background image

 

 

CHARLOTTE  LAMB 

        

 

Duma czy pycha? 

 

 

 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

- Wrócę w piątek, za tydzień - powiedział Ben. 

Był odwrócony plecami, ale widziała jego odbicie w lustrze na toaletce. 

Długimi palcami starannie zawiązał niebieski jedwabny krawat, po czym 

poprawił sobie kołnierzyk. Ruchy miał opanowane, niespieszne, pewne, jakby 

został mu jeszcze cały dzień na przygotowania. 

Za to Nerissę ponosiły nerwy. Wciąż zerkała na zegar i natychmiast 

odwracała swe piękne błękitne oczy, żeby Ben tego nie zauważył. Za łatwo 

wychwytywał różne sygnały, mógł zainteresować się, czemu tak bardzo zależy 

jej, by wreszcie wyszedł z domu. Zacząłby wtedy dociekać przyczyn, a ona 

mogłaby wpaść w panikę i niebacznie powiedzieć o jedno słowo za dużo. 

Zdarzyło się to wielu ludziom, których Ben brał w krzyżowy ogień pytań. 

Nieraz widziała taką scenę w sądzie: świadek nagle zaczynał się jąkać, 

czerwienieć i blednąć na przemian, sypał się na całego. 

Z miejsca, w którym stała, widziała jego ostro zarysowany profil.  

Był władczy i budził lęk, usta układały się w równą linię, szare oczy 

patrzyły ze skupieniem spod przymrużonych powiek. Tymczasem Ben 

wygładził idealnie dopasowaną kamizelkę i rzucił okiem na zegarek. Boże, 

dlaczego tak długo się zbiera? 

Zaczerpnęła głęboki oddech, by uspokoić drżenie głosu, i powiedziała: 

- Taksówka czeka! 

- Zamówiłem na ósmą, a ósma dopiero co minęła. Może poczekać - 

odparł rzeczowo swym niskim głosem, czym jeszcze wzmógł napięcie Nerissy. 

Jeśli Ben za chwilę nie wyjdzie, ucieknie jej pociąg. W męce oczekiwania 

podeszła do okna i spojrzała przez koronkową firankę na londyńską ulicę 

skąpaną w jesiennym słońcu. Kasztanowce w ogródkach naprzeciwko puszczały 

R S

background image

 

z wiatrem rdzawe liście. Zdążyły już pogubić kolczaste kule, pękające na ziemi 

z głośnym stukiem, ku radości zbieraczy lśniących brązowiutkich kasztanów. 

- Zapowiada się piękny dzień - powiedziała z nutą melancholijnej ironii. 

Tak to jest. Pogoda kpi sobie z ludzi, nigdy nie chce dostosować się do sytuacji. 

Teraz na przykład powinna spowić świat elegijną szarością, sączyć kłującą 

mżawką z kłębów burych chmur i zamiatać ulice miasta świszczącym wiatrem. 

Albo bić piorunami w kasztanowce i zamieniać je w słupy ognia. Na dworze 

jednak było wręcz przepięknie. Wszystko mieniło się płomiennymi barwami, a 

błękitne niebo lśniło od słońca. 

Ben zatrzasnął walizkę i podniósł ją z podłogi. Nerissa jeszcze nawet nie 

zaczęła się pakować: nie miała odwagi, naraziłaby się na zbyt wielkie ryzyko. 

Postanowiła wrzucić, jak leci, kilka rzeczy do torby podczas oczekiwania na ta-

ksówkę. Naturalnie taksówki także nie śmiała wcześniej wezwać. Nie wolno jej 

było nasunąć Benowi najwątlejszej myśli, że i ona wyjeżdża. 

- Zatelefonuję do ciebie wieczorem z Hagi - powiedział.  

Wymówkę miała gotową, ale mimo to głos lekko jej się łamał. 

- Mogę pracować do późna. Gregory wysyła mnie dzisiaj do klienta w 

Worcester. Nie wiemy, ile tam jest roboty, więc będę musiała solidnie się 

rozejrzeć. Trudno powiedzieć, o której wrócę. 

W pewnym sensie mówiła prawdę. Gregory dał jej to zlecenie 

poprzedniego dnia, a ona jeszcze go nie odwołała. Miała zamiar zadzwonić w tej 

sprawie do szefa przed wyjazdem. 

Ben objął ją w talii i ułożył podbródek na czubku jej głowy, wśród masy 

ciemnych włosów, których jeszcze nie zdążyła porządnie uczesać. Przeniknął ją 

dreszcz, gdy poczuła dłoń Bena, delikatnie muskającą jej pierś, a ciepło bijące 

od jego ciała parzyło ją przez wełnianą sukienkę z dżerseju. 

- Jedziesz tam sama? Nie ufam Gregory'emu ani na jotę. Mam nadzieję, 

że nie pozwalasz mu na flirty! - Ben powiedział to jednak z uśmiechem. 

R S

background image

 

Szef Nerissy był szczęśliwym małżonkiem i nigdy nie interesował się nią 

w najmniejszym stopniu. Gdyby Benowi kiedykolwiek przyszło do głowy, że 

jego żona jest w typie Gregory'ego, to i ton jego głosu, i spojrzenie wyglądałyby 

inaczej, i oboje o tym dobrze wiedzieli. 

- Zupełnie jakbym nic innego nie robiła! - powiedziała, ze wszystkich sił 

starając się dostroić do żartobliwego tonu. Jej zdenerwowanie było jednak 

widoczne. To przez Bena czuła się taka spięta. 

Byli małżeństwem od zaledwie trzech miesięcy. Romans porwał ich z siłą 

huraganu. Nerissa wciąż jeszcze nie mogła złapać po nim tchu. Wszystko 

potoczyło się stanowczo za szybko, by mogła nabrać przekonania, że podjęła w 

pełni świadomą decyzję. Tylu rzeczy o Benie jeszcze nie wiedziała. 

Naturalnie, małżeństwo zawsze jest loterią. Nigdy nie ma pewności, co z 

niego wyjdzie, póki z tym kimś trochę się nie pomieszka. Jednakże w przypadku 

Bena prawda ta wydawała się wątpliwa. 

Poznali się przed rokiem na przyjęciu wydanym przez jego klienta, który 

akurat był też jej kolegą z pracy. Nie znała prawie nikogo w zatłoczonym 

pokoju, więc schroniła się do kąta, trzymając w dłoni kieliszek białego wina. 

Gospodarz podszedł, przedstawił Bena i znów się oddalił, a Ben zadał jej serię 

osobistych pytań, na które udzieliła wstydliwych odpowiedzi monosylabami. 

Nie sądziła, że jeszcze kiedyś go spotka, ale w kilka dni później 

zatelefonował do niej do pracy i zaproponował wspólne zjedzenie obiadu. Z 

pewnym wahaniem przyjęła zaproszenie do znanej restauracji w Mayfair. 

Wieczór wypełnili rozmową. W istocie rzeczy Ben mówił, a ona słuchała, albo 

Ben stawiał pytania, a ona bąkała coś w odpowiedzi. Nie była szczebiotką, nie 

wydawało się jednak, by to go zniechęcało. 

Dowiedziała się, że Ben Havelock jest niezwykle zdolnym i zamożnym 

adwokatem. Miał bardzo mało wolnego czasu, więc w pierwszych miesiącach 

znajomości nie widywali się często. Ale wiosną udało mu się wygospodarować 

R S

background image

 

dwutygodniowy urlop, który spędzili razem w hrabstwie Northumberland, gdzie 

Nerissa przyszła na świat i przeżyła większą część swojego życia. 

Pomysł wyszedł od Bena, który wyjaśnił, że chce ją lepiej poznać w jej 

naturalnym otoczeniu. Wiedział już, że Londyn nie jest jej terytorium. Nerissa 

niekiedy sprawiała wrażenie całkiem zagubionej w tym mieście. Brakowało jej 

umiejętności potrzebnych w wielkomiejskim życiu, nie uczyła się cwaniactwa 

na ulicy ani sposobu bycia w eleganckich domach. Natomiast Ben, rasowy 

londyńczyk, miał wielkie miasto we krwi. Niewiele mogło go zadziwić, Nerissa 

była jednak jak z innego świata. Intrygowała go. Chciał ją poznać, sprawdzić, 

skąd pochodzi, jacy ludzie ją wychowali. 

Dopiął celu. Pozostał przy swym pomyśle mimo niechętnej reakcji 

Nerissy i przez dwa wspólnie spędzone tygodnie dowiedział się o niej bardzo 

wiele... więcej, niż pragnęła przed nim odkryć. Miała przecież swoje sekrety i 

chciała zachować je dla siebie. Tymczasem Ben znalazł do nich klucz w pier-

wszych godzinach pobytu. Wpędzał ją w zakłopotanie, ustawicznie niepokoił, a 

jednak zdołał namówić na małżeństwo, wbrew wątpliwościom i zastrzeżeniom, 

jakie zgłaszała. 

- Będzie dobrze - obiecał. - Musisz tylko zapomnieć o przeszłości. 

Zaczniemy od początku. Oboje. 

Ben również miał wspomnienia, o których chciał zapomnieć. Mówił na te 

tematy dość swobodnie, a mimo to Nerissę martwiło, że nie zna go dość dobrze. 

Początkowo sądziła, że gdy staną się mężem i żoną, pozna go i zrozumie, ale 

gdzieś w nim był mrok, którego nie umiała przeniknąć. Zaczynała już się 

obawiać, że nigdy nie zdoła przekroczyć muru odgradzającego ją od tej 

tajemniczej cząstki ,,ja" Bena...  

Aż podskoczyła na dźwięk klaksonu. 

- Taksówkarz się niecierpliwi! 

- Jego sprawa. - Ben pochylił głowę. Usta miał zaborcze. Nerissa poczuła, 

jak przyśpiesza jej puls i żar ogarnia ciało. 

R S

background image

 

Pod tym względem w ich małżeństwie istotnie było dobrze. W łóżku 

Nerissa zapominała o swych wahaniach. Może nie znalazła jeszcze drogi do 

duszy Bena, ale jego ciało znała równie dobrze jak własne. 

Ben raptownie zakończył pocałunek i przez chwilę trzymał jej głowę w 

swoich dłoniach. Wpatrywał się w żonę, jakby chciał dobrze zapamiętać, jak 

wygląda. 

- Czy coś cię dręczy? 

Od tego zwięzłego pytania serce podskoczyło jej do gardła. Z góry 

wiedziała, że trudno będzie go zwieść. Sądowy wyga zbyt dobrze umiał czytać 

w ludzkich twarzach. 

- Nie mam ochoty być tutaj sama, to wszystko - skłamała.  

Zmarszczył brwi, ale przyjął wymówkę. 

- Czemu nie poprosisz jakiejś koleżanki z pracy, żeby z tobą pomieszkała, 

póki nie wrócę? 

- Może i tak zrobię - bąknęła, wiedząc, że nie ma o tym mowy, bo po 

prostu jej tu nie będzie. 

Taksówkarz zatrąbił ponownie, na co Ben skrzywił usta ze 

zniecierpliwieniem. 

- Muszę jechać, bo inaczej odleci mi samolot. Jeśli nie dodzwonię się 

dzisiaj, zatelefonuję jutro. 

Pocałował ją jeszcze raz, zdawkowo, i już go nie było. 

Usłyszała jego kroki na schodach i trzask drzwi wyjściowych. 

Opierając twarz o zimną szybę, patrzyła, jak szybkim krokiem idzie po 

chodniku do czekającej taksówki. Wyjrzał jeszcze z samochodu i przez chwilę 

widziała jego wyrazistą, męską twarz bez zbędnego skrawka skóry, chłodne 

szare oczy, wystudiowaną linię ust i czarne włosy, opadające na wysokie czoło 

ze szczytu niewielkiego zakola. 

R S

background image

 

Pomyślała, że niedobrze byłoby mieć w nim wroga, i myśl ta tak ją 

poraziła, że aż stężała. Niebawem przekona się o tym sama, kiedy Ben odkryje 

jej kłamstwo i dowie się, dokąd pojechała. 

Jeszcze odpowiedziała mu machaniem na uniesienie jego ręki, lecz gdy 

tylko samochód znikł za rogiem ulicy, natychmiast odbiegła od okna. Najpierw 

zapakowała torbę podróżną, zupełnie nie zastanawiając się, co tam wciska. Nie 

miało to znaczenia, pod warunkiem, że znajdzie się w niej odpowiednio dużo 

ciepłych ubrań. 

Na dole w kuchni zostawiła liścik do sprzątaczki, która miała własny 

klucz. Potem z gabinetu Bena wezwała taksówkę i włączyła automatyczną 

sekretarkę. Należało nagrać późniejsze telefony Bena i ewentualnie jego 

sekretarki, Helen Manners, szczupłej blondynki pod trzydziestkę, która od 

pierwszego spotkania jasno dawała wyraz swej niechęci do Nerissy. 

Pochyliwszy się nad biurkiem, Nerissa zatrzymała wzrok na ich ślubnej 

fotografii, do połowy zakrytej przez sterty leżących tu prawniczych książek. 

Pobrali się w letni ranek, w obecności nielicznych gości: kilku osób z rodziny i 

garstki londyńskich przyjaciół. Ślub był cywilny. Nie robiło to wrażenia 

prawdziwej ceremonii. Nerissa zawsze wyobrażała sobie, że weźmie ślub w 

swoim wiejskim kościele, pośród ludzi, z którymi dorastała. Ta krótka, 

urzędowa wymiana przyrzeczeń małżeńskich nie miała w sobie nic 

romantycznego, nie było w niej radości. Przez cały czas Nerissa trwała w otępie-

niu, nie mogła otrząsnąć się z niedowierzania. 

Na ślub przyszła też Helen Manners, bardzo elegancko ubrana w 

oliwkowozieloną jedwabną suknię, do której zrobiła sobie efektowną wysoką 

blond fryzurę, spiętą kokardą z tego samego oliwkowego jedwabiu. Helen miała 

długie, zgrabne nogi, ale stopy nieduże, co podkreślały czarne pantofle na 

wysokim obcasie, wykonane na zamówienie. Sekretarka Bena hołdowała 

kosztownym upodobaniom. 

R S

background image

 

Nie spodobała się Nerissie, a niechęć okazała się wzajemna. Helen 

skwitowała pogardliwym spojrzeniem i uniesieniem pięknie uczernionej brwi 

skromną kremową sukienkę Nerissy i bukiecik polnych kwiatów, który panna 

młoda trzymała w srebrnym naczynku. 

Ben zdawał się obojętny na wrogość okazywaną oblubienicy przez Helen, 

podobnie jak odniósł się obojętnie do niechęci swej siostry, która nawet nie 

przyszła na ślub. No, ale z rodziny Nerissy też nikt nie przyszedł. 

Dziwny był to ślub. 

Nerissa spoglądała na fotografię. Twarz Bena miała twardy, 

bezkompromisowy wyraz, nieprzeniknione oczy były pełne tajemnic. 

Przygryzła wargę. Kiedy Ben się dowie... Bała się nawet pomyśleć, co jej zrobi. 

Była przekonana, że jest zdolny do popełnienia zbrodni. Jego niewzruszona 

duma graniczyła z pychą. Niemożliwe, żeby wybaczył komuś zranienie tej 

dumy. 

Przypomniała sobie, że jedzie na północ, więc wróciła na górę i znalazła 

ciepły tweedowy płaszcz w kolorze wrzosu, a do niego odpowiednie rękawiczki 

i szalik, zrobione na drutach przez ciocię Grace. Ciotka miała talent do 

rękodzieła. Przez większą część życia Nerissa dostawała od niej własnoręcznie 

robione prezenty i nosiła szyte przez nią ubrania. 

Słysząc odgłos taksówki przystającej przed domem, Nerissa na moment 

zdrętwiała. Zaraz jednak zeszła na dół, chwyciła torbę i wybiegła z domu. 

Taksówkarz widział, jak idzie w jego kierunku drobna, niemal krucha 

dziewczyna, z chmurą czarnych włosów otaczającą bladą, trójkątną twarz, w 

której zwracały uwagę wielkie chabrowe oczy. 

- Gdzie mam zawieźć, Królewno Śnieżko? - zażartował. 

- Dworzec King's Cross, proszę. 

Gdy tylko ruszył, odezwał się przez ramię: 

- Dokąd to miła pani się wybiera? 

R S

background image

 

- Do Durham - odrzekła z nadzieją, że taksówkarz nie będzie gadał przez 

całą drogę. Nie była w nastroju do nic nie znaczących pogawędek. 

- Nigdy nie byłem w Durham. Jak tam jest? 

Nerissa spojrzała przez szybę na gwarną, zatłoczoną londyńską ulicę i 

szybko odwróciła wzrok. W wyobraźni zobaczyła wrzosowiska, bezkresne 

niebo, zarysy zielonych i brunatnych wzgórz, przypominających dinozaury 

prężące się na tle horyzontu. Brakowało jej tego, odkąd wyjechała ponad rok 

temu. Nagle uświadomiła sobie, jak bardzo chce znów to zobaczyć. 

- Zimno o tej porze roku - powiedziała. - Przecież to już prawie Szkocja. 

- Nie przepadam za czymś takim. Mnie potrzeba dużo słońca, szczególnie 

zimą. - Taksówkarz zaczął opowiadać o swych wakacjach w Hiszpanii i upale, 

jaki panował w zeszłym miesiącu na plażach Torremolinos.  

Do Nerissy docierało z tego piąte przez dziesiąte. 

Pociąg złapała w ostatniej chwili. Miała rezerwację, ale przedział i tak był 

w połowie pusty i robił się coraz bardziej bezludny, w miarę jak posuwali się na 

północ. Ekspres przystawał tylko na najważniejszych stacjach. Od czasu do 

czasu przychodził kelner z wózkiem pełnym napojów i jedzenia, ale nie była 

głodna. Spędziła czas, obserwując, jak zmieniają się widoki za oknem. Od 

zaczernionych kominów Londynu, przez szarożółte kamienice z cegły, nużące 

czerwone dachówki nie kończących się domków stojących rzędami na przed-

mieściach i płaskie jak placek, dość marne poletka otoczone żywopłotami, po 

których wreszcie nastał prawdziwie wiejski krajobraz serca Anglii. 

Nie była na północy od wiosny, kiedy pojechała w odwiedziny wraz z 

Benem. Tymczasem została mężatką. Czy się zmieniła? Zamyśliła się nad tym, 

próbując sobie przypomnieć, jak czuła się, kiedy jeszcze nie znała Bena, z jakim 

uczuciem jechała pierwszy raz na południe, do pracy w Londynie. 

Skrzywiła usta, nie odrywając wzroku od migających pejzaży. 

Oczywiście, że się zmieniła. W Londynie wiele się zdarzyło. Stała się kimś 

zupełnie innym niż dziewczyna, która przed miesiącami wyjechała z farmy. 

R S

background image

 

10 

Ciekawe, czy to zauważą? Przygryzła wargę. Philip zauważyłby na pewno. Znał 

ją lepiej niż ktokolwiek inny. Tyle że może już nigdy nie mieć okazji, aby się jej 

przyjrzeć. 

Wzdrygnęła się na tę myśl, blednąc. Przestań! - powiedziała sobie w 

duchu. Nawet o tym nie myśl. On nie umrze. 

Pociąg, buchając kłębami pary, zwolnił i zatrzymał się w Durham. Nerissa 

wzięła torbę i podręczny bagaż i w chwilę później stanęła na peronie. Jej długie, 

zgrabne nogi wzbudziły podziw jednego z tragarzy, którzy kręcili się przy 

pociągu, czekając na chętnych do skorzystania z ich usług. 

- Może pomóc pani nieść torbę? - zaproponował, ale przecząco pokręciła 

głową. 

- Dam sobie radę. Dziękuję. - Szybko przeszła dalej. Torba nie była 

ciężka. 

Z daleka zobaczyła wuja i zamachawszy ręką, puściła się biegiem wzdłuż 

peronu. Wuj się nie zmienił, i to stanowiło jakąś pociechę. Był wysoki, 

sprężysty, miał stalowosiwe włosy, wysuszoną cerę i głęboko osadzone jasne 

oczy. Większość czasu spędzał na świeżym powietrzu. Słońce i wiatr nadały 

jego skórze twardość rzemienia, oczom spojrzenie marynarza wpatrzonego w 

horyzont, a jemu samemu powolną cierpliwość trawożernego zwierzęcia, 

takiego jak górskie owce rasy northumberlandzkiej, które hodował na swej 

farmie. 

- Dzięki Bogu, że jesteś, Nerisso. Potrzebny nam cud. - Pochylił się i 

pocałował ją w policzek, potem wziął od niej torbę. - Bałem się, że mąż cię nie 

puści. 

- Ben wyjechał za granicę.  

Wymienili znaczące spojrzenia. 

- Na jak długo? 

- Na tydzień - odpowiedziała i dostrzegła, jak rysy wuja się ściągają. 

- Na tydzień? To potrwa dłużej. 

R S

background image

 

11 

Tego się spodziewała. Opuszczając dom, wiedziała, że wyjeżdża na 

długo. Nie mogła zdobyć się, by powiedzieć to Benowi w twarz. Domyślała się, 

jak by zareagował. Jego duma nigdy nie pozwoliłaby mu zgodzić się na jej 

wyjazd. Potraktowałby go jak zdradę, wybór między nim a Philipem. Miała 

zresztą wrażenie, że z pewnego punktu widzenia tak właśnie jest. Ale nie miała 

wyboru. Po prostu musiała przyjechać. 

- Jak on się czuje? 

- Źle. - Odpowiedź była lakoniczna, lecz mimo to przesycona bólem. 

Do oczu napłynęły jej łzy. Kiedy wychodzili z dworca, Nerissa wsunęła 

wujowi rękę pod ramię w geście pocieszenia. Przycisnął tę rękę do boku, 

przesyłając jej ciepłe spojrzenie, ale nie powiedział ani słowa. Nie był 

człowiekiem, który odzywa się często. Tak wiele czasu spędzał w samotności na 

polu, że prawie zatracił zwyczaj mówienia. Była to także jedna z przyczyn 

małomówności Nerissy i jej zagubienia w londyńskim zgiełku. Milczenie 

stanowiło główną cechę środowiska, w którym żyła przez bardzo wiele lat. 

- Na pewno chętnie coś przekąsisz. W tych pociągach nie dają teraz nic do 

zjedzenia. 

- Nie jestem głodna! 

- No nie, musisz coś zjeść! - Pokręcił głową. - Grace kazała mi cię 

dopilnować. Nic nam po tobie, jeśli i ty zachorujesz! Zatrzymamy się gdzieś po 

drodze i wrzucimy coś na ząb. 

Wstąpili do pubu, który był o krok od szpitala. Zajęli miejsce w kącie, po 

czym John Thornton zamówił przy barze dla nich obojga po zestawie zwanym 

półmiskiem oracza. Były to kawałki miejscowego sera z piklami, sałatką i 

chlebem domowego wypieku. 

- Jak to znosi ciocia? - spytała Nerissa, sącząc jabłecznik. Wyraźnie czuła 

smak sfermentowanych jabłek, intensywny, słodkawy, jesienny, typowy dla 

napojów pędzonych na własny użytek. Ogarniało ją ciepło, a wraz z nim nawet 

pewne odprężenie. 

R S

background image

 

12 

- Nie odchodzi od niego ani na krok - powiedział ponuro. 

- Siedzi przy łóżku i przemawia do niego, odkąd to się stało. Jest pewna, 

że usłyszy jej głos i zacznie się budzić. 

- Jak długo to już trwa? 

- Od kiedy jest w śpiączce? Trzy dni. Myśleliśmy... mieliśmy nadzieję... 

że obudzi się szybciej, ale jak dotąd nic z tego, a lekarze nie potrafią 

powiedzieć, kiedy z tego wyjdzie... i czy w ogóle wyjdzie. - Zacisnął w pięści 

dłonie, leżące na blacie dzielącego ich stolika. 

- Nie wolno ci tak myśleć. To niepodobne do ciebie, żeby się poddawać. 

Wydobrzeje na pewno! - Delikatnie wyprostowała mu palce i mocno je 

uścisnęła. - Wiesz przecież, że w końcu zbudzi się w obronie własnej, bo inaczej 

ciocia Grace nie przestanie do niego mówić. 

- Lepsze z ciebie ziółko! - zachichotał bez przekonania. 

- Masz szczęście, że Grace cię nie słyszy. 

- Skończyłeś drinka? - spytała Nerissa. - Powinniśmy iść.  

 

Wkrótce znaleźli się w szpitalu. Była w nim kiedyś przez kilka dni wiele 

lat temu. Wycinano jej wtedy migdałki. Skrzywiła się, czując znajomy zapach 

pasty, środków dezynfekujących i mydła. 

Po długim kluczeniu korytarzami dotarli na oddział intensywnej terapii, 

gdzie leżał Philip Thornton, podłączony do skomplikowanej aparatury. Jego 

matka siedziała na krawędzi łóżka i bezustannie się w niego wpatrywała. Przez 

kilka sekund wuj z Nerissą stali na progu i przyglądali się, nie zauważeni przez 

Grace. Była tak skupiona na synu, że nie zwracała uwagi na nikogo innego. 

Nerissa spojrzała na Philipa i z przerażeniem odwróciła wzrok. Wszystko, 

co powiedział jej John Thornton, stało się nagle namacalną rzeczywistością. 

Z ulgą zatrzymała wzrok na ciotce. Grace Thornton stanowiła 

przeciwieństwo swego męża. Była niska, pulchna, skórę miała miękką jak płatki 

róży i różowiutką jak jabłuszko, a nie zbrązowiałą i zrogowaciałą jak skóra 

R S

background image

 

13 

Johna. Jej oczy, lekko wypukłe, lśniły i promieniały ciepłem. Faliste, 

kasztanowo-złote włosy nie nosiły jeszcze śladów siwizny. 

Głos miała cichy i łagodny; słowa płynęły z jej ust nieustannie. John 

Thornton i Nerissa słuchali. W domu zawsze tak było, Grace mówiła za 

wszystkich, więc gdy teraz słyszeli ją w szpitalu, brzmienie jej głosu dodawało 

im otuchy, oswajało obce szpitalne otoczenie. 

- ...A jeśli ojciec się przyłoży, to nawiezie w przyszłym tygodniu górne 

pole. Tymczasem zaorał. Rzepa wschodzi jak należy, więc kiedy owce wyjedzą 

do końca trawę, będziemy mogli przenieść je na górę, niech jedzą nać, i bulwy 

też, gdyby było trzeba. Czy mówiłam ci, że weterynarz obejrzał tę owcę, która 

wydawała się kotna? Nic z tego. Chyba nie warto jej trzymać. Od półtora roku 

nie miała jagnięcia. Nawet dłużej, jak teraz pomyślę. Następnym razem można 

ją posłać z innymi na targ... 

John Thornton podszedł o krok, jego żona urwała i odwróciła głowę. 

Zobaczyła Nerissę i twarz jej się rozjaśniła. 

- Przyszedł twój ojciec, Philipie - powiedziała, jakby ciągnęła rozmowę. - 

I Nerissa! No widzisz, mówiłam ci, że przyjedzie, prawda? Jest taka jak zawsze, 

nic się nie zmieniła. 

Wstała i wyciągnęła ramiona. Nerissa rzuciła się w jej objęcia, uściskały 

się i ucałowały. Wreszcie ciotka Grace odstąpiła o krok, żeby popatrzeć na 

dziewczynę. W jej oczach błyszczały łzy. 

- Dobrze wyglądasz. Nerissa dobrze wygląda, Philipie. Wyobraź sobie, że 

straciła na wadze. Jeszcze większa z niej chudzina niż zwykle. Czy wuj 

zaprowadził cię na jakąś przekąskę, zanim tu przyszliście? Kazałam mu wziąć 

cię na porządny lunch. Przecież wiem, jak teraz jest w pociągach, nic, tylko 

kanapki i chrupki. Dawniej zawsze był przyzwoity wagon restauracyjny, gdzie 

podawali lunch jak się patrzy, z trzech dań. Na stołach stało dobre szkło, były 

srebrne sztućce i kelnerzy w białych frakach. A teraz nikomu się nie chce. 

R S

background image

 

14 

- Zjedliśmy po półmisku oracza w pubie - powiedziała Nerissa, na co 

ciotka z dezaprobatą cmoknęła. 

- I to wszystko? Słyszałeś, Philipie? Czy to nie podobne do twojego ojca? 

Ech, mężu, powinieneś był zabrać ją w jakieś lepsze miejsce. Kęsem sera i 

skibką chleba może najeść się mysz, ale nie człowiek. 

- Powiedziała, że nie jest głodna! 

- Trzeba było nie zwracać uwagi na to, co mówi! 

Nerissa wyłączyła się z tej rozmowy. Z krwawiącym sercem podeszła do 

łóżka. Czubek głowy Philipa nikł pod kopułą bandaży, tylko twarz była 

widoczna. Zauważyła, że ktoś go ogolił. Nie miał śladów zarostu na policzkach, 

a wiedziała, że musi golić się codziennie. Kiedyś po weekendowej wycieczce, 

jaką urządzili, żeby obejrzeć Wał Hadriana, wrócił do domu w poniedziałek 

rano z wyraźnymi zaczątkami poskręcanej brązowej brody. 

Ciotka Grace przerwała swój monolog. Spojrzała na siostrzenicę. 

- Przywitaj się z nim, Nerisso, on cię usłyszy. Lekarze mówią, że to 

możliwe, nawet jeśli tego nie okazuje. Wiesz, że Nerissa tu jest, prawda, 

Philipie? Pewnie czekasz, aż coś ci powie.  

Nerissa lekko dotknęła mocnej, spracowanej dłoni z równo przyciętymi 

paznokciami i szepnęła: 

- Dzień dobry, Philipie. 

- Powiedz swoje imię - przynaglił ją wuj. - Powiedz, że to Nerissa. 

- On wie - stwierdziła ciotka, wciąż przyglądając się siostrzenicy. - 

Przecież mu powiedziałam, że ona tu jest, prawda? Zresztą nawet nie musiałam. 

Poznałby ten głos po pierwszym słowie. My pójdziemy teraz na herbatę, 

Nerisso, porozmawiaj z nim tymczasem. 

Nerissa skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Usłyszała cichy trzask 

zamykanych drzwi. Opadła na krzesło, które przedtem zajmowała ciotka, ujęła 

dłoń Philipa i delikatnie ją pogłaskała. 

R S

background image

 

15 

- Przepraszam, że przyjeżdżam tak późno. Twój ojciec zatelefonował do 

mnie dopiero wczoraj. 

Przeżyła wtedy jeden z największych wstrząsów w życiu. Była w pracy, 

podniosła słuchawkę, spodziewając się rozmowy w jakiejś urzędowej sprawie, a 

tymczasem znienacka zaalarmował ją głos wuja. Od początku wiedziała, że coś 

się stało, inaczej nie telefonowałby do pracy. 

- Przyjechałam najszybciej, jak mogłam - dodała. 

Nie mogła się przyzwyczaić do jego bladości, do pustki w twarzy, 

podobnej raczej do maski z powodu tych nieruchomych rysów. Tak wyglądałby, 

gdyby był martwy, pomyślała i przeszył ją ból. Może on umiera? Czy umarłby, 

gdyby wyłączyli tę całą maszynerię? 

- Zbudź się, kochanie! - Ogarnęła ją panika. Bała się dotknąć jego 

zranionej głowy, więc wstała, schyliła się do dłoni i pocałowała ją, a potem 

przyłożyła do policzka. Właściwie podświadomie oczekiwała wrażenia zimna, 

ale przeniknęło ją ciepło. Przyłożyła wargi do miejsca na przegubie, w którym 

mierzy się tętno, i wyczuła powolne pulsowanie krwi w żyle. - Philipie, zbudź 

się! - szepnęła jeszcze raz pod wpływem tego jedynego znaku życia, jaki 

dostrzegła. 

Oczywiście nic się nie stało, zresztą nie spodziewała się reakcji. Wuj 

wyjaśnił jej, że Philip leży tak od operacji po wypadku samochodowym. 

Lekarzom udało się usunąć fizyczną przyczynę ucisku na mózg, ale pacjent 

pozostał w stanie śpiączki. Nerissa nie mogła znieść myśli o umierającym Phi-

lipie. Razem dorastali, niczym bliźnięta. Przez większość życia Philip był dla 

niej najważniejszą osobą na świecie. 

Usłyszała za plecami otwierane drzwi i prędko usiadła, nadal trzymając 

dłoń Philipa. 

- Pani na pewno jest jego kuzynką - rozległ się przyjazny głos. Odwróciła 

się i zobaczyła pielęgniarkę. - Dzień dobry. Ja zajmuję się nim w dzień. 

Nazywam się Courtney. Na noc ma kogoś innego. 

R S

background image

 

16 

- Dzień dobry. - Nerissa uśmiechnęła się wstydliwie. 

- Jak go pani widzi? - Bystre piwne oczy przyglądały jej się uważnie. - 

Przypuszczam, że taki widok to duży wstrząs, ale stan pacjenta jest ostatnio bez 

zmian. Od kilku dni już się nie pogarsza. 

- Czy to oznacza powrót do zdrowia? - spytała z nadzieją Nerissa i 

zobaczyła wahanie pielęgniarki. 

- Niezupełnie. To oznacza tylko, że nie jest z nim gorzej. - Widząc wyraz 

załamania na twarzy Nerissy, siostra Courtney szybko dodała: - Ale w każdej 

chwili można oczekiwać polepszenia. Jego matka robi wspaniałą robotę, a teraz 

pani przyjechała do pomocy. Proszę do niego mówić. On potrzebuje bodźców. 

Wskazane jest wszystko, co pobudza mózg do pracy. 

Wkrótce wyszła, a Nerissa przysunęła krzesło do łóżka Philipa i wzięła go 

za rękę. 

- Lubisz ją? - spytała. - Ma bardzo ładną twarz... pasuje do jej głosu. 

Myślę, że ci się spodoba. Podobno to ona codziennie cię goli. Ma zręczne ręce. 

Sam nie ogoliłbyś się lepiej. - Thorntonowie nadeszli, kiedy właśnie 

opowiadała: - Na dworze pada... jak zawsze. W Londynie było ślicznie, ale 

zaraz po moim powrocie tutaj spadł deszcz! To dziwne, że jeszcze nie wyrosły 

nam wszystkim skrzela i płetwy. - John Thornton roześmiał się za jej plecami i 

Nerissa spojrzała przez ramię za siebie. - Philipie, wrócili twoi rodzice. 

Oboje usiedli w pobliżu i wdali się z nią w rozmowę. Jednocześnie 

mówili również do Philipa, zupełnie jakby był przytomny, więc już po chwili 

Nerissa miała wrażenie, że robiąc to samo, zachowuje się całkiem naturalnie. 

Prawie zaczęła się spodziewać, że w którymś momencie Philip włączy się do 

konwersacji, czy to jakąś ciętą uwagą, czy śmiechem. Było już ciemno na 

dworze, gdy Grace Thornton spojrzała na zegarek i powiedziała: 

- Myślę, John, że powinieneś już zabrać Nerissę do domu. Niech napije 

się dobrej herbaty i porządnie wyśpi. Ma za sobą długą podróż. 

R S

background image

 

17 

Nerissa nie mogła zaprzeczyć, że jest zmęczona. Powieki jej ciążyły, 

nieustannie powstrzymywała ziewanie. Mimo to zaprotestowała: 

- Przyjechałam, żeby być tutaj, przecież on może się zbudzić! 

- Nie możesz przez cały czas siedzieć w szpitalu - powiedziała ciotka 

Grace. - To jest bardzo wyczerpujące. Sama wiem, bo spędzam tu wiele godzin. 

Jeśli Philip ma odnieść jakąś korzyść z twojej obecności, to musisz być świeża, 

czyli wyspana. Ja jeszcze zobaczę, jak przygotują go na noc i też pojadę do 

domu. Wrócimy jutro rano. 

Nerissa zasnęła w samochodzie podczas jazdy na farmę. Zbudziło ją 

dopiero szczekanie psów i wtedy uświadomiła sobie, że są na podwórzu. 

- Myślałem, że będę musiał zanieść cię do łóżka! - powiedział wesoło 

John Thornton. - Grace miała rację. Usypiasz na stojąco. 

- Chyba od razu się położę - przyznała, ziewając. - Nie jestem głodna. 

- Już to mówiłaś - przypomniał jej gospodarz, otwierając solidne dębowe 

drzwi frontowe i zapalając światło w niewielkim oszklonym przedsionku. - 

Rozbierz się i wskocz do łóżka, a ja przyniosę ci do sypialni gorącą czekoladę i 

kanapkę. Co ty na to? 

Uściskała go. 

- Och, jak mi brakuje was obojga w Londynie! Jak cudownie przyjechać 

do domu. 

Ujrzała błysk smutku w jego oczach i zrozumiała, o czym myśli. Nie 

mogła jednak pozwolić, by cokolwiek powiedział, wbiegła więc na stare, 

trzeszczące schody, wdychając zapach, który towarzyszył jej od dzieciństwa: 

wosk pszczeli do polerowania mebli i schodów oraz potpourri domowej roboty, 

z lawendy i róż rosnących w ogrodzie. 

Niezbyt obszerny dom odznaczał się solidną konstrukcją. Zbudowano go 

z miejscowego kamienia i łupku, precyzyjnie układając, by dobrze chronił od 

wiatru, często smagającego wzgórza Northumberlandu. Ze wszystkich stron 

zasłaniały go wiekowe drzewa i wysoki kamienny mur. Farma znajdowała się w 

R S

background image

 

18 

posiadaniu jednej rodziny od siedemnastego wieku, kiedy ją założono. 

Thorntonowie nie byli bogaci, ale nigdy nie mieli kłopotów z utrzymaniem. 

Paśli owce na pastwiskach położonych powyżej domu, ponadto trzymali w 

gospodarstwie parę świń, gęsi, koni i kur dla uzupełnienia dochodów. 

Meble były bez wyjątku stare, zniszczone, toporne, ale starannie 

utrzymane. Zawsze lśniły woskiem. Wszystkie rozdarcia zasłon i tapicerki 

sumiennie cerowano. Rzadko trzeba było cokolwiek do domu kupić, jako że 

strych był pełen sprzętów, które często wracały do łask, gdy po stu lub więcej 

latach znów nastała na nie moda. 

Do spania służyły cztery sypialnie. Nerissa zawsze korzystała z 

najmniejszej, z widokiem na sad. Teraz rozebrała się i wspięła na łóżko, nieco 

drżąc, gdyż było tu o wiele zimniej niż w jej centralnie ogrzewanym londyńskim 

mieszkaniu. Na farmie wciąż jeszcze mieszkańcom służyły kominki, a w tym 

pokoju nie palono od jej wyjazdu. 

Ciężkie, spłowiałe zasłony przeświecały w wytartych miejscach. Przez 

nieszczelne okna z wieloma małymi kwadratowymi szybkami dostawał się do 

środka wiatr i głośno poruszał drzwiami. Na łóżku leżała stara kołdra, którą 

matka Johna Thorntona uszyła z kawałków starych bawełnianych koszul, 

sukienek i zasłon za czasów swego pierwszego małżeństwa. Kolory wypłowiały, 

ale Nerissie kołdra wydawała się piękna. Pogładziła ją, przesuwając dłonią 

wzdłuż wzoru ze splatających się kół i rombów. Potem omiotła wzrokiem cały 

pokój. Poczuła się bardzo dziwnie, zupełnie jakby czas zawrócił, a ona stała się 

jeszcze raz nastolatką, kimś zupełnie innym. 

Wuj wszedł z tacą, na której stały: talerz maleńkich jak palec kanapek, 

zrobionych z ciemnego chleba, szynki i sałatki, szklanka wody i dzbanek 

gorącej czekolady. Pod pachą przyniósł butelkę gorącej wody, zawiniętą w 

futrzak. Ten przedmiot podał jej najpierw. 

- Dziękuję - powiedziała z wdzięcznością, wpychając niby-termofor pod 

kołdrę. Czuła, jak do jej przemarzniętych stóp i nóg zaczyna dopływać ciepło. 

R S

background image

 

19 

- Powinienem był napalić w kominku, może zrobić to teraz? 

- Nie, tak będzie dobrze - powiedziała i ugryzła kanapkę. - No, no, ale 

pycha! Pamiętałeś, że uwielbiam szynkę. 

- Zawsze pamiętam - odrzekł, promieniejąc. - Dobranoc, moja złota. Jeśli 

czegoś będziesz chciała, wołaj. 

Dziesięć minut później na wpół śpiąca Nerissa zgasiła światło. 

Dziwnie było znowu budzić się ze snu w tym domu. Dziwnie było 

wkładać dżinsy i gruby, ciepły sweter, i w orzeźwiający poranek wyjść na dwór, 

gdzie świszczący wiatr natychmiast pochwycił jej czarne włosy i rozpostarł 

niczym chorągiew. Ruszyła biegiem, płosząc konie na pastwisku poniżej domu. 

Przelazła przez mur i zaczęła szukać pieczarek, które zawsze rosły tam w 

wysokiej trawie. Kiedy wróciła do domu, ciotka szatkowała pomidory. 

- Zobaczyłam z okna, że zbierasz pieczarki, zrobimy sobie grzanki - 

powiedziała. - Wuj jest na wzgórzu, stawia mur, który zwaliła ostatnia burza. 

Wziął z sobą śniadanie i butelkę herbaty. Nic tak nie podnosi go na duchu jak 

naprawianie muru. 

Nerissa przypomniała sobie, że istotnie, zawsze gdy wuj był czymś 

wyprowadzony z równowagi, zaczynał reperować mur. To go uspokajało. 

Po śniadaniu pojechały z ciotką do szpitala. Nic się nie zmieniło. 

- To wcale nie musi być zła wiadomość - powiedziała siostra Courtney. 

Nerissa bardzo chciała jej wierzyć. - Rekonwalescencja jest bardzo powolna. - 

W to przynajmniej można było uwierzyć bez zastrzeżeń. 

Pod koniec tego długiego dnia Nerissa poważnie się zastanawiała, w jaki 

sposób ciotka zachowuje tyle radości życia i całymi dniami mówi do syna, skoro 

nie dostaje absolutnie żadnego odzewu. Rozmawiały z Philipem na zmianę. 

Kiedy któraś się zmęczyła, wychodziła na herbatę i na przechadzkę po 

szpitalnym ogródku, gdzie w razie potrzeby była pod ręką. Po paru godzinach 

czuwania Nerissa zdecydowanie wolała siedzieć w ogródku. Wreszcie po 

R S

background image

 

20 

południu przyjechał wuj i o szóstej ciotka Grace odesłała Nerissę razem z nim 

do domu. 

- I macie tym razem zjeść przyzwoity, gotowany obiad - powiedziała im 

na pożegnanie. - John, czy pamiętałeś o wstawieniu potrawki do pieca? 

- Tak jak kazałaś, wstawiłem o drugiej. O której mam ją wyciągnąć? 

- Jak będziecie mieli ochotę ją zjeść. Nic się nie przypali, a jedzenie jest 

zawsze ciepłe. 

Kiedy wrócili na farmę, Nerissa zaproponowała, że poda kolację, ale wuj 

pokręcił głową. 

- Nie, złotko, ciotka kazała mi to zrobić, więc zrobię, bo inaczej będzie 

gadać bez końca. 

- Wobec tego nakryję stół - powiedziała Nerissa. 

Jak zwykle, jedli w kuchni, która stanowiła największe pomieszczenie w 

domu. Miała grube pobielane kamienne ściany i małe okienka z wesołymi 

zasłonami w biało-czerwony rzucik. Od paleniska biło ciepło, które pomagało 

przetrwać zimne dni. Stół był stary, wielokrotnie czyszczony. Blat znaczyły 

liczne cięcia, zadrapania i wyrzezane inicjały. Na wysokich parapetach stały 

rzędy różowo kwitnącego geranium, wyhodowanego przez Grace Thornton, 

która zdobyła za nie niejedną nagrodę na pokazach kwiatów w okolicy. 

W piecu grzała się potrawka z jagnięcia, przyrządzona z dostępnymi 

akurat na farmie warzywami: ziemniakami, marchwią, późną fasolką 

szparagową, porami i cebulą. Od zapachu ciekła ślinka, a danie okazało się 

wyborne. 

Zostawili w piecu trochę potrawki dla Grace, pozmywali, a potem John 

Thornton poszedł nakarmić inwentarz, a Nerissa nastawiła radio, żeby posłuchać 

muzyki. 

Usiadła skulona na wielkim krześle, myślami cały czas była przy Philipie. 

Dobrze pamiętała jego bladą twarz i zamknięte oczy. Czy Philip kiedykolwiek 

się zbudzi? A jeśli tak, to czy nie pozostanie czymś w rodzaju rośliny? 

R S

background image

 

21 

Wiedziała, że Thorntonowie tego właśnie najbardziej się lękają. Nie zdradzali 

się ani słowem, ale przecież dobrze ich znała. Wyłapywała ich znaczące 

spojrzenia i słyszała urywane zdania w rozmowach. 

Zasłoniła twarz rękami. Co za niesprawiedliwość losu! Czemu zdarzyło 

się to właśnie Philipowi? Czy i bez tego nie dość mu było zgryzoty? 

Podskoczyła, słysząc dzwonek telefonu. Naszło ją nagłe przeczucie, że 

może to być jakaś wiadomość o Philipie, że to ciotka dzwoni ze szpitala, aby 

powiedzieć im, że... że co? Że Philip wychodzi ze śpiączki... Czy że umiera? 

Drżącą ręką podniosła słuchawkę i szepnęła: 

- Słucham? Cisza. 

- Farma Thorntonów, słucham? - odezwała się ponownie Nerissa. - Ciociu 

Grace... czy to ty? 

Rozległ się trzask przerwanego połączenia. Nerissa wsłuchiwała się w 

martwą ciszę. Ktokolwiek telefonował, odłożył słuchawkę, zanim się odezwał. 

Ale cisza była wymowna. Nerissa poczuła zimne krople potu na karku. Ktoś 

oczywiście mógł wybrać niewłaściwy numer. Obawiała się jednak, że tak nie 

było. 

Podejrzewała, że telefonował Ben. Na pewno sprawdził w domu, usłyszał 

informację z automatycznej sekretarki, potem prawdopodobnie obdzwonił jej 

przyjaciółki i na końcu zadzwonił do szefa. Wiedziała, że prędzej czy później 

zorientuje się, iż wyjechała z domu. Miała nadzieję, że raczej później, ale 

niestety było to nie do uniknięcia. I wiedziała też, że nie wybaczy jej wyjazdu 

do Philipa bez uprzedzenia i wyjaśnień. Poczuła trwożliwe bicie serca. Bo jeśli 

naprawdę dzwonił Ben, to co zamierza teraz zrobić? Na razie nic, pocieszyła się 

szybko. Reprezentuje w Hadze klienta przed Trybunałem Praw Człowieka. Nie 

może stamtąd wyjechać, sprawa jest za poważna. Pracuje nad nią od dłuższego 

czasu, nie rzuciłby wszystkiego w jednej chwili. Zapowiadał, że na przedstawie-

nie stanowiska potrzebuje przynajmniej tygodnia. Do wyroku nie będzie czekał, 

R S

background image

 

22 

gdyż trybunał może go ogłosić za kilka tygodni albo nawet miesięcy, ale na 

razie bez wątpienia nie opuścił Hagi. 

Miała jeszcze trochę swobody. Parę dni, tydzień, a może nawet więcej. 

Ale prędzej czy później Ben przyjedzie i zażąda, by z nim wróciła do Londynu. 

A że musi mu odmówić, będzie oznaczało to koniec ich małżeństwa. 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Nerissa niewiele spała tej nocy, toteż następnego ranka ciotka przyjrzała 

jej się, z niepokojem marszcząc brwi. 

- Jak ty wyglądasz?! Oczy masz jak dziury w białej papierowej torbie. Nie 

mogę pozwolić, żebyś poszła do szpitala w takim stanie. Raz na ciebie spojrzą i 

wyślą cię do domu, żebyś nie ściągnęła im na oddział czegoś zakaźnego. 

- Ale świetnie się czuję - powiedziała, siadając przy stole i bez większego 

zainteresowania omiatając wzrokiem czekające na nią jabłko, musli oraz kawę. 

- Świetnie? Co za bzdura! - parsknęła Grace Thornton. - Dobrze wiem, 

jak z tobą jest. Kiedy czymś się martwisz, nie śpisz i nie jesz, a zaraz potem 

robisz się chora. Przypomnij sobie, co było z pływackimi mistrzostwami 

hrabstwa. Rzygałaś jak kot na parę godzin przed zawodami. Jesteś takim czło-

wiekiem, że nie wytrzymujesz długo żadnego napięcia. 

Nerissa spojrzała na nią z wyrzutem, a jej ciemne oczy posmutniały. 

- Nic mi nie będzie. Muszę go odwiedzić, nie powstrzymuj mnie. Pośpię 

po powrocie. Co ja zrobię, że tak długo kłębiło mi się w głowie i nie mogłam 

zasnąć? 

- Kłębiło ci się w głowie? - Grace Thornton zmarszczyła brwi i spojrzała z 

uwagą. - Przez Philipa? 

- Naturalnie. Nie przestaję się o niego martwić. 

R S

background image

 

23 

- Nie wolno ci się załamywać. Musisz być w formie, bo inaczej nie 

wysiedzisz całego dnia przy jego łóżku. Poćwicz, żeby za dużo nie myśleć. 

- Świetna sztuczka. - Nerissa roześmiała się z goryczą. - Tylko powiedz 

mi, jak to zrobić! - Nalała sobie kawy i ugryzła chrupiące jabłko prosto z sadu. 

- Aha, nie tylko Philip cię gnębi, prawda? Co jeszcze masz na wątrobie? - 

Grace zamyśliła się na chwilę. - Męża? 

- Czasem podejrzewam cię o czary. Jak to jest, że czytasz w moich 

myślach? 

- Znam cię - odrzekła ciotka i westchnęła. - Nie powinnaś mu była nic 

mówić. Nie rozumiem, dlaczego to zrobiłaś. Co za pomysł, rozmawiać o 

rodzinnych sprawach z obcym? 

Nerissa odłożyła na wpół zjedzone jabłko i pochyliła głowę, kryjąc twarz 

przed ciotką Grace za zasłoną czarnych włosów. 

- Nie powiedziałam mu. Sam się domyślił. 

- Skąd? - prychnęła ciotka Grace. - Spędził tu głupie dwa tygodnie, a 

ludziom, którzy nas znają od lat nigdy to do głowy nie wpadło. Dlaczego 

miałoby wpaść akurat jemu? Przecież to ktoś z Londynu. Tam człowiek nawet 

nie zna sąsiadów, a tym bardziej nie pomoże im w potrzebie. Nie, dziewczyno. 

Jeśli się domyślił, to przez twoją nieostrożność. Pewnie jakoś mu podsunęłaś tę 

myśl. 

- Nic mu nie powiedziałam - upierała się Nerissa. - Może wyczytał z 

mojej twarzy albo twojej, albo... - Głos jej się załamał. - Albo z twarzy Philipa. 

- Nie wierzę. To niemożliwe - wzdrygnęła się Grace Thornton. 

- Ben jest bardzo bystry, szczególnie w kontaktach z ludźmi - powiedziała 

tępo Nerissa. - Pamiętaj, że to prawnik, człowiek wyćwiczony w czytaniu 

ludzkich charakterów, wyczuwaniu, czy ktoś jest szczery, czy kłamie na całego, 

czy tylko mija się z prawdą. Nigdy go nie okłamałam. Po prostu nic nie 

mówiłam... ale on i tak zgadł. Z nim jest zupełnie tak, jakby miał antenę i z 

powietrza wyłapywał wszystko, co nie zostało powiedziane. 

R S

background image

 

24 

Grace Thornton pobladła, rysy jej stężały. Ponuro przyglądała się 

Nerissie. 

- Ano, to rzeczywiście sprytny z niego człowiek. Widziałam to od 

pierwszej chwili, kiedy tu wszedł. W wielkich miastach, takich jak Londyn, 

trzeba mieć dobrego nosa, żeby związać koniec z końcem, niełatwo tam 

przeżyć. Nie mogę powiedzieć, żebym ciepło o nim myślała, inny jest niż nasi. 

Ale to twój mąż, nie ma dwóch zdań. - Na chwilę zamilkła, potem spytała cicho: 

- Czy jesteś z nim szczęśliwa, Nerisso? 

Nie spytała „Czy go kochasz?". Obie znalazłyby się na zbyt śliskim 

gruncie. 

- Tak - skwapliwie potwierdziła Nerissa. Zbyt skwapliwie. Grace 

Thornton nie dała wiary pozorom. 

- Byłabym o wiele spokojniejsza, gdybym wiedziała, że jesteś szczęśliwa, 

moja miła - powiedziała z westchnieniem. 

Nerissa nigdy nie umiała jej oszukać. Nie znała swojej matki, więc 

między nią i Grace wykształciła się bardzo silna więź psychiczna. Ciotka przez 

lata otaczała ją troską i dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Przeżyły razem i 

trudne chwile, ale głębokie wzajemne uczucie pomogło im przetrwać burzliwy 

okres. 

Matka Nerissy i Grace były siostrami, choć różniły się między sobą jak 

dzień i noc. Ellen, wątła i delikatna, obdarzyła córkę drobną budową ciała i 

jasną karnacją skóry. Umarła na białaczkę zaledwie w trzy lata po urodzeniu 

małej. Jej mąż, Joe, zabrał wtedy córkę do ciotki. Z tego dnia pozostały Nerissie 

pierwsze wspomnienia dzieciństwa: uczucie zmęczenia po długiej podróży z 

nieokreślonego miejsca, które potem okazało się Londynem, tęsknota do matki i 

własnego domu, oszołomienie i przestrach. Ojciec zaniósł ją do przestronnej, 

ciepłej kuchni, w której płonął ogień, ciotka wzięła ją na ręce, pocałowała i coś 

zaczęła szeptać, a tymczasem Nerissa wytrzeszczała oczy, spoglądając przez jej 

R S

background image

 

25 

ramię na Philipa. Chłopiec, prawie o rok od niej starszy i dużo większy, siedział 

na podłodze i bawił się samochodzikami. 

- To jest twój kuzyn, a mój syn Philip - powiedziała Grace Thornton. - Idź 

się z nim pobawić, kochanie. - Postawiła Nerissę na ziemi i lekko popchnęła w 

stronę chłopca. 

Rozanielony maluch wyciągnął do niej dłoń z autkiem. Chwiejnymi 

kroczkami podeszła, żeby wziąć zabawkę, potem z głośnym plaskiem rozsiadła 

się na podłodze i przesuwając samochodzik tam i z powrotem, zaczęła za 

przykładem Philipa warczeć „brrrum, brrrum". 

Nigdy nie zapomniała tej chwili. W pewnym sensie był to początek jej 

życia. Uleciało wszystko, co było wcześniej: twarz matki, pierwszy dom. Tylko 

chwila przyjazdu do Northumberlandu zarysowała się w jej pamięci ostro i 

wyraziście. 

Ojciec wyjechał następnego dnia i nigdy już go nie zobaczyła. Podobno 

był w Australii i pragnął po nią wrócić, ale nigdy tego nie zrobił. Kiedy miała 

siedem lat, powiedziano jej, że zmarł w buszu. Popłakała się wtedy, przede 

wszystkim z obowiązku, w tym wieku bowiem miała już silne wyobrażenie 

tego, co powinna robić, myśleć, czuć. Tak naprawdę jednak nie odczuła smutku. 

Jej rodziną byli ciotka, wuj i Philip, a jej miejscem na świecie - farma na 

bezludnych, wietrznych wzgórzach. Żyli w osamotnieniu, przez co zostali ska-

zani na siebie bardziej niż większość innych rodzin. Najbliżsi sąsiedzi, dwoje 

starszych ludzi, mieszkali o dwa kilometry dalej, a ich dzieci dawno już odeszły 

z domu. 

Od wioski dzieliło Thorntonów prawie pięć kilometrów. Był w niej pub, 

kilkusetletni kościół i sklep z mydłem i powidłem. Kiedyś była też szkoła, ale ją 

zamknięto, więc w czasach Nerissy dzieci jeździły szkolnym autobusem do 

sąsiedniej, większej wsi. Tamtejsza czterooddziałowa szkoła przestała 

wystarczać, gdy Nerissa i Philip zdali do piątej klasy i wówczas ich codzienna 

droga do nowej szkoły wydłużyła się jeszcze bardziej. 

R S

background image

 

26 

Wieczorami, w wakacje i podczas weekendów pomagali na farmie. Wuj 

John bardzo potrzebował pomocników. Ciężka praca bywała też jednak dobrą 

rozrywką. Kopało się rowy, przycinało żywopłoty, woziło taczkami kamienie do 

naprawiania murów, przygotowywało karmę dla zwierząt, czyściło stajnie, 

szukało zaginionych owiec i zaganiało je do zagrody z pomocą dwóch 

owczarków. 

We dwoje było im raźniej. Mogli pogadać, pożartować i czas mijał, a 

robota robiła się właściwie sama. Często też dochodziły nowe zajęcia: a to 

coroczne przepędzanie owiec przez zbiornik z płynem dezynfekującym, a to 

bielenie budynków, a to walka z pokrzywami, które zarastały podwórze. Nerissa 

i Philip nie ociągali się. Lubili urozmaicenie, a prace zmieniały się w rytmie pór 

roku. 

Zawsze robili wszystko razem, byli nierozłączni. Jeździli na kucach do 

kowala, żeby je podkuł, wspinali się na mury i skakali po rowach, a w lecie 

wylegiwali się w stodole na pachnącym sianie albo leżeli na miedzy, żując 

ziarna pszenicy i przyglądając się dojrzewającym makom, podczas gdy wuj 

John przemierzał pole żniwiarką, tam i z powrotem. 

Ile czasu minęło od tej pory! Nerissa drgnęła, bo przed oczy napłynął jej 

obraz Philipa z poprzedniego dnia, ze szpitala. 

- Nienawidzę myśli o tym, że on tam leży tyle dni. Philip nie znosił 

bezruchu. Zawsze był pełen energii. 

- Nie mów w czasie przeszłym! - zganiła ją Grace. - On żyje. I nie umrze, 

więc przestań krakać! 

- Przepraszam - zmieszała się Nerissa. - To dlatego, że czuję się taka 

bezradna. Gdyby tylko można było coś zrobić... 

- Robimy wszystko, co można. Nie łam się, Nerisso. Zamartwianiem się 

nie pomożesz Philipowi. - Spojrzała na zegarek. - Czas na nas. 

W szpitalu okazało się, że wbrew nadziejom Nerissy nie zaszła żadna 

zmiana. Philip leżał nieruchomo, z twarzą bez wyrazu. Obie z Grace mówiły do 

R S

background image

 

27 

niego na zmianę. Nerissa przeczytała mu gazetę, a potem zaczęła „Wyspę 

skarbów", która zawsze była jego ulubioną książką. Jako chłopiec prawie się z 

nią nie rozstawał. 

Również tego dnia przyjechał do szpitala John Thornton. Spędził godzinę 

z synem, a potem wrócił z Nerissą na farmę. Dostał solenny nakaz, by wymusić 

na niej odpoczynek. Wypili razem herbatę w kuchni i zaraz potem wuj John 

wstał od stołu. 

- Ech, farmerskie życie - mruknął. - Nigdy nie ma końca roboty, 

zwłaszcza jeśli hoduje się owce. Co za głupie bydlęta. Czasem sam się 

zastanawiam, czemu tak sobie przy nich ręce urabiam. - Otworzył drzwi i 

rozpłynął się we mgle, która pojawiła się nie wiadomo kiedy. 

Nerissa poszła na górę do sypialni. Z wdzięcznością stwierdziła, że wuj 

napalił w niewielkim kominku. Rozebrała się przed ogniem i wślizgnęła pod 

ukochaną, starą kołdrę. Zasłony były zaciągnięte, płomienie powoli dogasały, 

choć czarne cienie przedmiotów wciąż jeszcze łaziły po ścianach. Deszcz w 

ogrodzie szemrał delikatną kołysankę. 

 

Obudził ją jakiś dźwięk. Półprzytomnie usiłowała dociec, co to było. Nie 

zabrzmiało głośno. Szmer popiołu osypujący się z kraty kominka? Trzask 

polana? Traktor wuja w oddali? 

Która to godzina? Przewróciła się na drugi bok, chcąc spojrzeć na zegar, i 

zmartwiała. Patrzyła prosto w oczy Bena. Przez ułamek sekundy myślała, że ma 

przywidzenie, że to podświadomy lęk podsunął jej ten obraz. Ale nie. Ben 

siedział na krawędzi łóżka. Wyglądał tak, jakby był tu już od pewnego czasu i 

przyglądał się jej, kiedy spała. 

Pobladła. Miała wrażenie, że patrzy na zimowy krajobraz: szary i pełen 

lodu. Była tak oszołomiona, że palnęła zupełnie bez zastanowienia: 

- Myślałam, że zamierzasz być w Hadze cały tydzień. 

R S

background image

 

28 

- Więc jak najszybciej do niego wróciłaś. - Wargi Bena ledwo się 

poruszyły.  

Wzdrygnęła się, jakby uderzono ją pejczem. 

- Nie rozumiesz... - zaczęła, ale jej przerwał. 

- Owszem, rozumiem. Nadal zaprzątasz sobie nim głowę. Nie umiałaś 

wytrwać z dala od niego. 

- Mylisz się, bo...  

Głos Bena wziął górę. 

- Sypiasz z nim? 

- Philip leży w szpitalu! - wykrzyknęła, siadając na łóżku i podciągając 

kołdrę pod brodę, żeby się zasłonić. - Jest w śpiączce, nawet nie wie, że 

przyjechałam. 

Milczenie. Ben przeszył ją wzrokiem. Skuliła się przy wezgłowiu i cicho 

ciągnęła: 

- Miał wypadek samochodowy prawie tydzień temu. Jechał bez pasa, jest 

ciężko ranny. Głowę ma... - zająknęła się. Właściwie, to nie miała pojęcia, co się 

stało z jego głową. 

- W szpitalu musieli operacyjnie zlikwidować ucisk na mózg. Od tego 

czasu Philip jest w śpiączce. Nie wiadomo, czy... kiedy się zbudzi. Może za parę 

dni, może za parę miesięcy. 

Ben skrzywił usta. 

- Przepraszam, nie wiedziałem - powiedział chrapliwie. 

- Nic dziwnego, że wyglądasz jak upiór. 

- Wszyscy się zamartwiamy - powiedziała niepewnie, odsuwając kosmyk 

włosów, który spadł jej na twarz. - Matka siedzi teraz przy nim w szpitalu. 

Jeździmy tam wszyscy codziennie, ale dziś wysłali mnie do domu, bo 

wyglądałam na zmęczoną. - Ben zmierzył wzrokiem jej twarz, która była w tej 

chwili kredowobiała, jeśli nie liczyć sińców pod oczami. 

R S

background image

 

29 

- Dlatego leżę o tej porze w łóżku. Spałam - dodała, świadoma jego 

spojrzenia. 

Mimo woli czuła na skórze ciarki, znak z wolna budzącej się zmysłowej 

odpowiedzi na obecność Bena. Reagowała tak na niego od pierwszej chwili, 

odkąd się poznali... Reagowała nie na człowieka, lecz na eleganckiego, dobrze 

zbudowanego mężczyznę ze skłonnością do dominacji. Na Bena zwracała 

uwagę większość kobiet. Siła jego osobowości ściągała je ku niemu nawet w 

zatłoczonej sali.  

Nerissa wielokrotnie czuła kłującą zazdrość, widząc, jakie wrażenie 

wywiera Ben na kobietach. Wiedziała, co ono oznacza, gdyż sama uległa temu 

wrażeniu od pierwszej chwili. 

Nie. była to miłość, no bo jakim cudem? Nie, natychmiast poczuła na jego 

widok czyste pożądanie. Przez to właśnie pogardzała sobą, gdyż jej ciało 

reagowało na niego w ten sposób za każdym razem, nawet teraz, kiedy umierała 

ze strachu o Philipa. Dawno temu sądziła, że takich zmysłowych odczuć może 

dostarczać tylko mężczyzna, którego się kocha. Zmieniła zdanie. Nie była 

jeszcze całkiem zdecydowana, jak nazwać swoje uczucia wobec Bena, ale 

wiedziała na pewno, że nie są miłością. 

Owszem, był w jej życiu potrzebny, pragnęła go, ale nie rozumiała ani nie 

znała tak jak Philipa. Nie potrzebująca słów, pełna ciepła, niezłomna miłość, 

jaką darzyła Philipa, była z całkiem innego świata niż niepokojąca reakcja na 

zmysłowy urok, który rzucał na nią Ben. 

Gdyby mogła poślubić Philipa... Pękało jej serce na myśl o tym, jak 

inaczej wyglądałoby wtedy jej życie. Ale los sprawił im okrutnego psikusa. 

Rozdzielił ich, odebrał im i nadzieję, i przyszłość. 

- Od jak dawna tu jesteś? - spytał rzeczowo Ben, ponownie siadając na 

krawędzi łóżka. 

- Od dnia twojego wyjazdu do Hagi.  

Milczenie. 

R S

background image

 

30 

- Czy to znaczy, że dostałaś wiadomość o wypadku po moim wyjeździe? 

Przełknęła ślinę, pot wystąpił jej na czoło. 

- Nie, dzień wcześniej. 

Nie poruszył się ani nie odezwał, ale w milczeniu czaiła się przemoc. 

Nerissa siedziała, drżąc i bała się na niego spojrzeć. 

- I nic mi nie powiedziałaś. - Głos Bena szarpał jej nerwy, miała ochotę 

krzyczeć, ale nie mogła. - Bez słowa pozwoliłaś, żebym wyjechał, a kiedy tylko 

usunąłem się z drogi, pogoniłaś tutaj, nawet nie zostawiając mi wiadomości, 

dokąd się wybierasz. - Zaczął gniewnie przechadzać się po pokoju. 

Spodziewała się takiej reakcji. Znała poglądy Bena na zdradę. Jego 

pierwsza żona przez rok romansowała, nim dowiedział się prawdy. Któregoś 

dnia znalazł ją w łóżku ze swym najlepszym przyjacielem. Jego wysłał do 

szpitala ze złamanym nosem, a żona odjechała karetką razem z pobitym 

kochankiem, wykrzykując Benowi w twarz, że źle ją traktował. Dwa lata 

później sąd orzekł rozwód. Zanim Ben poznał Nerissę, minęło jeszcze dalszych 

sześć lat. 

Nerissa wiedziała, że rany po rozczarowaniu i goryczy, jakich doznał, nie 

są jeszcze zagojone. Bez względu na to, jaki był kiedyś, teraz stał się twardym, 

pozbawionym wyrzutów sumienia mężczyzną, zdecydowanym nigdy więcej się 

nie zakochać. Chciał tylko przyjemności płynącej z seksu. Miłość nie wchodziła 

w grę. 

Ben zatrzymał się przy łóżku i spiorunował ją wzrokiem. 

- A co zamierzałaś zrobić w końcu tego tygodnia? Wrócić do mnie, nawet 

nie wspominając o tym, że cię nie było? Naprawdę sądzisz, iż udałoby ci się 

zachować to w tajemnicy? 

- Nie, oczywiście, że nie! Wiedziałam, że się dowiesz, a zresztą Philip 

może tak leżeć tygodniami albo i miesiącami, więc... - Przygryzła wargę. 

R S

background image

 

31 

- Więc w ogóle nie myślałaś o powrocie - powoli dokończył za nią Ben, 

intensywnie nad czymś rozmyślając. - Chcesz tu zostać. Nie miałaś w planach 

powrotu do mnie. 

Mocniej ścisnęła brzeg kołdry i nagle z wyzwaniem w oczach dumnie 

uniosła głowę. 

- On mnie potrzebuje - wyszeptała. - Nie mogę go teraz zostawić. I nie 

chodzi tylko o Philipa. Wuj John i ciotka Grace też mnie potrzebują. Bardzo się 

martwią. 

Ben wykrzywił usta w zimnym, okrutnym grymasie. 

- Wuj John! - powtórzył i parsknął śmiechem. 

- Nie mów tak! - zaprotestowała, pąsowiejąc na twarzy. 

Ben zmełł przekleństwo pod nosem, znów się poderwał, doszedł do okna, 

odsunął starą zasłonę i wyjrzał na dwór. Do sypialni wniknęła smuga 

szarawego, deszczowego światła. 

- Gdzie oni oboje są? Pukałem do frontowych drzwi, nikt nie 

odpowiedział, więc obszedłem dom. Drzwi do kuchni były otwarte, ale na 

parterze nikogo nie było. 

- Ciocia Grace jest jeszcze w szpitalu u Philipa, a wuj John robi coś na 

dworze. Musi często jeździć do szpitala, dlatego ma zaległości w pracy. 

Wspominał, że na pewien czas przydałby mu się pomocnik, ale dochody z farmy 

wystarczają akurat na trzy osoby, więc płacenie obcemu mocno obciążyłoby 

budżet. 

- A poza tym oni nie znoszą obcych - powiedział Ben lodowatym, 

przenikniętym złością tonem, gwałtownie zwracając twarz do Nerissy. 

Przygryzła wargę. 

- Przesadzasz. Nie powiedziałabym tego. Oni są... no, po prostu trochę 

konserwatywni. 

- Mnie nie znoszą od dnia, w którym stanęła tu moja noga! 

Drżącymi palcami zaczęła układać w fałdy brzeg kołdry. 

R S

background image

 

32 

- To nieprawda. Tylko byli zaskoczeni, kiedy cię tu przywiozłam. Nie 

spodziewali się... 

- Że znajdziesz sobie innego mężczyznę? 

- Miałam zamiar powiedzieć, że mężczyznę podobnego do ciebie! - 

odpaliła, bardzo mocno zaczerwieniona. - Tutaj żyje się całkiem inaczej niż w 

Londynie. Ludzie ich lubią... a ty po prostu nie rozumiesz. Nie są podobni do 

nikogo z twoich znajomych. - Spojrzenie jej złagodniało, głos nabrał uczucia. 

Ben wpatrywał się w nią z uwagą, marszcząc czoło. - Rzadko widują obcych - 

powiedziała. - Nigdy daleko nie jeździli. Raz w miesiącu na targ, przed Bożym 

Narodzeniem po zakupy do Durham, a poza tym siedzą na farmie. Najdalej, jak 

pamiętam, wypuszczają się nad morze do Scarborough, na wakacje. Ale nawet 

teraz, kiedy Philip dorósł i mógłby zająć się farmą, nie robią tego co roku. Na 

wyjazd za granicę ich nie stać. Właściciele farm na wzgórzach nie osiągają 

dostatecznych dochodów. Zresztą nie sądzę, by wuj John był kiedykolwiek 

nawet w Londynie. 

- Czemu nie skończysz z tym udawaniem? - gniewnie parsknął Ben. - Czy 

nie czas wydobyć tę sprawę na światło dzienne? Jaki, do diabła, ma sens życie 

kłamstwami i półprawdami? To w was siedzi, pęcznieje i zżera was od środka. 

Gdybyś stawiła czoło faktom, to mogłabyś przy okazji dojść do paru wniosków 

na swój temat. 

- Myślisz, że tego nie zrobiłam? - odparła, poruszona do żywego. - Gdy 

tylko dowiedziałam się prawdy, uznałam, że muszę wyjechać. I wyjechałam, 

przecież wiesz! 

Ben patrzył na nią w zamyśleniu z posępną twarzą. 

- Jak oni mogli cię okłamywać przez tyle lat? Tego właśnie nie rozumiem. 

Kłamstwa. Dlaczego nie mogli wyłożyć kawy na ławę i powiedzieć ci dawno 

temu? 

R S

background image

 

33 

- Z dumy - powiedziała z grymasem smutku, na wargach. - Przecież 

powiedziałam, że ich nie rozumiesz. Nie rozumiesz? To duma kazała im 

trzymać język za zębami. 

- Duma? - wybuchnął Ben. - To pycha! Oszukiwali cię z czysto 

egoistycznych pobudek. Dorastałaś nieświadoma tego, że twój ojciec żyje! 

Gdyby powiedzieli ci to w dzieciństwie... 

- Nie znieśliby tego... 

- Do diabła z tym, czego by nie znieśli! A co z tobą? Popatrz, co tobie 

zrobili przez swoją pychę i kłamstwa! Gdyby kiedykolwiek pomyśleli o tobie 

choć przez sekundę, to powiedzieliby ci prawdę już dawno i w ten sposób 

oszczędzili ci wielu zgryzot. 

- Gdyby wiedzieli, że to będzie miało znaczenie, powiedzieliby na pewno, 

ale skąd mogli wiedzieć? Nie znali przyszłości, nie są jasnowidzami. 

Szare oczy Bena zabłysły pogardą. 

- Jesteś urodzoną ofiarą! Bez względu na to, co zrobili, ty im przebaczasz. 

A twoja duma gdzie, na miłość boską? Gdzie twój szacunek dla samej siebie? 

Nerissa wpatrywała się w jego twardą, bezlitosną twarz i podejrzewała, że 

tak właśnie musiał wyglądać, kiedy zastał żonę z kochankiem w łóżku. Ben nie 

był typem człowieka, który wybacza i tamta chwila oznaczała koniec jego 

małżeństwa. A chociaż co nieco wspomniał jej o tym, kiedy się poznali, to od 

tamtej pory ani razu nie wymienił imienia byłej żony. Bezwzględnie wykreślił ją 

z życia. Nerissa nie wątpiła, że spotka ją to samo. 

- Nie mogę przestać ich kochać tylko dlatego, że są ludzcy... - szepnęła, 

wykonując dłońmi gest całkowitej bezradności. Kołdra zsunęła się w dół, 

odkrywając górną połowę jej ciała: nagie ramiona i zarys piersi widoczny pod 

cienką koronką koszulki. 

Usłyszała przyśpieszony oddech Bena i poczuła, że również jej puls 

zaczyna bić szybciej. Odruchowo sięgnęła po kołdrę, ale on swym długim 

ramieniem chwycił okrycie i zrzucił na podłogę. 

R S

background image

 

34 

- Och... - Nerissa chciała wyrazić sprzeciw, umilkła jednak, 

powstrzymana hipnotycznym spojrzeniem lśniących oczu. Ben palcem 

wskazującym dotknął jej nagiego ramienia i zaczął powoli, pieszczotliwie 

przesuwać go coraz niżej, przyprawiając ją o uczucie mrowienia i wzburzenie 

krwi w żyłach. Wiedziała, co się święci, ale nie umiała stłumić pożądania. 

To był dla nich jedyny wspólny grunt: namiętna, ślepa, instynktowna 

żądza. Miłość wyłączyli z umowy od samego początku. Ben z brutalną 

szczerością wyłuszczył powody, dla których chce się ożenić. Był znanym i 

szanowanym prawnikiem. Miał już za sobą jeden rozwód, przeprowadzony 

dyskretnie, bez wzbudzania plotek. Nie stać go było na udział w żadnym skan-

dalu. Od czasu rozwodu obsesyjnie poświęcił się pracy. Nerissa podejrzewała, 

że usiłował w ten sposób wymazać z pamięci byłą żonę.  

Ale Ben był bardzo pobudliwy seksualnie, a do tego impulsywny. Jego 

sukces zawodowy opierał się na upartym dążeniu do celu, do podboju: I w ten 

sam sposób traktował Nerissę. Twierdził, że nie może pracować ani nawet jasno 

myśleć, jeśli nie będzie jej miał, i to nie dorywczo, jak miewa się kochanki. Był 

na to zbyt zaborczy. Nie umiałby znieść myśli, że Nerissa mogłaby spotykać się 

z kimś innym, a tym bardziej należeć do kogoś innego. Pragnął być jedynym 

mężczyzną w jej życiu. 

Mimo to nie mówił o miłości, co ułatwiło Nerissie odpłacenie mu taką 

samą szczerością. Powiedziała mu, że go nie kocha, bo dawno już obdarzyła 

całą swoją miłością kogoś innego. 

Lubiła go jednak i podziwiała w nim siłę charakteru, ironiczny humor, 

inteligencję, opanowanie. Gdyby jej się nie podobał, nigdy nie zgodziłaby się na 

małżeństwo. Nie potrzebowała mu obiecywać fizycznego zaspokojenia, którego 

chciwie pragnął, bo Ben dawno wyczuł tę obietnicę swą telepatyczną anteną. 

Czasem zdawało jej się nawet, że poznał jej zmysłowe pragnienia, zanim 

jeszcze sama je sobie uświadomiła. 

R S

background image

 

35 

Ale w tej chwili nie mogła się z nim kochać. Skąd w ogóle u niego taka 

myśl? Co on sobie wyobraża?! 

- Ben, przestań!... Nie mogę! - krzyknęła z lękiem.  

Ben spochmurniał na twarzy. 

- Chcesz powiedzieć, że nie możesz pod tym dachem?  

Nerissa skuliła się w obronie przed jego gniewem i nagle sama wpadła we 

wściekłość. Jak on śmie tak na nią patrzeć i mówić z taką pogardą? 

- Zapomniałeś, że Philip jest w ciężkim stanie? Skąd u ciebie pomysł, że 

będę miała ochotę na seks teraz, kiedy on w każdej chwili... może umrzeć? - 

Głos jej się załamał, do . oczu napłynęły łzy. 

Nienawidziła okazywania przy nim uczuć. Te lodowate oczy spoglądały 

na nią z takim dystansem i niesmakiem, jakby jej strapienie było w złym guście. 

Ukryła twarz w dłoniach i próbowała się opanować, stłumić szloch. 

Ben głośno nabrał powietrza do płuc i przyciągnął ją do siebie. Przez 

moment Nerissa stawiała opór, wystraszona, że jednak będzie chciał się z nią 

kochać, ale zabrakło jej sił. Tymczasem zaczął głaskać ją po głowie, delikatnie, 

rytmicznie, jakby była dzieckiem, które trzeba pocieszyć. 

Kiedy zorientowała się, że w jego dotyku nie ma nic zmysłowego, 

ustąpiła. Przytuliła się, opierając załzawioną twarz na jego piersi. Gdy wreszcie 

przestała szlochać, Ben odchylił jej głowę do tyłu i spojrzał w wielkie, wilgotne 

od łez oczy. Czule pocałował ją w usta. 

- Przepraszam, Nerisso. Uniosłem się. Zapomniałem, w jakim on jest 

stanie i jak cię to rozstraja. 

Nigdy przedtem nie słyszała, żeby Ben przepraszał. Kpił z rodzinnej 

dumy Thorntonów, ale przecież to jego własna duma graniczyła z pychą. Był 

twardym, pewnym siebie człowiekiem, który nienawidził przegrywać sprawy 

ani ustępować w dyskusji. 

- Spróbuj zrozumieć - powiedziała łagodnym, cichym głosem. - To jest 

dla mnie ogromny wysiłek. Gdybyśmy mogli cokolwiek zrobić, ale niestety, 

R S

background image

 

36 

musimy siedzieć i przez cały czas patrzeć na niego, jak leży wśród tych 

wszystkich rur i drutów, zabandażowany jak egipska mumia... - Wykonała 

gwałtowny, nieskoordynowany gest. - To nie on jest w tym łóżku, nie Philip, bo 

Philip jest gdzie indziej, gdzieś daleko, poza naszym zasięgiem. Jego matka 

siedzi obok i mówi, mówi, mówi, a on jej nie słyszy, chociaż ona jest pewna 

czegoś wręcz przeciwnego. Serce mi pęka, kiedy na nią patrzę. To takie 

beznadziejne. 

- Niekoniecznie - powiedział trzeźwo Ben. - O ile wiem, pacjenci w stanie 

śpiączki potrzebują stymulacji. Mogą słuchać znajomych głosów, muzyki, 

lubianych programów telewizyjnych. To wszystko pomaga. A co do twojej 

ciotki, z pewnością jest jej lepiej, kiedy siedzi przy synu i do niego mówi, nawet 

jeśli on jej nie słyszy. Tobie może się to wydawać bezcelowe, ale ona wierzy w 

sens tego, co robi, i czerpie z tego pocieszenie. Tak więc z obu punktów 

widzenia te długie pogawędki wcale nie są stratą czasu. 

- No, oczywiście. - Nerissa wydała zmęczone westchnienie. - Rozum mi 

mówi, że tak jest, ale... ech, chyba boję się mieć nadzieję. 

- Jesteś nauczona nie mieć nadziei - zdiagnozował, jak zwykle celnie. Nie 

umiała zrozumieć, w jaki sposób odgaduje jej myśli, skoro powiedziała mu o 

sobie tak niewiele. 

- Los jest ślepy i nic nie można na to poradzić - szepnęła, wpatrując się w 

pustkę. Znów twarz jej pobladła, a rysy stężały. 

- Właśnie o tym mówiłem - stwierdził Ben cicho. - Gdyby oni powiedzieli 

ci prawdę, kiedy byłaś dzieckiem, nigdy nie musiałabyś tak cierpieć. Można 

było tego uniknąć. Zraniła cię ich pycha, nie los. 

- Może - przyznała ze spuszczoną głową. Włosy zasłaniały jej twarz. - Ale 

są tylko ludźmi, nie chodzącą doskonałością. Nigdy zresztą nie twierdziłam, że 

są doskonali. A jednak w trudnej sytuacji potrafili dokonać wyboru, który 

uważali za najlepszy. Podziwiam ich za to, że stawili czoło takiemu po-

twornemu dylematowi. 

R S

background image

 

37 

- A kto stworzył ten dylemat? - spytał mrukliwie Ben i zamilkł. 

- Przecież wiem. Przez pewien czas miałam o to pretensję i byłam 

wściekła. Ale miłości nie ucina się jak nożem. Nadal ich kocham. Kiedy 

rozważyłam sprawę na zimno, pojęłam, dlaczego postąpili tak, jak postąpili. Nie 

mogę im nie przebaczyć, zwłaszcza że zraniłabym tym ciocię Grace, a jej na 

pewno nie wolno mi zranić. 

- Twoja ciotka jest nadzwyczajna - potwierdził Ben z powagą na twarzy. - 

Na jej miejscu nie umiałbym chyba tak ładnie się zachować. Ma zadatki na 

świętą. Ale mimo to uważam, że powinni ci powiedzieć, a ich pychę niech szlag 

trafi! 

Przesłała mu wymowne spojrzenie. 

- Za to ty jesteś doskonały, prawda? Nigdy nie popełniasz błędów, nigdy 

nikogo nie ranisz, nigdy nie zrobiłeś nic głupiego ani niewłaściwego. To musi 

być cudowne pławić się w takiej doskonałości, ale zwykli ludzie rzadko tego 

dostępują. Szamoczą się z życiem, usiłują robić to, co uważają za słuszne, i bez 

przerwy ponoszą klęski. 

Zmarszczył brwi i zmierzył ją gniewnym spojrzeniem. 

- Niezbyt mnie lubisz, co? 

- W tej chwili zdecydowanie nie! 

- Szkoda, Nerisso - powiedział zimnym tonem. - Ale czy mnie lubisz, czy 

nie, jesteś i pozostaniesz moją żoną. Wracasz ze mną do Londynu. 

Spodziewała się tego żądania, więc zebrała siły do walki. 

- Oni mnie potrzebują! Nie pozwolę, żeby sami się tu męczyli. 

Patrzył na nią nieugięcie. 

- Możesz pobyć jeszcze kilka dni, ale razem ze mną. Nie zostawię cię tu 

samej. 

Gdyby Ben miał zostać, znaczyłoby to, że będzie dzielił z nią ten pokój i 

to łóżko. Na pewno chciałby się kochać, a ta myśl była dla Nerissy nie do 

zniesienia. 

R S

background image

 

38 

- Philip może być w śpiączce kilka miesięcy! Nie wrócę do Londynu, póki 

jest w takim stanie. 

- Nie będziesz tu miesiącami siedziała sama! Czy mam ci przypominać, 

że jesteś moją żoną, a nie jego? 

- Chcę rozwodu, Ben! - wybuchnęła. 

Ben przeraził ją, gdy na niego spojrzała. W grymasie jego ust dostrzegła 

okrucieństwo. 

- Nie dopuszczę do tego! - powiedział dobitnie. - Zastosuję wszelkie 

niezbędne środki. Nawet gdyby oznaczało to wciągnięcie do sprawy tego 

człowieka. Jak wyglądałaby wtedy rodzinna duma Thorntonów, hm? 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Nerissę przepełniła zgroza. Usiadła wstrząśnięta, nie mogąc oderwać 

wzroku od Bena. 

- Nie zrobiłbyś tego - wyszeptała w końcu. Ben przeszywał ją zawziętym 

spojrzeniem. 

- Czemu nie? Przecież mówiłbym prawdę. 

- To kłamstwo! Odkąd wzięliśmy ślub, dochowuję ci bezwzględnej 

wierności! 

- Zależy, co rozumiesz przez wierność. W sensie fizycznym niewątpliwie 

tak jest. - Cynicznie skrzywił usta. - Za bardzo zajmuję cię w łóżku, żebyś 

jeszcze miała energię dla kogoś innego. - Poczuła uderzenie gorąca i 

zaczerwieniła się po cebulki włosów. - Ale są też inne sposoby bycia niewierną, 

chyba nie zaprzeczysz? Ty zdradzasz mnie duchowo, dzień w dzień. 

- Wiedziałeś, co czuję, nim się pobraliśmy. Powiedziałam ci, że cię nie 

kocham. 

R S

background image

 

39 

Oczy Bena dziwnie zabłysły. Zmarszczył czoło, a twarz jego przybrała 

jeszcze bardziej zawzięty wyraz. 

- Może myślałem, że z czasem o nim zapomnisz. Ale nie zapomniałaś, 

prawda? - Jego głos nabrał mocy, stał się ochrypły. - Ilekroć cię obejmuję, 

wiem, że i on jest z nami w łóżku! Zawsze nas dzieli. Masz chyba poczucie 

winy nawet z tego powodu, że śpisz ze mną. Twoim zdaniem popełniasz wobec 

niego niewierność! 

Szarpnęła się do tyłu. Jak on to robił?! Czytał w jej najskrytszych 

myślach, jakby mógł zajrzeć do wnętrza! Ben nadal mierzył ją cynicznym 

spojrzeniem. 

- Tak myślałem - powiedział przez zęby. - Jedyny sposób, w jaki mogę go 

wyprosić z naszego łóżka, to kochać się z tobą tak, żebyś nie była w stanie w 

ogóle o niczym myśleć! 

- Zadrżała, przypominając sobie te noce, gdy swą namiętnością zbliżał się 

do granic brutalności. - Zawsze chętnie brałaś w tym udział - ciągnął Ben z 

grymasem na twarzy. - Temu nie zaprzeczysz. 

Nie mogła. Prawdę mówiąc, potrzebowała tej niemal barbarzyńskiej 

żądzy, która dawała zmysłom panowanie nad ich ciałami. 

- A teraz chcesz, żebym pozwolił ci odejść i wrócić do niego! - podjął 

Ben, obserwując rumieniec na jej twarzy. 

- Zadziwia mnie, skąd przyszło ci do głowy, że na to pozwolę. Ja 

dotrzymałem swojej części umowy. Nigdy nie domagałem się twojej miłości i 

nie domagam się jej teraz, ale mimo to wciąż cię pragnę, Nerisso. Jeszcze nie 

zmęczyłem się twoim ciałem, więc nie pozwolę ci odejść. 

- Nie możesz wciągnąć Philipa do sprawy rozwodowej! - jęknęła na wpół 

błagalnie, na wpół oskarżająco. - To byłoby kłamstwo, i ty o tym wiesz. 

- Nie zamierzam utrzymywać, że jesteście kochankami - wyjaśnił Ben. - 

Wystarczy, że powiem prawdę: kochasz się w nim i zostawiłaś mnie, by wrócić 

R S

background image

 

40 

do niego i mieszkać pod jego dachem... - Urwał, a po chwili dodał, złowrogo 

zniżając ton: - A wtedy będę musiał wyjaśnić, dlaczego mi to przeszkadza. 

Spojrzała na niego, zdjęta czystą trwogą. 

- Nie mógłbyś tego zrobić! Zniszczyłbyś ich, mówiąc o tym publicznie w 

sądzie! 

- Wobec tego nie wspominaj więcej o rozwodzie - oświadczył 

niewzruszenie. 

Usłyszeli na dole trzask, czyjeś ruchy, potem kroki na skrzypiących 

starych schodach. 

- Twój wuj? - spytał szeptem Ben, wstając. 

Musiała przełknąć ślinę, zanim była w stanie odpowiedzieć. Zdawało jej 

się, że łyka tłuczone szkło. 

- Prawdopodobnie. - Jej głos zabrzmiał całkiem normalnie. Zupełnie nie 

pojmowała, jak w ogóle może mówić. Pośpiesznie zsunęła się z łóżka, omal 

przy tym nie upadła, jakoś jednak odzyskała równowagę i chwyciła za szlafrok. 

Ben przyglądał się temu, ale nie próbował pomóc, za co była mu wdzięczna. Nie 

chciała, żeby ją dotykał. Na samą myśl o tym robiło jej się gorąco. Obróciła się 

do niego, drżącymi rękami wiążąc pasek. - Nie mów mu, o czym 

rozmawialiśmy... nie mów nic o rozwodzie! 

Ben nie odpowiedział. Oczy skrył pod przymkniętymi powiekami. W parę 

sekund później kroki Johna Thorntona dotarły do drzwi sypialni. 

- Zbudziłaś się, Nerisso? Na dworze stoi jakiś dziwny samochód. Czy ktoś 

przyjechał? 

Otworzyła drzwi. 

- Ben jest tutaj - powiedziała i dostrzegła zaskoczenie na twarzy wuja. 

- O... więc to samochód Bena? - Spojrzał za jej plecy. - Witam pana, panie 

Ben. Jak się pan miewa? 

Ci dwaj mężczyźni wciąż odnosili się do siebie jak obcy sobie ludzie, 

chociaż Ben był przecież jej mężem. Kiedy przed zaręczynami przyjechał z nią 

R S

background image

 

41 

tu na dwa tygodnie, rodzina miała okazję go poznać, ale to on skorzystał 

najwięcej. Błyskawicznie dostroił się do miejscowego klimatu, do tego, co 

ludzie czują, myślą, jak zachowują się w danej sytuacji. Nie minęło wiele czasu 

i odkrył zawiłe rodzinne sekrety. 

Jej bliscy byli bardziej powolni, myśleli po wiejsku: lubili spokój, czuli 

się mocno związani ze swoim miejscem na ziemi, przed wyciągnięciem wniosku 

długo rozważali każdą sprawę. Nie znaleźli wspólnego języka z Benem. Był 

człowiekiem z miasta, obcym, uważali, iż nie zna życia. Może kiedyś mieli 

nadzieję, że jeśli Nerissa wyjdzie za mąż, to wybierze kogoś z okolicy, a nie 

takiego mieszczucha, krępującego i kutego na cztery nogi. 

Przyglądając się chłodnemu uściskowi dłoni, Nerissa dostrzegła nagle 

pewne podobieństwo między Benem a swym wujem. Obaj byli wysocy i 

reprezentowali podobny typ budowy: długie kończyny, szerokie ramiona, 

szczupli w pasie. Różnice zdawały się mniej zauważalne. Bena cechował pęd do 

przodu, którego brakowało Johnowi Thorntonowi. Oczy miał bystrzejsze, rysy 

bardziej wyostrzone, w wyrazie twarzy więcej groźnej zaciętości. 

- Przykro mi słyszeć złe wiadomości o pana synu - powiedział Ben. - 

Musicie się państwo bardzo martwić. 

John Thornton skinął głową bez uśmiechu. Nerissa wyczuła, że cały 

buntuje się przeciwko temu, by Ben mówił o Philipie. Nie chciał rozmawiać o 

synu z obcym, który wziął za żonę ich Nerissę. 

- Ano - mruknął i zmienił temat. - Nerissa powiedziała nam, że był pan 

tydzień w Hadze, w jakimś zagranicznym sądzie. 

- W Trybunale Praw Człowieka - wyjaśnił krótko Ben, 

- Sprawę odroczono do czasu złożenia dalszych wyjaśnień przez drugą 

stronę. Od razu pierwszego dnia uznano, że jest kwestia, która wymaga 

dokładniejszego rozpatrzenia. Na żądanie trybunału druga strona musi 

przedstawić dodatkowe dokumenty. Pojadę tam za miesiąc lub dwa, jeśli 

będziemy mieli szczęście. Nawet gdyby tamci uzupełnili braki, europejska 

R S

background image

 

42 

biurokracja jest cholernie powolna. Może minąć dużo czasu, nim znowu sprawa 

będzie rozpatrywana. 

- Na moje oko, prawu nigdy się nie śpieszy - powiedział John Thornton. 

- Też się tego obawiam. - Ben uśmiechnął się chłodno. 

- Jadł pan? - John Thornton znowu zmienił temat. 

- Właśnie miałem podawać kolację, żona zostawiła nam w piecu jedzenie. 

Nic specjalnego, kurczę w jarzynach, ale dla trzech osób będzie aż nadto, a moja 

żona bardzo dobrze gotuje. 

- Dziękuję, chętnie się poczęstuję - powiedział Ben, zanim jednak John 

Thornton zdążył się odwrócić, by ruszyć na dół, zagadnął go znowu: - Ponieważ 

nie mam innych obowiązków w Londynie w tym tygodniu, chciałbym tu zostać 

do niedzieli, jeśli nie sprawię państwu kłopotu. Nerissa na pewno nie wyjedzie, 

póki państwa syn jest taki chory, a że bardzo się tym przejmuje, więc 

powinienem być przy niej. Skoro jednak w takiej chwili i beze mnie mają 

państwo dość kłopotów, to nie chcę niepotrzebnie zwiększać obciążenia. Może 

przeniesiemy się z Nerissą do gościnnych pokoi w pubie? 

John Thornton zmarszczył czoło. 

- Nie możemy na to pozwolić! - Spojrzał kwaśno na Bena. - Cała wieś 

wzięłaby nas na języki! Nie, chłopcze. Zostaniesz tutaj. Miejsca jest dużo. 

- Dziękuję - powiedział Ben z oficjalną uprzejmością. - Na pewno ma pan 

rację. Gdybyśmy mieszkali gdzie indziej, mogłoby to spowodować niepotrzebne 

komentarze. Wobec tego postaram się pomóc, póki tu jestem. Mogę gotować, 

zmywać, mogę odkurzyć dom, a nawet nakarmić zwierzęta, jeśli pokaże mi pan, 

jak to robić. - Uśmiechnął się do gospodarza. - Muszę jednak zwrócić uwagę, że 

łóżko w tym pokoju jest za małe dla dwojga. 

Nerissa spłonęła rumieńcem. 

John Thornton spojrzał na łóżko i zrobił zmartwioną minę. 

- Słusznie. Coś na to poradzimy. Jest mnóstwo miejsca na dostawienie 

drugiego łóżka, a w sąsiednim pokoju mamy jedno wolne. Od pewnego czasu 

R S

background image

 

43 

nikt go nie używa, więc materac trzeba będzie przewietrzyć przed kominkiem. 

Potem zestawimy oba łóżka razem. Co pan na to? 

Nerissa mocno zacisnęła zęby, by powstrzymać budzący się w niej krzyk 

protestu. Była bezradna. Ben wiedział, że w obecności wuja nie wyrwie się jej 

nic niewłaściwego. Przerażała ją możliwość, że ich niedawna rozmowa wyjdzie 

na jaw, a on świetnie zdawał sobie z tego sprawę. 

- Dziękuję, to rozwiązuje problem - powiedział, przesyłając Johnowi 

Thorntonowi wyćwiczony uśmiech. - Może pomóc w ściągnięciu łóżka do tego 

pokoju? 

- Dziękuję, razem damy mu radę. To ciężkie mosiężne łoże. Możemy 

przepchnąć je od razu. Nerisso, moja miła, podsyć ogień. Prawie już wygasł. 

Mężczyźni wrócili do pokoju w chwili, gdy niebieskawy płomień strzelił 

do góry, obejmując suche polana, które rozpaliły się i zaczęły trzaskać. Na ich 

powierzchni pojawiły się krople złocistej żywicy. 

Wcześniej Nerissa ustawiła krzesło przed kominkiem i teraz można było 

oprzeć o nie materac. Potem mężczyźni razem wsunęli łoże na miejsce. Mosiądz 

wiktoriańskiego mebla wytarł się już porządnie od ciągłego polerowania. Lśnił 

jednak w blasku ognia. Płomienie na kominku wciąż syczały i strzelały, a w 

pokoju zrobiło się znacznie cieplej. 

- W porządku - powiedział John Thornton, gdy skończyli. - Nerissa wie, 

gdzie moja żona trzyma pościel. Zejdę teraz na dół i zajmę się kurczęciem. 

Najlepiej ubierz się, Nerisso. Czy możecie przyjść na kolację za dziesięć minut? 

Opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi, a Nerissa poczuła, że wibrują jej 

wszystkie nerwy, została bowiem sam na sam z Benem, który niewątpliwie 

zamierzał od tej chwili dzielić z nią sypialnię. Opadł na łoże, wyciągnął się swo-

bodnie, podłożył sobie ręce pod głowę i leniwie mierzył ją wzrokiem. 

- Może zejdziesz na dół, by wypić drinka przed kolacją - zaproponowała. 

W odpowiedzi uśmiechnął się ironicznie. 

- Wolę popatrzyć, jak się ubierasz. 

R S

background image

 

44 

- Ale ja nie chcę, żebyś patrzył! - burknęła ze złością. 

- O, wiem - przyznał. 

- Czy nie należy mi się odrobina prywatności? - mruknęła zażenowana. 

Chwyciła ubranie i ruszyła do drzwi. 

- Dokąd idziesz? - W okamgnieniu Ben zagrodził jej drogę, zadziwiająco 

szybko przemieszczając swe giętkie, zręczne ciało. Przystanęła z wyrazem 

buntu na twarzy. 

- Do łazienki. 

Zanim zdążyła zareagować, wyciągnął jej ubrania z ręki. 

- Możesz iść do łazienki, ale musisz wrócić tutaj, żeby się ubrać. 

- Dlaczego to robisz? - prychnęła. Jej spojrzenie wyrażało szczerą 

irytację. - Widziałeś setki razy, jak się ubieram i rozbieram. Dlaczego upierasz 

się przy tym teraz? 

Nie odrywał wzroku od jej twarzy, w oczach miał chłodną kpinę. 

- Dlatego, że sobie tego nie życzysz. - Uśmiechnął się ironicznie. - Zaraz 

po ślubie byłaś bardzo wstydliwa i wszystko cię krępowało, ale to mamy już 

chyba za sobą, co? Od miesięcy nie przeszkadza ci, że oglądam cię nagą. 

Przestałaś się czerwienić za każdym razem, kiedy zdejmuję ubranie w twojej 

obecności. A teraz nagle cofasz się o sześć miesięcy. I oboje wiemy dlaczego, 

prawda? 

Nie mogła dłużej znieść tego gadania. Ominęła Bena, dopadła drzwi i 

szarpnęła, obawiając się, że lada chwila ją zatrzyma. Ale nie. Stał i przyglądał 

się jej gorączkowemu odwrotowi. 

Bezpiecznie zamknięta w łazience, usiadła na krawędzi biało emaliowanej 

wanny i zaczęła rozmyślać. Narastała w niej panika. Ben był bezlitosny i nie 

miał zwyczaju wybaczać. Planował wymierzyć jej karę za coś, co uważał za nie-

wierność, zdradę duchową, bo przecież nie cielesną. Znała poglądy Bena na 

zdradę i miała złe przeczucia. Sądząc po mrocznym błysku w oczach, głęboko 

uraziła jego dumę, prawie tak samo głęboko jak pierwsza żona. 

R S

background image

 

45 

Ben nie znosił myśli, że ludzie mogą się z niego śmiać, szczególnie teraz, 

gdy wyrobił sobie nazwisko. Od kilku lat interesowała się nim prasa, wygrał 

bowiem kilka głośnych spraw. Między innymi z powodzeniem bronił kobiety 

oskarżonej o zamordowanie męża brutala. Ten proces był w nagłówkach gazet 

przez kilka tygodni. Efektowną obroną klientki Ben dostarczył dziennikarzom 

świetnego materiału, więc kiedy wkrótce potem sam się ożenił, również o tym 

pisano w gazetach. Zawarciem małżeństwa skłonił też do domysłów przyjaciół. 

Wszyscy spodziewali się, że znajdzie wybrankę ze swojego świata, z pieniędzmi 

bądź pozycją, która pomoże mu wspiąć się na szczyt kariery. Nerissa była dla 

nich szokującym zaskoczeniem. Nie miała ani pieniędzy, ani nazwiska i zupeł-

nie nie pasowała do kręgów, w których obracał się Ben. 

Mimo to Ben wziął z nią ślub, ignorując reakcje otoczenia. Gdyby teraz 

Nerissa od niego odeszła i rozbiła małżeństwo, przeżyłby upokorzenie. Bez 

wątpienia znaleźliby się ludzie, którzy wyśmiewaliby go za plecami. Ben nie 

dopuszczał do siebie takiej myśli. Nienawidził porażek. Nie mógł nie wygrać 

sprawy w sądzie; do ostatniej chwili zawzięcie walczył o korzystny wyrok dla 

klienta. Tym razem sam był swoim klientem, a wygrać musiał z bardziej 

złożonych powodów niż zwykle. 

Spojrzała na swe odbicie w lustrze. Oczy miała podkrążone, dały o sobie 

znać cierpienie, obawy i napięcie. Nie okłamałam go! - pomyślała z gniewem. 

Kiedy zaproponował mi małżeństwo, powiedziałam mu, że go nie kocham. A 

kiedy odgadł, jak jest z Philipem, twierdził, że rozumie i nie będzie prosił o nic, 

czego nie mogę mu dać. Pragnął mojego ciała, nie serca. Nigdy też nie udawał, 

że mnie kocha. Dlaczego nie pozwoli mi odejść? 

Wszystko przez to jego wyobrażenie o sobie! Przez to jego drogocenne 

,,ja"! Ben Havelock, wielki prawnik, nie może wyjść na głupca. Ma bardzo silne 

poczucie własnej wartości. Zresztą słusznie. Jest osobą publiczną i 

niezaprzeczalnie czeka go wielka kariera. Kilka miesięcy temu jedna z gazet na-

zwała go „walecznym krzyżowcem ze srebrnym językiem". Ben wygrał wtedy 

R S

background image

 

46 

sprawę, której podjął się poruszony ciężką sytuacją dziecka. Wziął za nią tylko 

drobną sumę, należącą się za pomoc prawną. 

Nie mogła zaprzeczyć, że Ben oprócz mózgu ma również serce. Najlepsze 

wyniki osiągał, broniąc klientów wciągniętych w labirynt prawa przez uczucia. 

W małżeństwo jednak nie angażował uczuć. Pragnął tylko zmysłowych uniesień 

podczas nocy dzielonych z żoną, czego mu zresztą nie brakowało. 

Oderwała wzrok od lustra i zmarszczyła czoło. Wszystko to była prawda, 

wiedziała jednak, że niepełna. Nie dopuszczała do siebie jednego jej aspektu. 

Kiedy dostała wiadomość, że Philip jest w ciężkim stanie, nie powiedziała o tym 

Benowi, ponieważ obawiała się, iż zabroni jej jechać. Dzięki kobiecej intuicji 

wiedziała, że nie spodoba mu się pomysł, by czuwała przy łóżku Philipa, nawet 

gdyby był umierający. To dlatego nie zdradziła się ani słowem i wyruszyła w 

tajemnicy, choć miała świadomość, że prędzej czy później Ben odkryje i jej 

nieobecność w domu, i miejsce pobytu. 

Rozważając prawdopodobne reakcje męża, słusznie odgadła, że będzie na 

nią wściekły, ale głęboko myliła się w przewidywaniu tego, co zrobi. Sądziła, że 

natychmiast położy kres małżeństwu, powie jej, żeby nie wracała, i wystąpi o 

rozwód. Spodziewała się, że duma popchnie go do zerwania, okazało się jednak, 

jak mało go zna. 

Spotkała w lustrze spojrzenie swych błękitnych oczu. Znowu miała 

rumieniec na twarzy i stężałe rysy. 

I co? Czego właściwie chciała? W zasadzie nic się nie zmieniło. Podstawy 

jej sytuacji zostały nienaruszone. Wyszła za mąż za Bena, bo była samotna, bo 

czuła się w Londynie zagubiona i znała bardzo niewielu ludzi... 

Znowu spojrzała w lustro i zobaczyła we własnych oczach gniewny błysk. 

I dlatego, że go pragnęłaś! - pomyślała z autoironią. Czemu miałaby udawać, iż 

tak nie było? Za każdym razem, gdy ją całował, dotykał, kochał się z nią, 

chciała więcej i więcej! 

R S

background image

 

47 

Odkryła, że rozkosz może prowadzić do uzależnienia. Kiedy była w łóżku 

z Benem, zapominała o całym świecie, w cudownej męce szczytowania osiągała 

chwilę wyniesienia ponad wszystko. Wkrótce potem znów dotykała ziemi i pa-

mięć jej wracała. 

Może nie był to najlepszy powód do małżeństwa z kimś, kogo się nie 

kocha. Ale przyszłość rysowała się przed nią ponuro i pusto, a Ben ofiarował jej 

dom i towarzystwo. A poza tym od mężczyzny, którego kochała, odcięła ją 

otchłań. Nie mogła wziąć go za męża. Nie chciała zakochać się nigdy więcej. 

Postawiła sprawę jasno, a Ben powiedział, że z nim jest podobnie. Był zdania, iż 

mają wiele wspólnego. 

Oboje bardzo angażowali się w pracę. Ben miał roboty po uszy, niekiedy 

ślęczał nad aktami do późnej nocy, dużo wyjeżdżał. Życie towarzyskie 

ograniczał do minimum, lubił jednak pokazywać się z Nerissą u boku. Chętnie 

kupował jej eleganckie stroje na szczególne okazje, często przynosił kwiaty, a 

kiedy wygrywał sprawę, zazwyczaj czcił to jakimś podarkiem od jubilera. 

Nerissa miała znacznie mniej efektowne zajęcie, ale lubiła je i bardzo 

dobrze zarabiała. Pracowała w firmie projektującej i wyposażającej wnętrza 

biurowe. Była tam cenioną specjalistką od sprzedaży. Jeździła oglądać nowe 

pomieszczenia klienta, pokazywała mu katalog wzorów, omawiała z nim jego 

życzenia, wyjaśniała, w jaki sposób firma może je zaspokoić, no i jeśli wszystko 

szło pomyślnie, przyjmowała zamówienie. Potem musiała wymierzyć wszystko, 

co trzeba, i wtedy zespół specjalistów przygotowywał projekt. Po 

zaakceptowaniu go przez klienta firma sprowadzała potrzebne wyposażenie i 

wysyłała fachowców, którzy instalowali je na miejscu. 

Ben nie był całkiem pewien, czy podoba mu się zajęcie żony, a zwłaszcza 

to, że Nerissa z zawodowego obowiązku musiała okazywać klientom wiele 

ciepła, sympatii i zrozumienia. 

- Używają cię jako przynęty - powiedział kiedyś Ben bardzo 

nieprzyjaznym tonem. - Masz uwodzić klientów. Dlatego firma nie zatrudnia do 

R S

background image

 

48 

sprzedaży mężczyzn. Zacznij robić coś innego, to nie jest odpowiednie zajęcie 

dla ciebie. 

Ale Nerissa lubiła swą pracę i ludzi, dla których pracowała. Miała tak 

samo wypełniony obowiązkami dzień, jak Ben, i nigdy nie, czuła się znudzona. 

Przez ostatnie miesiące osiągnęli chwiejne porozumienie. Wypadek 

Philipa obalił je w jeden wieczór. Wiedziała, że podczas jego rekonwalescencji 

będzie mieszkać na farmie, by pomóc jego rodzicom w opiece, ale przecież na 

dłuższą metę nie mogła tu zostać. Musiała w końcu któregoś dnia wyjechać. 

Tylko dokąd? Czy znów wybrać samotne życie, wraz ze wszystkimi 

konsekwencjami? W Londynie człowiek czuje się osamotniony jak chyba 

nigdzie na świecie. Nerissa była nieśmiała w prywatnych kontaktach i trudno jej 

było znaleźć sobie przyjaciół. Nie znosiła życia w pojedynkę w wielkim 

mieście, codziennego mijania tysięcy obcych ludzi, wracania do małego, 

pustego mieszkania, leżenia w samotności i gapienia się w sufit, lęku przed 

każdym hałasem, każdym cieniem. 

Jaki miała jednak wybór? Wrócić do Bena? Jęknęła głośno, gapiąc się w 

swoje odbicie, jakby próbowała wyczytać z własnych oczu, czego w 

rzeczywistości chce, co naprawdę myśli. 

Przecież chwilę wcześniej właśnie słowa Bena wzburzyły ją i napełniły 

obawami. Chyba wciąż jeszcze go nie znała. Było w nim coś mrocznego, jakieś 

ukryte barbarzyństwo, którego korzenie sięgały głębiej, niż dotąd podejrzewała. 

Ech, co za sens wałkować to wszystko w myślach? Nie miała pojęcia, jak 

powinna postąpić. Nie umiała się zdecydować, co robić. Zresztą z decyzją 

mogła, a nawet musiała poczekać do czasu, aż Philip obudzi się ze śpiączki. 

Jeśli w ogóle do tego dojdzie, pomyślała i wzdrygnęła się. 

Ochlapała ciało wodą, umyła zęby, wyszczotkowała włosy i wróciła do 

sypialni. Ben znowu wylegiwał się w swobodnej pozie. Jej ubranie leżało 

starannie ułożone w nogach mosiężnego łoża. 

R S

background image

 

49 

Odwracając oczy od męża, Nerissa podeszła do równej kupki i usiadła na 

krześle, żeby przed zdjęciem szlafroka nałożyć czystą bieliznę. Ben ją 

obserwował. Miała ochotę go rąbnąć. Od jego prowokacyjnego spojrzenia 

obsypała ją gęsia skórka. Och, nie zwracaj na niego uwagi! - powiedziała sobie. 

Po prostu chce ci dopiec. Ale srodze się zawiedzie. 

Ściągnęła z ramion szlafrok i wstała, aby sięgnąć po plisowaną spódnicę i 

różowy sweter. Kiedy zapięła pasek na smukłej talii, Ben z ironiczną miną 

klasnął w dłonie. Nerissa przesłała mu mordercze spojrzenie. 

- Może nie najlepszy występ na świecie, mógł być bardziej seksowny i na 

luzie, ale podobało mi się - zakpił. 

- Daj mi wreszcie spokój - syknęła. 

- Nigdy, Nerisso - odparł z błyskiem w oku. - W każdym razie nie, póki 

cię pragnę. - Mierzyli się wzrokiem jak dwoje szermierzy krzyżujących białą 

broń. Przez cały czas w powietrzu między nimi przeskakiwały elektryczne iskry, 

zdawało się, że pełen cieni pokój rozświetlają drobne błyskawice, a nie ogień na 

kominku. - A pragnę cię, Nerisso - szepnął Ben tak, że rozeszły się po jej ciele 

podniecające ciarki. - Natychmiast! Pragnę cię właśnie teraz. 

- Kolacja na stole! - zawołał z dołu John Thornton. 

Nerissa w milczeniu dopadła drzwi, a potem schodów, prawie biegiem. 

Usiłowała wymazać z pamięci słowa męża usłyszane przed chwilą. Ben wolno 

podążał za nią, słyszała za plecami lekkie kroki na schodach. Dziwnie się czuła 

w jego towarzystwie tutaj, pod tym dachem. Jego obecność kłóciła się ze 

wspomnieniami minionych lat, kiedy razem z Philipem biegała po tych samych 

schodach i używała swobody, przemierzając we wszystkie strony wzgórza i 

wrzosowiska. Te lata jawiły się jej w myślach jak przejrzysta, kryształowo czy- 

sta woda w stawie. Odbicie Bena mąciło powierzchnię, nakładało się na 

wspomnienia związane z Philipem. 

Czy on robi to świadomie? - zastanawiała się. Czy właśnie o to mu 

chodzi? Czy dlatego przyjechał? Zaczynało jej się wydawać, że tak. Na 

R S

background image

 

50 

początku, kiedy usłyszał o Philipie, zresztą na długo przed ich zaręczynami, 

wydawał się mieć dużo dystansu i zrozumienia wobec jej uczuć. Zapewnił, że 

nie przeszkadza mu jej miłość do kogoś innego, pragnie tylko rozkoszy w łóżku. 

Naturalnie ani przez chwilę nie sądziła, że Ben mógł się w niej zakochać. 

Nie, kierowała nim ohydna pycha, nie miłość. Teraz była jego żoną. Spodziewał 

się, że zawładnie nią bez reszty: ciałem i duszą, sercem i umysłem. Żonie Bena 

Havelocka nie wolno błądzić myślami ku innym mężczyznom ani w jakikolwiek 

sposób zagrażać wybitnej pozycji męża. Mogła grozić mu rozwodem, jednak 

wiedziała już teraz z niezbitą pewnością, że Ben uważa rozwód za ostateczność. 

Nie tylko z powodu rozgłosu, który miałby zły wpływ na jego karierę, lecz z 

powodu ludzi: wszyscy dookoła wiedzieliby, że druga kobieta z rzędu zostawiła 

go dla kogoś innego. 

- No, jesteście! - powiedział John Thornton. - Chodźcie szybciej, bo 

wystygnie. 

- Przepraszamy - wymamrotała Nerissa, siadając do stołu. Zapach 

jedzenia przypomniał jej o głodzie. - Ho, ho, jak smakowicie pachnie... 

- Grace robi świetną potrawkę z kurczaka. - Dumnie spojrzał na Bena. - 

Moja żona jest wspaniałą kucharką. 

- Pana żona jest wspaniałą kobietą - powiedział Ben z jadowitym 

podtekstem. 

John Thornton zesztywniał i ze spurpurowiałą twarzą obrzucił Nerissę 

spojrzeniem pełnym wyrzutu. W obecności Bena nie mogła odpowiedzieć na to 

spojrzenie, nie mogła wyjaśnić: „Ja mu niczego nie powiedziałam, on sam się 

domyślił. Tak mi przykro!". 

Po chwili napiętego milczenia John Thornton skinął głową i powiedział z 

godnością: 

- Racja. - Gestem wskazał talerze i przykrytą miskę z potrawką na środku 

stołu. - Częstujcie się... 

R S

background image

 

51 

Zjedli w kuchni przy świetle świec. Kurczak smakował znakomicie, był 

kruchy, delikatnie przyprawiony cebulą, marchwią, porami i ziołami. 

Przyrządzono go na wolnym ogniu i podano z ryżem i zielonym groszkiem. 

Ben uparł się, że sprzątnie ze stołu i włoży naczynia do zmywarki, a 

tymczasem Nerissa zrobiła dla wszystkich kawę. Kiedy siedzieli przy kawie, 

wróciła Grace Thornton. Weszła i znieruchomiała, zaskoczona widokiem Bena. 

- No, no. Nigdy bym się nie spodziewała! Wstał i pocałował ją w 

policzek. 

- Witaj, Grace, jak się czujesz? 

- Przeżyję - powiedziała, wzruszając ramionami. - Nerissa nie wspominała 

o twoim przyjeździe. Powiedziała, że pracujesz gdzieś za granicą. 

- Pracowałem. Sprawę w Hadze odroczono, więc przyjechałem do 

Nerissy. Bardzo mi przykro z powodu wypadku waszego syna. W jakim stanie 

go zostawiłaś? 

Grace szybko opanowała się i obdarzyła Bena zmęczonym uśmiechem. 

- Obawiam się, że bez zmian, ale lekarze wydają się całkiem zadowoleni, 

jeśli nie brać pod uwagę śpiączki. Mówią, że gdyby tylko udało się go jakoś 

zbudzić, byłby na dobrej drodze do odzyskania zdrowia. Fizycznie zniósł 

operację dobrze. - Rozejrzała się po nieskazitelnie czystej kuchni. - Zjedliście 

kolację? 

- Tak, była doskonała, a wuj ugotował do niej ryż i groszek - powiedziała 

Nerissa. - Zostawiliśmy ci trochę w piecu. Usiądź, ciociu, to przyniosę. 

Grace Thornton z westchnieniem usiadła, a Nerissa sprawnie podała 

resztę potrawki z ryżem i groszkiem, który znakomicie uzupełniał 

kolorystycznie złocistego kurczaka, zielone pory i pomarańczowe marchewki. 

Ciotka wciągnęła nozdrzami zapach potrawy i znów westchnęła. 

- Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jestem wściekle głodna. 

- Wyglądasz na zmęczoną - powiedział Ben. Grace spojrzała na niego 

kwaśno. 

R S

background image

 

52 

- Padam z nóg. I jak na ironię, przez cały dzień nic nie zrobiłam. Tylko 

siedziałam przy jego łóżku i bez przerwy mówiłam. 

Ben roześmiał się, ale powiedział łagodnie: 

- Stres potwornie wyczerpuje. Powinnaś więcej odpoczywać i trochę 

mniej czasu spędzać w szpitalu. 

- To samo jej powtarzam - włączył się nagle John Thornton. - Przecież 

ona nie może tak ciągnąć bez końca. 

- Świetnie się czuję - zgasiła go żona. 

- Co stałoby się z twoim synem, gdybyś dostała zapaści? - spytał Ben, ale 

i to pytanie Grace Thornton zbyła wzruszeniem ramion. 

- Nie dostanę. 

Ben przyjrzał się jej, przekrzywiając głowę na bok, potem nagle 

uśmiechnął się do niej niezwykle ciepło. 

- Nie, jesteś twarda, prawda? Roześmiała się. 

- Zawsze tak się składa, że muszę być. 

John Thornton głośno zaczerpnął powietrza. Rysy miał stężałe. 

- Lepiej pójdę na górę przygotować ci łóżko - szybko powiedziała Nerissa 

do Bena, nie patrząc na niego. - Materac już się na pewno wywietrzył. - 

Spojrzała na ciotkę i tonem wyjaśnienia dodała: - Wzięliśmy to mosiężne łoże z 

sąsiedniego pokoju. Materac wietrzy się przed kominkiem. 

- Poczekaj, aż skończę jeść, to ci pomogę - powiedziała ciotka Grace, ale 

Ben już się zerwał. 

- Ja jej pomogę, a ty zostań tutaj i odpocznij - powiedział. - Miałem długą 

jazdę z Londynu, więc chcę jak najszybciej się położyć. Dobranoc. 

Również Nerissa powiedziała cichutkie „dobranoc", unikając spojrzeń, 

jakby obecni mogli z jej oczu wyczytać, o czym myśli. 

Straszny moment nadszedł. Miała przed sobą noc z Benem. Krew jej się 

burzyła, panika mieszała się z nie kontrolowanym podnieceniem. Obawiała się 

R S

background image

 

53 

Bena i jednocześnie pragnęła go, przede wszystkim jednak czuła się bardzo nie-

swojo, myśląc o kochaniu się z nim pod tym dachem. 

To był dom Philipa. Nie kochała się tutaj z Benem nigdy. Wydawało jej 

się, że nie jest w stanie, zwłaszcza teraz, gdy Philip ocierał się o śmierć, a ją 

opadały wspomnienia niczym ćmy ciągnące do ognia. 

W komodzie na pościel znalazła prześcieradła i poszewki na poduszkę, 

starannie wyprasowane i skropione lawendą. Razem z Benem w milczeniu 

przygotowali łóżko, potem Nerissa wzięła nocną koszulę i poszła do łazienki 

umyć się. 

Gdy wróciła, Ben zmierzył ją wzrokiem, przesuwając ironiczne spojrzenie 

po bezpłciowej wiktoriańskiej koszuli z białej bawełny, sięgającej pod samą 

szyję i kończącej się koronkowym rąbkiem tuż nad ziemią. 

- Nie śpij, za chwilę wrócę - powiedział, wychodząc do łazienki. 

Nerissa wyłączyła światło i skuliła się pod przykryciem, naciągając je pod 

brodę, potem odwróciła się do ściany, żeby leżeć plecami do Bena. Ledwie 

zdążyła to zrobić, ponownie trzasnęły drzwi łazienki. Serce Nerissy zabiło w 

szaleńczym rytmie. Leżała w ciemności, nasłuchując coraz bliższych kroków 

Bena. Zatrzymał się między dwoma łóżkami, przez moment myślała, że położy 

się osobno, ale wtedy usiadł na krawędzi jej łóżka. 

- U ciebie czy u mnie? Chrapliwie wyszeptała: 

- Już prawię śpię. Jestem taka zmęczona, Ben. Nie dzisiaj, proszę. 

- Przesuń się - powiedział po prostu, odchylił kołdrę i wślizgnął się pod 

nią. 

Czując tuż za swymi plecami ciepło męskiego ciała, drgnęła. Ben otoczył 

ją ramionami w talii. Nosem rozsunął burzę czarnych włosów na karku, żeby 

odsłonić i pocałować wrażliwą w tym miejscu skórę. Całe ciało Nerissy dawało 

znać o obecności Bena coraz wyraźniejszym mrowieniem, w miarę jak jego ręce 

przesuwały się wyżej, otoczyły piersi, a ciepło dłoni przeniknęło bawełnę nocnej 

koszuli. Oczy miała zamknięte, drżała, a między udami czuła narastające ciepło. 

R S

background image

 

54 

Pragnęła go. Zawsze tak reagowała na jego dotyk. Jej ciało nie umiało mu 

się oprzeć. Ale jeśli Ben będzie się z nią kochał tego wieczoru i w tym pokoju, 

w domu Philipa, to całkowicie zniszczy jej ciągle jeszcze chwiejną równowagę 

psychiczną. 

Mogła była wyjść za mąż za Bena, żyć z nim, spać co noc w Londynie. 

Przecież Londyn był na innej planecie. Co działo się tam, nie liczyło się w 

Northumberlandzie. Tutaj dorastali z Philipem. To miejsce tkwiło w 

drogocennej szklanej kuli, obejmującej świat, który nigdy się nie zmieni, zawsze 

będzie taki sam, pełen szczęścia, stanowiącego jednocześnie rzeczywistość i 

iluzję. 

Jeśli Ben będzie się z nią kochał tego wieczoru, strzaska tę kulę. Życie 

wedrze się do jej zaczarowanego świata. Nie mogła znieść myśli, że to się 

zdarzy. Ogarnął ją gniew. Wyrwała się Benowi, usiadła, wychyliła się z łóżka i 

zapaliła lampkę. 

Ben leżał nieruchomo i przyglądał jej się uważnie spod przymkniętych 

powiek. Spojrzenie miał twarde i lśniące jak wypolerowane srebro. 

- Powiedziałam ci! Nie chcę się kochać dziś wieczorem! - zaprotestowała 

chrapliwie.. 

- A ja chcę - odparł przez zęby Ben.  

Szybkim ruchem długiego ramienia ponownie zgasił światło. Nerissę 

otoczyła ciemność, groźna i pulsująca zmysłowością. - I powiedzmy sobie jasno 

- dodał szorstko - nie chcę dzielić łóżka z twoim wymarzonym kochankiem. 

Dziś wieczorem będziemy tylko my, ty i ja. 

Kiedy sięgnął w jej stronę, próbowała się wywinąć, ale był szybszy od 

niej. Pociągnął ją na materac i przykrył swoim ciałem. Głośno westchnęła, 

przygnieciona ciężarem, a w ułamek sekundy później Ben już całował jej usta. 

Nerissa wydała okrzyk, cichy, bo stłumiły go wargi Bena. Bezradnie poruszyła 

biodrami, nie mogąc oprzeć się swym najgłębszym instynktom. Ben znał jej 

ciało tak samo dobrze, jak ona. Dokładnie wiedział, w jaki sposób ją dotykać, 

R S

background image

 

55 

jak rozbudzać zmysły, wywoływać odzew na pieszczoty. Piersi Nerissy 

nabrzmiały od pocałunków, otoczone ciemnymi pierścieniami sutki prężyły się 

w podnieceniu. 

Ben uniósł głowę i spojrzał na nią lśniącymi oczami, ciężko oddychając. 

- Powiedz mi teraz, że mnie nie chcesz! 

Nie była w stanie powiedzieć czegokolwiek. Drżała na całym ciele, 

rozpalona i pozbawiona tchu, a Ben bynajmniej nie czekał, aż wróci jej 

opamiętanie. 

Znowu opadł na nią, dłońmi lekko uniósł jej biodra i wszedł w nią, a 

Nerissa wydała głośny jęk i odruchowo wygięła ciało w łuk, witając go w sobie. 

Od samego początku było tak samo: mając Bena w sobie, czuła się w 

pewien sposób dopełniona. Nie potrafiła wyjaśnić tego dziwnego uczucia. Jej 

ciało potrzebowało Bena, jakby stanowił jej brakującą część, konieczną do 

uzupełnienia całości. Często pogardzała sobą, że żywi takie uczucie wobec 

kogoś, kogo nie darzy taką miłością jak Philipa. Nie umiała pojąć, dlaczego 

wbrew sprzeciwom jej umysłu Ben zawsze doprowadza ją do takiego stanu, ale 

powtarzało się to regularnie. Powtórzyło się więc i teraz. 

Ben poruszał się nad nią, dążąc do zaspokojenia z niepohamowaną 

determinacją. Jego pożądanie budziło najbardziej pierwotne instynkty Nerissy. 

Im bardziej gwałtownie się w nią zagłębiał, tym potężniejsze fale rozkoszy ją 

porywały. Wychodziła mu naprzeciw, przyciągała do siebie, oplatając ra-

mionami i wpijając paznokcie w jego plecy. Potem Ben miał na plecach 

mnóstwo śladów. Za pierwszym razem Nerissa przyglądała się tym zadrapaniom 

z niedowierzaniem, wstrząśnięta i przerażona. 

- Bardzo cię przepraszam. Nie wiedziałam, że to robię. Musiałam stracić 

rozum - wyszeptała i uśmiechnęła się z zażenowaniem. Ale Ben spojrzał na nią 

zmysłowo lśniącymi oczami. 

- Nie przepraszaj. Przecież chciałem doprowadzić cię do szaleństwa. 

Lubię taką namiętność u kobiety. 

R S

background image

 

56 

I dziś znowu niosło ją poza granice tego świata. Początkowo słyszała 

jeszcze Bena, wydającego ciche okrzyki rozkoszy, ale wkrótce przestała 

cokolwiek słyszeć. Porwał ją obłędny, bezlitosny rytm. Ich ciała stopione w 

jedno poddały mu się razem, zroszone potem od niewyobrażalnego gorąca. Zu-

pełnie jakby ciśnięto ich w ogień. 

Potem leżeli w ciszy wibrującej jeszcze echem ich namiętnych okrzyków. 

Nerissa powoli wracała z królestwa zmysłów na ziemię, jej ciało stygło, a duszę 

spowijał coraz dotkliwszy chłód. 

Sypialnia wujostwa znajdowała się dokładnie po drugiej stronie korytarza. 

Thorntonowie musieli ich słyszeć! Od samej myśli o tym, że ktokolwiek był 

świadkiem tych nieprzytomnych jęków, Nerissie robiło się słabo. 

Ale jeszcze gorsza była świadomość, że ze szklanej kuli przeszłości 

zostały tylko ostre okruchy. Ben chciał rozbić magiczną czaszę i udało mu się. 

Leżąc w jego ramionach, Nerissa wiedziała, że zdradziła Philipa i wszystko, co 

się z nim wiązało: piękne złudzenia beztroskiego dzieciństwa, cierpienia 

pierwszej miłości, bajkę z tragicznym zakończeniem, ból rozstania, który koiło 

tylko poczucie wierności. Zdradziła to wszystko i nigdy już nie miało być tak 

samo. Czar prysł. Żałowała, że nie może natychmiast umrzeć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

57 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Nerissa wreszcie zasnęła, ale z samego rana nagle zbudził ją przenikliwy 

dźwięk telefonu na dole. W jej otępionym snem umyśle zabrzmiał jak dzwonek 

alarmowy. Wyskoczyła z łóżka i dopiero gdy uświadomiła sobie, że stoi, pojęła, 

co ją zbudziło i gdzie się znajduje... Potem przeżyła wstrząs, bo okazało się, że 

jest kompletnie naga. 

Wtedy przypomniała sobie cały poprzedni wieczór. Zobaczyła swą 

koszulę nocną na podłodze. Chwyciła ją i drżącymi rękami nałożyła przez 

głowę. Obawiała się, że Ben na nią patrzy. 

Ale nie. Nie było go w jej łóżku. Przeszedł w nocy do siebie i teraz 

przewracał się sennie na poduszce. Jego czarne włosy kontrastowały z bielą 

płóciennej poszewki. Tę pościel ciotka dostała w ślubnym prezencie ćwierć 

wieku temu i od tej pory utrzymywała w idealnym stanie, zawsze wykrochma-

loną na sztywno i odprasowaną, przewietrzoną i skropioną lawendą. 

Uśpiony Ben wyglądał młodziej. Nigdy przedtem nie zwróciła na to 

uwagi. Zaczęła się uważnie przyglądać zmianom, jakie w nim zaszły. 

Odprężona twarz miała niemal chłopięcy wygląd, usta lekko się rozchyliły, sen 

wymalował mu rumieńce na policzkach. 

Nerissę nawiedziło dziwne uczucie. Szybko odwróciła wzrok i wtedy 

uprzytomniła sobie, że nadal dzwoni telefon. Nikt jeszcze nie odebrał. Zdziwiło 

ją to, gdyż o tej porze wuj i ciotka przeważnie byli już na nogach. Spojrzawszy 

na zegar, stwierdziła, że jest tuż po wpół do dziewiątej. 

Może ciotka Grace zdążyła tymczasem wyjść do szpitala, a wuj John 

pracuje gdzieś w gospodarstwie? Na pewno wynieśli się cichaczem, nie chcąc 

zakłócać jej i Benowi spokojnego snu. Wzięła szlafrok z miejsca za drzwiami, 

gdzie wisiał zawsze, odkąd była dzieckiem, narzuciła go na ramiona i zbiegła na 

dół. 

R S

background image

 

58 

Ten kto dzwonił, wykazywał wielką wytrwałość. To ją niepokoiło. Złe 

wieści, pomyślała, chwytając za słuchawkę. Czyżby z Philipem było gorzej? A 

może... Nie! Nie mogła myśleć o czymś jeszcze gorszym. 

- Słucham? 

- Nie mówię z panią Thornton, prawda? Czy pani jest jej siostrzenicą? 

- Tak, mówi Nerissa Havelock. - Głos wydawał jej się mgliście znajomy, 

chociaż nie mogła sobie przypomnieć, skąd. 

- Och, dzień dobry. - Ten ktoś po drugiej stronie drutu wyraźnie się 

uśmiechnął. - Właśnie mi się zdawało, że poznałam panią po głosie. Tu siostra 

Courtney. 

Nerissie zamarło serce. Po sekundzie zapanowała nad sobą i zdołała 

ochryple wyjąkać: 

- Dzień dobry, siostro. - Momentalnie poczuła suchość w ustach. 

Czubkiem języka oblizała wargi i spytała prawie szeptem: - Czy... coś się stało? 

Usłyszała ruch za swoimi plecami i zobaczyła przez ramię ciotkę Grace, 

stojącą na schodach w znoszonym zielonym wełnianym szlafroku i nowych 

różowych pantoflach. Opierała się na poręczy, z twarzą pobladłą od lęku. 

Nerissa miała ochotę podbiec i ją pocieszyć, ale nagle uświadomiła sobie, że to, 

co w tej chwili słyszy przez telefon, nie jest złą wiadomością. 

- Niech pani się nie martwi! To nie jest zła wiadomość! - Siostra Courtney 

roześmiała się perliście. Była podekscytowana. - Wręcz przeciwnie. Właśnie się 

obudził! Dziesięć minut temu, kiedy myłam mu twarz. Mówiłam do niego, 

tłumaczyłam, że trzeba go będzie znowu ogolić, i robiłam głupie żarciki na 

temat szybko rosnącej brody, gdy nagle otworzył oczy, spojrzał na mnie i 

powiedział coś w rodzaju: „Przepraszam za tyle kłopotu". Omal nie padłam z 

wrażenia! 

Nerissa oparła się o ścianę, żeby nie upaść. Wyrwało jej się drżące: 

- O, Boże! 

Ciotka Grace nagle znalazła się przy niej. 

R S

background image

 

59 

- Co jest? Co? - dopytywała się gorączkowo. - Chyba nie umarł? Nerisso, 

co ona mówi? 

- Zbudził się ze śpiączki - powiedziała Nerissa, śmiejąc się przez łzy i 

podała ciotce słuchawkę. 

Grace wzięła do ręki słuchawkę, nadal nieprzytomnie gapiąc się na 

siostrzenicę. 

- Zbudził się? - powtórzyła, jakby bała się uwierzyć, a potem wydała 

przeciągłe, szarpiące za serce westchnienie. - Och, Nerisso! - Przyłożyła 

słuchawkę do ucha. - Halo? Czy siostra Courtney? Tu Grace Thornton. 

Kątem oka Nerissa zobaczyła Bena, schodzącego ku nim po schodach. Na 

piżamę narzucił jedwabny kasztanowy szlafrok, który kupiła mu na urodziny 

przed dwoma miesiącami. Włosy miał jeszcze rozczochrane, ale rumieniec znikł 

mu z policzków. W istocie był bardzo blady. Nerissa odnotowała to, marszcząc 

czoło i wykonując jakiś obszerny, bezsensowny gest. 

Ben wydawał się wstrząśnięty prawie tak samo, jak ona. Musiały zbudzić 

go ruch i głosy na dole. Na pewno słyszał, co powiedziała do ciotki. Ich oczy się 

spotkały. Ben spoglądał twardo, z niechęcią, mierzył wzrokiem jej twarz, chcąc 

odgadnąć myśli. Nerissa odwróciła się, żeby nie czytał w jej oczach jak w 

otwartej księdze. 

Zresztą sama właściwie nie wiedziała, co myśli. W tej chwili żyła 

radością, że Philip odzyskał przytomność, cieszyła się ze szczęścia wuja Johna i 

cioci Grace, czuła pierwsze oznaki ulgi, że odeszły napięcie i lęki, które ciążyły 

im w ciągu ubiegłych dni. Ruszyła w stronę kuchni. Wyraźnie miała za mało 

cukru we krwi. Potrzebowała zastrzyku energii. 

Skupiła się na codziennych czynnościach, żeby jakoś odzyskać spokój. 

Powolnymi, trochę niepewnymi ruchami napełniła maszynkę do kawy, 

nastawiła, potem wyjęła filiżanki i talerzyki, talerze, miseczki do musli, nakryła 

stół do śniadania. Przy okazji zauważyła, że ktoś już tu rano był, zapewne wuj 

John, bo na stole stała paczka płatków zbożowych z otrębami. Wuj robił sobie 

R S

background image

 

60 

herbatę, został po nim jeszcze ciepły czajniczek, a w zmywarce leżały używane 

filiżanka i miseczka. 

Ciocia Grace najwyraźniej zaspała. A może wuj John specjalnie wyłączył 

budzik, żeby wypoczęła trochę dłużej? Nerissy wcale by to nie zdziwiło. 

Poprzedniego wieczoru ciocia wydawała się bardzo wyczerpana. 

Gdyby nie spała tak długo, siedziałaby teraz w szpitalu. Może byłaby 

obecna przy przebudzeniu syna. Zakrawało to na ironię losu, że po tylu 

godzinach czuwania odzyskał świadomość akurat wtedy, gdy matki przy nim 

nie było. Nerissa posmutniała. Ciocia Grace zasługiwała na to, by być na miej-

scu w tej radosnej chwili. Los zawsze płata ludziom takie okrutne figle. 

Ben wszedł do kuchni, zamknął drzwi, żeby odgrodzić się od 

niewyraźnego, ochrypłego głosu ciotki, i oparłszy się o nie z założonymi 

rękami, przyglądał się Nerissie. 

- Więc obudził się ze śpiączki? Czy już coś wiadomo o możliwych 

uszkodzeniach mózgu? 

Pytanie podziałało na nią jak elektrowstrząs. Zmarszczyła brwi. 

Oczywiście, należało się z tym liczyć. Wiedziała, że muszą spojrzeć prawdzie w 

oczy. Philip odniósł ciężkie obrażenia i przez wiele dni był w śpiączce. Czy 

jeszcze kiedyś stanie się taki sam jak dawniej? A jeśli przez resztę życia będzie 

kimś w rodzaju ludzkiej rośliny? 

Spojrzała ze złością na Bena. Że też musi im psuć szczęśliwą chwilę. Czy 

nie mógłby zostawić trochę czasu na przeżywanie radości? Obróciła się do 

maszynki, która zaczęła perkotać. 

- Co chcesz na śniadanie? - spytała chłodno przez ramię. 

- Mogę coś ci zrobić: jajka na boczku, pieczarki... 

- A ty co zjesz? 

- Nie myślałam o tym. Nie jestem głodna. 

- Bez wątpienia szczęście odebrało ci apetyt - wycedził.  

R S

background image

 

61 

Ton jego głosu podziałał na nią jak kubeł zimnej wody, ale nie 

zareagowała. Nie mogła pozwolić, by spostrzegł, że jego przytyki robią na niej 

wrażenie. 

Czasem myślała, że Ben jej właściwie nie znosi. Owszem, pożąda, ale gdy 

ją niekiedy obserwuje, pod pozorami kpiącego rozbawienia skrywa zaciekłą 

wrogość. Jest dumnym i twardym mężczyzną, samowystarczalnym, będącym 

niepodzielnie panem swojego życia. Czyżby dlatego czuł do niej niechęć, że 

widział w niej swoją słabość, skazę na charakterze? 

- Zjem jajko sadzone, ale ty możesz wziąć sobie, co chcesz - powiedziała. 

Uśmiechnął się chłodno. 

- Jajko na grzance mi wystarczy, dziękuję. 

W chwili gdy Nerissa wyciągała patelnię, drzwi się otworzyły. Spojrzała 

kątem oka na ciocię Grace, szczęśliwa, że na twarzy starszej kobiety widzi tyle 

radości. 

- Czy to nie wspaniała nowina? Och, Nerisso, zupełnie nie wiem, co 

robić. Taka jestem szczęśliwa... 

Nerissa uściskała ją i pocałowała w policzek. 

- Przed wyjściem do szpitala musisz zjeść jakieś śniadanie - powiedziała. 

- My będziemy jedli jajka sadzone. Chcesz to samo? 

- Nie jestem głodna. Nie przełknęłabym kęsa. - Grace wciągnęła 

nozdrzami aromat unoszący się w kuchni. - O, kawa! Właśnie tego mi trzeba. 

Nerissa usadowiła ją na krześle przy stole i nalała filiżankę kawy. 

- Posiedź chwilę, napij się, a ja tymczasem przygotuję jajka. Rozchorujesz 

się, jeśli czegoś nie zjesz. 

- Zrobię grzankę - zaproponował Ben, wyciągając sok pomarańczowy z 

lodówki i podając go Grace. - To też ci się przyda. Naturalny cukier, coś dla 

krwi. 

Wzięła z promiennym uśmiechem i nagle drgnęła, robiąc wielkie oczy. 

R S

background image

 

62 

- John! Muszę mu powiedzieć. Nigdy by mi nie wybaczył, gdybym tego 

nie zrobiła. Zdaje się, że miał kończyć ogrodzenie przy dużej łące. A potem miał 

przepędzić tam owce z górnego pastwiska. 

- Pójdę po śniadaniu i przekażę mu wiadomość - zaofiarował się Ben. 

- Och, dziękuję ci, chłopcze - ucieszyła się Grace. - Ale pamiętaj, że idzie 

się zdrowo pod górę. Czy jesteś pewien, że dasz radę? 

- Myślę, że tak - powiedział Ben dość oschle. Grace spojrzała na niego w 

zamyśleniu. 

- No pewnie, że tak. Ale lepiej nie wkładaj przyzwoitego ubrania, bo 

potem nie będzie się do niczego nadawało. Czy masz coś bardziej sportowego? 

Odniósł się do jej troski z wyrozumiałym uśmiechem i powiedział: 

- Nie martw się, włożę dżinsy i sweter. 

Śniadanie było gotowe. Wszyscy usiedli razem i zjedli po dwa jajka na 

grzankach z masłem. Potem Nerissa stanowczo oświadczyła, że posprząta, i 

wysłała ciotkę na górę, żeby wzięła kąpiel i przygotowała się do szpitala. 

Ben pomógł włożyć naczynia do zmywarki. Potem powiedział obojętnie 

do Nerissy: 

- Kiedy się ubierzemy, możesz pokazać mi drogę do tego miejsca, w 

którym pracuje wuj. 

- Narysuję ci mapkę, łatwo dojdziesz tam sam - odrzekła. - Ja pojadę do 

szpitala z ciocią Grace. 

- Nie ma mowy! - stwierdził Ben tak ostro, że wzdrygnęła się i spojrzała 

na niego zaskoczona. 

- Nie rozkazuj mi! Pojadę z ciocią i nie powstrzymasz mnie przed tym! 

- Ona wcale nie chce, żebyś z nią jechała! - wygarnął Ben. Nerissa 

spojrzała na niego i zmartwiała. Twarz miał zimną, szare oczy spoglądały 

niezłomnie. - Jest jego matką. Odkąd zdarzył się ten wypadek, przeżywa jeden 

wielki koszmar. Pozwól jej, na miłość boską, pobyć trochę sam na sam z synem. 

R S

background image

 

63 

Nerissa przygryzła wargę. Ben miał rację. Czuła, że go za to nienawidzi. 

Odwróciła się bez słowa, włączyła zmywarkę, obrzuciła czystą kuchnię jeszcze 

jednym spojrzeniem, po czym weszła schodami na piętro. Cioci Grace już w 

łazience nie było. Nerissa wzięła kilka swoich rzeczy i poszła umyć się i ubrać. 

Kiedy wróciła do sypialni, Ben stał przy oknie i wyglądał na dwór. 

Odwróciwszy głowę, zlustrował ją badawczym spojrzeniem. Włożyła spodnie 

do konnej jazdy, które zostawiła tutaj, kiedy przeprowadzała się do Londynu. 

Wciąż pasowały na nią jak ulał. Miała też na sobie leciwy żółty sweterek polo, 

trochę już za ciasny, ale że zawsze nosiła go do tych spodni, więc zdecydowała 

się na niego i tym razem. 

- Nie widziałem cię jeszcze w tym stroju - wycedził, koncentrując wzrok 

na wypukłościach piersi, widocznych pod obcisłym sweterkiem. 

- To stare łachy, w których nie chodziłam od lat. Łazienka wolna - 

powiedziała krótko, złościło ją bowiem, że rumieni się na twarzy, kiedy Ben 

patrzy na nią w ten sposób. 

Ben zauważył ten rumieniec. Zakomunikował jej to lekko pogardliwym 

spojrzeniem, nie odezwał się jednak ani słowem, tylko poszedł prosto do 

łazienki. Nerissa wzięła się do sprzątania sypialni i słania łóżek. Kończyła 

prawie, kiedy zjawiła się ciotka w bladoróżowej sukience z dżerseju, jednej ze 

swych najlepszych, wkładanej wyłącznie na specjalne okazje. 

- Ślicznie wyglądasz! - spontanicznie wykrzyknęła Nerissa, wywołując 

promienny uśmiech na twarzy ciotki. 

- Dziękuję, kochanie. Czy jesteś gotowa? Nerissa uśmiechnęła się, kręcąc 

głową. 

- Jedź sama, ciociu. Zobaczę się z nim później. Powinnam teraz pokazać 

Benowi drogę na dużą łąkę, żeby nie zabłądził, jak będzie szukał wuja. 

Przez twarz ciotki przemknął wyraz, z którego Nerissa wyczytała, że Ben 

miał rację. Na ułamek sekundy oczy jej zalśniły, a kąciki uśmiechniętych ust 

uniosły się jeszcze wyżej. 

R S

background image

 

64 

- Dobrze, kochanie. Wobec tego pa, zobaczymy się później. 

Nerissa przyglądała się odejściu ciotki z poczuciem winy. Bardzo chciała 

zobaczyć Philipa, przekonać się, jak wygląda po długim okresie śpiączki, ale ta 

chwila należała do jego matki. Powinnam była sama na to wpaść, pomyślała ze 

złością. Co gorsza, to akurat Ben zwrócił jej na to uwagę, wypomniał 

bezmyślność. 

Ben wrócił do pokoju przebrany w bladoniebieskie dżinsy i żółtobrązowy 

sweter. Włosy miał wilgotne po myciu, podobnie jak skórę na ogolonej twarzy. 

Nerissa poczuła gwałtowniejsze bicie serca i natychmiast rozzłościła się na 

siebie za tę odruchową reakcję. 

- Gotowa? - spytał. Potwierdziła skinieniem głowy. 

Ranek był wspaniały. Ruszyli w jesiennym słońcu, które grzało w plecy. 

Mieli nad sobą żywy błękit nieba, z drzew padał na nich deszcz złocistych liści. 

Wciąż jeszcze fioletowiały połacie kwitnących wrzosów, przetykane 

brązowiejącymi paprociami. W oddali nad ziemią zawisł jastrząb, ale to oni, 

idąc, płoszyli króliki, które na moment zastygały, a potem rzucały się w 

poszukiwaniu schronienia, migając białymi omykami, gdy dawały nura do nory. 

- Niestety, cały czas pod górę - powiedziała Nerissa. 

- Przy takiej pogodzie to sama przyjemność. Widok ciągnie się na wiele 

kilometrów. 

- Z dużej łąki mamy wspaniałą panoramę Wałów Hadriana. 

- Chciałbym kiedyś przejść wały od początku do końca - powiedział Ben, 

pokonując murek w miejscu, gdzie zrobiono przełaz. Nagle znieruchomiał, tuż 

przed nimi zobaczył bowiem uciekającego przez pole lisa. - Czy twój wuj 

poluje? - spytał. 

Nerissa pokręciła głową. 

- Nie. Polował w młodości, potem przestał. W okolicy jest dużo lisów, 

czasem porywają kury, ale wuj stara się przeszkadzać im w dostawaniu się na 

wybiegi. No, a ze stratami od czasu do czasu trzeba się pogodzić. 

R S

background image

 

65 

- Przypuszczam, że i tak traci inwentarz z różnych przyczyn naturalnych. 

- Szczególnie owce - potwierdziła skinieniem głowy. - Łatwo łapią wiele 

chorób. A poza tym są głupie. Włażą na murki i z nich zlatują, łamiąc nogę albo 

kark, albo zżerają coś, czego nie powinny. Lisy są bez znaczenia w porównaniu 

ze szkodami, jakie wyrządzają sobie same owce. Zresztą lis nie napadnie starej 

owcy, czasem tylko znajdzie sobie jagnię. Instynkt podpowiada mu, żeby 

atakować słabe sztuki, i to denerwuje wuja Johna. Ale natura jest okrutna. 

Powinieneś zobaczyć, co lisy potrafią, jeśli dostaną się do kurnika! 

- Słyszałem, że tracą wszelki umiar. 

Przystanęła, ciężko dysząc. Minęły miesiące od ostatniej wyprawy na ten 

stok. Brakowało jej kondycji. 

- Usiądź, bo dostaniesz zawału - mruknął Ben, patrząc na jej czerwoną 

twarz. Opadł na szorstką kępę trawy podobnej do wrzosu, a Nerissa zajęła 

miejsce obok. - Co zaś do zwierząt, to zabijają tylko z głodu, czego nie można 

powiedzieć o ludziach. 

- Przyjrzyj się kotu, jak bawi się myszą, chociaż wcale nie jest głodny - 

zwróciła mu uwagę Nerissa. - Rządzi nim instynkt zabijania, głód nic do tego 

nie ma. 

- Instynkty są niebezpieczne - przyznał, patrząc na nią spod 

przymrużonych powiek. Zignorowała osobistą nutę w tej replice. 

- Lis dusi wszystkie kury w kurniku jak leci i zostawia miejsce zasłane 

trupami - powiedziała posępnie. - Podnieca go zapach krwi. Kiedy zacznie 

zabijać, nie umie przestać. Sokół to co innego. Poluje wyłącznie dla 

zaspokojenia głodu, a poza tym żywi się głównie królikami, myszami i 

szczurami. W zasadzie bardziej pomaga na farmie, niż szkodzi. Im mniej 

szczurów w okolicy, tym lepiej dla farmerów! Dlatego w stodołach trzyma się 

całe masy dzikich kotów. Zobaczysz, jeśli... - Urwała, zaskoczona szczekaniem. 

- Jess - stwierdziła, wstając. 

- Kto? - Ben również wstał i znowu zaczęli się wdrapywać na górę. 

R S

background image

 

66 

- Najstarszy z owczarków. Wuj John zawsze bierze tę sukę z sobą. To 

jego ulubienica. 

- Ile on ma psów? 

- W tej chwili trzy. Jess jest matką pozostałych dwóch. Wuj zatrzymał po 

jednym szczenięciu z każdego miotu. Pozwolił jej się oszczenić tylko dwa razy, 

bo to zwierzę do pracy, a nie do hodowli. Następczynią Jess będzie młoda suka, 

Sally. Pies nazywa się Rocket i jest trochę starszy. Wuj go wziął, bo wyglądał 

najlepiej z całego pierwszego miotu. Dobrze pracują te młode, ale Jess i tak 

pozostała ulubienicą. 

Za suką ukazał się John Thornton i spojrzał ku nim z góry. Nerissa 

przyzywająco machnęła ręką. Puścił się biegiem w dół, a suka sadziła przed nim 

susami, szczekając i szczerząc zęby na dziwnego człowieka u boku Nerissy. 

- Leżeć, Jess! - krzyknął John Thornton. Owczarek przypadł do nóg 

Nerissy i ułożył się tam z wywalonym jęzorem, wymachując ogonem. - Co się 

stało? - spytał wuj. Zbladł, na jego twarzy było widać napięcie. 

- Obudził się i rozmawia! - pośpiesznie uspokoiła go Nerissa. 

- Dzięki Bogu. - John Thornton wydał przeciągłe westchnienie. - Czy 

powiedzieli ci, że będzie z nim wszystko w porządku? No, czy on wygląda... czy 

uszkodzenia są poważne... czy już potrafią powiedzieć? 

- Jeszcze za wcześnie, ale siostra Courtney mówi, że rozmawiał z nią 

całkiem sensownie, a ona ma doświadczenie. Myślę, że zauważyłaby, gdyby coś 

było nie bardzo tak. 

John Thornton ponownie westchnął. 

- Powiedziałaś Grace? - spytał. - Zostawiłem ją śpiącą w łóżku. 

Pomyślałem, że dobrze będzie, jak odpocznie. Czy... 

- Ciocia wie i już pojechała do szpitala. Prosiła, żebyśmy cię znaleźli i 

przekazali wiadomość. 

- Musi być w siódmym niebie - powiedział John Thornton z krzywym 

uśmiechem. - No, ja się najpierw umyję i zmienię robocze ubranie. Nie mogę 

R S

background image

 

67 

jechać tak jak stoję. Zabierzecie się ze mną, czy dojedziecie samochodem Bena? 

- Strzelił palcami na sukę i Jess natychmiast się zerwała, z uwielbieniem 

wbijając w niego wzrok. 

Nerissa otworzyła usta, by oznajmić, że się przyłączy, ale Ben ją 

uprzedził: 

- Jeszcze poczekamy. Niech pan jedzie pierwszy.  

Spojrzała na niego tak, jakby chciała go zabić. Mieszanie się do jej życia 

wchodziło mu w nawyk. Miała tego szczerze dość. 

- Na pewno? - zawahał się John Thornton, z niewyraźną miną błądząc 

wzrokiem między jednym a drugim. 

- Na pewno. Pan i pana żona chcecie mieć go teraz dla siebie, to zupełnie 

naturalne. My to rozumiemy, prawda, Nerisso? - powiedział spokojnie. - Zdaje 

mi się też, że lekarze nie będą zadowoleni z nadmiaru gości. Muszą jak 

najszybciej przeprowadzić wiele badań, żeby się upewnić, czy wszystko jest w 

porządku. Niech pan jedzie, my wpadniemy po południu. 

Zamknął ramię Nerissy w stalowym uścisku. Milcząco komunikował jej, 

że sprzeciw jest niemożliwy. Nadal czuła, że go za to nie znosi, choć zachował 

się przecież rozsądnie. 

- Tak, tak, przyjedziemy później - potwierdziła, zwracając się do wuja. - 

Przekaż mu uściski ode mnie i powiedz, że się cieszę. 

Twarz Johna Thorntona wyrażała wahanie, rysowały się na niej radość i 

smutek, współczucie i wyrzuty sumienia. 

- Moja złota... - zaczął. Musiała mu przerwać, bo obok stał Ben. 

- Lepiej się pośpiesz. Ciocia Grace będzie się zastanawiać, gdzie 

przepadłeś. 

- A więc do popołudnia. - John Thornton pocałował ją w policzek i 

odszedł w dół stoku po kępiastej trawie, mając przed sobą dwa psy, czarnego i 

białego. 

R S

background image

 

68 

Kiedy znalazł się poza zasięgiem głosu, Nerissa zwróciła się do Bena. 

Wzrok jej pałał. 

- Nie waż się więcej tego robić! 

- Czego? - spytał obojętnie, choć przyglądał się jej, jakby był sokołem, 

wypatrującym myszy w trawie. 

- Wiesz, o czym mówię. Przestań wreszcie mieszać się do mojego życia! 

- Miałaś zamiar pędzić do szpitala. Musiałem cię pohamować. Wyraźnie 

nie przyszło ci do głowy, że możesz tam zawadzać, że Thorntonowie mogą 

chcieć nacieszyć się synem bez asysty. 

- Chyba zapominasz, że przez większą część życia byłam członkiem ich 

rodziny - wygarnęła mu z rumieńcem gniewu na twarzy. - Nie jestem jakimś 

tam obcym człowiekiem, który pakuje się z butami w ich osobiste sprawy. 

Dorastałam razem z Philipem i wiem, że oni chcą, żebym tam była. Sami po 

mnie zatelefonowali. Może więc dasz mi spokój i nie będziesz się wtrącał. 

Wracaj do Londynu, nie potrzebuję cię tutaj. 

- Nie mam co do tego wątpliwości. Teraz, kiedy twój ukochany Philip jest 

znowu w świecie żywych, chcesz spędzać z nim tyle czasu, ile to możliwe. 

Sarkastyczny ton sprawił, że omal go nie uderzyła. Ben spojrzał na jej 

dłonie, wymownie zaciśnięte w pięści, i uniósł brwi. 

- Zabrakło ci słów, Nerisso? Nie przeczysz, jak widzę. - Następny kpiący 

uśmiech doprowadził ją do wrzenia. 

- Po co mam się wysilać? - odpaliła. - Wyraźnie wiesz o mnie więcej niż 

ja sama, więc czy warto tracić czas na sprzeciwy? 

Wyszczerzył zęby, rozbawiony mimo złości. 

- Wobec tego nie będziesz mi się sprzeciwiać, kiedy powiem, że zostaję 

do końca weekendu, a w niedzielę wieczorem wrócisz ze mną do Londynu. 

Gwałtownie zaczerpnęła powietrza i pokręciła głową. 

- Nic z tego! 

R S

background image

 

69 

- Wrócisz ze mną do Londynu! - Już się nie uśmiechał. Rysy mu 

stwardniały, jakby mówił do obcej kobiety, której nie cierpi... Może zresztą 

rzeczywiście tak było? 

Chociaż wydawało mu się, że doskonale ją zna, Nerissa była pewna, że 

nie zna jej prawie wcale. A to, co w niej znał, nie podobało mu się. Widziała u 

niego przedtem ten sam wyraz twarzy w sądzie, kiedy brał świadka przeciwnej 

strony w krzyżowy ogień pytań. Powinna była pamiętać, że dla wygrania 

sprawy Ben gotów jest posłużyć się każdą bronią. W jego karierze i w życiu 

liczyły się tylko zwycięstwa. 

O żonie Ben myślał jak o jednej z rzeczy, które posiada. Sam to przyznał. 

Powiedział przecież, że jeszcze nie zmęczył się jej ciałem, więc nie pozwoli jej 

odejść. Poczuła dreszcz biegnący po plecach. Strasznie ją zirytował. 

Potrzebowała samotności, postanowiła więc wybrać się na długi spacer po 

wrzosowiskach i wszystko przemyśleć. Bez słowa zaczęła się oddalać. 

- Dokąd to? - spytał natarczywie Ben, chwytając ją za ramię. 

- Muszę porozmyślać w samotności. - Spiorunowała go wzrokiem. - Idę 

na spacer. 

- Sama nie pójdziesz. - Spojrzał w dal na dzikie, wyludnione wzgórza i 

zmarszczył brwi. - Oszalałaś? W promieniu wielu kilometrów nie ma tam żywej 

duszy. Gdyby coś ci się stało, minęłyby godziny, nim ktoś by cię znalazł. 

- Znam te wzgórza jak własną kieszeń. Philip i ja spędzaliśmy tam całe 

dnie. - Zapatrzyła się w horyzont, porwana wspomnieniem. - Urządzaliśmy 

sobie pikniki, włóczyliśmy się, latem zrywaliśmy jagody, niemiłosiernie drapiąc 

przy tym ręce i nogi, a potem leżeliśmy w wysokiej trawie i zajadaliśmy czarne 

kulki, słuchaliśmy pszczół brzęczących w koniczynie albo obserwowaliśmy, jak 

skaczą pasikoniki. Wiesz, jeśli złapiesz któregoś w zaokrąglone dłonie, to 

zabawnie łaskocze, gdy próbuje się wydostać. Więc w końcu otwierasz dłonie i 

wtedy skacze daleko, daleko w trawę... 

R S

background image

 

70 

Uniesiona czarem zupełnie zapomniała, do kogo mówi, aż nagle 

gwałtownie przywołano ją do rzeczywistości. 

- Na miłość boską, to jest skończone! Nie możesz do tego wrócić. 

Przestań żyć przeszłością! 

- Może wolę przeszłość od teraźniejszości! - odpaliła. Głos miała pełen 

żalu i cierpienia. 

- Słowo daję, że czasem mam wielką ochotę cię uderzyć - burknął przez 

zaciśnięte zęby i jakby dla potwierdzenia tych słów potrząsnął ją za ramiona. 

- Przestań! Co ty wyrabiasz? Puść mnie, do diabła! - Nerissa usiłowała się 

wyrwać, zamiast tego znalazła się w uścisku, który uświadamiał jej podniecenie 

Bena. Wyraźnie czuła jego twardość. Zadrżała. - Nie! 

Protest podziałał jak oliwa dolana do ognia. Ben wybuchnął, jego szare 

oczy strzelały błyskawicami, usta ściągnęły się w wąską linię. 

- Jestem zmęczony życiem, w którym między ciebie a mnie wchodzi bez 

przerwy wspomnienie innego mężczyzny! Co mam zrobić, żeby ci go wybić z 

głowy, Nerisso? Nie możesz go mieć. Kiedy wreszcie spojrzysz prawdzie w 

oczy? 

Chwycił ją za włosy i bezlitośnie wpił się w jej usta. W pocałunku tym nie 

było nic czułego ani namiętnego, cały jego żar pochodził ze złości. Broń okazała 

się obosieczna. Nerissa również zapałała gniewem, rozwścieczona tym, że Ben 

całuje ją z taką karzącą gwałtownością. Odrzuciła go przed chwilą, czym 

poważnie zraniła jego dumę. Tylko dlatego wpadł w furię. Ale głupia duma już 

raz zrujnowała jej życie. Nie mogła dopuścić, by to się powtórzyło. 

Uderzyła go na oślep. Ben instynktownie uchylił się i stracił równowagę, 

ale będąc już w locie, zdążył pociągnąć ją za sobą. Ich splecione ciała ciężko 

grzmotnęły o ziemię. Nerissę zatkało i zamroczyło. Kiedy w kilka sekund 

później odzyskała zdolność myślenia, leżała na plecach, patrząc w niebo. Zaraz 

potem widok przesłonił jej Ben, który znalazł się na niej. Jego oczy pałały 

pożądaniem. 

R S

background image

 

71 

Potrząsnęła głową i szarpnęła go za ramiona, usiłując zepchnąć. Gdy to 

nie poskutkowało, poderwała ciało i wyprężyła je w łuk. W odpowiedzi 

pocałował ją jeszcze brutalniej. Gęsta trawa i wrzos zostawiały jej bolesne 

zadrapania na karku, choć prawdę mówiąc nie zdawała sobie z tego sprawy. 

Ben rozpoczął zaborczą wędrówkę dłońmi. Zadrżała, gdy zaczął pieścić 

przez żółty sweter jej nabrzmiewające piersi. Jednocześnie kolanem próbował 

rozchylić jej nogi. Nie zamierzał poprzestać na pocałunku. Nerissa z 

przerażeniem stwierdziła, że chce wymusić na niej pełne zbliżenie, tu i teraz, nie 

pytając jej o zdanie. 

- Nie tutaj - szepnęła, próbując wykręcić ciało tak, by je uwolnić. - Na 

miłość boską; Ben, nie tutaj... 

Spojrzał na nią z góry. 

- Właśnie tutaj - odparł szorstko. - Kiedy następnym razem przyjdzie ci 

ochota wspominać ten stok, będziesz dobrze pamiętać, że ostatnio byłaś tu ze 

mną, a nie z nim. 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Nerissa patrzyła na Bena z wyrazem beznadziejnego przerażenia w 

oczach. Odbierał jej i niszczył wszystkie wspomnienia, jedno po drugim. Zaczął 

ubiegłej nocy, gdy kochał się z nią z niemal barbarzyńską natarczywością w 

domu Thorntonów, pod tym samym dachem, pod którym dorastała wraz z 

Philipem i przeżyła pierwszą miłość. A teraz równie brutalnie chciał kochać się 

z nią na wzgórzu, tu, gdzie kiedyś wraz z Philipem chodziła na spacery, biegała, 

leżała w słońcu, śmiała się i rozmawiała. 

- Czemu to robisz? - wykrzyknęła i zobaczyła w oczach Bena ognik, który 

mógł oznaczać wzmożoną czujność albo niepewność. Może Ben sam nie 

R S

background image

 

72 

całkiem wiedział, dlaczego tak bezwzględnie postanowił strzaskać jej 

wspomnienia. A jednak odpowiedział, jego głos brzmiał szorstko: 

- Zgadzając się na małżeństwo, powiedziałaś, że o nim zapomnisz, że 

chcesz o nim zapomnieć... 

- Nieprawda! Jak mogłabym kiedykolwiek zapomnieć o Philipie? To 

byłoby tak, jakbym zapomniała o samej sobie. Powiedziałam ci, że przeszłość 

się zamknęła, i to fakt. Ale Philip jest mną, w każdym razie dużą częścią mnie, 

tak samo jak ja jestem i zawsze będę częścią niego. 

- Jak brat i siostra - wycedził Ben przez zaciśnięte zęby. - Dorastaliście 

obok siebie. Cholera, właśnie jak brat i siostra. Nie powinno było wam się roić, 

że zostaniecie kochankami. 

I Bóg świadkiem, że nimi nie będziecie. 

- Wiem! - krzyknęła wściekła. - Oboje to wiemy! Ale jak niby mam o nim 

zapomnieć?! Zrobić sobie jakiś zabieg, żeby pozbyć się pamięci? Odciąć się od 

całego swojego życia? Nigdy więcej tutaj nie wracać? Przecież oni są moją 

rodziną, tu jest mój dawny dom... za wiele bym straciła. A poza tym nawet jeśli 

postanowiłam wyjechać daleko stąd, to po tym strasznym wypadku Philipa 

wszystko się zmieniło. Musiałam wrócić. Oni mnie potrzebowali, wierzyli, że 

zdołam nawiązać z nim kontakt. Po co innego mieliby telefonować? Myśleli, że 

może Philip wróci na ten świat dla mnie! - Głos jej się załamał. Przełknęła ślinę 

i dopiero teraz usłyszała nienaturalnie głośny oddech Bena. 

- Czegoś jeszcze nie rozumiem. Jak oni mogli zwrócić się do ciebie z taką 

prośbą? Po tym, co ci zrobili!? Chyba powinni mieć więcej poczucia 

przyzwoitości. No, ciotce mogę wybaczyć, w porządku. Mam dla niej wiele 

szacunku, a on jest jej jedynym synem. Ale jego ojcu... 

- Nie mów o nim. Nie wolno ci używać takiego tonu za każdym razem, 

kiedy go wspominasz. Jedna jedyna ciocia Grace ma prawo nim pogardzać. 

- A ty? Boże, Nerisso, na twoim miejscu nie miałbym dla tego człowieka 

nic oprócz pogardy! 

R S

background image

 

73 

Nie musiał jej tego mówić. Widziała to w jego chłodnych oczach, w 

grymasie niesmaku, malującym się na jego twarzy. Wiedziała, że również John 

Thornton widział ten wyraz twarzy. Ben potrafił przekazywać myśli i uczucia, 

nie odzywając się ani słowem. Na sali sądowej była to nieoceniona umiejętność. 

Mógł niszczyć w milczeniu, jednym zmarszczeniem brwi zamieniać świadka w 

drżącą galaretę. 

- Ale nie jesteś mną - mruknęła. 

Przypomniała sobie, jak czuła się na samym początku, zaraz po 

dokonaniu wstrząsającego i przerażającego odkrycia, że John Thornton nie jest 

świętą, doskonałą istotą ludzką, za jaką zawsze go uważała. Musiało minąć 

trochę czasu, nim przywykła do myśli, że jest zwykłym śmiertelnikiem, zdol-

nym do uczynków, które nadal przerastały jej wyobrażenie. 

Nie rozumiała, dlaczego postąpił tak, jak postąpił, i przez kilka miesięcy 

nienawidziła go, ale miłość okazała się silniejsza. Z wolna pojęła, że chociaż 

wiele się zmieniło, pewne rzeczy zawsze pozostaną niezmienne. Kochała wuja 

Johna i ciocię Grace, byli dla niej jedynymi rodzicami, jakich pamiętała, i 

darzyli ją niezawodną miłością przez całe dzieciństwo. 

- Za wiele żądasz od ludzi - mruknęła i po chwili milczenia dodała: - 

Jesteś zbyt niewyrozumiały. 

Ben nigdy nie wybaczył swej pierwszej żonie. Aileen często budziła 

zaciekawienie Nerissy. Po rozwodzie wzięła ślub z kochankiem i oboje 

wyjechali do Japonii, gdzie jej nowy mąż piastował wysokie stanowisko w 

firmie naftowej. Mieli dwoje dzieci. Również reakcja Bena na tę nowinę bardzo 

interesowała Nerissę. 

Chociaż Ben nie chował żadnego wizerunku pierwszej żony, Nerissa 

wiedziała, że Aileen ma jasną skórę, kocią twarz i skośne, zielone oczy, bo 

widziała kiedyś ich wspólną fotografię. Było to w rodzinnym domu Bena. 

Mieszkał tam teraz jego słabowity już, siedemdziesięcioletni ojciec, z dorosłą 

córką, Jenny, jej mężem, Jackiem oraz trojgiem ich dzieci. Jenny i jej rodzina 

R S

background image

 

74 

mieli w przyszłości odziedziczyć dom, Ben zrzekł się bowiem wszelkich 

pretensji do tej nieruchomości. Szwagier jako nauczyciel osiągał 

nieporównywalnie niższe dochody, Ben uważał więc, że umowa jest uczciwa, 

tym bardziej że siostra zapewniała ojcu opiekę, a przed śmiercią matki 

pielęgnowała ją z wielkim poświęceniem. 

Nerissa miała nadzieję zaprzyjaźnić się z Jenny, ale już po pierwszym 

spotkaniu uświadomiła sobie, że nie ma szans. Siostra Bena chodziła do szkoły 

razem z Aileen i od tego czasu obie utrzymywały bliskie stosunki, ostatnio 

nawet pisywały do siebie z jednego końca świata na drugi. Wprawdzie trudno 

było winić Nerissę za rozpad pierwszego małżeństwa Bena, który dokonał się 

sześć lat przed ich poznaniem, ale mimo to Jenny zachowała się przy pierwszym 

spotkaniu zdecydowanie nieprzyjaźnie. Natomiast ojciec Bena zdawał się nie 

bardzo wiedzieć, kim jest Nerissa. Ciągle nazywał ją Aileen i dopytywał się, 

dlaczego ufarbowała włosy na czarno, bo wolał jasne. Zawodziła go pamięć, a 

do tego tęsknił za żoną, stracił więc wszelkie zainteresowanie życiem. 

- Nie zaszkodziłoby ci trochę więcej hartu - odezwał się Ben. - Zamknij 

oczy i zapomnij, Nerisso. Ciągłe spoglądanie w przeszłość nie przynosi nikomu 

nic dobrego. 

- Miłości nie da się wyciąć - powiedziała smutno. 

- Co, znowu Philip? Niedobrze mi się robi, kiedy o nim słyszę. Nie 

wymieniaj przy mnie jego imienia. Przestań o nim mówić i myśleć. - Ująwszy 

jej twarz w dłonie, skrzyżował z nią spojrzenia. Oczy podejrzanie mu się 

iskrzyły i Nerissa poczuła, że serce zaczyna jej gwałtownie przyśpieszać. - Wy-

biję ci go z głowy, nawet gdybym nie miał zrobić nic więcej w życiu - wyszeptał 

i znowu zaczął ją całować, tym razem bez pośpiechu, głęboko, nasycając 

pocałunek żarem zmysłowości. 

Kiedy dotykał ją w ten sposób, ciało niezmiennie ją zdradzało. Teraz też 

natychmiast wyzwoliło się spod władzy umysłu. Nerissę ogarnęło lekkie 

drżenie, kołyszącym ruchem zaczęła lgnąć do Bena, niczym igła kompasu do 

R S

background image

 

75 

kropki oznaczającej północ magnetyczną. Była całkiem bezradna wobec reakcji 

swego ciała. 

Spuściła powieki, odgradzając się od blasku słońca, i zanurzywszy się w 

ciemności, wyprężyła ciało pełne gorączkowego pragnienia. Uczuciowy zamęt 

ostatnich dni sprawił, że odezwała się w niej potrzeba uwolnienia całej 

stłumionej energii. Ben osiągnął swój cel. Zapomniała o wszystkim, oprócz 

tego, co jej robił. Do czasu. 

Ben pierwszy zorientował się, że nie są sami. Nagle zdrętwiał, przerwał 

długi, namiętny pocałunek i uniósł głowę, wydając gniewny pomruk: 

- Co, u diabła...? 

Nerissa właśnie otwierała oczy, gdy poczuła lizanie po twarzy. Ciepły, 

wilgotny język. Zaraz potem usłyszała świszczący odgłos obwąchiwania. W 

falach jej czarnych włosów znalazł się nos. Raptownie uniosła powieki. 

Zobaczyła ciemnorudy łeb, wielkie poczciwe brązowe oczy, mnóstwo radośnie 

wyszczerzonych zębów i dyszący pysk. Wybuchnęła niepohamowanym 

śmiechem. 

- Mój Boże, a ja się zastanawiałam, co to! Skąd się tu wziąłeś, ty głupi 

psie? 

Ben zdążył tymczasem przetoczyć się na bok i usiąść. Spoglądał na 

zwierzę z niechęcią. 

- Czy to jeden z psów mieszkających na farmie? 

- Nie, ten jest z pubu we wsi - Nerissa chwyciła psa za długą jedwabistą 

sierść, zauważyła smycz ciągnącą się od obroży i wzięła ją do ręki. - Musiał 

uciec podczas spaceru. Pewnie gdzieś w okolicy jest Job Nicholson. To 

właściciel pubu, taki wielki mężczyzna z siwymi włosami. Małomówny, bo ma 

żonę Sylwię, która nadrabia za niego z nawiązką. Pies należy do niego. Job 

niemiłosiernie rozpaskudza tę nierozumną bestię. 

R S

background image

 

76 

- Diabli wiedzą czemu - mruknął Ben, przyglądając się z przeciągłym 

westchnieniem, jak pies układa się u stóp Nerissy. - Czy to bydlę często 

przybiega w odwiedziny na farmę? 

- Niestety zawsze, gdy tylko się urwie. Normalnie chodzi na smyczy. 

Wiejski policjant ostrzegł Joba, że może mieć kłopoty, jeśli nie będzie dobrze 

pilnował psa. Ten głupek poluje na owce. Nie to, żeby zagryzał, ale biega 

dookoła i szczeka, aż dostają pomieszania zmysłów ze strachu. Parę lat temu 

jagnię, uciekając przed nim w panice, złamało nogę i wuj John zapowiedział, że 

zastrzeli psa, jeśli jeszcze kiedyś zobaczy go przy swoim stadzie. Job Nicholson 

bardzo by się zdenerwował, gdyby wiedział, dokąd pognał jego pupil. Lepiej 

sprowadźmy psa na dół i zatelefonujmy do pubu. 

- Gdybym miał pod ręką strzelbę, sam bym go zastrzelił - burknął Ben, 

zezując spode łba na rozradowane zwierzę. 

- Nie lubisz psów? - spytała, obrzucając go filuternym spojrzeniem. 

- Nie prowokuj, Nerisso - odparł, z trudem tłumiąc wybuch. - Wiesz, za 

co zabiłbym tego bydlaka. Nadbiegł w bardzo nieodpowiedniej chwili. 

Może dla Bena, ale nie dla niej. Gdyby nie pies, już gorzko żałowałaby 

tego, że pozwoliła Benowi na seks. Wszystkie wspomnienia o niej i Philipie, 

związane z tymi wzgórzami, zatarłoby coś całkiem odmiennego. 

Ben miał talent psychologa. Żałowała, że jej na tym zbywa. Chciałaby 

trochę lepiej rozumieć swego męża. Czasem zupełnie zbijał ją z tropu, w ogóle 

nie pojmowała motywów jego zachowania. Pycha nie wydawała jej się 

wystarczającym powodem gniewu, który nieustannie okazywał. Skrzywiła się, 

drapiąc psa za uszami. Nadmiar dumy skłania czasem ludzi do postępowania w 

bardzo dziwny sposób. Nikt nie wiedział tego lepiej niż ona. Całe jej życie 

zrujnowała głupia, przesadna duma innych ludzi. 

- Czy sądzisz, że dziś rano też polował na owce? Może powinniśmy 

podejść wyżej i sprawdzić, jak się ma stado? - odezwał się znów Ben. 

Pokręciła głową. 

R S

background image

 

77 

- Możesz mi wierzyć, że słyszelibyśmy, co się święci. Nie tylko 

szczekanie. Przestraszone owce podnoszą niezły rejwach. - Wstała, nadal 

trzymając rudego setera. - Zobaczysz teraz, co to znaczy być ciekawskim - 

powiedziała pobłażliwie do psa, który spojrzał na nią radośnie, bardzo 

zadowolony z siebie. - Ale i tak jesteś miły, prawda? - dodała, mierzwiąc mu 

sierść. - Chodź, psie. - Zrobiła minę do Bena. - Nie pamiętam, jak Job go 

nazywa. 

- Mam parę pomysłów - stwierdził oschle Ben. Roześmiała się i ruszyła w 

dół stoku, a Ben powlókł się za nią. 

Drogę w dół pokonali dwa razy szybciej niż w górę. Nerissa musiała raz 

po raz szarpać smyczą, żeby powstrzymać setera przed wyrwaniem jej ramienia. 

Podniecony pies ustalił ostre tempo, ciągnąc naprzód z jęzorem wywalonym na 

całą długość. Zanim dotarli do zabudowań, Nerissa nie mogła złapać tchu, a do 

tego porządnie bolało ją ramię. 

- Może odprowadzimy tego psa do pubu i przy okazji coś zjemy - 

zaproponował Ben, gdy Nerissa podeszła do aparatu, żeby zadzwonić do Joba 

Nicholsona. - Zdaje się, że można tam dostać jakiś lunch. 

- Bardzo smakowity - potwierdziła Nerissa, wybierając numer. - To 

świetny pomysł. Ojej, już wpół do dwunastej! O której wyjeżdżamy? Chcę być 

w szpitalu wczesnym popołudniem. 

- Jestem głodny po tej gimnastyce - powiedział Ben i dodał kpiąco: - I po 

tych emocjach. 

Puściła aluzję mimo uszu. 

- Powiem Jobowi, żeby spodziewał się nas za pół godziny, zgoda? 

Job okazał wylewną wdzięczność. 

- Dziękuję, że dałaś mi znać, najmilsza. Bałem się, że wuj go dopadnie 

przy owcach i postrzeli! Nawet telefonowałem, żeby się dowiedzieć, czy pies 

nie grasuje gdzieś w okolicy waszej farmy, ale nikt nie odebrał. 

R S

background image

 

78 

- Wujostwo są w szpitalu, a ja byłam na dworze - wyjaśniła Nerissa. - 

Dzięki temu spotkałam twojego psa. Pędził po stoku, ale chyba jeszcze nie 

zdążył dobrać się do owiec, więc nic się nie stało. Jak ci uciekł? 

- Szliśmy przez wieś i spotkałem Sama Nidda. Stanąłem, żeby z nim 

porozmawiać, a to przeklęte zwierzę wystrzeliło nagle jak rakieta. Nie mogłem 

go złapać. Objechałem okolicę, ale przepadł jak kamień w wodę. Zaraz go 

odbiorę, najmilsza. 

- Nie ma potrzeby, Job. Wybieramy się na dół coś zjeść, więc weźmiemy 

go z sobą. 

- No, to stawiam wam lunch! Mam wobec was dług wdzięczności za tę 

przysługę. 

- Nie musisz... - zaczęła, ale Job jej przerwał: 

- Nalegam! I dziękuję ci, najmilsza. Wierz mi, że gdyby coś się stało temu 

psu, to miałbym do siebie pretensję przez długi czas. 

Uśmiechnęła się. 

- Wiem, Job. Na razie. 

Poszła do kuchni, gdzie zastała Bena nalewającego seterowi wody do 

miski. Pies zaczął chciwie chłeptać. Usłyszawszy Nerissę, Ben odwrócił się i 

potulnie powiedział: 

- Wyglądał na takiego, któremu chce się pić. Prawdę mówiąc, ja też 

wziąłbym sobie drinka. 

- Częstuj się - powiedziała. - Ja tymczasem coś włożę na siebie. To nie 

potrwa długo. 

Popatrzył na nią w zamyśleniu. 

- Chcesz się zrobić na bóstwo dla Philipa?  

Zignorowała złośliwość, obróciła się na pięcie i wyszła z kuchni. Na 

górze zdjęła spodnie i wciągnęła długą czarną spódnicę, a potem zamieniła żółty 

sweter na luźną białą bluzkę z marszczonym żabocikiem i przykryła ją 

kamizelką w biało-czarne paski, której odświętny wygląd stanowił pro-

R S

background image

 

79 

wokacyjny kontrast dla bardzo kobieco wyglądającej bluzki. Wyszczotkowała 

włosy i zrobiła sobie makijaż. Obficie uszminkowała usta jaskrawą czerwienią, 

nałożyła niebieski cień na powieki, uczerniła rzęsy i przysypała policzki jasnym 

pudrem. W lustrze stwierdziła, że efekt jest wystrzałowy. Kiedy zeszła na dół, 

spojrzenie Bena dobitnie to potwierdziło. 

- No, właśnie! - syknął zjadliwie. 

- Właśnie co? - zainteresowała się Nerissa, unosząc zabójczo uczernioną 

brew. 

Ben odstawił szklaneczkę z drinkiem, lód zadźwięczał o szkło. Nerissa 

miała nadzieję, że nie wypił więcej niż jednego, miał przecież usiąść za 

kierownicą. Może powinna zaproponować, że to ona poprowadzi? Wahała się 

jednak. Niepokoił ją gniewny ognik w oczach Bena. Poza tym picie alkoholu 

było u niego czymś niezwykłym. 

- Zdajesz sobie sprawę z tego, że igrasz z ogniem, prawda? - burknął pod 

nosem, nieśpiesznie mierząc ją wzrokiem od stóp do głów. - Jeśli pójdziesz do 

niego tak jak teraz, to temperatura podskoczy mu do końca skali. Czemu nie 

dasz biedakowi spokoju? 

Głośno odetchnęła, urażona?  

- Co masz na myśli? Nie przyjeżdżałam tutaj od miesięcy, a ostatnim 

razem byłeś ze mną. 

- Ale spokoju mu nie dajesz - powiedział Ben zajadle. - Wciąż masz go na 

smyczy i wiesz o tym. Dlaczego jego rodzice zadzwonili po ciebie, kiedy trafił 

w ciężkim stanie do szpitala? Sama zresztą przyznałaś: spodziewali się, że zare-

aguje na twój głos, chociaż na ich nie reagował! Wiedzieli, że ani on ciebie nie 

zapomniał, ani ty jego. 

- Jak moglibyśmy? Jak mogłoby którekolwiek z nas? - wyszeptała z 

kredowobiałą twarzą. 

R S

background image

 

80 

Jej oczy wyglądały teraz jak smutne niebieskie kwiaty. Los ich zwiódł, 

nie pozwolił im spełnić miłości, ale nie mógł jej zabić, zbyt mocne miała 

korzenie. 

Ben złapał ją za smukłe ramiona i gniewnie potrząsnął. 

- Musisz, Nerisso! Przestań żyć w raju głupców. Nie możesz go mieć, a 

ciągnięcie tej historii zabija cię, zabija was oboje. Czy nie przyszło ci do głowy, 

żeby zastanowić się nad jego wypadkiem? Wczoraj rozmawiałem o tym z jego 

ojcem. Zdaniem policji sprawa jest zagadkowa. Samochód był w porządku, a 

kierowca trzeźwy. Musiał jechać jak szalony, bo ledwie uniknął zderzenia z 

drugim samochodem i wtedy rąbnął w skalną ścianę. Policja wypytywała 

rodziców, dlaczego prowadził po wariacku. Czy z kimś się pokłócił? Czy coś go 

trapiło? Oczywiście rodzice na wszystkie pytania odpowiedzieli „nie". 

- To zrozumiałe - powiedziała tępo. 

- Znowu ich rodzinna pycha - podsunął. 

- Ich duma - poprawiła z westchnieniem. - Nienawidzą myśli, że ktoś 

mógłby o nich plotkować, że wiedziałby... Woleliby iść na tortury, niż 

komukolwiek powiedzieć. 

- I dlatego wysłali cię do Londynu, a syna doprowadzili do próby 

samobójstwa! 

Było to jak cios w żołądek. Nerissa boleśnie syknęła i wytrzeszczyła oczy 

na Bena. 

- Nie możesz tak mówić! Nie ma dowodu... 

- Bardzo się o to starał. Nie chciał, żeby krążyły plotki o jego śmierci. 

Przecież należało chronić drogocenną rodzinną dumę, prawda? 

Przygryzła wargę tak mocno, że pojawiła się na niej krew, prawie 

niewidoczna na lśniącej warstwie szminki. Ben jednak ją dostrzegł. Puścił 

ramiona Nerissy, pochylił głowę i koniuszkiem języka delikatnie zebrał kropelki 

krwi ze skaleczonej wargi. 

R S

background image

 

81 

To muśnięcie przyprawiło Nerissę o dreszcz. Nie mogła uwierzyć, że Ben 

zrobił coś takiego. Ten perwersyjny, drobny gest wywarł na nią dziwny wpływ. 

Puls jej przyśpieszył, poczuła jednocześnie chłód i gorąco. Nie pierwszy raz 

zastanowiło ją mroczne wnętrze Bena. Naturalnie miał porywczą naturę, 

rządziła nim wewnętrzna siła, która kazała mu reagować tak, by swym 

zachowaniem budzić pragnienie. 

Właśnie dlatego był doskonałym prawnikiem. W sądzie umiał mamić, 

bezlitośnie obnażać ludzi, zarazem był jednak metodyczny i dokładny, 

przewalał nieprawdopodobną liczbę papierów, niezbędnych do pracy. Czytał 

protokoły, szukał precedensów, robił tysiące notatek swym drobnym, wyraźnym 

pismem. Nie zaprzestawał poszukiwań, póki nie znalazł tego, czego szukał. 

Był typem obsesyjnym. Czy nie dlatego reagował tak gwałtownie na 

Philipa? W ten sposób wyładowywał wściekłość, która gnieździła się w nim bez 

przerwy, odkąd znalazł swą pierwszą żonę w łóżku z przyjacielem. Tym razem 

jego ofiarą była Nerissa. 

Przypomniała sobie, jakimi słowami opowiedział jej pierwszy raz o 

epilogu swego małżeństwa: 

- To klasyczny żart rodem z music-hallu, nie sądzisz? Tam zawsze jest 

trójkąt, w którym występuje najlepszy przyjaciel, powiernik. Często 

zastanawiam się, kto wykonał pierwszy ruch, Aileen czy on? Zazwyczaj 

inicjatywa należy do mężczyzny. 

Pycha nie pozwalała mu pogodzić się z myślą, że to jego żona mogła 

nawiązać romans. Takie wrażenie odniosła wówczas Nerissa. Ale zupełnie nie 

zdziwiłaby się, gdyby ktoś jej powiedział, że to Aileen zaczęła sprawę. Nawet 

na ślubnej fotografii było coś podejrzanego w twarzy tej kobiety, zachłanność w 

oczach, kąciki ust jak u rozpasanego kota. Aileen wyglądała na kobietę, która 

znudzi się codziennością małżeństwa i rozejrzy za kimś, kto dostarczyłby jej 

nowej rozrywki. 

Mimo wszystko Nerissa starała się zachować lojalnie. 

R S

background image

 

82 

- Może nie byli w stanie się pohamować - podsunęła dyskretnie i 

zobaczyła, jak rysy Bena tężeją. 

- Ludzie zawsze mają wybór - burknął. - Nie przemawia do mnie teza, że 

nie mogli się pohamować. Znali różnicę między tym, co dobre a złe. 

- Nie zawsze wyraźnie ją widać! - zaprotestowała. 

- Oni widzieli - stwierdził Ben. - Ona była moją żoną, a on podobno 

przyjacielem. 

- Ale... jeśli się w sobie zakochali...  

Spojrzał na nią lodowato. 

- Nie znajduj dla nich usprawiedliwień! Nawet ich nie znałaś. - Oczy miał 

wtedy bezwzględne, zimne, przenikliwe. 

Identyczny wyraz miały teraz, gdy mówił o jej rodzinie: 

- Philip jest ich synem. Pychę odziedziczył albo po prostu nauczono go 

przedkładać ją nad wszystko inne. Kiedy więc któregoś dnia stwierdził, że nie 

może już znieść życia, wyszedł z domu i próbował się zabić w sposób, który nie 

wywołałby skandalu ani nie sprawił kłopotów rodzicom. 

- To był wypadek! 

Pogardliwie wzruszył ramionami, jakby chciał zbyć ten sprzeciw. 

- Nie wierzę w wypadki ludzi, będących w sytuacji, której nie mogą 

znieść. Nie twierdzę, że on to przemyślał i na zimno próbował wykonać. Po 

prostu piekielnie trudno było mu z tym żyć i miał dość. Wyszedł z domu i ruszył 

przed siebie jak szaleniec. Pędził, póki się nie rozwalił. Jeśli chcesz to nazwać 

wypadkiem, proszę bardzo, niech będzie, że miał wypadek. Ja wolę nazwę 

bardziej zgodną z prawdą: samobójstwo. 

Złapała go za ramię, spoglądając na niego błagalnie. 

- Nie mów nic podobnego jego rodzicom. Proszę cię, Ben, nawet tego nie 

sugeruj. To by ich zabiło. 

R S

background image

 

83 

- Och, nie martw się, nie zrobię tego - mruknął, spoglądając złym 

wzrokiem na jej palce ściskające mu rękaw. Sprawdził godzinę na zegarku. - 

Chyba powinniśmy jechać. 

Machinalnie spojrzała na zegarek. Wciąż ogarniał ją lęk, że Ben zacznie 

rozmawiać w ten sposób z rodzicami Philipa. Gdyby choć na sekundę przyszło 

im do głowy, że Philip mógł pragnąć śmierci... Wzdrygnęła się na samą myśl o 

tym, co oznaczałoby to dla nich, a szczególnie dla ojca, z którego oczu zawsze 

wyzierały poczucie winy i skrucha. 

- Jedziesz czy nie? - burknął Ben. 

- Naturalnie, że jadę - przytaknęła. 

Wsadzili rudego setera na tylne siedzenie samochodu Bena i w pięć minut 

później wyruszyli. Na dworze nadal było słonecznie, ale zrywał się wiatr. 

Spadające liście wirowały w nie ustającym złocistym deszczu. Z trawy 

wyglądały świeże, lśniące kasztany, a gdy przejeżdżali przez wieś, w powietrzu 

unosił się zapach dymu. Wysiedli przed pubem. Wiatr natychmiast smagnął 

Nerissę włosami po twarzy i zadarł jej spódnicę.; 

- Robi się zimno - powiedziała, starając się jak najszybciej dostać do 

wnętrza starego kamiennego budynku. Nad drzwiami wisiał ręcznie malowany 

szyld zajazdu, przedstawiający oczy człowieka, zerkające z gęstwiny zielonych 

liści. Zajazd „Green Man" stał tu od wieków, zresztą w Anglii znajdowały się 

setki podobnych. Zapewne nie było pospolitszej nazwy. W dzieciństwie Nerissa 

często spoglądała na ten szyld. Zastanawiała się, co oznacza. Dlaczego człowiek 

chowa się pośród liści? A może liście go porastają? Dla dziecka było w tym coś 

złowieszczego. 

Dopiero kiedy dorosła, odkryła, że zielony człowiek jest niezapomnianą 

częścią historii Anglii, sięgającą czasów pogańskich, dawnej religii ludowej, 

bogów, którzy mieszkali w drzewach, rzekach, zwierzętach. W niektórych 

częściach kraju w wybrany dzień roku ludzie nadal przybierali stroje gałęziami i 

liśćmi, albo wkładali poroże na głowy i odprawiali specjalny obrządek. Dawne 

R S

background image

 

84 

zwyczaje, dawne wierzenia i dawne miłości niełatwo umierają, pomyślała 

markotnie Nerissa, wchodząc przed Benem do wygodnej sali barowej. 

Zwrócili psa wdzięcznemu właścicielowi, który zaczął energicznie targać 

jedwabisty łeb, mrucząc pod nosem: 

- Po co to zrobiłeś, głuptaku? Mogli cię zastrzelić, wiesz? No pewnie, że 

nie wiesz! Jesteś na to za głupi. 

Pies radośnie pokazał garnitur zębów i dysząc, zaczął trącać właściciela 

łbem. 

- No tak, wydaje ci się, że jesteś bardzo szczwany, co? 

- Właściciel ujął smycz i podał żonie, która przyglądała się tej scenie, 

wydymając wargi. - Zabierz go do kuchni, duszko. 

- Mam nadzieję, że następnym razem poczęstują go śrutem! - powiedziała 

i pociągnęła za sobą psa, który stawiał opór, chcąc zostać ze swym panem. - No 

chodźże, ty pchlarzu! 

Nerissa i Ben usiedli w kącie przy oknie z widokiem na szarpany 

porywami wiatru ogród i zamówili specjalność dnia: pieczeń wołową, pudding z 

Yorkshire, pieczone ziemniaki, marchewkę, kapustę i groszek. Tradycyjny 

angielski posiłek, wybornie przyrządzony. 

Nie rozmawiali wiele. Nerissa była zdenerwowana i podekscytowana, a 

Ben wpadł w jeden ze swych gniewnych humorów. Chciała go poprosić, żeby 

puścił ją do Philipa samą, ale nie śmiała. Wiedziała, że odmówi, i wiedziała, jak 

będzie wtedy wyglądał. 

Kiedy dotarli do szpitala, spotkali w poczekalni Grace Thornton, która 

jadła kanapki, popijając kawą. Sprawiała wrażenie dziesięciokrotnie 

szczęśliwszej. Jej oczy odzyskały blask, twarz rumieńce, a ona uśmiechała się 

bez porównania częściej. 

- Wyszłam, bo ogląda go lekarz - wyjaśniła. - John już pojechał do domu. 

Ma setki zajęć i uważa, że musi trochę popchnąć robotę, skoro Philip się 

obudził. Ja też nie będę siedziała cały dzień. Podobno Philip potrzebuje 

R S

background image

 

85 

mnóstwo odpoczynku. Przekąszę coś niecoś, wpadnę tam jeszcze na chwilę, a 

potem pojadę do domu, żeby mógł spokojnie pospać. 

- Czy dobrze wygląda? - spytała nerwowo Nerissa. Ciotka uśmiechnęła 

się i skinęła głową. 

- Na mój gust sprawia wrażenie absolutnie normalnego, ale trzeba zrobić 

prześwietlenie i wszystkie potrzebne badania mózgu, żeby stwierdzić, co się 

dzieje w jego głowie. Na razie wszystko jest dobrze... - Urwała, spoglądając w 

stronę drzwi. - O, lekarz wychodzi. Może wejdziesz, Nerisso? Dołączę do ciebie 

za pięć minut. 

Ruszyła ku drzwiom, czując suchość w ustach. Zawodziły ją nerwy. 

Wyraźnie zdawała sobie sprawę z tego, że obok postępuje Ben i bezlitosnym 

spojrzeniem mierzy jej profil. 

Kiedy pchnęli drzwi do szpitalnego pokoju, Philip leżał sam. Nie spał, 

opierał się na poduszkach. Spoglądał w stronę okna, ale na skrzyp otwieranych 

drzwi odwrócił głowę. Twarz miał ponurą, bez wyrazu, nagle jednak 

rozpromienił się. Nawet nie wymówił jej imienia, po prostu wyciągnął rękę. 

Nerissa niezgrabnie podeszła do łóżka i usiadła na krześle obok. Ujęła 

jego dłoń i z uśmiechem pogłaskała. Nie potrzebowali nic mówić. Zawsze 

umieli czytać w swoich myślach. 

Ben stał cofnięty o krok i przyglądał się im obojgu z zadumą na twarzy. 

Philip nie zauważył jeszcze jego obecności. Dopiero po dłuższej chwili oderwał 

oczy od Nerissy, spostrzegł drugiego przybysza i skinął mu głową. 

- Cześć. 

- Jak się masz? - spytał Ben. 

- Nieźle. 

Ani jeden, ani drugi nie silił się na przyjazny ton. 

- Co powiedział lekarz? - zainteresowała się Nerissa i Philip szybko 

odwrócił wzrok w jej stronę. 

R S

background image

 

86 

- Nic. W ogóle bardzo mało mówią. Jutro zaczynają całą serię badań. 

Dzisiaj mam odpoczywać. 

- Nie będziemy siedzieć długo. Zacisnął palce na jej dłoni. 

- Nie idź jeszcze. 

Razem spędzili wiele lat na odludziu. Podobnie myśleli i do pewnego 

stopnia wykazywali fizyczne podobieństwo, chociaż Philip był szatynem, a ona 

brunetką. Oboje mieli błękitne oczy i zbliżony kształt twarzy. Obcy natychmiast 

zwróciłby na to uwagę, może nawet spytałby wprost, czy nie są bratem i siostrą. 

Wiekiem różnili się nieznacznie, Nerissa była tylko dziewięć miesięcy młodsza. 

Nieznajomy mógłby wziąć ich nawet za bliźnięta. 

- Czy po odzyskaniu przytomności zdawałeś sobie sprawę z tego, że byłeś 

w śpiączce? - spytała, a on uśmiechnął się i pokręcił głową. 

- Miałem takie wrażenie, jakbym zbudził się rano. Wiedziałem, że długo 

spałem, nawet mgliście pamiętałem słyszane głosy: matki, taty, twój, ale bardzo 

się zdziwiłem, kiedy pielęgniarka powiedziała mi, że tyle czasu byłem nie-

przytomny. Zabawne jednak, że jej głos też zapamiętałem. 

Wydała mi się znajoma, chociaż zobaczyłem ją pierwszy raz w życiu. 

- Miła jest ta dziewczyna, podoba mi się - powiedziała Nerissa, wciąż w 

pełni świadoma obecności Bena. - Opowiadałam ci o niej któregoś dnia, bardzo 

sprawnie cię goliła. 

Roześmiał się i badawczo przesunął dłonią po policzku. 

- No, owszem, całkiem gładko. 

Uśmiechał się i zachowywał dość swobodnie, ale były to pozory. Teraz 

patrzył na nią z wielkiego oddalenia. Pierwsza radość z ponownego spotkania 

przygasła, wyparła ją świadomość, że są jakby na dwóch krach dryfujących w 

różne strony. Szczelina między nimi wciąż się powiększała. 

Przedtem, słuchając spekulacji Bena, Nerissa obawiała się, że w oczach 

Philipa dostrzeże rozpacz i beznadziejność, ich wyraz okazał się jednak całkiem 

inny. Był smutek, owszem, ale także rezygnacja, pogodzenie z losem. 

R S

background image

 

87 

Drzwi otworzyły się i weszła Grace Thornton.  

Philip podniósł wzrok i spojrzał na nią: 

- Cześć, mamo. Jadłaś lunch? 

- Kanapki - powiedziała Nerissa i delikatnie uwolniła dłoń, wstając. - 

Proszę, ciociu, usiądź na moim krześle. 

- Ben może przynieść jeszcze jedno - powiedziała Grace Thornton, 

siadając właśnie w chwili, gdy zjawiła się siostra Courtney. 

- Oj, oj, o jednego gościa za dużo. Państwo wiedzą o tym, prawda? - 

powiedziała pogodnie. - Ktoś musi na chwilę wyjść. Zresztą wkrótce trzeba 

będzie skończyć odwiedziny. Lekarz kazał pacjentowi odpocząć, żeby jutro był 

gotów do badań. 

- My już idziemy - powiedział Ben. - Nie chcemy go przeciążać. Czy 

możemy wpaść jutro po południu? 

Skinęła głową. 

- Najlepiej około trzeciej. - Podeszła do łóżka i wzięła przegub dłoni 

Philipa między kciuk i palec wskazujący. - Teraz, kiedy niebezpieczeństwo 

minęło, znowu obowiązuje szpitalny regulamin. Jednorazowo mogą odwiedzać 

pacjenta tylko dwie osoby. Proszę nie przynosić jedzenia ani picia i nie 

zostawać dłużej niż godzinę. 

- Co za tyrania - powiedział Philip, przyglądając się, jak pielęgniarka 

sprawdza sekundnik zegarka i zaczyna mierzyć mu tętno. 

- Proszę nie gadać! - poleciła siostra, w skupieniu marszcząc brwi. 

Odłożyła dłoń Philipa na pościel i poszła zapisać wynik na tabliczce w 

nogach łóżka. 

- Tętno przyśpieszone - stwierdziła. - To przez nadmiar gości! Państwo 

rozumieją teraz, dlaczego trzeba zachować ostrożność i przestrzegać szpitalnego 

regulaminu? 

- Bzdury, bzdury, bzdury - powiedział Philip. 

R S

background image

 

88 

- Musimy iść - odezwała się Nerissa. Chciała go pocałować, ale nie 

mogła, więc po prostu popatrzyła w milczeniu, a Philip odwzajemnił jej 

spojrzenie. 

- Żegnaj - powiedział melancholijnie. 

Słyszała już z jego ust to pożegnanie, ale żadne z nich nigdy nie 

traktowało go dosłownie. Nie chcieli uwierzyć, że nie ma dla nich ani 

przyszłości, ani nadziei. Nie byli w stanie żyć z taką myślą. Nagle Nerissa 

pojęła, że coś się zmieniło: Czas zrobił swoje, a może pogodzili się z faktami. W 

każdym razie przestali walczyć z losem i przyjęli to, co nieuniknione. 

Długie, mocne palce zacisnęły się jak klamra na jej ramieniu. Ben 

pociągnął ją do drzwi.  

- Do zobaczenia na farmie - powiedział jeszcze do Grace Thornton. 

Nerissa nie musiała widzieć jego twarzy, by wiedzieć, że jest na nią 

wściekły, złość od niego wręcz biła. Kiedy doszli do samochodu, popchnął ją na 

siedzenie z przodu, jakby była dzieckiem, które narozrabiało. Potem obszedł 

maskę, usiadł za kierownicą i ruszył z marsową twarzą. 

- Nic się nie zmieniło - mruknął nagle w drodze. 

- Wszystko się zmieniło - odparła cicho Nerissa. Samochód raptownie 

wyrwał do przodu, bo Ben mocno wcisnął pedał gazu. 

- Jego ciężka choroba wcale nie stwarza nowej sytuacji. Musiałabyś być 

szalona, by sądzić, że teraz wszystko może ujść ci na sucho. Ja na pewno do 

tego nie dopuszczę. Ciotka też nie. To jest kobieta z zasadami, będzie ich 

broniła. 

- Wiem - powiedziała Nerissa. 

- Prawdę mówiąc, ma coś ze świętej. 

- To też wiem. 

Spojrzał na nią, wykrzywiając usta w cynicznym grymasie. 

- A ty jesteś do niej bardzo podobna. 

- Nic dziwnego, moja matka była jej siostrą. 

R S

background image

 

89 

W oczach Bena rozbłysł wyraz bezwzględności, zawziętości i pogardy. 

- Właśnie to jest takie nieprawdopodobne! Siostrą! Jak ten człowiek może 

żyć z taką świadomością? Jak może spojrzeć w oczy żonie po tym, co zrobił? I 

jak ona może mu wybaczyć? Cholera! Jak on może każdego rana po 

przebudzeniu spokojnie patrzyć w lustro? 

Nerissa z pobladłą twarzą skupiła wzrok na krajobrazie. Widziała murki 

między zielonymi łąkami, ścierniska po zebranej pszenicy, srokę łyskającą 

czernią i bielą, przelatującą ze starego dębu na pobliski wiąz, który podobnie jak 

wiele innych wiązów w ostatnich czasach wysechł od zarazy. 

- Czy nigdy nie zrobiłeś nic, czego byś potem żałował, Ben? - spytała 

szeptem. - Czy nigdy nie uległeś pokusie w chwili słabości, by potem gorzko 

tego żałować? Tyle czasu siedzisz w sądzie, patrząc, jak inni ludzie płacą nieraz 

bardzo wysoką cenę za swoją słabość. Chyba przez to zapomniałeś, że jesteś 

tylko człowiekiem. Więc mam dla ciebie nowinę. Ty również nie jesteś 

doskonały. Nikt nie jest. Wszyscy mamy jakieś skazy, jawne albo ukryte. 

Skręcił na podjazd do farmy. Koła zaskrzypiały na żwirze, wokół nich 

podniósł się kurz. 

- Nigdy nie miałem co do siebie złudzeń. Wiem, że nie jestem doskonały. 

I wiem, do czego zmierzasz, Nerisso. Szukasz jakiejkolwiek broni, żeby mnie 

zaatakować, bo nie chcesz spojrzeć prawdzie w oczy. Prawdzie o twoim ojcu. 

- Nie... - zachłysnęła się powietrzem. 

- Co nie? - burknął Ben. - Nie mówić w ten sposób? Przecież jest twoim 

ojcem, Nerisso, wszystko jedno, czy głośno to przyznajesz, czy nie. Przestań 

wreszcie nazywać go wujem Johnem. Jest twoim naturalnym ojcem, a to 

oznacza, że Philip jest twoim bratem przyrodnim. Możesz protestować i 

udawać, ile chcesz, ale nijak tego nie zmienisz. 

 

 

 

R S

background image

 

90 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Gdy tylko zatrzymali się przed domem, Nerissa wyskoczyła z samochodu 

i puściła się biegiem, ale Ben popisał się szybkością i złapał ją, zanim dopadła 

frontowych drzwi. 

- Przestań uciekać przed prawdą! Za długo już to robisz!  

Rozeźliło ją, że podniósł głos, ponadto obawiała się, iż usłyszy ich John 

Thornton. Mógł znajdować się w pobliżu, a wcale nie potrzebował wiedzieć, co 

o nim sądzi Ben. Bez wątpienia domyślał się tego ze sposobu, w jaki Ben 

niekiedy na niego patrzył, poczułby się jednak bardzo urażony, gdyby poznał 

głębię jego pogardy. 

- Nie chcę o tym rozmawiać! - Usiłowała wyrwać się, ale on tylko 

mocniej zacisnął dłoń. Długie palce obejmowały jej ramię jak stalowa 

bransoleta. 

- Czy nie rozumiesz, że na tym polega twój problem? Oni musieli 

powiedzieć ci prawdę, kiedy zorientowali się, że chcesz wziąć ślub z Philipem. 

Potem natychmiast z powrotem nabrali wody w usta, a wy się na to zgodziliście. 

W rezultacie dołączyliście do spisku milczenia. Ale to jest szaleństwo. 

Ukrywanie prawdy nie przyniosło nikomu nic dobrego, mam rację? Dlatego 

jedynym zdrowym rozwiązaniem jest wydobyć to wszystko na wierzch, 

porozmawiać i wyciągnąć wnioski. 

- Przecież właśnie tak zrobiliśmy! Czemu inaczej miałabym wyjeżdżać? 

To ja musiałam stąd odejść. Philip był potrzebny na farmie, ja nie. A nie 

mogliśmy się nadal spotykać. Znając prawdę, nie znieślibyśmy tego. - Głos jej 

się załamał, zakryła twarz dłońmi. - To było nie do zniesienia... 

Ben objął ją delikatnie. Przytulił jej głowę do swojego ramienia i zaczął 

powoli przesuwać dłonią po plecach, jakby uspokajał spłoszonego konia. 

- Ciii... nie płacz... 

R S

background image

 

91 

Przełknęła łzy, które w każdej chwili mogły popłynąć strumieniem, i 

odepchnęła go z bojową miną. 

- Daj mi spokój. Gdybyś nie dręczył mnie nieustannie, nie straciłabym 

panowania nad sobą. 

Wysunąwszy się z jego objęć, nacisnęła klamkę frontowych drzwi. 

Stwierdziła, że są zamknięte, więc wyciągnęła swój klucz i weszła do środka, a 

Ben tuż za nią. Oboje przystanęli, nasłuchując. Ciszę zakłócało tylko uroczyste 

tykanie starego zegara w sieni. Nerissa przeszła do kuchni. Pomieszczenie było 

wysprzątane do czysta i puste. Postawiła na płycie czajnik. 

- Będę robić herbatę, chcesz się napić? - spytała. 

- Proszę. 

Podszedł do okna, otworzył je i wpuścił do wnętrza podmuch jesiennego 

wiatru. Wraz z nim wleciały zapachy zbutwiałych liści, bursztynowych i 

ciemnoczerwonych chryzantem z ogródka Grace Thornton, a także odgłosy 

stada owiec na wzgórzu, szelest liści i dalekie szczekanie psa. 

- Jess - powiedziała Nerissa, nasłuchując. 

Poczuła ulgę, że John Thornton jest daleko od domu i nie usłyszy niczego, 

co może powiedzieć o nim Ben. Tymczasem Ben wpatrywał się w horyzont, na 

którym rysowały się kontury wzgórz. 

- Widzę kogoś pod samym szczytem, tam gdzie byliśmy dziś rano. To 

chyba on, chociaż nie jestem pewien. Ma tweedową marynarkę, przed nim 

biegnie czarno-biały pies, a z tyłu wloką się owce. Strasznie ich dużo. 

- Rano mówił, że po naprawieniu muru zamierza przepędzić stado z dużej 

łąki. 

Nerissa wyjęła filiżanki, zrobiła herbatę, znalazła mleko i napełniła nim 

dzbanuszek, po czym postawiła na stole cukiernicę. Ben spojrzał na nią. Jego 

posępna obecność wydawała jej się tak samo niepokojąca, jak nieustanna 

obecność tych wzgórz, wznoszących się za domem w dzień i w nocy. 

R S

background image

 

92 

- Sama wiesz, Nerisso, że trochę naciągasz prawdę z tą twoją skłonnością 

do wybaczania. Trudno mi uwierzyć, że nie czujesz wobec niego głębokiej 

urazy za to, co zrobił twojej matce, tobie, ciotce Grace. 

- Powiedziałam ci już, że początkowo wpadłam we wściekłość. - Była 

wtedy rozbita, przejęta odrazą i niedowierzaniem, udręczona. - Przez pewien 

czas chyba go nienawidziłam, nie chciałam więcej widzieć. Uważałam, że nie 

zasługuje nawet na pogardę. - Spojrzała kwaśno na Bena i skrzywiła usta. - 

Zdaje się, że przez krótki czas myślałam dokładnie tak samo, jak ty teraz. Ale 

potem porozmawiałam z ciocią Grace. 

Nalała sobie herbaty i usiadła przy kuchennym stole. Palce zacisnęła na 

filiżance, wbiła wzrok w podłogę. 

- Ciocia wytłumaczyła mi, jak do tego doszło, chciała, żebym zrozumiała. 

Wiesz chyba, że jej rodzice umarli wkrótce po tym, jak wzięła ślub? Moja 

matka, a jej siostra, Ellen, wówczas siedemnastoletnia, była w ostatniej klasie. 

Zamieszkała tutaj. Nie miała gdzie się podziać, tymczasem na farmie było 

mnóstwo miejsca, a ciocia Grace potrzebowała towarzystwa. Sam widzisz, na 

jakim odludziu leży farma. Ciocia mówi, że na początku zdarzało się jej tęsknić 

do ludzi. W końcu przywykła do samotności, ale w pierwszych latach mał-

żeństwa całymi dniami nie miała do kogo się odezwać, bo wuj ciągle pracował. 

Ucieszyła się więc z przyjazdu siostry, tym bardziej że Grace była w ciąży i 

obecność innej kobiety podnosiła ją na duchu. 

- Rozumiem, że miał się wtedy urodzić Philip - wtrącił Ben, sącząc 

herbatę. 

Skinęła głową i też spróbowała przyjemnie rozgrzewającej herbaty. Mimo 

ciepła w kuchni, nadal dziwnie drżała. 

- Philip urodził się w lecie. Ciocię Grace w pośpiechu przewieziono do 

szpitala i tam dziecko przyszło na świat. Poród był ciężki, omal nie umarła. 

Dlatego nie miała już drugiego dziecka, ryzyko było zbyt duże. A ciocia tak 

zdrowo i krzepko wygląda, prawda? Można pomyśleć, że rodzenie dzieci 

R S

background image

 

93 

przychodzi jej równie łatwo, jak łuskanie groszku. Tymczasem lekarz ostrzegł 

ją, że następnej ciąży może nie przeżyć. Bardzo ją to załamało, wuja Johna 

podobnie. Siedział wtedy na farmie sam z Ellen. Ciocia Grace mówi, że był 

chory ze zmartwienia, zamartwiał się o nią, o dziecko i... 

Wzruszyła ramionami, a Ben spojrzał na nią zimno, unosząc brwi. Miał 

na twarzy kpinę. 

- Czy tak usprawiedliwiał się z uwiedzenia dorastającej dziewczyny, w 

dodatku swojej szwagierki? Zamartwiał się o żonę? 

Nerissa usłyszała sarkastyczną nutę i spojrzała na niego gniewnie. 

- Przede mną i Philipem nie usprawiedliwiał się wcale i sądzę, że nie 

usprawiedliwiał się również w swoim czasie przed ciocią Grace. Powiedział po 

prostu, że jest mu okropnie przykro. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się 

stało. Nie miał wytłumaczenia. Błagał tylko, żeby mu wybaczyła. I to nie był 

romans. To się zdarzyło jeden jedyny raz. 

- Jeden jedyny raz? - powtórzył Ben. - Czy tak powiedział? I ona mu 

uwierzyła? 

- Nie wiem, czy od razu. Była wstrząśnięta i wściekła na nich oboje. Ale 

potem porozmawiała ze swoim lekarzem... Naturalnie wiedział o wszystkim, 

przecież leczył także Ellen. Ten lekarz był młodym asystentem naszego starego 

doktora. Starszy już nie jeździł po wsiach, zajmował się wyłącznie pacjentami, 

którzy odwiedzili go w gabinecie, a wizyty w domach zostawił swojemu 

asystentowi. Ten młody lekarz dobiegał wówczas trzydziestki. Wkrótce potem 

przeprowadził się, wyjechał za ocean i teraz pracuje w Nowym Jorku. Podobno 

był bystry i ambitny, obdarzony dużą wiedzą.  

Znał się też na psychologii i w ogóle miał szerokie horyzonty. I to właśnie 

on pomógł ciotce uporać się z szokiem, przekonał ją, że takie rzeczy zdarzają się 

częściej, niż ludzie sądzą... 

R S

background image

 

94 

- Nie wątpię - stwierdził Ben lodowato. - Moja żona i mój najlepszy 

przyjaciel, twój wuj i siostra jego żony. Takie rzeczy zdarzają się bez przerwy. 

Ale to nie znaczy, że łatwiej je wybaczyć. 

Nerissa spojrzała na niego spod przymrużonych powiek. Miał 

bezwzględność w oczach i zaciśnięte usta. Ile z jego zajadłej pogardy dla wuja 

Johna brało się stąd, że poplątana historia rodziny Thorntonów przypominała 

mu o pierwszym małżeństwie i zdradzie, która je skończyła? 

Wyrażał się lekceważąco o dumie, o tej dumie, która popchnęła jej 

rodzinę do walki o zachowanie tajemnicy. Ta rodzinna tajemnica drogo 

kosztowała ją i Philipa, gdy zakochali się w sobie, nie wiedząc, że są 

przyrodnim rodzeństwem. Ale Benem też kierowała duma. Zdrada żony i zdrada 

ze strony najlepszego przyjaciela, obie te zdrady zadały jego miłości własnej 

straszliwą ranę, która jeszcze się nie zabliźniła. 

- Czasem - powiedziała cicho - tylko przebaczenie może uleczyć rany 

zadane naszej dumie. 

Spojrzał na nią uważnie, ale wyraz jego twarzy nadal był lodowaty. 

Westchnęła. Chyba nie zamierzał przyznać jej racji, a na pewno nie brał sobie 

jej słów do serca. Jego duma stanowiła monolit. 

- Lekarz powiedział cioci Grace, że dla wielu mężów moment rodzenia 

się dziecka wiąże się z niemal takim samym napięciem, jak dla ich żon - podjęła 

po chwili. - Mężczyźni są całkiem wyłączeni, a w każdym razie wówczas nie 

dopuszczano ojców do porodu, to była tajemnica kobiety. 

- Dla mnie jest to nie do przyjęcia - stwierdził Ben. - Chcę być obecny 

przy narodzeniu mojego dziecka. To wielka chwila, muszę mieć w niej udział. 

Skoro do poczęcia potrzeba dwojga ludzi, dwoje powinno być też przy na-

rodzinach. 

Nerissie coś drgnęło w sercu. Zaskoczył ją. Tylko dlaczego poczuła się z 

tego powodu tak dziwnie? Pobrali się, sypiała z nim, ale nigdy nie zastanawiała 

się nad tym, że któregoś dnia może nosić jego dziecko. Czyżby Ben chciał mieć 

R S

background image

 

95 

dziecko? Ciekawe, jak by wyglądało. Pewnie smukłe, śniade, z szarymi 

oczami... Spąsowiała na twarzy, odpędzając tę myśl, i szybko wróciła do 

poprzedniego tematu. 

- Po narodzinach dziecka mężczyźni niekiedy czują się odrzuceni, 

ignorowani. Ich żony nagle przestają mieć dla nich czas, są zbyt zajęte 

niemowlęciem, a poza tym po olbrzymim ubytku adrenaliny, związanym z 

oczekiwaniem na poród, przychodzi bardzo silne załamanie. Ojcowie wpadają 

więc w depresję, ale w domu nikt nie zwraca na nich uwagi, nikt nie widzi ich 

marnego samopoczucia. I wtedy zdarza się, że szukają pocieszenia gdzie indziej. 

Nadal skupiało się na jej twarzy chłodne, ironiczne spojrzenie Bena. 

Siedział naprzeciwko przy stole, ale nie pił herbaty. Przeniósł ciężar ciała na 

oparcie krzesła, dłonie splótł za głową, skrzyżował nogi i niecierpliwie kołysał 

stopami tam i z powrotem, podobnie jak rozdrażniony kot porusza ogonem. 

- Moim zdaniem to dość szczególna obrona: mężczyźni wpadają w 

depresję i w celach terapeutycznych dopuszczają się zdrady! Doprawdy, to 

brzmi śmiesznie! Gdyby moja żona urodziła dziecko, nie chodziłbym szukać 

pocieszenia do innej kobiety. 

- Jesteś silniejszy niż wuj John... 

- Przestań nazywać go w ten sposób - burknął Ben. - Tylko podtrzymujesz 

kłamstwo. 

Pąs na jej policzkach nabrał jeszcze głębszego odcienia, oczy błyszczały 

coraz bardziej gniewnie. 

- Nie mogę! Przede wszystkim dlatego, że nazywałam go tak przez całe 

życie. Tak o nim myślę, nie potrafiłabym nagle zacząć mówić do niego inaczej. 

A poza tym, gdybym to zrobiła, rozeszłyby się plotki. Nikt w okolicy nie zna 

prawdy, lekarz nie zdradził się ani słowem, a moja matka wyjechała... 

Nawiasem mówiąc, opuściła farmę bez uprzedzenia. Zatrzymała się w 

Londynie, znalazła sobie pracę w hotelu i tam poznała człowieka, za którego 

wyszła za mąż, a ja zawsze uważałam go za swego ojca. 

R S

background image

 

96 

- Czy wiedział o jej ciąży?  

Skinęła głową. 

- Według cioci Grace, Ellen wyznała mu prawdę, a on powiedział, że mu 

to nie przeszkadza, weźmie pod opiekę także dziecko. Bardzo kochał moją 

matkę. Ciocia Grace twierdzi, że zrobiłby dla niej wszystko. Kiedy umarła, 

przeżył straszne załamanie. Ta śmierć zmieniła cały jego świat. Na pewno nie 

był w stanie sam się mną zajmować. - Przygryzła wargę. - Sądzę też, że już nie 

chciał mieć mnie przy sobie. Przypominałam mu poniesioną stratę. Gdybym 

była jego dzieckiem, może dawałabym mu pociechę, ale tak... W każdym razie 

nie czuł się odpowiedzialny za córkę Ellen, więc przyjechał tutaj i ciocia Grace 

zgodziła się zająć moim wychowaniem. Przypuszczam, że nigdy potem by po 

mnie nie wrócił, nawet gdyby nie umarł. 

- Bez względu na to, co ten człowiek powiedział twojej matce, na pewno 

był zazdrosny o Johna Thorntona - rozważał głośno Ben. 

Nerissa odepchnęła od siebie pustą filiżankę i spuściła wzrok. 

- Tak, bo ona musiała się w nim kochać - szepnęła w zamyśleniu. 

- W kim? W swoim mężu? - Ben zdawał się powątpiewać. 

- Nie. W mężu swojej siostry. 

Ben drgnął gwałtownie, śląc jej przenikliwe, bystre spojrzenie szarych 

oczu. 

- Czy powiedziała ci to twoja ciotka? 

Nerissa pokręciła głową. 

- Nigdy nie wyjaśniała mi motywów działania swojej siostry. Ja też nie 

pytałam. Odgadłam na podstawie tego, co wiem o wuju Johnie i cioci Grace, 

oni... 

- A mnie się natychmiast nasuwa wniosek, że jednak nic o nich nie wiesz! 

- wpadł jej w słowo Ben. 

Nerissa na moment zamilkła, spłoszona irytacją w jego głosie, nerwowo 

zamrugała oczami i wreszcie odważyła się powiedzieć: 

R S

background image

 

97 

- Wiem jedno: wuj nigdy nie rzuciłby się na dziewczynę, która nie ma 

ochoty, więc to ona musiała pragnąć tego, co się stało. 

Ben skrzywił się i rozsiadł wygodniej. Już odzyskał spokój po wybuchu. 

- W porządku, niewykluczone, że co do tego masz rację. Ale ona była 

młoda i niedoświadczona. On dobierał się do niej, a ona nie zdawała sobie 

sprawy z tego, co się dzieje,.. 

- Jestem dziwnie przekonana, że akurat było odwrotnie - powiedziała 

ponuro Nerissa. - Ciocia Grace też chyba tak myśli. Prawdopodobnie moja 

matka była w nim zakochana i to ona go uwiodła! Może nieświadomie, idąc za 

głosem zmysłowego pożądania. Stanowczo nie wierzę, żeby wuj John zaczął 

pierwszy. To po prostu nie leży w jego charakterze. Ma za mało pewności siebie 

albo po prostu jest nieśmiały. Ciocia Grace zawsze dominowała w tym związku. 

- Czy twoja matka była do niej podobna? Nerissa pokręciła głową. 

- Nie, całkiem inna, drobna, nawet krucha. Umarła na białaczkę. Podobno 

długo chorowała, zanim odkryto, co jej jest. Czasem zastanawiam się, czy nie 

dlatego była taka beztroska i nie dlatego wszystko to się stało. Może 

przeczuwała, że młodo umrze i rozpaczliwie chciała pożyć, póki czas. 

- Ile miała lat, kiedy umarła? 

- Dwadzieścia jeden. - Nerissa po raz pierwszy nagle uświadomiła sobie, 

jak to mało. Sama była już starsza. Dwadzieścia jeden lat, to naprawdę nic. 

- Biedna dziewczyna - powiedział Ben i nagle spochmurniał. Spojrzał na 

żonę i zmarszczył brwi, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. - A ty rzekomo 

jesteś do niej bardzo podobna? To prawda, że jesteś delikatna, łatwo się 

przeziębiasz, masz drobną budowę ciała. Ale pod wieloma względami 

przypominasz ciotkę. Umiesz być twarda, nie poddawać się. 

- Czuję się zaszczycona - powiedziała Nerissa i jej oczy znacznie 

złagodniały. - Kocham ciocię Grace. Gdyby nie umiała wybaczyć tego, co się 

stało, gdyby nie wzięła mnie pod swój dach... mogłam skończyć w sierocińcu i 

mieć bardzo nieszczęśliwe dzieciństwo. 

R S

background image

 

98 

- Tak - powiedział w zamyśleniu Ben. - To wspaniała kobieta. Podziwiam 

ją. Chciałbym mieć jej siłę charakteru. Mnie nie jest tak łatwo wybaczać urazy. 

Nerissie nie trzeba było tego mówić. Wiedziała, jak zatwardziała jest 

pycha Bena i jak głęboko sięgnęły korzenie jego zajadłej złości. 

- Nie wierzę, żeby jej było łatwo. Myślę, że solidnie się nad tym 

napracowała - powiedziała. - Kiedy opowiadała mi tę historię, nie obciążała 

nikogo winą. Po prostu zrelacjonowała wszystko i usiłowała wytłumaczyć. Stąd 

mam pewność, że inicjatywa wyszła od mojej matki. Ciocia Grace też musi tak 

uważać. Powiedziała mi, że wuj John był samotny i wytrącony z równowagi. 

Stracił głowę. Wkrótce jednak uprzytomnił sobie, co zrobił, i zaczął mieć 

okropne wyrzuty sumienia, bo przecież zawsze kochał tylko Grace. 

- Nie kupuję tego - chłodno stwierdził Ben. - Jeśli kochał żonę, to jak 

mógł spać z jej siostrą? Owszem, nie mam wątpliwości, że tak właśnie 

powiedział żonie, ale to mnie nie przekonuje. Moim zdaniem prawda była taka, 

że siedział tutaj, zdany tylko na siebie, i miał pod ręką ładną dziewczynę, która 

dała mu do zrozumienia, że jej się podoba. Pokusa okazała się nie do odparcia. 

Ale gdyby naprawdę kochał swoją żonę, potrafiłby się opanować. 

Nerissa też tak kiedyś myślała. Na samym początku. Ale ciocia Grace 

wybaczyła mężowi i nadal go kochała. Jak więc mogła mu tego odmówić 

Nerissa? 

- Jest słaby - powiedziała smutno. - Może nie miał łaski bożej... 

- Jak Lucyfer, anioł ciemności - mruknął kpiąco Ben.  

Na twarzy wykwitł jej półuśmiech, gdyż ten opis zupełnie nie pasował do 

Johna. 

- Nie wiem. W odróżnieniu od Lucyfera wuj John jest człowiekiem. 

Zresztą natychmiast po nawiązaniu romansu z moją matką, zerwał go, gdyż tak 

naprawdę kochał ciocię Grace. Tragedia polegała na tym, że moja matka zaszła 

w ciążę. 

R S

background image

 

99 

- Musiał przeżyć potworny wstrząs, kiedy mu powiedziała! Nerissa 

skinęła głową. 

- Tym bardziej że nie pisnęła ani słowa przez trzy miesiące. 

- Trzy miesiące? - powtórzył Ben. 

- Nie zapominaj, że moja matka miała tylko siedemnaście lat, 

Najprawdopodobniej długo nie wiedziała, że jest w ciąży, a potem, kiedy 

zaczęła coś podejrzewać, bała się iść do lekarza. Wujowi Johnowi powiedziała 

przy końcu trzeciego miesiąca. Kiedy oprzytomniał po wstrząsie, uznał, że musi 

wyznać żonie prawdę. To właśnie ciocia Grace zaprowadziła moją matkę do 

lekarza. Ten potwierdził ciążę. Po kilku dniach moja matka uciekła. Zostawiła 

liścik i znikła. Nikt nie wiedział, gdzie jej szukać. Miesiąc później napisała, że 

wychodzi za mąż. Dała też znać, kiedy się urodziłam, ale nigdy więcej tu nie 

wróciła, a mnie pierwszy raz przywiózł na farmę mój ojciec. 

- Ale chyba najpierw zawiadomił o śmierci żony? 

- Nie. Pochował ją bez świadków, a następnego ranka przywiózł mnie 

tutaj. Pewnie obawiał się, że gdyby wcześniej dał znać, to wujostwo zabroniliby 

mu przyjechać albo zdążyliby wymyślić pretekst, dla którego nie mogą podjąć 

się opieki. 

Ben wpatrywał się w nią bacznie, marszcząc czoło, jakby usiłował sobie 

wyobrazić małą dziewczynkę, nie mającą pojęcia o burzach szalejących nad jej 

głową. Nerissa często wracała wspomnieniami do dnia, gdy pierwszy raz 

zobaczyła farmę i Thorntonów. Wydawało jej się, że od tamtej pory minęło 

stulecie, choć obraz był wyraźny, jakby z wczoraj. 

- Wiadomość, że Ellen nie żyje, musiała na nich spaść jak grom z jasnego 

nieba - powiedział wolno Ben. 

Nerissa skinęła głową. 

- Ciocia Grace kochała moją matkę, nigdy nie przestała jej kochać, mimo 

tego, co zaszło. Nie sądzę, żeby winiła ją bardziej niż wuja Johna. Postarała się 

R S

background image

 

100 

zrozumieć i przebaczyła. To właśnie czyni ją absolutnie wyjątkową osobą. Ona 

nigdy nie chowa urazy ani nie szuka zemsty. 

- Kobieta bez dumy - powiedział Ben dziwnym tonem, Nerissie trudno 

było odgadnąć, czy wyraża w ten sposób podziw, czy pogardę. Po chwili dodał 

cicho: - Róża bez kolców. 

- Ona ma swoją dumę - powiedziała Nerissa zmęczonym głosem. - To po 

prostu nie jest twoja duma, i już. Ciocia Grace ma jej bardzo wiele, w gruncie 

rzeczy aż tyle, że nigdy nie odmówi przebaczenia komuś, kto wyraża żal. I nie 

będzie latami czegoś rozpamiętywać. Zawsze twierdzi, że życie jest na to za 

krótkie, a noszona uraza kole jak cierń, który został pod skórą. Ciocia nie 

rozumie zawziętości u ludzi. Przecież cierpienie w równym stopniu spada na 

nich, jątrzy, póki nie zdołają przebaczyć i zapomnieć. Właśnie dlatego nawet się 

nie wahała. Bez namysłu obiecała mojemu ojcu, że wychowa mnie jak swoją. 

Byłam przecież nie tylko dzieckiem jej męża, lecz również jej siostry. Kimś z 

rodziny. Tak mi niedawno powiedziała. No, więc mąż mojej matki zostawił 

mnie u niej i odjechał. 

- Czy go pamiętasz? 

- Bardzo mgliście. Byłam za mała, żeby dużo zapamiętać. Właściwie 

mam wrażenie, że moje życie zaczęło się tutaj, na farmie. - Spojrzała w swoją 

filiżankę. - Chcesz jeszcze herbaty? 

- Nie, dziękuję. 

Wstała i machinalnie opróżniła czajniczek, pozmywała, znowu 

doprowadziła kuchnię do idealnego stanu. 

- Trochę ulżę cioci w domowej robocie - głośno wyraziła myśl, która 

przyszła jej do głowy. - Ona bardzo przejmuje się tym, że nie ma czasu 

przejechać odkurzaczem ani zetrzeć kurzu z mebli. - Spojrzała na Bena. - Co 

zamierzasz po południu? Może wybierzesz się na konną przejażdżkę? Wuj John 

nie będzie miał nic przeciwko temu, przecież już ci pożyczał Olivera. Osiodłać 

umiesz sam, prawda? 

R S

background image

 

101 

Ben skinął głową, mając na ustach grymas ironicznego rozbawienia. 

- A nie mówiłem, że jesteś podobna do ciotki? W jednej chwili mówisz o 

rodzinnej tragedii, a zaraz potem spokojnie bierzesz się do gospodarstwa i 

ustawiania męża. 

Wzruszyła ramionami, słabo się uśmiechając. 

- Jeśli nie chcesz się wybrać na przejażdżkę, to nie. Wszystko mi jedno, 

co robisz. 

Czuła, że atmosfera się zmienia, w pokoju robi się lodowato. Spojrzała na 

Bena pełna złych przeczuć i dostrzegła, że jego uśmieszek znikł. Twarz mu 

stężała, rysy zastygły. Wzrok miał przeszywający. 

- Świetnie to wiem - burknął przez zęby. 

Oszołomiona próbowała dociec, co, u diabła, miał na myśli. Ostatnio był 

jak kurek na wieży. Nastroje zmieniały mu się bez wyraźnego powodu, od 

przypadku do przypadku. Co takiego powiedziała tym razem, że wpadł we 

wściekłość? 

- W ogóle guzik cię obchodzę, mam rację, Nerisso? - warknął. 

Poczuła, że jej nerwy dygocą jak dzwonki alarmowe. Ben zaczął się do 

niej zbliżać, więc cofnęła się o krok. Oczy miała pełne niepokoju. 

- Nie uciekaj przede mną - mruknął. 

Zamarła. Ze wszystkich sił starała się nie drżeć, na wypadek gdyby Ben 

miał to zauważyć. Stał przed nią, zniewalając ją wzrokiem, a ona spuściła oczy i 

przysłoniła je rzęsami. Czuła, że serce bije jej podejrzanie szybko. 

- Skończ z tą arogancją, Ben! - powiedziała z irytacją. - Co się z tobą 

dzieje? Przyczepiłeś się do jakichś słów bez znaczenia. Ani nie piłam do ciebie, 

ani nie byłam złośliwa. Nie chciałeś, żebym cię ustawiała, więc powiedziałam... 

- Wiem, co powiedziałaś i wiem, co miałaś na myśli. W takich uwagach 

bez znaczenia wyłazi na wierzch prawda. Powiedziałaś, że nic cię nie obchodzę! 

Ot, co! Gdybym jutro znikł z powierzchni ziemi, palcem byś nie kiwnęła. 

Dokładnie tak samo nie obchodzi cię ten człowiek, którego uważałaś za swojego 

R S

background image

 

102 

ojca. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Przez cały czas masz obsesję na 

punkcie swojego przyrodniego brata, nigdy nie przestałaś o nim myśleć. Gdy 

tylko znalazłaś powód, natychmiast pędem się tu zjawiłaś, nie wysilając się 

nawet, żeby mnie zawiadomić, dokąd jedziesz ani dlaczego. Zaczynam powoli 

myśleć, że wcale nie chcesz z nim skończyć, chociaż podobno wiesz, że nie 

macie na co liczyć. Niedobrze mi się robiło, kiedy widziałem was dzisiaj razem. 

To było bardzo wymowne. 

Nerissa spojrzała na niego wstrząśnięta. Nagle zrobiło jej się ciemno 

przed oczami, zamroczył ją oślepiający ból. W tej właśnie chwili uświadomiła 

sobie, że Ben całkowicie mija się z prawdą. Było to dla niej jak uderzenie 

pioruna. Dlaczego nie zdała sobie z tego sprawy dawno, dawno temu? 

Już nie kochała Philipa. 

Owszem, darzyła go miłością, to miało pozostać na zawsze. Był jej 

bratem, przyjacielem, najbliższą osobą na ziemi. Dzielił ż nią dzieciństwo i lata 

dorastania, spędzili razem większość życia, włócząc się po okolicznych 

wzgórzach, jeżdżąc na kucach po wrzosowiskach, pływając w czystych, 

zimnych strumieniach. Philip był jej drugim ,,ja", lustrzanym odbiciem, 

bliźniakiem. Ale już go nie kochała. 

To bliskość tak długo ją zwodziła. Niesłusznie uznała głębokie 

przywiązanie za coś innego i przez to zupełnie nie zrozumiała znaczenia 

pożądania, jakie od pierwszej chwili budził w niej Ben. Tłumaczyła sobie, że to 

zwykła chemia, instynkt fizyczny, pociąg seksualny, który nie ma nic 

wspólnego z uczuciami. Zdawało jej się, że pragnie Bena, bo jest atrakcyjnym 

mężczyzną, a nie dlatego, że jest człowiekiem, a ona się w nim zakochała. 

Patrzyła, jakby miała klapki na oczach. Otumaniona przeświadczeniem, 

że Philip jest dla niej jedynym człowiekiem na świecie, nie była w stanie 

zobaczyć nikogo innego. Dlaczego musiało minąć tyle czasu, żeby przejrzała? 

Teraz już poznała szokującą prawdę. Próbowała przyzwyczaić się do 

nowej sytuacji, jak człowiek oślepiony, ogłuszony i oszołomiony nagłym 

R S

background image

 

103 

błyskiem, po omacku wyciągający ręce w świecie, który całkiem się zmienił. 

Była zakochana w Benie! Była w nim zakochana od dawna! 

- Och, do diabła z tobą! - wybuchnął nagle Ben. - Wracam do Londynu. 

Możesz jechać ze mną albo zostać, jak ci się podoba. Ale jeśli zostaniesz, 

Nerisso, to koniec z naszym małżeństwem. 

Odwrócił się na pięcie i pobiegł na piętro. Nerissa stała w kuchni. Błękit 

jej oczu zaciemniło ponure zdumienie. 

Kiedy usłyszała, że Ben wraca na dół, szybko wybiegła do sieni. Niósł 

walizkę. Poczuła kłującą rozpacz, zrozumiała bowiem, że mówił poważnie. 

Naprawdę wyjeżdżał. 

- Ben, posłuchaj, nie mogę teraz jechać. Oni mnie potrzebują. Ale... - 

zaczęła. 

Ben zwrócił do niej posępną twarz. 

- Bez żadnych „ale", Nerisso. Nie żartuję. Dość mam tej ciuciubabki 

zwanej małżeństwem. Nie mogę dłużej tak żyć. 

W chwilę później już go nie było. Trzasnęły frontowe drzwi, a ona stała 

jak wryta, pobladła i ogłupiała. Usłyszała odgłos rozrusznika, ryk silnika po 

wciśnięciu pedału gazu, szurgot kół sypiących żwirem. Ben ją opuścił. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

104 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Ciocia Grace wróciła w kilka godzin później i stwierdziła, że Nerissa 

doprowadziła do lśnienia cały dom, od strychu po piwnicę. Zastała ją w kuchni 

na przygotowywaniu obiadu. Nerissa usłyszała jej nadejście, więc nastawiła 

czajnik, by zagotować wodę na herbatę. Po chwili ciocia Grace ukazała się na 

progu i powiedziała: 

- Ho, ho, praca wre! Moja dobra dziewczynka. Właśnie myślałam, że jutro 

będę musiała wziąć się do roboty, a tu proszę. Wszystko wypucowane na 

wysoki połysk! 

Nerissa jakoś zdobyła się na uśmiech, specjalnie dla cioci, zaraz jednak 

schyliła się nad wielkim garem z miedzianym dnem, w którym gotowała zupę. 

- W czajniczku jest herbata, świeżo parzona. 

- Cudownie, umieram z pragnienia! - Grace Thornton usiadła z 

westchnieniem ulgi i nalała sobie filiżankę herbaty. - Co ty tam pichcisz? 

Przepięknie pachnie. 

- Wuj John zostawił na stole kosz dojrzałych pomidorów, więc uznałam, 

że trzeba z nimi coś zrobić i zajęłam się zupą. Dodałam trochę bazylii z twojego 

ziołowego ogródka. 

Ciocia Grace aprobująco skinęła głową. 

- Pomidory w tym roku obrodziły, to dobry sposób, żeby je wykorzystać. 

Gdybym miała czas, wsadziłabym część do słoików, a część zamarynowała. 

Mam mnóstwo szalotek i nasion nasturcji. Zwykle o tej porze roku robię 

marynaty z pomidorów i cebuli, pamiętasz? 

- Owszem - potwierdziła nieprzytomnie Nerissa, myśląc o Benie. W 

pewnej chwili uświadomiła sobie, co przed chwilą powiedziała ciotka, i dodała: 

- Mogę jutro porobić marynaty, w czasie gdy będziesz u Philipa w szpitalu. 

R S

background image

 

105 

- Ben pewnie zechce cię zabrać na przejażdżkę. Inaczej bardzo znudzi się 

tutaj nic nierobieniem. - Ciotka Grace wypiła parę łyków herbaty i obojętnym 

tonem powiedziała: - Widzę, że znikł samochód. Czyżby Ben już sam gdzieś 

pojechał? 

- Wrócił do Londynu - odrzekła Nerissa, odwrócona do ciotki plecami. 

Otworzyła piekarnik, żeby sprawdzić, jak rumieni się pieczone jagnię. 

Buchnęło gorąco, od którego jej blada twarz nabrała koloru. 

- Czy jeszcze się tu zjawi? - Głos ciotki zabrzmiał badawczo, wyraźnie 

coś w tonie siostrzenicy zwróciło jej uwagę. 

- Nie. 

Nerissa polała tłuszczem mięso, posypała ziemniaki pietruszką i obróciła 

je, chcąc mieć pewność, że równo się zrumienią. Zamknąwszy drzwiczki, 

wyprostowała się. 

- Co się stało? - Grace Thornton bacznie ją obserwowała.  

Nerissa uważała, żeby nie stanąć twarzą do niej. Starała się zachować jak 

najspokojniejszy ton: 

- Jest bardzo zajęty, musiał jechać z powrotem. 

Porządkując dom, dobrze zastanowiła się nad wyjaśnieniem. Nie chciała, 

żeby wuj albo ciotka odgadli, w jakim niebezpieczeństwie znalazło się jej 

małżeństwo. Za nic nie mogli dowiedzieć się o ultimatum Bena, które 

sprowadzało się do wyboru między nim a rodziną. I bez tego mieli dość 

wyrzutów sumienia, nie potrzebowali dodatkowych powodów do niepokoju. 

- Myślałam, że zostaje do końca tygodnia. - Ciotka nie pozwoliła się 

zwieść. Stanowczo za dobrze wyczuwała nastroje. Przenikliwym spojrzeniem 

wychwytywała wszystko, co istotne. 

- Miał zamiar, ale... - Nerissa urwała, głos jej się załamał.  

Mówienie o Benie było równoznaczne z myśleniem o Benie, a to bolało. 

Za każdym razem, gdy przypominała sobie o jego odejściu, czuła szarpiącą 

rozpacz. 

R S

background image

 

106 

- Nerisso, kochanie... co złego się stało? Współczucia ciotki nie była w 

stanie znieść. Ta kropla 

przelała czarę. Nie potrafiła już dłużej udawać, że nic się nie stało. Ukryła 

twarz w dłoniach i zaczęła szlochać, nie panując już nad drżeniem, które 

owładnęło jej ciałem. 

Ciotka Grace zbliżyła się i otoczyła ją ramieniem. 

- Nie płacz, kochanie. Nie może być aż tak źle. 

Przez dłuższą chwilę Nerissa szlochała, wsparta na jej ramieniu, potem 

zdusiła łkanie i odsunęła się. 

- Odszedł ode mnie, ciociu! 

Grace Thornton ujęła ją pod brodę i stanowczym gestem osuszyła jej 

policzki, jakby miała przed sobą pięciolatkę. Nie cofając ręki, spojrzała w 

załzawione błękitne oczy, czegoś w nich wypatrując. 

- Jak to, kochanie? O co poszło? 

Nerissa bezradnie potrząsnęła głową. Nie umiała wytłumaczyć. Było to 

zbyt osobiste, zbyt skomplikowane. 

- Czy o Philipa? 

Nie odpowiedziała, ale właściwie nie musiała. Ciotka przecież uważnie 

śledziła wyraz jej twarzy. 

- A więc tak - stwierdziła, marszcząc czoło. Przeciągle westchnęła. - Nie 

powinniśmy byli cię prosić, żebyś przyjechała! 

Nerissa poruszyła się niespokojnie, oczy zalśniły jej gniewnym blaskiem. 

- To był wasz obowiązek! On jest moim bratem, musiałam do niego 

przyjechać! Gdyby umarł, nigdy nie wybaczyłabym sobie, że mnie tu nie było. 

Pierwszy raz w życiu nazwała Philipa bratem. Ciotka natychmiast 

odnotowała ten fakt, przez jej twarz przemknął wyraz kompletnego zaskoczenia. 

Wolno skinęła głową: 

- Słusznie, miałaś prawo wiedzieć. Ale Ben poczuł się urażony... nie 

chciał, żebyś tu przyjechała? 

R S

background image

 

107 

Skinęła głową. 

- On myśli, że ja wciąż... - Urwała i przygryzła wargę. Nie była w stanie 

powiedzieć więcej w obecności matki Philipa, która była przecież żoną ich 

wspólnego ojca. Bała się, że nieostrożnym słowem mogłaby jeszcze bardziej 

wszystko skomplikować. 

Grace Thornton odszukała jej dłoń i lekko ją poklepała. 

- Naturalnie. On wie o Philipie... i podejrzewa, że wciąż jest między wami 

tak samo?  

Nerissa, bliska histerii, parsknęła nerwowym śmiechem. Po co wysilała 

się, żeby ukryć swe uczucia, skoro ciocia i tak wie? Należało przewidzieć, że 

słowa nie są do niczego potrzebne, bo Grace zawsze słyszy także to, czego się 

nie mówi. Umie czytać z oczu, z tonu głosu. W tym odludnym zakątku na 

pograniczu Szkocji i Anglii, gdzie prawie co dzień wiatry i deszcze przeczesują 

wrzosowiska, Grace Thornton, o dziwo, nabrała umiejętności niezwykle bystrej 

obserwacji ludzkich zachowań, chociaż materiał do ćwiczeń miała wyjątkowo 

skąpy. Lubi ludzi i na tym polega jej tajemnica, pomyślała Nerissa. Są dla niej 

ważni. Nie zapatrzyła się w siebie jak większość. 

Nagle uświadomiła sobie coś bardzo przygnębiającego. Przecież 

zaabsorbowana swoimi pragnieniami i odczuciami, nie dostrzegała dotąd 

niczego innego. W ogóle nie widziała Bena, nie myślała o tym, co się dzieje w 

jego wnętrzu. Nie ma o tym pojęcia. Żyje od miesięcy z kochankiem, z mężem, 

ale nie zna człowieka, nie wie o nim prawie nic, czego nie wiedzieliby inni. 

- Jedź za nim - powiedziała ciotka Grace. 

Nerissa spojrzała na nią zaskoczona i bardzo gwałtownie potrząsnęła 

głową. 

- Nie mogę! 

- Dlaczego nie, na miłość boską? - Grace okazała zniecierpliwienie, co 

zdarzało się jej bardzo rzadko. Nerissa w życiu nie spotkała cierpliwszej 

kobiety. 

R S

background image

 

108 

- Jak mogłabym? Nie zostawię Philipa, póki jest taki chory. 

- Nie przejmuj się Philipem. Teraz, kiedy zbudził się ze śpiączki, dojdzie 

do siebie. Rozmawiałam dziś w szpitalu ze specjalistą, który się nim zajmuje. 

Zdaniem lekarza, wkrótce należy spodziewać się bardzo szybkiej poprawy i 

powrotu do zdrowia. Philip jest młody, silny i sprawny. Nie musisz się o niego 

martwić. Poza tym nie on jest dla ciebie najważniejszy, tylko twój mąż. Jedź za 

nim. - Grace Thornton urwała i zapatrzyła się w twarz siostrzenicy. - Chyba że 

go nie chcesz. No, powiedz, chcesz go? 

Nerissa milczała, ujęta dumą. Tylko przygryzła dolną wargę, a na obu 

policzkach miała okrągłe szkarłatne placuszki. Ciotka odczekała chwilę i 

podjęła: 

- Widziałam was razem i myślę, że odpowiedź brzmi „tak". A jeśli go 

kochasz, nie pozwól mu odejść, Nerisso. Walcz o niego. 

Nerissa zaczerpnęła głęboki oddech i obdarzyła ciotkę przelotnym 

spojrzeniem. 

- Czy ty też kiedyś to zrobiłaś? 

Grace uśmiechnęła się do niej dość kwaśno i twierdząco skinęła głową. 

- I nie myśl, że to było dla mnie łatwe, bo nie było. Kiedy John mi 

powiedział, co zaszło między nim a Ellen, chciałam zabić ich oboje. 

- Mogę to zrozumieć. - Nerissa wiedziała już, jak czułaby się, gdyby 

odkryła, że po ślubie z nią Ben miał romans z inną kobietą. 

Grace Thornton skrzywiła się. 

- Oj, tak, tak. Zazdrość dosłownie mnie skręcała, byłam zielona ze złości. 

Ale dzięki Bogu wykazałam dużo zdrowego rozsądku i nie poszłam za 

pierwszym odruchem. Bo miałam ochotę powiedzieć im obojgu, żeby wynosili 

się do diabła, i zażądać od Johna rozwodu. 

Nerissa osłupiała. Ciotka dostrzegła jej zdumienie i zaśmiała się jak 

człowiek, który już nabrał doświadczenia. 

R S

background image

 

109 

- Myślisz, że byłam najświętsza ze świętych? Nie, kochanie. Omal nie 

spuściłam im solidnego lania. Już, już miałam na końcu języka słowa: 

„Wynoście się z mojego domu, żebyście nie ważyli się więcej przestąpić tego 

progu!". Nie wiem nawet, jak się pohamowałam. Ale były ważniejsze sprawy. 

Musiałam zabrać Ellen do lekarza i upewnić się, czy rzeczywiście spodziewa się 

dziecka, no a poza tym musiałam się opiekować swoim dzieckiem. W tym 

młynie nie starczało mi czasu na ponure rozmyślania, które doprowadzają do 

białej gorączki. A zanim cokolwiek postanowiłam, Ellen dała nogę. Wtedy 

pojęłam, że mimo wszystko nadal kocham Johna i nie chcę go stracić. Ellen, 

biedaczka, ułatwiła mi zadanie. W pewnym sensie zdecydowała za mnie. Myślę, 

że też go kochała, bo inaczej nigdy nie zrobiłaby tego, co zrobiła. 

Nerissa popatrzyła na nią z niedowierzaniem. 

- Zawsze wydaje mi się, że mówisz o tym z wielkim spokojem. Jak 

możesz zdobyć się na taki dystans? 

- A co to za sztuka po ponad dwudziestu latach? Znasz przecież 

powiedzenie: „Czas jest najlepszym lekarzem". Na początku wcale nie miałam 

dystansu, wierz mi, ale jeśli kogoś kochasz, to potrafisz zdusić swoją dumę i 

odsunąć gniew na bok. Musisz, jeśli chcesz z tym wszystkim żyć. Nie możesz 

mieszkać z kimś, do kogo czujesz gniew. To jest zabójcze, odbiera wszelkie 

szanse na wspólne szczęście. 

- Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. 

- No, owszem. Wcale nie powiedziałam, kochanie, że to jest łatwe. Ale po 

prostu nie masz innego wyjścia, jak dokonać wyboru. Jeśli go kochasz, to 

musicie jakoś ułożyć swoje sprawy. Na początku codziennie trzeba gryźć się w 

język i siłą hamować przed wybuchem. Potem z dnia na dzień robi się łatwiej. 

Kluczem jest miłość, Nerisso, i tylko od ciebie zależy, czy chcesz, żeby ten 

klucz coś otwierał. 

- Chcę - przyznała Nerissa lekko zachrypniętym głosem. 

R S

background image

 

110 

- Wobec tego sama musisz gonić Bena. Dziś jest już za późno, ale jutro 

wczesnym rankiem John odwiezie cię na stację. 

Nerissa wciąż się wahała. 

- Właściwie miałam dotąd niewiele okazji do rozmowy z Philipem. 

Powinnam jeszcze raz go odwiedzić, powiedzieć mu do widzenia. 

- Pożegnam go w twoim imieniu. - Niewzruszone spojrzenie Grace było 

jak wyzwanie. - Tak będzie najlepiej, kochanie, dla was obojga. Sama wiesz. 

Myślę, że pogodziliście się z losem, ale niebezpieczeństwo jeszcze nie całkiem 

znikło, za mało czasu upłynęło. Tymczasem musicie zachować dystans. 

Któregoś dnia będziecie mogli spotykać się jak brat z siostrą, bez wracania do 

tego, co było kiedyś. 

Nerissa skinęła głową z posępną miną. 

- Przykro mi, kochanie - powiedziała cichym głosem ciotka, klepiąc ją po 

dłoni. - To wszystko była nasza wina. Nie mieliśmy prawa utrzymywać tego w 

tajemnicy, w każdym razie nie przed wami. Powinniśmy byli powiedzieć wam o 

wszystkim, póki byliście dziećmi, ale nigdy nie przyszło nam do głowy, że 

kiedyś wyniknie z tego kłopot. Mam wyrzuty sumienia, że koniecznie chciałam 

uchronić swoją dumę. Bo John chętnie przyznałby się do takiej córki przed 

całym światem. 

- Naprawdę? - Nerissa uśmiechnęła się nieśmiało, ale mimo to 

niepewność nie znikła jej z oczu. Grace z przekonaniem skinęła głową. 

- Kocha cię, zresztą wiesz o tym! Zachowywał tajemnicę dla mojego 

dobra. Nie miej pretensji do swojego ojca, lecz do mnie. On wiedział, że gdyby 

cała rodzina i wszyscy sąsiedzi usłyszeli o nim i Ellen, ciężko zraniłoby to moją 

dumę. Czułabym się upokorzona, miałabym wrażenie, że za plecami wszyscy 

mnie obgadują i wyśmiewają. Dlatego wtedy zgodziłam się przebaczyć pod 

warunkiem utrzymania sprawy w sekrecie. Postąpiłam niesłusznie, nie należało 

stawiać żadnych warunków, niestety stało się. John się zgodził. Przez myśl nam 

nie przeszło, że Ellen umrze tak młodo, a ty przyjedziesz tutaj. 

R S

background image

 

111 

Nerissa badawczo przyjrzała się jej twarzy. 

- Przyjęcie mnie pod swój dach musiało być dla ciebie bardzo trudne. 

- Nie powiedziałabym - odparła spokojnie Grace, ciepło się do niej 

uśmiechając. - Byłaś ślicznym stworzeniem, jak to małe dziecko, a w dzień 

przyjazdu tutaj sprawiałaś wrażenie zupełnie zagubionej. Rozglądałaś się 

wszędzie za matką, bo nie wiedziałaś, że nie żyje. Takie było z ciebie 

biedactwo. Musiałabym mieć serce z kamienia, żeby cię odesłać z powrotem. 

Ale powinnam była znaleźć odwagę i powiedzieć ci, że John jest twoim ojcem. 

Żałuję, iż stało się inaczej. Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić, Nerisso. Kocham 

cię, wiesz o tym. 

- Naturalnie, że wiem! - Nerissa uściskała ją mocno i serdecznie. - Nie 

miej do siebie pretensji, dobrze cię rozumiem. Jestem pewna, że na twoim 

miejscu czułabym dokładnie to samo. Nie sądzę jednak, żebym okazała aż tyle 

wielkoduszności. Jak sięgam pamięcią, jesteś moją jedyną matką, dzięki tobie 

miałam cudowne dzieciństwo i Philip też. Jesteś bardzo niezwykłą osobą, ciociu 

Grace. Bardzo cię kocham. 

 

Niewiele spała tej nocy. Dręczyły ją wyobrażenia Bena i wspomnienia ich 

wspólnie spędzonych dni i nocy. Tyle czasu bezpowrotnie straciła! Gdyby tylko 

mogła cofnąć wskazówki zegara... 

Żałowała, że nie pojechała za nim. Po rozmowie z ciocią Grace należało 

spakować rzeczy i natychmiast wrócić, a nie zostawać jeszcze na noc. Jeśli Ben 

mówił poważnie, że koniec z ich małżeństwem, z pewnością wystąpi o rozwód. 

Ale czy mówił poważnie? Siłą wyobraźni bezustannie przywoływała jego 

szorstki głos, ściągnięte rysy twarzy, wrażenie ostateczności, jakie miała, gdy 

zatrzasnął za sobą frontowe drzwi. Ogarnęła ją rozpacz i beznadziejność. Tak, 

bez wątpienia mówił poważnie! - pomyślała posępnie. Już było za późno. 

A mimo to nie mogła porzucić tlącej się nadziei... jeszcze nie. Musiała 

spróbować, może go odzyska. Nie wolno tak łatwo pozwolić mu odejść. 

R S

background image

 

112 

Następnego dnia wczesnym rankiem uściskała ciocię Grace i wuja, 

prosząc ich, aby przekazali Philipowi najserdeczniejsze pozdrowienia i życzenia 

rychłego powrotu do zdrowia. Potem John Thornton odwiózł ją na dworzec. 

Wracała ekspresem, który zatrzymywał się tylko na największych 

stacjach. Ich nazwy przelatywały za oknami całkiem niezauważalnie dla 

Nerissy: Newcastle, York i tak dalej na południe, pędem wśród jesiennych 

krajobrazów wsi i przedmieść wielkich miast, skąpanych w chłodnym, bladym 

słonecznym świetle. 

Dojechała do Londynu niedługo po porze lunchu, wzięła taksówkę i 

kazała zawieźć się do domu. Im mniej czasu dzieliło ją od ujrzenia Bena, tym 

bardziej napięte miała nerwy. Wcześniej nie zapowiedziała przyjazdu, to, co 

miała do powiedzenia, trzeba było powiedzieć, stojąc twarzą w twarz. 

Na niebie świeciło słońce, gdy samochód skręcił w uliczkę, przy której 

przez ostatnie kilka miesięcy mieszkali wraz z Benem. Wyglądała dokładnie tak 

samo, jak w dniu, gdy Nerissa w pośpiechu wyjeżdżała na północ. Pełno tam 

było gołębi, których miękkie, szarawe pióra połyskiwały w promieniach słońca, 

gdy ptaki dumnie przechadzały się i pogruchiwały na niezliczonych gzymsach. 

Ciężki zapach chryzantem unosił się nad wszystkimi ogródkami. W rynsztokach 

zalegały złociste, brunatne i rdzawoczerwone opadłe liście, które pod kołami 

samochodu szeleściły i podrywały się na chwilę z ziemi jak żywe istoty. 

Również ogródki i ganki domów stojących przy ulicy zakrywał wielobarwny 

dywan liści. 

- Który to będzie, szanowna pani? - spytał przez ramię taksówkarz, wolno 

przejeżdżając wzdłuż szeregu domów. 

- Drugi po lewej - odpowiedziała machinalnie Nerissa, z napięciem 

wpatrując się w okna. Czy Ben jest w domu? Czy obserwuje jej przyjazd? Co 

sobie pomyśli? Jak na nią będzie patrzył? Co powie? 

Zapłaciwszy kierowcy, wzięła torbę podróżną i ruszyła dróżką 

prowadzącą do frontowych drzwi. Z mocno bijącym sercem czekała, aż otworzą 

R S

background image

 

113 

się i stanie w nich Ben. W myślach przeżyła już tę chwilę setki, a może nawet 

tysiące razy, wciąż jednak nie miała zielonego pojęcia, jak właściwie Ben 

zareaguje na jej widok. 

Odstawiła torbę podróżną, przez cały czas nasłuchując, czy z wnętrza nie 

dobiegnie jej odgłos kroków. Nic jednak nie było słychać. Nie wzięła pod 

uwagę, że Ben może dokądś wyjść. Za bardzo zależało jej na tym, by jak 

najszybciej znowu go zobaczyć. Po prostu wierzyła, że w chwili jej przyjazdu 

będzie w domu. Powoli wyciągnęła klucze i przekręciła je w zamku. Nadal 

jednak z mieszkania nie dobiegł jej żaden dźwięk. 

Weszła do środka, postawiła torbę na podłodze i nieruchomo zaczęła się 

wsłuchiwać w. domową ciszę. Po minucie zajrzała do kuchni. Była idealnie 

czysta, wszystko na swoich miejscach, błyszczące i bez najmniejszej plamki. W 

zmywarce nie leżały żadne naczynia, nie dostrzegła też śladu, by ktokolwiek 

używał tego rana filiżanki albo talerzyka. 

Rozejrzała się po pozostałych pomieszczeniach na parterze. Wszystkie 

wydawały się absolutnie nie tknięte. Nikt nie siedział ani na fotelu, ani na sofie. 

Nigdzie na podłodze nie poniewierały się gazety, które Ben przed wyjściem 

często ciskał w pośpiechu gdzie popadnie, na stole nie piętrzyły się książki, w 

ogóle nie było w tym domu żadnego znaku życia. Nie był to jednak dzień, kiedy 

przychodziła sprzątaczka. Niemożliwe więc, żeby ni stąd, ni zowąd pojawiła się 

rano i posprzątała ślady obecności Bena. 

Marszcząc czoło, Nerissa poszła na górę, do małżeńskiej sypialni. Łóżko 

było gładkie jak tafla szkła. Jeśli ktokolwiek w nim spał tej nocy, to bardzo 

starannie je potem posłał i zmienił pościel. Nie mogła uwierzyć, żeby Ben coś 

takiego zrobił. Pracę wykonano fachowo i perfekcyjnie, Nerissa nieomylnie 

widziała w tym rękę sprzątaczki. Lekko dotknęła palcami poduszkę. Wyczuła 

chłód, nie znalazła najmniejszej fałdy. Nikt nie spał na tej poduszce w nocy, 

poszewka była świeżo wyprasowana i sztywna od krochmalu. 

R S

background image

 

114 

Zajrzała do garderoby i zrobiła błyskawiczny przegląd ubrań Bena. Nie 

zauważyła nic z tego, co miał z sobą na farmie Thorntonów. W łazienkowym 

koszu nie leżały ani noszone koszule, ani bielizna do prania. Wanna raziła 

suchością, podobnie jak umywalka. Ręczniki na podgrzewanym wieszaku były 

co do jednego świeże. 

W pokoiku przyległym do sypialni, którego używali jako komory na 

pościel, dodatkowej szafy, składziku na bagaż i inne potrzebne a nieporęczne 

rzeczy, których nie używa się na co dzień, nie było ani śladu walizki. 

Pośpiesznie obejrzała pozostałe pokoje na piętrze, po czym stanęła na podeście 

schodów. Twarz miała bladą, był na niej wyraz beznadziejności. 

Ben spędził ostatnią noc poza domem. Dokąd mógł się wybrać po 

odjeździe z farmy? 

Przez głowę zaczęły jej przebiegać przerażające myśli. A jeśli miał 

wypadek samochodowy? Jeśli zginął? Albo leży umierający w jakimś szpitalu? 

A gdyby nawet był tylko ranny, to czy pytany o rodzinę podałby jej nazwisko? 

Czy poprosiłby kogoś, żeby ją zawiadomiono, co się stało? 

Ben myślałby na pewno, że nie wyjechała jeszcze z farmy Thorntonów. Z 

jego punktu widzenia ich małżeństwo było skończone, gdyż postanowiła zostać 

z Philipem. Gdyby po drodze spotkał go wypadek, nie chciałby jej widzieć. 

Co robić? - pomyślała zdesperowana. 

Musiała przekonać się, czy Ben w ogóle dotarł do Londynu.  

Oczywiście! Przecież na pewno utrzymywał kontakt ze swoimi 

współpracownikami. Nie mógł wyparować, nikomu nie dając znać, gdzie się 

podziewa. 

Zbiegła po schodach na dół, prosto do jego gabinetu, zanim jednak 

zatelefonowała do kancelarii, wyłączyła automatyczną sekretarkę, wyciągnęła 

taśmę i przesłuchała. Może Ben zostawił dla niej jakąś informację. 

Pierwsza wiadomość pochodziła od Helen Manners, była nagrana w 

pośpiechu, cichym, intymnym głosem: 

R S

background image

 

115 

- Ben, zadzwoń do mnie jak najszybciej. Muszę z tobą pilnie 

porozmawiać. Będę w kancelarii do szóstej, a potem w domu. 

Kiedy to nagrano? Dzisiaj? Ben na pewno był w domu po powrocie z 

Hagi. Przesłuchał wtedy taśmę automatycznej sekretarki, skasował nieaktualny 

zapis i nastawił urządzenie na nowo. Ale w każdej chwili mógł zatelefonować z 

dowolnego miejsca na świecie i dzięki odpowiedniemu mechanizmowi 

przesłuchać następne wiadomości, a potem znów wyczyścić taśmę. Czy tak 

właśnie zrobił? Czy też teksty nagrano wiele dni temu? 

Zaczęła słuchać następnej wiadomości: od kolegi prawnika, który chciał, 

by Ben oddzwonił w wolnej chwili i umówił się z nim na partię squasha. 

Następne informacje też przeznaczono dla Bena. Nerissa miała niewiele 

koleżanek, a te nieliczne były przeważnie żonami kolegów i przyjaciół Bena, 

dlatego wszystkie wizyty zawsze składali razem. 

Powtórnie zadzwoniła Helen Manners: 

- Ben, znowu Helen. Miałeś sprawdzać, co się nagrało, więc sądziłam, że 

można cię będzie złapać, ale nie dajesz znaku życia. Muszę z tobą porozmawiać, 

to bardzo ważne. Oddzwoń natychmiast, jak usłyszysz tę wiadomość. 

No, i tyle. Automatyczna sekretarka wyłączyła się i nie zapisała już 

więcej informacji. Nerissa skasowała całe nagranie. 

Z wahaniem wybrała numer kancelarii i nie podając swego nazwiska, 

poprosiła do telefonu Bena. Specjalnie mówiła cichym, ochrypłym głosem. 

Miała nadzieję, że dzięki temu uniknie rozpoznania. 

Kobieta, która podniosła słuchawkę, grzecznie poinformowała ją, że Ben 

nie może podejść. Nie ma go w pracy, nie, później też nie będzie i nie wiadomo, 

kiedy wróci. 

- Wziął tydzień urlopu, aby odwiedzić rodzinę gdzieś na północy - 

wyjaśniła w końcu. 

R S

background image

 

116 

Nerissa poprosiła do telefonu jego sekretarkę. Spodziewała się, że Helen 

Manners wie coś więcej. Czy powiedziałaby cokolwiek żonie Bena, było 

całkiem inną sprawą. Nadal odnosiła się do niej z bardzo jawną wrogością. 

- Pani Manners również nie ma - powiedziała kobieta. - Dzwoniła dziś 

rano, żeby powiedzieć, że do końca tygodnia już nie przyjdzie, bo szef nie 

będzie jej potrzebował. 

Nerissa odłożyła słuchawkę i stanęła przy oknie, zapatrzona w ogród na 

tyłach domu. Ben nie miał wiele czasu na prace ogrodnicze. Do domu od tyłu 

przylegał obszerny kamienny taras. Po kamiennych schodach schodziło się z 

niego na długi trawnik, wiosną i latem koszony raz w tygodniu przez ogrodnika. 

Nie było tam żadnych grządek, tylko trochę krzewów ozdobnych, posadzonych 

dookoła: niebieskie i różowe hortensje, akurat obsypane kwieciem, i karłowate 

azalie, które wybuchały barwami na wiosnę. 

Tego popołudnia ogród wyglądał melancholijnie: martwe liście kłębiły się 

na trawie, wierzba pochyliła gałęzie, naga i przygnębiona, w kącie trawnika 

mech zarastał twarz figurki, stojącej nad sadzawką ze złotymi rybkami. 

Jeśli Ben nie poszedł do pracy i nie było go w domu, to gdzie był? 

Poczuła bolesny skurcz serca, na twarz wystąpił jej nikły rumieniec. A może 

trochę zmiękł. Czyżby zawrócił na farmę, żeby się z nią zobaczyć? 

Gorączkowo zaczęła wybierać następny numer. Telefon odebrała ciocia 

Grace. Z zaskoczonego tonu jej głosu Nerissa natychmiast wywnioskowała, że 

Ben już się tam nie pokazał. 

- O, dzień dobry, kochanie. Czy wszystko w porządku? 

- Dzwonię, żeby powiedzieć, że miałam dobrą podróż i szczęśliwie 

dojechałam - powiedziała ochryple Nerissa. Gdy przekonała się, że Bena nie ma 

na farmie, natychmiast odżył jej niepokój. 

- Rozmawiałaś z Benem? 

- Jeszcze nie, jest w pracy - skłamała Nerissa. - A jak czuje się Philip? 

R S

background image

 

117 

- W porządku. Dziś rano byłam u niego kilka godzin. Wybieram się do 

szpitala jeszcze wieczorem. 

- Przekaż moje najserdeczniejsze uściski i jemu, i wujowi Johnowi. Będę 

z wami w kontakcie. Pa. 

Odwiesiła słuchawkę i stanęła przy oknie, spoglądając w nie tępym 

wzrokiem. Bena nie było w pracy ani w domu, ani też na farmie. Gdzież, do 

licha, był? 

Jeśli dzisiaj przesłuchiwał nagrane informacje, mógł oczywiście 

zadzwonić do Helen Manners. Z tonu jej głosu wynikało, że sprawa jest 

naprawdę pilna. Nerissa jednym ruchem otworzyła kalendarzyk Bena, który 

leżał na biurku. Bez trudu odnalazła domowy numer jego sekretarki. 

Helen mieszkała w Highgate, niedaleko sławnego cmentarza, na którym 

pochowano w imponujących marmurowych grobowcach Karola Marksa i wiele 

innych wybitnych osobistości epoki wiktoriańskiej. Z okien mieszkania ciągnął 

się widok na boczną część nekropolii. Helen wprowadziła się tam całkiem 

niedawno i urządziła okolicznościowe przyjęcie, na które Ben przyszedł z 

Nerissą. Znaleźli się w otoczeniu utrzymanym w chłodnej, pastelowej tonacji, 

pośród ultranowoczesnych mebli i wyposażenia. Wystrój zdawał się jednak 

całkiem naturalnie pasować do wnętrza wysokiej wiktoriańskiej kamienicy, w 

której Helen zajęła górne piętro. Dobrego smaku Nerissa nie mogła jej 

odmówić. Musiała też przyznać, że Helen reprezentuje chłodne skandynawskie 

piękno. 

Zanim Nerissa podniosła słuchawkę, chwilę się zawahała. 

Stanowczo nie pragnęła zdradzać przed Helen, że nie ma pojęcia, gdzie 

jest Ben. Nie miała złudzeń co do reakcji tej kobiety. Szybko wyciągnie 

wnioski, odgadnie, że się pokłócili, i zacznie żywić nadzieję, że ich małżeństwo 

znalazło się na rafie. 

Od pierwszej chwili znajomości Nerissa podejrzewała, że Helen kocha się 

w Benie. Było to jedyne sensowne wyjaśnienie jej lodowatej wrogości. Nerissa 

R S

background image

 

118 

widziała przecież, jak Helen rozmawia z klientami, z prawnikami, z 

koleżankami pracującymi na innych stanowiskach: potrafiła być czarująca, 

układna, wzorowo uprzejma. Przyczyna była więc oczywista. Ale jeśli 

ktokolwiek na tym świecie mógł wiedzieć, gdzie szukać Bena, to bez wątpienia 

osobą tą była Helen Manners. 

Nerissa odczekała na sygnał i nerwowo wybrała numer. Bez skutku. 

Helen nie było w domu. Odłożyła słuchawkę i tępo spojrzała przed siebie. Co 

dalej? Czy to możliwe, że Ben wrócił do Hagi, nie dając znać 

współpracownikom w firmie? Wydało jej się to całkiem nieprawdopodobne. 

Gdzież on był? Dokąd mógł pojechać? Do siostry? Nie utrzymywał 

przesadnie bliskich stosunków z Jenny, rzadko składał siostrze wizyty, no, ale 

mógł tam się wybrać. Nerissa nie była jednak w stanie przemóc się i 

zatelefonować do szwagierki. Byłoby to znacznie przykrzejsze zadanie, niż 

dzwonienie do Helen. Za bardzo upokarzające. Duma nie pozwoliłaby jej 

wykręcić numeru. 

Kto jeszcze mógł coś wiedzieć o miejscu pobytu Bena? Któryś z 

przyjaciół? Kilku z nich zachowywało się wobec niej bardzo uprzejmie, 

nawiązała też dobre stosunki z dwiema czy trzema żonami, z żadną jednak nie 

była na tyle blisko, by przyznawać się, że straciła z oczu męża. Na pewno 

padłyby pytania, a potem... Wzdrygnęła się na myśl o łańcuszku plotek i 

spekulacji, o spojrzeniach, jakimi obrzucano by ją i Bena. Oczywiście, jeśli Ben 

w ogóle wróci. 

Nie mogła mu tego zrobić. Nie mogła zranić jego dumy, wystawiając go 

na obmowę ciekawskich przyjaciół i ich żon. Oderwała wzrok od ślubnego 

zdjęcia, stojącego na biurku, i opuściła gabinet, nie zastanawiając się, dokąd 

właściwie idzie i co teraz powinna zrobić. 

Po chwili uświadomiła sobie, że stoi przy oknie w salonie, zapatrzona w 

jesienny krajobraz londyńskiej ulicy. Jakże mało przyjaciół miała w tym 

wielkim mieście. Nie było nikogo, komu mogłaby się zwierzyć, kto poradziłby 

R S

background image

 

119 

jej, co robić. Od czasu ślubu z Benem obracała się wśród licznych znajomych: 

przyjaciół Bena i ich żon, kobiet z którymi dobrze się rozmawiało, spotkawszy 

je przypadkiem na ulicy, które zapraszały ją bez przerwy na kawę, gawędziły z 

nią podczas obiadów. Ale nie nawiązała żadnej głębszej znajomości. Przede 

wszystkim była na to zbyt nieśmiała, a poza tym... 

Zamknęła oczy, wściekła na siebie. Prawdziwa, choć ukryta przyczyna 

braku przyjaciółek leżała w tym, że choć ciałem Nerissa była tu, w Londynie, to 

sercem i duchem pozostała z Philipem. Mieszkała z Benem, spała w jego łóżku, 

kochała się z nim, ale w pewnym sensie przez cały czas była gdzie indziej, na 

wrzosowiskach i czesanych wiatrem wzgórzach Northumberlandu, gdzie 

spędziła lata dzieciństwa. 

Od tego dnia wszystko musiało się zmienić! Postanowiła nawiązać 

przyjaźnie, zbliżyć się do ludzi, urządzić sobie w Londynie całkiem nowe życie. 

Pod warunkiem, że Ben wróci. 

Nadal wbijała wzrok w ulicę, chociaż niewiele tam widziała. Myślała na 

mocno zwolnionych obrotach, toteż gdy przed domem przystanął samochód, 

bardzo wolno rejestrowała markę i kolor. Nagle ją olśniło... samochód Bena! 

Wkrótce otworzyły się drzwi po stronie kierowcy i istotnie wysiadł Ben we 

własnej osobie. 

Serce zabiło jej jak szalone. Pożerała go wzrokiem. Wyglądał normalnie, 

nie nosił śladów żadnych obrażeń, garnitur miał idealnie odprasowany, jak 

zawsze. Gdy obchodził samochód, wiatr odsuwał mu kosmyki czarnych włosów 

z gładko ogolonej twarzy. Pochylił się i otworzył drzwi z drugiej strony. 

W ułamku sekundy serce Nerissy zamarło. Zobaczyła bowiem, kogo Ben 

przywiózł do domu. 

Z wnętrza samochodu wysunęły się długie, zgrabne nogi i wnet ukazała 

się cała postać Helen Manners. Sprawiała wrażenie, jakby przyjechała prosto z 

salonu piękności, ani jeden blond włosek nie sterczał nie na swoim miejscu, 

R S

background image

 

120 

makijaż miała nieskazitelny. Okrywała ją obcisła dżersejowa sukienka w 

kolorze żurawinowym, bardzo wyraźnie podkreślająca zarysy zgrabnego ciała. 

Wyglądała szałowo. Nerissa szczerze jej nienawidziła. 

Ben zatrzasnął drzwi samochodu, podszedł do bagażnika i wyciągnął z 

niego walizkę. Potem zamknął samochód na kluczyk i razem z Helen ruszył 

żwirową dróżką, prowadzącą do drzwi wejściowych. Zajmowała ich rozmowa, 

od czasu do czasu śmiali się, a byli tak pochłonięci sobą, że reszta świata 

praktycznie dla nich nie istniała. 

Spędził z nią całą noc, pomyślała Nerissa. Jak inaczej wyjaśnić, że wciąż 

ma z sobą walizkę? Z pewnością jeszcze nie był w domu. Wrócił razem z tą 

kobietą. 

Zazdrość wrzynała się głęboko w serce. Nerissa czuła się tak, jakby 

napadł ją dziki zwierz, wbijając jej w ciało kły i pazury. Zgięła się wpół, 

złamana potwornym cierpieniem. Przez głowę przelatywały jej wyobrażenia 

tych dwojga razem: nagi Ben w łóżku z Helen, dotyka jej, porusza się nad nią. 

O Boże! - pomyślała. Jak ja to zniosę? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

121 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Klucze Bena zazgrzytały w zamku, potem usłyszała stukot wysokich 

obcasów na podłodze w sieni i głos Helen Manners: 

- Zawsze uwielbiałam ten dom, wiesz, Ben. 

Nerissa zacisnęła zęby. Nie położysz łapy na tym domu! O, nie! - 

pomyślała, a twarz oblał jej gniewny rumieniec. I na nim też nie! Jeśli Ben 

myśli, że łatwo uda mu się rozwieść ze mną i ożenić z tobą, to grubo się myli. 

Ciocia Grace miała rację: będę o niego walczyć! Nie pozwolę mu odejść. 

- Jest duży i wygodny, idealny dla rodziny - przyznał. 

- Przychodzi mi do głowy mnóstwo pomysłów - stwierdziła Helen. - 

Strasznie chciałabym móc tu wszystko pozmieniać. Już widzę, co zrobiłby 

dobry architekt wnętrz. 

Znajdowali się teraz dokładnie przed drzwiami salonu, głosy brzmiały 

bardzo wyraźnie. 

- Dziękuję za ostatnią noc, Helen - mruknął Ben. - Miałem szczęście, że 

mogłem na ciebie liczyć. Jestem ci bardzo wdzięczny. 

Nerissa z trudem chwyciła oddech. Boże. Miała rację, spędził tę noc z 

Helen. Ból stawał się coraz silniejszy. Nerwowo splotła dłonie i przygryzła 

dolną wargę, żeby powstrzymać wzbierający w niej głośny jęk. Ben z Helen 

mogli tu lada chwila wejść i ją zobaczyć. Musiała przedtem odzyskać pa-

nowanie nad sobą, ukryć swoje uczucia. Nie wolno im pokazać, jak bardzo jej 

zależy. 

- Będę o tym pamiętał, Helen - dodał Ben, a ona odpowiedziała nieco 

ochrypłym śmieszkiem. 

- Ja też. 

R S

background image

 

122 

Niech ją szlag trafi! - pomyślała Nerissa, z oczami rozpalonymi 

zazdrością. Dość już było, że wie, co zaszło, słuchanie tego intymnego dialogu, 

pełnego niedomówień, sprawiało jej ból nie do wytrzymania. 

Ben także się roześmiał. 

- Mam nadzieję, że nie zażądasz za to podwyżki. Nerissa zachłysnęła się 

powietrzem, nie dowierzając własnym uszom. 

- No, mogłabym, jeśli o to chodzi! - oświadczyła Helen rozbawionym 

tonem. - Ale zacznijmy od filiżanki herbaty, którą mi obiecałeś. 

- Wstawię wodę - powiedział i oboje przeszli do kuchni. 

Nerissa odczekała, aż usłyszy zamykające się drzwi, a potem cichaczem 

przemknęła na górę do sypialni, bardzo uważając, żeby nie zaskrzypiały schody. 

Nie chciała zdradzić przed nimi swej obecności w domu. Nie zniosłaby konfron-

tacji z obojgiem naraz. Nie chciała zobaczyć wyrazu triumfu, kpiny, satysfakcji 

na twarzy Helen Manners. Za bardzo ucierpiałaby jej duma. 

Pragnęła natychmiast zabrać torbę podróżną i wrócić na farmę 

Thorntonów, do ludzi, którzy ją kochali i których ona kochała. Jednak serce 

nakazywało jej zostać i walczyć, nie wiedziała jednak, czy ma na to siłę. 

Położyła się na swoim łóżku i zapatrzyła w sufit, snując w myślach plany 

bitwy. W domu znowu zapadła cisza. Ben z Helen byli jeszcze w kuchni. Pili 

herbatę. To brzmiało tak swojsko i domowo, tak po angielsku i tak grzecznie. 

Tyle że w cudzołóstwie nie było nic grzecznego ani domowego.. 

Przeciwnie, przez nie dom się rozpadał. Rwały się małżeńskie więzy. 

Nagle przypomniała sobie, że właśnie od Bena usłyszała coś bardzo 

podobnego. Z wielką zajadłością oskarżył ją o duchowe cudzołóstwo z 

Philipem. Wtedy nie mogła mu zaprzeczyć. Od dnia jej ślubu chodzili do łóżka 

we troje. 

Gdyby jakoś mogła przeżyć te miesiące powtórnie, zacząć od nowa, 

pierwszy raz nadać swemu małżeństwu bardziej rzeczywisty wymiar... Ech, 

czemu nie odkryła wcześniej, że kocha Bena? Gdyby... 

R S

background image

 

123 

W żadnym słowie nie ma tyle goryczy, co w „gdyby", pomyślała smętnie. 

Gdyby... Nie można zawrócić czasu, zmienić przeszłości. Co się stało, to się nie 

odstanie. 

Można było jedynie borykać się z następstwami przeszłości. W tej chwili 

oznaczało to następstwa tego, że Ben spędził noc z Helen. Czyżby odkrył, iż jest 

zakochany w tej kobiecie? 

Wzdrygnęła się, bardzo zaniepokojona tą myślą. Jeśli tak, to musiała 

pozwolić mu odejść. Nie mogła go zatrzymywać, jeżeli kochał kogoś innego. 

Mogło to jej sprawić wielki ból, ale musiała się zgodzić na jego odejście. 

Czy jednak sprawiali wrażenie zakochanych? Zmarszczyła czoło, 

przebiegając w myślach wszystko, co podsłuchała. W ich głosach było 

zdecydowanie za mało uczucia. Rozbawienie, wzajemna sympatia, bliskość, to 

wszystko dostrzegła, ale przecież słów miłości nie słyszała. 

Tylko jak właściwie brzmią słowa miłości? - zadała sobie pytanie. 

Racjonalnej odpowiedzi nie miała. Wszystko opierało się na intuicji. Często 

zdarzało jej się podejrzewać, że Helen pragnie Bena, ale przed chwilą nie 

słyszała w głosie Bena głębokiego uczucia. 

A jeśli Ben nie kocha tej kobiety, to nie pozwolę mu odejść, pomyślała. 

Nie pozwolę jej porwać mi go sprzed nosa. Będę z nią walczyła wszelkimi 

dostępnymi sposobami. Nie wierzę, żeby umiała go uszczęśliwić. A ja umiem. 

Serce nagle aż podskoczyło jej z radości. Gdyby tylko udało jej się odzyskać 

męża... 

Teraz, kiedy wiem, że go kocham, nasze małżeństwo będzie całkiem inne, 

pomyślała. Zawsze opierało się na namiętności. Prawdę mówiąc, seks był dla 

nich wszystkim, i coraz bardziej ją to niepokoiło. Dobry seks to nie wszystko. 

Kobieta potrzebuje więcej. Pustka w ich stosunkach wprawiała ją w nerwowość, 

niepokój, zakłopotanie. Wszystko zmieniło się w jednej chwili, gdy pojęła, że 

kocha Bena. 

R S

background image

 

124 

Czemu nie mogła dojść do tego wniosku dzień wcześniej? Ben nie 

zostawiłby jej, nie pojechałby do Helen, a ona nie leżałaby tutaj, pogrążona w 

bezgranicznej żałości, statystując tamtym dwojgu na dole. 

O Boże, a jeśli wejdą na górę? Do tego pokoju, żeby się kochać w tym 

łóżku? Jak poderwana sprężyną, usiadła z kolanami pod brodą i zaczęła się 

powoli kołysać tam i z powrotem, od czasu do czasu z cicha pojękując. Nie, Ben 

nie zrobiłby tego. Nie tutaj. Nie w ich sypialni, którą dzielili od dnia ślubu. 

Twarz jej pobielała, potem pokryła się purpurą. Przed oczami przesuwały 

jej się najstraszniejsze obrazy. Bardzo pragnęła, żeby znikły. Szkoda, że nie 

można wyłączyć umysłu jak telewizora! Nigdy nie zdawała sobie sprawy z tego, 

jak żywą wyobraźnią jest obdarzona. 

Znała wszystkie pozycje, w jakich miał zwyczaj się kochać. Wiedziała, 

jak wtedy wygląda, jakie wydaje dźwięki, gdy włada nim pożądanie. Od samej 

myśli o tym, że mógłby być z inną kobietą, robiło jej się niedobrze. 

Zmroził ją odgłos na dole. Zaczęła intensywnie nasłuchiwać. Głosy 

płynęły teraz z korytarza. Przerzuciła nogi przez krawędź łóżka i odwróciwszy 

się, wbiła wzrok w drzwi. W uszach czuła pulsujące łomotanie, nerwy miała 

napięte do ostateczności. Coś trzasnęło. Przez moment nie wiedziała, co to za 

dźwięk, potem do niej dotarło. Zamknęły się frontowe drzwi. 

Wynosili się. Usłyszała kroki, samochodowy rozrusznik i oddalający się 

dźwięk silnika. Na dole znowu zapadła cisza. Osaczały ją pustka, chłód, zgroza. 

Podbiegła do okna, żeby wyjrzeć na ulicę, ale zdążyła zobaczyć tylko 

samochód znikający za rogiem. Przez chwilę nawet czuła ulgę. Dzięki Bogu, że 

nie weszli na górę, nie musiała stanąć z nimi twarzą w twarz. Potem zaświtało 

jej w głowie, że Ben odjechał razem z Helen, i pytania opadły ją jak osy kłujące 

palącymi żądłami. Bała się, że oszaleje. Dokąd tamci pojechali? Czy Ben wróci? 

A jeśli przeprowadzi się do Helen i zacznie z nią życie od nowa, to co? 

W tych czasach tak łatwo się rozwieść. Wystarczą dwa lata separacji i 

jeśli obie strony wyrażą zgodę, sąd orzeka rozwód bez dalszych zachodów. 

R S

background image

 

125 

Prawdopodobnie skorzystałaby na tym, przejmując na własność dom, choć 

możliwe, że trzeba byłoby go sprzedać i podzielić wpływy między strony, bo nie 

mieli dzieci. Nie orientowała się w prawnych komplikacjach rozwodowych, ale 

przecież Ben był prawnikiem, więc znał wszystkie kruczki i możliwości, tym 

bardziej że raz już się rozwodził. 

Zmarszczyła czoło, przypominając sobie jego jadowite uwagi na temat 

Aileen, która zażądała domu, samochodu i pokaźnej sumy pieniędzy. Ponieważ 

popełniła zdradę małżeńską, Ben zdołał obalić te roszczenia, ale i tak był 

zmuszony sprzedać dom i podzielić pieniądze ze sprzedaży po połowie. 

Pierwsze małżeństwo zaszczepiło w nim wiele goryczy i cynizmu. 

A ja nadal płacę rachunki Aileen, pomyślała żałośnie Nerissa. Cóż, 

niczego od Bena nie chciała, ani pieniędzy, ani tego domu. Nie chciała dalej 

mieszkać tam, gdzie mieszkali we dwoje. To byłoby zbyt przykre. 

Zmarszczki na jej czole jeszcze się pogłębiły. Może Ben myśli podobnie? 

Może będzie wolał kupić nowy dom, żeby odciąć się od wspomnień o niej. 

To także bolało. Odkąd dorosła, wszystko, co działo się w jej życiu, 

sprawiało ból. Pomyślała o tym z goryczą. Dwa razy się zakochała i dwa razy 

cierpiała przez to. Za nic nie chciała zakochać się znowu, za nic! Życie 

wyleczyło ją z miłości. Tylko człowiek niezdrów na umyśle mógłby chcieć 

czegoś takiego po raz trzeci. 

Rzuciła się na łóżko, wtuliła twarz w pościel i próbowała zgasić światło. 

Pragnęła, żeby cały dom zapadł się pod ziemię i pogrzebał ją w gruzach. Szloch 

wstrząsał całym jej ciałem. 

Właśnie zaczynała nieco się uspokajać, gdy nagły dźwięk za jej plecami 

sprawił, że aż podskoczyła. Uniosła głowę. Bladą, załzawioną twarz 

przesłaniały jej ciemne pasma włosów. Spoglądała przez nie jak dzikie zwierzę 

z kolczastych zarośli. 

Nad łóżkiem stał Ben i wpatrywał się w nią z wyrazem absolutnego 

zaskoczenia. 

R S

background image

 

126 

- Zdawało mi się, że słyszę jakiś ruch na górze... wziąłem cię za 

włamywacza. - Odrzucił na bok kij golfowy, który trzymał w dłoni. Kij upadł na 

krzesło. - Przyszedłem tu odpowiednio wyposażony - powiedział i raptownie 

zmienił temat: - Płaczesz. Chyba nie jest z nim gorzej? 

- Z nim? - powtórzyła, a kiedy uświadomiła sobie, że miał na myśli 

Philipa, pokręciła głową. - Nie. 

- Więc czemu te łzy? - spytał konkretnie i twardo. - Jeszcze ci go brak? 

Wykonała nieskoordynowany obronny gest. Ben zareagował odgłosem 

zniecierpliwienia. 

- Mniejsza o to - stwierdził. - Jak długo tu jesteś? 

- Wróciłam godzinę temu. Nie odjechałeś z Helen? - Czemu odjechała 

sama? I wzięła jego samochód? 

Ben nie trudził się odpowiedzią na to pytanie. 

- Byłaś tutaj przez cały czas? - rozmyślał głośno, marszcząc czoło. Bez 

wątpienia zastanawiał się, co usłyszała i odgadła. 

- Czy ona wróci? - Nerissa nie czuła się w obowiązku oświecać Bena. 

Niech sam wyciągnie wnioski. - Przypuszczam, że tak, skoro wzięła twój 

samochód. 

- Nie mój - burknął ze zniecierpliwieniem. - To był jej samochód. 

Odwiozła mnie do domu. 

- Wyglądał jak twój! 

- Helen ma ten sam model. 

- I ten sam kolor - stwierdziła sarkastycznie Nerissa. - Czy to nie 

ciekawe? Zastanawiam się, dlaczego kupiła identyczny samochód jak twój. 

- Skąd mam wiedzieć? Przypuszczam, że jej się spodobał. Nerissa 

spojrzała kwaśno. 

- Samochód czy właściciel? I gdzie jest wobec tego twój samochód? Pod 

jej domem? - Nie udało jej się zachować pozorów spokoju. Zazdrość wylazła na 

R S

background image

 

127 

wierzch. - Nie okłamuj mnie, Ben. Nie jestem głupia, wiem, że spędziłeś z nią 

noc! 

- Co takiego?! 

Grał na zwłokę, znała tę jego czujną minę. Zdobywając praktykę w 

zawodzie, Ben nauczył się wszelkich możliwych sztuczek: kiedy milczeć, kiedy 

podpuścić świadka, żeby sam się sypnął, kiedy przycisnąć i zrobić z niego 

miazgę. Niech mu się nie zdaje, że ją nabrał. Czerwona ze złości usiadła i 

zmierzyła go wzrokiem pełnym pogardy.  

- Czy to był pierwszy raz, czy jest twoją kochanką od dawien dawna, 

jeszcze z czasów, zanim cię poznałam? Zawsze wiedziałam, że ma na ciebie 

chrapkę, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że możesz z nią sypiać. 

Zmrużył oczy, tak że zostały tylko groźne, ciemne szparki. 

- Nawet gdybym z nią sypiał, to chyba nie powinno cię to szczególnie 

martwić. Przecież guzik cię obchodzi, co robię i z kim. Po co wróciłaś? Żeby 

powstrzymać mnie przed wspomnieniem o twoim bracie w procesie 

rozwodowym? Czy powiedziałaś im, że ci tym groziłem? Czy to oni w 

pośpiechu wysłali cię za mną, żeby się upewnić, że tego nie zrobię? Tylko to cię 

niepokoi, Nerisso, może nie mam racji? Groźba skandalu i wydobycia na jaw 

bezcennej tajemnicy rodzinnej! 

- Nie próbuj zmieniać tematu! To nie ma nic wspólnego z Philipem, 

zresztą doskonale wiesz, że nie mógłbyś wspomnieć o Philipie w procesie. Od 

dnia ślubu ani razu cię nie zdradziłam! 

- Fizycznie! - prychnął. 

- Prawo nie zna uczuć! - odpaliła. - Powtarzasz mi to dość często. Z 

punktu widzenia prawa nie mają znaczenia myśli ani uczucia, tylko czyny. W 

tym procesie stroną winną będziesz ty, Ben. - Zazdrość nadała jej głosowi 

szorstkie, zaperzone brzmienie. - Spałeś z nią, a ja z Philipem nigdy! 

- Dlatego wciąż masz obsesję na jego punkcie! - Ben wykrzywił usta. - I 

bez końca karmisz się tą stłumioną namiętnością. - Chwycił Nerissę za ramiona 

R S

background image

 

128 

i potrząsnął. - Zbudź się! Zbudź się, zanim będzie za późno. Zobacz, co robisz 

ze swoim życiem, jak marnujesz swoje uczucia, swoją miłość... Czasem mam 

ochotę cię zabić, kiedy na to patrzę. 

Uwierzyła. Ściskał ją tak, jakby lada chwila miał wytrząsnąć z niej życie. 

- Sprawiasz mi ból - zaprotestowała. 

W odpowiedzi warknął, odsłaniając zęby niemal jak zwierzę. 

- To dobrze. Do diabła z tobą, chcę ci sprawiać ból! Zrobiłbym wszystko, 

żeby cię obudzić. Za długo już łazisz we śnie jak lunatyk. Czas zacząć żyć w 

rzeczywistym świecie. 

- Czy dlatego spędziłeś noc ze swoją sekretarką? - rzuciła mu w twarz. - 

Żeby mi sprawić ból? 

- Sprawiło ci to ból? - spytał chrapliwym głosem. 

Rumieniec złości natychmiast ustąpił z jej twarzy.  

Drżąc, spojrzała na niego wielkimi, zbolałymi, błękitnymi oczami. 

- Czego chcesz, Ben? Krwi? 

- Tylko prawdy - syknął, ledwie rozchylając wargi, żeby wydobyć te 

słowa. 

- Najpierw powiedz mi, czy z nią spałeś - zażądała, rozdrapując własną 

ranę. Musiała wiedzieć, nawet jeśli ból miał być potworny. Nie mogła znieść 

uporczywie wracających podejrzeń, niepewności, obaw. 

- Nie, Nerisso. - Pokręcił głową, kwaśno się uśmiechając. 

- Nigdy nie spałem z Helen i nigdy nie chciałem. Jest dobrą sekretarką, 

polegam na niej w życiu zawodowym, ale nie znaczy dla mnie nic więcej. 

Zaczerpnęła powietrza. Wraz z ulgą poczuła olbrzymią słabość. Czy 

jednak mogła mu wierzyć? 

- Dlaczego więc spędziliście razem całą noc? Wiem, że cię tutaj nie było. 

Nikt nie spał w tym domu tej nocy, to jasne. Jest za czysto. Spędziłeś ją z Helen, 

w jej mieszkaniu. Słyszałam, jak wyrażasz jej wdzięczność. 

R S

background image

 

129 

- Jestem jej wdzięczny, ale nie spędziłem nocy w jej mieszkaniu. Spałem 

w motelu przy autostradzie. Wczoraj wieczorem podczas jazdy wpadłem w 

tuman mgły. Nie byłem w nastroju do rozsądnego myślenia, więc nie 

zwolniłem. Prawdę mówiąc, prowadziłem jak wariat i omal nie rąbnąłem w tył 

wlokącej się ciężarówki. 

Zachłystując się powietrzem, wytrzeszczyła oczy. 

- Dlaczego byłeś taki głupi!? Przecież mogłeś się zabić! 

- Ale się nie zabiłem - powiedział. - W ostatniej chwili ją zobaczyłem i 

skręciłem na pobocze. Tyle że jechałem za szybko, więc nie mogłem się 

zatrzymać. Samochód przeskoczył barierę ograniczającą i z solidnym trzaskiem 

wylądował po drugiej stronie. 

- Czy coś ci się stało? - Nerissa zmartwiała. Rozbieganymi oczami 

szukała u Bena śladów obrażeń. 

- Miałem cholerne szczęście. Gdybym nie zapiął pasa, przeleciałbym 

przez przednią szybę prosto na cmentarz. A tak skończyło się na tym, że 

trzepnęło mnie bokiem o drzwi. Mam siniaki na ramieniu i pęknięte jakieś 

żebra. Wszystko mnie boli i przez całą noc rozsadzało mi głowę, ale poza tym 

reszta jest w porządku. 

Westchnęła z ulgą. Gdyby się zabił albo nawet odniósł poważne 

obrażenia, tak jak Philip, byłaby to jej wina. Odkąd usłyszała o wypadku 

Philipa, nieustannie dręczyło ją przeświadczenie, że ponosi za to winę, 

pośrednio, ale jednak. Philip jechał jak wariat, bo był nieszczęśliwy. Teraz 

Ben... Jestem jak zły omen. Przynoszę pecha mężczyznom, z którymi coś mnie 

łączy, pomyślała. 

- Tylko samochód wyszedł z tego jak najgorzej - ciągnął Ben. - Maska 

zgniotła się w harmonijkę jak papierowa, chłodnica pękła i zrobiła się z tego 

prawdziwa powódź, w dodatku woda była wrząca. Musiałem wykazać dobry 

refleks, kiedy prysnęło. Jakiś sympatyczny facet zatrzymał samochód i pomógł 

mi się wydostać, a potem zawiózł mnie do najbliższego aparatu telefonicznego, 

R S

background image

 

130 

skąd wezwałem pomoc drogową, żeby odholowali wrak. Podrzucił mnie też do 

najbliższego motelu. 

- A skąd Helen w tej całej historii? - spytała niepewnie. 

- Zatelefonowałem do Helen, żeby powiedzieć jej, gdzie jestem, na 

wypadek gdyby ktoś z pracy musiał się ze mną skontaktować. Zaproponowała, 

że przyjedzie i odwiezie mnie do Londynu. Mogłem wynająć samochód, ale 

Helen nalegała. 

- No, nie wątpię! - mruknęła Nerissa, a Ben spojrzał na nią przenikliwie 

lśniącymi, przymrużonymi oczami. Zaczerwieniła się od tego spojrzenia, więc 

szybko spytała: - Czyli przyjechała wczoraj wieczorem do tego motelu? I też 

tam nocowała? 

- Była zdania, że mogę przejść z opóźnieniem wstrząs powypadkowy - 

powiedział oschle. - I że nie byłoby mądrze, gdybym sam prowadził przez resztę 

drogi. Nie wykluczam, że miała rację. Byłem jej wdzięczny za to, iż nie muszę 

tak szybko znów siadać za kierownicą. A gdyby czekała z wyjazdem do rana, 

dotarlibyśmy tutaj najwcześniej dziś wieczorem, tymczasem byłem potrzebny w 

Londynie w południe. Helen usilnie próbowała mnie znaleźć, bo umówiła mnie 

na lunch z członkiem parlamentu europejskiego, który chciał przedstawić mi 

pewną sprawę. 

- I to tam byłeś dziś przed południem? Na lunchu z tym politykiem? 

Skinął głową. 

- To poważna sprawa, a co więcej, może przynieść duży dochód. Helen 

wiedziała, że będę chciał się jej podjąć, lecz niestety, klient miał być w 

Londynie tylko dzisiaj. Wieczorem wyjeżdża do Brukseli, a wróci tu za parę 

tygodni. Musiałem się z nim zobaczyć, więc umówiła spotkanie w ciemno. Wie-

działa, że w kalendarzu nic nie mam, i uznała, iż jakoś zdążę dojechać. Nie 

mogła jednak złapać ze mną kontaktu. Na farmie nikt nie odpowiadał, bez końca 

zostawiała wiadomości na automatycznej sekretarce... 

R S

background image

 

131 

- Wiem. Przesłuchałam taśmę. - Nerissa przyglądała się Benowi, 

rozmyślając, czy wie o uczuciach, jakie budzi w Helen. Mógł sobie mówić, że ta 

kobieta jest tylko jego sekretarką i nigdy nie interesowała go pod żadnym innym 

względem, 

Nerissa była jednak głęboko przeświadczona, że Helen ma całkiem 

odmienny punkt widzenia na Bena. 

- Helen jest wyśmienitą sekretarką - powiedział Ben. 

- Na dodatek zakochaną w tobie! 

- Nic osobistego nas nie łączy, Nerisso. Jeśli masz nadzieję wykorzystać 

Helen jako argument przeciwko mnie w procesie rozwodowym, to grubo się 

mylisz. Nigdy nawet jej nie pocałowałem. 

Milczała. Uwierzyła mu. 

- Czy wróciłaś za mną do Londynu, żeby chronić twojego brata i reputację 

rodziny? - spytał Ben po chwili. - Nie mów mi tego, co twoim zdaniem chcę 

usłyszeć, tylko prawdę. Tego jednego chcę, Nerisso! 

- Nigdy cię nie okłamałam! 

Uniósł brwi, a na ustach wykwitł mu ironiczny uśmieszek. 

- Nie? 

- Nie, Ben. Powiedziałam ci prawdę o... o mnie i Philipie, zanim 

zgodziłam się na małżeństwo. Nie kłamałam. 

- Czasem bardzo żałuję, że tak się stało - gorzko odrzekł Ben, zamknął 

oczy i głośno westchnął. - Nie, zapomnij o tym. Wcale nie byłoby mi łatwiej, 

gdybym nie wiedział. Musiałem poznać prawdę. Gdybym dowiedział się 

później, mogłoby mnie to całkowicie zniszczyć. 

Z zamkniętymi oczami wyglądał jak posąg: surowe, proste rysy, 

zaciśnięte wargi i gładkie, wypukłe powieki. Mogła przyglądać mu się bez 

obawy, że zdradzi ją mimika twarzy. Nie był w stanie widzieć jej wyrazu 

twarzy, na której wypisana była miłość i pragnienie wzajemności. 

R S

background image

 

132 

Wędrowała wzrokiem po jego postaci, tak bardzo chciała go dotknąć, 

pociągnąć za sobą do łóżka... Może to był sposób, by dotrzeć do niego w tej 

chwili? W przeszłości skutkował zawsze. Ich ciała spotykały się w mroku tego 

pokoju noc po nocy, a oni w chwilach namiętnego zespolenia zapominali o 

różnicach, które ich dzielą, o wszystkim, co jest na zewnątrz ich sypialni i 

domu. 

Nagle Ben uniósł powieki i Nerissa stwierdziła, że patrzy prosto w głębię 

jego ciemnych oczu. Poczuła się, jakby wsysała ją czarna dziura. Wargi jej 

wyschły, po ciele zaczęły przebiegać dreszcze. Czuła się jak... 

zahipnotyzowana... Ben włączył się nagle do jej myśli. Już się tak zdarzało, 

szczególnie wtedy, gdy zaczynały nią rządzić zmysły, a emocje brały górę nad 

rozumem. 

- Zawsze mieliśmy jeden sposób porozumienia, prawda? - szepnął i serce 

zaczęło wyrywać się Nerissie z piersi. 

Zacisnął dłonie na jej ramionach i przyciągnął ją do siebie. Rysy miał 

ściągnięte, twarz pobladłą. 

- Nie, Ben! - powiedziała, stawiając opór. Nie mogła pozwolić, żeby znów 

rządziły nimi tylko zmysły. Nigdy więcej, skoro jej nie kochał. Do tej pory nie 

miało to znaczenia, bez zastrzeżeń pozwalała ciału szukać zaspokojenia. Nie 

zdawała sobie jednak sprawy z tego, że go kocha. Teraz już to wiedziała. - Nie 

mogę! - wykrzyknęła. 

Szare oczy trysnęły iskrami. Miały odcień dymu znad ogniska, w którym 

płoną wilgotne szczapy. Ben pchnął ją na plecy, przycisnął do materaca i 

pochylił się nad nią z ponurą, groźną miną. 

- Powiedziałem ci już na farmie, Nerisso, zanim wyjechałem: od tej pory 

nasze małżeństwo ma być prawdziwe. Dość kompromisów i udawania. Odejdź, 

albo zostań, ale jeśli chcesz zostać, to masz wybić go sobie z głowy i wyrzucić z 

serca. 

- To nie takie łatwe... - zaczęła. 

R S

background image

 

133 

Ben natychmiast pogardliwie skrzywił usta. 

- Nic mnie nie obchodzi, czy to łatwe. Takie są moje warunki. 

- On jest moim bratem, Ben! Nie mogę wyrzucić z życia ani Jego, ani 

ojca, ani cioci Grace. Przeżyłam ogromny wstrząs. 

Dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z tą trudną prawdą. Początkowo nie 

mogłam jej zaakceptować. Ale wreszcie, podczas tego pobytu jakoś mi się 

udało. Zawsze będę darzyć Philipa sympatią i wspominać nasze dzieciństwo 

jako bardzo szczęśliwy okres, ale go nie kocham. Nie wiem nawet, czy 

kiedykolwiek kochałam. To wszystko tak się ułożyło dlatego, że nie miałam 

nikogo innego. Nigdzie nie chodziłam, znałam bardzo niewielu ludzi, a Philip 

był na miejscu, łatwo znajdowaliśmy wspólny język... Wydawało się więc 

naturalne, że się pobierzemy... - Urwała, wzdrygając się na dźwięk słowa, 

którego użyła. - Skąd mieliśmy wiedzieć, że to, co nas łączy jest miłością 

braterską? Ktoś musiał nam to powiedzieć. W każdym razie tamto już jest 

skończone i wiemy o tym oboje.  

Ben zlustrował ją posępnym, badawczym spojrzeniem. 

- Nie odniosłem takiego wrażenia, kiedy zobaczyłem was razem w 

szpitalu. 

Westchnęła. Postanowiła dalej go przekonywać, może zrozumie. 

- To była wielka chwila! Niesamowicie mi ulżyło, kiedy dowiedziałam 

się, że Philip z tego wyjdzie. To zabawne, ale wydaje mi się, iż początek końca 

był wtedy, gdy zaczęłam sobie uświadamiać... - Urwała i zaczerwieniła się, a 

Ben przeszył ją skupionym spojrzeniem. 

- Co sobie uświadamiać? 

Bezradnie szukała słów, które by jej nie zdradziły. Ben nie powinien się 

dowiedzieć, że jest w nim zakochana, dopóki sam jej nie wyzna miłości. Jej 

duma przeżyła już dosyć upokorzeń. 

- Że... że się zmieniłam... - Uciekła przed jego spojrzeniem, rozpaczliwie 

starając się ukryć uczucia. 

R S

background image

 

134 

Usłyszała szybki, chrapliwy oddech Bena. 

- Popatrz na mnie, Nerisso! - powiedział rozkazująco.  

Podniosła na moment głowę. 

- Chyba mi się nie wydaje... - szepnął. 

- Co takiego? - spytała drżącymi wargami. 

Pochylił głowę i poczuła jego oddech na twarzy, gorące usta Bena 

muskały skórę szyi, męski zapach drażnił jej nozdrza. Te leciutkie dotknięcia 

pobudzały do odzewu wszystkie nerwy w jej ciele. 

- Że nie traktujesz mnie z taką obojętnością jak zwykle - powiedział 

niezupełnie pewnym głosem. 

- Nigdy nie byłeś mi obojętny. 

- W łóżku nie - przyznał i wolno przesunął dłoń wzdłuż jej ciała, które 

natychmiast odpowiedziało drżącym podnieceniem, przyśpieszonym 

pulsowaniem krwi. 

Mimo że głos wiązł jej w gardle, szepnęła: 

- Nie rób tego, Ben. Nie rób, chyba że... - Urwała, bo nie była w stanie 

dokończyć tego zdania, wyznać, iż pragnie jego miłości, a nie tylko zmysłowego 

pożądania. 

- Chyba że co? - szepnął tuż przy jej uchu, a potem powędrował wargami 

niżej, rozsuwając kołnierzyk, całując ciepłe miejsce między wzgórzami piersi, 

gdzie bicie serca brzmiało tak wyraźnie, że Ben nie mógł go nie słyszeć. 

Musiała go powstrzymać. Nie mogła pozwolić, żeby znów się z nią 

kochał, chyba że kierowało nim coś więcej niż tylko żądza, potrzeba rozkoszy. 

Odepchnęła jego głowę. Ale nawet teraz, gdy tylko dotknęła jego skóry, 

przebiegły ją ciarki. 

- Nie chcę ciągnąć naszego małżeństwa w ten sposób - powiedziała z 

determinacją w głosie. 

Ben zamarł z głową odrzuconą do tyłu. Przenikliwe spojrzenie jego 

szarych oczu trafiało ją prosto w serce. Tak właśnie wyglądał, gdy jego 

R S

background image

 

135 

wściekłość sięgała szczytów. Był chłodny, daleki, ale pod tą skorupą ukrywał 

żar gorętszy niż w piekle. 

- Czyli wybierasz jego? - spytał przez zaciśnięte zęby. 

- Nie! To nie ma nic wspólnego z Philipem. - Ben wykrzywił usta w 

pogardliwym uśmiechu. - Nie patrz na mnie w ten sposób! - krzyknęła. - Mówię 

prawdę. Philip jest dla mnie bratem, nikim więcej. Tu chodzi o ciebie i o mnie. 

Zdrętwiał i wbił w nią wzrok. Twarz miał bladą. 

- Ben, proszę, spróbuj zrozumieć... - powiedziała łagodnie - seks nie jest 

wszystkim. Owszem, na początku zdawało mi się, że wystarczy. Uważałam, że 

jesteś bardzo atrakcyjny i z przyjemnością się z tobą kochałam. Przez długi 

okres seks stanowił dla mnie coś w rodzaju narkotyku, pomagał mi znieść ból po 

stracie Philipa. Kiedy się kochaliśmy, cała reszta wylatywała mi z głowy. 

Zapominałam o tym, co się stało. Wtedy nie wierzyłam, że jeszcze kiedykolwiek 

się zakocham. 

- A teraz myślisz, że mogłabyś? - wycedził Ben. - Mam zwrócić ci 

wolność, żebyś mogła zacząć się rozglądać za kimś innym? 

Nerissa nie wiedziała, co odpowiedzieć. Niedobrze jej się robiło od 

kłamstw i półprawd, od tego całego udawania. Jednak jeśli Ben jej nie kochał, 

jeśli pragnął tylko jej ciała, to nie mogła z nim zostać. Byłoby to dla niej piekło. 

- Czy tego chcesz? - powtórzył Ben chropawym, wściekłym głosem. 

Gniewem jeszcze wzmógł jej zdenerwowanie. Poczuła, że nie zniesie ani 

odrobiny więcej. 

- Tak - szepnęła. 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

136 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Przez sekundę Ben nie reagował. Nerissa nie wiedziała, co myśli. Twarz 

miał dokładnie taką samą, jak w sądzie: bez wyrazu, lodowatą, zdystansowaną. 

Czy jej odejście miałoby dla niego znaczenie? Boże, pomyślała, 

natychmiast odszedłby w drugą stronę, nawet nie odwracając głowy. Stracę go. 

Drugi raz spotykało ją to samo: nieoczekiwany cios, po którym nie miała 

wyboru, musiała odejść samotna. 

Dlaczego znów padło na mnie? - zastanawiała się. Jeśli coś się powtarza, 

to kto jest temu winien? Nie ja. Nie wybieram tego samego typu mężczyzn, nie 

powtarzam tej samej sytuacji. Trudno o bardziej różnych ludzi niż Ben i Philip. 

Nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że w obu się zakochałam. A 

jednak znów znalazłam się w tym samym punkcie, przyglądam się, jak los 

bezpowrotnie odbiera mi szansę na szczęście. Dlaczego? 

I wtedy usłyszała, jak głęboko w gardle Bena rodzi się chrapliwy dźwięk. 

Spojrzała na niego. Gniewna ciemna czerwień zalała mu twarz. Oczy zalśniły. 

Groźba wisiała w powietrzu. Nerissie wydało się, że stoi na krawędzi krateru i 

spogląda na lawę wrzącą w otchłani. Wulkan wybuchł nagle grzmotem, od 

którego aż podskoczyła. 

- Niedoczekanie twoje! Czy naprawdę sądzisz, że spokojnie pozwolę ci 

odejść i tylko będę patrzył, jak poznajesz innych mężczyzn i w którymś się 

zakochujesz?! 

- Przecież to ty chcesz rozwodu! - szepnęła wstrząśnięta. - Kiedy 

wyjeżdżałeś z farmy, powiedziałeś... 

- Wiem, co powiedziałem! - przerwał jej szorstko. - Oto, do czego mnie 

doprowadziłaś: rzucam czcze pogróżki po to tylko, żebyś ze mną została! Czy 

masz pojęcie, jak rani moją dumę to, że muszę wybierać między głupimi 

groźbami a błaganiem na kolanach? 

R S

background image

 

137 

Poczuła skurcz w sercu. Próbowała coś wyczytać z lśniących szarych 

oczu. 

- Ben... 

Spojrzał na nią spode łba: 

- No, to teraz już wiesz! - mruknął niewyraźnie. 

Nie mogła uwierzyć w to, co widzi w jego oczach i słyszy w jego głosie. 

- Czy chcesz powiedzieć...? Ben, czy ty...? - bąkała, bielejąc na twarzy od 

napięcia, bolesnej nadziei i lęku, że tylko sobie wyobraża coś, czego 

rozpaczliwie pragnie. 

Bacznie jej się przyjrzał i nagle powiedział: 

- Och, do diabła z dumą! Popatrz, jak zaszkodziła twojej rodzinie! - 

Urwał, głośno chwycił głęboki oddech i wyznał chrapliwie: - Szaleję za tobą, 

jasne? 

Nie mogła złapać tchu. Ben spoglądał to na nią, to gdzieś w bok, 

przysłaniając powiekami niespokojne błyski oczu. 

- Zabiłbym cię, gdybyś się roześmiała. 

- Nie zrobiłabym tego, Ben. Nawet by mi to do głowy nie przyszło - 

zaprotestowała. 

- No, pewnie że nie - powiedział zduszonym głosem. - Nie jesteś podobna 

do Aileen. Jej sprawiało przyjemność, kiedy mogła mnie upokorzyć, zmusić, 

żebym się płaszczył. Po tym, co mi zrobiła, przysiągłem sobie, że nigdy więcej 

nie powiem kobiecie, iż ją kocham. Nie miałem zamiaru sparzyć się drugi raz w 

ten sam sposób. 

- Nigdy nie chciałam cię zranić, Ben! - szepnęła, a on westchnął. 

- Wierzę ci, ale znasz chyba stare powiedzenie: dobrymi chęciami piekło 

jest wybrukowane! - Roześmiał się chrapliwie. - Jesteś bardzo kobieca, Nerisso 

- powiedział z kwaśnym uśmiechem. - Pod wieloma względami stanowisz moje 

przeciwieństwo. Na przykład, jesteś delikatna, a mnie klienci płacą za to, żebym 

pracując dla nich, był twardy i zawzięty. Muszę mieć umysł ostry jak żyletka, ty 

R S

background image

 

138 

jesteś marzycielką i romantyczką. Być może cenię twoje kobiece cechy dlatego, 

że mnie całkiem na nich zbywa. - Cynicznie skrzywił usta. - Ale zakochałem się 

w tobie wcale nie z tego powodu. Nie będę twierdził, że wpadłem przez twój 

rozum czy twoje serce. Zachwyciło mnie piękno twojego ciała. 

Od jego gorącego spojrzenia paliła ją skóra. Nerissa spuściła oczy, 

gwałtownie drżąc. 

- Na tamtym przyjęciu zapragnąłem cię od pierwszego wejrzenia - 

powiedział gardłowo. - Spodobały mi się twoje ruchy, twoje usta, wielkie 

niebieskie oczy, włosy czarne jak smoła i marzycielskie spojrzenie... Krótko 

mówiąc, wpadłaś mi w oko. Po rozwodzie nie miałem ochoty poważnie anga-

żować się w związek z żadną kobietą. Postanowiłem więcej się nie żenić, ale 

stwierdziłem, że różnisz się od Aileen właściwie pod każdym względem. Ona 

była twardą sztuką, ty sprawiałaś takie wrażenie, jakby trzeba było się tobą 

zaopiekować, a tego właśnie chciałem. Podobało mi się w tobie absolutnie 

wszystko. Potem jednak przyjrzałem się dokładniej i stwierdziłem, że ciebie 

wcale tak nie poraziło. Najwyraźniej w ogóle nie byłaś zainteresowana. 

Nie mogła temu zaprzeczyć, bo w owym czasie nie była zainteresowana 

w ogóle niczym ani nikim. Mimo to Ben utkwił w jej pamięci na tyle, by go 

skojarzyła, gdy zatelefonował po przyjęciu. 

- Na początku myślałem, że po prostu odgrywasz taką niedostępną i 

nastawiłem się na rolę uroczego faceta. Postanowiłem cię zagadnąć i zrobić na 

tobie wrażenie swobodną rozmową. - Skrzywił się z autoironią. - Nie udało mi 

się, prawda? Zwyczajnie mnie nie dostrzegałaś. A ja nie potrafiłem przyciągnąć 

twojej uwagi. Uznałem więc, że trzeba się usunąć i zapomnieć o tobie. Nie 

mogłem. Wreszcie zatelefonowałem do ciebie i zaproponowałem spotkanie. 

Byłem sztywny ze strachu, że z miejsca dasz mi kosza. 

- Omal tak się nie stało - przypomniała sobie i westchnęła. Nie miała 

pojęcia, że poważnie zainteresowała Bena. Po pierwszym spotkaniu nie 

R S

background image

 

139 

wspomniała go ani razu, póki nie zadzwonił z zaproszeniem na randkę, a i 

wtedy długo się wahała, zanim przyjęła zaproszenie. 

Ben parsknął śmiechem. 

- Wiedziałem. I gardziłem sobą, że tak się narzucam, skoro jasno dałaś mi 

do zrozumienia, iż nic dla ciebie nie znaczę. Ale musiałem cię znów zobaczyć. 

Powiedziałem sobie nawet, że po tym drugim spotkaniu na pewno o tobie 

zapomnę. Niestety, wyszło całkiem odwrotnie. Raz mi nie wystarczył. Mu-

siałem cię zobaczyć znowu i znowu. Te spotkania stały się celem mojego 

życia... 

Nerissa gapiła się na niego w oszołomieniu, nie wierząc własnym uszom. 

Ben uśmiechnął się, widząc jej minę. 

- Nie miałaś o tym wszystkim pojęcia, prawda? Zdumiona, w milczeniu 

pokręciła głową. 

- No właśnie, to było jasne, że nie masz pojęcia, co mi robisz - stwierdził 

z goryczą. - Aileen zadała mojej dumie ciężkie ciosy, ale były one niczym w 

porównaniu z tym, czego doświadczyłem od ciebie. 

- Ben, ani mi przez myśl nie przeszło... - Urwała, bo on mówił dalej, 

widocznie nie chciał, aby mu przerywała. 

- W tym sęk. Nieustannie o tobie pamiętałem, twój obraz tkwił mi w 

wyobraźni jak cierń pod skórą. Nie umiałem się go pozbyć. Nie spałem, nie 

mogłem się skupić ani myśleć. Popadłem w obsesję, uległem kompletnemu 

zauroczeniu. W każdym razie tak sobie to tłumaczyłem. Nie przyznawałem się 

przed sobą, że jestem w tobie zakochany. Duma nie pozwoliłaby mi użyć 

takiego słowa. Jak go zwał, tak go zwał, ale w moim życiu było to trzęsienie 

ziemi, osiem w skali Richtera, siła niemal maksymalna! Tyle że u ciebie 

wskazówka była w pobliżu zera. 

- Mnie dręczyła inna obsesja - powiedziała Nerissa, spoglądając na niego 

z zakłopotaniem. Obawiała się, że znów wpadnie w gniew. 

R S

background image

 

140 

- Wkrótce ją odkryłem - potwierdził. - Nikt nie kręcił się wokół ciebie w 

Londynie, więc wywnioskowałem, że musi chodzić o kogoś z twojej 

przeszłości. Sądziłem, iż może był żonaty, a ty wyjechałaś, żeby z nim zerwać. 

Dlatego nalegałem na wizytę u ciebie w domu. Po przyjeździe na farmę 

natychmiast pojąłem, że chodzi o Philipa. Początkowo nie potrafiłem zrozumieć, 

czemu ze sobą zerwaliście. Pozornie nie było powodu. Nikt nie wspominał o 

żadnej kłótni, a kiedy widziałem was razem, wydawało mi się jasne, iż oboje 

dzielicie to samo uczucie. 

- A tak uważaliśmy - powiedziała smutno. - Prawie nie rozmawialiśmy ze 

sobą, unikaliśmy swoich spojrzeń! 

- To było widać jak na dłoni - stwierdził oschle Ben. - Za bardzo się 

staraliście. Raz po raz ukradkiem na niego spoglądałaś albo nagle milkłaś, kiedy 

przechodził obok. A jego rodzice zachowywali się bardzo nerwowo. Atmosfera 

była tak gęsta, że tylko ciąć ją nożem. Zastanowiło mnie, czy rodzice nie 

sprzeciwiają się temu małżeństwu dlatego, że jesteście bliskimi kuzynami, i 

wtedy zauważyłem wasze niezwykłe podobieństwo. Prawie jakbyście byli 

bliźniętami, pomyślałem, i nagle mnie oświeciło. A jeśli po prostu jesteście 

rodzeństwem? To wyjaśniałoby wszystko, choć wydawało się zupełnie 

nieprawdopodobne. Początkowo sam w to nie mogłem uwierzyć, ale wciąż 

rejestrowałem dziwne spojrzenia, urwane zdania, napięcie powstające, gdy 

byliście blisko siebie. Im dłużej wam się przyglądałem, tym bardziej byłem 

pewien słuszności swego przeczucia. 

- Domyślam się, że taką wspaniałą intuicję rozwinąłeś przez lata praktyki 

sądowej - powiedziała Nerissa. 

- Ćwiczyłem na kryminalistach - potwierdził z wyraźnym rozbawieniem. 

- W każdym razie jesteś bystry. Żaden z sąsiadów nigdy na to nie wpadł. 

Owszem, widzieli nasze podobieństwo z Philipem, ale kładli je na karb więzów 

rodzinnych. 

R S

background image

 

141 

- Widują was całe życie, więc przywykli do myśli, że jesteście kuzynami, 

a znają was tylko zewnętrznie, z przypadkowych spotkań we wsi. Nie byli na 

miejscu, w domu, nie mieli okazji zauważyć fal, jakie między wami przechodzą. 

- Zadziwia mnie, że ożeniłeś się ze mną, wiedząc o Philipie. 

- Zapominasz, jaki ze mnie arogancki i pewny siebie facet! Pragnąłem cię 

tak bardzo, iż zrobiłbym wszystko, żeby cię zdobyć. A gdy dowiedziałem się o 

nim, pomyślałem, że jeśli się postaram, to łatwo wybijesz go sobie z głowy. 

- Gdybyś powiedział, że mnie kochasz... 

- Uciekłabyś na kilometr! - powiedział ironicznie. - Miałem dość 

kłopotów z przekonaniem cię, że ma sens małżeństwo oparte wyłącznie na 

pociągu fizycznym. Zresztą duma nigdy nie pozwoliłaby mi przyznać się do 

uczuć, gdybym nie był pewien, że je odwzajemniasz. 

- Ech, znowu ta głupia duma... - Nerissa zadrżała. - Wynikają z niej same 

nieszczęścia! 

Ben skinął głową. 

- W moim przypadku jest to spadek po Aileen. To ona nauczyła mnie 

ukrywać uczucia, aby już nikt więcej ich nie zranił. Postanowiłem więc ożenić 

się z tobą i poczekać, aż stanę się dla ciebie najważniejszy. Nie wziąłem pod 

uwagę nieustannej konkurencji z niewidzialnym rywalem. Ile razy się 

kochaliśmy, tyle razy czułem, że o nim myślisz. Całymi nocami bezsennie 

leżałem obok ciebie w łóżku, bo domyślałem się, iż śnisz o nim, a nie o mnie. 

To było nie do zniesienia. 

- Co było nie do zniesienia? Kochać, lecz nie być kochanym? - spytała 

cicho. 

Spojrzał jej w oczy i raptownie pobladł. Nie chce się do tego głośno 

przyznać, zrozumiała Nerissa i czułym gestem pogłaskała go po policzku. 

- Wiem, co to za straszne uczucie, znam je, Ben. Co prawda dopiero od 

wczoraj, kiedy powiedziałeś, że z nami koniec. 

Zaparło mu dech. Znieruchomiał, zapatrzony w jej twarz. 

R S

background image

 

142 

- Nie wiem, kiedy cię pokochałam - powiedziała. - Chyba już dawno. Ale 

zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy zdawało mi się, że straciłam cię na zawsze. 

Ben chwycił kilka głębokich oddechów, ale nie powiedział ani słowa. 

Patrzył na nią jak w gorączce. 

- Kocham cię - szepnęła, ujmując jego twarz w dłonie i patrząc mu prosto 

w oczy. Wszystkie uczucia miała wypisane na twarzy, ale już jej to nie 

zawstydzało. 

- O Boże, jakbym chciał mieć pewność... - mruknął Ben. W kąciku jego 

ust prawie niezauważalnie drgał jakiś drobny mięsień. 

Obwiodła palcem zarys rozchylonych warg Bena i dostrzegła, jak 

przymyka powieki, a nozdrza mu się rozszerzają. Usłyszała głośny wdech. 

- Ben... jak często mam ci to mówić? Kocham cię - powtórzyła. 

- A co z nim? 

Tym pytaniem przypomniał jej o swojej zazdrości, która widocznie wciąż 

była żywa. Westchnęła. 

- Powiedziałam ci... to jest skończone. Już od dawna. Nie pragnęłabym 

cię tak bardzo, Ben, gdybym kochała kogoś innego. Powinnam była to wiedzieć 

od samego początku, ale miałam w głowie wielki zamęt. Wiedziałam, że cię 

pożądam, ale zdawało mi się, iż kocham Philipa. Jak mogłabym kochać dwóch 

mężczyzn? Więc wytłumaczyłam sobie, że nas łączy tylko pociąg fizyczny, 

który nic nie znaczy. Zresztą sam mi to wmówiłeś! 

- Czyli... gdybym nie skłamał, nie smażyłbym się w piekle zazdrości? - 

Zmarszczył czoło i pokręcił głową z cichym jękiem. - Nie, Nerisso. Gdybym na 

samym początku powiedział ci, co naprawdę czuję, byłabyś przerażona. 

Wówczas niczego nie życzyłaś sobie mniej niż jakichkolwiek roszczeń 

uczuciowych. 

- Może masz rację - powiedziała niepewnie. - Dużo czasu minęło, zanim 

uświadomiłam sobie, że cię kocham... 

R S

background image

 

143 

- Nerisso... O Boże, Nerisso... Długo czekałem, żebyś mi to powiedziała. 

Zdawało mi się, że to całe życie. 

Pocałował ją żarliwie, a ona odwzajemniła pocałunek. Natychmiast 

ogarnęło ją pożądanie, wyprężyła ciało i zadrżała w gorączkowym oczekiwaniu, 

podsuwając mu wargi, obejmując go za szyję i namiętnie ocierając się o jego 

ciało. 

- Spieszy ci się, kochanie? - Ben roześmiał się cicho. 

- Tak - odpowiedziała rozgorączkowana, pociągając go na siebie. - Chodź, 

Ben. Kochajmy się. 

 

 

EPILOG 

 

W rok później Nerissa urodziła syna, któremu wraz z Benem nadali imię 

John, na cześć dziadka. Dziecko było duże i zdrowe, a na główce sterczała mu 

gęsta kępka czarnych włosów. Miało gładką, jasną skórę, bystre oczy ojca i 

pojemne płuca, których z zapałem używało. 

- Wykapany tata! - powiedziała Nerissa do Bena. 

- Nie, wykapana mama - sprzeczał się Ben. 

Naturalnie malec był podobny do obojga, a rodzice uważali go za 

najwspanialsze dziecko, jakie kiedykolwiek przyszło na świat. 

- Popatrz na te różowe nóżki - cieszyła się Nerissa, głaszcząc syna. - 

Popatrz na jego uszka. Czy nie są doskonałe? 

John był dla niej źródłem nieustannego zachwytu. Mogła patrzeć na niego 

godzinami, Ben zresztą tak samo, chociaż usiłował zachować obiektywizm sądu 

i stwierdził kilka razy: 

- Zwyczajny niemowlak, taki sam jak inne, kochanie! 

R S

background image

 

144 

- Żaden nie dorównuje Johnemu! - protestowała z oburzeniem, więc Ben 

ze śmiechem ustępował: 

- No, może nie. 

Drażnił się z nią i wiedziała o tym, mimo że udawała zagniewanie. 

Wszystko to stanowiło cząstkę ich nowego intymnego świata. Nauczyli się z 

siebie żartować, przekomarzać się. Wreszcie czuli się ze sobą swobodnie. Silne 

pragnienie nie wygasło, ale w ich stosunkach zaszła zmiana, co innego stało się 

najważniejsze. Rozumieli się coraz lepiej i to dawało im mnóstwo szczęścia. 

Grace i John Thorntonowie wybrali się do Londynu, aby zobaczyć 

dziecko dwa tygodnie po jego urodzeniu. W ostatniej chwili przed wyjazdem 

zadzwonili, że zjawi się z nimi również Philip. 

Nerissa wróciła już do domu, mimo że rodziła dziecko w miejscowym 

szpitalu położniczym. Lekarz zalecił jej trochę odpoczynku, więc była w łóżku. 

Wokół jej twarzy lśniły czarne, dobrze wyszczotkowane włosy. Na jedwabną 

różową koszulę nocną włożyła koronkowy peniuar. Dziecko miała obok, w 

kołysce wiszącej przy łóżku. 

Za oknem złociła się wczesna jesień. W domu przez cały ranek panował 

błogi bezruch, Nerissa leżała więc spokojnie, wsłuchując się w ciszę. Nagle 

zrobiło się gwarno. Słysząc kroki ludzi wchodzących na górę po schodach i 

głęboki, stanowczy głos Bena, uśmiechnęła się. 

Był szczęśliwy. Ona też, a może nawet bardziej od niego, bo wiedziała 

teraz, że daje szczęście Benowi. Dziecko stanowiło dopełnienie małżeństwa, 

zamieniło ich w rodzinę, nie osłabiając miłości między nimi, lecz wprost 

przeciwnie, przydając jej nowy wymiar. 

Obecność małego Johna zmieniła również dom. Dawniej królowały w 

nim elegancja, wdzięk i cisza. Wnętrze zdobiły meble na wysoki połysk i srebra, 

w otoczeniu jedwabi i brokatów. 

Teraz był to dom rodzinny. Na lince przeciągniętej w słonecznym miejscu 

tarasu suszyły się ubranka, a jeden z pokoi zajęło dziecko. Ściany pokryto tam 

R S

background image

 

145 

pastelowymi tapetami z ilustracjami do znanych dziecięcych wierszyków, na 

półeczce stał rząd gumowych zabawek, było też miejsce na wanienkę, pieluchy, 

maść cynkową, talk, oliwkę i inne drobiazgi niezbędne w życiu niemowlaka. Jak 

na niewielką osobę, John zajmował olbrzymią przestrzeń, a niekiedy, 

szczególnie w nocy, robił też piekielny hałas. 

Nerissę to martwiło. Ben lubił spokój w domu, kiedy pracował nad 

dokumentami, czytał książki prawnicze, studiował zeznania klienta. Za każdym 

razem, gdy mały zaczynał płakać, Nerissa brała go na ręce. Pamiętając jednak, 

co powiedziała jej ciocia o odczuciach męża, gdy przychodzi na świat dziecko, 

zaczęła się niepokoić, czy Ben nie poczuje się odsunięty i nie nabierze niechęci 

do Johna. Tym bardziej że od tygodni się nie kochali! W ostatnim stadium ciąży 

Nerissa miała kłopoty ze zdrowiem i lekarz zalecił im wstrzemięźliwość. A teraz 

też musieli jeszcze trochę poczekać. 

Zadała więc sobie trud, by udowodnić Benowi, że całe życie w domu nie 

toczy się wyłącznie wokół dziecka. Chociaż większą część dnia John spędzał w 

kołysce przy łóżku mamy, to na noc Nerissa przenosiła go do jego własnego 

pokoju. 

Kochać się jeszcze nie mogli, ale mąż kładł się przy niej na łóżku, kiedy 

przychodził z pracy. Całowali się i przytulali, Ben opowiadał jej, co słychać w 

sądzie, narzekał na przepracowanie i na swoich klientów, a Nerissa zdawała mu 

dokładną relację, co oboje z Johnem robili w danym dniu. 

Wkrótce po zajściu w ciążę odkryła całkiem nowy dla siebie świat kobiet. 

Jej przewodniczkami były żony kolegów Bena, szczególnie te z małymi 

dziećmi, które chętnie dopuściły Nerissę do towarzystwa. Ich zainteresowania 

skupiały się wokół poradni dla dzieci, sklepów z artykułami codziennego 

użytku, pobliskiej kawiarenki i zaprzyjaźnionych domów, gdzie można było 

wymienić porady i najświeższe plotki. Niektórym młodym matkom udało się 

nawet wrobić Nerissę w siedzenie przy ich dzieciach, a to dzięki teorii, że im 

szybciej liźnie trochę praktyki, tym dla niej lepiej. 

R S

background image

 

146 

W połowie ciąży Nerissa zrezygnowała z pracy. Nie mogła często 

podróżować, tym bardziej że nie czuła się najlepiej. Przez wiele tygodni 

męczyły ją poranne nudności, a kiedy się nagle schyliła lub szła zbyt długo, 

robiło jej się słabo. Ponieważ w ostatnim okresie przed rozwiązaniem zalecono 

jej odpoczynek, a Nerissa postanowiła doglądać dziecka sama, szukanie nowego 

zajęcia nie miało sensu. W przyszłości, po odchowaniu małego mogła iść do 

pracy w innej firmie, chyba że zdecydowaliby się z Benem na drugie dziecko. 

Wieść o przyjeździe rodziny bardzo ją podnieciła. Zdawało jej się, że nie 

widziała ich wszystkich od wieków. Oczekując dziecka, telefonowała do cioci 

Grace i wymieniała z nią listy. Wiedziała więc, że Philip wrócił do domu, czuje 

się coraz lepiej i znów zaczął pracować, wuj John też ma się dobrze, a i farma 

jest w dobrym stanie. 

Wujostwo byli już dwukrotnie w Londynie, pierwszy raz zatrzymali się u 

nich na wiosnę, a potem jeszcze raz latem, ale wówczas nie widziała Philipa, 

który zajmował się farmą. Teraz Nerissa z niecierpliwością czekała na ich 

pierwsze wrażenie na widok dziecka. Była przekonana, że ciocia Grace od razu 

je pokocha.  

Ciocia Grace istotnie weszła pierwsza, z szerokim uśmiechem na ustach, i 

narobiła mnóstwo szumu przy powitaniu. 

- Znakomicie wyglądasz, kochanie - powiedziała, ściskając wychowanicę. 

- Ben mówił, że słabo się czułaś. Ale już wyglądasz jak trzeba, no i warto było 

się pomęczyć, prawda? - Spojrzała w bok na kołyskę. Jej mieszkaniec na dźwięk 

nowego głosu zaczął się energicznie wiercić, aż kołyska się rozbujała. - O, jaki 

śliczny mały baranek. Ma twoje oczy, błękitne jak chabry... Wcale nie śpi. 

Wszystkim się interesuje! Czy mogę wziąć go na ręce? 

Nerissa z uśmiechem skinęła głową i ciotka Grace wprawnymi rękami 

wyjęła chłopca z posłania. 

- No, popatrz! - zaczęła z nim czule rozmawiać. - Słowo daję, wielki z 

ciebie chłop, dobrze zbudowany jak twój ojciec. Będziesz wysoki i szeroki w 

R S

background image

 

147 

ramionach. Tego nie masz po mamie. - Spojrzała na swego męża, który właśnie 

całował Nerissę. - O, ma za to coś po tobie, John. Widzisz? Przyjrzyj się jego 

wielkim stopom! Te duże palce jak bulwy poznałabym na końcu świata. 

John Thornton wybuchnął śmiechem. 

Nerissa spojrzała w stronę drzwi. Stał w nich Philip i uśmiechał się do 

niej. Wyglądał czerstwo, tak samo jak dawniej. Natychmiast odwzajemniła 

uśmiech z zachwyconą miną, i zauważyła, że Ben bacznie się jej przygląda. Był 

może mniej zazdrosny niż dawniej, ale wciąż jeszcze miał z tym problem. 

Dodała mu otuchy przelotnym spojrzeniem, w milczeniu przesyłając 

wiadomość, że nie ma o co tak się srożyć. Nic już nie zostało z jej namiętności 

do przyrodniego brata. 

- Zobacz, Ben - odezwała się. - Philip świetnie wygląda, prawda? 

Ben skinął głową, przesyłając jej nieufne spojrzenie. 

- Kwitnąco. 

Zwróciła wzrok w stronę Philipa akurat w chwili, gdy zza jego pleców 

wysunął się ktoś jeszcze. Ktoś w jej wieku: smukła, zgrabna dziewczyna w 

jaskrawoniebieskiej wełnianej sukience, ciasno ściągniętej paskiem. Nerissa z 

lekkim niedowierzaniem rozpoznała znajomą twarz. 

- Siostra Courtney? - Co ona, u licha, tutaj robi? 

- Megan - poprawił Philip, a Nerissa szybko przeniosła na niego wzrok, 

wytrzeszczając oczy. Zawsze czytali sobie w myślach. Philip obdarzył ją 

szczerym, ciepłym uśmiechem. - Odkąd wyszedłem ze szpitala, często się 

widujemy. Dwa dni temu zaręczyliśmy się. Mama bardzo chciała powiedzieć ci 

to przez telefon, ale wymogliśmy na niej, że poczeka i pozwoli nam ogłosić 

zaręczyny osobiście. 

Nerissa nadal mu się przyglądała. Czytała w jego twarzy, świadoma tego, 

że inni patrzą na nią i próbują rozszyfrować jej minę. W tej chwili interesował ją 

jednak tylko Philip. Czy będzie szczęśliwy z Megan Courtney? Czy żeni się z 

nią tylko z rozczarowania, ze zmęczenia samotnością, czy też jest między nimi 

R S

background image

 

148 

coś prawdziwego? Czy Philip kocha Megan Courtney? Wyraziła to pytanie 

spojrzeniem, a pewność w oczach brata była odpowiedzią. Tak, oczy Philipa 

mówiły jej, że kocha Megan. Widziała, iż nie jest to taka sama miłość, jaka 

połączyła ją i Bena. Nie było w niej gorączki i niepokoju ani 

wszechogarniającego pragnienia, które trzeba natychmiast zaspokoić. Było 

jednak coś równie potężnego: zadowolenie i pogoda ducha, które 

promieniowały od nich obojga. Nerissa odetchnęła z ulgą. 

 Spojrzała na Megan i ciepło się uśmiechnęła, wyciągając do niej obie 

dłonie. 

- Witaj w rodzinie, Megan. Co za wspaniała nowina. Mam nadzieję, że 

będziecie z Philipem bardzo szczęśliwi. 

- Ona świetnie do nas pasuje, bardzo ją polubiliśmy - powiedziała 

przyjaźnie ciocia Grace, klepiąc Megan po ramieniu. - Zamieszkają z Philipem 

na farmie, ale Megan chce poczekać z powiększaniem rodziny, żeby móc 

jeszcze trochę popracować. Musisz do nas przyjechać z Benem i malutkim 

Johnem na Boże Narodzenie, będziemy w tym roku mieli prawdziwe rodzinne 

święta! 

- To cudowny pomysł, prawda, Ben? - powiedziała Nerissa, obrzucając 

męża kolejnym znaczącym spojrzeniem. 

Skinął głową. 

- Brzmi bardzo zachęcająco. 

Ciotka Grace wsunęła dziecko w ręce Megan. 

- Czy nie sądzisz, najmilsza, że wygląda zupełnie jak mój mąż? 

- Bardzo podobny - przyznała Megan. - Jest wspaniały, Nerisso. Tak miło 

go przytulić. Małe dzieci uroczo pachną. - Spojrzała w niebieskie oczy dziecka i 

odezwała się pieszczotliwie: - Cześć, John. Jestem ciocia Megan... 

Nerissa uświadomiła sobie, że Philip powiedział Megan prawdę o ich 

pokrewieństwie. Na pewno nie chciał, żeby z przyszłą żoną dzieliły go 

jakiekolwiek rodzinne sekrety. Nauczył się już, tak samo jak Nerissa, że 

R S

background image

 

149 

przesadna duma ma bardzo niszczącą siłę, a szczególnie wtedy, kiedy trudno ją 

odróżnić od pychy... a z pychy biorą się bolesne tajemnice, które po odkryciu 

ich mogą tylko ranić. 

Nerissa wygodnie oparła się na poduszkach, a cała jej rodzina zebrała się 

wokół niej i tak leżała sobie, bardzo szczęśliwa, słuchając ich rozmów, 

śmiechów i zachwytów nad dzieckiem. Z głęboką czułością w oczach 

przyglądała się im wszystkim, przesuwając wzrok z twarzy na twarz. Najdłużej 

zatrzymała spojrzenie na twarzy swojego męża. Nigdy w życiu nie widziała 

Bena tak szczęśliwego! 

Na dworze zaczęło padać. Przez chwilę solidnie lało, a za oknem sunęły 

kłęby czarnych chmur.  Ale w tym pokoju przez cały czas świeciło słońce. 

R S


Document Outline