background image

Philip Athans

Wrota Baldura

Baldur's Gate

Przełożył Rafał Gałecki

Wydanie oryginalne: 1999

Wydanie polskie: 1999

background image

Moim dwóm córkom dedykuję

(wciąż jestem normalny)

background image

Podziękowania

Adela   stworzyłem   sam,   ale   każda   inna   postać   w   tej   książce,   czy   to 

pojawiająca   się   na   początku,   w   środku,   czy   na   jej   końcu,   powstała   na 
podstawie wspaniałej komputerowej gry Baldur’s Gate, dzieła twórców z 
BioWare:   Jamesa   Ohlena,   Lukasa   Kristjansona,   Roba   Bartela,   Raya 
Muzyki, Johna Galaghera, Scotta Creiga i całej reszty ekipy BioWare, która 
opracowała grę. Dzięki wam, chłopaki, grało się naprawdę świetnie!

Na   koniec   muszę   też   podziękować   mojemu   wydawcy,   Jessowi 

Lebowowi. (Tak jak chciałeś, umieściłem cię w tej książce. No i gdzie jest 
obiecane mi pięć dolców?)

background image

Rozdział pierwszy

Ostrza starły się ze sobą aż iskry poszły. Abdel natarł z taką siłą, że jego ramię wpiło się 

w ciężkie ostrze własnego pałasza. Zignorował ból i pchnął jeszcze mocniej. Był  na tyle 
wysoki i silny, by zdecydowanie wytrącić swego przeciwnika z równowagi. Wróg zatoczył 
się dwa kroki w tył i wyrzucił lewą rękę w bok, by powstrzymać upadek. Abdel natychmiast 
wykorzystał przewagę i ciął w odsłonięty brzuch napastnika, rozdzierając na strzępy jego 
kolczugę, ciało i kręgosłup.

Abdel rozpoznał dwóch z czterech mężczyzn próbujących go zabić. To byli najemnicy, 

twardziele tacy jak on sam. Na pewno ktoś im zapłacił, ale kto i dlaczego – tego Abdel nie 
wiedział.

Minęło jakieś dziesięć czy nawet dwadzieścia sekund, zanim mężczyzna, którego Abdel 

zabił,   pojął,   że   jest   już   martwy.   Patrzył   się   w   dół,   na   głęboką   ranę   w   swoim   brzuchu, 
przecinającą  go  prawie   na  pół.  Krew   była  wszędzie,  czerwień  mieszała   się  z  żółto-szarą 
tkanką rozprutych wnętrzności. Twarz umierającego przybrała niemal komiczny wyraz: była 
biada, zaskoczona i jakby zniesmaczona. Ten widok sprawił, że serce Abdela zabiło żywiej; 
on sam nie wiedział, czy z powodu szoku czy raczej przyjemności. Tę chwilę zastanowienia 
Abdel niemal przypłacił życiem, kiedy jeden z pozostałych bandytów niespodziewanie zbliżył 
się, wywijając trzymanymi w obu dłoniach małymi, ostrymi toporkami.

– Kamon – zawołał go po imieniu Abdel, jednocześnie cofając się pół kroku w tył, aby 

uchylić się przed drugim toporkiem. – Dawno się nie widzieliśmy.

Pracował z Kamonem jakiś rok temu, strzegąc pewnego magazynu w Athkatli, gdzie jakiś 

tajemniczy towar leżał na tyle długo, by przyciągać uwagę złodziei. Tylko Kamon walczył 
dwoma bliźniaczymi toporkami. Niski i przysadzisty, był wojownikiem, którego wielu mniej 
doświadczonych przeciwników nie doceniało. Każdy, kto siedział w tym fachu tak długo jak 
Abdel, mógł zobaczyć w jego błękitnych oczach, rzucających szybkie i bystre spojrzenia, jak 
groźnym rywalem był Kamon.

– Abdel – zaczął Kamon – przykro mi z powodu twojego ojca.
To był  stary trik z odwróceniem uwagi, starszy nawet niż sam Gorion, który kiedyś 

background image

wydawał   się  Abdelowi  najstarszym   człowiekiem   przemierzającym   ulice   i  trakty  Faerunu. 
Abdel zerknął kątem oka na swego ojca. Gorion trzymał się dzielnie, jak zwykle starając się 
tak walczyć, by nie zabić bandytów, którzy oczywiście nie byli tak łaskawi jak ów starzec. 
Atakował   go  szablą   bandzior   o  ciemnej   karnacji   skóry,   z  wyszywaną   opaską  na   głowie. 
Bardzo szybko, ale i trochę niezdarnie. Gorion mógł go przez jakiś czas trzymać na dystans 
swoją solidną, dębową lagą, ale jak długo?

Abdel   zaczekał,   aż   Kamon   wysunie   w   jego   stronę   prawe   ramię   i   niespodziewanie 

wyprowadził mieczem cios od dołu, podbijając ostrze toporka z taką siłą i szybkością, iż 
wytrącona broń zdarła styliskiem skórę wnętrza dłoni rywala. Kamon zaklął i cofnął się trzy 
kroki w tył. Utrata broni zaskoczyła go, nie na tyle jednak, by się nierozważnie odsłonił. Był 
doświadczonym wojownikiem i zawsze miał oczy szeroko otwarte. Jego toporek tkwił teraz 
zaklinowany na ostrzu miecza Abdela.

Abdel powinien teraz jak najszybciej pozbyć się nadzianego na miecz toporka, jednak 

zamarł,   kiedy   usłyszał   za   sobą   skrzypienie   żwiru.   Miał   nadzieję,   że   Kamon   wykorzysta 
sytuację i zareaguje właściwie, i Kamon wyświadczył mu tę przysługę. Bandyta rzucił się nań 
szybko,  celując drugim toporkiem w  jego pierś. Abdel  błyskawicznie  podkurczył  kolana, 
zasłaniając się jednocześnie mieczem. Jego stopy straciły oparcie i Abdel runął na plecy w 
tym   samym  momencie,  kiedy olbrzymia  halabarda  zachodzącego  go  od tyłu   przeciwnika 
miała go przeciąć na pół.

Żwir zazgrzytał pod ciężkim krokiem Eagusa, pierwszego z bandytów, którego Abdel 

rozpoznał, gdy spotkali się na drodze. Eagus wciąż złościł się z powodu tej blizny, którą miał 
na twarzy, od kiedy jakieś osiem miesięcy temu przegrał z Abdelem zakład w Julkoun. Na 
wspomnienie   tego   wydarzenia   Abdel   mimowolnie   się   uśmiechnął,   nie   bacząc   na   deszcz 
ciepłej krwi, która szeroką strugą chlusnęła na niego z góry.

Cios Eagusa, który mierzył  w Abdela, roztrzaskał czaszkę Kamona, od czubka aż po 

podbródek. Abdel żałował tylko, że nie zdążył wcześniej zapytać Kamona, co takiego strzegli 
w magazynie w Athkatli.

Zwinięty na ziemi Abdel rozprostował nagle nogi i ciął mieczem w tył,  wciąż mając 

nadziany na ostrzu toporek. Liczył, że trafi Eagusa, podczas gdy broń halabardnika wciąż 
tkwiła   w   głowie   jego   przyjaciela.   Nagle   palący   ból   w   boku   zaparł   mu   dech,   a   on   sam 
instynktownie rzucił się w lewo.

Piąty bandyta, ten który dotąd trzymał się z dala, strzelił z kuszy i jego bełt utkwił w 

prawym boku Abdela. Abdel chwycił za drzewce i wyrwał je z rany, rozszarpując przy tym 
kolczugę i wyjąc z bólu. Na chwilę ich wzrok spotkał się i Abdel posłał mu tak złowrogie 
spojrzenie, że kusznik cofnął się w popłochu. Miał nadzieję, że bandyta przeraził się na tyle, 
by więcej już nie strzelać. Zresztą Abdel miał bardziej palący problem.

Eagus miotał się wściekle, usiłując wyrwać ostrze halabardy z głowy Kamona. Abdel był 

niebezpiecznie blisko, ale wykorzystał tę chwilę, by sprawdzić, jak radzi sobie ojciec. Szło 

background image

mu   dobrze,   jego   przeciwnik   męczył   się   coraz   bardziej,   wyprowadzając   coraz   bardziej 
chaotyczne ciosy.

– Możemy się tak bawić bez końca, Calishito – rzekł Gorion, odgadując pochodzenie 

mężczyzny  po  jego  dziwacznym  ubiorze  i  rodzaju  oręża,  którym   się  posługiwał.   –  Albo 
przynajmniej do czasu, aż mi powiesz, kto i dlaczego was wynajął.

Abdel   wreszcie   uwolnił   ostrze   swego   miecza   od   toporka,   jednym   okiem   wciąż 

obserwując ojca, drugim zezując na Eagusa.

Calishitański najemnik uśmiechnął się, odsłaniając srebrny ząb, dawno już zmatowiały.
– Zostaliśmy dobrze opłaceni,  sir, szkoda gadać. Lepiej  poddajcie  się, to może  i nie 

zdechniecie – odpowiedział Gorionowi.

Nagle rozległ się odgłos, jakby ktoś zrzucił olbrzymiego arbuza z wysokiej wieży – to 

Eagus uwolnił swoją halabardę. Podniósł długie drzewce do góry i zatoczył nim, zbryzgując 
Abdela i drogę wokół siebie krwią Kamona. Abdel rzucił toporkiem, lecz Eagus z łatwością 
go odbił. Rzut nie miał na celu zabić Eagusa, a jedynie wytrącić go z równowagi. Abdel 
wiedział, że jest tylko jeden sposób i jedna sekunda na to, by się przekonać, czy jego manewr 
poskutkował.

Zerwał się i szybko skoczył, na straszne pół sekundy tracąc ziemię pod nogami. Poleciał 

wprost na Eagusa i poczuł, jak ostrze jego miecza zagłębia się w szczelinie przerdzewiałej 
zbroi bandyty, zanim jeszcze jego nogi dotknęły ziemi. Zamierzał wstać i wepchnąć miecz 
głębiej, szatkując flaki Eagusa na sałatkę, lecz ten nie stracił równowagi aż tak, jak oczekiwał 
Abdel. Bandyta ześliznął się z czubka jego miecza. Buchnęła krew, Eagus wykrzywił twarz w 
grymasie bólu, lecz stał i walczył dalej.

Halabarda   świsnęła   i   Abdel   z   ledwością   zdążył   unieść   miecz,   by   zasłonić   się   przed 

ciężkim ciosem. Ostrze pałasza wgryzło się głęboko w grube drzewce halabardy i ugrzęzło w 
nim. Abdel był bezbronny. Eagus wyszczerzył żółte zęby w burej masie paskudnej brody i 
zastosował dźwignię, wykorzystując długie drzewce halabardy – szarpnął mocno w górę i 
choć musiało mu to sprawić straszny ból, a jego rana otworzyła się szerzej, to jednak zdołał 
wyrwać ciężki miecz z dłoni Abdela.

Eagus   zakrztusił   się   ze   śmiechu,   kiedy   pałasz   Abdela   uderzył   o   ziemię.   Miał   teraz 

przewagę   nad   Abdelem   i   potrafił   ją   wykorzystać.   Abdel   słyszał   z   boku   dźwięk   stali,   co 
znaczyło, że jego ojciec wciąż zmagał się z calishitańskim szermierzem. Musiał więc walczyć 
z Eagusem sam, w dodatku bez broni.

Eagus   wyraźnie   był   już   zmęczony,   może   nawet   stracił   zbyt   wiele   krwi,   bowiem 

zaatakował tak wolno i niezdarnie, że Abdel aż rozczarował się, z jaką łatwością udało mu się 
odbić   cios   halabardy   ręką,   jakkolwiek   siła   ciosu   niemal   nie   złamała   mu   prawego 
przedramienia. Zabolało, ale Abdel zignorował ból i wymierzył Eagusowi solidnego kopa. 
Czubek ciężkiego buta trafił bandytę wprost w jego otwartą ranę.

Eagus   zaskrzeczał   i   upadł,   nogi   załamały   się   pod   nim   jak   zapałki.   Abdel   wyciągnął 

background image

wielki,   szeroki   sztylet,   który   dostał   od   Goriona   jako   podarunek   z   okazji   osiągnięcia 
dojrzałości. Srebrne ostrze zalśniło. Podszedł i poderżnął Eagusowi gardło, patrząc jak powoli 
gasną mu oczy, wraz z uchodzącym zeń życiem. Abdel uśmiechnął się, choć wiedział, że 
Gorion tego nie lubi. I nagle zdał sobie sprawę, że przecież Gorion wciąż walczy, a poza 
tym...

Był   jeszcze   kusznik.   Stał   dalej.   Mrużył   swe   ciemne   oczy   w   porannych   promieniach 

słońca. Jego ćwiekowana,  skórzana kamizela  skrzypiała  przy każdym  ruchu.  Długie rude 
włosy falowały ciężko na wietrze. Kusznik celował w Goriona.

Z gardła Abdela wydarł się pełen rozpaczy krzyk.
– Oj...
Spust zwolnił cięciwę, ciężki bełt ze świstem przeciął powietrze...
– ... cze...
... i utkwił prosto w oku Goriona.
– ... eeee!!!
Abdel już wiedział, zanim jeszcze bezwładne ciało Goriona legło na żwirze drogi, że jego 

jedyny ojciec, którego znał, już nie żyje.

W oczach mu poczerwieniało, w uszach zadzwoniło, w ustach czuł jadowity smak miedzi 

– ogarnęła go wściekłość. Najpierw podbiegł do calishitańskiego szablisty; po prostu dlatego, 
że   był   bliżej.   Trzymał   swój   ciężki,   srebrny   sztylet   przed   sobą,   wyprowadzając   szybkie 
pchnięcia w przód. Zmęczony Calishita zatoczył się w tył i uniósł szablę do góry.

Metal brzęknął, a Calishita zdążył wypowiedzieć tylko pierwszą sylabę imienia jakiegoś 

dawno   zapomnianego   boga,   kiedy   ciężkie   ostrze   Abdela   strzaskało   klingę   wspaniale 
zdobionej szabli. Dwie trzecie grawerowanego ostrza zawirowało w powietrzu i poleciało 
gdzieś w bok, ponad drogą, w stronę krzaków. Calishita mógł tylko patrzeć, jak jego broń 
szybuje łukiem i cofać się przed sztyletem Abdela.

Stopa Calishity zapadła się nagle w koleinę wyżartą w drodze przez koła wozów. Stracił 

równowagę   i   runął   w   tył,   co   ocaliło   go   przed   kolejnym   ciosem   sztyletu,   który   teraz 
niechybnie rozpłatałby mu szyję.

Wyjąc z wściekłości, Abdel rzucił się w przód i znów chlasnął. Jego ramię zadrżało pod 

nagłym oporem, na jaki natrafiło ostrze ciężkiego sztyletu.

Calishita prawdopodobnie zdążył jeszcze zobaczyć, jak złamane ostrze jego szabli uderza 

o ziemię, zanim świat mu zawirował, a coś mokrego i lepkiego zbryzgało twarz. Jego odcięta 
głowa mogła jeszcze żyć, aby to zobaczyć, ale on sam był już martwy, zanim głowa i ciało 
dotknęły ziemi.

Kusznik nie zamierzał dłużej czekać, by kląć, błagać o litość czy struchleć z przerażenia. 

Może nie był najbystrzejszym człowiekiem na Wybrzeżu Mieczy, ale był bystry na tyle, by w 
trosce o własne życie rzucić się do ucieczki.

Abdel, wciąż ogarnięty niepohamowaną żądzą mordu, gonił go tak długo, aż wreszcie 

background image

dopadł   i   pokrajał   na   kupę   broczącego   krwią   mięsa.   W   końcu   przybrany   syn   Goriona   z 
Candlekeep, wyczerpany do nieprzytomności opadł na tę stertę podziurawionej skóry, flaków, 
strzaskanej kuszy, i zapłakał.

* * *

Abdel   od   lat   sprzedawał   siłę   swego   ramienia   i   umiejętności   wzdłuż   i   wszerz   całego 

Wybrzeża Mieczy. Ostatnie dziesięć dni tygodnia spędził eskortując karawanę kupiecką od 
Wrót   Baldura   do   biblioteki   w   Candlekeep.   Masywny   monastyr   w   Candlekeep   był   jego 
domem   w   czasach   dzieciństwa,   a   przynajmniej   czymś,   co   najbardziej   przypominało   mu 
prawdziwy dom. To właśnie tam Gorion, dobry, choć przy tym dość surowy mnich, obudził w 
nim wiarę w Torma, boga śmiałków i głupców. To tam próbował zaszczepić w nim miłość do 
słowa pisanego, historii i tradycji Faerunu.

Abdel dużo się uczył, ale myślami wciąż był gdzie indziej, aż w końcu obaj – syn i jego 

przybrany   ojciec   zdali   sobie   sprawę,   że   nie   jest   mu   przeznaczone   pędzić   żywot   mnicha 
zamkniętego   w   klasztorze,   skryby   kopiującego   ważne   dzieła,   zachowującego   wiedzę   i 
doświadczenia innych. Abdel pragnął zdobyć własną wiedzę i doświadczenia. I znalazł je 
poza bezpiecznymi murami Candlekeep.

Goriona przerażały niektóre potrzeby Abdela: jego potrzeba walki, zabijania, ale przy tym 

zdawał się je rozumieć, jakby spodziewając się tego po swym przybranym synu. Jednak z 
drugiej strony nigdy nie mógł mu tego wybaczyć.

Abdel  wcale   nie  był  podobny do  tego  mnicha.  Nikogo  też,  kto  ich   dobrze  znał,  nie 

dziwiło,   że   ich   sposób   myślenia   także   się   różni.   Gorion   był   sztywnym   chudzielcem, 
prawdziwym  molem  książkowym,  Abdel natomiast  był  doskonale  umięśniony,  miał  ostre 
rysy i atramentowo czarne, długie włosy, które opadały na ramiona z tą samą gracją, jaka 
kryła się w zwinnych ruchach jego ciała. Był prawie o stopę wyższy niż jego ojczym i przy 
blisko siedmiu stopach wzrostu niemal trzykrotnie cięższy.

W ciągu ostatnich kilku lat prawie ze sobą nie rozmawiali, ale kiedy Abdelowi nadarzyła 

się okazja eskortować karawanę do Candlekeep, natychmiast z niej skorzystał i to nie tylko 
dlatego, że jego sakiewka świeciła już pustkami, ale że znów chciał zobaczyć ojca.

Ich   spotkanie   pełne   było   emocji   już   od   chwili,   kiedy   Abdel   przekroczył   bramę 

Candlekeep i zobaczył ojca. Gorion ucieszył się na jego widok. Może Abdel spędził zbyt 
wiele czasu w towarzystwie najemników i płatnych morderców, ale wydawało mu się, że 
Gorion przesadza z tą radością. Pierwszego wieczoru rozmawiali o wielu różnych rzeczach. 
Gorion zawsze z uwagą przysłuchiwał  się opowieściom Abdela o toczonych  przez  niego 
walkach i zwycięstwach, o chciwych kupcach i bandach włóczących się orków czy portowych 
tawernach   i   kumplach   po   fachu.   Ale   tej   nocy   Gorion   wydawał   się   jakiś   nieobecny, 
zamyślony. Młody najemnik odniósł wrażenie, że ojciec pragnie mu coś powiedzieć.

Abdel, jak to miał w zwyczaju, po prostu zapytał ojca, co chodzi mu po głowie. Gorion 

background image

uśmiechnął się i za chwilę już śmiał się na dobre.

– I skrył  swą twarz za zasłoną nocy?  – zapytał  Gorion, parafrazując pewnego barda, 

którego Abdel niezbyt sobie przypominał.

– Staey z Evereski?
– Pacys – poprawił Gorion. – Jeśli pamięć mnie nie myli.
Abdel skinął głową, a Gorion zadał mu proste pytanie.
– Czy pójdziesz ze mną w pewne miejsce?
Abdel westchnął głęboko.
– Dobrze wiesz, ojcze, że nie mogę tu zostać. Dosyć mam już twoich ksiąg i zwojów...
– Nie, nie – przerwał mu Gorion, uśmiechając się smutno. – Nic z tych rzeczy. Miałem na 

myśli miejsce poza murami Candlekeep. Miejsce zwane „Pod pomocną dłonią”.

Abdel roześmiał się. Oczywiście, że znał to miejsce. W tej przydrożnej gospodzie bywał 

już  wielokrotnie.   Czasem  udawał  się  tam  specjalnie  –  w  poszukiwaniu  roboty,   wina  czy 
kobiet i zawsze znajdował przynajmniej jedno. Ale jaką sprawę mógł mieć tam jego ojciec, 
tego nawet nie mógł się domyślać.

–   Są   tam   dwie   osoby...   muszę   się   z   nimi   spotkać   –   rzekł   Gorion.   –   A   droga   bywa 

niebezpieczna.

– Czy  to ma coś wspólnego z moimi  rodzicami? ... Z moją matką? – pod wpływem 

impulsu zapytał  nagle Abdel. Nie widział dlaczego to zrobił, ale nie zdążył powstrzymać 
słów, które same cisnęły mu się na usta.

Gorion zareagował tak samo jak zawsze, gdy Abdel pytał o swoich rodziców, których w 

ogóle nie znał. Jego twarz skrzywiła się w grymasie bólu.

– Nie – odparł krótko. Na dłuższą chwilę zapadła nieprzyjemna, nienaturalna cisza. – Nie 

z twoją... nie z twoją matką.

On po prostu chciał dotrzeć do „Pomocnej dłoni”, aby spotkać się z pewnymi ludźmi, 

którzy mieli dla niego jakieś informacje. To wszystko. Życie Goriona zawsze koncentrowało 
się wokół spraw związanych z pozyskiwaniem od ludzi różnych informacji, dlatego też Abdel 
nie mógł dziwić się jego prośbie. Oczywiście zgodził się towarzyszyć ojcu, tym bardziej, że 
sam prawdopodobnie by się tam udał. Perspektywa wspólnej wyprawy wydała mu się o wiele 
przyjemniejsza.

Tak   więc   następnego   ranka   po   raz   pierwszy   razem   opuścili   Candlekeep,   podążając 

Nabrzeżnym  Traktem  do gospody „Pod pomocną  dłonią”.  Podróż była  przyjemna,  aż do 
owego feralnego trzeciego dnia marszu, kiedy to tuż przed południem drogę zagrodzili im 
zabójcy.

* * *

Na pierwszą niespodziewaną oznakę życia Abdel rzucił się w stronę leżącego ojca.
Gorion   chrapliwie   wciągnął   oddech,   a   Abdel   podpełzł   do   niego   niczym   tonący   w 

background image

kierunku pływającej deski. Jego ranny bok promieniował falami bólu od pasa po szyję i raz 
po   raz   eksplodował   w   środku   głowy.   Abdel   upadł   raczej   niż   usiadł.   Chciał   powiedzieć: 
„Ojcze”   albo   coś   innego   jeszcze,   ale   głos   ugrzązł   mu   w   krtani,   sprawiając   cierpienie. 
Pomyślał nawet, że samo słowo mogło go zadławić.

Ojciec zamrugał zdrowym okiem, źrenica błądziła ślepo po gałce, jego lewa ręka zaczęła 

wolno sunąć w kierunku kieszeni pasa. Prawa ręka drgała konwulsyjnie, palce zaciskały się 
na żwirze, jakby próbując zdusić ból.

– Mój... – udało się wypowiedzieć Gorionowi. Tylko to jedno, wyraźne słowo.
– Tak – szepnął Abdel. Gardło znów mu się zacisnęło, nie pozwalając wydusić ani słowa 

więcej. W oczach znów stanęły mu łzy na widok broczącego krwią, umierającego ojca.

– Powstrzymaj... – rzekł Gorion nadspodziewanie dźwięcznym głosem. Powiedział coś 

jeszcze, ale co? – tego Abdel już nie zrozumiał.

Ręce mnicha wzniosły się w górę. Abdel zdał sobie nagle sprawę, że przygotowuje się on 

do rzucenia czaru. Gorion dotknął go raptownie, ręce umierającego raczej spadły na niego niż 
świadomie opuściły. Fala ciepła ogarnęła tułów Abdela i nagle palący ból znikł jak ręką odjął. 
Gorion z sykiem  wciągnął długi, bolesny oddech. Abdel, którego rana już się zasklepiła, 
prawie całkowicie wyleczony, powiedział:

– A teraz twoja kolej.
Gorion nie zaczął rzucać następnego leczącego czaru.
– Ten był jedyny – wychrypiał mnich.
Abdel zapragnął przekląć swego przybranego ojca za to, że zmarnował na niego swą 

jedyną leczącą modlitwę.

– Ty umierasz... – tylko to był w stanie z siebie wykrztusić.
– Powstrzymaj wojnę... Ja już nie mogę...
Ciało Goriona zatrzęsło się od nagłego, wyczerpującego kaszlu i nagle w gwałtownym 

spazmie wyciągnął lewą rękę ku Abdelowi, tak że ten aż się wystraszył. Gorion ściskał w 
dłoni   kawałek   podartego   pergaminu.   Wysiłek   sprawił,   że   opierzony   bełt   zadrżał   w   jego 
przebitym oku. Na pergamin padły krople krwi. Abdel sięgnął, by chwycić dłoń ojca i Gorion 
wypuścił pergamin.

– Zabieram cię z powrotem do Candlekeep – powiedział Abdel, głośno rozgarniając żwir, 

by chwycić ojca w ramiona.

– Nie – wycharczał mnich, powstrzymując go. – Nie czas. Zostaw mnie... wróć po mnie...
Ciało Goriona skurczyło się w nagłym spazmie bólu, aż Abdel zamarł.
– Twój ojciec... – i znów kaszel. Łza spłynęła z oka Goriona, jego jedynego oka, które 

mogło jeszcze płakać. Znów zmusił się do mówienia

– Khalid... Jahe...
I zaraz potem wydał swoje ostatnie tchnienie, a jego zdrowe oko spojrzało w niebo.
Abdel   krzyczał   nad   konającym   ojcem   tak   długo,   póki   jego   ramię   nie   przestało 

background image

konwulsyjnie drżeć. Ręka najemnika mimowolnie chwyciła pergamin, jego dłoń zacisnęła się 
na nim. Długo jeszcze siedział na drodze, w towarzystwie martwych jedynie i kraczących 
wron, aż w końcu wstał i zaczął wygrzebywać ojcu grób.

background image

Rozdział drugi

Tamoko nie wiedziała, co takiego widzi jej kochanek w pustej ramie. Możliwe, że kiedyś 

był w niej osadzony jakiś obraz, a może lustro ze srebrzonego szkła, ale teraz została tylko 
pusta   rama   wisząca   na   krótkim   łańcuszku   z   brązu,   podwieszonym   u   sufitu   w   komnacie 
Sarevoka.   Nieraz   potrafił   gapić   się   w   nią   godzinami,   czasem   mrucząc   pod   nosem 
przekleństwa, to znów uśmiechając się do siebie czy też przeglądając  gryzmoły w swym 
kosztownym  notatniku oprawionym  w wysadzaną  klejnotami  skórę. Tamoko nie potrafiła 
czytać w języku Faerunu, miała trudności nawet z odczytaniem liter jej rodzimego języka 
Kozakury, więc nie wiedziała, co takiego pisał w swym notatniku jej kochanek. Wiedziała 
jedynie,  że Sarevok  widział  coś  w tej  ramie,  nie przestawał  jej  śledzić,  choć  miał  wiele 
innych, ciekawszych przedmiotów zgromadzonych w swym pokoju.

Usiadła i podkuliła nogi na miękkim łożu, zaścielanym ogromną pierzyną w jedwabnej 

poszewce. Spróbowała medytować. Coś ukłuło ją z tyłu w szyję i rozproszyło jej uwagę.

Gładki   jedwab   czarnej   piżamy   Tamoko   ze   świstem   otarł   się   o   jedwab   pościeli,   co 

przyprawiło Tamoko o gęsią skórkę na jej szczupłych ramionach. Była niską kobietą, nie 
miała nawet pięciu stóp wzrostu, za to mogła pochwalić się gładką skórą księżniczki i siłą 
berserkera. Życie pełne ćwiczeń uczyniło z niej tą, kim była – zabójczynię, w każdym tego 
słowa znaczeniu.

Nie zamknęła oczu, jedynie przyłożyła język do podniebienia i skoncentrowała się na 

oddechu, czując jak krew zaczyna żywiej krążyć w jej ciele.

W pokoju panował półmrok, powietrze stało, co zwykle pomagało jej w koncentracji, lecz 

nie dziś. Dzisiaj powietrze  w komnacie  Sarevoka, ukrytej  pośród labiryntu  innych  pokoi, 
które tylko nieliczni mogli oglądać, było ciężkie i martwe. Pomarańczowy, łagodny płomień 
świecy, z rzadka tylko skaczący w nieruchomym powietrzu, sprawił, że zamrugała. Z powodu 
wilgoci panującej w pokoju jedwabne ubranie przykleiło się do każdej krągłości jej ciała.

Minuty mijały, a ona ciągle usiłowała się skupić na medytacji. Kiedy Sarevok zauważył, 

co robi i skrzywił się z dezaprobatą, wiedziała już, że jak zwykle zamierza poprosić ją, by 
kogoś zabiła. Tym bardziej starała się skoncentrować.

background image

– Mój brat – zaczął nagle Sarevok, tak nagle, że mniej doświadczony zabójca mógłby się 

przestraszyć, ale nie Tamoko – jest na tropie.

– Twój brat? – zapytała szybko. Tak szybko, że Sarevok z niepokojem się odwrócił.
– Tak, mam co najmniej jednego brata – odpowiedział Sarevok tym swoim głosem, który 

ona uważała może nie tyle za uwodzicielski, co kuszący...

Zimny   dreszcz   przebiegł   jej   wzdłuż   kręgosłupa,   za   co   zezłościła   się   na   siebie.   Z 

pewnością było coś takiego w Sarevoku, co sprawiało, że w jego obecności zawsze miała się 
na   baczności.   Nie   był   człowiekiem,   nie   był   nawet   istotą   ludzką,   to   było   pewne.   Nawet 
barbarzyńcy z Faerunu byli jej bardziej bliscy niż on. Nie wiedziała, kim jest, ale lubiła go. 
Otaczała go aura władzy w taki sam sposób, jak kobiety z Faerunu otacza woń perfum. Mogła 
sobie nawet wyobrazić, jak się w niej pławi. Był pewny siebie i pełen determinacji, nie dbał o 
boże kaprysy ani o jakiś infantylny cel czy brzęk monet. Sarevok pragnął władzy... władzy i 
czegoś   jeszcze.   W   jego   obecności   Tamoko   czuła   się   niepewnie,   ale   nie   mogła   się 
powstrzymać, by go nie podziwiać. Ten fakt przypominał jej, że kiedy tak siedzieli razem w 
mroku pokoju, w którym nic pomiędzy nimi nie zaszło, Sarevok powiedział jej tylko to, co 
chciał,   żeby   wiedziała,   a   wolał,   żeby   nie   wiedziała   zbyt   wiele.   On   zawsze   potrafił   się 
kontrolować.

– Jak ma umrzeć? – zapytała, wiedząc, że jest tu po to, by dla niego zabić i że nie wolno 

jej pytać dlaczego.

Sarevok   wybuchnął   śmiechem,   na   co   Tamoko   uśmiechnęła   się.   Nie   dlatego,   że   jego 

śmiech był przyjemny, ale dlatego, że taki w ogóle nie był. Naprawdę, on nie był zwykłym 
człowiekiem.

– Więc ma żyć?
Sarevok nadal uśmiechał się tym swoim wilczym uśmiechem, po czym pochylił się i 

usiadł na łóżku, wolno przysuwając się. W pierwszej chwili instynktownie zapragnęła się 
cofnąć i uniknąć jego twardego, żelaznego uścisku, który za chwilę miał nadejść, ale jej ciało 
nawet nie drgnęło. Powstrzymała się; potrafiła panować nad swym ciałem.

Przysunęli się do siebie, a jego dotyk był ciepły, przyjemny i pełen groźnego napięcia, 

które   tak   ją   w   nim   pociągało,   kazało   jej   zawsze   do   niego   wracać   i   czyniło   z   niej   jego 
niewolnicę.   Zabijała  dla  niego  dziesięć,  dwanaście,  piętnaście   razy  – przestała   już  nawet 
liczyć ile razy – i zabiłaby jeszcze kolejne sto, byleby tylko popatrzył na nią tak jak teraz, tak 
chwycił, wszedł w nią, przeszedł przez nią, obok niej choć ten jeden raz jeszcze.

– On akurat... – wyszeptał jej do ucha, a jego głos wydawał się cieplejszy niż jego oddech 

– będzie żył... Przynajmniej jakiś czas.

Cofnął się nagle, a ona usłyszała swoje własne westchnienie. Była na tyle opanowana, 

żeby się nie zaczerwienić, ale błysk w oku Sarevoka powiedział jej, że zauważył  to. On 
zawsze wszystko widzi.

– Tych dwóch Zentharimów – zaczął – także pożyje jeszcze jakiś czas, ale niedługo. 

background image

Sprowadzę ich tu z Nashkel.

– Byli użyteczni dla ciebie – powiedziała Tamoko i ściszając głos dodała – dlatego umrą 

szybko.

Sarevok   znów   się   zaśmiał   i   Tamoko   z   trudem   powstrzymała   drżenie.   Tym   razem   z 

podniecenia.

– Nie sądźmy po pozorach, dziecinko – powiedział. – Oni mogą mnie jeszcze zawieść, 

zwłaszcza ten mniejszy.

background image

Rozdział trzeci

Kiedy nasłały dni  Awatarów,  Czarny Pan spłodził śmiertelne potomstwo. Wśród dzieci 

tego miotu były zarówno dobre, jak i złe z charakteru, lecz chaos dotknął je wszystkie. Kiedy  
bękarty   Mordercy   dorosły,   sprowadziły   na   Wybrzeże   Mieczy   śmierć   i   zniszczenie.   Jedno 
spośród tych dzieci musi wynieść się nad pozostałe i przejąć dziedzictwo ojca. Spadkobierca  
ten zmieni historię Wybrzeża Mieczy na całe przyszłe stulecia.

Nonsens.
Abdel   nie   mógł   uwierzyć   w   to,   co   przeczytał.   O   czym   mówiła   ta   kartka   sztywnego 

pergaminu, znacząca dla jego ojca tyle, że wydobył ją resztkami swych sił, skąpał we własnej 
krwi?   Może   chodziło   o   jakiegoś   martwego   boga,   jeśli   fragment   o   dniach   Awatarów 
rzeczywiście   odnosił   się   do   Czasu   Niepokoju,   kiedy   to   wśród   ludzi   po   Torilu   chodzili 
bogowie i jak ludzie tu umierali.

Kiedy Abdel po raz pierwszy ujrzał ten tekst, jeszcze nad ciałem martwego ojca, był 

pewien,   że   jest   to   informacja   dla   niego,   jakiś   sekret,   który   ojciec   przed   nim   taił.   Kiedy 
rozkładał pergamin i zwrócił swe załzawione jeszcze oczy ku szarzejącemu niebu, był niemal 
pewien, że znajdzie tam coś  o swojej matce,  może  nawet wiadomość  od niej, list, który 
napisała do swego dziecka tuż przed swą śmiercią lub zanim go oddała, gdzieś odesłała, 
sprzedała, czy cokolwiek innego, co tłumaczyłoby fakt, że nigdy jej nie poznał.

Zamiast tego na pergaminie znalazł kilka wyrwanych z kontekstu zdań, układających się 

w coś na kształt przepowiedni, która może, ale wcale nie musi się sprawdzić, a już na pewno 
– Abdel był przekonany – nie miała nic wspólnego z jego osobą.

–   Cokolwiek   ma   być,   to   będzie,   staruszku   –   powiedział   Abdel   do   ojca,   tuż   przed 

złożeniem   jego   ciała   do   grobu,   który   sam   wykopał.   –   Już   cię   tu   nie   będzie,   żebyś   się 
przekonał, czy się sprawdzi. Może mnie też nie.

Chciał dodać coś jeszcze. Szukał w pamięci i w sercu jakiejś modlitwy, jakiejś frazy, 

przypowieści   czy   wspomnienia.   Próbował   znaleźć   właściwe   słowa,   którymi   żegna   się 
bliskich, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

background image

Gdy zasypywał grób ziemią i żwirem, rozpadał się deszcz. Abdel pozwolił, by strugi 

wody zmyły mu z twarzy słone łzy. Skończył pracę, stanął wyprostowany i wystawił twarz 
wprost na padające, zimne krople. Przejechał dłonią po swych gęstych, czarnych włosach i 
zamknął oczy, czekając, aż deszcz spłucze z niego brud ziemi i krew.

Ojciec wyleczył  mu  ranę w boku. Choć była  głęboka, niemal całkowicie  się zagoiła. 

Próbował zignorować uporczywy ból, ale on nie ustępował.

Nie mógł żyć ze zranionym sercem. Jego ojciec zginął z rąk najemnych zbirów. Ktoś 

zapłacił im, żeby go zabili i to pewnie sowicie. To był interes i tyle, ale że bandytom nie 
udało się zabić Abdela, był to interes nie dokończony. Dokończyć go musiał teraz sam Abdel.

Abdel, syn Goriona, poprawił swą kolczą tunikę, butem odgarnął z grobu błoto, podniósł 

ramiona, żeby wyważyć swój wielki miecz przewieszony na plecach, po czym w grobowy 
kopczyk wbił znaleziony na ziemi kij. Na mokrym kiju uwiązał złoty łańcuch ze srebrnym 
symbolem malutkiej rękawicy, noszony przez ojca. Dobrze wiedział, że już niebawem jakiś 
anonimowy podróżnik znajdzie go i ukradnie.

– Wrócę po ciebie – powiedział, po czym odwrócił się i odszedł.

* * *

Trudno   orzec,   co   wywoływało   ten   przerażający   dźwięk,   który   wyrwał   Abdela   z 

niespokojnego snu, czy też jak daleko znajdowało się jego źródło. Młodzieniec momentalnie 
zerwał się na nogi.

Tego dnia pogrzebał swego przybranego ojca, w pobliżu miejsca, w którym Lwi Trakt 

biegnący z Candlekeep przecina uczęszczaną drogę Nabrzeżnego Traktu. Wznosił się tam 
kamienny słup, wykuty z solidnego bloku granitu. Gdy Abdel mijał go wcześniej, jadąc do 
Candlekeep, witał go z przyjemnością, teraz ten znak stał się dla niego symbolem tego, co 
utracił. Po śmierci Goriona Abdel nie był nawet pewien, czy może wrócić do Candlekeep.

Ale teraz nie było czasu na przemyślenia. Dźwięk zbliżał się i to coraz szybciej.
Przypominało to chór wściekłych psów współzawodniczących z pianiem tysiąca bardów, 

którym   obcięto   języki   tak,   że   mogli   jedynie   wyć,   mruczeć,   chrząkać   i   krzyczeć.   Hałas 
przeraził Abdela, co rzadko mu się zdarzało.

Musiał zaprzeć się plecami o kamienny słup, żeby powstrzymać chęć ucieczki ze strachu 

w   mrok   nocy.   Abdel   był   gotów   do   walki   z   tym   czymś,   co   wywoływało   ten   piekielny 
harmider. Czymkolwiek zresztą to było, brzmiało tak, jakby było tego wiele. Musiał walczyć 
nie tylko z tym czymś, ale i ze swoim strachem.

Kamień za jego plecami był szorstki i mokry, a Abdel zdał sobie nagle sprawę, że gdy 

kładł się spać, to zdjął kolczugę. Noc była ciemna, chmurna już od poprzedniego popołudnia. 
Oczy przystosowały mu się do ciemności i Abdel spróbował przejrzeć mrok, by sprawdzić, 
czym spowodowany jest ten zbliżający się odgłos, teraz już wprost nieznośny dla jego uszu. 
Ta diabelska kakofonia sprawiała, że Abdel bliski był obłędu.

background image

Zobaczył to najpierw jako wielki cień, który sunął po ziemi w poprzek skrzyżowania, 

kierując się na południe. Olbrzymi cień napotkał na swej drodze drzewo – może nieduże, ale 
na pewno spore – i pochłonął je bez wahania. I wtedy wewnątrz tego cienia zaczęły formować 
się jakieś kształty. Abdel zrozumiał swój strach, gdy pojął, że ta głośna masa cienia była w 
rzeczywistości hordą wielu małych stworzeń, setek humanoidalnych istot.

Abdel otworzył usta i wolno wciągnął oddech, aby nie było go słychać. Chociaż księżyc 

skrywały chmury i na niebie nie było widać ani jednej gwiazdy, Abdel ucieszył się w duchu, 
że   nie   ma   na   sobie   zbroi.   Błysk   metalu   mógł   ściągnąć   uwagę   jednego   ze   stworów   i 
sprowadzić na niego cały ten ich rój. A nawet on prawdopodobnie nie byłby w stanie obronić 
się przed masą tych czarnoskórych ciał. Właśnie wtedy Abdel ujrzał błysk stali wśród cieni 
kryjących hordę. Są uzbrojeni – pomyślał – mają miecze. To przypomniało mu, że jego miecz 
także jest ze stali i czym prędzej ukrył cicho pałasz za plecami.

Nawet nie drgnął, kiedy usłyszał za sobą, po drugiej stronie słupa chrzęst żwiru. Mocniej 

zacisnął dłoń na rękojeści i spróbował przypomnieć sobie modlitwę do Torma. Chrzęst z tyłu 
ustał, ale Abdel nie ośmielił się odwrócić.

Skupiając swą uwagę na tym, co działo się za nim, Abdel nie usłyszał tego, co zbliżało się 

od lewej, za to poczuł smród. Zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, wyciągnął miecz przed 
siebie, obrócił rękę i uderzył nisko w lewą stronę. Ostrze natrafiło na opór i chociaż Abdel nie 
mógł zobaczyć swego przeciwnika z powodu ciemności, wiedział, że skoro ten nie wrzasnął, 
to musiał go na miejscu zabić. Chwilę potem usłyszał z prawej chór jęków i gardłowych 
porykiwań, i zdał sobie sprawę, że jest ich więcej, o wiele więcej, i że go zauważyli.

Choć Abdel z trudem widział coś więcej poza niewyraźnymi konturami swych wrogów, 

oni nie mieli z tym kłopotu. Zardzewiałe, podziurawione i strzaskane ostrza uderzyły naraz na 
Abdela, a hałas był ogłuszający. Parował ataki jeden po drugim, zabił jedną istotę, potem 
drugą i cały czas przywierał plecami do kamiennego słupa. Wywijał mieczem przed sobą, 
tworząc coś w rodzaju stalowej zasłony, ale niektóre ataki przechodziły przez nią. Rana w 
boku znów odezwała się bólem, ale musiał ją zignorować i walczyć dalej. Kiedy zabił kolejną 
małą   bestię,   zaraz   następna   zajmowała   jej   miejsce.   Zrozumiał,   że   tej   nocy   przyjdzie   mu 
zginąć.

W tonacji ryków hordy zaszła drobna zmiana, po kilku sekundach wrzask zmienił się 

zupełnie i cała horda, jak jeden mąż ruszyła na północ. Czyli wprost na Abdela.

Abdel   niestrudzenie   wyrzynał   nacierających,   jednego   po   drugim,   póki   cały   nie   był 

skąpany we krwi, także własnej. Wydawało się, że trwało to godzinami, całą wieczność, ale 
minęło zaledwie kilka sekund, gdy nagły błysk światła oślepił najemnika.

Nie   było   huku   gromu,   ale   Abdel   był   pewien,   że   to   piorun   musiał   trafić   w   czubek 

kamiennego  słupa  nad   jego  głową.   Miał  oczy  szeroko  otwarte,   chwytając   każdy  promyk 
światła jaki mógł, kiedy znikąd eksplodował żółty błysk. Zawył  z bólu i mocno zacisnął 
powieki. Łzy pociekły po splamionych krwią policzkach, zakłócił się rytm jego ciosów.

background image

Wrzask, jaki wydała z siebie horda w odpowiedzi na światło, był ogłuszający. Tysiąc 

wyjących   gardeł   przyprawiło   Abdela   o   dreszcz.   Brzmiało   to   tak,   jakby   całą   wioskę 
wyrzynano w pień za jednym zamachem. Stwory zaprzestały ataku i kiedy Abdel mrugając 
pozbył  się  czerwonych  kręgów  spod powiek, zobaczył,  że  horda się wycofuje.  Stwory – 
brzydkie, półnagie humanoidy, ubrane we wściekle purpurowe szmaty opinające ich gibkie 
muskuły,  z głowami na podobieństwo lwich, o czarnych, splątanych grzywach – uciekały 
przed światłem,  które wciąż świeciło  jaskrawo ponad głową Abdela, wcale przy tym  nie 
parząc.

Wyczerpany Abdel z ulgą osunął się na kolana, szorstki kamień za plecami podrapał go 

przez cienką koszulę. Głęboko i łapczywie wciągał powietrze, jego miecz zdawał się ważyć 
tysiąc funtów.

– Styka już – odezwał się szorstki, donośny głos. – No, zgaś to przeklęte światło.
Abdel chciał skoczyć na nogi i przyjąć obronną postawę, ale nie był w stanie tego zrobić. 

Zdecydował się poczekać, aż ten, kto wypowiedział te słowa, zbliży się doń na tyle, by mógł 
go zabić nie musząc wstawać.

– Poszły już, poszły? – zapytał drugi głos. – Przyjrzyjmy się naszemu nowemu... naszemu 

nowemu przyjacielowi.

Abdel usłyszał kroki dwóch osób obchodzących słup i spróbował wstać im na spotkanie, 

mimo że pierś mu ciążyła. Znów mocno zamknął oczy, oburącz trzymając miecz przed sobą. 
Patrzył w dół, kiedy otworzył oczy. Gdy zniknęły ostatnie czerwone kręgi, ujrzał parę nagich, 
szerokich stóp, porośniętych gęstym, kręconym rudym włosiem. Buty, które stanęły obok, 
były z eleganckiej, lśniącej, czarnej skóry.

Jeden z przybyszów chrząknął i zapytał:
– Jak tam? Dobrze z tobą, chłopcze?
Abdelowi zachciało się śmiać. Wcale nie było z nim dobrze.
– To już drugi raz tego dnia – odparł, mrugając załzawionymi oczami, żeby zupełnie 

odzyskać wzrok – musiałem walczyć o życie. Czy chcecie, aby to był ten trzeci raz?

– Ha! – huknął ten z zarośniętymi stopami; Abdel mógł teraz rozpoznać w nim niziołka. – 

Niczego takiego nie chcemy, młodziaku.

– W żadnym razie – dopowiedział drugi, wysoki, chudy człowiek w czarnej szacie. – 

Spokojnie... uspokój się.

Abdel z uwagą przyjrzał się swoim niesamowitym wybawcom. Niziołek jakby różnił się 

od przedstawicieli swej rasy, choć jak i oni był niski, krępy i o rumianej karnacji. Miał w 
sobie   coś   diabolicznego,   choć   swoją   drogą   wśród   całej   galerii   znanych   Abdelowi 
najemników,   twardzieli,   złodziejów   i   łajdaków   mało   było   niziołków.   Ten   nosił   na   sobie 
czerwono-brązową skórę przerobioną na zbroję chroniącą żywotne organy, za to z obciętymi 
rękawami. U jego boku w złoconej pochwie wisiał wspaniałej roboty długi miecz – broń 
imponująca   jak  na  rozmiary   jego  właściciela.  Niziołek  pokręcił  swym  zadartym  nosem   i 

background image

uśmiechnął do Abdela.

– Brywieczór, młodziaku – powiedział z obcym akcentem, właściwym dla... Waterdeep? 

W każdym razie dla miasta, w którym niziołków raczej się nie spotyka. – Jam jest Montaron, 
a mój kompan zowie się Xzar... On to wymodził to obrzydliwie jasne światło, co to przerwało 
ten huczny, hehe, bal, który se tu urządzałeś.

Abdel skinął niziołkowi i teraz baczniej przyjrzał się człowiekowi imieniem Xzar. Był 

wysoki, chudy i nerwowy. Jego twarz była w nieustannym ruchu, jakby pod skórą lęgły się 
robaki, a usta bez przerwy się poruszały, jakby bezgłośnie mówił coś do siebie. Co chwila 
szarpał głową w bok, jakby chciał odgonić natrętną muchę, której w istocie nie było.

– Gibberlingi – rzekł człowiek – w ogóle... – tik twarzy przerwał mu na moment – ... nie 

znoszą światła... w ogóle.

– Gibberlingi? – zapytał Abdel, domyślając się, że chodzi o stwory z hordy. Trafna nazwa 

dla ich wokalnych możliwości.

– A tyś kto? – nacisnął niziołek.
–   Abdel   –   odparł,   przekładając   miecz   do   lewej   dłoni   i   wyciągając   prawą.   –   Jestem 

Abdel... syn Goriona.

Montaron chwycił rękę Abdela i uścisnął mocno. Zachichotał przy tym, jakby robił swój 

ulubiony dowcip. Xzar nerwowo potarł twarz, bezwiednie gładząc linie wyraźnego tatuażu, 
okalającego jego oczy niczym maska. Kiedy niziołek opuścił rękę, Abdel wyciągnął dłoń ku 
człowiekowi,   ale   Xzar   jedynie   wzdrygnął   się   i   wykonał   ćwierć   obrotu,   jakby   chciał   się 
oddalić.

– Racz wybaczyć memu przyjacielowi. – Powiedział niziołek, kiwając głową na Xzara. – 

Nie z tych on, co to kumplować się lubują, za to jego czary dają mu niedźwiedzi uścisk.

Abdel wzruszył ramionami. Xzar był dziwny, ale przecież był dla niego obcy.
– Powinienem wam podziękować – powiedział Abdel do niziołka.
– No, jasne żeś powinien – Montaron zakaszlał – jeśli masz dobre maniery. Ja nie mam, 

więc nie spodziewam się ich po innych... Heh, ciężka ta droga. Może damy ci szansę na 
rewanż, co?

– Zmierzam do gospody „Pod pomocną dłonią”.
Xzar chrząknął, ale Montaron wciąż się uśmiechał.
– Znajdziesz więcej roboty w Nashkel – powiedział niziołek.
– W Nashkel?
– No... – zaczął Montaron i urwał, kiedy nagle znów zrobiło się wokół ciemno.
Magiczne światło w końcu zniknęło, a wraz z nim ucichły ostatnie wrzaski oddalającej 

się hordy.

– O dzięki ci Panie Trzech Koron – powiedział Montaron, jego głos wyrażał zadowolenie. 

– Heh, już się obawiałem, że to światło nigdy nie zgaśnie. W ciemności widać lepiej, co nie 
Abdel?

background image

Młody   najemnik   zamrugał,   obawiając   się   znów   oślepnąć   od   gwałtownej   zmiany 

warunków świetlnych.

– W każdym razie – dodał Montaron – w Nashkel jest robota do odwalenia.
– Mam sprawę w „Pomocnej dłoni”.
– Heh, więc nie szukasz roboty?
W rzeczywistości Abdel chętnie nająłby się do jakiejś roboty, ale dał obietnicę, a poza 

tym w gospodzie mieli czekać na Goriona Khalid i ten drugi. Gospoda gnomów była trzy dni 
drogi stąd na  północ, podczas  gdy do Nashkel  szło by się w  przeciwnym  kierunku  cały 
tydzień, a więc dziesięć dni.

– Co to za robota?
– Ano, robota z tych, na których dobrze się znasz. Dużo roboty. Mówią, że są jakieś 

kłopoty w kopalniach.

– Najpierw muszę pójść do „Pomocnej dłoni”. Czekają tam na mnie. Ale potem będę 

potrzebował jakiegoś zajęcia.

– Tak więc gospoda najpierw, tak? – stwierdził raczej niż zapytał Xzar. W ciemności 

Abdel nie mógł zobaczyć, czy kierował te słowa do niego, czy do niziołka.

–   No,   pierw   do   „Pomocnej   dłoni”,   potem   do   Nashkel   –   Montaron   rozstrzygnął   jego 

wątpliwości. – Chętnym przespać się w prawdziwym łożu.

background image

Rozdział czwarty

Po   trzech   dniach   wspólnej   drogi   Abdel   musiał   przyznać,   że   w   jakiś   sposób   polubił 

prostackiego niziołka. Choć z drugiej strony było dla niego jasne, że jest dziwny. Potrafił 
przez cały dzień narzekać, że słońce świeci zbyt jasno, mimo że najczęściej niebo przesłaniały 
deszczowe chmury i było szaro. Jego awersja do światła była czasem zabawna, niekiedy znów 
irytowała. Montaron wydawał się dobrze bawić w towarzystwie Xzara i często drażnił go 
podczas marszu, rzucając celnie w jego głowę małymi kamykami i gałązkami.

Abdel był gotów zrobić coś więcej niż tylko drażnić Xzara. Zaczął przemyśliwać, jakby 

go tu zabić. Godziny mijały, niziołek robił sobie żarty, mag nie wyzbywał się swojej dumy, 
zaś  Abdel  snuł coraz bardziej wymyślne plany zamordowania Xzara, po prostu dla zabicia 
czasu.

Xzar   miał   sposób   mówienia,   który   denerwował   Abdela   i   zbijał   go   z   tropu.   Potrafił 

poprawiać i powtarzać słowa bez powodu, nie odzywał się, kiedy powinien i gadał, kiedy nie 
miał nic do powiedzenia. Mag nieustannie nerwowo się wiercił i jakkolwiek Abdelowi na 
początku było go żal z tego powodu, to jednak w końcu nie mógł myśleć o niczym innym, 
tylko o tym, jak bardzo chce mu przyłożyć.

Pierwszego   dnia   marszu   Abdel   był   skłonny   ignorować   nerwowego   maga,   ale   kiedy 

wieczorem usiedli przy ognisku, Xzar powiedział coś, co Abdel zawsze chciał usłyszeć.

– Wiem – zaczaj Xzar – kim jest twój ojciec... twój ojciec.
Abdel wyprostował się, a Montaron, który dotąd śmiał się cicho w ciemności, nagle cały 

zesztywniał.

–   Co   powiedziałeś?   –   zapytał   Abdel.   Tylko   w   ten   sposób   mógł   poprosić   Xzara   o 

wyjaśnienie.

– Xzar – zaczął niziołek, a po chwili po prostu powtórzył – Xzar...
– Twój ojciec – rzekł mag do Abdela, ignorując niziołka – twój ojciec był...
– Starczy! – urwał ostro Montaron, aż mag przymknął oczy. – Nie widzisz, że chłopak 

mocno to przeżywa?

– Skąd to wiesz – zapytał Abdel Xzara, nie zwracając uwagi na niziołka. – Nawet mnie 

background image

nie znasz. Nie wiesz kim jestem, więc skąd mógłbyś znać mojego ojca?

Montaron wyciągnął rękę i położył dłoń na ramieniu Xzara. Mag strącił ją zeźlony.
– Powinien się cieszyć – powiedział Xzar w pustkę. – Powinien się cieszyć, że jest synem 

boga... boga.

Abdel zakrztusił się. Ten człowiek był szalony.
– Niby jestem synem boga? – zapytał Abdel, a złość sprawiła, że głos miał twardy i 

spokojny.

–   Oh   –   zaczął   mag,   ton   jego   głosu   stał   się   protekcjonalny   –   oh,   tak,   oh,   tak, 

najprawdopodobniej nim jesteś.

– Mój przyjaciel – zwrócił się niziołek do Abdela – jest, rzecz jasna, szalony, za to potrafi 

strzelać ogniem z palców, więc się go trzymam.

– Zamknij się – obruszył się mag. – Zamknij się... zamknij. On jest synem Bhaala.
Abdel westchnął i położył się, szykując do spania. Xzar przez chwilę mruczał coś do 

siebie, jego głos ściszył się do głosu świerszcza.

– Pogrzebałem mojego ojca... – powiedział Abdel bardziej do siebie niż do szalonego 

maga czy niziołka. – Jedynego ojca, którego miałem... W dniu, kiedy was poznałem. On nie 
był bogiem ani ja nim nie jestem.

– A co, jeśliś nim jest? – zapytał Montaron, nocny wietrzyk poniósł jego miękki głos w 

mrok nocy.

Abdel spojrzał na niego i nawet w ciemności mógł zauważyć powagę malującą się na 

jego twarzy. To sprawiło, że się roześmiał.

–   Życzę   sobie   tysiąc   razy   tysiąc   sztuk   złota   naraz   –   odparł   Abdel,   co   rozśmieszyło 

Montarona.   –   Zanurzę   całe   Wybrzeże   Mieczy   w   morzu,   aby   zobaczyć   tylko   jak   tonie   i 
zamienię w zombi każdego, kto kiedykolwiek powie o mnie złe słowo.

– Zrób mnie władcą Waterdeep – zażartował niziołek.
– Jasne – powiedział  Abdel, naśladując dziwny akcent Montarona – będziesz królem 

całego świata.

Obaj wybuchnęli śmiechem, lecz kiedy Montaron kładł się spać, powiedział:
– Czasami, chłopcze, zdarzają się cuda.
– Tak – odrzekł Abdel, ziewając – czasami się zdarzają...

* * *

W ciągu ostatnich kilku lat Abdel odwiedzał gospodę „Pod pomocną dłonią” ponad pół 

tuzina razy, ale jej widok zawsze go zaskakiwał. Dawno temu była to prawdziwa forteca, 
zbudowana przez wyznawców martwego już boga Bhaala. Podobno banda gnomów, którzy 
dotarli   w   te   okolice,   wdała   się   w   konflikt   z   wyznawcami   Bhaala.   Po   latach   walk   i 
wzajemnych   przepychanek   gnomy   w   końcu   ich   wypędziły.   Historia   ta   wydawała   się 
Abdelowi mało prawdopodobna, jako że spotkał już w swym życiu kilka gnomów i trudno 

background image

było mu uwierzyć, że ktoś, kto z ledwością sięgał mu do kolan, potrafiłby wysłać kogoś na 
tamten świat.

Abdel nie wiedział nic na temat Bhaala, ale jeśli prawdą było, że jego wyznawcy zostali 

wypędzeni z tak solidnej fortecy przez tych leśnych ludków, to nic dziwnego, że ich bóg nie 
przeżył Czasu Niepokoju.

Abdel nie zapomniał szalonych majaków Xzara. Fakt, że mag skoncentrował swe rojenia 

na temat pokrewieństwa Abdela z Bhaalem, musiał znaczyć, że i on słyszał historię powstania 
gospody „Pod pomocną dłonią”. Jeśli więc byliby w Dolinach, jego ojcem według Xzara 
mógłby być Elminster, a gdyby dotarli do Evermeet, to może nawet sam Corellon Larethian.

Gospoda „Pod pomocną dłonią” była  nie tylko fortecą, ale i małą wioską. Wewnątrz 

wysokich  murów  z szarego kamienia stało wiele budynków  o różnym  przeznaczeniu,  ale 
wszystkie w ten czy inny sposób służyły podróżnym.

Abdel   i   jego   dwóch   towarzyszy  podeszło   do   frontowej   bramy,   czekając   aż   nad   fosą 

opuści się most zwodzony. Nadeszli od południa i widzieli, że fosa nie otacza całej twierdzy, 
a wokół niej kręcili się znudzeni kamieniarze i robotnicy. Fosa była nowa i raczej na pokaz 
niż   dla   celów   obronnych.   Brama   gospody   „Pod   pomocną   dłonią”   zawsze   była   otwarta, 
zapraszając do środka wszystkich podróżnych, i trudno było sobie wyobrazić jej oblężenie.

Przeszli po moście zwodzonym i gdy tylko minęli kolumnową bramę, ruszyli wprost ku 

największemu budynkowi wewnątrz murów. Nawet jeśli Abdel nigdy wcześniej by tu nie był, 
dźwięki wieczornej zabawy powiedziałyby mu, że jest to budynek gospody. Gdy szli przez 
dziedziniec w kierunku wysokich, dębowych drzwi, minęli po drodze mały oddział gnomiej 
straży. Na widok tych małych wojowników Abdel uśmiechnął się. Każdy z trzech strażników 
mierzył nie więcej niż dwie i pół stopy wzrostu i nosił wymyślną choć funkcjonalną kolczugę 
kółkową. Ich krótkie miecze były mniejsze i bez wątpienia lżejsze niż sztylet Abdela. Jeden 
trzymał włócznię z chorągwią „Pomocnej dłoni”, bardziej jako reklamę szyldu niż herb. Trzej 
ludkowie skinęli Abdelowi i odwzajemnili uśmiech, po czym nagle zwrócili swoją uwagę w 
stronę gospody.

Abdel zauważył nagłą zmianę w dźwiękach dochodzących z wnętrza gospody. Montaron 

zatrzymał się i delikatnie przytrzymał Xzara.

– Nie dotykaj mnie – krzyknął mag i wzdrygnął się.
– Ciiii – ostrzegł niziołek, a strażnicy wolno zaczęli zbliżać się do gospody.
Śmiech i wesołe krzyki przycichły i to właśnie zwróciło wcześniej uwagę strażników. 

Nagle rozległ się radosny wrzask, a po nim trzask i brzęk tłuczonego szkła, po czym głośny 
pomruk.

Montaron zaśmiał się i powiedział:
– Brzmi swojsko. To lubię!
Wszyscy trzej skierowali się za strażnikami do drzwi. Abdel stał tuż za gnomami, kiedy 

jeden z nich otworzył drzwi. Hałas dobiegający ze środka ogłuszył go, a chwilę później trafiło 

background image

go   w   twarz   nadlatujące   krzesło.   Najemnik   upadł,   nie   podejrzewając   nawet,   że   gnomy 
zdecydują się wkroczyć w tłum. Tymczasem, mimo że ich pięści były małe, to gdy poszły w 
ruch na poziomie ich oczu, wysocy dla nich ludzie zaczęli padać jak kłody.

Abdel wpadł w gniew, wstał i otarł krew z rozbitego nosa, chwycił połamane krzesło i 

rozejrzał się po mrocznym pomieszczeniu pełnym ludzi. Miał nadzieję wypatrzeć tego, który 
cisnął weń krzesłem, ale wszyscy spoglądali nań równie obojętnie. Wybuchł śmiech i Abdel 
poczerwieniał,  zanim się zorientował,  że ludzie nie śmieją się z niego, lecz z człowieka, 
którego właśnie wynosiło trzech gnomów. Właściwie bardziej go włóczyli za nogi niż nieśli, 
a ów wielki, brudny i cuchnący obwieś pojękiwał cicho za każdym razem, kiedy jego głowa 
odbijała się o twarde deski podłogi.

Abdel   patrzył   na   nieprzytomnego   z   nieskrywaną   wściekłością,   lecz   kiedy   ruszył   do 

przodu, Montaron chwycił za krzesło, które trzymał.

– Zostaw go – powiedział niziołek. – Wygląda na to, że już zapłacił za swoje.
Abdel stanął i czekał, aż gniew opadnie, ale nic z tego. Chętnie by kogoś zabił. Montaron 

patrzył na niego z troską.

– Widzisz? – wyszeptał Xzar.
Niziołek   odepchnął   maga   i   lekko   pociągnął   za   krzesło.   Abdel   pozwolił   mu   je   sobie 

odebrać.

– Musisz sobie chlapnąć co nieco – powiedział, a Abdel potaknął.
Na ladę baru wspięła się gnomka i głośno zawołała:
– Następny, który rzuci krzesłem, zarobi ode mnie w jaja. To jest... – przerwała i czknęła 

głośno – restauracja pierwsza klasa.

Wybuchły   gromkie,   radosne   brawa,   a   już   po   chwili   wszystko   wróciło   do   normy; 

wewnątrz „Pomocnej dłoni” zapanował gwar i chaos, jak każdej nocy.

* * *

Ciemne piwo było smaczne i po trzech kuflach Abdel wreszcie się uspokoił. Usiadł przy 

barze i opuścił głowę, ignorując panujący wokół ścisk i harmider. Nie odezwał się od chwili, 
kiedy oberwał krzesłem i nawet nie otarł krwi z twarzy. Rozejrzał się. Był na tyle ordynarny i 
zły, że Monatron szybko go opuścił i zniknął w tłumie, co przy jego wzroście nie było trudne. 
Xzara pozbył się jeszcze szybciej; mag ukrył się w ciemnej alkowie w kącie sali, gdzie usiadł 
i mruczał coś do siebie.

Abdel wiele nie myślał, po prostu usiadł i pił. Nie był z tych, co to rozczulają się nad 

sobą, ale  też ostatni tydzień  był  dlań prawdziwym  piekłem.  Myśl  o kolejnym  wspólnym 
poranku z niziołkiem i tym przeklętym, mamroczącym magiem wcale nie wydawała mu się 
przyjemna. Jego sakiewka była nieznośnie lekka i nie zanosiło się na to, by w najbliższym 
czasie przybrała na wadze. Już decydował się porzucić towarzystwo Montarona i Xzara – 
niech idą swoją drogą, a on poszuka jakiegoś zajęcia tu, „Pod pomocną dłonią”, kiedy nagle 

background image

przypomniał sobie, po co tu przybył. Gorion ostatnim swym tchnieniem wysłał go tu, aby 
kogoś odnalazł, ale Abdel nie pamiętał imion tych dwojga.

– Niech to Otchłań porwie – wymruczał pod nosem. – Jakie to ma znaczenie?
Abdel   zamówił   czwarty   kufel   u   barmanki,   która   była   przyjemną,   niską   gnomką.   Za 

każdym razem płacił jej miedziakami, których miał już coraz mniej.

– Trzym – powiedziała gnomka, kiedy rzucił na mokrą ladę kolejne cztery miedziaki. – 

Ten stawia firma za twój nochal.

Abdel   skinął,   dziękując   za   darmowe   piwo   i   wziął   od  niej   mokrą   szmatkę,   którą   mu 

wręczyła. Otarł szmatką krew z twarzy i wybuchnął krótkim śmiechem, kiedy zauważył, że 
barmanka dalej przed nim stoi i się na niego patrzy.

– Powinniście umieścić okno w drzwiach – powiedział – żeby goście mogli zobaczyć, co 

dzieje się w środku, zanim je otworzą.

Gnomka roześmiała się.
– Przekażę twą uwagę wyżej – powiedziała.
Zaczekała, aż duszkiem wypił kufel do dna, po czym nalała mu piąty. Tym razem wzięła 

monety z lady.

–   Co   za   spotkanie,   drogi   panie   –   odezwał   się   obok   głos   z   wyraźnym   amniańskim 

akcentem.

Abdel   spojrzał   w   prawo   i   zobaczył   pochylonego   nad   nim   Amnianina,   bez   wątpienia 

spoglądającego na niego życzliwym wzrokiem. Amnianin zmieszał się pod jego spojrzeniem.

– Nazywasz się Abdel – powiedział. – Abdel Adrian.
– Bogowie – zachłysnął się Abdel. Czyżby to był człowiek, z którym miał się spotkać 

Gorion?

– Ty jesteś. A gdzie Gorion?
– Nie żyje – odparł krótko Abdel i nagle gardło zacisnęło mu się, lecz nie uronił ani łzy. – 

Kim jest ten Adrian?

– Czyż to nie ty nazywasz się Abdel Adrian?
– Jestem Abdel, syn Goriona, ale nie mam drugiego imienia.
W   odpowiedzi   Amnianin   jedynie   spojrzał   na   niego   zagadkowo.   Z   pewnością   był 

półelfem.   Jego   smukła   twarz   i   zbyt   okrągłe   uszy,   żeby   nazwać   je   spiczastymi   były 
wystarczającym dowodem, ale jego jasne fioletowe oczy były pewnym znakiem krwi elfów 
płynącej w jego żyłach. Drugim z rodziców z pewnością był Amnianinem, czego dowodził 
jego wielki, długi nos i ciemno oliwkowa karnacja skóry. Był ubrany jak do bitwy, jego 
powgniatana zbroja z pewnością musiała go uwierać i cisnąć. Na głowie miał hełm, co – 
biorąc pod uwagę okoliczności  – wydawało  się dobrym  pomysłem.  Usta wykrzywiał  mu 
nerwowy grymas.

– W każdym razie przybyłeś tu, żeby się ze mną spotkać – rzekł Amnianin. – Nazywam 

się Khalid.

background image

Rzeczywiście. Khalid – tak brzmiało ostatnie słowo, które wypowiedział jego umierający 

ojciec. I wówczas Abdel przypomniał sobie, że było jeszcze jedno.

– Jah – powiedział. – Miałem spotkać się z Khalidem i Jahem.
– Z Jaheirą, tak – poprawił Khalid, uśmiechając się od ucha do ucha, ale wciąż zdradzając 

zdenerwowanie. – To moja żona. Ona też jest tutaj.

Amnianin mimowolnie spojrzał w kierunku stołu po drugiej stronie sali, ale tłum zasłaniał 

widok.

– Chodź – zaprosił Abdela. – Siądź z nami i opowiedz, co się stało z twoim ojcem. Był 

wielkim człowiekiem, bohaterem na swój sposób i nie może zostać zapomniany.

– Co ty o nim wiesz? – zapytał Abdel, a żółć go zalała. Jego głos pełen był goryczy. – 

Kim on był dla ciebie?

– Był moim przyjacielem – odparł Khalid. – I tyle. Nie miałem na myśli nic złego.
Abdelowi   zachciało   się   nagle   obrazić   Amnianina,   ale   jakoś   nie   mógł.   Zamiast   tego 

sięgnął do sakiewki po pieniądze na szósty kufel. Wyjął tylko trzy miedziaki.

– Niech to Bhaal! – zaklął głośno, wstał i rzucił miedziaki w tłum.
Jakiś pijaczek oburzył się, gdy dostał jedną z mocno ciśniętych monet w skroń. Abdel nie 

zwrócił na to najmniejszej uwagi, za to inni goście wycofali się pośpiesznie w ciemniejsze 
kąty. Na górnej wardze Khalida pojawiły się krople potu.

– Bogowie! – powiedział Amnianin. – Co on ci powiedział?
Abdel spojrzał na niego, lecz nie odezwał się.
– Miło mi będzie postawić ci kufelek. – powiedział Khalid. – Proszę, chodź ze mną. 

Chyba nie chcemy zwracać niczyjej uwagi, nie?

Abdel chrząknął i pozwolił przeprowadzić się przez tłum. Na chwilę wpadł mu w oko 

Montaron. Niziołek trzymał jedwabną sakiewkę. Abdel był przekonany, że do niego mrugnął.

Abdel wziął kilka głębokich oddechów, próbując się uspokoić, kiedy Khalid powiedział: 

– Tu jest.

Abdel ujrzał ją i wstrzymał oddech.
Jaheira była piękna. Podobnie jak jej małżonek, była półelfem, a jeden z jej rodziców 

musiał być Amnianinem. To połączenie wypadło nieco dziwnie, ale przysłużyło się urodzie 
Jaheiry. Jej twarz była szeroka i ciemna, jej usta pełne, oczy jasne i niemal tak fioletowe jak 
Khalida, z błyskiem wyraźnej inteligencji. Gdyby była czystej krwi człowiekiem, jej gęste 
włosy okalające twarz byłyby czarne, lecz elfia krew sprawiła, że ich czerń przetykały jasne, 
miedziane pasemka. Mimo że siedziała, Abdel mógł zauważyć, iż była postawna, a nawet 
krzepka. Miała na sobie kamizelkę ze sztywnej skóry, porysowanej jakby od uderzeń ostrzy. 
Kamizelka służyła jej za zbroję.

Kiedy ich oczy spotkały się, zobaczył raczej niż usłyszał, jak westchnęła. Abdel opadł na 

krzesło, nie patrząc nawet gdzie siada. Nie mógł oderwać wzroku od jej oczu, a ona wcale się 
przed tym nie wzbraniała. Jej pełne usta drżały, podobnie jak u jej męża. Ona także musiała 

background image

być zdenerwowana i choć Abdel nigdy by nie wszedł pomiędzy męża i żonę, to jednak nie 
mógł się oprzeć wrażeniu, iż powód jej zdenerwowania był zupełnie inny niż u Khalida.

– Dlaczego zostałem tu wysłany? – zapytał Abdel ich oboje, nie przestając patrzeć na 

Jaheirę. – Mój ojciec nie zdążył mi tego powiedzieć.

– Gorion umarł? – zapytała Jaheira.
– To byli najemnicy – odpowiedział Abdel. – Tacy jak ja. Wpadliśmy w zasadzkę na 

Lwim Trakcie. Zabiłem ich, ale się spóźniłem.

– Są siły, które nie chciały dopuścić do naszego spotkania – rzekł Khalid. – Dlatego 

właśnie... – Amnianin zawahał się i Abdel pomyślał, że może kłamie. – ... dlatego Gorion 
chciał, żebyś mu towarzyszył.

– Mój ojciec był mnichem – stwierdził Abdel. – Kapłanem, człowiekiem od ksiąg i takich 

tam. Co takiego zrobił, że miał owe siły przeciw sobie? O czym wy w ogóle mówicie?

Abdela znów zaczął ogarniać gniew. Nie mógł obwiniać najemników za śmierć Goriona. 

Oni po prostu wykonywali swoją pracę, którą on sam parał się przez całe swoje dorosłe życie. 
Ktoś im zapłacił i to spore pieniądze, by nająć pięciu doświadczonych zabójców do zasadzki 
na drodze.

– Są... siły – zaczęła Jaheira, jej dźwięczny głos przebił się przez harmider tłumu – które 

pragną wszcząć wojnę.

W tym momencie do stołu podeszła służąca dziewka z dwoma kuflami piwa. Gdy Abdel 

wychylał kufel, znów całą jego zawartość na jeden raz, nie odrywał wzroku od Jaheiry.

–   Jeszcze   jakieś   nowiny?   –  zapytał   sarkastycznie.   –   Ja  żyję   z   tych   czy  innych   „sił” 

pragnących wojny. Inni też.

Jaheira wyraźnie się zmieszała po jego ostatnim stwierdzeniu, ale kiedy zwróciła swój 

pytający wzrok na męża, Abdel był pewien, że chce zapytać o coś innego, coś ważniejszego i 
bardziej ją przerażającego. Khalid skinął jej i Jaheira znów spojrzała na Abdela.

– To co innego – rzekła tak cicho, że Abdel musiał wytężyć słuch. – To twój bra...
Nagle na potylicy Abdela roztrzaskała się butelka, a Jaheira uchyliła się przed odłamkami 

szkła. Abdel nie dbał o to, by wytrzeć z pleców rozlane wino czy strząsnąć z włosów szklane 
okruchy, tylko wstał i odwrócił się, a tłum przed nim rozstąpił się. Daleko, przy drzwiach stał 
człowiek, którego wcześniej wyniosły gnomy. Ten, który rzucił weń krzesłem.

Wielki, cuchnący mężczyzna był tak pijany, że z ledwością stał na nogach. Abdel patrzył 

na niego twardym  wzrokiem,  a świat wokół niego zdawał się oddalać i znikać. Usłyszał 
jedynie, jak pijak rzucił tępo: – Czego?

Sztylet   najemnika   śmignął   poprzez   salę   niczym   srebrna   błyskawica.   Krew   uderzyła 

Abdelowi do głowy w momencie, kiedy jego sztylet z ciężkim mlaśnięciem zagłębił się piersi 
pijaka. Siła uderzenia obaliła mężczyznę i choć drgawki dwukrotnie przeszły jego ciało, był 
martwy, zanim jego głowa uderzyła o podłogę.

Abdel uśmiechnął się i dopiero teraz ekstaza zabójstwa zmyła z niego gniew i pozwoliła 

background image

widzieć normalnie. Kiedy trans minął, znów znalazł się wewnątrz gospody, która teraz jakby 
przemieniła się w pandemonium.

Khalid pchnął go w plecy i powiedział coś w stylu: – Co ty zrobiłeś?
Klienci rozproszyli się, kelnerki upuściły tace, rozlewając piwo i wino na uciekających 

lub zamarłych w bezruchu gości. Co dziwne, kelnerki skierowały się w stronę Abdela, który 
nagle   pomyślał,   że   może   prawdą   jest,   jakoby   służące   tu   dziewki   były   w   rzeczywistości 
przebranymi golemami. Uśmiechnął się szeroko. Wcale się tym nie martwił.

– Stop! – usłyszał znajomy głos.
Gnomka  zza baru zagwizdała przeraźliwie i kelnerki  stanęły.  Nawet Abdel zatrzymał 

swoją rękę sięgającą po miecz na plecach. Głos należał do Montarona.

– Złodziej! – krzyknął znowu niziołek.
Montaron   klęczał  nad  martwym  ciałem  pijaka,  wyciągając   mu  zza   pasa  sakiewkę   za 

sakiewką.

– Musiał kroić tu wszystkich całą no... ta je moja! – oznajmił głośno niziołek, tak że 

wszyscy doskonale go słyszeli.

– Masz szczęście – wyszeptał Khalid do Abdela, który wciąż uśmiechał się beztrosko.– 

W przeciwnym razie uznano by to za morderstwo.

Ciarki  przeszły po plecach Abdela na dźwięk słowa: „morderstwo”. Pochylił  głowę i 

podszedł do niziołka, tuż za nim szli Khalid i Jaheira.

– Lepiej chodźmy – powiedział Montaron, kiedy Abdel zbliżył się doń na tyle blisko, że 

tylko on mógł usłyszeć jego szept.

– Jasne – odparł Abdel. – Tylko mój sztylet...
Montaron uśmiechnął się słabo i wręczył Abdelowi szerokie ostrze. Nie było na nim ani 

kropli  krwi, choć  Abdel  nie  pamiętał,   by widział,  jak Montaron  wyciąga  sztylet   z  piersi 
zabitego,   a   tym   bardziej   ociera   go   z   krwi.   Abdel,   mimo   iż   był   pijany,   zamroczony 
zabójstwem, potrafił docenić finezję Montarona.

Młody najemnik był jeszcze na tyle trzeźwy, żeby uświadomić sobie, że teraz nie znajdzie 

tu żadnej pracy, nawet pomimo faktu, że pijak był złodziejem i że on sam rzucił swoje trzy 
ostatnie miedziaki w tłum.

– Nashkel? – zapytał Abdel.
– Tak – powiedział Khalid z niedowierzaniem – tak, Nashkel. Czyżby Gorion wiedział, 

że tam właśnie zamierzamy się udać?

Abdel odwrócił się i spojrzał na Amnianina, a następnie na niziołka, który patrzył na 

Khalida z kamienną twarzą. Khalid oddał mu spojrzenie pytającym wzrokiem.

Nagle pojawił się skądś Xzar.
– Teraz pięcioro? Kim jest ta dwójka... ci dwoje?
Goście  gospody powoli  zaczęli  zbliżać   się do  rozłożonych  przy zakrwawionym  ciele 

złodzieja sakiewek, a Abdel dał się wyprowadzić na zewnątrz. Uśmiechał się, choć chciało 

background image

mu się płakać. Płacąc za swój grzech pozwolił się ciągnąć i pchać całą drogę do Nashkel.

background image

Rozdział piąty

– Nie tylko my pragniemy pomóc – powiedziała Jaheira Abdelowi, kiedy maszerowali do 

Nashkel. Droga wydawała się nie mieć końca.

– Powiedziałem nie – zareagował ostro Montaron.
Jaheira odwróciła się do śmiałego niziołka, wyraźnie nie pochwalając już jego wtrącania 

się, co czyniła względem jego i Xzara przez ostatnie siedem i pół dnia wspólnej podróży.

Montaron jedynie uśmiechnął się do niej i powiedział:
– Ale dziś słońce daje, nie dziecinko?
Abdel starał się nie zauważać ogników w oczach niziołka. Wierzył, że Montaron jest na 

tyle bystry, by trzymać swe łapy z dala od Jaheiry.

–   Brak   żelaza   –   kontynuowała   Jaheira,   próbując   ignorować   Montarona   –   może 

doprowadzić do wojny pomiędzy moim ludem a twoim.

Abdel zatrzymał się, pozostali zwolnili, ale tylko Jaheira stanęła wraz z nim.
– Mój lud? – zapytał Abdel.
Spojrzał na Jaheirę, prosto w oczy, po raz pierwszy odkąd opuścili gospodę. Przy tej 

silnej,   ślicznej   kobiecie   Abdel   tracił   całą   pewność   siebie,   krępował   się   tym   bardziej,   że 
podróżowała wraz z mężem.

–   Amn   i...   –   przerwała,   zdając   sobie   sprawę,   że   nie   była   pewna,   skąd   on   naprawdę 

pochodzi. – Gorion był z Candlekeep. Tam wziął cię za syna, nieprawdaż?

– Tak – odpowiedział Abdel i znów poczuł się zakłopotany, choć nie wiedział dlaczego.
–  Więc  prawdopodobnie...  –  podjęła   znowu  – wybuchnie  wojna  pomiędzy  Amnem   i 

Wrotami Baldura... A Candlekeep znajdzie się między młotem a kowadłem.

– Candlekeep potrafi zatroszczyć się o siebie – stwierdził Abdel. Odwrócił się i podjął 

marsz, choć wolno, tak by Jaheira towarzyszyła mu z boku.

Szli kilka kroków za resztą i Abdel uświadomił sobie, jaką stanowili załogę. Xzar co 

chwila machał ręką, jakby odganiając owady, których prawie wcale nie było. Mruczał do 
siebie nieustannie, choć odkąd dołączyła do nich Jaheira, Abdel bardziej był zajęty nią, niż 
obserwowaniem nerwowego maga. Montaron od czasu do czasu rzucał im do tyłu spojrzenie, 

background image

czując się opuszczony lub – z powodów znanych  tylko  jemu – przerażony.  Khalid szedł 
dziarsko przed siebie, prawie się nie odzywając. Kiedy mówił coś w ciągu ostatnich dni, 
dotyczyło to tylko ich „misji”, jak ją nazywał.

Abdel, Montaron i Xzar szli do Nashkel, by nająć się do ochrony kopalni rudy żelaza. Z 

kolei Khalid i Jaheira najwidoczniej mieli tam jakiś bardziej szczytny cel, a w miarę jak 
kobieta starała się zwrócić ku niemu serce Abdela, ten nie mógł zrozumieć dlaczego jej na 
tym zależy.

– Ludzie walczą – powiedział, ignorując jej protest. – Amn z Wrotami Baldura, Amn z 

Tethyrem, Tethyr z samym sobą... tak to już jest, a ja z tego żyję.

Jaheira westchnęła.
– Wcale nie musi tak być.
– Co nie musi być? – zapytał ze śmiechem. – To, że tak jest czy, że z tego żyję?
Montaron zaśmiał się i Abdel uświadomił sobie, że niziołek ich słyszał. Uśmiechnął się 

do siebie.

– Ktoś celowo niszczy zapasy żelaza w Nashkel i innych kopalniach – powiedziała z 

naciskiem Jaheira, a coś w tonie jej głosu jasno mówiło, że powiedziała nieco więcej. Od 
Nashkel dzieliło ich jeszcze ponad pół tygodnia drogi.

Montaron zatrzymał się, odwrócił do nich i uśmiechnął.
– No i co, słodka Jaheiro? Niech se niszczy, mówię, a kiedy tam dotrzem, znajdziem 

drania i zgarniem za niego śliczną nagrodę.

Jaheira bez słowa minęła niziołka.
– Nagrodę? – zapytał Abdel.
–   Jasne,   chłopcze   –   potwierdził   Montaron   i   klepnął   najemnika   po   ramieniu.   –   A   co 

myślisz, że leziem tam tyle czasu ino by sprawiedliwości stało się zadość?

Jaheira spojrzała na niziołka i rzuciła:
– A co ty możesz wiedzieć o sprawiedliwości, złodzieju?
Na ułamek sekundy oczy Montarona stały się zimne i Jaheira cofnęła się krok w tył. 

Jakby przeczuwając konflikt, Khalid zatrzymał się i odwrócił, jednak nie podszedł do nich. 
Abdel patrzył na niziołka.

– Spoko, panienko – powiedział Montaron i chrząknął. – To ino interes, nie?
– A jaki jest twój interes, Montaronie? – zapytała.
– Jeśli idzie ci o te sakiewki w „Pomocnej dłoni” – odparł jowialnie – to może winnaś mi 

podziękować, że wybawiłem chłopaka z opresji.

– Wybawiłeś chłopaka z opresji? – zapytał Khalid, jego głos był tak cichy, że ginął na 

wietrze i pośród krakania wron.

Montaron spojrzał na niego z uśmiechem.
– Jasne – rzekł. – Jak i nas wszystkich.
– Śpij piorunie – krzyknął nagle Xzar. – Piorunie śpij!

background image

Abdel, Montaron, Jaheira i Khalid – wszyscy spojrzeli w kierunku bełkoczącego maga. 

Xzar był już jakieś pięćdziesiąt metrów od nich i z pewnością nie mógł słyszeć ich rozmowy. 
Abdel wybuchnął śmiechem, zaraz po nim Montaron, Khalid też do nich dołączył, jedynie 
Jaheira w milczeniu ruszyła naprzód.

– W każdym razie dzięki – powiedział Abdel do Montarona.
– Nie ma za co, dzieciaku – odparł Montaron. – Jeszcze mi się odwdzięczysz. Jestem tego 

pewien.

* * *

Odkąd wyruszyli  z  „Pomocnej  dłoni”  zatrzymali  się po drodze  tylko  w Beregoście  i 

nawet przespali się w gospodzie, za co zapłacił Montaron. Ich odpoczynek był jednak krótki, 
nawet   dla   Abdela,   który   przywykł   już   do   spania   pod   rozgwieżdżonym   niebem,   dlatego 
wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy wreszcie dotarli do górniczego miasteczka Nashkel.

Abdel   nie   wiedział,   czy   to   szczęście   czy   pech,   że   akurat   na   polach   przed   miastem 

odbywał się jakiś festyn. Podczas drogi słyszał od Jaheiry i Khalida, nawet od Montarona 
jedynie złe wieści na temat Nashkel tak, że zaczął już je sobie wyobrażać jako jakieś upiorne 
miasto. Wyobraził sobie zdesperowanych górników żebrających na ulicach, wszystkie sklepy 
zamknięte, rodziny pakujące się do wozów w poszukiwaniu zieleńszych pastwisk, i ponurych 
pijaków, których tak wielu widział w tawernach Wybrzeża Mieczy.

Zamiast tego małe miasteczko tętniło życiem i kolorami. Wozy stały wszędzie, gdzie się 

dało, a przyjezdni kupcy wystawiali swój towar na sprzedaż. Trzech mężczyzn w kolorowych 
strojach żonglowało pochodniami. Jakiś gnom grał harmonijnie na czymś, co przypominało 
skrzyżowanie dud z wozem, a rumiane dzieci biegały po całej okolicy, nie czując zmęczenia. 
Na ulicach kręcili się żołnierze w barwach Amnu.

Montaron trącił łokciem Abdela, zwracając jego uwagę na grupkę młodych kobiet, które 

niziołek najwyraźniej uznał za atrakcyjne.

– Chciałoby się sprawdzić ich kopalnie, nie, dzieciaku? – zażartował niziołek, pękając ze 

śmiechu.

Abdel doskonale wiedział, co mały złodziej ma na myśli, ale nic nie odpowiedział.
Jaheira chrząknęła i powiedziała do niziołka:
– Kiedy w mieście jest tylu żołnierzy, takie kobiety są bardzo zajęte.
– Takie kobiety – sprecyzował Montaron – są zawsze zajęte. A poza tym w pobliżu nie 

ma zbyt wielu żołnierzy.

– Wygląda na to, jakby cieszyło cię, że maszerują na północ, niziołku – odparła Jaheira. – 

A może już wiesz, co złego tu się dzieje?

Montaron zaśmiał się w sposób, jaki Abdel słyszał u niego często w ciągu ostatnich 

trzynastu dni.

– Nie wiem nic, dziecinko. Mniej nawet niż ty, jeśli te gadki o wojnie są prawdziwe.

background image

– Ktoś pragnie rozlewu krwi pomiędzy Wrotami Baldura a Amnem. To wiem.
– A co, jeśli to Amnianin tego chce, dziecinko? – zapytał niziołek, wykrzywiając usta. – 

Będziesz na tyle głupia, by go powstrzymać?

Jaheira wciągnęła głęboko powietrze i właśnie zamierzała coś odpowiedzieć, kiedy nagle 

powstrzymała   się   i   spojrzała   na   Abdela.   Młody   najemnik   usiłował   powstrzymać   się   od 
śmiechu i to było widać.

– To bardzo poważna sprawa – powiedziała.
Abdel uśmiechnął się i pokiwał głową.
– Powinniśmy poszukać gospody – włączył się Khalid do dyskusji, próbując załagodzić 

sytuację. – Prześpimy się w wygodnych łóżkach, a rankiem wyruszymy do kopalni.

Jaheira przyznała mu rację i poszła za nim w tłum rozbawionych ludzi. Abdel popatrzył 

za nią, a Montaron na niego. Niziołek także zniknął w tłumie.

– Idziemy, synu Bhaala – odezwał się nagle Xzar.
Młody najemnik odwrócił się do maga i powiedział – Idź za Khalidem, magu.
Xzar zawahał się, a Abdel chwycił go za ramię.
– Dotknął mnie! – zaskrzeczał Xzar. – Nie dotykaj mnie!
Ze dwa tuziny osób oderwało się od swoich zajęć i spojrzało na Abdela, choć to Xzar był 

przecież szalony. Abdel wciągnął głęboki oddech, opanowując żądzę zabicia denerwującego 
maga, po czym odszedł.

* * *

Abdel wiedział, gdzie wszyscy poszli, ale nie skierował się za nimi do gospody.  Już 

wcześniej   pracował   i   podróżował   z   różnymi   osobami;   niektórych   lubił,   innych   nie. 
Podróżował też z kobietami, ale żadna z nich nie poruszyła go tak, jak Jaheira. Spotkał z 
tysiąc mężczyzn pokroju Khalida, jak sobie przypominał, spokojnych i poważnie traktujących 
powierzone im zadanie. Montaron jako niziołek raczej nie liczył się na Wybrzeżu Mieczy; 
zręczny   złodziej,   który   wiedział,   co   kryje   się   w   cudzych   kieszeniach   i   za   zamkniętymi 
drzwiami. Xzar stanowił dla niego zagadkę. Spotykał już szaleńców, ale ten był zarazem 
szalony i inteligentny, obłąkany i zarazem zdolny na tyle, by parać się magią.

Abdel włóczył się po terenie festynu i zastanawiał się, co właściwie tutaj robi. Przyłączył 

się do dwóch... nawet czterech przypadkowo spotkanych obcych osób w misji, której celu 
nawet nie rozumiał i za którą prawdopodobnie nie otrzyma zapłaty. Szczęśliwie Montaron 
potrafił ukraść tyle, by mogli nocować w gospodach i pić piwo, ale nie był to sposób na życie, 
który   preferował   Abdel.   Sam   potrafił   zarobić   na   siebie   i   chciał,   żeby   tak   właśnie   było. 
Ciekawe, czy w tutejszych kopalniach wciąż mają kłopoty?

Festyn   zdawał   się   maskować   jakiekolwiek   problemy   mieszkańców   Nashkel,   co   dla 

Abdela było oczywiste już na pierwszy rzut oka. Wszędzie stały wozy przyjezdnych kupców, 
a   mieszczanie   z   uwagą   przyglądali   się   ich   towarom,   lecz   prawie   nikt   nic   nie   kupował. 

background image

Mężczyźni wyglądali na zdenerwowanych, a kobiety zachowywały powagę.

– Piwo wietrzeje – odezwał się nagle z tyłu głos Montarona. – Idziesz ze mną?
Abdel odwrócił się zaskoczony i zarazem rozbawiony łatwością, z jaką niziołek potrafił 

znikać w tłumie, to znów nagle się pojawiać. Abdel nigdy nie mógł sobie wyobrazić, jak to 
jest być o dwie stopy niższym niż wszyscy wokół; jego problem był zupełnie odwrotny.

– Źle się dzieje, nie?
– Jeśli idzie ci o kopalnie rudy – odparł Montaron – to tak.
– No to gdzie nasz pracodawca? Kto nam zapłaci za ochronę kopalni?
Montaron uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
–  Pójdziem   tam  jutro  z  rańca  i  się  dowiem.   A  tymczasem  –  zmienił   temat   niziołek, 

wyciągając zza pazuchy skórzaną sakiewkę – masz tu trochę grosza. Jak festyn się skończy, 
idź do gospody, to napijem się piwka.

– Nie mogę przyjąć tych pieniędzy.
– To one cię żywiły całą drogę – przypomniał mu Montaron, nie spodziewając się po 

Abdelu poczucia winy. – Weź je i obacz, co se możesz kupić.

Montaron kiwnął głową w stronę jednego z kupieckich wozów, roześmiał się i po raz 

wtóry rozpłynął w tłumie. Abdel przyglądał się wozowi i jego właścicielowi. Mężczyzna był 
ubrany jak Calishitanin, choć jego rysy wyraźnie wskazywały na to, że pochodził z północy. 
Może z Waterdeep, może z Luskan, zgadywał Abdel. Człowiek sprzedawał różne buteleczki, 
być może perfumy.

Kupiec zauważył, że Abdel mu się przygląda i posłał mu szeroki, wystudiowany uśmiech, 

odsłaniając szczerbate zęby.

– Mikstury – zawołał mężczyzna, a jego akcent potwierdził jego północne korzenie – 

eliksiry, olejki, maści na wszystkie dolegliwości i na każdą okazję.

Abdel podszedł, ściskając w dłoni małą, pobrzękującą sakiewkę od Montarona.
– Szanowny panie – powiedział kupiec. – Widzę, że jesteś w potrzebie.
Abdel zmieszał się.
– Naprawdę? – zapytał. – A co takiego potrzebuję?
Kupiec roześmiał się.
– Walczysz – zaczął, oceniając Abdela po wyglądzie – i walczysz dobrze, to pewne. 

Potrafisz się obronić z pewnością, ale i tak jesteś narażony na pechowy cios w plecy albo 
przypadkowe trafienie. Jeden łyk tego – podniósł do góry srebrną fiolkę – i nie będziesz czuł 
żadnego bólu.

– Za cztery miedziaki mam piwo, które działa tak samo.
– Och, to prawda – nie zrażał się kupiec – ale widzisz panie, następnego ranka wciąż 

będziesz miał ranę, jeśli byś ją leczył tylko piwem, a za sprawą tego cudeńka rana zniknie raz 
na zawsze. Sekret sprzed wieków, ale może być twój, jeśli zapłacisz.

– Sekret czy napój?

background image

– Och, napój oczywiście – powiedział kupiec i spojrzał na małą sakiewkę w dłoni Abdela. 

– Chyba że masz o wiele większy trzos gdzieś za pasem.

Abdel   wybuchnął   śmiechem   i   podszedł   bliżej.   Zapytał   o   kilka   innych   buteleczek   i 

usłyszał historie, w które tylko szaleniec mógłby uwierzyć. Było coś w tym targowaniu się z 
uśmiechniętym  kupcem,  co uspokajało Abdela.  Przez ostatnie  dziesięć  i pół dnia był  tak 
podenerwowany, jak nigdy wcześniej w całym swoim życiu. Nagle wszystko się zmieniło, 
choć nadal wydawało się biec powoli.

– Kwas? – zapytał Abdel, nie znając tego słowa.
– Tak, wielki wojowniku, tak – potwierdził kupiec. To niebezpieczna mikstura, która pali 

jak   płynny   ogień.   Wynalazek   szalonego   geniusza   z   Netheril,   dzisiaj   w   cenie,   którą   tak 
uczciwy człowiek jak ty, panie, uzna za niską.

Właściwie owa cena, którą uczciwy człowiek uznałby za niską, była dyskusyjna, ale po 

godzinie   Abdel   wmieszał   się   w   tłum,   ściskając   w   ręku   sakiewkę,   w   której   tym   razem 
znajdowały się mała srebrna buteleczka, nieco większa szklana i cztery miedziaki.

background image

Rozdział szósty

–  Oh,  proszę,  dziecinko   – westchnął  Montaron.  –  Nie chcę   cię  przecie   truć,  w  imię 

Urogalan.

Jaheira jedynie chrząknęła w odpowiedzi, ale Khalid sięgnął po bukłak, który niziołek 

proponował. Uniósł bukłak tak delikatnie, jakby miał wybuchnąć i powąchał. Wzdrygnął się.

– Cuchnie jak piwo.
– Boż to piwo, mój przyjacielu – potwierdził Montaron. – Golnij sobie... Na szczęście.
Khalid  uśmiechnął się i obrzucił spojrzeniem Xzara i Abdela. Obaj wypili już pokaźną 

ilość specjału Montarona i jak na razie trzymali się na nogach, cali i zdrowi.

– Khalid... – zaczęła Jaheira, ale urwała widząc, jak jej mąż unosi bukłak do ust i pije. 

Przez chwilę smakował piwo w ustach, zanim je przełknął, przymykając przy tym oczy.

Kiedy je otworzył, powiedział do Jaheiry:
– Napij się, daj tę satysfakcję niziołkowi. Może to rodzaj rytuału.
– Idziemy, gdzie tylko Oghma wie, co tam jest, dziecinko – dodał Montaron. – Odrobina 

szczęścia ci nie zaszkodzi.

– Piwo szczęścia – zirytowała się Jaheira, ale chwyciła bukłak i szybko przełknęła płyn, 

byle tylko mieć już to za sobą.

– To co, możemy ruszać? – zapytał Abdel, drapiąc się w szyję pod kolczugą.
Odkąd wyszli z Nashkel, maszerowali już cały poranek, ale wciąż nie dotarli do kopalni. 

Montaron zatrzymał wszystkich w miejscu, w którym od głównej dróżki odchodziła wąska 
ścieżynka, i oznajmił, że to jest skrót, który zaprowadzi ich do kopalni bez marnowania czasu. 
Wypicie   „piwa   szczęścia”   na  rozstaju   było   zabawnym   rytuałem,   który   zaproponował,   by 
uchronić   się   od   niebezpieczeństwa   na   nowej   drodze.   Abdel   wypił   zaraz   po   Xzarze,   bez 
wahania. Widział już, jak obcy ludzie potrafią przynosić szczęście. Teraz był trochę drażliwy 
z powodu wyprawy do kopalni.

Jaheira   oddała   niziołkowi   bukłak   i   cała   piątka   ruszyła   nową   ścieżką.   Gęsta   trawa 

okalająca ścieżynkę przeszła w rozległą łąkę czarnych kwiatów. Wszędzie było ich pełno i 
choć Abdel nigdy nie zwracał uwagi na coś takiego jak kwiaty, to jednak odniósł wrażenie, że 

background image

w przypadku tych jest coś dziwnego. Wszystkie były takie same, rosło ich bardzo dużo i było 
w nich coś takiego, co trudno było określić.

– Wszyscy za mną, bardzo ostrożnie – powiedział Montaron niskim i pełnym powagi 

głosem.

– Na szczęście? – zadrwiła Jaheira. – Czy może obawiasz się zdeptać te piękne kwiatki?
Abdel schylił się i zerwał jeden. Zamierzał wręczyć go Jaheirze, nawet wyobraził sobie, 

jak wkłada go jej za ucho, odgarniając kosmyk jej czarnych włosów i...

– To  twój  ogród – zapytał  Khalid,  przerywając  Abdelowi jego fantazje.  – Czyż  nie, 

Montaronie?

Abdel zarumienił się i zesztywniał zmieszany, ale nikt tego nie zauważył.
– Niebezpieczeństwo czai się wszędzie, mój amniański przyjacielu – odparł Montaron. – 

Nawet na tej łące pełnej pięknych kwiatuszków, choć w ciemności mogą one być nieco mniej 
kuszące.

Niziołek zamilkł na chwilę, idąc ostrożnie z uszami przy ziemi i nasłuchując. Wiódł ich 

przez łąkę zygzakiem,  na pozór bez sensu. Jednolity dywan kwiatów, ich kolor i zapach 
działały   na   wszystkich   kojąco.   Abdel   zapomniał   o   swoim   zakłopotaniu,   Xzar   przestał 
odganiać   niewidzialne   owady   i   mruczeć   pod   nosem,   zaś   Khalid   i   Jaheira   podążający   za 
Montaronem w ogóle się nie odzywali.

– Przeklęte słońce – przerwał ciszę Montaron.
Abdel pierwszy dostrzegł stojącą pośrodku łąki starą, rozwalającą się chałupę. Był to 

prosty budynek z desek pokrytych złuszczoną, szarą warstwą czegoś, co kiedyś musiało być 
białym wapnowaniem. Dach zapadał się i porastał go mech. Okiennic nie było, może wypadły 
całe lata temu, pozostawiając po sobie jedynie cienie na wapnie ścian. Okna ziały czarną 
pustką.

Abdel   westchnął   na   widok   domu.   Dom   rodzinny,   pomyślał,   dom,   w   którym   kiedyś 

mieszkała rodzina.

– Bogowie! – krzyknął Montaron i stanął jak wryty.  Wszyscy zatrzymali  się. Jaheira 

wpadła na plecy Abdela i młody najemnik usunął się w bok, unikając dłuższego kontaktu. 
Kiedy odwrócił się do tyłu, aby coś jej powiedzieć, jego wzrok napotkał spojrzenie jej męża. 
Khalid zmusił się do uśmiechu i odwrócił wzrok. Abdel znów się zaczerwienił.

– Co to? – zapytał najemnik Montarona, usiłując pokryć swoje zmieszanie.
– Ciało – rzekł krótko Xzar. – Martwe ciało.
Abdel otworzył szeroko oczy ze zdumienia i postąpił naprzód, depcząc kilka kwiatów. 

Montaron drgnął, kiedy to zobaczył, a Abdel zignorował niziołka, który gapił się na niego 
przez następne kilka minut, jakby spodziewając się czegoś, co się z nim mogło stać. Abdel 
spojrzał na ciało leżące u stóp Montarona. Mężczyzna nie żył już od kilku dni, ale nie było 
widać specjalnych oznak rozkładu. Nie było też much, co Abdel uznał za najbardziej dziwne. 
Martwe ciało leżące na powietrzu przez kilka dni musiało zwabić muchy. Mężczyzna był 

background image

człowiekiem,   odzianym   w   prostą   kolczugę   kółkową,   jaką   noszą   zwykle   niedoświadczeni 
najemnicy lub szeregowi piechurzy.  Jogo oczy były białe,  przechodzące  w odcień  szaro-
zielony. Z ust wystawał mu czarny, spuchnięty język. Wokół nie było widać krwi, a ciało nie 
nosiło śladów obrażeń.

– Co go zabiło? – zapytał Abdel, nie wierząc, że usłyszy odpowiedź.
– Trucizna, czy tak? – zaproponował Xzar, unikając kontaktu wzrokowego z Abdelem, 

jak zwykle zresztą.

Abdel pokiwał głową, uznając to za sensowne. Montaron uklęknął przy martwym ciele i 

zaczął przeszukiwać jego pas.

– Montaron! – oburzyła się Jaheira. – Dlaczego nie zostawisz martwego w spokoju?
– Ona ma rację, Montaron – potwierdził Abdel. – Zostaw go.
Montaron zignorował ich i wstał dopiero wówczas, gdy coś znalazł.
– Klucze? – zapytał Abdel, widząc, co niziołek trzyma w dłoni. Było ich kilka, pół tuzina 

wielkich kluczy z brązu na prostym, żelaznym kółku.

– Jeśli dowiesz się, gdzie on mieszkał – zadrwił Khalid – z pewnością będziesz bogatym 

złodziejem.

Montaron uśmiechnął się i rzucił przez ramię spojrzenie na rozpadającą się chałupę.
– Wystarczająco blisko? – zapytał.
Lodowaty dreszcz przebiegł Abdelowi wzdłuż kręgosłupa na myśl o tym, jak łapczywie 

złodziej grabi wspomnienia, które kryły się w tym doskonałym domu, domu, w którym on 
sam   mógłby   dorastać.   Młody   najemnik   potrząsnął   głową,   jakby   starając   się   odrzucić   te 
dziwne, melancholijne myśli, które go naszły, będące oznaką słabości. Złowił przypadkiem 
spojrzenie Xzara, przywracając mu na usta znajomy grymas.

Abdel wyrwał Montaronowi pęk kluczy i zacisnął je w swej wielkiej, twardej dłoni tak 

mocno, że prawie przebiły mu skórę.

– Zostaw to – powiedział Abdel – i jego też. Mieliśmy iść do kopalni i tam właśnie 

pójdziemy.

Abdel odwrócił się i ruszył przed siebie, a Montaron puścił go przodem i wymienił z 

Xzarem długie, porozumiewawcze spojrzenie. Mag kiwnął głową i ruszył za Abdelem.

* * *

Abdel nigdy nie był w kopalni, a ta wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażał. 

Prosty tunel o kwadratowym  przekroju i nisko zawieszonym  stropie, wspartym  co jakieś 
piętnaście, dwadzieścia stóp wielkimi drewnianymi stemplami. Ściany były topornie wykute 
w skale, zaczynającej się już u wejścia w głębokim, górniczym szybie. Kopalnia znajdowała 
się tylko parę godzin drogi od łąki czarnych kwiatów.

Idąc skrótem Montarona, natknęli się na grupę zmęczonych górników zmierzających z 

powrotem do Nashkel. Ludzie nieśli kilofy i łopaty, ale nie ciągnęli ani jednego wozu z rudą. 

background image

Górnicy obrzucili ich obojętnym spojrzeniem. Wyraźnie wyglądali na nieszczęśliwych. Grupa 
amniańskich  żołnierzy kręciła  się przy wejściu do kopalni. Wielki,  umorusany na czarno 
mężczyzna wydawał się tu rządzić. Z wyraźną irytacją marszczył brwi na widok żołnierzy, a 
młody amniański sierżant starał się tego nie zauważać.

– Stanowczo dzieje się tu coś niedobrego – powiedział później Abdel, a jego głos poniósł 

się echem w głąb tunelu.

– Jasne, dzieciaku  – odpowiedział mu  równie dźwięczny głos Montarona skrytego  w 

mroku za jego plecami. – A ten wielki, gruby Emerson zapłaci nam, żeby to powstrzymać.

Kiedy wcześniej dotarli  do szybu,  Emerson, szef kopalni sięgnął ręką do wagonika i 

wyciągnął bryłę szaro-brązowej skały. Ścisnął ją w dłoni i gruda rozpadła się w pył. Szef 
zaklął i cisnął bezwartościowy pył na suche podłoże, zaściełane takim samym. Odwrócił się 
od   wagonika   i   odszedł.   Górnicy,   którzy   stali   obok,   wcale   nie   wyglądali   lepiej   niż   ich 
zwierzchnik, a twarze ściskał im strach. Ten pył niegdyś był ich źródłem utrzymania. A raczej 
ruda żelaza.

– On wcale nie musi nam zapłacić, Montaronie – rzekła Jaheira. – Ta kopalnia oznacza 

dla tych wszystkich ludzi życie.

– Jasne, damulko. – Montaron chrząknął. – Ale jest kilka rzeczy równie drogich jak życie.
Emerson przyjrzał im się uważnie, oceniając ich wygląd i ubiór, zanim zdecydował się 

wpuścić ich w głąb korytarza. Górnicy zdążyli już sprawdzić ten tunel w ciągu ostatnich kilku 
godzin i Emerson raczej już nie liczył na to, że ta dziura w ziemi, która kiedyś utrzymywała 
całe Nashkel, znów będzie zdatna do eksploatacji.

–   Jesteś   bardzo   humanitarny,   Montaronie   –   powiedział   Khalid   z   sarkazmem.   Tylko 

Montaron roześmiał się na ten komentarz.

– Przecie żyją...
– Tędy – odezwał się Xzar, głośniej niż kiedykolwiek. – Tędy, tak? Tędy.
Montaron skinął i ruszył za Xzarem. Abdel postąpił krok za nimi, ale zatrzymał go lekki 

dotyk Jaheiry. Abdel w sekrecie ucieszył się, że go dotknęła i nawet nie drgnął.

– Dlaczego tędy? – zapytała, spoglądając w drugi korytarz. Stali w miejscu, w którym 

tunel rozwidlał się.

– A bo tak – odparł Montaron i wzruszył  ramionami. – Tędy jest równie dobrze jak 

tamtędy.

– Tędy – dodał Xzar. – Na pewno.
Montaron westchnął i popatrzył na przyjaciela.
Mag szarpnął głową wściekle.
– Tędy, Montaronie, tak?
– Równie dobrze jak tędy? – zapytała Jaheira z nutą sarkazmu w głosie.
– Skąd wiecie którędy iść? – zapytał Khalid, groźnie postępując naprzód. Abdel spojrzał 

na Montarona, czekając na odpowiedź.

background image

– Mój przyjaciel jest magiem – odrzekł niziołek – tak więc... jest wyczulony na tego 

rodzaju rzeczy.

– Jakiego rodzaju? – zapytała Jaheira. – Trujące żelazo?
– Trujące żelazo? – zdziwił się Abdel. – Co za głupota. Czy to możliwe?
– Zapytaj swego małego kumpla – zaszydził Khalid.
–   Jeśli   chcecie   iść   tamtędy,   Amnianie   –   odparł   Montaron,   z   widocznym   wysiłkiem 

starając się zachować uprzejmość – to pozwólcie nam iść tędy, ale najpierw wytłumaczcie się, 
dlaczego chcecie iść właśnie tamtędy.

– Oskarżasz nas – stwierdziła Jaheira wściekle – to oskarż też cały Amn. Ta kopalnia 

zaopatruje...   zaopatrywała   w   żelazo   tak   samo   Amn,   jak   i   Wrota   Baldura,   ale   myślę,   że 
wszyscy wiemy, kto tu kim jest, niziołku.

Montaron uśmiechnął się i pokiwał głową.
– Acha, już kapuję, malutka.
– To nie moja sprawa – odezwał się Abdel – i z pewnością nie ma nic wspólnego z 

Gorionem, który nie był ani górnikiem, ani hutnikiem, ani kowalem. Po co my tu w ogóle 
jesteśmy?

– Aby powstrzymać wojnę – odpowiedziała Jaheira, nie spuszczając wzroku z niziołka.
Montaron odwrócił się i zagłębił się kilka kroków w mroku sztolni, tuż za Xzarem.
–   Udowodnij   to   –   powiedział,   a   jego   głos   odbił   się   głośno   echem   w   rozwidleniu 

korytarzy. – Dostaniesz wtedy wystarczającą nagrodę i we Wrotach Baldura, i w Amnie.

Xzar zamruczał coś i nad jego głową pojawiło się małe źródło żółtego światła, podążające 

wraz   z   nim   w   dół   sztolni.   Abdel   westchnął,   patrząc   jak   się   oddalają,   magiczne   światło 
oświetlało ich w ciemności korytarza. Zaczekał, aż Montaron odwrócił się, by zobaczyć, czy 
za nimi idą. Jaheira i Khalid nie ukrywali, że pójdą jedynie zmuszeni siłą.

Nie minęła minuta, jak Abdel ich dogonił, a wówczas Xzar nagle się zatrzymał. Mag 

pochylił się, a wraz z nim obniżyła się świetlista kula, zawieszona cały czas zaledwie kilka 
cali   nad   jego   głową.   Błysk   odbitego   światła   przykuł   uwagę   Abdela   do   małej   srebrnej 
buteleczki leżącej na podłożu korytarza. Xzar chwycił ją pomiędzy kciuk a palec wskazujący 
i bardzo powoli i ostrożnie uniósł, jakby wyciągał za ogon martwą mysz z pułapki.

– Amniański wyrób – powiedział Xzar, pokazując buteleczkę Abdelowi. – Czy tak?
– Oto jest – zaczął Montaron – dowód. Leżał na ziemi, tak że każdy głupiec – bez obrazy, 

Xzar – mógł go zauważyć. Amniański wyrób, na pewno.

– Co to jest? – zapytała Jaheira szorstko.
– Amniański – rzekł Xzar, wstrząsając dłońmi i podnosząc je do góry.
– Nithrik glah – zaczął mamrotać mag.
Abdel chwycił dłonie maga i krzyknął: – Nie rób tego Xzar!
Krzyknął tak głośno, że Montaron i Jaheira zatkali uszy.
Mag spojrzał na Abdela z wściekłością i zaskrzeczał: – Nie dotykaj mnie!

background image

Montaron wyciągnął miecz, więc Abdel puścił ręce maga i sam sięgnął po swój. Zanim 

wydobył swe wielkie, szerokie ostrze z pochwy, zdążył zauważyć, że niziołek skierował swą 
broń nie przeciwko niemu, lecz półelfom. Zanim Abdel zdał sobie sprawę z sytuacji, cała 
czwórka była już uzbrojona, a Xzar właśnie rozpoczynał rzucanie następnego czaru.

– Amniańska zdrada – powiedział Montaron i splunął. Nawet Abdel uznał, że niziołek 

przesadza. – Spójrz na tę buteleczkę, Abdel. Jest taka sama jak ta, którą kupiłeś w Nash... – 
urwał nagle i popatrzył na Abdela.

–   Jaką   niby   buteleczkę   kupiłem   w   Nashkel?   –   zapytał   Abdel,   zaciskając   palce   na 

rękojeści miecza.

Xzar   drgnął   i   podniósł   ręce.   Abdel   zareagował   szybko,   ale   może   było   coś   w   tym 

nienaturalnym   magicznym   świetle,   pochyłości   korytarza   czy   martwym,   pełnym   kurzu 
powietrzu, że okazał się niewystarczająco szybki. Khalid zamachnął się mieczem i Abdel 
instynktownie odbił jego ostrze pałaszem i skontrował cios. Poczuł, jak jego broń zatapia się 
w piersi Amnianina i usłyszał krzyk, który mógł należeć równie dobrze do Khalida, jak i 
Jaheiry,   a   może   nawet   obojga.   Xzar   wymamrotał   coś,   a   Abdel   usłyszał   wyraźnie,   jak 
Montaron mówi: – Nie!

Krew trysnęła Abdelowi na twarz i na sekundę przymknął oczy. Okazało się to dla niego 

szczęśliwe, bo właśnie w tym momencie magiczne światło Xzara rozjarzyło się, a Jaheira i 
Montaron zaklęli. Abdel poczuł, że Khalid pada. Jego pałasz wciąż tkwił w boku półelfa. 
Abdel, trzymając rękojeść lewą ręką, sięgnął prawą po sztylet, ale zanim zdążył wyciągnąć go 
z pochwy, coś małego, twardego i szybkiego podcięło mu nogi. Stracił na chwilę oddech i 
runął w tył. Sztylet wyśliznął mu się z dłoni i usłyszał brzęk metalu uderzającego o skałę. Nie 
czekał   aż   umilknie   echo,   chwycił   prawą   ręką   za   miecz   i   wyciągnął   go   z   ciała   leżącego 
Amnianina.

– Za nią! – wrzasnął Montaron i Abdel, mrugając powiekami, by oczyścić oczy zalane 

krwią, podniósł się i podążył za nim.

Kiedy echo kroków niziołka i najemnika ucichło w oddali mrocznej kopalni, Xzar schylił 

się i podniósł ciężki, srebrny sztylet. Przez chwilę podziwiał jego grawerowane ostrze, nie 
podejmując pościgu. W końcu odwrócił się w stronę wyjścia i schował sztylet do wielkiej 
skórzanej sakwy zawieszonej u pasa.

– Tak – zamruczał do siebie – tak, tak daleko, tak.

background image

Rozdział siódmy

Światło pochodni drażniło Montarona. Niziołek protestował, kiedy najemnik zatrzymał 

się, by ją zapalić, ale oddalili się już od mruczącego maga na tyle, że Abdel zaczynał tracić 
widoczność w ciemności.

Biorąc pod uwagę szybkość, z jaką uciekała Jaheira, Abdel domyślił się, iż ma w sobie 

wystarczająco dużo elfiej krwi, by móc widzieć w ciemnościach. Montaron nie tylko potrafił 
widzieć w ciemności, ale też wolał ją od nawet słabego światła.

Sporo  było  różnych   sztolni   odchodzących  od  głównego  korytarza,  więcej  niż  ich   się 

Abdel spodziewał. Zdał sobie sprawę, że będzie potrzebował sporo szczęścia, by znaleźć 
wyjście czy Jaheirę. Wyprzedził Montarona i wtedy uświadomił sobie, że bez niziołka będzie 
jeszcze gorzej. Zwolnił więc, ciężko dysząc i w końcu się zatrzymał.

–   Zapomnij...   dzieciaku...   –   wysapał   Montaron,   kiedy   stanął   wreszcie   przy   Abdelu, 

opierając obie dłonie o kolana. – Ona... uciekła.

Abdel otarł ramieniem czoło z potu i pokiwał głową, chociaż nienawidził przyznawać się 

do   porażki.   Pochodnia   rozjarzyła   się   nagle   i   Abdel   poczuł   w   powietrzu   zapach,   którego 
wcześniej tu nie było. Coś cuchnęło niczym mokra psia sierść, może wilgotna skóra... może 
pot.

– Czujesz to? – wyszeptał.
Montaron rozejrzał się, potwierdził i wejrzał w mrok. Założywszy, że Abdel ruszy za 

nim, niziołek zaczął pełznąć w kierunku bocznej sztolni. Abdel rzeczywiście poszedł za nim, 
wciąż trzymając w prawej dłoni miecz, a w lewej pochodnię, którą zrobił z brudnych szmat i 
kawałka drewna ze stempla podpierającego strop. Kiedy podeszli na skraj tunelu, Montaron 
wyjrzał zza rogu i natychmiast przytrzymał Abdela, żeby nie szedł dalej.

–  Koboldy   –   wyszeptał   niziołek,   a   od   strony   korytarza   doleciał   odgłos   kamienia 

uderzającego o skałę. Abdel uznał, że koboldy ich zauważyły, więc ruszył naprzód.

Były  tam trzy brudne, małe  stworzenia. Jeden z koboldów stał na straży,  ale nie on 

pierwszy   ujrzał   Abdela   wypadającego   zza   rogu.   Abdela   zobaczył   stwór,   który   stał   obok 
wagonika z rudą. Trzeci kobold stał mu na ramionach i wlewał coś do środka wagonika, na 

background image

skalny miał z rudą żelaza. Kobold na dole zapiszczał, niczym mały dworski piesek, a nogi mu 
zadrżały,  czy to ze strachu czy z chęci ucieczki. Strażnik odwrócił się, lecz nie w stronę 
Abdela. Ten głupiec spojrzał na piszczącego towarzysza, który zapiszczał jeszcze raz, gdy 
Abdel uciął strażnikowi głowę.

Kobold na spodzie nie czekał dłużej i rzucił się do ucieczki, a stojący mu na ramionach 

wpadł głową do wagonika. Rozległ się szczekliwy jazgot i brzdęk tłuczonej butelki, która 
wypadła koboldowi z ręki. Mały stwór, który pierwszy zauważył Abdela, pędził w dół tunelu 
na łeb, na szyję. Abdel zatrzymał  się tylko na chwilę, by rozpłatać gardło siedzącemu w 
wagoniku koboldowi końcem skrwawionego pałasza. W tym samym momencie pojawił się 
Montaron,   podnosząc   rękę,   by   powstrzymać   Abdela   przed   pościgiem   za   uciekającym   w 
ciemność stworem.

– Co oni robili? – zapytał Montaron.
Abdel odpowiedział po upływie jednej czy dwóch sekund. Krew znowu uderzyła mu do 

głowy i chciał pognać za uciekinierem, dorwać go i zabić.

– Nie wiem – odrzekł w końcu. – Wylewali coś na te kamienie.
Abdel machnął  ręką w stronę wagonika i ciał dwóch martwych  koboldów, ale wciąż 

patrzył w mrok korytarza przed sobą, starając się usłyszeć choćby echo drobnych nóżek.

– Paskudne bestyjki, nie, dzieciaku? – skomentował Montaron i kopnął odciętą głowę, 

która potoczyła się po pochyłości sztolni w ślad za uciekającym koboldem. Koboldy okazały 
się   małymi,   psowatymi   humanoidami   z   wielkimi   łapami   o   długich   palcach,   długich, 
zakrzywionych, szpiczastych uszach jak u nietoperza i krótkich, ostrych różkach niczym u 
jaszczura. Ich pomarszczona skóra wydawała się w świetle pochodni pomarańczowa, choć 
naprawdę była pewnie brązowa. Były ubrane w brudne szmaty zakrywające tors i biodra. 
Strasznie cuchnęły.

Montaron przysiadł obok bezgłowego ciała i koniuszkiem palca dotknął rozbitej butelki.
– Co to? – zapytał Abdel.
– Co co?
– Ta butelka – wyjaśnił Abdel. – Co oni wylewali na te kamienie?
– Na rudę – poprawił Montaron. – To nie kamienie, ino ruda żelaza. Moje zdanie jest 

takie, że cokolwiek to jest, to właśnie to daje tę żelazną zarazę.

–   Koboldy?   –  zapytał   Abdel   pełnym   powątpiewania   głosem.   Słyszał   wiele   historii   o 

koboldach, a nawet przypadkiem spotkał kilka z nich, kiedy zrobiły podkop do piwniczki 
gospody   „U   Liama”.   Ale   to   nie   były   stwory,   które   byłyby   w   stanie   opracować   jakiś 
międzynarodowy   spisek,   zatruwając   rudę   żelaza   i   wywołując   wojnę   pomiędzy   dwoma 
potężnymi  państwami  na powierzchni.  Koboldy,  o ile  Abdel  wiedział,  były  tchórzliwymi 
kanaliami   żyjącymi   pod   ziemią,   które   swój   brak   inteligencji   nadrabiały   zdecydowanym 
brakiem etyki.

–   Mało   prawdopodobne,   przyjacielu   –   wybuchnął   śmiechem   Montaron.   –   Ale   może 

background image

zostały opłacone? Opłacone przez Amnianów, żeby zaszkodzić ludziom z Wrót Baldura?

–   Jesteś   pewien,   że   nie   ma   innego   rozwiązania?   –   powiedział   Abdel,   wskazując   na 

gliniane skorupy po rozbitej butelce. – Buteleczka, którą kupiłem w Nashkel i której nigdy ci 
nie pokazywałem, była srebrna i doskonałej roboty. Jeśli więc mówisz, że jest ona wyrobem 
amniańskim, to dobrze, ale z pewnością ta tutaj nie pochodzi z tego samego miejsca.

Montaron wzruszył ramionami, ale się nie odwrócił. Kiedy Abdel czekał na odpowiedź, 

usłyszał w ciemności korytarza szmer żwiru. Dwoma wielkimi susami skoczył w głąb tunelu. 
Światło   pochodni   wyłowiło   z   mroku   oczy   kobolda,   jego   dwie   wielkie   rozżarzone 
pomarańczowo źrenice powiększyły się z zaskoczenia i strachu.

Rozległo się krótkie szczeknięcie i stwór rzucił się do ucieczki. Tym razem Abdel nie 

wahał się, tylko pomknął jak strzała za uciekinierem.

Biegł   kierując   się   zarówno   wzrokiem   jak   i   słuchem.   W   miarę   jak   kobold   co   chwila 

zmieniał kierunek, wskakując do bocznych korytarzy, Abdel zaczynał czuć się nieswojo w 
zdradliwym,   migoczącym   świetle   pochodni.   W   końcu   udało   mu   się   dostrzec   plecy 
uciekającego stwora. Abdel zakładał, że Montaron podąża za nim, bowiem nie wyobrażał 
sobie, by mógł bez niego trafić z powrotem do miejsca z wagonikiem rudy.

I nagle wokół niego zaroiło się od koboldów, które wyłoniły się z ciemności, wchodząc w 

zasięg światła pochodni ze wszystkich stron. Abdel nie był głupi, żeby liczyć, ilu wrogów ma 
przeciwko sobie, tylko od razu podjął walkę o życie. Prawą ręką wywijał swym wielkim 
pałaszem, lewą z równą skutecznością szerzył pogrom wśród koboldów płonącą pochodnią. 
Koboldy umierały, krwawiąc lub płonąc, co dla Abdela było bez różnicy. Czasem któremuś 
stworowi udało  się zadrasnąć  Abdela zardzewiałym  sztyletem,  kamiennym  toporkiem  lub 
skradzionym narzędziem górniczym czy też ukłuć prymitywną włócznią z ostrym kamieniem 
zamiast ostrza. Abdel otrzymał może z tuzin lekkich ran, nie zagrażających jego życiu, i zabił 
tyle   samo   koboldów.   Pozostałe   przy   życiu   straciły   cały   swój   rezon   i   wycofały   się   poza 
oświetlony pochodnią krąg.

Walka stanowiła jedną wielką kakofonię pisków, szczęknięć i warknięć, i choć od tego 

hałasu dzwoniło już Abdelowi w uszach, był pewny, że głos, który przyniosło do niego echo z 
głębi korytarza, należy do Jaheiry.

Nie dosłyszał słów, lecz ton głosu był oczywisty. Jaheira wzywała pomocy.
Pochodnia już przygasała, lecz Abdel nie zwracał na to uwagi, tylko pognał naprzód, 

wiedziony głosem Jaheiry, co zdawało się trwać godzinami, a zajęło zaledwie kilka minut. 
Biegnąc,   słyszał   czasem   poruszające   się   w   ciemności   koboldy,   wciąż   czuł   wokół   smród 
mokrej psiej sierści, lecz nie zatrzymywał się. Musiał ją znaleźć, nawet gdy uświadomił sobie, 
że może  ona wcale  tego nie chciała  – z pewnością kogoś  wzywała,  ale nie jego. Każda 
kobieta, której zabito by męża, czułaby tak samo. Abdel odsunął od siebie także tę myśl, że 
już od dłuższego czasu nie widział Montarona.

Dotarł  do sporej  groty,  z  której  promieniście  odchodziło  pięć korytarzy.  Strop wciąż 

background image

znajdował   się   na   tyle   wysoko,   by   mógł   stać   wyprostowany.   Na   środku   pomieszczenia 
znajdowała   się   dziura,   którą   Abdel   uznał   za   naturalny   uskok.   Ziemia   nagle   urywała   się, 
otwierając w mroczną czeluść otworu. Abdel usłyszał teraz wyraźnie, jak Jaheira woła: – Jest 
tam kto?!

Głos bez wątpienia dochodził z dziury.
Abdel skoczył do krawędzi i krzyknął: – Jaheira! – tak głośno, że echo krzyku zagłuszyło 

tumult tuzina koboldów, które nagle rzuciły się na niego z tyłu.

Stwory   mierzyły   jakieś   trzy   stopy   wzrostu,   sięgając   Abdelowi   najwyżej   do   pasa   i   z 

pewnością   były   około   sześciokrotnie   od   niego   lżejsze,   ale   w   szóstkę   stanowiły   razem 
wystarczającą siłę, by popchnąć go ułamek cala w przód – akurat tyle, by stracił równowagę i 
runął w dół.

Spadając, Abdel przeklinał swą własną głupotę. Dwa koboldy zapiszczały, a trzeci zawył. 

Cała ta trójka była na tyle głupia, a może nie na tyle szybka, by uniknąć wpadnięcia tuż za 
nim. Abdelowi w jakiś sposób udało się wylądować na jednym z nich. Mały stwór nie był 
zbyt   miękki   i   kiedy   Abdel   przeleciał   jakieś   siedem   metrów   w   dół,   wyraźnie   poczuł   siłę 
uderzenia, a tym bardziej kobold pod nim, co potwierdził głośny chrzęst pękających kości.

Abdel nie poruszył się i nie otworzył oczu. Z obu stron słyszał jęki umierających po 

upadku koboldów. Z góry dochodziły piski i szczeknięcia – prymitywny język ich żywych 
współtowarzyszy. Abdel był zły na siebie, co wcale nie pomagało mu odzyskać tchu. Przez 
pierwsze   kilka   sekund   od   uderzenia   w   twardą   skałę   podłoża   mógł   jedynie   wypuszczać 
powietrze z płuc. Zaczerpnięcie tchu wydawało mu się dawno zapomnianą sztuką.

– Abdel!
Głos Jaheiry był  teraz  bliżej  i na ten  dźwięk  Abdelowi udało się wreszcie wciągnąć 

powietrze do płuc. Jeszcze miał kłopoty z oddychaniem, ale przynajmniej czuł, że kiedyś 
znów będzie normalny.

W tym samym momencie uzmysłowił sobie, że w trakcie upadku zgubił pochodnię i że 

musiała ona już zupełnie zgasnąć. Dysząc ciężko pełzał w kółko po dnie jamy w kompletnej 
ciemności, aż natrafił dłonią na pochodnię. Powtórne jej zapalenie zajęło mu tyle czasu, że 
Jaheira   przestała   już   go   wołać,   ale   on   wciąż   nie   oddychał   na   tyle   dobrze,   by   móc   jej 
odpowiedzieć.

Kiedy   pochodnia   wreszcie   się   rozpaliła,   Abdel   zauważył,   że   znajduje   się   w 

pomieszczeniu jeszcze większym niż to na górze, i że nie jest sam.

W   tym  samym   momencie,   w  którym   ujrzał  mężczyznę,   dotarł   do  niego  jego  smród. 

Widok zatkał go na moment. Mężczyzna biegł na niego, unosząc w górze solidną maczugę z 
grubego   konaru   drzewa.   Twarz   atakującego   nie   była   w   pełni   ludzka,   zadarte   nozdrza   i 
sterczące kły zdradzały, że jest półorkiem.

Półork ryknął wściekle i opuścił maczugę. Abdel zasłonił się mieczem i z łatwością odbił 

uderzenie, jednocześnie podnosząc się na nogi. Zanim półork zdążył się powtórnie zamierzyć, 

background image

Abdel zdążył przyjąć obronną postawę. Uznając, że półork jest zbyt wolny, by odbić cięcie w 
krtań,   Abdel   wziął   duży   zamach   i   uderzył   szerokim   łukiem,   celując   w   gardło.   Ostrze 
napotkało opór. Maczuga półorka była na tyle solidna, by wytrzymać uderzenie, on sam na 
tyle silny, by zatrzymać cios i o wiele szybszy, niż Abdel podejrzewał.

Abdel   cofnął   się   ostrożnie   jeden   krok   w   tył,   a   półork   pięć.   Świńskie   oczka   półorka 

wyrażały niemy strach. Na ten widok Abdel przerwał walkę i zapytał:

– Kim jesteś?
– Jestem tym, którego Tazok wysłał, by cię zabił – burknął półork. – Spotkałeś Mulaheya.
Dźwięk   jego   głosu   sprawił,   że   Abdel   zapragnął   go   zabić.   Był   jednocześnie   niski   i 

świergoczący, i pełen strachu. Półork spojrzał w otwór w sklepieniu i wydał z siebie serię 
pisków i warknięć, brzmiących jak szczekliwa mowa koboldów. Dźwięki te miały w sobie 
moc rozkazu.

Półork wydobył z siebie jeszcze jeden dźwięk, który niemal rozśmieszył Abdela, lecz 

smród, który po chwili się pojawił, wcale nie był śmieszny.

Mulahey rozejrzał się dookoła i Abdel zdał sobie sprawę, że półork czeka na posiłki od 

koboldów. Najemnik zdecydował się nie dawać mu szansy, czekając wraz z nim. Szybko i 
ostro rzucił się na Mulaheya,  który przyjął postawę obronną. Półork był  silny, ale Abdel 
bystrzejszy. Przyparł go do ściany i brał na zmęczenie. Mulahey coś do niego mówił, ale 
Abdel   nie   słuchał.   Chciał   go   zabić   i   cokolwiek   ten   cuchnący,   gruby   osiłek   miał   do 
powiedzenia, nie interesowało go. Abdel poczuł nagle ohydny smród dochodzący z brudnych 
spodni półorka. Fala obrzydzenia dodała mu sił i chwilę później Mulahey już nie żył, brocząc 
krwią z dwóch tuzinów ran.

background image

Rozdział ósmy

– Otwórz to! – wrzasnęła Jaheira. Jej głos pełen był paniki i tylu innych konfliktowych 

emocji, że Abdel niemal ugiął się pod jego ciężarem.

– Nie jestem pewien... – zaczął, rozglądając się za czymś, co mogło posłużyć mu do 

otwarcia solidnych dębowych drzwi. Grube drewno było obite żelazem. Przez mały, wycięty 
w drzwiach otwór Abdel mógł zobaczyć w środku czoło Jaheiry. Drzwi były zamknięte na 
żelazny zamek i choć Abdel nie znał się na tym, to jednak ocenił na oko, że zamek jest 
naprawdę solidny. Mimo całej swej siły, Abdel nie był stanie otworzyć drzwi.

– Nigdy nie uda ci się ich otworzyć, sir – odezwał się miękki męski głos.
Abdel  zatrzymał się i zajrzał przez okienko w drzwiach. W celi było ciemno i widział 

jedynie głowę Jaheiry przyciśniętą do drzwi od środka.

– Kto tam jeszcze jest oprócz ciebie?
– Elf – odparła, wyraźnie poirytowana jego dygresją. – Ale nie obawiaj się, tylko otwórz 

te przeklęte drzwi!

– Mam nadzieję, że zostanie, by nas karmić i dawać wodę – rzekł sucho elf. – Jeśli zabił 

naszych   strażników   i   nie   uda   mu   się   otworzyć   drzwi,   umrzemy   tu   z   pragnienia,   zanim 
zdążymy umrzeć z głodu.

– Uda mu się – powiedziała Jaheira, choć w jej głosie zabrzmiała nutka zwątpienia. – 

Abdel, znajdź klucz. Gdzieś musi być klucz do tych drzwi.

Abdel przeszukał teren, lecz znalazł jedynie kilka innych drzwi prowadzących do pustych 

cel i wielką, drewnianą skrzynię okutą żelazem, zamkniętą na stalowy zamek. Na podłożu 
leżał ostry żwir, rosły małe grzyby, a gdzieniegdzie stała w kałużach woda.

– Nie ma klucza.
– A co z Mulaheyem? – zapytał elf.
– Z kim?
– Strażnikiem – wyjaśniła Jaheira. – Półork. Gdzie on jest?
– Ubiłem tego cuchnącego bękarta – pochwalił się Abdel. – Nie uwierzylibyście, co on 

zrobił, gdy...

background image

– A gdzie jego ciało? – przerwała mu Jaheira. – Pewnie przy nim znajdziesz klucz.
Abdel myślał dłuższą chwilę, zanim wreszcie powiedział:
– Nie jestem pewien, jak tam wrócić... Myślę, że go nie znajdę.
– Z deszczu pod rynnę – powiedział elf. – Oto wybawca, którego nam sprowadziłaś, moja 

ty pobratymko.

– Zamknij się! – krzyknęła Jaheira, jej głos zdradzał narastającą panikę. – Złodziej! Gdzie 

jest Montaron?

– Nie wiem – odparł Abdel, próbując wyrwać żelazne pręty z okienka w drzwiach. – Nie 

poszedł za mną.

– Nie dziwne – westchnęła. – A czego dowiedziałeś się od Mulaheya?
–   Co   masz   na   myśli?   –   zapytał,   dając   sobie   spokój   z   wyrywaniem   prętów.   Zaczął 

przeszukiwać   swój   ekwipunek,   starając   się   znaleźć   coś,   co   mogłoby   mu   się   przydać   do 
otwarcia drzwi.

– Kiedy wypytywałeś półorka – zaczęła gniewnie Jaheira – to co ci powiedział?
– O nic nie wypytywałem tej pierdzidupy – odparł. Chciał jeszcze coś dodać, ale zamilkł 

na dźwięk metalu uderzającego o metal, dobywający się z kieszeni pasa.

– Zabiłeś Khalida, czyż nie? – powiedziała zmienionym głosem, gorzkim i ciężkim. – 

Czy on nie żyje?

Abdel nie miał pojęcia, co ma odpowiedzieć. Starał się o tym nie myśleć. Nie chciał zabić 

Khalida, to był przypadek, ale wiedział, że nie ma co liczyć na wyrozumiałość Jaheiry. Abdel 
westchnął, kiedy zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy musi rozmawiać z żoną kogoś, kogo 
zabił. Właściwie dopiero teraz uświadomił sobie, że wszyscy jego bezimienni przeciwnicy 
mogli mieć w swoim domu kogoś, kto...

– Słyszę, że opanowałeś sytuację – zadrwił elf, przerywając Abdelowi tok jego myśli.
Zignorował   więźnia   i   wyjął   z   sakiewki   pęk   kluczy,   znaleziony   przy   ciele   martwego 

mężczyzny na łące czarnych kwiatów. Nie wiedział, co kazało mu spróbować. I oto ślepa 
desperacja spotkała ślepe szczęście. Trzeci klucz, który włożył do zamka, przekręcił się z 
głośnym szczękiem i nagle drzwi uderzyły go w twarz tak silnie, że upuścił klucze i niemal 
nie stracił pochodni.

Jaheira pchnęła drzwi i wyskoczyła z celi na sztywnych nogach. Abdel widział, jak w ten 

sposób dzieci uciekały przed pająkami.

– Montaron i Xzar odeszli? – zapytała, kryjąc swój strach.
– Gdziekolwiek są. – powiedział elf – są roztropni. Mam na imię Xan.
Elf był o jakiś cal niższy od Jaheiry i raczej chudy. Wyglądał na wygłodzonego i taki też 

miał wzrok. Policzki mu się zapadły, co tylko podkreślało obcość jego wielkich, szpiczastych 
uszu,   odstających   za   bardzo   nawet   jak   na   pełnej   krwi   elfa.   Nie   pachniał   za   ładnie,   był 
bezbronny,   brudna   brązowa   koszula   wisiała   na   nim   luźno   jak   na   szkielecie,   podobnie 
bryczesy.

background image

Jaheira nie miała broni i też wyglądała kiepsko. Na szyi i na lewym przedramieniu miała 

sińce, ale przynajmniej była cała i zdrowa.

–   Zabierz   mnie   do   Khalida   –   powiedziała,   jej   głos   był   już   bardziej   miękki,   mniej 

przerażony, ale jeszcze drżał. – Zabierz mnie do męża.

Abdel   skinął,   chcąc   coś   powiedzieć,   ale   ugryzł   się   w   język   i   jedynie   to   pomyślał. 

Uklęknął   przy   skrzyni   i   wypróbował   cztery   klucze,   zanim   zamek   się   otworzył.   Jaheira 
rozpoznała swój ekwipunek i Abdel odstąpił na bok, by mogła wziąć swoje rzeczy.

– Skąd te klucze? – zapytał Xan.
– Były przy trupie otrutego mężczyzny,  na łące dzikich kwiatów, obok starej chaty – 

wyjaśnił Abdel.

Elf sapnął i odwrócił się, a w jego spojrzeniu było coś...
– Co? – zapytała Jaheira, zaciągając swój pas z mieczem.
– Te klucze, które Montaron znalazł przy trupie, pasują do tych zamków.
– Cholera – wyszeptała. – Montaron – i głośniej – którędy?
Abdel wskazał na chybił trafił jeden z tuneli i powiedział:
– Wydaje mi się, że tędy.
– Gdzie padł twój towarzysz? – zapytał Xan Jaheiry.
Abdel i Jaheira starali się najlepiej jak umieli opisać swą drogę po kopalni, a Xan słuchał 

i kiwał głową, wreszcie wskazał korytarz po przeciwnej stronie pomieszczenia niż ten, który 
proponował Abdel.

Choć Jaheira była podejrzliwa, to jednak pragnęła wyjść z kopalni i podążyła za elfem. 

Abdel, zmieszany i zawstydzony, ruszył za nią.

* * *

W   drodze   do   wyjścia   nie   napotkali   ani   jednego   kobolda,   choć   czasem   wyczuwali 

unoszący się w powietrzu smród mokrej psiej sierści. Blisko godzinę zajęło im dotarcie, tylko 
przy blasku pochodni, do miejsca, w którym leżał Khalid. Kiedy Jaheira ujrzała jego ciało 
spoczywające   na   zimnej   skale   podłoża,   wciągnęła   głęboko   powietrze,   aż   zadzwonił   jej 
schowany w pochwie miecz i kółka u paska. Abdel odwrócił się, Xan westchnął i wtedy 
rozległ się jeszcze jeden dźwięk – spazmatyczny oddech. Abdel początkowo pomyślał, że z 
Jaheirą jest coś nie tak.

– Khalid – szepnęła kobieta, jej głos był mieszaniną nadziei, strachu i zaskoczenia. – 

Khalid?

Podbiegła do niego, upadła przy nim i Khalid się poruszył. Abdelowi zaparło dech – co 

rzadko   zdarza   się   takiemu   jak   on   wojownikowi   –   i   dołączył   do   Jaheiry.   Poczuł   ukłucie 
rozczarowania z powodu tego, że Khalid, choć niewinny, żyje. Abdel nigdy nie walczył, aby 
ranić, tylko zabijać.

Leżący półelf nie mógł mówić, z ledwością się ruszał, ale na widok Abdela odsunął się. 

background image

Najemnik odskoczył, kiedy Jaheira dotknęła go w pierś, by się odsunął, i powiedziała: – Mój 
drogi...

Abdel   początkowo   pomyślał,   że   powiedziała   do   niego   i   zaczerwienił   się,   kiedy 

uzmysłowił sobie, że mówiła do Khalida.

– Musisz żyć – powiedziała. – Cokolwiek było między nami, chcę żebyś żył.
– Przynajmniej... – spróbował odpowiedzieć Khalid.
– On umiera – stwierdził Xan, a Abdel zapragnął mu w tym momencie uciąć język.
– Nie – zaprzeczył najemnik. – Daj mu to – powiedział do Jaheiry, wyjmując z sakiewki 

srebrną buteleczkę, którą nabył u kupca w Nashkel. Kiedy jego dłoń przypadkiem zawadziła o 
mniejszą, pustą pochwę u pasa, zorientował się, że jego sztylet zniknął. Serce mu załomotało, 
na czoło wystąpił pot.

– Trucizna? – zapytała Jaheira, ale zaraz się z tego wycofała. – Przepraszam. Po prostu 

nie możesz nic poradzić na swoją naturę.

Abdel nie wiedział, co miała na myśli, ale wcisnął jej w dłoń buteleczkę. Była ciepła i 

drżąca, więc mimowolnie ją puścił. Zaczął rozglądać się po ziemi w poszukiwaniu sztyletu.

– Wierzę  człowiekowi, który mi  to sprzedał – powiedział jej Abdel, nie przerywając 

poszukiwań. – Zresztą nie masz wyboru... Przeklęty Xzar.

Jaheira   przytaknęła   i   spojrzała   na   Khalida,   który   stracił   przytomność.   Oddychał,   ale 

bardzo wolno i płytko. Palcem delikatnie otworzyła mu usta i stopniowo wlała całą zawartość 
buteleczki – gęsty, pachnący słodko płyn. Kilka sekund później oczy Amnianina otworzyły 
się i spróbował się uśmiechnąć.

– Miód – powiedział – i kwiat drzewa pomarańczowego.
Abdel zaklął pod nosem, a Xan wydał gniewny pomruk. Jaheira odwróciła się i Abdel 

zauważył łzę spływającą jej po policzku. Khalid zamknął oczy i wyszeptał: – Przepraszam... 
Mówiłem ci... – A zaraz potem zapadł w głęboki sen. Jego oddech znów był równomierny, a 
rana przestała krwawić.

– Damy radę go unieść? – zapytał Xan Abdela.
Najemnik wzruszył ramionami.
– Myślę, że powinien teraz spać, ale mogę go ponieść. Już nie krwawi.
Abdel jeszcze raz rozejrzał się za swoim zagubionym sztyletem.
– Wygląda na to, że ten szalony czarodziej ukradł mój sztylet... jakbym  potrzebował 

jeszcze jednego powodu, by go zabić.

–   Ruszajmy   –   powiedziała   Jaheira.   –   Wracajmy   do   Nashkel   i   połóżmy   Khalida   do 

prawdziwego łóżka.

* * *

–   Chyba   nie   zamierzasz   iść   tamtędy?   –   zapytał   Xan,   doskonale   wiedząc,   gdzie   się 

znajdują.

background image

Abdel zatrzymał się, trzymając Khalida przewieszonego przez ramię.
– Dlaczego nie?
– Tędy właśnie przyszliśmy – wyjaśniła Jaheira, zatrzymując się.
W gasnącym świetle wieczora skraj łąki czarnych kwiatów wydawał się jarzyć miękkim, 

szarym blaskiem. Xan wyraźnie starał się trzymać z daleka od łąki i już wchodził na szerszą, 
częściej uczęszczaną drogę do Nashkel.

– Nie wiem, jak wam to się udało – rzekł Xan – ale to pewna śmierć wchodzić na pole 

tych   kwiatów.   To   kwiaty   czarnego   lotosu,   śmiertelnie   trujące,   zasadzone   tu   przez 
Zhentarimów.

Abdel odwrócił się do elfa, po czym postąpił krok naprzód. Xan otworzył szeroko oczy i 

cofnął się dalej.

– Zhentarimowie? – zapytał najemnik.
–   Montaron   –   przypomniała   sobie   Jaheira.   –   Jak   mogłam   być   tak   ślepa?   Tylko 

Zhentarimowie mogą być odpowiedzialni za to świństwo.

Abdel spojrzał na nią zdziwiony.
– Jeśli twój zaginiony przyjaciel jest Zhentarimem – powiedział Xan – to może mieć coś 

na...

– Piwo szczęścia – dodała Jaheira.
Abdelowi zachciało się splunąć. Zapragnął zabić niziołka. Zapragnął przywalić komuś w 

twarz, ale nie było nikogo do bicia.

– Nie pracuję z Zhentarimami – powiedział przez zaciśnięte zęby, uświadamiając sobie 

jednocześnie, że przez ostatnie półtora tygodnia właśnie to robił.

– Zasadzili te kwiaty, aby odciąć drogę do kopalni – wyjaśnił Xan. – Próbowali pobierać 

myto od przechodzących przez łąkę, ale po niedługim czasie szefowie kopalni zdecydowali 
się wynająć... drużynę poszukiwaczy przygód, jak sądzę, że tak się kazali nazywać... aby 
przegnać Zhentarimów. Nie było już problemów z mytem, ale nikt nie potrafił pozbyć się 
tych cholernych kwiatów.

– Montaron... – wyszeptała Jaheira.
– Zamierzam go zabić – powiedział Abdel, nie patrząc na Jaheirę. – Ten niziołek umrze i 

nie będzie to ładny widok.

Abdel popatrzył na Jaheirę, kiedy usłyszał, że zaczęła coś bełkotać, jakby pomieszały jej 

się sylaby w słowach. Wzniesione do góry ręce trzymała przed sobą na wysokości twarzy, 
końce  palców   obu  rąk  stykały   się  ze  sobą,  oczy  miała  przymknięte.  Abdel  pomyślał,  że 
rozpoznaje jedno ze słów, imię, które wcześniej być może słyszał. Jaheira wyciągnęła ręce na 
boki i otworzyła oczy.

–   Musimy   jak   najszybciej   zabrać   Khalida   z   powrotem   do   Nashkel   –   powiedziała, 

zachęcając Abdela i Xana, by się zbliżyli. – Chodźcie za mną, lecz nie dalej niż dwa kroki 
ode mnie, to kwiaty wam nie zaszkodzą.

background image

– Khalid oddycha w porządku – powiedział Abdel. – To będzie długa droga, ale wolę 

nieść go dłużej niż leźć przez trujące...

– Służysz...? – zapytał Xan, ignorując Abdela.
–   Mielikki   –  odpowiedziała.   I   to   było   właśnie   to   imię,   które   Abdel   rozpoznał   w   jej 

dziwnej pieśni. Mielikki była jakąś boginią natury i nie interesowała Abdela... przynajmniej 
do teraz.

Xan pokiwał głową i zbliżył się do półelfki. Jaheira popatrzyła na Abdela i przymknęła 

oczy, jakby zamierzała mu coś powiedzieć. Abdel odwrócił i stanął obok Xana.

–   Za   pół   miesiąca   dowiem   się,   że   jesteś   druidką.   Czy   masz   mi   coś   jeszcze   do 

powiedzenia?

Nie spodziewał się odpowiedzi i nie otrzymał jej przez całą drogę, kiedy tak szli przez 

łąkę trujących kwiatów, chronieni magią Jaheiry.

background image

Rozdział dziewiąty

Montaron wzdrygnął się, kiedy na twarz spadła mu kropla krwi. Za chwilę druga i trzecia, 

po   której   uzmysłowił   sobie,   że   będą   następne,   więc   uspokoił   się.   Dziewczyna   była 
nadzwyczaj silna i chociaż Montaron wytrzymał jej uścisk, to nie był w stanie się z niego 
wyzwolić.

– Xzar – zawołał niziołek, patrząc w górę z przerażeniem i niesmakiem.
Mag wisiał do góry nogami, zawieszony na łańcuchu uczepionym do wysokiego sufitu, 

niknącego w ciemności pieczary. Światło, które dawało pół tuzina wysokich, stojących na 
ziemi kandelabrów, było przyćmione, migoczące i niepewne, ale Montaron mógł wyraźnie 
zobaczyć wytatuowaną twarz Xzara. Martwe oczy maga były wytrzeszczone, a z jego ust 
spadały krople krwi wprost na twarz Montarona. Nie miał jednego ucha, a jego ramiona i 
jedna noga wisiały na innych łańcuchach w odległym rogu jaskini. Na stojącym w pobliżu 
stoliku   znajdował   się   szklany   słój,   którego   zawartość   niemal   przyprawiła   Montarona   o 
wymioty. Z pępka maga wystawał duży stalowy hak. Drugiej jego nogi nigdzie nie było.

– Gratulacje za dobrze wykonane zadanie, mój mały przyjacielu.
– Sarevok – powiedział Montaron głosem pełnym histerii. – Dzię-dzięki ci, och, panie.
Sarevok   miał   na   sobie   czarną,   metalową   zbroję   zdobioną   srebrem,   pełną   ostrych, 

niepotrzebnych, choć wzbudzających strach kolców. Mężczyzna był nieprzeciętnie wielki, a 
jego oczy lśniły nienaturalną żółcią. Jego głos wywoływał u Montarona ciarki i niziołek z 
ledwością powstrzymywał się przed zsikaniem się w spodnie.

– To była  ironia – odpowiedział Sarevok, a Tamoko kopniakiem podcięła niziołkowi 

nogi. Rozległ się głośny trzask i piskliwy wrzask. Montaron runął na ziemię, uświadamiając 
sobie, że to on sam wrzeszczał.

– Zrobiłem, o coś prosił – wykrzyczał Montaron, będąc na tyle głupi, by myśleć, że dzięki 

temu zapewni sobie odrobinę litości.

Nie usłyszał ani nie zobaczył, jak Sarevok zbliża się do niego, po prostu nagle wyrósł nad 

nim w całej swej okazałości. Trzymał sztylet, który Montaron rozpoznał – szerokie, srebrne, 
grawerowane ostrze, którym Abdel uśmiercił pijaka w gospodzie „Pod pomocną dłonią”.

background image

– On miał klucze – zapłakał Montaron. – On miał klucze... Wysłałem go w kierunku... 

Mul-Mulaheya. On tam poszedł, pan...

Końcówka słowa przeszła w głośny, ostatni charkot Montarona na tym planie egzystencji. 

Sarevok przejechał mu po gardle sztyletem Abdela, a następnie wyciągnął palec, aby dla 
zabawy zakrzywić strumień krwi tryskającej z przeciętej tętnicy.

* * *

– Ktokolwiek wypowie tę nazwę, ten zawsze ma odmienne zdanie na temat tego, czego 

oni właściwie chcą – powiedział Xan w trakcie powrotnego marszu do Nashkel. Elf wyglądał 
na zmęczonego, nogi zaczynały mu się już plątać.

Abdel również ciężko dyszał, niósł przecież śpiącego Khalida.
– Powinniśmy odpocząć – oznajmiła Jaheira.
Abdel i Xan nie potrzebowali dalszej zachęty. Najemnik oparł nieprzytomnego półelfa o 

pień drzewa rosnącego przy drodze i sam uwalił się obok. Jakąkolwiek ochroną otoczyła ich 
Mielikki za sprawą modlitwy Jaheiry,  udało im się przejść przez łąkę trujących  czarnych 
kwiatów bez szwanku. Xan usiadł ciężko w gęstej, brunatnej trawie u brzegu ścieżki. Jaheira 
uklękła przy mężu i delikatnie pogładziła go po twarzy. Nie wyglądała na zmartwioną, raczej 
jakby zawstydzoną. Zauważyła, że Abdel jej się przygląda i zaraz zwróciła się do Xana.

– Żelazny...? – zapytała.
– Tron – dokończył elf. – Żelazny Tron.
– Więc oni są odrębną grupą Zhentarimów  – doszła do wniosku Jaheira – próbującą 

przejąć kontrolę nad kopalniami rudy, podobnie jak wcześniej przez trujące kwiaty.

Xan wzruszył ramionami.
– Może. Ja jednak nie kładłbym tego na karb tych bękartów. Jest w tym coś... dziwnego. 

Przejęcie kontroli nad kopalniami to jedno, niszczenie żelaza tak, że kruszy się, rdzewieje w 
przeciągu dnia, staje się miększe niż glina... No i jest jeszcze amniański problem.

– Wojna. Wojna z Wrotami Baldura.
– Co Zhentarimowie by z tego mieli? – zapytał Xan.
– Wojna przynosi wiele korzyści – zaoponował Abdel. – Ja na przykład z tego żyję...
Urwał raptownie, gdy Xan drgnął i spojrzał w lewo. Abdel był na tyle bystry, by nie 

pytać,   co   się   dzieje,   tylko   wyciągnął   swój   miecz   i   zaczął   nasłuchiwać.   Słychać   było 
ćwierkanie ptaka, bzyczenie pszczoły lub dużej muchy i szelest liści na wietrze. Wysokie 
krzaki zasłaniały Abdelowi widok na południową stronę dróżki, a tam właśnie spoglądał elf.

Xan wstał powoli i wyszeptał:
– Ktoś nas śledzi.
Xan wskazał głową kierunek, lecz choć Abdel wytężył słuch, nadal niczego podejrzanego 

nie   słyszał.   Elf   cicho   przeszedł   dwa   kroki   i   przyklęknął   obok   Khalida   i   Jaheiry.   Abdel 
usłyszał szept i zobaczył, jak usta elfa układają się w słowo „miecz”, a Jaheira wręcza mu 

background image

broń męża. Xan przeszedł ponad ciałem śpiącego Khalida i zaczął wspinać się na drzewo.

Wtedy właśnie Abdel usłyszał coś w krzakach, choć równie dobrze mógłby to być ptak 

lub jakieś zwierzę. Xan dotarł do pierwszych konarów i wspinał się wyżej. Abdel widział, jak 
mięśnie nóg elfa drżą z wysiłku i wyczerpania. Z pewnością przysłużył mu się w tym pobyt w 
celi Mulaheya.

Abdel zerwał się na nogi i ścisnął oburącz rękojeść pałasza, gdy usłyszał szelest gałęzi. 

Jaheirze zaparło dech, gdy zobaczyła, że to elf spada z drzewa.

Xan   nie   spadł   na   ziemię.   Jakaś   postać   wyskoczyła   z   krzaków   i   chwyciła   go   jak 

niemowlaka, być może ratując mu życie. Wybawca elfa roztaczał wokół siebie silny smród 
zgnilizny. Jaheira zasłoniła usta, otwarte w panicznym zdumieniu. Drżała na całym ciele.

Abdel chrząknął i odwrócił się. Xan powiedział  coś  po elficku  i zeskoczył  z ramion 

wybawcy na ziemię. Odszedł na bok i zwymiotował.

– Dobrze – odezwał się ponury, wibrujący głos – miło mi poznać... spotkać was.
– Odejdź ode mnie, dziwaku – ostrzegł gniewnie Xan i odskoczył  w tył,  wyciągając 

miecz Khalida.

Człowiek – jeśli w ogóle można go było tak nazwać – który ocalił Xana, był niski, krępy i 

ubrany w szmaty. Skóra na twarzy tej istoty była popielato biała z czarnymi plamkami. Na 
głowie  miała   tylko  kłaki  szarych  włosów. Głęboko  osadzone  oczy  świeciły  bladożółtymi 
źrenicami otoczonymi  siateczką cieniutkich, czerwonych  żyłek. Powieki były spuchnięte i 
sączyła się z nich czarna, skażona krew.

– Bogowie – zdumiał się Abdel, zasłaniając się mieczem. – To gorsze niż ten półork.
– Korak – przedstawił się stwór. – Jestem Korak. Wyglądam inaczej?
– Korak? – zapytał  Abdel z niedowierzaniem,  potrząsając przecząco  głową. Ale znał 

tego... człowieka. – Na wszystkich bogów, byłem na twoim pogrzebie.

–   Ale   później   już   nie   –   odparła   kreatura,   szczerząc   w   uśmiechu   poczerniałe   zęby   i 

odsłaniając przy tym dziąsła pełne pełzających po nich larw.

Xan cofnął się dalej, a nogi zadrżały mu jeszcze bardziej.
– Zostaw nas – powiedział. – Odejdź albo cię zabijemy.
Xan   spojrzał   na   Abdela,   szukając   w   nim   poparcia,   lecz   zmieszany   najemnik   jedynie 

wzruszył ramionami.

– Przyłączę się do was – oznajmił Korak. – Pójdę z wami.
– Nie... – zaczęła Jaheira, lecz znów zrobiło jej się niedobrze. Wyraźnie chciałaby się 

cofnąć, ale zdecydowała się nie zostawiać męża.

– Nie sądzę, Korak – dokończył za nią Abdel. – Nie jesteś zbyt... – urwał, nie potrafiąc 

znaleźć właściwego słowa, aby dyplomatycznie zakończyć rozmowę.

–   Pomogę   ci   –   naciskał   Korak.   Postąpił   krok   w   przód.   –   Jak   wtedy,   kiedy   byliśmy 

dziećmi.

Xan wzdrygnął się, wyprostował i wyciągnął miecz przed siebie.

background image

– Ani kroku bliżej, ghulu!
– Ghul? – zdziwił się Abdel.
– Znasz to to?
– Przyjaźniliśmy się dawno temu – odparł Abdel – w Candlekeep, kiedy byliśmy dziećmi. 

On umarł trzy lata temu.

–   Ghule   nie...   –   zaczęła   Jaheira,   ale   urwała   nagle   na   widok   nieludzkiego,   długiego, 

wąskiego, ostro zakończonego języka Koraka. Istota chlasnęła jęzorem niczym wąż, zlizując 
ropę spod oka.

– Bogowie – wyszeptała kobieta.
Abdelowi zrobiło się żal Koraka, a uczucie to było silniejsze niż obrzydzenie malujące się 

na twarzy Xana czy strach widoczny w oczach Jaheiry.

– Idź już, Korak – poprosił najemnik. – Wracaj w krzaki.
–   Pomogę   ci   –   nalegał   Korak,   ale   już   się   nie   zbliżał.   –   Pomogę   ci   w   drodze... 

niebezpiecznej drodze.

– Abdel! – zawołał Xan. – Pomóż mi to zabić!
– Nie, nie – odparł Abdel. – Korak pójdzie swoją drogą. Czy nie tak, Korak?
– Pomogę...
Abdel nagle ruszył naprzód, aż ghul przewrócił się na plecy, po czym wpełzł w wysokie 

krzaki.

– Zostań tam, Korak – krzyknął Abdel. – Nie możesz z nami iść tam, dokąd zmierzamy.
–   Zabijemy   cię,   jeśli   za   nami   pójdziesz   –   dodał   Xan   głosem   drżącym   ze   strachu   i 

wyczerpania.

Ghul wycofał się, ale niezbyt daleko.

background image

Rozdział dziesiąty

Mężczyzna był zbyt niski, by udało mu się trafić Abdela z byka w czoło, więc uderzył w 

podbródek. Miał twardy łeb i siłę w karku, więc cios zabolał.

Abdel zaklął i przywalił  murarzowi w szczękę. Rozległ  się trzask i mężczyzna  runął 

znokautowany na ziemię. Abdel zaklął, uchylając się przed ciśniętym właśnie przez kogoś w 
jego głowę stołkiem. Dał krok naprzód, nadeptując na brzuch leżącemu murarzowi i chwycił 
mężczyznę, który w niego rzucił. Mały, dziecinnie wyglądający chłop myślał, że uda mu się 
wyrwać, był tego taki pewien, że nawet się uśmiechał. Abdel przytrzymał go lewą ręką za 
koszulę, a prawą uderzył w gardło. Chłop zacharczał i zwalił się na podłogę.

– Złaź ze mnie! – zawył murarz. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale Abdel kopnął go w 

głowę i mężczyzna zamilkł.

–   Abdel!   –   krzyknęła   Jaheira   ostrzegawczo   i   najemnik   uchylił   się   przed   następnym 

stołkiem.

Abdel spojrzał na nią i zobaczył, jak z całej siły uderza kolanem w krocze jednego z 

osiłków. Mężczyzna zawył i osunął się skulony w dół. Na ten widok Abdel zaczął się śmiać, 
lecz zaraz przestał, gdy kolejny stołek roztrzaskał mu się na potylicy.

– Jeszcze jedno krzesło – ryknął Abdel, odwracając się do stojącego za nim mężczyzny. 

Był to najmłodszy spośród bandziorów i zarazem najwyższy, choć i tak mniejszy od Abdela. 
W jego oczach nie było strachu, co tylko rozdrażniło Abdela.

Chłopak spróbował go uderzyć, lecz Abdel zdążył chwycić jego pięść. Młody blondyn 

zapiszczał niczym dziewica, kiedy Abdel zmiażdżył mu kości dłoni.

– Jeszcze jedno krzesło mnie trafi, a potoczą się ucięte głowy!
Ostatnie   słowo   wykrzyczał,   aż   zadrżało   szkło   stojące   na   półkach   za   barem.   Strach, 

którego oczekiwał Abdel, wreszcie pojawił się wyraźnie w oczach młodzieńca.

–   Nie   zabijaj   go,   Abdel   –   krzyknęła   Jaheira.   –   Nie   chcemy   przecież,   by   ktoś   to 

wykorzystał przeciw nam.

Młodzieniec zapłakał i powiedział:
– Wynajął na-najemników... najemników dla Żelaznego Tronu.

background image

– Tazok? – zapytał Abdel. Wrócili do Nashkel tylko z jedną informacją: imieniem. Kiedy 

przybyli do gospody, zaraz po położeniu do łóżka Khalida i wyczerpanego Xana, natknęli się 
na bandziorów.

– T-Tazok – załkał młodzieniec.  Abdel  wciąż trzymał  w uścisku jego dłoń i chłopak 

zapiszczał, słysząc kolejną serię chrupnięć. – Wynajął też innych – orków i bogowie wiedzą 
kogo jeszcze. On nie dba o to, kto... kto pra-pracuje dla niego.

–   Gdzie   go   znajdziemy?   –   zapytała   Jaheira,   przestępując   ponad   kulącym   się   z   bólu 

mężczyzną, którego przed chwilą pozbawiła męskości.

–   Beregost   –   wyjęczał   chłopak.   –   Tazok...   a-a-a...   jest   ogrem...   pracuje   w   okolicach 

Beregostu...

* * *

–   Przeklęte   zhentańskie   świnie   –   wymruczał   Abdel.   –   Nienawidzę   tych   potrójnie 

przeklętych bękartów...

– Dlaczego to robią? – przerwał mu Khalid.
Abdel spojrzał na niego pusto.
– Żeby manipulować ludźmi – powiedział. – Drażnili mnie często, zabili jedynego ojca, 

którego znałem...

Abdel  przerwał i  uderzył  pięścią  w cienką  gipsową ścianę  pokoju Khalida  i Jaheiry, 

przebijając   ją   na   wylot.   Usłyszał,   jak   ktoś   z   sąsiedniego   pokoju   zawołał:   –   hej!   Nie 
odpowiedział,   tylko   wyciągnął   rękę   z   dziury   i   popatrzył   na   pozostałych.   Cała   trójka 
wyglądała tak, jakby byli gotowi pójść za nim w ogień albo zabić wszystkich, którzy staną im 
na drodze. Odwrócił się i usłyszał, jak Khalid przełyka nerwowo ślinę.

–   Ten   Żelazny   Tron   niewątpliwie   jest   jakimś   odłamem   Zhentarimów   starającym   się 

przerwać żelazny szlak i wywołać wojnę pomiędzy Amnem i Wrotami Baldura. Bardziej 
mnie  zastanawia   pytanie   „dlaczego”,   niż  znalezienie  sposobu  na  powstrzymanie  wojny  – 
wyjaśnił nerwowo półelf.

–   Dlatego   właśnie   zostaliśmy   wysłani...   –   zaczęła   Jaheira,   lecz   przerwała   pod 

ostrzegawczym spojrzeniem Khalida. Abdel zignorował to, lecz Xan nie popuścił.

– Wysłani gdzie? – zapytał elf. – Przez kogo?
Xan wyglądał już lepiej. Kolory wróciły mu na twarz, choć wciąż jeszcze poruszał się 

wolno, z trudem, a gdy chodził, czasem trzeszczały mu stawy. Spał długo, ale wyglądało, że 
jeszcze potrzebuje snu. Khalid wyglądał odrobinę lepiej. Magiczny napój i długi odpoczynek 
wyraźnie przywróciły mu siły. Abdel patrzył na niego i starał się wymyślić sposób, jak go 
przeprosić za to, że nieomal go nie zabił.

– Mój ojciec wiedział coś, czyż nie? – zapytał Abdel Jaheirę. – Spotykał się z wami...
– Tak, coś wiedział – odpowiedziała Jaheira. – Ale my nie wiemy co. Znał kogoś... lub 

coś... kto... co mogło... pomóc nam.

background image

Kłamała.   Abdel   doskonale   potrafił   rozpoznawać   kłamstwo.   Tych   dwoje   miało   jakąś 

własną tajemnicę, tak jak Montaron i Xzar.

– Dla kogo pracujecie? – powtórzył pytanie Xan. Khalid i Jaheira unikali odpowiedzi na 

tyle zręcznie, że w końcu elf dał im spokój.

– Wszyscy powinniśmy się porządnie wyspać tej nocy – powiedziała Jaheira, wpatrując 

się   w   Xana.   –   Jutro   wyruszamy   do   Beregostu.   Jeśli   Tazok   tam   jest,   powinniśmy   z   nim 
porozmawiać.

* * *

Gospoda w Nashkel była stara i zatęchła, ale wystarczająco wygodna dla Abdela, który 

spał już w gorszych warunkach. Nie mógł przypomnieć sobie jej nazwy – „Krwawa Kura” 
albo „Krwawa Pasza”. „Krwawa coś-tam”. Wśród wielu wygód, których tu brakowało, były 
dobrze naoliwione zawiasy. To zaniedbanie Abdel właśnie docenił, jako że długi skrzypiący 
odgłos otwieranych drzwi był na tyle nieprzyjemny, by go obudzić. Ktoś wszedł nocą do jego 
pokoju.

Nie otworzył oczu ani się nie poruszył. Nie oczekiwał żadnych nocnych gości i chciał, 

żeby ten ktoś się do niego zbliżył. Abdel nasłuchiwał. Liczył kroki i mierzył dystans, jaki 
dzielił   od  niego  intruza.  Miał   nadzieję,   że  to  Montaron.   Chciał,   żeby  to   ten  mały  Zhent 
przyszedł tu, aby go zabić czy okraść. Chciał znów zobaczyć tego małego bękarta.

Jego pałasz był pod łóżkiem. Mógł po niego sięgnąć, ale wtedy stałoby się oczywiste, że 

sięga po broń, a poza tym zajęłoby to trochę czasu. Jeśli to był Montaron, Abdel nie wątpił, że 
ten cwany złodziej zdąży go zasztyletować, zanim on wyciągnie miecz. Abdel spał tylko w 
koszuli, kolczuga leżała pod łóżkiem obok miecza. A sztylet z łatwością przebije bawełnę.

Abdel nie zaciskał jeszcze pięści, aby nie zdradzić się przed intruzem, że już nie śpi. 

Jeszcze dwa kroki, wyliczył  Abdel. Liczył  je: jeden... dwa – i był  gotów. Błyskawicznie 
przekręcił się i zsunął z łóżka na nogi, jednocześnie wyciągnął lewą rękę, chwycił za miękki, 
luźny materiał i zamachnął się prawą. Nie uderzył z całej siły. Starał się postępować zgodnie 
ze wskazówkami  Jaheiry.  Po tym,  jak zabił  Mulaheya,  nauczyła  go czegoś, co nazywała 
„przesłuchaniem”, a co było metodą na zadawanie pytań wrogom przed ich uśmierceniem.

Cios   napotkał   ciało,   które   okazało   się   zaskakująco   miękkie.   Nie   poczuł   drapiącego 

zarostu i zdał sobie sprawę, że uderzył kobietę. Odprężył się nieco, kobieta szarpnęła w tył, 
ale jej nie puścił. Poznał już kobiety, które mogły go zabić równie łatwo jak mężczyzna. Oczy 
przystosowały mu się do mroku i wreszcie mógł dojrzeć w ciemności zarys twarzy intruza. Jej 
szczęka była silna, twarz szeroka, a nos... To była Jaheira.

– Abdel – wyszeptała chłodno. – Puść.
– Jaheira? – upewnił się, także szeptem, choć zrobił to podświadomie.
Puścił ją, a jego dłonie nagle stały się wilgotne od potu. Tkanina była jedwabna, miękka i 

droga.   Przeszedł   pokój   na   drżących   nogach   i   zapalił   stojącą   na   stoliku   w   rogu   pokoju 

background image

zardzewiałą   lampę,   stanowiącą   jedyny   element   wyposażenia   pokoju   poza   łóżkiem.   Pokój 
zalało żółte światło i teraz zobaczył Jaheirę wyraźnie, jak stała przy drzwiach, odwrócona do 
niego plecami. Podniosła dłoń do twarzy i powoli odwróciła się, nie patrząc mu w oczy. 
Abdel zauważył, że z nosa cieknie jej krew.

– Jaheira – powiedział jeszcze raz, zaskoczony delikatnym zmieszaniem usłyszanym we 

własnym głosie. Przełknął ślinę i poczuł się absurdalnie.

– W porządku – wyszeptała. – W porządku.
– Co tutaj robisz?
Spojrzała mu w oczy tak, jakby myślała, że powinien znać odpowiedź na to pytanie.
– Khalid i ja... – zaczęła  i nagle odwróciła  się do drzwi. – Przepraszam. Idź spać – 

wymamrotała.

Obserwował, jak jej ciało porusza się pod jedwabną koszulą nocną i ten widok sprawił, że 

go zatkało. Wymknęła się przez drzwi, a on pozwolił jej odejść. Zdmuchnął lampę i wrócił do 
łóżka, ale tej nocy już nie zasnął.

background image

Rozdział jedenasty

Poranek   nad   umierającym   z   wolna   miasteczkiem   Nashkel   był   dżdżysty   i   szary.   W 

gospodzie panował nawet mniejszy ruch niż godzinę po świcie. Goście płacili swoje rachunki, 
wyprowadzali konie ze stajni i wychodzili na niepospolicie zatłoczony Nabrzeżny Trakt. Mila 
za milą ciągnęły się zamieszkane przez ludzi tereny, od skalistych, nieprzystępnych klifów 
Wybrzeża Mieczy na wschodzie, po Chmurne Szczyty na zachodzie. Każdy, kto nie był na 
tyle odporny, by pozostać w Nashkel, miał tylko jedną alternatywę. Niektórzy kierowali się 
do Amn, licząc na to, że znajdą tam coś dla siebie, zanim wyruszą dalej na południe do 
Tethyru i Calimshanu. Inni, podobnie jak Abdel i jego towarzysze, ciągnęli na północ, mijając 
po drodze Twierdzę Cragmyr, do Beregostu. Abel sądził, że większość uchodźców będzie 
dalej kontynuować podróż na północ, do Wrót Baldura, a może nawet do Waterdeep.

Abdel, zmęczony marszem, próbował zdobyć konie, jeszcze zanim pozostali się obudzili, 

ale   bez   powodzenia.   Owszem,   były   konie   na   sprzedaż,   ale   odkąd   rozpoczął   się   ten 
spowodowany   żelazną   zarazą   exodus,   ceny   skoczyły   do   góry  i   za   dobrego   wierzchowca 
musiałby zapłacić dziesięć razy więcej niż cała ich czwórka mogła prawdopodobnie uzbierać. 
Abdel nie miał niczego na zbyciu, choć zastanawiał się nad sprzedażą kwasu, dla którego jak 
dotąd nie znalazł  żadnego zastosowania. Xan był  bez grosza przy duszy,  nie miał  nawet 
miecza,   a   Abdel   nie   miał   pojęcia,   jakimi   funduszami   dysponują   półelfy,   choć   nie 
przypuszczał, żeby mieli aż tyle.

Wrócił  do gospody piechotą,  już zmęczony i wyczerpany przyszłą  drogą, która  teraz 

wydawała mu się bez sensu. Najpierw zobaczył Xana, który wciąż kulał, ale już nadawał się 
do marszu.

Abdel odwzajemnił ciepły uśmiech swemu nowemu przyjacielowi i zapytał:
– A pozostali?
– Tu – odezwał się zza jego pleców Khalid.
Xan odchylił się, by ich zobaczyć, gdyż olbrzymia postać Abdela zasłaniała mu widok, a 

jego twarz skrzywiła się w wyrazie dezaprobaty. Abdel odwrócił się i ujrzał półelfy ubrane w 
swoje świetnie dopasowane zbroje. Piękną twarz kobiety szpecił fioletowy siniak, a jej i tak 

background image

niemały nos był wyraźnie spuchnięty. Musiała obmyć twarz, ale mimo to w jednej z dziurek 
nosa było widać zaschniętą krew.

Xan westchnął i powiedział do Abdela:
– Nie będę podróżował z mężczyzną, który bije swoją kobietę.
Abdel zawstydził się i zaczerwienił, zastanawiając się, skąd Xan się o tym dowiedział.
– Xan, nie – odezwała się Jaheira, a w jej głosie dało się słyszeć zmieszanie, takie samo 

jak to, które odczuwał Abdel. – To nie to, o czym myślisz...

– To jest właśnie to – powiedział Xan i przeniósł swe ciężkie spojrzenie na Khalida – o 

czym myślę. Czyż nie tak, bracie?

Abdel potrząsnął głową i uniósł rękę do góry. Słyszał już, jak elfy nazywały się „braćmi”, 

po czym zawsze następowała walka... zawsze.

Jednak Khalid uśmiechnął się.
– Spokojnie, przyjacielu, pomyliłeś się.
Xan wyprężył się i odparł:
– Nie wyjadę z tym amniańskim pół-bratem.
– A to niby czemu w ogóle miałbyś z nami jechać? – odciął mu się Khalid.
– Wystarczy – rzekła Jaheira. – Xan, Khalid nie uderzył mnie. Nigdy tego nie zrobił i 

nawet by się nie ośmielił... – Oboje wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. – 
Mój nos, jak cała reszta mojego ciała... to mój własny interes.

Xan wysłuchał jej słów i przyjął z nich tylko tyle, ile był w stanie zrozumieć.
– Jak chcesz – zgodził się z nią. – Powinniśmy jechać.
– Jak na razie – poprawił go Abdel – tylko maszerować.
– Do Beregostu? – zdziwił się elf. – Jesteś szalony? To zajmie cały tydzień!
– Może nie cały – powiedział Khalid. – Ale może kupimy...
– Nic z tego – uciął Abdel. – Będziemy iść pieszo. Spojrzał na Jaheirę i skinął jej głową, 

mając   nadzieję   przekazać   jej   tym   gestem:   „dzień   dobry”   oraz   „przepraszam”   i   jeszcze 
„dlaczego przyszłaś do mojego pokoju w środku nocy?” – wszystko naraz. Po spojrzeniu, 
które mu oddała, zorientował się, że mu się udało.

– Więc wyruszamy – powiedziała i wyszli na Nabrzeżny Trakt, kierując się na północ.
– A właściwie dlaczego idziesz z nami? – powtórzył pytanie Khalida Abdel, kiedy razem 

z   Xanem   zostali   kilka   kroków   w   tyle   za   parą   półelfów.   Abdel   chciał   wypełnić   czymś 
nieprzyjemną chwilę, podczas której Khalid i Jaheira zaczęli coś do siebie gorąco szeptać.

– Ten Tazok – odpowiedział  elf – ten ogr... czy kimkolwiek  on jest, więził mnie  w 

jaskini, zamkniętego jak bydło rzeźne, zmuszając do niewolniczej pracy na rzecz Żelaznego 
Tronu. Dlaczego więc nie miałbym iść z wami, by pomóc wam go zabić?

– Ja nie mówiłem, że zamierzamy go zabić.
Xan roześmiał się.
– Jak sobie życzysz, mój przyjacielu, ale...

background image

– Nie mów mi, że dbasz! – krzyknęła nagle Jaheira na Khalida i pobiegła do przodu. 

Khalid   zatrzymał   się,   pozwalając   jej   oddalić   się.   Półelf   nie   odwrócił   się   do   nich,   ale 
zobaczyli, że kark mu poczerwieniał. Jaheira wyprzedziła go o kilkanaście kroków, a on nie 
przyspieszył, by ją dogonić.

– Ech – zamruczał cicho Xan, że tylko Abdel go usłyszał. – Coś mi się wydaje, że będzie 

to o wiele dłuższa podróż niż myślałem.

* * *

– Beregost – oznajmił  Abdel dziewięć  dni później, kiedy wchodzili do zakurzonego, 

zatłoczonego miasteczka o złej reputacji. – Co za dziura.

– W rzeczy samej – przyznał mu Xan. – A dokładniej dziura, w której można znaleźć 

ogra najmującego koboldy do sabotowania kopalni rudy żelaza.

Abdel odwzajemnił uśmiech.
– Dwa dni, Xan, nie dłużej.
– Rozumiem, Abdel – odparł Xan. – Tyle właśnie powinno wystarczyć mi na zdobycie 

złota, za które kupię dobry miecz, może trochę dłużej, aby znaleźć miecz warty tego złota... 
ludzkie miecze, sądzę...

– I tyle zajmie nam odnalezienie Tazoka – wtrąciła się Jaheira. Wyglądała na smutną, 

może nawet przerażoną, że Abdel zamierza ich opuścić, ale nie próbowała go powstrzymać.

– Nie zabijajcie go – powiedział do niej Abdel, po czym spojrzał na dwóch mężczyzn – 

dopóki nie wrócę.

* * *

Szerokie   ostrze   pałasza   wysunęło   się   z   zawieszonej   na   plecach   Abdela   pochwy   z 

metalicznym brzękiem, który echo poniosło wskroś płaskich równin na północ od Lwiego 
Traktu. Przybył na grób Goriona, by w końcu zabrać jego ciało do Candlekeep, gdzie być 
może za łaską Oghmy jego ojciec znów zacznie oddychać lub przynajmniej znajdzie godne 
miejsce wiecznego spoczynku. To, co tam zastał, przyprawiło go o mdłości i o gniew. Może 
gniew był tu niewłaściwym słowem. Czuł nienawiść i to nienawiść zżerającą go do cna.

Spodziewał się, że nie zobaczy już świętego symbolu Goriona – nawet przeklinał się za 

własną   głupotę   i   pochopność,   że   go   tam   zostawił.   Zamiast   tego   ujrzał   grób   nie   tyle 
sprofanowany,   ile   całkowicie   rozgrzebany.   Ciało   Goriona   zniknęło.   Została   tylko   krew   i 
strzępki wnętrzności, tkanki i ścięgna... a czy tam na dole nie leżał przypadkiem kawałek 
stawu, tuż obok nogi jednego z ghuli?

Abdel całkowicie stracił panowanie nad sobą i poddał się, jak zdarzało mu się to już wiele 

razy, wściekłej, morderczej furii. Każdy inny człowiek na powierzchni Torilu przynajmniej 
by   się   zawahał,   zanim   skoczyłby   do   jamy   rozkopanego   grobu,   w   którym   siedziały   dwa 
cuchnące zgnilizną od rozkładu, żywiące się ludzkim mięsem ghule. Abdel nie tylko się nie 

background image

zawahał, ale skacząc w dół jeszcze rozwścieczył na słabą siłę grawitacji, że spada tak wolno.

Jeden   z   ghuli   wydał   z   siebie   piskliwy   wrzask   na   widok   tego   śmiertelnie 

zdeterminowanego   młodego   człowieka,   mierzącego   blisko   siedem   stóp   wzrostu,   o 
nabrzmiałych muskułach, praktycznie lecącego wprost na nich ze swym wielkim pałaszem 
wirującym mu nad głową w zabójczym tańcu.

Jeden   z   ghuli   stracił   rękę.   Koziołkując   poszybowała   wysoko   w   górę,   a   gdy  spadała, 

została jeszcze raz przypadkiem przecięta na pół kolejnym machnięciem miecza. Najemnik 
nieludzko zawył z wściekłości i natarł na wycofującego się raptownie ghula. Ostrze rozpłatało 
pierś ożywieńca, który zajęczał i chybił swoimi skrwawionymi pazurami. Abdel poczuł woń 
gnijącego   ciała   ojca   w   oddechu   ghula   i   jego   krzyk   przerodził   się   w   ryk.   Ghul   również 
krzyknął, ale będąc na granicy przerażenia, nie dorównał Abdelowi. Stworowi udało się w 
końcu trafić Adela w lewą rękę, która od siły ciosu odskoczyła w bok, prawa jednak wciąż 
trzymała   miecz.   Ghul   chwycił   Abdela   za   lewy   nadgarstek   z   szybkością   zrodzoną   ze 
śmiertelnego strachu. Nie chciał umierać po raz drugi.

Abdel przekręcił miecz w dłoni i cofnął rękę w tył. Był zbyt blisko i wiedział o tym. Ghul 

przyciągnął jego lewą dłoń do ust i mocno ugryzł. Abdel poczuł ból i chłód ugryzienia, po 
czym zaryczał raz jeszcze. Pchnął mieczem mocno i szybko na wprost, zagłębiając ostrze w 
brzuchu   ghula.   Z   rozprutego   brzucha   wypadło   jedno   oko   Goriona,   razem   z   mięsem   i 
wnętrznościami,   i   Abdel   zawył   z   nienawiści   do   ghuli   i   zarazem   przerażenia   na   widok 
szczątków zmarłego ojca. Ghul upadł bez ruchu, z twarzą pogodną i błagającą o litość, której 
nie otrzyma, niezależnie od tego, do jakiego piekła z powrotem trafi.

Mięśnie Abdela zaczęły niespodziewanie tężeć i choć wyjście z grobu zajęło mu tylko 

kilka sekund, dla niego wydawało się to trwać godzinami. Drugi ghul uciekł i kiedy Abdel 
wyjrzał przez krawędź grobu, zobaczył tylko jego oddalające się plecy. Ożywieniec uciekał 
na północ, z dala od drogi, w kierunku drzew, które sięgały aż po grób Goriona, niczym 
macki odległej Kniei Otulisko.

Abdel podążył za nim, ale każdy następny krok był coraz cięższy. Dwukrotnie już się 

przewrócił, ale wciąż parł naprzód na chwiejnych nogach, ile tylko miał sił. Wciąż zaślepiała 
go furia, nie pozwalająca dojść do świadomości informacji o ogarniającym ciało paraliżu. 
Szedł za uciekającym ghulem, a każdy krok sprawiał ból. Wreszcie potknął się i upadł twarzą 
w gęstą, mokrą trawę. W uchu słyszał bzyczenie muchy albo pszczoły, stęknął z wysiłku, 
próbując wyciągnąć spod siebie rękę. Skaleczył się nieznacznie o własny miecz, próbując 
wstać, a ból podziałał na niego niczym kubeł zimnej wody, budząc w nim resztki energii. 
Wstał powoli i podjął pościg.

Przeszedł   może   ze   sześć   kroków   nim   znów   runął   na   ziemię.   Tym   razem   musiał   się 

zatrzymać i zastanowić. W ogóle nie mógł się ruszać.

Wydawało  mu  się,  że leży tak  całą  wieczność, pragnąc  tylko  wstać  i ruszyć  za  tym 

ohydnym, cuchnącym stworem, który popełnił to nieopisane świętokradztwo. Ta straszliwa 

background image

kreatura zjadła ciało Goriona. Gorion – człowiek, który wiódł klasztorny żywot w służbie 
Torma,   w   klasztorze   Candlekeep   i   który   przygarnął   osierocone   dziecko   tylko   dlatego,   iż 
uważał, że będzie to dla niego dobre – stał się teraz pożywieniem dla bezproduktywnych 
padlinożerców,   dwóch   przedstawicieli   podłego   gatunku   pijawek,   które   powinny   zostać 
spalone, zgładzone z powierzchni Torilu.

Abdel   był   teraz   sparaliżowanym   kłębkiem   świętego   oburzenia.   Zawył   tak   głośno,   że 

przestraszył  ptaki w promieniu trzech mil. Dziecko w  Candlekeep  zaczęło płakać, a jego 
rodzice   nie   wiedzieli   dlaczego.   Wieloryb   przepływający   obok   skalistego   klifu   Wybrzeża 
Mieczy   usłyszał   krzyk   i   odpowiedział   mu   swoim,   uciszając   na   chwilę   społeczność 
sahuaginów. Jakiś bóg spojrzał w dół i Abdel wstał, wskrzeszając w sobie całą siłę woli.

Wrzask – słabszy, ale bardziej przeraźliwy – doleciał z rosnącej kilkanaście metrów przed 

nim gęstej kępy drzew, na tyle dużej, by nazwać ją laskiem. Wyciągając ciężkie nogi, jakby 
obute w ołów, Abdel podążył za cichnącym głosem w stronę drzew. W lasku było ciemno i 
musiał zamrugać oczami, by przyzwyczaić je do mroku, ale podobnie jak nogi, reagowały 
wolno. Trzymał miecz mocno, ale nie mógł się odprężyć. Wątpił, czy będzie mógł walczyć, 
ale zdolny był zabić i to uczucie dodawało mu siły.

Potknął się o coś mokrego, ciężkiego i tak cuchnącego, że zaczął wymiotować, zanim 

jeszcze upadł na ziemię. Przekręcił się na bok, co zajęło mu tyle czasu, że posiłek, który jadł 
tego ranka, zapaskudził mu twarz. Zakrztusił się z gniewu i obrzydzenia, ale nie na siebie. 
Potknął się o ghula i doznał silnego rozczarowania. Stwór nie żył.

– Mówiłem im – usłyszał nad sobą znajomy, nieludzki głos. – Mówiłem im, żeby jego nie 

jedli... nie jego.

– Korak – wykrztusił raczej Abdel niż wypowiedział imię ghula. Spróbował się podnieść, 

a kiedy zaczął ocierać twarz z wymiocin, doszedł go smród ghula, więc zaprzestał.

– Korak, tak, to ja –  potwierdził ghul. Siedział na drzewie tuż ponad nim, więc Abdel 

uniósł miecz, spodziewając się, że zaraz się na niego rzuci.

– Bękart – wydyszał Abdel. – Ty bękarcie...
– Nie ja – zaprzeczył ghul z oburzeniem. – To nie ja! Ja wiedziałem! Wiedziałem, że nie 

można go jeść. Powiedziałem im, żeby go nie jedli. Zabiłem jednego dla ciebie.

– Co? – wymruczał Abdel. – Kto zabił...?
Przyłożył rękę do czoła i zachwiał się. Chciałby upaść i zasnąć – upaść i umrzeć, ale 

wiedział, że musi ustać. Jak zwykle, jak każdego dnia swego życia, musiał dokonać zemsty. 
Musiał wyrównać rachunki. Musiał zabić. Był zmęczony.

–   Zabiłem   tego,   który   jadł   mojego   starego   nauczyciela,   twojego   ojca,   chociaż   nie 

pamiętam jego imienia... twojego ojca.

Abdel potrząsnął głową i odszedł na bok.
– Zrobiłem to – powtórzył Korak.
– Wiem, wiem.

background image

– Iść z tobą? – wybełkotał Korak. – Idziesz do Kniei Otulisko. Znam Knieję Otulisko.
– Wcale nie idę do żadnej kniei.
– Znam Knieję Otulisko. Zaprowadzę cię. Pójdę z tobą.
– Nie – rzekł Abdel. – Nie, ghulu. Zabiję cię, jeśli za mną pójdziesz. Masz szczęście, że 

teraz cię nie zabiłem, nawet jeśli to ty załatwiłeś tego zgnilca. Powinienem zabić każdego z 
was. Taki już jestem.

– Po prostu się odżywiamy – spróbował wyjaśnić Korak. – Tylko to robimy. Tak jak wy 

jecie krowy i świnie. My też musimy jeść.

Abdelowi zachciało się śmiać i zarazem płakać, ale się powstrzymał.
Korak siedział jeszcze przez chwilę na drzewie i patrzył, jak Abdel odchodzi. Wielki 

najemnik nie odwrócił się już, więc Korak poczuł się bezpiecznie, przeszedł na drugą stronę 
drzewa i wyciągnął schowaną tam rękę. Wgryzł się w rozkładające się ciało, którego smak 
wywołał na jego twarzy uśmiech.

– Po prostu jemy – wymamrotał, kiedy Abdel zniknął z pola widzenia. Uśmiech poszerzył 

mu się z kolejnym kęsem zepsutego mięsa ręki Goriona.

background image

Rozdział dwunasty

Fakt, iż Tazok wciąż się trzymał, bawił Sarevoka bez końca. Uwięziony w skórzanych 

pasach ogr sapał gniewnie i podskakiwał, usiłując nawet uchylać się przed opadającymi nań 
ostrzami. Zabijanie ogra zajęło Sarevokowi dobrych kilka godzin, ale za to Tazok czuł każde 
dźgnięcie i cięcie. Szczękę miał połamaną i rozwartą szeroko za pomocą wstawionej między 
zęby pękatej, metalowej „gruchy”, nie pozwalającej mu mówić. Sarevok nie dbał o to, co 
Tazok miał do powiedzenia. Wcale nie przesłuchiwał ogra, tylko z zimną krwią popełniał 
morderstwo, czyste morderstwo dla chwały ojca i dla Żelaznego Tronu.

– Bardzo dobrze – powiedział Sarevok, przenosząc wzrok z ofiary na takiego samego 

ogra – Tazok w każdym calu, tyle że bez krwawiących cięć i broczących ran, stał przy stole.

Drugi Tazok uśmiechnął się i zaczął się rozmywać. Sarevok nie czuł potrzeby zamknięcia 

oczu, jak czyniła to często większość ludzi widzących przemianę sobowtórniaka. Wrócił do 
pracy,  czyli  powolnego uśmiercania prawdziwego Tazoka. Spojrzał jeszcze raz na stwora 
dopiero wówczas, gdy powrócił on do swej własnej dziwacznej postaci. Sobowtórniak był 
szary, miał gładkie ciało i wielkie, szerokie oczy. Sarevok nie pamiętał jego imienia, choć 
rozpoznał go po malutkiej bliźnie na czole, przypominając sobie, że ten kiedyś już dla niego 
służył. Pozostałe sobowtórniaki, stojące dotąd w zacienionym kącie sali tortur podeszły bliżej 
w obszar ciepłego, pomarańczowego światła żarzących się w kominku węgli. Sarevok błysnął 
żółcią swych oczu w zadowoleniu i uśmiechnął się do swej tajnej armii.

–   Dobrze   to   zrobiłeś   –   powiedział   syn   Bhaala.   –   Beregost   się   zmieni.   Na   razie   nie 

potrzebuję aż tylu z was. Otrzymacie nowe zadania, wszyscy, nowe... wszystkich zatrudnię, 
tym razem bliżej domu. A teraz idźcie, zabawcie się w mieście tej nocy, a potem wróćcie 
rankiem po wasze...

Sarevok przerwał i spojrzał w dół. Tazok otworzył szeroko oczy i wydał z siebie ostatnie 

tchnienie. Z rozwartych „gruchą” ust pociekła mu krew.

Sarevok uśmiechnął się i kontynuował dalej: – ... rozkazy. Przy drzwiach będzie czekała 

wasza nagroda.

Sobowtórniaki ukłoniły się uniżenie i wyszły. Niektóre z nich zaczęły się transformować 

background image

już w trakcie wychodzenia. Tej nocy będą piły ramię w ramię ze zwykłymi mieszkańcami 
miasta. Ta myśl rozbawiła Sarevoka, choć nie tak bardzo, jak widok martwego ogra.

Sobowtórniak,   który   miał   zająć   miejsce   Tazoka,   odwrócił   się,   chcąc   wyjść   za 

pozostałymi, ale Sarevok zatrzymał go podnosząc rękę.

– Ty nie.
Sobowtórniak stanął, ukłonił się, lecz nic nie powiedział.
– Wrócisz do Beregostu w postaci, której dziś się nauczyłeś.
Sobowtórniak   znów   się   ukłonił,   a   jego   skóra   zaczęła   porastać   włosami.   To   nie   były 

prawdziwe   włosy,   lecz   gra   światła   na   jego   magicznie   zmieniającej   się   formie.   Sarevok 
zaśmiał się krótko na ten groteskowy widok. Kiedy przemiana się dokonała, przy stole stał 
niski, lecz solidnie zbudowany człowiek. Był przystojny na swój prymitywny sposób. Blizny 
przecinały   jego   twarz,   miał   na   sobie   ubiór   charakterystyczny   dla   najemników   Wybrzeża 
Mieczy – utwardzana skóra ze stalowymi płytkami. Mężczyzna uśmiechnął się, odsłaniając 
krzywe,   żółte   zęby,   a   w   jego   ciemnopiwnych   oczach   pojawił   się   złośliwy   błysk.   Głowę 
porastała mu ruda szczecina.

– Doskonale – westchnął Sarevok w zachwycie. – Tamoko.
Sobowtórniak odskoczył, kiedy z cienia wyłoniła się szczupła kobieta. Stała tam cały 

czas,   obserwując   plecy   Sarevoka   i   coraz   bardziej   zobrzydzona   widokiem   tortur,   jakim 
poddawany był ogr. Żaden z sobowtórniaków jej nie widział. Sarevok zauważył, że ten, który 
przyjął teraz postać krępego najemnika, zwrócił na nią uwagę.

Tamoko skłoniła się nisko, nie patrząc ani na sobowtórniaka, ani na martwego ogra.
– Przyprowadź  Tranziga  z celi – polecił  jej Sarevok. – Zobaczy swojego sobowtóra, 

zanim go zabiję.

* * *

– Jeśli to koniec, to koniec – odezwał się Khalid – ale nie dam z siebie robić rogacza, 

kiedy...

– Przestań, Khalid – przerwała mu Jaheira. – Nie ma nic... Abdel...
– Oszczędź sobie trudu, Jaheira, twoje uczucia są oczywiste dla nas wszystkich.
Jaheira   błysnęła   gniewnie   oczami   w   słabym   świetle   niemal   pustej   tawerny.   Byli   w 

Beregoście już trzy dni, nie dowiedzieli się prawie niczego na temat Żelaznego Tronu, ale 
oboje mieli okazję na przemyślenia.

– Ja nie... – zaczęła i nagle urwała, bo zdała sobie sprawę, że nie wie, jak zakończyć to 

zdanie.

– Kochasz go?
–   A   kochałeś   Charessę?   –   zrewanżowała   się.   Khalid   westchnął,   przymknął   oczy   i 

potrząsnął głową.

– To było dawno temu.

background image

– Khalid, to było trzy miesiące temu – zaprzeczyła – i jeszcze wcześniej.
– Lubię... – teraz Khalid nie wiedział, jak ma zakończyć.
– Ona jest Harfiarzem, Khalid – powiedziała Jaheira, choć on z pewnością już o tym 

wiedział. – Nie możesz nawet przypomnieć sobie tych twoich... twoich...

– Zalotów? – podpowiedział jej, uśmiechając się z mieszaniną humoru i poczucia winy.
Jaheirze wcale nie było do śmiechu i nie zamierzała ustępować.
– Pracowaliśmy z nią.
– Wcale się z tego powodu nie szczycę, moja żono...
– Nie nazywaj mnie tak.
– Przecież to prawda, czyż nie? Przynajmniej do teraz?
– Do teraz, może.
Khalid spoważniał, uniósł się i pochylił się nad stołem, by spojrzeć jej w oczy.
– Abdel jest odmieńcem, Jaheiro – powiedział cicho. – Jest synem Pana Mordu.
– Wiem o tym – wyszeptała, przenosząc spojrzenie na cynowy kieliszek z winem, stojący 

przed nią na stole. Zapragnęła  się napić, ale ręce  jej drżały i nie chciała,  aby Khalid to 
zauważył. Jej mąż usiadł z powrotem, a jego spojrzenie nieco zelżało.

– Czy mogę obwiniać Harfiarzy?
Jaheira potrząsnęła głową.
– Byliśmy szczęśliwi, zanim do nich przystaliśmy.
– Byliśmy szczęśliwi, dopóki pozostawałeś mi wierny – odrzekła Jaheira i popatrzyła mu 

w oczy.

– No dobrze – powiedział Khalid tonem oznajmiającym koniec dyskusji.
– Może... – wyszeptała Jaheira, a Khalid znowu się do niej przysunął, aby słyszeć, co 

mówi. – Może to Harfiarze. Wykorzystujemy Abdela, wiesz o tym? Jak mogę nie mieć dla 
niego współczucia?

– To nie współczucie ciągnie cię do niego, Jaheiro – oskarżył ją Khalid.
–   Nie,   pewnie   nie   –   zgodziła   się   z   nim   –   ale   czyż   jesteśmy   lepsi   od   Zhentarimów, 

manipulując tym prostym człowiekiem w celu... bogowie tylko wiedzą w jakim?

–   Wszyscy   mamy   swoje   przeznaczenie   –   rzekł   Khalid,   wzruszając   ramionami.   – 

Przeznaczenie Abdela jest bardziej... zagmatwane niż większości.

Jaheira wyśmiała go.
– On nawet o tym nie wie.
– Czy to by mu w czymś pomogło, gdyby wiedział?
– Ale ma do tego prawo, czyż nie? – zapytała, naprawdę chcąc poznać jego odpowiedź.
– Tak – rzekł Khalid – i nie zarazem. Powtórzę jeszcze raz: co by mu to dało? Czy to 

pomogło któremukolwiek z dzieci Bhaala?

– Nic nie wiem na temat innych, ale Abdel ma w sobie dobro. Może za sprawą swej matki 

– kimkolwiek była, a może Goriona... z pewnością Goriona. Jest w nim... konflikt. Zabijanie 

background image

przychodzi mu z łatwością, tak... ten człowiek w gospodzie „Pod pomocną dłonią”... ale też 
jest ufny. W przeciwnym razie nie moglibyśmy nim manipulować...

Urwała, by załkać, ale szybko wzięła się w garść. Pociągnęła nosem i spojrzała w dal.
– Powinniśmy mieć dzieci – powiedział Khalid. – Ty i ja. To by wiele zmieniło. Byłabyś 

dobrą matką. Byłaś dobra dla... Abdela.

* * *

Xan potarł obolałe przedramię. Pozwolił pokonać się orkowi na rękę, co było równie 

bolesne,   jak   i   owocne.   Właśnie   zamierzał   postawić   mu   kolejkę,   kiedy   paskudny   stwór, 
nazywający siebie Forikiem, sam zaczął mówić.

– Tazok to śmieć – wychrząkał Forik – wciąż wisi mi siedemnaście miedziaków.
– Naprawdę? – powiedział Xan – więc pomożesz mi go znaleźć?
Ork sapnął.
– Gdybym ino wiedział, gdzie on jest, sam bym odebrał mój dług, elfie.
– On prowadzi zaciąg ludzi i humano... orków i innych... wojowników. Musi mieć coś w 

rodzaju...

– Nieee, nieee – przerwał ork. – Tazoka od dawna tu nie było. Wynajął gościa, jest w 

„Czerwonym Liściu”.

– Gospoda? – zapytał Xan.
– Co ty se myślisz? – wychrypiał ork. Wielki humanoid obejrzał Xana od góry do dołu. – 

Nienawidzę elfów.

Xan uniósł brwi: – Co?
– Nienawidzę elfów – powtórzył Forik, po czym uśmiechnął się i dodał – ale ty jesteś w 

porząsiu.

– Więc Tazok jest w „Czerwonym Liściu”?
– Nieee – zaprzeczył ork. – Wynajął gościa w Beregoście... Nazywa się Tranzing albo 

Tazing czy jakoś tak. Ten Tanzazing jest w „Czerwonym Liściu”... Pracuje dla Tazoka.

– Będziesz próbował odzyskać swoje pieniądze od tego... Tranzinga?
Ork   spojrzał   gdzieś   w   bok   i   potrząsnął   ramionami,   starając   się   nie   wyglądać   na 

przestraszonego.

– To nie on mi je wisi.

* * *

– Jak długo będziemy tylko siedzieć na tyłkach – krzyknął potężny stary górnik do z 

wolna gromadzącego się tłumu na środku rynku w Beregoście – i pozwalać Amnowi robić z 
nami,   co   zechce?   Jak   długo   będziemy   tylko   patrzeć,   jak   nasi   bracia   tracą   pracę,   nasze 
kopalnie są skażone, nasze domostwa zrujnowane? Nie jadę do Waterdeep! Tam nie mam 
czego szukać! Tu jest mój dom, ja tu kopię rudę i Amn nie odbierze tego ani mnie, ani moim 

background image

synom!

Xan delikatnie dotknął ramienia Khalida i małżeństwo półelfów odwróciło się do niego i 

przywitało.

– Coś się szykuje? – zapytał elf, wskazując głową na mówcę.
– Za chwilę zacznie nawoływać do wojny – zawyrokowała Jaheira, a potężny górnik 

spełnił jej oczekiwania.

– Jeśli będę musiał unieść mój kilof na amniańską głowę, zanim zagłębię go w żyle rudy, 

to niech tak będzie!

W rosnącym ciągle tłumie rozległ się pomruk aprobaty i ktoś krzyknął: – Ruszajmy!
Człowiek ubrany na amniańską modę powoli opuścił rynek, wiedząc, kiedy należy się 

wycofać.

– Tazok ma pomocnika – rzekł Xan. – Człowieka imieniem Tranzing czy Tanzing, który 

przebywa w „Czerwonym Liściu”.

– To możliwe – powiedział Khalid i pokiwał głową.
– Słyszeliśmy, że Tazok miał tam wcześniej swoją siedzibę – dodała Jaheira. – A obcy z 

południa odwiedzali tę gospodę, szukając jego albo jego prawej ręki. Ale nie poznaliśmy jego 
imienia.

– Czy damy się zdusić Amnowi? – wrzasnął górnik, a tłum, liczący już dobrą setkę osób, 

odpowiedział mu gromkim pomrukiem. Ponad głowy wzniosły się zaciśnięte pięści.

– Powinniśmy stąd iść – powiedział Xan, obrzucając wzrokiem tłum i swych towarzyszy 

o amniańskich rysach.

Khalid skinął głową, chwycił drżącą Jaheirę pod ramię i ruszył za Xanem do gospody. 

Kiedy minęli tłumek podróżnych szykujących się do marszu na północ i weszli frontowymi 
drzwiami, zastąpił im drogę gospodarz.

– Pani, panowie! – zawołał. Był tęgim, łysym, bezzębnym mężczyzną o brzydkiej cerze. 

–  Wrócił   wasz  wysoki  przyjaciel.  Poprosił   mnie,  abym  poprosił  was,  abyście   poprosili... 
Poprosił mnie, żebym poprosił...

–   Spokojnie   –   powiedział   Xan,   kładąc   uspokajająco   rękę   na   ramieniu   wzburzonego 

mężczyzny.

– On czeka na was w pokoju.
Xan uśmiechnął się, a gospodarz wytłumaczył się: – Każdy płaci i odjeżdża!
– Obawiam się, że my też – odparł Xan. Gospodarz jęknął, spuścił głowę i odszedł.

* * *

– Wejść – powiedział Abdel w odpowiedzi na pukanie do pokoju. Stare drzwi skrzypnęły 

i uchyliły się na tyle, by wśliznęła się przez nie Jaheira. Skinął jej głową na powitanie i znów 
pochylił się nad miską do mycia stojącą na małym stoliku. Zdążyła się wcześniej przebrać. 
Miękka zielona jedwabna bluzka i prosta bawełniana spódnica sprawiały, że nie wyglądała 

background image

już na wojowniczkę, którą w istocie była. Nie chciał patrzeć na Jaheirę jak na kobietę... żonę. 
Wolno podeszła do niego, choć niezbyt blisko.

– Mamy trochę... wiemy więcej – powiedziała cicho. – Jak się czujesz?
Abdel spróbował się uśmiechnąć, ale nie mógł. Od paru godzin starał się zmyć z siebie 

brud drogi i smród ghuli, raz po raz zanurzając brudną szmatę w misce zimnej wody. Nie miał 
koszuli i czuł na sobie wzrok Jaheiry. Jej spojrzenie rozgrzewało go.

– Tazok ma swojego człowieka w Beregoście – powiedziała, domyślając się, że jego 

niechęć   do   rozmowy   bierze   się   po   odwiedzinach   grobu   Goriona.   –   Mieszka   w   jednej   z 
tutejszych   gospód,   ma   na   imię   Tranzig   i   pomaga   Tazokowi   rekrutować   najemników   i 
humanoidy   dla  Żelaznego   Tronu.  Xan  poszedł   go  poszukać,  by mieć  go  na   oku.  Khalid 
przyjdzie do nas, gdy Tranzig opuści „Czerwony Liść”.

Abdel pokiwał głową, choć prawie jej nie słuchał.
– Ja... – zaczął.
Podeszła bliżej. Wyciągnął rękę i dotknął miękkiej tkaniny spódnicy Jaheiry, czując pod 

spodem przyjemne  ciepło  jej uda. Stanęła przed nim,  a on zupełnie  nieświadomie  zaczął 
całować jej brzuch przez cienki jedwab jej bluzy.  Przeszył  go dreszcz, wciągnął głęboko 
powietrze i usłyszał, że Jaheira zrobiła to samo. Było coś w ich wspólnym zbliżeniu, co było 
doskonałe... i zarazem doskonale złe.

Delikatnie ją odsunął i Jaheira westchnęła.
– Khalid i ja... – zaczęła, lecz przerwała, widząc, że kręci głową.
– Czuję, że... – rzekł spokojnie Abdel. Przełknął ślinę i kontynuował – ...są w moich 

myślach dwa głosy. Jeden z nich każe mi zabijać, kocha zabijanie, natomiast drugi chce... Nie 
wiem, czego chce, bo słyszę go bardzo rzadko. Ten głos, który pragnie zabijać, pragnie także 
ciebie.

Łza   potoczyła   się   po   opalonym   policzku   Jaheiry.   Położyła   dłoń   na   głowie   Abdela, 

wsunęła mu ją we włosy. Podniósł swą wielką rękę, chwycił jej dłoń i zdjął ją sobie z głowy. 
Kiedy odsunął się, zostawiła go samego.

background image

Rozdział trzynasty

– Mamy konie – powiedział Khalid. – Dzięki Abdelowi.
– Siłowanie się na rękę – rzekł wielki człowiek. – Co za dziwny sport.
Khalid uśmiechnął się i popatrzył groźnie na Jaheirę, która właśnie podziwiała potężne 

mięśnie ramienia Abdela. Złowiła wzrok męża i zaczerwieniła się, posyłając mu spojrzenie, 
które mówiło: zamilcz!

– Dobrze – odparł Xan. – Akurat ich potrzebujemy.
Elf wskazał na niskiego, krępego wojownika, którego szczeciniaste rude włosy lśniły w 

słabym świetle poranka. To był Tranzig, stał na ulicy przed ciągle jeszcze śpiącą gospodą 
„Czerwony Liść” i właśnie dosiadał szybkiego z wyglądu konia.

Cała czwórka stała niby przypadkiem, zakładając, że Tranzig nie wie kim są i że go 

obserwują.   Rudzielec   odjechał   wolniutko   zakurzoną   drogą   wychodzącą   z   Beregostu   na 
północ, w kierunku Wrót Baldura.

–   A   więc   jedziemy   –   rzekł   Abdel   i   dosiadł   swego   nowego   konia,   narowistego 

kasztanowego ogiera.

Tranzig zdążył opuścić Beregost przed nimi tak, że nie zobaczyli, czy pojechał dalej na 

północ i stracili go z oczu, zanim dogonili. Xan i Abdel potrafili z łatwością czytać ślady 
końskich podków pozostawione na błotnistej drodze przez Tranziga. Kiedy wyjechali poza 
miasto, Abdel poczuł się szczęśliwy, że zostało już za nimi, z wielu powodów. Patrzył na 
drogę, na konia, na drzewa tu i tam, i na jastrzębia szybującego po niebie – wszędzie, tylko 
nie na Jaheirę. Ona także na niego nie patrzyła. Jechali tak w ciszy przez dobrą godzinę, 
zanim zobaczyli kogoś innego.

Kiedy Xan zauważył ich i pokazał innym, byli tylko punkcikami daleko przed nimi na 

otwartej równinie. Sześciu ludzi szło wolno przez wysoką trawę w kierunku drogi.

– Spotkamy ich na drodze – odezwał się Abdel, obserwując obcych i mając złe przeczucia 

w związku z tym spotkaniem.

Xan wzruszył ramionami.
– Towarzysze podróży.

background image

– Może – odparł Abdel – ale widziałem już na tej drodze rzeczy, które... Tak czy inaczej 

powinniśmy zachować czujność.

– Powiedziałbym, że idą do tamtego budynku – zasugerował Khalid i wskazał na sypiącą 

się   konstrukcję   w   oddali.   Rozpadający   się   budynek   z   białego   kamienia   zarośnięty   był 
bluszczem, chwastami i jeżynami. Wąska dróżka wskazywała miejsce, gdzie kiedyś od drogi 
wiodła  ścieżka  prowadząca  wprost  ku  kolumnowej   konstrukcji,   która  niegdyś   mogła   być 
świątynią.

–   Jeśli   możemy   ich   uniknąć   –   powiedziała   Jaheira   –   to   powinniśmy   to   zrobić.   Nie 

możemy pozwolić, aby Tranzig zbytnio się oddalił. Pamiętajcie, że jesteśmy tu po to, aby 
odnaleźć Żelazny Tron i przy odrobinie szczęścia Tranzig nas do niego zaprowadzi. Jeśli 
kilku pielgrzymów zmierza do tej świątyni na modły, to niech idą.

Rozumowanie Jaheiry było rozsądne, ale Abdel jakoś nie bardzo w nie wierzył.

* * *

Pierwszy dostał koń Abdela i z kwikiem runął na ziemię. Abdel zaskoczył z grzbietu 

upadającego zwierzęcia, przeturlał po ziemi i wstał już z dobytym mieczem. Wierzchowiec 
Jaheiry stanął dęba i zrzucił ją z siodła. Jęknęła uderzając o ziemię i z trudem wyjęła miecz, 
jednak nic się jej nie stało. Xan zsunął się z siodła i klepnął swego konia w zad, by odbiegł z 
miejsca ataku.

Abdel nie potrafił nazwać tych ohydnych, człekopodobnych stworów. Były pokryte, jeśli 

nie   złożone   z   jakiegoś   przezroczystego   oliwkowozielonego,   gęstego   płynu.   Niedoszłych 
pielgrzymów  było sześciu. Abdel dostrzegał ich szkielety poprzez galaretowate ciało. Nie 
widział żadnych wnętrzności. Wyglądało to tak, jakby ci ludzie w jakiś sposób rozpuścili się i 
trzymali się prosto jedynie dzięki ocalałym szkieletom, drwiąc z praw natury.

Stwory atakowały zgraną zgrają, niczym stado dzikich psów i Abdel obawiał się, iż mogą 

mieć  kłopoty.  Xan chlasnął jednego, posyłając  na drogę strugę oliwkowego śluzu. Stwór 
zachwiał   się,   ale   walczył   dalej.   Potwory   rzucały   się   na   nich   z   szeroko   wyciągniętymi 
ramionami, jakby chciały objąć swoją ofiarę. Abdel nie miał pojęcia jaki efekt może wywrzeć 
zetknięcie się tego śluzowatego, cuchnącego wodorostami lepiszcza z ludzkim ciałem, ale 
wolał nie sprawdzać tego na własnej skórze. Na Abdela rzuciły się aż trzy stwory, jakby 
czując, że stanowi dla nich największe zagrożenie. Najemnik bronił się przed nimi z wściekłą 
pasją.   Ciął   nieludzkie   stwory,   dbając   jedynie   o   to,   by   nie   chlapnął   na   niego   ich   śluz, 
zapominając o jakiejkolwiek finezji.

Jaheira nacierała na swego przeciwnika tak, iż ten się wycofywał, podobnie Xan, lecz 

jeden rzut oka na Khalida wystarczył Abdelowi, by się zorientować, iż półelf ma kłopoty. 
Khalid wycofywał się w stronę własnego, spanikowanego konia.

Abdel uciął jednemu ze stworów głowę i ten padł. Nie runął jak zabity człowiek, lecz 

dosłownie   rozchlapał   się   na   ziemi,   jakby   nagle   stracił   wszystkie   kości.   I   rzeczywiście, 

background image

wewnątrz półprzeźroczystej galarety Abdel nie widział już szarego zarysu szkieletu. Jednemu 
z dwóch pozostałych, usiłujących stale go dotknąć, w końcu się to udało i Abdel szybko 
odrzucił lewą rękę w bok, gwałtownie potrząsając ją na wszystkie strony. Nieco śluzu padło 
na rękaw jego kolczugi i najemnik szybko cofnął się trzy duże kroki wrył, próbując pozbyć 
się świństwa z rękawa. Śluz ściekł na ziemię i zaczął pełzać w kierunku amorficznych stóp 
swego właściciela. Rękaw był czysty, został na nim tylko lśniący ślad, a Abdel zerkał nań, 
jakby spodziewając się, że za chwilę coś przepali mu skórę. Mógł patrzeć tylko sekundę, ale 
to   wystarczyło,   by   stwierdzić,   że   stwory   nie  były   kwasowe.   Mimo   to   starały   się   usilnie 
oblepić go swoim śluzem, choć Abdel nie mógł sobie wyobrazić, co by się wówczas stało i co 
by im to dało.

Jaheira wrzasnęła, bardziej z gniewu niż ze strachu, lecz Abdel nie mógł na nią spojrzeć. 

Był zajęty dwoma stworami, które desperacko starały się go trafić. Kolejny potwór padł i 
wtedy   Abdel   uświadomił   sobie,   że   ostrze   jego   miecza   pokryte   jest   lepkim,   cuchnącym 
świństwem, wyraźnie obciążającym broń. Abdel zmienił chwyt na rękojeści, uwzględniając 
zmianę wagi i zajął się swoim ostatnim przeciwnikiem. Wyglądało, że ten nauczył się czegoś 
po śmierci swych kompanów i starał się teraz unikać ciosów Abdela, jednocześnie próbując 
trafić go w nogi.

– Khalid! – krzyknęła Jaheira.
Abdel usłyszał kroki – ciężkie, szybkie, choć nieregularne – w trawie po swojej prawej 

stronie.   Musiał   pilnować   swego   potwora,   stale   próbującego   sięgnąć   jego   kolan.   Usłyszał 
ciężkie, bąblowate chlapnięcie i domyślił się, że ktoś ze współtowarzyszy powalił kolejnego 
śluzowca.

– Khalid! –  krzyknął Xan. W jego głosie zabrzmiała desperacja, czego Abdel tak nie 

lubił.

Abdel, wiedząc, że z Khalidem jest coś nie tak, wziął więc duży zamach nad głową, chcąc 

wykonać   pionowe   i   decydujące   cięcie   wprost   na   czoło   przeciwnika.   Potwór   wykorzystał 
chwilową odsłonę, klapnął tyłkiem na ziemię i wymierzył  kopniaka w jego łydkę. Abdel 
spodziewał   się   tego   ataku   i   skoczył   do   góry   ponad   śluzowatymi   nogami,   obrócił   się   w 
powietrzu i zwalił w tył. Zdążył tylko przesunąć miecz na bok, kiedy wylądował dokładnie 
obok stwora – zbyt blisko, jak zauważył, ale zbyt późno, by powstrzymać upadek. Miecz 
przeszył  ciało potwora i jego kości zaczęły się rozpływać. Abdel odetchnął i odturlał się 
szybko,   pozostawiając   swój   miecz   wbity   w   kupę   zielonkawej   galarety.   Wstał   i   bez 
zastanawiania obejrzał się cały, czy nie ma na sobie śluzu.

– Khalid – znowu zawołała Jaheira. – Abdel...
Najemnik   skoczył,   lecz   nie   na   głos   Jaheiry.   Kałuża   lepkiej   galarety   pełzła   w   jego 

kierunku. Z masy wystrzeliwały raz po raz macki lepkiego syropu niczym języki węży. Abdel 
cofnął się, podniósł ręce i zawahał się. Jego miecz wciąż wbity był w to pełzające świństwo i 
chociaż czułby się lepiej będąc uzbrojony, nie był pewien, czy mu to pomoże. Wyglądało na 

background image

to, że uderzenia mieczem jedynie niszczą humanoidalną postać potworów, ale nie zabijają i 
wcale   nie   uniemożliwiają   im   dalszych   ataków.   To   musiała   być   ich   pierwotna,   naturalna 
forma. Czy w ogóle można było to zabić?

Jaheira zaczęła swoje magiczne murmurando i Abdel, a z nim i Xan wycofali się. Kałuża 

śluzu ciągle pełzła w jego kierunku, uformowała grubą mackę i zamierzyła  się do ataku. 
Abdel zacisnął pięści, ciągle nie będąc pewny, jak ma z tym czymś walczyć. Wtedy Jaheira 
zakończyła czar, a stwór zatrzymał się.

– To rośliny – powiedziała. – Pomyślałam tak, bo śmierdziały jak rośliny.
– Co zrobiłaś? – zapytał ją Abdel.
– Dzięki łasce Mielikki przez kilka minut nie będą mogły się poruszyć.
Abdel pochylił się i chwycił za swój miecz. Musiał mocno szarpnąć, by wyrwać go z 

lepkiej masy.

– Khalid – odezwała się Jaheira. – Gdzie jest Khalid?
Abdel rozejrzał się dookoła, ale zobaczył tylko wycofującego się Xana.
– Tam! – zawołał elf.

* * *

– To zrobiły elfy – powiedział Xan, przyglądając się zatartym żłobieniom w kamieniu 

zrujnowanej świątyni. – Bardzo dawno temu.

– Khalid! – zawołała  jeszcze raz Jaheira. Płakała i choć na początku trochę się tego 

wstydziła, teraz już o to nie dbała.

Abdel usłyszał  szelest liści  po drugiej  stronie zrujnowanego muru  i zatrzymał  się na 

chwilę, by wytrzeć śluz z miecza, co wystarczyło mu, by się zorientować, że była to tylko 
wiewiórka, która wspięła się po kolumnie i zniknęła w gęstwinie bluszczu.

– Dlaczego uciekła? – zastanawiał się głośno Xan, nie oczekując na odpowiedź.
– Oblazło go – odezwała się Jaheira drżącym głosem. – To coś... oblazło go. Co to było? 

Co to były za stwory?

Abdel potrząsnął głową, nie bardzo wiedząc, co ma odpowiedzieć. Widząc Jaheirę w 

stanie emocjonalnej paniki poczuł, że dobrze zrobił, odsuwając ją od siebie, ale wcale mu nie 
ulżyło.

– Khalid! – zawołał Abdel, maskując swe emocje dłońmi przyłożonymi do ust.
Znów usłyszeli szelest liści. Abdel westchnął.
–   Przeklęte   wiewiórki   –   zamruczał   i   postąpił   naprzód,   na   popękane   kamienne   płyty 

chodnikowe. Płyta zapadła się w tym samym momencie, w którym Khalid – albo raczej to, co 
było Khalidem – wyskoczyło spośród krzewów i rzuciło się na niego.

Abdel zgiął się w pół, instynktownie uchylając się przed atakiem podczas upadku, i runął 

w tył, w dal od Khalida, na resztę popękanych kamieni. Jaheira wrzasnęła. Był to bolesny, 
desperacki,   przerażony,   czysto   kobiecy   głos,   który   sprawił,   że   serce   Abdela   niemal 

background image

wyskoczyło z piersi.

Khalid zmienił się. Nie było wątpliwości, że przeistaczał się w jednego z tych stworów. 

Abdel mógł widzieć przez to, co pozostało ze skóry półelfa. Mógł zobaczyć cienie żeber. 
Wewnętrzne organy kurczyły się tak szybko, że było to wyraźnie widać. Lewe oko Khalida 
zniknęło, prawe rozpuszczało się szybko,  rozpływając  w masie śluzowatej galarety,  która 
kiedyś była jego głową. Nie było widać mózgu i Abdel już wiedział, że jego przyjaciel jest 
martwy.

Xan zaklął po elficku i zamilkł. Jaheira w kółko powtarzała szeptem: nie... nie... nie...
Coś,   co   było   kiedyś   Khalidem,   znów   ruszyło   na   Abdela,   jego   rozpuszczone   stopy 

chlupały na nierównych kamieniach. Abdel nie myślał, tylko od razu zareagował, podnosząc 
swój   miecz   przed   siebie.   Ostrze   z   łatwością   przeszło   przez   ramię   Khalida.   Odcięta   ręka 
chlapnęła   na   kamieniach   obok   Abdela.   Najemnik   musiał   odturlać   się   w   tył   i  wstać,   aby 
uniknąć zetknięcia z odciętą kończyną.

– Abdel... – zaszlochała Jaheira proszącym głosem, ale Abdel nie miał pojęcia, czego od 

niego chce. Khalid szedł na niego, a on się cofał. Blokował ciosy stwora i starał się go nie 
zabić, choć z pewnością to coś nie stanie się z powrotem Khalidem. Zadawał stworowi małe 
cięcia, licząc, że spanikuje i ucieknie, ale on zdawał się nie czuć bólu.

– Abdel, na miłość wszystkich bogów... – odezwał się Xan.
Abdel   zamknął   oczy   i   pchnął   mieczem,   przebijając   ciało   Khalida.   Poczuł,   jak   masa 

rozpływa się i dopiero wtedy otworzył oczy.

Jaheira wydała z siebie pełen bólu okrzyk: – Nie!
Khalid   rozpadł   się   na   kupkę   rozpływających   się   kości.   Stawy   palców   jednej   dłoni 

poruszały się w mazi, kurcząc raz po raz, jakby próbując coś złapać lub czegoś się chwycić.

– Och, na... – zaczął Xan, ale urwał, cofnął się sztywno kilka kroków w tył i ciężko usiadł 

na ziemi. Elf zamknął oczy, a Abdel popatrzył na Jaheirę. Utkwiła wzrok w jego oczach. Jej 
twarz była maską bólu. Jej śliczne, czyste rysy były ściągnięte i okropne. Nigdy więcej nie 
chciałby oglądać jej w takim stanie. Spojrzała z powrotem na to, co zostało z jej męża, po 
czym wzniosła głowę ku niebu i zawyła.

Abdel   sięgnął   do   sakiewki   drżącą   dłonią   i   wyjął   butelkę,   którą   kupił   w   Nashkel. 

Odrzucony miecz, upadł z brzękiem na kamienie. Zdrapał wosk i odkorkował butelkę. Wylał 
zawartość butelki na galaretowatą masę, która nawet teraz próbowała go chwycić. Spojrzał w 
bok, wstrzymując oddech.

– Och – wyjęczała Jaheira – och nie, Khalid...
Rozległ się syk i w górę buchnął gęsty dym o ostrej woni. Abdel usiadł z zamkniętymi 

oczami, słuchając płaczu Jaheiry.

– Skąd wiedziałeś, że to zadziała? – zapytał go Xan. – Znaczy kwas.
–   Abdel   wzruszył   ramionami.   Westchnął   głęboko   i   nie   patrząc   elfowi   w   oczy 

odpowiedział:

background image

– Wiem jak zabijać. Zawsze wiedziałem jak zabijać.

background image

Rozdział czternasty

Trop   konia   Tranziga   odchodził   od   błotnistej   drogi   mniej   niż   milę   na   północ   od 

zrujnowanej świątyni. Abdel szukał z uporem swojego konia, pamiętając, że trafił go jeden ze 
śluzowatych potworów i w końcu wziął konia Khalida. Dosiedli wierzchowców i odjechali w 
ciszy. Zimny wiatr szumiał w suchej trawie. Jedyne odgłosy życia pochodziły od ptaków, 
pszczół i komarów. Nawet Jaheira przestała płakać. Abdel zerkał na nią czasem, zakłopotany 
uczuciami, które okazywała. Miała zaczerwienione oczy i spuchniętą twarz. Obawiał się, że 
może zaraz wybuchnąć. Tak przynajmniej wyglądała.

Jechali szybko, wiedząc, że stracili sporo cennego czasu w walce ze stworami. Tranzig 

musiał wyprzedzić ich już o całe mile, a w dodatku zapadał zmrok. Słońce chowało się za 
czarnym pasmem odległej Kniei Otulisko.

Ślad Tranziga wiódł wśród wzgórz wąską, błotnistą dróżką wydeptaną przez zwierzęta, 

co utrudniało Abdelowi, który jechał przodem, tropienie, a i tak widział ślad nie dalej niż na 
kilka metrów przed sobą. Tak czy inaczej jechał szybko. Cała trójka chciała jak najszybciej 
zostawić za sobą koszmar popołudnia i dogonić Tranziga.

Abdel   miał   nadzieję,   że   już   więcej   nie   zobaczy   podobnej   obrzydliwej,   bezsensownej 

śmierci. Nie w taki sposób powinni umierać mężczyźni, zredukowani do galarety, a następnie 
spaleni kwasem wylanym nań przez ich żony... kogo? Nie kochanka, ale coś w tym stylu. Ona 
coś dla niego znaczyła. Rodzaj łączącej ich więzi miałby swoją nazwę na cywilizowanych 
dworach miejsc takich jak Waterdeep, ale zgodnie z doświadczeniem Abdela byli oni tylko...

Myśli układały mu się w ciąg i rozbiły, gdy szarpnął nagle uzdą konia, zatrzymując go w 

miejscu. Pozostali uczynili to samo, tylko zaabsorbowana myślami Jaheira minęła go, zanim 
udało jej się opanować konia. Jeden z koni – Abdel pomyślał, że to wierzchowiec Xana – 
chrapnął głośno i Abdel go uciszył. Ześliznął się z siodła, położył palec na ustach i zaczął 
wspinać się na niewysokie, łagodne wzgórze.

Xan chyba chciał coś powiedzieć, ale zastosował się do polecenia Abdela i siedział cicho. 

Elf   i   Jaheira   zsiedli   z   koni   i   ruszyli   za   Abdelem.   Na   szczycie   przykucnęli   za   niskim, 
ciernistym krzewem i Abdel wskazał na samotną postać stojącą obok dobrze wypoczętego 

background image

konia na krańcu szlaku. Tranzig unosił końskie kopyto i chyba usuwał coś, co utkwiło w 
podkowie.

– Prawie na niego wpadliśmy – wyszeptał Xan. Abel pokiwał głową, a Jaheira cicho 

westchnęła. Patrzyła na Tranziga z nienawiścią, niezbyt dobrze maskującą kryjący się pod 
spodem ból.

Obserwowali   na   Tranziga   przez   kilka   minut,   dopóki   nie   usłyszeli   rżenia   jednego   ze 

swoich koni w krzakach po drugiej stronie wzgórza. Tranzig spojrzał ostro w górę, a Xan 
zaklął cicho po elficku.

Tranzig stał przez chwilę, po czym dosiadł konia i wolno ruszył. Abdel popatrzył w dal, 

chcąc wykorzystać fakt, że jest na wzgórzu i zorientować się, w którym kierunku zmierza 
Tranzig. Zobaczył trzy cienkie smużki dymu unoszące się w powietrzu po drugiej stronie 
czterech wyższych wzgórz.

– Ogniska – wyszeptał.
Podążył wzrokiem za spojrzeniami przyjaciół i zobaczył gwiazdę, która pojawiła się w 

szczelinie gęstych chmur. Zmrok zapadał szybko, więc Abdel pomyślał, że najlepiej będzie 
zejść na dół i rozbić obozowisko.

* * *

Jaheira drżała i Abdel zapragnął ją objąć. Pomyślał, jakby to było i westchnął, gdy jego 

umysł zbłądził w kierunku, który go zakłopotał. Jaheira podkurczyła nogi, dotknęła kolanami 
podbródka i z zimna objęła je ramionami. Tego dnia Abdel zabił jej męża i myśl, że ona czy 
zawsze   uważny,   sarkastyczny   Xan   mogliby   pomyśleć,   że   próbuje   się   do   niej   zbliżyć, 
wywołała   u   niego   mdłości.   Noc   robiła   się   coraz   chłodniejsza   wraz   z   każdym,   coraz 
silniejszym   podmuchem   wiatru.   Gwiazdy   mrugały   na   niebie,   przesłaniane   co   chwila 
pędzącymi chmurami. Nie rozpalili ogniska, gdyż Xan nalegał, aby tego nie robić. Obawiał 
się,   że   obóz   Żelaznego   Tronu,   do   którego   pojechał   Tranzig,   może   mieć   patrole,   które 
zainteresowałyby się ogniskiem rozpalonym tak blisko ich tajnej kryjówki.

– Więc to są Zhentowie – odezwał się Abdel, słowa z trudnością przecisnęły mu się przez 

zaciśnięte zęby. Nie chciał rozmawiać.

– Tak sądzimy – rzekł Xan. – Ale chciałbym to sprawdzić, żeby się upewnić.
–   Chyba   nie   sam   –   powiedziała   Jaheira   głosem   schrypniętym   od   płaczu   i   jego 

powstrzymywania.

– Możemy pójść wszyscy – zadecydował Abdel. – Cała trójka, wykorzystując element 

zaskoczenia...

– ... zostanie otoczona przez setkę zbrojnych Zhentarimów – dokończył za niego Xan. – 

Nie, dziękuję.

– Skąd wiesz? – zapytał Abdel. – Może jest tam tylko Tranzig i trzy czy cztery cuchnące 

orki. Jak wiesz, zabiliśmy już wielu członków Żelaznego Tronu, wliczając w to koboldy.

background image

– Ale tego nie wiemy – powiedziała Jaheira. – I to właśnie miał na myśli Xan. Tam mogą 

być ich setki – armia bandytów zgromadzona po to, by zlikwidować kopalnie... Nie wiem.

– Próbują wywołać wojnę – rzekł Abdel. – Jeśli mają armię, to po co skradają się i leją 

jakieś płyny na rudę żelaza?

–   Mogę   tam   pójść   –   zaproponował   Xan   –   w   ciemności,   po   cichu   rozejrzeć   się   i 

dowiedzieć.

– I dać się zabić – szepnęła Jaheira – albo gorzej.
– Byłem już więźniem Żelaznego Tronu.
– I właśnie dlatego się obawiam – powiedział Abdel. – Bez obrazy, Xan, jesteś dobrym 

wojownikiem, dzielnym mężem, ale...

– Ale co?
–   Potrzebujemy   cię   –   odpowiedziała   Jaheira   za   Abdela.   –   Teraz   bardziej   niż 

kiedykolwiek.

Xan uśmiechnął się sympatycznie i złowił zmęczone płaczem spojrzenie Jaheiry.
– Jestem elfem – odparł po prostu.
Abdel westchnął i wzruszył ramionami:
– Chyba szaleńcem.
Jaheira podeszła do Xana wolno i z trudem, po czym zdjęła z lewego nadgarstka złotą 

bransoletę i podała elfowi.

– Na szczęście – powiedziała.
– A czy tobie przynosiła szczęście? – zapytał elf z wymuszonym uśmiechem.
– Zwykle tak – odparła twardo.
Xan uśmiechnął się i przyjął bransoletę. Przez chwilę oglądał ją z podziwem. Wokół 

bransolety wiły się pnącza dzikiego wina wygrawerowane na jej wierzchniej stronie. Spojrzał 
na Abdela, po czym uniósł bransoletę do czoła w geście salutu, wstał i zniknął w ciemności. 
Abdel usłyszał tylko trzy pierwsze jego kroki, a potem nastała cisza.

– Jest dobry – powiedział Abdel – widziałem już wystarczająco wiele, by to wiedzieć. 

Nic mu nie będzie.

Jaheira kiwnęła głową, nie wierząc mu, ale i nie wierząc, że mieli inny wybór.
– Zimno mi – odezwała się po długiej ciszy.
–   Kiepsko   się   przygotowaliśmy   na   tę   wyprawę   –   odpowiedział   Abdel.   Jego   głos 

zabrzmiał głośno i niezręcznie. Przełknął ślinę i powiedział już ciszej: – Xan miał rację, żeby 
nie rozpalać ogniska.

– Obejmij mnie – poprosiła tak szybko, jakby chciała mieć te słowa już za sobą. – Usiądź 

obok, Abdel. Siądź przy mnie.

Zaczęła płakać, więc Abdel zbliżył się. W jego wielkich ramionach wydawała się bardzo 

malutka.

Przestała płakać i Abdel, siedząc już przy niej i obejmując ją, poczuł się zaskoczony, że 

background image

to uczucie jest tak znajome, jakby było dla niego całkiem naturalne trzymać  ją w swych 
objęciach.

– Okłamywaliśmy cię – wyszeptała.
– Wiem – powiedział, choć wcale o tym nie myślał.
– Wszyscy.
– Wiem – szepnął i Jaheira zapłakała raz jeszcze.

* * *

Abdel otworzył  oczy i ujrzał nad sobą błękit nieba, czego już od dawna nie widział. 

Natychmiast   poczuł   ciepło   ciała   Jaheiry   u   swego   boku.   Głowę   miała   położoną   na   jego 
prawym ramieniu i chociaż wcale nie była ciężka, ciepło jej ciężaru sprawiło, że Abdel poczuł 
się tak, jakby przygniatał go cały świat. Jej łzy zaschły mu na barku, a koc, którym  ich 
przykryła na noc, zsunął się.

Luźna bluza, którą nosiła pod utwardzaną skórzaną zbroją, zsunęła się jej z ramienia, 

odsłaniając delikatne, gładkie ciało. Miała głęboki, regularny oddech. Abdel zamknął oczy i 
po  prostu   leżał,   czując   dotyk   jej   ciała   i   miękki   szept   jej   oddechu   na  swym   zarośniętym 
policzku.

Wciąż śpiąca, przekręciła się i podkurczyła nogę, przesuwając ją wzdłuż nogi Abdela. 

Jego ciało zareagowało i otworzył oczy. Przełknął ślinę i uniósł się, budząc ją. Wydawała się 
zaskoczona ich bliskością, więc delikatnie się odsunął, podobnie jak i ona. Zaczerwieniła się. 
Była piękna

– Gdzie Xan? – zapytała. Jej głos był równie miękki jak jej skóra.
– Ja... – Abdel chciał powiedzieć, że nie wie i wtedy przeszedł go dreszcz. Choć poranek 

był chłodny, zaczął się pocić.

– Niech mnie Torm porwie – wychrypiał. – Nie wrócił?
Jaheira, jeszcze zaspana, potrząsnęła głową i powiedziała:
– Myślę, że on... – urwała, gdy też zdała sobie sprawę – ...że on nigdy nie wróci.
–   Na   bogów   i   ich   krewnych   –   zaklął   Abdel,   rozglądając   się   za   swym   mieczem.   – 

Zasnąłem. Nie mogę uwierzyć, że zasnąłem, podczas gdy on jeszcze nie wrócił.

–   Oboje   zasnęliśmy   –   powiedziała   Jaheira,   choć   też   nie   poczuła   się   z   tego   faktu 

zadowolona. – Powinien już wrócić.

Abdel odnalazł miecz i zaczął zakładać kolczugę tak pośpiesznie, że aż się w nią zaplątał.
– Cholera! – krzyknął, zbyt głośno, biorąc pod uwagę, że znajdowali się blisko obozu 

Żelaznego Tronu.

– Abdel – wyszeptała uspokajająco Jaheira – pozwól mi pomóc.
Położyła swe dłonie na jego, chłodne i delikatne i pokierowała tak, aby kolczuga opadła 

w dół.

– Znajdę go – powiedział jej Abdel. – Znajdę go, choćbym miał...

background image

– ... zabić wszystkich na Torilu? – dokończył za niego Xan.
Abdel i Jaheira podskoczyli na dźwięk jego głosu. Zirytowany Abdel odetchnął mocno, 

co zabrzmiało jak huragan w ciszy poranka. Ptaki zaćwierkały w odpowiedzi.

– Albo pocałować Umberlee w...
– Xan! – przerwała mu Jaheira. – Gdzie ty byłeś?
– Spałem spokojnie z piękną kobietą u boku – zażartował elf. – Och, nie, to nie ja, to...
– Xan – wtrącił się Abdel. – Czego się dowiedziałeś?
Elf roześmiał się, a Jaheira odwróciła się, żeby podnieść swą zbroję i broń.
– Czego się dowiedziałem,  w rzeczy samej  – rzekł Xan, sięgając po mały,  skórzany 

plecak, który Khalid kupił mu w Beregoście. Zajrzał do środka i włożył tam rękę. – Sądzę, że 
to nie są Zhentarimowie. Wyglądają mi bardziej na bandytów – zabijaków i osiłków – nikogo 
więcej, choć są zorganizowani, a poza tym jest ich tam zbyt wielu, jak na nas troje... Przykro 
mi, przyjacielu. – Xan uśmiechnął się do Abdela i ten się zaczerwienił.

–   Spróbowałem   dostać   się   do   środka   i   trochę   pomyszkować   –   kontynuował   elf.   –   I 

znalazłem to – wyjął z plecaka dwa przedmioty: starannie złożoną kartkę pergaminu i raczej 
pokaźną książkę, która przykuła wzrok Abdela. Wyciągnął w kierunku elfa swą wielką dłoń i 
Xan wręczył mu księgę.

Książka była dziwna w dotyku, oprawiona jakby w skórę, ale gładszą niż zwykła skóra, 

bardziej   suchą.   Miała   niezwykły,   szaro-zielony   kolor   i   w   dotyku   wywoływała   u   Abdela 
dziwne uczucie, jak dotyk Jaheiry. Przypomniał sobie wrażenie, jakiego doznał, gdy dotknęła 
go nogą i wziął głęboki wdech. Na wierzchu był symbol, który Abdel rozpoznawał, ale nie 
mógł go umiejscowić. Była  to przednia część ludzkiej czaszki, przytwierdzona na środku 
koła,   wewnątrz   którego   było   coś   na   kształt   kropli   łez   lub   krwi,   „rozpryśniętych”   wokół 
czaszki.   Księgę   zamykały   dwie   długie   i   nadzwyczaj   delikatne   stalowe   klamry.   Otworzył 
księgę i zobaczył starannie napisany, umiejętnie iluminowany tekst w języku, którego nie 
znał.   Odwrócił   stronę   i   zobaczył   rysunek   przedstawiający   kobietę   przywiązaną   do 
drewnianego koła i...

Abdel   z   trzaskiem   zamknął   księgę   i   gwałtownie   wyprostował   ramię,   jakby   chciał   ją 

odrzucić, ale palce nie wypuściły jej z dłoni. Nie chciał jej się pozbyć, ale też nie chciał jej 
więcej oglądać.

– W porządku? – zapytała Jaheira, a kiedy nie odpowiedział – Abdel?
– W porządku – odpowiedział. – Xan, gdzie znalazłeś tę książkę?
Xan wydawał  się zmieszany,  zaskoczony pytaniem.  – Leżała  na stojaku w jednym  z 

namiotów.   Wyglądała   na   ważną,   cenną,   nie   wiem.   W   pobliżu   nikogo   nie   było,   więc   ją 
wziąłem. Co to jest?

–   Zło   –   odparł   Abdel   krótko.   Jaheira   i   Xan   wymienili   zdumione   spojrzenia.   –   To... 

Powinna się znaleźć w bezpiecznym miejscu. Powinienem zabrać ją do Candlekeep.

– Świetnie – zgodził się Xan szybko. – Jesteś pewny, że...

background image

– Tak – rzekł Abdel, chowając księgę do swojego plecaka.
–   Dobrze   –   powiedział   elf.   –   Mam   też   złą   wiadomość.   Obawiam   się,   Jaheira,   że 

bransoleta, którą mi dałaś, ześliznęła mi się z ręki. Zgubiłem ją.

Xan podniósł do góry rękę i pokazał swój cienki nadgarstek, jakby chciał powiedzieć, że 

nie odzyskał jeszcze swej formy.

Jaheira uśmiechnęła się.
– Nie szkodzi, nie sądzę, iż...
Abdel zerwał się do skoku i w tym samym momencie gęste krzaki kilka metrów od ich 

obozowiska gwałtownie zaszeleściły.  Coś wielkiego przeciskało się przez nie, uciekając i 
Abdel rzucił się w pościg z mieczem w dłoni. Wpadł w cierniste krzewy, przebił się przez nie 
i natychmiast znalazł ścieżkę. Przedzierał się wielkimi susami i w przeciągu trzech uderzeń 
serca dogonił uciekającego człowieka. Nie patrząc nawet, kim on jest, pchnął mieczem w 
plecy biegnącego. Ostrze przebiło mu ciało i wyszło ustami. Uciekinier nie zdążył  nawet 
krzyknąć. Jego ostatnie tchnienie było bulgotem krwi. Abdel przeskoczył w pędzie upadające 
ciało i wyhamował pół kroku za głową trupa.

Jaheira i Xan wyłonili się z krzaków tuż obok. Na widok tej okropnej sceny Jaheira 

cofnęła się.

Abdel  czekał, aż opanuje go to uczucie, które zawsze się pojawiało, kiedy zabijał tak 

szybko, bez wahania czy skrupułów. Uznawał je za nagrodę za uleganie swemu instynktowi 
zabijania. To była brudna przyjemność, ale jego jedyna przyjemność od dawien dawna. Tym 
razem jednak jej nie było. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Jaheiry.

– Kierował się do obozu – odezwał się Abdel, nie będąc pewny, dlaczego zaczyna się 

tłumaczyć.

Xan przysiadł obok ciała i sapnął, przewracając je na plecy.
– To jeden z bandytów – powiedział.
– Powinniśmy iść – rzuciła Jaheira. – Może być ich tu więcej.
– Mapa pokazuje, gdzie powinniśmy się udać, jak myślę – rzekł Xan.
– Mapa? – zapytał Abdel.
– Kiedy ty czytałeś książkę – wyjaśniła Jaheira – Xan pokazał mi mapę, którą znalazł... 

Ten pergamin.

Abdel kiwnął głową.
– Pokazuje ona miejsce górniczego obozu – powiedział mu Xan. – Górniczego obozu 

Żelaznego Tronu, głęboko w Kniei Otulisko.

– Więc oni wydobywają własną rudę – domyślił się Abdel – żeby potem sprzedawać po 

wyższej cenie, kiedy kopalnie w Nashkel staną. Wygląda mi to na robotę Zhentarimów.

– A tutaj składują żelazo – powiedział Xan. – Widziałem tu wozy pełne rudy.
– A wszystko – rzekła Jaheira – dla złota.
– Ludzie robią gorsze rzeczy – rzekł Xan – za mniej.

background image

Abdel, znający tę prawdę, pokiwał głową.
– Nie uśmiecha mi się wcale perspektywa wyprawy do Kniei Otulisko – odezwała się 

Jaheira. – Słyszałam o niej historie...

– Ja też – odparł Abdel. – Ale gdybyśmy mieli przewodnika...
– Przewodnika? – zdumiał się Xan.
– Pomóżcie mi podnieść to ciało – powiedział Abdel. – Idzie z nami...

background image

Rozdział piętnasty

– Bardzo wiele przeciwko temu przemawia – odezwała się Jaheira. – Nie mam pojęcia, 

jak zacząć...

Przerwała, gdy Abdel przyłożył palec do ust i przechylił głowę. Wiedziała, że powinni 

być cicho – w końcu przecież mieli się kryć. Minęły dwa dni odkąd zostawili za sobą wzgórza 
i obóz bandytów, i odkąd bez powodzenia starała się odwieść Abdela od jego szalonego 
planu. Xan głośno wyrażał swoją dezaprobatę dla tego przedsięwzięcia. Przeprosił i odmówił 
ciągnięcia drewnianych noszy z ciałem martwego bandyty, które dotaszczyli aż tutaj, na skraj 
Kniei Otulisko.

Cuchnący   już   trup   wisiał   teraz   na   drzewie,   gdzie   powiesił   go   Abdel,   a   cała   trójka 

obserwowała go ukryta za pniem także gnijącego, powalonego drzewa.

– Abdel – spróbowała znowu, tym razem szeptem. – Po prostu zakopmy...
Urwała, widząc, że Abdel drgnął i spojrzał w półmrok lasu. Ona także usłyszała kroki, 

należące do kogoś, kto wcale nie zamierzał się kryć. Xan przygryzł usta i kiedy napotkał 
wzrok Jaheiry, wolno pokiwał głową. Przymknęła oczy i westchnęła.

– Och, mój, tak – powiedział Korak, wyłaniając się z krzaków i łapczywie przyglądając 

się wiszącemu trupowi. – Tak, to będzie dobre.

Jaheira ujrzała, jak Abdel bezgłośnie wypuszcza powietrze z płuc. Ona sama starała się 

nie oddychać przez nos. Choć ghul był od zawietrznej, woń jego gnijącego ciała dochodziła 
aż tutaj. Zasłoniła usta, powstrzymując odruch wymiotny.

– Jak ty tam wlazłeś na górę? – zapytał ghul milczące ciało.
– Ja mu pomogłem – powiedział Abdel.
Korak jęknął, odskoczył ze strachu w tył i wywrócił się w kolczaste zarośla.
– Wyłaź, Korak. Zmieniłem zdanie.
– To ty?– zapytał ghul, wystawiając z gąszczu tylko czubek swej szarej, martwej głowy.
– Wyłaź  – powtórzył  Abdel i wstał z mieczem w dłoni. Xan wysapał jakieś elfickie 

przekleństwo,   ale   nie   wychodził   z   ukrycia.   Jaheira   w   ogóle   nie   miała   zamiaru   wstawać, 
obawiając się fali ghulowego smrodu i nie mając chęci oglądać Koraka.

background image

– Nie zabijesz mnie? – zapytał ghul z nadzieją w głosie. – Pójdę z tobą?
–   Potrzebujemy   przewodnika   –   odparł   Abdel.   –   Potrzebujemy   przewodnika   w   Kniei 

Otulisko.

– Wiedziałem – odpowiedział Korak. – Poprowadzę.

* * *

Pająk  był  brązowy,  miał   czarne   plamy   na  odwłoku   i  osiem   opancerzonych   nóg.  Był 

prawie   tak   wielki   jak  kciuk   Jaheiry.   Nie   był   największym   pająkiem   w   Faerunie,   ale   dla 
Jaheiry wydawał się ogromny. Zapiszczała przestraszona, kiedy nagle opuścił jej się na ramię. 
Podskoczyła i to przestraszyło pająka, który postanowił schować się w najbliższym ciemnym 
schronieniu, jakie mógł znaleźć – wchodząc Jaheirze między jej krągły biust. Jaheira zaczęła 
stukać w swój gorset zbroi z utwardzanej skóry.

– Och, na chwałę Mielikki  – zajęczała  drżącym,  przestraszonym  głosem.  – Niech to 

szlag... Cholera.

Abdel   odwrócił   się,   uchylając   przed   cienką   gałązką,   która   prawie   trafiła   go   w   oko. 

Zarośla i drzewa rosły tak gęsto, że nie widział twarzy Jaheiry, ale widział, że macha ręką. 
Kobieta cofnęła się w tył i znów zapiszczała.

Abdel przedarł się do niej przez gąszcz i zapytał: – Co jest?
Jaheira nie odpowiedziała mu od razu. Właśnie zdejmowała swą skórzaną zbroję.
– Co ty robisz? – zapytał jeszcze raz, rozbawiony.
Jaheira wydusiła z siebie: pająk, i gdy zdjęła stanik, zaczęła podskakiwać w miejscu. 

Bluzkę   miała   wypuszczoną   luźno   i   zaczęła   nią   potrząsać.   Wyglądało   to   jak   taniec 
calishitańskich dziewcząt. Abdel uśmiechnął się mimo niepokoju, wciąż nie będąc pewnym, 
co się dzieje.

– Hej, wy tam z tyłu, w porządku? – odezwał się gdzieś z gąszczu głos Xana.
– Wydaje mi się, że Jaheira spotkała się z... – zaczął Abdel, ale przerwał, gdy Jaheira 

głośno pisnęła z bólu.

– Bogowie – krzyknęła – ugryzł mnie... Gryzie mnie!
Z oka pociekła jej łza i Abdel przestał się śmiać. Jaheira zaczęła pośpiesznie zdejmować 

bluzkę, więc pomógł jej. Tkanina rozerwała się z głośnym trzaskiem, a Abdel wyciągnął 
pająka spomiędzy obnażonych piersi Jaheiry, zanim oboje zdążyli się zorientować, co robi. 
Pająk przeskoczył chyżo na prawą dłoń Abdela i wojownik klasnął go lewą, zamieniając w 
brązową plamę z połamanymi nogami.

– Udało się... – zaczęła Jaheira. Abdel spojrzał na nią, nagą do pasa i otworzył usta. 

Nigdy nie widział czegoś tak...

Jaheira skrzyżowała ręce na piersiach i odwróciła się. Nawet przez jej długie do ramion 

włosy Abdel mógł zauważyć, że poczerwieniała jej szyja.

– Przepraszam – powiedział.

background image

– Nic...
– Co tam się dzieje z tyłu? – zapytał Xan. Abdel usłyszał, jak się zbliża. Nawet Xan nie 

mógł iść cicho przez tę gęstwinę.

– Wszystko w porządku – zawołała Jaheira i kroki zatrzymały się. Abdel zorientował się, 

że wciąż trzyma rozdartą bluzkę Jaheiry. Podał jej nieśmiało. Zatrzymała się, zwróciła głowę 
ku niemu, ale nie widział jej oczu.

– Chodźcie już, proszę – powiedział Xan niecierpliwie.
Chociaż   Abdel   wciąż   nie   widział   elfa,   usłyszał,   że   zawrócił   i   zaczął   się   oddalać   w 

kierunku, w którym prowadził ich ghul.

Jaheira zaczekała parę sekund, także przysłuchując się oddalającym krokom Xana, po 

czym odwróciła się i sięgnęła po bluzkę. Wyciągnęła ręce przed siebie i ich oczy spotkały się. 
Stali tak, zdawałoby się że całe życie, ich palce splecione razem, oddzielone tylko gładkim 
jedwabiem rozdartej  bluzki. Jaheira pierwsza puściła  jego dłoń, mimowolnie, a on, może 
nawet   bardziej   mimowolnie,   odwrócił   się   i  ruszył   naprzód,   zostawiając   ją  samą,   aby  się 
ubrała.

– Xan – zawołał. – Uważaj na pająki.
– Tak – odezwał się Korak blisko, nawet zbyt blisko. – Pająki, pewno.
Abdel obejrzał się i zobaczył ghula. Straszliwy smród nie wydawał się już taki straszliwy. 

Nigdy by nie przypuszczał, że może się do niego przyzwyczaić, ale widocznie tak się stało. 
Ghul odwrócił się w kierunku Jaheiry i polizał swym długim językiem ociekający ropą wrzód 
na zapadniętym policzku. Abdel dał dwa kroki naprzód i chwycił ghula za podartą koszulę.

– Jesteś tutaj jako przewodnik, ghulu – powiedział Abdel głosem ciężkim i groźnym – 

więc prowadź nas z przodu albo pająki będą twoim najmniejszym problemem.

Korak chrząknął i ruszył przodem w gąszcz. Abdel poczuł, że coś usiadło mu na karku i 

strzepnął   jakiegoś   owada.   Tormie   –   westchnął,   spoglądając   w   niebo,   zasłonięte   gęstymi 
koronami drzew. Zobaczył też nad sobą migotanie pajęczyn.

Obejrzał się na Jaheirę, która już ruszyła za resztą, kończąc poprawiać gorset zbroi. Nic 

nie powiedział, ale poczuł nagle wielką ochotę na wydarcie z brzucha Koraka jego martwych 
flaków. Ile zobaczył? Te trupie oczy nie zasłużyły, by widzieć to, co widział Abdel. Zdumiał 
się na swą następną myśl – oczy żadnego mężczyzny na to nie zasługiwały. Zaledwie dwa dni 
temu zabił jej męża, a już czuł, że on i Jaheira...

Odepchnął te nieczyste myśli od siebie i przeniósł swą frustrację na gałęzie zagradzające 

mu drogę.

Szli tak przez następną godzinę w tej gęstwinie niemal nie do przejścia, aż w końcu zza 

kurtyny krzaków wyłonił się Xan i zaczął maszerować u boku Abdela. Jaheira szła tylko kilka 
kroków  za   nimi.   Abdel  wpadł  twarzą  w   pajęczynę,  która  oblepiła   mu   nieogoloną  brodę. 
Przywykł już do życia w terenie takim jak ten nawet, ale teraz fantazjował na temat gospody, 
ciepłego kominka, garnca piwa i Jaheiry...

background image

– Przyznanie się do tego, że plan zawiódł – odezwał się Xan, przerywając Abdelowi 

marzenia – jest mniejszym grzechem niż dalsze podążanie kursem, który może prowadzić 
tylko do katastrofy.

– Na Torma, Xan – odparł gniewnie Abdel. – Własnoręcznie zabiję tego cuchnącego syna 

ślimaka  gołymi   rękami,   jeśli  miałoby  ci  to  zamknąć   usta,  ale   to wcale   nie  pomoże  nam 
wydostać się z tego zapomnianego przez bogów lasu ani trochę szybciej.

– Ten twój Korak – zaczął znów Xan – jest ożywieńcem. Jak możesz mu ufać?
– Nie ufam – odparł najemnik. – Nie ufałem mu nigdy, nawet kiedy żył, ale nie jestem 

pewien, czy mam inny wyb... Cholera!

Abdel nagle stanął. Pająk był wielkości prawie obu małych pięści Jaheiry i siedział w 

środku starannie  rozplecionej  pajęczyny  nie dalej  niż cal  przed nosem Abdela.  Pająk ani 
drgnął, kiedy Abdel cofnął się i wyciągnął miecz. Ostrze przecięło gałąź ponad nim, Xan 
powiedział   –   Czekaj!   –   ale   Abdel   bez   wahania   przeciął   pająka   na   pół   jednym,   dobrze 
wymierzonym cięciem. Chitynowy pancerzyk pająka rozpadł się i ze środka wybiegły setki, 
może nawet tysiące malutkich pajączków, rozpraszając się po ściółce i pajęczynie.

– Och, na Torma...
Jaheira wzdrygnęła się i powiedziała:
– Wynośmy się stąd. Lepiej wynośmy się stąd.
– Już niedługo – wymruczał Korak, wystawiając głowę zza pnia ogromnego, powalonego 

drzewa.

Jaheira obróciła się w stronę ghula.
– Nie zjesz mnie, ghulu. Nie będziesz już żył, żeby posmakować... – urwała, uskakując 

przed jednym z pajączków. Wrzasnęła głośno i przeciągle z frustracji, gniewu i obrzydzenia. 
Włożyła palce we włosy i zaczęła je przeczesywać i potrząsać, aż jej się palce zaplątały. 
Przynajmniej jeden pajączek wypadł jej z włosów. Abdel wciągnął powietrze, kiedy Jaheira 
spojrzała   na   niego   z   dziko   potarganymi   włosami.   Przeraził   go   ten   widok   i   szybko   się 
odwrócił, kiedy zobaczył, że Jaheira to zauważyła. Pająk wylądował mu na policzku i Abdel 
trzepnął go silnie, rozsmarowując go sobie na twarzy.

–  Mielikki   odwróciła  się   od  tego  lasu  –  powiedziała  Jaheira   raczej  do  siebie  niż   do 

pozostałych.

– Pająki to po prostu... pająki – rzekł niewyraźnie Abdel.
– Tak, to prawda – odparła Jaheira – i zarazem część porządku natury jak wszystko inne, 

ale wolałabym, aby nie miały nic wspólnego... z moją... naturą.

Abdel uśmiechnął się i Jaheira także posłała mu słaby uśmiech.
– Jeśli prowadzisz nas w jakąś zasadzkę – powiedział Xan do Koraka, nie zauważając 

sceny,   jaka  rozegrała  się  pomiędzy   Abdelem  i   Jaheirą  –  umrę  dopiero,   gdy  zapewnię   ci 
doznania drugiej śmierci.

– Nieustanne straszenie mnie – odparł Korak, obrzucając elfa pogardliwym spojrzeniem 

background image

swych pożółkłych oczu – wcale nie sprawi, że dotrzemy do tej waszej kopalni szybciej.

– No właśnie – rzekł Xan, wyciągając miecz. – Miałem...
Abdel popchnął mocno elfa w plecy tak, że ten prawie upadł.
– Idziemy – powiedział najemnik do Xana, po czym zwrócił się do ghula. – Zaprowadź 

nas tam. Już.

Ghul kiwnął głową, odwrócił się i podjął marsz. Xan, oddychając ciężko, tylko patrzył, 

jak Abdel i Jaheira idą za ghulem, raz po raz uchylając się przed pajęczynami. Elf stał chwilę, 
strącając natrętne pająki, aż w końcu ruszył za nimi.

* * *

– No właśnie – odezwał się Abdel szorstko – wracamy.
Korak zatrzymał się i odwrócił, by spojrzeć na najemnika.
– Wracamy?
– Właśnie – potwierdził Abdel.
–   Prowadzisz   nas   do   jakiegoś   pajęczego...   pajęczego...   –   zaciął   się   Xan,   szukając 

właściwego słowa – ... pajęczego piekła.

–   Lepiej   idźmy   –   powiedziała   Jaheira,   głosem   słabym   i   drżącym.   Zaczęła   robić   się 

nerwowa i Abdel przypomniał sobie zhentarimskiego maga Xzara. Dlatego zapragnął nagle 
wyprowadzić ją i całą ich grupę z Kniei Otulisko. Od momentu, kiedy pająk wlazł pod zbroję 
Jaheiry i ugryzł ją, ich liczba nieustannie się zwiększała. Choć w Kniei Otulisko już było 
ciemno, wszyscy wiedzieli, że niedługo zajdzie słońce. Cienie stawały się coraz głębsze i 
mogły kryć nawet więcej i większych pająków. Jaheira podrapała się w piersi przez zbroję i 
jeszcze raz przetrząsnęła włosy. Strzepnęła coś z karku.

– Lepiej idźmy – powtórzyła.
– Już niedaleko – zaprotestował ghul. – Prowadzę was. Prowadzę was.
– Ciągniesz nas przez morze pająków – zaoponował Xan. – Dokąd nas prowadzisz?
– Do kopalni – powiedział ghul. – Prowadzę was do kopalni. Za mną... Za mną...
Ghul pomachał ręką, aby szli za nim. Abdel miał już dosyć i nie poruszył się. Usiadł, jak 

czynił to już setki razy w ciągu ostatniej godziny i otarł twarz z lepkiej pajęczyny.

– Starczy, Korak – rzekł Abdel. – Wyprowadź nas stąd, albo zabiję cię i wtedy sami 

spróbujemy się stąd wydostać.

– Jak sobie życzysz  – odparł ghul, kłaniając się. – Jak sobie życzysz, dobry panie. – 

Korak odwrócił się i podążył w tym samym kierunku, co przedtem.

Xan westchnął głośno.
– Pozwól mi. Proszę, Abdel. Pozwól mi go zabić.
Jaheira ruszyła za ghulem.
– Lepiej idźmy – powiedziała znowu.
Xan wciągnął powietrze do płuc, zatrzymał się i wolno je wypuścił.

background image

– Tam coś jest – wyszeptał ledwie słyszalnym głosem.
Abdel   już   zdążył   ruszyć   za   Jaheirą   i   Korakiem,   którzy   głośno   przedzierali   się   przez 

opanowany przez pająki las. Najemnik wolno się odwrócił i położył prawą dłoń na rękojeści 
pałasza.

– Gdzie?
– Za nami – odparł elf – i z boku... z obu stron.
– Ilu?
– Wystarczająco – rzekł elf i szybko ruszył za Jaheirą. – Idźmy.
Abdel zawahał się, pragnąc zostać i walczyć.
– Abdel – zawołał go Xan. Elf musiał czuć, że cokolwiek za nimi idzie, wie gdzie się 

znajdują.

Abdel ruszył się, ale zaraz cofnął.
– Widzisz ich? – zapytał Xan cicho.
– Co to? – zapytała Jaheira. – Czy ktoś nas...
– ... tropi? – dokończył za nią Xan. – Tak. Nie zatrzymujmy się.
– Powinniśmy się rozdzielić – wyszeptał Abdel do elfa. – Spróbować zajść ich po łuku od 

tyłu.

– Śmierdzą – powiedział elf i Abdel zdał sobie sprawę, że Xan się boi. – Nie wiem, kim 

lub czym są, Abdel, ale na pewno nie są to ludzie ani elfy. Nie chcę się rozdzielać.

– Zaganiają nas gdzieś? – zapytała Jaheira.
– Tak – odpowiedział Xan. – Naprowadzają nas gdzieś, gdzie... prowadzi nas ghul.
–   Mogę   przyznać   się   do   pomyłki   wystarczająco   wcześnie,   Xan   –   powiedział   Abdel, 

zmuszając się do uśmiechu.

– To będzie trudne – odparł elf – być w porządku wobec... Tam!
Abdel zatrzymał się i spojrzał, gdzie Xan pokazywał palcem. Zobaczył tylko kawałek 

rdzawo-brązowego boku jakiejś istoty. Była kosmata.

– Coś jakby pająk – odezwała się Jaheira, kończąc myśl Abdela.
– Pająki umierają – odparł Abdel, starając się ją pocieszyć. – Jak wszystko inne.
– Nie zatrzymujmy się – rzekł Xan. Zaczął się pocić obficie i dobył miecza. – Musimy iść 

stale naprzód. Jeśli staną się zbyt pewne siebie...

– Zbliżą się wystarczająco, by... Tfu! – Abdel wypluł pająka z ust i oczyścił twarz z 

pajęczyny.

– Idziesz prosto ku temu – Powiedziała Jaheira, jakby trzeba to było Abdelowi mówić.
W  zaroślach   za  nimi  rozległ   się głośny  trzask.  Jaheira  chwyciła   Abdela   pod ramię   i 

wrzasnęła: – Ruszajmy!

Abdel nie zamierzał się opierać. Strzepnął resztki lepkiej pajęczyny i pobiegł za Jaheirą, 

która zniknęła w pogoni za Xanem i Korakiem. Szelest towarzyszył im z tyłu, lecz stwór, 
czymkolwiek był, nie atakował ich.

background image

Abdel zdążył  oczyścić sobie twarz do końca, zanim ujrzał plecy uciekającego Xana i 

nadepnął mu na pięty.

– Co się dzieje? – powiedział Abdel, rozejrzał się, usłyszał, że Jaheira powstrzymuje się 

od krzyku i niemal sam nie wrzasnął.

Drzewa   otwierały   się   na   polankę.   Polankę   pełną   pajęczyn   wszystkich   rozmiarów, 

kształtów   i   stopni   złożoności,   od   prostych   nici   rozpostartych   pomiędzy   gałęziami,   po 
niewiarygodne konstrukcje linowe, przypominające Abdelowi legendy o miastach Evermeet. 
W czymś, co wyglądało na gniazda, roiło się od malutkich pająków, a w jednej z pajęczyn, 
zbudowanej z nici grubszej niż najgrubsza lina, jaką Abdel widział, siedział pająk wielkości 
krowy.   Jego   bulwowate   ciało   było   czarne,   nakrapiane   czerwienią.   Dymiący   zielony   jad 
skapywał z jego drgającej żuchwy.

Jaheira stała tak z otwartymi  ustami i wytrzeszczała oczy.  Strach obezwładnił ją, nie 

mogła ani uciekać, ani krzyczeć. Xan mruczał coś po elficku, pewnie modlitwę i łza pociekła 
mu po policzku.

Korak wiercił się w miejscu, nie wiedząc w którym kierunku ma uciekać i powiedział 

jedynie: – Ops!

Na środku polanki stało coś, co Abdel mógł nazwać tylko budynkiem.

background image

Rozdział szesnasty

Olbrzymi   pająk   zobaczył   ich   i   wrzasnął.   Odpowiedział   mu   świergoczący,   bezmyślny 

krzyk Jaheiry. Abdel niemal sam nie wrzasnął, gdyż strach pełzał mu pod skórą w dół, aż 
skurczyły mu się jądra. Spojrzał na Jaheirę i prawie nie wrzasnął po raz drugi. Kobieta traciła 
zmysły.

Ettercapy – porośnięte kępkami sierści humanoidy – wybrały tę chwilę na atak, a może 

wrzask olbrzymiego pająka był dla nich rozkazem. Kiedy wypełzły z zarośli, Abdel szybko 
wysunął z pochwy miecz i natarł na nie z grymasem determinacji, który zawsze pojawiał się u 
niego w  podobnych  chwilach.  To wytrąciło  ettercapy z równowagi i pierwszy,  który był 
najbliżej, musiał atakować sam.

Istoty były niższe od Abdela, choć wyższe od Jaheiry i Xana. Nie poruszały się szybciej 

niż   zwykli   ludzie,   ale   ich   chude,   pająkowate   kończyny   wywijały   dziko   i   sprawiały,   że 
wyglądały na szybsze. Ten, który atakował Abdela, otworzył usta z kłami i Abdel niemal nie 
zakrztusił   się   wonią   jego   jadu.   Ciął   mieczem,   lecz   odrobinę   za   wysoko   i   ostrze   odcięło 
stworowi tylko czubek jego długiego, szpiczastego ucha.

Ettercap zawył, ale kontynuował atak. Abdel usłyszał, że Xan walczy z drugim, który 

wyskoczył z zarośli tuż przed nim. Wrzecionowata ręka o długich, zakończonych ostrymi 
pazurami palcach trafiła Abdela w lewe ramię, upuszczając nieco krwi i przekleństw z ust 
najemnika.   I   w   tym   momencie   Abdel   przestał   myśleć   o   otaczającym   go   świecie,   nawet 
zapomniał o Jaheirze, którą ostatnio widział sparaliżowaną ze strachu.

Odciął ettercapowi rękę i stwór z piskiem wycofał się, a jego miejsce zajęły dwa inne. 

Abdel przebił jednemu oko, podczas gdy drugi próbował chlasnąć go w prawą nogę swymi 
ostrymi jak igła pazurami. Abdel chrząknął i kopnął stwora lewą nogą wprost w jego obwisłą 
pierś. Od siły uderzenia zarośnięta klatka stwora zapadła się, ettercap zipnął z płuc całym 
swoim smrodem i upadł na kolana. Abdel uniósł miecz i opuścił na prawy bark klęczącego 
potwora. Ettercap nawet nie zajęczał, ale Abdel wiedział, że musiał trafić w tętnicę. Krew 
trysnęła fontanną, pulsując gwałtownie, a potem coraz wolniej wraz z każdym coraz słabszym 
uderzeniem serca. Stwór przyłożył rękę do rany, jego szare oczy wywróciły się i runął na 

background image

ziemię.

Abdel poczuł ostry ból w lewym barku i odskoczył w tył – akurat w dobrym momencie. 

Jedyny cały stwór drapnął go po raz drugi, ale nie zdążył go ugryźć swymi jadowitymi kłami. 
Abdel   pchnął   mocno   oburącz   i   ostrze   zagłębiło   się   w   ciele   ettercapa,   roztrzaskując   mu 
kręgosłup i z wyraźnym chlupnięciem wyszło plecami. Zanim stwór zwalił się na ziemię, 
Abdel lewą nogą zepchnął go z ostrza swego miecza. W tym momencie rozległ się za nim 
krzyk i Abdel odwrócił się.

Jaheira wołała Khalida i Abdel drgnął zarówno na dźwięk imienia, które wołała, jak i 

śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji, w której się znajdowała. Rzucała się zaplątana w czymś 
w rodzaju pajęczej sieci, zrobionej z grubych, solidnych nici. Sieć ciągnęły po ziemi dwa 
ettercapy, od jednego gniazda malutkich pająków przez następne. Jaheira dyszała, by złapać 
oddech i znowu krzyczeć.

Abdel postąpił naprzód, ignorując Xana walczącego o życie i wpadł w pułapkę. Kostka 

przylgnęła  mu  do lepkiej, grubej  liny.  Abdel  potknął się  i wywinął  fikołka,  dostrzegając 
jednocześnie, jak po linie biegnie w jego stronę ettercap. Najemnik podjął próbę przecięcia 
liny, która przylepiła mu się do kostki, wziął zamach, jednak zbyt szeroki, gdyż bał się uciąć 
sobie nogę, i zamiast trafić w linę, trafił nadbiegającego ettercapa w jego pękaty brzuch. Nić 
wychodziła właśnie z podbrzusza stwora, a kiedy z rozpłatanego brzucha trysnęła krew, nić 
straciła swoje przylepne właściwości, a stwór z piskiem zdechł. Krew wymieszana z lepką 
substancją pajęczynowatą chlusnęła z rany potwora na nogi Abdela i najemnikowi udało się 
niemal   całkowicie   uwolnić   stopę   z   nici,   nim   spadła   na   niego   z   góry   cała   sieć   –   z   nici 
grubszych i jeszcze bardziej lepkich. Jego prawe ramię przylgnęło przylepione do boku, więc 
zaryzykował przerzucenie swego miecza do lewej dłoni. Kiedy go chwycił, przekręcił się na 
plecy i zasłonił mieczem twarz.

Olbrzymi  pająk,  którego   wcześniej   zobaczyli  siedzącego   w  środku  swej   gigantycznej 

pajęczyny, zmierzał teraz szybko po swych niciach do pobliskiego drzewa, wprost na Abdela, 
z jego otwartych szczęk sączył się jad.

– Tormie, chroń mnie! – zawołał Abdel i ciął mieczem z lewa na prawo. Pająk zatrzymał 

się na chwilę, a Abdel przeturlał się na bok, starając się wyrwać z sieci. Poczuł bolesne 
szarpnięcie   za   włosy,   wokół   szyi   owinęła   mu   się   lepka   nić   sieci.   Teraz   był   jak   mucha, 
smakowity kąsek dla ośmionożnego drapieżcy, i jak mucha szarpał się w desperackiej próbie 
uwolnienia, grzęznąc w sieci coraz bardziej.

– Uspokój się – powiedział pająk.
Abdel wzdrygnął się na dźwięk jego słów. Jakby ktoś przejechał szkłem po stali. Włosy 

stanęły mu dęba, nie tylko z powodu zgrzytliwego dźwięku, ale i przerażenia, że taki stwór 
potrafi w ogóle mówić.

– Nie ruszaj się, człowieku i daj, aby Kriiya mogła cię wyssać. Kriiya osuszy cię do cna.
Abdel krzyknął i rzucił się naprzód. Wykonał fintę i pająk dał się nabrać, uskakując w 

background image

bok. Abdel nakarmił potwora ostrzem swego miecza, wpychając mu ostrze prosto w rozwarty 
pysk. Miecz zagłębił się na całą stopę, nim napotkał opór. Krew i trucizna chlusnęły z pyska 
umierającego   potwora.   Jego   konwulsje   były   tak   silne,   że   Abdel   prawie   stracił   chwyt   na 
rękojeści pałasza. Nogi potwora ugięły się pod nim z głośnym trzaskiem, który zagłuszył 
krzyk Jaheiry tak, iż Abdel jedynie pomyślał, że wołała: „Tato!”, ale nie był pewny.

Potwór spadał  wprost na niego,  więc Abdel, zamykając  oczy i usta przed śmiertelną 

trucizną, szarpnął się i odturlał, a potwór – ważący lekko tonę – zwalił się z konaru drzewa na 
ziemię. Jego odwłok pękł, wylewając fale śluzu, trucizny i kwasów żołądkowych syczących 
na pajęczynie i roślinności ściółki.

– Jaheira! – krzyknął Abdel, ale nie otrzymał odpowiedzi. Leżąc na ziemi prawie nic nie 

widział, spróbował więc wstać, ale nie udało mu się. Wciąż był zaplątany w lepkie, grube nici 
pajęczyny   i   miał   ograniczoną   swobodę   ruchów.   Wciąż   jednak   trzymał   w   lewej   dłoni 
ociekający posoką miecz  i po krótkich zmaganiach  i kilku cięciach  udało mu  się usiąść. 
Słyszał, że Xan walczy, oddychał ciężko, ale spokojnie. Kiedy Abdel w końcu dojrzał Xana, 
natychmiast docenił jego umiejętności w posługiwaniu się mieczem. Jakkolwiek podróżowali 
razem już od jakiegoś czasu, Abdel nie miał zbyt wiele okazji widzieć go w akcji. Zwykle, 
kiedy Xan walczył, Abdel również walczył, a kiedy walczył, rzadko się rozglądał. Miecz elfa 
wirował przed nim w oślepiającym tańcu i dla Abdela zdawał się być niczym jakaś magiczna 
tarcza. Ale nie było w tym żadnej magii, elf był po prostu bardzo dobry.

Na ziemi u stóp elfa leżały już dwa martwe ettercapy, a Xan zawzięcie męczył ostatniego. 

Stwór  broczył  już  z  tuzina  ran   i  w   jego  oczach  było   widać  wyraźną  desperację,   ale   nie 
wahanie. Walczył uparcie i Abdel, nie ośmielając się krzyczeć dla zachęty, by nie rozpraszać 
elfa,   tylko   patrzył   z   nadzieją   na   zwycięstwo   Xana.   Niedługo   później   Xan   wykonał   dwa 
szybkie celne cięcia i stwór, zachłystując się własną krwią, padł.

– Xan! – zawołał Abdel.
Elf spojrzał na niego szybko,  nie puszczając gardy.  Abdel zobaczył  pająka wielkości 

monety biegnącego po piersi elfa i sam poczuł jak jeden taki wchodzi mu na nogę.

– Xan, pomóż mi się uwolnić! Musimy pomóc...
Wielki pająk skoczył Xanowi na plecy. Wyskoczył znikąd i Abdelowi aż dech zaparło z 

zaskoczenia, podobnie jak elfowi, którego siła pchnięcia powaliła na kolana. Xan spojrzał z 
zakłopotaniem  Abdelowi  w  oczy.   Abdel   pociągnął  sieć   przylepioną  do  kostki,  zdzierając 
sobie skórę. Wrzasnął z bólu, ale nie przestał ciągnąć, dopóki się nie uwolnił, pozostawiając 
przylepiony do nici kawałek skóry. Pająk siedzący Xanowi na plecach otworzył żuchwę tuż 
nad karkiem elfa, a Xan, wciąż patrzący na Abdela, dopiero teraz zdał sobie sprawę, co się za 
chwilę stanie.

– Xan! – krzyknął Abdel, ciągle wyrywając się z sieci. – Nie!
Żuchwa pająka zamknęła się i głowa elfa z głośnym chrzęstem odpadła.
– Nie! – krzyknął Abdel po raz drugi i uwolnił prawe ramię, ciągnąc ślad krwi i strzępki 

background image

nici. Wrzasnął i wstał.

Pająk skoczył na niego i Abdel przeciął go na pół jeszcze w powietrzu. Krew pająka była 

tak gorąca, że parzyła wszędzie tam, gdzie oblała jego ciało. Stwór rzucał się przez chwilę po 
ściółce i drgał. Abdel odwrócił się.

– Jaheira – powiedział – już idę.
– Ona jest tam – odezwał się Korak.
Abdel spojrzał na ghula. Zapomniał o nim.
– One zaciągnęły panią tam – Korak pokazał ręką kierunek, a Abdel rzucił się na niego.
Ghul uciekł, a Abdel, dysząc ciężko, skąpany we krwi i jadzie, poparzony,  broczący 

krwią i drżący, pozwolił mu się oddalić. Popatrzył w kierunku wskazanym przez ghula, na 
środek diabelskiej polanki.

Stał tam budynek.
Budynek wyglądał jak masywna chata w kształcie rotundy,  tak duża, jak budynki na 

Wybrzeżu Mieczy. Była biała z fragmentami jasno szarymi, gładka w wielu miejscach, w 
innych wypukła. Została skonstruowana z pajęczych sieci i jeszcze czegoś, czego Abdel nie 
mógł   rozpoznać,   dopóki   nie   podszedł   bliżej.   Były   to   ciała,   ludzkie   ciała,   w   większości 
pozbawione krwi i wnętrzności, osuszone i zawinięte  w  kokony z pajęczej  sieci,  służące 
niczym wsporniki dla tej nieludzkiej budowli.

Abdel nie miał czasu brzydzić się tym widokiem. Jaheira była w środku, Xan nie żył, a 

ghul uciekł. Ona potrzebowała go, a on czuł, że nie może jej zostawić. W każdych innych 
okolicznościach Abdel może by się zatrzymał, by rozważyć sytuację, może nawet opierałby 
się swoim emocjom. Ale kochał ją. Ona tam była i tylko sam Szalony Cyric wiedział, co jej 
się mogło stać. Jeśli nie udałoby mu się jej uratować, wolałby umrzeć. Nie chciał żyć bez niej.

* * *

Pająki i coś, co mogło być dziećmi ettercapów, rozproszyły się, kiedy Abdel wtargnął do 

pomieszczenia. Dwa dorosłe ettercapy, które wciągnęły Jaheirę do domu, odwróciły się i bez 
zastanowienia   zaatakowały.   Abdel   rzucił   się   na   nie   niczym   dziki   zwierz   i   wybuchnął 
śmiechem, kiedy wreszcie położył trupem drugiego. Oba stwory leżały u jego stóp, wijąc się 
w śmiertelnych konwulsjach. Abdel rozejrzał się.

To, co zobaczył, sprawiło, że cofnął się dwa kroki w tył. Kolana mu zadrżały i poddały 

się. Uklęknął na nierównej podłodze tej koszmarnej komory i spróbował powstać raz, drugi, 
aż zauważył,  że nawet podłoga w tym  miejscu była zrobiona z wyssanych, wysuszonych 
ludzkich trupów. Zwymiotował wprost w otwarte do niemego krzyku usta zmumifikowanej 
kobiety, włosy stanęły mu dęba i zaczął w pośpiechu się wycofywać, powtarzając pod nosem: 
– Tormie, Tormie, Tormie...

Jaheira jęknęła i Abdel wstał tak szybko,  że niemal  jej nie minął.  Żyła, zobaczył  ją, 

zaplątaną   w   lepką   pajęczynę,   w   której   została   tu   zaciągnięta.   Była   odwrócona   do   niego 

background image

plecami. Oddychała. Plecy jej drżały.

Bezpośrednio nad kokonem z Jaheirą było coś, co Abdel mógł opisać jako „królową”. 

Sieci zwisały w luźnych pasmach, udrapowane na ścianach z martwych ciał. Zawieszone w 
środku rozpostartej na suficie pajęczyny było coś, co niegdyś  musiało być  kobietą, może 
ludzką kobietą. Teraz była potwornie, nienaturalnie gruba, rozdęta i purpurowa. Masywne 
ciało składało się z bladych fałdów ciała, jeden na drugim. Było zbyt ciemno, by Abdel mógł 
dostrzec, co porusza się po tych fałdach w górę i w dół – z pewnością pająki, ale też jakieś 
małe, futrzane, humanoidalne postacie. Abdel zdał sobie sprawę, że pająki i ich humanoidalni 
kuzyni wykorzystują tę kobietę, aby dawała im potomstwo, jak żłobek, inkubator... Abdel 
zwymiotował jeszcze raz.

– Czy jestem aż tak obrzydliwa? – zapytała kobieta głosem, przypominającym chrząkanie 

świni. – Tak, myślę, że muszę być taka.

Jaheira wrzasnęła i powiedziała: – Nie, och nie.
Tysiące   pełzających   po   ciele   królowej   poczwar   odrywały   kawałki   jej   tłustego, 

spuchniętego ciała i zjadały je. Twarz kobiety była pomarszczona, purpurowa, skąpana jadem, 
drwiąc jakby z ludzkiej natury, której kiedyś była dziełem. Płat ciała zwinął jej się na czole, 
zasłaniając jedno oko. Utrzymywali ją tu przy życiu, żywą, choć unieruchomioną, paraliżując 
ją może swoimi jadami, aby wykorzystywać jako matkę i żywicielkę. Abdel nie miał już 
czym   wymiotować   i   niewiele   brakowało,   by   wypluł   swoje   wnętrzności.   Nie   mógł   sobie 
wyobrazić, aby Otchłań była gorsza i zastanawiał się, czy przypadkiem ghul nie wyprowadził 
ich   poza   Toril,   do   jakiegoś   innego,   koszmarnego   wymiaru.   Jak   to   nazwał   Xan?   Pajęcze 
Piekło.

– Jaheira – odezwał się Abdel, wyrywając swój umysł z okowów strachu.
– Abdel – wydyszała – Abdel, pomóż mi...
Podszedł do niej, spoglądając na rozdętą kobietę, której jedno oko śledziło jego drogę.
– Jestem tu – powiedział  jej i te dwa słowa sprawiły,  że się odprężyła.  Była  ciasno 

owinięta lepką siecią i Abdel nie miał pomysłu, jak ją uwolnić.

– Ogień – powiedziała rozdęta kobieta. – Przyłóż ogień do pajęczyny, to ją uwolnisz.
– Czym jesteś? – zapytał Abdel, nie patrząc istocie w twarz.
– Ofiarą – odpowiedziała. – Nazywam się Centeol.
– Co zrobiłaś? – zapytał jej Abdel. – Co takiego mogłaś zrobić, aby na to zasłużyć?
– Zakochałam się – odpowiedziała smutno – i to wystarczyło.
Abdel poczuł, że łka. Zdarzyło mu się to po raz pierwszy, nigdy w życiu tego nie robił.
– Czy muszę błagać? – zapytała Centeol.
– O co?
– Zabij mnie – poprosiła.
Abdel stał i zamrugał oczami, by spłynęły łzy. Jaheira zemdlała. Jej spokojny oddech 

niósł się głośnym echem po dużej komnacie. Abdel uniósł oburącz miecz, sięgnął najwyżej 

background image

jak mógł i przebił ciało przeklętej kobiety jednym, potężnym pchnięciem. Centeol zacharczała 
i umarła, podczas gdy jej przebity brzuch rozpruł się szeroko. Z góry poleciały strugi krwi, 
jadu i pająki tysiąca gatunków wraz z nienarodzonymi ettercapami, zalewając Abdela szeroką 
falą. Było tego tyle, że struga obaliła go na ziemię. Choć miał oczy i usta zamknięte, niektóre 
z pajączków powchodziły mu do nosa. Pełzając przez kupę tłustego mięsa, Abdel bardziej 
prześliznął się niż doszedł do Jaheiry. Była ciężka, bardzo ciężka, a on był zmęczony. Jednak 
mimo wyczerpania spróbował ją dźwignąć. Sieć kokonu przylepiła się do niego i w tym 
wypadku pomogła mu ją nieść.

Wyszedł poza koszmarny dom i kiedy dotarł do linii drzew, zaczął biec. Gałęzie i ciernie 

kłuły i drapały ich oboje, ale nie dbał o to. Nie zatrzymywał  się, dopóki nie dobiegł do 
rwącego potoku. Musiało to być kilka mil za lasem pająków. Było ciemno i zimno.

Położył Jaheirę na ziemi i z bólem odkleił się od pajęczyny. Oddarł kawałek grubego 

materiału ze swoich spodni, owinął nim koniec kija, formując prymitywną pochodnię. Chwilę 
czasu szukał swej hubki i krzesiwka, a gdy znalazł po omacku, w końcu udało mu się zapalić 
pochodnię.   Przez   te   wszystkie   godziny,   które   zajęło   mu   ostrożne   przypalanie   pajęczyny 
tworzącej kokon wokół nieprzytomnej wciąż Jaheiry, ani na chwilę nie przestawał myśleć. 
Podczas pracy ocierał sobie z oczu krew i schnący jad. Wstało już słońce, kiedy wreszcie 
zobaczył jej twarz. Otworzyła oczy i spojrzała na niego, po czym zamknęła je i zapłakała. 
Zdjął   z   niej   ubranie,   powoli   i   delikatnie,   sam   też   się   rozebrał,   po   czym   zaniósł   ją   do 
zaskakująco ciepłej wody strumienia. Położył się obok niej, czekając, aż woda obmyje ich 
ciała. Płakała długo, więc trzymał ją w objęciach i sam też płakał.

Po jakimś czasie wyszli z wody. Abdel starał się nie patrzeć na nią, kiedy prała swoje 

ubranie. Odłożyła mokre rzeczy i stanęła, patrząc na jego plecy, wiedząc, podobnie jak i on, 
że już więcej się nie rozdzielą.

background image

Rozdział siedemnasty

– Jeden zaginiony strażnik nie przestraszy mnie, głupia – warknął Sarevok do pustej ramy 

po   obrazie.   Przerwał,   czekając   lub   nasłuchując   odpowiedzi,   której   Tamoko   nie   mogła 
usłyszeć.

Patrzyła się na plecy kochanka i starała się, bez powodzenia, skupić. Znów tu była, w 

łóżku Sarevoka, obserwując jak patrzy w ramę, a potem mówi do niej, a potem krzyczy i 
grozi jej. Był zdenerwowany i Tamoko to widziała. Nie szło mu. A Sarevok nie był typem 
człowieka, jeśli w ogóle był człowiekiem, który by to tolerował. Jeśli jakaś część jego planu 
zawodziła, raczej sam osobiście go naprawiał, niż wydawał rozkazy z daleka. Nikomu nie 
ufał, nawet Tamoko. Wciąż o czymś myślał. Coś chodziło mu po głowie, a ona nie wiedziała 
co, ale czuła to przez skórę.

Przesunęła  dłonią  wzdłuż swego gładkiego,  silnego  ramienia  i skoncentrowała  się na 

uczuciu dotyku. Sarevok dotykał ją w ten sposób, ale nie ostatnio. Cokolwiek się działo, 
przykuło jego uwagę i stracił do niej całe swoje zainteresowanie. Traciła go, traciła jego 
dotyk   i   z   każdym   dniem   obawa   w   niej   narastała.   Nie   obawiała   się   Sarevoka,   chociaż 
wiedziała,  że   zdolny  jest  do  wyjątkowego   okrucieństwa.  Obawiała  się  o  niego.   Widziała 
potencjał w tej władczej osobowości i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zaprzepaszcza ten 
potencjał.   Ten   człowiek,   który   roztaczał   wokół   siebie   aurę   nadnaturalnej   mocy   –   tak 
mentalnej, jak i fizycznej – służył jakiemuś panu, nawet kiedy planował samemu urosnąć w 
moc. Marnował wiele swoich talentów, rzucając się na... na co? Na władzę? Na złoto? Mógł 
mieć   Tamoko,   wyćwiczoną   zabójczynię,   która   dobrowolnie   nie   oddała   się   nikomu. 
Rozkazywał niezwykłym stworom, choćby sobowtórniakom. Ludzie drżeli na dźwięk jego 
głosu i kulili się pod żarem jego wzroku. Tamoko wiedziała, że mógłby być królem całego 
świata,   ale   on   wydawał   się   interesować   tylko   kopalniami,   rudą   i   bandytami.   Zatrudniał 
bandytów.

Zapragnęła coś powiedzieć, przekonać go, że mógłby więcej, że sam mógłby być kimś 

więcej, ale ugryzła się w język. Obawiała się nawet myśleć w ten sposób w jego obecności, 
była pewna, że wie o czym ona myśli i jedynie czeka na okazję, aby udowodnić jej, że i ona w 

background image

końcu przestanie być dla niego użyteczna.

Wtedy mnie zabije, pomyślała, zabije mnie powoli, jak innych. Czy naprawdę mógłby 

dotykać   mnie   tak,  jak  to  robił,   całować   mnie,   tak  jak  to  robił,   a  potem   zabić  mnie,   jak 
zdrajczynię, zlekceważoną i pozbawioną honoru?

Fakt, że mógł, że wiedziała, że mógł to zrobić, sprawił, że zadrżała.
– Co masz na myśli, mówiąc, że nie możesz znaleźć księgi? – zapytał Sarevok głosem tak 

ciężkim jak sam świat. – On nie powinien jej widzieć.

* * *

– Tam są ludzie i elfy – powiedziała Jaheira cicho – i wielu krasnoludów. Wszyscy są 

zakuci w łańcuchy.

– Niewolnicy – przyznał Abdel.
Jaheira drgnęła, strzepnęła pająka, którego nie było i zadrżała na chłodnym powietrzu. 

Nie czuła się wygodnie na drzewie. Patrzyła na nie, jakby mogło ożyć i chwycić ją, chwycić 
ją i zrzucić. Abdel obserwował ją przez półtora dnia, bardzo dokładnie, i choć początkowo 
zachowywała   się   równie   niespokojnie   jak   Xzar,   w   końcu   jej   tiki,   paniczne   strzepywanie 
czegoś z karku i ramion, wytrzepywanie włosów zaczęły ustępować. Abdel nie mógł jej za to 
winić. Minie wiele czasu, zanim spojrzy na pająka bez strachu. Jaheira uwierzyła, że malutki 
pająk, który ją ugryzł, miał w sobie jakiś jad zmieniający umysł i ona wciąż odczuwała tego 
efekty.

– Jest ich zbyt wielu – powiedziała Jaheira, wskazując na grupę strażników. Z pewnością 

byli to najemnicy, ubrani w kawałki zbroi. Nie mieli żadnych mundurów ani jakichkolwiek 
herbów, przynajmniej po tej stronie górniczego obozu, widocznej dla Abdela i Jaheiry.

Obóz   górniczy   znaleźli   właściwie   przez   przypadek.   Po   ucieczce   z   polany   pająków 

włóczyli się po Kniei Otulisko, mniej lub bardziej ostrożnie, próbując zapomnieć o przykrym 
doświadczeniu. Najpierw usłyszeli głosy – strażników i niewolników, następnie świst batów i 
pobrzękiwanie   łańcuchów.   Obóz   znajdował   się   na   polanie   równie   szerokiej   jak   ta,   którą 
zajmowały pająki. Na środku polany było niskie wzgórze. W jednym jego zboczu jawił się 
szeroki kwadrat wejścia, podpartego z brzegów grubymi drewnianymi stemplami. Do środka 
prowadziły   żelazne   szyny,   po   których   jeździły   ciągnięte   ręcznie   wagoniki,   niektóre 
wypełnione matowymi kamieniami, które Abdel rozpoznał jako rudę żelaza.

– Więc co robimy?  – zapytał  Abdel, patrząc na grupę strażników  z chęcią mordu w 

oczach.

– Abdel, nie możemy po prostu tam pobiec i zaatakować – odpowiedziała. – Ci ludzie 

spodziewają się, że ktoś mógłby tu trafić, nawet w środku Kniei Otulisko. Muszą mieć jakiś 
szlak prowadzący z kopalni do obozu bandytów. Xan... – urwała, wypowiadając imię elfa, 
lecz nie rozpłakała się. Abdel pomyślał, że może już zabrakło jej łez. – Xan powiedział, że 
właśnie tam składują rudę.

background image

– Skoro kopalnie w Nashkel są zamknięte – powiedział Abdel – otrzymają za rudę dobrą 

cenę we Wrotach Baldura.

– Jednak jeszcze jej nie sprzedadzą. Zaczekają, aż wybuchnie wojna, a może nawet aż się 

zakończy. Abdel przyjrzał jej się uważnie.

– Wciąż jesteś przekonana, że ktoś chce rozpocząć wojnę, że ktoś chce, aby Amn i Wrota 

Baldura skoczyły sobie do gardeł?

Spojrzała na niego smutno.
– Nie mam innego pomysłu, Abdel. Naprawdę nie mam. Zostałam wysłana... Przybyłam 

tu, aby się tego dowiedzieć...

Oczywiście miała swoje tajemnice, ale Abdel nie wiedział jak jej powiedzieć, że on o to 

nie dba. Czegokolwiek chciała, cokolwiek robiła – zapobiegała wojnie, rozpoczynała ją czy 
strzegła interesów jakiegoś bogatego Amnianina – jego to nie interesowało.

– Możemy tak siedzieć na tym drzewie całą wieczność – powiedziała, przygryzając dolną 

wargę.

– Hej, wy tam! – krzyknął twardy głos. Abdel pomyślał, że zostali zauważeni i na wszelki 

wypadek sięgnął po miecz. – Załadujcie rudę z tego wagonika na wóz, jak tylko się zatrzyma. 
Chcę, żeby jeszcze w południe wyruszył do Beregostu.

Rozkazujący był korpulentnym, lecz dobrze umięśnionym mężczyzną o ogolonej twarzy. 

Na początku Abdel pomyślał, że jest kolejnym półorkiem, ale po prostu był brzydki. Nosił na 
sobie proste, chłopskie ubranie, ale zachowywał się i mówił, jakby tu dowodził. Strażnicy 
odwrócili   się,   kiedy   mówił,   ale   nie   do   niego.   Patrzyli   na   grupę   sześciu   krasnoludów 
połączonych   łańcuchem.   Krasnoludy   wymieniły   spojrzenie   ze   strażnikami   i   przydreptały 
niechętnie do grubasa. Jeden z krasnoludów coś powiedział, lecz Abdel był za daleko, by to 
usłyszeć.

Grubas   odpowiedział,   ale   jego   donośny   głos   został   zagłuszony   przez   łoskot 

nadjeżdżającego wozu. Był to duży, dobrze zbudowany pojazd ciągniony przez dwa silne 
konie pociągowe i prowadzony przez niskiego człowieka w kolczudze. Woźnica zatrzymał 
wóz i szybko zeskoczył z siedzenia. Kulejąc podszedł do grubasa, a krasnoludy zaczęły wolno 
przenosić   wielkie   bryły   rudy   ze   stalowego   wagonika   na   wóz.   Dowódca   podniósł   rękę, 
uciszając woźnicę i pokiwał na jednego ze strażników. Najemnik podszedł i zamierzył się 
pejczem  na   jednego   z  krasnoludów.  Jaheira  odwróciła  wzrok.  Razy  odniosły  zamierzony 
rezultat i krasnoludy zaczęły ładować szybciej.

– Wygląda na to, że strażnicy grupują się po tej stronie obozu – powiedział Abdel.
– Bo tu wiedzie jedyna droga do obozu – domyśliła się Jaheira.
– Nie spodziewają się, że ktokolwiek zajdzie ich od strony pająków i całej reszty, którą 

ten przeklęty las kryje dla przygodnych wędrowców.

– Więc?
– Więc zajdziemy ich od tyłu.

background image

* * *

W pierwszej chwili niewolnicy, których Abdel uwolnił, nie chcieli uciekać. Patrzyli na 

niego podejrzliwie, nawet nie chcąc rozmawiać.

–  Uciekajcie!   –   wyszeptał   surowo   Abdel,   a   jego   głos   odbił   się   echem   w   korytarzu 

kopalni.

Jeden człowiek, brudny, słaby, spocony i kaszlący przy co drugim oddechu powiedział:
– Znam... moje miejsce, panie. Proszę... nie sprawdzaj mnie.
Abdel westchnął głęboko i odwrócił się, przyciskając plecy do szorstkiej ściany kopalni. 

Spoglądał   na   pięciu   mężczyzn   stojących   wkupię   rozkutych   łańcuchów.   Dwóch   z   nich 
spojrzało   na   siebie,   potem   na   Abdela   i   jeden   się   uśmiechnął.   Abdel   kiwnął   głową   w 
odpowiedzi i wśliznął się do bocznego korytarza.

– Abdel – wyszeptała Jaheira. Wykonał trzy długie, ciche susy w głąb mrocznego tunelu i 

zatrzymał się tak blisko niej, że ich ramiona zetknęły się. – Nie chcą uciekać?

– Myślą, że jestem strażnikiem sprawdzającym ich lojalność.
– Co za pomysł. Przecież ich nie wyniesiemy.
– Tędy – powiedział Abdel i nie czekając na jej zgodę wszedł głębiej do tunelu.
Kopalnia   była   co   jakiś   czas   oświetlana   przez   olejowe   lampy,   zawieszone   na   hakach 

wbitych w kamienny strop. Niektórzy z niewolników byli elfami, większość krasnoludami, 
więc   mogli   widzieć   w   ciemnościach.   Ludzie   pracowali   tylko   przy   ciągnięciu   ciężkich 
wagoników po szynach, więc nie potrzebowali wiele światła. Abdel miał kłopoty z orientacją 
w tunelach kopalni, więc teraz zdał się na doskonały wzrok Jaheiry.

– Tutaj – wyszeptała i wskoczyła w boczny korytarz tak szybko, że niemal nie zdążył 

zauważyć, gdzie się schowała.

Szedł za nią, aż doszedł do krótkiego przejścia. Jaheira szeptała coś do grupy siedzących 

na podłożu krasnoludów. Ich kilofy leżały oparte o ścianę, a oni leniwie żuli jakieś suszone 
mięso, jeden trzymał dużą manierkę z wodą.

– Żarty sobie robisz – odezwał się jeden z krasnoludów we wspólnym  języku, silnie 

akcentując.

– Przetniemy wam łańcuchy – powiedziała Jaheira – ale będziecie musieli zabrać je ze 

sobą.

– Ilu już uwolniliście – zapytał krasnolud, którego poszarzała broda była długa nawet jak 

na krasnoluda.

– Prawie dwa tuziny – odparł szybko Abdel. – Wliczając waszą piątkę.
– Ilu krasnoludów, chłopcze? – uściślił krasnolud.
– Z wami dwunastu.
Krasnolud wyszczerzył w uśmiechu szare, żółte i połamane zęby. Mówił powoli, głucho, 

jakby bez życia. Podrapał się w żelazną okowę wokół lewej kostki, przez którą przechodził 

background image

gruby łańcuch, łącząc w ten sposób całą piątkę.

– Tuzin krasnoludów, panienko – rzekł krasnolud, a pozostała czwórka uśmiechnęła się. – 

Na imię mi Yeslick. Wygląda na to, że bunt w naszych rękach.

* * *

Najemnik   Żelaznego   Tronu   umierał   wrzeszcząc   i   Abdel   pomyślał,   że   jest   żałosny. 

Spojrzał na Yeslicka, który właśnie zatłukł na śmierć ostatniego strażnika długim łańcuchem i 
powiedział:

– Wygląda na to, mój przyjacielu, że jesteście wolni.
Krasnolud uśmiechnął się, lecz natychmiast przestał. Wielki purpurowo-czarny siniak na 

jego czole sprawiał mu ból przy każdym ruchu twarzy.

– Dziękujemy wam obojgu – powiedział wolno, głos mu grzązł w gardle.
Na początku Abdel pomyślał, że ów krasnolud musi być tak samo ociężały na umyśle, jak 

i w mowie. Parę godzin później, kiedy wszyscy strażnicy Żelaznego Tronu byli już martwi 
albo uciekli do lasu, zdał sobie sprawę, że niezależnie od tego, jaki był Yeslick, nie był głupi. 
Krasnolud walczył przewidująco i z doświadczeniem, udowodnił, że jest bystrzejszy niż jego 
przeciwnicy.  Swoją  drogą  Żelazny   Tron  zatrudnił   tu  samych  żółtodziobów.   Abdel   stracił 
rachubę, ilu niedoświadczonych najemników tu zabił – co najmniej ośmiu – i prawie się nie 
spocił, choć otrzymał też jedno brzydkie cięcie w lewe przedramię, zadane krótkim mieczem 
przez jakiegoś głupka, który miał szczęście.

– Skąd się tu wziąłeś, Yeslick? – zapytał Abdel, mając nadzieję, że nie obrazi krasnoluda 

tym pytaniem. – Jak się tym głupcom udało zakuć takiego jak ty krasnoluda w łańcuchy?

Yeslick zaśmiał się i usiadł ciężko na głazie.
– Jeśli to by byli  ci głupcy – powiedział i odrzucił łańcuch, który upadł z brzękiem, 

schlapując krwią strażników nierówne podłoże – musiałbym zabić się z hańby. Zniewolił 
mnie sam Reiltar.

– Reiltar?
Krasnolud spojrzał na Abdela spod półprzymkniętych powiek.
– Chodźmy na powierzchnię, chłopcze, to opowiem ci moją historię.

* * *

– To nie brzmi dobrze, Yeslick – powiedział Turmod z klanu Orothiar swoim grobowym 

głosem, który echo poniosło korytarzem przodka. – Słyszysz?

Turmod znowu uderzył swoim ciężkim, żelaznym kilofem w ścianę i w tonie dźwięku 

dała   się   słyszeć   –   przynajmniej   dla   dwóch   krasnoludów   –   wyraźna   zmiana.   Yeslick   był 
sztygarem,   jego  grupa   górników   drążyła   dziesięć  metrów   dziennie  i  pragnął  utrzymać   to 
tempo. Skierowali ich tu inżynierowie, wskazując właściwy kierunek, a potem odeszli do 
innej części kopalni, jak tylko Yeslick i jego pięćdziesięcioosobowa załoga zaczęli kopać. 

background image

Zdarzało się już wcześniej, że krasnoludzcy inżynierowie mylili się, ale nie inżynierowie z 
klanu Orothiar. Kiedy oni decydowali, że tunel ma iść tędy, zawsze prowadził do tej rudy, 
której   szukali.   Tym  razem  szukali  żelaza.   Kiedy  rozległ  się  dziwny  dźwięk,  Yeslick   był 
przekonany, że to ruda żelaza i że kopali we właściwym kierunku.

– Kopcie dalej – polecił Yeslick załodze.
– Słyszysz to... – zaczął Turmod.
Yeslick przerwał, podnosząc rękę do góry.
– Przynajmniej poślij po jednego z inżynierów, Yeslick – zaproponował Turmod.
Yeslick poczuł ulgę. Jeśli wezwie teraz inżyniera, wykaże się jedynie ostrożnością, a nie 

tchórzostwem. Właściwie to nie chciał podejmować decyzji. Yeslick wiedział, że jest zbyt 
młody,  by decydować o czymś  takim, podobnie jak jego górnicy,  którymi  dowodził. Był 
kowalem z profesji i doświadczenia, ale każdy krasnolud w klanie Orothiar musiał odbyć 
swoją   praktykę   w   kopalni   i   teraz   była   kolej   Yeslicka.   Dorobił   się   sztygarowania,   gdyż 
zaimponował jednemu z panów kopalni. Oczywiście zaimponował mu swoim rzemiosłem 
kowalskim, nie kopaniem, ale nie miało to żadnego znaczenia dla właściciela kopalni. Od 
momentu   kiedy   inżynierowie   wskazali   im   kierunek,   całe   zadanie   Yeslicka   polegało   na 
okazjonalnym przypominaniu załodze o przerwach na posiłek. Krasnoludy lubią pracować, 
lubią kopać, więc nie musiał ich zmuszać do kopania czy błagać o wykonanie zadania. Co 
jakiś czas musiał zatrzymać ich, by zrobić pomiary i upewnić się, czy kopią we właściwym 
kierunku, ale to nie było zbyt trudne.

– Jomer – zawołał Yeslick młodego krasnoluda, z którym chodził na lekcje nauki pisania. 

Jomer puścił kilof i spojrzał na sztygara. – Poleć po inżynierów. Powinni być teraz niżej, w 
trzydziestym trzecim przodku. Powiedz im, że dokopaliśmy się do czegoś... albo jesteśmy 
blisko.

Jomer   skinął   i   zniknął   w   ciemności.   Yeslick   spojrzał   na   uśmiechniętego   Turmoda   i 

powiedział:

– Dobra, nie stój tak i nie ciesz się. Możemy kopać, zanim tu przyjdą. Cokolwiek jest w 

tej skale, jest jeszcze przed nami.

Turmod, wyraźnie zadowolony, że przyjdą inżynierowie, odwrócił się i zaczął kruszyć 

skałę kilofem, nieświadomy niebezpieczeństwa, które czaiło się tylko kilka stóp dalej.

W miarę jak lata przechodziły w dekady, Yeslick często wracał do tej chwili. Zawsze 

trudno   było   mu   uwierzyć,   że   dziwny   odgłos   kilofa   uderzającego   o   skałę   był   jedynym 
sygnałem.   Nie   mógł   uwierzyć,   że   nie   było   przecieku,   nawet   wilgotnych   plam   czy 
czegokolwiek   innego.   Skała   nie   była   nawet   wilgotna,   nie   wchłonęła   ani   odrobiny  wody, 
kryjącej   się   tuż   za   nią.   Był   dobrym   kowalem   i   złym   górnikiem,   ale   był   krasnoludem   i 
powinien wiedzieć, że za ścianą, tylko kilka cali dalej kryje się jezioro zimnej jak lód wody. 
Obwiniał   siebie   za   to,   co   się   potem   stało,   ale   w   miarę   upływu   lat   zaczynał   akceptować 
prawdę. To przecież inżynierowie – nieomylni inżynierowie z klanu Orothiar – wskazali im 

background image

zły kierunek. To nie była jego wina.

Woda pojawiła się nagle. Pracowali Yeslick, Turmod i inni, krusząc skałę, kiedy nagle 

wszyscy   naraz   znaleźli   się   pod   wodą.   Najpierw   ogłuszający   huk,   a   potem   dziwna   cisza. 
Yeslick wstrzymał dech, zamknął oczy i modlił się do Moradina, miotany prądem wodnym 
jak   korek   w   nieskończonym   morzu   ogarniętym   huraganem.   Choć   próbował   później   to 
powtórzyć, lata później, nigdy nie udało mu się przekroczyć stu pięćdziesięciu uderzeń serca, 
ale mógł przysiąc, że tamtego dnia wstrzymywał swój oddech godzinami.

Z  oczami  zamkniętymi,   prawą  dłonią  przyciskającą  nos   i usta,  lewą  ręką  osłaniającą 

głowę przed zderzeniem ze skałą, kamieniami i ciałami towarzyszy, Yeslick podążał wsteczną 
falą w głąb korytarza i do systemu naturalnych  jaskiń, których istnienia nie podejrzewał. 
Kilka   razy   wypływał   na   powierzchnię   i   chwytał   powietrze,   choć   wtedy   nie   miał   żadnej 
świadomej myśli o własnym życiu. Wypływał po powietrze może z pół tuzina razy, zanim w 
końcu zemdlał.

Ocknął się kaszląc, nie potrafiąc określić, ile czasu minęło – może dni? Przeżył, razem z 

dwoma członkami swej załogi, wliczając w to Turmoda i garstkę innych, którzy szczęśliwie 
znaleźli wyjście na zewnątrz. Z klanu Orothiar nie ocalał prawie nikt, a ci, co zostali, nie 
chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Dokopali się do złego miejsca, mówili starsi. Turmod się 
zabił. To uderzenie jego kilofa wpuściło wodę, która zalała całą kopalnię. Yeslick odszedł, po 
prostu wyruszył przed siebie, aż doszedł do Sembii. Dostał pracę, którą zawsze wykonywał 
dobrze. Był dobrym kowalem i w miarę upływu lat, kiedy od tamtego czasu minęło prawie 
całe stulecie, pozwolił sobie zapomnieć.

I wtedy spotkał Reiltara.

* * *

– Reiltar zainteresował się moją pracą – powiedział Yeslick Abdelowi. – Jestem dobrym 

kowalem i wielu ludzi w Urmlaspyrze – wszyscy z Sembii – słyszało moje imię. Wykonałem 
dla niego trochę prac, pewien specjalny sprzęt, o ile pamiętam... tak, przyprawił mnie o kuku 
na muniu, tyle mogę ci powiedzieć.

Abdel pokiwał głową, nie bardzo wiedząc, co to jest „kuku na muniu”, ale pewny, że jest 

to jakaś rzecz krasnoludzka.

– Przeklnij mnie za to, że okazałem się takim głąbem całującym gnomy – kontynuował 

krasnolud – ale liczyłem, że ten kościsty, elitarny bękart jest moim przyjacielem. Ostatecznie 
razem z nim nająłem się do pewnej roboty – nawet kułem oręż dla jego handlowej grupy. 
Nigdy nie wyjaśnił mi, co to jest Żelazny Tron, a ja nigdy nie pytałem. Szczerze mówiąc, nie 
obchodziło mnie to.

– Tutaj kiedyś mieszkałem, w tych właśnie korytarzach... to znaczy te są nowe, ale chodzi 

mi   o   te   obok.   Zanim   przebiliśmy   się   do   jeziora,   inne   zespoły   wydobywały   żelazo,   całe 
mnóstwo rudy. Reiltar upił mnie, zagadał o starych kopalniach, doprowadził do płaczu nad 

background image

starymi  czasami.  I opowiedziałem  mu o wszystkim.  On sprowadził mnie tu z powrotem, 
abym pracował dla niego. Zakuł mnie w łańcuchy z obawy, że się nie zgodzę przez wzgląd na 
siebie czy na imię klanu, który dawno temu wyemigrował do Ziem Krwawnika. Mieszkałem 
w Sembii i choć wcale zbytnio jej nie lubiłem, jestem pewny, że nie chciałem tu wracać.

– Czy ten Reiltar – zapytał na zakończenie Abdel – przewodzi Żelaznemu Tronowi?
– Co tu robisz, synu, skoro tego nie wiesz?
– Czy dowodzi swym gangiem z Sembii?
Krasnolud nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął.
– Abdel! – zawołała Jaheira.
Abdel spojrzał i zobaczył, jak biegnie w ich kierunku z krańca korytarza.
– Tu jesteście.
–  Jaheira – powiedział, uśmiechając się, także szczęśliwy na jej widok. Rozdzielili się, 

kiedy   rozgorzała   walka,   a   on   powierzył   jej   bezpieczeństwo   grupie   krasnoludów,   którzy 
zawrócili, aby lepiej się o nią zatroszczyć niż on sam przez ostatni tydzień.

– Mam coś – powiedziała. – Zobaczyłam znak na skrzyniach z zapasami i narzędziami 

oraz na jednym z wozów. Wszystko to pochodzi z kompanii kupieckiej Siedem Słońc, którą 
już wcześniej podejrzewaliśmy.

– My? – zapytał Yeslick.
Abdel uśmiechnął się, kiedy Jaheira poczerwieniała.
– Ta kompania jest z Wrót Baldura – dodała.
Abdel westchnął.
–   Blisko   na   tyle,   by   rzucić   okiem,   ale   nasz   nowy   przyjaciel   Yeslick   powiedział   mi 

właśnie,  że  powinniśmy  szukać  człowieka  imieniem  Reiltar,  a  on jest w   Sembii,  nie  we 
Wrotach Baldura.

–   Och,   nie   –   powiedział   Yeslick   –   Reiltara   rzeczywiście   nigdy   tu   nie   było,   ale   ma 

człowieka – nie wiem jak się nazywa – we Wrotach Baldura.

background image

Rozdział osiemnasty

Wrota Baldura.
Abdel i Jaheira weszli na rozklekotany prom na południowym brzegu rzeki Chionthar. 

Abdel nigdy nie pomyślał, aby zapytać Jaheiry, czy kiedykolwiek była tak daleko na północy 
jak teraz, ale kiedy jako pierwsza ujrzała odległe miasto, osadzone na północnym brzegu 
szerokiej na milę rzeki, nie mogła ukryć swojego podziwu. Było coś w twarzy tej pięknej 
półelfki, co rozgrzało serce Abdela. Zobaczył w niej małą dziewczynkę.

Podróżowali już cztery i pół dnia, i przez ten czas nigdy nie byli tak blisko siebie, jak 

wtedy w wodzie, kiedy przylgnęli do siebie, żeby ogrzać się i odpędzić szalony strach, jak i 
dla samego  dotyku.  Jaheira  okazywała  żal  po stracie  męża  i zaskakująco  silnie także  po 
śmierci Xana. Abdel nigdy nie podróżował z nikim zbyt długo. Znał już Jaheirę dłużej niż 
innych swych towarzyszy. Walczył ramię w ramię z ludźmi, którzy już nie żyją – zginęli tuż 
obok niego, na tyle blisko, że schlapali go własną krwią – ale on nigdy nie znalazł w sobie po 
nich żalu. Dopiero śmierć Goriona wszystko zmieniła. Najemnik znajdował przyjemność w 
śmierci,   w   zabijaniu,   większą   niż   w   samym   zwycięstwie   czy   pomyślnym   obrocie   koła 
fortuny. Teraz zobaczył w tym ból i miał nadzieję, że będzie potrafił równie łatwo zabijać, 
kiedy będzie musiał i że może nie będzie potrafił tak łatwo zabijać, kiedy nie będzie musiał.

Kiedy Abdel zwrócił w końcu uwagę na miasto po drugiej stronie szarej wody, poczuł 

świeże uczucie cudowności. Z pewnością nie było to najpiękniejsze miasto pod słońcem. 
Nigdy nie był  w Waterdeep,  choć wiedział,  że nie było  to Miasto Cudów. To nie Myth 
Drannor ani Karsus, blady w porównaniu nawet do Suzail czy Calimportu, ale po blisko 
dwóch miesiącach spokojnych miasteczek Wybrzeża Mieczy... Tak, Wrota Baldura nie były 
Waterdeep, ale z pewnością biją Nashkel.

Prom tańczył dziko na falach zimnej wody i Abdel chrząknął, czując jak jego zwykle 

żelazny żołądek podchodzi mu do gardła. Prom skakał bardziej z powodu niekompetencji 
przewoźnika niż zmian wiatru.

– Przewoźniku! – zawołał Abdel do słabego starego człowieka trzymającego ster.
Sześciu młodszych mężczyzn pracowało wiosłami i nawet nie spojrzało. Na pokładzie 

background image

było jeszcze kilku pasażerów, w tym także cuchnący wół. Przewoźnik nawet się nie poruszył, 
nie   dał   znaku,   że   usłyszał   Abdela,   więc   najemnik   podszedł   do   niego,   zataczając   się   na 
rozbujanym pokładzie.

– Przewoźniku – powtórzył i tym razem starzec zaszczycił go zirytowanym spojrzeniem.
–   Dopłyniemy,   dopłyniemy   –   wychrypiał.   –   Co   ty   se   myślisz,   że   jesteśmy   brygadą 

golemów?

– Pomóc ci, staruszku? – zaproponował Abdel.
– Dam se radę, dzieciaku – odparł starzec. – Jestem po prostu stary i bolą mnie kolana.
Abdel roześmiał się, staruszek patrzył na niego obrażony przez chwilę, po czym także się 

zaśmiał.   Kończąc   kaszlem   pełnym   flegmy,   przewoźnik   przesunął   się   na   bok   i   ustąpił 
Abdelowi miejsca u steru.

– Steruj, jak ci się podoba, synu – powiedział i usiadł ciężko na starej beczce przybitej do 

pokładu. – Masz, co chciałeś.

Abdel nigdy wcześniej nie sterował promem i był zaskoczony siłą, jaką musiał wkładać w 

utrzymanie łodzi na prostym kursie. Zastanawiał się, jak ów staruszek w ogóle może to robić. 
Jaheira stała tuż obok i przeczesywała palcami włosy, pozwalając im falować na chłodnym 
wietrze.

–   To   niesamowite   –   powiedziała,   a   Abdel   skinął   jej   głową,   zanim   dokończyła   –   że 

ktokolwiek może mieszkać w takiej dziurze.

To zaskoczyło Abdela.
– Nie oceniasz tego...
– Wyżej? – dokończyła. – Powiem ci, spójrz na tę zatokę. W imię Umberlee, co oni sobie 

myślą? Jak oni w ogóle mogą obronić to miasto?

– Ta rzeka stanowi doskonały mur – powiedział słabo Abdel. Nigdy nie oceniał Wrót 

Baldura ze strategicznego punktu widzenia.

Miasto stało w miejscu, gdzie szeroka rzeka zakręcała nagle na północ, wylewając swoje 

wody do Morza Mieczy. Kiedy przekroczyli środek rzeki, stary przewoźnik zaczął kierować 
ręką Abdela, tak że zbliżył on prom blisko, choć nie za blisko do brzegu rzeki, zmierzając ku 
tłocznej   zatoce.   Zakole   rzeki   tworzyło   naturalną   przystań   i   miasto   powstało   wokół   niej, 
tworząc kształt podkowy. Większa część miasta była otoczona wysokim murem, który zawsze 
imponował   Abdelowi.   Liczba   zatrudnionych   przy   jego   budowie   kamieniarzy   i   murarzy, 
środki potrzebne do jego powstania, wszystko to budziło podziw Abdela dla potęgi, jaką 
dysponowali   władcy   miasta.   Władcy,   którzy   –   podobnie   jak   i   on   –   są   najemnikami   lub 
przynajmniej kiedyś nimi byli.

Wiele budynków  miejskich było wyższych niż dwa piętra, większość z nich stanowiły 

sklepy z mieszkaniami powyżej. Były tam kamienice i małe, proste domki. Powietrze ponad 
miastem   było   gęste   od   dymu   wypływającego   z   niezliczonych   kominów.   Przez   lata   dym 
pokrył wszystko ciemnoszarą warstwą. Gęsto zabudowane dzielnice małych domów, wąskich 

background image

i   wysokich,   były   gdzieniegdzie   poprzetykane   dużymi   gmachami.   Abdel   mógł   zauważyć 
szczyty   trzech   z   siedmiu   wież   Pałacu   Książęcego,   rezydencji   władców   miasta,   mimo   że 
znajdowały się daleko z tyłu w północnych dzielnicach. Ostry łuk dachu świątyni Gonda, 
zwaną   też   Komnatą   Cudów,   zasłaniał   pozostałe   cztery.   Na   zachód,   na   wyspie   otoczonej 
ceglanym murem i połączonej z miastem mocnym kamiennym mostem stała Morska Wieżyca 
Baldurana, forteca złożona z pięciu wysokich okrągłych wież, połączonych wysokim murem 
z blankami. Stąd właśnie obrońcy miasta, najemnicy tworzący garnizon Płomiennej Pięści, 
strzegą bezpieczeństwa zatoki pełnej statków.

Było tłoczno i gwarno. Zanim Abdel się poddał, naliczył trzydzieści wielkich kupieckich 

statków przycumowanych do nabrzeża portu lub stojących na redzie. Dwa okręty właśnie 
odpływały,  powoli wymijając mniejsze łodzie, mając nierozwinięte jeszcze w pełni żagle. 
Przynajmniej jeden wielki statek właśnie wpływał do portu.

Prom   minął   południową   wieżę,   którą   Jaheira   oceniła   bardzo   ambiwalentnie.   Dwóch 

żołnierzy obrzuciło ich wzrokiem, ich twarze wydawały się tylko bladymi plamkami na tle 
szarego nieba. Abdel wypatrzył cienkie włoski ich włóczni.

Widok pierwszych budynków wzdłuż nabrzeża sprawił, że serce Abdela zabiło żywiej. Po 

tym,   co   przeszedł   –   po   doświadczeniach   najemnika   –   Abdela   ciągnęło   do   poczucia 
normalności, jakie miasto mogło zapewnić. Tu znajdzie kąpiel, łóżko, dzban piwa, posiłek z 
mięsa i pieczonych warzyw. Na tę myśl Abdelowi pociekła ślinka.

– Który należy do Siedmiu Słońc? – zapytała Jaheira starego przewoźnika. Abdel prawie 

zapomniał, po co tu przybyli.

– Siedem Słońc? – upewnił się przewoźnik – słyszałem o tej kompanii. Ale co ma do nich 

należeć?

– Magazyn? – zapytała Jaheira. – A może mają nawet swoje molo?
– Myślę, że mają – odpowiedział ponuro przewoźnik. – Widzisz to pierwsze, duże, z 

małymi wystającymi z niego?

Jaheira skinęła.
– No więc, to nie jest to.
Jaheira  odwróciła się do staruszka, a jej uśmiech  wcale  nie był  zabawny.  – To było 

wystarczająco proste pytanie, przewoźniku.

– Nie jestem przewodnikiem, panienko – odgryzł się przewoźnik, po czym zwrócił do 

Abdela i powiedział. – Kieruj nas do tego pierwszego molo, a baby niech się zajmą sobą.

Jaheira  westchnęła i przez następne pół godziny w ciszy oglądała miasto, podczas gdy 

Abdel pomagał przewoźnikowi i jego załodze manewrować promem i przybić do molo. Na 
molo można było wejść po kamiennych schodkach i kiedy Abdel ruszył na nie, przewoźnik 
położył mu rękę na ramieniu i zatrzymał.

– Nie tak prędko, koleś – rzekł. – Najpierw pójdzie ta pierdząca krowa.
Jaheira spojrzała na starca tak, jakby zamierzała go zabić, jednak zaraz zaczerwieniła się, 

background image

kiedy zorientowała się, że przewoźnik mówił o wole.

* * *

Ktoś opluł Jaheirę, kiedy szli zatłoczonymi ulicami z portu do tawerny „Elfia Pieśń”. 

Winowajca okazał się jednak na tyle szybki i na tyle  dobrze znał ulice miasta, że uciekł 
Abdelowi, zanim ten zdążył go zabić – a zabiłby go. Jaheira przyjęła to ze spokojem, co 
zaskoczyło i do pewnego stopnia rozczarowało Abdela.

– To dlatego, że jestem Amnianką – wyjaśniła Jaheira. – Żelazny Tron działa, nawet jeśli 

wolno.

Spojrzenia ludzi z tłumu mówiły jasno, że jeśli mieliby wziąć czyjąś stronę, opluwacz 

miałby   za   sobą   wielu   tutejszych   zwolenników.   Abdel   chwycił   Jaheirę   pod   ramię   i 
przyspieszył   kroku.   Odetchnął   z   ulgą,   kiedy   stanęli   pod   szyldem   wielkiej,   znamienitej 
tawerny, którą Abdel wielokrotnie już odwiedzał.

„Elfia Pieśń” stanowiła we Wrotach Baldura swego rodzaju instytucję, miejsce, gdzie 

ludzie pokroju Abdela mogli znaleźć pracę i gdzie ludzie, którzy wynajmowali ludzi pokroju 
Abdela,   mogli   znaleźć   ludzi   pokroju   Abdela.   Poszukiwacze   przygód   i   łowcy   skarbów 
przychodzili tu po informacje, złodzieje wypoczywali i sprzedawali swoje łupy, wymieniano 
tu   informacje,   zawierano   umowy,   łamano   serca   i   nosy.   Abdel   stał   w   wejściu   i   wdychał 
tutejszą   atmosferę,   rozkoszując   się   namacalnym   poczuciem   wspólnoty   i   pokrewieństwa, 
dopóki nie zauważył, że Jaheira dziwnie mu się przygląda.

– To dobre miejsce – wyjaśnił jej. – Sama zobaczysz.
Wzruszyła ramionami, wcale nie zamierzając mu uwierzyć. Abdel dostrzegł cienie pod jej 

oczami. Od dawna nie spała i choć zmęczenie prawie wcale nie umniejszało jej urody, Abdel 
obawiał się, że za chwilę może upaść.

– Musimy coś przekąsić – powiedział. – Poślę po mojego przyjaciela i poczekamy na 

niego   przy   ciepłej   strawie,   świeżo   wypieczonym   chlebie   i   najlepszym   piwie   na   całym 
Wybrzeżu Mieczy... no, może drugim najlepszym, nie zapominając o „Przyjaznej dłoni”.

Jaheira zmusiła się do uśmiechu i ścisnęła jego dłoń po przyjacielsku, co przyprawiło 

Abdela o szybsze bicie serca i ból zarazem. Odwzajemnił jej uśmiech i posadził przy stole, a 
sam przecisnął  się przez zatłoczoną,  choć niezbyt  głośną salę do długiego baru. Zapłacił 
barmanowi sztukę złota, niemal ostatnią z monet, które zarobił siłując się na rękę z górnikami 
i amniańskimi żołnierzami, aby ten przekazał wiadomość i podał posiłek, po czym wrócił do 
Jaheiry.

– Czy ten twój przyjaciel – zapytała Jaheira – zna Siedem Słońc?
– Jeśli ta kupiecka kompania działa we Wrotach, jeśli zagląda tu przypadkiem, Blizna 

powinien ich znać – zapewnił.

– Wrota?
Abdel roześmiał się i wyjaśnił: – Tak miejscowi nazywają to miasto. Też tak powinnaś 

background image

mówić i może nawet przebrać się, jeśli nie chcesz znowu zostać opluta.

– Nie kryję tego, kim jestem – odparła, starając się nie wyglądać na urażoną.
Abdel wyszczerzył zęby w uśmiechu: – Nie?
– Abdel, ja... – Jaheira  zaczerwieniła się, a kiedy Abdel delikatnie dotknął jej policzka 

wierzchem dłoni, przylgnęła do niej i uśmiechnęła się. – Khalid i ja... byliśmy...

Przerwała, kiedy Abdel zasłonił jej dłonią usta. Przerwała bardziej z zaskoczenia, niż z 

innego   powodu,   gdy   zdała   sobie   sprawę,   że   ogólny   gwar   w   sali   ucichł.   Zapadła   niemal 
martwa   cisza,   zakłócana   jedynie   klekotaniem   szarpanych   wiatrem   okiennic   i   śpiewem 
kobiety. Jaheira delikatnie odsunęła rękę Abdela od ust i przytrzymała ją. Obserwowała salę 
w poszukiwaniu źródła śpiewu, ale wśród cichych, nagle zamyślonych mężczyzn nie było 
żadnej kobiety.

– Kto...? – zaczęła pytanie i dłoń Abdela znów zasłoniła jej usta. Tym razem zmarszczyła 

brwi,   ale   kiedy   uśmiechnął   się   łagodnie   i   zaczął   obserwować   gładki,   drewniany   sufit, 
zorientowała się, co się dzieje.

Głos był najpiękniejszym głosem, jaki Jaheira kiedykolwiek słyszała. Kobieta śpiewała 

sama, bez akompaniamentu, w rytmie, który dyktują serce i dusza. Śpiewała po elficku, ale w 
dialekcie, którego Jaheira nie potrafiła rozpoznać i nawet nie próbowała. Miało się wrażenie, 
że wkładanie słów w tę pieśń byłoby zbrodnią.

Z pewnością ta niewidoczna kobieta – duch, jeśli nim była – nie znała Jaheiry, ale jej 

pieśń miała w sobie Khalida, sposób, w jaki spojrzał na nią kiedy się po raz pierwszy spotkali, 
słowa, które wypowiedział do niej podczas nocy poślubnej i smutne czasy także, ich sprawy i 
kłamstwa, i subtelne poniżenia. Łza spłynęła Jaheirze po policzku, potem następna, a Abdel 
wycierał je delikatnie opuszkiem swego wielkiego, twardego palca.

Pieśń powoli zanikła, jak i się pojawiła, i Jaheira opadła na krzesło. W sali znów podjęto 

rozmowy i znów wszystko wróciło do normy, jak zwykle, tylko barman podszedł do ich stołu 
ze srebrnym kieliszkiem wina.

Postawił kieliszek przed Jaheirą, z porozumiewawczym uśmiechem patrząc na jej uszy, i 

oznajmił: – Kieliszek wybornego elfiego wina, na koszt firmy.

Abdel podziękował barmanowi, a Jaheira sięgnęła po kieliszek. Patrzyła nań, pozwalając 

łzom płynąć.

– To taka tradycja – wyjaśnił Abdel – kiedy elf po raz pierwszy usłyszy śpiew pani.
– Jestem tylko... – zaczęła i przerwała, pociągając nosem.
– Nieważne – odrzekł Abdel, kiedy spróbowała łyk słodkiego elfiego wina.

* * *

Abdel był szczerze zdumiony, jak szybko Blizna przybył do „Elfiej Pieśni”. Wyglądało to 

tak, jakby jego przyjaciel go oczekiwał.

Dla każdego wojownika było jasne, kim jest Blizna. Wszystko w tym silnym mężczyźnie 

background image

mówiło, że miał za sobą wiele bitew i wieloma dowodził w swej przeszłości.

Razem z Abdelem wpadli sobie w ramiona. Kiedy wszedł, Jaheira pomyślała sobie, że 

jest potężnym, imponującym mężczyzną, drugim po Abdelu, ale jedynie człowiekiem. Blizna 
ucieszył się na widok Abdela i wyraźnie mu ulżyło.

– Abdel, ty stary piracie – rzekł mężczyzna. – Gdzie cię nosiło?
Uśmiech Abdela szybko zniknął.
– Pochowałem Goriona.
Blizna przestał się śmiać.
– Przykro mi to słyszeć, mój przyjacielu. Gorion był... tak...
Jaheira zdumiała się, że uścisk Blizny poprawił Abdelowi samopoczucie.
– Siądź – zaprosił go Abdel do stołu, zastawionego teraz pustymi miskami, kubkami i 

dzbanami piwa.

– Dużo podróżowałeś? – zapytał  Blizna wesoło, patrząc na bałagan na stole, zamiast 

usiąść.

– Całe życie – odparł Abdel. – Jaheira, to jest mój dobry przyjaciel, którego nazywają 

Blizna. Jeśli zapyta cię, czy chcesz zobaczyć, dlaczego tak się nazywa, proszę odmów mu, bo 
w przeciwnym razie przestanie już być moim przyjacielem. – W ten prosty sposób Abdel 
zakomunikował Bliźnie, że Jaheira jest dla niego kimś więcej niż tylko towarzyszką podróży 
czy zaprzyjaźnioną wojowniczką.

– Blizna – powiedziała Jaheira. Zapragnęła wstać, wiedząc, że byłoby to wskazane, ale 

nie dała rady. Była zbyt zmęczona. – Proszę, dołącz do nas.

–   Właściwie   to   pomyślałem,   że   moglibyśmy   pójść   na   górę   –   powiedział   Blizna   do 

Abdela.

– Świeczka starczy? – zapytał Abdel, mając na myśli zwyczaj panujący w „Elfiej Pieśni”, 

gdzie   wynajmowało   się   prywatny   pokoik   na   górze   na   czas   wyznaczany   spalającym   się 
stożkiem świeczki.

– Już zarezerwowałem pokój – powiedział Blizna i poprowadził ich do ukrytych w mroku 

kręconych   schodów,   które   Jaheira   wzięła   wcześniej   za   kolumny.   Abdel   podał   jej   rękę   i 
podążyli za Blizną po skrzypiących, zdradzieckich stopniach. Usiedli przy małym  stoliku, 
otoczonym bogato wyszywaną kotarą. Mała lampka oliwna stała na środku stołu, rzucając 
przyćmione, czerwone światło, w którym Jaheira wyglądała nieco mniej blado. Kiedy usiedli, 
Blizna nagle spoważniał.

– Z wiadomości, którą od ciebie otrzymałem, wynika, że potrzebujesz informacji i mojej 

pomocy.

Abdel, czując że nadszedł czas na poważną, bezpośrednią rozmowę, odrzekł:
– Chcemy się czegoś dowiedzieć na temat kupieckiej kompanii, która może działa we 

Wrotach. Nazywa się Siedem Słońc.

Blizna nie odzywał się przez dłuższy czas, tylko patrzył na Abdela. Kiedy Abdel uniósł 

background image

brew, aby go ponaglić, Blizna westchnął i zapytał: – Dlaczego?

– Sądzimy, że mają coś wspólnego z pewną grupą... może z odłamem Zhentarimów – 

wtrąciła  się  Jaheira.  –  Może  z   pewnymi  kupcami,  spiskowcami   z  Sembii,  nazywającymi 
siebie Żelaznym Tronem.

– Ten Żelazny Tron – podjął Abdel – sabotuje kopalnie w Nashkel i w innych miejscach, 

a Jaheira i Harfiarze sądzą, że w ten sposób chcą rozpętać wojnę.

Jaheira spojrzała na niego ostro, a on oddał jej spojrzenie z pewnym siebie uśmiechem. 

Był już tu i ówdzie i dowiedział się o Harfiarzach, kiedy się w jednej zakochał.

–  Na Torma   owłosione...  –  rzekł  Blizna.   Potarł  twarz  obiema   dłońmi,  wyrażając   nie 

mniejsze zdumienie od Jaheiry. – Siedem Słońc nie jest sobie jakąś tam kompanią, która 
„może”   działać   we   Wrotach.   Stanowią   poważną   siłę   w   tutejszej   strukturze.   Mimo   że   o 
Żelaznym Tronie usłyszałem po raz pierwszy – od was – to jeśli chodzi o Siedem Słońc, 
bardzo się tym martwię... bardzo... od ponad tygodnia.

– Co słyszałeś? – zapytał Abdel.
–   Siedem   Słońc   jest   taką   samą   kupiecką   kompanią,   przez   jakie   każdy   z   nas,   mój 

przyjacielu,   był   wynajmowany   do   ochrony   ich   dóbr.   Siedzą   w   tym   –   cokolwiek   to   dziś 
mogłoby być – co przynosi złoto. To nie czyni z nich zbytnich altruistów, ale z pewnością 
czyni   bardziej   przewidującymi.   Przez   ostatnie...   hmmm,   nie   jestem   pewien   jak   długo... 
zaniedbywali   swoje   dotychczasowe   źródła   dochodów,   które   przynosiły   im   stałe   zyski. 
Zapytaliśmy ich, poprzez odpowiednie kanały i bardzo bezpośrednio, czy coś jest nie tak. 
Jhasso   –   ten   człowiek   stoi   za   Siedmioma   Słońcami   i   jest   dobrze   znany   miejscowym   – 
powiedział nam, i to bez żadnych niedomówień, abyśmy pilnowali własnego nosa.

– Ale interesy Wrót są waszymi interesami, nie? – zapytał Abdel.
– Rzeczywiście – zgodził się Blizna – ale spróbuj przekonać do tego Jhasso. Wygląda na 

to, jakby ten człowiek stracił swoje umiejętności prowadzenia gry – wiesz, co to za gra, której 
tak bardzo nie lubimy?

– Polityka – odrzekł Abdel z westchnieniem.
– Tak. – Blizna kontynuował – nauczyłem się, że to przerażające słowo na „P” ma swoje 

miejsce, ale w tym wypadku to nie zachodzi. Nie znajduję niczego w tym, co Jhasso robi, co 
otwarcie   raziłoby   w   interesy   książąt,   Płomiennej   Pięści   czy   mieszkańców   Wrót.   Mam 
związane ręce. Nie mogę wszcząć oficjalnego śledztwa... chyba że dostarczycie mi dowody 
na sabotaż w kopalniach? Wojownik spojrzał na oboje z nadzieją i Jaheira odwróciła głowę. 
Abdel westchnął i trzasnął dłonią w stół.

– No dobrze – rzekł Blizna, rozumiejąc odpowiedź na swoje pytanie. – Zawsze jest inne 

wyjście.

– Po prostu powiedz mi, gdzie oni są – odparł Abdel i na jego ustach wykwitł uśmiech.
– Zaraz, zaraz – wtrąciła się słabo Jaheira i podniosła rękę. – Nie zamierzam skończyć tu 

w czyimś lochu. Jeśli ten Jhaso ma takie powiązania, jak mówisz, wyślizgując się, szukając... 

background image

czegokolwiek może on szukać, to jeśli nie możemy mu tego udowodnić, kto mówi, że nie 
skończymy za kratkami?

Abdel zaśmiał się, a Blizna wyraźnie się zmieszał.
– Płomienna Pięść – wyjaśnił Abdel Jaheirze – jest garnizonem najemników z długą i 

dobrą tradycją. To oni mają pieczę nad... hmmm, nad wszystkim we Wrotach: nad strażą, 
wojskiem... więzieniami.

– I? – nalegała Jaheira.
– I – powiedział Abdel, wskazując na Bliznę – poznaj ich drugiego dowódcę.

background image

Rozdział dziewiętnasty

– To jest to – odezwała się Jaheira – znak, który rozpoznałam na skrzyniach i wozach.
Abdel skinął głową i uważnie obejrzał olbrzymi magazyn. Blizna powiedział im, gdzie 

mogą go znaleźć i teraz czekali po drugiej stronie gwarnej ulicy, aż tłum stopnieje, bowiem 
słońce szybko zachodziło i robiło się coraz ciemniej. Ich rozmowa na temat strategii działania 
sprowadzała  się głównie do tego, że Jaheira  usiłowała  wybić  Abdelowi z głowy otwarty 
szturm.

– Twój przyjaciel Blizna chce informacji – powiedziała. – Informacji, które wykorzysta 

przeciw Żelaznemu Tronowi. Nie sądzę, iż chciałby zobaczyć na ulicach swojego pięknego 
miasta stosy trupów.

Abdel chrząknął, chwycił ją za ramię i pokazał boczne wejście do magazynu, widoczne z 

miejsca, w którym stali. Mała grupka spoconych robotników wyszła z budynku, śmiejąc się i 
rozmawiając.  Trzymali   się razem  i  prawdopodobnie  wybierali  się  do  jednej  z  portowych 
tawern. W końcu zniknęli im z oczu.

Magazyn Siedmiu Słońc stał na długim, szerokim, kamiennym molo i był jednym z tuzina 

podobnych budynków, choć zdecydowanie od nich większy. Znak, który Jaheira rozpoznała, 
był wymalowany na czerwono na krótszym końcu prostokątnej, ceglanej budowli. Znak miał 
osiem stóp wysokości i Abdel poczuł się z lekka zażenowany, że musieli pytać Blizny, gdzie 
znaleźć ów magazyn. Może i Żelazny Tron był jakąś tajną organizacją, ale kompania Siedem 
Słońc z pewnością nie.

W   odróżnieniu   od   wypaczonych,   drewnianych   drzwi,   wielkie   okna   magazynu   były 

chronione grubymi żelaznymi kratami.

– Nie będzie łatwo dostać się do środka – powiedziała Jaheira.
Abdel chrząknął po raz drugi i pokiwał głową. Był zbyt zły, żeby zaczynać, poza tym 

wiedział, że musi poczekać na zachód słońca.

– Nigdy tego przedtem nie robiłam – oznajmiła mu Jaheira. Spojrzał na nią zdziwiony, 

więc   wyjaśniła   –   mam   na   myśli,   że   nigdy   wcześniej   nie   włamywałam   się   nigdzie.   To 
włamanie, czyż nie? Jesteśmy teraz złodziejami?

background image

Abdel uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
– Jesteśmy szpiegami – powiedział.
– Jak myślisz, co tam znajdziemy?
–   Wagoniki   i   skrzynie   pełne   rudy   żelaza   –   zaproponował.   –   A   może   trochę   tego 

niszczącego żelazo płynu...

Jaheira pozwoliła sobie na pierwszy od wielu dni wybuch śmiechu i powiedziała: – Tak, 

butelki   z   wielkimi   etykietkami:   Niszczący   Żelazo   Płyn,   wyprodukowano   we   Wrotach 
Baldura, przez Żelazny Tron...

– ... bez trudu zniszczy każde żelazo – zakończył Abdel i roześmiał się razem z nią.
– Skąd wiesz, że jestem Harfiarzem?  – zapytała  nagle, zmieniając  temat i nastrój na 

moment, po którym Abdel znowu wybuchnął śmiechem.

–   Nie   –   nalegała.   –   Mówię   poważnie.   Mogę   mieć   kłopoty,   jeśli...   no   dobrze,   nie 

powinieneś tego wiedzieć.

– Proszę, Jaheira – powiedział. – Nie jesteś  jedynym  Harfiarzem,  jakiego spotkałem. 

Jesteście niemal tak tajni jak... ech, nie jesteście tak tajni jak Żelazny Tron, że ujmę to tak.

Patrzyła   na   niego   uważnie,   w   ułamku   sekundy   przechodząc   z   zaskoczenia   przez 

obrażenie, do przerażenia i z powrotem do wesołości. Uśmiechnęła się.

– Myślałam, że... Myślałam, że dobrze się kryjemy.
– Byliście w misji, jak powiedziałaś – wyjaśnił Abdel. – Reszta z nas szukała pracy.
Jaheira otworzyła usta na jego ostatnie stwierdzenie i lekko uderzyła go w ramię swoją 

małą piąstką.

– Ten szalony mag i niziołek byli agentami Zhentarimów – przypomniała mu. – Oni także 

byli w misji, zapewniam cię.

– Racja – zgodził się i po chwili stropił. – A ten mag ciągle ma mój sztylet. Dostałem go 

od Goriona. Naprawdę zabiję tych dwoje.

– Z pewnością – powiedziała. – Nie będę próbowała cię powstrzymać, jeśli to masz na 

myśli.

Abdel zmusił się do uśmiechu. Poczuł rozczarowanie. Miał nadzieję, że Jaheira właśnie to 

będzie robić.

* * *

Nad  Wrotami   Baldura   zapadła   noc.  Przez   zakratowane   okna  magazynu  nie   przenikał 

nawet promyk światła.

– Nikogo tam nie ma – powiedział Abdel. – Wygląda na pusty.
– Ruszajmy.
Abdel   podążył   za   Jaheirą   na   drugą   stronę   ulicy.   Szli   wolno   pod   ramię,   aby   oddalić 

podejrzenia,   jak   dwoje   młodych   kochanków,   którzy   wyszli   na   wieczorny   spacer   wzdłuż 
brzegu   rzeki.   Gdy   przechodzili   obok   bocznych   drzwi,   Jaheira   spróbowała   nacisnąć 

background image

zardzewiałą żelazną klamkę.

– Zamknięte – wyszeptała.
Abdel lekko ją odsunął i chwycił za klamkę. Nagle skoczył ostro na drzwi i te otworzyły 

się do środka z głośnym trzaskiem. Uśmiechnął się do Jaheiry tak, że mogła zobaczyć w 
ciemności jego białe zęby.

– Abdel Adrian, Mistrz Złodziejski – powiedziała.
Abdel prawie wybuchnął śmiechem, lecz zamiast tego zamarł. Ona powiedziała to imię: 

Abdel   Adrian.   Ostatni   raz,   kiedy   je   usłyszał,   było   to   podczas   pierwszego   spotkania   z 
Khalidem w gospodzie „Pod Pomocną Dłonią”, czyli dla niego całe wieki temu. Wtedy nic 
sobie   z   tego   nie   robił,   ale   teraz,   po   tym   wszystkim,   z   jakiegoś   powodu   ogarnął   go 
bezpodstawny, niezidentyfikowany lęk, jakby jego serce nagle ugrzęzło w błocie.

W  ciemności   nie  widział   zbyt   dobrze  jej  twarzy,  gdy  przyłożyła   głowę do  ramienia. 

Wolno potrząsnął głową i zmusił  się do uśmiechu. Właśnie otworzył  drzwi, które mogły 
prowadzić do tajnej kryjówki Żelaznego Tronu. Nie było czasu na rozmowy. Zapamiętał, aby 
zapytać ją przy najbliższej okazji o to imię, po czym delikatnie pchnął drzwi.

Wewnątrz panowała kompletna ciemność. Jaheira dotknęła jego ramienia, jej dotyk był 

ciepły i przyjazny. Pochylił się, aby mogła sięgnąć i wyszeptać mu wprost do ucha: – Ja 
widzę.

Abdel   pokiwał   głową.   Jaheira   była   półelfem   i   odziedziczyła   po   swym   elfim   rodzicu 

niezwykłą zdolność widzenia w ciemności. To poprawiło Abdelowi nastrój – przynajmniej 
jedno z nich widziało – ale wciąż czuł się nieprzyjemnie. Mógł się potknąć w mroku, a nawet 
zranić czy zabić Jaheirę pchnięciem miecza przeznaczonym dla członka Żelaznego Tronu. 
Zamknął   mocno   oczy,   potem   zamrugał,   mając   nadzieję,   że   oczy   przyzwyczają   się   do 
warunków i coś jednak będzie mógł zobaczyć. Trochę pomogło, ale wciąż się martwił.

Jaheira przecisnęła się obok niego i skradając poszła dalej. Cały budynek stanowił chyba 

jedno wielkie pomieszczenie. Abdel szedł blisko za nią, aż w końcu podała mu dłoń. Nie za 
bardzo podobało mu się, że są tak blisko siebie i nie mają obu rąk wolnych w pogotowiu. 
Spróbował ją puścić, ale trzymała mocno. Odwzajemnił jej nerwowy uścisk, zmuszając się, 
by jej zaufać.

Prowadziła go przez budynek wolno, wykonując wiele ostrych skrętów, aby ominąć stosy 

wielkich drewnianych skrzyń, które dla ludzkich oczu Abdela wyglądały jak wielkie czarne 
kopce. Wyobraził sobie, że wokół czai się setka mężczyzn z kuszami skierowanymi w ich 
stronę, czekając na okazję do dobrego strzału w głowę. Ten stos skrzyń w rogu mógł być 
polującą na nich mantikorą.

Abdel zapragnął wyjąć miecz i już zacząć nim wywijać. Musiał z trudem, wysiłkiem woli 

powstrzymać   ręce   od   chwycenia   za   rękojeść,   zamiast   tego   uścisnął   dłoń   Jaheiry,   a   ona 
odwzajemniła mu uścisk.

Nagle zatrzymała się, wydając z siebie cichutkie: ciii. Abdel domyślił się, że próbuje mu 

background image

przekazać,   aby   był   cicho.   Skierowała   jego   uwagę   na   coś.   Abdel   otworzył   szeroko   oczy, 
chwytając każdy okruch światła, mając nadzieję w ogóle cokolwiek zobaczyć. Jaheira nie 
ruszała się, a Abdel z frustracji zamknął oczy. Kiedy to zrobił, usłyszał dźwięk. Był tak słaby, 
że w pierwszej chwili pomyślał, iż dochodzi z zewnątrz, z opustoszałej ulicy. To były głosy, 
głębokie i rezonujące męskie głosy, zagłuszone przez coś, niesione echem w ciemności.

Nachylił się do ucha Jaheiry, aż dotknął czubkiem nosa jej włosów.
– Gdzie? – wyszeptał.
Jaheira nie odpowiedziała, za to ruszyła. Trzymając wciąż Abdela za rękę, poprowadziła 

go w kierunku ściany, którą nawet on mógł rozpoznać mimo mroku. Na początku Abdel 
pomyślał,  że to jego ociemniałe oczy płatają mu  figle, ale nie mylił  się – widział słabą, 
pomarańczową, drgającą poświatę. Głosy stały się tu głośniejsze, ale wciąż zbyt niewyraźne, 
by   zrozumieć   słowa.   Rozmówcy   starali   się   mówić   cicho.   Jaheira   przesunęła   się 
wystarczająco, by zobaczył kolejne źródło przyćmionego światła. Po rozmiarze i wysokości, 
na której się znajdowało, Abdel domyślił się, że jest to dziurka od klucza. Jaheira delikatnie 
nacisnęła go i zrozumiał, że chce, aby zajrzał przez otwór. Uklęknął i chwycił pochwę miecza 
w rękę, aby nie zadzwoniła o kolczugę lub nie stuknęła o podłogę.

Mrugnął raz i zajrzał przez dziurkę od klucza. Z tej raczej ograniczonej perspektywy 

mógł zobaczyć większość pokoju za drzwiami. Była tam drewniana podłoga, jak w głównym 
pomieszczeniu magazynu. Ktoś poruszał się i to zaniepokoiło go. To był mężczyzna, może 
elf... a przynajmniej humanoid. Widział tylko jego sylwetkę. Teraz wyraźniej słyszał dwa 
głosy. Światło musiało pochodzić z pochodni lub z kominka. Abdel czuł ciepło na oku.

Dwie osoby rozmawiały jeszcze chwilę, ale Abdel wciąż nie mógł dosłyszeć, o czym 

mówią.   Postać,   którą   zobaczył,   rozmyła   się   i   Abdel   zamrugał.   Wytężanie   oczu   podczas 
podglądania przez dziurkę osłabiło mu wzrok. Kiedy oderwał się od drzwi, usłyszał szuranie 
stóp. Jaheira położyła mu rękę na ramieniu. Poczuł, że jest spięta. Nie wstał, choć bardzo tego 
chciał, ze strachu przed narobieniem hałasu. Kroki wycofywały się i było w nich coś, czego 
Abdel nie mógł określić.

– Kroki – wyszeptała mu Jaheira do ucha. Odgłos kroków szybko ucichł. Teraz Abdel nie 

widział przez dziurkę nic poza podłogą i pomarańczowym światłem.

Wstał powoli i położył rękę na plecach Jaheiry. Przyciągnął ją do siebie, aby zaszeptać jej 

coś do ucha, ale jej głowa nie odwróciła się, tak jak tego oczekiwał i zetknęli się nosami. 
Wstrzymała   oddech   i   zamarła   na   chwilę,   a   on   zapomniał   gdzie   jest   i   co   robi,   tylko   ją 
pocałował.

Jej usta przywitały go ciepłe i miękkie. Światła zatańczyły Abdelowi pod przymkniętymi 

powiekami. Poczuł, że położyła mu rękę na piersi, więc objął ją mocniej, a jej usta otworzyły 
się nieco bardziej...

...i jasne światło rozproszyło mrok, a szorstki głos powiedział: – Ślicznie.
Abdel odepchnął Jaheirę i wyciągnął miecz w momencie, w którym Jaheira zdążyła tylko 

background image

zamknąć   oczy   i   usta.   Oczy   go   piekły   i   wyobraził   sobie,   jak   musiały   boleć   Jaheirę   jej 
wyczulone oczy.

– Brać ich! – rozkazał głos i usłyszeli tupot szarżujących na nich ludzi. Abdel, wciąż 

oślepiony, zamykając załzawione oczy przed światłem, po prostu pchnął mieczem w stronę 
źródła hałasu.

Jeden z ludzi zwalił się na ziemię z mokrym plaśnięciem. Abdel spróbował otworzyć 

oczy. Światło wciąż było zbyt jasne, ale zobaczył przed sobą postać – zbyt blisko. Abdel nie 
zdążył wziąć zamachu, kiedy postać na niego wpadła.

– Szybko! – krzyknęła Jaheira i Abdel zorientował się, że to ona na niego wpadła. Cofnął 

się szybko trzy kroki w tył i poczuł, że słabe drewniane drzwi ustąpiły za jego plecami. Kiedy 
wpadli do środka, oczy Abdela dostosowały się na tyle, by zobaczył przez otwór w drzwiach 
dwóch mężczyzn:  – portowych  robotników  w podartych  bluzach i chustach na głowie, z 
okropnymi tatuażami – nacierających na nich z drewnianymi pałkami. Odepchnął Jaheirę na 
bok drzwi i uniósł miecz, zamierzając ściąć obie głowy atakujących za jednym zamachem, 
kiedy tylko przejdą przez drzwi.

Zamiast tego drzwi nagle zatrzasnęły się, uderzając go w twarz i odbijając koniec miecza 

w bok. Jaheira stała plecami do drzwi i zapierała się nogami. Ci dwaj na zewnątrz zaczęli się 
dobijać.

Jaheira miała zaczerwienione, łzawiące oczy.
– Zarygluj drzwi, to zejdziemy na dół – powiedziała.
Abdel wzruszył  ramionami. W małym  pokoju był  tylko prosty kamienny kominek, w 

którym ogień już wygasał, oraz wąskie drewniane schody prowadzące w dół, w mrok. Nie 
widział niczego, czym można by zaryglować drzwi.

Jaheira  westchnęła,  po czym  zaczęła  mruczeć  słowa modlitwy.  Abdel patrzył  na nią, 

czując nacisk upływających sekund, jakby były godzinami. Ludzie z zewnątrz dobijali się, 
próbowali wyważyć drzwi barkiem. Jaheira wydawała się zaniepokojona, ale kontynuowała 
zaklęcie, w końcu zamknęła oczy. Abdel usłyszał trzask, z początku słaby, a potem głośne 
skrzypienie wypaczającego się drewna.

– Wypychają je! – ostrzegł ją Abdel. – Odsuń się!
– Zaczekaj – wyjaśniła. – To ja...
Dowódca portowych robotników powiedział głośno: – kusze! – i Jaheira odskoczyła od 

drzwi wprost w ramiona Abdela. Czubki dwóch bełtów pojawiły się na środku drzwi, gdzie 
przed   chwilą   była   jeszcze   głowa   Jaheiry.   Za   chwilę   pojawił   się  trzeci,   a   Jaheira   już  nie 
czekała na czwarty. Trzymając Abdela za rękę, zaczęła zbiegać po schodkach.

– Wypaczyłam drzwi tak, że się zaklinowały, ale... – zaczęła Jaheira, kiedy nagle wpadli 

na dziwną, humanoidalną istotę, w nienaturalny sposób pozbawioną rysów, z gładką, szarą 
skórą i wielkimi, martwymi oczami. Na jej widok kobieta krzyknęła. Stwór zasyczał i kiedy 
Abdel   uniósł   miecz   w   niewygodnym,   ciasnym   korytarzu   schodków,   stwór   rozmył   się, 

background image

zamigotał i zaczął przemieniać. Stalowy napierśnik pojawił się z niczego, oczy zmniejszyły 
się do ludzkich rozmiarów, a ciemnoszara karnacja skóry rozjaśniła się, a środek przeszedł 
nagle w niebieskawy kolor. Miecz Abdela opadł i uderzył o napierśnik, sypiąc iskrami. Stwór 
sapnął i poleciał w tył.

Abdel znów się zamierzył, a Jaheira uchyliła się, starając się zrobić mu miejsce, którego 

potrzebował do walki. Nie była jednak na tyle szybka i Abdel zawahał się. Stwór odzyskał 
równowagę i zakończył przemianę. Był teraz człowiekiem w zbroi płytowej z kaftanem, na 
którym widniał herb Płomiennej Pięści. Istota odwróciła się i uciekła w ciemność. Abdel dał 
krok za nią, po czym zatrzymał się, kiedy usłyszał na górze trzask wylatujących z zawiasów 
drzwi. Nad nimi zadudniły kroki.

– Biegiem! – rzuciła Jaheira i pognała za przemienioną istotą.
Abdel znów się zawahał. Portowi robotnicy schodzili po schodach, więc Abdel odwrócił 

się i postawił nogę stopień niżej. Napotkał wzrok pierwszego schodzącego mężczyzny. Osiłek 
zatrzymał się jak wryty, nie spodziewając się ujrzeć Abdela tak blisko, trzymającego przed 
sobą miecz w pogotowiu. Jego kumple jednak nie widzieli Abdela, więc nie zatrzymali się i z 
rozpędu popchnęli go w dół. Robotnik zacharczał jedynie, nadziewając się na miecz Abdela. 
Ostrze przeszło przez niego na wylot, ciało zatrzymało  się dopiero na jelcu. Krew zalała 
dłonie Abdela, a on pchnął do przodu, by zepchnąć trupa z ostrza.

– Abdel! – zawołała Jaheira z dołu korytarza. – Jest ich zbyt wielu.
Abdela nie obchodziło ilu ich jest, chciał po prostu strącić tego jednego z ostrza swego 

miecza. Próbował go odepchnąć, ale napór jego towarzyszy z powrotem nabijał trupa na 
ostrze. Ponieważ po bokach nie było miejsca, Abdel cofnął się. Dał tylko półtora kroku w tył, 
kiedy dotknął plecami ściany.

– Abdel! – ponaglała Jaheira, ale on wciąż nie mógł uwolnić swego miecza.
Jeden z robotników strzelił z kuszy, ale szczęśliwie dla Abdela nie trafił. Bełt odbił się od 

ściany tuż przy uchu najemnika.

– Brać ich, mówię! – krzyknął szorstki głos.
Abdel wciąż próbował uwolnić ostrze, kiedy nagle z prawej, z ciemności wyłonił się 

kolejny szary stwór. Podniósł szczupłą, szarą rękę do góry i Abdel ujrzał błysk złota – na 
długim palcu stwór miał pierścień. Istota dotknęła zimnymi palcami skroni Abdela. Najemnik 
usłyszał, jak stwór wypowiedział pojedyncze słowo: Skwiercz.

Ból,   jakiego   Abdel   nigdy   wcześniej   nie   doznał,   eksplodował   mu   w   głowie   i   skurcz 

pociągnął jego łokcie w górę z siłą wystarczającą, by rozpruć martwego robotnika na pół, a 
potem była już tylko ciemność, szuranie stóp, echo głosów i chwytające go ręce.

* * *

Samo otwarcie oczu wywołało taką falę bólu pod czaszką, że Abdel szybko poddał się i 

znów zamknął powieki. Zaraz napłynęła kolejna fala bólu, a później trzecia, kiedy usłyszał 

background image

głos Jaheiry – ... budź się, na Mielikki, Abdel!

Spróbował jej odpowiedzieć, ale otwarcie ust było samą agonią i jedynie wydał z siebie 

jęk.

– Abdel – zawołała Jaheira, gdziekolwiek była. – Ty żyjesz. – W jej głosie zabrzmiała 

wyraźna ulga.

– Kim jesteście? – odezwał się głos, równie odległy jak Jaheiry.
– A kim ty jesteś? – zapytała Jaheira.
Abdel   otworzył   oczy   i   tym   razem   ból   był   już   mniej   intensywny.   Czuł   się   podobnie 

kiedyś, gdy przesadził z alkoholem, ale to było gorsze. O wiele gorsze. Przez małe okienko 
wpadało światło i Abdel mógł się rozejrzeć po pomieszczeniu.

– Cholera – zaklął, kiedy zorientował się, że jest w celi. Był w klatce niczym zwierzę.
– Zapytałem pierwszy – powtórzył obcy człowiek podejrzliwie.
Abdel nie miał pojęcia, jak długo leżał na podłodze celi. Nie miał miecza ani kolczugi. 

Czuł własny pot, a gardło paliło go z pragnienia. Niedaleko stał dzban, ale nie wiedział co w 
nim było.  W pobliżu  nie  było  wody,  na ziemi  leżało  trochę  siana, a w  ścianie  widniały 
solidne, drewniane drzwi, wzmocnione żelaznymi sztabami. Małe okienko było zakratowane.

– Abdel – zawołała Jaheira, najwyraźniej z innej celi – powiedz coś.
– Pić mi się chce – powiedział głośno, a obcy zaśmiał się.
– Mów mi jeszcze – powiedział głos – te sobowtórniaki są nędznymi gospodarzami.
– Sobowtórniaki?– zapytała Jaheira.
Abdel słyszał o tych złych, zmieniających kształty bestiach. Z tego co słyszał, miasto 

Waterdeep było przez nich rządzone. Niektórzy byli przekonani, iż niemal w każdym mieście 
i królestwie Faerunu jest przynajmniej jeden sobowtórniak w strukturze politycznej. Abdel 
zawsze wyśmiewał te historie. Wiedział, że zwykli ludzie potrafią być wystarczająco źli, by 
nie trzeba było posądzać ich o to, że zostali zastąpieni przez potwory.

– Jeśli wy jesteście sobowtórniakami  – powiedział obcy – nie powiem wam niczego 

nowego. Jeśli nie jesteście, to może pomożecie mi się stąd wydostać.

– Kim jesteś? – zapytał Abdel.
– Mam na imię Jhasso. Kiedyś to ja tu rządziłem.

background image

Rozdział dwudziesty

Harold Loggerson z Bowshot zaciął się w wieku dziewięciu lat, kiedy bawił się najlepszą 

siekierą   ojca.   Nie   mógł   usiąść   przez   trzy   tygodnie,   bo   tyle   czasu   goiła   się   rana,   która 
pozostawiła   długą,   poszarpaną   bliznę.   Bliznę,   którą   niewiele   osób   widziało,   ale   za   to 
pozwoliła  mu  przybrać   imię  o  wiele  bardziej  odpowiednie  dla  dowódcy  najemników   niż 
Harold.

Przez wiele lat od czasu zranienia – i po ostrych słowach ojca i nawet po tym, jak matka 

zszyła ranę nicią – Blizna unikał siekier. Nie tyle się ich bał, co raczej czuł zmieszanie na ich 
widok.   Dwa   lata   temu   zabił   zhentarimskiego   żołnierza,   chroniąc   karawanę   przewożącą 
transport jabłek (i złota wykopanego w Wężowych Wzgórzach, ukrytego pod owocami) z 
Soubaru do Wrót Baldura. Zhent zaatakował go solidnym, ciężkim mithrilowym toporkiem 
zdobionym złotem, który rzucony leciał dalej, prościej i szybciej niż jakakolwiek broń znana 
Bliźnie. Dużo czasu zajęło mu zabicie tego Zhenta, sam przy tym prawie nie zginął, ale w 
końcu zabrał zdobyczną siekierę.

Pokazał ją tylko jednemu człowiekowi i nigdy nie używał jej w bitwie czy na ulicach 

Wrót Baldura. Rzadko nią ćwiczył i tylko kiedy był sam, i jedynie nocą. Przez resztę czasu 
trzymał  ją pod kluczem, w solidnym,  żelaznym  kufrze krasnoludzkiej roboty,  stojącym  u 
niego pod łóżkiem.

Blizna uniósł siekierę i ważył ją w dłoni, po czym zakręcił, chwytając lewą dłonią za 

koniec   stalowej  rękojeści.   Kiedy  tak  ciął   nią  powietrze,  zdawała  się  śpiewać,   a  może   to 
powietrze jęczało z bólu? Blizna uśmiechnął się na ten dźwięk, ale uśmiech zastąpił zaraz 
smutek. Jego ojciec umarł na zawał na długo przedtem, zanim zdążył zobaczyć tę wspaniałą 
siekierę w dłoni syna.  Był  bardziej rozczarowany niż zły,  że jego młody Harold pragnie 
zostać żołnierzem. W ciągu ostatnich ośmiu lat jego życia rozmawiali tylko raz. Jego ojciec 
był dobrym, acz prostym człowiekiem, o prostych potrzebach i pragnieniach. Dożył blisko 
pięćdziesiątki i nigdy nie oddalił się bardziej  niż o pół dnia drogi od swej małej  wioski 
Bowshot. Harold – albo Blizna, gdyż tych dwoje naprawdę było innymi ludźmi – odwiedził 
Waterdeep,   związał   się   z   elfią   dziewczyną   w   Wysokiej   Puszczy,   wspinał   się   po   górach 

background image

Gwiezdnych Szczytów, popłynął do Moonshaes, zdarł skóry z tuzina wilków w Lesie Ostrych 
Kłów i był smagany gorącym piaskiem Anauroch.

– Powinienem odwiedzić Bowshot – zamruczał do siebie, po czym zakrztusił się na ten 

nagły przypływ naiwnego sentymentalizmu. – A niech cię – powiedział do siekiery i położył 
ją ostrożnie do kufra obitego wewnątrz aksamitem.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi, ciężkie i naglące, aż Blizna podskoczył. Szybko 

zamknął wieko i zatrzasnął krasnoludzką kłódkę.

– Kto tam? – zawołał srogo, choć nie było dla niego nowością zrywanie go o każdej porze 

z powodu nagłych wieści i zadań.

– Abdel – odpowiedział znajomy głos z drugiej strony drzwi. – Jest ze mną Jaheira. 

Musimy pogadać.

– Już idę – powiedział Blizna, wsunął kufer pod łóżko, odrzucił ciężką kołdrę, którą 

dostał od matki wiele lat temu i wstał. Szybko przemierzył pokój i odsunął stalowy rygiel. 
Otworzył  drzwi i ujrzał Abdela, czystego i w dobrym  stanie. Twarz młodego wojownika 
wyrażała oczekiwanie i prawie zdenerwowanie.

–   Wejdź,   chłopcze   –   powiedział   Blizna.   –   Spodziewałem   się   zobaczyć   cię   dopiero 

rankiem.

Abdel skinął i wszedł. Jaheira postąpiła za nim, obrzucając uważnym spojrzeniem całe 

pomieszczenie.

Był to prosty pokój, dla mężczyzny o potrzebach niemal tak skromnych jak jego ojciec. 

Skaczący na kominku płomień dawał ciepło i oświetlał wnętrze. W pokoju stało szerokie 
łóżko, solidny stół z trzema krzesłami i miejscem na czwarte, które stracił w grze w kości. 
Przy kominku wisiała tarcza z herbem Płomiennej Pięści. Była pognieciona i podrapana od 
wieloletniego używania.

Blizna poprosił, by usiedli, ale żadne z nich nie ruszyło się.
– Złożyliśmy wizytę Siedmiu Słońcom – powiedział Abdel.
– Tak – odparł Blizna. – I co znaleźliście? Widzieliście Jhasso?
– Tak – odpowiedziała Jaheira z tyłu. Nie zauważył, jak go obeszła. – Widzieliśmy go.
Oczy Blizny zwęziły się i odwrócił się do Jaheiry, patrząc jak wolno chodzi po całym 

pokoju na sztywnych, spiętych nogach. – I?

– I nie zamierza on robić nic złego – powiedział Abdel z tyłu. Blizna odwrócił się do 

Abdela i Jaheira znalazła się na skraju pola jego widzenia. Blizna instynktownie cofnął się.

– Co znaleźliście? – zapytał.
Jaheira też cofnęła się, znów wychodząc mu z pola widzenia. Abdel uśmiechnął się.
– Niszczące żelazo płyny? – zażartował Abdel. – To spodziewałeś się tam znaleźć?
Blizna znów się cofnął i dał krok w bok, a Jaheira przysunęła się, podczas gdy Abdel 

postąpił wolno trzy kroki w przód, zachodząc Bliznę z boku.

– Co spodziewałeś się tam znaleźć, staruszku? – zapytała Jaheira groźnym głosem.

background image

Pot  wystąpił   Bliźnie   na  czoło.  Był   nieuzbrojony,   ubrany tylko  w   wełniane  spodnie  i 

bawełnianą bluzę. Czuł się nagi.

– Co jest, Abdel? – zapytał i zanim wypowiedział jego imię, uświadomił sobie – Ty nie 

jesteś Abdelem.

Najemnik zatrzymał się i Blizna spojrzał się na niego. Jaheira cicho przemieściła się za 

jego plecami.

–   Oczywiście,   że   jestem   Abdel   –   odparł   wielki   człowiek,   sięgając   powoli   po   pałasz 

wiszący mu na plecach – przynajmniej teraz.

Rozległ się zgrzyt metalu i Blizna domyślił się, że to Jaheira wyciąga swój długi miecz.
–   Niech   cię   cholera   weźmie   przez   Dziewięć   Piekieł   i   z   powrotem   –   zaklął   Blizna   i 

uskoczył w bok szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, że mężczyzna w jego wieku 
jest do tego zdolny.

Miecz Abdela spotkał się z ostrzem Jaheiry w miejscu, w którym chwilę wcześniej była 

jeszcze głowa Blizny. Abdel chrząknął, a kobieta zaklęła, kiedy jej miecz pękł na dwoje. 
Abdel powstrzymał swój miecz, o mało jej nie zabijając i oboje ruszyli na Bliznę. Miecz 
Jaheiry był teraz nie dłuższy niż sztylet i tępy na końcu, ale ostrze i złamany koniec były 
wciąż ostre, wciąż zabójcze.

– Co z nimi zrobiliście? – zapytał Blizna, cofając się na szeroko rozstawionych nogach. – 

Siedzicie w ich ciałach?

– Czy siedzimy? – zapytała Jaheira z diabelskim błyskiem w oczach.
– Jeśli tak – dodał Abdel – a ty nas zabijesz, dusze twoich przyjaciół ulecą...
Blizna   skoczył   naprzód,   pomiędzy   nich,   zaskakując   ich   tym,   ale   oboje   szybko   się 

otrząsnęli i Abdel wykonał  szybkie,  próbne pchnięcie, rozcinając mu  pośladek. Dowódca 
najemników krążył, zmierzając w stronę drzwi, ale Abdel cofnął się i zagrodził mu drogę, a 
Jaheira   poszła   w   drugim   kierunku.   Blizna   przylgnął   plecami   do   ściany,   rzucając 
błyskawiczne,   przypadkowe   z   pozoru   spojrzenia   w   różne   miejsca   pokoju.   Obaj   intruzi 
próbowali wyśledzić, gdzie patrzy, ale szybko się poddali.

Abdel uśmiechnął się wrednie i powiedział: – Panikujesz, starcze?
Blizna głośno przełknął ślinę.
– Więc mnie zabijcie, jeśli po to tu przyszliście.
– Och, rzeczywiście  właśnie po to tu przyszliśmy,  głupcze – zasyczała Jaheira – ale 

najpierw chcemy cię o coś spytać.

–   I   myślicie,   że   wam   powiem?   –   zapytał   Blizna   niedowierzającym   głosem,   wciąż 

strzelając   wzrokiem   po   całym   pokoju,   nie   skupiając   się   na   niczym,   a   tym   bardziej   na 
ułamanym końcu miecza Jaheiry.

– Możemy cię zabić, zadając tysiąc cięć, starcze – rzekł Abdel – albo tylko jedno.
– Więc jeśli powiem wam to, co chcecie, zabijecie mnie szybko?
– Jasne – powiedziała Jaheira, utrzymując swój dystans, ale stale próbując wyjść poza 

background image

pole widzenia Blizny.

– Jeśli za każdą taką propozycję, zabójcy, dostawałbym sztukę złota – powiedział cicho 

Blizna – miałbym ich teraz tyle, że stać by mnie było na wynajęcie Elminstera, by mnie 
chronił.

Ani Abdel, ani Jaheira nie dostrzegli w tym nic śmiesznego.
– Jak chcesz – powiedział Abdel i mrugnął do Jaheiry.
Kobieta ruszyła pierwsza i Blizna spróbował wykonać unik w tył zapominając, że ma za 

plecami  ścianę. Głowa odbiła mu  się od muru  wpadając wprost w zasięg cięcia  Jaheiry. 
Koniec złamanego ostrza rozorał mu głęboko czoło ponad lewym okiem i Blizna zasyczał z 
bólu. Jaheira cofnęła się trzy kroki, strzepując z ostrza krew. Blizna przyłożył do rany rękę. 
Krew płynęła zalewając mu oko, zamrugał więc, aby je oczyścić. Krew nadal ciekła.

– Suka – zawył Blizna. – Zabiję cię za to.
Jaheira zignorowała go.
– Dlaczego wysłałeś nas do Siedmiu Słońc?
– A czy zabiliście Abdela i jego kobietę? – zapytał w odpowiedzi.
Jaheira znów na niego ruszyła, biorąc wysoki zamach. Ty razem Blizna skontrował atak, 

wykorzystując, że uniosła rękę zbyt  wysoko. Rzucił się na nią całym ciałem, chwycił jej 
ramię od spodu i wykorzystując jej impet przerzucił przez ramię tak, że uderzyła plecami o 
podłogę. Zobaczył, że Abdel szybko się zbliża i dał nura po ułamany kawałek ostrza, leżący 
kilka stóp dalej.

Jaheira wydała donośny, nieludzki jęk i obróciła się, by wstać. Abdel potknął się o jej 

wymachujące nogi i padł twarzą obok Blizny. Uderzenie wybiło mu ciężki pałasz z dłoni i 
broń   poleciała   wprost   do   kominka.   Blizna   chwycił   złamane   ostrze,   ignorując   ból,   jaki 
sprawiały ostre krawędzie wpijające się w dłoń. Dowódca najemników skoczył na czworaki i 
chwycił kufer pod łóżkiem.

Abdel wstał i wykorzystał czas, aby odzyskać swój miecz.
– Po prostu go zabij! – krzyknęła Jaheira. – Do diabła z Żelaznym Tronem!
Blizna usłyszał ciężkie kroki w momencie, w którym chwycił za drewnianą rączkę wieka 

kufra. Abdel nadchodził szybko i Blizna przekręcił się, aby uniknąć pierwszego pchnięcia. 
Czubek miecza zagłębił się mocno w deskach podłogi, ale nie złamał. Blizna podniósł kolano 
do podbródka i kopnął. Abdel zobaczył to i odskoczył, choć kopniak nie był wymierzony w 
niego. Naga stopa uderzyła w bok kufra i kufer wyjechał spod łóżka rysując podłogę. Blizna 
nie zobaczył, jak się zatrzymuje, gdyż obuta noga Jaheiry nadepnęła mu na czoło i głowa 
eksplodowała mu bólem i światłem. Odgłos własnej głowy uderzającej o podłogę zadudnił 
mu w czaszce i musiał zmusić się, by nie stracić przytomności. Poczuł kolano kobiety na 
swojej piersi i zasłonił twarz ręką. Jaheira przejechała mu ostrzem po dłoni i Blizna zasyczał 
jeszcze   raz.   Chlasnął   złamanym   ostrzem,   wbijając   je   głęboko   w   nogę   kobiety.   Teraz   to 
Jaheira zasyczała, a Blizna wykorzystał jej chwilową słabość i zepchnął ją z siebie.

background image

– Upuszczę ci całą krew! – wrzasnęła, ale Blizna zignorował groźbę i przeturlał się w 

przód, rzucając się całą swoją masą i siłą. Zobaczył nogę Abdela, który cofnął się, ale i tym 
razem nie on był jego celem. Palący ból w dłoni oślepił go niemal i jednocześnie rozległ się 
głośny zgrzyt metalu, kiedy Blizna podważył złamanym ostrzem kłódkę. Zarówno ostrze, jak 
i zamek rozpadły się.

Blizna przeturlał się, wiedząc, że był w jednym miejscu zbyt długo, a instynkt go nie 

zawiódł.   Miecz   Abdela   uderzył   ciężko   o   podłogę,   znów   tylko   sypiąc   drzazgami   ze 
zniszczonej podłogi. Blizna otworzył kufer i jęknął, kiedy odłamek strzaskanego ostrza, który 
utkwił w jego broczącej krwią dłoni, zagłębił się mocniej.

Miecz Abdela znów opadł i tym razem przebił umięśnione udo Blizny. Stary najemnik 

sapnął z bólu i zapragnął krzyczeć, ale nie mógł. Ciężki but Abdela wylądował na piersi 
Blizny, rzucając go na podłogę, ale pchnięcie pomogło mu wyciągnąć ciężki topór z kufra. 
Machnął   nim   dziko   od   dołu,   uderzając   sobowtóra   Abdela   w   pachwinę.   Buchnęła   krew   i 
olbrzym upadł. Topór utkwił w martwym już ciele, rękojeść wyśliznęła się Bliźnie z dłoni. 
Opuszczały go siły. Odetchnął ciężko, zadowolony, że przynajmniej jednego powalił.

Abdel upadł na ziemię w drgawkach, a kiedy jego głowa obróciła się na martwej już szyi, 

jego twarz zaczęła się zmieniać. Blizna patrzył w twarz nieludzkiej istocie. Miała szeroką, 
owalną głowę z wielkimi oczami bez źrenic i gładką skórę koloru zimnego popiołu. Topór 
wypadł z ciała martwego stwora. Przekręcił się, by usiąść. Zamierzał coś powiedzieć – jakieś 
ostatnie   słowa,   ale   nie   zdążył.   Powietrze   wyleciało   mu   z   płuc   i   opadł   ciężko   na   plecy. 
Sobowtór Jaheiry zanurzył  topór głęboko w piersi Blizny,  przygważdżając mężczyznę  do 
drewnianej podłogi. Poczuł, jak krew bulgocze mu w krtani i zobaczył demoniczny wzrok 
kobiety,  która przybrała już swoją prawdziwą postać. A potem była już tylko ciemność i 
wieczność.

* * *

Julius patrzył gdzieś w dal i trzykrotnie układał usta do słowa „kapral”, po czym posłał w 

pusty korytarz uśmiech pełen samozadowolenia.

– Przestańcie się szczerzyć,  kapralu – zagrzmiał  sierżant Maerik. Julius podskoczył  i 

zaczerwienił   się.   Maerik   stał   tuż   przed   nim   wspinając   się   na   palce,   aby   móc   spojrzeć 
wyższemu, młodszemu kapralowi prosto w oczy. Prawie dotykali się nosami.

– Gdzie jesteś, synu? – zapytał sierżant cicho.
– Sir – zaczął Julius, lecz przerwał, by przełknąć ślinę i zwilżyć zaschnięte gardło. – Sir, 

w Pałacu Książęcym, sir.

– A gdzie w Pałacu Książęcym, kapralu?
– Sir, w skrzydle mieszkalnym, sir.
– Masz na myśli miejsce, gdzie mieszkają wielcy książęta?
– Sir, tak, sir.

background image

– Gdzie mieszka wielki książę Eltan?
– Sir, tak, sir.
– Wielki książę Eltan, który czeka na elekcję?
– Sir, tak, sir.
– Wielki książę Eltan, który ma więcej wrogów niż ktokolwiek inny we Wrotach?
– Sir, tak, s...
– Więc obudź się, idioto! – krzyknął sierżant.
Julius wciągnął brzuch, koncentrując się na powstrzymaniu bąków.
– S-sir – wyjąkał – t-tak, sir.
–   Postarajcie   się   bardziej,   kapralu   –   fuknął   Maerik,   po   czym   odwrócił   się   i   ruszył 

korytarzem, a za chwilę zniknął w bocznym przejściu. Na zimnej, marmurowej posadzce nie 
było słychać jego kroków.

Julius odetchnął z ulgą. Został przydzielony do straży w Pałacu Książęcym  zaledwie 

tydzień  temu i choć wcześniej brał udział w bitwie i nawet walczył  ze szczurołakami  w 
najciemniejszych zaułkach portu, ta służba zdawała się najcięższa ze wszystkich, jakie pełnił. 
Nie martwił się, że może tu wejść zabójca, nie aż tak daleko w głąb pałacu, ale obawiał się, że 
to, co się wydarzyło przed chwilą, może się powtórzyć i jeszcze raz powtórzyć, aż zostanie 
zdegradowany do stopnia zwykłego piechura.

Przełożył  halabardę do lewej ręki i otarł pot z czoła. Było już późno, a może nawet 

wcześnie i powieki mu ciążyły, oczy wyschły i były zmęczone. Cichy dźwięk sprawił, że 
podskoczył  i spojrzał bystro w dal korytarza. W przyćmionym  świetle ujrzał mysz, która 
zaraz zniknęła w ciemności. Westchnął, ale zaraz znów podskoczył, kiedy poczuł na ramieniu 
ciężar czyjejś ręki.

– Głowa do góry, żołnierzu.
Mężczyzna natychmiast wydał się Juliusowi znajomy. To on, Blizna prowadził atak na 

szczurołaki i Julius był  na jego odprawie, a potem walczył  u boku tego doświadczonego 
wojownika przez kilka cennych chwil w tunelach ściekowych.

– K-kapitan Blizna – wyjąkał Julius, prostując się na baczność. – Och... Nie powiedziano 

mi...

Blizna skrzywił się.
– A dlaczego miano by ci mówić?
– Ja... – zaczął Julius, ale Blizna podniósł rękę i go powstrzymał.
– Idź do stajni i przygotuj wierzchowca wielkiego księcia – rozkazał mu Blizna. – Przed 

świtem zabieram go stąd.

Julius był tak zaskoczony, że tylko stał z rozdziawionymi ustami. Coś się działo, coś 

wielkiego. Nie na mojej warcie – pomyślał Julius – dlaczego na mojej warcie?

– Czy nie wyraziłem się jasno, kapralu?
– N-nie, sir, ja tylko...

background image

– Więc zabieraj dupę w troki i jazda! – ponaglił go Blizna, a jego surowy wzrok był 

wystarczającym bodźcem, który pchnął Juliusa w głąb korytarza tak szybko, na ile pozwalały 
mu jego drżące w kolanach nogi.

Biegł przez chwilę, zanim uświadomił sobie, że w tym pałacowym labiryncie, nocą, po 

prostu   się   zgubił.   Zaczął   modlić   się   żarliwie   do   Tymory,   która   zaraz   wysłuchała   jego 
modlitwę z typowym dla tej bogini szczęścia poczuciem humoru.

–   Na   falujące   piersi   Umberlee,   chłopcze!   –   ryknął   sierżant   Maerik.   –   Co   na   imiona 

wszystkich bogów tutaj robisz, ty zgniły synu zawszonej...

– Zgubiłem się – wykrztusił szybko Julius, zanim zdążył  się zastanowić i zdać sobie 

sprawę, co za głupotę właśnie palnął.

Sierżant Maerik zdzielił go w twarz.
–   Przepraszam   –   wyjęczał   Julius,   padając   ciężko   na   tyłek.   Halabarda   zadzwoniła   o 

posadzkę, krew ściekała mu z ciągle wibrującego nosa.

–   Wybrałeś   zły   moment   na   opuszczenie   posterunku,   ty   zasmarkanodupy   głąbie   – 

wrzasnął sierżant. – Kapitan Blizna został zamordowany i cała kompania została postawiona 
na nogi.

– Ale ja go właśnie widziałem – zaoponował Julius.
– Kogo widziałeś, pluskwiaku?
– Bliznę – powtórzył Julius i wstał z trudem. – To właśnie kapitan Blizna kazał mi pójść 

do stajni i wyprowadzić konia wielkiego księcia Eltana...

– Blizna tu był? – zapytał Maerik, a jego oczy rozszerzyły się. – Tej nocy?
–   Sir   –   powiedział   Julius,   poprawiając   splamiony   własną   krwią   kaftan   i   szukając 

halabardy – niecałą godzinę temu, sir. Szedł na pokoje wielkiego księcia.

Maerik zbladł, chwycił silnie Juliusa za ramię i pociągnął za sobą do biegu.
– Nie na mojej warcie! – zaklął sierżant. – Dlaczego to zawsze musi być na mojej warcie!

* * *

Julius i Maerik przystanęli przy szerokich dwuskrzydłowych drzwiach prowadzących na 

prywatne pokoje wielkiego księcia. Julius z trudem nadążał za sierżantem i kiedy wreszcie 
stanęli, ciężko dyszał.

Wielki   książę   wyłonił   się   ze   swoich   komnat,   trzymając   wielki   topór,   jakiego   Julius 

jeszcze nie widział, a nawet nie śnił o nim. Był ubrany w długą koszulę nocną, która ociekała 
krwią. Oczy i ręce miał spokojne. Jego szeroka, poważna twarz także była umazana krwią, a z 
jego   długich   wąsików   skąpy   wały   czerwone   kropelki.   Jego   kryształowo   błękitne   oczy 
świeciły pod gęstymi szarymi brwiami pasującymi do krótkich włosów, pogniecionych od 
snu.

Maerik przyklęknął, podobnie Julius, niezdolny oderwać wzroku od złoto-mithrilowego 

topora.

background image

– Milordzie – odezwał się Maerik. – Ja...
– Kapitan Blizna został zamordowany – powiedział wielki książę. Maerik wstał i Eltan 

otworzył wysokie drzwi. Na zasłanej drogim dywanem podłodze leżało szare ciało jakiejś 
nieludzkiej istoty, wciąż brocząc krwią na drogocenną wełnę.

– Tak, milordzie – odetchnął Maerik. – Został znaleziony w swoim pokoju.
Julius zakrztusił się na widok oczu martwego stwora. Silne, postarzałe rysy Eltana były 

ponure.

– Zabierzcie ciało kapitana do Komnaty Cudów – powiedział niskim i pełnym powagi 

głosem. – Przebiorę się i spotkam się tam z wami.

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy

– Brzmi tak, jakby przyszli tu wasi przyjaciele – powiedział Jhasso, próbując dojrzeć coś 

przez malutkie okienko w celi.

– Albo twoi – zaproponowała Jaheira.
Odgłosy walki były wyraźne, choć odległe i tłumione co najmniej jednym piętrem. Abdel 

słyszał szczęk stali, ciężkie kroki, upadające ciało, potem następne. Napiął mięśnie i jeszcze 
raz spróbował wyrwać kraty z okna. Tym razem drgnęły, ale tylko trochę. Czuł się jak szczur 
w klatce i chciał się stąd wydostać.

– Nie – odpowiedział Jhasso Jaheirze. – Ja nie mam przyjaciół.
– Nie, skoro sobowtórniak udający ciebie robił sobie-tobie wrogów w całym mieście od 

momentu, kiedy jak mówisz, tu się znalazłeś – zgodziła się z nim Jaheira.

– Niech ich szlag. Myślałem, że wszystkie są w Waterdeep.
Wszyscy   troje,   zmarznięci,   wyczerpani   i   wiercący   się   niespokojnie   na   granicy 

klaustrofobicznego obłędu, stali i nasłuchiwali odgłosów walki.

Drzwi nagle stuknęły, głos był blisko. Abdel wykręcił głowę i przycisnął policzki do krat, 

próbując cokolwiek zobaczyć. Na końcu korytarza paliło się ciepłe pomarańczowe światło, a 
na ścianie odbijały się cienie, tańczące w rytm szczęku stali, kroków i desperackich ryków. 
Ciało   upadło   i   kroki   ruszyły   w   stronę   cel.   Młody   mężczyzna   ubrany   w   skrwawiony   i 
przepocony kaftan z herbem Płomiennej Pięści stanął przed celą Abdela. Krew ciekła z ostrza 
jego halabardy, która była z pewnością cięższa niż ten szczupły, młody żołnierz.

– Czy ty jesteś Jha-Jhasso? – zapytał żołnierz, łapiąc dech.
– On jest w celi za tobą – odpowiedział Abdel.
W tym samym momencie Jhasso krzyknął: – Wypuść mnie stąd, dzieciaku!
Młody żołnierz wyglądał na zmieszanego i przerażonego: – Muszę kogoś zawołać.
– Chyba nas tu nie zostawisz? – zawołała Jaheira, a młody żołnierz przestąpił z nogi na 

nogę, słysząc kobiecy głos.

– Bez obawy, pani – odpowiedział jej. – Wrócę po was!
Ścigany przez ordynarne odżywki trzech więźniów młody żołnierz zniknął w korytarzu. 

background image

Usłyszeli głosy i więcej kroków ludzi wchodzących po schodach i niknących w cichnących 
już odgłosach walki.

– Przyjdzie po nas, prawda? – zapytał Jhasso.
– Lepiej żeby cholera przyszedł – odparł Abdel. – Bo jak nie, to wyciągnę ręce przez 

kraty na tyle, by go...

– Słuchajcie! – krzyknęła Jaheira i Abdel wraz z Jhasso zamilkli.
Walka już się skończyła.  Abdel usłyszał  głuche męskie głosy i zbliżające się ciężkie 

kroki.   Drzwi   otworzyły   się   i   rozległ   się   wyraźny   chrzęst   człowieka   w   ciężkiej   zbroi 
metalowej szybko schodzącego po schodach.

– Tutaj, Gondsman – powiedział spokojny, rozkazujący głos.
Abdel zobaczył starszego mężczyznę w lśniącej, zbryzganej krwią zbroi płytowej. Nie 

znał go, ale jego mundur mówił sam za siebie. To był wielki książę, a na jego napierśniku 
widniał symbol Płomiennej Pięści. Czyżby to był...

– Wielki książę Eltanie – rozwiał wątpliwości Abdela młody żołnierz, który pierwszy ich 

tu odwiedził – znalazłem klucz, milordzie.

– Bardzo dobrze, Julius – odrzekł Eltan. – Kiedy kapłan skończy, wypuść ich.
– Wypuść nas teraz, w imię Gonda – zachrypiał Jhasso.
Abdel   zobaczył,   jak   gruby   mężczyzna   w   szafranowych   szatach   zatrzymał   się   przed 

drzwiami celi Jhasso i spojrzał przez okienko. Kapłan podchodził tak do każdej z cel. Abdel 
napotkał jego wzrok, kiedy wreszcie podszedł pod jego drzwi. Nie mógł jednak spojrzeć mu 
w oczy, gdyż kapłan patrzył jakby poza niego.

– Mężczyźni są ludźmi – powiedział kapłan do Eltana – a kobieta jest półelfem.
– Wypuście ich – polecił Eltan i po chwili byli wolni.
Kiedy Abdel opuścił swoją celę, Julius przełknął ślinę i wyjąkał: – Prze-przepraszam.
– Nie ma za co, kapralu – odrzekł Abdel z uśmiechem. – Są tu sobowtórniaki.
– Rzeczywiście są – zgodził się wielki książę, oglądając podejrzliwie Abdela od stóp do 

głów. – Dwa z nich zabiły Bliznę.

– Nie – zachłysnęła się Jaheira.
– I przynajmniej jeden zajął moje miejsce – dodał Jhasso. – Mam nadzieję, że jeszcze 

mogę rozkręcić swój interes, Eltan.

Wielki książę spojrzał na Jhasso niecierpliwie.
– Odpowiadasz tylko za to, za co sam jesteś odpowiedzialny, Jhasso. Na razie trzymaj się 

z dala.

Jhasso   pokiwał   głową,   wyraźnie   zadowolony,   że   nie   musi   uczestniczyć   w   kolejnych 

wydarzeniach.

– Wasza... książęca mość... – wymamrotał Abdel; wyczerpanie i smutek otumaniły go 

nieco.

– Mam na imię Eltan – przedstawił się wielki książę. – A ty musisz być Abdel.

background image

– Tak – potwierdził Abdel. – Blizna był  moim przyjacielem. Chciałbym mieć okazję 

pomścić jego śmierć.

– Blizna cię uprzedził z jednym – odrzekł Eltan. – A ja miałem przyjemność rozprawić 

się z drugim, ale coś mi mówi, że jeszcze trzeba będzie zabijać, dobry człowieku, jeśli masz 
na myśli zabijanie.

Abdel skinął głową. Miał na myśli zabijanie.

* * *

Abdel i Jaheira dostali niewiele czasu na doprowadzenie się do porządku, a większość 

tego czasu Abdel spędził jedząc. Zwrócono mu jego pałasz i kolczugę, w dobrym stanie. 
Spotkali się w foyer Eltana, w jego apartamentach w Książęcym Pałacu. Abdel uśmiechnął się 
do Jaheiry, która ubrała się w zwiewną czarną suknię, otrzymaną od wielkiej księżny Liii 
Janath we własnej osobie. Abdel poczuł się głupio, że sam nie ma w co się przebrać. Miał 
przynajmniej nadzieję, że nie wygląda odrażająco ani nie śmierdzi.

Senny lokaj pokazał im drogę do gabinetu wielkiego księcia, a Abdel wiedział, że nikt nie 

będzie tu poświęcał swego czasu na jego wąchanie. Atmosfera była pełna powagi, jak w 
generalskim namiocie tuż przed bitwą.

– Abdel, Jaheira – powiedział Eltan, zapraszając ich do bogato urządzonego pokoju – 

wejdźcie.

Eltan   siedział   za   biurkiem,   wspierając   ramiona   na   mahoniowym   blacie.   Chudy 

mężczyzna ze splątanymi, szarymi włosami i dziwnymi okrągłymi szkiełkami w drucianej 
oprawce na nosie nachylał się nad ramieniem wielkiego księcia, z pewnością zaszywając mu 
ranę. Eltan syknął, kiedy lekarz zaciągnął nić i odciął koniec.

– Zostaliście ranni – zaczął Abdel niepewnie.
– Tak –  odparł Eltan, uśmiechając się – to moja dwusetna rana odniesiona w walce. 

Powinienem to uczcić.

Abdel uśmiechnął się i przysunął się cicho do Jaheiry, podczas gdy Eltan w ciszy wręczał 

medale trzem oficerom Płomiennej Pięści, stojącym po drugiej stronie biurka. Gdy skończył, 
wysłał ich do świątyni Gonda, aby poprosili o pomoc kapłanów, którzy najwyraźniej potrafią 
rozpoznać sobowtórniaka, kiedy go zobaczą.

Kiedy   oficerowie   wyszli,   a   lekarz   pochował   swoje   medyczne   przybory   do   skórzanej 

torby, wielki książę poprosił Abdela i Jaheirę przed siebie.

– Rozumiem – zaczął Eltan – że nie raz walczyłeś u boku mojego przyjaciela Harolda 

Loggersona.

Abdel zmieszał się. – Milordzie?
– Blizny – wyjaśnił Eltan. – Nie wiedziałeś, jak się naprawdę nazywał?
– Nie – odparł Abdel. Spojrzał na Jaheirę zakłopotany, choć nie wiedział dlaczego. – Nie, 

milordzie. Może nie byliśmy aż tak dobrymi...

background image

Eltan powstrzymał go ruchem ręki.
– Nie, nie. Można policzyć na palcach u jednej ręki osoby, które znały jego nazwisko. 

Usiądźcie, musimy porozmawiać.

Eltan   wyglądał   na   zmęczonego.   Oczy   miał   spuchnięte   i   zaczerwienione,   policzki 

zapadnięte. Wciąż miał na sobie zbroję, jakby był zbyt wyczerpany, by ją zdjąć albo niedługo 
jej potrzebował. Pierwsza usiadła Jaheira, po niej Abdel i oboje podziwiali miękką skórę 
wygodnych krzeseł.

–   Nie   zupełnie   tak,   jak   w   generalskim   namiocie,   co   najemniku?   –   zauważył   Eltan, 

zerkając też na Jaheirę.

– Milordzie... – zaczął Abdel, ale zorientował się, że odpowiedź nie jest potrzebna.
– To miasto jest poświęcone przez wiele wspaniałych świątyń – rzekł Eltan – przeklęte 

przez jeszcze więcej, jak przypuszczam. Kiedy usłyszałem o śmierci Blizny, kazałem zanieść 
jego   ciało   do   Komnaty   Cudów   w   nadziei,   że   mój   dobry   przyjaciel   Thalamond   mógłby 
przywrócić dech staremu wojakowi.

Abdel   słyszał,   że   jest   to   możliwe,   ale   to   była   moc,   którą   większość   kapłanów 

rezerwowała na specjalne okoliczności. Jaheira spojrzała na Abdela i zobaczył, że była pod 
wrażeniem przyjaciół, jakich ma Abdel, jak i sytuacji, w której się znaleźli.

– Obawiam się, że nie mogli tego zrobić – powiedział Eltan. – Jego dusza uciekła albo... 

cokolwiek   innego.   –   Wielki   książę   przerwał   na   moment   dobierając   właściwe   słowa.   – 
Pozwolili mi tylko porozmawiać z nim, jeśli wierzycie, że coś takiego jest w ogóle możliwe. 
Poręczył za was, jak tylko Blizna to potrafił. Powiedział mi, że posłał was na molo Siedmiu 
Słońc,   abyście   tam   trochę   powęszyli,   gdyż   coś   wiąże   tę   kompanię   z   pewną   grupą 
odpowiedzialną za kłopoty w kopalniach rudy żelaza.

– Tak, milordzie – potwierdziła Jaheira. – Zostałam wysłana przez Harfiarzy, aby się 

temu przyjrzeć. – Przerwała i spojrzała na Abdela, który uśmiechnął się delikatnie i skinął 
głową. – Żelazny Tron chce wywołać wojnę pomiędzy twoim ludem, a moim.

– Wojnę z Amnem? – zapytał Eltan. – A po co?
Jaheira potrząsnęła głową.
– Nie wiem. Właśnie po to Blizna wysłał nas na molo, abyśmy się dowiedzieli.
– Po moim mieście włóczą się sobowtórniaki – powiedział Eltan. – Ktoś popycha nas do 

wojny z Amnem, ktoś sabotuje nasze zapasy i nikt nie wie dlaczego?

Jaheira poczerwieniała, wyczuwając narastającą frustrację Eltana.
– Wiem, gdzie odbywają się spotkania Żelaznego Tronu – rzekł Eltan.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa rozległ się dźwięk metalu uderzającego o marmurową 

posadzkę.   Wszyscy   spojrzeli   w   tę   stronę   i   zobaczyli   w   rogu   uśmiechającego   się 
przepraszająco lekarza.

– Możesz już iść, Kendal – polecił Eltan mężczyźnie. – Czuję się już dobrze.
– Będę musiał zmienić opatrunek, milordzie – odrzekł lekarz. – Jutro rano.

background image

– Dobrze – zgodził się niecierpliwie Eltan. – Do zobaczenia zatem.
Kiedy drzwi się zamknęły, Abdel zapytał – Gdzie jest to miejsce?
–   Tutaj   w   mieście   –   odparł   Eltan.   –   Możesz   się   przydać,   jeśli   chcesz.   Potrzebuję 

człowieka, który może działać poza murami Wrót. Skoro Blizna ci ufał, to mi wystarczy. – 
Spojrzał na Jaheirę. – Spotkałem już wcześniej Harfiarzy, panienko, ale nie wykorzystam tego 
przeciwko tobie.

Jaheira zaczerwieniła się, po czym wstali i wyszli.

* * *

–   „Znów   będziemy   mnichami,   przez   jakiś   czas”   –   przeczytał  Julius   z   notatnika   o 

pogniecionych rogach. – „Wróć na miejsce spotkania pod kolumnami Mądrego Boga”.

Młody kapral popatrzył na wielkiego księcia, sierżanta Maerika, Abdela i Jaheirę. Julius 

kucał   obok   zwiniętego   ciała   mężczyzny   ubranego   w   czarną   skórę,   którego   zabił   Abdel. 
Wyglądało na to, że w podziemnej kryjówce Żelaznego Tronu było tylko dwóch ludzi. Eltan i 
jego siły wpadły na jego trop.

– Candlekeep – powiedział cicho Abdel.
– Mogą się tam dostać? – zapytał Eltan. – Na mój rozum Candlekeep rzadko, jeśli w 

ogóle, otwiera swoje bramy.  Jak to możliwe, że cała szajka konspiratorów spotyka się w 
Candlekeep.

– Gorion mógł znać odpowiedź na to pytanie – rzekła Jaheira, patrząc smutno na Abdela.
Najemnik wolno skinął głową.
–   Mój   ojciec   był   mnichem   –   powiedział   Eltanowi.   –   Wychował   mnie   w   murach 

Candlekeep i skierował na drogę, którą kroczę już całe życie, jak mi się zdaje. Prowadził 
mnie do Jaheiry. – Odwrócił się do półelfki. – Czy pracował dla Harfiarzy?

Jaheira pokręciła głową. – Był przyjacielem.
– Prędzej pójdę na wojnę z Amnem i ją wygram niż będę szturmował bramy Candlekeep 

– westchnął Eltan. Nie czuł się pokonany, myślał.

– Wygląda na pomocną wskazówkę – wtrącił Maerik i Eltan ostro na niego spojrzał. 

Sierżant cofnął się pół kroku. – Proszę przyjąć moje przeprosiny, ja...

– Nie przepraszajcie, sierżancie – odrzekł Eltan. – Ten notes był raczej zbyt ważny, żeby 

go zostawiać.

–   Żelazny   Tron   robił   już   głupsze   rzeczy,   milordzie   –  zaproponował   Abdel.   –   Po   co 

chcieliby, abyśmy się dowiedzieli, że udali się do Candlekeep?

– Jeśli to prawda, co... – zaczął Julius i przerwał pod ostrym wzrokiem Maerika.
Eltan machnął ręką – kontynuujcie, kapralu.
Julius uśmiechnął się słabo.
– Milordzie, jeśli nie możemy dostać się do Candlekeep, to może oni chcą, abyśmy... 

abyś myślał, że są poza twoim zasięgiem.

background image

– Drażnią się ze mną? – zapytał Eltan.
Julius wzruszył ramionami – Ja tylko...
–   To   możliwe   –   przerwała   mu   Jaheira.   –   My,   Harfiarze   myślimy,   że   za   całym   tym 

spiskiem stoi jedna osoba. Krasnolud, który był niewolnikiem Żelaznego Tronu, powiedział 
nam   jego   imię.   Jest   on   bogatym   kupcem   z   Sembii   i   nazywa   się   Reiltar.   Mam   powody 
przypuszczać, że ten Reiltar jest... synem Bhaala.

Abdel spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Znów usłyszał imię tego martwego boga 

mordu i pomysł, że zostawił on tu synów. Może, pomyślał Abdel, powinienem przycisnąć 
Jaheirę,   aby   mi   powiedziała,   co   jeszcze   wie   na   ten   temat.   Jaheira   patrzyła   na   Abdela   z 
czerwoną, prawie przerażoną twarzą.

– Synem Bhaala? – zapytał zdziwiony Eltan. – Tego martwego boga Bhaala?
Jaheira potwierdziła skinieniem głowy, a Julius wstał na drżących nogach.
– To szaleństwo – skomentował Maerik. – Milordzie, kim są ci ludzie?
– Są jeszcze inne – podjęła Jaheira – dzieci Bhaala. Niektóre z nich są pod obserwacją 

Harfiarzy, za innymi ślad się urwał. Nikt nie wie, ile ich przeżyło.

– I jeden z nich chce wywołać wojnę z Amnem? – zapytał Julius, zapominając w czyjej 

jest obecności.

– Mord – wyjaśniła Jaheira – na wielką skalę.
Abdel przełknął ślinę, gdyż nagle zaschło mu w gardle. Na ramionach i piersi wystąpiła 

mu gęsia skórka i poczuł, że całe ciało przeszedł mu dreszcz. Mord – pomyślał Abdel z 
wielkim trudem powstrzymując uśmiech – na wielką skalę...

background image

Rozdział dwudziesty drugi

– Mord – powiedziała Tamoko – na wielką skalę.
Sarevok uśmiechnął się do niej – tak jak uśmiechają się demony – ale Tamoko nie cofnęła 

się. Ku jej zaskoczeniu, Sarevok wydawał się zadowolony.

– Mord, tak – potwierdził. Echo poniosło jego głos w podziemnej komnacie. Rozległ się 

zgrzyt metalu, kiedy nieświadomie przeciągnął ostrzem długiego, wąskiego sztyletu po swym 
napierśniku z czarnego metalu. Poleciały iskry, ale na zbroi nie został żaden ślad.

– To nie do... – urwała Tamoko i westchnęła z frustracji. Wcale nie chciała przerwać, 

tylko wciąż miała kłopoty z wyrażaniem się we wspólnym języku Faerunu. – To nie do... 
zaakceptowania.

Żółte oczy Sarevoka błysnęły i odwrócił się do pustej ramy, obserwując ją uważnie, jakby 

była teraz dla niego najważniejsza.

– Tamoko, moje drogie dziecko – odezwał się w końcu. – Kiedy cię odkryłem, zabijałaś 

co dnia, dla pieniędzy. Mord był twoim sposobem na życie.

Drgnęła na to porównanie, gniew dodał jej odwagi. – Praca w roli zabójcy nie hańbi.
– Zabijałaś niewinnych ludzi – nacisnął. – A to morderstwo.
– Niewinni  ludzie nie muszą obawiać się zabójców – odparła. – Niewinni ludzie nie 

zadają się z ludźmi zdolnymi do wynajęcia zabójców. Jeśli ktoś mnie najmuje, zawsze ma 
jakiś powód, ten czy inny.

– Więc – powiedział Sarevok, odwracając się do niej z uśmiechem samozadowolenia – 

zabijasz tylko skorumpowanych ludzi.

– Tak – odparła, dumnie unosząc głowę i wpadając w jego pułapkę.
– Na polecenie skorumpowanych ludzi.
Zaczerwieniła się i odwróciła wzrok. Sarevok chrząknął i wrócił spojrzeniem do ramy.
– Możesz wejść – powiedział nagle.
Tamoko   odwróciła   się   na   dźwięk   otwieranych   drzwi   i   do   pokoju   wszedł   wolno, 

niepewnie   sobowtórniak.   Jego   wielkie   oczy   bez   wyrazu   oglądały   spartański   wystrój 
pomieszczenia,   a   potem   przeniosły   się   na   Tamoko,   która   stała   sztywno   obok   Sarevoka. 

background image

Kobieta była ubrana w luźne spodnie i dopasowaną, czarną tunikę. Jej wąska, zakrzywiona 
katana   wisiała   w   pochwie   u   jej   pasa.   Przyjęła   sobowtórniaka   chłodno,   gdyż   nie   pałała 
miłością do tych stworów pozbawionych twarzy.

– Jesteś  idiotą – powiedział  Sarevok do sobowtórniaka i stwór natychmiast upadł na 

kolana.

–   Proszę,   panie   –   zaczął   błagać   głosem   ni   to   męskim,   ni   kobiecym,   pozbawionym 

charakteru i wyrazu. – Oszczędź mnie, bym ci mógł dalej służyć. Zrobię wszystko... Przyjmę 
każdą postać, jaką Wasza Wysokość rozkaże.

– Ta mięczakowata stara koza Eltan ma kapłanów... KAPŁANÓW! – wyjaśnił Sarevok 

głosem   niczym   uderzenie   gromu.   Sobowtórniak   wycofał   się   na   czworakach   w   tył,   w 
desperackiej próbie ucieczki przed jego głosem, od którego jakby zadrżał cały pokój. Tamoko 
podskoczyła i poczuła drżenie aż do samego środka na moc głosu swego kochanka. Sarevok 
zamilkł na dłuższą chwilę, patrząc jak sobowtórniak kaja się przed nim.

– Kapłani tego partackiego boga Gonda i kogo tam jeszcze włóczą się po całych Wrotach 

Baldura, modląc się na okrągło o to, by mogli widzieć prawdziwą naturę rzeczy. A wiesz 
dlaczego?

– Możemy się ukryć, panie – wymamrotał sobowtórniak. – Proszę, tylko...
– Wiesz dlaczego? – powtórzył pytanie Sarevok, tym razem opanowanym, spokojnym 

głosem.

– Sir, proszę...
– Jeśli będę musiał zadać ci to samo pytanie po raz trzeci, sobowtórniaku, lepiej dla ciebie 

będzie, żebyś miał odpowiedź wyrytą wewnątrz mózgu, w przeciwnym razie urwę ci głowę 
bez żadnego powodu... Będę rozczarowany.

Tamoko wyciągnęła powoli swój miecz, dając pokaz dźwięku i błysku światła świeczki 

odbijającego się na ostrzu. Kochała Sarevoka, całą swoją duszą, straconą pewnie, i chociaż 
ufność, jaką go darzyła i pewność, że jest wart jej adoracji były na skraju załamania, była 
szczęśliwa, że może w jego imieniu położyć trupem jedno z tych bezdusznych obrzydlistw.

Sobowtórniak zobaczył to, a przynajmniej wystarczająco wiele, wypisane w jej oczach.
– Szukają nas – oznajmił stwór. – Szukają nas swoim prawdziwym widzeniem. Ale oni 

nie będą...

– Ciii... – zasyczał Sarevok, przykładając palec do ust.
Uśmiechnął się niczym wilk i podszedł bliżej do schylonego stwora. Tamoko zauważyła 

łzę spływającą po gładkim, szarym policzku sobowtórniaka.

– Oczywiście, że będą, sobowtórniaku, tak jak się tego wcześniej domyślałem. Miałem 

tylko nadzieję, że nie zaczną tak szybko i właśnie dlatego rozczarowałeś mnie.

– Och – załkał sobowtórniak przez drżące, cienkie jak włos usta. – Nie...
Sarevok   odwrócił   się   i   na   moment   spojrzał   Tamoko   w   oczy,   a   zabójczyni   skoczyła 

naprzód, wymachując mieczem nad głową.

background image

Szła szybko i zarazem spokojnie – spokojna jak zawsze. Błyskała ostrzem nad głową w 

śmiertelnym   tańcu,   aby   rozproszyć   swoją   ofiarę...   przeciwnika   –   ta   różnica   sprawiła,   że 
Tamoko   przerwała   na  chwilę   tok   swych   myśli,   ale   nie   zatrzymała   się.   Wykonała   cięcie, 
kierując się czystym instynktem zrodzonym z jej talentu i praktyki. Zadała cios bez udziału 
świadomości. Jej ostrze zadzwoniło o metal i sypnęło iskrami, nagły opór wprowadził klingę 
w wibracje, które przeniosły się przez jej ramię na całe ciało.

Sobowtórniak przemienił się w mgnieniu oka wystarczającym jej do ataku. Odskoczyła 

lekko i szybko w tył, wycofując się pod wpływem tego samego instynktu, który prowadził ją 
do ataku. Potrzebowała chwilę czasu, aby ocenić sytuację. Jej ofiara rzeczywiście stała się 
teraz przeciwnikiem.

Tamoko   zirytowała   się   na   widok   postaci,   którą   przybrał   sobowtórniak.   To   była   ona. 

Kiwnęła głową w bok w geście, który niektórzy uznaliby za salut. Tamoko uważała to za 
obietnicę – obietnicę wolnej i hańbiącej śmierci.

– Nadzwyczajne – powiedział Sarevok z wyraźną rozkoszą.
Tamoko zignorowała go i przeniosła wzrok na przeciwnika. Sobowtórniak wstał i przyjął 

szeroką postawę. Spoglądał na Tamoko jej własnymi oczami i z każdym uderzeniem serca 
coraz bardziej ją przypominał. Tamoko wciągnęła powietrze i zaatakowała.

Krzyczała we własnym języku nazwy każdego ataku, choć nie była świadoma momentu, 

w którym rozpoczęła normalny fechtunek. Jej świadomy, twórczy umysł został zastąpiony 
wytrenowaniem, doświadczeniem i kodeksem tak starym, że nawet Sarevok nie mógłby tego 
sobie wyobrazić. Jej miecz ciął powietrze z symfonią świstów i zgrzytów, i zdawało się, że 
ostrze   żyje   swoim   własnym   życiem.   Sobowtórniak   parował   jej   ataki   jeden   za   drugim   i 
wkrótce zaczął tańczyć lekko na palcach w taki sam sposób, jak to czyniła Tamoko. Wciąż się 
bronił,   chociaż   Tamoko   nie   sądziła,   że   stwór   zdaje   sobie   sprawę   z   tego,   że   ona   wcale 
naprawdę nie atakowała, tylko badała przeciwnika, wyłapywała jego czułe punkty, zbierając o 
nim informacje, aby znaleźć najlepszy sposób na jego zabicie.

W przeciągu mniej niż minuty Tamoko zorientowała się, że sobowtórniak wykorzystuje 

jej doświadczenie w szybko postępującej chronologicznej kolejności. Odczuła na sobie, że 
stwór wykonał manewr, którego ona uczyła się całe lato u senseia Toroto w Świątyni Pięści i 
Światła. Przypomniała sobie, że ten sobowtórniak bał się Sarevoka, ale także bał się ptaków, 
żywił   do   nich   irracjonalny   lęk.   Tamoko   uśmiechnęła   się   i   zagwizdała   śpiew   drozda,   a 
wówczas stwór odsłonił się i Tamoko cięła go przez szyję. Stwór doszedł już jednak do 
następnej jesieni jej życia, kiedy to ćwiczyła cofnięcia, i w ten sposób uniknął śmiertelnego 
niebezpieczeństwa, a nawet wykonał śmiały atak, który Tamoko z ledwością odbiła.

Jej miecz błyskał coraz szybciej i wkrótce osiągnęła szczyt swych umiejętności. Gałka 

rękojeści miecza  urwała  się i przeleciała  przez pole energii  otaczające  Tamoko  kokonem 
czystej, nieskażonej mocy sztuki walki. Sobowtórniak puścił lewą ręką miecz, ale nie był 
gotów, żadna moc, którą posiadał, nie mogła przygotować go do walki na tym poziomie, 

background image

który osiągnęła Tamoko.

Tamoko świsnęła mieczem i jednym, pojedynczym zygzakiem, zbyt szybkim nawet dla 

oczu   Sarevoka,   odcięła   sobowtórniakowi   głowę.   Bezgłowe   ciało   wiło   się   w   konwulsjach 
retransformacji, ale na to Tamoko już nie patrzyła. Zamknęła oczy i zmusiła swój umysł i 
duszę, aby powróciły do ciała, zmusiła się, by powrócić na plan życia i czasu.

Odwróciła się, gdy podszedł do niej Sarevok. Chwycił ją za biodra, aż westchnęła. Zdjął 

już napierśnik i przycisnął ją do siebie. Puściła miecz i zanim uderzył o podłogę, poczuła na 
sobie ręce kochanka. Objęła go, ich języki splotły się, a Tamoko oddała mu się, choć czuła, że 
coś między nimi skończyło się.

* * *

Abdel  usłyszał, jak Jaheira pluszcze się w płytkiej sadzawce obok ich obozowiska. Od 

Candlekeep dzieliły ich jeszcze dwa dni drogi i kobieta wykorzystywała każdą rzadką okazję, 
aby zmyć z siebie pył drogi i pot. Słońce schowało się za horyzontem i chociaż niebo miało 
teraz odcień głębokiego fioletu, ich małe ognisko było dla Abdela jedynym źródłem światła. 
Patrząc w stronę sadzawki, zasłoniętej  gęstym  szpalerem drzew, Abdel otworzył  plecak i 
sięgnął do środka.

Nie  widział  Jaheiry,  ale  póki ją słyszał,  wiedział,  że jest bezpieczna.  Wyjął  księgę i 

westchnął, kiedy znalazła się w jego rękach. Księga była oprawiona w ludzką skórę. Abdel 
nie wiedział właściwie, kiedy się tego domyślił, ale teraz było to dla niego tak oczywiste, że 
nawet nie mógł sobie wyobrazić, że mogłoby go to zaszokować.

Odchylił okładkę i zobaczył, że pierwsza strona jest czysta. Serce zabiło mu mocniej i 

znów się przyjrzał. Wciąż był sam i tylko dzięki temu pozwolił sobie obejrzeć księgę. Palce 
spociły   mu   się   w   jakiejś   mistycznej   mieszaninie   strachu   i   podniecenia,   kiedy   odwrócił 
pierwszą stronę. Była tam wymalowana czaszka, otoczona czymś, co mogło być ognikami 
bądź kropelkami wody. Tekst był ornamentowany i wciąż niezrozumiały dla Abdela, ale teraz 
jakby   jakoś   znajomy.   Pomyślał,   że   podobnie   musi   się   czuć   małe,   niepiśmienne   dziecko, 
każdego dnia mające do czynienia ze słowem pisanym, lecz niezdolne do jego odczytania.

Zaschło mu w ustach i odwrócił następną stronę. Rysunek na tej stronie sprawił, że serce 

zabiło   mu   żywiej   i   zamknął   oczy   przed   tym   koszmarem,   a   ciało   przeszył   mu   dreszcz 
irracjonalnego podniecenia, nawet jakby...

–   Co   to?   –   zapytała   Jaheira.   Abdel   podskoczył,   wydając   z   siebie   miękkie   sapnięcie. 

Księga zakołysała mu się w dłoniach, ale chwycił ją i z trzaskiem zamknął okładkę.

–   Dobrze   się   czujesz?   –   zapytała   go.   Spojrzał   do   góry  i   zobaczył,   że   stoi   tuż   obok 

ogniska. Była otulona starym, podróżnym kocem Abdela, jej włosy były mokre i skręcone w 
delikatne loki. W pomarańczowym świetle ognia skóra jej twarzy wyglądała bardzo miękko. 
Uśmiechała się do niego, choć jej brew była zmarszczona.

Abdel spojrzał w dół i na upiorną okładkę księgi spadła łza. Jaheira wciągnęła oddech i 

background image

podeszła do niego, usiadła mu na kolanach i położyła chłodną, miękką dłoń na jego policzku. 
Odłożył księgę na bok i objął ją.

– Co się ze mną dzieje? – zapytał, sam nie bardzo rozumiejąc swoje pytanie.
– Zmieniasz się, Abdel – odpowiedziała tajemniczo.
Ich usta zetknęły się na chwilę, ale Abdel przerwał pocałunek. Spojrzała w jego spokojne 

oczy   ze   zrozumieniem   i   z   westchnięciem   odsunęła   się.   Usiadła   przed   ogniskiem   i 
wyczekująco przyglądała się płomieniom.

– Dlaczego nazwałaś mnie Abdel Adrian? – zapytał. – Nigdy wcześniej nie słyszałem 

tego imienia, zanim nie wypowiedział go Khalid. Czy to Gorion powiedział wam, że tak się 
nazywam?

– To jest twoje imię. Z nim się urodziłeś.
Abdel   wypuścił   długi   oddech   i   chwycił   księgę.   Zapragnął   rzucić   ją   w   płomienie,   a 

jednocześnie studiować ją z uwagą i zatrzymać przy sobie na zawsze. Skrzywił się i schował 
ją do plecaka.

– Już czas, Jaheira, abyś mi o wszystkim opowiedziała.
– Nie jesteś tym, na kogo się urodziłeś, Abdel. – powiedziała smutno, ale uśmiech, który 

mu zaraz posłała, pełen był nadziei. – Możesz sam sobie wybrać swoją własną drogę przez 
życie i ani twój ojciec, ani twoi bracia i siostry nie mogą cię zmusić, abyś z niej zawrócił.

– Co wiesz na temat mojego ojca?
– To, co Harfiarze od zawsze wiedzieli. To, co kapłani Oghmy i paladyni Torma zawsze 

wiedzieli. Kiedy powiedziałam Eltanowi, że Reiltar jest synem Bhaala, nie byłam pewna... 
Nie byłam pewna tego, że... tego, że ty też jesteś synem Bhaala.

Abdel odrzucił głowę, na co Jaheira zareagowała zaskoczeniem.
– Xzar też mi to mówił. Wtedy mu nie wierzyłem.
– A teraz?
– Jaheiro, jestem najemnikiem, zwykłym twardzielem. Chronię karawany, magazyny i 

grubych kupców. Potrafię dobrze walczyć, jestem silny, wyższy niż większość, ale nie jestem 
bogiem.

– Nie – przyznała. – Ale twój ojciec nim był. O twojej matce nic nie wiem, ale twój ojciec 

był bogiem mordu.

– A mój brat, a przynajmniej brat przyrodni to Reiltar, przywódca Żelaznego Tronu?
– Możliwe. Podejrzewaliśmy, że za próbą wszczęcia wojny pomiędzy Wrotami Baldura a 

Amnem stoi jeszcze inny syn Bhaala, ale nie znaliśmy jego imienia. To może być nawet twoja 
siostra. Twoja przyrodnia siostra, wiesz?

Uśmiechnął się i roześmiał, ale to była pusta ekspresja.
– I Abdel Adrian?
– To z Netherese,  myślę.  Abdel znaczy „syn  kogoś”, zaś Adrian – „mroczny”,  „syn 

mrocznego”.

background image

– Czy ciągle czerpiesz przyjemność z zabijania, Abdel? – zapytała dobitnie.
– Nie – odpowiedział bez namysłu, po czym przerwał.
Patrzyła na niego, ale on nie mógł na nią spojrzeć. Twarz zaczerwieniła mu się, przesunął 

się na niewygodnej, zimnej ziemi.

– Kiedyś tak – powiedział w końcu. – Kiedyś to odczuwałem, jak... jak inne uczucia. Ale 

kiedy Gorion został zabity, kiedy spotkałem ciebie, utraciłem to.

– Zmieniasz się. Już się zmieniłeś.
– Może. Ale nie jestem bogiem.
– Jesteś taki pewny.
– Bawiło mnie zabijanie dla samego zabijania i byłem  w tym  dobry.  W mojej pracy 

poznałem wielu ludzi podobnych do mnie. Nawet bóg nie mógłby mieć tyle dzieci. Zresztą 
nie   mam   żadnych...   boskich   mocy.   Czy  gdyby   w   moich   żyłach   płynęła   boska   krew,  nie 
byłbym zdolny latać, stać się niewidzialnym albo coś w tym stylu?

Jaheira zakasłała, ale bez śladu wesołości.
– Może masz jego oczy albo nos...
– Wyobrażam więc sobie, że musiał mieć duży nos – zażartował.
– Twoja matka była człowiekiem – powiedziała cicho, prawie szeptem.
– I musiała być dobrą kobietą – zadecydował, nie opierając się na faktach, których nie 

znał, ale na tym, w co chciał wierzyć.

Jaheira patrzyła na niego przez dłuższy czas.
– Tak, na pewno taka była.

background image

Rozdział dwudziesty trzeci

–   Beuros,  ty  przeżuty   kawałku...   –  zaczął   Abdel,   ale   się   powstrzymał,   kiedy  Jaheira 

złapała go za ramię.

–  Szanowny panie – powiedziała, spoglądając na Abdela, który westchnął obrażony i 

odwrócił się od bramy. – Na pewno znasz mojego towarzysza, wiesz, że mieszkał w tym 
wspaniałym mieście i był synem jednego z was. Proszę, zrozum, że mamy tu pilny interes i...

– Odejdźcie – odezwał się  Beuros  strażnik bramy, za chwilę dodał srogo: – Odejdźcie 

albo będę zmuszony do...

– Do czego będziesz zmuszony – zaryczał Abdel – ty potrójnie przeklęty...
–   Odejdźcie!   –   krzyknął   strażnik   i   zamknął   małe   okienko   w   wielkich,   solidnych 

dębowych wrotach.

– To absurdalne – powiedziała Jaheira w pustkę. – Co to za miasto?
Abdel   kopnął   kamień   na   żwirowej   alejce   kończącej   się   właśnie   tu,   przed   bramą 

Candlekeep, które przez większą część życia było jego domem. Kamień potoczył się, Abdel 
westchnął i spojrzał w niebo, obserwując gromadzące się szybko ciemne chmury, zwiastujące 
rychłą ulewę.

– Nigdy jeszcze nie odmówiono mi wejścia do Candlekeep. Nigdy dotąd.
– Wtedy jeszcze żył Gorion – powiedziała bezwiednie Jaheira. – Był tu i pozwalał cię 

wpuszczać.

Abdel   spojrzał   na   nią   i   zmusił   się   do   uśmiechu.   Nie   zauważyła   tego,   zajęta   baczną 

obserwacją bramy z taktycznego punktu widzenia.

– To nie miasto – powiedział.
Spojrzała na niego, unosząc brew.
– To nie miasto – powtórzył. – To monastyr. Klasztor. Biblioteka.
Skinęła głową, po czym wzruszyła ramionami, jakby ta zasadnicza różnica nie miała dla 

niej żadnego znaczenia.

– Tutaj zbiera się Żelazny Tron, cokolwiek to jest. Musimy się tam dostać.
–   Dajcie   książkę.   –   Głos   Beurosa   rozległ   się   tak   nagle,   że   Jaheira   aż   podskoczyła. 

background image

Spojrzeli w małe okienko, umieszczone w wysokich wrotach dobre trzy metry nad ziemią. 
Beuros miał pryszczatą twarz i krzywe, żółte zęby. Abdel znał go przez większą część swego 
życia.

– Beuros... – zaczął Abdel.
–   Ach   –   przerwał   mu   Beuros   –   książkę,   zwój,   tabliczkę   glinianą   lub...   cokolwiek   z 

tekstem. Dajcie mi cokolwiek użytecznego dla Candlekeep, to zostaniecie wpuszczeni.

Abdel   zmarszczył   brew   z   zakłopotania   i   frustracji.   Potraktował   małego   człowieczka 

chłodno:

– Po co to wszystko, Beuros? Co tu się dzieje?
– Interes Candlekeep – odparł wyniośle strażnik. – Interes wiedzy i nauki.
Jaheira uśmiechnęła się.
– To nawet słowem nie wyjaśnia, ty mały...
– Książka! – przerwał po raz kolejny Beuros, przenosząc groźny wzrok na Jaheirę.
– Nie mam... – zaczął Abdel, po czym przerwał, kiedy przypomniał sobie, że jednak ma 

książkę, księgę, która przerażała go, ale też wątpił, że mógłby się z nią rozstać.

– Daj nam parę minut, kapitanie Uparty – powiedziała sarkastycznie Jaheira, czyniąc w 

jego stronę ręką gest, jakim pan odwołuje swego sługę. Strażnik chrząknął i zatrzasnął klapkę.

– Abdel – Jaheira podeszła do Abdela i akurat zaczęło lekko padać – chyba wciąż masz tę 

księgę?

Abdel spojrzał gdzieś  w bok, zamierając z napięcia  i strachu, choć sam nie wiedział 

dlaczego.

– Abdel, chyba jeszcze ją masz? Wiesz, tę księgę, którą Xan znalazł w obozie bandytów.
Abdel pokiwał głową, unikając jej wzroku.
– Więc daj ją Panu Judaszowi i wejdźmy do środka. Jesteśmy w drodze – i to znowu – już 

od tygodnia i bardzo prawdopodobne, że ci ludzie, za którymi  przeszliśmy już wszystkie 
Dziewięć Piekieł i więcej, aby spróbować ich zatrzymać, są tu w środku i się z nas śmieją.

Abdel   wziął   głęboki,   świszczący   oddech   i   wreszcie   spojrzał   na   Jaheirę.   Nic   nie 

powiedział, tylko zdjął plecak i zajrzał do środka. Nawet nie spojrzał na księgę, kiedy ją 
wyjmował.

– Beuros! – krzyknęła Jaheira, spoglądając na małe okienko.
Kiedy po chwili pojawił się, Jaheira była zaskoczona jego ciekawością. Jaheira uznała, iż 

zarówno ona jak i Abdel są bardziej uparci niż większość.

– Książka? – zapytał strażnik, po czym wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu na widok 

starego tomu w rękach Abdela. – Dobrze, dobrze...

– Wpuść nas najpierw – zaproponowała Jaheira, łatwo odczytując chciwość w oczach 

Beurosa.

Beuros zaśmiał się nieprzyjemnie.
– Nie w tym życiu, panienko. Powiedz mu, żeby wsunął książkę przez otwór.

background image

Abdel   doskonale   słyszał   Beurosa   i   Jaheira   wcale   nie   musiała   mu   przekazywać   słów 

strażnika. Najemnik patrzył w okienko umieszczone jakieś trzy metry nad żwirem alejki.

Jaheira powiedziała: – Gdyby był tu otwór troszkę... – przerwała, gdy nagle tuż przed 

nimi, na wysokości pasa Abdela otworzył się wąski, podłużny otwór, akurat na wsunięcie 
księgi. Abdel i Jaheira zamrugali ze zdziwienia, wyraźnie dopiero teraz go dostrzegli.

– Wsuń ją tam, Abdel – powiedział miękko Beuros, w końcu wymawiając imię Abdela.
–   Wiedziałem,   że   mnie   znasz,   bękarcie   –   zamruczał   Abdel   i   podszedł   do   szczeliny, 

trzymając księgę w wyciągniętych rękach.

Jaheira   otworzyła   szeroko   oczy   i   już   chciała   spytać   Abdela,   czy   wszystko   z   nim   w 

porządku, bowiem najemnik zatrzymał się raptownie w chwili, gdy brzeg księgi dotknął już 
otworu. Wyraźnie nie miał ochoty jej tam wsunąć.

– Na miłość Mielikki, przecież ty nawet nie znasz języka, w którym została napisana – 

powiedziała Jaheira. – Daj mu ten ciężki staroć i wejdźmy wreszcie do środka.

– No właśnie, Abdel – poparł ją Beuros. – Posłuchaj się tej młodej damy i daj mi książkę. 

Potrzebuję gestu dobrej woli.

Abdel nie mógł tego zrobić. Było tak, jakby palce zakleszczyły mu się na księdze, jakby 

pięści zacisnęły mu się na niej w śmiertelnym skurczu, a księga była jego jedyną nadzieją na 
ocalenie życia – a może ostatnią nadzieją na coś przeciwnego?

– Abdel? – zapytała Jaheira, w jej głosie dawała się wyczuć obawa o dziwne zachowanie 

Abdela.

Abdel westchnął ciężko jeszcze raz i puścił księgę, patrząc, jak wpada i znika w głębi 

szczeliny. Twarz Beurosa znów zniknęła, lecz tym razem nie pokazywał się dłużej.

* * *

–   Beuros,  ty  przeżuty   kawałku...   –  zaczął   Abdel,   ale   się   powstrzymał,   kiedy  Jaheira 

złapała go za ramię.

– Szanowny panie – powiedziała, spoglądając na Abdela, który westchnął obrażony i 

odwrócił się od bramy. – Na pewno znasz mojego towarzysza, wiesz, że mieszkał w tym 
wspaniałym mieście i był synem jednego z was. Proszę, zrozum, że mamy tu pilny interes i...

– Odejdźcie – odezwał się  Beuros  strażnik bramy, za chwilę dodał srogo: – Odejdźcie 

albo będę zmuszony do...

– Do czego będziesz zmuszony – zaryczał Abdel – ty potrójnie przeklęty...
–   Odejdźcie!   –   krzyknął   strażnik   i   zamknął   małe   okienko   w   wielkich,   solidnych 

dębowych wrotach.

Beuros był jednym z wielu innych wysłanych do pilnowania bramy Candlekeep, miejsca, 

które było jego domem przez całe życie. Znał Abdela prawie równie długo, ale nigdy go nie 
lubił. Abdel był adoptowanym synem – a tak naprawdę mlecznym synem – Goriona, kapłana 
i scholara, jednego z ulubionych nauczycieli Beurosa. Z powodu Abdela Beuros dla Goriona 

background image

odszedł na dalszy plan, podobnie jak wielu jego przyjaciół. Kiedy Abdel opuścił Candlekeep, 
lata temu, w poszukiwaniu własnego życia jako najemnik lub osiłek do wynajęcia lub jako 
ktokolwiek inny, do czego predysponował go mały rozum i siła mięśni, Beuros, podobnie jak 
wielu innych w klasztorze, ucieszyli się, że odszedł. Kilka razy wracał, aby spotkać się z 
Gorionem, a raz całkiem niedawno i wtedy opuścili monastyr razem. Od tego czasu minęło 
już chyba z tuzin tygodni, choć Beurosowi wydawało się całkiem niedawno. Zawsze, jak 
sobie   przypominał,   kiedykolwiek   Abdel   powracał   do   Candlekeep,   dla   niego   było   to   za 
wcześnie. Teraz wrócił z jakąś kobietą – półelfką i na dodatek ubraną jak do walki. Beuros 
wierzył,  że Abdel może być  zdolny do wszystkiego, być  może nawet, co było dla niego 
wyjątkowo niesmaczne, w jakiś sposób przehandlował uczonego Goriona, człowieka wartego 
najwyższego szacunku i nieskazitelnego, na tę niemoralną współtowarzyszkę.

Beuros był zgorzkniałym człowiekiem, małym na ciele i duchu, ale był za to częścią 

Candlekeep. Tu studiował, tu czytał – i czasem nawet to rozumiał – tu kopiował teksty dla 
największej biblioteki na Torilu. Beuros przynależał do tego miejsca, w którym wszyscy – 
włączając w to Goriona – wiedzieli, że dla Abdela nigdy nie był to prawdziwy dom.

Teraz, musząc zająć się swoją najmniej ulubioną pracą, westchnął i spojrzał w niebo, 

zauważając   szarzejące   chmury,   zwiastujące   ulewę.   Pilnowanie   wrót   niemal   zawsze 
sprowadzało się do odsyłania podróżnych z powrotem. Właściwie nikt nie był proszony w 
gościnę   do   Candlekeep   i   podobnie   jak   wielu   tutejszym   mnichom,   skrybom,   kapłanom   i 
scholarom, Beurosowi to odpowiadało.

– Nigdy jeszcze nie odmówiono mi wejścia do Candlekeep. Nigdy dotąd.
Beuros   usłyszał,   co   mówi   Abdel,   dzięki   magicznemu   urządzeniu   oddanemu   do 

dyspozycji strażnika bramy. Ta magia pomagała chronić Candlekeep przed nieprzyjaznym 
światem zewnętrznym.

– Wtedy jeszcze żył Gorion – powiedziała kobieta, na co serce Beurosa skoczyło. – Był tu 

i pozwalał cię wpuszczać.

Więc Gorion nie żył. Beuros zapragnął zapłakać nad tą wielką stratą, ale powstrzymał łzy 

pociągając   nosem   i   przełykając   ślinę.   Beuros   zastanawiał   się,   czy   prawdą   było   to,   co 
mówiono o Abdelu, kiedy był dzieckiem – że Gorion zaadoptował go jako jakiegoś odmieńca. 
Plotki głosiły, że Abdel jest jakimś płodem demona, cambionem lub alu-fiendem albo synem 
jakiegoś  złego maga, może  spadkobiercą linii skorumpowanych  archimagów  z Netherese. 
Trudno było w to uwierzyć Beurosowi i jego przyjaciołom, od kiedy demonologia stała się 
częścią ich studiów, a Abdel nie posiadał żadnych mocy właściwych piekielnym istotom, ale 
jednak. Abdel wyrósł ponad normę i okazywał zarówno siłę, jak i pragnienie przemocy, które 
nie wydawały się całkowicie ludzkie, przynajmniej nie dla spokojnych mnichów Candlekeep. 
Przez umysł Beurosa przemknęła myśl, że może Abdel własnoręcznie zabił Goriona, co dla 
Beurosa było największą zbrodnią przeciw prawu i woli Candlekeep.

Beurosowi   natychmiast   przypomniał   się   Tethtoril   i   natychmiast   wykorzystał   jeden   z 

background image

pomniejszych magicznych przedmiotów, które miał tu do dyspozycji jako strażnik. Wymówił 
imię Tethtorila do złotej trąbki, wierząc, że urządzenie przekaże wiadomość starzejącemu się 
mnichowi. Tymczasem musiał jakoś spróbować zatrzymać  Abdela, choć i tak wątpił, czy 
pozbyłby się go nawet wtedy, gdyby próbował. Abdel i kobieta wciąż stali przed bramą, cicho 
ze sobą rozmawiając. Beuros otworzył okienko.

– Dajcie książkę – powiedział, wyraźnie zaskakując kobietę, która aż podskoczyła. Oboje 

spojrzeli w okienko.

– Beuros... – zaczął Abdel.
–   Ach   –   przerwał   mu   Beuros   –   książkę,   zwój,   tabliczkę   glinianą   lub...   cokolwiek   z 

tekstem. Dajcie mi cokolwiek użytecznego dla Candlekeep, to zostaniecie wpuszczeni.

Abdel zmarszczył brew z zakłopotania i frustracji. Beuros wcale nie był zaskoczony tym, 

że Abdel nie ma przy sobie żadnego tekstu pisanego. Wcale nie byłby zaskoczony, gdyby 
dowiedział się, że Abdel zapomniał czytać.

– Po co to wszystko, Beuros? Co tu się dzieje? – zapytał Abdel.
– Interes Candlekeep – odparł Beuros wymijająco. – Interes wiedzy i nauki.
Kobieta uśmiechnęła się złośliwie.
– To nawet słowem nie wyjaśnia, ty mały...
– Książka! – zdenerwował się Beuros, że ta półelfia bękarcica w ogóle kwestionuje jego 

słowa.

– Nie mam... – zaczął Abdel, po czym przerwał, a jego twarz zamarła w tępym wyrazie 

zamyślenia.

– Daj nam parę minut, kapitanie Uparty – powiedziała sarkastycznie kobieta, czyniąc w 

jego stronę ręką gest, jakim pan odwołuje swego sługę. Beuros zignorował ją i zatrzasnął 
klapkę.

Beuros otarł pot z czoła, zastanawiając się, co się dzieje i co zatrzymało Tethtorila. Abdel 

i kobieta znów zaczęli między sobą rozmawiać, a Beuros poczuł przerażające uczucie na dnie 
swego żołądka. Co będzie, jeśli Abdel rozpozna jego blef? Usłyszał, jak kobieta wymawia 
jego imię i spodziewając się kłopotów, otworzył klapkę okienka.

– Książka? – zapytał.
Zobaczył   wówczas,   co   Abdel   trzyma   w   swych   wielkich,   stwardniałych   łapskach.   To 

rzeczywiście była książka, a jej widok sprawił, że serce Beurosa zabiło mocniej. Księga była 
oprawiona, bez wątpienia, w ludzką skórę, a na wierzchu miała doczepiony symbol, którego 
nie   widział   już   od   dawna,   symbol   z   ludzkiej   czaszki.   Czymkolwiek   była   ta   księga,   z 
pewnością była  rzadkością. Bez wątpienia  była  też zła, ale z pewnością warta studiów z 
czysto naukowego punktu widzenia. Jeśli był to jakiś mroczny tekst, będzie lepiej dla całego 
Faerunu, jak znajdzie się bezpiecznie ukryta za murami Candlekeep.

– Dobrze, dobrze... – zaczął Beuros.
– Najpierw wpuść nas – przerwała mu kobieta. Beuros zaśmiał się.

background image

– Nie w tym życiu, panienko. Powiedz mu, żeby wsunął książkę przez otwór.
Beuros   pociągnął   za   dźwigienkę   sekretnego   panelu,   otwierającą   specjalny,   bardziej 

dostępny dla gości otwór w bramie, podczas gdy najemnik gapił się w okienko na górze.

– Gdyby był tu otwór troszkę... – zaczęła kobieta i przerwała, gdy dostrzegła tuż przed 

sobą, na wysokości pasa Abdela, szczelinę akurat na książkę.

–   Wsuń   ją   tam,   Abdel   –   powiedział   miękko   Beuros,   nie   uświadamiając   sobie,   że 

wymawia jego imię po raz pierwszy od wielu lat.

–   Wiedziałem,   że   mnie   znasz,   bękarcie   –   zamruczał   Abdel   i   podszedł   do   szczeliny, 

trzymając księgę w wyciągniętych rękach. Zatrzymał się nagle, gdy brzeg książki dotknął 
otworu. Wyraźnie nie miał ochoty jej tam wsunąć.

– Na miłość Mielikki, przecież ty nawet nie znasz języka, w którym została napisana – 

powiedziała   do   Abdela   kobieta,   co   rozśmieszyło   Beurosa.   –   Daj   mu   ten   ciężki   staroć   i 
wejdźmy wreszcie do środka.

– No właśnie, Abdel – poparł ją Beuros. – Posłuchaj się tej młodej damy i daj mi książkę. 

Potrzebuję gestu dobrej woli.

Abdel nie chciał.
– Abdel? – zapytała niepewnie kobieta.
Najemnik   znowu   westchnął   i   wsunął   książkę   do   szczeliny.   Beuros   zszedł   na   dół   i 

podniósł księgę. Była ciężka, a w dotyku raz upiorna, to znów przyjemna.

– Co tam masz, Beuros? – zapytał Tethtoril zza jego pleców tak, że strażnik aż sapnął 

przestraszony, po czym gwałtownie się odwrócił.

* * *

Niecałą   godzinę   później   Abdel   i   Jaheira   siedzieli   w   prywatnej   komnacie   Tethtorila, 

patrząc, jak mnich parzy herbatę. Spacer wzdłuż idealnie wyciętej w lądzie zatoki, wokół 
której stało Candlekeep przyniósł taki ciężar wspomnień, że Abdel nie odzywał się przez 
dłuższy czas. Reakcja Tethtorila na wieść o śmierci Goriona sprawiła, że Abdel przeżył ją 
jeszcze raz. Jaheira, czując jak ta wizyta wpływa na Abdela, trzymała go za ramię. Wydawała 
się niecierpliwa, ale Abdel nawet się nie zastanawiał dlaczego. Żelazny Tron odpłynął na 
dalszy plan.

– Abdel, nie będę cię pytał, skąd masz tę księgę – powiedział Tethtoril podając filiżankę 

herbaty Jaheirze – ale cieszę się, że ją tu przyniosłeś. Dobrze zrobiłeś.

Abdel   odmówił   herbaty,   którą   podał   mu   Tethtoril,   więc   mnich   sam   pociągnął   łyk   z 

filiżanki.

– Ja nawet nie wiem, co to jest – przyznał Abdel. – Nie potrafiłem jej przeczytać.
Jego wyznanie zaskoczyło Tethtorila.
– Próbowałeś?
Abdel spojrzał na niego zagadkowo, po czym wzruszył ramionami.

background image

– Ta twoja księga, synu, jest jedną z bardzo nielicznych kopii, stanowiących pozostałość 

po złym kulcie Bhaala, Pana Mordu.

Abdel zaczerwienił się i wykręcił głowę. Księga przyciągała go, pragnął ją wchłonąć, 

zrozumieć, ale wstydził się tego uczucia i chciał zachować je w tajemnicy przed innymi. 
Wciąż wątpił, że to potwierdza, iż jest synem tego martwego boga, ale z pewnością natura 
Bhaala musiała być jakimś czynnikiem w jego życiu – jego życiu przed Gorionem.

– Ja się cieszę, że się tego pozbyliśmy – powiedziała Jaheira, patrząc tylko na Abdela. – 

Abdel, to, co ci mówiłam, było prawdą.

Abdel westchnął cicho i zmusił się do uśmiechu.
– Twój ojciec – odezwał się szybko Tethtoril, wyraźnie nie bardzo mając ochotę mówić – 

pozostawił coś mojej opiece. Powiedział, że jeśli kiedykolwiek spotkamy się... wcześniej... 
jeśli umrze, zanim będzie miał okazję...

Mnich wciągnął powietrze.
– O co chodzi, bracie? – zapytał Abdel, patrząc na Tethtorila.
– O list – powiedział mnich, przełykając ślinę. – O list i kamień przepustkowy, który 

pozwoli ci wchodzić do Candlekeep.

– List? – zapytał Abdel, przypominając sobie kawałek pergaminu, który Gorion podał mu 

ostatnią resztką sił. – Widziałem go – powiedział. – Gorion dał mi go, kiedy umierał.

– Niemożliwe – odparł Tethtoril. – Mam ten list przy sobie.

background image

Rozdział dwudziesty czwarty

Abdel czytał list głośno i przez cały ten czas Jaheira prawie wcale na niego nie patrzyła.
– „Witaj Mój Synu,
Jeśli czytasz ten list, znaczy to, że już nie żyję. Chciałbym ci powiedzieć, abyś się z tego  

powodu nie martwił, ale czuję się o wiele lepiej myśląc, że byś mógł. Jeśli tak, znaczy to, że 
udało mi się osiągnąć to, co chciałby osiągnąć każdy ojciec.”

Abdel przerwał. Gdyby Jaheira teraz na niego spojrzała, zobaczyłaby napięte ścięgna jego 

szyi, zaciśnięte gardło. Gorion wykonał swoje zadanie i zrobił to dobrze. Syn boga mordu nie 
mógł teraz wydusić z siebie słowa z żalu.

–  „Jest   coś,   o   czym   muszę   ci   powiedzieć   w   tym   liście,   coś,   o   czym   powinienem   ci  

powiedzieć już wcześniej, ale skoro moja śmierć przyszła tak nagle, a ja nie miałem okazji ci 
tego przekazać, musisz dowiedzieć się o tym teraz. Znam cię lepiej niż ktokolwiek inny na 
całym świecie. Musisz uwierzyć w to, co tu przeczytasz, wiedząc jednocześnie, że choć są  
rzeczy, o których nie mówiłem ci, to jednak nigdy cię nie okłamałem – nie w tej sprawie.”

Abdel znów przerwał i popatrzył na Jaheirę, która nie odwróciła się do niego. – Zamierza 

mi powiedzieć to, o czym ty mi powiedziałaś – wyszeptał. – Czyż nie?

Jaheira skinęła głową, Abdel westchnął i zaczął czytać dalej.
–  „Jak wiesz od dawna, nie jestem twoim prawdziwym ojcem, a ty nawet nie poznałeś  

imienia swojego ojca. Jego imię wymawiane jest tylko szeptem ze strachu, bowiem tak wielki  
jest strach wobec niego, nawet mimo że jego potęga odeszła poza światy. Jesteś synem...”

Abdel znów westchnął, a twarz mu się ściągnęła, skrzywiła w jakimś dziwnym skurczu 

uśmiechu. Pojedyncza łza spłynęła mu po policzku, a Jaheira wciąż patrzyła gdzieś w bok.

– „Twoim ojcem jest istota znana jako Bhaal, Pan Mordu. Istota tak zła i okrutna, że aż  

trudno uwierzyć, że wszechświat wytrzymuje jego nienawistną obecność.

Nie pamiętasz Czasu Niepokoju, kiedy bogowie chodzili po Faerunie. Jak i inne wielkie  

potęgi,   Bhaal   został   zmuszony   przybrać   postać   śmiertelną.   Na   ile   to   możliwe,   jak 
przeczytałem, z pomocą istot proroczych, Bhaal w jakiś sposób przewidział swoją śmierć, 
która czekała go w owym czasie. Poszukał więc kobiet, z każdej rasy i zmusił je do uległości 

background image

lub uwiódł. Twoja matka była jedną z tych kobiet, śmiertelniczką...”

Zapadła cisza, kora zaciążyła w powietrzu na długi czas, wydawałoby się, że na godziny 

całe. Abdel spojrzał na Jaheirę załzawionymi oczami i zobaczył, że kryje twarz w dłoniach. 
Siedziała na brzegu chwiejnego, żelaznego łóżka polowego, w którym kiedyś  spał Abdel, 
kiedy był  jeszcze dzieckiem. Zwój, który pierwszy zapisał na początku swej nauki wisiał 
przyczepiony do ściany ponad jej głową, niczym okrutne przypomnienie kłamstwa, którym 
było jego ludzkie życie. Kontynuował czytanie, choć już wiedział, co znajdzie dalej, a co 
gorsza, wiedział, że nie będzie miał pojęcia, co z tym zrobić.

–  „Twoja   matka   była   jedną   z   tych   kobiet...   śmiertelniczką   skalaną   przez   wcielenie  

mordu.”

Przerwał teraz tylko po to, by zacisnąć pięść tak mocno, że aż krew odpłynęła mu z 

palców. Czytał dalej głosem równie mocno zaciśniętym, jak jego pięść.

– „Twoja matka umarła podczas porodu. Byłem jej przyjacielem i znałem paladyna, który 

przyniósł cię do mnie. Czułem się zobowiązany, przynajmniej na początku, wychować cię jak  
własnego syna. W miarę upływu lat, jak widziałem w tobie – każdego dnia – obietnicę życia  
wykraczającego poza twoje przeznaczenie zapisane w przepowiedni, pokochałem cię tak, jak  
tylko ojciec może kochać swego syna. Mam teraz tylko jedną nadzieję, że zawsze będziesz o 
mnie myśleć jak o swoim ojcu.”

Będę, pomyślał Abdel, mając nadzieję, że Gorion go słyszy.
–  „Boska krew płynie w twoich żyłach. Jeśli skorzystasz z naszej rozległej biblioteki,  

znajdziesz  wiele  przepowiedni  zebranych przez  naszego założyciela  Alaundo,  dotyczących 
nadejścia dzieci Bhaala. Możliwe, że te przepowiednie pomogą ci obrać twoją życiową drogę.

Wielu jest takich, którzy zapragną cię wykorzystać do własnych celów. Masz wielu braci,  

podobnie jak wiele sióstr. Przez lata zakon paladynów Torma – wśród których mam kilku  
przyjaciół, Harfiarze i kilka prywatnych osób – sam nawet nie wiem kto – śledziło twoje życie,  
jak również wielu pozostałych dzieci Bhaala, na ile to było możliwe. Z niektórymi straciliśmy  
kontakt, o innych wiemy, że już nie żyją, a jednego nie odnaleźliśmy. Ten jeden może być 
twoim bratem i może zechcesz nawet wierzyć, że stanowi twoją rodziną, że może być bratem 
dla ciebie, ale błagam cię, nie rób tego. On znaczy dla ciebie tylko zło, on nie wychował się w 
spokojnej,   naukowej   atmosferze   Candlekeep,   lecz   chowany   był   przez   wielu   bezimiennych  
wyznawców martwego boga, wierzących beznadziejnie w jego powrót.

On nazywa się Sarevok.”
Jaheira zakrztusiła się i Abdel na nią spojrzał. W końcu ona też na niego popatrzyła. 

Miała zaczerwienione i spłakane oczy, rozszerzone ze zmieszania i zaskoczenia.

– Nie Reiltar? – wyszeptała słabo.
– „Sarevok” – przeczytał powtórnie Abdel i popatrzył na Jaheirę. – Znasz to imię?
Potrząsnęła głową i spojrzała w bok, więc znów podjął czytanie.
–  „Ten jest największym zagrożeniem. On uczył się w Candlekeep i zna twoją historię,  

background image

wie kim jesteś. Zostawiłem ci żeton, który umożliwia ci dostęp do wewnętrznych bibliotek. W 
jednej z czytelni na parterze znajdziesz ukryte wejście. Nie mów innym mnichom o twoim  
kamieniu   przepustkowym,   gdyż   mogliby   ci   go   odebrać.   Wewnętrzne   biblioteki   mają  
podziemne przejście, które prowadzi na zewnątrz Candlekeep. Skorzystaj z niego tylko w 
razie konieczności.”

– I tu się podpisał: „Twój kochający ojciec, Gorion”.
– Abdel... – Jaheira nie zdążyła dokończyć. W tym momencie drzwi wyleciały z hukiem i 

do środka wpadło kilku mężczyzn. Abdel jak zwykle zareagował szybko, zasłaniając rękami 
głowę.

Pierwszy cios był na tyle silny, że omal nie strzaskał Abdelowi lewego przedramienia. 

Wstał i wykorzystał siłę mięśni nóg, aby laskę, którą dostał docisnąć do niskiego sufitu. Laska 
pękła   na   pół,   wywołując   kolejny   ból   w   jego   przedramieniu.   Zignorował   ból,   chwycił 
upadający kawałek złamanej laski i wykonał kontratak, nawet nie patrząc na przeciwnika. 
Przeczytał właśnie list, który posłał jego życie spiralą na sam dół świadomości, z bardzo małą 
nadzieją na dnie, list, który stawiał więcej pytań niż ich rozwiązywał. Śmierć Goriona była 
raną, która nagle się otworzyła, ale Abdel nie pozwolił sobie na upadek, powrót na starą drogę 
życia.   Kiedy   uderzył   człowieka   w   głowę   złamanym   kawałkiem   jego   laski,   uderzył   go 
wystarczająco silnie, by go ogłuszyć, ale nie zabić.

Jaheira skoczyła na równe nogi, ale nie miała broni. Pałasz Abdela był schowany w starej 

drewnianej szafie, którą dostał od Goriona na rzeczy,  kiedy był  jeszcze chłopcem. Abdel 
zobaczył, że ktoś bierze go i mocno zacisnął zęby. Ci ludzie, może z pół tuzina, byli ubrani w 
znajome mu kolczugi z kaftanami strażników Candlekeep.

Człowiek, którego uderzył, padł ciężko na podłogę, zaś Abdel użył złamanej laski do 

parowania ataków dwóch nacierających na niego strażników uzbrojonych w dębowe pałki.

– Poddać się! – dobiegł ich rozkazujący głos gdzieś spoza wąskich drzwi, przez które 

wlewali   się   strażnicy.   –   Poddajcie   się   w   imię   sprawiedliwości   Candlekeep,   to   oboje 
zostaniecie potraktowani...

Abdel zdjął kolejnego strażnika, uderzając go zaokrąglonym końcem pałki w skroń.
– ... łagodnie!
Abdel usłyszał, jak Jaheira sapnęła i spojrzał na nią. Strażnik, który uderzył ją laską w 

brzuch uśmiechał się w sposób, jakiego Abdel nie lubił. Jaheira ustawiła się bokiem, ścisnęła 
koniec laski dotykający jej ciała i pchnęła ją w kierunku strażnika, wbijając mu jej koniec w 
brzuch. Strażnik stęknął i cofnął się. Abdel dostał właśnie pałką w ramię i poczuł, jak całe 
ciało mu zadrżało. Uderzył pięścią strażnika, który zdążył się uchylić przed jego ciosem, ale 
nie zauważył  drugiej ręki Abdela z pałką, która strzaskała mu kolano. Strażnik z jękiem 
zwalił się na podłogę.

Jaheira pociągnęła za koniec laski i strażnik ją wypuścił. Cofnęła się pół kroku i wtedy 

strażnik   uderzył   ją   pięścią   w   szczękę.   Było   to   silne,   naprawdę   mocne   uderzenie,   jakie 

background image

mężczyzna   rzadko   stosuje   względem   kobiety.   Na   ten   widok   krew   Abdela   zawrzała,   tym 
bardziej że Jaheira upadła ciężko na podłogę, ogłuszona i nieprzytomna.

Abdel nie namyślając się, przekręcił w dłoni pałkę tak, by mierzyła ostrym ułamanym 

końcem w przeciwnika i pchnął. Strażnik, który uderzył Jaheirę, wciąż się uśmiechał, kiedy 
odwrócił   się   do   nacierającego   Abdela.   Nie   miał   nawet   ułamka   sekundy   czasu,   który 
wystarczyłby   mu   na  zmianę   grymasu   twarzy,  kiedy  został   przebity  złamaną   laską.  Ostry 
koniec strzaskanego kija przebił kolczugę strażnika niczym bawełnę i z trzaskiem odłupanych 
drzazg zagłębił się w jego wnętrznościach. Wyszedł plecami, napinając mu z tyłu kolczugę 
niczym namiot.

Jeden ze strażników wrzasnął ze strachu i szoku, a Jaheira ocknęła się i na jej twarzy 

pojawił   się   smutek.   Dwóch   mężczyzn   zaskoczyło   Abdela   od   tyłu,   a   dotyk   ich   zimnych 
kolczug wywołał u niego dreszcz. Odrzucił jednego pod ścianę, uderzając łokciem i wybijając 
mu przy tym zęby. Pobity strażnik zaczął mruczeć przekleństwa i płakać. Drugi był silniejszy 
i Abdelowi nie udało się go tak łatwo pozbyć.

– Teraz to na pewno morderstwo – wykrzyczała strażniczka Abdelowi do ucha, jakby 

usprawiedliwiając się, że musi zabić człowieka, którego znała całe życie.

– Pilten! – sapnął Abdel. – Co...?
– Zaśnij! – krzyknął ktoś z korytarza i głowa Abdelowi opadła.
Chciał powiedzieć „nie”, kiedy upadał, ale jedynie zachrypiał. Z jego krtani wyrwało się 

chrapanie i nawet nie poczuł, jak jego głowa uderza o podłogę.

* * *

Był nieprzytomny przez kilka minut – wystarczająco długo, aby zostać solidnie zakuty 

łańcuchami   w   nadgarstkach   i   kostkach.   Ocknął   się,   kiedy   ciągnęli   go   w   dół   korytarza. 
Strażnicy czerpali przyjemność od czasu do czasu uderzając go tępymi laskami i pałkami. 
Abdel zdał sobie sprawę, że zabił jednego strażnika i pozwolił głowie opaść. Coś w nim 
chciało poddać się karze, jaką wymierzali mu strażnicy, ale to coś było dla niego bardzo 
nowe.

* * *

– ... razem ze strażnikiem dziewięciu – usłyszeli głos Tethtorila dochodzący zza okutych 

drzwi. Znów byli uwięzieni jak zwierzęta. Teraz jednak byli razem – co było niezwykłe nawet 
dla bardziej ludzkich lochów Candlekeep – i nie zakuci w łańcuchy. Siniak na twarzy Jaheiry 
trochę przybladł. Tethtoril wezwał moc Oghmy,  aby ją wyleczyć,  kiedy byli wleczeni do 
lochów. Teraz była przytomna, przerażona i zmieszana.

–   Nie   zabiliśmy   tych   ludzi   –   powiedziała,   jej   głos   zdradzał   narastający   gniew.   – 

Przybyliśmy tu, aby zapobiec...

–   Czy   to   twoje?   –   przerwał   Tethtoril.   Jaheira   westchnęła   z   zaskoczenia,   widząc 

background image

bransoletę, którą trzymał. Gdyby miała czas do namysłu, może nie powiedziałaby tego, co 
powiedziała.

– Tak, gdzie to znalazłeś?
To była bransoleta, którą Xan zgubił w obozie bandytów, w tym samym obozie, z którego 

przyniósł   przeklętą   księgę   Bhaala.   Wygląd   twarzy   Tethtorila   sprawił,   że   serce   Abdelowi 
zamarło. Człowiek był rozczarowany. Abdel podziwiał Tethtorila, podziwiał go całe życie i 
chociaż nie miał pojęcia, kim jest pozostałe osiem osób, o których zabicie zostali oskarżeni, 
wiedział, że zabił strażnika, który uderzył Jaheirę. Nawet Tethtoril nie mógł go przed tym 
ocalić.

– Ten strażnik... – zapytał słabo Abdel, z nikłą nadzieją. – Jest jakaś szansa?
Tethtoril   przyłożył   rękę   do   czoła,   udając,   że   myśli   nad   odpowiedzią.   Nie   chciał,   by 

strażnicy widzieli, że płacze. Kiedy zebrał się w sobie, wyciągnął z tej samej skórzanej torby, 
z której  wcześniej  wydobył  bransoletę  Jaheiry,  szeroki  srebrny sztylet.  Ostrze zalśniło  w 
świetle lampy, podkreślając tylko widoczne na nim matowe plamy zaschniętej krwi.

– Zanim to zobaczyłem – powiedział stary mnich, obrzucając Abdela bolesnym, pełnym 

dezaprobaty spojrzeniem – mogłem tak myśleć.

– Tethtoril – odezwał się Abdel. – Chyba nie myślisz...
Abdel   nie  dokończył,   gdyż  zrozumiał,   iż   Tethtoril  uważa   go  za  zdolnego  do  zabicia 

dowolnej liczby osób. Wiedział, że Tethtoril rozpoznaje sztylet – był w pokoju, kiedy Gorion 
hucznie   mu   go   wręczał.   Teraz   Abdel   rozpoznał   głos,   jego   głos,   który   kazał   mu   zasnąć. 
Tethtoril widział, jak potraktował strażnika, który uderzył Jaheirę – boleśnie, ale uleczalnie. Z 
pewnością Tethtoril uważał, że jest do tego zdolny. Był do tego zdolny.

– Pilten  – powiedział  Tethtoril  i strażniczka,  którą Abdel znał  od dziecka,  wystąpiła 

naprzód. – Weź to i... to wszystko... i zabezpiecz.

Pilten   kiwnęła   głową,   posyłając   Abdelowi   pełne   rozczarowania   spojrzenie,   następnie 

chwyciła   miecz   Abdela,   list   od   Goriona   i   kamień   przepustkowy  –  Tethtoril   pokazał,   jak 
chowa kamień i pozostałe dowody do skórzanej torby – i odeszła.

– Idźcie z nią – polecił Tethtoril pozostałym. – Wszyscy.
Strażnicy niechętnie chcieli pozostawiać starego mnicha samego.
–   Poradzę   sobie   –   powiedział,   podnosząc   podbródek   w   geście   autorytetu.   Pozostali 

strażnicy odeszli i dał się słyszeć głos zamykanych wielu par drzwi.

– Zrobię, co będę mógł – powiedział Tethtoril do Abdela, spoglądając też na Jaheirę – ale 

nie pozostawiliście mi dużego wyboru.

– Możesz wysłać wiadomość do Wrót Baldura, do Eltana? – zapytał Abdel.
Tethtoril skinął, choć na jego twarzy widniała bardzo słaba nadzieja.
– Rozczarowałem cię – powiedział cicho Abdel.
Tethtoril zmusił się do słabego uśmiechu i pokiwał głową.

background image

Rozdział dwudziesty piąty

Abdel dotknął swego nosa, który, podobnie jak reszta jego ciała, zamienił się w szkło. 

Jego powierzchnia była gładka i zimna, a kiedy otworzył oczy, rozległ się charakterystyczny 
dźwięk. Odwrócił głowę. Nigdy jeszcze nie był tak wysoko. Horyzont był szerszy i głębszy. 
Olbrzymi, ciemnozielony dywan lasu ciągnął się przed nim milami.

W lesie roiło się od ludzi ubranych w czarne szaty. Z początku wydawało się, że ci ludzie 

coś mruczą, ale po chwili zdał sobie sprawę, że oni śpiewają – wyśpiewują jego imię.

– Ab-del, Ab-del, Ab-del – ciągle i ciągle, równomiernie tak, że głosy zlewały się w 

jeden, głos znajomy dla Abdela, głos, który go przerażał.

Cofnął się krok w tył i zdziwił się, gdyż wydało mu się, że cała konstrukcja, na której 

stoi, poruszyła się wraz z nim. Spojrzał w dół i z jego szklanych ust dobyło się westchnienie. 
Wysunął stopę przed siebie, aby złapać równowagę, lecz nie zdołał. Wtedy właśnie zdał sobie 
sprawę, że wcale nie stoi na wieży, tylko sam jest wieżą.

Padał wprzód, niezdolny do poruszenia swego wyrżniętego w szkle ciała, które musiało 

ważyć  tysiące ton, ani szybko, ani z wdziękiem. Musiał być  wysoki na setki stóp albo i 
więcej, gdyż upadek trwał bardzo długo. Drzewa pędziły w jego stronę. Kiedy jego środek 
ciężkości przesunął się, zaczęły mu pękać golenie. Dźwięk był głośny i przykry, nawet jeśli to 
nie były jego nogi. Kiedy jego twarz zmierzała ku ziemi i był coraz bliżej niej, zobaczył 
Jaheirę.

Patrzyła na niego oczami wybałuszonymi ze strachu. On upadał na nią – roztrzaskujący 

się szklany tytan, który za chwilę rozgniecie ją na miazgę. Nie mógł powstrzymać upadku, a 
ona niezdolna była do ucieczki. Wrzeszczała jego imię głosem pełnym gniewu, frustracji i 
strachu. Podniosła ręce, a Abdel spróbował ją zawołać, ale głos ugrzązł mu w szklanej krtani i 
roztrzaskał ją. Jego głowa opadła, uderzając Jaheirę na tyle mocno, by wbić ją w ziemię, sam 
zaś roztrzaskał się na trylion trzeszczących okruchów.

* * *

Abdel obudził się. Jaheira trzymała go w ramionach, nachylając się nad nim. Była zła i 

background image

nieprzyjemnie pachniała.

Pamięć wracała mu w strzępach, aż przypomniał sobie, jak uśpił go Tethtoril – czy na 

pewno Tethtoril? – i został zawleczony do lochów pod klasztorem, i zamknięty w celi razem z 
Jaheirą.   Przypomniał   sobie,   że   Tethtoril   obiecał   pomóc   i   że   sam   poprosił   Jaheirę   o 
cierpliwość. Przypomniał sobie, jak kładł się na zaskakująco wygodnej pryczy, patrząc jak 
Jaheira robi to samo w drugim kącie celi. Przypomniał sobie, jak strażnik zdmuchnął płomień 
lampy i jak zasnął, śniąc, że jest wysokim jak wieża bogiem, roztrzaskującym się nad kobietą, 
którą kochał.

– Nie pachniesz zbyt przyjemnie – powiedział, zmuszając się do słabego uśmiechu.
Jaheira sapnęła niecierpliwie.
– To nie ja.
Odwróciła się do krat i Abdel zobaczył ghula, Koraka.
– Abdel – odezwał się ghul głosem śpiewających ludzi z koszmaru. – Abdel, pomogę ci.
Cuchnący ożywieniec podniósł ciężkie żelazne kółko z pękiem dużych kluczy. W kółko 

wpijała się odcięta dłoń, już poszarzała, z knykciami ciągle białymi od uścisku.

– Szedł za nami  – powiedziała  Jaheira, cofając się w tył  tak, że Abdel mógł  wstać. 

Otrzepał się z siana i przeciągnął, słysząc jak strzykają mu stawy od chłodu nocy spędzonej w 
podziemiach.

– Zabiłeś strażnika? – zapytał Abdel ghula.
Korak uśmiechnął się i znów uniósł kółko z kluczami.
– Pomogę ci. Chcę ci pomóc.
–   Odejdź   –   powiedział   Abdel,   nie   zważając   na   to,   że   ghul   próbuje   na   zamku   kraty 

wszystkie klucze po kolei.

– Nie jestem przekonana, czy to dobry pomysł, Abdel – rzekła Jaheira. – Ale jestem 

pewna, że nie mamy wyboru. Mordercy są tu traceni tak jak wszędzie, czyż nie?

Rozległ się szczęk w zamku i zgrzyt otwieranej kraty. Ghul wyszczerzył w uśmiechu swe 

czarne zęby.

– Chodźcie.
– Jeśli zbliżysz się na krok, Korak – zagroził Abdel – zabiję cię gołymi rękami.
– Abdel – powiedziała Jaheira ignorując ghula – jeśli udało im się dostać Bliznę – z 

pomocą   sobowtórniaków   –   jeśli   udało   im   się   dostać   do   Pałacu   Książęcego   we   Wrotach 
Baldura... mogli więc dostać się i tu.

– Tethtoril pomoże nam – zaprotestował Abdel. – Znam go całe życie. To dobry człowiek 

i nie powiesi nas.

– Jeśli już nie jest martwy – powiedziała ponuro Jaheira.
Korak schował się w głębi korytarza: – Idziecie wreszcie?
–  To   Tethtoril   zamknął   nas   tu   ostatniej   nocy   –   zapewniał   ją   Abdel.   –   Jeśli   by   był 

sobowtórniakiem, to dlaczego nas po prostu nie zabił?

background image

– A czy Tethtoril by to zrobił? – zapytała Jaheira, wprawiając Abdela w zdumienie. – 

Jeśli to był  sobowtórniak, musiałby zachowywać się tak, jak zachowywałby się Tethtoril. 
Teraz może być na górze i zbierać jeszcze więcej fałszywych dowodów przeciwko nam – 
dowodów   zbrodni   popełnionych   przez   sobowtórniaków   udających   nas   –   dowodów,   które 
wykorzysta   do   tego,   by  nas   skazać   i   stracić.   Dla   każdego   to   wszystko   będzie   wyglądać 
racjonalnie,   po   prostu   doskonale.   Obwinią   nas   za   wszystko...   Żelazny   Tron,   Reiltar   czy 
Sarevok, czy ktokolwiek inny, kto za tym stoi, wygra.

Abdelowi trudno było w to uwierzyć, ale przynajmniej musiał to rozważyć. Odwrócił się i 

odetchnął   zbyt   głęboko   powietrzem   przesiąkniętym   smrodem   gnijącego   ghula.   Zakasłał   i 
zdążył zobaczyć, jak Korak podnosi palec w geście mówiącym „zaraz wracam”, a następnie 
odchodzi,  zabierając   ze  sobą  lampę   olejową.  Cela   pogrążyła  się  w  mroku   i  brak światła 
pomógł Abdelowi rozjaśnić umysł.

– Więc nie możemy nikomu ufać – odparł po prostu.
– Niestety – odparła równie prosto. – Jednak możemy wierzyć w słowa Goriona zapisane 

w liście. Masz brata imieniem Sarevok, który – jak sądzę – jest Reiltarem – „człowiekiem” 
Żelaznego Tronu we Wrotach Baldura.

Światło wróciło szybko wraz z Korakiem i ghul upuścił cenny ładunek, który przyniósł. 

Rzeczy rozsypały się po kamiennej posadzce. Były tam ich zbroje, pałasz Abdela i kamień 
przepustkowy. Abdel ucieszył się, kiedy zdał sobie sprawę, że Korak wykorzystał do otwarcia 
celi klucz, a więc nie znał mocy kamienia. To mógłby być ich bilet na zewnątrz.

Ostatni przedmiot, który Abdel wyjął ze skórzanej sakwy, był to jego sztylet o szerokim 

srebrnym  ostrzu,  który  otrzymał  od  Goriona  tak   dawno  temu.   Kiedy  go  chwycił,   poczuł 
przyjemność – nie dlatego, że mógł nim wypruć komuś flaki, ale że dostał go od kogoś, o 
kogo się troszczył i kto troszczył się o niego.

– Straciłaś swój miecz – powiedział do Jaheiry.
Spojrzała na niego i pokiwała. Odwrócił sztylet i podał jej rękojeścią do przodu.
– Dziękuję – wyszeptała, przyjmując broń. – Będę o niego dbała.
Kiedy tak stali obok siebie, Abdel chwycił ją delikatnie za łokieć i wyszeptał do ucha: – 

Czy nie uznaliśmy, że ten ghul pracuje dla Żelaznego Tronu?

Jaheira   wzruszyła   ramionami   i   również   zaszeptała:  –  No   nie   wiem,   w   każdym   razie 

zawsze możemy go zabić później.

Abdel uśmiechnął się smutno i skierował ją do otwartych drzwi celi.

* * *

Nawet w najciekawsze letnie popołudnia w swej młodości, Abdel nigdy nie widział tej 

części   Candlekeep.   Pod   klasztorem,   który   zdawał   się   nieskończoną   kondygnacją   nad 
nieskończoną   kondygnacją,   był   ciąg   katakumb   i   kanałów,   które   tworzyły   nieskończony 
labirynt. Abdel, który nie miał zbyt dobrego poczucia kierunków pod ziemią, bardzo szybko 

background image

stracił orientację i oboje z Jaheirą znaleźli się w położeniu, w którym – jak sobie obiecali – 
nigdy już nie mieli się znaleźć. Ślepo podążali za cuchnącym Korakiem.

– Ten musiał być kimś ważnym – wyszeptała Jaheira. Jej miękki głos poniósł się echem 

wąskim korytarzem niczym syk węża. Sztyletem wskazała na niszę w katakumbach, gdzie 
stała rzeźbiona, mahoniowa trumna. Z boku była przybita tabliczka z brązu, lecz pokrywający 
ją   kurz   i   pajęczyny   uniemożliwiały   jej   odczytanie.   Ponad   niszą   wisiała   tarcza   zasłonięta 
kaftanem z herbem, którego Abdel nie potrafił rozpoznać.

– Ten korytarz  w końcu powinien wyprowadzić  nas  do morza  – odezwał się Abdel, 

ignorując jej spostrzeżenie.

Uśmiechnęła się do niego w migoczącym świetle pochodni i chciała coś powiedzieć, ale 

pierwszy odezwał się ghul – Nie ma czasu na postój. – Korak zrobił się nerwowy. – W ogóle 
nie mamy czasu!

Naraz ze wszystkich stron wypadły na niego zombi.
Jaheira   wciągnęła   gwałtownie   powietrze,   jakby   chciała   krzyknąć,   a   serce   Abdela 

skoczyło, gdy patrzył jak dobre pół tuzina chodzących trupów, z których każdy wyglądał 
gorzej od ghula, rozrywa Koraka na strzępy. Korak zawył boleśnie i przeciągle, zagłuszając 
odgłosy rozdzierania, szurania, rozchlapywania i łamania. Zombi były tak ciche jak trupy, 
którymi w istocie były.

Jeden z ożywieńców odwrócił się powoli i spojrzał na półboga i półelfkę. Jego popielata 

twarz nie zdradzała śladu życia ani emocji, ale istota wyczuła ich obecność i ruszyła naprzód. 
Kiedy szczątki Koraka przestały drgać, reszta dogoniła pierwszego i jak jeden mąż zbliżały 
się teraz do Abdela i Jaheiry.

– Musimy iść – powiedziała Jaheira, już się wycofując.
Abdel dłużej się nad tym zastanawiał – dwa kroki zombi – aż wreszcie powiedział: – Tak, 

myślę że tak.

Z bocznych przejść wyszło jeszcze więcej zombi. Abdel doliczył  się ośmiu i przestał 

dalej, odwrócił się i pognał za uciekającą Jaheirą. Skręcili w mroczny, wilgotny, cuchnący 
pleśnią, wąski korytarz, który po jakimś czasie zakończył się zardzewiałymi drzwiami. Abdel 
zaklął głośno, a echo momentalnie ściągnęło głośny syk zombi wyciągających za nimi swe 
rozkładające się nogi.

– Rozwal je – zasugerowała słabo Jaheira.
Abdel chwycił za pręty i poczuł, jak rdza osypuje się z nich wielkimi płatami. Mocno 

pociągnął i wrota uchyliły się nieco, posyłając sto różnych  zgrzytów  i chrzęstów w głąb 
korytarza. Pierwszy zombi wyłonił się zza rogu.

– Abdel... – wyszeptała Jaheira przerażonym głosem.
Odwrócił się, w tym samym czasie dobywając miecza, ostrożnie, aby nie zranić Jaheiry. 

Zombi zbliżał się wolno, plącząc się w podartych łachmanach, które miał na sobie. Niegdyś, 
może przed wiekami, była to kobieta, zanim nie zmieniła się w ożywieńca.

background image

Jaheira   pchnęła   potwora   srebrnym   sztyletem   i   wielki   kawał   ciała   odpadł   z   piersi 

ożywieńca. Zombi cofnął się, nie patrząc na swoje żywe ofiary i znów zaatakował. Wyciągnął 
swe przegniłe ręce i niezdarnie, choć bardzo silnie chlasnął Jaheirę swymi pazurami. W tym 
momencie Abdel z łatwością uciął mu głowę, ale Jaheira musiała uskoczyć,  aby uniknąć 
uderzenia i wpadła prosto na następnego ożywieńca.

Zombi chwycił ją za przedramię, jakby chciał się przytrzymać, by nie upaść, ale nie był 

zdolny do tak zaawansowanego myślenia. Zamierzał po prostują zranić. Wykorzystując siłę 
upadku i siłę swego martwego, reanimowanego ramienia, wbił jej pazury głęboko w bark. 
Jaheira wrzasnęła i z całej siły skoczyła w tył,  uderzając mocno o bramę, za to unikając 
następnego   ataku   ożywieńca.   Zombi   upadł,   a   Jaheira   uderzyła   o   kraty   z   taką   siłą,   że 
przerdzewiałe pręty pękły pod jej naporem i wpadła na drugą stronę.

Jaheira   myślała,   że   zatrzyma   się   na   bramie,   była   więc   zdziwiona,   że   nagłe   klapnęła 

tyłkiem na kamienną posadzkę za drzwiami tak, że nie zobaczyła nawet, jak Abdel rozcina na 
pół ożywieńca, który ją zranił. Abdel trzymał miecz w prawej dłoni, a lewą szukał czegoś w 
kieszeni pasa. Wyciągnął stamtąd kamień przepustkowy i zawrócił, przeskakując nad leżącą 
Jaheira. Za rogiem pojawił się następny zombi. Jaheira wstała i pobiegła za Abdelem.

–  Za mną! – rzucił w tył Abdel, nawet się nie oglądając. Słyszał, jak za nim biegnie. 

Trzymał kamień w lewej ręce tuż przy ścianie.

– Czy wiesz... – wysapała Jaheira – ... dokąd... biegniemy?
– Nie, ale znam Candlekeep.
Wiedział, że to nie miało dla Jaheiry żadnego sensu, może dlatego nie odpowiedziała.
– Pełno tu – mówił Abdel w biegu – wszędzie ukrytych drzwi. Wszystko tu praktycznie 

składa się z sekretnych drzwi. Nigdy nie byłem tu na dole, ale nie widzę powodu, dla którego 
nie...

Zatrzymał się na odgłos przesuwającego się kamienia, aż Jaheira wpadła mu na plecy. Po 

lewej stronie część ściany korytarza odsunęła się. Abdel wyjrzał, po czym wyszedł prosto w 
łagodną, wilgotną bryzę, niosącą zapach morza.

background image

Rozdział dwudziesty szósty

–   Candlekeep   zatroszczy   się   o   nich   –   powiedział   książę   Angelo,   wręczając   pękaty 

kieliszek Sarevokowi. – Już więcej nikt ich nie zobaczy.

Sarevok uśmiechnął się i Angelo spojrzał w bok. Jako jeden z książąt Wrót Baldura, 

doświadczony dowódca najemników  i półelf, który żył  dłużej niż większość ludzi mogła 
marzyć,   Angelo   spotkał   różnych   ludzi,   ale   nikogo   pokroju   Sarevoka.   Ten   imponujący 
mężczyzna sprawiał, że atmosfera w jego pokoju stawała się ciężka od... właśnie, od czego? 
Angelo nie mógł dobrać właściwego słowa: zła wola? chciwość? przeznaczenie?

– Jak to się nazywa? – zapytał Sarevok. Jego głos nawet podczas zwyczajnej rozmowy 

był niski, rezonujący i rozkazujący.

– Brandy – odpowiedział Angelo. – To nowość. Myślę, że ją polubisz.
Sarevok uśmiechnął się i Angelo postarał się odwrócić zwyczajnie, jakby ten uśmiech 

wcale go nie przerażał.  Przemierzył  cały pokój w stronę kominka  po kobiercu, który on 
przywiózł mu z Shou Lung za cenę tylu sztuk złota, że chyba dostarczono go ze wschodu 
magicznym   sposobem.   Za   dekoracje   i   meble   tego   pokoju   można   by   kupić   małe   miasto. 
Angelo był niezmiernie dumny ze swej kolekcji artefaktów z czterech stron Torilu. Chwycił 
pogrzebacz z mithrilu wydobywanego przez krasnoludy w kopalniach Wielkiej Szczeliny i 
bezmyślnie rozgarnął żarzące się węgle.

– Interesujące – powiedział Sarevok i Angelo spojrzał na niego. Sarevok bawił się pustym 

kieliszkiem – z wiśni?

– Tak myślę – odparł Angelo, po czym gwałtownie zmienił temat, jakby zależało mu na 

tym,  by jak najszybciej  pozbyć  się Sarevoka. – Moja władza nad Płomienną  Pięścią jest 
niepodważalna. Ten twój Abdel i jego kobieta są już znani i ścigani w mieście. Nie sądzę, 
abyś mi powiedział, skąd masz tę informację.

– Och – zaśmiał się Sarevok – rzeczywiście nie powiem, ale zapewniam cię, że oni 

naprawdę pracują dla Złodziei Cienia.

– A to... co to jest... grupa spiskowa?
– Po prostu gildia.

background image

– Ta złodziejska gildia jest z Amn – powiedział Angelo, obserwując płomienie. – Więc z 

pewnością są oni wyjęci spod prawa także w Amn.

Sarevok postawił kieliszek, aż zadzwonił.
– Pomyśl o nich jak o kaprach. Kaprach na usługach Amnu.
– Tego nie można tolerować – powiedział Angelo, jakby szukając poparcia u Sarevoka.
– W rzeczy samej, nie można.
– Więc co to oznacza? Wojnę z Amnem?
– Boisz się wojny?
Angelo spojrzał ostro na Sarevoka i po plecach spłynęła mu strużka zimnego potu. Przez 

chwilę wydawało mu się, jakby oczy Sarevoka błysnęły nieludzką żółcią, jakby coś w nich się 
zapaliło, po czym gość uśmiechnął się znowu.

– Boję się niepotrzebnej wojny – odparł Angelo.
Odwrócił   się   i   spojrzał   na   swój   własny   portret   wiszący   nad   kominkiem.   Artysta 

znakomicie oddał szlacheckie, pociągłe rysy Angelo. Książę uniósł brodę, aby dopasować się 
do portretu, choć obecna moda była już inna. Obraz, w odróżnieniu od pierwowzoru, wciąż 
ukazywał   cechy  wojownika,   którym  kiedyś  był.   Spojrzał   sam  sobie  w   oczy  i   poczuł   się 
równie upokorzony, jak pod wzrokiem Sarevoka.

– Jeśli każe się ludziom walczyć bez wyraźnego powodu, nie będą walczyć z sercem.
– Ich serca nie interesują mnie, Angelo, ja potrzebuję ich rąk i nóg.
Angelo dał trzy kroki i usiadł ciężko na sofie stojącej obok kominka. Dotknął poduszki 

oprawionej   w   cielęcą   skórę.   W   dotyku   była   miękka   i   gładka   jak   pupa   niemowlaka   i 
kosztowała   go   tyle,   że   mógłby   za   to   kupić   setkę   niemowlaków.   Nagle   przestała   mu   się 
wydawać tak wspaniała jak wtedy, gdy kupował ją w Waterdeep.

– Czy twoi ludzie będą walczyć – zapytał z naciskiem Sarevok.
Angelo skinął głową, upewniając sam siebie.
– Więc powiedz im, że to Amn pragnie wojny – powiedział Sarevok uspokajająco. – Oni 

skazili   nasze   kopalnie,   wypędzają   naszych   sąsiadów   na   południe,   chcą   zagarnąć   Wrota 
Baldura, rzekę, kopalnie... wszystko. Czy to wystarczy?

Angelo uśmiechnął się.
– To więcej niż trzeba,  mój  przyjacielu.  Zwłaszcza jeśli dodać tych  Złodziei  Cienia, 

działających tu na terenie Wrót...

–   Kiedy   ja   zostanę   wielkim   księciem   –   stwierdził   Sarevok   –   nie   będzie   tu   żadnych 

amniańskich zabijaków w naszym wielkim mieście... Nawet jeśli mielibyśmy zabić każdego 
mężczyznę, każdą kobietę i dziecko w tym przeklętym królestwie, aby się upewnić.

Angelo przełknął ślinę, gdyż nagle zaschło mu w gardle.

* * *

Nawet nie  cały cień, lecz jego kraniec zwrócił uwagę Abdela. To już trzeci raz coś im 

background image

mignęło, odkąd wrócili do Wrót Baldura, przekradając się nocą, niepewni o swój status w tym 
mieście,   jak   i   każdym   innym   na   Wybrzeżu   Mieczy.   W   Candlekeep   zostali   uznani   za 
morderców. Teraz ich szukano.

– Jesteś pewny? – zapytała miękko Jaheira. Zauważyła, jak spiął się na widok ruchu 

cienia.

Abdel skinął.
– Nie zatrzymujmy się. Musimy dotrzeć do Eltana.
– On też może nas szukać. Albo rozkazać nas szukać.
Abdel   nie   odezwał   się.   Zastanawiał   się,   po   czym   szybko   podjął   decyzję.   Jaheira 

zaprotestowała, kiedy wciągnął ją nagle w wąski, ciemny zaułek.

– Skrót? – zapytała.
W odpowiedzi wyciągnął miecz i nagle jak i on spoważniała.
– Jeśli będę musiał zabić kogoś lub coś, co nas śledzi, wolałbym tego nie robić na ulicy.
Ponad   godzinę   zajęło   im   dotarcie   do   Książęcego   Pałacu,   bowiem   przez   całą   drogę 

skradali się ciemnymi uliczkami. Raz usłyszeli kroki, potem dostrzegli cień, a potem drugi, 
kiedy w końcu dotarli do celu. Najczęściej to Abdel zauważał, że mają ogon. Nie potrafił tego 
wytłumaczyć, nawet sobie, ale w jakiś sposób ją wyczuwał. Ją? Abdel otrząsnął się z myśli, 
schował miecz, przycisnął Jaheirę i podszedł do bramy, której strzegły straże.

– Stój – zawołał jeden ze strażników. Jego głos pełen był napięcia, które oboje wyczuwali 

w atmosferze całego miasta. Nad Wrotami Baldura zawisły ciężkie chmury. – Kto idzie?

Abdel podniósł ręce do góry i wolno podszedł do bramy.
– Chcę mieć audiencję u wielkiego księcia Eltana.
Strażnik, który postąpił naprzód, był tęgim młodym mężczyzną z ledwością mieszczącym 

się w kolczudze. Trzymał wypolerowaną halabardę w taki sposób, który mówił Abdelowi, że 
potrafi się nią posługiwać. Pochodnie rozświetliły obszar wokół bramy i Abdel zobaczył 
jeszcze pięciu innych strażników.

– A kim jesteście? – zapytał strażnik.
– Przyjaciółmi.
– Eltan... – wtrąciła się Jaheira i zaraz poprawiła – ... wielki książę Eltan zna nas. Wysłał 

nas... w specjalnej misji i musimy mu zdać raport.

– Wielki książę jest umierający. Możecie zdać raport kapitanowi straży rankiem.
Jaheira spojrzała na Abdela, który zamknął oczy i westchnął, mocno zaciskając pięści. 

Jeden z pozostałych strażników wyszedł z cienia i na dźwięk jego stóp na żwirze, Abdel 
podniósł głowę.

– Abdel? – zapytał nadchodzący strażnik. – Jaheira? To wy?
Pierwszy strażnik spiął się wyraźnie i przesunął ciężar halabardy w dłoniach.
– Julius? – zapytała Jaheira. Jej półelfie oczy widziały twarz drugiego strażnika.
– Na Torma – zawołał pierwszy strażnik. – To Złodzieje Cienia!

background image

– Nie... – zaczęła Jaheira, ale Julius ruszył na nią z halabardą wysuniętą do ataku. Teraz 

nawet   Abdel   zobaczył   jego   złą,   przerażoną   twarz.   Pierwszy   strażnik   ruszył   na   Abdela. 
Najemnik   ustąpił   szybko   w   bok   i   chwycił   mocno   drzewce   halabardy.   Strażnik   puścił 
halabardę i dobył miecza tak szybko, że Abdel zrozumiał, że musiał to ćwiczyć. Tylko jego 
kolczuga ocaliła go przed przebiciem.

Abdel zakręcił halabardą, a jednocześnie zdziwił się myślom, które właśnie przyszły mu 

do głowy. Ci strażnicy uznali ich za Złodziei Cienia – grupę pochodzącą z Amnu. Cokolwiek 
opowiedział Żelazny Tron na ich temat w Candlekeep, wyraźnie dotarło do Wrót Baldura – i 
to dziwnymi drogami. W Candlekeep tylko potwierdził to, co mówił Żelazny Tron, zabijając 
świątynnego strażnika. Teraz, nawet kiedy zamierzał się halabardą na strażnika, postanowił 
nie ułatwiać sprawy Żelaznemu Tronowi.

Jaheira także była przygotowana na niezdarną szarżę Juliusa i uskoczyła w bok. Uderzyła 

Juliusa pięścią w nos, a jego pęd tylko  wzmocnił siłę ciosu. Rozległ się chrzęst, Jaheira 
poczuła na dłoni ciepło krwi i Julius padł.

Abdel odbił cięcie pierwszego strażnika i usłyszał, jak pozostałych czterech biegnie ku 

nim. W dodatku ciszę nocy rozdarł dźwięk rogu. Niedługo będą mieli na głowie cały pałac. 
Abdel znów zakręcił halabardą i udał, że chce pchnąć strażnika w głowę. Strażnik uchylił się 
przed atakiem, ale jego głowa znalazła się na linii obrotu drzewca. Z głośnym hukiem zwalił 
się na ziemię. Abdel rzucił halabardę wprost na nadbiegających strażników i odwrócił się 
akurat w porę, aby zobaczyć, jak Jaheira ucieka i znika w mroku uliczek. Ruszył za nią. 
Strażnicy ścigali go bez entuzjazmu i Abdel zastanawiał się, czy nie chcą zostawiać bramy 
bez ochrony, czy też przerażają ich mroczne ulice własnego miasta. Może obie te rzeczy.

* * *

Abdel mijał szczury, stosy śmieci, śpiące domy i zamknięte na noc sklepy. Co jakiś czas 

wykrzykiwał szeptem imię Jaheiry. Parę razy wydawało mu się, że słyszy jej kroki lub widzi 
jej cień. Przeszedł uliczką pomiędzy dwoma drogimi domami. Na ziemi spał zwinięty żebrak, 
wyglądający   jak   chrapiąca   kupa   szmat.   Abdel   wstrzymał   oddech,   jak   nauczył   się   robić 
mijając żebraków. Długo już maszerował i zaczerpnął tchu, jak tylko minął żebraka. Jednak 
zapach nie był taki jak zwykle. To nie był smród żebraka i Abdel rozpoznał go. Szedł dalej, 
starając się niczego po sobie nie okazywać. Kiedy doszedł do końca uliczki, skręcił i schował 
się za rogiem. Stanął cicho i przykleił się plecami do ściany, obserwując wyjście z uliczki. 
Obawiając się zdradzić, nie wyciągał miecza, by nie robić hałasu.

Zza rogu wolno wyłoniła się twarz osoby, która śledziła ich od momentu powrotu do 

miasta. Jej oczy były tylko wąskimi szparkami w ciemności. Abdel okręcił się i chwycił 
nieznajomego.   Złapał   za   ubranie,   gładką,   chłodną   tkaninę   i   wówczas   jego   dłoń   została 
strącona tak szybko, że nawet nie zdążył tego zauważyć i zarazem tak mocno, że zabolał go 
nadgarstek. Poczuł coś na ramieniu i na krótki czas zrobiło mu się ciemno przed oczami. 

background image

Cofnął się i obrócił, słysząc głos nad sobą.

– Nie jestem twoim wrogiem.
Głos był spokojny, precyzyjny i nosił nierozpoznawalny akcent.
– Abdel – wyszeptała za nim Jaheira. Najemnik odwrócił się i odetchnął, zatrzymując w 

połowie wyciągnięty miecz. Jaheira pisnęła zaskoczona i odskoczyła w tył.

– Nie rób tego! – powiedziała zbyt głośno i znów uskoczyła, a Abdel podniósł rękę, aby 

ją uciszyć. Obrócił się i spojrzał do góry, na balkon. Obcy przeszedł po kamiennym gzymsie i 
cofnął się w tył, spadając z wysokości piętnastu stóp i lądując tak miękko, jakby skakał z 
krzesła. To była kobieta, niska i szczupła, ubrana w obcisły czarny strój, jakiego Abdel nigdy 
wcześniej nie widział. Twarz skrywała jej maska, odsłaniając tylko oczy – oczy, które Abdel 
natychmiast uznał za wschodnie – z Shou, a może z Kozakury.

– Kto to? – zapytała Jaheira.
Nieznajoma   cofnęła   się   w   mrok   uliczki,   kiwając   palcem   na   Abdela.   Najemnik 

przekrzywił głowę, ale nie poszedł za nią.

– Nazywam się Tamoko – powiedziała kobieta, kryjąc się w cieniu.
– Dlaczego nas śledzisz? – zapytał Abdel.
Jaheira dobyła broni, ale nie poruszyła się.
– Wiem, że nie jesteście Złodziejami Cienia – powiedziała cicho Tamoko. – Wiem, że 

wcale nie próbujecie rozpętać wojny, tylko ją powstrzymać.

– Jaką wojnę? – zapytała Jaheira. – Wojnę z Amnem?
– Wielki książę Eltan umiera – powiedziała Tamoko, wciąż ignorując Jaheirę. – Jego 

lekarz nie jest tym, na kogo wygląda.

Mówiąc to, Tamoko nagle zniknęła w cieniu. Abdel i Jaheira rzucili się naprzód i chociaż 

byli u wejścia do uliczki w przeciągu niecałej sekundy, kobieta w czerni zniknęła.

background image

Rozdział dwudziesty siódmy

Jeśli Abdel i Jaheira nie spędziliby tyle czasu w towarzystwie cuchnącego ghula Koraka, 

nie byliby w stanie wytrzymać w tym zaułku tak długo, aż strażnicy skończą przeszukiwanie 
tego   miejsca.   Gulasz   rybny   wypełniający   przerdzewiałe   metalowe   kosze   na   śmieci,   za 
którymi się ukryli, musiał być już niedobry dużo wcześniej zanim został wyrzucony. Abdel 
spojrzał   na   rozjaśnioną   nadchodzącym   świtem   nocy   twarz   Jaheiry   i   zauważył,   że 
powstrzymuje się od wymiotów niemal przy każdym oddechu.

– Co ich zatrzymało? – zapytała Jaheira głosem pełnym jadu i niecierpliwości.
–   To   duży  budynek   –   odpowiedział   Abdel.   –   „Spłoniona   Syrena”   wciąga...   pełno   tu 

skrzydeł i przybudówek na przybudówkach z dobudówkami. Jeśli naprawdę myślą, że się tu 
ukryliśmy, poszukiwania zajmą im wiele czasu.

Jaheira zasłoniła dłonią usta, ale Abdel wciąż słyszał, co mówi.
– Dobrze, jak sądzę, im dłużej tu są, tym dokładniej penetrują to miejsce i tym mniej 

prawdopodobne będzie im się wydawać, że nas przeoczyli i już tu nie wrócą. Tak czy inaczej, 
tylko ten smród nie pozwala mi teraz zasnąć.

Abdel pokiwał głową i spojrzał na niebo, które przeszło w głęboki błękit, zwiastując świt.
Nie   musieli   już   długo   czekać,   bo   w   końcu   strażnicy   wyszli   i   trudno   było   tego   nie 

zauważyć. Zachowywali się głośno, buńczucznie, tak jakby spędzili w „Spłonionej Syrenie” 
więcej czasu na piciu niż poszukiwaniach. Abdel i Jaheira zachowali ostrożność, dopóki głosy 
strażników nie ucichły w labiryncie krętych uliczek.

Tylnymi drzwiami dostali się do kuchni tawerny. Minęli niziołka kucharza, stojącego na 

drewnianym   stołku   przy   piecu   i   mieszającego   w   olbrzymim   poczerniałym   garncu   ów 
obrzydliwy gulasz rybny. Niziołek rzucił im obojętne spojrzenie. Przeszli przez kuchnię i 
weszli do właściwej sali tawerny. Abdel ukrył się za tłustą zasłoną, pozwalając Jaheirze samej 
sprawdzić   ciemne   pomieszczenie   o   niskim   suficie.   Patrzył,   jak   przechodzi   obok   baru   i 
rozgląda się po sali, w której było tylko kilkunastu pijących do rana gości. Niektórzy z nich 
zwalili  się   już  dawno  pod  stoły i   zasnęli.   Przy  jednym   ze  stołów  siedziało   ze  dwunastu 
marynarzy śpiewających szanty i klaszczących tańczącej dla nich kobiecie, tak zmęczonej, 

background image

jakby była samą Boginią Zmęczenia.

Nawet marynarze nie zauważyli jak Jaheira wśliznęła się do sali, więc Abdel podążył za 

nią i usiadł przy odległym od hałaśliwej grupy stoliku. Kiedy przechodził obok baru, młody 
człowiek w luźnej zbroi kółkowej spojrzał na niego zamglonymi oczami.

– Julius – powiedział Abdel i zatrzymał się na tyle raptownie, by przyciągnąć uwagę paru 

marynarzy. Abdel popatrzył na nich i pod jego stalowym wzrokiem marynarze szybko się 
odwrócili.

– Hej – wybełkotał Julius słabo. Cuchnął piwem i potem.
Abdel zaciągnął Juliusa do stołu. Jaheira popatrzyła na obu ze zdziwieniem. Julius usiadł 

ciężko,   a   raczej   został   posadzony   na   drewnianym   stołku.   Głowa   opadła   mu   na   piersi   i 
podniósł ją dopiero po chwili.

– Wykończcie  mnie,  no już. Nie? – wymruczał,  patrząc  bezmyślnie  na Jaheirę. Miał 

spuchnięty i zaczerwieniony nos, a pod oczami głębokie sińce. W obie dziurki nosa miał 
wciśnięte zwitki materiału przesączonego krwią, co nadawało jego głosowi bardzo nosowy i 
wręcz komiczny charakter.

– Julius – rzekł Abdel ponuro – potrzebujemy trochę czasu. Chyba nie zamierzasz nas 

wydać?

Julius pokiwał się przez chwilę, zastanawiając się, do którego Abdela z widzianych ma 

się odezwać. Abdel obejrzał się przez ramię, chcąc zobaczyć to, na co patrzy Julius.

– Do Otchłani z nimi wszystkimi, mój wielki, potężny przyjacielu. Zdegradowali mnie, 

uwierzysz? Zdegradowali mnie do piechura.

–   Julius   –   odezwała   się   Jaheira,   mając   nadzieję,   że   pijany   żołnierz   ją   zrozumie.   – 

Strażnicy przy pałacowej bramie powiedzieli nam, że Eltan umiera. Co się tutaj dzieje?

– Eltan Szmeltan... – wymruczał Julius. – Może mnie pocałować w...
–   Julius   –   przerwał   mu   Abdel   i   młody   gwardzista   wybuchnął   śmiechem.   Spróbował 

klepnąć Abdela w ramię, ale bezsilnie machnął ręką w powietrzu tuż obok.

– Tia... tia... Eltan – wykrztusił Julius, gdyż nagle dopadła go okrutna czkawka. – On... 

za... za... zacho... ro...

– Zachorował? – podpowiedziała Jaheira.
– Tak – potwierdził Julius i poczochrał sobie włosy niczym pies. – No właśnie.
– Julius – powiedział Abdel, ale młody gwardzista już go nie słyszał, opuścił bowiem 

głowę i chrapał w najlepsze. – Julius! – krzyknął Abdel, aż marynarze spojrzeli na niego. 
Tancerka usiadła i westchnęła.

– Hej, szczury – ryknął jeden z marynarzy. – Spokój tam.
Abdel zignorował go i potrząsnął mocno Juliusem, aż się obudził. Gwardzista uśmiechnął 

się.

– Zdegradowali mnie do piechura i teraz muszę nosić tę cholerną kolczugę kółkową. Nie 

cierpię jej. Ona...

background image

Drzwi prowadzące  na ulicę  otworzyły  się i  do środka wtoczyła  się straszliwie  gruba 

kobieta, spocona i dysząca.

– Łooo – zachrypiał Julius i omal nie spadł z krzesła.
Kobieta podeszła do barmana i coś mu powiedziała. Abdel nie usłyszał wprawdzie co, ale 

twarz kobiety świadczyła  o tym,  że była to pilna i ponura wiadomość. Nawet marynarze 
patrzyli na barmana z ciekawością.

– Pobudka! – krzyknął barman, wychodząc na środek sali.
Nawet najbardziej zalani ocknęli się i wybałuszyli swe zapite oczka na barmana.
– Miasto w żałobie – oznajmił głośno barman grobowym tonem. – Wielki książę Eltan 

nie żyje!

Tancerka zasłoniła usta dłonią i zaczęła płakać. Marynarze próbowali przez parę sekund 

ją   uspokoić,   niektórzy   wyraźnie   oburzeni,   ale   w   końcu   machnęli   na   nią   ręką   i   zaczęli 
obgadywać swojego pierwszego mata, jakim to on jest bękartem.

Abdel popatrzył na Jaheirę. Jej twarz zmieniła się w kamienną maskę – tak pozbawioną 

nadziei, jak nigdy wcześniej.

– Angelo – wybełkotał Julius. – Muszę słuchać rozkazów Angelo.
– Angelo, ten półelf? – zapytał Abdel.
Julius kiwnął głową bezwładnie.
–   Tia.   Będzie   dowodził   Płomienną   Pięścią.   Teraz   nikt   już   nie   powstrzyma   książęcej 

elekcji i wybiorą tegotentego...

– Kogo?
– Sarevoka. Będzie wielkim księciem.

* * *

Abdel wahał się, czy podążać zgodnie z wybełkotanymi wskazówkami Juliusa, ale nie 

miał   wyboru.   Wstawał   świt.   Abdel   i   Jaheira   ukradli   płaszcze   ze   sznurów   do   suszenia   i 
przemierzali budzące się do życia ulice Wrót Baldura z twarzami zasłoniętymi kapturami. 
Trzymali się przeciwnych stron ulicy w zasięgu wzroku, zakładając, że strażnicy będą szukali 
pary.

Szli zgodnie z tym, co powiedział im Julius i obeszli Pałac Książęcy od tyłu. Zatrzymali 

się przy tylnej bramie, ukryci w cieniu zaułka, gdyż właśnie stamtąd, według słów Juliusa, 
mógł wyjść lekarz Eltana. Było w owym lekarzu – miał na imię Kendal – coś takiego, co nie 
spodobało się Abdelowi, gdy go po raz pierwszy ujrzał. Tym bardziej teraz, kiedy nieznajoma 
kobieta z orientu powiedziała im o nim, a książę zmarł będąc pod jego opieką. Abdel miał 
tylko   nadzieję,   że   Julius,   którego   zostawili   nieprzytomnego   w   „Spłonionej   Syrenie”,   nie 
będzie pamiętał, co im powiedział, albo nawet tego, że ich spotkał i nie doniesie o tym swym 
przełożonym.

Abdel starał się nie myśleć o tym, co jeszcze Julius miał do powiedzenia. Jeśli to prawda, 

background image

że   jego   brat   Sarevok   jest   we   Wrotach   Baldura,   jest   człowiekiem   Reiltara   na   Wybrzeżu 
Mieczy,  jest odpowiedzialny za tę całą krwawą jatkę, to co on ma zrobić? Jeśli Sarevok 
zostanie wielkim księciem, a Eltan nie żyje i nawet Tethtoril jest przeciwko niemu, to co oni 
oboje poradzą przeciw...

Drzwi otworzyły się i oboje ukryli się głębiej w cieniu, obserwując, jak Kendal opuszcza 

pałac i zwyczajnie wychodzi na ulicę. Abdel i Jaheira wymienili się spojrzeniami i podążyli 
za nim. Kendal szedł uliczkami, co chwila zmieniając kierunek, jakby robił to przypadkowo. 
Chociaż nietrudno było go śledzić, musieli coraz bardziej uważać, aby nie zdradzić się przed 
nim na otwartej przestrzeni. Z pewną ulgą zauważyli, że lekarz w końcu skręcił w mroczny, 
wąski zaułek. Podeszli tam, ukryci w cieniu i zatrzymali się, kiedy zobaczyli, że zaczyna się 
zmieniać.

Zanim   Kendal   doszedł   do   końca   zaułka,   przebywając   mniej   niż   dwanaście   metrów, 

przybrał   całkowicie   nową   postać.   Po   drugiej   stronie   zaułka   wyłoniła   się   młoda   kobieta, 
niosąca zamiast torby z medykamentami kosz świeżo ściętych kwiatów.

Jaheira wypuściła  nosem powietrze,  a Abdel chwycił  ją delikatnie  za łokieć  i ruszyli 

tropem   sobowtórniaka,   który   po   drodze   zatrzymywał   się   kilka   razy,   by   sprzedać 
przechodniom kwiaty. W końcu zniknął w kolejnym zaułku, nawet się za siebie nie oglądając. 
Abdel   i Jaheira   szybko  obeszli  kamienicę   i  znaleźli  się  po drugiej   stronie  zaułka,   zanim 
jeszcze   sobowtórniak   z   niej   się   wyłonił,   tym   razem   pod   postacią   rosłego   robotnika   w 
ubłoconym kombinezonie.

Abdel i Jaheira skryli się za wozem pełnym jabłek i patrzyli, jak sobowtórniak znika po 

drugiej stronie ulicy. Przebiegli szybko zaułkiem wokół następnego budynku, mając nadzieję 
pochwycić sobowtórniaka, ale kiedy wyjrzeli zza rogu na ulicę, którą szedł, nie było tam 
robotnika. Ulica była pusta. Słońce wyłaniało się już ponad miejskimi murami.

– Niech ich wszystkich szlag – zaklął Abdel.
– Nienawidzę tych przeklętych sobowtórniaków – dodała Jaheira.
– Ja też – rozległ się głos za nimi.
Odwrócili   się   i   ujrzeli   kobietę,   którą   spotkali   wcześniej   w   nocy.   Była   ubrana   w 

błyszczący, czarny jedwab, który musiał kosztować fortunę. Była przepasana taśmą, na której 
wisiał swobodnie u jej boku miecz – wąski i łagodnie zakrzywiony. Nie miał zwykłego jelca, 
tylko małą, owalną płytkę, oddzielającą ostrze od haftowanej złotem rękojeści, długiej na tyle, 
by móc chwytać ją oburącz. Abdel nigdy nie widział takiego miecza.

– To katana – wyjaśniła Tamoko, widząc z jakim zainteresowaniem Abdel przygląda się 

jej broni.

Abdel pokiwał głową i powiedział:
– A ty jesteś sobowtórniakiem.
Tamoko zaśmiała się smutno.
– Wiem, że to wydaje się możliwe, ale ja nie jestem sobowtórniakiem.

background image

– Więc kim jesteś? – zapytała Jaheira, unosząc brew.
Tamoko kiwnęła głową w stronę zaułka i weszła do niego, tym razem nie kryjąc się. 

Abdel i Jaheira niechętnie poszli za nią. Jaheira wydobyła srebrny sztylet, na widok którego 
Tamoko   nieznacznie   się   uśmiechnęła.   Abdel   niemal   odwzajemnił   jej   uśmiech.   Twarz 
nieznajomej  była  inna niż  Jaheiry.  Jej  uszy nie zdradzały elfiej  krwi, choć jej rysy  były 
dziwnie sylwiańskie.

– Zaprowadzę was do Żelaznego Tronu – oznajmiła Tamoko.
W odpowiedzi Jaheira zaśmiała się.
– Naprawdę? Czy będą tam czekać na nas, by nas zabić, czy może zasadzą się na nas na 

ulicy?

– Nie spodziewają się, że ktokolwiek dostanie się do środka przez to wejście. To wy 

będziecie mogli zabić ich wszystkich i...

– Absurdalne – przerwała Jaheira. – Abdel...
Abdel podniósł rękę i Jaheira nie zauważyła, jak poczerwieniał.
–  Moja przyjaciółka ma rację – powiedział Abdel do Tamoko. – Nie mamy powodu ci 

ufać... lub komukolwiek w tej dziurze pełnej zmiennokształtnych.

– Jestem kochanką twojego brata – wyjawiła, patrząc mu prosto w oczy.
Abdel poczuł, że mówi prawdę. Mówiła tak bezpośrednio, gładko, bez zawahania. Choć 

nie miał powodu ku temu, uwierzył jej.

– Sarevoka? – zapytał Abdel. Imię brata ledwie przeszło mu przez gardło.
Tamoko pokiwała głową.
– Pomogę wam, ale nie wolno wam go zabić.
– To szaleństwo – fuknęła Jaheira. – Ten twój kochanek chce rozpętać wojnę. Zginą 

tysiące ludzi. On już zabił dwie spośród najpotężniejszych osób w tym mieście oraz innych... 
– Jaheira postąpiła naprzód i lekko zgięła prawą rękę w łokciu. Tamoko utkwiła wzrok na 
końcu ostrza jej sztyletu. Abdel czuł, co się święci i wcale mu się to nie podobało.

– Nikt nam nie wierzy – odezwał się w końcu, aby rozładować napięcie. – Oskarżają nas 

o morderstwo,  o to że jesteśmy Złodziejami  Cienia,  o to że jesteśmy szpiegami  Amnu i 
bogowie tylko wiedzą o co jeszcze. Zabili wszystkich naszych przyjaciół, wszystkich naszych 
znajomych. Jesteśmy sami przeciwko temu człowiekowi – mojemu bratu, jeśli rzeczywiście 
nim jest – który przed zmierzchem będzie następnym wielkim księciem. Może i pozostali 
jeszcze ludzie, którzy mogą nam pomóc, ale oni chcą dowodów. – Abdel posłał Jaheirze 
wymowne spojrzenie i dodał – oni chcą dowodów na piśmie.

Jaheira popatrzyła na niego i westchnęła. Nie był pewny, czy gniewa się na niego za to, 

że targuje się z nieznajomą, która może być sobowtórniakiem albo jeszcze czymś gorszym, 
czy   może   domyśliła   się,   iż   zamierza   wrócić   do   Candlekeep   z   dowodami,   by   uzyskać 
przebaczenie u Tethtorila. Abdel sam czuł się naiwny i słaby, zastanawiając się nad drugą 
ewentualnością, ale był szczęśliwy, że to czuje.

background image

– Jeśli Żelazny Tron zostanie odkryty – powiedziała Tamoko, przenosząc spojrzenie ze 

sztyletu Jaheiry na Abdela – Sarevok będzie musiał uciekać z miasta. Ja pójdę razem z nim. 
Będziemy...

– Abdel... – przerwała Jaheira.
Nie mógł odczytać tonu jej głosu.
– Zagrożenie wojną zostanie odsunięte – dodała Tamoko.
– A ty zreformujesz mojego brata? Odwrócisz go od... od naszego ojca?
– Odwrócę – rzekła cicho Tamoko.
– Abdel – zaoponowała Jaheira. – On nie jest taki jak ty.
Abdel spojrzał na nią i uśmiechnął się.
– Nie – odparł. – Sarevok nie jest taki jak ja. Ja otrzymałem szansę. Otrzymałem ciebie.
Jaheira   westchnęła   i   odwróciła   się,   niezdolna   do   spierania   się,   chociaż   wiedziała,   że 

popełnia błąd na tyle poważny, że mogą zginąć wszyscy.

– Nie zabiję Sarevoka – przyrzekł Abdel Tamoko.
Zabójczyni skłoniła się głęboko, zginając się w pasie niemal o dziewięćdziesiąt stopni.
Wyprostowała się i rzekła: – Będziesz miał swoje dowody.

background image

Rozdział dwudziesty ósmy

Abdel   stał   nad   sobowtómiakiem,   którego   właśnie   zabił   i   obserwował,   jak   Tamoko 

walczy.   Był   zauroczony   jej   umiejętnościami,   szybkością,   zwinnością   i   tym   czystym, 
niezmąconym  spokojem.  Nie mógł  sobie wyobrazić  walki z tą kobietą.  Wiedział,  że jest 
dobry, teraz wiedział nawet to, że w jego żyłach płynie boska krew, ale przy tej kobiecie był 
raczkującym nowicjuszem.

Tamoko rozcięła gardło gwardzisty i z rany siknęła ciemna krew. Kiedy ciało upadło, z 

powrotem przemieniło się w swoją pierwotną, szarą nieludzką postać. Jego towarzysz walczył 
dalej, gdyż wiedział, że nie ma wyboru i walczy o swoje marne życie. Spróbował wykłuć jej 
oczy, po czym zamierzył się w stronę jej kolan, walczył z desperacją podszytą strachem i 
zupełnie niehonorowo. Tamoko ze skupieniem i niezachwianym spokojem odbijała wszystkie 
ataki sobowtórniaka. W końcu odbiła jego krótki miecz tak mocno, że wyleciał mu z dłoni. 
Ten zatrzymał się, przyłożył ręce do boków i rzekł głosem przybranej postaci amniańskiego 
żołnierza:

– Poddaję się.
Tamoko odcięła mu głowę tak szybko, że sobowtórniak zdążył tylko dwa razy mrugnąć, 

zanim bezgłowe ciało zwaliło się na ziemię.

– To wszystkie, które tu były – powiedziała, nie poświęcając odmieniającej się istocie 

najmniejszej uwagi. – Reszta jest gdzieś w mieście.

– Gdzie? – spytała Jaheira, wycierając krew sobowtórniaka z własnego ostrza.
– Chcieliście dowodu – odrzekła Tamoko.
– Nie chcę, aby którykolwiek z nich kręcił się żywy we Wrotach – powiedział Abdel, 

czekając aż Tamoko poda mu lokalizację pozostałych.

Tamoko nie poruszyła się.
– W tym mieście zawsze będą sobowtórniaki – powiedziała, wyraźnie nie czerpiąc z tego 

faktu zadowolenia. – Sobowtórniaki zawsze będą w każdym mieście. One tak żyją.

– Wspaniale – wymamrotała Jaheira. – To jest po prostu...
Abdel położył jej rękę na ramieniu i Jaheira westchnęła.

background image

– Ona ma rację – powiedział. – Przyszliśmy tu po dowody.
Jaheira   popatrzyła   na   Tamoko   i   podniosła   brwi.   Zabójczyni   pochyliła   się   i   coś 

pokazywała w rogu piwnicy. Ta grupa sobowtórniaków – wszyscy na usługach Sarevoka i 
Żelaznego   Tronu   –   zrobiła   sobie   kryjówkę   w   piwnicy   opuszczonej   rezydencji   na   ulicy 
Windspell.

Piwnica   była   mroczna,   śmierdziało   w   niej   i   pełno   było   starych   skrzyń   oraz   stosów 

przegniłego   drewna   opałowego.   Pod   ścianami   stało   sześć   łóżek,   a   na   środku   czterech 
martwych sobowtórniaków. Abdel popatrzył w róg, który wskazywała Tamoko i dostrzegł 
solidną drewnianą skrzynię.  Jaheira bacznie  obserwowała Tamoko,  kiedy Abdel wyciągał 
skrzynię w krąg słabego światła rzucanego przez oliwną lampę sobowtórniaków.

Tamoko uklękła obok jednego z trupów i, co zauważyła Jaheira, włożyła mu palec w 

zakrwawione usta. Najwyraźniej nie znalazła w nich tego, czego szukała, bowiem uklękła 
przy następnym trupie.

– Co robisz? – zapytała ją Jaheira.
Tamoko   dłubała   chwilę   w   ustach   kolejnego   sobowtórniaka,   po   czym   wyjęła   stamtąd 

mokry,  zaśliniony srebrny klucz. Jaheira zdumiona potrząsnęła głową, a Tamoko błysnęła 
niemal niezauważalnym uśmiechem.

Zabójczyni wręczyła klucz Abdelowi, który otworzył nim skrzynię.
– Co to? – zapytała Jaheira, wciąż nie spuszczając wzroku z Tamoko. – Co tam jest?
– Zwoje – odparł Abdel.
Jaheira spojrzała na niego. Klęczał przy skrzyni, tyłem do niej.
– Zwoje?
– Dowody – odparł, odwracając się do niej. Uśmiechnął się, ale uśmiech szybko mu 

zniknął z twarzy, kiedy popatrzył za nią i omiótł wzrokiem całe pomieszczenie. Jaheira poszła 
za jego wzrokiem i nikogo nie zauważyła. Tamoko nie było.

* * *

Skrzynia była ciężka i Abdel się zmęczył. Niósł ją już długo ulicami Wrót Baldura, ale 

odrzucał pomoc Jaheiry. W piwnicy podjęli już decyzje odnośnie swoich następnych działań, 
ale i tak wcale nie byli spokojni. Abdel poczuł, że Jaheira chce mu coś powiedzieć, więc 
uznał, że sam powinien się odezwać.

– Ona ma coś w sobie, czyż nie? – zapytała Jaheira, obserwując południowy tłum mijany 

na ulicach.

– Tamoko? – zapytał Abdel niepewnie.
Jaheira pokiwała głową.
– Nigdy wcześniej nie widziałam podobnego stylu walki. To było... piękne.
– Myślę, że jest z Kozakury.
– Jest piękna – powiedziała Jaheira nieco drżącym głosem.

background image

Abdel   poczuł   zapach,   który   kazał   mu   się   zatrzymać.   Postawił   skrzynię   przed   słodko 

pachnącą piekarnią. Idąca obok starsza kobieta fuknęła, zmuszona ominąć skrzynię.

– Może jej się uda... – zaczął Abdel, ale Jaheira przechyliła głowę i uśmiechnęła się, 

wiedząc, co zamierzał powiedzieć.

– Mam taką nadzieję, Abdel. Naprawdę mam, choć trudno mi w to uwierzyć.
– Nie ma szans? – zapytał, pragnąc coś od niej wyciągnąć, choć sam nie był pewny co.
Jaheira uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego piersi. Był spocony od noszenia skrzyni, 

ale nie zważała na to. – Ona potrafi go kochać. A jeśli tak, to może...

Przestali nagle rozmawiać i po prostu stali tak przed sobą, patrząc sobie w oczy.
– Kocham cię – powiedział, nie będąc pewny, dlaczego zapragnął to powiedzieć i to 

właśnie teraz.

Uśmiechnęła się dziwnie smutno, choć w jej oczach pojawiły się iskierki.
– Ja też cię kocham – powiedziała.
Uśmiechnął się, ale nie do niej. Uśmiechnął się do uczucia, które go ogarnęło. Było to jak 

uczucie, które zwykle przychodziło przed szczególnie niebezpieczną walką lub bezpośrednio 
przed zabiciem. Jeszcze nie tak dawno temu, jak się zdawało, Abdel obawiał się, że uczucie, 
jakie żywi wobec Jaheiry, pochodzi ze strony ojca – o czym już teraz wiedział – tej jego 
części, która była mordercą. Teraz zdał sobie sprawę, że to nie to samo uczucie, że miłość, 
którą do niej czuje, wypycha z niego Bhaala, zastępując pragnienie zabijania pragnieniem jej.

Wyraz twarzy Jaheiry zmienił się. Zaśmiała się lekko na widok jego zamyślenia. Choć nie 

zdawał sobie z tego sprawy, jego twarz aż nazbyt dobrze zdradzała treść jego wewnętrznego 
dialogu.

– Chwytaj skrzynię – powiedziała wesoło. – Mamy spotkanie.
– Tak, madam. Chodźmy się poddać.

* * *

– Och nie – zakrztusił się Julius. – Odczepcie się ode mnie!
Młody piechur wymachiwał słabo swą halabardą przed Abdelem i Jaheirą. Sińce pod jego 

oczami   miały   kolor   purpury,   ale   przynajmniej   wyjął   już   tampony   z   nosa.   Miał   mocno 
zaczerwienione oczy i bladą twarz. Wyglądał kiepsko, a na dodatek był przerażony.

– Dlaczego – zapytał niebios – na mojej warcie?
– Julius – rzekł Abdel, kiedy już postawił skrzynię na żwirowej alejce prowadzącej do 

bramy pałacu – przyszliśmy tu oddać się w ręce sprawiedliwości.

Jaheira wyciągnęła pochwę z mieczem z pętli przy pasie i zwyczajnie rzuciła pod stopy 

Juliusowi.   Przyciągnięci   dziwnym   zachowaniem,   zaczęli   gromadzić   się   wokół   nich   inni 
strażnicy.

–   Tym   razem   to   już   pewnie   mnie   zabijesz,   nie?   –   zapytał   Julius   głosem   równie 

poważnym, jak słabym.

background image

Abdel zdjął pałasz i rzucił przed Juliusa, obok broni Jaheiry. Młody piechur odskoczył w 

tył.

Jeden z pozostałych strażników zapytał: – Znasz tych ludzi?
Julius zignorował swego kolegę i powiedział do Jaheiry: – Równie dobrze mogliście mnie 

zabić.   Ale   już   nie   mogą   mnie   niżej   zdegradować...   –   przeniósł   spojrzenie   na   Abdela   – 
najwyżej wsadzić do lochu.

Abdel położył obie dłonie na czubku głowy, uśmiechnął się i uklęknął.
–   Piechurze   Julius   –   krzyknął   tak   głośno,   że   musieli   go   słyszeć   wszyscy,   nawet   w 

najbliższym skrzydle pałacu – ja, wyjęty spod prawa Abdel, poddaję się tobie.

Jaheira postąpiła podobnie.
– Ja, wyjęta spod prawa Jaheira, czynię to samo.
– Dlaczego – zapytał Julius pozostałych strażników – zawsze coś się dzieje na mojej 

warcie?

* * *

Julius  kroczył  na czele  oddziału pozostałych  strażników, prowadząc Abdela i Jaheirę 

szerokim,   wysokim   korytarzem   Książęcego   Pałacu.   Zatrzymał   się   przed   parą   wysokich, 
podwójnych drzwi, po obu stronach których stali nerwowi halabardnicy.

Julius skinął im na powitanie i powiedział: – Książę Angelo oczekuje nas.
Strażnicy otworzyli drzwi i na widok wnętrza komnaty Jaheirę zatkało. Było to olbrzymie 

pomieszczenie pełne ornamentowanych mebli i przedmiotów, które aż ociekały bogactwem. 
Wyglądało   to   jak   jakieś   egzotyczne   muzeum.   Abdel   widział   już  przedmioty   podobne   do 
niektórych z tych tutaj w Candlekeep, ale nigdy zgromadzone razem w jednym pokoju.

Wewnątrz było już sześć osób, ale tylko jeden człowiek – a właściwie półelf – wstał, 

kiedy Julius wprowadził Abdela i Jaheirę do środka. Abdel nie znał osobiście księcia Angelo, 
ale mówiło się o nim, że jest dobrym człowiekiem. Może nie tak dobrym jak Blizna, ale jeśli 
nie   został   zastąpiony   przez   sobowtórniaka,   to   przynajmniej   był   człowiekiem,   który   ich 
wysłucha. Dwóch gwardzistów wniosło ciężką skrzynię do pokoju. Abdel i Jaheira, podobnie 
jak pozostali strażnicy, poszli za przykładem Juliusa i pokłonili się księciu.

– To są... – zapowiedział Julius – ...oni, milordzie.
Angelo uśmiechnął się do niego.
– Piechurze...
– Julius, milordzie.
– Julius – dokończył Angelo i skinął: – Od tej chwili jesteście kapralem.
Juliusowi   wyraźnie   ulżyło,   ale   nie   uśmiechnął   się.   –   Dzie-dzię-dziękuję,   milordzie   – 

wymamrotał.

– Abdelu Adrianie – rzekł Angelo – wiele o tobie słyszałem.
Kiedy   dwóch   strażników,   którzy   wnieśli   skrzynię,   otworzyło   ją,   Abdel   bacznie 

background image

obserwował zachowanie pozostałych gości. Były tu dwie kobiety, obie wysokie i o ciemnej 
karnacji   skóry,   zasłonięte   szatami   od   stóp   do   głów,   obwieszone   złotem   i   migoczącymi 
klejnotami. Obie przyglądały się Abdelowi, jakby był rzadkim gatunkiem godnym głębszych 
studiów. Dwaj mężczyźni byli biurokratami lub politykami w średnim wieku, jakich pełno w 
miastach takich jak Wrota Baldura. Ci z kolei patrzyli na Abdela, jakby był zupełnie obcym 
gatunkiem.

Trzeci i ostatni mężczyzna wyraźnie był jednym z najemników, którzy uczynili Wrota 

Baldura   swoim   domem.   Miał   na   sobie   proste,   funkcjonalne   ubranie   bez   biżuterii.   Miał 
poważną, wyczekującą twarz i był dobrze ogolony. Chociaż siedział, Abdel wiedział, że jest 
wysoki, niemal tak wysoki jak on sam i solidnie umięśniony. Miał mroczne oczy, dziwnie 
błyszczące w świetle dnia wpadającym przez okna. Ani razu nie spojrzał na nikogo, ani na 
nic, tylko wpatrywał się w Abdela.

– Powiedziano mi, że przynieśliście ze sobą „powód”, dla którego się oddaliście w nasze 

ręce  –  powiedział  Angelo,  ton  jego głosu  zdradzał  zaciekawienie.  –  Wiem   z poważnego 
źródła – spojrzał na wysokiego mężczyznę – że oboje jesteście członkami Złodziei Cienia i 
szpiegami Amnu, aby rozpętać tu wojnę poprzez sabotaż i...

– Nie jesteśmy ani złodziejami,  ani szpiegami  – powiedział  Abdel – a zawartość  tej 

skrzyni udowodni to.

Wysoki mężczyzna wstał i powoli zbliżył się, nie odrywając oczu od Abdela. Najemnik 

niemal zobaczył, jak jego oczy błysnęły żółto, choć...

– Skrzynia pełna zwojów? – zapytał Angelo.
– Tak, milordzie – odparł Abdel.
Jaheira przełknęła ślinę i dodała: – Milordzie, na tych zwojach znajdziesz plany kopalń 

dobrze   ci   znanych,   jak   i   nieznanych.   Znajdziesz   też   tam   alchemiczną   recepturę   na   płyn 
mszczący rudę żelaza. Znajdziesz...

– Dowody spisku na skalę całego Faerunu – dokończył za nią książę Angelo – spisku, 

który tylko wasza dwójka agentów Amnu rozgryzła, czy tak? Czy może się mylę?

– Przecież sami się poddaliśmy – powiedział Abdel, starając się zachować spokój i nie 

zdradzać   podenerwowania.   –   Jesteśmy   na   twojej   łasce   tak   długo,   ile   czasu   zajmie   ci 
przestudiowanie zawartości tej skrzyni. We Wrotach Baldura jest człowiek, który pracuje dla 
organizacji zwanej Żelaznym Tronem. – Abdel dał krok naprzód i stanął przed Jaheirą. – To 
Żelazny Tron jest odpowiedzialny za kłopoty z niedoborem żelaza, a nie Amn. Ci ludzie, jeśli 
to są ludzie, posługują się sobowtórniakami, aby zabijać najlepszych spośród nas, między 
innymi kapitana Bliznę i wielkiego księcia Eltana.

Angelo przygotowany był na kolejny cięty komentarz, ale nie mógł oderwać wzroku od 

oczu Abdela.

– I ten człowiek jest we Wrotach Baldura? – zapytał.
– Ten człowiek nazywa się Sarevok.

background image

W tym momencie wypadki potoczyły się tak szybko, że tylko dwie osoby w tym pokoju 

mogły za nimi nadążyć.

Angelo rzucił ostre spojrzenie przez ramię na wysokiego najemnika, którego oczy teraz 

wyraźnie błysnęły żółcią. Książę Angelo powiedział: – Sarevok? – w tym samym momencie, 
kiedy najemnik wysunął rękę przed siebie i strzelił zeń wąską, białobłękitną wiązką energii 
elektrycznej. Błyskawica zatrzeszczała w powietrzu, a Abdel uchylił się szybciej, niż sam by 
przypuszczał, że jest do tego zdolny. Błyskawica przeszła tuż koło niego. Oczy orientalnych 
kobiet i otyłych mężczyzn wyszły na wierzch, a jeden z nich rozlał wino.

Za plecami  Abdela  rozległ  się wrzask i głuchy odgłos  padającego ciała,  w tej samej 

chwili Angelo zawołał po raz drugi: – Sarevok?

Abdel   sięgnął   po   miecz,   którego   oczywiście   nie   było   na   miejscu.   Wielki   mężczyzna 

wykrzywił palce i zaczął coś mruczeć, czego Abdel nie rozumiał, ale natychmiast zdał sobie 
sprawę z dwóch rzeczy: ten człowiek to Sarevok i właśnie rzuca on czar.

Abdel skoczył do przodu, roztrącając ręce Sarevoka i chwytając go za szyję. Czar został 

zepsuty, a Sarevok zawył z wściekłości i złapał Abdela za nadgarstki, usiłując uwolnić się od 
miażdżącego   krtań   chwytu.   Na   to   Abdel   uderzył   go  z   byka   czołem   między   oczy,   a   siła 
uderzenia odrzuciła głowę jego brata w tył tak, że uderzył on potylicą w ścianę. Żaden z nich 
nie pamiętał, jak Sarevok runął na plecy, z Abdelem na sobie.

Abdel pomyślał o Jaheirze, następnie o obietnicy danej Tamoko i rozluźnił chwyt na tyle 

akurat, by Sarevokowi udało się go zepchnąć na bok, niemal łamiąc mu przy tym kark. Kiedy 
Abdel znalazł się na plecach, zobaczył dwóch strażników, w tym Juliusa, gaszących płomień 
na piersiach Jaheiry.

– Jaheira! – krzyknął Abdel i przekręcił się, puszczając Sarevoka. W tej chwili myślał 

tylko   o   Jaheirze,   która   leżała   na   dywanie   i   płonęła.   Sarevok   wstał   i   rzucił   się   w   stronę 
wielkiego okna. Abdel nie zamierzał go gonić.

– Sarevok! – krzyknął Angelo.
Abdel rzucił się ślizgiem po wypolerowanej podłodze ku Jaheirze i w tej samej chwili 

rozległ się straszliwy brzdęk, kiedy Sarevok wyskoczył przez okno, rozbijając szybę na tysiąc 
drobnych odłamków. Książę Angelo pośliznął się na podłodze obok Jaheiry, ale Abdel zdążył 
go złapać.

– Kapłana! – zawołał Angelo, ale Abdel już go nie słyszał.
Krzyczał w martwe oczy kobiety, którą kochał.

background image

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Abdel   pchnął   sobowtórniaka   tak   mocno,   że   ręka   zagłębiła   mu   się   w   ranie   razem   z 

mieczem, który przeszył istotę na wylot. Poczuł, że stwór odmienia się, podczas gdy jego ręka 
wciąż siedziała mu w brzuchu, ale nawet to doznanie nie było na tyle szokujące, by odwrócić 
uwagę Abdela od celu misji. Dzięki własnym, niemal kompulsywnym zapiskom Sarevoka 
odnaleźli wejście do podziemnego labiryntu starych kanałów i katakumb, wykorzystywanego 
przez sobowtórniaki do infiltracji niemal każdego zakątka Wrót Baldura. Wszystkie tunele 
prowadziły   w   jednym   kierunku.   Kiedy   Abdel   uwolnił   rękę   i   miecz   z   ciała   martwego 
sobowtórniaka, rozejrzał się w mroku i w jakiś sposób poczuł, że są już blisko, choć nie 
wiedział blisko czego.

– Tędy? – zapytał Angelo Abdela rzeczowym tonem. Napór żołnierzy Płomiennej Pięści 

dowodzonych przez Angelo, mężczyzn walczących teraz w imię pamięci zmarłych Blizny i 
Eltana, prawie popchnął Angelo do przodu.

– Czy tędy? Tak, tak myślę, ale nie jestem pewny – rzekł w końcu Abdel.
– Maerik – zawołał Angelo.
Krępy sierżant przecisnął się przez zwarty szereg swych towarzyszy i skinął głową w 

oczekiwaniu na polecenie.

– Zabierz ludzi swoich i Ferrana z powrotem do bocznego przejścia. Tego po waszej 

lewej.

– Tak jest, sir – odparł Maerik i już go nie było.
Ci wszyscy ludzie walczyli teraz o swoje domy.
– Temil – rzekł Angelo do niskiej, szczupłej szatynki w luźnej, satynowej sukni. – Ty i 

twoi ludzie pójdziecie w lewo i spróbujecie zatoczyć krąg. Ja idę z Abdelem i biorę ze sobą 
ludzi Juliusa.

Temil uśmiechnęła się i zakręciła suknią, odchodząc. Jej ludzie podążyli za nią ostrożnie, 

wyraźnie   nie   przywykli   do   przyjmowania   rozkazów   od   czarodziejki,   ale   znali   swój 
obowiązek.

Abdel nie czekał na Angelo, tylko ruszył szybko przed siebie, stąpając jednak lekko i 

background image

cicho na palcach, gotów na wszystko. Angelo podążał z tyłu bardziej ostrożnie, poza tym 
spowalniali go jego ludzie. Abdel słyszał, jak ich głosy i kroki zostają coraz dalej w tyle w 
miarę jak on parł do przodu, ale po prostu nie mógł na nich czekać.

Kiedy tuż  przed  nim  pojawiła  się  Tamoko,  niemal  się  nie  pośliznął.   Zatrzymał  się  i 

rozpoznał ją, zanim zdążył zabić.

– Tamoko – powiedział – gdzie jest...
Wyciągnęła   swój   dziwny,   zakrzywiony   miecz   szybciej   niż   ktokolwiek   inny   znany 

Abdelowi. Jej oczy błyszczały, ale Abdel nie potrafił określić, co ona teraz czuje. Była ranna. 
Jej czarne jedwabne ubranie nasiąkło ciemniejszymi plamami. Abdel wiedział, tak po zapachu 
jak   i   po   innych   oznakach,   że   krwawi   i   to   krwawi   mocno.   Strużka   krwi   spłynęła   jej   po 
policzku,   wypływając   spod   czarnego   kaptura.   Oddychała   ciężko   i   z   całej   siły  starała   się 
trzymać prosto, w miarę jak podchodziła do niego, jeden pełen bólu krok za drugim.

– Tamoko... – powiedział, a ona potrząsnęła głową.
Abdel zobaczył, że po policzku spłynęła jej łza.
– Okazałam się... orokashii – powiedziała. – Okazałam się nielojalna... Byłam nielojalna.
Abdel uniósł miecz, gotów do obrony, nie do zabicia.
– On zabił Jaheirę – powiedział jej, choć nie był pewien dlaczego.
– Wiem – wyszeptała Tamoko. – Oczywiście, że to zrobił.
– On potrzebuje ciebie – powiedział Abdel – choć wcale na ciebie nie zasługuje.
– To ja na niego nie zasługuję – powiedziała i zaatakowała.
Abdel zdziwił się, że udało mu się zablokować jej zygzakowy atak. Był bardzo szybki – 

dla każdego szermierza za wyjątkiem jej. Na koniec ataku potknęła się, tracąc równowagę, co 
musiało jej się zdarzyć po raz pierwszy od lat, a może w ogóle.

– Nie chcę cię zabić – powiedział jej.
– Ale ja muszę cię zabić – odpowiedziała i zaatakowała znowu, tym razem drasnąwszy 

jego bok. Abdel zaryczał bardziej z frustracji niż bólu. Odskoczyła w tył szybko i tym razem 
jej kolana ugięły się ostatecznie. Uderzyła podbródkiem o kamienie posadzki, aż zadzwoniły 
jej zęby. Wyciągnęła rękę, aby powstrzymać upadek, ale dobrą sekundę po tym, jak już leżała 
na ziemi.

– To on ci to zrobił? – zapytał ją Abdel, kiedy tak leżała przed nim, próbując się ruszyć, a 

potem próbując już tylko oddychać. – Czyż nie? Za to, że nam pomogłaś?

Za plecami Abdela pojawił się wreszcie Angelo.
– Co jest...? – zdążył powiedzieć, zanim Abdel powstrzymał go ręką.
– Tamoko? – zapytał Abdel umierającą kobietę.
Z podłogi doszedł go jej szept – Zwalniam cię... z twojej przysięgi. Ja nie mogę... On 

musi... shiizumaru... on musi umrzeć.

– Tamoko – powiedział jeszcze raz Abdel.
Tym razem nie odpowiedziała. Umarła.

background image

* * *

Wcale nie było konieczne dla dopełnienia rytuału, aby pozostałych szesnastu kapłanów w 

wewnętrznym  sanktuarium Wielkiej  Komnaty Cudów  śpiewało. Owszem,  pomagało  to w 
koncentracji   Najwyższemu   Wynalazcy   Thalamondowi   Albaierowi   oraz   było   szansą   dla 
młodszych kapłanów na zobaczenie największego cudu Gonda.

Fakt, iż w żyłach wyciągniętej na marmurowym ołtarzu martwej kobiety płynie elfia krew 

wcale nie pomagał, ale Najwyższy Wynalazca został poproszony o odprawienie tej ceremonii 
na   żądanie   nowego   dowódcy   Płomiennej   Pięści,   więc   czynił   wszystko,   co   było   w   jego 
nadnaturalnej   mocy,   aby   pokazać,   że   to   zrobił.   Świece,   które   paliły   się   w   sali,   były 
poświęcone przez Gonda, powietrze wypełniała woń kadzideł z ziół rosnących w cieplarni 
samej Komnaty Cudów, a wynalazcy i akolici tu zebrani śpiewali, nie mogąc uwierzyć, że 
widzą ów rytuał odprawiany po raz trzeci w ciągu ostatniego tygodnia. Jednak w pierwszych 
dwóch   wypadkach,   mimo   pobożnych   życzeń   Najwyższego   Wynalazcy   i   jego   świeckich 
przyjaciół, wola Gonda była inna.

Tym   razem   może   to   właśnie   zachwianie   w   wierze   Najwyższego   Wynalazcy   zrobiło 

różnicę. Gond chyba uznał, że potrzebny jest pokaz mocy.

Napięcie kulminacyjnego momentu przełamał świst wciąganego głębokiego oddechu i 

zaraz po nim straszliwego jęku, od którego wszystkim w kaplicy włosy stanęły dęba.

– Abdel!!! – wrzasnęła Jaheira, kiedy tylko po raz wtóry narodziła się na Torilu.

* * *

Abdel   nie   miał   pojęcia,   jak   daleko   już   zaszedł   pod   ziemią.   Szedł   dalej   korytarzem, 

pozostawiając za sobą ciało Tamoko oraz Angelo i jego coraz bardziej nerwowych ludzi z 
Płomiennej Pięści. To byli dobrzy ludzie, ale sytuacja była fatalna. Abdel mógł tylko ufać w 
zdolności przywódcze Angelo. Wielu ludzi – wszyscy balduranie będą musieli mu ufać.

Korytarz zakończył się małym pomieszczeniem o niskim stropie i z jednym wyjściem. 

Szeroki łuk otwierał się na większe pomieszczenie, rozświetlane pomarańczowym blaskiem 
pochodni.

Abdel wciągnął głęboki dech. Za tym łukiem, wiedział o tym, powinien spotkać brata, 

człowieka, którego widział wcześniej tylko raz i tylko przez tak krótki czas, jaki zajęło mu 
zabicie jego ukochanej kobiety. Abdel nie chciał więcej zabijania i nawet naiwnie wierzył, że 
Tamoko będzie zdolna przekonać Sarevoka, że w jego żyłach płynie także ludzka krew, ale 
teraz przybył tu w jednym celu i tylko jednym.

Przeszedł pod łukiem z mieczem w dłoni i jego ciało przeszył zimny dreszcz na widok 

komnaty.

Przestrzeń była olbrzymia i choć Abdel nie był ani górnikiem, ani inżynierem, nie mógł 

sobie wyobrazić, co podtrzymuje strop i co broni tym dwustu stopom albo i więcej piachu, 

background image

ziemi i kamieni powyżej zawalić się w dół. Rzędy kamiennych filarów ciągnące się wzdłuż 
obu   ścian   prostokątnej   sali   wyglądały   bardziej   na   ozdobne   niż   praktyczne.   W   kamieniu 
filarów   i   na   ścianach   wyrzeźbione   były   niewiarygodnie   koszmarne   sceny.   Wrzeszczące 
twarze mężczyzn, kobiet, dzieci i bestii spoglądające na Abdela, ich twarze zamrożone w 
chwili ostatecznej agonii – w momencie traumatycznej śmierci. Tylko artysta, który odwiedził 
najgłębsze Otchłanie piekła mógł wyrzeźbić takie twarze.

W odległym końcu sali znajdowało się stopniowane podwyższenie, o boku mierzącym 

kilka   metrów,   wynoszące   się   blisko   na   dwadzieścia   stóp   ponad   brukowaną   kamieniami 
podłogę.   Na   samej   górze   platformy   znajdował   się   ołtarz   ofiarny,   również   pokryty 
płaskorzeźbami przedstawiającymi twarze torturowanych. Całą salę oświetlały niespokojnym 
blaskiem pochodnie umocowane w uchwytach naściennych w kształcie wykutych w żelazie 
gargulców.  Świece   rozlewały  krwawo  czerwony  wosk  na  kamień   platformy,   osadzone  w 
złotych kandelabrach wykutych w postaci umierających kobiet.

Sarevok czekał na niego. Stał tuż za potwornym ołtarzem, a za nim półkole postaci w 

czarnych szatach z wyciągniętymi dziwnie rękami w geście wskazującym na jakąś modlitwę.

Zbroja Sarevoka oddawała każdy niuans zła ojca. Płyty wykonane z czegoś, co musiało 

być   żelazem   –   żelazem   czarnym   jak   północ   –   pokrywały   każdy   cal   ciała   wielkiego 
mężczyzny.  Ostrza, których  ostre jak brzytwa  krawędzie  błyszczały w tańczącym  świetle 
wyrastały   z   naramienników   niczym   miniaturowe   skrzydła,   odbijając   się   na   jego 
przedramiennikach niczym pazury jakiegoś mechanicznego drapieżcy.

Na środku napierśnika zbroi Sarevoka znajdował się symbol, który Abdel widział już na 

okładce przeklętej  księgi – czaszka  otoczona pierścieniem  kropli krwi. Sarevok wyglądał 
niczym jakiś wielki, czarny, żelazny żuk.

Tym razem Abdel nie mógł uznać dziwnego błysku w oczach swego brata za grę świateł. 

Jego oczy błyszczały żółcią zza maski ostrych kłów ze stali. Rogi, wyrwane chyba z czaszki 
demona, wyrastały krzywo po obu stronach solidnego hełmu.

– Abdel Adrian – powiedział Sarevok, a jego głos niósł się echem po sali.
Abdel oczekiwał, że powie coś więcej, ale Sarevok tylko się roześmiał. Dźwięk sprawił, 

że zakapturzone czarne postacie zbiegły z podestu i ruszyły na żołnierzy, którzy wbiegli do 
sali tuż za Abdelem.

– Do broni! – krzyknął Angelo i dziki, nieartykułowany okrzyk bitewny wyrwał się z 

piersi najemników.

Ubrani na czarno wyznawcy śpiewali i mruczeli. Fale ciemności, błękitno lśniące pociski 

i wybuchy płomieni rozproszyły pierwszy szereg Płomiennej Pięści.

Ludzie   szybko   się   przegrupowali   i   kilku   złych   kapłanów   padło   od   zwykłej   stali. 

Następnie rozpętała się prawdziwa rzeź. Abdel zadrżał. Pozwolił sobie przeżyć to uczucie 
jeszcze tylko ten raz. Sarevok wciąż stał przy ołtarzu, żaden kapłan nie zbliżył się też do 
Abdela. Bracia spojrzeli sobie w oczy i Abdel podniósł swój miecz w geście salutu, choć 

background image

wcale nie myślał, że jego brat nań zasłużył. Ofiarował ten salut pamięci ludzi, których znał, a 
których   Sarevok   zabił:   swemu   prawdziwemu   ojcu   –   Gorionowi,   swej   jedynej   miłości   – 
Jaheirze i swym przyjaciołom – Khalidowi, Xanowi i Bliźnie.

Sarevok wyszczerzył zęby w uśmiechu wilka i wówczas ruszyli na siebie.
Abdel zbliżał się szybko i w połowie drogi musiał chlasnąć zakapturzoną postać, która 

potknęła się przed nim. Sarevok schodził po dwa stopnie w dół podestu, wolno podnosząc do 
góry swój wielki, czarny, dwuręczny miecz. Abdel przeskoczył ponad martwym mnichem, a 
Sarevok uniósł miecz nad głowę.

Szczęk,   jaki   się   rozległ,   kiedy   ich   miecze   starły   się   ze   sobą   sprawił,   że   Abdelowi 

zadzwoniło w uszach. W oczach Sarevoka pojawił się przelotny błysk, który mógł wyrażać 
respekt wobec tego, że miecz jego brata przyjął i wytrzymał całą siłę jego uderzenia. Dźwięk 
uderzeń stali o stal wypełniał echem całą salę. Mężczyźni wrzeszczeli, kobiety krzyczały, 
tuziny umierały. Rozległ się głuchy łomot, błysnęło czerwono-pomarańczowe światło i przez 
salę przeszła fala gorąca. Tuż obok Abdela i Sarevoka wybuchła kula ognia. Żaden z synów 
Bhaala nie dał się nią rozproszyć.

Sarevok ciął mocno od góry na lewo i Abdel z ledwością zdążył się zasłonić pałaszem, w 

przeciwnym   razie   zostałby   rozcięty   na   pół.   Abdel   odbił   miecz   swego   brata,   nabierając 
dziwnego   przeczucia,   że   Sarevok   właśnie   tego   chciał.   Jednak   zbliżył   się   do   brata   i 
przykucnął, jego zmęczone kolana strzyknęły w proteście. Sarevok puścił jedną ręką miecz i 
machnął wyposażonym w ostrza przedramieniem w głowę Abdela.

Było zbyt blisko i Abdel musiał się przeturlać, aby uniknąć ciosu. Sarevok spróbował go 

nadepnąć, kiedy ciągle leżał, ale Abdel uderzył w chronioną pancerzem nogę, kiedy ta szła w 
dół. Jego pałasz odbił się od czarnego żelaza zbroi, sypiąc deszczem iskier i wydając zgrzyt, 
od którego ścierpły mu dziąsła. Uderzył nogę brata wystarczająco mocno, więc domyślił się, 
iż   jego   zbroja   musi   być   zaczarowana.   Już   kiedyś   takim   samym   atakiem   odrąbał   nogę 
opancerzonemu wojownikowi.

Abdel leżał na ziemi podatny na ciosy, lecz Sarevok cofnął się trzy kroki w tył i uniósł 

miecz przed siebie w pozycji zasłony.

Nie może się schylać – pomyślał Abdel. Ta jego zbroja może być jednak jego słabością.
Abdel zerwał się na nogi, splunął i znów ruszył na brata. Abdel zamierzał zaszarżować i 

ściągnąć zasłonę Sarevoka w górę, następnie wśliznąć mu się pod nogi i zaatakować od dołu, 
gdzie był podatny na ciosy. Ale w rumorze bitwy nie usłyszał, jak jego brat szybko mruczy 
inkantację. Sarevok puścił nagle miecz, który zawisł przed nim w powietrzu, jakby wisząc na 
niewidzialnej linie. Jego palce wykonywały w powietrzu skomplikowane gesty.

Abdel instynktownie rzucił się na ziemię i zasłonił twarz ramieniem. Ściskając mocno 

miecz   przy   sobie   przeturlał   się   po   podłodze   i   skulił,   kiedy   przestrzeń   pomiędzy   nimi 
wybuchła   jaskrawą   tęczą   wielokolorowego   światła.   Magiczna   energia   płynęła   z   palców 
Sarevoka,   formując   się   przed   nim   w   trójkątny,   prawie   trójwymiarowy   wzorzec,   który 

background image

przeleciał tuż nad głową Abdela. Rozległy się wrzaski, odgłosy skwierczenia i fala smrodu 
palącego   się   ciała,   co   musiało   być   rezultatem   czaru   Sarevoka.   Mnisi   i   Płomienne   Pięści 
umierały razem. Ból przeszył plecy Abdela, następnie sparzył jego bok, ale wstał i pobiegł, 
biorąc szeroki zamach na lewy bok brata. Kolczuga skwierczała, lecz Abdel wiedział, że 
zginie, jeśli nie zmusi się do zignorowania tego dźwięku, bólu i rany, bez względu na to jak 
poważnej.

Abdel nie znał żadnych czarów i nie miał żadnych asów w rękawie. Jeśli miał zabić 

Sarevoka – a teraz był zmuszony to zrobić – musiałby go zabić ręcznie. Kiedy powtórnie 
zbliżył się do Sarevoka, odniósł wrażenie, że jego brat zdziwił się, iż przeżył jego palący czar. 
Abdel wykorzystał przewagę, jaką dawało mu półsekundowe wahanie brata i ciał mocno w 
jego szyję, mając nadzieję zakończyć walkę szybko i definitywnie.

Dłonie Sarevoka zacisnęły się na rękojeści jego miecza i obrócił się wprost na atak. Abdel 

zachłysnął się z zaskoczenia i bólu, kiedy to ich ręce, a nie ostrza spotkały się w powietrzu. 
Siła   uderzenia   wbiła   jeden   z   półcalowych   kolców   wystających   z   rękawicy   Sarevoka   w 
wierzch lewej ręki Abdela, rozrywając skórę i kość.

Oba ich miecze poszybowały w górę, w gęste od bitwy powietrze sali. Sarevok zaklął i 

cofnął się kilka kroków, rzucając spojrzenie na swój opadający miecz. Wyciągnął rękę, aby 
go złapać. Abdel, który zamierzał zrobić to samo, rzucił się na brata całą masą swego ciała.

Usłyszał, jak od zderzenia Sarevok traci  dech i obaj zwalili się na podłogę. Sarevok 

przekręcił Abdela wokół siebie jednym płynnym ruchem, który wyrzucił wielkiego najemnika 
w powietrze. Miecz Sarevoka uderzył  o bruk posadzki kilka kroków dalej i upadł u stóp 
piechura Płomiennej Pięści, obserwującego walkę dwóch braci z oczami rozszerzonymi ze 
strachu.

Ręka  Abdela  znalazła  rękojeść pałasza,  kiedy usłyszał,  jak brzdęknął  o kamienie  tuż 

obok. Wylądował na kolanach i podniósł miecz akurat na czas, by zablokować silne uderzenie 
pięścią od ciągle turlającego się Sarevoka.

Abdel wstał dysząc, trzymając miecz przed sobą, gotów na wszystko. Odsunął się dwa 

kroki od brata, który zrobił to samo.

Sarevok spojrzał w bok i rzucił się do piechura, który patrzył na szarżę skamieniały z 

przerażenia. Abdel krzyknął, aby uciekał, ale mężczyzna nadal stał. Sarevok zagarnął miecz z 
ziemi  i  jednym  ruchem wypruł  żołnierzowi  flaki,  po czym  już pędził  ku Abdelowi,  nim 
martwe ciało żołnierza upadło na ziemię.

Abdel rozpoznał w sposobie walki Sarevoka wiele swoich instynktów. Myśl, że obaj 

odziedziczyli   po   swym   piekielnym   ojcu   wspólne   cechy   obezwładniła   go   na   moment   i 
Sarevokowi udało się odciąć mu czubek prawego ucha. Ból był jak kubeł parzącej wody 
wylany   na   twarz   Abdela   i   równie   skuteczny   jak   kubeł   zimnej   wody   dla   otrzeźwienia. 
Odpowiedział   Sarevokowi   gradem   ciosów   –   z   boku,   z   tyłu,   z   góry,   z   dołu,   z   boku   i   z 
powrotem – a Sarevok pod ich naporem cofnął się krok w tył.

background image

Wszystko dalej potoczyło się tak, że Abdelowi wydawało się resztą jego życia. Nie czuł 

zmęczenia,   był   ponad   wyczerpaniem   –   walczył   o   życie   i   nie   mógł   pozwolić   sobie   na 
najlżejsze zawahanie. Teraz było to dla niego tak obce, jak byłaby myśl o pozostawieniu 
Sarevoka przy życiu. Abdel znów natarł i Sarevok cofał się w desperacji, choć Abdel ani razu 
go nie zranił. Za to Sarevokowi udało się go trafić, ale tylko płytko, gdyż siła ciosu wytraciła 
się na schlapanej krwią kolczudze.

Dźwięki bitwy wokół nich zaczęły cichnąć, ale żaden z nich nie zwracał na to uwagi. 

Nagle błysnęło skądś błękitno-białe światło, rozległ się nieznośny huk gromu, rozniósł się 
smród ozonu i chór wrzasków. Abdel musiał szybko uskoczyć, by uniknąć nadepnięcia na 
odciętą głowę, która potoczyła się między nich.

– Zabij mnie! – krzyknął Sarevok. – Zabij mnie, jeśli potrafisz, bracie! Jeszcze jedna 

śmierć dla chwały naszego ojca, który powstanie powtórnie na krew zamordowanych!

– Nie! – krzyknął ktoś za plecami Abdela.
To był Angelo. Abdel zobaczył człowieka w kaftanie z herbem Płomiennej Pięści, który 

na nich ruszył, po czym zawahał się, patrząc na Angelo. Książę wiedział. Rozumiał, że to 
była sprawa między braćmi.

Abdel już wiedział, że Żelazny Tron został pokonany, wojna uniknięta, a bitwa, która 

nigdy nie wyglądała jak bitwa, wygrana. To dało mu siłę, której potrzebował – akurat tę jej 
odrobinę – i jego następny cios okazał się zbyt mocny nie tyle dla Sarevoka, co dla jego 
miecza.

Dwuręczny miecz Sarevoka rozprysnął się na odłamki błyszczącej czarno stali. Abdel nie 

tracił czasu, natychmiast podniósł wysoko nogę i naparł stopą na pierś brata, miażdżąc go jak 
robaka. Sarevok grzmotnął o podłogę, a jego zbroja zachrzęściła w proteście. Kiedy Abdel 
siadł na piersi brata, obrócił miecz w dłoni ostrzem do dołu i naparł z całej siły. Koniec ostrza 
przebił pancerz na piersi Sarevoka. Abdel przekręcił ostrze tak, by skierowało się końcem na 
szyję brata i już miał pchnąć, kiedy nagle zawahał się, spocony, zdyszany, skrwawiony. Cały 
gniew i wszystkie emocje, żal i wątpliwości opuściły go.

– Możesz nie akceptować daru naszego ojca, bracie, ale są inni – tacy jak ja – którzy 

będą.

– Więc ich też znajdę, bracie – odparł Abdel, przyrzekając to w imię pamięci Jaheiry.
–   I   zamordujesz   ich?   –   zapytał   Sarevok.   Żółty   blask   jego   oczu   przygasał,   jakby   w 

oczekiwaniu śmierci. – Tak jak mnie teraz? Wystarczająco wiele śmierci i Bhaal odrodzi się. 
Mnie nie udało się sprowadzić go moją wojną, ale może tobie się uda twoją. Krew naszego 
ojca naprawdę płynie w twoich żyłach.

– Tak – powiedział miękko Abdel – Jeszcze ten jeden raz.
Naparł całym ciałem na ostrze i pchał tak długo, dopóki Sarevok nie umarł.


Document Outline