background image

Hanna Ożogowska 

Głowa na tranzystorach 

 

Marcinowi i jego kolegom 
 

 

Projekt serii i opracowanie graficzne 
Andrzej Pągowski 
 
Opracowanie typograficzne 
Grażyna Karasek 
 
Redaktor 
Maria Lautsch—Bendkowska 
 
Redaktor techniczny 
Mirosława Bokus 
 
Korekta 
Wiesława Jakubowska 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Edycja na podstawie IW „Nasza Księgarnia", 
Warszawa 1968 
Text © Copyright by Hanna Ożogowska, 
Warszawa 1968 
Illustrations © Copyright by Andrzej Pągowski, 
Warszawa 1988 
ISBN 83—203—2848—9 
 
RSW „Prasa — Książka — Ruch" 
Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 
Warszawa 1988 r. Wydanie V 
Nakład 79 700 + 300 egz. 
Ark. wyd. 11,3 Ark. druk. 12,5 
Oddano do produkcji we wrześniu 1987 r. 
Podpisano do druku we wrześniu 1988 r. 
RSW „Prasa—Książka—Ruch" 
Prasowe Zakłady Graficzne 
Łódź, ul. A. Czerwonej 28 
Zam. 3366/87, U—74 

background image

Potem, kiedy już wszystko się wydało, całą  odpowiedzialność za powstanie  „Związku Niesienia 

Ulgi  Ofiarom  Przemocy"  złożono  na  Marcina  Bigoszewskiego,  chociaż,  jego  zdaniem,  była  to 

jeszcze jedna niesprawiedliwość losu. 

Bo  ileż  razy,  aż  do  znudzenia,  nawoływano  uczniów  do  pielęgnowania  w  sobie  uczuć 

społecznych!  Ile  razy,  kiedykolwiek  Marcin  wymigiwał  się  od  jakichś  czynów  i  akcji,  słyszał  o 

egoizmie i sobkostwie, przywarach najgorszych, a nawet wręcz haniebnych! 

A kiedy wreszcie zdobył się na coś, co naprawdę służyło społeczności klasowej, no, jeżeli nawet 

nie całej, to w każdym razie szerszemu ogółowi — odsądzono go, jak się kiedyś mówiło, od czci i 

wiary i zniesławiono na całą szkołę. 

Niesława  była  właściwie  najmniej  przykra,  gdyż,  bądź  co  bądź,  zawierała  w  sobie  i  sławę. 

Uczniowie  z  innych  klas,  nawet  ze  starszych,  pokazywali  go  palcem,  oglądali  z 

zainteresowaniem, a w ich lakonicznym „no! no!" można się było dopatrzyć nie tylko zdziwienia, 

ale i uznania. 

Za  to  nauczyciele  wszyscy  —  bo  czy  można  było  uważać  milczenie  pani  Śmiątkiewicz  za  coś 

innego niż cichą zgodę z resztą ciała pedagogicznego? — wyrazili swoją dezaprobatę. 

— Coś niebywałego! — mówiła nauczycielka historii, wysoka, postawna pani Skoczelowa, patrząc 

z  potępieniem  na  Bigoszewskiego,  stojącego  w  gabinecie  kierownika  z  miną  ofiary,  która  nie 

wie, za co ma być ukamienowana. 

— Taak... żeby coś takiego wymyślić, to trzeba... — mówił surowo Kiero — trzeba... doprawdy, 

słów mi brakuje. Skąd ci to przyszło do głowy? 

— Tego jeszcze nie było! — geograf, pan Tomaszewski, trzymając ręce za sobą, stał przy oknie, 

przenosząc ciężar korpulentnego ciała z pięt na palce i z powrotem. — O czymś takim chyba nie 

słyszano w szkole pod żadną szerokością i długością geograficzną! 

—  Skąd  ci  to  przyszło  do  głowy,  Bigoszewski?  —  powtórzył  Kiero,  ale  było  to  raczej  pytanie 

retoryczne,  mające  na  celu  pokrycie  zakłopotania,  w  jakie  wprowadziło  go  nagłe  wtargnięcie 

pani Skoczelowej prowadzącej ucznia klasy szóstej A do gabinetu, gdzie omawiał pilną sprawę z 

nauczycielem geografii. 

— I patrz prosto w oczy panu kierownikowi! — napominała historyczka. — Miałeś odwagę nabroić, 

miej odwagę przyznać się, jak mężczyzna! 

Marcin podniósł głowę i spojrzał swoimi dużymi, ciemnymi oczami w oczy Kiera. Do czegóż miał 

się jeszcze przyznawać? Przecież o wszystkim, co „się wysypało", pani Skoczelowa opowiedziała 

na pewno już wczoraj — a z grubsza powtórzyła jeszcze raz przed chwilą. 

W gabinecie Kiera bywał rzadko i bez przyjemności — ale tym razem naprawdę nie odczuwał ani 

strachu,  ani  zawstydzenia.  Sam  z  tych  związkowych  pieniędzy  wiele  nie  skorzystał,  można 

sprawdzić,  a  jeżeli  chodzi  o  cele  związku,  wynikały  ze  szlachetnych  pobudek.  To  trzeba 

podkreślić. Zaczął: 

background image

— Więc, panie kierowniku, ja doprawdy nie wiem... dlaczego... tyle zamieszania... 

— Czy ja dobrze słyszę! —zawołała pani Skoczelowa, aż czarna grzywka podskoczyła jej na czole. 

— On to nazywa zamieszaniem! 

— ...bo ten związek miał cele wynikające ze szlachetnych pobudek. 

—  Ze  szlachetnych  pobudek!  —  przerwała  znowu  pani  Skoczelowa  wzburzona  do  głębi.  —  Masz 

odwagę wspominać tu szlachetne pobudki! I do tego z podniesioną głową! Spuść chociaż oczy ze 

wstydu! 

Marcin spojrzał na panią Skoczelowa, a potem na Kiera, podnosząc ładnie zarysowane brwi i jak 

gdyby pytając: co właściwie ma robić? 

Kiero wyciągnął chustkę do nosa i przyłożył ją do twarzy zakrywając podejrzane drżenie mięśni. 

Geograf szybko zwrócił się do drzwi mówiąc: 

— Ja... później... — i już go nie było. 

— Zaraz, hm... zaraz... — odchrząknął Kiero — to, widzę, dłuższa historia. Chodź no tu  bliżej, 

żebym cię dobrze słyszał. A pani, koleżanko, dziękuję bardzo i już nie będę zatrzymywał . Niech 

mi  pani  tylko  pomoże  i  przypomni  w  sekretariacie  o  naszych  miesięcznych  biletach 

tramwajowych. Tak, dziękuję, do widzenia. 

Pani Skoczelowa, zacisnąwszy wargi, opuściła gabinet, a Kiero zwrócił się do Marcina: 

— Słuchaj, Bigoszewski, znam cię nie od dziś, nie popisuj mi się krasomówstwem, tylko krótko i 

węzłowato: za co tak urządziliście Maciołajtyszewicza? 

— A czy myśmy go urządzili? Przecież lanie miał dostać Sobierajski, nie on. 

—  Bez  wykrętów.  Chłopak  posiniaczony,  jego  matka  u  mnie  była,  podobno  mu  całą  kurtkę 

podarliście... 

—  Bo  się  szarpał,  panie  kierowniku.  Ale  za  te  dwadzieścia  rurek  z  kremem  to  się  chłopaki 

wściekły na Sobieraja. A jak się zaczęła draka... 

— Nie rozumiem, jakie znowu rurki? 

—  No...  pan  kierownik  słyszał...  —  Marcin  niechętnie  udzielał  wyjaśnień  —  kto  należał  do 

związku, a złapał bombę, dostawał z kasy pięć złotych. Kiedy powstał związek, to były jeszcze 

lody. Za pięć złotych — duża porcja. A zimą — guma do żucia albo rurki, co kto chciał. Zawsze 

jakaś osłoda przed powrotem do domu, nie? A Sobieraj, to znaczy Sobierajski, za tymi rurkami w 

piekło  by  wlazł  i  naumyślnie  bomby  łapał.  Teraz  pan  kierownik  wie,  była  olimpiada,  wszyscy 

zajęci,  o  niczym  innym,  tylko  o  olimpiadzie.  I  Sobieraj  raz,  dwa,  całą  forsę  przeżarł.  Wczoraj 

Maciora... to znaczy Maciołajtyszewicz, złapał bombę z gegry, idzie do skarbnika, a ten mówi: 

„Obliż się smakiem, bo w kasie ani grosza". Więc Maciora na niego, że co on! Defraudację zrobił? 

A  Kostek,  to  znaczy  kasjer,  obraził  się  i  zawołał  chłopaków,  i  pokazał  książkę  kasową,  a  tam 

podpisów  Sobierajskiego  na  całe  czterdzieści  złotych!  To,  panie  kierowniku,  pan  by  też  nie 

wytrzymał. Jak to? W pięć dni czterdzieści złotych?! Więc Basiński powiedział: „Oddawaj forsę!" 

background image

—  a  Sobieraj  tylko:  „Wypchaj  się!"  No,  to  chłopaki...  i  ja  też,  wsoliliśmy  mu,  bo  jak  to:  całe 

społeczne  pieniądze  na  rurki  z  kremem?!  Sam  jeden?!  No  i  dalej  to  już  poszło  bardzo  prędko, 

naprawdę. Maciora dostał się w środek, a koledzy, co przylecieli później, myśleli, że to Maciora, 

bo Maciora też spust ma nie byle jaki. Więc zaczęli Maciorę... 

— I tak wszyscy na jednego? 

— Na dwóch, panie kierowniku, bo Sobieraj też zdrowo dostał, tylko że wiedział, za co, i nic nie 

mówił. A Maciora, faktycznie, pokrzywdzony i forsy za bombę nie dostał, i jeszcze... tego... 

— Od dawna ten związek działa? 

— Od jesieni. 

— Jaka była składka? 

—  Nieduża,  pięćdziesiąt  groszy  tygodniowo,  ale  chłopaków  było  coraz  więcej.  Inne  klasy  też 

chciały, mieliśmy filie w każdej klasie założyć. Tak się pięknie rozwijała ta społeczna praca... 

— Ty w roli prezesa, oczywiście. 

— Wybrano mnie, panie kierowniku — powiedział skromnie Marcin — nie mogłem się uchylać. 

— Powiedz mi, skąd ci wpadł taki „genialny" pomysł? — Kiero kiwał głową, może z podziwu? 

— Z życia, panie kierowniku. Raz Śruba z naszej klasy dostał bombę i szedł strasznie załamany do 

domu. Żal było patrzeć, bo Śrubę, jak tylko złapie bombę, ojciec leje. Więc Nemek Batorowicz 

zafundował mu duże lody. I po tych lodach Śruba się jakoś podniósł na duchu. Wtedy pierwszy 

raz tak mi coś błysnęło: żeby tak zawsze! Jak ktoś się załamie, żeby go jakoś podeprzeć, żeby 

mu po koleżeńsku rękę podać... 

—  Z  lodami...  Ach,  ty  ośle  dardanelski  —  westchnął  Kiero  —  rękę  podać...  pewnie...  to  brzmi 

bardzo  ładnie:  „Ulga  ofiarom  przemocy  ".  Wielkie  słowa!  Ale  teraz  chyba  rozumiesz,  że  taka 

pomoc przypomina raczej podstawienie nogi. Zastanów się. 

— Kto by mógł przypuszczać, panie kierowniku, że on te rurki tak lubi. 

— Jak teraz ze związkiem? 

— Już tylko po nim książka kasowa została!... A wszystko przez jednego obżartucha! 

— Co jaz wami mam! 

— A ja! Chłopaki mówią, że to świństwo, oszustwo, że już drugi raz nie dadzą się nabrać. A co ja 

mogę  zrobić?  Było  powiedziane:  za  bombę  —  piątak.  Kostek  płacił  i  brał  pokwitowanie. 

Formalnie — w porządku. A w środku — jakbym się mydlą najadł. I do tego pani Skoczelowa na 

mnie,  sam  pan  kierownik  widział:  „Podnieś  oczy!".  „Spuszczaj  oczy!"  Mnie  już  się  w  globusie 

kręci! 

— No, no, nie rozpuszczaj języka. Ty, Bigoszewski, uważaj! Opinii najlepszej nie masz... Ciągle 

ci się ten globus kręci nie tak, jak trzeba. Zastanów się. I musisz zlikwidować sprawę. Więc tak: 

do matki poszkodowanego — iść, wytłumaczyć i przeprosić. Z kolegą — załagodzić. Żebym jutro 

dostał raport. Rozumiesz? Skończyłem. Odmelduj się. 

background image

— Tak jest, panie kierowniku! — trzasnął obcasami Marcin, zręcznie obrócił się i wymaszerował z 

gabinetu. Cała szkoła wiedziała, że Kiero, były oficer, lubi czasem takie wojskowe zagrania. 

W  pierwszej  chwili  Marcin  poczuł  się  lekko  i  zaraz  za  progiem  pośliniwszy  palce,  przygładził 

starannie  rozdziałek  czupryny.  Rozprawę  z  Kierem  ma  za  sobą.  Kiero  lubi  dać  tak  coś  do 

gryzienia: „Zastanów się!" O raju! Nad czym się tu zastanawiać! Z Kostkiem wczoraj zrozumieli 

się w trzech słowach: pomysł był dobry, tylko nie dopracowany. Trzeba było lepiej uważać, kogo 

się do związku przyjmuje. 

Taki  Nemek  na  przykład:  nigdy  ani  jednej  dwói  nie  złapał,  a  składkę  regularnie  płacił.  Przy 

takich kasa pęczniałaby, można by przy końcu roku zorganizować coś dla wszystkich... 

— Na drugi raz najpierw statut porządnie obmyślimy — powiedział wczoraj Kostek, ale Marcin na 

razie miał dosyć wszelkich związków. Pięknie mu podziękowano za inicjatywę! I co z tego miał? 

Dwa  razy  duże  lody!  I  jeszcze  ma  przeprosić  matkę  Maciory!  A  czy  on  jeden  szarpał  się  z 

Maciorą?  Zniszczona  kurtka!  Wcale  nie  kurtka,  tylko  sweterek,  pożal  się  Boże,  jeszcze  chyba 

gorszy od tego, który Marcin po Wacku donasza, jeden rękaw sam się od razu rozwalił. 

— No co? — pytał Kostek czekając przed drzwiami klasy. 

— Mamy z Maciorą sprawę załatwić i przeprosić. 

—  Czy  ja  dobrze  słyszę?  —  zawołał  Kostek  zupełnie  jak  pani  Skoczelowa.  —  Kto  będzie  go 

przepraszać za to, że pchał się do draki i że mu przy sposobności wsolili! Ja — nie! 

— Przeprosić mamy jego matkę i wytłumaczyć. Kiero też ma pomysły: jemu się zdaje, że starym 

można coś wytłumaczyć! Ale niech tam, musimy to zrobić. 

—  My,  to  znaczy  kto?  —  dopytywał  Kostek  idąc  obok  kolegi  do  szatni  i  podejrzewając  coś 

nieprzyjemnego. 

— To znaczy: ja i ty. Trudno, zarząd musi pić piwo za wszystkich. To jest zapłata za nasze trudy 

— dorzucił z goryczą. 

— O rajciu! — westchnął Kostek i podrapał się w niemodną, świeżo ostrzyżoną na rozkaz matki, 

jasną  czuprynę.  —  Żeby  tylko  moja  mama  o  tym  się  nie  dowiedziała!  I  kto  to  wszystko 

wyszczekał? 

—  Dziś  w  szkole  była  matka  Maciory.  O  drace  Kiero  wie  od  niej,  ale  skąd  Skoczelowa  zna 

szczegóły o związku? Może od dziewczyn? 

—  Jak  była  ta  naparzanka  wczoraj,  dziewczyny  darły  się  wniebogłosy,  może  się  czegoś 

domyślały? Najwięcej Ewa Jagodzianka. Słuchaj — przystanął nagle Kostek — ona musi mieć coś 

na sumieniu, bo tak dziś trajkotała z Ireną i ciągle spoglądała w naszą stronę. 

— Jasne. Pamiętasz, jak na jesieni chciała koniecznie się do nas wepchać? 

—  Pamiętam.  Chciała  do  związku,  tylko  nie  wiedziała,  do  jakiego.  Myślała,  że  jak  jest  taka 

ładna, to już wszędzie się wepchnie. 

background image

—  Phi!...  Jaka  ona  tam  ładna!  —  Marcin  wyraził  wątpliwość  głosem,  który  zabrzmiał  trochę 

fałszywie. 

—  Wszyscy  tak  mówią  —  upierał  się  Kostek.  —  czy  na  akademii,  czy  jakaś  delegacja  —  zawsze 

ona. Dlaczego? Może przez te warkocze? 

— Pamiętasz, jak jej przygadałem o warkoczach i długim jęzorze? Uspokoiła się. 

— Ale od wtedy zaczęła ci uszami dokuczać. 

— Jeszcze ona za te uszy dostanie! — odgrażał się Marcin. — Ale... wiesz... Kiero powiedział do 

mnie „ośle dardanelski". Jak myślisz, co to miało znaczyć? 

— Normalnie. Kiero też musi coś takiego czasem powiedzieć, jak mu brakuje słowa,  nie?  A ty, 

Marcin, o tych uszach nie myśl więcej niż trzeba, bo wpadniesz w coś takiego... zaraz... coś tak, 

jak w kompot... Już mam: w kompleks! 

— To znaczy? 

— To znaczy, że ktoś powie: „deszcz pada", a ty będziesz myślał, że to o twoich uszach. 

Roześmieli się obaj i prawie j ednocześnie zauważyli Nemka stojącego przed jakąś wystawą. 

— Nemek, co ty się tak wleczesz? — zapytał Kostek. — Przecież już dawno wyszedłeś ze szkoły. 

— Tak sobie idę — mówił spokojnie Nemek — u nas obiad o czwartej, po co się spieszyć. 

— Ty masz jedwabne życie! — westchnął z zazdrością Kostek, pomyślawszy, ile to roboty czeka 

na niego w domu. A Nemka o nic głowa nie boli. 

Nemek  nie  pytał,  co  było  u  Kiera.  Już  taki  był:  spokojny,  małomówny,  powściągliwy.  Ale  ze 

spojrzeń, jakie z boku raz i drugi rzucał na Marcina, widać było, że interesuje go przebieg całej 

sprawy, więc Marcin powtórzył rozmowę i prosił nawet Nemka o radę. 

— Powiedz mi, jak ja mam z tą matką gadać? Nemek się uśmiechnął. 

— Zacznij tak: „Proszę pani", a dalej, zobaczysz,  poleci jak po maśle. Już ty sobie z gadaniem 

dasz radę, jestem pewny! 

Marcin z trudem ukrył zadowolenie, jakie mu sprawiły te słowa. 

 

II 

 

Tomek  Maciołajtyszewicz  mieszkał  na  Nowogrodzkiej  w  starym  przedwojennym  domu,  który 

jakimś  cudem  ocalał  z  wojennej  pożogi.  Stanęli  z  zadartymi  głowami  na  środku  niewielkiego 

podwórka. 

Zaczynało się zmierzchać, w jednym z okien u Maciołajtyszewiczów na drugim piętrze zapalono 

już światło. 

—  Najpierw  załatwmy  z  Maciorą  —  zdecydował  Marcin  —jemu  też  trzeba  wytłumaczyć.  Niech 

drakę  weźmie  na  rozum:  kto  się  bije,  ten  obrywa,  tak  jest  pod  każdą  szerokością  i  długością 

background image

geograficzną  —  zastosował  nie  bez  przyjemności  słowa  pana  Tomaszewskiego.  —  A  potem 

weźmiemy się za przepraszanie matki. Trudno. Kiero kazał, nie wykręcimy się. 

— Zawołajmy go — proponował Kostek — na podwórku swobodniej . 

— Dobrze — zgodził się Marcin i zawołał głośno w stronę okien na drugim piętrze: — Maciora! 

Okna były zamknięte, ale w obudowanym jak studnia podwórku głos zadudnił mocno. 

— Maciora! — krzyknął jeszcze głośniej Kostek. 

Nagle za plecami chłopców stanął jakiś mężczyzna — może dozorca? 

— Co to za krzyki? 

— A czy my krzyczymy? — zdziwił się Marcin. — Kolegę wołamy, i już. 

— Do mieszkania idźcie albo zabierajcie się  stąd!  — rozgniewał się mężczyzna. — Jeszcze będą 

mówić, że nie krzyczą! No! 

Musieli wejść na klatkę schodową. Naciśnięty guzik dzwonka zabrzęczał głośno, jak na alarm. 

Drzwi  otworzyła  kobieta.  Widocznie  umyła  przed  chwilą  głowę,  gdyż  owinęła  ją  kolorowym 

ręcznikiem, spod którego wysuwały się ciemne, wilgotne pasma. 

— O co chodzi? — zapytała zlekceważywszy ukłony chłopców. 

— My do Maciory... — powiedział Marcin. 

— Do kogo? — zapytała odsuwając ręcznik z ucha. 

— Do Maciory! — zawołał Marcin myśląc, że może nie dosłyszy. 

— Omyłka! — odkrzyknęła kobieta i już chciała zamknąć chłopcom przed nosem drzwi, kiedy za 

jej plecami dostrzegli w przedpokoju Tomka. 

—  Maciora!  My  do  ciebie!  —  wrzasnęli  obaj,  aż  przestraszona  osoba  z  ręcznikiem  na  głowie 

odsunęła  się  od  progu,  co  chłopcy  wzięli  za  zaproszenie  do  wejścia  i  z  czego  natychmiast 

skorzystali. 

— Maciora! Chcemy ci wszystko wyjaśnić. Ale może... Może byś z nami wyszedł. 

Teraz otworzyły się drzwi do pokoju i stanął w nich wysoki, tęgi mężczyzna, do którego Tomek 

był bardzo podobny — pewnie ojciec. 

—  Taak  —  odezwał  się  obrażony  Tomek  —  dziś  będziecie  wyjaśniać,  a  wczoraj  to  żeście  mnie 

sprali, jak nie wiem co! 

— Tomaszku! — jęknęła osoba w ręczniku. — To oni cię zbili?! Kto to jest? 

— To Bigos, a to Przegoń — pokazywał palcem Tomek — mówią, że przyszli wyjaśnić. 

—  Przepraszam  —  powiedział  grzecznie  Marcin  zwracając  się  do  pani  —  czy  pani  jest  matką 

Maciory? 

— Ja? Santa Madonna! Ja?! — dławiła się oburzeniem. —Czyją mam być matką?! 

— Co to za teatr, do jasnej katapulty! — krzyknął mężczyzna i zatrzasnął głośno drzwi od klatki 

schodowej, odcinając tym samym drogę ucieczki przestraszonym już teraz naprawdę chłopcom. 

— Co to za chłopaki? Gadaj mi zaraz, bo mnie tu chyba jasny szlag trafi! 

background image

— No, mówię prze... przecież — jąkał się pewno ze strachu Tomek — chłopaki z naszej klasy. 

— To oni wczoraj cię zbili? 

— Oni. Ten, Bigos, był prezesem związku. 

— Oni zmarnowali ci sweterek? — spytała groźnie matka Tomka. 

— Oni. —Ten, Kostek, zbierał składki. 

—  Maciora!  Mów  prawdę!  —  zawołał  Kostek  widząc,  że  sytuacja  staje  się  poważna.  —  Biło  cię 

kilkunastu, nie my jedni. 

—  Co  za  maciora?!  Zaraz  mi  powiedzcie,  co  to  za  maciora?!  —  denerwowała  się  pani 

Maciołajtyszewiczowa. — Santa Madonna! Ja tu zwariuję! 

— Maciora... to ja... — ociągając się wyjaśnił Tomek — tak mnie w szkole nazywają... 

— Bo, proszę pani... proszę pana... — pośpieszył z komentarzem Marcin — cały Maciołajtyszewicz 

byłoby za długo, niewygodnie, więc krócej: Maciora, i już. Mnie też... 

— Santa Madonna! Z kim ty się, zadajesz, mój Tomaszku! I zbili cię, i sponiewierali! A teraz do 

mieszkania  jeszcze  przychodzą!  Naigrawać  się  z  kolegi!  Z  jego  rodziców!  To  już  jest  szczyt 

bezczelności! 

—  Za  długo?,  Niewygodnie,  mówisz?  —  chrypiał  ojciec  Tomka  oglądając  się  za  czymś  po 

przedpokoju. Wreszcie chwyciwszy zza kaloryfera trzepaczkę, zaczął nią groźnie wymachiwać. — 

Ale wciągać niewinne dziecko do jakiegoś durnego związku, za ofermę... czy tam... za  ofiarę, 

składki  wycyganiać,  to  wam  nie  było  za  długo,  co?!  Ja  was  tu  zaraz,  do  jasnej  Hermenegildy, 

krótką drogą z drugiego piętra spuszczę! 

Marsz!!! 

Ostatniemu  słowu  towarzyszyło  głośne  szarpnięcie  drzwi  i  świst  przecinanego  trzepaczką 

powietrza. 

Droga  z  drugiego  piętra  na  ulicę  była  zadziwiająco  krótka.  Kostek  i  Marcin  gnali  przed  siebie, 

jakby im pan Maciołajtyszewicz dalej groził trzepaczką. Ochłonęli aż przy placu Trzech Krzyży i 

dopiero tu zorientowali się, że pobiegli w przeciwną stronę. 

—  No,  teraz  z  Maciorą  jesteśmy  kwita  —  oświadczył  Kostek.  —  To  on  wszystko  wy  chlapał 

jęzorem. 

—  Usprawiedliwiam  go  —  powiedział  Marcin.  —  Widziałeś,  jaki  zamach  miał  ten  ojciec?  Taki 

wszystko z człowieka wytrzęsie!... 

—  Te,  wariat!  Prosto  pod  autobus  się  pchasz!  —  krzyknął  Kostek  przytrzymując  przyjaciela  na 

chodniku. 

— Bo mi się globus całkiem skołował... Co ja Kierowi powiem? — otrząsnął się z wrażenia Marcin. 

Tak jak było umówione, Marcin z samego rana przed lekcjami zameldował się u Kiera. 

— Załatwione? 

— Załatwione, panie kierowniku. Trzepaczką. 

background image

— Co to znaczy? 

Marcin  krótko,  na  ile  taki  gaduła  jak  on  mógł  to  zrobić,  opowiedział  przebieg  zajścia, 

koloryzując tylko jego finał, to znaczy „opuszczenie z godnością mieszkania". 

— No tak — podrapał się w brodę Kiero — rodzice Maciołajtyszewicza są jeszcze tym wszystkim 

bardzo zdenerwowani. Może trzeba było poczekać kilka dni?... W każdym razie  zrobiłeś, co do 

ciebie należało. Skończone. Możesz odmaszerować. Tylko, Bigoszewski, proszę cię, na przyszłość 

zastanawiaj się więcej nad swoimi pomysłami. Dobrze?... 

Niewiele  było  czasu  w  tych  dniach  na  zastanawianie  się  nad  sobą.  Do  klasy  szóstej  A  przyszła 

nowa  nauczycielka  i  zarazem  wychowawczyni,  pani  Pucek,  od  razu  nazwana  „Pucią".  Miała 

zastąpić panią Bogdańską, polonistkę, która  wyjechała do Lilie, górniczego okręgu Francji, aby 

tam uczyć dzieci polskich górników. 

Drobna, szczuplutka, na pauzach ginęła wśród starszych i co roślejszych uczennic. Pracowała w 

szkole pierwszy rok, ale ucząc w starszych klasach miała ugruntowany już autorytet. 

—  Babka  w  dechę,  tylko  trochę  nieżyciowa  —  oświadczył  zapytany  przez  Basińskiego  uczeń  z 

ósmej B. 

— Nieżyciowa? — zastanawiano się w szóstej. — Co to właściwie znaczy? 

— Czy to dla nas lepiej, czy gorzej ? — dopytywał praktyczny Kazik Piątkowski. 

— Pani Bogdańską była dla nas taka dobra! — żałowały dziewczynki. — Jaka ta będzie? 

Pierwsza godzina wychowawcza wypadła na samym końcu tygodnia. 

Spodziewano się jakiegoś wykładu na temat jednej z uczniowskich cnót, czyli „flaków z olejem", 

jak określał to  Marcin,  który, jak zwykle w  sobotę, nie mógł usiedzieć  na ostatniej godzinie w 

ławce. 

Ale było zupełnie co innego. 

—  Czy  macie  jakieś  swoje  hobby?  —  spytała  pani  Pucek  przysiadając  lekko  na  szkolnym  stole, 

jakby  tą  pozycją  chciała  przekreślić  całe  sztuczne,  oficjalne  skrępowanie  pierwszej  gawędy  z 

klasą. 

— Hobby? Zaczyna się od hobby? — odezwały się zdumione szepty w różnych punktach klasy. 

— Kostek już od dwóch lat zbiera znaczki, a także wiadomości o zaginionych skarbach — wyrwał 

się Marcin. — No, Kostek, powiedz sam. Ja mam za ciebie gadać? 

Kostek nie kwapił się do zabierania głosu. Nigdy się z tym nie spieszył, a cóż dopiero przed nową 

nauczycielką, która wygląda, owszem, jakby jeszcze nikomu bomby nie wlepiła, ale to o niczym 

nie  świadczy,  może  się  jeszcze  okazać  osobą  bez  żadnej  litości,  jak  Tomasz  czy  Skoczelowa. 

Lepiej się nie pchać na pierwszego. 

Nauczycielka widząc, że poza Marcinem nikt głosu nie zabiera, oświadczyła: 

— To może najpierw ja wam opowiem, jakie jest moje hobby? 

background image

—  Dobrze!  Tak!  Tak!  —  zapiszczały  dziewczyny,  a  Basior,  siedzący  na  ostatniej  ławce  z 

Piątkowskim, zapytał szeptem: 

— Gramy? Będzie gadanie. Dawaj karty! 

— Czekaj — odszepnął niecierpliwie Piątkowski — może coś ciekawego? 

— Eee — Basior wyraził miną lekceważenie — to ja się biorę za kryminał. 

—  Moje  hobby  to  klucze  —  mówiła  nauczycielka.  —  Zaczęło  się  parę  lat  temu,  kiedy  dostałam 

mieszkanie.  W  przedpokoju  między  dwojgiem  drzwi  był  pasek  ściany,  na  którym  chciałam  coś 

powiesić,  jakoś  go  ozdobić,  bo  wchodząc  do  przedpokoju  musiało  się  właśnie  na  to  miejsce 

spojrzeć.  I  wtedy  przypomniałam  sobie,  że  moja  babcia  ma  taki  piękny  klucz,  ręcznej, 

kowalskiej roboty. Już dawno ani tych drzwi, które ten klucz otwierał, ani tego domu, w którym 

te drzwi były — nie ma. To była pamiątka. Więc z trudem, ale udało mi się ten klucz od babci 

wycyganić  i  powiesiłam  go  u  siebie.  Potem  przyjaciółka  przyniosła  mi  drugi  klucz,  też  z 

oryginalnym  uchwytem.  Sama  w  jakimś  sklepie  żelaznym  wyszperałam  trzeci,  no  i  do  tej  pory 

mam już siedem. Wszystkie są bardzo ładne. 

—  Proszę  pani  —  odezwał  się  Sobierajski—  u  nas  jest  bardzo  dużo  kluczy,  które  do  niczego  nie 

pasują.  Mama  się  tylko  złości,  że  żadnej  szuflady  i  tak  nie  można  zamknąć,  i  zawsze  chce  te 

klucze wyrzucić... może ja pani przyniosę? 

—  Dziękuję  ci  bardzo  —  roześmiała  się  nauczycielka  —  ale  ja  zbieram  tylko  stare  klucze,  takie 

jakich już nigdzie nie ma. 

— Jak ich nigdzie nie ma, to chyba nie można ich znaleźć —wyraził swoją wątpliwość Kostek, a 

pani Pucek znowu się roześmiała. 

— Piątka z logiki! Masz rację, powinnam była powiedzieć: jakich już nigdzie nie używają. 

Teraz  Kostek  opowiedział  o  swoich  znaczkach.  Zbiera  tylko  stemplowane  i  tylko  europejskie. 

Najpierw zbierał wszystkie, ale na to trzeba by mieć wiele klaserów. Więc trzyma się Europy. 

— Pani Bogdańska obiecała  napisać do mnie list  — mówiła nauczycielka — może będzie  na nim 

ciekawy znaczek, to ci go oddam. 

—  Dobrze  —  ucieszył  się  Kostek.  —  A  jak  ja  zobaczę  gdzie  taki  klucz,  to  go  też  dla  pani 

wycyganię. 

Nikt  już  teraz  nie  krępował  się  mówić  o  swoich  „konikach".  Okazało  się,  że  chłopcy  zbierali 

nalepki od zapałek, pudełka od papierosów, kamienie; dziewczęta — zdjęcia aktorów i aktorek, 

zielniki,  autografy.  Nemek  Batorowicz  zbierał  różne  wiadomości  o  „naj".  Drugi  zeszyt  już 

zapisywał. Pani bardzo się podobało jego hobby i obiecała pamiętać, jeżeli gdzieś przeczyta lub 

usłyszy o jakimś „naj". 

— Wydaje mi się, że od razu trochę lepiej poznałam was —mówiła pani Pucek. — Bo wiedzieć, co 

kogo interesuje, co kto lubi, to już bardzo dużo. Ale jeden z was nie zabierał wcale głosu, ten, 

co tak cicho siedzi na ostatniej ławce. Jak się nazywasz? 

background image

— To Basior! Basiński! Basior! — sypnęły się informacje ze wszystkich stron. 

—  Basiński!  Czy  ty  nie  masz  swojego  hobby?  Opowiedz  nam  o  tym,  co  cię  interesuje  poza 

lekcjami, co lubisz? 

Basiński  oderwany  nagle  od  mrożącej  krew  w  żyłach  „Tajemnicy  czarnej  walizy",  oczekujący 

właśnie  jej otworzenia przez Rudego Joe, który niecierpliwie przymierzał do zamka kluczyk za 

kluczykiem,  słysząc  swoje  nazwisko  podniósł  się  odruchowo  z  miejsca.  Patrzył  wkoło 

nieprzytomnymi  oczami,  nie  rozumiejąc,  skąd  nagle  znalazł  się  w  klasie,  skoro  przed  chwilą 

siedział w przedziale ekspresu przemierzającego wrzosowiska Szkocji. 

— No, Basior — podpowiedział ktoś z boku — mów, co lubisz! 

Co lubisz, no?... 

— Ja... — zebrał przytomność Basiński — ja najwięcej lubię... pomidorową z kluskami. 

Śmiano  się  z  Basińskiego  długo,  razem  z  nauczycielką.  Śmiał  się  nawet  sam  Basiński,  kiedy 

zrozumiał, o co chodzi. Ale o prawdziwym swoim hobby już nie zdążył powiedzieć. Przeszkodził 

dzwonek. 

Po opuszczeniu klasy przez nauczycielkę, kiedy szybko zbierano teczki i wybiegano z klasy, Ewa 

Jagodzińska odezwała się znacząco do siedzącego jeszcze w ławce Nemka: 

—  Nemek!  Jak  będziesz  chciał  wpisać  do  swojego  zeszytu  „największe  i  najbardziej  odstające 

uszy" — to ja ci podam nazwisko ich posiadacza. Wiadomość pewna, może być z fotografią. 

Ci, co słyszeli, zrozumieli od razu, o kogo chodzi. Kazik Piątkowski zawołał: 

— Bigos! Pozwolisz tak sobie? 

Marcin już pędził do Ewy, ale ona stojąc w progu klasy przewidziała reakcję kolegi i w mgnieniu 

oka zniknęła. Nie było po co gonić. 

W szatni zastali jeszcze sznurującego obuwie Tomka Maciołajtyszewicza. 

— Te, Maciora — powiedział Marcin — żebyś wiedział, że z tobą jest wszystko na gładko: dostałeś 

niechcący, szarpałeś się, to ci się coś tam podarło, zwyczajna rzecz. Żalu do ciebie nie mamy. 

Rodzicom wytłumaczyliśmy. No więc gładko jak stół. 

— Te, Bigos, mama powiedziała, że macie mnie tak więcej nie nazywać — odpowiedział Tomek. 

— Bo maciora to świnia z prosiakami, a ja nie jestem świnia z prosiakami! 

— Racja. Każdy, co ma oczy, widzi, że ty, Maciora, jesteś zupełnie co innego. I nie przejmuj się. 

Musimy  cię  tak  nazywać,  bo  już  nie  możemy  inaczej.  Rozumiesz,  Maciora?  Przecież  jesteś 

Maciora od pierwszej klasy. Jak się od tego odzwyczaić, pomyśl! 

— Mnie nie przeszkadza, ale mama... 

— O, tak! Rozumiemy cię. Łatwego życia nie masz. 

— A mama u Kiera dzisiaj też była — rzucił nieoczekiwanie Maciołajtyszewicz. 

— Co ty mówisz?! I co?! — zainteresowali się żywo Kostek i Marcin. 

— Nie wiem, wyszła niezadowolona. Powiedziała, że mnie z tej szkoły zabierze. 

background image

— Nie daj się, Maciora. Inne szkoły są jeszcze gorsze. A ty jesteś fajny chłop! No, głową do góry, 

idziesz? 

—  Dobrze  wam  mówić  —  odpowiedział  ponuro  Maciora  —  a  mnie  ojciec  przez  cały  tydzień  w 

telejajko zabronił patrzeć. Za ten „Związek Ulgi". Powiedział, że mi na cały tydzień ulży. 

— A jak go w domu nie ma? 

— Mama pilnuje. 

— Cały tydzień bez telejajka! To okrucieństwo! — westchnął Marcin. 

 

III 

 

Pani  Pucek  skończyła  pisać  na  tablicy  tytuł  wypracowania,  odłożyła  kredę  i  odwróciła  się  do 

klasy  otrzepując  ręce  z  kredowego  miału.  Zobaczyła  język  Piątkowskiego  wywalony  w  stronę 

Marcina i roześmiała się: — Jeszcze sobie języki pokazujecie? 

Wypracowanie miało tytuł: Gdybym miał czapkę niewidkę... 

Ucieszone  dziewczyny  pochlebiały  nauczycielce,  że  przepadają  za  takimi  tematami,  bo  można 

napisać, co kto chce i tym podobne. 

—  Nie  podlizujcie  się!  —  zawoła  Basiński.  —  Niech  im  pani  nie  wierzy  —  wszyscy  się  cieszą  z 

takiego tematu, bo to po prostu łatwiejsze i już... a nie tam żadne zalewanie... 

—  Czy  łatwiejsze?  —  zapytała  jakby  samą  siebie  nauczycielka.  —  W  takim  wypracowaniu 

przywiązuj  ę  dużą  wagę  nie  tylko  do  poprawności.  Postarajcie  się  ładnie  wypowiedzieć  swoje 

myśli.  No  i  najważniejsze:  zastanówcie  się,  do  jakiej  to  sprawy  użylibyście  czarodziejskiej 

czapki... 

Ale Marcin, ten w gorącej wodzie kąpany Marcin, nie zastanawiał się długo. 

„Gdybym miał czapkę niewidkę, to przede wszystkim nakładłbym Jagodziance, że ciągle o tych 

moich uszach... To byłoby sprawiedliwe". 

Tu zatrzymał się, przeczytał i zaczął gryźć długopis. 

„Sprawiedliwe — myślał — ale głupio, bo nakłaść jej mogę i bez czapki niewidki..." 

Na nowej kartce napisał powoli i ładnie tytuł. Po paru minutach zaczął: 

Gdybym  miał  czapkę  niewidkę,  poszedłbym  najpierw  do  dyrektora  zjednoczenia,  w  którym 

pracuje mój tata. Stanąłbym za jego krzesłem i mówiłbym, a dyrektor, który nie wierzy przecież 

w duchy, myślałby, że to jego sumienie. 

„Inżynier  Bigoszewski  to  pracownik  na  wagę  złota.  Jak  on  dba  o  te  buraki,  o  te  kontraktacje! 

Rodzina  go  mało  widzi,  dzieci  tęsknią,  żona  ledwo  sobie  daje  z  chłopakami  radę,  a  on  tylko  o 

burakach myśli, bo buraki — to cukier. Trzeba mu dać Złoty Krzyż Zasługi!" 

Potem poszedłbym za sumienie do dyrektora mamy i szepnąłbym: 

background image

„Bigoszewska — perła wśród sekretarek. Nie spóźnia się nigdy, nigdy o niczym nie zapomni. Bez 

niej zginąłbym i utonął w nie załatwionych papierach. Pomyślmy dla niej o premi". 

A kiedy już miałbym tych dwóch dyrektorów z głowy, to wszedłbym do naszego pana kierownika 

i powiedziałbym też za sumienie, ale krótko: 

„Bigoszewski z szóstej A to pomysłowy chłopak. Nie zawsze trafia w dziesiątkę, ale widać, że to 

głowa na tranzystorach". 

O  ludzkości  w  ogóle  to  na  razie  nie  myślałbym  nawet  w  czapce  niewidce.  Bo  niedawno 

pomyślałem, ale mi nie wyszło. 

Szli ulicą Królewską, po wyjściu z Saskiego Ogrodu, gdzie zgodnie z zaleceniem pani Skoczelowej 

oglądali  pomnik  Marii  Konopnickiej,  kiedy,  z  niedozwoloną  chyba  szybkością,  przejechał  obok 

nich nowy lśniący wóz. 

— Chevrolet! Widziałeś? — zawołał Kazik. — Ale pruje! 

— Nie chevrolet, tylko cadillac — patrzył za uciekającym samochodem Marcin. 

— Figa! 

— Chcesz się założyć? O pięć gum, trzymasz? 

— Pięć? Nie, dziesięć! 

— Dobra, niech będzie dziesięć—zapalał się Marcin. —Trzymasz? 

— Trzymam, ale najpierw złap samochód. Jak go dogonisz? 

— Spokojna głowa. Staje przed „Europejskim". Lećmy! Wóz zatrzymał się rzeczywiście u wejścia 

do hotelu. Kiedy zbliżali się do niego, Marcina ogarnęło nieprzyjemne uczucie. 

„Po  co  zakładałem  się  o  dziesięć  gum,  wystarczyłoby  pięć...."  —  pomyślał  i  już  wiedział,  że 

będzie płacić. 

— No, kto wygrał? — niepotrzebnie pyta Kazik, z trudem ukrywając zadowolenie. 

— Dobra jest, masz u mnie dziesięć gum — odpowiedział z nonszalancją Marcin. 

— Kiedy? 

— Co, kiedy? — Marcin z niezwykłą uwagą oglądał chevroleta stojącego obok taunusa. 

— Nie wygłupiaj się! Kiedy te gumy oddasz? 

—  Oddasz,  oddasz!  —  powtórzył  Marcin  z  drwina,  przez  którą  przebijała  złość.  —  Zupełnie, 

jakbym ci je zabrał albo od ciebie pożyczył! 

— Pożyczył nie pożyczył, a co przegrane, to święte! Trzeba się było nie zakładać. 

— Dobra jest! Masz tu dwie — Marcin wygrzebał z wewnętrznej kieszeni ostatnie, jakie mu miały 

starczyć do końca tygodnia. — Resztę dostaniesz po niedzieli. No, ja wracam. 

— Jak to? Nie pójdziemy zobaczyć, co grają w „Kulturze"? 

— Chcesz wiedzieć, to kup „Express" albo „Życie". Nie wygrałem butów na loterii. Wracam. 

— Nie wygrałeś, ale pilnuj się, żebyś ich nie przegrał. Ty, Marcin, lubisz grać, oj, lubisz! 

— Nie martw się o mnie. Cześć! — i Marcin zawrócił szybko w stronę Marszałkowskiej. 

background image

„Osioł,  osioł  ze  mnie  kwadratowy!  —  wymyślał  sobie  wściekły.  —  Pojutrze  niedziela,  a  więc  i 

tygodniówka. Starczy na cztery gumy, a gdzie reszta? A wydatki tak zwane bieżące?  A Kazik  — 

świnia! Dobrze zauważył markę wozu i dlatego mnie podbechtał na podwójną stawkę. Szedł na 

pewniaka.  Dobrze  mi  tak!  Po  co  się  z  nim  pętam?  A  mama  na  ludziach  się  nie  zna.  Jak  Kazik 

przyjdzie mnie wyciągnąć na miasto, pozwala. A jak Kostek, to zaraz: «Z kim ty się zadajesz?» A 

Kostek sto razy więcej wart niż Kazik. Kostek jest... no, Kostek jest fajny, i kropka. A Kazik — e, 

ten  cały  Kazik!...  Skąd  ja  mu  wezmę  jeszcze  osiem  gum?  Co  za  pech!  Że  też  musiał  mi  ten 

samochód wleźć w oczy! I po co? Tfu! Dość tego. Najlepiej oddać mu od razu. Mieć to z głowy, 

bo ciągle będzie się upominać. O, taki nie zapomni!... Wkład do długopisu może mi da Wacek, a 

parę  groszy  wycyganię  od  Piotrusia.  Aby  do  przyszłej  soboty.  Jakoś  to  zleci.  Grunt  się  nie 

przejmować..." 

Odetchnął głęboko. Zdawało mu się, że z ulgą, ale to było złudzenie. Gdzieś tam w głębi piersi 

przyczaił się niepokój, gotów każdej chwili spuchnąć do poważnych rozmiarów. 

Starannie, jak to lubiła mama, wycierał nogi na kokosowej słomiance pod drzwiami. Jeszcze nie 

skończył, nie zdążył sięgnąć do dzwonka, a już otworzyły się drzwi i w półciemnym przedpokoju 

ukazała się okrągła twarz Piotrusia, młodszego brata. 

— Co? Stało się co? — dziwił się Marcin. 

— Nie, nic, tylko czekam na ciebie i czekam, a u mamy jest pani Szeleścina. I wciąż opowiada... 

Wizyta  pani  Szeleściny  wymagała  ogromnej  cierpliwości  ze  strony  mamy,  gdyż  cały  jej  ciężar 

spadał na nią. Ojciec w tygodniu wyjeżdżał często w teren, w niedzielę zaś pani Szeleścina nie 

przychodziła nigdy. „Niedziela to dzień rodzinny —mówiła — nikt nie proszony nie powinien jej 

zakłócać". Wyraz „nie proszony" wymawiała z naciskiem, a potem czekała przez chwilę, możejia 

to zaproszenie, na które jakoś nikt nie mógł się zdobyć, nawet mama, o której pani Szeleścina 

mówiła, że jest „za dobra". 

Siebie pani Szeleścina zaliczała do osób ciężko dotkniętych losem. Rzeczywiście, mąż jej umarł, 

syn  źle  się,  wbrew  jej  radom,  ożenił,  mieszkał  w  Olsztynie,  przysyłał  rzadko  parę  złotych,  a 

przyjeżdżał  jeszcze  rzadziej.  Córka,  prześliczna  dziewczyna,  „nie  miała  szczęścia".  Ciągle 

zmieniała  miejsce  pracy,  bo  chociaż  zdaniem  matki  była  wyjątkowo  zdolna,  inteligentna  i 

pracowita,  zarabiała  grosze,  które  zaledwie  starczały  jej  na  ubranie  —  a  ubrana  przecież  do 

pracy musiała być przyzwoicie. 

Tak więc utrzymanie dwuosobowego domu spoczywało całkowicie na głowie pani Szeleściny. Jak 

sobie  radziła?  Pilnowała  mieszkań,  których  właściciele  wyjeżdżali  na  urlop,  podlewała  kwiatki, 

opiekowała  się  małymi  dziećmi,  a  nawet  brała  do  domu  psy  lub  koty  osób  chwilowo 

nieobecnych. I tylko w dni, kiedy nic jej się nie trafiało, wpadała na chwilkę do kogoś, kto znał 

ją z lepszych czasów. 

background image

Chwilka zwykle przedłużała się w nieskończoność. A przecież każdy miał swoje kłopoty, robotę, 

której nie można było odłożyć do jutra, a także prawo do kilku minut spokoju, to znaczy, jak u 

mamy, posłuchania radia z igłą w ręku. Toteż od niedawna, był to pomysł Wacka, umówiono się, 

że  w  razie  bardzo  przedłużającej  się  wizyty  pani  Szeleściny  zadziała  „pogotowie  ratunkowe": 

mamę powiadomi się o rzekomo nie cierpiącej zwłoki konieczności wyjścia. 

Ale teraz ani Wacka, ani ojca nie było. 

— Biedna mama! Już nic nie mówi, tylko słucha i słucha. I pewno ją ząb zaczyna boleć, bo ma 

taką minę... 

Przez wpółuchylone drzwi do pokoju chłopców słychać wyraźnie: 

— ...i niech sobie pani wyobrazi, mówiłam Zosi, że to kolor nie dla niej, że nie będzie tej sukni 

nosić  —  gdzież  tam,  czy  to  ona  mnie  słucha!  Wyrzuciła  tyle  pieniędzy  jak  za  okno!  A  teraz 

sukienka wisi w szafie, ani razu w niej nawet nie wyszła. Tyle pieniędzy! Ile by za to było cuk... 

Tu pani Szeleścina zatrzymała się nagle, aż mama spojrzała na nią pytająco. 

— No... choćby cukru... — dokończyła zażenowana — albo masła... albo i mięsa na obiad... Ale 

na dom Zosia nie ma ani grosza, co to, to nie... — pozwoliła sobie na gorycz, co jej się 

rzadko zdarzało. 

— Zawsze podziwiam, jaka pani jest dzielna. Jak pani  sobie daje  radę z utrzymaniem domu  — 

powiedziała mama. 

—  Ach,  doprawdy,  cóż  ja!  Robię,  co  mogę.  I  syn  przysyła  mi  coś  od  czasu  do  czasu.  Niewiele, 

rozumie pani, bo synowa... Dzieci mam przecież dobre, bardzo dobre. Tylko charaktery zawsze 

miały takie jakieś... trudne. I to zostało im do dzisiaj, tak... do dzisiaj... 

Pani Szeleścina westchnęła głęboko i jakby odganiając przykre, natrętne myśli, zwróciła się do 

gospodyni: 

— Pani ma udane dzieci! Co to za szczęście! 

—  Tak!  —  Marcin  widział  przez  drzwi,  do  których  ostrożnie  podszedł,  jak  mama  uniosła  znad 

szycia głowę, a w jej głosie zabrzmiała duma: — Wacek to naprawdę wzorowy chłopiec. Uczy się 

wspaniale. Czyta mnóstwo i same poważne książki. Głupstwa mu nie w głowie. A przecież w tym 

wieku... pani rozumie... 

— O! Jeszcze jak rozumiem! Ile to pokus wkoło! 

— A mój Wacek: tylko szkoła i dom. Czasem to aż sama namawiam go, żeby do teatru poszedł 

albo do kina... A znowu Piotruś to po prostu aniołek. Tak mi pomaga, tak się troszczy! 

Marcin  uniósł  wysoko  brwi  patrząc  na  młodszego  brata  i  wyrażając  w  ten  sposób  swój  cały 

sceptycyzm co do opinii mamy. Piotruś nie mógł ukryć zadowolenia. 

— A średni? — zapytała pani Szeleścina. Nawet ona zauważyła, że mama pominęła średniaka. 

— Marcin? — Teraz mama westchnęła. — Dobry chłopiec, ale... niestety... trudny... 

background image

—  Trudny  charakter?  —  podsunęła  skwapliwie  pani  Szeleścina,  a  w  głosie  jej  dała  się  nawet 

słyszeć jakaś nuta ulgi. 

—  Powiedziałabym  raczej  —  z  namysłem  tłumaczyła  mama  —że  to  chyba  brak  charakteru.  Nie 

pamięta, jak coś obieca, nie myśli o innych, nie umie zmusić się do jakiejś systematyczności, do 

porządku, zawsze wszystko na ostatnią chwilę, na łapu—capu... 

— Zupełnie, zupełnie jak mój Józek w tym wieku! — stwierdza ze współczuciem pani Szeleścina. 

— Kropla w kroplę! I nie chcę pani martwić, pani Mario, ale to mu już zostało na zawsze. Na całe 

życie... 

— E, z Marcinem tak źle chyba nie będzie, co też pani mówi! Jak tylko tę najpilniejszą robotę 

zepchnę z głowy, zajmę się nim więcej, przypilnuję. 

Marcin o mało nie zgrzytnął zębami. Tylko mu tego jeszcze potrzeba, żeby się mama nim zajęła! 

Jakby  i  do  tej  pory  nie  robiła  tego  w  nadmiernym  stopniu!  I  co  mu  zarzucają?  Że  nie  myśli  o 

innych? Nieprawda! Zaraz da tego dowód. 

— Może jeszcze herbaty? — pytała mama. 

—  Dziękuję,  świetna  herbata,  ale  już  doprawdy,  dosyć  —broniła  się  niezbyt  mocno  pani 

Szeleścina  i  mama  na  pewno  przyniosłaby  następną  szklankę,  gdyby  do  pokoju  nie  wkroczył 

Marcin. 

— Dobry wieczór — szurgnął nogami w stronę gościa. — Mamusiu, przepraszam, ale administrator 

mnie spotkał na schodach i mówił, żeby mamusia zaraz przyszła, bo właśnie mają zadecydować 

o tym boisku na siatkówkę! I że to pilne. 

—  Co  ty  mówisz?  Już  dzisiaj?  —  zdziwiła  się  mama.  —  O,  nowy  administrator  to  energiczny 

człowiek!  Pani  Ludwiko  —zwróciła  się  do  wstającej  i  zbierającej  swoje  okulary  i  torebkę  pani 

Szeleściny — pani mi nie weźmie za złe?... 

Kiedy za gościem zamknęły się drzwi i mama zaczęła składać szycie, Marcin oświadczył z dumą: 

Żadnego  administratora  nie  spotkałem.  Tylko  rozumie  mamusia:  „pogotowie  ratunkowe"...  bo 

już  mi  się  zdawało...  Czekał  na  podziękowanie,  ale  spotkał  go  zawód  —  Bardzo  cię  proszę  — 

oświadczyła mama ostro — abyś nigdy więcej, słyszysz: nigdy nie urządzał mi podobnych historii! 

No, przecież... — jąkał zdetonowany Marcin. 

Mama  ciągle  jeszcze  była  rozgniewana  —  Za  dużo  sobie  pozwalasz.  Oj,  muszę  ja  się  za  ciebie 

wziąć. Dopiero teraz wróciłeś? Znowu nie zdążysz odrobić lekcji. Zabieraj się do nauki!  — Jeść 

mi się chce. 

_ To weź sobie herbaty. W lodówce są kotlety z obiadu. Do kuchni za Marcinem wszedł Piotruś. 

Przyglądał  się  jedzącemu  bratu,  milczał.  Widział,  że  Marcin  jest  zły.  Wolał  być  ostrożny  i  nie 

narażać się. Czekał przecież na niego cierpliwie nie tylko z powodu braterskich uczuć Na jutro 

miał przynieść do klasy rysunek: „Wiosna w parku". A z rysunkami szło mu bardzo ciężko. Liczył 

na pomoc Marcina. 

background image

Marcin pomógł, owszem, może nawet w większym stopniu, niż życzyłaby sobie tego Piotrusiowa 

pani.  Ale…  to  arcydzieło  na  którym  nie  brakło  ani  świeżej,  wiosennej  zieleni,  ani  mnóstwa 

powracających z ciepłych krajów ptasząt, ani wyglądających z trawy fiołków, kosztowało... całe 

cztery złote. Kiedy zdumiony żądaniem brata Piotruś jęknął: 

— Nigdy dotąd... — Marcin mu przerwał: 

— Nigdy nie miałem takiego noża na gardle. 

Piotruś  z  niepokojem  spojrzał  na  brata  i  ze  ściśniętym  sercem  wydostał  z  szuflady  blaszane 

pudełko  po  sproszkowanej  kawie  —  swoje  podręczne  PKO.  Operacji  otwierania  pudełka  Marcin 

nie widział. Brat zazdrośnie odwrócił się do niego plecami. Ale dzwoniło obiecująco. 

Marcin  winszował  sobie  pomysłu.  Tym  sposobem  następne  dwie  gumy  miał  z  głowy.  Wyrzutów 

sumienia  me  odczuwał,  przecież  to  była  po  prostu  zapłata  za  uczciwą  pracę.  Piotrek  jutro 

dostanie za rysunek piątkę, a cztery złote za piątkę każdy by dał chętnie. 

Odrobił  lekcje,  umył  ręce,  zjadł  kolację,  nie  zapomniał  nawet  o  wyrzuceniu  śmieci  do  zsypu  i 

brał się właśnie do spakowania teczki: rankiem spieszył się i zapominał zawsze o połowie rzeczy. 

Wszystko to robił mamie na złość, aby zaprzeczyć jej rozmowie z Szeleściną. Mama patrzyła na 

niego  od  czasu  do  czasu,  ale  czy  spostrzegła  to  niecodzienne  zachowanie?  Była  pochłonięta 

jakimiś  obliczeniami,  coś  jej  się  nie  zgadzało,  sprawdziła  pieniądze  w  portfeliku,  wyjęła 

wszystko z torebki szukając drobnych. Nagle zawołała: 

— Piotrusiu! Chodź no tu na chwilkę. 

Piotruś wyszedł z łazienki ze szczotką do zębów w ręku i białymi wąsami na buzi. 

— Dobrze, skończ się myć — powiedziała mama — a potem, proszę, rozmień mi dziesięć złotych. 

— Dziesięć? — przeciągle powiedział Piotruś. — Ja mam tylko osiem. 

— Jak to, przecież miałeś uskładanych dwanaście złotych. Więc co się stało? 

—  Tak...  ale...  ale...  —  Piotruś  stał  czerwony  jak  ogień,  białe  smugi  pasty  zbielały  jeszcze 

bardziej.  Starszy  brat  za  plecami  matki  dawał  mu  rozpaczliwe,  nakazujące  milczenie,  znaki. 

Niestety, siedzący przy stole Wacek rzucił krótko: 

— Marcin od niego wyłudził. 

— Czego milczysz? Piotrusiu, mów mi zaraz: kto od ciebie wziął cztery złote? Marcin? — w głosie 

mamy brzmi hamowany gniew. Piotruś bez słowa kiwnął potakująco głową. 

— A mówiłem: wyłudził! 

— Tylko nie „wyłudził", tylko nie „wyłudził"! — bronił się wściekły Marcin. — Jak nie wiesz, za co 

je wziąłem, to się nie wtrącaj! 

— A za co je wziąłeś? — pytała mama. 

Teraz dopiero Marcin spostrzegł, że palnął głupstwo. I do lego zasypał młodszego brata. 

background image

Piotruś  z  mokrą  od  łez  twarzą  siedział  nad  rysunkiem,  za  który  już  chyba  nie  dostanie  piątki. 

Mama  wzięła  krople  na  serce.  Ich  mocny  zapach  unosił  się  w  powietrzu.  Wacek  od  czasu  do 

czasu podnosił głowę znad książki i rzucał młodszemu bratu spojrzenie pełne pogardy. 

Marcin  milczał  z  zaciśniętymi  zębami.  O mało  nimi  nie  zgrzytał.  Skąd  wziąć  pieniądze?  Jak  się 

pozbyć tego przeklętego długu? Nie przeszkodziło mu to szybko zasnąć, ale ostatnią jego myślą 

było: „Gdyby się z kim założyć i wygrać choć z dziesięć złotych, miałbym kłopot z głowy. Ale z 

kim? Ale o co?..." 

 

IV 

 

Pomnik  Konopnickiej  obejrzeli  wszyscy  oprócz  Ireny,  której  zachorowała  matka,  więc  trzeba 

było i do apteki biegać, i zająć się domem. 

Pani  Skoczelowej  nie  zaspokoiło  to  osiągnięcie,  które  świadczyło  przecież  o  zdyscyplinowaniu 

klasy, ale jeszcze chciała, żeby się każdy „wypowiedział". 

—  O  raju!  Flaki  z  olejem!  Zadania  odrobiłeś?  Pokaż!  —  szepnął  Kostek  i  wziąwszy  od  Marcina 

zeszyt  do  matmy  umiejętnie  zaczął  odwalać.  Umiejętnie,  to  znaczy:  lewą  ręką,  na  siedzeniu 

ławki,  przytrzymywał  zeszyt  Marcina  i  palcem  posuwał  po  nim,  w  miarę  przepisywania  do 

rozłożonego na kolanach własnego zeszytu. Co chwila przy tym niewinne szare oczy, napełnione 

ogromną dozą zainteresowania, przenosił z nauczycielki na odpowiadającego i odwrotnie. Robiło 

to jak najlepsze wrażenie i pani Skoczelowa od czasu do czasu z aprobatą spoglądała na pilnego 

ucznia. 

Klasa  wypowiadała  się  jakoś  niemrawo,  chociaż  widać  było,  że  wszyscy  chcą  zadowolić 

nauczycielkę. Już powiedziano, że pomnik, owszem, podobny, chociaż nowoczesny, szkoda, że—

taki  nieduży,  że  najlepiej  szkole  obok  Saskiego  Ogrodu,  bo  ma  blisko  do  pomnika  swojej 

patronki,  że  zawsze  będzie  on  przypominał  ludziom  poetkę,  która  tak  głęboko  czuła  niedolę 

chłopa. 

Nie, to ciągle nie było to, co pani Skoczelowa chciała usłyszeć. Wreszcie głos zabrała Irena: 

— Mnie się zdaje, proszę pani, że każdy, kto ten pomnik obejrzy, zobaczy, że powstał ze składek 

dzieci... 

— No właśnie! Właśnie! — zawołała pani Skoczelowa z rozjaśnioną twarzą, a Irena kończyła: 

— ...i dzieci z całej Polski, kiedy oglądają ten pomnik, myślą sobie: „myśmy też dali składkę", i 

jest im przyjemnie. 

— Ładnie, bardzo ładnie, Irenko — powiedziała pani Skoczelowa. — Bo, moi kochani, chcę się z 

wami  podzielić  pewnym  pomysłem,  jaki  mi  przyszedł  niedawno  do  głowy...  —  nauczycielka 

zamilkła  na  chwilę,  jakby  się  zastanawiając  nad  słowami,  w  które  ma  ubrać  swój  pomysł. 

Zaciekawiona klasa czekała dalszego ciągu z oczami na ustach nauczycielki. 

background image

A  Marcina  w  tym  momencie  przebiegł  prąd  elektryczny.  Na  pewno  zaraz  powstanie  projekt 

ufundowania  innego  pomnika!  Dla  Sienkiewicza!  Słyszał  przecież  strzępy  rozmowy  pani 

Skoczelowej  z  Pucią,  kiedy  odnosił  do  nauczycielskiego  pokoju  duży  globus.  Znowu  składki! 

Znowu zbiórki! Więc nigdy już nie wylezie z długów, nie mówiąc o jakimś groszu dla siebie? 

—  Proszę  pani!  —  poderwał  się  z  miejsca.  —  Chciałbym  do  wypowiedzi  o  pomniku  Marii 

Konopnickiej dorzucić jeszcze coś, co mi się właśnie przypomniało. 

—  Szkoda,  że  nie  powiedziałeś  tego  od  razu  —  w  głosie  nauczycielki  dźwięczało  wyraźne 

niezadowolenie. — Czy to coś ważnego? 

— Bardzo, proszę pani, bardzo ważnego. To jest coś, co przyjdzie do głowy niejednemu dziecku, 

a  może  nawet  wielu  dorosłym  osobom.  Ja  też  właśnie  o  tym  pomyślałem,  tylko  jakoś  mi  to 

przedtem wyleciało z głowy. 

— No, to już powiedz, tylko, Bigoszewski, proszę cię, krótko. 

—  Dobrze,  proszę  pani.  Więc,  proszę  pani,  kiedy  wczoraj  stanąłem  przed  pomnikiem  Marii 

Konopnickiej,  kiedy  popatrzyłem  na  ten  granit,  z  którego  artysta  wydobył  postać  poetki, 

pogrążoną w głębokiej zadumie... 

— Bigoszewski, prosiłam... 

— ...to pomyślałem sobie: co za szczęście, że się już te składki skończyły!... 

— Bigoszewski! Czy ja dobrze słyszę? 

—  Tak,  proszę  pani,  zupełnie  dobrze.  Przecież  już  nie  można  było  wytrzymać,  bo  to  i 

makulatura,  i  butelki,  i  co  tylko.  A  rodzice!  Ile  się  nagadali!  „Ciągle  te  składki".  „Kiedy  z  tym 

będzie koniec?" Więc rodzice też z zadowoleniem patrzą na ten pomnik, że już stoi i że już po 

wszystkim. 

— Bigoszewski, dosyć! Siadaj! 

Marcin usiadł i potoczył okiem triumfatora po klasie. Jeżeli spodziewał się oklasków, to spotkał 

go srogi zawód. Już podniosły się ręce, już odezwały głosy, że wcale nie, że na odwrót: dzieci i 

rodzice  bardzo  chętnie  dawali  składki,  przecież  były  one  niewielkie,  ale  że  z  całej  Polski 

płynęły, więc grosz do grosza... 

Pani Skoczelowa milczała. Zaciśnięte wąskie usta  świadczyły wyraźnie, że to, co usłyszała, nie 

jest jej obojętne. Wróciła do stołu nauczycielskiego, usiadła ciężko na krześle, wodziła oczami 

po twarzach uczniów i uczennic siedzących w ławkach. 

— Idioto — szepnął Marcinowi Kostek — zawsze musisz wyskoczyć jak z kuferka! Po co ?... 

— Bigos! — zawołał Maksio Paterek.— Ile dałeś na Konopnicką? Możemy ci zwrócić. Kupisz sobie 

za to gumy do żucia! 

Marcinowi zrobiło się tak, jakby go kto ukropem oblał. Ach, więc to tak? To on za wszystkich się 

nadstawia, przecież nieraz słyszał narzekania na składki, a tu taka wdzięczność? I nawet Kostek? 

Dosyć tej obłudy! 

background image

Spojrzał na panią Skoczelowa, siedzącą wciąż bez słowa za nauczycielskim stolikiem, i nagle żal 

go ogarnął. Pewno jej bardzo zależało na tym pomniku. Mogła jakaś  wiejska szkoła wystąpić o 

Konopnicką,  może  teraz  warszawska  o  Sienkiewiczu  pomyśleć.  W  gazecie  napisaliby,  że  z 

„inicjatywą  wystąpiła  szkoła  407  w  Warszawie".  Może  przyjechaliby  z  telewizji?  Jego  i  Kostka 

byłoby na pewno widać: siedzą w drugim rzędzie... 

—  Proszę  pani  —  poderwał  się  z  ręką  do  góry  —  ja  nic  nie  mówię,  żeby  Sienkiewiczowi  nie... 

owszem, dam też, chociaż, może pani nie wie, że czasem... trudno... Ja tylko dlatego, że przed 

pomnikiem Konopnickiej... naprawdę tak pomyślałem... Pani nie wierzy? 

—  Wierzę  ci,  owszem  —  powiedziała  chłodno  pani  Skoczelowa  powstając  na  głos  dzwonka  zza 

stolika i zabierając ze sobą dziennik. — To zupełnie do ciebie podobne. 

— Bigos! Aleś się wychylił! Będzie miała na ciebie gałę! — wołano ze wszystkich stron. Tylko Ewa 

z nienaturalną powagą zwróciła się w jego stronę: 

—  A  ja  Marcina  rozumiem.  Słusznie  powiedział  o  tych  składkach.  Na  jego  miejscu  wolałabym 

składać  pieniądze  na  co  innego.  Choćby  na  taką  specjalną  opaskę  zakładaną  na  noc  na  uszy. 

Może by mu tak nie odstawały? 

 

 

Kazik,  zaraz  na  pierwszej  przerwie,  przylepił  się  do  Marcina  jak  rzep.  Bezwstydnie  rozwinął 

jedną z wygranych wczoraj gum i wpakował sobie do ust. 

Było to wbrew przyjętym w klasie obyczajom. Gumy żuło się dopiero po dużej przerwie. 

— Mam jeszcze u ciebie osiem, pamiętasz? — rzucił niby od niechcenia, ale pilnie czekał, co mu 

Marcin odpowie. 

— Pamiętam! — burknął Marcin. — spływaj, bo mam tu jedną sprawę z Kostkiem. 

— Z Kostkiem? — zainteresował się Kazik. — Co ty ciągle z tym Kostkiem? 

— Spływaj! B o j ak cię palnę, to ci się włosy w uszach skręcą! 

—  Te,  nie  bądź  zaraz  taki  Kulej!  —  wybełkotał  Kazik  poprzez  obracaną  w  ustach  gumę.  Ale 

odszedł. Marcin miał mocną pięść. 

Z Kostkiem Przegoniem zaprzyjaźnili się na początku tego roku. W jakiejś przypadkowej szkolnej 

rozróbce  obaj  znaleźli  się  po  stronie  zwycięzców  i  obaj  musieli  za  to  zapłacić  zmniejszonymi 

stopniami  ze  sprawowania.  Potem  niefortunnie  narazili  się  nauczycielowi  wychowania 

fizycznego. To łączy. 

Kostek, chudy, wyrośnięty nad wiek, na pierwszy rzut oka nie sprawiał dobrego wrażenia. Miał 

bladą twarz obsypaną piegami, cienką szyję i skutkiem złego nawyku stale lekko uchylone usta. 

Do tego — ręce i nogi wyjątkowej długości. 

background image

Ale  trzeba  było  widzieć  Kostka  w  akcji!  Jego  długie  ręce  owijały  przeciwnika  niby  węże  boa, 

jego  długie  nogi  kopały  niespodziewanie  daleko,  a  głowa  na  długiej  szyi  górowała  nad  każdą 

sytuacją odkrywając w porę podejścia nieprzyjaciela. 

Nowy  nauczyciel,  a  szczególnie  nauczycielka,  niepokoili  się  zawsze  o  odżywianie  Kostka. 

Chłopak wyglądał wręcz na zagłodzonego. A ktokolwiek widział, jak mu świeciły oczy na widok 

wazy z zupą w szkolnej stołówce, jak piorunem opróżniał talerz, prosząc o dolewkę, jak zawsze 

smakowała mu mleczna z zacierkami i w każdej postaci szpinak albo buraczki — o apetyt Kostka 

był spokojny. Interesowano się więc warunkami domowymi, ale i te były nie najgorsze. Po prostu 

Kostek miał żołądek, który wymagając mnóstwa ilości, nie przerabiał jej w jakość. 

Kostek  mówił  o  sobie,  że  nie  ma  do  niczego  szczęścia.  Żeby  nie  wiem  jak  najlepiej  chciał  — 

zawsze  wszystko  obróci  się  przeciw  niemu.  Matki  „oczkiem  w  głowie"  była  córka,  ładna 

dziewczyna, z której losem wiązała wszystkie swoje nadzieje na lepszą przyszłość. Kostek był na 

drugim  planie.  I  tyle  sprawiał  ciągle  kłopotu!  Jak  nie  w  szkole,  to  na  podwórku!  Trzeba  było 

chodzić, tłumaczyć się, przepraszać, łagodzić. A kończyło się zawsze jednakowo: 

— Zastanów się! Musisz wyrosnąć na człowieka! Bierz przykład z siostry! 

Kiedyś  w  chwili  kiedy  obaj  byli  załamani  przeciwnościami  losu  i  zebrało  im  się  na  otwartość, 

wyznali sobie wspólne żale i uzgodnili poglądy na życie. 

Dom  jest  strasznym  miejscem.  Rodzina  to  okropny  wymysł.  Branie  przykładu  z  rodzeństwa  — 

ohyda! „Na człowieka" nie trzeba „rosnąć", gdyż się nim jest od urodzenia. A opinia  — ostatnia 

rzecz, na której powinno im zależeć. Cóż to jest opinia? W nosie mają jakąś tam opinię! 

Tak sobie mówili z głębi rozgoryczonego serca w trudnych chwilach. Ale naprawdę to wyglądało 

trochę inaczej. 

Czy by Marcin martwił się swoją przegraną, gdyby mu nie zależało, co Kazik o nim pomyśli, co 

powie kolegom i co pomyślą inni? 

Kiedy powiedział Kostkowi o swym kłopocie, ten orzekł krótko: 

— Idiota! 

— Kazik? 

— Kazik na pewno — nie. Założyłbym się, że widział, co to za wóz. Po co by podbijał zakład? Ty 

jesteś idiota, żeś się dał nabrać. Dziesięć gum to majątek! 

— Od twojego stwierdzenia lżej mi nie jest. Po to ci powiedziałem, żebyś radził. 

— Trzeba było się radzić, jak się zakładałeś — burknął Kostek. 

— Więc co robić? 

— No właśnie, co? 

— Chyba się z kimś na pewniaka założę. Klin klinem! 

— To się zakładaj o sześć gum. 

— O sześć? Brakuje mi osiem. 

background image

— Dwie ja ci wykombinuję, a o te sześć musisz grać na pewniaka. Bo się wkopiesz na amen. 

—  Ba!  Ale  z  kim?  —  Marcin  bezradnie  rozglądał  się  po  sali.  Pod  oknem  stało  kilku  chłopców. 

Słuchali Wicusia Basińskiego, zwanego Basiorem, który, tak jak i Piątkowski, powtarzał klasę. Do 

nauki się nie rwał, ale w pięści był straszny i równie mocny w języku. Ciągle coś opowiadał, usta 

mu się nie zamykały, a że należał do „żujących", potężne szczęki ruszały mu się w dwójnasób: 

od żucia gumy i od szybko wyrzucanych słów. 

Marcinowi zaświtał pomysł. Podszedł do grupy pod oknem pociągając za sobą Kostka. 

— Basior, ty masz gadane! — oświadczył z podziwem. 

— No! — w głosie brzmiała duma. 

—  Ale...  właściwie...  nie  możesz  grać  tego...  no,  tego,  co  tak  gadał  przeciw  Kartaginie...  no, 

wyleciało mi... 

— Katona — podpowiedział Kostek. 

—  Właśnie,  to  chciałem  powiedzieć:  Katona.  Bo  Katon  mówił,  kiedy  chciał.  A  ty  musisz  — 

zawsze. 

— Jak to, cóż to za bzdury? 

—  Nie  bzdury,  tylko  u  ciebie  to  jest  chorobliwe:  nie  możesz  przestać.  Nawet  na  lekcjach  cały 

czas  gadasz,  tyle  że  po  cichu.  Nawet  jak  sam  jesteś  —  też  mówisz.  Raz,  widziałem  na  ulicy, 

szedłeś  i  gadałeś  do  siebie.  Jak  tu  stoję  —  widziałem.  Aż  się  zdumiałem,  ale  teraz  wiem,  bo 

siostra Kostka, ta, co będzie lekarzem, mówiła. To się jakoś tak nazywa... zapomniałem. 

— Po polsku: goniosłowomatyzm — rzucił z powagą Kostek. — Alicja mówiła i po łacinie, ale to 

trudne. 

— Tak, tak, teraz sobie przypomniałem: goniosło... 

— A w ucho chcesz? — przerwał mu brutalnie Basiński. 

—  Wicuś,  skarbie  drogi  —  tłumaczył  ze  słodyczą  Marcin  —  rozumiem  cię,  to  przykre,  ale 

prawdziwe. Przecież, gdyby to nie był ten, goniotego, mógłbyś zamilknąć, nie? 

— Mogę, jak zechcę, i odwal się! 

— Nie możesz, Wicuchna, goniotego jest silniejsze. 

— Mogę. 

— Na pół minuty? 

— Na jak długo zechcę. 

— E?... Na całą lekcję? 

— Phi! Od dzwonka do dzwonka! 

— Założę się, żenię! Basiński wyciągnął rękę. 

— O co? 

— O dwanaście, nie, o sześć gum, bo mi cię szkoda. 

background image

—  Mogę  się  założyć  o  dwadzieścia  sześć,  bo  ty,  Bigos,  będziesz  płacić.  Chłopaki,  przecinajcie! 

Żadnej goniotego nie mam. Jak ci pokażę, to zobaczysz potrójne salto mortale... z piruetem! 

Kostek skwapliwie przeciął zakład. Wszyscy z udanym współczuciem kiwali głowami, przekonani, 

że Basiński przegra. 

Zadzwoniono na koniec przerwy. 

— Basior! Gonio—tego i sześć gum leci z kieszeni!... 

—  Gonio—tego!  Uwaga!  —  wrzasnął  któryś.  Basior  aż  usta  ręką  zakrył  i  tylko  łypiąc  wściekle 

oczami szedł za innymi do klasy. 

—  Basior,  pilnuj  się,  teraz  do  dzwonka  ani  pary  z  ust  nie  możesz  puścić,  co?  —  prowokował 

Kostek powodowany chęcią pomożenia Marcinowi. 

Basiński w odpowiedzi podsunął mu pod nos zwiniętą pięść. 

Przez  kilkanaście  sekund  koledzy  oglądali  się  na  niego  z  zainteresowaniem  —wytrzyma  czy  nie 

wytrzyma? Ale kiedy nauczycielka historii oświadczyła, że nowego wykładu dziś nie będzie, tylko 

powtórzenie materiału, zakład Basińskiego z Bigoszewskim od razu wyleciał z głów. 

Basior  z  zaciśniętymi  ustami,  ale  rozpaczliwie  pytającym  wzrokiem,  trącił  Kostka  i  pokazywał 

ukradkiem to siebie, to nauczycielkę. Kostek udawał, że nie rozumie. 

— Czego chcesz? — spytał szeptem. 

Basiński na okładce zeszytu napisał: „A jak mnie zapyta?" Kostek na tej samej okładce odpisał: 

„Grób — od dzwonka do dzwonka, bo płacisz!" 

Wicek  kiwnął  głową  na  znak,  że  rozumie,  ale  ogarnął  go  niepokój.  Historii  się  nie  obawiał. 

Powtarzał  klasę  i  coś  niecoś  pozostało  mu  w  głowie  od  ubiegłego  roku.  Zbyt  pilnym 

przygotowywaniem lekcji zawsze się brzydził, ale bał się dwói, bo bał się ojca, który naukę syna 

traktował bardzo poważnie. Sam nie miał ukończonej szkoły. „Nie było to tak łatwo, jak teraz" — 

mówił.  Kiedy  Wicek  został  na  drugi  rok,  pokiwał  tylko  głową  i  zapowiedział  synowi 

kategorycznie, że teraz za każdą dwóję dostanie baty nie z tej ziemi. A tu, jeżeli Skoczelowa 

zapyta, a on będzie stał jak słup, gotowa wlepić mu dwóje.— 

I  po  co  dał  się  wciągnąć  w  ten  głupi  zakład?  Wszystko  przez  Bigosa!  Trzeba  mu  nakłaść  przy 

najbliższej  okazji!  Basiński  odwrócił  się  gwałtownie  w  stronę  Marcina,  aby  go  spiorunować 

wzrokiem. 

Zauważyła to nauczycielka. 

— Basiński, znowu zaczynasz rozmowy? 

„Ja?"  —  chciał  zawołać  w  najwyższym  oburzeniu  zrywając  się  z  ławki,  ale  w  porę  przypomniał 

sobie o zakładzie, złapał ręką za usta i usiadł nisko pochylając głowę. 

— A może, skoro masz chęć do dyskusji, powiesz nam coś o innowiercach w Polsce XVI wieku? 

Wicek wstał, głowę miał spuszczoną, nie patrzył na nikogo w klasie. 

background image

— No, przypomnij sobie — zachęcała pani Skoczelowa — jak się nazywali, jakie były ich poglądy 

społeczne? 

Basiński milczał. 

W nagłej ciszy, jaka ogarnęła klasę, której spora część wiedziała o zakładzie, wyraźnie doleciał 

do uszu nauczycielki szept: 

— A... ria... nie... 

—  Kto  podpowiada?  —  zniecierpliwiła  się  historyczka.  —  Basiński,  nie  wiesz?  To  siadaj, 

Bigoszewski, opowiedz o innowiercach w XVI wieku. 

Bigoszewski, naprowadzony przez podpowiadacza, łatwo sobie poradził z tematem. 

Ponieważ po odpowiedzi Basińskiego, a raczej po jej braku, pani Skoczelowa nie postawiła nic w 

swoim  zeszycie,  Wicek  sądził,  że  jakimś  przychylnym  zbiegiem  okoliczności  upiekło  mu  się. 

Zaniepokoił się znowu, kiedy zauważył, że nauczycielka zwraca się po kilka razy do tych samych 

uczniów i dopiero stawia ocenę. A więc i jego może spotkać to samo! 

Rzeczywiście  pani  Skoczelowa  pytając  innych  rzucała  od  czasu  do  czasu  spojrzenia  w  jego 

stronę. Wreszcie dosięgło go pytanie: 

—  Basiński  nam  opowie  o  wojnach  Polski  z  Turcją.  Na  tym  gruncie,  zdaje  mi  się,  czujesz  się 

pewniej? 

Basiński wstał, ale milczał jak grób, co wcale nie potwierdzało przypuszczeń pani Skoczelowej. 

Tym razem nie schylał głowy, tylko patrzył nieruchomymi oczami w tablicę. 

—  Jak  to?  Dlaczego  milczysz?  Przecież  dobrze  pamiętam,  że  wojny  zawsze  cię  interesowały. 

Wszelkie  wojny,  te  z  o—ściennymi  wrogami  i  te  domowe,  a  nawet  szkolne  —  nauczycielka 

próbowała żartem dodać otuchy zbaraniałemu uczniowi. Na próżno. 

W  pewnym  momencie  Wicek  chciał  krzyknąć  choćby  jedno  słowo  w  swojej  obronie,  ale 

powstrzymał się, tylko zrozpaczony złapał znowu ręką za usta. 

— Zęby cię bolą? 

Gwałtownie  zaprzeczył  gestem  głowy  i  natychmiast  tego  pożałował.  Trzeba  było  przytaknąć, 

jęknąć,  może  by  jakoś  uratował  sytuację,  a  po  dzwonku  poszedłby  do  pani  Skoczelowej  i 

wytłumaczył. 

Przepadło.  Nauczycielka  zaczynała  się  niecierpliwić,  a  widząc  rozbawione  twarze  całej  już 

teraz, poinformowanej telegrafem bez drutu, klasy, podejrzewała jakiś kawał. Tego nie lubiła. 

— Wyduśże cokolwiek z siebie! — I już brała długopis do ręki, co nie wróżyło nic dobrego: na dwa 

pytania uczeń nie odpowiedział ani słowem! 

Basiński postanowił się ratować. Ma milczeć aż do dzwonka? Dobrze. Ale gestykulować nikt mu 

nie zabroni. 

Zaczął  bić  się  w  piersi,  przyciskał  do  nich  podręcznik  historii  i  co  chwila  pełnym  oburzenia 

gestem wskazywał Marcina i Kostka. 

background image

Sens tej pantomimy rozumiał niestety wykonawca oraz Marcin, Kostek i kilku świadków zakładu. 

Nauczycielce  gwałtowna  gestykulacja  ucznia  wydała  się  w  pierwszej  chwili  czymś 

niesamowitym,  a  parskanie  śmiechem  tego  i  owego  ucznia  wysoce  niestosowne.  Co  się  temu 

Basińskiemu  stało?  Zawsze  pierwszy  był  do  gadania,  nikomu  do  słowa  nie  dał  dojść,  a  dzisiaj 

jakby  mu  odjęło  mowę!  Coś  wspólnego ma z  tym  Bigoszewski,  naturalnie,  ale  Przegoń?  Czemu 

obaj aż się wiją z uciechy? 

— Przegoń! Co to wszystko znaczy? 

—  Ja...  ja  nie  rozumiem...  proszę  pani,  Basior  pewno  zachorował,  bo  tak  się  rzuca.  Marcin, 

prawda? 

Marcin pośpiesznie przytaknął. 

Odezwał się dzwonek. Zdawałoby się: prysnęły więzy czaru. Basiński odzyskał mowę. 

—  O  zdrajcy!  —  wołał.  —  O  podlece!  Żółkiewski  pod  Cecorą!  Sobieski  pod  Chocimem!  Bo  o 

Wiedniu to nawet małe dzieci wiedzą i tylko trzeba środek powstania styczniowego przestawić, 

to będzie 1683. A to świnie! A bracia czescy gdzie? Świnie! 

— Basiński! — nauczycielka tym razem była naprawdę zgorszona. — Ty chyba rzeczywiście jesteś 

nieprzytomny! O bohaterach narodowych w ten sposób! O ludziach, którzy torowali drogi myśli 

postępowej, takimi wyrazami? Jak śmiesz!... 

Basiński wytrzeszczył oczy. 

— Bohaterowie? Ja mogę powiedzieć, co to za bohaterowie! Bo pani pewno nie wie... 

—  Nie  wiem  i  od  ciebie  nie  chcę  się  dowiadywać!  —  przerwała  krótko  pani  Skoczelowa  i 

chwyciwszy dziennik pod pachę wyszła z klasy. 

Basiński nagle się uspokoił. Spojrzał jeszcze raz na Marcina i Kostka, którzy stali obok siebie i, 

chociaż wszyscy w klasie byli szczerze ubawieni, wcale nie mieli rozradowanych uśmiechów na 

twarzy. Zapytał: 

— Od dzwonka do dzwonka nie odezwałem się ani słowem. Tak? 

Marcin i Kostek milcząco przytaknęli głowami. 

—  Sześć  gum  moje!  —  oświadczył  triumfująco  Basior  i  bardzo  głośno,  chociaż  niezupełnie 

szczerze, roześmiał się. 

Marcin  gotów  był  wpaść  w  najczarniejszą  rozpacz.  Osiem  i  sześć  to  czternaście!  Skąd  weźmie 

pieniądze na tyle gum? Kto mu pomoże, kto poradzi?... 

Kostek, tak jak obiecywał, przyniósł dwie gumy. Dostał je zaraz Basiński, który jeszcze wściekły 

za niesprawiedliwie otrzymaną dwóję z historii, warknął: 

— A reszta? 

— Nie bój się, nie przepadnie ci! — odpowiedział też mało uprzejmie Marcin. — Może myślisz, że 

gumy z nieba lecą? 

background image

Kostek, widząc przygnębienie przyjaciela, również był w niewesołym nastroju, tym bardziej że 

pomysł  zakładu  z  Basińskim  sam  poparł:  „Ale  kto  by  się  spodziewał,  że  Basior  potrafi  tak  się 

zawziąć? Jak to jest na tym świecie — myślał — niczego nie można być pewnym..." 

— Wiesz, Kostek — mówił tymczasem Marcin, znęcając się nad jakimś kawałkiem cegły i kopiąc 

go przed sobą po trotuarze — życie czasami jest straszne... 

— No!... 

— I wiesz, czasami myślę, że poszedłbym gdzieś, przed siebie, żebym już nie  widział ludzi, na 

których widok mdło mi się robi... 

— No tak, ale musiałbyś im najpierw gumę oddać — Kostek rozumiał, o jakich to ludzi Marcinowi 

chodzi. 

— Moja sytuacja jest po prostu okropna! — ciągnął Marcin. —Bez żadnego... 

—  Nie  przejmuj  się  więcej,  niż  trzeba  —  przerwał  Kostek.  —Przyjdź  do  mnie,  zrobimy  razem 

matmę. Coś się wykombinuje, zobaczysz. Czasami się wydaje, że ani w te, ani w te, a tu raptem 

znajduje się wyjście. 

I rzeczywiście. 

Wieczorem przy kolacji mama zwróciła się do Alicji: 

—  Moja  droga,  jutro  trzeba  zdjąć  bieliznę  z  góry.  Już  na  pewno  sucha.  Proszę  cię,  zrób  to  po 

przyjściu z pracy. Ja wrócę późno, mam zebranie. I złóż bieliznę od razu do magla. W sobotę, po 

porządkach, wszystko poprasuję! 

— A Kostek nie mógłby? — Alicja był a wyraźnie niezadowolona. 

— Kostek niech ci pomoże zanieść do magla — odpowiedziała mama — ale wolę, jak to ty z nim 

zrobisz. Nie byłabym spokojna. 

—  Przesada  —  wydęła  wargi  Alicja.  —  Kostek  jest  już  duży  i  najwyższa  pora  traktować  go  jak 

człowieka. 

—  Nie  mam  nic  przeciwko  temu  —  wtrącił  się  Kostek  —  dziwi  mnie  tylko,  że  mowa  o  moim 

człowieczeństwie  i  samodzielności  jest  zwykle  przy  maglu,  zakupie  kartofli  albo  lataniu  na 

pocztę z opłatą za radio. 

— A ty co wolałbyś?... — zapytała z przekąsem Alicja. 

— Wolałbym, żebym nie musiał ciągle się opowiadać, gdzie idę, z kim idę, po co idę. I jeszcze 

wolałbym mieć trochę większą tygodniówkę. Mamusiu, naprawdę pięć złotych to za mało! 

— Za mało? Ja, kiedy miałam tyle lat, co ty... 

Kostek nie słuchał. Znał to na pamięć i na próżno kiedyś próbował mamie wytłumaczyć, że teraz 

są inne czasy. Ale czy mamę łatwo przekonać? Wolał milczeć. 

Nazajutrz  rankiem,  kiedy  mama  wyszła  do  pracy,  Alicja  zwróciła  się  do  niego  podejrzanie 

uprzejmie: 

— Kostek, masz jakieś finansowe trudności? 

background image

— A bo co? — Kostek uważnie przyjrzał się siostrze: pewnie z niego kpi... Ale nie, twarz miała 

wyjątkowo życzliwą. 

— Nic, właściwie nic... tylko, wiesz, ja dziś do magla iść nie mogę. 

— Trzeba było mamie od razu powiedzieć. 

— Ach, przecież znasz mamę: jak sobie co postanowi... Z zebrania przyjdzie zmęczona, zobaczy, 

że bielizna nie zmaglowana... gotowa sama z nią iść. 

— Jakbyś zgadła. No więc? 

— Więc pomyślałam sobie, że jak  wrócę,  raz—dwa pójdziemy na strych, złożymy bieliznę, a ty 

już sam zaniesiesz ją do magla. 

— Ja? Umówiłem się dziś z kolegą na matmę! 

— To nie przeszkadza. Kolega ci pomoże. A ja wam dam na kino. No? 

Propozycja była ponętna, ale czy pewna? Na wszelki wypadek Kostek wyraził wątpliwość: 

—  Teraz  tak  mówisz,  a  potem  zaczniesz  kręcić  i  ja  tych  dwudziestu  złotych  nigdy  na  oczy  nie 

zobaczę. 

— Dlaczego dwudziestu? — spłoszyła się Alicja. — Dziesięć na dwa bilety starczy. 

—  Absolutnie  nie!  —  Kostek  nabierał  pewności  siebie.  —„Dozwolone  od  lat  dwunastu"  to 

przeważnie kolorowy western i szeroki ekran. Po dziesięć albo po dwanaście złotych. 

— No, dobrze — zgodziła się niechętnie Alicja, zaglądając do torebki. — Dostaniesz dwadzieścia 

złotych  za  magiel,  ale  ja  też  chcę  być  pewna,  że  wszystko  będzie  w  porządku.  I  pamiętaj: 

mamie nie mów, że byłeś w maglu sam. 

— Dlaczego? 

—  Dlatego,  i  już.  Śpiesz  się,  bo  się  spóźnisz  na  lekcje.  I  zamknij  dobrze  drzwi!  Do  widzenia! 

Kostek leciał do szkoły jak na skrzydłach. 

 

VI 

 

Punktualnie o trzeciej Marcin zadzwonił do drzwi Kostka. Odrobili razem matmę i z niepokojem 

rzucali okiem na zegar stojący na kredensie. Alicja spóźniała się. 

Wpadła  wreszcie  zadyszana.  Ucieszyła  się  na  widok  Marcina,  chociaż  zwykle,  kiedy  któryś  z 

kolegów  odwiedzał  Kostka,  wyraźnie  cierpiała  i  ostentacyjnie  opuszczała  pokój.  Obiad  zjadła 

bardzo  szybko,  potem  u  siebie  przebrała  się  w  nowy  popielaty  kostium,  do  klapy  wpięła  biały 

kwiat  i  tak  spryskała  się  wodą  kolońską,  że  jej  zapach  zakręcił  chłopcom  w  nosie.  Kostek  nie 

mógł ukryć zdziwienia. 

— Tak się wystroiłaś na strych? 

— Kostek — roześmiała się nieszczerze — daj spokój! Ja się tak spieszę! Proszę cię, proszę was, 

moi kochani — zwrócił a się do nich obu — idźcie sami na górę. Kostek, uważaj: nasza bielizna 

background image

wisi po prawej stronie. Bo tam jeszcze ktoś brał klucz i wieszał swoją. Naszej jest niedużo. Jak 

zniesiecie, przeciągnijcie prześcieradła i obrusy. No, Kostek, przecież wiesz, jak to się robi. A tu 

masz  na  magiel  i  kino  —wyjęła  z  torebki  papierek  pięćdziesięciozłotowy  —  resztę  oddasz  mi 

wieczorem. I nie zwlekajcie! Kostek, kochany, mama się ucieszy! Proszę cię! —I już jej nie było. 

—  Masz  dobrą  siostrę  —  westchnął  z  zazdrością  Marcin.  —Wacek  mi  nigdy  ani  złotówki  nie  dał. 

Jeszcze ode mnie wycyganił, jak byłem młodszy. Teraz nie dam się już nabierać. 

—  Dobra,  jak  śpi  —  mruknął  Kostek  —  albo  jak  czego  potrzebuj  e!  Zawsze,  co  tylko  może,  na 

mnie  zepchnie.  Widzisz,  jak  z  tym  maglem?  A  mama  zawsze  j  ej  stronę  trzyma.  A  czy  j  a  nie 

pracuję? Czy w ogóle szkoła to nie jest praca ponad siły młodocianych? Zapytaj, kogo chcesz. Ile 

razy słyszałem, że dorosłym przez całe życie śnią się klasówki albo egzaminy i budzą się z ulgą, 

że to tylko sen. 

— A ja ciągle słyszę od ojca, że to był najpiękniejszy okres w jego życiu i że mi zazdrości. 

— Terę fere! Tak tylko mówi. Co tu pięknego? Ciągle się musisz czegoś bać. No, ale chodźmy na 

strych. To na naszej klatce, tylko wezmę świecę i zapałki, bo tam często wysiada światło. 

Rzeczywiście  świeca  przydała  się.  Ustawili  ją  na  skrzyni  z  piaskiem  i  w  półmroku  szybko,  byle 

jak, ściągali bieliznę ze sznurów. 

— Ile tego! — gderał Kostek. — A słyszałeś, jak mówiła: „Niedużo"', Ładne niedużo! Zaczekaj tu 

na mnie. Zaniosę swoje i wrócę, bo z pełnymi rękami nie damy rady zabrać świecy i zamknąć. 

W domu poskładali oddzielnie sztuki do magla. Kostek umiał to robić, nieraz pomagał mamie lub 

siostrze. Marcin, w którego domu bieliznę oddawano do pralni, pierwszy raz przeciągał na krzyż i 

na  wprost  prześcieradła  oraz  obrusy.  Śmiał  się  przy  tym.  Istna  gimnastyka!  Zawinęli  porządnie 

poskładane kawałki w maglownik i zanieśli do magla. 

Marcin  z  podziwem  patrzył  na  kolegę.  Jak  mu  to  wszystko  zgrabnie  szło!  Prawda,  maglarka 

kropiła  bieliznę,  zawijała  na  wałki,  ale  Kostek  doskonale  sobie  radził  z  podkładaniem  ich  pod 

magiel. 

W pewnej chwili maglarka uważnie spojrzała na Kostka i zapytała: 

— Mieszkasz na naszej ulicy, prawda? 

— Tak. Pod dziewiętnastym. 

— A jak się nazywasz? 

— Ja? — Kostek zmieszał się. — A bo co? Ile było wałków? Trzy? Poproszę o paragon, bo mi siostra 

nie  uwierzy.  Wie  pani:  starsze  siostry  już  takie  są  —  roześmiał  się.  —  Prawda,  Marcin?  No  to 

cześć, bo mi się chce jeść, dziękuję i wcale nas tu nie było! 

— Coś ty się tak wygłupiał? — spytał na ulicy Marcin. — Nie mogłeś odpowiedzieć po ludzku? 

— A co ją obchodzi, jak się nazywam! Przecież mnie tu nie raz widziała i z Alicją, i z mamą. Po 

co jej to? W gazecie ogłosi? 

background image

Zmaglowanej  bielizny  wydawało  się  mniej,  ale  wagi  jakby  jej  jeszcze  przybyło.  Zasapali  się, 

zanim ją wnieśli do mieszkania i złożyli na kanapie pod oknem. 

—  No,  to  już  mamy  z  głowy.  Idziemy  do  kina?  —  Kostek  trzymał  w  ręku  nowiutki  niebieski 

banknot. 

Marcin wzruszył ramionami. 

— Cóż ty się mnie pytasz? Moj a forsa? Sam się nią rozporządzaj . 

— Alicja dała na dwa bilety. Pomagałeś, nie? 

— No to co, że pomagałem? Za pieniądze tego nie robiłem. Co, ja do wynajęcia jestem? 

—  Dobra,  dobra  —  kiwał  długą  szyją  Kostek.  —  Nie  jesteś  do  wynajęcia,  ale  dziesięć  złotych 

twoje. Możemy albo lecieć do kina, albo... 

— Albo?... 

— Ciężki frajer z ciebie. Przegrałeś szesnaście gum, tak? Musisz oddać, tak? 

—  Cztery  już  oddałem  —  westchnął  Marcin.  —  Ale  jeszcze...  O  raju!  Jeszcze  dwanaście! 

Najgorszy Kazik. Ten mi flaki będzie wypruwać... 

— A Basior nie? Za tę dzisiejszą dwóję to mu ojciec takie salto mortale wyprawi, że ho, ho! 

— Potrójne z piruetem! — dorzucił słabo, uśmiechając się Marcin. 

— Ej, Bigos, narobiłeś sobie bigosu, naprawdę, ale nie ma co stękać. 

— Łatwo ci mówić! 

— Nie mówić, tylko działać. Twoje dziesięć zet eł to dziesięć gum. Możesz kupić nasze. Nie było 

mowy o zagranicznych, nie? Ja też mogę się bez kina obejść. Pożyczę ci dwa złote i masz długi z 

głowy. 

— Kostek... ty... naprawdę? 

— No, no! — krzyknął jakby się broniąc Kostek. — Tylko się nie wzruszaj, bo dostaniesz w kark i 

zaraz ci przejdzie! Jeść mi się chce, jak nie wiem co! Odgrzeję coś z obiadu. Chcesz? 

Marcin odmówił. Nie był głodny. Chciał jak najprędzej mieć pewność, że przegrane gumy odda, 

że nie będzie musiał używać najróżniejszych wykrętów przed Kazikiem i Basiorem, którzy umieli 

upominać się o swoje w pozbawiony delikatności sposób. 

Kostek  dzisiaj  zaimponował  Marcinowi.  Poznali  się  bliżej  dopiero  w  tym  roku,  chociaż  do  tej 

samej  szkoły  chodzili  od  dawna.  Kostek  przepadał  za  westernami,  ale  w  kinie  nie  bywał  tak 

często  jak  Marcin.  Za  to,  kiedy  na  przerwach  koledzy  wymieniali  uwagi  o  filmach,  aktorach  i 

kinach, a orientowali się w tym świetnie  — Kostkowi aż uszy czerwieniały z zaciekawienia. Nie 

przyznawał  się,  że  forsy  nie  ma  —  ale  z  różnych  drobiazgów,  z  tego  na  przykład,  jak  bał  się 

zgubić  długopis,  jak  go  starannie  chował  do  piórnika,  jak  nie  chciał  nigdy  wydrzeć  kartki  z 

zeszytu, z tego wreszcie, że rzadko dawał się namówić na wspólny wypad do kina, wymawiając 

się  zawsze  jakimś  nie  cierpiącym  zwłoki  zajęciem  w  domu  —  Marcin  orientował  się,  że 

tygodniówka Kostka była bardzo skromna, a może nie istniała w ogóle? 

background image

A teraz tylko: „Weź, obejdę się", jakby to była najzwyczajniej sza rzecz! Ma charakter!... 

I  Marcin  nagle  oblewa  się  warem:  jakim  prawem  wziął  te  pieniądze  od  kolegi?  No,  nawet  od 

przyjaciela. Czyżby mama miała rację, że on nie ma charakteru? A jeżeli ma — to bardzo słaby? 

Nieprawda. Marcin ma charakter, no, po prostu czuje, że ma charakter, i już. I wcale nie słaby. 

Teraz wziął pieniądze od Kostka, bo znajduje się w podbramkowej sytuacji.  Ale zwróci. Jakby 

nie zwrócił, to byłby ostatnia... no, szkoda mówić, i już. A charakter można sobie polepszyć  — 

nie,  to  nieodpowiednie  słowo,  przecież  tu  nie  chodzi  o  zły  charakter  —  a  więc  wzmocnić  czy 

udoskonalić. Marcin się za to weźmie. Przede wszystkim, jak co postanowi, to mur—marmur — 

dotrzyma.  No,  na  przykład:  nie  będzie  się  już  zakładać.  Nigdy!  Dość  ma  zakładania!  P°  same 

uszy! I wieczorem zawsze sobie wszystko przygotuje — żeby rano nie zapomnieć i zdążyć na czas 

do szkoły. I z każdej tygodniówki odłoży złotówkę do skarbonki PKO. I... Ale oto już w pobliżu 

domu — kiosk — tu zawsze kupuje gumy. 

—  Proszę  o  dwanaście  gum  do  żucia  —  i  Marcin  z  przyjemnością  kładzie  na  stosie  gazet  nowy, 

czyściusieńki dwudziesto—złotowy banknot. 

— Tylko dwanaście? — śmieje się sprzedawczyni. Marcinowi wydaje się, że z niego kpi. 

— Może być równe piętnaście — rzuca nonszalancko i zabieraj ąc gumy mówi po dorosłemu: 

— Dziękuję. Kłaniam się. 

— Ojejku! — słyszy nagle głos Piotrusia. — Ile forsy! Ile gum! Marcin, daj jedną! 

— Dam ci, ale w globus! 

— Marcin! Jaki ty jesteś! Naprawdę, daj... Masz tyle forsy, skąd? 

—  Z  maszyny.  Nie  widziałeś,  jakie  nowiutkie?  Ciach,  ciach,  spod  maszynki  lecą,  rozumiesz?  I 

spływaj stąd po maśle! Żebym cię nie widział, nie słyszał!... 

—  Nie  spłynę  po  żadnym  maśle  —  obruszył  się  zawiedziony  chłopiec  —  mamusia  kazała  nasz 

„Express" wziąć, to przyszedłem. 

—  Dobra  jest.  Bierz  „Express"  i  nie  pętaj  mi  się  pod  nogami!  Aniołku!  —  dorzucił  ze  zjadliwą 

ironią i powtórzył raz jeszcze: —Aniołku!... 

Po  kolacji  Marcin  jest  ogromnie  zadowolony  z  siebie:  odrobił  na  jutro  wszystkie  lekcje, 

uporządkował  szufladę,  w  szkole  odda  długi,  no,  w  ogóle  czuł,  że  rozpoczął  pracę  nad  swoim 

charakterem. Siedział przy dużym stole zatopiony w lekturze. 

Wacek  w  drugim  pokoju  przegrywał  płytę  z  Paul  Anką,  a  Piotruś  męczył  o  coś  mamę,  która 

wpisując do zeszytu dzisiejsze wydatki próbowała bronić się: 

— Piotruniu, proszę cię, chociaż ty mnie nie męcz! 

— Ale, mamuńko, miałbym już całe czternaście złotych... 

— Kiedy naprawdę nie mogę. Nie wiem sama, jak dociągnę do końca miesiąca. Na niedzielę tatuś 

wróci,  obiad  musi  być  lepszy,  warto  by  placek  z  kruszonką  zrobić,  a  jeszcze  Marcina  półbuty 

trzeba koniecznie dać do podzelowania. 

background image

—  Tak...  —  mówił  rozżalony  Piotruś  —  jeszcze  Marcina  półbuty...  niech  on  sobie  na  maszynce 

ciach, ciach zrobi. 

— Ba! Żebyśmy to mieli taką maszynkę do reperowania butów — uśmiechnęła się mama. 

—  Nie  do  butów,  tylko  do  pieniędzy  —  prostował  Piotruś.  —Widziałem:  zrobił  takie  ładne 

niebieskie dwadzieścia złotych... 

Mama podniosła głowę i odłożyła ołówek. 

—  Czy  mnie  już  obłęd  ogarnia?  O  czym  ty  mówisz,  Piotrusiu?  —  zaniepokoiła  się  naprawdę 

widząc, jak twarz starszego syna zalewa czerwień. — Marcin, coś ty mu znowu naopowiadał! 

— Znowu', Znowu! — powtarza Marcin dziwiąc się, że można mieć w głowie taką pustkę, jak u 

niego w tej chwili — plecie ta pleciuga byle co, a mama słucha. 

— Nie żadne „plecie"! — obraził się Piotruś. — Miałeś taką nowiutką dwudziestkę, nie? A jak się 

zapytałem... 

—  Eee...  —  Marcin  próbował  zbagatelizować  sprawę  i  uśmiechnął  się  z  wysiłkiem.  —  Dziecko 

jesteś!  Na  żartach  się  nie  rozumiesz?  Mamusiu,  takie  tam  opowiadanie!  I  po  co  ta  rozmowa, 

książkę  muszę  do  jutra  skończyć,  bo  to  lektura  —  gorączkowy  potok  słów  płynął  teraz  z  ust 

chłopca,  jakby  mu  się  jakiś  kurek  w  głowie  odkręcił  —  mamusia  wie,  w  bibliotece  trzy  tylko 

egzemplarze  na  całą  klasę,  a  przecież  to  gruba  książka,  czekałem  na  nią  tak  długo,  ledwo  się 

doczekałem, a za mną jeszcze taka kolejka, że oho! A mamusia wie, jaka jest pani Skoczelowa, i 

jak mi dwóję wlepi, to znowu będzie na mnie, a czy ja mogę spokojnie zająć się lekturą, jak w 

tym domu, w ogóle... 

Marcin  przerywa  nagle  zobaczywszy,  że  w  drzwiach  od  drugiego  pokoju  stoi  starszy  brat  i 

przygląda mu się z drwiącym uśmiechem. Odkąd tam stoi? Co zdążył usłyszeć? 

Mama  jakby  trochę  przybladła,  ale  może  to  tylko  odblask  lampy  na  uniesionej  znad  zeszytu 

twarzy? I po co ma takie przestraszone oczy? Stało się co? 

— Pokaż mi te dwadzieścia złotych — mówi spokojnie, ale Marcin wie, że to nie jest prawdziwe 

„spokojnie". — Pokaż mi je—powtarza. 

— Nie mogę — odpowiedź jest krótka. Marcin zrozumiał, że sprawy już się nie zagada. 

—  Nie  może,  mamusiu,  naprawdę  —  popiera  brata  Piotruś  wyczuwając  niejasno,  że  w  pokoju 

narasta coś nieprzyjemnego. — Przecież kupił piętnaście gum. 

— Piętnaście gum?! — woła mama. 

— Apetycik! — mówi Wacek. — Skąd miałeś pieniądze? 

— Nie twój interes! — odpowiada bezczelnie Marcin. —Ty mi ich nie dałeś! 

— Musiałbym na głowę upaść, żeby pieniądze za okno wyrzucać. Bo cóż to jest żucie gumy?... — 

Wacek  gotów  jest  do  wygłoszenia  dłuższego  spiczu  na  temat  bezużyteczności  żucia  gumy,  o 

czym  Marcin  niejednokrotnie  już,  choć  bez  pozytywnych  rezultatów,  słyszał.  Na  szczęście 

przerwała mu mama. 

background image

— Skąd wziąłeś pieniądze na gumę? 

— Miałem — odpowiedział wymijająco Marcin. 

— Wczoraj jeszcze nie miałeś, bo wyłudziłeś cztery złote od Piotrusia — rzucił Wacek. 

— Boże! Boże! Ty mnie do grobu wpakujesz! — woła mama. — Ja tu doprawdy obłędu dostanę! 

Ojciec musi wziąć się za tego chłopaka! Mów mi natychmiast, skąd miałeś pieniądze? 

— Kolega mi dał... — Kiedy już w to miał być wmieszany ojciec, sprawa wikłała się w najgorszy 

sposób. 

— Kolega? — drwił Wacek. — Słyszała mama o takim koledze, co dwudziestozłotówki rozdaje? Ja 

takich nie znam. 

— Ja też nie — westchnął cicho i z nieukrywanym żalem Piotruś. 

— Co za kolega? Jak się nazywa? — dopytywała mama. 

— Kostek Przegoń. Może i adres potrzebny? Na Wilczej pod dziewiętnastym mieszka. 

—  Ten  chudeusz,  co  tu  był  kiedyś?  Ciekawe,  skąd  on  ma  pieniądze.  Sam  wygląda,  jakby  raz 

dziennie, i to nie do syta, jadał, a taki hojny? 

— Nie z twojego dawał i nie wtrącaj się! 

Marcin  czuje,  że  gdyby  mógł,  toby  w  tej  chwili  starszego  brata  sprał,  związał  i  wrzucił  do 

ciemnicy — aż zęby ścisnął na samą myśl o tym, aż na policzkach zesztywniały mu mięśnie. 

— Na co ci tyle gumy? — indagowała dalej mama wykręcając prawą ręką palce lewej po kolei i w 

odwrotnym kierunku/co robiła zawsze, ilekroć była bardzo zdenerwowana. 

Marcin milczał.                           j 

— Na co — pytam! Przecież chyba nie powiesz, że ci od razu było potrzeba aż piętnaście sztuk 

tego świństwa? 

Świństwa! 

Co mama może wiedzieć o przyjemności żucia! Próbowała? Więc po co ta mowa? Nie,  w ogóle 

szkoda  tu  cokolwiek  wyjaśniać.  Do  tego  przy  Wacku,  który  i  tak  każde  słowo  obróci  na 

niekorzyść  Marcina.  A  mama  we  wszystko,  co  on  mówi,  uwierzy.  Więc  Marcin  decyduje  się  na 

jedno: 

— Nie mogę powiedzieć. 

— Dlaczego? — głos mamy brzmi prawie tragicznie. 

— Jak nie mogę powiedzieć, to znaczy, że nie mogę powiedzieć również, dlaczego. Każdy może 

mieć swoje tajemnice? — Tu patrzy znacząco na starszego brata. — Żebyście mnie nawet łamali 

kołem i końmi rozrywali — nie powiem! 

—  Już  widzę  te  bystre  konie,  co  zamiast  cię  rozrywać,  pękają  ze  śmiechu  —  drwi  Wacek.  — 

Ojciec pasem przyłoży ci parę razy i zaraz będziesz śpiewać! 

— O Boże — wstaje mama — czuję, że już mi się wątroba odzywa. Rzeczywiście, niech ojciec tu 

zrobi porządek. I w kogo ty się wrodziłeś? — to do Marcina. — Dlaczego nie myślisz o nauce, jak 

background image

Wacek? O tym, żeby w domu coś pomóc, jak Piotruś? Stale nosi cię gdzieś, nie wiadomo do kogo 

i  gdzie.  Zastanów  się,  co  z  ciebie  wyrośnie?  Ile  razy  prosiłam,  tłumaczyłam:  wypluj  tę  gumę, 

szkoda pieniędzy. Gdzie tam! 

— On już w  nałóg wpadł — dorzuca Wacek.  — Dno! A żeby się wydostać z nałogu, trzeba mieć 

charakter! 

—  Właśnie:  charakter  —  stwierdza  mama  i  łapie  się  za  wątrobę.  —  Już  mnie  kłuje.  Od  rana  w 

biurze  czułam,  że  będzie  źle.  Dyrektor  zrobił  się  taki  nerwowy!  A  teraz  jeszcze  Marcin! 

Zobaczycie, że ja się ciężko rozchoruję... 

— Mamusiu, niech się mamusia położy — namawiał Wacek — zaraz napełnię worek gorącą wodą. I 

zaparzę ziółek. 

— Ja przyniosę worek — rzucił się do łazienki Piotruś. Marcin został sam. Czuł się jak zbrodniarz, 

któremu przysądzono za wysoki wymiar kary. 

Cóż on jest winien, że mamy dyrektor jest nerwowy? Siedzi przecież nad tą nieszczęsną lekturą, 

co  wcale  nie  jest  taka  najciekawsza.  Gdzież  jej  do  „Wyspy  skarbów"  albo  „Tomka  na  tropach 

yeti"!... 

—  ...nie  wygląda  —  dobiegają  z  drugiego  pokoju  słowa  Wacka  —  chudzielec,  wichrowaty,  nie 

domyty, a może nawet jakiś nałogowiec i Marcina wciąga. 

— Masz rację... — mówi mama. — Wszystko przez to nieodpowiednie towarzystwo. 

Marcin zaciska zęby i pięści. No, teraz to już by Wacka udusił. Gdyby nie obecność mamy, gdyby 

nie to, że jej wątroba nawaliła... 

Niech  się  dzieje,  co  chce.  Marcin  w  niedzielę  ojcu  wszystko  powie!  I  co  do  jego  własnego 

charakteru  też...  Odzwyczai  się  od  gumy.  Wielkie  rzeczy!  Te  trzy  kawałki  będą  już  ostatnie, 

najostatniejsze. Potem — koniec. 

Marcin wyciąga z kieszeni i rozwija gumę w poczuciu, że chociaż ta drobna rekompensata należy 

mu się na osłodę ciężkiego życia. Zagląda znowu do książki, ale czy to tak łatwo oderwać się od 

tego, co przeżył przed chwilą? 

Czego  mama  chce  od  Kostka?  „Nieodpowiednie  towarzystwo"!  A  Kostek  jest  najporządniejszy 

chłop!  Gdyby  mama  znała  go  lepiej,  podobałby  się  jej  na  pewno:  gumy  nie  żuje,  w  domu 

pomaga  i  uczeń  z  niego  dobry.  Nawet  pani  Skoczelowa  raz  o  nim  powiedziała  „myślący 

chłopiec". A jaki kolega! Prawdziwy przyjaciel, a nie taki, co tylko gada „sztama". Ilu takich?... 

Marcin przelicza myślą kolegów: może Nemek Batorowicz, on jeden, gdyby się do niego zwrócić, 

pożyczyłby i nie nalegał o zwrot. Ale z Nemkiem teraz jakoś się rozluźniło. Chyba od tego czasu, 

kiedy  rozeszli  się  jego  rodzice.  Teraz  ma  dwóch  ojców:  nowego  i  tego  dawnego.  I  pieniędzy 

zawsze  sporo,  bo  obaj  mu  dają.  Ale  od  tej  pory  Nemek  się  zrobił  jakiś  milczek  i  kujon.  Same 

piątki zbiera. Co ta guma tak prędko smak straciła? Zupełnie jak kit. 

Marcin wyciąga gumową nitkę na pół metra i chowa ją w ustach z powrotem.                             I 

background image

Piotruś,  który  w  tym  momencie  wrócił  do  stołu,  patrzy  na  tę  manipulację  z  niezdrowym 

zainteresowaniem i zwraca się do brata z prośbą: 

— Marcin, daj jedną. 

— Dam ci jedną, jak mi włosy zrzedną — i Marcin z przyjemnością przeczesuje grzebykiem swoją 

gęstą czuprynę przed lusterkiem wyciągniętym z szuflady. Może zapomnieć o najpotrzebniejszej 

rzeczy, ale grzebyk ma zawsze przy sobie. 

— Daj... no, chociaż pół — spróbuję, czy dobra. 

— Zjeżdżaj ekspresem, mówię! 

—  Prawda,  że  nie  masz  charakteru  —  mówi  Piotruś,  na  wszelki  wypadek  już  w  drzwiach.  — 

Sobek! Obwalił się tą gumą, a nawet połówki mu żal... Sobek... 

—  Chcesz  dostać?  —  i  Piotruś  znika  za  drzwiami  obawiając  się  ciężkiej  książki  w  podniesionej 

ręce brata. 

Wcale nie jestem sobek — tłumaczy się sam przed sobą Marcin — te dwie nadprogramowe gumy 

potrzebne mi są do wyrabiania charakteru. Cóż to za sztuka nie żuć, kiedy się nie ma gumy ani 

kawałka?  Ale  nosić  ją  przy  sobie  w  kieszeni  i  nie  sięgnąć,  nie  rozwinąć,  nie  położyć  na 

niecierpliwych zębach... to trzeba mieć charakter! Stalowy!... Jak zechcę, to się wdam w tego 

maminego pradziadka,  „najszlachetniejszego człowieka o żelaznej woli"...  — i  Marcin  spogląda 

na starą fotografię wiszącą między oknami. Szkoda, że pradziadek w konfederatce i nie widać, 

jak się czesał... 

 

VII 

 

Kostek  na  widok  oddawanej  pięciozłotówki  miał  tak  zawiedziony  wyraz  twarzy,  że  Marcinowi 

zrobiło  się  bardzo  nieprzyjemnie.  —  W  poniedziałek  oddam  ci  resztę  —  tłumaczył  zmieszany  —

bo...  wiesz,  w  naszym  kiosku  mają  tylko  takie  paczki  po  pięć...  —  łgał  bez  mrugnięcia  okiem 

wiedząc,  że  Kostek  gumy  nie  kupuje.  —  i  wiesz,  kiedy  Kazikowi  oddawałem,  zbaraniał.  Nie 

spodziewał się, że mu tak prędko zwrócę! A Basior wziął i jeszcze groził, że się policzymy. Heca, 

co? 

— A co zrobisz z tymi trzema? — pytał Kostek, zapominając, że Marcin nie tylko przegrywa gumy, 

ale i sam żuje. 

— No... nie wiem jeszcze... 

— Mógłbyś je opylić? 

— A co, pieniądze ci są potrzebne dzisiaj? 

—  Nie...  tak...  wiesz  przecież,  że  jakiś  grosz  ciągle  jest  potrzebny.  —  Kostek  nie  chciał 

powiedzieć,  że  te  trzy  złote  bardzo  by  mu  się  przydały:  wyprosiłby  jeszcze  dwa  od  mamy  i 

poszedł do kina na Pradze. 

background image

Sobota  —  najprzyjemniejszy  dzień  tygodnia.  Już  od  rana  czuje  się,  że  nadejdzie  jedyne  wśród 

siedmiu dni popołudnie: „jutro nie ma szkoły"! Wydaje się, że los obdarzył człowieka mnóstwem 

czasu na różne przyjemne rzeczy. Oczywiście, odrobienie lekcji odkłada się na później, chociaż 

rodzice zwykle są innego zdania. Ale kto by się w sobotę nie umiał wykręcić! Dopiero w niedzielę 

wieczór,  kiedy  trzeba  pomyśleć  o  tym,  co  zadane,  a  ciągnie  ciekawa  książka  albo  coś  innego, 

absolutnie" z lekcjami nie związanego, człowiek trochę żałuje, że nie posłuchał rodziców. 

Po  dokładnym  obejrzeniu  Centralnej  Składnicy  Harcerskiej  Marcin  z  Kostkiem  znaleźli  się  na 

Dworcu  Głównym.  Kostek  coraz  częściej  pytał  o  godzinę:  niepokoił  się,  aby  nie  wrócić  zbyt 

późno do domu. 

— „Która godzina!" i „która godzina!" — zniecierpliwił się w jakiejś chwili Marcin. — Sobota jest! 

Zapomniałeś? 

— Właśnie — tłumaczył Kistek — w  sobotę mama zawsze sprzątanie urządza i  szykuje  obiad na 

niedzielę. 

—  No  to  co?  U  nas  tak  samo,  ale  ja  się  do  tego  nie  mieszam.  Dawno  już  się  nauczyłem 

wymigiwać.  I  ty  się  nie  daj.  Bo  cię  w  zaoranego  konia  zrobią.  Masz  przecież  starszą  siostrę. 

Ciągle będzie się tobą wykręcać, jak z tym maglem? Mówię ci, nie daj się! To niesprawiedliwie! 

Kostek westchnął. 

— Nie wzdychaj, ofermo, tylko chodźmy na peron. Tam zawsze jest coś ciekawego. 

—  Dobra,  ale  zaraz  potem  idę  do  domu  —  godzi  się  Kostek.  —Jeżeli  Alicja  ma  dziś  randkę, 

wszystko spadnie na mamę. 

Wchodzą  szerokimi  schodami  do  sali,  gdzie  są  kasy.  Jaki  tu  ruch!  Drzwi  na  perony  szeroko 

pootwierane. Potrącani przez spieszących się podróżnych stają z boku, obok kiosku z gazetami. 

Obserwują  zamykające  się  automatycznie  drzwi  elektrycznych  wagonów.  Wydaje  się,  że  lada 

moment ścisną kogoś w pół kroku, zawsze jednak, w ostatniej chwili, napierający tłum cofa się, 

a  pasażer,  stojący  już  jedną  nogą  w  wagonie,  wsiąka  w  zbitą  masę  ludzi,  którzy  już  są 

wewnątrz. 

— Patrz, Tomasz idzie — trąca Kostek Marcina. 

Rzeczywiście  geograf  z  walizką  w  ręku  podchodzi  do  kiosku,  nie  dostrzegając  uczniów.  Nagle 

zatrzymuje go jakaś pani. 

— Dzień dobry, profesorze! Cóż to za podróż wyciąga pana z ukochanej stolicy? 

—  Dzień  dobry.  Ano,  namyślałem  się,  namyślałem,  aż  wreszcie  zdecydowałem,  że  trzeba 

wytknąć nos poza własne podwórko. Jadę do Włoch, do córki. Dawno jej nie widziałem. 

Fala  podróżnych  z  pociągu  popycha  profesora  Tomaszewskiego  i  jego  znajomą  w  stronę 

chłopców, którzy czym prędzej dają nura w drzwi do sali i wychodzą na ulicę. 

background image

— A co, miałem nosa, że wyciągnąłem cię na dworzec? — cieszył się Marcin. — Z gegrą mamy do 

końca roku spokój, bo przecież Tomasz z Włoch nie wróci tak prędko. To kosztowna podróż. Ale 

— że nigdy nie pisnął słówkiem, że tam jedzie! 

— Jakby powiedział, toby już nikt materiału nie powtórzył 

— tłumaczył Kostek logicznie — a tak, na poniedziałek zapowiedział generalną powtórkę i założę 

się, że każdy będzie przynajmniej pół niedzieli podróżował po mapie. 

— Kiszka z wodą! Ja na pewno nie! I ty też! Basior! Basior! 

— zaczął wołać nagle Marcin widząc idącego w stronę Pałacu Kultury Basińskiego. 

— Czego się drzesz jak koszula na łokciach! — przystanął Basior z miną wcale nie zachęcającą do 

rozmowy. 

— Ile dasz za fajną nowinę? 

— Trzy razy w kark i jeszcze raz na dolewkę! No, gadaj prędko, bo się spóźnię na basen. 

— Fiuu! To ty do Pałacu na pływalnię chodzisz? — zdziwił się Marcin. 

— Drugi rok. Zobaczyłbyś, toby ci oko spuchło! Co za nowina? 

— Tomasz wyjechał. Gegry już do końca roku nie będzie! 

— Skąd wiesz? 

— Tylko co odprowadzaliśmy go z Kostkiem do pociągu —tgał na poczekaniu Marcin — walizę miał 

nielichą. No, pojechał pewnie na całe wakacje. Do córki, mówił, do Włoch. 

—  Naprawdę?  —  ucieszył  się  Basiński.  —  A  czy  wy  nie  zgrywacie  się  ze  mnie?  Kostek,  czy  to 

prawda? 

— Tomasz tak mówił naprawdę. 

— Dlaczego nic nie powiedział na ostatniej lekcji? 

—  A  po  co  miał  mówić?  —  tłumaczył  z  ferworem  Marcin  —  teraz  też  zaklinał  nas  na  wszystkie 

świętości, żebyśmy nikomu nie mówili przed poniedziałkiem, żeby się wszyscy podkuli na blachę, 

rozumiesz? 

— A wam powiedział, bo co? Niby jesteście tacy obkuci? — kpił i wciąż nie dowierzał Basior. 

— Nie miał wyjścia, bo zobaczyliśmy go na peronie. Stał właśnie z jakąś babką i mówił, że jedzie 

do Włoch, do córki, za którą strasznie już się stęsknił, bo dawno jej nie widział, prawie dziesięć 

lat  i,  mówię  ci,  żegnał  się  ze  łzami  w  oczach,  wiesz,  to  jednak  daleka  podróż,  i  te  łzy  to  mu 

tak... 

—  No!  No!  —  dziwił  się  Basior.  —  Miał  łzy  w  oczach?  Ile  lat  go  znam,  nigdy  we  łzach  go  nie 

widziałem.  Wydawał  się  twardy  jak  gnat,  aż  tu  nagle...  No,  dobrze  wiedzieć.  Pójdę  jutro  nad 

Wisłę. Cześć! 

— Gdzieś ty j akie łzy widział ? — wzruszył ramionami Kostek po odejściu Basińskiego. — i po co 

to? 

background image

—  Po  to,  żeby  uwierzył,  to  raz.  A  po  drugie,  ładniej,  nie?  Zresztą  nie  przysiągłbym,  czy  on 

naprawdę  nie  miał  łez  w  oczach,  kiedy  z  tą  znajomą  rozmawiał.  Pomyśl:  córka,  jedyna, 

ukochana córka, której od lat nie widział! Może wojna ich rozłączyła, rozumiesz? I dopiero teraz, 

dopiero teraz, grosz do grosza, uciułał pieniądze potrzebne na bilet. Masz pojęcie, ile taki bilet 

kosztuje? Mówię ci, po prostu trudno pojąć, jak on sobie od ust odejmował każdy kawałek... 

— ...gumy do żucia — dokończył Kostek. 

—  Co?  Jak?  Widziałeś,  że  on  gumę  żuje?  —  Marcin  zatrzymał  się  na  środku  trotuaru,  a  widząc 

Kostka, jak stuka palcem w czoło, roześmiał się. — No, ale przecież to wszystko mogło być, nie? 

Sobotni  obiad  w  Kostkowym  domu  nie  bywał  wymyślny.  Barszcz  na  białej  kiełbasie  i  do  tego 

wkrojone ugotowane na twardo jajko. Dodawszy parę kawałków chleba można się było najeść i 

Kostek  nie  narzekał,  ale  cieszył  się,  jeżeli  mama  miała  chwilę  czasu  i  obrała  do  barszczu 

kartofle.  Dziś  od  razu  zrozumiał,  że  kartofli  nie  będzie.  Mama  myła  okna  w  kuchni.  Barszcz 

pachniał czosnkiem, pewno w nim pływał spory kawałek kiełbasy. 

Rzuciwszy teczkę na kanapę, Kostek czym prędzej podniósł pokrywkę stojącego na małym gazie 

garnka. Czosnek, owszem, pachnie, ale kiełbasy ani śladu! 

— Bez kiełbasy! — w głosie Kostka brzmi takie rozczarowanie, tak wielki zawód, że mama śmieje 

się, nie przerywając wycierania szyb. 

— Z głodu nie umrzesz, nie bój się. Wkroisz sobie za to do barszczu dwa jajka. 

— Jajko za kiełbasę? — zastanawia się Kostek. —To chyba za mało. 

—  Bardzo  długa  kolejka  była  w  sklepie,  nie  mogłam  stać,  bo  już  zaplanowałam,  że  dziś  okna 

umyjemy. 

— Czy to znaczy, że ja też? — pyta ostrożnie Kostek. 

— Nie bój się, leniuchu! Okna w pokoju umyje Alisia. Ty tylko zapastujesz podłogi i wytrzepiesz 

chodniki. Ale najpierw, zaraz po obiedzie, skoczysz jeszcze do rzeźnika. Może dostaniesz coś na 

kolację. Myj ręce i siadaj do jedzenia. 

Kostkowi o jedzeniu nie trzeba dwa razy przypominać. 

Barszcz, chociaż bez kiełbasy, gęsty od skwarków i wkrojonych jajek, smakuje znakomicie. 

Swoją drogą, ile to niepotrzebnych robót mama sobie wynajduje! Okna były prawie czyste! Tylko 

co  myte  na  Wielkanoc.  Ze  muchy  trochę  popstrzyły,  to  co!  Kto  na  to  patrzy!  Albo  pastowanie 

podłóg co tydzień! Komu zależy, żeby się tak bardzo świeciły? I tak się zadepcze,  i tak  muchy 

znowu okna zapstrzą. Mięso na obiad chyba ważniejsze. 

Kostek kończy ostatnią łyżkę w samą porę, bo do drzwi ktoś dzwoni. To na pewno nie Alicja, ona 

ma swój klucz. 

—  Idź,  otwórz  —  mówi  mama  i  schodzi  z  krzesła  z  niezadowoloną  miną:  nikt  nie  lubi  wizyt  w 

czasie sprzątania. 

background image

W przedpokoju za progiem stoi pani Malinowska, słynąca z ciągłych nieporozumień z sąsiadami, 

a za nią, ku zdumieniu Kostka, maglarka — ta, która pomagała mu zwijać bieliznę na wałki. 

—  Czy  jest  ktoś  w  domu?  —  pyta  pani  Malinowska,  choć  musiała  mamę  przez  drzwi  do  kuchni 

widzieć. 

— Przecież drzwi s a m e się nie otworzyły — odpowiedział bezczelnie Kostek, bo niby dlaczego 

on się nie liczy? 

— Dobrze, że i ty jesteś w domu — dorzuciła zagadkowo maglarka, ale już mama, nie odwiązując 

fartucha, stanęła w drzwiach. 

— Słucham. Czego sobie panie życzą? 

— Życzę sobie zwrotu mojej bielizny! — kategorycznie oświadczyła pani Malinowska. —1 to pani 

mówię, że nie ruszę się stąd nogą, dopóki jej nie dostanę! 

—  To  chyba  jakieś  nieporozumienie...  —  spokojnie  mówi  mama.  —  Nie  wiem  nic  o  pani 

bieliźnie... 

— I pani mi to mówi! — woła pani Malinowska. — Pani! 

— Wolnego, wolnego — uspokaja maglarka. 

— Mówię i powtarzam: nic wie wiem. 

—  Ładne  „nie  wiem"!  Trzy  nowe  obrusy!  Cztery  prześcieradła!  Dwie  podpinki  z  angielskim 

haftem!  I  siedem  nowiutkich,  nowiusieńkich  kolorowych  poszewek!  Chyba  pani  wie,  że  teraz 

najmodniejsza jest kolorowa bielizna! 

— Nie interesuje mnie to — mama ciągle była spokojna, ale różowe plamy zaczynały występować 

jej na szyi. — Nie rozumiem, dlaczego nachodzi pani mój dom i do tego podnosi głos. 

— Tak?! Mam nie podnosić głosu?!  — krzyczała już naprawdę pani Malinowska. — Niech mi pani 

odda, co moje, to nie będę panią nachodzić! 

—  Wolnego!  Wolnego!  —  nawoływała  na  próżno  maglarka.  W  uchylonych  drzwiach  stanęła 

dozorczyni.  Słychać  było  otwierające  się  mieszkania  zaniepokojonych  hałasem  sąsiadów.  — 

Wolnego, powiadam, wszystko się wyjaśni. To pewnie pomyłka... 

— Ładna pomyłka! Zabrać cudzą bieliznę ze strychu! I do tego taką piękną, nową bieliznę! 

— Ze strychu? — mama przetarła ręką czoło. — Owszem, córka wczoraj zdjęła naszą bieliznę ze 

strychu, o proszę, tu leży, może pani zobaczyć, czy to pani bielizna. 

Mama weszła do pokoju, chwyciła maglownik i rozwijała go szybkimi gestami. Plamy na szyi były 

już czerwonego koloru. 

Z rozwiniętego maglownika pani Malinowska zaczęła wyszarpywać sztukę po sztuce. 

—  O,  mój  obrus!  Moje  prześcieradło!  Moja  koperta  z  angielskim  haftem!  O!  Powłoczki!  Moje! 

Wszystko moje! 

— Coś nieprawdopodobnego!... — szepnęła mama i osunęła się na kanapę, przysiadając jedno z 

prześcieradeł,  które  bez  żadnej  delikatności  wyciągnęła  spod  niej  pani  Malinowska.  Maglarka 

background image

opowiadała, jak to wczoraj zauważyła koperty z angielskim haftem i kolorowe powłoczki, które 

już  znała  jako  własność  pani  Malinowskiej,  jak  to  ją  zastanowiło  i  jak  dziś  powiedziała  o  tym 

pani Malinowskiej spotkanej w sklepie samoobsługowym . 

— Od razu mi się coś tu! tu! zrobiło! — pokazywała pani Malinowska środek obficie wypełnionej 

bluzki. — Zapomniałam nawet, po co do sklepu przyszłam. Biegnę na strych  —  ani  śladu mojej 

bielizny! Owszem, wiszą jakieś sztuki, stare, niedoprane cera na cerze... 

— Wolnego, wolnego — mitygowała znowu maglarka. — Powiedziałam pani Malinowskiej, że ten 

chłopiec, co tu był z bielizną — pokazała na Kostka — nie chciał powiedzieć, jak się nazywa, ale 

kolega  do  niego  mówił  „Kostek".  Dozorczyni  powiedziała,  że  „Kostek"  to  u  Przegoniów.  Więc 

przyszłyśmy. 

Dla Kostka sprawa od kilku chwil była jasna. Fatalna pomyłka! Stało się... 

— Sam chodziłeś na strych? — powiedziała z trudnością mama. 

—  Z  kolegą...  —  odpowiedział  niechętnie  i  powoli.  —  Ze  świeczką,  bo  światło  nawaliło. 

Przepraszam panią za omyłkę. 

— Omyłka! — sarknęła pani Malinowska, zbierając zawiniętą już bieliznę pod pachę i kierując się 

do drzwi. — Dlaczego ja się nigdy nie omylę? 

—  Nasz  maglownik  pani  też  zabiera?  —  zatrzymał  ją  Kostek.  Teraz  pani  Malinowska  oblała  się 

czerwienią. 

—  No  tak.  W  nerwach  cała  jestem.  Człowiek  głowę  traci  od  tego  wszystkiego!  —  Rozwinęła 

zamaszyście  całą  bieliznę  z  maglownika,  aż  poszczególne  sztuki  rozsypywały  się  na  podłogę  i 

Kostek  raz  po  raz  schylał  się,  aby  podnieść  to  modną  poszewkę,  to  znów  kopertę  z  angielskim 

haftem. Mama ledwo trzymała się na nogach, aż się o szafę oparła. 

W tym momencie, do mieszkania weszła Alicja. Widząc zmienioną twarz mamy zawołała: 

— Co tu się stało, mamusiu? 

—  To  się  stało  —  odwróciła  się  już  na  schodach  pani  Malinowska  —  że  przez  takie  „pomyłki" 

pogotowie mnie chyba do szpitala zabierze! 

Kostek zamykając za nieproszonymi gośćmi drzwi rzucił: 

— Były trzy duże wałki, pani maglarka zaświadczy, kosztowało trzydzieści złotych plus robocizna, 

ale to już niech będzie wyrównanie tych... no... szkód moralnych. 

—  Coś  nieprawdopodobnego!  —  westchnęła  mama  biorąc  się  za  głowę  obydwoma  rękami.  — 

Widzisz, Alisiu, co się przez ciebie narobiło? 

— Przeze mnie? Co też mama mówi? 

— Na Kostka złożyłaś magiel i masz pasztet: wziął cudzą bieliznę ze strychu! I jakby mało było 

kłopotu,  to  jeszcze  Malinowskiej  Ta  dopiero  będzie  z  jęzorem  latać  przez  poł  roku! 

—  Kostek!  —  mówi  Alicja.  —  Gdzieś  ty  miał  oczy?!  Co  wyście  tu  z  tym  Marcinem  wyprawiali? 

background image

Wszystko przez tego kolegę, mamusiu. Kostek zupełnie przez niego zgłupiał. Dziś tez widziałam 

ich obydwu na dworcu 

— A coś ty tam robiła? 

— Nie twoja rzecz. Ile razy mama ci mówi, ze po lekcjach masz zaraz do domu wracać? Podłogi 

zapastowane? 

— Gdzie tam! Dopiero obiad zjadł. Co to za kolega? — pytała mama. 

— Normalny. Z naszej klasy. 

— Wiem przecież, że nie anormalny! Jak ty matce odpowiadasz? 

— Normalnie. Mama pyta, ja odpowiadam. 

— Jak mi jeszcze raz odpowiesz „normalnie", to popamiętasz, słyszysz? Jak on się nazywa? 

— No... Bigos! 

— Bigos? To nazwisko? A może imię? 

— Ojej mama to naprawdę! Na imię ma Marcin. 

— Aha — przypomina sobie mama — j a chyba coś o tym Marcinie słyszałam na zebraniu w szkole. 

Niespokojny jakiś czy dwójkowicz... 

— Normalnie, jak wszyscy. 

—  Mama  słyszy,  co  ten  Kostek  opowiada?  Dwójki  —  to  u  niego  normalne.  Pokaż  lepiej  swój 

dzienniczek. 

— Mamusiu, polecę do rzeźnika — ratował się Kostek — przecież ludzie wszystko rozdrapali! 

— No dobrze. Leć raz—dwa — potem porozmawiamy. 

— A pasta do podłogi jest? 

— Jest, jest. Tylko sobie nie daj byle czego zawinąć, patrz, co kupujesz, patrz, ile waży.— 

Kostek  wyszedł  obrażony:  za  każdym  razem  to  samo.  Cóż  to  on  małe  dziecko?  Ale  dobrze,  że 

dzienniczka  me  pokazał.  Po  powrocie  mama  zapomni.  W  dzienniczku  pani  Skoczelowa  wpisała 

uwagę,  że  rozmawiał  na  lekcji  —  znowu  byłoby  gadanie!  A  teraz  kupi  mięso  i  zobaczy  na 

afiszach, co gdzie grają. Jutro nad gegrą nie trzeba będzie siedzieć — fajnie! 

 

VIII 

 

Ojciec  wrócił  rano.  Marcin  wyskoczył  do  przedpokoju,  aby  go  przywitać.  Nieogolone  policzki 

drapały, uśmiechał się, ale było widać, że jest zmęczony. 

— Marcin, synu, wannę od razu szykuj. Tylko nie bardzo gorącą. Wykąpię się, i do łóżka, chociaż 

na parę godzin. Marysiu, wszędzie dobrze, ale w domu, wiesz... 

Marcin puszczał wodę w łazience i słyszał, jak ojciec zaczął od razu o swoich burakach. 

— Głodny jesteś? — pyta mama. 

— Herbaty bym się napił, ale to już po kąpieli. 

background image

Mama kazała chłopcom wrócić do łóżek. Piotruś chciał koniecznie położyć się z ojcem. Herbata 

pachniała mocno, na talerzyku żółciły się kawałki placka z kruszonką. 

Ojciec z błogim wyrazem twarzy opierał się o poduszki. 

— Dom... — mówił — dom... to najlepsze... 

Marcin już nie chciał spać. Sięgnął po książkę, nagle do uszu jego dobiegły słowa: 

—  ...rady  nie  dam.  Musisz  go  wziąć  po  męsku...  złe  towarzystwo...  Pieniądze  nie  wiadomo 

skąd... może w  jakieś  szachrajstwa się wdał? Wiesz, jak się to może skończyć... charakter ma 

słaby, podatny... 

— Eee, pewno nic poważnego — powątpiewał ojciec. 

— Jak to „nic poważnego"! Los własnego dziecka cię nie obchodzi? Dopiero jak milicja przyjdzie? 

Wacek też podejrzewa coś niedobrego. Nie słyszałeś o tych chłopcach, co kioski okradali? W tym 

samym  wieku,  co  Marcin.  Dojrzewanie  to  jest  najtrudniejszy  okres.  Chłopak  potrzebuje  ręki 

ojca, a ciebie nigdy nie ma! 

—  Marysiu!  Miej  litość!  —  jęknął  ojciec.  —  Czy  ja  dla  swojej  przyjemności  jeżdżę?  Awans 

dostałem  właśnie  za  to,  że  w  terenie  umiem  robotę  organizować.  Ale  ta  praca  doprawdy  za 

słodka nie jest. Jak pies po hotelach, po stołówkach. A kiedy wreszcie człowiek cieszy się, że do 

domu, do swego łóżka, to tymi... 

— Ach, Józku, mnie naprawdę trudno. Wszystko na mojej głowie! No, już dobrze, przepraszam 

cię, śpij. 

— Jak się prześpię, to z chłopakiem pogadam, ale dajcie mi odzipnąć... 

Mama zamknęła ostrożnie drzwi. Słychać było: poszła do kuchni. Mama zawsze pierwsza wstaje. 

Domowej roboty nigdy nie brak. Marcina zaczyna gryźć sumienie, ale trwa to zaledwie  chwilę. 

„Wacek  też  niewiele  pomaga,  tylko  użala  się  nad  mamą,  że  tak  wszystko  sama...  Piotruś, 

owszem,  ale  co  ten  Piotruś  potrafi?...  I  po  co  mama  ojcu  jakieś  historie  nie  z  tej  ziemi 

opowiada?  Albo  znowu  z  tym  charakterem!  I  po  co  jakieś  tam  «dojrzewanie»,  «trudny  okres»! 

Nie można powiedzieć po ludzku, że szósta klasa najtrudniejsza? Każdy chyba to rozumie..." 

Poniedziałek wśród innych dni tygodnia na pewno mógłby zostać rekordzistą: żaden tak  szybko 

nie nadbiega po niedzieli jak właśnie on. 

Uczniowie  poniedziałkowym  rankiem  ciągną  do  szkoły  po  prostu  zawiedzeni,  że  niedziela 

obiecywała  tak  wiele,  a  nie  dotrzymała  nawet  połowy  i  zamiast  sypnąć  samymi 

przyjemnościami, ukazała nagle różne niemiłe sprawy. 

Marcin i Kostek spotkali się w szatni z niewesołymi minami. 

—  Gnatów  nie  czuję!  —  skarżył  się  Kostek.  —  Całą  niedzielę  była  taka  harówka,  jak  przed 

Wielkanocą!  —  A  widząc  zdziwione  spojrzenie  kolegi  ciągnął  dalej:  —  W  sobotę  była  draka,  bo 

wiesz,  ta  bielizna,  co  ją  zmaglowaliśmy,  to  wcale  nie  była  nasza.  Mama  się  zdenerwowała,  a 

background image

moja mama, jak się zdenerwuje, to bierze książkę i czyta. Poczyta parę godzin i spokój —ale za 

to potem goni robotę, że coś strasznego! 

— A nie możesz zwiać albo żeby... siostra? 

— Spróbowałbyś! Nie tak łatwo. A jeszcze przez tę omyłkę. Musiałem drugi raz z Alicją do magla 

iść. I zapłacić trzeba było, mama powiedziała, że mi to wszystko z tygodniówki wytrąci, żebym 

na drugi raz patrzył, co robię. 

— W kinie byłeś? 

— W kinie! — powtórzył z goryczą Kostek. — Za co? 

— Ja ci zaraz oddam — Marcin zaczął szukać po kieszeniach. 

— 60 — 

—  Dostałem  tygodniówkę,  ale  co  to  jest  dziesięć  złotych?  Myślałem,  że  ojciec  mi  coś  dorzuci, 

kiszka z wodą! Też miałem rozprawę. Tyle że do południa byłem w parku, Sobieraja spotkałem, 

a po obiedzie, jak się ojciec za mnie wziął. A do tego mama oliwy ciągle dolewała! No, jakoś się 

wykręciłem. Z ojcem to można się dogadać, z mamą trudniej. 

— Wiem coś o tym! — rzucił Kostek. 

—  Ojca  ujęło,  że  koledzy  mają  do  mnie  zaufanie,  skoro  na  moje  ręce  złożyli  pieniądze  na 

prezent dla nauczyciela... 

— Prezent? Jaki prezent? 

—  Bo  wiesz,  nasz  Piotrek  widział,  jak  kupowałem  gumy  do  żucia.  Nie  mogłem  przecież 

powiedzieć, że przegrałem, bobym naparzankę dostał jak amen w pacierzu i z tygodniówką też 

bym  się  pożegnał,  więc  powiedziałem,  że  geograf  jechał  do  Włoch  i  postanowiliśmy  naszemu 

ulubionemu nauczycielowi dać coś na drogę, a że Tomasz żuje gumę... 

— Tomasz? Żuje gumę?... 

—  Ojciec  też  się  zdziwił,  ale  mama  wtrąciła,  że  wśród  nauczycieli  są  różni  dziwacy,  no  więc 

ojciec powiedział tylko, że prezent nie był zbyt pomysłowy, że trzeba było lepiej jakiś drobiazg 

córce, jakąś pamiątkę, ale ja na to — że my przecież nic o tej córce nie wiemy, czy mała, czy 

duża... 

— Aleś się nałgał! — podziwiał Kostek. — A jak się ojciec z Tomaszem spotka? 

—  Nigdy!  Gdzie  Rzym,  gdzie  Krym,  a  gdzie  lubelskie  buraki!  A  co  do  łgania,  to  pamiętaj:  „Nie 

będziesz  łgał  —  nie  będziesz  spokoju  miał".  Jakby  moja  mama  dowiedziała  się,  że  ja  się 

zakładam i przegrywam czy wygrywam, tobym już, bracie, do końca świata spokoju nie miał. Bo 

w  naszej  rodzinie  był  taki  dziadek,  co  wszystko  w  karty  przegrał.  Dopiero  bym  się  nasłuchał! 

Kostek, matmę zrobiłeś? 

—  O  raju!  Nie!  W  sobotę  u  rzeźnika  stałem  w  ogonku,  potem  magiel  —  potem  kolacja...  A  w 

niedzielę  od  rana  mama  takiego  ducha  nabrała,  że  ganiała  mnie  cały  dzień,  wypastowałem  i 

wyfroterowałem wszystkie podłogi. 

background image

— A siostra? Oj, Kostek, ty za ofiarę w domu jesteś! 

— Nie bój się. Alicja prasowała całą niedzielę. I nie musiała bielizny zwilżać, bo płakała jak nad 

cebulą. Przeżywa... 

— Co to znaczy? 

— A bo ja wiem. Mama do niej powiedziała: „Wiem, że to mocno przeżywasz, ale lepiej popłacz 

teraz, niż całe życie z człowiekiem bez charakteru". 

— O, znowu coś! Co to jest ten człowiek bez charakteru albo z charakterem? 

— Sam bym chciał wiedzieć. Ten, z którym Alicja chodziła, wcale mi się nie wydawał najgorszy. 

Ale mamie się nie podobał: palił papierosy. Jak tylko przychodził do nas, mama okna otwierała, 

że  niby  się  zadusić  można.  A  jak  wyszedł,  to  zawsze  do  Alicji  o  nim:  „Jedne  portki  na  gołym 

tyłku, a wszystko z dymem przepuści". No i Alicja z nim rozerwała czy zerwała, nie wiem, jak to 

się mówi. 

— Nasz Wacek też pali, ale tylko w szkolnym ustępie, widziałem go z Fają z dziesiątej. 

— Niech ich woźny złapie! Zobaczą trzy światy! 

Pierwsza  lekcja  potoczyła  się  normalnie,  ale  już  na  drugiej,  która  miała  być  dalszym  ciągiem 

historii, pani Skoczelowa zajrzała do klasy i oświadczyła: 

—  Muszę  iść  teraz  do  klasy  ósmej,  wiecie,  że  jutro  zaczynają  się  u  nich  egzaminy.  Do  was 

tymczasem przyjdzie pan Tomaszewski. 

—  Pan  Tomaszewski?!  —  zawołało  w  ogromnym  zdziwieniu  kilka  głosów.  —  Który  pan 

Tomaszewski? 

— Wy chyba z tych upałów głowy tracicie — powiedziała pani Skoczelowa. — Jeden jest tylko w 

naszej szkole pan Tomaszewski. Właśnie idzie. 

Marcin mrugał oczami, wydawało mu się, że śni. 

Profesor grzecznie przepuścił wychodzącą nauczycielkę i wszedł do klasy wyświeżony, pachnący, 

w jasnym, letnim garniturze, opalony i po prostu promieniejący wypoczynkiem. 

—  Ja  ci  pokażę!  Gagarina  z  Walentyną  zobaczysz  i  wszystkie  gwiazdy  na  dodatek!  —  syczał  do 

Marcina  z  drugiej  ławki  Basior,  wygrażając  obiema  zaciśniętymi  pięściami,  a  nieszczęsny 

Sobieraj, siedzący dalej, aż zbielał z wściekłości. 

Na  domiar  złego  pan  Tomaszewski  zauważył:  —  Jak  to,  mój  Basiński,  jeszcze  ci  było  mało  na 

przerwie? To może resztę energii wyładujesz przy mapie? Proszę bardzo  — i uprzejmym gestem 

zapraszał na środek klasy, do stojaka z mapą. 

Basior  wrócił  z  dwóją.  Wyglądało,  jakby  profesor  dowiedział  się  w  jakiś  niewyjaśniony  sposób, 

kto wczorajszej niedzieli miał o wiele pilniejsze zajęcia  niż ślęczenie  nad wyżynami i nizinami 

Polski, nad jej podziałem administracyjnym, rozwojem przemysłu i przede wszystkim rolnictwa. 

Ofiarą fatalnego nieporozumienia padł i Basior, i Maciora, i Kostek, a "przy samym końcu lekcji, 

kiedy Marcin miał już błogą nadzieję, że jemu się tym razem upiecze — usłyszał swoje nazwisko. 

background image

Na  próżno,  zapytany  o  bogactwa  mineralne  Wyżyny  Kielecko—Sandomierskiej,  zręcznie 

przeskoczył Wisłę i zaczął się rozwodzić o uprawie buraków cukrowych, ich kontraktacji, trosce 

rolników  o  sztuczne  nawozy  i  o  tych  wszystkich  sprawach,  o  których  na  podstawie  opowiadań 

ojca mógł ciągnąć i godzinę. 

Tomasz bezlitośnie mu przerwał i kazał wrócić do poprzednio zadanego pytania. 

Marcin  speszony, że nie potrafi wywieść w pole nauczyciela, zapomniał nawet to, co mu się  w 

głowie przedtem jakoś trzymało, i zamilkł na dobre. 

—  Hm,  Bigoszewski  —  powiedział  Tomasz  —  nie  powtórzyłeś  materiału?  Nie  zajrzałeś  nawet  do 

podręcznika? A masz ty chociaż podręcznik? 

Gdyby  Marcin  chciał  mówić  prawdę,  powinien  wyznać,  że  z  jego  podręcznikiem  geografii 

okrutnie się obszedł Bobik, wspaniały, mądry pies, który przychodził czasami do nich z dalekim 

kuzynem,  Stefkiem  Dziewałtowskim,  pies,  który  też  widocznie  do  geografii  wielkiego 

nabożeństwa nie miał. Ale znając bezwzględność Tomasza, wiedząc, że tak czy inaczej dostanie 

dwóję,  pohamował  się.  Żądano  od  niego  prawdy,  a  z  jakiej  racji  on  się  miał  nią  posługiwać, 

skoro ten, kto się o nią dopominał, potrafił tak perfidnie kłamać!... Przecież w sobotę na dworcu 

Marcin dobrze słyszał (i nie tylko Marcin, Kostek też miał uszy!), jak profesor mówił, że jedzie 

do Włoch, do córki, której dawno nie widział. No i co? Więc dorośli mogą tak strasznie kłamać? A 

on ma mówić prawdę? Raczej w ziemię wrośnie, a prawdy nie powie!... 

— Panie profesorze, ja... całą niedzielę siedziałem nad geografią. Od razu, jak się obudziłem, to 

tylko mleka trochę popiłem i do nauki — płynęło z ust Marcina — czytałem sobie, powtarzałem, 

ale  niegłośno,  panie  profesorze,  bo  rano  ojciec  mój  wrócił  spod  Lublina,  bo  musiał  tam 

skontrolować,  czy  buraki  rosną  jak  trzeba,  bo,  panie  profesorze,  już  niedługo  kampania 

buraczana się zacznie... 

Profesor  w  tej  chwili  zrozumiał,  skąd  jego  uczeń  ma  tyle  wiadomości  o  uprawie  buraków,  i 

kiwnął głową. 

—  ...i  powtarzałem,  panie  profesorze,  rozdział  za  rozdziałem,  i  potem,  kiedy  oj  ciec  wstał, 

namawiał  mnie,  żebym  szedł  z  nimi,  to znaczy  jeszcze  z moim młodszym  bratem,  do zoo,  ale 

czy ja nie rozumiem, że nauka ważniejsza? I do samego obiadu nad geografią, a po obiedzie... 

— Dziwne — rzekł profesor — bardzo dziwne... 

Marcin  pomyślał,  że  on  też  mógłby  coś  dziwnego  przytoczyć.  Przecież  Tomasz  powinien  w  tej 

chwili być u córki w dalekich Włoszech. 

— Tak, panie profesorze, może to i dziwne, ale są na tym świecie różne dziwne rzeczy. I nawet 

kiedy moja mama mówiła, żebym poszedł trochę na świeże powietrze albo do kina... 

—  Proszę  pana,  on  mówi  prawdę!  —  zawołała  Jagodzianka.  —Ja  go  wczoraj  widziałam  w  kinie 

„Aurora"! 

background image

— ...ale zaraz po kinie wróciłem do geografii, nawet innych przedmiotów nie odrobiłem. Matmy 

nie odrobiłem, panie profesorze, o, proszę sprawdzić zeszyt, i tylko geografię, ale widocznie... 

widocznie... przetrenowałem. 

Profesor pokiwał głową z zagadkową miną i postawił w notesie dokładną okrągłą dwójkę. 

Po  dzwonku  dziewczęta,  jak  zwykle,  pobiegły  do  drzwi,  ale  nie  wszystkie  wyszły.  W  klasie 

zaczęła się bójka. 

Ciężki, zwalisty Basior rzucił się pierwszy na Marcina. Za nim do bitki przyłączył się Sobierajski, 

też nie ułomek. Ale Marcin nie dał się zaskoczyć, a Kostek ani chwili nie zastanawiał się, gdzie 

jego miejsce. Już wyleciał w powietrze czyjś sandał, już trzeszczał wydzierany z koszuli rękaw, 

a wszystko było przerywane głuchym odgłosem trafnych uderzeń i wołaniem: 

— Za Włochy! Jeszcze raz za Włochy! I to też za Włochy, do których pojechał Tomasz! 

Kłąb splątanych nóg, rąk, wyślizgujących się barków i pleców znów nakrywanych nogami, które 

nie wiadomo, do kogo należały, przewalał się coraz szybciej. Tak jedna, jak druga strona miała 

swoich przyjaciół, którzy, nie wiedząc nawet, o co chodzi, stawali w potrzebie do pomocy. 

Nagle spod splątanych w dziwny węzeł kończyn odezwał się donośny głos Sobierajskiego: 

—  Basior!  Rozejm!  Przypomniałem  sobie!  Rozejm!  Najwyższa  była  po  temu  pora  —  bo  oto  już 

nadbiegały dziewczynki, poprzedzając nauczycielkę. 

— Biją się! — piszczały. — Chłopaki się biją! Proszę pani, tu! Tutaj, w naszej klasie! 

Chłopcy w mgnieniu oka stanęli na nogi. Kostek zgubił sandał i czym prędzej wszedł do ławki. 

Marcin miał podbite oko, Basiński — rozciętą wargę, z której zlizywał krew. 

— Co to? Co tu się działo? Co wy wyprawiacie? — denerwowała się pani Skoczelowa. — Na parę 

minut z oka was nie można spuścić? Mówcie zaraz, o co wam poszło? 

— Nam? — dziwił się Basior przykładając do wargi nie pierwszej czystości chusteczkę.  — O nic. 

Siłowaliśmy się. 

— I twoje podbite oko też z tego siłowania? — zwróciła się nauczycielka do Marcina. 

— Też, proszę pani, tylko że nadziałem się na łokieć. 

— Na własny łokieć? — powtórzyła ironicznie nauczycielka. 

— On chciał powiedzieć, że na pięść, a to żadna różnica, proszę pani — mówił Maciora — łokieć 

czy pięść, ta sama ręka. Może się pani łatwo przekonać. 

— Już ja bym wolała was przekonać — kiwała głową nauczycielka — że teraz naprawdę są gorące 

dni  w  szkole  i  powinniście  to  zrozumieć.  Wy  też  wkrótce  będziecie  w  ósmej  klasie.  Wy  też 

będziecie się denerwować. 

—  Proszę  pani,  proszę  pani!  —  wołała  jakaś  uczennica  przepychając  się  przez  otaczającą 

nauczycielkę gromadę. — Pan kierownik prosi! 

Pani Skoczelowa opuściła klasę, a Irena Gołąbkówna pogardliwie wydęła wargi. 

background image

—  Jak  tak,  to  się  naparzają,  że  o  mało  zębów  nie  liczą,  a  nauczycielce  mówią:  „siłowanie". 

Łgarze!  A  Bigos  to  tak  kłamie,  aż  tynk  z  sufitu  leci!  „Od  rana  nad  geografią  siedziałem  — 

przedrzeźniała — do samego obiadu! Nie jadłem, nie piłem, tylko się uczyłem!" A jakże! Przecież 

ganialiście z Sobierajem po parku Ujazdowskim, aż ziemia dudniła, i ludzie oglądali się, czy to 

hipopotamy lecą. Może nie? 

— Nie twoja babska rzecz! — uciął krótko Basior. — Panowie, oczyśćmy plac! 

Dziewczęta w mgnieniu oka zrozumiały, o co chodzi. 

—  Panowie  —  podjął  Sobierajski  —  wydaje  mi  się,  że  zaszło  małe  nieporozumienie.  Bigos  nie 

kłamał! 

—  Jak  to?  Nie  mówił,  że  Tomasz  jedzie  do  Włoch?  Że  gegry  nie  będzie?  Łgał  jak  pies!  Dobrze 

chociaż, że i sam wpadł. 

—  Tomasz  jechał  do  Włoch.  I  to  nie  pierwszy  raz  —  wyjaśniał  Sobierajski.  —  Przypomniałem 

sobie,  że  w  zeszłym  roku,  kiedy  dojeżdżałem  jeszcze  z  Pruszkowa,  Tomasz  zawsze  w 

poniedziałek właśnie z Włoch wracał. Z tych pod Warszawą. 

Marcin i Kostek zmartwieni byli otrzymanymi dwójami z geografii. 

— Jak myślisz — mówił Kostek — czy ta bomba wpłynie na stopień z gegry na świadectwie? 

—  Tfu!  Co  ci  do  głowy  przyszło?  —  denerwował  się  Marcin.  —  Jeszcze  by  tylko  brakowało, 

żebyśmy poprawkę mieli do siódmej. To przecież byłby koniec świata. Tomasz musi nas jeszcze 

zapytać. 

— Ja zaraz dziś siadam nad gegrą i sam do niego się zgłoszę, bo może być klops. 

— Może, ale nie musi. Taki piękny dzień! Polećmy na Bielany — kusił Marcin. 

—  Leć,  leć,  wariat  jesteś!  W  przyszłym  tygodniu  nauczyciele  mają  zebranie,  jak  ci  wlepią  ze 

dwie poprawki, to wsiąkniesz. 

— Skąd wiesz o tym zebraniu? — zaniepokoił się Marcin. 

—  Mapę  do  pokoju  nauczycielskiego  odnosiłem  i  widziałem  tam  na  desce  koło  drzwi  przypięte 

zawiadomienie, żeby oceny były przygotowane. 

— O raju! — Marcina dreszcz przeszedł. — Tomasz zły, Skoczelowa za tego Sienkiewicza zębami 

na mnie zgrzyta... 

—  Na  mnie  też  —  wtrącił  Kostek.  —  Co  tu  zrobić,  żeby  zdobyć  trochę  forsy...  Żeby  jaki  skarb 

wykopać... 

— Wariat! Gdzie byś tu kopał! Na Marszałkowskiej? Wszystko przekopane, wzdłuż i wszerz. Już 

lepiej jechać taksówką i znaleźć w niej teczkę pełną pieniędzy, no, na przykł ad — pięć tysięcy 

złotych. Idziemy oddać temu, co zostawił, bo na pewno zgłosiłby milicji, a on mówi: „Chłopcy! 

Uratowaliście  mój  honor!  To  były  pieniądze  ubogiej  staruszki,  której  syn,  umierający  na  obcej 

ziemi, powierzył mnie, abym przekazał matce. Macie tu po sto złotych". 

— Wariat! — teraz Kostek podważał pomysł Marcina. — Gdzie masz forsę, żeby jechać taksówką? 

background image

Rozstali się z postanowieniem, że muszą coś wymyślić, aby powiększyć swe  fundusze.  Obaj po 

oddaniu  długów  byli,  można  powiedzieć,  bez  grosza.  Marcin  mechanicznie  sięgnął  po  gumę. 

Ostatecznie  człowiekowi  lepiej  się  myśli,  kiedy  żuje,  a  co  do  ćwiczenia  charakteru,  to  jedna 

guma  wystarczy.  Zresztą,  co  tu  mówić  o  pracy  nad  charakterem,  kiedy  życie  ucznia  jest  i  tak 

ciężkie... 

 

IX 

 

jednak i w tym ciężkim uczniowskim życiu zdarzają się jaśniejsze chwile. Kostek Przegoń wygrał 

namiot. 

Kiedy  Nemek  Batorowicz  przybiegł  do  niego  z  numerem  „Świata  Młodych"  pokazując 

wydrukowane  nazwisko  Kostka  i  wymienioną  nagrodę,  szczęściarz  nie  chciał  wierzyć  własnym 

oczom.  Zawołał  zaraz  Marcina,  któremu  w  pierwszej  chwili  żal  się  zrobiło,  że  nie  wziął  w 

konkursie  udziału. Przecież i on mógłby coś wygrać, ale mu  się po prostu nie chciało przysiąść 

fałdów. Trzeba było ileś tam książek przeczytać, toby jeszcze wytrzymał, ale i napisać, co się o 

nich  myśli.  Za  długo!  Wolał  pognać  do  parku  albo  nad  Wisłę,  albo  tak,  po  prostu  włóczyć  się 

ulicami. Kostek co innego. Dobra, że chociaż on wygrał. 

Wieść rozniosła się po klasie piorunem. Numer czasopisma wyrywano sobie, nie pytając, do kogo 

należy.  Wkrótce  był  przedarty  na  pół  i  wędrowała  tylko  strona  zawierająca  niecodzienną 

wiadomość. 

I  nagle  wszyscy  zaczęli  się  martwić,  kiedy  Kostek  odbierze  nagrodę  —  bo  było  tak  napisane: 

„Zdobywcy nagród zgłoszą się jak najszybciej do redakcji". 

— Może to już za późno? — zastanawiał się Sobieraj. — Przecież pismo ukazało się wczoraj. Może 

inni swoje nagrody odebrali, a twoja, Kostek, już przepadła? Toby dopiero było! 

—  Poproś  Tomasza  o  zwolnienie  —  doradzał  Basiński  —  pokaż  mu  czarne  na  białym,  że  „jak 

najszybciej",  a  jak  najszybciej,  to  znaczy,  ile  pary  w  nogach,  bo  naprawdę  możesz  się  z  tym 

namiotem pożegnać. 

— Co ty opowiadasz — wątpił Nemek — przecież to poważna redakcja, nie żadni naciągacze. 

— A może ktoś przez pomyłkę wziąć, nie? Wygrał chlebak, a weźmie namiot. No i co? 

Zaniepokojony  Kostek  pokazał  „Świat  Młodych"  panu  Tomaszewskiemu,  który  przeczytał 

wiadomość,  owszem,  powinszował  Kostkowi  i  kazał  siadać  na  miejsce,  a  na  czyjąś  nieśmiałą 

uwagę, że Kostek może się po odbiór spóźnić, odpowiedział spokojnie: 

— Nagroda nie zając, nie ucieknie, a lekcja, chociaż też nie zając, ucieka z każdą minutą.  — i 

wezwał Ewę do mapy. 

Do końca oprócz geografii były jeszcze dwie lekcje. Okropnie daleko! Ale dobrze się stało, gdyż 

do  tego  czasu  oszołomiony  Kostek  zdołał  trochę  oprzytomnieć  i  odżegnać  się  od  udziału  całej 

background image

klasy przy odbieraniu nagrody. Może do tego potrzebny jest ktoś starszy? Naradzi się najpierw w 

domu. 

Koledzy,  a  nawet  i  koleżanki,  byli  zawiedzeni.  Nie  obyło  się  nawet  bez  ironicznego  wyrażania 

wątpliwości, czy Kostek w ogóle da* na swój namiot choćby z daleka spojrzeć. 

— Sobek! Na pewno nikomu nie da! 

— Najwyżej drugiemu sobkowi, Marcinowi. 

—  W  ogóle  oni  dwaj  —  wymądrzała  się  Ewa  —  to  nic  nigdy  dla  ogólnego  dobra...  widać  to  na 

każdym kroku... Sobki. 

To sobkowanie bolało. Było przecież niesprawiedliwe. Jak to, czyż ich nie pochwaliła publicznie 

pani  Śmiątkiewicz  za  gromadzenie  jesienią  liści  na  kompostową  pryzmę?  Nikt  się  tak  nie 

nadźwigał.  Dzień  w  dzień  biegali  do  parku  Ujazdowskiego.  Mieli  fory  u  nauczycielki  biologii, 

która  w  tej  pryzmie  kompostowej,  założonej  rok  temu,  starannie  przewracanej  co  parę 

miesięcy,  widziała  nie  tylko  ilustrację  poglądową  jednego  z  punktów  przerabianego  programu, 

ale i realizację cichego marzenia: miniaturowego ogródka w kącie boiska, gdzie, niestety, do tej 

pory złocił się jedynie szczery piach. 

Starsza pani w dużych rogowych okularach, obarczona zawsze dużym pudłem, w którym często 

znajdowało  się  jakieś  „cudowne"  znalezisko:  korzeń  o  dziwnym  kształcie,  gałązka  obsypana 

kwiatem  lub  owocami,  rzadki  okaz  narośli  na  drzewie  lub  nawet  naszyjnik  czy  broszka 

pomysłowo zrobione z pestek, nasion i suszonych jagód jarzębiny. 

Młodzież lubiła ją i nie obawiała się złych stopni, bo z najoporniejszego mózgu potrafiła wydobyć 

wiadomości zasługujące co najmniej na trójkę. 

Była  sprawiedliwa  i  gdyby  Kostek  z  Marcinem  na  to  nie  zasługiwali,  nigdy  nie  powiedziałaby  o 

nich, że mają... zaraz, jak to?... Aha — wysoki stopień uświadomienia obywatelskiego. 

A tu nagle — sobki. 

Kiedy  stanęli  przed  domem,  w  którym  mieściła  się  redakcja  „Świata  Młodych",  zobaczyli  ku 

swemu zdziwieniu Basińskiego i jeszcze dwu kolegów. Jak to? Więc na próżno ze szkoły poszli w 

odwrotnym  niż  należało  kierunku,  udając,  że  nie  spieszą  po  nagrodę?  Na  próżno  nałożyli  dwa 

razy tyle drogi, aby obejrzeć namiot bez świadków? 

—  Nie  szkoda  wam  kalorii  —  drwił  Basior  —  i  czasu?  My  pruliśmy  prostą  drogą.  Czekamy  i 

czekamy. No, Kostek, spiesz się! 

Paczka z namiotem była spora. Dźwigali ją na przemian, aż przydźwigali na Kostkowe podwórko. 

Tu pomocnicy kategorycznie zażądali rozłożenia namiotu. 

Na wycementowanym podwórku nie było ani piędzi ziemi, w którą można by wbić „śledzia". Nic 

nie  pomogły  perswazje  Kostka,  żeby  zaczekać  do  niedzieli  i  udać  się  z  namiotem  gdzieś  w 

odpowiednie miejsce. Basior nie ustępował: 

background image

— Niedziela daleko. Do niedzieli twoja matka powie, że pralka potrzebniejsza niż namiot, i tyle 

go będziesz widział. Ja starych znam! Rozkładaj! 

Namiot był piękny, seledynowo żółty, rozwinął się niby egzotyczny kwiat na asfalcie. Zbiegło się 

do  niego  wszystko,  co  miało  nogi.  Każdy  chciał  zobaczyć,  dotknąć,  przytrzymać  za  sznurek. 

Tyczka, postawiona w środku, trzymała się prosto. Nad wejściem daszek ochraniał od deszczu. 

W środku — dwa małe plastykowe okienka, które można było zasunąć prawdziwymi firaneczkami. 

I  kieszenie  z  boku  na  drobiazgi,  i  podłoga  solidna,  nieprzepuszczająca  wilgoci.  Oglądania  a 

odkryć starczyło na dłuższy czas. 

Kiedy odeszli już wreszcie koledzy, Kostek z Marcinem zwinęli namiot i zanieśli do mieszkania. 

Nie było go gdzie ukryć, leżał więc pod wieszadłem w przedpokoju i Kostek ze źle maskowanym 

niepokojem powiedział: 

— Marcin, wiesz, powiem, że namiot wygraliśmy z tobą we dwójkę, co? 

— Dlaczego? — zdziwił się Marcin. 

—  Bo,  wiesz...  Basior  ma  rację.  Raz  wygrałem  taki  mniejszy  patefon,  za  krzyżówkę,  to  Alicja 

powiedziała,  że  nic  nie  wart  i  poszła  do  sklepu,  żeby  wymienić  na  większy.  Trochę  dopłaciła, 

prawda, ale teraz nazywa się, że patefon jest jej, rozumiesz? 

—  Rozumiem.  Dobra  jest!  Spróbujmy  go  tu  rozłożyć,  co?  Pętlę  można  przywiązać  do  szafy,  do 

kanapy... — rozglądał się Marcin po pokoju. 

Dopiero  po  wyniesieniu  krzeseł  i  odsunięciu  stołu,  za  pomocą  sznurków  namiot  rozciągnięto  i 

przywiązano, do czego się tylko dało: do nóg szafy, kanapy, stolika z radiem i patefonem i półki 

z książkami. Aż stanął w całej okazałości. 

Wysoki  był,  rozłożysty  i  opiekuńczo  osłaniał  swym  dachem  przyjaciół,  którzy  zaopatrzeni  w 

poduszki z kanapy rozciągnęli się w jego wnętrzu. 

Cóż to jest dyskusja? Jest to wymiana poglądów, które czasami są zgodne, czasami  się  różnią. 

Różnica zdań jest nawet pożądana, gdyż wprowadza ożywienie. Dyskusje odbywają się w sali, w 

pokoju,  czasami  na  świeżym  powietrzu.  Gorzej,  jeżeli  ożywiona  dyskusja  odbywa  się  w  tak 

ograniczonej przestrzeni, jak jednoosobowy namiot, gdzie znajduje się dwu chłopców. 

Sprawa  dotyczyła  pracy  nad  charakterem,  którą  koledzy  mieli  rozpocząć  od  poniedziałku. 

Wymieniali  różne  jej  formy,  czyli  sposoby,  i  wtedy  właśnie  wystąpiły  zasadnicze  różnice  w 

poglądach. 

Kostek uważał, iż trzeba tu włączyć dokładne wypełnianie obowiązków domowych. 

Marcin gwałtownie zaprzeczał. 

— Praca społeczna, owszem, ale w domu należy się bronić wszelkimi sposobami przed wyzyskiem 

człowieka przez rodzinę. Umiejętność wymigiwania się to też jest dowód charakteru. 

— Tak — potwierdzał drwiąco Kostek — ale jakiego? 

background image

I  nie  wiadomo  kto  tak  niezręcznie  zatoczył  ręką,  że  wylądowała  na  szczęce  partnera  niczym 

prawy  sierpowy.  Potem  już  wszystko  pomknęło  szybko,  a  przed  oczami  chłopców  w 

zielonożółtym namiocie migała czerwień. Nie słyszeli przewracającego się stolika, rozbijającego 

się na podłodze wazonu i spadających z półki książek. Okładających się pięściami i zmagających 

ze sobą chłopców ocucił dopiero krzyk: 

— Co tu się dzieje?! — To wołała Alicja. 

— Kto to zrobił?! — pytała zagniewana matka, pokazując przewrócone sprzęty, rozsypane książki 

i szczątki wazonu w rozlanej kałuży wody. 

Przerażeni chłopcy spoglądali wokół siebie, jakby szukając winowajcy. 

Upadek  środkowej  tyczki  spowodował  zapadnięcie  się  namiotu,  który  wcale  już  wspaniale  nie 

wyglądał. 

— Ma... mamusiu — jąkał Kostek — to namiot... harcerski namiot... 

—  Sprzątajcie  mi  to  natychmiast!  I  żeby  po  tym  namiocie  śladu  nie  zostało!  Chodź,  Alisiu,  do 

kuchni. Nie mogę patrzeć na tych niszczycieli! Harcerski namiot! Harcerskie wycieczki! Jak ja się 

za ciebie, Kostek, wezmę, to ci te harcerskie zabawy wywietrzeją z głowy! 

—  Mój  Ulubiony  wazonik...  —  biadała  Alicja  podnosząc  gałązkę  bzu  z  podłogi.  —  Poczekaj, 

będziesz musiał odkupić! 

Po  sprzątaniu  Marcin  został  wyproszony  razem  z  namiotem. Zapowiedziano  mu  przy  tym,  żeby 

się już u Kostka nie pokazywał, bo gdyby nie on, nigdy by do „takich rzeczy" nie doszło!... 

Sprawa budowy pomnika Sienkiewicza wróciła znowu, chociaż z zupełnie innej strony. 

To  „Express  Wieczorny"  podał  wiadomość,  iż  H.Z.,  uczeń  dziesiątej  klasy  pewnej  warszawskiej 

szkoły,  wygrawszy  150  złotych,  ofiarowuje  tę  sumę  na  budowę  pomnika  ulubionego  autora, 

Henryka  Sienkiewicza,  i  wzywa  społeczeństwo,  aby  przyłożyło  ręki  i  grosza  do  tej  inicjatywy. 

Gazeta dodawała, że imię i nazwisko jest jej znane, ale ofiarodawca prosił, aby je zachowano 

tylko dla siebie. 

Kiedy Ewa Jagodzianka pokazała wiadomość w klasie, a Irena Gołąbkówna przeczytała na głos, 

Piątkowski zawołał: 

— Wariat! Kiepski wariat! Bo ja... 

— Wolałbyś wszystko — na gumę? — przerwała mu Ewa. 

—  Daj  człowiekowi  dokończyć!  —  zgniewał  się  Basior.  —Jagoda,  tobie  naprawdę  przydałoby  się 

potrójne salto mortale... Mów, Kazik! 

— ...więc ja, jakbym już był za takiego bohatera, to proszę bardzo, niechby cała Warszawa, cała 

Polska  wiedziała,  jaka  to  szkoła,  jaki  chłopak.  A  tak,  to  może,  w  ogóle,  nabieranie  i  kiszka  z 

wodą, nie? 

Na odpowiedź nie było czasu: pani Skoczelowa siadała za nauczycielskim stolikiem. Ewa rzuciła 

się do niej. 

background image

— Proszę pani, pani widziała? 

— Widziałam, owszem — odpowiedziała więcej niż chłodno pani Skoczelowa — ale chyba z wami, 

uczniami klasy szóstej A, nie ma to nic wspólnego? 

— Jak to, proszę pani! — zawołał Maciora. — Przecież my się chyba możemy przyłączyć? Mój tata 

zaraz, jak tylko przeczytał, powiedział, że da mi na Sienkiewicza, bo to wstyd, żeby taki autor 

nie miał do tej pory pomnika w Warszawie. 

— Czy ja dobrze słyszę? — zapytała nie mniej chłodno nauczycielka. — Czyż nie w tej klasie padły 

słowa, że rodzicom „uszami się wylewa"? 

— Eee... proszę pani — zabrał głos Kazik Piątkowski — przecież Bigos to nie cała klasa, a zresztą, 

wtedy to mu po prostu szajba odbiła. 

— Piątkowski! Jak ty się wyrażasz? Co za bigos? O czym ty mówisz? Co za szajba? 

— Eee... proszę pani, Bigos to przecież  Bigoszewski, a szajba mu odbiła znaczy, że... tego, że 

idiota, ale jakbym powiedział „idiota", też byłoby źle — bronił się nie speszony Kazik. 

—  Piątkowski,  jesteś  dość  długo  w  naszej  szkole,  aby  sobie  przyswoić  poprawny  sposób 

wyrażania.  I  bardzo  cię  proszę,  wypowiadaj  się  po  ludzku.  A  teraz  zabierajmy  się  do  lekcji.  O 

Sienkiewiczu, o ile pamiętam, nic nie zadawałam. 

—  Ta  ci  nie  zapomni!  —  szepnął  Kostek  przyjacielowi,  ale  Marcin  sam  dobrze  rozumiał,  jak  się 

naraził  nauczycielce.  Postanowił  za  wszelką  cenę  dowieść,  że  nie  miała  racji  wpisując  go  na 

czarną  listę.  I  trzeba  się  będzie  pilnować.  Z  historią  dawał  sobie  na  ogół  radę,  a  o  pani 

Skoczelowej mówiło się: „taka najgorsza nie jest". Zresztą, niedługo przecież wakacje!... 

 

 

Nemek opowiadał o cyrkowcach. Słuchano go z otwartymi ustami, trochę z zazdrością. Bilet do 

cyrku  był  drogi.  Owszem,  żeby  tak  po  ulgowych  cenach,  żeby  jakieś  widowisko  specjalne  dla 

szkoły  —polecieliby  wszyscy.  Ale  dwadzieścia  złotych  teraz,  w  okresie,  kiedy  rodzice  dobrze 

kręcili  głowami,  żeby  podołać  wydatkom,  jakie  narzucała  pora  roku...  Koszule,  slipy,  sandały, 

wiatrówki, a do tego komitet rodzicielski już przypominał o pieniądzach na kolonie letnie... 

—  Marcin,  pomyśl,  posłuchaj  —  skarżył  się  Kostek.  —  Mama  przerabia  na  mnie  bluzki  Alicji. 

Żeńskie  bluzki!  Rozumiesz?  Jedna  czarna,  w  zielone  liście,  a  druga  różowa,  w  czekoladową 

kratę, a w każdej kratce biały groszek! Masz pojęcie, jak ja będę w tym wyglądać? Jak małpa na 

odpuście! 

— Zielone, czekoladowe, różowe... —wyobrażał sobie Marcin — nie, to takie najgorsze nie jest, 

będziesz wyglądał jak bitels na występach. Żeby jeszcze gitara!... 

— Ba! Z gitarą — zgoda. Ale wytłumacz mamie! 

— Może ci chociaż bitelsówkę do tego dołoży? 

background image

— Mowy nie ma! Granatowy beret targam na kolonie już trzeci rok. Na grzyby — jak znalazł. 

— I tak masz lepiej niż j a — wzdycha Marcin. — Wszystko noszę zawsze po Wacku. Dobrej rzeczy 

nie  odda,  o,  nie!  Mama  nawet  nie  przerabia.  Mówi  się:  „Trochę  za  duże,  ale  w  wakacje  się 

wyciągniesz". A jak się w wakacje wyciągnę, to ze wszystkiego już się strzępy sypią, rozumiesz? 

Bo  stare.  Jeszcze  się  nasłucham,  że  się  na  mnie  pali,  że  Piotruś  niczego  po  mnie  nie  może 

donaszać.  A  jakim  cudem  jeszcze  on  ma  donaszać,  jeżeli  ja  dostaję  stare?  No  i  taka 

sprawiedliwość: Wacek ma nowe, Piotrunio ma nowe, a ja zawsze w łachach. Mówię ci, Kostek: 

być za średniego brata to już lepiej Qd razu do nudystów się zapisać. Tylko gdzie ich szukać? 

— Ale sandały masz nowe, fajne — zauważył Kostek. 

—  No,  przynajmniej  na  obuwiu  jestem  wygrany!  Nogi  mam  większe  niż  Wacek  —  cieszył  się 

Marcin. — Ale co to było naradzania, liczenia! Istne RWPG! Mama, ojciec i Wacek, nawet Piotrek 

swoje trzy grosze... ale sandały mam. Solidne, na lato chyba starczą... 

— Wiesz, Marcin, mnie to czasem zazdrość  bierze  — zwierzał się Kostek. — Taki Nemek ma na 

wszystko, już nie mówię o ubraniu, ale każda składka czy choćby taki cyrk... 

—  Jagoda  tak  samo.  Maciora  też.  Ale  zauważyłeś?  Nemek  nie  chwali  się,  jak  inni.  I  dziś  chyba 

żałował,  że  opowiadał  o  cyrku.  Na  ostatku  tak  jakoś...  wycofywał  się,  że  zwierzęta,  owszem, 

ciekawe, ale i w zoo można zobaczyć, a te różne sztuki to tylko zręczność. Jak to się nazywa? 

Presti... 

— Prestidigitator. 

— O raju! Język można połamać. Prestidigitator? Taak... Żebyśmy tak potrafili. Namiot mamy... 

Kostek!  —  wrzasnął  nagle  Marcin,  aż  przechodzący  parkiem  ludzie  obejrzeli  się  na  ławkę 

zajmowaną przez parę przyjaciół. — Mam pomysł! Pomysł na wagę złota. 

Wieczorem mama z Wackiem  poszli na „Kobrę", zaproszeni przez uprzejmą sąsiadkę. W  kuchni 

Marcin  wycierał  pozmywane  po  kolacji  kubki  i  talerzyki.  W  pewnej  chwili  zawołał  młodszego 

brata, który siedział nad nowym „Świerszczykiem" w pokoju: 

— Piotrek! Piotrek! Chodź tutaj! 

— Zaraz, tylko doczytam do końca, bo ciekawe — odkrzyknął Piotruś. 

— E tam! ciekawe? Chyba, że o cyrku? 

— Nie. O cyrku nie czytałem. A bo co? 

— Chciałbyś iść do cyrku? 

— Marcin! — Piotrusiowi zaświeciły się oczy. — Jak ja bym chciał!... 

— Ba! Masz pojęcie, ile kosztuje bilet do prawdziwego cyrku? 

— Nie wiem. Z naszej klasy jeden chłopak był. Inni mówią, że też pójdą. 

—  Czekaj  zdrów!  Każdy  tak  może  mówić.  A  mój  kolega,  Kostek,  wiesz  ten,  co  tu  raz  był,  ma 

namiot. No, nie taki duży jak w prawdziwym cyrku, ale zawsze — namiot. No i chce pokazywać 

w tym namiocie różne sztuki. A ja będę mu pomagać. 

background image

— Marcin — błagał z nadzieją w głosie Piotruś — a czy... czy ja będę mógł te sztuki zobaczyć? 

— Może byś i mógł — Marcin wycierając salaterkę przyglądał się krytycznie młodszemu bratu — 

ale... ale to nie jest takie pewne. 

— Dlaczego? Marcin, dlaczego? 

— No, co ty sobie myślisz, że Kostek każdego do swojego cyrku wpuści?  Bilety będą  niedrogie, 

ale gdyby on tak wszystkich puszczał, zrobiłby się tłok i wrzask, i w ogóle nie do wytrzymania. 

— A po ile będą te bilety? — zapytał czuły na wydatki Piotruś. 

— Po pięćdziesiąt groszy. 

— Tyle to mi mama da. 

—  A  widzisz,  właśnie  o  to  chodzi,  że  Kostek  wpuści  do  cyrku  tylko  tego,  kto  ma  już  swoje 

pięćdziesiąt  groszy.  Bo  my  nie  chcemy,  żeby  dorośli  o  tym  cyrku  wiedzieli.  To  ma  być  taki... 

tajemniczy cyrk, rozumiesz? 

—  Rozumiem  —  Piotruś  zaczął  mówić  szeptem  —  tajemniczy,  żeby  nikt  nie  wiedział.  A  co  tam 

będzie? Tresowane psy będą? A lwy albo tygrysy? 

— Oj, Piotruś, za jedne pięćdziesiąt groszy ty byś całą menażerię chciał? Mówiłem ci, namiot jest 

mały,  więc  wszystko  musi  być  ograniczone.  Jedno  tresowane  zwierzę  będzie  na  pewno,  jeden 

lew  też,  tylko  jeszcze  nie  wiem  jaki.  Oprócz  tego  będą  sztuki  i  jedna  mocna  rzecz:  człowiek 

zdalnie kierowany. 

— To znaczy: jak? 

— No, po prostu, nic nie mówisz, a on robi wszystko, co mu każesz. 

— To warte pięćdziesiąt groszy — powiedział po krótkiej chwili Piotruś. 

— Myślę! Niejeden dałby i złotówkę, ale się smakiem musi obejść. A ty, Piotruś, możesz zapłacić 

pół biletu, a może nawet i nic, jeżeli nam pomożesz. 

— Pomogę. A co? 

— Jutro, w szkole, powiesz  swoim kolegom, ale wiesz, wybieraj takich lepszych, dziewczynom 

lepiej  nie,  że  na  tym  placyku  za  szkolnym boiskiem  o  piątej  godzinie  będzie  cyrk.  Każdy  musi 

mieć  pięćdziesiąt  groszy  w  łapie.  Bez  tego  —  ani  zwierząt,  ani  sztuk  nie  zobaczy.  No  i  sam 

rozumiesz,  żadne  takie:  tresowane  konie  albo  żyrafy.  Uprzedza  się!  Bo  ani  namiot,  ani 

pięćdziesiąt groszy też nie są duże. 

— I, jak ja im to wszystko powiem, to biletu nie zapłacę? — upewnił się Piotruś. 

—  Tak.  Kiedy,  po  pierwsze:  powiesz  im  w  tajemnicy,  po  drugie:  oni  przyjdą  w  tajemnicy  i  po 

trzecie: w ogóle o tym tajemniczym cyrku nie będą gadać — ani przedtem, ani potem. Wtedy ty 

bez biletu obejrzysz sztuki. 

— I tresowane zwierzę też? 

— Tak. Tresowane zwierzę też. 

background image

Na "placyku za boiskiem obok tego miejsca, gdzie pstrzyła się białymi skorupkami jajek nadzieja 

na przyszłe uprawy pani Smiątkiewicz, stanął kolorowy namiot. Marcin z Kost—kiem postawili go 

tam  od  rana  rozumiejąc,  że  do  końca  lekcji  obejrzą  go  wszyscy  ciekawi,  a  potem  już  nikt  nie 

będzie się nim interesował. Rozumowanie było słuszne. 

W czasie kilku przerw uczniowie różnych klas i nauczyciele, a nawet woźny, podziwiali wygrany 

przez Kostka namiot. Niektórzy pierwszoklasiści wymieniali przy tym z Piotrusiem tajemnicze i 

porozumiewawcze miny. 

—  Namiot  możemy  tu  zostawić  —  zdecydował  po  lekcjach  Marcin.  —  Plac  ogrodzony, 

bezpiecznie,  a  wychodząc  powiemy  woźnej,  że  jeszcze  po  południu  wrócimy,  żeby  namiot 

pokazać malcom z pierwszej. No? 

Kostek się zgodził. 

Organizacja na widza trzeba przyznać, była przemyślana. Kandydat po wpłaceniu pięćdziesięciu 

groszy  otrzymał  bilet  wstępu  z  numerem  oznaczającym  kolejność  wejścia  do  namiotu.  Ze 

względu  na  osoby  aktorów  cyrk  mógł  pomieścić  tylko  jednego  widza.  Reszta,  z  numerami  w 

ręku,  uganiała  po  boisku.  Każdego,  kto  wychodził  już  po  przedstawieniu,  Marcin  osobiście 

odprowadzał aż za furtkę szkoły. Malcy, z lekko ogłupiałą miną, pytali niezmiennie: 

— To wszystko? 

—  A  co  byś  jeszcze  chciał  za  jedne  pięćdziesiąt  groszy?  —  odpowiadał  również  niezmiennie 

Marcin.  —  Sztuki  były?  Były.  Tresowane  zwierzę  było?  Było.  Człowieka  zdalnie  kierowanego 

widziałeś?  No  to  zjeżdżaj  i  ani  pary  nie  puszczaj!  Bo  taką  dokładkę  dostaniesz,  że  pół  dnia 

będziesz zbierał ręce, a drugie pół dnia nogi. Powyrywam! 

Piotrek  wywoływał  tymczasem  według  numeru  biletu  następnego  widza,  czekając  cierpliwie 

chwili,  kiedy  to  sam,  bez  uszczerbku  troskliwie  przechowywanych  w  blaszanym  pudełku 

kapitałów — obejrzy występy artystów. 

Wreszcie  jego  cierpliwość  została  nagrodzona.  Wszedł  do  namiotu  i  usiadł  w  kucki  tuż  przy 

wejściu.  W  drugim  końcu  zobaczył  Kostka  z  nienaturalnie  czarnymi  i  szerokimi  brwiami  oraz 

wielkimi okrągłymi, ciemnoczerwonymi plamami na policzkach. 

— Numer pierwszy programu! — zawołał siedzący również koło drzwi Marcin. — Człowiek stoi na 

morzu! 

Kostek  wyciągnął  z  kąta  duży  kawał  tektury  z  wyraźnym  napisem  „morze".  Położył  go  na 

podłodze, stanął na nim na chwilę, po czym skłoniwszy się w pas Piotrusiowi, schował tekturę do 

kąta. 

—  Numer  drugi  programu!  Człowiek  siada  na  Księżycu!  I  Kostek  siadł  na  wyciętym  ze  złotego 

papieru księżycu. 

— Numer trzeci programu! Nieustraszony treser ciągnie lwa za ogon. 

background image

Rysunek lwa, wielkości sporego kota, był przymocowany do dykty na kółkach. Grzywa lwa trochę 

przypominała  futrzaną  czapkę  mamy,  a  jego  ogon  był  po  prostu  wełnianym  sznurem  od 

szlafroka. Nieustraszony treser trzy razy pociągał lwa za ogon, a za każdym razem rozlegał się 

warkot ukrytego w worku starego młynka do kawy, którym kręcił Marcin. 

— Numer czwarty programu! Słodkowodny mikro krokodyl w nurcie wiślanym. 

„Nurtem"  była  woda  wypełniająca  szeroki  słoik,  a  mikro—krokodyla  udawał  duży  pływak 

żółtobrzeżek,  który  zabawnie  gonił  przesuwany  na  druciku  kawałek  mięsa  lub  za  dotknięciem 

przewracał  się  na  grzbiet  i  stuliwszy  łapy  udawał  martwego.  Piotruś  pierwszy  raz  widział 

pływaka i oglądał go z wielkim zainteresowaniem. 

—  No,  dość  tego  dobrego!  —  zwyczajnym  już  głosem  powiedział  Marcin.  —  Lekcji  nie  zdążę 

odrobić. 

— Jak to, już? — zawołał zawiedziony Piotruś. — A ten... no... zdalnie kierowany człowiek? 

— O raju! Ale z ciebie numer! I za darmo, i wszystko byś chciał. No to już, Kostek! 

Marcin przy wejściu do namiotu dwoma palcami chwycił swój nos i pociągnął go do góry, a wtedy 

stojący  naprzeciw  niego  w  odległości  trzech  kroków  Kostek  wysunął  jak  mógł  najdalej  język. 

Marcin pociągnął się za brodę — Kostek język schował. Powtórzył to trzy razy. 

— Eee... — zaczął Piotruś rozumiejąc, że zrobiono z niego balona— to jest... 

—  Nie  gadaj,  tylko  raz—dwa  pomagaj  zwijać  namiot!  —  przeciął  dyskusję  Marcin.  —  W  kasie 

mamy  pięć  i  pół  złotego.  Gdybyś  i  ty  zapłacił,  byłoby  równe  sześć.  No,  może  jednak?  Takiego 

mikrokrokodyla nie widziałeś nigdy, co? Zapłać! 

— Nie zapłacę. Czy taki mały robak to zwierzę? I w ogóle... mnie się zdaje... 

—  Spływaj!  —  Marcin  nie  był  ciekaw  tego,  co  się  Piotrusiowi  zdaje.  Szybko  z  Kostkiem składali 

namiot. 

— Wiesz — mówił Kostek —jestem kompletnie wypompowany. Niby nic, a jednak... 

—  Bo  to  jest  twórczy  wysiłek  —  mówił  Marcin  —  słyszałem,  jak  jeden  aktor  opowiadał  przez 

radio. 

— I do tego — ciągnął Kostek — wciąż się bałem, żeby nie przyszedł ktoś, rozumiesz... 

—  Rozumiem.  Ja  też.  To  się  nazywa  napięcie  nerwowe.  Ja  też  chwilami  je  odczuwałem.  Ale 

forsę mamy — to grunt. Chodźmy. 

 

XI 

 

Następnego dnia  rano Irena Gołąbkówna, z  trudem opanowując zaskoczenie, przyjęła i  wpisała 

na  listę  po  dwa  złote  i  siedemdziesiąt  pięć  groszy  od  Kostka  i  Marcina.  Pobiegła  zaraz 

powiadomić Jagodę. 

background image

—  Sumienie  ich  ruszyło  —  powiedziała  Ewa  tak,  że  obaj  słyszeli,  ale  skwitowali  to  dumną 

pogardą. 

— „Sumienie!" — powiedział już na lekcji Marcin wydymając wargi. — Co ma do tego sumienie? 

Głowę... głowy — poprawił szybko — ma się na karku. I... na tranzystorach... 

Kostek sprostował: 

— Pomysł był twój. Masz takie pomysły, Marcin, że doprawdy, czasami.!, aż mnie zatyka. 

— Teraz chyba przestaną wyzywać nas od „sobków" — wyraził nadzieję Marcin. 

Obaj z Kostkiem byli dobrej myśli. 

Przed historią dziewczęta pobiegły do nauczycielki i coś jej tam półgłosem zwierzały. Musiało to 

być jednak coś przyjemnego, gdyż pani Skoczelowa powiedziała swoje: „Czy ja dobrze słyszę?" z 

uśmiechem,  a  przebiegając  oczami  po  klasie,  o  mgnienie  dłużej  zatrzymała  wzrok  na  twarzy 

„najgorszego  z  całej  klasy"  i  Marcin  gotów  był  przysiąc,  że  we  wzroku  tym  nie  było  cienia 

zwykłego arktycznego chłodu. Obaj z Kostkiem snuli już jak najoptymistyczniejsze wnioski. 

Dopiero kiedy razem z dzwonkiem na ostatnią przerwę do klasy wetknął głowę woźny, wzywając 

Bigoszewskiego i Przegonią do pana kierownika, ogarnęło ich niedobre przeczucie. 

Stali  pod  ścianą  w  sekretariacie,  przez  który  trzeba  było  wchodzić  do  pana  kierownika.  Przez 

zamknięte  do  gabinetu  drzwi  słychać  było  głośną  rozmowę,  ale  słów  nie  odróżniało  się,  tym 

bardziej że sekretarka stukała na maszynie i co chwilę dzwonił telefon stojący na jej biurku. 

Klamka poruszyła się i uchylono drzwi. Chłopcy usłyszeli: 

—  ...tolerować  dłużej  niepodobna!  —  Znowu  ktoś  zamknął  szczelnie  gabinet.  Ale  teraz  już 

wyraźnie dobiegał podniesiony głos. To Kiero krzyczał: 

— Najgorszy czy nie najgorszy!... — resztę zagłuszył telefon. I potem znowu przez lekko otwarte 

drzwi: 

— ...ani głowy, ani zdrowia... Niech pani Pucek jako wychowawczyni... Skończyłem. Dziękuję. 

Zaraz  też  z  gabinetu  wysunęła  się  Pucia  z  wypiekami  na  twarzy,  a  zobaczywszy  chłopców 

kiwnęła ręką, żeby szli za nią do nauczycielskiego pokoju, który był naprzeciwko gabinetu Kiera i 

też wchodziło się do niego przez sekretariat. Rozłożone na dużym stole książki, paczki zeszytów, 

szklanki  z  niedopitą  herbatą  mówiły  o  chwilowej  nieobecności  nauczycieli.  Zaczęła  się  piąta 

lekcja i z sąsiedniej sali dobiegały głosy chóralnego śpiewu. To szósta A przygotowywała się do 

występu na zakończenie roku szkolnego. 

—  Chłopcy  —  zaczęła  pani  Pucek  siląc  się  na  swobodę  —  chłopcy,  to  chyba  jakieś  przykre 

nieporozumienie... mnie po prostu trudno uwierzyć... — I uważnie ciemnymi oczami przyglądała 

się to jednemu, to drugiemu uczniowi. 

— Jak już o „najgorszym", to znaczy o mnie była mowa — powiedział zrezygnowany Marcin. 

— Słyszałeś? — zaniepokoiła się Pucia. 

— Pan kierownik krzyczał i było trochę słychać — wyjaśnił Kostek — ale o co chodzi? 

background image

— Czy... czy to prawda — Pucia z trudem dobierała słowa —że... wyłudzacie pieniądze? 

— Mogę panią zapewnić — powiedział uroczyście Marcin i aż rękę na kieszonce od bluzki położył 

— że nigdy i od nikogo nie wyłudzałem pieniędzy. I za Kostka też mogę ręczyć. 

— I ja tak myślałam — odetchnęła i poweselała Pucia. — Ta pani omyliła się chyba... Nie mogę 

zrozumieć... 

— A co, proszę pani? Bo jak już najedliśmy się strachu, niech chociaż wiemy dlaczego. 

—  Jakaś  pani  zatelefonowała  do  pana  kierownika  i  powiedziała,  że  chłopcy  z  naszej  szkoły,  z 

szóstej  klasy,  podała  nawet  nazwiska,  tylko  trochę  przekręcone,  wyłudzali  wczoraj  od  malców 

pieniądze... niby za cyrk. 

Na Kostku, kiedy usłyszał „wczoraj" i „od malców", od razu ścierpła skóra. Na Marcinie dopiero 

przy słowie „cyrk". 

— Aaa! — strasznie długie było to „a". — Jeżeli chodzi o cyrk, to i owszem...                                 

— To my — przyznał Kostek oczami szukając czegoś poza szafą. 

—  Chłopcy!  —  załamała  ręce  Pucia.  —  A  więc  to  jednak  wy?...  Za  ścianą  brzmiały  zupełnie 

niestosowne słowa „Jak to miło, jak to miło!..." 

— Zaraz, proszę pani, zaraz — próbował ratować sytuację Marcin. — Zrobiliśmy cyrk dla malców, 

zgadza  się.  Ale  o  żadnym  wyłudzaniu  mowy  nie  było.  Sami  przyszli  i  za  bilety  zapłacili 

dobrowolnie. 

— A więc braliście pieniądze! — Pucia wyłamywała palce, aż trzeszczały. — Pieniądze!... 

Marcin przypomniał sobie, że ktoś kiedyś powiedział o niej: „nieżyciowa". Przemknęło mu teraz 

przez głowę, że to prawda, więc tłumaczył z całą, na jaką go było stać, cierpliwością: 

—  Proszę  pani,  przecież  myśmy  tylko  dlatego  ten  cyrk  urządzili,  że  nam  były  potrzebne 

pieniądze!!! 

— Pieniądze! Dzieci! Na co wam pieniądze! 

— Dzieci? — Marcin wysoko uniósł brwi i myślał, czy się nie obrazić. Nie, bo Pucia cała w nerwach 

i  mówi  byle  co,  więc  tłumaczył  dalej:  —  Kiedyś  prawdopodobnie  każdy  z  nas  był  dzieckiem.  I 

wtedy pieniądze nie były nam potrzebne, zgoda. Mój brat z pierwszej klasy dostaje dwa złote na 

tydzień  i  niedługo  kapitalistą  zostanie.  Ale  ja?  Ale  my?  Cóż  my  jesteśmy  winni,  że  na  każdym 

kroku potrzebne są pieniądze? Może nie? 

Kostek zdecydował się podeprzeć przyjaciela i włączył głos do dyskusji: 

— Cukierki — za pieniądze. Guma do żucia — za pieniądze. Kino — za pieniądze. Nawet bilet do 

zoo kosztuje, a za darmo można zobaczyć tylko głupie niedźwiedzie. A gdzie składka na to, na 

tamto, na żyrafę, na Sienkiewicza? 

— A pani mówi: na co wam pieniądze! — kiwał głową rozgoryczony Marcin. 

— Przecież możecie poprosić rodziców — broniła się nauczycielka czując, że to ona zaczyna się 

tłumaczyć. 

background image

— Rodziców też szkoda. Zresztą prawie każda matka, każdy ojciec mówi: „Pieniądze z nieba nie 

lecą". Kostek, nie? 

Kostek gorliwie przytaknął głową. 

— No dobrze, nie chcieliście od rodziców, trzeba było jakoś uczciwie zarobić. 

— A czy my nieuczciwie? — zdziwił się Marcin i zaczął wyliczać zaginając palce: — Trzy arkusze 

brystolu  i  farby.  Kostek  siedział  ładne  dwie  godziny,  zanim  wymalował  lwa  i  te  litery.  Ja 

wyciąłem  księżyc  z  maminego  pudełka,  co  miało  złote  dno.  Jak  się  mama  spostrzeże,  no!  Lwi 

ogon, czyli sznur od szlafroka, zgubiony  — za to wleci mi oddzielnie!  A pływak żółtobrze—żek? 

Samo  wypożyczenie  kosztowało  złotówkę.  A  w  ogóle,  pani  wie,  taki  pływak  w  zoologicznym 

sklepie kosztuje 10 złotych! Jednym słowem, nas samych kosztowało więcej  niż te marne pięć 

pięćdziesiąt, które zarobiliśmy bez żadnego wyłudzania. 

—  Chłopcy!  Tak  rozumować  nie  można!  —  w  pani  Pucek  otrzeźwiała  energia.  —  To  nie  był 

zarobek uczciwy. Nie zdawaliście sobie z tego sprawy, zgoda, ale teraz koniec. Pieniądze trzeba 

pokrzywdzonym zwrócić. 

— Zwrócić? — zdziwił się Kostek. 

— Pokrzywdzonym? — poszedł jego śladem Marcin. 

— Tak. I to jak najprędzej. Chyba, chyba że... — z oczu pani Pucek wyglądała obawa — już tych 

pieniędzy... trochę... 

— Wszystkie! — rozwiał wątpliwości Kostek. 

— Boże, Boże! — biadała Pucia. — I wyłudziliście, chociaż, powtarzam, nie zdawaliście  sobie z 

tego sprawy, i przetrąciliście od razu na jakieś byle co... 

— No, gdyby to słyszała pani Skoczelowa — powiedział znacząco Marcin — zaprotestowałaby! 

— Dlaczego? — zapytała pani Pucek. 

—  Dlatego,  że  te  wyłudzone,  jak  pani  mówi,  pieniądze  wpłaciliśmy  dzisiaj  z  samego  rana  na 

pomnik Sienkiewicza. Może pani sama sprawdzić. 

— Tak? — rozpromieniła się Pucia. — To nie jest tak źle! Pójdziecie i wycofacie składki. 

— Proszę pani... — zaczął Marcin i najpierw spojrzał na Kostka, jakby chciał powiedzieć, że pani 

Pucek wyskoczyła z kuferka, a potem na panią Pucek, ale czym prędzej od niej odwrócił oczy. 

Był po prostu zażenowany, że wychowawczyni nie rozumie, jak niestosowna jest jej propozycja, 

że zmusza go do tłumaczenia sprawy tak oczywistej. 

— Proszę pani — powtórzył — jak to: wycofać? To znaczy —odebrać? I żeby nas wykreślili? I żeby z 

nas zrobili pośmiewisko na całą szkołę? Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera! To już 

lepiej od razu niech się ta ziemia pod naszymi nogami otworzy i... 

Pani Pucek patrzyła na Marcina, a zza ściany słychać było trzy różne harmonijnie splatające się 

wielogłosy, wśród których górę brał pierwszy: „Jak to miło... Jak to miło...!" 

— Rozumiem, że sytuacja wasza jest trudna... Że, prawda... Musicie się najeść wstydu i obaj... 

background image

— Tylko ja — przerwał Marcin. — Pomysł był mój. 

— Ja też! — szybko dorzucił Kostek.  — Namiot był mój, odgrywaliśmy razem, wszystko  było na 

spółkę, forsa też. To musi być sprawiedliwie... 

Optymizm  pedagogiczny pani  Pucek,  który  tak  brutalnie  został  przed  chwilą  zachwiany,  wrócił 

nagle do równowagi. 

„To nie są źli chłopcy! Oto jak jeden chce drugiego oszczędzić, jak jeden z drugim chce dzielić 

niedolę przykrych konsekwencji!..." 

—  Słuchajcie  —  powiedziała  nagle  nachylając  się  do  chłopców  i  ściszaj  ąc  głos  do  szeptu.  — 

Pieniądze malcom musicie oddać! Oni nie mogą myśleć, że starsi koledzy ich oszukali! Więc... ja 

wam  te  pieniądze  pożyczę.  Oto  pięć  złotych  i  pięćdziesiąt  groszy  —  wyjmowała  monety  z 

woreczka  —  i  zaraz  dzisiaj  oddajcie.  Ale  jak  wy  to  zrobicie?  —  zaniepokoiła  się  nagle 

nauczycielka. — Znacie ich? 

— Mój brat ich zna — powiedział Marcin. — Dzisiaj sprawa będzie załatwiona. Dziękujemy pani 

bardzo za... za to... zaufanie! 

—  Może  pani  być  spokojna  —  dodał  Kostek  i  przy  wtórze  niekończącego  się  kanonu  wyszli  z 

nauczycielskiego pokoju jak z gorącej łaźni. 

Szli  do  domu  w  milczeniu.  Niby  wszystko  w  porządku:  składkę  dali,  maluchy  dostaną  swoje  z 

powrotem. Kiero nie będzie ich maglować, bo Pucia już to zrobiła zamiast niego. A jednak byli z 

czegoś, chyba z siebie, niezadowoleni. 

Już dochodzili do domu Kostka, kiedy Marcin zapytał siląc się na obojętność: 

— Myślisz, że miała rację z tym wy... 

— Miała — padła szybka odpowiedź. 

— Eee... — i po kilku krokach: — Noooo... Ten rozdział wydawał się zamknięty. 

W domu Marcin zastał czerwonego i spuchniętego od płaczu Piotrusia. 

— Co się stało? 

— Chłopaki... mnie nabi.... biły! — szloch przeszkadzał Piotrusiowi wypowiedzieć się obszerniej. 

—  Tylko  to?  —  lekceważąco  machnął  ręką  Marcin.  —  Zdarza  się.  Na  drugi  raz  ty  ich  nabijesz. 

Zresztą, pokaż mi, który, to mu takie potrójne salto mortale z piruetem sprawię, że popamięta! 

— To... to... przez ciebie! 

— Przeze mnie? — Marcina coś nieprzyjemnie tknęło i od razu powiedział: — Cyrk? 

Piotruś tylko kiwnął głową i nowe strumienie łez popłynęły mu po twarzy. 

— Przestań beczeć! Wszystko będzie w porządku. Patrz: tu są te zasmarkane pieniądze, widzisz? 

Te same pięćdziesięcio—groszówki — Marcin przewidująco rozmienił piątkę w kiosku. — Przecież 

to była tylko heca! Chcieliśmy zobaczyć, czy jesteście barany do połowy. Już wczoraj wieczorem 

powinni cię byli zbić na kwaśne jabłko. Dobrze chociaż, że się dziś skapo—wali. Lepiej późno niż 

background image

wcale.  Więc  teraz  patrz:  robię  tu  listę,  zaraz  mi  powiesz  nazwiska  i  każdemu  jego  parszywe 

pięćdziesiąt groszy oddasz, ale za pokwitowaniem, rozumiesz? 

Piotrusiowi od chwili, kiedy usłyszał o zwrocie pieniędzy, a do tego zobaczył je w ręku Marcina, 

łzy  od  razu  obeschły.  Rozszlochany,  nie  potrafił  bratu  wszystkiego  wyjaśnić,  ale  przecież  o 

pieniądze najwięcej chodziło. Koledzy zapowiedzieli, że jeżeli kosztów biletu jutro nie zwróci, 

to spiorą go jeszcze lepiej. Ale żeby Marcin oddał raz wzięte pieniądze? Nigdy się dotąd tak nie 

zdarzyło. Więc i teraz Piotruś po prostu oczom i uszom nie wierzył. 

Marcin linijką przedzielił wzdłuż kartkę zeszytu i ponumerował miejsca do jedenastu. 

— Mów teraz nazwiska i patrz, tu je wpiszę, a tu z prawej niech się podpisują. No, mów! 

— Wiśniewski... — zaczął Piotruś. — Wiśniewski najwięcej krzyczał, że robak to nie zwierzę. 

— Głupi jest twój Wiśniewski! Kto dalej? 

— Dalej Nalepa, Korzonek, Jurek Mączyński... 

— To dopiero czterech, a było jedenastu. Kto dalej? 

— Zaraz, zaraz. Z tego wszystkiego to mi się zapomniało. Wiśniewski, Nalepa... Nalepa chciał, 

żeby to było drapieżne zwierzę... 

— Głupi jest twój Nalepa! Kto dalej? 

— Marcin, ja do nich pójdę. Chłopaki przypomną, kto tam był, dobrze? 

— Dobrze. Tylko im zapowiedz, że jak dostaną swoją forsę, a będą jeszcze o tym cyrku gadać, to 

taką marmoladę z nich zrobię, że durszlakiem będą się zbierać. I uważaj, żeby kwitowali... 

— A... a jak który nie potrafi? Imię można? 

— Można, i do tego dwa krzyżyki, słyszysz? Dwa! Analfabety zasmarkane! Drapieżnych zwierząt 

im się zachciewa za marne pięćdziesiąt groszy! 

Piotruś już był gotów do wyjścia. Pieniądze wsypał do kieszeni, w garści miał listę i ołówek. Już 

w drzwiach Marcin go zatrzymał. 

— I... tego... Piotrek, sam rozumiesz: ani słowa mamie ani Wackowi. 

— Wacek już wie — powiedział smutno Piotruś. — Był tu niedawno i znowu wyszedł. 

Marcinowi  aż  poszarzało  w  oczach.  Oj,  niedobrze!  Wacek  powie  mamie.  Dziś  sobota.  Mama  w 

sobotę  najbardziej  zdenerwowana.  Ojciec  na  wieczór  przyjedzie  albo  jutro  rano.  Znowu  na 

tygodniówce się skupi. A dług u Puci — święty dług! Co robić? Co robić? 

Bierze  się  energicznie  za  sprzątanie  kuchni,  chociaż  to  dzisiaj  kolej  na  Wacka,  a  jednocześnie 

nasłuchuje, czy brat nie otwiera drzwi w przedpokoju. Może się uda go przebłagać?... 

Nie udało się. Wacek ledwo wszedł, zaczął się znęcać: 

—  Pięknie,  pięknie!  Od  łyczka  do  rzemyczka:  najpierw  wycyganiasz  forsę  od  młodszego  brata, 

potem od całej klasy... 

—  Słuchaj,  Wacek,  to  była  heca.  Malcy  już  swoje  grosze  mają  z  powrotem.  No,  takie  coś  dla 

pucu. Chcieliśmy im pokazać niby prawdziwy cyrk... 

background image

— Za prawdziwe pieniądze! 

— Mówię ci przecież: pieniądze już zwrócone! 

— Zwrócone! Zaraz ci uwierzę! 

— Wacek, nie o to chodzi. Słuchaj: nie mów mamie. 

— Mama o takich rzeczach musi wiedzieć! 

— Proszę cię, nie mów... Po co mamę denerwować. 

— A kiedy robiłeś ten cyrk, pomyślałeś o mamy nerwach, co? 

— Wacek... — Marcin właściwie od pierwszej chwili wyczuł beznadziejność sytuacji, ale liczył na 

cud. Niestety! Doprowadzony do ostateczności, wybuchnął: 

— A Kostek widział cię w kinie z dziewczyną! Z tą rudą! I oczy miała wymalowane, o tak!  — tu 

Marcin obmiótł rękami pół twarzy. — I ja mamie nic nie mówiłem! Ale poczekaj! Jeżeli powiesz o 

cyrku, żebyś wiedział, że i ja wywalę wszystko! 

—  Głupi  jest  twój  cały  Kostek,  wiesz?  Jak  zechcę,  to  codziennie  pójdę  do  kina  z  dziewczyną, 

wiesz? I co mi zrobisz? 

— Trele—morele! Skąd forsy weźmiesz! 

— Forsy będę miał teraz jak lodu. Jednego typa z waszej klasy mam podciągnąć z matmy. Kiero 

już mi mówił. 

— Kogo? — zainteresował się Marcin. 

— Jakiegoś Macioła... Maciołajtyszewicza. 

— Maciorę? 

— W poniedziałek idę tam pierwszy raz. 

To  trzeba  mieć  Wacka  szczęście:  i  tygodniówka  duża,  i  same  pochwały,  a  teraz  jeszcze  forsa 

będzie mu leciała jak z nieba! 

— Wacek, widzisz, kuchnię dziś zrobiłem na wysoki połysk. Aż się zgrzałem. 

— No to co? 

— Jak to, nie pamiętasz, że to twoja kolej? Ja... cię... za… 

— Nikt cię o to nie prosił! 

„Kamień — nie brat" — myśli rozgoryczony do najwyższego stopnia Marcin. Jak to może być, że 

mu się taki podły brat trafił? A najgorsze, że mama mu we wszystkim wierzy, jakby był dorosły. 

A cóż to jest ta Wackowa dziesiąta klasa! 

 

XII 

 

Mama  przyszła  obładowana  rozciągniętą  do  granic  możliwości  siatką  i  dużą  niedopiętą  teczką. 

Marcin,  który  otwierał  jej  drzwi,  chwycił  od  razu  siatkę  i  już  w  kuchni  pomagał  wypakować 

zakupy na stół. 

background image

—  Ledwo  przydźwigałam  —  siadła  uradowana  mama.  —  Dostałam  ładny  schab,  a  na  wieczór, 

kiedy ojciec przyjedzie, będą parówki. 

— Pycha! — zawołał Marcin. 

— Tylko po pieczywo musi jeszcze ktoś z was skoczyć, bo już ani czasu, ani rąk na to nie miałam. 

— Ja skoczę! — zaofiarował się szybko Marcin i jednocześnie uchwycił drwiące spojrzenie brata. 

— Cóż za święto, że cię nie trzeba namawiać? — przyjemnie zdziwiła się mama. — Zawsze jeden 

drugiego wypycha... 

— Nie bez przyczyny! Zaraz mama się dowie, jakiego pomysłowego... 

Dalszego ciągu Marcin nie słyszał. Z koszykiem w ręku 

gnał w dół schodów. 

„To  się  nazywa  starszy  brat!  —  myślał  z  goryczą.  —  Starszy  brat,  który  powinien  pomóc  i 

poradzić...  Nawet  jeżeli  młodszemu  bratu  coś  nie  tak  wyjdzie,  starszy  powinien  osłonić  go, 

ratować..." 

Na podwórku spotkał zziajanego, spoconego, ale radosnego Piotrka. 

—  Gdzieś  ganiał?  —  krzyknął  na  malca  ostro,  zapominając  o  tym,  jaki  to  powinien  być  starszy 

brat dla młodszego brata. — Ile godzin cię nie było? Poczekaj, powiem mamie, to ci wlepi tak, 

że trzy dni na stojąco będziesz lekcje odrabiać! 

— Przecież sobota... — tłumaczył się stropiony Piotrek. —Chłopaki latają, gdzie chcą. Wiśniewski 

mi pomógł szukać. Żeby nie Wiśniewski, to... 

— Podpisali? 

—  Podpisali  i  powiedzieli,  że  już  drugi  raz  nie  dadzą  się  nabrać,  a  Wiśniewski  kazał  ci 

powiedzieć, że robak to nie zwierzę. Na pewno, bo się swojego ojca pytał. 

—  Głupi  jest  twój  Wiśniewski,  razem  ze  swoim  ojcem,  wiesz?  A  teraz  szoruj  na  górę  i  żebyś 

powiedział mamie, że to była taka heca za darmo! No, bo za darmo, może nie? 

— No... 

—  Nie  żadne  no,  tylko  na  pewno  za  darmo.  Braliśmy  po  pięćdziesiąt  groszy  i  oddaliśmy  po 

pięćdziesiąt  groszy.  Co  nam  zostało?  Czysta  strata!  Sam  mikrokrokodyl  kosztuje  całe  dziesięć 

złotych! Masz pojęcie? A my wszystko z dobrego serca. Niech pętaki z pierwszej klasy zobaczą 

dokładnie, jak taki piękny namiot wygląda w środku. No, przecież widzieli, nie? 

— Widzieli. To naprawdę widzieli. 

—  No  więc,  Piotrucha:  pójdziesz  na  górę  i  powiesz  mamie,  że  żadnej  forsy  i  w  ogóle...  sam 

wiesz. A ten nożyk z ułamanym ostrzem możesz sobie wziąć. Leży na moim oknie. 

— Zaraz? — ucieszył się Piotruś i popędził jak na skrzydłach do mieszkania. 

Kiedy Marcin wrócił do domu, mama była w kuchni i wałkowała ciasto na jutrzejszy makaron, ale 

wiedziała  już  o  wszystkim,  poznał  po  minie.  Tyle  że  tym  razem  nie  gniewała  się  „na  głośno", 

background image

tylko „na smutno". A na smutno to było jeszcze gorzej, a na pewno dłużej. Na smutno to mama 

nie mówiła nic o „czystym obłędzie", tylko... O, właśnie, już... 

—  Do  grobu  mnie  wepchniesz.  Własnymi  rękami,  pamiętaj:  własnymi!  I  będziesz  tego  gorzko 

żałował. Ale już będzie za późno. 

— Mamusiu. Doprawdy... co mamusia? 

— Wiesz dobrze co! 

— To była taka heca... 

— Heca! Wyciąganie pieniędzy od małych dzieci to heca?! 

— O raju! Zgłupieć można! O wyłudzaniu już słyszałem, a teraz znów „wyciąganie". 

— Już ci ktoś mówił o wyłudzaniu, kto? 

— O raju! Mówił to mówił! Czego ludzie nie wymyślą! 

— Mów mi zaraz! — mama zamierzyła się wałkiem. — Kto? 

— No... nauczycielka z nami mówiła. 

— Z tobą i z kim? 

— Z kolegą... Z Kostkiem... 

— Z Kostkiem... ten Kostek zaczyna mi się nie podobać. A skąd wzięliście namiot? 

— Noo... to jest namiot... Kostka. 

— Wiesz coś o jego rodzicach? 

— On ma tylko matkę, pracuje w jakimś biurze. 

— I może sobie pozwolić na taką kosztowną rzecz? 

— Mama!... Kostek ten namiot wygrał. 

— W karty gra? Nie! To czysty obłęd! — mamie nastrój się zmienił. — Z kim ty się zadajesz? Czy 

kierownik wie, że wy gracie w karty? Dziadek twojego ojca też w karty grał i fortunę przegrał, 

wiesz? Rodzinę z torbami puścił! — mama znowu groziła wałkiem. 

—  Kostek  wygrał  w  konkursie.  Był  ogłoszony  konkurs  czytelniczy.  Trzeba  było  napisać  o 

książkach. Kostek napisał i dostał taką nagrodę — namiot. 

— A ty jak napisałeś? 

— Wcale nie pisałem, to nie było przymusowe. 

— No tak. Wypisz, wymaluj — nasz Marcin. Jak co dobrego, a nie przymusowego, to cię tam nie 

znajdzie i ze świecą, za to w jakichś wygłupach, cyrkach — pierwszy. I w kogoś ty się wdał? 

Mama  z  taką  szybkością  i  zawziętością  krajała  makaron,  ze  Marcin  patrzył  z  obawą,  czy  sobie 

palca nie przytnie, ale nie, miała wprawę. 

— Jak tylko ojciec... — zaczęła mama i nie dokończyła, bo u drzwi zabrzęczał dzwonek. 

— Ojciec? Tak wcześnie? Marcin weź się za rzodkiewkę! Piotruś otwierał drzwi. To nie był ojciec. 

Daleki  kuzyn,  Stefan  Dziewałtowski,  już  od  progu  wesoło,  po  koleżeńsku  witał  się  z  Wackiem, 

chociaż był od niego sporo starszy. 

background image

Mama wyszła do przedpokoju wycierając ręce i zapraszając gościa dalej. Marcin przywitał się i 

wrócił  do  kuchni  dokończyć  obierania  rzodkiewki,  szczęśliwy,  że  przybycie  gościa  przerwało 

niemiłą rozmowę. 

Stefan  mieszkał  ze  starym  ojcem  pod  Warszawą,  w  Zielonym  Siodle.  Mieli  tam  spory  domek  z 

ogrodem,  w  którym  kilka  lat  temu  pani  Bigoszewska  z  chłopcami  spędzała  wakacje.  Wacek  i 

ojciec, który przyjeżdżał w sobotnie popołudnia, pomagali w ogrodzie. Wackowi to się wcale nie 

podobało.  Nie  chciał  tam  nigdy  już  jechać,  chociaż,  jak  mama  mówiła,  były  to  ładne  i 

niekosztowne wakacje. 

Stary  pan  Dziewałtowski  miał  siedmioro  dzieci,  z  których  Stefan  był  najmłodszy  i  jedyny  — 

nieżonaty.  Reszta  rodzeństwa  dawno  już  pozakładała  rodziny  i  miała  własne  dzieci.  Te  dzieci, 

wnuki  pana  Dziewałtowskiego,  których  była  pokaźna  liczba,  niektóre  już  w  wieku  Wacka,  były 

powodem, że w całej bliższej i dalszej rodzinie nazywano go po prostu dziadkiem. 

Stefan mówił, że wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ojca oczy. Właśnie dzisiaj wpadł tu z prośbą 

o przyspieszenie wizyty u sławnego okulisty, z którym pan Bigoszewski mieszkał kiedyś kilka lat 

w akademiku i serdecznie się dotąd przyjaźnił. 

— Operacja jednego oka konieczna, to już od dawna wiadomo: katarakta — mówi Stefan. 

„Katarakta? — myśli Marcin. — Katarakty są na Nilu" — uczyli się o tym w roku ubiegłym; ale już 

interesuje go dalszy ciąg rozmowy: 

— Chłopcy w tym roku mogliby do nas przyjechać. Helenka przywozi swoich na pierwszy miesiąc. 

Marcin miałby towarzystwo, obaj są prawie  w jednym z nim  wieku. I dziadek cieszyłby się, bo 

odkąd przeszedł na emeryturę, nudzi mu się, a jeszcze teraz przez te oczy nie może wychodzić 

nigdzie dalej. 

—  Dziękuję  ci,  Stefku,  ale  Wacek  jedzie  na  obóz  wędrowny  do  Zakopanego,  Piotrusia  biorę  ze 

sobą na wczasy naszej instytucji, a Marcin — na kolonie ze swoją szkołą. 

—  Szkoda.  Myślałem,  że  Marcin  do  nas  przyjedzie.  Wpadnijcie  chociaż  na  tulipany.  Mnóstwo  i 

piękne. 

— Dziękuję. A co do Marcina — nie żałuj. Taki się z niego trudny chłopiec zrobił, że... Trzeba na 

niego silnej męskiej ręki. Józek ciągle w terenie, ciągle w tych buraczanych kampaniach. Myślę, 

że wpadł w złe towarzystwo. 

— Józek? — zdumiał się Stefan. 

—  Nie,  gdzie  by  tam  Józek  miał  na  to  czas  i  chęci!  —  roześmiała  się  mama.  —  Marcin.  Ciągle 

sobie obiecuję, że się za niego... 

— Bigos! — wrzasnął ktoś na podwórku. — Bigos! 

Marcin  skoczył  do  okna  i  gwałtownie  zamachał  rękami  przywołując  bliżej  Maciorę  —  bo  to  był 

Maciora. 

— Czego się wydzierasz? 

background image

— Chodź do nas. O piątej „Bonanza"! 

— Taak? — ucieszył się Marcin i wychylił z okna, że o mało nie wypadł. — A... a twoi starzy? 

— Nie martw się, załatwione. 

— Zaczekaj. Nie wiem, czy mnie mama... 

Rzodkiewka była oczyszczona i umyta. Kuchnia sprzątnięta, pieczywo przygotowane, co jeszcze, 

gazeta? Po gazetę może skoczyć Piotrek. 

—  Mamusiu,  przepraszam...  bo  właśnie  kolega  zaprasza  mnie  na  telewizję.  Ma  być  jakiś 

pouczający film. 

— „Bonanza"! Dziś o piątej! — wyrwał się Piotruś wzdychając.—Ja bym też poszedł... 

— Ach, „Bonanza"? To według ciebie pouczający film? —ironizowała mama. Z pomocą przyszedł 

Stefan. 

— Uczy, co to jest odwaga, honor, braterska miłość... Pewnie, że bez przygody nie cieszyłby się 

taką popularnością. Puść go, Marysiu, to może oglądać. 

— Gdybyś wiedział, Stefku... nie powinnam... 

— Puść go, Marysiu. Raz na tydzień. 

— Mamusiu! Rzodkiewki w porządku, a czy mamusia zauważyła, jak ja dziś kuchnię... 

— Ty? Myślałam, że Wacek... 

— Wacek? Wacek by kiedy spiżarkę sprzątnął?... Mamusia!... 

—  No  to  idź  —  uległa  mama  —  ale  żebyś  mi  prędko  wracał.  Zaraz!  Zaczekaj!  —  zawołała,  bo 

Marcin już pożegnał się ze 

Stefanem, dziękując mu oczami, i już trzymał klamkę otwartych drzwi. 

— Który to kolega? 

— Maciora. 

— Maciora? 

— Noo... o raju! Nazywa się Maciołajtyszewicz. Mama! On na mnie czeka... 

— Ten, którego Wacek ma uczyć? Porządna jakaś rodzina: dbają o dziecko. Idź. 

Maciora się niecierpliwił. Poszli szybko w stronę Nowogrodzkiej . 

— Słuchaj — pytał Marcin — twoja mama mnie nie wygoni? 

— Nie. Wybiera się na imieniny do Pruszkowa. 

—  A  ojciec  w  domu?  —  Marcin  bardzo  chciał  obejrzeć  „Bonanzę",  jednak  na  myśl  o  potężnych 

rękach i mocnym głosie ojca Maciory robiło mu się nieprzyjemnie. 

— Jadą razem. I nie bój się, mamie już przeszło. Ale wiesz, Kiero ma łeb w dechę. Tak mamę 

zagiął... 

— No? 

—  Bo  mama  była  jeszcze  raz  u  Kiera.  O  tę  „maciorę"  się  obraził  a!...  Ja  przez  tyle  lat  się  nie 

obrażam, a mama o ten jeden raz. Ale Kiero jej wytłumaczył. 

background image

— Że co? 

—  Jego  też  przez  całą  szkołę  Kobyłą  albo  Kobyłką  nazywali,  zamiast  Kobyłecki.  Nic  na  to  nie 

mógł poradzić. Jego ojciec w szkole miał to samo. A jak Kiero chodził na uniwersytet, to też był 

Kobyła  i  szlus!  Kiero  szedł  kiedyś  Marszałkowską,  a  tu  jakiś  starszy  pan  naprzeciwko  woła: 

„Kobyła, czy to ty?" „Ja"  — mówi nasz Kiero. Ludzie przystawali, oglądali  się, a tamten  ściskał 

naszego Kiera, bo to był kolega. No! Mama to wszystko tacie opowiadała. 

— Fajne — wyobrażał sobie Marcin. — Chciałbym widzieć, jak wołali na Kiera „Kobyła, czy to ty?" 

Fajne! 

— Mama się śmiała. Tata tak samo. A wiesz, że twój brat do mnie na matmę będzie przychodził? 

Jaki on jest? 

— Jak skała. 

— Taki twardy? 

— Nieprzepuszczalny. Niczego ci nie przepuści. Nawet go nie proś. Skała, i żal mi cię. A Kostka 

na „Bonanzę" nie zawołałeś? 

—  Chciałem.  Byłem  u  niego  pod  drzwiami,  ale  tam  jakaś  draka  odchodziła.  Ktoś  tak  cienko  na 

Kostka piszczał... wycofałem się. 

— To Alicja,  jego siostra.  Maciora, zauważyłeś, większe draki  — zawsze w  sobotę, dlaczego?  — 

głos  Marcina  pełen  był  smutku,  pewno  na  myśl  o  rozprawie  z  ojcem.  —  Dlaczego  ludzie  sami 

sobie zatruwają życie? Już by lepiej odkładali na poniedziałek. 

—  Nie,  w  poniedziałek  niedobrze  —  zaprotestował  Maciora  —  draki  murowane  przez  całe  sześć 

dni. Moja mama mówi... 

Wchodzili już do mieszkania. Na spotkanie wybiegły słowa: 

—  Santa  Madonna!  Gdzie  mogły  się  podziać  te  spinki!  Tomku,  nie  widziałeś  ojca  spinek  od 

koszuli? Spóźnimy się na imieniny! 

Po „Bonanzie" Maciora prosił, żeby Marcin jeszcze został. Rodziców nie ma, mogą obejrzeć film 

dla dorosłych. Ale Marcin bał się mamy. Żeby nie to, poleciałby do przyjaciela. O co tam mieli 

do Kostka pretensje? Też o cyrk? Jeżeli z ojcem pójdzie wszystko dobrze, skoczy do niego jutro 

rano.  Ale  ojciec  może  za  karę  kazać  siedzieć  w  domu.  Nic  nie  wiadomo.  Żeby  tylko  buraki 

dobrze rosły. Bo jak z burakami źle, to i ojciec zmartwiony, i trudniejszy do kompromisu. 

W  domu  Piotruś  zapoznał  go z  sytuacją:  tata  już  jest.  Kąpie  się.  Mama  poszła  wyszorować  mu 

plecy. Dobra kolacja czeka: do parówek jest ryż z fajnym sosem. Jeżeli Marcin chce, mogą iść 

zaraz do kuchni spróbować. Poszli, spróbowali, sos był pierwszorzędny. 

— A Wacek gdzie? 

— Wacek poszedł do kina. Z panną. 

— Skąd wiesz? 

— Powiedział. Mama mu pieniądze dała. 

background image

— I tak powiedział do mamy, że z panną? 

— No, nie. Powiedział, że się umówił z koleżanką i żeby mu mama pożyczyła. 

— Taaak, teraz... — zaczął Marcin i nie dokończył: „rozumiem, dlaczego Wacek nie bał się, że go 

Kostek widział w kinie". — A mama co? Mówiła co o mnie? 

— Do Stefana mówiła, a Stefan mówił, żeby się nie martwiła,  i mama przestała się martwić.  A 

jak wróciłem, pili herbatę i przyszła pani Szeleścina, i też piła herbatę. 

— O raju! Mama pewnie zmordowana? 

—  Nie,  bo zaraz  przyjechał  tatuś  i  oni  sobie  poszli.  Mama  powiedziała,  że...  delikatni.  Marcin, 

czy oni są tacy delikatni? Bo ja nie wiem... 

— Tata o burakach mówił, co? 

—  Pewnie  mówił,  ale  nie  słyszałem,  bo  myślałem  o  tym  „Bonanzie"  i  myślałem,  bo  mnie  pani 

Krajewska też zaprosiła! — oświadczył z tryumfem. 

Marcin wzruszył ramionami. Co mógł zrozumieć z „Bonanzy" Piotrek? Strata czasu. Mama wyszła 

z łazienki. 

— Jesteś już? — zdziwiła się jakimś łaskawym głosem. — Pomożesz mi zanieść kolację na stół. 

Może  nie  zdążyła  nic  powiedzieć  i  dopiero  po  kolacji?  A  może  zapomniała?  Bo  i  Stefan,  i 

Szeleścina, i ojciec... 

Na  wszelki  wypadek  Marcin  starał  się  wszystko  tak  robić,  jak  mama  lubi.  Ustawił  szklanki  na 

tacy.  Każdą  przetarł  ścierką  zdjętą  z  kołka:  „do  szklanek".  Jakby  to  nie  wszystko  jedno!  Ale 

skoro mama się upiera... 

Ojciec  przyszedł  zaróżowiony,  pachnący  mydłem  i  spytał,  czy  może  zjeść  kolację  w  piżamie  i 

szlafroku.  Bo  i  tak  zaraz  do  łóżka  idzie,  więc  może  wyjątkowo,  bo  jest  zmordowany.  Ale  nie 

wyglądał na zmordowanego, owszem, uśmiechał się i z Marcinem przywitał serdecznie. 

Mama nie powiedziała! 

Wnosząc półmisek parówek i sos, mama odezwała się: 

— No, niech będzie. Wyjątkowo. I z okazji tej premii. 

— Tata dostał premię? — zawołał Marcin. 

— Jeszcze nie, ale za kilka dni dostanę. Może nawet przed pierwszym. 

— Oj, to dobrze, tatusiu — cieszył się Piotruś — bo pierwszego, tatuś pamięta? Pierwszego jest 

Dzień Dziecka. 

— Co ty powiesz? — udał zaskoczonego oj ciec. — Dobrze, żeś mi przypomniał! Co za pyszny sos! 

Chłopaki,  życzę  wam,  żeby  wasze  żony  tak  gotowały,  jak  mama.  Spójrzcie  na  ten  ryż,  każde 

ziarenko osobno. To sztuka, to trzeba umieć! 

A  więc  ojca  humor  i  mamy  łagodność—  z  racji  premii?  Może  mama  zapomniała  powiedzieć  z 

radości... 

background image

Ale kiedy ojciec w czasie kolacji zapytał go o stopnie, o szkołę i spojrzał tak jakoś badawczo  — 

serce w Marcinie struchlało: mama powiedziała! 

Po kolacji ojciec z nie dopitą szklanką herbaty poszedł do sypialni. Marcin, już prawie pewny, że 

burza przeszła bokiem, pomagał mamie sprzątać ze stołu. Nagle dobiegł głos ojca: 

— Marcin, przyjdź tu do mnie! — A kiedy syn wszedł do sypialni: — Zamknij drzwi za sobą! 

Od  chwili,  kiedy  Piotruś  powiedział,  że  Wacek  wie,  Marcin  przygotowywał  się  do  rozmowy  z 

ojcem.  Czuł,  że  to  go  nie  minie.  Z  Wackiem  mówił  inaczej.  Mamie  najlepiej  było  pozwolić  się 

wyżołądkować  i  nie  zaprzeczać,  broń  Boże,  ale  z  ojcem  sprawa  była  zawsze  poważna,  bo  i 

ojciec, ile razy do tego doszło, traktował go poważnie. 

Więc  Marcin  zbierał  wykręty,  argumenty  i  repliki.  Po  cichu  w  myśli  prowadził  sam  ze  sobą 

przypuszczalną  rozmowę:  ojciec  to  —  a  on  tamto.  Ojciec  tak  —  a  on  tak.  Nawet  pochłonięty 

przygodami  życiowymi  najmilszego  z  Kartrajtów,  grubasa  Hossa,  łapał  się  na  tym,  że  szuka 

odpowiedzi  na  jakieś  ewentualne  pytanie  ojca.  Wracał  do  domu  niespokojny,  niepewny,  czy 

ojciec powiadomiony, czy może jakieś przychylne moce w tym przeszkodziły? Ale, jeżeli mama 

powiedziała  —  był,  zdawało  mu  się,  przygotowany  jak  do  lekcji:  na  blachę  i  mur—marmur. 

Tymczasem stanął przed ojcem z głową idealnie pustą. I kiedy usłyszał: 

— Na co ci były potrzebne pieniądze? — odpowiedział bez wahania i zgodnie z prawdą. Krok za 

krokiem przyznał się do wszystkiego: do przegranej jednej i drugiej, do długu u Kostka, wreszcie 

i  u  nauczycielki.  Wyśpiewał  wszystko  jak  z  nut.  Aż  się  zdziwił  i  aż  się  sam  przestraszył,  kiedy 

skończył. Co ojciec powie? Jak go ukarze?... 

— Nauczycielce — oddaj zaraz. Jak najprędzej. To dobra nauczycielka — mówił powoli ojciec. — 

Mam dla niej wiele szacunku. Nie dlatego, że pożyczyła pieniądze, tylko że chciała wam pomóc 

ratować honor. Rozumiesz? 

Marcin kiwnął głową. 

— Zakłady o pieniądze lub o coś, co trzeba kupić — głupia zabawa. Tak jak hazard w karty. No, o 

kartach  to  chyba  wiesz,  dokąd  mogą  zaprowadzić.  Pieniądze...  nie  najważniejsze,  ale...  Duży 

jesteś — sam widzisz... Życie tak jest urządzone, że kto ma pieniądze, lżej mu. Wszyscy gonią 

za  pieniądzem.  Nie  trzeba  człowiekowi  mieć  za  złe,  że  zdobywa  pieniądze,  ale  pod  jednym 

warunkiem  —  jeżeli  zdobywa  je  uczciwie.  Chcesz  mieć  więcej  —pracuj  więcej.  Ale  kantem, 

szwindlem, złodziejstwem — brzydzę się i chciałbym, żeby i moje dzieci brzydziły się tak samo. 

Ojciec chwilę pomilczał, wreszcie polecił: 

— Daj mi marynarkę. 

Marcin  podał.  Ojciec  z  wewnętrznej  kieszeni  wyciągnął  chudy  portfel,  a  z  jego  przegródki  — 

dwadzieścia złotych. 

 

background image

— Miałeś dostać na Święto Dziecka — weź teraz. Załatw wszystko na czysto. I... czy możesz mi 

obiecać, że nigdy więcej... w taki „cyrk"?... 

Marcin rzucił się ojcu na szyję. 

 

XIII 

 

Kostek wracaj ąc do domu zastanawiał się, czy sprawa z cyrkiem nabierze rozgłosu. Dużo by dał 

za pewność, że wszystko utonie w niepamięci. Malcy odzyskawszy swoje grosze zapomną szybko. 

A Pucia? Pucia na pewno nikomu nie powie. Ani o tym, że im pieniądze pożyczyła, to się rozumie 

samo przez się: tajemnica, sekret między nimi trojgiem. O cyrku też. Dobrze się stało, że Kiero 

nie miał „ani głowy, ani zdrowia"... Z nim by tak łatwo nie poszło. 

W domu już była Alicja. Wybierała się na jakąś wycieczkę na Jeziora Mazurskie. Mówiło się o tym 

od kilku dni. Prała i prasowała, jakby miała jechać na urlop. A to raptem jeden niedzielny dzień. 

Pojadą sobotnim wieczornym pociągiem, a na poniedziałek rankiem wrócą do Warszawy. 

Wielkie coś! 

—  Kostek!  —  wpadła  na  niego,  ledwo  wszedł  do  domu.  —Gdzie  jest  miód,  który  stał  na  górnej 

półce w kredensie w kuchni? 

— Normalnie, pewnie wyszedł. 

—  Nie  mógł  wyjść  —  denerwowała  się  Alicja  —  chyba  że  ty  mu  w  tym  pomogłeś.  Wczoraj 

wieczorem, widziałam, było jeszcze prawie ćwierć słoika. Przyznaj się! 

— Do czego mam się przyznawać? Po pierwsze, przysięgam, że żadnego słoika nie widziałem na 

oczy, a po drugie, dziś rano tego miodu było może na ćwierć palca! 

—  Nieprawda!  Kłamiesz!  Specjalnie  go  sobie  odstawiłam  w  kąt  za  szklanki,  ale  ty  wszystko 

umiesz  wyszperać!  Nie  zapytasz  nawet,  czy  wolno!  Czy  komuś  do  czego  nie  potrzebne!  I 

dlaczego kłamiesz?! 

—  Alicjo!  Nie  denerwuj  się  —  powiedział  powoli  Kostek,  co  właśnie  wyprowadziło  siostrę  z 

równowagi — już ci występują czerwone plamy na szyi. Na co ci miód? Jest cały słoik dżemu. 

— Do czego, do czego! —Alicja z niepokojem oglądał a szyję w lusterku. — A tobie do czego? 

— Normalnie. Do chleba. Dżem też jadłem. Bardzo dobry, spróbuj! 

— Wypchaj się tym dżemem! — krzyknęła Alicja. — Mamo! — zwróciła się do wchodzącej matki. 

— Chciałam sobie zrobić maseczkę z miodu, a Kostek wszystko zjadł! 

—  Zaraz,  zaraz  —  mama  stawiała  dwie  pękate  siatki  zakupów  na  stole  i,  pierwsza  rzecz, 

zdejmowała pantofle z przyjemnością wsuwając nogi w domowe papucie.  — Nie wymawiaj mu, 

bo  zaszkodzi.  Maseczkę  zrób  z  żółtka  i  oliwy,  to  nawet  lepsze  na  takie  upały.  Cytryny 

przyniosłam. Wy ciśnij parę kropel. Miodowa to w zimie. 

background image

—  Myśli  mama?  —  zastanowiła  się  Alicja  i  uspokoiła  od  razu.  —  Tak  mi  się  jakoś  dziś  nic  nie 

udaje... Jak tylko tego wstrętnego robaka zobaczyłam... 

— Co znowu za robaka? — dopytywała mama wykładając prowianty z przepaścistych siatek. — We 

śnie? 

— Nie we śnie, tylko tutaj, na środku kuchni, kiedy wróciłam z pracy. Wstrętny, czarny karaluch. 

Lazł tak z boku na bok jak kaczka, prosto do zlewu. 

— No i co? Gdzie się podział? 

— Zatłukłam go szczotką i spuściłam z wodą, ale aż mi się zrobiło słabo... 

Kostka jakby kto gąbką umoczoną w lodowatej wodzie pogłaskał po krzyżu. Rzucił się do pokoju, 

gdzie  za  tapczanem  wsunięty  w  kąt  stał  szeroki  słoik  z  wodą  —  mieszkanie  „mikro—krokodyla" 

wypożyczonego od Sobierajskiego. 

Słoik był pusty! 

—  Morderstwo!  —  zaszlochał  zrozpaczony  Kostek.  —  Kto  odda  dziesięć  złotych  za  pływaka? 

Zamordowałaś pływaka żółtobrzeżka! 

— Kogo? — zapytała przestraszona mama patrząc to na Kostka, to na skonsternowaną córkę. 

— Kogo? — powtórzyła Alicja. 

— Pływaka żółtobrzeżka! Nie wiesz? Nie pamiętasz z biologii! Wapniak jesteś? Pływak: gromada 

— owady, rodzina chrząszczy, rząd — tęgopokrywe. Larwy pływaka, a także osobniki dorosłe, są 

drapieżne... 

— A ten — przerwała mama — no ten... był dorosły? 

— Normalnie! Piękny okaz gatunku! I do tego Sobieraj go tresował! 

— Tresował? Karalucha tresował? Cóż to, do cyrku czy co? Sam mówisz, że drapieżny, więc mógł 

w nocy ugryźć. Niebezpieczny. 

—  Niebezpieczny,  ale  dla  małych  rybek!  Mamo!  Co  ja  teraz  powiem  Sobierajskiemu?  Co  ja  mu 

powiem? — rozpaczał Kostek. 

— Powiedz mu, że zdechł — zdecydowała krótko Alicja. 

— Zdechł, zdechł! — przedrzeźniał Kostek. — Jeżeli zdechł, to gdzie on jest? 

— Hm, rzeczywiście, szkoda, że go spuściłaś, Alicjo, bo zawsze... 

— I mam kłamać do tego, tak? Sama mnie do tego namawiasz? Mama słyszy? A jak tak, to ciągle: 

„Żebyś tylko prawdę mówił! Samą prawdę! Nie kłam! Dlaczego kłamiesz?" 

— Noo... przecież robak zdechł. Naprawdę zdechł — tłumaczyła się lekko zmieszana Alisia. 

— Skonał tragiczną śmiercią przy twojej pomocy! Powiem Sobierajowi, wszystko powiem! Niech 

tu przyjdzie i niech się dowie! 

— Oj, Kostek, czy ty nie przesadzasz? — zniecierpliwiła się mama. 

— A co ja przesadzam? Normalnie mówię! Alicji wszystko wolno: popsuć, zmarnować! A mnie to 

się  łyżki  miodu  żałuje!  Wszystkiego!  Odkąd  ja  mamę  proszę,  że  chcę  mieć  w  mieszkaniu  coś 

background image

żywego! Chciałem kota — nie, bo śmierdzi. Chciałem psa — jeden chłopak za darmo mi dawał — 

też  nie,  bo  trzeba  wyprowadzać,  bo  żre,  bo  drugie  piętro  —  a  przecież  ja  bym  go  sam 

wyprowadzał i oddawałbym mu ze swojego! Chciałem kanarka: ani nie śmierdzi, ani nie żre, ani 

go wyprowadzać nie trzeba — też nie, bo co z nim robić na wakacjach! Zawsze, zawsze, żebym 

ja tylko nie mógł nic mieć! Nawet takiego pływaka, co go sobie pożyczyłem na parę dni — też mi 

zatłukli! Na śmierć zatłukli! — Kostek mrugał szybko powiekami, żeby powstrzymać łzy. Wybiegł 

wreszcie z kuchni. 

— Co mu się stało? — zaniepokoiła się matka. — Przecież on nigdy tyle nie mówi. Czy to tylko nie 

grypa? Podobno jest wiele chorych na jakąś zimną grypę, bez gorączki. 

—  Nie,  przecież  u  nas  w  szpitalu  mówiliby  o  tym  —  uspokajała  Alisia.  —  A  z  tym  karaluchem, 

rzeczywiście, tak wyszło... Do głowy mi nie wpadło, że to może być jakiś Kostkowy okaz. Muszę 

mu za to z wycieczki coś przywieźć. „Coś żywego" — roześmiała się. — Ja się spóźnię! — zawołała 

nagle  patrząc  na  zegarek.  —  Jeszcze  walizka  nie  zapakowana!  Kostuś,  kochany!  Zdejmij  mi  z 

szafy walizkę i wytrzyj, bo na pewno zakurzona. 

— Tylko, synku, wynieś ostrożnie na balkon, bo tu wszystko na mieszkanie pójdzie. 

—  Teraz  to:  „Kostuś"  i  „kochany",  i  „synku"!  —  mruczał  pod  nosem  Kostek  ściągając  walizkę  z 

szafy. — Dodaj mi chociaż do maminej tygodniówki, żebym do kina mógł iść! 

— Znowu do kina? — jęknęła mama. — Ileż ty razy na tydzień chodzisz do kina? 

— Normalnie: raz, a najwyżej dwa razy — odburknął. 

W  niedzielę  po  śniadaniu  Marcin  biegł  lekko  jak  wiatr.  Dwadzieścia  złotych  od  ojca  plus 

normalna  tygodniówka:  to  był  majątek!  Wszystkie  kłopoty  z  głowy!  Pucię  mogą  spłacić  choćby 

zaraz,  tylko  nie  znają  jej  adresu.  A  dziś  on  zafunduje  Kostkowi  kino.  Pójdą  na  „Księcia  i 

żebraka" albo lepiej na jakiś szerokoekranowy western. 

Przyjaciela spotkał niedaleko domu, o mały włos minęliby się: Kostek szedł do niego. 

— Kostek! Jest forsa! Idziemy do kina! Skacz! No, nie cieszysz się? 

— Zaraz się dowiesz, że nie mam powodu do śmiechu. 

— No, gadaj, co jest? Stało się co? 

— Morderstwo — powiedział ponuro Kostek. 

— Nie! — zatrzymał się przerażony Marcin. — U was? Kostek kiwnął głową. 

— Wczoraj po południu? — dopytywał Marcin. 

— Tak. Skąd wiesz? 

—  Bo  Maciora  był  u  was,  żeby  cię  zawołać  na  „Bonanzę",  ale  słyszał  przez  drzwi,  że  coś  nie 

tego... 

— Widziałeś „Bonanzę"? 

— Tak. Przyszedł po mnie i mówił. 

— Co było? 

background image

— E, nie masz czego żałować — Marcin dziwił się, że Kostek ma jeszcze głowę do „Bonanzy". 

— Ale co? Powiedz. 

— No, Hoss Kartrajt zgłupiał i chciał się żenić. A ta babka, ta narzeczona, to była karciara. Jakby 

się z nią ożenił, cała Panderosa poszłaby raz—dwa. 

— Nie ożenił się? 

— Nie. Bracia mu pomogli. O rany?! Gadaj, co z tym morderstwem. Kto? 

— Alicja! 

— Alicja? Twój a siostra? — przestraszył się Marcin. — Kogo? 

— Pływaka żółtobrzeżka. Siadu po nim nie ma, jego zwłoki płyną Wisłą do morza. 

—  Eee...  —  rozgniewał  się  Marcin  —  balona  ze  mnie  robisz...  Myślałem,  że...  a  ty  kpiny 

urządzasz. 

—  Kpiny?  A  co  my  Sobierajowi  powiemy?  Miałem  pływaka  odnieść  wczoraj  wieczorem  albo  dziś 

najpóźniej. 

No? 

— O psia kostka! Mówił, że pływak kosztuje dziesięć złotych! 

— Prawdę mówił. No i co? 

— Co ona mu zrobiła? Dlaczego? 

—  Zatłukła  go  szczotką  do  zamiatania,  bo  myślała,  że  to  karaluch.  Maturę  ma,  a  karalucha  od 

chrząszcza wodnego nie odróżni. Jak ci się to podoba? 

— Wcale mi się nie podoba. Niech odkupi. 

— A jakże! Powiedziała, że powinienem ją uprzedzić. Dała mi tylko pięć złotych! 

— No, nie ma rady, liczmy  — westchnął Marcin przysiadając na ławce podwórka.  — Ja mam 25 

złotych, a ty? 

— Dziewięć, bo mama mi ciągle tamten magiel strąca po złotówce, więc razem mamy trzydzieści 

cztery. 

—  Dziesięć  Sobierajowi,  pięć  pięćdziesiąt  Puci,  to  piętnaście  pięćdziesiąt.  Zostaje  nam 

osiemnaście złotych i pięćdziesiąt groszy. Kostek! To jest forsa! 

— Na szeroki ekran nie starczy. 

—  No  to  zaczekamy  do  następnej  tygodniówki.  A  Święto  Dziecka?  Darmo  pójdziemy  do  kina!  I 

wiesz co, Kostek, kupmy Puci kwiatek, co? 

— Dobra. 

— Jakiś ładny. Różę? Róże są drogie. Może tulipan? Kostek, mam myśl! Jedziemy po południu do 

Zielonego Siodła. Tam mieszka mój kuzyn, był u nas w tym tygodniu i zapraszał na tulipany. No? 

Co  powiesz?  Nic  nas  nie  będzie  kosztować,  tylko  EKD.  Przychodź  po  mnie  o  trzeciej.  I  nie 

zapomnij legitymacji. Tam jest ładnie. Zobaczysz! 

— Fajnie wymyśliłeś! 

background image

— No! Główka pracuje! 

— Na tranzystorach — dorzucił Kostek. — Cześć! 

 

XIV 

 

Egzaminy  w  starszych  klasach  trwały  na  dobre.  I  uczniowie,  i  nauczyciele  byli  zdenerwowani. 

Plany lekcyjne ulegały często zmianie, czasem brakło zastępstw za egzaminujących nauczycieli. 

Sytuację  ratowały  studentki  odbywające  w  szkole  praktykę,  ale  dyscyplina,  jak  zwykle  przy 

końcu roku szkolnego, była  rozluźniona  i kiedy zdarzył się normalny wypełniony  systematyczną 

pracą  dzień  lekcyjny,  rozzuchwaleni  uczniowie  czuli  się  poszkodowani.  Nie  omijali  też  żadnej 

okazji,  aby  namówić  nauczyciela  na  spacer  do  bliskiego  parku,  do  muzeum,  na  wystawę, 

wreszcie do Łazienek, aby „zaczerpnąć tlenu w płuca". 

Na  świecie  było  tak  pięknie,  zielono,  słonecznie!  Siedzenie  w  klasach,  choćby  najpiękniejszej 

szkoły,  wydawało  się  okrutną  torturą.  Tłumiona  przez  spokojne  zimowe  miesiące  energia 

protestowała, nie pozwalała się skupić, przeszkadzała myśleć. 

Takiego  właśnie  dnia,  na  ostatniej,  poprzedzającej  matematykę  przerwie  dowiedziano  się,  że 

matematyczkę  zastąpi  praktykantka,  młodziutka  panna  Zosia,  często  przychodząca  do  klasy 

szóstej. 

— Chłopaki! Wymyślmy coś, żeby matmę wykołować! Inaczej będziemy siedzieć całą godzinę nad 

zadaniami! 

—  Najlepiej,  niech  coś  ciekawego  przeczyta!  —  wołała  Gołąbkówna.  —  Bo  jak  każe  znowu 

obliczać pole figur, to naprawdę nie wytrzymam! Kostek, rusz głową... 

— Gdybyż to chociaż były jakieś ciekawe figury — mówiła Ewa, niby do koleżanek — no, choćby 

takie  z  głową  do  myślenia  i  z  pięknymi  odstającymi  uszami...  —  szybko  skuliła  się,  unikając 

papierowej kuli, która trafiła Kazika Piątkowskiego. 

— Czego chcesz? W kark? — zaperzył się Kazik. 

— Nie w ciebie rzucałem, ale w ten jęzor — Marcin głową wskazał Ewę. 

— Nie rozumiem, o co ci chodzi? — powiedziała wyniośle Ewa. — Czy ty jesteś figura do myślenia? 

Nie widzę... — i dodała ciszej — nic oprócz uszu. 

—  Marcin,  nie  zważaj  na  te  przyczepki  —  błagały  dziewczęta  —wymyśl  coś!  Ty  potrafisz!  — 

schlebiały. —Ty masz takie wspaniałe pomysły!... 

Więc  Marcin  gorączkowo  szukał  jakiegoś,  i  to  nie  byle  jakiego,  pomysłu.  Aby  nie  zawieść 

zaufania kolegów, aby ugruntować swoją opinię chłopaka z głową na tranzystorach, aby wreszcie 

utrzeć nosa Ewie, przebrzydłej Ewie, która tylko czyha na sposobność, aby mu dokuczyć. 

Wodząc  bezmyślnie  oczami  po  ścianie  korytarza,  napotkał  afisz  przypięty  do  tablicy 

informacyjnej: 

background image

Uniwersytet dla Rodziców zaprasza na referat pt. „Kara i nagroda w wychowaniu". 

I zaraz mu błysnęło! Miał gotowy pomysł! 

Czasu  było  niewiele.  Rzucił  się  do  Kostka,  Basiora,  Kazika  i  Nemka.  Nemek  miał  szepnąć,  co 

trzeba, dziewczynom. 

Już słychać było dzwonek. 

Panna Zosia przyszła ze zbiorem zadań do klasy szóstej, więc nie było żadnych wątpliwości co do 

sposobu,  w  jaki  miała  wykorzystać  godzinę.  Siadła  za  stolikiem,  zajrzała  do  spisu  treści  w 

książce i właśnie miała znaleźć szukany rozdział, kiedy Basiński zgłosił się uprzejmie: 

— Proszę pani, czy my możemy o coś zapytać? 

— Proszę bardzo. 

—  Bo...  proszę  pani...  nasza  pani  wychowawczyni  to...  chociaż  jest  dla  nas  bardzo,  bardzo 

dobra... ale pani... bo pani przecież ani słowa o tym w nauczycielskim pokoju?... 

— Jeżeli sobie życzycie, nie powiem, ale zaręczam wam, że pani Pucek też by nie powiedziała. 

O cóż chodzi? 

— Może by nie powiedział a, ale my wolimy do pani — wtrąciła Irena Gołąbkówna. 

— Bardzo mi jest miłe wasze zaufanie — panna Zosia była wyraźnie ujęta. 

— Proszę pani — teraz mówił Kostek — chodzi o bardzo, bardzo dla nas ważną sprawę. Bo, proszę 

pani, jest taki Uniwersytet dla Rodziców, pani wie? 

— Wiem. 

— Przychodzą tam rodzice? Tak? 

—  Tak.  Przychodzą,  słuchają  referatów,  dyskutują.  Dowiadują  się  o  nowych  metodach 

wychowawczych. Przecież wiecie, wszystko idzie z postępem i dzisiejsze metody wychowania są 

inne, niż to było za czasów waszych dziadków. 

— Właśnie, proszę pani, my o tej sprawie. Ale może to już Bigos... 

Marcin zerwał się z ławki. Jak na Kostka i tak było dużo. Ale Kostek, nie wiadomo dlaczego, był 

uważany przez nauczycieli za poważnego, więc żeby panna Zosia, na wszelki wypadek, nie miała 

podejrzeń,  trzeba  było,  żeby  zaczął  poważny.  Marcin  nawet  proponował  Nemkowi,  wypadłoby 

jeszcze lepiej, ale Nemek nie chciał. Jako „głos w dyskusji" owszem, obiecał, że coś powie, ale 

zacząć — niech zaczyna ktoś inny. 

— Proszę pani — zaczął Marcin — w korytarzu wisi ogłoszenie, że dla rodziców będzie referat o 

karach  i  nagrodach,  więc  czy  nie  moglibyśmy  do  tego  referatu  dorzucić  czegoś  od  naszej 

strony?... 

— Od waszej strony? Jak to — nauczycielka była wyraźnie zaskoczona propozycją. 

— Tak, od naszej — potwierdził Marcin — to znaczy od tych, którzy są karani i nagradzani, ale 

przeważnie  karani.  Przecież  jeżeli  wszystko  poszło  z  postępem,  dlaczego  rodzice  karzą  nas 

ciągle po staroświecku? 

background image

—  Nie  tak  bardzo  po  staroświecku  —  uśmiechnęła  się  panna  Zosia.  —  Dawniej  pan  ojciec  kazał 

synowi kłaść się na kobiercu... Dziś metody są inne. 

— Tak! Inne! — powiedział z bólem w głosie Marcin. — Ale jakie? 

— Nowe metody! Ale jakie? — rozległy się głosy z różnych stron klasy i w tych głosach dało się 

słyszeć  i  ból,  i  poczucie  krzywdy,  i  coś  jakby  wyrzut.  Tak  przynajmniej  zdawało  się  młodej 

praktykantce. 

— Czy pani wie, że jednego z naszych kolegów ojciec stalowym łańcuszkiem (Kostek, nie szarp 

mnie,  przecież  to  trzeba  powiedzieć)  przytwierdza  do  kaloryfera?!  Na  cały  dzień!  I  tylko  go 

odmyka, jak musi! 

—  A  jedną  dziewczynkę  (nie  bój  się,  Ewa,  nie  powiem,  że  to  ciebie)  rodzice  zamykają  w 

ciemnej, dusznej komórce, gdzie nie ma okna? 

—  Ja  za  karę  muszę  czyścić  łańcuch  —  zerwał  się  z  ławki  Basior  —  ciężki  okrętowy  łańcuch. 

Zardzewiały  jak  sto  rudych  szatanów!  Muszę  wyczyścić  pół  metra,  czasem  metr.  Niech  pani 

spojrzy na moje ręce — ręce Basiora, pełne zadrapań i blizn, wyglądały rzeczywiście okropnie. — 

Ojciec jeszcze mówi: „Ucz się cierpliwości na tym łańcuchu". A tego zardzewiałego łańcucha jest 

w naszej piwnicy dobre pięćdziesiąt metrów i ho! ho!... 

— Dzieci! Ależ, moje dzieci! — nauczycielka wyciągała przed siebie ręce, jak gdyby chciała się 

bronić przed okrutnymi przykładami władzy rodzicielskiej. 

— Mnie wyganiają na schody — mówił żałośnie Maciora. —Bo w pokoju telejaj... telewizor, a w 

kuchni za ciasno. Więc jak tylko co, to: „Wyjdź z mieszkania!" I nigdzie mi iść nie wolno! Więc 

stoję trochę, a potem siadam na schodach. Czy pani myśli, że to przyjemnie? 

— A u Marcina — oznajmił bezceremonialnie Basior — sam widziałem... proszę pani. Wołałem go 

raz  na  podwórko,  a  on  przez  okno  mówi:  „Jestem  uwiązany  w  domu".  Poszedłem  do  niego  na 

górę  i  zobaczyłem,  że  miał  przyczepioną  do  nogi  taką  —  pokazał  —  kulę  armatnią!  Dobre 

dwadzieścia pięć kilo! Dopiero zrozumiałem, dlaczego nie mógł wyjść!... 

—  A  mnie  za  karę  w  telewizor  nie  wolno  patrzeć,  chyba  że  Kółko  Rolnicze,  a  na  co  mi  Kółko 

Rolnicze? 

—  A  mnie  organizm  wyniszczają  —  powiedział  ponuro  Sobierajski.  —  Jak  tylko  co,  bomba  albo 

uwaga w dzienniczku, zaraz wszystko bez cukru! Kawa bez cukru, herbata bez cukru, chleb bez 

cukru,  bo  ja,  proszę  pani,  lubię  chleb  z  masłem  i  z  cukrem,  grubo.  Co  do  ciastek  albo 

cukierków—to  „zapomnij o mnie", proszę pani.  A  ja muszę mieć tu coś,  w środku  —Sobierajski 

uderzył  się  w  szeroką  klatkę  piersiową  —  coś,  co  potrzebuje  cukru.  Organizm  mam  taki. 

Naprawdę! Bez żadnej zgrywy, proszę pani. 

Tu  i  ówdzie  w  klasie  odezwały  się  jeszcze  głosy  o  zatrzymywaniu  obiecanych  pieniędzy,  o 

zakazie  pójścia  do  kina,  ale  to  już  nie  robiło  wrażenia.  Panna  Zosia  wodziła  oczami  po  klasie, 

background image

pocierała  palcami  skronie  i  widać  było  wyraźnie,  że  wypowiedzi  wprowadziły  ją  po  prostu  w 

osłupienie. 

—  Proszę  pani!  —  Marcin  chciał  zakończyć  jakimś  banalniejszym  akcentem.  —  Z  kobiercem  też 

niewiele  się  zmieniło!  Kobierca  nie  ma,  hajduków  nie  ma,  ale  rzemienny  pasek  zawsze  się 

znajdzie i rzecz sama w sobie pozostaje ta sama. 

—  U  nas,  proszę  pani,  mama  strasznie  moich  braci  targała  za  uszy  —  mówiła  Ewa.  —  Aż  raz 

wytłumaczyłam  mamie,  że  to  może  na  całe  życie  zostać,  bo  znam  jednego  chłopca  z  naszej 

szkoły, co... 

Dzwonek przerwał wypowiedź Ewy. Marcin kiedy indziej  rozprawiłby się z nią natychmiast, ale 

teraz, zaniepokojony twardym wyrazem ust tak łagodnej zawsze panny Zosi, podbiegł do niej i 

przypominał idąc obok korytarzem: 

— Proszę pani, a\e myśmy tylko do pani... 

— Ale dlaczego? Dlaczego? — pytała kandydatka na nauczycielkę. 

Marcin pokazał afisz, koło którego właśnie przechodzili. 

—  O,  proszę  pani,  dlatego.  Może  by  ten,  co  będzie  mówić  do  rodziców,  więcej  powiedział  o 

nagrodach? Kary to chyba straszny kapitalistyczny przeżytek, nie, proszę pani? 

„Boże, Boże — myślała sobie panna Zosia w ciszy harcerskiej izby, do której się schowała: — Co 

za dzieci dzisiaj! O czym nie dyskutują! Rodziców chcą pouczać!... A i rodzice!..." 

— Aleśmy ją wykołowali! — cieszył się w szatni Basior. — Dobrze wypadło o tym łańcuchu, co? 

— Dobrze. Ale skąd ci ten łańcuch przyszedł do głowy? — dziwił się Marcin. 

— Skąd? Myślisz, że tylko ty masz głowę na tranzystorach? — dął się Basior. — Powiem ci nawet, 

że  taki  łańcuch  leży  u  nas  w  piwnicy.  A  o  tym  czyszczeniu  czytałem,  że  każdemu  młodemu 

marynarzowi dają tym sposobem szkołę! 

—  Żeby  tylko  nie  było  jakiej  hecy  —  zauważył  Nemek  —  mnie  się  zdaje,  że  praktykantka  była 

przestraszona. 

—  Czego  się  miała  przestraszyć?  —  zagłuszał  Marcin  własny  niepokój.  —  Czy  mówiliśmy,  że  nas 

krają i solą?... Kary jak kary, tyle że pomysłowe, nie? Ten łańcuch przydałby mi się nawet. 

Kiedy rozstali się już z resztą kolegów i pozostali we dwóch, Kostek zapytał: 

— A na co ci łańcuch? 

— Fajna rzecz! Mnie by się przydał do tego... no, wiesz... do pracy nad charakterem. Rozumiesz? 

Jakbym sobie postanowił, że dzień w dzień wyczyszczę, wypoleruję do blasku, trzy, no, niechby 

tylko dwa ogniwa... Kapujesz? Jaka to wytrwałość w człowieku się wyrabia! Jaka siła woli! A po 

jakimś czasie, patrzysz, bracie, a tu całe pięćdziesiąt metrów świeci jak słońce, no?! 

— A po co? 

— Oj, Kostek! Ty jesteś taki przyziemny: na co, po co? Może by psa na tym łańcuchu uwiązać, 

tak? A dla zasady, dla idei nie można? 

background image

— Może, ale... jednak... po co? 

Już  się  teraz  o  niczym  innym  nie  rozmawiało,  tylko  kto  przejdzie,  komu  co  grozi.  Pani  Pucek 

wyraźnie  dawała  do  zrozumienia,  że  klasa  szósta  A  w  tym  roku  jedzie  stuprocentowo.  Nawet 

słaby  z  matmy  Maciora  podciągnął  się,  a  właściwie  podciągał  go  dzień  w  dzień  Wacek,  czego 

Maciora wcale nie taił, owszem, skarżył się nawet: 

—  Gnębi  mnie,  chłopaki,  bez  żadnej  litości!  Katuje  i  tratuje.  Dusi  i  przygniata!  Jeszcze  jeden 

dzień i zobaczycie: puszczę parę! 

Ale dzień za dniem mijał, a Maciora stając przy tablicy zgrzany, spocony, ale jednak przytomny, 

potrafił obliczyć pola figur i dawał sobie już radę z równaniami. Matematyk ze zdziwienia drapał 

się ołówkiem za uchem, gryzł końce okularów, ale stawiał mu tróje. 

 

XV 

 

Najwięcej opowiadała Jagodzianka. Na prawo i na lewo chwaliła się, że jej ciocia ma samochód, 

sama  go  prowadzi,  jedzie  na  urlop  do  Zakopanego  i  ją,  Ewę,  zabierze  ze  sobą.  Może  nawet 

pojadą  na  czeską  stronę.  A  co  najważniejsze,  Ewa  też  już  zna  się  trochę  na  prowadzeniu 

samochodu. Ciocia w niedzielę nieraz ją zabiera i uczy. A w Zakopanem, kiedy będą jeździć na 

różne wycieczki, to ciocia na bocznych drogach pozwoli Ewie samej prowadzić. Tak!... 

Chłopaków aż skręcało z zazdrości. 

— Ewa jest kompletnie głupia, a cała jej ciocia tak samo —wściekał się ledwo hamując Marcin. — 

Nasz  Wacek  też  jedzie  na  obóz  pod  Zakopane  i  też  będą  robić  wycieczki,  ale  tam  się  chodzi 

pieszo! W góry! A nie po szosie samochodem! 

— A na bocznych drogach  — to już wprost do Ewy  — twoja ciocia sztuczną szczękę zgubi, a ty 

wrócisz szczerbata i z odrapanym nosem, wiesz? 

— Po pierwsze, moja ciocia nie ma żadnej sztucznej szczęki — odpowiedziała z wyższością Ewa 

— po drugie, nie martw się o mój nos, a po trzecie, wszystko z przyjemnością zniosę, żeby tylko, 

chociaż przez parę tygodni, nie patrzeć na twoje odstające uszy! Czy ty się nigdy w lusterku nie 

przeglądasz? 

— Codziennie i z satysfakcją! 

Mama  Nemka  z  nowym  mężem  też  samochodem  pojedzie  do  Bułgarii.  Oczywiście  Nemek  —  z 

nimi.  Nie  przechwalał  się,  mówił  o  swoich  wakacjach  skąpymi  słowami,  raczej  odpowiadał  na 

pytania kolegów, ale widać było, jak się na ten wyjazd cieszy. Przy jakiejś okazji powiedział, że 

przywiezie sobie z 

Bułgarii żółwia. Żółw jest w domu zupełnie niekłopotliwy, a na zimę zasypia. 

Kostkowi  aż  się  oczy  zaświeciły!  Usłyszawszy  jeszcze,  że  żółw  nie  śmierdzi  i  odżywia  się 

skromnie,  otwarcie  zapytał,  czy  Nemek  nie  mógłby  przywieźć  pary.  Przecież  w  samochodzie 

background image

dużo miejsca nie zajmą, a potem te żółwie mogłyby się spotykać i chyba byłoby im przyjemnie, 

bo z tego samego kraju?... 

Nemek obiecał przywieźć parkę. No, mama na pewno nie będzie miała nic przeciwko temu. Na 

pewno. 

—  A  ja  tobie  —  obiecywał  Kostek  żarliwie  —  będę  zbierał  te  „naj".  Już  nawet  jedno  mam,  o 

największym  kluczu  na  świecie,  wiesz?  Jutro  przyniosę.  Ale  ty  masz  dobrze!  —  westchnął 

zazdrośnie. 

— No... tak... — odpowiedział Nemek powoli i jakoś bez przekonania. 

Pewnego dnia Maciora oznajmił, że jego mama zamówiła bukiet dla Kiera. 

Wszyscy stuknęli się w głowy: 

— Imieniny Kiera! W poniedziałek! Dlaczego nam nikt nie przypomniał? 

— Dlatego — znalazł odpowiedź Nemek — że pani Bogdańska wyjechała, a pani Pucek jeszcze tu 

nigdy na imieninach pana kierownika nie była, a do tego już kilka dni jest nieobecna. 

Uwaga  była  słuszna.  Pani  Pucek  pracowała  pierwszy  rok  w  szkole  i  sama  się  jeszcze  uczyła.  W 

tych dniach miała jakiś trudny egzamin i otrzymała kilka dni zwolnienia. 

Na lekcji z panią Skoczelową dziewczynki rzuciły się do niej z prośbą: 

— Proszę pani! Niech pani nam doradzi, bo nie wiemy, co zrobić na imieniny pana kierownika. 

— Jak to: nie wiecie? — zdziwiła się pani Skoczelową. — Wybierzcie delegację, która złoży panu 

kierownikowi życzenia, i koniec. Wiecie, że pan kierownik długich ceremonii nie lubi. 

— Noo... taak... ale z czym ta delegacja... Przecież tak, z pustymi rękami?... 

—  O,  moi  kochani  —  obruszyła  się  pani  Skoczelową.  —  Owszem,  w  takim  dniu  uroczystym... 

choćby jakaś gałązka za wszystkie trudy... Owszem, ale... Sami wiecie: koniec roku szkolnego... 

rodzicom ciężko... Więc po co ta rozmowa? Bierzmy się do lekcji. 

Nie  było  w  klasie  ani  jednego  chłopaka,  ani  jednej  dziewczyny,  którzy  by,  jedni 

bezceremonialnie  od  razu,  inni  dopiero  po  chwili,  nie  odwrócili  się  w  stronę  Marcina  i  nie 

popatrzyli  na  niego  z  wyrzutem.  Dostał  nawet  kartkę  ze  swoim  portretem  narysowanym  ręką 

anonimowego autora. Podobieństwo z oryginałem polegało na uszach, wspaniałych, odstających 

uszach,  tak  dużych,  jak  tylko  pozwalała  na  to  powierzchnia  kartki.  Podpis  również  był  aluzją: 

„Uszy na tranzystorach". 

Na tranzystorach czy nie, ale paliły go okrutnie. Dokąd tego znęcania będzie? I za co? 

Czy nie dawał na wszelkie składki? Czy obaj z Kostkiem nie postanowili być w porządku? Nawet 

kiedy  pani  Przegoniowa  przyszła  do  klasy  załatwić  wyjazd  na  kolonie,  historyczka  wychwalała 

Kostka,  że  takie  z  niego  „myślące  dziecko",  że  jego  postawa  „promieniuje  na  innych  i  wpływa 

nawet  na  najgorszych".  Kostek  dobrze  sobie  zapamiętał,  bo  dostał  pięć  złotych  premii,  ale 

razem z Marcinem zastanawiał się, co ma znaczyć to promieniowanie? Zdecydowali wreszcie, że 

kiedy dorośli nie mają o czym mówić, to wynajdują różne takie. Bo rzeczywiście, o czym mama 

background image

Kostka  i  historyczka  miały  mówić?  Kostek  dwój  nie  ma.  Draki  żadnej  dawno  już  nie  było,  a  o 

cyrku wiedzą tylko Kiero i Pucia! 

Po lekcji dziewczyny rzuciły się na Marcina. 

— Widzisz, Bigos, wszystko przez ciebie! Przecież my nie możemy wyjść na najgorszych. Każda 

klasa coś, a my... 

— Zróbmy składkę na kwiaty i już — zaproponował Nemek. 

—  Ja  ze  składek  wysiadam  absolutnie!  —  zawołał  Maksio  Pa—terek.  —  Grosza  nie  mam,  a  z 

książeczki nie ruszę, bo to na wakacje. 

— No, więc jak? Bez składki? — pytała Irena Gołąbkówna. — Przecież za darmo nikt nam kwiatów 

nie da! 

— Biorę to na siebie — odezwał się nagle Marcin. — W poniedziałek rano przyniesiemy z Kostkiem 

kwiaty,  dziewczyny  przyniosą  wstążkę  —  zarządzał  —  a  jeszcze  ktoś  niech  namaluje  ładną 

kartkę. Może Kazik Piątkowski. 

— Eee — na co, po co? Laurek dziś nikt nie  daje  — wykręcał się Piątkowski. — Powinniśmy być 

nowocześni. 

— Skąd Kiero będzie wiedział, że to kwiaty od naszej klasy? — niepokoiła się Irena. 

— Po delegacji pozna, gapo, wiesz? — wołał Piątkowski. 

—  A  kto  pójdzie  w  delegacji?  —  zainteresował  się  Sobieraj.  Z  chłopców  jednogłośnie  wybrano 

Nemka Batorowicza. Z dziewcząt proponowano Ewę, ale tu ostro zaprotestował Marcin: 

— Jeżeli w delegacji ma iść Ewa, to ja się o kwiaty nie staram — oświadczył kategorycznie. 

— Marcin! Co ci szkodzi! Ewa dobrze się uczy, umie się odezwać, co ona ci przeszkadza? 

—  Wcale  nie  przeszkadza,  proszę  bardzo,  niech  idzie.  Ale  o  kwiaty,  które  ona  będzie  Kierowi 

podawać, niech się postara ktoś... z mniejszymi uszami. 

Strzał  był  celny.  Ewa,  która  zawsze  bardzo  chętnie  reprezentowała  klasę,  obyła  się  smakiem. 

Wybrano Irkę. 

Paterek ogromnie się interesował, skąd Marcin weźmie kwiaty. 

— Pewnie masz kogoś znajomego z ogrodem? 

— Owszem. Mam kogoś takiego. 

— W Warszawie? 

— Nie, w Zielonce — rzucił pierwszą lepszą nazwę Marcin. 

— O! W Zielonce? Do kogo tam jedziesz? 

— Do babci! 

— A gdzie twoja babcia mieszka? 

— Ze stacji na lewo, potem wprost, potem prosto przez most i zaraz za mostem — domek mojej 

babci. A co, chciałbyś też pojechać? 

— Nie, tylko ja tam czasem jeżdżę do znajomych. 

background image

— To się kiedyś spotkamy. Cześć! 

Kostek domyślał się, że po kwiaty pojadą do Dziewałtowskich, do Zielonego Siodła. Toteż kiedy 

Paterek wreszcie się od nich odczepił —wyraził swoje niezadowolenie: 

— Po coś mu łgał o babci, o domku za mostem? Na co ci to? 

— A jemu na co? Nie jego interes, skąd my kwiaty weźmiemy! Może by mu jeszcze drogę pokazać 

i protekcję wyrobić, co? Oj, Kostek, Kostek! Tranzystory ci nawalają! 

— Twoje też z lekka obluzowane. Kto nam  za przejazd w tę i z powrotem zwróci? Niechby się 

chociaż  na  bilety  złożyli!  Kwiaty  —  my,  forsę  na  bilety  —  my,  ale  na  delegatów  wybrali  kogo 

innego. Gdzie tu logika? Nie mówię, żebym sam chciał. Wcale nie. Ale mogli się chociaż zapytać, 

zaproponować... I teraz wywalaj forsę na bilety! 

— Masz rację, Kostek, ja też sobie o delegacji tak pomyślałem. Do Nemka nic nie mam, chłopak 

w dechę. I też za nic bym sam nie chciał, ale wyszło paskudnie. O, paskudnie! 

— A niech tam! Jeszcze się kiedyś przekonają. Jeszcze gorzko pożałują... Ach, gdybym ja mógł w 

wakacje poszukać tych skarbów króla Krezusa! 

— Króla Krezusa? — zdumiał się Marcin. — Czy tobie szajba nie odbiła —jak mówi Basior? Kolonie 

będą  pod  Jelenią  Górą  i  ty  chcesz  skarbów  króla  Krezusa  tam  szukać?  Wariat!  Słowo  daję, 

wariat! Król Krezus żył w Grecji, i to bardzo dawno. 

— A ty trajkoczesz jak młynek i drugiemu do słowa nie dasz dojść! O królu Krezusie wiem więcej 

niż ty — powiedział Kostek z wyższością — bo to zagadnienie studiowałem. Skarby króla Krezusa 

skrzętnie ukryto w mieście Sardes. 

— Wiem, w Grecji — wtrącił Marcin. 

— Wcale nie w Grecji, tylko w Turcji, jakieś sto kilometrów na wschód od portu Ismir, wiesz? To 

samo Sardes, o którym nam czytała pani Bogdańska: „W Suzie na dworze król Dariusz ucztuje. 

Stu  niewolników  jemu  usługuje..."  Pamiętasz?  A  potem  wpada  jeden  i  woła:  „Królu!  Sardes 

gore!..." Ale tego Sardes już nie ma. Same tylko ruiny zostały. Szkoda... 

— Nie odbudowali? 

— Warszawiaków tam nie było, bracie! No i, rozumiesz, skarby króla Krezusa, zdaniem uczonych, 

leżą pod tymi ruinami. Nawet wybrała się tam jakaś amerykańska ekspedycja. Ale oni na pewno 

tych skarbów nie znajdą. 

— Skąd wiesz? 

—  Polacy  do  wykopek  zdolniejsi.  Nie  czytałeś  o  profesorze  Michałowskim?  I  kiedy  taka 

ekspedycja z Polski teraz pojedzie, to ja, żebym na głowie stanął — jadę z nimi! 

— Wiesz, Kostek — Marcin zatrzymał się przed wystawą z pieczywem i w szybie starannie sobie 

przygładzał przedziałek — ja ciebie zupełnie nie mogę rozgryźć. Raz przytomniak z ciebie na sto 

procent: „Kto da na bilety! Gdzie logika!" I policzysz, i rozgospodarujesz z sensem. A drugi raz: 

„Skarby króla Krezusa!" Kostek, stuknij się! Pamiętaj, w jakim ustroju żyjesz! 

background image

— Spokojna głowa. Żeby gospodarować i liczyć, trzeba najpierw coś mieć. A skąd ja teraz mogę 

coś mieć? Przyjemnie sobie chociaż pomarzyć... 

Nazajutrz, na drugiej lekcji, a miała to być biologia z panią Śmiątkiewicz, cała klasa była bardzo 

podniecona  i  przejęta:  ich  wychowawczyni,  pani  Pucek,  o  tej  właśnie  godzinie  zdawała  swój 

bardzo trudny egzamin. 

Pani  Śmiątkiewicz  przyniosła  dziś  piękną  ilustrację  kwiatostanu,  a  udzieliwszy  objaśnień, 

poleciła wyjąć zeszyty i narysować dokładnie płatki, pręciki i słupek. 

— Proszę pani! — rozległy się błagania z różnych stron klasy. — Dziś nie! Dziś nie rysujmy ani nie 

piszmy! 

— Jak to? — dziwiła się nauczycielka. — Zawsze mnie prosicie o rysowanie, a dziś taka odmiana? 

—  A  bo  my  dziś,  proszę  pani,  nie  możemy  nic...  rękami  —  i  na  poparcie  swoich  słów  Irena 

Gołąbkówna  wyciągnęła  przed  siebie  dwie  pięści  mocno  zaciśnięte  w  ten  sposób,  że  kciuk 

schowany był w środku. Za przykładem Irki poszła cała klasa i oto wszyscy trzymali przed sobą 

zwinięte palce, pokazując nauczycielce, że ani pióra, ani ołówka nie mogliby utrzymać. 

Pani Śmiątkiewicz patrzyła na wyciągnięte ręce i nie rozumiała ani w ząb. Zlitował się nad nią 

Marcin. 

— Bo, proszę pani, dziś Pu... pani Pucek zdaje egzamin u takiego profesora, którego wszyscy się 

boją,  i  Pu...  pani  Pucek  też  się  bardzo  boi,  bo  jakby  tego  egzaminu  nie  zdała,  miałaby  całe 

wakacje zatrute. No, zupełnie tak, jakby kto z nas miał poprawkę. Więc my nie chcemy, żeby 

Pu...  pani  Pucek  dostała  dwójkę,  i  trzymamy  palce.  To  pomaga  —  dodał  z  największym 

przekonaniem. — Pani nie wierzy? Zobaczy pani, że pomaga! 

Pani Śmiątkiewicz roześmiała się. 

— Komu jak komu, ale mnie na pewno nie wypada pozwolić wam wierzyć w takie... gusła. 

— Nie gusła! To nie gusła, proszę pani! — odezwały się głosy protestu. —Tylko my bardzo, bardzo 

chcemy, żeby pani Pucek zdała i miała egzamin z głowy! Bo pani Pucek nas zawsze broni! 

— Bo nam wierzy! 

— Bo pani Pucek jest sprawiedliwa! 

— A czy pani wie, że kiedy raz stołówka szkolna była nieczynna, to pani Pucek wzięła tych, co w 

domu  obiad  na  nich  nie  czeka,  do  baru?  I  pierogi  tam  były  takie,  że  pycha!  I  nikt  o  tym  nie 

pomyślał, tylko pani Pucek... 

Widać było, że pani Śmiątkiewicz z przyjemnością słuchała tych okrzyków. 

A kiedy ucichły i tylko wszyscy patrzyli, co powie, Kostek półgłosem dorzucił: 

— Za panią też byśmy trzymali. 

— Tak! Tak! Tak! — poparto go licznie. 

background image

Pani Śmiątkiewicz zdjęła swoje duże, ciemnooprawne okulary i zaczęła je przecierać kawałkiem 

żółtej  irchy.  Milczała  przez  chwilę,  a  kiedy  wreszcie  podniosła  oczy,  widać  było,  że  jest 

wzruszona. 

— No dobrze, już, dobrze... Ładnie, że chcecie pomóc swojej nauczycielce, chociaż w taki... nie 

oparty na zdrowym rozsądku sposób. I nie mogę mieć wam tego za złe, bo właśnie przypomniało 

mi się coś zabawnego z własnych studenckich przeżyć. Posłuchajcie: 

Był jeden profesor, u którego zdawało się chemię. Ogromnie dużo wymagał. I wygląd miał taki... 

no,  odstraszający;  nigdy  a  nigdy  się  nie  uśmiechał.  Oczywiście  ktokolwiek  u  niego  zdawał 

egzamin, pocił się ze strachu. Szczególnie bały się go studentki. Ale z roku na rok przekazywano 

sobie  legendę,  że  która  na  egzamin  przyjdzie  w  niebieskiej  bluzce  —  zda  na  pewno.  Więc 

chodziłyśmy na egzamin z chemii w niebieskich bluzkach. Która takiej nie miała, pożyczała. No i 

rzeczywiście zdawałyśmy. Może pomagało? Aż pewnego razu jedna ze studentek, Wacunia, która 

do nauki zbytnio się nie przykładała, poszła na egzamin w najpiękniejszej niebieskiej bluzce i... 

oblała. Wtedy legenda o bluzkach skończyła się. Bo, rozumiecie.. 

—  Rozumiemy,  naturalnie,  ale  pani  Pucek  jest  przygotowana  na  mur—marmur!  —  broniono 

zaciekle wychowawczyni. 

— Świetnie. I ja o tym wiem. Dlatego mogę z czystym sumieniem za panią Pucek trzymać palce 

obu rąk, o tak: — pani Śmiątkiewicz pokazała uczniom. — A teraz powtórzmy sobie wszystko, co 

wiemy o zapylaniu roślin w ogóle, a roli owadów a zapylaniu w szczególności. 

Kiedy  klasa  szósta  A  wysypała  się  po  biologii  na  korytarz,  zobaczyła  stojącą  przed  drzwiami 

pokoju  nauczycielskiego  panią  Pucek.  Z  pałającymi  policzkami  i  ustami  opowiadała  coś  panu 

Tomaszewskiemu,  który  trzymał  w  ręku  globus,  kręcił  nim  od  czasu  do  czasu  i,  patrząc 

przyjaźnie na młodszą koleżankę, potakiwał głową. 

Naturalnie, cała szósta A rzuciła się w stronę nauczycielki. 

— Zdałam, zdałam! — wołała już z daleka uradowana pani Pucek. — Na piątkę! — i pokazywała 

swoim uczniom indeks. —O, widzicie: tu piątka, a tu podpis profesora. 

Każdy oczywiście, wcale nie z braku wiary, własnymi oczami musiał obejrzeć piątkę pani Pucek. 

Przy  okazji  można  było  zauważyć,  że  i  poprzednie  egzaminy  zdawała  na  piątki.  Uczniów 

rozpychała duma, jakby to była w jakimś sensie i ich zasługa. 

— Nasza pani zdała na piątkę, wiesz? — oznajmił Marcin Wackowi zaraz po przyjściu do domu. — 

Strasznie trudny egzamin, a ona „proszę bardzo", i piątka jak złoto! No! 

— Nasz wychowawca dawno już pozdawał wszystkie egzaminy — oświadczył z wyższością Wacek. 

— I to na dwóch wydziałach, wiesz? 

— Ale może jechał na samych nędznych trój czynach. Oglądałeś jego stopnie? No widzisz! A ja na 

własne oczy, na własne, najwłaśniejsze: same piątki! Samiutkie! 

 

background image

XVI 

 

Bukiet  na  imieniny  Kiera  od  klasy  szóstej  A  był  doprawdy  wspaniały.  Ognista, 

ciemnopomarańczowa  odmiana  liliowców,  nosząca  nazwę  „tygrysów",  o  płatkach  brązowo 

pręgowanych  i  postrzępionych  na  końcach.  Cała  klasa  orzekła:  bukiet  —  jakiego  nie  było! 

Przewiązano  go  złotą  wstążką,  którą  przyniosła  Irena,  i  delegacja  uroczyście  poszła  złożyć 

życzenia Kierowi do jego gabinetu. Delegacji towarzyszyła pani Pucek, która, chociaż tego dnia 

lekcji nie miała, wpadła na chwilę do szkoły. Bukiet i ją zachwycił. 

—  Kiero  od  razu  zauważył,  że  nasz  najładniejszy!  —  zdawała  relację  wzruszona  niecodziennym 

przeżyciem Irena — bo tak spojrzał na nasz bukiet, a potem na inne, i znowu na nasz... 

— I prosił — uzupełniał Nemek, który jako delegat przyszedł dziś specjalnie starannie ubrany, w 

koszuli „non—iron", jakiej nikt inny w całej klasie nie posiadał i którą podziwiano nie mniej niż 

„tygrysy" — żeby całej klasie podziękować za pamięć i kwiaty. 

— No! Takie kwiaty! — powtórzono raz jeszcze i kilka par oczu zwróciło się w stronę  Marcina  i 

Kostka, ale nie wszystkie, o, wcale nawet nie tak dużo. 

— Cukierki wzięliśmy dwa, ale czekoladowe, o! — pokazywała Irka na wyciągniętej dłoni. —1 nie 

wiem, czy mamy je podzielić na całą klasę? 

— Coś ty! To dla delegacji! Przecież reprezentowaliście całą klasę! Ja miałabym taką tremę, że 

chyba  nie  wydusiłabym  z  siebie  słowa.  Całe  szczęście,  że  na  ciebie  wypadło  —  mówiła  Ewa 

patrząc, czy też Marcin słyszy. 

— Jaka tam trema! I zaszczyt mieli, i jeszcze cukierki! — wołał Maksio Paterek. 

Delegacja  się  obraziła.  Nemek  położył  cukierki  na  stoliku  nauczycielskim  i  powiedział,  że 

dziękuje,  bo  nie  lubi  słodyczy.  Irena  oświadczyła,  że  gdyby  ją  nawet  palono  na  stosie,  jak 

Joannę D'Arc, też nie ruszy. 

Nikt co prawda nie spieszył się z układaniem stosu, ale w klasie zrobił się taki hałas, jakby się na 

to zanosiło. Każdy wołał, że go nic a nic te cukierki nie obchodzą, i każdy proponował, co z nimi 

zrobić. 

W pewnym momencie Sobieraj, który stał najbliżej stolika, wziął obydwie czekoladki, rozwinął i, 

zanim się ktokolwiek zorientował, rozgryzł je ze smakiem. 

Wyrazicielem ucichł ej z osłupienia na taką bezczelność klasy był Basior: 

—  Takiego  Sobka  Sobieraj  a  jak  ty  kula  ziemska  nie  widziała  jeszcze!  Torbę  agrestu  opchnąłeś 

sam,  nie  zaprzeczysz,  widziałem,  całą  matmę  gardłem  ruszałeś!  Teraz  wcale  nie  dla  ciebie 

przeznaczone słodycze — znowu sam? 

— Agrestu miałem mało — tłumaczył się wcale niespeszony Sobieraj — do tego kwaśny, aż mnie 

wykrzywiało. I dokąd byście o tych dwóch głupich cukierkach gadali? 

background image

Ale już w połowie następnej lekcji musiał podnosić dwa palce, co w starszych klasach uważano 

za coś bardzo nieeleganckiego. 

Ruch  tego  dnia  w  szkole  był  niezwykły.  Kilkakrotnie  przychodził  listonosz,  któremu  sekretarka 

kwitowała  odbiór  depeszy.  Przynoszono  kosze  i  wiązanki  kwiatów.  Podobno  cały  gabinet  Kiera 

był nimi naokoło zastawiony. A przed szkołą co chwila zatrzymywały się eleganckie samochody. 

To  dawni  uczniowie  Kiera,  którzy  teraz  piastowali  rozmaite  ważne  stanowiska,  pamiętali  o 

swoim starym wychowawcy. Zauważono prawdziwego generała, o ministrze tylko mówiono, gdyż 

nikt nie wiedział, po czym się poznaje prawdziwego ministra. 

Wreszcie  minął  tak  zwany  kulminacyjny  punkt  uroczystości,  po  którym  z  godziny  na  godzinę 

robiło się na parterze szkolnego korytarza spokojniej. 

I  nagle...  nie,  nie  wiadomo,  kto  i  skąd  przyniósł  tę  wiadomość,  ale  rozeszła  się  po  klasie 

błyskawicznie,  chociaż  to  była  geografia,  a  pan  Tomaszewski  bardzo  nie  lubił,  kiedy  na  jego 

lekcji ktoś ośmielił się zaprzątać myśli sprawami nie związanymi z geografią. 

Niby ultra—utajone fale, na których przyjęcie była przygotowana tylko świadomość siedzących w 

ławkach, szły półsłówka i słowa wiążąc się w jednoznaczny sens: 

„...Wmuz...  szkole"...  „dziś...  rano..."„teżtygry..."  „goły  klomb..."  „ukra..."  „kto?  ...  kto?  ... 

kto?" 

Ani  Kostek,  ani  Marcin  nie  odbierali  tych  sygnałów,  gdyż  obaj  byli  zajęci  czym  innym:  Marcin 

obiecał w domu, że poprawi nędzną trójkę z geografii, i obkuty był na blachę. Czekał, kiedy go 

Tomasz wyrwie, i wzywał wszystkie tajemne moce, aby nauczyciela do tego skłoniły. Pragnienia 

te  zrealizowały  się  w  końcu  i  pan  Tomaszewski  maglował  go  przy  tablicy  i  mapie  dobre 

kilkanaście minut nie wierząc własnym oczom i uszom, w które wpadały same dobre, ba, bardzo 

dobre  odpowiedzi.  Poleciwszy  Marcinowi  wrócić  na  miejsce,  trzymał  przez  chwilę  wzniesioną 

rękę nad notesem wahając się z oceną. 

Wreszcie  opuścił  długopis,  niby  sztylet  wbijany  bez  pudła,  w  odpowiednie  miejsce  stawiając 

stopień, który śledziło uważnie kilka par oczu. 

— Piątka! — szepnął Nemek. — Należała się! 

— Piątka — z ulgą stwierdził Marcin. 

— Piątka! — syknęła Ewa. — Za co? Chyba za to, że pomagał sobie uszami! 

Kostek  zajęty  był  czym  innym.  Owszem,  uroczystość  interesowała  go  żywo,  tym  bardziej  że 

przywiózłszy  z  Marcinem  kwiaty  na  wiązankę  dla  Kiera,  uważał  się  również  za  osobę  na  tych 

imieninach  ważną.  Najwięcej  jednak  absorbowała  go  myśl  o  maszynie  do  pisania,  którą  mama 

zdecydowała się kupić. 

Wczoraj  wieczorem  właśnie  naradzała  się  z  nim  i  z  Alicją.  Rozważano  dokładnie,  ile  można 

wpłacić od razu z uskładanych przez mamę pieniędzy, ile co  miesiąc dołoży do raty Alicja i jak 

szybko  wydatek  na  maszynę  zwróci  się,  czyli  zamortyzuje,  bo  mama,  świetna  maszynistka, 

background image

mogłaby  dorabiać  przepisywaniem  w  domu.  Do  tej  pory  na  przeszkodzie  stał  brak  maszyny. 

Kostek  zaraz  zapytał,  czy  on  też  będzie  mógł  nauczyć  się  pisać  na  maszynie,  i  mama  zgodziła 

się,  owszem.  Ale  mama  oczywiście  wszystkiego  nie  wie.  Tylko  Marcinowi  Kostek  powiedział: 

będzie  pomagać  mamie.  Przecież  jeżeli  nauczy  się  dobrze  operować  wszystkimi  czcionkami  i 

dźwigniami, to dlaczego by nie?  Oczywiście tak prędko, jak mama, nie potrafi, ale powoli i on 

się wprawi. 

Dziś po południu mama z Alicją mają iść obejrzeć maszyny i w ogóle dokładniej dowiedzieć się. 

Może i jego wezmą ze sobą?... 

Zajęci swoimi myślami przyjaciele nie zwrócili w pierwszej chwili uwagi na dziwne spojrzenia i 

okrzyki, którymi ich na pauzie zaczęli raczyć koledzy. 

— Te! Marcin! Udały ci się te tygrysy! 

— Ale tygrysy! No, no! 

— Babcia ci dała? Fajna babcia! Nie? 

W  pewnej  chwili  zobaczyli  z  daleka  Maksia  Paterka,  który  żywo  o  czymś  rozmawiał  z  panią 

Skoczelową. 

—  Co  on  się  tam  tak  gimnastykuje?  —  zauważył  głośno  Kostek.  Ale  nie  zdążyli  na  to  pytanie 

odpowiedzieć, bo Maksio już do nich leciał i wołał: 

— Bigos! Do kancelarii!!! 

Przed  kancelarią  stała  pani  Skoczelową  z  bardzo  poważną  miną.  Wprowadziła  Marcina  do 

pustego pokoju nauczycielskiego. I tu się zaczęło: 

— Skąd wziąłeś kwiaty dla pana kierownika? 

— A bo co? — spytał zaskoczony Marcin. 

— Nie odpowiada się „bo co" — poprawiła go surowo nauczycielka. — Masz odpowiadać na moje 

pytania i proszę cię, mów prawdę! 

— Prawdę? O tych smolinosach? — Marcinowi ciągle wydawało się, że źle słyszy albo czegoś nie 

rozumie. 

— Nie udawaj głupiego! — zdenerwowała się pani Skoczelową. — Pan kierownik nie wie o niczym. 

Nie chcę mu zepsuć święta. Chyba rozumiesz! I jeżeli szczerze się przyznasz, to, kto wie... 

— Pan kierownik nie wie? — powtarzał zbaraniały Marcin, wierząc  już teraz całkowicie, że śni, 

zaraz się obudzi i zobaczy, że jest strasznie późno. 

—  Ale  ja  wiem!  —  ciągnęła  pani  Skoczelową.  —  Prawda,  jak  szydło  z  worka,  zawsze  wyjdzie! 

Trzeba  trafu,  że  do  pana  kierownika  przyszła  złożyć  życzenia  moja  znajoma,  nauczycielka  z 

muzycznej szkoły. Kiedy zobaczyła kwiaty, któreś ty zdobył, oniemiała! No, po prostu oniemiała. 

Dziś  rano  sprzed  ich  szkoły  ktoś  całą  kępę  zerwał.  Znikły  bez  śladu.  Takie  same  właśnie 

„tygrysy". 

background image

Teraz  Marcin  zrozumiał,  o  co  chodzi.  Na  chwilę  pociemniało  mu  przed  oczami,  aż  oparł  się  o 

poręcz stojącego obok krzesła. 

—  Nie  chciałam  w  to  wierzyć,  Bigoszewski!  Mówię  ci:  nie  chciałam  wierzyć!  „Ktoś  z  naszej 

szkoły?  To  niemożliwe!"  —  mówiłam  i  sobie,  i  mojej  znajomej.  Ale...  kiedy  się  w  sprawie 

rozpatrzyłam, kiedy od twojego brata, który jeszcze o niczym nie wie, dowiedziałam się, że nie 

tylko w Zielonce, ale w ogóle żadnej babci nie macie, to, Bigoszewski, sprawa dla mnie stała się 

całkiem jasna. Całkiem. Powiedz mi tylko... 

Na stoliku zadzwonił telefon. Pani Skoczelową podniosła słuchawkę. 

—  Halo?  Tak...  tak,  to  ja...  Co  pani  mówi!  Złapali?  Na  placu  Trzech  Krzyży?  Coś  podobnego! 

Znajomy  dozorcy?  Coś  podobnego...!  Tak...!  Toteż  ja  od  razu  myślałam,  że  tonie...  Nie,  skąd 

znowu!... Oczywiście!... Do widzenia... 

Pani Skoczelową odłożyła słuchawkę i osunęła się jakoś w krześle, zmalała. Marcin nie patrzył na 

nią, widział kątem oka. 

W pokoju nauczycielskim zapanowała chwila długiego, nieprzyjemnego milczenia. 

—  No  tak...  Bigoszewski...  przepraszam  cię...  posądzenie  było  niesłuszne...  —  słowa  były  tak 

ciężkie,  jak  ciężko  było  je  wypowiadać  nauczycielce.  —  Tego,  co  ukradł  kwiaty,  złapano  na 

placu, kiedy je sprzedawał. Uczniowie go przyłapali. Sami te kwiaty hodowali, było im żal. Tego 

mężczyznę dobrze znali, przychodził do dozorcy... Przepraszam cię i... i... możesz iść. 

Zanim  wrócił  do  klasy,  Marcin  ochłonął  i  wziął  się  w  garść.  Wszyscy  siedzieli  w  ławkach 

oczekując nauczycielki. Teraz miała być historia. 

Patrzyli na Marcina okrągłymi oczami, czekali, co powie. Więc oświadczył po prostu: 

— Pytali mnie o smolinosy, skąd  je wziąłem. Bo takie same dziś rano ukradziono sprzed szkoły 

muzycznej. Ale już złapali złodzieja. Opylał smolinosy na placu Trzech Krzyży. 

— O raju! — krzyknęła Irena. — Jak dobrze, że go złapali! Co by to było, gdyby... 

— Nic by nie było — powiedział Kostek. — Oliwa sprawiedliwa. Wczoraj, jak z nimi wysiadaliśmy 

z  EKD,  widziała  nas  pani  Śmiątkiewicz  i  nawet  parę  tygrysów  od  nas  dostała.  Usłyszeliśmy 

jeszcze raz poglądowo o słupkach i pręcikach. 

Pani  Skoczelowa  przyszła  na  lekcję  osowiała  i  wyraźnie  przygnębiona.  Powiedziała,  że  ją 

strasznie boli głowa, że to pewnie migrena, i bardzo prosi o spokój. 

—  Wyjmijcie  zeszyty  do  historii  i  napiszcie  mi  jasno,  zwięźle,  czyli  w  skondensowany  sposób, 

odpowiedź na pytanie: 

Do jakiej postaci historycznej chciałbym być podobny? 

Marcin jak zwykle nie zastanawiał się długo. 

„Chciałbym  być  podobny  do  jakiegoś  sławnego  architekta.  Może  do  tego,  co  budował  Teatr 

Wielki i nazywał  się Corazzi? I też wybudowałbym jakiś piękny budynek,  aby przyozdobił naszą 

Warszawę. 

background image

Ale  oprócz  tego  chciałbym  wybudować  wielki  wygodny  dom  dla  ludzi,  wysoki  na  piętnaście 

pięter. Z balkonami na ulicę, i zaraz obok naszej szkoły. 

A kiedy ten dom byłby już gotów, stanąłbym na balkonie najwyższego piętra, poczekałbym, aż 

wyjdzie ze szkoły Mak—sio Paterek, i z piętnastego piętra naplułbym mu na głowę". 

 

XVII 

 

Ostatni tydzień dłużył się w nieskończoność. Od poniedziałku do piątku, w który przypadał dzień 

zakończenia roku szkolnego, wydawało się jeszcze tak bardzo daleko! 

Wszystko  już  było  wiadome:  każdy  miał  jakieś  sekrety  do  Puci  i  dopóty  zaklinał,  błagał,  żeby 

tylko jemu, że ani piśnie, że już wytrzymać nie może, aż wreszcie wychowawczyni zaglądała po 

raz  nie  wiadomo  który  do  wypisywanych  w  nauczycielskim  pokoju  świadectw  i  przynosiła 

upragnioną wiadomość. Robiła to z przyjemnością: nikt w jej klasie nie został na drugi rok, nikt 

nie miał poprawki. Inni wychowawcy spoglądali na Pucię z zazdrością, a nawet wręcz jej o tej 

zazdrości  mówili.  Toteż  pani  Pucek  z  zadowoleniem  przygotowywała  się  do  ostatniej 

wywiadówki z rodzicami, opóźnionej, co prawda, skutkiem kilkakrotnego przesuwania terminu, 

między innymi i przez gorące dni jej własnych egzaminów. 

Wywiadówka  miała  się  odbyć  we  wtorek  po  południu.  Kiedy  Marcin  przyniósł  tę  wiadomość  do 

domu, mama wcale nie okazała radości. 

— Jakim cudem zdążę skończyć wszystko przed wyjazdem? — wołała zmartwiona. — Was trójka, 

sobie  też  muszę  coś  przygotować.  Przecież  całe  dwa  miesiące  poza  domem!  A  kto  pomyśli  o 

ojcu? I do tego wywiadówka! Czysty obłęd! 

— Ale, mamusiu, pani powiedziała, że obecność jednego z rodziców konieczna. No: konieczna. 

Może mamusia tam coś ciekawego usłyszy?... 

I rzeczywiście! 

Rodziców  na  wywiadówkę  przybyło  sporo.  Każdy  czekał  na  sakramentalne  słowo  „przechodzi", 

każdy był ciekaw opinii o swoim dziecku. 

Zebranie  zapowiadało  się  krótkie.  Po  otrzymaniu  najważniejszej  informacji  z  niejednej  piersi 

wyrwało się westchnienie ulgi. Z twarzy zniknął niepokój. Rodzice ożywili się i rozgadali. 

— Aż mi się wierzyć nie chce — mówił wielki, szeroki w barach mężczyzna, ojciec Basiriskiego — 

że mój Wicek tak gładko... bo do nauki się nie rwał, o, nie... Ale zapowiadałem, że jakby coś — 

to mu takie salto mortale wywinę, że... potrójne i z piruetem!... No, dzięki Bogu, że nie trzeba. 

Tylko pewno bez gadania wytrzymać nie może, co? 

—  Owszem,  proszę  pana  —  zaglądała  do  uwag  z  narady  pedagogicznej  pani  Pucek  —  ale  już 

mniej, podobno dużo mniej niż w zeszłym roku. 

background image

— Może im i te bójki z wiekiem wywietrzeją z głowy — mówiła matka Maciołajtyszewicza — ileż 

guzów mój Tomek przynosi! A ubranie to, Santa Madonna, pali się na nim po prostu... 

— W siódmej klasie spoważniej ą na pewno  — pocieszał a wychowawczyni  — już to będą inne, 

starsze dzieci... 

Zaraz  też  pani  Bigoszewska  prosiła  o  głos  i  w  imieniu  wszystkich  rodziców  dziękowała  pani 

Pucek, a także prosiła, aby podziękowania przekazać wszystkim nauczycielom za ich pracę. 

— My, dzisiejsi rodzice — mówiła — często znajdujemy się w takich warunkach, że nie możemy 

zbyt  wiele  czasu  poświęcać  dzieciom,  tym  większa  nasza  wdzięczność  dla  wychowawców  w 

szkole. Ileż oni nam pomagają! 

Tu  nagle  poprosiła  o  głos  młoda  osoba,  panna  Zosia,  która  odbywała  praktykę  pedagogiczną  w 

tej szkole i już rano zgłosiła chęć udziału w spotkaniu z rodzicami. 

Pani  Pucek  bardzo  życzliwie  wzięła  ją  pod  swoją  opiekę,  ani  spodziewając  się,  co  z  tego 

wyniknie.  I  właśnie  panna  Zosia,  przezwyciężając  onieśmielenie,  bo  do  rodziców  miała 

przemówić po raz pierwszy, powiedziała: 

— Chciałabym nawiązać do tego, co mówiła pani — zwróciła się w stronę pani Bigoszewskiej. — 

Rozumiem,  że  państwo  niewiele  mają  czasu  dla  swoich  dzieci,  a  szkoła  robi  wszystko,  żeby 

pomóc... ale chciałabym tu podkreślić, że... rodzice, nawet przy braku czasu, nie powinni być 

dla dzieci tak... bezwzględni... 

— Bezwzględni, to znaczy, że co? — zapytał pan Basiński. 

— To znaczy to, no... po prostu: okrutni! 

— Okrutni? — zaniepokoiła się pani Przegoniowa. — W naszych czasach chyba nie ma okrutnych 

rodziców? 

—  Czy  pani  opiera  swój  osąd  na  faktach,  czy  tylko  na  przypuszczeniach?  —  pytała  pani 

Bigoszewska spoglądając na pannę Zosię, która mogłaby śmiało być córką niejednej z obecnych 

tu kobiet. 

—  Na  faktach,  proszę  państwa  —  wyjaśniała  panna  Zosia.  —Proszono  mnie,  co  prawda,  o 

dyskrecję,  ale  choć  ogólnikowo  mogę  powiedzieć,  że  takie  kary,  jak  wyganianie  dziecka  na 

schody czy przywiązywanie go do kaloryfera, czy zamykanie w ciemnej komórce... Albo... żeby 

pozbawiać cukru, przywiązywać do nóg armatnie pociski, żeby dziecko nie mogło się ruszyć! Nie! 

Doprawdy,  nie,  to  spać  nie  daje!...  Jak  można  za  karę  kazać  dziecku  czyścić  zardzewiałe 

łańcuchy!... — wyliczała panna Zosia jednym tchem i prawie ze łzami w oczach. 

— Nie do wiary! Dziecko na schody? I do tego może w mróz? — matka Ewy, pani Jagodzina, była 

wstrząśnięta! 

— Takiemu ojcu, który dziecko do kaloryfera, to bym... — gorączkował się pan Basiński — takie 

salto mortale!... 

background image

— A cóż to za potwory, a nie rodzice, żeby pozbawiać dziecko cukru. Kiedy młody organizm tego 

wymaga! — oburzał się pan Sobierajski. 

— W ciemnej komórce? Santa Madonna! Sama umarłabym ze strachu! To może pozostawić uraz 

na całe życie! 

—  Pocisk  armatni—  do  nóg!  To  obłęd!  Takimi  rodzicami  powinien  się  zająć  nasz  komitet 

rodzicielski — oznajmiła pani Bigoszewska. 

— A tymi, co do kaloryfera — nie? Coś nieprawdopodobnego! — matce Kostka brak było słów. 

Panna Zosia miała twarz coraz mocniej zarumienioną, a oczy jej błyskały niebezpiecznie. 

—  Proszę  państwa  —  powiedziała  drżącym  głosem  —  dzieci  nigdy  nie  nauczą  się  cenić  prawdy, 

skoro ich rodzice... Skoro ich rodzice nie mają odwagi do niej się przyznać!... 

— Aaa!... 

— Jak to?... 

— Co pani przez to?... 

— Proszę pani! 

— Koleżanko! Koleżanko! To jakieś nieporozumienie! —Pucia chwyciła pannę Zosię za rękę. — To 

niemożliwe! 

— Nieporozumienie? — panna Zosia dała się ponieść oburzeniu. — Pan mnie pyta o łańcuchy? A ja 

pana  zapytuję,  dlaczego  karze  pan  syna  w  tak  nieludzki  sposób?...  —zwracała  się  kolejno  do 

ojców i matek. — To pan zabiera dziecku cukier! To pani wygania chłopca na schody! 

— Ja! Santa Madonna!... 

— A pani córkę do ciemnej... 

— Zaraz! — Pucia znowu złapała młodą koleżankę za rękę. — Skąd pani wie? Kto pani to mówił? 

Musi pani powiedzieć! 

Panna Zosia milczała przez chwilę i można było odgadnąć, że walczy ze sobą. Ale widząc groźne 

oczy ojców i matek, słysząc ich przyspieszone oddechy, uległa. 

— Może i lepiej się stanie, jeżeli powiem, chociaż proszono mnie... Tak. To trzeba powiedzieć... 

A  więc,  proszę  państwa,  o  karach  powiedziały  mi  same  dzieci.  O,  bo  dzisiejsze  dzieci  są 

mądrzejsze,  niż  to  się  komu  zdaje.  Tak.  Nie  wyssałam  tego  z  palca...  Było  to  jakieś  dwa 

tygodnie  temu...  Zastępowałam  nauczycielkę  matematyki,  mieliśmy  przerabiać  zadania... 

Wtedy... usłyszałam to wszystko... Państwo sobie nie wyobrażają, jak byłam wstrząśnięta... Do 

dziś... 

Nagle wypowiedź panny Zosi przerwał tłumiony śmiech. To pani Bigoszewska przykładała chustkę 

do nosa i ust, chciała się powstrzymać, nie mogła. Śmiech ten był zaraźliwy: raz i drugi parsknął 

pan  Basiński,  potem  pani  Jagodzina,  i  już  jedno  za  drugim  rodzice  pojmując,  o  co  chodzi, 

przyłączali się, aż cała klasa rozbrzmiewała co chwilę nową falą śmiechu. 

Drzwi uchylono i zajrzała przez nie, a potem wsunęła się wysoka postać pani Skoczelowej. 

background image

Uprzejmie  skinęła  głową  rodzicom  i  podeszła  do  stołu,  za  którym  siedziała  Pucia  i  młoda 

praktykantka. 

Pani Pucia płakała ze śmiechu, choć tego nie chciała. Ocierała oczy, tamowała oddech i znowu 

zanosiła  się  śmiechem.  Jedna  panna  Zosia  zaraz  na  początku  tak  niespodziewanej  reakcji 

rodziców podniosła się z krzesła, stojąc jak  wrośnięta w ziemię. Nagle rzuciła  się do wyjścia z 

klasy i zniknęła w korytarzu, nie zamykając drzwi za sobą. 

Pani  Skoczelowa  zajęła  jej  miejsce.  Rada  by  się  dowiedzieć  o  powodzie  wesołości,  ale  pani 

Pucek  ciągle  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  słowa.  Sam  widok  dorosłych  osób,  z  trudem  po—

wciskanych  w  dziecięce  ławki  i  rozbawionych  jak  dzieci,  śmieszył,  więc  i  pani  Skoczelowa 

uśmiechnęła się wreszcie. 

— Cwane te nasze dzisiejsze dzieci, oj, cwane! — głośno wycierając nos powiedział pan Basiński. 

— Wyprawię dziś swojemu Wiekowi za ten łańcuch takie salto mortale, że... 

—  Ale  to  biedactwo  —  pani  Przegoniowa  wskazała  głową  otwarte  drzwi  —  młodziutkie, 

niedoświadczone... tak się przejęła! 

— Nieraz jeszcze te gałgany wystawią ją do wiatru — kiwał głową pan Sobierajski. 

—  A  pomysły  mają,  trzeba  przyznać  —  dorzucił  pan  Basiński  —  nowoczesne:  na  kłódkę  do 

kaloryfera! Faktycznie, lepiej niż do stołowej nogi. 

—  Pomysły!  Właśnie  chciałam  o  pomysłach!  —  zawołała  pani  Maciołajtyszewiczowa.  —  Kto  w 

szóstej klasie ma takie pomysły? Mój Tomaszek nie powiedziałby, że rodzice za karę wyganiają 

go na schody! Santa Madonna! Nigdy! Ktoś mu to podsunął. Ale kto? 

— Ja... ja też chciałam powiedzieć, że w tej klasie jest jeden chłopiec... bardzo niespokojny  — 

mówiła  pani  Przegoniowa.  —  I  widzę,  że  ma  niedobry  wpływ  na  mego  syna,  nawet  chciałam 

panią  prosić,  żeby  on  z  Kostkiem  w  jednej  ławce  nie  siedział.  —  Nie,  nie,  to  nie  jest  zły 

chłopiec, tylko trochę... impulsywny, za szybki w działaniu. Wpadnie mu jakiś pomysł i zaraz...                           

—  O!  O!  —  przerwała  jej  pani  Maciołajtyszewiczowa  —  pomysł.  Założę  się,  że  to  ten  sam,  co 

wymyślił  jakiś  Związek  Ochrony  przed  Rodzicami!  Santa  Madonna!  Co  za  pomysł!  Moje  dziecko 

przyszło wtedy tak skatowane, jak nieboskie stworzenie!... 

Pani  Skoczelowa  wysoko  podniosła  czarne,  gęste  brwi,  aż  się  schowały  pod  grzywką,  twarz 

zwróciła  w  stronę  koleżanki,  jakby  pytając,  co  ona  o  tym  sądzi?  Pucia  wiedziała  oczywiście  o 

związku, ale uważała, że rozmowa o nim jest tu zbyteczna. Niestety! Już sypały się pytania: 

— Jaki to związek? 

— Ochrona przed rodzicami? Kogo? 

— Dlaczego pani syna zbili? 

Ledwo pani Maciołajtyszewiczowa obszernie wyjaśniła, co to był za związek, odezwał się dotąd 

milczący pan Paterek: 

background image

— A o cyrku państwo słyszeli? Może to ten sam „pomysłowy"? Najgorszy z całej klasy. Miał namiot 

i... 

—  Ten  sam!  Jak  z  namiotem,  to  ten  sam!  —  zawołała  pani  Przegoniowa.  —  Wygrał  namiot, 

widziałam, bo go przyniósł do mojego syna, kiedy mnie w domu nie było. Rozstawili namiot w 

pokoju i poprzywiązywali, do czego się tylko dało. A potem przewrócili, nałamali, natłukli, no, 

coś nieprawdopodobnego! Wygoniłam go wtedy! Ile razy przyjdzie — same nieprzyjemności. I w 

ogóle skąd on miał ten namiot? Podobno wygrał, ale czy to prawda? 

Pani Bigoszewska mieniła się na twarzy. Nie padło do tej pory nazwisko jej syna, wdzięczna była 

wychowawczyni, że go nie wymieniła, ale teraz nie wytrzymała: 

—  Proszę  państwa,  dzieci,  szczególnie  chłopcy,  mają  różne  głupie  pomysły.  Dobrze,  jeżeli 

rodzice  o  tym  wiedzą.  Dobrze  też,  jeżeli  uważają  na  to,  z  kim  się  one  przyjaźnią  i  czyim 

podlegają wpływom. Przychylam się do pani prośby  — to było do pani Przegoniowej — niech ci 

dwaj chłopcy nie siedzą razem. Nawet przez te dni, jakie pozostały do końca roku! Ja też swoje 

dziecko chcę bronić przed... nieodpowiednimi wpływami. A namiot wygrał nie mój syn  — tylko 

syn pani!... 

Atmosfera  w  klasie  zrobiła  się  nieprzyjemna.  Ojciec  Pater—ka  z  ostatniej  ławki  podnosił  rękę 

chcąc pewnie zapoznać rodziców z aferą cyrkową. 

Pani Pucek nie chciała do tego dopuścić. Spojrzała na zegarek i powiedziała: 

— Jest już późno, zakończmy więc dzisiejsze spotkanie. Dziękuję państwu i proszę  o jedno: nie 

myślcie źle o swoich dzieciach! Nie zasługują na to. A że im czasem pstro w głowie? Wyrosną z 

tego, jak i my powyrastaliśmy. Na pewno! 

Rodzice z trudem wydobywali się zza ciasnych ławek i opuszczali salę. 

Kiedy  Pucia  po  udzieleniu  odpowiedzi  ostatniemu  z  ojców  szybko  skierowała  się  do  pokoju 

nauczycielskiego, zobaczyła wychodzącego z sekretariatu pana Paterka. 

W  pokoju  nauczycielskim  przed  otwartym  na  zachód  słońca  oknem  stała  pani  Skoczelowa. 

Usłyszawszy wchodzącą koleżankę odwróciła się ze słowami: 

— Zadziwiające pomysły ma nasz Bigoszewski, prawda? 

 

XVIII 

 

Tego samego wieczora Marcin z Kostkiem, niczego nie podejrzewając, wracali z dzikiego boiska 

na  Czerniakowskiej,  gdzie  kopali  piłkę  i  wbili  „cztery  do  kółka"  przeciwnikom.  Zmachani, 

przysiedli w parku Na Skarpie i dopiero wtedy Marcin zauważył, że u prawego sandała cały przód 

dziwnie odstawał od podeszwy. 

— Patrz — podniósł nogę do góry — wydawały się takie solidne, a już się rozlazły. 

background image

— Normalnie. Daj zaraz do szewca — radził Kostek — bo na koloniach ważne są całe buty. Gdzie 

tam będziesz szukać szewca? 

—  Łóżka  wybierzemy  obok  siebie  —  przypomniał  Marcin.  —  I  najlepiej  w  rogu,  pod  ostatnim 

oknem.  Z  kąta  widać  wszystko,  co  się  dzieje  na  całej  sali  —  tłumaczył  Kostkowi,  który  jechał 

dopiero drugi raz na letnie kolonie. 

— W sypialni to jeszcze jako tako — mówił Kostek — ale w stołówce dużo znaczy dobre miejsce. 

Musi  być  blisko  okienka  do  kuchni  albo  —  kotła,  albo  —  w  ogóle  tam,  gdzie  wydają  jedzenie. 

Wtedy i talerz doniesiesz raz—dwa, i po repetę łatwiej. 

— Weźmiesz namiot? 

— Nie. Niech sobie leży u ciebie w piwnicy. Czy ją nie znam chłopaków? Każdy by chciał brać, 

przymierzać, jak się siedzi, jak się leży, a potem do składania i dźwigania zostawałbym sam. 

— Masz rację. Ja wsadzę w plecak domino i jakąś ciekawą książkę. Ty też weź. Tylko patrz, żeby 

była gruba! 

Rozstali się niedaleko domu Kostka. 

Wracająca  z  zebrania  pani  Przegoniowa  zdążyła  jeszcze  ich  zobaczyć.  Minęła  Marcina,  który 

nawet jej nie zauważył, i już na schodach, przed samymi drzwiami, dogoniła syna: 

— Z kim ty się włóczysz? — stawiała od razu sprawę jasno. —To najgorszy chłopak w całej klasie! 

Wszyscy  tak  mówią,  wszyscy!  Dowiedziałam  się!  O!  Ładnych  rzeczy  się  dowiedziałam!  Każda 

awantura w szkole — przez niego! 

— Eee... — Kostek w to nie wierzył. 

— Nie żadne: eee!, tylko od jutra, słyszysz? Zaraz od jutra masz siedzieć z kim innym! 

— Dlaczego? 

— Powiedziałam: dlatego, że to najgorszy chłopak w klasie! 

Może powiesz, że nie najgorszy? 

— Normalnie. Jak każdy inny. 

—  Normalnie!  Już  j  a  mu  się  dobrze  przyj  rżał  am  wtedy  z  tym  namiotem!  Zdemolował 

mieszkanie  i  jakby  nigdy  nic!  Nawet  przepraszam  nie  powiedział!  A  te  nieprzyjemności  z 

Malinowską?  Żeby  jego  tu  nie  było,  dobrze  byś  wiedział,  co  bierzesz  z  góry!  I  kłamczuch! 

Powiedział  swojej  matce,  że  to  twój  namiot,  nie  jego.  No!!!  I  że  ty  mu  pieniądze  dajesz!  Coś 

nieprawdopodobnego! Skąd miałbyś pieniądze? Jego matka też mi się nie podobała. Ma takiego 

synalka  i  jeszcze  głos  zabiera!  Wolałabym  się  pod  ziemię  schować!  Podobno  w  tym  namiocie 

jakiś  cyrk  urządzał!  Za  pieniądze!  Pewno  o  tych  pieniądzach  powiedział,  że  od  ciebie.  Jeden 

ojciec chciał mi szczegółowo opowiedzieć, ale go nauczycielka do kancelarii poprosiła. I jeszcze 

o jakimś związku ofiar coś mówili! A cała sprężyna — on i on! Żebyś mi się z nim nie ważył! Ty 

musisz  na  człowieka  wyrosnąć!  Dlaczego  nie  przyjaźnisz  się  z  takim...  zaraz...  jakieś  takie 

background image

dziwne  imię...  tak  go  wasza  pani  chwaliła,  chociaż,  jak  się  okazało,  ani  ojciec,  ani  matka  nie 

przyszli. No, wiesz, który? 

— Nemek? 

—  Tak.  Właśnie  on.  Same  piątki...  Ale...  zaraz,  stań  no  prosto  przede  mną!  Kiedy  ja  cię  do 

kaloryfera przywiązywałam, co? 

Kostek spłoszył się nie na żarty. 

— O tym też była mowa na zebraniu? 

— Nie też, ale prawie wyłącznie, słyszysz? Aż mi się nie wiadomo co robiło! Coś takiego! A ten 

twój gagatek to łańcuchy czyści czy mu cukru nie dają, już nie pamiętam,  ale wymyślił jakieś 

tortury — mówiąc o torturach mama przypomniała sobie, że siedzi w niewygodnych szpilkach, i 

zsunęła je z nóg, a Kostek szybko podał jej domowe pantofle. —1 zaraz wszyscy odgadli, kto to 

wymyślił! Ten sam! 

— Pucia o tym mówiła? — Kostek był wyraźnie zaskoczony. 

— Jaka Pucia? Żadna Pucia, tylko jedna młoda nauczycielka. Biedactwo, uwierzył a we wszystko, 

a jak się tym przejmowała!... 

— Eee, to nie nauczycielka. Ona dopiero się uczy na nauczycielkę. 

— Sumienia trzeba nie mieć, żeby coś takiego... 

— Mamo, to wcale nie chodziło o sumienie... 

Po  herbacie,  kiedy  Kostek  zmywał  w  kuchni  naczynia  —  teraz  codziennie  była  jego  kolej,  bo 

Alicja  wyjechała  na  urlop  —  mama  przyszła  do  kuchni,  ciężko  usiadła  na  krześle  i  z  wyraźnym 

niepokojem zapytała: 

— Kostek! Powiedz mi całą prawdę. Słyszysz? Samiuteńką prawdę: co było z tymi pieniędzmi? 

— Z jakimi znowu pieniędzmi? — najeżył się Kostek. 

— Z tymi, co miałeś dać temu... Bigoszewskiemu. 

— Normalnie. Pożyczyłem mu. 

— Pożyczyłeś? Coś nieprawdopodobnego! Z czego ty mogłeś mu pożyczyć? Mów mi zaraz! 

—  Ojej,  po  co  mamusia  tak  się  wszystkim  przejmuje!  Co  ja,  dziecko  jestem?  Pieniędzy  nie 

widziałem?  Alicja  wtedy,  co  to  za  nią  do  magla  poszedłem  razem  z  Marcinem,  dała  nam 

dwadzieścia złotych na kino. A że do kina nie poszliśmy, więc mu ze swoich pożyczyłem. 

—  Dwadzieścia  złotych  na  kino!  Całe  dwadzieścia  złotych!  —  biadała  mama.  —  Alicja  taka 

rozsądna, a rzuca pieniędzmi bez powodu! 

—  Powód  był:  wystroiła  się  w  nowy  kostium  i  gdzieś  leciała,  mało  nóg  nie  połamała  —  mówił 

Kostek zadowolony, że odwrócił temat rozmowy. 

—  Taak...  I  teraz  na  urlop  też  tak  nagle...  —  zamyśliła  się  mama.  —  Miała  przecież  jechać 

jesienią, a tu szast—prast! Coś mi się zdaje, że... 

Mama nie dokończyła. Kostek nie dopytywał. Miał przecież swoje kłopoty. 

background image

Szkoły — wszystkiego dwa dni. W sobotę wyjazd na kolonie. Kto się teraz przesiada w ławkach! I 

po co! Co mamie przyszło do głowy? 

Środa  była  upalna  od  samego  rana.  Kiero  sam  zadecydował,  żeby  uczniów  nie  trzymać  w 

murach, tylko z wychowawcami młodszych klas puścić do Łazienek. 

I  dobrze  się  stało,  bo  w  pokoju  nauczycielskim  temperatura  dyskusji  była  jeszcze  gorętsza  niż 

czerwcowa pogoda. 

— Nie pojadę na kolonie i nikt mnie do tego nie zmusi! — z uporem powtarzała co jakiś czas pani 

Skoczelowa. 

—  Ależ,  koleżanko  —  tłumaczył  po  raz  nie  wiadomo  który  pan  Tomaszewski,  z  trudem 

zachowując  normalny  spokój  —dobrowolnie  pani  zgłosiła  swoją  kandydaturę  kilka  miesięcy 

temu... 

—  Nie  potrzebuje  mi  pan  tego  przypominać  —  odpowiedziała  historyczka  —  pamiętam.  A  teraz 

mówię: nie. Niech kierownictwo kolonii obejmie kto inny!... 

— Pani żartuje! — wołała matematyczka. — W ostatniej chwili? Kiedy każdy ma już zaplanowane 

wakacje i bilet w kieszeni? Przecież pojutrze, a ja nawet jutro na noc, wszyscy wyjeżdżamy. 

— Ja też jestem człowiekiem! Ja też mam prawo do wypoczynku! A do tego przejrzałam na oczy! 

Od  kilku  chwil  w  pokoju  znajdował  się  kierownik.  Siedział  przy  stole  milcząc  i  dopiero  teraz 

odezwał się: 

— Nie chce pani jechać — dobrze. Nikt nie będzie pani do tego zmuszać. Znajdziemy jakieś inne 

wyjście.  Ale  przecież  nie  odmówi  nam  pani  wyjaśnień,  co  się  stało?  Wczoraj  jeszcze  była  pani 

pełna energii i mówiła ze mną o różnych pomysłach, jakie warto by wykorzystać na koloniach, a 

dziś... 

— Właśnie, o te pomysły chodzi, panie kierowniku. Zorientowałam się, że na koloniach grozi mi 

takie  mnóstwo  pomysłów,  że  to  przekroczy  moje  siły.  Późno  się  wycofuję,  prawda,  ale  też 

dopiero  wczoraj  na  wywiadówce  z  rodzicami  szóstej  A  zrozumiałam,  co  za  wulkan  siedzi  w 

uczniu tej klasy, Bigoszewskim. I jego pomysły, i moje to stanowczo za dużo! 

— A więc mówmy krótko — przerwał kierownik. — Albo Bigoszewski, albo pani? 

—  Podziwiam  przenikliwość  pana  kierownika  —  usiłowała  uśmiechnąć  się  pani  Skoczelowa  —  i 

odpowiadam: tak. Chociaż z góry jestem przekonana, że Bigoszewski znajdzie tu obrońców. 

— Czy pani nie przesadza? 

— Nie, panie kierowniku. Miałam wiele dowodów tego na naszych zebraniach. Czyż uczeń, który 

ma  tyle  wybryków  na  sumieniu,  nie  powinien  mieć  zmniejszonego  stopnia  ze  sprawowania? 

Powinien. Niestety, przegłosowano mnie. Milczałam. Ale kiedy wczoraj dowiedziałam się jeszcze 

o jednym i drugim pomyśle tegoż Bigoszewskiego — zobaczyłam, co mnie czeka na koloniach. I... 

dziękuję. 

— Coś poważnego? — zaniepokoił się kierownik. 

background image

— Głupi pomysł — niechętnie wyjaśniała pani Pucek — naopowiadali pannie Zosi, jak się nad nimi 

„znęcają" rodzice. Wszystko po to, żeby lekcji nie było. A Zosia, naiwna,  dała się nabrać. Może 

to i Bigoszewski, ale nic oryginalnego. Już o tym gdzieś słyszałam. 

—  Nic  oryginalnego!  —  podchwyciła  pani  Skoczelowa.  —Oczywiście!  Niech  więc  pani  obejmie 

kierownictwo  kolonii.  Bigoszewski  na  pewno  bardzo  się  ucieszy.  Zdaje  mi  się,  że  darzy  panią 

wyjątkową sympatią. 

— Moim skromnym zdaniem sympatia dzieci pomaga w pracy  — odparowała pani Pucek. — A co 

do kolonii, gdybym nie jechała na bardzo ważny dla mnie kurs, wzięłabym kolonie. I na przyszły 

rok, panie kierowniku, już teraz się zgłaszam, chociaż nie mam takiego, jak pani, doświadczenia 

pedagogicznego. 

— No więc — wraca do sprawy kierownik — jeżeli bez Bigoszewskiego, to... 

— To pojadę, panie kierowniku — odpowiedziała pani Skoczelowa już w zupełnie innym humorze, 

rozumiejąc, że przeprowadzi, co chciała. 

— A więc kończmy sprawę: Bigoszewski na kolonie nie pojedzie. Rzeczywiście, spokojny nie jest, 

ale... kto wie, co z takich niespokojnych jeszcze wyrośnie? Może kiedyś o nim usłyszymy? 

— Oby tylko dobrze! — wtrąciła pani Skoczelowa. 

— ...ale mi go żal — kończył kierownik — a właściwie rodziców, bo to ostatnia chwila. Gdzie go 

ulokują? No,  w najgorszym razie damy go  na sierpień do  harcerzy! Oni sobie z nim poradzą!  A 

teraz trzeba szybko zawiadomić matkę. Może pani Pucek powie sekretarce... 

— Panie kierowniku, sama pójdę do Bigoszewskich. Pocztą to jeszcze jeden dzień straty, a tak 

może jeszcze coś... 

— Bardzo się cieszę. Pani będzie umiała wytłumaczyć matce. 

—  No,  to  sprawa  załatwiona  —  geograf  z  zadowoleniem  zacierał  ręce.  —  A  już  myślałem,  że 

padnę ofiarą i do Włoch nie pojadę. 

— Do słonecznej Italii! — rozpromieniła się matematyczka. —Byłam tam i ja! 

— Niestety, do tych pod Warszawą... — odpowiedział skromnie pan Tomaszewski. — Ale tam też 

słońce grzeje. 

U  Marcina  było  inaczej.  Mama  wróciła  milcząca  i  zaraz  zabrała  się  do  układania  bielizny  oraz 

ubrania na wyjazd. Marcin widział, jak łykała w kuchni proszek od bólu głowy. Ale to chyba nie 

miało nic wspólnego z wywiadówką? Miał tak czyste, według własnego zdania, konto w szkole, aż 

się sam dziwił. 

No,  i  najważniejszą  teraz  sprawą  była  promocja,  a  promocję  do  siódmej  miał  bez  poprawki  i 

przeważały w niej czwórki. Trójek było trzy, w tym jedna z historii. Niesprawiedliwość okropna, 

ale  pani  Skoczelowa  za  ostatnie  wypracowanie,  wtedy,  co  ją  bolała  głowa,  postawiła  mu  gałę 

„za lekceważenie tematu". Powinien był napisać inaczej. Dlaczego?... 

background image

W pewnej chwili mama powiedziała, że nie zdąży wszystkiego zrobić i nie ma innej rady, tylko 

trzeba  iść  do  pani  Szeleściny  i  poprosić,  żeby  przyszła  na  te  dwa  dni.  W  czwartek  wieczorem 

mama  musi,  żeby  się  paliło,  waliło,  jechać  do  Bukowiny,  gdzie  będą  wczasy  maminego 

ministerstwa.  Rada  zakładowa  wybrała  mamę  na  opiekunkę  tych  wczasów  i  trzeba  tam  być 

wcześniej. Tyle dobrego, że Piotruś jedzie z mamą! Takie świetne powietrze! 

Marcin z trudem odnalazł dom na Ludnej, w którym mieszkała pani Szeleścina. 

Otworzyła  mu  bardzo  ładna  panna  i  wprowadziła  do  dużego,  widnego  pokoju,  w  którym  na 

każdym krześle, na stole, na tapczanie leżały sukienki, swetry i bluzki. 

Córka — jak się domyślił Marcin — wysłuchała jego prośby i powiedziała: 

— Dobrze. Mama może przyjść jutro od rana — mnie już nie będzie, bo wyjeżdżam dzisiaj. 

Marcin  niezgrabnie  się  ukłonił  i  dopiero  na  schodach  przypomniał  sobie  o  przygładzeniu 

rozdziałka. 

Już po herbacie, kiedy Wacek na stole przycinał gruby, ciemny papier na album fotograficzny, a 

Marcin  z  wypiekami  na  twarzy  śledził  przygody  bohaterów  książki  „Długi  deszczowy  tydzień", 

mama podniosła oczy znad starej Wackowej piżamy, do której przyszywała brakujące guziki — 

oczywiście: dla Marcina — i powiedziała do średniaka: 

—  Może  bym  ja  i  ciebie  wzięła  ze  sobą  do  Bukowiny?  To  nawet  byłoby  dobrze:  zająłbyś  się 

Piotrusiem... Tylko czyby się na to zgodzili u mnie w biurze? Jedno dziecko już biorę... 

Marcin w pierwszej chwili zaniemówił z wrażenia. Ładne to byłyby wakacje: pilnować Piotrusia. 

O, nie! 

—  Co  mamusia!  —  odzyskał  głos.  —  Przecież  nasze  kolonie  w  takim  pięknym  miejscu!  I  nie  ma 

rzeki, tylko strumyk po kolana. Z jakiej racji zmieniać teraz, w ostatniej chwili? 

— Z tej racji, że chciałabym, abyś był jak najdalej od tego swego kolegi. On pewnie też jedzie 

na kolonie? 

— Kostek? Mamusia o Kostku tak? A bo ja wiem, czy on jedzie? — postanowił nie mówić prawdy. 

— Pojedzie ten, kto wpłacił pieniądze. Mnie przy tym nie było. 

— Można się dowiedzieć w sekretariacie — wtrącił Wacek. 

— Ale czego mamusia chce od Kostka? Taki fajny chłopak! Uczy się lepiej niż ja, i w ogóle... 

—  W  ogóle  go  nie  chcę  widzieć  razem  z  tobą,  i  koniec!  Mówiłam  już  twojej  wychowawczyni, 

żeby was rozsadziła. 

— Mnie? Z Kostkiem? — jęknął Marcin. —Mamusiu!... 

— Tylko mi tu nie jęcz. Wiem, co robię. I powiem ci, że nie spodziewałam się po tobie takiego 

braku ambicji. Jak to: jego matka wygoniła cię, uważa za najgorszego z całej klasy, za takiego, 

co ma zły wpływ na jej syna, a ty się tam pchasz i narzucasz? 

— Gdzie się pcham? Wcale się nie pcham. Chodzimy sobie, i już. Owszem, raz mnie wyrzuciła, 

prawda, ale wtedy miała za co, narozrabiało się niechcący. My z Kostkiem pasujemy do siebie... 

background image

—  Dosyć  tego  „pasowania"!  —  przerwała  mu  matka.  —I  uważaj,  co  mówię:  nasłuchałam  się 

wczoraj,  aż  mi  uszy  spuchły!  Jakieś  związki,  cyrki,  kpiny  z  nauczycieli,  kłamstwa!  Skąd  ci  do 

głowy przychodzą takie pomysły? W domu, kiedy jesteś sam, z nami, nigdy czegoś podobnego nie 

zauważyłam.  Więc  jest  oczywiste,  że  to  czyjś  niedobry  wpływ  i  trzeba  położyć  temu  koniec! 

Pamiętaj:  rób  tak,  jak  ci  mówię,  bo  inaczej,  to...  będę  cię  musiała  naprawdę  po  południu  do 

kaloryfera przywiązywać!... 

Mama wiedziała!!! Skąd?... 

Nie śmiał zapytać ani się nawet odezwać. Może to jakiś zbieg okoliczności? Przyjrzał się mamie 

ostrożnie. Podchwyciła jego spojrzenie. 

— Nawet nie zarumienisz się ze wstydu! Jak mogliście opowiadać nauczycielce takie bzdury? 

—  To  nie  nauczycielka  —  tłumaczył  Marcin.  —  Prawdziwa  nauczycielka  nie  uwierzyłaby.  I  nie 

opowiadałaby — dorzucił lekceważąco — było zaznaczone: w sekrecie. 

Mama  mówiła  coś  o  wczorajszym  zebraniu,  ale  Marcin  nie  słuchał,  cały  czas  myślał  o  tym,  co 

powie Kostkowi, jakich sposobów użyją, aby się widywać poza szkołą, bo w szkole, nawet jeżeli 

Pucia ich rozsadzi... ale może nie rozsadzi... na te dwa dni...  — to i tak nikt nie jest w stanie 

zabronić  im  przebywać  razem  na  przerwach.  Takiego  prawa  nie  ma  i  być  nie  może.  I  Marcin 

nagle  zdaje  sobie  sprawę,  że  Kostek  jest  mu  ogromnie  bliski,  że  z  nikim  tak  dobrze  się  nie 

rozumieją, jak z nim, że... w ogóle: tylko z Kostkiem! 

 

XIX 

 

Nazajutrz  ze  względu  na  wycieczkę  do  Łazienek  problem  zmiany  miejsc  w  ławkach  nie  został 

rozstrzygnięty, ale Kostek musiał się czegoś domyślać, w jego zachowaniu był ten sam niepokój, 

jaki  odczuwał  Marcin.  Kiedy  ruszyli  parami  długim  wężem  do  Łazienek,  między  przyjaciółmi 

odbyła się następująca rozmowa: 

— Kostek!... O raju !... 

— O raju! Marcin!... 

— Moja mama... 

— I moja... 

— Zabroniła mi... 

— Właśnie: moja też! 

— Ale my się nie damy! 

— Nie damy! 

Słowa  były  krótkie,  ale  dla  przyjaciół  znaczyły  wiele.  Świadczyły  o  tym  dwa  pełne  ulgi 

westchnienia. Stanowiska uzgodniono, wiadomo było, czego się trzymać. 

background image

W Łazienkach biegano, goniono  się, oglądano pomnik Szopena, podziwiano łabędzie i karmiono 

wiewiórki.  Każdy  robił,  co  chciał.  Nauczyciele  w  ławce  okrytej  cieniem  gawędzili  sobie 

swobodnie. I oni radzi witali stojące na progu wakacje. 

Kostek z Marcinem usiedli na schodkach prowadzących do wody. Rozwinęli śniadanie, dzielili się 

z parą łabędzi i podpływającymi pod same nogi, oswojonymi z ludźmi, rybami. 

Omawiali plan gry. 

— Jutro nas nie rozsadzą — sądził Marcin. — Na jeden dzień taki teatr? Pucia tego nie zrobi... 

— A we wrześniu — mówił Kostek — po pierwsze, zobaczy się, a po drugie, zapomną. 

— A na wakacjach — trzymamy się kupy. Ja zaczynam pracę nad charakterem. 

— Czyim? 

— Swoim oczywiście. Ale jak chcesz, mogę i tobie pomóc. Co? 

— Zastanowię się — Kostek wolał być ostrożny — może to dla mnie za trudne? 

—  Phi!  Trudniejsze  rzeczy  ludzie  robili.  Taki  kosmonauta,  masz  pojęcie,  jak  się  musiał 

napracować nad sobą? 

— Ba! Wie przynajmniej, że poleci rakietą, a my... 

— A dlaczego my nie możemy polecieć? Kto nam przeszkodzi?  — zapalał się Marcin. — Pewnego 

dnia  przynoszą  „Życie  Warszawy",  a  tam  na  całej  pierwszej  stronie  nasze  fotografie  i  podpis: 

Bohaterscy  kosmonauci,  Kostek...  nie,  Konstanty  Przegoń  i  Marcin  Bigoszewski,  wylądowali  na 

Księżycu. 

— Na Księżycu nic nie rośnie — skrzywił się Kostek, ale już mu się oczy świeciły do tego projektu. 

— Nie bój się! Zawieziemy tam speców, choćby naszą panią Śmiątkiewicz, i zobaczą, jakiej tam 

kupy kompostowej trzeba! Grunt, żebyśmy polecieli! Co? Kostek? Chciałbyś? 

— Chciałbym... 

— No więc, zaczynasz ze mną pracę nad charakterem? 

— Dobra, ale się jeszcze przedtem naradzimy, co i jak. Żeby nie spuchnąć od razu. 

— Masz rację. Całego charakteru od razu nie dopracujemy. Ale trzeba od czegoś zacząć i potem 

po kolei. 

— Od czego? 

— Od czego? No, na przykład — od wytrzymałości. Wytrzymałość to jest taka zawziętość, nie? Jak 

sobie  powiem:  zrobię  tak  i  tak,  żeby  nie  wiem  co,  żeby  mi  się  chciało  zupełnie  coś  innego 

zrobię. 

— Według mnie to jest silna wola. 

—  Zgoda.  Niech  będzie  silna  wola.  Kto  ma  charakter,  no,  rozumiesz,  taki,  o  którym  mówią 

„człowiek z charakterem", musi mieć silną wolę, co? 

— Oczywiście. 

— Ale do tego musimy mieć łańcuch. 

background image

— Będziemy go czyścić? 

— Dzień w dzień, wytrwale. 

— Skąd weźmiemy łańcuch? 

— Basior nam da. Chodźmy do niego. 

Basiński  z  Kazikiem  Piątkowskim  stali  nad  stawem  i  oglądając  się  ostrożnie,  czy  nie  nadchodzi 

dozorca,  rzucali  po  powierzchni  stawu  małe,  płaskie,  wybierane  ze  żwiru  na  ścieżce  kamyki, 

puszczali „kaczki". 

Basiński  rzucał  lepiej.  Jego  „kaczka"  sunęła  dłużej,  znacząc  lekki  srebrny  ślad  po  powierzchni 

stawu, zanim wreszcie osunęła się w głąb wody. Piątkowski był zły. 

—  Czego  chcecie?  —  wsiadł  na  Kostka  i  Marcina,  którzy  przez  chwilę  obserwowali  rzuty.  — 

Wynoście się! 

— A co, twoje podwórko? — ofuknął go Marcin. — Basior, my do ciebie. 

— No? 

— Mówiłeś kiedyś o łańcuchu, że go masz w piwnicy. Możesz go nam dać? 

— Na co wam to? 

— Teraz nie możemy ci powiedzieć. Jest nam potrzebny. 

— Basior, nie daj się wykołować! — doradzał Piątkowski. 

—  Łańcuch  jest  mój  —  powiedział  Basiński  z  namysłem.  —Miałem  go  oddać  na  złom,  ale... 

chcecie, bierzcie. 

— Co za niego chcesz? — na wszelki wypadek zapytał Kostek wiedząc, że jeżeli Basiński zażąda 

pieniędzy, będą musieli z łańcucha zrezygnować. 

—  Nic.  Co  to  ja,  handluję?  Bierzcie,  choćby  dziś.  Wczoraj  ojciec,  jak  się  dowiedział,  że 

skołowaliśmy  praktykantkę,  zastanawiał  się,  czy  to  nie  jest  dobry  pomysł.  Lepiej  niech  go  w 

naszej piwnicy nie będzie. 

Wzięli łańcuch po drodze wracając z Łazienek. Ciężki był. Kostek, trochę pod strachem, pomógł 

nieść Marcinowi prawie pod same drzwi. 

Mama na ostatnie dwa dni wzięła z biura zwolnienie i Marcin rozumiał, że jeżeli mu się nie uda 

ukryć łańcucha, będzie miał kłopot. Ale może się uda. 

— Otworzyła mu drzwi pani Szeleścina. Marcin szybko położył palec na ustach i  wniósł worek z 

łańcuchem do przedpokoju. Zrozumiała. 

Ale zaraz z łazienki wyszła z miednicą upranych koszul mama. 

— Co to za brudny worek? Co tam jest? 

— Takie, mamusiu, żelazo... łańcuchowe. 

— Skąd to masz? 

— Dostałem od kolegi. 

— Co? Może znowu od Kostka? 

background image

— Nie. Od Basińskiego. 

— A z tym... nie siedziałeś? 

— Nie. — Mama pytała o siedzenie w szkolnej ławce. Marcin mógł nawet złożyć przysięgę. 

— Na co to żelazo? 

— Noo... chcemy na koloniach, takie ćwiczenia... 

Mama oddała bieliznę pani Szeleścinie, która zaraz ją zaczęła rozwieszać na przeciągniętych w 

kuchni sznurach, a sama schyliła się nad workiem i zajrzała do środka. 

— Fu! Przecież to sama rdza! I ty to chcesz wziąć na kolonie? Po co? W czym? Co za ciężar! Czy 

ty obłędu dostałeś? 

Już  i  Piotruś,  i  Wacek  zaglądali  do  worka  i  też  nie  mogli  ukryć  zdumienia  na  widok  brudnego, 

zardzewiałego łańcucha. 

— Tylko na złom! — zadecydował Wacek. 

— No właśnie. Na złom — podchwycił Marcin. — Tam na koloniach pewno będzie zbiórka złomu i 

wtedy, mamusia rozumie, mogę zająć pierwsze miejsce, bo łańcuch rzeczywiście bardzo ciężki. 

— Masz gorączkę! — zdecydowała mama i położyła rękę na czole Marcina. — Nie. Pokaż język! — 

Marcin pokazał. — Też w porządku. Zabieraj mi to świństwo natychmiast z mieszkania! 

Widząc rozpacz w oczach Marcina, dodała: 

— Zanieś... do piwnicy. 

Dobre było i to. Właściwie szkoda, że go od razu nie schował w piwnicy. Znosił z trudem worek 

po schodach i myślał, że rzeczywiście na kolonie — trochę za ciężki. Ale ponieważ jest w trzech 

kawałkach — jeden wystarczy. 

Na  dole,  już  na  samym  parterze,  spotkał  panią  Pucek.  Ucieszył  się,  chciał  powiedzieć  coś  o 

Łazienkach, ale uderzył go wyraz twarzy nauczycielki. Uśmiechnęła się tylko ustami. Oczy były 

poważne. 

— Czy mama jest w domu? 

— Tak... Pani do nas? — zdziwił się Marcin.— Zaraz wracam, ja tylko do piwnicy... 

Podniósł szybko worek, ale sparciałe włókno nie wytrzymało ciężaru, dno pękło i na nogi Marcina 

spadło zardzewiałe żelastwo. Zabolało mocno. 

— Co to, łańcuch? — zdziwiła się Pucia. 

j — To, proszę pani... — zaczął Marcin szeptem — ale ja tylko — pani... My z Kostkiem będziemy 

ten łańcuch czyścić. Ogniwo po ogniwie. Żeby się wprawiać w tego... no... w wytrwałości. 

— Rozumiem — pani Pucek od razu zrozumiała. — A teraz, Marcin, muszę ci powiedzieć, po co do 

was  idę:  nie  pojedziesz  na  kolonie.  To  postanowienie  rady  pedagogicznej.  Ale  pamiętaj: 

człowiek  wytrwały,  taki  z  charakterem,  kiedy  go  spotka  przykrość,  ściska  zęby  i...  i  czyści 

następne ogniwo... 

background image

Marcin  automatycznie  pozbierał  łańcuchy  i  zaniósł  je  do  piwnicy.  Wcale  mu  się  nie  chciało 

wracać teraz na górę. Mama się denerwuje, Wacek woła: „Dno", i jeszcze przed panią Szeleściną 

wstyd. 

Pani  Pucek  już  ze  schodów  odwróciła  się,  a  widząc  oniemiałego  chłopca,  powiedziała  —  Nie 

martw się tak, to nie żaden dramat! 

Jak  można  się  nie  martwić?  Wszyscy  gdzieś  jadą:  nad  morze,  w  góry,  nawet  za  granicę,  jak 

Nemek,  a  on  co?...  I  w  ogóle,  co  z  nim  będzie?  Mama  z  Piotrkiem  w  Bukowinie  —  pełne  dwa 

miesiące. Wacek jedzie na obóz też na całe wakacje, ojciec w tę niedzielę jeszcze wpadnie, ale 

potem  cały  lipiec  przesiedzi  na  Lubelszczyźnie,  bo  ma  dodatkową  pracę  i  nie  opłaca  mu  się 

przyjeżdżać, dopiero w sierpniu weźmie urlop. Do mieszkania będzie zaglądać pani Szeleścina, 

aby  opiekować  się  kwiatami  na  balkonie  i  na  oknach.  Więc  może  i  jego  zostawią  pod  opieką 

Szeleściny? Albo zapiszą na półkolonie? 

Co Kostek na to powie? A może Kostek też?... Chyba nie, Pucia powiedziałaby, ona wie, że się 

przyjaźnią. „Nie martw się!" — wzdycha. — No nic. Trzeba iść i robić minę, że: „No to co? Mam w 

nosie! I kiszka z wodą!" 

W korytarzu słychać: ktoś idzie. Marcin nieruchomieje. Wejście do piwnicy przymknięte, nikt go 

nie zauważy. Ale kroki wyraźnie zbliżają się i nagle w uchylonych drzwiach staje Wacek. 

Wcale go nie dziwi, że Marcin siedzi na skrzynce. Rozgląda1 się po kątach i mówi, jakby nigdy 

nic: 

—  Potrzebne  mi  jest  duże  tekturowe  pudło!  Widziałem  je  tui  kiedyś  —  i  siada  koło  Marcina  na 

drugiej skrzynce. Przez długą chwilę milczą obaj. Marcin jest zdziwiony, wreszcie pyta: 

— Poszła już? 

— Poszła — kiwa głową Wacek i zaczyna: — Marcin, słuchaj, tam na górze nie pokazuj, że masz 

to w nosie, że ci to jak woda z psa... Mama się zmartwiła, nie trzeba, żeby się jeszcze więcej 

gryzła. Po co?... 

Marcin przygląda się bratu kątem oka: ten sam Wacek? Pierwszy raz tak z nim rozmawia. I skąd 

wie... 

— Pani Pucek widziała, że mama się martwi, pocieszała: wezmą cię na sierpniowy turnus. 

— Nie chcę! Nie potrzebuję! 

— Zaraz! Nie skacz! Nie rozumiesz, że jej o mamę chodziło? Ja też... 

— A o mnie to co? Co ja? I za co? Za co?! — wybucha Marcin. 

—  Pomyśl  sam:  kolonia  duża,  wychowawców  mało,  jeden  na  czterdziestkę.  Jak  się  co  stanie 

odpowiadają.  I  na  tych  koloniach  ma  być  jeden  taki  „pomysłowy"  —  pani  Pucek  tłumaczyła  — 

rozumiałem lepiej niż mama... 

— Zawsze jesteś taki mądry! 

— ...nie dlatego — ciągnął spokojnie Wacek — tylko mama o tobie nie wie tyle, co ja. 

background image

— Ty? Skąd? 

—  Od  Maciory.  Nie  bój  się,  nie  skarżył,  chłopaki  cię  lubią,  bo  z  tobą  wesoło.  „Głowa  na 

tranzystorach", tak? Ale pomyśl: i u nauczycieli ustaliłeś sobie opinię: „Pomysłowy!" Co pomysł — 

to draka! 

Marcin  skoczył  na  skrzynce,  ale  Wacek przytrzymał go: 

—  Czekaj!  Kto  ci  to  ma  powiedzieć?  Jedna  draka,  dwie  —dosyć.  Ale  tak  ciurkiem?  Nauczyciele 

tego nie lubią. Rodzice też. 

— No to jestem ten najgorszy! Chociaż inni... sam Maciora... ech! Szkoda gadać! 

—  Najgorszy  na  pewno  nie  jesteś.  Nie  bądź  taki  zarozumiały.  Może  jesteś  tymczasem 

najgłupszy... Tak, ośle do kwadratu, tak! Wszyscy się bawili, a ty płacisz. 

Wacek westchnął. Marcin też westchnął. I tak mu się żal samego siebie zrobiło, że skurcz złapał 

go za gardło, a łzy gwałtem pchały się do oczu. Zamrugał szybko powiekami jeszcze tylko tego 

brakuje! Dobrze, że Wacek siedzi z boku i nie widzi. 

— Namiot Kostka? — pokazuje Wacek zielony pakunek. 

— Tak. Kostek się bał, że mu siostra zabierze. 

— Jasne. Jakbyś ty go wygrał — roześmiał się Wacek — na pewno bym go od ciebie pożyczył. No 

co, pójdziemy na górę? Tylko się nie wygłupiaj, pamiętaj! 

 

XX 

 

Na górze pani Szeleścina prasowała w kuchni. Mama pakowała do walizki, co było na wyjazd, a 

odnosiła do szafy, co miało zostać w domu. Widać było, że jest zmartwiona. 

— I co ja mam teraz z tobą zrobić? — powiedziała na widok Marcina. — Każdy już gdzieś... coś... 

— Właśnie! — ponuro stwierdził Marcin. 

— Mamusiu! — zawołał Wacek. — A Zielone Siodło? Przecież Stefan, kiedy tu był ostatnim razem, 

zapraszał. Przecież tam jest zdrowo: sosnowe lasy... 

— Wiesz... — mama stanęła z naręczem ojcowskich koszul —to jest myśl! Będzie tam Helenka z 

chłopcami.  Jeden  więcej,  to  już  mała  różnica...  Ale  czy  mi  tam  znowu  jakichś  cudów  nie 

wymyślisz? Marcin! Co ja przez ciebie mam! I w kogo ty się z tymi pomysłami wdałeś! 

—  Cudy...  cudy...  jakie  znowu  cudy?  —  bąkał  Marcin,  a  Wacek,  chcąc  zaprzątnąć  myśl  mamy 

czymś innym, powiedział: 

—  Może  ja  tam  dziś  po  obiedzie  pojadę?  Trzeba  by  zapytać,  może  się  co  odmieniło,  i  nie 

wiadomo, jak z dziadka zdrowiem. 

—  Dobrze,  Wacku.  To  rozsądne,  co  mówisz.  I  weź  ze  sobą  Piotrusia,  niech  dziecko  trochę 

odetchnie świeżym powietrzem. 

background image

„Ja  naturalnie,  mogę  się  udusić.  Mnie  mama  nie  zaproponuje"  —  pomyślał  z  goryczą  Marcin  i 

nagle  zobaczył  nowy,  zgrabny,  elegancko  wykończony  skórką  chlebak.  Zazdrość  ukłuła  go  w 

samo serce. 

— A ten chlebak oczywiście Wacka! 

— Oczywiście, że Wacka — odpowiedziała mama i rozpogodziła się. — Jak to? Nie mówił ci, że 

dostał  w  prezencie  od  rodziców  tego  ucznia  z  waszej  klasy?  Jeszcze  jak  mu  dziękowali!  Nie 

mówił ci nic? A portfel widziałeś? Wacek, pokaż mu! 

Wacek  promieniał.  Wyciągnął  z  zewnętrznej  kieszeni  wiatrówki  ciemnobrązowy  portfel  i  podał 

Marcinowi. Ileż tam było przegródek! Jak ładnie pachniał skórką! 

— Ale prezent wywalili! — podziwiał Marcin. — Łatwo im, mają sklep z walizkami. 

— I lekcje ma zapewnione znowu od września.  — Mama była taka dumna, taka zadowolona, że 

pani Szeleścina podziwiała z nią razem i takiego syna, i prezenty. Marcin nie mógł na to patrzeć, 

ciągle mu się dziś na płacz zbierało. Zamknął się w łazience. 

Po  obiedzie  Wacek  z  Piotrusiem  pojechali  do  Zielonego  Siodła,  a  Marcin  musiał  wybierać 

wszystkie  zapisane  zeszyty,  podarte,  rozlatujące  się  książki,  stare,  poutykane  po  półkach  i 

szafach  tygodniki  oraz  gazety  i  poskładać  je  w  równe  paczki.  Pani  Szeleścina  miała  zabrać 

makulaturę. 

Tak  jak  się  umówili  dziś  rano  z  Kostkiem,  wychodził  kilka  razy  na  balkon  od  ulicy.  Kostek  nie 

mógł  już  teraz  wołać  na  cały  głos  od  podwórka:  „Bigos!"  Ich  przyjaźń  musiała  zejść  do 

podziemia! 

Kostka nie było i nie było. 

Marcin  już  zaczynał  szukać  pretekstu,  pod  którym  mógłby  wyskoczyć  na  miasto,  kiedy  nagle 

zauważył przyjaciela  w bramie domu  naprzeciwko. Kostek podnosił  rękę do góry i zataczał nią 

koła, co według umówionego szyfru oznaczało: „Muszę z tobą pomówić natychmiast". 

— Mamusiu — zapytał potulnie Marcin — makulaturę już poukładałem. Czy mogę teraz zejść do 

piwnicy i poszukać dla Wacka tekturowego pudła? 

— Tekturowego? Stoją na szafie w kuchni. 

— Nie, to za małe. Wacek chciałby takie większe... 

— Dobrze, możesz iść, tylko, proszę, nie ubrudź się tam, prania już nie będzie. 

Kostek  ledwo  się  wyrwał  z  domu.  Ciągle  był  do  czegoś  potrzebny  swojej  mamie,  która  jedzie, 

też  w  sobotę,  na  urlop  pod  Ostrołękę,  gdzie  babcia  ma  domek  i  kawałek  ziemi.  Kiedy  Kostek 

wróci z kolonii, mama już będzie w domu. 

Marcin słuchał, rozumiał, że u Kostka w domu jest teraz tak samo, jak u nich: szykowanie się do 

wyjazdu. Ale przecież nie po to przyjaciel go wywoływał, a więc?... 

— A to widziałeś? — Kostek nagle rozwinął „Express" na pierwszej stronie. — Czytałeś? 

— Nie czytałem — odpowiedział przygnębiony Marcin. — Nie miałem głowy do czytania... 

background image

— Posłuchaj! 

— Znowu coś o skarbach? — Marcin wykazywał minimum zainteresowania. 

—  O  skarbach  w  innym  miejscu.  A  to  może  jeszcze  ważniejsze.  Ale  chodź  gdzieś  usiąść,  bo 

trzeba pomyśleć. 

Usiedli na ławce obcego podwórka i Kostek znowu rozwinął gazetę. 

— Patrz, tu... Geniusze mają zwykle trudne dzieciństwo... No? 

— Ja mam też trudne dzieciństwo — westchnął Marcin jeszcze nie rozumiejąc. 

— A ja nie? — zawołał Kostek. — No więc? 

— Ja mam na pewno trudniejsze — upierał się Marcin. — Z kolonii mnie wywalili... 

—  O,  psia  kitka!  Co  ty  mówisz!  —  Kostek  aż  podskoczył  z  wrażenia.  —  Skąd  wiesz?  Przecież 

dzisiaj... 

— Dzisiaj była u nas w domu pani Pucek. Odniosła mamie pieniądze, w ogóle... koniec! 

— Ale dlaczego? Co się stało? 

— A bo ja wiem? Rozumem tego nie dojdzie. Podobno za pomysły. Cały rok, przecież wiesz, jak 

co  zmalowałem,  to  musiałem...  tego...  likwidować  i  w  ogóle  załatwić  na  gładko.  A  teraz,  jak 

mam  taki  dobry  pomysł,  żeby  pracować  nad  charakterem  —  klops!  Przecież  inne  chłopaki  na 

pewno przyłączyłyby się do nas i byłby z tego  jakiś pożytek i dla szkoły, i dla społeczeństwa... 

Ale mnie wywalili... 

— Sam o żadnym charakterze nie będę myślał! — oświadczył zdecydowanie Kostek. — Wolę piłkę 

kopać. 

— No widzisz... 

— Tak się cieszyłem, że będziemy razem! — Kostek był bardzo zmartwiony. — Może złapalibyśmy 

jeża?  Na  jeża  mama  prawie  się  zgodziła,  bo  nie  wiadomo,  czy  Nemek  nie  zapomni  o  żółwiu. 

Marcin! Co to się nawyrabiało!... 

— No widzisz... i pewno będę tu siedział jak pies w Warszawie przez całe wakacje, bo chociaż 

Pucia  mówiła,  że  na  sierpień  z  harcerzami,  to  —nie!  Nie  chcę!  Żeby  mnie  nawet  na  kolanach 

błagali!  Jak  nie  —  to  nie!  Tak...  —  westchnął  głęboko  —nie  mówmy  już  o  tym.  Więc  co  z  tą 

gazetą? 

— Jak to? Nie rozumiesz? Ty masz takie naprawdę trudne dzieciństwo, ja też nie mam lekkiego, 

ciągle jakieś kłopoty, pretensje — może więc wobec tego... w przyszłości... 

— Geniusze!!! — zrozumiał nareszcie Marcin. — Pokaż no! —Teraz czytał z zainteresowaniem do 

końca. — Taak... naukowo zbadane: „Na 400 sławnych ludzi tylko 58 rosło w harmonii rodzinnej, 

a reszta w środowisku zatrutym sporami i kłótniami"... O, raju! Przecież to zupełnie jak u nas! 

Ile  ja  razy  byłem  zatruty  sporami  z  mamą,  z  Wackiem,  z  ojcem  może  najmniej,  ale  też  się 

trafiało. No!... 

— A ja? I z Alicją, i z mamą! 

background image

—  Kostek!  Muszę  wracać,  bo  będę  zatruty  nowym  sporem  z  rodziną.  Ale  schowaj  to!  Wytnij  i 

schowaj! Ja z naszego „Expressu" też wytnę, to się może przydać. Nie wiem jeszcze dokładnie, 

do czego, ale coś mi błyska. No to cześć! Do jutra! 

Wacek  wrócił  z  dobrą  wiadomością.  Na  Marcina  czekają  zaraz  w  piątek.  Ciotka  Helena 

przyjeżdża do Zielonego Siodła w piątek rano. Dziadek się cieszy, że nie będzie sam, bo Stefan 

w czwartek jedzie do Wrocławia na praktykę. 

Mama  wyjechała  z  Piotrusiem  w  czwartek  wieczorem.  Pomimo  nawału  roboty  i 

nieprzewidzianych  zmartwień  dopięła  wszystko  na  ostatni  guzik.  O!  Z  mamy  był  zuch!  Nawet 

pani  Szeleścina  podziwiała,  że  wszystko  udało  się  przygotować  w  porę  co  do  godziny. 

Zadowolona  zabierała,  oprócz  zapłaty,  różne  stare,  nieprzydatne  zdawałoby  się  rzeczy,  które 

odświeży, przefarbuje, a potem sprzeda na bazarze i podreperuje swój budżet. I o kwiaty mama 

może być spokojna. Będą pod dobrą opieką. 

W piątek Marcin nie chciał iść na uroczystość zakończenia roku szkolnego. 

—  Po  co?  —  tłumaczył  Wackowi.  —  Myślisz,  że  to  przyjemnie  być  za  wyrzutka?  Będą  mówić  o 

koloniach i dowiedzą się, że... ja... nie. Mam się tłumaczyć? Kostek się zmartwił, ale tak, co to 

kogo obchodzi! Nie, to nie!... 

— Kostek już wie? 

—  Pewno,  że  wie.  I  żałuje,  jak  nie  wiem  co.  Mieliśmy  razem.  ..  cała  kolonia  miałaby  w  ogóle 

inny poziom. Ale trudno. A mama wcale się na ludziach nie zna. Kostek jest najfajniejszy z całej 

klasy, chociaż go nauczyciele chwalą. Pomysły? Nie, Kostek nie jest od pomysłów. Przeważnie ja 

albo razem, ale tak: dwa do jednego. Więc dlaczego mam się z nim nie trzymać?... A dziś — nie 

idę! 

Wacek rozumiał. Wcale nie nalegał, żeby Marcin szedł. Świadectwo sam mu przyniesie. W ogóle 

zrobił się zupełnie inny. Wyraźnie żałował Marcina: wakacje w takiej podwarszawskiej dziurze, a 

do tego będzie musiał pomagać w ogrodzie: pleć, podlewać, brr! 

Podarował  Marcinowi  swój  stary  portfel,  wytarty  na  kantach,  ale  jeszcze  mocny.  Marcin  się 

ucieszył. W jedną z przegródek schował wycinek z „Expressu": o geniuszach. 

Ze szkoły Wacek wrócił w towarzystwie... Kostka. 

Sam go znalazł i zaprosił. Nie! To był nie ten sam, zupełnie nie ten sam Wacek!... 

Oglądali  świadectwa.  Marcinowi  było  przyjemnie,  że  brat  widział  na  własne  oczy:  Kostek  miał 

tylko jedną trójkę, z gimnastyki, i to niesprawiedliwie,  bo parę razy zapomniał koszulki, a pan 

za to zaraz wlepiał dwóję. 

Wacek też pokazał swoje świadectwo, chłopcy o to prosili. I wtedy Marcin znowu się zarumienił 

z dumy, że Kostek widzi: piątki od góry do dołu! Kostek aż gwizdnął. 

Zaraz trzeba się było zbierać do Zielonego Siodła. Czekano tam na Marcina dzisiaj. Wacek miał 

go odwieźć. 

background image

I wtedy okazało się, że Kostek też zaplanował sobie odwiezienie Marcina. Miał nawet czekać na 

stacji EKD, ale skoro się tak dobrze złożyło... 

— A twoja mama? — zaniepokoił się Marcin. 

—  Mamie  powiedziałem,  że  mnie  do  Zielonego  Siodła  zaprosił  Nemek.  Bardzo  była  z  tego 

zadowolona,  bo  uważa  go  za  wzór  i  chciałaby,  żebym  ja  był  do  niego  podobny.  A  po  drugie, 

pakuje  się.  Jutro  rano  wyjeżdżamy  prawie  o  tej  samej  godzinie,  tylko  mama  ze  Wschodniego. 

Jeszcze  mnie  zdąży  na  Śródmieście  odprowadzić.  No  więc  mam  wychodne  i  nawet 

przygotowałem wałówkę — klepnął ręką w pękaty, przewieszony przez ramię chlebak. 

— Kostek! — wołał rozpromieniony Marcin. — Fajnie to wszystko wykombinowałeś! 

—  A  co,  czy  tylko  ty  masz  głowę  na  tranzystorach?  Myśli  się!...  I  jeszcze  ci  powiem,  że  jeśli 

chcesz, weź mój namiot. Tam jest przecież gdzie rozstawić, nie? 

— Naprawdę? Wacek, słyszysz? Kostek mi pożycza namiot! I do dziadka chce mnie odwieźć! Sam 

widzisz, jaki on jest! No?... 

Wacek widział. Rozumiał. I on na obóz cieszył się, tym bardziej, że jechał z przyjacielem. 

Odprowadził chłopców na stację, a skoro Marcinowi miał kto pomóc przy bagażu — pożegnał się. 

—  Marcin,  trzymaj  się!  —  mówił.  —  Jak  ci  wpadnie  jakiś  pomysł,  pamiętaj:  dwadzieścia  cztery 

godziny odczekaj' i myśl znowu od samego początku. Świetny sposób  —wypróbowałem go i sam 

się przekonasz. Do mamy co tydzień wyślij kartkę — same takie lepsze wiadomości: jest dobrze, 

dużo jesz, bo smakuje, i że pomagasz. Mama to lubi. No to cześć! 

—  Masz  fajnego  brata  —  mówił  w  pociągu  Kostek  —  nie  możesz  się  na  niego  skarżyć.  Sam  bym 

takiego chciał. 

— Nooo! — odpowiedział Marcin. 

Ojciec wpadł do domu na krótko. Dziś po południu jedzie z ministerstwa samochód do Łukowa. 

Okazja i wygodnie — trzeba skorzystać, a w domu i tak już nikogo nie ma. Rozjechali się. 

Pusto.  Cicho,  aż  dziwnie.  To  dlatego,  że  wakacje.  Urlopy  się  zaczęły,  ludzi  mniej.  No  i 

niedziela. Kto mógł, uciekł za miasto albo chociaż nad Wisłę. Pogoda piękna. Okna trzeba trochę 

otworzyć, przewietrzyć. 

W  szafie,  na  przygotowanych  do  zabrania  koszulach,  ojciec  znajduje  zaadresowaną  do  siebie 

kopertę. Poznaje pismo żony. 

„...z  kolonii  usunęli...  trudny...  Wychowawczyni  mówiła  oględnie,  ale  ja  usłyszałam  wiele  na 

ostatniej wywiadówce... ręce opadają... umieściłam go u Dziadka w Zielonym Siodle... żeby mu 

tam jakie pomysły... sama już nie wiem..." 

Słońce za oknem świeci i grzeje jak przed chwilą, ale ojcu zdaje się, że spochmurniało. 

„Za trudny"... „usunęli"... z Wackiem nigdy takich kłopotów. .. Co w tym Marcinie siedzi? Czy nie 

zdaje  sobie  sprawy,  jak  truje  matkę,  ojca?...  Czy  w  tym  chłopcu  nie  ma  krzty  serca?... 

Gałgan!... 

background image

W  przedpokoju  odzywa  się  nieśmiały  dzwonek.  Ojciec,  pogrążony  w  niewesołych  myślach,  nie 

słyszy. Dopiero za drugim razem. 

Za drzwiami stoi pani Szeleścina. 

—  Dzień  dobry  panu.  Już  myślałam,  że  może  pan  nie  przyjechał,  i  chciałam  swoimi  kluczami 

otworzyć. 

— Tak, wiem, żona mi napisała — ojciec trzyma jeszcze w ręku list — pani będzie się opiekować 

mieszkaniem. Ale dziś ja sam kwiaty podleję, dziękuję. 

— Ja nie po to. Chciałam oddać coś, co zabrałam z gazetami — tłumaczy pani Szeleścina i podaje 

ojcu zeszyt w niebieskiej okładce. —To Marcinka zeszyt. Tego na makulaturę szkoda… 

— Proszę, niech pani wejdzie dalej — ojciec nic nie rozumie, ale w jego opinii pani Szeleścina od 

dawna uchodzi za osobę dziwaczną. Co jej się przywidziało? Trzech chłopaków w szkole, gdyby 

tak ich zeszyty zbierać na pamiątkę, no! A jeszcze tego gałgana... 

— Nie, nie. Ja wiem, pan z drogi, trzeba odpocząć. Proszę, ten zeszyt. Niech pan zobaczy tam... 

na samym ostatku. Do widzenia. 

Ojciec  zamyka  drzwi  i  wzrusza  ramionami.  Dziwaczka.  A  może  to  jeszcze  jeden  wyskok 

Marcina?... 

Szybko  podchodzi  do  stołu,  kładzie  na  nim  zeszyt,  zapisany  do  końca,  podkreślony  gęsto 

czerwonym ołówkiem. Lekkiego życia ta polonistka nie ma! No, jest „na samym ostatku". 

„Gdybym  miał  czapkę  niewidkę...  poszedłbym  najpierw  do  dyrektora  departamentu,  w  którym 

pracuje mój tata..." 

Ojciec czyta wypracowanie raz, drugi i trzeci. 

— Gałgan, o, gałgan... — mówi, uśmiechając się do rozłożystej paproci. — Prawda, trzeba kwiaty 

podlać... Szeleścina dziwaczka, ale... niech jej Pan Bóg da zdrowie... 

W Zielonym Siodle na ulicy Środkowej weszli otwartą zwykle cały dzień furtką, a Marcin oglądał 

się, czy nie widać zapowiedzianych kuzynów. Ogród był pusty. 

Na  dużej,  czysto  wysprzątanej  werandzie  ani  śladu  nikogo.  Marcin  wszedł  do  mieszkania. 

Dopiero z drugiego pokoju odezwał się dziadek: 

— Kto tam? Helenko, to ty? 

—  To  ja,  dziadku.  Dzień  dobry  —  Marcin  wszedł  do  zaciemnionego  pokoju,  w  którym  musiał 

przebywać dziadek po operacji oka. — A gdzie ciocia Hela? Chłopcy? 

—  Nie  przyjechali  jeszcze,  chociaż,  gdyby  pospiesznym,  jak  pisała  Helenka,  już  powinni  by  tu 

być.  Może  się  zatrzymali  trochę  w  Warszawie?  A  może  przyjadą  późniejszym?  O,  znowu  furtka 

skrzypnęła. Zobacz, może oni? 

— Nie. Listonosz idzie. 

Listonosz przyniósł telegram: „Chłopcy obaj szkarlatyna. Nie mogę przyjechać. Helena". 

— Co ty mówisz? Szkarlatyna? Jakże teraz będzie? Stefan wyjechał. Przeczytaj jeszcze raz! 

background image

Marcin czytał jeszcze raz, ale sytuacja od tego nie zmieniła się ani na jotę. 

—  Co  ja  teraz  zrobię?  —  zastanawiał  się  pan  Dziewałtowski.  —  Żeby  nie  moje  oczy,  dalibyśmy 

sobie  jakoś  radę.  Ale  większą  część  dnia  muszę  siedzieć  po  ciemku.  Ty  byś  się  tutaj  ze  mną 

zanudził. Trudno, zostanę sam. Pani Gzymsowa przyniesie mi obiad z gospody, to niedaleko... A 

ty... pewno do matki wolisz?... 

Marcin  myślał  szybko:  „Lepiej  tu  niż  w  Warszawie.  Przecież  znajdą  się  jakieś  chłopaki.  Dużo 

książek na półce. Las grzybny. Na zagonach w ogrodzie od truskawek aż czerwono!" 

— Dziadku, ja bym tu został... Damy sobie radę. Dziadek powie, co i jak., raz ugotujemy, a raz z 

gospody przyniosę. Zobaczy się. 

—  Chcesz  zostać?  —  ucieszył  się  dziadek.  —  Pewno,  że  poradzimy  sobie.  I  pani  Gzymsowa 

pomoże. Ale zastanów się. Ja cię nie namawiam. Nie ma tu żadnego towarzystwa. 

— Zobaczy się — nie tracił nadziei Marcin. 

— A kto tam na werandzie chodzi? — dziadek miał słuch wyostrzony. 

—  Kolega  ze  mną  przyjechał,  Kostek,  ten,  co  tu  już  ze  mną  był  po  kwiaty.  Pomógł  mi  teraz 

walizkę przynieść i namiot. Dziadku, czy możemy rozstawić namiot w ogrodzie? 

—  Możecie.  Tam  za  agrestem,  na  prawo  od  huśtawki,  jest  dobre  miejsce.  Możecie.  Ja  tu  przy 

radiu siedzę. Bawcie się. Na obiad jest kwaśne mleko. 

Kostek przyszedł się przywitać i już szli w ogród z namiotem. Dziadek wołał za nimi: 

— Idźcie na truskawki! I nazbierajcie na obiad! 

Teraz  dopiero  namiot  stał  na  właściwym  miejscu.  W  górze  szumiały  sosnowe  gałęzie,  szyszki 

leciały pac! pac! Z jednej strony — ściana wysokich agrestów, z drugiej — leszczyny aż gęsto. A 

tu placyk, można by palić ognisko — i to jakie! 

—  Fajnie  tu  będziesz  miał  —  mówił  Kostek,  co  słowo  połykając  czerwoną,  słodką  truskawkę  — 

orzechy lada dzień dojrzeją... tyle że sam... nawet tych truskawek nie przejesz... Ale pamiętaj, 

jakbyś jeża gdzie zobaczył... 

— Się wie — obiecywał Marcin. 

— I tego psa, Bobika, jak tylko będziesz mógł, spuszczaj z łańcucha. Stare psisko, szczekać już 

nie może. 

—  Coś  ty!  Taki  mądry  pies!  Nie  szczeka,  bo  nas  zna.  Listonosza  też.  Ale  zobaczyłbyś,  jakby 

poczuł kogo obcego! 

Niby na potwierdzenie tych słów Bobik rozjazgotał się jak wściekły. 

Marcin  wspiął  się  na  palce  i  spojrzał  w  stronę  furtki.  Nie,  nikt  nie  wchodził,  tylko  za  siatką 

parkanu sunął chłopak w niebieskiej koszuli i patykiem jechał po siatce. 

— Te! Chcesz dostać? Czego drażnisz psa? — zawołał Marcin. 

 Te! Chcesz dostać? — odkrzyknął jak echo chłopak. 

background image

Marcina, który zawsze zasypiał, ledwo głowę do poduszki przyłożył, tu nie od razu zmorzył sen. 

Może się za szybko na to zostanie zdecydował? Może trzeba było, tak jak radził Wacek, pomyśleć 

dwadzieścia  cztery  godziny.  Czy  wytrzyma  tu?  Przecież,  rozumie,  wziął  na  siebie  obowiązki,  a 

jeżeli  nie  podoła?  Lepiej  od  razu  się  wycofać  niż  później.  Byłby  wstyd!  Mama  powiedziałaby: 

„Gdyby  to  Wacek!"  Pewnie.  Wacek  dałby  radę  śpiewająco.  A  może  nie?  Przecież  tu  trzeba 

popracować  w  ogrodzie  —  nie  tak  znów  ciężko  —  podlać  wężem,  wypleć,  ale  Wacek  tego  nie 

lubi.  A  Marcin,  owszem,  pierwszy  się  zgłosił  u  pani  Śmiątkiewicz  do  pomocy  przy  zakładaniu 

ogródka. I chętnie. 

A gdyby mamie pokazać, że chociaż on taki najgorszy, to jednak potrafi? I zrobić coś tutaj, żeby 

mamę i ojca, i Wacka zdumiało! Ach!... Dopiero by się mama przekonała!... 

Marcin patrzy przez otwarte okna w niebo pełne gwiazd świecących między gałęziami sosen. 

Taka cisza! Idzie sen. 

 

XXI 

 

Od rana wszystko szło dobrze. Ze sklepu — mleko i pieczywo. A także puszka konserw do obiadu. 

Warzywa i owoce — w ogrodzie. Sprzątanie krótkie. 

— Da się radę! — cieszył się Marcin. 

Pobiegał  z  Bobikiem,  szczęśliwym,  że  go  uwolniono  z  łańcucha.  Pohuśtał  się  na  huśtawce, 

skubnął agrestu, który już dojrzewał.                                   J J 

Wieczorem  o  zmierzchu  dziadek  wyjdzie  i  pokaże,  jak  podwiązać  pomidory,  co  oczyścić  z 

chwastów. 

— Jeżeli cię to bawi, proszę bardzo — powiedział dziadek —ale pamiętaj, obowiązku nie masz. I 

tak błogosławieństwo boskie, ze przyjechałeś i chciałeś zostać. Nie lubię być sam 

Marcin  wybrał  sobie  książkę  z  półki  i  szedł,  aby  wyciągnąć  się  z  nią  na  trawie  koło  namiotu, 

kiedy szczęknęła furtka Zamykał ją właśnie... Kostek. 

Trudno było wierzyć oczom: Kostek?! Kostek, który od paru godzin powinien jechać w wagonie 

razem z chłopakami i panią Skoczelową do Jeleniej Góry?! 

Stał  przy  furtce,  a  przy  nim  spora  walizka.  Nie  ruszał  się  z  miejsca,  tylko  dawał  rękami 

gwałtowne znaki, aby się Marcin do mego przybliżył. 

— Kostek, czy to ty?! — pytał oszołomiony Marcin. 

— Ja i moje klamoty. 

— Na kolonie nie wyjechali? 

— Jeszcze jak! Może w tej chwili dojeżdżają do Jeleniej Góry. A ja tutaj. 

— A twoja mama?... 

background image

— Normalnie. Odprowadziła mnie na dworzec i jest przekonana, że jadę z panią Skoczelową. Ale 

ja nie pojechałem. Rozmyśliłem się. 

— W ostatniej chwili? 

— Nie. Wczoraj, jak to ogłoszenie na przystanku zobaczyłem. 

— Kostek, mów w sposób zwięzły i jasny! Jasny, do jasnej katapulty! Więc jak? 

— Normalnie. Ty też widziałeś: W spółdzielni ogrodniczej pilnie potrzebni zbieracze truskawek, 

agrestu  i  malin.  Pomyślałem:  „Można  zarobić  ładny  grosz!"    Prześpię  się  w  namiocie.  Na 

gotowaniu więcej się znam niż ty. Przynajmniej nie będziesz sam jak kurek na kościele! I jeża 

chyba można znaleźć, co? Jak myślisz? Źle mówię? 

— Dobrze, ale... co Skoczelową? 

—  Powiedziałem  jej,  że  mama  w  ostatniej  chwili  dostała  list  od  babci,  bo  babcia  chce  mnie 

jeszcze przed śmiercią zobaczyć. 

— Mówiłeś tak z walizką w ręku? 

— Walizka była w poczekalni. I pieniędzy na kolonie nie dałem, bo miałem dać dopiero dziś. 

— A jak twoja mama będzie czekać na listy od ciebie z kolonii, to co? 

— Normalnie. Sobieraj ma moją kartę napisaną do mamy. Za tydzień ją wyśle. Wystarczy. Mama 

wie,  że  nie  lubię  listów.  A  w  tym,  co  dałem  Sobierajowi,  piszę,  że  kolonie  dobre  i  nic  mi  nie 

potrzeba. 

— Kostek! Ty jesteś... ty jesteś... No, mucha nie siada od żadnej strony! 

— Nie bardzo, bo czy dziadek się zgodzi?... 

— Eee, dlaczego miałby się nie zgodzić? 

— Normalnie. Powie, że jak matka kazała na kolonie, to na kolonie. Przecież wczoraj mówiliśmy, 

że dziś tam jadę, nie! 

— Mówiliśmy! Oj, niepotrzebnie mówiliśmy! — stęknął Marcin. 

— Trzeba wykombinować coś podobnego do prawdy. 

— Ba! Z radości, że tu jesteś, wszystko mi z głowy uciekło! Co powiedzieć, jak dziadek zapyta... 

—  Już  wiem  —  przerwał  Kostek  —  Normalnie:  spóźniłem  się  na  pociąg,  matka  wyjechała,  nie 

wiedziałem, co robić i... 

— Dobra. Chodź na werandę. Sam najpierw wszystko dziadkowi ładnie opowiem. Zaczeka]. 

Rozmowa z dziadkiem nie trwała długo. Zgodził się od razu. 

—  Miejsca  starczy  —  powiedział  —  nawet  dla  czterech.  Kostek  może  spać  na  kanapie  w 

pierwszym pokoju. I dobrze, że będziesz miał towarzystwo. Najważniejsze: niech zaraz napisze 

do matki i na kolonie, bo będą się niepokoić. 

Kostek  wyciągnął  papier  listowy  i  kopertę,  usiadł  i  pisał  tak,  jak  mu  pan  Dziewałtowski  z 

drugiego pokoju dyktował, ale tylko do mamy, bo na kolonie, jak oświadczył, nie ma dokładnego 

adresu. Tyle wie, że za Jelenią Górą. To za mało. 

background image

—  Nie  będą  się  niepokoić  —  uspokajał  —  bo  nie  wpłaciłem  pieniędzy.  Pomyślą,  że  dlatego  nie 

pojechałem. 

Wyprawieni na pocztę, poszli jak niepyszni. Listu nie można było wysłać: jakże mama uwierzy w 

spóźnienie Kostka, skoro go sama na pół godziny przed odjazdem pociągu zostawiła na stacji?... 

A to zgryz!... 

Wrócili  niby  z  poczty,  jedli  pachnące  truskawki,  oglądali  orzechy  na  leszczynie,  ale  słodycz 

pierwszego dnia wakacji była zatruta. 

Spółdzielnia  ogrodnicza  płaciła  za  godziny.  Truskawek  obrodziło  mnóstwo,  dojrzewały, 

marnowały się, każda para rąk była pożądana. 

Po naradzie z dziadkiem chłopcy postanowili chodzić do pracy na zmianę co drugi dzień. Kostek 

co prawda aż wypieków dostał z obliczania, ile by zarobił, gdyby chodził dzień w dzień, nawet w 

niedzielę.  Gdyby  mu  płacono  za  sześć  godzin  dziennie,  za  osiem,  a  może  i za  dziesięć  godzin. 

Praca lekka. 

Ale dziadek się nie zgodził. Mogą iść tylko na trzy godziny i tylko co drugi dzień. Przyjechali do 

niego na wakacje, tak? On tu rządzi, tak? A co do lekkiej pracy, to „nie wierz gębie, aż położysz 

na zębie". 

Dziadek miał rację. Trzy godziny zbierania, schylania się albo siedzenia w kucki było jeszcze do 

wytrzymania. Dłużej nie. Zbierać trzeba było uważnie i starannie układać w łubianki. Za darmo 

nie płacono. 

Ten z chłopców, który zostawał w domu, zajmował się zakupami, gospodarstwem, troszczył się, 

aby  dziadek  miał  wszystko,  co  zalecił  doktor.  Wieczorem,  z  pomocą  dorosłego  syna  pani 

Gzymsowej, podlewano ogród. 

Po zachodzie słońca wychodził do ogrodu dziadek. Kolację jadali na werandzie razem. Śniadanie 

i obiad podawano dziadkowi do ciemnego pokoju. 

Całe  popołudnia  chłopcy  mieli  dla  siebie.  Chodzili  po  ulicach  Zielonego  Siodła,  oglądali  przez 

sztachety lub siatki domy znanych w Polsce ludzi. Dziadek powiedział im, gdzie mieszka sławny 

pisarz,  malarz  —  zdobywca  światowych  nagród,  grafik,  którego  dowcipne  rysunki  znali  z 

czasopism, popularny aktor, widziany w tylu filmach. 

To było interesujące. Będzie co opowiadać po powrocie z wakacji. 

Pewnego dnia wybrali się w stronę, gdzie Zielone Siodło, jeszcze pocięte ulicami, ale jedynie z 

nazwy, miało coraz mniej domów, coraz gęściej nieogrodzonych krzaków i drzew. 

Wiedzieli,  czego  szukają.  Byli  już  tutaj  raz  ze  Stefanem,  tego  majowego  popołudnia,  kiedy 

przyjechali po kwiaty dla Puci. 

Na  niewielkiej  polance  wśród  sosen  stał  stary  cyrkowy  wóz.  Stefan  nie  wiedział,  skąd  się  tu 

wziął. Może  ktoś w wojennej tułaczce przywędrował z nim w rodzinne strony? Może to był tak 

background image

zwany szaber, porzucony potem na odludziu? Musiał chyba służyć komuś za dach nad głową, gdyż 

w rogu dachu sterczał jeszcze kawałek blaszanej rury nakrytej kominkiem. 

Wielkie  koła  osiadły  w  ziemię,  deski  ścian  próchniały  z  roku  na  rok,  ale  trzymały  się  jeszcze 

razem. Wysoko umieszczone dwa wąskie okienka ziały z daleka jak otwarte oczy. Drzwi zdjęte z 

zawiasów leżały w środku wozu na dziurawej miejscami podłodze. Boczne, prowadzące do wozu 

schodki  miały  parę  stopni  wyrwanych.  Niebezpiecznie  było  po  nich  wchodzić.  Zresztą  po  co, 

skoro swobodnie można zajrzeć do pustego wnętrza. 

A  jednak  zaraz  wtedy  chłopcy  powiedzieli  sobie,  że  byłaby  tu  fajna  zabawa.  Mogłaby  to  być 

twierdza  albo  siedziba  sztabu  generalnego,  albo  schron,  albo  Błękitny  Ekspres,  albo  Batory 

przemierzający Atlantyk — wszystko. 

Postanowili dziś zajrzeć do starego wozu. Odnaleźli go szybko. 

Wstawione  drzwi  miały  przybity  skobel  i  zamknięte  były  na  kłódkę.  Jedno  okienko  zabito 

tekturą. 

Niestety, ktoś ich już uprzedził. 

Schodki podsypano kamieniami i ziemią, brakujące stopnie zastępowały równo ułożone cegły. 

— Ktoś tu mieszka — stwierdził Marcin. 

— Tonie jest do mieszkania — zaprzeczył Kostek. — Dach na pewno dziurawy, w deszcz leje na 

łeb. A ten skobel, ta kłódka w spróchniałych deskach?... Raz kopnąć, i koniec! 

— Szkoda — żałował Marcin — tak tu ładnie, strumień blisko, słyszysz? Słońce grzeje, aż pali, a za 

wozem cień. Chodź, siądziemy. 

— Skąd ten wóz mógł tu przyjechać? — zastanawiał się Kostek. 

— Ciężki. Jakie to konie musiały go ciągnąć! Dziadek nie wie? 

— Nie. Pytałem, ale nie wie. Właściciele tych domków w okolicy to przeważnie nowi mieszkańcy 

i  też  nie  wiedzą.  Dziadek  sam  był  ciekaw,  kto  nim  jechał,  co  wiózł?  Może  jakie  zwierzęta  do 

cyrku, które pozdychały w drodze? Może wojsko zabrało konie?... Różnie mogło się zdarzyć. Ty 

pewnie powiedziałbyś: skarby. Co, Kostek? 

— E tam, takie skarby! — wydyma pogardliwie usta Kostek. 

— W wózku! Para koni w XX wieku! Mnie najwięcej interesują skarby, których jeszcze człowiek 

nie odnalazł. 

— I może nigdy nie odnajdzie... 

—  Odnajdzie.  Ciągle  są  jakieś  wyprawy,  ekspedycje,  wykopaliska.  I  nagle  odnajdują  się  całe 

miasta, świątynie, posągi — aż dech zapiera, nie? 

— Może, kiedy szkołę skończysz, będziesz siedział gdzieś w dołku i ziemię widelcem drapał? 

— Nie śmiej się. Może. Ale to jest długa nauka, a ja mam tylko mamę... Jak myślisz, czy Sobieraj 

wysłał już z kolonii kartę do mojej mamy? 

— Jeżeli nie wysłał albo ją zgubił, to miałbyś klops nie z tej ziemi! O raju! 

background image

— Eee... obiecałem mu dwie rurki z kremem we wrześniu. Ale wiesz co? Chyba do niego napiszę i 

przypomnę. 

— Dla świętego spokoju napisz. Ja też muszę do mamy skrobnąć chociaż kartkę, ale mi się tak 

nie chce! 

— Chodźmy nad strumień — podniósł się Kostek. — Może tam są jakie ryby? 

—  Dobra.  Ale  wiesz,  jakbyś  mnie  podsadził,  tobym  zajrzał  przez  to  otwarte  okienko:  co  tam 

może być? No, przychyl się! 

— Nie szukajcie, czego nie zgubiliście.  Chcecie oberwać?! 

Obrócili się gwałtownie w stronę głosu. Obok schodków stał mocno opalony chłopiec, równy im 

wzrostem  i  chyba  wiekiem.  Ten  w  niebieskiej  koszuli,  który  pierwszego  dnia  ich  pobytu  w 

Zielonym Siodle zdenerwował Bobika. 

— To ty? — poznał go Marcin. — Przechodziłeś koło nas i drażniłeś psa? 

— Ja! No to co? — zuchwale odpowiedział chłopak. 

— Tu mieszkasz? Skąd jesteś? 

— Tu mieszkam. A skąd wy jesteście? 

— My z Warszawy — odpowiedział Marcin. — Przyjechaliśmy do dziadka, na Środkowej. 

— Macie wspólnego dziadka? 

— Nie, dziadek jest mój, ale kolega ze mną... 

— A kolega dlaczego z kolonii uciekł?... 

Kostek obejrzał się dokoła. Nikogo nie było, ale gdyby... 

— Co ci się śni? — próbował zagadać Marcin. — Kostek znikąd nie uciekał! 

—  Stałem  za  ścianą  i  słyszałem  wszystko.  Co  się  będziecie  zapierać!  Uciekł,  to  uciekł.  Miał 

powód. Bez powodu się nie ucieka. 

—  No  widzisz  —  ucieszył  się  Kostek.  —  Zgadłeś.  My  dawno  już  postanowiliśmy,  że  będziemy 

razem na wakacjach, i różne takie rzeczy. Więc jak Marcin tu przyjechał, ja też nie chciałem na 

kolonie. 

— Skarbów będziecie razem szukać? — uśmiechnął się chłopak. 

— O skarbach to tylko tak... A jak ty się nazywasz? 

— Alba. 

— I naprawdę tu mieszkasz? 

— Naprawdę. 

— A... jeść? Kto ci gotuje jeść? 

—  Sam  sobie  gotuję.  —  Alba  kiwnął  ręką  w  stronę,  gdzie  dopiero  teraz  zobaczyli  płaski  dołek, 

obłożony kamieniami, i wbite dwa rozwidlone na końcu paliki. — Chcecie zobaczyć? 

Wypełnił dołek chrustem, wyciągnął z jakiegoś ukrytego miejsca kawał żywicznej drzazgi, zapalił 

i podłożył pod chrust. Płomień buchnął trzeszcząc i dymiąc. 

background image

— Alba rzucił na ognisko kilka pełnych garści szyszek, których spory wzgórek był zgromadzony w 

pobliżu ogniska. Widać było, że jest zapobiegliwym gospodarzem. 

— Kostek i Marcin z zainteresowaniem śledzili ruchy Alby, siadłszy u ogniska na jakiejś kłodzie, 

która pewnie tu przy wleczona służyła za ławę. 

Alba kluczykiem wyjętym z kieszeni błękitnej koszuli otworzył kłódkę. Wyciągnął z wozu pręt i 

garnek z uwiązanym do uszu drutem. Pręt założył na widełki palików, do garnka nalał  wody, a 

wydostawszy z wozu stary koszyk, który nieść trzeba było ostrożnie, aby kartofli nie wysypać — 

szybko zaczął je obierać. 

— Chcecie? Kartoflanką was poczęstuję. Dobra. Z grzybami. Tylko chleba mam mało. 

— Nie. Dziękujemy — spróbowaliby z przyjemnością tej kartoflanki, w której suszone grzyby już 

pachniały, ale coś ich powstrzymywało od przyjęcia poczęstunku. 

—  Musimy  już  iść  —  mówił  Marcin  —  my  też  sami  robimy  kolację.  Jesteśmy  tylko  z  dziadkiem, 

który prawie nie widzi. 

—  Przyjdź  do  nas  na  truskawki.  Wielkie  jak  pomidory,  zobaczysz!  Mamy  namiot,  huśtawkę, 

przyjdź! 

— Zobaczy się. Może przyjdę  — odpowiedział Alba przyglądając się badawczo chłopcom.  — Ale 

nie gadajcie, że ja tu mieszkam . No! W razie czego, też jestem u dziadka na wakacjach! No! 

Nazajutrz Kostek sprzątał werandę i usłyszał nagle ujadającego Bobika. 

Zwrócił oczy w stronę furtki i zdawało mu się, że za siatką mignęła błękitna koszula. Ale nowy 

znajomy przyszedł dopiero na trzeci dzień. 

— Się masz! — powiedział do Marcina i zaraz zapytał, gdzie Kostek? 

— U ogrodników. 

— Jak to? — dziwił się Alba. — Macie taki duży ogród i kupujecie u ogrodników? 

Więc  Marcin  poinformował  go,  że  chodzą  na  zarobek,  żeby  nie  być  ciężarem  dziadkowi  i  mieć 

parę własnych groszy. 

— Dziadek nie trzyma cię darmo? Cóż to za dziadek? 

—  Po  pierwsze,  to  nie  jest  prawdziwy  dziadek,  a  po  drugie...  Ale  Albę  interesowało  tylko 

pierwsze  i  widać  było,  że  ta  wiadomość  bardzo  go  w  czymś  rozczarowała,  bo  powtórzył  kilka 

razy: 

— Więc to nie jest twój prawdziwy dziadek?! 

Marcin dziwił się, ale żeby już skończyć z dziadkiem, zaproponował truskawki. 

Gość chętnie skorzystał z zaproszenia i jadł z apetytem takim, jak Marcin czy Kostek pierwszego 

dnia. Teraz już im się przejadło. Tyle tego mieli i tu, i u ogrodników! 

Alba chyba znał się trochę na ogrodzie, bo od pierwszego spojrzenia poznawał, gdzie co rośnie. 

—  Pomidory  macie  ładne.  Już  bieleją.  Na  oknie  dojrzałyby  prędzej  —  mówił.  —  I  ogórki  już 

spore. Niezły grosz wziąłbyś za nie u tego w budce, przy spółdzielni. 

background image

— To dziadka. Dziadek powiedział, że będziemy jeść, jak urosną — odpowiedział Marcin. 

—  Ale  cynie!  Fiu!  fiu!  Ile  tu  kolorów!  —  Marcin  nawet  nie  wiedział,  że  te  piękne  kwiaty  na 

rabatach, stojące z podniesionymi ku słońcu główkami, tak się nazywają. — Okazowe! Sztuka w 

sztukę dwa złote! 

— Przecież to nie do sprzedania — tłumaczył cierpliwie Marcin. 

Bujali  się  na  huśtawce,  biegali  z  Bobikiem,  który  warczał  na  Albę,  ale  już  ciszej  —  wreszcie 

Marcin musiał się zabrać do obiadu i na werandzie zaczął obierać kartofle. 

— Przychodź wcześniej — powiedział do Alby — będziemy mieli więcej czasu. Śpisz tak długo? 

— Śpisz! — prychnął Alba. —Ty jeszcze śpisz, kiedy ja już koszyk grzybów niosę z lasu. 

— Co dzień grzyby? To ci się przeje. 

— Nie przeje, nie... Lepsze sprzedaję zaraz od ręki. A te gorsze suszę dla siebie. 

— Na słońcu? Przecież nie masz kuchni? 

— Na drucie nad ogniskiem, jeszcze lepiej niż nad kuchnią. Na słońcu robaki zeżrą. No to ja już 

pójdę. Przyjdźcie wieczorem, co? Dobra? Cześć!... 

 

XXII 

 

Wybrali  się  do  Alby  wcześniej  niż  za  pierwszym  razem,  a  przyszli  późno.  Słońce  czerwono 

malowało pnie sosen. 

Mieli po drodze wstąpić do spółdzielni po zapałki. Dochodzili już, gdy nagle w głębi poprzecznej 

uliczki zobaczyli idącego... Nemka. 

Skamienieli ze zdumienia. Nemek? W Zielonym Siodle? Nie w Bułgarii?... 

Nemek miał szybszy refleks. Zobaczywszy kolegów błyskawicznie zawrócił na piętach i popędził 

ile sił w nogach przed siebie. 

Kostek i Marcin ocknęli się z oszołomienia, pobiegli za nim. 

— Nemek! Nemek! Zaczekaj!... 

— Wariat! Nie uciekaj!... 

Odległość między Nemkiem a kolegami zmniejszała się szybko. Już słyszał tupot ich nóg tuż za 

sobą. Przystanął ciężko dysząc. Oni tak samo. 

— War... wariat — sapał Marcin. 

— Dla... dlaczego? —wtórował Kostek. 

— Bo... bo... bo się przestraszyłem — powiedział szczerze Nemek. 

— Przestraszyłeś się? Nie poznałeś nas? 

—  Poznałem.  I  właśnie  dlatego  przestraszyłem  się.  Przecież  powinniście  być  na  koloniach  pod 

Jelenią Górą. To daleko od Zielonego Siodła, więc... 

— A Bułgaria spod Zielonego Siodła jeszcze dalej — powiedział Kostek—więc... Nie pojechałeś?... 

background image

—  Nie  pojechałem  —  mówił  powoli  Nemek  nie  patrząc  kolegom  w  oczy.  —  Miejsca  nie  było... 

znajomi mamy męża... chcieli koniecznie... 

Marcin zrozumiał w lot i czym prędzej zaczął mówić o czym innym. 

— No to fajnie, że tu jesteś! Pokaż nam, gdzie mieszkasz. Będziesz  do nas przychodzić? Mnie z 

kolonii wywalili, wiesz? Ostatniego dnia, przez te pomysły. A Kostek uciekł z dworca i Sobieraj 

za niego kartę do jego mamy wyśle, bo Kostka mama nie wie, że on tu jest, i do tego ze mną. A 

ja jestem u dziadka, ale nie takiego prawdziwego, tylko trochę dalszego, ale fajny dziadek. 

Zatrzymali  się  właśnie  przed  piękną,  kutą  w  żelazie  bramą.  W  głębi  stał  parterowy  dom  o 

ścianach wyłożonych różowym piaskowcem. Od bramy do domu prowadziła szeroka wyżwirowana 

droga, obrzeżona z obu stron płytami chodnika. Na rabatach i klombach niedużego frontowego 

ogrodu kwitły róże — całe bukiety drobnych różowych róż. 

— Tu. U jednej pani — odpowiedział Nemek. 

— Dobrze tu? — pytali podejrzliwie chłopcy. 

— Dobrze... chyba dobrze... tylko nikogo więcej nie ma. Ta pani i ja. 

Jakby na zaprzeczenie słowom Nemka na ścieżkę zza domu wyszedł duży paw, zamiatając żwir 

ogonem.  Przystanął,  uniósł  głowę  w  stronę  chłopców,  namyślał  się  chwilę,  odwrócił  i  zniknął. 

Pióra w ogonie miał zupełnie wyszarzałe. 

Umówili się z Nemkiem na jutrzejsze popołudnie. Kupili zapałki i pognali do Alby. 

Z  daleka  już  zobaczyli  dymiące  ognisko  i  otwarte  drzwi  wozu.  Przechodząc  Kostek  rzucił 

ciekawym  okiem  do  środka.  Kupa  igliwia  pod  ścianą  przyrzucona  kawałkiem  koca.  Jakieś 

pudełko. Na gwoździu w ścianie — plecak. Nic więcej. 

Alba trzymał na kolanach garnek z zupą i łyżką skrobał już po dnie. Był wyraźnie zły. 

— Mieliście przyjść wcześniej, tak? 

—  Tak,  ale  słuchaj,  Alba  —  opowiadał  szybko  Marcin  —  spotkaliśmy  Nemka  Batorowicza.  No, 

kolegę z naszej klasy, rozumiesz? 

— Wielkie co! Kolega z klasy! Dawno go nie widzieliście! — wzruszył ramionami Alba. 

— Niedawno, prawda, ale on miał jechać do Bułgarii z matką, własnym samochodem, rozumiesz? 

— I żółwia miał mi przywieźć... — wtrącił Kostek. 

— .. .no i raptem — w Zielonym Siodle! Jak go zobaczyliśmy, to nas zupełnie zamurowało! A on — 

jak ruszył z kopyta!... Ledwo go dognaliśmy. Nas zamurowało, a on się przestraszył. Heca, co? 

— Przestraszył się, bo nałgał — stwierdził Alba. 

—  Nie  —  bronił  Nemka  Kostek.  —  On  nie  jest  taki  do  łgania.  W  ogóle  mało  mówi...  Jemu  było 

wstyd... Wykołowali go. 

— Wykołowali? Kto? 

— Może ten drugi ojciec? — domyślał się Kostek. — Zamiast Nemka pojechali jego znajomi. Mieć 

dwóch ojców to tak jak żadnego. 

background image

— To on ma dwóch ojców? — zdziwił się Alba. 

—  Jeden,  ten  prawdziwy  —  poszedł,  a  drugi  —  ten,  co  teraz  z  nim  jest.  I  widzisz:  jeden  na 

drugiego pewno się oglądał, a Nemkowi z wakacji wyszedł klops! 

—  Z  mojego  żółwia  też  klops!  —  stwierdził  ze  smutkiem  Kostek.  —  Taki  drugi  ojciec  to  — 

trucizna. 

— A twój ojciec jaki? — dopytywał Alba. 

— Mój ojciec nie żyje. Dawno. Mało go pamiętam. Mnie wychowała mama, tylko mama, chociaż 

Alicja mówi, że ona też. 

— Alicja? 

— Kostek ma siostrę, dorosłą, już pracuje — wyjaśnił Marcin. 

Alba rzucał pytanie jedno za drugim, wypytywał o wszystko. O ojca, matkę, braci. 

Chłopców to nie dziwiło: dopiero ich poznał, mało co o nich wiedział, widocznie był ciekaw. 

Ale kiedy w pewnej chwili zapytał Marcin: 

—  A  twoi  rodzice?...  —  Alba  szybko  powstał,  nalał  wody  do  garnka  po  zupie,  zawiesił  nad 

dogasającym ogniskiem, dorzucił szyszek i powiedział: 

— No, dziadek wam wsypie! Ani kolacji, ani zapałek, a słońce już zaszło. 

Porwali się na nogi. Przy ognisku, przy opowiadaniu o swoich, zapomnieli o czasie. 

— Alba, przyjdź do nas jutro po południu. Będzie Nemek. Przyniesie piłkę. No? 

— Nemek? — powtórzył Alba. — Co to za imię? 

— Nemezjusz. Nie bój się: prawdziwe. Jest w kalendarzu. Przyjdziesz? 

— Zobaczy się — odpowiedział Alba. 

— O swoich starych nie chce gadać — mówił po drodze Kostek. —Może on od nich uciekł?... 

— Ale nas wypytywał, nie? O ojcu, sam słyszałeś, dwa razy musiałem to samo... Skąd on jest? Co 

robi? I gdzie wróci, bo przecież zimować tu nie będzie?... 

Nemek przyszedł na Środkową do kolegów, ale ze swoją opiekunką, starszą panią, która pomimo 

tuszy nie przestraszyła się ładnego kawałka drogi. 

Bobik od razu poczuł obcych i zaczął ujadać szarpiąc się na łańcuchu. Marcin i Kostek wybiegli 

gościom naprzeciw i milczeli onieśmieleni widokiem nieznajomej. 

— Trafiłem! — ucieszył się Nemek. — Proszę pani, to właśnie są moi koledzy: Marcin i Kostek. 

—  Czego  tak  stoicie  jak  kamienne  słupy!  —  zaczęła  szybko  i  głośno  ubrana  czarno  osoba.  — 

Powiedzcie: „Dzień dobry pani!" Ukłońcie się porządnie. 

— Dzień dobry pani! — ukłonili się jak na komendę i bardzo porządnie. 

— U kogo tu mieszkacie? 

— U mojego dziadka, proszę pani... 

— U dziadka! To mi nic nie mówi. Jak się nazywa twój dziadek? 

— Mój dziadek nazywa się Zygmunt Dziewałtowski, proszę pani. 

background image

—  Pan  Dziewałtowski!  —  rozpromieniła  się  pani.  —  Drogi  pan  Dziewałtowski!  Znam  go,  znam 

doskonale  z  tych  pierwszych  lat  po  wojnie,  kiedy  tu  pracował  w  radzie  narodowej,  kiedy 

wszystko organizował. Energiczny, uczynny, a jaki życzliwy! Jest w domu? 

— Jest, proszę pani, w domu, ale choruje na oczy i musi przebywać w zaciemnionym pokoju. 

— Co ty mówisz! — zmartwiła się pani. — A któż się nim opiekuje? 

— My — oznajmił dumnie Marcin. — Ja i Kostek. 

— I żadnej kobiety tu nie ma? 

— Nie ma, proszę pani, bo... — Marcin chciał powiedzieć: „tak lepiej" — ale w porę ugryzł się w 

język. 

— Pobiegnij do dziadka — poleciła Marcinowi przybyła — i powiedz mu, że przyszła pani Wiktoria 

Kuleszyna,  wyraźnie  powiedz:  pani  Wiktoria  Kuleszyna.  I  spytaj,  czy  można  wejść  na  chwilkę 

rozmowy. 

Marcin  pobiegł,  a  pani  Kuleszyna,  rozglądając  się  po  czysto  zamiecionym  otoczeniu  werandy, 

zwróciła się do Nemka: 

— Teraz jestem spokojna. Do pana Dziewałtowskiego pozwolę ci, Nemeczku, przychodzić. Mam 

nadzieję, że chłopcy, którzy są u niego, to przyzwoici chłopcy. 

Marcin już wracał. 

— Dziadek prosi, żeby pani była łaskawa wejść — Marcin znowu się porządnie ukłonił. 

— Prowadź mnie do dziadka! — rozkazała pani Kuleszyna. Marcin posłusznie spełnił jej życzenie. 

Kostek kiwał głową z politowaniem. 

— Ależ się ten Marcin rozszastał! 

— Pani Wiktoria to lubi — tłumaczył Nemek — i dobrze, że zna waszego dziadka, będzie mnie tu 

puszczać. A cały dzień w tym ogródku, tylko z pawiem, to... 

— Urządzili cię, można powiedzieć — współczuł Kostek. 

— Tam miał być jeszcze jeden chłopiec  — dorzucił szybko Nemek — ale zatelefonowali, że nie 

przyjedzie. 

— Jest telefon? A telewizor? 

— Nie. Pani Wiktoria mówi, że trupem padnie, a telewizora na próg nie puści. 

Marcin wyskoczył z talerzem po truskawki. Dziadek chciał gościa poczęstować. 

— A co wy robicie cały dzień? — dopytywał Nemek. — Nie nudzi wam się? 

— Nie. Do południa jest robota w domu i w ogrodzie. Chodzimy do spółdzielni na zarobek. A po 

południu ganiamy. Szkoda, że nie ma piłki. Jest nas teraz czterech, można by grać. 

— Ja mam futbolówkę. Ale gdzie czwarty? 

— Jest. Fajny chłopak. Na pewno ci się spodoba. Jutro przynoś piłkę. 

Była piłka, było ich czterech, brakowało tylko miejsca, na którym można by kopać. 

Wtedy Alba doradził targowisko. 

background image

Między Środkową i Długą w pewnym miejscu urywały się domy po obydwu stronach i właśnie tam 

ogrodzono  żerdziami  duży  plac,  na  którym  w  środę  i  sobotę,  dni  targowe,  odbywał  się  targ.  Z 

boku  wkopano  tu  przykryte  daszkami  stoły,  na  których  sprzedawczynie  rozkładały  masło,  sery, 

śmietanę,  owoce.  Warzywa  sprzedawano  wprost  z  wozów  i  stert  rzuconych  na  ziemię. 

Nieszczęsne  ptactwo  z  powiązanymi  nogami,  a  co  gorsza  skrzydłami,  leżało  pokotem  na 

wydeptanej trawie. O godzinie dwunastej targ był już zakończony, a kiedy chłopcy przybiegli po 

południu,  plac  był  wymieciony  do  czysta  przez  dozorcę,  a  śmieci  wrzucone  do  olbrzymiego 

śmietnika. 

Kiedy  Alba  pierwszy  raz  przyszedł  na  piłkę,  trójka  kolegów  już  na  niego  czekała.  Rzucił  swoje 

„się macie!", a spojrzawszy na Nemka powiedział: — Nemek, to ty? 

—  Tak.  Ja  —  odpowiedział  Nemek  i  można  było  myśleć,  że  jest  to  albo  swojego  rodzaju 

zapoznanie się, albo że ci dwaj już się gdzieś widzieli. 

Kopało się wspaniale. Plac był duży, twardo ubity, odsunięty od najbliższych domów. Okrzyki i 

wołania nie przeszkadzały nikomu. 

Zaraz też znalazło się więcej amatorów futbolu. Co dzień, co godzina wyrastali jak spod ziemi 

kibice, którzy nie wiadomo kiedy włączali się do gry. Po tygodniu były pełne dwie drużyny. 

Tego  dnia,  kiedy  Nemek  zaraz  po  obiedzie  przybiegł  z  piłką,  przyniósł  również  parę  dobrych 

metrów mocnego, choć niegrubego łańcucha. 

Kiedy go rzucił na schody werandy, Marcin i Kostek spojrzeli po sobie: skąd Nemek wie, że im do 

pracy nad charakterem potrzebny jest łańcuch? Czy on może też chce... z nimi razem? 

—  Nie  myślisz,  że  za  cienki?  —  spytał  Marcin,  który  już  wyobraził  sobie,  jak  trudno  będzie  

czyścić takie drobne ogniwka. 

— Nie. To mocny łańcuch. Dała mi go pani Wiktoria, kiedy powiedziałem, że wasz Bobik męczy 

się na krótkim. Ona też kiedyś miała psa, ale zdechł. 

A więc to dla  Bobika! Też dobrze. I zaraz dosztukowano Bobikowi przestrzeni życiowej, a pies 

szalał z radości. 

Pewnego dnia, zmordowani kopaniem piłki, rzucili się w domu na truskawki, a kiedy już Nemek i 

Alba odeszli, Marcin powiedział: 

— Czas leci jak ta lala! A co z pracą nad charakterem? 

— Nemek przypomniał — zgodził się Kostek — ale... łańcucha nie ma. Trudno. 

— Bo tobie się łańcuch nie podoba, ja wiem. — Marcin wyraźnie posądzał Kostka o wygodnictwo. 

—  „Nie  ma  łańcucha  —trudno"  —  przedrzeźniał.  —  A  ja  ci  mówię,  że  jak  nie  ma,  to  go  trzeba 

poszukać,  wiesz?  I  zaraz  dzisiaj  zapytam  dziadka.  Bo  mnie  się  zdaje,  że  w  tej  zamkniętej 

komórce  muszą  być  różne  rzeczy.  Zaglądałem  przez  szparę.  Czego  tam  nie  ma!  Może  być  i 

łańcuch! Zapytany dziadek zastanowił się chwilę. 

background image

—  Łańcuch?  Powinien  chyba  gdzieś  się  znaleźć.  Przecież  dawniej,  kiedy  tu  była  kupa  ludzi, 

mieliśmy krowę. Chodziła po pastwisku na długim łańcuchu. Ale to był gruby łańcuch. Za gruby 

dla  Bobika.  I  wcale  nie  uważam,  żeby  mu  był  potrzebniejszy  jeszcze  dłuższy.  A  poza  tym, 

powiem wam, co mi się nie podoba: nie podoba mi się, żeście przedłużyli Bobikowi wolność bez 

mojej zgody! Tak! — pan Dziewałtowski stuknął przy tym mocno laską w podłogę. Obaj chłopcy 

speszyli się nie na żarty., 

— Bo... bo... proszę dziadka—jąkał Kostek, który starszego pana nazywał tak na jego polecenie 

— Bobikowi było za krótko. Naprawdę. 

—  Ale  jeżeli  dziadek  sobie  nie  życzy,  to  my...  przedłużenie  skasujemy  —  chciał  naprawić  gafę 

Marcin. 

—  Łańcuch  był  za  krótki  i  dobrze,  że  jest  dłuższy.  Ale  trzeba  się  było  mnie  o  zgodę  zapytać. 

Pamiętajcie o tym. A teraz mówcie: na co wam ten łańcuch? 

Marcin  milczał.  Kostek  również.  Patrzyli  na  siebie  przez  stół  i  widać  było,  że  pytają  się 

nawzajem; powiedzieć dziadkowi czy nie?... 

—  Nie  chcecie  —  nie  mówcie  —  dziadek  stuknął  znowu  laską.  Widać  było,  że  jest  dotknięty 

brakiem zaufania. — Ale i ja na nie wiadomo co łańcucha nie dam. Nie ufacie mi? Wzajemnie! 

—  Dziadku!  —  Marcin  widział,  że  nie  ma  innego  wyjścia,  tylko  powiedzieć  prawdę.  —  My  nie 

dlatego, że nie ufamy... tylko... może się dziadek będzie śmiać? 

— Jeżeli śmieszne, to dlaczego miałbym się nie śmiać? Mów! 

Więc  Marcin,  popierany  od  czasu  do  czasu  krótkim  słowem  lub  kiwaniem  głowy  Kostka, 

opowiedział  o  wspólnym  postanowieniu:  łańcuch  potrzebny  im  jest  do  pracy  nad charakterem. 

Duży, gruby łańcuch, który można by czyścić, dzień w dzień, ogniwo za ogniwem — do blasku. 

Pan Dziewałtowski słuchał, milczał, pociągał co chwila koniec lewego ucha, jakby je masował, i 

przenosił oczy zasłonią te ciemnymi okularami to na Kostka, to znów na Marcina. 

Czekali dobrą chwilę na jego zdanie. 

—  Łańcuch...  cóż...  można  spróbować...  Spróbujcie—przyzwolił  poważnie.  —  Powinien  być  na 

strychu,  w  dzień  poszukajcie.  Spróbujcie.  I  pamiętajcie.  —  Dziadek  już  podniósł  się,  wysoki, 

ogromny, z przerzedzoną siwą grzywą nad czołem. —Ze mną tylko prostą drogą. Dobranoc. 

Łańcuch  znaleźli  na  strychu.  Był  gruby,  ogniwa  miał  spore,  akurat  takie  do  czyszczenia.  I 

zardzewiał  mocno,  było  co  czyścić.  Tylko  długość  nie  przedstawiała  się  imponująco  —

wszystkiego dziewięć metrów. Zmierzyli. 

— Mało — twierdził Marcin. — Po cztery i pół metra, cóż to jest! Mucha! 

— Eee... — Kostek się nie zmartwił. — Dobre i to. Przygotowali jeszcze przed pójściem Kostka do 

pracy cegłę, ostry piach i wybrany spod kuchni popiół. 

background image

Zaraz  po  południu  wzięli  się  do  roboty.  Usiedli  pod  sosnami,  każdy  miał  w  blaszankach  obok 

siebie „proszki do czyszczenia", każdy siedział nad swoim końcem łańcucha. Środek naznaczony 

był kolorową szmatką. Ciekawe, kto pierwszy do niego się zbliży?... 

Próbowali  na  sucho,  na  mokro,  z  wodą,  ze  śliną.  Mieszali  popiół  z  piaskiem,  piasek  z  cegłą. 

Marcin zrobił nawet za zezwoleniem dziadka mieszankę ze starej oliwy i octu. 

Usmarowali się jak nieboskie stworzenia! Alba na ich widok wybuchnął śmiechem. 

— Po jakiego czorta wam ten łańcuch? 

—  Tak...  tak  sobie...  żeby  był  porządek  —  odpowiedzieli  wymijająco.  Nie  chcieli  go 

wtajemniczać w sekret. 

—  Dziadek  wam  kazał?  —  domyślił  się  Alba.  —  Radzę  wam,  wymigajcie  się  z  tego.  Głupiego 

robota: łańcuch prędko zardzewieje znowu, i co? Od początku?... 

Nemek przestraszył się ich wyglądem. 

—  Nie  mordujcie  się  tak!  W  przyszłym  tygodniu  pojadę  do  Warszawy,  to  wam  przywiozę 

specjalny płyn, od którego rdza spływa jak woda. Ani odrobiny nie zostaje! 

Tu zostawało. Po godzinie tarcia ogniwo Marcina trochę połyskiwało po zewnętrznej stronie. Do 

środka, pomimo że było duże, trudno się było dostać. Ogniwo Kostka ciągle było usiane żółtymi 

piegami, jak jego twarz. 

— Cholera! — powiedział w pewnej chwili Marcin. — Mam na dzisiaj dość! — I cisnął swój koniec 

łańcucha w trawę. 

— A ja i na dziś, i w ogóle. Idę grzać wodę. Pod pompą nie odmyjemy się do jutra rana. — Kostek 

wstał,  wytarł  szmatą  ręce,  otrzepał  spodnie  i  dodał:  —  Dziadek  jest  mądry:  „Spróbujcie"... 

Spróbowałem i wysiadam. 

 

XXIII 

 

I  rozgrywano  mecz Zielone  Siodło —  Warszawa.  Oczywiście  stolica  była  górą.  Marcin  wracał  do 

domu upojony. Dziwił się, że Kostek nie podzielał jego entuzjazmu. Dlaczego? 

— Normalnie. Wbiliśmy — ale komu? Najpierw ich podciągnijmy, potem się zobaczy. 

Marcin stracił humor i do kolacji nie odezwał się ani słowem. Czuł, że przyjaciel miał rację. 

Po  południu  następnego  dnia,  gdy  obie  drużyny  zebrały  się  znów  na  placu  targowym,  Marcin 

wziął swoich na bok i szybko, jakby się spiesząc, żeby go Kostek nie ubiegł, zapowiedział krótką 

sztabową naradę. 

— Widzicie chyba, że gramy z patałachami? Żadnego zadowolenia człowiek z tego nie ma. Więc 

zróbmy inaczej: podciągnijmy ich, co? My z Kostkiem... 

Alba przymrużył oczy i przerwał: 

background image

— Ty, Marcin, jesteś kiepski wariat! To zardzewiałe łańcuchy czyścisz, to znów chcesz zakładać 

kursy futbolowe. Wakacje się skończą, a z tych robótek się nie wygrzebiesz, wiesz? 

— Nie, dlaczego? — Nemek też domyślił się, co chciał zaproponować Marcin. —To zdolni chłopcy. 

Widzieliście, jak Janik wczoraj podawał piłkę? 

— Jeden Janik — upierał się Alba. — O centrowaniu pojęcia nie mają. O obronie też. 

— Grałeś zawsze na prawdziwym boisku, tak? — pytał Nemek. 

— Nauczymy ich — powiedział krótko Kostek. 

Więc  nie  było  już:  Stolica  —  Zielone  Siodło,  tylko  Niebiescy,  bo  jeden  bramkarz,  Alba,  miał 

niebieską koszulę, i Czarni, bo drugi — Marcin, po Wacku odziedziczył czarny bawełniany golf. 

Był jeszcze trzeci kolor: Zieloni. To ci, którzy stale mieszkali w Zielonym Siodle. A do tego i pod 

względem sprawności sportowych byli  jeszcze bardzo zieloni. Ale Zieloni grali P° obu stronach 

boiska  i  było  zapowiedziane,  że  —  po  pierwsze:  jeżeli  ktoś  w  ferworze  gry  zawoła  „Spalony—

Zielony",  rnają  się  nie  obrażać,  a  po  drugie:  przygotowanie  bramek,  czyli  czterech  wbitych 

kołków, które po grze trzeba było uprzątnąć, też jest ich obowiązkiem. 

Za  to  uczyli  się  centrowania,  podawania  i  bicia  goli.  Szkolili  sobie  skrzydłowych,  obrońców, 

kapitanów, a w perspektywie i bramkarzy. 

Któregoś dnia o zmierzchu dziadek powiedział, żeby położyć łańcuch na miejscu. Leży w trawie 

od kilku dni. Rosa. 

Więc  Marcin  przyznał,  że  próba  się  nie  udała...  Widać  naprawdę.  ..  z  tym  charakterem... 

trudno... 

— Zawracanie głowy — powiedział dziadek.  — Do charakteru potrzeba ludzi, nie zardzewiałego 

żelastwa. 

Co oznaczały te słowa? 

Kostek  przytaknął  głową  i  zrobił  minę,  jakby  rozumiał,  więc  i  Marcin  nie  chciał  pytać.  Myślał, 

myślał, aż poszedł spać. Zapomniał wtedy spuścić psa z łańcucha. 

W  nocy  z  ogrodu  skradziono  pomidory.  Te  najładniejsze,  które  już  różowiały.  Chłopcy  spali 

mocno,  dziadek  słyszał  ujadającego  Bobika,  ale  nie  wstawał  —  przecież  Bobik  szczekał  na 

każdego, kto przechodził za siatką. 

Marcin nie mógł sobie darować, że dziś właśnie na noc zapomnieli spuścić z łańcucha Bobika. Ale 

tak  dobrze  szło  kopanie  piłki!  Nemek  miał  rację:  postępy  Zielonych  były  widoczne  z  dnia  na 

dzień. 

Stało się to zapewne nad ranem, kiedy sen jest najmocniejszy. Złodziej przyszedł o brzasku, nie 

świecił chyba latarką? A może rwał przy księżycu? 

Gdyby to się stało w środku nocy, usłyszeliby na pewno, bo było wtedy takie parę minut, kiedy 

nie spali. 

background image

Pierwszy  przebudził  się  Marcin.  Usłyszał  ciężkie,  stłumione  stękanie  przyjaciela  ze  stojącej 

blisko jego łóżka kanapy. 

Zerwał się. Myślał, że Kostkowi coś się stało. Może mu agrest zaszkodził 1... 

— Kostek! Kostek! Co ci jest? — pytał pochylając się nad głową Kostka, którą dobrze widział na 

poduszce. Noc była księżycowa. 

Kostek otworzył oczy. Ocknął się i przestał stękać. 

— Co? Co się stało?... — pytał przytomniejąc. 

— Nic. Tylko tak jęczałeś, myślałem, że cię brzuch boli albo co. Zląkłem się... 

— Oj, Marcin — westchnął z ulgą Kostek — tak mi się śniło... Oj, dobrze, że to tylko sen... 

— No? Co?... — Marcin przysiadł na Kostkowym kocu. 

—  Skoczelowa!...  Goniła  mnie  i  wołała:  „Uciekłeś  z  kolonii!...  Ale  cię  złapię!"  A  ja,  Marcin, 

mówię ci, gnałem, ile sił w nogach, ale już była blisko, bo waliza ciężka... 

— Nie mogłeś walizy rzucić? 

— Dobryś! Dałaby mi mama, nie dość, że uciekłem, to jeszcze i walizkę zgubiłem, no!... 

— Cii!... Dziadek!... —Marcin obejrzał się niespokojnie na uchylone drzwi do drugiego pokoju. 

Zasnęli zaraz mocno i już do rana bez przebudzeń. 

Szkoda  w  ogrodzie  nie  była  wielka.  Dziadek  założył  swoje  najciemniejsze  okulary  i  wyszedł 

zobaczyć. 

— Dobrze chociaż, że nie połamali krzaków. Inne pomidory dojrzeją. Obejdźcie całe ogrodzenie  

i  poszukajcie śladów. 

Były — pod wjazdową bramą. Tam gdzie kończyło się zabezpieczenie siatki kolczastym drutem. 

Wyraźne  ślady:  gumowe,  dość  duże  podeszwy  w  kratkę,  wbite  dokładnie  w  ziemię  —  to  przy 

zeskakiwaniu z bramy. 

Dziadek  kazał  iść  do  pani  Gzymsowej  i  prosić,  żeby  wieczorem  przyszedł  syn  i  pomógł  owinąć 

kolczastym drutem górną listwę bramy. 

Śniadanie jedli bez apetytu, w milczeniu. 

Niby niewielka strata, a czuli się paskudnie, jakby chcieli coś wstrętnego wypluć. 

— Ten czwarty to kto? — zapytał nagle dziadek. 

— Czwarty? Dziadek myśli: Alba? — spytał zaskoczony Marcin. 

— Was jest dwóch. Nemek trzeci. Nemka znam, zawsze zajdzie powiedzieć „dzień dobry" i kiedy 

pani  Kuleszyna  jedzie  do  Warszawy,  pyta,  czy  czego  nie  potrzebuję.  A  ten  czwarty?  Był  tu 

przecież u was raz i drugi. Nic mi o nim nie mówiliście — w głosie dziadka brzmiał wyrzut. 

Chłopcy speszyli się. 

— To Alba... — tłumaczył Kostek. — Nazywa się Albin i jest taki jakiś... dziwny. 

— Mieszka na końcu Podleśnej, tam gdzie już zaczynają się place — Marcin mrugnął do Kostka. 

— Powiedziałeś „dziwny". Dlaczego? — zwrócił się dziadek do Kostka. 

background image

— Bo się tak wypytuje... Marcin, prawda? O oj ca, o matkę, o braci, o siostry... 

— Tak — potwierdził Marcin — jak tylko gdzie idziemy albo przysiądziemy, zaraz zaczyna. I tak 

niby niechcący: „Dziś gotuję grzybową zupę. A twoja mama co gotuje? A w niedzielę co? A czy 

gotuje to, co ty lubisz?" Albo: „Lubisz chodzić do kina? Z ojcem? A czy ojciec mówi, jak mu się 

film podoba? A często daje ci na kino?" 

— I nagle pyta — włączył się Kostek — „Jaka jest twoja mama? Wysoka? A jakie ma oczy? A czy 

lubi śpiewać?" 

—  Tak,  dziadku.  Nawet  mnie  kiedyś  prosił,  żeby  mu  pokazać  fotografię  mamy.  No!...  A  jak 

powiedziałem, że nie mam, to patrzył na mnie, jakbym kłamał. Naprawdę! 

— Asam—milczek. Raz Marcin zapytał o jego matkę, to zaraz tak zgrabnie wykręcił: „O. patrzcie! 

Kraska leci!" — i za—pytlował na amen. O raju! — krzyknął nagle Kostek spojrzawszy na zegar. — 

Spóźnię się do roboty! 

Dzień zapowiadał się upalny, duszny. Od dłuższego czasu trwała spiekota i ludzie wyczekiwali z 

upragnieniem  deszczu.  Ale  co  się  pokazywała  jakaś  nadzieja  w  postaci  kłębiastych,  ciężkich 

obłoków, wiatr rozwiewał ja bez śladu. Dziś może będzie inaczej? 

Marcin czuł po prostu namacalnie, jak powietrze ciężko napiera na niego. A może to było tylko 

przykre samopoczucie po odkrytym złodziejstwie? 

Listonosz wprowadził rower, oparł go o drzewo, zdjął czapkę i ocierał chustką duże krople potu. 

Dziadek usłyszał. Niecierpliwie wyszedł na werandę. Czekał na listy od Stefana i od Helenki. 

— Dzień dobry panu! Jak zdrowie? — pytał uprzejmie listonosz. — Zaraz się pan lepiej poczuje, 

bo  listy  są  aż  trzy.  Jak  nie  ma,  to  nie  ma,  a  jak  są.  to  od  razu  trzy!  —  podawał  dwie  białe 

koperty i jedną niebieską. 

Dziadek cieszył się jak dziecko. 

—  Może  ja  przeczytam?  —  proponował  Marcin.  Dziadkowi  przecież  nie  wolno  męczyć  oczu, 

chociaż lekarz stwierdza dużą poprawę. 

— Dobrze. Najpierw powiedz mi, skąd te listy? No, odczytaj z pieczątki pocztowej. 

— Opole—czytał Marcin. 

— To od Helenki! 

— Wrocław... 

— Od Stefana! 

— Jelenia Góra... 

— Jelenia Góra? Kto może do mnie pisać z Jeleniej Góry? — zastanawiał się starszy pan, a Marcin 

oglądał kopertę. 

— To do Kostka! O, dziadku, pisze wyraźnie: Kostek Przegoń, Zielone Siodło pod Warszawą, ulica 

Środkowa 31. Tak. To Janek Sobierajski! Z kolonii! Na odwrocie jest adres nadawcy. To kolega z 

naszej klasy! 

background image

— Dobrze. Czytaj listy do mnie. 

Wiadomości  były dobre.  Szkarlatyna  miała  lekki  przebieg,  obaj  chłopcy leżeli  w  szpitalu,  mieli 

nadzieję, że coś im jeszcze z wakacji zostanie, ale mało, więc chyba nie przyjadą. 

List Stefana też ucieszył dziadka. 

Marcin odczytywał zawarte w nim wiadomości automatycznie, bo tracił przytomność ze strachu: 

co się stanie, jeżeli dziadek każe otworzyć list od Sobieraja, a tam będzie o Kostkowej ucieczce 

albo o czymś takim, co wydobędzie na jaw nagą prawdę?... 

—  List  do  Kostka  połóż  na  parapecie  okna.  Jak  przyjdzie  na  obiad,  przeczyta  —  powiedział 

dziadek i Marcinowi dusza zeszła z ramienia. 

—  A  może  to  coś  ważnego?  Dziadku,  może  ja  bym  mu  zaniósł?  Przecież  do  ogrodników 

niedaleko... 

—  Od  kolegi  z  kolonii  to  chyba  nic  pilnego  —  powiedział  dziadek.  —  Dziwne  tylko,  że  Kostek 

zdążył dać mu adres, zanim się spóźnił na pociąg. 

— A może... pewno... stąd do niego napisał! — Marcin rozpaczliwie próbował ratować sytuację. 

— Aaa! Rzeczywiście!... Nie przyszło mi to do głowy — powiedział rozweselony, chyba dobrymi 

wieściami od dzieci, dziadek i poszedł słuchać radia do ciemnego pokoju. 

List Sobieraja był krótki: 

„Dwie  rurki  z  kremem  —moje.  Kartę  do  twojej  mamy  wrzuciłem.  Wczoraj  przyszedł  do  ciebie 

list. Jest u Skoczelowej. Basior widział. Tu jest fajnie, ale ciastek nigdzie nie ma. 

—  Kto  mógł  do  mnie  pisać?  Mama?...  —  zastanawiał  się  Kok  i  wcale  nie  był  z  tej  wiadomości 

zadowolony,  ale  pocieszył  się  prędko:  —  Dobrze,  że  to  list,  bo  jakby  była  karta  od  mamy, 

Skoczelowa na pewno przeczytałaby i dopiero byłby klops! 

— I tu o mały włos miałbyś klops, gdyby dziadek spytał, czy Sobieraj ma twój adres. 

— Sobieraj jest osioł nie z tej planety. Mówiłem mu, żeby  napisał do ciebie. Ale jemu  od tego 

słodkiego zrobił się w głowie kit! — wściekał się Kostek. — Dobrze, że dziadek nie spytał. 

Na  spokój  nie  zanosiło  się  tego  dnia.  W  powietrzu  wisiała  burza.  Futbolu  dziś  nie  będzie,  bo 

Nemek pojechał z panią Kuleną do Warszawy. Wróci autobusem dopiero o osiemnastej o nawet 

później.  Marcin  z  Kostkiem  mają  po  niego  wyjść  przystanek.  Z  Albą  umówili  się,  że  zajrzą  do 

niego  zaraz  po  objedzie.  Zostawi  im  pieczonych  kartofli,  a  potem  wybiorą  się  do  lasu.  Pokaże 

im,  gdzie  chodzi  na  grzyby.  Alba  siedział  koło  wygaszonego  ogniska,  na  kłodzie,  z  opuszczoną 

głową. Nie odezwał się na ich wesołe okrzyki. 

— Alba! Alba, co ty? — trącił go w ramię zaniepokojony Marcin. Ogarnęło go złe przeczucie. 

Alba! Stało się co? 

Chłopiec  podniósł  głowę  i  zobaczyli  wtedy  jego  oczy  pełne  Daczy  i  twarz  ubrudzoną  szarymi 

smugami, jakby po płakał. Nigdy go takim nie widzieli! 

Okradli mnie... Wszystko... 

background image

— Też w nocy?! — zawołał Kostek. 

— Bo u nas w nocy był złodziej — szybko mówił Marcin. 

W nocy usłyszałbym, ja czujnie śpię. Musiał to zrobić, kiedy poszedłem na grzyby — podniósł się i 

prowadził  do  domu  —  kłódkę  ze  skoblem  wyrwał.  Zabrał  wszystko.  Igliwia  nie  przykrywał  już 

koc. Nie było na ścianie plecaka. 

Co zabrał? — pytał Kostek. 

Miałem dwieście siedemdziesiąt złotych schowane w portfelu i to wyniuchał — wyliczał Alba — a 

w plecaku: koszulę, sweter i półbuty. Obłowił się! Musiał czekać w krzakach, aż wyjdę. O, drań! 

I komu to zabrał?! — wybuchnął żalem pomieszanym z wściekłością. — Komu?! Przecież zostałem 

tylko  w  tym,  co  na  sobie!...  W  podartych  gumowcach!...  Na  zimę!  —  odwrócił  się  gwałtownie 

plecami, nie chciał, żeby widzieli... 

— Na zimę? — Kostek spój rżał na Marcina i powtórzył: — Na zimę? 

— A co? — mówił odwrócony ciągle Alba. — Stary piecyk miałem tanio dostać i rurę. Nie bój się, 

obetkałbym dziury, byłoby ciepło. I szczeniak by mnie grzał. Miałem już upatrzonego. Dokąd go 

teraz wezmę?... 

— Mogłeś mieć szczeniaka? — Kostka zabolała najwięcej utrata tej możliwości. — Pewnie, tu by 

ci nikt nie zabronił... 

— Alba! — wtrącił wstrząśnięty Marcin. — Trzeba coś zrobić. Chodźmy zawiadomić milicję! Może 

złodzieja złapią. 

— Milicję! — Alba odwrócił się nagle do nich. Oczy miał suche. — Jeszcze tylko brakuje, żebyście 

mi tu na kark sprowadzili milicję! Ani mi się ważcie! 

Na widok twarzy Alby, zeszpeconej źle ukrywanym strachem, Marcina przeszyło podejrzenie. 

— Dlaczego się boisz milicji? Alba!... Skąd miałeś pieniądze?... 

— Coś ty, Marcin! — wtrącił się Kostek nie mniej przestraszony, ale i oburzony posądzaniem. 

Alba nie wybuchnął, jak spodziewał się Kostek, ani złością, 

ani żalem. Patrzył poważnie na Marcina. 

— Złodziejem nie jestem — powiedział wreszcie biorąc głęboki oddech. — Ja, bracie, prowadzę 

buchalterię: co, kiedy i od kogo dostałem za robotę. Kiedy namawialiście mnie do ogrodników — 

nie  chciałem.  Dlaczego?  Dlatego,  że  tam  trzeba  podać  adres,  gdzie  się  mieszka.  Nie  mam 

adresu. I teraz milicji nie chcę widzieć dla tego samego. Złodzieja nie znajdą. Może to był jakiś 

włóczęga,  poszedł  już  albo  pojechał  za  moje  pieniądze  daleko.  Za  to  będą  pytać,  jak  się 

nazywam, a skąd, a którędy, a kiedy? A ja im tego nie powiem! 

— Uciekłeś? — zapytał Kostek. 

— Uciekłem... Ty też uciekłeś. 

— Rodzice cię szukają? — to: Marcin. 

background image

—  Nie  szukają,  nie.  Ja...  nie  mam  rodziców.  —  Alba  podszedł  do  ogniska,  nachylił  się  i 

rozgrzebywał popiół, jakby szukał tam iskierki żaru. 

— Jemu było tam źle — powiedział cicho Marcin do Kostka. Alba usłyszał. 

—  Źle?...  Dostawałem  jedzenie,  miałem  swoje  łóżko,  chodziłem  do  szkoły.  Ubranie  też  — 

wszystko.  Wszystko  było  wspólne,  wszystko  było  razem...  Źle?...  —  powtórzył  Alba  odchodząc 

znowu  do  chłopców  i  siadając  obok  nich  na  kłodzie.  —  Nie.  Ale...  ale  ja  już  nie  chciałem  być 

taki...  niczyj.  I  lic  swojego,  żywego:  ani  psa,  ani  kota.  Miałem  oswojoną  mysz,  z  ręki  jadła. 

Pułapkę zastawili... 

— Alba! To zupełnie jak ja! — zawołał z pełnym zrozumieniem Kostek. 

— Ty? Ty masz swoją matkę, swoją siostrę. Jakby ci się 

0 stało, martwiłyby się. Jakbyś chorował — płakałyby. Gdybyś sobie tylko guza nabił — żałowały, 

że cię boli. Nie! Ty się s mną nie porównuj!... 

Daleko  zagruchotał  grzmot.  Przejęci  rozmową  ani  spostrzegli,  że  niebo  zmętniało,  zasnute 

burymi kłębami chmur, wierzchołkami sosen targnął silny podmuch. 

— Co to? — przestraszył się Marcin. 

— Idzie burza — obejrzał się dokoła Kostek. 

— Tak. Alba, chodź z nami — proponował Marcin. — Przecież w ogrodzie stoi namiot. Można spać 

w namiocie. Co, Kostek? 

— Może. Ja mu dam koc, poszewkę wypchamy sianem. A na strychu leży stary materac. Dziadek 

pozwoli, tylko mu zęba powiedzieć. 

— I zaraz zacznie się wypytywać. A co? A kto? I na milicję i znać — rzucił podejrzliwie Alba. 

— O, nie, mój kochany! — obruszył się Marcin. — Dziadek jest taki. Nie wypytuje się i do niczego 

nie zmusza. Chcesz znów, nie chcesz nie gadaj. Aby tylko nie łgać. I naprawdę,  chodź z nami. 

Przecież tu nie możesz zostać. Chodź! 

Dziadek siedział na werandzie. Lekarz pozwolił mu już wy—chodzić w dni bezsłoneczne. 

Kiedy Marcin i Kostek przerywając sobie zaczęli opowiadać o krzywdzie, jaką złodziej wyrządzi 

Albie, słuchał, a w pewnej chwili zapytał nagle: 

— A obiad, chłopcze, jadłeś? 

Alba zaczerwienił się gwałtownie, potem nie wiadomo czym zakrztusił, a wreszcie wyznał: 

— Nie... ale mnie się jeść nie chce... 

Kostek odgrzał zaraz zupę z obiadu, pokroił chleb i postawił na stole przed Albą. Dziadek kazał 

Kostkowi  z  Marcinem  iść  na  ogród  i  sprawdzić  wszystkie  podpórki  przy  pomidorach,  bo  czego 

złodziej nie ukradł, może połamać burza. 

Alba został na werandzie i, widocznie przez grzeczność, zjadł wszystko, co było na stole. Wymył 

potem  talerz  pod  pompą  i  chyba  rzucił  coś  Bobikowi,  bo  ten  tańczył  na  dwóch  łapach,  jakby 

chciał Albina złapać za szyję. 

background image

Później siedział na schodkach przygnębiony, osowiały. W milczeniu pomógł ściągnąć ze strychu 

materac i umieścić go w namiocie. Obszedł jeszcze raz krzaki z pomidorami, powbijał mocniej 

paliki, chociaż chłopcom wydawało się, że to już dobrze zrobili. Długo stał koło budy Bobika. 

— Dajcie mu coś do roboty... — szepnął dziadek Marcinowi. Więc Kostek zapytał Albę czy potrafi 

zszyć futbolówkę. 

Podjęli się tego z Marcinem, ale zapomnieli. Alba kiwnął głową, że tak, i zasiadł z piłką, igłą i 

mocnym cienkim sznurkiem na progu werandy. 

Grzmoty dalekiej burzy słychać było coraz bliżej. Tylko wiatr ustał i zrobiło się znowu duszno i 

sucho. 

— Zdążymy do autobusu, dziadku? — pytał Marcin przypominając, że obiecali na szóstą pobiec do 

autobusowego przystanku spotkać Nemka, który miał przywieźć nową dętkę do piłki. 

— Idzie ta burza, idzie od samego rana i nie może przyjść. 

— Może minie bokiem — mówił dziadek — nigdy do końca nie wiadomo. A przydałby się deszcz. 

Ziemia  sucha  jak  pieprz.  Na  wszelki  wypadek  weźcie  kaloszówki,  w  komórce  jest  kilka  par. 

Przymierzcie. 

Kostek  dobrał  w  sam  raz.  Na  Marcina  mniejsze  były  za  małe,  a  większe,  pewnie  Stefanowe, 

trochę za duże, chociaż nogę miał „na wielkiego człowieka". 

Szli  chodnikiem,  nie  spiesząc  się,  czasu  mieli  akurat  tyle,  żeby  dojść  przed  przyjazdem 

autobusu. 

Kostek ni z tego, ni z owego powiedział: 

— A jeżeli moja mama naprawdę się martwi? 

— O co? 

—  Normalnie,  o  mnie.  Może  Skoczelowa  odpowiedziała  na  ten  adres  podany  na  liście.  Że  mnie 

tam nie ma i w ogóle nie było?... 

— Przecież nie wiesz, czy ten list od mamy — uspokajał przyjaciela, sam zaniepokojony, Marcin 

— to raz, a po drugie, Skoczelowa nie ma czasu na pisanie listów. Absolutnie. Sto pięćdziesiąt 

chłopaków! Masz pojęcie, co ona ma na głowie? 

Kostek nie odpowiedział, bo nagle zobaczył biegnącego pod samą siatką... jeża. 

— Jeż! Jeż! — wrzasnął i już dognał biednego zwierzaka, zastąpił drogę gumiakiem, ale wziąć go 

nie mógł, bo jeż zwinął się cały w kulę i ani go było dotknąć. 

Stali nad nim bezradni. Gdyby mieli jakieś pudełko, worek, choćby większą ścierkę! Nic oprócz 

gołych rąk. 

I wtedy Kostek szybko ściągnął z siebie „żeńską bluzkę" w zielone liście. Raz—dwa owinął nią z 

góry  jeża,  podsunął  z  boku,  związał  tobołek  sznurkiem  wyciągniętym  z  kieszeni  i  oto  jego 

marzenie było spełnione! Miał coś żywego! 

— Marcin! Mam jeża! Marcin!... 

background image

— Dobra jest — cieszył się Marcin — ale teraz lećmy, bo zaraz lunie! 

Skręcili na ścieżkę prowadzącą ukosem do szosy. Ciemniej tu było. 

Nagle błyskawica przekreśliła niebo i blisko uderzył grom. 

Biegli, aby przed deszczem znaleźć się pod dachem przystanku. Na jakimś korzeniu, których było 

tu pełno w wymytych wodą dołach, Marcin rozłożył się jak długi. 

— O! do jasnej kalarepy! — zaklął zrywając się z obtartym mocno kolanem.  — Jak tu ludzie po 

ciemku chodzą? 

Pierwsze  krople  spadły  im  na  plecy,  kiedy  dobiegali  do  celu.  I  zaraz  zaczęła  dzwonić  po 

blaszanym  dachu  ulewa.  Zawsze  w  tej  samej  kolejności,  chociaż  w  niejednakowym  rytmie, 

powtarzały się: błysk, grom i gwałtowniejsza fala ulewnego deszczu. 

Zrobiło się chłodniej. Kostek schował się w kącie: zaciszniej. 

— Rzuć tego jeża — radził Marcin. — Znajdziemy innego. 

Przeziębisz się. 

— Za nic na świecie! — upierał się, drżąc z zimna, Kostek. Pod daszkiem zastali Janika. Czekał na 

matkę,  aby  pomóc  nieść  pakunki  przywiezione  z  Warszawy.  W  pewnej  chwili  zdjął  wiatrówkę, 

zsunął bluzkę i podał Kostkowi. 

— Weź chociaż to! 

Zanim  nadjechał  autobus,  ulewa  minęła,  ale  przystanek  otaczała  ogromna  kałuża  wody,  która 

powoli wsiąkała w zbitą, gliniastą ziemię. 

Ludzie  wysiadający  z  autobusu  musieli  schodzić  wprost  w  błoto.  Gubili  obuwie,  wyciągali  je 

ubabrane gliną. Co gwałtowniejsi klęli lub wzywali pomocy boskiej. 

Pani  Kuleszyna  zeszła  ze  stopni  autobusu  i  dosłownie  wrosła  w  glinę.  Trzeba  było  pomocy 

jakiegoś mężczyzny, aby doszła do suchszego odcinka drogi. 

— Całe szczęście, że nie wzięłam czółenek! — wołała. — Zostałyby w glinie! Co sobie myśli nasza 

rada  narodowa?  Jak  długo  ten  przystanek  będzie  w  takim  stanie!  Co  za  porządki!  Do  gazety  o 

tym napiszę! 

Matka Janika miała płytkie pantofle. Utonęły w błocie. 

— Kiedy deszcz popada, to lepiej ten przystanek omijać — mówili inni podróżni. — Zgroza! Ktoś 

powinien się tym zająć! 

Nemek przywiózł dwie dętki. Jedną zaraz wzięli, aby wyszykować piłkę na jutrzejszy mecz. 

— Wiesz? — cieszył się Kostek. — Mam jeża, tu go mam! — pokazywał zawinięty tobołek. 

— Albę okradli! — informował cicho Marcin. — Ma tylko to, co na sobie. Jest u nas... 

—  Jak  się  ma  pan  Dziewałtowski?  —  pytała  pani  Kuleszyna.  Ucieszyła  się,  że  lekarz  pozwolił 

dziadkowi częściej wychodzić na światło dzienne, byle nie za ostre. 

Odprowadzili  Nemka  pod  sam  dom,  pomagając  w  niesieniu  licznych  paczek.  Ukłonili  się  pani 

Kuleszynie „porządnie" i dopiero pognali co sił do domu. 

background image

— Kostek! Wiesz? Mam pomysł! — krzyknął po drodze Marcin. 

— Dobra, poczekaj dwadzieścia cztery godziny, jak ci brat radził — odkrzyknął Kostek, bo myślał 

przez cały czas o czym innym. 

—  Dziadku!  Złapaliśmy  jeża!  Wezmę  go  do  domu!  Mama  się  zgodziła!  Czy  mogę  trzymać  go  w 

skrzynce, na werandzie? — wołał od samego progu. 

—  Najpierw  włóż  sweter!  —  powiedział  dziadek.  —  Marcin  też.  Nie  czujecie,  że  zrobiło  się 

chłodno? Jeża możesz włożyć do skrzynki, ale... 

Dziadek nie dokończył. Coś ciekawego mówili w radio. 

Alba siedział na stołeczku pod kuchnią i obierał kartofle. Na pytające spojrzenie Marcina skinął 

głową w stronę pokoju dziadka i powiedział: 

— Ma być zalewajka. 

Obaj  naraz  spostrzegli,  że  Alba  już  nie  jest  taki  niebieski  jak  zawsze.  Miał  na  sobie  sweter. 

Stary,  wyblakły,  z  dziurą  na  łokciu,  ale  na  pewno  przydatny  w  ten  chłodny  wieczór.  Dziadek 

proponował  Albie,  żeby  spał  w  domu,  z  chłopcami.  Jest  przecież  składane  łóżko.  Ale  Alba 

podziękował.  Powiedział,  że  mu  w  namiocie  będzie  dobrze  i  że  woli  tam.  Starszy  pan  nie 

nalegał, tylko wyniósł ze swego pokoju jeszcze jeden koc. 

Kostek  z  dziesięć  razy  zaglądał  do  swojego  jeża.  Ciągle  się  bał,  że  mu  ucieknie.  Ale  jeż 

przeżywał  widocznie  własną  niedolę.  Marchewki  nie  ruszył.  Mleka  ze  spodka  nie  spróbował. 

Siedział zwinięty w kąciku. 

—  Przyzwyczai  się  —  pocieszał  się  Kostek  —  na  pewno  się  przyzwyczai  —  i  na  wszelki  wypadek 

przyłożył wieko skrzynki kamieniem. 

— Złodziej po jeża nie przyjdzie, co? — upewniał się w pokoju i zaraz sobie przypomniał: — Żal 

mi Alby. O raju! 

—  Dobrze  chociaż,  że  jest  u  nas  —  mówił  Marcin  półgłosem,  oglądając  się  na  drzwi.  — 

Wiedziałem,  że  dziadek  się  zgodzi.  Pamiętasz,  mówiłem  Albie:  dziadek  jest  dobry,  tylko  żeby 

nie łgać. 

— Ja też mu mówiłem: żeby samą prawdę... 

—  Ładnie,  że  innym  zalecacie  cnotę,  która  wam  jest  niedostępna  —  powiedział  dziadek, 

wychodząc nagle z drugiego pokoju i siadając plecami do lampy. 

Nie zrozumieli, zaskoczeni. Rozmawiali półgłosem, radio grało, a dziadek jednak słyszał?... 

— A... a bo co? — spytał Kostek. 

— Bo łżecie obaj, aż się za wami kurzy! — dziadek stuknął laską w podłogę. 

— My?... My?... — dziwił się nieszczerze Marcin. 

— Wy! Ale ja zrobię z wami porządek — dziadek stuknął laską znowu. — Od kogo dostałeś list? 

— Od kolegi. Z kolonii — mówił Kostek tak, jak uzgodnili z Marcinem. 

— Co kolega pisze? 

background image

— Normalnie, że kolonie fajne, że... tego... no... że ciastek tam nie ma... 

— Bo ten kolega, ten Sobieraj, dziadku — szedł na pomoc przyjacielowi Marcin — strasznie jest 

łakomy na słodycze. I kiedy założyliśmy raz taki zwią... 

— Cicho! Ciebie nie pytam. Kostek, skąd kolega miał twój adres? 

— Normalnie, pisałem stąd... do niego — to też było uzgodnione. 

— A kiedy kazałem ci napisać list do kierowniczki kolonii, powiedziałeś, że adresu nie znasz, tak? 

Chłopców oblał war. Nie śmieli nawet spojrzeć na dziadka. 

—  Nie  odpowiadasz?  Nie  wiesz,  co  odpowiedzieć?  Ja  ci  podpowiem,  a  ty  powtórz:  „Normalnie, 

uciekłem". No! Powtórz, mówię! 

— Normalnie, uciekłem... — szepnął Kostek nie podnosząc głowy. 

Po  burzy,  po  wielkiej  ulewie,  ranek  wstał  piękny  jak  nigdy,  powietrze  było  aż  słodkie  od 

zapachów. Wszystko, co miało korzenie, napiło się do woli i dziękowało światu. 

Alba przy myciu pod pompą opowiadał, jak Bobik przyszedł do niego spać. Ma pchły, więc trzeba 

go wykąpać i budę wyczyścić. 

— A co u was tak długo się świeciło? I dziadek laską stukał, na was? 

— Oj, Alba! — Kostek z obawą obejrzał się na okno. — Ciszej! Chodźmy do pomidorów! 

—  Już  tam  byłem  —  mówił  idąc  z  przyjaciółmi  Alba  —  trochę  ulewa  oberwała.  Położyłem  na 

werandzie, dojdą. No, co? Stąd przecież nie usłyszy! 

— Usłyszy! Dziadek ma taki słuch, że... — mówił Marcin. 

— Wleciało nam wczoraj! — opowiadał Kostek. — Dziadek tak nam nagadał, no!... — Wszystko już 

wie... i że z kolonii uciekłem... no! Ale najgorzej krzyczał o łganie. O raju!  — Kostek aż się za 

głowę chwycił. 

— Alba — radził Marcin — widzisz, mówiliśmy: dziadek jest fajny, ale pamiętaj: mów prawdę! Bo 

jakbyś nałgał, to... 

— A po co miałbym łgać! — beztrosko powiedział Alba. 

— No... bo... jakby zapytał... — ciągnął Marcin. 

— O nic nie będzie pytać, bo też już wszystko wie. 

— Co wie? — zawołali obaj. 

— Wszystko. Wczoraj, kiedy poszliście na przystanek, zapytał mnie tylko raz. 

— No? 

— Czy ja jestem Albin Woliński, którego poszukuje przez radio dom dziecka. 

— A ty jesteś... Woliński? 

— Tak. 

— No i co będzie dalej? 

— Nie wiem. Dziadek powiedział, że pomyśli. Na razie napisze list do domu dziecka. 

background image

— Fiu! To będzie miał dużo pisania! — gwizdnął Marcin. — Bo do Kostka mamy też napisze. Ale na 

maszynie, wiesz? Dziadek ma maszynę. 

Na skrzyni z jeżem stał spory koszyk pełen grzybów. To Alba, skoro świt, przeleciał się po lesie. 

Jeż  wypił  trochę  mleka,  obgryzł  marchewkę,  ale  widać  było,  że  ma  żal  do  całego  świata. 

Przyglądali mu się w świetle dnia. Był duży, dorodny. 

—  A  jeżeli  to  matka?  —  zapytał  nagle  Alba.  —  Jeżeli  na  nią  czekają  dzieci?  Czekają,  pytają: 

„Gdzie nasza mama?..." 

—  Głupi  jesteś  —  powiedział  ze  złością  Kostek.  —  „Czekają,  czekają"  —  przedrzeźniał  —  aż 

urosną. Na co im matka?... 

 

XXIV 

 

Dwa krótkie listy dziadek pisał prawie pół dnia. Napisał parę słów i szedł do swego pokoju, aby 

mu oczy odpoczęły. 

Oba  listy  były  polecone.  Dowody  wysłania  schował  do  małej  szufladki!  O!  Dziadek  był  pedant! 

Wszystko musiało chodzić jak w zegarku. 

Do ogrodników na zarobek szło teraz zawsze dwóch chłopców, jeden — zostawał w domu. 

Alba okazał się dobrym, gospodarnym ogrodnikiem, a jeszcze lepszym kucharzem. 

Kostek  nie  mógł  się  nachwalić  zawiesistych,  kalorycznych  zup  i  w  te  dni,  kiedy  przy  kuchni 

zostawał  Alba,  apetyt  miał  jeszcze  większy  niż  zwykle.  Rano,  we  trójkę,  zdążyli  zawsze 

doprowadzić do porządku jakąś rabatę czy zagon. Szło im szybko. Nabyli wprawy w robocie. 

— Tam najwięcej lubiłem pracować w ogrodzie... — mówił Alba. — W stolarni też, ale w ogrodzie 

przyjemniej. W klatkach były króliki. Zawsze im coś smacznego przyniosłem. Znały mnie. Uszy 

miały takie jak aksamit. Pies był zły, pilnował ogrodu. Ale dla mnie był dobry. Żal mi go... Może 

i on mnie żałuje?... 

Marcin,  zgodnie  z  przypomnieniem  Kostka,  odczekał  dwadzieścia  cztery  godziny  ze  swoim 

pomysłem. No, może niecałe, ale w każdym razie powrócił do niego dopiero po meczu. 

Zieloni rozbiegli się do swoich domów zadowoleni z siebie. Dzisiaj, po raz pierwszy, Janik bronił 

bramki, a po drugiej stronie jego przyjaciel, Stasiek, kapitanował drużynie Czarnych. 

Nemek  szedł  do  domu  przez  ulicę  Środkową,  co  wcale  nie  było  po  drodze,  ale  cóż  to  komu 

szkodziło? 

Przysiedli  więc  we  czterech  na  schodkach  werandy  i  wtedy  Marcin  wyłożył  przyjaciołom,  na 

czym polega jego pomysł. 

To, co pociągnęło zaraz Nemka i Kostka, to była tajemniczość sprawy. Zęby nikt nic o nich nie 

wiedział!  Jeżeli  zdecydują  się,  jeżeli  powstanie  Związek  Czterech,  to  —  ani  pary  z  ust.  Każdy 

przysięgnie milczenie. 

background image

— Dlaczego to ma być Związek Czterech, a nie Dziesięciu? 

— pytał Alba. — W czterech będzie ciężko. 

—  Jeżeli  tobie,  Alba,  będzie  za  ciężko...  —  Marcin  był  najwyraźniej  dotknięty  —  może  być 

Związek Trzech. Skąd weźmiesz dziesięciu? 

—  Ja  nie  o  sobie  mówię  —  tłumaczył  spokojnie  Alba  —  mnie  ciężko  nie  będzie,  Nemek  może 

zaświadczyć... 

— Nemek? O tobie zaświadczyć? — zdziwił się Kostek. 

— Tak.  Mogę — odezwał  się Nemek. — Wtedy... kiedy jeszcze nie wiedziałem, że tu jesteście, 

Alba  przychodził  do  pani  Kuleszyny  pracować.  Kopał,  przewracał  kompost,  kosił  trawnik.  To 

ciężko, próbowałem. Alba wszystko potrafił. 

— Bigos — powiedział Kostek — może Alba ma rację? Może to będzie dla nas za ciężko? 

— Nie będzie — upierał się Marcin. — Jeżeli nie chcecie, to nie. Sam zrobię, co będę mógł. 

— Ja z tobą — zawołał Nemek — mnie to się podoba! 

— Zgoda. Spróbować zawsze można — przyłączył się Kostek.—A Alba, jeżeli nie... 

— Co ty będziesz za mnie odpowiadać? — obruszył się Alba. 

— Jeszcze mi języka nie przycięto. Jak wszyscy, to i ja. Ale powiedz chociaż, Bigos, dlaczego nie 

chcesz, żeby nas było więcej?... 

— Dlatego, że rozpaplaliby i wtedy koniec z tajemnicą! A jak nie ma tajemnicy, to co za frajda? 

Przyznali mu rację. 

Jednak musieli dopuścić do tej sprawy i dziadka. Wszystko przez ten piekielny dziadkowy słuch. 

Związek Czterech mógł działać tylko w  najwcześniejszych rannych godzinach, o brzasku, kiedy 

jeszcze całe Zielone Siodło spało i nikt chłopców nie mógł zobaczyć. Wyjść i wrócić trzeba było 

cicho, cichutko. Na bosaka, nie skrzypnąć deską na werandzie, nie szczęknąć furtką. 

Pierwszego  dnia  udało  się.  Ale  drugiego,  kiedy  z  kurtkami  i  spodniami  w  rękach  (ranki  były 

chłodne) skradali się przez werandę, aby wrócić do łóżek, w pierwszym pokoju zastali ubranego 

całkowicie dziadka, z laską w ręku, z groźnym obliczem. 

— A was znowu co opętało? 

Szkoda  było  szukać  wykrętów.  Tego  jednego  już  się  tu  dobrze  nauczyli.  Więc  Marcin,  chociaż 

przekonany, że z jego pomysłu zostaną nici — powiedział całą prawdę. 

A dziadek na to, że proszę bardzo, jak chcą, nie stawia sprzeciwu. 

Wybiegali  więc  co  rano  też  tak  wcześnie  i  też  tak  ostrożnie,  aby  dziadka  nie  zbudzić  —  Alba 

nawet naoliwił drzwi i furtkę, tak że otwierały się jak po aksamicie — ale już bez strachu. 

Nie widział ich nikt. Tylko kiedy wracali, spotykali czasami starszego pana z fajką i pudlem, jak 

powoli, lekko pociągając nogą, szedł w kierunku, z którego oni wracali. Ale to zawsze było już 

blisko  domu.  Pudel  nawet  zatrzymywał  się koło  siatki,  aby  wymienić  z  Bobikiem  głośne  „dzień 

dobry" i życzliwe machanie ogonem. 

background image

Listonosz  często  otwierał  teraz  furtkę  i  Bobik  przyzwyczaił  się  do  jego  odwiedzin.  Listy 

przychodziły do pana Dziewałtowskiego i do chłopców. 

„Trudno zrozumieć — pisała pani Przegoniowa — Kostek miał być pod Jelenią Górą, a jest pod 

Warszawą.  Ale  jeżeli  się  dobrze  sprawuje,  jestem  zadowolona.  Niech  mu  Pan  tylko  zapowie, 

żeby  wieczorem  sweter  nakładał,  bo  się  zaziębi.  Ma  bardzo  wrażliwe  gardło.  Jak  wrócę  do 

Warszawy, to zaraz przyjadę go odwiedzić i zapytać, czy jest posłuszny. Kostek! Bądź grzeczny! 

Nie zrób mi wstydu! Mam dla Ciebie niespodziankę!" 

„Marcinku,  Synku  Drogi  —  pisała  druga  mama.  —  Jak  Ci  się  układają  wakacje?  Obój  e  z 

Piotrusiem bardzo za Tobą tęsknimy. Wacek pisał, że przywiezie Ci wspaniały harcerski nóż. Jak 

tam  u  Was  z  pogodą?  Nie  chodź  w  mokrych  butach  i  nie  jedz  niedojrzałych  owoców,  bo 

zachorujesz". 

Kostek  i  Marcin  śmieli  się  trochę  z  tych  listów.  Niewiele,  tylko  tyle,  ile  trzeba,  aby  ukryć 

wzruszenie. 

Do  Alby  nie  pisał  nikt.  Toteż  chłopiec  wyraźnie  listonosza  nie  lubił  i  w  czasie  jego  odwiedzin 

uciekał w ogród albo chował się w namiocie. Ale wtedy kiedy przyszedł list od matki Kostka, a 

potem  do  Marcina,  dziadek  wieczorem  siedząc  na  werandzie  słyszał,  jak  Alba,  przykucnąwszy 

koło budy Bobika, głaskał go i przemawiał czule. Czulej chyba niż zawsze i na pewno niż zawsze 

— dłużej. 

Wreszcie pewnego dnia nadeszło znowu kilka listów do dziadka, a wśród nich jeden z nadrukiem 

państwowy dom dziecka. 

Kostek  był  wtedy  w  ogrodzie.  Wyrywał  marchewkę  na  obiad.  Strączki  zielonego  groszku  leżały 

już  w  koszyku  razem  z  włoszczyzną.  Na  obiad  miała  być  dobra  kartoflanka  i  naleśniki  z 

groszkiem. O, naleśniki, to był a Kostkowa specjalność! 

Niósł pełny koszyk do domu i słyszał koniec rozmowy listonosza z dziadkiem. 

— ...a jak w pracy, panie Kurkowski? 

—  Ano,  jakoś  leci.  Od  jesieni  dostaniemy  podwyżkę.  Pewnie,  pedałuję  cały  dzień,  aż  nóg 

wieczorem  nie  czuję.  Ale,  wie  pan  co,  panie  Dziewałtowski?  Ktoś  pomyślał  o  tych  dziurach  w 

lasku!  No,  wie  pan,  jak  się  idzie  na  szagę  do  szosy.  Ile  tam  się  ludzi  na  przewracało!  Ile  nóg 

powykręcali!  Ja  tamtędy  jeżdżę  codziennie,  wiadomo,  bliżej,  ale  mi  głowa  na  karku  tak 

podskakuje, że mało me odleci. Aż tu wczoraj, patrzę, kilka dołków zrównanych z ziemią, ubite 

na twardo. Dzisiaj — znowu dalej. Jutro cała ścieżka będzie gotowa. Jak to się panu podoba? 

— Podoba mi się — krótko powiedział dziadek. 

— Mnie też. Najwyższa pora, żeby w naszym Zielonym Siodle był porządek. 

Dziadek  już  teraz  sam  czytał  swoje  listy.  Nie  powiedział,  co  pisano  z  państwowego  domu 

dziecka. Nawet o tym, że taki list przyszedł — a że przyszedł, Kostek widział na własne oczy —

nie wspomniał ani słowa. 

background image

Po obiedzie otworzył znowu maszynę do pisania i pisał list, tym razem dłuższy, ale nie mówił, do 

kogo. Więc i Kostek milczał. 

Była już pewnie godzina druga po południu. Alba z Marcinem zmywali naczynia po obiedzie pod 

pompą. Tu było wygodniej i podłoga się nie brudziła. Alba nawet zrobił tu coś w rodzaju stolika, 

na wbitych w ziemię czterech kołkach. 

Nagle  Bobik  zaczął  szczekać  i  rzucać  się  na  łańcuchu.  Od  furtki  szła  jakaś  nieznajoma  pani  w 

popielatym kostiumie i różowej bluzce, z czarną torbą w ręku. 

Kostek, który siedział na kulawym stołku obok przyjaciół i razem z nimi zwrócił głowę w stronę 

bramy, zerwał się, wytrzeszczył oczy i wrzasnąwszy: 

— Mama!... — rzucił się idącej na spotkanie. Pani Przegoniowa nie od razu poznała Kostka. 

— Jakiś ty opalony! Jak dobrze wyglądasz! Kostuchna! — ściskała syna wzruszona, całowała go, 

obejmowała i znowu oglądała. — Ledwo cię poznałam! 

—  Eee...  poznałaby  mnie  mama,  choćby  po  piegach  —  nadrabiał  humorem  Kostek  —  a  co  do 

wyglądu, to owszem, pasek u spodni zrobił się taki ciasny... 

—  A  pana  Dziewałtowskiego  zastałam?  —  pytała  pani  Przegoniowa,  oglądając  się  za  chłopcami, 

którzy stali przy pompie, kiedy wchodziła, a teraz ani śladu po nich nie zostało. 

Już  na  werandzie  ukazał  się  starszy  siwy  pan  i  Kostek,  prowadząc  mamę,  powiedział  głosem 

pełnym radości i dumy: 

— Dziadku, to moja mama! 

Pan  Dziewałtowski  w  pokoju  przy  stole  częstował  gościa  kawą.  Mama  rozpakowała  pudełko 

ciastek, ale sama nie jadła, nie była głodna, wyjechała z Warszawy zaraz po obiedzie. 

Dziadek przez okno polecił chłopcom narwać wiśni, samych najładniejszych! 

Odłożyli oglądanie znaczków, całej pięknej serii, przywiezionej przez mamę dla Kostka. To była 

właśnie ta niespodzianka. 

Rwali  we  dwójkę  z  Marcinem.  Alba  jakby  pod  ziemię  wpadł.  Wołali,  szukali,  zaglądali  do 

namiotu — nie było go nigdzie. 

—  Ja  prysnąłem  —  mówił  Marcin  —  bo  jak  zobaczyłem,  że  to  twoja  mama,  przestraszyłem  się. 

Przecież wiesz... Ale dlaczego Alba? 

Kostek  zaniósł  wiśnie  do  pokoju.  Mama  znowu  cieszyła  się,  że  on  tak  dobrze  wygląda,  i 

dziękowała panu Dziewałtowskie—mu. 

— Przecież to był taki chudzielec, że coś nieprawdopodobnego! A teraz... 

Rozmowa  w  pokoju  dziadka  przeciągała  się.  A  tu  Kostek  chciał  się  czym  prędzej  mamie 

pochwalić  niemałą  jak  na  jego  sytuację  sumką,  którą  odłożył  z  zarobków  w  spółdzielni. 

Ostrożnie  od  ogrodu  zbliżył  się  pod  sam  dom  i  podsunął  pod  uchylone  okno.  O  czym  mogli 

rozmawiać tak długo? 

Parter był na szczęście wysoki. Uchylone okno — zastawione donicami pelargonii. 

background image

Dziadek mówił niegłośno, dolatywały tylko pojedyncze słowa: 

— ...przyjaciel... cenny skarb... całe życie. 

Ulicą, dobrze widoczną przez siatkę, szła powoli pani Kuleszyna, obok niej — Nemek. 

Kostek odskoczył od okna i skrył się w porzeczkach, gdzie oczekiwał na niego Marcin. 

— No co? Słyszałeś? Co mówili? 

—  Normalnie,  dziadek  opowiadał  o  tym,  co  miał  przed  wojną.  Jakiś  ogromny  skarb,  przyjaciel 

mu pomógł schować i miałby na całe życie, ale wojna, rozumiesz... 

Wiśni  trzeba  było  narwać  znowu.  Ale  teraz  pomógł  już  i  Nemek,  którego  widokiem  i  bardzo 

eleganckim zachowaniem pani Przegoniowa była przyjemnie zaskoczona. 

Na  pogawędce  czas  minął  szybko  i  całe  towarzystwo  poszło  mamę  Kostka  odprowadzić  do 

autobusu. 

Nawet dziadek przeszedł się kawałek, przywoławszy przedtem Marcina: 

— To jest mój wnuk — przedstawił go pani Przegoniowej. —Nie w prostej linii, ale zawsze wnuk. 

Bardzo mi tu pomaga. Żeby nie on, nie Kostek — miałbym bardzo smutne wakacje. 

Pani Przegoniowa uważnie przyjrzała się Marcinowi. Może jej się przypomniał namiot? 

Ale widocznie nie chciała psuć sobie humoru przykrymi myślami, bo powiedziała: 

— Pan Dziewałtowski, widzę, umie trzymać chłopców mocną ręką. Jestem dobrej myśli. Tylko, 

Kostek, pilnuj się. Musisz wyrosnąć na człowieka!... 

Kostek spojrzał na Marcina. Zrozumieli się w mgnieniu oka. Jakżeby się bez tego mogło obejść! 

Na  przystanku  pani  Kuleszyna  opowiadała  pani  Przegoniowej  o  swoim  domu,  zapraszała,  aby 

następnym razem i ją odwiedziła. Mówiła: 

— Ładnie tu u nas. I powietrze doskonałe. Tylko ten przystanek okropny, szczególnie jak deszcz 

pada. Glina i błoto, że utopić się można... Ale co to? Widzę, że ktoś poszedł po rozum do głowy i 

ścieżkę płytami ułożył. Eee... nie, to nie płyty, to kawałki, pewnie z tej kupy, co tu od trzech 

lat leży... Tak, ale dobre i to. Można będzie chociaż przez kałuże przejść. Może po trochu nasza 

rada  narodowa  weźmie  się  i  o  ludziach  pomyśli!  Choćby  o  ludziach!...  Bo,  widzi  pani,  tu  były 

takie  ładne  rabaty  na  wiosnę.  A  teraz,  proszę,  zapyziałe  wszystko,  więcej  chwastów  niż 

kwiatów! 

Marcin spojrzał na Kostka. Kostek — na Nemka. Cóż to był za telegraf bez drutu!... 

Już  wśród  pożegnalnych  uścisków  mama  zdążyła  powiedzieć  Kostkowi,  że  Alicja  we  wrześniu 

wychodzi za mąż. A to nowina! 

— Za tego doktora, wiesz — pokiwała mama głową — ale, wiesz: przestał palić!... 

Albą  na  kolację  nie  przyszedł.  Nie  chciał.  Najadł  się  wisien  i  nie  jest  głodny.  Siedział  głęboko 

zaszyty w namiocie. 

Dziadek powiedział chłopcom, żeby nie nalegali. Niech Alba sobie pobędzie tak, jak chce. 

background image

— Ale co mu się stało? — nie rozumiał Marcin. — Przecież staliśmy przy pompie, rozmawialiśmy o 

szkole. Alba opowiadał taką wesołą hecę, i raptem patrzymy — naszego Kostka ściska matka... 

— Matka... — powtórzył cicho dziadek. —No właśnie... matka. .. 

Kostek  zaczął  gwałtownie  czegoś  szukać  w walizce,  na  wieszaku,  za  kanapą.  Znalazł  wreszcie. 

Beret. 

— No co ci beret? Spać w nim będziesz? — śmiał się Marcin, ale Kostek nie odpowiedział. Pokręcił 

się po pokoju i wyszedł. Nie było go długo. 

Sierpniowe  noce  zaczynają  być  chłodne,  ale  Alba  tego  nie  czuje.  Zawsze  leży  przy  nim  w 

namiocie Bobik. 

Alba ma szczęście do zwierząt. Kostek nawet mu zazdrościł. Jak to Bobik, który i jego, i Marcina 

zna o wiele, wiele dłużej, wyraźnie  Albę uwielbia. Kiedy idą razem, Bobik zawsze  — koło nogi 

Alby. I jeż, jak Alba wrzucił mu coś do skrzynki, to chętniej głowę podnosił niż do Kostka. Alba 

ma szczęście... 

Dziś  Kostek  myśli  o  Albie  inaczej  i  nie  zazdrości  mu  przyjaźni  Bobika.  Owszem,  to  dobrze,  to 

bardzo dobrze... 

Niebo  usiane  gwiazdami.  Kiedy  sierpniowe  gwiazdy  spadają,  można  prędko  pomyśleć  o  jakimś 

życzeniu. Kostek wracając z pustym beretem z tego miejsca, gdzie znalazł kiedyś jeża, podnosi 

głowę, widzi spadającą gwiazdę i myśli: 

„Żeby Alba... Żeby Alba..." 

Pewnego popołudnia przybiega Nemek. 

—  Przyszedłem  się  pożegnać.  Moja  mama  jest  już  w  domu.  Rozmawiała  ze  mną  przez  telefon. 

Przywiozła żółwia! 

— Tylko jednego?! — pyta Marcin. 

— Tak. Mama mówiła, że wieźli dwa i jeden uciekł. Ale to pewno nieprawda! 

— Nemek — Marcin jest zaskoczony. — Matka mówi, a ty nie wierzysz? 

— Ja już teraz w nic nie wierzę... — mówi Nemek cicho, prawie do siebie. I po chwili, zwykłym 

głosem: — Piłka niech zostanie tutaj. Alba będzie grać z chłopakami, prawda? 

— To już wiesz, że Alba ma zostać u dziadka? — dziwi się Marcin. 

— Tak. Pani Kuleszyna widziała dziś  na poczcie pana Dziewałtowskiego, mówił o tym. A wiesz, 

tego żółwia dam Kostkowi. Gdzie on jest? 

—  Sterczy  pewnie  koło  maszyny.  Dziadek  wczoraj  pokazał  Albie,  jak  się  pisze  na  maszynie  i, 

wiesz, Alba dziś już tak stuka! Słyszysz? Kostek też chce się nauczyć. 

Znowu  trzeba  pakować  walizki.  Marcin  nie  może  się  dosyć  nadziwić:  przecież  tylko  co  tu 

przyjechali? To było tak niedawno... 

Kostek przytakuje. Zgadza się całkowicie: wakacje skończyły się za prędko. 

background image

A w ogóle, gdyby on był ministrem oświaty, szkoła zaczynałaby się od października. Wtedy, to 

już nie szkoda lata... 

A  teraz  —  żal.  I  żeby  ten  żal  chociaż  trochę  załagodzić,  pakuję  do  walizki  wakacyjne  łupy: 

ususzone  grzyby,  leszczynowe  orzechy,  słonecznik.  W  koszyku  —  piękne  pomidory  i  zielone 

ogórki do marynowania, a w ręku bukiet kwiatów dla mamy, a oddzielnie drugi bukiet dla pani 

Skoczelowej. Z bukietem zawsze łatwiej wszystko wytłumaczyć. Marcin też ma dwa bukiety. Ten 

drugi — dla Puci. 

Marcin co chwila wygląda oknem w stronę bramy. Ma przyjechać po niego ojciec. Marcin cieszy 

się, ale i trochę obawia. Ojciec do niego przez całe wakacje  nie napisał, pewnie miał żal za tę 

ostatnią  drakę,  mama  oczywiście  wszystko  ojcu  opowiedziała,  bo  niby  dlaczego  Marcin  nie  na 

koloniach... Ale to przecież było tak dawno!... 

Związek Niesienia Ulgi, cyrk, okrutni rodzice... 

Marcin wybucha śmiechem. 

— Czego się śmiejesz? — pyta Kostek. 

— Kostek! Pamiętasz, jak Tomasz jechał do Włoch? Teraz śmieją się razem z Albą. Opowiedzieli 

mu, Albie żal, że odjeżdżają. Ciągle przypomina: obiecali, zaraz w tę niedzielę... 

Ojciec  już  idzie  od  furtki.  Marcin  wybiega  na  werandę.  Witają  się.  Ojciec  jest  w  dobrym 

humorze. 

Marcin przed wyjazdem musi, musi koniecznie, pokazać ojcu wszystko, co tu jest do pokazania. 

Oprowadza  ojca  po  ogrodzie,  podwórzu,  idą  nawet  na  targowisko,  gdzie  wczoraj  odbył  się 

wspaniały pożegnalny mecz z udziałem zaproszonej publiczności, z rozdaniem nagród w postaci 

pięknych wieńców dla dwóch kapitanów, gdyż wynik meczu był jak najsprawiedliwiej remisowy. 

W pewnym momencie Marcin bierze na odwagę i pyta: 

— Tata? Nie gniewasz się... o... tamto? Tata wzdycha. 

—  Teraz  już  się  nie  gniewam,  ale...  No,  nie  mówmy  o  tym,  co  było  przed  wakacjami.  Dwa 

miesiące to kawał czasu i chyba zmądrzałeś, co? 

Marcinowi się wydaje, że na pewno. 

Tata  opowiada  o  mamie,  Wacku,  Piotrusiu.  Wszyscy  już  są  w  domu.  Nie  mogą  się  doczekać 

Marcina. Marcin czuje, że on też leciałby tam jak na skrzydłach. 

— Tato — mówi zatrzymując ojca i nie patrząc mu w oczy.— W domu to... prawda, tato?... 

— Tak, synu — uśmiecha się ojciec. — Już starożytni odkryli tę prawdę: W domu najlepiej. 

Dziękowania, pożegnania, obietnice odwiedzin i uściski rąk brutalnie przerwał odjazd autobusu. 

Jeszcze za szybą mignęła biała dziadkowa grzywa, błękitna koszula Alby, mnóstwo machających 

rąk futbolistów z targowiska. 

— Fajne były wakacje! — mówi Marcin do Kostka. 

— O, fajne! — przytakuje Kostek. — Wszystko obracało się jak naoliwione. 

background image

— Nie wszystko... — wzdycha Marcin. — Nie udała nam się jedna rzecz. 

— Jaka? 

— Mieliśmy... — Marcin nachyla się do Kostka, żeby nikt niepowołany nie usłyszał —ten łańcuch... 

A nie wyszło... I co teraz? 

— Normalnie. Znajdziesz inny sposób. 

 

XXV 

 

Pierwszy dzień września przywitał wracającą do szkoły młodzież uroczyście i bogato: słoneczną 

pogodą, złotem sypanych pod nogi liści, czerwonym jabłkiem w dłoni. 

W  siódmej  A  przepisywano  z  tablicy  rozkład  godzin  na  jutro,  kiedy  do  klasy  weszła  pani 

Skoczelowa.  Opalona,  w  ładnej,  szafirowej  sukience,  wydawała  się  o  wiele  młodsza  niż  przed 

wakacjami. 

Wszyscy powstawali z miejsc na przywitanie, a Ewa i Irena od razu podbiegły do niej z gazetą w 

ręku. — Proszę pani! Czy pani już wie? 

— Czy pani już czytała?! 

— To o naszej szkole!... 

— Siadajcie! Cóż to za nowina? — uśmiechnęła się nauczycielka. — Nie wiem, o czym mówicie. 

— Tu, o, proszę pani — pokazywała Ewa. 

— Niech pani przeczyta na głos! — proszono. Pani Skoczelowa czytała: 

 

RADA  NARODOWA  ZIELONEGO  SIODŁA  ZA  POŚREDNICTWEM  ŻYCZLIWEGO  WSZELKIM  DOBRYM 

POCZYNANIOM „EXPRESSU WIECZORNEGO"  SKŁADA W DNIU ROZPOCZĘCIA ROKU SZKOLNEGO 

KIEROWNICTWU I NAUCZYCIELOM SZKOŁY NR 407 W WARSZAWIE SERDECZNE GRATULACJE Z 

OKAZJI PIĘKNYCH WYNIKÓW WYCHOWAWCZYCH, JAKICH DOWODY DAŁO PARU UCZNIÓW TEJ 

SZKOŁY,  SPĘDZAJĄCYCH  WAKACJE  W  NASZEJ  MIEJSCOWOŚCI,  OBY  TAKICH  SUKCESÓW  JAK 

NAJWIĘCEJ!!! 

 

W  miarę  czytania  wyraz  zwykłego  zainteresowania  na  twarzy  pani  Skoczelowej  zastępowało 

przyjemne zaskoczenie, przemieniające się ku końcowi w wyraźną dumę. 

— Uczniowie naszej szkoły! — zwróciła się do klasy. — Nasi wychowankowie! O, bo szkół a 407... 

—  zaczęła  i  przerwał  a  nagle,  czerwieniejąc  po  białka  oczu  przypomniawszy  sobie,  że  chwali  i 

siebie. — Ciekawa jestem, z której to klasy? Może z ósmej B? Tam są wzorowi chłopcy! — Znowu 

podniosła  gazetę  i  jeszcze  raz  przebiegając  oczami  tekst  powtórzyła:  —  „Oby  takich  sukcesów 

jak  najwięcej!"  To  naprawdę  przyjemne  życzenia  na  początek  roku  szkolnego.  Aż  się 

człowiekowi  lżej  na  sercu  robi,  aż  nabiera  chęci  i  nadziei,  że...  —  omiotła  spojrzeniem  klasę, 

background image

zatrzymując  je  dłużej  na  czuprynie  Marcina.  W  tej  samej  chwili  woźny  wetknął  szpakowatą 

głowę do klasy. 

— Pani profesorko, pan kierownik prosi... 

— Już idę — przerwała mu pani Skoczelowa. 

— Nie, nie, pani profesorko! — zamachał gwałtownie rękami woźny. — Bigoszewski ma przyjść. 

Marcinowi zrobiło się gorąco, za to panią Skoczelowa jakby zimną wodą polano. 

— Jak to? —załamała ręce ze zgrozą. —Już się zaczyna?... W Marcinie serce tłukło się po drodze 

nie ze strachu, tylko z niejasnego przeczucia, że to coś, co ma usłyszeć z ust Kiera, wiąże się z 

Zielonym Siodłem. I rzeczywiście... 

—  Bigoszewski,  jak  się  masz  —  odpowiedział  Kiero  na  ukłon  Marcina.  —  Chodź  no  tu  bliżej!  — 

Marcin już z daleka spostrzegł rozłożony na biurku „Express". — Przygotowałeś nam na początek 

roku przyjemną niespodziankę! Oby tak dalej! — tu Kiero położył rękę na gazecie. 

— Eee... skąd pan kierownik... eee... tego... — udawał zdziwionego Marcin. — Ja nic a nic... 

— Nie wykręcaj się, bo już wszystko wiem: telefonowałem do Rady Narodowej w Zielonym Siodle 

i rozmawiałem z przewodniczącym. Słyszał przypadkowo, że wołają na ciebie „Bigos", a numer 

szkoły  widział  na  tarczach  waszych  wiatrówek.  Nietrudno  było  się  domyślić.  Dla  zupełnej 

pewności zatelefonowałem i do twojej matki. 

— O raju! — jęknął Marcin. — Mama też wie?! 

—  Bigoszewski!  —  powiedział  miękko  Kiero.  —  Rozumiem,  że  chcieliście  to  zachować  w 

tajemnicy. Może nawet domyślam się  — dlaczego. Ale matce będziesz żałować radości? Matce, 

która przed wakacjami tyle?... z twojego powodu?... No, każda matka dość ma utrapień. A żebyś 

wiedział, jak się ucieszyła! Nic nie wiedziała. Nie wszyscy czytają „Express". 

— My — zawsze! — oświadczył z dumą Marcin. — Ale wczoraj mama nie miała czasu: szykowała 

nas do szkoły. 

—  Widzisz...  dobrze,  żeś  ją  ucieszył.  Ja  też  wczoraj  nie  miałem  czasu  zajrzeć  do  gazety.  Do 

samego wieczora trwało zebranie. A dziś rano przyniosła mi tę wiadomość pani Pucek. Ona też 

nie wie, o kogo chodzi, ale ucieszy się, bo zawsze cię wybraniała... 

„Jedna pani Pucek! Jedna ona poznała się na mnie" — pomyślał z goryczą Marcin. 

—  Panie  kierowniku...  myśmy  przyrzekli  sobie,  że  nikt  nigdy  o  naszej...  niewidzialnej  ręce! 

Jeden dziadek, ale on obiecał... Nie myśleliśmy, że rada narodowa... nikt nas nie znał... 

Nemek raz tylko był w wiatrówce z tarczą. Zawsze mówię, co z tego za pożytek?... 

— Nemek był z wami? — zdziwił się Kiero. — Przecież miał z rodzicami jechać do Bułgarii? 

—  Owszem,  rodzice  pojechali,  a  Nemek  musiał  się  za  nich  wstydzić.  Uciekał  przed  nami.  A 

potem on i Alba... 

— Alba? 

— Jeden taki chłopak, który nie ma ani ojca, ani matki, a tymczasowo jest u dziadka. 

background image

— Więc w Zielonym Siodle byłeś ty, Batorowicz i kto jeszcze z naszej szkoły? 

— Ale pan kierownik nie powie? 

— Nie powiem niczego, na co nie uzyskam twojej zgody, ale myślę, że się1 zgodzisz. 

— Wątpię, panie kierowniku, ale niech będzie. Więc trzeci był... Kostek Przegoń. 

— Przegoń? Ten co uciekł z kolonii? List wysłał do matki przez kolegę? 

— Ten sam, panie kierowniku, ale innego wyjścia nie miał, bo myśmy sobie postanowili, że przez 

wakacje  będziemy  pracować  nad  charakterem,  i  chociaż  z  tych  łańcuchów  nic  nie  wyszło,  to 

przydaliśmy się Nemkowi i Albie... 

Kiero nie bardzo rozumiał, ale postanowił nie przerywać. 

— Więc byliśmy w ten sposób razem, bo Kostek przyjechał do mnie zaraz na drugi dzień. A że ja 

byłem u dziadka za tak zwane „błogosławieństwo boskie"... 

— Ty? Za błogosławieństwo?! — nie mógł powstrzymać okrzyku Kiero. 

— Jeszcze jak! Pan kierownik nie wierzy, a  ja jestem taki, że jak mnie ktoś palec poda, to ja 

bym w wodę, w ogień! Więc dziadek był zadowolony i cieszył się, że będę miał towarzystwo. No, 

a potem gospodarowaliśmy we trójkę z dziadkiem i fajnie było. Albę też dziadek przyjął i to były 

takie wakacje, że... naprawdę!... 

— Dziadek musi być zamożny? Całe wakacje trzymał i Kostka, i Albę na dodatek do ciebie? 

—  Zamożny?  Gdzie  tam!  Emeryturę  ma  i  czasem  córka  mu  coś  przyśle.  Mnie  dała  pieniądze 

mama,  Kostek  miał  to,  co  na  kolonie,  ale  wszyscy  chodziliśmy  na  zarobek  do  spółdzielni 

ogrodniczej. Dziesięć złotych za godzinę nam płacili! Na życie starczyło, gospodarowaliśmy sobie 

jak te lale i jeszcze każdy z nas ma odłożonych parę złotych. Alba też... To bardzo porządny, 

panie kierowniku, chłopak, tylko że takie dzieciństwo miał bardzo trudne. Mnie się zdaje, że on 

ma największe szansę na geniusza. 

— Geniusza? 

— Tak, panie kierowniku, bo w jednym „Expressie" było wydrukowane, że geniusze mają zwykle 

bardzo trudne dzieciństwo. Nawet wycinek mam, mogę pokazać choćby zaraz. Kostek też sobie 

wyciął. Przynajmniej człowiek może mieć jakąś nadzieję... 

— A więc uważacie, że wasze dzieciństwo... 

— O! panie kierowniku! Jeszcze jak! Ale Alby, to znaczy Albina, o wiele trudniejsze niż nasze  — 

więc on... 

Kiero roześmiał się głośno, Marcina to nie speszyło. 

— Pan kierownik się śmieje, a tam było naukowo dowiedzione, naprawdę. 

— Oj, geniusze! Geniusze! A ileście oberwali dwój w zeszłym roku? 

— To u geniuszy normalne, panie kierowniku. Sześćdziesiąt procent uczyło się kiepsko, niektórzy 

mieli nawet wstręt do szkoły... 

— Wy, mam nadzieję... 

background image

— Owszem, panie kierowniku, owszem, do szkoły — chętnie. Tylko nie do pani Skoczelowej, co 

to, to nie! I bardzo proszę, panie kierowniku, żeby ona się o niczym nie dowiedziała. Niech sobie 

myśli, że jestem taki najgorszy!... 

— Co ty pleciesz? 

— Jak to, chyba pan kierownik wie, że najgorszy z całej klasy to ja? Pani Skoczelowa tak mnie 

wrobiła... niech już tak będzie, proszę bardzo... 

—  Nie!  I  jeszcze  raz  nie!  —  powiedział  Kiero.  —  Mój  ty  geniuszu!  Co  do  kiepskiej  opinii,  to 

pozwól, że ci przypomnę: sam zarabiałeś na nią, jak mogłeś. 

— Zbieg okoliczności — westchnął Marcin. 

— Mówiłeś tu o trudnym dzieciństwie. Kiedy zmądrzejesz, sam się z tego będziesz śmiać. A pani 

Skoczelowa... No, mówię ci, jeszcze będziesz w dobrej zgodzie z panią Skoczelowa. 

— Ale pan kierownik nic jej nie... 

—  Nie  powiem.  Chociaż  myślę,  że  to  się  bez  mojej  pomocy  rozniesie  i  wtedy,  proszę:  nie 

zadzierajcie  zanadto  nosa!...  Ale  Bigoszewski,  wiesz,  co  ci  powiem?  Cieszę  się,  że  trochę... 

wyrosłeś. 

— Trochę? Panie kierowniku, przybyło mi całe trzy centymetry! Widać to, prawda?.. 

Kiero przytakuje głową. Śmieje się. I on po wakacjach jest w dobrym humorze. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obory 1966/67