background image
background image

 

Shirley Jump 

 

Ślub o poranku 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Carter  Matthews  z  piskiem  opon  wjechał  na  parking.  Żwir  wytryskiwał  w  górę, 

gdy jego czerwony lexus zajmował jedno z głównych miejsc na parkingu. Reklamy za-

pewniały, że ten samochód w mgnieniu oka osiąga prędkość od zera do sześćdziesiątki. 

Nieprawda.  Nowa  zabawka  Cartera  momentalnie  rozwijała  prędkość  do  setki,  co  ozna-

czało, że lexus był wart swojej ceny. 

Carter wysiadł z samochodu, czując wyrzuty sumienia, że zamiast pracować przez 

cały  dzień,  szalał  po  mieście  jak  rajdowiec.  Pearl,  jego  asystentka,  spojrzała  na  niego 

złowrogo, gdy rano wymykał się z firmy zaledwie po pięciu minutach obecności w biu-

rze. Niestety starsza pani nie rozumiała, że firma TweedleDee Toys funkcjonuje znacznie 

lepiej, gdy jej menedżer nie jest obecny w biurze. 

- Panie Matthews! Dobrze, że pana widzę.  

Carter  się  odwrócił.  Mike,  młodszy  projektant  w  TweedleDee  Toys,  szedł  przez 

parking,  jedną  ręką  przyciskając  do  piersi  dużą  papierową  torbę,  a  drugą  poprawiając 

okulary. 

- Mieliśmy dzisiaj burzę mózgów i chłopcy chcieli, żebym panu to pokazał. - Wrę-

czył Carterowi torbę, z trudem łapiąc oddech. - To jest Cmentarny Kotek. Ta zabawka z 

całą pewnością zrewolucjonizuje rynek w branży. 

- Cmentarny Kotek? Zwykła pluszowa zabawka?  - zdziwił się rozczarowany Car-

ter. 

W tym tygodniu dał swoim projektantom jedno zadanie: kazał im przygotować coś, 

co  zachwyci  potencjalnych  nabywców  na  tegorocznych  targach  zabawek,  które  odbędą 

się  jesienią.  Spodziewał  się,  że  dostanie  projekt  pistoletu  na  wodę  albo  wspaniałego 

zdalnie sterowanego samochodu, a nie najzwyklejszą futrzaną przytulankę. 

- Obejrzy pan go teraz? - spytał przejęty Mike, zacierając dłonie i wskazując torbę. 

- Tak rzadko jest pan w biurze, że postanowiłem pana poszukać. Jeśli spodoba się panu 

ten prototyp, możemy od razu wdrożyć go do produkcji. 

T L

 R

background image

Pluszowa zabawka z pewnością okaże się kolejną porażką, ale Carter nie chciał te-

go  komentować  i  rozmyślać  nad  podupadającą  firmą,  by  nie  zepsuć  sobie  humoru  po 

przejażdżce nowym luksusowym samochodem. 

- Miałem ciężki dzień. Później go obejrzę. W każdym razie dziękuję. - Pomachał 

do Mike'a, po czym skierował się w stronę wejścia do budynku. 

Młodszy projektant, który od wielu dni przekazywał notatki do szefa powiadamia-

jące go o nowym projekcie, niezrażony odmową dogonił Cartera. 

- Panie Matthews? 

Carter odwrócił się, naciskając pilota, żeby zamknąć samochód. 

- Tak, Mike? 

- A, chłopcy trochę się martwią - wyjąkał Mike, któremu najwyraźniej przypadła w 

udziale rola kozła ofiarnego - bo dosyć rzadko jest pan w pracy, a po odejściu pana wuj-

ka przydałoby się nam jakieś kierownictwo. 

Carter  spojrzał  na  lexusa.  Jedyną  rzeczą,  którą  naprawdę  potrafił  kierować,  były 

szybkie samochody. No i może szybkie kobiety. Za każdym razem, kiedy zaczynał kie-

rować firmą odziedziczoną po wujku, wciągał ją w jeszcze większe tarapaty. 

Dlatego zrezygnował dzisiaj z siedzenia w pracy, by podobnie jak w ubiegłą środę 

pograć w golfa, a we wtorek rozegrał pasjonujący mecz w tenisa z bratem. Ostatnio spę-

dzał  coraz  więcej  czasu  poza  biurem.  Biorąc  pod  uwagę  jego  zdolności  menedżerskie, 

tak właśnie było najlepiej dla firmy. Mimo to nie mógł zdobyć się na to, by zatrudnić w 

TweedleDee Toys menedżera, gdyż nie chciał przyznać się otwarcie do porażki. 

I to nie pierwszej. 

- Zobaczymy się jutro, Mike - powiedział, zastanawiając się, w jaki sposób mógłby 

pomóc firmie. 

Mike wahał się jeszcze chwilę, a potem poprawił okulary na nosie i się pożegnał. 

Przygarbiony, wolnym ciężkim krokiem ruszył przez parking, oglądając się kilka razy za 

siebie, po czym wsiadł do swego wysłużonego zielonego samochodu i odjechał. 

Carter westchnął, wchodząc po schodach do swego mieszkania na trzecim piętrze. 

Otworzył  drzwi,  wszedł  do  środka,  wrzucił  klucze  do  kryształowego  pojemnika  przy 

wejściu, po czym zajrzał do papierowej torby. 

T L

 R

background image

W środku był naturalnej wielkości szaro-biały pręgowany kot, który wyglądał nie-

mal jak żywy. Nie był to wcale oczekiwany przez Cartera hit sezonu, o czym Mike z ta-

kim  przekonaniem  go  zapewniał,  jednak  nie  odbiegał  zbytnio  poziomem  od  zabawek 

produkowanych dotychczas przez TweedleDee Toys. 

Carter włączył przycisk. Futrzana zabawka przewróciła się na grzbiet i wyciągając 

łapy w górę, wydała rozpaczliwie żałosny pisk, po czym zatrzęsła się dwa razy i zastygła. 

-  Właśnie to było  nam potrzebne  -  wymamrotał pod  nosem  Carter.  -  Kot  udający 

trupa. 

Rzucił zabawkę na fotel i wszedł do wspaniale urządzonej kuchni. Po takim incy-

dencie  miał  ochotę  wypić  mocnego  drinka  i  udać  się  z  jakąś  piękną  kobietą  na  długi 

urlop, najlepiej na bezludnej wyspie. Niestety barek okazał się pusty, w mieszkaniu nie 

było żadnej kobiety, odkąd w zeszły wtorek Cecilia trzasnęła drzwiami, a w jego planach 

nie szykował się żaden urlop, odkąd Carter zajął najwyższe stanowisko w firmie zapisa-

nej mu w spadku przez Harry'ego. 

Wielki błąd! 

Carter nie miał pojęcia, co myślał wujek Harry, gdy sporządzając testament, zlecił 

mu  kierowanie  firmą  produkującą  zabawki.  Jego  brat  bliźniak,  Cade,  znacznie  lepiej 

nadawałby  się  do  tej  roli.  Dobrze  zorganizowany  Cade  potrafił  wziąć  na  siebie  ważne 

zadanie  i  doprowadzić  je  do  końca.  Bardzo  dobrze  wywiązywał  się  z  obowiązków  w 

kancelarii  prawniczej  należącej  do  ojca,  a  teraz  zmienił  pracę  i  wraz  z  żoną  Melanie  z 

powodzeniem rozbudowywał sieć barów franszyzowych Cuppa Life na środkowym za-

chodzie Stanów. 

W  przeciwieństwie  do  Cartera,  którego  największym  dotychczasowym  osiągnię-

ciem było doprowadzenie firmy wuja Harry'ego do skraju bankructwa. 

Nie mówiąc o tym, jak bardzo zawiódł ojca. W ciągu prawie czterdziestu lat życia 

Carterowi  udawało  się  bezbłędnie  tylko  jedno  -  dostarczanie  coraz  bardziej  spek-

takularnych rozczarowań ojcu. 

Rozejrzał się po mieszkaniu, które wynajął w ubiegłym miesiącu w Lawfordzie po 

to,  by  zamieszkać  bliżej  siedziby  TweedleDee  Toys  i  uniknąć  wysłuchiwania  ciągłych 

narzekań ojca w rodzinnym domu w Indianapolis. 

T L

 R

background image

Mieszkanie było czyste, schludne i eleganckie, ale zupełnie pozbawione przytulno-

ści. Carter nie cieszył się, wracając wieczorem do domu, bo apartament wyglądał tak ste-

rylnie, jakby został wyjęty żywcem z katalogu. Meble na pierwszym poziomie mieszka-

nia i jasnobeżowe ściany zostały wybrane przez dekoratora wnętrz, ponieważ Carter nie 

miał na to czasu ani ochoty. Przychodząca co tydzień pokojówka wypolerowała szklany 

blat stołu w salonie, ustawiając go pod kątem prostym do wzorów na dywanie. 

Wszystkie apartamenty, w jakich Carter dotąd mieszkał, wyglądały podobnie bez-

osobowo i sterylnie, a ich utrzymaniem w ładzie i czystości zajmowała się zawsze wyna-

jęta służba. Carter nigdy się nie ustabilizował i nie znalazł sobie celu w życiu, dopóki nie 

dowiedział się, jaką treść zawiera testament wuja. 

Pół roku temu jacht Harry'ego o nazwie The Jokester znaleziono dryfujący gdzieś 

na  Atlantyku.  Po  długich  i  bezskutecznych  poszukiwaniach  prowadzonych  przez  straż 

przybrzeżną i policję ostatecznie uznano, że właściciel jachtu nie żyje, co spowodowało, 

że ojciec Cartera, Jonathon, jedyny brat Harry'ego, stał się jeszcze bardziej zamknięty w 

sobie i milczący. 

Po odczytaniu testamentu Carter spojrzał na swoją najbliższą rodzinę - ojca i brata 

- i uświadomił sobie, że każdy z nich miał jakiś cel w życiu. Brat ożenił się z Melanie i 

założył  sieć  barów  szybkiej  obsługi.  Ojciec  prowadził  kancelarię  prawniczą.  Tylko  on, 

Carter, był pozbawiony jakiegokolwiek sensownego zajęcia. 

Dlatego  kiedy  usłyszał  zdumiewającą wiadomość,  że  wuj  Harry  zapisał  mu w  te-

stamencie TweedleDee Toys, Carterowi przyszła do głowy szalona myśl, że może teraz 

stanie się wreszcie kimś i będzie miał normalną pracę. 

Kiedy jednak adwokat wręczał mu akt własności odziedziczonej firmy, ojciec Car-

tera nie ukrywał rozczarowania. 

-  Za  miesiąc  doprowadzisz  tę  fabrykę  do  bankructwa  -  parsknął  z  niezadowole-

niem.  -  Ten  interes  nie  przynosił  mojemu  bratu  dochodów,  a  teraz  z  pewnością  będzie 

funkcjonował jeszcze gorzej. 

Ojciec  potrafił  zawsze  przewidzieć  porażki  Cartera,  jednak  tego  dnia  jego  uwaga 

szczególnie dotknęła nie odnoszącego nigdy sukcesów syna. 

- Na pewno nie - powiedział. - Postawię tę firmę na nogi. 

T L

 R

background image

Ojciec roześmiał się, potrząsając głową. 

- Spójrz prawdzie w oczy, Carter - powiedział. - Nie nadajesz się na menedżera. 

Jedynym  powodem, dla  którego  Carter nie  zrezygnował  w  ciągu  ostatnich dwóch 

miesięcy z nowego zajęcia, była niechęć do przyznania racji ojcu. Jonathon Carter był z 

natury  perfekcjonistą.  Jego  życie  było  dokładnie  zaplanowane  i  zorganizowane  w  naj-

drobniejszych szczegółach. Tego samego wymagał od synów. 

Cade, który początkowo poszedł w ślady ojca, podejmując pracę w jego kancelarii, 

potrafił sprostać wysokim wymaganiom, podczas gdy jego brat nieustannie pozostawał w 

tyle. 

Carter otrząsnął się z przykrych myśli. Otworzył lodówkę, zza kartonu przetermi-

nowanego mleka wyjął butelkę z resztką czerwonego wina i nalał wino do kieliszka. 

- Na zdrowie - powiedział, wznosząc kieliszek w stronę leżącej na fotelu sztywnej 

futrzanej zabawki z łapami wyciągniętymi w górę. - Mam wrażenie, że i tak przypadł ci 

w udziale lepszy los, przyjacielu. 

Ledwie  zdążył  przytknąć  kieliszek  do  ust,  ktoś  zapukał  energicznie  do  drzwi.  To 

pewnie wścibska pani Beedleman widziała przez okno, że Carter idzie przez podwórko, a 

potem  wypatrzyła  przez  lornetkę,  że  niesie  Cmentarnego  Kiciusia,  a  ponieważ  miała  o 

swoim sąsiedzie nie najlepsze zdanie, zadzwoniła na policję. 

Nie po raz pierwszy. 

Carter westchnął, odstawił kieliszek na kuchenny blat i otworzył drzwi. 

- Wiem, o co chodzi - powiedział do szczupłej brunetki, która stała w holu. 

Miała śmieszne ciemnofioletowe okulary zakręcone na końcach w górę w stylu lat 

sześćdziesiątych.  Była  wysoka  i  szczupła,  a  krótko  obcięte  włosy  z  grzywką  odsłaniały 

jej długą szyję. Jej oficjalny elegancki strój nie zachęcał jednak Cartera do flirtowania z 

urzędniczką państwową. 

- Pani jest z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i otrzymała pani skargę, że znę-

cam się nad zwierzętami, tak? 

- Nie. Ja... 

T L

 R

background image

- To jest tylko pluszowa zabawka. Jutro wyrzucę z pracy projektanta, który ją wy-

myślił.  Proszę  wracać  do  biura  czy  skąd  tam  pani  przyjechała,  bo  nie  mam  w  domu 

prawdziwego martwego kota, a przynajmniej on nigdy nie był żywy. 

Nieznajoma zamrugała oczami. 

- Martwego kota? 

- Mówiłem pani, że nie jest prawdziwy. Cmentarny Kotek to tylko zabawka. 

Kobieta zbladła. 

- Och, przepraszam. Chyba pomyliłam drzwi. - Odwróciła się, chcąc odejść. 

Miała  dziwnie  znajomą  twarz.  Do  diabła,  równie  znajomą  jak  twarze  połowy 

mieszkańców Lawfordu, których poznał od chwili, gdy został menedżerem TweedleDee 

Toys podczas różnych spotkań towarzyskich i turniejów gry w golfa. 

Jednak twarz tej kobiety była podejrzanie znajoma. Oczywiście nigdy nie umawiał 

się z nią na randki. 

Chyba nie. 

To żałosne. Spotykał się z tyloma kobietami, że nawet nie pamiętał dobrze ich twa-

rzy.  W  przeciwieństwie  do  swego  brata  Cade'a,  który  poznał  swoją  pierwszą  miłość  w 

szkole średniej, ożenił się po ukończeniu studiów i do tej pory był szczęśliwym małżon-

kiem. 

Carter był raczej złym wilkiem, przed którym mądrzy ojcowie przestrzegają swoje 

córki, niż księciem na białym rumaku. 

Kobieta stojąca w holu miała delikatne rysy twarzy, zgrabny nos i mocno zaryso-

wane kości policzkowe, co sprawiało, że była podobna do Grace Kelly. Jednak w prze-

ciwieństwie  do  legendy  ekranu  jej  włosy  nie  były  jasne,  lecz  brązowe.  Równo  obcięte 

przy policzkach i na karku idealnie pasowały do przejażdżek kabrioletem w leniwe letnie 

popołudnie. A jej smukłe zgrabne nogi były jakby stworzone do wielu rzeczy z pewno-

ścią niedozwolonych w stanie Indiana. 

Oho! Powinien się jeszcze napić. 

Tak czy owak, ta kobieta była pierwszą sympatyczną osobą, którą dzisiaj spotkał. 

A on teraz chce odprawić ją od swoich drzwi jak głupiec. 

- Proszę zaczekać - powiedział. - Czy możemy jeszcze chwilę porozmawiać? 

T L

 R

background image

Niechętnie cofnęła się od windy. Carter przesunął ręką po twarzy. 

- Przepraszam - powiedział ze skruchą w głosie. - Miałem dzisiaj ciężki dzień. W 

moim salonie leży pluszowa zabawka, której nie uda się sprzedać, i skończyło mi się wi-

no. Proszę pozwolić, że się przedstawię. Nazywam się Carter Matthews. A pani? 

- Daphne Williams. 

- Daphne. - Nie mógł sobie nic przypomnieć. - Bardzo mi miło. - Uśmiechnął się 

zabójczo. Tym uśmiechem zawsze zdobywał serca kobiet. - Co cię tu sprowadza, Daph-

ne? 

- Mam wiadomość. 

- To brzmi intrygująco. - Oparł się o framugę drzwi, jeszcze raz lustrując kobietę 

wzrokiem. - Co to za wiadomość? 

Daphne uśmiechnęła się szyderczo. 

- Bardzo nieprzyjemna wiadomość. Ktoś cię nienawidzi, Carter. 

W pierwszej chwili miał ochotę powiedzieć jej, że nic go to nie obchodzi, ale po-

tem zmienił zdanie. Daphne była piękną kobietą, a on jeszcze przed chwilą pragnął wła-

śnie taką piękność spotkać. Wypił parę łyków wina, a w obliczu nieuchronnego bankruc-

twa TweedleDee Toys po wprowadzeniu do produkcji zabawek rodem z horroru będzie 

miał wakacje, i to na zawsze. 

„Bądź ostrożny, wypowiadając życzenia, Matthews, bo mogą się spełnić". 

Ojciec miał rację, powtarzając mu, że do niczego się nie nadaje. Carter był wście-

kły, że musi się z ojcem zgodzić, i jeszcze bardziej wściekły na siebie, że nie potrafi nig-

dy stanąć na wysokości zadania. 

- Kto taki? - spytał. 

Któż mógłby to być, oczywiście oprócz jego pracowników, którzy mieli wszelkie 

powody, by go nienawidzić. 

- Ja. 

- Ty? Dlaczego? 

O Boże. To jednak jedna z jego dawnych przyjaciółek. Wyraźny znak, że za dużo 

pił i zbyt wiele miał kochanek. 

Daphne Williams oparła rękę na biodrze, przeszywając go wzrokiem. 

T L

 R

background image

- Przez ciebie zerwałam z narzeczonym. 

- Chyba zwariowałaś. Przecież ja cię nie znam. 

- Nie, ale znasz za to... - Wyjęła z kieszeni karteczkę. - Cecilię, która przysłała ci 

pożegnalny kosz. 

Do diabła! Tylko tego mu dzisiaj brakowało. 

- Pożegnalny kosz? - Właściwie mógł spodziewać się tego po Cecilii, która powie-

działa mu otwarcie, że nie jest dla niej atrakcyjnym partnerem. 

Cecilia oczekiwała, że Carter Matthews będzie zabierać ją do eleganckich restaura-

cji, klubów jazzowych i na atrakcyjne wycieczki, a kiedy oświadczył, że musi zająć się 

firmą i nie ma czasu wyjeżdżać z nią na weekendy ani zapraszać jej na tańce, wpadła w 

złość. 

- Jej zdaniem - ciągnęła Daphne - jesteś nic niewartym kretynem i nie chciałaby cię 

więcej widzieć, nawet gdybyś był - spojrzała na karteczkę - „ostatnim karaluchem żyją-

cym na ziemi". 

- O! 

- A to, jak sądzę, jest dla ciebie, a nie dla mnie.  

Daphne odwróciła się i wręczyła mu stojący z tyłu duży wiklinowy kosz, którego 

Carter  wcześniej  nie  zauważył.  Czarny  kosz  był  przystrojony  licznymi  karteczkami  z 

trupimi  czaszkami i  piszczelami  obok napisów  „Nigdy  więcej"  i  „Nie  kocham,  ale  nie-

nawidzę". 

W środku leżały przeróżne prezenty. Lalka wudu z nastroszonymi ciemnymi wło-

sami,  która  zapewne  miała  wyobrażać  jego  samego,  miała  powbijane  w  tułów szpilki i 

zaznaczone  czerwonymi  krzyżykami  śmiertelne  rany,  sześć  wysuszonych  czarnych  róż, 

egzemplarz  książki  pod  tytułem  „Mężczyźni,  którzy  są  kretynami,  i  kobiety,  które  ich 

rzucają",  puszka  jedzenia dla psów  z przyklejoną do niej  łyżką  i półlitrowa butla  wody 

„Zapach skunksa". 

- Domyślam się, że Cecilia ma wyrobioną opinię na mój temat. 

- Chyba świetny z ciebie facet, Carter. 

- W gruncie rzeczy jestem bardzo sympatyczny.  

T L

 R

background image

Daphne uniosła w górę brew. Chyba było już za późno, żeby zrobić na niej dobre 

wrażenie. 

Carter zerknął jeszcze raz na lalkę wudu i dopiero teraz zauważył, że w jej oczach 

również tkwiły szpilki. Faktycznie, to nie świadczy o nim dobrze. 

- Nie rozumiem - powiedział - w jaki sposób moje zerwane zaręczyny zrujnowały 

życie tobie. 

- Ten kosz został dostarczony do mnie. 

- Na pewno złożę reklamację w firmie kurierskiej. 

- Za późno. Z powodu tej przesyłki natychmiast zerwałam z moim skądinąd bardzo 

przyzwoitym narzeczonym. 

- Dlaczego? Nie podobał ci się zapach wody toaletowej? 

- Myślałam, że to prezent właśnie od mojego narzeczonego. - Zmierzyła go wzro-

kiem tak, jakby wszystkie grzechy świata były winą Cartera. Do paru mógłby  się przy-

znać, ale akurat nie do tego. - Dlatego z nim zerwałam. 

Carter uśmiechnął się złośliwie. 

- Zareagowałaś zbyt nerwowo.  

Zaczerwieniła się. Najwyraźniej Daphne Williams nie pozwalała ciosać sobie koł-

ków na głowie. 

- Nie czytałaś kartki? 

- Nie otworzyłam od razu pudełka. Dopiero... później.  

Carter nie mógł powstrzymać się od śmiechu. 

- Zerwałaś ze swoim chłopakiem, myśląc, że to on chce cię zostawić, i nawet nie 

otworzyłaś pudełka? 

Daphne wzięła się pod boki. 

- Miałam bardzo ciężki dzień. 

- Ja też. - Uśmiechnął się. - Ale teraz mnie rozbawiłaś, więc już nie jest tak źle. 

Spojrzała na niego z ukosa. 

- Nie uważam, żeby to było zabawne.  

Carter uniósł w górę puszkę wątróbek dla psa. 

- A ja nie mogę uwierzyć, że z takiego powodu zerwałaś związek. 

T L

 R

background image

- To twoja wina. 

- Wcale nie. 

-  Gdybyś  nie był  takim  potworem,  Cecilia nie  przysłałaby  ci  tego  kosza,  a ja nie 

pomyślałabym, że jest przeznaczony dla mnie i nie zerwałabym z Jerrym. - Uniosła ręce 

w górę. - Nie masz pojęcia, jak to zniweczyło moje plany. Jerry był mi potrzebny, i to nie 

tylko po to, żeby stawiać mi drinki w barze. 

Carter potrząsnął głową. Nie mógł zrozumieć pokrętnej logiki Daphne, może dla-

tego, że nie jadł jeszcze kolacji i jego mózg nie pracował efektywnie. 

- Po pierwsze - powiedział - wcale nie byłem takim potworem, a po drugie to, że 

zerwałaś z Jerrym, to była twoja decyzja, a nie moja. Dlatego nie rozumiem, za co miał-

bym cię przepraszać. 

- Nie tylko przepraszać, panie Matthews, ale i dziękować za to, że przytargałam ten 

kosz na trzecie piętro do właściwego adresata. 

-  Nie  zgadzam  się.  Z  pewnością  Jerry  czekał  tylko  na  okazję,  żeby  zerwać.  Ten 

kosz okazał się świetnym pretekstem. Nie ponoszę za to żadnej winy. 

Chciał zamknąć drzwi, ale Daphne zablokowała je pięciocentymetrowym obcasem. 

-  To  wszystko  nieprawda  -  powiedziała.  -  Byłam  wspaniałą  dziewczyną  dla 

Jerry'ego. 

- Jeśli byłaś taka wspaniała, to dlaczego pozwolił ci tak łatwo odejść? 

Carter Matthews spojrzał na rozzłoszczoną twarz Daphne i pomyślał, że nie ma nic 

równie satysfakcjonującego jak widok kobiety, która nie wie, co ma odpowiedzieć. Da-

phne zrobiła krok w tył, kipiąc ze złości, ale nie odezwała się ani słowem. 

- Miłego dnia, panno Williams - powiedział, zamykając drzwi. 

Wtedy uświadomił sobie, że wygrana batalia nie była aż tak zwycięska, bo po jej 

zakończeniu  został  w domu sam na  sam  z  podrabianym  martwym  kotem  i  koszem peł-

nym obrzydliwości. 

W dodatku usłyszał parę uwag o sobie, które były bardzo nieprzyjemne. 

Daphne wracała do swego mieszkania dwa piętra niżej, rozmyślając nad sposobami 

torturowania i zabicia Cartera Matthewsa. Rozpłatanie brzucha i poćwiartowanie odpada-

ły jako zbyt łagodne. 

T L

 R

background image

Ten mężczyzna był na tyle bezczelny, że ośmielił się wyrazić opinię na jej temat, 

podczas gdy to on dostał nafaszerowaną szpilkami lalkę wudu. Natomiast ona była zaw-

sze bardzo dobra i wyrozumiała dla Jerry'ego, choć musiała znosić jego wieczną obsesję 

na  punkcie  Mortal  Kombat,  tłumacząc  sobie,  że  każdy  mężczyzna  ma  prawo  marzyć  i 

należy go w tym wspierać, skoro on ją wspiera. 

No, może niezupełnie ją wspierał i nie rozumiał naprawdę, czego ona pragnie, ani 

też nie słuchał choć w osiemdziesięciu procentach tego, co Daphne mówi, twierdząc, że 

jej  praca  w  charakterze trenerki  kreatywności  „wykracza  poza jego  możliwości percep-

cji". 

To akurat było chyba zgodne z prawdą. 

Z początku Daphne uważała, że Jerry jest roztargniony i uroczy, ale w ciągu ostat-

nich kilku tygodni jego brak zainteresowania stał się denerwujący. 

I bardzo przykry. 

Jednak Jerry popierał jej pomysł zbudowania centrum kreatywności dla dzieci. Da-

phne za wszelką cenę pragnęła stworzyć to, czego nigdy nie miała jako dziecko. To cen-

trum miało być miejscem, w którym dzieci mogłyby swobodnie wyrażać swoje zaintere-

sowanie światem, bawić się i tworzyć. I mieć pewność, że ich pomysły przyjmowane są z 

entuzjazmem. 

Jerry,  rozpieszczony  jedynak pochodzący  z  zamożnej rodziny,  obiecał  jej  przeka-

zać fundusze na budowę centrum, a potem wspierać jego działalność za pośrednictwem 

rodzinnej fundacji. Rozpoczęcie budowy miało nastąpić za dwa tygodnie. 

Daphne  miała  zapewnione  fundusze  na  realizację  wielkiego  marzenia  i  wygodny 

związek z mężczyzną, który w zasadzie niczego od niej nie wymagał. 

Zerwała z nim. 

Czy  zareagowała  zbyt  nerwowo?  Nieważne.  Nie  chciała  przypominać  sobie  słów 

Cartera Matthewsa, nawet jeśli miał rację. 

Kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, poszła otworzyć, mając nadzieję, że zaraz zo-

baczy  Jerry'ego  z  bejsbolówką  w  ręku,  który  nazwie  to,  co  zaszło,  głupim  nie-

porozumieniem.  Z  drugiej strony  miała  nadzieję,  że  to jednak nie jest  on.  Może  czarny 

T L

 R

background image

kosz  był  znakiem,  że  powinna  zmienić  swoje  życie,  że  nie  powinna  tylko  pracować  i 

wracać do pustego domu, gdzie nikt nie czeka. 

Nie, to niemożliwe. Za chwilę wszystko się wyjaśni i Daphne zrealizuje swoje pla-

ny. 

- Jak było w Reno? - zapytała Kim. 

W progu stała najlepsza przyjaciółka Daphne od czasów przedszkola. W jednej rę-

ce trzymała parującą torbę z Garden Palace Chinese, a w drugiej butelkę z gotowym kok-

tajlem margarita marki Jose Cuervo. Kim z wielu powodów była jej najlepszą przyjaciół-

ką, a teraz trzymała w ręku jej dwa ulubione przysmaki. 

Daphne  otworzyła  szerzej  drzwi,  zapraszając  ją  do  środka  i  uwalniając  od  zaku-

pów. 

- Kongres kreatywności w Reno wypadł znakomicie. Niestety powrót nie był zbyt 

przyjemny. Dwa razy przesuwano termin odlotu, a potem, choć lot miał być bezpośredni, 

musieliśmy  wylądować  w  Sioux  City,  bo  pilot  miał  atak  wyrostka  robaczkowego.  Mój 

bagaż zaginął gdzieś bez wieści, w łazience samolotu pozbyłam się śniadania z powodu 

strasznych turbulencji, a w końcu straciłam samochód. 

- Samochód?  

Daphne skinęła głową. 

-  Zapomniałam,  w  którym  miejscu  zaparkowałam  go  na  lotnisku  w  Indianapolis. 

Facet pracujący na parkingu też nie mógł go znaleźć, więc dał mi numer telefonu i kazał 

zadzwonić jutro po dziewiątej. 

- Ojej, miałaś potwornego pecha! 

- Po powrocie do domu było jeszcze gorzej.  

Daphne  westchnęła,  wyjmując  z  szafki  talerze,  po  czym  usiadła  przy  kuchennym 

stole,  opowiadając  przyjaciółce  o  czarnym  koszu,  telefonie  do  Jerry'ego  i  spotkaniu  z 

Carterem Matthewsem. 

- Ten mężczyzna to straszny potwór, Kim. Powinnyśmy wywiesić ogłoszenie, żeby 

wszyscy mieli się przed nim na baczności. 

Kim się roześmiała, wymachując jasnymi włosami związanymi w koński ogon. 

- Oj, wcale nie jest taki zły. To ten facet, który wprowadził się pod 4B, tak? 

T L

 R

background image

Daphne skinęła głową. 

- Tak. 

- Wszystkie sąsiadki plotkują o nim, a niejedna zapewne zagięła na niego parol. 

- Dlaczego? 

-  Nie  czytasz  gazet?  Gloria  pisze  o  nim  bez przerwy  w  rubryce  towarzyskiej.  To 

jeden z tych bogatych i przystojnych celebrytów, którym nie w głowie jest małżeństwo. 

Jeśli tak ma wyglądać straszny potwór, to z chęcią piszę się na ten horror. 

Daphne przypomniała sobie fryzurę Cartera Matthewsa: falujące włosy, które prze-

czesywał  palcami,  wyglądały  tak,  jakby  przed  chwilą  wstał  z  łóżka.  Jego  ciem-

noniebieskie oczy mogły zachwycić wiele kobiet. Wiele, ale oczywiście nie ją. No i chy-

ba nie Cecilię. 

- Wygląd wszystkiego nie załatwia. 

- Ale i w niczym nie przeszkadza. - Kim puściła do niej oko. - Powiedz, co masz 

zamiar zrobić z Jerrym. 

Daphne westchnęła. 

- Prawdę mówiąc, odetchnęłam z ulgą. Jerry nie jest księciem z bajki. 

- To dlaczego spotykałaś się z nim przez pięć miesięcy? 

Daphne wzruszyła ramionami. 

-  Chyba  wydawało  mi się, że ma  wszystkie cechy,  które  powinien posiadać męż-

czyzna. Albo może mieć. Był jak roślina, która przy odrobinie cierpliwości i pielęgnacji 

może stać się tym, czego od niej oczekujesz. 

Kim się roześmiała. 

- Ten mężczyzna potrzebował nie tylko wody i słońca, żeby się rozwinąć. 

-  Masz  rację.  -  Daphne  nalała  margaritę  do  kieliszków  i  przełknęła  kilka  łyków. 

Tequila wypita na pusty żołądek szybko uderzyła jej do głowy. - Ale tak bardzo popierał 

projekt budowy centrum kreatywności, że myślałam... 

- Myślałaś, że zamienisz mielone w polędwicę? Daphne się roześmiała. 

- Nigdy nie przyznałabym się do tego Carterowi Matthewsowi, ale naprawdę wy-

świadczył mi przysługę. To był najwyższy czas, żeby zerwać z Jerrym. Żałuję tylko, że 

ucierpi na tym moje centrum. 

T L

 R

background image

- Nie sądzisz, że on i tak zechce sfinansować to centrum z poczucia obywatelskie-

go obowiązku albo coś w tym guście? 

- Nie. Nie pozostawił mi co do tego złudzeń. - Daphne nałożyła chińską potrawę na 

talerze, a potem zaczęła obracać w palcach chińskie ciasteczko z przepowiednią. - Wiesz, 

o czym marzę, Kim? 

- Oprócz wygranej na loterii? 

- O tym, żeby spotkać mężczyznę, któremu będzie na mnie naprawdę zależało. Ko-

goś, kto... - Urwała na chwilę. - Nie wiem, dokończ za mnie. 

- Mamy odegrać dialog z filmu z Tomem Cruise'em? 

Daphne znów wybuchnęła śmiechem. 

- Nie. Ale chciałabym naprawdę cieszyć się życiem, podczas gdy tylko chodzę do 

pracy, wracam do domu, i tak przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. 

- I to od dawna - zauważyła Kim, która znała przyjaciółkę od dzieciństwa. 

-  Owszem.  -  Daphne  potrząsnęła  głową.  -  W  każdym  razie  miałam  dzisiaj  ciężki 

dzień. Dlatego jestem w takim melancholijnym nastroju. Kiedy znajdę nowego sponsora, 

na pewno poprawi mi się humor. 

Kim położyła rękę na jej dłoni. 

- Nie martw się, Ducky. Na pewno coś wymyślisz - powiedziała, nazywając przy-

jaciółkę przezwiskiem z dzieciństwa. 

Kiedy chodziły do przedszkola, rówieśnicy wymyślili Daphne przezwisko od Ka-

czora  Daffy  -  postaci  z  kreskówek,  która  nazywała  się  Daffy  Duck.  Przydomek  Ducky 

przylgnął do niej na dobre, bo - jak mówiła Kim - Daphne miała niezwykłą umiejętność 

wychodzenia cało ze wszystkich opresji. Pomagała firmom odzyskać dobrą kondycję za 

pomocą treningów kreatywności i zawsze miała optymistyczne podejście do życia. 

Dopóki Carter Matthews nie zniszczył jej planów. 

Teraz kaczka zaczynała tonąć. Tylko że nie miała zamiaru poddać się bez walki. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

W środę rano Carter postanowił jeszcze raz spróbować zachować się jak prawdzi-

wy menedżer, naprawiając popełnione wczoraj błędy. 

Niestety nic z tego nie wyszło. 

Przed  wyjściem  z  domu  odebrał  telefon  od  swego  najlepszego  projektanta  zaba-

wek, rozgniewanego, że Carter odrzucił projekt Cmentarnego Kotka. Wygłosił on długą 

mowę, oświadczając w końcu, że odchodzi z TweedleDee Toys, bo nie ma zamiaru pra-

cować z idiotami w firmie, której kultura korporacyjna odpowiada standardom pracy w 

kanałach. 

Coś podobnego! Carter był przekonany, że robotnicy pracujący w kanałach są bar-

dziej  kreatywni  niż  jego  pracownicy,  a  przynajmniej  rozwiązują  problemy,  zamiast  je 

stwarzać. 

Ta  dyskusja  sprawiła,  że  Carter  już  przed  wyjściem  z  domu  był  spóźniony,  a  w 

żadnym wypadku nie mógł pozwolić na to, by coś zepsuło jego nowy ambitny plan. Miał 

zamiar zrobić wszystko, by postawić firmę na nogi, nawet gdyby to miało oznaczać, że 

będzie zjawiać się w biurze o świcie i siedzieć tam do dziesiątej wieczór, a nie jak dotąd 

wpadać tylko na pięć minut. 

Dziś  o  siódmej  dziewiętnaście  zamierzał  znaleźć  się  na  parkingu,  a  o  wpół  do 

ósmej w gabinecie. Spojrzał na zegarek. Ósma siedem. 

Wspaniale! Nie dość, że stracił jednego pracownika, to jeszcze się spóźni. 

Prowadzenie  firmy  okazało  się  znacznie  bardziej  absorbujące,  niż  przypuszczał. 

Nie chodziło nawet o to, że nie miał czasu zagrać w golfa czy umówić się na randkę bądź 

pojechać na zakupy. Nawet po wyjściu z biura nie przestawał myśleć o pracy. Zrozumiał 

teraz, dlaczego jego brat bliźniak przez pracę omal nie zniszczył swego małżeństwa. 

Jednak  Cade  w  końcu  zmądrzał  i  zrezygnował  z  zawodu  prawnika,  podejmując 

pracę w firmie żony. Dzięki temu spędzał teraz każdy wieczór z Melanie, a ich uczucie 

znów rozkwitło. 

Carter  także  chciał  zachowywać  się  odpowiedzialnie.  Niestety  firma  TweedleDee 

Toys  była  w  opłakanym stanie.  Widząc,  że  mimo  wysiłków nie potrafi jej uratować,  w 

T L

 R

background image

ostatnim okresie zaczął unikać przebywania w biurze. Wszystkie próby poprawy sytuacji 

- poprzez ograniczanie kosztów, zwiększenie produkcji, działania na rzecz podniesienia 

morale  zespołu  -  spotykały  się  z  oporem  ze strony  pracowników  odwykłych  od  wypeł-

niania poleceń szefa. 

Carter zmrużył oczy, wychodząc przed budynek. 

Na  parkingu  stała  Daphne  Williams,  trzymając  w  ręku  kluczyki  od  samochodu  i 

komórkę. 

- Jak to go odholowaliście? - spytała z irytacją w głosie. - Tam nie można parko-

wać?  Od  kiedy?  Jeśli  przenosicie  gdzie  indziej  parking  na  lotnisku,  to  powinniście  po-

stawić odpowiednie znaki i rozwiesić ogłoszenia. Oczywiście - parsknęła do słuchawki. - 

Przy najbliższej okazji na pewno złożę skargę. - Zamknęła telefon, wydając jęk rozpaczy. 

- Wszystko w porządku? - spytał z ironią Carter. Daphne odwróciła się do niego. 

- Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to nie - odparła załamującym się głosem. - Za 

dwadzieścia minut mam ważne spotkanie, a mój samochód odholowano w miejsce, które 

będzie otwarte dopiero o dziesiątej. - Westchnęła ciężko, ale potem jej twarz rozjaśniła 

się w uśmiechu. - Ale cóż za przyjemność przejechać się taksówką przed śniadaniem!  - 

Otworzyła telefon, zaglądając do książki telefonicznej. - Jak się nazywa ta firma taksów-

kowa? - wymamrotała pod nosem. 

- Gdzie masz to spotkanie? - spytał Carter, gdyż nagle zrobiło mu się żal przygnę-

bionej szczupłej brunetki o czekoladowych oczach. 

- Przy skrzyżowaniu Siódmej i Vinne. 

- Moje biuro jest przy Ósmej. Podwiozę cię.  

Zerknęła na niego znad telefonu. 

- Dlaczego? 

- Sąsiedzka przysługa. 

- Coś takiego! Panie Matthews, ostatnio nie zachowywał się pan wobec mnie zbyt 

uprzejmie. O ile dobrze pamiętam, nazwał mnie pan wariatką i zatrzasnął mi drzwi przed 

nosem. 

-  Byłem  w  bardzo  złym  humorze.  -  Jak  zwykle,  ale  dziś  Carter  Matthews  chciał 

rozpocząć nowe życie. 

T L

 R

background image

Nie po raz pierwszy. 

Daphne przegarnęła dłonią podwijające się z tyłu włosy. Taka fryzura u innej ko-

biety  mogłaby  przypaść  mu  do  gustu.  Do  diabła,  kogo  on  oszukuje?  Daphne  Williams 

była bardzo atrakcyjna. Z jej spojrzenia domyślał się, że choć nie wzbudzał w niej entu-

zjazmu, to nie był jej obojętny. 

Daphne westchnęła. 

-  Ja  też nie  byłam  wczoraj  w  dobrym  humorze  -  odparła.  -  Chętnie skorzystam  z 

twojej propozycji. 

-  Cieszę  się  -  odparł  niespodziewanie  niskim  głosem.  Odchrząknął  nerwowo, 

otwierając przed Daphne prowadzące na parking szklane drzwi. 

Zastanawiał się, czy popełnia właśnie wielki błąd. 

Kiedy Daphne zgodziła się, by Carter Matthews podwiózł ją na spotkanie, nie my-

ślała  o  konsekwencjach  wynikających  zjazdy  dwudrzwiowym  kabrioletem  naj-

słynniejszego playboya w stanie Indiana. 

Najgorsze było to, że w lexusie Carter siedział bardzo blisko niej. Teraz miała oka-

zję przekonać się, czy Kim nie myliła się, wychwalając jego zalety. 

Rzeczywiście  był  przystojny.  Kobietom  mogą  podobać  się  jego  falujące  włosy  i 

opadający na czoło kosmyk. W jego ciemnoniebieskich oczach jej twarz odbijała się jak 

w lustrze. Jednak najbardziej męczące było to, że ten mężczyzna wprawiał ją w zakłopo-

tanie. 

- Widzę, że nie jesteś zaskoczona moim autem - powiedział, zapalając silnik. 

- To prawda - odparła. - Słyszałam, że należysz do mężczyzn darzących najwięk-

szym uczuciem swój samochód. 

Roześmiał się. 

- Gloria zamieszcza czasem ciekawe uwagi w rubryce towarzyskiej. Ta kobieta po-

trafi pisać, choć jej komentarze są nieco tendencyjne. 

Carter skręcił w lewo z Prince Street, a Daphne przechyliła się w jego stronę, mu-

skając jego ramię. Potem szybko się wyprostowała. 

-  Czy  twój  wspaniały  były  narzeczony  Jerry  też  miał  fioła  na  punkcie  samocho-

dów? - spytał Carter. 

T L

 R

background image

Daphne się uśmiechnęła. 

- O nie. Jerry nie lubił jeździć samochodem. Wolał, żebym to ja siedziała za kie-

rownicą. 

- Co za facet! 

Daphne nie miała zamiaru zdradzać, jak bardzo się cieszy, że nudny Jerry zniknął z 

jej życia. 

- Mężczyzna nie musi wozić wszędzie kobiet - zauważyła. 

- A rycerskość? Czy prawdziwy mężczyzna nie powinien opiekować się kobietą? - 

Carter zahamował na światłach i zniecierpliwiony czekaniem, zaczął przebierać palcami 

po obitej skórą kierownicy. Granatowa marynarka opięła się na jego plecach. 

- Nie potrzebuję niczyjej opieki. Świetnie daję sobie radę sama. 

- Aha! Jesteś jedną z tych kobiet. 

- Jakich kobiet? 

- Tych, które mówią, że niepotrzebny im mężczyzna, bo nie spotkały jeszcze praw-

dziwego. 

Daphne potrząsnęła głową. 

- Mogłam spodziewać się od ciebie takich uwag. 

-  Widzę, że jest  ci dobrze  znana  moja  reputacja.  -  Zerknął na nią  z uśmiechem.  - 

Jednak nie powinnaś wierzyć we wszystko, co przeczytasz w gazetach. 

Cień przesunął się po jego twarzy, ale być może Daphne tylko tak się zdawało. 

Zdecydowała się na nudny związek z Jerrym dlatego, by unikać mężczyzn, którzy 

mogą doprowadzić ją do szaleństwa. Do niespokojnych duchów, takich jak Carter Mat-

thews, wolała się nie zbliżać. Zwłaszcza teraz, gdy kosmyk włosów znów opadł mu na 

czoło, a ona poczuła pokusę, by go odgarnąć. Wszystko przez ten samochód. Czerwony 

kabriolet wywoływał w niej dziwne żądze. 

Nie powinna zapominać, że od mężczyzn ważniejsza jest praca. To praca zapewnia 

jej poczucie bezpieczeństwa. Na ludziach można się zawieść, ale nigdy nie na pracy. 

Carter ruszył na zielonym świetle. 

- Czym się zajmujesz? - spytała, żeby zmienić temat. 

- Kiedy nie jestem bohaterem rubryk towarzyskich?  

T L

 R

background image

Skinęła głową. 

- Prowadzę firmę TweedleDee Toys. - Westchnął ciężko, zwalniając, gdy zbliżyli 

się do miejsca, w którym prowadzone były roboty drogowe, i spoglądając na zegarek. 

Daphne zauważyła, że wnętrze jego samochodu wyglądało bardzo schludnie. Nig-

dzie nie było ani śladu kurzu, nie mówiąc o czymś takim jak leżąca na podłodze frytka. 

W powietrzu unosił się silny zapach nowiutkiego samochodu. 

- Przynajmniej dziś, bo jutro nie wiadomo - dodał.  

Co właściwie ją to obchodzi? Nie powinna zadawać żadnych pytań, jednak chciała 

mu pomóc. Może jest masochistką? Długo przypatrywała się zmarszczkom na jego twa-

rzy, które prawdopodobnie pojawiły się wskutek kłopotów. 

Carter ominął roboty drogowe, wjeżdżając w Central Street, a potem cofając się do 

Ulicy Trzeciej. 

- Czy to znaczy, że wkrótce możesz stracić firmę? - zapytała. 

-  Chyba  już  wyczerpałaś  na  dziś  limit  złych  wiadomości.  Nie  chcę  obarczać  cię 

moimi kłopotami. - Odwrócił się do niej i uśmiechnął przyjaźnie. 

Znów zapragnęła mu pomóc. Tak ładnie się uśmiechał. Szkoda tylko, że jest aro-

ganckim draniem, który uwodzi kobiety i rozbija związki. 

Na końcu Trzeciej znów natknęli się na roboty drogowe. Carter zatrzymał się, cze-

kając na przejazd, i co chwila zerkał niespokojnie na zegarek. 

Spojrzała na niego. Może dziś rano było jej przykro z powodu kłopotów sercowych 

albo była głodna czy też przemęczona, teraz jednak pomyślała, że ktoś, kto tak miło się 

uśmiecha, nie może być z gruntu zły. 

- Jestem trenerką kreatywności - powiedziała. 

Z  tego,  co  przeczytała  w  lokalnych  gazetach,  wynikało,  że  Carter  Matthews  nie 

prowadził wcześniej żadnej firmy i może przydałaby mu się jej pomoc. 

- To ty wymyśliłaś papier toaletowy ze śmiesznymi rysunkami? - przypomniał so-

bie. 

Roześmiała się. 

- To nie jest największe osiągnięcie w mojej karierze. 

T L

 R

background image

- Ale za to najczystsze. - Spojrzał na nią z uśmiechem. - Jaki świat jest mały! Od 

dawna chciałem skontaktować się z twoją firmą. Szukałem jej nawet w internecie. Dlate-

go twoja twarz wydawała mi się wczoraj znajoma. Brat bardzo pochlebnie wyrażał się o 

twojej firmie. 

Daphne zaczerwieniła się, słysząc takie komplementy. 

- Dziękuję. W ciągu ostatnich kilku lat odnieśliśmy pewne sukcesy. 

Carter wyciągnął rękę przed siebie. 

- Skoro muszę tkwić w korku, to cieszę się, że właśnie ty siedzisz tutaj ze mną. W 

mojej firmie brakuje właśnie kreatywności. 

- Przecież produkujecie zabawki. Czyż rozrywka nie stanowi motta waszej pracy? 

Carter posunął się pół metra naprzód. 

-  Powiedz  to  moim  pracownikom.  Ich  najnowszy  pomysł  to  Cmentarny  Kotek. 

Powinnaś zobaczyć, jak udaje trupa i przewraca się na plecy. 

- Ojej! To okropne! - Daphne zakryła dłonią usta, by powstrzymać wybuch śmie-

chu. - Wręcz fatalne. 

- Już widzę, jak zyski firmy spadają na łeb, na szyję. 

- Powinieneś zwiększyć kreatywność pracowników. 

- Powinienem dokonać cudu - wymamrotał przygnębiony. 

Daphne  znów poczuła do  niego  sympatię.  Domyślała  się,  co  Carter czuje, bo do-

brze pamiętała  początki pracy  w  Creativity  Masters. Musiała udowodnić,  że potrafi  za-

robić na życie, zajmując się czymś tak pozornie bezsensownym jak kreatywność. I udo-

wodniła to w stu procentach. 

Robotnik w pomarańczowej kamizelce dał im znak, by ruszyli naprzód. Carter po-

suwał  się powoli  wraz  ze  sznurem samochodów,  klucząc  między  pomarańczowymi  pa-

chołkami i znakami ostrzegawczymi. Lexus podskakiwał na wyboistej drodze, przybliża-

jąc i oddalając od siebie pasażerów. Nic dziwnego, że Daphne co chwila czuła dreszcz. 

Lokalna  gazeta  uznała  w  ubiegłym  roku  Cartera  za  najseksowniejszego  mężczyznę  w 

stanie Indiana. Z pewnością wygrałby także w paru innych stanach, a być może nawet i 

na całym kontynencie. 

T L

 R

background image

Daphne wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić. Tacy playboye zawsze są obda-

rzeni charyzmą. Nie powinna o tym zapominać. Na szczęście dojeżdżali już na miejsce. 

Powinna  wysiąść i pozwolić, by  Carter  jechał  w swoją stronę.  W  końcu  to przez niego 

straciła fundusze na budowę centrum kreatywności. 

Jednak  sztywne  ramiona,  zmarszczki  na  czole  i  niepokój  w  oczach,  gdy  mówił  o 

firmie,  nie  pozwoliły  jej  patrzeć  na  niego  obojętnie.  Carter  zatrzymał  się  przed  budyn-

kiem, w którym mieściło się jej biuro, i zaparkował. 

Ciemnozielona markiza nad Frankie's Delicatessen na parterze była już rozwinięta, 

a zapach słynnej pieczeni używanej do kanapek docierał aż do wnętrza samochodu. 

- Jesteśmy na miejscu.  

Daphne sięgnęła do klamki. 

- Dziękuję. 

-  Zaczekaj  -  powiedział  Carter,  dotykając  jej  ramienia  i  spoglądając  w  oczy.  - 

Chciałbym, żebyś dla mnie pracowała. To forma rekompensaty za ten nieszczęsny kosz. 

No i - zaprezentował swój słynny uśmiech - mogłabyś dokonać cudu, jakiego potrzebuję. 

- Chcesz, żebym uratowała twoją firmę, a ty będziesz tylko się przyglądać? 

- Do diabła, nie. - Zaśmiał się. - Będę grać w golfa. Wystawisz mi rachunek. 

- Nie! - prychnęła, otwierając drzwi. - Jakie to typowe! 

Zepsuł wszystko. Zachował się jak słynny playboy Carter Matthews, a nie poważ-

ny biznesmen w opałach. 

- Posłuchaj, Daphne...  

Odwróciła się do niego. 

- Dziękuję za podwiezienie. Jesteśmy kwita. Oboje możemy wracać do swych za-

jęć. 

- Nie prosiłbym cię o pomoc, gdyby to nie było konieczne - ciągnął, obawiając się, 

że po raz drugi mu odmówi. 

- Aha. W takim razie w jakiej kondycji jest teraz twoja firma? - spytała, biorąc się 

pod boki. - Jak idzie produkcja? Jaki jest margines zysków? A stopa zwrotu z inwestycji? 

- Nie znam się na produkcji. I nie chodzę co dzień do biura. 

Uniosła brwi. 

T L

 R

background image

- A jak często?  

Zakaszlał cicho. 

- Dwa razy na tydzień. Rano. 

- A co robisz, kiedy nie jesteś w pracy? 

- Nawiązuję kontakty z klientami.  

Przyjrzała mu się badawczo. 

- Grasz w golfa, tak? - parsknęła. 

- No wiesz! Zawieram dzięki temu bardzo cenne znajomości. 

- Nic dziwnego, że firma ma kłopoty, panie Matthews. Trzeba trzymać rękę na pul-

sie. 

- Mam zamiar tak robić - odparł po chwili wahania. - Od dzisiaj. 

- Nie mogę ci pomóc. - Uniosła ręce w górę. - Pracuję z menedżerami, którym za-

leży  na  tym,  żeby  postawić  firmę  na  nogi.  Nie  chcę  pracować  z  kimś,  kto  tylko  udaje 

menedżera. 

-  Aż  tak  źle  mnie  oceniasz?  Sądzisz,  że  jestem  głupim  playboyem,  który  potrafi 

tylko zapisać numer telefonu kobiety, którą właśnie poznał? 

- Oczywiście, że nie. Umiesz jeszcze prowadzić sportowy samochód. To dwie naj-

ważniejsze umiejętności w życiu. 

Jej  sarkazm  sprawił  mu  przykrość.  Podobnie  jak  wielu  innych  ludzi,  nie  uważała 

go za solidnego partnera. Jednak z tego, co o niej słyszał, wiedział, że Daphne może po-

móc  mu  uratować  TweedleDee  Toys.  Spoglądając  na  jej  twarz,  zastanawiał  się,  czy  to 

nie będzie jednak zbyt skomplikowane. Daphne Williams jest bardzo ładna. 

Oprócz  urody  ma  doświadczenie,  jakie  jest  mu  potrzebne.  Carter  nie  znał  się  na 

produkcji zabawek, ale był na tyle mądry, by wiedzieć, że nie da sobie rady bez trenerki 

kreatywności. 

- Czy mimo to pomożesz mi? - zapytał. 

-  Nie,  panie  Matthews.  Nie  pomogę  ci,  dopóki  nie  zrozumiesz,  że  prowadzenie 

firmy to nie jest gra w siatkówkę na plaży. - Potem szybko wysiadła i zniknęła. 

T L

 R

background image

Carter  oparł  się  o  skórzany  fotel  i  westchnął.  Dlaczego  wuj  Harry,  który  kiedyś 

także był playboyem, wyznaczył Cartera na spadkobiercę jednej ze swych licznych firm, 

które traktował jak hobby, gdyż praktycznie się nimi nie zajmował? 

Z pewnością chciał zakpić z rodziny Matthewsów, przekazując firmę bratankowi, 

który ją zrujnuje. Doprawdy będzie się z czego pośmiać przy uroczystym obiedzie z oka-

zji Święta Dziękczynienia. 

Wbrew zamiarom wuja Carter nie tylko chciał, by firma odniosła sukces, ale wręcz 

opanowała dwadzieścia pięć procent rynku zabawek dla dzieci w wieku od trzech do sze-

ściu lat i trzydzieści procent rynku dla dzieci w wieku szkolnym. To były ambitne cele 

wyznaczone przez nowicjusza pełnego werwy i arogancji, które na razie okazały się nie-

osiągalne. 

Nie mogąc pogodzić się z porażką, Carter zajął się grą w golfa. Teraz jednak nie 

chciał już bezczynnie  czekać. Jeśli  uda mu  się przekonać  Daphne  Williams,  może  koło 

fortuny się odwróci. 

Reilly, asystent Daphne, podniósł głowę znad biurka, gdy szefowa weszła do poko-

ju. 

- Jesteś dziś bardzo zamyślona - stwierdził. - I trochę wytrącona z równowagi. 

- Kto, ja? - zapytała, udając obojętność. 

- Tak, ty. - Skrzyżował ręce na jaskrawofioletowej koszuli, która wraz z brunatnym 

krawatem  stanowiła  zestaw  kolorystyczny  nieczęsto  noszony  przez  panów  po pięćdzie-

siątce.  Od ponad dwudziestu pięciu  lat  związany  z  Eltonem,  Reilly  często  zachowywał 

się jak wścibska matka wobec Daphne. - Wyglądasz jakoś inaczej - dodał, świdrując ją 

wzrokiem. - Poznałaś nowego klienta? Czy to miły facet? 

Nie miała zamiaru odpowiadać na to pytanie. Poza tym ktoś, kogo poznała, wcale 

nie był miły, lecz tylko przystojny. 

- Za sześć minut mamy spotkanie z przedstawicielami banku w Lawfordzie. Trzeba 

się na tym skoncentrować. 

- Odwołane. Dzwonili przed chwilą i przesunęli termin spotkania na wtorek. Mają 

jakiś nagły audyt. - Reilly nalał kawę i podał Daphne biały kubek, a potem przysiadł nu 

T L

 R

background image

krawędzi biurka. - Nie ma pośpiechu. Możesz spokojnie odpowiedzieć na moje pytanie. 

Czy poznałaś kogoś? 

- Nie. - Pytanie było tak absurdalne, że aż się roześmiała. Potem wypiła łyk gorącej 

kawy. - Na pewno nie. 

Reilly się uśmiechnął. 

- Na pewno tak. Ta dama zbyt gwałtownie się zarzeka. 

Daphne odwróciła się, wieszając torebkę przy drzwiach. 

- Mógłbyś przestać chodzić na sztuki Szekspira wystawiane w parku, bo absurdal-

ne pomysły przychodzą ci do głowy. Wszędzie doszukujesz się romansów. 

- I ty, Brutusie? - Reilly położył rękę na sercu, robiąc zbolałą minę. - Myślałem, że 

podobają ci się moje deklamacje wielkiego barda. 

-  Nie  wtedy,  kiedy  niepotrzebnie  łączysz poezję  z  życiem.  -  Daphne usiadła przy 

biurku,  przeglądając  stos  papierów.  Odetchnęła  z  ulgą,  bo  nic  pilnego  nie  zdarzyło  się 

podczas jej nieobecności, i przesunęła dłoń po dębowym blacie. 

To biurko należało do jej dziadka jeszcze za czasów Wielkiego Kryzysu i było je-

dyną  pamiątką  po  ukochanym  dziadku,  który  zmarł,  gdy  miała  dwanaście  lat.  Dziadek 

pobudzał  jej  wyobraźnię  i  zachęcał  do  snucia  planów  na  przyszłość.  Kiedy  codziennie 

rano siadała przy tym biurku, miała wrażenie, że czuje przy sobie obecność starszego pa-

na. Dlatego tak ceniła ten mebel. 

- Dziadek wcale by nie chciał, żebyś poświęcała się wyłącznie pracy - powiedział 

cicho Reilly, odgadując jej myśli. - Przez cały czas tylko siedzisz tutaj albo chodzisz na 

spotkania z klientami. 

- Na tym polega moja praca - odparła, włączając komputer. 

- Tak, ale nie można żyć wyłącznie pracą. Dziadek wyobrażał sobie inaczej twoją 

przyszłość. - Reilly nie poznał dziadka Daphne osobiście, ale słyszał o nim tyle, że star-

szy pan wydawał mu się dobrym znajomym. 

- Mam własne życie, a przynajmniej miałam, dopóki nie pokłóciliśmy się z Jerrym. 

Reilly  położył  rękę  na jej dłoniach.  Pracowali  razem  od  trzech  lat i  w  tym  czasie 

on, Elton i ich miniaturowy biały pudel stali się jej przyjaciółmi. Daphne zawsze cieszyła 

się, że zatrudniła w swoim biurze niezwykle utalentowanego artystę, jakim był Reilly. 

T L

 R

background image

- Wiem. Przepraszam - powiedział szczerze. 

- Skąd wiesz, co się stało wczoraj wieczorem? 

- Jerry był tu z samego rana. Zostawił to dla ciebie. 

- Reilly położył na jej biurku broszurę reklamującą centrum kreatywności. 

Na  pierwszej  stronie  widniało  logo  fundacji  rodziny  Jerry'ego  z  przekreślonymi 

czerwonym flamastrem słowami „sponsorowane przez". 

Wszystko jasne. Daphne była zadowolona, że pozbyła się tak mściwego i małost-

kowego człowieka. 

- Nie mogę uwierzyć, że to zrobił - powiedziała. 

- Co za kretyn! 

-  Właśnie  -  odparł  Reilly.  -  Powinnaś poznać  miłego  i bogatego  człowieka,  który 

mógłby sponsorować twoją firmę. 

Carter Matthews jest miły, pomyślała. Podwiózł ją do pracy, choć bardzo się spie-

szył. 

I jest przystojny. Bardzo przystojny. 

Daphne nie chciała o tym myśleć. Kliknęła w Outlooka, sprawdzając swój harmo-

nogram. Po przełożeniu terminu spotkania z przedstawicielami banku w Lawfordzie nie 

miała dzisiaj nic ważnego do załatwienia. Ale nie lubiła bezczynności. 

- Skąd zamierzasz wziąć fundusze na centrum? - spytał Reilly. - Trzydziestego jest 

rozpoczęcie budowy, prawda? 

- Muszę zadzwonić do znajomych. Jedna z korporacji, z którymi współpracowali-

śmy, na pewno zainwestuje w centrum. 

- Czy masz plan awaryjny? - spytał z zatroskaniem Reilly. - Odkąd zaczął się kry-

zys, niełatwo o sponsorów. - Westchnął. - Musisz znaleźć bogatego człowieka. 

- Chyba znam kogoś takiego. 

To nie jest dobry pomysł. Przypomniała sobie ciemnoniebieskie oczy Cartera i ko-

smyk włosów opadający mu na czoło. To poważna sprawa. Carter nie da się namówić. 

- Naprawdę? - Reilly oparł brodę na rękach, wpatrując się w Daphne. - Kto to jest? 

-  Carter  Matthews.  -  Szybko  odwróciła  głowę,  żeby  obdarzony  szóstym  zmysłem 

Reilly nie zdążył odczytać z jej oczu prawdy. - Podrzucił mnie dziś do pracy, ale przed-

T L

 R

background image

tem zrujnował mój związek. - Uniosła rękę w górę. - Tylko nie pytaj, co się stało, bo to 

bardzo długa historia. 

- Aha! - Reilly zerwał się na równe nogi i wycelował w nią palec. - To jest twój se-

kret! Ten człowiek ci się podoba. 

Reilly i Elton od dawna marzyli o tym, by Daphne jak najszybciej wyszła za mąż i 

urodziła dzieci, które oni mogliby rozpieszczać. Reilly nigdy nie uważał Jerry'ego za do-

brego kandydata na ojca i upierał się, że powinna znaleźć sobie innego narzeczonego. 

Daphne  doceniała  jego  troskę,  lecz  nie  zamierzała  skorzystać  z  jego  rady.  Inny 

mężczyzna tylko skomplikowałby jej życie. Jerry świetnie nadawał się na narzeczonego, 

gdyż był niekłopotliwy i mało wymagający. 

Przy Carterze Matthewsie wypadał jednak bardzo blado. 

-  Poznałam  go,  ale  to  jeszcze  nic  nie  znaczy  -  powiedziała.  -  Nigdy  w  życiu  nie 

umówiłabym się z nim na randkę. Jest mi coś winien, to wszystko. - Nie chciała opowia-

dać Reilly'emu o szczegółach, bo na pewno chciałby wtrącić swoje trzy grosze. 

Kiedy  przyjmowała  Reilly'ego  do  pracy,  powiedziała  mu,  że  powinien  odgrywać 

aktywną rolę w firmie, ale zapomniała dodać, że to nie dotyczy jej życia osobistego. 

- Aha. I ten Carter, na myśl o którym się rozpromieniłaś, wcale cię nie interesuje? 

Ona się rozpromieniła? O rany! Wszystko przez to, że nie zjadła porządnego śnia-

dania. 

- Wcale. 

Reilly pogroził jej palcem. 

-  Widzę  po  twojej  twarzy,  że  to  nieprawda.  Powinnaś  do  niego  zadzwonić.  Zrób 

pierwszy krok. Nie lekceważ swoich pragnień. 

- Reilly... - przewróciła oczami. - Jesteś niemożliwy. 

- Moim zdaniem... Uniosła rękę w górę. 

- Nie pytałam o twoje zdanie. 

Jak zwykle nie miał zamiaru jej słuchać. 

- Jeśli ten facet ma choć trochę rozumu i nie jest fajtłapą, zapuka do twoich drzwi z 

kwiatami i szampanem. 

- To playboy, Reilly. Bardzo wysoki i przystojny.  

T L

 R

background image

Uśmiechnął się. 

- Zauważyłaś coś jeszcze? 

- Nie. A teraz daj mi spokój. 

- Nigdy nie wiadomo. - Pokiwał palcem. - To może być właśnie ten. 

- Który? 

- Ten, co ci skradnie serce. - Położył ręce na klatce piersiowej i głośno westchnął. 

O nie! Daphne wiedziała, że nigdy na to nie pozwoli. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Carter  siedział  przy  biurku,  trzymając  w  ręku  najnowszy  prototyp  zabawki  do 

świątecznego katalogu. No nie! To jest jeszcze gorsze niż Cmentarny Kotek! 

-  Czy  za  to  wam  płacę?  -  Okręcił  w  dłoniach  trzydziestocentymetrową  kukłę.  - 

Lalka, która sprząta? 

Siedzący naprzeciw Paul Simmons, dawny asystent, który po odejściu Jima awan-

sował na stanowisko głównego projektanta, wyciągnął rękę w kierunku chudej, ubranej 

w fartuch figurki. Lalka trzymała miotełkę z piór i spray do czyszczenia mebli. 

- To nie jest zwykła lalka, tylko Supersprzątacz - oświadczył Paul, wyraźnie dum-

ny z zabawki wymyślonej przez jego zespół. - Jednym ruchem potrafi zamieść całą pod-

łogę, a także przeskoczyć przez trzy wiadra z wodą i gołymi rękami chwycić pobrudzo-

nego błotem psa. 

Carter  omal nie  wzniósł  oczu  do  nieba.  Wzorowy  menedżer powinien inspirować 

zespół. 

-  Zdawało  mi  się,  że  mamy  stworzyć  zabawkę,  która natchnie dzieci do  wielkich 

czynów. Będzie stanowić wzór do naśladowania. 

- Supersprzątacz może stanowić wzór - odparł Paul. 

- Kupi bekon... 

- ...i usmaży go na patelni. - Carter przesunął pióro, tak żeby leżało obok notatnika. 

Porządek  na  biurku  poprawiał  mu  nastrój.  Dzięki  temu  miał  złudzenie,  że  jego 

obecność w biurze jest uzasadniona. Kiedy odziedziczył firmę, w biurze panował okrop-

T L

 R

background image

ny bałagan. Wszędzie widział jakieś dziwne przedmioty. Wśród nich była skarbonka w 

formie  toalety,  z  której  dobiegał  odgłos  spuszczanej  wody,  kiedy  wrzucało  się  do  niej 

monetę,  sztuczna  szczęka  zgrzytająca  zębami,  a  także  głowa  klauna,  która  wybuchała 

śmiechem, gdy klasnęło się dwa razy w dłonie. Carter zatrzymał część zabawek, mając 

nadzieję, że te najśmieszniejsze natchną projektantów nowymi pomysłami. 

Niestety kukła z mopem to było wszystko, na co było stać jego zespół. 

- Supersprzątacz umie także zmyć tłuste plamy na kuchence - powiedział z uśmie-

chem Paul. 

Carter czuł, że za chwilę straci cierpliwość. 

- To co, akceptujesz ten pomysł? Przedszkolakom na pewno spodoba się ta lalka. 

- Ucieszą się, że ma kto sprzątać po Spider-Manie?  

Paul poruszył się w fotelu. 

- Supersprzątacz potrafi też odkurzać. To niesamowite, prawda? 

Carter westchnął. 

- Słyszałem, że Barbie szuka chłopaka, odkąd rzuciła Kena - powiedział z błyskiem 

w oku Paul. 

Carter rzucił mu lalkę. 

- Zabierz mi to sprzed oczu. 

Paul wstał, obracając w dłoniach zabawkę. 

- Czy to znaczy, że prototyp nie idzie do produkcji? 

-  Nie,  ale  możesz  razem  z  nim  zatrudnić  się  jako  woźny,  jeśli  jeszcze  dziś  nie 

przedstawisz mi lepszego pomysłu - odparł groźnie Carter. 

Paul skinął głową i pospiesznie wycofał się z pokoju. 

Carter  zabębnił  palcami  o  blat  biurka  i  spojrzał  na  telefon.  Potrzebował  pomocy. 

Właściwie cudu. Miał już dosyć zmartwień od chwili, gdy dwa miesiące temu odziedzi-

czył  firmę.  Choć  bardzo  lubili  się  z  Harrym,  gdyż  byli  ulepieni  z  tej  samej  gliny,  nie 

mógł pojąć, dlaczego wuj uważał, że on, Carter, nadaje się na menedżera. Co prawda wuj 

często mówił, że Carter będzie lepszym zarządcą niż on, ale Carter nigdy nie traktował 

jego słów poważnie. 

T L

 R

background image

Teraz miał nie lada problem. Wcale nie znał się na zabawkach. Ale Daphne Wil-

liams... 

Ona na pewno umie się bawić.  Iskierki  migotały  w  jej  oczach, jakby  lada  chwila 

miała wybuchnąć śmiechem - oczywiście gdy nie była na niego zła. Tak, Daphne, jeśli 

tylko zechce, potrafi rozwiązać ten problem. 

Wcale nie chciał umawiać się z nią na randki. To, że dostał kosza od Cecilii, było 

wystarczającym  dowodem,  że  nie  potrafi  sobie  radzić  z  kobietami.  Być  może  tę  wadę 

odziedziczył po ojcu. 

Cade  miał  więcej  szczęścia.  Niedługo  będzie  obchodzić  dwudziestą  rocznicę 

szczęśliwego pożycia z Melanie. Carter nie miał zamiaru angażować się w żaden zwią-

zek. I bez tego miał dość kłopotów, jednak Daphne Williams była mu potrzebna. Inaczej 

nie pozostanie mu nic innego, jak tylko produkować sprzątające lalki. Lepiej już pomóc 

jej znaleźć sponsora. 

Sięgnął po słuchawkę. Nie, nie będzie dzwonić, złoży jej wizytę. Podobało mu się, 

kiedy  spoglądała  groźnie,  odsuwając  się  od  niego  w  ciasnym  samochodzie.  Zacho-

wywała się tak, jakby chciała trzymać się od niego z daleka, ale... 

Potrzebowała go tak samo, jak on jej. To był dylemat. Trzeba się przekonać, co z 

tego wyjdzie. 

Chyba jednak coś ciekawszego niż Supersprzątacz z plastikowym wiadrem. 

- To nie jest lunch - powiedział Reilly - tylko przekąska. 

- Nie mam czasu na lunch - odparła Daphne, nie przerywając pisania. - Wystarczy, 

że zjem cokolwiek. 

- Napój gazowany i krakersy serowe to nie jest jedzenie. - Reilly zmarszczył brwi. 

- Powinnaś zjeść porządny posiłek. Jeśli nie zadbasz o siebie... 

Roześmiała się. 

- ...to nikt za ciebie tego nie zrobi.  

Reilly uśmiechnął się. 

- Właśnie. Chcę mieć pracę i dlatego nie mogę pozwolić, żeby moja szefowa umar-

ła z głodu. 

T L

 R

background image

Daphne  spojrzała  na  swój  lunch,  zastanawiając  się  przez  chwilę,  co  zamówił  na 

lunch Carter Matthews. Pewnie sałatkę z tuńczyka, którą podała mu zgrabna blondynka 

zaśmiewająca się z jego żartów. A może coś smacznego, choć niezdrowego, z dużą daw-

ką cholesterolu? Na przykład cheeseburgera albo spaghetti z dużą porcją klopsików, żeby 

najeść się do syta. 

Może  poplami  sobie  tłuszczem  krawat?  Albo  kawałki  panierki  spadną  na  wy-

krochmaloną białą koszulę? Zasłużył sobie na taką karę za to, że ją dręczył. 

Jednak wyobraźnia płatała jej figle i zamiast Cartera w pobrudzonej koszuli zdawa-

ło jej się, że widzi, jak siedzą razem, racząc się winogronami. 

Reilly ma rację. Powinna zjeść przyzwoity posiłek. 

Ale nie z Carterem. Znajomość z takim mężczyzną, zwłaszcza po tym, co spotkało 

go ze strony Cecilii, może oznaczać same kłopoty. 

Zaburczało jej w brzuchu, bo pomimo wielkich planów jej życie osobiste - jak i żo-

łądek - były przeraźliwie puste. 

- Czy ktoś wspominał o lunchu? 

Podniosła głowę, spodziewając się, że zobaczy Kim, ale w drzwiach stał... Carter 

Matthews. 

Żołądek ścisnął się jej z wrażenia. Co on tu robi? 

Carter wyglądał tak ponętnie, że miała ochotę go schrupać. Przygładziła ręką włosy 

i poprawiła okulary. 

- Co tu robisz? - spytała.  

Uśmiechnął się. 

- Przyszedłem zaprosić moją trenerkę kreatywności na lunch. 

- Nie jestem twoją trenerką. I nie mogę iść na lunch. 

- Możesz, możesz - wtrącił Reilly, obracając jej fotel w kierunku Cartera. - Niech 

pan jej nie słucha. 

Jeszcze chwila i jej asystent pchnie ją w ramiona intruza. 

- Reilly! - zawołała oburzona. 

- Musisz coś zjeść. To zaproszenie spadło ci jak z nieba. 

- Zwalniam cię - mruknęła. 

T L

 R

background image

- Po raz drugi w tym tygodniu - odparł z uśmiechem. - Łagodniejesz na stare lata. 

W zeszłym tygodniu wyrzuciłaś mnie z pracy aż trzy razy. 

Spojrzała na niego groźnie, lecz musiała wstać, bo nie dałby jej spokoju. Znów po-

czuła ssanie w żołądku. W pojedynkę przeciwko im dwóm nie miała szans. 

- W porządku. Mogę zjeść hot doga na ulicy. To wszystko. 

Carter potrząsnął głową. 

- Nie. Skoro mam poświęcić uwagę twoim sprawom, to liczę na wzajemność. 

Daphne  interesowały  własne  sprawy,  a  nie  Carter  Matthews.  Gdyby  poszła  na 

lunch z mężczyzną, którego uśmiech wywoływał w niej dreszcze, to wyglądałoby to jak 

randka, a nie załatwianie interesów. 

- Mam dużo pracy. - Wskazała na stertę papierów leżących na biurku i włączony 

komputer. Jednak po odwołaniu spotkania z bankowcami nie miała nic pilnego do robo-

ty, choć to nie oznaczało, że będzie siedzieć bezczynnie. 

Carter Matthews nie spuszczał  z niej  wzroku. Postąpił  krok do przodu,  wpatrując 

się w nią uparcie. 

-  Chcę  cię  przeprosić  za  moje  zachowanie  w  samochodzie.  Jeśli  zgodzisz  się  ze 

mną pracować, stawiam lunch i obiecuję, że będę zachowywać się nienagannie. Co ty na 

to? 

- Dobrze - odparła, czując skurcz żołądka. Uśmiechnął się. 

- To mi się podoba. Im częściej będziesz tak mówić, tym bardziej mnie ucieszysz. 

- Mogę powiedzieć coś innego - wymamrotała. 

- Uważaj. - Uniósł palec w górę. - Mam dobry słuch. 

- To twoja wina, że wyzwalasz ze mnie najgorsze instynkty. 

Reilly  przysłuchiwał  się  tej  utarczce  z  wyraźnym  rozbawieniem.  Nawet  nie  uda-

wał,  że  jest  zajęty,  tylko  siedział  przy  biurku,  popijając  wodę,  i  słuchał  ich  z  zado-

woleniem. 

Będzie musiała obciąć mu premię. 

Daphne wiedziała, że za chwilę jej asystent pozna cały plan i nie obejdzie się bez 

komentarza. 

- Chodźmy już na ten lunch - powiedziała. 

T L

 R

background image

- Najpierw zawrzyjmy rozejm - odparł Carter, wyciągając rękę. 

Ciepło jego dłoni sprawiło, że znów przeszedł ją dreszcz. 

-  Bardzo  podoba  mi  się  tutaj  -  oświadczył,  rozglądając  się  po  obszernym  aparta-

mencie. - Powinienem poprosić cię o urządzenie mojego biura. 

- Dziękuję. 

- Czy to twoje dzieło? Daphne parsknęła śmiechem. 

- Kiedy zakłada się pierwszą firmę, to wszystko robi się samemu. Nie miałam ni-

kogo do pomocy, więc przesiadywałam tu wieczorami, malując i dekorując biuro. Kiedyś 

był tu magazyn, który przez kilka lat stał pusty, więc kiedy wynajęłam całe piętro, było 

dużo do zrobienia. - Uśmiechnęła się. - Nieraz klęłam w żywy kamień, widząc, jakie nie-

spodzianki ukrywają takie stare domy. 

- Tu jest naprawdę wspaniale. Tak stylowo.  

Rozejrzała  się,  jakby  po  raz  pierwszy  znalazła  się  w  swoim  biurze  na  czwartym 

piętrze.  Pomarańczowe  ściany  przechodziły  w  żółć  i  czerwień,  filary  w  kolorach  tęczy 

zakrywały rury i belki nośne. W końcu pomieszczenia zawieszona została obręcz do gry 

w koszykówkę, a na sąsiedniej ścianie wisiała tarcza do gry w strzałki. Pod przeciwległą 

ścianą stała wygodna barwna sofa z poduszkami o różnych kształtach i rozmaitej wielko-

ści,  otoczona  dwoma  zabawnymi  drewnianymi  stolikami,  z  których  jeden  przedstawiał 

kelnera z tacą, a drugi psa trzymającego w pysku gazetę. 

- Gdybym miai takie biuro - powiedział Carter - to może udałoby mi się wykrzesać 

z moich pracowników choć trochę inwencji. Biuro wuja Harry'ego nie ma ani krzty polo-

tu. 

- Wuja Harry'ego? - powtórzyła Daphne, otwierając drzwi prowadzące na korytarz. 

Kątem oka spostrzegła, że Reilly podniósł z uznaniem kciuk, ale udała, że tego nie 

widzi. 

- Odziedziczyłem firmę po wujku. Wuj Harry rzadko tam bywał, więc chyba nawet 

nie zauważył, jak tam jest ponuro. Miał dużo firm, które określał jako swoje inwestycje, 

ale nie poświęcał im zbyt wiele czasu. Bardziej interesowała go kariera komika. 

- Naprawdę?  

Carter skinął głową. 

T L

 R

background image

- Wujek Harry opowiadał świetne kawały, których uwielbiałem słuchać. 

- Teraz rozumiem, dlaczego firma jest w takim opłakanym stanie. 

Carter nacisnął guzik windy i wyprostował się sztywno. 

-  W  dodatku  wybrał  nieodpowiedniego  następcę.  Spojrzała  na  niego  ze  zdziwie-

niem. 

- Jestem pewna, że nie zostawiłby ci firmy, gdyby nie uważał cię za godnego na-

stępcę. 

- Wuj Harry nie potrafił odmówić sobie zrobienia kawału zza grobu. 

Kiedy  drzwi  otworzyły  się,  weszli  do  bogato  zdobionej  zabytkowej  windy.  Zjeż-

dżając w dół, winda dygotała tak, że aż grzechotało lustro na ścianie. 

- To stary budynek - wyjaśniła Daphne. 

- Za to bardzo stylowy. 

- Niestety sporo kosztuje jego utrzymanie. - Uśmiechnęła się. - Mój projekt urzą-

dzenia  wnętrza był  podyktowany  oszczędnością.  Ciemna  farba dobrze zakrywa  wszyst-

kie plamy. 

Roześmiał się. 

- Podoba mi się twój sposób myślenia, Daphne. 

Wysiedli z windy, wchodząc do jasnego, wyłożonego dywanami holu, a potem na 

ulicę. Kuszące zapachy z Frankie's Delicatessen unosiły się w powietrzu. 

-  Ten  bar jest  wspaniały  -  powiedziała Daphne  -  ale  skoro  mamy  porozmawiać  o 

interesach, to powinniśmy udać się w jakieś spokojniejsze miejsce. 

Na  przykład  do  mnie,  pomyślał  Carter.  Chwileczkę,  spotkał  się  z  Daphne  po  to, 

żeby rozmawiać o interesach. Kiedy jednak odwrócił się i ogarnął wzrokiem jej smukłą 

sylwetkę i ładne nogi w sandałkach na obcasach, nie mógł myśleć o niczym innym. 

Niestety  miał  tylko  godzinę  na  to  spotkanie.  Pozwoli  mu  to  przedstawić  najważ-

niejsze  problemy,  a  potem  musi  wrócić  do  biura  na  zebranie  z  projektantami  zabawek. 

Teraz miał czas tylko na rozmowę z Daphne, nawet gdyby chciał ulec swoim niegodzi-

wym żądzom. 

Mimo to jego wzrok powędrował na elegancki kobaltowy  kostium, dekolt zielon-

kawej bluzki i twarz, którą otaczały gładkie ciemnobrązowe włosy. 

T L

 R

background image

- Panie Matthews? Zadałam drugi raz to samo pytanie. 

- Och, przepraszam. Zamyśliłem się. 

- Czy lubisz włoską kuchnię?  

Z tobą - tak. Sam - nie bardzo. 

Carter  pomyślał,  że  powinien  bardziej  zadbać  o  dobre  maniery  i  dostojny  wyraz 

twarzy. Poprawił krawat i wygładził marynarkę, co pozwoliło mu odzyskać rezon. 

- O, tak. Świetny pomysł. Czy masz na myśli... 

- Lombardo's? - powiedzieli jednocześnie.  

Carter zachichotał. 

- Inteligentni ludzie myślą o tym samym. 

- A może to jedyna przyzwoita włoska restauracja w centrum Lawfordu - odparła 

zaczepnie. 

Carter nie miał zamiaru się z nią sprzeczać. Przyszedł tu po to, by uporać się z pro-

blemami, jakie trawiły jego firmę. 

I musi poradzić sobie z Daphne Williams. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Daphne  zastanawiała  się,  jakie  dodatki  wybrać  do  spaghetti,  i  dzięki  temu  zapo-

mniała na chwilę o hormonach, które nie pozwalały jej traktować Cartera jak zwykłego 

klienta, z którym umówiła się na lunch. 

Jednak  wystarczyło,  że  zerknęła  na  niego  raz,  a  już  wiedziała,  że  okłamuje  samą 

siebie. 

-  Fascynujesz  mnie  -  powiedział  Carter,  kiedy  kelnerka  zabrała  ze  stołu  talerzyki 

po przystawkach. 

- Naprawdę? - Zaśmiała się, próbując ukryć podniecenie. - Dlaczego? 

-  Świetnie  radzisz sobie  w  interesach,  podczas  gdy  ja  nie  mam  pojęcia,  co  z  tym 

wszystkim robić. 

- Teraz jest mi łatwiej - odparła z uśmiechem - ale długo uczyłam się na własnych 

błędach. 

Pokręcił głową. 

- Ja tak nie potrafię. 

- Nie wiadomo. Jeszcze nie miałeś okazji się przekonać. 

- To prawda. - Przechylił głowę, przyglądając się jej uważnie. - Czy zawsze ma pa-

ni na wszystko gotową odpowiedź, panno Williams? 

Roześmiała się. 

- W pracy tak, ale w życiu nie zawsze. 

- Nikt z nas nie ma nigdy pewności, czy podjął dobrą decyzję. 

- Dopiero jak coś zepsujemy, widzimy, że trzeba było postąpić inaczej. 

Roześmiał  się.  Dobrze  się  rozumieli.  Daphne  uświadomiła  sobie,  że  lubi  tego 

człowieka. Miał poczucie humoru i umiał obserwować ludzi, choć czasem była speszona, 

kiedy obserwował ją. Teraz wypił łyk mrożonej herbaty, a potem przeniósł wzrok na swą 

towarzyszkę. 

- Musisz mi pomóc, Daphne. Potrzebuję cudu. 

T L

 R

background image

- Niestety jestem teraz bardzo zajęta. - Nie chciała kłamać, lecz bała się nawiązania 

bliższej  współpracy  z  Carterem.  -  Muszę  zbierać  fundusze  na  bardzo  ważne  przedsię-

wzięcie. 

- Jakie przedsięwzięcie? 

- Chodzi o budowę centrum kreatywności dla dzieci. 

-  A  trzeba  w  tym  celu  budować  centrum?  Nie  wystarczy  po  prostu  dać  dzieciom 

papier i kredki? 

Czy spodziewała się, że taki człowiek jak on potraktuje poważnie jej misję? 

- Papier i kredki? - Podniosła się z krzesła. - Niepotrzebnie poruszyłam ten temat. 

Położył rękę na jej dłoni, zmuszając ją, by usiadła. 

- Przepraszam. 

To  jedno  słowo  wystarczyło,  by  dała  się  przekonać.  Ten  człowiek  miał  w  sobie 

niesłychaną charyzmę. Nie był tylko zwykłym playboyem. 

- Wybacz, że wyraziłem się tak niezręcznie. - Przykrył drugą rękę Daphne swoją i 

spojrzał jej w oczy. - Opowiedz mi o tym centrum. 

- Naprawdę cię to interesuje? 

- Tak. Może moi projektanci mogliby nauczyć się czegoś oprócz wycinania lalek z 

papieru? 

Roześmiała się. 

- Kiedy byłam mała, dziadek uczył mnie, jak rozwijać wyobraźnię. 

- To musiał być wspaniały człowiek. 

- O, tak. - Westchnęła. Nie mogła odżałować, że tak rzadko widywała się z dziad-

kiem. 

Dziadek  Wallace  zbyt  krótko  żył,  by  uchronić  ją  przed  chaosem  w  życiu,  i  nie 

mógł otoczyć jej opieką, gdy matka porzucała ją, a potem wracała, jakby wychowywanie 

dziecka było zwykłą zabawą. 

- Zawsze marzyłam o tym, żeby stworzyć miejsce, w którym dzieci mogłyby roz-

wijać  swoją  wyobraźnię  i  talent.  W  programach  szkolnych  zbyt  często  rezygnuje  się  z 

rozwijania kreatywności, kładąc nacisk na naukę. 

- Nauka jest bardzo ważna. 

T L

 R

background image

- To prawda - przyznała, dziękując kelnerce za przyniesione właśnie spaghetti - ale 

bez rozwijania kreatywności nie wyjdzie się poza podstawowe ramy. Bez twórczego my-

ślenia  stracimy  szansę,  żeby  mieć  kolejnego  Leonarda  da  Vinci  albo  Rembrandta  czy 

Einsteina. 

- Czy też Daphne Williams - rzekł z uśmiechem.  

Zaczerwieniła się, biorąc widelec do ręki. 

- Nie dorastam im do pięt. Ja tylko... 

- Nie odrzucaj moich komplementów. W domu nie słyszałem ich zbyt wiele. 

Powiedział to półżartem, ale Daphne pomyślała, że może życie tego playboya nie 

było tak różowe. 

- W takim razie dziękuję.  

Uśmiechnął się szerzej. 

- Wspaniale. 

-  Chciałabym  stworzyć  miejsce,  w  którym  dzieci  mogłyby  swobodnie  realizować 

swoje pomysły, co sprzyjałoby nowatorskiemu myśleniu. - Nie każde dziecko miało tak 

wspaniałego dziadka jak ona. - Jednak żeby zrealizować ten cel, w ciągu dwóch tygodni 

muszę zdobyć fundusze. 

- Nie znalazłaś do tej pory sponsorów? 

- Owszem, ale pewien pożegnalny kosz zrujnował moje plany na przyszłość. 

- Och! - Daphne z takim entuzjazmem opowiadała o centrum, że Carterowi zrobiło 

się przykro, że przez niego straciła sponsorów. - Przepraszam - dodał ze skruchą. 

Daphne wzruszyła ramionami. 

- Mam zamiar zadzwonić do wszystkich dawnych klientów. Może uda mi się zna-

leźć firmę, która zechciałaby sponsorować budowę centrum. Teraz, kiedy Jerry się wyco-

fał, nie mam na nic pieniędzy. 

W milczeniu jedli spaghetti. Czy gdyby Carter w dzieciństwie mógł liczyć na po-

moc takiego centrum, jakie chciała stworzyć Daphne, to znalazłby to, czego zabrakło mu 

w domu? 

I czy potrafiłby dać sobie radę w sytuacji, w jakiej się teraz znalazł? Niewiele bra-

kowało, żeby poniósł klęskę, zgodnie z przepowiednią ojca. 

T L

 R

background image

Nigdy na to nie pozwoli, choćby miał paść trupem. 

- Czy mogłabyś poświęcić moim pracownikom chociaż jeden dzień? - zapytał. 

- Niestety nie - odparła, odsuwając na bok talerz. 

- Muszę zajmować się swoimi klientami i szukać sponsorów. 

- A może po prostu nie chcesz ze mną pracować? 

- To by było śmieszne. - Daphne sięgnęła do torebki i położyła na stole równowar-

tość połowy rachunku. 

- Proszę mi wybaczyć, panie Matthews, ale muszę wracać do pracy. 

Wstała i ruszyła w kierunku wyjścia. 

Do diabła! Musi ją przekonać, że rozpaczliwie potrzebuje jej pomocy. Rzucił kilka 

banknotów na stół i dogonił Daphne w zatłoczonym holu. 

- A gdybym ci pomógł w stworzeniu tego centrum?  

Spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- W jaki sposób? 

- Dostarczyłbym najlepsze zabawki. Moi projektanci przygotowaliby warsztaty dla 

dzieci na temat ich projektowania. 

Do restauracji wciąż wchodzili nowi goście, tłocząc się w niewielkim holu. Wresz-

cie  Daphne  i  Carter  znaleźli  się  za  stanowiskiem  hostessy  w  małej  ciemnej  wnęce  pod 

ścianą. 

- Obiecuję, że nie zabiorę ci dużo czasu, Daphne. Chciałbym tylko, żebyś pomogła 

mi przetrwać najtrudniejszy okres. 

- Dziękuję za wspaniałą propozycję, ale nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. - 

Kiedy Daphne uniosła głowę, Carter stał tak blisko, że mógłby bez trudu ją pocałować. 

- Dlaczego? - spytał. 

- Dlatego że... - Przełknęła ślinę. - Wszystko może się skomplikować. 

Para biznesmenów stojących obok napierała na nich teczkami, więc Daphne musia-

ła przesunąć się w kierunku Cartera. 

- O tak, i to bardzo - przytaknął Carter. 

Czuł na klatce piersiowej oddech Daphne, wdychał słodki cynamonowy zapach jej 

perfum, a delikatny materiał jej spódnicy muskał jego nogi. 

T L

 R

background image

- Powinniśmy... - Daphne znieruchomiała, nie kończąc zdania. 

Spojrzał w jej kasztanowe oczy. Nagle  znaleźli się sami w mikrokosmosie. Życie 

toczyło się dalej, goście siadali przy stolikach i składali zamówienia, ale tu, w tym cia-

snym i ciemnym kącie, Carter widział i słyszał tylko ją. Zapomniał nawet, dlaczego tu się 

znalazł. 

Zapomniał przez nią o całym świecie. 

Biznesmeni  przesunęli  się  nieco  w  tył,  by  zrobić  miejsce  nowo  przybyłym  go-

ściom, przyciskając Daphne do jego piersi. Carter poczuł przypływ pożądania, choć wie-

dział, że nie wolno łączyć interesów z uczuciem. 

Nagle zapragnął poczuć smak jej ust. 

Z  kobietami  całował  się  tysiące  razy.  Czasem  to  one  całowały  go  pierwsze,  ale 

jeszcze  nigdy  nie  odczuwał  tak  silnego  pożądania,  jakby  Daphne  była  gwiazdkowym 

prezentem, który miał otrzymać po raz pierwszy w życiu. 

- Chyba powinniśmy już iść - powiedział, wreszcie przytomniejąc. 

- Tak - odparła, rozchylając usta, a Carter nie mógł się dłużej opanować. 

Zbliżyli  się  do  siebie  w  pocałunku.  Carter  poczuł,  jak  uwalnia  się  w  nim  długo 

tłumione napięcie. Od dawna nie pragnął tak kobiety. 

Kusząco miękkie usta Daphne miały smak wiśniowego napoju, który piła podczas 

lunchu.  Carter  objął  ją,  zanurzając  rękę  w  jedwabistych  włosach,  a  drugą  ujmując  swą 

towarzyszkę w pasie. Jednak zanim pocałunek zdążył przynieść rozkosz, Carter odzyskał 

nagle rozsądek. 

- Przepraszam - powiedział. - Nie wiem, co się stało. 

- Ja też nie - odparła. 

Jej usta były tak nabrzmiałe i czerwone, że znów miał ochotę ją pocałować. 

- Właśnie dlatego nie możemy pracować razem - powiedziała, przygryzając wargę. 

- To są te komplikacje, prawda? 

- Tak, panie Matthews. Wywołuje pan wiele komplikacji. - Daphne zaczęła prze-

dzierać się do wyjścia. 

Carter nie mógł odżałować, że nie może nic wymyślić, by ją zatrzymać. 

T L

 R

background image

Kiedy wrócił do biura, nie miał wątpliwości, że jego umowa z Daphne nie dojdzie 

do skutku. 

Po pierwsze dlatego, że ją pocałował. 

Po drugie, ten pocałunek mu się spodobał. 

A po trzecie nie wytłumaczył jej, jak ważna jest współpraca z nią dla jego firmy, 

bo myślał tylko o tym, by ją znów pocałować. 

Pragnął poznać bliżej tę kobietę. Patrzeć, jak się uśmiecha, jak jej oczy rozbłyskują 

z podniecenia, gdy opowiada o tym, co jest dla niej ważne. 

Nie jest dla niego odpowiednią kobietą, bo odrywa go od pracy. 

-  Chyba  nie  jestem  już  panu  potrzebna,  panie  Matthews  -  powiedziała  jego  asy-

stentka  Pearl  Jenkins  siedząca  po  drugiej  stronie  biurka,  która  przedstawiła  mu  wyniki 

sprawozdania finansowego z pierwszego kwartału. 

-  Jesteś  moją  prawą  ręką,  Pearl,  ale  na  temat  zysków  i  strat  wiem  jedynie  to,  co 

wiąże się z korzystaniem z mojej karty kredytowej. 

Pearl nawet się nie uśmiechnęła. Ta surowa siwowłosa dama, sumienna i dokładna 

w pracy, spojrzała znów na kolumny cyfr. 

- Proszę się nie obrazić, ale tylko cud może pana uratować. Albo anioł stróż. 

- Czy jest aż tak źle? 

Uniosła w górę pomalowane na ciemny kolor brwi. 

- Wie pan, co się stało z Titanikiem?  

Skinął głową. 

- Można nazwać to happy endem w porównaniu z tym, co się dzieje z pana firmą. - 

Pearl włożyła na nos okulary dwuogniskowe, które nosiła na łańcuszku na szyi, i zaczęła 

odczytywać cyfry z kolumny „winien". 

Carter poczuł skurcz żołądka. Nie przypuszczał, że sytuacja jest wręcz beznadziej-

na. 

Kiedy Pearl skończyła omawiać sprawozdanie, Carter wziął głęboki oddech. 

- Musimy radykalnie ograniczyć koszty - stwierdził. - Po pierwsze nie ma mowy o 

pracy w nadgodzinach. Po drugie chcę otrzymać analizę wyników pracy pod względem 

rentowności z podziałem na departamenty. 

T L

 R

background image

Pearl, jedyne niezawodne ogniwo w firmie, podała mu kilka kartek. 

- Dziękuję. Przypuszczam, że ma już pani plany na następny kwartał? 

Skinęła głową, podając mu kolejny arkusz. 

- Mam nadzieję, że lubi pan czerwony kolor. - Uśmiechnęła się blado. 

W tej chwili rozległ się dzwonek interkomu. 

- Tak - powiedział Carter. 

- Panie Matthews - odezwała się recepcjonistka. Jej zakatarzony głos dudnił echem. 

- Pana ojciec przyszedł się z panem zobaczyć. 

- W porządku. 

- Nie będzie mnie kilka dni w pracy. - Zakaszlała. - Mam infekcję zatok. Załatwię 

zastępstwo. 

Carter  podziękował,  życząc  jej  szybkiego  powrotu  do  zdrowia,  po  czym  pokręcił 

smętnie głową. 

Jeśli  coś  mogło  go  jeszcze  dzisiaj  pognębić,  to  właśnie  wizyta  Jonathona  Mat-

thewsa. 

- Proszę powiedzieć ojcu, że na niego czekam.  

Pearl wzięła dokumenty, uśmiechnęła się i wyszła, mijając się w drzwiach z Jona-

thonem. Carter wyprostował się w fotelu, machinalnie poprawił krawat, po czym zbeształ 

się w duchu za to, że tak bardzo przejmuje się tym, co pomyśli o jego wyglądzie ojciec. 

Przecież niedługo skończy czterdzieści lat. Nie powinien przejmować się opinią oj-

ca. Ale jest inaczej. 

- Carter! - Głos wysokiego i barczystego Jonathona, ubranego w granatowy garni-

tur w prążki i lśniące buty, zabrzmiał ostro i napastliwie. - Co ty, do diabła, robisz? 

- Staram się prowadzić firmę. - Potoczył ręką wokół. - Mam biuro, garnitur, a na-

wet plakietkę na biurku. To znaczy, że jestem menedżerem. 

Ojciec prychnął,  a potem usiadł  w  fotelu naprzeciw Cartera.  Nawet  w tej  pozycji 

grzmiał jak lew. 

- Z tego, co słyszę, chcesz ją zrujnować.  

Carter milczał. 

T L

 R

background image

- Dobrze cię znam. Ta firma jest dla ciebie tylko zabawką. - Zaśmiał się z własnego 

żartu. - Kiedy pojawi się następna, najlepiej z parą zgrabnych nóg i nie żądająca zobo-

wiązań,  wycofasz  się.  Dlaczego  od  razu nie  zrezygnujesz z tego  głupiego  zajęcia?  Mo-

żesz przekazać firmę bratu albo, jeszcze lepiej, zatrudnić kompetentnego menedżera. 

To miało oznaczać, że w opinii ojca Carter jest niekompetentny. Kiedy był mały i 

w domu na przykład stłukł się wazon, ojciec od razu zrzucał winę na Cartera. Kiedy sy-

nowie otrzymywali świadectwa, ojciec zachwycał się wynikami Cade'a, a potem niechęt-

nie pytał o wyniki drugiego syna, wiedząc, że ten nie dorówna bratu. Wszystko, co robił 

Carter, nigdy nie było satysfakcjonujące. Wuj Harry był jedyną osobą, która okazywała 

mu serdeczność, witając go poduszką pierdziawką albo kwiatem tryskającym wodą. 

- Po pierwsze - zauważył Carter - Cade jest zajęty, bo pomaga Melanie otworzyć 

nowy bar, a po drugie sam dam sobie radę. 

-  Do  tej  pory  zajmowałeś  się  jedynie  kobietami,  a  i  to  zdarzało  się,  że  musiałem 

wyciągać cię z tarapatów. 

Carter się zjeżył. 

- Nigdy nie będziesz ze mnie zadowolony, prawda? Ojciec strzepnął niewidzialny 

pyłek ze spodni, a potem spojrzał na syna. 

-  Kiedy  ułożysz  sobie  życie  tak  jak  Cade,  to  może  wynagrodzisz  mi  trzydzieści 

siedem lat niepowodzeń. 

Carter zacisnął ręce na poręczy fotela. 

- A więc wystarczy, że się ożenię, żebyś przestał traktować mnie jak czarną owcę? 

- Na początek tak. Na pewno pomoże ci to w interesach. 

- Jakie znaczenie może mieć mój stan cywilny dla firmy? 

- Spójrz prawdzie w oczy, Carter. Wiesz, jaką cieszysz się opinią. Nikt w naszym 

mieście nie uważa  cię  za poważnego biznesmena. Gdybyś  się ustatkował,  może  klienci 

byliby bardziej skłonni zainwestować pieniądze w firmę mającą stabilną pozycję na ryn-

ku. Teraz zmykają, aż się kurzy, bo boją się, że TweedleDee Toys jest tylko twoim ko-

lejnym kaprysem. 

T L

 R

background image

Carter skrzywił się, bo ojciec użył cytatu z gazet wydawanych w Indianapolis, kie-

dy pisały o objęciu przez niego kierownictwa w firmie. Poza tym miał rację, i to właśnie 

było najgorsze. 

Lata  beztroskiego  życia playboya  korzystającego  z  rodzinnej  fortuny  sprawiły,  że 

stał się ulubionym bohaterem rubryk towarzyskich. Tabloidy śledziły jego każdy krok. W 

te dni, gdy nie było ważnych wydarzeń, mówiono o nim nawet w telewizji. „Carter Mat-

thews  znów  w  akcji"  -  zapowiadał  reporter,  a  potem  przedstawiał  ze  szczegółami  jego 

ostatnią eskapadę. 

Carter  Matthews  stał  się  Paris  Hilton  środkowego  zachodu  Stanów.  Niestety  ro-

dzinna  fortuna  nie  była  tak  ogromna  i  nikt  nie  proponował  mu  atrakcyjnych  i  sek-

sownych reklam. 

Ojciec wstał. 

- Najlepiej byłoby, gdybyś się ożenił i zatrudnił kogoś do prowadzenia firmy. I to 

szybko, bo twoi klienci uciekają gdzie pieprz rośnie. 

Kiedy ojciec wyszedł, Carter spojrzał na sprawozdanie finansowe firmy zakreślone 

czerwonym flamastrem. Za dwa lub trzy tygodnie zabraknie pieniędzy na pensje dla pra-

cowników.  Pomyślał  o  Paulu.  W  zeszłym  tygodniu  poznał  jego  żonę  i  dzieci.  Matka 

Mike'a była w szpitalu. Pearl miała na utrzymaniu męża i córkę, która wróciła do domu 

po zakończonym rozwodem małżeństwie. 

Ci ludzie liczyli na pieniądze, które zarabiali w jego firmie. Nie mogą stracić pra-

cy. TweedleDee Toys nie może zbankrutować. To było nie lada wyzwanie. 

Kolorowa wizytówka Daphne Williams leżała obok telefonu. Ta kobieta potrzebuje 

wsparcia, a on ratunku. Carterowi przyszedł do głowy pomysł równie szalony jak Super-

sprzątacz. Jednak gdyby się udało, wszystkie problemy zostałyby rozwiązane. 

Daphne odłożyła słuchawkę i westchnęła głośno. 

- Znów odmowa - powiedziała do Reilly'ego. 

- Kochanie, na pewno kogoś znajdziesz. 

-  Tak,  za  dziesięć  lat.  Chcę  zbudować  centrum  teraz,  a  nie  dla  moich  wnuków. 

Wszyscy  chętnie zamawiają  u mnie  seminaria z  kreatywności, ale  kiedy  zwracam się  z 

prośbą o dotację, zachowują się tak, jakbym prosiła ich o gwiazdkę z nieba. 

T L

 R

background image

- Czy rozmawiałaś już ze wszystkimi klientami? - spytał Reilly. 

- Tak. Nie mam już do kogo dzwonić. Teraz mogę tylko liczyć na cud. 

-  Prawdę  mówiąc  -  bąknął  Reilly  z  niewinną  miną  -  znam  kogoś,  kto  darzy  cię 

sympatią  i  ma  ogromny  potencjał  medialny.  Na  pewno  zapewniłby  ci  reklamę  w  me-

diach, dzięki której zyskałabyś sponsorów. 

Carter Matthews. 

Daphne popełniła wielki błąd. Gdyby mogła cofnąć czas, nigdy nie doszłoby do te-

go pocałunku. 

- Poparcie producenta zabawek mogłoby nam bardzo pomóc - ciągnął Reilly. - Jeśli 

chcesz  otworzyć  centrum,  koniecznie  powinnaś  nawiązać  współpracę  z  TweedleDee 

Toys. 

- Nie mam czasu zajmować się firmą Cartera. 

Ale miała czas się z nim całować. To był niewybaczalny błąd. Daphne nie brako-

wało  pomysłów  w  pracy,  ale  w  życiu  osobistym  nie  była  wcale  spontaniczna.  Dopiero 

Carter wyzwolił w niej głęboko ukryte pragnienia. 

Ten  pocałunek  zbytnio  skomplikował  jej  życie.  Niestety  nie  mogła  się  do  tego 

przyznać, bo Reilly zaraz zacząłby załatwiać ślub kościelny. 

- O wilku mowa. Spójrz, kto do nas idzie - powiedział Reilly, wskazując na ekran 

wideofonu. 

W holu obok portierni pojawił się Carter. Daphne odruchowo przygładziła włosy. 

Szybko cofnęła rękę, widząc, że Reilly się uśmiecha. 

- Przestań bawić się w swatkę - powiedziała - bo obetnę ci pensję. 

- Obiecanki cacanki - odparł z uśmiechem, ale odwrócił się do komputera i coś za-

czął pisać. 

Mogłaby przysiąc, że nuci pod nosem miłosną piosenkę. 

Wstała, gdy Carter wszedł do biura z tak poważną miną, jakby wcale się nie cało-

wali. Jednak ona o wszystkim pamiętała. Przez całe popołudnie wracała myślą do tego, 

co stało się w holu restauracji. 

- Tak szybko pan wrócił, panie Matthews? - zdziwiła się na pokaz. 

T L

 R

background image

- Mam pewną propozycję, która być może zmieni pani zdanie na temat współpracy 

z moją firmą. 

- Jest pan bardzo uparty, ale już mówiłam, że to niemożliwe. 

- Mimo to może uda mi się panią przekonać. Obawiam się, że nie zachowałem się 

odpowiednio podczas lunchu. 

Daphne się zaczerwieniła. Powinna kategorycznie z Carterem zerwać, zanim zrobi 

coś bardzo głupiego, na przykład umówi się z nim na randkę. 

Reilly odwrócił się do niej z porozumiewawczym uśmiechem. 

- Chodźmy do sali konferencyjnej - powiedziała. - Musimy porozmawiać na osob-

ności. 

Reilly zakaszlał znacząco. 

-  Musimy  porozmawiać  o  pana  firmie  -  poprawiła  się,  ale  było  już  za  późno.  Na 

ustach Cartera pojawił się uśmiech, a Reilly zaczął podśpiewywać głośniej. 

Daphne wzięła notatnik i ruszyła w stronę sali konferencyjnej. Carter zamknął za 

sobą drzwi. Byli sami. Zupełnie sami. 

Daphne,  której  nigdy  nie  brakowało  pomysłów  w  pracy,  wyobraziła  sobie  parę 

scen, jakie mogłyby rozegrać się na tym wielkim stole. 

Usiadła, starając się o tym nie myśleć. 

- Panie Matthews - powiedziała, unikając jego wzroku. 

- Proszę, mów do mnie Carter. 

- Carter - poprawiła się. - Podam ci parę wskazówek, które możesz zastosować w 

pracy. Potem możesz poszukać innego trenera kreatywności. 

- Jestem zadowolony z obecnej trenerki.  

Zignorowała jego słowa. 

-  Powiedz,  na  czym  polegają  twoje  główne  problemy,  a  ja  ci  powiem,  jakie  ćwi-

czenia należy zastosować. Nie udało nam się porozmawiać o tym podczas lunchu. 

Dlatego że przez cały czas unikała jego wzroku, starając się zapanować nad szale-

jącymi hormonami. Ledwo słyszała, co Carter do niej mówił. 

Carter położył ręce na stole. 

T L

 R

background image

-  Jestem  w  rozpaczliwej sytuacji  -  powiedział.  -  Od  pół  roku  moi projektanci nie 

przedstawili  żadnego  rozsądnego  pomysłu.  Sprzedaż  naszych  produktów  utrzymuje  się 

na niskim poziomie, a nawet spada, bo nie pojawia się nic nowego, co mogłoby przycią-

gnąć uwagę  klientów.  Jeszcze chwila  i możemy  zbankrutować.  Za  kilka  tygodni trzeba 

przedstawić plany na jesień. Jeśli uda nam się wymyślić coś interesującego, firma będzie 

uratowana. - Złączył palce i przycisnął je do brody. - Ale ja nie mam pojęcia o zabaw-

kach, więc nie mogę nic wymyślić.  

Uśmiechnęła się. 

- Chyba miałeś jakieś zabawki w dzieciństwie?  

Potrząsnął głową. 

- Nie. 

Daphne wolała nie drążyć tego tematu. Spytała, jak długo istnieje firma, ilu zatrud-

nia projektantów i jakie zabawki produkuje. 

Carter zastanawiał się nad odpowiedzią. 

- Kiedyś produkowaliśmy najwięcej zabawek dla dzieci w wieku od trzech do sze-

ściu lat, ale rok temu wuj doszedł do wniosku, że bardziej opłaca się produkcja zabawek 

dla  jedenasto-  i  dwunastolatków.  Do  tej  pory  nie  odnieśliśmy  sukcesu  w  żadnej  z  tych 

grup wiekowych. 

- Czy chcesz produkować zabawki dla starszych dzieci, czy powrócić do poprzed-

niego profilu? 

Carter się uśmiechnął. 

- Chciałbym, żeby nasza firma odniosła sukces w obu dziedzinach. 

Daphne zapisała odpowiedź i oparła się o krzesło. 

- Proponuję trzy rzeczy  - powiedziała. - Powinieneś zwołać zebranie z projektan-

tami,  żeby  ich  dobrze poznać,  o ile nie  zrobiłeś  tego do tej  pory.  Potem przygotuję dla 

was serię ćwiczeń rozwijających twórcze myślenie. 

Uniósł rękę w górę. 

- Słyszałem, że organizujesz sesje wyjazdowe. 

- Tak. Często zapraszam klientów i ich pracowników do mojego domu w Maine na 

dwudniowe intensywne treningi. Robię to jednak w naprawdę dramatycznych sytuacjach. 

T L

 R

background image

- O to właśnie mi chodzi. 

- Mówiłam, że nie mam na to czasu. 

Carter wyciągnął rękę po jej notatnik, wyjął pióro z kieszeni marynarki i zakreślił 

słowa „czterdziestopięcioprocentowa strata". 

- Nie sądzisz, że to dramatyczna sytuacja? - spytał. 

- Tak - przyznała. 

-  Dobrze,  że  wreszcie się  zgadzamy.  -  Uśmiechnął  się  do  niej.  -  Rozmawiałem  z 

Johnem Matthewsem, który ma agencję marketingową na Piątej Ulicy. Bardzo wychwa-

lał współpracę z tobą. Mówi, że jesteś zafascynowana pracą. Z wielkim przejęciem opo-

wiadałaś o centrum, które chcesz stworzyć. Chciałbym, żeby moi projektanci zaczęli się 

angażować w pracę, dlatego chcę zaproponować ci coś cenniejszego niż zabawki dla cen-

trum. 

- To znaczy co? - spytała, ściskając w ręku pióro. 

- Pomogę ci znaleźć sponsorów, jeśli pomożesz mi uratować firmę. 

Daphne przechyliła głowę w bok. 

- Jak to zrobisz? 

-  Zaufaj  mi.  Nikt  nie  ma  większych  znajomości  w  najbogatszych  warstwach  niż 

najsłynniejszy playboy w Indianie - odparł z nutką goryczy w głosie. 

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

- I wykorzystasz te znajomości, żeby mi pomóc? 

- Tak, jeśli ty też mi pomożesz. 

Oczywiście  nie  miał  pewności,  czy  uda  mu  się  zdobyć  fundusze  na  centrum,  bo 

przez całe życie wydawał pieniądze, zamiast je zarabiać, a jeśli chodzi o działalność na 

cele dobroczynne, brał tylko udział w dorocznym balu na rzecz dzieci. Jednak nie miał 

zamiaru mówić o tym Daphne. Kilka telefonów do odpowiednich osób i parę rozgrywek 

w golfa pozwoli załatwić potrzebne fundusze. 

Daphne zawahała się. Czy myślała o tym samym? 

- Sama nie wiem - odparła. - Czy coś na tym tracę? Pochylił się w jej stronę. 

- Będziesz musiała mi pomóc, nawet jeśli ten Jerry zechce ci się oświadczyć i znów 

sponsorować centrum. 

T L

 R

background image

Daphne zbladła. 

- O nie. Nigdy bym się na to nie zgodziła. Zwłaszcza jeśli chodzi o ślub. 

- Nie chciałaś wyjść za niego za mąż? - spytał z zainteresowaniem. 

- Nie spotykaliśmy się zbyt długo i... - Wyprostowała się. - To nie twoja sprawa. 

Carter się uśmiechnął. 

- Oczywiście. Ale jeśli dojdziemy do porozumienia, nie możemy mieć przed sobą 

żadnych sekretów. 

Rozchyliła  usta,  ale  nie  odezwała  się  ani  słowem.  Carter  zastanawiał  się  przez 

chwilę, czy istotnie chodzi mu o to, by pomóc jej w budowie centrum... czy też o coś zu-

pełnie innego. 

Daphne przyjrzała mu się uważnie. 

- Jakie znaczenie mają tu moje sprawy osobiste? - zapytała. 

W pokoju zapadła cisza przerywana tylko stukotem klawiszy komputera. 

-  Takie,  że chcę się  z tobą  ożenić  -  rzekł  Carter  tak  beztrosko, jakby  prosił  o ka-

napkę w barze. 

Daphne zamrugała ze zdumienia powiekami. 

- Co takiego? 

- Chcę się z tobą ożenić. - Uniósł rękę w górę. - Nie bój się, to zwykła umowa han-

dlowa. 

Roześmiała się. 

-  Jesteś bardzo  romantyczny.  Przykro  mi, panie Matthews,  ale nie  wyjdę  za  pana 

po to, żeby nie musiał pan płacić mi honorarium. 

-  Wcale  mi  o  to  nie  chodzi.  -  Zachichotał.  -  Oboje  potrzebujemy  pomocy,  więc 

proponuję takie rozwiązanie. 

- Co na tym zyskam? - Przecież nie będzie się już z nim całować. 

-  Znajdę sponsorów dla  twojego  centrum. Jestem tu dość popularną  osobą  i  mam 

sporo różnych kontaktów. 

- Nawiązanych wtedy, kiedy grałeś w golfa, zamiast pracować. - Zaczerwieniła się. 

- Przepraszam. Nie powinnam tak mówić. 

- Nie szkodzi. I tak pisano o tym w „Lawford Times". 

T L

 R

background image

- W niedzielnym numerze - dodała, jak gdyby to było istotne. 

- Sama widzisz, że powinienem poprawić swoją reputację. 

- I myślisz, że małżeństwo ze mną ci w tym pomoże. Zagrasz parę razy w golfa, za-

łatwisz mi sponsorów i będziemy kwita? 

- W pewnym sensie tak. 

Wpatrywała się w niego, nie mogąc wciąż uwierzyć, że zaproponował jej małżeń-

stwo. Nie romans, lecz interes. Na tak szalony pomysł zdecydowała się kiedyś dla zaba-

wy jej matka, nie biorąc pod uwagę tego, na co naraża swoje dziecko. Daphne nie chciała 

popełnić tego samego błędu i żyć w trójkącie. 

- Panie Matthews, jeśli to jest żart albo próba pocieszenia mnie po zerwaniu z na-

rzeczonym... 

- Absolutnie nie. 

- Bądź bardzo osobliwa próba zareklamowania swojej firmy... 

- Niewątpliwie byłaby to forma reklamy, ale to nie jest moim głównym celem. 

- A więc co? 

Wziął głęboki oddech, wpatrując się w przeciwległą ścianę. Potem spojrzał na Da-

phne, aż poczuła dreszcz na plecach. 

- Muszę zdobyć szacunek klientów, ojca i... - Znów wziął głęboki oddech. - I sza-

cunek dla samego siebie. 

- I myślisz, że małżeństwo ze mną ci to zapewni? - Odsunęła krzesło i wstała. - Nie 

sądzę. W gruncie rzeczy myślę, że zwariowałeś. 

Znów uśmiechnął się do niej. 

- To ja pierwszy tak do ciebie powiedziałem.  

Daphne zrobiła poważną minę. Wiedziała z gazet, o jaki szacunek mu chodzi. Nie 

była osobą, która mogłaby pomóc w tej sprawie. 

- Przykro mi, panie Matthews, ale nie mogę panu w żaden sposób pomóc. 

Odwróciła się, chcąc odejść, lecz Carter momentalnie zerwał się z krzesła i położył 

rękę na jej ramieniu. 

- Chwileczkę. Zaraz wszystko wyjaśnię - powiedział. 

- Nie dam się namówić. To szalony pomysł. Nie mam zamiaru wychodzić za mąż. 

T L

 R

background image

- Ale chcesz zdobyć fundusze na budowę centrum. Załatwię ci to, jeśli mnie poślu-

bisz. 

Zmrużyła oczy. 

- Chodzi tylko o zwykłą formalność? - spytała. 

- Tak. Za rok możesz się ze mną rozwieść, mówiąc, że to małżeństwo nie było war-

te funta kłaków. 

Roześmiała się. 

- Może to będzie prawda. 

-  Wiem,  że  to  wygląda  na  zwariowany  pomysł  -  ciągnął  Carter  -  ale  pomyśl,  że 

mogę zapewnić ci sponsoring, jeśli pomożesz mi odzyskać dobrą opinię. 

Daphne prychnęła. 

- Myślisz, że potrafię czynić cuda. 

Kiedy puścił do niej oko, zrozumiała, że czasem nie powinna w ogóle się odzywać. 

- Wiem, że to, co robię, od dawna jest tematem żartów - oświadczył na pozór obo-

jętnym tonem. - Nie mogę na to dłużej pozwolić, bo przynosi mi to szkodę w interesach. 

Przede wszystkim zależy mi na tym, aby uratować firmę. 

Jego słowa zabrzmiały szczerze, mimo to Daphne czuła lęk. Czy powinna wyjść za 

niego za mąż? Przecież prawie go nie zna. Wiedziała o nim tylko tyle, ile przeczytała w 

gazetach, a także to, co zobaczyła na kartkach w pożegnalnym koszu. Sam mówił o so-

bie, że jest draniem, i gazety powtarzały to co chwila. 

- Dobrze -  odparła. - Jako trenerka kreatywności pomogę ci uratować firmę. Jeśli 

chodzi  o  drugą  propozycję,  jestem  gotowa  zrobić  wszystko,  żeby  zdobyć  fundusze  na 

budowę centrum. Wszystko oprócz zostania twoją żoną. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

No, poszło całkiem nieźle. 

Wracając do pracy, Carter zastanawiał się, czy nie powinien udać się raczej do do-

mu wariatów. Skąd przyszedł mu do głowy ten pomysł z małżeństwem? 

Był  przekonany,  że  jest  ostatnim  facetem,  który  nadaje  się  na  męża.  Nigdy  nie 

umiał zaangażować się w związek. Żadna znajomość nie trwała u niego dłużej niż sezon 

gry w golfa. 

Jednak Daphne Williams miała w sobie coś takiego, co go do niej przyciągało. Od-

kąd  ją  pocałował,  był  niespokojny  i  rozmyślał  o  rzeczach,  które  nigdy  wcześniej  nie 

przychodziły mu do głowy. 

Daphne odrzuciła jego oświadczyny. Nie był przyzwyczajony do tego, że kobieta 

go  odtrąca.  Wcale  go  to  nie  zniechęciło,  wręcz  przeciwnie,  wzmogło  jego  zain-

teresowanie. 

-  Panie  Matthews  -  powiedziała  Pearl,  zanim  zdążył  wejść  do  budynku.  Jej  siwe 

włosy były jak zwykle uczesane w kok i tylko pasemka wyślizgujących się z niego wło-

sów świadczyły o tym, że jest zdenerwowana. - Mamy problem. 

- Znowu? - Westchnął. 

Bez przerwy mają tu problemy. Po raz setny zaczął się zastanawiać, czy wuj Harry 

był przytomny, kiedy zapisywał mu w spadku firmę. 

- Co się stało? 

Na twarzy Pearl pojawił się blady uśmiech, po czym momentalnie spoważniała. 

- Toy Castle odwołała wszystkie zamówienia. - Pearl pochyliła głowę, spoglądając 

na trzymany w ręku list. - Nie spodobały im się nasze propozycje na lato. 

Carter zaklął pod nosem. Tylko tego mu teraz brakowało. 

- Oni zamawiają pięćdziesiąt procent całej sprzedaży. 

- Pięćdziesiąt dwa procent - poprawiła go Pearl. 

- Raczej zamawiali. 

- Rozumiem, że podczas mojej nieobecności nie zdarzył się żaden cud? 

T L

 R

background image

-  Nie,  chyba  że uzna  pan za  cud to,  że Paul  zobaczył  w  sałatce z  kurczaka  twarz 

Richarda Nixona. 

Carter zachichotał. 

- Przynajmniej ktoś tu wierzy w cuda. 

Twarz Pearl złagodniała. Siwowłosa dama położyła rękę na ramieniu Cartera. 

- Na pewno pan sobie poradzi, panie Matthews. - Odwróciła się, by wejść do bu-

dynku, i kolejne pasmo włosów wyśliznęło się z jej koka. 

To był znak, że kłopoty się dopiero zaczynają. 

Carter minął frontowe wejście i udał się do boksów, które zajmowali projektanci. 

Dwaj z nich pracowali przy desce kreślarskiej, a trzeci rysował przy biurku. 

Czwarty, Paul, siedział z tyłu, wpatrując się w plastikowy pojemnik z lunchem. 

- Krótkie zebranie, chłopcy - zarządził Carter. Projektanci usiedli wokół stołu rów-

nie zainteresowani tym, co dzieje się wokół, jak uczniowie szkoły podstawowej na lekcji 

fizyki. Jason Ritter rozparł się na krześle i z rękami skrzyżowanym na piersiach spytał, 

czy usłyszą nowe wskazówki na temat gry w golfa. 

Carter  się  skrzywił.  Rzeczywiście  kiedyś  zwołał  zebranie,  by  opowiedzieć  im  o 

nowym klubie golfowym. Chciał nawiązać koleżeńskie stosunki z pracownikami, ale nie 

był zadowolony z rezultatów. 

- Musimy porozmawiać o pracy - oznajmił Carter. Lenny uniósł sceptycznie brwi. 

- Czy mam zawołać Pearl? - zapytał. 

- Nie - odparł Carter przez zaciśnięte zęby. Kiedy ci ludzie znajdą dla niego choć 

odrobinę szacunku? 

Pewnie wtedy, gdy firma zacznie przynosić zyski. Nawet on sam żywiłby wtedy do 

siebie szacunek. Odchrząknął. 

- Straciliśmy klienta, Toy Castle, bo nie spodobał im się nasz letni katalog. 

Jason spojrzał ze złością na Paula. 

- Mówiłem ci, że nikt nie kupi twojego głupiego hydrantu. 

Paul odwrócił się do niego. 

-  To,  że  nie  potrafiłeś  trzymać  z  daleka  swojego  psa  podczas  próby,  wcale  nie 

oznacza, że to była zła pompa. Powinienem był wziąć tego pudla i... 

T L

 R

background image

- Spokojnie, chłopcy - wtrącił się Carter. Wiedział, że wszyscy pracownicy są zde-

nerwowani,  a  projektanci  zabawek  zaraz  skoczą  sobie  do  gardła.  -  Musimy  wymyślić 

wspólnie, jak wydobyć się z impasu. 

-  To  nie  impas,  tylko  krach  -  sprecyzował  Mike.  -  Bije  nam  dzwon  na  trwogę.  - 

Uniósł dwa palce w górę, udając, że pociąga za sznury. 

Trzej pozostali projektanci wybuchnęli śmiechem. Carter nie zareagował, choć je-

mu też się zdawało, że słyszy bicie dzwonu. 

- W tym celu zaangażowałem firmę Creativity Masters, która... 

- Nikt nie musi nas uczyć kreatywności - przerwał mu Paul. - Projektujemy zabaw-

ki od lat bez pomocy ekspertów. 

Carter wziął z półki prototyp Cmentarnego Kotka i uniósł go w górę. Zabawka wy-

dała długi żałosny pisk. 

- Uważasz, że kot zombi to dobry pomysł? 

- No, zjawiska paranormalne są teraz bardzo modne - odparł Paul. - Pooglądaj te-

lewizję. Dzieci uwielbiają takie bzdury. 

- Dzieci lubią żywe zwierzęta, Paul, a nie gwiazdy ze starych horrorów. 

Paul uniósł w górę głowę. 

- Skąd o tym wiesz? - zapytał. - Ja mam dwoje dzieci, a ty? 

Carter  się  skrzywił.  Powinien  wyrzucić  Paula  z  pracy  za  brak  dyscypliny  -  nie 

pierwszy wypadek tego typu w firmie - ale w tej chwili potrzebni mu byli wszyscy pra-

cownicy. 

- Nie mam dzieci, Paul, ale i tak wiem, że martwe zwierzęta nie znajdą nabywców, 

podobnie jak supermani z mopem. - Kiedy położył nieszczęsnego zwierzaka na stole, za-

bawka wydała z siebie kolejny jęk. - Płacę wam wszystkim za to, żebyście wymyślali za-

bawki, które się sprzedadzą, zamiast wtrącać się w moje osobiste sprawy. 

- Myślisz, że ci spece z Creativity Blasters... 

- Masters - poprawił Carter. 

Paul wzruszył ramionami, jakby to było bez znaczenia. 

- Myślisz, że nauczą nas, jak projektować lepsze zabawki? 

T L

 R

background image

- Prawdę mówiąc, tak. Jakość i pomysłowość zeszły tu na psy. Musimy coś przed-

sięwziąć.  Mam  nadzieję,  że  będziecie  współpracować  z  Daphne,  albo  poszukam  kogoś 

na wasze miejsce. 

Odwrócił się i wyszedł z pokoju. Potem zamknął się w gabinecie, wyjął komórkę i 

wybrał numer. 

- Powiedz, jak ci się to udało - poprosił. 

- Ale co? - Cade, jego brat bliźniak, zachichotał. - Co mi się udało? Bo jeśli masz 

kłopoty z kobietą, to aż boję się myśleć, o co chodzi. 

- Nie chodzi o kobietę. - Carter zagłębił się w skórzanym fotelu. - Choć mam i ta-

kie problemy. 

- Pozwól mi zgadnąć. Umówiłeś się na kilka randek w piątek wieczorem i potrze-

bujesz rady, jak złamać jeszcze jedno serce? 

Carter usłyszał, jak żona brata, Melanie, przesyła mu pozdrowienia. 

Przez chwilę czuł zazdrość. Jego brat był szczęśliwy. Miał piękny dom, wspaniałą 

żonę i cudowną córeczkę. 

Zawsze uważał, że on sam ma szczęście, bo jest wolny i może umawiać się, z kim 

chce, unikając zobowiązań,  ale  ostatnio  zaczęła dręczyć  go  uporczywa  myśl,  że  czegoś 

mu brakuje. 

Tak, powinien wyrwać się z tego przeklętego biura, wypić kilka piw z chłopakami 

w pubie Sullivana, spotkać się z jakąś kobietą i na kilka dni zapomnieć o kłopotach. To 

na pewno przyniosłoby mu ulgę. 

Nagle poczuł ścisk żołądka. Wcale nie chciał być dłużej największym playboyem 

środkowego zachodu. Chciał być dumny ze swojego życia i z pracy. Niestety im bardziej 

pragnął to osiągnąć, tym bardziej okazywało się to niemożliwe. 

- Cade, nigdy nie potrzebowałem twojej rady w sprawach damsko-męskich, i teraz 

też nie o to mi chodzi - odrzekł z udawanym zadowoleniem. - Chcę tylko się dowiedzieć, 

jak mogłeś wytrzymać tak długo w pracy, której nie znosiłeś. 

- Myślałem, że chcesz przejąć firmę po wuju Harrym. 

- Chciałem. Ale nie przypuszczałem, że to będzie takie trudne. 

Cade westchnął. 

T L

 R

background image

- Chcesz posłuchać mojej rady? 

Carter potarł skronie, próbując uśmierzyć ból głowy, który bezustannie go dręczył. 

- Tak. 

- Nie poddawaj się. Musisz przetrwać burzę. 

- I wyjdzie mi to na zdrowie - odparł Carter, cytując maksymę, którą przez całe ży-

cie powtarzał mu ojciec. 

A może ojciec miał rację? Te słowa nie były pozbawione sensu. Carter wiedział, że 

wytrwałość nie jest jego mocną stroną. 

Cade westchnął. 

- Chyba tak. Sam wiesz, że nigdy nie musiałeś się o nic starać. 

To prawda. Przez całe życie miał szczęście. W szkole i w pracy wszystko do tej po-

ry przychodziło mu z łatwością. 

- Tak - przyznał. - Ale nigdy nie byłem odpowiedzialny za innych ludzi. Teraz ode 

mnie zależy przyszłość moich pracowników. Nie mogą czekać, aż poradzę sobie z kłopo-

tami. Ta praca nie jest dla mnie. Skąd mogę wiedzieć, jakich zabawek potrzebują dzieci, 

żeby dobrze się bawić? 

- Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, dlaczego Harry zapisał firmę tobie, a nie 

mnie? 

- Bo chciał, żebym miał dzieci? Albo bawił się z nimi lalkami? - Carter zaśmiał się. 

- Chyba nie. Jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który powinien mieć dzieci. - Nie 

bez powodu Daphne nie chciała wyjść za niego za mąż. 

- Nie, Carter - odparł spokojnie Cade, przejęty troską o brata. - Wujek zostawił ci 

tę firmę, bo chciał, żebyś cieszył się życiem. Nigdy się dobrze nie bawiłeś. 

Carter potrząsnął głową. 

- Nie, braciszku. Ja... 

- Wiem, co mówię. Zawsze tylko udawałeś, że się dobrze bawisz. 

Carter  milczał.  Czuł  dławienie  w  gardle.  Potrząsnął  tylko  głową,  choć  brat  nie 

mógł tego zobaczyć. Usiadł w skórzanym fotelu, który kiedyś należał do wuja, i położył 

nogi na biurku. 

Wcale nie był zrelaksowany. 

T L

 R

background image

- Carter, nie myśl teraz o samochodach, golfie i kobietach - powiedział z troską w 

głosie Cade, który potrafił czytać w myślach brata. - Zajmij się firmą. Przekonasz się, że 

dasz sobie radę i że sprawi ci to wielką przyjemność. 

- Ostatnio w ogóle nie wychodzę z pracy i to nic nie daje, a nawet pogarsza sytu-

ację. 

- Może wyjdzie ci to na zdrowie. Carter parsknął. 

- Teraz mówisz jak tata. Nie chcę już tego słuchać. 

- To tylko moja rada - odparł Cade, a potem krzyknął do Melanie, że już idzie. - 

Dziś  wieczorem  mamy  grilla.  Może  wpadniesz  do  nas  na  piwo?  Obiecuję,  że  nie  będę 

prawić ci morałów. Wiem, że czasem przemawiam jak ojciec. 

Carter  zaśmiał  się,  udobruchany  tymi  słowami,  choć  przedtem  usłyszał  gorzką 

prawdę. 

- To kusząca propozycja. Nie mogę odmówić. 

- W takim razie do zobaczenia o siódmej. Aha, i przynieś sałatkę ziemniaczaną, bo 

oberwie mi się za to, że zapomniałem pójść do sklepu. 

Carter  się  roześmiał,  a  potem  obiecał,  że  wpadnie do  delikatesów.  Kiedy  odłożył 

słuchawkę, przez długą chwilę zastanawiał się nad tym, co usłyszał od brata. Potem tele-

fon na biurku się rozdzwonił i znów zaczęły napływać złe wiadomości. 

Cade ma rację. Carter powinien mieć trochę radości w życiu. 

Wiedział, gdzie ją znajdzie. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

- Co ci powiedział?! - Oczy Reilly'ego zrobiły się okrągłe ze zdumienia.  

Przysunął swój fotel do Daphne, nie spuszczając z niej wzroku. 

- Żebym za niego wyszła - parsknęła, wymachując ręką. - Uważa, że jako jego żo-

na łatwiej zdobędę fundusze na założenie centrum. To będzie lepsza reklama dla firm, bo 

media zrobią z tego sensację. 

- Zgodziłabyś się na ślub kościelny czy tylko cywilny? 

- Reilly, nie wyjdę za mąż dla rozgłosu. Chcę wziąć ślub z miłości, kiedy ktoś mi 

się oświadczy dlatego, że mnie kocha. Włożę wtedy białą suknię i pójdę do ołtarza. Przy-

sięga małżeńska musi być szczera, a nie składana z wyrachowania. 

- Wiedziałem. - Reilly się uśmiechnął. - Jesteś bardzo romantyczna. 

- Nieprawda - zaprotestowała słabo. 

- Potajemne śluby są bardzo romantyczne.  

Daphne otworzyła usta ze zdumienia. 

- Chyba nie myślisz, że powinnam wziąć potajemny ślub? 

- Ależ tak. - Położył rękę na jej ramieniu. - Posłuchaj, Daph. Znam cię bardzo dłu-

go, pracuję tu prawie od początku. Moim zdaniem jesteś genialna w pracy, ale jeśli cho-

dzi o twoje życie osobiste... 

- To co? - spytała, gdy nie kończył zdania. 

Kiedy Reilly się skrzywił, wiedziała, że nie usłyszy nic miłego. 

- Kochanie, nie masz za grosz spontaniczności. 

- Nieprawda. 

- Tak? W takim razie powiedz, co zrobiłaś spontanicznego w ciągu ostatnich pięciu 

lat. 

- Kiedyś... - Daphne zamilkła, nie mogąc sobie nic przypomnieć. - Och, przecież... 

- Znów zamknęła usta. Nic nie przychodziło jej do głowy. - Na pewno wiele razy zacho-

wałam się spontanicznie. 

- Nie wierzę. Mówisz ludziom, że spontaniczność pozwala uruchomić wyobraźnię, 

a sama... 

T L

 R

background image

Daphne zerwała się z fotela, celując palcem w Reilly'ego. 

- Wyszłam na lunch i kupiłam fioletowy żakiet w Macy's. Bez obniżki ceny! 

Reilly przechylił głowę w bok. 

- Jakie to smutne, kochanie. Bardzo smutne. Daphne poruszyła się niespokojnie. 

- No tak... 

- Powinnaś się zrelaksować, Daphne. Może wtedy zaczniesz cieszyć się życiem tak 

jak pracą. 

Reilly  miał  rację.  Praca  sprawiała  jej  przyjemność  i  pozwalała  zachowywać  się 

swobodnie.  Były  dwie  Daphne:  ta  kreatywna,  która  uczyła  ludzi  pobudzać  własną  wy-

obraźnię, i ta przygaszona, która nie pozwalała sobie na spontaniczność, bo wychowała 

się w domu, w którym niezmiennie panował chaos. 

- Prawdę mówiąc, zrobiłam dzisiaj coś zupełnie nieoczekiwanego i spontanicznego 

- wyznała. 

- Pozwól mi zgadnąć. Kupiłaś spódnicę do tamtego żakietu? 

- Nie. - Zaczęła bawić się ołówkami w kubku z napisem „Zabawni ludzie są kre-

atywnymi pracownikami". - Pocałowałam Cartera Matthewsa w restauracji Lombardo's. 

Teraz Reilly otworzył usta ze zdumienia. 

- Naprawdę? To wspaniale, Daph! 

- Nie. To był błąd. Nigdy więcej tego nie zrobię. 

- Dlaczego, Czy on jest kiepski? 

- W całowaniu? - Na wspomnienie tego pocałunku zrobiło jej się gorąco. Przypo-

mniała sobie, jak Carter ujął ją pod brodę i całował, a ona czuła się najszczęśliwsza na 

świecie. - O nie. Był bardzo dobry. 

-  No  widzisz?  Właśnie  o tym  mówię. Żyjesz  pracą,  a  tak  naprawdę powinnaś  się 

całować, a może nawet wyjść za mąż. - Uśmiechnął się z nadzieją. 

Daphne potrząsnęła głową. 

-  To  idiotyczne  brać  ślub  dlatego,  że  ktoś  nie  chce  uchodzić  za  playboya.  Niech 

Carter Matthews ożeni się z jakąś inną panną. 

A ona będzie żyć dalej tak jak teraz. Od czasu do czasu może wziąć urlop i wyje-

chać na wakacje. Wcale nie potrzebuje więcej spontaniczności. Dawno temu przekonała 

T L

 R

background image

się,  że nieprzemyślane  zachowanie do niczego  dobrego  nie prowadzi. Praca  to  jej  azyl. 

Ten pocałunek był wspaniały, ale mogła się bez niego obejść. 

- Czy to znaczy, że nie masz nic przeciwko temu, żeby Carter ożenił się z kimś in-

nym? - spytał Reilly. 

Jej asystent jak zwykle trafił w sedno. Wybrała go właśnie dlatego, że umiał spre-

cyzować, na czym polegają kłopoty klientów, a potem wymyślić, jak sobie z tym pora-

dzić. Jednak wcale nie chciała, żeby zajmował się jej własnymi problemami. 

Odwróciła się i zaczęła porządkować stertę teczek z dokumentami, starając się nie 

myśleć,  że  Carter  Matthews  mógłby  całować  się  z  inną  kobietą  czy  choćby  się  do  niej 

uśmiechać. 

- Nic mnie nie obchodzi, z kim Carter Matthews będzie się całować czy brać ślub - 

powiedziała. 

- Oczywiście - odparł Reilly, wcale jej nie wierząc. - W takim razie dlaczego mia-

łabyś nie umówić się z nim na kolację, żeby mu to dziś powiedzieć? 

-  Przestaniesz  wreszcie,  Reilly?  -  zapytała  ze  złością.  -  Nigdzie  z  nim  nie  pójdę. 

Wrócę do domu, podgrzeję sobie kurczaka w mikrofalówce i obejrzę film, który nagra-

łam w zeszłym tygodniu. 

Reilly uśmiechnął się z miną spiskowca. 

- Przykro mi - oznajmił - ale nie będziesz jadła naszpikowanego chemikaliami gu-

mowego kurczaka z zamrażalnika. Kilka minut temu dzwonił Carter. Nie od razu wyja-

śnił mi, o co chodzi, ale wreszcie dowiedziałem się, że chce zaprosić cię na kolację. Po-

zwoliłem sobie powiedzieć mu, że masz dziś wolny wieczór. 

- Co takiego? 

-  Zaproponowałem,  żeby  zarezerwował  stolik  w  Chez  Amore,  ale  on  planuje  coś 

innego - oświadczył Reilly, nie zwracając uwagi na jej słowa. - Co prawda mówił, że nie 

musisz  zmieniać  stroju,  ale  wydaje  mi  się,  że  jeśli  chcesz  zrobić  na  nim  wrażenie,  po-

winnaś włożyć tę czarną suknię, w której byłaś w zeszłym roku na balu w kasynie. 

- Umówiłeś mnie na randkę, nie pytając mnie o zdanie? 

-  Tak.  -  Uśmiechnął  się  z  satysfakcją.  -  Dobrze  wiesz,  że  powinnaś  odpocząć  po 

pracy. Potrzebny ci ambitny mężczyzna, a poza tym lubisz Cartera Matthewsa. - Uniósł 

T L

 R

background image

rękę w górę, chcąc powstrzymać jej protest. - Na miłość boską, Daphne, masz to wypisa-

ne na twarzy. Czy wiesz, jak się zaczerwieniłaś, kiedy mówiłaś, że cię pocałował? A te-

raz nie bądź głuptasem, tylko idź z nim na kolację. 

Daphne wzięła się pod boki. 

- Hej, kto jest tutaj szefem? 

- Ja, przynajmniej jeśli chodzi o decydowanie, co jest dla ciebie dobre. Doszedłem 

do bardzo ważnego wniosku - oznajmił, unosząc głowę. - Nie jesteś już panią własnego 

życia, Daphne Williams. Zwalniam cię. - Roześmiał się. - Długo czekałem na tę chwilę. 

Podszedł  do  swego  biurka,  nucąc  pod  nosem  miłosną  piosenkę.  Daphne  musiała 

przyznać  mu rację.  Jej  życie powinno toczyć  się  inaczej. Brakowało  w nim  równowagi 

między pracą i rozrywką. 

Reilly  uważał,  że  najlepszym  lekarstwem  na  to  jest  małżeństwo,  ale  Daphne  nie 

miała zamiaru wybierać takiego rozwiązania. 

- Przyznaj się, czy nie masz dwójki dzieci i psa, czekających na mnie za drzwiami 

numer  jeden  -  powiedziała  Daphne  trzy  godziny  później,  siedząc  w  lexusie  Cartera  na 

podjeździe przed ładnym domem w stylu Tudorów na przedmieściach Lawfordu. 

Carter się roześmiał. 

-  Nie, to  dom  mojego  brata  -  powiedział,  biorąc  z siedzenia pojemnik z sałatką  z 

przyklejonym  logo  sklepu  spożywczego.  -  Jedyna  groźna  istota,  której  mogłabyś  się 

obawiać poza Cade'em i Melanie, to Grover. 

Wysiadł z samochodu i okrążył go, by  otworzyć przed nią drzwi. Jednak Daphne 

była szybsza. Nie czekała na zbyteczne oznaki rycerskości, niezależnie od tego, co my-

ślał o tym Reilly. 

- Grover? 

- On ma dobre zamiary  - powiedział Carter, kiedy szli wyłożoną czerwonymi ce-

głami ścieżką do frontowych drzwi - ale uważaj na jego język. 

Zanim weszli po schodach na górę, drzwi otworzyły się, a w progu stanęła drobna 

ciemnowłosa kobieta o roześmianych zielonych oczach. 

- Carter! Nic nie mówiłeś, że przywieziesz swoją...  

T L

 R

background image

Wielka kula szaro-białego futra przemknęła obok niej i wskoczyła na Daphne. Pies 

położył przednie łapy na jej piersi i zaczął entuzjastycznie lizać ją językiem. 

- To jest właśnie Grover - powiedział ze śmiechem Carter, chwytając psa za obrożę 

i próbując odciągnąć go od Daphne, która zachwiała się pod ciężarem jego cielska. 

- O Boże! Przepraszam. - Melanie przyszła Carterowi w sukurs. - On nie może się 

pochwalić dobrymi manierami. 

- Tak jak mój brat. - Mężczyzna podobny do Cartera niczym dwie krople wody po-

jawił się na schodach. Poklepał brata bliźniaka po ramieniu i uśmiechnął się. 

Carter zaśmiał się, wskazując go gestem dłoni. 

- Daphne, to Cade, mój brat bliźniak, który wcale nie przypomina mnie z charakte-

ru. 

- Tak, szkoda, że ja mam charakter, a ty resztki - zaśmiał się Cade, klepiąc brata w 

bark. 

Potem  zaczęli  się  spierać,  który  z  nich  przyszedł  na  świat  pierwszy  i  który  jest 

przystojniejszy. 

Daphne przyglądała się im ze ściśniętym sercem. Na pierwszy rzut oka widać było, 

że się kochają. Melanie śmiała się, sekundując ich potyczce słownej. 

Daphne starała się nie myśleć o tym, że była samotna niemal przez całe życie. Nie 

czekając na Cartera, wyciągnęła rękę, żeby się przedstawić. 

- Jestem Daphne - powiedziała. 

- Cade Matthews. A to moja żona Melanie - odparł brat Cartera. 

Wyglądali  na  szczęśliwą  parę,  którą  łączyło  wiele  pięknych  wspomnień.  Daphne 

znów poczuła kłucie w piersi. 

- Można powiedzieć, że to jego lepsza połowa - szepnął Carter do ucha Daphne. 

Poczuła na szyi jego ciepły oddech. 

Kiedy  powitanie  się skończyło,  a  Grover  dostał  gumową  zabawkę,  którą Melanie 

znalazła na werandzie, cała czwórka przeszła do ogrodu za domem. 

Nad grillem unosił się dym pachnący orzesznikiem i klonem. Świeżo przystrzyżo-

na gęsta i bujna trawa stanowiła oazę w wielkim ogrodzie. W lewym rogu, pod kwitnącą 

dziką jabłonią, znajdowała się biała drewniana huśtawka. 

T L

 R

background image

-  Tu  jest  wspaniale  -  powiedziała  Daphne  do  Melanie.  -  Macie  piękny  widok  z 

okna. 

- Dziękuję - rzekła Melanie, podając jej margaritę z lodem w szklance ozdobionej 

kaktusami i sombrerami. - W zeszłym roku sprzedaliśmy dom w Indianapolis, żeby prze-

nieść się bliżej naszej córki Emmie, która za półtora roku ukończy studia w Lawfordzie. - 

Roześmiała się. - O Boże!  Nie mogę uwierzyć, że jestem już taka stara. Niedługo będę 

matką absolwentki uniwersytetu. 

Wszystko wydawało się tak idealne i wspaniałe, że 

Daphne pozazdrościła im takiego życia. Czy nie o tym właśnie marzyła? Prawdzi-

wy dom z ogrodem, pies? Matka wychwalająca córkę i kochający ojciec? 

A przede wszystkim mężczyzna, który patrzyłby na nią tak, jak Cade spoglądał na 

żonę. 

Odwróciła  się,  czując  na  sobie  wzrok  Cartera.  Serce  zabiło  jej  mocniej,  gdy 

uśmiechnął się do niej. To idiotyczne! Przecież prawie go nie zna. 

Jednak  pijąc  koktajl  i  tłumacząc  Carterowi,  jakie  lubi  steki,  zastanawiała  się, czy 

Reilly  nie  miał  przypadkiem  racji,  że  za  dużo  czasu  poświęca  na  myślenie,  zamiast  po 

prostu żyć. 

Godzinę później, gdy ostatnie kolby kukurydzy zostały już zjedzone, Cade wygrał 

zaimprowizowany  naprędce  konkurs,  w  którym  pokonał  brata,  udowadniając,  że  męż-

czyźni  potrafią  wciąż  zachowywać  się  jak  mali  chłopcy.  Potem  Grover  spałaszował 

resztki steków, a Daphne i Carter spacerowali po ogrodzie, wdychając zapach kwiatów i 

podziwiając nowe grządki, aż wreszcie usiedli na huśtawce. 

- Dziękuję - powiedział Carter, wprawiając w ruch huśtawkę. 

- Za co? - zdziwiła się Daphne. 

- Za to, że tu przyjechałaś, a zwłaszcza za to, że sekundowałaś mi w pojedynku z 

Cade'em. 

Roześmiała się, wygładzając spódnicę. 

- Chciałam ci także podziękować - oznajmiła. - Od dawna nie brałam udziału w ta-

kiej rodzinnej uroczystości. 

- Naprawdę? A gdzie jest twoja rodzina? 

T L

 R

background image

- Daleko. - To był smutny temat stanowiący zamknięty rozdział w jej życiu. - Moi 

dziadkowie  urządzali  takie  uroczystości,  ale  mieszkali  w  Maine,  więc  widywałam  ich 

tylko raz lub dwa razy w roku. Dziadek zmarł, gdy miałam dwanaście lat. Moja babcia 

bardzo  to  przeżyła.  Nigdy  nie  pogodziła  się  z  odejściem  dziadka.  Przez  całe  życie  byli 

razem. Kilka lat spędziła w domu spokojnej starości w Arizonie, a potem zmarła. Moja 

matka i ojczym także mieszkają w Arizonie, ale często podróżują po całym świecie. 

- Masz siostry i braci?  

Potrząsnęła głową. 

- A kuzynów? 

- Tata umarł, kiedy byłam mała. Matka wyszła potem kilka razy za mąż, jakby szu-

kała ideału. Ale nie miała więcej dzieci. 

- Zdaje się, że coś nas łączy - powiedział Carter, wiercąc czubkiem buta w trawie. - 

Matka odeszła od nas, kiedy ja i Cad byliśmy mali. 

- Och, Carter, tak mi przykro. - Położyła rękę na jego dłoni. 

Spojrzał na jej drobną rękę, czując, że serce topnieje mu jak wosk. Przez całe życie 

starał się zapomnieć ten dzień, ale teraz, gdy Daphne była obok, to wszystko nie wyda-

wało się już takie straszne. 

- Jestem dorosły - powiedział. - Teraz wszystko jest w porządku. 

- Myślę to samo o swoim dzieciństwie - odparła krótko. 

Odniósł wrażenie, że Daphne lubi rozmawiać o przeszłości tak samo jak on - czyli 

wcale. 

- Ciekawa jestem, dlaczego zdecydowałeś się kierować fabryką zabawek. Nie mo-

głeś po prostu zatrudnić jakiegoś menedżera? 

Uśmiechnął się. 

- Widzę, że nie bardzo podobam ci się w tej roli. 

Na ustach Daphne zadrgał uśmiech. Na jej twarz padały promienie słońca przezie-

rającego przez liście jabłoni. 

- Widzę cię raczej w roli dealera porsche. 

T L

 R

background image

- Pewnie lepiej bym się wtedy spisał. - Pchnął mocniej huśtawkę, wywołując wie-

trzyk.  -  Możesz  mi  wierzyć,  że  byłem  bardzo  zaskoczony,  kiedy  dowiedziałem  się,  że 

wuj zapisał mi tę firmę. 

- Z powodu twojej reputacji - odparła bez złośliwości. 

- Tak. Ojciec był pewien, że poniosę klęskę. 

- I postanowiłeś, że do tego nie dopuścisz? 

- Przez całe życie uważał mnie za nieudacznika, więc chciałem zrobić mu na złość, 

udowadniając, że się myli. 

Daphne zaśmiała się z nutą zrozumienia w głosie. 

- Dlatego tak bardzo zależy ci na sukcesie? 

- Z początku rzeczywiście chciałem udowodnić ojcu, że się myli, ale potem coś so-

bie  uświadomiłem.  -  Przestał  kołysać  huśtawką  i  spojrzał  na  Daphne.  -  Ci  ludzie,  moi 

pracownicy, są ode mnie zależni. Muszą pracować, żeby spłacić kredyty, wyżywić rodzi-

ny i wychować dzieci. 

- To wielka odpowiedzialność, prawda? 

Nagle Daphne zrobiła mu się tak bliska jak żadna inna kobieta. Mówili tym samym 

językiem, mieli podobne problemy. Nikt nigdy tak go nie rozumiał. 

-  A  ty?  -  spytał,  patrząc jej  w  oczy.  -  Dlaczego  zostałaś trenerką  kreatywności,  a 

nie reprezentantką handlową porsche? 

Roześmiała się, wzruszając ramionami. Carter odniósł wrażenie, że Daphne nie lu-

bi mówić o sobie. Potem westchnęła i odepchnęła się obcasem od ziemi, puszczając huś-

tawkę w ruch. 

- Moja matka zawsze uwielbiała zmiany. Zmieniała miasta, mężów, domy. 

- Czy dlatego zajęłaś się kreatywnością? Daphne roześmiała się ponuro. 

-  O  nie,  wręcz  przeciwnie.  Pragnęłam  stabilizacji.  Uwielbiałam  jeździć  latem  do 

dziadka. Lubiłam się bawić, ale kiedy dorosłam, chciałam wykorzystywać zabawę w po-

żyteczny sposób. 

- Pomagając firmom?  

Skinęła głową. 

- Tak. 

T L

 R

background image

- A czy ty sama dobrze się bawisz? 

- Nie mam na to czasu. Nie chcę wikłać się w żaden związek. 

- Ale teraz siedzisz obok człowieka, który znany jest z tego, że uwielbia zabawę. 

Może czegoś cię nauczę. 

W jej oczach błysnął lęk. Czy myśl o zabawie powinna przestraszyć kobietę uczącą 

ludzi, że spontaniczność prowadzi do sukcesu? 

- W każdym razie - odparła, zmieniając temat - chciałam stworzyć podobne warun-

ki dzieciom, ale moje fundusze były skromne. Pół roku temu kupiłam biuro przy Prince 

Street, wykładając na to całą gotówkę. Miałam nadzieję, że znajdę sponsorów na sfinan-

sowanie reszty przedsięwzięcia. Nawet jeśli to mi się nie uda, znajdę sposób na stworze-

nie tego centrum. 

- Chcesz, żeby każde dziecko miało dziadka Wallace'a? 

Łzy zaszkliły się w jej oczach. 

- Tak. - Uśmiechnęła się. - A przynajmniej każde dziecko w południowej Indianie. 

Carter kołysał huśtawką, przyglądając się Daphne. Może do tej pory spotykał nie-

odpowiednie  kobiety  albo  rozmawiał  z  nimi  tylko  o  głupstwach,  bo  Daphne  za-

intrygowała go swoją osobowością. 

Myślę, że to naprawdę wspaniały pomysł - oświadczył. 

- Ale może skończyć się fiaskiem. Potrząsnął głową. 

- Na pewno nie, skoro ty się tym zajmiesz. 

- Dziękuję. 

Huśtawka kołysała się łagodnie. 

- Skoro mówimy o spontaniczności, muszę cię przeprosić za to, że zupełnie zgłu-

piałem, mówiąc o małżeństwie. 

Oboje wybuchnęli śmiechem, ale mimo to Carter zastanawiał się, co by było, gdy-

by Daphne się zgodziła. 

- Pomogę ci znaleźć sponsorów - obiecał, pragnąc, by się uśmiechnęła. - I nie sta-

wiam żadnych warunków. 

- Naprawdę?  

Skinął głową. 

T L

 R

background image

- Och! Dziękuję, Carter. 

Położyła  rękę  na  jego  dłoni,  spoglądając  mu  w  oczy.  Jest  tak  wrażliwa,  że  łatwo 

mógł ją zranić. A to była ostatnia rzecz, jaką chciałby zrobić. 

- Daphne - powiedział, szukając słów, by wyrazić miotające nim uczucia. - Ja... 

Nie dokończył, bo w tej chwili Grover wskoczył mu na kolana, zostawiając błotni-

ste  ślady  na  jego  spodniach.  Potem  wgramolił  się  na  siedzenie  i  uderzając  ogonem  w 

twarz Daphne, podczas gdy przednie łapy spoczywały na piersi Cartera, dyszał ciężko i 

szczekał,  a  potem  usadowił  się  między  nim  a  Daphne,  przygniatając  ich  swoim  ciel-

skiem. 

-  Co  chciałeś powiedzieć?  -  spytała  Daphne,  kładąc  rękę na  głowie Grovera, wy-

raźnie zadowolona z jego towarzystwa. Jej oczy były pogodne i błękitne. 

Zaufała mu. Carter przywołał na twarz swój zwykły beztroski uśmiech. 

Taka kobieta zasługuje na lepszego mężczyznę niż on. 

- Ktoś tu cię bardzo lubi - zauważył.  

Wciągnęła powietrze, nie spuszczając z niego wzroku. 

- Kto to może być? 

Teraz Carter zaprezentował uśmiech, którym złamał wiele serc. 

- Oczywiście Grover. 

Tym  razem  jednak,  kiedy  Daphne  śmiała  się,  głaszcząc  psa  po  olbrzymim  łbie, 

Carter miał wrażenie, że to jemu pęka serce. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Gdy Daphne przyjechała rano do TweedleDee Toys na pierwsze ćwiczenia z kre-

atywności,  Carter  zachowywał  się  bardzo  oficjalnie.  Chociaż  chętnie  porozmawiałby  z 

nią tak jak wtedy na huśtawce, wiedział, że w tej chwili jest to niemożliwe. 

Ojciec  powiedziałby,  że  jego  syn  cierpi  na  syndrom  nowej  błyszczącej  zabawki. 

Carter  nie  miał  wątpliwości,  że  Daphne  zniknie  z  jego  życia,  gdy  tylko  zaczną  się  po-

ważne rozmowy o przyszłości. 

Hm. Właśnie dlatego się jej oświadczył, że nie miał zamiaru angażować się w ten 

związek. Ostatnio miał za dużo plastikowych zabawek. 

Teraz Daphne stała pośrodku biura, a wszystkie męskie oczy wpatrzone były w nią. 

Przedstawiła pokrótce swoją karierę zawodową i przekazała im podstawowe informacje 

na temat prowadzonej przez nią firmy. Jej ruchy były płynne, dobrze zgrane z melodyj-

nym głosem. 

- Czy jesteście gotowi? - spytała projektantów.  

Czterej mężczyźni siedzący przy stole pokiwali głowami z zakłopotaniem. 

- To świetnie. - Odwróciła się do Cartera. - A ty? 

-  Ja?  -  Wskazał  ręką  na projektantów.  -  Ja jestem tu niepotrzebny.  To  ci  chłopcy 

dokonują cudów. 

Jednak ostatnio dokonywane przez nich cuda miały podejrzanie jarmarczny charak-

ter. 

- Możesz dołączyć do nas później - odparła Daphne, dając do zrozumienia, że nie 

ominie go trening. Potem znów odwróciła się do projektantów. - Zaczniemy od prostego 

ćwiczenia. - Wyciągnęła z torby grę planszową i położyła ją na stole. 

- Zjeżdżalnie i drabiny? - zdziwił się Mike. 

-  To  gra  lubiana  przez  dzieci,  które  stanowią  waszą  grupę  docelową  -  wyjaśniła 

Daphne. - Od wielu lat plasuje się na listach bestsellerów w całym kraju. Musimy zasta-

nowić się, w jaki sposób można przełożyć jej sukces na sprzedaż waszych zabawek. 

T L

 R

background image

Daphne  rozdała  projektantom  pionki  w  czterech  kolorach.  Zaczęli  grać  bez  entu-

zjazmu, ale kiedy Paul trafił na zjeżdżalnię i wrócił na start, a drugi projektant zbliżył się 

do finiszu, atmosfera się ożywiła. 

- Nie wygrasz - powiedział Paul, pstrykając kolorową kostką. - Jestem mistrzem w 

tej grze. 

Mike uniósł brwi. 

- Często w to grasz? 

- No wiesz, ja mam dzieci - odparł Paul. - Muszę się jakoś z nimi bawić. 

Carter stał  z boku,  zadowolony,  że nie musi  grać.  Ta zabawa najpierw  wydawała 

mu się głupia, ale potem zobaczył, że jego pracownicy bardzo się zaangażowali i zacho-

wują się wręcz jak dzieci. Kiedy Mike wygrał, Daphne wyjęła inną grę, z żołnierzykami. 

-  Proszę  -  powiedziała,  stając  obok  Cartera.  Poczuł  delikatny  i  słodki  zapach  jej 

perfum. 

-  Będziesz  generałem  atakującym  obce  wojska.  -  Włożyła  mu  w  dłoń  stos  zielo-

nych ludzików. 

- Co takiego? - zdziwił się. - Nie. Nie będę grać. 

- Musisz współpracować z zespołem. Dzięki temu oni będą mieć więcej energii. 

Carter spojrzał na plastikowe pionki. Nagle przeniósł się myślami w przeszłość. On 

i Cade bawili się w wojsko w ogrodzie. Granice były narysowane kijem. Urządzali bitwy 

i manewry, przyznawali żołnierzom medale. Matka z walizką i kluczykami do samocho-

du w ręku podeszła do nich i szybko pocałowała ich w czoło. Potem ruszyła tak szybko, 

że tylne koło wryło się mocno w trawnik. Dopiero po trzech latach ta dziura zniknęła. 

Oni cierpieli jeszcze dłużej. 

- Nie mam czasu na głupstwa - powiedział Carter, rzucając pionki na stół. 

Projektanci spojrzeli na niego ze zdumieniem. Carter odwrócił się i wyszedł z po-

koju,  nie  chcąc  bawić  się  znów  w  wojsko,  a  przede  wszystkim  wspominać,  jak  bardzo 

było to bolesne. 

Godzinę później Daphne znalazła Cartera w biurze. Nie wrócił już do nich spraw-

dzić, czy robią postępy. 

T L

 R

background image

Po sesji Daphne spakowała gry do torby, a potem dostrzegła figurkę jednego żoł-

nierzyka  na  podłodze.  Podniosła  go  i  obracając  w  palcach,  przypomniała  sobie  dziwną 

reakcję Cartera. 

Twardy plastik wrył się boleśnie w skórę, gdy zacisnęła go w dłoni, a potem wło-

żyła do przedniej kieszeni torby. 

Ruszyła  holem  do  gabinetu  Cartera.  Przez  otwarte  drzwi zobaczyła,  że  siedzi po-

chylony nad biurkiem i ze zmarszczonym czołem robi obliczenia na kalkulatorze, najwy-

raźniej nie przynoszące wyników, jakich oczekiwał. 

Zapukała  cicho do drzwi.  Carter podniósł  głowę  i spojrzał na  nią,  aż przeszedł  ją 

dreszcz. 

- Daphne - powiedział cichym barytonem. 

- Już skończyliśmy zajęcia. 

- Jak poszło? 

- Świetnie. Zagraliśmy w kilka gier, a potem urządziliśmy burzę mózgów. Pod ko-

niec sesji chłopcy przekrzykiwali się pomysłami i jeden po drugim rysowali projekty na 

tablicy. 

- To dobrze. 

- Po sesji wyjazdowej będą stanowić bardzo zintegrowany zespół. Nie poznasz ich. 

- Dziękuję, Daphne. Jestem ci bardzo wdzięczny.  

Uśmiechnęła się. 

- Cała przyjemność po mojej stronie.  

Przyglądał się jej przez chwilę, aż uśmiech zniknął z jej twarzy i poczuła się nie-

pewnie. Carter wstał, okrążył biurko i zatrzymał się tuż przy niej. 

- Uważam, że zasłużyłaś na nagrodę. 

Zamarła, bo zdawało jej się, że chce ją pocałować. Co prawda Carter Matthews nie 

jest dla niej odpowiednim mężczyzną, ale jak cudownie było się z nim całować! 

-  Proszę  -  powiedział,  wkładając  wizytówkę  w  jej dłoń.  -  Rano  grałem  w  golfa  z 

Jamesem Kleinem, który posiada sieć sklepów z biżuterią. Bardzo zainteresował się two-

im centrum i ma zamiar ofiarować na nie dwadzieścia tysięcy dolarów. Jutro spotkam się 

z Dave'em Jenkinsem, który jest właścicielem firmy budującej domy, tej, która zdobywa 

T L

 R

background image

wciąż nagrody za najciekawsze projekty. Myślę, że on także zechce sponsorować twoje 

centrum. 

-  Wspaniale  -  powiedziała,  ściskając  w  ręku  wizytówkę.  Opuściła  głowę,  by  nie 

zauważył jej rozczarowania. - Dziękuję. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - powtórzył za nią. 

Kiedy  Daphne  podniosła  głowę,  ich spojrzenia  się spotkały.  Jej  serce  zaczęło  bić 

szybciej,  choć  wiedziała,  że  to  szaleństwo  zadawać  się  z  tym  mężczyzną.  Carter  lekko 

traktował  zarówno  swoją  firmę, jak  i  kobiety.  Ona  chciała  mieć  mężczyznę, na  którym 

mogłaby polegać. Kogoś poważnego, kto nie tkwi w chaosie, z którego ona chciała się za 

wszelką cenę wyrwać. 

- Muszę wracać do biura - powiedziała, nie ruszając się z miejsca. Nie wyciągnęła 

ręki po torebkę i żakiet, bo tak naprawdę wcale nie chciała wychodzić. 

- Ja też powinienem zająć się pracą - odparł, nie spuszczając z niej wzroku. 

Potem zrobił pół kroku naprzód i uniósł dłoń do jej brody. Daphne zrobiło się go-

rąco. Kiedy przesunął kciukiem po jej brodzie, poczuła dreszcz na plecach. 

- Chcę cię pocałować - powiedział cicho. - Czy to dobrze? 

O tak! Skinęła głową bez słowa. Czekała, pragnąc go. Potem wreszcie pochylił się 

i musnął ustami jej wargi. Dalej czekała, wstrzymując oddech. 

Cofnął się. Jego spojrzenie było mroczne. 

Pożądał jej. Przełknęła ślinę, myśląc o tym, że powinna odejść, zanim da się wcią-

gnąć w to, czego obawiała się przez całe życie. 

Jednak nie zrobiła ani kroku. Rozchyliła usta i pocałowała go. Jeszcze nigdy cze-

goś takiego nie przeżyła. W jej uszach rozbrzmiewała muzyka, której on nadawał tempo. 

Jego dłonie otulały jej głowę, zanurzając się we włosy. Czuła dotyk jego silnie zbudowa-

nej klatki piersiowej, która dawała jej błogie poczucie bezpieczeństwa. Zastanawiała się, 

jak wygląda jego ciało. 

Jego pocałunki doprowadzały ją do szaleństwa. Pieścił ją jak największy skarb. Po-

łożyła rękę na jego plecach, przytulając go do siebie i zapominając, że miała trzymać się 

z dala od mężczyzny, który traktował kobiety jak zabawki. 

T L

 R

background image

Wcale nie czuła się tak jak kolejna zabawka w jego życiu. Wręcz przeciwnie, miała 

wrażenie, że jest jedyną kobietą, której on pragnie. 

Ktoś zapukał do drzwi, które zapomnieli zamknąć, a potem odchrząknął. Niechęt-

nie odsunęli się od siebie. 

- Panie Matthews, czy mogę zabrać panu sekundę? 

-  Poważna  kobieta  z siwym  kokiem  weszła do  gabinetu z  obojętną miną.  -  Tylko 

chwila i potem będzie pan mógł kontynuować - spojrzała na nich oboje - spotkanie. 

- Ach, oczywiście, Pearl. Pearl Jenkins, to jest Daphne Williams, trenerka kreatyw-

ności, którą zatrudniłem. 

Ku  zdziwieniu  Daphne  z  ust  kobiety  nie  padło  ani  słowo  komentarza  na  temat 

związku  między  kreatywnością  a pocałunkami.  Starsza pani podała  rękę  Daphne, a  po-

tem położyła plik papierów na biurku Cartera. 

- Musimy porozmawiać - znów zerknęła na Daphne - na temat finansów. 

Carter się skrzywił. To nie był jego ulubiony temat. 

Daphne dobrze pamiętała trudne początki swojej działalności w biznesie, kiedy nie 

miała  jeszcze  stałych  klientów  i  przyzwoitych  dochodów.  Nawet  teraz  jej  firma  traciła 

czasem płynność finansową i musiała się wtedy martwić, jakich dokonać oszczędności. 

Potem sytuacja się poprawiała do tego stopnia, że trzeba było się zastanawiać, jak spro-

stać zapotrzebowaniom na szkolenia. Tak czy owak, kłopotów nie brakowało. Prowadze-

nie firmy nie jest tak łatwe, jak by się zdawało. Odwróciła się, biorąc z fotela płaszcz i 

torebkę. 

- Porozmawiamy później, skoro jesteś zajęty - powiedziała do Cartera. 

- Nie musisz iść, Daphne. To potrwa tylko chwilę. 

- Muszę - odparła stanowczo. 

Gdyby Pearl nie weszła do gabinetu, z pewnością doszłoby do nieszczęścia. Carter 

nie jest dla niej. Ten człowiek to playboy, lekkoduch. Nie chciała z nim się spotykać. 

- Mam obowiązki tak samo jak ty. Nie wolno mi o tym zapominać. 

Odwróciła się i wyszła, zanim hormony zdążyłyby pozbawić ją rozsądku. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

-  Pocałował  cię  i  załatwił  kilku  sponsorów  -  powiedziała  następnego  wieczoru 

Kim, siedząc na sofie Daphne ze stertą wypożyczonych filmów i wielką pizzą pepperoni. 

- Przepraszam cię, Ducky, ale nie rozumiem, co może ci się nie podobać w Carterze Mat-

thewsie. 

Daphne włożyła pierwszy film do odtwarzacza, usiadła na sofie i spojrzała w górę. 

Carter mieszkał dwa piętra wyżej. Wiedziała, że jest w domu, bo jego samochód stał na 

parkingu. Wystarczyłoby wsiąść do windy, żeby za chwilę się u niego znaleźć. Poruszyła 

się na sofie, obiecując sobie, że będzie trzymać się z daleka od playboya, który z pewno-

ścią  złamałby  jej  życie,  mimo  że  załatwił  tylu  sponsorów,  że  brakowało  jej  już  tylko 

trzydziestu tysięcy dolarów na budowę centrum. 

Carter Matthews dokonał cudu, ale to nie oznaczało, że jest dla niej odpowiednim 

partnerem. 

-  Wiesz,  jaką  on  ma  opinię,  Kim  -  powiedziała.  -  Byłabym  dla  niego  kolejną  za-

bawką. 

- Nie wiadomo. Spójrz na Warrena Beatty'ego i Hugh Hefnera. 

- Hugh Hefnera?  

Kim się roześmiała. 

- No dobrze, może to nie jest najlepszy przykład. Ale rozumiesz, o co mi chodzi. 

-  Nie  szukam  narzeczonego  ani  męża,  zwłaszcza  teraz.  Za  niecałe  dwa  tygodnie 

rozpocznie się budowa centrum. Będę miała mnóstwo pracy związanej z jej nadzorowa-

niem, załatwianiem spraw z inwestorami... 

- ...i uciekaniem przed Carterem.  

Daphne skinęła głową. 

- Taki jest mój plan. 

- Chyba zwariowałaś! - oburzyła się Kim. - Carter jest przystojny, zamożny i osza-

lał na twoim punkcie. Co ci się w nim nie podoba? 

- Nic nie rozumiesz. Kiedy go pocałowałam... - Urwała. - To było cudowne. 

- No to świetnie. 

T L

 R

background image

- Nie rozumiesz mnie, Kim. - Westchnęła. - To nie w moim stylu. 

- Wiem, Ducky. Ale może dobrze zrobiłaby ci odmiana. 

- Może. - Dlaczego wszyscy tak uważają oprócz niej? 

Wstała i poszła do kuchni nalać sobie coli. Wracając do pokoju, zerknęła na stertę 

listów,  których  do  tej  pory  nie  otworzyła,  zajęta  rozmyślaniem  o  pewnym  przystojnym 

kawalerze. 

Jaskrawożółta koperta przyciągnęła jej wzrok. Odsunęła rachunki na bok i wycią-

gnęła ją ze sterty. 

List z Anglii. 

- Czy to od Cartera? - spytała Kim, podchodząc. 

- Nie, od mojej mamy - odparła zdziwiona. 

Ile to czasu już minęło? Co najmniej dwa lata, a i tak zapłonęła w niej iskierka na-

dziei, jakby jeden list mógł oznaczać nowe życie. 

Kim  spojrzała  na  nią  ze  współczuciem.  Daphne  tyle  razy  łudziła  się,  że  coś  się 

zmieni, gdy Mary Williams niespodziewanie pojawiała się w jej życiu. 

Kim poszła do kuchni i wróciła z butelką bacardi. Nalała trochę rumu do szklanki 

Daphne. 

- Myślę, że dobrze ci to zrobi - powiedziała. 

Daphne podziękowała, ale odstawiła szklankę i otworzyła kopertę. Potem wyjęła z 

niej dwustronicowy list napisany znajomym drobnym pismem matki. Matka zachwycała 

się wycieczkami do muzeów i podróżami po angielskiej prowincji. 

- Nie odzywała się przez dwa lata, a teraz opisuje swoje podróże, jakbyśmy wczo-

raj  rozmawiały  przez  telefon?  -  Daphne  potrząsnęła  głową.  -  Nie  wiem,  dlaczego  spo-

dziewałam się czegoś innego. Matka zawsze była taka. 

Kim położyła rękę na jej ramieniu. 

- Czy chcesz przeczytać teraz spokojnie ten list? Daphne skinęła głową. Przewróci-

ła kartkę. Na początku drugiej strony matka wreszcie napisała, o co chodzi. 

Musisz tu przyjechać... Brad źle się czuje... Nie poradzę sobie bez Ciebie... 

Nagle poczuła kamień w piersi. Matka napisała do niej tylko dlatego, że potrzebuje 

jej pomocy. Wcale nie chciała być blisko Daphne. 

T L

 R

background image

- Matka jest przerażona, bo mój ojczym zachorował - powiedziała Daphne. - Chce, 

żebym przyjechała jej pomóc. 

- Ale w czym pomóc? Czy twój ojczym jest w szpitalu? 

- Znasz moją matkę, Kim. Nie potrafi nic załatwić: porozmawiać z lekarzem, podać 

leków, zrobić zakupów. Prawdę mówiąc, dziwię się, że jeszcze stamtąd nie uciekła. 

- Tak jak wtedy, kiedy ty zachorowałaś - powiedziała cicho Kim. 

-  Tak.  -  Daphne  westchnęła,  odkładając  list.  -  Obejrzyjmy  jakiś  film,  żeby  trochę 

się rozerwać. 

-  Jasne  -  odparła  Kim.  Usiadła  obok  przyjaciółki  na  sofie  i  podała  jej  pilota.  - 

Wszystko inne może zaczekać. 

Daphne nie mogła skupić się na oglądaniu filmów. Nie ciekawiły jej przygody ko-

chanków ani nowe wersje klasycznych romansów. Siedziała na sofie, spoglądając na mi-

gocący ekran telewizora i po raz nie wiadomo który w życiu starała się zdecydować, czy 

powinna wybrać w życiu przyjemność, czy też obowiązek. 

Carter siedział w fotelu, przyglądając się projektantom zajętym kolejnymi szkica-

mi. Nie mógł uwierzyć, że tak bardzo się zmienili. Daphne Williams dokonała cudu. 

Była niezwykła. Od razu przypomniało mu się, jak się z nią całował. Chciała mu 

się oprzeć, ale odwzajemniła jego pocałunek. Dziś rano wyznaczyła im zadanie, nad któ-

rym mieli pracować wspólnie. Musieli zaprojektować pole golfowe. 

- Ty jesteś ekspertem od gry w golfa - powiedział Mike do Cartera, prosząc, by za-

jął miejsce Lenny'ego, który poszedł rano do lekarza. - Musisz być w naszym zespole. 

Daphne  wyznaczyła  nagrodę  za  najciekawszy  projekt  do  wybrania  w  lokalnym 

sklepie sportowym. Mężczyźni podzielili się na dwa zespoły i zabrali z werwą do pracy. 

Przez godzinę robili szkice, a potem wykonali wersję trójwymiarową z polimerów. 

Kiedy  Daphne  wróciła  i  zdecydowała,  że  projekt  Cartera  i  Mike'a  jest  najlepszy, 

cała  czwórka  rozegrała  partię  golfa  malutką  piłeczką  i  patykiem  od  lodów,  wybierając 

ostatecznego zwycięzcę. 

To była świetna rozrywka. Carter nie bawił się tak dobrze od lat. Na zakończenie 

spotkania długo dziękował Daphne, a kiedy odprowadził ją do wyjścia i wrócił, patrzył z 

satysfakcją, jak projektanci śmieją się i z zapałem pracują. 

T L

 R

background image

Przez dobre pięć  minut przyglądał  im  się  ze  zdumieniem.  Potem przedstawili mu 

swoje najnowsze pomysły. 

Carter  wybrał  dwa projekty  do  realizacji:  grę planszową  z  geografii,  której tema-

tem  było  poszukiwanie  skarbu,  i  drugą  łamigłówkę,  w  której  dzieci  miały  wędrować 

srebrną kulką po drabinkach, starając się zdobyć jak największą ilość punktów. 

-  Panie  Matthews,  ma  pan  gościa.  -  Recepcjonistka  Kelly  uśmiechnęła  się  pro-

miennie. 

Kelly, która została przysłana przez pośrednika, by zastąpić chorą Sarę, od pierw-

szej chwili starała się zdobyć stałą pracę w TweedleDee Toys, ale nie umiała jeszcze ob-

sługiwać centrali telefonicznej i sporządzać notek do osób, do których ktoś ma sprawę, a 

które w danej chwili są nieobecne w pracy. 

- Kto? - spytał Carter. 

- Ojej! Zapomniałam spytać. - Kelly zrobiła smutną minę. - Czy mam iść i spraw-

dzić? 

Była tak przygnębiona, że Carter pokręcił głową. 

- Nie, ale następnym razem nie zapomnij spytać. 

- Tak. Oczywiście. - Zapisała coś w notatniku leżącym na biurku, w którym było 

już mnóstwo równie przydatnych informacji. 

Carter uśmiechnął się do niej z sympatią. Wiedział, jak trudno jest sprostać niezna-

nym jeszcze obowiązkom. 

Kiedy otwierał drzwi gabinetu, miał nadzieję, że zaraz zobaczy uśmiech na twarzy 

Daphne i jej zgrabne nogi. Niestety się rozczarował. 

- Tata - powiedział. - To jakiś rekord. Zjawiasz się po raz drugi w ciągu tygodnia. 

Ojciec spojrzał na niego, marszcząc brwi. 

- Wczoraj zadzwonił do mnie Jerry Lawson.  

Carter usiadł przy biurku, złożył dłonie i czekał na spodziewaną reprymendę. Czuł 

się dziwnie po tej stronie biurka, gdyż zwykle to on zasiadał na fotelu dla petentów, wy-

słuchując połajanek ojca. 

- Co takiego znów zrobiłem? - spytał. 

- Jerry powiedział, że rozmawiałeś z nim o sponsorowaniu jakiegoś centrum. 

T L

 R

background image

Carter pospiesznie skinął głową. 

- To nie przestępstwo. 

-  Wcale  tak  nie  powiedziałem.  -  Ojciec  potrząsnął  głową.  -  Dlaczego  każda  roz-

mowa z tobą musi prowadzić do sprzeczki? 

- Bo bez przerwy mi coś zarzucasz. 

- Nieprawda. 

Carter uniósł brwi ze zdziwieniem. 

- W każdym razie - żachnął się ojciec - chciałem cię pochwalić. 

Carter oparł się o fotel w zdumieniu. 

- Pochwalić mnie? 

-  Jerry  był  zaskoczony,  że  tyle  wiesz  o  biznesie.  Uważa,  że  to  centrum  stanowi 

godną poparcia inicjatywę. I ma związek z twoją pracą. - Ojciec ogarnął wzrokiem po-

kój. 

Carter przez chwilę milczał, zdumiony nieoczekiwaną aprobatą ze strony ojca. 

- Dziękuję. 

- Ale uważaj! - Ojciec rzucił na biurko poranną gazetę i skrzywił się z dezaprobatą. 

- Twoje eskapady znów trafiają na czołówki gazet. 

Carter spojrzał na  gazetę.  Reporter  zrobił  zdjęcie,  gdy  Daphne  i Carter  wchodzili 

do  restauracji  Lombardom.  Gloria,  redaktorka  rubryki  towarzyskiej,  napisała  złośliwy 

komentarz, zastanawiając się, czy Carter bawi się uczuciami Daphne, czy też nie. 

- To nie była żadna eskapada, tylko spotkanie biznesowe - oświadczył. 

Ojciec otworzył gazetę. Na drugim zdjęciu Daphne i Carter całowali się. 

- Jeszcze nie widziałem, żeby spotkanie biznesowe tak się kończyło - rzekł z prze-

kąsem ojciec. 

Carter zaklął pod nosem. 

- Dlaczego nie zostawią mnie w spokoju? 

- Bo jesteś znany w całej Indianie. Miałem nadzieję, że nauczyłeś się już przyzwo-

icie zachowywać. 

Carter rzucił gazetę na biurko. 

- A ja miałem nadzieję, że wierzysz swojemu synowi, a nie plotkom w mediach. 

T L

 R

background image

- Nic nie rozumiesz. - Ojciec postukał palcem w gazetę. - Nie mogę tego znieść. 

- Nie możesz znieść braku perfekcji u siebie, a zwłaszcza u swoich synów. - Carter 

wstał, położył ręce na biurku i spojrzał ojcu w oczy. - Chcę ci coś powiedzieć, tato. Ża-

den  z  nas  nie  jest  i  nigdy  nie  będzie  doskonały.  A  ja  nie  mogę  znieść  ojca,  który  bez 

przerwy  mnie  strofuje. Przepraszam za to,  że  nie spełniam twoich  wymagań i że  nigdy 

nie będę taki, jak byś sobie życzył. 

Carter odwrócił się i wyszedł z gabinetu. Powinien był powiedzieć to ojcu dawno 

temu. 

Kiedy  samolot  wylądował  w  Portlandzie  w  stanie  Maine,  Carter  wiedział,  że  po-

pełnił wielki błąd. Euforia z poprzednich szkoleń z pracy w zespole zniknęła, a jego pro-

jektanci byli niezadowoleni, że spędzą dwa dni z dala od rodziny. Przez całą podróż za-

mienili  z  nim  tylko  parę słów,  woląc czytać  książki, słuchać  MP3 i  rozwiązywać  krzy-

żówki. 

Carter  zdjął  torbę  z  górnej  półki  i  wysiadł  z  samolotu.  Projektanci szli  w  pewnej 

odległości za nim, oddzieleni niewidzialną linią. Carter sądził, że stosunki między nimi 

się ułożyły, ale okazało się, że jest wręcz przeciwnie. 

Daphne  czekała  na  nich  za  barierką  w  sali  przylotów.  Miała  na  sobie  turkusową 

wzorzystą spódnicę i ciemnobrązowe szpilki podkreślające zgrabne nogi. Wzrok Cartera 

powędrował wyżej na ciemnobrązowy sweter i oczy spoglądające z ciekawością zza eks-

centrycznych okularów. 

Serce podskoczyło mu w piersi i z wrażenia aż przystanął. Idący z tyłu Paul zderzył 

się z nim. 

- Czy tu jest nakaz postoju? - mruknął ze złością. 

Carter  ruszył  naprzód, nie spuszczając wzroku  z  Daphne.  Dopiero teraz uświado-

mił sobie, jak bardzo mu jej brakowało przez ostatnie dwa dni. Czuł się tak, jakby odzy-

skał utracony skarb. 

- Cześć. 

-  Dobrze,  że  jesteście  -  powiedziała  z uśmiechem,  gdy  się  zbliżyli.  Carter poczuł 

zazdrość, że ten uśmiech jest skierowany także do jego pracowników. - Mój asystent Re-

illy przygotowuje już dla was pierwsze ćwiczenia. 

T L

 R

background image

Odwróciła się, a oni podążyli za nią jak jej świta. 

- Mam nadzieję, że nie planujecie odpoczynku, bo trzeba zabrać się ostro do pracy. 

Ale obiecuję, że to będzie bardzo przyjemne. 

Mężczyźni spojrzeli na nią z powątpiewaniem. 

Kiedy opuścili lotnisko, wsiedli do zaparkowanej w pobliżu furgonetki. Paul usiadł 

na przednim siedzeniu, Carter za nim, a trzech pozostałych projektantów zajęło miejsca z 

tyłu. Nie byli w najlepszym humorze. 

Podróż do Boothbay Harbor nie trwała długo. Wyjechali z Portlandu i udali się w 

kierunku wybrzeża. Przejechali obok portu i wjechali w wysadzaną drzewami ulicę. Po-

tem drzewa zamieniły się w gęsty las, a oni jechali w górę stromego wzgórza, oddalając 

się od cywilizacji. 

Wreszcie  zatrzymali  się  przed  domem  o  spadzistym  dachu,  który  był  otoczony 

wielką werandą i zatopiony w siwej oceanicznej mgle. Za domem w połyskującej wodzie 

oceanu kołysała się mała biała żaglówka. Hamak i leżaki zapraszające do ogrodu wyglą-

dały jak wyjęte z obrazu Normana Rockwella. Renesansowe okna wychodziły na ocean, 

odbijając niebieskozielone światełka jak witraże. 

- Co za wspaniałe miejsce! - rzekł z podziwem Carter, gdy wysiedli z furgonetki i 

zaczęli wyładowywać bagaże. 

-  Dziękuję.  Ten  dom  należał  kiedyś  do  moich  dziadków.  Odziedziczyłam  go  po 

śmierci babci. 

Mężczyźni podziwiali widok, wdychając rześkie oceaniczne powietrze. Potem wy-

bierali  sobie  sypialnie.  Projektanci  postanowili  zamieszkać  wspólnie.  Daphne  zajęła 

główną  sypialnię,  a  Reilly  ulokował  się  w  pokoju  z  Carterem.  Carter  nie  był  tym  za-

chwycony,  ale  z  drugiej  strony  miał  nadzieję,  że  może  asystent  Daphne  podpowie  mu, 

jak zdobyć jej serce. 

Zdobyć jej serce? Co za bezsensowne myśli przychodzą mu do głowy? Przyjechał 

tu  po to,  żeby  znaleźć sposób  na  uratowanie swojej  firmy,  a nie  żeby  romansować.  Do 

diabła, kiedy tylko spojrzał na Daphne, od razu przypominał sobie pocałunek w restaura-

cji. Podświadomie miał nadzieję, że może uda mu się uratować firmę, i także zdobyć Da-

phne. 

T L

 R

background image

- Najpierw coś zjemy, a potem zabierzemy się do pracy - powiedziała. 

Carter wiedział, że powinien wziąć z niej przykład i również skoncentrować się na 

pracy. 

Daphne wyjęła z lodówki przygotowane półmiski z wędliną, sałatkami i owocami. 

- Sama to wszystko zrobiłaś? - spytał Carter.  

Daphne się roześmiała. 

- Gotowanie nie jest moją mocną stroną. Zamówiłam to w pobliskim barze. 

Carter jadł niewiele. Zamiast jeść, wolał przyglądać się, jak Daphne żartuje z męż-

czyznami,  którzy  wyraźnie  zrelaksowali  się  w  jej  towarzystwie.  Bez  trudu  odgadł  dla-

czego  -  bo  mówiła  i  gestykulowała  z  wielkim  ożywieniem.  Wszystkim  udzielił  się  jej 

promienny nastrój. 

Była tak inteligentna i dowcipna, że z przyjemnością wdał się z nią w rozmowę. 

Po  skończonym  posiłku  Daphne  sprzątnęła  talerze  ze  stołu,  a  potem  spojrzała  na 

mężczyzn, opierając się o laminowany blat. 

- Kiedy pojechałam po was na lotnisko, Reilly przygotował pierwsze ćwiczenie. To 

będzie  coś  w  rodzaju  poszukiwania  skarbu  -  powiedziała,  podając  wszystkim  kartki.  - 

Musicie podzielić się na dwie grupy i znaleźć siedem rzeczy znajdujących się na tej li-

ście, które zostały ukryte w pobliskim lesie. 

Paul przesunął palcem po liście. 

- Nie rozumiem, w jaki sposób to ma zwiększyć naszą kreatywność, jeśli będziemy 

szukać zegara albo misia. 

- Po pierwsze chodzi o wzmocnienie współpracy w zespole, a po drugie te przed-

mioty są ukryte w bardzo dziwnych miejscach. Jestem pewna, że nie przyjdzie wam do 

głowy szukać salaterki tam, gdzie mój asystent ją schował. - Uśmiechnęła się, Reilly tak-

że. - Zespół, który pierwszy znajdzie tych siedem przedmiotów, będzie miał pierwszeń-

stwo jutro przy wyborze zadania. 

Mike oparł się o fotel. 

- A co będziemy robić jutro? 

T L

 R

background image

- Widzieliście w telewizji show „Lekcja strachu"? - Mężczyźni pokiwali głowami. 

- To będzie coś takiego, tylko bez robaków. Dlatego jeśli nie chcecie babrać się w czymś 

obrzydliwym, radzę wam szybko znaleźć te przedmioty. 

-  Możecie  mi  wierzyć,  że  mamy  sporo  obrzydliwości,  żeby  was  postraszyć  -  po-

wiedział ze śmiechem Reilly. - Zaczynamy poszukiwanie skarbu. 

Czwórka projektantów wstała, odsuwając z piskiem krzesła. Szybko podzielili się 

na dwa zespoły i spojrzeli na Cartera. 

- Idziesz z nami? - spytał bez entuzjazmu Paul. 

- Carter będzie szukał sam - oznajmiła Daphne, wprawiając wszystkich w zdumie-

nie. - Pomyślałam, że to będzie dla was dobry doping, jeśli będziecie mieli okazję poko-

nać szefa. 

Projektanci  w jednej  chwili  wyszli na  dwór,  co uświadomiło  Carterowi, że  otrzy-

mali skuteczną motywację. 

-  Dobry  pomysł  -  rzekł  do  Daphne.  -  Tylko  przy  grze  w  golfa  panowała  między 

nami dobra atmosfera. 

-  Będzie  lepiej  -  powiedziała,  kładąc  rękę  na  jego  ramieniu.  -  Podczas  weekendu 

znajdziesz wiele okazji do współpracy z zespołem. Będziesz mógł się z nimi zaprzyjaź-

nić. 

- Widzę, że wszystko zaplanowałaś. - Zależało mu na tym, żeby się zaprzyjaźnić, 

ale wcale nie z projektantami. 

Zbliżył  się  do  Daphne,  by  sięgnąć  po  papier,  który  zostawił  na  stole,  ale  tak  na-

prawdę chciał poczuć zapach jej perfum. Po długim rozstaniu chciał być blisko niej i cie-

szył się, że zostali sami. 

- Wolałbym pracować z tobą. 

- Jestem trenerką, a nie członkiem zespołu. Carter przysunął się do niej, ujmując jej 

twarz w dłonie. 

- To bez znaczenia. Teraz myślę tylko o tobie. - Pochylił się ku niej. - Pragnę cię 

od chwili, kiedy zobaczyłem cię na lotnisku. Myślałem, że oszaleję. Byłaś tak blisko, a ja 

nie mogłem cię dotknąć. 

- Naprawdę? - szepnęła, nie myśląc już o pracy. 

T L

 R

background image

- Uhm. - Przesunął kciukiem po jej wardze, a kiedy rozchyliła usta, poczuł gwał-

towny przypływ pożądania. - Daphne - jęknął, całując ją namiętnie. 

Zarzuciła mu ręce na szyję, przytulając się do niego. Przesunął ręce od jej talii w 

dół. Jęknęła i przywarła do niego. 

Carter wiele razy całował się z kobietami. Czasem nawet zdawało mu się, że jest 

zakochany. Ale nigdy nie odczuwał takiego pożądania. 

Czy to było tylko pożądanie? A może miłość? 

- Daphne - jęknął znowu.  

Pragnął zanieść ją na górę i zaspokoić dręczące go pożądanie. Wiedział jednak, że 

jedna noc nie zaspokoi jego pragnień. 

Spojrzała na niego z uśmiechem. 

- Wiem, o czym myślisz - powiedziała.  

Pochylił się, muskając ustami jej szyję. 

- Może poszukamy skarbu na górze? - szepnął. 

- Nie powinniśmy tego robić - odparła, odchylając głowę w tył. Potem westchnęła, 

gdy zaczął obsypywać pocałunkami jej szyję. - Ale może... 

Pochylił się, biorąc ją w ramiona i wyobrażając sobie, co będzie dalej. Spojrzał na 

nią. Pragnął jej, ale po raz pierwszy w życiu czuł, że jeden raz mu nie wystarczy. Pragnął 

nie tylko zaspokoić pożądanie. 

Tylko że potem odczuwałby pustkę. 

- Co się stało? - spytała, bo stał nieruchomo. 

- Pragnę więcej - powiedział, czując, że w ciągu ostatnich trzech dni przeżył więcej 

niż przez całe życie. 

- Więcej? - Zmarszczyła brwi. 

- Chcę... - Wziął głęboki oddech. 

Carter Matthews nigdy nie angażował się naprawdę. Jaki to przyniosło skutek? Był 

sam, czuł się niespełniony i zagubiony. Dopiero gdy poznał Daphne, zdał sobie sprawę, 

że dwa piętra niżej mieszka kobieta, która jest mu przeznaczona. 

- Czego chcesz? - spytała z troską w głosie, dotykając dłonią jego policzka. 

T L

 R

background image

W tej chwili zrozumiał, że ją kocha. Choć to brzmiało niewiarygodnie, Carter Mat-

thews zakochał się w Daphne Williams. Nie chciał za parę dni wrócić sam do domu ani 

zbudzić się jutro bez niej u boku. 

Nie chciał już spędzić ani jednego dnia sam. 

Ale jeśli będzie mądry i pomyśli o niej, a nie tylko o sobie, to jej nic nie powie. 

-  Chcę  znaleźć  tego  misia.  -  Uśmiechnął  się  z przymusem.  -  Nie  mogę pozwolić, 

żeby chłopcy mnie ubiegli. Nigdy tego bym nie przeżył. 

Wyszedł na dwór przekonany, że tak należało postąpić, choć miał rozdarte serce. 

Trzy  godziny  później  wszyscy  siedzieli  na  podłodze  w  wielkim  salonie  domu  w 

Boothbay Harbor. Ogień trzaskał na kominku, wyrzucając popiół w górę. Daphne poło-

żyła talię kart na środku stołu. 

- Co to będzie? - spytał Paul. 

- Coś w rodzaju gry w szczerość, czyli będziecie musieli odpowiedzieć szczerze na 

pytanie  albo  wykonać  zadanie,  które  zostanie  wam  w  zamian  wyznaczone.  Jednak  nie 

bójcie się, że trzeba będzie biegać nago po ulicach. 

- Koszmar! - wymamrotał Lenny. 

Daphne roześmiała się, a potem dała wszystkim po jednej karcie. 

- Przeczytajcie, co jest napisane na kartach, a potem zadajcie to pytanie osobie sie-

dzącej z prawej strony. Zaczynaj, Paul. 

Paul przewrócił oczami, ale posłusznie skierował pytanie do Lenny'ego. 

- Kim chciałeś zostać, kiedy miałeś dziesięć lat? 

- To proste. Artystą. - Lenny się roześmiał. - Chciałem być drugim Rembrandtem. 

- Teraz rozumiem, dlaczego twoje rysunki są takie dokładne - powiedział Carter. - 

Masz talent. 

- Dziękuję - odparł Lenny, mile zaskoczony tą uwagą. - Carter, jaki najdziwniejszy 

pomysł miałeś w życiu? 

- Poprosiłem Daphne, żeby za mnie wyszła. 

W salonie zapadła cisza przerywana tylko trzaskaniem ognia w kominku. 

- Jak na to zareagowała? - spytał Lenny. Oczy wszystkich zwróciły się na Daphne. 

- Dostałem kosza - odparł Carter, także wpatrując się w Daphne. 

T L

 R

background image

-  Nie  możesz  jej  za  to  winić  -  mruknął  Paul.  Reszta  grupy  czekała na  odpowiedź 

Daphne. 

- To nie był odpowiedni moment - powiedziała. 

- Czy teraz jest lepszy? - spytał Carter. - Bo nadal chcę się z tobą ożenić. 

Reilly wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale twarz Daphne była bardzo poważna. 

- Carter... - Przez chwilę tasowała karty, a potem wstała. - Mamy teraz rozmawiać 

o czymś innym. 

-  Dobrze  -  odparł.  Spojrzał  na  swoją  kartę  i  odwrócił  się  w  prawo  do  Daphne.  - 

Mam na karcie pytanie. - Pokazał jej kartę, by udowodnić, że to prawda. - Jakie jest two-

je największe marzenie? 

Spojrzała na niego tak, jakby sam wybrał sobie tę kartę. 

- Chcę być z kimś, kto jest wiemy i uczciwy. - Wstała. - Przyniosę więcej chipsów 

- oznajmiła, biorąc prawie pełną miskę. 

Reilly usiadł na jej miejscu. 

- Gramy dalej. Zastąpię Daphne. 

Carter jakby go nie słyszał. Ruszył za Daphne. Pchnął drzwi wahadłowe i wszedł 

do kuchni oświetlonej blaskiem księżyca. Daphne wyjmowała chipsy z plastikowej torby 

i wrzucała je z impetem do miski. 

- Co ci się stało? - zapytał.  

Daphne odwróciła się do niego. 

- Przestań, Carter. Nie udawaj, że mówiłeś poważnie. 

Zbliżył się do niej i wyjął z jej rąk torbę. 

-  Ależ  tak.  Mówiłem  całkiem  poważnie.  Jeszcze  dzisiaj  chcę  się  z  tobą  ożenić  - 

wybuchnął, czując ogień w piersi. 

- Carter - odparła, potrząsając głową. - Już o tym rozmawialiśmy. 

Ujął jej dłonie. 

- Teraz jest inaczej - oświadczył. - Nie chcę ożenić się z tobą, żeby naprawić sobie 

opinię czy załatwić ci sponsoring. To nie jest także kaprys. Chcę cię poślubić dlatego, że 

czuję do ciebie to, czego nie czułem do żadnej kobiety. Ja się... 

Uniosła rękę w górę. 

T L

 R

background image

- Nie mów tego, Carter. Nie możesz do mnie nic czuć. Dopiero się poznaliśmy. To 

wszystko jest szaleństwem. 

- O tak. - Uśmiechnął się. - Dlatego powinniśmy to zrobić. 

- Natychmiast się pobrać? 

-  Tak.  -  Przypomniał  sobie  znak,  który  zobaczył  na  drodze,  reklamujący  kaplicę. 

Od tego wszystko się zaczęło. 

- Jesteśmy w Boothbay Harbor. Nie trzeba tu czekać ani robić badania krwi. Wy-

starczy stanąć przed sędzią pokoju. 

Potrząsnęła głową, cofając dłonie. 

-  Zwariowałeś.  Naprawdę  chciałbyś  pozwolić  jakiemuś  facetowi  w  garniturze  ze 

znaczkiem na piersi zadecydować o naszym dalszym życiu? - Uniosła ręce w górę. - Nie, 

dziękuję. Przecież ja cię wcale nie znam. Lepiej wróćmy do salonu. 

Uśmiechnął się przekornie. 

- Będziesz miała o czym opowiadać kiedyś wnukom. 

Przez  chwilę  zdawało  jej  się,  że  Carter  powiedział  „naszym  wnukom".  Potem 

uświadomiła  sobie,  że  może  poślubić  jakiegoś  mężczyznę  na  przykład  o  imieniu  John, 

który  będzie  dwa  razy  w  tygodniu  kosić  trawnik  i  zasiadać  z  gazetą  po  kolacji.  Będą 

mieć dzieci, w środy będą jeść lasagne i regularnie urządzać grilla z sąsiadami. 

Co za nuda! Ale tego właśnie pragnęła od najmłodszych lat, kiedy matka pojawiała 

się i znikała, pozbawiając ją wszelkiej stabilności w życiu. Dlatego właśnie Daphne tak 

dokładnie planowała swoje życie. 

I co z tego miała? Była samotna, smutna i nieszczęśliwa. 

- Wyjdź za mnie, Daphne. - Carter uśmiechnął się kusząco. 

- Ale... 

- Zrób coś spontanicznego, szalonego i zupełnie nieoczekiwanego. 

- Takich rzeczy nigdy nie robię. 

- Właśnie dlatego cię o to proszę - powiedział, ściskając jej dłonie. - Czy to może 

mieć jakiekolwiek przykre konsekwencje? 

- Może będziemy krzyczeć na siebie przy rozwodzie? 

Przesunął palcem po jej delikatnym nosie. 

T L

 R

background image

- Naprawdę myślisz, że nas to czeka? 

- Rozwody często się zdarzają. 

- Tak, ale zdarzają się ludziom, którzy poznali się dwadzieścia lat przed ślubem, i 

tym, którzy pobrali się po pierwszej randce. 

Skinęła głową. 

- Właśnie. 

- Ale są też tacy ludzie, którzy poznają się któregoś dnia, szybko zakochują w so-

bie  i  są  małżeństwem  przez  pięćdziesiąt  lat.  Życie  to  jest  gra  w  kości,  Daphne.  Rzuć 

kostkę. 

- Co będzie, jeśli wyrzucę szczęśliwą siódemkę? 

- A jeśli nie? 

Przygryzła dolną wargę, starając się odpędzić kuszącą myśl. Czy uciec i wziąć po-

tajemny ślub? 

- Moglibyśmy po prostu się spotykać, Carter. 

- Nie chcę się spotykać. Zapraszać cię do Chez Amore i do klubu jazzowego, a po-

tem odwozić cię do domu i obiecywać, że zadzwonię rano. Nie wiem nawet, czy dotrzy-

małbym słowa. W moim życiu nie było nic stałego. - Spojrzał jej w oczy. - Nie chcę żyć 

tak jak dotąd, Daphne. Moje życie zawsze było puste. 

Tak samo jak jej. 

-  A  co  będzie, jeśli  zbudzisz się jutro i  uświadomisz sobie,  że nie  chcesz  ze mną 

być? 

Delikatnie odgarnął kosmyk jej włosów. 

- Umawiałem się z wieloma kobietami, ale do żadnej z nich nie czułem tego co do 

ciebie. 

Nagle ogarnął ją strach. 

- Ale... 

-  Zastanów  się,  co  mogłoby  się  stać  najgorszego.  Wyjdziesz  za  mnie,  dostaniesz 

fundusze na centrum i za parę tygodni mnie rzucisz? 

- A co ty będziesz z tego miał?  

Uśmiechnął się szeroko. 

T L

 R

background image

- Ciebie. 

Może naprawdę tak myślał? Może mówił prawdę, że nie chodzi mu tylko o to, by 

uratować swoją firmę. Może mu na niej zależy? Może ją kocha? Nie, to niemożliwe. 

- Powinniśmy zachowywać się rozsądnie, Carter. 

-  Nie  mam  zamiaru  być  rozsądny,  Daphne.  -  Zaśmiał  się.  -  Chyba  nigdy  taki nie 

byłem. Wiem tylko, że chcę cię poślubić. Chcę skoczyć na głęboką wodę i nie martwić 

się, co będzie potem. - Wziął ją za rękę, gładząc czwarty palec. - Zrób coś nieoczekiwa-

nego, Daphne. Wyjdź za mnie. 

- Coś nieoczekiwanego - powtórzyła, spoglądając mu w oczy. Jego spojrzenie było 

tak szczere, że musiała mu zaufać. - Tak. Wyjdę za ciebie. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Daphne obudziła się rano z wyrzutami sumienia.  

Dlaczego wyszła za Cartera Matthewsa? 

Straciła głowę. Powiedział: „zrób coś nieoczekiwanego", a ona się zgodziła. Zanim 

się spostrzegła, stali w kaplicy przed sobowtórem Elvisa z Biblią i kołyszącymi się bio-

drami. 

Zadzwonił jej telefon komórkowy. Daphne jęknęła, nie mając ochoty z nikim roz-

mawiać.  

- Halo? 

- Daph! Dobrze, że jesteś - usłyszała głos matki. - Myślałam, że zadzwonisz zaraz 

po otrzymaniu mojego listu. 

Daphne przycisnęła rękę do oczu. 

- Byłam zajęta. Pracowałam. 

- Rzuć wszystko i przyjeżdżaj do Londynu. Jesteś potrzebna matce. 

Daphne westchnęła. 

- Nie mogę. Mam firmę i klientów, którzy na mnie liczą. 

- Nie bądź nudna, Daphne. Musisz mi pomóc z tymi lekarzami. 

Daphne pomyślała o tym, ile razy spełniała prośby matki. Zmieniała szkoły, domy, 

bo jej matka chciała się przeprowadzić. 

- Mamo, ja... 

- Nie mów od razu nie, tylko się zastanów. 

Daphne  oderwała  rękę  od skroni.  Złota  obrączka,  która  Carter  włożył  jej  wczoraj 

na palec, zalśniła w promieniach słońca. 

- Nie mogę - powiedziała stanowczo. 

- Co takiego? Chyba źle słyszę. Zdawało mi się, że powiedziałaś, że nie możesz? 

- Uhm. Nie mogę przyjechać. Buduję centrum kreatywności... 

- Ach, znów to centrum. 

Daphne zacisnęła zęby, by nie powiedzieć czegoś, czego by potem żałowała. 

T L

 R

background image

- To dla mnie ważne. Musisz znaleźć kogoś innego do pomocy, może pielęgniarkę 

albo opiekunkę społeczną. 

- Myślałam, że mogę na ciebie liczyć - odparła Mary zniecierpliwionym tonem. 

- A ja to samo myślałam o tobie - powiedziała Daphne w przestrzeń. Matka odło-

żyła już słuchawkę. 

Daphne długo wpatrywała się w telefon. Przysięgła sobie, że nigdy nie będzie za-

chowywać się jak matka, ale teraz powtarza te same błędy. 

Nagle  rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Wstała  z  łóżka,  włożyła  szlafrok,  a  potem 

wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi. Carter. 

- Dzień dobry, pani Matthews - rzucił z uśmiechem.  

Pani  Matthews!  No  tak.  Naprawdę  to  zrobiła.  Złożyła  przysięgę  małżeńską,  pod-

czas gdy starsza kobieta z różowymi wałkami na głowie akompaniowała młodej parze na 

fortepianie. 

- Dzień dobry - powiedziała, choć cisnęło się jej na usta pytanie, jak mogli popeł-

nić taki błąd. 

- Przyniosłem ci kawę - oznajmił, unosząc w górę parujący kubek. 

- Jesteś wspaniały. - Wzięła kubek, wciągnęła powietrze, a potem wypiła łyk. Ide-

alna ilość śmietanki i cukru. - Skąd wiedziałeś, jaką lubię kawę? 

- Reilly zauważył obrączkę na moim palcu. 

Jęknęła. Teraz Reilly nie da jej spokoju. Będzie zachwycać się, jaki to był świetny 

pomysł, podczas gdy ona wiedziała, że jest wręcz odwrotnie. 

- Czy mówił o tym komuś? - zapytała. Carter potrząsnął głową. 

- Nie, ale zadzwonił do jakiegoś Eltona. Słyszałem, jak mówił, że muszą przygo-

tować dla nas przyjęcie. 

- O Boże! - Co ona zrobiła? I jak z tego wybrnąć? - Chyba muszę dolać sobie tro-

chę rumu. 

Carter się roześmiał. 

- To samo dzisiaj rano pomyślałem. - Zrobił krok naprzód, opierając się o framugę 

dębowych  drzwi.  -  Ale  potem  doszedłem  do  wniosku,  że  nie  tak  źle  jest  być  żonatym. 

Zwłaszcza z tobą. 

T L

 R

background image

Uniosła brwi. 

- Nie tak źle? To brzmi prawie tak, jakbyś był skazany na tortury. 

Znów się zaśmiał. Z holu rozległ się pisk rur w łazience. Na pewno któryś z pra-

cowników Cartera bierze prysznic. 

- Czy mogę wejść? - zapytał Carter. 

-  Oczywiście  -  odparła,  czując  się  dziwnie,  że  zaprasza  go  do  sypialni,  i  jeszcze 

dziwniej na myśl o tym, że jako jej mąż on ma prawo tu przebywać. 

Carter  zbliżył  się,  zamykając  za  sobą  drzwi.  Teraz  byli  całkiem  sami.  Wczoraj, 

kiedy  wracali  do  domu  z  uroczystości,  całowali  się  w  samochodzie  i  w  holu,  aż  prze-

szkodził im jeden z projektantów, który o północy zszedł coś przekąsić. 

Dopiero  wtedy  Daphne  otrzeźwiała.  Pobiegła  do  swojej  sypialni,  sama,  myśląc  o 

tym, że popełniła wielki błąd. 

Postąpiła tak jak matka. 

Ile razy przysięgała sobie, że nigdy tak się nie zachowa? 

- Wyglądasz pięknie - powiedział cicho Carter. 

- Wcale nie - odparła drżącym głosem. - Jestem rozczochrana i niewyspana. 

- Pięknie. - Znów się uśmiechnął. - I jesteś moją żoną. 

- Carter... 

Położył palec na jej ustach. 

- Nic nie mów. Wiem, że chcesz się ze mną sprzeczać. Powoli przyzwyczaisz się 

do tej myśli. 

- Do myśli, że wczoraj wieczorem popełniliśmy wielki błąd? 

- Albo podjęliśmy najlepszą decyzję w swoim życiu. - Pocałował ją i wyszedł. 

Daphne stała nieruchomo, dręczona wyrzutami sumienia. Tak bardzo chciała cof-

nąć czas... 

Po  solidnym  śniadaniu  przygotowanym  przez  Reilly'ego  wszyscy  zebrali  się przy 

stole  do  gry  w  ping-ponga.  Podczas  porannego  prysznica  Daphne  przysięgła  sobie,  że 

skoncentruje się na pracy i nie będzie myśleć o Carterze. Schowa akt ślubu do walizki i 

będzie modlić się, by stare powiedzenie „co z oczu, to i serca" się sprawdziło. 

T L

 R

background image

Od  czasu  do  czasu  Reilly  mrugał  do  niej  porozumiewawczo,  ale  ona  gromiła  go 

wzrokiem. Teraz podała Lenny'emu i Mike'owi rakietki. 

-  To  nie  będzie  zwykła  gra  -  powiedziała.  -  Za  każdym  razem,  gdy  odbijacie  pi-

łeczkę, musicie powiedzieć partnerowi coś o sobie. 

Paul się skrzywił. 

-  Tylko  żeby  to  nie  skończyło  się  grupową  psychoterapią  na  kanapie,  wspólnym 

śpiewaniem „Kumbaya" i pieczeniem pianek przy ognisku. 

Daphne się roześmiała. 

- Na pewno nie. To tylko ćwiczenie, które pozwoli wam się lepiej poznać. Możecie 

mówić, o czym chcecie, o sobie czy o pracy. Chodzi o to, żebyście pracowali nad inte-

gracją zespołu. 

- Nie sądzisz, że już to przećwiczyliśmy, szukając patelni w lesie?  - spytał Mike, 

zerkając na Reilly'ego. 

Asystent Daphne z uśmiechem wzruszył ramionami. 

- Dobrze, że je znaleźliśmy, bo inaczej jedlibyśmy surową marchewkę na śniada-

nie. 

Projektanci jęknęli, ale Daphne wiedziała, że podobała im się wyprawa z Reillym i 

zwycięstwo odniesione nad Carterem. Prawdę mówiąc, nawet nie zauważyli, że wczoraj 

wieczorem ich szef i trenerka na parę godzin zniknęli. Nie dostrzegli tego, bo do późnej 

nocy  dyskutowali  przy  piwie  na  temat  przebiegu  gry  z  Reillym,  śmiali  się  i  zgłaszali 

mnóstwo pomysłów, które zapisywali w notatnikach otrzymanych od Daphne. 

- Wszystkie ćwiczenia są powiązane z sobą. Założenie jest takie, że jeśli pracujecie 

razem  w  zespole,  to  myślicie  także  zespołowo.  Z  pomysłów  zgłoszonych  przez  was 

wczoraj widzę, że to działa. 

- Ale czy to ma wpływ - Lenny uniósł w górę zieloną rakietkę - na zwiększenie na-

szej kreatywności? 

- Bezpośrednio nie.  

Paul uniósł ręce w górę. 

- To po co marnujemy czas? Czy nie lepiej zająć się wymyślaniem pomysłów na 

jesień? Myślałem, że jesteś ekspertem kreatywności. 

T L

 R

background image

Ona też tak myślała, ale wykazała zbyt wiele kreatywności w swoim życiu osobi-

stym. 

- Kiedy pracujecie razem jako zespół - powiedziała, unikając wzroku Cartera - two-

rzycie  podstawy  rozwoju  kreatywności.  Na  pewno nie  macie  z tym  kłopotu, bo  inaczej 

nie  bylibyście  zatrudnieni  na  swoich  stanowiskach.  Problem  polega  na  tym,  że  trzeba 

bardziej rozszerzyć swoje horyzonty i myślenie. 

Mike wzruszył ramionami. 

- To i tak wygląda mi podejrzanie, ale spróbuję. 

- Super - rzekła Daphne. - Lenny, zagrasz z Mike'em. 

Z początku Mike i Lenny odbijali piłeczkę, rozmawiając o ulubionych potrawach. 

Okazało się, że obaj lubią wieprzowinę i fasolę. Jednak potem wymiana zdań zrobiła się 

ciekawsza. 

- Jestem jedynakiem - oznajmił Mike. 

- Ja mam pięcioro rodzeństwa - odparł Lenny, odbijając białą piłeczkę, która spadła 

obok stołu. 

- Mieszkam z matką - powiedział Mike i zaczerwienił się. - Ale szukam mieszka-

nia. 

Lenny zachichotał i stracił piłkę, przegrywając mecz. Potem grali pozostali projek-

tanci, a w finale Paul wygrał z Lennym. 

-  Teraz  zagrasz  z  Carterem  -  powiedziała  Daphne  do  Paula,  który  uśmiechnął się 

wyzywająco. 

Daphne podała rakietkę Carterowi. 

- Zobaczysz, że skorzystasz na tym - szepnęła do niego. - Ty i firma. 

- Jesteś gotów? - spytał Paul. - Bo to nie jest gra dla głupków. 

Carter się zjeżył, ale nie odpowiedział na zaczepkę. 

- Zaczynaj. 

- Mam trzydzieści cztery lata - powiedział Paul, przebijając piłkę nad siatkę. 

- Ja trzydzieści siedem - odparł Carter. 

- Projektuję zabawki od piętnastu lat. A ty? 

T L

 R

background image

Carter  zacisnął  zęby,  starając  się  nie  dać  sprowokować.  Jeśli  chce  stworzyć  ze 

swymi pracownikami zgrany zespół, powinien udowodnić im, że zasługuje na szacunek, 

ale nie dlatego, że jest właścicielem firmy. 

- Nie bawiłem się zabawkami nawet wtedy, kiedy byłem dzieckiem. 

- To wiele tłumaczy - parsknął Paul. 

- Podawajcie fakty, a nie opinie - wtrąciła Daphne. 

- Mam brata bliźniaka - powiedział Carter. 

- Mógłbym lepiej niż ty prowadzić tę firmę - wypalił Paul. 

Atmosfera  w  pokoju  zrobiła  się  napięta.  Wszyscy  zamilkli,  czekając  na  reakcję 

Cartera. 

- Już sto razy mogłem cię zwolnić - oświadczył Carter, spokojnie odbijając piłkę - 

ale tego nie zrobiłem. Wiesz dlaczego? 

Ta uwaga zaskoczyła Paula. Znieruchomiał, a biała piłeczka spadła nad krawędzią 

zielonego stołu na ziemię. 

- Dlaczego? 

Carter odłożył rakietkę. 

- Bo pomijając Supersprzątacza, jesteś bardzo dobrym projektantem. Gdyby twoja 

postawa odpowiadała talentowi, moglibyśmy wiele osiągnąć. Paul parsknął śmiechem. 

- Mówisz tak, jakby ci na tym zależało. Zajmujesz się tą firmą tylko dla pieniędzy. 

- Nieprawda - odparł Carter. - Nie wziąłem ani grosza z tej firmy, odkąd ją odzie-

dziczyłem. 

Lenny, Mike, Paul i Jason otworzyli szeroko oczy. 

- Naprawdę? 

- Zgodziłem się przyjąć tę pracę nie dlatego, że wujek Harry mi ją dał, czy dlatego 

że  chciałem  się  pobawić,  tylko  zamierzałem  coś  udowodnić.  Nie  chciałem  wyłącznie 

grać w golfa i jeździć szybkim samochodem. - Carter okrążył stół i zbliżył się do Paula. - 

Ale nie udało mi się, prawda? 

Paul w milczeniu potrząsnął głową. 

-  Teraz  to  bez  znaczenia  -  mruknął  Carter. Rozejrzał się  po sali,  przyglądając się 

twarzom mężczyzn, którzy od kilku miesięcy byli jego pracownikami. Miał wrażenie, że 

T L

 R

background image

nie pracowali dla niego, tylko przeciw niemu. Nieporadne rządy wujka Harry'ego, a po-

tem brak jakiegokolwiek kierownictwa stworzyły klimat, który pozwolił im samym rzą-

dzić. Albo może, jak jego ojciec, widzieli tylko opisywaną w tabloidach wersję Cartera. - 

Nie muszę już nic udowadniać. 

- Bo odchodzisz - zauważył Paul, jakby znał odpowiedź. 

W  oczach  Cartera  pojawił  się  błysk.  Daphne  wstrzymała  oddech,  przekonana,  że 

będzie  tak,  jak  powiedział  Paul.  Carter  Matthews,  o  którym  czytała  w  gazetach,  zezło-

ściłby się i wyszedł. Bez chwili namysłu zająłby się czymś innym. 

Ale Carter Matthews, którego poślubiła wczoraj wieczorem, chyba postąpi inaczej. 

- Nie odchodzę - zaprzeczył - ale chcę zaproponować nowy plan. Dziś po południu 

Daphne mówiła mi, że będziecie mieli burzę mózgów. Jestem pewien, że zgłosicie mnó-

stwo wspaniałych pomysłów. Dlatego chcę zaproponować nagrodę. 

- Jaką nagrodę? - spytali niemal chórem. 

- Ten, kto pierwszy wymyśli atrakcyjną zabawkę, dostanie... 

Projektanci w milczeniu obserwowali swego szefa. 

- ...mój samochód. 

-  Twój  samochód?  -  zdziwił  się  Mike.  -  Przecież  kochasz  tego  lexusa.  Przyciąga 

kobiety jak magnes. 

- Właśnie dlatego już go nie potrzebuję.  

Wyszedł z sali, zostawiając zaskoczonych pracowników. 

 

Daphne zobaczyła Cartera później, kiedy stał na werandzie z butelką piwa w ręce. 

Projektanci pojechali z Reillym do miasta na kolację, co zostało ukartowane przez niego 

po to, by ona i Carter mogli pobyć trochę sami. 

Daphne nie była pewna, czy to dobry pomysł. Przeżywała prawdziwą burzę uczuć, 

ilekroć spojrzała na Cartera. Poza tym po tym, co się stało, zwątpiła w swój zdrowy roz-

sądek. 

- Co ty wymyśliłeś? - spytała. 

-  Mam plan.  -  Carter  pociągnął  z butelki duży  łyk  piwa  i  postawił ją na balustra-

dzie. - Potem znajdę dobrego menedżera, który pokieruje TweedleDee Toys. 

T L

 R

background image

- Chcesz się z tego wykręcić? 

- Myślisz, że jest mi łatwo? - Spojrzał na nią. - Zająłem się tą firmą, bo chciałem 

pokazać, że coś potrafię, no i rozłożyłem ją na łopatki. 

- Czasem firmy upadają, a nie zawsze to jest wina menedżera. 

- Tak, ale to ja jestem odpowiedzialny za upadek TweedleDee Toys. Myślę, że bę-

dzie najlepiej dla wszystkich, jeśli zrobię to co zawsze. 

- Odejdziesz?  

Wzruszył ramionami. 

- Rzuciłem studia. Nie pracowałem nigdzie dłużej niż parę miesięcy. Nigdy się nie 

ożeniłem... 

- ...aż do wczoraj. 

- Tak. - Spojrzał jej w oczy. 

- Nie musisz się o to martwić - powiedziała, choć zrobiło jej się przykro, że on też 

uważał ich małżeństwo za pomyłkę. - Znajdziemy na to sposób, kiedy wrócimy do domu. 

- A jeśli się nie zgodzę? 

-  Bądź  rozsądny,  Carter.  To  małżeństwo  nigdy  się  nie  uda.  Wczoraj  wieczorem 

straciliśmy  głowę.  -  Wzięła  głęboki  oddech.  -  Któregoś  dnia  przejrzysz  na  oczy.  Może 

jeszcze nie jutro czy w przyszłym miesiącu, ale któregoś ranka zbudzisz się i uświado-

misz sobie, że ten ślub był wielkim błędem. 

- Dlaczego tak myślisz? - spytał, wpatrując się w nią z natężeniem. 

- Bo tak było w moim domu. Matka wiele razy wychodziła za mąż. Ni z tego, ni z 

owego potrafiła wyjechać na weekend na Bermudy. Albo zapisać się na kurs tańca brzu-

cha, bo zobaczyła to na jakimś filmie. Albo zapominała kupić chleb na kolację, bo była 

zajęta kursem jogi lub tai chi i nie miała głowy do zakupów. Nie chcę zachowywać się 

tak jak ona, niezależnie od tego, co stało się wczoraj wieczorem. 

-  I myślisz, że to nic dla mnie nie znaczyło, że zrobiłem tak dlatego, bo wypiłem 

pół butelki piwa i nie znalazłem nic lepszego do roboty? 

Jego  słowa zabrzmiały  ostro,  ale  Daphne była  pewna,  że efektem spontanicznego 

zachowania może być tylko żal. 

- Tak. 

T L

 R

background image

Postąpił  krok  do  tyłu,  sięgając  znów  po  butelkę.  Cień  padł  na  jego  postać.  Przez 

długą chwilę słychać było tylko nawoływania nocnych ptaków i dźwięk przelatującego w 

oddali samolotu. 

- Pewnie masz rację - powiedział cicho. 

Daphne nie miała wątpliwości, że to najlepsze rozwiązanie, zanim któreś z nich za-

cznie traktować poważnie ich związek. 

- Nie powinieneś rzucać pracy - oznajmiła, czując się najbezpieczniej, gdy mówiła 

na ten temat. - Na pewno ci się uda. 

Carter parsknął. 

- Nawet moja asystentka tak mówi, wręczając mi kolejny rachunek zysków i strat z 

pozycjami zakreślonymi na czerwono. 

Daphne przesunęła się za nim w cień. Światło księżyca padało ma jego twarz. 

- Nie doceniasz siebie, Carter. Widziałam, jak rozmawiałeś dzisiaj z tymi chłopa-

kami o pracy. Masz wszystkie cechy dobrego menedżera. Gdybyś dostosował tę postawę 

do swych zdolności, moglibyście odnieść sukces. 

- Chcesz wykorzystać moje słowa przeciwko mnie? 

-  To  bardzo  trafna uwaga.  -  Wyjęła  butelkę  z  jego  rąk  i postawiła ją na balustra-

dzie, a potem położyła ręce na jego dłoniach. - Masz dobry instynkt. Wiesz, jak należy 

postępować  w  interesach.  Na  polu  golfowym  potrafiłeś  załatwić  fundusze  dla  mojego 

centrum kreatywności. Powinieneś wykorzystywać te umiejętności w pracy. 

- Chcesz powiedzieć, że powinienem grać więcej w golfa? 

Roześmiała się. 

- Nie. Ale powinieneś wykorzystać swój słynny urok w interesach. 

- Mam być czarujący?  

Skinęła głową. 

-  Pearl  kieruje  finansami.  Ty  możesz  zająć się  czymś innym.  Musisz nauczyć  się 

sprzedawać swoje produkty, Carter. Popatrz, jak udało ci się przekonać mnie do siebie. 

Ujął jej brodę i przesunął po niej kciukiem. 

- Chyba nie w pełni, skoro chcesz się ze mną rozwieść, nawet nie skonsumowaw-

szy małżeństwa. 

T L

 R

background image

- Ja... - Potrząsnęła głową, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć. 

- Nie chcesz mnie, Daphne? 

Jak łatwo byłoby skłamać! Odwrócić się, udając, że nie uwielbia jego pocałunków. 

I nie marzy nieustannie o tym, by znaleźć się z Carterem w łóżku. 

- Chcę. - Te słowa niemal utknęły jej w gardle. 

- To dobrze. Przynajmniej jesteśmy co do tego zgodni. - Pochylił głowę i pocało-

wał ją delikatnie w usta. 

Objęła go w pasie, przyciskając go do siebie. W ciemności słychać było każdy od-

dech. Pożądanie sprawiło, że wszelkie jej wątpliwości roztopiły się w mroku nocy. Dotyk 

ukochanego  miał  cudowną  moc,  uwalniając  uśpione  zmysły  sparaliżowane  strachem 

przed popełnieniem błędu. 

Kiedy dotknął jej piersi, Daphne przeszył dreszcz. Była tak przerażona i przejęta, 

jakby znalazła się razem z nim w pędzącym z zawrotną szybkością w górę i w dół wago-

niku w wesołym miasteczku. 

Oderwał usta  od  jej  warg  i  zaczął  obsypywać  pocałunkami  jej  szyję,  szepcząc jej 

imię. Daphne ogarnęła fala pożądania, a potem błoga rozkosz. 

Czy to możliwe, by zakochała się w Carterze Matthewsie i uwierzyła w bajkę? 

Odsunęła się od niego. 

-  Nie  możemy  tego  robić,  Carter.  Muszę  zachowywać  się  rozsądnie,  a przy  tobie 

tracę głowę. 

- Daphne... 

- Nie, Carter. Nic nas nie łączy. Chcę znaleźć prawdziwą miłość, mieć dom i psa. 

Nie chcę pośpiesznie zawartego małżeństwa, które wynikło tylko z tego, że opętały nas 

hormony. 

Wbiegła  do  domu,  aby  uciec  jak  najdalej  od  Cartera  Matthewsa  i  jego  szalonych 

pomysłów. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

W powrotnej drodze wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Carter nie miał żadnych 

wątpliwości,  że jego  firma  odniesie  sukces,  bo  projektanci  mieli  mnóstwo  wspaniałych 

pomysłów na nowe zabawki. Lenny, Mike, Paul i Jason, którzy unikali go w drodze do 

Maine,  tłoczyli  się  teraz  wokół  niego,  rozprawiając  z  ożywieniem  o  planach  na  przy-

szłość. 

Chcieli dzielić się z nim swoimi pomysłami. 

Carter nie byłby bardziej zdziwiony, gdyby Cmentarny Kotek nagle ożył. 

Kiedy Carter rzucił swoją propozycję, projektanci zabrali się do pracy, urządzając 

burzę  mózgów.  Potem  poprosili,  żeby  wybrał  najlepszy  pomysł.  Z  miską  popcornu, 

ołówkami i arkuszami papieru zasiedli wokół kominka. Daphne i Reilly dyskretnie wy-

cofali się na bok, obserwując, jak między piątką mężczyzn nawiązuje się współpraca. 

Długo dyskutowali na temat kolejnych projektów. Carter zgłaszał swoje propozy-

cje i uwagi, szczególnie zachwycając się urządzeniem do nagrywania minipłyt kompak-

towych  przeznaczonym  dla  dzieci  w  wieku  przedszkolnym.  Carter  czuł  się  teraz  jak 

prawdziwy członek zespołu. Poczucie przynależności i sukcesu było czymś tak nowym, 

że nie od razu to do niego dotarło. 

Jego życie uległo zmianie. Niestety marzenia związane z Daphne prysły jak bańka 

mydlana. Musiał jakoś temu zaradzić. Powinien porozmawiać z nią nie tylko o pracy, bo 

uczucia, które skłoniły go do zawarcia małżeństwa, wcale nie zniknęły, lecz jeszcze się 

spotęgowały. 

Weekend  w  przytulnym  domu  w  Maine  pozwolił  nie  tylko  nabrać  sił  do  pracy. 

Obecność  Daphne,  jej  uśmiech  i  ekscentryczne  okulary  nadawały  jego  życiu nową  bar-

wę. Co czeka ich w przyszłości? Może będą mieć dom i dzieci. No i koniecznie psa, choć 

nie  tak  wielkiego  jak  Grover.  Daphne  wspominała,  że  chce  psa.  Jak  na  ironię  Carter 

playboy zmienił się wtedy w małżonka, więc i on teraz tego pragnął. 

- Dziękuję - powiedział, biorąc ją za rękę.  

T L

 R

background image

Siedziała  obok  niego, bo  na  szczęście miejsca były  rezerwowane,  a  samolot  miał 

prawie  komplet  pasażerów.  Niestety  od  chwili startu  pracowała,  planując  rozkład  zajęć 

na następny tydzień. 

Na jej twarzy pojawił się znajomy uśmiech. 

- Wykonałam tylko swoją pracę. 

- O nie. Zrobiłaś znacznie więcej. Wiem, że to zabrzmi pompatycznie, ale zmieni-

łaś moje życie. 

Odłożyła długopis, zdejmując okulary. 

- Sam to zrobiłeś. Wszystko było w tobie. Ktoś musiał tylko podpowiedzieć ci kie-

runek. 

Zawsze w niego wierzyła. 

- Pchnąć mnie, i to mocno. - Spojrzał na ich splecione dłonie. - Co będzie po po-

wrocie? 

- Ja zajmę się ostatnimi przygotowaniami do budowy centrum, a ty wdrożysz nowe 

projekty do produkcji. 

- Pytałem, co będzie z nami. 

- Nie wiem - odparła, odwracając głowę. 

- Myślę, że to wszystko zależy od... 

- Od czego? 

- Od tego, czy zechcesz mieszkać na pierwszym, czy na trzecim piętrze. 

Westchnęła ciężko. 

- Carter, to, co się stało tamtej nocy, było błędem. Zapomnijmy o wszystkim. 

Ogarnęło  go  rozczarowanie.  Wszystko  tak  dobrze  się  układało  w  ciągu  ostatnich 

dni, że uwierzył w happy end. 

-  Nie  chcę,  żeby  to  się  skończyło,  Daphne  -  powiedział,  próbując  zajrzeć  jej  w 

oczy. - Jestem w tobie zakochany. 

Potrząsnęła głową, a on poczuł kamień w sercu. 

- Prawie się nie znamy. 

T L

 R

background image

- Mamy następne pięćdziesiąt lat, żeby się lepiej poznać. - Uśmiechnął się, ale nie 

zrobiło  to  na  niej  wrażenia.  Poczuł,  że traci  grunt  pod nogami i  nie  wiedział,  jak  temu 

zapobiec. 

- Nie, Carter. Nie chcę powtarzać błędów, które popełniła moja matka. - Wyjęła z 

jego uścisku rękę. - Zaraz po powrocie do Indiany unieważnimy to małżeństwo. Przepra-

szam. - Wstała i usiadła w innym rzędzie. 

Po  raz pierwszy  w  życiu  Carter  Matthews  miał  wszystko,  czego  chciał  -  z  wyjąt-

kiem  kobiety,  którą  kochał.  Wyjął  z  kieszeni  komórkę i  ścisnął  ją  w  ręku.  Kiedy  tylko 

wylądują, da Daphne to, czego ona pragnie. 

I będzie się modlić, by to wystarczyło. 

Daphne  rozpakowała  bagaże,  wrzuciła  brudne  rzeczy  do  pralki  i  posprzątała 

mieszkanie, ale wciąż była niespokojna. Trzy razy spojrzała w sufit, myśląc o Carterze, 

który był dwa pietra wyżej. Jej mąż - przynajmniej na razie. Rano trzeba będzie to zmie-

nić. 

To jedyne rozsądne rozwiązanie. 

Kiedy  usłyszała  dzwonek  do  drzwi,  otworzyła  je  szybko,  spodziewając  się,  że  to 

Carter przyszedł znów prosić ją, by zmieniła zdanie, tak jak prosił ją na lotnisku, a potem 

na postoju taksówek i przez telefon. Jednak za każdym razem odpowiadała mu tak samo: 

że już zdecydowała inaczej. 

- Mama! - zawołała, otwierając drzwi. 

-  Jak  się  masz,  Daphne.  -  Matka  postawiła  dwie  wielkie  walizki  w  korytarzu,  po 

czym uściskała córkę, rozsiewając wokół zapach Chanel 5. 

- Gdzie jest Brad? Nie mów, że zostawiłaś go w szpitalu. - To, że matka zjawiła się 

u niej, mogło oznaczać tylko jedno: uciekła i wplącze Daphne w jakąś nową aferę. 

Mary cofnęła się wymachując ręką. 

- On mnie nie potrzebuje. Ma pielęgniarki. Ale nie mówmy o szpitalu i chorobach - 

rzekła Mary z brytyjskim akcentem, jakby spędziła w Londynie kilka lat, a nie miesięcy. 

- Porozmawiajmy o czymś miłym, dobrze? 

Daphne westchnęła, wskazując matce salon, ale Mary skierowała się do kuchni. 

- Może napijemy się herbaty? - zapytała. 

T L

 R

background image

- Przecież nie pijesz herbaty. Matka się uśmiechnęła. 

- To może być brandy, które miałam do niej wlać. Daphne podała matce drinka i 

usiadła przy kuchennym stole naprzeciwko niej. 

Matka wzięła kieliszek do ręki i wypiła duży łyk. 

- Rozwodzę się z Bradem. 

- Teraz? Przecież on jest w szpitalu. No i cię kocha. 

Daphne  wiedziała  o  tym  dobrze,  bo  kilka  razy  widziała  matkę  z  Bradem.  Był  do 

niej bardzo przywiązany, znosił wszystkie jej dziwactwa. 

Matka potrząsnęła głową. 

- Nie jestem taka jak ty. Nie mogę przebywać na stałe w jednym miejscu. Ani być 

opoką. - Wzdrygnęła się. 

- Mylisz się, mamo - odparła Daphne, spoglądając matce w oczy. - Nie byłaś nigdy 

opoką. Czas przeszły. Ale możesz być. Wszystko zależy od ciebie. Brad zasługuje na ko-

bietę, która będzie z nim na dobre i na złe. - W słowach Daphne zabrzmiała złość. - Tak 

jak on był przy tobie w ciężkich chwilach. 

Mary odstawiła kieliszek na stół. 

- To było co innego. 

- Nieprawda. Brad był przy tobie, kiedy zachorowałaś na raka piersi. Trzymał cię 

za rękę, gdy byłaś w szpitalu, rozmawiał z lekarzami. Codziennie podawał ci śniadanie 

do łóżka. - Nawet sama Daphne, która tamtego lata mieszkała u matki dwa tygodnie, nie 

wykazywała takiej troskliwości. 

- Wiem, i czuję się okropnie. 

Daphne wstała, starając się opanować złość. 

- Wcale nie. Zawsze myślisz tylko o sobie. Kiedy byłam mała, ciągle wyjeżdżałaś. 

A  kiedy  chciałam  zrobić  coś,  co  mnie  interesowało,  na  przykład  pójść  do  szkoły  pla-

stycznej, krzyczałaś tak, jakbym chciała kogoś zamordować. Kazałaś mi być poważna i 

odpowiedzialna, ale sama taka nie byłaś. 

- Chciałam tylko cię chronić. 

- Przed czym? Przed zatruciem farbą? Nie pozwoliłaś mi rozwijać swoich pasji. 

T L

 R

background image

-  Chciałam  cię  chronić  -  powtórzyła  Mary,  przesuwając  palcem po  krawędzi  kie-

liszka. - Żebyś nie stała się podobna do mnie - dodała, spoglądając córce w oczy. 

Daphne bez słowa oparła się o krzesło. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że matka 

może mieć taki powód. 

- No i tak było - powiedziała cicho. - Nigdy nie stawiałam sobie żadnych wyzwań. 

Nie byłam samodzielna. - Dopóki nie poślubiła Cartera Matthewsa. 

- Chyba żartujesz - obruszyła się Mary. - Prowadzisz firmę. Codziennie masz przed 

sobą wiele wyzwań. 

- W pracy tak, ale nie w życiu osobistym. 

- Chcesz wiedzieć, dlaczego tyle razy wychodziłam za mąż? - spytała matka. - Dla-

czego  nie  mogłam  usiedzieć  w  jednym  miejscu?  Bo  po  śmierci  twojego  ojca  nikt  nie 

mógł go zastąpić. I nie mogłam żyć tam, gdzie wszystko mi go przypominało. To mnie 

dobijało. - Wypiła łyk brandy, a potem ścisnęła kurczowo kieliszek. - Kiedy twój ojciec 

zmarł, byłam w takim stanie, że się do niczego nie nadawałam. Najlepsze, co mogłam dla 

ciebie zrobić, to cię opuścić. 

- Nie, mamo - powiedziała cicho Daphne. - Powinnaś była przy mnie zostać. Mia-

łam  tylko  ciebie.  -  Wciągnęła powietrze  w  płuca,  wspominając dawne  rany  i smutki.  - 

Byłaś mi tak potrzebna. Nie oczekiwałam, że będziesz idealna. Chciałam tylko być bli-

sko ciebie. 

Mary podniosła wzrok na córkę. W jej oczach, tak jak w oczach córki, błyszczały 

łzy. 

- Naprawdę chciałaś być ze mną? 

- Oczywiście. Nie wiedziałam tylko, jak ci to powiedzieć. 

Mary obracała kieliszek w dłoni. Daphne zdawało się, że matka zaraz wybuchnie, 

tak jak zawsze, gdy poruszały jakiś trudny temat. 

- Czy teraz też chcesz być blisko mnie? 

Daphne spojrzała na kobietę, która ją urodziła, wychowała i kilka razy porzuciła. I 

która nie pozwalała jej spełniać marzeń, bo miała wrażenie, że w ten sposób będzie chro-

nić córkę. 

T L

 R

background image

Daphne  nie  wiedziała  jednak,  ile  było  w  tym  winy  matki,  a  ile  jej  samej,  bo  nie 

walczyła o siebie w miarę upływu lat, wolała chronić się w bezpiecznych schematach i 

stabilizacji, aby uniknąć chaosu wywołanego śmiercią ojca. 

I czekała trzydzieści pięć lat na to, by przeprowadzić rozmowę, która im obu była 

tak potrzebna. 

Daphne pomyślała o Carterze, który zdecydował się zaryzykować, podejmując wy-

zwanie,  mimo  że  narażał  się  na  porażkę.  Może  trenerka  powinna  wziąć  parę  lekcji  u 

swego klienta? 

- Tak - odparła, dotykając dłoni matki. Wiedziała, że powinny zacząć nowe wspól-

ne życie. - Chcę. Zapomnijmy o tym, co było, i zacznijmy od nowa, mamo. 

Czy nie tak postępowała w pracy? Zawsze uczyła swoich klientów, że kiedy coś się 

nie udaje, trzeba zmienić postępowanie i zacząć wszystko od nowa. 

- Ale teraz powinnaś wrócić do Londynu i zaopiekować się Bradem. Przyjadę was 

odwiedzić w lecie. 

- Naprawdę? - spytała żałośnie matka. 

Czyż to nie dziwne, że role się odwróciły i to Daphne trzymała teraz w ręku ster? 

- Tak. 

Matka uścisnęła jej rękę. Zbyt długo żyły obok siebie. 

- Dobrze, spróbuję. Pobyt w jednym miejscu przeraża mnie, Daph. 

- A mnie przerażają ciągłe ucieczki. Może uda nam się pogodzić jedno z drugim. 

Matka skinęła głową. 

- Tak. 

Rozmawiały aż do świtu, nadrabiając utracone lata. Daphne powiedziała w końcu 

matce, że wyszła za Cartera, co spotkało się z całkowitym zrozumieniem ze strony matki. 

Kiedy Mary położyła się spać, Daphne zauważyła kopertę wsuniętą pod drzwi. Na 

kopercie czerwonym długopisem było napisane jej nazwisko. 

W środku był czek wystawiony na centrum kreatywności opiewający na resztę bra-

kującej sumy. Czek był podpisany przez Cartera i miał być zrealizowany z jego prywat-

nego konta. W linijce przeznaczonej do korespondencji Carter napisał: „Uwierz w to, co 

wydaje się niemożliwe, Daphne. Czasem tak się zdarza". 

T L

 R

background image

Kiedy chowała czek do torebki, wyczuła pod palcami mały twardy przedmiot. 

Figurka  żołnierza.  Długo  ściskała  ją  w  ręku,  a  potem  pomyślała,  że  należałoby 

przypuścić atak. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

W  poniedziałek  rano  Carter  był  pełen  entuzjazmu.  Sesja  wyjazdowa  zmieniła  w 

firmie bardzo wiele. Skoro udało mu się uratować TweedleDee Toys, czuł, że może zro-

bić wszystko. 

Miał nadzieję,  że potrafi także porozumieć  się  z  Daphne i uratować to,  co zepsuł 

swoim pomysłem, by się pobrać. 

Wczoraj  wieczorem  wsunął  pod  jej  drzwi  czek  i był  pewien,  że  Daphne  odezwie 

się do niego rano. Ale nie zadzwoniła ani nie przyszła. I nie odebrała telefonu. 

To oznacza, że Carter musi wymyślić lepszy sposób, by do niej dotrzeć. 

Na parkingu podeszła do niego Pearl, wymachując plikiem papierów. 

- Nigdy pan nie uwierzy, panie Matthews! Mamy zamówienia. 

- Tak szybko? - zdziwił się, kierując się z nią w stronę budynku. 

-  Te  szkice,  które  wysłał  pan  z  Maine  do  Toy  Castle,  zrobiły  furorę.  Dostaliśmy 

zamówienie na pół miliona dolarów! - Oczy Pearl zrobiły się okrągłe ze zdumienia. - Toy 

Castle  chce,  żeby  lalka  Ninja  była  główną  ozdobą  sezonu  gwiazdkowego.  Oczywiście 

dziewczynka, która potrafi kopnąć w tyłek, w ofercie jest potrzebna. - Pearl się uśmiech-

nęła. - Gratuluję. Udało się panu uratować firmę. 

-  To  nie  tylko  moja  zasługa  -  odparł  Carter,  wchodząc  do  pokoju  projektantów, 

którzy świętowali sukces kawą i pączkami. - To był zbiorowy wysiłek. 

Paul podniósł kciuk na znak, że się udało. 

- Panie Matthews - odezwał się - mam kilka nowych szkiców. Wczoraj wieczorem, 

kiedy wróciłem z pracy, urządziłem w domu burzę mózgów z dzieciakami. Myślę o inte-

raktywnych kotach. - Uniósł rękę w górę, by powstrzymać ewentualny protest Cartera. - 

Ale nie martwych, tylko takich, którymi można by się opiekować, tak jak w grach Tama-

gotchi. 

T L

 R

background image

Carter się uśmiechnął. 

- Interaktywne koty to wspaniały pomysł. Lubię takie zabawki. - Wskazał ręką na 

futrzaną maskotkę leżącą nad papierowym białym krzyżem przyklejonym do szafki. Wy-

jął z kieszeni kluczyki i wręczył je Paulowi. 

- To dla mnie? - spytał Paul ze zdziwieniem. 

- Zasłużyłeś na nie. - Carter porozmawiał jeszcze chwilę z projektantami, po czym 

ruszył do swego gabinetu. 

Przed wyjściem z domu zaprosił ojca na spotkanie. Kelly skinęła głową na znak, że 

Jonathon Matthews już czeka. 

Carter przywitał się z ojcem i zaprosił go do gabinetu. 

- O co chodzi? - spytał Jonathon. - Za godzinę muszę być w sądzie. 

Carter usiadł za biurkiem i czekał, aż ojciec też usiądzie. 

- Mam wiadomość, którą chciałem przekazać ci osobiście, zanim Gloria się dowie i 

roztrąbi to w rubryce towarzyskiej. - Carter wciągnął powietrze. - Podczas tego weeken-

du ożeniłem się z Daphne Williams.  

Ojciec spojrzał na niego zszokowany. 

- Ożeniłeś się z tą kobietą z centrum kreatywności?  

Carter skinął głową. 

-  To  jej  zawdzięczamy  obecny  sukces  firmy.  -  Uśmiechnął  się.  -  I  wiele  innych 

rzeczy. 

Po szoku nastąpił atak. 

- Kochasz tę kobietę, czy to była nagła decyzja? Ojciec wciągnął głęboko powie-

trze. - Mówiłem, żebyś się ustatkował, ale nie przypuszczałem, że naprawdę to zrobisz. 

Tylko nie mów, że ożeniłeś się, żeby zrobić mi na złość. 

- Kocham ją. - Carter nie miał co do tego żadnych wątpliwości, choć nie wiedział, 

co czuje Daphne. 

Tak czy inaczej nie miał zamiaru pozwolić jej odejść. Chciał zdobyć ją na zawsze. 

Ojciec potrząsnął głową i prychnął. 

- Wkrótce się przekonasz, że to nie potrwa długo. Proszę cię tylko, żebyś zrobił to 

po cichu. 

T L

 R

background image

Carter poderwał się z krzesła. 

- Dlaczego nie możesz się ze mną cieszyć? Dlaczego zawsze krytykujesz to, co ro-

bię? 

- Bo podejmujesz złe decyzje. 

- Nie. Podejmuję decyzje, z którymi się nie zgadzasz, ale to nie znaczy, że są złe. - 

Nagle  wszystko  pojął.  Ojciec  drwi  z  małżeństwa,  z  przywiązania  do  kobiety.  Jest 

zgorzkniały dlatego, że któregoś wiosennego dnia opuściła go żona. 

- Mama cię zostawiła, tato. Zrobiła źle, ale to nie znaczy, że możesz odbierać mnie, 

mojemu bratu czy, do diabła, nawet sobie prawo do szczęścia. 

- Wcale tego nie robię. 

- Akurat. Bez przerwy nas musztrujesz. Zwłaszcza mnie, bo nie byłem taki mądry 

jak Cade. Nie poszedłem na studia i nie pracowałem w rodzinnej firmie. Ale teraz mam 

pracę, prowadzę  firmę.  Ożeniłem się.  I  do  diabła, jestem  szczęśliwy.  -  Carter  wciągnął 

powietrze,  spoglądając  ponuro  na  ojca.  -  Dlaczego  nie  możesz  wreszcie  powiedzieć: 

„Dobra robota, Carter. Jestem z ciebie dumny, synu"? Dlaczego nigdy nie zasłużyłem na 

to, żebyś mnie pochwalił? 

Ojciec przyglądał się Carterowi przez chwilę, a potem odwrócił głowę i zapadł się 

w fotelu. 

- Bo to ja nie zasłużyłem na pochwałę - odparł niemal szeptem. 

Carter  opuścił  głowę,  wpatrując  się  w  dywan.  Nie  miał  odwagi  spojrzeć  teraz  na 

ojca. 

-  Przez  wiele  lat  sam  prowadziłeś  kancelarię.  Wychowywałeś  mnie  i  Cade'a.  Jak 

możesz mówić, że nie zasłużyłeś na pochwałę? 

- Twoja matka opuściła mnie, Carter. Wyjechała i mnie zostawiła. 

Carter  pamiętał  strzępy  obrazów.  Żołnierzyki.  Piaskownica.  Ciemnobrązowa  wa-

lizka.  Solidne  buty  na  płaskich  obcasach.  Szybki  pocałunek,  który  okazał  się  ostatni  w 

życiu. Odetchnął gwałtownie, broniąc się przed bólem. 

- Zostawiła nas wszystkich, tato. Mnie także. 

-  Nie  chodziło  o  ciebie.  Ani  o  Cade'a.  To  ja  byłem  temu  winny.  Zawiodłem  ją.  - 

Wciągnął powietrze. - Oszukałem ją. I złamałem jej serce. 

T L

 R

background image

Carter spojrzał na ojca. 

- Ty? - Wzorowy obywatel Jonathon Matthews miał romans? 

- To trwało bardzo krótko, ale twoja matka się dowiedziała i odeszła. Gdybym tego 

nie zrobił, to może... 

Carter potrząsnął głową. 

- Zostawiła swoje dzieci, tato. Nie tylko ciebie. Nigdy więcej się nie pokazała. Na-

wet nie próbowała się z nami skontaktować. Mogła wziąć z tobą rozwód, tato. Starać się 

o opiekę nad dziećmi. Odwiedzić nas. 

- To prawda - przyznał Jonathon. 

Carter zadawał sobie pytanie, dlaczego tak się stało, ale nie powiedział tego głośno. 

Odpowiedź  nie  ma  już  znaczenia.  To  matka  straciła  najwięcej,  a  nie  on  czy  jego  brat. 

Carter miał teraz trzydzieści siedem lat. Dawno temu przestał być dzieckiem. Miał ojca i 

brata. 

A teraz ma jeszcze Daphne. Tak, Vanessa Matthews straciła najwięcej. 

- Kiedy twoja matka wyjechała - mówił dalej ojciec, wpatrując się w buty - byłem 

przerażony. Dwóch małych chłopców, firma, mnóstwo spraw na głowie. 

-  Dlatego  stałeś  się  perfekcjonistą  -  zauważył  Carter,  patrząc  na  swój  schludnie 

urządzony gabinet. Niejedną cechę odziedziczył po ojcu. 

- W ten sposób chciałem odzyskać równowagę. Upewnić się, że nic złego się nie 

stanie. - Ojciec podniósł głowę, spoglądając wreszcie na syna. - Nie chciałem, żebyście 

także mnie zostawili. 

- Mieliśmy dopiero pięć lat, tato. Baliśmy się sami przejść przez ulicę. 

Jonathon  zaśmiał  się.  Moment  beztroski  pozwolił  im  obu  zdystansować  się  od 

smutnej przeszłości. 

- Tak, wiem. Ale i tak nie mogłem pozwolić sobie na błąd. W ten sposób radziłem 

sobie ze stresem. Od was obu też tego wymagałem. 

- Nie miałeś łatwego zadania - powiedział Carter, przypominając sobie zabłocone 

ubrania i kłopoty, jakie sprawiał jako dziecko, a potem dorosły człowiek. 

Jonathon zamyślił się. 

- Tak, lubiłeś poszaleć. Musiałeś zawsze iść własną drogą. 

T L

 R

background image

Carter rozejrzał się po gabinecie. 

- Aż wreszcie znalazłem się tutaj. 

Opowiedział ojcu o Daphne, sesji wyjazdowej i wynikach. Kiedy skończył, na twa-

rzy ojca niespodziewanie pojawił się uśmiech. 

- Moi projektanci spisali się znakomicie - zakończył Carter. 

- Nie, Carter, to twoja zasługa. Firma nie rozwija się, jeśli nie ma dobrego lidera. - 

Zamilkł, nieprzyzwyczajony do prawienia komplementów. - Jestem z ciebie dumny, sy-

nu. Cholernie dumny. 

Carter mógł teraz zganić ojca za wiele lat lekceważących i pogardliwych uwag, ale 

zamiast tego powiedział tylko: 

- Dziękuję, tato. 

Ojciec skinął głową i odchrząknął. 

- Dawno temu powinienem był ci to powiedzieć. 

-  Hej,  nie  może  pan  tam  wejść!  -  Zza  zamkniętych  drzwi  dobiegł  ich  donośny 

krzyk Kelly. - On ma spotkanie. 

- Mogę wejść wszędzie, gdzie mi się podoba. Poza tym tam jest mój klaun. 

Carter  i  Jonathon  zerwali  się  z  foteli.  Drzwi  otworzyły  się  i  do  środka  wkroczył 

duch. 

- Witam wszystkich. Nie ma to jak wrócić z zaświatów i zacząć dobrze tydzień. 

- Wujek Harry? - Carter otworzył usta ze zdumienia, po czym zamrugał powieka-

mi, bo zdawało mu się, że ma halucynacje. 

- We własnej osobie - odparł wuj, klepiąc się po beczułkowatej klatce piersiowej. 

Miał tę samą bujną siwą czuprynę, zrośnięte gęste brwi, które trzęsły mu się od śmiechu, 

i tęczowe szelki, z którymi się nigdy nie rozstawał. - No, jak wam się podobał mój ka-

wał? Lubię robić kawały, a ten, muszę przyznać, był niezły. 

- Jak to, kawał? - spytał Jonathon ze zdumieniem. 

- Zostałeś prawnie uznany za zmarłego. 

Wuj Harry zachichotał jak na występie w kabarecie. 

- Powinienem zostać prawnie uznany za zdolnego do znikania. Założę się, że Harry 

Houdini teraz na mnie patrzy i zazdrości jak diabli, że sam o tym nie pomyślał. 

T L

 R

background image

- Zaplanowałeś to wszystko? - spytał Carter. 

- Tak. - Harry uśmiechnął się, bardzo zadowolony z siebie. - Chciałem zobaczyć, 

jak nasz mały Carter poradzi sobie na moim miejscu.  

- Zrobiłeś to dlatego, bo myślałeś, że zrobię z siebie pośmiewisko? - zapytał Carter. 

Wuj Harry roześmiał się, wymachując ręką. 

-  Byłeś  jedyną  osobą,  której  mogłem  zrobić  taki  kawał.  Niestety,  mój  brat  wcale 

nie zna się na żartach. 

- Spojrzał z niechęcią na Jonathona. - Na litość boską, nie mogłem powierzyć mu 

firmy z zabawkami. Jeszcze zacząłby sprzedawać dwulatkom organizery. 

-  To  dlatego,  że  jestem  praktyczny  -  bronił  się  Jonathon.  -  Nie  traktuję  życia  jak 

wielkiej sceny. 

- Nudy, nudy, nudy - zawołał Harry, wznosząc wzrok ku niebu. 

- Ojciec jest odpowiedzialny - wtrącił Carter. - Nigdy nie myślał o głupstwach, bo 

miał na utrzymaniu dzieci. Nie był w tak luksusowej sytuacji jak ty, wujku, bo jesteś sta-

rym kawalerem. Mogłeś myśleć tylko o sobie. 

- Dziękuję, Carter - powiedział cicho Jonathon.  

Carter odwrócił się do człowieka, który przez tyle lat był bardziej jego przeciwni-

kiem niż rodzicem, i uśmiechnął się. W ciągu ostatnich kilku minut porozumieli się z so-

bą, a Carter miał zamiar w przyszłości zachować tę nić porozumienia. 

- Teraz rozumiem cię, tato - powiedział. - Zrobiłeś wszystko, co mogłeś. 

- Nie, nie wszystko - odburknął niechętnie ojciec. 

- Powinienem lepiej o was zadbać. 

- A ja to co? - obruszył się wuj Harry. - Mówisz tyle o odpowiedzialności, Carter. 

Jak sądzisz, dlaczego przede wszystkim przekazałem ci tę firmę? 

- Żeby dać mi nauczkę? 

- Nie, żebyś trochę dorósł. Mnie się to nie udało, a tobie teraz owszem - rzekł wuj 

Harry, zacierając ręce. 

-  Bardzo  chciałbym  dłużej  z  wami  porozmawiać  w  tej  wzruszającej  rodzinnej 

chwili,  ale  muszę  zająć  się  moją  firmą.  Carter,  dziękuję  ci  za  opiekę  nad  moim  dziec-

kiem. Jesteś już wolny i możesz wracać na pole golfowe. 

T L

 R

background image

- Nie. 

Trzej mężczyźni odwrócili się jak na komendę. W drzwiach stali czterej projektan-

ci, za nimi rozpromieniona Pearl, a obok Kelly. 

- Nie chcemy, żeby Carter odszedł - oznajmił Paul.  

Wuj Harry zachichotał. 

-  Aha,  chcecie  mnie  oszukać,  co?  Wracajcie  do  roboty,  chłopcy.  Zaraz  do  was 

przyjdę. Przygotujcie poduszki pierdziawki w sali konferencyjnej. 

- Mówimy poważnie - odparł Paul. - Jeśli przejmie pan z powrotem firmę, to od-

chodzimy.  Kiedy  prowadził  pan  TweedleDee  Toys,  robił  pan  dużo  kawałów,  ale  nie 

przejmował się pan firmą. Nie radził pan sobie z finansami. No i Carter ma z nami dużo 

lepszy kontakt. 

- No, zapamiętam sobie tę uwagę - oświadczył Harry. 

-  Może  zdecyduje się pan na  zawód  komika,  o  czym  kiedyś  pan  wspominał  -  za-

proponował Mike - bo my chcemy, żeby Carter tu został. 

- A, bunt, tak? - Harry spojrzał na projektantów i uśmiech zniknął z jego twarzy. - 

No, jeśli tak uważacie... 

- Tak. 

Harry zasępił się i milczał przez dłuższą chwilę. Potem odzyskał humor i uśmiech-

nął się blado do Cartera. 

- Może faktycznie zostanę komikiem - odparł. - A więc chcesz dalej siedzieć przy 

tym biurku? 

Carter spojrzał na projektantów i na Pearl, po czym skinął głową. 

- Tak. 

- W porządeczku - odparł Harry, strzelając szelkami. - Firma jest twoja. - Poklepał 

Cartera po ramieniu. Dobrze się spisałeś, mój bratanku, lepiej niż ja. Ale stawiam jeden 

warunek. 

- Jaki? 

Harry przeszedł przez pokój i zbliżył się do oszklonej gabloty. 

- Zabieram moją głowę klauna. - Wziął zabawkę z półki, a kiedy wychodził z gabi-

netu, głowa klauna wydała z siebie głośny chichot. 

T L

 R

background image

Daphne patrzyła, jak mężczyzna z głową klauna opuszcza gabinet Cartera, po czym 

weszła do sekretariatu. Przystanęła w progu, przyglądając się, jak Carter rozmawia z ja-

kimś mężczyzną siedzącym po drugiej stronie biurka. 

Miał lekko przekrzywiony krawat i potargane włosy. Wyglądał seksownie, a zara-

zem  delikatnie.  Pomyślała  o  czeku,  który  miała  w  torebce,  oraz  o  obrączce  na  palcu,  i 

serce ścisnęło jej się w piersi. 

- Carter? 

Podniósł głowę i uśmiechnął się na jej widok. 

- Daphne. 

W jej uszach zabrzmiało to jak pieszczota. 

- Wejdź - powiedział. - Chciałbym, żebyś poznała mojego ojca. 

Kiedy prezentacja została dokonana, Jonathon Matthews skinął głową w kierunku 

syna. 

- Muszę już iść - powiedział. 

Wstał i podszedł do drzwi, po czym okręcił się na pięcie, jakby sobie coś przypo-

mniał. 

- Chciałbym zaprosić was oboje dzisiaj na kolację. 

- Świetnie, tato - ucieszył się Carter. - Naprawdę świetnie. 

Ojciec skinął głową i wyszedł, zamykając za sobą drzwi gabinetu. 

Daphne  i Carter byli  teraz sami.  Choć znajdowali  się dwa metry  od  siebie,  oboje 

byli spięci. Carter wstał, okrążył biurko i zatrzymał się przed Daphne. 

- Nie sądziłem, że cię dziś zobaczę. 

- Bo nie miałam tu przychodzić. - Spojrzała w jego ciemnoniebieskie oczy, w któ-

rych odbijał się inny Carter Matthews niż ten opisywany w tabloidach. 

Mężczyzna,  którego  znała, nie  był  tylko  uwielbiającym  szybkie  samochody  play-

boyem. Ale chciał też od niej coś, czego być może nie mogła mu dać. 

Długo chodziła dzisiaj po mieszkaniu, potem pojechała z Kim odebrać swój samo-

chód,  przez  cały  czas  zastanawiając  się,  co  powinna  zrobić.  Od  kilku  dni  miotały  nią 

sprzeczne uczucia. Zastanawiała się, czy uda jej się zatrzymać wszystko - pracę, ukocha-

T L

 R

background image

nego i mieć ciekawe życie. Być może decyzje, które podejmuje się naprędce, okazują się 

w końcu słuszne. 

Sięgnęła  do  torebki  i  wyjęła  małego  zielonego  żołnierzyka,  który  kilka  dni  temu 

upadł na podłogę. 

- Powiedz mi, dlaczego on cię tak zdenerwował - poprosiła, chcąc poznać tajemni-

cę ukochanego. 

Carter  wziął  figurkę  do  ręki  i  obracał  ją  w  dłoni,  aż  koniuszek  strzelby  zostawił 

czerwone ślady na jego skórze. 

-  Kiedy  moja  matka  opuszczała  dom,  ja  i  mój  brat  bawiliśmy  się  w  żołnierzy  w 

ogrodzie.  Matka  podeszła  do  piaskownicy,  pocałowała  nas,  a  potem  wsiadła  do  samo-

chodu i odjechała. - Zacisnął figurkę w dłoni i wciągnął głęboko powietrze. 

Daphne położyła rękę na jego ramieniu. 

- Wtedy bawiłem się po raz ostatni w życiu. Potem wszystko się zmieniło, zwłasz-

cza nasz ojciec. Ja i Cade musieliśmy bardzo szybko dorosnąć. - Zamilkł na chwilę, a po-

tem uśmiechnął się swoim słynnym uśmiechem. 

- Cade szybko dorósł, mnie zabrało to trochę więcej czasu. 

Daphne  współczuła  mu.  Wiedziała,  co  musiał  przeżyć,  i  rozumiała,  dlaczego  za-

chowywał się tak, a nie inaczej. 

-  Ja  też  musiałam  szybko  dorosnąć  -  oznajmiła.  -  Przez  to  wszystko...  -  Urwała, 

szukając odpowiednich słów. - Zaczęłam się bać wszystkiego, co było podobne do cha-

osu.  Wybierałam nudnych mężczyzn. Moje życie  było  szare  i  bezbarwne.  Żyłam  jak  w 

kokonie. - Uśmiechnęła się. - A potem poznałam ciebie. 

- A ja zmieniłem zupełnie twoje życie - zauważył. - Tak jak ty moje. 

- Może ty potrafisz dać sobie radę, Carter, ale ja... - Znów urwała, nie mogąc wy-

dusić z siebie ostatnich słów. Kiedy on stał blisko i przyglądał jej się z napięciem, zda-

wało się, że czyta w jej myślach. - Ale ja nie umiem. 

- Oboje byliśmy opuszczeni, Daphne. - Ujął mocno jej dłonie, a ona od razu poczu-

ła się bezpiecznie. - Nie sądzisz, że to miało wpływ na nasze związki? 

- Możliwe - odparła, a potem wciągnęła głęboko powietrze, rozmyślając nad swo-

im dawnym życiem. 

T L

 R

background image

- Masz rację, tak. 

- Martwisz się, że historia się powtórzyła, kiedy wzięliśmy potajemnie ślub? 

- Tak - odparła. - Zrobiłam to samo, co robiła zawsze matka. Wyszłam za mężczy-

znę dlatego, że mi to zaproponował. 

Zbliżył się i ujął ją pod brodę. 

- Czy tylko dlatego za mnie wyszłaś? 

Pragnęła, by jej dotykał, choć być może nie powinna. Między nią a Carterem Mat-

thewsem w ciągu ostatnich kilku dni działo się coś niesamowitego i przerażającego. 

I wspaniałego. 

- Nie - szepnęła, wiedząc już, że nie mogłaby odejść od tego mężczyzny. Nie mo-

głaby zostawić go ani powiedzieć, że małżeństwo z nim było błędem. 

Dlatego, że zakochała się w Carterze. 

- Nie poślubiłem cię po to, żeby poprawić swoją opinię albo uniknąć zapłaty za se-

sję wyjazdową. - Znów uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił. - Poślubiłem cię, Daph-

ne Williams-Matthews, dlatego że cię kocham. 

Te słowa wywołały w niej wielką radość. Carter ją kocha. 

Czy to ma znaczenie, że zakochał się w niej w ciągu paru dni czy paru lat? Czy to 

ma znaczenie, że natychmiast wiedziała, że to on, czy musiała czekać na to lata? 

Popełniłaby wielki błąd, gdyby zastanawiała się zbyt długo i w końcu straciła szan-

sę na szczęście. Mogłaby utracić to, czego tak bardzo pragnęła. 

Teraz to ma. Pięć dni temu jej serce nie posłuchało głosu rozsądku. Poszło za jego 

sercem. 

- Ja też cię kocham - powiedziała. 

Uśmiech  rozświetlił  jego  twarz,  a  w  oczach  zapaliły  się  iskierki.  Niedowierzanie 

zastąpiła radość. Carter pochylił się, całując Daphne delikatnie w usta. 

- Martwiłem się, co mi powiesz. 

- Dobrze jest trzymać cię w szachu. - Ujęła go pod brodę, a wszystko w niej śpie-

wało ze szczęścia. - Tak jak ty trzymałeś mnie w szachu, dając mi ten czek. 

-  Wierzę  w  ciebie,  Daphne.  Wierzę  w  to,  co  robisz.  A  kiedy  zbudujesz  centrum 

kreatywności, przygotuj dla mnie kredki. 

T L

 R

background image

Roześmiała się. 

- Chcesz przyjść coś namalować?  

Skinął głową, patrząc jej poważnie w oczy. 

- Bardzo długo na to czekałem. Chciałbym mieć trochę radości w życiu. 

- Myślałam, że playboyom tego nie brakuje - odparła, drocząc się. Była szczęśliwa, 

że ma mężczyznę, który ją kocha i lubi jej pracę. 

- Jazda szybkim samochodem i gra w golfa to nic w porównaniu z radością, jaką 

będę przeżywać z tobą. - Musnął ustami wargi Daphne, a jej zrobiło się gorąco. 

- Myślę, że powinniśmy wrócić do Maine. 

Zmarszczyła brwi. 

- Dlaczego?  

Carter się uśmiechnął. 

- Bo nie tylko ty potrafisz myśleć kreatywnie. Chciałbym udzielić ci paru lekcji. - 

Pochylił się i szepnął jej do ucha, co czeka ich w ciągu najbliższych dni. 

-  Och,  Carter  -  odparła  ze  śmiechem,  wyobrażając  sobie  tę  scenę.  -  Nie  jestem 

pewna, czy stół do ping-ponga wytrzyma takie rzeczy. 

- Ale z chęcią się przekonamy, prawda? 

Daphne spojrzała mężowi w oczy, myśląc o tym, ile radości przyniosą im następne 

lata. 

- O tak. Na pewno. 

Potem go pocałowała. Oboje zwyciężyli w najważniejszej grze na świecie. Grze w 

miłość. 

 

 

T L

 R


Document Outline