazm ten tyczy się samej metody rozpatrywania światopoglądów i impulsów. Kott-
intelektualista zapala się i podnieca negatywnie — raduje go metoda genetyczna, za pomocą 
której obnaża mechanizm „mitów", przez co — jak sądzi — dyskredytuje je. Z niebywałą 
satysfakcją pokazuje nam: o, patrzcie, to powstało z tego, a to z tego; a to — to jest po prostu 
tylko to. System podejrzeń — jak nazywał to Irzykowski. Nie rozumiem ani nie podzielam 
takich satysfakcji — jest w tym jakaś Schadenfreude. Nigdy nie byłem entuzjastą metody 
genetycznej — ten dreszcz jest mi nie znany, nie cieszy mnie mechaniczne wykrywanie 
związków i zależności. Wolę pięknego żywego człowieka, choćbym nawet nie rozumiał zasad 
budowy i funkcjonowania jego ciała, niż ciało to ukazane w swych wszystkich 
doskonałościach na stole w prosektorium, jeśli w dodatku sekcja każe mi zapomnieć o 
pięknościach jego — gdy jeszcze było żywe. Sądzę, że wiek- 
153 
szość ludzi podziela moje upodobania. Kott książką swoją, nie poruszy nikogo, nie ma on 
kwalifikacji na trybuna ludu, choć z zajadłością Savonaroli tępi mity. Entuzjazm jego nie jest 
zaraźliwy — jest jak fajerwerk zimnego ognia — nie zdolny nic zapalić. Choć głosi braters- • 
two:— jest samotny — bo za mało wierzy ludziom i — w ludzi. Zaś kto nie wierzy w absolut 
— musi wierzyć chociażby w ludzi. Książka Kotta przekonała mnie częściowo do niego, bo 
go demaskuje; Miała być przez krytykę' i ¦ walkę pozytywna, twórcza i pobudzająca ¦— w 

background image

 

78 

istocie jest tragicznie zniechęcająca. I w tym jej -— niezamierzona może— szczerość.               

21'fll 1946. 
 
Realizm, ale jaki? 
Pamiętamy zapewne wszyscy długą od marca 1945 r. na łamach rozmaitych czasopism 
toczoną dyskusję o realizmie, a raczej o realizmach prozy literackiej. Dyskusja była długa, 
niemniej jednak nie sądzę, aby doprowadziła do iakichś skrystalizowanych i łatwych do 
zapamiętania konkluzji: wydaje się, że dla przeciętnego czytelnika naszych, pism literackich 
problem: co jest a co nie jest realizmem powieściowym, pozostaje w dalszym ciągu 
problemem otwartym. Złożyło się na to parę przyczyn: z jednej'strony różnorodność 
koncepcji realizmu, których było wtedy tyleż niemal, co dyskutujących, i fakt, że nikt' z 
owych polemistów, dbających jedynie o zwycięstwo koncepcji własnej, nie troszczył się o to, 
żeby dać wyjaśnienie' wszechstronne, na różnych płaszczyznach mogące zmieścić w sobie lub 
co najmniej zneutralizować różne ujęcia (jedyną tego rodzaju ambitną próbą był świetny 
artykuł Edwarda Jastrzębia W sprawie realizmu, zamieszczony w poznańskim „Życiu 
Literackim"). Z drugiej stro-ny trudność jednoznacznego wyjaśnienia czym jest powieściowy 
realizm, wynikała z faktu, że główni dyskutujący "wówczas teoretycy tego problemu (Kott, 
Żółkiewski, Ważyk itp.) kilkakrotnie w ciągu ostatnich lat zmieniali swoje ujęcia, częstując 
publiczność najrozmaitszymi, częstokroć niespodziewanymi woltami (nieoczekiwana apolo-
gia ,(rewolucyjnego romantyzmu" w jednym z tegorocznych artykułów Żółkiewskiego, 
potępienie metody socjologicznej" przez Ważyka jako mieszczańskiej i drobno-empirycznej  
itp.).  Wreszcie nie bez znaczenia  dla  dezo- 
155 
rientacji czytelnika był fakt, że cała ta dyskusja toczyła się po trochu w oderwaniu od życia, 
nie dysponując wtedy jeszcze mogącymi ją zilustrować i skonkretyzować przykładami 
nowych, wydanych książek. Pod tym względem jesteśmy dzisiaj w sytuacji o wiele lepszej. 
Nawróćmy sprawę do punktu wyjścia. Jak odpowiedziałby na pytanie: co to jest realizm w 
prozie lite-rac-kiej? zwykły, nie uczony w piśmie, czytelnik. Odpowiedziałby niewątpliwie, 
że realizm w powieściach polega na przedstawieniu faktów tak, jak one naprawdę w życiu 
wyglądają. Na to ujęcie rzucają się jednak gwałtownie analitycy z prawa i z lewa, twierdząc 
nie bez słuszności, że powieść nie ma możności przedstawienia wszystkich faktów, że jest 
ona indywidualnie przez autora dokonywanym wyborem pewnych tylko faktów i że jedynie 
sposób, system dokonywania tego wyboru decyduje o realizmie lub nierealizmie dzieła. 
Poglądowi temu nie można odmówić pewnej racji, istotnie bowiem powieść jest zawsze 
jedynie indywidualnie dokonywanym wyborem faktów. Inna rzecz, że ktoś przekorny a 
sceptyczny mógłby z tego wyprowadzić wnioski dosyć pesymistyczne, jeśli chodzi o 
możliwości przedstawienia w powieści rzeczywistości obiektywnie realistycznej, mógłby 
powiedzieć, że tyle jest realizmów, ile systemów wyboru faktów, czyli — teoretycznie rzecz 
biorąc — ilu autorów, a więc — trochę po kantowskU — że rzeczywistość w powieści jest 
zawsze rzeczywistością postrzeganą kategoriami autora {niejako przez jego okulary), nie zaś 
rzeczywistością obiektywną. 
Przed tą groźbą relatywizmu bronili się zwolennicy realizmu powieściowego w rozmaity 
sposób. Jedni — epicy — usiłowali z fotograficzną wiernością gromadzić i rejestrować 
wszystkie fakty (tendencje te odziedziczyli niektórzy współcześni powieściopisarze 
amerykańscy) inni dążyli do wielostronnego i wyczerpującego przedstawienia mechanizmu 
załamywania się faktów zewnętrznych w psychice ludzkiej (Proust). Pierwsi narazili się na 
za-rzut mieszczańskiego (koniecznie!) naturalizmu, drudzy — na zarzut psychologizmu, 
zarówno zaś jedni jak i drudzy oskarżeni zostali — i to na pewno słusznie — o to, że pomimo 
wszystko nie robią nic innego, jak właśnie — dokonują wyboru faktów. 

background image

 

79 

156 
Wobec tego stanu rzeczy zwolennicy światopoglądów o kryteriach ściśle określonych, 
mających ambicje objęcia i sklasyfikowania wszystkich zjawisk świata ludzkiego (a więc 
zarówno materialiści jak spirytualiści) orzekli zgodnie, że decydującym dla realizmu dzieła 
(dla materialisty realizmem będzie bowiem przedstawienie świata w porządku 
materialistycznym, dla spirytualisty, w porządku spirytualistycznym, gdyż oba poglądy 
ujmują świat jako istniejący obiektywnie, realnie) jest sam moment wyboru faktów, system 
dokonywania ich selekcji. I doszli do wspólnej konkluzji: ten pisarz jest realistą, który w 
wybieraniu i grupowaniu faktów kieruje się względem na uwypuklenie znanego mu uprzednio 
ich wewnętrznego związku, mechanizmu ich stawania się, praw ich wynikania z siebie i 
zazębiania (w pierwszym wypadku praw o  charakterze materialnym, w drugim — 
spirytualnym). 
Lecz sceptyczny obserwator, którego rolę przyjęliśmy tu na siebie, mógłby zauważyć, że 
jedni i drudzy, domagając się od autora uwypuklenia w swym dziele systemu powiązania 
faktów opartego na ugruntowanym przekonaniu, czy choćby potwierdzonego uprzednimi, na 
innych faktach dokonanymi doświadczeniami — popadają w grzech bardzo przez siebie 
wyklinany —- w idealizm. Idealistyczna bowiem w pewnym stopniu jest postawa, nakazująca 
rzutować naszą intelektualną koncepcję powiązania faktów na fakty nowe, przenoszenia (bez 
sprawdzenia, apriorycznie) praw stwierdzonych w jednych warunkach, na warunki nowe. 
Koń trojański idealizmu wkrada się tutaj do obu obozów: mamy go i w obozie trzecim: u 
formalistów, którzy wybierają i organizują fakty tak jak im to nakazują wymagania formalnej 
doskonałości utworu. 
Prawdziwym realizmem będzie, moim zdaniem, taki system wyboru i przedstawienia faktów, 
który uwolni się od wszelkich apriorystycznych spekulatywnych nalotów idealizmu, który 
zwiąże się ze stale działającym — empiryzmem (pojęcia realizmu i empiryzmu wydają mi się 
nierozłączne). Realista empiryk bez względu na to, w jakim stopniu skrystalizował swoją 
ogólną koncepcję świata, jest zdania, że zasada ogólna potwierdzona przez fakty w tysiącu 
wypadków, musi i będzie potwierdzona w  wypadku  tysiącznym   pierwszym  —  i  to   
nawet  bez 
157 
świadomej ingerencji obiektywnie gromadzącego fakty autora. To musi dokonać się — u 
prawdziwego realisty — samo. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie,: który pisarz jest, a 
który nie jest realistą, bardzo pomocna wydaje mi się myśl wypowiedziana przez min. 
Włodzimierza Sokorskiego na tegorocznym Zjeździe Kompozytorów. Sokorski wyraził- 
opinię, że przy ustaleniu,'-kto jest a kto nie jest realistą, należy przenieść uwagę z utworu na 
stosunek twórcy do swego dzieła. Wychodząc z tego (metodologicznego raczej, bo nie 
narzucającego ¦żadnych merytorycznych rozstrzygnięć) założenia, powiedziałbym, że realistą, 
uwolnionym od wszelkiego idealizmu będzie dla mnie ten pisarz, który podchodzi do faktów 
bez żadnych apriorycznych czy na innych faktach uprzednio potwierdzonych koncepcji — a 
nawet, jeśli te koncepcje posiada, nie robi z nich użytku, wierząc, że przy obiektywnie 
rozplanowanym doborze faktów (proporcje ich ustalić tak, jak są one ustalone w życiu .— oto 
ambicja realisty!) koncepcja ta uwypukli się sama. Realista musi więc mieć do faktów 
stosunek bezinteresowny, wyprany z sugestii — tak jak chemik doko-nywający 
doświadczenia nie może rezygnować z opanowanej precyzji i dokładności dlatego, że ma 
choćby nawet bardzo ugruntowane, przypuszczenie co do wyniku reakcji, że ten wynik 
przewiduje. 
Taka więc jest moja (nie moja zresztą — wcale nie nowa) definicja realizmu. Odbiega ona 
znacznie od tej, jaką podał ostatnio w „Kuźnicy" Adam Ważyk; stwierdził on, że w powieści 
fakty nie mają być wcale ugrupowane „tak jak w życiu", lecz gęściej, tworząc ekstrakt, w 
którym wyraziściej niż to jest możliwe w życiu uwydatniałby się mechanizm ich powiązania, 

background image

 

80 

zasada tego powiązania. Bardzo pięknie, doskonale to rozumiem, ale pokłócimy się o 
terminy: bo w moim pojęciu to wcale nie jest realizm. Zgadzam się, że realizm taki, jaki 
zdefiniowałem powyżej, jest ideologicznie w sensie doraźnego działania mniej przydatnym 
gatunkiem literatury: ale bo też, moim zdaniem, realizm literacki jest rzeczywiście znacznie 
mniej ideologicznie zabarwiony niż romantyzm, fantastyka (Swift!*) czy zgoła formalizm — 
wszystkie przesiąknięte idealistycznym koncepcjonalizmem. Bowiem wybór   faktów   
uwarunkowany   uprzednio   założoną   ten- 
158 
dencją jest wyrazem postawy spekulatywno-idealistycz-nej — nie empirycznie realistycznej 
— realizm, apelujący do empiryzmu, do niedoskonałego i „rozrzedzonego" ludzkiego 
postrzegania, ma z punktu widzenia merytorycznego charakter znacznie mniej intensywny, 
działa wolniej i z tego powodu jako doraźny instrument walki światopoglądowej nie 
zadowalnia żadnej ze stron. Nie twierdzę też wcale, że realizm empiryczny jest najbardziej 
wartościowym, najgłębszym, czy treściowo najintensywniejszym gatunkiem prozy; twierdzę 
jedynie, że zgodnie ze swą semantyczną sugestią — on jeden tylko jest realizmem — jeśli już 
uparliśmy się, aby tego słowa używać. Powieść Jerzego Waldorffa Godzina policyjna * 
wydaje mi się właśnie typowym przykładem realistycznego bo bezinteresownego stosunku do 
faktów: fakty ustawione są tutaj w sposób możliwie jak najbardziej obiektywny, zaś 
ingerencja świadomości autora wyraża się głównie w trosce o zachowanie ich właściwych 
proporcji ilościowych. Autor, przedstawiając rzeczy tak moralnie jednoznaczne (okupacja 
niemiecka!), strzegł się jak ognia wszelkiej tendencji czy to w formie komentarza, czy też w 
formie świadomego zagęszczenia faktów. Pod tym względem widzę pokrewieństwo powieści 
Waldorffa z Kratą Poli Gojawiczyńskiej. W obu książkach stosunek autora „do 
przedstawianych wydarzeń jest programowo beznamiętny: autor skupia całą swą uwagę 
jedynie na precyzyjnym przedstawieniu faktów, wierząc, że ich sens moralny czy ideowy 
musi uwypuklić się sam. W tym swoim dążeniu do obiektywizacji Waldorff ogranicza 
również prawa fabuły powieściowej, redukując jej elementy do najkonieczniej-szego 
minimum, którego wymaga zorganizowane zbiorowisko opisów, dialogów i relacji o 
wydarzeniach, jakim jest powieść. Kalejdoskopiczny przegląd w różnych środowiskach się 
rozgrywających, codziennych raczej podczas wojny wypadków, ujęty w ogólną klamrę 
jedności czasu (noc w okupowanej Warszawie), zaostrzony formalnie, filmowym i starym 
zresztą chwytem przeplatania się kilku akcji (chwyt ten do perfekcji doprowadzony został w 
powieści sowieckiego autora, Lidina pt. Płyną okręty) — wyposażony w pewne napięcie,  w 
odmierzone  przyspie- 
* Jerzy Waldorff.  Godzina policyjna.  Powieść.  Wyd.  „Panteon",  Warszawa 1948. 
159 
szenie akcji — oto ogólny obraz tej książki. Podkreślić trzeba, że owo dramatyczne napięcie 
akcji zastosowane jest, jeśli chodzi o wydarzenia, w ilości nader umiarkowanej, autor ze 
świadomą dyscypliną i dyskrecją unika sztucznego, formalnymi sposobami (powieść 
kryminalna!) uzyskiwanego pobudzania ciekawości czytelnika, chce za to pokazać 
precyzyjnie swoich aktorów i tło ich występu i musi mieć na to trochę czasu; mimo swej 
zwięzłości, powieść, choć jest historią jednej nocy, nie spieszy się — pod tym względem 
bliższa jest Oziminy Berenta niż Fatalnej nocy w Mukdenie Benoit (wybaczcie paradoksal-
ność tego porównania). Nawet poszczególne akcje zazębione są ze sobą raczej luźno — tyle 
tylko, ile koniecznie potrzeba, aby całość się trzymała. Jak najmniejsza interwencja autora — 
niech wydarzenia mówią same — oto dewiza książki. Niespodzianki i dramatyczne pointy, 
niepokój, zaciekawianie czytelnika — to wszystko jest wprawdzie w powieściach Waldorffa, 
ale po aptekarsku wydozowane: tak, jak w życiu, ani grama więcej! 
Więc może to nudna książka? — zapytacie. Otóż nie — pomimo swych powściągliwych, 
skąpych zgoła założeń książka nie jest nudna, jest nawet początkowo, w pewnym sensie 

background image

 

81 

frapująca. Ten frapujący element stanowi niezwykła bystrość autora w widzeniu drobiazgów, 
tak zewnętrznych jak i psychologicznych, ortaiz zdolność wyciągania z tych drobiazgów 
perspektyw charakterologicznych, czy obrazowych, od razu, sugestywnie zaprezentowanych 
czytelnikowi. Aparat przenikliwego i drobiazgowego widzenia i aparat umiejętności 
przekazania czytelnikowi tego widzenia działają w ścisłym zespoleniu, ujęte w specyficzny 
rytm prozy beznamiętnej, precyzyjnej, rejestrującej, stylistycznie nonszalanckiej, nieco 
pobłażliwej, nieco kątem ust uśmiechniętej. Sugestywność tej prozy leży w specjalnie 
niespodziewanej prostocie porównań i skrótów, w metaforze nieco paradoksalnej, lecz celnej. 
Oto parę przykładów: 
„Profesorowi książę imponował. Był wysoki, siwy i nosił w rysach podobieństwo do 
hetmana, którego był potomkiem. Leoz jak gdyby hetmana ogolono, potem trzymano długo w 
lochu i wreszcie rozpito." 
„Chciała, żeby wszyscy widzieli, że nie zwraca uwagi na błahostki, kiedy ma ratować syna. 
Wydawało się, że 
160 
nawet   rumieńce,   które   wymalowała   sobie   na   twarzy, przekrzywiły się  teraz,  
zapomniane  i niepotrzebne". 
„Do nauki nie przykładał zbyt wielkiego znaczenia, a nadto sądził, że uniwersytet powinno 
się i tak skończyć za granicą ze względów towarzyskich". Albo w obrazowaniu: 
„W miarę palenia otaczali się coraz gęstszym dymem. Puszczali wydłużone kłęby, lub — 
mówiąc — pozwalali, aby wymykał się im z ust kłakami". 
„Po stole chodziły dwie muchy. Kręciły się tu i ówdzie, macając czarnymi trąbkami okruchy. 
Chwilami przystawały, podnosiły tylne nogi i ocierały nimi skrzydła. Naginane skrzydła 
błyszczały nikłym, stalowo-żółtym połyskiem. Prawie jednocześnie dopadły kryształka cukru 
i wessały się weń z dwóch stron". 
„...rozszerzała usta w niewinny owal, obniżała rumieńce, a za to brwi zakreślała w półkola 
zdziwienia i taka ogromnie zdziwiona wychodziła na miasto i pozostawała zdziwiona aż do 
wieczora, mimo że już nie było żadnego powodu, żeby miała się dziwić". 
„Dwie gwiazdy błyszczały dalej jednakowo. Nic ich nie obchodziło, że się tutaj męczył." 
„Księżyc był coraz bliżej zachodu. Wisiał teraz nad arkadą ruin po drugiej stronie ulicy, duży 
i czerwony..Na powierzchni jego widniały szare zarysy czegoś, co się tam znajdowało. Było 
podobne do trochę zatartej mapy." 
„Kiedy wóz rusza trzeba przechylić się ciałem w tył, a potem naprzód. Mięśnie brzucha 
napinają się wówczas przyjemnie i trzeba całemu być sprężonym, aż się nie złapie 
¦równowagi". 
Infantylna prostota, połączona raz z „kubistyczną" metaforą innym razem z mikroskopowo 
wprost drobiazgowym naturalizmem (muchy) frapuje swą ostrością i celnością. Lecz — tutaj 
szkopuł — miikroskopowość metody przeszkadza w oglądaniu całości. Są wprawdzie w 
powieści całościowe konstrukcje charakterologiczne czy obrazowe (postacie prostytutki i 
Grothowej — coż za świetne kreacje!) — lecz większość osób poza tym jest cząstkowa, 
kubistycznie skrócona, fragmentaryczna — jak przekrój mikroskopowego preparatu. Tę 
cząstkowość wi- 
161 
dać dobrze i w opisach miasta: Waldorff z reguły skupia swą uwagę na fragmentach — 
kawałek muru, wykrój okna, odcinek ulicy — nigdy nie widzimy całości. Ta „preperałowa" 
cząstkowość męczy zwłaszcza w problematyce moralnej — poza najpełniej przeprowadzoną 
historią dziewczyny ulicznej wszystko inne jest napoczęte, zarysowane ostro, lecz 
nonszalancko (telefoniczna rozmowa z księdzem) bystro, lecz — nie za głęboko. I dlatego 
książka, która początkowo frapuje, zaciekawia, uderza — pod koniec zaczyna coraz bardziej 
rozczarowywać, aby wreszcie przynieść — zawód. Niedosyt — oto rezultat: nie najedliśmy 

background image

 

82 

się, brakło tu jakiejś niezbędnej" witaminy. Precyzyjny aparat obserwacyjny, umiejętność 
sugestywnego przekazywania swej wizji czytelnikowi, świeża i oryginalna technika pisarska, 
lecz rezultat 'końcowy — znikomy. O jakim rezultacie mowa? Ano — cóż robić — trzeba się 
przyznać — chodzi o rezultat ideowo-moralny; poza historią prostytutki — właściwie dość 
etycznie relatywną — jej czyn wynika przecież w zamyśle autora raczej z dość ubocznych 
intencji, inne wątki kończą się bez jakiegokolwiek merytorycznie wartościującego 
zamknięcia. 
— Tu go mamy — zakrzyknie w tym momencie .Ęott et consortes. — Zawsze przecież 
mówiliśmy, że drobny, czysto empiryczny, mieszczański (koniecznie!) realizm nie pokazuje 
wewnętrznej struktury świata ludzkiego. Odpowiem na to: nie znam drobnego czy grubego 
realizmu, znam jeden realizm, który jest empiryczny i bezinteresowny, a ideologicznie — 
obojętny. Taki był w Kracie Gojawiczyńskiej, taki jest u Waldorffa — realizm czysty, nie 
kierowany żadnym aprioryzmem. Zgadzam się z materialistami i spirytualistami, że on dla 
ich-celów nie wystarcza, że nie ukazuje ogólnej, materialnej,, czy spirytualnej, dialektycznej 
zasady powiązania faktów, że chcąc uwydatnić tę zasadę trzeba sięgać do metody innej. Ale 
— apeluję do zdrowego rozsądku — nie nazy-wajmyż jej realizmem! Wymyślmyż inną 
nazwę! 
Tak więc debiut Waldorffa przyniósł mu moim zdaniem sukces i porażkę. Sukces — w sensie 
rozwiązania narzuconego sobie specjalnie ascetycznego problemu pisarskiego i w sensie 
sprezentowania nam oryginalnego a skutecznego realistycznego  (drobno?) metier 
stylistyczne- 
162 
go. Porażką — w sensie merytoryczno-intelektualnym, w sensie tego, „co się ma do 
powiedzenia". Wiem, że niektórzy są innego zdania: zarówno niektórzy materialiści, jak i 
niektórzy spirytualiści skłonni są dopatrzeć się w książce Waldorffa takich lub owakich 
morałów — na swoje kopyto. Ja tego nie widzę, uważam to za naciąganie. Było to zapewne w 
intencjach autora, lecz nie ma tego w metodzie pisarskiej. Fakty miały mówić same za siebie 
— tymczasem nazbyt drobiazgowo widziane, zacierały swe kontury, wszystko utonęło w 
rozgrzeszającym rytmie „opisywackiej", pobłażliwej prozy. A więc rzeczywiście „drobny" 
realizm? Nie wierzę w realizm inny — inny musi być syntetyczny, a więc — wyposażony w 
jakiś uczuciowy czy.umysłowy aprioryzm ale — powtarzam do znudzenia — to już nie jest 
czysty realizm, to alians realistyczno-idealistyczny czy realistyczno-spe-kulatywny, czy 
realistyczno-intuicyjny, czy realistyczno-woluntarystyczny, czy realistyczno-metafizyczny jak 
się Wam podoba. Czysty realizm jest wyprany z tendencji. Taką właśnie antytendencyjną 
postawę zajmuje w swej książce Waldorff: zimny, lecz bystro i czujnie reagujący gość pośród 
ludzkiego świata, obserwujący go z wysokości (czy niskości) swej pozatendencyjnej postawy 
z chłodną, drobiazgową, zdziwioną nieco ciekawością bakteriologa. 
Co Waldorff zrobi dalej — na terenie beletrystyki oczywiście — oto ciekawa kwestia. 
Postawy bowiem zajętej w Godzinie policyjnej nie wystarczy na długo. Nie da się tylko 
opisywać (jak to sugerował Talleyrand). — trzeba zająć stanowisko — inaczej 
bezinteresowny opis staje się jałowy, nawet zbędny. Nikt z nas nie uwolni się przecież od 
imperatywu definiowania, postulowania i wartościowania. 
9 I 1949. 
O Gołubiewie 
i  jego książce 
Nowe wydanie trzech dotychczasowych części Bolesława Chrobrego Antoniego Gołubiewa 
(Puszcza, Szło nowe, Złe dni) dokonane przez spółkę wydawniczą „Pax" to dobra okazja, aby 
powiedzieć znowu parę słów o tej niezwykłej książce i jej autorze. Przed pisaniem warto było 
odświeżyć sobie w pamięci samą rzecz. Zasiadłem więc do owych grubych czterech tomów, 
licząc, że uda mi się przekartkować je i przypomnieć sobie całość w ciągu paru godzin. Ale 

background image

 

83 

nic z tego; dzieło Gołubiewa wciąga w siebie jak nieodparty, urzekający nurt — czytałem 
cztery dni i choć pamiętam książkę nieźle, odkryłem w niej nowe sprawy, nowe bogactwa, 
nowe barwy i migotania, a przede wszystkim — nowe problemy czy raczej nowe 
perspektywy i załamania problemów. Bo zasadniczy nurt problemowy płynie pod 
wielobarwną fabułą nieprzerwanie i on to właśnie nadaje olbrzymiej, wielowątkowej i 
wielopostaciowej powieści ową wewnętrzną jedność, bez której łatwo mogłaby się ona stać 
chaotycznym, natłoczonym malowidłem, pozbawionym plastyki i perspektywy, jak 
(wybaczcie herezję!) Bitwa pod Grunwaldem Matejki. Nawet świetna konstrukcja szeroko 
płynącej fabuły, którą porównać by można do potężnej rzeki, powstałej ze zlania się wielu 
drobnych potoków, albo może do piramidy, gdzie na szerokiej epickiej podstawie wspiera się 
szczytowy, dramatyczny wątek samego Bolesława, nawet owa przemyślana i kunsztowna 
konstrukcja nie wystarczyłaby, aby nadać dziełu tę wewnętrzną   jednolitość,   jaką   nadaje   
mu   towarzysząca   czy- 
164 
telnikowi przez cały czas świadomość, że wszystkie sprawy dziejące się w tej książce objęte 
są jednym nadrzędnym spojrzeniem autora, że sprzęgnięte są jednym zamysłem 
problemowym, że poprzez mnogość wydarzeń i postaci pisarz realizuje tu jedność ideową, że 
żaden wątek nie jest zbyteczny ani przypadkowy czy puszczony na wiatr, lecz 'wszystkie 
splatają się w wielką tezę moralno — światopoglądową, tezę dialektycznie skomplikowaną, 
splecioną z wielu sprzeczności, konfliktów, wariantów, ale w istocie, choć bogatą, niezwykle 
jednolitą. Od pierwszej strony wiemy, że świat powołany w tej książce do życia przez umysł i 
wyobraźnię autora nie przelewa się poza ramy ideowego zamysłu, jaki stał u kotóbki dzieła, 
że świat ten widzimy już po selekcji, dokonanej przez autora, selekcji, podczas której odpadły 
wydarzenia-problemowo obojętne, a pozostały tylko elementy na pewno przydatne jako 
budulec dla ideowej konstrukcji, dla ideowego szkieletu utworu. To, że mnogość wątków 
służy tu realizacji jednego celu, jednego zamysłu ideowego, jest dla czytelnika jasne od 
pierwszej strony: wiemy, że pomimo całego sztafażu biologicznej bujnoś-ci dzieła (która 
zmyliła jednego z pierwszych recenzentów Bolesława Chrobrego Kazimierza Wykę — 
ciekawa rzecz, że amatorzy na ogół lepiej odczytują tę książkę niż krytycy zawodowi), że 
pomimo nagromadzonych bogactw i migotów, autor prowadzi nas pośród tego świata ścieżką 
pewną i dobrze sobie wiadomą — że nic tu nie błyszczy dla samego blasku, lecz wszystko 
ułożone jest celowo, perspektywicznie, z głębszym rozmysłem — idea książki, choć czasem 
zaszyfrowana czy z premedytacją ukryta w tajemniczym światłocieniu, ma swój klucz, a 
klucz ten autor dzierży pewnie w ręku i wręczy nam go — oczywiście żądając od nas za to 
współpracy, wysiłku, bystrości. Ta jedność zamysłu ideowego stanowi o zwartości 
wewnętrznej konstrukcji utworu (istnieje konstrukcja zewnętrzna — formalna — i 
konstrukcja wewnętrzna — merytoryczna), ona to sprawia, że choć dzieło Gołubiewa jest 
jeszcze nie skończone, choć to, co mamy, stanowi dopiero jakieś cztery siódme całości, 
żywimy pełne zaufanie, iż potężny, zarysowany już zrąb utworu jest organiczną częścią 
wielkiego gmachu, którego pełne plany autor ma w głowie, a wszelkie wielorakie wątki i 
płasz- 
165 
czyzny akcji i problematyki znajdują swe ujście i wyjaśnienie w końcowym ukoronowaniu. 
Bolesław Chrobry to powieść-teza, teza złożona, wielowarstwowa i wielopłaszczyznowa, ale 
jedna i jednolita, po prostu jedność w wielości. 
Ta wielość sprawiła, że spośród licznych (choć za mało jeszcze licznych w stosunku do jej 
ważności) recenzentów tej książki, każdy niemal mówił o innej jej płaszczyźnie. Istotnie 
bowiem utwór Gołubiewa ma wiele oblicz: przypomina owe drewniane jajka wielkanocne, 
złożone z szeregu różnokolorowych powłoczek włożonych jedna w drugą, albo też człowieka 
ubranego w kilka szat bardzo rozmaitych. Jest to przecież i epos socjologiczny, wyposażony 

background image

 

84 

w cały arsenał realiów społeczno-materialnych, i powieść o tworzeniu się form państwowych 
wyższego rzędu jako rezultacie zmiany sposobów gospodarowania, związanej z rozwojem 
cywilizacji, i powieść o problematyce religijno-moralnej — o przełamywaniu się pogaństwa 
w chrześcijaństwo, i powieść o polityce, ujętej także pod kątem widzenia personalnej walki 
charakterów i inteligencji (problem Chrobrego, będącego nie tyle bohaterem książki, co jakby 
formalną soczewką, skupiającą rozliczne jej wątki); wreszcie najzewnętrzniejszą warstwę 
książki stanowi jej forma językowo-narracyjna, ów ton legendy, starej historii, klechdy, 
sugerowany przez archaizowany, stylizowany język, ton nie przeszkadzający zresztą w 
niczym realizmowi książki. Znam zresztą przeciwników Gołubiewa, którzy na tej 
najzewnętrzniejszej warstwie jego książki poprzestali, twierdząc, że powieści stylizowanej na 
dawność i pisanej „gwarą" czytać nie zamierzają. Ja sam, gdy w roku 1945 poznałem 
Antoniego Gołubiewa i usłyszałem odeń, że pisze powieść historyczną z epoki tworzenia się 
państwa polskiego i że pisze ją starą, archaizowaną polszczyzną, wzdrygnąłem się 
wewnętrznie i na myśl przyszły mi ostatnie słowa Kurtza z Conradowskiego Jądra ciemności: 
„Ohyda, ohyda!" Gdy nieśmiało przekazałem tę moją reakcję Gołubiewowi, roześmiał się i 
oświadczył, że... on sam jest również tego zdania, i że próbował pisać książkę językiem 
normalnym, ale — nie dało się. To, że się nie dało, jest walnym dowodem naturalnej 
organiczności całej koncepcji: oczywiście, język Bolesława Chrobrego nie jest autentycznym 
166 
językiem swoich czasów (tego byśmy prawdopodobnie dziś już nie rozumieli), jest 
stylizowaną konstrukcją, ale konstrukcją konieczną, która ustawia utwór na płaszczyźnie 
„dawności", nadaje mu ów perspektywiczny charakter legendy czy klechdy, z drugiej strony 
umożliwia nam wgląd w specjalną psychikę, w sposób myślenia ludzi „epoki 
gołubiewowskiej". Język ten zarazem jest źródłem wielu specyficznych piękności tak w 
opisach jak i w dialogach, a że jest wcale nietrudny i już po kilkunastu stronach opanowujemy 
go po wirtuozowsku, więc też wszystkie opowiadania o rzekomej nieprzekraczalnej trudności 
tej prozy kładę między bajki, a autorów tych opowiadań podejrzewam, że... w ogóle z książką 
się nie zapoznali, poprzestając na podobnej do mojej kurtzow-skiej reakcji. 
Inną grupę przeciwników książki Gołubiewa (obok masy entuzjastycznych zwolenników ma 
bowiem Gołubiew i swoich zdecydowanych oponentów) stanowią ci, którzy kwestionują 
historyczną prawdziwość powieści: a to, że nie tak to było, że wiele rzeczy wyssanych jest z 
palca, że np. Polskę Chrobrego autor za bardzo wystrzygł na kraj dziki i prymitywny, na 
puszczę i łapcie — i tak dalej. Muszę powiedzieć, że ten „aspekt" sprawy mnie osobiście 
najmniej interesuje. Historykiem nie jestem; w chrobrowskieh sprawiach niewiele się 
wyznaję, nie sądzę wszakże, aby na zasadzie skąpych źródeł dało się na pewno w każdej 
dziedzinie dociec, jak naprawdę i dokładnie było. Myślę jednak, że nie w tym rzecz: 
Gołubiew włożył wprawdzie wiele pracy i studiów w dokładne odrobienie historycznych 
realiów swej książki, ale jeśli nawet pomimo to świat, który postawił nam przed oczy, jest z 
punktu widzenia ścisłości historycznej jakąś wielką syntetyczną fikcją, jakąś gigantyczną 
baśnią o życiu dawnych wieków — to specjalnie bym się tym nie martwił, bo nie o to 
przecież w gruncie rzeczy chodzi. Ambicją historyczną Gołubiewa było pokazanie 
mechanizmu stawania się historii w kategoriiach ogólnoludzkich — i jeśli swój cel osiągnął, 
nie widać powodów do specjalnej drażliwośći na temat wierności historycznej wobec tych 
akurat wydarzeń. Drażliwości takiej nie okazywaliśmy przecież nigdy w związku choćby z 
Trylogią — w ogóle mało się kto tą sprawą interesował,  chociaż chodziło o czasy 
167 
późniejsze i niepomiernie lepiej zbadane — toteż przedwojenne „odbrązawiające" rewelacje 
prof. Olgierda Górki spadły na umysły nie przygotowane i wywołały wielki sikweres, lecz 
naszego stosunku do Trylogii wcale nie zmieniły. Każda powieść historyczna musi być po 
trochu syntezą prawdy z fikcją, lecz to nie jest najważniejsze: najważniejsza jest właśnie 

background image

 

85 

sprawa utrafienia lub nieutrafie-nia w dialektykę historia i wszelkiego w ogóle rozwoju form 
ludzkiego życia, a także artystyczny problem pokazania człowieka, kulącego się i 
skręcającego na porywistym wietrze dziejowym. 
Jeśli chodzi o dotychczasowe oceny książki Gołubiewa, to sądzę, że dostatecznie już 
obgadano takie jej wątki, „aspekty" i problemy, jak narodziny państwa polskiego, jak 
zrastanie się leśnych gromad kmiecych w większe, wyżej uorganizowane jednostki, jak 
przemiana form życia, słowem dosyć mówiono o historycznej epickości — za mało natomiast 
o przepajającej całą książkę postawie filozoficznej, o owym ciągle obecnym wewnętrznym 
nurcie problemowym, który, jak mówiłem, nadaje właśnie dziełu Gołubiewa jego imponującą 
jedność. „Wielkie malowidło historyczne" — owszem, niewątpliwie, ale przede wszystkim 
powieść światopoglądowa, powieść, w której konstrukcja losów ludzkich jest rezultatem 
głębokiej i pełnej wewnętrznej dyscypliny świadomości autora. Istotą koncepcji Gołubiewa 
jest dualizm, w którym nieugięcie realistyczne spojrzenie na ludzkie sprawy i mechanizm ich 
rozwoju splata się organicznie z postawą spiry-tualistyczną, ze skupieniem uwagi na życiu 
duchowym bohaterów, z nadaniem ważności temu, co poprzez najróżniejsze materialne 
perypetie ludzkie, często nieświadomie czy z pomocą niematerialnej łaski — rośnie w 
ludziach. To wciąż obecne splecenie życia materialnego z duchowym sprawia, że w 
najbardziej na pozór marginesowych wątkach (Gołubiew często chytrze maskuje swe istotne 
zamysły, rozmyślnie umieszczając sprawy, które uważa za bardzo ważne, na pozornym 
marginesie i oczekując, aby czytelnik rzecz rozszyfrował), w takich wątkach, jak sprawa 
Bugaja, Dzioba, czy Kędziorka czujemy tę samą ważność, która jawnie oblewa splendorem 
szczytowe piętra książki — ba, ważność może jeszcze istotniejsza, bo  pokazująca, że nie ma 
wydarzeń obojętnych, że 
168 
centralny problem człowieka i jego konfliktu moralnego zawiera   się   w  każdej   sprawie,   
że   stanowi   istotny   cel i sens każdej sprawy. Czytając wiemy dobrze, że punkt ; ciężkości 
książki leży nie w konstrukcji fabularnej (zresztą frapującej), lecz w konstrukcji wewnętrznej,  
że jeśli nie rozwikła się i nie wyjaśni duchowa pułapka, w jaką - zapadli Bugaj czy Dziolb, ci 
ostatni z ostatnich, jeśli nie zostanie   wymierzona   sprawiedliwość   „letniemu",   quasi- 
- epikurejczykowi Kędziorkowi, którego życie, czujemy to, musi — o ile ma coś znaczyć — 
zmienić się z komedii w tragedię,  jeśli nie dostąpi łaski uspokojenia  i zrozumienia uwikłany 
w przeszłość Kłąb  — wtedy  książka nie bę- 
 dzie ani zakończona, ani ukoronowana, choćby nawet Bo-, lesław skonsolidował swe 
państwo i zdobył koronę. Nie ma   tu   w   istocie   wątków   merytorycznie   nadrzędnych, 
choć, co wynika z formalnych konieczności, są wątki nad-• rzędne   konstrukcyjnie:   ostatni  
nędzarz   Bolesławowego państwa jest równie ważny jak sam „ksiądz", a równowaga   książki   
wspiera   się   na   nim   może   silniej   niż   na tamtym.  W  tej  jedności wszystkich  spraw,  
w  ich  wewnętrznym   powiązaniu  widzę   właśnie   specyficzną   dialek-tyczność dzieła 
Gołubiewa: pokazanie, jak centralny problem Boga i człowieka  (Bóg łowiący opornego 
człowieka 
—  tak mi się to przedstawia) zawiera się w każdej sprawie,  jak  wszystkie  konflikty  
moralne,  publiczne  i  prywatne, splatają się w jeden wielki węzeł, u którego podstaw leży  
rzadko  tu  zresztą  nazywana  po  imieniu myśl Boża, płynąca poprzez nurty duchowe i 
materialne, poprzez ruchy społeczne i koncepcje jednostek, poprzez oderwaną na pozór od 
życia myśl klasztorną i w samym wirze codzienności tkwiącą odkrywczą pracę techniczno-
cy-wilizacyjną — oto zamysł książki, zamysł splecenia wszys- • tkich wątków ludzkich w 
wielką syntezę, u której źródła leży   chrześcijański   dualizm   i  nieugięty  realizm  filozofii 
tomistycznej. Zamysł to w istocie na wskroś, programowo ideologiczny i filozoficzny; w tym 
właśnie, a nie w ma-lowniczości   czy   hipotetycznym    z    konieczności    przedstawieniu 

background image

 

86 

narodzin narodu leży to, co czyni książkę tak Ważką i tak w epoce „rządów filozofii" — 
współczesną. 
Syntetyczność   i   wszechstronność   zamysłu   pociąga   za sobą    „wielometodowość"    
książki:    przeświadczenie,    że 
169 
wszystko na świecie służy sprawie ducha, że duch toruje sobie różne drogi, tak poprzez 
materialny rozwój środków cywilizacyjnych jak i bezpośrednio poprzez tajemnicze złoża 
duszy ludzkiej — skłania Gołubiewa do równouprawnienia różnych metod pisarskich i 
pisarskich klimatów, poczynając od czysto materialnej, drobiazgowej analizy zmiany farm i 
środków produkcji oraz jej wpływu na styl życia całych grup społecznych (stopniowy „awans 
społeczny" kupca Dzierbołka czy przemiana Sliź-niów z kmiecej gromady w społeczeństwo 
grodowe) aż do mistycznych po prostu przeżyć Żurawia i Dudka w leśnym eremie, od takich 
arcydzieł bystrego, zamiłowanego w konkrecie realizmu jak sprawa praska czy wojna z 
Henrykiem, aż do epopei ducha, jaką jest życie i męczeńska śmierć Adalberta-Wojciecha. 
Autentyczność spi-rytualizmu Gołubiewa widać wspaniale w takich właśnie partiach, gdy ten 
zmysłowy aż znawca i smakosz konkretu równouprawnia z tym konkretem przeżycia 
duchowe, wysuwając na pierwszy plan owe momenty prześwietlania wszelkich spraw nagle 
rozbłysłym odczuciem prawdy 'moralnej, w blasku której rzeczy nabierają naraz właściwej 
proporcji i hierarchii. Dwa są w Bolesławie Chrobrym momenty, gdy takie nagłe mistyczne 
(choć chrześcijańscy realiści powołujący się na św. Tomasza wzdragają się czasem przed tym 
słowem) przeżycie złożone na jednej szalce wagi przechylają na swoją stronę, tryumfując nad 
zasobami materialnego konkretu: oba te .momenty to — rzecz arcyznacząca — chwile 
śmierci, gdy jedno otwarcie duchowych źrenic okupuje wszystko, co zepsuło życie, gdy jeden 
zryw uczucia rozbija w pył to, co nawarstwiły długie lata męki i ciemności. Pierwszy to 
moment śmierci świętego Wojciecha, gdy przebijany włócznią w obliczu tragicznej porażki 
swego apostolstwa... w tej ostatniej chwili — pojął: „nie ma grozy na świecie. Pojął: to on, 
Wojciech, bez potrzeby, bez sensu szarpał się i targał. Poczuł nagły przypływ miłości, nie 
czuł już strachu ni bólu. Tężejące wargi skrzywiły się w grymas: lecz był to grymas 
uśmiechu". Druga śmierć, to śmierć Zefrida: całe życie „podłego gada", cała otchłań cynizmu, 
podejrzliwości i niewiary owego zatrutego jadem świata duchowego ślepca — a z drugiej 
strony jedno, okupujące wszystko olśnienie, gdy pojął, że znalazł się człowiek, 
170 
który go nie opuścił i nie zdradził: jego żona, Latorosłka. „I w tejże chwili wszystko, co się 
nagromadziło w Zefri-dzie przez całe życie, co się w nim wewnątrz piętrzyło, o czym 
pamiętał i czego nie wiedział — wszystko to w tym mgnieniu, gdy stanął na samej krawędzi 
dwóch światów, zmieniło swe miejsce, przesunęło się i ustawiło w całkiem innym i nowym 
porządku. Ten wstrząs wydarł z piersi Zefrida cichy jęk, który obecni pojęli jako jęk 
przerażenia przed śmiercią; ale to było wschodzące życie. Zefrid uchwycił jednym 
spojrzeniem rozszerzonych w mroku źrenic cały sens i cały smak wierności; odczuł naraz 
bolesny głód i tęsknotę i żal za tym, że jej nie osiągnął, nie zdobył. Naraz wszystko, do czego 
dążył i za czym się szarpał, zdało mu się zetlałe i nieważne, przecie tyle było dokoła niego 
pełni życia, że tylko je zgarniać głodnymi rękami, tylko zgarniać: nigdy się jej nie wyczerpie. 
Wszystko to zmarnował. I tylko ona, Latorosłka, uratowała to dlań — uratowała dlań tę 
ostatnią chwilę życia". 
Ważkość ratunku zawartego w tych obu przeżyciach, przeżyciach nic już przecież nie 
znaczących w sferze ziemskiego konkretu, jest dla Gołubiewa niewątpliwa, jasna, oczywista 
— i w tym tkwi głęboka szczerość, autentyczność, realność jego dualizmu filozoficznego, 
dualizmu, w którym sprawy ducha równie są realne jak sprawy konkretu społecznego i 
materialnego, dualizmu, splatającego jedno z drugim w nierozerwalną jedność zwaną 
człowiekiem. Można by to powiedzieć jeszcze inaczej: jest to realizm rozszerzony, 

background image

 

87 

rozszerzony o sprawy ducha. Ten rozszerzony realizm umożliwia Gołubiewowi owo 
nadrzędne, syntetyczne spojrzenie na wszystkie sprawy człowieka, od rozwoju środków 
produkcji do tajnych, uskrzydlonych łaską wzlotów ducha, spojrzenie wszystko rozumiejące i 
wszystko jednoczące w imię jedności celu, przepadające całą pozorną mnogość, różnorodność 
i wielo-płaszczyznowość spraw ludzkich. Stąd też książka, posiadająca kilkudziesięciu 
bohaterów i wiele akcji jest w istocie książką traktującą o jednej sprawie. 
Śmierć Zefrida i śmierć św. Wojciecha to dwa z istniejących w książce Gołubiewa węzłów 
merytorycznych, stanowiących klucz do najgłębszych, ideowych pokładów utworu. Istnieją 
jednak i węzły bardziej zew- 
171 
nętrzne — węzły konstrukcyjne. Takim wielkim węzłem, soczewką skupiającą w sobie 
wszystkie powikłane wątki książki jest dla mnie problem tytułowy — postać i sprawa samego 
Bolesława. Fakt, że uważam ją za węzeł konstrukcyjny, nie zaś merytoryczny, może obudzić 
liczne zastrzeżenia, ale nie potrafię, pomimo kilkakrotnej lektury, zmienić zdania: sprawa 
Bolesława wydaje mi się formalnie jednoczącą całość fasadą, za którą kryją się sprawy 
niepomiernie ważniejsze — bardziej od tej, fabularnie przecież czołowej kwestii, frapują 
mnie < duchowe losy Dzioba czy Kłąba. Gdy rozmawiałem o tym kiedyś z Go-łubiewem, 
stwierdziłem, że ten punkt widzenia bynajmniej go ani nie zaskakuje, ani nie wydaje mu się 
dziwny. Są jednak czytelnicy a także recenzenci, którzy całe swe zainteresowanie skupiają 
właśnie na postaci Bolesława. Potwierdza to moją teorię o owych włożonych jedno w drugie 
różnokolorowych jajkach — każdy wybiera sobie takie, jakie mu najbardziej odpowiada — 
podobnie sfinksa oglądać można z różnych stron, według życzenia. Korzystając z tej swobody 
wyboru, sięgnijmy na zakończenie do najbardziej zewnętrznej warstwy dzieła: do jego 
powierzchni narracyjno-fabularnej. Czytając tym razem pospieszniej niż poprzednio, czułem, 
jak strumień narracji o zmieniającym się natężeniu i szybkości płynie mi niejako pod palcami 
i często zadawałem sobie pytanie: czy płynie on fabularnie, swobodnie, wartko, bez wirów i 
zamuleń, czy autor panuje zawsze nad prądem i czy nigdy nie traci z oczu perspektywy 
całości. Sprawa to bynajmniej niebłaha: w dziele wielkim wewnętrzną jednością musi 
panować odpowiedniość, parale-lizm, między treścią najbardziej wewnętrzną a formą 
najbardziej zewnętrzną, ich wzajemne zrośnięcie musi być doskonałe. Z uwagą śledziłem 
więc te zwłaszcza miejsca, które dawniej wydawały mi się szorstkościami na konstrukcyjnej 
rzeźbie powieści, w których widziałem nazbyt odsłonięte szwy — takie choćby, jak 
sumaryczne streszczenie w paru słowach jednocześnie w różnych miejscach rozgrywających 
się wydarzeń w Puszczy. Ale z tej mojej próby oka książka wyszła obronną ręką. Są może 
pewne szorstkości na spojeniach, ale wydaje się, że być muszą, że w żywej książce nawet być 
powinny, zwłaszcza iż nigdy nie zakłócają linii ogólnego  wrażenia,  ogólnego 
172 
toku frazy. Gołubiew jest bowiem mistrzem długooddecho-wej a mieniącej się zmianami 
napięć frazy. Jak doświadczony kompozytor, wie, kiedy rozluźnić napięcie, kiedy rozrzedzić 
inwencją, jak dać uchu odpoczynek przed nowym uderzeniem narracji, jak odwrócić uwagę 
zręcznym szczegółem, aby dać autorowi czas (czas psychiczny) na przygotowanie 
zaskoczenia, słowem, jak rządzić grą napięć, odbywającą się we wrażliwości czytelnika. 
Czytając książkę pośpieszniej, ocenia się dopiero właściwe proporcje frazy, widzi się 
konstrukcyjne i merytoryczne znaczenie tych właśnie rzekomych dłużyzn czy osłabień 
narracja, które przy pierwszej lekturze wydawały się nużące lub niezrozumiałe (pobyt 
Stojigniewa w Czarnej Wodzie lub przeciąganie się pobytu Bolesława w Pradze). Utwór jest 
jednością nie tylko merytoryczną, lecz i formalną, przy czym elementy formalne i 
merytoryczne zrastają' się z sobą ogranicznie. Jedność treści z konstrukcją, to jeszcze jeden 
walny dowód jednorodności zamysłu tej niezwykłej książki, dowód niebłahy, bo wsziakże tu 
na ziemi każda treść ludzka przyobleka się w ciało, tym razem — w ciało artystyczne, a 

background image

 

88 

niedoskonałości tego ciała nie zrekompensują żadne piękności wnętrza. Ale nie ma obaw: 
jedność „ciała z duszą" w dotychczasowych tomach Bolesława Chrobrego każe nam z 
nadzieją i z zaufaniem oczekiwać na ciąg dalszy, na wypełnienie i ukoronowanie tego 
ogromnego zamysłu twórczego. 
X 1952. 
Noc inteligentów nie zgniłych 
 Powieść to i nie powieść zarazem — a właściwie wyraźnie nie powieść. Próby wyzwolenia 
się spod tyrańskiej władzy powieściowej anegdoty, spod rygorystycznych kanonów fabuły 
podejmowane były przez pisarzy różnych epok, najgłośniejsza z tych prób to dzieło Prousta 
— książka więcej traktująca o myślach i kolorach psychicznych niż o faktach. Na 
przeciwnym biegunie tkwi powieść kryminalna — ekstrakt akcji, anegdoty, fabuły, „czysta 
forma". Pomiędzy tymi dwiema skrajnościami kłębi się wielki tłum pisarków, próbujących, 
każdy na swój sposób, czy sposobik rozwiązać problem kanwy formalnej, na której rozsnuć 
można mniej lub więcej własną treść literacką. Powieść powstała z opowiadania ciekawych 
historii — powiedział ktoś. Powieść to światopogląd, którego nie da się wyrazić inaczej — 
powiedział ktoś inny. Powieść to odbicie socjologiczno-klasowej rzeczywistości społecznej 
— powiedział ktoś trzeci. Kto z nich miał rację? — sądzę że po trochu wszyscy — każdy 
zobaczy w utworze to co go najbardziej interesuje, co chce w nim zobaczyć, ale w ten sposób 
każdy ogląda w nim tylko jedną z wielu płaszczyzn. O jednym i tym samym stole można 
powiedzieć że jest duży, że jest drewniany, że kosztuje tyle a tyle, że służy do tego a owego i 
wszystkie te cząstkowe sądy będą słuszne, ale suma ich dopiero złoży się na postawę 
„opisywacza" zwaną realizmem. Jednego tylko sądu tutaj brakuje: czy stół jest ładny czy 
brzydki? Ten sąd dotyczący utworu wywiązać się może tylko z krótkiego   spięcia   pomiędzy  
dziełem   a  odbiorcą,   zaś   re- 
174 
zultatów takiego spięcia nie mogą przewidzieć ani żadne metody genetyczno-socjologiczne, 
ani formalistyczne (choć już prędzej te drugie). Wniosek z tego zgoła liberalny: to ładne, co 
się wam podoba, czyli — wszystkie drogi są dobre, jeśli prowadzą do celu. 
Tak więc pobłażliwie spoglądając na spory pomiędzy zwolennikami różnych form powieści, 
musimy jednak czasem przyznać, że to i owo się w beletrystyce postarzało, chyba że 
odmłodnieje jeszcze czasem pod piórem mistrza. Pewien poeta piorunował wielokrotnie na 
skonwencjonalizowanie formy powieści, na śmieszną sztuczność owej tuby, przez którą autor 
zagląda w dusze swoich przeróżnych postaci, na nierealność dialogów, na schematyczność 
przeplatania się momentów opisowych z fragmentami fabularnymi. Niewątpliwie dużo w tym 
prawdy, toteż pragnący się wyzwolić z obciążających szablonów formalnych pisarze skłonni 
są dzisiaj podążać w kierunku eks-tremów — do Prousta lub do Edgara Wallace'a, do 
surrealistycznej groteski lub do eseju czy persyflażu,.. w każdym razie widać wyraźny odwrót 
od moralnej, klasycznej, solidnej powieści (jednym z niewielu wiernych jej wyznawców jest 
dziś u nas Jerzy Andrzejewski). Bardzo charakterystycznym i interesującym przykładem- 
takiego odwrotu są dla mnie Farbowane lisy Kudlińskie-go*.                                                                             
...i- 
Wybitny pisarz zamieszkały w podgórskiej ale i podkrakowskiej wsi obchodzi jubileusz: 
msza w kościele, uroczystości dożynkowe, obiad, sobótki, kolacja, noc -..w ogrodzie przepita, 
przegadana, przeromansowana, świt, śniadanie, odjazd gości — oto i cała „fabuła". Na 
uroczystość zaproszono pisarzy, malarzy, aktorów z miasta, lecz jest także miejscowy ksiądz, 
wójt, doktor, piwowar, słowem — po trochu „Polska cała". Ich rozmowy, spory, rozrywki, 
dialogi i monologi, ich krótkie kalejdoskopowo przez autora rozsypane charakterystyki i 
życiorysy —¦,.. oto właściwa treść książki, jej istotny podskórny nurt, ujęty w zewnętrzne, 
zamarkowane raczej klamry „fabularne" w rodzaju przekąsek, toastów, deseru. Prawda — są i 

background image

 

89 

krótkie spięcia, wcale nawet dramatyczne, choć autor zachowuje wobec nich dominujący nad 
całością 'ton pobłaż- 
* Tadeusz  Kudliński:  Farbowane  lisy.   Powieść.  Książnica   Atlas.   Wrocław—Warszawa 
1947, s. 260.                                                                     •' - 

 
175 
liwie gawędziarski: jest konflikt społeczny (wójt), jest romans, zgoła nieplatoniczny, jest 
demon samobójstwa, jest nawet duch — nie wiadomo czy wizja pijacka czy przestroga 
zaświatów — lecz to wszystko utrzymane w płaszczyźnie jakiejś ukośnie przechylonej, przy 
całym zasadniczym realizmie odrealnione przez sposób patrzenia, jaki wybrał autor, jakby 
rozmyślnie, na tę jedną noc nałożył sobie na oczy kolorowe szkiełka alkoholu, bawiąc się 
wraz ze swymi bohaterami — cyganerią artystyczną i spijając wraz z nimi pianę życia 
intelektualnego, chwytając odpryski problemów moralnych, estetycznych, filozoficznych, 
którymi żyje to bractwo pośredników i przetwórców ducha; przez nich to właśnie płynie ów 
„strumień piękności" choć oni sami bynajmniej pięknością nie są. To zabawa inteligentów, 
igraszki elity — lecz właśnie najbardziej przyjemne i nieszablonowe jest, że autor nie idzie tu 
po taniej, demagogicznej drodze inteligenckiego katastrofizmu, nie pragnie pokazywać owego 
schematycznego zgniłego, upadającego inteligenta, straszącego nas z kart różnych 
programowo socjologicznych utworów. Nie pokazuje go — bo go nie widzi; widzi 
niedoskonałe narzędzie piękności, lecz nie zapomina też o „strumieniu piękności"; nie 
rozdziera szat, nie wychowuje, nie rozpacza, potrafi zawsze w odpowiednim momencie ukryć 
się za draperie kunsztownej formy, zgasić światło, położyć palec na ustach — poprzestając na 
aluzjach i na — zabawie, umiejąc w ten subtelny sposób powiedzieć więcej mądrych rzeczy 
niż zawarto ich w niejednym traktacie; z książki wyciągnąć by się dało wiele cennych 
aforyzmów o najróżniejszych pTobtemach sztuki, filozofii, charak-terologii: dużo tutaj 
inteligencji przedniego gatunku, wszak to zabawa inteligentów, opisana przez inteligenta, ale 
naprawdę zabawa — świeża i w istocie optymistyczna'. To posmak świata, kolorowy światek 
odbity w rżniętym szkle kieliszka — żartobliwa miniatura bytu. Forma tego rodzaju ma w 
literaturze polskiej nie byle jakie parantele: wszak to i Wesele Wyspiańskiego i Ozimina 
Berenta. Pokrewieństwo z pomysłem Wesela wzmaga jeszcze fakt że, jak wieść gminna głosi, 
Kudliński zaczerpnął wzorce do swych postaci z krakowskiego życia artystycznego przed 
wojną. Zresztą nie o to oczywiście chodzi. Niewątpliwie, w samej koncepcji i nie tylko 
176 
formalnej jest coś z Wesela oglądanego przez odwrócone szkło lornetki. Lecz oczywiście 
autor nie wytacza tu machiny symboliczno-społeczno-ideologicznej, wystarczą mu aluzje, 
utwór w założeniu ma być błahy — to założenie autora nie jest wcale łatwe do wykonania, 
jakby to ktoś mógł sobie pomyśleć: czasem łatwiej wytoczyć armatę niż skonstruować figurkę 
z porcelany czy utrwalić bańkę mydlaną. Formę mniej obowiązującej, kunsztownej igraszki 
nadaje książce Kudlińskiego język: specyficzny, gawędziarski, płynący swoistym rytmem, 
pełen dowcipów i kolorystycznych skrótów („Leon stał godnie przy stoliczku z alkoholem, 
dzierżąc w obu urękawicznionych dłoniach dwie różnokolorowe butelki o wzorzystych 
etykietach. Jan z uznaniem ocenił fachowy wygląd lokaja, na którego głowie, rozłupanej na 
środku idealnym przedziałkiem, pozornie siedziała rozczapierzona sroka z fresku" — s. 81), a 
także niezwykle precyzyjnych obserwacji. Kudliński posiada to, co nazywam własną 
„komórką" językową — wystarczy przeczytać dwa, trzy zdania, aby uchwycić 
charakterystyczny ton i barwę języka tej książki. Są u nas pisarze i teoretycy, którzy z uporem 
twierdzą, że język prozy winien być bezbarwny, rzeczowy, wyłącznie, jak się to dziś mówi, 
komunikatywny, zaś wszelka indywidualność, barwność czy rytm to rzekomo 
młodopolszczyzna. Ostatnio wypowiedział tego rodzaju opinię Adam Ważyk z okazji książki 

background image

 

90 

Gołubiewa. Uważam ten pogląd za wyraz doktrynerskiej jednostronności estetycznej, która 
zwielokrotniona przerodzić się może w zjawisko zdecydowanie antykulturalne. „Koncepcja 
językowa",, jak to określa Ważyk, nie istnieje jako coś osobnego, jest ona jednym z kilku, ale 
niezaprzeczalnym i ważnym elementem dzieła, decydującym między innymi o jego 
indywidualności. Są utwory, w których odgrywa ona większą rolę (Żywe kamienie Berenta, 
Wiatr od morza Żeromskie-go, Salambo Flauberta) — w innych — mniejszą, lecz 
niewątpliwie każdy autor, wiedząc o tym lub nie, posiada swoją własną melodię języka — 
negowanie tego faktu to atrofia i daltonizm. 
Tak więc książka Kudlińskiego jest etiudą formalną, symbolizującą chwilowy może odskok 
od konwencjonalnej formy wielkiej powieści, odskok, uwarunkowany wewnętrznie owym 
bogatym materiałem asocjacyjno-intelek- 
177 
12 
tualnym, który najlepiej dał się ująć i wyrazić w pełnej wdzięku dywagacyjno-aluzyjnej, 
luźnej formie. I tutaj znów przypominają mi się poglądy estetyczne Mego Przyjaciela. Tęsknił 
on do prozy mniej zobowiązującej, którą czytałoby się tak, jak opiera się oczy na 
impresjonistycznym obrazku, jedząc śniadanie w jasny poranek — kontemplacja sztuki 
oczyszczona z koturnów i z nadmiaru fikcji — uświadomienie kolorów otaczających nas 
stale, otwarcie oczu na „elementy sztuczne w życiu", jak mówił Wilde. Książka Kudlińskiego 
idzie w tym kierunku — można ją czytać z przerwami, odkładać, wracać, — nie wciąga nas w 
męczący mechanizm wymyślonej fabuły. Ta książka to próba, studium, którego przedmiotem 
jest wyrafinowany problem literacki: rozmyślna błahość. rozmyślny dystans autora i 
bezkoturnowość — a czego się tam kto dopatrzy, to już jego rzecz. Słowem — czar-nia magia 
— nie lada kultury i dyscypliny literackiej trzeba, aby taką próbę podjąć i doprowadzić do 
końca, aby utrwalić kolorową bańkę mydlaną, uwiecznić polotny kalejdoskop intelektu. Tak 
jak tajniki psychiczne człowieka, najlepiej uwidaczniają się w rzeczach drobnych, kiedy nie 
mamy się na .baczności, tak samo kultura i kunszt najjaśniej zabłysnąć potrafi — właśnie na 
pozornych marginesach sztuki. 
30 XI 1947. 
Tematy sportowe 
Tematy sportowe to tematy poniekąd wygodne: interesujące i efektowne. Ale ta ich łatwość 
jest pozorna: rutynowanemu pisarzowi łatwo skomponować historię, zręcznie wyzyskującą 
emocjonujące dreszczyki walki sportowej oraz barwne, malownicze akcesoria tej walki i jej 
tła, niekoniecznie natomiast łatwym zadaniem będzie powiązanie sportu z problematyką 
ludzką, moralną i intelektualną, podniesienie sportowego do ludzkości. Oczywiście — nie 
musi się tego robić: powierzchowne opowiadania sportowe, jakie czytywało się w 
ilustrowanych, rozrywkowych magazynach, takie ot gładkie zabaweczki czy puste w środku 
biszkopty dziennikarskie też należą do kultury: wszak samo istnienie owych rozrywkowych 
magazynów w rodzaju przedwojennego „Asa" czy nawet powojennego "przekroju", 
podyktowane jest jakąś potrzebą odbiorców, a istotę wszelkiej akcji kulturalnej stanowi 
właśnie zaspokojenie potrzeb — jak najrozmaitszych. Na pewno słuszne będzie twierdzenie, 
że literatura rozciąga się od Szekspira i Tołstoja do Wallace'a i Agaty Chri-stie, a do urządzeń 
kultury ludzkiej również na pewno należą nie tylko muzea i biblioteki, lecz także karuzele i 
fotoplastykony, nie mówiąc już o cyrku — jedno i drugie to niewątpliwie różne formy 
konwencji kulturalnej, bardzo jakościowo i ilościowo zróżnicowanej, lecz w sumie tworzącej 
ów bogaty a wewnętrznie zjednoczony z człowiekiem zespół elementów, które tenże 
człowiek stworzył i niejako wniósł do natury, a które sumarycznie nazywamy kulturą. Nie 
mam więc nic przeciwko opowiadaniom sportowym błahym, czysto rozrywkowym, 
dziennikarskim: jeśli są dobrze, z rytmem zrobione, spełniają   i   one   swoją   funkcję   
społeczno-kulturalną.   Taką 

background image

 

91 

179 
funkcję spełniła niewątpliwie pierwsza — o ile wiem — polska powieść czysto sportowa: 
Wielka gra Aleksandra Rakszy i Mariana Strzeleckiego, drukowana przed wojną w 
„Przeglądzie Sportowym", a potem wydana w książce. Była emocjonująca, dobrze 
zbudowana, pełna humoru, pisana z dużą znajomością piłkarstwa i przeprowadzająca „myśl 
piękną": apologię amatorstwa i potępienie utajonego profesjonalizmu w sporcie. Słowem 
książka rzeczywiście potrzebna, bawiąca a pożyteczna. 
Podkreśliwszy więc ten mój liberalizm wobec rodzajów literackich i literackich ciężarów 
gatunkowych, wyni-y| kły z przekonania, że nawet pluskwa gra swą partię w| Symfonii 
Natury, zaś lemoniada i wino owocowe przynależą do wachlarza napojów tak samo jak 
pilzner i bur-''| gund, muszę jednak powrócić do sprawy hierarchii pisarskiej. Hierarchia 
istnieje — istnienia jej nie może nam przysłonić fakt, że do zaspokajania różnych potrzeb 
potrzebni są różni pisarze — tak duży jak i mały ma tu coś do zrobienia. Istnieje jednak 
między nimi zasadnicza różnica, a różnica ta polega nie tylko na hierarchii rzemiosła 
formalnego, lecz przede wszystkim na hierarchii ważności poruszanych spraw, na hierarchii 
problemowej (odkrywam tu, jak widzicie Amerykę, ale to nic nie szkodzi, dopływam do niej 
bowiem z innej nieco strony, niż się to dziś przeważnie zwykło robić). Umiejętność 
uskrzydlenia przedstawionych wydarzeń problematyką ogólnoludzką, zdolność dostrzeżenia 
w każdym drobiazgu nawet jego związku z głębszą podszewką rzeczy, z owym wewnętrznym 
nurtem, opływającym wszystkie sprawy i łączącym je z sobą w to, co nazywamy bądź sensem 
czy konstrukcją świata, bądź, zarozumiale & bardziej impresjonistycznie — smakiem świata. 
Zadaniem pisarza jest dotrzeć do tego smaku — im pełniej i głębiej to robi, tym większym 
jest pisarzem. Miarę tę stosować musimy i do pisarzy sportowych, zwłaszcza że tradycja 
literacka w tej dziedzinie pokazuje nam, jak można „podnieść sportowe do ludzkości". Mam 
tu na myśli przede wszystkim świetne bokserskie nowele Jacka Londona, wśród nich 
opowiadanie Kawał pieczeni, podobne w wątku do noweli Mariana Promińskiego Drugą 
proszą, lecz w diametralnie odmienny sposób zaimpregnowane problematyką. 
180 
Jakież problemy ogólnoludzkie nastręcza nam sport? Dowiemy się o tym, pomyślawszy 
chwilę nad pytaniem: co to w ogóle jest sport? Sport podobnie jak odbiór wrażeń 
artystycznych jest to jedno z zajęć, którym człowiek oddaje się samorzutnie, gdy ma wolny 
czas, gdy nie poświęca się pracom mającym na celu podtrzymanie życia, to jest pracom 
zawodowo-zarobkowym. I rzecz ciekawa: gdy człowiek ma zapełnić czas wolny od trudu, 
dobrowolnie wybiera sobie również trud (sport jest trudem — wystarczy spojrzeć na 
skrzywioną twarz Zatopka), ale trud bezinteresowny, niczemu nie służący, trud będący celem 
sam dla siebie, a mający postać walki, rywalizacji. Jest to osobliwy trud, trud, który bawi i 
przynosi odpoczynek. Jednocześnie jest w nim jakby ekstrakt życia: wybór tego trudu 
podyktowany jest arcyludzką skłonnością do^ zagęszczenia i uintensywnienia życia, 
podniecenie kibiców to rezultat powszechnego pędu do niezwykłości i przygody. I w ten 
sposób powstaje osobliwy mikro-kosmos sportowy. Jak przełamują się w tym świecie 
zagadnienia moralne, jak zachowuje się człowiek, spełniając trud, który sam sobie wybrał i 
narzucił, jakie impulsy i instynkty każą mu toczyć tę walkę bezinteresowną, walkę, którą 
sceptycy uważają za walkę o nic? Jak ma się ta walka do normalnej walki życiowej, o ile inny 
jest człowiek, gdy walczy w szrankach pozorowanych, jak zmienia się jego natura, kiedy 
może być wyłącznie sobą czy nawet „sobiepankiem"? Oto wstęp zaledwie do rozlicznych 
problemów, nasuwanych nam przez ów abstrakcyjny w pewnym sensie, bo sztucznie 
oczyszczony z elementów ubocznych i zagęszczony egzamin życiowy, jakim jest rywalizacja 
i walka sportowa. Problemy te są na pozór specjalne, w istocie przez ich pryzmat można 
zobaczyć najistotniejsze sprawy ludzkiego życia — trzeba tylko umieć spojrzeć. 

background image

 

92 

Czy umiał spojrzeć Marian Promiński w Opowieściach sportowych*"? Wydaje mi się — że 
nie, i to jest mój zasadniczy zarzut przeciw jego książce — w myśl zasady koniec wieńczy 
dzieło zaczynam bowiem od zarzutu. Opowieści sportowe to opowieści doskonale napisane i 
bardzo ciekawie  się  czytające,  ale brak w nich właśnie  owego 
* Marian Promiński:  Opowieści sportowe. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 
1952. 
181 
uskrzydlenia sprawami zasadniczymi, brak perspektyw otwierających problemy dla sportu 
najistotniejsze, czyniące zeń jedno z pól bitew, na których walczy duch ludzki. Promiński 
teoretycznie wie, że samo „opisywactwo", koloryt i fabuła to jeszcze mało, wobec czego-
nikłość problemową swych nowel postanawia zrekompensować — morałami. I tu właśnie 
widzę błąd — osobiście nie uznaję morałów jako formy sugestii problemowej: morał, prosta 
nauka podana bez osłonek, na półmisku, to dla mnie konserwa myślowa, to coś w samym 
założeniu martwego, a przy tym żenująco nieskutecznego. Pokazanie przez pisarza spraw 
najważniejszych stanowi samo przez się pewien akt moralny. Wszystkie cztery nowele 
Promińskiego kończą się zdawkowo praktycznymi morałami: Drugą proszą! — że nie należy 
martwić się upływem sił na starość, bo wtedy też można pożytecznie pracować; Bierz 
rękawice! — że trzeba być lojalnym i opanowanym; Dziesięć kilometrów — że honor i 
patriotyzm ważniejsze są od pieniędzy i powodzenia u kobiet; Bramkarz „Świętej Barbary" 
— że jednostka musi żyć społecznie, a nie zasklepiać się w sobie. Istny sztambuch dla 
grzecznych dzieci. Rozumiem morały: każda epoka ma swoje morały, morały były w 
Wielkiej grze, morały są u Promińskiego. Ale wybranie metody moralizatorskiej stanowi o 
niższej klasie literackiej utworu i o jego ograniczonych perspektywach problemowych. W 
noweli Drugą proszę stary mistrz tenisowy Wańczura przegrywa spotkanie z juniorem, na 
chwilę się załamuje, ale pociesza go perspektywa pracy instruktorskiej. „Wrzesień życia — 
jeszcze piękny miesiąc", konkluduje — ładnie zresztą — autor. Gdyby tak Wańczura po 
przegranej załamał się, poszedł wprost na wódkę i ku zgorszeniu otoczenia zalał się w trupa 
(ostatecznie miał prawo — własna ujrzana nagle starość jest chyba do licha niełatwym 
problemem), to jednak morał noweli mógłby być taki sam jak jest, tylko krystalizacja jego 
odbyłaby się inaczej: nie w sposób łatwy a nieprawdopodobny (błyskawiczna zmiana nastroju 
bohatera), jak u Promińskiego, lecz w sposób trudniejszy ale naprawdę wychowawczo 
dydaktyczny, bo poprzez samodzielne przemyślenia pobudzonego opisanym dramatem na 
korcie czytelnika. Opowiadanie działałoby wtedy samym swym miąższem literackim. Bracia 
Karamazow, 
182 
Anna Karenina, Nostromo czy inne arcydzieła nie potrzebują przecież werbalnych 
moralizatorskich konkluzji — mówią same za siebie. 
A teraz przejdźmy do pochwał. Powiedziałem, że Pro-miński ponosi porażkę literacką, lecz 
ponosi ją chcąc walczyć na wysokich piętrach. Porażka decyduje o tym, że Opowiadania 
sportowe nie są literaturą najwyższej jakości; są one jednak dobrą literaturą drugiej klasy, a 
ta, w myśl moich wywodów początkowych, ma również ważną funkcję kulturalną do 
spełnienia. Konstatując nienaganną robotę literacką tych nowel podejrzewałem czasem 
Promińskiego, że najlepiej czuje się on właśnie jako bezpretensjonalny i mało 
naintelektualizowany a za to sprawny pod względem fabuły, psychologii i opisu pisarz drugiej 
klasy. Ale to już jego sprawa. Faktem jest, że nowele jego pisane są własnym, przyjemnie 
pociągającym rytmem i stylem, że wiele tu przedniego humoru i celnej psychologii, finezji i 
krótkich spięć, że postacie widzimy jak żywe, zaś opisy meczów, walk czy biegów są pełne 
znawstwa i niezwykle emocjonujące. Specjalnym jednak walorem prozy Promińskiego 
(zwrócił już na to uwagę któryś z recenzentów) są jego skrótowe a niezwykle sugestywnie 
metaforyczne obrazy — roi się od nich zwłaszcza w opisie meczu „Santa Barbary": „Miguel... 

background image

 

93 

czuł noże w płucach, a stawy biodrowe miał jakby związane łykiem"; „...technicznie wygrał 
ten pojedynek ale kiedy wyrwał się o metr z piłką, wszyscy gracze byli dla niego niebiesko-
czarną masą"; „lubił gęsty łopot braw, a nie taki leciutki i pobieżny jakby kilka gołębi zerwało 
się do lotu"; „piłka trysnęła mu z prawej nogi wysoką, skośną świecą, nabierającą odległości 
pod koniec lotu". Widzimy ten mecz, widzimy bieg, widzimy kort tenisowy. Najsłabsza jest 
nowela Bierz rękawice, cała nasycona re-zonerstwem, nie bardzo w dodatku jasnym, 
najlepsza — Bramkarz „Świętej Barbary" ze swoim świetnie przeprowadzonym, 
niepokojącym nastrojem oczekiwania. W sumie Opowieści czyta się z żywą przyjemnością, 
można czerpać z książki tyle satysfakcji, ile zaczerpnął jej autor niniejszej .recenzji, to znaczy 
— dużo. 
Innego kalibru są Kartki sportowe * Adolfa Rudnickiego. To wielkie pisarstwo — a raczej 
okruchy wielkiego pi- 
* Adolf Rudnłckl: Kartki sportowe.  Książka  i Wiedza,  Warszawa  1952. 
183 
sarstwa, okruchy z wielkiej uczty. Okruchy — bo książeczka ta ma rozmyślnie charakter 
garści z uroczą nie-dbałością rzuconych miniatur. Wielkiej — bo każde zdanie nabrzmiałe tu 
jest treścią, treścią wieloraką i wielo-perspektywiczną, głęboką wiedzą o człowieku i jego 
rozlicznych sprawach. Ta książeczka wiąże właśnie sport z wewnętrznym nurtem wszelkich 
rzeczy, ta książeczka trafia poprzez sport do — smaku i porządku świata. Podnosi „sportowe 
do ludzkości", ze sprawy i kibicostwa' piłkarskiego wyprowadza ważności ogólnoludzkie, a 
obraz starego gracza staje się tu punktem wyjścia do rozważania wiecznego problemu 
przemijania pokoleń i ich zmiany warty. A przy tym — ileż tu ciepła i wdzięku, ileż pięknych 
jak subtelne, precyzyjne sztychy obrazów — lecz żaden z nich nie jest celem sam dla siebie, 
tak jak żadne spostrzeżenie psychologiczne nie ma tutaj, co częste jest u Rroniińskiego, cech 
sprytnego, reżyserskiego, kokieteryjnego „tricku". U Rudnickiego każde takie spostrzeżenie 
odznacza się wysokim ciężarem gatunkowym, bo natychmiast jest zwielokrotnione i 
uogólnione, natychmiast pada na nie światło kilku reflektorów i perspektywa przeżyć wielu 
ludzi. Rudnicki nie rzuca słów na wiatr, choć nie odmierza ich jak skąpiec: uroki i mądrość 
jego pisarstwa są ekonomicznie skondensowane z natury — właśnie na tej organicznej 
aforystyczności polega cen-ność jego prozy; rzuca aforyzmy z pozorną niedbałością wirtuoza, 
lecz to jest tylko taki jego artystyczny fason — w istocie niełatwo znaleźć prozę bardziej 
odpowiedzialną za zawarte w niej myśli — forma językowa i myśl stanowią tu nierozłączną 
jedność. A oto parę typowych afory-stycznie uogólnionych zdań z Kartek sportowych: 
„Gdyby krytycy malarscy potrafili tak zanalizować obraz, a krytycy teatralni grę aktorów, jak 
szesnastoletni chłopcy grę Barana czy Hogendorfa, musielibyśmy mówić o wielkiej krytyce 
artystycznej w Polsce". „Gdyby mnie spytano, co robię na zawodach, odpowiedziałbym — 
uczę się wielorakich prawd o życiu, z których jedne znoszą drugie. Ale jedna prawda trwa i 
nigdy jeszcze żadne zawody jej nie przekreśliły, ta mianowicie, że gra jest walką od pierwszej 
do ostatniej chwili i że najmniejszy błąd w najdalszym zakątku boiska może przyczynić się do 
klęski. Jak w życiu." „Być może... że futbol stanowi namiastkę 
184 
wojny. Jest to wojna, do której nie ustosunkowujemy się wrogo". „Podobnie jak film, piłka 
(nożna) stanowi sumę... Podobnie jak geniusz filmu, geniusz piłki posiada naturę wędrującą. 
Dziwne jest tylko to, że przy swej wędrującej naturze żaden z nich nie może trafić do nas." 
„Uśmiech zwycięzcy jest pięknym, gorzkim świadectwem wysiłku." „W wieku, gdy artyści 
dopiero zaczynają, sportowcy już właściwie kończą (dlatego, obywatele, oklaskujcie ich 
nawet ponad zasługi). Dzieło, które po nich zostaje, to sucha cyfra. Jej bulgocącą treść czują 
młodsi zawodnicy gdzieś na granicy ostatnich centymetrów czy ułamków sekund. Starzy 
mistrzowie siedzą na trybunach i patrzą i sprawdzają i słuchają i czekają, aż czyny młodych 
skażą ich na zapomnienie, wymażą ich już ostatecznie z tabeli mistrzostw i — z pamięci 

background image

 

94 

ludzkiej". Tak można by cytować całą książeczkę. Czyż myśli te nie smakują jak stare wino? 
A mają one nie tylko smak: mają też kokyr i zapach — bo nie istnieje tu przedział między 
myślą a sugestywnym, obrazowym słowem. 
Tak — Adolf Rudnicki to, mówiąc po sportowemu, pisarz klasy mistrzowskiej. Oczywiście 
— nie wszystko mi się w jego książeczce podoba, lecz nic w tym dziwnego — kto dziś 
każdemu dogodził? (Nie będę zresztą wyszczególniał — autor domyśli się sam). Szkoda, że 
Rudnicki przemawia do nas rzadko: od znakomitych książek Szekspir i Ucieczka z Jasnej 
Polany dał nam zaledwie chudą, enigmatyczną nieco (może przez zbytnią kondensację) 
Pałeczkę i teraz — Kartki Ale owe Kartki to resztki z uczty królów. Ze wstydem przyznaję 
się, że gdy kiedyś parę z nich przeczytałem w jakimś dzienniku, wydały mi się słabe — 
bardzo się wówczas zmartwiłem: myślałem, że Rudnicki stracił swój wyjątkowy instrument 
pisarski. Lecz nie — gra na nim nadal. Jego miniaturowe Kartki, napisane na specjalny 
przecież temat, zawierają jednak wszystko: smak a w nim i sens świata oraz ciepło ludzkiego 
serca. Czyż nie jest to pełna rehabilitacja „tematów sportowych"? 
14 IX 1952. 
1'1'lflllTI.......II 
 
Przeciwieństwa się stykają 
Nowo wydana, a przed kilkunastu laty napisana wieść Grahama Greene'a Broń na sprzedaż* 
należy, podobnie jak drukowany w „Słowie Powszechnym" świetny Tajny agent, do gatunku 
sensacyjno-kryminalnych powieści tego autora. Greene rozmyślnie uprawia kilka rodzajów 
literackich, poważną zaś pozycję jego twórczości stanowią właśnie powieści sensacyjne. 
Nieraz zastanawiano się nad faktem, dlaczego pisarze o światopoglądzie katolickim często i z 
upodobaniem uciekają się do tego gatunku literackiego: przykładem Chesterton, autor 
Człowieka, który był Czwartkiem (drugi polski tytuł: Delegat anarchistów) oraz cyklu nowel 
kryminalnych Historie ojca Browna, Bernanos (Zbrodnia), Julien Green i inni. Może 
skondensowana problematyka przestępcza takich powieści sprzyja symbolicznemu i 
syntetycznemu przedstawieniu chrześcijańskiej dialektyki moralnej, może problem grzechu i 
zbrodni uzyskuje dzięki szarpiącym akcesoriom tego typu utworów właściwe napięcie, 
odpowiednią intensywność? Wydaje się, że zagadnienie to można rozszerzyć: oto pisarze, 
żyjący problematyką religijną w ogóle piszą przede wszystkim książki o faktach i to faktach 
rzadkich, gwałtownych, wstrząsających. Każda z czterech wielkich powieści Dostojewskiego 
(Zbrodnia i kara, Bracia Karamazow, Biesy, Idiota) to według czyjegoś określenia, historia 
jednej  zbrodni  i to zbrodni 
• Graham Greene:  Broń  na sprzedaż, przeł.   Andrea  Tonchu-Ru.  Wyd. „Pax", Warszawa 
1951. 
186 
zawsze niezwykłej, opartej na podłożu, jak to się dziś modnie mówi, psychopatycznym; także 
powieści Mauriaca są z reguły oparte na wydarzeniach dramatycznych i przerażających. W 
przeciwieństwie do tego materialis-tyczni sceptycy często uprawiali gatunki literackie poza-
fabularne, pogodne gawędy czy powiastki filozoficzne (Diderot, Voltaire), zaś słynną, 
niezwykłą powieść, eliminującą niemal fabułę na rzecz analizy myśli i uczuć, napisał właśnie 
indyferentny Proust. W faktach gwałtownych i niecodziennych, w skondensowanej erupcji 
zła, jaką jest zbrodnia, następuje widocznie owo zagęszczenie problematyki grzechu i winy, 
zagęszczenie pozwalające ad oculos, namacalnie i dobitnie przedstawić zasadniczy problem 
moralnej dialektyki chrześcijaństwa, antynomię pomiędzy, z jednej strony, determinizmem 
skażenia natury ludzkiej, z drugiej strony zaś — możliwością oczyszczenia i odkupienia, 
możliwością wyboru dobra. Największy zbrodniarz ma tę możliwość, ma swoją szansę, im 
większym zaś jest zbrodniarzem, tym intensywniej, tym gęściej, tym bardziej wstrząsająco 
wygląda nieprzerwane jej istnienie, owa wciąż obecna pokusa dobra. Przeciwieństwa się 

background image

 

95 

stykają — ta myśl .pojawia się u Gre-ene'a często, a że gruntownie ją sobie uświadomił i 
programowo ją głosi — dowodem na to może być motto Sedna sprawy zaczerpnięte z Karola 
Peguy: „Grzesznik tkwi w samym sercu chrześcijaństwa. Nikt nie jest tak kompetentny w 
sprawach chrześcijaństwa jak grzesznik — chyba święty". 
W Broni na sprzedaż nie ma prawie mowy o religii, bardzo zaś niewiele o Bogu, mimo to od 
pierwszych stron wprowadzeni jesteśmy w ową podstawową antynomiczność moralną, nie 
pozwalającą wątpić, że książkę tę napisano w myśl pewnej określonej postawy, że pisał ją 
świadomie człowiek głęboko przejęty katolicyzmem, katolickim sposobem myślenia i 
wartościowania. Świadczy o tym choćby wybór bohatera. Raven, syn powieszonego 
zbrodniarza i matki samobójczyni, wychowywany w przytułku, odrażająco brzydki, z zajęczą 
wargą, nędzarz pozbawiony domu i rodziny, który wynajmuje się jako płatny morderca i, 
obojętny kogo każą mu zamordować, popełnia zabójstwo mające wywołać wojnę — to 
przecież najostatniejszy z ostatnich, wcielenie nędzy świata, kwintesencja ludzkiego 
187 
upadku, ludzkiego skażenia i kapitulacji przed złem. świadomie korzystając z przywileju, jaki 
daje forma i konwencja powieści kryminalnej, autor zagęścił w tej postaci czarne barwy, 
czyniąc z niej przez to niemal symbol. Lecz za symboliczne uznać należy również takie 
podmalowanie osoby Revena, że wywołuje ona niespodziewaną (choć przez Greene'a 
spodziewaną, ba — świadomie spowodowaną) reakcję uczuciową czytelnika: oto Raven jest 
jedną z niewielu główinych postaci książki — obok Anny i sierżanta Mathera — nie 
budzących odrazy. Jego czyny są przerażające, lecz on sam nie budzi wstrętu: spełnia swe 
zbrodnie z jakąś bezosobową, rozpaczliwie stoicką rezygnacją, jakby w poczuciu 
beznadziejności wszelkich prób walki z determinizmem swego losu, przy tym czuje się, że 
pod tą gorzką, straceńczą rezygnacją czai się gdzieś na dnie ogromna tęsknota. Gdy bez 
litości zabija dwoje starszych ludzi: ministra i jego sekretarkę, jest w tym, jak i w innych jego 
czynach, jakiś irracjonalny protest przeciwko światu, który go skazał. Obserwując ten świat, 
świat karykaturalnych, ohydnych owadów ludzkich, których galerię z mumiowatym sir 
Marcusem, łakomym panem Davisem i uwięzionym w swej małości komisarzem Calkim 
rozstawia przed naszymi oczami Gre-ene ze znawstwem i precyzją zegarmistrza dusz 
ludzkich, obserwując na tym tle samotnicze poczynania Ravena, czytelnik nie może się 
oprzeć wrażeniiu, że ten jeden właśnie jest niewinny, że pośród owego zacnego grona ludzi 
normalnych ten właśnie wyjątkowy zbrodniarz, ostatni z ostatnich, najgorszy ze złych jest — 
ofiarą. Budzi współczucie swą kamienną wiarą w determinizm: w determi-nizm swojej 
brzydoty i swego pochodzenia, w determinizm ludzkiego łajdactwa, niesprawiedliwości, 
nieżyczliwości, w nieugięty determinizm obcości i obojętności świata. Raven zna tylko 
ciemność, grzech i zbrodnię: obijając się w samotnej tej wiedzy o nieprzytulne kanty świata 
jest od prawdy daleko i zarazem — niespodziewanie blisko. Jego podświadoma tęsknota za 
ciepłem i wiarą w dobroć, wyzwolona na chwilę przez Annę, mogłaby, czujemy to, zdziałać 
cuda — przeciwieństwa się stykają, a ów grzesznik, człowiek ciemności, przez swój głęboko 
utajony lecz wciąż obecny kompleks tęsknoty, najbliżej w istocie   ze  wszystkich  postaci  
książki   krąży   około   „sed- 
188 
na sprawy". Impulsem ocalenia mogłaby być Anna, jedyna kobieta, która mu zaufała i która 
nie ma do niego wstrętu fizycznego (wprawdzie wstręt ten pojawia się na chwilę, gdy Anna 
odkrywa jego zbrodnię, jednak w dalszych jej myślach o Ravenie nie ma go — ulotnił się). 
Lecz Anna nie zdołała tego zrobić, choć może w istocie ów krótkotrwały blask, jakim 
opromieniła jego mroczny umysł, jest już wyłomem decydującym i zasadniczym. Ale Anna 
nie zdąży ocalić Ravena materialnie: jego zbrodnie pociągają za sobą lawinę faktów, a przed 
faktami Greene-realista nawet w powieści kryminalno-symbolicznej zawsze uchyli czoła. 
Raven musi zginąć śmiercią gwałtowną, człowiek ciemności wraca do ciemności. Anna 

background image

 

96 

zwyciężyła, ocaliła ludzkość i swoje prywatne ciepło duchowe, a jednak nad jej triumfem 
zawieszony jest domyślny zaledwie znak zapytania: wszak nie dokonała swego 
najważniejszego obowiązku — nie ocaliła powierzonego sobie przez los czy przez 
Opatrzność grzesznika. Czy rzeczywiście tego nie dokonała, czy Raven jest bezpowrotnie 
stracony i to tylko przez przypadek, przez brak okazji, przez to, że spotkał ją za późno? Tę 
kwestię pozostawia autor w zawieszeniu; kto pamięta Sedno sprawy, ten dostrzeże tu pewne 
podobieństwo motywów, podobieństwo ideowe a także anialogiczny chwyt liiteracki: 
zakończenie na dyskretnym lecz wyraźnym dysonansie, który nadal działać będzie i pracować 
w umyśle czytelnika. Niedosyt taki, oszczędzenie nam przysłowiowej kropki nad i, 
pozostawienie otwartej tezy, oto sposób, aby łańcuch Greenowskiej dialektyki moralnej 
ciągnął się w nas dalej — poza książkę. 
Taki oto jest trzon ideowy tej powieści. Lecz niewiele by nam to wszystko mówiło, gdyby 
było tylko gołą ideą, gdyby nie zostało obleczone w ciało literackie, w znakomitą żywą 
materię, skonstruowaną za pomocą wspaniałej pasji obserwatorskiej, wnikliwego duszoznaw-
stwa i zespołu pisarskich chwytów obiektywu znakomitej marki. Greene świadomy jest w 
pełni obowiązków technicznych, wynikających z przyjęcia specyficznej konwencji, jaką jest 
forma powieści kryminalnej. Zawiasy, na jakich porusza się akcja tej książki, skonstruowane 
są bezbłędnie a z gustem, z elementów paradoksalnej niespodzianki,   zaskoczenia,  
chwilowej   dezorientacji  czy- 
189 
telnika, tym bardziej pobudzającej za chwilę jego ciekawość i emocję. Lecz nie są to tylko 
formalne chwyty: w każdym z nich kryje się myśl, powiązana w misterny sposób z ogólnymi 
założeniami ideowo-koncepcyjnymi — u Greene'a nic nigdy nde bywa użyte przypadkowo, 
trzeba tylko poszukać klucza ideowego do każdego zakrętu akcji, do każdego paradoksu czy 
tricku. Jest w tej książce przewodni motyw formalny a zarazem właśnie ideowy, wspólny ze 
wspomnianą już powieścią Tajny agent. I tam i tutaj bohater (tam dodatni, tu ujemny) 
znajduje się w obcym, zimnym i obojętnym świecie sam jeden, absolutnie bez sojuszników, w 
sytuacji tak paradoksalnie beznadziejnej, jałowej w jakiekolwiek możliwości, że, zdawałoby 
się, cud tylko a nie żaden normalny upadek może mu dopomóc i pchnąć akcję dalej. I oto cud 
się zdarza, lecz przybiera on na siebie zawsze postać przypadku najzupełniej normalnego, 
choć najzupełniej nieoczekiwanego. Podobny motyw zresztą spotyka się u Che-stertona: 
ksiądz Brown (właśnie ksiądz!) wyjaśnia w sposób jak najbardziej normalny i przyrodzony, 
choć misterny, fakty tak dziwne, że przysięgli sceptycy gotowi są już uznać je za cuda. 
Opatrzność u Greene'a działa cudownie poprzez szereg wypadków najzupełniej normalnych 
— tajemnica zawiera się tylko w nieoczekiwanym a na pozór tylko przypadkowym ich 
powiązaniu. Są to swego rodzaju „tricki" losu — w precyzji ich oddziaływania kryje się coś 
cudownego — poprzez nie właśnie jakaś ręka plącze, łączy i rozdziela ludzkie losy, za ich 
pomocą niemożliwe staje się możliwe, nie przestając być normalne; te właśnie „tricki" w 
książce Greene'a symbolizują nieprzebrane możliwości życia, ową stale pod pozorną 
obojętnością i kamienną nieczułością świata obecną, tuż tuż bliską wielką szansę. Cóż, 
zdawałoby się, może ocalić Ravena w małym miasteczku, gdzie cała prasa pełna jest opisów 
jego twarzy z zajęczą wargą, gdzie nie posiada on żadnych znajomych ani możliwości wejścia 
do jakiegokolwiek mieszkania, gdzie ulice obstawione są policją? Cóż go może ocalić? — 
chyba cud. I rzeczywiście cud się zdarza, ale całkiem przyrodzony, w mieście zarządzono 
próbny atak gazowy i Raven zdobywszy maskę spaceruje po ulicach jak najbezpieczniejszy i 
bez przeszkód   realizuje   swoje   mściwe   zamierzenia.   Albo   scena 
190 
na ulicy, wobec gipsowego Chrystusika, gdy Raven z rozpaczą szuka Anny. „Powiedział z 
goryczą do małego kawałka gipsu w gipsowej kołysce: »Jeślibyś był Bogiem, wiedziałbyś, że 
nie chciałem zrobić jej krzywdy, dałbyś mi jakąś szansę, pozwól, niech się odwrócę i zobaczę 

background image

 

97 

ją na chodniku* — i odwrócił się z cieniem nadziei, ale oczywiście nikogo nie było. Gdy 
odchodził, zobaczył sześć pensów w rynsztoku. Podniósł je i poszedł z powrotem tą samą 
drogą..." Oto typowa i typowo zamaskowana ingerencja tajemniczej Ręki: dzięki tym sześciu 
pensom właśnie nie posiadający innych pieniędzy poza fałszywymi funtami Raven będzie 
mógł kupić bilet wstępu na otwarcie bazaru, gdzie odnajdzie torebkę Anny, co pociągnie za 
sobą cały dalszy łańcuch wydarzeń... Są i tricki na pozór negatywne, destrukcyjne: łakomstwo 
pana Choknondeleya sprawia, że kupując czekoladki zajmuje on okno w^agonu i 
uniemożliwia Matherowi zobaczenie odjeżdżającej Anny — co mogło mieć na akcję ogromny 
wpływ. Ale i to okazuje się potem potrzebne, dla takiego a nie  innego  przebiegu znajomości  
Anny z Ravenem. 
Cały zespół tego rodzaju wirtuozowsko zręcznych chwytów, zarazem sensacyjnych i 
misternie dialektycznych, posuwa akcję ksiiążki po jej emocjonujących zakrętach. 
Niezrównana precyzja tego mechanizmu zamącona jest tylko nieco przez niezbyt precyzyjny 
przekład: Greene'a czyta się uważnie, każde zdanie ma swoje jawne lub utajone znaczenie, a 
tu przekład nieraz bruździ. Choć, jak się zdaje, trafnie oddaje on rytm i charakter języka Gre-
ene'a, to jednak grzeszy niejasnością — wiele zdań jest niejasnych czysto gramatycznie. 
Odbijając się na przejrzystości fabuły, uderza to czasem w plastyczność postaci. Bo wysoka 
jakość literackiej materii- książki objawia się nie tylko w sensacyjnej, choć, jak 
powiedzieliśmy, zarazem symbolicznej i znaczącej, misternej konstrukcji akcji, nie tylko w 
paradoksalnych i groteskowych pomysłach, w błyskawicznym skrócie ukazującym świat na 
bakier. Książka Greene'a jest tu bogatsza oraz o całe niebo (a raczej ziemię!) bardziej mięsista 
od np. czysto dialektycznych sensacyjnych powieści Chestertona. Decyduje o tym jej, na 
sensacyjnym szkielecie fabuły rozsnuty ¦— wybaczcie  wieloznaczne  słowo  — realizm. 
Greene jest wytrawnym realistą: określić by go można 
191 
jako realistę syntetycznego. Syntetycznego, bo w swych błyskawicznie rysowanych a 
ujmujących od razu istotą problemu danego osobnika portretach charakterologicznych nie 
gardzi on żadną z metod realistycznego przenikliwego obnażania człowieka. Buddy 
Fergusson ze swoim „kompleksem" zuchowatości i kofoieeiarstwa, zwariowany Acky ze 
swymi listami do biskupa, to postacie, do których poważne prawa własności rościć by sobie 
mogli freudyści; inne osobistości (sir Marcus, pan Davis) ucieszą niewątpliwie amatora 
demaskatorstwa, utrzymanego w płaszczyźnie klasowej, społeczno-ekonomicznej; są też istne 
naturalistyczne karykatury, wyrysowane z brawurą i perfidnym smakiem. Greene, psycholog 
fachowiec, detektyw duszy, zna wszystkie klucze, którymi da się wśliznąć do ludzkiej 
psychiki, widzi wszystkie metody, lecz żadna z nich nie absorbuje go całkowicie; patrzy na 
nie z górnej perspektywy, z perspektywy celu; uznając zaś i wnikliwie przedstawiając 
rozmaite determi-nizmy, ani przez chwilę nie wątpi, że nie są one wszechstronne, że w 
każdym z nich da się odnaleźć lukę, przez którą mogłaby wśliznąć się do duszy — Łaska. 
Broń na sprzedaż to zarazem niezwykle sugestywny obraz nędzy, małości i brzydoty 
wielkiego mrowiska — świata ludzkiego. Ohydna tandeta jego pożądań i rozkoszy oddana 
jest w sposób plastyczny i konsekwentny, tworząc tło niezapomniane. Owe trzeciorzędne 
przedstawienia i bazary, „miłość" z wygłodzonymi kupionymi za obiad tancereczkami w 
wynajmowanych na godziny pokojach, bieda, brud, wulgarny komfort i tanie marzenia, cała 
ta nędza istnienia jest pokazana w syntetycznych skrótach, bezlitośnie i mądrze. Skrótowa 
metoda Greene'a nie cofa się przed chwytami naturalistycznymi, lecz jest to naturalizm 
specjalny, symboliczny i syntetyczny, rozmyślnie zagęszczony, jakiś, po prostu, surnatu-
ralizm. Do takich naturalistycznych na pozór a w istocie koncepcjonalnych, podyktowanych 
przez zamierzenia ideowe chwytów należy częste, sugestywne podkreślenie obmierzłej 
cielesności niektórych osób: „Pan Choknon-deley zjadł za dużo słodyczy: powinien był umyć 

background image

 

98 

zęby: oddech miał słodki i nieświeży"; „...czuł w ustach lekki posmak cynaderek i boczku, 
które zjadł na śniadanie"; „...walczyła z  jego rękami, silnymi, miękkimi i lepkimi 
192 
od  lukru";   .....poczuł   woń   ryby  bijącej   z   jej   palców"; 
„Odbijało mu się przekonywająco"; „... pan Davis szedł wymiotując na higieniczną gumową 
podłogę". Wszystkie te szczegóły rozmyślnie nie pozwalają czytelnikowi zapomnieć o 
cielesnej podszewce świa/ta, o mizerii najbardziej pewnego siebie człowieka, wlokącego za 
sobą stale wszelkie obrzydłe serwituty swego wciąż funkcjonującego cielska. Jednocześnie 
postaciom „z drugiej strony", jak Anna i Mather, żyjącym w tęsknocie do imponderabiliów, 
autor oszczędził tej fizjologicznej podbudowy. Oszczędził jej również — rzecz 
charakterystyczna — Ravenowi, bo choć od czasu do czasu (i to w miejscach bynajmniej 
nieprzypadkowych) przypomina jego zajęczą wargę „koloru surowego mięsa", to jednak 
ogólne wrażenie jego szczupłej, posępnej sylwetki bynajmniej nie jest odrażające. I tutaj 
podkreślona została symboliczna dwoistość tej postaci, w której przeciwieństwa się stykają. 
Przedstawiając nędzę i brzydotę świata, jego chłód i obojętność, Greene jest przenikliwy i 
bezlitosny. Konsekwentnie wyrzeka się takich właściwych powieści kryminalnej akcesoriów 
ciepła jak dobroduszny humor, odrobina pieszczoty, rozpalony kominek w burzliwą noc. 
Akcesoria te w normalnej powieści kryminalnej służą jako przeciwwaga dla krwawych 
okropności, a zarazem jako łagodne tło, którego zdaniem jest uwypuklić jeszcze 
emocjonujące, makabryczne efekty. Greene wyrzeka się tego ciepełka, tych wygodnych 
rekwizytów: jego humor jest raczej groteską, zawsze na pograniczu grozy (pijaństwo 
komisarza, historie z maskami gazowymi, historia z pieskiem, którego boi się sir Marcus), 
jego świat jest jednolicie przerażający, kamienny, obojętny, zimny, zaludniony ohydnymi 
nędzarzami i kalekami duchowymi lub łotrami o dłoniach „silnych, miękkich i lepkich od 
lukru". A jednocześnie w tym świecie obcym i przerażającym, gdzie nie ma się do kogo 
odwołać, gdzie nie istnieje żadna apelacja, tuż pod szklistą obojętną powierzchnią pulsuje 
wszechobecna i zawsze obecna Wielka Szansa, która może się każdej chwili wcielić, choćby 
w znalezione na ulicy sześć pensów. Ta szansa to Łaska — zawsze może się zjawić, nawet w 
momencie najmniej na pozór sprzyjającym; trzeba jej szukać, trzeba jej u-fać; czasem 
udzielona jest nawet temu, co nie ufa, lecz 
193 
podświadomie za nią tęskni. Taka właśnie szansa ocalenia przyszła do Ravena w postaci 
Anny, pojawiającej się w momencie, gdy ten nędzarz duchowy, ścigany przez policję, 
znajduje się na pozór w pułapce bez wyjścia. Dzięki niej Raven na tle światła nędznego i 
ciemnego, sam czarny jak noc, najczarniejszy, ociera się, on właśnie, o świetliste Sedno 
Sprawy. 
Tak więc Broń na sprzedaż, na pozór bujdowata powieść sensacyjno-kryminalna, wprowadza 
nas w istocie inną drogą techniczno-literacką w ten sam świat ideowy co Sedno sprawy. Broń 
na sprzedaż nie jest może tak jednolita i wyrazista, tak "do końca wytrzymana w tempie, jak 
wspomniany już Tajny agent, lecz jest niewątpliwie dalszym naszym krokiem w ów 
specyficzny, surowy a miłujący, żarliwy a nie gardzący groteską, zimny i bezlitosny a 
przepojony ciepłem ufności, pełen stykających się przeciwieństw świat ideowy i artystyczny 
Grahama Greene'a. 
1 VII 1951. 
Impresje spod Babiej Góry 
Mieszkam z dziećmi i w ogóle z rodziną w pewnej podhalańskiej wsi. Mieszkam, mieszkam, 
aliści czasami czuję, że tak dłużej być nie może: jakiś rzeźwy a niepokojący powiew 
wewnętrzny bruździ wciąż i nie daje spokoju — kusi, zaprasza, zachęca — po prostu zmusza 
do wędrówki. Pewnego dnia, jakby z góry przez los uplanowanego, zbudziwszy się rano 
jąłem działać z energią i dokładnością ruchów lunatyka albo człowieka pod hipnozą: 

background image

 

99 

zapakowałem w plecak sweter, wiatrówkę, koszulę, ręcznik, trochę jedzenia, mapę i — 
wyruszyłem. Na Babią Górę. 
Do podnóża Babiej jest od nas ze dwadzieścia pięć kilometrów. Przeszedłem je — nie  
chwaląc się — w do*-brej   formie.   Gdy   już  upał   i   czwarty  krzyżyk   zbytnio naciskały,  
a  serduszko  podchodziło  pod  gardło,; wstępowałem do  góralskich knajpek na piwo. 
Rozsiadałem się wygodnie   na   koślawych   krzesełkach    i   rozgadywałem szeroko o tym i 
owym, o Niemcach, partyzantce, podatkach — co kto lubi. Górale tutejsi to nie to, co 
tatrzańscy — a jednak góral jest zawsze góralem. Chwalili się przede mną, że nigdy nie byli 
na Babiej  (z okien „wyszynku" widać było  szczyt),  dziwili się,  że  chce mi się iść w taki 
upał, proponowali gościnę. Z niezależną miną żegnałem ich i pełen piwa oraz ciężkawego, 
chmielowego szumu w głowie wędrowałem   dalej, z utęsknieniem wpatrując się w ciemną 
zieleń lasów porastających stoki Babiej. O   wpół   do   trzeciej   zakończyłem   pielgrzymkę   
przez nieskończenie szeroko rozrzuconą wieś podgórską i zagłę- 
195 
biłem się w lesisty cień, wspinając się do góry łagodnymi, szerokimi ścieżkami, na których 
odciśnięte były koleiny —>¦ ślady wozów z drzewem. Później ścieżki zwęziły się i stały się 
bardziej strome. Czarne jagody kusiły, nogi ślizgały się po korzeniach drzew, gałęzie świercz-
ków biły po twarzy, mimo to szedłem w górę energicznie, zatrzymując się tylko czasami, gdy 
drzewa się przerzedzały, a przed oczami otwierały się szerokie, dalekie, zamglone 
perspektywy pokratkowanej kwadracikami pól pagórkowatej krainy. Powiało bezkresną, 
górską swobodą. Nie Tatry to wprawdzie — ale zawsze góry. 
O czwartej byłem w schronisku, mniej więcej na połowie drogi do szczytu Babiej. Czułem się 
już trochę zmęczony, mimo to, wypiwszy szybko jeszcze jedno piwo, ruszyłem dalej w górę. 
Ścieżką, biegnącą stromo obok dość tajemniczo szumiącego potoku, wspiąłem się na przełęcz 
już powyżej linii lasów, z przełęczy dróżką wśród kosówki i kamieni — na szczyt. 
Nie było tam już nikogo — po drodze minąłem się z trzema harcerzykami, wracającymi do 
schroniska. Włożyłem wiatrówkę, bo wicher wiał na górze porządny i przysiadłem między 
kamieniami, oprowadzając znużonym wzrokiem mglący na horyzoncie łańcuch Tatr, błądząc 
oczami po stronie słowackiej i polskiej, po dalekich lasach i zabawnych, drobniutkich 
miasteczkach. Słońce chowało się za przedwieczorne, fioletowe obłoki, na horyzoncie białe 
mgły przyjmowały dziwaczne kształty głów ludzkich i zwierzęcych, wielorybów, 
wielbłądów, węży. Leżałem teraz na wznak patrząc w bladoniebies-kie niebo i wsłuchując się 
w poszumy i poryki wiatru. 
Było już późno i zimno, gdy wreszcie, cały ścierpnięty, zdecydowałem się na powrót. W 
duszy mojej zaszła jakaś niezwykła przemiana. Podniecenie chmielowe, zmęczenie, 
samotność — wszystko to widocznie złożyło się na stan dziwny, pozaludzki i pozaziemski, 
stan pokory, bojaźni a zarazem gotowości na wszystko i oczekiwania — oczekiwania, że 
otaczająca mnie tajemniczość krajobrazu, a raczej tajemniczość nastroju — bo źródło tego 
wszystkiego musiało być przecież we mnie — wcieli się niezadługo w jakieś przeżycie silne i 
czyste a niezwykłe, niezwykłe dla takiego jak ja zjadacza chleba, i spijacza piwa. Schodziłem 
w dół po oświetlonej łunami zachodu 
196 
ścieżynce,   a   w   uszach   dźwięczał   mi   przepiękny   dwuwiersz Mickiewicza: 
Niech się twa dustaa jafelo dolina położy 
A wnet po niej jak raefca (popłynie duch Boży. 
W tym stanie zeszedłem do schroniska, gdzie miałem nocować, ale to, co tam zastałem, nie 
było po mojej myśli. Rubaszny tłum jakiejś wycieczki „wczasowiczów" kotłował się przy 
naftowych lampach, nie było nawet gdzie posiedzieć spokojnie. Po krótkiej chwili 
zdecydowałem, że to nie dla mnie — trzeba zejść do owej szeroko rozrzuconej wsi u stóp 
Babiej — mój dzisiejszy nastrój stanowczo domagał się innego wieczoru i innej nocy. 

background image

 

100 

Chwiejąc się nieco na zesztywniałych i obolałych nogach wymknąłem się ze schroniska i 
zagłębiłem w cienie lasu. 
Dobry był już wieczór, gdy opuściłem ów cienisty, u dołu wysokopienny las i znalazłem się 
na skraju wsi. Na niebie po trochu zapalały się gwiazdy, było chłodno, zimny wieczorowy 
błękit nieba łagodnie kontrastował z czepiającą się ziemi fioletowo-szarą mgiełką. Z daleka 
naszczekiwały psy, malutka dziewczynka prowadziła krowę i dwie kozy, popędzając je 
liściastą witką. Podhalańska, górska bidota, znałem ją nie od dzisiaj. Szedłem szybko w 
gęstniejącym zmroku; zmęczenie fizyczne ustąpiło, zmożone widocznie moją uporczywością, 
a w sercu nadal gościł nastrój tajemniczy, pełen nadziei i oczekiwania. Nie troszczyłem się 
wcale o to, gdzie będę nocował — coś się przecież na pewno znajdzie. 
Rzeczywiście — uwagę moją zwróciła nagle niewyraźnie w wieczornym zmierzchu się 
rysująca-, przybita do przydrożnego drzewa tabliczka z jakimiś krzywymi literami. 
Podszedłem bliżej i odcyfrowałem napis: „Noclegi dla turystów". Oho — to dla mnie. 
Otworzyłem starą, zgrzybiałą furtkę i stanąłem przed wcale ładną, lecz jakby opuszczoną, 
zaniedbaną willą, której obszerna weranda wspierała się na podmurowaniu z wielkich, 
granitowych kamieni. Obszedłem willę wokoło — nigdzie śladu życia. Wreszcie z bocznych 
drzwi doszło mnie przytłumione szczekanie psa. Skierowałem się tam, wszedłem po 
schodach, zastukałem. Po chwili znalazłem się w oświetlonej naftową lampką kuchni, gdzie 
siedząc na niskim stołeczku obierała kartofle okutana w chusty staro-winka. 
197 
Po niedługiej chwili byłem już z nią we wcale dobrej komitywie. Starowinka była 
właścicielką i jedyną mieszkanką willi, w której wynajmowała pokoje na noclegi. 
Szczegółowo opowiedziała mi o śmierci swojego męża, o wielokrotnych kradzieżach, które 
spustoszyły dom, o stratach i nieszczęściach, o dawnej świetności. Labidziła śpiewnym 
kresowym akcentem, używając przy tym takich miłych wyrażeń jak „ta raroga", „żywioła", 
„stwora". Na moje zapytanie przyznała, że pochodzi ze Wschodu, ale mieszka już tutaj 
dwadzieścia lat, tylko że na starość źli sąsiedzi uprzykrzają jej życie. W całym jej lafoi-dzeniu 
było jednak coś przyjemnego: w gruncie rzeczy nie skarżyła się, lecz opowiadała z 
filozoficzną rezygnacją, a nawet z przymieszką specyficznego humoru. Pod jej kierunkiem 
zwiedziłem całą willę: rzeczywiście widać tu było resztki fortuny — piękny stary kredens i 
pusta szafa biblioteczna (wyniesiono z niej, według słów starowinki, całego Sienkiewicza, 
Żeromskiego i Reymonta) kontrastowały z połamanymi góralskimi mebelkami i z zabitymi 
deską albo powybijanymi oknami. W jednym, zgoła na rupieciarnię wyglądającym pokoju 
parterowym odkryłem nawet horrendalnie rozstrojone pianino i przy wielkim aplauzie 
starowinki wykonałem „Trojaka", „Ko-łomyjkę" i „Bywaj dziewczę zdrowe, ojczyzna mię 
woła". 
Na nocleg wybrałem sobie jeden z pokoi na górze, z wielkim drewnianym łożem. Kurzu tam 
było na dwa palce. Pokój miał wielki balkon z widokiem na czerniejący w wieczornej 
poświacie masyw Babiej Góry. Staruszka zawiadomiła mnie, że nocleg w tym pokoju 
kosztować mnie będzie pięćdziesiąt złotych; na moje oświadczenie, że zapłacę jej sto złotych, 
zareagowała zdziwionym westchnieniem: „Ha, widać, że to pan nie biedny", po czym 
zaprosiła mnie na kwaśne mleko z kartoflami w pompatycznej nieco, choć również deskami 
zabitej jadalni. 
Zamarudziłem trochę przy kolacji, słuchając śpiewnych tyrad mojej gospodyni. 
Przypomniałem sobie, że nie mam żadnej książki do poduszki — a tu, na starym kredensie 
leżało ich dwie. Wziąłem je do ręki: jedna, to była Tiara i korona Jeske Choińskiego, druga — 
postrzępiony, z brakującymi kartkami egzemplarz Dziejów grzechu. Wziąłem to drugie, 
naftową lampę i opatrzony błogosławieństwami starowinki ruszyłem „do siebie" na górę. Ro- 
198 

background image

 

101 

zebrałem się, owinąłem kocem i otworzyłem tę książkę, której nie czytałem już od 
dwudziestu chyba lat. Oczy moje padły na pierwsze zdanie, kiedy to Ewa Pobratyń-ska w 
stanie ekstatycznej czystości wewnętrznej wraca od spowiedzi. 
Czerwona łuna wschodu słońca oświecała okalające szczyt Babiej Góry ciemnozielone, 
surowe lasy, gdy przebiegłszy wzrokiem ostatnią stronę zamknąłem książkę i wyszedłem na 
werandę. Stanąłem tam i — zacząłem się modlić. Modliłem się o to, żeby mi było dane raz 
kiedyś uchwycić piórem cień cienia tego, co znalazłem w dopiero co przeczytanej książce, 
żebym potrafił w życiu wznieść się na ten stopień miłości do człowieka i boleści nad losem 
ludzkim, osiągnąć taką gorzką i wzniosłą wiedzę o rozdarciu duszy pomiędzy przybrane w 
barwy najróżnorodniejszych, zmysłowych i intelektualnych pokus zła, a wytęsknione, 
świetliście czyste —¦ dobro. Z kart tej książki przemówiło do mnie jakżeż słusznie tak 
nazwane „serce nienasycone", serce przebogate, obejmujące swą miłością, swym żalem, swą 
żarliwą boleścią ten kraj, tych ludzi, każdy strzęp krajobrazu, każdą brudną uliczkę, każdą 
kałużę, w której odbija się niebo. Z jakimż tragizmem a zarazem z jakże nieugiętym 
realizmem ukazuje nam się w tej książce straszliwy mechanizm zła, zbrodni, grzechu, z jakąż 
żałością pochyla się autor nad widowiskiem przebolesnym, które daje wijąca się w męce 
dusza ludzka, w jakąż nieziemską aureolę tęsknoty i świetlistej miłości otoczona jest czystość, 
doskonałość, prawda. Zaiste — rzadko kto oddaje wirtuozerię pióra, urzekającą giętkość i 
subtelność języka, polszczyznę przebogatą, arcybarwną, nieporównaną, mistrzostwo 
niezwykłe i w swoim rodzaju jedyne na usługi tak ważkich i tak głębokich spraw moralnych. 
Przypomniało imi się wszystko złe i kąśliwe, krytyczne, co mówi się dzisiaj o Żeromskim — 
pisarzu: że „młodopolski", histeryczny, naiwny, że barok językowy, że nieudolność 
konstrukcji... Prawda, prawda — ale jakżeż mała jest owa prawda, wobec pulsującego na tych 
stronach Serca Nienasyconego, które potrafi przezwyciężyć, strząsnąć z siebie wszelkie, na 
pozór je krępujące konwencje literackie swojego czasu. To nie jest istotne, to się daje 
obłuskać i ukaże się wtedy 
199 
wnętrze, z którego jakiż żar bucha! Daj nam Boże dzisiaj takiego pisarza! Przypomniało mi 
się też, że Dzieje grzechu uznano kiedyś za powieść niemoralną. Któż mógł tak dalece nie 
pojąć wewnętrznej czystości tej książki, istotnego, najistotniejszego potępienia zła, jakie ona 
zawiera, jakie zawiera dzięki temu właśnie, że ma oczy otwarte na wszystkie zewnętrzne, 
pozorne tego zła uroki, pokusy, piękności. Któż to tak się dalece zaabsorbował realizmem 
scen erotycznych, iż nie dojrzał, jakiemu moralnemu celowi, jakiej głębokiej prawdzie ten 
realizm służy, jak jest, przy swej całej zmysłowości — bolesny? 
Wróciłem do łóżka, próbowałem spać, lecz nie udało mi się. Czułem się tym przeżyciem 
odmieniony, oczyszczony, podniesiony: więc przy całej demoralizującej robocie literackiej, 
przy ciągłym ocieraniu się o zawodowych fabrykantów dreszczy, kokietujących swym 
otwartym wnętrzem jak wystawą sklepową, jak stoiskiem na bazarze, zachowałem jednak 
jeszcze nieco wrażliwości, która choć raz pozwoliła mi bez „fachowo-krytycz-nych" 
nędznych faramuszków odczuć bolesny, tragiczny, wysiłek wielkiego ducha. Było to 
prawdziwe przeżycie: literackie i nieliterackie. 
Długo leżałem, wpatrzony w coraz rzęsiściej oświetlony wierzchołek Babiej Góry. Wreszcie 
na dole dał się słyszeć głos staruszki: przemawiała śpiewnie do psa i do kozy. Trzeba 
wstawać. Twarz miałem okopconą od naftowej lampy. Umyłem się, ubrałem i zeszedłem na 
dół. — Ależ to i z pana ranny ptak — zaśpiewała mi starowin-ka na przywitanie. — A jakżeż 
się tam panu spało? — Nie spałem wcale — mówię — czytałem książkę. — A jakąż to, jeśli 
łaska? — A tu od pani z kredensu wziąłem Dzieje grzechu. Staruszka z przerażeniem plasnęła 
rękami. — Dzieje grzechu?! Toż tego czytać nie wolno, toż grzech ciężki, rozgrzeszenia pan 
nie dostanie! (Zaręczam, że nic nie koloryzuję — słowo w słowo tak było.) — Dlaczego? — 
pytam z głupia frant. — Jak to dlaczego, taż to na indeksie — pan nie wiedział? — Nie 

background image

 

102 

wiedziałem — mówię. — A pani czytała? — Czytałam — ale ksiądz bardzo się gniewał. Toż 
książka okropna! Tego czytać nie trzeba. 
Po śniadaniu wszcząłem sprawę znowu. — Czy pani uważa, że to jest naprawdę książka 
niemoralna? — za- 
200 
czynam. — Że autor miał niemoralne cele? — Nie, to nie —. powiada stara — ale okropne 
przedstawił rzeczy. — Dobrze — nalegam — ale one budzą odrazę, potępił je — prawda? W 
oczach staruszki zapalają się filuterne ogniki. — Ta dziewczyna — mówi z namysłem — to w 
gruncie rzeczy była naprawdę dobra i kochała jednego — a upadła przez mężczyzn, przez ich 
bezeceństwo. Tak, tak — wszędzie tylko ta męska sprawa — a dziewczyna była dobra! 
Tyle.rozmowy — więcej już ze staro-winki nic nie wyciągnąłem. 
Pożegnaliśmy się serdecznie. — Niech Bóg prowadzi — powiedziała. Ruszyłem wijącą się 
pośród pagórków szosą, oglądając się często gęsto na oświetlony porannymi promieniami 
słońca wierzchołek Babiej Góry. W sercu i umyśle miałem rozterkę. Mam ją do dzisiaj. 
 
Ludzie są omylni, lecz Kościół jest nieomylny i czasowe omyłki ludzkie prostuje. Nigdy nie 
uwierzę, żeby litera Prawa ważniejsza była niż jej duch. Zaprzeczył temu Ten, co wygnał 
Faryzeuszów ze świątyni. Dochodzą stąd i zowąd uprzykrzone głosy dyskusji o katolickiej 
czy niekatolickiej pornografii, o tym, która książka jest, a która nie jest katolicka. Toż 
nonsensowne nieporozumienie, błąd; pewien wybitny biskup polski powiedział z o-kazji tej 
dyskusji: nie ma w ogóle żadnej literatury katolickiej, są tylko katolicy, pisujący książki. 
Książki te mogą być mniej lub więcej katolickie, to sprawa sumienia ich autorów, lecz nie 
sprawa Kościoła. Kościół wkracza, gdy widzi wyraźną szkodę dla wiary i moralności, lecz 
drogi rozwoju katolickiej myśli i sztuki wytyczają jej twórcy: Chesterton, Bernanos czy 
Mauriac są tu na pierwszym planie — nie ich niepowoŁani często cenzorzy. Chesterton 
przedstawił księdza-detektywa, a Pana Boga upersonifikował w postaci szefa policji 
politycznej; nie wiem, czy wybaczyłby mu to pan Zawodziński i — prawdę mówiąc — nie 
bardzo mnie to interesuje. Wolę czytać Chestertona! 
A Dzieje grzechu? Otóż tu szkopuł — wszak książka trafiła na indeks. „Jeżeli ręka twoja 
gorszy cię..." Ale jakież są kryteria zgorszenia? Książka to, w moim pojęciu, głęboko 
moralna. Bywały książki zdejmowane z indeksu. A w założeniu, że nie wolno sugestywnie 
przedstawiać rozpusty i zła, choćby nawet w celu tym silniejszego ich 
201 
potępienia, kryje się podświadoma obawa, że zło sugestywnie przedstawiane może czytelnika 
rozpłomienić, skusić, skłonić do stanięcia po jego stronie. Hm. Czy tak jest rzeczywiście? I 
jakiego czytelnika? Wszak są ludzie, których wyobraźnię rozpłomienić może kij 
zatemperowa-ny na końcu. Czy i do nich należy się stosować? Czyż ''założenie, że realizm 
pobudza zmysły w każdym wypadku, nie jest nazbyt prymitywne? A czy w Starym 
Testamencie nie ma obrazów arcyrealistycznych? 
Wszystkie te urywki myśli i strzępy dyskusji przebiegały mi przez głowę, gdy wędrowałem 
tak, pośród z każdą chwilą potężniejącego upału zakurzoną podhalańską drogą. Oczywiście 
¦— piwo znów było w robocie — i to nie jeden raz. Wracałem do domu — niczym Syn 
Marnotrawny. Przypomniała mi się też przypowieść o robotnikach, co chociaż później 
przyszli do pracy otrzymali to samo wynagrodzenie. I o tym, że większa radość z jednego 
nawróconego... I przypowieść o talentach... I: „Kto z was jest bez grzechu, niech na nią rzuci 
kamieniem". 
Co to wszystko ma do rzeczy? — spytacie. Mnie się zdaje, że ma — i to dużo. A o Dziejach 
grzechu zamierzam porozmawiać z pewnym bardzo światłym księdzem, który zresztą nie brał 
udziału w dyskusji na temat katolickiej i niekatolickiej pornografii. Lektura tej powieści była 
dla mnie wielkim wstrząsem moralnym; może jestem wrażeniowcem, może to skutek 

background image

 

103 

zmęczenia, piwa, niewyspania? Może. Ale chyba nie. Mam nawet zamiar wrócić jeszcze do 
wsi u stóp Babiej Góry i podyskutować ze staruszką z dawnych kresów. 
Na Podhalu wieczory bywają rzeźwe, chłodne, krystaliczne a zarazem jakieś fioletowe. Rzeki 
i strumienie szumią kojąco, choć płyną wartko, ostro. Z moich okien słychać ten szum — to 
Skawa. Piszę w nocy, rozpaczliwie walcząc z wlatującymi przez okno ćmami, wielkimi nieraz 
jak żaby. I znowu papier, „literatura", artykulis-ko. Jakżeż trudno uwolnić się od tej obsesji, 
od tej małości roboty. A jednak literatura potrafi czasem poprowadzić w świat ducha, nawet 
gdy nie pomija ciała. Sprawdziłem to wszak niedawno, wczytując się w historię tragicznego 
życia Ewy Pobratyńskiej. 
VIII 1947. 
Czy Kafka to pisarz dziwny? 
Czytając wydane u nas niedawno opowiadania Franza Kafki (Wyrok, PIW, 1957} bez 
przerwy zadawałem sobie powyższe pytanie. Pytanie, wydawałoby się, zupełnie 
bezprzedmiotowe: jakżeż może nie zasłużyć na nazwę dziwnego pisarz przedstawiający 
przemianę człowieka w robaka lub perypetie małpy, która wysiłkiem swej woli stała się 
człowiekiem. A jednak sprawa z tą dziwnością nie jest tak prosta: osobiście zaryzykowałbym 
twierdzeniem, że Kafka to najmniej dziwny z pisarzy dziwnych, jeśli już przyjmiemy tę 
nomenklaturę. 
Sprawę dziwności w minionym naszym okresie tak zwulgaryzowano, spłycono i zawikłano, 
że po dziś dzień czytająca publiczność ulega w tej materii krańcowemu pomieszaniu pojęć. 
Ideolodzy realizmu dydaktycznego uznawali jedynie metodę pisarską przedstawiającą 
wszystko „tak jak w życiu", a wszelkie deformacje i dziwności, bez względu na ich cel i 
rodzaj, wrzucali do wspólnego kotła jako sztukę zwyrodniałą, idealistyczną, forma-listyczną, 
psychopatyczną itd. Wiemy dobrze, że owe two~ ry realizmu dydaktycznego częstokroć 
bliższe były czystej fantazji niż najbardziej wyrafinowane baśnie, niemniej odznaczały się 
one realistyczną konwencją, w swej metodzie nie wykraczały poza fotografowanie faktów, 
rezygnując z wszelkich sposobów „montażowych". 
Właściwością   tej metody   było   ubóstwo   i   monotonia 
 środków, z których to cech zrobiono cnotę, gdy w istocie  są one jedynie niedowładem 
pisarstwa! Pisarzy poszukujących bardziej nowoczesnego aparatu literackiego zgru- 
203 
powano razem, jako wrogich degeneratów, nie troszcząc się absolutnie o dzielące ich jak 
najbardziej zasadnicze różnice. W ten sposób we wspólnym kotle znaleźli się 
najniespodziewaniej w świecie Witkacy, Schulz, Gombrowicz, Kafka, Poe i wielu innych. 
Zgrupowano ich tak nie na zasadzie jakiejś merytorycznej analizy, lecz z powodu wspólności 
pewnej zewnętrznej właściwości metody pisarskiej, wspólności dopuszczającej przecież jak 
najbardziej zasadnicze rozbieżności artystyczne i ideowe. Nikt się wówczas, w negacji, o to 
nie troszczył, toteż, d re-bours, nikt się o to nie troszczy dziś, w afirmacji. Co dziwne — to 
było złe, dziś odwrotnie, co dziwne — to dobre. Ponieważ tandetna teoria wrzucała kiedyś 
rozmaitych pisarzy do wspólnego negatywnego kotła, dziś publiczność przez przekorną, lecz 
zrozumiałą skłonność do owocu niegdyś zakazanego, popełnia ten sam błąd, wrzucając ich do 
wspólnego kotła pozytywnego. Tymczasem absurdalna jest sama zasada wspólności kotła, 
pojmowanego w dodatku jako reprezentatywny kocioł „sztuki nowoczesnej". Dziwność nie 
może być hasłem nowoczesności, bo dziwność nie jest w ogóle jednolitym hasłem: może być 
(bardzo rzadko) dążeniem ideowo merytorycznym, lecz zazwyczaj jest po prostu pewną 
metodą, konwencją formalną, która służyć może najróżniejszym treściom i celom. Że nie 
rozróżnia takich rzeczy obałamucona minionym okresem młodzież — to zrozumiałe. Gdy 
jednak sprawy te mylą się tak przecież doświadczonemu znawcy literatury jak Artur Sandauer 
— to już znacznie gorzej i wstyd. Dowodzi to, że epoka realizmu naiwnego czy realizmu 
dydaktycznego poczyniła spustoszenie zarówno w pojęciach swych zwolenników-

background image

 

104 

konformistów jak i w pojęciach swych przeciwników. Ha, cóż — z kim przestajesz, takim się 
stajesz. 
Artysta zasadniczo wciela w swą sztukę to, co zaczerpnął ze świata, swój stosunek do świata, 
co bynajmniej nie znaczy, że naśladuje czy odwzorowuje świat. Jest rzeczą jasną, że pojęcia 
artysty muszą pochodzić z jego kontaktów ze światem: odrzucając to, popadlibyśmy tym 
razem w rzeczywisty idealizm, od którego odprzysięgliśmy się wszakże raz na zawsze jako 
od apriorycznej, zaprzeczającej wszelkiej dyscyplinie rzeczy, łatwizny. A skoro tak, to 
„dziwność" konwencji pisarskiej nie ma nic wspól- 
204 
nego z dziwnością treści. Nie istnieją w zasadzie pisarze dziwni, choćby w nie wiem jak 
dziwny sposób ustawili — dla ostrzejszego widzenia — swój obiektyw. Pisarz o celach 
dziwnych należy do rzadkości, to wyjątek — takim był może Edgar Allan Poe, reprezentant 
wąskiego, choć ambitnego gatunku zwanego fantastyką. Ale Kafka tkwi dla mnie na 
antypodach Poego, równie odeń daleki jak Przygody Guliwera, typowa książka, w której 
nierealistyczna konwencja umożliwia wyższy w istocie stopień realizmu. 
Przekonanie, że wyraz swemu stosunkowi do świata może dać tylko za pomocą metody 
artystycznej naśladującej, niewolniczo odwzorowującej ów świat, było jednym z kluczowych, 
nonsensownych nieporozumień minionego okresu, nonsensem, na którym budowano 
kunsztowne nieraz, a żałośnie bezwartościowe teorie — domki z kart. W istocie założeniu 
temu przeczą najelementarniejsze' przykłady z historii sztuki. Rzeźbiarze asyryjscy czy 
egipscy dawali wyraz swojemu stosunkowi do świata i swojej wiedzy o świecie za pomocą 
fantastycznych, nie „realistycznych" maszkar, potworów, sfinksów; Grecy robili to samo za 
pomocą kopiujących ludzkie ciało posągów. Można skondensować swe pojęcia o świecie za 
pomocą deformacji, można za pomocą abstrakcji, można za pomocą rozmigotanej soczewki 
impresjonizmu. Rzeczą artysty jest znaleźć sobie konwencję, rzeczą świata jest napełnić 
artystę sobą, stworzyć mu pojęcia. Treścią sztuki   jest   zawsze   świat   —   zewnętrzny   czy   
wewnętrzny. 
W myśl powyższego — a nawet bez powyższego, lecz na zasadzie bezpośredniego mojego 
odczucia — stwierdzam, że Kafka to wcale nie jest pisarz dziwny, lecz po prostu — pisarz 
genialny. Oczywiście — każdy geniusz jest, a raczej przez pewien czas wydaje się, dziwny: 
dziwną jest nowa, wynaleziona przezeń metoda pokazywania świata, nowa konwencja, nowy 
chwyt obiektywu; artysta taki bynajmniej nie udziwnia świata, lecz pogłębia nasze widzenie, 
nasze spojrzenie na ów, ten sam przecież co zawsze, świat. To nowe, udoskonalone, 
uprecyzyjnio-ne widzenie świata stanie się zapewne w ciągu kilkudziesięciu lat powszechną 
własnością epoki — wtedy odczuje się potrzebę pojawienia się nowego Kafki, który pchnie 
pisarską wiedzę o świecie jeszcze dalej. Dziś Kaf- 
205 
ka jest na razie zjawiskiem zdumiewającym, jak samolot odrzutowy, do którego wychowani 
w epoce samolotów zwykłych,  nie  umiemy  się  jeszcze  przyzwyczaić. 
Co mnie osobiście najbardziej fascynuje w opowiadaniach Kafki, to właśnie kolosalny 
ładunek wiedzy o świecie, skondensowany na małej przestrzeni — toż to po prostu jakaś 
pisarska bomba atomowa. Ileż materialnej, psychologicznej, obyczajowej, fizjologicznej 
wiedzy o życiu przeciętnej rodziny wiedeńskiej zawarte jest, na pozór mimochodem, w 
opowiadaniu Przemiana. A nowela Kolonia karna — to przecież absolutnie pełna, 
ponadczasowa monografia okrucieństwa, psychologia totalizmu wszystkich e-pok. Kto 
pokusiłby się o zawarcie na kilkunastu stronicz-kach całej głębi, skomplikowania, perwersji 
stosunku ojca do syna, jak to widzimy w absurdalnej na pozór no-welce Wyrok. A Lekarz 
wiejski w formie sennych gorączkowych majaków maluje całą społeczną „stronę świata". To 
przecież geniusz, geniusz realizmu chciałoby się powiedzieć, gdyby nie zachwaszczenie i 

background image

 

105 

zaciemnienie pojęcia realizm oraz gdyby nie fakt, że są to przecież nowelki zgoła... wariackie, 
dziwaczne, nieprawdopodobne. 
Ładny mi realizm — powie przecież czytelnik — realizm, który każe nam wierzyć w 
przemianę człowieka w robaka, w skomplikowaną maszynę do tortur, w ojca skazującego 
syna na utopienie, w małpę wygłaszającą wykład do członków akademii. Otóż właśnie rzecz 
w tym, że Kafka nie każe nam wierzyć w to wszystko, że nie to jest jego celem. Jego cel — to 
przedstawienie mechanizmu świata i oddanie grozy, jaką ten mechanizm w nim, Kafce, budzi. 
A więc po prostu: przedstawić świat i przedstawić swój do niego stosunek. To samo, co w 
każdym pisarstwie — gdzie tu miejsce na dziwność? Jednakże dziwność jest: robak, małpa, 
maszyna. Lecz ta dziwność nie stanowi tutaj celu sama w sobie: to właśnie nowy chwyt 
obiektywu, to wynalazek pisarstwa Kafki, pozwalający mu zagęścić rzeczywistość, 
uintensywnić ją, ukazać jej dziwność samą w sobie, dziwność, która wymyka się w życiu 
niejednemu leniwemu, nie lubiącemu bystro patrzeć zjadaczowi chleba. Na tle sprawy agenta 
ubezpieczeniowego Gregora Samsy, który pewnego dnia zmienił się nagle w robaka, widzimy 
dopiero we   właściwym   świetle   „robaczywe"   życie   jego   rodziny. 
206 
Maszyna do tortur w noweli Kolonia karna umożliwia skrót, syntezę, pokazanie problemu 
ludzkiego okrucieństwa, wcielającego się w najrozmaitsze formy realizacyjne na przestrzeni 
dziejów, a w istocie zawsze tego samego. Gdyby naprawdę komuś chodziło o zrealizowanie 
idealnego „socrealizmu" w literaturze, to ta nowela właśnie powinna być jego klasycznym 
arcydziełem. Tymczasem nie kto inny, tylko Kafka okrzyczany został jako generalny wróg 
wszelkiej literatury z tezą, literatury walczącej. Trudno o głębsze nieporozumienie i — 
niezrozumienie. 
Kafka mówi: nie rozumiecie tragizmu, śmieszności, straszności, niesprawiedliwości życia, bo 
dajecie się u-wieść łagodnej codzienności, rozrzedzeniu zwyczajności. Nie widzicie, że 
codzienność jest okrutna, potworna, bezsensowna, że życie przepojone jest absurdem śmierci, 
jadem nienawiści, grozą strachu, trupiością egoizmu i naj-straszniejszą ze wszystkich 
mechaniczną koniecznością. To wszystko zrozumiecie dopiero, gdy pokażę wam to przez 
pryzmat człowieka zamienionego w robaka, maszynę do wykonywania tortur, czy 
przemawiającej małpy. I to mu się udało: zatargał nami przy pomocy swojej konwencji, lecz 
zatargał nie akcesoriami owej konwencji, lecz obrazem życia, który ta konwencja, dzięki 
swym skrótom, alegoriom i kontrastom nam uzmysłowiła. Zamiana człowieka w robaka nie 
jest tu ważna, tak jak jedynie ważna byłaby może u Poego (rzadki wypadek -pisarza o celach 
wyobrażeniowo-fantastycznych, autonomicznych). Ważna jest sytuacja psychiczno-życiowa, 
jaka ogarnąć może wszystkich każdej chwili. Życie codzienne ociera się o tajemnicę, której 
na imię strach, okrucieństwo, niepewność, śmierć. Kto tego nie widzi, ten zrozumie to przez 
pryzmat — robaka. 
Dosyć już chyba powiedziałem o walorach KafkoWskiej metafory, Kafkowskiej konwencji 
literackiej, która neutralizuje rozwadniające działanie czasu, podając ad ocu-los ekstrakt 
życia, jego skrót i syntezę. Powiedzieć jeszcze trzeba, że tej metodzie pisarskiej odpowiadać 
muszą wszelkie literackie elementy utworu, między innymi — język. Język Kafki nie może 
być ozdobny, nie może posiadać uwodzących walorów, w ogóle nie może istnieć.  Jego  
cechą musi być bezbłędność,  tak  jak obiek- 
                                                       207 
tywnie bezbłędny jest motor samochodowy czy samolotowy. Tę zasadę stylu Kafki odczuł i 
zrealizował tłumacz — Juliusz Kydryński — i dlatego chwalę go jako realizatora polskiej 
wersji tego fascynującego pisarstwa. Zły, nazbyt zindywidualizowany przekład mógłby 
jeszcze bardziej zamącić i tak pełen nieporozumień stosunek polskiej publiczności do 
„dziwnego" Kafki. Przekład inteligentny i precyzyjnie bezosobowy stał się przezroczystą 
szybą, przez którą bez przeszkód obserwujemy tę niezwykłą, szarpiącą pisarską walkę. 

background image

 

106 

A więc — Kafka dał nowoczesną wizję tragizmu i rozpaczy. Pokazał, że nie potrzeba Edypa, 
Fedry czy Hamleta, że współczesny pisarz o odkrywczym, wydoskonalonym obiektywie 
konwencji ujrzy tragedię wszędzie w każdej najzwyklejszej sprawie. Czy więc działanie jego 
nielicznych książek jest rozkładowe, czy jest on piewcą gnicia i nihilizmu? Nie. Prawdziwa 
rozpacz jest formą buntu, bunt, nawet pokonany, jest zawsze zarzewiem nadziei. W jednym z 
ostatnich numerów „Tygodnika" Zygmunt Kubiak zaliczył Kafkę do pisarzy, „którzy wydają 
się zakrzepli w rozpaczy, a których. dzieła jednak pomagają ludziom iść przez świat". To 
prawda. Bezbłędne sformułowanie tragiczności, sformułowanie realistyczne, a zarazem 
abstrakcyjnie, symbolicznie zobiektywizowane, działa krzepiąco. Nasuwa się myśl o 
wspólności wszelkich samotników: nie jestem samotny, skoro ktoś to już sformułował. 
Rozpacz doskonale wypowiedziana jest swoim własnym przezwyciężeniem. Dlatego, myślę, 
opowiadania Kafki włączę do mojego krzepiącego arsenału literackiego, wraz z wierszami 
Rimbauda, opowiadaniami Camusa, z częścią prozy Hemingwaya. I chyba nie będę w tym 
odosobniony: smakiem psychicznym naszej epoki jest wspólna pociecha przez wspólność 
pesymizmu. 
IV 1957. 
Adolf czyli świadek wszechstronny' 
To już pewno ze czterdzieści lat będzie, jak Adolf Rudnicki pisze, a ze trzydzieści sześć, jak 
drukuje. Czas spłynął, czas już nie wróci. Jakby to było wczoraj, pamiętam gorącą, wibrującą 
entuzjazmem recenzję o Rudnic-kim pióra Jerzego Andrzejewskiego — Chyba to było w 
„Prosto z mostu" i chyba z okazji Szczurów — a może z okazji Niekochanej. Pamiętam też 
rumor, jaki się podniósł z powodu Żołnierzy — zresztą, jak każda polemika nie wyszedł on 
autorowi na złe. Ale pamiętać warto, że przed wojną pisma literackie miały nakłady w 
porównaniu z dzisiejszymi znikome: „Wiadomości Literackie" w okresie największego 
rozkwitu — 12 tysięcy, popierany i subsydiowany „Pion" — 2, 3 tysiące. Toteż Rudnicki 
trafił „pod strzechy" dopiero po wojnie — a i tematyka jego zważniała, rozrosła się do 
wymiarów kosmicznej tragedii: martyrologii Żydów polskich. W inne więc wymiary poszła 
twórczość owego, jak pisał „...chłopca zamkniętego w pokoju na Siennej, oddającego się swej 
młodej pasji pisarskiej". O czym pisał wtedy? Już chyba żył w przeczuciu tragedii, 
przygotowując się do niej, jakby rozdygotany na nią czekał, jakby w niej miał zdać swój 
ludzki i pisarski egzamin. Na razie szukał tragiczności i żywiołu, gdzie mógł, w ciężkiej 
służbie wojskowej, w miłości, w problemach żydostwa — już wtedy. Szczurów nie 
pamiętam, coś zostało w wyobraźni, jakby jakiś drugi Bruno Schulz — tyle że z innego 
regionu rodem, z Puław, z Lublina, z Kazimierza. Szukał też czasem chłopiec z pokoju na 
Siennej po prostu smutków „błahych, wiot- 
209 
kich, kruchych". Wnet stać się miały niebłahe: katastrofa przeszkodziła w pisaniu, czy 
drukowaniu, ale też, na swój przerażający sposób — pomogła. Wojna to czas strasznej próby, 
ale i czas gromadzenia materiału — materiału przeżyć atmosfery duchowej, której tragizm i 
intensywność są na miarę rzeczywistego oddechu epoki. Bo jak-kolwiekby to brzmiało 
świętokradczo, pisarza tworzy temat, pojęty zresztą niekoniecznie dosłownie jako wątek czy 
motyw, lecz też jako wewnętrzne napięcie, dramat, obsesja, uraz choćby. Pisarz potrzebuje 
podniety z zewnątrz, pisarz jako samotnik, egocentryk, ale po swojemu świadek epoki: a 
Adolf Rudnicki to świadek wszechstronny i wiarygodny. Zobaczył dużo, aż za dużo, 
wtrącono go wszędzie, otarł się o wszelkie miejsca, od piekła po łagodny czyściec. Bo 
zważmy: przed wojną Puławy, Kazimierz, Warszawa, służba wojskowa trudna, „bez 
cenzusu", potem kariera literacka, nawet łatwa, olśniewająca niemal, Rudnicki szybko staje 
się w kołach pisarskich stolicy beniaminkiem — mówi się o nim, do wojny wydał pięć 
książek. I oto katastrofa. Najpierw służba wojenna (Blic), niewola, potem dziwny okres 
lwowski do czerwca 1941, powrót do Warszawy, okupacja warszawska, powstanie 1944, 

background image

 

107 

znów niewola. I czasy powojenne, czasy „domów literatów", Borejszy, „Czytelnika", 
„Kuźnicy", czasy łódzkie i warszawskie. Przychodzą wielkie wzloty twórcze, uskrzydlone, 
choć to znów brzmi świętokradczo, minioną tragedią Żydów, zbiory opowieści zatytułowane 
Szekspir, Ucieczka z Jasnej Polany, potem Życie i martwe morze. Po latach z tej tematyki 
przyjdzie jeszcze między innymi znakomity, drukowany w „Świecie", Kupiec łódzki (jakże 
wnikliwa i materialnie udokumentowana socjologia tragedii) — Weissa niestety nie czytałem. 
Już wtedy, po wojnie, Rudnicki jest sławny, fascynuje, hołubią go nowi wydawcy — daje 
świadectwo największej tragedii ludzkości, którą przeczuł rozpiętą w nim jakoś niewidzialnie 
od przed wojny, jest świadkiem bezcennym, jak najbardziej powołanym do świadczenia. Lecz 
potem zaczyna się coś psuć, przychodzą ataki krytyczne (Sandauer w 1957), Adolf przeżywa 
chwile znowu trudne, nowe — bo i czasy stają się nowe, nie chcą zatrzymać się w miejscu. 
Przy tym jego świadectwa z „epoki pie- 
210 
ców" nie bardzo zostały w skali światowej dostrzeżone (myśli się tu zazwyczaj o skali 
zachodniego literackiego wolnego rynku), to przyszło dopiero niespodziewanie po latach, 
niedawno, z półtora roku temu: gdy straszliwy temat już się w myślach zobojętniałych 
przyzwyczajonych czytelników „jak figa ucukrował, jak tytuń uleżał", nagle wybór 
najlepszych okupacyjnych opowieści Ru-dnickiego stał się na moment sensacją literackiego 
Paryża. Lecz Rudnicki, choć całe życie wracać będzie myślą i piórem do „epoki pieców" i jej 
pochodnych, owej garstki niedobitków z zatrutym sercem, jest już kimś innym: świadkiem 
następnych czasów. A raczej już nie tak patetycznie — nie świadkiem, lecz reporterem. I to 
dosłownie: reporterem ze sportu w Kartkach sportowych, obserwatorem nowej miłości wśród 
nowej generacji, sprawozdawcą z podróży, z książek, z przedstawień teatralnych, filmów, 
telewizji, w drukowanych w „Świecie" na przestrzeni szeregu lat Niebieskich kartkach. To 
swoje pisanie określa sam jako „ślepe lustro tych lat". Lecz nie takie ono ślepe, jak chytrze 
sugeruje autor niby pesymista: da się tam odczytać niejedno, i to wcale ważkie, śmiałe, ostre 
— to będzie ocenione po latach, zwłaszcza na tle całokształtu wszystkiego, co się o 
współczesnej Polsce i świecie u nas pisze. 
Skąd jednak to niepatetyczne przejście: od tragicznie uwikłanego świadka epoki do 
rezonującego jej reportera? Ano, bo czasy inne, a Rudnicki chce za nimi podążać, nie dać się 
wyobcować, pozostać młodym. Już z góry, choć nie bez podskórnej goryczy, księguje 
wszelkie przewartościowania, porażki, zapomnienia i niesprawiedliwości przynoszone przez 
czas. „Szlachetny czy kanalia, kon-formistyczny czy nieugięty — wszystkie te określenia 
święte dla współczesnych, dla następnej generacji wyglądają całkiem inaczej. Nawet Sąd 
Ostateczny okazał się karykaturą". Po pokoleniach tragicznych przychodzą pokolenia 
trzeźwe, zajęte czymś, co jest normalne, bo także, tylko inaczej, wywodzi się z 
podstawowych elementów życia: 
„Seks jest ceną, którą płacimy za pokój. Wojna odpłynęła, okupacja znużyła się, tasowanie 
kart okupacyjnych wydaje się niepotrzebne nowym rocznikom, które twierdzą, iż zarówno 
wojna jak i okupacja to tematy zużyte, 
ich zaś terror sprawia, iż wierzymy. Nowe roczniki są za seksem, gdyż w każdym innym 
temacie musiałyby się ugiąć, a tutaj, wydaje im się, mogą nareszcie być samodzielne. Wokoło 
pustynia, po latach wiary i walk o wartości nastał antrakt, na placu pozostał jedynie seks, 
koniunkturę więc mają dobrą". 
Dlaczego jednak Adolf postanowił występować i w tym antrakcie, dlaczego zgodził się na 
odpatetyzowanie swej roli? Chce bowiem, jak mówiliśmy, być zawsze obecny, chce 
towarzyszyć dalej, widzimy go znowu „oddającego się swej młodej pasji pisarskiej", nie 
wierzy przy tym w antypatetyczność, wierzy, że swym napięciem wewnętrznym rodem z 
minionego czasu upatetyczni wszystko, nawet odpoczynkowy antrakt. Myśl taka przychodzi 
mu świadomie: „Nagle myśl, iż jestem figurą, bez której świat nie może rozegrać swej gry". 

background image

 

108 

Ba, wysoko powiedziane, „słoń a sprawa własna" — rzekłby ktoś złośliwy. A jednak pisarz 
musi być taki — rolę jego odmierzy dopiero przyszłość. 
Jak tymczasem wygląda bilans mierzony docześnie uchwytnymi konkretami? Rudnicki wydał 
od swego debiutu dwadzieścia parę książek (bliżej chyba trzydziestu niż dwudziestu), ale 
cyfra ta nie jest jasna, bo autor wznawiał, dublował, powtarzał pod innym tytułem, łączył 
nowele w rozmaity sposób, mieszał, zamącał, mistyfikował, kamuflował — pisarz zresztą 
musi tak robić, jeśli chce żyć z pióra. W sumie obraz zawikłany jak tajemnicza mapa, 
nierówny, fragmentaryczny. W swym arcycie-kawym szkicu o Kafce, do którego kraju 
młodości pielgrzymował, Rudnicki pisze: 
„Jego stała rozpacz brała się stąd, że potrzeba mu było dzieła, a dzieła nie widział. Nie 
widział, gdyż nie mógł wiedzieć, iż dziełem były fragmenty, które zaczynał i odrzucał, 
strzępy. (Przed moim wyjazdem do Pragi w Związku na Krakowskim Przedmieściu ktoś 
powiedział: — Te fragmenty dowodzą rozkładu, niemożności utrzymania i rozwinięcia 
pomysłu. — Nie wierzyłem własnym uszom; więc tylu mamy tych przekonanych, iż to, co 
literatura dała dotąd, jest absolutne, że to wystarczy pomnażać, że tylu mamy ślepców nie 
dostrzegających, iż dziewięćdziesiąt dziewięć procent literatury u-miera jeszcze za życia 
pisarza,  a wznawiana bywa dla- 
212 
tego, że wydawnictwa, redaktorzy, politycy mają interes w tym, by książki wychodziły i tylko 
dlatego wychodzą te książki dawno umarłe, które podsuwa się jako żywe?)" Więc może i w 
wypadku Rudnickiego dziełem są fragmenty, strzępy, zwłaszcza że lubuje się on w formie 
krótkiej opowieści, w szkicach, nerwowych impresjach łączonych potem w cykle, często 
wyrzuca na papier ekspresyjne wizje, motywy, jakby właśnie embriony większej całości, a 
nigdy przecież nie napisał płynnej powieści dużych rozmiarów. Dla rozpatrzenia się w tej 
zawiłej, na dziesięcioleciach rozpiętej twórczości dobrze jest uchwycić punkty graniczne, a 
tak właśnie nadarzyło się ostatnio. Leżą przede mną dwie niedawne książki Rudnickiego: 
wczesne sprawy żołnierskie* i ostatni wybór Niebieskich kartek, zatytułowany Wspólne 
zdjęcie **. A więc początek drogi i — dotychczasowy — jej koniec. Przy tym obie książki 
raczej nietypowe: pierwsza, to żołnierska przedwojenna i wrześniowa młodość, druga, prócz 
kilku spojrzeń wstecz w epokę grozy, to okres owego kulturowego reporterstwa autora. 
Wobec głównego trzonu, którym jest Epoka pieców, to są rzeczy raczej marginesowe, 
dookolne, ale może właśnie z podobnego marginesu widać najlepiej, może on daje 
perspektywę, może;, kto wie, z tych strzępów dowiemy się więcej o dziele, może zawiera się 
w nich właśnie coś z jego istoty? Przeczytałem i myślę, że tak jest na pewno. W pierwszej z 
tych książek mamy dawne korzenie dzisiejszej wrażliwości pisarza, sięgające w podziemne 
czasy, w Polskę międzywojenną. W drugiej jest pokaz sposobu, jakim Rudnicki daje 
świadectwo współczesności — w tych ekspresyjnych a zarazem aforystycznych rzutach myśli 
jest mnóstwo syntez: na przekór strzępowatej formie i niby niedbałemu, skrótowemu 
językowi bywa tu więcej prawd o dzisiejszości, niż w niejednej grubej książce. Trzeba tylko 
chcieć i umieć przeczytać, bo autor Szekspira pisze własnym szyfrem, sam zresztą stwierdza, 
że pisarstwo to szyfr: „Dopiero książki sfilmowane pokazują do   jakiego   stopnia   słowo   
jest   szyfrem,   a   więc   czymś 
* Adolf   Rudnicki:   Blic.   Drobiazgi   żołnierskie,   Żołnierze,   Po   latach. „Iskry", 
Warszawa  1967,  s. 335. 
• Adolf   Rudnicki:    Wspólne   zdjęcie,    Niebieskie    kartki.    Państwowy Instytut 
Wydawniczy, Warszawa 1967, s. 229. 
213 
wyższym,   aniżeli  obraz.   Wszyscy  pisarze,   którzy   marzą 
o  filmie, są właściwie podejrzani". 

background image

 

109 

Cóż więc o dzisiejszości mówi Rudnicki? Pytania tego nie da się oddzielić od drugiego: jak 
mówi, jakim językiem, jakim szyfrem. U Adolfa te rzeczy się ściśle łączą: myśl ma barwę, 
słowną, zmysłową barwę, a znowu liryzm czy opis podszyte są zawsze refleksją. To sprawa 
języka: Rudnicki ma zresztą języków parę, w różnych utworach, w różnych fazach 
twórczości, ale gdy zamknę oczy i wsłucham się, słyszę jeden przeważający, 
charakterystyczny głos, jeden monolog pisarski, myślowy i zarazem ekspresyjny, jeden język 
duszy. Jest to język specyficzny, o rytmie jakby zadyszanym, zachłyśnięty odczuwaniem 
intensywnego smaku życia, ale też nieraz mimo owego zachłyśnięcia, zrównoważony jakimś 
mierzonym dystansem; jego warstwa myślowa nasiana jest aluzjami i polotnymi asocjacjami, 
trudny jest przez to (choć bierze swym zadyszanym rytmem), utrudzą  nieraz 
i   przez   specjalne   używanie   przymiotników,   w   sposób wiadomy autorowi, lecz nie 
zawsze — krytycznemu czytelnikowi.  Chwilami można by sądzić,  że  autor nie  ma ¦ czasu 
wygładzić stylu, nie warto mu, bo spieszy się  do czegoś niepomiernie ważniejszego. Na 
pierwszy rzut  oka niekiedy treść umyka, język wydaje się wówczas mętny, niechlujny,   
nieprawidłowy.   A   znów   myśli   tak   czasem koślawo zestawione, że jedna zdaje się 
przeczyć drugiej. Dokuczali mu za to  krytycy i prasowe sprzeki.  Pamiętam,  jak  niedługo   
po  wojnie   „Gazeta  Ludowa"   umieściła   listę   kilkudziesięciu  przykładów   „złej"   
polszczyzny Rudnickiego. Z drugiej strony frontu gnębił go Sandauer, który z walki o „całą 
bezkompromisową prawdę" schodzi czasem   pełen   autouwielbienia   i   animuszu   do   
czepiania się słówek. Sandauer nie ma absolutnego słuchu literackiego,  to  krytyk-twórca,  
koncepcjonista  jak  Irzykowski, dla   którego   utwór   literacki   jest   tylko   kanwą,   okazją. 
Ci  pochopni   polemiści   nie   rozumieją,   że   w  owym  nie zawsze  prawidłowym  (a   
raczej   rozmyślnie   nieprawidłowym)   stylu  zawiera  się   cała  siła   Rudnickiego.   On   ma 
swój szyfr językowo-myślowy, ma swoje sformułowania czy nazwy umowne, 
mistyfiikatorskie i kamuflujące,  dlatego   nieraz  może   wyrazić   rzeczy   ryzykowne,   
drastyczne — wolno mu więcej niż innym. Oczywiście — czasem 
214 
wpada też w manierę, robi błąd dla nonszalancji, zamętnia bez celu — ale to rzadko i nie 
zawsze akurat wtedy, kiedy dopatruje się tego źle słyszący Sandauer. Nie chcę wiele cytować, 
ale oto choć parę przykładów dodatnich i ujemnych. Dodatnich, gdy specyfika formy 
językowej ułatwia autorowi złapanie i przekazanie wielowarstwowej myśli (toć i Kant pisał 
„po kantowsku"), na minus, gdy dziwactwo słowne lub składniowe nie służy wyjaśnieniu lecz 
przeciwnie — zaciemnia. 
Na plus: „Wyobrażają sobie, że uchwycili istotę życia. Woda ich niesie, a oni wołają: my. 
Obalili wartości, ale teraz będą musieli przyglądać się temu, jak te wartości zaczną się 
podnosić i szczerzyć kły. Dawniej wydawali mi się mądrzy, bo dawniej istotnie stanowili 
poprawkę życia, Bóg zaś mieszka w poprawce, ale teraz, choć nie przestają wołać: słońce, 
słońce... wokoło — noc, noc!..." (Wspólne zdjęcie, s. 71). 
Na minus: „Naszą publiczność można nawet lubić za jej kompleksy, zachodnia z forsą, z 
licznymi dywizjami, z przeszłością kolonialną, bez śladu Sybiru czy wyjazdów na bandos — 
ma odwagę swojego dołu" (tamże s. 38). 
Na plus — ze świetnego szkicu o Pradze czeskiej: „Jak tu przebiegała rewolucja? Co zrobiła z 
tą znaczną ilością posiadaczy, kupców, kamieniczników? Warszawa była zrównana z ziemią, 
ale to miasto żyło, każdy coś miał: góry rzeczy, góry towarów, fabryki, domy; prócz życia cóż 
większego można odebrać człowiekowi? Co napisali na ten temat? U nas wylakierowano, 
wysterylizowano Apokalipsę, dopiero teraz zaczynają rozumieć, iż podobna Apokalipsa to  
obelga dla  rewolucji"  (tamże s.   104). 
Na minus: „Nie od dzisiaj jestem zdania, iż nikt nic nie wie, nikt nic nie rozumie, choć 
wszyscy gadają, gadają, gadają, ale krytyk — już sama nazwa jest humorystyczna — nie 

background image

 

110 

śmiałby przyznać, iż po dwudziestu latach kogoś zobaczył po raz pierwszy, bo straciłby twarz 
(choć i tak traci ją co tydzień)" (tamże s. 23). 
Cytatów tych mnożyć nie potrzeba — już i tak wiadomo chyba o co chodzi. Warto też 
przypomnieć, że chcąc wyrazić to, co niewyrażalne czy trudno wyrażalne, artysta ma prawo 
dojść do granic bełkotu — robi tak Joyce, robili i inni. Zresztą —¦ w miłości też się bełkocze i 
bywa to piękne. 
215 
Ciekawa rzecz, że właśnie w Niebieskich kartkach, mających cele intelektualne, artystyczno-
krytyczne, dominuje ów rytm zadyszany i styl szyfrowy, pełen neologizmów składniowych a 
nawet wyrazowych, podczas gdy Blic, Drobiazgi żołnierskie i Żołnierze mają spokojny, 
klasyczny niemal rytm sprawozdania, pisanego z protokular-ną dokładnością, dbałością o 
szczegóły i realia. Podobną dokumentarność, jeśli chodzi o „epokę pieców" osiągnie Rudnicki 
po latach w znakomitym Kupcu łódzkim. Świadek koronny i wiarygodny przygotował swe 
świadectwo niezwykle skrupulatnie, zgromadził realia i wyważył je na precyzyjnej wadze 
psychologicznej i moralnej. Tak to świadectwo pisarskie przechodzi często nie zauważone, a 
do głosu dochodzi nieraz dopiero po latach. 
Wracając do owej książki żołnierskiej, to jest ona ułożona perfidnie: przeciwko chronologii. 
Najpierw mamy wojnę wrześniową, potem ćwiczenia rezerwistów (Drobiazgi), wreszcie na 
końcu służbę czynną — a więc w następstwie odwrotnym do wydarzeń. Ten układ ma może 
na celu pewną rehabilitację Żołnierzy (z których autor w posłowiu mocno a szczerze się 
tłumaczy), pokazanie, że ów nie tyle akt oskarżenia co protokół ma swe usprawiedliwienie w 
późniejszych wypadkach, które wykazały małą przydatność bojową drylu i koszarowego 
dogmatyzmu. Żołnierze wywołali wrzawę; wywołaliby ją w każdym ustroju (jeśliby rzecz 
mogła się w ogóle ukazać), bo gołe fakty, wyizolowane z kontekstu i ideowego komentarza 
nigdy nie są całą prawdą. A jednak, mimo zamierzonej obiektywnej „protokolarności", 
Rudnicki posiada sobie wiadomy sekret sugestywnego odtwarzania nastroju dawnych lat — 
żyłem wtedy i wiem coś na ów temat. Jeszcze bardziej uwidacznia się ta rzecz w Drobiazgach 
żołnierskich, gdzie sylwetki żołnierzy — Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Żydów tchną 
intensywnie atmosferą dwudziestolecia, wyrastają z samego socjolo-giczno-psychologicznego 
miąższu tamtej epoki i państwowości. Wreszcie — Błic. W literaturze powojennej wiele 
mamy relacji z niezwykłego Września (Warszawa w ogniu, Wrzesień, Miasto niepokonane, 
Lotna, Sprzysiężenie, Polska jesień, Początek jutra i inne) — ta relacja wyróżnia się 
drobiazgowo kronikarską faktografią i osobliwym,  dociągającym  paradoks  do  końca  
punktem  obser- 
216 
wacyjnym: jest to relacja żołnierza z drugiego rzutu, „spóźnionego", który przez cały czas 
kampanii, choć u-mundurowany, ani razu nie miał w ręku broni. Punkt więc obserwacyjny 
ukośny, specjalny, jak w słynnym opisie bitwy pod Waterloo u Stendhala. 
Zupełnie inna sprawa ze Wspólnym zdjęciem — kolejnym z szeregu zbiorem Niebieskich 
kartek (a więc, jeśli historie żołnierskie są sprzed potopu, to ta książeczka powstała już wiele 
lat po nim). Ciekawa rzecz, że te kartki o ambicjach krytyczno-intelektualnych mają, czytane 
w całości, ten sam rytm zachłyśniętego pośpiechu, którego nie było w historiach żołnierskich 
a mniej też było w eposach gettowo-okupacyjnych; tamte bowiem nie tyle są zadyszane, 
więcej w nich wielkości, mimo zagęszczenia, rozpaczy i grozy. Tutaj natomiast w Kartkach 
pośpieszny rytm panuje, rytm, szyfr i — o paradoksie — one właśnie stają się decydującym 
instrumentem chwytania myśli cienkich, aforyzmów tak skondensowanych,, że bez 
specjalnego języka wymknęłyby się i rozpłynęły — nie pojął tego jednostronny i 
jednostronnymi doświadczeniami pisarskimi przepojony Sandauer. A swoją drogą, z tymi 
Kartkami to jest rzecz osobliwa. Gdy czytało się je z osobna w „Świecie" w małych porcjach, 
to ekspresjonizm stylu raził, bo zbyt nagle odcinał się od tonu reszty pisma — tutaj 

background image

 

111 

tymczasem właśnie rytm i natężenie porywa, bo ma przestrzeń, żeby się rozpędzić. Natomiast 
same myśli, tezy, aforyzmy lepiej wychodziły z osobna, tu jest ich za dużo, zbyt stłoczone, 
nie wiadomo co wybrać; tak samo jak nie wiadomo co pić, gdy ktoś nastawi baterię 
zagranicznych trunków. Adolf ma za dużo myśli, a w swej zadyszanej niecierpliwości sądzi,, 
że wystarczy wypowiedzieć je wszystkie naraz, aby być zrozumianym. Złudzenie, ale rzecz 
nie jest stracona — tylko że czytelnik musi tu okazać się koneserem, powstrzymać 
niecierpliwy rytm, żmudnie rozszyfrowywać,, rozdzielać, smakować. 
A jednak w końcu Rudnicki odnosi sukces: jest intelektualnym krytykiem sztuki i przez ten 
pryzmat patrzy na współczesność, dokonując — mimochodem jakby — syntez zasadniczych, 
wykraczających daleko poza sztukę. Zanim spróbujemy to udokumentować warto 
przypomnieć, że choć nasz pisarz krytyków nie lubi  (i nie rozu- 
217 
mie, np. Irzykowskiego), to jednak ambicja literackiego druzgotania nie jest mu obca. 
Pamiętam, jak po śmierci Tuwima zabrzmiały właściwe tamtemu okresowi uogólniające i 
mylące fanfary, nieznośne dla każdego, kto ma słuch literacki, Rudnicki nie wytrzymał i 
wyrąbał głośno a dobitnie, czym Tuwim jest a czym nie jest. Zgromiła go za to listem 
nadesłanym do prasy polskiej z Kijowa sama Wanda Wasilewska! Warto przypomnieć ten 
mało znany incydent (u nas się wszystko zapomina i potem odkrywa na nowo), dowodzi on 
owej już wtedy utajonej pasji krytycznej. Krytyka literacka jakby koleżeńska, głos pisarza o 
pisarzu, pełna zrozumienia spraw, które się kręcą między psychiką a warsztatem, niejako 
porównawcza, to element świeży, to spojrzenie specyficzne, które dać może dużo — jak w 
szkicu o Kafce. 
Są we Wspólnym zdjęciu powroty do epoki głównej, do strasznych obrazów męki przed 
zagładą, które naznaczyły swym stygmatem pokolenie; towarzyszyć one będą Rudnickiemu 
zawsze — i w epoce „antraktu". Tu należy opowiadanie Regina Borkowska ¦— jakże zwięźle 
a celnie oddana sytuacja zawiła, długo przemilczana, drastyczna, sytuacja ocalonych z getta 
po wojnie: nieliczni, samotni wśród ludzi innych, którzy nie przeszli tych doświadczeń, 
zakamuflowani, mieszający się ze światem „zza muru" a nieufni, obciążeni cierpieniem 
odrębnym, jakimś jakby stygmatem, kompleksem, skazanych na u-tratę rodzin, przepojonych 
tajnym wyrzutem sumienia, jak problem Lorda Jima. Tu jeden Rudnicki odnalazł słowny 
szyfr, aby odmalować sprawy tak tajne a tak bolesne. 
I jeszcze jedna rzecz: wspomniałem o dokumentarnoś-ci autora Szekspira, o jego 
nieocenionej dbałości o szczegóły (handryczył się o nie Sandauer — nie był to spór słuszny 
ani smaczny). Oto przykład dobrej pamięci, i „fotograficzności" tekstu: gettowy wesołek, 
Benio zwycięża Hitlera, rozwesela współbraci dowcipami — ileż tu podtekstów 
obyczajowych, ile nawiązań do smaku minionej epoki. 
„Na Nalewkach jak w Hollywood — same gwiazdy. Po wojnie »Orbis« będzie urządzał 
wycieczki do Berlina pod hasłem: poznajmy nasze melbie. Przechrzcij swoją babkę. 
Najlepsze środki przeciwtyfusowe — doktora Mo- 
218 
nopolskiego. Im słońce wyżej, tym sikora bliżej. Powiem wam na ucho, ze szkopem krucho. 
Agencja NZNK (Nie zaczyna się i nie kończy). W niebie przed Świętym Piotrem zjawia się 
chmara Niemców. — Wpuszczę tylko dziewięciu — Dlaczego? — Tyle podaje niemiecki 
komunikat wojenny..." 
Przed zakończeniem jeszcze jedno pytanie: czy proza Adolfa jest nowoczesna, a także — czy 
jest trwała. Myślę, że trwałe są dwa rodzaje prozy: albo rozmyślnie staroświecka jak 
Dąbrowskiej czy Iwaszkiewicza, albo całkiem własny, specyficzny gatunek, niechby nawet 
dziwaczny, ale niepowtarzalny, przywiązany do danej osoby a niezależny od jakiejkolwiek 
literackiej mody. Mody to katastrofa, mody przemijają, wiatr zwiewa bez litości wszelkie 
awangardy. Myślę, że Rudnicki na pewno ma swoją prozę, swój szyfr słowny, a także swoje 

background image

 

112 

nieuświadomione może sposoby rytmiczno-ekspresyjne, od których nigdy nie odejdzie. (Wie 
zresztą o tym i dlatego, pewny siebie kokietuje czasem nonszalanckim niezrozumial-stwem.) 
Marzy on zresztą o trwałości zawsze, oto co pisze o Kafce, w inny zresztą sposób 
osiągającym tę trwałość. 
„W parabolach i znakach Kafki każdy odnajduje siebie, każdy ma swego antagonistę, każdy 
ma swój proces, inny w każdym środowisku. Określony w czasie i miejscu stwarzałby 
sugestie uleczalności, natomiast w znaku pozostaje znakiem. Podany w zanieczyszczonym 
języku dnia — przyciągającym dlatego miliony, że wyraźnie mówi o nich — umarłby szybko, 
podany natomiast w symbolu, w znaku, zachowa prawdopodobnie młodość na wieki". 
Próbowaliśmy przetorować orientacyjnie szlaki na zawiłej, nie wolnej od ochronnego 
kamuflażu mapie twórczości Adolfa Rudnickiego. Na zakończenie dokumentacja jego 
pełnego przynależenia do współczesności, że pisząc niby polotnie o literaturze, aktorach, 
sztukach, środowisku tkwi w istocie w centralnej problematyce naszych dni — nie chowa się 
przed nią, nie robi uników. Oto słowa o sytuacji kultury, o przemianach patrzenia, gdy się 
działa i gdy się odeszło, o warszawskim literackim „dworze" (termin Adolfa). 
„Na czyją książkę, film, sztukę jeszcze się czeka? Od czasu do czasu nakręca się koniunkturę, 
a po trzech mie- 
219 
siącach znów widać, że to była pomyłka. Pustynia. Ale nie mogę darować D. jego mściwego 
zachwytu z powodu podobnego' stanu rzeczy. To przecież D. w minionym o-kresie 
przekonywał nas wszystkich, że złapał Pana Boga za nogi. Przekonywał dawniej, a teraz 
zachwycony jest pustynią, bo kto inny ją robi. Głupcy nie pozwalają mu pisać o tym, a 
przecież konfrontacja jego wczorajszych objawień z nowymi wydobyłaby ich wartości. Jeśli 
D. nie czuje się odpowiedzialny za siebie wczorajszego, jak można go uważać za 
odpowiedzialnego za to, co mówi dzisiaj. A pustynia jest faktem, pustynia wypełniona 
książkami o niczym, filmami o niczym, ludźmi nijakimi, posiadającymi patent artystów, 
których dobrobyt, sytość i samozadowolenie w tym świecie zjadanym przez lęki nie mogą nie 
napełniać przerażeniem." (Wspólne zdjęcie s. 214) 
Oto próbka ważkiej syntezy, dotyczącej głównej anty-nomicznej kwestii Wschód — Zachód. 
Dalekośmy tu już poza   literackim   partykularzem   warszawskiego   „dworu": 
„Te ulice może najbardziej przedwojenne z naszych ulic, najbardziej przypominają Zachód. 
Zachód jako teren, gdzie lęk przed upokorzeniem nadal dokonuje cudów. Wysilają mózgi, 
mięśnie, spryt, geniusz, pracują, intrygują, kombinują, żeby nie pójść na dno. Osoba walczy 
tam do końca, w przebiegu całego ich życia wciąż słyszy się krzyk kobiety rodzącej. Skazana 
na siebie, świadoma swej samotności, wilczego otoczenia, osoba wie, iż musi bić się o siebie, 
żyć na linie zawieszonej nad przepaścią. Uważnie, bystro, stale przygląda się ona bliźniemu 
pod jednym kątem: nie być gorszym. Pracują tam jak wariaci' oszczędzają nie dlatego, iż mają 
tysiąc lat przed sobą, ale dlatego, że nie chcą być gorsi. W restaura-cji o dwa franki tańszej 
panuje tłok, gdyż te dwa franki mogą być użyte na co innego. Tam gdzie przed osobą 
widnieje zielone światło, równość musi być pozorna, a drabina nierówności ogromna. Musi 
być dziesięciu pierwszych i dziesięciu ostatnich. Obszarom naszych doświadczeń nic nie 
zadało równie potężnego ciosu, jak równość pojęta w sposób nieledwie święty i dziecinny. 
Chcąc ratować osobę, zabito ją właściwie, gdyż zabito kwiat, którym jest nierówność. Ale ta 
nasza równość nigdy nie miałaby za sobą świata, gdyby nie wyszła naprzeciw lęku przed 
upokorzeniem, aby go wymazać, gdyby nie wyras- 
220 
¦tała z tego samego właściwie źródła co chrześcijaństwo, które także wyszło naprzeciw 
upokorzeniu. Usunąwszy nierówność w sposób wewnętrznie doskonały — każdemu 
osiągnięciu badacze w wielkich pokojach przy pomocy wszystkich lup i mikroskopów 
przyglądają się pod kątem równości — usunąwszy milion, zabito osobę: gdy osoba nie może 

background image

 

113 

się zaznaczyć, nie ma już ona właściwie o co się bić. Tam gdzie osoba w drapieżnej walce nie 
może sięgnąć nieba, wszystko zmienia się w grę pozorów, w takiej grze mogą brać udział 
jedynie amatorzy. Wraz z usunięciem lęku przed upokorzeniem, przed rynsztokiem, przed 
dnem zgasły motory, a statek-widmo wolno posuwa się po morzu. Odarta z groźnego kwiatu, 
z lęku przed upokorzeniem, osoba umarła. Nie boi się ona dna, tam gdzie nie ma 
prawdziwego szczytu. A teraz przeciwnicy powinni mieć odwagę powiedzieć, o co chodzi, 
powinni powiedzieć, iż skoro okazało się, iż bez lęku przed upokorzeniem życie traci kwiat, 
należy lęk ten znów przywrócić. Niech to powiedzą i niech »człowiek« na nowo powie, co o 
tym myśli." (Wspólne zdjęcie s. 75—• 76) 
Ważna to próba diagnozy, śmiała, a tak mało zauważona — może nadmiernie 
przyzwyczajono się widzieć w Rudnickim tylko barda minionej zagłady. A przecież podobnie 
ambitnej i syntetycznej próby uchwycenia dwoistej istoty rzeczy naszego świata próżno by 
szukać w książkach młodych autorów. Nie jest więc słuszny zarzut, że wszyscy pisarze polscy 
omijają czy kamuflują dzisiejszą problematykę — ot, Adolf znalazł do tej sprawy język, szyfr 
i wypowiada się w pełni. Jest "zaangażowany", to słowo znajduje się w kursie, a Adolf lubi 
być w kursie każdego czasu — mimo przeżytego kiedyś jądra ciemności, nie chce pozostać z 
tyłu, pragnie być współczesny. Jest więc świadkiem wszechstronnym, świadkiem kilku 
odmiennych wymiarów historii i kilku toków polskich wydarzeń, jak wszyscy starsi, a przez 
to doświadczeniem bogatsi pisarze w naszym kraju. 
28 VII 1968. 
Dokąd prowadzi dociekliwy Sandauer? 
Krytyka o krytyce, to być może, trud sprzeczny wewnętrznie i zbędny — powie ktoś. Można 
by rzecz jednak potraktować też jako swego rodzaju ćwiczenie literackie,, zrozumie to na 
pewno Artur Sandauer, który w swej ostatniej książce * sporo miejsca poświęca kwestii 
pisania o pisaniu, uprawianego często przez współczesnych autorów; autorzy ci, rozmyślnie 
obnażając konwencjonalność czy dowolność własnego pisarstwa „fabularnego", chcą stanąć 
przez to ponad nim, a więc sprawę pogłębić i pozbawić sztuczności nadając dziełu dwie 
płaszczyzny, dwa tory: przedmiotowy i podmiotowy. W wypadku niniejszej recenzji rzecz 
byłaby potrójna: pisanie o pisaniu na temat pisania, właściwie należałoby wzbogacić ją o 
jeszcze jeden taras, na którym mieściłaby się podmiotowa, utajona intencja autora 
niniejszego, każąca mu przybrać określoną koncepcję pisania o Sandauerowskim pisaniu na 
temat pisania. Intencja ta nie jest jednak ani tajna, ani złożona: po prostu każda nowa książka 
Sandauera, czy kto chce czy nie chce, budzi moje najwyższe zainteresowanie, wywołuje 
autentyczną emocję myślową, o którą u nas nie najłatwiej. Czy kto chce czy nie chce — bo o 
Sandauerze  wiele  osób   (i  to  osób   piszących)   przywykło' 
* Artur   Sandauer:   Samobójstwo  MUrydatesa.   Eseje.   „Czytelnik",  1968, str. 188 + 
indeks. 
222 
dziś źle mówić. O krytykach zresztą często mówiono źle, to należy do metier, w tym jednak 
wypadku owo złe mówienie wydaje się pochodzić z innych przyczyn, niż zazwyczaj się to w 
literackim życiu zdarza. Być może, że Sandauer przesadnie zmierzył siły na zamiary, być 
może również, że zbytnio chciał, aby mu się za wszelką cenę powiodło, chciał zostać 
jedynym, krytycznym i ideowym znakiem wywoławczym pokolenia, w dodatku syn-tetykiem 
diagnostą, wychodzącym poza samą literaturę, jak Brzozowski, Irzykowski, Kołaczkowski. 
Bagatela! W tej chęci, chwalebnej zresztą, trochę mu się pomylił zamysł z osiągnięciem. 
Pamiętam, jak kiedyś w wywiadzie udzielonym „Polityce" przedstawił się jako poszukiwacz, 
o ile dobrze cytuję, „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy". A raczej nawet nie jako 
poszukiwacz, lecz ten, co już takową odnalazł czy też stale odnajduje. Przesada oczywista: 
dla Sandauera jak dla innych pozostał tylko cząstkowy kęs prawdy — któż dziś — jaki 
mocarz wypowie całą prawdę? Pogódźmy się więc na ten temat i nie mówmy o tym więcej. 

background image

 

114 

Z każdych poszukiwań coś zostaje. Na przykład ciekawa książka, jeśli zaś dyskusyjna — tym 
i lepiej. Taką właśnie ciekawą i pobudzającą jest jego ostatnia: Samobójstwo Mitrydatesa — 
przypomnieć warto, że Mitryda-tes „...przez zażywanie w coraz to większych dawkach 
trucizny uodpornił się na otrucie". Książka składa się z pięciu szkiców: o Leśmianie, 
Tuwimie, Pawlikowskiej, Białoszewskim oraz o nowych formach i sposobach literackich. 
Czytając tę książeczkę, która na pewno budzić będzie i aplauzy i sprzeciwy (ta podwójność to 
właśnie zaleta, od tego jest krytyka) może przez chwilę zapomnieć o wątłej wiotkości naszych 
krytycznych poczynań ostatnio i przypuścić, że jest w tej dziedzinie jakaś ciągłość, 
kontynuacja i choćby ferment. Cóż, na nikłym materiale najlepszy krytyk nie bardzo się 
pożywi (choć Irzykowski często i z upodobaniem słabych właśnie utworów używał jako 
myślowej trampoliny), a co do kontynuacji — Sandauer ją ciągnie mimo wszystko, mimo 
przeszkód wewnętrznych, jeśli zaś nie jest to kontynuacja merytoryczna, to przynajmniej 
jednolita w stylu czy w metodzie.  Z wielkiego  intelektualnego  prania  autor Mitry- 
223 
datesa   zrezygnował,   ale   małe   przepierki   jeszcze   robi,   |i chwała mu i za to.                                                               

Brak nam krytyków z ustalonymi, zanotowanymi w ogólnej pamięci kryteriami. Gdy 
wspominam tę dziedzinę po wojnie, zarysowują mi się wyraźniej charaktery i postacie 
(myślowe, bo krytyk musi mieć swój intelektualny charakter) Kazimierza Wyki, Andrzeja 
Stawara, poniekąd Jana Kotta, no i właśnie — Artura Sandauera. Z młodszych Błoński, 
Bereza, Kijowski, Kwiatkowski (Jerzy), Puzyna, i to chyba wszyscy, o których mógłbym 
powiedzieć coś określonego. Są jeszcze też krytycy, których osobiście z różnych względów 
nie czytam, jest także plejada młodych, skupionych wokół „Współczesności" i „Kultury", 
tych znowu nie bardzo rozróżniam: nieroz-różnianie młodzieży to mankament, ale i przywilej 
pewnego wieku. Wszystkie owe nazwiska nie pokrywają jednak dość wstydliwej pustki w tej 
dziedzinie: kiedyż to toczono u nas ostatnio wielką krytyczno-estetyczną dysputę, taką na 
przykład jak Irzykowski z Witkacym czy z Boyem? Sandauer próbował, ale rzecz zeszła na 
manowce, zabrnęła w dziwne, personalne chaszcze i w końcu przycichła. Właściwie szkoda 
— bo już teraz chyba sprawy poniechał: ostatnia jego książka mało jest za-dziorna, bardziej 
diagnostyczna, a także po uniwersy-tecku (czasem troszkę po belfersku) przyczynkarska. Ale 
ciekawa — miejscami ogromnie. 
A więc po kolei: Leśmian. Bardzo się cieszę, gdy się ktoś zajmuje Leśmianem (wielkie ma tu 
zasługi zapobiegliwy Jacek Trznadel), bo zawsze ustawiałem sobie polską poezję słupami 
milowymi czy drogowskazami: byli to trzej wieszczowie, Norwid (geniusz co miał za mało 
talentu — powiedział ktoś), Tetmajer i wreszcie Leśmian (ze współczesnych znalazłby się na 
tej linii chyba jedynie autor Trzech zim). Wiem, że Tetmajer się tu nie spodoba, ale myślę, że 
to wielki poeta i będzie jeszcze odkryty. A o Leśmianie nigdy za dużo — wiele lat go 
ignorowano, potem znów nie rozumiano, co trwa po dziś dzień — przykładem zdumiewająco 
nietrafne studium Ważyka. 
Sandauer to poniekąd leśmianista — pamiętamy jego nader interesującą pracę doktorską .— 
chyba o słowotwórstwie  autora  Łąki.  Tym  razem błysnął  ciekawą in- 
224 
terpretacją filozoficzną, choć opowiadanie myślowej treści poezji w oderwaniu od jej 
specyficznej formalnej magii jest po trochu, jakby ktoś chcąc udowodnić piękność ludzkiego 
ciała z triumfem demonstrował jego sekcję. No, bo gdyby poeta nie miał owej formalnej 
magii poetyckiej sugestywności, to nic by nikomu nie przyszło z jego filozofii, a znów 
twórczy filozof talentu poetyckiego nie potrzebuje. Nie przystoi też Sandauerowi, aby obok 
wirtuozowskiej miejscami interpretacji filozoficznej zniżał się do nazbyt łatwego freudyzmu: 
skoro Leśmian był mały, niepozorny i nie miał sukcesów erotycznych, to musiało się to odbić 
w jego wierszach czy to wprost, czy też d rebours, drogą rekompensaty Jest to ułatwiony fre-

background image

 

115 

udyzm z dawnych amerykańskich filmów (Obywatel Ca-ne, obraz zresztą w swoim czasie 
odkrywczy — rok produkcji 1941). Ta metoda upatrywania w dziele odblasku przeżyć 
osobistych przypomina także tuzinkowe przy-czynkarstwo dawnej polonistyki: wpływ 
miłości do Maryli Wereszczakówny na poezję Mickiewicza, to była owa dawna szkolna piła, 
którą nieświadomie kontynuował nawet, tyle że nieprzyzwoicie, Boy. Jeśli już musi być 
nauka o poezji, to niechże poszuka metody bardziej im-marientnej czy punktu wyjścia 
nowoczesnego! Sandauer to potrafi •— po cóż ułatwione koncesje? 
Odblaski polonistycznego profesorstwa w dawnym stylu (a jednak nawet taka przekora jak 
Sandauer nie u-strzegł się uczelnianego pedantyzmu) widać też w rozważaniach na temat 
Młodej Polski i stosunku Leśmiana do niej. Sprawa jest trochę sztucznie rozdęta, jak każda 
kratkująca klasyfikacja. Kto w ogóle „należy", a kto nie do Młodej Polski? Sandauer zalicza 
tam nawet... Kazimierza Wrożyńskiego, autora realistycznych, socjologiczno-obyczajowych 
komedii {Dzieje salonu) i satyrycznych felietonów zebranych w zbiorze Pani Lala, człowieka, 
który przeżył II wojnę światową i bardzo by się zdziwił, że należy do Młodej Polski, 
podobnie, jak zdziwiłby się wspomniany również Jan Lorentowicz. Szukanie na siłę 
związków Leśmiana z Młodą Polską, związków luźnych, choćby transformacyjnych czy 
parodystycznych, to zabieg mało ciekawy, „wpływologia" niewiele daje, a Leśmian dość jest 
sam przez się zasobny w niezwykłą specyfikę, aby odwracać od niej uwagę porównawczym 
przyczynkar- 
225 
15 
stwem. Przy okazji: wydaje mi się, że Sanda"uer dość mechanicznie traktuje istotę 
młodopolszczyzny. Oto co na przykład pisze o Kasprowiczowskim, przedśmiertnym zbiorze 
Mój świat: „W Moim świecie... obstaje (Kasprowicz) przy — mocno już teraz spełzłej i 
wytartej — poetyce młodopolskiej. Franciszkanizm pozwala mu jednak niedostatki te 
przedstawić jako zalety: zaniedbanie formy wskazuje przecie na wzniosłość treści" (s. 12). 
Trudno o większe nieporozumienie: nie zachwycam się barokową poetyką „głównego" 
Kasprowicza, ale wierszyki z Mojego świata, prościutkie, bezpretensjonalne, częstokroć pełne 
ludowego humoru (ów zaczynający się od słów: „Od ostatniej niedzieli cała wieś się weseli") 
na pewno nic wspólnego z młodopolską poetyką i manierą nie mają — autora zawiódł tutaj z 
kretesem jego poetycki słuch. I jeszcze drobne uwagi: nie wiem, czemu się tak Sanda-uer 
gniewa na „zdunów, druciarzy, kamieniotłuków, i świątikarzy", na grajków, kobziarzy, 
powsinogów —• toć to regionalna transpozycja „'rupieciarni", którą się nasz krytyk animuje u 
Białoszewskiego. I czy należy u-żywać określenia „religianctwo", bardzo już u nas, by użyć 
terminologii autora Mitrydatesa, spełzłego? Jeśli zaś chodzi o stosunek Leśmiana do religii i 
do Boga, w której to materii Sandauer kilkakroć sobie zaprzecza, radziłbym przeczytać 
wydane w Belgii niezwykłe, odkrywcze a nader odrębne od naszych skostniałych nieco 
kryteriów interpretatorskich studium Mariana Pankowskiego. Mimo tych potknięć i mielizn 
chwilami wznosi się Sandauer na górskie szczyty dociekliwości i zmysłu syntetycznego. Oto 
na przykład końcowe zdania omawianego eseju o Leśmianie: „Do spraw ludzkich nawiąże 
przedśmiertny Napój cienisty (1936). Pisany na starość, będzie on miał za temat nie życie 
przyrody, lecz umieranie człowieka. Główne jego poematy poświęcone będą: Eliasz — 
twórczej wędrówce, Pan Błyszczyński — twórczym snom,' Dziewczyna — poszukiwaniu 
Absolutu, Dwaj Macieje — poszukiwaniu nieśmiertelności. Wszystkie te czynności dadzą się 
sprowadzić do jednej — do tworzenia. Da się do niej sprowadzić i wewnętrzna dynamika 
przedmiotów, którą opiewa Łąka; i tam bowiem sprawą zasadniczą jest samotworzenie. 
Cokolwiek robimy — tworzymy. Świadomość nie zna granic w swej transcendencji, nie 
zadowolą 
226 

background image

 

116 

jej żadne konkretyzacje. Śmierć jest dla niej niewyobrażalna, ale i istnienie jej nie wystarczy. 
Siejąc byty, tworząc »nieodparte życie«, idzie ona — jak prorok Eliasz — w ciągłą Inność" 
<(s. 39). 
Rozpatrywanie poezji poprzez jej treść filozoficzną, ideową etc. jest czynnością jedną z 
możliwych, ale na pewno cząstkową, dającą zazwyczaj niewystarczający, ba, mylący obraz 
samej nawet owej treści. Zdaje się to rozumieć Sandauer, gdy swój szkic o Julianie Tuwimie 
rozpoczyna następująco: „Studium niniejsze jest wynikiem niepowodzenia i próbą, aby je 
przezwyciężyć. Nie udało się mianowicie jego autorowi — jak to zamierzał początkowo — 
sformułować o Julianie Tuwimie żadnych sądów jednoznacznych. Kiedy — śladem tylu 
innych krytyków — chciał dopatrzeć się w nim radosnego witalizmu, powierzchownego 
kabareciarstwa, uwielbienia dla tłumu, wystarczyło chwili namysłu, aby dojść do wniosku, że 
każdy z tych epitetów można z równą słusznością zastąpić wręcz odwrotnym, że tyleż w nim 
na przykład witalizmu co tragizmu, powierzchowności co głębi, uwielbienia dla tłumu co lęku 
przed nim itp. Nadaremnie usiłował piszący te słowa znaleźć chociażby jeden epitet 
bezsporny. Wróg mieszczaństwa? Oczywiście; ale i jego miłośnik. Patriota polski? 
Niewątpliwie; ale lęka się polskiej ulicy..." 
Wydaje mi się, że każda prawdziwa twórczość jest sumą czy syntezą sprzeczności, należy to 
do istoty tworzenia (zasadę łączenia sprzeczności w dziełach poetycznych, malarskich i 
muzycznych formułował już Arystoteles powołując się przy tym na... Heraklita). Niedawno 
czytałem gdzieś, że tak na pozór jednorodny człowiek i twórca jak Chopin był w życiu i w 
dziele kłębkiem sprzeczności: polski kompozytor narodowy, zarazem pół-Francuz 
mieszkający w Paryżu, romantyk uprawiający ścisłą formę i lubiący tylko klasyków, 
„folklorysta" ubierający melodie mazurków i kujawiaków w wyrafinowaną zachodnią 
harmonię, subtelny uczuciowiec dający nieraz w swych listach pokazy chłodnego, kąśliwego 
sarkazmu, głęboki twórca lubiący płytkie życie salonowe i tak dalej. Ale wszystkie te 
sprzeczności wydają się spojone w sposób naturalny, ba, zgoła konieczny i niepowtarzalny, 
gdy usłyszymy utwór Chopina. Każda twórczość jest sumą sprzeczności,   tym   właśnie   
utwór   artystyczny   różni   się 
227 
na przykład od wykładu. Dlatego też pogoń za jednoznacznymi treściami, zwłaszcza w poezji, 
bywa czynnością nieco iluzoryczną i nieraz odprowadzającą nas od istoty rzeczy, tak właśnie 
może się zdarzyć z twórczością Tu-wima, rozmyślnego wirtuoza kameleoństwa i 
mistrzowskiego pozera, który raz jest chrystusowy raz rewolucyjny, raz urbanistyczny raz 
wiejsko sielski, -raz kpiąco semic-ki raz prasłowiański. Uganiający się za jednoznacznymi 
treściami Sandauer zdaje się brać każdą z tych metamorfoz na poważnie, w rezultacie ma 
dużo do roboty, lecz nie jest pewne, czy, roniąc zresztą przy okazji mnóstwo bystrych i 
błyskotliwych spostrzeżeń, nie pominął jednak jakiejś rzeczy bardzo istotnej. Jakiej? Oto 
przykład z wiersza Wizyta, który to przykład opatrzony jest przez Sandauera komentarzem na 
temat poety, cierpiącego wewnętrznie z powodu rozdwojenia „na metafizyka i kabareciarza, 
na człowieka tragicznego i — chłystka. Chi-chotliwy i gwiżdżący kuplety — czyż nie taki był 
sam poeta?". Posłuchajmy: 
W niedzielę do piskliwych dam, Chichocąc wciąż się mizdrzę Lub w bilard z facetami gram I 
kupleoiki gwiżdżę. 
Melonik mój, krawacik mój, Ubranko kuse, wcięte, Ach  wszystko,  wszystko  jak  ten strój 
Na dudka wystrychnięte! 
I oto gorliwy, analizujący problemy Sandauer pomija tutaj pewne pozamyślowe sedno: po 
prostu rytm, formę rytmiczną. Dlaczego treści tego wierszyka, wytłumaczone tak dociekliwie 
przez krytyka, trafiają bez długich korowodów do wyobraźni i temperamentu odbiorcy? Bo 
jest tu właśnie rytm, żałośliwie podrygująca melodyjka („Melonik mój, krawacik mój...") 
zarazem kpiąca z siebie i smętna z tego powodu, przywodząca na myśl bulwarowego klowna, 

background image

 

117 

Chaplina melancholijnego a akrobatycznie zwinnego. Może tylko o to chodzi, o wizję raz taką 
raz inną, nie o jakieś problemy psychiczne czy kompleksy względnie chorobę przestrzeni 
autora? W poszukiwaniu owych kompleksów bowiem Sandauer znowu konstruuje sobie 
typowo freudowskie rusztowanie, czasem już nazbyt żenująco uproszczone, na przykład gdy 
fakt, że Tu- 
228 
wim często pisał o myszach, przypisuje temu, że miał na twarzy narośl zwaną myszką (!), lub 
gdy cytując Tuwi-mowskie opisy „strasznych Żydów" uważa je najpoważniej za ulegnięcie 
„presji kołtuna", trafiającej w rasowe problemy poety i serio cytuje książkę Nowaczyńskiego 
Anonimowe mocarstwo, będącą, co sam Nowaczyński nieraz mówił, rozmyślnym apokryfem 
(autor Małpiego zwierciadła lubował się w mistyfikacjach, jeszcze we wczesnej młodości 
nadesłał do „Czasu" opis nie istniejącej wystawy malarskiej w Monachium i charakterystyki 
wymyślonych przez siebie malarzy). Wszystkie zresztą podejrzliwe konstrukcje Sandauera 
(Irzykowski nazywał freudyzm „systemem podejrzeń") nader są misterne i ciekawe, z tym, że 
często wydają się wisieć na cienkiej nitce, gdy się na przykład przypuści, że w poezji Tuwima 
chodzi po prostu o mnogość wyczarowanych paru zrytmizowanymi słowami klisz 
poznawczych, zawierających wizję dla wizji, dla celów opisowych czy ludystycznych. Łatwo 
by się wtedy dało wyjaśnić pozorną sprzeczność między zafascynowaniem życiem 
mieszczaństwa i wstrętem do niego: po prostu Tuwim, jak i cały Skamander, na gwałt ur-
banizuje, „umieszczania" rustykalną dotąd polską poezję, więc w skrótowym pośpiechu 
cywilizacyjnego doganiania daje pełną antologię możliwych postaw, stąd umieszczenie w 
jednym czasie i afirmacji, i krytyki. Antologia klisz poznawczych, antologia wizji, 
sugestywnych dzięki jakiejś poetyckiej „smykałce", może to jest całe wyjaśnienie tajemnicy? 
I może miast klasycznej, dość w tym wypadku truistycznej freudowskiej analizy, warto było 
zająć się próbą określenia, na czym polegała owa smykałka? A więc raczej badania formalne 
niż psychologiczne? Może. Choć zdaję sobie sprawę, że kanwa freudystyczna przynosi 
krytykowi więcej okazji do snucia bystrych spostrzeżeń i popisania się znajomością epoki, a 
krytyk też jest pisarzem i chce się przed czytelnikiem pokazać. 
Ciekawa rzecz: podobna analiza „dookolna" w dwóch następnych szkicach, poświęconych 
Pawlikowskiej i Bia-łoszewskiemu bynajmniej mnie nie razi, przeciwnie, dużo z nich 
skorzystałem. Myślę, że wyjaśnienie jest proste: ani poetyka Pawlikowskiej, ani oczywiście 
całkiem odmienna poetyka Białoszewskiego wcale na mnie nie działają i nigdy nie działały, 
nie mam do nich stosunku, 
229 
stąd też nie gniewam się, gdy Sandauer robi im sekcję treściowo-poglądową. Może dlatego 
oba te studia wydają mi się lepsze niż pierwsze dwa. Esej o Pawlikowskiej bardzo jest przy 
tym pięknie napisany i ma swą ogólnokul-turalną twórczą wagę, oświetlając dotyczące poetki 
sprawy mało znane. Chętnie przyjmuję dociekliwy wykład o postawie filozoficznej i w ogóle 
myślowej autorki Pocałunków, osobiście również sądziłem, że to są tylko cacka. (Nawiasem 
warto zauważyć, że forma „złotniczeń-ku", którą zachwycał się Żeromski, występuje też w 
wierszyku ze starej książki dla dzieci krakowskiego autora Antoniego Gawińskiego, gdzie 
zaklęty głos z jeziora odzywa się do królewskiego skarbnika: „Mój skarbniku, skarbnicz 
eńku"!). 
Gorzej z Mironem Białoszewskim. Sandauer z chwalebną pasją prezentuje nam analizę jego 
twórczości, jego filozofii, wszystko to na tle jego życia, przypisując mu zresztą na końcu 
planowe samobójstwo twórcze. Szkic jest piękny, chciałoby się powiedzieć, piękniejszy od 
samej poezji, którą omawia. Nie mam nic przeciw materiałowi, z którego robi poezję 
Białoszewski, absolutnie też zgadzam się z Sandauerem, że: „Dobrze jest, by w tej ogólnej 
harmonii znalazł się ktoś, kto naciska na nieużywany klawisz, kto w dobie kolektywizmu 
przypomina o prawach jednostki do »>zachciankowego rachunku«; kto w dobie 

background image

 

118 

dalekosiężnych informacji wierzy tylko w to, co »sprawdzone sobą«; kto w dobie 
rozpasanego słowa poddaje jego funkcjonowanie parodystycznym zabiegom". Zgoda, zgoda 
— tylko trudno jakoś się zgodzić, że jest to „najwybitniejsza w bieżącym dwudziestoleciu 
twórczość poetycka". Chyba z powodu konsekwencji i oryginalnego osamotnienia twórcy? 
Osobiście pochlebiam sobie, że rozumiem, o co Białoszewskiemu chodzi, nawet w ostatnich 
wierszach, które Sandauer uważa za bełkotliwe (myślę, że należy je odbierać bardziej 
impresjonistycznie, dźwię-konaśladowczo). Tylko że mało widzę u Białoszewskiego 
poetyckiej magii, owej intuicyjnie organizującej słowa „smykałki": czasem przejawia się ona 
w rytmicznych zestawach słów — ale rzadko. Czyżby ktoś czytał te wiersze dla 
przyjemności? Przykrość zresztą też może być przyjemnością, tj. satysfakcją z uchwytnej 
doskonałości   układu   elementów:   musi   to   więc   być   przykrość 
230 
zorganizowana. Rozumiem, że ktoś konstruuje rzeźbę z drutu, gwoździ, gałganków, 
rozumiem, że konstruuje ją prosto, redukując do minimum swą organizacyjną interwencję, ale 
jeśli rozkłada po prostu na stole drut, gwoździe i gałgany w nieładzie proponując nam, 
abyśmy sobie rzeźbę wyobrazili sami, to już przesada, wysiłek za mały. A mogłoby wcale 
wysiłku nie być, gdyby za to była magia, smykałka. Ale tego pojęcia zaabsorbowany swym 
wykładem Sandauer zdaje się nie dostrzegać — zresztą, wykład jest fascynujący, bardziej niż 
sama poezja, która stała się dlań okazją i pewno nieuprzedzony czytelnik Białoszewskiego 
nigdy by na te wszystkie mądre rzeczy nie wpadł. Pamiętam, że Irzykowski kazał sobie 
tłumaczyć słowo po słowie poezję awangardy (nie tylko), którą oskarżał o niezrozumialstwo 
— w tłumaczeniu tym gdzieś się zawsze gubiła sprawa magii, czyli smykałki. A może rasowa 
krytycy z reguły nie mają słuchu poetyckiego, stąd ich bezlitosna pogoń za treściami, i to 
zaczerpniętymi z własnych myśli? Krytyk to nie czytelnik, krytyk to twórca. 
A właśnie kilka nader twórczych, samoistnych myśli wypowiedział Sandauer z okazji eseju o 
Białoszewskim. Autor Mitrydatesa jest wszakże również autorem dwóch wyodrębniających 
się w naszej powojennej literaturze książek: Śmierć liberała i Zapiski z martwego miasta. 
Wyodrębniających się, gdyż okupacja, a przede wszystkim zagłada Żydów polskich pokazane 
tam są zupełnie z innej niż na ogół u nas strony, bez martyrologicznej wzniosłości czy 
jakiegokolwiek sentymentalizmu, lecz z zimną przenikliwością, usiłującą dotrzeć do sedna tej 
trudnej do pojęcia mechanicznej, masowej zbrodni. W Samobójstwie Mitrydatesa mamy 
właśnie podbudowę myślową do tamtych książek: 
„Między człowiekiem a naturą nie ma zgodności: on jest moralny, ona — nie, on żąda 
sprawiedliwości indywidualnej, ona zna tylko — zbiorową, on pyta uporczywie Za co?«, ona 
w odpowiedzi rozkłada ręce. Nigdy bezsens tego pytania nie wyszedł na jaw tak jaskrawie jak 
za czasów hitleryzmu. W poczuciu posiadania naukowej — zaczerpniętej z Darwina — 
prawdy, traktował on rasy ludzkie jako gatunki, ich walkę — jako epizod odwiecznej   walki   
o   byt.   Przypisał   sobie,   słowem,   prawa 
231 
przyrody, która — przystępując do likwidacji całych rodzajów — tępi ich przedstawicieli ze 
statystyczną obojętnością. Rzecz znamienna! Wystarczyło któremukolwiek z 
eksterminowanych zindywidualizować się — chociażby na zasadzie przestępstwa — w 
oczach eksterminujących, aby już zyskać szansę ocalenia. Nikt bowiem nie kwestionował 
osobistej jego niewinności: wina była nie jednostkowa, lecz zbiorowa, odpowiadał nie za to, 
co zrobił, lecz za to, czym był. Gdybyśmy rozłożoną na periody geologiczne zagładę gatunku 
potrafili nakręcić ex post i puścić ten film w tempie milionokroć przyśpieszonym — tak, aby 
kolejne indywidua zlewały się w oczach i prawnuk odpowiadał naocznie za fałszywy wybór 
biologiczny praszczura, może otrzymalibyśmy adekwatny obraz tego świata i byli w stanie 
zrozumieć, jakim sposobem ten sam człowiek, najpoczciwszy dziś obywatel, mógł być kiedyś 
masowym mordercą. Rzecz bowiem w tym, że nie jest to ten sam człowiek. Dziś stał się 

background image

 

119 

jednostką, w przeszłości był przedstawicielem gatunku, nie angażującym się w to, co czynił 
osobiście" (s. 101—102). 
I jeszcze jedna kapitalna definicja: chuligana-nihili-sty, modnego u nas do niedawna jeszcze 
w roli bohatera literackiego: 
„Kiedy w latach 1956—57 — po okresie dogmatyzmu — wypłynęła na powierzchnię 
literatury — w artykułach „Po prostu", w ówczesnej poezji i prozie — postać »chu-ligana«, 
prawnicy zaczęli się zastanawiać nad jurydyczną jej definicją. Wniosek był zaskakujący: oto 
jego wykroczenia odznaczały się przede wszystkim—bezinteresownością. Chuligan to 
praktykujący egzystencjalista: jeśli rozbija szybę w oknie wystawowym, to nie tyle po to, by 
kraść, co by pokazać siebie, zademonstrować swą swobodę. Nie bez kozery znudzone 
abstrakcją planów społeczeństwo dojrzało w nim nieomal — pozytywnego bohatera 
nieobliczalnej, nie zaplanowanej rzeczywistości" (s. 106). 
A teraz przejdźmy do ostatniego rozdziału książki San-dauera, do owego właśnie tytułowego 
Samobójstwa Mi-trydatesa. Rozdział to całkiem odmienny od poprzednich: tam krytyk mówił 
przeważnie o autorach i treściach, tutaj skupia się na problemie formalnym. Kwestia owej 
narracji, co to musi zaprzeczyć samej sobie, stać się po- 
232 
dwójną: sobą i swoją krytyką, czy wariantem, aby uniknąć naiwnej sztuczności i wyodrębnić 
autora, który nie powinien być wszechwiedzący, jest w moim pojęciu, tak przynajmniej, jak ją 
ujął Sandauer, sprawą czysto formalną, sprawą pewnego chwytu czy „tricku". Pamiętam 
przed wojną dwie dość zresztą łatwe książki, które posłużyły się tym chwytem: Z dnia na 
dzień Goetla (powieść pisana o dawnych wydarzeniach, przeplatająca się z równolegle 
pisanym dziennikiem autora) oraz Klimaty Maurois (te same wydarzenia w relacji kilku 
osób). Pierwszy w Polsce, a może i na świecie odkrył możliwość takiej „terasowatej" (chyba 
tarasowatej?!), jak mówił Sandauer, narracji Karol Irzykowski w Pałubie oraz w niektórych 
nowelach — niestety pomysł ów nie został wówczas podjęty, prawdopodobnie przyszedł za 
wcześnie — taki bywa los nazbyt odkrywczych wynalazków. (Jako klasyczny przykład 
narracji powstającej na naszych oczach cytuje Sandauer pewne opowiadanie Brunona 
Schulza. Ze smutkiem i narażając się zapewne na dozgonną pogardę p. Sandauera stwierdzić 
muszę, że twórczość Schulza okropnie mnie nudzi i nigdy nie udało mi się przeczytać 
Sklepów cynamonowych do końca. Wiem, wiem, literatura nie jest dla rozrywki, ale 
powołani się na zdanie Conrada, że utwór artystyczny to apel temperamentu twórcy do 
pokrewnych temperamentów wśród czytelników. Cóż poradzić, jeśli trafiają się 
temperamenty zgoła nie pokrewne?). 
Otóż więc ów postulat narracji „tarasowatej", w której narrator oddziela się od narracji, ona 
zaś staje się hipotetyczna, względna, zaopatrzona w różne warianty (przypomina to modny 
dziś w muzyce aleatoryam) wydaje mi się chwytem czysto formalnym, montażowym, 
przynajmniej w dzisiejszym wykonaniu tej rzeczy przez przedstawicieli francuskiej 
antypowieści Robbe-Grilleta i Butora. Czytałem i Gumy, i Odmiany czasu, i Przemianę, i 
wreszcie ostatnio chyba wydany Dom schadzek (ciekawe tam jest zresztą posłowie Adama 
Ważyka o nowych koncepcjach czasu literackiego), czytałem też wirtuozowsko aleatoryczną 
powieść Fnischa Powiedzmy Gantenbein, ale nie zostałem przekonany, że nasza wiedza o 
świecie czy o człowieku zwiększa się akurat przez użycie takiej kunsztownie rozbitej formy i 
że przeciwnie, utrzymywanie prozy literackiej  w normalnej,  niewątpliwie  zresztą 
233 
umownie konwencjonalnej postaci zmniejsza jej walory poznawcze. A poza tym, cóż komu 
szkodzi odrobina konwencji — wszak sztuka to z natury swej rzecz sztuczna. 
Oczywiście, ktoś zakwestionować może twierdzenie, że cele literatury są natury poznawczej. 
Zgoda: nie zawsze są, ale mogą być. W związku z toczoną przed paru miesiącami na łamach 
„Tygodnika" przez p(p. Prokopa, Ma-monia i Skwarnickiego dyskusją na temat celów 

background image

 

120 

literatury, miałem ogromną ochotę upomnieć się o jej funkcję KRONIKARSKĄ, bo przecież 
istnieje i taka. Sandauer, zaabsorbowany owymi kunsztownie ustawiającymi płaszczyzny 
formalno-psychologiczne, zajętymi bez reszty eksperymentalnymi problemami montażu, 
nielicznymi zresztą twórcami francuskimi, zdaje się przyznawać im przewagę nad całą resztą 
literatury światowej, w ogromnej części trwającym przy „naiwnym realizmie". Weźmy na 
przykład Amerykę. Mamy tam wielkie obyczajowo--społeczne freski Faulknera i Steinbecka, 
skrupulatnej narracji, po kolei, bez turbowania się o problem narratora i jego wszechwiedzy, 
oddają się i Caldwell, i Salinger, i Saroyan, i najmłodsi, a już tyle ostatnio dyskutowane Z 
zimną krwią Trumana Capote to realizm reportersko jednoznaczny, czasem wręcz 
fotograficzny. Czemuż od tego wszystkiego ciekawszy ma być Dom schadzek Robbe-
Grilleta, książeczka kunsztowna i zabawna, ale po której nie zostaje w głowie zgoła nic, poza 
wspomnieniem o efektownym tricku formalnym? 
Błąd Sandauera widzę w tym, że możliwości narracji parotorowej czy tarasowej widzi on 
tylko w formie, podczas gdy winna ona zawierać się w samej treści, jeśli zaś objawia się 
jedynie w formie, to może to być zaledwie pusty wybieg, coś dla oka. Oczywiście, podział na 
treść i formę to czynność dowolna, upraszczająca — w istocie pojęcia te są umowne i 
nierozłączne, warto pod tym względem przytoczyć wielokrotnie przez Irzykowskiego 
cytowaną rozprawkę prof. Kleinera Treść i forma w poezji, gdzie widzi on w utworze cały 
łańcuch treści, stający się formami (np. impuls emocjonalny — wizja, wizja — myśl, myśl — 
słowo, słowo — zdanie, zdanie — strofa itp.). Dam tu jednak przykład, w którym wyjaśnię, o 
co mi chodzi. Czytam teraz książkę nie literacką, choć 
234 
uwieńczoną nagrodą Nobla, mianowicie Drugą wojnę światową Winstona Churchilla. Z 
natury rzeczy, choć pisana w pierwszej osobie, jest to relacja obiektywnie dokumentalna, 
prosta, rzeczowa. A jednocześnie w treści jest tam właśnie wielotorowość czy tarasowość: 
autor przedstawia wydarzenia z kilku punktów widzenia, patrzy na wypadki oczyma różnych 
ludzi (np. Hitlera), oczyma siebie sprzed lat, a także siebie dzisiejszego wiedzącego już, co 
było potem, patrzy też na siebie oczyma innych, dawnych i współczesnych. Jest to więc proza 
nowocześnie złożona, wielopłaszczyznowa, a zarazem formalnie prosta, niemal 
konwencjonalna. 
Przy okazji o jeden jeszcze szczegół pokłócić się chciałem z Sandauerem. W poszukiwaniu 
narracji zaprzeczonej sięga on aż do... Pana Tadeusza, twierdząc, że poeta wypiera- się tu 
narratora, rozmyślnie sparodiowanego, aby odciąć się od „wieprzowatości" poematu (termin 
to chyba z Zarazy w Grenadzie Millera) i że jest tu „nieskończenie wyższy nad to, o czym 
pisze". Nie ma zgody, Mopanku! Czytałem gdzieś relację bodaj że księdza Jełowickiego z 
pewnej wigilii Bożego Narodzenia, spędzonej w domu państwa Mickiewiczów w Paryżu. 
Podano tam szereg pieczołowicie przyrządzonych tradycyjnych potraw postnych, między 
innymi parę gatunków pierogów z grzybami i Mickiewicz długo rozwodził się na temat 
historii i odmian tej potrawy na Litwie, choć jadł nader niewiele. Nie szło tu o obżarstwo, lecz 
o całe światy asocjacyjno-wyobrażeniowe, wywoływane przez smaki i zapachy: opisywał to 
wszakże Proust, tyle że jego bohater, aby przypomnieć sobie dzieciństwo, nie jadł pierogów, 
lecz pił i wąchał wonną herbatę. Oczywiście, jest w Panu Tadeuszu leciuteńka stylizacja 
narracji, ale tyle tylko akurat, żeby ukryć wzruszenie. Celem jest stworzenie wizji, czyli 
właśnie kliszy poznawczej, poezja niekoniecznie musi być  wprost  intelektualna  czy 
wyrażać  poglądy. 
Artur Sandauer w zwięzłym, lecz uroczystym oświadczeniu sugeruje, że Samobójstwo 
Mitrydatesa, to jest punkt wyjścia, drogowskaz dla wszelkiej jego przyszłej pracy krytycznej. 
Trochę to niepokojące, bo całe owo „terasowate" rusztowanie formalne, jakie stawia on za cel 
czy przykład literaturze w ostatnim eseju, dosyć jest wątłe i na długo nie starczy. Chciałoby 
się rzec, trawes- 

background image

 

121 

235 
tując Wesele: „Pan się po francusku bałamuci... pan to przecież jutro zrzuci". Bardziej 
przekonywające (choć też nieco zbyt, na siłę, uogólnione) było rusztowanie socjologiczne z 
jego książki poprzedniej, gdy pisał o „społeczeństwie Młodziaków", o przestarzałym 
rodowodzie polskiej inteligencji i o nowoczesnej plebejskości. Gdy więc spytamy, dokąd 
właściwie prowadzi nas dociekliwość Sandauera, odpowiedź brzmieć będzie, że jak na razie 
przynajmniej, nie do jakichś określonych i niezmiennych tez, lecz do dociekliwego właśnie, 
analitycznego myślenia o literaturze i obok niej. Obok niej — bo przy okazji utworów 
literackich wypowiada Sandauer mnóstwo interesujących uwag i spostrzeżeń z różnych 
dziedzin, ogromnie pobudzając do myślenia — najlepszy dowód,, że z okazji paru 
fragmentów jego nabitej treścią książeczki udało mi się tyle tutaj napisać. Pobudzać do 
ogólnego głębszego myślenia z okazji utworów literackich, oto piękne zadanie dla krytyka. 
Tylko złożyć mu należy życzenia: aby było kogo pobudzać, aby znaleźli się partnerzy do 
owego myślenia i aby Sandauer, w razie braku takich dialektycznych partnerów, nie zastygł 
broń Boże, w szkolnej polonistyce. 
15 XII 1968. 
Wycieczka w krainę młodości 
Ktoś mi niedawno zarzucił, że jedyna rzecz, którą naprawdę lubię, to wspominać politykę 
przedwojenną, czyli okres II Rzeczypospolitej (nawiasem pozwolę sobie mało skromnie 
przypomnieć genezę tej powszechnie dziś używanej nazwy, zaproponował ją przed laty Adam 
Mauersberger, a podchwycił i rozpropagował niżej podpisany). Otóż niewątpliwie każdy lubi 
wracać myślą do lat swojej młodości, ale w tym wypadku zważywszy jeszcze polityczne 
zainteresowania niżej podpisanego, wchodzi w grę element inny: ważną i pouczającą jest 
rzeczą widzieć wydarzenia w całym ich przebiegu, nie tylko łodygę znajdującą się w tej 
chwili nad ziemią. Teraźniejszość zawsze wynika w jakiś sposób z bezpośredniej przeszłości, 
a nawet gdy jest jej negacją, pośrednio od niej zależy. Nie sposób więc rozpatrywać zjawiska 
politycznego w oderwaniu od jego przeszłościowego zaplecza, zawsze i wszędzie konieczna  
jest konfrontacja. 
O konfrontację obecnej Polski z Polską przedwojenną, czyli właśnie II Rzecząpospolitą, nie 
jest dziś jednak łatwo. Na przeszkodzie stoi mała i mało rozpowszechniona wiedza o tamtym 
okresie: pisze się o nim niewiele, więcej na emigracji niż w kraju (dla pozostałości politycznej 
emigracji z roku 1939 jest to zresztą coś w rodzaju specialite de la maison, jedyna wobec 
nieznajomości realiów i atmosfery dzisiejszego polskiego życia psychologiczna i myślowa 
więź z Krajem), w kraju zaś często półgębkiem i z trudnościami wobec niewygasłych jeszcze 
animozji i kompleksów w stosunku do przeszłości ze 
237 
strony działających dziś polityków. W rezultacie młodzież, obkuta nawet w historii Piastów i 
Jagiellonów, najmniejsze właśnie pojęcie ma o okresie niedawnym, przedwojennym, okresie 
młodości swoich ojców, a my, nosiciele tamtych, mało kogo na pozór interesujących 
wspomnień, częstokroć po prostu zamykamy je w sobie, zadając sobie przykre pytanie, czy 
wiedza o niedawnej przeszłości jest dziś w ogóle na cokolwiek przydatna. Co dociekliwsi z 
młodych przeczuwają w tym wszystkim jakąś tajemnicę, ale nie tak znów pasjonującą, aby się 
o nią specjalnie dopominać. Ostatnio na pewnym studenckim wieczorku zagrałem na 
fortepianie „Pierwszą Brygadę" i stwierdziłem, że nikt z obecnych (wiek 20—24 lat) nie znał 
tej melodii, a gdy im powiedziałem jej tytuł, nic im to nie mówiło. A działo się to w 
kamienicy, gdzie odebrał sobie życie Walery Sławek — nawet duchy przeszłości okazały się 
tu bezradne wobec — niewiedzy. Pomyślałem sobie, że bardzo góruję nad tą młodzieżą 
posiadaniem zaplecza w postaci głębszej perspektywy wstecz, w przeszłość; jestem od nich 
bogatszy, bo siedzę niejako okrakiem na dwóch epokach polskiego życia: znałem osobiście 
wielu polityków II Rzeczypospolitej, znam osobiście wielu polityków Polski Ludowej. A 

background image

 

122 

jakżeż bogaty jest taki Stanisław Mackiewicz, który widział trzy epoki i dwie wojny 
światowe! Tylko, czy wobec atrofii i jednostronności piśmiennictwa o najnowszej historii 
Polski oraz wobec odwyknięcia młodych Polaków od zajmowania się tymi sprawami, nie 
jesteśmy przypadkiem właścicielami bogactw iluzorycznych jak wycofana waluta, 
nosicielami wspomnień bezpożytecznych, potrzebnych tylko wspominającemu, a 
niemożliwych do pokazania ludziom nowym, których wyobraźnia jest bezradna wobec 
wydarzeń tak niedawnych w czasie, a tak diametralnie odmiennych od dzisiejszości? 
Natura ludzi mojego pokolenia, zwłaszcza tych, co mają w sobie bakcyla historyczno-
politycznego, wzdraga się jednak przed myślą, że nasze wspomnienia i wiadomości są 
nieużyteczne, że mają umrzeć wraz z nami. Wszakże jeśli Polska chlubi się tysiącem lat 
historii, nie widać powodu, aby zagubić miała jakiś okres, choćby (a raczej właśnie) 
najbardziej dziś dyskusyjny. Nikt nie może się wyrzec   swojej   przeszłości,   jakakolwiek   
by   była,   każdy 
238 
jej okruch, choćby widziany przez pryzmat subiektywnych wspomnień, cenny jest i wart 
ocalenia. Nie ma też sensu upierać siĘ w tej materii przy przeciwstawieniu przeszłość — 
teraźniejszość: przeszłość wymaga encyklopedycznego pietyzmu, bo jest krucha, ulotna, 
teraźniejszość za to reklamy nie potrzebuje, jest konkretna, widzimy ją, jest już tak 
ugruntowana, że nie powinna się obawiać konfrontacjI: stać ją już chyba na luksus 
obiektywizmu. 
Jeśli zaś mówimy o zobojętnieniu młodzieży, to trzeba też przypomnieć, że nie wszyscy u nas 
zagubili zamiłowanie do badania korzeni, że są jeszcze liczne środowiska miłośników historii 
międzywojennej, że jest jednak u pewnych grup pokoleniowych (sporo już było tych grup po 
wojnie!) tęsknota do wizji, których świadkowie jeszcze żyją, tendencja, aby włączyć te wizje 
do arsenału polskiej wyobraźni historycznej. Ci ludzie właśnie rozku-pili w mig wydania 
książki Stefana Arskiego My, pierwsza brygada. Arski nie jest przecież apologetą 
przedwojennej przeszłości, wręcz przeciwnie, surowym jej krytykiem, lecz czytającym w 
OGÓle nie o ocenę chodzi: chodzi o obiektywną relację z ówczesnych myśli, a nade wszystko 
chodzi o prawdziwość atmosfery, o wskrzeszenie wizji.  Udało  się to Arskiemu,  stąd i  
sukces  jego  książki. 
Ale nie sztuka pisać o tamtych czasach, gdy się jest starym wyjadaczem, sztuka wskrzesić 
wizję nie mając związanych z nią osobistych wspomnień, odtworzyć czasy odcięte na pozór 
od dzisiejszości toporem historii, w których się wcale nie żyło, a które są tak paradoksalnie 
niedawne i spróbować jakoś te sprawy zobiektywizować, odwrócić proces dedukcji 
wnioskując o korzeniach na zasadzie widoku łodygi. Tę próbę podjął ostatnio człowiek 
młody, zgoła nie dochodzący do czterdziestki, autor książki, którą niniejszym sygnalizuję, 
zatytułowanej Z geografii politycznej II Rzeczypospolitej — Andrzej Micew-ski*. Podjął i 
¦— mimo wszystko — zrealizował z niewątpliwym a tak dziś rzadkim sukcesem. 
Książka traktuje o niegdysiejszych stronnictwach oraz o  politykach polskiej  prawicy i  
centrum,  o  Dmowskim, 
*  Andrzej   Micewski:   Z  geografii politycznej  II  Rzeczypospolitej.   Społeczny    Instytut    
Wydawniczy    Znak,    1964,    Biblioteka    Więzi,    s.    399. 
239 
O  stosunkach sanacji i endecji, o międzywojennych ugrupowaniach katolickich, wreszcie o 
transpozycji życia politycznego   II   Rzeczypospolitej   na   emigrację,   transpozycji opisanej 
ciekawie w szkicu „Sikorski a opozycja". Wybór grup politycznych — prawica i centrum — 
stawia autora wobec  specyficznych  problemów:  z  jednej  nader  trudno przedstawić   
rzeczy,   od   których   odwykliśmy,   z   drugiej jednak łatwiej o ocenę rezultatów, jako że 
sprawy to już na wskroś historyczne. Nawet tradycyjne partie polityczne na emigracji same z 
siebie przyjęły nazwę „historycznych",  bo  choć  żyją  i  działają  ich  przywódcy,  których 

background image

 

123 

życie  stanowi  najrealniejszy  pomost  z  przeszłością,  programy ich całkiem są 
nieadekwatne do dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Problemy ideowe stosunku do 
mniejszości narodowych  na   przykład  rozważać   dziś  można   tylko  z ciekawości 
historycznej, realnego znaczenia to obecnie nie ma, bo i ówczesnych mniejszości w 
dzisiejszej Polsce prawie  nie  ma.   Nie  ma też  ziemian,   przemysłowców,   tradycyjnego  
mieszczaństwa,  problemu  reformy  rolnej,  nie ma   balansu   między  Rosją   a   Niemcami   
—   wszystko   to historia,   choć   żyją   jeszcze   uczestnicy.   Dane   nam   było przeżyć 
przełom historii, który przegonił możliwości ewolucyjne całego pokolenia polityków; w ciągu 
niewielu lat złożona przedwojenna  problematyka polityczna  stała  się nieaktualna, bo w 
Polsce w paradoksalnie radykalny sposób zmieniło się wszystko: kryterium, skład i  charakter 
ludności, stosunki demograficzne, ustrój polityczny i społeczny,   gospodarka,   elita   władzy,   
zagraniczne   sojusze 
I  sytuacja międzynarodowa.  A jednocześnie  u  steru stanęli   politycy  komunistyczni,   
którzy   w   przedwojennym, oficjalnym i legalnym życiu politycznym się nie mieścili, byli  
nieobecni.   Cóż   za   przewrót,   istne  trzęsienie   ziemi! W dodatku zaś żyją nadal 
świadkowie — aktorzy wydarzeń: w kraju Kwiatkowski, Radziwiłł, Poniatowski, Kier-nik, 
Mackiewicz, na emigracji Miedziński, ZaremBa, Cioł-kosz, Gietrych, Bielecki i inni. Jakaż 
pasjonująca a tak mało  przez  historyków i  publicystów historycznych  wyzyskana sytuacja! 
Pasjonuje ona i Andrzeja Micewskiego, pasjonuje go na wskroś, bo choć niby beznamiętny 
„statysta", pali się on w istocie do wydarzeń ówczesnej polskiej sceny politycznej,   są   dlań   
aktualnie  żywe,   są   mu  bliskie nie   tylko 
240 
dzięki dużemu wysiłkowi dokumentalno-erudycyjnemu, ale dzięki wielkiej intuicji wobec 
tego, co się w Polsce tak niedawno działo i czego ślady, gdy się pamięta, nietrudno jeszcze 
odnaleźć. Ta pasja emanująca z książki mimo rozmyślnie suchego (częstokroć przesadnie) 
stylu, decyduje o autentyczności wizji, ona przekonywa, jak to zresztą było i w przypadku 
książki Arskiego. Ale, powtarzam, Andrzejowi Micewskiemu było trudniej zregenerować 
wizję: on tych czasów niemal nie widział, dojrzewał podczas okupacji i po wojnie. 
Wybierając jako obiekt swej książki polityków, którzy przegrali, Micewski, jak 
wspomniałem, zarazem sobie sytuację ułatwił i utrudnił. Ułatwił, bo zwolniony został z 
obowiązku osądu politycznego: dokonała go za niego Hjstoria, pani brutalna, która oceniła 
polityków w sposób "może prostacki, ale nieuchronny, na zasadzie wyłącznie skuteczności 
ich działania i osiągniętych konkretnie rezultatów, nie słuchając przy tym żadnych tłumaczeń, 
odwołań czy usprawiedliwiających wyjaśnień. Utrudnił, bo łatwo w takim wypadku o 
upraszczającą demagogię, o wszechwiedzę post factum, o kopanie leżącego. I tu moja wielka 
pochwała: Micewski ustrzegł się tych niebezpieczeństw, maksymalny wysiłek włożył w 
obiektywizm, w uwydatnienie tła i okoliczności warunkujących różne błędy i załamania 
swoich bohaterów, bez besserwisser-stwa i apodyktycznej arogancji (tak dziś częstej) zagłębił 
się w komplikacje i uwarunkowania ówczesnej myśli politycznej — wszak domagając się 
dialektyki historycznej, trzeba stosować ją wobec wszystkich, nie tylko wtedy, gdy jest to 
wygodne politycznie. Znakomitym przykładem uwzględniającego wszystkie komplikacje 
obiektywizmu jest mocno podbudowane znajomością źródeł, lecz zarazem bystre, 
psychologiczne studium o Dmowskim, gdzie przekonywająco zarysowana została 
paradoksalna złożoność jego osobowości, łączącej genialne sformułowania i diagnozy 
historyczne z zaściankowymi kompleksami i freudowskimi fobiami, a znakomite wypady 
myślowe w przyszłość z niejednokrotnym ignorowaniem najprostszych realiów. Oczyścił też 
Micewski z nalotów taniej demagogii tak niesprawiedliwie i dyletancko nieraz traktowaną 
postać Wojciecha Korfantego, do której w wyobraźni   niejednego   naszego   dziennikarza   
przylgnęły 
241 

background image

 

124 

nie wiedzieć dlaczego przede wszystkim sanacyjne oskarżenia, spreparowane ad usum 
ówczesnych rozgrywek personalnych. Wielką też zasługą autora jest wyjście poza szablon w 
ocenie Władysława Studnickiego, o którym u nas zwykło się pisać per kolaborant i faszysta, 
nie znając w ogóle ani jego życia, ani działalności. Micewski w znakomitej, zwięzłej 
charakterystyce ukazuje paradoks tego abstrakcyjnego, lecz sugestywnego racjonalisty 
politycznego, którego jednopłaszczyznowa a przez to w istocie naiwna wierność aksjomatom 
logiki politycznej uczyniła pryncypialnym, zaś w epoce hitleryzmu tragicznie absurdalnym 
germanofilem. Znałem Studnickiego w czasie okupacji — jego nieugięta wierność 
idealistycznej a nie weryfikującej się w życiu zasadzie warta jest osobnego studium z 
dziedziny psychologii politycznej. 
Wreszcie — dla mnie przynajmniej — ukoronowaniem nieszablonowości wysiłku 
Micewskiego jest charakterystyka znaczenia II Rzeczypospolitej dla polskiego bytu 
narodowego i życia państwowego, ujęta w perspektywie szerszej niż taka czy inna polityka. 
Oto cytat — zamiast gorącej pochwały. 
„Nie jest prawdą, że w dwudziestoleciu, tam, gdzie pozwalały na to warunki, nie pracowano 
wspaniale, twórczo i z wielkimi rezultatami dla kultury polskiej. Wystarczy wymienić fakt 
całkowitego w praktyce ujednolicenia państwa polskiego, przezwyciężenia konsekwencji 
podziałów na dzielnice rozbiorowe, stworzenia polskich kadr specjalistów administracyjnych 
i samorządowych, stworzenia aparatu oświatowego i wykształcenia kadr nauczycielskich itd., 
itd. W bardzo krótkim czasie udało się skonsolidować świadomość narodową najszerszych 
mas, odwracając radykalnie sytuację jaka istniała w tym zakresie jeszcze przed I wojną 
światową." 
Dużo w tej książce jeszcze bogactw i osobliwości, jakich nie znajdzie się dziś gdzie indziej — 
taką specyfiką jest np. inwentaryzacja ruchów młodoendeckich i ONR-owskich sprzed samej 
wojny — nie przypominam' sobie takich ciekawostek w naszej publicystyce. Czytelnik tej 
książki (a na pewno zdobędzie ona, jak już mówiłem, czytelnika własnego, specjalnego 
rodzaju) odnajdzie sobie jej zasady i smakowitości sam.  Oczywiście czytałem 
242 
rzecz parę razy z wypiekami na twarzy i nic mi w tym nie przeszkadzał jej  oschły, traktatowy 
ton. Nie przeszkadzały mi  też niektóre tezy  dydaktyczne,  choćbym się z nimi nie zgadzał. 
Bo Micewski to jednak dziecko dzisiejszej polskiej epoki (ja jestem z innej!), epoki 
politycznego dydaktyzmu i spłaca jej swój trybut, wprawdzie dyskretnie, ale niemniej... z 
przekonaniem. Jest też ostrożny:   pasjonując   się   polityką   wciąż,   po   wiele   razy   
zastrzega się, że czysta polityka czy też kult państwa, bez treści  społecznych  nie  ma   dziś  
racji  bytu.   Tych  treści społecznych wprawdzie nie  definiuje, lecz nietrudno się domyślić o 
co w tym eufemizmie chodzi. Rzuca również kamyczek  do  ogródka   niżej   podpisanego   
(zrobił  to   już kiedyś  wprost  w  „Więzi"),  krytykując  rozważania   geopolityczne  czy  też  
czyste,  pragmatyczne koncepcje   „balansu politycznego". Pisze na przykład:  „Wystarczy 
wymienić takie  czynniki,  jak współczesna  eksplozja  demograficzna, jak sprzeczności 
różnych systemów społeczno-ustrojowych, sprzeczności ekonomiczne, procesy 
narodowowyzwoleńcze i tendencje do wyrównywania się poziomów rozwoju 
cywilizacyjnego w różnych częściach świata. Wydaje się oczywiste, że dynamika 
wymienionych faktorów sytuacji   międzynarodowej   jest   dziś   silniejsza   od   praw 
geopolityki,  od   równowagi   sił  w   poszczególnych   regionach politycznych i 
geograficznych." 
Osobiście byłbym tu w sformułowaniach ostrożniejszy, aby nie popaść w złudzenia, w 
nagminnie dziś zresztą u nas stosowany naiwny racjonalizm, zakładający, że umysł ludzkI 
uporządkował sobie prawa historii raz na zawsze i żadne niespodzianki już mu nie grożą. 
Tymczasem „każda epoka jest sfinksem, który umiera, gdy ludzie rozwiążą jego zagadkę". 
Historia wciąż na nowo tasuje karty i nikt nie jest w stanie przewidzieć następnego rozdania: 

background image

 

125 

gdyby znaleziono na to uniwersalną receptę, nie potrzeba by polityków — wystarczyłyby np. 
elekTro-nowe mózgi. I oto właśnie w tej sławionej przez Micew-skiego epoce uniwersalizacji 
i całościowej problematyki światowej mamy nagle takie „nieprawidłowe" i anachroniczne 
niespodzianki jak konflikty narodowe na maleńkim Cyprze, tarcia między Wallonami a 
Flamandami w bogatej Belgii czy na wskroś nacjonalistyczny i religijny spór o Kaszmir. Nie 
ma na to jednej zasady, trudno też 
243 
orzec, kiedy konflikty społeczne wezmą górę nad narodowymi, a kiedy odwrotnie i jaką rolę 
odegria w tym przypadek, a jaką światowy układ elementów. Na przykład dziś, w Europie 
zachodniej, wobec dobrobytu i koniunktury, problemy społeczne zeszły na plan dalszy, za 
ekonomicznymi i politycznymi. Może się to zmienić, może nie, rzecz zależy od 
skomplikowanego układu elementów, żadna  prorocza  definicja tej  sprawy  nie  
rozstrzygnie. 
Myślę, że Andrzej Micewski w swej cennej i ciekawej książce niepotrzebnie tyle razy 
zastrzega się przeciwko swojej jedynej w gruncie rzeczy prawdziwej miłości — polityce. 
Niepotrzebne to i w epoce marksizmu, a nawet zwłaszcza w niej — wszakże polityki nikt tu 
nigdy nie lekceważył, a ze sprawami społecznymi przeplatała sie ona dialektycznie, to znaczy 
— różnie. Nikt chyba nie zapomniał, że przewrót społeczny dokonany w Polsce w latach 
1944—46 był poprzedzony warunkującymi go wydarzeniami międzynarodowymi, 
politycznymi i wojennymi. Osobiście nie będąc komunistą, doceniam jednak w pełni wartości 
dokonanego wówczas przemieszania i przetasowania anachronicznych polskich warstw 
społecznych, nikt jednak chyba nie zamierza twierdzić, że dzięki temu załatwiono raz na 
zawsze wszelkie polskie sprawy i że raz na zawsze przestała tu istnieć polityka. 
Niepowstrzymany czas przynosi wciąż nowe problemy i niespodzianki, toteż określając 
wnioski z przeszłości, nieczęsto możemy z nich wyciągnąć jednoznaczną receptę na 
przyszłość. Historycy na ogół nie byli politykami i vice versa. 
Tak więc nie bardzo wierząc w Micewskiego proroka, chwalę go wielkim głosem jako 
historyka polityki, który w dodatku zagłębił się w fakty tak rzadko u nas przytaczane i 
badane, a tak ogromnie ważne dla całokształtu wizji historycznej u młodego zwłaszcza 
pokolenia. Możemy się spierać co do ocen, nie możemy nie być mu wdzięczni za 
pieczołowity i żarliwy trud nad wskrzeszeniem wizji — dla mnie, dodatkowo jeszcze, wizji 
młodości. Myślę, że książka, choć na pozór sucha i drobiazgowo rzeczowa, będzie bardzo 
poczytna. Szkoda, że Wydawnictwo Znak, chlubnie znane z osiągnięć edytorskich, dało tym 
razem tak niepoczesną szatę zewnętrzną: papier kiepski, układ  tytułów   dziwaczny,   błędy   
w   pasjonującym   poza 
-244 
tym indeksie osobowym. No i przedmowa od Wydawcy (Biblioteka „Więzi") — istne 
kuriozum ostrożności, rozmyślnej niejasności i zabezpieczania się na wszystkie możliwe 
strony. Moim zdaniem pora by już było w Polsce uwierzyć trochę w inteligencję czytelnika i 
zaniechać złej maniery odżegnywania się od książki, którą się wydaje — klasyczny przykład 
tej maniery widzieliśmy kiedyś w odredakcyjnym, również dydaktyzującym wstępie do 
Notatek Karola Irzykowskiego. W jednym i drugim wypadku chodziło o czasy niedawne, 
sprzed II wojny światowej. Czyżby kontrowersje na temat najbliższej przeszłości tak bardzo 
były niepokojące? Ciekawe: sprawa to warta gruntownego rozważenia! 
3 X 1965. 
Człowiek wolny poza czasem 
Stanisław Mackiewicz żył zawsze poza swoim czasem — żył w minionej historii czy też we 
własnym subiektywnie ulubionym obrazie historii, w atmosferze swych lat dziecinnych, w 
tym wszystkim co, jak się mówi, „wyssał z mlekiem matki". Nigdy nie chciał uznać 
przeszłości za utraconą i nie istniejącą, przebywał z nią co dzień, egzystował w kraju marzeń, 

background image

 

126 

w uczuciach swych anachroniczny, czego się wCale nie wstydził, przeciwnie, 
anachroniczność ową czy konserwatyzm nieraz z lubością podkreślał. Urodzony w roku 1896 
w Petersburgu, uczeń wileńskiego gimnazjum w latach 1907—16, toć to samo już brzmi dziś 
dla młodych egzotycznie, jak zapomniana melodia z zamierzchłych, legendarnych czasów. I 
nagle ten żyjący, przedwczesny antyk, w dodatku jeszcze emigracyjny premier, szlifuje oto od 
roku 1956 warszawskie bruki, odwiedza stołeczne knajpy, stale rezyduje przy obiadowym 
stole w Klubie Dziennikarzy na Foksal (jadł tam obiad i przed laty, gdy zabito ministra 
PieraCkiego), jeździ po mieście starym, pokracznym samochodzikiem, odbywa wieczory 
autorskie. A jednak los miewa w zanadrzu nie tylko twarde konieczności, lecz również i 
malownicze niespodzianki... 
Przed wojną mniej dostrzegano rozminięcie się Mackie-wicza ze swoim czasem, mimo iż 
popisywał się utopijnym monarehizmem, to znów cieszył się niby z czegoś arcy-ważnego, że 
pogodził Piłsudskiego z utytułowanymi ziemianami na słynnym zjeździe w Nieświeżu, lub 
też snuł jagiellońskie marzenia o ekspansji na Wschód czy nowej 
246 
unii z Litwą. Jednak jego wrząca witalność a także gorz-ki realizm, z jakim potrafił patrzeć na 
rozmaite polskie mizerie nie pozwalały uznać go tylko za jakiś odprysk przeszłości czy zgoła 
zabytek. Całkiem inaczej to już było, gdy po siedemnastu latach obczyzny, jako aktualny 
premier emigracyjnego rządu londyńskiego zjechał nagle samolotem do Warszawy. Złożył 
wtedy w tymże natłoczonym Klubie Dziennikarzy niezwykłą deklarację: oświadczył, że 
zarówno wszelkie jego poglądy, jak i upodobania sprzeczne są nadal z poglądami i 
upodobaniami, panującymi w Polsce Ludowej, ale ponieważ po latach pobytu na Zachodzie 
stwierdził, iż koncepcja jego na świecie przegrała, wobec tego nie ma tam po co dłużej 
siedzieć, pętając się u zagranicznej klamki, a więc —¦ wraca. Niezadługo potem jął pisywać w 
„Słowie Powszechnym" komentarze zagraniczne, o których ludzie niechętni mu twierdzili, że 
żadną miarą nie wyrażają jego własnych poglądów. Tak też na pewno i było, ale dawny 
redaktor „Słowa" miał w tym niechybnie i swój przekorny zamysł: pokazać, że dobry 
dziennikarz jak zechce to wszystko potrafi, że to nie żadna sztuka. Jest taka koncepcja, w 
myśl której dyplomaci i dziennikarze nie wyrażają swoich poglądów, lecz są jedynie 
technikami przekazywania cudzych — swoje poglądy głosi tylko publicysta. Mackiewicz, 
niegdyś książę publicystów, chciał więc pokazać, że w razie potrzeby potrafi być również 
dziennikarzem-rzemieślnikiem; przekora oczywiście też odegrała tu swoją rolę, a i 
konieczności życiowe na pewno również. 
Za tę właśnie zmienną przekorę niezbyt lubiłem go przed wojną, nie znając zresztą wówczas 
osobiście, choć bywałem i to sporo w Mackiewiczowskim Wilnie. Raziła mnie u Cata 
niestałość i niekonsekwencja, chimeryczność poglądów, nagłe zmiany stosunku wobec 
niektórych ludzi (Żagary), nieuzasadniona często brutalność polemik osobistych (jakże 
niszczył biednego Witolda Hulewicza, albo też znów sprawa z Grażyńskim!), bawiły za to 
pojedynki, paradoksy, cieszyła odwaga cywilna, w sumie, jednak, czytając stale „Słowo" tak 
jak wszyscy moi znajomi widziałem w tym pełnym talentu i błyskotliwości zjawisku wiele 
typowo kresowego dziwactwa i warchol-stwa, pióro znakomite, lecz ideowo czy politycznie 
mało 
247 
poważne. Wrażenia nie zmieniło słynne zamknięcie Cata do Berezy na niecałe pół roku przed 
wojną, i ono było nieco dziwne czy dwuznaczne, bo wprawdzie zwalczał Becka, lecz nie 
wiadomo dobrze, czy za jego politykę, czy za zbyt małą w tej polityce konsekwencję i za 
końcowe nagłe jej zaprzeczenie. Ale nieprzygotowanie Polski do wojny przewidział ten 
dawny ułan dobrze — aż za dobrze... 
Zrozumiałem Mackiewicza dopiero, gdy w 1956 roku powrócił z emigracji do Warszawy, 
dokonując tym aktu nie lada odwagi duchowej i — przekory. Kiedy go wówczas poznałem, 

background image

 

127 

jasny stał się dla mnie rzadki, osobliwy gatunek twórczy, jaki reprezentował, a także fakt, że 
jego osobowość i pisarstwo uzupełniały się wzajemnie i jedno bez drugiego trudno było 
pojąć. Ten „zagończyk publicystyki polskiej", jak nazwał go Ksawery Pruszyński, był artystą 
gestu, pozy, ataku, artystą zadziwiania ludzi nieoczekiwanym poglądem czy dowcipną fintą 
myślową. Artystą bywał też na terenie polityki, i to rozmyślnie: gdy wypowiadał sądy 
polityczne staroświeckie, chimeryczne lub zgoła fanaberyjne, to nie dlatego, żeby uważał je 
za realne, lecz po prostu oceniał je estetycznie pod kątem stylu czy właśnie gestu, nie 
chodziło mu wtedy o słuszność owych sądów, tylko o przypomnienie i prezentowanie jakby 
starych stylowych medaliOnów myślowo-obyczajowych. Nade wszystko był zaś artystą 
publicystyki i dziennikarstwa, stąd adorował wszystkich co często pisywali po gazetach, jak 
dziełami sztuki zachwycał się artykułami Strońskiego, paszkwilami Nowaczyńskiego, 
felietonistyką Boya,  satyrycznymi  wypadami  Tuwima. 
Był patriotą, żył polskością, dla cudzoziemców mało zrozumiałą, ale patriotyzm jego był 
specjalny, właśnie historyczny, wizjonerski, związany ze Wschodem, z Jagiellonami, z 
Rzecząpospolitą wielu narodów — w Dwudziestoleciu pokarm dla tej wizji czerpał z 
Wileńszczyz-ny, owego tygla narodowości, gdzie żyli obok siebie Polacy, Litwini, Żydzi, 
Białorusini, Tatarzy, Rosjanie, Ka-raimowie tworząc mozaikę, ale ufożoną w jakiś jednolity 
deseń, niby odprysk zachodniego humanizmu na Wschodzie. Taką właśnie widział misję 
Polski: jednoczyć narody poprzez kulturę, iść z Zachodu na Wschód. Wschód interesował go 
najbardziej. Polska trwała dlań bez granic, wszędzie tam, gdzie żyła kiedyś polska szlachta: 
na Lit- 
248 
wie, w Mińszczyźnie, w Witebszczyźnie, Kijowszczyźnie. Ten, jak z przyjemnością mawiał, 
polski imperialista, w kulturze wydawał się nieraz wręcz rusofilem. 
Taki to osobliwie staroświecki był ów Mackiewicz: nie interesował się każdą Polską i każdym 
patriotyzmem, nie podniecał sprawą granic, brzydziła go ojczyzna czysta, jednonarodowa — 
czysta, jego zdaniem powinna być tylko szlachta (wiedząc o tym jego szlacheckim febliku 
profesor Kot, sam chłop z chłopa i wielki złośliwiec, napisał kiedyś, że MackiewiCze to nie 
szlachta lecz pochodzą od pewnego ekonoma, który się zwał Maćkiewicz — Cat nigdy mu 
tego nie zapomniał). W powojennej Warszawie nie miał autor Myśli w obcęgach wiele 
pożywki czy podniety dla swych wspomnień, idei i wizji, o racji stanu i nowych ziemiach 
słuchał potakując, bo był wszakże realistą, ale słuchał bez frajdy czy entuzjazmu, na 
wycieczkę dziennikarską do Wilna pojechać nie chciał, dzisiejsze Wilno wymazał bowiem ze 
swych myśli, aby mu nie psuło ulubionej dawnej wizji. Miał jedną swoją treść patriotyzmu, 
właśnie ową, mówiąc w skrócie, jagiellońską, a że żył z historią na co dzień, więc było to w 
nim naj-zupełnie realne i konkretne. Pamiętam, w jaką wpadł pa-sjęi gdy ktoś powiedział przy 
nim, że największym polskim królem był Kazimierz Wielki, podczas gdy on twierdził, że to 
był babiarz i niezguła, który przefiujarzył Śląsk i inne sprawy, a największy był Kazimierz 
Jagiel-lończyk. Pozazdrościć takiej pasji wobec dziejów ojczystych, mało kogo stać na 
podobną żywość i autentyzm odczuwania. 
Dziwne było zaiste w tym człowieku „materii pomieszanie", stop nieraz zgoła paradoksalny, 
jak zresztą często u indywidualności wybitnych i twórczych. Człowiek ze Wschodu, a wielbił 
kulturę zachodnią i Paryż: żył Polską, ale lubił tylko jej przeszłość: wróg Rosji bez reszty 
zafascynowany był jej literaturą; polityk-realista i marzyciel fantasta w jednej osobie; 
konserwatysta i legalista a zarazem radykał zwalczający wszelką cenzurę; artysta w polityce i 
polityk w literaturze; żartowniś i beztroski improwizator, a przecież erudyta i „pracuś" 
niezrównany, przeczytał na przykład 4 200 listów Czechowa; reakcjonista mecenasujący w 
Wilnie poetom z lewicy; zwolennik   „sanacji",   który   idzie   do   Berezy;   premier 
249 

background image

 

128 

emigracyjny wracający do kraju; pojedynkowiCz, smakosz, i szlachecki halaburda, a 
jednocześnie wrażliwy wielbiciel sztuki subtelnej, liryki miłosnej Puszkina i Lermontowa. 
Zaiste przeosobliwa synteza sprzeczności, lecz gdy się z nim rozmawiało, wszystko stawało 
się jasne, proste, spojenie przeciwieństw naturalne, oczywiste, ba, konieczne, choć i podrażnić 
potrafił jak diabli sądem prowokacyjnie niesłusznym czy pośpiesznym. Miał też wielu 
wrogów, może brali go nazbyt za polityka, moim skromnym zdaniem był on raczej artystą 
„na temat polityki", ale nawet gdy błądził, to wciągał, pouczał, fascynował sugesty-wnością i 
wewnętrznym osobliwym żarem, promieniującym zeń także, kiedy otyły, sparaliżowany i 
skwaszony ciężko poruszał się wsparty na dwóch laskach lub jeździł pokracznym 
samochodzikiem „po kozacku", płacąc często gęsto milicyjne mandaty. 
Wydawało się, że trudno mu będzie zadomowić się w nowej Warszawie, tymczasem szybko 
stworzył tu sobie własny klimat, własną wolność „poza czasem". Co więcej, szybko zaczął 
być czytany, i to PRzez młodzież, choć starzy, wierni czytelnicy go nie zapomnieli, mimo 17-
letniej przerwy w stosunkach z krajem, podczas której dwakroć tylko przysłał pod 
pseudonimem artykuły do „Dziś i Jutro" (jeden z nich nosił tytuł Londyniszcze i był 
obsesyjnie antyangielski, podobnie jak potem książka). Skąd od razu po latach 
zainteresowanie, zrozumienie wśród młodzieży, kolejki po autografy na kiermaszach książki, 
podobnie zresztą jak to się działo z WańkowiCzem? Proste: wniósł ton odświeżający, nowy 
bo zapomniany; mówić żywo o przeszłości, jakiej dziś nikt już prawie nie zna, to wprost 
wyjść naprzeciw „młodzieżowej" modzie, która nie bez psychologicznej przyczyny lubuje się 
w dawności, w żabotach, perukach, kusych fraczkach, perłowych kamizelkach. Wzbogacał tu 
atmosferę o nowy (bo stary) sposób widzenia, ofiarowując go każdemu co chciał, chciało zaś, 
jak się okazało, wielu. A i smakiem do literatury rosyjskiej czarował — bo nikt jej tutaj tak 
dobrze nie znał i nie kochał, mimo nowej sytuacji i sojuszów, epoka jest przecież inna, a 
literaturę sprzed rewolucji trudno już nowemu pokoleniu zrozumieć. Tak to „starzyzną" 
odświeżyć można nowe czasy — trzeba tylko mieć prawdziwy do niej sentyment oraz talent, 
talent z Bożej łaski. 
250 
A i dowcipu Mackiewiczowi nie brakło, dowcipu co przychodzi natychmiast, jak elektryczne 
spięcie, jak iskra biegnąca po drucie, dowcipu, którym usprawiedliwiał nierzadko swe 
nonszalanckie błędy — był bowiem artystą błędu, walczył o prawo do błędu dla siebie i dla 
swych przeciwników: interesował się w ogóle przeciwnikiem — rzecz dziś nie najczęstsza, 
uważał też, że kto nigdy sam sobie nie przeczył, ten nigdy naprawdę nie myślał. Raz na 
wykładzie dla bardzo demokratycznego audytorium (Mackiewicz oficjalnie nie cenił ludu, ale 
lubił się nim otaczać, i być popularnym — jeszcze jedna urocza sprzeczność) autor 
Stanisława Augusta bardzo niepochlebnie wyrażał się o roli szlachty w dziejach Polski. — 
Czy Pan uważa, że inna warstwa społeczna powinna była objąć ster rządów? — spytał 
nieśmiało jeden ze słuchaczy. — Oczywiście, mój panie — odparł Stentorowym głosem 
Mackiewicz — zawsze przecież mówiłem i pisałem, że rządzić Polską powinna nie szlachta, 
lecz arystokracja! 
Kiedyś, chyba już w latach sześćdziesiątych, chciałem na Rynku Starego Miasta zająć stojącą 
taksówkę, gdy nagle podbiegł do mnie jakiś chłopiec, wołając: — Proszę pana, ta taksówka 
zajęta jest dla premiera! Stanąłem więc skromnie z boku, czekając, że za chwilę pojawi się 
charakterystyczna sylwetka i głowa Józefa Cyrankiewicza, tymczasem od strony Kanonii 
szedł podpierając się z trudem laskami ... Stanisław Mackiewicz, któremu zepsuł się był 
właśnie samochodzik, co zresztą zdarzało się nader często. Popularność na Starym Mieście — 
rzecz wcale niebłaha. 
Nie wszystko oczywiście z Mackiewiczem było tak sielankowe, jak tu opisuję. Bywał w życiu 
zajadły, obsesyjny, miewał decyzje dziwaczne i pyszałkowato ego-centryczne, atakowano go 
też nieraz ciężko, zresztą i w kraju i na emigracji, próbowano nawet zamianować zdrajcą, że 

background image

 

129 

tam gdzieś i kiedyś chciał rozmawiać z Niemcami. W końcu ustalił się sąd pośredni: że pisarz 
dobry, ale politykę prowadził czy zamierzał prowadzić błędną, był zresztą w latach 1929—35 
posłem z BB, jako prawnik z wykształcenia pomagał układać Konstytucję Kwietniową, a to 
już całkiem źle. Otóż z tą polityką „błędną" to sprawa w ogóle nie tak prosta. Przeczytałem 
kiedyś w „Kulturze" artykulik z cyklu Co nowego w historii p. An- 
251 
drzeja Garlickiego, traktujący o Dmowskim, PiłsudskiM i Witosie. Nie brak tam spostrzeżeń 
interesujących, ale mnie przede wszystkim dziwnie uderzyło następujące „o-strożnościowe" 
zdanie. „Byli politykami błędnych koncepcji politycznych. Różnych, przeciwstawnych sobie, 
ale w ostatecznym rezultacie błędnych". 
Nie bardzo rozumiem, co to znaczy: nie ma w polityce koncepcji na lat sto czy dwieście, 
polityka to realizowanie możliwości aktualnych, etapowych, jedynym sprawdzianem jej 
słuszności czy błędności jest konkretny sukces lub też brak takowego. Zarówno zaś Dmowski 
jak i Piłsudski mogą się w swoich koronnych „benefisowych" okresach poszczycić 
sukcesiami, i to nie byle jakimi. Dmo-wskiemu udało się podczas wojny przetransponować 
swą ugruntowaną współpracę z caratem na owocne relacje z aliantami zachodnimi, w 
rezultacie dane mu było wraz z Paderewskim postawić nie istniejącą dotąd politycznie sprawę 
polską na forum światowym i bronić jej skutecznie podczas opracowywania traktatu 
wersalskiego. Piłsudski natomiast, drogą faktów dokonanych, przygotował grunt, a następnie 
zrealizował maksymalnie szybkie, zręczne, administracyjne oraz wojskowe zjednoczenie 
ziem polskich trzech zaborów, co miało olbrzymie konsekwencje dla uznania istnienia Polski 
przez świat, ceniący sobie tylko konkrety. Wincenty Witos za to rzeczywiście mało miał 
sukcesów, ale też chyba znalazł się on w tym towarzystwie przez pomyłkę, bo nie był nigdy 
politykiem wielkiego formatu, lecz tylko dojutrkującym partyjnym graczem. W ogóle zaś 
obawiam się, że p. Andrzej Garlicki miesza koncepcję polityczną z koncepcją ideologiczną, 
co jest zupełnie nie to samo i że ma on do Dmowskiego i Piłsudskiego pretensję, iż nie byli 
marksistami czy komunistami. A przecież obaj oni wywodzili swe patriotyczne myślenie z 
polskiego wieku XIX, z jego powstaniami i pozytywizmem, kiedy to jeszcze polityków 
komunistycznych w Polsce prawie nie było, polityka zaś, powtarzam, to czynność etapowa i 
nie może polegać na proroctwach. 
Ale wróćmy do Mackiewicza. Obok tysięcy artykułów, felietonów, notatek, obok 
kilkudziesięciu odbitek i broszur polemicznych, wydrukowanych w Anglii, napisał on i wydał 
dwadzieścia parę książek, od pierwszej  o Sien- 
252 
kiewiczu z roku 1916 poczynając. Za najlepsze, najbardziej całościowo wykończone uchodzą 
trzy napisane na emigracji: Historia polityczna Polski 1918—39 (1941), Do-stojewski (1946), 
Stanisław August (1953). Jeśli chodzi o Stanisława Augusta, to pewien wybitny historyk 
przysięgał mi, że wszystko jest tam zmyślone, wyssane z palca (czystego) i nie ma nic 
wspólnego z jakąkolwiek prawdą historyczną. Co do Dostojewskiego za to, pewien wybitny 
krytyk radziecki przysięgał mi również, że Mackiewicz to największy na świecie znawca 
prywatnej korespondencji twórcy Biesów. Kto chce niech wierzy, ale nie ulega wątpliwości, 
że są to książki fascynujące i odświeżające, że jest w nich ten niezwykły MackiewiCzo-wski 
stosunek do postaci historycznych jak do żywych ludzi, których kocha, nienawidzi, z którymi 
walczy i polemizuje. 
Po powrocie do kraju uraczył nas Mackiewicz serią książek eseistycznych jak Londyniszcze, 
Muchy chodzą po mózgu, Zielone oczy, Był bal, Herezje i prawdy, Europa in flagranti. Już 
same tytuły znakomite, a cóż dopiero mówić o zawartości: jedyna to w swoim rodzaju eseis-
tyka, łącząca w jedno historię, literaturę, politykę, teatr, film, obyczajowość, filozofię, 
anegdotyczne wspomnienia i dygresje, pełna błyskotliwej brawury, polemicznej szarży, 
erudycji, zarazem zaś sądów błędnych (jakby powiedział p. GarliCki), nonszalancji, 

background image

 

130 

prowokacji, a zawsze tak niepowtarzalnie osobista, indywidualna, jakby to sam Stanisław 
Mackiewicz był bohaterem wszystkiego co pisze. Cokolwiek by się o tych książkach myślało, 
pewne jest, że są do niczego innego w naszej dzisiejszej literaturze nie podobne i że jak się 
zacznie czytać, to oderwać się od nich nie sposób. A już gdy pisze o nieznanych u nas 
sprawach emigracyjnych i konfliktach politycznych, to czytać można do białego rana. 
I oto w dwa lata po śmierci autora Zielonych oczu, rodzina hojną ręką dała nam jeszcze jeden 
zbiór jego eseistycznych perełek z całego życia: zbiór zatytułowany Odeszli w zmierzch*. I 
znów rzecz jakże odświeżająca, dla   mnie   również   odświeżająca   pod   względem   edytor- 
• Stanisław Cat Mackiewicz: Odeszli w zmierzch; wybór pism 1916—196«. Wyboru 
dokonały: żona, Wanda Mackiewicz oraz córki Aleksandra Niemczykowa   i   Barbara   
Rzepecka.   Instytut   Wydawniczy   „Pax"   1968. 
253 
skim: nareszcie książka napisana przez prawdziwego człowieka, a nie przez wszechwiedzące 
redaktorki, książka nierówna, i to jej urok: nikt jej sztucznie nie wyrównywał, nie poprawiał 
nawet częstych błędów i dziwactw stylistycznych (Mackiewicz nie znosił takich poprawek, 
lubił błądzić na własny rachunek), nikt nie komentował ani naiwnych afektacji wczesnego 
studium o Sienkiewiczu, ani nie usprawiedliwiał sądów tak czasem nieuzasadnionych, że aż 
budzących żywą pasję. Słowem, nikt się nie wpycha między nas a Autora — taka praca 
edytorska to dowód rzadkiego, dyskretnego a naprawdę głębokiego pietyzmu. 
Odeszli w zmierzch, wybór esejów i szkiców z okresu lat pięćdziesięciu jest z natury rzeczy 
książką o sprawach i ludziach zapomnianych, nie tylko z powodów chronologicznych, lecz z 
racji ich- dawności historycznej — patrzymy dziś na nich, po kataklizmie i przełomach, które 
przeszła Polska, jakby z drugiej strony, z dalekiego brzegu. I to właśnie decyduje — o dziwo 
— że nowa książka zmarłego Cata jest również odświeżająco żywotna, świadcząca o tym, że 
dawność żyje, że w kulturze nic nie umiera. Wielka tu jest odrębność, wierność literaturze 
ojczystej i zasługa Mackiewicza: któż To pisze u nas dzisiaj o Kazimierzu Chłędowskim, 
Stanisławie Przyby-szewskim, Tadeuszu Zielińskim, Rudolfie Starzewskim, Czesławie 
Jankowskim, Stanisławie Strońskim, Andrzeju Tretiaku i to tak, jak o ludziach żywych, 
współrzędnie istniejących? Toć o Kasprowiczu, Reymoncie, Żeromskim, nawet o 
Sienkiewiczu mało się dziś, poza polonistyką, pisze! A już część książki poświęcona 
literaturze rosyjskiej zupełnie jest niezwykła, mimo (a może właśnie dlatego), że cechuje ją 
gwałtowność i subiektywizm sądów budzące nieraz sprzeciw. Któż tak potrafi obracać się 
między Puszkinem, Tołstojem, Dostojewskim, Turgieniewem, GogoLem, Czechowem, 
Garszynem, znając na pamięć ich życiorysy, korespondencję, myśli, powiedzenia, obracać się 
jak wśród starych znajomych, z którymi dyskutuje, kłóci się, których wyśmiewa lub wielbi. 
Wiem, że MackiewICz chciał pod koniec życia kontynuować swe studia nad literaturą 
rosyjską w bibliotekach i archiwach Moskwy. Nie wyszła mu jakoś ta wyprawa, a byłby z 
tego pożytek nie lada. 
254 
Wspomniałem,   że   sądy   literackie   Cata   były   zawsze bardzo subiektywne, co nadawało 
im jakiś osobisty, niepowtarzalny   charakter   jakby   właśnie   impresji   POzali-terackich. 
Bo też czysto literackie nie są one nigdy, lecz zawsze przepojone historią,  polityką, narodową  
postawą autora. Częstokroć pisze namiętnie, oskarżając lub wielbiąc, jakby nie chodziło o 
zjawiska pisarskie, lecz o ideową walkę lub  polemikę z żywymi  przeciwnikami.  Przy każdej 
okazji pojawiają się dygresje polityczne, aktualne, osobiste.  Trudno oprzeć  się pokusie  
cytat.  Oto  Mackie-wicz, nie lubiący endeków i socjałów, a określający chętnie siebie jako 
patriotę-konserwatystę o myślowych upodobaniach kartezjanskich, pisze na temat nie 
najbardziej przez siebie uwielbianego Żeromskiego: 
„Z tych trzech (Sienkiewicz, Żeromski, Boy) najmniej udał się nam Żeromski. Za lat pięć 
Dziejów grzechu i Ludzi bezdomnych nikt  do  rękI nie  weźmie.  Żeromski — poeta rozterki. 

background image

 

131 

Epoka, w której  dogmaty wyniesione  ze szlachetnych powstań spotkały się z 
przekreślającymi je weltschmerzami socjalistycznymi i innymi. Co robić, komu wierzyć, dla 
czego się poświęcać? Z epoki tej wyprowadził  nas  tytan  psychologiczny  Józef  Piłsudski,  
który oszukał   socjalizm polski, i to,  co było  coś warte  w tych  środowiskach,   przekuł  na   
lufy   armat,   pozostające w służbie niepodległego państwa polskiego" (s. 112). Słowa pisane 
w roku 1931 — a warte zadedykowania Andrzejowi Micewskiemu,  który twierdzi,  że  
pierwszy  odkrył, jakoby Piłsudski nigdy nie był socjalistą — świadczą   jak   bardzo   
literatura   wiązała   się   czy   przeplatała w myślach Mackiewicza z polityką. Podobnie, jak 
w krótkim zdaniu o ukochanym Sienkiewiczu: „Z innych względów nazywam Sienkiewicza 
pisarzem politycznym. Sienkiewicz  jest poetą imperializmu  polskiego, tak jak Ki-pling  jest  
poetą  imperializmu  angielskiego"   (s.   49). 
A oto jakże ciekawe, bystre i nieoczekiwane uwagi o trzecim, zdaniem Mackiewicza (według 
kryterium wywieranego wpływu społecznego) potentacie prozy polskiej, o Boyu, którego Cat 
obsypuje gorącymi pochlebstwami, nierzadko jednak podając mu ukrytą w kwiatach truciznę: 
„Jaki to jednak małoduszny człowiek ten Boy. Zachwyca się Francją i Francuzami, a 
zapomina, że Francuzi ce- 
255 
nią nade wszystko to, co nazywają le crane. — Comme U manąue du crane — powiedzieliby 
o nim Francuzi. Jestem w niezgodzie z obozem katolickim, bo u w i e 1 b i a m Boya. Jest on 
dla mnie największym w danej chwili pisarzem polskim, jego język jest pełny prawdziwej 
łacińskiej, ¦sienkiewiczowskiej prostoty i jasności. To nie jest owa secesyjność powykręcana i 
robaczywa, którą posługuje się Kaden-Bandrowski, a z publicystów śp. Stpiczyński, Rzy-
mowski i wielu innych. Boy pisze jak stary endek. Ale małoduszność tego pisarza zawsze 
mnie razi. czyż on naprawdę nie odczuwa, że nie potrzebuje już reklamy, że jest już wielki i 
czy nie wyzbędzie się tej nerwowej troski o rozgłos i zwracanie na siebie uwagi 
niepoważnymi trikami?" (s. 114, pisane w roku 1938). 
Zaś w innym miejscu: „Życie to miłość i walka. Życie to mistyka powstającego w miłośCi 
życia nowego i mistyka śmierci jako rezultat walki. Życie to kontredans miłości i śmierci. 
Miłość zna Boy z romansu, domu publicznego, wymogów emancypacji i kliniki. Mistyki 
śmierci nie rozumie. Śmierć widział tylko w prosektorium. 
Nie chcąc uznać mistyki śmierci za element równorzędny, Boy jest pisarzem jednorękim, 
pisarzem nie ogarniającym całego realizmu życia. I może jest złym tłumaczem nawet tej 
kultury francuskiej, której chce być prokurentem na Polskę. Dla tych, którzy chcą życia, 
Francja jest ideałem. Tam się najlepiej je, najtaniej kocha, używa najlepiej pod względem 
intelektualnym, najszybciej się objada kulturą. Ale Boy nam gorzej potrafi wytłumaczyć, 
dlaczego ta Francja przez cztery lata krwawiła się w strasznej wojnie, dlaczego ci sceptycy, 
żarłocy, intelektualiści, erotomani i liberałowie francuscy dawali swą krew tak hojnie, że aż ta 
krew płynęła rzeką tak szeroką, że ani Rodan ani Loara, ani Garonna ani Sekwana równać się 
szerokościami jej fal nie mogła" (s. 113, pisane w roku 1931). 
I wreszcie, aby skończyć z cytatami, bardzo ciekawy spór z książką Melchiora Wańkowicza 
Sztafeta, w któreJ słynny autor Smętka w optymistycznym świetle przedstawił rozwój 
gospodarczy i militarny polski przedwrześ-niowej. Polemika to tym znaczniejsza, że toczona 
na łamach wileńskiego  „Słowa" w  lutym  roku  1939,  a  więc 
256 
dwa   miesiące   przed   uwięzieniem   Cata   Mackiewicza   w Berezie za jego uporczywie 
pesymistyczne memento mo- 
ri: 
„SztaFeta to wielki hymn pochwalny na cześć prawie wszystkiego, co się w Polsce dzieje. 
»Słowo« pozostało wierne jednemu ze swoich założycieli... i jest... pesymistyczne. Co gorzej 
— jest coraz bardziej pesymistyczne. Martwi nas wszystko w Polsce. Gazeta nasza jest 

background image

 

132 

codziennym aktem oskarżenia wypowiadanym pod adresem rządu, społeczeństwa, stronnictw. 
Ludzie nam to zarzucają. Mówią: »Nie można mówić tylko o złych rzeczach, przecież są i 
dobre, piszcie o dobrych*. Powiadają także: » Takie stanowisko jest niepatriotycz-ne«. Na to 
odpowiadamy: czytajcie kroniki mów minister-skich wygłoszonych do wójtów i wójcich 
odpowiedzi, słuchajcie -radia, czytajcie PAT. Tam znajdziecie zadowolenia dostatecznie i 
pochwał i zachwytów pod dostatkiem. Nasz patriotyzm jest innego gatunku. Polega na 
zwracaniu narodowi uwagi na niebezpieczeństwa mu grożące. Wszyscy powiększają swój 
budżet wojskowy, u nas pozostaje ten sam. 
I otóż p. Melchior Wańkowicz jest przeciwieństwem »Słowa«. My i on stoimy na dwóch 
biegunach. My idziemy drogą naszego założyciela, zrzędy i pesymisty, a on świetlaną drogą 
Grabowskich i Kwiatkowskich (jak ci dwaj ludzie są do siebie podobni), wiecznie ze 
wszystkiego  i  z  siebie  samych  zadowolonych   entuzjastów. 
Sztafeta jako lektura dla młodzieży, »Przecież pan nie zechce, żeby młodzieży dawano 
artykuły „Słowa" nie pozostawiające suchej nitki na nikim. Przecież młodzież powinna się 
cieszyć, że Polska rośnie...!« 
I ja sam się cieszę czytając SztafetĘ. Serce mi rośnie... Tylko metoda, która leży w 
argumentacji Wańkowicza, nie jest przekonywająca. On powiada zrobiliśmy, ja się pytam: 
czyśmy zrobili tyle, ile inni? I doprawdy nie wiem, kto z nas jest wtedy większym patriotą. 
Bo przecież w głębi metoda Wańkowicza polega na konstruowaniu »ujechaliśmy« — a ja się 
ponadto niepokoję, czyśmy ujechali tyle, ile ten, z którym się ścigamy. Bo oczywiście 
przyjemnie jest przejechać dziesięć kilometrów i zamyślić się błogo: »Ale szmat drogi 
zrobiłem, hejże, ha, ho«, o wiele przyjemniej, niż w takiej chwili stwierdzić 
257 
ponuro, że ten, z którym się ścigamy, zdążył już zrobić w tym samym czasie sto pięćdziesiąt 
kilometrów". 
„onegdaj pan minister Kasprzycki oświadczył w sejmie, że nasz budżet wojskowy zasadniczo 
pozostaje ten sam co w roku zeszłym. 
Dlaczego? Czyżby p. minister KasprzyCki był tak pewny, że sytuacja międzynarodowa jest 
bez chmurki? Nie podejrzewam go o taki nadmiar optymizmu. SądzĘ, że po prostu na 
angielskie propozycje budżetu wojskowego nie pozwala nasz stan gospodarczy, stan naszego 
skarbu. I to jest niestety najlepsze uzasadnienie naszego pesymizmu. Bardziej 
przekonywającego nie trzeba. 
I na to już żadna Sztafeta nie pomoże" (s.  129—131). 
A więc bywał MackiewICZ bystrym, dalekowzrocznym prorokiem, bywał on też głęboko 
obywatelską troską przygniecionym patriotą, wolnym wówczas od wszelkich subiektywnych 
fobii czy fantazyjnych chimer. Ciężko zafrasowanego, posępnie zamyślonego widywało się 
go również w ostatnich latach życia w Warszawie, gdy skończyła się pisarska sielanka i gdy 
już nieuleczalna choroba, a raczej zespół chorób, uczynił zeń niemal unieruchomionego 
inwalidę. A jednak i wtedy lubił jeszcze zaskoczyć żartem czy półżartem wypowiadanym w 
jego ulubiony sposób, z Całą powagą, bez cienia uśmiechu. Kiedyś, pamiętam, powiedział do 
mnie: — A jednak fa-talnieśmy wyszli na aliansie z Polską: Polacy nas oszukali, narobili nam 
świństw, a potem pociągnęli za sobą w przepaść. — Jak to, jacy wy?! — spytałem zdumiony. 
— My, Litwini, oczywiście — odrzekł z powagą pan Stanisław. 
Litwin z wyboru i szlachcic z wyboru, ostatni szlachcic w ludowej Warszawie — oto postać 
niezwykła, barwna, porywająca fantazją i talentem, dobrze, że przypomniała nam o niej ta 
pośmiertna, z pietyzmem wydana książka. 
luty 1969 (pubt. 21 III 1971). 
258 
INDEKS NAZWISK 
Allen William Hervey 

background image

 

133 

Anthony Adverse 12 Andrzejewski Jerzy 175, 209 
Apel 45 
Drogi nieuniknione 60 
Ład serca 62, 74 
Noc 44, 65, 74 
Popiół   i   diament   50,   74 
Przed sądem 45 Apollinaire Guillaume 61 Arski Stefan 
My,   ¦pierwsza   brygada   239,   241 Arystoteles 227 
Bach Johann Sebastian 100, 150 Balzac Honorfe de 34—35, 37, 41, 121,  139 
Bank Nucingena 34 Gobseck 34 
Komedia ludzka, 33, 35       "^^ Ojciec Gortot 48 
Bandrowski   Kaden   Juliusz   zob. Kaden Bandrowski Juliusz Baran Stanisław  184 Bartok 
Bela  94 Baum Vicki 16 Beck  Józet  248 
Bednarczuk Wincents  (ps. Jerzego Pułramenta, zob.) 42 Beethoven  Ludwig   van   150 
Benda  Julien 45,  133 Benoit Pierre 
Fatalna   noc   w   Mukdente   160 Berent Wacław 19, 60 Ozimina 162, 176 Żywe kamienie 
177 Bereza Henryk 224 Bernanos Georges 62, 128, 201 
Zbrodnia 186 
Białoszewski   Miron   125,   223,   228, 229—230 
Bielecki Tadeusz 240 Bieńkowski    Zbigniew    52—53 Biernacki   Kostek   Wacław   141 
Błoński Jan 224 
Bobrzyński Michał 26 Bocheński Aleksander 
Dzieje  głupoty to  Polsce 28 Boguszewska Helena 62 Bolesław   Chrobry,   król   164,   166, 
167, 169 172, 173 Borejsza Jerzy 49—50, 52,  210 Borowski Tadeusz, Olszewski Krystyn, 
Siedlecki Nel Janusz 
Byliśmy   w   Ośioicctmiu   51—52, 67, 135 
Borowy Wacław 56 Boy zob. Żeleński Tadeusz Brandstaetter Roman 75 Brandys  Kazimierz   
42,   56,  76,   118 Drewniany koń 68 Miasto  niepokonane   216 Między    loojnamt   74 
Brandys Marian 57 Breza Tadeusz 6 
Adam   Grywałd   60 Mury    Jerycfia    44,    65,    137—15 Niebo i ziemia 65—66 Uczta 
Baltazara 66 Broszkiewicz Jerzy 
Oczekiwanie   46,   67,   68,   135 Brzechwa    Jan   126 Brzozowski   Stanisław   223 
Buczkowski Leopold 
Wertepy 70 Bunsch Karol 
Dzikouiy skarb 70 Butor Michel 
Odmiany czasu 123 Przemiano 233 
Caldwell Erskine 234 Camus Albert 
Stan oblężenia 127 Capote Truman 
Z  zimną krtuią 234 Cat-Mackiewicz    zob.    Mackiewlcz Stanisław (Cat) Cervantes 
Saavedra Miguel de 
Don Kichot 105 
259 
Cezanne   Paul   80,   81,   83,   94 Chaplin Charlie 228 Chase James Hadley 127 
Nie ma orchidei dla Miss Blan- 
dlsh 126 Chesterton   Gilbert   Keith  191,   201 
Człowiek, który był Czwartkiem 
(Delegat anarchistów) 186 
Przygody   księdza   Browna   186, 
190 

background image

 

134 

Chłędowski   Kazimierz   254 Chomiński   Józef   Michał   104,   109 Chopin Fryderyk 89, 
227 Choynowski   Piotr   60 Christie   Agatha    179 Churchill Winston 
Druga   wojna   światowa   235 Cichocki Jerzy (ps. Antoniego Go-łubiewa, zob.) 47 Ciołkosz   
Adam   240 Conrad   Joseph   13,   14,   42,   54,   139, 148,  152,  233 
Jądro ciemności 166 
Lord Jim 218 
Nostromo 183 
Smuga cienia 166 Cooper Duff Alfred 
Talleyrand 44 Courths-Mahler Hedwig 16 Cyrankiewicz Józef 93, 251 Czechów    Anton    
249,    254 Czechowicz   Józef   30,   61 
Darwin Charles 231 Daszyński Ignacy 141 Dąbrowska   Maria   150,   219 
Noce i dnie 60 
Rozdroże  30 Debussy Claude 94, 150 Descartes   (Kartezjusz)   Renę   139 Dickens Charles 
Klub Pickwicka 15 Diderot Denis 187 Dmowski   Roman   240,   241,   252 Dobraczyński Jan 
6, 53 
Klucz   mądrości  75 
Najeźdźcy 52, 75 
Największa    miłość   65 
Święty mlecz 75 
W   rozwalonym   domu   75 
Wybrańcy gwiazd 75 Dostojewski    Fiodor   13,    135,    253, 254 
Bracia   Karmazow   33,   48,   186 
Idtota 48, 186 
Zbrodnia   i   kara   48,   186 Drzewiecki Henryk 62 Dumas   Alexandre   (syn) 
Dama   kameltowa   133,   134,   136 Dygat Stanisław 145 
Jezioro    Bodeńskie   44,    66,    145 
Pola Elizejskie 66 
Pożegnania 66 
Erenburg IIJa Burza 33 
Faleński Felicjan 
Sonety 122 
Falla Manuel de 94         . 
Faulkner William 234 Flaszen Ludwik 76 Flaubert Gustave 
Salambo 177 France Anatole 82 
Bogouiie   łakną   krwi   134 Frisch Max 
Powiedzmy   Gantenbein   233 Galileusz    (Galileo    Galilei)    7 Gałczyński  Konstanty  
Ildefons 45, 61, 144 Garlicki Andrzej  153 
Co nowego w  historii 251 Garszyn Wsiewołod 154 Gawiński Antoni 230 Gide Andre 151 
Lochy   Watykanu   152 Giertych Jędrzej 240 Goetel Ferdynand 60 
Z   dnia   na   dzień   233 Gogol  Nikołaj 254 Gojawiczyńska   Pola   60 
Krata   44,   65,   159,   162 Gołubiew   Antoni   47,   52,   127 
Bolesław  Chrobry  53,  76—77,  164 
—173,  177 Gombrowicz   Witold   60,   61,   204 
Ferdydurlce 61 GOring Hermann 20 Górka    Olgierd 168 Górski Konrad 56 Grabowski   
Witold   257 Grabski   Władysław   Jan   63 
Saga   o  jarlu   Broniszu  76 Grażyński Michał 247 Green Julien 128,  186 
260 
Greene Graham 128 
Broń na sprzedaż 186—194 Sedno   sprawy   33,   187,   189,   194 Tajny   agent   186,   190,   
194 

background image

 

135 

Gruszczyński   Krzysztof   57 
Hamera   Bogdan   57 Harasymowicz   Jerzy   125 Haśek Jaroslav 
Przygody      dzielnego      wojaka 
Szwejka 70 
Hemingway Ernest 208 Henryk   II,   cesarz   170 Heraklit 227 Herbert Zbigniew 125 Hertz 
Paweł 
Sedan 73 Hirszfeld Ludwik 51 
Historia    jednego   życia   46—47, 
133, 134, 135 Hitler Adolf 71, 235 Hogendorf Tadeusz 184 Holuj Tadeusz 
Dom   pod   Oświęcimiem   49,   131 
— 136 
Próba ognia 70 Holyńska Julia 6 Honegger Arthur 94 Hugo Victor 
Nędznicy 48 
Rok 93 14,  134 Hulewicz Witold 247 Huxley Aldous 
Nowy   wspaniały   świat   47 
W  zatoce  Meksykańskiej   47 
Ibsen Henrik 64 
Ingarden Roman 56 
Irzykowski   Karol   48,   60,   62,   143, 
153,   214,   218,   223,   224,   229,   231,   234 
Notatki   z   tycia,   obserwacje   i 
motywy 245 
Pałuba 233 
Iwaszkiewicz   Jarosław   6,   60,   64, 123,  219 
Nowele   włoskie   51,   64 Noiua  miłość 64 
Jagiellonowie,  dynastia 238, 248 Jankowski Czesław 254 Jasieński Bruno 61 Jastrun 
Mieczysław 118 Jastrząb  Edward  (ps.  Alfreda Ła- 
szowskiego,   zob.)   56,   15S Jeans James 148 Jełowicki Aleksander 235 Jeske-Choiński 
Teodor 
Tiara i korona 198 J.M.S.  zob.  Swięcicki Józef Maria Joyce James 215 
Kaden  Bandrowski Juliusz  28,  60, 62,  143, 256 
Czarne skrzydła 141 Kafka   Franz  62,  203—208,   212,   218, 219 
Kolonia   karna   206,   207 
Lekarz wiejski 206 
Proces 127 
Przemiana 206 
Wyrok 203, 206 Kant Immanuel 156, 215 Kartezjusz    zob.    Descartes Kasprowicz    Jan,    
19,    254 
Mój świat 226 Kasprzycki   Tadeusz   258 Kazimierz   Jagiellończyk,   król   249 Kazimierz   
Wielki,   król   249 Kierczyńska   Melania   78,   124 Kiernik   Władysław  240 Kijowski 
Andrzej 224 Kipling Rudyard 255 Kisielewski   Józef   62 Kleiner Juliusz 
Treść   i  forma   w   poezji  234 Kochanowski Jan 
Pieśni 54, 122 
Kofaczkowski   Stefan   30,   223 Konrad   ks.    mazowiecki    93 Korczak Jerzy 57 Korfanty 
Wojciech 241 Kornacki Jerzy 62 Kossak Wojciech 
Panorama racławicka 135 Kossak-Szczucka   Zofia   62 Kossowski   Jerzy   60 Kostek     
Biernacki    Wacław    zob. Biernacki    Kostek    Wacław Kot   Stanisław   249 Kott   Jan   
12,   22,    42,   44,   56,    138, 145,  155,  162,  224, 
Mitologia I realizm 346—154 
Zoil albo o prozie współczesnej 

background image

 

136 

49 
Kowalewski   Mirosław   57 Kowalewski Stanisław 57 
261 
Kożmian   Stanisław   26 Koźniewski Kazimierz 
Szczotka   do   butów   69 Krasiński   Zygmunt   26,   29,   30 Kruczkowski   Leon   42,   61,   
62,   74 
Kordlan   i   cham   30,   70 Kubacki Wacław 56 Kubiak  Zygmunt 208 Kudliński Tadeusz 
Farbowane   lisy   174  —  178 Kulidżanow Lew,  Segel Jaków 
Dom, w którym mieszkamy 128 Kuncewiczowa Maria 
Cudzoziemka 60 
Kwiatkowski    Eugeniusz    240,    250 Kwiatkowski Jerzy 224 Kwiatkowski Tadeusz 
Lunapark   49,   51,   70 Kydryński Juliusz 210 
Lechoń Jan 28 
Herostrates 27, 29, 58 Lermontow Michaił 250 Leśmian Bolesław 61, 223, 224—225, 
226—227 
Dwaj Madeje  226 
Dziewczyna 226 
Eliasz 226 
Łąka  224, 226 
Napój cienisty 226 
Pan   Błyszczyńskl   226 
Szewczyk 131 Lichański Stefan 46 Lichniak   Zygmunt   66,   80—83 Lidin Władimir 
Płyną okręty 159 Lissa   Zofia   100,   104,   109,   124 Lloyd  George Davld 
Wspomnienia   wojenne    13 London Jack 
Kawał pieczeni 180 Lorentowicz Jan 225 Lutosławska   Izabela   62 
Córka 34 
Europa in flagranti 253 
Henryk     Sienkiewicz      252—253, 
254 
Herezje i prawdy 253 
Historia Polski. Od 11 listopada 
1918    do    17    września    1939    253 
Londyniszcze 250, 253 
Muchy   chodzą   po   mózgu   253 
Myśl w obcęgach 249 
Odeszli w zmierzch 253—258 Mackiewicz Wanda 253 Mahler Gustav 93 Malraux Andre 147 
Malewska    Hanna    61,    62,    64,    75 
Kamienie wołać  będą 64 
Żelazna korona 64 Mamon Bronisław 234 Manet Edouard 94 Marks    Karol    109,     119,    
124,     127 Matejko Jan 88—89 
Bitwa  pod  Grunwaldem 89,   164 
Kościuszko pod Rac!au)icami 135 Matisse Henri 94 Mauersberger Adam 25, 237 Mauriac   
Francois   13,   128,   187,   201 Maurois  Andre 
Klimaty 233 Micewski Andrzej 
Z  geografii politycznej II Rzeczypospolitej 237—246,  255 Mickiewicz    Adam   26,   29,    
30,    58, 225, 235 
Pan Tadeusz 235 
Zdania i uwagi... 197 Miedziński Bogusław 240 Miller Jan Nepomucen 
Zaraza w Grenadzie 235 Mitchell Margaret 

background image

 

137 

Przeminęło z wiatrem 12 Młodożeniec Stanisław 61 Mniszek Helena 16 Montesąuieu   
Charles-Louis  de   135 Mozart Wolfgang Amadeus 99, 100, 105 
Łaszowski   Alfred    (Edward   Jast-      Nałkowska Zofia 60 
rząb) 56, 155 Łobaczewska   Stefania   104 
Mackiewicz    Stanisław    (Cat)    238, 240, 246—258 
Był bal 253 
Dostojewski 253 
Medaliony 46, 65 
Węzły życia 65 Napoleon III, cesarz 139 Niemczykowa Aleksandra 253 Norwid Cyprian 224 
Nowaczyński Adolf 248 
Anonimowe mocarstwo 229 
262 
Matple zwierciadło 229 Meandry 26, 27, 58 
Olszewski Krystyn zob. Borowski 
Tadeusz 
Omar (Omar ibn al-Hattab) kalit 
Paderewski Ignacy Jan 252 Pankow$ki Marian 226 Parandowski Jan 60, 62, Parnicki Teodor 
Srebrne orły 76 Paukszta Eugeniusz 
Trud ziemi noujej 75—76 Trzecia zmiana 76 Pawlikowska-Jasnorzewska    Maria 223, 229—
232 
Pocałunki 230 Peguy Charles 128, 187 Peiper Tadeusz 61, 78 Piasecki Bolesław 141 
Piastowie, dynastia 238 Picasso Pablo 94 Pieracki Bronisław 246 Pilsudski Józef 246, 252, 
2S5 Piwiński Leon 23 Plechanow Gieorgij 
O  materialistycznym  pojmowaniu dziejóu; 101 
Poe    Allan    Edgar    204,    205,    207 Poniatowski Juliusz 240 Prokop Jan 234 Prokofiew 
Siergiej 94 Promiński Marian 
Bramkarz     „Święte)    Barbary" 182, 183 
Drugą — proszę!  182,  183 Opowieści sportotue 181—183, 184 Proust   Marcel   12—13,   
14,   48,   66, 135, 156, 174,  175,  187,  235 Prus Bolesław 19, 30 Emancypantki 48 Lalka 
48, 122 Pruszyński Ksawery 248 
Karabela z Meschedu 23, 69 Trzynaście opoiuleścl 44, 69 Przyboś Julian 61, 125 
Przybyszewski Stanisław 254 Puszkin   Aleksandr   250,   254 Putrament   Jerzy   6,   42,   
124,   125, 126, 128 
Rzeczywistość 49, 74 
Wrzesień 216 Puzyna Konstanty 224 Pytlakowski Jerzy 57 
Racine Jean Fedra 208 
Radziwiłł Janusz 240 Rafael (Raffaele Santi) 83 Ravel Maurice 83 Reksza   Aleksander,    
Strzelecki Marian 
Wielka gra 180, 182 Rembek Stanisław 60 
Wyrok   na  Franciszka  Ktosa  68 Renoir Auguste 94 Reymont   Władysław    Stanisław 198, 
254 
Rimbaud Arthur 208 , Robbe-Grillet Alain 
Dom schadzek 233, 234 Gumy 233 Roche Mazo de la 
Rodzina Wfiiteoakótu 12 Rolland Romain 
Jan Krzysztof 48 Rostworowski   Karol    Hubert    60, 
62 
Rousseau  Jean-Jacques 135 
Roussel Albert 94 
Rudnicki Adolf 118, 120—121, 209— 
221 

background image

 

138 

Bento ztuycięża Hitlera 218 
BUc 21, 213, 216 
Drobiazgi żołnierskie 216 
Epoka  pieców 213 
Ginący  Daniel 121 
Kartki   sportotoe   119,   183—185, 
211 
Kupiec tódzkl 210, 216 
Niebieskie   kartki   213,   215,   217, 
218, 220, 221 
Niekochana 209,  216 
Pałeczka 185 
Regina Borkowska 218 
Szczury 60, 209 
Szekspir  52,  77,  185, 210, 213,  218 
Ucieczka   z   Jasnej   Polany   77, 
185, 210 
Weiss wpada do morza 210 
Wspólne    zdjęcie    213,    215,    217, 
218, 220, 221 
Żołnierze 209, 216 
Żywe i martwe morze 210 
203 
Ryaz-Smigły Edward 28 Rylski-Scibor Aleksander 57 
Węgiel 33, 79 Rzepecka Barbara 253 Rzymowski Wincenty 256 
Saint-Simon   Claude-Henri   de  135 Salinger Jerome David 234 Sandauer   Artur   204,   
210,   214,   215, 217, 218 
Samobójstwo   Mltrydatesa   222— 
236 
Śmierć   liberała   52,   67—«8,   231 
Zapiski  z  martwego  miasta  233 Saroyan William 234 Savonarola Girolarao 150, 154 Sehaff 
Adam 124,  125, 126, 127 
Wstęp do teorii marksizmu 79 Schiller Friedrich 
Zbójcy 136 Schulz Bruno 60, 61, 204, 209 
Sklepy cynamonowe 61, 233 Segel    Jaków    zoto.     Kulidżanow Lew 
Sęp Szarzyński Stanisław 122 Siedlecki   Nel   Janusz   zob.   Boro-wski Tadeusz 
Siekierska Jadwiga 78, 108, 114 Sienkiewicz   Henryk    60,    69,    198, 252,  254,  255 
Bez dogmatu 49,  127 
Quo vadls 49 
Rodzina Połanieckich 49 
Trylogia  58,  167,  168 Sieradzki Józef 137, 138, 145 Sikorski Władysław 240 Skierski 
Kazimierz Zenon 
Sztuka umierania 44, 68 Skwarnicki Marek 234 Sławek Walery 238 Słowacki Juliusz 26, 29, 
30 Sofokles 
Edyp 208 
Sokorski Włodzimierz 78, 108, 124, 158 
Staff Leopold 61 Starowieyska-Morstinowa Zofia 
Kabata  historii 64 Starzewski Rudolf 254 Starzyński Juliusz 95—107,  115, 124 
Materializm dialektyczny I historyczny  jako  podstawa...  95 Stawar Andrzej 56, 224 
Stefański Lech Emfazy 88—89 

background image

 

139 

Steinbeck John 234 
Stendhal (Henri Beyle) 152, 217 
Czerwone i czarne 33 Stern Anatol 
Namiętny pielgrzym 60 Stpiczyński Wojciech 256 Straszewicz Czesław 60 Strawiński Igor 
94, 150 Stroński Stanisław 248, 254 Strug Andrzej 60, 62, 68 Strzelecki     Marian     zob.     
Reksza Aleksander 
Studnicki Władysław 242 Sue Eugene 
Tajemnice Paryża 124 Swift Jonathan 158 
Podróże Gulliwera 205 Szaniawski Jerzy 64 Szczepański Jan Alfred 145 Szczepański Jan 
Józef 
Polska jesień 216 
Szekspir     (Shakespeare)     Włlliam 101, 179 
Hamlet 208 Szemplińska-Sobolewska Elżbieta 
Warszawa w ogniu 216 Szmaglewska Seweryna 
Dymy nad Birkenau 68, 135 Szołochow Michaił 
Cichy Don 33 Szostakowicz Dymitr 
Symfonia lenlngradzka 108 
Swięcicki  Józef Maria   (J.M.S.)  117 Swiętochowski Aleksander 26 
Tacyt   (Publius  Cornelius  Tacitus) 
152 
Talleyrand-Pśrigord   Charles-Mau- 
rice de 44,  137—138,  163 
Tetmajer Kazimierz 26, 224 
Tołstoj Aleksiej 
Droga przez mękę 33 Tołstoj Lew 179,  254 
Anna Karenlna 183 
Wojna i pokój 14, 134 Tomasz z Akwinu św. 170 Tonchu-Ru Andrea 186 Tretiak Andrzej 
254 Truchanowski Kazimierz 60, 61 
Zmowa demiurgów 70 Trznadel Jacek 224 
264 
Turgieniew Iwan 254 
Tuwim    Julian    218,    223,    227—229, 
248 
Pieśni o państwie 29 
Wizyta 228 
Tycjan (Tiziano Vecellio) 83 Tyrmand Leopold 
Hotel Ansgar 69 
Uniłowski Zbigniew 
Pamiętnik morski 60                    . 
Wspólny pokój 60 
Żyto w dżungli 60 Urbanowicz Witold 
Początek jutra 216 
Verlaine Paul 61 
Voltaire   (Francois-Marie   Arouet) 
22,  135,  152,  187 
Wagner Ridhard 90, 93, 150 Waldorff Jerzy 
Godzina policyjna 68, 159—163 Wallace Edgar 175, 179 Wańkowicz Melchior 250,  256—
238 
Na tropach Smętka 256 

background image

 

140 

Sztafeta 256—258 Wasilewska Wanda 61, 62, 218 Wat Aleksander 131 Ważyk   Adam   56,    
74,   84—94,    108, 109—111,      113—114,      155,      158,      177, 224, 233, Welles Orson 
Obywatel  Kane 225 Wereszczakówna Maryla 225 Wiech (Stefan Wieeheeki) 
Cafe pod Minogą 70 Wilczek  Jan 57' Wilde Oscar 178 Witkacy zob. Witkiewicz Stanisław 
Ignacy 
Witkiewicz Stanisław 82 
Witkiewicz Stanisław Ignacy 
(Witkacy)   14,   60,   61,   149,   204,   224 
Witos Wincenty 252 
Wojciech św. 170, 171 
Wroczyński Kazimierz 
Dzieje salonu 225 
Pani Lala 225 
Wyka   Kazimierz   12,   56,   140,   165, 224 
Gospodarka wyłączona 134 Wyspiański Stanisław 29, 57 
Wesele 26, 176, 177, 236 
Wyzwolenie 26, 58 
Zalewski Witold 57 Zaremba Zygmunt 240 Zarzycka Irena 16 Zatopek Emil 181 Zawieyski 
Jerzy 75 Zawodziński Karol Wiktor 201 Zieliński Stanisław 57 Zieliński Tadeusz 254 
Żeleński   Tadeusz   (Boy)   224,   225, 248,  255,  256 
Zeromski   Stefan   19,   30,   48,   198, 230,  254,  255 
Dzieje grzechu 198—202, 255 
Ludzie bezdomni 255 
Wiatr od morza 177 Żółkiewski   Stefan   42,   49,   56,   122, 124, 125, 126, 151, 155 
Zukrowski    Wojciech    6,    118,    137 
Lotna 45, 216 
Piórkiem flaminga 51, 73 
Z kraju milczenia 44, 73, 77 Zywulska Krystyna 
Przeżyłam Oświęcim 68 
Opracował:  JÓZEF KOZAK 
265 
SPIS TREŚCI 
List   do   Czytelnika   (zamiast   przedmowy) 
TEORIA, IDEOLOGIA, ESTETYKA 
1.  Tematy wojenne („Tygodnik Powszechny"  nr 9, 1945)     11 
2.  Miłość do kultury  (1950).........       18 
3.  Jak  oceniam  literaturę  dwudziestolecia   („Twórczość" 
nr 12, 1946)..............25 
4.  Literatura z tezą (TP nr 364, 1952).....      32 
5.  Idea i wizja (TP nr 169, 1948).......      42 
6.  Pierwsze drogowskazy (1952)........      55 
7.  O idee artystyczne (TP nr 269, 1950).....     80 
8.  O autononiiczności i powszechności sztuk (TP nr 227, 1948)'..............      84 
9.  Trochę  systematyki, estetyki  i polemiki  (TP nr  306, 1951)..............      95 
10. Dalej o estetyce  (TP nr 310,,  1951).....     108 
11.  Refleksje polonistyczne (TP nr 403, 1952)        .     .     .     118 
12.  Jak ocalić zdrową czarność?  (TP nr 524,  1959    .     .     124 
RECENZJE, IMPRESJE, SYLWETKI 
13.  Granice sztuki („Listy z teatru" nr 22, 1948) . 
14.  „Dawne dobre czasy" (TP nr 83, 1946) .     .     . 

background image

 

141 

15.  „Mitologia" zwycięża (TP nr 70, 1946) . 
16.  Realizm, ale  jaki?  (TP nr  199,  1949)  .     .     . 
17.  O Gołubiewie i jego książce (TP nr 395, 1952) 
18.  Noc inteligentów nie zgniłych (TP nr 141, r. 1947) 
19.  Tematy sportowe (TP nr 391, 1952) .... 
20.  Przeciwieństwa się stykają (TP nr 328, 1951) 
21.  Impresje spod Babiej Góry („Dziś i Jutro" VIII, 
22.  Czy Kafka to pisa-rz dziwmy? (TP nr 464, 1957) 
23.  Adolf   czyli   świadek   wszechstronny   (TP   nr 1968)............ 
24.  Dokąd prowadzi dociekliwy Sandauer?  (TP nr 1968)............ 
25.  Wycieczka w krainę młodości (TP nr 871, 1965) 
26.  Człowiek wolny poza czasem (TP nr 1156, 1971) 
Indeks ............. 
1947) 1018, 1038, 
131 13T 146 155 164 174 179 186 195 203 
209 
222 
237 246 
259 
/:..¦¦