1
Ostatnia część pamiętnika Bilba Bagginsa
Ja Bilbo Baggins spisuję w tej księdze przygody swoje, które mnie w drodze do dworu
zacnego Elronda w Rivendell przywiodły. Jest to juŜ być moŜe przygód moich księga ostatnia, wiek
bowiem ciąŜy na mnie, i czuję, Ŝe dni przygód moich juŜ się dopełniły. Te zaś, które w tej księdze
spisuję, nie mogą być przyrównane, do przygód siostrzeńca mojego, Froda, które w innej księdze i
w innym czasie spisane zostały.
Jeślibyś jednak, drogi czytelniku skuszony nazwiskiem Bagins, które mój siostrzeniec z taka
dumą w świecie rozsławił, zechciał zapoznać się z tą opowieścią, wiedz, Ŝe wielką przyjemność mi
sprawisz. Czytaj, moŜe chociaŜ ty zrozumiesz moją opowieść.
Po opuszczeniu zacnego Shire’u i pozostawieniu na barkach mego siostrzeńca całego
rozgardiaszu (Och, gdybym wtedy wiedział jaki to rozgardiasz mu pozostawiam, pewnie nigdy bym
w tą podróŜ nie wyruszył), nie bardzo wiedziałem co będę dalej robił. Łatwo jest bowiem
opowiadać wszystkim, nawet kochanemu Gandalfowi, jak to bardzo pragnie się przygód, o wiele
trudniej jest jednak te przygody przeŜywać. Na szczęście kompania była wesoła, a moi, tak rzadko
widywani przyjaciele mieli mi tyle do opowiedzenia. Poza tym droga była prosta, więc liczyłem, Ŝe
tak jak dawniej przygoda sama mnie odnajdzie.
Nie od razu skierowałem się teŜ w stronę Rivendell. Jakieś przedziwne przeczucie mówiło mi,
Ŝ
e przyjdzie mi juŜ na zawsze poŜegnać się z tą ukochaną krainą, w której przeŜyłem całe moje
dzieciństwo, i gdzie za wyjątkiem mojej pierwszej wyprawy spędziłem całe swoje dorosłe Ŝycie.
Wędrowaliśmy więc z moimi towarzyszami po okolicznych wzgórzach i lasach, sypiając pod gołym
niebem lub w ukrytych elfich dworach. Były to piękne dni, słońce świeciło jasno, nie na tyle jednak,
Ŝ
eby dawało się odczuć jakiekolwiek zmęczenie.
Kiedy teraz o tym pomyślę, zastanawia mnie, Ŝe nie dostrzegłem wtedy tych wszystkich oznak
nadchodzących kłopotów. Nigdzie po drodze nie widzieliśmy obcych, ani teŜ Ŝadnych dziwnych
stworów. Kiedy teraz przyrównuję tamte dni do moich poprzednich przygód, widzę wyraźnie, Ŝe
było wtedy wręcz nudno. Myślę, Ŝe gdy nie mój podeszły wiek i nawyki osiadłego i wygodnego
Ŝ
ycia, to zaraz zaproponowałbym inną wyprawę.
W kaŜdym bądź razie mijały dni i tygodnie, a ja wciąŜ nie oddaliłem się zanadto od
Hobbitonu. Kiedy juŜ zacząłem przemyśliwać gdzie by się udać przybył posłaniec z wiadomością,
Ŝ
e moi towarzysze wyczekiwani są w niedalekim Rivendell. Chodziło zdaję się o jakieś sprawy
majątkowe, co Krasnali zawsze przyprawia o szybsze bicie serca, postanowiłem więc nie stawać się
dla nich przeszkodą i zaproponowałem, Ŝe razem udamy się do Rivedell. Wierzyłem, Ŝe
przyjaciele, po załatwieniu swoich spraw z pewnością zgodzą się kontynuować podróŜ. Poza tym
wiedziony byłem chęcią obejrzenia dworu Półelfa, który to dom nie raz pojawiał się w rozmowach z
Elfami.
Po zapoznaniu się z relacją posła i poŜegnaniu z pewną niedawną napotkaną elfią rodziną
(Muszę przyznać, Ŝe liczna była to rodzinka. Kiedy opowiadałem później o nich moim innym elfim
przyjaciołom, ci uśmiechają się tylko tajemniczo, i nie chcą wyjaśnić mi tej niezwykłej jak na elfy
liczebności.), wyruszyliśmy raźno w drogę. Trzeba przyznać, Ŝe od tego dnia podróŜ nabrała tempa.
Spotykaliśmy co prawda jeszcze róŜnych znajomych, takŜe elfów, nigdy jednak nie
zatrzymywaliśmy się na dłuŜej, Ŝeby nacieszyć się ze spotkania.
Pozwolę sobie tutaj na kilka słów na inny niŜ moja podróŜ temat. Nie mogę bowiem
zrozumieć jak to się dzieje, Ŝe Hobbici, mieszkając w takiej bliskości elfów i innych tajemniczych
stworzeń, tak rzadko je widują. Sam bowiem wielokroć wędrowałem po tej naszej malutkiej
krainie, i wielokroć napotykałem się na całkowitą ignorancję ze strony mieszkańców Shire’u,
Bucklandu i wszystkich innych miasteczek i prowincji. Jedynie małe dzieci przyjmowały ze
2
spokojem, czy teŜ raczej z radością i zaciekawieniem, wiadomości o Elfach czy Krasnalach. Nie
wiem czym to jest powodowane. PrzecieŜ rasy nasze nigdy nie prowadziły ze sobą Ŝadnych wojen
(jeszcze do niedawna uwaŜano, Ŝe Hobbici w ogóle nie znają się na wojnie). Wydaje mi się, Ŝe to
strach przed nieznanym i zmianami kaŜe Hobbitom ignorować to co się dzieje w Świecie, i kto
mieszka za pobliskim wzgórzem. MoŜe to właśnie dlatego, tak bardzo cały Hobbiton ucierpiał w
wyniku ostatniej intrygi Sarumana. Po prostu Hobbici nie zwrócili się do nikogo o pomoc. Co
gorsza nie znali nikogo kto mógłby im tej pomocy udzielić. Wystarczy przecieŜ przypomnieć sobie
jak traktowali Aragorna, który jako StraŜnik patrolował nasze okolice.
Wracając jednak do podróŜy, to poruszaliśmy się szybko, chcąc jak najszybciej dotrzeć do
domu Elronda Półelfa. Po kilku dniach moi towarzysze wiedzeni pośpiechem postanowili porzucić
trakt, i ruszyć na przełaj. Nie bardzo wiedziałem po co to zrobili, skoro trakt wiódł prosto do
Rivendell, nie protestowałem jednak, wkroczyliśmy bowiem juŜ dawno na tereny, które niezbyt
dobrze znałem.
Jak juŜ pisałem, do tej pory nie spotkały nas Ŝadne warte opisania przygody. Jednak
najdłuŜszy okres spokoju musi się jednak kiedyś zakończyć. Tak było i tym razem. Kiedy tylko
zeszliśmy z traktu i zagłębiliśmy się w pokryte lasem wzgórza zaczęły się kłopoty. Najpierw jeden z
niosących nasze juki mułów okulał i musieliśmy nieść część ładunków na plecach, Ŝeby nie
przeciąŜać pozostałych zwierząt. Osiołki nabyliśmy, czy teŜ raczej nabyłem je za znaczną cześć
zabranych z domu oszczędności, od pewnych dosyć skąpych hobbitów, dlatego uwaŜaliśmy, Ŝe
lepiej jest pocierpieć odrobinkę z cięŜarem na plecach niŜ stracić tak cenny nabytek. Potem jeden z
krasnali przeziębił się, i musieliśmy zmitręŜyć wiele godzin na szukaniu jakiegoś ziela. Ziele to
musiało być zerwane przy świetle księŜyca. ChociaŜ noc była bardzo pogodna i księŜyc wędrował
po niebie w pełnej krasie, minęło duŜo czasu zanim je znaleźliśmy. Następnego dnia jednak,
niepomni na zmęczenie i zbierające się na horyzoncie chmury postanowiliśmy ruszać dalej. Teraz
wiem, Ŝe był to błąd, ale wiadomo, mądry hobbit po szkodzie.
Właśnie tego dnia, juŜ parę godzin po wejściu w las, musieliśmy się rozdzielić. Kiedy w
poszukiwaniu jakiejś ścieŜki przedzieraliśmy się bowiem przez krzaki nad naszymi głowami
otworzyło się podniebne jezioro. Deszcz był tak gęsty, Ŝe ledwo widziałem sznurek którym dla
bezpieczeństwa się powiązaliśmy.
Ziemia pod naszymi nogami z kaŜdą chwilą stawała się bardziej grząska, wpadłem nawet na
pomysł, Ŝe zamiast wzrokiem lepiej kierować się słuchem, lepiej bowiem słyszałem swych
towarzyszy niŜ ich widziałem. Dziwne jakie pomysły przychodzą podstarzałemu hobbitowi w
takich chwilach do głowy. W pewnej chwili poczułem, Ŝe sznurek, którym się powiązaliśmy napina
się niebezpiecznie. ZdąŜyłem chwycić go, kiedy usłyszałem głośny pluskot, to znaczy Ŝe gdyby nie
głośny plusk, to pewnie usłyszałbym głośny huk, a trzymany sznurek zrobił się całkiem luźny.
Zacząłem krzykiem przyzywać moich towarzyszy, prosząc ich, Ŝeby przynajmniej wskazali mi
głosem gdzie są. Burza jednak stawała się coraz głośniejsza, a ja potykając się i ślizgając musiałem
oddalić się od miejsca wypadku, bowiem nikt mi nie odpowiedział.
Wołałem jednak nieustannie, aŜ głos całkiem mi zachrypł, i nie mogłem wymówić głośno ani
jednej litery. Kiedy juŜ straciłem nadzieję, Ŝe pomogę towarzyszom przystanąłem pod rozłoŜystą
sosną, której gałęzie chroniły przed deszczem równie dobrze jak kaŜdy inny dach, i zacząłem
rozmyśliwać o swojej sytuacji. Po dłuŜszym okresie zastanowienia, przerywanym powaŜnymi
myślami o głodzie, ostatni posiłek spoŜyłem bowiem na tyle dano, Ŝe kaŜdego szacownego hobbita
napawać to musiało oburzeniem, doszedłem do wniosku, Ŝe przeczekam ulewę w mej przytulnej
kryjówce.
Czas dłuŜył mi się wtedy niezmiernie. W dodatku mój Ŝołądek doszedł do wniosku, Ŝe
przypomniał sobie, dlaczego kiedyś z takim pośpiechem wracałem do Bag End, i muszę przyznać,
Ŝ
e Ŝadnemu z nas się te wspomnienia nie podobały. W końcu jednak, po czasie tak długim, Ŝe
zacząłem się martwić o moje kolejne urodziny, deszcz zaczął słabnąć, a ja postanowiłem udać się
na poszukiwanie przyjaciół.
3
Kiedy tylko wygramoliłem się spod drzewa, zorientowałem się, Ŝe będzie to zadanie
trudniejsze niŜ przypuszczałem. Wszędzie pełno było wody, a kaŜdy, nawet najmniejszy rowek
zmienił się w rwący potok. Na domiar złego nigdzie nie mogłem dojrzeć Ŝadnych znajomych
znaków rozpoznawczych. Mówiąc krótko, zgubiłem się.
Zacząłem krzyczeć, jednak dźwięk, który wydobywał się z moich ust w niczym nie
przypominał znajomego mi głosu, więcej, prawie w ogóle nie przypominał głosu hobbita.
Przestałem więc krzyczeć, bojąc się, ze moi przyjaciele słysząc tan dźwięk pomyślą, Ŝe to odgłosy
jakiejś bestii. Postanowiłem wdrapać się na jakieś drzewo, i stamtąd rozejrzeć się za krasnoludami.
Kiedy juŜ byłem w połowie pnia zorientowałem się, Ŝe nic mi to nie da. Gałęzie drzew były
zbyt gęste, a w dodatku wszędzie rosło niezliczone mnóstwo zasłaniających wszystko krzaków.
Kiedy zacząłem schodzić z drzewa, jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności ujrzałem, Ŝe woda
płynącego w pobliŜu strumyka niebezpiecznie się podnosi. Pewnie został bym na drzewie, tak
nawet chciałem przez moment zrobić, bałem się jednak, Ŝe juŜ i tak podmyta ziemia, jeŜeli zostanie
dodatkowo zalana przez strumień, nie utrzyma drzewa, a co dopiero drzewa i mnie. Zeskoczyłem
więc nie bacząc na wysokość i ignorując ból w nogach i ramionach.
Będąc juŜ na ziemi wyszukałem najbliŜsze wzniesienie. Jak się okazało, był to dość pokaźny
pagórek, porośnięty całym gąszczem leśnych malin. Dla wygłodniałego hobbita to prawdziwy skarb,
nie bacząc więc na nic skorzystałem z tego daru natury. W czasie kiedy się posilałem, słońce na
dobre wyjrzało zza chmur, świetliste promienie zalały cały pagórek, przynosząc ze sobą
wystarczająco duŜo ciepła, Ŝeby wysuszyć moją odzieŜ i rozgrzać zziębnięte ciało. Pełny Ŝołądek i
przytulne ciepło pokonały wszelki moje sprzeciwy, i znajdując sobie wygodne łoŜe z paproci
uciąłem sobie drzemkę.
Kiedy się obudziłem było mi zimno, a dookoła unosiła się mgła. Rozejrzałem się dookoła,
doszedłem do wniosku Ŝe jest ranek, i Ŝe gęsta mgła i tak uniemoŜliw mi poszukiwania moich
towarzyszy, po czym wygrzebawszy z pozostałym mi bagaŜy wszystkie ubrania i jakiś koc, który
równie dobrze mógłby być obrusem, przygotowałem sobie nieco wygodniejsze, ale za to duŜo
cieplejsze posłanie i pozwoliłem sobie na jeszcze odrobinę snu.
Ponownie obudziłem się kiedy słońce było juŜ wysoko na niebie, a ptaki prowadziły nad moją
głową oŜywione dyskusje. RozłoŜyłem wszystkie posiadane rzeczy na trawie, mając nadzieję, Ŝe
jeŜeli nawet nie zdąŜą przed wyruszeniem w drogę przeschnąć, to przynajmniej moŜe coś da się
uratować. Posiliłem się jeszcze raz malinami i ruszyłem w stronę, z której jak mi się wydawało
przyszedłem. Mój poobiedni spacer nie trwał jednak zbyt długo. JuŜ kilka kroków od krzewów
malin ujrzałem wszech obecną wodę. Dostrzegłem co prawda, Ŝe juŜ od jakiegoś czasu musi ona
powoli opadać, wiedziałem jednak, Ŝe jest to jak dla mnie o wiele za wolno.
Nie wiedząc co w takiej sytuacji zrobić, zacząłem obchodzić pagórek dookoła, tuŜ przy
wodzie, jak gdybym wypatrywał jakiegoś brodu albo ukrytego mostu. Kiedy jednak prawie juŜ
prawie powróciłem do punktu z którego zacząłem wyspę (czy to nie dziwne, Ŝe zawsze mając do
wyboru dłuŜszą i krótszą drogę, na chybił trafił wybieramy tą dłuŜszą), dostrzegłem zaplątany w
krzakach duŜy kawałek deski. Był to kawał na tyle duŜy, Ŝe siedząc i trzymając obie nogi mocno
przyciśnięte do siebie mogłem się na niej zmieścić, a nawet utrzymać na wodzie.
Wyszukałem w krzakach gałąź wystarczająco szeroką, Ŝe mogła słuŜyć jako wiosło,
pozbierałem swoje rzeczy, i usiadłem na brzegu zastanawiając się co robić dalej. Łatwo jest
planować bohaterskie akcje, kiedy siedzi się w domu przed kominkiem, w rzeczywistości trudno
zebrać się na odwagę. Dla ciebie czytelniku, jeśli nie jesteś hobbbitem moŜe ci się to wydawać jakąś
głupotą, ale dla nas niziołków, jak o nas mawiacie, pływanie po wodzie to prawdziwa brawura. Co
prawda są miejsca, gdzie hobbici uprawiają ten niebezpieczny i nierozwaŜny sport. Są to jednak
osobniki uznane za niespełna rozumu, i to nie tylko przeze mnie, ale takŜe przez wszystkich
rozsądnych hobbitów.
Kiedy zebrałem się wreszcie na odwagę, południe juŜ dawno minęło. Wiedziałem, Ŝe malin
nie starczy na długo, i był to chyba najwaŜniejszy powód. Postanowiłem, Ŝe popłynę przed siebie.
Po kilkudziesięciu godzinach przygód, doszedłem do wniosku, Ŝe nic gorszego nie moŜe mnie juŜ
4
spotkać. Miałem teŜ nadzieję, Ŝe podobnie jak w czasie maojej pierwszej wyprawy, los ponownie
się do mnie uśmiechnie.
Po kilku nieudanych próbach, wszystkie zachody z wysuszeniem rzeczy poszły na marne,
udało mi się opanować tę trudną sztukę na tyle dobrze, Ŝe mogłem spróbować przepłynąć to
niezwykłe jezioro. Ruszyłem więc przed siebie, nie zastanawiając się zbytnio nad kierunkiem.
Tak jak się domyślałem, los tym razem mi sprzyjał. Zanim jeszcze odczułem prawdziwe
zmęczenie ujrzałem wyłaniające się z wody wzniesienie. Było ono duŜe większe od tego, na którym
przyszło mi spędzić noc. Doszedłem do wniosku, Ŝe powinienem sprawdzić, czy nie jest to
przypadkiem koniec wody.
Kiedy tylko wdrapałem się na szczyt, okazało się Ŝe miałem rację. Bez Ŝalu porzuciłem więc
swoją dziwną łudź i ruszyłem raźno przed siebie. Przez chwilę próbowałem rozpoznać jakieś
elementy krajobrazu, przekonałem się jednak szybko, Ŝe nie ma to najmniejszego sensu.
Wędrowałem więc ciągle przed siebie, mając nadzieję, Ŝe spotkam jakiegoś przyjaźnie
nastawionego mieszkańca lasu, który zgodzi się wskazać mi drogę do Traktu. Po drodze posilałem
się przypadkowo spotkanymi malinami i jagodami.
W ten sposób minął kolejny dzień. Widząc, Ŝe zbliŜ się noc, postanowiłem znaleźć sobie
jakieś przytulne miejsce do spania. Zbyt się jednak obawiałem dzikich zwierząt i innych, mniej
przyjaźnie nastawionych mieszkańców lasu. Wyszukałem więc sobie rozłoŜysty dąb. W jego
rozgałęzienie mógłby wygodnie połoŜyć się nawet duŜy człowiek, a co dopiero maleńki hobbit.
Nazbierałem więc liści paproci i umościłem sobie wygodne gniazdko. Trzeba przyznać, Ŝe chociaŜ
zgubiłem się, moje połoŜenie nie było takie złe. Gdybym zawsze w czasie swoich przygód mógł
spędzać no w takim przyjemnych i bezpiecznym miejscu... Kto wie, moŜe nie powróciłbym do Bag
End, pewnie losy całego Śrudziemia potoczyłyby się inaczej...
W kaŜdym razie ułoŜyłem się wygodnie. Być moŜe jednak przeŜycia ostatnich godzin, moŜe
teŜ to, Ŝe tak duŜo spałem ostatniej nocy, spowodowało, Ŝe sen nie chciał do mnie przyjść. LeŜałem
więc wpatrując się w niebo i rozmyślając o moich wcześniejszych przygodach. Z rozrzewnieniem
wspominałem teŜ lata spędzone w Shire.
Kiedy na niebie pojawiły się gwiazdy po raz pierwszy w czasie tej podroŜy poczułem, Ŝe
czegoś bardzo mi brakuje. Uczucie braku stawało się z kaŜdą chwilą coraz silniejsze. Zdziwiłem
się, byłem bowiem przekonany, Ŝe przed połoŜeniem się spać najadłem się wystarczająco. Chciałem
nawet juŜ zabrać się za przygotowane na śniadanie owoce, kiedy nagle zdałem sobie sprawę czego
mi tak naprawdę brakuje. Zrozumiałem teŜ, Ŝe Gandalf miał rację. Znałem wystarczająco wielu
hobbitów i duŜych ludzi, którzy po latach naduŜywania trunków lub fajkowego ziela nie mogli się
juŜ bez tego obejść. Wiedziałem więc skąd się bierze trapiący mnie głód.
Nim jednak zdałem sobie sprawę z tego co robię, znalazłem się na ziemi idąc w kierunku, z
którego przyszedłem. Pięści miałem kurczowo zaciśnięte, z moich ust wydobywał się niezrozumiały
bulgot, z którego co chwila wyławiałem znajome słowa: mój skarb. Jak bardzo przypominałem w
tej chwili tego paskudnego Goluma.
Nie mogłem jednak nic zrozumieć. Moje własne ciało nie chciało mnie słuchać. Musiałem
bezsilnie patrzeć, jak po omacku przedzieram się przez krzaki.
Kiedy juŜ zwątpiłem, i poddałem się rozpaczy, moje ciało potknęło się o jakiś korzeń i
upadło, uderzając głową o pień drzewa. W tej chwili odzyskałem kontrolę nad ciałem. Pomacałem
ręką głowę, wyczuwając juŜ rosnącego guza. Obejrzałem całe moje ciało, sprawdzając, czy nie
nabawiłem się jakichś innych obraŜeń. Na szczęście nadawałem się jeszcze na tyle do uŜytku, Ŝe
postanowiłem wrócić do swojego gniazdka. Po dłuŜszych poszukiwaniach odnalazłem mój dąb.
Wdrapałem się nań, i padłem bez czucia na posłanie.
Obudziłem się znowu koło południa. Niewiele pamiętałem z ostatniej nocy, a bolący guz na
głowie wziąłem za wynik sennych koszmarów i twardego pnia drzewa.
Cały następny dzień minął mi w drodze. Cieszyłem się z tego, Ŝe w czasie moich
wcześniejszych przygód, a takŜe podczas spacerów z Frodem nauczyłem się wystarczająco duŜo na
temat leśnych owoców. Mogłem teraz wykorzystać tą wiedzę. Niestety z kaŜdym krokiem las stawał
5
się coraz gęstszy. Nigdzie nie mogłem dostrzec śladów jakiegokolwiek inteligentnego Ŝycia.
Wieczorem postanowiłem, Ŝe następnego dnia rozpocznę marsz z powrotem. Nie chciałem bowiem
za bardzo zapuszczać się w ten nieznany i dziki las.
TakŜe tej nocy wyszukałem sobie wygodne leŜe w gałęziach dębu. Jednak tym razem
zasnąłem szybko i bez problemów.
Obudziłem się w środku nocy odczuwając ten sam koszmarny głód. Stałem na ziemi, tak
samo pozbawiony władzy nad własnym ciałem. Od razu przypomniałem sobie zdarzenia z ostatniej
nocy. Znowu musiałem przeŜywać męki obserwowania tego upiornego marszu mojego własnego
ciała. Widziałem kaŜde mijane w dzień drzewo i krzaczek. I nic nie mogłem zrobić. Pozostawało
mieć nadzieję, Ŝe moje ciało znowu popełni jakiś błąd.
Minęło sporo czasu zanim zauwaŜyłem swoją szansę. W pewnym momencie noga zawadziła
o korzeń, a ciało niebezpiecznie się zachwiało. Złapało za jakąś gałązkę, i tylko to uratowało je
przed upadkiem. Kiedy jednak balansowało niezdarnie, ziemia pod nogami obsunęła się i ciało
ześliznęło się, puszczając gałązkę i bezradnie koziołkując w dół jakiejś rozpadliny. Pamiętam, Ŝe
spadałem dosyć długo, aŜ w końcu wszystko przesłoniła czerń.
Obudziłem się cały poraniony i obolały. Z rozpaczą zauwaŜyłem, Ŝe leŜę na brzegu jakiegoś
potoku. Z dreszczem przestrachu zdałem sobie sprawę, jak niewiele brakowało, Ŝebym się w nim
utopił Nigdzie nie mogłem dostrzec mojego plecaka. Widocznie ciało wybierając się w podróŜ nie
uznało za stosowne zabrać go ze sobą.
Nie dość Ŝe potłuczony, to jeszcze cały umorusany trawą i ziemią, nie przedstawiałem na
pewno najszczęśliwszego widoku. Mając przy tym nie najlepszy humor, nie widziałem sensu
wyruszania w dalszą drogę. Przez moment zastanawiałem się nawet, czy jeszcze kiedykolwiek
zobaczę jakieś przyjazne i inteligentne stworzenie.
Byłem tak brudny, Ŝe sam nie mogłem tego znieść. Wyszukałem więc w miarę spokojne
miejsce i urządziłem sobie kąpiel i pranie. Zawsze lepiej mieć ubranie czyste niŜ brudne, a przecieŜ
nikt mnie tam nie mógł zobaczyć, kiedy nagi jak jakieś młodziutkie hobbiciontko biegałem dla
rozgrzewki po lodowatej wodzie.
Cała ta kąpiel i związana z nią zabawna sytuacja znacznie poprawiła mi humor. Kiedy tylko
słońce wysuszyło mi ubranie postanowiłem ruszać w drogę. Nie bardzo wiedziałem w którym
kierunku mam iść, jednak znowu postanowiłem zaufać losowi.
Kiedy zagłębiłem się w las, zauwaŜyłem, Ŝe drzewa, krzewy i kwiaty znacznie się róŜnią od
tych które widziałem w czasie mojej wcześniejszej marszruty. śeby rzec prawdę, nigdy wcześniej
nie widziałem takich roślin. Wszystkie byłe piękne. Przyznaję, Ŝe nawet ogrody elfów mnie tak nie
zachwyciły.
Wędrowałem jak we śnie podziwiając wspaniałe rośliny. Nie zwracałem uwagi ani na
samotność, ani na ból czy zmęczenie. Z tego radosnego stanu wyrwała mnie przepiękna muzyka,
czy teŜ raczej pieśń. Trudno mi dzisiaj, po tylu latach to dokładnie określić. Wiem tylko jedno, było
to melodia tak piękna, tak idealna, Ŝe przez dłuŜszą chwilę stałem oczarowany. Dopiero kiedy
melodia ucichła udało mi się wyrwać z tego stanu.
Nie zastanawiając się długo ruszyłem w kierunku z którego wydawało mi się, Ŝe dobiegała ta
przepiękna melodia. JuŜ po kilku chwilach znalazłem się na skraju niewielkiej polany. Jasne
promienie słońca wspaniale oświetlały środek polany, gdzie na duŜym pniu siedziała tajemnicza
postać. W chwili kiedy wszedłem na polanę pochylał się właśnie nad nim, najwidoczniej coś
dostrajając.
Wydawała się wyglądać jak duzi ludzie, poza tym, od kogoś kto zna taką piękna muzykę, nie
moŜna oczekiwać czegoś innego jak tylko przychylności. Podszedłem więc śmiało do pniaka.
Widząc, Ŝe postać mnie nie dostrzega, odchrząknąłem głośno.
Postać uniosła powoli wzrok i popatrzyła na mnie surowo. Nie potrafię opisać jej twarzy,
pamiętam tylko oczy, głęboki i mądre. Kiedy tak na mnie patrzyła, trwało to dobre kilka chwil,
czułem się przewiercany na wylot. Zrozumiałem, Ŝe znowu wetknąłem nos w sprawy do których
nawet nie powinienem się zbliŜać.
6
Stałem tak, naprzeciw tajemniczej postaci, czując się jakby mnie przyłapano na podglądaniu
hobbitkom pod sukienki. Byłem przygotowany na naganę, za przeszkadzanie tak szacownej postaci,
zamiast tego postać odwróciła się z powrotem do swojego instrumentu.
−
A więc przybyłeś nareszcie! – Powiedział, jestem bowiem pewny, Ŝe był to on, a nie ona. –
Przyznaję, Ŝe oczekiwałem kogoś, Ŝe tak powiem...
−
Większego – Dokończyłem, przyzwyczajony do takiego traktowania ze strony duŜych ludzi.
−
Nie, chodziło mi raczej, o kogoś, Ŝe tak się wyraŜę, bardziej... godnego – powiedziała postać
kręcąc głową.
−
A więc hobbit nie jest dla was Panie wystarczająco godnym! – Wykrzyknąłem. Mogę
zrozumieć tą pełną rozbawienia pogardę, jaką Ŝywią do nas, niziołków rasy szczycące się wyŜszym
wzrostem, nie mogę jednak ścierpieć, kiedy ktoś uwaŜa hobbitów niegodnych czegokolwiek.
Postać popatrzyła na mnie jeszcze raz tym swoim badawczym spojrzeniem. Uśmiechnęła się.
−
A więc jesteś hobbitem! – Powiedział przepraszająco kiwając głową. – Wybacz, jeśli
obraziłem twoją dumę, przyznasz jednak, Ŝe twoja postura, nie jest chyba zwyczajna dla bohaterów
tego świata.
−
Tak, masz Panie rację. – Przyznałem udobruchany przeprosinami, ale jeszcze bardziej
przyrównaniem do bohaterów, co się hobbitom dość rzadko zdarza. – Skoro mamy juŜ za sobą to
nieporozumienie, pozwól, Ŝe się przedstawię. Jestem Bilbo Baggins z Bag End.
−
Mnie zowią Ilúvatar’em.
−
Miło mi Pana poznać. Jeśli to pana nie urazi, pragnąłbym spytać, czy jest pan czarodziejem?
– Spytałem, nie mogąc zrozumieć, dlaczego nie potrafię rozróŜnić rysów mojego rozmówcy.
−
Skąd to pytanie?
−
Od dłuŜszego czasu staram się panu przyjrzeć, jednak nie mogę się skupić. Kiedy tylko ruszę
oczyma, wydaje mi się, Ŝe pański wygląd się zmienia.
−
Ach tak. Widzisz, drogi hobbicie, jest to faktycznie taki czar, który sprawia, Ŝe widzisz mnie
takim jakim chcesz mnie ujrzeć. Tak samo z moimi słowami, tylko wydaje ci się, Ŝe je słyszysz.
−
Ale dlaczego. – Nigdy nie słyszałem o takiej magii, i nie potrafiłem zrozumieć, po co ktoś
miałby to robić.
−
Obawiam się, Ŝe mój wygląd mógłby ci się wydać odrobinę dziwaczny, a juŜ na pewno, nie
potrafiłbyś zrozumieć moich słów. – Spokojnie objaśnił mój rozmówca.
−
Rozumiem. – Przyznam się, Ŝe rozumiałem, chociaŜ niezbyt mi się podobało, Ŝe rozmawiam
z kimś, kogo prawdziwej twarzy nawet nie znam. – A jak jest z muzyką, czy to teŜ czarodziejska
iluzja?
−
Nie mój drogi. Muzyka jest jak najbardziej prawdziwa. Tak naprawdę, to muzyka jest jedyną
rzeczą na tym świecie, która nie ulega iluzji.
−
To dobrze. – Odparłem podbudowany, tą wiadomością. – Powiedz mi jeszcze Panie Ilúvatar,
skoro jesteś czarodziejem, czy znasz moŜe czarodzieja Gandalfa?
Postać znowu na mnie spojrzała.
−
Widzę, Ŝe się co do ciebie nie pomyliłem! Gandalf... tak znamy się.
Muszę tu wstawić kilka słów wyjaśnienia. Kiedy wspomniałem Gandalfowi o tej przygodzie
popatrzył na mnie dziwnie, pokręcił tylko głową i roześmiał się na głos. Wspomniał potem coś o
hobbitach i ich poczuciu humoru. Przyznaję się, Ŝe poczułem się trochę uraŜony. Kiedy jednak
przypomniałem mu całą sprawę po tym zamieszaniu z Pierścieniem kazał mi nigdy więcej o tym nie
wspominać. Postanowiłem posłuchać jego rady, przynajmniej na jaki czas. Znasz pewnie to
przysłowie: Nie wtrącaj się w sprawy czarodziejów bo są skryci i skorzy do gniewu. W kaŜdym
razie nie rozumiem, dlaczego nie chciał rozmawiać o tej znajomości. Wracając zaś do mojej
opowieści:
−
A więc mamy wspólnych znajomych! – Wykrzyknąłem uradowany, po chwili dotarło do
mnie jednak, to co do mnie powiedział. – Jak to się co do mnie nie pomyliłeś?
7
−
Widzisz drogi panie Baggins. Baggins... – Mój rozmówca na chwilę zamilkł, jak gdyby
rozwaŜając brzmienie mojego nazwiska – Baggins... To dobre nazwisko. Dobre do wielkich rzeczy.
Muszę to zapamiętać...
Byłem bardzo zadowolony, Ŝe podoba mu się moje nazwisko. Chrząknąłem jednak znacząco,
próbując jeszcze raz zwrócić na siebie jego uwagę. Nie zdąŜyłem przecieŜ jeszcze zapytać o drogę.
−
Tak pamiętam o tobie drogi Bilbo. – Ilúvatar popatrzył na mnie uśmiechając się przyjaźnie. –
Tak tylko się zamyśliłem. A wracając do twojego pytania. Widzisz pracuję właśnie nad pewną
pieśnią. Powiedzmy, Ŝe jej motywem przewodnim jest historia. Siedzę tu sobie i układam kolejne
zwrotki. Jednak juŜ od jakiegoś czasu nie mogę przebrnąć przez pewien fragment. Postanowiłem
więc spotkać kogoś, kto będzie zorientowany w całej sprawie.
−
Ale w jakiej sprawie? – Spytałem zaskoczony. – I skąd wiedziałeś o tym, Ŝe tu trafię.
PrzecieŜ gdybym się nie zagubił...
−
Nie przejmuj się tym. Kiedy skończymy wskaŜę ci właściwą drogę. Przyjmij, Ŝe spotkaliśmy
się właśnie w tym celu, Ŝebyś mi pomógł. Niczym innym się nie martw.
−
Ale jak ja, hobbit nie mający pojęcia o tworzeniu historycznych pieśni mam ci Panie pomóc?
– Spytałem, całkiem skołowany obrotem sprawy.
−
O! To nic wielkiego. Myślę, Ŝe wystarczy, Ŝe usłyszę jakąś hobbicką melodię. Myślę, Ŝe to
hobbici będą odpowiedzią.
−
Ale ja nie znam Panie Ŝadnych godnych waszego ucha melodii hobbickich. MoŜe jakieś elfie,
ale i tak nie potrafiłbym jej zagrać.
−
Nie przejmuj się. Gdybym potrzebował elfiej pieśni wezwałbym jakiegoś elfa. Wystarczy, Ŝe
zaśpiewasz mi jakąś prostą piosenkę.
Nie przejmując się juŜ jego innymi słowami, postanowiłem spełnić jego Ŝyczenie.
Pomyślałem, Ŝe moŜe potem zgodzi się zagrać mi jakiś fragment tej swojej melodii. Po krótkim
namyśle postanowiłem wybrać piosenkę, która najbardziej pasowała do mojej sytuacji:
Wiodą, wiodą drogi w świat,
Wśród lesistych gór zieleni,
W mrocznych grotach znacząc ślad,
Wśród zbłąkanych mknąc strumieni.
Poprzez zimny biały śnieg,
Łąki kwietne i majowe,
Omijając skalny brzeg
I pagóry księŜycowe.
Wiodą, wiodą drogi w świat,
Pod gwiazdami mkną na niebie -
Choć wędrować kaŜdy rad,
W końcu wraca w dom, do siebie...
W tym momencie zdałem sobie sprawę, z tego, Ŝe tak właśnie to tylko tego pragnąłem.
Właśnie w tym momencie, na tej czarodziejskiej polanie, zrozumiałem, Ŝe juŜ czas, aby osiąść
gdzieś na stałe, Ŝe juŜ czas zakończyć przygody.
Kiedy tak stałem, zdumiony własnym odkryciem, melodia, która akompaniowała mi juŜ od
pewnego czasu, teraz kiedy zamilkłem, sama kończy piosenkę. Wydawało mi się, Ŝe cała polanka;
drzewa i krzewy odpowiadają melodii prawie Ŝe zrozumiałymi śłowami:
Oczy, które ognia dziw
Oglądały - i pieczary,
Patrzą czule w zieleń niw
I kochany domek stary.
8
Jednak kiedy melodia powinna się urwać, Ilúvatar zaczął ją jeszcze raz, nadając jej to samo
piękno, które miała poprzednia melodia. Tym razem, w prostej melodii starej piosenki słyszałem
tętent kopyt i wielkie bitwy, wspaniałe przygody. Kiedy melodia umilkła, stałem rozdarty pomiędzy
pięknem tego nowego brzmienia znanych mi dobrze nut, a chęcią porzucenia przygód. Ilúvatar
popatrzył na mnie z uśmiechem.
−
Dziękuję ci drogi Bilbo. Odnajdziesz to czego szukasz. I nie kłopocz się zgubą, pomogę ci,
Ŝ
eby nie był to taki wielki problem. Zaufaj mi. Idź tamtą ścieŜką,– wskazał na wąską ścieŜynke za
sobą. – a wkrótce dołączysz do przyjaciół.
Poczułem, Ŝe nie potrafię nie posłuchać tego polecenia. Szedłem więc wskazaną ścieŜką,
rozmyślając nad tym całym zdarzeniem. Rzeczywiście wkrótce dostrzegłem czekając na mnie
towarzyszy. Zdziwili się trochę na mój widok, kiedy jednak opowiedziałem o swoim spotkaniu z
czarodziejem Ilúvatar’em pokiwali znacząco głowami, poczym bez dalszych wyjaśnień ruszyliśmy
w drogę. Do dziś zastanawia mnie, dlaczego tego nie skomentowali. MoŜe czarodziej Ilúvatar to nie
jest postać o której się rozmawia z hobbitami.
I jeszcze jedno! Od tamtej rozmowy nie miałem juŜ ataków. Nigdy nie obudziłem się nękany
głodem. Nigdy więcej nie utraciłem teŜ kontroli nad moim ciałem. Dziwne, prawda?
Dalsza nasza podróŜ przebiegała juŜ spokojnie i bez większych niespodzianek. Po kilku
dniach dotarliśmy do Domu Erlonda Półelfa, gdzie jak się okazało nie czekał na nas Ŝaden
krasnolud, ale Czarodziej Gandalf. Po kilku gniewnych spojrzeniach i uwagach rzucanych przez
uraŜone krasnoludy opowiedział nam o swoich obserwacjach i domysłach. Wtedy teŜ wyznał, Ŝe
cały ten pomysł z pilnym wezwaniem krasnoludów w celu wyjaśnienia spraw majątkowych miał
tylko na celu zwabienie mnie do Rivendell. Chciał bowiem mieć mnie na oku, co teraz, kiedy znam
juŜ historię wszystkich powierników Pierścienia wydaje mi się całkiem słuszne. Poza tym wcale nie
miałem o to do niego pretensji, zrozumiałem bowiem, Ŝe jestem juŜ zbyt stary na przygody, a dwór
Elronda oferował wszystko co staremu Hobbitowi jest do szczęścia potrzebne. Wspomnę jeszcze,
Ŝ
e moi krasnoludzcy towarzysze takŜe zaniechali swoich złości, kiedy tylko Gandalf opowiedział
im o ukrytym z północnych górach skarbie. Upewniwszy się tylko, Ŝe naprawdę zamierzam
pozostać w Rivendell wyruszyli w drogę. Doszły mnie potem słuchy, Ŝe wszyscy trzej wyszli z tej
wyprawy bardzo bogaci, i bodajŜe po dziś dzień Ŝyją szczęśliwi gdzieś po drugiej stronie Gór. Jeśli
zaś chodzi o mnie, to nie zdobędę się chyba juŜ na Ŝadną wyprawę. MoŜe gdyby pozwolono mi
odnieść Pierścień zamiast Froda... ChociaŜ... Elfy coraz częściej wspominają o Szarej Przystani. Kto
wie.... Kto wie...