background image

 
 
 
 
 

JANE DONNELLY 

Kiedy jesteśmy sami 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 - Który więc to zrobił? - zapytała Livvy. 
Dziewczynka  nie  przestawała  spazmować.  Dwa  koty  syjamskie 

przyglądały  się  bez  zmrużenia  oka.  W  końcu  mniejszy  zaczął  się 
oddalać powolnym kroczkiem. Większy otarł się ruchem winowajcy o 
Livvy, która westchnęła: 

 - Och, Misza, niedobry jesteś! 
Któryś  z  kotów  podrapał  czteroletnią  Daisy.  Na  jej  pulchnej 

nóżce  widniała  niewielka  różowa  kreska.  W  sekundę  potem,  matka 
wpadła z dziewczynką na rękach obwieszczając: „Któryś ją podrapał! 

Sonia  Baines  była  przesadnie  opiekuńczą  matką  psotnego 

bachora.  Daisy  musiała  się  drażnić  z  kotem,  ale  jej  matka  reagowała 
zawsze tak jakby jej kochana córeczka nigdy nie mogła być winna. 

 - Posmaruj zadrapanie merkurochromem - zaproponowała Livvy 

zmęczonym głosem. 

Otworzyła  apteczkę  i  wyjęła  butelkę,  co  spowodowało  nasilenie 

spazmów Daisy. 

 - To nie będzie bolało - trzęsła się nad nią Sonia. - Mamusia nie 

pozwoli, żeby bolało. 

Ale Daisy się zamachnęła i butelka wyleciała z rąk Soni. Rozbiła 

się na płytkach podłogi i opryskała kawał ściany. 

Livvy  odnawiała  właśnie  pokój.  Było  to  jedno  z  jej  zwykłych 

zimowych  zajęć  w  pensjonacie  i  bynajmniej  nie  ucieszyły  jej 
fioletowe plamy na jeszcze wilgotnej jasnoniebieskiej ścianie. 

 - O, kochanie! - jęła lamentować Sonia. 
 -  A,  cholera!  -  zaklęła  Livvy,  co  uciszyło  z  miejsca  Daisy, 

dostatecznie  rozgarniętą,  by  się  połapać,  że  zrobiła  coś  niezbyt 
mądrego. 

W  drzwiach  stanął  wysoki  mężczyzna.  Biała  broda  i  czerstwa 

cera  nadawały  mu  wygląd  tego,  czym  był  -  emerytowanego 
marynarza. 

 -  Można  sobie  zedrzeć  gardło.  Taki  tu  rejwach,  że  nie  wiem, 

czybyście usłyszały syrenę mgłową. Co się znowu stało? 

 -  Misza  ją  podrapał!  -  wykrzyknęła  Sonia,  na  co  on  pogroził 

palcem Daisy. 

 -  Ciekawe,  co  ona  zrobiła  Miszy,  eh?  Przed  domem  czeka  jakiś 

facet. Pyta o pannę Murrin. Było to nazwisko Livvy. 

 - Czego chce? - zapytała. 

background image

 - Nie mam pojęcia, moja droga. 
Daisy zaczęła znowu płakać, więc kapitan huknął: „Dosyć tego!", 

a Sonia zagruchała: „Mamusia pocałuje, to przestanie boleć". 

Livvy  skierowała  się  w  stronę  podestu  i  zbiegła  po  schodach  do 

dużego, jasnego hallu, a Misza plątał się jak cień tuż koło jej bosych 
stóp.  Dziewczyna  poruszała  się  sama  z  wdziękiem  kotki.  Była  dość 
wysoka,  szczupła,  z  prostymi  jasnymi  włosami  opadającymi  na 
ramiona,  wydatnymi  kośćmi  policzkowymi  i  niebieskimi,  lekko 
skośnymi oczami. 

Na  podjeździe  zobaczyła  samochód  kombi.  Misza  szukając 

przebaczenia  otarł  jej  się  o  kostki,  a  kiedy  się  zatrzymała  u  szczytu 
schodków  prowadzących  na  zewnątrz,  zaplątał  jej  się  między  stopy, 
tak że poleciała w dół. Wylądowała niezręcznie, ale na nogach, i zaraz 
się wyprostowała. Natomiast kot wywinął koziołka. 

 -  Myślałem,  że  koty  zawsze  spadają  na  cztery  łapy  -  usłyszała 

męski głos. 

 -  Syjamy  nie  mają  najlepszej  równowagi.  -  odpowiedziała.  - 

Czym mogę panu służyć? 

Stał  przy  starym  czerwonym  ceglanym  murze,  skąd  się  otwierał 

widok  na  ogród.  Ruszył  teraz  w  jej  stronę  długim  krokiem  i  coś  w 
jego  wyglądzie  zaparło  jej  dech  w  piersi.  Był  nieprzeciętnie  wysoki 
szeroki w ramionach, miał niesforne ciemne włosy i szczupłą smagłą 
twarz. Przyglądał jej się badawczo, a kiedy się uśmiechnął, błyskając 
zębami kontrastującymi bielą z opalenizną twarzy, odpowiedziała mu 
dość nerwowym uśmieszkiem. 

 -  Jeżeli  pan  szuka  lokum,  to  pensjonat  jest  zamknięty.  W  tyle 

samochodu rozszczekał się wściekle pies, bo Misza 

jął  się  przechadzać  ostentacyjnie  w  pobliżu.  Livvy  wiedziała,  że 

nie ma żadnego niebezpieczeństwa bo w przeciwnym razie po Miszy 
nie byłoby już śladu. 

 -  To  odważny  kot  -  zauważył  mężczyzna.  Misza  puszył  się  po 

samczemu, prowokując psa. 

 -  Gdzie  tam  odważny  -  odparła  Livvy.  -  Niech  pan  spróbuje 

otworzyć  drzwiczki,  a  zobaczy  pan,  jak  będzie  zmykał.  Czy  my  się 
znamy? 

Czuła,  że  go  skądś  zna,  a  miała  dobrą  pamięć  do  twarzy. 

Usiłowała  sobie  przypomnieć,  ale  jego  zdecydowane  „nie" 
wyprowadziło ją z błędu. A więc szuka lokum. Jednakże Słodkie Sady 

background image

- które przestały być gospodarstwem sadowniczym z górą dwadzieścia 
lat temu - zamykały się na zimę z końcem września, a teraz była druga 
połowa listopada. 

 - Jeśli pan przyjechał na wypoczynek, to mogę polecić... 
 - Przyjechałem się zobaczyć z panną Murrin. 
Nie czekał, aż skończy, lecz przerwał jej, jak ktoś przywykły do 

posłuchu, więc Livvy przybrała ostrzejszą nutkę: 

 - Już się pan z nią widzi. 
 - Z panną Maybelle Murrin? 
 - A-a! 
Ciocia  Maysie  nie  oczekiwała  wprawdzie  dzisiaj  żadnych  wizyt, 

ale nie było powodu, dlaczego Livvy nie miałaby go zaprowadzić do 
pokoju na górze. Jednakże po plecach przebiegł Livvy nagły dreszcz. 

Ciocia Maysie nazywała to jej kocim instynktem. Livvy miewała 

te  swoje  nieoczekiwane  przeczucia.  Dla  zyskania  na  czasie  Livvy 
zawołała: „Chodź tu, Misza!" - i podeszła do tyłu auta złapać syjama. 

 - To jest pies? - zdumiała się. 
Wielki kosmaty łeb przypominał bardziej yeti. 
 - Tak. Wabi się Luke - odrzekł mężczyzna. 
 - Cześć, Luke. Chodź tu, Misza, ty głupcze! Co byś zrobił, jakbyś 

spotkał taką bestię ciemną nocą? 

Zaniosła kota pod dom i puściła na schodki. Mężczyzna przyjrzał 

się  jej  bosym  stopom  z  pomalowanymi  na  srebrno  paznokciami  i 
zapytał: 

 -  Umie  pani  chodzić  także  po  rozżarzonych  węglach?  Na 

ż

wirowanym podjeździe zdarzały się ostre kamyki, ale 

Livvy  od  dzieciństwa  przywykła  do  chodzenia  boso  po 

kamienistej plaży. Kiedy pensjonat był czynny, ubierała się elegancko 
i chodziła oczywiście w pantoflach, ale lubiła biegać boso. Obróciła w 
jego kierunku drwiące niebieskie oczy. 

 - Nigdy mi to nie przyszło do głowy. Może bym i umiała. 
Roześmiał się. 
 - Niech pani poćwiczy, zanim pani wskoczy nogami w ogień. Nie 

chciałbym mieć na sumieniu zrobienia z pani żywej pochodni. 

 -  Spokojna  głowa  -  odparła  wesoło.  -  Mnie  się  ogień  nie  ima. 

Wejdźmy do środka. 

Od  czerwonych  kamiennych  płyt  podłogowych  do  błyszczących 

mosiężnych  naczyń  na  politurowanym  stole,  starych  malowideł 

background image

olejnych  do  obitej  perkalem  kozetki  -  wszystko  w  hallu  było  jak  w 
starym zamożnym domu farmerskim. 

 -  Tutaj  -  powiedziała  Livvy  otwierając  drzwi.  Pokój,  który 

nazywała swoją kancelarią, też przypominał  minioną epokę. Miała tu 
wprawdzie  szafkę  na  dokumenty,  maszynę  do  pisania  i  mały 
komputer,  ale  tapety  w  pnące  róże  imitowały  dawny  styl,  a  meble 
pamiętały lata, nim na świat przyszła ciocia Maysie. 

 - Niech pan siada - zaprosiła Livvy zajmując miejsce za biurkiem 

z drzewa różanego. 

 - Nazywam się Corbin Radbrook - przedstawił się i Livvy jakby 

jakaś klapka zaskoczyła w mózgu. 

Radbrook? Oczywiście, Corbin Radbrook! 
 - Pan jest tym pisarzem - powiedziała równocześnie z jego: 
 - Zbieram materiały do serialu telewizyjnego. 
Tak,  pewnie  go  widziała  w  telewizji.  Albo  może  na  zdjęciu  w 

jakimś  piśmie  czy  gazecie.  Specjalizuje  się  w  sensacjach 
dziennikarskich,  demaskuje  przestępstwa  i  skandale,  pisze  książki, 
artykuły,  scenariusze.  I  wygląda  na  takiego,  jaki  jest  -  twardy, 
bezkompromisowy. 

 -  Przyjechałem  tutaj  -  ciągnął  -  śladem  historii,  która  się 

wydarzyła  sześćdziesiąt  lat  temu,  kiedy  w  niewyjaśnionych 
okolicznościach  zginął  młody  malarz.  Niejaki  Laurence  Charles. 
Słyszała pani o tym? 

 - Niewiele. To było bardzo dawno. Mówi pan, że to dla telewizji? 

Niech pan mi powie coś więcej. 

Nie była pewna, czy go zwiedzie swoimi sztuczkami, ale słuchała 

z uchylonymi wargami i rozszerzonymi oczyma. 

 -  Serial  ma  mieć  cztery  godzinne  odcinki.  Morderstwa  czy 

domniemane  morderstwa,  w  których  główne  role  odegrały  kobiety: 
Lizzie  Borden,  Florence  Bravo,  Madeline  Smith.  Trzy  osławione 
ś

miercionośne  białogłowy,  a  na  zakończenie  chcę  dodać  bohaterkę 

zapomnianej zagadki, Czarną Damę. 

 - Kogo? 
 -  Prasa  rozpisywała  się  wówczas  o  tym,  kim  jest  owa  Czarna 

Dama. 

Znaleziono 

prawie 

doszczętnie 

zniszczony 

portret 

kruczowłosej dziewczyny. 

Livvy kiwnęła ponownie głową. 

background image

 - Obiło mi się coś o uszy. Ale dlaczego chce pan o tym mówić z 

ciocią Mysie? Pochodzi z farmerskiej rodziny. Nie sądzę, żeby miała 
cokolwiek wspólnego z tutejszymi artystami. 

W pobliżu istniała kiedyś komuna malarzy i rzeźbiarzy, którzy się 

jednak rozproszyli po świecie wiele, wiele lat temu. 

 -  Znajduje  się  razem  z  Laurence'em  Charlesem  na  zdjęciu 

zrobionym podczas jakiegoś pikniku - poinformował ją. 

 -  Opublikowała  je  w  owym  czasie  jedna  z  gazet.  Livvy 

zareagowała na to fałszywym entuzjazmem. 

 - Więc istnieje zdjęcie? Och, chciałabym je zobaczyć. A propos, 

jestem  01ivia  Murrin.  Wszyscy  nazywają  mnie  Livvy.  Mój  dziadek  i 
Maybelle byli rodzeństwem. 

Wyciągnął  rękę.  Uścisk  jego  palców  był  chłodny  i  silny.  Po 

chwili  podjęła  konfidencjonalnie:  -  Ale  nie  sądzę,  żeby  pan  się  mógł 
wiele  dowiedzieć  od  cioci  Maysie.  Jest  bardzo  słaba  i  myśl  jej  co 
chwila ucieka. - Ale kłamie! - Choruje przy tym na serce i każdy stres 
powoduje pogorszenie, więc muszę się porozumieć z lekarzem, czy jej 
pozwoli na rozmowę z panem. 

Trudno  mu  było  oponować  na  taką  obiekcję,  odparł  wiec,  że 

zrozumiałe. 

 -  Dziękuję.  -  Livvy  posłała  mu  swój  najbardziej  czarujący 

uśmiech,  który  rzadko  zawodził.  -  I  myślą  państwo  o  filmowaniu 
tutaj? 

W jej głosie zabrzmiała nutka podniecenia. 
 -  To  bardzo  prawdopodobne  -  uniósł  brew.  -  Czy  pani  nie  jest 

przypadkiem początkującą aktorką? 

 -  Przypadkiem  nie  jestem.  -  Chociaż  gra  teraz,  jakby  przez  całe 

ż

ycie  nic  innego  nie  robiła.  -  Prowadzenie  pensjonatu  pochłania  mi 

lwią  część  czasu  i  energii.  Czy  scenariusze  do  trzech  początkowych 
odcinków już pan napisał? 

 -  Historie  Lizzie  i  Florence  są  zapięte  na  ostatni  guzik.  A 

Madeleine mam na ukończeniu. 

 -  Och,  słyszałam  o  niej!  -  Prawie  klasnęła  w  dłonie;  chętnie  by 

się za to uściskała. - To była ta dziewczyna z kakao. 

 - Ta sama 
 - Taka historia może człowiekowi obrzydzić kakao na całe życie. 
 - Nigdy za nim nie przepadałem. 

background image

Pochyliła  głowę,  tak  że  jej  połyskliwe  popielatoblond  włosy 

opadły do przodu jak jedwabna zasłona. Oczy jej się zaiskrzyły. 

Tak, nie robi pan wrażenia mężczyzny, który by pił kakao. 
Madeleine  Smith  błyszczała  jako  jedna  z  piękności  Glasgow  w 

latach  pięćdziesiątych  dziewiętnastego  wieku,  dopóki  nie  znudził  jej 
się  potajemny  kochanek,  który  zaczął  zagrażać  jej  planom.  Przewód 
sądowy  wykazał,  że  na  krótko  przedtem,  nim  umarł  otruty 
arszenikiem,  odwiedził  pod  osłoną  nocy  dom  Madeleine  i  że  ta  mu 
podała przez kraty swojej sypialni filiżankę kakao. Jednakże werdykt 
brzmiał: „Brak dowodów" 

 -  Musiała  być  fascynującą  dziewczyną  -  powiedział  Corbin 

Radbrook. 

 -  Co  nie  przeszkadza,  że  historia  jest  świetna  -  odparła  wesoło 

Livvy.  -  Nasza  Czarna  Dama  znajdzie  się  w  doborowym 
towarzystwie.  -  Rozmawiało  im  się  znakomicie,  tak  jakby  mu  się 
spodobała  od  pierwszego  wejrzenia.  -  Ale  zostawmy  tę  sprawą  do 
jutra,  dobrze?  -  zaproponowała.  -  Porozumiem  się  z  doktorem 
Aslettem.  Niech  pan  przyjedzie  jakoś  po  południu,  powiedzmy  koło 
trzeciej, to zobaczymy. 

Wyznacza mu randkę, roztaczając przy tym swój cały czar. 
 - Jutro koło trzeciej - potwierdził. 
 - A gdzie pan się zatrzymał? - Teraz nadała głosowi nutkę żalu. - 

Pensjonat jest niestety nieczynny. Zaproponowałabym panu pokój, ale 
zamknęliśmy  już  wszystko  na  zimę.  Odmawiam  właśnie,  co  zresztą 
widać. 

Wstała pokazując plamy farby na dżinsach i koszuli. 
 - W Bocianim Gnieździe. Był to motel odległy o parę mil. 
 -  Powinien  się  pan  tam  czuć  jak  u  siebie  w  domu.  A  więc  do 

jutra... I przyjemnej zabawy z Madeleine. - Oczy zabłysły jej figlarnie. 

Roześmiał  się,  po  czym  wyszli  z  kancelarii  i  z  domu.  Livvy, 

stojąc  na  schodkach,  pomachała  ręką,  gdy  samochód  odjeżdżał,  z 
wielkim  kosmatym  psim  łbem  w  tylnej  szybie,  zwróconym  w  jej 
stronę. 

Kiedy  została  sama,  dłoń  opadła  jej  ciężko  w  dół,  a  uśmiech 

zamarł  na  wargach.  W  hallu  natknęła  się  na  Sonię  z  Daisy.  Daisy 
miała na nodze plaster z opatrunkiem. 

 - Okazuje się, że to Szula - oznajmiła Sonia. 
 - Co Szula? 

background image

 - Podrapała Daisy. 
Oczywiście,  Misza  miał  zawsze  kompleksy.  Kiedy  się  zrobił 

rwetes, wpadł w panikę. 

 -  Wcale  mnie  to  nie  dziwi  -  odrzekła  Livvy,  która  miała  już 

dosyć tego hałasu o nic. - Będę dzwonić do doktora Asletta. Chcesz, 
ż

ebym załatwiła Daisy zastrzyki przeciw wściekliźnie? 

Sonie sparaliżowała groza, a Daisy, która się do tej pory świetnie 

bawiła, popatrzyła na matkę z otwartymi ustami. 

 - To wcale nie jest śmieszne - powiedziała sztywno Sonia. 
 - Skończ więc o tym  mówić - odparła Livvy. - Daisy  nie umrze 

od tego. 

Livvy normalnie tak się nie zachowywała, teraz więc gdy minęła 

je z kamienną twarzą, Sonia zapytała: 

 - Stało się coś? 
 - Może - powiedziała Livvy. 
Kiedy mąż rzucił Sonię, zostawiając ją w londyńskim mieszkaniu 

z nie zapłaconym komornym, bez pieniędzy i z dwuletnim dzieckiem, 
Livvy przyszła jej z pomocą. Były dawnymi koleżankami szkolnymi, 
które  utrzymywały  ze  sobą  kontakt,  i  propozycja  Livvy,  żeby  u  niej 
zamieszkała,  dopóki  sobie  czegoś  nie  znajdzie,  stanowiła  dla  Soni 
wybawienie.  Spodobało  jej  się  w  Słodkich  Sadach  tak  bardzo,  że  raz 
przyjechawszy,  Sonia  nie  chciała  myśleć  o  wyjeździe.  W  sezonie 
pomagała w gotowaniu i wraz z Daisy stały się rezydentkami. 

Pensjonat  zapewniał  wszystkim  utrzymanie,  Livvy  była 

wielkoduszna.  Nie  przejmowała  się  niczym  zbytnio,  z  większością 
spraw  radziła  sobie  bez  trudu.  Kiedy  więc  Livvy  przyznała,  że  może 
coś się stało i minęła ją z grobową miną, Soni serce zamarło w piersi. 

 - Chodzi o pieniądze? 
Livvy  zatrzymała  się  i  obróciła  do  przyjaciółki.  Sonia  była 

pospolitą  dziewczyną  o  bladej,  okrągłej  twarzy,  która  mogła  by 
wyglądać  atrakcyjnej  gdyby  nie  brak  jakiegokolwiek  makijażu  i 
mysiobure włosy z przedziałkiem pośrodku głowy, związane w luźny 
węzeł na karku. W jej oczach malował się teraz strach, Livvy zmusiła 
się więc do uspokajającego uśmiechu. 

Nie, nic z tych rzeczy. 
Zostawiła  Sonię  na  schodach  i  weszła  przez  szeroko  otwarte 

drzwi  jednego  z  pokojów.  Odkąd  Livvy  pamiętała  mieszkał  w  nim 
stały  lokator,  pensjonowany  kapitan  marynarki  handlowej  Henry 

background image

Webb,  i  pokój  sprawiał  wrażanie  powiększonego  wydania  kabiny 
okrętowej. Nawet łóżko miało wygląd koi. Wyłożone boazerią ściany 
były  do  sufitu  bądź  obwieszone  sztychami  statków  i  mapami 
morskimi, 

bądź 

zastawione 

półkami 

pełnymi 

książek. 

prostokątnym wykuszu z oknem stała luneta. 

 - Henry? - zawołała Livvy wchodząc i rozglądając się. 
W  pokoju  nie  było  nikogo.  Livvy  podeszła  do  lunety  i 

nakierowała ją na drogę prowadzącą wzdłuż nadmorskiego urwiska do 
miasteczka. 

Samochód  kombi  zatrzymał  się  na  skraju  przepaści  niedaleko 

Słodkich Sadów. Pies, wyglądający jak kosmaty kucyk, hasał tam i z 
powrotem.  Mężczyzna  stał  oparty  o  auto,  z  założonymi  rękami,  i 
patrzył  na  nią.  Przez  potężne  soczewki  wydawał  się  oddalony  na 
wyciągniecie  reki.  Nagle  ich  oczy  jakby  się  spotkały,  aż  Livvy 
wciągnęła głośno powietrze. Patrzył najwyraźniej w to okno. 

Nie może nic widzieć, choć stoi bez ruchu, jakby ją obserwował. 

O czym myśli? Na co czeka? Livvy cofnęła się czym prędzej od okna. 

Wróciwszy  do  kancelarii,  nakręciła  numer  doktora.  Miała 

szczęście,  bo  sam  odebrał  telefon.  Wiedziała,  że  rozmawia  z 
przyjacielem i może liczyć na jego pełną uwagę i życzliwość. 

 - Chodzi o ciocię Maybelle. Zjawił się dziennikarz, który chce z 

nią robić wywiad. 

Powiedziała mu, w jakiej sprawie, na co doktor spytał: 
 - W czym problem? 
 - W osobie tego dziennikarza. To Corbin Radbrook. 
 - Słyszałem o nim. Podobno jest dobry. 
 - Jest groźny. Nie powinno się go pod żadnym pozorem dopuścić 

do chorej osoby. 

Poczuła, że Clifford Aslett się uśmiecha. 
 -  Maybelle  nie  byłaby  zachwycona  określaniem  jej  jako  chorej 

osoby.  Ani  przesiewaniem  jej  gości.  Jeśli  nie  będzie  chciała  z  nim 
rozmawiać, to jej sprawa, ale nie widzę żadnych przeciwwskazań. 

Miała  ochotę  na  niego  krzyknąć,  lecz  wiedziała,  że  musi 

zachować spokój. 

 -  A  jeśli  zechcą  potem  ściągnąć  kamery  telewizyjne  z  całą 

obsługą? 

 - Będziemy się o to wtedy martwić. 

background image

 - To znaczy, że nie wyrazi pan jako lekarz sprzeciwu wobec jego 

wizyty? 

 -  Nie  z  takiego  powodu,  Livvy.  Niepotrzebnie  się  tak  tym 

przejmujesz. 

Nie  pozostawało  jej  nic  innego  jak  skapitulować  z  gracją.  -  No 

cóż, pan jest jej lekarzem. 

Kiedy  Maybelle  Cramer  po  śmierci  męża  wróciła  z  Ameryki, 

najwyższą  kondygnacje  domu,  składającą  się  z  kilku  stryszków, 
przerobiono  na  dobrze  wyposażone  mieszkanie.  Rodzice  Livvy 
borykali  się  w  tym  czasie  z  przekształceniem  domu  farmerskiego  w 
pensjonat. Większą cześć ziemi już sprzedali, ale wciąż potrzebowali 
pieniędzy. Maybelle ich użyczyła. 

Miała wówczas sześćdziesiąt parę lat i za sobą długie, szczęśliwe 

małżeństwo, ale tu wszyscy ją nazywali panną Maybelle Murrin. 

Była  uroczą  kobietą,  lubianą  i  jeszcze  trzy  lata  temu  niemal 

równie  ruchliwą  i  zwinną  jak  jej  cioteczna  wnuczka.  Aż  upadek  i 
złamane  biodro  uczyniły  z  niej  kalekę.  siedziała  teraz  na  szezlongu 
obitym  dymno  niebieskim  pluszem,  obłożona  pół  tuzinem  gazet  i 
kolorowych  dodatków  niedzielnych.  Kapitan,  usadowiony  głęboko w 
fotelu,  zżymał  się  i  sapał  nad  napastliwym  artykułem  w  jednym  z 
pism. 

Na  oparciu  kanapy  leżała  wyciągnięta  Szula,  kotka,  która 

podrapała  Daisy,  po  czym  się  oddaliła,  pozwalając  Miszy  wziąć  na 
siebie  winę.  Była  syjamką  o  płowym  tułowiu,  popielatych  uszach, 
ogonie i łapkach oraz o bardzo ostro zarysowanym białym pyszczku. 
Przyglądała się błyszczącymi niebieskimi oczami Livvy. 

 - Ale numer z ciebie! Nic ci nie pomoże robienie słodkich oczu. 
Maybelle  wróciła  z  Ameryki  z  dwoma  kotami  i  od  tej  pory 

zawsze były w domu dwa syjamy. I nigdy nie brakowało ludzi, którzy 
uważali, że Livvy często przypomina te jej i swoje pupile. 

Maybelle zresztą także. Jej niebieskie oczy wprawdzie wyblakły, 

a  jasnozłote  włosy  posrebrzały,  zachowała  jednak  dawną  delikatną 
budowę  i  pozostała  nadał  taką  samą  porządnicką,  często  bliską 
pedanterii. 

Henry uniósł głowę znad gazety. 
 - Rozmawiałaś z tym młodym człowiekiem? 
 - Tak. 

background image

 - Mam wrażenie, jakbym go już gdzieś widział. Henry próbował 

ją  sondować,  ale  nie  chciała  z  nim  rozmawiać  w  obecności  cioci 
Maysie, powiedziała więc: 

 -  Za  chwile  powinien  się  zjawić  Andy.  Muszę  się  umyć  i 

przebrać. 

 - Baw się dobrze - zawołała za nią Maybelle. 
Livvy  zdjęła  poplamiony  farbą  strój  roboczy  i  ubrała  się  w 

granatowe aksamitne spodnie i chabrowy sweter z jagnięcej wełny. Jej 
oczy,  umiejętnie  umalowane,  zrobiły  się  wielkie.  Patrząc  na  nie  w 
lustrze, zastanowiła się, czy potrafi  oczarować takiego przenikliwego 
dziennikarza  jak  Corbin  Radbrook,  oczarować  tak  dalece,  żeby  go 
skłonić do zostawienia w spokoju cioci Maysie. 

Musi omotać go słodkimi słówkami. Ze swoją przejrzystą skórą i 

wilgotnymi oczami wygląda na łagodną i słodką. Ale wiedziała, że w 
aksamitnych  paluszkach  kryje  ostre  pazurki  i,  przyparta  do  muru, 
będzie umiała nimi drapać. Chociaż Andy nigdy by w to nie uwierzył. 

Z  Andym  przyjaźniła  się  od  dzieciństwa,  a  przez  ostatni  rok 

więcej  niż  przyjaźniła.  Andy  pracował  w  agencji  sprzedaży 
nieruchomości i tego popołudnia pojechała obejrzeć z nim posiadłość, 
którą  jego  firma  dostała  do  sprzedania.  Potem  wstąpili  wypróbować 
kuchnię w restauracji, która przeszła niedawno w nowe ręce. 

Tuż  po  dziesiątej  Andy  odwiózł  ją  do  domu  i  pożegnali  się  ze 

zwykłą  czułością.  Andy  był  naprawdę  kochanym  chłopcem  jednakże 
nie przyszło jej do głowy, żeby się z nim podzielić tym, co ją gnębi. 

W hallu wszystkie drzwi zastała zamknięte, ale z małego saloniku 

dochodziły  odgłosy  telewizji.  Livvy  weszła  na  piętro,  a  stamtąd  na 
poddasze,  do  mieszkania  Maybelle.  Było  tu  ciemno,  jeśli  nie  liczyć 
różowawej  lampki,  która  łagodnie  oświetlała  salonik  i  rzucała  do 
sypialni lekki blask przez zawsze uchylone drzwi. 

Livvy postała przez chwilę przy łóżku, przyglądając się Maybelle 

troskliwym  wzrokiem  matki  pochylonej  nad  śpiącym  dzieckiem.  Na 
twarzy  starszej  pani,  pogrążonej  w  głębokim  śnie,  prawie  nie  było 
zmarszczek jej srebrzyste włosy wydawały się delikatne jak jedwabna 
przędza. Robiła wrażenie kruchej, lecz pogodzonej ze sobą. Jeżeli coś 
jej się śniło, były to przyjemne sny. 

Nie  przypominały  niczym  gorączkowych  koszmarów,  jakie  ją 

dręczyły  po  wypadku,  kiedy  to  Livvy  czuwała  przy  niej  dzień  i  noc, 
przerażona,  że  ktoś  inny  mógłby  posłyszeć  jej  majaczenia  o  piekle 

background image

zazdrości.  I  zrozumieć  słowa  jakie  wybełkotała  u  szczytu  delirium: 
„Zabiłam Lauriego..." 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Były to najczarniejsze dni w życiu Livvy. 
Ś

mierć  rodziców  w  wypadku  samochodowym  wydawała  jej  się 

końcem świata. Oczywiście zbiegli się przyjaciele, dom był ich pełen 
dzień i noc, a Maybelle i Livvy uchwyciły się kurczowo siebie. 

Maybelle  okazała  się  silniejszą  z  nich  dwóch.  Livvy  płakała,  a 

ona wstrzymywała łzy i jej blada, zastygła twarz dodawała Livvy sił. 
Razem stały podczas pogrzebu, razem wróciły z cmentarza do domu. 

Był to ostatni dzień, kiedy Maybelle chodziła pewnie na własnych 

nogach.  Może  nie  widząc  dobrze,  gdy  dała  w  końcu  upust  łzom, 
przewróciła  się  i  złamała  biodro,  co  wywołało  atak  serca.  A  może 
spazm serca spowodowała przeżyta  tragedią. Maybelle znaleziono na 
podłodze  jej  mieszkania,  w  parę  minut  po  powróci  z  pogrzebu  i  dla 
Livvy rozpoczął się nowy koszmar. 

Do  tej  pory  nikt  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  Maybelle  ma  tak 

chore serce. O wzięciu jej na stół operacyjny nie mogło być mowy, co 
oznaczało,  że  w  najlepszym  wypadku  zostanie  na  resztę  życia 
półkaleką. W najgorszym groziła jej śmierć. Leżąc w szpitalu chciała 
za wszelką cenę wracać do domu, ale ledwo się znalazła z powrotem 
we  własnym  łóżku,  temperatura  jej  podskoczyła  i  nastąpił  nowy 
kryzys. 

Zaangażowano  stałą  pielęgniarkę,  którą  jednak  tej  nocy  Livvy 

namówiła, żeby się poszła trochę przespać. Później Livvy się zawsze 
zastanawiała, czy przypadek zrządził, że została sama z ciocią Maysie, 
czy też kierowało nią przeczucie. 

Kiedy  Maybelle  jęknęła:  „O,  mój  kochany,  kochany!"  -  Livvy 

myślała, że chodzi o Edwarda, jej zmarłego męża. który uśmiechał się 
z  fotografii  na  szafce  nocnej.  Przetarła  rozgorączkowaną  twarz 
starszej pani bibułką nasączoną wodą kolońską i pochyliła się, żeby ją 
pocałować, szepcząc przez łzy: 

 - Nie opuszczaj mnie. Nie odchodź. 
Maybelle  leżała  nieprzytomna  w  gorączce,  ale  powtórzyła  jak 

echo:  „Nie  opuszczaj  mnie,  Laurie"  -  po  czym  wyciągnęła  dłoń  i 
zacisnęła ją kurczowo na palcach Livvy. Livvy nie miała pojęcia, kim 
był Laurie, ciocia Maysie nigdy o nim nie wspominała. 

Livvy usunęłaby się, gdyby mogła, ale ręka zaciśnięta na jej dłoni 

trzymała  ją  mocno.  Przepełniło  ją  współczucie,  gdy  starsza  pani 
przemieniła  się  z  powrotem  w  dziewczynę  targaną  zazdrością. 

background image

Maybelle  przeżywała  jeszcze  raz  scenę  jakiejś  nieznośnej  udręki. 
Jęczała  i  łkała.  Tylko  nieliczne  słowa  wypowiadała  głośno,  ale  w  jej 
rozpalonym mózgu musiał wrzeć nieznośny zgiełk. 

Livvy próbowała ją wyrwać z transu, ale nic do niej nie docierało. 

Znajdowała się w innym miejscu i w innym czasie. Aż nagle jej oczy 
szeroko się rozwarły. Lecz nie widziała Livvy. Prawie nie poruszając 
wargami,  powiedziała  głuchym,  martwym  głosem:  „Zabiłam  go. 
Zabiłam Lauriego". 

To  halucynacja,  wytłumaczyła  sobie  Livvy.  Przywidzenie, 

makabryczny omam. Ważne było tylko jedno: utrzymać ciocię Maysie 
przy  życiu.  Kiedy  jej  napięta  dłoń  zwiotczała  i  Maybelle  wypuściła 
palce  Livvy,  w  Livvy  zamarło  serce.  Ale  Maybelle  oddychała  nadal. 
Była nieprzytomna, ale oddychała. 

Następnego  ranka,  gdy  przyszła  pielęgniarka,  starsza  pani 

otworzyła  oczy.  Potrzeba  było  jeszcze  paru  dni,  by  doktor  Aslett 
orzekł,  że  niebezpieczeństwo  minęło.  Przez  cały  ten  czas  Livvy 
sypiała  na  amerykance  obok  łóżka  chorej,  nie  oddalając  się  ani  na 
chwilę  poza  zasięg  głosu.  Pensjonat  stał  zamknięty,  liczyła  się  tylko 
ciocia  Maysie.  Gdyby  halucynacje  wróciły,  Livvy  chciała  być  w 
pobliżu, żeby ją ukoić. 

Maybelle pozostawała jeszcze długo słaba, lecz jej umysł robił się 

z każdym dniem jaśniejszy. I absolutnie nie pamiętała  swego regresu 
do  przeżyć  sprzed  ponad  pół  wieku,  kiedy  to  patrzyła  na  śmierć 
ukochanego. Tego Livvy była pewna. 

Jednakże  fakt  pozostawał  faktem.  I  chociaż  Livvy  chciała 

wierzyć, że był to tylko koszmar senny, musiała się upewnić. 

Pierwszego  popołudnia,  gdy  ciocia  Maysie  opuściła  dom, 

zniesiona po schodach, opatulona na tylnym siedzeniu auta Henry'ego 
i  zawieziona  w  odwiedziny  do  przyjaciół,  Livvy  zamknęła  się  w  jej 
mieszkaniu. 

Ciocia  Maysie  była  kolekcjonerką.  Szuflady  miała  pełne 

pamiątek,  listów,  fotografii,  w  lwiej  części  z  lat  pobytu  w  Ameryce. 
Ale  przeglądając  gorączkowo  jej  papiery,  Livvy  nie  natrafiła  nigdzie 
na wzmiankę o nikim imieniem Laurie. 

Dopiero  na  dnie  wielkiej  skrzyni  znalazła  ów  szkic.  Rysunek 

piórkiem  na  kartoniku  w  liliowej  kopercie,  która  zawierała  również 
wyblakłą fotografię grupki kilkunastu młodych osób. 

background image

Livvy przyjrzała się uważnie postaciom na zdjęciu, ale naprawdę 

zelektryzował ją rysunek. Czuła do siebie obrzydzenie za to, co robi, 
ale  kurcz  ścisnął  jej  gardło  dopiero,  gdy  się  przyjrzała  piórkowemu 
portretowi  młodego  mężczyzny  i  dziewczyny  podobnej  do  niej  jak 
siostra  bliźniaczka.  Tyle  że  pod  spodem  figurowała  data  1929  oraz 
imiona Maybelle i Laurence. 

Po swoim imieniu Maybelle dopisała nazwisko Charles. Maybelle 

Charles. Sądziła widać wówczas, że tak się będzie nazywała. Napisała 
nazwisko na próbę i pewnie sprawiło jej to przyjemność, gdyż rysunek 
był  swego  rodzaju  listem  miłosnym  od  autora.  Wskazywał  na  to 
intymny,  porozumiewawczy  sposób,  w  jaki  na  siebie  patrzyli.  Lecz 
mężczyzna zginął jeszcze tego roku, a Maybelle wyznała w gorączce, 
ż

e go zabiła. 

Do tego czasu Livvy niewiele wiedziała o sprawie. Słyszała o niej 

oczywiście,  opowieści  weszły  do  miejscowej  tradycji.  Ale  nie  znała 
nawet właściwego imienia zabitego. 

Imię Laurence widniało wypisane wyraźnie tym samym czarnym 

tuszem, którym wykonany został rysunek. Tuszem, który spłowiał do 
szarości. 

Livvy  zaczęła  pakować  z  powrotem  rzeczy  do  skrzyni.  Układała 

wszystko w dawnym porządku, schowała kartonik do koperty, kopertę 
i  fotografie  ukryła  na  dnie.  Skończywszy  nalała  sobie  solidną  porcję 
whisky z jednej z georgiańskich karafek na kredensie cioci Maysie. 

Boże,  chroń  mnie  przed  takim  zakochaniem,  myślała  wówczas 

Livvy,  gdyż  miłość  doprowadziła  ciocie  Maysie  do  szaleństwa. 
Szaleństwo szczęśliwie minęło. Maybelle przemieniła się w pogodną, 
opanowaną  kobietę,  odepchnęła  szaleńczą,  żywiołową  namiętność, 
która nią targała. Zagrzebała ją, tak jak rysunek i fotografią, pod tym 
wszystkim, co przeżyła potem. 

Dziś śpi spokojnie w swojej sypialni za uchylonymi drzwiami, a 

na skrzyni z cedrowego drzewa stoi przyćmiona różowa lampa. Livvy 
była  pewna,  że  nikt  po  niej  nie  zaglądał  do  skrzyni.  Chociaż  to 
zapewne  przedruk  ukrytej  na  dnie  fotografii  sprowadził  do  domu 
Corbina Radbrooka. 

Istnieje więc zdjęcie? - zapytała go. Te słowa brzmiały jej jeszcze 

w  uszach.  Szczęśliwie  nie  wie  nic  o  rysunku.  Postanowiła,  że  przy 
pierwszej okazji, gdy tylko zostanie sama w mieszkaniu cioci Maysie, 
wygrzebie go z dna skrzyni i zniszczy. 

background image

Szula  pobiegła  za  nią,  kiedy  Livvy  schodziła  na  dół. 

Niesamowite, jak te koty chwytają fluidy! 

Sonia i Henry oglądali w saloniku telewizję. Istniał również duży 

salon, przeznaczony dla gości, ale salonik stanowił pokój „rodzinny" i 
„rodzina" zbierała się tutaj również, gdy pensjonat był nieczynny. 

Stały tu stare wygodne meble, ściany były seledynowe, aromat z 

emaliowanej  wazy  pełnej  ziół  i  płatków  róż  mieszał  się  z  zapachem 
bierwion płonących w wiktoriańskim kominku. 

Henry  siedział  jak  zwykle  w  wysokim,  obitym  czerwoną  skórą 

fotelu  z  bocznymi  oparciami  dla  głowy,  Sonia  wtuliła  się  w  kąt 
wysiedzianej  trzyosobowej  kanapki.  Wszystko  wyglądało  tak  samo 
jak  zawsze,  odkąd  Sonia  z  Daisy  tutaj  się  sprowadziły.  Tyle  że  teraz 
tykała  w  domu  bomba  zegarowa,  o  czym  wiedziała  jedynie  Livvy  i 
koty. 

Sonia  i  Henry  rozpromienili  się,  gdy  weszła,  ale  ich  uśmiechy 

zgasły na widok jej poważnej miny. 

 - Osobnikowi, który przyjechał się dziś zobaczyć z panną Murrin 

-  poinformowała  Livvy  -  nie  chodziło  o  mnie.  Chciał  rozmawiać  z 
ciocią Maysie. 

 -  To  Corbin  Radbrook  -  wykrzyknął  tryumfalnie  Henry.  - 

Przypomniałem sobie. 

Podniósł książkę, która leżała u jego stóp, i pomachał nią. Livvy 

usiadła na brzeżku kanapy, z Szulą na kolanach. 

 -  Przyjechał,  bo  pisze  dla  telewizji  scenariusz  o  czymś,  co  się 

tutaj wydarzyło w latach dwudziestych, kiedy... - przełknęła - ... został 
zabity pewien malarz. Niejaki Laurence Charles. 

 -  Słyszałem  o  tym  -  przytaknął  wesoło  kapitan.  -  Ale  co  to  ma 

wspólnego z Maysie? 

 - Mieszkała tu w tym czasie. Być może go znała. Facet chce z nią 

zrobić  wywiad.  Nie  podoba  mi  się  to.  Tylko  jej  zawróci  głowę.  To 
dziennikarz bez skrupułów, zdenerwuje ją. 

Kapitan parsknął śmiechem. 
 -  Jeszcze  nie  spotkałem  mężczyzny,  który  by  potrafił  zawrócić 

głową Maybelle! - Podał Livvy książkę. - Mam drugą jego książkę na 
górze.  Powiedzą  ci  coś  o  nim.  To  nie  jest  człowiek,  który  by  chciał 
denerwować starszą panią taką jak Maybelle. Nie patyczkuje się tylko 
z kryminalistami. 

Livvy wzięła książkę, spuściwszy delikatnie kotkę na podłogę. 

background image

 -  Dziękuję.  Dobrze  mi  zrobi  coś  do  poczytania.  Może  łatwiej 

zasnę. 

 - O, to cię nie uśpi - powiedział Hanry. 
Livvy  poszła  do  swojego  pokoju,  niosąc  książkę  tak  ostrożnie, 

jakby  się  bała,  że  jej  za  chwilę  wybuchnie  w  ręku.  Nie  chciała  jej 
czytać. Nie chciała jej brać ze sobą do łóżka. 

W  drzwiach  spojrzała  na  kolkę  mówiąc:  „No,  zmykaj  do  siebie, 

nie  potrzebuję  twojego  pocieszania"  -  i  Szula  pobiegła  na  drugie 
piętro, ułożyć się do snu na swojej poduszce w mieszkaniu Maybelle. 

W łóżku Livvy zabrała się do czytania i wkrótce tego pożałowała. 

„Trójca nieświęta" okazała się opowieścią o trzech hochsztaplerach i o 
tym, jak Corbin Radbrook doprowadził do ich przykładnego ukarania. 
Nie  było  to  pocieszające.  Nie  podniosła  jej  na  duchu  również  jego 
fotografia ani parę linijek biografii na skrzydełku, z których wynikało, 
ż

e odebrał wykształcenie prawnicze. W jego twarzy też nie dopatrzyła 

się  cienia  słabości.  Jeśli  taki  człowiek  dostrzeże  najmniejszą  szansę 
dotarcia do prawdy, któż zdoła go wywieść w pole, nawet jeśli chodzi 
o wypadki sprzed sześćdziesięciu lat? 

Po przeczytaniu jednej trzeciej zamknęła książkę z trzaskiem. Nie 

wolno mu dać żadnych poszlak. Nie może się domyślić, że Maybelle 
Murrin  łączyło  z  Laurence'em  Charlesem  coś  więcej  niż  wspólna 
fotografia. 

Livvy  odłożyła  książkę  na  podłogę  przy  łóżku,  zgasiła  lampkę 

nocną  i  spróbowała  zasnąć.  A  kiedy  czas  było  wstawać,  czuła  się 
gnuśna  i  ociężała.  Książka  leżała  oczywiście  koło  łóżka.  Corbin 
Radbrook nie był jedynie majakiem sennym. 

Weszła pod prysznic, zamknęła oczy i uniosła twarz, pozwalając 

wodzie spływać po sobie. Potem wytarła włosy do sucha i nałożyła na 
twarz  wystarczającą  ilość  makijażu,  żeby  zatuszować  ślady 
niespokojnej  nocy.  Wszystko  musi  nosić  pozory  normalności,  kiedy 
po południu przyjedzie Corbin Radbrook. 

Przedtem  należy  uprzedzić  ciocię  Maysie.  Tego  się  bała 

najbardziej,  wiedziała,  że  wspomnienie  Laurence  Charlesa  narazi  jej 
chore serce. 

Livvy  zaniosła  na  górę  herbatę  i  dokonała  z  ciocią  codziennej 

selekcji  jej  ubrania  na  nadchodzący  dzień.  W  mieszkaniu  Maybelle 
zainstalowane  zostały  dzwonki  alarmowe,  jak  dotąd  nieużywane. 

background image

Kiedy  Livvy  przyszła  drugi  raz,  ze  śniadaniem  na  tacy,  pocztą  i 
gazetą, zastała Maybelle ubraną, siedzącą przy stoliku pod oknem. 

Jak  zwykle  w  poczcie  było  coś  dla  niej.  Rozcinając  kopertę 

nożem o trzonku z perłowej macicy, Maybelle spytała: 

 -  Co  właściwie  chciał  wczoraj  ten  jegomość?  Ten,  o  którym 

mówił Henry? 

Trzeba  się  było  pożegnać  z  rozmową  naokoło.  Henry  na  pewno 

jej powiedział o profesji Corbina Radbrooka. 

 - Pisze dla telewizji coś o Laurence Charlesie. 
Nadal wykładała zawartość tacy na stolik, starając się nie patrzeć 

na  ciocię  Maysie,  lecz  zauważyła,  że  dłonie  rozcinające  kopertę 
zastygły. 

 - Chciał z tobą rozmawiać - podjęła - bo odkrył jakąś fotografię 

w  gazecie,  na  której  jesteście  oboje.  Powiedziałam,  że  nie  sądzę, 
ż

ebyś mu mogła wiele pomóc. To było tak dawno. 

 -  Faktycznie  -  przytaknęła  Maybelle.  Blask  zgasł  w  jej  oczach. 

Zrobiły się matowe jak kamienie. - A o czym ten człowiek chciałby ze 
mną rozmawiać? Livvy dolała herbaty z imbryczka. 

 - Pewnie o nim i o jego przyjaciołach. - Nalała trochę mleka do 

herbaty.  -  Mówiąc  między  nami,  nie  bardzo  mi  się  podobał.  Sprawił 
na mnie wrażenie dość bezczelnego, więc go na razie spławiłam. Ma 
wrócić dzisiaj, ale chętnie bym mu pokazała drzwi. 

Maybelle nasypała sobie sama cukru. Mieszała go powoli. 
 - Zrób, co uznasz za stosowne. 
 - Zostaw to już mnie - powiedziała Livvy, po czym nie mogła się 

powstrzymać od spytania:  

- Dobrze się. czujesz, ciociu? 
 -  O,  tak  -  odparła  Maybelle.  Popatrzyła  na  ołowiane  niebo  i 

wstrząsnął nią dreszcz. - Idzie zima. Nigdy nie lubiłam zimy. 

Laurence  Charles  zginął  pewnej  zimowej  nocy,  przypomniała 

sobie Livvy. Wiedziała, że Maybelle myśli o tym samym. 

Livvy  zabrała  się  do  pracy.  Skończyła  łazienkę  i  przystąpiła  do 

zrywania  tapety  w  jednym  z  pokojów,  kiedy  wskazówka  zegara  jęła 
się nieubłaganie zbliżać do trzeciej. 

Sonia  uważała,  że  Livvy  zbytnio  się  trzęsie  nad  Maybelle,  nie 

chcąc do niej dopuścić Corbina Radbrooka. 

background image

 -  Nie  widzę  w  tym  nic  złego,  że  chce  jej  zadać  kilka  pytań  - 

powiedziała. - Wygląda wspaniale na tym zdjęciu w książce. A jak w 
naturze? 

 - Zabójczo - odparła Livvy. 
Na górze Henry rozmawiał z Maybelle o planowanym programie 

telewizyjnym. Ciocia powitała Livvy wesołym: 

 - Henry uważa, że powinniśmy przyjąć tego pana Radbrooka. Że 

to by była dla nas dobra reklama. 

 - Nie sądzę - odparła stanowczo Livvy. 
 -  Chociaż  nie  wiem,  co  bym  mu  mogła  powiedzieć  -  dorzuciła 

Maybelle. - Załatwisz to z nim, prawda? 

Sprawa  była  oczywiście  tematem  dnia.  Zrozumiałe,  że  o  tym 

mówią, ale tym razem nie zaskoczyło to już cioci Maysie. Nie wie, że 
się zdradziła w gorączce, i myśli, że jej poranny wstrząs uszedł uwagi 
Livvy. Jest zdecydowana strzec swojej tajemnicy. 

 - Załatwię wszystko - uspokoiła ją Livvy. 
Jeśli go nie przekona, żeby sobie pojechał i więcej tu nie wracał, 

będzie  musiała  się  jakoś  wkraść  w  łaski  tego  typa.  Choćby  go  miała 
uwieść... 

Sonia zagwizdała, kiedy Livvy zeszła z góry. 
 - O której go się spodziewamy? - spytała. 
 - Lada chwila - odrzekła Livvy. 
Ubrała  się  w  kremowy  sweter  polo,  brązowe  spodnie  i  brązowe 

zamszowe pantofle. Sonia uśmiechnęła się złośliwie. 

 - Myślałam, że ci nie przypadł go gustu? 
 - I dobrze myślałaś. 
 -  No,  facet  na  pewno  od  razu  to  zrozumie.  Będzie  wiedział,  że 

nie zadałaś sobie żadnego trudu, narzuciłaś tylko pierwsze lepsze stare 
łachy. 

Corbin  Radbrook  przyjechał  punktualnie.  Widząc  o  trzeciej 

nadjeżdżające  auto,  Livvy  otworzyła  drzwi,  nim  się  zdążyło 
zatrzymać. Wychodziła mu na powitanie, żeby dać do zrozumienia, że 
nie  ma  nic  do  ukrycia  i  pragnie  być  jak  najbardziej  pomocna.  Miała 
zamiar  podejść  do  niego  z  uśmiechem,  ale  u  dołu  niskich  schodków 
zatrzymała się ogarnięta nagłym strachem, bo ruszył ku niej Jakby ją 
chciał schwytać. 

Sprężyła  się  i  cofnęła  lekko  do  tyłu  na  przyjęcie  zderzenia,  do 

którego  nie  doszło.  Ale  przez  moment  miała  wrażenie,  jakby  się 

background image

zetknęła  gwałtownie  z  jego  ciałem,  aż  jej  zaparło  dech,  tak  że 
wciągnęła głośno powietrze, nim wykrztusiła: 

 - Dzień dobry. 
 - Wszystko w porządku? - zapytał. Zmusiła się do uśmiechu. 
 - Tak, a u pana? 
 - Nie może być lepiej. 
Livvy  odwróciła  się  w  stronę  domu,  rzucając:  „Proszę  wejść!" 

przez ramię, chociaż oczywiste było, że gość nie zostanie na dworze. 
Idąc przodem do saloniku, słyszała za sobą jego kroki. 

 - Niech pan siada - zaprosiła. - Napije się pan czegoś? 
 - Może później - odparł. 
A  więc  liczy,  że  będzie  jakieś  później.  Nie  wyprowadzała  go  na 

razie  z  błędu.  Sama  chętnie  by  coś  wypiła  dla  kurażu.  Usiadła  na 
kanapie  ze  sztuczną  swobodą,  a  Szula,  która  się  nie  dała  zwieść, 
wskoczyła jej na kolana. 

 - Dzwoniłam wczoraj do doktora cioci - zaczęła konwersacyjnym 

tonem.  -  Powtórzyłam  mu  to,  co  pan  mi  powiedział.  Nie  był  tym 
bynajmniej zachwycony. 

 -  Druga  rzecz,  jaką  słyszałem  o  kotach  syjamskich  -  oznajmił 

Corbin Radbrook - to, że chronicznie zezują. 

Szula wpatrywała się w niego doskonale nieruchomymi oczami. 
 - Znowu się pan myli - odparła Livvy. - Większość z nich zezuje 

tylko  trochę  w  chwilach  szczególnego  napięcia.  Może  to  być  także 
objaw  wielkiej  miłości.  -  Wymierzyła  w  niego  oczy  przez  kurtynę 
opadających włosów, robiąc straszliwego zeza. - O, coś takiego. 

 - To musi być męczarnia! 
 - Wcale nie. - Zdjęła Szulę i postawiła ją na podłodze. - Jak już 

mówiłam,  każde  podniecenie  jest  niebezpieczne  dla  cioci.  Doktor 
oświadczył, że nie bierze na siebie odpowiedzialności za to, co może 
nastąpić.  Wspomniałam  jej  o  tym  malarzu.  Mówi,  że  go  ledwo 
pamięta,  więc  nie  wiem,  co  by  panu  mogła  powiedzieć.  Znaleźli  go 
martwego  w  Wąwozie  Czarnej  Turni...  Wspomnienie  dawnych 
czasów  mogłoby  ją  wyprowadzić  z  równowagi,  więc  sam  pan 
rozumie. Doktor powiedział nie. 

 - Rozmawiałem rano z doktorem Aslettem - oznajmił jej sucho. 
 - To bardzo sprytnie z pana strony - zauważyła zimno. 
 - Jestem profesjonalistą. 

background image

Nie  wątpiła  w  to.  Jest  także  twardy  jak  stal,  a  ona,  głupia, 

myślała, że sobie z nim poradzi. 

 - Ciocia Maysie jest moją jedyną rodziną - podjęła z desperacją. - 

Znaczy dla mnie więcej niż dla doktora. A co on panu powiedział? 

 -  Że  pani  ciocia  na  pewno  chętnie  ze  mną  porozmawia.  I  że  na 

pewno mi się spodoba. Zapytamy jej? 

 - Nie! - Wyrwało jej się to słowo. - Więc dobrze, to jego zdanie. 

Jest  przyjacielem,  lubi  ciocią  Maysie.  Wszyscy  ją  lubią.  Ale  ona  jest 
naprawdę  słaba,  drżą  o  nią  przez  cały  czas.  Bo  ma  naprawdę  chore 
serce, doktor panu to potwierdzi. - Spróbowała ponownie zaapelować 
do jego wrażliwości. - Muszą istnieć jacyś inni ludzie, z którymi pan 
może porozmawiać o tym nieszczęśniku. 

 -  Jeżeli  istnieją,  to  nie  udało  mi  się  ich  dotąd  odnaleźć.  Mówiła 

pani,  że  chciałaby  pani  to  zobaczyć.  -  Wyciągnął  z  kieszeni  złożony 
arkusz i przesiadł się do niej na kanapę. - To jest ta fotografia. 

Była  to  odbitka  tytułowej  strony  miejscowej  gazety  z  soboty,  16 

grudnia 1929 roku. Nagłówek brzmiał: „Tajemnicza śmierć malarza", 
a  nad  zdjęciem,  złożony  mniejszymi  czcionkami,  widniał  napis: 
„Laurence Charles w gronie przyjaciół". 

Livvy  wzięła  od  niego  arkusz  i  jęła  się  wpatrywać  w  zdjęcie, 

jakby  je  pierwszy  raz  widziała.  Na  liście  osób  pod  nim  figurowali 
„panna  Maybelle  Murrin  ze  Słodkich  Sadów"  oraz  „zmarły  malarz". 
Niektóre  spośród  innych  nazwisk  Livvy  też  znała,  należały  do 
miejscowych rodzin. Ale Corbin Radbrook miał rację, wszyscy oni nie 
ż

yli. 

 - Znała pani którąś z tych osób? - spytał. 
 - Niech pan się zlituje! Jak pan sądzi, ile ja mam lat? Uśmiechnął 

się. 

 - Szesnaście. 
Jego  twarz  była  blisko,  oczy  przysłonięte  ciężkimi  powiekami. 

Odpowiedziała mu uśmiechem. 

 - Niech panu będzie, że szesnaście. 
Ujął  ją  teraz  palcami  pod  brodę  i  przesunął  delikatnie  kciukiem 

po jej dolnej wardze. 

 - Nie jestem już taki pewny, czy szesnaście - powiedział. 
Wie  dobrze,  że  nie  szesnaście.  Ale  wytrzymując  jego  badawcze 

spojrzenie,  zastanawiała  się  rozpaczliwie,  co  on  może  wyczytać  z  jej 
twarzy. Opuściła wzrok i zatrzepotała długimi, jedwabistymi rzęsami. 

background image

 -  Niełatwo  panią  rozgryźć  -  zawyrokował.  -  Musimy  się  bliżej 

poznać. 

 - Musimy? 
 - O, tak. 
Zabrzmiało to, jakby decyzja już zapadła. 
 - A jak to zrobimy? - spytała Livvy wesoło. 
 -  Moglibyśmy  zacząć  od  wybrania  się  gdzieś  wieczorem  na 

kolacją. I długiej rozmowy. 

Livvy  pomyślała  przelotnie,  że  Andy  by  tego  bynajmniej  nie 

pochwalił,  lecz  zaraz  wszelka  myśl  jej  uleciała,  bo  Corbin  Radbrook 
pocałował  ją.  Powinna  się  była  tego  spodziewać.  Głowę  miała 
odchyloną,  a  on  wodził  palcami  lekko  po  jej  brodzie.  Ale  kiedy 
musnął ustami jej usta, wargi jej się rozchyliły i zalała ją fala słabości. 

Umiał  całować.  Jej  doświadczenie  Jeśli  chodzi  o  pocałunki 

miłosne,  było  ograniczone,  ale  wiedziała,  że  to  dotkniecie  mistrza. 
Potrzebowała  całej  siły  woli,  żeby  się  nie  poddać  i  nie  pozwolić 
cudownemu  doznaniu  trwać  w  nieskończoność.  Z  trudem  się 
oderwała. 

 - I co, uważa pan, że w ten sposób się lepiej poznamy? - spytała 

tonem,  który  sugerował,  że  pocałunek  sprawił  jej  wprawdzie 
przyjemność, ale nie doprowadził do palpitacji serca. 

 - W każdym razie to dobry początek. 
Powiedział  to  tak,  jakby  i  jemu  pocałunek  sprawił  przyjemność. 

Ale  gdyby  mu  wsunęła  rękę  pod  marynarkę,  tam  gdzie  bije  serce, 
przekonałaby się z pewnością, że nie przyspieszyło ono swego rytmu. 
To ona była wstrząśnięta, chociaż starała się wyglądać na ubawioną. 

 - Ale ja płacę za siebie. Chce mieć głos w sprawie menu. 
 - Może mi pani zaufać. 
Przekomarzali  się  jak  starzy  znajomi  i  potencjalni  kochankowie. 

Livvy  nieraz  droczyła  się  i  żartowała  z  Andy'm,  ale  nigdy  z  takim 
poczuciem 

niebezpieczeństwa. 

Ani 

podskórnego 

napięcia 

seksualnego. Wiedziała, że nie wolno jej ufać temu mężczyźnie, który 
w  każdej  chwili  może  się  przemienić  we  wroga,  musi  natomiast 
zdobyć jego zaufanie. Powróciła na pewniejszy grunt. 

 - A ile pan ma lat? 
 - Trzydzieści dwa. 
Myślała,  że  jest  starszy,  pod  czterdziestkę.  Zmarszczki  mu  się 

zaostrzały,  kiedy  był  niezadowolony,  przeorywały  czoło  i  rozcinały 

background image

pionową  kreską  brwi.  Ale  kiedy  się  uśmiechał,  miał  twarz  młodego 
człowieka. 

Tylko  nie  oczy.  Te  były  oczami  kogoś,  kto  widział  więcej  niż 

większość  ludzi  zobaczy  przez  całe  życie.  Kazały  się  domyślać 
osobowości  złożonej  i  charyzmatycznej.  Fascynujące  byłoby  go 
poznać lepiej. Ale Livvy pamiętała o tym, co ma do ukrycia. Nie może 
dopuścić, by się domyślił istnienia tajemnicy. 

Obejmował  ją  ramieniem,  ale  delikatnie,  więc  zdecydowała  się 

nie  odsuwać.  Lepiej  niech  tak  zostanie,  niewymuszony,  przyjacielski 
gest. 

 - Miał pan jakieś plany na popołudnie? - zainteresowała się. 
 - Chciałem porozmawiać z Maybelle Murrin. 
 -  Wypoczywa  teraz.  Zawsze  po  południu  wypoczywa.  Wie  pan, 

co? Mogłabym się popytać, może żyje jeszcze ktoś, kto go znał. 

 - Pani jest rzeczywiście zdecydowana mnie do niej nie dopuścić. 

To  by  nie  było  przesłuchanie.  Zwykła  towarzyska  rozmówka  przy 
herbatce. 

 -  Może  kiedyś  -  odparła,  żeby  nie  pomyślał,  że  ma  na  tym 

punkcie  obsesje.  -  Ale  nie  śpieszy  się  z  tym,  prawda?  Niech  pan  mi 
powie, jak się pisze scenariusz telewizyjny? 

 - Interesuje to panią naprawdę? 
 -  Fascynuje.  Moją  największą  atrakcje  w  zimie  stanowi  dobór 

farb  do  malowania  pokojów.  A  tu  się  nagle  okazuje,  że  mamy  swój 
własny  dreszczowiec.  A  czy  pan  przypadkiem...  -  wytoczyła  cały 
arsenał  trzepotów  rzęs  w  komicznym  błaganiu.  -  ...  czy  pan  nie 
potrzebuje asystentki? 

 - Jeśli tą asystentką ma być pani - powiedział - proszę się za nią 

uważać. 

Zakrawa  to  na  początek  romansu;  którego  nic  nie  zdoła 

powstrzymać, tak się wszystko toczy szybko i gładko. Musiał wyczuć 
jej  podatność  w  tym  pocałunku,  choć  przecież  jej  nie  okazała. 
Zaskoczenie zaparło jej dech, prawda, ale nie straciła głowy. 

 -  Niech  więc  pan  mi  udzieli  lekcji  -  poprosiła.  -  Niech  pan  mi 

powie, jak to się robi. 

Nie  musiała  udawać,  że  chłonie  każde  jego  słowo,  bo  tak  było, 

kiedy  odgrywał  dla  niej  scenką  z  ekranu  telewizyjnego,  naśladując 
soczysty głos spikera. 

background image

 -  Dzisiaj  powrócimy  do  zagadki  z  lat  dwudziestych.  Chociaż 

dawno  zapomniana,  była  to  historia  mająca  wszystkie  składniki 
najlepszych dreszczowców: namiętność, skandal, pięknych bohaterów 
i  nagłą  śmierć.  W  komunie  artystycznej  na  wyspie  Wight  tworzył 
młody  malarz  u  progu  błyskotliwej  kariery.  Nazywał  się  Laurence 
Charles. 

I dalej już własnym głosem: 
 -  Fotografia  Laurence'a.  -  Prztyknął  w  odbitką  z  gazety.  - 

Powiększenie tego, jeśli nic lepszego nam się nie trafi. 

Livvy  pomyślała  o  rysunku  na  dnie  cedrowej  skrzyni  i  użytku, 

jaki by z niego zrobił, i wstrząsnął nią dreszcz. 

 -  Potem  narysujemy  szkic  charakterowy.  Miał  dwadzieścia  pięć 

lat.  Obijał  się  po  świecie,  nim  tu  przyjechał.  Był  czarusiem, 
urodziwym  artystą.  Nie  brakuje  o  nim  wzmianek  w  prasie  z  tamtych 
czasów.  Następnie  miejsce.  Dom,  w  którym  mieszkał  i  miał  atelier, 
jest  obecnie  wynajmowany  letnikom.  Mieścił  się  tam  przedtem 
posterunek Służby Ochrony Wybrzeża. Obecnie to Willa Halkjon. 

 - Ach, tak? 
 - Potem damy krótki przegląd wydarzeń roku, dalsze fotografie i 

fragmenty  kronik,  i  wreszcie  przystąpimy  do  historii  komuny  i 
wypadków,  które  doprowadziły  do  jego  śmierci.  Posłużymy  się 
aktorami,  ale  w  miarą  możności  postaramy  się  filmować  w 
autentycznych  miejscach.  Mamy  zezwolenie  na  użycie  willi  i 
odtworzenie wnętrza według tego, co o nim wiemy. 

 - A więc rekonstrukcja? 
Oczywiście, telewizja zawsze tak opowiada dawne historie. 
 - Nazywamy to fakcją. Fakty, jak dalece je znamy, plus fikcja dla 

nadania im rumieńców życia. 

Nie obchodziło jej, jak to nazywają. Zaniepokoiło ją to nadawanie 

rumieńców życia. 

 -  Z  aktorem  w  roli  Laurence'a  Charlesa?  -  Tak,  a  to  jest  jedyny 

materiał  Jakim  dysponują.  Nie  wiem  nawet,  jak  wyglądał.  Był 
brunetem czy blondynem, jak pani sądzi? 

Trudno  było  powiedzieć  na  podstawie  odbitki  z  gazety  lecz  na 

podstawie  fotografii  i  rysunku  w  cedrowej  skrzyni  przypuszczała,  że 
był blondynem. - Czymś pośrednim - odparła. - Czy to ma znaczenie? 
-  Chciałbym  wiedzieć  jak  wyglądał,  jaki  miał  głos.  Jeśli  pani  ciocia 

background image

widziała go nawet tylko raz, na tym przyjęciu, na pewno wspomnienie 
o nim wryło się w pamięć ze względu na to, co się wydarzyło później. 

Nie  może  dopuścić,  żeby  się  dowiedział,  co  się  naprawdę 

wydarzyło później. 

 - I kiedy to wszystko obejrzymy? - zapytała. 
 - Od ukończenia scenariusza do rozpoczęcia filmowania upływa 

zwykle koło roku. 

Dwanaście  miesięcy,  nim  duchy  powstaną  z  grobu.  Stłumiła 

dreszcz i podjęła: 

 - I naprawdę zamierzacie filmować w tej willi? 
 - Chciałaby ją pani obejrzeć? 
Teraz wstrząsnął nią faktycznie dreszcz. 
 - A więc nie? - powiedział. 
 - I owszem. Czemu nie? Wezmę tylko kurtkę. 
 -  Livvy  -  zawołał  za  nią,  gdy  dochodziła  do  drzwi.  Obróciła 

głowę. 

 - Tak? 
 - Niech pani prędko wraca. Uśmiechnęła się. 
 - Skoczę na jednej nodze! 
Rzeczywiście  omal  nie  puściła  się  biegiem.  Wpadła  do  swego 

pokoju,  chwyciła  brązową  pikowaną  kurtkę  i  długi  kremowy  szal, 
narzuciła je na siebie, naciągnęła kremowe, wełniane rękawice. 

Miała  ochotę  zamknąć  się  na  klucz  i  zostać,  ale  gdyby  to 

uczyniła, przyszedłby po nią na górę. I rzeczywiście, kiedy wyszła na 
podest  schodów,  stal  czekając  w  hallu  na  dole.  Była  dwa  schodki  od 
niego,  gdy  wyciągnął  ręce,  tak  że  zbiegając  musiała  wpaść  w  jego 
ramiona. 

 - Stęskniłem się za tobą - powiedział. 
Nie  zdążyła  nic  odpowiedzieć,  bo  akurat  do  hallu  wkroczyła 

Sonia i ogarnęła scenę jednym spojrzeniem. 

 - No, widzę, że już śpiewasz na inną nutę - powiedziała. 
Livvy natychmiast wyzwoliła się z jego objęć. 
 -  To  Corbin  Radbrook  -  przedstawiła,  jakby  Sonia  tego  nie 

wiedziała. - A to moja przyjaciółka, Sonia Baines. 

 - Miło mi panią poznać. 
 - Dzień dobry - odrzekła Sonia. - Co, czy Livvy pozwoliła panu 

zrobić gwiazdę telewizyjną z cioci Maysie? 

 - Nie! - rzuciła Livvy wściekle. 

background image

 - No - zachichotała Sonia - z tego, co widzę, nie wygląda, żebyś 

potrafiła panu czegokolwiek odmówić. 

Livvy  roześmiała  się,  chociaż  uwaga  Soni  była  żenująco 

nietaktowna. Toteż Corbin zapytał przed domem: 

 - Jaką ona odgrywa rolę w pani życiu? 
 -  Mieszka  tutaj.  Pomaga  mi  przy  gościach.  Chodziłyśmy 

podobno razem do szkoły. Ale niech pan sobie nie obiecuje zbyt wiele 
po jej uwadze, chyba potrafiłabym panu czego odmówić. 

 - Wielki Boże, oczywiście! 
Ale  przez  kurtkę  i  sweter  poczuła  uścisk  jego  palców  na  ręce. 

Owładnęło nią to samo uczucie, co od dotknięcia jego warg na ustach, 
mrowienie przebiegające po całym ciele. 

 - Dobrze, że pan to rozumie - powiedziała. 
 -  Och,  zawsze  uważałam,  że  nie  należy  nic  robić  pochopnie  - 

odrzekł. - Myślę,  że  musi  minąć co najmniej tydzień, nim dojdziemy 
do  stadium,  gdy  nie  będziemy  sobie  nawzajem  potrafili  niczego 
odmówić. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Livvy  poczuła  rumieniec  palący  jej  twarz.  Zrobi  wszystko,  żeby 

go  urzec  i  wywieść  w  pole,  ale  do  łóżka  z  nim  nie  pójdzie.  -  Ja  też 
uważam, że nie należy nic robić pochopnie - powiedziała. 

Do Wąwozu Czarnej Turni były jakieś dwie mile. Wżynał się on 

od  morza  w  głąb  lądu  i  prowadził  wysoko  w  górę.  Kiedy  zaczęli  się 
zjeżdżać  artyści,  dawny  posterunek  Służby  Ochrony  Wybrzeża, 
stojący  nad  urwiskiem,  z  widokiem  na  morze,  znajdował  się  już  w 
stanie  bliskim  ruiny.  Ale  Laurence  Charles  odnowił  go  i  uczynił 
swoim  mieszkaniem  oraz  atelier  na  ostatni  rok  życia.  Dom  stał  na 
uboczu, oddalony nawet od siedzib innych członków kolonii. 

 - Można podjechać w pobliże autem - powiedział Corbin. 
Otworzył drzwiczki i z tyłu łypnął na nią nieżyczliwie pies. 
 - A co z Luke'em? 
 - Czeka, żeby się z panią zapoznać. 
 -  Zapoznać  się?  Nie  pożreć  mnie?  Jakież  on  ma  wielkie  zęby? 

No, urodziwy to on nie jest, nie uważa pan? 

 - Moja panienko, ze swoimi zezowatymi kotami nie masz prawa 

do osobistych uwag. 

 - Ależ moje koty są piękne - zrobiła obrażoną minę. 
 - A ja uważam, że Luke jest piękny. 
 - Wobec tego coś musi być nie w porządku z pańskim wzrokiem 

albo z pańskim gustem. 

 -  Co  to,  to  nie.  Nie  wtedy,  jak  na  panią  patrzę.  Pocałował  ją 

powtórnie, muskając szybko zmysłowymi 

wargami  jej  policzek.  Usiłował  dosięgnąć  jej  ust,  ale 

zdecydowanym ruchem odwróciła głowę. 

 -  Czy  pani  przyjaciółka  Sonia  czuwa  na  posterunku 

obserwacyjnym? - spytał. 

 - Nie widuje mnie zbyt często w ramionach obcych mężczyzn. 
 -  Miło  mi  to  słyszeć.  Co  miała  znaczyć  jej  uwaga,  że  pani  już 

ś

piewa na inną nutę? 

 - Wie, że nie chciałam dopuścić do nękania cioci Maysie. 
 - Nękania? - To słowo go ubodło. - Dlaczego pani Sądzi, że grozi 

jej z mojej strony nękanie? 

Livvy wzruszyła ramionami. 
 -  Przeczytałam  wczoraj  kawałek  jednej  z  pańskich  książek.  Jak 

można  inaczej  nazwać  to,  co  pan  robi?  -  Tamtych  nękał  dlatego,  że 

background image

mieli  mnóstwo  do  ukrycia.  Mamy  stałego  lokatora,  emerytowanego 
kapitana  marynarki,  i  on  mi  przyniósł  do  przejrzenia  pańską  książkę. 
Stale kupuje książki albo je wycygania i nigdy żadnej nie wyrzuca. 

 -  Czy  to  ten  starszy  pan  którego  wczoraj  spotkałem  przed 

domem? 

 -  Ach  tak,  oczywiście.  I  on  pana  rozpoznał.  Dał  mi  pańską 

książkę do poczytania. 

 - I co, ukołysałem panią do snu? 
 - Nie, prawdę mówiąc, nie dał mi pan spać. 
 - Świetnie - powiedział. - Na to właśnie liczę, kiedy panią wezmę 

do łóżka. 

 - Mamy więc czytać w łóżku pańską książkę? 
Na twarzy zachowała wyraz świętej naiwności, więc westchnął z 

politowaniem. 

 - Dziewczyna jest głupia - zauważył zwracając się niby to do psa. 

- Piękna, ale głupia. 

Teraz Livvy obróciła się na siedzeniu, twarzą do Luke'a. 
 - Powiedz temu panu, że dziewczyna  mogłaby go jeszcze tego i 

owego nauczyć. 

Akurat,  nauczyć!  Opowiedzieć  coś,  nie  daj  Boże,  o  Laurence 

Charlesie, ale nie nauczyć. 

 - Nie mogę się doczekać. 
Milczenie, które między nimi zaległo nie było ciążące, tak jakby 

wystarczało  to,  że  są  razem.  Gdyby  się  poznali  w  innych 
okolicznościach, ogromnie by jej się spodobał z tym swoim humorem, 
siłą  i  zaczepnością  seksualną,  która  ją  podniecała,  a  zarazem 
przejmowała strachem. 

Jazda nie trwała długo. Livvy oczywiście znała wąwóz i drogę do 

niego.  Przydrożne  pole,  które  służyło  w  lecie  za  parking,  stało  teraz 
puste. Obok znajdował się przełaz do ścieżki, którą można było zejść 
w dół do zatoki albo wspiąć się w górę na płaskowyż nad wąwozem. 

Pies,  wypuszczony  z  auta,  ignorując  Livvy  szalał  koło  Corbina. 

Corbin podał Livvy rękę. 

Ująwszy jej dłoń, już jej nie wypuścił. Był bez rękawiczek i kiedy 

zaczęli  się  wspinać  ze  splecionymi  palcami,  Livvy  poczuła  znów 
jakby prąd elektryczny, ogrzewający ją całą w chłodzie dnia. 

Wiał  ostry  wiatr,  niebo  wisiało  szare,  wyblakły  już  jesienne 

barwy  wrzosów  i  orlicy,  drzewa  stały  nagie.  Latem  było  tu  pięknie, 

background image

pięknie  we  wszystkich  porach  roku,  ale  jedynym,  co  teraz 
przychodziło Livvy do głowy, to że tu tak samotnie. 

 - Dawno pan tu jest? 
 - Od środy. Zmarnowałem cztery dni. 
 - Hm? 
 - Nie poznając cię wcześniej - odpowiedział. Roześmiała się. 
 - Jest pan Irlandczykiem? Bo zalewać to pan umie. 
 - To nie jest zalewanie. 
Uniósł  jej  dłoń,  ściągnął  rękawiczkę,  schował  ją  do  kieszeni. 

Potem pocałował  wnętrze jej dłoni i splótł z nią z powrotem palce, a 
ona czuła się taka naga i bezbronna, jakby jej położył rękę na piersi. 

Krew tak jej dudniła w uszach, że prawie nie słyszała, co mówił, 

tylko szła obok w milczeniu. A on opowiadał o tym jak tu kiedyś było. 

 - Na wybrzeżu stał pusty dom, w którym zainstalowało się pięciu 

czy  sześciu  malarzy.  Ale  były  także  różne  szopy  i  stodoły,  więc 
zjeżdżało ich coraz więcej. 

Zastanawiała  się,  czy  może  go  poprosić:  „Niech  pan  mi  odda 

rękawiczkę,  palce  mi  marzną".  Wcale  jej  nie  marzły,  ale  czułaby  się 
bezpieczniejsza z dłońmi we własnych kieszeniach. 

Ś

cieżka  skręciła  stromo  w  górę,  wiatr  się  wzmagał  w  miarę  jak 

się  wspinali  wyżej.  Kiedy  wyszli  zza  zakrętu,  za  którym  się  otwierał 
widok na dom, Livvy była bez tchu. Dom musiał się zupełnie zmienić, 
nie jest już tym miejscem co wówczas tak samo jak ciocia Maysie nie 
jest już tamtą dziewczyną, ale Livvy nie chciała wchodzić do środka. 

Za szybami były zamknięte żaluzje albo okiennice, dom sprawiał 

wrażenie miejsca, w którym kryje się jakiś sekret. Widząc, że Corbin 
wyciąga klucz, Livvy pomyślała: „To chyba nie ten sam klucz i drzwi 
pewnie nie te same". 

Drzwi  otworzyły  się  gładko,  miały  naoliwione  zawiasy.  Za  nimi 

panowała  kompletna  ciemność  i  przez  głowę  przemknęła  Livvy 
szalona myśl: „Co robić, jeśli ktoś szepnie w środku 'Maybelle'?" 

Nie  wejdzie  w  tę  ciemność.  Gdyby  Corbin  nie  wszedł  bez  niej, 

może  by  się  go  uczepiła.  Ale  wszedł  i  pies  za  nim,  a  Livvy  została 
sama  na  schodkach.  Słyszała  jego  kroki,  potem  przekleństwo,  kiedy 
na  coś  wpadł,  i  już  otwierał  okiennice,  a  światło  zaczynało  się 
wsączać do środka. 

Pierwszy  rzut  oka  uspokoił  ją  nieco,  bo  wnętrze  miało  wygląd 

taki  nowoczesny  i  zwyczajny.  Typowy  domek  dla  letników.  Gruby 

background image

dywan nie do zdarcia, trzyczęściowy komplet brązowych mebli, kilka 
foteli, niski stolik oraz we wnęce kuchennej goły sosnowy stół i ławy. 
W  głębi  drzwi  prowadzące  zapewne  do  łazienki  i  otwarte  drewniane 
schody  z  podestem  u  szczytu  i  widocznymi  dalszymi  drzwiami  na 
górze. 

 -  I  pan  chce  tutaj  filmować?  -  zapytała  z  niedowierzaniem.  - 

Przecież tutaj nic nie zostało. Nic nie jest tak, jak było. 

 -  Ale  to  jest  to  samo  miejsce.  -  Wszedł  na  górę  i  usiadł  na 

najwyższym stopniu. - Niech pani tu wejdzie. 

Wspięła się powoli po schodkach i pozwalając mu się pociągnąć, 

usiadła obok niego. 

 -  A  teraz  niech  pani  wysili  wyobraźnię  -  powiedział.  -  Chyba 

pani ma wyobraźnie? 

 - Wiem, co widzę. Co by pan chciał, żebym zobaczyła? 
 - Dom chylił się ku ruinie. Stał pusty przez lata. Podłoga była z 

płyt kamiennych, tynk opadał ze ścian. Ale przez lato Lurence pobielił 
wnętrze, narąbał drzewa na opał. 

Obecnie w kuchni stał piecyk gazowy. Livvy jednak dobrze znała 

woń płonących bierwion i potrafiła sobie wyobrazić zapach palonych 
listów.  Przed  oczami  miała  zwijające  się  kartki  i  fioletowy  atrament, 
jakim pisała Maybelle, blaknący, aż papier obrócił się w popiół. 

 - Postawił stół i krzesła, sofę z wyłażącym włosiem, porozkładał 

chodniki,  czarny  futrzak  kolorowy  szmaciak.  Malował  głównie 
farbami olejnymi, przygotowywał się do wystawy. Sztalugi miał kolo 
tamtego okna, obrazy poustawiane pod ścianą i na górze. 

 - Tak pan to sobie wyobraża? 
Patrzyła  na  niego,  nie  w  dół  na  ciasny  pokój,  pozbawiony 

jakiegokolwiek charakteru. 

 -  Nie.  Wiem  to  z  lektury.  Odwiedził  go  tu  reporter  jednej  z 

ogólnokrajowych gazet i wszystko to opisał. 

 - I co dalej? - zapytała, bo nie mogła powiedzieć: „Nie chce tego 

słuchać. Wolałabym nic nie wiedzieć". 

Ciało malarza znaleziono na dnie wąwozu. Spadł z urwiska i nikt 

nie  wiedział,  czy  przypadkiem,  czy  w  wyniku  jakiejś  kłótni. 
Natomiast  w  domu  ślady  gwałtownych  wydarzeń  były  widoczne: 
wyciągnięte  i  wywrócone  szuflady,  splądrowane  szafki,  popalone 
papiery.  A  na  podłodze  portret  dziewczyny,  który  ktoś  oblał 

background image

rozpuszczalnikiem,  tak  że  rozpoznawalne  pozostały  tylko  wspaniałe 
krucze włosy. 

Czarna  Dama.  Zrodziły  się  co  do  niej  różne  przypuszczenia.  W 

okolicy  znaleźli  się  zazdrośni  mężowie  i  kochankowie,  którzy 
podejrzewali,  że  to  ich  ciemnowłose  bogdanki  pozowały  do  portretu. 
Domysły  obejmowały  żonę  pewnego  baroneta,  która  pływała  własną 
ż

aglówką  do  pobliskiej  zatoki,  i  hiszpańską  tancerkę,  która 

występowała  wprawdzie  w  Anglii,  ale  którą  często  widywano  na 
promie kursującym między nią a wyspą. I kilka innych kobiet 

Lecz wszyscy podejrzani mieli alibi, a w domu nie natrafiono na 

ż

adne  poszlaki.  Również  na  urwisku  nad  przepaścią  nie  pozostały 

ż

adne ślady, bo w nocy padał ulewny deszcz. 

 -  Nie  ma  pan  uczucia,  że  wywołuje  dawne  duchy?  -  zapytała 

Livvy. 

Corbin  błysnął  w  uśmiechu  zębami,  wskazując  na  Luke'a,  który 

chrapał w najlepsze u stóp schodów. 

 -  On  tak  nie  uważa.  Gdyby  tu  spacerowały  duchy,  byłby  cały 

zjeżony. 

 - Może fluidy nie przenikają przez tę grubą sierść. Moje koty już 

by skakały jak szalone. 

 -  Po  pani  kotach  można  się  wszystkiego  spodziewać  - 

powiedział.  -  Ale  od  tego  czasu  mieszkali  w  tym  domu  różni  ludzie. 
Właściciele,  z  którymi  się  skontaktowałem,  nie  pamiętają  w  ogóle 
Laurence'a Charlesa. W nocy nie straszą tu żadne strachy. 

 - To pan tak twierdzi. 
 - Możemy się przekonać. Moglibyśmy tu zostać do rana. Zapadał 

zmrok, za oknami zaczynały się kłaść cienie, wiec 

Livvy zerwała się na nogi. 
 -  Kanapa  rozkłada  się  prawdopodobnie  w  podwójne  łóżko, 

dałbym  pani  swoją  kurtkę  do  przykrycia.  Luke  też  grzeje  jak  piec, 
kiedy się do niego przytulić. 

Zbiegła  szybko  po  schodach.  Przypuszczała,  że  Corbin  jedynie 

ż

artuje, ale wolała stąd wyjść jak najszybciej. Schroniła się na dworze, 

gdy Corbin zamykał okiennice. 

 -  Znowu  dostałem  kosza  -  powiedział  Corbin.  Spróbowała  się 

roześmiać, ale jej to nie wyszło. 

 - Stało się coś? - zapytał. 

background image

Ujął ją za ramiona i obrócił twarzą do siebie. Pomyślała, że chyba 

nigdy  nie  będzie  mu  potrafiła  spojrzeć  w  oczy,  kiedy  na  nią  patrzy 
takim wzrokiem. Zamknęła na moment powieki. 

 -  Jestem  głupia.  Mam  tę  przeczuloną  wyobraźnie,  która  mnie 

obezwładnia.  Może  się  pan  ze  mnie  śmiać,  ale  czuję  czasami  w 
powietrzu fluidy. Natura mnie obdarzyła kocimi zmysłami. 

 -  To  wcale  nie  taka  zła  rzecz.  Koty  mają  instynkt  Ponoć  żyją 

dziewięć razy, więc coś musi w tym być. 

Wszystko dlatego, że zbyt żywo odmalował przeszłość. 
 - Nie często mi się to zdarza. Zwykle zachowuję zimną krew. 
 -  Ogień  się  pani  nie  ima,  mówiła  pani.  Miałem  nadzieję,  że  nie 

ima się tylko pani stóp. 

Objął  ją  ramieniem  i  tak  poprowadził.  Pocałował  ją  idąc,  tak  że 

było  to  tylko  krótkie  muśnięcie  warg,  ale  żar  przeszedł  ją  aż  do 
palców u nóg. Jego ogień imał się każdego skrawka jej ciała. 

 - No, to gdzie pojedziemy na kolacje? - zapytał w aucie. 
 - Gdzie pan dotąd jadał? 
 -  W  żadnym  miejscu,  gdzie  podają  srebrną  zastawę.  Dzisiaj 

idziemy do Ritza. 

 - Pytanie tylko, czy nas tam wpuszczą - rzuciła wesoło. 
Ubrani  byli  po  sportowemu,  ale  nie  wyobrażała  sobie,  żeby 

gdziekolwiek  mieli  nie  wpuścić  Corbina  Radbrooka.  W  odpowiedzi 
wycedził  posępnie  przez  zęby,  ze  sztywną  górną  wargą,  imitując 
Humphreya Bogarta: 

 - Powiedz, gdzie chcesz iść, kochana, a ja już załatwię, że wyłożą 

dla ciebie czerwony dywan. 

Przybrała gardłowy głos Lauren Bacall. 
 - Znam taki ustronny lokal, gdzie wystarczy, żebym zagwizdała. 
 - I co się wtedy stanie? 
 -  Zbiegną  się  oczywiście  wszyscy,  żeby  nas  obsłużyć.  -  I  niech 

się lepiej rozbiegną jak tylko nas obsłużą, bo chcę 

cię dzisiaj mieć wyłącznie dla siebie. 
W  takim  frywolnym  nastroju  Livvy  gotowa  była  niemal 

zapomnieć, że jutro jej kłopoty zaczną się na nowo. 

 - Prawdę mówiąc o tej porze roku niewiele lokali jest otwarte po 

tej stronie wyspy. Ale znam bar z restauracją, gdzie jest całkiem niezła 
kuchnia. 

 - Mówi się, trudno - odparł. 

background image

Wskazała  mu  drogę  do  gospody  koło  nabrzeża,  do  której  ją 

zawiózł poprzedniego wieczora Andy. 

 -  Przyniesiemy  ci,  piesku,  kolację  -  obiecała  Luke'owi  i  weszła 

przodem do baru w stylu wiejskiej izby. 

Wczoraj  siedzieli  tutaj  przy  stoliku,  a  za  przepierzeniem 

imitującym kratkę z kutego żelaza miejscowa drużyna ćwiczyła grę w 
strzałki.  Dzisiaj  Livvy  skierowała  się  do  otwartych  drzwi  z  napisem 
„Kuchnia Callie". Nowa zarządzająca powitała ją uśmiechem. 

 - Miło mi panią tak szybko wiedzie znowu. Zobaczyła Corbina i 

jej  powitalny  uśmiech  przemienił  się  w  mówiący,  że  Livvy  zdaje  się 
mierzyć coraz wyżej. 

W  restauracji nie  było nikogo. Stało tu sześć stolików nakrytych 

czerwonymi obrusami, z czerwonymi świecami w białych lichtarzach. 
Usiedli w rogu, a Callie zapaliła im świece i podała menu. 

 - Dobre są frutti di mare - powiedziała Livvy. 
Jakieś  stwory  morskie  jadł  wczoraj  Andy.  Ona  sama  zamówiła 

rodzaj  omletu,  ale  była  tak  przejęta  spodziewaną  wizytą  Corbina,  że 
nie zwróciła uwagi na subtelny ziołowo-korzenny smak. 

Dzisiaj  sytuacja  niewiele  się  zmieniła.  Niepokoiła  się  tak  samo. 

Była  jednak  bardziej  głodna,  a  Corbin  zarażał  swoją  żywotnością. 
Lokal  nie  mógł  pretendować  do  pięciu  gwiazdek,  lecz  z 
przyjemnością siedziała mając naprzeciwko Corbina. 

Zdecydowała  się  na  półmisek  frutti  di  mare,  on  zamówił  jaja  na 

szynce  i  kotlet  schabowy,  co  Callie  zapisała  z  miną  gospodyni 
ceniącej  dobry  apetyt  u  gościa,  który  płaci  za  swój  posiłek. 
Przyniósłszy  im  zamówione  dania  i  butelką  białego  wina,  zamknęła 
drzwi, tak że zostali sami. 

Livvy  nie  mogła  oderwać  oczu  od  talerza  Corbina.  Kotlet  był 

olbrzymi,  do  tego  solidny  kawał  szynki.  Corbin  nie  robił  wrażenia 
mężczyzny,  który  się  przejada.  Rosły,  o  twardych  mięśniach,  ale  bez 
zbędnego tłuszczu. 

 - Sama mu pani obiecała kolację - powiedział. 
 - To dla Luke'a? 
 -  Normalnie  dostałby  puszkę  psiego  specjału  i  parą  biskwitów, 

ale po pani obietnicy będzie oczekiwał czegoś lepszego. 

 -  Wobec  tego  może  i  ja  się  dołożą?  -  zażartowała.  -  Co  by 

powiedział na scampi? 

background image

 - To - Corbin stuknął kotlet widelcem - w zupełności wystarczy. 

Może coś z ryb dla kotów? 

 - Wcale by mi za to nie podziękowały. Są bardzo wybredne. 
 -  Następnym  razem  zamówimy  stolik  u  Ritza.  Często  pani  tu 

bywa? 

 - Byłam wczoraj. - Pociągnęła trochę wina, pozwoliła chłodnemu 

trunkowi  spłynąć  do  gardła.  -  Przedtem  nie  byłam  tu  od 
niepamiętnych  czasów.  Ale  restauracja  przeszła  w  nowe  ręce,  wiec 
wybraliśmy się spróbować tutejszej kuchni. 

 - We dwoje z mężczyzną? 
 - Tak. 
 - Nie przyszło mi do głowy, że może pani być z kimś związana. - 

Powiedział  to,  jakby  przegapił  coś,  co  powinno  się  samo  narzucać.  - 
Przedstawiła  się  pani  jako  panna  Murrin,  nie  nosi  pani  obrączki  ani 
pierścionka.  Ale  wystarczy  na  panią  spojrzeć,  żeby  wiedzieć,  że 
muszą się koło pani kręcić mężczyźni. Ktoś specjalny? 

 - Ktoś bardzo miły - powiedziała ciepło. 
 - To jakoś przeżyję - mruknął. 
A  ona  pomyślała:  „Co  za  mdłe  określenie!  Miły!"  To  samo  by 

mogła powiedzieć o Henrym. 

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  wiąże  pani  z  nim  poważnych  planów  - 

podjął Corbin. 

 - Niech pan lepiej opowie o sobie - odparowała. - Ma pan kogoś 

specjalnego? 

 - No, myślę. 
Patrzy na nią, ma ją na myśli. Powinna teraz zażartować: „Mówi 

pan to każdej dziewczynie?" - ale ten banał nie przeszedłby jej przez 
gardło. Nie mogła jednak oderwać od Corbina oczu. 

Była  to  obezwładniająca  chwila,  w  której  nagle  nabrał  sensu 

romantyczny  nonsens  o  dwojgu  oczu  spotykających  się  przez 
szerokość  zatłoczonego  pokoju,  rozpoznających  kogoś,  kto  jest  w 
stanie sprawić, że świat się uśmiechnie i zaświeci słońce. I akurat jest 
to mężczyzna, do którego nie wolno jej się za żadne skarby zbliżyć. 

 - Nie zna mnie pan - odrzekła siląc się rozpaczliwie na lekki ton. 
 -  Więc  niech  mi  pani  powie,  co  powinienem  wiedzieć.  Musi  od 

niego oderwać wzrok. 

 - Nie ma wiele do opowiadania. Prowadzę pensjonat Moi rodzice 

zginęli  w  wypadku  samochodowych  trzy  lata  temu.  Zostałyśmy  we 

background image

dwie z ciocią Maysie. Chociaż można by uważać, że Sonia i Henry też 
należą do rodziny. A pan? 

 -  Mój  ojciec  był  adwokatem.  Ja  też  ukończyłem  prawo, 

praktykowałem  przez  jakiś  czas.  Czy  zdaje  pani  sobie  sprawę,  ilu  na 
ś

wiecie jest oszustów i krętaczy? 

Siedzi tak blisko jednej z nich, że mogliby sobie podać ręce przez 

stół.  Potrząsnęła  bardzo  nieznacznie  głową,  bo  zdawał  się  oczekiwać 
odpowiedzi. 

 -  Prowadziłem  sprawę,  o  której  nie  mogłem  zapomnieć  długo 

potem Jak się skończyła i zapadł wyrok. Napisałem coś o pomyłkach 
sądowych  i  od  tego  się  zaczęło.  Zainteresowałem  się  nie 
rozwiązanymi sprawami, wciągnęło mnie dochodzenie prawdy. 

 - I co, udaje się panu zawsze dojść prawdy? Oczywiście, że nie. 

Nie zawsze i dopomóż Boże, żeby nie 

doszedł tym razem. 
 - Naturalnie, że nie zawsze - odparł. 
 -  Co  pana  naprowadziło  na  sprawę  Laurence  Charlesa?  Szukał 

pan  czegoś  prawie  zapomnianego,  ale  przecież  istnieją  setki  takich 
spraw. 

 -  Czysty  przypadek.  Grzebiąc  się  w  archiwum  natrafiłem  na  jej 

opis. 

 - I zaskoczyło? - strzeliła palcami. - O tak? Przyjechał pan szukać 

Czarnej Damy? 

 - Przyjechałem znaleźć panią. 
Przeżywała jeden z najlepszych wieczorów swego życia, chociaż 

wiedziała,  że  szaleństwem  jest  rozkoszować  się  towarzystwem  tego 
mężczyzny,  który  wydaje  się  dla  niej  stworzony.  Są  nastrojeni  na  tę 
samą długość fal albo na długość tak zbliżoną, że różnica nie odgrywa 
ż

adnej  roli.  Odprężeni  jak  starzy  przyjaciele.  On  ją  pobudza  do 

ś

miechu,  ona  mu  opowiada  różne  historie,  bo  jest  równie  dobrą 

gawędziarą. 

Callie  zebrała  talerze,  przyniosła  owoce  i  deskę  serów.  Livvy 

posłała jej uśmiech i podziękowała, ale naprawdę czuła się, jakby była 
z Corbinem sama, a cały świat przestał istnieć. Bawiła się tak dobrze, 
ż

e  kiedy  wstali,  żeby  wyjść  ze  zdziwieniem  spostrzegła,  że  zajęte  są 

dwa  inne  stoliki.  Luke  czekał  w  samochodzie  na  parkingu.  Owinęli 
kotlet  grubo  w  serwetki,  ale  pies  go  poczuł  i  wsunął  między  nich 
kosmaty łeb. 

background image

 -  Nie  w  aucie  -  powiedział  Corbin  i  schowawszy  pakunek  pod 

siedzenie odkręcił okno. 

Byli  syci  i  zapach  mięsa  nie  sprawiał  im  przyjemności.  Corbin 

przeprosił  i  sięgnął  przez  Livvy,  żeby  odkręcić  drugie  okno.  Potem 
odchylił  się  z  powrotem  na  swoje  siedzenie,  uniósł  jej  włosy  i 
powąchał z uznaniem za jej uchem. 

 - To pachnie lepiej. Co to takiego? 
 - Moje perfumy? - Roześmiała się, bo jego wargi łachotały ją w 

ucho.  -  Są  niepowtarzalne.  Wątpię,  czy  pan  znajdzie  drugie  takie. 
Mieszanka,  którą  sporządziłam  w  zeszłym  tygodniu  z  resztek 
pozostałych  w  czterech  różnych  buteleczkach.  Niektóre  pamiętały 
zeszłoroczną  Gwiazdkę,  a  przypuszczam,  że  zlane  razem  starczą  mi 
do tegorocznej Gwiazdki. Prawdę mówiąc, wyszła zupełnie przyjemna 
mikstura, a mogło wyjść coś odrażającego. 

W  bladym  świetle  bardziej  czuła,  niż  widziała  Corbina,  jego 

szczupłą  twarz  przy  swojej,  siłę  jego  krzepkiego  ciała  promieniującą 
nawet przez grube ubranie. Luke warknął, a ona pomyślała: „Aha, nie 
ufa  mi"  -  i  była  właściwie  zadowolona,  bo  przywodziło  ją  to  z 
powrotem do rzeczywistości. 

 - Nie może się doczekać swojej kolacji - powiedział Corbin. 
Włączył bieg i wrócili do Słodkich Sadów, prawie bez słowa. 
Mam uczucie, jakby cię znała od niepamiętnych czasów - myślała 

Livvy. - Może ci jutro wszystko powiem. Może zrozumiesz. 

Ś

wiatła  paliły  się  na  dole  w  „rodzinnym"  saloniku  i  na  górze  w 

pokoju Soni. W oknach na najwyższym piętrze jarzył się różowy blask 
lampki nocnej. Widać ciocia Maysie śpi. 

Livvy wysiadła z auta. Corbin podszedł dookoła. Wyciągnął rękę, 

ż

eby ją pogłaskać po policzku, po czym położył jej dłoń na ramieniu. 

 - Ten Andy... - zaczął. 
 - Kto? - zapytała mimo woli. 
Wygłupiła  się  przez  tę  jego  bliskość,  przez  jego  dotknięcie  i 

uczucie, że ją znowu pocałuje. Wstrząsnęła się niecierpliwie. 

 - Niech pan zapomni, co powiedziałam. Dziękuję i dobranoc. 
 - Do jutra rana - zawołał za nią. 
 - Byleby nie przed dziesiątą - odkrzyknęła nie odwracając się. 
Poszła  prosto  do  mieszkania  Maybelle.  Ciocia  spała  spokojnie, 

natomiast koty się przebudziły. 

background image

 - Śpijcie dalej - szepnęła i żaden z nich nie pobiegł za nią na dół, 

czując, że dzisiaj nie potrzebuje od nich pociechy. 

Nie  chciała  również,  żeby  Sonia  i  kapitan  zaczęli  ją  wypytywać, 

gdzie się tak długo zasiedziała i co robiła z mężczyzną, wobec którego 
była tak wrogo nastawiona jeszcze parę godzin temu. 

Znalazłszy  się  w  swoim  pokoju,  włączyła  radio  i  poszukała 

muzyki,  przy  której  można  by  się  oddać  marzeniom,  po  czym 
przystąpiła leniwie do rozbierania i szykowania sobie stroju na jutro. 
Ma  podjąć  swoją  nową  „pracę"  jako  asystentka  Corbina,  nie  może 
więc  wystąpić  w  dżinsach  i  koszuli  poplamionej  farbą.  Jeśli  będzie 
kończył  scenariusz  poświęcony  Madeleine  Smith,  przyda  mu  się 
pewnie  jako  maszynistka.  Jeśli  ma  zamiar  pracować  nad 
dokumentacją do Laurence'a Charlesa, musi nad nim czuwać. 

Przejrzała  całą  swoją  garderobę,  nim  się  zdecydowała  na 

popielatą  flanelową  spódnicę  i  koralowy  sweter,  z  wysokimi 
czerwonymi butami albo czerwonymi pantoflami na płaskim obcasie. 
Do  tego  weźmie  płaszcz  z  wielbłądziej  wełny  i  skórzaną  torebkę  w 
piaskowym kolorze, prezent od cioci Maysie na ostatnie urodziny. 

Zachowuje  się,  jakby  jutro  przypadła  jakaś  specjalna  okazja. 

Oczy  jej  błyszczały,  twarz  płonęła,  kiedy  się  przejrzała  w  lustrze. 
Wyglądała  jak  dziewczynka  przed  kinderbalem.  Albo  jak  kobieta 
przed randką z fascynującym mężczyzną. 

Nie powinna tak wyglądać, nie po winna sobie pozwalać na takie 

uczucia.  Podoba  się  Corbinowi,  a  jest  on  mężczyzną,  który  sięga  po 
to, co mu się podoba. Mężczyzną, który do pewnego momentu może z 
siebie  dawać,  ale  w  ostatecznym  rozrachunku  będzie  zawsze  więcej 
brał.  Byłby  na  pewno  doświadczonym  i  namiętnym  kochankiem,  ale 
nikt nie posiądzie go nigdy z duszą i ciałem, tak jak Laurence Charles 
posiadł kiedyś Maybelle Murrin. 

Tak  właśnie  mogło  się  to  kiedyś  rozpocząć  między  Maybelle  a 

Laurence.  Sympatia  i  wzajemny  pociąg,  przeradzające  się  w  rodzaj 
miłosnego  odurzenia.  A  potem  zazdrość,  cierpienie  i  szał  niszczenia 
owej nocy w samotnym domku. 

Czy Laurence już wówczas nie żył? Pokłócili się w deszczu, idąc 

skrajem  urwiska?  „Zabiłam  Lauriego"  -  wyznała  Maybelle.  Czy 
zacieranie  śladów  w  domku  miało  miejsce  przedtem,  czy  potem? 
Kiedy spaliła listy i oblała rozpuszczalnikiem portret rywalki? Czy to 
w końcu takie istotne? Dość że młoda dziewczyna wróciła owej nocy 

background image

do  Słodkich  Sadów,  przez  nikogo  nie  zauważona  i  żyje  w  nich 
sześćdziesiąt lat później jako stara kobieta. 

Livvy  ją  kocha.  Były  do  siebie  na  swój  sposób  podobne.  I  od 

nocy  gorączkowych  rojeń  ciotki  Livvy  żyła  w  ustawicznym  strachu 
przed  zatraceniem  się  z  miłości  do  mężczyzny.  To  stanowiło  jeden  z 
powodów, dla których odpowiadał jej Andy. 

Rumieniec  znikł  z  jej  twarzy.  Była  teraz  blada,  wstrząsały  nią 

dreszcze.  Skończyła  się  rozbierać,  narzuciła  szlafrok  i  poszła  do 
najbliższej łazienki zrobić sobie gorącą kąpiel. 

W  wannie  dreszcze  minęły.  Pozwoliła  chmurze  pary  wypełnić 

niewielkie  pomieszczenie  i  wyszła  z  wody  dopiero,  gdy  się  poczuła 
senna i rozluźniona. Wytarła się do sucha i sięgała po szlafrok, kiedy 
się rozległo pukanie do drzwi. 

Westchnęła zirytowana. W domu były cztery inne łazienki. Komu 

się zachciało akurat tej? 

 - Zaraz wychodzę - zawołała. 
 - To ja! - huknął za drzwiami Henry. 
 - Na twoim miejscu poszłabym na drugi koniec korytarza. Tu jest 

para jak w saunie. 

Drzwi  były  grube,  mógł  nie  dosłyszeć,  więc  Livvy  uchyliła  je 

odrobinę, żeby para buchnęła na zewnątrz. 

 - Mam do ciebie słówko - zawołał Henry. 
Wyszła  zawiązując  pasek  szlafroka  i  zobaczyła  w  tyle  za  nim 

Corbina. 

 -  Chodzi  o  przenocowanie  tego  młodego  człowieka  -  oznajmił 

Henry. - Wypiliśmy razem kusztyczek rumu. 

Rum 

Henry'ego 

był 

wysokoprocentowym 

marynarskim 

samogonem,  potencjalnie  tak  zabójczym,  że  rzadko  nim  częstował. 
Jego zawsze rumiana twarz wyglądała teraz jak ognisty zachód słońca, 
oczy prawie zniknęły. Nieźle się zaprawił! 

 -  Idź  się  kłaść  -  upomniała  go  surowo  Livvy.  Popatrzyła  na 

Corbina w głębi korytarza. - A co pan tu robi? Zdawało mi się, że się 
pożegnaliśmy. 

 -  Po  sprawiedliwości,  moja  droga  -  wtrącił  się  Henry.  -  Ja  go 

zaprosiłem.  Wyszedłem  kiedy  odjeżdżał.  Chciałem  mu  powiedzieć, 
jak bardzo mi się podobają jego książki. 

 -  Nie  musiałeś  go  po  to  raczyć  rumem  -  powiedziała.  Parę 

kieliszków wina do kolacji, to jeszcze ujdzie. Ale rum 

background image

Henry'ego  na  dodatek!  Pękłby  od  chuchnięcia  po  tym  każdy 

balonik  policyjny.  Nie  podejrzewała  Corbina  o  taką  lekkomyślność. 
Chyba że chodziło mu o wmeldowanie się tu na nocleg. 

 - Moja wina - pokajał się Henry. 
 -  No,  dobrze  -  zgodziła  się  Livvy  -  ale  tylko  na  tę  jedną  noc. 

Gdzie jest Luke? Nie chcę, żeby koty zeszły z góry i natknęły się na 
niego. 

Luke, nakarmiony, śpi w aucie, poinformował ją Corbin. 
 - Może pan się przespać w tym pokoju - powiedziała otwierając 

drzwi i zapalając światło. 

Kiedy  wróciła  po  paru  minutach  z  naręczem  pledów  i  pościeli, 

Henry  zniknął,  a  Corbin  wyglądał  przez  okno,  chociaż  noc  była  za 
ciemna,  żeby  cokolwiek  zobaczyć.  Stał  bez  ruchu,  lecz  zdawał  się 
swoją  osobą  wypełniać  pokój  sporych  przecież  rozmiarów.  Livvy 
odczuwała jego obecność jak fizyczne dotknięci. 

 -  Dziękuję  -  powiedział,  kiedy  zaczęła  mu  słać  łóżko.  -  Nie 

miałam wielkiego wyboru. Nie pozwoliłabym usiąść 

za kierownicą nikomu, kto się raczył rumem Henry'ego. 
 - Tak, to mocna rzecz. 
Wyglądał  na  trzeźwego  i  język  mu  się  nie  plątał  ale  raz 

zgodziwszy  się,  żeby  został,  Livvy  musiała  być  konsekwentna. 
Obtykając prześcieradło, podjęła rzeczowo: 

 - Trzeba było poprosić Henry'ego o piżamę. Moja będzie na pana 

za mała. 

 - Nie używam piżamy. Odepchnęła od siebie ten obraz. 
 - I umowa stoi, będzie się pan trzymał swojego pokoju. Zostawiła 

drzwi  siebie  otwarte  i  Henry  z  pewnością  szukał  jej  najpierw  tam. 
Corbin  wie,  gdzie  jest  jej  pokój  i  może  mu  przyjść  do  głowy  ją 
odwiedzić. 

 -  Umowa  stoi  -  odparł.  Nie  ruszył  się  od  okna.  -  Chociaż 

oddałbym  parę  lat  życia,  żeby  panią  przy  sobie  zatrzymać.  Mówię 
jako człowiek, który umie się cieszyć życiem. 

Spojrzała  na  niego  przez  łóżko  i  przemknęła  jej  przez  głowę 

szaleńcza  myśl,  czyby  z  nim  nie  dobić  targu.  Ona  -  w  zamian  za 
pozostawienie Maybelle w spokoju. Ale jeśli pójdzie z nim do łóżka, 
może się fatalnie sparzyć. 

 -  Nie  mam  zwyczaju  wskakiwać  mężczyznom  do  łóżka  po 

pierwszej randce - powiedziała. 

background image

Ś

więta  prawda,  jedynym  łóżkiem,  do  którego  wskakuje,  jest  jej 

własne. 

 -  Ja  też  nie  mam  zwyczaju  iść  z  nikim  do  łóżka  po  pierwszej 

randce.  -  Nie  spuszczał  z  niej  wzroku.  -  Mógłbym  jednak  zrobić  dla 
pani wyjątek, bo pani jest wyjątkowa. Ale mamy mnóstwo czasu. 

 - Mnóstwo - powtórzyła. 
Ale  ruszył  w  jej  kierunku.  Nie  może  pozwolić,  żeby  jej  dotknął. 

Odwróciła się na pięcie, pociągając pasek szlafroka, który wplątał się 
pod koce. Nie przytrzymane niczym poły rozleciały się na obie strony. 

Pod  spodem  była  goła.  Wydała  zduszony  okrzyk  i  chwyciła 

rozchylone poły. 

 -  Po  sprawiedliwości,  jak  mówi  Henry  -  powiedział  Corbin.  - 

Chociaż kto twierdzi, że życie musi być sprawiedliwe? 

 - Niech pan zapomni, co pan widział. 
Jedną  ręką  przytrzymywała  poły  szlafroka,  drugą  przewlekła 

ciągnący się po ziemi pasek. 

 -  Niemożliwe  -  odrzekł.  -  Zachowam  to  wspomnienie  we 

wdzięcznej pamięci. 

Ś

miejąc  się  Livvy  uciekła  na  korytarz  i  do  swego  pokoju.  Miała 

nadzieję, że Corbin nie podejrzewają o umyślną prowokację. Dobrze, 
ż

e nikt nie widział Jak wybiega półnago z jego pokoju i nikt nie wie 

Jak przyjemnie byłoby tam zostać i śmiać się dalej. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Obudziło  Livvy  wycie.  Usiadła  w  ciemności  i  nasłuchiwała.  Z 

pewnością  to  Luke.  Nafosforyzowana  tarcza  jej  podróżnego  budzika 
wskazywała  parę  minut  po  szóstej.  Ktoś  musi  uciszyć  to  nieszczęsne 
zwierzę.  Oczywiście  Corbin.  Zapaliła  lampkę  nocną  i wysunęła  się  z 
łóżka. 

Ledwie  wyszła  z  pokoju,  kiedy  w  swoich  drzwiach  ukazał  się 

Corbin naciągając pośpiesznie sweter. 

 - Przepraszam za ten hałas - powiedział. - Pójdę go wyprowadzić. 
 - Dziękuję. - Ziewnęła. 
Naciągnęła  dżinsy  i  sweter  i  wyszła  na  korytarz.  W  domu 

panowała cisza, widocznie nikt więcej się nie obudził. Jedyne światło 
na schodach zapalił niewątpliwie Corbin. 

W  kuchni  nalała  wody  do  imbryka  i  nasypała  do  kubków  kawy. 

Czekając,  aż  woda  się  zagotuje,  poszła  do  drzwi  wyjściowych  i 
wyjrzała na deszcz, który zapowiadał paskudny dzień. 

Po chwili oczy jej się przystosowały do ciemności, lecz mimo to 

widziała  tylko  podjazd.  Nawet  jeżeli  Corbin  wziął  z  auta  latarkę,  to 
nigdzie nie było widać jej światła. 

 - Chodźcie do domu! Przeziębicie się obaj na śmierć! 
 -  Jak  długo  ten  pies  musi  spacerować?  Nie  czuje,  że  leje  jak  z 

cebra? 

Poprowadziła  ich  korytarzem  do  kuchni.  Otworzyła  drzwiczki 

piecyka  i  przesunęła  parę  razy  pogrzebaczem  po  ruszcie  wytrząsając 
popiół spomiędzy czerwonych węgli. Potem wyjęła z szafki ręczniki. 

 - Wyglądacie obaj jak zmokłe kury - powiedziała. Luke otrząsał 

się  energicznie  pośrodku  kuchni.  Corbin  zaczął  go  wycierać. 
Pochylony, uniósł głowę, kiedy nalewała wodę do kubków i zapytał: 

 - Nikt pani nigdy nie mówił, żeby nie wychodzić bez potrzeby na 

deszcz? Sama wygląda pani jak podtopiony kociak. 

Rzeczywiście była tak samo mokra jak oni. Dotknąwszy włosów, 

poczuła  pod  palcami  wodę.  Otrząsnęła  się  szybko  jak  przed  chwilą 
Luke. 

 -  We  mnie  woda  nie  zdążyła  wsiąknąć,  zmokłam  tylko  po 

wierzchu. 

 -  Wygaduje pani czasem głupstwa - powiedział Corbin - ale nie 

znam nikogo, z kim bym tak chętnie wypił poranną kawę jak z panią. 

Mogłabym polubić twoją codzienną obecność - pomyślała. 

background image

Postawiła  kubki  na  stole  i  usiadła.  Patrzyła,  jak  Corbin  kończy 

wycierać psa, po czym ten ułożył się przy piecyku, a Corbin podszedł 
do stołu. 

 - Skąd pan go wytrzasnął? - spytała. 
 - Z przytułku dla psów - odparł. - Jest przybłędą. Ktoś go pewnie 

wyrzucił, bo rósł za duży. A wtedy było jeszcze daleko do końca. 

Luke pomachał leniwie ogonem. 
 - No, wyrósł pięknie, fakt. Wozi go pan wszędzie ze sobą? 
 - Kiedy wyjeżdżam za granicę, zostawiam go u przyjaciół. Poza 

tym, tak. Ale gdzie są koty? 

 - W mieszkaniu cioci Maysie, na drugim piętrze. Rzadko schodzą 

na dół, zanim się rozwidni. 

Zamknęła  na  wszelki  wypadek  drzwi  kuchni,  ale  Corbin  musi 

wyprowadzić  Luke'a,  zanim  się  zjawi  Szula.  Zresztą  Misza  też  może 
się zrobić agresywny, jak zobaczy psa. 

Za  oknami  panował  jeszcze  mrok.  Przyjemnie  było  tak  siedzieć, 

rozmawiało im się równie dobrze jak wczoraj. Czas biegł tak szybko, 
ż

e kiedy drzwi się otworzyły, ze zdumieniem stwierdziła, że siedzą tu 

ponad godzinę. 

Nie była jednak tak zaskoczona jak Sonia. Idąc korytarzem, Sonia 

słyszała  śmiech  Livvy  i  zdziwiło  ją,  co  takiego  zabawnego  może  jej 
opowiadać o tak wczesnej porze Henry. 

Kiedy nacisnęła klamkę i ujrzała Corbina trzymającego Livvy za 

rękę  i  opowiadającego  jej  coś,  co  wprawiało  Livvy  w  paroksyzm 
ś

miechu,  zamarła  z  szeroko  otwartymi  oczami.  Nie  spodziewała  się 

tego  po  Livvy.  Zesztywniała,  tak  zaskoczona,  że  z  ledwością 
wykrztusiła odpowiedź na „Dzień dobry" Corbina. 

 -  Jeśli  są  w  ogóle  dobre  dni  -  spróbowała  zażartować  Livvy,  co 

niewiele pomogło. 

 - Chodź, staruszku - powiedział Corbin do psa. Luke podniósł się 

niechętnie i poczłapał za nim. 

 - No i co? - spytała Sonia. 
Zjeżyła się pod ubawionym spojrzeniem Livvy. 
 - Wiem, to nie moja sprawa, to jest twój dom i twoje życie. Ale 

on jest w końcu obcym mężczyzną i wiesz o nim niewiele ponad to, że 
z  niejednego  pieca  musiał  chleb  jeść.  Owszem,  jest  atrakcyjny,  ale 
mimo wszystko nie spodziewałam się po tobie czegoś takiego. Nie po 
tobie! 

background image

 -  Uspokój  się  -  powiedziała  Livvy.  -  Nie  było  niczego  takiego. 

Henry  wciągnął  wieczorem  Corbina  i  uraczył  go  tym  swoim  rumem. 
Potem  go  ruszyło  sumienie  i  poprosił,  żebym  pozwoliła  Corbinowi 
przenocować. Spał w pokoju gościnnym, pies w aucie, a spotkaliśmy 
się  tutaj  rano,  kiedy  pies  zaczął  wyć.  Musiałaś  słyszeć  wycie.  Nie? 
Tak w każdym razie było. 

Livvy  nie  miała  na  twarzy  makijażu,  choćby  cienia  różu  czy 

szminki.  Nawet  gdyby  upadła  tak  nisko,  żeby  pójść  z  nim  po  paru 
godzinach  do  łóżka,  chyba  by  mu  się  nie  pokazała  w  takim  stanie 
rano?  Nawet  nie  uczesała  włosów.  Sonia  rzadko  się  ostatnio 
malowała,  ale  pewno  by  to  zaczęła  robić,  gdyby  się  ponownie 
zakochała. 

 - Przepraszam - mruknęła - ale byłam taka zaskoczona! Wczoraj 

też  nie  wiedziałam,  co  myśleć,  jak  cię  zastałam  na  schodach  w  jego 
ramionach. 

 - Nie myśl sobie za wiele - odrzekła Livvy. 
Przebywanie  w  towarzystwie  Corbina  miało  swoje  cudowne 

momenty,  a  kochanie  się  z  nim  byłoby  pewnie  ziszczeniem  marzeń. 
Ale po jakimś czasie, w jakimś stadium czarowny sen mógłby się zbyt 
łatwo przerodzić w koszmar. 

 -  Wyglądasz,  jakbyś  była  w  nie  najlepszej  formie  -  powiedziała 

Sonia. - Ty też piłaś ten ohydny rum? 

 -  Czy  wyglądałabym  choćby  tak  rześko,  gdybym  piła?  -  Livvy 

wstrząsnęła  się  i  zrobiła  miną,  a  że  akurat  wszedł  z  powrotem  do 
kuchni Corbin, dorzuciła z zastanowieniem: - Na panu to jakoś zdaje 
się  nie  wywarło  większego  wrażenia,  ten  ram  kapitana?  Silnym 
mężczyznom  urywał  się  po  nim  film  na  dwadzieścia  cztery  godziny. 
Jak pan to robi? 

 -  Obserwowałem  Henry'ego,  a  kiedy  po  pierwszym  kieliszku 

zaszkliły mu się oczy, wziąłem na wstrzymanie. 

 - I nie zauważył tego? 
 - Dolewał mi ciągle, jest gościnnym gospodarzem, ale wlewałem 

większą  część  z  powrotem  do  karafki.  Chodził  parę  razy  na  górę  po 
książki. 

Corbin mógł się wymówić od picia, gdyby chciał. Lecz wówczas 

Henry  nie  zaproponowałby  mu  tutaj  noclegu,  w  pobliżu  Livvy.  I  w 
pobliżu Maybelle Murrin. 

background image

 -  A,  to  mu  pan  zrobił  kawał  -  powiedziała  Sonia.  Livvy 

uświadomiła  sobie,  że  ma  niezadowoloną  minę.  Roześmiała  się  i 
skłamała: 

 -  Dzięki  Bogu,  że  pan  tego  nie  wylewał  do  doniczki  z  palmą, 

boby się dzisiaj podpierała nosem. 

Na  szczękach  i  nad  ustami  miał  ciemną  szczecinę  zarostu.  Nie 

zauważyła  tego,  kiedy  się  śmiali  i  rozmawiali.  Teraz  wydał  jej  się 
przez to znowu starszy. 

 -  Kim  właściwie  był  ten  człowiek,  o  którym  pan  chce  pisać?  - 

spytała Sonia. - I co się z nim stało? 

Zwykle  Sonia  robiła  sobie  szybko  kawę  i  biegła  z  powrotem  do 

Daisy.  Ale  dzisiaj  oczywiście  zostanie,  żeby  porozmawiać  z 
Corbinem.  A,  niech  sobie  rozmawia.  Nic,  co  powie,  nie  może  mieć 
większego znaczenia. 

Jednakże  podczas  kilku  minut  nieobecności  Livvy  zszedł  na  dół 

Henry.  Nie  miał  już  tak  purpurowej  twarzy.  Kawę  zrobił  sobie 
zupełnie  czarną,  ale  siedząc  przy  stole  z  Corbinem  i  Sonią  robił 
wrażenie  całkiem  przytomnego.  Na  widok  wchodzącej  Livvy 
powiedział: 

 - Livvy na pewno się zgodzi. Moglibyśmy Corbina tu ulokować, 

prawda, moja droga? 

Na twarzy Corbina pojawił się wyraz rozbawienia. 
 - Czyj to pomysł? - spytała Livvy. 
 - Mój - odparł spiesznie Henry. - Chętnie bym widział drugiego 

mężczyznę w domu. 

 -  Pensjonat  jest  nieczynny  -  powiedziała.  -  Jak  wiecie,  aplikuję 

domowi kuracje upiększającą przed nowym sezonem. 

Malowała  i  tapetowała  pokój  po  pokoju,  więc  Sonia  i  Henry 

zaprotestowali  chórem.  Zawsze  jest  jakiś  wolny  pokój,  oświadczyła 
Sonia,  a  pranie  i  gotowanie  dla  jednej  dodatkowej  osoby  nie  zrobi 
ż

adnej  odczuwalnej  różnicy.  Henry  zaś,  któremu  najwidoczniej 

przypadła  do  gustu  wczorajsza  sesja,  wdał  się  w  rozważanie,  jakim 
atutem  dla  Słodkich  Sadów  będzie  goszczenie  sławnego  autora 
telewizyjnego.  Co  za  reklama  dla  pensjonatu,  kiedy  serial  pójdzie  na 
antenę! 

O  mało  nie  przyprawiło  to  Livvy  o  atak  histerycznego  śmiechu. 

Może  się  to  skończyć  antyreklamą  najgorszego  rodzaju.  Jednakże  po 
dwóch kubkach kawy na pusty żołądek czuła się jakoś beztrosko. 

background image

 - Poza wszystkim - zakończył Henry - nie próbuj nam wmawiać, 

ż

e nie przyda ci się trochę pieniędzy. 

Popatrzyła na Corbina, który rzekł: 
 - Oczywiście, chętnie bym tu został. 
A że nie  mogła zdradzić prawdziwych powodów, dla których go 

tu nie chce mieć, więc powiedziała: 

 - No, dobrze. Zobaczymy Jak to będzie, przez dzień albo dwa. 
Dalej  potoczyło  się  wszystko  gładko.  Livvy  przygotowała 

ś

niadanie  i  zostawiła  Corbina  z  Henrym  nad  grzankami  i  dżemem,  a 

sama poszła zanieść na górę tacę z poranną herbatą dla cioci Maysie. 

Koty powitały ją w saloniku Maybelle. 
 -  Aż  boję  wam  się  powiedzieć  kim  jest  nasz  nowy  lokator.  W 

każdym razie jest większy od was obu razem. 

Maybelle czekała siedząc w łóżku, zupełnie rozbudzona. 
 - Co to za lokator, moja droga? - zainteresowała się. 
 - Miałam na myśli psa. Należy do kogoś, kogo proteguje Henry, 

bo chciałby mieć drugiego mężczyznę w domu. 

Postawiła  parującą  herbatę  na  szafce  nocnej,  zanim  dorzuciła 

swobodnym tonem: 

 - To ten pisarz, Corbin Radbrook. 
Ale Maybelle sięgnęła po filiżanką pewną ręką. 
 - Wygląda więc na to, że trzeba bodzie z nim porozmawiać. 
 - Nie musisz, jeśli nie masz ochoty. 
 - Nie bardzo wiem, co bym mu mogła powiedzieć, ale chętnie z 

nim porozmawiam. 

 -  Jak  uważasz  -  zakończyła  Livvy.  -  Wobec  tego  zaprosimy  go 

któregoś dnia na górę. 

Sonia  i  Henry  byli  zachwyceni.  Miesiące  zimowe  stanowiły 

nudny okres, widzieli więc w Corbinie Radbrooku kogoś, kto pomoże 
trochę  zapełnić  pusty  dom  i  puste  dni.  Wczoraj  wieczorem  Corbin 
poinformował Henry'ego, że być może przyjedzie jeszcze parę osób z 
telewizji i Henry  był za otwarciem  dla nich pensjonatu. Z pewnością 
Livvy nie odprawi z kwitkiem takich klientów? 

 -  I  nie  martw  się  zbytnio  o  Maybelle  -  powiedział  Henry.  - 

Będzie w swoim żywiole wspominając dawne czasy. 

Livvy nie mogła mu zdradzić, że nie zapowiada się to bynajmniej 

dla  Maybelle  na  miłą  przechadzkę  po  krainie  wspomnień.  Patrząc  na 

background image

ich uszczęśliwione twarze, myślała: Gdybyście wiedzieli, w jaką mnie 
wciągnęliście pułapkę. 

Nie  może  tego  nikomu  zdradzić.  A  już  najmniej  Corbinowi.  I 

powinna się mieć bezustannie na baczności przed magnetyzmem ciał, 
który ją do niego ciągnie, gotów jej zaćmić zdrowy rozsądek. 

siedziała  przy  swoim  biurku  w  kancelarii,  potwierdzając 

rezerwacje  na  lato,  która  wpłynęła  tego  dnia,  kiedy  weszła  Sonia  ze 
słowami: 

 - Mogłabyś mu urządzić tutaj miejsce do pracy. To przecież coś 

w rodzaju gabinetu, prawda? No, i jest tu ciepło. 

Większość  pokoi  na  górze  trzymano  nie  ogrzewaną,  kiedy 

pensjonat  był  zamknięty  dla  gości.  Kancelaria  stanowiłaby 
rzeczywiście dobre miejsce do pracy dla pisarza. Jej okno wychodziło 
na patio z małą oranżerię i ogrodem w głębi. Corbin mógłby tu także 
mieć przy sobie psa. 

 - Nie skacz koło niego za bardzo - powiedziała Livvy. - Nie chcą, 

ż

eby tu osiadł na dobre. 

Sonia uśmiechnęła się porozumiewawczo. 
 - Myślisz, że Andy byłby niezadowolony? 
 -  A  co  przeciw  temu  może  mieć  Andy?  Pamiętaj,  że  to  nie  ja 

nalegałam na przyjęcie Corbina. 

 - Ale się zgodziłaś - odparła Sonia. 
Wszyscy  czekali  na  jego  przyjazd.  Po  lunchu  Henry  zasiadł  w 

swoim  wykuszu  okiennym,  z  lunetą  skierowaną  na  drogę,  którą  miał 
nadjechać Corbin. 

 - Jedzie! - zawołał ze szczytu schodów. 
Livvy  wróciła  po  lunchu  do  kancelarii.  Słyszała  kroki  Soni 

biegnącej  przez  hall,  ale  nie  przerwała  swego  zajęcia.  Opróżniła  w 
biurku  parę  szuflad,  przekładając  ich  zawartość  do  innych  . 
Udostępnienie  mu  kancelarii  nie  było  wcale  złym  pomysłem. 
Znaczyło, że ona będzie miała dostęp do jego papierów. 

Wszedł w towarzystwie Henry'ego, Soni i Daisy. 
 -  Zgadzasz  się,  prawda,  Livvy?  -  powiedziała  Sonia.  -  -Corbin 

będzie mógł pracować w tym pokoju? 

 -  Ewentualnie  -  orzekła  Livvy,  a  kiedy  zaczął  jej  dziękować, 

dorzuciła: - To był pomysł Soni. 

Posłał Soni uśmiech, od którego się rozpromieniła. 

background image

 - To będzie idealne rozwiązanie - powiedział. - Dziękuję, że pani 

o tym pomyślała. 

Livvy  słyszała,  jak  ich  czaruje  przy  wnoszeniu  rzeczy. 

Umiejętność  zjednywania  sobie  ludzi  należy  oczywiście  do  jego 
zawodu,  ale  nie  ulega  wątpliwości,  że  wkrótce  będzie  miał  trójkę 
oddanych wielbicieli. Sonia chciała go karmić, chociaż jadł już lunch. 
Henry był zachwycony męskim zrozumieniem. Daisy zapytała: 

 - Pan naprawdę pisze książki? 
 -  Naprawdę  -  odrzekł.  -  Umiem  także  opowiadać  wspaniałe 

historie. 

Wkrótce  jego  rzeczy  znalazły  się  na  górze.  Do  kancelarii  trafiła 

maszyna  do  pisania,  magnetofon  i  walizeczka  pełna  tekturowych 
teczek i papierów. Kiedy zostali sami, Livvy otworzyła dwie szuflady 
w biurku i powiedziała: 

 - Opróżniłam je dla pana. Aha, i jeśli chce pan tu trzymać Luke'a, 

to niech pan zamyka drzwi. 

Zamknął je teraz i Livvy czuła, że chce ją wziąć w ramiona. Jęła 

się  usuwać,  starając  się  pozostać  poza  zasięgiem  jego  rąk.  W  końcu 
się  zatrzymał  i  ona  też.  Byli  oddzieleni  od  siebie  połową  szerokości 
pokoju. 

 -  Jeżeli  ma  pan  tutaj  mieszkać  -  powiedziała  -  to  niech  pan 

pamięta o wczorajszej umowie. 

 - Pamiętam, ale co w tym złego, jeśli się zbliżę. 
Ich wzajemny pociąg był tak silny, że każdy nerw w ciele Livvy 

zdawał się napięty i obolały od wysiłku trzymania się z dala od niego. 
Jej głos zabrzmiał ostro i przenikliwie. 

 - Nie tutaj. Sonia może wejść w każdej chwili z talerzem jakiejś 

pożywnej zupy. Już i tak nie wie, co myśleć. Uważa, że z pana szybki 
Bill, ale ma nadzieję, że ja się opieram. 

 - Zgadza się. I jedno, i drugie. 
 - I tak niech zostanie. Corbin się roześmiał. 
 -  Dobrze  więc.  Bierzmy  się  do  pracy.  -  Włożył  większą  część 

papierów  i  teczek  do  górnej  szuflady  wyjaśniając:  -  To  Madeleine. 
Pracuję  nad  nią  zawsze  do  południa.  -  A  to  Laurence  -  powiedział 
kładąc  znacznie  cieńszą  teczkę  na  biurku.  -  Jemu  poświęcam  resztę 
dnia. 

Nie  zebrał  jeszcze  zbyt  wiele,  ale  przyjechał  tu  przecież  po  to, 

ż

eby wypełnić tę teczkę. 

background image

 -  Będę  mogła  w  tym  uczestniczyć?  -  zapytała  skwapliwie.  - 

Pozwoli mi pan pomagać? 

 -  Może  pani  ze  mną  robić,  co  pani  tylko  zechce,  z  moim 

całkowitym przyzwoleniem.  - Zerknął na nią spod oka roześmiał się, 
po czym wyciągnął z teczki arkusz zapisany pismem maszynowym. - 
Zacznijmy  na  przykład  od  tego.  Kiedy  będę  mógł  porozmawiać  z 
panną Murrin? 

Przed  dwiema  godzinami,  kiedy  Livvy  zaniosła  jej  tacę  z 

lunchem, ciocia Maysie powiedziała: 

 - Jeśli ten młody człowiek przyjedzie po południu, to mogłabym 

z nim porozmawiać, żeby mieć to za sobą. 

 - A co, gdybym pana poprosiła - powiedziała teraz Livvy - żeby 

pan ją ze względu na mnie zostawił w spokoju? 

 - Czemu? 
Jego oczy nabrały znowu tej badawczości. Żadnego ciepła, tylko 

szybka, chłodna przenikliwość. Livvy się domyślała, że Henry musiał 
z nim wczoraj rozmawiać o Maybelle i pewno mu powiedział, że ma 
ona  umysł  jasny  jak  słońce.  Im  rozpaczliwiej  Livvy  będzie  się 
upierała, tym bardziej podejrzliwy będzie się stawał Corbin. 

Wykręcała  nerwowo  palce,  ale  zdołała  nadać  głosowi  takie 

brzmienie, jakby przyznawała, że jej zachowanie jest niemądre. 

 - Może przesadzam, ale mam poczucie, że jestem tu za wszystko 

odpowiedzialna  i  musze  się  wszystkimi  opiekować.  A  ciocia  Maysie 
jest stara i drżę o nią. 

 -  To  mogę  zrozumieć  -  powiedział  cicho.  -  Ale  kto się  opiekuje 

panią? Andy? 

 - Chętnie by to robił. - Oczywiście, że chętnie. - Tylko że ja nie 

potrzebuje  opieki.  Opiekuje  się  sama  sobą.  Pójdę  teraz  na  górę 
zobaczyć, czy ciocia nie śpi. Jeśli nie, spytam, czy pana przyjmie. Ale 
błagam, niech pan jej zbytnio nie meczy. 

 -  Obiecuję  -  powiedział.  -  Zresztą  pani  będzie  czuwała,  z 

pazurkami gotowymi, żeby mi wydrapać w razie czego oczy. 

Zamierzyła się niby na niego, z palcami zakrzywionymi jak kocie 

pazury, po czym wyszła z uśmiechem z kancelarii. 

W jego towarzystwie uśmiechała się przez większą część czasu, a 

jednak  nigdy  w  życiu  nie  była  taka  przerażona.  Może  tylko  kiedy 
myślała że Maybelle umiera, ale wtedy nikt się nie silił na uśmiechy. 

background image

Teraz pod uśmiechem kryła taki strach, że mogła zacząć coś mówić z 
chichotem, a skończyć z płaczem. 

Może  niedługo  będzie  to  miała  za  sobą.  Dość  żeby  Maybelle 

powiedziała:  owszem,  mieszkałam  tutaj,  kiedy  Laurence  Charles  i 
jego przyjaciele założyli tę swoją komunę, ale tego, co pamiętam, nie 
wystarczy  na  pięć  minut  opowiadania.  A  Livvy  będzie  czuwała  przy 
Corbinie, żeby usuwać wszystko, co mogłoby wskazywać na związek 
Maybelle  z  Laurencem.  Największym  niebezpieczeństwem  jest  sama 
Maybelle.  To,  co  stanowiło  przez  tyle  lat  jej  wyłączną  tajemnicę, 
powinno być teraz nie do odtworzenia, jeśli tylko ona zachowa zimną 
krew i nie załamie się pod naciskiem. 

Nikt  by  się  nie  domyślił  tego  wszystkiego  kiedy  Maybelle, 

siedząc  na  szezlongu,  powitała  Corbina  czarującym  uśmiechem. 
Jeszcze teraz była uderzająco piękną kobietą, tak że Corbin zatrzymał 
się,  nie  dowierzając  własnym  oczom.  Mimo  dzielących  ich 
pięćdziesięciu  lat  jej  kokieteria  nie  miała  w  sobie  nic  groteskowego, 
przeciwnie, była zniewalająca. 

 -  Livvy  mnie  uprzedziła,  że  chce  ze  mną  rozmawiać  młody 

człowiek, ale mi nie powiedziała, że jest taki przystojny. Natomiast od 
Henry'ego wiem, że sławny. 

 - Henry mi pochlebia. 
 - To cały Henry. 
Henry był zwykle obcesowo szczery, uśmiechnęła się więc wraz z 

Corbinem z tego żartu. 

 - Ale niech pan siada. 
Usiadł  w  fotelu  naprzeciwko  niej,  a  Livvy  usadowiła  się  na 

samym brzeżku szezlonga, z założonymi rękami i dłońmi zaciśniętymi 
na łokciach, siląc się, żeby nie wyglądać na wystraszoną. 

 - Przyjechał pan tu, żeby napisać o... 
Maybelle  zatrzepotała  dłonią  w  powietrzu,  jakby  usiłowała 

schwytać ulatujące nazwisko. 

 - ...o Laurence Charlesie - podpowiedział Corbin. 
 - Tak, oczywiście. 
Livvy wiedziała, że jest to nazwisko, którego Maybelle nigdy nie 

zapomni,  i  zastanawiała  się,  od  jak  dawna  nie  wypowiedziała  go. 
Teraz nie chciało jej przejść przez gardło. 

 - Mój Boże, jak to było dawno. Byłam wtedy młodsza od ciebie. 

- Popatrzyła z czułością na Livvy. 

background image

 - Pamięta go pani w ogóle? - zapytał Corbin. 
 - Wiem, że go widziałam. 
 - Na garden party? - podpowiedział znowu. 
Livvy uprzedziła Maybelle, że Corbin ma zdjęcie z gazety. 
 -  A  tak,  wtedy  go  widziałam.  O  ile  mnie  pamięć  nie  myli,  był 

przystojnym młodym człowiekiem. I śmiał się dużo. No, wszyscyśmy 
się dużo śmiali. Może to tylko  moja  wyobraźnia, ale zdaje  mi się, że 
ś

wieciło słońce i był piękny dzień. 

 - Rozmawiała pani z nim? 
 -  Zamieniliśmy  parę  słów.  Artyści  i  wyspiarze  nie  mieli  sobie 

nawzajem  wiele  do  powiedzenia.  Ale  przypominam  sobie,  że  garden 
party  urządzono  na  jakiś  cel  charytatywny.  Coś  związanego  z 
kościołem. - Maybelle pochyliła się do przodu, uśmiechnięta, jakby to 
była  zabawa  towarzyska.  -  Co  by  pan  chciał,  żebym  panu 
powiedziała? 

 - Mogłaby go pani opisać? 
 -  O  ile  sobie  przypominam,  był  wysoki,  o  jasnych  włosach, 

przystojny, mówiłam już. Ale skoro pan o nim pisze, pewno wie pan o 
nim więcej niż ja. Czego pan się dowiedział? 

 - Niewiele - odparł Corbin. - To, co wówczas pisały gazety. Jego 

rodzice jeszcze żyli w tym czasie. Innej rodziny nie miał. Znalezienie 
po sześćdziesięciu latach ludzi, którzy go znali, to trudne zadanie, a ja 
dopiero  zacząłem.  Dałem  ogłoszenia.  W  jutrzejszym  wydaniu 
„Wiadomości  Środka  Tygodnia"  ukaże  się  mój  apel  o  jakiekolwiek 
informacje.  Chciałbym  także  odszukać  jakieś  jego  prace.  Widziała  je 
pani kiedyś? 

 - Nie - powiedziała Maybelle. 
 -  Przygotowywał  się  do  wystawy.  W  domku  zgromadził  dużo 

obrazów, więc coś się może znajdzie. Oczywiście nie portret Czarnej 
Damy. Ten został zniszczony. Zdaje się, że nikt nigdy nie pomyślał o 
sfotografowaniu tego, co z niego zostało. 

Livvy pragnęła objąć ramieniem kruche stare ciało cioci Maysie. 
 -  Po  jego  śmierci  musiało  się  dużo  mówić  o  Czarnej  Damie. 

Pamięta pani to? - spytał Corbin. 

 -  Nie,  bo  mnie  tu  wtedy  już  nie  było  -  odrzekła  Maybelle 

pogodnie.  -  Wyjechałam  do  Ameryki.  Wyszłam  w  tamtym  roku  za 
mąż. 

background image

Laurence  Charles  zginął  w  nocy,  Maybelle  Murrin  odpłynęła 

następnego  dnia.  Livvy  znała  daty,  Corbin  nie.  I  nie  ma  powodu  ich 
sprawdzać. Nie przypuszcza, że Maybelle potrzebuje alibi. 

 -  Byłbym  wdzięczny,  gdyby  mi  pani  pomogła  odtworzyć 

wydarzenia  owego  roku.  Wszystko,  co  się  tu  działo.  Jak  się  toczyło 
tutejsze  życie.  Może  ma  pani  jakieś  fotografie.  Zrobiłaby  to  pani  dla 
mnie? 

 -  Oczywiście.  To  był  mój  ostami  rok  w  Anglii  na  prawie 

czterdzieści lat. Poczują się znowu młoda. 

 -  Pan  Corbin  przyjął  mnie  na  asystentkę  -  wtrąciła  Livvy  z 

nienaturalną wesołością. - Możesz opowiedzieć mnie. Przeprowadzę z 
tobą wywiad. 

 -  Z  tobą  mogę  rozmawiać  codziennie  -  odparła  Maybelle  takim 

tonem  Jakby  się  świetnie  bawiła.  -  Ale  nieczęsto  chcą  mnie  słuchać 
przystojni mężczyźni. 

Myśli, że go zwiedzie pochlebstwami. Może i tak, jeśli Corbin się 

nie  połapie,  że  Maybelle  ma  coś  do  ukrycia.  Ale  jego  niefrasobliwy 
sposób bycia to tylko zewnętrzna powłoka, pod którą kryje się umysł 
zimny jak stal. Niewielu jest ludzi tak twardych jak on. 

Maybelle  zaczęła  opowiadać,  jak  wyglądało  życie  za  jej 

dziewczęcych  lat,  a  Livvy  siedziała  i  przyglądała  się  Jak  Corbin 
słucha uważnie. Po pewnym czasie przerwał: 

 - Zobowiązałem się nie męczyć pani za długo. Będę mógł panią 

jeszcze odwiedzić? 

 -  Nie  będę  się  mogła  doczekać  -  odrzekła  Maybelle.  Livvy 

odprowadziła go na podest schodów. 

 - Dziękuję, że pan jej dłużej nie trzymał. 
 - Wystarczająco długo. Opowiadałaby dalej, ale zaczęła się robić 

zmęczona. 

 - Tak pan uważa? 
Maybelle  była  wesoła  i  ożywiona,  gdy  wspominała  lata  swojej 

młodości,  lata,  kiedy  słońce  zdawało  się  nigdy  nie  zachodzić.  Livvy 
uważała, że spisała się bez zarzutu, ale Corbin rzekł: 

 - Czułem, że to dla niej wysiłek psychiczny. Nie wiem, dlaczego. 
Kurcz strachu ścisnął Livvy za gardło. 
 -  Już  panu  mówiłam.  Bo  jest  stara  i  chora  na  serce.  Sprowadzę 

pana na dół i powinnam chyba do niej wrócić. 

background image

Ten  Corbin!  Ma  jakiś  dar  wyczuwania  więcej,  niż  ludzie  mu 

zdradzają. Niech Bóg ją chroni, jeśli się kiedyś zwróci przeciwko niej. 
Zerwie  z  niej  warstwę  pozorów  i  Livvy  stanie  przed  nim  obnażona 
jako pospolita oszustka. 

 -  Co  za  uroczy  człowiek  -  powiedziała  Maybelle,  kiedy  Livvy 

wróciła do jej pokoju. 

 -  Bardzo  uroczy  -  odparła  Livvy  chłodno.  -  Nie  w  moim  typie, 

ale  ma  swoich  wielbicieli.  Sonia  się  nad  nim  rozpływa.  Henry  też. 
Nawet Daisy o nim mówi. 

 - Ale ty go nie lubisz? Maybelle wydawała się zdziwiona. 
 -  Sprzedałby  własną  babkę,  żeby  zdobyć  dobrą  historie  do 

opisania. 

Maybelle uniosła brwi. 
 - Dużo o nim wiesz. 
 - Dowiaduje się - odparła Livvy. - Korzystając, że tu jest, próbuje 

mnie uwieść w wolnych chwilach. 

Faktycznie  próbuje,  a  ona  go  nie  zniechęca.  Ale  jeśli  Maybelle 

pomyśli, że Corbin ją napastuje, nie będzie tym zachwycona. Istotnie 
zrobiła zatroskaną minę. 

 - Czy to nie bezczelność? - ciągnęła Livvy. - Powiedziałam mu o 

Andym, ale on należy do takich, których by nie powstrzymała nawet 
obrączka  na  moim  palcu.  Wiesz,  poznawszy  go,  tym  bardziej  cenie 
Andy'ego. 

Okropne, jakie ona wygaduje kłamstwa. Corbin wyparł Andy'ego 

z  jej  myśli  do  tego  stopnia,  że  nawet  w  tej  chwili,  mówiąc  o  nim, 
zastanawiała  się,  czy  będzie  w  stanie  wrócić  do  Andy'ego,  kiedy  to 
wszystko dobiegnie końca i Corbin sobie pojedzie. Kłamstwo jest tym 
gorsze, że wcale nie tego pragnie. 

 -  Dlaczego  mi  to  wszystko  mówisz?  -  spytała  cicho  Maybelle.  - 

Znam zalety Andy'ego. 

 - No, dlatego że Corbin niewiele ich posiada - odrzekła Livvy. - 

Ale  czy  nie  powinnaś  trochę  odpocząć?  Czy  też  przysłać  na  górę 
Henry'ego,  żeby  ci  wyłuszczył,  dlaczego  mnie  zmusił  do  przyjęcia 
lokatora, kiedy już zamknęłam pensjonat na zimę? 

Wszystko to  musiało wytrącić Maybelle z równowagi. Livvy nie 

bardzo  chciała  zostawiać  ją  teraz  samą.  Henry  może  nie  stanąć  na 
wysokości  zadania,  jeśli  Maybelle  będzie  nagle  potrzebowała  swoich 
proszków. Jednakże Maybelle powiedziała: 

background image

 - Och, przyślij na górę Henry'ego. Nie czuje się wcale zmęczona. 

-  A  kiedy  Livvy  się  odwróciła  do  wyjścia,  dorzuciła:  -  Co  do  tych 
starych fotografii, o które on pytał. Ja chyba nie mam nic takiego. 

 -  Tak  przypuszczałam  -  powiedziała  Livvy.  W  tym  momencie 

stanął w drzwiach Henry. 

 - Mogę wejść? 
Corbina zastała w oranżerii, na którą wychodziły okna kancelarii. 
 - Wszystko w porządku? - zapytał nie odwracając się. Livvy była 

znowu boso, weszła prawie bezszelestnie. 

 - Skąd pan wie, że to ja? 
 - Och, ja panią zawsze poznam. 
Nie mogła się oprzeć, podeszła i stanęła koło niego. 
 - Miał pan rację, poczuła się zmęczona. 
Patrzyła  na  deszcz,  dopóki  Corbin  nie  ujął  jej  za  ramiona  i  nie 

obrócił do siebie. 

 - Musiała być do pani bardzo podobna. Kiedy ją zobaczyłem, od 

razu pomyślałem, sześćdziesiąt lat temu była taka jak Livvy. 

Akurat  przyda  jej  się  to  przypomnienie,  żeby  się  w  nim  nie 

zadurzyć tak, jak Maybelle w Laurence. 

 -  Och,  pewnie  jest  jakieś  podobieństwo  rodzinne  -  powiedziała 

lekkim tonem. - Maybelle uważa, że z pana wielki czaruś, widać więc 
i myślimy czasem podobnie. 

Tego  dnia  wprowadził  ją  we  wszystkie  materiały  dotyczące 

Laurence  Charlesa.  Livvy  przeczytała  odbitki  wycinków  ze  starych 
gazet,  kopie  korespondencji  z  właścicielami  Willi  Halkjon,  z 
miejscowymi  gazetami  i  bibliotekami.  Pokazał  jej  także  listę 
kontaktów  nawiązanych  w  celu  odnalezienia  jego  obrazów.  Po 
jutrzejszym apelu w gazecie może się ponadto zgłosić ktoś kto będzie 
im mógł powiedzieć coś więcej. 

siedzieli  obok  siebie  przy  biurku  z  drzewa  różanego  i  Corbin 

bynajmniej nie starał się trzymać rąk z dala od niej. Uśmiechał się do 
niej, odgarniał jej włosy opadające na czoło, splatał z nią palce. A ona 
z nim flirtowała, na ile miała odwagę. 

Przyprowadził 

auta 

Luke'a, 

który 

był 

wytrawnym 

podróżnikiem,  nawykłym  do  nowych  miejsc.  Obwąchał  pokój, 
warknął cicho na Livvy, po czym się ułożył. 

 -  Czuje  w  pani  kotkę  -  powiedział  Corbin.  -  Ja  to 

zaakceptowałem, ale on będzie potrzebował więcej czasu. 

background image

Na  dworze  padało  przez  cały  dzień,  lecz  w  domu  wszystko 

wydawało się ładnie pięknie. Maybelle z pewnością się denerwowała, 
ale nikt by tego po niej nie poznał. 

Livvy  zamknęła  koty  w  jej  mieszkaniu  i  zeszła  na  dół.  Kiedy 

wychodziła  z  saloniku,  żeby  zobaczyć,  co  z  ciocią,  Corbin  zaczynał 
opowiadać  Daisy  historyjką  o  jej  ukochanej  zabawce,  wełnianej 
sowie. Dziewczynka słuchała jak urzeczona, gdy opisywał, jak Daisy 
wzlatuje do jednej z gwiazd uczepiona rozpostartych skrzydeł sowy, i 
Livvy  pomyślała,  jaka  to  ironia,  że  Corbin  wymyśla  bajki,  podczas 
gdy ona robi wszystko, żeby przed nim ukryć prawdziwą tragedię. 

Kiedy wróciła, scena w saloniku zmieniła się o tyle, że na kanapie 

obok  Corbina  zamiast  Daisy  siedziała  wniebowzięta  Sonia,  słuchając 
go  z  takim  samym  wyrazem  zachwytu  na  twarzy  jak  jej  mała 
córeczka. 

 -  Chyba  to  już  nie  bajka  o  Sówce  Wełnówce?  -  zapytała  Livvy, 

nie wiedzieć czemu poirytowana. 

Sonia zachichotała. 
 -  Wyobraź  sobie,  że  Corbin  zna  wszystkich!  Zna...  Jęła 

recytować listę nazwisk znanych z telewizji i prasy. 

Okazało  się,  że  go  zapytała,  czy  rozmawiał  kiedyś  z  Terry'm 

Woganem  i  Corbin  zaczął  jej  opowiadać  różne  zakulisowe  ploteczki, 
za którymi przepadała. 

Livvy  nie  pamiętała,  kiedy  Sonia  była  taka  ożywiona.  Dobrze, 

niech się trochę rozerwie, ale nie można dopuścić, żeby się zadurzyła 
w Corbinie. Nie dlatego, że Corbin interesuje się Livvy, bo z tego na 
dłuższą  metą  nic  nie  wyniknie,  lecz  dlatego  że  pasują  do  siebie  jak 
pięść do nosa. 

Rozległ się dzwonek u drzwi i Luke jął szczekać. 
 - Któż to znowu?... - zaczęła Livvy i zaraz sobie przypomniała. 
Andy,  całując  ją  w  niedzielę  na  dobranoc,  powiedział:  To  do 

wtorku, ale Livvy miała od tego czasu głową tak nabitą ważniejszymi 
sprawami,  że  na  śmierć  zapomniała.  Zerwała  się  teraz  na  nogi 
mówiąc: 

 -  Ja  otworze.  To  na  pewno  Andy.  Wciągnęła  go  z  deszczu 

papląc: 

 -  Czy  to  nie  okropne?  Nie  wyjdziemy  chyba  nigdzie  w  taką 

pogodę, prawda? Zresztą mamy gościa, którego musisz poznać. 

background image

Ujęła go za rękę, tak jak spacerowali całymi milami przez ostatnie 

lata,  i  od  razu  wiedziała,  że  odczuwa  do  niego  jedynie  sympatie,  bo 
nie  było  w  tym  dotknięciu  tej  elektryczności,  co  w  dotknięciu 
Corbina.  Kiedy  weszli  do  saloniku,  trzymając  się  ciągle  za  ręce, 
Corbin podniósł głowę i omiótł ich spojrzeniem. Był znacznie wyższy 
od  Andy'ego.  Czy  też  tylko  tak  jej  się  wydawało  dlatego,  że  jest 
dominującą osobowością? 

 - Andrew Becker - przedstawiła Livvy. - Mówiłam panu o nim. 
 - I owszem, mówiła pani - mruknął Corbin. 
 - A to Corbin Radbrook. Pracuje nad scenariuszem dla telewizji. 

Zatrzymał się u nas na parę dni. 

Andy  był  najpierw  zaskoczony,  następnie  zaintrygowany,  gdy 

Corbin  zaczął  opowiadać  o  swojej  pracy.  siedzieli  rozmawiając,  z 
początku  o  Laurence  Charlesie,  potem  o  innych  sprawach,  o  zajęciu 
Andy'ego,  o  nieruchomościach  na  wyspie  Wight,  o  wszystkim  i  o 
niczym.  Corbin  pozostawał  wciąż  jednakowo  uprzejmy,  jednakowo 
czarujący,  tak  że  Sonia  była  jak  urzeczona,  Andy  zaś  zapomniał 
zupełnie,  że  przyjechał  w  nadziei  spędzenia  wieczoru  sam  na  sam  z 
Livvy. 

Andy  polecił  Corbinowi  restaurację  po  czym  zwrócił  się  do 

Livvy: 

 -  Moglibyśmy  się  tam  wybrać.  Co  byś  powiedziała  na  niedzielę 

wieczór? 

 -  Moglibyśmy  się  wybrać  wszyscy  czworo  -  zaproponował 

Corbin.  -  Muszę  wyskoczyć  w  piątek  do  Londynu,  ale  w  niedziele 
wrócę. Wybralibyśmy się wszyscy razem. 

 -  To  by  było  bombowo  -  przytaknęła  entuzjastycznie  Sonia.  - 

Henry by został z Daisy. 

Ż

egnając  się  z  Livvy  w  hallu  przy  wyjściu,  Andy  skwitował  to 

mówiąc z uśmiechem: 

 -  Jeszcze  się  nie  zdarzyło,  żeby  Sonia  chciała  tak  gorliwie 

zostawiać Daisy z Henry'm. Nie mogła oderwać oczu od tego Corbina. 
Wygląda, że tego właśnie jej potrzeba. 

 -  Albo  wręcz  przeciwnie  -  ucięła  Livvy.  -  Mogłaby  się  zdrowo 

sparzyć,  bo  on  jest  bez  skrupułów,  mimo  że  ma  wytworne  maniery, 
kiedy mu to na rękę. 

Idąc  z  powrotem  przez  hall,  zobaczyła  u  szczytu  schodów 

Corbina.  Powiedzieli  już  sobie  wszyscy  dobranoc  i  Sonia  poszła  do 

background image

swego pokoju, a Corbin zaprowadził do swojego Luke'a. Teraz stał w 
mroku  na  górze,  czekając,  aż  odjedzie  Andy.  No,  nie  musiał  długo 
czekać. 

 -  Czy  Luke  jest  unieszkodliwiony?  -  zapytała.  -  Bo  musze 

wypuścić na parą minut koty. 

 - Zamknąłem go w pokoju. 
 - Na co pan czeka? Zaczęła wchodzić po schodach. 
 - Żeby pani powiedzieć dobranoc bez świadków. 
 - Jak pan nie lubi świadków, to po co pan aranżował tę wspólną 

wyprawą w niedzielą? 

Doszła na podest, gdzie stał oparty o ścianą, z założonymi rękami. 
 - Nie chciałem pani puścić samej z Andym - wycedził. 
Nie  ruszył  się,  kiedy  zaczęła  wchodzić  wyżej,  do  mieszkania  na 

górze.  Maybelle  spała,  koty  wyszły  za  Livvy,  gdy  szepnęła  ich 
imiona.  Corbin  przyłączył  się  do  małej  procesji,  którą  Livvy 
poprowadziła do kuchni. Otworzyła tylne drzwi na dwór. 

 -  Andy  uważa,  że  pan  jest  tym,  czego  potrzeba  Soni  - 

poinformowała go, nalewając mleka na dwa spodeczki. 

 -  Co  to,  to  nie!  -  odrzucił  natychmiast.  -  Jestem  tym,  czego 

potrzeba  pani.  I  vice  versa.  Z  przyjemnością  zauważyłem,  że  pani 
zapomniała o wizycie Andy'ego. 

 - Wcale nie zapomniałam - burknęła. 
Livvy  ustawiła  na  ziemi  spodeczki  dla  kotów,  które  wyszły  na 

dwór, a stwierdziwszy, że pada, wróciły czym prędzej. 

 -  Andy  to  przyzwyczajenie  -  ciągnął  tymczasem  nie  zrażony 

Corbin. - Coś takiego jak mycie zębów. Jak dawno pani go zna? 

 - Od zawsze. - To prawda. Lubi go, jest do niego przywiązana. - 

Dał  mi  śliczną  nakręcaną  kaczuszkę  na  piąte  urodziny  -  powiedziała 
wesoło. 

Corbin uśmiechnął się szeroko. 
 - A co pani dał na ostatnie? Kluczyk do nakręcania kaczuszki? 
 - Bardzo dowcipne. Koty chłeptały mleko. 
 - Może panu też coś zrobić? - zakpiła. - Filiżankę kakao? 
 -  Z  pani  rąk  bym  je  przyjął.  Coś  takiego  mógł  powiedzieć 

kochanek Madeleine, kiedy mu je podała ze słowami: „Wierz mi" . 

Ż

artował,  ale  Livvy  zrobiło  się  nagle  głupio.  Nie  powinien  jej 

ufać.  Jak  to  możliwe,  że  będąc  takim  przenikliwym  w  stosunku  do 

background image

innych,  nie  widzi  tego?  Musi  patrzeć  na  nią  przez  różowe  okulary. 
Mogła się tylko modlić, żeby jej nie przejrzał. 

 -  Nie  chce  pan  kakao?  -  rzuciła  wesoło.  -  Wyście  skończyły?  - 

Koty wychłeptały już mleko. - Chodźmy więc. 

Szła ostatnia, gasząc po drodze światła. U stóp schodów na drugie 

piętro powiedziała: 

 -  To  dobranoc,  -  Po  czym  dorzuciła:  -  Pan  naprawdę  nie  używa 

piżamy? - Corbin pokręcił głową. 

 -  Niech  więc  pan  będzie  tak  dobry  i  zawija  się  ręcznikiem, 

chodząc  do  łazienki,  bo  tu  mieszkają  kobiety.  Mam  na  myśli  Sonie  i 
Daisy. 

 - Niech pani się nie obawia. Trzymam  w pogotowiu szlafrok na 

wypadek pożaru. Ale dziś nie będzie pożaru, prawda? 

Sięgnął  po  jej  rękę  i  przesunął  koniuszkiem  palca  po  błękitnych 

ż

yłkach  nad  jej  nadgarstkiem.  Było  to  jak  płomyk,  który  mógłby 

buchnąć nie kontrolowanym płomieniem, gdyby nie oswobodziła ręki. 
Pobiegła na górę, rzucając przez ramię. 

 - Nie będzie żadnych pożarów! I wypraszam sobie chodzenie po 

korytarzu, w szlafroku czy bez szlafroka! 

Kiedy  dobiegła  do  górnego  podestu  i  obejrzała  się  na  niego, 

zawołał cicho: 

 - Dobranoc, piękna panienko. 
 - Dobranoc, kochany - usłyszała swoją odpowiedź. Została przez 

jakiś czas w mieszkaniu Maybelle, skulona i cicha w głębokim fotelu. 
To  jedynie  chemia  ciał!  Czuje  do  niego  nieodparty  pociąg,  jest  nim 
szaleńczo zauroczona. Ale to nie jest, to nie może być miłość! 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Następnego  dnia  Henry  wziął  z  hallu  gazety  idąc  na  śniadanie  i 

wkroczył do kuchni czytając podpis pod zdjęciem Corbina na stronie 
tytułowej,  „Corbin  Radbrook,  znany  reporter  kryminalny,  który 
przybył  na  wyspę  w  nadziei  rozwiązania  starej  zagadki.  Patrz  strona 
trzecia." 

Rozpostarł  gazetę  na  stole  i  zaraz  podbiegła  Sonia  piszcząc: 

Pokaż i mnie. 

Tajemnica  Wąwozu  Czarnej  Skały  -  głosił  tytuł.  -  Jak  zginął 

Laurence  Charles?  Pod  spodem  widniała  fotografia  wąwozu  w  lecie. 
Następowała kilka akapitów o Corbinie, o jego dorobku telewizyjnym, 
oraz  wiadomość,  że  p.  Radbrook  zbiera  na  miejscu  materiały  do 
programu telewizyjnego. Znajdowała się również dosyć wyczerpująca 
relacja  wydarzeń  sprzed  sześćdziesięciu  lat  zatytułowana  „Kim  była 
Czarna Dama?" 

Livvy stała z tyłu, przysłuchując się, jak Henry i Sonia z uciechą 

odczytują  urywki  artykułu.  Henry  żałował,  że  wkroczył  na  scenę 
tragicznych wydarzeń czterdzieści lat za późno. 

Maybelle  poprosiła  o  gazetę,  kiedy  Livvy  zaniosła  jej  poranną 

herbatę.  Przeczytała  artykuł,  podczas  gdy  Livvy  krzątała  się  po 
pokoju.  Maybelle  była  blada,  wyglądała  na  zmęczoną,  więc  Livvy 
zapytała: 

 - Jak spałaś? 
 - Nie za dobrze,  
I nie zaprotestowała na propozycję Livvy: - To zjedz śniadanie w 

łóżku. Wstaniesz jak się poczujesz lepiej. 

Na dole Livvy zakomunikowała: 
 - Jest dzisiaj zmęczona. Koniec z wywiadami na jakiś czas. 
Livvy mogła powrócić do tego, co robiła, nim Corbin wtargnął w 

jej życie: do zrywania tapet w jednym z pokoi gościnnych. 

Corbin  pracował  w  kancelarii,  do  której  bezustannie  wpadała 

Daisy,  dopóki  Sonia  nie  narzuciła  jej  wreszcie  twardej  reguły:  drzwi 
muszą pozostać zamknięte, bo jak Luke się wydostanie do hallu, może 
pogryźć koty. 

Sonia  nie  stosowała  jednak  tej  reguły  do  siebie.  Pokój,  który 

Livvy odnawiała, znajdował się niedaleko podestu pierwszego pietra. 
Livvy  miała  otwarte  drzwi,  słyszała  więc,  ilekroć  Sonia  szła  przez 
hall, a potem pukała i mówiła: 

background image

 - Kawy? 
Przy  śniadaniu  Corbin  powiedział,  że  wypija  morze  kawy,  kiedy 

pracuje.  Sonia  uznała  widać,  że  oznacza  to  nową  filiżankę  co  pół 
godziny, stwierdziła wreszcie Livvy. Zeszła na dół i przygotowała mu 
sama termos. 

Sonia  siedziała  przy  stole  kuchennym,  z  jakimś  magazynem 

otwartym  na  stronie  z  modnymi  fryzurami.  Nie  podnosząc  oczu, 
spytała: 

 - Jak myślisz, dobrze by mi było w takim uczesaniu? Normalnie 

Livvy by się ucieszyła widząc, że Sonia zaczyna 

się  znowu  interesować  swoim  wyglądem.  Ale  teraz  chodzi  o 

Corbina, a to diablo niebezpieczne. 

 - Ładne - przyznała Livvy. - Byłoby ci w tym dobrze. 
Sonia zobaczyła termos. 
 - Dla kogo to? 
 - Dla Corbina. Powinno mu tego starczyć do lunchu. 
 - Uczesze się tak na niedziele - postanowiła. 
Livvy  wyszła  do  ogrodu  koło  oranżerii  i  patio,  gdyż  chciała 

łyknąć trochę świeżego powietrza. Trzęsła się ze złości. Jakby jeszcze 
nie dość było jednego kłopotu, Sonia musiała się na dodatek zakochać 
w Corbinie! 

W  nocy  przestało  padać  i  temperatura  spadła.  Zmarznięta  trawa 

chrzęściła pod bosymi stopami Livvy. Chłód przeniknął ją tak szybko, 
ż

e rada weszła do oranżerii. Luke, leżący koło Corbina, warknął. 

 - Zdaje się, że on nie tyle czuje w pani kotkę - powiedział Corbin 

- co jest po prostu zazdrosny. 

W kuchni Livvy miała ochotę warczeć i fukać na Sonię. 
Czy to znaczy, że i ona robi się zaborcza wobec Corbina? 
 - Bzdura - powiedziała, zła na siebie. - Kawa, pełen termos. Przy 

tym ciągłym przerywaniu nigdy pan nie skończy. 

Postawiła  termos  na  biurku,  obok  maszyny  do  pisania  i 

poprzedniej  półpełnej  filiżanki  i  pochyliła  się,  żeby  popatrzeć  na 
fotokopię jakiegoś listu. 

 - Madeleine? - spytała. 
 -  Tak.  Oczywiście  kopia.  Oryginały  stanowiły  materiał 

dowodowy,  a  kiedy  je  wydobyto  po  stu  latach  z  archiwum  jeszcze 
pachniały jej perfumami. 

background image

Stanowiło  to  z  pewnością  nie  lada  zaskoczenie  dla  tego  kto 

otworzył pudełko z listami. Livvy wciągnęła powietrze. 

 - To musiały być mocne perfumy! 
 -  O  tak,  Madeleine  przepadała  za  mocnymi  efektami.  -  Corbin 

posłał  Livvy  szeroki  uśmiech,  po  czym  dmuchnął  delikatnie  w  jej 
włosy. - A propos zapachów, zmieniła pani dzisiaj perfumy. 

Nie  używała  dzisiaj  w  ogóle  perfum  Jej  włosy  i  skóra  pachniały 

tylko  czystością  i  odrobiną  makijażu.  Natomiast  ręce  się  lepiły,  a  na 
dżinsach  miała  plamy.  Usiadła  na  brzegu  biurka  i  zamachała  długą 
nogą. 

 - Te perfumy to płyn do usuwania tapet i stary klej - powiedziała. 
 -  Ciekawe.  Natomiast  Daisy  pachnie  pani  perfumami.  A  więc 

Daisy  dobrała  się  znowu  do  jej  toalety.  Livvy  wywróciła  oczy  ku 
niebu. 

 -  Daisy  jest  psotna  jak  małpka.  Nie  wchodzi  do  pokoi 

gościnnych. Natomiast gospodaruje bez przerwy w moim pokoju. 

Corbin odchylił się w fotelu, obserwując jej rozhuśtaną nogę. 
 - Wolałbym, żeby pani chodziła w pantoflach. 
 - A to dlaczego? Co panu przeszkadzają  moje nogi? - Przybrała 

minę  udanego  zatroskania.  -  Jest  pan  fetyszystą?  Obsesja  na  punkcie 
stóp? 

 - Tylko pani stóp. 
 -  Przepraszam.  Nie  miałam  najmniejszego  zamiaru  burzyć 

pańskiego spokoju. Już je zabieram. 

 -  Niech  pani  uważa  chodząc  -  ostrzegł.  -  Ma  pani  piękne  stopy, 

nie chciałbym, żeby pani im zrobiła krzywdę. 

Livvy wolałaby znaleźć się w objęciu jego opiekuńczych ramion 

zamiast wciąż błaznować. 

 -  No,  czas  wracać  do  mojego  striptizu  -  powiedziała.  -  Mam  do 

zdjęcia trzy warstwy tapety. - A otwierając drzwi do hallu, dorzuciła:  

- Ciekawam, co wyniknie z tego artykułu w „Wiadomościach". 
Ona modliła się, żeby nic nie wynikło, i jej życzenie nieomal się 

spełniło. Do piątku redakcja otrzymała kilka starych fotografii, żadnej 
Laurence  Charlesa,  oraz  zgłoszenia  czworga  wiekowych  osób,  które 
twierdziły, że go znały. Dwoje z nich, teraz po siedemdziesiątce, było 
w owym Czesię nastolatkami. 

Livvy  pojechała  z  Corbinem  na  wywiady  i  była  świadkiem,  jak 

umiejętnie  nawiązuje  kontakt  z  rozmówcami,  pozyskując  stopniowo 

background image

ich  zaufanie  i  sympatię.  Pozwalał  im  swobodnie  dywagować,  ale 
niewiele  z  tego  wynikło.  Ich  całe  wspomnienia  sprowadzały  się  do 
tego,  że  byli  tu  za  czasów  komuny,  przypuszczalnie  spotykali 
Laurence  Charlesa  i  pamiętają  poruszenie  oraz  pogłoski  wywołane 
jego nagłą śmiercią. 

Czarna 

Dama 

była 

cygańską 

tancerką, 

twierdziła 

dziewięćdziesięciolatka  upajając  się  rolą  gwiazdy  domu  starców, 
udzielającej wywiadu panu z telewizji. Wracając do Słodkich Sadów, 
Corbin powiedział w aucie do Livvy: 

 - Dałbym wiele za to, żeby znaleźć kogoś, kto faktycznie widział 

ten cholerny portret przed zniszczeniem. 

Maybelle  go  widziała.  Ale  portret  został  namalowany  w 

tajemnicy,  nikt  się  nie  znalazł  wówczas,  więc  tym  mniej 
prawdopodobne, żeby się znalazł teraz. 

 -  Może  panu  się  poszczęści  -  powiedziała  Livvy  zdawkowo,  a 

Corbin zdjął na chwilę rękę z kierownicy i położył na jej dłoni. 

 -  Już  mi  się  poszczęściło  -  powiedział.  -  Ty  jesteś  moim 

szczęściem  i  moją  miłością.  Te  dwie  rzeczy  rzadko  chodzą  w  parze, 
ale jak się czasami zejdą, są nie do pokonania. 

Nie  jest  ani  jego  szczęściem,  ani  miłością,  a  kłamstwem  jest 

nawet uśmiech, którym mu odpowiada. I jej słowa: 

 -  Ta-ak,  jestem  tym  wszystkim,  a  w  dodatku  umiem  pisać  na 

maszynie. I przepisze panu te wywiady, jak pana nie będzie. 

Wywiady  zostały  nagrane  na  taśmę,  a  ona  może  równie  dobrze 

postukać przez weekend na maszynie, jak nalepiać tapety. 

Corbin odwiózł ją do domu i odjechał niemal zaraz do Yarmouth, 

skąd  przyjaciele  mieli  go  zabrać  jachtem  do  Anglii.  Livvy  stała  przy 
aucie,  przyglądając  się,  jak  wkłada  do  bagażnika  mniejszą  ze  swoich 
walizek i jak Luke wskakuje na siedzenie. 

 - Do widzenia - zawołała. - Do zobaczenia w niedziele. 
 - Do zobaczenia. Na pewno. 
Pocałował  ją,  a  ze  schodków  przed  domem  Sonia  i  Daisy 

zawołały chórem: „Pa, pa!, machając entuzjastycznie rękami. 

Odjeżdżając  Corbin  krzyknął  „Do  widzenia"  -  i  Livvy  została  z 

rekami w kieszeniach, wciąż jeszcze czując na ramionach jego dłonie 
a na wargach zmysłowe dotkniecie jego ust. Chciała mu odkrzyknąć: 
„Nie  jedź!"  Miała  takie  wrażenie,  jakby  to  była  próba  generalna 
chwili, gdy będzie odjeżdżał na zawsze. 

background image

Sonia czekała na nią przy drzwiach wejściowych. 
 - Kim są ci przyjaciele, z którymi się spotyka? - zapytała. 
 - Nie wiem.  
 - Po co on właściwie pojechał do tej Anglii? 
 - Też nie wiem. 
 -  W  ogóle  niewiele  wiesz.  -  Kto  wie,  czy  nie  pojechał  do 

przyjaciółki. Albo do żony. 

 - Nie przypuszczam - odparła Livvy idąc z Sonią przez hall. 
 -  Jest  sławny,  prawda?  -  podjęła  Sonia.  -  Gdyby  miał  żonę, 

tobyśmy  o  tym  wiedziały.  Ale  pewnie  niewiele  jest  kobiet,  które  by 
mu powiedziały „nie". 

Wściekłość  zawrzała  w  Livvy,  tak  że  o  mało  się  nie  rzuciła  na 

Sonię jak lwica. Zagryzła miękką wewnętrzną powierzchnię wargi, by 
powstrzymać gniewne słowa. 

 - Tak czy inaczej - zakończyła Sonia - nudno tu będzie bez niego. 
Rzeczywiście, chociaż wyjechał tylko na dwa dni, różnica dawała 

się  odrzuć.  Dom  robił  wrażenie  cichego  bez  klekotu  maszyny  do 
pisania, dziwnie było zostawiać otwarte drzwi bez sprawdzenia, gdzie 
są koty i czy się nie natkną na Luke'a. Nawet Daisy marudziła więcej 
niż  zwykle  i  chociaż  Sonia  czytała  jej  przed  snem,  historyjki  nie 
mogły  konkurować  z  opowieściami  Corbina,  w  których  główne  role 
grały zabawki Daisy. 

Livvy  spodziewała  się,  że  będzie  jej  łatwiej  pod  nieobecność 

Corbina, ale nie mogła przestać o nim myśleć i przez większość czasu 
nawet się nie wysilała. Słuchała stale jego głosu z taśm i zdarzało się, 
ż

e przegrywała je po kilka razy, bo słuchanie Corbina przywodziło na 

jej wargi uśmiech. 

Roboty  miała  pod  dostatkiem,  ale  godziny  wlokły  się.  Zawsze 

dotąd  lubiła  miesiące  zimowe,  kiedy  pensjonat  przemieniał  się  w 
zwykły  dom  rodzinny.  Teraz,  bez  Corbina,  wszystko  jakby  się 
rozmyło, utraciło swoją ważność i atrakcyjność. 

Skończyła  przepisywanie  i  robiła  ostatnie  poprawki  na 

maszynopisie,  gdy  Sonia  i  Daisy  wróciły  od  fryzjera.  Sonia  miała 
skrócone  włosy  i  nową  fryzurę,  Daisy  była  jej  kopią  w  miniaturze. 
Wpadły  obie  do  kancelarii,  jakby  wykonywały  numer  kabaretowy  i 
Livvy  jęła  je  szczerze  oklaskiwać,  bo  Sonia  była  odmieniona  nie  do 
poznania, a Daisy wyglądała jak laleczka. 

background image

 -  A  to  będzie  sensacja  -  wykrzyknęła.  -  Wyglądacie  obie 

cudownie. 

Stolik został zarezerwowany na siódmą w niedzielę, ale o szóstej 

nie było jeszcze śladu Corbina. Sonia przygotowywała się już od kilku 
godzin.  Kupiła  sobie  sukienkę  luźno  dopasowaną,  ale  jaśniejszą,  niż 
zwykle nosiła, z  wielobarwnego dżerseju. Umalowała się również po 
raz pierwszy od lat. 

Daisy  się  dąsała.  Nie  chciała  zostawać  sama,  podczas  gdy 

mamusia  wychodzi  z  Livvy  i  będą  ją  mogli  zapakować  do  łóżka, 
kiedy im się spodoba. 

Chociaż  Sonia  wyszła  z  wprawy,  malowanie  się  sprawiało  jej 

przyjemność. Po pierwszej próbie musiała zdjąć nieudany makijaż, ale 
za drugim razem poczuła się wystarczająco pewnie, żeby zapukać do 
pokoju Livvy. 

 - Jak wyglądam? 
 - Jak dawna Sonia - odparła Livvy, co było niemal prawdą. 
Kiedy  nadjechał  Andy  Jej  pewność  siebie  zyskała  dodatkową 

podbudowę,  bo  nie  proszony  oznajmił,  że  Sonia  wygląda 
oszałamiająco. 

 - Zrobiłaś coś z włosami, tak? 
Sonia i Livvy wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. 
 - Och, nic wielkiego - powiedziała Livvy. 
 -  Corbin  wrócił?  -  spytał  Andy.  -  Czy  też  będę  sam  z  dwiema 

szampańskimi dziewczynami? 

Sonia zrobiła nieszczęśliwą miną. 
 - Nie ma go jeszcze. Byłoby straszne, gdyby nie przyjechał. 
 - Na pewno przyjedzie - powiedziała Livvy z przekonaniem. 
 - Skąd wiesz? - zapytał Andy. - Jakoś się nie śpieszy. 
 - Powiedział, że przyjedzie, to przyjedzie. 
Jej  pewność  go  zdziwiła.  Miała  na  sobie  czarną  aksamitną 

spódniczką,  czarne  rajstopy,  lakierki  na  niskim  obcasie  i  czarny 
moherowy  sweter  z  naszytymi  drobnymi  perełkami,  które 
przypominały płatki śniegu lub łzy. Jej popielate włosy opadały luźno, 
gładkie  i  lśniące.  Oczy  promieniały,  lekki  rumieniec  barwił  wysokie 
kości policzkowe. Wyglądała tak ślicznie, że porwałby ją w ramiona, 
gdyby  nie  przyglądał  i  się  wszyscy,  Sonia,  Daisy  i  Henry,  porwałby 
choćby  po  to,  żeby  jej  przypomnieć,  a  siebie  upewnić,  że  należy  do 
niego. 

background image

Nie  minęło  kilka  minut,  gdy  usłyszeli  nadjeżdżające  auto  i  po 

chwili głos Corbina przebiegającego przez hall na górą: 

 - Zaraz będę gotów. 
 -  Nie  byłam  taka  pewna  jak  ty,  że  przyjedzie  -  zaszczebiotała 

Sonia.  -  Mogła  mu  się  trafić  jakaś  lepsza  okazja.  Albo  mógł  mieć 
wypadek. 

Wiedziałabym to,  pomyślała Livvy. Wiedziałabym tak samo, jak 

teraz wiem, że to będzie cudowny wieczór. 

Uczyła się odsuwać na bok obawy o przyszłość i cieszyć się tym, 

co  jest  teraz.  To  nie  będzie  trwało,  nie  może  trwać,  to  kradzione 
chwile. Ale tak się cieszyła, że go znowu zobaczy. 

Pojechali  samochodem  Andy'ego.  Livvy  siedziała  z  przodu  koło 

niego,  Corbin  z  Sonią  z  tyłu,  lecz  mimo  to  Livvy  odczuwała  tak 
przemożnie obecność Corbina, jakby byli sami we dwoje. 

Spędził te dni z przyjaciółmi, załatwili parę interesów. Pochwalił 

uczesanie Soni. Sonia się wdała w rozwlekłą relacje o tym, jak Daisy 
wybierała  u  fryzjera  uczesanie  dla  nich  obu.  Andy  mówił  o 
nieruchomościach.  Zwykle  Livvy  słuchała  z  zainteresowaniem.  Lecz 
tego wieczora ich  głosy przepływały nad nią. Wyglądała przez okno, 
potem odwróciła głowę i spojrzała przez ramie do tylu. 

Corbin posłał jej uśmiech. Ich ręce spotkały się z boku siedzenia, 

niewidzialne  dla  innych.  Zwinęła  palce  w  jego  dłoni  i  wydała  ciche 
westchnienie  satysfakcji.  Siedziała  rozluźniona,  prawie  się  nie 
odzywając.  Corbin  też  rzucał  tylko  z  rzadka  jakąś  uwagę,  która 
zachęcała tamtych dwoje do mówienia. 

Livvy  i  Corbin  porozumiewali  się  dotykiem.  Szybkie  uściski, 

które  mówiły:  „Jesteś  tu.  I  ja  tu  jestem.  Teraz  już  wszystko  w 
porządku". Dłoń ocierała się o dłoń, palce splatały z palcami. W ciągu 
dwudziestu  minut  przebiegli  cały  arsenał  sygnałów  dotykowych,  od 
ż

artobliwych do namiętnych. Dopiero gdy auto się zatrzymało, Livvy 

niechętnie cofnęła rękę. 

Tak przebiegł cały wieczór, pod wieloma względami jakże różny 

od tego, czym się wydawał na pozór. Sonia i Andy byli w świetnych 
humorach,  w  znacznej  mierze  dzięki  Corbinowi.  Corbin  śmiał  się  z 
ich  dowcipów,  zadawał  im  pytania,  na  które  potrafili  odpowiedzieć. 
Dbał,  żeby  się  dobrze  bawili.  Ale  szampan  pienił  się  tylko  na 
powierzchni. Pod spodem płynął inny, głębszy nurt. 

background image

Livvy  i  Corbin  zachowywali  się,  jakby  byli  kochankami,  każde 

słowo,  które  wymieniali,  było  pieszczotą.  Livvy  nie  pojmował,  jak 
Andy i Sonia  mogą nie widzieć tego, co się rozgrywa  na ich oczach. 
Lecz  wszyscy  inni,  zdawali  się  egzystować  w  innym  wymiarze,  być 
nastrojeni na inną długość fal, bawiąc się i nic nie podejrzewając. 

W  lokalu  był  dansing.  W  lecie  przygrywała  tu  orkiestra,  teraz 

zastępowała  ją  muzyka  z  taśma,  ale  większość  gości  wychodziła 
pokręcić się na parkiecie. Niektórzy tańczyli przytuleni, inni wirowali 
osobno. Livvy zatańczyła z Andy'm, Corbin z Sonią. 

Andy  był  wytrawnym  tancerzem  i  Livvy  zawsze  lubiła  z  nim 

tańczyć.  Lecz  gdy  zamieniły  z  Sonią  partnerów  i  znalazła  się  w 
ramionach  Corbina,  wydało  jej  się,  że  nie  tańczy,  lecz  płynie. 
Wszyscy  inni  rozwiali  się  jak  cienie,  pozostał  tylko  ten  jeden 
mężczyzna, z przystojną orlą twarzą i pięknymi płomiennymi oczami. 

 -  Przez  cały  wieczór  -  powiedziała  marzycielsko  -  mam 

przedziwne uczucie, jakbyśmy byli zupełnie sami. 

 -  Bo  jesteśmy  -  odrzekł.  -  Nie  ma  nikogo  poza  nami.  Livvy 

pragnęła, żeby ten taniec trwał wiecznie. Ale się 

skończył, skończył się cały wieczór. 
Kiedy  jadąc  z  powrotem,  zobaczyli  z  daleka  dom,  prawie 

wszystkie okna były oświetlone i Sonia wydała zduszony okrzyk: 

 - Pożar! 
Jasność  była  nieruchoma,  nie  falująca,  i  nie  koloru  ognia,  wiec 

Corbin sprostował szybko: 

 - To tylko światła! 
 -  Jakoś  dużo  tych  świateł  -  powiedziała  Livvy  i  gardło  jej  się 

ś

cisnęło, bo coś się musiało stać. 

Andy dodał gazu,  skręcił na podjazd z piskiem opon i  zatrzymał 

wóz przed schodkami ze zgrzytem hamulców. 

Niemal  zanim  stanęli,  Sonia  wyskoczyła  z  tylnego  siedzenia, 

Livvy z przedniego. Dobiegli do drzwi wszyscy czworo jednocześnie i 
Livvy  jęła  szukać  w  torebce  kluczy.  Ale  drzwi  były  otwarte  i  Sonia 
wpadła do hallu z okrzykiem: 

 - Moje dziecko? Gdzie moje dziecko? 
W  domu  panowała  cisza,  tylko  z  kuchni  dochodziło  szczekanie 

Luke'a.  Na  ziemi  leżały  resztki  połamanej  żardiniery  oraz  kupa 
potłuczonych doniczek i rozsypanej ziemi. W pierwszej chwili Livvy 
się przeraziła, że coś się stało Maybelle, ale to wyglądało bardziej na 

background image

włamanie,  na  robotą  wandali.  Nie  wiedząc,  co  myśleć,  pobiegła  ku 
schodom. Sonia, wciąż wołając, biegła za nią. 

Na podeście ukazał się Henry, z purpurową twarzą, z nastroszoną 

siwą brodą i potarganymi skąpymi włosami. 

 - Co tu się stało? - zawołała Livvy. 
 - Gdzie moje dziecko? - pisnęła Sonia. - Twoje dziecko - huknął 

Henry - jest pod łóżkiem! 

W  jakiś  sposób  Corbin  minął  je  obydwie  i  stanął  przy  Henry'm, 

który  go  powitał  jak  kawalerię  przybywającą  w  krytycznej  chwili  z 
odsieczą. 

 -  Dzięki  Bogu,  jesteś  z  powrotem,  mój  chłopcze.  Smarkula 

schowała  się  pod  łóżko  Livvy.  Może  matce  uda  się  ją  wyciągnąć, 
mnie się nie udało. 

 - Co ona robi pod łóżkiem? - natarła Sonia. 
Henry wciągnął dech, żeby trochę ochłonąć, po czym prychnął: 
 -  Nabroiła  i  schowała  się.  Dom  jest  jednym  wielkim 

pobojowiskiem. 

W  hallu  panował  większy  chaos,  niż  Livvy  zauważyła  w 

pierwszym  przelotnym  momencie.  Wszystkie  rzeczy  zostały 
zmiecione ze stołu, krzesło przewrócone. 

Widać  Daisy  urządziła  horrendalną  awanturę.  Chociaż  dla 

Henry'ego  stanowiło  to  niewątpliwie  ciężkie  przejście,  Livvy  chciało 
się śmiać. Przede wszystkim z ulgi, że nic się nie stało Maybelle, ale 
także  dlatego,  że  wyobrażenie  Henry'ego  uganiającego  się  za  Daisy, 
która ucieka wywracając wszystko po drodze i w końcu chowa się pod 
łóżko miało swoją zabawną stronę. 

 -  Chcesz  powiedzieć,  że  to  Daisy  tak  narozrabiała?  -  spytała 

Livvy dostrzegając kątem oka, że Corbin tłumi śmieszek. 

Henry,  wciąż  trzęsąc  się  z  gniewu,  poprowadził  ich  do  pokoju 

Livvy. 

 -  Daisy  wypuściła  psa  -  jął  opowiadać.  -  Wiedziała,  że  jest 

zamknięty w kuchni, wie również o kotach. Zabroniliśmy jej schodzić 
na  dół,  wymknęła  się  cicho  jak  myszka.  Koty  były  w  hallu,  a  ona 
wypuściła psa. 

 -  A  gdzie  są  koty?  -  zaniepokoiła  się  znowu  Livvy.  Sądząc  po 

jego szczekaniu, Luke był w swoim żywiole, ale co z kotami? 

background image

 -  Są  w  mieszkaniu  Maybelle  -  odparł  Henry.  -  Nie  zdołał  ich 

dopaść, ale zrobiło się piekło. Gonił je po całym domu, z dołu do góry 
i z powrotem, przewracając wszystko po drodze. 

Henry  zrobił  przerwą.  Z  ową  chwilą  kryzys  został  zażegnany, 

reszta była operacją porządkową. 

 - Maybelle siedziała w swoim saloniku - wskazał ruchem głowy 

górny  podest  -  więc  ją  zapakowałem  do  łóżka  i  nalałem  kieliszek 
brandy.  Koty  przybiegły  na  jej  wołanie.  Potem  zamknąłem  Luke'a  z 
powrotem  w  kuchni  i  nalałem  sobie  kieliszek  rumu.  Potem  zacząłem 
szukać Daisy. 

Wyglądał i sapał tak, jakby miał za chwilę dostać apopleksji. 
 -  Skąd  wiesz,  że  to  Daisy  wypuściła  psa?  -  spytała  Sonia 

defensywnie,  chociaż  Livvy  nie  miała  co  do  tego  najmniejszej 
wątpliwości. 

 -  Bo  była  na  dole  -  parsknął  Henry.  Mogło  się  wydawać,  że  z 

uszu  buchnie  mu  zaraz  para.  -  Bo  kiedy  ją  znalazłem,  powiedziała: 
„Mamusia  nie  powinna  wychodzić  i  zostawiać  mnie  samej.  Teraz 
pożałuje". Gdyby mi się udało wyciągnąć ją spod tego łóżka - warknął 
Henry - to sama by pożałowała. 

Sonia  zbladła.  Najgorsze,  co  mogło  było  spotkać  Daisy,  to 

gromka  bura  i  szybkie  zapakowanie  z  powrotem  do  łóżka,  ale  Daisy 
wolała  nie  ryzykować  i  Livvy  jej  się  nie  dziwiła.  Mała  dobrze 
wiedziała, że posunęła się za daleko. 

 -  Nie  proś  mnie,  żebym  kiedykolwiek  więcej  z  nią  został. 

Następnym razem gotowa podpalić dom! 

Z tym poczłapał sapiąc do swego pokoju. 
 -  Na  mnie  też  już  czas  -  oznajmił  Andy.  -  Biedny  Henry!  - 

Uśmiechnął  się  szeroko.  -  Mam  nadzieje,  że  ją  wydostaniecie  spod 
tego łóżka. 

 -  Jest  wystraszona  -  powiedziała  Sonia.  -  To  tylko  dziecko.  - 

Uklękła koło łóżka Livvy i zagruchała: - Daisy, mamusia tu jest. Bądź 
teraz grzeczną dziewczynką i wyjdź. - Nie otrzymawszy odpowiedzi, 
wyszeptała chrapliwie: - Chyba się nie udusiła? 

 - Oczywiście, że nie - odparła Livvy. - Powietrza tam nie brak. 
 -  Będę  ją  musiała  wyciągnąć.  -  Sonia  wsunęła  głową  i  ramiona 

pod  łóżko,  po  czym  utknęła.  Wydostała  się  po  chwili  szamotania.  - 
Nie dam rady. Może ty, Livvy? 

background image

Łóżko stało przysunięte do ściany, a Daisy zwinęła się w kąciku 

jak  kotka.  Wielki  palec  miała  wsunięty  w  usta  i  zdawała  się  głęboko 
uśpiona. Livvy wywlokła ją delikatnie. 

 -  Śpi  maleńka  -  rozczuliła  się  Sonia,  chociaż  powieki  Daisy 

wyraźnie drgały. - Położę ją do łóżka. 

Zaniosła ją do swojego pokoju i ułożyła w łóżeczku. Buzia Daisy, 

przypominająca małego aniołka, odbijała różowo od bieli poduszki. 

 - Nie powinnam jej była pewno zostawiać - powiedziała Sonia. 
 - Nie mów przy niej takich rzeczy - doradził Corbin od drzwi. 
Byli teraz ze sobą wszyscy na ty. 
 - Nie słyszy mnie, śpi - odparła Sonia. 
 - Mylisz się grubo - stwierdził wesoło. - Wiedziała doskonale, że 

jak  będzie  miała  zamknięte  oczy,  zostanie  po  prostu  położona  do 
łóżka.  A  liczy,  że  do  rana  wszyscy  zapomną  o  tej  historii.  Nawet 
Henry. 

 -  Choć  teraz  jest  na  nią  wściekły.  -  Livvy  się  roześmiała.  -  No, 

muszę zajrzeć do cioci Maysie. I do kotów. 

 - A ja do Luke'a. Spotkamy się potem na dole? 
 - Dobrze. 
Minęło  trochę  czasu,  nim  mogła  do  niego  zejść.  Wprawdzie 

zastała  Maybelle  w  łóżku,  ale  światła  w  sypialni  paliły  się  i  starsza 
pani  czekała  na  nią,  żeby  się  dowiedzieć,  jak  przebiegł  wieczór,  i 
porozmawiać o Daisy. Cała historia nie była wcale zabawna. Maybelle 
stała  trzymając  się  balustrady  najwyższego  piętra  i  przyglądając 
bezradnie,  jak  biedny  Henry  ugania  się  za  rozpędzoną  kocio-psią 
menażerią. Szczęśliwie nikomu nie stała się krzywda. Koty siedziały z 
zadowolonymi  minami  na  swoich  poduszkach,  Luke  nie  zdołał  ich 
dopaść, więc wyszedł bez draśnięcia. Ale stylowa żardiniera poszła w 
drzazgi, a Henry'emu  z pewnością skoczyło niebezpiecznie ciśnienie. 
Ktoś musi się rozmówić z Sonią i z Daisy. 

 - Zrobię to rano - przyrzekła Livvy. Usiadła koło łóżka Maybelle 

i  zaczęła  opowiadać.  -  Bawiliśmy  się  cudownie.  -  Wyszczególniła 
menu,  opisała  lokal.  -  W  stylu  statecznej  rezydencji.  Boazerie  na 
ś

cianach,  olejne  obrazy,  galeria  ze  stolikami  dookoła,  pośrodku 

parkiet do tańca 

 - Andy pojechał do domu? - spytała Maybelle. 
 - Oczywiście. 
 - A gdzie Corbin? 

background image

 - Na dole. 
 - Czeka na ciebie? 
 -  Mam  zejść  na  chwilę,  tak.  -  A  gdy  Maybelle  skwitowała  to 

uśmiechem, Livvy spytała: - Coś ci jeszcze trzeba? 

 - Zgaś światło wychodząc. 
Większa  część  świateł  w  domu  była  już  pogaszona,  hall 

wejściowy  posprzątany.  Potłuczone  doniczki  zostały  wyrzucone, 
ziemia  wymieciona,  reszta  poustawiana.  Drzwi  do  saloniku  stały 
otworem,  więc  Livvy  tam  się  skierowała.  Corbin  siedział  przy 
kominku. 

 -  Ty  to  posprzątałeś?  -  zapytała.  Wiedziała,  że  on,  bo  nikt  inny 

nie schodził na dół. 

 - Przepraszam za szkody - powiedział. - Pokryje je. 
 - Mogły je równie dobrze spowodować koty. 
 - Nie, to Luke miażdży wszystko jak czołg. Oświetlenie saloniku 

-  boczne  lampki  i  blask  kominka  -  było  łagodne.  Livvy  utkwiła 
zdumione  oczy  w  człapiącą  ku  niej  dziecinną  zabawkę,  szeroko 
uśmiechniętego, nakręcanego, białego pieska w czarne cętki. 

 - Co to? 
 - Prezent na twoje piąty urodziny. 
 - Co takiego? 
 - Andy dał ci wtedy kaczuszkę, ja ci dałem pieska. Byłem tutaj. 

Przychodziłem, jak daleko możesz sięgnąć pamięcią. 

Usiadła  na  dywanie  koło  kominka,  z  nogami  podwiniętymi  pod 

siebie.  Zabawka  posuwała  się  urywanymi  ruchami,  dopóki  nie 
natrafiła na ścianę, po czym się przewróciła i leżała turkocząc. 

 - Tak - powiedziała Livvy. 
 -  Moi  rodzice  mieli  domek  w  Zatoce  Słodkiej  Wody. 

Przyjeżdżaliśmy  tu  zawsze  na  wakacje.  Twoje  urodziny  są 
dwudziestego lipca. 

 - Kto ci to powiedział? 
Każdy  mógł  mu  powiedzieć.  On  tymczasem  powtórzył: 

„Przychodziłem tu, przychodziłem stale" i Livvy zrobiło się żal, że go 
nie znała przez całe życie, choć miała takie uczucie, jakby znała. 

Wciągał dalsze prezenty z torby przy fotelu. Lalka o drewnianych 

przegubach  na  jej  szóste  urodziny.  Baryłka  marmoladek  o  kształcie 
małych ludzików na siódme. 

 - Był z ciebie wtedy okropny łasuch. 

background image

 - Do dzisiaj lubię łasuchować. 
 -  Wiem  -  odrzekł,  jak  gdyby  wiedział  o  niej  wszystko.  Dalej 

szczotka, grzebień i lusterko, dziecięcy komplet z wymalowanymi na 
nim niebieskimi ptaszkami. 

 -  Bo  włosy  ci  się  okropnie  plątały,  kiedy  spacerowaliśmy  po 

plaży. Chodziłaś boso, włosy powiewały za tobą na wietrze. 

 - Więc chodziliśmy po plaży? 
 -  Nie  sami.  Zawsze  większą  grupą.  Ja  miałem  wtedy  szesnaście 

lat,  ty  byłaś  jeszcze  maluchem.  Ale  włóczyłaś  się  za  nami,  byłaś 
okropnie  ciekawska.  Rozgarnięta  jak  na  swój  wiek,  ale  za  młoda  dla 
mnie. 

Prawie  go  widziała,  wyższego  o  głowę  od  wszystkich 

rówieśników,  od  wszystkich  inteligentniejszego.  Przeczesała  włosy 
dziecięcą szczotką i powiedziała: 

 - Nie mogłam się doczekać wakacji i twojego przyjazdu. Lubiłam 

najbardziej lato, kiedy można się było kąpać i drapać po skałach. 

Zakrawało  to  na  nieprawdopodobieństwo,  ale  przeżywali  jakby 

rzeczywiste wspomnienia w miarę, jak z torby wyłaniały się coraz to 
nowe  prezenty,  po  jednym  na  każdy  rok.  Prezent  na  siedemnaste 
urodziny  zaparł  Livvy  dech  w  piersiach.  Wszystkie  prezenty  były 
odtąd piękne i drogie. 

 -  Zaczynało  mi  świtać  -  mówił  Corbin  -  że  nie  jesteś  zwykłą 

dziewczyną.  Byliśmy  tylko  bliskimi  przyjaciółmi,  ale  lubiłem  tu 
przyjeżdżać,  spotykać  się  z  tobą,  rozmawiać.  O  niektórych  rzeczach, 
potrafiłem opowiadać tylko tobie. 

Livvy ukryła twarz w kaszmirowym swetrze niebieskiej barwy jej 

oczu. 

 -  Tak  o  niego  dbałam  -  wyznała.  -  Prałam  go  z  nieskończoną 

pieczołowitością, bo chciałam, żeby trwał wiecznie. 

Dalej  były  staromodne  kolczyki,  ametysty  w  filigranowej  złotej 

oprawie, i na następne urodziny bransoletka do kompletu. Potem tom 
„Poezyj"  Johna  Donne'a  oprawny  w  skórę,  o  których  Corbin 
powiedział: 

 -  Z  początku  nie  miałaś  do  niego  zbytnio  serca,  dopiero  jak  ci 

przeczytałem kilka moich ulubionych wierszy, zaczęłaś go cenić. 

Książka  była  piękna,  w  wytłaczanej  skórzanej  oprawie  i  z 

pergaminowymi stronicami o złoconych brzegach. Rozkosz sprawiało 
Livvy  samo  patrzenie  na  nią,  dotykanie  jej.  Dalej  szła  miniaturka 

background image

kotki  syjamskiej,  która  przypominała  Szulę,  perfumy  w  kryształowej 
buteleczce, jedwabna bielizna, oprawna w srebro szczotka do włosów 
wraz z grzebieniem. 

Wymyślali  dla  każdego  prezentu  odpowiednią  historię,  mając 

cały  czas  uczucie,  jakby  wspominali  dawne  dzieje.  Aż  doszli  do 
ostatnich  urodzin.  Livvy,  nigdy  dotąd  nie  rozpieszczana,  siedziała  na 
dywanie, otoczona górą prezentów, czesząc znowu włosy, tym razem 
szczotką w srebrnej oprawie. 

 -  Chciałem  ci  kupić  pierścionek.  W  końcu  znamy  się  tak  długo. 

Wiemy,  że  jest  nam  dobrze  razem.  Ja  wiem,  że  cię  kocham.  -  Serce 
podskoczyło  jej  na  te  słowa,  lecz  on  już  ciągnął  dalej:  -  Ale 
postanowiłem  poczekać  do  twoich  następnych  urodzin,  nim  się 
poproszę, żebyś została moją żoną. Tymczasem przywiozłem ci to. 

Ż

eby została jego żoną! Livvy z wrażenia przestała czesać włosy, 

zatrzepotała  powiekami.  Wyprostowana  spojrzała  najpierw  na  niego, 
potem  na  obraz,  który  wyciągnął  jak  prestidigitator  zza  fotela.  Oparł 
go  o  fotel  naprzeciw  niej,  jakby  to  było  ukoronowanie  gry,  którą 
prowadzili. 

 -  I  co  ty  na  to?  Autentyczny  Laurence  Charles.  Nagły  mróz 

przeniknął ją do szpiku kości Jakby jakaś ręka 

wywlokła  ją  z  tego  ciepłego  pokoju  w  chłód  zimowej  nocy. 

Wpatrywała się w obraz, niezdolna wykrztusić słowa. 

 - Nie za dobry, co? - odezwał się w końcu Corbin. Siedziała jak 

zahipnotyzowana, nie mogła oderwać wzroku. 

Obraz  miał  żywe  kolory,  wyglądał  jak  nowy.  Widok  morza,  ze 

słońcem  połyskującym  złoto  na  piasku,  a  srebrno  na  wodzie,  z 
wysokim jachtem o wydętych żaglach. 

 - Gdzie go znalazłeś? - wyszeptała. 
 -  Przyjaciele  szukają  dla  mnie.  I  trafili  na  ten  obraz.  Należał  do 

kogoś, kto był członkiem komuny w czasie, gdy Charles tu przebywał. 

Koniuszkiem języka oblizała suche wargi. 
 - Czy ten ktoś jeszcze żyje? 
 -  Niestety  nie.  Dotarli  do  syna.  Jego  ojciec  miał  w  młodości 

ciągoty  artystyczne,  ale  ostatecznie  wylądował  w  firmie  rodzinnej. 
Hurtowy handel owocami. Firma prosperuje do dziś dnia, więc  może 
słusznie zrobił. Ale to nie wszystko. 

Corbin  myśli,  że  ona  jest  taka  podekscytowana  odkryciem, 

którym się z nią dzieli. 

background image

 -  Listy.  Paczka  listów  do  narzeczonej,  rodzaj  dziennika  z 

rysunkami  na  marginesach.  Pobrali  się,  kiedy  wrócił,  i  żona 
przechowała  jego  listy.  Jeszcze  ich  nie  czytałem.  Przestudiujemy  je 
jutro razem. 

Zasadzka  minionego  czasu.  Obraz,  który  wygląda  jak  nowy,  i 

głos dochodzący z przeszłości. Ktoś, kto prowadził dziennik, musiał w 
nim  wymieniać  nazwiska,  a  jeśli  choć  raz  wspomniał  Maybelle 
Murrin, obudzi to czujność Corbina. 

 - Gdzie masz te listy? - zapytała. 
 - W kancelarii. 
Ona  musi  je  przeczytać  pierwsza.  Nie  może  ryzykować 

zniszczenia  ich,  nawet  jeśli  jest  w  nich  coś  niebezpiecznego,  ale 
będzie  przynajmniej  przygotowana.  I  uprzedzi  Maybelle.  Na  miłość 
Boską,  Maybelle  ma  przeszło  osiemdziesiąt  lat.  Wystarczy,  żeby 
pokręciła głową i westchnęła: „Nie pamiętam". 

 - Późno się zrobiło - powiedział Corbin. - Jesteś zmęczona. 
Widać  po  niej  napięcie,  a  Corbin  czyta  w  niej  jak  w  otwartej 

księdze, jeśli chodzi o wszystko prócz tej jednej sprawy. 

 -  Dzień  był  emocjonujący  -  odrzekła  wesoło.  -  Obraz,  listy, 

prezenty. 

Popatrzyła  na  stos  podarków  koło  siebie.  Miały  taką  magiczną 

moc! Aż do ostatniego, po którym cały czar prysł. 

 - Oddaj Daisy rzeczy, z których wyrosłaś. 
 - Pomyśli, że Gwiazdka nadeszła wcześniej w tym roku. Corbin 

spakował prezenty z powrotem do torby i pomógł Livvy zanieść je na 
górę. 

Wszystkie  prócz  obrazu.  Ten  zaniósł  do  kancelarii.  Livvy 

przyglądał  się,  jak  go  ustawia  na  biurku  obok  paczki  pożółkłych 
kopert, przewiązanych spłowiałą błękitną wstążeczką. 

Kiedy wszyscy zasną, zejdzie na dół, weźmie listy i przeczyta je 

w  swoim  pokoju.  Jutro  będzie  musiała  powtórzyć  tę  lekturę  z 
Corbinem.  Modliła  się  rozpaczliwie,  żeby  została  jej  oszczędzona 
chwila,  gdy  trzeba  będzie  odegrać  scenę  zdumienia,  jakby  nie  mogła 
uwierzyć własnym oczom, że widzi imię Maybelle. 

W jej pokoju Corbin postawił torbę, ona zaś położyła na toaletce 

część prezentów, którą niosła, po czym zapytała: 

 -  A  co  ja  ci  dawałam  przez  te  wszystkie  lata,  kiedy  ty  mnie 

obsypywałeś prezentami? 

background image

Wziął  ją  na  chwilę  w  ramiona,  popatrzył  z  góry  na  jej  bladą 

twarz. 

 - Więcej niż ktokolwiek - odparł. 
Pocałował  ją  delikatnie,  powiedział:  „Dobranoc"  -  i  wyszedł 

zamykając za sobą cicho drzwi. 

Livvy 

musiała 

odczekać 

co 

najmniej 

godzinę, 

więc 

przyszykowała  się  do  snu  i  położyła  na  chwilę,  żeby  się  trochę 
odprężyć.  Ale  nic  z  tego  nie  wyszło,  mózg  pracował  jej  jak  szalony. 
Wiedziała,  że  prędzej  czy  później  coś  takiego  się  zdarzy.  I  tak  miała 
szczęście,  że  Corbin  czekał  z  przeczytaniem  listów  na  nią.  Mógł 
równie  dobrze  zaskoczyć  ją  po  powrocie  pytaniem:  „Dlaczego 
Maybelle  twierdzi,  że  nic  nie  wie  o  komunie  artystów?  Bywała  tam 
częstym gościem. Znała dobrze Laurence Charlesa". 

Nie  zapaliła  światła.  Oczy  miała  nawykłe  do  ciemności,  a  dość 

blasku wpadało przez okna, żeby dojrzeć poręcz i schody. Skradała się 
jak  myszka  -  tak  Henry  wyraził  się  o  Daisy  -  i  kiedy  skrzypnęły 
schody, zaklęła w duchu. I natychmiast zaszczekał Luke. 

Sklęła  go  także,  chociaż  zaraz  umilkł,  a  ona  zsunęła  się  na 

palcach  z  reszty  schodów  i  przemknęła  przez  hall.  Zasłony  w 
kancelarii  były  zasunięte,  więc  podeszła  do  okna  wychodzącego  na 
patio i wpuściła odrobinę poświaty, żeby widzieć, gdzie leżą listy. 

Miała je w reku, kiedy z hallu wpadła smuga zapalanego światła. 

Szybko,  instynktownie  odłożyła  listy,  zapaliła  w  kancelarii  lampę  i 
podeszła do drzwi. Wiedziała, że to będzie Corbin. 

 - Cieszę się, że nie zapomniałeś nałożyć szlafroka - powiedziała. 
Miał  na  sobie  krótki  granatowy  szlafrok  frotowy,  spod  którego 

wyglądały  gołe  łydki.  Na  bosych  stopach  zdawał  się  sunąć 
bezszelestnie przez hall. 

 - Też nie mogłeś spać czy też zawsze przeprowadzasz inspekcję, 

kiedy Luke zaszczeka? 

 - Nie spałem i pomyślałem, że to może ty. Co tu robisz? 
 -  Chciałam  jeszcze  raz  popatrzeć  na  obraz.  -  Obeszła  biurko  i 

stanęła  z  założonymi  rękami,  twarzą  do  obrazu.  -  To  prawdziwe 
odkrycie.  Leżałam  i  myślałam  o  nim.  Zeszłam,  żeby  jeszcze  raz  na 
niego rzucić okiem i żeby sobie zrobić coś do picia. 

 - Mogę ci dotrzymać towarzystwa? 
 - Tutaj? 
Pokazał wszystkie zęby. 

background image

 -  Gdybym  miał  wybór,  powiedziałbym,  w  twoim  albo  w  moim 

pokoju. 

Livvy potrząsnęła głową. 
 -  Ale  ponieważ  nie  mam,  to  może  w  saloniku?  Dorzucimy  do 

kominka. - Wziął z biurka listy. - I oddamy się lekturze. 

Tak  wymykała  się  Livvy  szansa  przeczytania  listów  przed  nim. 

Nawet  gdyby  powiedziała:  Myślę,  że  na  górze  byłoby  zabawniej, 
czego  oczywiście  nie  może  zrobić,  i  tak  byłby  to  tylko  manewr 
opóźniający.  Corbin  już  zsunął  wstążeczkę  i  wyciągał  z  koperty 
pierwszy list. 

 -  A  więc  zapoznajmy  się  z  kolegami  Laurence  Charlesa  - 

powiedział. - Może natkniemy się na Czarną Damę. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Wśród  popiołów  na  kominku  żarzyły  się  jeszcze  resztki  drzewa. 

W saloniku nie było zimno, ale ona zeszła w szlafroku narzuconym na 
piżamę,  a  Corbin  prawdopodobnie  nie  miał  pod  szlafrokiem  nic.  A 
jeśli się okaże, że w listach wspomniana jest Maybelle, krew zetnie jej 
się w żyłach na lód. Przyglądała się chwile, jak na drewno wypełzają 
małe płomyczki. Chętnie by cisnęła całą te paczkę listów do ognia. 

Corbin siedział na kanapce, czytając pierwszą stronę. 
 - Listy są ułożone w porządku chronologicznym - poinformował. 

-  Facet  przyjechał  tutaj  w  maju.  Nazywał  się  Wallace  Witts,  miał 
dwadzieścia jeden lat. 

Wysunął rękę i pociągnął ją koło siebie na kanapkę. 
 - Był tu od maja do początku listopada. Szkoda, że nie posiedział 

miesiąc dłużej. 

Sam  widok  daty  u  góry  pierwszej  kartki  przyprawił  Livvy  o 

mdłości,  ale  rozumiała,  czemu  przyszła  pani  Witts  zachowała  listy. 
Warto  było  choćby  dla  rysunków  na  marginesach.  Wallace  opuścił 
komunę  na  wyspie  i  wrócił  do  miasta,  żeby  poślubić  swoją 
dziewczynę  i  sprzedawać  przez  resztę  życia  owoce,  ale  kiedy 
prowadził dla niej ten dziennik, był artystą. 

Część  rysunków  miała  charakter  scenek  rodzajowych.  Wallace 

mieszkał  w  opuszczonym  domu  na  farmie  i  równolegle  z  opisem 
szkicował niektóre miejsca i ludzi. Livvy musiała się powstrzymywać, 
ż

eby  nie  wyrwać  Corbinowi  z  ręki  listów,  które  po  wyjęciu  z  kopert 

trzymał tak, że mogła czytać z równą łatwością co on. 

 - Laurence Charles! 
Corbin  stuknął  palcem  w  kartkę.  Laurence  przygotowuje 

wystawę.  Laurence  ma  własny  domek.  Szczęśliwie  Wallace  nie 
naszkicował ani jego, ani domku. 

Był, pewnego dnia na garden party. 
„Kościół jest drewniany, toczony przez korniki, a za otarcie się o 

miejscowych notabli musimy zapłacić po szylingu od głowy. Uważają 
nas  za  próżniaków  i  nicponiów,  ale  pójdziemy,  bo  zapowiada  się 
wyżerka jak się patrzy". 

 - A to dobre - skomentował Corbin. 
Livvy  sięgnęła  mu  przez  rękę  po  następny  list.  Wyglądało,  że 

jedzenie  spełniło  oczekiwanie  braci  artystycznej,  a  o  Maybelle  nie 
było wzmianki. 

background image

 -  Ciekawym,  czy  jest  na  tej  fotografii  -  zastanowił  się  Corbin.  - 

Musimy spytać, może syn będzie wiedział. 

Listów było w sumie dwadzieścia pięć i Livvy oddychała szybko, 

ś

ciśniętą  z  emocji  piersią,  dopóki  Corbin  nie  odłożył  ostatniego. 

Dopiero  gdy  się  upewniła,  że  nie  ma  w  nich  nic,  co  by  wiązało 
Maybelle  z  Laurence  zdała  sobie  sprawę  jak  ją  pieką  oczy.  Do  tej 
chwili pożerała stronę za stroną, ledwie ważąc się mrugnąć powieką i 
teraz pokój rozpłynął jej się przed oczami. 

Przesłoniła je dłonią, a Corbin objął ją ramieniem i przyciągnął do 

siebie.  Zaczął  ją  głaskać  po  włosach,  a  ona,  wtulona  w  niego,  czuła 
ciepło jego nagiej skóry pod szlafrokiem. 

Sama  była  jakby  naga  pod  nikłą  osłoną,  jaką  jej  dawał  cienki 

materiał.  Ręce  wyrywały  jej  się  mimo  woli,  by  się  złączyć  na  jego 
szyi lub przyciągnąć go jeszcze bliżej. Aż nagle palce jej zesztywniały 
i  położyła  mu  rozpostarte  dłonie  na  piersi,  odpychając  go  od  siebie. 
Wyślizgnęła się z jego objęć. Oczy miała pociemniałe i nieszczęśliwe. 

 -  Dlaczego  mi  się  nie  pozwalasz  kochać?  -  spytał.  -  Czego  się 

boisz?  Przecież  nie  mnie.  Wiesz  dobrze,  że  prędzej  bym  zrobił 
krzywdę  sobie  niż  tobie.  Skrzywdzenie  ciebie  byłoby  największą 
krzywdą dla mnie samego. 

Nie mogła wykrztusić słowa. 
 -  To  nie  z  powodu  Andy'ego  -  ciągnął  Corbin.  -  Czy  był  ktoś 

inny? 

 - Dlaczego o to pytasz? - wykrztusiła wreszcie. 
 - Bo kryjesz w sobie jakieś cierpienie. Albo lęk. 
Był  to  lęk  przed  samą  sobą.  Pragnęła  przestać  się  bronić.  Nie 

wiedziała dotąd, co to żądza, doznanie mroczące umysł. 

Nigdy  przedtem  nie  czuła  się  pusta,  jak  człowiek  wygłodzony, 

jęczący w duszy z łaknienia. Lecz skądś wzięła siłę, by się oprzeć, gdy 
położył dłonie na jej odpychających go rękach i chciał je odsunąć. 

Oczywiście byłby w stanie to zrobić. Mógłby unieść jej dłonie do 

góry i zostawić ją nie osłoniętą i bezbronną, ale załkała: „Nie!", a on 
zapytał jeszcze raz: „Dlaczego?" 

Nie  może  się  z  nim  mocować.  Już  jest  winna  prowokacji  nad 

miarę,  żąda  od  niego  samokontroli,  jakiej  nie  ma  prawa  oczekiwać 
ż

adna kobieta. 

Gdyby  nie  te  nieszczęsne  listy,  nigdy  by  tu  nie  zeszła  w  takim 

stroju.  Obawa,  co  mogą  ujawnić,  uczyniła  ją  ślepą  na  większe 

background image

niebezpieczeństwo.  Posunęła  się  już  o  wiele  za  daleko.  Musi 
natychmiast  zacząć  mówić,  dziękując  swojej  gwieździe,  że  Corbin 
jeszcze chce z nią rozmawiać. 

 -  Może  to  Andy  -  wyjąkała.  -  On  myśli...  utrzymywałam  go  w 

przekonaniu... 

To prawda, lecz Andy nie odgrywa w tym żadnej roli i Corbin to 

dobrze wie. 

 - Nie - powiedział teraz. 
 - A może Sonia. Jej historia jest przestrogą. 
 - Co to ma wspólnego z nami? 
Oczywiście nic. Uchwyciła się bezsensownych wymówek, byleby 

ją puścił. Wszystko lepsze niż prawda. 

Uścisk  jego  dłoni  na  jej  przegubach  zelżał  i  Livvy  oswobodziła 

ręce, a Corbin wyprostował się na siedzeniu. 

 -  Koty  to  nieufne  stworzenia  -  spróbowała  zażartować,  lecz  nie 

zdołała przy wołać uśmiechu na wargi. 

Pod  ścianą  wciąż  leżał  nakręcany  piesek,  o  którym  zapomnieli 

zbierając prezenty, więc Livvy spróbowała jeszcze raz, chwytając się 
rozpaczliwie uprzedniej fikcji. 

 -  Wiem,  znamy  się  od  wielu  lat,  ale  powiedziałeś,  że  poczekasz 

do  moich  następnych  urodzin.  Byliśmy  zawsze  dotąd  tylko  bliskimi 
przyjaciółmi, więc proszę cię, nie ponaglaj mnie teraz. 

 - Mogę się przenieść do domku. 
 - Do domku Laurenca? Nie byłoby ci tam zbyt przyjemnie. 
Powiedziała  pierwszą  rzecz,  jaka  jej  przyszła  na  myśl,  lecz 

zabrzmiało to, jakby nie chciała, żeby się wyprowadzał. 

 -  Tu  też  nie  jest  bynajmniej  przyjemnie  w  nocy  -  powiedział 

sucho. - Spać pod tym samym dachem co ty i tak bardzo cię pragnąć. 

Zerwała się w popłochu, rzucając panicznie: 
 - Proszę cię! 
Uśmiechnął  się  teraz  z  przekąsem,  może  wobec  niej,  a  może 

wobec samego siebie. 

 - Już dobrze. Wracaj do łóżka. Ja uporządkuje listy. 
 -  Przepraszam  -  rzuciła  załamującym  się  wciąż  głosem,  a  on 

posłał jej jeden ze swoich ironicznych uśmieszków. 

 -  Może  by  mi  się  lepiej  powiodło,  gdybym  zapomniał  nałożyć 

szlafroka. 

Tym razem się uśmiechnęła. 

background image

 -  Znowu  się  przechwalasz  -  rzekła  i  uciekła  na  górę.  Zamknęła 

się  na  zasuwkę  chociaż  wiedziała,  że  Corbin  nie  przyjdzie  do  jej 
pokoju.  Może  się  bała,  że  ona  sama  wstanie  w  lunatycznym  śnie,  bo 
przez ostatnie noce miała rojenia pełne żądz. 

To,  do  czego  omal  nie  doszło  na  dole,  było  najkrytyczniejszym 

momentem jej życia. Corbin mógłby tak łatwo zrobić z nią wszystko, 
gdyby  jej  tylko  zamknął  usta.  Słowa  stanowiły  jedyną  obronę  w 
chwili, gdy każdy nerw ciała rwał się do niego. 

Cudownie  byłoby  się  z  nim  kochać,  lecz  nic  by  to  nie  zmieniło. 

Rano  musiałaby  go  nadal  tak  samo  oszukiwać  z  powodu  człowieka, 
który zginął czterdzieści lat przedtem, nim się urodziła. 

Rano Daisy zjawiła się w kuchni przygaszona, prowadzona przez 

Sonię za rękę. Zeszły nieco później niż zwykle. Corbin, Henry i Livvy 
pili  przy  stole  pierwszą  filiżankę  kawy.  Wzrok  Daisy  pobiegł  ku 
Henry'emu, który na nią łypnął spod oka. 

 - Daisy bardzo żałuje, że narobiła wczoraj takiego zamieszania - 

przeprosiła  za  nią  Sonia.  -  Zeszła  na  dół  napić  się  mleka  i  pies  się 
wymknął, kiedy otworzyła drzwi. 

Daisy  kiwała  gorliwie  głową.  Akurat  prawdopodobna  historia, 

pomyślała Livvy. 

-  Hmm  -  mruknął  Henry.  Ochłonął  trochę  po  przespanej  nocy,  a 

Daisy  miała  rzeczywiście  skruszoną  minę.  -  No,  poprzestaniemy  na 
tym wytłumaczeniu - powiedział. - Tym razem - dorzucił. 

 - Daisy przeprosi także ciocie Maysie. - Sonia nie zapomniała, że 

Henry musiał zaaplikować Maybelle brandy po awanturze. - Czuje się 
już dobrze, mam nadzieję? 

 -  Czuła  się  lepiej  już  wczoraj  -  odrzekła  Livvy.  -  Gniewała  się 

bardzo  na  Daisy,  ale  jakoś  przyszła  do  siebie.  Właśnie  niosę  jej  na 
górę herbatę. Daisy może pójść ze mną. 

Weszła  pierwsza,  zostawiając  Daisy  na  podeście  schodów  i 

delikatnie  obudziła  Maybelle.  Dopiero  kiedy  Maybelle  popijała 
herbatę,  wprowadziła  Daisy,  która  szepnęła:  „Przepraszam"  bardzo 
niepewnym głosikiem. 

 - Słyszę, że zeszłaś się napić mleka? - powiedziała Maybelle. 
Daisy zaszurała nóżkami. 
 -  Więc  był  to  nieszczęśliwy  wypadek,  a  wypadki  się  zdarzają  - 

ciągnęła  Maybelle.  -  Ale  gdybym  myślała,  że  wypuściłaś  psa 

background image

naumyślnie, żeby zrobić psotę, to bardzo bym się na ciebie gniewała. 
Rozumiesz, prawda? 

Daisy kiwnęła głową i jęła się cofać tyłem od łóżka. 
 -  No,  to  zmykaj  -  powiedziała  Maybelle  i  Daisy  puściła  się 

biegiem, jak szybko mogły ją unieść nogi. 

Livvy uśmiechnęła się. 
 - Myślisz, że wyciągnie z tego naukę? 
 -  Jeśli  wyciągnie  -  odrzekła  sucho  Maybelle  -  to  najpewniej 

naukę, że dorośli są łatwowierni. Jak tam dzisiaj Henry? Wczoraj był 
czerwony, jakby miał zaraz dostać apopleksji. 

 -  Dzisiaj  ma  już  normalniejszą  cerę.  Zwolnił  Daisy  warunkowo 

od kary. Ale jeszcze jeden taki psikus, a zakuje ją w dyby. 

Kiedy Livvy zeszła na dół, Daisy czekała w hallu, przy drzwiach 

do  saloniku.  Drzwi  niebyły  zamknięte,  Daisy  zajrzała  do  środka  i 
zobaczyła nakręcanego pieska. Ściskając go teraz, spytała Livvy: 

 - Czyj ten piesek? 
 -  Przywiózł  go  wczoraj  Corbin  -  wyjaśniła  Livvy.  -  Przywiózł 

mnóstwo różnych rzeczy. - Musiała teraz posłać Corbinowi uśmiech. - 
Miedzy innymi kilka zabawek. Daisy znalazła jedną z nich. Co na to 
Henry? 

Henry  zastanawiał  się  chwilę.  Daisy  nie  spuszczała  tymczasem 

rozmarzonego  wzroku  z  zabawki,  nie  śmiejąc  jej  dotknąć.  Kiedy 
wreszcie  burknął:  „No,  dobrze",  złapała  pieska  i  ukryła  się  z  nim  za 
krzesłem  w  kącie,  żeby  jak  najmniej  zwracać  na  siebie  uwagę,  bo  a 
nuż dorośli zmienią zdanie. 

 - Czy mogę powiedzieć o obrazie i listach? - spytała teraz Livvy. 
Była to naturalna rzecz, jaką powinna zrobić. 
 - Oczywiście - odparł, więc podjęła: 
 -  Mamy  obraz  Laurence  Charlesa  i  rodzaj  dziennika  jednego  z 

artystów, którzy tu przebywali w owym czasie. 

Sformułowała  to  tak,  żeby  odkrycie  wyglądało  na  wspólny 

sukces. 

Zresztą tamci tak to odbierali, bo była to ich historia, rzecz, która 

się rozgrywała na ich podwórku. Musieli natychmiast obejrzeć obraz i 
przeczytać  dziennik.  Pobiegli  do  saloniku,  kiedy  Corbin  im 
powiedział,  gdzie  mają  szukać,  i  przyglądali  się  malowidłu,  jakby  to 
było  bezcenne  arcydzieło.  Sonia  wypatrzyła  inicjały  „LC",  a  Henry 
skomentował: 

background image

 - Autentyczny Laurence Charles. Wygląda jak nowy. 
 - Został oczyszczony - wyjaśnił Corbin. - Marszand, który go dla 

mnie znalazł, usunął warstwę brudu. 

 -  Jest  jak  wczoraj  malowany  -  dorzucił  Henry.  -  Możemy  go 

pokazać Maybelle? 

Nie było sposobu powstrzymania ich. Kiedy Livvy poszła na górę 

ze śniadaniem, Henry szedł za nią z  obrazem.  Maybelle siedziała już 
przy swoim zwykłym stoliku. 

 - Corbin odnalazł obraz Laurence Charlesa - oznajmiła Livvy od 

progu, starając się przygotować Maybelle na rewelację. 

Stanęła między nią a Henrym, ale Maybelle nie zareagowała. Dla 

Livvy  było  to,  jakby  się  rozmyślnie  ukryła  za  zasłoną  nieuwagi, 
natomiast Henry uznał, że Maybelle nie dosłyszała. 

 -  Obraz  Laurence  Charlesa  -  powtórzył.  -  Tego  malarza  z 

Wąwozu Czarnej Skały. 

 - A, oczywiście. - Maybelle zmrużyła oczy. - Bardzo ładny. 
 - Corbin przywiózł także dziennik - ciągnął Henry - który jeden z 

tych malarzy prowadził dla narzeczonej. 

 -  Przeczytałam  to  wczoraj  -  wtrąciła  szybko  Livvy.  -  Laurence 

jest tam wspomniany tylko raz. 

 -  Wygląda  jak  wczoraj  malowany,  prawda?  -  zagadnął  Henry.  - 

Wiedziałem, że będziesz go chciała zobaczyć. 

Livvy  zabrała  obraz  i  wyszła  zostawiając  ich  pogrążonych  w 

rozmowie o Daisy. 

Maybelle jak dotąd się trzyma, ale ten obraz musiał na niej zrobić 

wrażenie. Niespokojna, Livvy przez całe przedpołudnie wynajdywała 
preteksty,  żeby  wpadać  do  niej  na  górą  i  sprawdzić  czy  wszystko  w 
porządku.  Wyglądało,  że  tak.  Maybelle  była  pogodna  i  ożywiona, 
zjadła  z  apetytem  lunch,  po  czym  położyła  się  na  popołudniową 
drzemkę. 

Corbin pojechał zrobić fotokopie listów, które wczoraj przywiózł, 

a Livvy zabrała się z powrotem do malowania. Kiedy po jakimś czasie 
poszła na górę zobaczyć, czy Maybelle dobrze się czuje, zastała drzwi 
zamknięte  na  klucz.  Jęła  stukać  i  kołatać  klamką,  a  kiedy  Maybelle 
wreszcie uchyliła drzwi, Livvy wtargnęła niemal do środka. 

 -  Dlaczego  się  zamknęłaś?  -  zapytała  z  pretensją.  -  Dobrze  się 

czujesz? 

 - Czułabym się lepiej, gdyby mnie zostawiono w spokoju. 

background image

Maybelle,  oparta  na  lasce,  mierzyła  ją  złym  wzrokiem.  Paliła 

papiery  w  małym  kominku.  Cedrowa  skrzynia  stała  otwarta,  na 
podłodze leżały rozrzucone listy i papiery. Maybelle musiała siedzieć 
przycupnięta  niewygodnie  na  stołeczku  koło  kominka.  Nie  powinna 
była rozpalać ognia! 

 -  Możesz  spowodować  pożar,  ten  komin  nie  był  czyszczony  od 

lat  -  powiedziała  Livvy.  -  Co  byś  zrobiła  za  zamkniętymi  drzwiami, 
gdyby coś wypadło z kominka i dywan się zajął? 

Jak na komendę z kominka wyfrunął poczerniały strzęp papieru i 

opadł na dywan. Patrzyły obie, ale dywan się nie zajął. 

 -  Corbin  pytał,  czy  nie  mam  jakichś  starych  fotografii,  więc 

postanowiłam  poszukać  -  wyjaśniła  Maybelle.  -  Uzbierało  się  tu 
mnóstwo szpargałów, palę je. 

Nie  szuka  wcale  fotografii  dla  Corbina.  Chce  zniszczyć  ostatnie 

ogniwo  łączące  ją  z  Laurence  Charlesem.  Skrzynia  jest  pusta, 
Maybelle  dokopała  się  do  dna,  a  to  nie  było  bynajmniej  łatwe  dla 
kaleki takiej jak ona. 

Przy  kominku  leżało  kilka  kupek  papierów,  fotografii,  listów,  a 

obok,  oddzielona  od  innych,  liliowa  koperta.  A  więc  jeszcze  jej  nie 
spaliła! Siedziała widać rzucając na stos ofiarny całą resztę i zbierając 
się  na  odwagę,  by  wrzucić  w  płomienie  tę  jedyną  rzecz,  która  się 
liczy. 

 -  Jeżeli  się  zdecydowałaś  na  to  całopalenie,  to  pozwól,  że  ci 

pomogę. 

Livvy  uklękła  koło  kominka,  a  Maybelle,  krzywiąc  się  z  bólu, 

przycupnęła  niezdarnie  na  stołeczku.  Przyciągnęła  laską  poukładane 
kupki, zakrywając przy tym liliową kopertę. 

 -  Pośpiesz  się  więc  -  zakomenderowała  ostro.  -  Dym  zaczyna 

mnie dusić. 

 - Mogę je spalić na dole. 
 - Nie, chcę być przy tym. Jestem sentymentalną idiotką, żegnam 

się  ze  swoją  przeszłością.  Stare  śmiecie,  spal  je!  -  powiedziała.  - 
Dobra z ciebie dziewczyna. 

Livvy  wrzucała  papiery  w  płomienie,  jak  najszybciej  się  dało. 

Dym  się  zwiększał  i  kiedy  wzięła  w  rękę  liliową  kopertę,  Maybelle 
zakaszlała  i  odwróciła  głowę.  Livvy  położyła  resztę  papierów  na 
palenisku.  Buchnął  płomień,  do  góry  poszły  iskry.  Kiedy  wszystko 
obróciło się w popiół, spojrzała na Maybelle. 

background image

Blask, który zdawał się czynić Maybelle młodą, jakby się wypalił, 

więc Livvy się poderwała i wzięła ją w ramiona. 

 - Nic mi nie jest, zmęczyłam się tylko - szepnęła Maybelle. - Nie 

odpoczywałam dzisiaj. Teraz odpocznę. 

Livvy  położyła  ją  do  łóżka,  podała  jej  proszki,  które  Maybelle 

miała  zażywać  w  razie  nagłej  słabości  i  zeszła  prosto  do  telefonu, 
wezwać  doktora  Asletta.  Zastała  go  w  domu.  Przyszedł  przed 
wieczornymi przyjęciami. 

 - Co ty tu robisz, Clifford? - zapytała Maybelle. 
 - Ja wezwałam doktora - wyjaśniła Livvy. 
 -  Budzisz  mnie,  bo  wezwałaś  doktora?  Powiedz  jej,  Clifford,  że 

stare kobiety łatwo się męczą. 

Doktor  Aslett  uśmiechnął  się  wraz  z  nią.  Zbadał  jej  puls  i  serce, 

pogawędził chwile. Sonia i Henry czekali wystraszeni, kiedy zszedł z 
Livvy  na  dół.  Jego  diagnoza  była  względnie  pocieszająca.  Serce  bije 
nieregularnie jak zawsze, ale Maybelle jest w dobrym nastroju. 

 -  Opiekuj  się  nią  tylko  jak  dotąd,  moja  droga.  -  Poklepał  Livvy 

po ręce. - Wiem, jak się o nią troszczysz. 

Ale  Livvy  się  bała.  Wiedziała,  że  dzisiejsze  przejścia  nie  miną 

bez echa. 

Corbin  wrócił  wkrótce  po  odjeździe  lekarza.  Zawołał  jej  imię 

wchodząc do domu i spytał, ledwo się ukazała: 

 - Stało się coś? 
Starała  się  przybrać  pogodną  minę,  ale  Corbin  był  niespokojny, 

więc musiała mu wyjaśnić. 

 - Nie podobał mi się wygląd cioci Maysie, ale doktor twierdzi, że 

nie ma powodu do paniki. 

 -  Najmniejszego  -  oświadczył  zdecydowanie  Henry.  -  Straciłaś 

głowę i zrobiłaś niepotrzebny alarm, co, Livvy? 

Corbin się uśmiechnął. 
 -  Wolne  żarty  -  powiedział.  -  Livvy  nie  traci  głowy.  Ty  umiesz 

zachować zimną krew, prawda, śliczna panienko? 

Objął ją ramieniem, a ona odpowiedziała mu uśmiechem. 
 - Skoro tak twierdzisz. 
Ale drogo ją kosztowało zachowanie zimnej krwi. I w stosunkach 

z  Corbinem,  które  nie  mogą  się  posunąć  dalej,  i  w  chwili,  kiedy 
zdecydowała się schować do kieszeni liliową kopertę. 

background image

Nie  mogła  jej  spalić,  byłoby  to  świętokradztwo.  Leży  teraz 

schowana  w  szufladzie  jej  toaletki.  Nawet  gdyby  Maybelle  nie 
odwróciła się wtedy, Livvy nie zdobyłaby się na wrzucenie do ognia 
tego posłania miłosnego Laurence. 

Musi zachować zimną krew, nie może stracić głowy, chociaż nie 

będzie to łatwe. 

Jednakże  przez  następne  kilka  dni  nie  okazało  się  i  zbytnio 

trudne.  Rankami  Corbin  pracował  wykańczając  scenariusz  odcinka  o 
Madeleine  Smith,  Livvy  zaś  zajmowała  się  sprawami  domowymi. 
Popołudniami  analizował  i  porządkował  dane,  jakie  miał  o  Laurence 
Charlesie,  a  Livvy  mu  asystowała  i  przepisywała  na  maszynie. 
Czasami  chodzili  na  spacery  z  Luke'em.  Wieczorami  siedzieli  w 
domu. 

Z Corbinem nie miała przez cały tydzień kłopotów poza kłopotem 

ze  swymi  własnymi  reakcjami,  bo  wszystko  się  w  niej  wyrywało  do 
niego. On natomiast, po owej nocy, której ją próbował zdobyć, a ona 
go  odepchnęła,  zdawał  się  uważać,  iż  następny  ruch  należy  do  niej. 
Wiedziała, że jest pewny, iż koniec końców sama do niego przyjdzie. 

Odnosili się do siebie przez ten tydzień jak serdeczni przyjaciele. 

Dobrze  było  mieć  Corbina  w  domu,  kiedy  wieczorami  zaciągali 
zasłony  i  zasiadali  w  cieple  kominka.  Sonia  zrobiła  się  pogodniejsza 
od jego przyjazdu, prawie już nie wzdychała, a Henry zwracała się do 
niego per „Mój chłopcze" jak do odzyskanego syna. 

Corbin  nie  próbował  więcej  wypytywać  Maybelle  o  Laurence 

Charlesa, uznawszy widać, że powiedziała mu wszystko, co wie, ona 
zaś  przepadała  za  jego  towarzystwem  i  kokietowała  go  nadal.  Daisy 
sprawowała  się  tak  grzecznie,  że  gdyby  Livvy  się  nie  domyślała,  iż 
chce  zasłużyć  na  resztę  zabawek,  które  przywiózł  Corbin,  toby  się 
zastanawiała, co takiego knuje. 

W piątek wieczorem Daisy, w swojej flanelowej koszulce nocnej, 

siedziała w saloniku chłonąc wieczorną bajkę Corbina. Od obejrzenia 
rysunków  na  marginesach  listów  Corbin  zaczął  również  ilustrować 
historie, które wymyślał dla Daisy. 

Okazało  się,  że  ma  talent.  Narysował  Daisy,  którą  wszyscy 

rozpoznali, oraz jej zabawki i fantastyczne twory, jakie owe zabawki 
napotykały 

swych 

wędrówkach. 

Poprzedniego 

wieczora 

sportretował  mamusię  Daisy,  bezwstydnie  upiększając  zarumienioną 
Sonię,  oraz  Henry'ego  żeglującego  po  siedmiu  morzach  jako  pirata 

background image

pod  flagą  z  trupią  czaszką  i  piszczelami.  Dzisiaj  przyszła  kolej  na 
Livvy. Rysował ją jako królową zamku pełnego syjamskich kotów, a 
Daisy piszczała z uciechy, śledząc błądzący po papierze ołówek. Gdy 
Corbin się zatrzymał, spytała: 

 - To trudno, narysować Livvy? 
 - Bardzo trudno. 
Daisy zsunęła się z kanapki. 
 - Ja wiem, gdzie jest zdjęcie Livvy. Wyszli we dwoje z pokoju. 
 -  Ciekawym,  co  mu  pokaże  -  zachichotała  Sonia.  Livvy  nie 

przerywała swojej roboty, reperowania rozklejającego się aksamitnego 
passe-partout. 

 -  Za  chwilą  się  dowiemy  -  powiedziała.  -  Pewno  wybierze 

najpodlejszą  fotkę.  -  W  domu  było  pełno  jej  amatorskich  zdjęć,  a 
Maybelle  miała  jej  fotografię  portretową.  -  Zależy,  gdzie  ostatnio 
grzebała. 

Wcisnęła trochę kleju i przydusiła materiał do tektury, gdy nagle 

echo własnych słów uruchomiło dzwonek alarmowy w mózgu. Daisy 
szpera po szufladach i wyciąga różne rzeczy. 

Ta  myśl  uderzyła  ją  jak  cios  w  twarz  i  Livvy  porwała  się  równe 

nogi.  Wybiegła  do  hallu.  Zawołała:  „Daisy!  -  i  jęła  wbiegać  po  dwa 
stopnie na górę. Drzwi do jej pokoju stały szeroko otwarte, w środku 
paliło  się  światło.  Corbin  stał  nad  wysuniętą  szufladą  toaletki,  z 
kartonikiem w ręku. Nie odwracając się do Livvy, polecił: 

 - Wracaj na dół, Daisy. 
Daisy się nie opierała. Dała nura obok zastygłej Livvy i wybiegła 

z pokoju, a Livvy usłyszała głos, który był niewątpliwie jej własnym 
głosem. 

 - Chcesz pewnie wiedzieć, dlaczego? 
 - Nie fatyguj się. Sam do tego dojdę. 
Powiedział  to  tak,  jakby  mu  zaoferowała  pomoc  przy 

rozwiązywaniu krzyżówki. 

 - A więc tak wyglądał. 
Livvy wsunęła się bokiem do pokoju. Corbin miał szerokie bary, 

które  przesłaniały  światło  lampki,  i  chociaż  pokój  był  jasno 
oświetlony, Livvy wydał się teraz spowity mrokiem. 

 -  Był  kobieciarzem  -  powiedział  -  a  Maybelle  jedną  z 

uwiedzionych.  Nic  wielkiego,  po  tylu  latach,  więc  nie  rozumiem, 
dlaczego tak rozpaczliwie to przede mną ukrywałyście. 

background image

Uważa, że jesteśmy przeciw niemu w zmowie, pomyślała Livvy. 
 -  Maybelle  nie  wie,  że  to  mam  -  wyznała  zdruzgotana.  Na 

schodach  rozległy  się  szybkie  kroki  i  w  drzwiach  stanęła  Sonia  z 
czerwoną twarzą. 

 -  Znowu  szperała  w  twoich  rzeczach?  Szukała  pewnie  tych 

zabawek. Och, tak mi przykro! 

 - Powiedz jej, że na dzisiaj koniec bajek - polecił Corbin. 
 -  Oczywiście.  -  Sonia  obróciła  się  do  Livvy,  na  której 

skamieniałej  twarzy  malowała  się  gorycz,  i  uczyniła  bezradny  ruch 
ręką. - Jest taka niesforna. Nie zrobi tego nigdy więcej. 

Corbin  zamknął  drzwi,  gdy  Sonia  wyszła,  a  po  chwili  zasunął 

również  rygiel.  Livvy  zrozumiała,  jak  musi  się  czuć  przesłuchiwany 
więzień w obliczu śledczego. 

 -  To  przesądza  sprawę  -  powiedział.  -  Koniec  bajek.  Zacznijmy 

teraz od początku. Chcę znać prawdę. Kiedy to znalazłaś? 

 - Parę lat temu. 
Ledwo  wymówiła  te  słowa,  zorientowała  się,  że  powinna  była 

powiedzieć:  „W  zeszłym  tygodniu".  Ale  umysł  miała  jak  wyprany, 
opuściły ją wszystkie siły. 

 -  Więc  przez  cały  ten  czas  wiedziałaś,  że  Maybelle  i  Laurence 

byli kochankami? 

 - Te rzeczy wyglądały inaczej w owych czasach - zaryzykowała. 

- Mogli wcale nie być tym co my dzisiaj nazywamy kochankami. 

 -  A  ty  jesteś  specjalistką,  jeśli  chodzi  o  nie  skonsumowane 

związki.  -  W  jego  głosie  brzmiała  paląca  drwina.  -  W  każdym  razie 
mieli coś, co byśmy nazwali romansem? 

Dowodził  tego  rysunek,  a  majaczenia  Maybelle  w  gorączce 

ś

wiadczyły, że wiązała ich namiętność, która zerwała wszystkie tamy. 

Bez słowa kiwnęła głową, a on stwierdził cicho: 

 -  Skąd  mogłabyś  być  tego  taka  pewna,  gdyby  Maybelle  ci  nie 

powiedziała? 

 -  Maybelle  nic  mi  nie  mówiła,  znalazłam  to  w  jej  papierach. 

Maybelle jest stara i chora i nie pozwolę, żebyś ją brał na spytki. 

 - Kto jeszcze o tym wie? Henry? Sonia? Andy? 
 - Nie. 
 - Nikt? Z nikim o tym nie rozmawiałaś? 
 - Nie! 
 - Ukrywasz wiec romans sprzed sześćdziesięciu lat? 

background image

Znalazła  się  w  pułapce.  Corbin  mówił  powoli,  z  rozmysłem, 

wiedziała,  że  ich  zniszczy.  Nienawidziła  go  za  to.  Nawet  jeśli  ona 
odmówi powiedzenia jednego słowa więcej, on i tak dojdzie prawdy. 
Nie  spuści  z  niej  oka  i  odpowie  sobie  sam  na  wszystkie  pytania. 
Zapędził ją w ślepą uliczkę. Przygląda jej się jak sep, za chwile zatopi 
szpony w jej sercu. 

 -  Nikt  nigdy  nie  połączył  jej  imienia  z  imieniem  Laurence 

Charlesa.  W  prasie  było  do  licha  i  trochę  wywiadów  dotyczących 
sprawy,  ale  w  żadnym  nie  wypłynęło  nazwisko  Maybelle.  Romans 
pozostał  ich  słodką  tajemnicą.  Nie  chciała  wówczas,  żeby  się  wydał, 
to zrozumiale, skoro była zaręczona z Edwardem Cramerem. Ale teraz 
to już nie ma znaczenia. Maybelle może nie chce o tym mówić, ale ty 
powinnaś to widzieć we właściwych proporcjach. Z perspektywy tylu 
lat  nie  masz  nawet  powodu  być  zgorszona.  Wiec  dlaczego 
sztywniejesz ze strachu na każdą wzmiankę o tym? 

Krew odpływała jej coraz bardziej z twarzy w  miarą, jak  mówił. 

Pewnie jest teraz biała jak kreda. 

 - Co takiego jeszcze wiesz? Kiedy Maybelle stąd wyjechała? 
 -  N-nie  wiem  -  wyszeptała  zdrętwiałymi  wargami.  -  Wiesz 

dobrze - powiedział cicho. - A ja się także dowiem. 

Przy  swoich  reporterskich  sposobach  wykryje  z  łatwością,  kiedy 

Maybelle  odpłynęła  do  Ameryki.  Powiedziała  mu,  że  jej  tu  niebyło, 
kiedy zginął Laurence, ale to nieprawda. Livvy miała ochotę rzucić się 
z pazurami na jego nieprzejednaną twarz. 

 - Zdobędziesz sensacyjną historie, ale nie będzie to zbyt pięknie 

wyglądało,  jeśli  wpędzisz  do  grobu  starą  kobietę.  -  O  mało  się  nie 
dławiła  własnymi  słowami.  -  Czy  ty  nie  masz  żadnej  etyki,  krztyny 
sumienia? Bo oczywiście nie obchodzi cię to, że ja cię znienawidzę na 
resztę życia. 

 - Oj, znienawidzisz - powiedział. 
Schował  kartonik  do  kieszeni,  a  Livvy  przemknęła  przez  głowę 

szaleńcza  myśl,  żeby  spróbować  mu  go  w  jakiś  sposób  odebrać. 
Sięgnął do jej ramion. Uścisk jego palców był miażdżący, wyrwałaby 
się,  gdyby  mogła,  lecz  trzymał  ją  blisko  i  wysoko,  jak  szmacianą 
lalkę. 

 - Już teraz mnie nienawidzisz - powiedział i uśmiechnął się do jej 

przerażonej  twarzy.  -  Tym  razem  nie  udajesz,  co,  śliczna  panienko? 
To naga prawda, płynąca prosto z serca. 

background image

Livvy  zamarła  z  przerażenia.  Nie  zdarzyło  jej  się  jeszcze  nigdy 

spojrzeć w czyjeś  oczy i zobaczyć  w nich diabła. Corbin zadawał jej 
ból, lecz nie na tym koniec krzywdy, jaką jej może zrobić. W oczach 
miał czerwone błyski, chociaż przemawiał do niej jak kochanek. 

 -  Byłem  głupcem.  Oszukiwałaś  mnie  od  pierwszej  minuty. 

Dzieliłem się z tobą natychmiast wszystkim, czego się dowiedziałem, 
i gdybym znalazł ten portret gdziekolwiek indziej, wierzyłbym do tej 
chwili,  że  nic  o  nim  nie  wiedziałaś.  -  Manipulowałaś  mną,  jak 
chciałaś.  Zostawiłbym  starszą  panią  w  spokoju,  gdyby  się  zaczęło 
robić gorąco. Ze względu na ciebie. Ze względu na ciebie. - Posłał jej 
szyderczy  uśmiech.  -  Nie  wyglądasz  teraz  zbyt  ponętnie.  Szkoda,  że 
przestałaś  grać.  Gdybym  się  chciał  dowiedzieć,  gdzie  Maybelle  była 
owej  nocy,  kiedy  ciemność  zapadła  dla  Laurence'a,  jakbyś  mnie 
powstrzymała od zapytania? Czy tak? 

Przyciągnął  ją  ramieniem,  ujął  rękę  za  tył  głowy  i  pocałował. 

Złapała głośno powietrze, kiedy puścił jej głowę. 

 -  Nie  udawaj  czystej  lilii!  -  warknął.  -  Wypróbowałaś  na  mnie 

wszystkie  sztuczki.  Całe  to  certowanie  służyło  tylko  temu,  by  mnie 
rozpalić. Mogłem cię mieć w każdej chwili. 

Nie podda  mu się  tak łatwo. Jęknęła: „To podłość!" - i poleciała 

na łóżko, rzucona pod samą ścianę. 

 -  Zabiorę  jutro  rzeczy  -  powiedział.  -  Nie  byłabyś  bezpieczna, 

gdybym  został  na  noc  w  tym  domu.  Nie  dlatego  żebym  się  chciał 
wmeldować do twego łóżka. Znacznie większą satysfakcję sprawiłoby 
mi spuszczenie ci solidnego lania. 

 -  Ty  kłamliwa  mała  dziwko!  -  rzucił  cicho  i  wyszedł.  Po  chwili 

usłyszała jego odjeżdżające auto. 

Musi  wstać,  pójść  do  łazienki,  obmyć  się  pod  prysznicem.  Musi 

się obmyć nie po tym, co z nią zrobił, lecz po tym Jak na nią patrzył. 

Nie  powinna  była  nigdy  próbować  go  oszukiwać.  Udawać 

zakochaną,  zwodzić  go,  łudzić  obietnicami.  Czy  zdaje  pani  sobie 
sprawę.,  ilu  na  świecie  jest  oszustów  i  krętaczy?  -  zapytał  wówczas. 
Teraz  wie,  że  go  okłamywała  od  samego  początku.  Ośmieszyła  go 
jako mężczyznę i jako dziennikarza. 

Historia  Laurence  Charlesa  trafi  teraz  na  pierwsze  strony  gazet 

nawet,  jeśli  Livvy  uda  się  nie  dopuścić  Corbina  więcej  do  Maybelle. 
Doktor  Aslett  może  ją  poprze  Jeżeli  mu  wyjawi  powód.  Ona  sama 

background image

będzie warowała przy drzwiach i przy telefonie. Jednakże Corbin ma 
rysunek i dojdzie, że Maybelle tu była w chwili śmierci Laurence'a. 

Krew pulsowała, łomotała jej w głowie, bolało ją całe ciało, gdy 

się poruszyła. Usiadła na łóżku, z twarzą ukrytą w dłoniach. Pragnęła 
zaszyć się gdzieś i umrzeć. 

 - Gdzie pojechał Corbin? - spytała Sonia i zmarła zobaczywszy z 

bliska Livvy. - O, mój Boże! - Jej usta uformowały bezgłośne słowa, 
po czym Sonia wydała zdławiony okrzyk: - Co on ci zrobił? 

Wyrwało to Livvy z szoku i o mało nie przyprawiło jej o histerię. 

Ubranie  miała  w  nieładzie,  włosy  potargane.  Zdjęła  koszulę, 
naciągnęła  sweter  i  usiadła  na  taborecie  przed  toaletką.  Sięgnęła  po 
szczotkę  w  srebrnej  oprawie,  którą  dostała  od  Corbina,  lecz 
wstrząsnęła  się  dotknąwszy  jej.  Odłożyła  ją  i  przygładziła  włosy 
rękami. 

Ramiona jej drżały, w piersi wzbierał straszny śmiech. Co Corbin 

jej  zrobił?  Mniej  więcej  to  samo,  co  ona  jemu.  Ugodził  w  jej  dumę. 
Czuje  się  teraz  okropnie,  wygląda  okropnie.  A  on  prowadzi  auto  w 
furii, która może sprawić, że spadnie z urwiska. No, wówczas byłoby 
po problemie. 

Usłyszała własne jęknięcie i pokręciła głową do swego odbicia w 

lustrze.  O  nie,  Corbin  nad  sobą  panował  i  będzie  tak  samo  panował 
nad autem. Dojedzie bezpiecznie, dokąd zmierza. To ona jest tutaj w 
wielkim  niebezpieczeństwie.  Pragnęła  jednak,  żeby  dojechał 
bezpiecznie. 

 -  P-posprzeczaliśmy  się  z  Corbinem  -  wykrztusiła  Livvy  i  omal 

nie zachichotała. 

Byłby to histeryczny śmiech. Nie mogła tego wytłumaczyć Soni. 

Pragnęła  teraz  tylko  zostać  sama,  zebrać  myśli  i  zdecydować,  ile  i 
komu powie. 

 - Nic mi nie jest - powiedział. - Nie zostałam zgwałcona, jeśli o 

tym myślisz - oświadczyła Livvy prosto z mostu. 

 - Oczywiście, że nie - odparła Sonia, chociaż nie była tego wcale 

taka pewna. 

 - Ale doszło do szamotaniny - dodała Livvy. 
 - Ale cię nie...? 
 - Nie. 
 -  No,  to  chyba  w  porządku  -  powiedziała  Sonia.  -  Sama  wiesz 

najlepiej,  czego  chcesz.  I  czego  nie  chcesz  -  dodała  nie  bez 

background image

dezaprobaty.  -  Ale  musze  przyznać,  że  zachodziłam  w  głowę. 
Myślałam, że ze sobą śpicie. 

Pół  godziny  później  Livvy  zeszła  na  dół.  Była  już  opanowana, 

blada,  lecz  nie  drżąca,  chociaż  co  się  działo  w  jej  duszy,  to  inna 
sprawa.  Sonia  na  nią  czekała.  Położyła  Daisy  do  łóżka  i  we  dwoje  z 
Henrym siedzieli przy telewizji, żadne jednak nie patrzyło na ekran, a 
gdy  Livvy  weszła,  Sonia  wstała  i  zgasiła  telewizor.  Henry 
odchrząknął. 

 - Hmm, ja mam jeszcze coś do zrobienia na górze - powiedział. - 

To do jutra. 

Był  wyraźnie  zakłopotany.  Livvy  patrzyła,  jak  się  kieruje  ku 

schodom, zostawiając je same. 

 - Corbin wróci, prawda? - spytała Sonia. 
 - Przyjedzie zabrać rzeczy. 
 - Wobec tego  musze z tobą porozmawiać. - Sonia poczekała, aż 

Livvy  usiądzie,  nim  podjęła.  -  Zawsze  możesz  powiedzieć,  żebym 
pilnowała  swego  nosa,  ale  jesteśmy  przecież  przyjaciółkami  i  byłaś 
dla  mnie  zawsze  taka  dobra...  Nie  rozumiem,  dlaczego  ty  traktujesz 
Corbina w ten sposób. 

Blady uśmieszek wykrzywił wargi Livvy. 
 -  Uważasz  teraz,  że  powinnam  była  z  nim  pójść  do  łóżka?  Parę 

dni temu ostrzegałaś mnie przed tym. Wydawało mi się, że sama masz 
na niego chętkę. 

Lepiej  pozwolić  jej  powiedzieć,  co  ma  do  powiedzenia.  Gdyby 

odmówiła  wysłuchania  jej,  Sonia  gotowa  za  nią  chodzić  i  węszyć,  a 
Livvy  chciała  mieć  zapewnioną  absolutną  dyskrecje,  kiedy  pójdzie 
porozmawiać z Henrym. 

 -  Oczywiście,  żebym  miała  -  odrzekła  Sonia,  niemal  wyłamując 

ręce  dla  jak  najdobitniejszego  podkreślenia  swego  punktu  widzenia  - 
gdybym się łudziła, że kiedykolwiek na  mnie spojrzy. Podoba mi się 
naturalnie, ale wiem, że nie spojrzałby na  mnie na bezludnej wyspie. 
Ale wy dwoje przez ostatni tydzień! On nie mógł utrzymać rąk z dala 
od ciebie, a ty się do niego wprost lepiłaś. 

 - Nic podobnego - powiedziała Livvy. 
Był to okres dobrego koleżeństwa, ale ich bliskość opierała się na 

fałszu i teraz się rozwiała. 

 -  Lepiłaś  się,  lepiłaś  -  pisnęła  Sonia.  -  Andy  dzwonił,  ale  nie 

chciałaś z nim nigdzie pójść. 

background image

Andy dzwonił rzeczywiście kilka razy, ale Livvy zdawało się, że 

ma istotne powody do odmowy. Była naprawdę zajęta. 

 -  Jeżeli  Corbin  posunął  się  dalej,  niż  sobie  życzyłaś  - 

oświadczyła zdecydowanie Sonia - to wyłącznie twoja wina. Posyłałaś 
mu niedwuznaczne sygnały i nie możesz mieć teraz do niego pretensji. 
Uważam, że powinnaś go poprosić, żeby wrócił. 

 - Tak po prostu? 
 -  Możesz  to  zrobić.  Szaleje  na  twoim  punkcie.  Szaleje  to 

właściwe słowo. Livvy jeszcze czuła uścisk jego 

dłoni  na  ramionach,  a  wspomnienie  to  nie  przypominało  niczym 

dreszczu,  który  jeszcze  nie  tak  dawno  przenikał  jej  wszystkie  nerwy 
za każdym jego dotknięciem. To była kara, uścisk, który miał sprawić 
ból.  Kiedy  Corbin  wróci,  będzie  to  gorzka  konfrontacja,  nie  czułe 
pojednanie.  Livvy  nie  mogła  tu  dłużej  siedzieć  dla  spacyfikowania 
Soni, która nie ma zielonego pojęcia, co się wydarzyło i co się jeszcze 
wydarzy. 

Na  kanapce  leżały  wciąż  rysunki  Corbina,  z  nie  dokończonym 

szkicem 

Livvy 

jako 

królowej 

krainy 

syjamskich 

kotów, 

przymocowanym do deszczułki. 

 - Możemy to głęboko schować - powiedziała Livvy. - Corbin nie 

będzie już tu opowiadał bajek. 

 -  Na  pewno  będzie  -  odparła  Sonia.  -  Nigdy  nie  wypuścisz 

takiego mężczyzny jak Corbin. 

Sonia  pragnęła,  żeby  jej  przyjaciółka  była  szczęśliwa,  a 

właściwym  mężczyzną  dla  niej  jest  Corbin,  nie  Andy.  Oczywiście 
Andy pozostałby na lodzie, a jest miłym chłopcem. Sonia od początku 
wiedziała,  że  Corbin  znajduje  się  daleko  poza  zasięgiem  jej 
możliwości, ale gdyby Livvy rzuciła Andy'ego, niewykluczone, że ten 
by się zainteresował Sonią. 

Henry  był  w  swoim  pokoju.  Siedział  z  książką  w  ręku  i 

szklaneczką  na  stoliku  obok;  Słyszał  nadchodzącą  Livvy.  Sonia, 
zbiegłszy z góry po rozmowie z Livvy i położywszy prędko Daisy do 
łóżka, przyszła go poinformować, że Livvy i Corbin się pokłócili i że 
Corbin  odjechał.  Sprzeczka  zakochanych,  ale  Livvy  jest  załamana  i 
nieszczęśliwa.  Sonia  już  z  nią  porozmawiała,  bo  uważa,  że  Livvy 
postępuje niemądrze. 

Henry,  który  wiedział,  że  Livvy  dwukrotnie  przewyższa  Sonie 

inteligencją,  uznał,  że  lepiej  się  usunąć.  Słysząc  teraz  Livvy 

background image

zmierzającą  w  stronę  jego  pokoju,  ciekaw  był,  czy  ją  zobaczy 
zirytowaną, czy ubawioną. Przypuszczał jednak, że Livvy go upewni, 
iż rzekoma sprzeczka to wiele hałasu o nic i razem się pośmieją z Soni 
w roli pocieszycielki. 

Jeden rzut oka na twarz Livvy przekonał go, że sprawa nie jest do 

ś

miechu.  Zerwał  się  tak  szybko,  że  upuścił  książkę.  Podbiegł  do 

Livvy. 

 - Chodź, siadaj, moja droga - zatroszczył się. - Jest aż tak źle? 
Livvy  usiadła.  Henry  zamknął  drzwi  i  zabrał  się  do  robienia  jej 

cocktailu. 

 - Daj mi czystej whisky - zażądała. 
To się jeszcze nie zdarzyło.  Henry  nie widział także  nigdy, żeby 

Livvy  łyknęła  alkohol  duszkiem  i  potem  siedziała  krztusząc  się  i 
łapiąc powietrze. 

 -  Jest  gorzej,  niż  przypuszczasz  -  powiedziała  Livvy.  -  Lepiej 

usiądź. 

Henry osunął się na swój fotel, nie spuszczając oka z Livvy. 
 - Niech Bóg ma nas w swojej opiece - wymamrotał. 
 - Święte słowa - potwierdziła Livvy. - Potrzebuję twojej pomocy. 

Chodzi  o  sprawę,  która  tu  sprowadziła  Corbina.  O  scenariusz,  który 
pisze.  Kiedy  Maybelle  była  taka  chora,  potem  jak  złamała  nogę, 
majaczyła  pewnej  nocy  w  gorączce.  Czuwałam  przy  niej  sama,  więc 
nikt inny tego nie słyszał, ale fakt, że mówiła o Laurence Charlesie. 

 -  Jakieś  wspomnienie  z  czasów,  kiedy  była  młodą  panienką?  - 

spróbował wtrącić Henry. 

 - Była w moim wieku i miała z nim romans - wyjaśniła Livvy. - 

Przeżywała na nowo smutny finał, szalała z zazdrości. Wszystko to jej 
wróciło w gorączce, jakby się działo w tej chwili. O mało mi serce nie 
pękło. 

 - Biedne dziecko - mruknął Henry, nie wiadomo, mając na myśli 

Livvy  czy  Maybelle.  Na  jego  ogorzałej  twarzy  malowało  się 
współczucie. - Ale żyła potem tyle lat szczęśliwie z Edwardem, więc 
co to ma teraz za znaczenie? 

 -  Odpłynęła  do  Ameryki  w  dzień  po  śmierci  Laurence'a  - 

wyjaśniła  z  ciężkim  sercem  Livvy.  -  Była  tu  owej  nocy.  Mogli  się 
wtedy pokłócić. 

 - Mogli, ale nie musieli - powiedział Henry. 

background image

 -  W  każdym  razie  Corbin  wie,  że  kłamała.  Zacznie  się 

dopytywać.  Ma  szkic,  na  którym  Laurence  narysował  siebie  i 
Maybelle  uśmiechających  się  do  siebie.  Jest  to  tak  wymowne,  jakby 
ich narysował w objęciach. W dodatku na rysunku są podpisy, jej jako 
Maybelle Charles. Przechowywała szkic przez wszystkie te lata, nikt o 
nim  nie  wiedział.  Chciała  go  spalić  w  zeszłym  tygodniu,  jest 
przekonana,  że  spaliła,  ale  ja  go  schowałam.  I  teraz  wpadł  w  ręce 
Corbina. 

Zamilkła, żeby Henry miał czas to trochę przetrawić. Zmarszczki 

na jego twarzy się pogłębiły. 

 - O toście się pokłócili? - spytał wreszcie. 
 - Tak. 
 -  Jak  Corbin  wróci,  utniemy  sobie  we  troje  małą  pogawędkę, 

poprosimy go, żeby zostawił  Maybelle w spokoju. Ma wystarczająco 
sensacyjną historię bez wyciągania jej nazwiska. 

Henry  nie  dopuszcza  myśli,  że  Maybelle  była  zamieszana  w 

ś

mierć  kochanka,  i  wyobraża  sobie,  że  Corbin  Radbrook  okaże  się 

równie  ufny.  Jednakże  Corbin  więcej  niż  podejrzewa,  on  wie. 
Reporterski instynkt powrócił mu w momencie, gdy Daisy wygrzebała 
rysunek.  Do  tamtej  chwili  przesłaniało  mu  wzrok  zauroczenie  osobą 
Livvy. 

Wiara  Henry'ego,  że  przyjacielska  pogawędka  wpłynie  na 

Corbina,  jest  naiwnością.  Henry  nie  dostrzega  faktów  bijących  w 
oczy.  Nawet  gdyby  Livvy  mu  zdradziła,  co  Maybelle  powiedziała  w 
gorączce, Henry jeszcze by się upierał, że Livvy się przesłyszała. 

A  więc  Livvy  będzie  musiała  ostrzec  Maybelle.  Oznacza  to 

konieczność  wyjaśnienia  jej,  w  jaki  sposób  rysunek  wpadł  w  ręce 
Corbina  i  skąd  Livvy  wiedziała.  Oczywiście  Livvy  nie  musi  jej 
zdradzać,  że  słyszała  owo:  „Zabiłam  Lauriego".  I  może  się  tylko 
modlić,  żeby  Maybelle  starczyło  sił  na  niepowtórzenie  tego  nigdy 
więcej. 

 - Nie będziemy nic mówili Maybelle, dopóki nie porozmawiamy 

z Corbinem - powiedział Henry. 

Nie  rozumie,  że  ta  rozmowa  nic  nie  zmieni.  Ale  robi  się  późno, 

niech  Maybelle  ma  względnie  spokojną  przynajmniej  tę  noc.  Zresztą 
Henry  też.  Pewnie  będzie  się  trochę  przewracał  na  łóżku  nie  mogąc 
zasnąć,  lecz  nie  ma  potrzeby  ostrzegać  go  teraz,  że  dzięki  głupocie 
Livvy zrobili sobie śmiertelnego wroga. 

background image

 -  Nie  mów  także  Soni  -  dorzucił  Henry.  -  Nie  powiedziałaś  jej 

jeszcze, mam nadzieję? - Pokiwał z aprobatą głową, gdy Livvy zrobiła 
przeczący ruch. - Słusznie, to nie jej sprawa. Maybelle by sobie tego 
nie życzyła. 

Ale  Sonia  i  tak  się  dowie  prędzej  czy  później,  wszyscy  się 

dowiedzą.  A  Maybelle  Murrin  będzie  podejrzana,  może  nawet 
oskarżona, o coś znacznie gorszego niż potajemny romans. 

 - Poczekajmy do jutra - powiedziała Livvy. - Dziękuję ci. 
Wychodząc pochyliła się i pocałowała Henry'ego w policzek, bo 

go  kochała,  a  nadchodziły  ciężkie  chwile.  Henry  odwzajemnił  jej  się 
uśmiechem. 

 - Nie susz sobie tym pięknej główki. 
Wchodziła  powoli  po  schodach  do  mieszkania  Maybelle.  Corbin 

nie nazwie jej już nigdy swoją śliczną panienką. „Nie wyglądasz teraz 
zbyt  ponętnie"  -  powiedział  i  Livvy  mogła  sobie  wyobrazić,  jaką  ją 
musi  po  tym  wszystkim  widzieć.  Odrażającą  do  szpiku  kości.  I  taka 
się czuła. 

Koty  wybiegły  jej  na  spotkanie,  gdy  weszła  do  saloniku.  Ciocia 

Maysie  leżała  już  w  łóżku,  wcześniej  niż  zwykle.  Na  pytanie  Livvy 
odparła, że nic nie potrzebuje, więc Livvy powiedziała jej dobranoc i 
zamknęła drzwi nie pozwalając Szuli zbiec za sobą na dół. 

Sonia czekała na Livvy na podeście pierwszego piętra. 
 - Rozejrzałam się w pokoju Corbina - oznajmiła. - Zabrał ze sobą 

większość  papierów,  ale  nie  zabrał  rzeczy.  Nie  znalazłam  jedynie 
przyborów  do  golenia  i  piżamy.  Może  pojechał  tylko  na  noc,  bo 
zostawił wszystkie ubrania w szafie. 

 - Nie używa piżamy - powiedziała Livvy. 
 - Skąd wiesz? 
Livvy  wzruszyła  ramionami  i  przeszła  obok  Soni  kierując  się  do 

swojego pokoju. Sonia podreptała za nią. 

 -  Livvy,  kiedy  wróci,  pogodzisz  się z  nim,  prawda?  To  nie była 

aż taka kłótnia? 

 -  Wojny  wybuchały  z  błahszych  powodów  -  odrzekła  cierpko 

Livvy. 

 -  Nie  wygaduj  głupstw!  -  wybuchnęła  Sonia.  -  Wystarczy 

zobaczyć,  jak  na  siebie  patrzycie,  żeby  wiedzieć,  co  do  siebie 
czujecie. 

Livvy otworzyła drzwi do swego pokoju. 

background image

 - Właśnie, sprawdziło się to dzisiaj. Ja na niego patrzyłam jak na 

mężczyznę,  od  którego  bym  uciekała,  gdzie  pieprz  rośnie,  a  on  na 
mnie jak na szmatę, o którą by nie wytarł nóg. 

Zostawiwszy osłupiałą Sonię na korytarzu, oparła się o zamknięte 

drzwi  w  ciemnym  pokoju,  przytłoczoną  poczuciem  straszliwej 
samotności. Jakby to był koniec świata. Faktycznie, biorąc pod uwagę 
perspektywy na przyszłość, był to koniec jej świata. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Następnego dnia w kuchni Sonia, spostrzegłszy sińce pod oczami 

Li wy, powiedziała: 

 - O, ktoś nie spał w nocy. 
Livvy,  która  nie  zmrużyła  oka,  nic  nie  odpowiedziała.  Była 

jedyną osobą w tym domu, która nie chciała więcej widzieć Corbina. 
Wiedziała,  że  Corbin  zburzy  ich  przytulny  mały  świat  i  żal  jej  było 
tych  dwojga.  Kiedy  Livvy  przygotowała  poranną  herbatę  do 
zaniesienia  na  górę,  Henry  szepnął:  Ani  słówka  Maybelle.  Zdaje  mu 
się,  że  jest  rycerzem  w  błyszczącej  zbroi.  Nie  rozumie,  że  ma 
przeciwko sobie przeciwnika groźnego jak odbezpieczony granat 

Kiedy  Livvy  wkroczyła  z  herbatą  i  Maybelle  mogła  jej  się 

przyjrzeć z bliska, nawet jej stare oczy dostrzegły, że coś jest bardzo 
nie w porządku. 

 - Stało się coś? - zapytała z niepokojem. - Źle się czujesz? 
 - Pokłóciłam się wczoraj z Corbinem. 
 -  O,  nie!  Och,  Livvy,  wy  dwoje  nie  powinniście  się  ze  sobą 

kłócić. O co poszło? 

Do pokoju wkroczył Henry. Livvy wiedziała, że nie dowierza jej 

zdolności  panowania  nad  sobą.  Wychodząc  usłyszała  jeszcze 
płaczliwy głos Maybelle: 

 - Livvy mówi, że się pokłóciła z Corbinem. Henry zarechotał. 
 - Wiesz, jacy są ci młodzi. To na pewno nic poważnego. 
Corbin  powiedział,  że  wróci  po  rzeczy,  ale  z  kancelarii  zabrał 

wszystko,  co  do  niego  należało.  Nic  nie  zostało  na  biurku  ani  w 
szufladach.  Nie  było  obrazu  ani  listów.  Żadnego  śladu,  że  tu 
kiedykolwiek  pracował,  z  Livvy  siedzącą  u  jego  boku  i  Luke'em 
wyciągniętym na dywanie. 

Livvy odruchowo poukładała swoje rzeczy z powrotem w pustych 

szufladach.  Nadeszło  już  kilka  życzeń  świątecznych,  wiec  wyjęła 
prywatną książeczkę adresową i zabrała się do podpisywania kartek i 
adresowania  kopert.  Ale  nie  bardzo  jej  to  szło.  Przez  większą  część 
czasu siedziała patrząc w przestrzeń i czekając. 

Wiedziała,  kiedy  przyjechał  Corbin,  bo  Sonia  otworzyła  z 

impetem drzwi i syknęła: 

 - Już jest. Nie wyjdziesz? 
Henry  i  tak  go  tu  przyprowadzi,  więc  Livvy  nie  miała  po  co 

wychodzić.  Zresztą  nie  była  pewna,  czy  nogi  nie  odmówiłyby  jej 

background image

posłuszeństwa. W głowie jej się kręciło z bezsenności i niejedzenia. Z 
tego  i  z  nagiego  strachu  przed  stawieniem  mu  ponownie  czoła. 
Pokręciła głową. 

 - Jesteś uparta i taka głupia! - rzuciła Sonia i trzasnęła drzwiami. 
Minęło  parę  minut.  Livvy  zaadresowała  jeszcze  jedną  kopertę 

trzęsącym  się  pismem,  które  z  ledwością  sama  poznawała.  Corbin 
przyjechał  po  rzeczy,  pakuje  teraz  walizki  w  pokoju  na  górze.  Ale 
Henry zrobi wszystko, żeby go tu ściągnąć przed odjazdem, więc nic 
jej nie pomoże dalsze krycie się za zamkniętymi drzwiami. 

Oparła dłonie na poręczach fotela, próbując się podnieść, i w tym 

momencie  Henry  wprowadził  Corbina.  Livvy  opadła  z  powrotem  na 
siedzenie.  Widziała  walizki  stojące  w  hallu  i  Henry'ego,  ale  w 
pierwszej chwili nie była w stanie spojrzeć na Corbina, chociaż czuła 
jakby padający na nią jego cień. 

Domyślała  się  słów,  jakimi  się  posłużył  Henry:  „Masz  chwilę 

czasu, chłopcze? Chcielibyśmy zamienić z tobą parę zdań, Livvy i ja". 

 - Nie mamy ze sobą o czym mówić, prawda? - zapytała. 
 - My dwoje, nie - odparł, spojrzał jednak pytająco na Henry'ego, 

który rzekł: 

 - Livvy mi powiedziała, że Maybelle coś bredziła o tym malarzu, 

kiedy  leżała  w  gorączce  po  złamaniu  nogi.  Podobno  byli  ze  sobą 
blisko w pewnym okresie. 

 - Podobno - odrzekł Corbin. 
Henry,  zniżywszy  głos  do  poufnego  szeptu,  podjął  z  miną 

człowieka, który zamierza poprosić o drobną przysługę: 

 - Maybelle utrzymywała to w tajemnicy przez to wszystkie lata. 

Nie  ma  pojęcia,  że  Livvy  o  tym  wie,  nie  wspominając  już  o  mnie. 
Wprawiłoby  ją  to  w  wielkie  zakłopotanie,  gdyby  rzecz  się  rozeszła, 
stała  tematem  powszechnych  plotek.  Była  wówczas  młodą  panienką. 
Nie lepiej by było o tym zapomnieć? 

Na  próżno  się  wysila  apelując  do  Corbina.  Nie  wskórałby  nic 

proponując  mu  nawet  łapówkę  wartości  królewskiego  okupu.  Livvy 
wiedziała, że nic nie powstrzyma Corbina od opisania owej końcowej 
sceny. Corbin jest nieprzystępny i cyniczny. Wygląda teraz na więcej 
niż te jego trzydzieści dwa lata i nikt nie jest  mu już przyjacielem  w 
tym domu. Biedny stary Henry nie może liczyć na żadne uprzejmości. 
Nic  mu  nie  da,  że  przybrał  teraz  taki  ton,  jakby  wpadł  na  idealne 
rozwiązanie. 

background image

 - Jeszcze lepiej by było, gdybyś rzucił w diabły ten cały pomysł. 
Nawet Corbina zaskoczył jego tupet. 
 -  To  znaczy,  gdybym  wyrzucił  do  kosza  scenariusz?  Henry  się 

rozpromienił. 

 - Co to dla takiego błyskotliwego dziennikarza jak ty? Znalazłbyś 

sobie szybko inny temat. 

 -  To  nie  takie  proste.  Zobowiązałem  się  do  napisania  tego 

scenariusza. Jest to zawarowane w moim kontrakcie. 

Livvy  wiedziała,  że  Corbin  bawi  się  z  nimi  w  kotka  i  myszkę. 

Lecz  Henry  przyjął  jego  uśmiech  za  dobrą  monetę,  a  kiedy  Corbin 
rzekł:  Ale  zobaczę,  co  się  da  zrobić,  Henry  chwycił  jego  dłoń  i 
potrząsnął nią energicznie. 

 -  O  nic  innego  nie  prosimy.  Zostawiamy  sprawę  w  twoich 

rękach. I wiedz, że zawsze tu będziesz mile widziany. 

 - Nie traćmy więcej czasu - wtrąciła się ostro Livvy. 
 - Dziękuję, ale za dużo rzeczy rozpraszało mnie tutaj w pracy. 
Henry uznał, że chodzi o Luke'a i koty. I o Livvy. 
 - Zrozumiałe - powiedział. - Dokąd się przenosisz? 
 - Do Willi Halkjon. 
 - Ale jeszcze cię zobaczymy? 
 - Tego możecie być pewni. 
Popatrzył chwile, na Livvy, a ona wytrzymała jego wzrok. Livvy 

nie  da  mu  jeszcze  satysfakcji  zobaczenia,  że  się  kuli  pod  jego 
spojrzeniem.  Kiedy  się  schylił  po  swoje  walizki,  Henry  zamachał  do 
niej: Idź, pożegnaj się z nim. 

W hallu wskoczyła na nią Sonia: 
 - Czy on odjeżdża? Chyba nie? 
Livvy  musiała  się  od  nich  uwolnić,  zanim  zacznie  krzyczeć.  W 

domu  nie  ma  ucieczki.  Stało  się  to najgorsze  i  ona  musi  teraz  stawić 
czoło Corbinowi bez oparcia w nikim. Ale już się nie bała. Postąpiła 
ź

le,  ale  on  także  jest  nie  bez  winy.  To,  co  zrobił  wczoraj,  jest 

niewybaczalne. 

Corbin  włożył  największą  walizkę  i  obrócił  się  do  niej. 

Oczekiwała,  że  Luke  zacznie  warczeć,  lecz  wielkie  kosmate  psisko 
pozostało  tym  razem  cicho.  Corbin  czekał,  aż  ona  się  odezwie. 
Wczoraj zostawił ją szlochającą na łóżku, ale Livvy już nigdy więcej 
nie będzie się przed nim kulić. 

background image

 - Nie muszę ci wyjaśniać - powiedziała - że zaproszenie cię przez 

Henry'ego  to  była  jego  własna  inicjatywa.  Henry  jest  dżentelmenem 
starej  daty  i  tkwi  w  mylnym  przekonaniu,  że  ty  też  jesteś 
dżentelmenem. 

 -  Nie  tylko  dżentelmenem,  lecz  także  idiotą  -  odrzekł  Corbin.  - 

Łatwo  było  o  takie  mylne  przekonanie  sądząc  po  moim 
dotychczasowym  zachowaniu.  Możesz  mu  ode  mnie  powiedzieć,  że 
nie jestem ani jednym, ani drugim. 

Livvy  spojrzała  odruchowo  na  silne  palce,  które  tak  boleśnie 

ś

ciskały  jej  wczoraj  ramiona.  Corbin  pobiegł  za  jej  wzrokiem,  po 

czym  uniósł  prawą  rękę.  Livvy  zesztywniała,  ale  sięgnął  tylko  do 
klamki samochodu. 

 -  Nie  wpadaj  w  panikę  -  powiedział.  Usiadł  za  kierownicą, 

drzwiczki zostawił otwarte. - Dzisiaj nie mam ochoty ani cię sprać, ani 
zerżnąć. 

Zatrzasnął drzwiczki, uruchomił silnik i zostawił ją w lodowatym 

podmuchu  wiatru  przed  domem.  Obróciła  się  na  pięcie  i 
pomaszerowała z powrotem do domu. Jeśli się nie zmusi do zjedzenia 
czegoś, gotowa jest zemdleć. 

Obok niej wyrosła Sonia pytając, jakby już nie pierwszy raz: 
 - Co, wszystko w porządku? 
 -  Nie,  bardzo  nie  w  porządku  -  odparła  Livvy  i  pomaszerowała 

dalej w stronę kuchni. 

Zdążyła otworzyć spiżarnię, kiedy wpadł Henry zacierając ręce. 
 - No, kochana, sprawa załatwiona? 
 - Co-o? 
Livvy zamrugała, lecz zadowolenie nie opuściło Henry 'ego. 
 -  Rozegraliśmy  to  pierwsza  klasa.  Myślę,  że  nie  zrobi  już 

krzywdy Maybelle. Ani tobie. Ma do ciebie słabość. 

Promieniał,  oczy  mu  błyszczały.  Poczciwy  Henry,  nie  mylił  się 

tak bardzo jeszcze nigdy w życiu. 

 - Mój drogi - powiedziała zmęczonym głosem Livvy - Corbin nie 

ma  żadnej  słabości,  do  nikogo  ani  do  niczego.  Mo-że  nam  zrobić 
ś

miertelną krzywdę. Jest urodzonym myśliwym, zabójcą. 

Wstrząsnęło to Henry'm do głębi. 
W tym momencie rozległ się w kuchni dzwonek alarmowy, który 

przez  wszystkie  te  lata  zadźwięczał  tu  tylko  raz.  Gdy  go 
wypróbowywali. 

background image

Livvy rzuciła się do drzwi. W hallu dźwięczał drugi z dzwonków 

zainstalowanych na parterze. Gapiąca się na niego Sonia zapytała: 

 - Czy to ciocia Maysie? 
Oczywiście,  że  ciocia  Maysie.  Dzwonek  alarmowy  z  jej 

mieszkania.  Livvy  ominęła  Sonię  i  puściła  się  biegiem  po  schodach. 
Za  nią  sapał  Henry.  O  mało  się  nie  przewróciła  o  Miszę,  który 
wyskoczył  na  podest,  gdy  tylko  otworzyła  drzwi.  Kiedy  wpadła  do 
sypialni, dzwonek ucichł. 

Maybelle,  siedząc  w  fotelu,  trzymała  koniec  laski  na  przycisku 

dzwonka. Chciała, żeby ktoś się natychmiast zjawił, ale nie wyglądała 
bynajmniej na chorą. 

 -  Dlaczego  dzwoniłaś?  -  wysapała  Livvy.  Maybelle  łypnęła 

okiem  za  plecy  Livvy  i  Henry'ego,  na  Sonię,  która  się  ukazała  w 
drzwiach. 

 - Nic mi nie jest, moja droga - rzuciła odprawiając Sonię ruchem 

laski. A kiedy Henry zamknął za nią drzwi, natarła na Livvy: - Corbin 
znowu odjechał. 

Wyglądała widać przez okno. 
 - Jak ty go mogłaś puścić? Jesteście z Corbinem... 
 - Nie - zaprotestowała Livvy. 
- Nie opowiadaj mi tu tylko o Andrew! - zgromiła ją Maybelle. - 

Andrew nie dorasta Corbinowi do pięt i nie zmieni tego żadna kłótnia. 

Maybelle irytuje się z niewłaściwego powodu. Najwyższy czas jej 

uświadomić, co im grozi ze strony Corbina Radbrooka. 

 - Wobec tego muszę ci powiedzieć, o co się pokłóciliśmy. Tylko 

proszę cię, staraj się zachować spokój. 

 -  Jeżeli  zaczniesz  mi  znowu  bajdurzyć,  że  cię  chce  uwieść  - 

Maybelle wywróciła w zniecierpliwieniu oczy - to zachowujesz się jak 
głupia pensjonarka i bardzo ci się dziwię. 

 -  Zapomnij  o  tym  -  odparła  Livvy.  -  Corbin  nie  był  nigdy 

uwodzicielem,  to  nie  jego  styl.  Mamy  kłopot  z  nim  jako 
dziennikarzem. 

 - Chodzi o tego  malarza  - dorzucił Henry.  Maybelle  czekała,  co 

powie Livvy. 

 -  Mówiłaś  o  nim,  kiedy  leżałaś  nieprzytomna  w  gorączce.  Nie 

pamiętasz? 

 - Nie. 
 - Nikt inny nie słyszał. Tylko ja. 

background image

 -  Livvy  powiedziała  mi  dopiero  wczoraj  -  wtrącił  Henry.  - 

Dlaczego nam nigdy o tym nie opowiedziałaś? 

 -  To  było  tak  dawno.  -  Maybelle  oparła  laskę  o  fotel.  -  I  o  to 

pokłóciłaś się z Corbinem? 

 - Ja nie spaliłam tego rysunku - wyznała Livvy, na co Maybelle 

drgnęła. - Daisy go znalazła. Myślała, że to mój portret i pokazała go 
Corbinowi. 

 - I Corbin teraz uważa - powiedziała Maybelle - że ukrywałaś... 

jak to się nazywa... dowód rzeczowy? 

 - Coś w tym rodzaju. 
 - Wie, że ja tam byłam? 
Maybelle  ma  niewątpliwie  na  myśli  noc,  której  zginął  Laurence 

Charles. 

 - Tak - powiedziała Livvy. 
 -  Wobec  tego  muszę  z  nim  pomówić.  Sprowadzać  go  tutaj. 

Wiesz, gdzie go szukać? 

 - Chyba wiem. 
Livvy  sięgnęła  po  dłoń  Maybelle  i  objęła  palcami  jej  przegub, 

szukając  pulsu.  Starsza  pani,  zorientowawszy  się,  o  co  chodzi, 
znieruchomiała, z iskierką przekory w oku. 

 - Nienajgorszy - oświadczyła Livvy. 
Tak było istotnie. Teraz Maybelle zaczęła uspokajać Livvy. 
 - Och, nic mi nie będzie. 
 -  Oczywiście,  że  nie  -  przytaknęła  Livvy.  U  stóp  schodów 

czekała Sonia. 

 - O co jej chodziło? 
 - Chce, żeby sprowadzić Corbina - odparła Livvy. 
 - Czyż nie pragniemy tego wszyscy? - spytała Sonia. - I co? 
 -  Jadę  po  niego  -  rzuciła  Livvy  wchodząc  do  swego  pokoju  i 

zostawiając  na  podeście  Sonię,  która  pomyślała  melancholijnie,  że 
chciałaby też móc jechać po takiego mężczyznę jak Corbin, kiedy jej 
przyjdzie ochota. 

Lecz Livvy bynajmniej nie pragnęła ściągać z powrotem Corbina. 

Nałożyła  sweter  od  Arona,  dopasowane  spodnie  narciarskie,  wzięła 
kurtkę  z  kapturem,  rękawiczki  na  kożuszku.  Na  nogi  naciągnęła 
wełniane 

skarpety 

najstarsze 

buty, 

gdyż 

były 

zarazem 

najsolidniejsze. 

background image

O  tej  porze  roku  zmrok  zapadał  wcześnie,  ołowiane  niebo  już 

zdawało  się  wisieć  niżej.  Wiał  ostry  wiatr,  pachnący  zapowiedzią 
ś

niegu. Livvy zawahała się przez chwilę, jednakże obejrzawszy się na 

dom,  zobaczyła  w  oknach  twarze  i  wiedziała,  że  wszyscy  zaczną  ją 
molestować, jeśli teraz zawróci. 

Wsiadając  do  auta  powiedziała  na  głos:  Jestem  taka  zmęczona! 

Prowadziła  nieustającą  batalię,  odkąd  zjawił  się  tu  Corbin  Radbrook. 
Nic  dziwnego,  że  teraz,  kiedy  przegrała  wszystko,  o  co  walczyła, 
czuje się wyczerpana i przybita. 

Może wcale nie pójdzie do willi Halkjon. Może podjedzie na jakiś 

odludny  punkt  widokowy,  popatrzeć,  jak  zimne  fale  rozbijają  się  o 
brzeg. Albo odwiedzi jakichś znajomych. Lecz dziesięć minut później 
znalazła się na pustym polu, koło przełazu prowadzącego do ścieżki w 
górę. 

Na polu pustym Jeśli nie liczyć  auta Corbina. A  więc przyjechał 

wprost  tutaj.  W  powietrzu  wirowały  drobne  płatki  śni-egu,  kiedy 
parkowała  obok  jego  kombi.  Wysiadła  i  zajrzała  do  stojącego 
samochodu. Walizek nie było w środku. Corbin musiał się wspinać z 
nielichym ładunkiem, ale wyjechał na długo przed nią. 

Mogłaby  mu  zostawić  kartkę  pod  wycieraczką,  gdyby  miała  coś 

do pisania. Zaczęła grzebać w schowku koło tablicy rozdzielczej, ale 
znalazła tylko kredkę do brwi. Zaczęła nią pisać na odwrocie koperty: 
„Zadzwoń  do  Słodkich  Sadów",  ale  kredka  się  rozkruszyła  po 
pierwszym  słowie.  Livvy  zrezygnowała,  schowała  kopertę  do 
kieszeni. 

Zdąży wejść na górę, zostawić wiadomość i wrócić, nim śnieg się 

rozpada  na  dobre.  Musi  się  zdobyć  na  stawienie  mu  czoła.  Wtykanie 
kartki  pod  wycieraczkę  to  niegodny  wybieg.  Ruszyła  zdecydowanie 
do przełazu. 

Nie  będzie  sobie  przypominała,  jak  Corbin  podał  jej  rękę 

poprzednim razem i jak ją grzała jego dłoń, chociaż wiał zimny wiatr. 
Wiatr, który wiał teraz, ciskał jej w twarz płatki śniegu i przenikał ją 
do  szpiku  kości.  Naciągnęła  kaptur,  pochyliła  głowę  i  zaczęła  się 
wspinać krętą ścieżką, zmuszając się do szybkiego marszu, dopóki nie 
zabrakło  jej  tchu.  Zatrzymała  się  dla  wytchnienia,  łapiąc  powietrze, 
odwrócona plecami do wiatru. Okazało się to gorsze od marszu, stojąc 
można  było  zamarznąć.  Ale  przecież  nie  musi  się  wcale  trzymać 

background image

prowadzącej  zakosami  ścieżki,  może  iść  na  przełaj  przez  zwiędłe 
orlice i jałowce, jeśli weźmie sensowne tempo. 

Widać była jednak w diablo podłej formie, bo wspinanie stawało 

się  zabójczo  trudne.  Buty  ciążące  jak  z  ołowiu  plątały  się  w  krzewy, 
gruba  kurtka  przytłaczała  jak  stukilowe  brzemię.  Z  Corbinem 
wydawało  się,  że  to  krótki  spacerek.  Tak  samo  dawniej,  kiedy 
chodziła tędy bez niego. Teraz zaczynało jej się kręcić w głowie i na 
chwilę ogarnęła ją wątpliwość, czy w ogóle dojdzie. 

Zdławiła  czym  prędzej  uczucie  paniki.  W  końcu  to  tylko  górka, 

nie jakiś wierch, pierwszy śnieg, nie zamieć. A na szczycie widać już 
palące się światełko. Musi przestać się potykać i dyszeć, lecz wspinać 
się wytrwale, nie spuszczając oka z lampy w oknie, coraz bliższej za 
każdym krokiem. 

Wpatrywanie  się  w  tę  lampę  dodało  jej  sił.  Nie  dla  niej  została 

zapalona,  lecz  pali  się  tam,  dokąd  ona  zmierza.  A  kiedy  wreszcie 
wyłonił się zarys domu, zatrzymała się i odetchnęła głęboko, wiedząc, 
ż

e gdyby nie ten wiatr, słyszalne byłoby jej wołanie. 

Lodowate  powietrze  zakłuło  ją  w  płuca  jak  pchnięcie  noża,  o 

mało  jej  nie  udławiło,  tak  że  kasłała  jeszcze,  gdy  zdjęła  rękawicę, 
ż

eby zastukać w drzwi. 

W  środku  zaczął  szczekać  Luke  i  drzwi  otworzyły  się  niemal 

natychmiast.  Corbin  ją  poznał,  chociaż  kaptur  zasłaniał  jej  większą 
część twarzy. 

 - Czego, u diabła, chcesz? 
Ze środka płynęło ciepłe powietrze. 
 - Wejść. 
 - Nie! 
Livvy wyjaśniła z godną podziwu cierpliwością: 
 - Przemarzłam. 
 - Biedactwo. 
 - Mam dla ciebie wiadomość. 
 - Nie przekroczysz tych drzwi, choćbyś miała nie wiem co. 
Ś

nieg  ją  oblepiał  przemieniając  błękit  jej  kurtki  i  spodni  w 

połyskliwą szarość. Zamrugała oczami, żeby strząsnąć płatki, które jej 
zalepiały powieki, tak że wszystko dokoła zdawało się odpływać. Aż i 
ona, z lekkim tylko uczuciem zdziwienia, odpłynęła zanurzając się w 
ciemność... 

background image

Otworzyła  oczy  i  zobaczyła  Luke'a.  Bez  poruszania  głową 

widziała także kanapę, na której leży, i pokój, w którym się znajduje. 
Skądś z tyłu doszedł ją głos Corbina: 

 -  Nie  spytaj  tylko:  Gdzie  ja  jestem?,  bo  cię  zabiję.  Wiedziała, 

gdzie jest i co się stało. Dziwiło ją to, bo nie zemdlała dotąd nigdy w 
ż

yciu. 

 - Nie radzę - powiedziała. - Ludzie wiedzą, dokąd poszłam. 
 - To był zręczny numer. Zauważyłem, że kiedy zemdlałaś - nadał 

temu  słowu  powątpiewającą  intonację  -  upadłaś  do  wewnątrz,  nie  na 
zewnątrz. 

 - To znaczy - zapytała z niedowierzaniem - że gdybym upadła na 

zewnątrz, zostawiłbyś mnie na dworze? 

 - Jakbyś zgadła. Byłby do tego zdolny. 
 - Nie wierzysz, że zemdlałam? 
Nic nie jadła od blisko doby, nie zmrużyła oka ostatniej nocy, do 

tego doszło napięcie i wspinaczka tutaj. Miała prawo zemdleć, ale nie 
może liczyć na jakiekolwiek współczucie z jego strony. 

 - Nie uwierzę ci nawet, jak powiesz, że pada śnieg. Okiennice są 

nie zamknięte, w jednym oknie pali się lampa,  

za drugim widać wirujące płatki. A ona musi wyjść w te ciemność 

i wrócić do auta. 

 -  Przyniosłam  wiadomość  od  Maybelle.  Wie,  że  masz  ten 

rysunek, i chce z tobą pomówić. 

 - Zrobiłyście próbę tego, co mi powie? 
 - Nie! 
 - No, to się zapowiada bombowo. Przyjadę jutro. 
 - Świetnie - odparła. 
Corbin przeszedł do wnęki kuchennej, a ona podniosła się powoli 

z kanapy. Wraca szybko do siebie. Może stać i chodzić. Omdlenie nie 
trwało  widać  długo,  bo  śnieg  na  jej  kurtce  nie  roztopił  się  jeszcze  w 
cieple  pokoju.  Są  na  niej  ciągle  zaskorupiałe  miejsca.  Podniosła  z 
podłogi  rękawiczką,  którą  musiała  upuścić,  naciągnęła  ją  i 
powiedziała: 

 - Do widzenia. 
W nozdrza ukłuł ją smakowity zapach. Nie jest głodna, ale jednak 

zemdlała.  Gdyby  to  się  stało  na  dworze,  mogłoby  z  nią  być  źle.  Nie 
wiadomo,  czyby  w  porę  odzyskałaby  przytomność  albo  ktoś  ją 

background image

znalazł.  Może  jej  się  to  przytrafić  ponownie.  Zaczynała  z  niej  kapać 
woda. 

 - Mogę wysuszyć kurtkę? - zapytała. 
Od gazowej kuchenki rozchodziło się miłe ciepło. 
 -  A  susz  -  zgodził  się  Corbin,  ale  kiedy  zaczęła  mu  dziękować, 

przerwał: - Nie kuś szczęścia, już raz cię zawiodło. 

 -  Czy  ja  tego  nie  wiem!  -  mruknęła  ponuro.  -  Pierwsza 

prawdziwa zawieja tej zimy, a ja tutaj na tej górze. 

Corbin zamknął okiennice i wirujący śnieg jakby przestał istnieć. 

Livvy  rozwiesiła  kurtkę,  na  krześle,  możliwie  najbliżej  ognia  i 
wkrótce  zaczęła  się  z  niej  unosić  para.  Ściągnęła  zabłocone  buty, 
zostając w grubych czerwonych skarpetach. Chętnie zdjęłaby również 
wilgotne  spodnie  narciarskie.  Wprawdzie  miała  sweter  tak  długi,  że 
mógłby  uchodzić  za  minisukienkę,  ale  wzdrygnęła  się  na  myśl,  że  a 
nuż Corbin uznałby to za prowokację. 

Dowodziło  to,  że  niezupełnie  wróciła  jej  jeszcze  trzeźwość 

umysłu.  Corbin  wie  dobrze,  że  nigdy  więcej  nie  będzie  próbowała  z 
nim żadnych sztuczek. Zresztą nie wyglądałaby wcale prowokacyjnie, 
tylko idiotycznie. 

Corbin  karmił  w  kuchence  Luke'a,  a  Livvy  usiadła  przy  piecu. 

Kiedy zapytał, czyby zjadła trochę zupy, odparła skwapliwie: 

 - O tak, proszę! - I zaraz wyjaśniła: - Nie jadłam lunchu. 
Ani  kolacji,  ani  śniadania,  ale  tego  już  nie  dodała.  Przyjęła  z 

wdzięcznością  parującą  miseczkę  i  łyżkę,  które  Corbin  jej  podał.  W 
miseczce  była  gęsta  zupa  jarzynowa.  Corbin  nie  potrzebował  jej 
ostrzegać,  że  zupa  jest  gorąca,  bo  przez  grube  naczynie  poczuła 
palcami ciepło. Zresztą i tak by jej nie ostrzegł, bo więcej się do niej 
nie odzywał. Przestał ją w ogóle zauważać. Usiadł przy stole i zabrał 
się do jedzenia, czytając przy tym książkę. 

Livvy łykała powoli zupę, czując jak w miarę jedzenia powracają 

jej siły. Ale nawet kiedy odstawiając miseczkę powiedziała Dziękuję, 
Corbin  tylko  kiwnął  głową,  nie  podnosząc  oczu  znad  książki,  ani  się 
nie  odzywając.  Zostawiła  miseczkę  i  łyżkę  w  zlewie,  i  podeszła  do 
drzwi. 

 - Bardzo by ci przeszkadzało, gdybym przeczekała? 
 -  Nie  przeszkadzałoby  mi  nawet,  gdybyś  spadła  z  urwiska  - 

odrzucił. - Tylko siedź cicho, jeśli chcesz zostać. 

background image

Tym  razem  mu  nie  podziękowała.  Nie  ma  wobec  niego  żadnych 

długów  wdzięczności.  To  jego  wina,  że  jest  tu  uwięziona.  Czyż  nie 
mógł  pojechać  do  motelu?  Gdyby  nie  zastała  jego  auta  na  dole,  nie 
ryzykowałaby wspinaczki na górę przy takiej pogodzie i wszyscy nie 
martwiliby  się  teraz  w  domu,  dlaczego  nie  wraca.  Ale  nic  na  to  nie 
poradzi. A tu Corbin zabiera się jeszcze do pisania na maszynie, bębni 
jej tym cholernym stukotem po skroniach. 

Kurtka prawie już wyschła, więc ją nałożyła z powrotem i usiadła 

na  kanapie,  naciągnąwszy  kaptur  na  uszy  i  większą  część  twarzy, 
odgradzając  się  ostentacyjnie  od  tego  pokoju  i  wszystkiego,  co  ją 
otacza.  Zamknąwszy  oczy,  mogła  sobie  wyobrażać,  że  jest  w  domu, 
we własnym łóżku. Poczuła się straszliwie znużona. 

Wtuliła  się  głębiej  w  kanapę  i  zapadła  w  spokojny  sen.  Aż  do 

momentu,  kiedy  się  obróciła  w  bok  i  omal  nie  zsunęła  na  podłogę. 
Corbin  poderwał  się  od  maszyny.  Musiało  to  wyglądać,  jak  znowu 
zemdlała. 

 - Przepraszam, zasnęłam - rzuciła z irytacją. 
 - Jak to przyjemnie mieć czyste sumienie - wycedził. 
 - Jestem zmęczona. 
 - Więc połóż się i śpij. Wstań. 
Gestem  przynaglił  ją  do  podniesienia  się,  po  czym  rozłożył 

kanapę do spania. Z wyciągniętymi poduszkami i pledem podróżnym 
kanapa  wyglądała  nader  ponętnie.  Livvy  wiedziała,  że  to  zbędne 
pytanie, a jednak zapytała: 

 - A ty gdzie będziesz spał? 
 - Na pewno nie z tobą - odparł. - Na górze jest dosyć łóżek. 
 - Dziękuję bardzo - wyszeptała niepewnym głosem. 
 -  Nie  spodziewasz  się  chyba,  że  powiem:  Cała  przyjemność  po 

mojej stronie. 

 - Niczego się po tobie nie spodziewam. 
 - Na to za bardzo nie licz. Możesz się spodziewać wielu rzeczy. 
Posłała mu wściekle spojrzenie. Minę miał ponurą. 
 -  Zdecyduj  się,  czego  chcesz.  Kłócić  się  czy  żebym  siedziała 

cicho? 

 - Idź lepiej spać. 
 - To jest łazienka? 
Na dole były tylko jedne drzwi wewnętrzne. Livvy skierowała się 

ku nim, zanim zdążył potwierdzić. 

background image

Łazienka  okazała  się  mała  i  klinicznie  czysta.  Mydło,  ręcznik  i 

neseser  stanowiły  jedyną  oznakę,  że  ktoś  jej  używa,  ale  z  kranu 
pociekła gorąca woda. Przyjemnie byłoby się wykąpać. Musiałaby tu 
tkwić  parę  godzin,  nimby  zapukał  i  zapytał,  czy  nic  jej  nie  jest.  Z 
pewnością  wyrzucił  ją  z  myśli  tak  dokumentnie,  że  zapomina  o  jej 
istnieniu,  ledwo  mu  zniknie  z  oczu.  Mogłaby  się  utopić,  a  on  by  nie 
pamiętał, że tu jest, dopóki by sam nie potrzebował łazienki. 

Nic  nie  stało  na  przeszkodzie,  żeby  się  rozebrała  i  zanurzyła  w 

ciepłej wodzie, prócz tego, że nie czułaby się bezpieczna nago nawet 
za zamkniętymi drzwiami. Nie tknąłby jej, nie spojrzałby na nią. W jej 
rozumowaniu nie ma cienia sensu. A jednak nie wykąpałaby się tu za 
ż

adne  skarby.  Zresztą  jest  tak  zmęczona,  że  mogłaby  się  naprawdę 

utopić. 

Więc  umyła  tylko  ręce  i  twarz,  myśląc,  że  jej  podbite  oczy  rano 

były szczytem urody w porównaniu z tym, jak teraz wygląda. Ciemne 
sińce i blada maska nieszczęsnego arlekina! 

Małe  okienko  łazienki  nie  miało  okiennicy  i  śnieg  układał  się  w 

ruchome wzory na  matowej szybie.  Livvy zauważyła,  że zamek przy 
futrynie jest wyłamany i zastanowiła się mimo woli, czy okno dałoby 
się  wyważyć  z  zewnątrz.  Jeśli  tak,  to  mogłaby  tu  kiedyś  wrócić  i 
wykraść  rysunek.  Tylko,  że  prawdopodobnie  albo  by  utkwiła  w 
okienku, albo by się okazało, że rysunku nie ma w domu. 

Corbin nie podniósł głowy, kiedy weszła z powrotem do pokoju. 

Skuliła się na kanapie, pewna, że natychmiast zaśnie. Kiedy przedtem 
siedziała, oczy same jej się zamykały. Teraz była nie mniej zmęczona, 
ale  sen  jakoś  nie  przychodził.  Trudniej  było  też  sobie  wyobrazić,  że 
się znajduje gdzie indziej. 

Słyszała  maszynę  do  pisania  i  cichą  muzykę.  Kiedy  stukot 

maszyny  milknie,  Corbin  pewnie  myśli  albo  słucha  muzyki.  Nie 
mogła odgonić sprzed oczu jego obrazu. Widziała go tak wyraźnie jak 
gdyby  uniosła  głowę  i  obserwowała  go  nad  oparciem  kanapy.  Mimo 
kaptura naciągniętego na uszy słyszała muzykę. To jazz, myślała, tak, 
to jazz. A więc taką muzykę lubi. Dobrze przynajmniej, że nastawił ją 
cicho. 

Stukot maszyny i muzyka irytowały ją z początku, lecz po trochu 

się rozluźniła, zrobiła senna. Przez krótką chwilę, gdy balansowała na 
krawędzi  snu,  dźwięki  napełniły  ją  nawet  pewną  otuchą.  Prawie  tak, 
jakby wszystko było w porządku. 

background image

Zasnęła  twardo  i  coś  jej  się  śniło.  Kiedy  się  przewróciła  na 

kanapie,  w  pokoju  panowała  ciemność.  Tylko  jedno  pasemko 
płomyków w piecyku gazowym, utrzymujące ciepło w pokoju, jarzyło 
się  lekkim  blaskiem.  Na  pól  uśpiona,  zdała  sobie  sprawą  z  równego, 
głębokiego  oddechu  kolo  siebie.  Zapytała  szeptem:  „Corbin?"  -  i 
wyciągnęła rękę. 

Namacawszy  sierść,  zerwała  się  na  kanapie.  Zerwał  się  również 

Luke warcząc i szczerząc zęby. Gdy Livvy wydala okrzyk, pies zaczął 
szczekać. 

U szczytu schodów ukazał się Corbin, a ona krzyczała: 
 -  O  mało  nie  umarłam  ze  strachu  przez  tego  psa!  Zabierz  go  z 

mojego łóżka! 

 - Z czyjego łóżka? 
Wymotała się z pledu i zsunęła na podłogę. 
 - Nie powinno mnie tu być. 
 - Co do tego jesteśmy zgodni. 
Luke, niepewny, gdzie się czai niebezpieczeństwo, biegał tam i z 

powrotem po pokoju, szczekając. 

 - Ci-icho! - syknęła Livvy. 
 - Sama bądź cicho - odburknął Corbin. - To ty go doprowadzasz 

do  furii.  Nie  jest  przyzwyczajony  do  kobiecych  histerii  w  środku 
nocy. 

 - A to mi nowina! Przy tobie powinien chyba być! 
Wiedziała,  że  palnęła  głupstwo,  ale  była  zupełnie  wytrącona  z 

równowagi. Uchyliła drzwi wyjściowe, wyjrzała i oznajmiła: 

 - Przestało padać. 
Wiatr  nie  wył  już,  tylko  chwilami  jakby  zawodził.  Na  czarnym 

niebie  nie  widać  było  śladu  księżyca  ani  gwiazd,  lecz  okrywająca 
wszystko biel żyła własną niesamowitą poświatą. 

 - Idę - oznajmiła Livvy. 
Naciągnęła  buty  i  zaczęła  szukać  rękawic.  Spała  w  całej  reszcie 

ubrania,  co  nie  było  zapewne  zbyt  mądre.  Corbin  zamknął  drzwi,  a 
gdy się do niego obróciła, oświadczył: 

 - Pójdziesz, jak się rozwidni. 
Zszedł z góry boso, w tym samym krótkim granatowym szlafroku 

frotowym. Livvy, opatulona po oczy, natarła na niego wojowniczo: 

 - Nie zatrzymasz mnie. Znam dobrze drogę. 

background image

 - Tak, na głowę w dół - odparł. - Powiedziałem, że możesz sobie 

spaść  z  urwiska,  ale  to  już  raz  było.  Nie  skończyłem  jeszcze  z  jedną 
sprawą i niepotrzebna mi następna zagadka pod tytułem: „Spadła czy 
została zepchnięta". 

Przekręcił  klucz  w  zamku  i  schował  go  do  kieszeni.  Livvy  nie 

wzięła  mu tego za złe, schodzenie nocą byłoby ryzykowne, ale czuła 
się w obowiązku zaprotestować: 

 - Nie masz prawa mnie tu trzymać! 
 - Dobranoc - odrzekł. - Choć niewiele już tej nocy zostało. 
Zaczął wchodzić po drewnianych schodach, a pies za nim. 
 - Mogłabym wyjść przez okienko w łazience - zawołała za nim. - 

Zamek jest zepsuty. 

 -  Musiałabyś  się  rozebrać  do  naga  i  nasmarować  tłuszczem  - 

odkrzyknął.  -  Nie  zauważyłaś  Jakich  ono  jest  rozmiarów?  Ale  jeżeli 
jesteś  taka  zdecydowana,  to  proszę  bardzo,  w  lodówce  znajdziesz 
masło. 

Zamknął  za  sobą  drzwi,  a  Livvy  rzuciła  z  przekąsem:  Dziękuję 

pięknie,  choć  nie  mógł  tego  już  słyszeć.  Zdrowy  rozum  kazał 
poczekać  do  rana,  nim  zacznie  schodzić,  ale  zrobi  to,  gdy  tylko  się 
rozwidni. Nie pamiętała, co jej się śniło, ale wiedziała, że spodziewała 
się  znaleźć  go  koło  siebie,  gdy  się  przebudzi,  a  takie  sny  mogą  ją 
zgubić. 

Wszystko  przez  to,  że  została  tu  uwięziona  w  jednym  domu  z 

kimś,  kto  powinien  być  dla  niej  partnerem,  lecz  nie  jest.  Teraz 
otrzeźwiała  już  zupełnie  i  potrafi  się  bronić.  Corbin  Radbrook  jest 
ostatnim  mężczyzną,  koło  którego  chciałaby  się  budzić,  a  ona  jest 
ostatnią kobietą, którą on chciałby mieć u swego boku. 

Odkręciła  jeszcze  jedno  pasemko  płomyków  w  piecu  gazowym, 

zapaliła  lampę  w  oknie.  Otworzyła  okiennice  w  drugim  oknie,  żeby 
widzieć, kiedy niebo zacznie się rozjaśniać. Potem przeszła do wnęki 
kuchennej,  gdzie  na  stole  stała  maszyna  do  pisania.  Obok  nie  było 
ż

adnych teczek ani papierów; oczywiście, nie zostawił nic. 

Rozbolała  ją  trochę  głowa,  więc  otworzyła  apteczkę  w  łazience, 

ale  nie  znalazła  nawet  aspiryny.  Corbin  nie  miewa  boli  głowy,  nie 
potrzebna mu aspiryna. Gdyby zapukała do jego drzwi i zapytała, czy 
ma  coś  na  sen, poszczułby  ją  pewnie  psem.  W  końcu wyciągnęła  się 
na  kanapie  i  widać  zdrzemnęła,  bo  nagle  usłyszała  Corbina 
schodzącego po schodach. Niebo za oknem zrobiło się szare. 

background image

Wypuścił  psa,  po  czym  wszedł  do  łazienki,  z  której  się  wyłonił 

ogolony i ubrany. 

 - Zostaniesz na śniadanie? - zapytał. 
Nie  spadło  więcej  śniegu.  Ścieżka  była  zasypana,  ale  Livvy 

wiedziała, że przy odrobinie ostrożności zejdzie na dół. 

 -  Nie,  dziękuję.  Co  mam  powiedzieć  cioci  Maysie?  O  której 

może się ciebie spodziewać? 

 -  Przyjadę  zaraz  po  tobie.  Nie  napijesz  się  nawet  kawy?  Stała 

przy oknie patrząc, jak Luke gania tam i z powrotem. 

 - No, może trochę. 
Nie ruszyła się z miejsca, dopóki nie zawołał: 
 - Proszę. 
Podeszła i wziąwszy kawę ze stołu kuchennego, wróciła do okna. 

Łatwiej było, gdy wyglądała przez okno, nie musiała wówczas patrzeć 
na Corbina. Nie ma sensu pogarszać sprawy przez odgryzanie mu się. 
Ilekroć się do niej odzywa, to chłodno i uszczypliwie, a ona przybiera 
ten  sam  ton,  chociaż  jakaś  jej  cząstka  rwie  się,  by  zawołać:  Nie 
odpychaj mnie, bo ja cię nigdy nie zdołam zapomnieć. 

W najlepszym wypadku by ją wyśmiał nie ustępując ani na cal; w 

najgorszym,  gotów  by  powiedzieć:  Faktycznie,  nie  zapomnisz  mnie 
do  śmierci,  jak  się  z  tobą  porachuję.  Więc  stała  tyłem  do  pokoju, 
łykając gorącą kawę i tłumiąc przemożną ochotę, żeby mu spojrzeć w 
oczy, cokolwiek by powiedział, i przekonać się, czy nie ma w nich nic 
prócz pogardy dla niej. 

Wyszli równocześnie i brnęli aż do parkingu właściwie razem, nie 

rozmawiając jednak ani się nie dotykając, lecz przemierzając szlak w 
jednakowym  tempie.  Pogoda  była  wciąż  mroźna,  ale  kiedy  zaczęli 
schodzić  z  płaskowyżu  nad  urwiskiem,  warstwa  śniegu  stała  się 
cieńsza.  Livvy  stąpała  ostrożnie,  za  nic  w  świecie  nie  chciała  się 
poślizgnąć. Corbin nie wierzy, że wczoraj zemdlała, i upokarzające by 
było zbierać się z ziemi pod jego ironicznym spojrzeniem. 

Nie  miałaby  jednak  nic  przeciwko  temu,  żeby  Corbin  się 

przewrócił.  Przerwałoby  to  przynajmniej  ciszę..  Śnieg  tłumił 
wszystko,  nawet  węszenie  Luke'a,  który  człapał  z  nosem  przy  ziemi. 
Livvy czuła się jak na zimnej, bezludnej planecie. 

Oczywiście  Corbin  się  nie  przewrócił.  Livvy  była  również 

przekonana, że nie przeszkadza mu milczenie, które jej tak działało na 
nerwy, że o mało nie wydała okrzyku radości na widok oszronionych 

background image

aut.  Zabrała  się  do  czyszczenia  swojego.  Chuchała  na  kluczyki  na 
zamek, dopóki nie udało jej się otworzyć drzwiczek, potem oskrobała 
szyby,  wreszcie  zapaliła  nie  bez  trudu  silnik.  Kiedy  wyjeżdżała  z 
parkingu, auto Corbina ruszyło za nią. 

 - Będę jechał za tobą - oznajmił. 
Dostrzegła  go  w  lusterku,  po  czym  już  nie  spuszczała  wzroku  z 

drogi  przed  sobą.  Sama  nie  potrzebowała  się  przeglądać,  żeby 
wiedzieć, że wygląda jak upiór. 

W  domu  dowie  się  pewno,  że  ktoś  już  wyruszył  na  jej 

poszukiwanie.  Muszą  być  o  nią  niespokojni  przy  takiej  pogodzie. 
Zresztą  nie  bez  racji,  goniła  naprawdę  resztkami  sił,  gdy  dotarła  do 
Willi Halkjon. 

Wbiegła po schodkach, otworzyła drzwi z klucza i zostawiając je 

uchylone  dla  Corbina,  skierowała  się  prosto  do  kuchni.  Jest  jeszcze 
wcześnie,  tam  prawdopodobnie  wszystkich  zastanie.  Rzeczywiście,  i 
Henry, i Sonia, i Daisy siedzieli przy śniadaniu. 

Jeżeli się o nią martwili, to jakoś nie popsuło im to apetytu. Mają 

wszyscy  pogodne  miny.  Nawet  Daisy  się  uśmiechnęła,  kiedy  tuż  za 
Livvy wkroczył do kuchni Corbin. 

 - Dzień dobry - powiedział Henry. 
Sonia mu zawtórowała, z domyślnym uśmieszkiem na twarzy. 
 - Zanim dotarłam na górę, zrobiła się zawieja - oznajmiła Livvy. 
 - Tak też myśleliśmy - odrzekł Henry. - Ale wiedzieliśmy, że nic 

ci nie grozi pod opieką Corbina. 

Wyobrażają sobie, że w małym domku nad urwiskiem doszło do 

upojnego pogodzenia, podczas gdy na dworze szalała zawierucha. 

 -  Nie  przyszło  wam  do  głowy,  że  mogłam  utknąć  w  połowie 

drogi?  Rozpadało  się,  ledwo  zaczęłam  wchodzić  na  górę.  Henry 
zarechotał. 

 -  Ty  jakbyś  sobie  postanowiła,  tobyś  się  wdrapała  nawet  na 

Everest. 

Pewnie powinna być rada, że się o nią nie martwili, ale stanowczo 

za bardzo wierzą w jej krzepę. Nie jest nadczłowiekiem. 

 -  Czułam  się,  jakbym  zdobywała  Everest  -  mruknęła.  Henry 

wskazał wolne krzesło przy stole. 

 - Siadaj z nami, chłopcze. Livvy będzie pewno chciała zajrzeć do 

Maybelle. 

background image

Livvy wyszła z kuchni, przesuwając się koło Corbina, nie patrząc 

jednak  na  niego.  Zdążyła  osuszyć  łzy  gniewu,  nim  pokonała  dwie 
kondygnacje  schodów.  Nie  ma  powodów  do  złości,  ale  to  takie 
deprymujące, kiedy wszyscy ją uważają za silną, a ona jest samotna i 
nieszczęśliwa.  Everest?  -  myślała  otwierając  drzwi,  zza  których 
wyskoczyły zaraz koty. - Czuję się w tej chwili tak, żebym nie weszła 
na byle górkę! 

 - Przywiozłaś Corbina? - zawołała z sypialni ciocia Maysie. 
 -  Tak  -  odparła  Livvy.  -  W  co  się  dzisiaj  ubierzesz?  Wyjęła 

wskazane przez Maybelle rzeczy, po czym uciekła 

do swojego pokoju ze słowami: 
 - Muszę się sama umyć i przebrać. 
Chciała sobie nadać ludzki wygląd przed czekającą ją przeprawą. 

Okazało się to trudniejsze niż zwykle. Potrzebowała całej sztuki, żeby 
zatuszować  sińce  pod  oczami  i  zrobić  makijaż,  za  którym  będzie  się 
mogła  ukryć.  Kiedy  wreszcie  wstała  od  toaletki,  miała  zaróżowione 
wargi i policzki, srebrnawe cienie na powiekach, a jej oczy, dyskretnie 
podkreślone, zdawały się równie niebieskie jak Szuli. 

Kotka, która za nią przyszła do pokoju, przyglądała się jak Livvy 

nakłada  miękki  kremowy  sweter  polo,  brązowe  spodnie  i  brązowe 
zamszowe  pantofle.  Tak  samo  ubrana  wyszła  pierwszy  raz  z 
Corbinem.  Może  próbuje  w  ten  sposób  odwrócić  czas?  Na  toaletce 
stały  perfumy,  które  przywiózł  jej  Corbin.  Do  wyboru  miała  jedynie 
tamte  resztki,  które  zlała  w  jedną  buteleczkę,  więc  sięgnęła  po  jego 
prezent. Dlaczego miałaby się odżegnywać od jego perfum? Używała 
ich już w zeszłym tygodniu, przecież ich teraz nie zwróci. 

Corbin  był  w  pokoju  Henry'ego.  Zostawili  otwarte  drzwi, 

dochodził głos Henry'ego. Stali w prostokątnym wykuszu przy oknie, 
z  lunetą  zwróconą  na  morze,  Corbin  patrzył  przez  nią,  a  Henry  go 
informował, że statek na horyzoncie to „Queen Elizabeth II". 

 - O, jest Livvy - oznajmił Henry. 
Corbin  nie  przestał  wyglądać  na  morze  nawet,  kiedy  do  nich 

podeszła. 

 - Królewska piękność - co? - podjął Henry mając na myśli statek. 
 -  Patrzyłam  na  ciebie  stąd  przez  lunetę,  kiedy  pierwszy  raz  tu 

przyjechałeś - poinformowała Livvy. - Zatrzymałeś auto nad brzegiem 
i  przyglądałeś  się  naszemu  domowi.  Zachodziłam  w  głowę,  o  czym 
myślisz. Teraz wiem. 

background image

 - Ta-ak? 
 - Tam  mieszka Maybelle Murrin. Jak ją pociągnąć za język i co 

mi ma do powiedzenia? 

 - A co mi ma do powiedzenia? 
 -  Czeka  na  ciebie  -  oznajmiła  Livvy.  -  Ale  ostrzegam  cię: 

obchodź się z nią delikatnie. 

 - Widzę, że jesteś znów pod bronią. 
 - Jak już ginąć, to z rozwiniętymi sztandarami - odparła. 
Maybelle  siedziała  na  szezlongu,  ze  swoim  czarującym 

uśmiechem  na  twarzy.  Powitała  Corbina,  jakby  był  jej  ulubionym 
gościem, i wskazała mu miejsce na końcu kanapy. 

Corbin, wysoki, długonogi i zabójczo przystojny, usadowił się na 

wskazanym  miejscu,  uśmiechnięty  i  rozluźniony.  Henry  usiadł 
sztywno  w  swoim  zwykłym  fotelu  z  bocznymi  oparciami,  Livvy  zaś 
przycupnęła  jak  poprzednim  razem  na  brzegu  szezlonga  i  zaczęła 
głaskać Szulę, która jej wskoczyła na kolana. 

Corbin  przeniósł  wzrok  z  Maybelle  na  Livvy.  Ta  partia  należała 

do  niego,  Livvy  musiała  grać  kartami,  które  on  będzie  rozdawał. 
Stajesz  przeciwko  mnie,  sygnalizowała  mu.  Ogarnął  spojrzeniem  jej 
twarz,  potem  kotkę.  Obie  wpatrywały  się  w  niego  nieruchomymi 
niebieskimi oczami. 

 - Wezwała mnie pani - zwrócił się Corbin do Maybelle. 
 -  Gdybym  tego  nie  uczyniła,  pan  by  się  postarał  o  widzenie  ze 

mną. 

 - Oczywiście. 
 - Wziął pan ten rysunek. Ma go pan ze sobą? 
Livvy mogła za niego odpowiedzieć, że nie. Gdyby go przyniósł, 

Maybelle by zażądała zwrotu, a to jego największy atut. Nie odezwała 
się, a gdy Corbin rzekł: Niestety, nie, Maybelle podjęła: 

 - Laurence wyglądał tak, jak na rysunku. Chciał pan to wiedzieć, 

prawda?  Chce  się pan  o nim  wszystkiego  dowiedzieć.  Powiem  panu, 
ale po trochu i swoimi własnymi słowami. 

Corbin  kiwnął  głową,  a  Livvy  pomyślała,  na  pytania  przyjdzie 

czas później. Jest za dobrym reporterem, żeby nie umieć milczeć, gdy 
okoliczności tego wymagają. 

 -  Był  równie  wysoki  jak  pan  i  chyba  jeszcze  przystojniejszy  - 

ciągnęła  Maybelle.  -  Miał  szare  oczy  i  umiał  się  tak  uśmiechać,  że 

background image

tylko ja to wiedziałam. Miał jasne włosy, ja wówczas też, tego samego 
koloru co Livvy. 

Popatrzyła na Livvy, ale jej spojrzenie zdawało się nieobecne. 
 - Spotkaliśmy się pierwszy raz wówczas na garden party, z której 

pan ma to zdjęcie. Ja przyszłam w swoim towarzystwie, on w swoim, 
ale poczułam na sobie jego wzrok. Obróciłam się - odwróciła od nich 
na  chwilę  głowę  -  stał  dość  daleko  i  rozdzielało  nas  sporo  osób,  ale 
rozpoznaliśmy  się  tak,  jakbyśmy  się  znali  całe  życie.  Ja  miałam  pod 
koniec roku płynąć do Nowego Jorku, żeby poślubić Edwarda. Byłam 
zaręczona  od  dwudziestego  roku  życia.  Kończyłam  dwadzieścia  trzy 
lata,  wówczas  kiedy  zobaczyłam  Lauriego  i  od  razu  się  w  nim 
zakochałam.  A  on  we  mnie.  Prawie  ze  sobą  nie  rozmawialiśmy,  ale 
patrzyliśmy  na  siebie  przez  cale  popołudnie,  co  było  lepsze  od 
rozmowy, bo nikt nas nie mógł podsłuchać. 

Mówiła  jakby  do  siebie.  Jej  wzrok  błądził  gdzieś  za  nimi,  na 

twarzy miała tajemny uśmiech dziewczyny z rysunku. 

 - I nikt nas nigdy nie podsłuchał, bo wiedziałam, że gdyby nasza 

miłość się wydała, ludzie by ją zbrukali. Przeżyliśmy cudowne lato. 

Twarz jej teraz promieniała. 
 -  Laurie  flirtował  z  innymi  dziewczętami,  nie  miało  to  jednak 

ż

adnego znaczenia. Próbował obudzić we mnie zazdrość, ale kończyło 

się  zawsze  na  śmiechu,  taka  byłam  jego  pewna.  A  on  był  wtedy 
pewien  mnie.  Spotykaliśmy  się  przeważnie  nocą.  Na  wydmach  albo 
na  plaży.  Niekiedy  on  przychodził  tutaj,  niekiedy  ja  chodziłam  do 
domku na górze. Laurie przygotowywał wówczas wystawę, to płótno, 
które  pan  odnalazł,  nie  należało  do  jego  najlepszych.  Pamiętam  je 
wszystkie,  mogłabym  opisać  każde  po  kolei.  Jego  domek  też.  - 
Zauważyła teraz z powrotem Corbina. - Pewnie się zupełnie zmienił? 

Corbin przytaknął głową. 
 - Mogę panu dokładnie powiedzieć, jak wyglądało wnętrze. 
Maybelle  musiała  wobec  tego  widzieć  również  portret  Czarnej 

Damy. Livvy czekała, kiedy Corbin o to zapyta, ale nie uczynił tego. 
Nagle Maybelle oświadczyła: 

 - Byłam tam tej nocy, kiedy zginął Laurie. 
Livvy  poderwała  się  na  siedzeniu,  z  ostrzeżeniem  na  wargach, 

lecz  Corbin  pohamował  ją  gniewnym  gestem  i  Maybelle  podjęła 
opowiadanie, spokojnie, jakby snuła jakąś smutną starą historię. 

background image

 - Miałam odpłynąć następnego dnia, ale Laurie nie chciał przyjąć 

do  wiadomości,  że  mogłabym  poślubić  kogoś  innego.  Myślał,  że 
przychodzę,  żeby  z  nim  zostać.  Nasza  miłość  powinna  była 
wystarczyć, bo nic porównywalnego nie wydarzyło się nigdy w moim 
ż

yciu,  ale  wtedy  co  innego  wydawało  mi  się  ważne.  Obowiązek, 

obietnica dana człowiekowi, który na mnie czekał od lat. Teraz wiem, 
ż

e było to zwykłe tchórzostwo. Edward reprezentował bezpieczeństwo 

na resztę życia. Z Lauriem przeżyliśmy letnie szaleństwo. Bałam się. 
Więc  powiedziałam  Lauriemu,  że  jadę  do  Edwarda,  i  tak  to  się 
skończyło. 

Oczy miała teraz jak niebieskoszare kamienie. Powiedziała, że tak 

to się skończyło, lecz historia nie została zakończona. 

Kiedy  Maybelle  przemówiła  znowu,  jej  głos  brzmiał  martwo  i 

głucho. 

 - Laurie pił, zanim nadeszłam. Nie widziałam go dotąd pijanego, 

zresztą  nie  był  pijany,  ale  musiał  coś  przeczuwać,  wychylił  pół 
szklanki whisky, kiedy mu próbowałam tłumaczyć. 

Livvy  słyszała  już  strzępy  wspomnień  tego  bolesnego  spotkania, 

lecz  teraz  się  okazuje,  że  z  zazdrości  szalał  Laurence,  nie  Maybelle. 
On pałał gniewem, rzucał oskarżenia. 

 - Zaczął biegać po pokoju - podjęła Maybelle - i zbierać do torby 

wszystko,  co  mu  kiedykolwiek  dałam.  Były  to  same  drobiazgi. 
Wyciągał  szuflady,  otwierał  szafki  i  palił  listy.  Portret  zrzucił  ze 
szczytu schodów. 

Teraz Corbin odezwał się po raz pierwszy: 
 - Portret Czarnej Damy? 
 - Więc pan wie - potwierdziła Maybelle. 
 - To była pani? - zapytał, a Livvy głośno wciągnęła powietrze. 
 -  Byłam  Czarną  Damą  jego  nocy  -  powiedziała  Maybelle.  - 

Cygańską  królową.  Wylał  na  portret  coś  takiego,  że  wyglądałam  jak 
twór rodem z piekła. Nie mogłam na to patrzeć, uciekłam. Przez cały 
dzień  padało,  teraz  rozpętała  się  burza.  Mogłam  spaść  z  urwiska  tak 
jak  Laurie.  Ale  dotarłam  bezpiecznie  do  domu,  ściskając  wciąż  tę 
torbę,  i  nikt  nie  zauważył,  że  wychodziłam.  Odjechałam  następnego 
dnia rano i pobraliśmy się z Edwardem. Kiedy wróciliśmy z podróży 
poślubnej,  czekały  na  nas  listy.  Z  domu  napisano  mi,  że  Laurie  nie 
ż

yje. 

 - Czy Edward wiedział? - spytał Corbin. 

background image

 - Nie był na tyle domyślny - odparła Maybelle - a ja nie chciałam 

mu zakłócać spokoju. 

 -  Dałam  mu  szczęście  -  powiedziała  cicho  Maybelle.  -  Nie 

okazało  się  to  takie  trudne,  bo  go  kochałam  tak,  jak  on  mnie  kochał 
przez  te  wszystkie  lata.  Ale  była  to  inna  miłość  niż  z  Lauriem.  Przy 
Lauriem  stałabym  się  inną  kobietą.  W  pewnym  sensie  moje  życie 
zakończyło się także owej nocy. Zabiłam samą siebie, zabijając jego. 
Bo zginął z mojej winy. Błąkał się pewnie nad urwiskiem i nie wiem, 
czy  spadł  przypadkiem,  czy  rzucił  się  naumyślnie.  Ale  przeze  mnie 
tam się znajdował i przeze mnie zginął. 

W ciszy, która zaległa, Livvy wyszeptała: 
 - Wiec to miałaś na myśli. Wszyscy obrócili na nią oczy. 
 - W gorączce powiedziałaś - wyjąkała Livvy - Zabiłam Lauriego. 

Myślałam, że to ty szalałaś z zazdrości. Myślałam, że mogło dojść do 
szamotaniny nad urwiskiem. Myślałam... 

Zrobiła  bezradny  gest.  Henry  potrząsnął  z  niedowierzaniem 

głową. 

 -  Myślałaś  -  wybuchnął  -  że  Maybelle  zabiła  człowieka?  Na 

ludziach to ty się nie znasz, Livvy! 

 -  Nie  znam  się,  tak?  Szkoda,  że  mi  tego  nie  powiedziałeś 

wcześniej. 

 - Była to sprawa, którą nie miałam ochoty się chwalić - przyznała 

cicho Maybelle. - Jak tam teraz jest w tym domku? 

Skierowała  pytanie  do  Corbina,  a  gdy  ten  zaczął  jej  opisywać 

wnętrze, Livvy wstała i wymknęła się z pokoju. 

Maybelle  czuje  się  z  pewnością  dotknięta.  To  jedna  rzecz  być 

moralnie  odpowiedzialnym  za  czyjąś  śmierć,  a  inna,  gdy  ktoś 
przyjmuje, żeśmy go zabili własnymi rękami. Henrym wstrząsnęło to 
do  głębi.  Nikt  nie  zrozumie,  czym  było  słuchanie  Maybelle  w 
gorączce.  Wśród  powodzi  niezrozumiałych  majaczeń  tylko  te  dwa 
krótkie  zdania  wymówiła  wyraźnie:  Nie  opuszczaj  mnie  i  Zabiłam 
Lauriego. 

Livvy wzięła ze swego pokoju kurtkę, a kiedy schodziła do hallu, 

wybiegła jej naprzeciw Sonia. 

 - Co się dzieje? Gdzie ty idziesz? 
 - Nie pytaj mnie - odparła Livvy. 

background image

Ominęła  Sonię  i  wyszła  na  podjazd,  gdzie  stały  oba  auta.  Nie 

zamierzała  nigdzie  iść,  ale  prędzej  czy  później  wyjdzie  z  domu 
Corbin. 

Nie  miała  pojęcia,  co  mu  powie,  ale  słowa  przyjdą  jej  same  w 

krytycznej  chwili.  Myliła  się  i  zachowywała  głupio,  lecz  teraz,  gdy 
nieporozumienie  się  wyjaśniło,  miała  nadzieję,  że  będą  mogli  znów 
zostać przyjaciółmi. 

Panowało  przejmujące  zimno.  Drżąc  spacerowała  tam  i  z 

powrotem, a kiedy Luke zaszczekał w aucie, podeszła i wypuściła go. 

 -  Moglibyśmy  żyć  ze  sobą  w  zgodzie  -  powiedziała  -  ty  i  ja. 

Musiałbyś się tylko trzymać z dala od kotów. 

Pies zamachał ogonem i skierował się do drzwi. 
 -  Nie  mogę  cię  wpuścić,  piesku,  ale  twój  pan  niedługo  wyjdzie. 

Chodź, pobiegamy tymczasem. 

Corbin wyszedł z domu sam, co upraszczało sprawę. Żałowała, że 

nie może do niego podbiec tak jak Luke. Oczywiście nie podskokach, 
ale  podbiec  zamiast  stać  jak  zaklęta  w  miejscu,  przy  czerwonym 
ceglanym murze, skąd otwiera się widok na ogród. 

Zobaczył  ją,  ale  nie  pokazał  po  sobie,  czy  go  to  zaskoczyło.  Z 

jego  zachowania  nic  nie  mogła  wywnioskować.  Tyle  że  spojrzał  i 
zobaczył  ją.  Ruszył  do  swojego  kombi,  zaparkowanego  w  pobliżu,  a 
gdy się zbliżył, Livvy zapytała: 

 - I co, rozmowa była bombowa? 
 - Owszem. 
 -  Dla  mnie  to  taka  ulga  -  wyrzuciła  jednym  tchem.  -  Maybelle 

powiedziała  wtedy  w  gorączce,  że  go  zabiła,  a  ja  to  wzięłam 
dosłownie. Dlatego tak drżałam, żeby się nie przyznała przed tobą. 

 - Do romansu? 
 - Myślałam, że go zabiła. Bałam się, że może nie przeżyć, jeśli to 

się wyda. 

 - Nie jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że jej to ulżyło 
 - odparł Corbin, a Livvy zdobyła się na uśmieszek. 
 - Na pewno ulżyło mnie. 
Wielki  strach  powinien  był  odpłynąć,  lecz  Livvy  bała  się  nadal, 

gdyż Corbin nie przestawał być taki daleki. 

 - Musiałaś dobrze nakręcić głową, odkąd się tu zjawiłem 
 - powiedział sucho. 

background image

Wpuścił  Luke'a  do  auta,  zaraz  wsiądzie  i  odjedzie,  a  ona  z  nim 

wcale  nie  porozmawiała.  Musi  działać.  Przeszła  na  drugą  stronę 
samochodu i położyła mu dłoń na ręce. 

 -  Nie  moglibyśmy  pozostać  przyjaciółmi?  -  zapytała.  Wzmogła 

uścisk, lecz Corbin uczynił ruch, żeby zamknąć 

drzwiczki za Luke'em, i w ten sposób się wyswobodził. 
 - Nadszedł, zdaje się, czas na wyznania - oznajmił. Oddalił się o 

parę  kroków,  pod  czerwony  mur,  i  stanął  patrząc  na  ogród  pokryty 
płatami śniegu. Livvy stanęła obok niego i powtórzyła unosząc brwi, 
nie wiedzieć czemu wylękniona: 

 - Wyznania? 
 -  Wspomniałem  ci  sprawę,  która  mnie  pchnęła  na  drogę 

reporterską. 

Skinęła głową, ale Corbin na nią nie patrzył. 
 -  Byłem  w  nią  osobiście  zaangażowany,  ale  nie  jako  adwokat, 

tylko dlatego, że chodziło o mojego najbliższego przyjaciela. W jego 
ż

ycie  wkroczyła  kobieta,  która  się  wydawała  dla  niego  idealną 

partnerką.  Okazało  się,  że  kłamie,  że  go  oszukuje,  i  w  rezultacie 
doprowadziła go do ruiny. On się zorientował poniewczasie, dla mnie 
była  to  jednak  lekcja,  którą  zapamiętałem  na  całe  życie.  Nie  biorę 
odtąd za dobrą  monetę żadnych pięknych słówek i wydawało  mi się, 
ż

e potrafię rozszyfrować każdego oszusta. 

To  nie  zimne  powietrze  paliło  Livvy  w  twarz  tak,  że  się 

zaróżowiła po korzonki włosów, lecz Corbin tego też nie widział. 

 -  Przyglądałaś  się  przez  lunetę,  kiedy  się  wówczas  po  pierwszej 

wizycie  zatrzymałem  i  patrzyłem  na  dom  -  ciągnął.  -  Nie  myślałem 
wcale  o  Maybelle,  tylko  o  tobie.  O  tym,  co  mi  się  wtedy  wydało 
cudem znalezienia ciebie. 

O mało go znowu nie ujęła za rękę, żeby go zmusić do spojrzenia 

na siebie, jednakże nie odważyła się na dotknięcie widząc jego profil 
nieruchomy jak z brązu. 

 -  Od  dziesięciu  lat  miewam  przyjaciółki  i  kochanki,  ale  dla 

ż

adnej  nigdy  nie  straciłem  głowy.  Dopiero  dla  ciebie  pierwszej. 

Byłem tobą zauroczony, jakbym cię znał i ufał ci przez całe życie, a ty 
mnie od początku wodziłaś za nos. 

Teraz  się  do  niej  obrócił,  a  nawet  uśmiechnął,  lecz  Livvy  nie 

dodało to otuchy. 

background image

 -  Nie  mam  do  ciebie  pretensji.  Maybelle  jest  twoją  jedyną 

rodziną  i  troska  o  nią  przynosi  ci  chlubę.  Tylko,  że  jesteś  za  dobrą 
aktorką,  śliczna  panienko.  Jeśli  sobie  życzysz,  możemy  pozostać 
przyjaciółmi, masz pewnie wielu przyjaciół. Ale nie umieszczaj mnie 
za wysoko na liście. Nie licz na mnie i nie dzwoń do mnie. 

 - Chcesz, żeby tak było? 
 - Tak. 
Powiedział, że poznanie jej wydawało mu się od pierwszej chwili 

cudem  i  chociaż  jego  analityczny  umysł  ją  teraz  odrzuca,  pociąg 
fizyczny musi nadal działać. Ona ilekroć dotknie Corbina, cała płonie, 
a  on  z  pewnością  odczuwa  to  samo.  Zbyt  przemożna  jest  siła 
przyciągania  miedzy  nimi.  Zbliżyła  się  tuż  do  niego,  przechyliła 
twarz. 

 -  Pocałuj  mnie  na  pożegnanie  -  powiedziała.  Spojrzał  na  nią  z 

góry i Livvy wytężyła całą siłę woli, żeby 

zmusić  tę  jego  stężałą  twarz  do  rozluźnienia  się.  Żeby  chociaż 

niechętny  uśmieszek  zaigrał  w  kąciku  jego  warg,  żeby  uniosła  się 
brew. Jakakolwiek szczelina w tym jego pancerzu dałaby jej odrobinę 
nadziei.  Lecz  w  jego  głosie  nie  zabrzmiała  najlżejsza  nutka  czułości, 
gdy powiedział: 

 - Nie bądź śmieszna. 
Wyraz jego twarzy nie zmienił się ani trochę. Nie malował się na 

niej nawet gniew, tylko nieprzystępność, która jej uświadomiła, że to 
naprawdę  rozstanie  i  że  w  jego  życiu  nigdy  już  nie  będzie  dla  niej 
miejsca. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Patrząc na odjeżdżające auto Livvy pomyślała, czy tak samo się. 

czuła Maybelle: jakby odchodziła od niej wszelka nadzieja szczęścia. 
Czy za sześćdziesiąt lat Livvy tak samo powie: Byłabym inną kobietą, 
miałabym inne życie? 

Tyle  że  przed  nią  nie  stoi  żadna  inna  ewentualność.  W  jej  życiu 

nie będzie żadnego Edwarda. Nie będzie także Andy'ego. Nie liczy się 
nikt  prócz  Corbina,  musi  więc  go  w  jakiś  sposób  odzyskać,  bo  bez 
niego  nie  ma  dla  niej  życia.  Panika  o  mało  nie  popchnęła  jej  do 
pobiegnięcia  za  autem  i  drapania  się  ponownie  do  domku  nad 
urwiskiem. Byłoby to jednak szaleństwo. 

Musi  wierzyć,  że  prędzej  czy  później  jakoś  się  to  uładzi,  bo 

inaczej zaczęłaby krzyczeć na głos i nigdy nie przestała. Lecz w głębi 
serca wiedziała, że uśmierciła wszystko, co Corbin do niej czuł. 

Ruszyła  szybkimi,  długimi  krokami  jak  najdalej  od  domu, 

nadmorską drogą prowadzącą do  miasteczka, w odwrotnym kierunku 
od wąwozu i Willi Halkjon. Droga była pusta, tylko z rzadka mijało ją 
jakieś auto. 

Po raz pierwszy w życiu kocham -  myślała  - kocham  człowieka, 

którego  oszukiwałam.  On  ma  uraz  do  oszustów,  więc  co  mam  teraz 
począć? Co robić, żeby mi zaufał i żeby mnie kochał tak, by nie chciał 
nigdy innej kobiety. 

 -  To  beznadziejna  sprawa  -  powiedziała  na  głos  -  prawdziwe 

zdobywanie Everestu. 

I z piersi wyrwał jej się szloch. Lecz płacz jest równie bezcelowy 

jak  krzyk.  Musi  się  opanować  i  wrócić  do  domu.  Stanęła  na  chwilę, 
próbując wziąć się w garść. Była bliska histerii. Po ciele rozchodził jej 
się  chłód  płynący  od  serca,  aż  się  poczuła  cała  drętwa  i  martwa. 
Zawróciła ku domowi. 

W hallu czekała na nią Sonia. 
 - Gdzie byłaś - zapytała. 
 -  Chodziłam  -  odparła  Livvy  w  sposób,  który  nic  nie  wyjaśniał, 

lecz Sonia była zbyt podekscytowana, żeby na to zwracać uwagę. 

 -  Coś  podobnego!  Ciocia  Maysie  z  Laurencem  Charlesem!  Byli 

przyjaciółmi, mówi Henry, i podobno ona ma opowiedzieć Corbinowi 
wszystko  o  nim  i  opisać  Jak  wyglądał  domek.  Czy  byli  bardzo 
bliskimi przyjaciółmi? 

 - Bardzo - odparła Livvy, a Sonia uśmiechnęła się i westchnęła. 

background image

 - Czy to nie romantyczna historia? Ty o tym wiedziałaś? 
 - Tak. 
 - Aleś ty tajemnicza! I ukrywałaś to przed Corbinem? 
 - Nie długo mi się to udawało. Teraz już wie. 
 -  Oczywiście,  on  się  wszystkiego  dowie  -  stwierdziła  Sonia.  - 

Trudno coś ukryć przed takim człowiekiem. 

 -  Trudno  -  przyznała  Livvy  i  zaczęła  wchodzić  po  schodach,  by 

stawić na piętrze czoło Henry'emu. 

On  widać  także  na  nią  czekał,  ale  bez  uśmiechu.  W  oczach 

Henry'ego  Livvy  uchodziła  dotąd  za  osobę  niezdolną  do  niczego 
złego. Odezwał się z wyrzutem i ze smutkiem: 

 - Nie mieści mi się w głowie, jak mogłaś pomyśleć coś takiego o 

Maybelle. 

 - Wzięłam dosłownie jej majaczenia - odrzekła Livvy. - Jak ona 

się ma? 

 -  Jest  zadziwiająco  spokojna,  biorąc  wszystko  pod  uwagę.  - 

Henry łypnął na nią wzrokiem  mówiącym, że to nie zasługa Livvy. - 
Zdumiewająca kobieta! 

 - Tak, zawsze to powtarzasz. 
Livvy zapukała do mieszkania Maybelle. 
 - Mogę wejść? - zawołała. 
 - Oczywiście - odkrzyknęła Maybelle. - Dlaczego pytasz? 
Livvy  zawsze  dotąd  wchodziła  do  Maybelle  bez  pukania.  Teraz 

oznajmiła: 

 -  Do  Henry  'ego  nie  będę  wpadała  przez  jakiś  czas  bez 

pozwolenia.  Patrzy  na  mnie  teraz  tak  jak  na  Daisy  po  tej  historii  z 
psem. 

Maybelle się roześmiała i natychmiast znowu spoważniała. 
 - Co ja takiego mówiłam? 
Ma  oczywiście  na  myśli  to,  co  mówiła  w  gorączce.  Livvy 

podeszła  i  usiadła  przy  niej  na  szezlongu.  Odezwała  się  cichym 
głosem: 

 -  Powiedziałaś:  Nie  opuszczaj  mnie,  Laurie.  Ale  to  ty  go 

opuściłaś. 

 -  Nie  tak  definitywnie  jak  on  mnie  -  odrzekła  Maybelle.  -  Ja 

pozostałam  na  tym  świecie.  Biedna  Livvy  -  dorzuciła  po  chwili.  - 
Bardzo cię przeraziłam? 

background image

 -  Bałam  się,  że  umierasz.  Byłaś  w  malignie,  roiły  ci  się  jakieś 

dawne  przeżycia,  a  kiedy  powiedziałaś:  Zabiłam  Lauriego, 
dziękowałam  Bogu,  że  nikt  więcej  tego  nie  słyszał.  Gdyby  ktoś  przy 
tym  był,  przeraziłoby  mnie  to  naprawdę.  Nie  wiedziałam,  kim  był 
Laurie,  i  mało  mnie  to  obchodziło.  Modliłam  się  tylko,  żebyś  nie 
umarła.  Dopiero  później  znalazłam  w  twojej  skrzyni  rysunek  i 
fotografię, i dowiedziałam się, że chodziło o Laurence Charlesa. Nikt 
więcej  by  się  o  tym  nie  dowiedział,  gdybym  spaliła  ten  rysunek.  To 
był  mój  błąd.  Gdyby  Corbin  go  nie  zobaczył,  nie  doszłoby  do  tego 
wszystkiego. 

 -  Cieszę  się,  że  go  nie  spaliłaś  -  powiedziała  cicho  Maybelle  - 

chociaż nie chciałam, żebyś o  tym  wiedziała.  Nie dlatego, żebym się 
wstydziła  miłości  do  Lauriego,  tylko  dlatego,  że  się  okazałam  tak 
słaba pod koniec. Miał wspaniałą przyszłość przed sobą i wszystko to 
poszło na marne. 

 - To był wypadek - zapewniła Livvy, o czym była przekonana. - 

Tragiczny wypadek. 

 -  Corbin  mówi  to  samo.  Przez  tyle  lat  nigdy  z  nikim  nie 

rozmawiałam o Lauriem, a teraz jestem zmuszona. 

Okazywało  się,  że  Corbin  miał  rację.  Ciężar  tajemnicy  został 

zdjęty  z  Maybelle  i  Livvy  widziała,  że  wcale  jej  to  nie  zaszkodziło. 
Przeciwnie, wstąpiły w nią jakby nowe siły. 

 - I co dalej? - spytała Livvy. 
 -  Corbin  ma  jutro  wrócić.  -  Głos  Maybelle  zabrzmiał  tak,  jakby 

oczekiwała tego z radością. - Cieszysz się, że wróci, prawda? 

Livvy wzruszyła ramionami. 
 - Nie unoś się honorem - powiedziała Maybelle błagalnie. - Nie 

wolno  ci  go  utracić.  Od  razu  tego  pierwszego  dnia  poznałam  po 
sposobie, w jaki na ciebie patrzył, że istnieje  między  wami specjalna 
więź. 

Istniała,  ale  już  nie  istnieje.  Teraz  na  dworze  Corbin  patrzył  na 

nią, jakby była powietrzem. 

 - Jesteśmy przyjaciółmi - odparła Livvy. 
Nawet  to  było  nieprawdą,  lecz  jakoś  zadowoliło  Maybelle.  Nim 

Livvy wyszła,  Maybelle usadowiła się przy swoim biurku, by zacząć 
spisywać swoje wspomnienia. 

W hallu czekał na Livvy Henry. 

background image

 - Co do tych ludzi z telewizji, o których wspominał Corbin. Ma 

się  z  nimi  skontaktować  i  ściągnąć  ich  tutaj,  kilkoro  przyjaciół. 
Umieścimy ich u nas? 

 - I Corbina też? - spytała. 
 - Nie, Corbin zostanie w domku. Zastanowiła się. 
 -  Oznaczałoby  to  wyszykowanie  pokoi  i  gotowanie,  a  zbliża  się 

Boże Narodzenie. Oni by przyjechali przed Świętami? 

 -  Jeżeli  pogoda  się  nie  popsuje.  Dwa  pokoje  na  dwa  dni.  Henry 

chciał ich tu mieć. Uśmiechnął się, gdy powiedziała: 

No,  dobrze.  Był  jeszcze  zgorszony,  że  Livvy  mogła  tak  źle 

pomyśleć o Maybelle, ale nie potrafił się na nią długo gniewać. 

 -  To  powinni  być  interesujący  ludzie  -  oświadczył. 

Przygotowania  na  ich  przyjęcie  dostarczą  Livvy  roboty,  to  dobrze. 
Ostatnia rzecz, jakiej sobie życzyła, to nadmiar czasu na rozmyślania. 
Tak  się  złożyło,  że  przez  resztę  dnia  miała  zajęcie,  gdyż  Sonia 
zapytała: 

 -  Czy  nie  powinnyśmy  pomyśleć  o  dekoracjach  świątecznych, 

skoro się spodziewamy gości? 

Zwykle w tym czasie przystępowały do dekoracji. Ubierały mały 

salonik  na  uroczystości  „rodzinne",  a  hall  i  duży  salon  na  przyjęcia 
gwiazdkowe. 

Tak  więc  Livvy  wyprawiła  się  na  strych,  skąd  podawała  w  dół 

tekturowe pudła z błyszczącymi bombkami i girlandami. Większość z 
nich  używano  od  lat,  lecz  wyglądały  nadal  tak  świeżo  i  lśniąco,  że 
Daisy nie posiadała się z uciechy, zupełnie jakby jej roztaczano przed 
oczami baśniowe skarby. 

Ś

ciągnięto  z  góry  Maybelle,  która  wraz  z  Henrym  nadzorowała 

ubieranie,  przypominając,  gdzie  każda  ozdoba  ma  swoje  miejsce,  od 
chińskich  lampionów  poczynając,  na  żłobku  z  rzeźbionymi 
drewnianymi figurkami kończąc. 

 - Nie, moja droga, ten srebrny sznur nie tutaj. Nad oknem zawsze 

wisi złoty. 

Livvy i Sonia wymieniły uśmiechy na szczycie drabin. 
 - Co by się stało, gdybyśmy zmieniły układ? - szepnęła Sonia. 
 - Maysie ściągnęłaby sznur swoją laską - odszepnęła Livvy. 
Honorowe  miejsce  w  hallu  zajmowała  srebrna  choinka  przeszło 

dwumetrowej  wysokości.  Dawniej  przywożono,  co  roku  prawdziwą 
jodłę, dopóki jodłowa szpilka nie wbiła się w łapkę jednego z kotów i 

background image

nie  wywiązało  się  zakażenie.  Maysie  kupiła  wówczas  srebrne 
drzewko, które obwieszono bombkami i lampkami od pięciu lat i pod 
którym układano zawsze stos prezentów. 

 - Ściąć trochę ostrokrzewu i jemioły? - upewniła się Sonia. 
Corbin  przyjechał  po  południu,  kiedy  na  drzwiach  wejściowych 

wisiał  już  wianek  z  ostrokrzewu,  ostrokrzew  stał  w  brązowym 
wazonie  na  stoliku  w  hallu,  a  w  górze  nad  pierwszym  schodkiem 
wisiał pęk jemioły. 

Sonia otworzyła mu akurat, gdy Livvy wchodziła do hallu. Corbin 

rozejrzał się i oznajmił: 

 - To mi się podoba. 
 - Ożywiło trochę stary dom - zauważyła Livvy. 
 - Gdzie będziesz na Boże Narodzenie? - zapytała go Sonia. 
 - U przyjaciół. Sonia się nadąsała. 
 - A czyż my nie jesteśmy twoimi przyjaciółmi? 
 -  Oczywiście,  że  jesteście  -  odparł  prędko,  po  czym  podniósł 

głowę w górę, na choinkę i jemiołę. - Jemioła? 

 - Chyba wiesz, do czego służy jemioła? - Sonia uśmiechnęła się 

kokieteryjnie. 

 - Nieczęsto ją się już widuje. 
 - Przecież to tradycja. 
 - Oczywiście. 
Podniósł Daisy, która zapiszczała z uciechy i pocałował ją w nos. 

Kiedy  ją  postawił  z  powrotem  na  podłodze,  przyskoczyła  Sonia. 
Zarzuciła  mu  ramiona  na  szyje,  gdy  ją  całował,  aż  Livvy  pomyślała: 
Nie zjedz go tylko. 

Przeszła  koło  nich  ku  schodom.  Na  górze  czeka  na  niego  ciocia 

Maysie,  do  niej  tu  przyjechał,  czemu  wiec  tu  sterczy?  Kiedy  puścił 
Sonie, weszła jeszcze schodek wyżej, zaśmiała się i powiedziała: 

 - Ze mną to nie przed Gwiazdką. 
 - Wtedy mnie tu nie będzie. 
 -  Ach!  -  wykrzyknęła  z  przesadnym  żalem.  -  No,  może  to 

przeżyje. 

 - Nie wątpię w to - odrzekł. 
Kiedy wchodził za nią po schodach, podjęła: 
 - Słyszę, że mają tu zjechać twoi telewizyjni koledzy? 
 - Tak, dwie osoby z produkcji, jeśli znajdziesz dla nich miejsce. 
 - Kiedy? 

background image

 - W przyszły wtorek. 
 -  Jakoś  się  to  zrobi  Jeśli  nie  trzeba  będzie  koło  nich  za  bardzo 

chodzić. 

 - To ma być sesja robocza. Chcą się trochę rozejrzeć po okolicy. 
 - I poznać Maybelle? 
 - Ona będzie gwiazdą ostatniego odcinka. 
Kiedy zaczęli wchodzić na drugą kondygnacje, Livvy była wciąż 

o  parę  stopni  przed  Corbinem.  Nie  odwracając  się,  żeby  na  niego 
spojrzeć, powiedziała: 

 -  Miałeś  racje.  Teraz,  kiedy  nie  zostało  już  nic  do  ukrywania, 

Maybelle się rwie, żeby mówić o Laurence. 

Nim  Livvy  otworzyła  drzwi,  Corbin  znalazł  się  nagle  przy  niej  i 

położył pierwszy dłoń na klamce. 

 - Wolałbym z nią porozmawiać sam. Przy tobie mogłaby się czuć 

skrępowana. 

 - Co-o? 
 - Krepowała się ciebie przez lata. 
 - Czy to ma być dowcip? - zapytała ostro Livvy. 
 - Przy tobie bynajmniej mi nie do śmiechu - odparł. 
 - Całe szczęście. I bez tego zakrawa to wszystko na kiepski żart. 

Jak mówi Henry: na ludziach to ja się nie znam. 

 -  Ja  też  się  nie  popisałem  inteligencją.  Byliśmy  obydwoje  ślepi 

jak krety. 

 - Chociaż to jedno nas łączyło. 
 - I cholerne mnóstwo innych rzeczy. 
 - Święta racja - powiedziała. - Jeśli nie liczyć tej jednej drobnej 

pomyłki, ty zawsze masz rację. To musi być przyjemnie, zawsze mieć 
rację, co? 

Corbin  otworzył  drzwi,  zawołał:  Czy  można?,  a  na  zaproszenie 

Maybelle zamknął Livvy drzwi przed nosem. 

O  mało  nie  wkroczyła  za  nim.  Jak  on  śmie  zamykać  jej  przed 

nosem drzwi  w jej własnym domu? Jeszcze trochę, a znienawidzi go 
naprawdę. Bezczelny typ! Dobrze, że się w nim nie zadurzyła na tyle, 
ż

eby tego nie widzieć. 

Na dole czekała na nią Sonia z błyszczącymi oczami. 
 - Pocałował mnie! 
 - Jest w tym dobry - odrzuciła Livvy. 
 - Dlaczego ty mu się nie pozwoliłaś pocałować? 

background image

 - Bo jest w tym za dobry. Nie chcę stracić głowy. 
 - Żartujesz sobie? 
 - Oczywiście, że żartuję. 
Kiedy  dom  ucichł  wieczorem  i  wszyscy  pozasypiali,  Livvy 

zebrała w swoim pokoju prezenty otrzymane od Corbina i wyprawiła 
się  z  nimi  na  strych.  Porozdaje  je  ludziom,  ale  dopiero,  gdy  Corbin 
odjedzie  z  Wyspy.  Tymczasem  umieściła  je  w  starej  farmerskiej 
skrzyni  w  ciemnym  kącie  pod  okapem,  z  daleka  od  dyndającej, 
zakurzonej żarówki. Tak będzie najrozsądniej. 

Po  owej  chwili  paniki,  kiedy  Corbin  odjechał,  postanowiła  być 

rozsądna. Trzeba się pogodzić z tym, na co nie ma rady. Co się stało, 
to  się  nie  odstanie.  Musi  jakoś  żyć  dalej,  a  żeby  żyć,  musi  się  zająć 
pracą. 

W  ciągu  następnych  dni  nabrały  tempa  przygotowania  do  Świąt. 

Livvy  zajęła  się  sprawami,  które  byłaby  załatwiła  wcześniej,  gdyby 
Corbin  nie  zajmował  jej  tak  wiele  czasu  -  wysyłaniem  życzeń, 
kupowaniem prezentów. 

Daisy  dyktowała  matce  listy  próśb  do  Świętego  Mikołaja,  które 

się wydłużały z każdym dniem, wprawiając w coraz większy popłoch 
Sonię.  Henry  wybaczył  Livvy  Jakkolwiek  w  dalszym  ciągu  nie 
pojmował, jak mogła być taka niemądra. A Maybelle kwitła. 

Od  lat  nie  wyglądała  tak  zdrowo,  zupełnie  jakby  wspominanie 

młodości  nie  tylko  wydobywało  z  zapomnienia  fakty,  lecz  także 
wygładzało jej skórę i nadawało blask oczom. 

Corbin  przywiózł  magnetofon,  na  który  nagrywali  swoje 

rozmowy.  Czasami  go  zostawiał  i  Livvy  zauważyła,  że  Maybelle 
przesłuchuje  taśmy  i  czasami  sama  coś  nagrywa.  Postanowiła,  że  po 
Bożym  Narodzeniu  Jak  trochę  się  uciszy,  zapyta  ją:  Pozwolisz  mi 
przesłuchać te nagrania? 

Najchętniej  by  przeczytała  skończony  scenariusz,  ale  to 

oznaczałoby poproszenie Corbina o zgodę. Nie ma przecież prawa nic 
cenzurować. Kiedy zjadą ludzie z telewizji, Livvy skorzysta z okazji, 
ż

eby z nimi pomówić. Co do Corbina, to nigdy teraz nie życzył sobie 

jej  obecności  przy  rozmowach  z  Maybelle.  Zresztą  Livvy  miała 
zawsze mnóstwo innych rzeczy do roboty. 

Jak  daleko  mogła  sięgnąć  pamięcią,  Słodkie  Sady  zawsze  w 

Wigilię stały otworem dla gości. Od południa do wczesnego wieczoru 
schodzili  się  co  roku  sąsiedzi  i  chociaż  Livvy  i  Sonia  przywykły  do 

background image

prowadzenia  kuchni  dla  pensjonariuszy,  przygotowanie  zimnego 
bufetu wymagało sporego zachodu. 

Corbin  nie  chciał  zostać  na  Boże  Narodzenie,  chociaż  Maybelle, 

Henry  i  Sonia  wielokrotnie  go  zapraszali.  Livvy  tego  nie  robiła. 
Wiedziała,  że  to  strata  czasu,  jakkolwiek  przyjeżdżał  prawie 
codziennie.  Nikt  z  domowników  nie  zauważał  zmiany  w  jego 
zachowaniu,  bo  też  nie  zmienił  się  w  stosunku  do  nich.  Jedna  Livvy 
wiedziała, że nic z tego naprawdę go nie obchodzi. 

Rozwiał się zaczarowany krąg, który otaczał ją i Corbina, a wraz 

z tym uleciała cała bliskość i całe ciepło, które  mogłyby ją utrzymać 
wiecznie młodą. Stała się jak wszyscy inni osobą postronną. 

Czuje do niej całkowitą obojętność, choć czasami w spojrzeniach, 

jakimi ją obrzuca, Livvy dostrzegała coś na kształt goryczy. Tak jakby 
za to, że pozwolił jej się zwieść, winił w równej mierze siebie, co ją. 

Byłoby lepiej, gdyby się od niego odżegnała, ale za żadne skarby 

nie potrafiła się na to zdobyć. Musiała koło niego krążyć jak ćma koło 
ś

wiatła. Trzymała się zwykle z dala, kiedy rozmawiał z Maybelle, lecz 

natykali się na siebie zawsze na dole. 

Któregoś  dnia  sprawdzała  listę  gości,  gdy  pochylił  się  nad  jej 

ramieniem. 

 -  Tylu  masz  przyjaciół!  -  I  dalej,  z  błyskiem  chłodnego 

rozbawienia  w  oczach:  -  Nie  znam  nikogo,  kto  by  bardziej  od  ciebie 
zasługiwał  na  przyjaźń.  Widzę,  że  Andy  znajduje  się  na  jednym  z 
czołowych miejsc. 

Livvy uniosła szeroko otwarte oczy. 
 - Czołowe miejsca zajmują ci, na których mogę liczyć. 
 -  Touche  -  powiedział  i  przesunął  koniuszkiem  palca  lekko  po 

policzku  ruchem,  który  mógłby  być  pieszczotą,  lecz  był  jak  trafienie 
szpadą. 

Coraz  mniej  go  lubiła.  Terapia  przez  awersje.  Będzie  sobie 

powtarzać: Lubię go z każdym dniem mniej. Kiedy nie będzie go już 
mogła znieść, przestanie z pewnością wyciągać do niego rękę we śnie. 

Za dnia nie przedstawiało to trudności, gdyż Corbin nie okazywał 

jej sympatii, lecz gdy zostawała sama w swoim pokoju i kładła się do 
łóżka,  zbyt  zmęczona,  by  się  bronić,  wkraczał  w  jej  rojenia, 
pokonywał jej opory. We snach był królem, który ją ubóstwia, a więc 
potrzebowała czasu, żeby się wyleczyć. 

background image

Tymczasem  nadszedł  dzień  przyjazdu  jego  współpracowników. 

Wiadomo  było,  że  przylecą  helikopterem  i  Corbin  ich  przywiezie  do 
Słodkich  Sadów,  lecz  w  rezultacie  zjawili  się,  nim  Livvy  zdążyła 
wrócić do domu. 

Widząc  auto  Corbina  na  podjeździe,  zaparkowała  swoje  w 

pośpiechu,  wpadła  do  kuchni  i  po  chwili  wkroczyła  do  salonu,  skąd 
przez otwarte drzwi dochodziły głosy. 

Zebrali  się  tu  na  powitanie  gości  wszyscy  domownicy.  Ciocia 

Maysie  prezydowała  w  fotelu  z  podnóżkiem.  Henry  stał  przed 
kominkiem.  Daisy  ostrożnie  roznosiła  filiżanki,  do  których  Sonia 
nalewała herbatę, ze srebrnego imbryczka. 

Ośrodek  zainteresowania  stanowili  mężczyzna  i  kobieta:  on 

krepy,  łysiejący,  z  wąsami  i  jowialnym  sposobem  bycia;  ona  ładna, 
drobna,  srebrnowłosa.  Obecność  kobiety  zaskoczyła  nieco  Livvy, 
która  się  spodziewała  dwóch  mężczyzn,  chociaż  nie  wynikało  to 
wyraźnie z wypowiedzi Corbina. 

 -  Przepraszam  za  spóźnienie  -  powiedziała.  -  Jestem  Livvy 

Murrin. 

 - Poczekaj, oko ci zbieleje! - mruknęła do niej Sonia kącikiem ust 
Corbina  nie  było  w  salonie.  Henry  wysunął  się  do  przodu  i 

przystąpił do prezentacji: 

 - To pan Hedley Higgins, kierownik produkcji, dobrze mówię? A 

to pani Higgins. 

 - Proszę mi mówić Valerie - odezwała się srebrnowłosa kobieta. 
 - Pani jest producentką? - zapytała Livvy. Na policzkach Valerie 

pojawiły się dołeczki. 

 - Skądże znowu! Zabrałam się w ostatniej chwili, na przyczepkę. 

Takie  małe  wakacje.  Producentką  serialu  jest  Anne-Marie,  która 
wyszła na chwilę z Corbinem. Anne-Marie Benoit 

 -  Anne-Marie  to  szałowa  kobieta  -  zauważyła  melancholijnie 

Sonia. 

Livvy  poczuła  się  jakby  dostała  obuchem  w  głowę.  Jakoś  udało 

jej  się  opanować  na  tyle,  żeby  prowadzić  sensowną  rozmowę.  Miała 
kilkuletnią  praktykę  w  przyjmowaniu  nieznajomych  gości,  więc 
spytała nowoprzybyłych, czy to ich pierwsza wizyta na Wyspie Wight 
(pierwsza)  i  gdzie  zwykle  jeżdżą  na  urlopy  (na  południe  po  słońce). 
Ale przez cały czas cisnęło jej się na usta jedno jedyne pytanie: Gdzie 
jest Corbin z tą szałową Anne-Marie i co robią? 

background image

Minęło  najwyżej  parę  minut,  choć  Livvy  wydawało  się,  że 

znacznie więcej, nim do salonu wkroczył Corbin z dziewczyną. Kiedy 
się  pojawili  w  drzwiach,  tylko  Livvy  nie  spojrzała  od  razu  w  ich 
stronę.  Musiała  oczywiście  podnieść  w  końcu  głowę,  choć  wolałaby 
patrzeć  nadal  w  filiżankę,  bo  od  pierwszego  rzutu  oka  wiedziała,  że 
przybyła  jest  kobietą,  która  powinna  stać  przed  kamerą,  a  nie  za  nią. 
Była  wyższa  od  Livvy,  z  figurą  modelki,  złotą  opalenizną  i  burzą 
płomiennych włosów. Trzymała Corbina pod ramię. 

 - Więc to pani jest Livvy - rzekła i błysnęła wspaniałymi zębami. 
Corbin widać o niej opowiadał. Livvy czuła, że jej własna twarz 

jest jak wyszczerzona w uśmiechu maska. 

 -  A  pani  jest  Anne-Marie.  Miło  mi  panią  powitać.  Wstała  i 

podeszła do nich. W rzeczywistości nie było jej 

nigdy mniej miło kogokolwiek powitać. 
 - Przygotowała mi pani bardzo ładny pokój - mówiła tymczasem 

Anne-Marie  -  ale  obawiam  się,  że  z  niego  nie  skorzystam.  Corbin 
uważa,  że  powinnam  zamieszkać  w  tym  domku  na  górze.  Będziemy 
tam  filmować,  więc  chciałabym  się  trochę  rozejrzeć,  wczuć  w 
atmosferę. 

Higginsowie wymienili ubawione spojrzenia. 
 -  Oczywiście,  powinnaś  się  bezwzględnie  wczuć  w  atmosferę  - 

powiedział Hedley. - Jest tam dosyć miejsca na dwie osoby? 

 -  Domek  może  pomieścić  sześć  osób  -  odparł  Corbin.  Hedley 

uśmiechnął się szeroko. 

 -  Wybaczycie,  że  wam  nie  dotrzymamy  towarzystwa.  Sądzimy, 

ż

e tu nam będzie wygodniej. 

 -  Oczywiście,  wybaczymy  -  powiedział  Corbin,  a  Hedley 

zarechotał. 

 - Tak myślałem! 
Pili  herbatę,  rozmawiali  i  żartowali  dalej,  przy  czym  Livvy  była 

równie  ożywiona  jak  wszyscy,  chociaż  czuła  się  jak  nakręcana  lalka. 
Wątpiła,  czy  rozbawione  towarzystwo  w  ogóle  zauważyło,  gdy 
mruknęła:  Przepraszam  na  chwilę,  muszę  zajrzeć  do  kuchni  -  i 
wymknęła się z salonu. Anne-Marie siedziała z Corbinem na kanapie, 
oparta na jego ramieniu. 

Livvy  przeszła  przez  hall  do  kancelarii  i  usiadła  przy  biurku. 

Ukryła  pulsującą  głowę  w  dłoniach.  Targała  nią  zazdrość.  A  jednak 
mogłam  się  nie  mylić  co  do  cioci  Maysie  -  myślała  nieszczęśliwa.  - 

background image

Maybelle  mogła  zabić  mężczyznę,  którego  kochała.  Nienawidzę  tej 
kobiety.  Nienawidzę  Corbina.  Mogłabym  go  zamordować!  Albo 
popełnić  samobójstwo.  Jak  przeżyję  tę  noc  wiedząc,  że  śpią  tam 
razem? A nawet te dni, kiedy będą razem pracowali? 

Poderwała głowę, bo do kancelarii weszła Sonia. 
 - Dobrze się czujesz? 
 -  To  dopiero  niespodzianka  -  usłyszała  Livvy  swój  głos. 

Niespodzianka?  Piorun,  który  ją  obrócił  w  popiół.  Sonia  podeszła  do 
biurka,  przejętą  współczuciem.  -  Przyjechał  tutaj  sam,  ale  przecież 
musiały być jakieś kobiety w jego życiu. Zawsze to wiedziałyśmy. 

 - Tak, zawsze wiedziałyśmy. 
Wystarczyło,  żeby  mężczyzna  o  magnetyzmie  Corbina  pojawił 

się w jakimkolwiek liczniejszym towarzystwie, a już mógł mieć każdą 
kobietę,  gdyby  tylko  zapragnął.  Lecz  Livvy  nie  widziała  go  nigdy 
dotąd z kobietą, której by pragnął. Bywała zazdrosna nawet o Sonie, a 
tutaj  się  zjawia  ta  Anne-Marie,  która  jest  jawnie  jego  kochanką.  Ta 
ś

wiadomość kłuła jak ostrze wwiercające się w serce. 

 -  To  niesprawiedliwe!  -  użaliła  się  Sonia.  -  Ta  kobieta  ma 

wszystko. Ty przy niej wyglądasz jak kopciuszek, a co dopiero ja. 

 -  Nie  wyszłaś  przynajmniej  na  taką  idiotkę  jak  ja  -  odrzekła 

Livvy. 

 - Chciałaś go, prawda? 
 - Tak. 
Bardziej, niż potrafiłaby to wyrazić. 
 - Ta kobieta ma wszystko! - jęknęła powtórnie Sonia. - Stanowią 

rzeczywiście idealną parę. - Nie była to szpileczka od adresem Livvy, 
Sonia powiedziała jedynie prawdę. - I co ty teraz zrobisz? - zapytała. 

 - Będę im schodziła z drogi. 
Nie  może  się  równać  z  Anne-Marie  ani  urodą,  ani  inteligencją, 

przynajmniej  w  zakresie  pracy,  która  ją  tu  przywiodła.  Anne-Marie 
nie  będzie  odstępowała  Corbina  jak  długo  zostanie  na wyspie.  Livvy 
to wiedziała i wiedziała, że nie zniesie tego widoku. 

 -  Gdyby  ktoś  o  mnie  pytał,  to  jestem  w  kuchni,  zajmuje  się 

obiadem. 

Trzeba  było  przygotować  obiad,  parę.  zwykłych  dań  a  la  carte, 

które  pichciła  z  Sonią  tyle  razy,  że  mogłaby  to  teraz  zrobić  z 
zawiązanymi oczami. 

background image

Kręciła  krem  z  awokado  do  sałatki,  kiedy  ponownie  zjawiła  się 

Sonia z oznajmieniem: 

 - Valerie jest wegetarianką. 
 - Nie powinno być z tym problemów - odrzekła Livvy. 
 -  I  dwie  osoby  mniej  do  stołu.  -  Sonia  powiedziała  to  tonem 

osoby przynoszącej hiobową wieść. - Corbin i Anne-Marie wychodzą, 
chcą dotrzeć na górę, zanim się ściemni. 

 - Dwie osoby mniej - powtórzyła Livvy. 
 -  To  kawałek  drogi,  a  jest  ślisko,  bierze  mróz.  Choć  Corbin 

zawsze  ją  podtrzyma.  -  Sonia  zagryzła  wargi  i  wyjąkała.  - 
Przepraszam, nie chciałam tego powiedzieć. 

Livvy zmusiła się do uśmiechu. 
 - Oczywiście, że ją podtrzyma. Już w salonie się o niego opierała, 

jakby nie mogła usiedzieć o własnych siłach. 

Sonia zachichotała. 
 - Taka silna, dorodna dziewczyna, a potrzebuje oparcia. Nie było 

w tym nic śmiesznego, ale obie się zaśmiały. 

 - Cieszę się, że się śmiejesz - powiedziała Sonia. 
 -  Jak  człowiek  przegrywa  -  odparła  Livvy  -  to  niech  chociaż 

przegrywa z uśmiechem na ustach. 

 - To rozumiem - przytaknęła gorliwie Sonia i poszła z powrotem 

do salonu. 

Livvy  wlała  krem  z  awokado  do  sosjerki.  Wcale  nie  umiała 

przegrywać  z  uśmiechem  na  ustach,  przegrywała  ze  łzami  w  oczach, 
nie chciała tylko wciągać domowników w otchłań swojej rozpaczy. 

Zasiadła  do  obiadu  z  Sonią,  Henry'm,  Maybelle  i  państwem 

Higginsami  i  odegrała  rolę  wesołej,  uroczej  gospodyni.  Higginsowie 
orzekli, że jedzenie jest wyśmienite, a po obiedzie zgodzili się zagrać 
z Henry'm i Maybelle partyjkę brydża. 

Livvy  pogadała  trochę  przez  telefon,  po  czym  zabrała  się  do 

pakowania  prezentów,  które  kupiła  przed  południem  w  miasteczku  i 
do wypisywania na nie nalepek. 

Czuła  się  jak  w  półśnie,  udawało  jej  się  jednak  wykonywać 

rzeczy, które miała do zrobienia, i znajdować właściwie słowa, kiedy 
musiała  się  odezwać.  Natomiast  prawdziwą  przeprawę  stanowiło 
pożegnanie  z  Maybelle,  które  należało  do  codziennego  wieczornego 
rytuału,  gdyż  Maybelle  widziała  jak  sprawy  się  mają  między 
Corbinem  a  Anne-Marie.  Livvy  zdawała  się  niezbyt  tym  przejęta, 

background image

zdawała  się  w  dobrym  nastroju.  Jednakże  kiedy  weszła  do  pokoju 
Maybelle, ta czekała na nią. 

 - Wszystko w porządku, moja droga? - zapytała. 
 - W porządku - odparła Livvy. - Ładna z nich para, prawda? 
 -  Higginsowie  mówią,  w  każdym  razie  Valerie  twierdzi,  że 

Anne-Marie  zagięła  od  dawna  parol  na  Corbina.  Nie  przepuściłaby 
takiej okazji, powiedziała Valerie. 

 - Daj jej Boże. 
 - Miałam nadzieje, że wy dwoje... - zaczęła Maybelle. 
Livvy  się  uśmiechnęła.  Wcale  nietrudno  było  się  uśmiechać. 

Wystarczyło rozciągnąć wargi i uważać, żeby glos się nie załamał. 

 - Jesteśmy przyjaciółmi - powiedziała lekkim tonem. - Nic więcej 

między nami nie było. Pocałowała Maybelle w policzek. 

 - Skoro tak twierdzisz... - odrzekła Maybelle, a ponieważ bardzo 

nie chciała, żeby Livvy krwawiło serce, pewno w to uwierzyła. 

Natomiast  Szula  wiedziała.  Pobiegła  za  Livvy  do  jej  pokoju  i 

zwinęła się w kłębek na puchowej kołdrze. Livvy leżała w ciemności, 
głaszcząc kotkę. Była pewna, że wybuchnie niepohamowana płaczem, 
gdy  tylko  się  odpręży  w  łóżku,  tymczasem  oczy  miała  suche,  a  ból 
przejawiał się tępą pustką. 

Tej nocy po raz pierwszy nie śnił jej się Corbin. Była tego pewna, 

chociaż  nie  wiedziała,  czy  śniło  jej  się  w  ogóle  cokolwiek. 
Obudziwszy się przypomniała sobie Anne-Marie i natychmiast, jak po 
narkozie, ogarnęło ją otępienie. 

Na  dole  okazywała  wszystkim,  najpierw  domownikom,  potem 

Higginsom,  wesołość,  po  której  nie  widać  było  sztuczności.  Nie 
wyszła, kiedy Corbin i Anne-Marie przyjechali po Hedleya i Valerie. 
Przez  cały  dzień  wraz  z  Sonią,  a  nawet  z  pewną  pomocą  Daisy 
przygotowywała  potrawy  na  jutrzejsze  przyjęcie,  wykładała 
porcelanę, sztućce i szkło. 

Po  południu  doszło  do  przykrego  spięcia,  gdy  Hedley,  Anne-

Marie i Corbin zaczęli się zastanawiać nad obsadą ostatniego odcinka 
serialu.  Nie  było  ich  przez  cały  dzień,  ponadto  Corbin  z  Anne-Marie 
mieli  wyjść  za  chwilę  gdzieś  indziej  na  kolację,  lecz  teraz  siedzieli 
wszyscy  w  salonie,  a  Livvy  i  Sonia  nalewały  im  kawę  i  sherry. 
Hedley, który wychylił właśnie duże sherry, powiedział nagle: 

 -  To  wstyd,  że  nie  możemy  pani  zaproponować  roli  młodej 

Maybelle, Livvy. 

background image

 - C-co? 
Livvy o mało się nie oparzyła strumieniem kawy, która się polała 

z ekpresu na spodeczek. 

 -  Musi  pani  być  bardzo  podobna  do  młodej  panny  Murrin.  Nie 

grała pani nigdy zawodowo? 

 - Nie grałam w ogóle nigdy - odparła Livvy. 
 - Nie wierzę w to - odezwał się Corbin. - Masz wrodzony talent, 

byłabyś wspaniałą aktorką. 

 - Na jakiej podstawie tak sądzisz? - zapytała Anne-Marie. 
Zlustrowała  Livvy  od  stóp  do  głów  krytycznym  wzrokiem  jak 

aktoreczkę pretendującą do głównej roli. 

 - Instynkt mi mówi - odparł Corbin. 
 - W każdym razie to niemożliwe - ucięła Anne-Marie. - Związek 

Aktorów by się na to nigdy nie zgodził. 

 - Ja też nie - powiedziała Livvy. 
Wiedziała, że Corbin śmieje się z niej w duchu i zastanawiała się, 

czy się wieczorem podzieli dowcipem z Anne-Marie. 

Następnego  dnia  przypadała  Wigilia  i  od  południa  spodziewano 

się  gości.  Niestety  Hedley  i  Valerie,  Anne-Marie  i  Corbin  nie  mogli 
zostać  dłużnej  i  wziąć  udziału  w  przyjęciu.  Po  śniadaniu  miał 
przylecieć helikopter i zabrać pierwszych troje z powrotem do Anglii, 
gdzie  byli  poumawiani  na  Święta.  Corbin  zaś,  po  odwiezieniu  ich  na 
lądowisko, miał jechać autem dalej, do Cowes, gdzie na niego czekali 
przyjaciele.  Livvy  do  ostatniej  chwili  unikała  spotkania  z  nim  i  z 
Anne-Marie. 

Higginsowie  zjedli  śniadanie  i  czekali  spakowani.  Byli 

wprawdzie  krótko,  ale  rekonesans  wypadł  znakomicie,  oświadczył 
Hedley;  wie  teraz  doskonale,  jak  się  zabrać  do  filmowania  tutaj. 
Wizyta okazała się wielkim sukcesem  i wraz z Valerie bezwzględnie 
wpiszą Słodkie Sady na swoją listę urlopową. 

Kiedy  nadjechał  Corbin,  Livvy  rozmawiała  z  Valerie,  nie  mogła 

wiec  w  żaden  sposób  uciec  bez  zwracania  uwagi.  Corbin  i  Anne-
Marie  weszli  do  hallu.  Corbin  niósł  kilka  paczek,  które  położył  na 
stercie pod choinką. 

 - Przygotowałyśmy z Daisy coś dla ciebie - oznajmiła Sonia. 
Był  to  krawat  opakowany  wzloty  papier.  Sonia  pokazała  go 

wcześniej Livvy, która orzekła: „Śliczny", wiedząc dobrze, że Corbin 
nigdy nie wybrałby go. 

background image

Livvy  nie  przygotowała  dla  niego  nic.  Rzuciła  okiem  na  paczki. 

Jedna miała niewątpliwy wygląd obrazu, zapewne dla Maybelle, może 
coś  Laurence  Charlesa;  druga  była  w  kształcie  kanciastej  butelki, 
pewnie ten obrzydliwy rum dla Henry'ego. Dla Daisy jest z pewnością 
to  wielkie  pudlo,  a  dla  Soni  i  dla  niej  dwa  identyczne  płaskie 
pakieciki. 

 -  Mam  nadzieje,  że  paniom  się  spodobają  -  powiedziała  Anne-

Marie. - Kupiłam to wczoraj specjalnie dla was. 

 - Dziękujemy - odparły chórem. 
 - No, to na pożegnanie - zawołała Anne-Marie wskazując jemiołę 

nad schodami. 

Zaczęło się ogólne całowanie i życzenia dobrej drogi, ale Corbin 

nie pocałował Livvy, zresztą ona trzymała się z tyłu, żeby do tego nie 
dopuścić. W końcu wszyscy wyszli do auta. 

 -  Do  zobaczenia  po  świętach  -  rzekł  Corbin  biorąc  walizkę 

Valerie. 

Anne-Marie  zatrzymała  się,  żeby  rzucić  ostatnie  spojrzenie  na 

choinkę, tak że została na chwile w hallu sam na sam z Livvy. 

 - Naprawdę wspaniale się tutaj czuję - oznajmiła. 
 -  Cieszę  się  -  skłamała  Livvy  z  uśmiechem.  Anne-Marie  się 

rozpromieniła. 

 -  Ten  domek  na  górze  jest  taki  przyjemny,  że  wprost  nie  mogę 

się  z  nim  rozstać.  Postanowiliśmy  tam  wrócić,  jak  odwieziemy 
Hedleya i Valerie. 

Livvy  nie  wiedziała,  czemu  zawdzięcza  te.  nieoczekiwaną 

informację, dopóki Anne-Marie nie dorzuciła bardzo cicho: 

 -  Będziemy  sami  we  dwoje  przez  całe  Boże  Narodzenie.  Czyż 

można sobie wyobrazić coś rozkoszniejszego? 

Wyszła  szybko  do  auta,  nim  Livvy  miała  czas  cokolwiek 

odpowiedzieć.  Zresztą  cóż  by  jej  mogła  powiedzieć?  Anne-Marie 
widać, wie, jak Livvy się czuje. Może się domyśliła, może Corbinowi 
wyrwało się coś, co nasunęło jej podejrzenia. W każdym razie Anne-
Marie  zależało,  żeby Livvy się dowiedziała, jak sprawy stoją  między 
nią a Corbinem. 

Wiedziałam  i  bez  tego  -  myślała.  -  Zaraz  zaczną  się  schodzić 

goście, nie będę więc miała czasu o tym myśleć. 

Od  tej  chwili  wszystko  się  działo  w  biegu.  Gotując,  podając 

ś

niadanie  i  wykonując  różne  prace  domowe,  Livvy  miała  długi  kitel 

background image

na  świątecznym  stroju,  złożonym  ze  srebrnej  bluzki  koszulowej  i 
bufiastej  czarnej  szyfonowej  spódnicy.  Zdjęła  teraz  kitel  i  poświęciła 
parę  minut  na  poprawienie  makijażu,  nie  żałując  różu  dla  pokrycia 
swojej bladości. 

Od  południa  cały  dół  był  pełen.  Dopisali  wszyscy  zaproszeni  i 

większość  pozostała  na  dłużej.  Zimny  bufet,  poncz  owocowy  i  wina 
musujące  były  równie  dobre  jak  co  roku,  a  wszyscy  się  znali, 
znajdowali  się  wśród  swoich  i  mieli  sobie  nawzajem  mnóstwo  do 
powiedzenia. 

Wszyscy  całowali  Livvy  pod  jemiołą  i  wszyscy  jej  mówi-li,  jak 

ładnie  wygląda,  gdy  przechodziła  od  grupki  do  grupki,  by  się 
upewnić,  czy  nikomu  nic  nie  brakuje.  Kiedy  ją  pytano  o  Corbina, 
odpowiadała: Och, wróci po Bożym Narodzeniu. 

Wszyscy się rozpytywali o wizytę ludzi z telewizji i o film, który 

mają  tu  kręcić,  lecz  Maybelle  mówiła  tylko:  Sądzę,  że  będzie  parę 
sensacji - i nie pozwalała się wyciągnąć na dalsze zwierzenia. Henry i 
Sonia  też  powtarzali  wszystkim  tylko,  żeby  poczekali,  to  zobaczą. 
Upajali  się  swoją  tajemnicą,  natomiast  Livvy  uciekała,  ilekroć 
posłyszała imię Corbina. 

Istotną  cześć  zabawy  stanowiły  prezenty.  W  stosie  pod  choinką 

znajdowały  się  drobiazgi  dla  wszystkich  zaproszonych,  których 
większość  przyniosła  także  symboliczne  prezenciki  dla  mieszkańców 
Słodkich  Sadów.  Prezenty  „rodzinne"  miały  czekać  do  pierwszego 
dnia  świąt,  lecz  Sonia  podeszła  do  Livvy  i  Andy'ego  z  dwoma 
pakiecikami zostawionymi dla nich przez Corbina. 

 -  Nie  mogą  wytrzymać  -  oznajmiła.  -  Muszę  zobaczyć,  co  nam 

kupiła  Anne-Marie.  -  Odpakowując  swój  prezent,  zachęciła  Livvy:  - 
Zobacz, czy ty dostałaś to samo. 

Okazało się, że są to podkoszulki zimowe z długimi rękawami. 
 - Też coś! - skrzywiła się Sonia. 
 -  Mogła  chociaż  wybrać  te  z  koronkami  -  powiedziała  Livvy.  - 

Wyobraża sobie, że my tu żyjemy w arktycznych mrozach. 

 - Coś mi się zdaje, że Anne-Marie ma rację - wtrącił się Andy. - 

Dziś po raz pierwszy czułem się, jakbym całował bryłę lodu. 

Andy  pocałował  Livvy  dwukrotnie,  kiedy  przechodzili  pod 

jemiołą.  Livvy,  która  ledwo  poczuła  jego  wargi  na  swoich, 
zażartowała teraz: 

background image

 - A czego ty się spodziewałeś całując mnie na oczach wszystkich 

sąsiadów? 

Lecz w jej spojrzeniu Andy dostrzegał coś, co go niepokoiło. 
 -  Nie  zapomniałaś  chyba,  że  mamy  jechać  do  Roba  Wilsona?  - 

zapytał. 

Jeden  ze  współpracowników  Andy'ego  wydawał  wieczorem 

przyjęcie,  na  które  byli  zaproszeni  od  dawien  dawna.  Livvy 
zapomniała o tym na śmierć, powiedziała jednak szybko: 

 -  Oczywiście,  że  nie.  O  której  powinniśmy  wyruszyć.  Było  po 

szóstej, a goście rozchodzili się zwykle koło siódmej. 

 -  Już  -  odrzekł  Andy.  -  Przypominałem  ci  wczoraj.  -  W  jego 

głosie brzmiał sarkazm. - Nie pamiętasz, że wczoraj dzwoniłem? 

 -  Oczywiście,  że  pamiętam.  -  Teraz  sobie  przypomniała.  - 

Poradzisz  sobie  sama?  -  zwróciła  się  do  Soni.  -  Zostaw  pobojowisko 
do mojego powrotu. 

Sonia pokiwała głową. 
Wyszli  przez  kuchnie.  Po  drodze  Livvy  wzięła  z  wieszaka 

wiatrówkę i małą, płaską latarkę kieszonkową, którą zawsze trzymano 
pod ręką w szufladzie. 

Niebo  było  tego  wieczora  rozgwieżdżone,  świecił  księżyc. 

Panowało  zimno  i  cisza,  świat  jakby  zastygł  w  oczekiwaniu.  Andy 
ruszył  przodem  do  swojego  samochodu,  zaparkowanego  przed 
domem.  Wychodzili  akurat  jacyś  goście,  lecz  Livvy  szła  tuż  za 
Andy'm i wskoczyła do auta, nim ją zauważyli. 

Andy  włączył  ogrzewanie,  gdy  tylko  ruszyli,  ale  jeszcze  było 

zimno  i  szyby  się  zapociły,  więc  Livvy  otworzyła  i  zamknęła  parę 
razy okno po swojej stronie i przetarła szyby bibułką. Potem oparła się 
na  siedzeniu  i  patrzyła  na  przesuwający  się  krajobraz.  Nie  widziała 
jednak nic, tak samo jak nie słyszała pełnego goryczy głosu Andy'ego. 

Do jego kolegi jechało się drogą prowadzącą w kierunku domku 

na  górze,  gdzie  Corbin  i  Anne-Marie  spędzają  sam  na  sam  Boże 
Narodzenie.  Więc  co  ja  tutaj  robię?  -  pomyślała  nagle  Livvy  jak 
wyrwana  z  głębokiego  snu.  -  Nie  wiem,  co  począć,  ale  wiem,  gdzie 
chcę teraz być. 

Obróciła się na siedzeniu i spojrzała na Andy 'ego jak na obcego 

człowieka. Na pewno nie tutaj, na pewno nie z nim. 

 - Nie słuchasz mnie - powiedział Andy z wyrzutem. - Ostatnio w 

ogóle nie słyszysz, co mówię. Nie widzisz mnie nawet. 

background image

Zobaczyła  go  teraz  Jego  przyjemna,  otwarta  twarz  była  napięta, 

stężała. 

 - Przepraszam - odrzekła. 
 -  Chcesz  tam  ze  mną  w  ogóle  jechać?  Miała  na  to  tylko  jedną 

odpowiedź: 

 - Nie! 
Andy nacisnął hamulec tak, że polecieli do przodu na pasach. 
 -  Chcesz,  żeby  cię  odwieźć  do  domu?  Chcesz  wysiąść?  Livvy 

odpięła pas. 

 - Wysiadam. 
 - Co się z tobą właściwie dzieje? 
Nie przypuszczał, że Livvy naprawdę wyskoczy z auta. - Nic nie 

poradzisz na to, co się ze mną dzieje - zawołała. 

Puściła  się  biegiem  po  łagodnym  zboczu,  tak  żeby  jej  nie  mógł 

zatrzymać. Zawsze szybko biegała. Zresztą nawet gdyby ją dogonił, to 
co by powiedział? Szalona dziewczyna ta Livvy! Prawdę  mówiąc, to 
cześć  jej  uroku.  Pragnął  ją  złapać  i  zatrzymać,  ale  zanim  zdążył 
wysiąść, rozejrzeć się i zastanowić, co u licha, robić, rozpłynęła się w 
mroku. Biegła nie oglądając się. Nie słyszałaby go, gdyby zawołał jej 
imię. 

Prowadziła  tędy  druga  droga  do  domku,  dłuższa  niż  z  łąki,  ale 

łatwiejsza  niż  poprzednia  wspinaczka,  bo  nie  było  wiatru  ani  śniegu. 
Livvy  otuliła  się  wiatrówką.  Pantofle  miała  lekkie,  lecz  na  płaskim 
obcasie.  Świecił  księżyc,  w  ciemniejszych  miejscach  przyświecała 
sobie latarką. 

Corbin jest w domku i musi ją wysłuchać. Przyniosłam ci prezent 

gwiazdkowy - powie mu. - Dałeś mi tyle prezentów przez te wszystkie 
lata,  a  ja  ci  nigdy  nic  nie  dałam.  Bo  znamy  się  przecież  od  lat, 
prawda? Nie wiedziała pani tego, Anne-Marie? 

Zatrzymała  się  widząc  światło.  Są  tam,  wiedziała  to.  I  wie,  że 

będzie  musiała  stawić  czoło  im  obojgu.  I  że  to  może  okazać  się 
największym  upokorzeniem  jej  życia.  Ale  nie  zawróci  za  nic  w 
ś

wiecie. 

Nie  unoś  się  honorem  -  ostrzegała  ją  Maybelle.  Punktem  jej 

honoru  jest  teraz  nie  pozwolić  Corbinowi  odejść  bez  uświadomienia 
mu  straty.  Ich  spotkanie  zakrawało  na  cud,  powiedział,  więc  musi 
zrozumieć, co chce odrzucić. Musi ją wysłuchać. Musi wiedzieć. 

background image

Zastukała  do  drzwi  i  wstrzymała  dech.  Nikt  nie  odpowiedział, 

chociaż  paliła  się  lampa.  Kiedy  zajrzała  do  środka,  w  pokoju  nie 
zobaczyła  nikogo.  Może  są  na  górze.  Livvy  skuliła  się  na  tę  myśl. 
Lecz jeśli są na górze, to już ona ich ściągnie. 

Zaczęła walić w drzwi, ale nadal nikt nie odpowiedział. Luke by 

już na pewno szczekał na cały dom, narobiła przecież hałasu, który by 
obudził umarłego. A więc nie ma ich, może poszli gdzieś na kolację. 
Ale  wrócą.  Livvy  mogłaby  albo  zejść  na  dół,  gdzie  zaparkują  auto, 
albo usiąść na schodkach i zamarznąć na śmierć. Albo wybić okno! 

Otwór  okazał  się  malutki,  ale  ona  jest  szczupła  i  gibka.  Jak  się 

pozbędzie  wierzchniej  odzieży,  może  się  jakoś  przeciśnie.  Zdjęła 
wiatrówkę, położyła ją na ziemi, na nią bufiastą spódnice. Podciągnęła 
się do framugi i wsunęła głowę w otwór. 

Okienko  było  bardzo  ciasne.  Musiała  się  skręcać  jak  w  tańcu 

brzucha, wić i obracać, zaczepiła koszulę, podrapała skórę. Przez parę 
panicznych  sekund  myślała,  że  utknęła,  ale  oswobodziła  się 
szarpnięciem i wpadła do wanny. Leżała dysząc przez następne kilka 
sekund. 

Musi odzyskać przynajmniej spódnicę. Weszła do pokoju. Było tu 

dość  ciepło,  paliła  się  lampa  i  jedno  pasemko  płomyków  w  piecyku 
gazowym.  Ale  Corbina  i  Anne-Marie  nie  ma  w  domu,  bo  drzwi  są 
zamknięte  na  klucz,  nie  na  zasuwę,  a  klucza  nie  widać.  Nie  wyjdzie 
przez  drzwi,  musi  więc  jakoś  wciągnąć  ubranie  do  środka.  W  szafce 
kuchennej znalazła miotłę, która powinna się do tego nadać. 

Nie było to najlepsze narzędzie. Udawało jej się chwycić ubranie 

na  miotłę,  ale  nie  udawało  podciągnąć.  Raz  już  miała  spódnicę  pod 
samym oknem, jednakże w ostatniej chwili zsunęła się ona z miotły i 
wylądowała  jak  na  złość  dalej  niż  przedtem.  Wiatrówka  zaś  okazała 
się  za  ciężka,  żeby  nią  manewrować.  Była  to  zabawa  głupiego. 
Mogłaby  się  przecisnąć  na  dwór,  wrzucić  rzeczy  i  powtórzyć  całą 
procedurę  wkręcania  się  do  środka.  Jednakże  była  tak  zdyszana  i 
drżąca, że wątpiła, czyby jej się udało powtórnie to dokonać. 

W  końcu  zarówno  spódnica  Jak  wiatrówka  ześlizgnęły  się  poza 

zasięg  miotły,  więc  Livvy  zamknęła  okienko  i  usiadła  na  brzegu 
wanny, żeby odsapnąć. 

Nagle  usłyszała  szczekanie  Luke'a.  Spojrzała  w  popłochu  na 

okienko, ale nie było czasu na ucieczkę. Usłyszała teraz głos Corbina. 

background image

Sięgnęła do zasuwki, chcąc się zamknąć w łazience, lecz uprzedził ją 
Luke, który wpadł do środka, otwierając na oścież drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Na  widok  Livvy  pies  przestał  szczekać  i  zamachał  ogonem. 

Cieszy  się,  wszystko  więc  będzie  dobrze,  pomyślała  niemądrze. 
Corbinowi drgały wargi, kiedy na niego podniosła wzrok. 

 - Jej Książęca Mość, o ile się nie mylę - powiedział chrapliwym 

głosem. 

W poszarpanej srebrnej bluzce i srebrnych siatkowych rajstopach, 

rozdartych  na  kolanie  wyglądała  bardziej  na  księcia  żebraka  z 
inscenizacji  w  podrzędnym  teatrzyku,  ale  dziękowała  niebiosom,  że 
Corbin  zachował  przynajmniej  poczucie  humoru.  Uśmiecha  się,  to 
dobrze. 

 - Weszłam przez okienko - oznajmiła. 
 - Bez pomocy masła? 
 - Jakoś się udało. 
Wyszła z łazienki, rozglądając się trwożnie po pokoju. 
 -  Pozwolisz,  że  skoczę  po  spódnicę?  -  Doszedłszy  do  drzwi, 

zapytała: - Nie zamkniesz chyba przede mną drzwi na klucz. 

 -  Co  by  mi  z  tego  przyszło.  I  tak  wejdziesz  przez  okno?  Anne-

Marie nie było ani w pokoju, ani na dworze przed 

wejściem.  Biegnąc  na  tyły  domku  Livvy  dziękowała  w  duchu 

swojej  szczęśliwej  gwieździe.  Zebrała  swoje  rzeczy  i  naciągnęła  z 
powrotem spódnicę, gdy tylko wróciła do domku. 

 - No, teraz lepiej - powiedziała. 
 -  Gdzie  Anne-Marie?  -  spytała.  -  Mówiła  mi,  że  spędzacie  tutaj 

razem Boże Narodzenie, więc gdzie jest? 

 - Ze znajomymi. 
 - Czeka na ciebie? 
 - Wróciłem po prezent, którego zapomniałem. 
Stół w kuchence jest nakryty na dwie osoby, więc mieli tu wrócić, 

ale  Corbin  wrócił  sam.  To  może  jej  ostatnia  szans,  a  więc  powinna 
być  skupiona  i  ostrożna.  Zaczęła  się  powoli  przechadzać  po  pokoju, 
patrząc wszędzie, tylko nie na niego. 

 - Przyniosłam  ci  prezent - oznajmiła. - Tyle prezentów  mi dałeś 

przez  te  wszystkie  lata,  a  ja  ci  nigdy  nie  dałam  nic.  Więc  ci 
przyniosłam prezent. Siebie. 

Spojrzała na niego i zaraz odwróciła wzrok, bo milczał. 
 -  Uważasz,  że  jestem  dobrą  aktorką,  ale  ja  wcale  nie  grałam. 

Zadurzyłam  się  w  tobie,  a  jeśli  w  to  nie  wierzysz,  przyjrzyj  mi  się 

background image

teraz.  Nie  gram,  po  co  bym  miała  grać?  Kocham  cię  i  ty  mnie 
powinieneś kochać, bo Anne-Marie nie może ci dać nic w porównaniu 
z  tym,  co  my  możemy  sobie  dać  nawzajem.  Czy  to,  że  mężczyzna, 
który  był  twoim  przyjacielem,  został  oszukany  przez  kobietę, 
powinno... 

 - To był mój ojciec - powiedział, czym zamknął Livvy usta. - Ten 

mężczyzna  to  był  mój  ojciec,  a  kobieta  to  była  moja  matka. 
Wiedziałem  od  dłuższego  czasu,  że  go  zdradza,  i  on  chyba  też,  ale 
kiedy go rzuciła, dostał zawału i umarł. 

 - Przykro mi - wykrztusiła zdławionym głosem. 
 -  Jej  też  było  przykro.  Nigdy  nie  chciała  nikogo  skrzywdzić,  po 

prostu trafiła jej się lepsza oferta. Ale on był dla mnie nie tylko ojcem, 
lecz także najlepszym przyjacielem i ta historia odmieniła moje życie. 

 -  Nie  pozwól,  żeby  to  zmarnowało  nasze  życie  -  powiedziała 

cicho. - Proszę cię, nie idź jeszcze. 

Położyła  dłoń  na  jego  policzku  dotknięciem,  które  nie  prosiło  o 

nic prócz możności pocieszenia go. 

 - Może będę miała szczęście i zacznie się zadymka. 
 - Napijesz się wina? - zapytał. 
 - Chętnie. 
Usiadła  na  kanapie  i  przyglądała  się,  jak  Corbin  ustawia  na  tacy 

butelkę i kieliszki. 

 - Zjesz coś? - zapytał. - Czy też jadłaś przez cały dzień? 
 - Głównie podawałam. Chętnie coś zjem. Ser, owoce, cokolwiek 

masz pod ręką. Jakoś wrócił mi nagle apetyt. 

Roześmiał  się.  Gniew  gdzieś  uleciał,  znowu  się  przekomarzają. 

Siedzą na kanapie i popijają wino w przyjacielskim milczeniu. Jest jak 
przedtem, nim Daisy pokazała mu ten rysunek. 

Może Livvy robi sobie za wielkie nadzieje, ale jest tak dobrze, że 

Anne-Marie  nie  wydaje  się  większym  zagrożeniem  niż  Andy. 
Rozpłynęli się jak cienie. 

Jedząc jabłko i popijając wino, zaczęła mu opowiadać. 
 -  Wiesz,  co  zrobiłam  z  tymi  wszystkimi  prezentami,  które  mi 

dałeś? 

 - Spaliłaś je albo oddałaś na loterie fantową? 
 - Nie. Schowałam je w starym kufrze na strychu. Myślałam, że je 

tam  zagrzebuję  na  zawsze,  ale  schowałam  je  tylko  w  bezpiecznym 

background image

miejscu.  Zniosę  je  teraz  z  powrotem  na  dół.  Czy  prezent,  który 
przyniosłeś dla cioci Maysie, to obraz Laurence'a Charlesa? 

 - Tak. 
 - Drugi? Pokiwał głową. 
 - Ucieszy się. A dla Henry'ego rum? 
 -  Musiałem  się  rozpytać  wśród  jego  znajomych,  żeby  odkryć, 

gdzie  kupuje  ten  rum.  Nie  dziwię  się,  że  go  nie  ma  w  powszechnej 
sprzedaży. 

Livvy się roześmiała. 
 - Powinna być na nim nalepka ostrzegawcza. 
 -  Miała  być  jeszcze  żardiniera  od  Luke'a  -  podjął  Corbin  -  ale 

facetowi, który jej szuka, nie udało się dotąd znaleźć takiej samej. 

 - Dziękuję, Luke. Jesteś bardzo miły. 
Pies,  który  leżał  wyciągnięty  obok  kanapy,  zastukał  ogonem  na 

dźwięk swojego imienia. 

 - Prezent dla mnie i dla Soni kupowała Anne-Marie? 
 -  Sama  się  ofiarowała,  tak.  Uważałem,  że  to  bardzo  ładnie  z  jej 

strony. 

Livvy  uniosła  brwi,  a  Corbinowi  w  odpowiedzi  zadrżały  wargi. 

Motywy Anne-Marie nie były zupełnie bezinteresowne. 

 - Ciepłe koszulki. 
 - Ta-ak? 
 - Sam rozumiesz. 
 - Nie znam się za bardzo na damskiej bieliźnie. 
 - Są koszulki i koszulki. 
Wyciągnęła rękę, żeby podać Luke'owi resztę biskwita. 
 - Mogłabym ci zademonstrować różnice, gdybym miała na sobie 

coś takiego. 

Zaczęła rozpinać bluzkę. Oddała mu się już w słowach, lecz teraz 

ręce  jej  drżały  tak,  że  nie  mogła  sobie  poradzić  z  guzikami.  Serce 
kołatało jej w piersi aż do bólu. 

Z  twarzą  płonącą  rumieńcem,  zsunęła  z  ramion  bluzkę  i  odpięła 

ładny koronkowy stanik. Skórę miała gładką, aksamitną, piersi jędrne. 
Czyż Corbin nie widział jej już nagiej? Ale nigdy tak. 

 - Masz chyba najpiękniejsze ciało świata - powiedział chrapliwie. 
Wcale tak nie jest, lecz on może sprawić, że tak będzie. Przy nim 

Livvy może się stać najpiękniejszą kobietą świata. 

background image

Ogarnęło  ją  raptem  onieśmielenie,  tak  że  się  odwróciła  do  niego 

tyłem. Dotknął jej pleców. 

 - Co to? 
Zapiekło ją, wiec sobie przypomniała. 
 - Zadrapałam się wchodząc przez okno. 
Poczuła  lekkie  dotkniecie  jego  warg  przesuwających  się  po  jej 

krzyżu. Opuściła głowę, zamknęła oczy. 

 -  Nie  wiem,  kto  to  wymyślił,  że  nie  potrzebujesz  opieki. 

Zemdlałaś,  jak  tu  przyszłaś  poprzednim  razem.  Teraz  się  podrapałaś. 
Coś za szybko wykorzystujesz te swoje kocie dziewięć żywotów. 

 - Martwi cię to? - zamruczała. Obrócił jej twarz do siebie. 
 - Nie mogę dopuścić, żebyś tak szafowała żywotami. Może to już 

dziewiąty. Muszę zadbać, żeby był dobry i długi. 

 -  Nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  szepnęła.  Osunęła  się  w  jego 

ramionach na futrzak przed piecykiem. 

Jeśli  posłanie,  na  którym  leżeli,  było  twarde,  to  Livvy  tego  nie 

czuła.  Patrzyła  w  górę  na  jego  twarz,  śledziła  na  niej  grę  świateł  i 
cieni,  i  czuła,  jak  jego  dłonie  błądzą  po  jej  ciele  delikatnie,  lecz 
pewnie.  Przesunęła  koniuszkami  palców  po  jego  wargach.  Sycili  się 
sobą,  dotykali  i  smakowali  siebie  nawzajem,  wymieniali  czułe 
pieszczoty, jakby chcieli rozkoszować się tym przez cale życie. 

Potem  nadeszła  chwila,  gdy  znieruchomieli  leżąc  i  patrząc  sobie 

w  oczy,  a  Livvy  czuła,  jak  ze  wzmagającą  się,  przerażającą 
intensywnością  narasta  w  niej  żądza,  tak  że  nie  wystarczają  już 
delikatne  dotknięcia.  Chciała  go  mieć  jeszcze  bliżej,  w  sobie,  jako 
cząstkę siebie. 

 - Kochaj  mnie  - jęknęła przez zaciśnięte zęby, a gdy to uczynił, 

wszystkie nerwy zawibrowały w niej nowym życiem. 

Nie  miała  liczącego  się  doświadczenia  ani  umiejętności, 

pozwalała  jemu  wprawiać  się  w  cierpienie  i  rozkosz.  Chwilami  nie 
wiedziała, które to z tych dwojga doznań, ale wszystko było cudowne, 
a  ilekroć  jej  się  wydawało,  że  nie  może  nastąpić  już  nic  więcej, 
wznosiła  się  na  nowe  wyżyny  uniesienia,  aż  szybowała  chyba  wyżej 
gwiazd.  Aż  w  końcu  kosmos  eksplodował  i  poczuła  się  jak  ostatnia 
gwiazda, opadająca milionem świetlistych odłamków. 

Leżała  wyczerpana,  zbyt  zmęczona,  by  otworzyć  oczy,  lecz 

szczęśliwsza  ponad  wszelkie  wyobrażenie.  Potem,  bardzo  powoli, 
uniosła ręce i  wyciągnęła ramiona nad głową, napawając się dziwem 

background image

swego  kobiecego  ciała.  Jest  cudowne,  a  mężczyzna,  który  się  okazał 
taki  bezbłędny  pod  każdym  względem,  to  najwspanialszy  mężczyzna 
pod słońcem. 

Powieki miała ciężkie. Czuła ciężar rzęs, kiedy je uniosła, żeby na 

niego spojrzeć. 

 -  Dziękuję  -  powiedział  i  uśmiechnął  się.  -  Za  prezent 

gwiazdkowy. 

Livvy odwzajemniła się uśmiechem. 
 - Bardzo proszę. 
Jej  ubranie  leżało  nieopodal.  Naciągnęła  figi,  a  gdy  sięgała  po 

stanik,  przyszedł  jej  do  głowy  szelmowski  pomysł.  Trzepocząc 
rzęsami, poruszając rękami i ramionami, kręcąc biodrami, rozpoczęła 
groteskowy  striptiz  a  rebours,  ubierając  się  zamiast  rozbierać,  aż 
skończyła boso, ale kompletnie ubrana, obrotem bufiastej spódnicy. 

 - No, jak ci się podobało? - zapytała opadając na kanapę. 
 -  Salome  przy  tobie  wysiada  -  zaśmiał  się  Corbin.  -  Nie  wpadła 

na pomysł owijania się siedmioma woalami zamiast rozwijania z nich. 
To znacznie bardziej podniecające. 

 - Och, lubię być oryginalna. - Czuła się idiotycznie z tym swoim 

szczęściem. - Mam dla ciebie jeszcze wiele niespodzianek. 

Naprawdę zaskakiwała samą siebie. 
 -  Zawsze  wiedziałem,  że  jesteś  utalentowana  -  odparł.  -  Ale  nie 

wiedziałem,  że  masz  zadatki  na  wielką  tancerkę.  Nie  oczekujesz 
chyba, że będę także kręcił biodrami ubierając się? 

Parsknęła śmiechem, a on zaczął się szybko ubierać. 
Zadziwiasz  mnie  -  myślała.  -  Nigdy  nie  przypuszczałam,  że 

kochanie  się  może  być  tak  niewiarygodne,  bo  nigdy  dotąd  nie 
kochałam.  Chcesz  mnie,  zawsze  więc  pozostanie  to  takie 
zdumiewające. 

 - Jesteśmy znowu przyjaciółmi? - spytała, gdy przy niej usiadł. 
 -  Nigdy  nie  przestaliśmy  nimi  być.  Mogłaś  na  mnie  liczyć, 

byłbym przyszedł. 

 - Cieszę się, że tu przyszłam. - Skuliła się w objęciu jego ręki, z 

głową  na  jego  ramieniu.  -  Żyłam  jak  we  śnie.  Dopiero  wieczorem, 
jadąc  z  Andy'm,  przebudziłam  się  nagle  i  pomyślałam:  To  nie  tale. 
Rozumiesz? 

 -  Powinienem,  bo  ze  mną  było  podobnie.  Czułem  się  półżywy 

bez  ciebie.  Scenariusz  posuwa  się  naprzód,  Hedley  jest  pełen 

background image

entuzjazmu, od waliliśmy kawał roboty, ale nie sprawiało mi to żadnej 
przyjemności. 

Nie  powinna  być  teraz  zazdrosna,  nie  mogła  się  jednak 

powstrzymać od zapytania: 

 - Nie sprawiało ci przyjemności przebywanie z Anne-Marie. 
 - Niespecjalną. 
Kiedy podniosła głowę, popatrzył na nią z gorzkim uśmieszkiem. 
 - Zgodzisz się pozować do portretu Czarnej Damy? - zapytał-. - 

Będziemy go potrzebowali do filmu. 

 - Czemu akurat ja? 
 -  Bo  Maybelle  wyglądała  wówczas  jak  ty.  Gdy  tylko  się 

dowiedziałem, że była kochanką Laurence'a, od razu się domyśliłem, 
ż

e nie było żadnej innej kobiety. 

Livvy  przetrawiała  przez  chwilę  tę  wiadomość  z  jej  wszystkimi 

implikacjami. 

 - Mądry jesteś - powiedziała. 
 - Mam szczęście. 
 - Ja też. - Bałaby się takiego szczęścia, gdyby nie było jej pisane, 

aby sprawiedliwości stało się zadość. - Maybelle nie miała szczęścia. 
Laurence także. 

 - Bo był niemądry - odrzekł Corbin. - Nie powinno się to było tak 

zakończyć. 

 -  A  co  mógł  zrobić?  Maybelle  wybrała  innego,  miała  bilet  na 

statek. Co ty byś zrobił na jego miejscu? 

Obróciła się, żeby słuchając widzieć Corbina. 
 -  Nie  szalałbym  jak  on,  nie  upiłbym  się.  A  następnego  dnia 

wsiadłbym na ten sam statek i nie odstępowałbym jej przez całą drogę 
do  Ameryki.  I  byłbym  przy  niej,  kiedy  Edward  wyszedł  po  nią  do 
portu. 

Tak, Corbin by nie dał za wygraną. 
 -  To  by  mogło  odwrócić  bieg  wydarzeń  -  przyznała  Livvy.  - 

Maybelle mogła była wyjść za Laurence'a. 

 - Mogła. A ty za mnie wyjdziesz? 
 - Bardzo chętnie. 
Myśl  o  poślubieniu  Corbina  napełniła  ją  jeszcze  większym 

szczęściem. 

 -  Dzięki  Bogu!  -  powiedział  skwapliwie,  jakby  się  obawiał,  że 

Livvy może się wahać. - Kiedy? 

background image

 - Jak najprędzej. 
Obrączki  będą  zewnętrznym  znakiem,  że  są  ze  sobą  związani 

duszą  i  ciałem,  co  już  oboje  wiedzą.  Jutro  podzielą  się  swoim 
sekretem, powiedzą wszystkim. Ten wieczór jest jednak nazbyt cenny, 
bo tutaj się znajdują naprawdę sami. 

 - Zostaniemy tu na noc? 
 - Zostańmy koniecznie. 
Mają teraz przed sobą długie godziny na kochanie się i rozmowę. 

Corbin patrzy na nią jakby uważał, że wszystko jest w niej cudowne. 
Lecz Livvy czuła się brudna i potargana. 

 - Pozwolisz mi się odświeżyć? - zapytała. 
 - Oczywiście. Pokażę ci resztę domu. 
Nie doszła nigdy dalej niż na szczyt schodów. Na górze musi być 

pokój,  w  którym  Corbin  spał  z  Anne-Marie.  Livvy  nie  chciała  tam 
wchodzić. 

W  łazience  zobaczyła,  że  po  tych  wszystkich  emocjach  jej 

makijaż  zupełnie  się  rozmazał.  Umyła  ręce  i  twarz,  a  wytarłszy  się 
stwierdziła,  że  szczęście  rozpromieniło  jej  oczy  i  zaróżowiło  skórę, 
tak że właściwie nie potrzebuje makijażu. I dobrze, bo nie wzięła nic 
ze sobą. 

Odkręciła kurki, żeby napuścić trochę wody do wanny. Siedziała 

na  krawędzi  przebierają  nogami  w  wodzie,  z  uśmiechem  na  ustach, 
kiedy sobie przypomniała, że na dole czekają na niego jacyś znajomi. 
Wyciągnęła ramię, żeby uchylić drzwi, i zawołała: 

 - Corbin? 
 - Tak? 
 - Jeśli nie wrócisz, czy ci znajomi nie przyjdą cię tu szukać? 
Oczywiście,  wcale  nie  pragnęła,  żeby  przychodzili,  ale  nie 

wyobrażała  sobie,  żeby  Anne-Marie  czekała  potulnie  całą  noc  tam, 
gdzie ją zostawił. 

 - Nikt mnie nie przyjdzie szukać - odkrzyknął z kuchenki. - Nikt 

na mnie nie czeka. 

Wyjęła  nogi  z  wanny  i  poczłapała  mokrymi  stopami  do  pokoju. 

W kuchence Luke podniósł na chwilę łeb znad swojej miski, a Corbin 
nie przerwał osadzania świecy w czerwonym  emaliowanym lichtarzu 
pośrodku stołu. 

 -  Czyż  Anne-Marie  nie  jest  u  twoich  znajomych?  -  zapytała 

Livvy. 

background image

 - Jest prawdopodobnie u ludzi, którym znam. Ale nie tutaj, nie na 

Wyspie. 

Zapalił świecę. Jedli przy świecach tamtego pierwszego wieczoru 

i Livvy wiedziała, że będzie zawsze lubiła ich światło. 

Corbin  wydawał  się  zadowolony  z  nakrycia  stołu.  Usiadł  przy 

nim w ten swój swobodny sposób, który tak dobrze znała. 

 - Odleciała helikopterem. Nie wiedziałem, że zmieniła plany, aż 

do  momentu,  kiedy  zaparkowaliśmy  na  lądowisku  i  Anne-Marie 
powiedziała:  Wyjmij  moje  rzeczy.  Valerie  i  Hedley  dyskretnie  się 
usunęli,  a  ona  mi  oświadczyła:  Coś  cię  odmieniło  na  tej  wyspie.  Ale 
raczej ktoś. Trudno mi było zaprzeczyć po dwóch nocach spędzonych 
z nią w celibacie. 

Livvy  przyjęła  to  z  zachwytem.  Powstrzymując  okrzyk  tryumfu, 

zapytała niepewnie: 

 - Nie było to chyba łatwe. 
 - Było niezręczne. Szczęśliwie mam opinię zimnej ryby. 
 - Najfałszywszą w świecie. Nie mogła się nie roześmiać. 
 -  Może  taką  fałszywą  tylko  przy  tobie.  W  każdym  razie  Anne-

Marie postawiła mi ultimatum. Zostanie Jeśli zacznę ją zauważać. 

Nie  słuchasz  mnie,  nie  widzisz  mnie  nawet  -  skarżył  się  Andy. 

Oboje są osobami postronnymi. 

 -  Pojechała  i  koniec  -  powiedział  Corbin.  Livvy  usiadła 

naprzeciw niego przy stole. 

 - I co? 
 -  Nie  łączyło  nas  nigdy  nic  prócz  sympatii,  czasami  łóżka, 

wspólnych zainteresowań i znajomych. 

 -  Niektórzy  nazywają  to  miłością.  Małżeństwa,  które  łączy 

jeszcze mniej, utrzymują się przez 

całe  życie,  ale  dla  prawdziwych  szczęśliwców  istnieje 

nieskończenie więcej. 

 -  Kiedyś  może  bym  to  nazwał  miłością  -  odparł  Corbin  -  ale 

nigdy nie nazwałbym tego przeznaczeniem. 

Livvy zamgliły się oczy. 
 - I co jej powiedziałeś? 
 -  Do  widzenia,  a  ona  odrzekła:  To  pewnie  ta  Livvy.  Znasz  mój 

numer telefonu. 

background image

To nie ultimatum, Anne-Marie liczy, że na jej drodze stanął tylko 

przelotny romans. Lecz Livvy czuła się wystarczająco bezpieczna, by 
się nad nią litować. 

 - Odleciała  z Valerie i Hedleyem,  a ja wróciłem tutaj, nakryłem 

stół  na  dwie  osoby  i  czekałem,  aż  przyjęcie  w  Słodkich  Sadach 
dobiegnie końca. Po czym pojechałem po ciebie,  

 - Po mnie? - powtórzyła. 
 - Liczyłem, że będziesz oczekiwała przeprosin, może wyjaśnień, 

ale  że  przyjdziesz.  Tylko,  że  ty  pojechałaś  z  Andym  na  jakieś  inne 
przyjęcie.  Kiedy  tam  dotarłem,  Andy  zalewa!  robaka.  Nie  robił 
wrażenia  zbytnio  szczęśliwego,  a  ty,  powiedział  mi,  dostałaś  bólu 
głowy  i  nie  przyszłaś.  Zajęło  mi  ze  dwie  minuty,  żeby  z  niego 
wydobyć, że kazałaś mu po drodze zatrzymać auto i zniknęłaś biegnąc 
w górę po zboczu. 

 - Ejże, hola! - zawołała Livvy. Zerwała się od stołu. - Pojechałeś 

po  mnie,  ale  pozwoliłeś  mi  wierzyć,  że  jecie  sobie  z  dzióbków  z 
Anne-Marie!  -  Pogroziła  mu  palcem.  -  Naraziłeś  mnie  na  to  całe 
proszenie, błaganie! Mało brakowało, a byłabym padła na kolana! 

 - Bzdura! 
 -  No,  może  nie  tak  mało.  -  Ale  ją  nabrał!  -  Powiedziałeś,  że  na 

ciebie czeka! - Oczywiście, że czeka. Tak samo jak Andy na nią. 

 -  Przepraszam,  ale  nie  mogłem  sobie  odmówić  przyjemności 

wysłuchania,  jak  będziesz  recytowała  swoją  lekcję.  Ale  to  ja  ci  się 
oświadczyłem.  Zrobiłem  to  pierwszy  raz  w  życiu  i  miałem  duszę  na 
ramieniu, że zaczniesz wysuwać jakieś obiekcje. 

Livvy odskoczyła od stołu. 
 -  Pewnie,  żebym  to  zrobiła,  gdybym  wiedziała.  Kazałabym  ci 

trochę pocierpieć.  A tak przyjęłam  czym prędzej twoje oświadczyny. 
Gdybyś  mi  się  nie  oświadczył,  sama  bym  ci  się  oświadczyła  jeszcze 
dziś wieczór. 

Corbin  wstał,  podszedł  dokoła  stołu.  -  Żałuję,  że  na  to  nie 

poczekałem. Powiedziałabyś, że nie jesteś mnie warta? 

 - Na pewno nie! 
Łypnęła na niego groźnie, potrząsnęła głową, aż włosy opadły jej 

na twarz. Corbin zamarł w miejscu. 

 - Zez twoich syjamów! Czy to z napięcia, czy z miłości? - Tyle z 

napięcia.  -  Pokazała  kciukiem  i  palcem  wskazującym,  jak  mało.  -  A 
tyle z miłości. 

background image

Rozpostarła  ramiona,  a  Corbin  podszedł  i  porwał  ją  na  ręce. 

Livvy spojrzała na szczyt schodów. 

 - Zgaś świecę - powiedziała. 

background image

Corbin Radbrook jest prawnikiem i dziennikarzem, który zajmuje 

się poszukiwaniem sprawców tajemniczych zbrodni. Gdyby wkroczył 
w  życie  Livvy  w  innych  okolicznościach,  na  pewno  byliby  ze  sobą 
szczęśliwi. Ale ona nie chce ulec tej  miłości. Nie  może pozwolić, by 
własna słabość doprowadziła do zdradzenia sekretu, który zniszczy jej 
rodzinę.