background image

 

Aleksandra Ruda 

„Nekromantka” 

V tom serii „Ola i Otto” 

Tłumaczenie skrajnie nieoficjalne – ekso 

Korekta – czarna_wilczyca 

 

Rozdział 4 

Wiem kim jesteś, przebierańcu! 

 

–  Irga  był  –  powiedział  Otto,  kiedy  odpoczywałam  po  pracy 
popijając herbatę. 

Kurs  nekromancji  działał  na  mnie  jak  kubek  bajkowego, 
ożywczego  napoju.  Zaczęłam  pracować  dwa  razy  szybciej  – 
przecież  trzeba  było  jeszcze  zdążyć  na  zajęcia.  Oprócz  tego 
w czasie nudnych wykładów z teorii magii myślało mi się tak 
wspaniale,  że  w  ciągu  tygodnia  udało  nam  się  z  Ottonem 
skończyć pracę nad pierwszą wersją anty–psiego artefaktu. 

Półkrasnoludowi  też  się  polepszyło,  kiedy  przerzucił  na 
praktykantów nudną, ale niezbędną do wykonania pracę przy 
tworzeniu bazowych wersji artefaktów. Zyskał dużo wolnego 
czasu,  którego  nie  marnował,  zajmując  się  rożnymi 
pożytecznymi  rzeczami,  na  które  wcześniej  nie  mógł  sobie 
pozwolić.

 

Wczoraj  nawet  sam  zaczął  rozmowę  pod  tytułem: 

„Czy nie mam nic przeciwko temu, żeby przyjął pracowników 
do pomocy?”. 

Oczywiście, nie miałam nic przeciwko temu, czy kiedykolwiek 
sprzeciwiałam się, żeby moją pracę wykonywał ktoś inny? 

background image

 

–  Dawno  nie  było  nekromanty  –  powiedziałam,  nawet  nie 
próbując udawać, że mnie to nie obchodzi. Otto i tak poznałby 
prawdę widząc moją minę. 

–  Pojechał  do  Kristolitu    –  poinformował  mnie  Otto.  –  Jakiś 
czas  temu  coś  zżarło  miejskiego  nekromantę  i  wysłali  Irgę, 
żeby zbadał sprawę. Jest teraz wolnym strzelcem, więc nie było 
im go żal. 

–  Poza  tym,  że  jest  wolnym  strzelcem,  jest  też  jednym 
z najbardziej doświadczonych magów i po prostu nie dałby się 
tak  zwyczajnie  pożreć  –  oświadczyłam.  –  I  co  mu 
powiedziałeś? 

– Że Bef wysłał cię do swojego kolegi, żebyś się dokształciła 
i wybiła  z  sobie  głowy  wszystkie  bzdury  związane  z  magią 
krwi. 

– Świetnie! – powiedziałam, ponieważ nie udało się wymyślić 
żadnego  innego  wytłumaczenia  mojej  „nieobecności”  poza 
„pojechała do rodziców”. Ale Irga wiedząc, że moich krewnych 
lubię  tylko  na  odległość,  nie  uwierzyłby  w  moją  długą 
nieobecność albo pojechałby sprawdzić, co się ze mną dzieje. 
Na  pewno  by  tak  było!  Dlatego  jak  zwykle  postanowiłam 
polegać na Ottonie, bo wiedziałam, że przebiegły półkrasnolud 
na  pewno  znajdzie  logiczne  wyjaśnienie  dla  mojej 
nieobecności. 

–  Tylko  pamiętaj,  że  na  zjazd  mistrzów  będziesz  musiała 
przefarbować  się  z  powrotem  –  uprzedził  Otto.  –  Nie 
zamierzam dać się skompromitować, pojawiając się na zjeździe 
z takim czarnym straszydłem u boku. 

– No, wiesz? – obraziłam się. – Ja musiałam kompromitować 
się w towarzystwie Ottawy, a ty ze mną – nie możesz? 

background image

 

–  To  dwie  zupełnie  różne  sprawy!  Weźmiemy  udział 
w zjeździe!  Ola,  to  zjazd  Mistrzów  Artefaktów!  Powinniśmy 
prezentować  się  idealnie!  Wiesz,  jak  wiele  udało  nam  się 
osiągnąć  w  bardzo  krótkim  czasie?  Przeważająca  ilość 
krasnoludów  kończy  naukę,  mając  w  rękach  tylko  pracę 
dyplomową i umiejętności. Część z nich dostaje pieniądze od 
rodziców. A my wszystko osiągnęliśmy sami! Sami, Ola! 

– Otto – powiedziałam poważnie – nie myśl, że o tym nie wiem, 
albo  nie  widzę  z  jakim  uwielbieniem  patrzą  na  ciebie  nasi 
praktykanci.  Ale  zapamiętaj,  że  nie  mówię  tego,  żebyś  teraz 
nabrał jeszcze więcej zamówień! Nasza wyjątkowość polega na 
współpracy  krasnoluda  z  człowiekiem,  a  ja  jestem  kruchą  i 
słabą istotą. I łatwo mogę się złamać. 

– W którym miejscu ty jesteś krucha? – zapytał Otto. – Otacza 
cię tak gruba zbroja lenistwa, że ciebie nie da się złamać! 

–  Leniwa  jestem  tylko  według  twoich  standardów.  A  jako 
człowiek  jestem  naprawdę  bardzo  pracowita!  Można  wręcz 
powiedzieć, że jestem pracoholiczką! 

– Złotko, czym byś się teraz zajmowała, gdybym na ciebie nie 
naciskał? 

– Wykonywałabym moje obowiązki kochanki! – oświadczyłam 
wyniośle,  pusząc  się  po  uświadomieniu  sobie  własnej 
doskonałości. 

– Czyli leżałabyś na łóżku? – zapytał krasnolud, udając, że nie 
dosłyszał mojej odpowiedzi. 

–  Tak,  leżałabym!  –  powiedziałam,  momentalnie  się 
przygarbiając. – Jakbyś żałował mi poduszek. 

background image

 

–  Poduszek  nie  żałuję.  Jest  mi  żal  twojego  potencjału,  który 
zmarnujesz. Po prostu go prześpisz! 

– Przecież nie śpię cały czas! – obraziłam się. – Lubię jeszcze 
sobie  pojeść.  I  pochodzić  po  sklepach.  I  rozwiązywać  jakieś 
ciekawe łamigłówki. 

Otto uśmiechnął się. 

–  Skończyliśmy  już  pracę  na  dziś,  więc  możesz  zająć  się 
obowiązkami kochanki. Łóżko na ciebie czeka. 

–  Nie  –  westchnęłam.  –  Muszę  iść  do  akademika.  Przecież 
wiesz, że moi kochani koledzy z kursu uważnie obserwują mój 
sposób prowadzenia się. Oni wszyscy mają ogromną nadzieję, 
że uda im się złapać mnie na gorącym uczynku. Na przykład, 
kiedy  zacznę  całować  się  z  jakimś  wykładowcą  na  środku 
korytarza. 

– Naprawdę nie dasz im powodu do plotek? 

–  Zastanawiam  się  nad  tym.  Musiałabym  zrobić  coś  takiego, 
żeby  ich  wszystkich  koniecznie  po  prostu  zatkało!  – 
powiedziałam. 

–  Cóż  –  najlepszy  przyjaciel  przewrócił  oczami.  –  Mam 
nadzieję, że Bef po tym nie osiwieje! 

Już  doszliśmy  do  furtki,  Otto  odgrywał  rolę  prawdziwego 
dżentelmena i prowadził mnie pod rękę. 

–  Bef  radził  sobie  z  gorszymi  rzeczami!  –  cmoknęłam 
przyjaciela w policzek. – Do jutra! 

Wyszłam na ulicę i na chwilę zamarłam ze zdziwienia, a potem 
w  myślach  zatarłam  ręce.  Ponieważ  pod  płotem  sąsiadów, 
schowany  za  pniem  wielkiej  jabłoni  stał  Jepifan.  Nawet 

background image

 

narzucił na siebie zasłonę odwracającą wzrok, hehe. Gdybym 
naprawdę  była  Rozalią,  która  ukończyła  tylko  Liceum,  nie 
zauważyłabym  natrętnego  kolegi  z  grupy.  Ale  skończenie 
studiów  na  uniwersytecie  już  któryś  raz  zademonstrowało 
swoją przewagę nad średnim wykształceniem magicznym. 

Dlatego podeszłam do jabłoni, znudzona oparłam się o jej pień 
i zmęczonym głosem powiedziałam: 

–  Ach,  całkiem  mnie  ten  krasnolud  wykończył!  Aż  ciężko 
utrzymać się na nogach! Nie bez przyczyny mówi się, że ludzcy 
mężczyźni  nie  dorastają  im  nawet  do  pięt...  A  ja  myślałam 
o tym, żeby z nim zerwać, bo bardzo spodobał mi się Jepifan... 
Ale chyba nie będzie w stanie tak... A szkoda... 

Jepifan  wiercił  się  w  swojej  kryjówce.  Oczywiście,  każdego 
mniej–więcej rozsądnego mężczyznę moja przemowa tylko by 
rozśmieszyła,  ale  nie  młodzieńca  o  płonących  oczach, 
w stylowym  płaszczyku  i  z  kupą  błyskotek,  które  miały 
demonstrować wyjątkowość ich właściciela. Ale wyjątkowości 
nie trzeba demonstrować. Wszyscy i tak wiedzą, czy ona jest 
czy jej nie ma. Tak jak w moim przypadku. Olgierda Lacha – 
to  brzmi  dumnie!  Olgierdę  Lachę  znają  w  Czystiakowie, 
w Rorritorze, a nawet w stolicy! 

Oczywiście, w scence, którą odgrywałam brakowało elementu 
nagości, ale nie zamierzałam rozpinać bluzki. Teraz wszystkie 
moje magiczne artefakty kryły się pod ozdobnym żabotem i nie 
chciałam  pokazywać  ich  ciekawskiemu  koledze.  Rozalia 
Mimut z definicji nie powinna posiadać nawet połowy z nich! 
Nieważne  jakim  matołem  nie  byłby  przyszły  pomocnik 
nekromanty, ale tego na pewno nie mógłby przeoczyć. 

background image

 

 Nie wolno robić tego co on – czyli obwieszać się taką ilością 
artefaktów, jeśli nie ma  się nawet podstawowej wiedzy o ich 
działaniu. 

W czasie gdy rozmyślałam o tym co by tu jeszcze powiedzieć, 
a Jepifan sapał za drzewem, na naszej ulicy pojawił się... Żywko 
i dwa jego psy! 

To był absolutnie niewłaściwy moment! Absolutnie! 

Dlatego  rzuciłam  się  w  stronę  zbawiennej  furtki,  za  którą 
mogłabym,  nie  bojąc  się  cudzych  oczu,  wyjaśnić  orkowi, 
dlaczego tak wyglądam. 

Wykonując  ten  krok  przeoczyłam  jeden  ważny element.  Psy. 
Dobrze  znające  mnie  zwierzaki  uznały,  że  to  taka  wesoła 
zabawa, dogoniły mnie kilkoma susami i zaczęły obskakiwać 
wokół, radośnie szarpiąc zębami za poły spódnicy. Do tej pory 
moje  zwyczajne  ubrania  bez  problemu  wytrzymywały  takie 
igraszki, ale nie czarna nekromancka spódnica, którą kupiłam 
za grosze. 

Dźwięk prującego się materiału. 

Kieł ze skruchą odstąpił dwa kroki w tył, wypluł z pyska spory 
kawałek tkaniny i udał, że nie ma z tym nic wspólnego, a tak 
w ogóle to... „gdzie jest mój właściciel?" 

Właściciel nie kazał na siebie długo czekać. 

Sądząc  po  jego  minie,  Żywko  w  żaden  sposób  nie  mógł  się 
zdecydować,  czy  chce  mu  się  śmiać,  czy  najpierw  powinien 
zażądać wyjaśnień dlaczego tak wyglądam. 

Musiałam uprzedzić fakty. 

background image

 

–  Szanowny  orku!  – zaczęłam  lamentować  oburzona.  –  Pana 
psy podarły moją spódnicę! Prawie mnie pożarły! Taki koszmar 
na  ulicach  naszego  spokojnego  miasta?  Gdzie  są  kagańce? 
U nas, w Sofipolu, przyzwoici obywatele nie pozwalają sobie 
na coś takiego! 

–  To  jakieś  wariactwo!  –  powiedział  Żywko.  –  To  znaczy, 
chyba komuś tu odbiło? 

Ciekawie,  gdzie  podziewa  się  mój  kochanek?  Jego  kobietę 
prawie rozszarpały dzikie bestie – i to na dodatek zaraz obok 
furtki  –  a  on  pracuje  sobie  beztrosko  w  warsztacie!  Tacy  są 
właśnie  mężczyźni,  szkoda  słów!  Wykonała  swój  obowiązek 
kochanki, zaspokoiła – i do zobaczenia jutro! Nawet zrobiło mi 
się trochę przykro! 

Ale  w  tym  momencie  do  akcji  postanowił  wkroczyć  Czarny 
książę  bez  konia.  Jepifan  zdecydowanym  ruchem  zrzucił 
z siebie zasłonę i krokiem prawdziwego bohatera pośpieszył mi 
z pomocą. Twarz miał bladą i przestraszoną, ale mimo to kolana 
prawie  mu  się  nie  trzęsły,  gdy  podchodził  do  orka  (warto 
zauważyć,  że  uczeń  był  o  pół  głowy  wyższy  od  Żywka!) 
i oświadczył: 

– Proszę natychmiast odwołać swoje psy! Przestraszyły moją 
dziewczynę! 

– Twoją... kogo? – zapytał zdziwiony Żywko. 

– Moją kochankę! – o, Otto też się pojawił. – Żywko, twoje psy 
podarły spódnicę mojej kochanki. Tak na marginesie, ona była 
bardzo droga! 

–  Kto?  –  żałośnie zapytał  ork. Zdążyłam  zauważyć  nerwowe 
spojrzenie,  które  rzucił  w  kierunku  Domu  Uzdrowicieli. 

background image

 

Biedaczysko.  Nie  można  tak  szybko  wątpić  we  zdrowie 
psychiczne. – Spódnica czy kochanka? 

– Obie! – oznajmiłam. – Ale ja jestem droższa. 

–  Zapraszam  do  domu...  –  Otto  wciągnął  nas  na  podwórze 
i zatrzasnął furtkę tuż przed nosem Jepifana. – Do środka! Tam 
porozmawiamy. 

–  Jeśli  twoje  psy  znowu  rozkopią  mój  klomb  to  każę  je 
wypchać!  –  syknęłam  do  Żywka.  Moje  próby  upiększenia 
podwórza wciąż były marnotrawione przez nieprzezwyciężone 
zewnętrzne  siły,  z  których  jedną  stanowiły  orcze  wilczarze 
żywiące  absolutnie  niezdrowe  upodobanie  do  rozkopanej 
i użyźnionej ziemi. 

Żywko gwizdnął na Szpica, który już unosił łapę nad tabliczką 
z  nazwą  kwiatu,  który  wyrośnie  w  tamtym  miejscu  któregoś 
pięknego dnia... a przynajmniej taką mam nadzieję. 

Gdy  weszliśmy  do  domu,  ukrywając  się  przed  ciekawskimi 
spojrzeniami praktykantów ork odezwał się: 

– Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć co się tutaj dzieje? 

– Ola – wzruszył ramionami półkrasnolud, nalewając Żywkowi 
mocnej, uspokajającej nalewki. 

–  Studiuję  na  uniwersytecie  pod  cudzym  nazwiskiem  i  ta 
maskarada  jest  niezbędna,  żeby  mnie  nie  rozpoznano  – 
wyjaśniłam. – Dawaj forsę za porwaną spódnicę! 

Żywko  pokornie  wsunął  mi  do  ręki  złotą  monetę.  Oho! 
Świetnie, za taką kwotę będę mogła kupić może nawet dziesięć 
takich spódnic! 

– A kim jest ten chłopak stojący na ulicy? – zapytał ork. 

background image

 

– Mój kolega z grupy. 

– Ola się nad nim znęca – wyjaśnił Otto. – Więc nie wolno ci 
go ruszać, dobrze? 

– Niczego  sobie znęcanie!  –  oburzył  się Żywko.  – Też chcę, 
żeby ktoś się tak nade mną poznęcał! Powiedział, że jesteś jego 
dziewczyną! 

– Dla mnie to też jest nowość – zapewniłam orka. – Ogólnie, 
byłam przekonana, że obserwuje mnie, żeby policzyć ilu mam 
kochanków. I, że potem zaniesie te informacje reszcie grupy, 
żeby  mogli  rozważyć,  czy  taka  amoralna  osobowość  jak  ja 
może zostać nekromantką! 

– A ty chcesz zostać nekromantką? – zapytał Żywko. Jego oczy 
zwęziły się lekko. 

–  Chcę  nauczyć  się  nowej  dziedziny  magicznej  – 
powiedziałam.  –  W  wyniku  nalegań  Ottona:  pod  nadzorem 
doświadczonych  wykładowców.  Pamiętasz  chyba,  co  się  ze 
mną działo, kiedy korzystałam z magii w twoim rezerwacie? 

Otto, którego nagle uczyniłam pomysłodawcą mojego wzięcia 
udziału w kursie, milcząco uniósł brew, ale uchwycił sens mojej 
wypowiedzi.  Bo  jesteśmy  partnerami  i  zawsze  działamy  na 
jednym froncie! 

– Żywko, Olę nudzi robienie w kółko i w kółko tego samego. 
Postanowiliśmy,  że  urozmaicimy  jej  wolny  czas.  A  kiedy 
ukończy  kurs  nekromancji,  oddam  ją  profesorowi 
Swingdarowi. Żeby przeprowadził na niej doświadczenia. 

– Hm... – odpowiedziałam na to. To jakaś nowość! Profesor od 
dawna  zachęcał  mnie,  żebym  wzięła  udział  w  serii 
eksperymentów  na  temat  rezonansu  mojej  magii  z  magią 

background image

 

10 

krasnoludów,  co  mogłoby  pomóc  w  zrozumieniu  jaki  to  ma 
wpływ na pomyślność (z punktu widzenia nauki o magii, a nie 
psychologii)  pracy  przy  artefaktach.  Zawsze  stanowczo 
odmawiałam,  ponieważ  nie  zamierzałam  zostawać  niczyim 
królikiem  doświadczalnym,  bez względu  na  to  jak  słodkie  są 
króliki. Ale teraz będę musiała się na to zgodzić. 

Och, Otto, ty mściwe bydlę! 

–  Dlatego  teraz  to  nie  jest  Ola  Lacha,  a  Rozalia  Mimut, 
a żebyśmy mogli kontynuować naszą współpracę, musieliśmy 
uczynić ją moją kochanką, żeby uniknąć niepotrzebnych pytań. 
Można  pomyśleć,  że  znalazłem  sobie  przyjaciółkę,  w  czasie 
gdy Ola musiała wyjechać na polecenie swojego Mentora... 

W tym momencie Żywko kolejny raz udowodnił, że w naszym 
mieście wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. 

– A co z Adel? 

– Rozstaliśmy się – krótko odpowiedział Otto. 

Ork tylko kiwnął głową, i powiedział: 

– No cóż, chodźmy... Rozalio, odprowadzę cię do akademika, 
tam na zewnątrz prawdopodobnie wciąż czeka na ciebie twój 
chłopak. Pozwól mi dołączyć do grona twoich kochanków. 

– Mowy nie ma! – zrobiło mi się przykro w imieniu Oli, czyli 
swoim. – Starasz się o Olę! A tu nagle będziesz chodził z inną 
dziewczyną? 

– A może ja to sobie przemyślałem? – uśmiechnął się Żywko. 
–  Skoro  Ola  w  żaden  sposób  nie  reaguje  na  moje  starania  to 
może Rozalia będzie milsza...? 

background image

 

11 

–  Ciąży  na  tobie  jakaś  klątwa  –  zarżał  Otto.  –  Prawdziwa 
Rozalia też ma męża nekromantę. 

–  Rozalia  na  pewno  nie  będzie  milsza!  –  oznajmiłam 
stanowczo,  zdając  sobie  sprawę  z  tego,  że  jeśli  raz  ulegnę 
urokowi  Żywka,  to  on  nigdy  nie  da  mi  spokoju.  Nie 
przechodziłam przez wszystkie trudności związane z pójściem 
na  kurs  po  to,  żeby  teraz  zostać  kochanką  orka,  nawet  jeśli 
miała to być tylko gra (chociaż Żywko na pewno traktowałby 
to  bardzo  dosłownie),  ale  żeby  wrócić  do  Irgi  (albo  żeby 
odzyskać  go,  jeśli  nekromanta  nagle  zrezygnuje  z  pomysłu 
zostania  na  powrót  moim  mężem).  –  Dziękuję,  Żywko,  ale 
pójdę sama. Z jakiegoś powodu przyszedłeś do Ottona i teraz 
będziecie mogli o tym porozmawiać. 

– Przyszedłem, żeby zapytać co się z tobą dzieje – powiedział 
Żywko.  –  Ale  teraz,  skoro  tobie  nic  nie  jest,  to  rzeczywiście 
porozmawiam z Ottonem na temat zamówienia na artefakty dla 
mojego rezerwatu. 

–  Otto  –  powiedziałam,  gdy  się  żegnaliśmy.  –  Błagam:  nie 
przyjmuj  za  dużo  zamówień!  Pamiętaj,  że  jestem  kruchą 
istotą... 

–  Ehe  –  półkrasnolud  jawnie  nie  zamierzał  posłuchać  mojej 
prośby. 

Jepifan czekał na mnie przy furtce. 

–  Twój  styl  życia  nie  doprowadzi  cię  do  niczego  dobrego!  – 
oznajmił. 

Wpatrzyłam się w niego zaskoczona. 

– A kim ty jesteś – moim ojcem? Jak chcę, tak żyję! 

background image

 

12 

– Będziemy razem pracować, dlatego chcę być pewien każdej 
osoby z naszej grupy. 

– Ale z czego wywnioskowałeś, że będziemy razem pracować? 

– Sama słyszałaś, że Urząd Magii szuka pracowników. 

–  Niech  szuka  –  pozwoliłam  łaskawie.  –  Ale  to  nie  ma  nic 
wspólnego ze mną. 

– Dlaczego nie chcesz tam pracować? – zdziwił się Jepifan. 

–  Ponieważ  jestem  wolnym  duchem.  Nienawidzę,  kiedy 
zmusza  się  mnie  do  robienia  czegoś  i  to  jeszcze  na  dodatek 
codziennie tego samego... A państwowy mag, oprócz różnych 
przywilejów ma też wiele ograniczeń. 

Jepifan westchnął. 

–  Mam  siostrę  i  nie  udało  mi  się  jej  upilnować.  Ona  też  tak 
zmieniała kochanków, zmieniała, aż w końcu... 

– Zabili ją? – wydusiłam. 

– Wyszła za mąż za kuborca, za półelfa, wyobrażasz to sobie? 
Przyniosła hańbę swoim rodzicom! My, Aganowie, od zawsze 
byliśmy ludźmi czystej krwi. A ty zadajesz się z krasnoludem! 

– Hm... Prawdopodobnie, wszystko przez to, że nie należę do 
waszej  rodziny. A  poza  tym, zacząłeś  mówić  coś  o  wspólnej 
pracy, a skończyłeś na zamążpójściu siostry. I gdzie tu sens? 
Przy  okazji,  dziękuję  za  to,  że  próbowałeś  mnie  obronić,  ale 
proszę nie nazywaj mnie więcej swoją dziewczyną. To mi się 
zdecydowanie nie podoba. 

– Boisz się, że twoi kochankowie będą zazdrośni? – uśmiechnął 
się Jepifan. 

background image

 

13 

Popatrzyłam  na  niego  z  litością.  Pewnie  dobrze  żyje  się 
ludziom, którzy są takimi narcyzami. 

– Nie, obawiam się, że urwą ci głowę. Albo gorzej  – poważnie 
powiedziałam. 

– Nikogo się nie boję! – oświadczył Jepifan. 

– A powinieneś – powiedziałam. – Ja boję się mnóstwa rzeczy, 
ponieważ wiem, że nasz świat to nie urocza bajeczka. 

–  Tobie  wypada  się  bać,  jesteś  dziewczyną!  –  rzekł 
opiekuńczym tonem mój kolega z grupy. – Jakby co to będę cię 
bronił! 

Z jakiegoś powodu po tych słowach odechciało mi się żartów. 
Przyjemnie było usłyszeć coś takiego. 

– Dziękuję. Będę wiedziała do kogo mogę zwrócić się o pomoc 
– powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. 

Nagle  przeleciał  obok  mnie  zwiastun.  Zawisł  w  powietrzu 
jakby  się  zastanawiając,  a  potem  odwrócił  się  z  powrotem 
w moją stronę. 

Ożeż Sukin Kot! Jak mogłam nie pomyśleć o zwiastunach! One 
specjalnie są tak stworzone, żeby rozpoznawać adresata po jego 
aurze!  Moja  jest  zamaskowana, ale  nie całkiem  ukryta  i  jeśli 
wysyłający  zwiastun  dość  dobrze  mnie  zna  to  magiczny 
posłaniec  znajdzie  mnie  bez  trudu.  Podskoczyłam  i  złapałam 
zwiastun, który nie mógł jednoznacznie zdecydować się czy to 
ja czy nie ja, ścisnęłam go w pięści i niewinnie zatrzepotałam 
rzęsami. 

- Zwiastun! To magia dostępna tylko dla tych którzy ukończyli 
Uniwersytet! To list od kochanka, tak? 

background image

 

14 

- Jesteś zbyt ciekawski - powiedziałam. - Nie wciskaj nosa tam 
gdzie nie powinieneś, bo mogą ci go oderwać! 

-  Nie  rozumiem  dlaczego  jesteś  taka  złośliwa!  Dziewczyna 
powinna być delikatna i czuła, a nie grozić przemocą. 

- Jestem delikatna i czuła - zapewniłam Jepifana. - I delikatnie 
ci radzę, żebyś sobie poszedł i przestał mi przeszkadzać. 

- A jeśli nie pójdę? -  nagle sprzeciwił się kolega z grupy. 

– Widzę, że w żadnym razie nie zamierzasz porzucić nadziei, 
że uda ci się przyłapać mojego kochanka z Uniwersytetu, który 
tak  bezczelnie  załatwił  mi  wygodne  miejsce  na  kursie?  – 
spytałam rozgniewana. – Wydaje ci się, że nie wiem, że to ty 
chodzisz  i  rozpuszczasz  plotki  o  tym,  że  jestem  niegodna 
przebywać  wśród  waszmościów,  którzy  na  prawo  stania  się 
studentami  zasłużyli  przelewając  krew  i  pot?  Śpieszę  ci 
przypomnieć,  że  ja,  tak  samo  jak  i  wy,  ukończyłam  liceum 
i spełniam  wszelkie  warunki  jakie  trzeba,  żeby  brać  udział 
w kursie.  A  moje  osobiste  życie  nikogo  nie  powinno 
interesować! 

–  Ale  interesuje!  –  podwyższonym  przez  złość  głosem 
wykrzyknął Jepifan.  – I to jeszcze jak interesuje! Za trzy dni 
zaczynamy  zajęcia  praktyczne,  a  ty  przez  połowę  wykładów 
zajmowałaś się nie wiadomo czym! Wykładowca powiedział, 
że  będziemy  pracować  w  losowo  dobranych  grupach.  A  jeśli 
nagle okaże się, że trafisz do mojej? Co wtedy? Urząd Magii 
będzie wybierał pracowników na podstawie ocen, a ja nie chcę 
zaprzepaścić  swojej  szansy  na  zdobycie  dobrej  pracy  przez 
jakąś latawicę! 

–  Latawicę?!  –  wściekłam  się.  –  Chcesz  dostać  pracę 
w urzędzie? Doskonale, w takim razie chodźmy, załatwię ci ją 

background image

 

15 

już dzisiaj, tylko przysięgnij, że przestaniesz zaglądać w moje 
zeszyty i do mojego łóżka! 

– Załatwisz mi pracę w Urzędzie? – zapytał Jepifan. – Tam też 
masz kochanków? 

– Co to ma znaczyć?! – Zapomniałam się i machnęłam rękami, 
zwiastun wyrwał się na wolność i zaczął krążyć wokół mojej 
głowy.  –  Czy  dziewczyna  nie  może  niczego  osiągnąć  sama? 
Dlaczego obowiązkowo musi mieć kochanka?! Może mam tam 
brata, ojca albo męża?! 

– Takie jak ty nie mogą mieć męża! – wycedził Jepifan i złapał 
zwiastun.  –  „Narzeczona,  musimy  pilnie  porozmawiać!  Moi 
rodzice mają zamiar przyjechać! B.L.” 

No, to już zupełna przesada! Od kiedy to wolno czytać cudze 
listy? 

–  Jepifanie  –  powiedziałam,  uśmiechając  się  tak  czule,  że 
zrobiłoby  to  wrażenie  nawet  na  Befie  –  oddaj  list.  Przecież 
uprzedzałam cię, że wpychanie nosa w nieswoje sprawy może 
się źle dla ciebie skończyć? Uprzedzałam... 

Zamknęłam oczy i sięgnęłam do licznych linii energetycznych, 
które  oplatały  ciało  Jepifana.  Nigdy  nie  wolno  zadzierać 
z magiem jeśli nie zna się prawdziwego poziomu jego mocy. 
Tego uczą nawet teoretyków, a praktykom wbijają do głowy tak 
mocno, że nawet najsilniejszy mag dziesięć razy zastanowi się, 
zanim bez przyczyny narazi się na gniew innego maga, nawet 
jeśli ten wygląda jak nieszkodliwy nowonarodzony kociak. 

Nie miałam na to ochoty, ale żeby Jepifan miał w przyszłości 
szansę przetrwać w tym gnieździe żmij jakim jest miejsce, które 

background image

 

16 

nazywają Urzędem Magii, będę musiała dać mu nauczkę. Jak 
magowi. 

Otworzyłam  oczy  i  ścisnęłam  wszystkie  nici  razem.  Ciało 
Jepifana  jak  gdyby  przeszyły  tysiące  rozżarzonych  igieł. 
Krzyknął i upadł na kolana. 

Westchnęłam  ze  współczuciem.  No  niech  będzie.  Nie 
westchnęłam  ze  współczuciem.  Jako  Mistrz  Artefaktów 
westchnęłam  z  dumą.  Ponieważ  magicznych  nici  moich 
i Ottona  artefaktów  nie  da  się  tak  po  prostu  uchwycić, 
wszystkie  są  ukryte,  i  skręcone  w  taki  sposób,  żeby 
zminimalizować  możliwą  szkodę  dla  osoby,  która  je  nosi. 
Wszystko,  oczywiście,  jest  zależne  od  ceny,  ale  to  główna 
różnica  między  artefaktem  wykonanym  przez  parę  mistrzów 
a takim, które napełniono kupioną magią. Zwykły mag, nawet 
jeśli  jest  geniuszem  zaklęć,  słabo  (jeśli  w  ogóle)  zna  się  na 
specyfice  pracy  artefaktnika  i  nie  potrafi  splatać  ze  sobą 
zakończeń linii tak dokładnie jak ja. 

Popatrzyłam z góry na krzywiącego się Jepifana i pouczającym 
tonem powiedziałam: 

– Lekcja numer jeden. Nie należy wtrącać się w czyjeś sprawy, 
ponieważ  to  zawsze  źle  się  kończy.  Lekcja  numer  dwa.  Nie 
należy  nie  doceniać  swojego  przeciwnika,  nawet  jeśli  jesteś 
przekonany,  że  dyplom  udało  mu  się  otrzymać  przez  pójście 
z kimś  do  łóżka.  Lekcja  numer  trzy.  Zastanów  się,  komu 
wyrządzasz  krzywdę.  Gdyby  mój  mężczyzna  nakrył  cię 
w momencie, gdy czytałeś mój osobisty list to nie zostałaby po 
tobie nawet mokra plama i to bez użycia jakiejkolwiek magii! 
I to już chyba wszystko. Jeśli o czymś zapomniałam, to powiem 
ci kiedy sobie przypomnę. 

background image

 

17 

–  D–d–dob....  –  kolega  z  grupy  zatoczył  oczami  i  stracił 
przytomność. 

– Jednak – powiedziałam do siebie, kiedy tworzyłam zwiastun 
do Domu Uzdrowicieli. – Nie mam w sobie żyłki pedagoga... 
Prawdopodobnie,  powinnam  była  potraktować  go  lżej,  nie 
wzięłam pod uwagę przełożenia sił... Ale kto by się spodziewał, 
że  jest  taki  słaby  i  nie  poradzi  sobie  z  przepływem  energii 
magicznej... 

Pomachałam  ręką  do  przechodzącej  obok  kobiety  z  dwójką 
dzieci. Maluchy tuliły się do spódnicy matki i patrzyły na mnie 
zaokrąglonymi ze strachu oczyma. 

–  Pamiętajcie  dzieci  –  powiedziałam  łagodnie.  –  Nie  należy 
wtrącać się w osobiste sprawy maga! 

– Nikomu nie powiemy – pisnęła matka, przyspieszając i tak 
już szybki krok. 

–  Nie  to  miałam  na  myśli,  ale...  Ech...  Ale  mam  dzień!  – 
machnęłam rękami, kiedy zobaczyłam Blondyna. 

Szedł zatrzymując się co jaki czas i przysłuchując czemuś, co 
było  dla  mnie  niewyczuwalne.  Zajęta  rozprawianiem  się 
z Jepifanem,  nie  zauważyłam,  że  Lim  przypiął  „śledzik”  do 
zwiastuna! Niewybaczalna  beztroska! Ale  było już za  późno, 
żeby się ukryć. 

–  Ola?  –  Blondyn  wyraźnie  nie  poznał  nowej  odmienionej 
mnie, chociaż zwiastun zdradziecko zataczał kręgi wokół mojej 
głowy. – Panienko, nie widziałaś tu może takiej dziewczyny, 
całej obwieszonej wisiorkami... W jaskrawych ubraniach... 

– A czy ona jest piękna? – zalotnie zapytałam. 

background image

 

18 

–  Tak  nieszczególnie  –  powiedział  Blondyn,  a  następnie 
zmarszczył brwi. Powiódł spojrzeniem ode mnie do zwiastuna, 
z  powrotem  spojrzał  na  mnie,  znów  na  zwiastun  i  na 
poniewierającego  się  po  ziemi  Jepifana.  W  następnej  chwili 
kolor  jego  twarzy  szybko  zmienił  się  ze  zwykłego  na  blady, 
potem na lekko zielonkawy i przestraszyłam się, że i on zaraz 
zemdleje.  –  Coś  ty  ze  sobą  zrobiła!  Moi  rodzice  przyjadą 
i zobaczą wiedźmę??? 

– No wiesz, jak na dyplomowanego maga wyrażasz się bardzo 
wulgarnie!  –  oburzyłam  się.  –  Wiedźma!?  Jestem  teraz 
nekromantką i nazywam się Rozalia Mimut. 

Blondyn zamknął oczy. Zieleń zaczęła stopniowo zmieniać się 
w purpurę. 

– Szybko zmień się z powrotem! – ryknął. – Obiecałaś mi! Jak 
mam  pokazać  burmistrzowi  stolicy  zamiast  narzeczonej... 
Takie coś!? 

–  Takie  coś?  –  warknęłam.  –  Takie  coś?!  Pamiętam,  że  ci 
obiecywałam, ale nie mogę zrujnować mojego przemyślanego 
planu z powodu twoich rodziców! Poproś ich, żeby przyjechali 
za parę tygodni, bo wtedy i tak będę musiała doprowadzić się 
do porządku przed zjazdem Mistrzów Artefaktów. – A ja i tak 
znajdę  powód,  żeby  się  z  nimi  nie  spotkać!  Towarzystwo 
hrabiego ni Monter przejadło mi się już w stolicy! – Jeśli będę 
w kółko zmieniać kolor włosów to w końcu mi wypadną! 

– To nie korzystaj z usług nielegalnych zakładów fryzjerskich! 
– poradził Lim obchodząc  mnie dookoła.  – Niebiańskie  Siły, 
nawet  będąc  nekromantką  nie  zmieniłaś  się  ani  odrobinę! 
Spódnica podarta, pod nogami poniewiera się jakiś facet... 

background image

 

19 

– O! – rozpromieniłam się, przestąpiłam nad Jepifanem i ujęłam 
Blondyna  pod  rękę  wdzięcznie  zaglądając  mu  w  oczy. 
W końcu,  mój  „narzeczony”  jest  adwokatem,  powinnam  go 
wykorzystać! – Jakby co, będziesz, mnie bronił, prawda? Ja go 
tak przypadkiem... Niechcący... 

– Olę mógłbym bronić – powiedział Blondyn. – Ale nieznaną 
nikomu Rozalię Mimut? Nie. 

– Nie to nie – zgodziłam się. –  Ten tutaj oświadczy, że ucierpiał 
z  mojej  winy,  trafię  do  więzienia  i  tam  odkryją całą  prawdę. 
Wyjdzie na jaw cała opracowana przez Befa akcja wdrożenia 
mnie  w  środowisko  ludzi  podejrzanych  o  zajmowanie  się 
czarną  magią  i  z  twoimi  rodzicami  spotkam  się  siedząc  na 
więziennej pryczy... Jaki skandal! Trzeba będzie zaproponować 
Tomnie, żeby zrobiła z twoimi rodzicami wywiad pod tytułem 
„Co czułem, gdy zobaczyłem przyszłą synową w więzieniu”. 

– Jak ja ciebie czasami nienawidzę! – wycedził Blondyn przez 
zęby, patrząc na zbliżających się w naszą stronę uzdrowicieli 
i strażnika. 

– Tylko czasami? – zapytałam kokieteryjnie. 

– Przez resztę czasu po prostu cię nie lubię. 

–  Myślę,  że  to  wspaniała  podstawa  dla  szczęśliwego 
małżeństwa  – zagruchałam.  – Oboje nie spodziewamy się po 
sobie niczego dobrego! 

–  Co  tu  się  stało?  –  zapytał  strażnik,  kiedy  uzdrowiciele 
przywracali Jepifana do przytomności. 

– Przypadkowe zamknięcie – westchnęłam. 

– Konflikt magii w artefaktach – zameldował uzdrowiciel. 

background image

 

20 

Drugi pomógł Jepifanowi usiąść i poił go czymś ze specjalnej 
butelki. 

– Nie dziwię się – stwierdził strażnik. – Zawiesić na sobie tyle... 
Panie poszkodowany, ma pan coś do powiedzenia? 

– Nie... Wszystko... Jest w porządku... Sam sobie jestem winien 
– odpowiedział Jepifan. 

–  Dobrze  –  odetchnął  z  ulgą  strażnik,  któremu,  najwyraźniej 
wcale nie chciało się zajmować sprawą magicznego nadużycia. 

–  Chce  pan  iść  do  Domu  Uzdrowicieli,  czy  znajomi 
odprowadzą pana do domu? – zapytał jeden z uzdrowicieli. – 
Przywróciliśmy do normy energetyczne linie ciała i aurę, teraz 
potrzebuje  pan  dziesięciu  godzin  odpoczynku,  a  potem 
wszystko wróci do normy. 

– Tak... Ja... Wrócę do akademika... – postanowił Jepifan. 

Uzdrowiciele  i  strażnik  pożegnali  się  i  odeszli, a  ja  zostałam 
z siedzącym  na  ziemi  i  potrząsającym  otumanioną  głową 
kolegą z grupy i śmiejącym się Blondynem. 

– Nie widzę w tym nic śmiesznego! – burknęłam. 

–  Po  prostu  wyobraziłem  sobie  jak  wleczesz  tego  draba  do 
akademika. Że też rodzą się tacy wysocy! – wyjaśnił przyczynę 
swojej wesołości Lim. – Przecież ja nie będę ci pomagał! 

– To naderwę sobie plecy i umrę! – westchnęłam, zdając sobie 
sprawę, że proszenie Blondyna o pomoc byłoby równoznaczne 
z trafieniem w imadło kolejnej obietnicy „ty – mi, ja – tobie”. 
W końcu jest prawnikiem, nieważne, że marniutkim! 

background image

 

21 

–  Nic  sobie  nie  naderwiesz  i  nie  umrzesz  –  powiedział 
beztrosko „narzeczony”. – Powodzenia, Rozalio Mimut, hehe... 
Porozmawiam z rodzicami, ale tylko ze względu na Befa. 

Kiwnęłam  głową.  No  nic,  zyskałam  na  czasie.  Jeszcze  zdążę 
wymyśleć  coś,  co  pozwoli  mi  wykręcić  się  od  nagłej  wizyty 
troskliwych  rodziców  Blondyna  w  Czystiakowie. Teraz  mam 
ważniejszą  misję,  niż  udawanie  troskliwej  synowej  –  muszę 
w pełni przygotować się przed powrotem do Irgi. 

– Wstawaj – powiedziałam do Jepifana. – Oprzesz się na mnie 
i  jakoś  dojdziemy...  A  jeszcze  lepiej,  siedź,  wezwę  powóz, 
będziesz mi za to winny. 

Kolega  z  grupy  milczał  kiedy  razem  z  woźnicą  wspólnymi 
siłami upychaliśmy go do powozu. Agan nie był bardzo ciężki, 
ale  jego  wzrost  sprawiał  problemy  przy  wciskaniu  go  na 
siedzenie.  Albo  nogi  nie  chciały  się  zmieścić,  albo  głowa 
uderzała  o  dach.  Sam  nie  mógł  nam  w  żaden  sposób  pomóc 
i tylko cicho stękał. Jedynie jego mięśnie delikatnie drgały i nic 
poza tym. Znałam to uczucie, ponieważ działanie wszystkiego 
co  robię  z  artefaktami  sprawdzamy  z  Ottonem    najpierw  na 
sobie. To nie jest przyjemne, ale nie jest to też powód żeby aż 
tak się rozklejać! Też mi książę–obrońca! 

W  końcu  uporaliśmy  się  z  tą  logiczną  łamigłówką  i  pojazd 
ruszył. 

–  Dziękuję  –  powiedział  nagle  Jepifan.  –  Ja...  Wszystko 
zrozumiałem... 

–  Nie  ma  za  co  –  wzruszyłam  ramionami.  –  Mam  nadzieję, 
że naprawdę  wszystko  zrozumiałeś.  Nie  wiem,  gdzie  się 
uczyłeś, Jepifanie, możliwe, że tam byłeś najlepszy, ale teraz 
jesteśmy w Czystiakowie. 

background image

 

22 

–  Jesteś  silnym  magiem  –  kolega  z  grupy  patrzył  na  mnie 
z zachwytem. 

Roześmiałam się. 

–  Kolejna  lekcja.  To  co  zrobiłam  może  zrobić  każdy,  nawet 
najsłabszy  mag,  wystarczy  znać  się  na  transformacji  magii 
i artefaktnictwie. W każdym razie, nigdy nie oceniaj siły maga 
po jedynym zaklęciu. 

– Jak to możliwe, że tak wiele wiesz? – zapytał Agan. 

Uśmiechnęłam  się  kwaśno.  Chyba  nie  powinnam  zdradzać, 
że uczył  mnie  magister  nekromancji  i  magii  bojowej,  który 
swego czasu był moim mężem? On miał takie hobby, że uczył 
żonę samoobrony zamiast na przykład biegać po świeże bułki. 

Przy okazji, jeśli chodzi o byłego męża, to właśnie teraz szedł 
sobie ulicą i prowadził uprzejmą rozmowę z jakąś dziewczyną! 
A  to  świnia!  Ledwie  zdążyłam  „wyjechać  na  rozkaz  mojego 
mentora”  a  on  już  sobie  kogoś  znalazł!  Przypomniał  sobie 
swoje studenckie czasy?! 

Wyjrzałam  przez  okno  i  wysłałam  w  stronę  dziewczyny 
leciutkie  przekleństwo,  którego  nauczyłam  się  kiedy 
dodawałam do mojego artefaktu ochronę przed czarną magią. 
Trzeba było czymś testować jej działanie, prawda? Nawet Otto 
nie miał nic przeciwko temu. 

Dziewczyna jęknęła, potknęła się i upadła. Irga nie zdążył jej 
złapać,  ponieważ  skrzywił  się  –  taka  magia  zawsze 
wywoływała u niego atak bólu głowy – i zaczął węszyć wokół 
jak pies gończy. 

– Ola? 

background image

 

23 

Ależ ja jestem głupiaaaa! Co mnie napadło, żeby akurat przy 
nim  rzucać  przekleństwami?!  Jakbym  nie  mogła  tylko 
zapamiętać tej dziewczyny, żeby zemścić się na niej później! 
Irga  potrafi  wywęszyć  moją  magię  nawet  z  odległości 
kilometra,  nieważne  czy  próbuję  ją  ukrywać  przy  użyciu 
artefaktów czy nie! 

Zastukałam w ścianę powozu. 

– Jedźmy szybciej! 

– Olgierda! – rozległo się na ulicy. Sądząc po tonie głosu, ktoś 
był bardzo niezadowolony. No i trudno, najważniejsze, że mi 
ulżyło. Dokuczenie komuś sprawia dużo przyjemności. 

Na  szczęście,  skupiony  na  martwieniu  się  o  własne 
samopoczucie kolega z grupy, który co chwilę zamykał oczy 
i pocierał  dłonie,  żeby  przywrócić  w  nich  normalne  krążenie 
nie zauważył tej małej scenki. A potem koncentrował  się już 
tylko  na  tym,  żeby  jak  najrzadziej  uderzać  głową  w  sufit 
powozu, poskakującego na wybojach. 

Przed  akademikiem  dla  kursantów  wypakowaliśmy  Jepifana 
z powozu (ten proces okazał się o wiele łatwiejszy), oddałam 
pieniądze woźnicy i zostałam sam na sam z kolegą z grupy. 

– Jepifan, ogarnij się, musimy jeszcze wejść na pierwsze piętro! 

– Źle się czuję! – jęknął. 

– Źle?  Wystarczy  tego  oszukiwania  się!  Uzdrowiciel 
powiedział, że wszystko ci odbudowali! 

– Źle! 

Wywróciłam oczami. 

background image

 

24 

– Skoro źle, to tam jest ławka, teraz noce są ciepłe, śpij tutaj. 
Nie  zaniosę  cię  na  plecach  na  pierwsze  piętro.  Przy  okazji, 
jesteś mi winien trzy srebrniaki za podwózkę! 

–  Ja  tobie  jestem  jeszcze  coś  winien?  –  oburzył  się  kolega 
z grupy. – To ty... 

– Ja co? – zapytałam zaciekawiona. 

Jepifan  przyjrzał  się  wyrazowi  mojej  twarzy  i  natychmiast 
zmądrzał. 

– Jesteś w porządku, dziękuję za troskę – wydusił. 

–  Nawzajem  –  byłam  uosobieniem  dobroci.  Może  mimo 
wszystko mam w sobie jednak talent pedagoga? 

Kiedy wspięłam się na nasze piętro czekała tam na mnie grupa 
w  pełnym  składzie.  Dziwni  ludzie  –  na  dworze  jest  taki 
wspaniały wieczór, a oni siedzą w akademiku. 

– Co zrobiłaś Jepifanowi? – napadli na mnie. 

– Ja? Okazałam miłosierdzie. Idę sobie, a on leży. Przywiozłam 
go.  Teraz  leży  u  nas  –  cóż,  czyż  nie  jestem  geniuszem 
streszczania  opowieści?  –  Nawiasem  mówiąc,  moi  drodzy, 
dlaczego  marnujecie  czas  na  pretensje  do  mnie  zamiast 
przenieść  nieszczęśliwego  chorego  kolegę  z  ulicy  do  jego 
pokoju? 

Przyszli nekromanci wymienili spojrzenia i tłumnie rzucili się 
na dół. Poczułam się bardzo mądra. Dobre podsumowanie dnia.