background image

 

WIESŁAW WERNIC 

 

 

Colorado 

 

 

 

 

Ilustrował  

STANISŁAW ROZWADOWSKI 

 

CZYTELNIK— WARSZAWA— 1974 

background image

Tak się zaczęło 

 

 

Przebudziłem się. W pokoju było ciemno. Na tle niewidocznej ściany 

polśniewały dwa wąziutkie pasemka szarości. To szpary w okiennicy 

przepuszczały pierwszy dzienny brzask. 

Siennik zachrzęścił. Podniosłem się ostrożnie, aby nie zbudzić towarzysza 

śpiącego po przeciwległej stronie izby. Zbliżyłem się na palcach do okna, wolno, 

wolniutko odsunąłem żelazny haczyk przytrzymujący szeroką, ledwie 

oheblowaną deskę i lekko ją pchnąłem. Zawiasy zaskrzypiały piskliwie, ktoś 

poruszył się i usłyszałem senny głos Karola: 

— Co tam robisz, Janie? 

— Oddycham świeżym powietrzem. Śpij, jeszcze nie ranek. 

Mruknął coś w odpowiedzi, słoma zachrzęściła i znowu zapadła cisza. 

Oparłem się o poprzeczną belkę i wyjrzałem. Pode mną rozciągał się czarny pas 

ziemi ogrodzonej palisadą z bali, wysoką na półtora chyba człowieka, z bramą o 

dwu skrzydłach zamkniętą na głucho, podpartą długimi tykami. Za bramą w 

cieniu ustępującej nocy widać było niezmierzoną, pustą przestrzeń. Na jakichś 

odległych krańcach, gdzie przeczuwać należało horyzont, czerniała nieregularna, 

zamazana linia — dalekie pasmo Gór Skalistych. 

Spojrzałem w lewo. Tam toczyła swój płytki nurt niewidoczna rzeka. Za nią 

ciągnęła się taka sama płaszczyzna, ograniczona z jednej strony atramentową 

ścianą lasu. 

Sięgnąłem po lornetkę. Przestrzeń rozrosła się w jej szkłach, góry stały się bliższe 

i jeszcze groźniejsze, las posępniej rysował się czarnym konturem. Tylko wody 

nadal nie dojrzałem. Musiała płynąć w dolinie, bezgłośna w tej ciszy. 

Skierowałem szkła prosto przed siebie i wydało mi się, iż dostrzegam jakiś 

background image

ruchomy punkt. Czy była to antylopa biegnąca do wodopoju, czy jakiś drapieżnik 

powracający z nocnych łowów — nie mogłem stwierdzić. 

Szarzało coraz bardziej, tumany mgieł przewalały się równiną. Wówczas 

usłyszałem lekkie skrzypienie piasku w dole. Ktoś podniósł się z ziemi, z 

ciemnego kącika utworzonego przez dwie krzyżujące się ściany ogrodzenia. 

Przetarłem zaspane oczy: Colorado! Oczywiście on. Dziwny człowiek. 

— Ja mam spać pod dachem? O nie, dżentelmeni! To ujdzie w zimie, jak śnieg 

zawali ziemię, ale nie teraz...  

Colorado! Dostrzegłem, jak wspiął się na półkę biegnącą w połowie wysokości 

palisady i wyjrzał za ogrodzenie. Stał nieruchomo przez chwilę, potem lekko 

zeskoczył i zniknął w mroku. Pewnie wrócił do swego legowiska. 

Spotkaliśmy go przed dwoma dniami w pustej okolicy. Mieliśmy już wówczas za 

sobą spory szmat przebytej drogi. Skrajem jałowcowego lasku, potem poprzez 

krzaki pachnącej szałwi jechaliśmy prosto, jak strzelił, aż nagle podniosła się 

kurtyna lasu, drzewa odbiegły w prawo i lewo odsłaniając nagi, obły wzgórek. Na 

jego szczycie stał samotny jeździec z kolbą rusznicy wspartą na łęku siodła, 

nieruchomy i wspaniały w swej nieruchomości. Wyglądał jak pomnik albo jak 

aktor na scenie uwolnionej z czarnozielonej zasłony. Mimo woli ściągnąłem 

cugle. Słońce migotało na lufie broni, a przejrzyste powietrze pozwalało dostrzec 

każdy szczegół ubrania nieznajomego. Było bajecznie kolorowe. 

— Jak w teatrze — szepnąłem do Karola. — Albo jak w cyrku... Któż to jest, u 

licha? 

Pytanie było usprawiedliwione: jeździec mienił się barwami tęczy. Od błękitu 

kapelusza, poprzez krwawą czerwień okręcającego szyję szala (którego końce 

spadały sztywno i ciężko, jakby zrobione z ołowiu), poprzez cytrynową kurtę, aż 

do spodni zielonego koloru. 

Staliśmy, dopóki posąg nie ożył nagle. Podniósł broń i zjechał galopem z 

pagórka. Zatrzymał się tuż przed nami tak gwałtownie, że koń wyrzucił kopytami 

chmurkę kurzu i przysiadł na zadzie. 

background image

— Witam podróżnych. — Głos miał nieco chropawy, ale przyjemny dla ucha. — 

Witam — powtórzył. — Dokąd to dobre czy złe bogi prowadzą? 

Karol w milczeniu wykonał ruch ręką: za i przed siebie. Przez tę krótką chwilę 

przyjrzałem się nieznajomemu. Z bliska nie wydawał się już tak bajecznie 

kolorowy: błękitny kapelusz jakby poszarzał, czerwień szala zbladła, cytrynowa 

kurta świeciła wyblakłymi plackami łysin, zielone spodnie, pełne łat i cer, przy-

brały barwę szarozgniłą. Jedynie buty wyglądały solidnie. 

— Jestem Colorado — rzekł jeździec.  

Skinąłem głową. 

Kiedyśmy przed trzema dniami opuszczali malutkie miasteczko o hiszpańskiej 

nazwie Santa Rosa — pamiątka z czasów konkwistadorów — gospodarz 

obskurnej tawerny powiedział: 

— W tych okolicach łatwo zabłądzić. — Tu popatrzał na nasze aż zbyt schludnie 

wyglądające sylwetki (nowicjusze?) i dodał: — Przed wami wyjechał Colorado. 

Jak dobrze popędzicie koni, to go dognacie. On się nie spieszy. 

— A kto to jest? — zagadnął Karol. — Nie byliśmy nigdy w tych stronach. 

— Obrzucił nas pogardliwym spojrzeniem: 

— Tak właśnie myślałem. Kto to jest? Zapytaj się pan lepiej, kto to nie jest. 

Chociaż i na to pytanie nie odpowiem. Colorado jest wszystkim po trochu, a 

jednocześnie... niczym. 

Po tym niezrozumiałym wyjaśnieniu zebrał puste kufle po piwie i odwrócił się do 

nas plecami. 

A więc mieliśmy przed sobą Colorado. Nie trzeba było odgadywać, że jest to po 

prostu przezwisko. Kolorado — to imię wielkiej rzeki mającej swe źródła w 

Górach Skalistych, a ujście w Zatoce Kalifornijskiej. 

Na terytorium Nowego Meksyku, na Dzikim Zachodzie — jak określano te 

ziemie — przedstawiał się, kto chciał, kiedy chciał i jak chciał, albo nie czynił 

tego wcale. 

— Ach, Colorado... — powtórzyłem. 

background image

— Słyszeliście o mnie? 

— W Santa Rosa powiedzieli nam, że jeśli pognamy konie, to dopędzimy 

Colorado, bo on się nie spieszy. 

Uśmiechnął się. 

— To prawda. Życia nie przegonisz. W Santa Rosa siedzi w gospodzie “El Paso" 

jakiś niby Hiszpan, niby Metys o strasznie długim nazwisku, ale wielki cymbał. 

Na pewno on was tak objaśnił. Zdzierus! Chętnie wskażę gospodę lepszą niż “El 

Paso" i znacznie tańszą, bo... bezpłatną. 

Zawrócił konia. 

— No, dżentelmeni, jeżeli to panom odpowiada, ruszajmy. 

Nie wiedziałem, czy śmiechem, żartem, czy też w pełni powagi mamy przyjąć to 

niespodziewane zaproszenie. 

Karol rozstrzygnął sprawę: 

— Bezpłatna gospoda... rzecz nie do pogardzenia. W Santa Rosa zdarto z nas 

dziesiątą skórę. Więc jeśli droga wiedzie na południe... 

— A wiedzie, wiedzie. 

Ruszyliśmy strzemię w strzemię. Jałowy step stanowił najszerszy gościniec 

świata. 

Colorado okazał się niezwykle rozmowny, ale ile w jego słowach tkwiło prawdy, 

a ile fantazji — nie sposób odgadnąć. 

— Tak, tak, koledzy — mówił — przyjemna jest konna jazda. Przedkładam ją 

ponad inne, chociaż i kolej to dobry wynalazek. Oczywiście, jak się komuś 

spieszy. Ale mnie się nie spieszy, wam chyba również? Pierwszy raz tutaj? 

A na nasze potwierdzenie rzekł jakby od niechcenia: 

— W wagonie pociągu jest znacznie bezpieczniej. 

— Napady? — zagadnął Karol. 

— Zdarza się. Apacze, Komańcze, Indianie Pueblo, no i oczywiście dobrana 

partia obiboków spod ciemnej gwiazdy, czyli... przybyłych ze wschodu. 

Musieliście taką drogę wybrać? Wyglądacie na nowicjuszy. Ubranka jak z igły... 

background image

— A pan dawno tutaj? — zapytałem. 

— Ho, ho! Widziałem ja już, jak wbijano srebrne ćwieki w Promptory Point... 

Ileż, u licha, mógł mieć lat? Kiedy w Promptory Point, pod Ogden, wbijano 

uroczyście srebrne haki w ostatni podkład torów pierwszej na świecie linii 

kolejowej łączącej Atlantyk z Pacyfikiem, był rok 1869. Przed piętnastu laty! 

— Bawił pan tam z rodzicami? — zapytałem niewinnie. 

Spojrzał na mnie przenikliwie. Jakiś skurcz przebiegł mu po twarzy. 

Przez trzy lata pracowałem przy budowie tej linii i zaręczam, że nie była to robota 

na siły chłopca. Ale dajmy temu spokój. Lepiej popatrzcie, jak preria zielenieje. 

Jedyna to pora roku, podczas której nieco wilgoci zbiera się w tej ziemi. 

Przyjemnie oddychać. Potem robi się piekielnie gorąco, a wiatr podnosi tumany 

kurzu, że świata nie widać. Wy tego nie znacie. 

— Byliśmy w zeszłym roku w Arizonie — wtrąciłem. 

Wstrzymał na sekundę konia i popatrzał na nas uważnie. Wydało mi się, że mnie 

świdruje na wylot swym spojrzeniem. Nieprzyjemne uczucie. 

— Nie wyglądacie na blagierów — stwierdził po chwili milczenia. — Arizona? 

Ho, ho! To jeszcze dziki kraj. Prawie jak ten. 

— Czy to oznacza, że Nowy Meksyk jest właśnie dziki? 

Znowu zerknął na mnie: 

— W tych stronach nigdy nie było spokojnie. Pamiętam pierwsze powstanie 

Apaczów w 1857, potem... chyba od 1861, przez dziesięć lat stałe walki z 

napierającym od wschodu osadnictwem. Potem próby zgromadzenia Apaczów na 

jednym terytorium, w rezerwacie. Generałowi Crookowi udało się wprawdzie 

ściągnąć garstkę czerwonoskórych i osadzić na wyznaczonym obszarze, ale 

reszta wędruje sobie, dokąd chce i kiedy chce. Raz spacerują po Nowym 

Meksyku, raz po Arizonie, kiedy indziej odwiedzają nawet Meksyk,  

 

 

przekraczając Rio Grandę * albo posuwają się z biegiem Kolorado i... szukaj 

background image

wiatru w polu. Co robią dzisiaj, co zrobią jutro... któż odgadnie? Na dodatek żrą 

się między sobą: Apacze Mescalero, Apacze Tonto, Apacze Lipan, Apacze 

Zachodni... kto ich tam zliczy? Tak, tak, moi panowie. Jeśli wybraliście się na 

krajoznawczą wycieczkę, trzeba było udać się w inne strony. Chyba że macie 

ważne sprawy do załatwienia. Zresztą, nie moja rzecz. 

Wszystko to powiedział jakimś nieprzyjemnym tonem, bez cienia uśmiechu. 

Wolałem więc nie pytać. A Karol? Karol milczał przez cały czas jak zaklęty w 

kamień. 

Jechaliśmy w miarę prędko, w miarę wolno, preria z rzadka porosłą trawami. 

Czarny lasek pozostał daleko za nami, a teraz cała przestrzeń migotała w słońcu 

barwami kwiatów, których łodygi chwiały się w podmuchach ciepłego wiatru i z 

suchym szelestem biły po końskich nogach. 

Te barwy cieszyły początkowo wzrok, ale wkrótce ogarnęło mnie znużenie. Jakże 

jednostajny krajobraz! Z nudów począłem przyglądać się broni naszego nowego 

towarzysza. Popatrzyłem na długaśną rusznicę. Jak na człowieka nieco 

obeznanego z bronią wrażenie było wstrząsające! Powiem krótko: to była 

zupełnie haniebna broń, nie przynosząca właścicielowi zaszczytu. Nie wierzyłem 

własnym oczom: lufa jakby nieco krzywa, a na dobitkę w dwu miejscach 

przytwierdzona do łożyska drutem! Kurek — jak w muszkietach z ubiegłego 

stulecia. Chyba to “coś" należało nabijać od przodu. Jak z takiego muzealnego 

eksponatu można strzelać? A kolba? Kolba barwy nieokreślonej, o nierównej 

powierzchni. Wyglądało na to, iż wielokrotnie musiała zastępować... młotek. O 

broni krótkiej niewiele mogłem rzec. Z bardzo głębokich i zniszczonych 

futerałów pasa sterczały tylko czarno lśniące uchwyty. 

Przed samym południem zatrzymaliśmy się nad srebrzystym strumykiem, gdzie  

 

Rio Grandę del Norte — rzeka stanowiąca w swej dolnej części granicę państwową między USA a 

Meksykiem, zwana również Rio Bravo. 

trawa rosła gęściej, a malutki jałowcowy zagajnik rzucał nieco cienia. Obaj z 

background image

Karolem powiedliśmy konie nad strugę. Ale Colorado postąpił inaczej. Obszedł 

najpierw oba brzegi strumyka, z kilkanaście chyba jardów, potem zniknął wśród 

jałowców, by wreszcie wyłonić się z gąszczu, lekko pogwizdując. 

— W porządku — oświadczył. — Stary Colorado wszystko dobrze przepatrzył. 

Na przyszłość radzę wam naśladować go, jeśli nie chcecie stracić pewnego dnia 

swego pięknego uwłosienia głów lub zwiększyć ciężaru ciała o wagę jednej kuli. 

Zajął się rozsiodłaniem konia. 

Ten monolog uznałem za próbę zastraszenia nowicjuszy. Za takich nas przecież 

uważał. Spojrzałem wymownie na Karola i wzruszyłem ramionami. Colorado 

musiał dostrzec ten ruch, bo nie przerywając swej czynności, dorzucił: 

— Możecie w to wierzyć albo nie, nie trzeba jednak lekceważyć człowieka, który 

zna Nowy Meksyk jak własną kieszeń. 

— I nie trzeba się też obrażać — próbował go udobruchać Karol. — Mój 

przyjaciel na pewno nie ma takiego doświadczenia, ale przecież coś niecoś świata 

oglądał. 

— Pewnie chodzi o tę Arizonę. Oglądaną z okien dyliżansu, eee... gdzie tam! 

Prędzej z okna kolejowego wagonu. 

Odwróciłem się gwałtownie, aby odpowiedzieć na złośliwość. Mój towarzysz 

trącił mnie w ramię. 

— Zbyt powierzchownie ocenia pan ludzi, Colorado — powiedział spokojnie. — 

Nasza podróż przez Arizonę w niczym nie przypominała jazdy koleją. 

— Może... Chociaż coś za bardzo, nie obrażajcie się, wyglądacie na zasiedziałych 

mieszczuchów, którzy wybrali się na letnią wycieczkę. Wasz ubiór, wasza broń... 

Zresztą, co mi do tego? Lepiej rozpalmy ognisko. Nie znoszę zimnego jedzenia w 

najgorętsze nawet dni. 

Roześmiał się, jak z dobrego żartu, po czym z osmolonym, pogiętym garnkiem, 

który wydobył z juków, powędrował po wodę. 

— Nieprzyjemny typ — mruknął Karol. 

— Raczej dziwny — odparłem półgłosem i począłem ścinać jałowcowe gałązki. 

background image

Kiedy zgromadziłem ich sporą naręcz, cisnąłem na miejsce, z którego Karol 

usunął myśliwskim nożem trawę. Tak postępowaliśmy zawsze podczas 

obozowania na prerii. Karol był pod tym względem pedantem. Niegdyś 

żartowałem z takiej ostrożności, ale jeden widok pożaru stepu zmienił mój 

pogląd. 

Colorado powrócił i z aprobatą pokiwał głową. Potem ukląkł, zgarnął nieco 

chrustu i wydobył z głębin przepastnej kieszeni najprawdziwsze krzesiwo. Z 

trudem powstrzymałem uśmiech. Z kolei Colorado wyjął blaszane pudełeczko z 

hubką. Szczęknął krzemień o metal, błysnęły iskierki, uniósł się szary słupek 

dymu, a w chwilę później buchnął płomień. 

— Gotowe — stwierdził i postawił bokiem do ognia pogięte naczynie. 

Postąpiliśmy podobnie. Gdy woda poczęła bulgotać, wsypaliśmy zmielonej na 

pył kawy, a Colorado nie odmówił jej przyjęcia. Natychmiast odwzajemnił się 

wręczając każdemu z nas po sporej garści pemikanu — suszonego, zmielonego 

mięsa, wspaniałej potrawy, przyrządzanej od wieków przez wszystkie chyba 

plemiona indiańskie Północnej Ameryki. Dołożyliśmy do tego nieco sucharów 

zabranych na drogę jeszcze w Milwaukee i uczta wypadła znakomicie. Kiedy 

wreszcie nabiliśmy fajki tytoniem, zapytałem: 

— Nie używa pan zapałek? 

— Nigdy. Łatwo nasiąkają wilgocią. Można co prawda próbować dwoma 

kawałkami drewna... 

— Raczej kołkiem i deseczką — wtrąciłem; 

— O, znacie ten sposób? — zdziwił się. 

— Znamy — stwierdził Karol. — Jest jednak zawodny. Kiedyś po ulewnym 

deszczu żaden z wojowników Czarnych Stóp nie mógł wykrzesać ani iskierki. 

— Właśnie, właśnie. Nie masz jak krzesiwko. Służy mi od wielu lat i nie psuje 

się. Hm... ale gdzież to oglądaliście Czarne Stopy? W cyrku? 

— Colorado — odezwał się mój przyjaciel — lepiej rozstańmy się. Wolę stracić 

bezpłatną gospodę niż wysłuchiwać pańskich złośliwości. 

background image

Myślałem, że traper wybuchnie gniewem. Ale nie. Twarz mu się tylko skurczyła 

nieprzyjemnie. 

— Złośliwości? — powtórzył. — Tacy jesteście drażliwi. Kto lubi złośliwości? 

Ale ja mam zwyczaj gadać, co chcę i kiedy chcę. 

— Colorado! — krzyknąłem podrażniony. — Rozstańmy się w spokoju. Ani ja, 

ani Wielki Bóbr nie przyjechaliśmy tu szukać zwady. 

— Co? — spojrzał na nas uważnie. — Wielki Bóbr? Niby: kto? 

Wskazałem palcem na Karola: 

— To jego przezwisko. Znane jest dobrze w Kanadzie, ale nie tylko tam... 

Traper podniósł się wolno od ogniska. Wstaliśmy również. 

— Ludzie — powiedział jakby wzruszonym głosem — czy to prawda? 

— Ale uparty — mruknąłem. 

— Jeśli to prawda — ciągnął pomijając milczeniem moją uwagę — to wy dwaj 

zlikwidowaliście przed rokiem jakąś bandę w Arizonie, tak? Słyszałem coś o tym. 

Karol skinął głową, a ja dodałem: 

— Było nas tam więcej..: 

— Wielki Bóbr! Marzyłem, żeby was spotkać. Prawdziwych westmanów coraz 

mniej na świecie. Przyjdzie czas, że po preriach uganiać się będą już tylko 

hodowcy bydła. A pan — zwrócił się do mnie — musi być tym lekarzem, który 

pomagał Wielkiemu Bobrowi. Jeśli chociaż ćwierć prawdy jest w tym, co mi o 

was opowiadano, jesteście zuchy, co się zowie! Zmylił mnie wasz wygląd. 

— Nasze nowe ubrania? — zapytałem złośliwie. — i nasza broń, która nie 

rozpada się w kawałki? 

Spojrzał na mnie ostro, ale zaraz uśmiechnął się. 

— To przytyk. Nie obrażę się. Niektórzy twierdzą, że ubiór o niczym nie 

świadczy. To zależy kiedy. Strój to cząstka człowieka, coś o nim mówi. A co się 

tyczy broni, hm, jeszcze zobaczymy, która celniej strzela. 

Klepnął się po udach i znowu siadł. Uznaliśmy spór za zlikwidowany. 

— Co pan tam wywęszył w lasku i nad strumieniem? — zapytałem zajmując 

background image

miejsce przy ogniu. 

— Mogę ci na to odpowiedzieć — wtrącił się Karol. — Colorado odnalazł czyjeś 

tropy, ale mocno już zatarte, dlatego teraz zachowuje się tak beztrosko. 

— Rzeczywiście. Zatarte ślady. Ktoś tu obozował, jeśli się nie mylę. I odjechał, ot 

tam — wskazał ręką. 

— Jak pan na to wpadł? 

— Przypadkowo. Mam niezły wzrok. Ale uznałem, iż jedno sprawdzenie 

wystarczy. Dlatego dałem spokój poszukiwaniom. 

Mruknął coś do siebie, a później poinformował: 

— Trzech ich było tutaj. 

— Czerwonoskórzy? — zapytałem. 

— Nie. Konie podkute i buty z obcasami. Nocowali w lasku. Dwa razy słońce od 

tamtej pory zaszło, jeśli się nie mylę. A poza tym... jeden koń stąpał bardzo 

dziwnie. To rzadko się trafia. Musiał być kradziony, a złodziej nie poznał się w 

czas. 

Zaskoczył mnie taki nieoczekiwany wniosek. 

— Dlaczego? 

— Wytłumaczę panu, doktorze. Pan pozwoli, że będę używał tego tytułu. 

— Proszę... 

— Powiedziałem, że koń kradziony, bo nikt, kto wybiera się na prerię, takiego 

wierzchowca nie kupi. Chyba ślepy! Pan wie przecież, jak koń chodzi: lewa noga 

przednia i prawa noga tylna, potem: prawa przednia i lewa tylna. Ale niekiedy 

trafia się takie zwierzę, które posuwa się bokami. 

— Jak to? 

— Tak, że najpierw stawia dwie lewe nogi, potem dwie prawe. Zupełnie jak 

wielbłąd. Powiadają wówczas, że chodzi kroczem albo skroczem, albo że ma 

skrocza... Mniejsza z tym. Takie konie są bardzo szybkie. 

— No więc! 

— Ba, to nie są konie dla westmanów. Zostawiają tak inne ślady, że nie sposób 

background image

nie zwrócić na nie uwagi. Jednego takiego konia bez trudu rozpoznać by można w 

całym tabunie. Kto się zna na koniach, nie kupi takiego zwierzęcia na prerię. 

Spojrzałem pytająco na Karola. Skinął głową. 

— No właśnie. Wielki Bóbr wie, ale z pana, doktorze, to żaden koniarz. 

Przyznałem, że koniarzem żadnym nie jestem, chociaż potrafię na oko odróżnić 

chabetę od dobrego wierzchowca. 

— Ba — podjął znów Colorado. — Są inne, jeszcze gorsze, ale poznać się na nich 

można dopiero podczas jazdy. Takie zdradliwe bestie. Trzeba panu wiedzieć, że 

istnieją wierzchowce, które w galopie uderzają tylnymi kopytami o przednie. Jeśli 

jeździec w porę się nie zorientuje i nie będzie mocno ściągał cugli, konik 

przekoziołkuje. Najczęściej nie podniesie się więcej. 

Ani on, ani jeździec. O takich koniach mówią, że się “ścigają". To fachowe 

określenie.  

— Pan się chyba wychowywał z końmi, Colorado? 

— Tylko przez pewien czas. Ale opowiedzcie lepiej, jak tam było w Arizonie. 

Już otwierałem usta, ale Karol wpadł mi w słowo: 

— Może później, to długa historia. 

Colorado nie nalegał. Spojrzał w niebo, sięgnął do którejś z licznych kieszeni 

swego przyodziewku i wydobył z niej najprawdziwszy zegarek. To było dla mnie 

zaskoczenie. Jakiż westman nosi zegarek? Ten delikatny przyrząd, tak mało 

odporny na wstrząsy i wilgoć. Traper czy westman regulują swój dzień według 

położenia słońca, a noc według gwiazd i zaręczam wam, iż nawet ja nie 

odczuwałem braku jakiegokolwiek innego czasomierza! 

Zegarek był solidny, wielki, metalowy, mocno porysowany i błyszczący od 

stałego zapewne wycierania. Colorado otworzył solidną kopertę i spojrzał na 

tarczę. 

— Już po pierwszej. Jeśli na wieczór mamy stanąć w zagrodzie Sama O'Brien, 

zbierajmy się. To mój imiennik — dodał — ja jestem również Samuel. No, 

szybko, szybko. Po nocy jechać nieprzyjemnie. Można wpaść w jakąś dziurę albo 

background image

wprost w ramiona Mescalerów, Lipanów, Tantów, czy jak tam jeszcze się wabią, 

innymi słowy: Apaczów. Mnie co prawda skalp nie grozi, ale wy obaj macie dość 

bujne czupryny. 

Tak gadając zabrał się do siodłania konia. Ruszyliśmy za jego przykładem. 

— Colorado, czyżby pana już raz oskalpowano? — zapytałem. 

— Mnie? — wrzasnął dopinając popręgu. — To im się nie udało i nigdy nie uda! 

Spójrzcie! 

Zerwał kapelusz z głowy — była naga jak kolano. 

— W młodości przechodziłem jakąś paskudną chorobę — wyjaśnił — a po niej 

wszystkie włosy mi wypadły. 

— Tyfus plamisty — stwierdziłem. 

— Może i tak. Doktor lepiej się na tym zna. 

— Miał pan szczęście, Colorado — zauważyłem. — Tanim kosztem się pan 

wykręcił. Najczęściej to się umiera. 

— Nie będę zaprzeczał. No, jak tam? Gotowe?  

Uderzyliśmy wierzchowce cuglami i ruszyli kłusem, a potem galopem. 

Colorado dobrze ocenił odległość, bo nim słoneczna tarcza dobiegła horyzontu, 

zgrzani, zakurzeni i szczęśliwi na widok ludzkiego domostwa, wjeżdżaliśmy 

w bramę wysokiej palisady. Za nią, na obszernym podwórcu, wznosiła się 

budowla zbita z grubych bali, z wąskimi okienkami i dachem spadzistym, 

pochylonym w jednym kierunku. Na nasz widok wybiegł podrostek ze strzelbą w 

garści. 

— Jak się masz, George? — zawołał Colorado. — Odłóż tę pukawkę. Gdzie 

ojciec? 

— Ach, to wy! 

W tej chwili druga postać ukazała się na podwórzu. Był to starszy mężczyzna, z 

odkrytą głową, z włosami lekko przyprószonymi siwizną, o ruchach energicznych 

i twarzy spalonej na brąz. 

— Halo, Sam! — krzyknął znowu nasz przewodnik. — Sprowadziłem gości. 

background image

— Halo, Sam! Witaj! Zejdźcie z koni, panowie. Proszę w moje niskie progi. 

George, zawiadom matkę — a kiedy chłopak oddalił się, zaczął wypytywać Colo-

rado: — Gdzieś się kręcił? Chyba rok ciebie nie oglądałem. 

— Ani ja ciebie, stary niedźwiedziu. Nie byłem pewien, czy ta buda stoi jeszcze 

na swoim miejscu. 

— A dlaczegoż nie miałaby stać? 

— Ba, dużo jeszcze wody popłynie w Rio Grandę, zanim w tych stronach domy 

rozpadać się będą tylko ze starości. Ale mnie już wówczas tutaj nie znajdziesz. 

— Pleciesz głupstwa, Sam. Pozwólcie, panowie — zwrócił się do nas. 

Przez wąziutką sionkę wprowadził nas do nieco mrocznego wnętrza. Malutkie 

otwory okienne skąpo przepuszczały światło, a na dworze poczęło zmierzchać. 

— Siadajcie! 

Zdjęliśmy kapelusze, broń odstawili do kąta i opadli na ciężkie, ledwo 

oheblowane ławy, z czterech stron otaczające równie prymitywny stół. 

— Colorado od czasu do czasu lubi straszyć — uśmiechał się gospodarz — ale tu 

kraj spokojny i nie ma się czego obawiać. 

— Obawiać! A to dobre! Popatrz na nich, Sam, popatrz dobrze. Oni i obawa! 

Palec Colorado wskazywał raz na Karola, raz na mnie. Nie mogliśmy pojąć, o co 

mu chodzi. 

— Słyszałeś o tej hecy w Arizonie? Na pewno słyszałeś. Żebyś wiedział, że to 

właśnie oni. Te dwa zuchy dały radę całej bandzie. 

O'Brien spojrzał na nas pytająco. Kiwnąłem głową, ale dodałem: 

— Przesada. Tam było nas dobrych kilka dziesiątek. 

Farmer roześmiał się: 

— Co za skromność! Słyszałem o was, pewnie, że słyszałem. Mówiono, że 

zrobiliście porządek w Arizonie. Sami czy nie sami... nieważne. 

Rozmowę przerwał George, który wniósł trzy zapalone świece w prymitywnych 

lichtarzach, a po chwili gospodyni postawiła na stole zimne i gorące mięso i zajęła 

miejsce obok nas, uścisnąwszy każdemu rękę. Tak oto miałem przed sobą typową 

background image

rodzinę osadniczą, przedstawicieli wielkiej masy drobnych rolników, jacy od 

dziesiątków lat parli na zachód, szukając urodzajniejszych, a przede wszystkim 

obszerniejszych od dotychczas uprawianych terenów. Jeszcze w roku 1861 nie-

zmierzone ziemie rozciągające się między doliną Missisipi a Kalifornią stanowiły 

kraj prawie dziewiczy. Żyło tu nie więcej niż pół miliona ludzi, a po pustych 

obszarach wędrowali swobodnie Indianie, których liczba sięgała trzystu tysięcy. 

Na północy Siuksowie (a raczej — prawidłowo — Dakoci), na zachodzie 

Czejenowie i Arapahowie, na południu Apacze, Komańcze i szereg mniejszych 

plemion. W trzy lata później, w roku 1864, co najmniej 150 tysięcy osób 

wywędrowało z terenów leżących nad Missouri na Daleki Zachód. Jak obliczano, 

w jednym tylko roku przez Omaha przeszło 75 tysięcy ludzi z 75 tysiącami sztuk 

bydła, 30 tysiącami koni i mułów, 22 tysiącami ton bagażu załadowanego na 

wielkie wozy. Wielu z nich dążyło w góry szukać “skarbów", wielu było 

włóczęgami, ale potężną grupę stanowili ludzie pragnący zaorać i obsiać niczyje 

dotąd i nie tknięte pługiem stepy. Teraz, w 1884 roku, na dawnych pustkowiach 

rosła pszenica, ogromniały stada domowego bydła i wznosiły się błyszczące 

świeżością ściany zagród. Jednakże kraj był wielki, więc ciągle jeszcze w jego 

południowych i południowo—zachodnich partiach częściej spotykało się płową 

zwierzynę czy indiańskiego wojownika niż farmera. W takim kraju 

znajdowaliśmy się obecnie: Karol i ja, a chociaż siedzieliśmy za stołem przy 

blasku luksusowych podówczas świec, wiedziałem dobrze, że o milę dalej, poza 

linią pól i pastwisk O’Briena, rozciąga się pierwotna głusza, nie zbadana jeszcze 

przestrzeń lasów i stepów, przecięta rzeczkami o nie ustalonych nazwach, 

poprzedzielana pasmami górskimi o szczytach, na które nikt jeszcze się nie 

wspinał. 'Takim był Nowy Meksyk, obszar nie posiadający praw stanowych, 

rzadko zaludniony i pełen niespodzianek witających podróżnego. 

Właśnie jedna z nich ukazała się teraz w półmroku nadciągającego świtu, gdy 

wychylony przez okno obserwowałem daleką przestrzeń, podwórze otoczone 

płotem i Sama—Colorado leżącego tuż przy ogrodzeniu. 

background image

Przyłożyłem znowu lornetkę do oczu. Za rzeką błysnęły różowo pierwsze zorze. 

W ich ł łagodnym blasku dostrzegłem trzech jeźdźców galopujących otwartą 

płaszczyzną. Dopadli doliny rzeki, zniknęli na chwilę, a potem ukazali się znowu 

na drugim brzegu. 

Odjąłem szkła od oczu, wychyliłem się jeszcze bardziej przez otwór i 

powiedziałem półgłosem w kierunku śpiącej na dole postaci. Głos mój w 

porannej ciszy zabrzmiał czysto i wyraźnie: 

— Colorado, wstawaj! Indianie… 

background image

Tropy nad wodą 

 

A teraz — nieco wyjaśnień. Od paru lat stało się moim zwyczajem w okresie 

wiosny opuszczać miasto, w którym spędzałem zimę. Nauczył mnie tego Karol 

Gordon, znakomity traper, noszący również przydomek Wielkiego Bobra, nadany 

mu przez plemię Czarnych Stóp zamieszkujące kanadyjską prerię. 

Karol Gordon w wyniku nieszczęśliwego wypadku (spotkania z szarym 

niedźwiedziem) odniósł poważne rany. W efekcie — trafił na oddział 

chirurgiczny szpitala w Milwaukee nad jeziorem Michigan. To był rok 1880, a ja 

pełniłem w tym właśnie szpitalu funkcję zastępcy naczelnego chirurga. Reszty 

łatwo się domyślić. Karol stał się moim nieodłącznym towarzyszem i on to 

właśnie wiosną 1881 roku namówił mnie na wyprawę w głąb kanadyjskiej prerii, 

by odwiedzić plemię Czarnych Stóp. Z tej wyprawy wróciłem dopiero jesienią, 

pełen energii i zachwytu nad wspaniałym pejzażem tamtego kraju. Wiosną 

następnego roku wyruszyłem w te same strony. Wówczas to czarodziej Czarnych 

Stóp nadał mi imię Orlego Pióra. Jak byłem z tego dumny — nie sposób opisać. 

Żeby wreszcie zakończyć te wspominki, dodam, iż w roku ubiegłym (to znaczy 

1883) bawiliśmy na terenie Arizony, dokąd Karol udał się ze specjalną misją 

mającą na celu zażegnanie niepokojów, a nawet zbrojnych wystąpień 

największego z tamtejszych plemion czerwonoskórych, Nawajów. W wyniku 

tego przedsięwzięcia zawarliśmy znajomość z szeregiem interesujących osób, 

między innymi z don Pedro Gonzalesem, hacjenderem przybyłym wraz z córką z 

Meksyku. On to zobowiązał nas do odwiedzenia go przy najbliższej okazji. 

Okazja — oczywiście — nie zdarzyła się i nic nie wskazywało na to, by 

kiedykolwiek mogła się zdarzyć. Bo jakiż interes do załatwienia mogłem mieć w 

tak odległej krainie? Postanowiliśmy więc z Karolem rzecz całą odwrócić: jechać 

do Gonzalesa, a po drodze zwiedzić Nowy Meksyk. Dlaczego właśnie Nowy 

background image

Meksyk? 

Widzę — wbrew swym pragnieniom. — iż sprawy nie da się jednak streścić w 

paru zdaniach. Wybaczcie! 

Otóż w roku ubiegłym poznaliśmy wodza Apaczów Mescalero, imieniem 

Pehnulte, co znaczy w języku tego narodu: Wielki Jeleń. Nie tylko poznaliśmy, 

ale — Karol i ja — wypaliliśmy z nim kalumet, czyli fajkę pokoju. Jakie to ma 

znaczenie we wzajemnych stosunkach między Indianami a białymi, nie 

potrzebuję chyba wyjaśniać. Ale na tym sprawa się nie zakończyła. Bo oto, 

znowu we dwójkę, zdołaliśmy Apacza wyciągnąć z samego środka paszczy 

śmierci. Stało się to również w Arizonie, w ponurej, na odludziu leżącej jałowej 

dolinie. W niej dopadliśmy po długiej pogoni niebezpiecznego złoczyńcę, 

prowadzącego od lat podwójny żywot: raz właściciela gospody w małym 

miasteczku, raz przywódcy bandy rabusiów. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi 

okoliczności, któremu nieco pomogliśmy, herszt bandy został zdemaskowany. 

Jako gospodarz saloonu żył pod nazwiskiem Toma Lessera. Czy było ono 

prawdziwe, czy nie — to sprawa obojętna. Lesser w ostatniej chwili zdołał nam 

umknąć i teraz buja gdzieś po świecie. Najprawdopodobniej przedostał się do 

Meksyku, graniczącego z Arizoną. Wspominam o nim dlatego, że podczas 

pościgu Apacz o mało się nie zabił. Stało się to we wspomnianej już przeze mnie 

dolinie, która nosi nazwę Doliny Śmierci. Lesser uciekał z niej jadąc konno 

wąziutką, skalistą percią, stopniowo wznoszącą się w górę po zboczu. Gnaliśmy 

za nim we trójkę: Pehnulte, Karol Gordon i ja. Lecz Apacz dosiadał 

najściglejszego konia, wyprzedził nas znacznie i byłby z wszelką pewnością 

schwytał Lessera, gdyby nie obsunął się nagle spory kawał skały. Koń stoczył się 

na samo dno doliny. Jeździec potrafił uchwycić się występu stromego zbocza. W 

ostatniej chyba sekundzie zdołaliśmy rzucić lasso i wciągnąć wiszącego na 

ścieżkę. Pamiętam słowa, z którymi wówczas Apacz do nas się zwrócił: 

— Gdyby nie moi biali bracia, leżałbym tam — wskazał na widniejącą pod nami 

na głębokości kilkudziesięciu jardów przepaść. — Pehnulte nigdy im tego nie 

background image

zapomni. 

I tak zyskaliśmy sobie wiernego sprzymierzeńca. 

Teraz, wybrawszy się w drogę do siedziby don Pedro, postanowiliśmy najmniej 

nam znaną jej część przebyć konno. Wyjechałem pociągiem z Milwaukee wraz z 

Karolem Gordonem pewnego wczesnowiosennego dnia, wioząc ze sobą broń i 

uprząż. Wierzchowce mieliśmy nabyć później. I tak też się stało. Obraliśmy 

marszrutę wiodącą poprzez tereny Arizony, którą zamierzaliśmy przeciąć po linii 

ukośnej, aby jak najkrótszą drogą dotrzeć do granicy Meksyku i Stanów. 

Koleją przebyliśmy Illinois i Kansas, dążąc wprost na południowy zachód aż do 

miejsca, w którym tory skręcały w kierunku Los Angeles. Tam pożegnaliśmy się 

z szynami i rozpoczęli wędrówkę przez obszar Nowego Meksyku. Teren 

olbrzymi, słabo jeszcze zaludniony i prawie pozbawiony dróg. 

Dlaczego więc taką wybraliśmy trasę zamiast jechać dalej w wygodnym 

wagonie? 

Dlatego, że pragnęliśmy odwiedzić Pehnulte. Wiedzieliśmy, iż Apacze Mescalero 

kręcą się gdzieś po Nowym Meksyku. Właśnie — gdzieś. To jest chyba najbliższe 

prawdy określenie. To znaczy: możemy ich spotkać wszędzie lub nigdzie. 

Indianie wędrowali tu i tam, pojawiali się w najmniej spodziewanym czasie i 

miejscu. 

Po opuszczeniu pociągu na małej stacyjce minęliśmy domek z werandą, przez 

nikogo nie zamieszkany, opatrzony (na wielkiej tablicy) napisem: “Blue Water": 

Poszliśmy szukać tej “niebieskiej wody". Odkryliśmy ją bez trudu w postaci 

małej rzeczki wesoło bulgocącej po dnie z żółciutkiego piasku. Nie była zresztą 

bardziej niebieska niż wszystkie inne rzeki Ameryki Północnej. Autor napisu 

musiał mieć sporo fantazji. 

Widok wody bardzo mnie ucieszył — okazja do zmycia z siebie kurzu drogi. 

Jeszcze większą naszą radość spowodował widok znad brzegu: wznoszące się w 

pobliżu zabudowania. 

— Tego nam najbardziej potrzeba — zauważył Karol. — Tego oczekiwałem, 

background image

chociaż informatorzy często się mylą, a budynki w tych stronach potrafią szybciej 

ginąć, niż się je wznosi. Mamy przed sobą czyjeś gospodarstwo. A jak 

gospodarstwo, to i konie. 

— Ciekaw jestem, co byś począł, gdyby okazało się, iż “Blue Water" to 

pustkowie? 

— Nie wyznacza się przystanków kolejowych w szczerej pustyni. Bo i po co? 

Nikt nie wsiądzie, nikt nie wysiądzie. Towarzystwa kolejowe wiedzą, co czynią. 

Idziemy. 

Pomaszerowaliśmy skrajem rzeczki, potem w bok, wydeptaną w rzadkiej trawie 

steczką. Zawiodła nas prosto przez otwartą na ścieżaj bramę na podwórze, na 

które właśnie wytaczano wóz ze stojącej w głębi szopy. Dwu ludzi w rozpiętych 

koszulach i poplamionych spodniach ciągnęło za dyszel, a trzeci, nieco schludniej 

odziany, prowadził konia wlokącego za sobą długą uzdę. Ujrzawszy nas zestawił 

zwierzę i podszedł. Nasz wygląd musiał natychmiast zorientować go w sytuacji: 

nieśliśmy na plecach siodła, derki i całą resztę uprzęży. Stanowiło to ciężar 

niemały i chociaż na niebie zaledwie wstał ranek — raczej chłodny — byłem 

mokry od potu. 

— Szukacie koni? — i nie czekając na odpowiedź dodał: — Chodźcie ze mną, coś 

wam pokażę. 

Ruszyliśmy bez słowa. Jakieś sto jardów w bok znajdował się corral. Tak w tych 

stronach — z hiszpańska — zwano zagrodę dla koni. Była to budowla bez dachu, 

ogrodzenie zbite z grubych belek, sięgające piersi człowieka. Tworzyło spory 

kwadrat, pośrodku którego pasło się pięć wierzchowców. Cisnąłem — z 

westchnieniem ulgi — swój ładunek na ziemię, przysięgając nie dźwigać go ani 

przez minutę dłużej. Karol uczynił podobnie. Zdaje się, że i jemu dopiekło. 

— A teraz, dżentelmeni, spójrzcie! Każde zwierzę innej maści. Możecie 

wybierać, jeśli tylko posiadacie gotówkę. 

Istotnie, było w czym wybierać. Najbardziej przypadł mi do gustu koń czarny jak 

smoła, z białą plamką na czole. Głośno wyraziłem swój zachwyt, być może zbyt 

background image

żarliwie, bo Karol trącił mnie łokciem w bok. Bał się, że w ten sposób podbiję 

cenę. Farmer popatrzał na mnie przeciągle i zapytał: 

— A pan dobrze jeździ? 

— No, nie najgorzej... chyba. 

— Nie najgorzej? Nie radzę brać tego konia. Jest trochę narowisty, potrzebuje 

silnej ręki i bardzo dobrego jeźdźca. Przynajmniej przez pierwsze kilka tygodni. 

Później się przyzwyczai. 

— Ależ... — usiłowałem zaprotestować, boleśnie dotknięty w swej jeździeckiej 

dumie. 

— Daj spokój, Janie — przerwał mi Karol — jeździsz zupełnie nieźle, ale ten koń 

wygląda nieco groźnie. To raczej nie dla ciebie. 

— Jak uważasz — mruknąłem urażony. 

— Doskonale, Janie. Zdaj się na mnie. 

Wzruszyłem ramionami. Karol wybrał dwa wierzchowce, ale nie było wśród nich 

karosza. Kiedy przyszło do ustalenia ceny, okazała się zbyt wygórowana, jak na 

nasze możliwości. Wówczas wybrał dwa inne, lecz i tym razem nie było wśród 

nich karego. Znowu farmer zażądał zbyt wiele. 

— Ha — westchnął mój towarzysz — nie będzie handlu. Idziemy, Janie, dalej... 

Zmartwiałem. Perspektywa dalszego marszu z siodłem na karku była 

przerażająca. Ale cóż mogłem począć? Zarzuciłem na plecy ładunek, który wydał 

mi się jeszcze cięższy, i ruszyliśmy w kierunku bramy. Chwilkę trwała cisza, a 

potem:  

— Poczekajcie panowie! Przecież jakoś dojdziemy do ładu. 

Stanęliśmy: 

— Weźcie karego: 

— Jak to! — krzyknąłem: — Sam pan odradzał..: 

— Bo to nie koń dla każdego, ale pański towarzysz da sobie z nim radę. Ja znam 

się na ludziach. 

Teraz dopiero zaczął się targ. Kiedy dziś o nim wspominam, wygląda nawet 

background image

zabawnie, ale wówczas nie było mi do śmiechu. Lękałem się, iż transakcja znowu 

nie dojdzie do skutku. Co prawda tym razem gospodarz aż trzykrotnie obniżał 

cenę, ale ciągle pod warunkiem nabycia karosza. A Karol zgadzał się na każdego 

innego konia, byle nie na tego. W końcu uległ i ze zniechęconą miną przystąpił do 

szczegółowych oględzin naszych nabytków: karego i przeznaczonego dla mnie 

gniadosza. Potem założyliśmy uprząż i wskoczyli na siodła. Gniady zachowywał 

się spokojnie jak normalny, przyzwoity wierzchowiec. Ale koń Karola! Najpierw 

stanął dęba, potem rzucił się prosto na ogrodzenie corralu, wreszcie usiłował 

rozciągnąć się na ziemi. Miałem okazję podziwiać, jak doskonale dawał sobie 

radę mój przyjaciel. Zabawa trwała przeszło godzinę. Czarny konik lśnił od potu, 

z pyska spadała płatami piana, a nogi mu drżały. Dopiero wówczas Karol opuścił 

siodło, ciężko oddychając. 

— Coś mi się chyba... należy za... ujeżdżenie... tego diabła — powiedział 

przerywanym głosem. 

Farmer roześmiał się: 

— Zuch z pana. Zapraszam was obu na dobre jedzenie i dobre spanie. Chyba nie 

odjedziecie przed jutrem? 

Gospodarz zapraszał tak gorąco, że ustąpiliśmy. Zaraz też poznaliśmy czterech 

synów i małżonkę pana Gilberta Freemana. Wymieniając swe nazwisko farmer 

z humorem zauważył, iż ono to właśnie doprowadziło go do celu: teraz istotnie 

czuje się wolnym człowiekiem *• 

Z długiej rozmowy prowadzonej przy obficie zastawionym stole wynikło, iż 

Freeman przed paru laty był dzierżawcą skromnego gospodarstwa w okolicach 

Nowego Jorku, że zebrał nieco pieniędzy i przy pierwszej nadarzającej się okazji 

powędrował na zachód szukać szczęścia. Od przedsiębiorstwa kolejowego nabył 

spory szmat ziemi tuż przy torach, w zamian za co wyznaczono tu przystanek, 

któremu on sam — jak się chwalił — nadał nazwę “Blue Water". Takie miano 

nosił strumień, nad którym mieszkał w stanie Nowy Jork. Stara nazwa 

przywędrowała wraz z osadnikiem na nowe miejsce. 

background image

Zapytałem, jak się czuje na tym gospodarstwie i czy nie był niepokojony przez 

Indian. W odpowiedzi usłyszałem chóralny śmiech. Gospodarz natychmiast 

wyjaśnił, iż odkąd tu przebywają, nie widzieli ani jednego czerwonoskórego. W 

przeciwieństwie do białych! 

— To znaczy, iż w sąsiedztwie znajdują się jeszcze inne gospodarstwa — 

stwierdził Karol. 

— Ależ nie! 

— No to skąd się biorą tutaj osadnicy? 

— Nie ma osadników. Ci biali to po prostu pasażerowie pociągów 

zatrzymujących się w Blue Water. Nie wiem, dlaczego tu właśnie opuszczają 

wagony. Chciałbym, aby jechali jak najdalej, na wschód czy na zachód, to 

obojętne. Byle nie do Blue Water, bo z tego wynikają tylko kłopoty. 

— Kradną? 

— Otóż to. Próbują kraść. Każdy gwizd parowozu czy turkot kół po szynach 

stawiają nas na nogi. To jest alarm, moi panowie. Najgorsza rzecz z tym, że jeden 

z pociągów zatrzymuje się na długo przed świtem. Gdyby nie mój czujny sen, nie 

mógłbym wam sprzedać ani jednego konia. Niedawno przepędziliśmy ich, jak to 

się mówi, w ostatniej chwili. 

— Kogo? 

— Trójkę. Było jeszcze dobrze ciemno i nie bardzo mogłem przyjrzeć się 

twarzom. Zresztą i czasu nie starczyło, uciekali dość szybko. 

— Konno? 

— Gdzie tam! Konie mieli zamiar znaleźć dopiero u mnie. Pewnie liczyli, iż trafią 

na samotnego farmera. Srodze się zawiedli. Każdy z moich synów umie  

 

Fr e e m a n (ang.) — dosłownie: wolny człowiek (free man). 

 

trafić w podrzuconą dziesięciocentówkę. 

— Była strzelanina? — zapytał Karol. 

background image

— W niebo, prosto w chmury. Dla postrachu. Poskutkowało, ale później przez 

trzy kolejne noce pilnie baczyliśmy na okolicę. Rozumiecie, panowie, wędrowali 

pieszo, nie mogli daleko odejść. 

— Mieli broń? 

— A jakże. Jednak nie ośmielili się jej użyć. 

— Oczywiście sprawdziliście ślady — wtrącił się Karol. 

— Ślady? A po co? Kto by je zresztą odnalazł? Wystarczy, że przez kilka godzin 

powieje wiatr. Wszystko się wygładzi równiutko. 

— To wielka nieostrożność. Farmer popatrzał na nas uważnie: 

— Nie żartujecie? Przecież od tamtego wypadku minęło... zaraz... — zastanowił 

się chwilę. 

— Dziesięć dni — przypomniał jeden z synów. 

— Właśnie, dziesięć dni. Musieli dawno odejść albo odjechać, albo... umrzeć z 

głodu, bo ze zwierzyną tu trudno. Zresztą nie słyszeliśmy żadnych strzałów. 

— Hm — mruknął Karol — z tego może wynikać, że są teraz dość daleko od Blue 

Water, radzę jednak na przyszłość dokładniej śledzić, dokąd udają się tacy 

nieproszeni goście. Chyba... chyba, że zamierza pan z powrotem przenieść się 

pod Nowy Jork. 

— O, nie! Pod Nowy Jork? Ja tu jestem wolny człowiek, a z koniokradami damy 

sobie radę. 

Po skończonym posiłku oprowadzono nas po okolicy. Farmer chciał pochwalić 

się swą orną ziemią. Przechadzka nie była zbyt ciekawa. Krajobraz monotonny. Z 

ulgą więc udaliśmy się na zasłużony spoczynek na pachnącym sianie w stodole. 

W gospodarstwie wstawano bardzo wcześnie, dzięki temu wskoczyliśmy na 

siodła, zanim zgasły ranne zorze. Głośno żegnani, pognaliśmy konie. 

Karosz mego przyjaciela znowu próbował brykać, ale Karol szybko dał sobie z 

nim radę. Była to ostatnia próba krnąbrności wierzchowca, bo później stał się 

łagodny jak baranek. Jednakże tylko w stosunku do swego pana. Innym nie dawał 

się dosiąść. Mój gniadosz natomiast nie zdradzał żadnych narowów. 

background image

Kiedy odjechaliśmy od farmy tak już daleko, że nas nikt ani słyszeć, ani widzieć 

nie mógł, Karol klepnął mnie po ramieniu: 

— Ale zrobiliśmy interes, Janie! 

— Co za interes? 

— Trzeba być ślepym, by nie dostrzec, że mój kary to najprawdziwszy indiański 

mustang. 

— Przecież nie chciałeś go kupić? 

— Właśnie! Gdybym zdradził swe zamiary, farmer zaśpiewałby cenę nie na nasze 

kieszenie. A tak sytuacja się odwróciła. Kiedy usłyszałem, że koń jest narowisty, 

nabrałem podejrzenia, a ono zamieniło się w pewność. Indiańskie konie nie 

znoszą białych i farmer musiał mieć sporo z nim kłopotów. Nic dziwnego, ze 

wolał się go pozbyć za każdą cenę. 

— Ale skąd on takiego mustanga wytrzasnął? 

— Musiał od kogoś kupić. Nie ma już w tych stronach dzikich koni, więc nie 

schwytał. To jasne. 

Jechaliśmy teraz wzdłuż tego samego strumienia, jaki napotkaliśmy przy 

kolejowym przystanku. Pewnie wypływał gdzieś z południowego zachodu, a 

więc jego bieg zgodny był z kierunkiem obranej przez nas jazdy. Posuwaliśmy się 

bez przerwy aż do chwili, w której słońce dosięgło szczytu nieba. Wówczas 

urządziliśmy krótki popas. Przestrzeń była otwarta ze wszystkich stron i tylko na 

zachodzie ograniczało ją pasmo zamglonych wzgórz. Nikt więc nie mógł nas tutaj 

zaskoczyć. 

Rozkulbaczyliśmy wierzchowce, ściągnęli z siebie kurty, koszule i całą resztę 

odzieży, aby w płytkim strumieniu zanurzyć się i orzeźwić. 

— Musimy korzystać z okazji — gadał Karol kładąc się raz na lewym, raz na 

prawym boku w płyciutkim nurcie. Ja szorowałem się czystym, żółtym piaskiem, 

uznając to za wspaniały sposób przywracający sprawność mięśniom, a dobre 

samopoczucie sercu i głowie. Karol wydziwiał nad tym moim zwyczajem twier-

dząc, iż “prawdziwi" traperzy i westmani nie myją się miesiącami, a zawsze są 

background image

rześcy, do późnych lat. Odparłem na to, iż widać nie jestem prawdziwym 

westmanem i tropicielem śladów, mimo że właśnie dostrzegam bardzo wyraźny 

odcisk buta na przeciwległym brzegu, tuż przy linii wody. 

— Tego oczywiście nie zauważyłeś — dodałem ze złośliwą satysfakcją. — 

Zapewne myjesz się zbyt często. 

— Co tam? — zainteresował się. 

Wskazałem ręką i począłem spłukiwać z siebie piasek. 

Karol, jak stał, wybiegł z wody i począł krążyć po brzegu z pochyloną głową. Na 

koniec wyprostował się. 

— To jedyny znak, jaki się zachował. Tu jest gliniasty grunt. Dalej trawa zdążyła 

się już wyprostować, chociaż ostatnio nie padał deszcz. Możemy głośno gwizdać 

na takie tropy. Człowiek, który je pozostawił, dawno stąd odszedł. Ale na wszelki 

wypadek, popatrzmy jeszcze. 

Karol był zaiste znakomitym tropicielem, jakich już coraz mniej na kurczących 

się preriach i w trzebionych puszczach tego kontynentu. Nie pamiętam, aby 

kiedykolwiek się pomylił. Przemaszerowaliśmy więc wzdłuż brzegu, on w jedną, 

ja w drugą stronę. Po chwili dostrzegłem czarną plamę wypalonej darni, a wokół 

niej trochę okruchów sucharów, ogryzek cygara i nieco kostek i piór jakiegoś 

ptaka. Ukląkłem nad samą wodą. Tu natrafiłem na kolejne ślady: odcisk obcasa, 

nieco dalej — zastygła w mule forma podeszwy, tuż obok — zagłębienie kształtu 

całego spodu buta. Nigdzie jednak nie doszukałem się najdrobniejszego nawet 

odcisku końskiego kopyta. Człowiek bez konia na takim odludziu? Rzecz 

przedstawiała się zagadkowo. A może był tu ktoś z farmy? 

Wyprostowałem się i pomachałem ręką. 

— Ognisko! — krzyknąłem.  

Wzruszył ramionami: 

— Jak będziemy szukać wszystkich starych śladów, nigdy nie dotrzemy do 

Meksyku. 

Ale zaraz począł krążyć wokół wypalonej trawy, jak pies gończy wietrzący za 

background image

tropem. 

No — powiedział wreszcie — albo ja jestem ślepy, albo ci ludzie wędrowali 

pieszo. 

— Ludzie? 

— Tak. To nie był samotny człowiek.  

— Gdzie masz na to dowody? 

— Przypatrz się tym szczątkom — wskazał palcem na kupę rzuconych w jednym 

miejscu kosteczek. 

— Dziki indyk — stwierdziłem. — Zaczęła się pora wędrówek ptactwa. Nic w 

tym dziwnego. 

— Oczywiście, ale rzecz w tym, że największy nawet żarłok nie zje czterech 

indyków podczas jednego posiłku. 

— Skąd wiesz, że zjedzono cztery? 

— Bo żaden ptak, jak mi wiadomo, nie posiada czterech par nóg. Popatrz 

uważnie. 

— Do licha... — zawstydziłem się.  

Teraz widziałem wyraźnie osiem ptasich nóg, indyczych. Sam już odnalazłem 

cztery głowy, co mnie we własnym mniemaniu nieco zrehabilitowało, bo Karol 

właśnie tych głów nie dostrzegł. Nie dałem jednak za wygraną. 

— Nieznajomy — powiedziałem — mógł upiec cztery ptaki, ale mięso dwu lub 

trzech zabrał z sobą na drogę. 

— Zbyt dużo tu kości, ale przypuśćmy, że masz rację. Chodź, coś ci pokażę. 

Powiódł mnie w bok, do miejsca, na którym widniały jeszcze dwa, nie zauważone 

przeze mnie odciski stóp. 

— Przyjrzyj się dokładnie, Janie. 

Nie potrzebowałem się przyglądać. Wystarczył jeden rzut oka. Oba ślady 

stanowiły odbicie dwu różnych; butów, obu z prawej nogi. Jeden z nich posiadał 

ostro zakończony szpic, drugi — płasko ścięty. 

— Jak widzisz, wędrowców było dwu. Moim zdaniem... nawet trzech. Ślad 

background image

obcasa przez ciebie odkryty j nie pasuje jakoś do żadnego z tych butów. No, ale 

dosyć z tym. Bierzmy się do jedzenia. 

Miał rację. Cóż nas mogły obchodzić te tropy sprzed paru dni? Zauważyłem więc 

tylko: 

— Przypuszczam, że są to ci sami trzej ludzie, którzy usiłowali okraść Freemana. 

— Na pewno, jeśli farmer nie blagował. 

Po zakończeniu posiłku, umyciu naczyń i dokładnym zagaszeniu żaru 

osiodłaliśmy konie i ruszyli w drogę. Po dwu dniach podróży zatrzymaliśmy się 

w Santa Rosa. Co dalej nas spotkało — już wspomniałem. 

Dodam tylko, że gdybyśmy wiedzieli, czyje to tropy odkryliśmy nad strumieniem 

Blue Water, kierunek naszej jazdy uległby zmianie. Ale wtedy... nie miałbym o 

czym dalej pisać. 

background image

Tropy po raz drugi 

 

— Colorado, wstawaj! — powtórzyłem. 

W przedrannym blasku dostrzegłem, jak spod palisady dźwignął się szary cień. 

Jednocześnie w głębi pokoju zachrzęściła słoma i ozwał się senny głos Karola: 

— Co mówisz, Janie? Kogo tam diabli niosą? Aaach... ja się chyba nigdy nie 

wyśpię. 

Bose stopy zatupotały po deskach. Karol wysunął rozczochraną głowę przez okno 

i przyłożył do oczu lornetkę. 

Patrzał przez nią tak długo, że gołym okiem mogłem dostrzec sylwetki ludzi i 

koni. 

— Ubieraj się, Janie. Wydaje się, że jest ich trzech, ale nigdy nic nie wiadomo. 

Jeśli to są właśnie Apacze... Patrz, gospodarz już wyszedł na podwórko. Ten ma; 

czujny sen! 

Odziałem się z pośpiechem, naciągnąłem buty, chwyciłem sztucer i skoczyłem do 

okna. O'Brien i Colorado stali na półce biegnącej wzdłuż palisady. Po chwili 

przyłączył się do nich syn gospodarza. 

— Co o tym sądzicie? — zapytałem wychylając się przez okno. — Czy mamy 

zejść? 

— Halo, doktorze! Zobaczymy, jak kij popłynie. Sam powiada, że nigdy go nie 

napastowali, więc pewnie chodzi im o coś innego. To wygląda na poselstwo, 

Colorado. Ale na wszelki wypadek zostańcie lepiej na górze. Z pukawką pod 

ręką. 

Odwrócił się i znowu zapadła cisza przerywana odgłosami krzątania się mego 

towarzysza. Na koniec Karol stanął obok mnie, akurat w chwili, gdy trzej konni 

zatrzymali się przed zawartą bramą. 

Dostrzegłem, jak Samuel O’Brien wytknął głowę ponad ogrodzenie. 

background image

Czerwonoskórzy podnieśli prawice dobrze mi już znanym gestem, oznaczającym 

pokojowe zamiary. Potem padły jakieś słowa, których nie zrozumiałem. Colorado 

podbiegł do bramy i uchylił nieco jedną jej połowę. Ujrzałem, jak Indianie 

zeskoczyli z koni i wiodąc zwierzęta za cugle wkroczyli w obręb ogrodzenia. 

— Zejdźmy, Karolu. 

— Przecież Colorado prosił, żebyśmy zostali na górze. 

— Chciałbym się przyjrzeć wojownikom... 

— Nie. Nie ruszajmy się. Colorado wie lepiej. 

— Mówisz, jakbyś nigdy nie bawił na prerii. 

— Mówię, jakbym bawił... Nie może decydować pięć osób jednocześnie. 

Jesteśmy w tym domu obcy, a ponadto nie znamy tych Indian. Nie wiemy, co ich 

łączy czy dzieli z O’Brienem. Dlatego właśnie trzeba się zastosować do poleceń 

Colorado. 

— Czy to Apacze? 

— Oczywiście. 

— Okazja, żeby się zapytać, gdzie przebywa Pehnulte. 

— Można to uczynić i z tego miejsca.  

Tkwiłem więc w oknie, a Karol zawołał: 

— Colorado! 

Głowy stojących na podwórzu obróciły się w naszą stronę. 

— Colorado — powtórzył Karol — zapytaj, gdzie teraz znajduje się Pehnulte? 

— Kto? 

— Pehnulte, Wielki Jeleń.. 

Zanim Colorado zdołał powtórzyć pytanie, jeden z indiańskich wojowników, 

najwyższy wzrostem, z sępim piórem wpiętym w węzeł czarnych, na czubku 

głowy skręconych włosów, zwrócił się do Karola: 

— Kto ty jesteś? 

— Czarne Stopy nadały mi imię Wielkiego Bobra. Jestem bratem * Wielkiego 

Jelenia. 

background image

— Dowiedź tego! 

Mimo woli wzruszyłem ramionami: jak można było dowieść tej oczywistej 

prawdy właśnie tutaj, wśród obcych ludzi? 

— To jest Wielki Bóbr — odezwał się Colorado. — Ja go znam. 

— Ile wiosen spędził Colorado z tym człowiekiem?  

Czerwonoskóry powiedział “Colorado", a więc nasz przypadkowy towarzysz nie 

był kimś nie znanym Indianom. 

— Ja poznaję ludzi od pierwszego spojrzenia.  

Taka odpowiedź nie zadowoliła wojownika. Przestał spoglądać ku oknu i wdał się 

w rozmowę z O’Brienem. Nie mogłem zrozumieć, o co w niej szło, mimo że 

dyskusję prowadzono w indiańsko—angielskiej gwarze, używanej powszechnie 

na zachodnim pograniczu i przystępnej nawet dla nowego w tych stronach 

przybysza. Dodam, iż Apacze posługują się dialektem podobnymi do języka 

Nawajów, który zdołałem poznać przed rokiem. Wszystko to na nic mi się teraz 

zdało, ponieważ rozmowa toczyła się półgłosem, a do moich uszu dobiegały tylko 

strzępki zdań. Wreszcie ujrzałem, jak Apacze wskakują na konie i znikają za 

bramą. 

— Hej, dżentelmeni, chodźcie tu do nas! — zabrzmiał głos Colorado. 

W sekundę znaleźliśmy się na dole. 

— To tylko pokojowa misja, nie ma strachu — wyjaśnił traper. — Sprawa 

handlowa. 

— Handlowa!? — wrzasnął gospodarz. — To jest zwykła napaść. Chyba nie 

opuścicie mnie w potrzebie? 

— Na pewno nie — odparł Karol — ale o co chodzi? 

 

W językach Indian słowo “brat" oznacza przyjaciela. Brata w naszym rozumieniu, określa się jako 

“syna mego ojca". 

 

 

background image

— Te czerwone skóry domagają się, abym im zapłacił za ziemię. Słyszeliście 

kiedy o czymś podobnym? To przecież bezczelność! Ktoś ich musiał podmówić, 

bo pięć lat już tu siedzę i nigdy tego ode mnie nie żądano. Nie dam ani centa, ani 

jednego złamanego centa! Mało się tu napracowałem? I jeszcze mam płacić? 

Wrzeszczał tak, aż poczerwieniał na twarzy. 

— Samuelu, Samuelu — mitygował go traper. — Po co tyle krzyku? Trzeba całą 

rzecz rozważyć w spokoju. Zastanów się chwilę... 

— Nad czym się mam zastanawiać? Sprawa jasna jak słońce! 

— Ale może ją odłożymy na później? Twoi goście na pewno są głodni. Ja 

również. 

O'Brien zapomniał na chwilę języka w ustach, po czym w widoczny sposób 

zawstydzony, wybąkał jakieś niezdarne usprawiedliwienie i opuścił nas. Zjawił 

się po kilku minutach, już z uśmiechem na wargach, prosząc, abyśmy weszli do 

wnętrza domu. W izbie, której centralnym punktem był głęboki kominek 

zbudowany z potężnych głazów, przyjęła nas żona farmera nie tyle wymyślnym, 

ile obfitym śniadaniem, w którym sery i mleko stanowiły główne danie. 

Podjedliśmy sobie nieźle, po czym O’Brien — nie wspominając już ani słowem o 

rannym wydarzeniu — udał się do koni wraz ze swym synem. 

Siadłem z Karolem na progu, by popatrzeć na grający tęczą barw wschód słońca 

(tak było jeszcze wcześnie) i rozważyć konsekwencje indiańskiej wizyty. 

Po chwili przysiadł się do nas Colorado i począł dokładnie opowiadać o przebiegu 

całego zdarzenia. Stwierdził, że O’Brien mówił prawdę: czerwonoskórzy nigdy 

dotąd nie żądali od niego zapłaty za ziemię. Co ich do tego skłoniło? 

— To nieważne — odparł Karol. — Fakt jest faktem. Od kogo farmer nabył ten 

teren? 

— Hm, jeśli się nie mylę... od nikogo. 

— Powiedz pan uczciwie, Colorado, czyje to były ziemie? 

— Na pewno Apaczów. 

— No, to chyba sprawa jasna, prawda, Janie? 

background image

— Najjaśniejsza. 

— Więc O’Brien powinien jakoś to załatwić. Inaczej długo tu nie usiedzi. 

— Co prawda, to prawda — mruknął traper. — Przywołam Sama. Niech się 

wypowie. 

Przesiedzieliśmy kilka minut w milczeniu, aż ściągnął farmera. Musiał mu już coś 

szepnąć o naszej rozmowie, bo O'Brien, nie czekając na pytania, od razu wystąpił 

z żalami: 

— Zawędrowałem tu ze wschodu jak tysiące innych i dobrze się namordowałem, 

zanim zebrałem pierwsze plony. I teraz mam to wszystko zostawić? Dlatego, że 

im się tak podoba? Niedoczekanie ich! 

— Uspokój się, Sam — wpadł mu w słowa Colorado. 

— Łatwo ci gadać, bo to nie o twoją skórę chodzi. 

— Posłuchaj, człowieku! 

Zabawnie było patrzeć, kiedy się tak spierali. 

— Nie będę słuchał głupstw. Pobędziecie u mnie i jak te czerwone diabły zjawią 

się tu, damy im nauczkę Odechce się im zaczepiać starego O’Briena! 

Należało natychmiast wyprowadzić farmera z błędu. Bój z Apaczami nie miał 

żadnego sensu. Taki zupełnie idiotyczny przelew krwi w tej sytuacji musiałby 

zakończyć się naszą klęską. A poza tym... Indianie mieli rację. Otwierałem już 

usta, gdy uprzedził mnie Colorado. Zapytał bardzo spokojnie: 

— A ile to lat, Sam, mamy u ciebie bawić? Może do czasu, aż twoje nie urodzone 

wnuki nauczą się trzymać broń palną? 

— Nie kpij! 

— Ani mi to w głowie. Po prostu: pytam. Zupełnie poważnie, jak najmądrzejszy 

szeryf największego miasta. Jak długo mamy tu tkwić? Bo jeżeli nawet zdołamy 

odeprzeć pierwszy napad, natychmiast po naszym odjeździe, za kilka dni, za 

tydzień czy miesiąc, nastąpi drugi. I nie obronisz się. 

Dostrzegłem, jak farmer sposępniał. 

— Taką mi radę dajesz, Sam? Nie spodziewałem się tego po tobie. Mam więc 

background image

czekać bezczynnie, aż znowu się tu zjawią i wyrzucą z mojej własnej ziemi? 

— Z ich ziemi — sprostował Karol. 

— Z ich ziemi? — powtórzył gospodarz. — Jak to? — Te tereny zawsze należały 

do Indian. Czy można się dziwić, że chcą za nie zapłaty? 

— Nigdy tego ode mnie nie żądali! — wybuchnął gniewem O’Brien. — Dopiero 

teraz, jak się zagospodarowałem. 

— Widać z nich lepsi kupcy, niż myślałeś — zaśmiał się Colorado. 

— Więc co mam robić? 

— Słyszałeś, czego żądali od ciebie?  

— Siedem fuzji. Skąd mam je wytrzasnąć? 

— Nie zadawaj niemądrych pytań. Pojedziesz do Santa Rosa. Tam nabędziesz, co 

zechcesz, a ja ci gwarantuję, że nie ruszę się stąd, dopóki sprawa nie zostanie 

załatwiona. Zgoda? 

— Jaką mam pewność, że jak stąd odjedziesz, to znowu nie przyjdą czerwoni i 

jeszcze raz nie zażądają zapłaty? 

— Nie znasz Indian, ty stary niedźwiedziu. Zawrzemy z nimi układ i ziemia 

będzie twoją raz na zawsze. Czy nie mam racji, panowie? 

Przytaknęliśmy. 

— Ale ja uczynię dla ciebie jeszcze więcej, po dawnej znajomości. Sam pojadę do 

Santa Rosa i kupię te pukawki. Dobrze wiesz, że ta ziemia jest warta więcej niż 

sto strzelb najlepszego gatunku. 

To ostatnie stwierdzenie nieco udobruchało farmera, bo zauważył tylko: 

— Dawać czerwonoskórym palną broń to przecież szaleństwo. 

— O co ci chodzi? O te siedem pukawek? A wiesz, ile ich już nabyli od 

wędrownych handlarzy? 

— Niech i tak będzie — westchnął O’Brien. — Ale w razie czego na ciebie 

spadnie odpowiedzialność. 

— No i patrzcie, dżentelmeni — Colorado zwrócił się do Karola i do mnie — jak 

takiego przekonać? A wszystko przez to, że ma węża w kieszeni. Żałuje setki 

background image

dolarów na zakup strzelb, żeby nimi zapłacić za ziemię wartą już dziś sto razy 

tyle. 

— Ile jej jest? — zainteresował się Karol. Okazało się, iż farmer nie zna 

dokładnie obszaru, na którym gospodarzył. Po długim namyśle oświadczył, iż 

będzie tego ze czterdzieści akrów *. Nie licząc pastwisk w stanie pierwotnym. 

Uważał bowiem, że tereny, gdzie pasie się jego bydło, stanowią również jego 

własność, podobnie rozumowali wszyscy inni osadnicy ruszający na zachód. 

Granice własności ziemskiej i spory o te granice narodziły się dopiero wówczas, 

gdy puste obszary poczęły się coraz gęściej zaludniać. W tym właśnie roku doszło 

do konfliktu o prawa graniczne między osadnikami a hodowcami bydła w 

Teksasie. Skwaterzy hodowali bydło już od wielu lat i z wiosną gnali je poprzez 

“niczyje" prerie aż do Kanady, układając się lub walcząc z napotykanymi po 

drodze oddziałami Indian *. Teraz biali osadnicy sprzeciwili się przepędowi przez 

swe orne pola i pastwiska — i walkę wygrali. 

Poradziłem farmerowi, aby zatroszczył się nieco o oznaczenie granic swych 

posiadłości celem uniknięcia najróżniejszych potem kłopotów, a Karol zapytał, 

jaki to właściwie obszar chcą sprzedać Apacze? Okazało się, iż wysłannicy 

plemienia wymienili teren ograniczony z jednej strony doliną rzeki, a z 

pozostałych trzech — kępkami ledwie widocznych z okien domu drzew. Na oko 

wyglądało to na 300 do 400 akrów. 

I za taki obszar żądano siedmiu strzelb! Colorado miał rację. Z O’Briena musiał 

być nie lada kutwa! 

 

 

Akr — 0,4 hektara.  

 

 

Mieliśmy szczery zamiar wyruszyć w dalszą drogę tego samego dnia, jednak 

zmianę decyzji wywołała propozycja Colorado, by następnego ranka o świcie 

background image

wybrać się do lasu za rzekę, gdzie “zwierzyny w bród, moi panowie". 

— Radzę się zaopatrzyć w mięso — dowodził. — Jedziecie na południe, a tam 

przecież pustynia. Nawet o szczura trudno. 

Przyznaliśmy rację, a że ranek był pogodny i rzeźwy, dosiedliśmy koni i ruszyli 

na krótką wycieczkę. Wiosenny step kwitnął tęczami kolorów, gdzieniegdzie 

błyszczał szmaragdem traw, gdzie indziej złocił się wysokimi łodygami uschłych 

chwastów. Kiedy tak wędrowaliśmy konno, przecięło nam drogę pokaźne stadko 

dzikich indyków. Ciekawe zwyczaje mają te ptaki: corocznie na wiosnę ciągną 

przez dalekie przestrzenie kraju aż ku północy, jesienią zaś wracają na południe. 

Nie to jednak jest dziwne, ale fakt, że swą wędrówkę odbywają piechotą i 

używają skrzydeł tylko do przelotu nad wodami lub bagnami. A jeszcze 

dziwniejsze, że drogę przebywają z zwartych kolumnach: oddzielnie samce, 

oddzielnie samice. Napotkaliśmy dwie takie grupy, których wcale nie spłoszył 

nasz widok. 

— No! — krzyknął Colorado. — Marna to jeszcze pieczeń o tej porze roku, ale 

żona O’Briena ucieszy się nawet z takiej zdobyczy. Upolujemy trzy sztuki. 

Wystarczy. Zaczynajcie. 

Wstrzymaliśmy konie. 

— Pokaż, co potrafisz, Janie — odezwał się Karol. Skinąłem głową, chociaż takie 

polowanie to wcale niełatwa sprawa. Oczywiście, że trafić w indyka śrutem 

nawet greenhorn potrafi, ale ja nie miałem dubeltówki, jedynie sztucer na kule. 

Jednakże bez słowa wyciągnąłem go z futerału przy siodle i złożyłem się. 

Mierzyłem do ptaka, który 

  

 

1884 r. 4 tysiące cowboyów przegnało na północ prawie milion sztuk bydła. 

 

się odłączył — na swą zgubę — od reszty gromady, aby trafienie nie wyglądało 

na przypadek. Nie chodziło mi tu o Karola, który w ubiegłych latach niejeden raz 

background image

był świadkiem moich haniebnych pudeł, ale o Colorado. Pociągnąłem za cyngiel. 

Ptak zatrzepotał skrzydłami, uniósł się nieco i runął. O dziwo, nie wywołało to 

wcale popłochu w stadzie. Ptaki nie zmieniły kierunku swej drogi i tylko 

przyspieszyły kroku, co wyglądało nader zabawnie. 

Teraz przyszła kolej na Karola. 

— Pierwszy z lewej, ot, tamten — powiedział wskazując palcem. 

Wyciągnął strzelbę, zniżył lufę i nie przykładając broni do ramienia oddał strzał. 

Trafił bezbłędnie i — jak się po chwili okazało — prosto w głowę ptaka. To był 

zaiste mistrzowski wyczyn. 

— Ho, ho — odezwał się Colorado — nie chciałbym z warni spotkać się po 

przeciwnych stronach. Ale i ja nie jestem od macochy. 

To rzekłszy, zamiast chwycić za swą odrutowaną jednorurkę, wyszarpnął zza 

pasa potężny rewolwer i dał ognia nie naciskając cyngla, lecz szarpiąc za kurek. 

Trzeci ptak został trafiony równie celnie jak dwa poprzednie. O mało nie 

krzyknąłem ze zdziwienia. 

— Colorado, pan chyba od dziecka uczył się strzelać? — powiedziałem z 

uznaniem. 

— Przesada, doktorze. Dziś nikt w to nie uwierzy, ale za młodych lat nie do kolby 

przywykała ta ręka. Stare to dzieje i do licha z nimi. 

Mówił to tak samo swobodnie, jak zwykle, ale na twarzy nie dostrzegłem ani 

cienia uśmiechu. Wydało mi się, że sposępniał. 

— No, panowie — zmienił temat — co byście powiedzieli, gdybym 

zaproponował małe pieczyste? Sprawdzimy, jak smakuje wiosenny indyk. 

Nie czułem głodu, ale nie sprzeciwiłem się. Tylko Karol zauważył, iż nie będzie 

czym rozniecić ognia. 

— Pojedziemy jeszcze kawałek. Tu nie tylko opału brak, ale jeszcze czegoś... 

Skręcił w prawo i pognał galopem. Jechaliśmy z pół godziny, lekko podnoszącym 

się terenem, aż przybyliśmy w obręb równiny porosłej tu i ówdzie kępkami 

krzewów. Niektóre z nich pokryte były listowiem, inne sterczały uschłymi 

background image

patykami gałęzi. 

— Mamy już opał — stwierdził traper —— ale to nie wszystko. Jeszcze kawałek, 

a będziemy na miejscu. Zapowiedzianym miejscem okazała się kotlinka o dnie 

jałowym, gliniastym, otoczona obrączką traw i krzaków. Colorado zbadał 

najpierw otoczenie. Ja i Karol wydobyliśmy lornetki, ale jak daleko sięgał przez 

nie nasz wzrok, nie było widać żadnych śladów człowieka ani zwierzęcia. 

Rozkulbaczyliśmy konie i na długich lassach przywiązali do palików wbitych na 

naprędce w ziemię, aby mogły paść się poza obrębem czerwonego ugoru. 

Drewniany palik z zaostrzonym końcem jest podczas podróży przez bezdrzewne 

prerie tak samo nieodzowną rzeczą, jak broń i żywność. 

Teraz nacięliśmy i nałamali suchych gałęzi, a Colorado przy pomocy swego 

niezawodnego krzesiwa i hubki rozpalił ogień. Potem okiem znawcy obejrzał 

ustrzelone ptaki i jednego wypatroszył. A dokonał tego z wprawą zawodowego 

kucharza. Z kolei natarł ptaka solą wyjętą z juków, a później wypchał go garścią 

liści. 

— No, potrawa gotowa do upieczenia. — Z piórami? — zauważyłem. 

— O, pióra odejdą same. Dorzućcie więcej drewna. Muszę mieć sporo żaru. 

To mówiąc udał się na dno dolinki, gdzie wśród gliniastej ziemi błyszczało oko 

niewielkiego stawku, raczej kałuży, tyle że pełnej przejrzystej wody. Co ją 

utworzyło — nie miałem pojęcia, nie dostrzegłem żadnego źródła. Dokoła 

widniały odciśnięte w mule i błocie kopyta antylop, a nawet pazury jakiegoś 

drapieżnika. 

Colorado nabrał sporo czerwonej gliny, po czym zaczął nią oblepiać ptaka, aż 

gruba warstwa pokryła dokładnie całe upierzenie. 

— I to będziemy jeść? — zapytałem pełen wątpliwości. 

— Jeszcze jak! A teraz, więcej drzewa! 

Dorzuciliśmy nową wiązkę suszu. Płonął szybko, prawie nie dając dymu. W kilka 

minut utworzyła się na spodzie gruba warstwa żaru, Colorado rozgrzebał ją 

patykiem, włożył w dołek spreparowanego ptaka i zasypał go popiołem. 

background image

Gotowe. Mamy pół godzinki czasu. Niech się każdy zabawia, jak chce. 

Strzepnął resztki ziemi z ubrania, umył ręce w stawku, usiadł przed wygasającym 

ogniskiem, wyciągnął kapciuch i począł nabijać fajeczkę równie starą i równie 

zniszczoną jak jego broń i odzież. 

— Noszę ją z sobą od dwudziestu lat — powiedział dostrzegłszy, jak przyglądam 

się krótkiemu cybuszkowi, prawie czarnemu. — Jest zrobiona z korzenia jałowca. 

Człowiek, który mi ją sporządził... ach, nie żyje już dawno. Kiedy mi ją wręczył, 

powiedział, że to talizman. Dopóki ją noszę, dopóty nic mi grozić nie może. Może 

to i prawda? W różnych znajdowałem się tarapatach, a że mi nie ściągnięto 

skalpu, to nie tylko dlatego, że jestem łysy jak kolano, ale pewnie dzięki tej 

fajeczce. 

Siedziałem milcząc i spoglądając na jego twarz: pociągłą, suchą, o wąskich 

wargach i wystającym podbródku, co mogło świadczyć o silnej woli, ale i o 

skłonności do okrucieństwa. Lecz kto by tak pomyślał, tego natychmiast z błędu 

musiały wyprowadzić oczy. Jasnoniebieskie, o łagodnym spojrzeniu, stanowiące 

kontrast z twarzą spaloną na ciemnoczerwony kolor. Ile mógł mieć lat? 

Zmarszczek prawie nie było widać. Włosów... brakowało. Zauważyłem jednak 

siwiejący zarost na skroniach i podbródku. Dostrzegł moje spojrzenie, bo — 

pykając z fajki — potarł dłonią policzki i powiedział: 

— Wożę z sobą brzytwę i golę się przy każdej okazji, nawet bez mydła, ale przez 

ostatnie trzy dni jakoś okazja się nie nadarzyła. 

A potem, zmieniając temat: 

— Co to ja mówiłem o fajce? Aha, to właśnie dlatego mam zwyczaj dobrze 

oglądać okolicę, w której przebywam. Kiedyś tak nie postępowałem. Sporo lat 

temu, obozowałem z dwoma podobnymi jak ja włóczęgami, nad źródełkiem, w 

dolince. Nie w tych stronach. Bardziej na północ, na szlakach Komanczów. 

Mieliśmy kolejno czuwać podczas nocy. Obudziłem się przed świtem, gwiazdy 

jeszcze nie pogasły, a mnie już odechciało się spać. Sięgnąłem do kieszeni bluzy. 

Do jednej, do drugiej, do trzeciej. Fajka przepadła jak kamień w wodzie. 

background image

Wstałem, żeby jej poszukać. Wzrok miałem lepszy niż dziś, a ognisko świeciło 

nie wygasłym żarem. Spostrzegłem, że ten, który miał czuwać, śpi jak suseł. 

Postanowiłem go nie budzić. Starając się stąpać jak najciszej, począłem okrążać 

nasze obozowisko z okiem utkwionym w ziemię. Nigdzie nie zauważyłem 

fajeczki. Oddaliłem się nieco i posuwając się krok za krokiem trąciłem czubkiem 

buta jakiś przedmiot. Schyliłem się, to była moja zguba. Nie macie pojęcia, jak się 

ucieszyłem. I właśnie w tej samej chwili usłyszałem parsknięcie mojego konia. O, 

to był znakomity wierzchowiec, przeszedł indiańską tresurę. Potrafił wiele 

rzeczy, zupełnie jak mądry człowiek, ale przede wszystkim potrafił przestrzegać 

przed niebezpieczeństwem cichym rżeniem albo parskaniem. 

Nasze konie stały w krzakach. Podobnych do tych — wskazał ręką — ale 

gęściejszych. Pobiegłem w ich stronę, na palcach, jak kot. Mój karosz spostrzegł 

mnie i natychmiast się uspokoił. Wtedy rozległ się nagle przeraźliwy wrzask. 

Znacie go zapewne, a jeśli nie znacie, życzę wam, byście nigdy nie usłyszeli. To 

brzmi jak jakieś “wiii..." o bardzo wysokich tonach. Wiedziałem, co oznacza: 

napad czerwonoskórych. Ale w pobliżu mnie nie było nikogo. Pomacałem 

rewolwery i już, już chciałem skoczyć ku ognisku, gdy nagle zapanowała cisza. 

Ujrzałem odblask płomieni zwiększający się z każdą chwilą. Błyskawicznie 

zmieniłem plan. Dosiadłem konia i pognałem, na oślep, prosto przed siebie w 

ciemną prerię. Moja strzelba została wraz z siodłem. Nie zważałem na to, tylko 

gnałem. Byle dalej, byle dalej. Czy postąpiłem jak tchórz? 

Popatrzył badawczo na Karola i na mnie. Nie odpowiedzieliśmy. 

— Hm, tak to i wyglądało. Na pozór. Ale czerwonoskórych była cała banda, a 

moich towarzyszy zaskoczono we śnie. Na pewno się nie bronili, nie słyszałem 

strzałów. Uznałem, iż jeśli zawrócę, dostanę się do niewoli i w niczym nie 

poprawię sytuacji. Pragnąłem ukryć się, doczekać świtu, a dopiero potem iść 

tropem czerwonoskórych. Nikt mnie nie ścigał. Nad ranem wróciłem na nasze 

obozowisko. Znalazłem ich trop wiodący ku północy, trop bardzo wyraźny, co 

najmniej dwudziestu koni. 

background image

Zamyślił się nad czymś. 

— A pańscy towarzysze? — zapytałem. 

— Przenieśli się do krainy wiecznych łowów. Zabito obu. Na miejscu. Gdyby nie 

fajeczka, podzieliłbym ich los. 

— Dziwne, że napastnicy nie zorientowali się, ilu was było — wtrącił Karol. 

— Dla mnie również to było dziwne. Później dowiedziałem się, że napadła nas 

grupa Komanczów stanowiąca przednią straż większego oddziału. Wykopali 

topór wojenny przeciw Apaczom. Śpieszyli się bardzo, aby przed świtem 

zaatakować znienacka przeciwników. Pewnie dlatego nie brali jeńców. Tak, moi 

panowie. No, ale dość wspomnień, pieczyste czeka. 

Podniósł się, rozrzucił warstwę popiołu i patykiem wypchnął sporą bryłę 

rudoczerwonej gliny. Rozłupał twardą skorupę. Odpadła razem z piórami. 

Wewnątrz ukazało się różowe mięso indycze. Jeszcze parujące. Jedliśmy je 

rozłożone na wielkich liściach jakiejś polnej rośliny. Nic mi dotąd w życiu 

bardziej nie smakowało! 

Biesiadę niespodziewanie przerwał kwik koni. Byłem jeszcze pod wrażeniem 

opowiadania Colorado, zerwałem się więc jak polany ukropem, z bronią gotową 

do strzału. Pierwszy dopadłem wierzchowców, ale nie dostrzegłem nikogo. 

Przyczyną alarmu okazał się gniadosz Colorado, który — dzięki długiej lince — 

zbliżył się do wierzchowca Karola. Ten ostatni uznał to za objaw wrogości; 

wyszczerzywszy zęby wspiął się na tylnych nogach, przednimi usiłując uderzyć 

w pierś przeciwnika. Wierzchowiec trapera nie uląkł się ataku i również stanął 

dęba. Odciągnęliśmy konie na bezpieczną odległość. 

— Diabeł wcielony — zauważył Colorado. — Skąd pan go wytrzasnął? 

Karol opowiedział historię kupna obu naszych koni. 

— No, to nabył pan prawdziwy skarb na czterech nogach. Nie każdy potrafi 

dosiąść takiego rumaka, czyli że... trudno go ukraść. 

— Na początku nieco brykał — stwierdził mój przyjaciel. 

— Brykał! — krzyknąłem. — Żeby pan widział, Colorado, co ten diabeł 

background image

wyrabiał... — i tu opowiedziałem o pierwszej przejażdżce Karola. 

— Wierzę. Gdybym nawet wątpił, że jesteście tymi, za których się podajecie, 

widok tego konia musiałby mnie przekonać. 

— Wyglądało na to, że pan wątpił, Colorado — zauważyłem. 

— Dajmy temu spokój. Nigdy nie można być zbyt pewnym, różnych ludzi 

spotyka się w tych stronach. Niech mnie to wytłumaczy. Oho... — zawołał — 

przecież ten koń nie jest podkuty! Warto by sprawdzić, czy zgubił podkowy, czy 

też nigdy ich nie miał. 

— Ostrożnie, Colorado — ostrzegł Karol. 

— Wiem, wiem. Nie mam zamiaru sam oglądać kopyt, ale nich pan to zrobi dla 

zaspokojenia mojej ciekawości. 

Karol uczynił zadość jego prośbie; na rogowych podeszwach nie widać było 

śladów po hacelach. 

— To najprawdziwszy mustang. Powiadacie, żeście go kupili w Blue Water? 

Ciekawe, skąd ten farmer wziął mustanga? Nie ma już ich tutaj. 

— Może go kupił — zauważyłem. 

— Warto by sprawdzić, czy tresowany. 

— Co pan chce uczynić? — zaciekawił się Karol. 

— Nic groźnego. Może ten koń przeszedł indiańską szkołę? Tylko w jakim 

języku doń zagadać? A może to konik Komanczów? Nie tak daleko do nich. No, 

zrobimy egzamin. 

Zbliżył się do karosza i powiedział: 

— Eta, eta... 

Koń zastrzygł uszami, ale nie wykonał żadnego ruchu. 

— Co to znaczy? — zapytałem. 

— Chodź, chodź. To właśnie w języku Komanczów, ale konik widać nie od nich. 

Spróbujemy z innej beczki. 

— Chwileczkę — przerwał mu Karol. — Może właśnie utrafię — zawołał: — Isz 

hosz! 

background image

Wierzchowiec znowu zastrzygł uszami, spojrzał na Karola, po czym podkulił 

najpierw przednie, następnie tylne nogi i... legł w trawie. Osłupiałem. “Isz hosz" 

znaczy w dialekcie Apaczów “połóż się". 

— Świetnie! — krzyknął Colorado. — Więc to Apacz. Tresowany koń, oko mnie 

nie zmyliło. 

— Pan jest domyślny, Colorado — stwierdził z lekkim uśmieszkiem Karol. — 

Nie wpadłbym na taki koncept — a zwracając się znowu do konia: — Sziszi! 

Zwierzę posłusznie wstało z ziemi. 

— A teraz ja wam coś pokażę — poderwał się traper. — Uważajcie! Mój konik to 

co prawda żaden tresowany mustang, ale nie sprzedałbym go za całą furę złota. 

Gwizdnął cicho, tak cichutko, iż ledwie dosłyszałem. Koń natychmiast truchtem 

podbiegł do swego pana, ale tylko na długość lassa, którym był przywiązany do 

kółka. Colorado powtórzył gwizdnięcie. Koń szarpnął się raz i drugi, a kiedy to 

nie dało skutku, chwycił rzemień zębami. Upłynęła chyba minuta, gdy lasso 

zostało przegryzione, wierzchowiec podszedł do Colorado i oparł głowę na jego 

ramieniu. Mimo woli klasnąłem w dłonie. 

— Nadzwyczajne! Na oko ten koń niewart i dolara. 

— Właśnie — przytaknął westman. — To dodatkowa zaleta, nikt się na niego nie 

skusi. 

Istotnie, koń wyglądał bardzo niepozornie; maści nie gniadej ściśle, lecz jakiejś 

jasnorudej, z odstającymi łopatkami i żebrami, które można było policzyć. 

— A nie zdarzyło się, aby bez pańskiego wezwania urwał się z linki? 

— Nigdy. Może gdyby step się palił. Ja go nie dlatego przywiązuję, żeby nie 

uciekł, ale by wiedział, że nie wolno mu się oddalać. No, dosyć tych końskich 

sztuczek. Trzeba wracać. Sam może się niepokoi, tym bardziej że ma tych Indian 

w głowie. Będę musiał tu zostać z kilka dni. A wy? 

— Ruszamy pojutrze — odparł Karol. — Mamy przed sobą dobry szmat drogi. 

— A dokąd to ona prowadzi? 

— Do Meksyku, nad Zatokę Kalifornijską. 

background image

— Ho, ho! Długa przejażdżka. Odprowadziłbym was kawałek, do El Paso *, 

gdybyście poczekali na mnie. 

Odrzuciliśmy tę propozycję. Towarzystwo Colorado na pewno było cenne, ale nie 

mogliśmy przerywać podróży na samym jej początku. 

Do farmy O’Briena wracaliśmy teraz inną drogą, a raczej bezdrożem, przez które 

Colorado wiódł nas bezbłędnie i bez wahania. Długie przebywanie na prerii 

wyrabia w ludziach jakiś specjalny zmysł orientacji. 

Słońce już dawno minęło szczyt nieba i chyliło się ku zachodowi, kiedy wśród 

pustej przestrzeni trafiliśmy na ślad ogniska, na odciski końskich kopyt i ludzkich 

butów. Sądziłem, że nie będziemy się zatrzymywać z tego powodu, bo nawet 

Karol przyhamował tylko wierzchowca i rozejrzał się dokoła raczej obojętnie. I 

tak by się stało, gdyby nie Colorado. Ten nie dał się odciągnąć, ba, natychmiast 

zeskoczył z siodła. Chcąc nie chcąc musieliśmy przystanąć. Traper obszedł 

wielkim kołem czarną plamę, raz po raz pochylając głowę. W swym kolorowym 

ubraniu robił wrażenie jakiegoś egzotycznego ptaka, co kilka kroków 

uderzającego niewidzialnym dziobem w ziemię. 

— Prędzej, Colorado — powiedziałem. — Ten trop nic nas nie obchodzi. 

— Skąd taka pewność? Musicie jednak dotrzymać, chociaż przez chwilkę, 

towarzystwa staremu wiarusowi, co to nie z jednego ogniska pieczeń jadł. 

Powiadam wam, że każdy trop wart jest chwili uwagi. 

 

El Paso — miasto graniczne pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, nad Rio Grandę del 

Norte. 

 

Wzruszyłem tylko ramionami, ale Karol nie wytrzymał: 

— Colorado, ma pan rację, ale wydaje mi się, że powinien pan zostać 

nauczycielem w szkółce dla greenhornów. Badaj tropy, ale nie nudź. 

Nie obraził się, machnął tylko ręką i nadal krążył wokół starego obozowiska. 

Wreszcie zatrzymał się. 

background image

— A teraz wam powiem, że tu biwakowało trzech włóczykijów z trzema końmi. 

A jeden z tych koni posuwa się kroczem. Czy to nie dziwne, że nagle rozmnożyły 

się tego rodzaju konie? 

background image

Dymy nad prerią 

 

Trwała jeszcze noc, gdy nazajutrz opuszczaliśmy zagrodę O’Briena. Gwiazdy co 

prawda zdążyły już zblednąć, ale do świtu brakowało paru godzin. 

Colorado popędzał nas, jakby się za nim paliła preria. 

— Musimy zdążyć nad rzekę, zanim zacznie szarzeć. Wtedy do wodopoju ciągną 

wszystkie zwierzęta lasu. Prędzej, panowie, prędzej. 

Ruszyliśmy kłusem zaraz za palisadą farmy. Na galop było zbyt ciemno, zresztą 

od rzeki dzieliła nas niewielka odległość. Przebyliśmy ją szybko. Dostrzegłem, a 

raczej poczułem, iż płaszczyzna obniża się raptownie, wilgotny podmuch owiał 

mi twarz, a w chwilę później końskie kopyta zachlupotały w wodzie. 

Zatrzymaliśmy wierzchowce w czarnym jak smoła nurcie. Schyliwszy głowy piły 

powoli wodę. 

— Słyszycie? — szepnął Colorado. 

Z mrocznej dali, gdzieś z przeciwległego brzegu doleciał pokrzyk żałosny o 

wysokich tonach. 

— Sowa poluje... 

Ruszyliśmy w poprzek rzeki, a potem kopyta zadźwięczały po kamieniach. 

Przebrnęliśmy piaszczystą Plażę, za którą ciągnęła się preria. Ściana lasu 

widniała po lewej stronie, o kilkanaście jardów. Colorado skierował konia w 

tamtą stronę. Przy pierwszych zaroślach zeskoczyliśmy z siodeł. 

— Konie zostaną tutaj — zarządził traper. 

— Same? — mruknąłem. 

— Nie odejdziemy daleko. 

Zagwizdał cicho i jego wierzchowiec położył się pod najbliższym krzakiem. 

— Isz hosz — szepnął Karol swemu karoszowi. Posłuchał natychmiast, ale ja cóż 

miałem uczynić? Próżno szarpałem za uzdę. Zwierzę nie mogło pojąć, o co mi 

background image

chodzi. Podprowadziłem je więc do najbliższego drzewa i przywiązałem na 

rozpuszczonych cuglach. Teraz wkroczyliśmy w gąszcz pierwotnego lasu, gdzie 

nie docierał najsłabszy nawet blask gwiazd. Traper torował nam drogę. 

Posuwaliśmy się bardzo wolno i ostrożnie, a przecież niejedna gałązka trzasnęła 

pod nogami i niejedna przejechała po mej twarzy, kłującymi igłami. Na koniec się 

trochę rozjaśniło. Między drzewami dostrzegłem lustro rzeki. Las dochodził tutaj 

do brzegu. 

— Uwaga — szepnął traper. — Przed nami biegnie ścieżka do samej wody. 

Zatrzymamy się na skraju. 

Powiódł nas jeszcze kilka tylko kroków. Splątany gąszcz nagle się rozstąpił. 

Wąziutka steczka przecięła nam drogę. 

— Doktorze, pan stanie tutaj, za tym krzaczkiem.. Wielki Bóbr nieco dalej, za 

tamtym zwalonym pniem, ja jeszcze dalej. Proszę się położyć i dobrze 

wytrzeszczać oczy. Wiatr dmie od rzeki, a poza tym pełno tu szałwi. Miejsce 

wymarzone, nikt nas nie zwietrzy.! A teraz uwaga: strzelamy kolejno. Najpierw 

doktor, ale dopiero wówczas, gdy zwierzyna będzie u wodopoju. Jeśli doktor 

spudłuje, poprawi go Wielki Bóbr. Jeśli i on nie trafi, spróbuję ja. 

Ległem na wskazanym miejscu, za młodym jałowcem. Po lewej ręce miałem 

rzekę, przed sobą — ścieżkę, po prawej — gęstwę drzew, a wśród nich ukrytego 

Karola. 

Szałwia pachniała mocno, aż w nosie wierciło, jakieś patyki uwierały mnie w 

pierś. 

— Uff — odetchnąłem głośno. 

— Doktorze — ozwał się przenikliwy szept Colorado — niech pan nie wzdycha. 

Słychać o milę. 

Nic nie odpowiedziałem. Wysunąłem przed siebie lufę sztucera, opierając kolbę 

na ramieniu, i czekałem. Pisać o tym wszystkim — bardzo łatwo, ale zmusić się 

do czekania w bezruchu — znacznie trudniej. Właśnie w takich wypadkach chce 

się nagle zakaszleć albo zmienić położenie ciała, albo podrapać się po karku. 

background image

Leżysz, człowieku, jak kamień wśród mroku i sam nie wiesz, kiedy powieki 

zaczynają opadać na oczy, a głowa na leśne poszycie. Więc pocierasz twarz, 

szczypiesz się w policzki i w tym drobnym ruchu naciskasz łokciem gałązkę, 

która akurat znalazła się przy tobie. Gałązka — jak na złość — jest sucha i pęka z 

trzaskiem, który w tej ciszy brzmi jak grom. Nieruchomiejesz. Ale już po 

sekundzie czujesz swędzenie w nosie. Trzesz go, żeby nie kichnąć, i w tej samej 

chwili słyszysz wściekły, chociaż stłumiony szept sąsiada: 

— Czy nie możesz przez chwilę poleżeć spokojnie? 

Przez chwilę! W takiej sytuacji każda chwila wydaje się godziną. Wlepiłem 

wzrok w ścieżkę, której istnienie bardziej przeczuwałem niż dostrzegałem, sta-

rając się myśleć o czymkolwiek, byle nie zapaść w półsenną drętwotę, 

przedsionek snu. 

Stopniowo robiło się coraz chłodniej, ciemność ustępowała tak niedostrzegalnie, 

iż zdumiałem się stwierdziwszy nagle, że widzę dokładnie szarawą wstęgę 

drożyny przecinającej czerń leśnych ścian. A potem wśród ciągle jeszcze 

trwającej ciszy usłyszałem lekki szelest. Tuż przede mną przemknął jakiś niski, 

czworonożny stwór z długim ogonem. Widziałem, jak dobiegł do rzeki, zatrzymał 

się nad nią. Podnosił i opuszczał głowę. Pił. Kiedy odwrócił się do mnie bokiem, 

z głową zadartą ku niebu, jakby węszył — poznałem. Zrobiło mi się nagle zimno, 

a potem niesłychanie gorąco. Z wrażenia. To skunks! Wielkości lisa, nosi piękne, 

czarne futerko z dwiema jasnymi pręgami wzdłuż grzbietu, ma wspaniały, 

puszysty ogon i wygląda wcale sympatycznie. Ale... zwierzątko to posiada 

jeszcze drugą nazwę, świetnie ilustrującą jego zasadniczą cechę: śmierdziel 

amerykański. Skuns przestraszony lub zaatakowany ustawia się tyłem do wroga, 

podnosi ogon i ze specjalnego gruczołu wyrzuca cieniutki strumień cieczy, 

cuchnącej w sposób przeraźliwy i powodującej u człowieka mdłości. Odzież, na 

którą padła choć kropla tego płynu, nie nadaje się do noszenia. Nie pomaga 

pranie, moczenie w wodzie. Nieznośny odór nie ustaje. Jedyna rada — zakopać 

ubranie na kilka miesięcy w ziemi. Jeśli przez ten czas nie zbutwieje, można 

background image

jeszcze będzie w nim chodzić. Tylko jak tego dokonać ma traper wędrujący przez 

pustkowia z jedną koszulą i jedną kurtką na grzbiecie? 

Teraz pojmiecie, dlaczego przeraził mnie widok skunksa. Na szczęście nie 

dostrzegł mnie. Otrząsnął łapy z wody i prawie bezszelestnie przemknął ścieżką 

w głąb puszczy. 

— Widziałeś? — szepnąłem w kierunku Karola. 

— Doskonale. Mamy szczęście, Janie. Niewiele brakowało, a nasza wyprawa 

zakończyłaby się w tym właśnie miejscu. 

Przewróciłem się na lewy bok, aż coś tam pode mną zachrzęściło, i czekałem. 

Drożyna szarzała coraz bardziej. I oto nagle rozległ się lekki, delikatny tupot. 

Ucichł na chwilę, potem ozwał się znowu. W mlecznej pomroce przedświtu 

ujrzałem dwie antylopy. Zbliżały się truchtem, co chwila przystając, jak gdyby 

niepewne, czy z gąszczu nie wyskoczy na nie czworonożny drapieżnik. 

Przesunęły się tuż obok mnie jak cienie. Dopadły rzeki. Stały nad jej brzegiem, 

nieruchome posągi puszczy. Potem raptownie pochyliły głowy ku wodzie. Teraz 

powinienem był strzelić wprost pod lewą łopatkę. Dla myśliwego jest to podobno 

chwila niesłychanej emocji. Ja nic takiego nie odczuwałem. Miałem już co 

prawda na rozkładzie — w ubiegłych latach — wielkiego orła, który mnie 

zaatakował w Górach Skalistych, a nawet szarego niedźwiedzia grizzli. W obu 

jednak przypadkach walczyłem we własnej obronie. To były istotnie pełne 

wrażeń momenty. 

Automatycznym ruchem przycisnąłem kolbę do ramienia, powodując lekki 

szelest poszycia. Obie antylopy poderwały się do skoku. Muszka sztucera 

błyskawicznie powędrowała na obrany punkt, nacisnąłem cyngiel. Smuga blasku 

buchnęła z lufy. Jedna z antylop runęła jak rażona gromem. Jej towarzyszka prze-

mknęła tuż przede mną. W sekundę później ozwał się drugi strzał. Usłyszałem 

trzask łamiących się krzewów i okrzyk Colorado: 

— Znakomicie! No, zabieramy się. Na dziś dosyć. Wynurzył się z zarośli i 

pochylony oglądał zdobycz. 

background image

— Doktor trafił wprost w komorę. Nie zrobiłbym tego dokładniej. Wielki Bóbr 

miał trudniejszą sprawę, strzelał z prawej strony. Świetnie. Chodźcie, panowie. 

Zaciągniemy nasze łupy do koni. O’Brien się ucieszy. 

Zaproponowałem zrąbać jakiś większy chojak i obie antylopy przenieść 

zawieszone na drągu, ale nie mieliśmy z sobą nic ostrego poza nożami 

myśliwskimi. 

— Szkoda czasu na dłubaninę. Ciągnijcie za nogi, jakoś ten kawałek przejdziemy. 

Ba, antylopy ważyły sporo, a chociaż od koni dzieliła nas niewielka odległość, to 

przecież droga była zarośnięta gąszczem, przez który z trudem mogliśmy się 

przecisnąć. Leśną ciszę przerwało nieoczekiwanie słabe, a przecież wyraźne 

rżenie konia. Colorado puścił natychmiast antylopią nogę, zerwał strzelbę z 

ramienia i prawie biegiem, jak na to pozwalały splątane gałęzie, począł 

przedzierać się ku skrajowi lasu. 

— Idźcie za mną! Tam coś się stało. 

Po sekundzie straciliśmy go z oczu. Antylopy stały się jeszcze cięższe, a w chwilę 

później gdzieś w pobliżu rozległ się huk strzału. To musiała być flinta Colorado, 

współczesna broń nie czyni tyle hałasu. Cisnęliśmy swe łupy i ruszyli szybko 

poprzez gąszcz. Karol torował drogę. Biły mnie po twarzy gałęzie, do nóg 

czepiały się rozplenione na poszyciu rośliny podobne do lian i tak mocne, iż 

parokrotnie o mało nie runąłem zaczepiwszy o nie stopą. Resztką sił przedarłem 

się za towarzyszem na skraj lasu, gdzie senna preria spoczywała jeszcze w 

szarości przedświtu, i oto, co ujrzałem: 

Colorado, bez fuzji, z krótkim nożem myśliwskim w dłoni, tkwił oparty o pień 

samotnego drzewa. Naprzeciw niego, wyprostowany, stał kudłaty stwór — 

czarny niedźwiedź. Przyłożyłem sztucer do ramienia, ale zmęczenie nie 

pozwoliło mi utrzymać muszki w jednym miejscu. Karol strzelił pierwszy. Ja — 

w sekundę później. Huk obu strzałów zlał się w jedno przeciągłe echo. Po nim 

ozwał się krótki, urywany ryk. Kudłate cielsko zwaliło się na ziemię, łapy o 

straszliwych pazurach poczęły drzeć trawę, potem znieruchomiały. Nasza trójka 

background image

stała w miejscu: Colorado z nożem w ręku, Karol ze strzelbą wciąż jeszcze 

przyłożoną do ramienia, ja ze sztucerem w zaciśniętej dłoni. 

Stary traper oprzytomniał pierwszy, skoczył, ale nie w stronę niedźwiedzia, tylko 

gdzieś w bok. Schylił się i wyciągnął z kępy krzaków swą rusznicę. Nabił ją i 

dopiero wówczas podszedł do nieruchomego cielska. Obszedł je dokoła, pochylił 

się i stwierdził: 

— Wspaniały strzał. No, wracajmy po antylopy...  

To wszystko. Ani słowa podzięki! 

Zawróciliśmy, przyciągnęliśmy antylopy i położyli obok misia. Traper 

przyklęknął i w milczeniu zaczął nacinać skórę przy głowie i łapach zwierzęcia. 

— A gdzie wasze konie? — wykrzyknąłem podchodząc do mego wierzchowca, 

który drżał jeszcze na całym ciele. 

— Widać uciekły — stwierdził filozoficznie Karol. — Dobrze, żeś swego 

przywiązał. Ale jak to się stało, Colorado? 

— Gdyby nie wy... ciężką miałbym przeprawę. Nóż trochę przykrótki, a pazury 

niedźwiedzia ostre jak brzytwa. Niech to licho! Nigdy wam tego nie zapomnę... 

Zapadło znów milczenie. 

— Niedźwiedzie łapy — powiedział Colorado zabierając się z powrotem do 

pracy — to przysmak! 

— Jadłem je nieraz. Nie taki przysmak, jak powiadają. 

— Dla mnie łapy tego niedźwiedzia będą najlepszym przysmakiem w życiu. 

Rozpalmy ogień. 

— A konie? 

— Niech się przejaśni, wrócą same. A jeśli nie wrócą, poszukamy. Nie mogły 

odbiec daleko. 

Nazbieraliśmy chrustu. Buchnął płomień. Colorado z wielką uwagą począł 

przypiekać na dwu ostruganych jałowcowych patykach niedźwiedzie łapy. Mięso 

pachniało przyjemnie, jałowcowy dym również. W cieple bijącym od ogniska 

ogarnęła mnie senność. Milczałem, mimo że nadal nie wiedziałem, jak to się 

background image

stało, iż stary wyga tak haniebnie spudłował. Karol również się nie odzywał. 

Colorado nie powiedział ani słowa więcej. 

Niedźwiedzie łapy rzeczywiście smakowały nadzwyczajnie. Kiedyśmy 

spożywali ten wczesny posiłek, zapłonęły pierwsze zorze: najpierw różowo, 

potem purpurowo, jak ogniste słupy wspierające niebo. Wreszcie wyjrzał rąbek 

słońca. 

Colorado szybko uporał się z mięsem, wytarł ręce o spodnie, wydobył kapciuch i 

fajeczkę, nabił ją tytoniem i zapalił błyszczącym węgielkiem. Puścił parę kłębów 

dymu, spojrzał na nas, znowu wypuścił dym. 

— Dawno czegoś podobnego nie przeżyłem — powiedział wreszcie. — Takiego 

pudła, takiej... kuli w płot. Ale to nie wina ręki ani oka, tylko gałęzi. 

Znowu pyknął z fajeczki. Niesporo szło mu opowiadanie. 

— Kiedy was zostawiłem przy antylopach, pognałem, jakby się las palił. To był 

głos mego konia, a mój koń nigdy nie daje znaku bez ważnego powodu. 

Podejrzewałem nieproszoną wizytę ludzi. Niedźwiedź ani mi nie przyszedł do 

głowy. W tych stronach nigdy nie spotkałem misia. Więc gnam przed siebie. Las 

rzednie i już widzę: dwa konie pędzą aż dudni, za nimi niedźwiedź. Ale konie 

okazały się szybsze. Miś przystanął. Na placu pozostał jeszcze jeden 

wierzchowiec, ten pański, doktorze. Widziałem, jak się wspinał i targał rzemień. 

Miś rzucił się ku niemu. Przyłożyłem kolbę do ramienia jeszcze w biegu. Takie 

sztuczki udawały mi się niejeden raz. Pociągnąłem za cyngiel i w tej samej 

sekundzie przeklęta gałąź ostatniego drzewa podbiła lufę, a ja runąłem w 

pierwsze trawy. Zerwałem się jak oparzony, strzelba poleciała gdzieś w krzaki. 

Niedźwiedź zaniechał konia. Zmierzał teraz wprost ku mnie. Wyciągnąłem nóż... 

Co dalej, to już wiecie. No, chodźmy teraz poszukać naszych dzielnych rumaków. 

Antylopy zabierzemy, ale misia nie. Chudy jak szczapa. 

Odeszli obaj z Karolem, ale wrócili niespodziewanie szybko. Razem z końmi, 

które jak psy kroczyły za swymi panami. Okazało się, iż odbiegły niezbyt daleko. 

Colorado zagasił resztki ogniska, rozłożył niedźwiedzie futro podszewką do góry 

background image

i ciepłym jeszcze popiołem począł starannie nacierać każdy cal skóry. Karol 

natychmiast zaofiarował swą pomoc. Wkrótce jeden i drugi mieli zasmolone 

twarze i czarne ręce. Nacieranie skóry drzewnym popiołem zapobiega jej tward-

nieniu i kurczeniu się. Jest to prymitywny sposób garbowania, stosowany od 

dawna przez Indian i westmanów. 

Nie czekałem, aż mnie zaproszą do tej roboty. Poszedłem do swego konia, który 

najspokojniej szczypał trawę. Obejrzałem siodło, poprawiłem popręgi. Że nie 

odniósł żadnych obrażeń — to zasługa Colorado. Obejrzawszy raz jeszcze 

zwierzę od pęcin po głowę, ruszyłem skrajem lasu. Tędy wiodły tropy 

zastrzelonego drapieżnika. Czarny niedźwiedź, wbrew opinii niektórych, wcale 

nie jest jaroszem. Co prawda przepada za pewnymi gatunkami ziół, żywi się 

leśnymi jagodami, malinami, jeżynami, ale nie stroni od mięsa. Ofiarą jego 

padają wszystkie prawie zwierzęta. Jedynie puma (lew amerykański) i bizon to 

równorzędni przeciwnicy. 

Gdy zawróciłem do obozowiska, niedźwiedzia skóra została już spreparowana, 

pięknie zwinięta i przytroczona do siodła Karolowego rumaka. Obaj moi 

towarzysze spłukiwali teraz w rzece resztki popiołu z rąk i twarzy. Wreszcie 

wpakowaliśmy antylopy na konie, dobrze zadeptali ognisko i ruszyli w powrotną 

drogę. Słońce wspięło się już na pierwszą ćwiartkę nieba, ciemny las jałowcowy 

rozbrzmiewał gwarem ptaków, a nad miejscem, któreśmy dopiero opuścili, 

krążyły już dwa skrzydlate drapieżniki. 

— Sępy — zauważył Colorado. — Zrobią porządek z misiem. 

Przebrnęliśmy rzekę. Woda rozpryskiwała się pod kopytami koni, jej kropelki 

migotały w słońcu barwami tęczy. Czułem się rześko w tym chłodnym jeszcze 

poranku. Cieszyłem się na myśl, że jutro ruszymy dalej, ku południowemu 

zachodowi, wprost do naszego celu: do Meksyku, do hacjendy don Pedro 

Gonzalesa. 

A po drodze, kto wie, może uda się nam napotkać Pehnulte, wodza Apaczów 

Mescalero? 

background image

Las pozostał za nami. Jeszcze chwila, a wśród płaskiej przestrzeni powinny się 

ukazać zarysy zabudowań. Rozglądałem się dokoła i nagle... 

— Patrzcie! — zawołałem. — Dym! Widzę dym... na wprost! 

Wstrzymali konie. Karol sięgnął po lornetkę. Uczyniłem podobnie. Teraz 

widziałem wyraźniej: szarobury stożek wystrzelający gdzieś z ziemi. 

— To chyba nie preria? — powiedziałem. 

— Na pewno nie preria i nie ognisko — stwierdził Karol. 

Podałem lornetkę Colorado. Spojrzał i natychmiast wykrzyknął. 

— Do licha! Ten dym nie podoba mi się. Popędzajmy konie! 

Wierzchowiec Karola od razu nas wyprzedził. Niósł na swym grzbiecie 

najmniejszy ciężar — tylko skórę niedźwiedzia. Ja dowlokłem się na samym 

końcu do zagrody O’Briena, a raczej do tego, co z niej jeszcze pozostało. 

Przetarłem oczy myśląc, że śnię. Osmolona, miejscami całkowicie zwęglona 

palisada, resztki sczerniałych bali — to było wszystko. Nie pozostało nic ani z za-

budowań gospodarczych, ani ze sprzętów... Gdzie podzieli się mieszkańcy? 

Widziałem, jak Karol kolbą swego sztucera roztrącał zwęglone szczątki, jak 

stąpał po zwałach popiołu wzbijając przy każdym kroku chmurkę szarego pyłu. 

Jedyny zachowany narożnik budowli tlił się jeszcze słabym płomieniem. Pożar 

nie mógł wybuchnąć wcześniej niż godzinę, dwie temu, a więc już rankiem. 

Gdyby stało się to przed świtem, widzielibyśmy łunę na niebie. Ale kto 

spowodował ogień? 

Colorado krążył dokoła palisady, z twarzą surową, z oczyma utkwionymi w 

ziemię. Skinął na mnie, a gdy się zbliżyłem, wskazał zamazane tropy, widoczne 

jeszcze w miejscu, które było dawniej wjazdową bramą. 

— Znowu koń, który stąpa kroczem — powiedział. — To nie przypadek. Co o 

tym sądzicie? O'Brien był zbyt ostrożny, aby zaprószyć ogień. Gdzież zresztą sam 

się podział, gdzie jego żona, gdzie syn?! 

Pierwszy raz widziałem starego trapera w stanie tak silnego wzruszenia. Ostatnie 

słowa prawie wykrzyknął. Zniknięcie O’Briena naprawdę nim wstrząsnęło. 

background image

Zniknięcie czy... śmierć? Należało rzecz dokładnie zbadać. Przeszukać 

drobiazgowo całe otoczenie domostwa i ruiny zabudowań. 

— Do środka nie sposób wejść — stwierdził. — Trzeba poczekać, aż nieco 

ostygnie. Teraz możemy tylko zająć się tamtym tropem. Głowę dam, że tu bawili 

ci sami ludzie, których obozowisko znaleźliśmy na prerii. Konie stąpające 

kroczem nie chodzą stadami. To musiał być napad. Co pan znalazł? — zwrócił się 

do Karola. 

— Nic. Nic, co stanowiłoby dowód obecności obcych ludzi. Pan znał rodzinę 

O’Brienów, Colorado. Czy mieli jakich wrogów w sąsiedztwie? 

— W sąsiedztwie? Jakie tam sąsiedztwo? Dokoła pustka. 

— A więc chyba... Apacze. 

— Apacze?! — krzyknąłem zdziwiony. — Żądali tylko zapłaty... 

Nie dokończyłem zdania. Usłyszałem parsknięcie konia. Karol szarpnął mnie za 

ramię. Odwróciłem się błyskawicznie. Krąg czerwonych wojowników otaczał 

całą przestrzeń dawnych zabudowań i nas, uwięzionych wewnątrz tej przestrzeni. 

Apacze! To właśnie byli oni. 

Karol wysunął się na czoło naszej trójki: 

— Czego szukają nasi czerwoni bracia? Dom naszego brata spłonął. Czy wiecie, 

kto jest podpalaczem? 

Nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Czyżby nie zrozumieli Karola? Kiedy zacząłem 

powątpiewać o umiejętnościach językowych przyjaciela i chciałem powtórzyć 

pytanie w języku angielskim, odezwał się wojownik, na głowie którego sterczało 

granatowoczarne pióro ptasie, wetknięte w równie czarny węzeł splecionych 

włosów. 

— Iszarshiutuha wie, kto podpalił wigwam Ob-liena. Iszarshiutuha znaczy “mały 

jeleń". Co za dziwny zbieg okoliczności: przed rokiem zadzierzgnęliśmy przyjaźń 

z wodzem Apaczów Mescalero, który nazywał się Pehnulte “wielki jeleń". 

Uznałem to za pomyślną dla nas wróżbę. Zupełnie bezpodstawnie. Oczywiście 

słowo “Ob—lien" było przekręceniem nazwiska O’Briena. Ale nie to mnie 

background image

zdziwiło. Osłupiałem dopiero wówczas, gdy Mały Jeleń dokończył swe krótkie 

przemówienie. 

— Wy jesteście podpalaczami! 

Kiedy to rzekł, podniosły się ku nam lufy strzelb i strzały łuków. Popełniliśmy 

straszne głupstwo odszedłszy daleko od swych koni i zostawiwszy przy siodłach 

długą broń. Teraz byliśmy bezbronni. Cóż nam pozostało? Tylko zachować 

spokój. I tak też postąpił Karol. 

— Wojownicy Apaczów mylą się. Niech popatrzą na tropy wokół pogorzeliska. 

Zobaczą, że tu byli inni ludzie. 

— Blada twarz nie będzie rozkazywać Małemu Jeleniowi. Oddacie broń i 

pojedziecie z nami. 

— Dokąd? — zapytałem. 

— Do obozu Apaczów. 

— Dlaczego? — zapytałem powtórnie. 

— Jesteście podpalacze i mordercy. Gdy długie noże * dowiedzą się o spaleniu 

wigwamu Ob—liena, ruszą przeciw nam, wówczas wydamy was długim nożom. 

Howgh! 

Odetchnąłem. Sprawa nie przedstawiała się tak źle. Jeśli nas przekażą 

żołnierzom, automatycznie staniemy się wolni. Najgłupszy przecież dowódca nie 

uwierzy w to, że lekarz z Milwaukee czy słynny traper Karol Gordon stali się 

nagle podpalaczami lub mordercami! 

A poza tym — Pehnulte! O tym samym musiał pomyśleć Karol, bo odezwał 

się: 

 

Długie noże — tak nazywali Indianie żołnierzy regularnej armii, od szabel, które nosiła ongiś 

amerykańska kawaleria. 

 

— Jesteśmy przyjaciółmi Wielkiego Jelenia. Prowadźcie nas do niego. 

Mały Jeleń spojrzał nań ponuro: 

background image

— Blada twarz kłamie! Pehnulte odjechał na wiosenne łowy. 

Wzruszyłem ramionami. Mały Jeleń musiał być wyjątkowym tępakiem. Nie 

chciał nas wysłuchać, nie chciał zbadać tropów odkrytych przez Colorado. Jakim 

sposobem wybrano go na wodza? 

— Wojownicy Apaczów nie potrzebują zabierać nam broni. Udamy się za nimi 

dobrowolnie. 

To powiedziawszy mój przyjaciel uczynił krok w kierunku koni. Nie wiem, jak by 

postąpili Indianie wobec takiego oświadczenia i nigdy się nie dowiedziałem. Bo 

oto rozległ się lekki szelest, po nim — gwizd, tętent kopyt i piekielna wrzawa na 

zakończenie. Krąg ludzi rozerwał się. Ujrzałem Colorado, jak gnał na swym 

wierzchowcu. Początkowo nikt go nie ścigał. Apacze zostawili mustangi na 

uboczu i teraz kilku wojowników pobiegło je dosiąść. Iszarshiutuha coś krzyknął, 

rzucono się na nas. Zostałem obalony i skrępowany. Napastnicy odstąpili. Kilka 

kroków dalej leżał Karol, równie bezwładny jak ja. Znaleźliśmy się w niewoli 

Apaczów. 

background image

W niewoli 

 

We wnętrzu panował półmrok. Wysoko na kilka stóp pięły się drewniane tyki, na 

których trzymała się ścianka spleciona z łoziny i okryta płatami kory. W górze, 

gdzie tyki się łączyły, malutki otworek błyskał światłem pełnego dnia. 

Spoczywałem na posłaniu z traw nakrytych bizonią skórą i gapiłem się w ten 

otwór ukazujący skrawek błękitnego nieba. Cóż miałem innego czynić? Wigwam 

Apaczów zbyt jest ciasny, aby w jego wnętrzu można odbywać spacery. 

Dwa kroki ode mnie leżał Karol. Prawdopodobnie patrzał w tę samą dziurę i 

rozmyślał. Byliśmy jeńcami Mescalerów i teraz odpoczywaliśmy po długiej i 

męczącej jeździe od zagrody O’Briena aż tutaj, do indiańskiej wsi. Zdążyłem już 

zauważyć, iż znajdowała się w dolinie otoczonej lasem, nad strumykiem 

wypływającym ze wzniesień piętrzących się dokoła na kształt schodów jakiegoś 

olbrzyma, porosłych starodrzewem. Po jednej stronie rzeczki ciągnęły się 

pastwiska, po drugiej — szeregi szałasów. Po przybyciu zdjęto z nas rzemienie i 

więcej już nie krępowano, tyle że swoboda ruchów ograniczona została do 

wnętrza wigwamu. Przed jego wejściem siedzieli dwaj wojownicy. 

Colorado uciekł! Spryciarz. Wiedzieliśmy, że pogoń wróciła z niczym. Ale ten 

fakt nie polepszał sytuacji, przeciwnie. Mały Jeleń uznał ucieczkę westmana za 

dowód naszej winy. 

— Udało mu się — powiedziałem głośno. — I tyle go będziemy widzieli. 

— Myślisz o Colorado? — zapytał Karol. — Chyba się mylisz. Jeśli Colorado jest 

uczciwym człowiekiem, nie opuści nas w biedzie. 

— Ostatecznie — westchnąłem — nic nam tu nie grozi. Pehnulte w końcu 

powróci. 

— Ba, ale kiedy? Nie bardzo mi się uśmiecha spędzić całą wiosnę i całe lato w 

tym wigwamie. A poza tym... — urwał w połowie zdania. 

background image

— Co jeszcze? 

— Tylko tyle, że Dziki Zachód ciągle jeszcze jest dziki. Wielu tu padło, i 

czerwonych, i białych. Gdyby tak Pehnulte nie wrócił? 

— Nie przerażaj mnie, Karolu. Wydadzą nas najbliższemu posterunkowi 

wojskowemu. Tak mówił Mały Jeleń. 

— Mówił, ale nie do niego należeć będzie ostateczna decyzja, tylko do rady 

starszych plemienia. 

Roześmiałem się: 

— Wróżysz nam śmierć przy palu? Nie poznaję cię. Skąd taki pesymizm? Nie 

istnieją już męczeńskie pale, stare to dzieje i przebrzmiałe. 

— No, no. Co za pewność? Czuję się jak greenhorn wobec starego tropiciela 

lasów i pól. Ale nie podzielam twego spokoju *. 

— Karolu — obruszyłem się — jeszcze jedno takie słowo... 

— ...a opuścisz wigwam, śmiertelnie na mnie obrażony. Obawiam się jednak, iż 

przeszkodzą ci w tym strażnicy czuwający nad nami przy wejściu. A teraz mówię 

poważnie: jeśli Pehnulte nie wróci, Apacze najprawdopodobniej odstawią nas do 

najbliższego fortu. Powiadam: najprawdopodobniej. 

— No, właśnie. Dowódca posterunku nie uwierzy oczywiście... 

— A nie przychodzi ci na myśl, że może się trafić tak głupi podoficer czy oficer i 

tak leniwy, że nie będzie chciał sprawdzić, kim jest człowiek podający się za 

lekarza i kim jego towarzysz. To nie przelewki. Jeśli O'Brien zginął, a tak 

przypuszczam, oskarżą nas o mord. 

— Chyba kpisz? 

— Ani mi to w głowie. Na tych ziemiach powieszono już sporo niewinnych i  

 

Karol Gordon nie mylił się. Spokój nie zapanował na tych ziemiach. W dwa lata później, w marcu 1886 

r., Apacze wykopali topór wojenny. 

 

naiwnych. 

background image

— A niech to... Musimy więc stąd uciekać. 

— Cały czas nad tym się zastanawiam. 

Dalszą rozmowę przerwało wejście indiańskiej sąuaw. Postawiła przed nami 

dzban wody i dwie miski pełne parującej zupy. Barwę ta potrawa miała 

nieosobliwą, szarobrązową, ale zapach! Dawno czegoś tak wspaniałego nie 

miałem w ustach. Do tego otrzymaliśmy po placku kukurydzianym. Squaw bez 

jednego słowa opuściła wigwam. 

— A może byś tak ją zagadnął? 

— O co i po co? Nie odpowiedziałaby.  

Westchnąłem zabierając się do jedzenia. I tak minął pierwszy dzień naszej 

niewoli. 

Następnego, samym rankiem, wyprowadzono nas na dwór. Sądziłem, iż Mały 

Jeleń pragnie z nami pomówić. Już szykowałem argumenty, które miały go 

przekonać o naszej niewinności. Nadaremnie. Iszarshiutuha nie pokazał się. 

Przywiązano nas do dwu samotnych pinii. Ręce jednak pozostawiono wolne. 

Mało tego! Jeden z wojowników przyniósł nam kapciuchy z tytoniem i fajki. 

Kiedy się oddalił, mruknąłem do Karola: 

— Odnoszą się do nas z szacunkiem... 

— Po prostu traktują jako zakładników, baczą, abyśmy zbytnio nie cierpieli w 

niewoli. Ale nie wysnuwaj z tego żadnych wniosków. Jak mi wiadomo, ze 

skazanymi również obchodzono się bardzo łagodnie. 

— Dziękuję za pocieszenie. Wymyśl coś innego. Nikogo nie widzę w pobliżu, 

może spróbować? 

— Nic z tego, Janie. Za nami siedzi wartownik. Nie zdołalibyśmy zrobić nawet 

paru kroków, a tylko pogorszyli swą sytuację. 

Po paru godzinach, gdy słońce dosięgło szczytu nieba, poczułem coś jakby 

wdzięczność dla Indian. W wigwamie musiało być teraz piekielnie gorąco i 

duszno, tu zaś cień pinii chronił głowy, a spadający od czasu do czasu z górskich 

wyżyn wiaterek chłodził twarze. Troszczono się o nas niebywale. Jeśli na 

background image

przykład podbiegał ku nam któryś z włóczących się po wsi indiańskich psów, 

siedzący za nami wartownik odpędzał go kamieniem. 

Popołudniowy posiłek otrzymaliśmy na dworze, wieczorny — już w wigwamie, 

gdzie zdjęto z nas pęta. 

Opisałem dokładnie przebieg drugiego dnia niewoli. Następne niczym się nie 

różniły. Straszliwa monotonia poczynała nam ciążyć nieznośnie. O wydostaniu 

się niepostrzeżenie z wigwamu nie było co marzyć. Wartownicy nigdy nie spali, a 

sforsować ściany szałasu nie dałoby się bez pomocy długiego i ostrego noża. Po-

cząłem złorzeczyć w myślach Colorado, który teraz buja sobie na wolności. 

Karol — dostrzegłem — posępniał z dnia na dzień i na moje pytania odpowiadał 

tylko półsłówkami. Parokrotnie domagaliśmy się rozmowy z Małym Jeleniem. 

Bezskutecznie. Podejrzewam, że strażnicy nie przekazali mu naszej prośby. Na 

pytania o Pehnulte zawsze otrzymywaliśmy tę samą odpowiedź, że pojechał do 

Alczeze—czi, co w języku Apaczów oznacza Mały Las, i jeszcze nie wrócił. 

Gdzie znajdował się ten Mały Las: dziesięć mil stąd czy sto — nie mogliśmy się 

dowiedzieć. Strażnicy po prostu ogłuchli i oniemieli. 

— Któregoś dnia — oświadczył mi Karol — zrobię taką awanturę, że będą 

musieli przywołać Małego Jelenia. 

Monotonia przymusowego pobytu raz jeden przerwana została przez wydarzenie, 

którego konsekwencje ujawniły się znacznie później. Oto szóstego czy siódmego 

dnia naszej niewoli — dokładnie nie pamiętam — w samo południe, gdy 

siedzieliśmy przywiązani do “swoich" pinii, w głębi doliny dostrzegłem dwie 

obce, nie pasujące do otoczenia sylwetki ludzkie. Zbliżyły się powoli w naszą 

stronę. 

— Karolu — powiedziałem półgłosem — popatrz. 

— Widzę. Jacyś biali. 

— To koniec naszej niewoli! 

— Nie wyglądają na żołnierzy. 

— Kimkolwiek są, nie zostawią nas w takim położeniu. 

background image

— Zobaczymy. 

W pewnej od nas odległości obaj nieznajomi zatrzymali się. Ujrzałem, jak 

podszedł do nich Indianin, zapewne Mały Jeleń, ale przestrzeń ciągle jeszcze była 

zbyt wielka, abym mógł kogokolwiek rozpoznać. Stali w grupce przez kilka 

minut, a potem wolnym krokiem znowu skierowali się ku nam. Rozpoznawałem 

już twarze. Nie, to nie byli żołnierze. Niestety. 

— Halo! — zawołałem niefrasobliwym głosem. — Dżentelmeni, wytłumaczcie 

wodzowi, że bierze nas za kogoś innego. 

Oczekiwałem teraz okrzyku zdziwienia, pytań, a nawet przecięcia więzów. Nic 

takiego nie nastąpiło. Podeszli jeszcze bliżej i bez słowa przyglądali się nam 

przez chwilę. Potem jeden z nich nachylił się w stronę Małego Jelenia i coś mu 

szepnął. Odwrócili się do nas plecami i poczęli się oddalać. 

— Co to ma znaczyć? — wrzasnąłem. 

Dopiero wtedy usłyszałem zaiste osłupiającą odpowiedź: 

— Dowiecie się niedługo, podpalacze! 

— Podpalacze! Czyście zwariowali? Nic mi już nie odpowiedziano. 

— Karolu, czemuś milczał? — zwróciłem się z kolei do Gordona. 

— Te dwa typy nie podobały mi się od samego początku. Może miałem ich 

błagać o zdjęcie więzów? Myślę, że komuś bardzo zależy, aby nas uznano za 

podpalaczy. 

— To świństwo! — denerwowałem się. — Biali zostawiają rodaków w rękach 

czerwonoskórych! 

— Właśnie. Zupełnie niezgodnie z fabułą wielu opowiadań o Dzikim Zachodzie. 

Tam zawsze szlachetni biali wyzwalają równie szlachetnych traperów z rąk 

krwiożerczych Indian. Teraz zapoznałeś się z rzeczywistością, Janie. 

Nic na to nie rzekłem. Karol miał niekiedy nieco denerwujący sposób 

formułowania swych poglądów... 

Tego samego dnia wieczorem niebo zaciągnęło się chmurami, uderzył wicher tak 

porywisty, że nasz wigwam trząsł się cały. Później nastała cisza, a po ciszy 

background image

błyskawica rozświetliła wnętrze szałasu. W jaskrawym blasku ujrzałem przez 

otwór wejściowy przestrzeń wioskowego placu, którą biegiem przemierzało paru 

wojowników. W ciągu dwu sekund atramentowa ciemność zakryła wszystko. 

Usłyszałem, jak drobne krople deszczu poczynają monotonnie uderzać o poszycie 

naszego schronienia. Przetoczył się po niebie daleki grzmot. I znowu błyskawica. 

Tak się zaczęło. 

Minęła godzina, po niej druga. Deszcz nie ustawał. Zamienił się w ulewę. 

Nieustanny plusk zagłuszał wszystko. Ze szczytowego otworu poczęła płynąć 

woda, tworząc na ziemi malutkie jeziorko. Przesunęliśmy się jak najbliżej ścian. 

Leżałem wsłuchany w monotonny szum, aż wreszcie zapadłem w 

półsen—półjawę. Z takiego stanu nieświadomości wyrwało mnie gwałtowne 

szarpnięcie. Usiadłem. Dokoła panowała nieprzenikniona ciemność. Nadal 

szumiała ulewa, ale poprzez jej głos dobiegł mych uszu szept: 

— Doktorze, szybko. Niech pan mnie trzyma za rękę. Idziemy. 

Zerwałem się. Pierzchnęła senność. Postaci nie dojrzałem, ale ten szept 

natychmiast zdradził mi osobę. Colorado! 

— Karolu! 

— Jestem tutaj. 

— Nie gadać! Trzymajcie się mnie. 

Wyszliśmy przez otwór, który był równie czarny jak wnętrze wigwamu. Z 

niewidocznego nieba spadał prawdziwy wodospad. W parę sekund przemokłem 

od czubka głowy po pięty. Nogi ślizgały się w błotnistej mazi. Byłbym runął, 

gdyby Colorado nie ujął mnie pod ramię. Nie potrafię opisać drogi, jaką 

przebyłem. Wśród nieustannego chlupotu posuwaliśmy się dość gładką 

płaszczyzną, później trzeba było wspinać się po jakiejś stromiźnie. Od czasu do 

czasu zaczepiałem o gałęzie. Swobodną ręką zasłoniłem oczy. I tak nic nie było 

widać. Na koniec dobiegła kresu wspinaczka. 

— Uwaga — ostrzegł Colorado — schodzimy... 

To było jeszcze gorsze. Miejscami woda rwących potoków sięgała kolan. A do 

background image

tego ciemność! Colorado musiał mieć sowie oczy! 

Zmordowany do kresu sił zostałem na koniec wepchnięty w głąb jakiegoś 

pomieszczenia. Colorado puścił moje ramię. Usłyszałem lekki trzask, ujrzałem 

kilka złocistych iskierek, potem malutki płomyk, wreszcie ogień, który mi ukazał 

nierówne ściany jakiejś pieczary. Odetchnąłem. 

— Siadajcie — wskazał na kupę chrustu. Natychmiast ściągnąłem buty, kurtę, 

koszulę, spodnie. 

— Możemy tu przeczekać ulewę? — zapytał Karol. 

— Tak. Myślę, że ruszymy przed świtem. 

— W porządku. 

Rzekłszy to, poszedł za moim przykładem. Siadł na chruście i wyciągnął bose 

nogi w kierunku ognia. 

— Colorado, jak pan tego dokonał? 

— Prosty przypadek. Czekałem na okazję. Deszcz nieczęsto się trafia, ale 

przecież się trafia. Jesteście pewno głodni — stwierdził kierując się w głąb 

jaskini. — Mam dwa kawałki pieczeni. 

— I co ty na to, Karolu? Co za historia! 

Nie otrzymałem odpowiedzi, bo traper znowu pojawił się przy ognisku niosąc 

mięso i suchary. 

— Jedzcie. Wodą nie częstuję, pewnie macie jej dosyć. 

— Na całe życie — mruknąłem. — Jak pan nas odnalazł? 

— A jak zdobył konie? — dodał Karol. 

— Konie? Nie widzę żadnych koni. Skąd o tym wiecie? 

— Wskazuje na to zdrowy rozsądek. Colorado nie mógł nas uwolnić, nie 

zapewniwszy nam wszystkim możliwości szybkiej ucieczki. Co prawda ulewa 

zatarła nasze ślady, ale ręczę ci, Janie, że już jutro zostalibyśmy schwytani 

wędrując piechotą. 

Traper uderzył się dłońmi po kolanach: 

— Są konie. Trzy konie. I siodła, i broń. 

background image

— Wykradzione z wigwamu Małego Jelenia? 

— Zgadza się. 

— Colorado — zaniepokoił się mój przyjaciel — myślę, że obszedł się pan z nim 

łagodnie? Bardzo by to zagmatwało nasze położenie w przeciwnym wypadku. 

— Uśpiłem ich jak dzieci w kołysce. 

— Ich? 

— Dwu. Małego Jelenia i waszego strażnika. Jeśli nawet przebudzą się wcześniej 

niż należy, to skrępowani i z kneblami w ustach. 

— A konie, a broń? — zapytałem.  

Traper roześmiał się półgłosem. 

— W taką noc jak ta, doktorze, można by wynieść na plecach cały obóz, nie tylko 

broń. Zresztą... posłuchajcie. 

Przy wtórze szumu ulewy opowiedział o swej wyprawie. Gdy wyrwał się z kręgu 

Indian otaczających zgliszcza chaty O’Briena, pognał prosto ku rzece. 

— Myślałem, że wyduszę ostatni dech ze swej szkapy …. 

Miał przewagę nad Apaczami. Zanim dopadli swych koni, znajdował się dobrą 

milę na przedzie. 

— Strzelali — wtrąciłem. 

— A jakże, ale w biegu. 

Przebył rzekę. Pierwotnie miał zamiar przeskoczyć kawałek drogi samym 

nurtem, aby zatrzeć ślady. 

— Ale widzieli mnie. Pognałem więc prosto, ciągle jeszcze z duszą na ramieniu. 

Musieli mieć jakieś wyjątkowo kiepskie chabety, bo odsądziłem się jeszcze dalej. 

— Ilu ich było? — wtrącił Karol. 

— Trzech — mogłem się z nimi inaczej załatwić. Po prostu przycupnąć za 

krzakiem i poczekać. Nie będę się chwalił, ale ja nie chybiam. Nie jestem jednak 

pożeraczem czerwonoskórych. To po pierwsze. Po drugie: nie chcę zadzierać z 

Apaczami. Nie uczynili mi nic złego. A po trzecie: mogłoby to wam zaszkodzić. 

Na szczęście, o dwie mile dalej linia lasu wygina się ku wschodowi, a preria 

background image

tworzy długi, zwężający się półwysep. Skręciłem tam i ścigający musieli mnie 

stracić z oczu. Gnałem aż do samego cypla zarośniętego krzewami. Za nimi 

wznosi się wysokopienny las. Prowadząc konia za uzdę, przebrnąłem las aż do 

wody. Wtedy znów wskoczyłem na siodło, wjechałem w nurt i tą drogą dotarłem 

do miejsca, w którym poprzednio rzekę przebyłem. Uczyniłem w ten sposób koło. 

Wpędziłem konia w gąszcz leśny i kazałem mu się położyć. W kilka minut 

później ujrzałem pogoń. Stanęli na skraju lasu, chwilkę się naradzali, później 

pociągnęli brzegiem wody na zachód. Nadal czekałem. Wrócili, zanim słońce 

zaszło, raz jeszcze przebyli rzekę i oddalili się. Więcej ich nie widziałem. 

Wczesnym rankiem ruszyłem starym tropem do zagrody O’Briena, a potem krok 

w krok waszym śladem, aż dotarłem tutaj. To wszystko. 

— Na pewno nie wszystko — zaprotestowałem. 

— Wszystko, jak na jeden dzień. Później ułożyłem sobie nowy plan. 

Podniósł się i poszedł w kierunku wyjścia. 

— Leje wciąż jak z cebra — stwierdził. — Do świtu nie ustanie. A więc... 

I rozpoczęła się opowieść obejmująca cały okres naszej niewoli. Przez ten czas 

Colorado zdołał przetrząsnąć okolicę indiańskiej wioski, odkryć jaskinię, w której 

znajdowaliśmy się obecnie, i zaopatrzyć ją w drzewo na opał i w trochę mięsa. 

Ale polować musiał daleko stąd. Huk strzału na pewno zwróciłby uwagę 

czerwonoskórych. 

— Bardzo to dziwne — wtrącił się Karol. — Miałem lepsze wyobrażenie o 

Apaczach i o ich czujności. 

— I słusznie. Ale wiecie, ilu tu zostało wojowników? Nie więcej niż tuzin. Reszta 

pociągnęła z tym waszym Pehnulte. 

— Do Małego Lasu? 

— Nic nie słyszałem o żadnym lesie. Dość, że odjechali, i to na długo przed 

waszym tu przybyciem. 

— Wyprawa wojenna? — zapytałem. 

— Mało prawdopodobne — stwierdził Karol. — Pehnulte nie wygląda na głupca, 

background image

który wykopuje topór wojenny przeciw białym. 

— Kto mówi o białych? To może być porachunek z którymś z sąsiednich 

plemion. Nie macie pojęcia, jak się tu oni żrą między sobą! Więc, jak już 

mówiłem, zostało zaledwie dwunastu wojowników, kobiety i dzieci. Odszukałem 

wasze konie, sprawdziłem, gdzie schowano uprząż i broń, 

— W wigwamie Małego Jelenia — stwierdził Karol. 

— Oczywiście. Byłem tam przed kilku dniami, ale nie mogłem nic ruszyć. 

Spostrzegliby natychmiast i poczęli szukać mojej cennej osoby. Musiałem więc 

czekać sposobności. 

— To znaczy: czego? — zagadnąłem. 

— Sprzyjającej pogody. No i doczekałem się. Roboty miałem sporo. Najpierw z 

końmi. Zwłaszcza z tym czarnym diabłem — zwrócił się do Karola. — Ale ja 

mam swoje sposoby. Sporządziłem dwie uździennice z rzemieni i jakoś poszło. 

Sprowadziłem rumaki aż tutaj. Obok jest druga jaskinia, tam stoją. 

— I tak pan skromnie o tym mówi, Colorado? Przecież to była piekielnie trudna 

sprawa — pokiwał głową Karol. 

— Trudna, ale nie dla takiego koniarza jak ja. Zresztą deszcz dopomógł. Deszcz i 

szałwia. Szałwia doskonale zabija zapach białego człowieka. Chodziło mi o to, 

aby mnie nie zwietrzyły indiańskie mustangi pasące się w pobliżu waszych koni. 

Wytarzałem się w szałwii i ponapychałem jej we wszystkie kieszenie. Udało się. 

Potem złożyłem wizytę Małemu Jeleniowi. Dał się skrępować jak niemowlę. 

Chyba nawet nie wiedział, kto go wiąże. Tak zgłupiał. Zabrałem siodła, waszą 

broń i złożyłem w bezpiecznym miejscu. Na koniec powędrowałem do waszego 

wigwamu. Strażnik był tylko jeden, prawie utopiony w tej ulewie. Ścisnąłem go 

lekko. Ani pisnął. A potem związałem. Co jeszcze chcecie wiedzieć? 

— Coś o dwu białych — powiedziałem. 

— Białych? Takich moje oczy nie oglądały. O kogo chodzi? 

Karol opowiedział o wizycie nieznajomych. Colorado potrząsnął głową: 

— Nie, nie widziałem ich. Ale wobec tego wygląda na to, że ktoś chce nas 

background image

urządzić. Czy na pewno nie spotkaliście się przedtem z tymi ludźmi? 

— Hm, nie przypominam sobie — stwierdził Karol. 

— A mnie się zdaje — wtrąciłem niepewnie — że twarz jednego z nich jest jakaś 

znajoma. 

— “Zdaje się" czy “na pewno"? 

— Nie, nie jestem pewien... 

— A więc to niczego nie wyjaśnia. Zresztą przez ten czas zdążyłem nieco 

przetrząsnąć okolice farmy. Ślad jest jeszcze wyraźny. Gdyby nie Apacze, 

dognalibyśmy ich w parę godzin. Ba, ja sam mimo zwłoki potrafiłbym ich 

doścignąć. Ale nie mogłem was zostawić. 

— Czy słusznie? — wyraziłem wątpliwość. — Przecież nam nie może tutaj stać 

się nic złego, a tamtym... 

— Do licha! — zaśmiał się. — Taka to wdzięczność, doktorze? 

— Colorado — przerwał Karol. — Przyznaję, że nie docenialiśmy pana. Trzeba 

być nie lada zuchem, żeby dokonać tego, czego pan dokonał. Jesteśmy pana 

dłużnikami... 

Potwierdziłem żarliwie tę deklarację. 

— Jeśli mówiłem, że lepiej było gonić za O'Brienem... 

— Dobrze, dobrze, doktorze. Wiem, co pan chce powiedzieć: że Pehnulte by 

powrócił i was uwolnił, a tropy zatrą się. Jestem jednak przekonany, że O’Brien 

wraz ze swą rodziną są cali i zdrowi i że im przez dłuższy czas nic grozić nie 

będzie. 

— Skąd taka pewność? 

— Nie znalazłem wokół zagrody nic, co stanowiłoby dowód jakiejś walki. 

O’Brien został porwany żywcem. Widać jest komuś potrzebny cały i zdrowy. Ale 

po co i na co? Zabijcie, a nie odgadnę! 

— A jeśli się... spalili? 

— Dobrze się naszukałem w pogorzeliskach. Ani śladu. Nie, ich porwano. 

Przyznaję, lżej mi się zrobiło wysłuchawszy tej informacji. 

background image

— Więc co teraz mamy zrobić? — zapytałem. 

— Przede wszystkim trzeba się stąd oddalić — zauważył traper. 

Podniósł się od ognia i zniknął u wejścia do jaskini. 

— Nie możemy zostawić Colorado z całym tym kłopotem — oświadczył 

półgłosem Karol. 

Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo traper zjawił się znowu. 

— No, dżentelmeni — powiedział wesoło — mam nadzieję, żeście już wyschli. 

Ulewa się skończyła, ledwie mży. Niebo się przeciera, niedługo świt. Czas na nas. 

Czy wiecie, jak daleko znajdujemy się od Apaczów? W prostej linii nie będzie 

więcej niż pięćset jardów. Diabelnie blisko. Rozumiecie więc, iż nie wolno dłużej 

ryzykować. 

Rozumieliśmy dobrze. Teraz każda chwila zwłoki groziła powtórną niewolą. 

Ubraliśmy się pospiesznie, zarzuciliśmy na plecy siodła, do ręki wzięli broń i wy-

szli na dwór. Z widocznego już nieba siąpił przenikliwy deszczyk. 

— Tędy — wskazał drogę Colorado. Poprowadził nas ścieżką wzdłuż podstawy 

zbocza. 

Za tym właśnie zboczem leżała indiańska wioska. Gdyby na skalnym grzbiecie 

rozstawiano posterunki, mieliby nas jak na dłoni. Ale nikt tam nie wartował. Cho-

ciaż takiej nieostrożności nie usprawiedliwiała nawet paskudna pogoda. Mały 

Jeleń musiał być doprawdy bardzo małym... wodzem. 

— Prędzej, panowie — poganiał nas Colorado. — Jeszcze kilka kroków. 

Za skalnym występem znajdował się w chropowatej ścianie czarny otwór 

obszernej jak komnata groty. Tu ujrzeliśmy wszystkie trzy konie uwiązane na 

lassach do wbitych w ziemię kołków. Założyliśmy uprząż, zbadali zawartość 

juków. Niczego nie brakowało. 

Wywiedliśmy wierzchowce na dwór i wolno, wolniutko ruszyli pochyłą 

płaszczyzną, porośniętą z rzadka trawą, wśród której leżały dość gęsto kamienie 

najrozmaitszej wielkości. Nie sposób było jechać szybciej. Wlekliśmy się tak z 

pół godziny, aż mordercza droga skończyła się jak nożem uciął. Teraz mieliśmy 

background image

przed sobą step gładki jak powierzchnia stołu. 

— W konie! — krzyknął Colorado i wysunął się naprzód. 

Ruszyliśmy kłusa, później galopem. Gdzieś na horyzoncie błysnął pierwszy 

promień zorzy. Przestało padać. Szara opona nieba rozdarła się przed nami. Na 

niebieskim tle ukazały się białe obłoki. 

Po kilku godzinach takiej jazdy Colorado zwolnił tempo, wreszcie zatrzymał się. 

— Krótki postój. Zwierzęta muszą wytchnąć — powiedział. 

Zeskoczyłem z siodła. Teraz poczynałem odczuwać zmęczenie po nieprzespanej 

nocy i forsownej jeździe. A Colorado? Ten się przecież najbardziej napracował. 

A nawet nie usiadł. Przechadzał się cały czas, spoglądając na wszystkie strony. 

Po krótkim odpoczynku znów dosiedliśmy koni. Trawiasty step przeszedł 

wkrótce w płaszczyznę porosłą rzadkimi chwastami, ale i one rychło znikły. 

Dokoła rozciągała się pustynia rudego piachu. 

— Szybciej. To najgorszy kawałek drogi. Nie ma gdzie się ukryć. Widać nas ze 

wszystkich stron, jak pieczeń na patelni. 

Pędziliśmy teraz, na ile tylko stać było nasze konie, a za nami podnosił się 

czerwony tuman kurzu. W końcu drogę przecięła mała rzeczka płynąca między 

brzegami wypłukanymi w ceglastej glebie. 

— Tego właśnie potrzeba — powiedział Colorado. ——Chwyćcie za szkła i 

popatrzcie za siebie. Ja nikogo nie dostrzegam. 

Spełniliśmy jego życzenie. Pustka rozciągała się dokoła, ani człowieka, ani 

zwierzęcia. Stwierdziłem to głośno. 

— Doskonale. Teraz hop, w strumień! Jedziemy jego korytem. Co prawda dno 

nieco piaszczyste, ale ślady zatrze prąd. 

Ruszyliśmy, jeden za drugim, znacznie już wolniej. Upał wzmagał się, ale od 

wody bił chłód, a drobne kropelki tryskające spod końskich kopyt przyjemnie 

rzeźwiły twarze. W ten sposób jechaliśmy z dobrą godzinę, aż Colorado 

zdecydował się wyprowadzić wierzchowce na brzeg. 

— Jeszcze kawałeczek — stwierdził — a odpoczniemy w zacisznym lasku i nad 

background image

wodą lepszą od tej. 

To powiedziawszy obrócił koniem w kierunku przebytej przed chwilą drogi. 

— Wracamy? — zadziwiłem ssie. 

— Niezupełnie. Będziemy posuwać się równolegle do naszego starego tropu, w 

odpowiedniej odległości. 

— W ten sposób zbliżamy się do wioski Apaczów. 

— Ale dzięki temu — wtrącił się Karol — odległość między nami a 

przypuszczalnym pościgiem będzie jeszcze bardziej wzrastać. Apacze jadą w 

jedną stronę, my w drugą. Wręcz przeciwną. Zanim odszukają nasz trop ginący w 

rzece, zapadnie noc. Potem już nas nie dopędzą. 

— Wielki Bóbr się nie myli — przytaknął traper. — Odgadł mój plan. 

Jeszcze około czterech godzin trwała nasza wędrówka, aż na horyzoncie ukazała 

się granatowoczarna ściana lasu. Bór był mieszany, liściasto—iglasty z przewagą 

świerków, które nadawały mu nieco posępny wygląd. Za niskimi krzewami 

głęboki cień padał od obwisłych konarów na poszycie bujnie porosłe, pokryte 

mchem, gdzieniegdzie trawą lub zawalone uschłymi gałęźmi, poprzegradzane 

potężnymi pniami padłych olbrzymów. Jechać konno nie było już można. 

Ujęliśmy cugle i prowadząc na nich wierzchowce przedzierali się powoli, jeden 

za drugim, jakąś wydeptaną przez zwierzęta steczką. Tak dotarliśmy nad małe 

jezioro, o toni granatowej i lustrze wody błyszczącym w słońcu. Drzewa 

podchodziły do samego brzegu, który uginał się pod stopami. Dalej — już w 

wodzie — wyrastało pasmo sitowia. Colorado kazał nam stanąć. 

— Muszę wykonać swój plan — powiedział. — Na wypadek, gdyby Indianie 

przywędrowali za nami aż tutaj. Jeśli jesteście ciekawi, przyglądajcie się. Jeśli 

nie, idźcie dokoła jeziora, tylko nie za blisko brzegu. Obóz rozbijemy po drugiej 

stronie. 

Oczywiście — zostaliśmy. Colorado pociągnął swego wierzchowca za uzdę. 

Zwierzę chrapnęło ostrzegawczo i stuliło uszy, ale nie stawiało oporu. Stąpało 

powoli i ostrożnie, aż w ciemnych zagłębieniach od kopyt poczęła ukazywać się 

background image

bagienna wilgoć. Jeszcze chwila, a koń zapadnie się w rozkisłym błocie. Wtedy 

Colorado zatrzymał się, wykonał ruch ręką i na ten znak koń począł się cofać. Ale 

jak! Jeśli obserwowaliście zachowanie się koni, wiecie, jak niechętnie, z oporem, 

waląc tylnymi kopytami w ziemię lub nawet wspinając się, stąpają te zwierzęta do 

tyłu. Dlatego zdumiałem się widząc, jak taki manewr wykonuje wierzchowiec 

Colorado. I to nawet bez dalszej zachęty ze strony swego pana. Stąpał lekko, 

delikatnie, od czasu do czasu odwracając łeb. 

Przebył w ten sposób chyba trzy jardy do miejsca, w którym zatrzymaliśmy się. 

Dopiero wówczas stanął. 

— No — powiedział traper — skończone. Idźcie, ja pozacieram zbędne ślady. 

— Po co to wszystko? — zapytałem. 

— Jeśli Apacze nadciągną, zobaczą ślady dwu koni ginące w wodzie. Do głowy 

im nie przyjdzie porównywać odciski, aby stwierdzić, że było tu tylko jedno 

zwierzę, ale raz szło naprzód, raz do tyłu. Poczną się zastanawiać, w jakim celu 

dwu szaleńców wjechało w bagnistą wodę. Nic mądrego nie wymyślą, a jeśli 

zechcą posuwać się tym tropem, natychmiast ugrzęzną. Chociaż tacy głupi chyba 

nie będą. Nie odkrywszy tajemnicy, poczną się naradzać. Ile to im w sumie 

zajmie? Ponad godzinę. A teraz zauważcie, w którym miejscu wpędziłem konia w 

wodę? Tu właśnie jest prześwit. Z przeciwległego brzegu możemy wszystko 

dokładnie obserwować. Starczy czasu, aby w porę zniknąć. No ruszajcie, ja tu 

jeszcze trochę pomarudzę. 

Ruszyliśmy półkolem wzdłuż zdradzieckiego brzegu, w bezpiecznej jednak 

odległości. Zatrzymaliśmy się na przeciwległym krańcu jeziora. Colorado 

przyszedł, gdy poczynało już zmierzchać. 

— Mamy całą noc przed sobą — stwierdził — bo dzisiaj już nie przybędą, jeśli w 

ogóle się tu zjawią. Trzeba to wykorzystać. Musimy napoić konie. 

Normalnie zwierzęta prowadzi się do wodopoju. Tu tego nie można było uczynić. 

Wędrowaliśmy więc na niebezpieczny brzeg z worami i przynosili wodę, która 

pachniała zgnilizną. Konie nie bardzo chciały pić, ale jakoś skłoniliśmy je do 

background image

tego. 

Kiedy na niebie ukazały się pierwsze gwiazdy, powiódł nas Colorado w głąb lasu 

na niewielką polankę, gdzie zasiedliśmy przy skromnym ognisku. Po raz 

pierwszy tego dnia miałem okazję napić się kawy. Przyrządzona na bagiennej 

wodzie, smakowała nieosobliwie, ale za to była gorąca. Garść pemikanu 

uzupełniła ten skromny posiłek. 

Z siodłem pod głową, nakryty derką, prawie natychmiast zapadłem w sen. 

background image

Ognisko w lesie 

 

Nie wiem, czy dlatego, że poszycie leśne było twarde, czy też dała mi się we znaki 

całodzienna jazda — dość, że rankiem zwlokłem się ze swego legowiska z bólem 

wszystkich mięśni. Colorado natychmiast to zauważył: 

— Coś doktora połamało — stwierdził. — Pewnie wilgoć. Nie każdy ją dobrze 

znosi. Złe tu miejsce na nocleg, ale szybko stąd ruszymy dalej. Spenetrowałem 

tamten brzeg. Czerwonoskórych ani słychu, ani dychu, co nie znaczy, że wolno 

nam mitrężyć. Ruszamy! 

— Zaraz, zaraz, trzeba by teraz wspólnie się zastanowić. Dokąd mamy ruszać? — 

zapytał Karol. 

— Jak to, dokąd? Oczywiście, do El Paso. Tam mieliście jechać. Podprowadzę 

was kawałek, dalej traficie sami. Ja muszę wracać. 

Spojrzałem na Karola porozumiewawczo. Colorado wytłumaczył to opacznie, bo 

dodał: 

— Ja muszę przecież wyjaśnić całą tę sprawę. 

— Nie jedziemy do Meksyku — odparł Karol. — W każdym razie nie teraz. 

— A dokąd? 

— Posłuchaj, Colorado. Myślę, że w pojedynkę trudno będzie uwolnić rodzinę 

O’Brienów. 

— O, jeśli tylko o to chodzi... 

— Nie przerywaj. My również korzystaliśmy z gościny farmera, a poza tym 

zostaliśmy wplątani w jakąś tajemniczą historię. Tak to uważam. Nie możemy 

stąd odjechać, nie możemy zostawić ciebie samego. Nie znasz Pehnulte, my go 

znamy i liczę na to, iż krążąc w tych okolicach wreszcie się na niego natkniemy. 

To bardzo nam pomoże. 

— Znaczy, że decydujecie się towarzyszyć mi? 

background image

— Oczywiście. Zostajemy razem, Colorado, tak długo, aż odkryjemy ludzi, 

którzy napadli na farmera. 

— Do licha! Coraz mniej teraz na prerii takich jak wy! Zgoda. Dziękuję. I wobec 

tego nie marudźmy! 

W pół godziny potem, prowadząc konie, brnęliśmy przez las. Tym razem droga 

nie trwała długo. Błysnęło światło poranka, urwały się rzędy drzew, ukazała się 

rozległa przestrzeń prerii. 

Wskoczyliśmy na siodła. Ruszyliśmy poprzez rzadkie trawy, spłachcie piasku, 

omijając samotne kępy drzew. Nigdy nie wiadomo, co w ich cieniu może się kryć. 

Na koniec dotarliśmy nad strumień toczący swe wody wśród szpaleru krzaków. 

Tu rozsiodłaliśmy konie. Należał się im odpoczynek, zwłaszcza memu 

wierzchowcowi. Umyliśmy się od stóp do głów w przezroczystym nurcie, 

naznosili chrustu i rozpalili ogień. Przestrzeń była otwarta na wszystkie strony. 

Nikt nie mógł nas zaskoczyć. Wymarzone miejsce odpoczynku. Kiedy 

zaspokoiliśmy jako tako głód i zapalili fajeczki, odezwałem się: 

— Colorado, jedziemy, jak ślepcy. Dokąd nas prowadzisz? 

— Słusznie. Wybaczcie. Mój plan jest taki: wracamy do punktu wyjścia, tylko 

nieco okólną drogą. 

— Do chaty O’Briena? 

— To tego, co było chatą. Tropy na pewno już się zatarły, ale może będziecie 

mieli więcej szczęścia i dogrzebiecie się czego w pogorzelisku. Według mnie 

napastników było trzech albo najwyżej czterech. To jest najdziwniejsze. Bo 

przecież trzy osoby zniknęły bez śladu, a trzeba wam wiedzieć, iż żona Samuela 

włada bronią nie gorzej od niejednego westmana. Syn również. Dlatego zadałem 

sobie pytanie, jak to możliwe, że trzy uzbrojone osoby znajdujące się w solidnym 

budynku, i do tego otoczonym palisadą, uległy w tak krótkim czasie trzem czy co 

najwyżej czterem napastnikom? 

— Jaki z tego wniosek? — zagadnął Karol. 

— Żaden. Nie znalazłem wyjaśnienia. Ruszcie teraz głowami. Może zagadkę 

background image

rozwiążecie. 

— Zdaje się, iż już ją rozwiązałem — odparł mój przyjaciel. — Któryś z 

przybyszów musiał być znajomym O’Briena. 

— Trudno o znajomych na tym pustkowiu. Ile razy wpadałem do Samuela, tyle 

razy zastawałem go tylko z rodziną. 

— A jak często odwiedzałeś go, Colorado? 

— Hm, różnie bywało. Trafiały się okresy, że co miesiąc, były i takie, że i przez 

pół roku nie gościłem w tamtych stronach. 

— No, właśnie. 

— Ale przecież Samuel zawsze mi opowiadał, co się u niego wydarzyło podczas 

mojej nieobecności. 

— Mógł zapomnieć albo... nie chciał powiedzieć. Co o nim wiesz? 

— I dużo, i mało jednocześnie. Tyle tylko, co mi sam opowiedział. Z tego nic nie 

wynika. Przypuśćmy jednak, że to jakiś znajomek tak go urządził. Ale dlaczego? 

Z jakiego powodu? Nic nie rozumiem. I po co podpalono chałupę? Żeby 

zasygnalizować dymem swą obecność? Jeśli wśród napastników był znajomy 

O’Briena, farmer na pewno pochwalił mu się, że ma gości, którzy lada chwila 

wrócą. 

— Tak myślałem — powiedział Karol. — I to właśnie sporo tłumaczy. 

— Co? 

— Pożar. 

— Tego to już zupełnie nie pojmuję. 

— Przypuszczam, że napastnicy nie podpalili zabudowań. 

— Tylko kto? 

— Nikt. Może się przecież zdarzyć, iż ogień rozpalony na prymitywnym 

palenisku spowoduje pożar. Napastnicy najpewniej bardzo się spieszyli. Nie 

zgasili ognia. Pożar wybuchł już po ich odjeździe. A teraz pytanie: czy O’Brien 

nie miał żadnego majątku poza swą farmą? Myślę na przykład o pieniądzach. 

— O niczym podobnym nie wspominał. 

background image

— Był skąpy? 

— Oho, z pewnością! 

— Tacy ludzie nie chwalą się swym dorobkiem: 

— Prawda, ale to wszystko tylko domysły. Brak dowodów. 

— Mówisz jak prawnik, Colorado. Nie jak westman. Trochę wyobraźni nigdy nie 

zaszkodzi. 

Pochwyciłem baczne spojrzenie, jakim Colorado szybko obrzucił Karola, i na 

tym rozmowa została przerwana. Colorado uznał, że odpoczęliśmy już 

wystarczająco, a poza tym, że powinniśmy zaopatrzyć się w nieco żywności na 

dalszą drogę. Czyli po prostu: zapolować. 

Wzięli strzelby i ruszyli na prerię. Ja zostałem przy koniach. Od czasu do czasu 

przykładałem do oczu lornetkę lustrując cały horyzont. Przez długi czas 

obserwowałem sylwetki towarzyszy, później zakryły ich dalekie wzniesienia 

gruntu. Wierzchowce pasły się spokojnie. Wiedziałem, że potrafią mnie ostrzec o 

każdym niebezpieczeństwie. Począłem znów zastanawiać się nad dziwną historią 

napadu na O’Briena. Nad niespodziewaną wizytą dwu białych w wiosce 

Apaczów i nad zbiegiem okoliczności, które tak pokrzyżowały nasze pierwotne 

plany. Czy pojedziemy do Meksyku? Czy spotkamy Pehnulte? Czy próba 

schwytania sprawców napadu nie stanie się przysłowiowym szukaniem igły w 

stogu siana? Opowiadano mi co prawda o tropicielu, który odnalazł uczestników 

napadu na dyliżans po dwu latach, ale przecież nie rozporządzaliśmy tak długim 

czasem. Przed nastaniem zimy musiałem wracać do Milwaukee, do swych zajęć, 

a Karol chyba nie zamierzał dłużej przebywać w tych niegościnnych stronach. 

Moje smętne rozważania przerwał powrót towarzyszy. Zmęczeni długą 

wędrówką wrócili z kwaśnymi minami. Całe trofeum stanowiły trzy indyki. 

Bardzo chude i żylaste. Po takim kiepskim posiłku Colorado przeprosił nas, 

zabrał koc i siodło i ruszył ku kępie drzew. Oznajmił, iż musi teraz odespać tamtą 

deszczową noc, jeżeli “ma być do czegoś". 

Gwarzyliśmy półgłosem, zerkając od czasu do czasu na okolicę. Była nadal pusta 

background image

i cicha, zalana słońcem, pachnąca trawą i kwiatami. 

— Długo będziemy sterczeć w Nowym Meksyku? Jak sądzisz, Karolu? 

— Dopóki nie schwytamy bandytów albo nie stracimy ostatecznie ich śladów. 

— Przewiduję trzecią możliwość — odparłem. — Będziemy gnać po tropach 

kilka miesięcy, a uciekających nie schwytamy. Co wówczas? 

— Powrócisz do Milwaukee sam. Zostanę tu tak długo, jak długo będą istnieć 

jakiekolwiek szansę zakończenia sprawy. 

— Zostanę z tobą. 

— Niemożliwe. Nie przywykłeś do zimy na preriach. A to nie żarty. 

Wzruszyłem ramionami i na znak całkowitego braku zainteresowania położyłem 

się pod pobliskim krzakiem, ale nie mogłem zasnąć. Za to Colorado spał od 

wieczornego posiłku, a potem jeszcze przez całą noc, z przerwą na kolejną wartę. 

Twierdził, iż taki sen znakomicie regeneruje jego siły, że praktykował ten system 

w roku 1868 podczas budowy linii Union Pacific. 

Dopiero rankiem opuściliśmy zaciszną kępę. Równa jak stół płaszczyzna poczęła 

teraz dźwigać się ku horyzontowi. Ukazało się pasmo wzniesień, aż w końcu 

wjechaliśmy w skalisty wąwóz porosły na zboczach krzewami dzikich malin. 

Wąwóz piął się łagodnie i doprowadził nas do płaskowzgórza pokrytego rzadkim 

lasem. 

— To nieco trudniejsza droga — powiedział Colorado — ale krótsza, szybciej nas 

doprowadzi do farmy O’Briena. 

Posuwaliśmy się teraz znacznie wolniej, a po przebyciu jakiejś pół mili 

zatrzymali konie. Na moją prośbę. Bo wydało mi się nagle, iż słyszę głos ludzki. 

Niewyraźny i bardzo daleki. 

Staliśmy chwilę w milczeniu. Cisza. Już chciałem przyznać, że się przesłyszałem, 

gdy nagle rozległ się ten sam daleki dźwięk. 

— To tam — stwierdził Colorado. — Ruszamy. Przez kilka następnych minut nic 

nie było słychać poza suchym szelestem igliwia pod nogami koni. A później — 

znowu głos, jakieś słowo, którego nie mogłem rozróżnić, coś jakby “stój!" ; — 

background image

Zejdźmy z koni — szepnął Colorado. 

Ostrożnie, zatrzymując się co parę kroków i nasłuchując, podchodziliśmy do 

niewidocznego celu. 

— Stój! Ty diable wcielony! 

O, teraz brzmiało już zupełnie wyraźnie. A po krótkiej przerwie, znowu: 

— Stój! Bodaj cię grom strzelił! 

Z bronią gotową do strzału wyszliśmy na malutką polankę, gdzie rosło potężne 

drzewo. Przy jego pniu stał koń, na koniu siedział jeździec. To on tak wrzeszczał, 

bo poza nim nie było tu nikogo. Spostrzegł nas. 

— Ludzie, ktokolwiek jesteście, ratujcie niewinną duszę! Stój, ty bestio! 

Ostatnie słowa — jak spostrzegłem — zwrócone były do... konia. Nie mogłem 

pojąć, o co mu chodzi. Dopiero podszedłszy bliżej stwierdziłem, iż człowiek miał 

ręce skrępowane z tyłu, a szyję oplatał mu rzemień, którego drugi koniec został 

przyczepiony do potężnego konaru, wysoko w górze. W tej chwili opadał luźno. 

Wystarczyło jednak, aby wierzchowiec uczynił dwa kroki w którąkolwiek stronę, 

a rzemienna pętla zacisnęłaby się na szyi nieszczęśnika. Karol w jednej chwili 

wydobył nóż i dwoma cięciami oswobodził niedoszłego wisielca, który zeskoczył 

z konia i odetchnął głęboko. 

— Panie, kimkolwiek jesteś, i wy, dżentelmeni — zwrócił się do nas — 

ocaliliście niewinnego od straszliwej śmierci. 

— Cóż to się przytrafiło? — zapytał Colorado. — Chyba nie wplątaliście się sami 

w taką pułapkę? 

— Żli ludzie — odparł nieznajomy. — Żli ludzie wszystkiemu winni. 

— Zawsze wszystkiemu są winni źli ludzie. Hm, wzięli was za koniokrada? Jak 

mi wiadomo, to w ten sposób karze się amatorów cudzych wierzchowców. 

— Nie kradłem koni! Bodajbym znowu wisiał, jeśli kłamię. 

— Nie konie? To co? 

— Nic, zupełnie nic. Chciałem po prostu zamienić swego konia na innego. Czeka 

mnie daleka droga, a zwierzę mi ustawało. 

background image

— Gdzież się to przydarzyło? 

— Tam — wskazał jakiś nieokreślony kierunek. — Trafiłem zupełnie 

przypadkowo. Koń mi już padał. 

Colorado krytycznym okiem ogarnął wierzchowca: 

— Ale jakoś nie pada — stwierdził. — Wygląda wcale nieźle. 

— To teraz. Odpoczął. 

— Więc jak to było z tą zamianą? 

— Najpierw zgodzili się, a później dopadli mnie w tym lesie. 

Spojrzałem na ziemię. Była dobrze zdeptana. Kandydat na wisielca nie we 

wszystkim kłamał. 

— Wybaczcie, panowie — mówił dalej — ale czas mi w drogę. 

— Nie zatrzymujemy — odparł KaroL — A dokąd to droga prowadzi? 

— Do Santa Fe. 

— Spory kawałek — zauważył Colorado. 

— Jeszcze raz dziękuję. Bywajcie zdrowi. Wskoczył na siodło, cmoknął i ruszył 

truchtem. 

Wkrótce zakryły go pnie drzew, a po kilku minutach ucichł i tętent kopyt. 

— Koniokrad — stwierdził Karol. — Poszkodowani nie byliby nam wdzięczni. 

— Więc co? — zapytałem. — Mieliśmy go tak zostawić? 

— Tego nie twierdzę. Zastanawia mnie jednak, dlaczego kradł mając własnego, 

dobrego konia? Bo w żadną zamianę nie wierzę. 

— Dlaczego kradł? — powtórzył Karol uważnie przyglądając się śladom 

odciśniętych kopyt aż do miejsca, w którym ginęły w lesie. — Słuchajcie! On 

naprawdę chciał zamienić konia. Spójrzcie na ten trop. Colorado odwrócił się i 

cicho gwizdnął. 

— Rzeczywiście — powiedział przeciągle. — To chyba nasz stary znajomy. Ten 

koń ma skrocza, a jego jeździec brał udział w napadzie na O’Briena. Dalej za nim! 

— Chwileczkę — powstrzymał go Karol. 

— Ucieknie. 

background image

— Nie ucieknie. Do wieczora sporo jeszcze godzin. 

— Ależ o co chodzi? 

— Radzę nieco poczekać. Nie wyszłoby nam na dobre, gdyby spostrzegł, że go 

ścigamy. Na pewno uważnie spogląda za siebie. I druga sprawa: nie powinniśmy 

go schwytać. Jeśli brał udział w napadzie, doprowadzi nas prościutko do swych 

wspólników. 

Postaliśmy chwilkę. 

Ślady wiodły przez las, przez ten sam wąwóz, którym jechaliśmy niedawno, przez 

prerię. Ale później poczęły coraz bardziej skręcać, aż wreszcie zatoczyły wielkie 

półkole, całkowicie zmieniając kierunek. 

Po dwu godzinach drogę przecięła rzeczka, a za rzeczką trop urwał się nagle. 

Zupełnie jakby ścigany pofrunął do nieba. 

— Patrzcie, jaki spryciarz — zauważył Karol. — Podejrzewa, że za nim 

jedziemy. 

— Może tak, może nie — odparł Colorado. — Sądzę, iż raczej zabezpiecza się na 

wszelki wypadek. Teraz musimy się rozdzielić. Jeden pojedzie w górę, dwu w dół 

rzeki. 

— Stracimy mnóstwo czasu — stwierdził Karol. 

— Nie widzę innego sposobu... 

— A ja widzę. Pan się najlepiej w tych stronach orientuje. Dokąd płynie rzeczka?. 

— Do większej rzeki, tej samej, nad którą polowaliśmy bawiąc u O’Briena. 

— A skąd wypływa? 

— Z gór. Cztery do pięciu mil stąd. Bawiłem tam kiedyś. Zupełne pustkowie. 

— Wobec tego powinniśmy posuwać się z prądem. 

— A to czemu? Sądzi pan, iż jegomość zdąża w okolice farmy? 

Nieprawdopodobne. Raczej właśnie w góry, żeby się połączyć z ludźmi, którzy 

porwali Samuela i jego rodzinę. Przecież z jeńcami musieli się skierować w 

najbardziej bezludne strony. 

— W okolicach spalonej farmy, jak pamiętam, również nie ma nikogo. Zresztą, 

background image

jeśli się mylę, nie zmarnujemy więcej czasu niż rodzielając się i czekając jedni na 

drugich. 

— Karol ma na pewno rację — poparłem gorąco towarzysza. 

Colorado zastanowił się chwilę, a potem oświadczył z uśmiechem. 

— Co dwie... przepraszam: trzy głowy, to nie jedna. A ja przyzwyczaiłem się 

zawsze samotnie podejmować decyzję. 

Ruszyliśmy wolno, bacznie obserwując oba brzegi w poszukiwaniu miejsca, w 

którym ścigany przez nas człowiek wyjechał z nurtu. Przede wszystkim trzeba 

było uważać na brzeg kamienisty i na zarośla — najwygodniejsze okazje, by nie 

zostawić śladów. 

Niestety, nigdzie nie mogliśmy trafić nawet na żwir. Wszędzie ciągnęły się 

piaszczyste plaże, gładkie, jak gdyby je kto przed chwilą szczotką zamiótł. Poczy-

nałem już wątpić, czy słusznie postąpiliśmy wybierając ten kierunek jazdy, gdy 

Colorado zatrzymał konia w miejscu, gdzie na granicy lądu i wody rosła rzadka 

trawa. Zeskoczył z siodła i schyliwszy się, coś bacznie obserwował. Potem 

przeszedł kilka kroków ukląkł. W końcu wyprostował się. 

— Jedziemy — oświadczył — tylko niech mnie nikt nie wyprzedza. To jest 

chytrus pierwszej klasy: zacierał ślady, prostował trawę, ale mnie w pole nie 

wyprowadzi. Sądzę, że po kilku jardach wszystko stanie się bardziej jasne. 

Przewidywał słusznie. Kawałek dalej trawa była lekko zdeptana, jeszcze dalej — 

wyraźny już ślad, prowadzący ciągle wzdłuż rzeki, zgodnie z jej biegiem. Tak 

więc tropiony przez nas człowiek zmierzał albo ku szczątkom zagrody O'Briena, 

albo w ich pobliże. Karol uważał, że wyprzedza nas o godzinę dobrej jazdy, a 

Colorado potwierdził ten pogląd. Jednakże nawet lornetki nie ukazały nam na 

horyzoncie ani cienia jeźdźca. 

Zbliżał się wieczór. Widoczność pogarszała się z każdą chwilą. Należało 

przerwać pościg i rozbić obozowisko w jakimś odkrytym miejscu. Szczęśliwym 

zbiegiem okoliczności ujrzeliśmy w niewielkiej dali czarną linię lasu. Wieczorne 

zorze gasły już na niebie, gdy przekroczyliśmy granicę drzew. Colorado 

background image

zeskoczył z konia i spenetrował najbliższy teren. Wrócił zadowolony. 

— Jesteśmy bezpieczni — stwierdził. — Przynajmniej na tę noc. O ogniu jednak 

nie ma mowy. 

W wyniku takiej decyzji jadłem najgorszy od wielu dni posiłek: pemikan i 

suchary. 

— Teraz trzeba się przespać — stwierdził Colorado. — Na noc zaplanowałem 

małą wycieczkę. Pieszo. Nasz uciekinier także gdzieś nocuje, myślę, że niezbyt 

daleko. Pójdziemy we dwóch — zwrócił się do Karola — doktor zostanie przy 

koniach. Niech więc nas teraz popilnuje. 

To rzekłszy wziął siodło, derkę i powlókł się najbliższe drzewo. 

Przyznam, trochę mnie dotknęło takie postępowanie. Należało chyba zapytać, co 

o tym sądzę. Karol okazał się zdrajcą. Na moje wymowne spojrzenie pokiwał 

głową, uśmiechnął się i owinąwszy w koc mruknął: 

— No, to czuwaj nad nami, Janie. 

Kiedy już obaj chrapali w najlepsze, siadłem ze strzelbą w ręku na samym skraju 

lasu. Widoczność stawała się coraz gorsza. Szara zasłona opadała z nieba na 

ziemię i nim zabłysły pierwsze gwiazdy, uczyniło się bardzo ciemno i bardzo 

cicho. Na koniec księżyc wypłynął zza chmury i rozproszył mrok. Nagle 

wszystko pobielało. Pusta preria osnuła się srebrzystą mgiełką, później ukazał się 

na niej zamazany cień ptaka. Przeniknął bezszelestnie nad moją głową. Począłem 

ziewać, zerknąłem na towarzyszy. Spali. Wstałem, przeciągnąłem się i... 

ruszyłem wzdłuż linii drzew, w kierunku niewidzialnej rzeczki. Postanowiłem, iż 

przejdę tylko kawałek, aby odpędzić sen, i zaraz zawrócę. Ale za każdym razem, 

kiedy mówiłem sobie, że odszedłem już zbyt daleko, coś mnie korciło, aby 

przejść nieco dalej. W ten sposób ujrzałem wreszcie ciemniejszy pas przecinający 

płaszczyznę prerii. To musiała być rzeczka. Zawróciłem, zerknąłem w głąb leśnej 

głuszy i natychmiast padłem plackiem. Dostrzegłem złotawy ognik migocący 

daleko między pniami. Leżałem długo, wpatrzony w światło. 

Powinienem był teraz zawrócić. Ostrzec towarzyszy. Jakiś duch przekory skłonił 

background image

mnie do pozostania na miejscu. W sekundę później powziąłem decyzję do-

kładniejszego zbadania źródła blasku. Pochyliwszy się i bacząc na każdy krok, 

wkroczyłem w leśną gęstwę. Mimo ostrożności niejeden raz nastąpiłem na suchy 

patyk, którego trzask brzmiał w moich uszach jak huk gromu. Przystawałem, cały 

zamieniony w słuch, ale jakoś nic się nie działo. Płomyk nadal migotał w głębi 

ciemności. Rozpoczynałem więc dalszą wędrówkę, padłem na kolana, na ręce i 

zacząłem się czołgać. Strzelba teraz zawadzała mi przy każdym ruchu, musiałem 

ponadto uważać, aby nie zapchać wylotu lufy mchem lub ziemią. Spociłem się 

setnie, a chociaż ogień był coraz wyraźniejszy, ciągle jeszcze nie potrafiłem 

dojrzeć, kto przy nim siedział. Wreszcie podpełznąłem tak blisko, że blask 

ognistego kręgu padał tuż, tuż przed moją głową. Płomień wystrzelał ze środka 

malutkiej polanki, dokoła niego tkwiły nieruchomo trzy sylwetki ludzkie. Na 

drewnianym rożnie, osadzonym na dwu rozwidlonych gałęziach, piekł się spory 

kawałek mięsa. Leżałem przez kilka minut w zupełnej ciszy. Wreszcie 

usłyszałem głos: 

— Co z Tomem? — zapytał nieoczekiwanie człowiek zwrócony do mnie 

plecami. — Dlaczego nie wraca? A chociaż dla ciebie to lepiej. Miałbyś się z 

pyszna, gdyby zastał tylko nas dwu. 

— Gadasz głupstwa, Fred 

To powiedział drugi z siedzących, zwrócony do mnie bokiem. Płomień strzelił 

mocniej i oświetlił twarze. Poznałem go natychmiast. Koniokrad! Uratowany 

przez nas koniokrad! 

— Tom nie uważałby tego za głupstwo. 

— Gdyby nie moja wyprawa, nic byśmy o nich nie wiedzieli. 

Nastawiłem uszu. O kim to mowa? 

— Gdyby nie oni, wisiałbyś na rzemiennym postronku. Co cię napadło z tym 

koniem? 

— Ostrożność. Gdziekolwiek się ruszę, zostawiam po sobie adres. Takiego konia 

nikt poza mną nie ma w tych stronach. To pewne. 

background image

— Bo tylko głupiec mógł wybrać taką chabetę. 

— Sam jesteś głupiec! 

— Uspokójcie się. 

Teraz odezwał się trzeci głos. Chropawy i gruby. Wydało mi się, że już kiedyś go 

słyszałem.  

— Nie ja zacząłem. 

— Ty zrobiłeś coś znacznie gorszego. Całe szczęście, że cię złapali w porę. W 

przeciwnym wypadku dotarliby do nas. 

— O czym mówisz? 

— O tej drugiej idiotycznej kradzieży. 

— Nie zawsze się udaje. Nawet tobie... 

— Dosyć już tej gadaniny. Lepiej zastanówmy się, co robić z tą trójką? 

— Nie ma co zawracać sobie głowy. Tak pozacierałem ślady, że tu nie trafią. 

To mówił koniokrad. 

— Nic nie rozumiesz. Jeśli oni są na wolności, to Pehnulte musiał wrócić. Wiesz, 

co to znaczy? 

— Wiem. Zabierajmy się stąd. 

— Znowu gadasz głupstwa. Przecież musimy tu czekać na Toma. 

— A jak Tom nie przyjdzie? 

— Zwariowałeś? 

— Przypomnij sobie, jak to było przed rokiem. Uciekł nie oglądając się na nas. 

— Nie mógł inaczej postąpić, za bardzo go znano. Ech, do licha. Warto by się 

nieco przespać. O świcie trzeba przeszukać okolicę. Diabeł nie śpi. 

— Tom się wścieknie, jak się dowie, że są znowu na wolności. Ale co my ich 

obchodzimy? 

To znowu koniokrad. 

— Ty kapuściana głowo! Przecież mieszkali u O’Briena! No, gaście ogień. 

Począłem się wycofywać. Kiedy dotarłem do naszego obozowiska, obaj moi 

towarzysze nadal spali. Zbudziłem ich bezceremonialnie i opowiedziałem o 

background image

swym odkryciu. Natychmiast osiodłaliśmy konie i prowadząc je za uzdy cofnęli 

się od linii lasu dobre pół mili. Wówczas Colorado wrócił, aby zatrzeć ślady. 

Kiedy tego wreszcie dokonał, rozbiliśmy obozowisko na otwartej przestrzeni, 

gdzie widoczność była doskonała, a niespodziewany napad wręcz niemożliwy. 

Otwartego starcia nie obawialiśmy się. Przewaga na pewno była po naszej 

stronie: Colorado i Karol starczyliby co najmniej za trzech, nie mówiąc o mojej 

skromnej osobie. 

background image

Pościg 

 

Noc minęła spokojnie. Od wczesnego świtu, ukryci w trawie, obserwowaliśmy 

skraj lasu. Roślinność była tutaj tak bujna i wysoka, iż sięgała łbów końskich, co 

zresztą dla wierzchowców Karola i Colorado nie przedstawiało żadnej 

praktycznej wartości — kładły się na każdy rozkaz swych panów. Mój kłusak nie 

miał takich zwyczajów, ale teraz wysokie łodygi zieleni skryły go całkowicie. 

Początkowo w zasięgu naszego wzroku nic się nie działo. Jednakże wkrótce 

ujrzałem, jak z czarnej ściany drzew wynurzyły się dwie postacie. Przystanęły na 

chwilę, potem ruszyły wolno skrajem puszczy, jedna w prawo, druga w lewo. 

Obserwowaliśmy je z dużym zainteresowaniem i lekkim niepokojem, bo chociaż 

odkrycie naszej obecności nie było specjalnie groźne, to jednak zdemaskowanie 

nas przez przeciwników bardzo by utrudniło śledzenie odkrytej przeze mnie 

trójki. 

Obawy okazały się płonne. Colorado musiał znakomicie zatrzeć ślady naszego 

pobytu, bo obserwowani przez nas ludzie zawrócili i zniknęli w głębi lasu. 

Uczynili to bez pośpiechu, co — moim zdaniem — świadczyło o bezowocności 

ich poszukiwań. 

Resztę tego dnia nudziliśmy się setnie, na przemian śpiąc, na przemian czuwając. 

Pod wieczór Colorado wyruszył w stronę lasu “przyjrzeć się", jak powiedział, 

naszym sąsiadom. Z jego nieobecności skorzystał natychmiast Karol wygłaszając 

szereg uwag na temat niebezpieczeństw czyhających na śmiałka zapuszczającego 

się nocą w nieznane bezdroża leśne. 

— Nie rozumiem, co ci strzeliło do głowy? Ty, taki ostrożny, Janie, nagle 

postępujesz jak szaleniec! 

— Przesadzasz — mruknąłem, nie bardzo potrafiąc uzasadnić motywy, jakie mną 

kierowały. 

background image

— Nie przesadzam. Przecież mogli cię schwytać i przez ciebie znajdowaliśmy się 

o krok od wpadnięcia w łapy tych opryszków. I kto by wówczas nas oswobodził? 

Nie opanowałeś jeszcze wystarczająco sztuki podchodzenia..: 

— Jestem tylko twoim pojętnym uczniem — rzekłem złośliwie, bo mnie począł 

irytować. 

Spojrzał na mnie ostro i... wybuchnął śmiechem. 

— Niech będzie i tak. Ale proszę cię na przyszłość: poniechaj samotnych 

wypraw, nie uprzedzając nas przed tym. To może się źle skończyć. 

— Oczywiście — odparłem. — Ale tym razem skończyłoby się bardzo źle, 

gdybym nie poszedł do lasu. 

— To racja. Tak to się złożyło tym razem. Colorado musiał się tym przejąć. 

Pewnie dlatego ani słowem nie wspomniał o twej eskapadzie. Weź teraz lornetkę 

i popatrz w stronę lasu. Żeby nas znowu “coś" nie zaskoczyło. Ja zlustruję prerię. 

Przykucnąłem w trawie. Ściemniało się coraz bardziej, pole widzenia kurczyło 

się, wkrótce księżyc oświetlił step i czarniejszy od nocy las. Colorado nie wracał. 

Zaproponowałem Karolowi wyprawę w kierunku obozowiska bandy. Nie zgodził 

się. 

— Po pierwsze — rzekł — nie wierzę, by Colorado dał się zaskoczyć. 

— Mogli go schwytać — przerwałem. 

— Oni? Takiego starego wygi nie złapie byle kto. Po drugie: możemy się zminąć 

w drodze. Tu na prerii jest dość widno, ale w lesie? Nie, Janie. Czekajmy 

cierpliwie, chociażby do świtu. 

Tak też uczyniliśmy, na przemian wartując. 

Gdy na niebie ukazały się pierwsze poranne zorze, Karol skapitulował. 

Zwinęliśmy obozowisko, powiedli konie za uzdy i podeszli jak najbliżej lasu. 

Tam przywiązaliśmy zwierzęta do wbitych w ziemię palików. Karol chciał się 

wybrać na poszukiwanie sam. Zaprotestowałem. 

— Jeżeli “wpadł" Colorado — mówiłem — jaka gwarancja, że z tobą nie stanie 

się to samo? I co wówczas pocznę aż z trzema końmi? Uniemożliwią mi 

background image

jakąkolwiek próbę niesienia wam ratunku. 

— Nie można koni zostawić samych. 

— Lepiej, żeby zginęły konie niż my. Machnął ręką z rezygnacją. 

Poprzez wysokie trawy, na pół schyleni, dotarliśmy do pierwszych zarośli. Nad 

prerią różowiało niebo, tu panował jeszcze mrok i cisza przerywana pierwszymi 

głosami ptaków, Starałem się odtworzyć w myśli kierunek mej nocnej wędrówki. 

Nie bardzo mi się to udało, bo wówczas nie w tym miejscu zagłębiłem się w las. 

Ale Karol szczęśliwie odnalazł tropy ludzi, którzy nas szukali. Zawikłane to były 

ślady. Wiodły raz tu, raz tam. Na koniec jednak doprowadziły nas do miejsca, w 

którym między pniami prześwitywać poczynała otwarta przestrzeń. Ostatni 

kawałek drogi przebyliśmy czołgając się wśród mchów, opadłych gałęzi, 

splątanych traw i zarośli. Wreszcie legliśmy na skraju polanki. Tej samej, na 

której poprzedniej nocy ujrzałem trzech ludzi. Teraz świeciła pustką. Wśród 

zieleni skąpej trawy dojrzałem czarny krąg wypalony ogniem, a na nim nieco 

zwęglonych kłód i okrągłe, blaszane, błyszczące pudło. 

Gdzież podzieli się obozujący? Co stało się z Colorado? 

Przyłożyłem do oczu lornetkę, przeszukując przy jej pomocy przeciwległy 

kraniec polanki. Najpierw nic nie dostrzegłem, dopiero po paru minutach 

obserwacji ujrzałem sylwetkę człowieka. Stał tuż przy pniu potężnego drzewa, na 

skraju wolnej przestrzeni. Zobaczyłem, że Karol w napięciu patrzy przez szkła w 

tym samym kierunku. Nieruchomą sylwetkę zasłaniały od dołu krzewy, a twarz 

zakryły liście wielkiego konaru zwieszającego się z sąsiedniego drzewa. Obaj 

obserwowaliśmy tę postać, aż nagły poryw wiatru rozchylił gałązki krzewów. 

— To chyba Colorado — szepnąłem zdumiony, nie ufając własnym oczom. 

Chciałem wstać, gdy Karol położył mi dłoń na ramieniu. 

— Obejdziemy polankę dookoła — powiedział. — Być może, że nikogo tu więcej 

nie ma, ale lepiej nie wychodzić na otwartą przestrzeń. 

Wolno i ostrożnie obeszliśmy nie zarośnięty krąg. Tak, to był Colorado. 

Dokładnie przykrępowany do pnia. Natychmiast nas spostrzegł. 

background image

— Witajcie, dżentelmeni — powiedział zgoła beztroskim głosem. — Byłem 

pewien, że mnie odwiedzicie, więc nie szarpałem więzów, chociaż zostały dość 

kiepsko założone. Oni pojechali do Santa Fe. Tu wszyscy jeżdżą do Santa Fe, 

jakby w Nowym Meksyku nie istniały żadne inne miasta. 

Wyjąłem nóż i począłem przecinać rzemienie. Kiedy opadł ostatni, stary traper 

odetchnął głęboko, rozprostował się i powiedział: 

— No, udało się, jak nigdy jeszcze dotąd. 

— Co się udało? — wykrzyknąłem. — Dać się złapać jak ryba w sieci! Gdzie 

broń? 

— Została w jukach mego konia — odparł spokojnie. 

— Colorado, chyba nie przyszedł pan tu bezbronny? 

— O nie. Wziąłem ze sobą najmniejszą z pukawek, ale z niej tylko ja potrafię 

strzelać. Więc nie zabrali. Strzelby nie ryzykowałbym. 

— Pięknie — wtrącił się Karol. — Słynny Colorado daje się związać trzem 

włóczęgom. 

— Nie trzem, tylko dwóm. 

— Jeszcze lepiej! 

— Nawet bardzo dobrze. Opłaciło się stokrotnie. Jestem po prostu wypełniony 

informacjami, które bardzo się nam przydadzą. Wracajmy, tu nie ma co robić. 

Weszliśmy z powrotem w las. 

— Myślicie, że się dałem złapać jak pierwszy lepszy greenhorn? O nie, moi 

panowie. Nic z tych rzeczy. Ale zacznę od początku. Musicie najpierw wiedzieć, 

że jak dobrnąłem do tego ogniska, ujrzałem tylko dwu drabów. Tego trzeciego, o 

którym mówił doktor, nie było. W jednym od razu poznałem naszego koniokrada. 

Narobiłem szumu i szelestu, więc od razu porwali się od ognia, chwycili za 

pukawki. Jak wyszedłem na polankę, wymierzyli do mnie obie rury. 

— Jak się macie, chłopcy? — powiadam. — O, widzę tu znajomka. 

Gęby roztworzyli na takie słowa. Stoją, jakby w ziemię wrośli. 

— No, co z wami? — mówię. — Coście tak zaniemówili? Tak się przyjmuje 

background image

strudzonego wędrowca? 

Wtedy trochę oprzytomnieli. Poczęli się rozglądać na wszystkie strony. Sądzili, 

że nie jestem sam. Obeszli krzaki, ciągle z bronią w ręku. Przybrałem poważną 

minę i mówię do tego koniokrada: 

— Jedziecie do Santa Fe? 

— A jakże — odpowiada. 

— No, to dobrze się składa, bo i ja się tam kieruję. W towarzystwie będzie raźniej. 

Dajcie co pojeść. 

— A gdzież to tamtych zgubiłeś? — pyta koniokrad. 

— Wybrali inną drogę. 

— To jesteś tu sam? 

— Jak mnie widzisz. 

Nie wiedziałem, czy mi uwierzyli, czy nie, ale broń schowali i wydobyli kawał 

pieczeni. Przerwał, bo właśnie wyszliśmy na prerię. 

— Możemy teraz rozpalić ogień. Tamte draby już nie wrócą, a głodny jestem jak 

szczupak. Doktorze, pan zna drogę, proszę przynieść wody ze strumyka albo... 

Nie, sami przenieśmy się nad strumień. 

Uczyniliśmy to bez zwłoki. Nad brzegiem rozpaliliśmy ognisko i wydobyli 

resztki zapasów. 

— Więc — opowiadał dalej traper — nakarmili mnie. Próbowałem ich jakoś 

pociągnąć za język. 

— Prędko ruszacie? — pytam. 

Na to mi ten koniokrad odpowiada, że czekają na towarzyszy. Jego wspólnik, gdy 

to usłyszał, zrobił minę, jakby kij połknął. 

— Mielesz jęzorem, John, to nic naszego gościa nie obchodzi. Lepiej zapytaj go, 

skąd się tu wziął tak nagle i bez konia? 

Dobrze powiedział. Ale ja miałem obmyśloną odpowiedź. 

— Zaraz przyprowadzę — zerwałem się, ale natychmiast siadłem z powrotem. 

Spojrzałem na tego Johna — koniokrada i mówię: 

background image

— Wiem, że niektórych interesują cudze konie. Może lepiej, jak swojego 

przyprowadzę trochę później. 

Zrozumieli, o co mi chodzi, bo jeden się zmieszał, a drugi zaśmiał. I więcej mnie 

o wierzchowca nie pytali. 

— Kiedy ruszacie? — zagadnąłem. 

— Jutro. 

— Dlaczego dopiero jutro? 

— Mamy tu interesy do załatwienia. 

— W lesie? 

— A w lesie. Nie bądź taki ciekawy. 

— Lubię interesy — powiadam. — A chwilowo nie mam nic do roboty. 

Popatrzeli po sobie i milczą. 

— Siedzę tu od wielu lat — dodaję — i znam te tereny jak własną kieszeń. Byłem 

przewodnikiem, traperem, wszystkim po trochu. 

— Te tereny mniej nas obchodzą — odezwał się John—koniokrad. 

— A jakie więcej? 

— Arizona. 

— Znam i Arizonę. 

Znowu popatrzyli na siebie, wreszcie ten drugi tak się odzywa: 

— Może wybralibyście się z nami? Wyglądacie na takiego, co trzem daje radę. 

— Nawet czterem. 

— Tym lepiej. 

— Weźmy go — wtrącił się John. — Żeby nie on, dyndałbym na gałęzi. 

Nie zaprzeczyłem, chociaż to niepełna prawda. 

— Gadamy, gadamy — mówię, ale ciągle nie wiem, o co chodzi. 

Chłopaki okazały się naiwne, aż trudno uwierzyć. Myślałem, że zaczną kręcić, ale 

gdzie tam! 

— O skarb — mówią. — O skarb chodzi.  

Roześmiałem się: 

background image

— Przestańcie kpić ze mnie. 

Wtedy poczęli zaklinać się, że to prawda.  

— I gdzież ten skarb? — pytam.  

— My nie wiemy.  

Znowu się roześmiałem: 

— Ja również nie wiem — powiadam. — Możemy tak szukać skarbu do końca 

świata.  

Nie w smak im to poszło, bo nastroszyli się. 

— Nie masz z czego się śmiać — mówi John. — Nas jest więcej i są tacy, którzy 

znają drogę do skarbu.  

Powiedziałem, że wcale w to nie wierzę. Wtedy rozgadali się na dobre. Mówili, 

że jakiś farmer przypadkowo zawędrował do Doliny Śmierci. Nie mógł znaleźć 

wody... 

— Dolina Śmierci! — krzyknął Karol. — Do licha... Słyszysz, Janie? 

Kiwnąłem głową, udając spokój, bo przecież ta wiadomość mogła mnie łatwo 

wyprowadzić z równowagi. Chciałem jednak, aby Colorado jak najszybciej 

dokończył swej opowieści. 

— Mów pan, Colorado — rzekłem. — Czekamy niecierpliwie końca. 

— To po co mi przerywacie? Otóż powiedzieli mi, że ten jakiś farmer zabłądził w 

Dolinie Śmierci i znalazł skarb. Część zabrał z sobą. Wygadał się o tym 

w gospodzie w Santa Rosa. 

— Pięknie — zauważyłem — a może wiecie, skąd znalazł się skarb w tej waszej 

dolinie? 

Dostrzegłem, że porozumieli się wzrokiem.  

— Ktoś zakopał i tyle — odpowiedział John—koniokrad. 

— Dobrze — mówię. — Jadę z wami, ale co z tego będę miał? 

— Jak nas odprowadzisz w bezpieczne strony, dostaniesz szóstą część. 

— A dużo tego jest? 

— Starczy na każdego, nie martw się. 

background image

Tak sobie pogadaliśmy (opowiadam wam to w wielkim skrócie), aż poczęło się 

zmierzchać. Potem tamci dołożyli szczap do ognia i z juków wyciągnęli flachę 

wódki. Poczęli do mnie przepijać i częstować. Udałem, że niby piję, by ich nie 

zrazić, ale tak naprawdę to łyknąłem chyba tylko kropelkę. 

Ognista woda poszła im prosto do głowy i rozgadali się jeszcze bardziej. O tym 

skarbie. Że naprawdę to oni w piątkę zgromadzili ten skarb, a potem ktoś odkrył 

schowek i wszystkie kosztowności wyniósł i zakopał w innym miejscu. Na 

szczęście ten właśnie farmer... 

— Tak, tak — przerwałem — szczęśliwy to farmer dla was, bo nie dla siebie. 

Dzięki niemu odzyskacie pewnie wszystko, a i ja coś na tym zarobię. Ale jak tam 

traficie? 

— Farmer nas doprowadzi. 

— A gdzie on jest? 

— Szef wie. 

— Szef? Jaki szef? 

— Tom Gordon, morowy chłop. 

— Musieliście pewnie nieźle zarabiać, jak taki skarb uskładaliście? 

— Handlowaliśmy. 

— Czym? 

— Bydłem, końmi, wódką. 

Pomyślałem, iż w tym oświadczeniu może tkwi ziarno prawdy: handlowali 

kradzionymi końmi i bydłem, a wodą ognistą rozpijali czerwonoskórych. 

— Ale po co pieniądze zakopywaliście w ziemi? Nie lepiej było złożyć w jakimś 

banczku? I procent byłby, i bezpieczeństwo. 

— Ba — odezwał się John—koniokrad — pieniędzy to tam prawdę mówiąc 

niewiele. Za to sporo różnych złotych przedmiotów. 

— Pierwszy raz słyszę, żeby za konie płacono wyrobami ze złota. 

— Nie za konie. Woziliśmy wódkę do Meksyku. To tam dawali nam za nią różne 

takie stare świecidełka. 

background image

— Dobra — mówię, bo już wiedziałem to, com chciał. — Pojadę z wami. 

Ucieszyli się i zaraz upiekli kawał antylopy. Kiedy skończyliśmy jeść ostatnie 

kęski, usłyszałem głuchy tupot dochodzący gdzieś z głębi boru. Natychmiast 

chwycili za broń i poczęli na mnie spoglądać podejrzliwie. Wzruszyłem tylko 

ramionami. 

Po paru minutach z krzaków wyszło trzech ludzi prowadząc konie za uzdy. 

Powitano ich okrzykiem radości. Jegomość, który szedł na czele trójki, z brodą, 

od razu skierował się do mnie. 

— Kto to? — zapytał ochrypłym głosem. — Kto to jest? 

Wtedy zaczęli opowiadać jeden przez drugiego, że zwerbowali pomocnika. A 

brodacz ciągle gapił się, jakby chciał mnie wzrokiem przewiercić, aż wreszcie 

wyrwał rewolwer zza pasa i wymierzył we mnie. 

— Podnieś ręce — powiedział — i nie ruszaj się, bo strzelę. Zwiążcie go. 

Rzucili się. Nie stawiałem oporu. Po co? Kiedy skończyli swą robotę, brodacz 

począł wrzeszczeć: 

— Ach, wy durnie! Wiecie, kto to jest? Popatrzcie tylko na jego ubranie! Nikt 

inny tutaj tak się nie nosi. 

Rozdziawili gęby. 

— Nie wiecie? To Colorado. Ten sławetny traper. 

— No to świetnie, szefie — ozwał się koniokrad. — On chce do nas przystać. 

— Głupcy! — huknął. 

— Szefie — zwrócił mu uwagę jeden z podkomendnych. — Słychać was po 

całym lesie. 

Zmitygował się i odsapnął. 

— O czym żeście z nim gadali? 

— A... o niczym takim... 

— To dlaczego on chce przystać do nas? Dla towarzystwa? 

— No... nie... myśmy tylko tak ogólnie... 

— Bzdury! — wrzasnął. — Nie wiedzieliśmy, że się włóczy z tamtymi dwoma? 

background image

— Widziałem ich razem — powiedział koniokrad — ale się z nimi rozstał. 

— Co takiego? Kiedy ich widziałeś? Tylko nie kłam! Koniokrad opowiedział całą 

historyjkę naszego z nim spotkania. Brodacz, jak tego wysłuchał, wpadł w szał. 

Zaczął wymyślać od durniów i osłów. Na koniec dodał, iż wystarczyło kilku dni 

nieobecności, aby mu popsuto cały plan. Wreszcie kazał zgasić ognisko, siodłać 

konie i ruszać w drogę. 

— Po nocy? — któryś zaprotestował nieśmiało. 

— Milcz! 

— A może lepiej tamtych poszukać, szefie? 

— Byli w niewoli u Apaczów, dlaczego są na wolności? Wiesz? 

Zapytany tylko wzruszył ramionami. 

— Jak nie wiesz, niedołęgo, to nie zabieraj głosu. Sądzę, że ich wypuszczono i 

pewnie nas teraz tropią do spółki z czerwonymi skórami. 

— A oo z nim poczniemy?. — koniokrad wskazał na mnie palcem. 

Brodacz zastanowił się chwilę: 

— On tu przyszedł na przeszpiegi. Daliście się podejść, jak dzieci. Żebym ja 

wiedział, coście mu nagadali? 

— Ależ nic... nic takiego... — zapewniał towarzysz koniokrada. 

— Milcz! Wlec go z sobą nie możemy, a trupów nie lubię... Już raczej was 

powywieszałbym. Za głupotę. Postawcie go pod tamtym drzewem i mocno 

ściągnijcie krzemienie. Gdzie jego koń? 

— Nie wiemy. Powiadał, że zostawił w lesie. 

— I nie sprawdziliście? Bałwany! 

— Jak rozkażesz, pójdziemy szukać. 

— Nie ma na to czasu. Gdzie jego broń? 

— Miał tylko tę pukawkę. Obejrzał mój rewolwer. 

— Wsadźcie mu z powrotem za pas ten gruchot. Ruszamy. 

Chwycili konie za uzdy i poczęli zagłębiać się w leśny gąszcz. Brodacz, kiedy 

mnie mijał, warknął jak pies: 

background image

— Jak masz sprytnych przyjaciół, to cię uwolnią. Teraz ci uszło na sucho, ale za 

drugim razem... Pamiętaj! 

Potem zaklął obrzydliwie i odszedł. To wszystko — zakończył opowiadanie 

Colorado. 

— Oj — westchnąłem — jakoś nam się nie plecie... Wiadomości nie były 

pomyślne. Ba, nawet niebezpieczne, o czym traper jeszcze nie wiedział. 

— Janie — odezwał się Karol — co sądzisz o tym Tomie Gordonie? 

— Trudno uwierzyć, ale to przecież musi być Lesser z Rainy Valley. Co za 

bezczelność! Przybrał sobie twoje nazwisko, Karolu. 

— I szuka swego skarbu. Tak, tak... 

Teraz czas wyjaśnić, czego dotyczyła podsłuchana przez Colorado rozmowa i 

dlaczego lekkie ciarki przebiegły mi po krzyżu. 

Przed rokiem — jak już wspominałem poprzednio — na terenie Arizony 

zdołaliśmy rozgromić bandę rabusiów, która nosiła pompatyczną nazwę: Słońce 

Arizony. Jej ośrodkiem działania było małe miasteczko Rainy Valley, a szefem 

właśnie Lesser. Część uczestników bandy poległa, część dostała się w nasze ręce. 

Ale Tom Lesser zdołał uciec, pozostawiając w pewnej dolinie (zwanej Doliną 

Śmierci) ukrytą część swych łupów. Trafiliśmy tam, wydobyli i zakopali na 

nowo. Oczywiście nie w tym samym miejscu. Teraz stało się jasne, iż przywódca 

Słońca Arizony powrócił. Ani na sekundę nie wątpiłem, że rzekomy Tom Gordon 

jest Tomem Lesserem, który zdołał bądź zebrać niedobitki swej bandy, bądź 

zwerbować nowych ochotników, aby odzyskać łupy. Najgorsze w tym było to, iż 

wiedział o naszej tu obecności. 

— Myślę, Karolu — zacząłem — że Lesser powróciwszy, chyba z Meksyku, udał 

się do doliny, gdzie stwierdził, iż skarb znikł. Prawdopodobnie przypuszczał, że 

zabraliśmy wszystko. Dłużej nie miał po co kręcić się po Arizonie, to było dla 

niego niebezpieczne. Przeniósł się więc na teren Nowego Meksyku, naj-

prawdopodobniej nie mając jeszcze żadnego planu dalszego działania. Jakiś 

przypadek mu dopomógł. 

background image

— Zgadzam się z tobą. Ale w tej sprawie istnieje wiele znaków zapytania. Można 

by przypuszczać, że na przykład O’Brien zawędrował do Doliny Śmierci, odkrył 

skarb, a później chwalił się swym odkryciem. Co na to powiesz, Colorado? 

— Nie bardzo pojmuję, o co tu chodzi? Co za skarb? Skąd się wziął? Nic o tym 

dotąd nie słyszałem. 

— To zrozumiałe — odparł Karol. — Zaledwie kilka osób zostało 

wtajemniczonych. I dlatego proszę, Colorado, zachowaj tę informację dla siebie. 

I obaj opowiedzieliśmy całą historię Słońca Arizony. Traper słuchał z uwagą, ale 

zdziwił się mniej, niż tego oczekiwałem. Zauważył tylko, iż “bardzo różne 

rzeczy" wydarzają się w tych stronach. 

— Teraz rozumiem, dlaczego O’Brien powinien być cały i żywy — stwierdził. — 

Tak długo będzie żył, jak długo nie opisze dokładnie albo nie doprowadzi ich do 

miejsca, w którym znalazł złoto. Sądzę, iż wygadał się tylko o znalezisku, ale nie 

powiedział, gdzie tego dokonał. Jego szczęście. Jeśli nadal będzie sprytny, zdoła 

przewlec sprawę. Tylko na jak długo? Lękam się o Samuela... 

— Bardzo ryzykują — zauważyłem. — Wlec jeńca taki szmat drogi. Niechby tak 

natknęli się na kogokolwiek! 

— Nieprawdopodobne, doktorze. Na tych pustkowiach? 

— Przypuśćmy. Czy jednak z farmerem znajduje się jego żona i syn? 

— Nie sądzę — odparł Colorado. — Pewnie trzymają ich gdzieś na uboczu, jako 

zakładników. Na wypadek, gdyby O'Brien próbował uciec. 

— A ci dwaj z obozowiska Apaczów? Po co tam się zjawili? A może to nie byli 

ludzie Lessera? W głowie mi się przewraca z tego wszystkiego — stwierdziłem 

samokrytycznie. 

— Teraz znowu mój domysł, Janie — odparł Karol. — Przypuszczam, iż Lesser 

wysłał swych ludzi, aby potwierdzili podejrzenia Małego Jelenia i aby nas jak 

najdłużej zatrzymano. Sam tam nie poszedł, nie chciał, abyśmy go poznali. Bo że 

Pehnulte odjechał, o tym musiał wiedzieć. Ale z tego wniosek dość pocieszający. 

— Nie widzę w tym nic pocieszającego. 

background image

— Lesser lęka się nas. Nie chce dopuścić do otwartej walki. Nic dziwnego, że się 

tak wściekł usłyszawszy, że znowu bujamy na wolności. 

— Ciągle nie pojmuję. Przecież Lesser nie mógł wiedzieć, że nas schwytano i 

oskarżono o podpalenie! 

— Nie tylko mógł, ale nawet musiał. Stawiam dolary przeciw orzechom, że kiedy 

Mały Jeleń zdybał nas przy zgliszczach farmy, ktoś z członków bandy, (a może 

sam Lesser?) znajdował się w pobliżu. 

Westchnąłem głęboko: 

— Widać to tutejszy klimat tak na mnie działa, ale jeszcze nie wszystko pojąłem. 

Gdybym całą sprawę opisał w jakimś modnym westernie, nie uwierzyłby w nią 

chyba żaden z czytelników! 

— Ech, doktorze — wtrącił się Colorado — samo życie stwarza sytuacje, w 

prawdę których trudno uwierzyć. Wiem coś o tym. 

— Czego jeszcze nie pojąłeś, Janie? 

— W jakim celu człowiek Lessera, lub sam Lesser, czekał pod farmą? 

— Żeby sprawdzić, jak się zachowamy. Lesser musiał wiedzieć, że gościmy u 

O’Briena. W godzinach, w których najspokojniej polowaliśmy sobie nad rzeką, 

“ktoś" odwiedził Irlandczyka, i to ktoś mu znajomy. O’Brien zapewne pochwalił 

się, jakich to gości ma w domu. Możesz sobie wyobrazić, jak taka wiadomość 

zaskoczyła Lessera i przeraziła jednocześnie. Ale nie w tym stopniu, by 

zrezygnował ze swego zamierzenia. Ani go odłożył na później. Być może, że i 

tutaj nie czuje się zbyt bezpiecznie i nie chce przedłużać swego pobytu. 

Postanowił więc działać błyskawicznie, uprzedzając nasz powrót z polowania. 

Gdy porwano irlandzką rodzinę, czekał z kolei na nas. To było sprytne 

posunięcie, ani słowa. Pewnie chciał z kolei i nas porwać. 

— Albo zastrzelić — dodałem. 

— Nie sądzę — włączył się do rozmowy Colorado. — Gdyby kto znalazł nasze 

trupy, sprawa stałaby się zbyt głośna. 

— Przypuśćmy. Chociaż moim zdaniem podpalenie domu to również “głośna" 

background image

sprawa. 

— Dom mógł spłonąć przypadkowo. Gospodarze się wynieśli. Nie istnieje nawet 

ślad przestępstwa. Mniejsza zresztą z tym. Faktem jest, iż Mały Jeleń nieświa-

domie bardzo dopomógł Lesserowi, biorąc nas do niewoli. I Lesser, albo ktoś z 

jego ludzi, był tego świadkiem. 

— Mogło tak być — odparłem. — Ale co teraz? Czy mamy go ścigać aż do 

Arizony? To bardzo komplikuje nasze plany... 

— Będziemy ścigać — odparł poważnie Karol. — Aż do skutku. 

— I znowu zastępować szeryfów — powiedziałem zgryźliwie. — Jakby ich tu 

brakowało... 

— Są, są. Ale nie przemierzają tego kraju na koniach, tylko siedzą po 

miasteczkach. Nie możesz temu się dziwić, Janie. Ostatecznie, pilnują swoich po-

dwórek. 

— Chyba — zwrócił uwagę Colorado — nie jest dla nas najważniejsze, co robią 

szeryfowie, a czego nie robią. Trzeba ścigać Lessera i schwytać go, zanim znowu 

nie wyniesie się do jakiegoś Meksyku. Od tego przecież zależy uwolnienie 

O'Briena. Nie wiem, jak wy, ale ja Samuela nie zostawię w takim nieszczęściu. 

— Ani my — stwierdził energicznie Karol. 

— No właśnie. Musimy capnąć Lessera najpóźniej w Dolinie Śmierci, kiedy 

będzie ładował swe skarby. W przeciwnym wypadku życie O'Briena niewarte i 

złamanego centa! Pamiętacie drogę do tej doliny? 

Przytaknęliśmy, a ja dodałem: 

— Żeby tylko nasz koniokrad i ten jego kumpel nie wygadali się przed Lesserem, 

z czym to panu się zwierzyli. To by diabelnie zagmatwało sprawę. 

— Dam sobie zdjąć skalp — oświadczył traper — jeśli to kto potrafi, że na ten 

temat nie pisnęli nawet słówka. Ze strachu przed swym szefem. Nie, nie. Myślę 

nawet, że mnie po cichu nadal uważają za nieszkodliwego dla nich człowieka. 

No, ale dość tych rozważań. Udamy się prościutko śladami Lessera. Żeby nie 

wiem jak kręcił, nie umknie. Ruszajmy! 

background image

— Jeszcze chwilkę — powiedziałem. — Czy nie wspominałeś, Colorado, że na 

farmę napadło trzech ludzi?... 

— Być może nawet czterech. Ale to nie ja wspominałem, to powiedziały tropy, 

trochę zamazane. 

— Zgoda. Gdzie byli inni z tej bandy? 

— Nie jestem jasnowidzem, doktorze. Proszę tego ode mnie nie wymagać. Może 

o tym dowiemy się później. 

Wzięliśmy konie za uzdy i wkroczyliśmy w las. Tropy były wyraźne i odczytać je 

bezbłędnie, potrafiłby nawet greenhorn. 

— To właśnie mi się nie podoba — stwierdził stary traper, gdy wyraziłem 

zadowolenie z tego faktu. — Są zbyt dokładne. Bardzo proszę, uważajcie na boki. 

Patrzcie pilnie na prawo i na lewo. Zwracajcie uwagę na najdrobniejsze znaki. 

Jestem przekonany, że ten wyraźny trop wyprowadzi nas na bezdroża. 

Posuwaliśmy się przez coraz większy gąszcz krzewów i małych drzewek. Jeden 

czy dwu uciekinierów mogło w takim miejscu wygodnie skręcić w bok i 

anibyśmy zauważyli. Wytrzeszczaliśmy więc oczy, jak tego żądał Colorado. 

Wreszcie wydostaliśmy się z zarośli, drzewa poczęły rzednąć. Wskoczyliśmy na 

siodła i jechali stępa, a miejscami nawet kłusa. Dobrze po południu daliśmy 

odpocząć zwierzętom. Na małej, szmaragdową trawą pokrytej polance 

roznieciliśmy skromny ogieniek, a Colorado — wierny swemu zwyczajowi — 

zanim usiadł, obszedł dokoła las. 

Posiłek wypadł skromnie: resztki suszonego mięsa i suchary. Nie mogliśmy 

przecież przewidzieć, że [wplatamy się w tragiczną przygodę O’Briena, że w 

konsekwencji wielodniowego pościgu nie starczy nam czasu na polowanie. 

Gdyby nie przymusowy pobyt wśród Apaczów, którzy nas tak dobrze karmili, już 

dawno wyczerpałyby się nam resztki zapasów. 

— A gdyby jednak zapolować? — zaproponowałem gryząc bez apetytu twarde 

jak kamień kawałki mięsa. 

— Ba — odparł Karol — nie wolno nam ryzykować ani jednego strzału. Ścigani 

background image

usłyszą huk. Nieodpowiednia to pora. 

Nie nalegałem więc. W kwaśnym humorze docisnąłem popręgów swego konia. 

On przynajmniej nie mógł narzekać. Na każdym postoju miał świeżej trawy w 

bród. 

Za polanką drzewa rosły coraz rzadziej, znikło wilgotne poszycie, spod którego 

wyjrzała zbita, twarda ziemia, wydająca pod kopytami głuchy odgłos. Trop, po 

którym dążyliśmy, nie był już tak wyraźny jak dawniej, miejscami zanikał. I tylko 

doświadczone oczy pozwalały na jazdę bez przystanków. Tak posuwając się 

minęliśmy ostatnie samotne świerki. Teraz przed nami ciągnęła się bezkresna 

płaszczyzna jałowej gleby: jakieś zrudziałe piaski, obłe pagórki, porosłe 

kolczastymi krzewami. Gdzieniegdzie sterczał kaktus o dziwacznych kształtach, 

rozwidlający się na kształt postawionego sztorcem widelca. Cała ta przestrzeń 

nawet w blasku słońca sprawiała posępne wrażenie. Wstrzymaliśmy konie i 

patrzeli na daleki horyzont. Nigdzie najdrobniejszego śladu człowieka ani 

zwierzęcia, nigdzie zielonej plamy. Wszystko namalowaną zostało przez 

przyrodę jednostajnym, szarobrązowym kolorem. Mimo woli wzdrygnąłem się. 

Colorado milczał i rozglądał się dokoła ze skupioną powagą. 

— Niebezpieczne strony — odezwał się po chwili. — Prawie jak pustynia. 

Zabłądzić łatwo, zginąć z pragnienia również. A poza tym: skorpiony, jadowite 

pająki i żmije. Innej zwierzyny tu nie uświadczysz. Nie to mnie jednak 

najbardziej martwi, ale brak wody w naszych worach, a po drodze jej nie 

znajdziemy. I to długo. Niegdyś towarzyszyłem karawanie osadników jadących 

przez te bezdroża. Tędy wiodła najkrótsza trasa, a przecież wlekliśmy się trzy dni. 

I przez trzy dni nie widziałeś ani drzewka, ani najmniejszej trawki, ani 

przyzwoitego zwierzęcia. Tylko sępy na niebie. Tfu! Diabelski to kraj, w sam raz 

pasuje do Lessera i jego bandy. Pewnie dlatego wybrał sobie taką trasę. 

— Zatrzymali się — przerwał mu Karol odejmując od oczu lornetkę. 

— Widzisz ich? — zapytałem. 

— Widzę ślady. Ziemia stratowana, jakby urządzali koński turniej. Jedźmy. 

background image

Ruszyliśmy cwałem, aby po paru minutach takiej jazdy stwierdzić, iż Karol nie 

mylił się. Siady były wyraźne, konie musiały tu stać dłużej, bo piach został 

skopany dokoła, i to na dużej przestrzeni. 

— Rozdzielili się — stwierdził Colorado — spójrzcie. 

Zeskoczyliśmy z siodeł, aby przyjrzeć się odciskom kopyt. Trop rozwidlał się 

prawie pod kątem prostym. 

— Tu stali i naradzali się — zwrócił nam uwagę Karol. — Następnie dwa konie 

odjechały w bok, reszta ruszyła prosto. Zagadka. 

— Zagadkę rozwiążemy — stwierdził traper — ale rozdzielać się nie będziemy. 

Wystarczy wybrać kierunek. Gdyby tak można odczytać trop konia Lessera... 

— Gdyby tak można — powtórzył Karol i zamyślił się chwilę. — Colorado, 

wspominał pan, że nie ma tu ani odrobiny wody. 

— W najbliższej okolicy na pewno nie. A dalej? Nie badałem tej pustyni. Zaraz... 

poczekajcie, coś mi świta... Tak, słyszałem. Opowiadał mi przewodnik karawany. 

Czy to bajka, czy nie bajka... nie wiem, ale gdzieś w tych stronach ma stać jakiś 

dom... Gdzie? 

— Podobno w samym środku tych bezdroży. 

— Jak dom to i ludzie — powiedziałem. 

— O ludziach nic nie wiem. 

— Więc kto go i po co zbudował? 

— Powiadano mi, że jakiś wariat ubzdurał sobie, że założy tu farmę. Twierdził, że 

te piachy są niesłychanie żyzne, byle im dostarczyć wilgoci. Zabrał się do kopania 

studni, sprowadził ludzi i materiały, wzniósł budynki. Kosztowało go to sporo. 

— I wody nie znalazł — wtrąciłem. 

— Właśnie, że znalazł. Dokopał się, sprowadził pompę. Ale na budowę kanałów 

irygacyjnych nie starczyło mu już pieniędzy. Któregoś dnia zwolnił swoich 

pomocników, wsiadł na konia i odjechał. Podobno budynki stoją po dziś dzień, 

suchy klimat świetnie je konserwuje. A studnia z pompą jakoby nadal dostarcza 

wody. Paru śmiałków usiłowało dotrzeć do zagrody, ale nie trafili. Tyle wiem. I 

background image

jeszcze jedno: podobno do tej opuszczonej chałupy jedzie się trzy, cztery dni. Ale 

co nam z tego? Tak długo bez wody nie wytrzymamy. W głębi pustyni jest dwa 

razy goręcej niż tu. Człowiek wypaca z siebie wszelką wilgoć, robi się suchy jak 

szczapa i pada. Myślę, że to prawda. Gdy piasek się nagrzeje, pali jak wielki piec 

pełen węgla. Nie mamy wody, nie mamy jedzenia. Czyżby Lesser mógł się nam 

wymknąć? Musi być pewny swego, dlatego śladów nie zacierał. 

— Najpierw wybierzmy kierunek — zaproponował Karol. — Nie możemy przez 

pustynię, skręćmy w prawo, za tym bocznym tropem. Tak czy siak, zawsze 

znajdziemy się na śladach bandy. 

— Zgoda. Skręcajmy. 

Z miejsca ruszyliśmy galopem. Bure obłoczki kurzu wzbiły się w powietrze. Po 

kilku minutach czułem, jak pył pokrywa mi twarz, jak piasek trzeszczy w zębach 

i drapie za koszulą. Słońce poczęło palić nieznośnie, więc z utęsknieniem 

spoglądałem na czarną linię lasu, ciągnącą się równolegle do kierunku naszej 

jazdy, w odległości dobrej mili. Ten galop nie trwał jednak długo, bo oto 

Colorado raptownie wstrzymał wierzchowca: 

— Patrzcie! Zatarli, wszystko zatarli, spryciarze!  

Nie mylił się. Zdeptana ścieżynka zginęła nagle wśród piasku i twardych, 

wielkich grud gliny. 

— Obwiązali koniom kopyta — stwierdził Karol. 

— I pięknie za sobą zamietli — dorzucił Colorado. — Spodziewali się nas. 

Zeskoczyliśmy z siodeł. Nastąpiła najżmudniejsza część wyprawy. 

Maszerowaliśmy zygzakiem, raz w prawo, raz w lewo, jak psy węszące za 

zwierzyną. Trwało to długo, bardzo długo i... bezskutecznie. Zupełnie jakby 

uciekający nagle zapadli się w ziemię lub frunęli w powietrze. Nużyło mnie to 

szukanie, ale milczałem. Na szczęście Colorado widać również się zniechęcił. 

— Dosyć — powiedział przystając. — W ten sposób nic nie osiągniemy. 

Trafiliśmy na sprytniejszych. Proponuję coś innego: wsiadajmy na konie i jedźmy 

równolegle do linii lasu. Jeśli się nie mylę, w ten właśnie sposób szybciej trafimy 

background image

na urwany trop. 

— Skąd taka pewność? — zapytał Karol. — Mogli skręcić z miejsca wprost na 

pustynię. 

— To nieprawdopodobne. Zastanówmy się chwilę: w jakim celu rozdzielili się? 

Dlaczego tylko dwu ludzi zmieniło kierunek, a reszta pojechała prosto? Czy po to, 

aby nas zmylić? Dlaczego pierwszy ślad nie został zatarty, tylko ten boczny? No? 

Pomyślcie. 

— Wygląda na to, iż uciekającym zależy, abyśmy gnali za nimi wprost na 

pustynię — powiedziałem. 

— Albo po prostu wiedzą, iż tym tropem i tak nie ruszymy — sprostował 

Colorado. 

— Ależ dlaczego? 

— Dlatego, doktorze, że nie wolno zapuszczać się w te bezdroża bez zapasu 

wody. Więc według ich kalkulacji jeśli nawet za nimi ruszymy, wkrótce 

będziemy zmuszeni zaniechać pościgu. Właśnie z braku wody. 

— Pięknie — odparłem — może i tak być, ale to wszystko nie tłumaczy powodu 

odłączenia się od całej grupy dwu jeźdźców. 

— Pojechali po wodę dla oddziału — mruknął Karol. — To oczywiste. 

— Gdzież tu woda?! — wykrzyknąłem. 

— A jednak musi być — stwierdził stary traper — albo ja nie umiem myśleć 

prawidłowo. A jeśli tu jest źródło wody, to tylko w pobliżu jakiejś kępy zieleni. 

Nie widzę w okolicy nic zielonego poza lasem. Z tego wniosek, iż źródełko czy 

jeziorko musi znajdować się albo na skraju pustyni, albo nawet wśród pierwszych 

już drzew. Dlatego właśnie proponuję jechać równolegle do lasu. Jestem pewien, 

że po pewnym czasie na nowo ujrzymy zagubione tropy, jakem Co lorado! 

Wskoczyliśmy na konie. Przed nami ciągnęła się ciągle ta sama pustynia, 

zupełnie jałowa. Minęła godzina. 

— Colorado — odezwałem się — wracajmy. To błędny trop. 

— Wręcz przeciwnie, doktorze. 

background image

Zatrzymał raptem wierzchowca, zeskoczył z siodła, pochylił się i podniósł z 

piachu jakiś drobiazg, który podał mi na otwartej dłoni. Był to kawałeczek gałązki 

iglastego drzewa. Zielonej gałązki. 

— Jak pan myśli, doktorze, skąd to się tutaj wzięło? Nie wyrosło przecież, ani 

wiatr nie przyniósł z lasu. Zbyt daleko. Ot, po prostu ten kawałeczek zieleniny 

oderwał się od miotły, którą zacierali ślad. Naprzód, dżentelmeni! 

Znaleziona gałązka była wystarczającym argumentem, aby popędzić konie. 

Jeszcze kilkanaście minut jazdy i oto — porzucona gałąź, a za nią wyraźny ślad 

kopyt. 

— Wspaniale, Colorado! — zawołałem. 

— Sza, doktorze. Nie tak głośno, jesteśmy zapewne niedaleko celu. 

Od tego miejsca linia tropów wiodła nas coraz bliżej lasu, aż wreszcie przeciął 

nam drogę zielony cypel. Tu puszcza werżnęła się w morze piasków. Gdy 

podjechaliśmy, ujrzałem niewielkie jeziorko okolone pasem liściastych krzaków. 

Woda była zimna i kryształowo czysta. Jakiś podziemny nurt musiał zasilać ten 

zbiornik, bo odnalazłem tylko jego ujście — małą rzeczułkę zwężającą się coraz 

bardziej, na koniec ginącą nikłymi strużkami wilgoci w czerwonym piachu. 

Ziemia dokoła została zdeptana: odciski butów i kopyt znaczyły kraniec jeziorka, 

a potem ciągnęły się wzdłuż tej dziwnej rzeczki i dalej, hen w głąb pustyni. 

background image

Samotny jeździec 

 

Od chwili opuszczenia jeziorka minęły już dwa dni monotonnej jazdy. Wiodły 

nas tropy. Raz wyraźne, innym razem ginące i mozolnie odszukiwane. Dokoła 

ciągnęła się ta sama pustynia o ceglastobrudnej barwie, gdzie nawet kaktus 

należał do rzadkości. Zapasy wody zebrane w worki i manierki zmniejszyły się w 

sposób niepokojący. Pod koniec drugiego dnia musieliśmy ograniczyć porcje. 

Chodziło tu przede wszystkim o konie. Jeśli one padną z pragnienia, nigdy nie 

wydostaniemy się z tych przeklętych bezdroży! Na szczęście wieźliśmy jeszcze 

sporo świeżej trawy i zielonych liści. Za przykładem Colorado narwaliśmy tego, 

ile się dało, i poupychali, gdzie się dało. Zieleninę wiozłem nawet w kieszeniach 

swej myśliwskiej kurty, nie mówiąc już o jukach. Na jak długo tego starczy? Z 

żywnością dla nas sprawa przedstawiała się gorzej. Nie mieliśmy już ani kawałka 

mięsa, nawet suszonego, a jedynie pemikan, suchary i kawę. 

W smętnym nastroju kładłem się spać przy skąpym ogieńku roznieconym z kilku 

zeschniętych drzazg kaktusa. A że Karol dowodził, iż w tych stronach nocne 

ognisko to rzecz zbyteczna — nie ma tu drapieżników — nocny chłód, jaki 

następował po dziennej spiekocie, dobrze mi się dawał we znaki. Kuliłem się pod 

pledem, marząc o trzaskających złotym płomieniem polanach. W wyniku — 

ledwo drzemałem, budząc się co chwila zmarznięty na kość, i nocną wartę 

uznałem tym razem za przyjemną rozrywkę. 

Do białego ranka nie przytrafiło się nic godnego uwagi. Kiedy niebo poczęło 

różowieć, zrobiło się jeszcze zimniej. Szczękając zębami rzuciłem na prawie 

wystygły popiół resztki kaktusowych wiórów, roznieciłem szybko ogień i — 

niepomny na nakazy oszczędnościowe — nastawiłem wodę na kawę aż w trzech 

pełnych po brzegi naczyniach. Moi towarzysze jeszcze spali. Kiedy woda zaczęła 

wrzeć, dość bezceremonialnie ich zbudziłem. Byli tak zaspani i tak przemarz-

background image

nięci, iż bez słowa protestu przyjęli z moich rąk wielkie kubki pachnącego 

napoju. Ze słowami nagany spotkałem się dopiero podczas pojenia koni. Wtedy 

mój postępek określił Karol jako szaleństwo, a Colorado stwierdził zgryźliwie, że 

on sam jest bardzo wytrzymały na pragnienie, jeśli jednak “ktoś inny" — tu 

zerknął na mnie — pocznie narzekać, niech sobie przypomni własny nierozważny 

postępek. Na dalsze uwagi tego rodzaju nie starczyło mu czasu, bo trzeba było 

jechać jak najszybciej. 

Konie biegły rączo w rannym chłodzie i zanim słońce wspięło się na szczyt nieba, 

przebyliśmy dobrych kilka mil. Taka szybka jazda była możliwa dzięki 

zadziwiającej intuicji Colorado. Gdy tropy zacierały się, a nawet raptownie nikły, 

nie zwalniał biegu, jakby instynktownie przeczuwając ich kierunek, i po paru 

minutach znowu na nie trafiał. W południe uczyniło się tak gorąco, że nie sposób 

było dalej wędrować. Zatrzymaliśmy się w samym sercu bezkresnej płaszczyzny, 

rozglądając się dokoła w poszukiwaniu chociaż skrawka cienia. Ale nigdzie ani 

marnego drzewa, ani skały. Siedliśmy na piachu, rozpinając 

nad sobą prymitywny namiot z derek podpartych strzelbami. 

W ustach mi zaschło, język stwardniał na kołek, ale pomny na ranną rozrzutność 

ani słowem nie wspomniałem o wodzie. Moi towarzysze zapadli w głębokie 

milczenie. 

Siedzieliśmy ponurzy i nieruchomi jak trzy posągi. Przez otwór 

improwizowanego namiotu widziałem nasze biedne konie sterczące z 

opuszczonymi łbami. Krople potu ściekały po ich karkach. Spoglądałem na nie 

wzrokiem pełnym apatii, ciężko oddychając rozgrzanym powietrzem. I właśnie 

wówczas zauważyłem, jak kościsty wierzchowiec Colorado uniósł głowę. 

Wstrząsnął grzywą i cicho parsknął. Jego pan również to zauważył, bo 

natychmiast się zerwał z ziemi i wybiegł trącając jedną ze strzelb—podpórek. 

Namiot zawalił się. Ledwo wygrzebałem się spośród zwojów sukna. I oto, co 

ujrzałem: na pierwszym planie — Colorado z rewolwerem w dłoni, na drugim — 

konie strzygące uszami, z rozdętymi chrapami i głowami wyciągniętymi w 

background image

kierunku wiatru, który nie przynosił ochłody, na trzecim planie, w dali jaskrawo 

błyszczącej w słońcu — jakiś cień sunący w naszym kierunku. Zmęczenie znikło. 

Chwyciłem za lornetkę: 

— Jeździec — powiedziałem ochrypłym głosem. 

— Tak to wygląda — przytaknął Colorado. — Ależ się wlecze... 

— Może pada z pragnienia? 

Podbiegłem do konia i wskoczyłem na siodło. Myśl, że zabłąkany wędrowiec tuż 

prawie obok nas ginie z pragnienia, przywróciła mi siły. Spiąłem wierzchowca do 

galopu i ruszyłem nie oglądając się. Usłyszałem jeszcze głos Colorado: 

— Ostrożnie, doktorze! To może być zasadzka..? Potem ogarnęła mnie cisza 

martwej przestrzeni mącona tylko głuchymi uderzeniami kopyt. Odległość 

szybko malała, aż to, co było dotąd sylwetką, cieniem, stało się wyraźnym 

kształtem. Zbliżał się ku mnie koń. Bez jeźdźca. Z opuszczonym łbem i cuglami, 

które wlokły się po ziemi. Zatrzymałem się tuż przy nim. Sierść zwierzęcia 

znaczyły białe płaty piany, oczy miał zamglone, niewidzące, a zad znaczyła 

czerwona, podłużna plama zakrzepłej krwi. 

Na pierwszy rzut oka łatwo było dostrzec, iż koń jest u kresu sił. Poznałem to po 

drżeniu nóg i po całkowitej obojętności, jaką okazał, gdy go zatrzymałem. 

Wiedziałem, iż nie ruszy się teraz z miejsca, a jeśli go do tego zmuszę — padnie. 

Obejrzałem się. Moi towarzysze wciąż jeszcze byli dość daleko. Zeskoczyłem z 

siodła, wyciągnąłem z juków płaski garnczek, napełniłem go wodą zaczerpniętą z 

płóciennego bukłaka. Niełatwo mi to poszło, bo mój własny wierzchowiec, 

poczuwszy wilgoć, począł się kręcić w miejscu. Krzyknąłem, żeby się uspokoił, i 

podsunąłem naczynie pod nozdrza nieszczęsnego wędrowca. Wciągnął głęboko 

powietrze i zanurzył pysk w garnku. Opróżnił go szybko, potem parsknął. To był 

dobry znak. Moi towarzysze nadjeżdżali. Dosiadłem konia i ruszyłem dalej, 

nękany wyrzutami sumienia, że dla konia zapomniałem o jeźdźcu. 

Ślad był wyraźny. Biegł równolegle do tropów ściganych przez nas ludzi. 

Ujechawszy z pół mili ujrzałem człowieka leżącego bezwładnie pod samotnym 

background image

kaktusem, w pyle pustyni. Kapelusz o szerokim rondzie zsunął mu się z czoła i 

odsłonił głowę pokrytą gęstym, siwiejącym włosem. 

Ukląkłem przy nim, chwyciłem za przegub ręki. Nie wyczułem tętna. Rozpiąłem 

kurtę — rozchylona koszula była mocno skrwawiona. Ten człowiek wcale nie 

zginął z pragnienia. Padł od kuli! 

Jednakże nic tu nie wskazywało na walkę, nie dostrzegłem na piachu nawet 

śladów pogoni. Więcej nawet — stwierdziłem, iż wierzchowiec zabitego od 

dawna już posuwał się stępa. Prawdopodobnie bardzo długo niósł na grzbiecie 

nieprzytomnego człowieka, który wreszcie — osłabiony upływem krwi i żarem 

lejącym się z nieba — spadł z siodła. 

Colorado nadjeżdżał cwałem. Zdumiałem się widząc, jak pobladł mimo 

opalenizny. 

— Roger Drake! — krzyknął ściągając cugle koniowi, a potem stając obok mnie, 

powtórzył: 

— Roger Drake. Któż by się spodziewał... 

— Pan go znał? — zapytałem i w tej samej chwili zdałem sobie sprawę z 

bezsensowności tych słów. 

— To stare dzieje, doktorze. Co z nim?  

Rozłożyłem bezradnie ręce: 

— Żaden lekarz nie pomoże... 

— Na to mu przyszło — szepnął, a później, zwracając się do mnie i do Karola: — 

Szukałem go przez dwadzieścia lat... 

Ukląkł przy leżącym i dodał tonem usprawiedliwienia: 

— Muszę przeszukać ubranie. To ważne. 

Staliśmy nieruchomi, gdy Colorado drobiazgowo badał kieszenie skórzanej 

kurtki. 

— Nie ma nic — stwierdził. — Woreczek z tytoniem i fajka. Szkoda. 

Nie potrafiłem odgadnąć, czego poszukiwał stary traper i czego to mu było 

“szkoda". 

background image

Straciliśmy sporo czasu na wykopanie grobu, bo chociaż ziemia była piaszczysta i 

miękka, nie mieliśmy łopaty. Musiały ją zastąpić nasze dłonie. 

Kiedy wreszcie przy samotnym kaktusie wyrósł malutki pagórek, siedliśmy 

wokół, śmiertelnie zmęczeni. Bezlitosne słońce prażyło ogniem. Dyszałem jak 

ryba wyjęta z wody. Wierzchowce stały nieruchomo i tylko słychać było cichy 

szelest ziarenek piasku przesypującego się w lekkich podmuchach skwarnego 

wiatru. 

— To byłoby zabawne — odezwał się nagle Colorado. — Byłoby zabawne, 

gdybyśmy właśnie przez niego — wskazał palcem na kopczyk — musieli tu 

zginąć. Widział pan jego twarz, doktorze? 

Skinąłem głową. 

— I co pan o niej może powiedzieć? , 

Przypomina wizerunki rzymskich patrycjuszów, tyle w niej jakiejś godności — 

odparłem zapominając, iż traper mógł nigdy nie słyszeć o Rzymianach, a tym 

bardziej o patrycjuszach. 

Ale on skinął tylko głową i dodał ku memu zdumieniu. 

— Właśnie, wygląda jak podobizna Juliusza Cezara odbita na starej monecie. 

— Ktoś bliski?...  

Machnął przecząco ręką: 

— O, nie! Nie uwierzycie, że ten człowiek o tak dostojnym obliczu wciągnął do 

piekła więcej ludzi, niż miał włosów na głowie. Wszystko w nim było kłamliwe i 

oszukańcze. A twarz najbardziej. Sam się o tym przekonałem, szkoda, że tak... 

późno. 

Ostatnie słowa wypowiedział już szeptem. Nie pytałem więcej, a Karol krótko 

zagadnął: 

— Ruszamy? 

— Natychmiast. Wody coraz mniej, a amatorów na nią przyrosło. Pan napoił tego 

konia, doktorze — stwierdził. — Piękne zwierzę, kiedy indziej bardzo bym się z 

takiego nabytku ucieszył. Sprawdźmy juki. Może zdradzą nam, dlaczego 

background image

strzelano do tego człowieka. 

Począł nerwowo odpinać paski. Zawartość juków okazała się zdumiewająca: 

jeden z nich został wypchany po brzegi monetami. Były to meksykańskie 

pieniądze, niektóre już dawno wyszłe z obiegu, z podobizną głowy cesarza 

Maksymiliana lub jeszcze starsze, opatrzone dziwacznymi hieroglifami. Zupełnie 

jakby pochodziły z okresu pierwszych konkwistadorów. I wszystkie złote. 

Zagłębiłem rękę po łokieć i z głębi wyciągnąłem kilka francuskich ludwików. 

— Sprawa się wyjaśniła — powiedziałem. — Dlatego go zabito. 

— Ale czemu nie ścigano? — zagadnął Karol. 

— On chyba obrabował muzeum — powiedział Colorado. 

Ogarnęło mnie niedobre przeczucie. Spojrzałem na Karola. Oglądał w skupieniu 

błyszczący krążek. 

— Zajrzyjmy do drugiego z juków. 

Odpiąłem szybko paski. Odchyliłem skórzaną klapę, sięgnąłem ręką w głąb i 

wyciągnąłem półokrągłą zausznicę, złotą, wysadzaną błękitnymi kamieniami. 

Nie znam się na tych rzeczach, ale sądząc po wykonaniu, przedmiot musiał być 

bardzo stary. 

— Obawiam się, Karolu, że ktoś jeszcze poza O’Brienem odkrył skarb Lessera. 

— Być może, Janie. 

— Może? — krzyknąłem. — Przecież w Dolinie Śmierci oglądaliśmy podobne 

klejnoty. 

— Podobne nie znaczy te same. Trudno coś twierdzić przed sprawdzeniem. 

— A więc powinniśmy jechać do Doliny Śmierci. Najpierw O’Brien, a teraz 

jeszcze to! Wydaje mi się, że w ten sposób nigdy nie dotrzemy do granic 

Meksyku. 

— Patrzcie — Colorado wydobył na światło słoneczne lśniącą broszę. 

— Roger Drake miał nosa. Wiedział, co zabierać. Co chcecie z tym uczynić? — 

zwrócił się do nas. — Nie będziecie chyba odwozić wszystkiego do Doliny 

Śmierci. Nie pora teraz na to. I czy to na pewno jest skarb “waszego" Lessera? 

background image

Wyjaśniłem, iż przedmioty te bardzo przypominają to, co znaleźliśmy w dolinie. I 

że moim zdaniem... 

— Ot, fantaści — przerwał mi. — Nie mogliście od razu wszystkiego stamtąd 

zabrać? Nie byłoby teraz wątpliwości, a biedny Samuel nie wplątałby się w taką 

kabałę. 

Więc znowu opowiedziałem, że gdy znaleźliśmy skarb, postanowiliśmy nic nie 

zabierać, a wielkie bogactwo przeznaczyć na jakiś wspólny cel. 

Colorado wzruszył ramionami: 

— Strzeliliście głupstwo. Niejeden sądzi, że jak coś zakopie, to już tego sam 

diabeł nie odkryje. A wiadomo: jak człowiek schował, człowiek odnajdzie. 

Martwcie się teraz sami. Ja tylko pytam: co chcecie z tym robić? Jeśli macie 

zamiar wieźć z sobą, umywam od wszystkiego ręce. 

— Ależ Colorado! — zawołałem. — Co pan ma na myśli? 

— Myślę, że ścigamy bandytów i że jeszcze możemy się znaleźć w nie lada 

tarapatach, a to — wskazał na rozwarte juki — przysporzy nam kłopotów. 

Zrabowane diabelskie złoto! Nie, nie! Ja z tym nie pojadę. Na dobrą sprawę konia 

należałoby również tu zostawić, ale mi żal zwierzęcia. Wierzcie mi, mam dobre 

doświadczenie. Musimy to zakopać, natychmiast. Właśnie tu, przy tej mogile. 

Czekam na waszą decyzję. 

Spojrzałem na Karola, Karol spojrzał na mnie: 

— W tym, co mówi Colorado, jest sporo słuszności. Zakopmy — powiedział. 

— A jeśli to jest część skarbu Lessera? — zaprotestowałem. 

— To wrócimy tu później.  

Nie sprzeciwiałem się dłużej. 

W chwilę później musiałem wziąć udział w mozolnym grzebaniu nowego dołka. 

Kiedy uznaliśmy go za odpowiednio głęboki, cisnęliśmy weń oba juki i dokładnie 

zasypali. Pomyślałem wówczas, że dopóki widnieją nasze i tych, których 

ściągamy, tropy, trafić do tego miejsca nie będzie trudno. Kiedy jednak wiatr 

zawieje ślady i wyrówna grobowy kopczyk, nikt nie odnajdzie zakopanych 

background image

kosztowności. 

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Zająłem miejsce na końcu naszej małej kawalkady, 

wiodąc na długiej uździe konia Rogera Drake. Kim on był? — myślałem. — Co 

go łączyło z Colorado? Ale przede wszystkim: w jaki sposób wszedł w posiadanie 

złotych monet i drogocennych wyrobów? I czy to część skarbów Lessera? 

Nad wieczorem, gdy słońce poczęło sięgać horyzontu, dostrzegliśmy w dali szare, 

zamazane zarysy jakiejś budowli czy też wzniesienia. Z takiej odległości nie 

sposób było stwierdzić. 

Zatrzymaliśmy; się na chwilę, aby napoić konie odrobiną wody. Wtedy Colorado, 

który miał z nas wszystkich najlepszy wzrok, poprosił mnie o lornetką i długo 

przyglądał się zagadkowym kształtom. 

— To jest dom — stwierdził. — I to nie jeden, lecz parę zabudowań. Nic innego, 

jak tylko zagroda tego zwariowanego rolnika. A skoro zabudowania, to i woda. W 

tych stronach nie istnieje żadna inna chałupa. Z tego wniosek: dalej jechać nie 

możemy. Być może Lesser z towarzyszami odpoczywają teraz na farmie. Szybko 

by nas dostrzegł. 

Zeskoczył z siodła, wyjął z juków zaostrzony palik, wbił go obcasem buta w 

ziemię, zarzucił swemu koniowi koniec lassa na szyję, a drugi przywiązał do 

kółka. 

Postąpiliśmy podobnie. 

— Colorado — zapytałem w pewnej chwili, gdy siedząc na kopczyku piachu 

zapaliliśmy fajki — skąd pan wie o Juliuszu Cezarze? Na prerii tego nie uczą. 

Zaśmiał się cicho, pyknął kłębem dymu: 

— Myśli pan, doktorze, że ja zawsze wędrowałem prerią?. 

background image

Dom na pustkowiu 

 

W miarę jak niebo ciemniało, robiło się coraz chłodniej. Pozbawiona roślinności 

naga płaszczyzna bardzo szybko traciła ciepło. Nim pierwsze gwiazdy ukazały się 

na niebie, począłem szczękać zębami. Rozwinąłem koc i otuliłem się nim 

dokładnie. Skulony, oparłem głowę na podgiętych kolanach i w tak niewygodnej 

pozycji zapadłem w jakąś półdrzemkę. Kiedy mnie zbudzono, rozprostowałem 

zdrętwiały kark i ujrzałem nad sobą niebo czarne jak atrament, usiane srebrnymi 

punkcikami. A że właśnie wypadł nów, noc była dość ciemna, sprzyjająca 

naszym zamierzeniom. 

Wsiedliśmy na konie i ruszyli, już nie zważając na ślady, wprost na dalekie 

budynki rzekomej farmy. Tam przecież — jak twierdził Colorado — znajdowało 

się jedyne w tych stronach źródło. 

Jechaliśmy powoli, jeden obok drugiego, aby nie pogubić się w ciemnościach. 

Skorzystałem z tej okazji i zapytałem półgłosem: 

— Kto do niego strzelał? 

Stary traper natychmiast pojął, o kogo pytam. 

— Mógł go zabić każdy, na dobrą sprawę. Tylu ludzi oszukał, łatwiej mu było o 

wroga niż komukolwiek na świecie. Myślę jednak, że wdał się w zwadę 

z kimś z grupy Lessera. Kogóż innego, u licha, spotkałby na tym pustkowiu? 

— Dlaczego go nie ścigali? Takie bogactwo! 

— Nic o tym nie wiedzieli — wtrącił się Karol. — Nie wyobrażam sobie, aby 

Lesser ujrzawszy, co znajduje się w jukach, wypuścił z rąk zdobycz. 

— A powód strzelaniny? 

— Nie miał prawdopodobnie żadnego związku z tym, co wiózł Drake. Tylko w 

ten sposób można wszystko wytłumaczyć. 

— Wielki Bóbr ma rację — mruknął Colorado. — Od samego początku tak 

background image

myślałem, ale dajmy spokój tym rozważaniom, lepiej popatrzcie przed siebie. 

Z dalekich ciemności mrugał teraz ku nam złotawy punkcik. 

— Światełko — powiedział Karol. — Tam ktoś jest. 

— Zejdźmy z koni — zarządził Colorado. — Kawałek drogi piechotką dobrze 

nam zrobi. 

Teraz wędrowaliśmy jeden za drugim. Na koniec doszliśmy tak blisko, iż złotawy 

punkcik urósł do rozmiarów sporego kwadracika. 

— Tu zostawimy konie — odezwał się Colorado. — Pod pana opieką, doktorze. 

Jeśli pan usłyszy strzelaninę, proszę wskoczyć na siodło i dobrze wytrzeszczać 

oczy. Kto wie, może zajdzie konieczność szybkiego wycofania się z tego miejsca. 

Gdyby przypadkiem wylazł na pana jakiś obcy człowiek, proszę natychmiast 

uciekać. 

— Z trzema końmi luzem? Jak pan sobie to wyobraża, Colorado? 

— Zostawi pan nasze wierzchowce i tego znalezionego. Przydadzą się nam 

później. Jeśli wpadniemy, oczywiście. Pana w tym głowa, aby ruszyć, jak tylko 

będzie możliwe, naszym tropem i pomóc w odpowiedniej chwili. 

Westchnąłem głęboko, a Karol roześmiał się półgłosem: 

— Colorado snuje ponure przypuszczenia. Nie przejmuj się tym, Janie. Nie widzę 

powodów, dla których mielibyśmy wpaść w łapy zbirów. No, idziemy! 

Przez krótki czas dostrzegałem ich czarne sylwetki, później zakryła je noc. 

Siadłem na piasku z oczami zwróconymi na dalekie źródło światła, nastawiając 

dobrze uszu. Ale noc była cicha, a szelest kroków moich towarzyszy umilkł po 

kilku sekundach. 

Dłużyło mi się nieznośnie. Czułem się jak samotny patyk na pustyni lub jak kołek 

w płocie, któremu powyrywano wszystkich sąsiadów. Niewiele brakowałoby, a 

zapadłbym w drzemkę. Żeby temu zapobiec, podniosłem się i począłem wolno 

krążyć dokoła gromadki koni. Tak minęła godzina i nic się nowego nie 

wydarzyło. Na koniec jednak wydało ma się, iż słyszę daleki, przytłumiony 

tętent. Padłem plackiem i przyłożyłem ucho do ziemi. Odgłos umilkł. Podniosłem 

background image

do oczu lornetkę. W niczym mi to nie pomogło, tylko daleki blask padający z 

okna stał się wyraźniejszy. Gdy tak cisza trwała nadal, doszedłem do wniosku, iż 

padłem ofiarą złudzenia słuchowego. Jakżeż mi się dłużyła ta noc! Zapaliłem 

fajkę, co było dużą nieostrożnością, bo zapach dymu na otwartej przestrzeni, 

zwłaszcza w porze nocnej, niesie się bardzo daleko. Fajka pozwoliła mi czuwać z 

napiętą uwagą aż do chwili, w której ujrzałem przed sobą cień czarniejszy od 

nocy, zbliżający się wolno w moim kierunku. Stanąłem za swoim koniem, gotów 

do skoku na siodło. Czekałem natężając oczy. Po chwili cień stał się wyraźną 

sylwetką człowieka. Jeszcze chwila, a rozpoznałem Karola. Nie będę ukrywał, iż 

westchnienie ulgi wyrwało mi się z piersi. 

— Idziemy, Janie. 

Wzięliśmy konie za uzdy, ale z mustangiem Colorado wydarzyła się rzecz 

kłopotliwa. Nie chciał ruszyć z miejsca. Próbowaliśmy na różne sposoby zmusić 

do tego uparte zwierzę. Nic nie wychodziło. Wreszcie Karol znalazł sposób: 

zagwizdał parokrotnie, za każdym razem zmieniając wysokość tonu, aż wreszcie 

trafił na właściwy, bliźniaczo podobny do gwizdu Colorado. Poskutkowało. 

— No i jak tam? — zapytałem, kiedy wlekliśmy się przez piachy. 

— Znakomicie. Domyślasz się zapewne, iż Lessera już nie zastaliśmy. Ale za to 

spotkaliśmy dwu drabów spod ciemnej gwiazdy. Oczywiście udawali 

niewiniątka, zabłąkanych podróżnych, ale gdy odkryliśmy... no, zgadnij? 

— Nie zgadnę, mów dalej. 

— Dobrze. Otóż we wnętrzu stodoły, bo tam jest stodoła, znaleźliśmy żonę 

O'Briena z synem. Całych i zdrowych, chociaż wymęczonych i 

wymizerowanych. Dziwny człowiek z tego Lessera. Więźniami opiekowano się 

dość troskliwie, sami to przyznali. 

— Rzeczywiście — mruknąłem. — Ale nie przekonasz mnie, że Lesser to 

dżentelmen. Co to, to nie! Po prostu pragnie mieć zakładników całych i 

zdrowych. Tym trzyma w szachu O’Briena. 

— Zgadzam się. Uważaj teraz, Janie. Ten zwariowany farmer pokopał tu jakieś 

background image

doły. 

Zwolniliśmy jeszcze bardziej kroku, nie tyle z obawy o siebie, ile o konie. 

Wreszcie wkroczyliśmy w smugę światła. Widziałem już wyraźnie zarys okna i 

ścianę budynku. Usłyszałem, jak skrzypnęły drzwi i nowa ścieżka blasku padła 

nam pod nogi. Ujrzałem na niej Colorado. 

— Jesteście? 

— A jakże — odparł Karol. — Razem z całą stadniną. 

Teraz druga osoba wyszła przed budynek. 

— To ty, George? Pomóż wprowadzić zwierzęta. Poszliśmy kawałek dalej, 

omijając jasny kwadrat drzwi. Przed bramą następnego budynku George zabrał 

mi konia. 

— Tędy, tędy — usłyszałem głos Karola. 

Chwycił mnie za rękę i powiódł wprost do wejścia. Przekroczyłem próg. Wnętrze 

przedstawiało się nieco ponuro. Niska izba prawie pusta. Jedyne umeblowanie 

stanowiły dwie ławy i wąski stół między nimi. Na stole sterczała wielka, 

staroświecka lampa naftowa, rzucająca dokoła mdły blask. Ale światła dodawały 

potężne polana buchające złotym płomieniem we wnętrzu obszernego, z 

kamienia spojonego kominka. Nad ogniem, na haku wbitym z boku, wisiał 

żelazny, mocno okopcony sagan, we wnętrzu którego coś bulgotało. W takich 

garach duszono ongiś potrawki z wiewiórek, ulubiony przysmak osadników 

Nowej Anglii.* 

Pociągnąłem nosem. Pachniało wcale przyjemnie. Poczułem nagle głód, ale 

przede wszystkim zapragnąłem napić się wody. Dostrzegłem wiadro i począłem 

rozglądać się za jakimś kubkiem. 

— Dobry wieczór, doktorze. Odwróciłem się. 

— Kubek stoi na oknie, proszę wziąć. 

 

Nowa Anglia — Taką nazwę nosiły pierwsze kolonie założone na wybrzeżu Atlantyku. W skład ich 

wchodził m. in. obecny stan Massachusetts. 

background image

 

Woda była zimna, o lekko metalicznym smaku. Wyglądało na to, iż niedoszły 

rolnik dokopał się mineralnego źródła. 

— Dziękuję — powiedziałem odetchnąwszy głęboko. — Jak się pani czuje? 

Chyba nie potrzebuję wyjaśniać, kim była jedyna w tym pustym domu kobieta. 

Niewiele z nią rozmawiałem podczas krótkiego pobytu w zagrodzie O'Briena. 

Stała teraz przede mną w złotawym blasku płomieni, wysoka i szczuplejsza, niż 

mi się dotąd wydawało. 

— Jakoś dałam sobie radę — odpowiedziała. — Oni nie byli źli. 

— Jednakże... taka długa jazda..  

Roześmiała się: 

— Od dziecka jeżdżę konno. To był drobiazg. Martwię się tylko o Sama, ale go 

przecież uwolnicie? 

— Po to tu jesteśmy — wpadł jej w słowo Colorado wchodząc do izby. 

Westchnęła: 

— Co się dzieje w naszym gospodarstwie? Wszystko zmarnieje, jeśli to potrwa 

dłużej. 

Zerknąłem na Colorado. Pani O'Brien nie wiedziała, że jej dom padł ofiarą ognia. 

A więc rację miał Karol przypuszczając, iż pożar wybuchł już po porwaniu 

gospodarzy. 

Colorado głośno odetchnął, spojrzał kobiecie prosto w oczy i rzekł: 

— Nie ma tu co ukrywać, chałupa spłonęła. 

— Co?! Spalili ją? Łotry! A zawsze powtarzałam Samuelowi, żeby nie jeździł do 

Santa Rosa. Całe zło z tego poszło... 

Oczekiwałem, że teraz pocznie lamentować. Nie byłoby w tym nic dziwnego. 

Strata takiego dorobku była przecież wystarczającym powodem. Omyliłem się 

jednak. Nieoczekiwanie zapytała: 

— Pewnie jesteście głodni? — i nie czekając odpowiedzi dodała: — Siadajcie, 

zaraz podam. 

background image

Spełniliśmy jej życzenie, a po chwili przyłączyli się do nas Karol i George. 

Dopiero teraz Colorado wyjaśnił prawdopodobną przyczynę pożaru. 

Zareagowała na tę wiadomość w sposób dla mnie nieco zaskakujący: 

— A więc jednak nie są oni tacy źli. Przyjemnie o kimś pomyśleć, że jest lepszy, 

niż się wydawał. 

Pani O'Brien widać nie bardzo wzięła do serca stratę dobytku. Być może Samuel 

był — zgodnie z opinią Colorado — nie byle jakim kutwą i miał odłożoną sporą 

sumkę. Być może, iż jego żona zaliczała się do osób niełatwo dających 

wyprowadzić się z równowagi. Kobieta, która zniosła ogromny trud 

pionierskiego okresu gospodarki osadniczej, w niczym nie mogła przypominać 

mieszkanek “ucywilizowanego" wschodu Ameryki. Nie każda przecież potrafiła 

zdecydować się na rozpoczęcie nowego życia na tych pustych przestrzeniach i 

wytrwać. Ale skoro wytrwała — niełatwo było ją złamać. 

Podała nam na blaszanych talerzach mięso pokrajane w drobne kawałki, podlane 

gęstym sosem. 

— Potrawka, doktorze — zauważył Colorado. — Prawdziwa antylopa. Odkryłem 

tu spiżarnię doskonale zaopatrzoną. Dom musiał być od dawna kryjówką bandy. 

— A my siedzimy sobie spokojnie jak w centrum Nowego Jorku — wtrąciłem. 

— Bez obawy, doktorze. Dobrze wszystko spenetrowałem. Oni odjechali jeszcze 

o zmierzchu. I nie wrócą aż za kilka tygodni. Jeśli ich wcześniej nie capniemy. 

— Skąd taka pewność? 

— Z wypowiedzi tych dwu drabów. Są mrukliwi, lecz coś niecoś zdołałem od 

nich wyciągnąć. 

— Jakich drabów? 

— Już ci mówiłem o tym, Janie — wtrącił Karol. — Chodzi o tych strażników, 

którzy pilnowali panią O'Brien i jej syna. 

— A jakżeście ich znaleźli? 

— Niech powie Colorado — odparł Karol. — Nie będę odbierał mu tej 

przyjemności. 

background image

Uśmiechnął się, ale Colorado zachował powagę na twarzy. 

— Oczywiście, że opowiem — odparł. — Tylko trochę się pokrzepię. Nareszcie 

jakieś prawdziwe jedzenie. 

Pokrzepiał się dość długo, wreszcie odstawił na bok parokrotnie napełnianą 

miseczkę. Po czym zwrócił się do George'a: 

— Weź, chłopcze, jaką pukawkę i zobacz, jak się czują nasi jeńcy. Przy okazji 

nakarm konie. W stajni leży kilka worów kukurydzy. I obejdź dokoła budynki. 

Nie szkodzi popatrzeć. No, idź, mój chłopcze. 

Dopiero teraz dowiedziałem się, jaki był przebieg nocnej wyprawy Karola i 

Colorado. Pod same zabudowania dotarli bardzo szybko i bez przeszkód. Psów tu 

nie było. Potem zajrzeli przez okienko, właśnie to oświetlone, i dostrzegli 

wewnątrz izby dwu mężczyzn. Jeden z nich był zajęty krajaniem mięsa, drugi roz-

palał ogień w kominku. Okno było szczelnie zawarte i żaden odgłos rozmowy nie 

docierał na zewnątrz. 

Karol i Colorado wartowali pod tym oknem przez jakiś czas. Nie byli pewni, czy 

ci dwaj mężczyźni są jedynymi mieszkańcami farmy. Jednakże nikt więcej nie 

wszedł do wnętrza domu. Zdecydowali się obejść wszystkie zabudowania. W tej 

wędrówce posuwali się wzdłuż ścian. W mieszkalnym domu było zapewne 

więcej pokojów, bo natrafili jeszcze na dwa otwory okienne, pozabijane deskami. 

Do domu prawie że przytykał drugi budynek. Przyłożyli uszy do ściany i usłyszeli 

lekki tupot i parskanie. Colorado chciał uchylić wielkie, podwójne wrota, nie 

mógł jednak tego dokonać bez odsunięcia potężnego, żelaznego rygla. Obawiając 

się więc hałasu, zaniechał swego zamiaru. Poszli dalej. Za stajnią wznosił się 

nieco niższy budynek, również bez okien, z drzwiami zaopatrzonymi w zamek. 

Karol próbował je otworzyć, bez rezultatu. Obeszli więc dokoła całe 

zabudowania, posuwając się ostrożnie, przystając co kilka kroków i nasłuchując. 

Gdy przebyli większą część powrotnej drogi, usłyszeli lekkie skrzypienie, jakby 

źle naoliwionych, zardzewiałych zawiasów. Przystanęli. Smuga blasku przecięła 

im drogę. Usłyszeli obcy głos: 

background image

— Przyniosę wody... 

Czyjeś kroki zaszurały po piasku. Przylgnęli do ściany. W blasku padającym 

przez uchylone drzwi ujrzeli człowieka, jak z wiadrem w ręku zmierzał wprost 

przed siebie i po chwili zniknął w ciemnościach. Colorado odczekał chwilę i 

ruszył za nieznajomym, aby — jak się wyraził — “uspokoić go". Poszło mu to 

bez trudu: podszedł z tyłu i uderzeniem pięści ogłuszył. Ręce związał mu jego 

własnym pasem, a nogi — chustką zerwaną z szyi nieprzytomnego. Po czym 

wrócił do Karola. Drzwi domu były nadal otwarte. Postanowili nie czekać dłużej. 

Jeniec mógł w każdej chwili odzyskać przytomność i uwolnić się z prymitywnych 

więzów. Karol stanął tuż za drzwiami i popchnął je lekko. Zaskrzypiały 

przeraźliwie. 

— To ty, Ralf? — ozwał się głos z wnętrza izby. — Co tam robisz? 

Brak odpowiedzi jakoś nie zaniepokoił pytającego. Więc po paru sekundach 

Karol powtórzył swój manewr. I tym razem bez rezultatu. 

— Wówczas — opowiadał Colorado — poradziłem Wielkiemu Bobrowi, aby 

zastukał. Poskutkowało. Z głębi budynku wyskoczył jegomość z pukawką w 

ręku. Dosłownie osłupiał, jak zobaczył pańskiego przyjaciela, doktorze. Oniemiał 

na kilka sekund, wreszcie wrzasnął: 

— Czego?! 

— Tam leży jakiś człowiek — powiedział mu Wielki Bóbr. 

— Człowiek? — powtórzył i uczynił kilka kroków przed siebie. W ten sposób 

znalazłem się akurat za jego plecami. Chwyciłem go za szyją. Niezbyt mocno. 

Tyle, ile potrzeba. Nawet nie krzyknął. 

Z dalszej opowieści wynikło, że moi towarzysze obu jeńców przenieśli do izby, 

skrępowali starannie lassami i dokładnie ich przeszukali. Nie znaleźli nic poza  

jedynym kluczem. Do których drzwi mógł pasować? 

— Natychmiast przypomniałem sobie o wejściu do budynku przylegającego do 

stajni — mówił Colorado. — I co powiecie? To był właśnie odpowiedni klucz. A 

kto był za drzwiami? Lucy i George. No, to wszystko. 

background image

— A gdzie jeńcy? — zapytałem. 

— W sąsiednim pokoju. Wrócili do przytomności i są łagodni jak baranki. 

Przenieśliśmy ich tam, żeby nam nie przeszkadzali. Nawet rozmawiałem z nimi. 

Najpierw twierdzili, że nie znają żadnego Lessera. Kiedy ich zapytałem, czy ten 

Lesser nie ma przypadkiem drugiego nazwiska, nabrali wody w usta. Wówczas 

pouczyłem obu łagodnym tonem, iż w ten sposób szykują sobie postronek na 

szyje. Dopiero wówczas puścili nieco pary. Zapytali, co im zarzucam. Odparłem, 

iż napad i porwanie, co w tych stronach równa się dwóm stryczkom. Przerazili 

się. Poczęli przysięgać, że są biednymi traperami, że sobie w tym opuszczonym 

domku obrali chwilową siedzibę, że — na koniec — przed paru dniami 

przyjechała tu grupa jeźdźców ścigająca jakichś bandytów. Ci ludzie powierzyli 

ich pieczy dwu jeńców: żonę i syna herszta bandy. Kazali ich pilnować jak oka w 

głowie, póki tu nie powrócą... Znudziło mi się wysłuchiwanie tych bajeczek. Jutro 

będzie okazja porozmawiać z nimi dłużej. 

— A co z Samuelem? — zapytałem. — Dlaczego go porwano? Czy pani coś o 

tym wie? 

Okazało się, iż żona farmera była bardzo dokładnie zorientowana w całej sprawie. 

Oto, czego dowiedzieliśmy się od niej: 

Samuel O’Brien udał się pod koniec zimy z Nowego Meksyku do Arizony, aby 

nabyć od Nawajów kilka sztuk owiec. Uważał, iż tylko ten gatunek najbardziej 

nadawać się będzie do hodowli w podobnych dla obu terytoriów warunkach 

klimatycznych. Żona proponowała, aby zabrał kogoś do pomocy. Nie chciał, 

powiedział, że to tylko niepotrzebny wydatek. W czasie swej samotnej wędrówki, 

będąc już u celu, zabłądził. W jakiejś bezludnej dolinie zaskoczyła go — rzecz 

niezwykle rzadka w tamtych stronach — gwałtowna burza połączona z ulewnym 

deszczem. Schronił się wraz z koniem w odkrytej przypadkowo, obszernej grocie. 

Lało bez przerwy tak, jak gdyby wodospad Niagary nagle zawisł nad Arizoną. 

Kiedy wreszcie ustał ten potop, farmer musiał kilka godzin przeczekać, aż spłyną 

rwące potoki, jakie utworzyły się na dnie doliny. Tak zastała go noc. Dopiero o 

background image

świcie opuścił grotę. Posuwając się wzdłuż krawędzi stromego grzbietu doliny, 

zauważył nagle w głębokiej zapadlinie wymytej przez wodę wierzch drewnianej 

beczki. Zeskoczył z konia, oderwał pokrywę i zamarł z wrażenia spojrzawszy do 

wnętrza. Było wypełnione złotymi monetami. Napakował ich, ile mógł, do juków 

siodła i kieszeni swego ubrania. Z kupna owiec natychmiast zrezygnował bojąc 

się podróżować z takim bogactwem. Zasypawszy znalezisko, jak mógł najlepiej, i 

porobiwszy znaki na sąsiedniej ścianie skalnej, ruszył w powrotną drogę. 

Szczęście mu sprzyjało, bo gdy opuścił dolinę i nie bardzo wiedział, w jakim 

kierunku powinien jechać, napotkał wędrownego eksplorera. Ten udzielił mu 

dokładnych informacji, a nawet kawałek drogi podprowadził. 

O'Brien wrócił na farmę pełen dumy z dokonanego odkrycia. Wraz z żoną i 

synem dokonali przeglądu przywiezionych monet. Rozczarowali się nieco, ponie-

waż żadna z nich nie znajdowała się już w obiegu. Należało je sprzedać. Ale 

komu i gdzie? W niedalekim miasteczku Santa Rosa znajdował się mały kantor 

bankierski. Jednakże O'Brien obawiał się, iż tego rodzaju transakcja obudzi 

niebezpieczne zainteresowanie jego osobą. Tymczasem więc przywieziony skarb 

zakopał w ziemi, w pobliżu domu. Cała rodzina O’Brienów przysięgła sobie nie 

wspomnieć nikomu o zdarzeniu. Nawet Colorado! Tego ostatniego miano 

wtajemniczyć dopiero po spieniężeniu zdobyczy. Farmer zamierzał później 

odbyć drugą wyprawę do doliny i miał nadzieję, że namówi na nią starego trapera. 

Jadąc we dwójkę, mogliby zabrać kilka koni jucznych. 

Być może cały ten plan zostałby wykonany, gdyby nie zbytni pośpiech. 

Zdecydowano, że po zakończeniu prac gospodarskich O’Brien wyruszy aż do 

Santa Fe, miasta wielokrotnie większego od Santa Rosa, by wymienić złote 

krążki na dolary. Ale farmerowi zabrakło cierpliwości. Chciał jak najprędzej 

wiedzieć, jaką wartość przedstawia znaleziony skarb. W tajemnicy przed żoną 

wydobył ze schowka garść monet i pod pozorem kupna nabojów do strzelby 

wybrał się do Santa Rosa. W kantorku bankierskim wzbudził duże 

zainteresowanie swym numizmatycznym zbiorkiem. Nawet się tego przeląkł i w 

background image

efekcie sprzedał tylko część monet. Po czym — zamiast natychmiast wracać do 

domu — poszedł do gospody. 

— Diabeł go skusił — komentowała ten wypadek pani Lucy. 

Rzeczywiście, diabelska to musiała być sprawka, że Samuel O’Brien — 

kutwa—dusigrosz — zdobył się nagle na gest. Postawił wszystkim obecnym w 

salonie kolejkę whisky. Potem nastąpił rewanż ze strony zaproszonych. Dobrze 

musieli sobie popić, bo ogarnięci pijacką czułością całą gromadką odprowadzili 

O’Briena — w nocy — pod samą zagrodę. 

Farmer, kiedy wytrzeźwiał, opowiedział o wszystkim żonie. To znaczy: tyle 

opowiedział, ile pamiętał. W sumie: niezbyt wiele. 

Tego właśnie ranka, kiedy Karol, Colorado i ja wybraliśmy się na polowanie, w 

parę godzin po naszym odjeździe przybyło do farmy trzech jeźdźców. Powitali 

Samuela jak starego znajomego, mimo że farmer nie bardzo ich sobie 

przypominał. Mówili, że jadą do Santa Fe i wpadli na chwilkę, żeby się 

zrewanżować. Rzeczywiście, przywieźli kilka butelek whisky. 

— Bardzo mi się to nie podobało — opowiadała pani Lucy. — Odciągnęłam 

męża na stronę; “Będziesz pił od rana, Samuelu, czyś ty zgłupiał? Poczekaj 

chociaż, jak wrócą z polowania nasi goście". Przyznał mi rację. 

Przybysze nie chcieli jednak czekać na nasz powrót. Pani O’Brien przyrządziła 

naprędce skromne śniadanie, odbito butelki i całe towarzystwo zasiadło za 

stołem. Nie na długo zresztą. Szybko uporano się i z jedzeniem, i piciem. Poczęto 

się żegnać. Przed samym odjazdem nieproszeni goście zapytali, czy nie mogliby 

— za odpowiednią dopłatą — zamienić swych koni na wierzchowce farmera. 

O’Brien, jak zwykle łasy na pieniądze, chętnie się zgodził. Dwu spośród 

przybyłych udało się wraz z gospodarzem do stajni, trzeci pozostał z gospodynią i 

jej synem. Usiłował zabawiać ich rozmową. Nie bardzo mu to wychodziło. Jak 

zauważyła pani Lucy, był bardzo niespokojny. Co chwila spoglądał ku bramie, 

raz nawet wyszedł poza ogrodzenie mówiąc, że słyszy tętent. Gospodyni 

ucieszyła się sądząc, że to wraca nasza trójka. 

background image

— Miałam złe przeczucie — mówiła. — Chociaż ci znajomi Samuela byli bardzo 

grzeczni, jakoś mi się nie podobali. 

Oględziny koni się przedłużały. Wreszcie przyszedł jeden z nabywców mówiąc, 

iż Samuel prosi, aby żona udała się do stajni. Uczyniła to natychmiast, ale ledwo 

przekroczyła próg, zarzucono jej płachtę na głowę, przewrócono i skrępowano. A 

gdy po kilku minutach zdjęto jej z głowy zasłonę, stwierdziła, iż leży obok męża i 

syna. Całych i zdrowych, ale tak samo związanych jak ona. 

Zapytała wówczas, siląc się na spokój: 

— Czego od nas chcecie?. 

— Niech się pani nie denerwuje — odparł jeden z drabów. — Nic wam nie grozi, 

a o co nam chodzi, pogadamy później. 

Wsadzono całą rodzinę na konie, uprzedzając, iż w razie próby ucieczki będą 

strzelać. 

— Mnie tym nie zastraszyli — opowiada pani Lucy — ale Samuel zupełnie stracił 

ducha. Przykrępowali go do konia i tak ustawili w szeregu jadących, że nie 

mogłam z nim zamienić ani jednego słowa. Początkowo miałam nadzieję, że 

wrócicie szybko i zdołacie nas doścignąć. 

Jechali cztery dni i cztery noce, ciągle nie wiedząc, dokąd ich wiozą i dlaczego. 

Piątego dnia przybyli na tę opuszczoną farmę. Tu czekało czterech ludzi, a wśród 

nich widać przywódca bandy, bo tytułowano go “szefem". 

— Przepraszam — wtrącił się Karol — czy nie dowiedziała się pani jego 

nazwiska? 

Zaprzeczyła. 

— Nazywano go “szefem" — powtórzył George. 

— Proszę, niech pani mówi dalej. To wszystko jest bardzo interesujące i bardzo 

dla nas cenne — stwierdził mój przyjaciel. 

Jak wynikało z dalszej relacji, szef rozmawiał z całą pojmaną trójką. Zażądał od 

O’Briena wskazania kryjówki, w której znalazł skarb. Pytał, czy farmer odkrył go 

sam, czy też z kimś innym. 

background image

— Zachowywał się zresztą bardzo grzecznie — stwierdziła pani Lucy. — 

Opowiadał, że ten skarb należał do niego, że go obrabowano. 

— Samuel milczał, jakby zapomniał języka w gębie — mówiła. — Ale ja 

uważałam, że takie postępowanie do niczego dobrego nie prowadzi. Więc 

powiedziałam szefowi, że jeśli to jest jego złoto, trzeba wezwać szeryfa. Wtedy 

złożymy zeznanie, a Samuel poprowadzi ich do doliny. Zapytałam, skąd wie o 

odkryciu Samuela. Roześmiał się: 

— Przecież pani mąż sam mi to powiedział przed kilku dniami w “El Paso". 

Możecie sobie wyobrazić, jak się zezłościłam. Wszystko przez wódkę wypitą w 

tej obskurnej gospodzie! Ale nie dałam nic poznać po sobie. 

— Jeśli mój mąż o tym powiedział — odparłam — należało natychmiast iść do 

szeryfa. Przecież w Santa Rosa jest szeryf! Dziwny to sposób dochodzenia swej 

własności przez napadanie na spokojnych farmerów. 

Szef wcale się tym nie stropił. Powiedział, że byłoby mu bardzo nie na rękę 

wciągać do sprawy szeryfa. Wtedy zrozumiałam, że to wszystko kręcenie i 

kłamstwo. 

Z dalszego opowiadania pani Lucy wynikało, iż szef domagał się od jej męża, aby 

udał się z nimi do doliny. Po raz pierwszy wówczas padła nazwa Doliny Śmierci. 

Farmer odmówił. Szef odparł, że daje mu trzy dni do namysłu, a pani Lucy radził, 

aby wpłynęła na męża. Na tym rozmowa została zakończona. Trójkę więźniów 

przeprowadzono do budyneczku, który prawdopodobnie był składem narzędzi 

rolniczych. Leżały tam jakieś pordzewiałe pługi i brony, z podartych worków 

sypały się resztki ziarna pszenicy i kukurydzy. 

Przy uwięzionych siadywał niekiedy strażnik, niekiedy zostawiano ich samych — 

skrępowanych i za zamkniętymi drzwiami. Ponury i obrośnięty drab, który im 

dostarczał jedzenia i wody, przestrzegał, że ucieczka nie ma żadnego sensu, bo 

dokoła — jak sami przecież widzieli — rozciąga się jałowa pustynia, na której 

zabłądzi i zginie z pragnienia każdy, kto nie zna drogi. 

Mimo tego ostrzeżenia pani Lucy liczyła na przysłowiowy łut szczęścia, gdyby 

background image

udało się jej wydostać z magazynu. Niestety, nie trafiła się ku temu okazja. Nawet 

wówczas, gdy więźniów wyprowadzano na dwór dla zażycia powietrza i ruchu. 

Podczas przeraźliwie długich godzin dni i nocy, które spędzali w mroku budynku, 

O’Brien zwierzył się żonie, iż według jego mniemania schowek ze skarbami przy 

domu nie został naruszony, a tylko zabrano mu kilka monet, jakie nosił w 

kieszeni. Rozmawiali często o Colorado licząc, że już ruszył za nimi w pościg. 

Czy jednak zdoła trafić do tego domu na pustyni? 

Rozmyślając nad tym pani Lucy doszła do wniosku, iż tylko jakimś pozornym 

ustępstwem będzie można polepszyć ich położenie i zwiększyć szansę 

odzyskania wolności. 

— Powiedziałam Samuelowi, że powinien przystać na żądania ich szefa. 

Opuścilibyśmy wreszcie te przeklęte strony, a w drodze mogłaby się nadarzyć 

jakaś okazja ucieczki. 

Uparty a jednocześnie chciwy farmer nie chciał się zgodzić na tę propozycję. 

Nadal uważał znaleziony skarb za swą wyłączną własność. Jednakże pod łącznym 

atakiem żony i syna — ustąpił. Kiedy na koniec zjawił się przed nimi szef, 

oświadczył mu, że za cenę wolności całej trójki zgadza się na podróż do Doliny 

Śmierci. Szef pogratulował mu rozsądku, ale natychmiast wyprowadził z błędu. 

Żona i syn zostaną tu jako zakładnicy. Farmer pojedzie z nim i dopiero gdy 

schowek zostanie odnaleziony, odzyskają wolność. 

— Pani Lucy — mówił dalej szef — będzie traktowana z całym należnym jej 

szacunkiem: ani jej, ani synowi włos z głowy nie spadnie, chyba... chyba żeby 

O’Brien zrobił jakieś głupstwo, na przykład próbował uciec. 

Tak więc cały chytry plan nie udał się. Mimo tego farmer nie oponował przeciw 

wyjazdowi. 

— Zabrali go przed dwoma dniami — kończyła swą opowieść pani O’Brien. — 

Zostałam z synem nadal w tej samej szopie. Pełna byłam najgorszych przeczuć. 

Ale teraz myślę, że wszystko dobrze się skończy, skoro ty tu jesteś, Samuelu — 

zwróciła się do Colorado — i ci dwaj panowie. Tobie się każda rzecz udaje. 

background image

— Gdyby to było prawdą, nie siedziałbym teraz w tej obskurnej izbie — mruknął 

stary traper. 

— Jak to? Nie przyszedłbyś nam z pomocą? 

— Wcale bym was nie znał. Nie najlepiej los mną pokierował i nie wszystko mi 

się udało. 

— Czy po odjeździe Lessera nikogo tu nie było? — zapytałem widząc, że 

Colorado dziwnie się zasępił. — Czy nic pani nie zauważyła? 

— Owszem. Dzisiaj rano usłyszałam tupot kopyt. Z początku myślałam, że to 

ktoś z bandy. Potem ucieszyłam się: strzelano. Byłam pewna, że to wy... Po-

częliśmy wołać, by zwrócić waszą uwagę. Ale nikt się nie zjawił. Kopyta jeszcze 

raz zatętniły i wszystko ucichło. Kiedy nam przyniesiono jedzenie, pytałam, co 

się stało. Ale nic mi nie wyjaśniono. Więc poczęłam się martwić, że znowu nasze 

wyzwolenie odwleka się nie wiadomo na jak długo. 

— Spotkaliśmy tego człowieka — odezwał się Colorado. — Na pewno nie 

wiedział o waszym istnieniu, a gdyby nawet wiedział, w niczym by nie pomógł. 

— Czy mówił, dlaczego strzelał? 

— Nie mówił. I nic już więcej nie powie. Ranili go śmiertelnie. Ale o co poszło, 

nikt z nas tego nie wie. 

background image

Nocna wędrówka 

 

Zrobiło się późno. Dokładne przesłuchanie więźniów odłożyliśmy do 

najbliższego ranka. Co mieliśmy z nimi począć? Było rzeczą oczywistą, iż nie 

możemy ich zabrać ze sobą. 

— Pozostaje nam tylko jedno — stwierdził Colorado — powierzyć straż nad 

więźniami tobie, Lucy, i George'owi. Nie widzę innego wyjścia. 

— Chyba pan żartuje, Colorado? — wyrwałem się. — Jeśli Lesser ze swymi 

ludźmi... 

— Nasza sprawa, żeby nie wrócił. Zresztą, wymyślcie coś lepszego. Nas trzech to 

i tak niewielkie siły. Czeka nas ciężka przeprawa. Można by więźniów wypuścić, 

ale wówczas ruszą za nami albo zawiadomią o wszystkim Lessera. 

— Zabierzemy im konie — wtrącił się Karol. 

— I to nie daje pewności, że stąd nie uciekną. 

— Colorado ma rację — powiedziała pani Lucy. — Zostanę z synem do waszego 

powrotu. Są tu dwa konie, wcale niezłe. W razie czego czmychniemy. 

— Dokąd? — zapytał Karol. 

— A chociażby do Santa Rosa... 

— Za daleko. 

— Nie ma co snuć tak ponurych przypuszczeń —= zauważył Colorado. — 

Przecież banda nie wróci tu przed znalezieniem skarbu. To po pierwsze. A po dru-

gie: będziemy jej deptać po piętach i obserwować cały czas. Po trzecie: moim 

zdaniem oni nigdy do tej doliny nie dojadą. Wyswobodzimy Samuela wcześniej. 

Nie ma więc się czego lękać. Lucy może tu zostać do naszego powrotu. Chyba 

was przekonałem? 

— Nie widzę innego wyjścia z sytuacji — stwierdził Karol. 

I na tym stanęło. Wyznaczyliśmy kolejność nocnych wart. Na mnie przypadła 

background image

pierwsza, najwygodniejsza, bo później aż do rana ma się spokój, a nic mnie 

bardziej nie męczy, jak w połowie przerwany sen. 

Wziąłem sztucer i podczas gdy reszta zajęła się moszczeniem legowisk przy 

pomocy słomy przyniesionej ze stajni, począłem zapoznawać się z terenem 

otaczającym budynki. Nie była to wcale łatwa sprawa. Długą chwilę stałem w 

miejscu czekając, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności. Potem przeszedłem 

wzdłuż zabudowań i wróciłem pod oświetlone okno. Naftowa lampka została 

nieco przyćmiona. Jej słaby blask nadal jednak wybiegał poza szybę. Czy nie było 

nieostrożnością pozostawienie światła na całą noc? Chciałem wejść do izby, ale 

jeden rzut oka przez okno przekonał mnie, iż wszyscy już leżą na warstwie słomy 

i zapewne śpią. Postanowiłem nie wchodzić i nie budzić. Jeśli uważali, że blask w 

oknie nie ściągnie tu żadnych nieproszonych gości, nie będę się upierał. 

Nocna warta, jak każda zresztą, po pewnym czasie nuży. Zwłaszcza wówczas, 

gdy dokoła nic się nie dzieje. Czujność tępieje, słuch i wzrok tracą na ostrości. 

Znałem taki stan bardzo dobrze. Postanowiłem go w jakiś sposób zwalczyć. Od 

mej czujności zależało przecież bezpieczeństwo czterech osób. A jeńcy? Nie 

wyglądało to prawdopodobnie, ale mogli wyswobodzić się z pęt. Co pewien czas 

zbliżałem się do okna i zaglądałem do wnętrza izby. Tam, pod ścianą, jak najdalej 

od drzwi, umieszczono naszych więźniów. Colorado słusznie tak postanowił, nie 

chcąc pozostawiać schwytanych w przyległej pustej izbie. Za każdym razem 

kierowałem wzrok w tamtą właśnie stronę, ale nie zauważyłem nic podejrzanego. 

Uspokojony wracałem na przeciwległy kraniec zabudowań. 

Jak długo trwała moja wahadłowa wędrówka od stajni do okna i z powrotem — 

trudno mi określić. W końcu doszedłem do wniosku, że warto zaznajomić się z 

nieco dalszą okolicą. Na przykład ze źródłem wody. Gdzież tu jest studnia? 

Począłem rozglądać się dokoła. Potem ruszyłem kawałek zupełnie na ślepo, ale 

kierunek widać wybrałem właściwy. Kilka kroków dalej dostrzegłem jakieś 

zamazane kształty i podszedłszy bliżej, ujrzałem pompę. Dotknąłem wielkiego 

żelaznego koła, opatrzonego w korbę, połączonego z przekładnią ginącą we 

background image

wnętrzu metalowego cylindra. Niedoszły rolnik musiał stracić sporo dolarów na 

takie urządzenie. Nic dziwnego, że nie starczyło mu na budowę systemu 

irygacyjnego. A może ziemia była tu aż tak jałowa, że nawet dostarczenie jej 

odpowiedniej ilości wilgoci na nic się nie zdało? 

Okrążyłem pompę, pokręciłem kilka razy kołem, aż chlupnęła strużka wody, i 

pomaszerowałem wprost w ciemność. Co pewien czas spoglądałem za siebie. 

Żółty prostokącik dalekiego okna dodawał mi otuchy. Droga nie była równa. Raz 

po raz wyrastały przede mną wydmy, które okrążałem to w prawo, to w lewo. Tak 

klucząc musiałem zejść z linii światełka mrugającego za moimi plecami, bo kiedy 

odwróciłem się — otaczała mnie ciemność nocy. Oddalałem się coraz bardziej od 

farmy, czujnie rozglądając się dookoła. Przemierzywszy w ten sposób kilkanaście 

jardów skręciłem w bok, pod kątem, zamierzając w ten sposób obejść dokoła 

teren całej farmy. Światełka nadal nie dostrzegałem. Zauważyłem natomiast w 

dali przed sobą różowy blask. Delikatny i zaledwie odbijający się od mrocznego 

tła. Przystanąłem. Czy było to odbicie światła gwiazd na jakichś błyszczących 

głazach, na odłamkach miki? A może w tamtej stronie znajdował się zbiornik 

wody dającej kolorowy refleks? 

Przyłożyłem do oczu lornetkę. Nic mi nie wyjaśniła. Ruszyłem w stronę 

zagadkowego blasku. 

W miarę przybliżania się do tajemniczego celu różowy refleks nabierał 

intensywności, coraz mocniej kontrastował z otoczeniem, aż wreszcie poznałem 

źródło światła. To była po prostu łuna! Odbicie na niebie jeszcze niewidocznych 

dla mnie płomieni. Zatrzymałem się. 

Gdyby otaczała mnie preria albo las, mógłbym przypuszczać, iż płonie skrawek 

poszycia. Ale przecież dokoła ciągnęła się jałowa pustynia. Czyżby płomień był 

dziełem rąk ludzkich? Wahałem się przez chwilę: iść dalej czy zawrócić? 

Jednakże zdecydowałem się zbadać dokładnie przyczynę ognia. 

Początkowo szedłem wyprostowany, później pochyliłem się. W ten sposób 

dotarłem na odległość, z której mogłem stwierdzić, iż źródłem łuny musiało być 

background image

ognisko, chociaż płomienia wciąż jeszcze nie mogłem dostrzec. Widocznie 

znajdowało się w jakimś zagłębieniu gruntu. Z tej odległości przypominało jakby 

krater czynnego wulkanu, z wnętrza którego buchała smuga czerwieni. Od czasu 

do czasu dostrzegałem snopy iskier lecące ku niebu. Któż mógł być tak niesły-

chanie lekkomyślnym w tych niebezpiecznych stronach? Na pewno nie Indianie, 

ale i nie traperzy. 

Rozpocząłem najmozolniejszą część wędrówki. Czołgałem się powoli, aż po pół 

godzinie znalazłem się na skraju płaszczyzny spadającej łagodnie ku zagłębieniu 

przypominającemu swym kształtem jakąś gigantyczną miskę. Tu przejście 

zagrodził mi półkolisty pas niskich krzewów, całkowicie pozbawionych liści, 

wyschniętych. Prawdopodobnie zapadlina była niegdyś zbiornikiem wody 

zasilanym z podziemnego źródła lub rzeczką, którą zasypały piaski. Pozostał po 

tym jedynie pas martwych badyli, tak blisko obok siebie rosnących, iż każda 

próba ich sforsowania nieuchronnie wywołać musiała hałas. Jednakże poprzez 

odstępy między nagimi łodygami mogłem dostrzec dostatecznie wiele. Wokół 

trzaskającego ogniska siedziało czterech ludzi. Nieco z boku piętrzył się stos 

narąbanego chrustu, a za nim w cieniach nocy i blaskach ognia — dostrzegłem 

konie i piątego mężczyznę z karabinem w ręku. Czuwał nad bezpieczeństwem 

towarzyszy. Ten ogień, ta warta z daleka widoczna, stanowiły dowód skrajnej 

zaiste nieroztropności. Jeden dobry strzelec leżący na moim miejscu i posiadający 

wielostrzałową broń mógł w ciągu minuty unieszkodliwić całą piątkę. 

Zgromadzeni w kotlinie ludzie nosili mundury kawalerii federalnej. Serce zabiło 

mi z radości. Los Lessera i jego bandy został przesądzony! Przy takiej pomocy 

można by pokonać nawet znacznie liczniejszą grupę przeciwników. Nie wątpiłem 

ani przez chwilę, iż żołnierze zechcą nam towarzyszyć. I chociaż sami niezbyt 

widać byli otrzaskani z warunkami życia na prerii, pod kierunkiem Colorado czy 

Karola oddać nam mogli olbrzymie usługi. Ewentualna pomoc Pehnulte — 

gdybyśmy nawet przypadkiem na niego trafili — stawała się zbyteczną. Tak więc 

teraz powinienem był pokazać się wojskowemu patrolowi i zaprosić jego 

background image

dowódcę do farmy na pustyni. Już chciałem się zerwać z ziemi i głośno oznajmić 

swoją obecność, gdy nagle ogarnęły mnie zbawienne wątpliwości i nakazały 

błyskawicznie zmienić decyzję. Pomyślałem, iż moje nagłe ukazanie się może 

spowodować nieoczekiwane skutki. To przecież nie byli doświadczeni traperzy. 

Mogło się więc zdarzyć, iż na mój widok oddadzą do mnie salwę. Trzeba było 

jakoś przygotować to nieoczekiwane spotkanie. Wolno, wolniutko wycofałem się 

poza obręb światła. Dopiero wówczas podniosłem się, przerzuciłem sztucer przez 

ramię i swobodnym krokiem począłem zmierzać w stronę obozowiska. W tej 

nocnej ciszy musieli mnie usłyszeć. Kiedy dotarłem do granicy uschłych 

krzewów, ostry, przenikliwy głos kazał mi stanąć. Ujrzałem wartownika z 

karabinem w dłoni, tkwiącego na skraju blasku i ciemności. 

— Kim jesteście? — zapytał. 

— Szukam pomocy. 

— Jesteście sami? 

— Moi towarzysze znajdują się niedaleko. 

— O co chodzi? 

— Pragnę mówić z dowódcą — odparłem. Przybliżył się i obejrzał mnie 

dokładnie. 

— Idźcie naprzód. 

Ruszyłem depcząc z głuchym trzaskiem uschłe patyki krzewów. Ognisko, jak 

stwierdziłem, zostało nieco przygaszone. Przy samym ogniu nie było nikogo. 

Stanąłem rozglądając się dokoła. Dopiero wówczas z ciemności wyłoniła się 

nowa postać. 

— Sierżancie — powiedział mój konwojent — ten człowiek żąda pomocy. 

— Dobrze. Wracajcie na posterunek. Thompson, chodź tutaj. Walker i Haig, 

pilnujcie tamtej strony. Diabli wiedzą co... — przerwał w połowie zdania i 

zwrócił się do mnie: 

— Siadajcie... — wskazał ręką tobołek leżący obok. 

Jakiś żołnierz, prawdopodobnie wezwany przez sierżanta Thompson, stanął tuż 

background image

obok mnie i spojrzał mi w twarz. 

— To nie on — powiedział. 

— Oczywiście, że nie on — przytaknął sierżant. — O co chodzi? — zwrócił się 

znowu do mnie. — Komu potrzebna nasza pomoc? A przede wszystkim skąd 

znaleźliście się na tym pustkowiu? 

— Jestem lekarzem — odparłem.  

Zrobił minę, jakby się chciał roześmiać. 

— Lekarz? Czy szuka pan pomocy dla rannego? 

— Nie, nie o to chodzi. Niedaleko stąd, w opuszczonej farmie, przebywają moi 

przyjaciele: kobieta, dwu mężczyzn i chłopak. Czy nie może pan rozkazać swym 

ludziom, aby udali się ze mną? W pół godziny będziemy na miejscu. 

— Szukaliśmy tego budynku. Czy między wami nie znajduje się człowiek o 

nazwisku Drake? 

— Roger Drake?! — zawołałem zdumiony. 

— Niech pan nie krzyczy. Czy moje pytanie jest takie dziwne? To przestępca. 

Ścigamy go od dwu tygodni. 

— Nie ma go wśród nas — odparłem. — Ale na farmie znajduje się ktoś, kto wie 

bardzo dużo o Rogerze Drake. Chodźmy tam. 

— Chwileczkę. Jak się nazywa ten znajomy Drake'a? 

— Colorado. 

— Colorado! — sierżant klepnął się dłonią po kolanie. 

— Tego nam było potrzeba. Teraz złapiemy Drake'a, to pewne. 

Wzruszyłem ramionami. 

— Nigdy go nie schwytacie. 

— Dlaczego? 

— Dlatego — odparłem nieco głośniej niż chciałem — że wasz Drake nie żyje. 

— Mam w to uwierzyć?  

Spojrzał na mnie podejrzliwie. 

— Zapytajcie się Colorado. 

background image

— Gdzie on? 

— Już mówiłem. Bierzcie konie za uzdy, zaprowadzę was. Ja muszę wracać. 

Będą się niepokoić o mnie. 

To stwierdzenie nie wywołało żadnego efektu, zupełnie jakbym przemawiał do 

skały. 

— To wyście zabili Drake'a? 

— Nie, nie zabiliśmy. Odłóżcie sierżancie śledztwo do stosowniejszej chwili. 

Colorado powie wam wszystko. 

— Poczekamy do rana. 

Sierżant chyba podejrzewał podstęp, ale na bezczynne siedzenie do świtu nie 

mogłem się zgodzić. 

— To czekajcie — odparłem. — Ja wracam. Zrobiłem ruch, jakbym chciał się 

podnieść. 

— Nie wiem, kim pan jest: lekarzem czy włóczęgą, ale nie wolno panu stąd się 

ruszyć bez mej zgody. 

Roześmiałem się głośno: 

— A to czemu? 

— Wyglądacie na wspólnika bandyty. 

— Bzdura! Drake'a widziałem raz jeden tylko. Martwego. Szkoda czasu, 

sierżancie, na takie pogaduszki. Drake nie żyje, a my ścigamy niebezpieczną 

bandę. O świcie musimy ruszyć w dalszą drogę. 

— A to coś nowego! Jakaś banda? Pierwszy raz słyszę. Oddajcie broń, człowieku, 

żeby się wam co złego nie stało. 

Westchnąłem. Sierżant widać nie grzeszył wielkim rozumem, a jego ostrożność 

wyglądała na postępowanie tępego służbisty, wychowanego na przepisach 

regulaminu, którego nie potrafił dostosować do okoliczności i potrzeb. Dlatego 

chyba zaświtał mu w głowie pomysł aresztowania. Nic gorszego nie mogło mnie 

w tej sytuacji spotkać. Gdyby tak Lesser dla jakichś powodów zawrócił? 

Schwytałby wszystkich. 

background image

Wolnym ruchem zsunąłem z ramienia sztucer, wyciągnąłem zza pasa rewolwery. 

— Proszę — powiedziałem. — Nie mam zamiaru uciekać. A banda, o której 

mówiłem, to nie wymysł. Nie wiem, czy słyszeliście kiedykolwiek o Słońcu 

Arizony... 

— Słyszałem — przerwał mi. — Cóż się z nią stało? 

— Część zginęła, część rozproszyła się, część dostała się do niewoli. Ale 

przywódca zdołał uciec... 

— To mnie nie obchodzi. Powiedzcie, co stało się z jeńcami. 

— Zostali doprowadzeni do fortu Huachuca. 

— Kto ich przywiódł? 

Nie mogłem pojąć, o co sierżantowi chodzi, ale odparłem: 

— Pewien meksykański hacjender. 

— Jak się nazywa? 

— Don Pedro Gonzales. 

— Zgadza się — mruknął — ale mogliście o tym słyszeć od innych. To była 

głośna historia. 

— O co panu chodzi, sierżancie? 

— Należę do garnizonu Huachuca. Bawiłem wówczas w forcie i wszystko 

widziałem. 

— Na pewno? 

— Mam oczy. 

— Podejrzewam, że wówczas pan oślepł albo teraz.. 

— Ho, ho! Mocno powiedziane. I czemuż to miałbym zaniewidzieć? 

— Oprócz Gonzalesa były jeszcze inne osoby. Na przykład szeryf z Rainy Valley, 

traper o przezwisku Wielki Bóbr... 

— Prawda. Pamiętam, że znajdował się wśród nich jakiś poszukiwacz złota, 

bardzo zabawny jegomość, i... 

Przerwał, począł mi się przyglądać z uwagą. 

— I kto? — zapytałem zniecierpliwiony. 

background image

— I... pewien lekarz — odpowiedział przeciągając słowa. — Czy to... nie pan był 

tym lekarzem? W biały dzień od razu bym poznał. Niech mi pan wybaczy, dok-

torze. Doprawdy nie wiem, jak to naprawić. Czemu mi pan tego od razu nie 

powiedział? 

— Przecież mówiłem, że jestem lekarzem. 

— Ach, jakoś tego nie skojarzyłem z Huachuca. Pan mnie również nie poznał. 

Wszystko przez to... 

— Niestety, nie przypominam sobie pańskiej twarzy. Tam było tylu żołnierzy. 

— Dajmy temu spokój. Pan wspominał, doktorze, o jakiejś bandzie. W czym 

mogę pomóc? 

— Chodźmy natychmiast do farmy. 

— A droga bezpieczna? 

— Co najwyżej można sobie zwichnąć nogę na jakimś dołku. Szkoda każdej 

chwili. Ruszajmy! 

Na to kolejne ponaglenie nic mi nie odpowiedział. Zwrócił się tylko do swych 

podkomendnych i wydał im rozkazy. Obóz zwinięto migiem. Po paru minutach 

konie uszykowano do drogi, a ognisko zasypano, mimo iż nie groziło tu 

niebezpieczeństwo pożaru. Opuściliśmy wreszcie dolinkę. Ja otwierałem pochód 

krocząc ramię w ramię z podoficerem, dalej szli żołnierze prowadząc 

wierzchowce za uzdy. 

Muszę się pochwalić: mimo iż moja nocna wędrówka nie odbywała się wcale po 

linii prostej, jej powrotny kierunek wybrałem bezbłędnie. Po przejściu kilkunastu 

jardów ujrzałem żółty punkcik — światełko w oknie. Kiedy podeszliśmy tak 

blisko, że już rozpoznać można było dach domostwa, rzekłem do sierżanta: 

— Niech pan rozkaże zatrzymać się, dalej pójdę sam. 

Jeśli moi przyjaciele ujrzą grupę ludzi, mogą nas wziąć za bandę. Muszę ich 

uprzedzić. 

— Dobrze — zgodził się. — Pójdziemy we dwójkę. Nie bardzo mi jeszcze ufał! 

— Niech pan idzie za mną. 

background image

Przystał na taką propozycję. Teraz pomaszerowaliśmy szybciej. Wreszcie 

ujrzałem sylwetkę wysuwającą się zza węgła domu. 

— Czy to ty, Karolu? 

— Gdzież się pan podziewał, doktorze? — usłyszałem mocno podenerwowany 

głos Colorado. 

— Przyprowadziłem gości — odparłem. 

— Kogo? 

— Dzielnych żołnierzy z pewnym sierżantem na czele. 

Ale już sam sierżant wysunął się zza moich pleców. 

— Colorado! — zawołał. — Nie poznajesz mnie? 

— A to kto znowu? 

Zbliżył się szybko, zatrzymał tuż przed nami. 

— Na pierwszego niedźwiedzia, jakiego w życiu zastrzeliłem! Toż to Francis 

Dawson! 

— Ten sam — potwierdził podoficer. 

— Jak się masz, chłopcze?! 

Padli sobie w objęcia, a ja odetchnąłem. Spodziewałem się bowiem gorzkich 

wymówek za zejście z posterunku i wędrówkę po pustyni. 

— Jesteś sam? — pytał sierżanta Colorado. 

— Z czterema ludźmi. 

— Z nieba nam spadłeś! Byliśmy w nie lada kłopocie. 

— Coś mi o tym wspominał doktor. 

— Wołaj tych swoich chłopaków i idziemy. Trzeba wszystko obgadać. Rankiem 

stąd ruszamy. Co za spotkanie! Nie masz pojęcia, jak się cieszę. — Sierżant 

krzyknął na żołnierzy, żeby podeszli, a potem zwrócił się znowu do trapera: 

— Wiesz, skąd się tu wziąłem? 

— Na pewno nie. Ale to jest bez znaczenia. Ważne, żeśmy się znowu spotkali. W 

samą porę. 

— To ma znaczenie, Colorado. Ścigam Rogera Drake. 

background image

— Uff! Aleś mnie zaskoczył. Co za zrządzenie losu: Spotykamy się akurat w 

dniu, a raczej w nocy, przed którą zginął. 

— Więc to jednak prawda... — sierżant powiedział te słowa głosem bardzo 

smętnym. — Wspominał mi już o tym doktor, ale nie myślałem... to znaczy 

sądziłem, że nie jest aż tak źle... 

Powstrzymałem się od śmiechu, ale nie mogłem się powstrzymać od uwagi: 

— Sierżant po prostu mi nie wierzył. 

— Niech mu pan wybaczy, doktorze. Francis od urodzenia miał podejrzliwą 

naturę, ale poza tym wart jest tyle złota, ile waży. Chodźmy. 

Pobudziliśmy wszystkich i wyglądało na to, że o dalszym spaniu nie ma co 

marzyć. Sierżant rozstawił swych ludzi wokół zabudowań, a my zasiedliśmy w 

izbie dokoła stołu. Słusznie Colorado nazwał dowódcę człowiekiem 

podejrzliwym. Sierżant raz jeszcze wrócił do sprawy Rogera Drake. Przede 

wszystkim zagadnął, czy nie pomyliliśmy się co do osoby. 

— Francis — odparł na to stary traper. — Wiesz dobrze, że znałem go nie od 

wczoraj. Jakże mógłbym się pomylić? 

Tu opisał, jak i kiedy natrafiliśmy na zwłoki.  

— Kto go mógł zastrzelić? — zastanawiał się sierżant. 

— Wiem tyle, co i ty. Posądzam któregoś z tych drabów, jakich chcemy 

powierzyć twej opiece. 

Tu Colorado musiał opowiedzieć o napadzie na zagrodę O’Briena i o 

konsekwencjach tego napadu, a na zakończenie dodał: 

— Oto właśnie pani Lucy O'Brien z synem. Zrozumiałeś? 

— Zrozumiałem. Ale kto to jest Tom Gordon? Przecież mister Gordon siedzi 

przede mną. Pamiętam pana z Huachuca. 

— Ten łobuz przybrał sobie moje nazwisko — odparł Karol. — Przed rokiem 

nazywał się po prostu Tom Lesser. 

— Coś mi świta! To ten przywódca bandy arizońskiej? 

— Ten sam — mruknąłem zniecierpliwiony przedłużającą się rozmową. — 

background image

Chodzi o to, aby pan pomógł nam go schwytać. 

— Musisz to zrobić, Francis — poparł mnie Colorado.  

Sierżant poskrobał się za uchem, westchnął ciężko i wreszcie rzekł: 

— Obejrzyj nasze konie. Nie damy rady. Gnamy od dwu tygodni za tamtym i tak 

nam przeleciał przez palce... — znowu westchnął. — Bardzo mi przykro, Colo-

rado. Nie mogę ci towarzyszyć. 

— Cóż on takiego zmajstrował, że armia federalna musiała mu deptać po piętach? 

— zapytałem. — Raczej nie ścigacie pospolitych bandytów.* 

— Prawda — powiedział sierżant. — Ale tym razem Drake nieco przeholował. 

Okradł ekspedycję naukową. 

— Zawsze zdolny był do wszystkiego — zauważył zgryźliwie Colorado. — Na 

pomysłach mu nie zbywało. Cóż to za ekspedycja? 

— Wziął udział w wyprawie kilku naszych naukowców w głąb Meksyku. 

— Jako naukowiec? — zapytał Colorado. 

— Nie, tak bezczelny nie był. Zabrali go jako ochronę! 

— To świetnie — mruknął traper. 

— Ekspedycja poszukiwała jakichś starych grobów. Podobno natrafili na skarby 

ukryte jeszcze przez Hiszpanów. Drake miał im zabrać część tych znalezisk, gdy 

wracali. Zrobiła się z tego wrzawa niemała. Nadeszło polecenie z Waszyngtonu, 

żebyśmy się zajęli odszukaniem dowcipnisia. Nieco mnie to zdziwiło — tu  

 

Nad bezpieczeństwem wewnętrznym czuwają szeryfowie, policja i milicja stanowa lub policja 

federalna. W opisywanym okresie na zachodzie wojska tylko w wyjątkowych wypadkach używano do 

tępienia rozbójniczych band. 

zniżył głos — myślałem, żeś już go capnął, Colorado? 

— Miałem pecha. Ale mów dalej. 

— Niewiele już do powiedzenia. Od dwu miesięcy wojsko przetrząsało Arizonę i 

Nowy Meksyk. Ale tylko ja trafiłem na ślad. Przed dwoma tygodniami. No i... nic 

z tego. 

background image

— Nie narzekaj, Francis. Będziesz mógł się pochwalić odnalezieniem 

skradzionych kosztowności. Sporo tego jest. Konia również zabierzesz. Nie chcę 

nic, co należało do Drake'a. 

Sierżant aż podskoczył na ławie.  

— Gdzie ten skarb? 

— Zakopaliśmy na pustyni. W jukach. 

— Poprowadzisz mnie tam, Colorado, prawda? Spojrzałem porozumiewawczo na 

Karola. Pochylił się ku mnie i szepnął: 

— Wygląda na to, że Drake nie miał nic wspólnego ze skarbem Lessera. 

Skinąłem głową. 

— Słuchaj, Francis — odparł traper. — Już ci mówiłem, że nie mamy chwilki 

czasu do stracenia. Prosimy cię o pomoc, a ty nie tylko odmawiasz, ale jeszcze 

chcesz mnie odwieść od pogoni. Nie, nie pojadę z tobą. Ale opiszę miejsce, trafisz 

na ślepo. 

W odpowiedzi sierżant raz jeszcze potwierdził swą decyzję. Wraca do Huachuca. 

Konie ma tak zdrożone, że lada dzień mogą paść. 

Sądziłem, że teraz wybuchnie kłótnia, bo nie w smak to poszło traperowi. 

Widziałem po jego minie. Ale nie: Musieli się znać od dawna i pozostawać w 

zażyłych stosunkach. Colorado najpierw machnął ręką, a potem nieoczekiwanie 

roześmiał się. Po sekundzie zawtórował mu Dawson. 

— Do licha! — powiedział. — Nie będziemy się spierać z powodu takiego 

człowieka! 

— Do licha, Francis! Pomyślałem tak samo. Teraz już szybko doszli do 

porozumienia. Sierżant miał zabrać ze sobą panią O'Brien z synem i obu naszych 

jeńców. Jeden kłopot spadł nam z karku. Sierżant nieco się krzywił, że będzie 

musiał wlec ze sobą dwu ludzi wcale nie związanych ze sprawą Drake'a. 

— Co mam z nimi począć? O co ich oskarżacie i gdzie są dowody? 

— Dostarczysz ich do fortu. To członkowie tej samej bandy Lessera. A poza tym, 

oni musieli zabić Drake'a. Nikt inny. A więc to twoja sprawa. 

background image

Nie zabierałem już głosu, Colorado słusznie przypuszczał. Z tego, co nam 

opowiadała pani Lucy, przecież wynikało, iż przed naszym przybyciem wybuchła 

na farmie strzelanina. Prawdopodobnie Drake chciał się tu schronić przed 

pościgiem. Zobaczywszy, że farma jest zamieszkała, zdecydował się uciekać 

dalej. A może postanowił zamienić sobie konia? Czy chciał kupić nowego, czy 

też po prostu ukraść, o tym mogli wiedzieć tylko nasi jeńcy. W wyniku 

strzelaniny został ranny. Nikt go nie gonił. Ludzie Lessera mieli obowiązek 

pilnowania pani O’Brien. 

Wreszcie ułożyliśmy się do snu. Ale bez Colorado. Ten spędził noc na rozmowie 

z sierżantem. 

background image

Samotny trop 

 

Jeszcze szary przedświt okrywał ziemię, gdy Colorado bezceremonialnie ściągnął 

nas z legowisk. W godzinę później dwa oddziałki opuszczały farmę udając się w 

dwu przeciwnych kierunkach. Sierżant Dawsan, posuwając się po naszych 

wczorajszych tropach, najpierw miał dotrzeć do grobu Drake'a i wydobyć zako-

pane przy nim juki z kosztownościami, a później odprowadzić O’Brienów do 

Santa Rosa. Co się tyczy naszych jeńców, Colorado rzekł mu przed samym roz-

staniem: 

— Rób sobie z nimi, co chcesz. Możesz ich nawet puścić wolno, ale nie 

wcześniej, niż za tydzień. Pamiętaj jednak, że to najpewniej oni zastrzelili 

Drake'a! 

Po tej zwięzłej deklaracji sierżant i Colorado raz jeszcze uściskali się serdecznie. 

— Kiedy się zobaczymy? 

— Któż to odgadnie, Francis? 

— Odwiedź mnie w Huachuca. Będę czekał. 

— Obiecuję. 

Przysłuchując się tej rozmowie nie przypuszczałem, że do tego spotkania nigdy 

już nie dojdzie... 

Kopyta wzbiły obłoczki brązowoceglastego pyłu. Znowu jechaliśmy przez 

pustkowie. Wiódł nas Colorado, dziwnie jakoś milczący, prawie ponury. Czyżby 

nań tak oddziałała nocna rozmowa z sierżantem? 

Po godzinie jazdy traper zatrzymał konia czekając, aż się przybliżymy. 

— A to co? — krzyknąłem spojrzawszy na ziemię. 

— Ano... drugi trop. Jak wam się podoba? 

W miejscu, w którym stanęliśmy, świeże odciski kopyt dołączały do szerokiego 

pasa zdeptanej ziemi. Bez wielkiego wysiłku można było stwierdzić, iż nowy 

background image

podróżny zmierzał w tym samym kierunku, co ścigana przez nas grupa. 

— Jakoś zbyt często spotykamy samotnych jeźdźców w tych stronach — 

stwierdził Karol. 

Colorado nawet się nie uśmiechnął. Zauważyłem, że ile razy zahaczano w 

rozmowie o Rogera Drake, tyle razy markotniał. 

— Ruszajmy — powiedziałem. — Im prędzej pojedziemy, tym szybciej 

odkryjemy prawdę. Kto wie, może to jakiś uczciwy człowiek nieświadomie 

zmierza prosto w łapy opryszków? 

Stary traper przecząco potrząsnął głową. 

— O co chodzi? 

— O trochę cierpliwości, doktorze. Mnie również pilno widzieć Samuela na 

wolności, ale niekiedy nadmierny pośpiech opóźnia rozwiązanie sprawy. Dlatego 

proponuję, abyście obaj jechali tropem Lessera, tylko nieco wolniej. Żebym was 

mógł dogonić.  

— Co pan zamierza, Colorado? — zapytał Karol.  

— Sprawdzić, skąd biegnie ten nowy ślad. 

— Takie badanie może potrwać bardzo długo — zauważyłem. 

— O, nie, nie. Tak daleko nie pojadę. Przekonam się tylko, czy tropy nie wiodą z 

opuszczonej farmy. 

— To niemożliwe! — zawołałem. 

— Wszystko jest możliwe, doktorze. No, w drogę. 

To rzekłszy zawrócił z miejsca i pognał galopem. 

— Co mu strzeliło do głowy? — powiedziałem półgłosem. 

— Coś podejrzewa, ale co, jeszcze nie wiem. A w ogóle... to jakiś zbyt dla mnie 

zagadkowy człowiek. Nie podoba mi się... 

— Co ci się nie podoba? — zapytałem zaskoczony takim stwierdzeniem. 

— Widzisz... Wjechaliśmy na niebezpieczną ścieżkę. Lubię w takich wypadkach 

coś niecoś wiedzieć o towarzyszach broni. Ciągle miałem nadzieję, że wreszcie 

się rozgada, a tu nic. Kto to może być u licha? 

background image

— Przecież nie zbrodniarz, nie oszust ani niebieski ptak — spróbowałem w żart 

obrócić całą sprawę. 

Ale Karol zareagował na to z zupełnie ponurą powagą: 

— Jakbyś zgadł! Pewnego dnia przez chwilę zastanawiałem się nad tym. 

— Cooo?! Skąd takie przypuszczenie? 

— Odrzuciłem je. Raczej to jakiś “nawrócony" przestępca i stąd znajomość z 

tamtym sierżantem. 

— Jeśli “nawrócony", wszystko w porządku — rzekłem swobodnym tonem.  

— Nic więcej cię nie gnębi? 

Pominął moje pytanie. 

— To nie jest typowy traper. Ja to czuję. 

— Nie wiem, co u ciebie znaczy słowo: typowy. Dla mnie Colorado stanowi co 

prawda również zagadkę, ale nie taką, jaką masz na myśli. 

Mruknął coś i przez chwilę staliśmy w milczeniu. Ale że Karol poruszył bardzo 

interesujący mnie temat, nie wytrzymałem długo. 

— Zauważyłeś, jak się zachował przy tym Drake'u? 

— Właśnie! To pewnie dawny kumpel. O coś się pożarli. 

— O nie, nie tak! — zaprzeczyłem energicznie.  

— Błądzisz po mylnych tropach! Z zachowania się Colorado wysnułem inne 

wnioski. Prędzej Drakę był kiedyś uczciwym człowiekiem, niż ten “nietypowy" 

traper przestępcą. 

— Jasnowidzenie? — zapytał ironicznym tonem. 

— Nazwij to, jak chcesz, Karolu. Twoja podejrzliwość nie opiera się na żadnych 

faktach. 

— A twoja wiara wynika chyba z naiwności! Niewiele brakowało, a 

pokłócilibyśmy się na dobre. 

Spostrzegłem się w czas i nieco spuściłem z tonu. 

— Nie poznaję cię, Karolu. Co zarzucasz Colorado? Brak odwagi? 

Nieuczciwość? Nieznajomość terenu? Jako traper sprawuje się znakomicie, a 

background image

jako człowiek... Jego decyzja w sprawie O'Briena najlepiej o nim świadczy. A to, 

że nas oswobodził? 

— Gdyby było inaczej, Janie, nie zdecydowałbym się jechać z nim razem na tak 

niebezpieczne przedsięwzięcie. Jednak lubię dokładnie wiedzieć, z kim mam do 

czynienia. Zwłaszcza w takich sytuacjach. Coś w tym wszystkim się kryje i to mi 

nie daje spokoju. 

Klepnął wierzchowca po szyi i ruszyliśmy stępa. 

— To świeży trop — zauważyłem zmieniając temat. Brak mi było argumentów 

na przekonanie Karola, że się myli. 

— Pochodzi sprzed paru godzin zaledwie. Jegomość gnał galopem. Spójrz. 

Wierzchnie warstwy piasku zostały poodrzucane, wgłębienia kontrastują z 

otoczeniem ciemną barwą, jeszcze z nich wilgoć nie wyparowała. Colorado 

przypuszcza, że ten jeździec jechał z farmy. Ale ani słówka nie powiedział, na 

czym opiera swoją teorię. Tego właśnie nie lubię. A poza tym, czy to możliwe, 

abyśmy przeoczyli tamtej nocy obecność jeszcze trzeciego człowieka? 

— Który zamiast natychmiast zmykać ukrywał się aż do świtu — dodałem. — 

Nie. Colorado na pewno się myli. Tam nikogo więcej... 

W tym miejscu umilkłem. Przypomniałem sobie nagle tętent, jaki usłyszałem 

czekając na powrót Colorado i Karola. Wówczas sądziłem, że padłem ofiarą 

złudzenia. A może to nie było złudzenie? 

— Masz niekiedy dziwny zwyczaj przerywania zdań w połowie — zauważył mój 

towarzysz. — Co cię tak zatkało? 

— Widzisz, ostatniej nocy... — i tu zwierzyłem się ze swych wątpliwości. 

— Czy odgłos tętentu się oddalał? Przypomnij sobie, to ważne. 

— Jakoś na to nie wyglądało. Słyszałem go nagle i nagle ucichł. 

— Może nie słuchałeś uważnie? Odgłos mógł narastać stopniowo, zwróciłeś nań 

uwagę wówczas, gdy był najsilniejszy. 

— Prawdopodobnie tak właśnie było. Ale potem znowu nastała cisza, więc 

sądziłem, że musiałem się przesłyszeć. Dlatego nikomu o tym nie wspominałem. 

background image

— Hm, jeśli to są tropy nocnego przybysza... 

— To co? 

— To nie był na pewno nasz przyjaciel. 

— Dlaczego? 

— Prosta sprawa: zabłąkany podróżny szukałby schronienia na farmie, a nie 

trzymał się od niej z dala. 

— Jeżeli ten trop istotnie biegnie tu z farmy.. 

— To się okaże. 

Kiwnąłem głową. Od tej chwili jechaliśmy w milczeniu. Robiło się coraz cieplej, 

aż oczy poczęły mi się kleić. Nic w tym dziwnego, przecież prawie nie spałem od 

dwudziestu czterech godzin! Sam nie wiem kiedy wpadłem w jakąś półdrzemkę, 

z której wyrwało mnie nagłe zatrzymanie się wierzchowca. Przede mną koń 

Karola szczypał jakiś szary badyl wyrastający z piachu, a jego pan, z ręką 

przyłożoną do czoła, spoglądał za siebie. 

— Colorado wraca — oznajmił. 

— Już? — zdziwiłem się. 

— Dopiero — sprostował mój towarzysz. — Spałeś przez kilka godzin. 

Zabrzmiało to jak wyrzut, więc tylko mruknąłem: 

— Mogłeś mnie obudzić. 

— Nie było potrzeby. No i jak tam, Colorado? — zapytał, kiedy w tumanie kurzu 

traper zatrzymał przed nami konia. I wierzchowiec, i jeździec pokryci byli od 

głów do pięty jednolitym w kolorze czerwonym pyłem. 

— Tfu, do diiabła! Piasek mi zgrzyta w zębach, piasek mam za kołnierzem, nawet 

w butach. Nigdy jeszcze nie pędziłem tak szybko po tak paskudnym terenie. 

— Po cóż było tak gnać? 

— Trochę się obawiałem, iż was nie ujrzę. 

— Co się stało? — zaniepokoił się Karol. 

— Ten trop wiedzie do farmy! Ale to jeszcze nie wszystko. Znalazłem miejsce, w 

którym tajemniczy jeździec oddzielił się od grupy Lessera. 

background image

— Dziwna historia — bąknął. 

— Nie tak bardzo, doktorze. Po prostu Lesser czegoś zapomniał, a może coś 

chciał jeszcze przekazać swoim ludziom pozostawionym na farmie i już z drogi 

wysłał umyślnego gońca. Jestem pewien, że ten goniec spostrzegł nas, dlatego się 

w farmie nie pokazał. Musiał widzieć i żołnierzy. Chyba tylko temu wypadkowi 

zawdzięczamy fakt, iż Lesser — zawiadomiony o wszystkim — nie zawrócił, aby 

oswobodzić swych ludzi i na nowo uwięzić panią Lucy i jej syna, a przy okazji 

nas. 

— To prawdopodobne — zauważyłem. 

— To pewne. Jak również i to, że Lesser obecnie wie, iż gnamy jego tropem i że 

nie towarzyszą nam indiańscy wojownicy. To mu doda śmiałości. Lękałem się, że 

wpadniecie w zasadzkę. 

— Lesser jest przekonany, że towarzyszą nam żołnierze — wtrąciłem — nie 

będzie ryzykował nierównej walki. 

— Pod warunkiem, że jego wysłannik nie czekał do świtu pod farmą i nie był 

świadkiem naszego rozstania się z sierżantem. 

— To brzmi nieprawdopodobnie — odparł Karol. — On nie mógł czekać do rana, 

zbyt ważną uzyskał informację. A poza tym okolica jest otwarta na wszystkie 

strony świata. W świetle dziennym łatwo dostrzec z daleka nawet samotnego 

jeźdźca. A przecież nikogo nie zauważyliśmy. 

— Prawda. Tylko że wysłannik Lessera jechał zupełnie inną drogą niż my, a więc 

musiał się liczyć z naszym pościgiem. To oczywiście moje przypuszczenia. 

Zobaczymy, jak kij popłynie. Trzeba mieć teraz oczy na wierzchu głowy, a uszy 

wyciągnąć jak najdalej. Inaczej nie wyplączemy się cało z tej kabały. No, 

ruszamy! 

I pojechaliśmy. Męcząca to była jazda dzięki swej monotonii. Ciągle ten sam 

czerwonobrązowy piach; jakieś zapadliny, na dnie których rosły niekiedy 

zakurzone kaktusy o grubych kolcach i potężnych odgałęzieniach, 

przypominających fantastyczne drogowskazy; samotne pagórki o obłych 

background image

kształtach, na koniec — długie pasma gruntu zawalone tu i ówdzie bryłami 

wyschłej i twardej jak kamień gliny. Ponad tym wszystkim dzwoniąca w uszach 

cisza, mącona jedynie głuchymi uderzeniami końskich kopyt. 

Na szczęście, już w drugiej połowie dnia poczęły się coraz częściej ukazywać 

drobne pasemka trawy o spłowiałej barwie, piasek znikał, aż nagle — dziwny 

kaprys natury: ukazała się murawa ciesząca oczy świeżą zielenią. Od razu 

poczułem się raźniej, a konie przyśpieszyły biegu. 

Słońce dotykało swym rąbkiem linii horyzontu, gdy ujrzeliśmy dalekie zarysy 

jakichś zabudowań. 

— Tego nam właśnie brakowało — stwierdził Colorado. — Nareszcie będę mógł 

się obmyć z piachu. 

Po pół godzinie usłyszeliśmy szczekanie psów, a w chwilę później dostrzegli już 

zupełnie wyraźnie dom o spadzistym dachu i wąską smużkę dymu bijącą z 

komina ku błękitnemu niebu. Nieco z boku zauważyłem ogrodzenie sporządzone 

z grubych bali, tak zwany w tych stronach corral dla bydła, którego spore stado 

właśnie nadciągało ku nam gdzieś z głębi prerii. Przybiegły dwa potężne psy i 

warcząc krążyły dokoła. Wreszcie ujrzeliśmy ganek domu wsparty na ozdobnych 

kolumienkach. Na ganku stal mężczyzna ze strzelbą w ręku i bacznie się nam 

przyglądał. Colorado ściągnął cugle. 

— Dobry wieczór — powiedział. — Czy możemy u was skorzystać z noclegu? 

Nie jesteśmy wymagający, starczy wiązka siana dla każdego. 

Już chciałem zeskoczyć z siodła. W tych bezludnych okolicach gościnność jest 

przecież nie tylko grzecznością, ale i obowiązkiem. Nie wolno odmówić 

schronienia, gdy dokoła ciągnie się pustka. Zresztą, dla osadnika każde 

odwiedziny to jedyna w tych stronach rozrywka, jedyna możliwość posłuchania 

wieści z dalekiego świata. Dlatego znieruchomiałem ze zdumienia, gdy 

usłyszałem słowa gospodarza: 

— Obawiam się, że w naszym domu nie będzie dla was miejsca. 

— Och — Colorado wcale się nie stropił tą oschłą odpowiedzią — możemy spać 

background image

pod gołym niebem. 

— Możecie spać, gdzie chcecie, byle nie tu i... jak najdalej stąd. 

To już było coś więcej niż odmowa. Obraza. Ale stary traper nie dał się 

wyprowadzić z równowagi. Chęć obmycia się z kurzu musiała być silna. 

— Ależ oczywiście — odparł. — Skoro jesteśmy tak niemile widziani, nie 

pozostaniemy dłużej, a w drodze ostrzeżemy innych, aby was nie niepokoili. Czy 

możemy napoić konie? 

W trakcie tych słów dostrzegłem, jak w głębi werandki uchyliły się drzwi. Drugi 

mężczyzna, również ze strzelbą w ręku, stanął obok pierwszego. 

— O co chodzi? — zapytał grubym głosem. 

— To właśnie oni — odparł nasz rozmówca. 

— Aha, oczekiwaliśmy was. Nie macie tu co robić. Nikt z nas nie gra w karty. 

— Co takiego? — Colorado podniósł głos o jeden ton wyżej. 

Czułem, że zanosi się na awanturę. Karol również musiał to zauważyć, bo 

natychmiast wtrącił się do rozmowy:  

— Dżentelmeni — powiedział — to jakieś nieporozumienie. O jakie karty wam 

chodzi? 

— O jakie? Wiadomo, do gry. 

— Wybaczcie, ale nadal niczego nie pojmuję. Czyżbyśmy wyglądali na 

szulerów? 

— Wyglądacie czy nie wyglądacie, na jedno wychodzi. Fakt, że gracie niezbyt 

uczciwie. 

— Przepraszam — wtrąciłem się z kolei. — To jakiś kiepski dowcip. Ci panowie 

— wskazałem na werandkę — szukają pozorów, by nas nie przyjąć. Nie 

będziemy ich prosić. Jedźmy! 

Ostatnie słowo powiedziałem głośno i gniewnie. 

— Poczekaj, Janie — zmitygował mnie Karol. — Nie zostaniemy tu, ale chyba 

warto sprawę wyjaśnić. — A zwracając się do nieznajomych zapytał: — 

Powiedzcie nam, panowie, od kogo uzyskaliście taką informację? 

background image

— Przestrzeżono nas. A kto... co to was obchodzi? 

— Wszystko rozumiem — odezwał się znowu Colorado. — Gościło tu przed 

nami kilku ludzi. To oni was tak okłamali. Nie jesteśmy szulerami ani rabusiami. 

To my ścigamy rabusiów. 

— Kogo tam ścigacie, to wasza sprawa — odezwał się starszy mężczyzna — ale 

nie radzę gonić tych, którzy bawili tu przed wami. 

— I czemuż to? 

Obaj nieznajomi roześmieli się głośno, 

— Dlaczego? Dlatego, że tamtym ludziom przewodzi pewien słynny traper, 

Karol Gordon, o przezwisku Wielki Bóbr. Słyszeliście o nim? 

— To świetne — stwierdził Karol rozbawionym tonem. — Wielki Bóbr się 

rozdwoił, jak z tego wynika. Jednego macie przed sobą, a drugi w tej chwili 

ucieka, aż się za nim kurzy. Rzecz byłaby zabawna, gdyby nie zagrażała mieniu, a 

może i życiu spokojnych osadników — a zwracając się do nas: — Nie 

powinniśmy stąd odjeżdżać, dopóki nie wytłumaczymy tym panom, że się mylą. 

— Obejdzie się bez tłumaczeń. No, jazda, albo was poszczuję psami. 

— Daj spokój, Karolu — szepnąłem. — Nie przekonamy ich. 

— Fred — odezwał się starszy mężczyzna — sprowadź ludzi, za długo to trwa! 

Colorado skinął ku nam ręką: 

— Poszukamy szczęścia gdzie indziej. 

Powiedziawszy to uderzył konia po zadzie i z miejsca ruszył cwałem. Karol nie 

upierał się dłużej. Minęliśmy dom mieszkalny, zabudowania gospodarcze i 

zagrodę dla koni. Tu traper przyhamował wierzchowca, a gdy zrównaliśmy się z 

nim, powiedział: 

— Nie zajedziemy daleko, już się ściemnia. Skręćmy byle gdzie, może 

znajdziemy wodę. Ale ten Lesser! Tak nas urządzić! 

Skierowaliśmy się w prawo, wprost na czerwoną tarczę zachodzącego słońca. 

Nieprzewidziana przeszkoda wstrzymała dalszą jazdę. Z głębi prerii zganiano — 

prawdopodobnie do wieczornego wodopoju — bydło. Stado krów, porykując, 

background image

zbijając się w grupy lub rozpraszając, otoczyło nas niespodziewanie i poczęło 

spychać na pobliskie ogrodzenie. Zaraz jednak pojawiło się trzech konnych 

pastuchów. Krzycząc i trzaskając z długich rzemiennych batów zdołali zmusić 

stado na pół zdziczałego bydła do szybkiego biegu. Całe szczęście, bo mój 

wierzchowiec począł już chrapać i drżeć, przyparty do grubej belki ogrodzenia. 

Odetchnąłem, gdy ostatnia rogata sztuka minęła nas w niezdarnym kłusie. 

Kawalkadę zamykał jeszcze jeden pastuch. Być może nadzorca, bo ubranie nosił 

znacznie schludniejsze niż jego towarzysze. Przejeżdżając obrzucił nas uważnym 

spojrzeniem i... raptownie zatrzymał konia. 

— Czy mnie wzrok nie myli? — zawołał. — Przecież to Colorado! Sam Colorado 

— powtórzył. — Dokąd to dobre bogi prowadzą? 

Stary traper przymrużył oczy, a potem powiedział, przeciągając sylaby: 

— Davy Paterson... Coś podobnego. Nie przypuszczałem, że się jeszcze 

spotkamy, chłopcze. Myślę, że już nie polujesz na łosie? Przyznaj się. Ileż to lat? 

— Będzie z dziesięć — odparł zagadnięty. — Chodźcie ze mną, przecież nie 

możemy się tak minąć jak obcy. — A widząc nasze stropione miny dodał: — 

Chyba się nie spieszycie. Już prawie noc. Nocna jazda licha warta. 

Colorado krótko wyjaśnił, co nas tu spotkało. Davy roześmiał się: 

— Nic o tym nie wiedziałem. Od świtu uganiam się za bydłem. Wszystko zaraz 

załatwię. No, jedziemy. 

Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i zawróciliśmy konie. 

— Zdumiewające — odezwał się Colorado do cowboya. — Czy wiesz, że jesteś 

trzecim znajomkiem, którego spotykam w ciągu dwu ostatnich dni? To chyba 

musi coś znaczyć. Co, doktorze? — zwrócił się do mnie. 

Wzruszyłem ramionami: 

— Doprawdy nie wiem, o czym pan myśli. 

— To chyba jakaś dobra... albo zła... wróżba. 

— Ach, o to chodzi! Nic a nic nie rozumiem się na wróżbach. Może panu wyjaśni 

jaki indiański czarownik, ja nie potrafię. 

background image

— Nigdy nie miał pan żadnych przeczuć? 

— Nigdy. Nawet gdy straciłem pracę w szpitalu, co było dla mnie wówczas 

dotkliwą klęską. 

— Przepraszam — odparł i znowu zwrócił się do cowboya: — Davy, Davy, jakże 

się cieszę, że cię widzę. Wyrosłeś na kawał chłopa! 

— To pana zasługa, Colorado. 

— Jaka tam zasługa? Ot, prosty przypadek.  

Właśnie podjeżdżaliśmy do małego placyku. Davy Paterson wysunął się nieco 

naprzód. Musiał się cieszyć dużym zaufaniem właściciela farmy. Teraz rzecz 

poszła jak z płatka. Przeproszono nas i wprowadzono do wnętrza z honorami, 

jakich mógłby oczekiwać gubernator stanu, gdyby taki tu istniał *. 

Zdziwiłem się ujrzawszy przy stole samych mężczyzn. W trakcie rozmowy  

okazało się, iż gospodarz miał tylko jednego syna, ale spodziewano się właśnie 

następnego potomka. Żona wraz ze swą matką pojechały aż do St. Louis nad 

Missouri. Szmat drogi! Dobrze musiało się powodzić farmerowi, jeśli się 

zdecydował na poniesienie takich kosztów podróży, a następnie i szpitala, w 

którym na świat miało przyjść drugie dziecko. 

Tak więc tylko mężczyźni czynili honory domu. Tym większe, iż poczuwali się 

do winy. Obaj, ojciec i syn, starali się zatrzeć niemiłe wrażenie pierwszego 

przyjęcia. Oczywiście wyjaśnili powody swego postępowania. 

Rankiem tego samego dnia przybyło do farmy sześciu jeźdźców. Jeden z nich, 

wyglądający na przywódcę, oświadczył, że nazywa się Gordon, że jest 

westmanem i że ze swymi ludźmi ściga bandę opryszków grasujących w 

zachodniej części Nowego Meksyku. 

 

Nowy Meksyk nie miał gubernatora, prawa stanowe uzyskał dopiero w 1912 r. 

 

— Przyjęliśmy niespodziewanych gości, jak można najlepiej — opowiadał 

farmer. — Chcieliśmy ich zatrzymać na dłużej, ale bardzo się spieszyli i po paru 

background image

godzinach postoju ruszyli dalej. 

— Aż po paru godzinach? — zagadnął Colorado. — Czy czekali na kogo? 

— Nie, tylko konie mieli bardzo pomęczone. Trzy z nich zgodziłem się zamienić. 

— Dobrze przynajmniej, że nie sześć — powiedział Colorado. — Ale i tak będą 

teraz szybsi. 

— Doprawdy nie moja to wina — tłumaczył się gospodarz. — Wzięliśmy za 

dobrą monetę wszystko, co mówili... Żeby rzec prawdę, chciałem wymienić 

wszystkie sześć, ale nie miałem pod ręką lepszych wierzchowców.  

Wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. 

— To był Tom Lesser — wyjaśnił Colorado. — Przed rokiem uciekł z Arizony po 

likwidacji bandy. Może pan słyszał o tym? 

— Coś mi się obiło o uszy.  

— A przed odjazdem ostrzegł was przed nami, tak? — wtrąciłem. 

— A jakże. Powiedział, że w tych stronach krąży trójka oszustów wyłudzających 

od osadników pieniądze pod różnymi pozorami, przede wszystkim grą w karty, 

no i... po trochu... kradnących. Doprawdy, bardzo mi... 

— Nie ma o czym mówić? — wtrącił się Karol. — Widział pan dokładnie całą 

szóstkę?. 

— Jak was w tej chwili. 

— Czy nie zaskoczyło pana zachowanie się któregoś? 

— Zachowanie? 

— Chodzi mi o to, czy któryś z tej gromadki różnił się od innych w sposób 

zwracający uwagę? 

— Hm, trudno mi na to odpowiedzieć. Fred — zapytał syna — nie zauważyłeś 

czegoś takiego? 

— Nie ojcze. Wszyscy byli bardzo gadatliwi, bardzo hałaśliwi. Ot, takie wesołe 

chłopaki. Wszyscy z wyjątkiem tego chorego. 

— Chorego? — wpadł mu w słowo Colorado. — Wyglądał na chorego? Po czym 

pan to poznał? 

background image

— Prawie nie odzywał się. Jeden z towarzyszy wyjaśnił mi, że cierpi na gardło. 

— To Samuel —— stwierdził traper. — Na pewno on. 

— Czemu nie wezwał pomocy? — krzyknąłem. 

— Ba, łatwo to panu powiedzieć. Samuel zgłupiał widać do reszty. W tym 

wypadku trudno jednak mu się dziwić. Nic nie wie o tym, że żona i syn znajdują 

się już na wolności. Zastraszono biedaka. Nie śmiał słówka pisnąć. Pewnie mu 

zagrozili śmiercią najbliższych. 

— Lesser nic by na tym nie zyskał — wtrąciłem. 

— Na pewno. Nawet nie wierzę, że zdecydowałby się na taki krok. Ale Samuel 

wierzy. Dlatego milczał. Czy możecie powiedzieć, jak wyglądał ten chory? — 

zwrócił się do gospodarza. 

Obaj zastanowili się chwilę, na koniec, uzupełniając się wzajemnie, z grubsza 

opisali interesującą nas postać. To był O'Brien. 

Reszta wieczoru upłynęła na mało ciekawej pogawędce. Colorado prawie nie brał 

już udziału w rozmowie. Nad czymś rozmyślał. Potem przysiadł się do Patersona 

i długo z nim gawędził. Gwiazdy już dawno pokryły niebo, gdy farmer przeprosił 

nas, tłumacząc się późną porą. 

Tej nocy spałem na materacu staroświeckiego łoża, pod dachem i bez obowiązku 

odprawiania warty. Nazajutrz, obficie zaopatrzeni w żywność, ruszyliśmy w 

dalszą drogę. Paterson odprowadził nas kawałek, a później długo jeszcze żegnał 

się z Colorado. 

background image

Pułapka 

 

Jechaliśmy prerią lekko falistą i z rzadka porosłą trawą. Horyzont zamykało 

szarosiwe pasmo gór. W słońcu poranka wydawało się, iż paruje lekką mgiełką. 

Od chwili opuszczenia farmy minęły już dwie noce i dwa dni. Trop był wyraźny: 

szeroki pas śladów nie przecięty żadną ścieżką ani dróżką wśród tych bezdroży. 

Po nielicznych wędrowcach, jacy tędy kiedyś przejeżdżali, wiatr dawno zamazał 

wszelkie znaki. 

Gdzieś koło południa dostrzegliśmy pierwsze wzniesienia. Ukazały się przed 

nami pagórki porosłe jałowcem i kępkami pinii, a dalej drzewa. Dokoła pachniało 

szałwią. Po jakimś czasie ujrzeliśmy potężne bloki piaskowca o dziwacznych 

kształtach i kolorach, wysokie niby wieże średniowiecznych zamków. Nad wie-

czorem mieliśmy przed sobą, tuż, tuż, spadziste zbocza, gęsto porosłe białą i 

niebieską jodłą lub meksykańską sosną. W zapadającym mroku nie sposób było 

jechać dalej. Rozbiliśmy obóz nad brzegiem maleńkiego ruczaju, wypływającego 

z gardła wąskiej doliny, wrzynającej się w głąb czarnych borów. Jałowcowe 

gałęzie płonęły z delikatnym trzaskiem, napełniając powietrze zapachem żywicy. 

Zaopatrzeni obficie na farmie, nie mieliśmy teraz kłopotu z żywnością. Colorado, 

spenetrowawszy jak zwykle najbliższą okolicę i stwierdziwszy, iż nie ma tu 

nikogo poza nami, zakrzątnął się koło wieczerzy. Przyrządził, z wprawą za-

wodowego kucharza, znakomity posiłek, tak potrzebny po całodziennej jeździe. 

— Tego Patersona, cośmy go spotkali na farmie — odezwał się nieoczekiwanie 

— poznałem przed laty w podobnych stronach, w jakimś odgałęzieniu Gór 

Skalistych. Tak samo rósł tam las i ciurkał strumyczek. Ba, nawet okoliczności 

były podobne. Ścigałem pewnego jegomościa, deptałem mu po piętach, aż mi się 

w końcu wymknął. 

— Kiepska to dla nas przepowiednia — wtrąciłem. 

background image

— Ech, co jeden, to nie piątka — odparł. — Samotnemu łatwiej zaszyć się w 

leśnej głuszy. 

— Nie byłbym taki pewien — powiedział Karol. — Zauważcie tylko: oni 

wszystko o nas wiedzą. Ostatni wypadek przedstawia się dość tajemniczo. 

— Co masz na myśli, Karolu? 

— Uprzedzili o naszym przybyciu farmera. Skąd Lesser dowiedział się, że 

będziemy go ścigać tylko w trójkę? A nie na przykład z oddziałem wojska? 

— To rzeczywiście dziwne — odparłem. — Przecież uważamy, iż wysłannik 

Lessera opuścił farmę przed naszym rozstaniem się z sierżantem. 

— Z tego wniosek — stwierdził Colorado — że goniec Lessera wyjechał z farmy 

znacznie później, niż przypuszczaliśmy. 

— Nic teraz nie wymyślimy, lepiej dokończ swego opowiadania — zwrócił się 

Karol do Colorado. 

— A więc... Patersona spotkałem w zupełnie dzikiej okolicy i gdyby nie to 

spotkanie, pewnie biedak nie chodziłby już po ziemi. Wyobraźcie sobie piękny, 

słoneczny dzień, góry porosłe ciemnym lasem i dolinę pokrytą wiosenną trawą. 

Na tej trawie widniały tropy wyraźne jak jajko na patelni. Gnałem wówczas tymi 

tropami, ale coraz ostrożniej. Odciski kopyt stawały się tak świeżutkie, jak mleko 

prosto od krowy. Więc nieco wstrzymałem bieg konia. Gdybym tego nie uczynił, 

prawdopodobnie nie zauważyłbym Patersona i nie byłoby o czym mówić. Ale 

stało się inaczej. Rozglądałem się na wszystkie boki i na ziemię przed sobą. 

Dostrzegłem, iż półokrągłe odciski podków są teraz zupełnie czarne. Dolinka 

okazała się podmokłym bagienkiem. To był sygnał ostrzegawczy. Zlazłem z 

konia, cugle zarzuciłem mu na kark, a moja szkapa ruszyła za mną jak wierny 

pies. 

Krok za krokiem posuwałem się dalej, aż zbocza tworzące dolinkę rozbiegły się, a 

przed sobą w odległości kilku jardów dostrzegłem falujący łan wysokich trzcin. 

Trop, za którym postępowałem, wił się jak wąż, później skręcił w lewo, pod samo 

lesiste zbocze. Właśnie wówczas usłyszałem strzał. Możecie sobie wyobrazić, co 

background image

to za wrażenie! Rzuciłem się w bok i biegłem nie zważając na to, iż murawa ugina 

się pod moimi butami. Nie wiedziałem, kto strzelił i do kogo. A może właśnie do 

mnie? Ale nie słyszałem świstu kuli. Tym bardziej należało się przekonać. I nagle 

ujrzałem. Nie człowieka, nie! Rosochaty zwierz, wielki jak dobrej wagi cielę, z 

trzaskiem łamał trzciny i parł w stronę lasu. Był do mnie zwrócony bokiem, a 

więc nie ja go wystraszyłem. Pobiegłem za nim ściskając strzelbę w garści. Ale 

okazał się szybszy. Przebrnął już trzciny i gnał kłusem w kierunku zbocza. Po raz 

drugi zahuczało i wówczas ujrzałem sprawcę hałasu. Uciekał, jak to się mówi, na 

złamanie karku, a za nim galopował łoś. Bo to był właśnie łoś! Wiecie, jak 

wygląda, gdy się go rozwścieczy? 

Karol skinął potakująco głową. 

— Stado pędzących bizonów to jeszcze nic w porównaniu z nim. Przed stadem 

można uskoczyć w bok, minie cię, ale przed podrażnionym łosiem nie umkniesz. 

Dogna cię, uderzy rogami i koniec. Tak, tak, dżentelmeni. 

Więc nie miałem co się namyślać, jeśli nieznany strzelec miał wyjść cało z 

opresji. Zatrzymałem się, flintę przyłożyłem do ramienia, pociągnąłem za 

cyngiel. Zwierz podskoczył i runął między drzewa lasu. Odczekałem chwilkę, 

nabiłem broń i podszedłem bliżej. Łosie mają twarde życie, ale ten był już 

nieruchomy jak kamień. 

— Panie strzelec! — zawołałem. — Pokaż no się! 

Wyjrzał zza jakiegoś krzaka, a wyglądał jak kolczatka. Zgubił kapelusz, włosy 

mu sterczały jak u straszydła, a odzież miał naszpikowaną gałązkami i igłami 

jodły. Roześmiałem się na jego widok. To był młodziutki chłopiec. Blady jak 

księżyc, dychał jak miech kowalski. Kiedy mnie ujrzał, wytrzeszczył oczy. 

Zerknął na leżącego łosia i począł mi dziękować. 

— Strzelba mi drgnęła — powiedział — i żeby nie pan... — tu pobladł jeszcze 

bardziej, więc krzyknąłem, żeby poszukał swej broni. Dopiero wówczas 

zapomniał o przerażeniu. Strzelbę szybko odnalazł. Wyglądała niczego, zupełnie 

jakby ją przed chwilą wyniesiono ze sklepu. Na mój gust była zbyt nowa i na 

background image

pewno jeszcze nie przestrzelana. 

— Dwa razy ci ta pukawka drgnęła, chłopcze — powiadam. — Więcej na łosie 

nie poluj, chyba że się nauczysz strzelać. 

Pokazałem mu łeb zwierzęcia: 

— Trafiłeś tylko raz, i to bardzo niefortunnie. Kula nie przebiła kości czołowej, 

ześliznęła się powodując płytką ranę. To właśnie rozwścieczyło zwierzę. 

Bardzo się stropił. Szukał jeszcze śladu drugiej kuli, ale nie znalazł. 

— Tak, tak — powtórzyłem — dopóki się nie nauczysz dobrze trafiać, unikaj jak 

ognia łosi, niedźwiedzi i pum. Możesz sobie pozwolić tylko na antylopy i na jakiś 

mniejszy drobiazg. Ale powiedz mi, co tu robisz i dokąd zmierzasz? 

I wyobraźcie sobie, że on... donikąd nie zmierzał! Opowiedział, iż przywędrował 

ze wschodu, żeby zostać łowcą skórek. Myślałem, że sobie kpi ze mnie, ale nie, 

mówił zupełnie poważnie. Wyjąłem z kieszeni półdolarówkę, wetknąłem w pień 

drzewa i kazałem mu strzelać. Z odległości dwudziestu kroków trafił dopiero za 

trzecim razem. 

— Mój chłopcze — powiedziałem — wracaj na wschód. Boję się, że w 

przeciwnym wypadku zginiesz najbliższego dnia pod pazurami niedźwiedzia lub 

łosiowymi racicami! Któż ci poradził wybrać taki niebezpieczny zawód? 

Okazało się, że nikt mu nie radził. Nasłuchał się bajęd o Dzikim Zachodzie, nie 

będę powtarzał, czego. Możecie się domyślić. Chłopiec ma zamożnego wujaszka. 

Dostał w prezencie broń, ekwipunek, konia. Chłopak głupi, bo młody, ale że tacy 

głupi byli wujaszek i rodzice, temu się nadziwić nie mogę. Kazałem smarkaczowi 

natychmiast wracać do taty i mamy. Uparł się, że nie. Ambitny. Nie dałem za 

wygraną. Spędziliśmy z sobą prawie dwa miesiące. Ja polowałem, on — nadal 

psuł proch i kule. Wreszcie przekonał się, że z tych futerek nic nie wyjdzie. Ale 

wracać nie chciał. Ano, poszliśmy na wzajemne ustępstwa. Znalazłem mu pracę 

w małym gospodarstwie hodowlanym. Został cowboyem. Polować nie potrzebo-

wał, ale mógł nosić broń, co mu bardzo odpowiadało. Jak się później 

dowiedziałem, zmieniał trzykrotnie miejsce pracy, w miarę jak doskonalił się w 

background image

swym fachu. Teraz jest nadzorcą pastuchów. Powiedział mi, że zebrał sporo 

pieniędzy, że rodzicom część posyła, a jak dobrze pójdzie, za dwa -trzy lata sam 

farmę założy i żony sobie poszuka. Wyrobił się chłopak. 

— Ciekawa historyjka — stwierdziłem, gdy skończył mówić. — A co się stało z 

człowiekiem, którego pan ścigał, Colorado? 

— Nie mogłem dwu srok za ogon łapać. Zostawić niedoświadczonego chłopca 

samego... nie sposób. Brać go z sobą... tylko by mi przeszkadzał w pościgu. Więc 

chwyciłem za ogon tylko jedną srokę... 

— I wykierował pan chłopca na dzielnego człowieka. 

— O, bez takich wielkich słów, doktorze. Po prostu naprowadziłem Davida 

Patersona na właściwą ścieżkę. 

— A tamten uciekł? 

— Uciekł. Liczyłem na to, że się jeszcze spotkamy. 

— I spotkaliście się? 

— Tak. Ścigany przeze mnie człowiek to był Roger Drake. 

Umilkł i począł czyścić fajeczkę. Poszedłem do koni pasących się w pobliżu, 

wziąłem derkę i siodło, cisnąłem to wszystko w sąsiedztwie ognia i położyłem się 

spać. 

— Jak nadejdzie moja kolej, zbudźcie mnie — powiedziałem otulając się 

szczelnie i marząc skrycie, że zapomną. 

Ale nie zapomnieli. Colorado zbudził mnie, gdy poczynały gasnąć pierwsze 

gwiazdy, a z gór spadał ku nizinom wiatr tak zimny, że nie odważyłem się 

odrzucić pledu. Zawiązałem go pod szyją, jak płaszcz. W ten sposób 

przynajmniej plecy miałem chronione. Równocześnie cisnąłem gałęzi do 

ogniskowego żaru, aż buchnął mały płomień. Colorado przyglądał się temu 

w milczeniu, po czym ziewnął, owinął się kocem i położył przy ognisku. Na 

pewno natychmiast zasnął. 

Obszedłem dokoła nasze skromne obozowisko. Konie stały jeden niedaleko 

drugiego, milczące i nieruchome. A więc — w pobliżu nie mógł znajdować się 

background image

nikt obcy: ani człowiek, ani zwierzę. Powędrowałem nad strumyk, siadłem na 

głazie, skąd mogłem obserwować ognisko, śpiących towarzyszy i wierzchowce. 

Niebo bladło, znikały ostatnie punkciki gwiazd i zrobiło się jeszcze ciszej. Potem 

nad czarną linią lasów pnących się ku szczytom począł podnosić się rąbek 

czerwieni. Wąski pas światła rozszerzał się z każdą sekundą, aż objął pół nieba 

jaskrawą purpurą. Zupełnie jakby gdzieś w dali płonęła puszcza. 

Usłyszałem głos pierwszego ptaka, a w chwilę później gniewnie skrzecząc 

ukazała się ruda wiewiórka. Zatrzymała się nad samym strumieniem w głębi 

dolinki, ale w chwilę później we wspaniałym skoku ponad wodą zniknęła mi z 

oczu. Coś ją spłoszyło. Jakiś bury cień wychynął z mroku puszczy. Ścisnąłem 

mocniej sztucer, ale nie ruszyłem się z miejsca. Odległość była spora, nieznany 

zwierz nie mógł mnie dostrzec ani zwietrzyć. Przytknąłem do oczu lornetkę. 

Ujrzałem niedźwiedzia, jak przykucnąwszy zabawnie nad potokiem, jeszcze 

zabawniej uderzał łapą w wodę. Na pewno szukał ryb. Niedźwiedzie przepadają 

za rybami. Łowią je przy pomocy własnych pazurów. Jedno uderzenie łapy 

wyrzuca rybę z wody. Nie miałem wątpliwości, że misio szykuje sobie pierwsze 

śniadanie. Trwało to chyba z pół godziny, aż wreszcie kudłaty władca gór oddalił 

się powoli. 

Spojrzałem ku niebu. Gasły już ranne zorze, wstawał dzień. Zerwałem się z głazu, 

podszedłem do ogniska, dorzuciłem wiązkę chrustu, a potem bezceremonialnie 

pościągałem derki ze śpiących towarzyszy. 

— Ruszajcie się! 

Podnieśli się niechętnie. Ale potem już wszystko odbyło się szybko. Nie minęła 

godzina, a wędrowaliśmy w głąb podgórskiej doliny. Strumyk nadal wił się po jej 

dnie, a obok strumyka pas stratowanych traw znaczył drogę uciekinierów. 

Gdy słońce minęło szczyt nieba, wjechaliśmy między wyniosłe grzbiety górskie. 

Tu dolinka zwęziła się. Porośnięte starodrzewem stoki podchodziły prawie do 

brzegów strumyka nadal wiernie nam towarzyszącego. Z jednej strony biegła 

wąziutka steczka, dobrze zdeptana — nieomylny znak, iż tędy ciągnęła banda 

background image

Lessera. Gdzież jednak mogli nocować? 

Pod wieczór dotarliśmy do miejsca, w którym strumyk kończył się małą 

sadzawką, gęsto obrosłą wodnymi roślinami. Tu zauważyliśmy dwa okrągłe, 

czarne placki wypalonej ziemi. Dokoła — liczne odciski kopyt. 

Colorado kazał nam stanąć i nie pozwolił zejść z koni, póki nie zbadał 

najbliższego otoczenia. 

— Niech licho porwie! To nie są najświeższe ślady — stwierdził. — Oni nas 

wyprzedzają co najmniej o dzień drogi. Muszą mieć znakomite konie. 

W tej samej chwili wierzchowiec Karola cicho parsknął i natychmiast zawtórował 

mu gniadosz Colorado. 

— A to co znowu? 

Gwizdnął cicho i zwierzę natychmiast położyło się w wysokiej trawie. 

— Isz hosz — szepnął mój przyjaciel — połóż się — Niestety, na mego 

wierzchowca nie było sposobu. 

Sterczał nieruchomo jak drąg wetknięty w ziemię. Legliśmy na skraju lasu, z 

bronią w pogotowiu. 

— To pewnie jakieś zwierzę — szepnąłem. 

— A jeśli to ludzie? — zapytał Colorado. — Czekajcie tu na mnie. Pójdę 

brzegiem lasu i sprawdzę, dokąd wiodą tropy uciekinierów. 

Zniknął bezszelestnie. 

— Prawdopodobnie niedźwiedź — snułem dalsze przypuszczenia. — Widziałem 

go wczoraj. Pewnie wędruje przed lub za nami. 

Z lornetką w dłoni zbadałem wzrokiem jard po jardzie cały teren, jaki się przed 

nami rozciągał. Nie było go wiele. Widoczność ograniczała puszcza 

przeciwległego stoku doliny. Na lewo dolinka pięła się prawdopodobnie w 

kierunku którejś z górskich przełęczy. Nic nie dostrzegłem. Wreszcie wrócił 

Colorado. 

— Wygląda na to — powiedział — że zwinąwszy obóz pojechali prosto w góry. 

Ślady są wyraźne. Mimo to radzę zabierać się stąd. Mój koń nigdy się nie myli. 

background image

Popatrzcie, jak strzyże uszami. Jeszcze jest dość widno. 

— Więc to nie niedźwiedź? 

— Jaki tam niedźwiedź, doktorze. Nie znalazłem żadnych innych śladów poza 

odciskami kopyt i butów. 

— Ruszajmy — ponaglił Karol — coś mi się tu nie podoba... 

Pierwszy podniosłem się z ziemi. Nie zdołałem jednak zrobić jednego kroku i 

padłem między drzewa. Colorado uczynił to samo. 

Przyczyna naszego postępowania była w tym samym stopniu zrozumiała, co 

nieoczekiwana: grzmot strzału, który ozwał się raz jeszcze gromkim echem. 

Mimo woli przetarłem oczy. Ujrzałem, jak mój wierzchowiec, spokojnie dotąd 

stojący, poderwał się, a potem runął bezwładnie w trawę i spoczął nieruchomy, 

podobny do pnia zwalonego drzewa. Poczułem dłoń na ramieniu. 

— Nie ruszaj się — ostrzegł mnie Karol. 

— Słyszeliście świst kuli? — szepnął Colorado. — Strzelec jest za nami, gdzieś 

wyżej. 

Ostrożnie zmieniliśmy pozycję i wpatrzyli w głąb mrocznego lasu. Powoli mijały 

długie minuty ciszy. A potem raz jeszcze huk, któremu towarzyszył błysk, jaki 

zapalił się na mgnienie oka w głębi leśnego gąszczu. Otworzyliśmy ogień z trzech 

luf jednocześnie, na ślepo, w kierunku ukrytego napastnika. Ale jak długo można 

było tak strzelać? Szkoda amunicji. Znowu cisza. 

Colorado kiwnął ku nam ręką i powolutku, odsuwając się nieco w bok, począł się 

czołgać ku górze. W tym momencie padł trzeci strzał. Nie było to przyjemne. Do 

licha! Czułem się jak bezbronny zając wystawiony na kule myśliwych. Żeby się 

pokrzepić na duchu, szepnąłem Karolowi: 

— To jakiś kiepski strzelec. Nie trafił ani razu nawet w pień. 

— Tak sądzisz? A ja myślę, że to strzelec znakomity. Właśnie dlatego, że nie 

trafia w pnie, tylko w twego konia. 

— Co to ma do rzeczy? 

— To, że ten diabeł wcale nie do nas celuje, tylko do zwierząt. Strzela nad nami, 

background image

w sam środek dolinki. Na szczęście dwa konie są ukryte w trawie. 

— No tak, chce nas pozbawić możliwości pościgu. To przecież ktoś z bandy 

Lessera. Ale równie dobrze mógłby strzelać do nas. 

— Zapewne. Lesser jednak, jak już kiedyś zauważyłem, nas oszczędza dopóty, 

dopóki nie zagrażamy mu bezpośrednio. Boi się rozlewu krwi i ma nadzieję, że 

uda mu się odzyskać swój skarb bez walki. Jak dotąd wszystko mu sprzyja. 

Rozporządzamy już tylko dwoma wierzchowcami i nasze szansę wyglądają 

zupełnie kiepsko. 

Kiedy kończył mówić, z gęstwiny wysunął się Colorado. 

— Ktoś tam był w górze — odezwał się nie czekając na pytania. — Czy jeszcze 

krąży, czy już uciekł na dobre, nie mogłem sprawdzić. Wycofałem się. Mógł mnie 

obserwować ukryty za krzakiem. Dostać kulką... żadna przyjemność. 

— Nie było się czego obawiać — wtrąciłem. Spojrzał na mnie pytająco, więc 

powtórzyłem słowa Karola. 

— Jeśli Wielki Bóbr jest taki pewien, że strzelano nie do nas, lecz do zwierząt, 

to... chodźmy do źródełka i rozpalmy ognisko. Chętnie bym coś przegryzł. 

— O, nie, nie — zaprotestował Karol. — Tak daleko moja pewność nie sięga. 

Stary traper roześmiał się cicho: 

— I ja tak myślałem. 

Rozmowę prowadziliśmy szeptem, a przez cały ten czas lufy naszych strzelb 

wymierzone były w głąb lasu, oczy zaś utkwione w mroczniejącej głuszy. 

— Co teraz poczniemy? — zagadnąłem. 

— Czeka nas niespokojna noc — odparł Karol. — Wyjścia na otwartą przestrzeń 

lepiej nie ryzykować, a chociaż nadal sądzę, iż strzelano do koni, lepiej pozostać 

tutaj. 

— A jeśli przywędruje jaki drapieżnik? I dobierze się, Karolu, do twego karosza? 

— Mamy dobrą widoczność na dolinkę. Zresztą... 

— Nic innego nie wymyślimy — dokończył Colorado. 

Zaiste, była to niezapomniana dla mnie noc! Wzeszedł księżyc i srebrnym 

background image

światłem zalał drzewa i trawy. Żaden strzał nie przerwał ciszy. Niewidoczny 

napastnik albo czekał lepszej sposobności, albo odszedł. Ale tego nie sposób było 

stwierdzić. Leżeliśmy więc, nie ważąc się nawet na najkrótszą drzemkę. Och, to 

nie było przyjemne! Ściółka leśna, zbyt cienka, nie chroniła przed twardym 

podłożem, pełnym wystających korzeni. Po paru godzinach bolały mnie 

wszystkie mięśnie. Na dobitkę zrobiło się bardzo chłodno. Co pewien czas 

trącaliśmy się łokciami, aby sprawdzić, czy sąsiad nie zasnął. Nie wiem, jak czuli 

się moi towarzysze, gdy blady świt począł przedzierać się poprzez gałęzie. Ja 

byłem tak zziębnięty, że zęby mi szczękały, nie potrafiłbym normalnie mówić. Na 

szczęście nie zaszła tego potrzeba. 

Colorado raz jeszcze powędrował w las i zjawił się dopiero wówczas, gdy gasły 

poranne zorze, a bór rozbrzmiewał już głosami ptaków. Wrócił zresztą z 

przeciwnej strony: nie z lasu, lecz z głębi dolinki. 

— Możemy rozpalić ognisko — powiedział. — Jestem głodny jak wilk, a zimny 

jak bryła lodu. 

Opuściliśmy swe stanowiska. Czułem ból całego ciała, zupełnie jakby mnie 

wymłócono kijami. Zabrałem się natychmiast do gromadzenia opału. Gdy 

wreszcie zgrabiałymi dłońmi podpaliłem niewielki stosik, podmuchy ognia 

wróciły mi zdolność mówienia. 

— Kto to był?' — zapytałem. 

— Tylko jeden człowiek. Siedział na zboczu, kilkanaście kroków nad nami. 

Potem wrócił tam, skąd przyszedł. Jeszcze w nocy. 

— A skąd przyszedł? 

— Stamtąd — traper wskazał za siebie. — Miał konia. Zrobiliśmy wielkie 

głupstwo nie zbadawszy dalszej okolicy. Ale przepadło. 

— Oczywiście to był jeden z ludzi Lessera — wtrącił Karol. — A chodziło nie o 

nas, lecz o konie. 

— Może Wielki Bóbr ma rację, może nie. Teraz we trzech nie dościgniemy 

bandy. Trzeba by wsadzić dwu ludzi na jednego wierzchowca. Temu nie podoła 

background image

najsilniejsze zwierzę, jeśli będziemy się spieszyć. A musimy! 

Po tym stwierdzeniu zapadliśmy w głęboką i ponurą zadumę. Nawet czarna jak 

smoła i gorąca jak ogień kawa nie przywróciła dobrego nastroju. 

— Nie ma innego sposobu — odezwał się powtórnie Colorado — tylko podzielić 

się na dwie grupy albo... zrezygnować z pogoni. Ja oczywiście... nie zrezygnuję. 

— Nikt z nas nie ma tego zamiaru — odparł Karol. — Więc co pan myśli, 

Colorado? 

— Pojadę sam. Wy dwaj będziecie posuwać się po moich śladach, oczywiście 

znacznie wolniej. Musicie oszczędzać konia. Być może po drodze znajdziecie 

drugiego wierzchowca. Będę wracał tą samą drogą. Jeśli nawet mnie nie 

dościgniecie i tak się spotkamy. 

— A O’Brien? 

— Jeśli będę wracał, to tylko z nim. 

— Ostrożnie, Colorado — powiedział Karol. — Jeden przeciw pięciu? Kiepska 

zabawa. 

— Bawiłem się już w większym towarzystwie, i, jak widzicie, chodzę jeszcze po 

tym świecie. 

— Dajmy spokój żartom — burknąłem. — Przecież to czyste szaleństwo. 

— Oj, doktorze, doktorze. Nie zaprzeczam pańskim umiejętnościom. Nawet 

strzela pan wcale nieźle, ale sposoby i sposobiki uwalniania więźniów ja znam 

lepiej. Zresztą... zgoda! Nie pojadę sam, ale pod warunkiem, że tu, w tym lesie, 

natychmiast wyczarujecie trzeciego konia albo wymyślicie niezawodny sposób 

uwolnienia O'Briena bez naszego udziału. 

— Nie jestem czarodziejem — odparłem. — Ale... co O'Brienowi przyjdzie z 

tego, jak i pan dostanie się w ich łapy? 

Roześmiał się. 

— Zawsze będzie Samuelowi raźniej we dwójkę. Nie przewiduję jednak tak 

smutnego zakończenia wyprawy. 

— Colorado musi jechać — przyznał Karol. — Nie przypuszczam, co prawda, 

background image

aby O’Brienowi cokolwiek mogło grozić, bo Lesserowi chodzi tylko o skarb, ale 

licho nie śpi. Albo tu jeszcze, albo w Arizonie zdobędziemy konia i dopędzimy 

Colorado. Moja rada — tu zwrócił się do trapera — nie ryzykować zbytnio i lepiej 

poczekać na nasze przybycie. To nie może potrwać długo. 

Zgasiliśmy ognisko i oporządzili wierzchowce. 

— No — rzekł Colorado — czas mi w drogę. Będę im deptał po piętach. Do 

zobaczenia. Oby rychło. 

Podszedł do swego konia. Zdawało mi się, że chce wskoczyć na siodło. Nagle 

rzucił się plackiem. Błyskawicznie uczyniłem to samo. 

— Co... — urwałem i głos mi zamarł w gardle. Przed nami, w głębi doliny, 

ujrzałem strzelby: dwie, trzy, cztery lufy. 

— Indianie — mruknął traper — wpadliśmy z kretesem. 

background image

Pehnulte 

 

— Odłóżmy broń — powiedział Karol. — Obrona w tych warunkach nie miałaby 

sensu. Otoczyli nas, tylko na co jeszcze czekają? 

Wyprostował się i podnosząc otwartą dłoń ku górze — znak pokojowych 

zamiarów — powiedział głośno: 

— Witam czerwonych braci! 

W odpowiedzi padło pytanie: 

— Ti-arku? Kto tam? 

— Apacze — szepnął Colorado. 

— Wojownicy Czarnych Stóp nadali mi imię Wielkiego Bobra. 

Nastała chwila ciszy. Potem przed nami zaszeleściły gałęzie i na otwartą 

płaszczyznę dolinki wystąpił jeden tylko człowiek. Wysoki, z włosami zebranymi 

na czubku głowy w lśniący, czarny węzeł, w którym tkwiło białe pióro. Pierś 

zakrywała mu bluza opadająca na legginy, których szwy obszyto ciemnymi 

frędzlami. W lewym ręku trzymał długą rusznicę, prawą podniósł na znak 

powitania. 

Tę sylwetkę dobrze miałem zachowaną w pamięci. Gdybym się mylił, 

wystarczyło jedno spojrzenie na oblicze przybysza. Spalona wiatrem prerii twarz 

o wyniosłym czole, lekko wystające kości policzkowe, kształtny, o nieco 

rozszerzonych nozdrzach nos, wąskie usta, a pod nimi ostro zarysowany 

podbródek. Czarne oczy spoglądały teraz na nas badawczo. 

Oglądałem tę twarz w godzinach walki i w godzinach pokoju, w chwilach radości 

i smutku. Jej wyraz nigdy nie ulegał zmianie. Trzeba było dobrego obserwatora, 

by dostrzec cień uśmiechu czy zmarszczki na czole, znamionującej gniew. 

To był Pehnulte, wódz Apaczów Mescalero. 

— Witam moich białych braci! 

background image

Zbliżył się i podaliśmy sobie dłonie. Wówczas Apacz, zwracając się do starego 

trapera: 

— A to Colorado. Któż by go nie poznał? Pehnulte nieraz słyszał o sławnym 

myśliwym, który umie trafić w ziarnko piasku. 

Jak zwykle — indiańska przesada. Colorado lekko się uśmiechnął. 

— Oto spotkały się ścieżki nasze, jak spotykają się strumienie spadające z gór w 

ojcu wód naszych. Dokąd podążacie? 

Usiedliśmy przy wygaszonym ognisku. Po chwili rozbłysło nowym płomieniem. 

Dwu wojowników nałożyło gałęzi, dwu innych rozpaliło drugi ogień w pewnej 

odległości od nas. Przyprowadzono dwa czy trzy konie. Na więcej nie starczało tu 

miejsca. Nie wiedziałem więc, ilu ludzi prowadzi z sobą Pehnulte. I skąd się tu 

nagle znalazł? Czy wracał z Małego Lasu, jak nam mówiono, gdy byliśmy 

jeńcami Iszarshiutuhy? 

Nie wypadało jednak tak od razu pytać. Należało zacząć od wypalenia kalumetu, 

który dla nas dwu, Karola i mnie, był tylko symbolicznym odnowieniem 

przyjaźni, ale dla Colorado ten obrzęd mógł mieć praktyczne znaczenie na 

przyszłość. 

Z namaszczeniem i w skupieniu podawaliśmy sobie fajkę z rąk do rąk, zaciągali 

się dymem i wypuszczali go w cztery strony świata, aż wróciła do rąk wodza, 

została oczyszczona i z powrotem zawieszona na piersiach na ozdobnym 

rzemyku, tuż obok naszyjnika sporządzonego z kłów i pazurów szarego 

niedźwiedzia, tuż obok haftowanego woreczka z lekami. 

— Co sprowadziło tu moich braci? — zapytał wówczas Pehnulte. 

Obaj z Colorado spojrzeliśmy na Karola. 

— Mów — szepnąłem. 

Pehnulte wysłuchał opowieści, nie przerywając ani słowem, a i później, gdy 

słychać już było tylko szum lasu i trzaskanie palących się gałązek, nadal 

zachował milczenie wpatrując się w ogień. Bo indiański wojownik nie zabiera 

głosu nie zastanowiwszy się najpierw — niekiedy dość długo — nad tym, co 

background image

pragnie powiedzieć. 

— Mały Jeleń postąpił jak dziecko, nie jak wojownik — powiedział wreszcie 

Apacz odrywając wzrok od ognia. — Pehnulte naprawi jego błąd i wyruszy razem 

z białymi braćmi. Howgh! 

Tu — mała uwaga. Wśród ludzi o jasnej barwie skóry niekiedy mówi się, iż 

dorosły postąpił jak dziecko. Nie jest to na pewno powód do dumy dla 

mężczyzny, nie dyskwalifikuje go jednak. U Indian rzecz się przedstawia inaczej: 

nazwanie wojownika dzieckiem — to ciężka obraza, surowy osąd, przekreślenie 

wartości. To pociąga za sobą konsekwencje: przede wszystkim utratę powagi u 

współplemieńców. Odzyskać ją można dopiero po dokonaniu czynu wymaga-

jącego hartu ducha i sprawności fizycznej. Słowa Pehnulte były ostre, ale i 

sprawiedliwe. Gdyby nie głupota Małego Jelenia, O'Brien już dawno znajdo-

wałby się na wolności, a Lesser... w więzieniu. Pehnulte najprawdopodobniej 

zdawał sobie z tego sprawę, dlatego pragnął nam pomóc. Jakie to miało dla nas 

znaczenie, nie trzeba chyba tłumaczyć. Spotkanie Apaczów było 

najszczęśliwszym wydarzeniem w naszej dotychczasowej wędrówce. 

Cóż jednak doprowadziło do tego spotkania? Dwa razy chciałem zapytać i dwa 

razy ugryzłem się w język. Na koniec doczekałem się. 

Pehnulte opowiedział, iż przed kilku tygodniami rada plemienna Mescalerów 

postanowiła położyć kres bratobójczym walkom, jakie od czasu do czasu 

wybuchały między poszczególnymi grupami narodu Apaczów *. 

Wodzowie Mescalerów wraz z licznymi wojownikami rozjechali się w cztery  

 

Gdy w 1871 r. Rząd Federalny usiłował skupić rozproszone grupy Apaczów (Jicarilla, Lipan, 

Mescalero, Apacze Zachodni, Tonto, Cibecue, San Carlos, Chiricahusa, Coyótero) na jednym 

terytorium, przedsięwzięcie nie powiodło się, ponieważ poszczególne odłamy nie chciały żyć razem, 

wykazując wzajemną wrogość. 

 

strony świata. Małego Jelenia pozostawiono, ponieważ — zdaniem innych — nie 

nadawał się do tak delikatnej misji. 

background image

Jak to przedsięwzięcie wszystkim się udało, Pehnulte jeszcze nie wiedział. On 

sam — mówił o tym bardzo ostrożnie — nie uzyskał oczekiwanego sukcesu, 

chociaż — jak sądził — rozsądek na pewno w końcu zwycięży i położy kres 

krwawym zatargom. Ale na to potrzeba było czasu i nieustannych wysiłków. Peh-

nulte nie spotkał się z dobrym przyjęciem wśród Apaczów Lipan. Przypuszczał, 

iż od bardziej wrogich wystąpień przeciw niemu uchronił go niedostatek żyw-

ności. Apacze Lipan nie natrafili jeszcze na ślad wiosennych wędrówek 

nielicznych już stad bizonich, a polowanie na inną zwierzynę nie przyniosło 

spodziewanych rezultatów. Bez zapasów żywności nie sposób prowadzić wojny. 

W sumie jednak sytuacja wyglądała kiepsko. Tym bardziej cenić nam należało 

pomoc Pehnulte. Tylko wielkoduszności wodza zawdzięczaliśmy, iż przełożył 

ściganie bandy Lessera nad powrót do rodzinnej wioski. 

Pehnulte prowadził z sobą pięćdziesięciu wojowników. Oczywiście, taka liczba 

sprzymierzeńców nie była nam potrzebna. Raczej stanowiłaby przeszkodę. Nie 

można bowiem było przewidzieć, czy nasza droga nie poprowadzi przez któreś z 

małych miasteczek lub osiedli. Wjazd taką gromadą zbrojnych mógł 

sprowokować awanturę. Wiadomo, jak na ogół odnosili się do Indian osadnicy. 

Pehnulte musiał sobie z tego zdawać sprawę, bo czterdziestu pięciu wojowników 

odesłał w powrotną drogę. Zabawne, iż dopiero wówczas ujrzeliśmy ich 

wszystkich, jak powoli wyjeżdżali lub wychodzili spomiędzy drzew i krzewów, z 

głębi lasu i z głębi dolinki. Gdy zniknął ostatni, dosiedliśmy wierzchowców i 

ruszyli w przeciwnym kierunku. Dodam, iż otrzymałem dość łagodnego 

mustanga. Nie sprawiał mi kłopotu. Droga wciąż pięła się ku szczytom, aż zatrzy-

maliśmy się na przełęczy, jak gdyby w leśnym dukcie obramowanym puszczą. 

Słońce świeciło na błękitnym niebie, lekki wiatr owiewał twarze. Z najwyższego 

wzniesienia przełęczy trawą zarosła przerywka spadała łagodnie, ginąc w 

niebieskozielonej mgle dalekich borów, porastających wielką dolinę, jaka roz-

ciągała się na prawo i na lewo u naszych stóp. A po przeciwległej stronie, 

dziesiątek mil przed nami, ponad czarną linią borów dźwigały się nagie skały, bo-

background image

dące niebo poszarpanymi szczytami, błyszczącymi, jak gdyby je wykuto z brył 

srebra. W dole leżał pod nami kraj cichy, niezmierzony, kryjący w swych 

puszczańskich głębiach tajemnice pierwotnej przyrody. Nie mogłem oczu 

oderwać od tej wspaniałej panoramy. Z niemej kontemplacji wyrwał mnie głos 

Karola: 

— Weź lornetkę, Janie. Może dostrzeżesz coś więcej niż ja. 

Przyłożyłem szkła do oczu. Lasy stały się wyraźniejsze, skalne żleby i upłazy 

bardziej ostre w konturach. Ale co mogło się dziać za kurtyną zieloności boru — 

tego nie mogło ukazać najlepsze nawet powiększenie. Wodziłem lornetką po linii 

duktu i w pewnej chwili wydało mi się, iż dostrzegam wiszący nad nią obłoczek 

kurzu. Powiedziałem o tym. Ale Karol tylko pokręcił głową, Colorado skrzywił 

się zabawnie, a twarz Pehnulte pozostała nieruchoma jak maska z brązu. 

Poczęliśmy powoli zjeżdżać. Kawalkadę otwierał Colorado, za nim posuwał się 

Pehnulte, dalej — Karol i ja. Pięciu wojowników zamykało pochód. Kopyta tępo 

biły w ziemię, szumiał las, a z tego poszumu od czasu do czasu wyrywał się głos 

niewidocznego ptaka. Ściana drzew, ciemnych gąszczów, towarzyszyła nam bez 

przerwy. Trop był nadal wyraźny, ale teraz i bez tego tropu trudno było zmylić 

kierunek. Droga stanowiła wystarczającą wskazówkę. Tutaj Lesser nie mógł 

nigdzie skręcić. Nie przedarłby się przez te lasy, nie przeprowadził koni. Po 

godzinie (na znak dany przez Colorado) puściliśmy wierzchowce galopem. Leśna 

przerywka to rozszerzała się, to zwężała, czasem nawet zarastała krzewami. 

Nad wieczorem dotarliśmy do krańca doliny, gdzie drogę zamykało jałowe i 

strome wzniesienie. W tym miejscu trop skręcał i wiódł skrajem lasu, 

ograniczony z jednej strony drzewami, z drugiej — skałą. To był najtrudniejszy 

odcinek. Po pół godzinie dotarliśmy w pobliże wodospadu. Nieznana rzeczka z 

hukiem i szumem rwała z wysoczyzny. Zachodzące słońce rzucało na nią 

czerwone refleksy. 

— Wygląda jak rzeka krwi — mruknął Colorado. Wzdrygnąłem się. Porównanie 

było trafne. Zsiedliśmy z koni w miejscu, gdzie czuć było jeszcze 

background image

chłód bijący od wody, ale do którego nie dolatywała wilgotna mgiełka 

drobniutkich kropelek. U naszych stóp wodospad zamieniał się w rzeczkę płynącą 

wartko skrajem lasu, który tu odsuwał się daleko od skał, ustępując łące porosłej 

bujną trawą i kolorowymi kwiatami. Na tej łące postanowiliśmy spędzić noc. 

Colorado, mimo iż czerwoni wojownicy zbadali teren, zaczął swój cowieczorny 

obrzęd. Towarzyszyłem mu, gdy wskazywał na trop ginący nagle w wódzie i nie 

ukazujący się na przeciwległym brzegu. 

— Niech pan spojrzy, doktorze. Myślałby kto, że się zapadli pod ziemię albo 

utonęli. Pojechali korytem. Bezsensowna ostrożność, tylko greenhorna mogłaby 

zwieść. Nie ma tu przecież innej drogi. Nikt nie potrafi wspiąć się koniem na 

skały ani wedrzeć w bór. Lessera widać opuszcza zdrowy rozsądek, traci facet 

cierpliwość. 

Rozpalono dwa ogniska. Rozsiodłane konie pasły się już na łące pod bacznym 

okiem indiańskiego wojownika. Nie miałem tu co robić. Powałęsałem się i 

znęcony fantastyczną grą świateł w tumanach wodnych, skierowałem swe kroki 

w górę strumienia. Naturalna ścieżka zawiodła mnie w samo pobliże potężnych 

głazów, między którymi rwał falujący nurt. Postanowiłem dotrzeć wyżej,— 

ponad wodospad. Zaciekawiło mnie, skąd wypływa strumień. Ale za głazami 

droga, raczej bezdroże, stała się bardziej stroma: 

Kolorowe skałki wyzierały coraz gęściej spod płytkiej warstwy gleby, tworzyły 

jednak miejscami coś w rodzaju kamiennych stopni. Posuwałem się powoli i 

ostrożnie, badając przy każdym stąpnięciu grunt. Nade mną piętrzyły się 

niebotyczne szczyty, ale przecież strumień nie mógł stamtąd wypływać. Może na 

zboczu znajdowała się jaskinia, w której biło podziemne źródło? Postanowiłem 

rzecz sprawdzić. Wędrowałem brzegiem rzeczki, aż nagle ominąwszy występ, 

zupełnie nieoczekiwanie ujrzałem zieloną równinę. Zbocze urywało się 

raptownie, zaczynała się hala górska, na milę chyba szeroka, ograniczona 

masywem skalnym sięgającym nieba. Z naszej doliny hala nie była widoczna. 

Wydawało się, iż obie partie wysoczyzny, dolna i górna, stanowią jednolitą 

background image

ścianę. Stąd wynikło moje zdziwienie. Zwiększył je obraz jeszcze bardziej 

nieoczekiwany. Rzeczka tworząca wodospad płynęła tu spokojnie wśród traw. 

Dwu ludzi leżało nad wodą, zaledwie kilka kroków ode mnie. 

Natychmiast padłem na ziemię, zdjąłem kapelusz. Chociaż słońce kryło się za 

poszarpane szczyty, było tu znacznie widniej niż na dole. Widziałem ich 

dokładnie. Jeden w wyświechtanym ubraniu cowbojskim, zwrócony do mnie 

plecami, drugi — to było największe zaskoczenie — Indianin. Pomyślałem, iż 

może to któryś z ludzi Pehnulte. Ale zastanowiła mnie sylwetka pierwszej 

postaci. Leżałem więc zerkając jednym okiem w lukę między dwoma głazami. 

Nie dostrzegli mnie, nie usłyszeli. Monotonny szum spadającej wody zagłuszył 

moje kroki. A poza tym — zbyt byli pogrążeni w rozmowie. Na pewno 

interesującej. O czym mówili? 

Głos wodospadu, który dotąd tak bardzo mi sprzyjał, teraz przeszkadzał. A gdyby 

tak zaryzykować? Podsunąć się bliżej chociaż kilka cali! Żeby tego dokonać, 

musiałbym się prześliznąć ponad głazami. Nie, to niemożliwe. Natychmiast by 

mnie dojrzeli. 

Spojrzałem w prawo. Nic, zupełnie nic. Rumowisko kanciastych piargów, nie 

tworzące żadnej zasłony. 

Spojrzałem w lewo. Tam rwała ciemnosrebrna smuga wody. Wyciągnąwszy rękę 

mógłbym dotknąć jej falującej powierzchni. Gdyby nie pewna przeszkoda: 

między krawędzią rzeczki a łąką wznosiło się coś w rodzaju kamiennego 

grzebienia, a że poziom wody był tu znacznie niższy, u podnóża tego występu do-

strzegłem nieco miejsca. W sam raz dla szczupłego mężczyzny. A ja właśnie 

jestem szczupły. Powziąłem decyzję. 

Ruchem ślimaka począłem się przesuwać, aż na koniec dobrnąłem do celu. 

Bardzo niewygodna była ta wąska rynienka. Jakżeż łatwo ześlizgnąć się w spie-

niony nurt! Chociaż niegłęboki, poniósłby każdego i zwalił w sam środek 

wodospadu. Uważnie, bardzo uważnie czołgałem się równolegle do kamiennego 

grzbietu. Tak długo, aż usłyszałem wyraźnie poprzez szum strumienia ludzkie 

background image

głosy. Rozbrzmiewały dialektem pograniczników, mieszaniną 

anglo—indiańskich słów. Ta gwara dobrze mi była znana. 

— ...wojownicy nadejdą, dwa razy po dziesięć i jeszcze raz dziesięć. 

To mówił czerwonoskóry. Poznałem po akcencie. 

— Pomożemy wam, za to wydacie białych. Jest ich trzech. 

Chwila ciszy, a potem odpowiedź: 

— Wojownicy Lipan nie potrzebują pomocy. Blade twarze mogą odejść. 

Potrzebujemy Pehnulte. Howgh! 

— Więc co zrobicie z tamtymi? 

— Jeśli nie będą się bronić, puścimy.  

Przytłumiony śmiech. 

— Będą się bronić, ja ich znam. 

— Wojownicy Lipan są chytrzy jak węże. Idę. Usłyszałem lekki szelest, a potem 

głos białego: 

— Zanim słońce wzejdzie dwa razy, w dolinie pod grzmiącą wodą. 

I jeszcze odpowiedź: 

— Niech blade twarze czekają. Powtórzę Bawolemu Sercu... 

Wstrzymałem oddech w piersiach i począłem wycofywać się z niebezpiecznego 

sąsiedztwa. Mokry od potu dotarłem do swej poprzedniej pozycji. Tu znowu 

zajrzałem w szparę między głazami. Indianina już nie było, ale ten drugi siedział 

nieruchomo. Odetchnąłem. To pozwalało spokojnie zejść. Pewnie bym do tego 

natychmiast przystąpił, gdyby nie szmer, na głos którego raz jeszcze przyłożyłem 

oko do szpary. I natychmiast rozpłaszczyłem się jak żaba. Dostrzegłem bowiem, 

jak nieznajomy podniósł się raptownie, ale zamiast iść w głąb hali, ruszył ku 

skalnej krawędzi, za którą leżałem. Ba, wprost na mnie! Nie sposób było się 

wycofać. Lepiej leżeć. Może nie zbliży się. jeśli wie, że obozujemy w dolinie. 

Zostałby zauważony. 

Jednakże odgłos kroków stawał się coraz wyraźniejszy. Nagle ucichł. Odgadłem 

po lekkim szmerze: ten człowiek teraz się czołga. A jeśli się czołga, to znaczy, że 

background image

pragnie dotrzeć do samej krawędzi hali i spojrzeć w dół. Musi mnie dojrzeć. 

Bierna obrona nie mogła mnie ocalić. Uniosłem nieco głowę, wyprostowałem 

prawą rękę, później lewą. Wówczas ujrzałem obok głazu czarne włosy brody, nad 

nią ogorzałą twarz i oczy wpatrzone we mnie, jak w upiora. Decydowała każda 

sekunda. Brodacz poruszył się, ale ja okazałem się szybszy. Obu rękami 

chwyciłem go za szyję i ciężarem całego ciała pociągnąłem w dół. Nie doceniłem 

swej siły, a może i momentu zaskoczenia. Bowiem przeciwnik przeleciał poprzez 

krawędź zbocza, głową naprzód, nogami w górze, i to tak, iż wielkie buciska 

śmignęły obok mojej twarzy. Przekoziołkował i pacnął 

ciężko o skaliste zbocze. Musiałem go puścić. Jeszcze chwila, a sam bym runął. 

Bezwładne ciało poczęło się staczać. Stromizna nie była tu wprawdzie znaczna, 

ale zupełnie wystarczająca, by zjechać — i to szybko — na dno doliny. W ten 

sposób można się było dobrze potłuc, poranić, a nawet zabić. Na szczęście 

zatrzymał się na jakimś występie i leżał nieruchomy z rozkrzyżowanymi rękami, 

z rozrzuconymi nogami, z bezwładnie opadającą głową, jak człowiek martwy. 

Tam go wreszcie dopadłem. Ale i z dołu musiano zauważyć wypadek. Ktoś 

wspinał się wielkimi susami. Nie patrzałem kto, zajęty — w arcyniewygodnej po-

zycji — badaniem leżącego. Wyczułem puls, serce biło. 

— A to kto? 

Colorado spoglądał nad moim ramieniem. 

— Nie wiem. Przede wszystkim musimy go przetransportować. Reszta później. 

Nie po raz pierwszy stwierdziłem, iż stary traper odznaczał się niezwykłą siłą. Na 

pół stojąc, na pół leżąc zdołał przerzucić przez plecy bezwładne ciało i zejść. Tak 

doniósł — z moją pomocą — zemdlonego do rzeczki. Chlusnąłem mu w twarz 

pełne dłonie wody. Otworzył oczy i stęknął. 

— Każ pilnować tego człowieka — zwróciłem się do Pehnulte. — On nie może 

uciec. Zbadamy go później, teraz chodźcie... 

Odeszliśmy do ogniska, a tam jednym tchem opowiedziałem o swej przygodzie. 

Pehnulte bez słowa odwrócił się, odszedł kilka kroków i przywołał najbliższego 

background image

ze swych wojowników. Co mu powiedział, nie dosłyszałem. Indianin natychmiast 

skierował się do koni i po paru minutach przejechał koryto rzeczki, a później 

pełnym galopem zniknął w głębi drożyny. 

Pehnulte powrócił. Spojrzeliśmy nań pytająco. 

— Kazałem zawrócić wojowników. Doścignie ich nad ranem, będzie jechał całą 

noc, droga jest dobra. Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo. Howgh! 

— I ja tak myślę — zauważył Colorado. — Szykuje się jakaś grubsza awantura. 

Ale chyba nie zaraz. Jeśli nasz doktor dobrze słyszał, za dwa dni mamy wpaść w 

pułapkę, nie wcześniej. Czy tak, doktorze? 

Potwierdziłem dodając: 

— Nie znam całej rozmowy, tylko jej końcowy fragment. Apacze Lipan 

przygotowują na nas napad. Komu zależy na naszych osobach poza... Lesserem? 

— Nikomu — odpowiedział Colorado. — To jego sprawka. Nie dałbym i pięciu 

centów, że nas właśnie gdzieś z góry w tej chwili podgląda. 

Zaprzeczyłem. 

— Zbyt już ciemno. Mam wrażenie, iż człowiek, którego schwytałem, był sam. 

Nie licząc Indianina. 

— Wysłałem wojownika do źródeł wody — odezwał się Pehnulte. — Sprawdzi. 

— Nie mogę pojąć, jak oni się zwąchali? — mruknął Colorado. 

— Dojdziemy i do tego. W tej chwili trzeba porozmawiać z jeńcem. Najpilniejsza 

sprawa — zauważył Karol. 

— Pozwólcie, że się tym zajmę. Colorado ma wprawę — zaśmiał się cicho. 

Jeniec leżał mocno skrępowany, pod strażą wojownika, który siedział przy nim 

nieruchomy jak wyciosana w drzewie figurka. Gdy zbliżyliśmy się, podniósł się 

bez słowa i odszedł. Stanęliśmy nad głową leżącego, aby obejrzeć go dokładnie. 

Twarz miał spaloną na mahoń, zarośniętą gęsto czarnym włosem. Pierś zakrywała 

mu straszliwie sfatygowana koszula, a na niej bluza nieokreślonego koloru, 

zakończona skórzanym pasem. Ten pas był teraz zdjęty i rzucony obok ogniska. 

Nie o pas tu zresztą chodziło, ale o palną broń tkwiącą w futerałach. Z mieszanym 

background image

uczuciem obrzydzenia i litości przyglądałem się spodniom pełnym łat i cer, 

opadającym na buty z wysokimi obcasami — meksykańska moda — i z 

ostrogami w kształcie potężnych kółek. W sumie — mieszanina brudu, ubóstwa i 

abnegacji życiowej. Przez ręce tego człowieka pewnie niejeden raz przesuwały 

się srebrne monety dolarowe i szeleszczące papierki o większej wartości, aby 

trafić bezpośrednio do kasy jakiegoś karczmarza, do rąk karcianego oszusta lub 

sprzedawcy ognistej wody. Na zaspokajanie innych potrzeb już ich nie starczało. 

Typowy dla Dzikiego Zachodu obraz człowieka żyjącego z dnia na dzień, bez 

myśli o jutrze. Dostrzegłem przy skroni zakrzepłą plamę krwi. Musiał uderzyć 

głową o głaz, gdy spadał. Kazałem przynieść wody, obmyłem ranę, obmacałem 

żebra, ręce i nogi. Przez ten czas leżał nieruchomo, nie odzywając się, tylko oczy 

miał niespokojne, rozbiegane, obserwujące pochylone nad nim postacie. 

— Możecie oddychać? — zapytałem. 

— Mogę. 

— Nie boli? 

— Nie. 

— Atu? 

— Nie boli. 

— Jak głowa? 

— Trochę szumi, można wytrzymać. Uśmiechnąłem się mimo woli. 

— Przejdzie. Wygląda na to, że nic mu nie jest — powiedziałem podnosząc się z 

klęczek. 

— Doskonale — stwierdził Colorado. — Będziemy mogli teraz pogadać jak 

starzy znajomi. 

Jeniec usiłował powstać. 

— Leż, leż, bratku. Odpocznij sobie. 

— Kto to jest? — wtrącił Karol. 

— Jeden z mojej leśnej trójki. To on przywiązał mnie do drzewa. Gdzie Lesser? 

Milczał przez chwilę, pewnie się namyślał. 

background image

— Czego ode mnie chcecie? Nie znam żadnego Lessera, nie zrobiłem wam nic 

złego... 

— Nie znasz Lessera, to znasz Gordona. Tak się przecież przezwał. Ja ci również 

nic złego nie zrobię. Przed odjazdem przywiążę do drzewa. Jak ty mnie. Chyba, 

że zaczniesz odpowiadać. 

— Colorado — szepnął — przecież nie zostawi mnie pan tutaj? 

Dostrzegłem, jak pobladł pod maską opalenizny. 

— A, więc poznałeś mnie. Cieszę się. Może teraz powiesz, z kim to prowadziłeś 

rozmowę tam na górce? No? 

— To Indianin. 

— Dobrze o tym wiemy i nie o to pytam. Kto to był? 

— Ostra Strzała — zawahał się chwilę, a później dodał szybko, zbyt szybko: — 

Oni mają na was napaść... 

— Jacy: oni? 

— Apacze Lipan. Chciałem was o tym uprzedzić i właśnie próbowałem zejść... 

— Kłamiesz. Bardzo nieudolnie. Gdzie Lesser——Gordon? 

— Chciałem was zawiadomić — powtórzył poprzednie słowa tak, jakby nie padło 

żadne nowe pytanie. — My biali powinniśmy trzymać się razem. 

— Colorado — odezwał się Karol — szkoda czasu na wysłuchiwanie tych 

głupstw. Jeśli do świtu nie zdecyduje się na powiedzenie prawdy, postąpimy z 

nim tak, jak powiedziałeś. Odchodzę. 

Ruszył w kierunku ogniska, które już tylko żarzyło się czerwonymi węgielkami. 

Powodowani ostrożnością, przygasiliśmy płomienie. Poszedłem za nim, a po 

chwili przyłączył się do nas Pehnulte. Colorado został przy więźniu. Czy z niego 

co wyciągnie? Usiedliśmy. 

— Co to może być “grzmiąca woda"? — odezwał się mój przyjaciel. — Czy nie 

przesłyszałeś się, Janie? 

Pokręciłem przecząco głową: 

— Zanim słońce wzejdzie dwa razy, nad grzmiącą wodą — powiedziałem. — 

background image

Powtórzyłem słowo w słowo to, co wówczas usłyszałem. Grzmiąca woda to 

oczywiście wodospad. 

— Tego nie trzeba tłumaczyć. Ale który wodospad? Ten? — wskazał ręką za 

siebie, gdzie w narastającej ciemności wieczoru huczały spienione nurty. — Prze-

cież nie mogą spotkać się tutaj. 

— Chyba mogą... 

— Nie — zaprzeczył energicznie. — Sam powiedziałeś, że za dwa dni. Wówczas 

nas tu już nie będzie. 

— Właśnie! Tu się spotkają i ruszą za nami. 

— Moi bracia niepotrzebnie się spierają — odezwał się Pehnulte. — Ja znam 

tamto miejsce. Nargoleteh-tsil. 

W języku Apaczów i w pokrewnych dialektach słowo “tsil" oznacza górę. 

Nargoleteh-tsil — to po prostu Deszczowa Góra. Co miał na myśli wódz 

Mescalerów? Spojrzałem nań pytająco. 

— Tam się znajduje inna grzmiąca woda, potężniejsza od tej, a obok wąwóz o 

bardzo stromych ścianach, pozbawiony roślinności. Niebezpieczne miejsce. 

I wytłumaczył nam, na czym to niebezpieczeństwo polega. Dno wąwozu jest 

zupełnie równe, nikt nie może się ukryć — ani śladu drzewka, krzaczka czy nawet 

trawy. Wejście jest tylko jedno. Jeśli obsadzić dobrymi strzelcami krawędzie tej 

zapadliny i pilnować wąziutkiego do niej wjazdu, ludzie znajdujący się wewnątrz 

nie mają żadnej szansy ratunku. Zostaną wybici, nawet nie widząc napastników. 

Deszczowa Góra wznosi się nad wąwozem. Z niej spływa rzeczka. To właśnie 

grzmiąca woda. Rzeczka stwarza jeszcze jedno niebezpieczeństwo dla ludzi ko-

czujących w wąwozie. Deszczową Górę — zgodnie z jej nazwą — co pewien czas 

zlewają krótkotrwałe co prawda, ale bardzo gwałtowne deszcze. Wówczas woda 

w strumieniu raptownie przybiera i nie mogąc przecisnąć się przez wąskie 

wyjście, zalewa wąwóz. 

— Dlaczego Apacze Lipan chcą napaść na naszego brata? — zapytałem. 

— Nie bądź naiwny, Janie — odpowiedział Karol. — Porwać Pehnulte to nie byle 

background image

jaki triumf. Myślę, że tą drogą można sporo osiągnąć u Mescalerów. Zwiadowcy 

Lipan musieli iść za tobą — zwrócił się do wodza. — Stwierdzili, że odesłałeś 

swych wojowników. I tak zapewne narodził się pomysł napadu. 

Spojrzałem na Indianina. Skinął głową. 

— Spotkali się z Lesserem chyba przypadkowo — zauważyłem. 

— Sądzę, że tak. To było spotkanie bardzo nie na rękę czerwonoskórym. 

Wyobrażam sobie, jak się przerazili. Początkowo pewnie przypuszczali, że banda 

Lessera stanie w obronie naszej trójki, a więc i w obronie Pehnulte. Widać jednak 

się dogadali. I chociaż wojownikom Lipan wcale nie chodzi o nas trzech, dla 

świętego spokoju gotowi są nas wydać tamtym. 

— Może masz rację. Jak powinniśmy teraz postąpić? Nasz czerwony brat zna 

Deszczową Górę, czy można ukryć się w jej pobliżu? 

Wódz nie zdążył odpowiedzieć, bo z ciemności nocy wyszedł Colorado. 

background image

Deszczowa Góra 

 

O świcie ruszyliśmy zbadać dokładniej halę. Poprzedniego wieczoru niewiele 

mógł wskórać wojownik wysłany przez Pehnulte. Teraz więc za tropem naszego 

jeńca powędrowaliśmy obaj z Colorado, śladami Indianina — Karol i Pehnulte. 

Poprowadziłem całą trójkę znaną mi już drogą ponad wodospad, aż do miejsca, w 

którym dostrzegłem nieoczekiwanych przybyszów. Rosnąca nad strumieniem 

trawa jeszcze się nie podniosła, była nadal mocno przygnieciona. Czy Indianin 

czekał na cowboya, czy odwrotnie — tego oczywiście nie wiedzieliśmy i nie 

mogliśmy odczytać ze śladów. Faktem było, że musieli w tym miejscu spoczywać 

bardzo długo. Wyglądało to na zastanowiąjącą beztroskę. Chyba można było 

wytłumaczyć tylko tym, że ściana skalna wydawała się absolutnie niedostępna. 

Nie zatrzymywaliśmy się nad tym wyraźnym tropem. Ruszyliśmy wzdłuż 

odcisków nóg, które do niego wiodły, ale wkrótce musieliśmy się rozdzielić. 

Ślady grubych podeszew i wysokich obcasów ciągnęły się wzdłuż koryta 

strumienia, za to szerokie, płaskie znaki mokasynów skręcały w prawo. Karol 

pomachał mi ręką posuwając się szybko, krok w krok za Pehnulte. 

Spoglądałem za nimi widać zbyt długo, bo traper pociągnął mnie za rękaw. 

— Nie mamy wiele czasu, doktorze — powiedział tonem nagany. — Czeka nas 

daleki spacerek i mało bezpieczny. Niech pan dobrze wytrzeszcza oczy, nagłe 

spotkanie bardzo prawdopodobne. I wszystko zależy od tego, kto kogo wcześniej 

zauważy. 

Po krótkiej wędrówce dotarliśmy do punktu, w którym odciski butów były 

jeszcze wyraźmiejsze. Widniały na granicy wody i ziemi, po czym nikły. 

— Przeszedł — zauważył traper. Uczynimy to samo. 

W tym miejscu rzeczka rozlewała się szeroko, ale dlatego właśnie była bardzo 

płytka. Przekroczyliśmy ją nie zdejmując obuwia. Siady nadal wyraźne, później 

background image

nieco zamazane, ciągnęły się dalej w poprzek łąki, nieco na ukos. 

— Bardzo niedobrze — mruknął Colorado. — Sądziłem, że jegomość ruszy w 

pobliże skałek, tam łatwiej się ukryć. Nie podoba mi się przestrzeń. 

— Za godzinkę wzejdzie słońce i będziemy widoczni jak ryby na patelni. 

— Zostawmy trop — zadecydował. — Nie może nigdzie skręcić. Chodźmy pod 

skały. Korzyść z tego podwójna: łatwiej się skryć, a nasze ślady nie będą tak 

wyraźne. 

Natychmiast opuściliśmy wijącą się wśród traw ścieżkę. Jak już wspominałem, 

halę ograniczała z jednej strony skalista ściana, bardzo stroma i naga, nie do 

sforsowania. Ku niej skierowaliśmy swe kroki. Już na kilka stóp od podnóża skał 

ciągnął się jednolity pas piargów. Nie była to wygodna droga, ale za to nasze 

obuwie nie pozostawiało odcisków. 

Ostatniej nocy Pehnulte, znający okolicę, stwierdził, iż wędrując halą można 

również dotrzeć do Deszczowej Góry, że ta droga jest nawet krótsza. Dla nas 

jednak nie miało to znaczenia, jako że nie można było wprowadzić na nią koni. 

Natomiast bardzo łatwo mogli opanować łąkę wojownicy, Lipan, przybywszy z 

zupełnie innej strony, pozostawić na miejscu wierzchowce i zaatakować nas 

pieszo. Ale z tego, co podsłuchałem, wynikało, iż napad nie tu jest zaplanowany. 

Tak sobie rozmyślałem depcząc po piętach Colorado. Minęła dobra godzina, nim 

zauważyliśmy, że płaszczyzna łąki pochyla się w kierunku naszej wędrówki, 

ukazując bardzo dalekie, siwociemne pasmo lasu. Gdy czerwony rąbek słońca 

wyjrzał zza skalistej grani, Colorado pociągnął mnie za rękę w głąb dziwnego 

tworu natury, jaki wyrósł przed nami. Prawdopodobnie kiedyś, zapewne w 

wyniku kataklizmu, olbrzymi złom skalny oderwał się od szczytu i runął na łąkę. 

Tu zarył się w ziemię u samego podnóża góry i pękł, tworząc trzy oddzielne 

części. Osiadły one w miękkim gruncie jako wysoka ściana o półkolistym 

kształcie. Pęknięcia spowodowały powstanie dwu szczelin, bardzo wąskich, ale 

stanowiących doskonałe miejsca obserwacji dla każdego, kto by ukrył się we 

wnętrzu tej kamienej barykady. Odkryło ją bystre oko Colorado. 

background image

— Wszystkiemu winna konna jazda — powiedział, gdy znaleźliśmy się w środku 

kamiennej komnaty. — Człowiek odwykł od chodzenia, nogi mnie rozbolały na 

tych głazach i muszę kapinkę odpocząć. 

To powiedziawszy rozciągnął się na trawie, z głową tuż przy szparze biegnącej od 

szczytu do podstawy głazu. Ja zająłem miejsce kilka kroków dalej, przy drugim 

bliźniaczym pęknięciu. 

Odpoczywając rozważałem wczorajszą relację Colorado z rozmowy 

przeprowadzonej z jeńcem. Jaką sztuczką zdołał coś wyciągnąć z milczącego jak 

głaz człowieka — nie wiedziałem. Zagadnięty o to traper niechętnie przyznał, iż 

obiecał mu “dobre traktowanie". Zdziwiło mnie bardzo, iż na taką przynętę dał się 

schwytać nasz więzień. Do dziś podejrzewam, że było to coś więcej. Może 

obietnica uwolnienia? 

Z relacji Colorado wynikało, iż wywiadowcy śledzący Pehnulte spotkali się z 

bandą Lessera przypadkowo. Do walki nie doszło. Obu stronom jednakowo 

zależało na uniknięciu strzelaniny, której echa mogły nas zaalarmować. Zawarli 

więc porozumienie. Lesser i Bawole Serce — według informacji naszego jeńca 

— uznali zgodność swych interesów. I jednemu, i drugiemu zależało na rozbiciu 

naszej grupy. Jednakże Bawole Serce — prawdopodobnie jakiś pomniejszy wódz 

Indian, bo Pehnulte nie znał takiego — nie mógł podjąć decyzji. Musiał 

porozumieć się z kimś ważniejszym ze swego plemienia. To wymagało czasu. 

Rozmówiwszy się z Lesserem albo sam ruszył, albo też wysłał któregoś ze swych 

zwiadowców, by doniósł pobratymcom, że Pehnulte spotkał się z nami, że odesłał 

swych ludzi i że Lesser proponuje wspólną akcję. Tyle opowiedział Colorado. 

Z fragmentu podsłuchanej przeze mnie rozmowy wynikało jednak, iż Apacze 

Lipan niezbyt chętnie zgadzali się na współpracę. Najprawdopodobniej 

orientowali się w sprawkach Lessera. Z drugiej znów strony mogli się obawiać, iż 

w razie odmowy Lesser w jakiś tam sposób pokrzyżuje ich plany. 

Prawdopodobnie pierwsza narada obu stron odbyć się musiała przed kilku dniami 

i wówczas ustalono miejsce powtórnego spotkania. Lesser już nie przyszedł na 

background image

nie — może bał się zasadzki? — tylko wysłał zaufanego człowieka. Czemu 

jednak do tej pory nie zatroszczył się o jego los? Może sądził, iż jego wysłannik 

powędrował gdzieś dalej, do obozowiska Lipan? 

Colorado jednak przypuszczał, że Lesser wcale nie czekał na tego człowieka. 

Wyruszył albo jeszcze w nocy, albo wczesnym świtem. 

— To zrozumiałe. Wie, że mu depczemy po piętach. 

— Ale gdzie go ten wysłannik miał szukać? 

— Musieli z góry ustalić nowe miejsce spotkania. Niestety, nie zdołałem 

wyciągnąć od naszego jeńca żadnych na ten temat informacji. Sami powinniśmy 

dojść do sedna rzeczy. No, i po to przecież ta cała nasza wędrówka... 

Nieźle sobie odpocząwszy opuściliśmy kamienne schronisko. Osiem już godzin 

minęło od wyruszenia z obozu, gdy wreszcie trawiasta hala doprowadziła nas 

łagodnie opadającym stokiem w pobliże rosnącej w dole puszczy. Skrajem boru 

toczył swe wody strumień. Najprawdopodobniej ten sam, nad którym rozbiliśmy 

wczoraj biwak. 

Przekroczyliśmy płytkie koryto i szli dalej coraz ostrożniej wśród pni pierwszych 

drzew, co chwila przystając i nasłuchując. Poza łagodnym szumem gałęzi, lekkim 

pluskiem wody i rzadkimi głosami ptaków ukrytych w gęstwinie żaden inny 

dźwięk nie dobiegał jednak naszych uszu. Tak wędrując wkrótce odnaleźliśmy 

wydeptany kopytami szlak, a nieco później czarne koło wypalonej trawy. 

Colorado natychmiast zajął się badaniem śladów. 

Krążył tam i z powrotem, na koniec zniknął wśród drzew nakazując mi surowym 

głosem ukryć się za którymś z pni i cierpliwie czekać. 

Czekałem. I to dość długo. 

Wreszcie Colorado wychynął z gąszczów. Ale nie sam. Prowadził za uzdę 

osiodłanego konia. 

Zaniemówiłem. 

— A to co? — wykrztusiłem po chwili.  

— Koń. Zwykły koń, doktorze. 

background image

— To widzę. Ale skąd się tu znalazł? Nie powie pan, że o nim zapomnieli. 

— Nie powiem. Bo to po prostu wierzchowiec naszego jeńca. Czekał w ukryciu 

na powrót właściciela. Co jest najlepszym dowodem, że posuwamy się po 

właściwym tropie. 

— A może... 

— Chce pan powiedzieć, iż może posiadaczem tego zwierzęcia jest ktoś inny? 

Nie, nie. Dobrze wszystko przeszukałem. W okolicy nie ma nikogo. Człowiek, 

którego schwytaliśmy, część drogi odbył pieszo. Dla ostrożności, a rumaka tu 

właśnie ukrył. Na hali trudno to było uczynić. 

— Zwierzę stać musiało całą noc. Dziwne, iż nie zaatakował go żaden z 

drapieżników. 

— Ot, po prostu zbieg okoliczności. Mam nadzieję, że Lesser nie zdąży już 

nikogo wysłać na poszukiwanie. Bardzo by się zdziwił dowiedziawszy się o znik-

nięciu i jeźdźca, i wierzchowca. 

— Nasze ślady powiedziałyby mu wszystko. 

— Nie będzie żadnych śladów, doktorze. W tym miejscu ziemia została dobrze 

zdeptana, na łące szliśmy po skałkach, a co się tyczy znalezionego konia, 

zabierzemy go z sobą, aby nie zostawić tropów. Powędrujemy nurtem rzeczki. 

Doprowadzi nas do celu może nieco dłuższą, ale za to bezpieczniejszą drogą. No, 

doktorze, ruszamy. Posuwać się dalej byłoby zbyt wielkim ryzykiem. Zresztą i 

tak przed nocą nie wrócimy do swoich. Teraz już jestem pewien, że Lesser nic nie 

wie o schwytaniu swego wysłannika i nic jeszcze nie przedsięwziął, aby go 

odszukać. 

Wskoczył na siodło i wskazał mi miejsce za sobą. Po czym skierował 

wierzchowca do wody. Dno strumienia usiane było kamieniami i szybka jazda 

groziła upadkiem. Wlekliśmy się więc w tempie ładownego wozu. 

Zgodnie z przewidywaniami Colorado dopiero nocą dotarliśmy do celu. Nasz 

obóz wyglądał tak samo, jak rano. Ledwie żarzące się ognisko i stłumiony tupot 

spętanych koni. Ludzi nie dostrzegłem. Pomyślałem, że wojownicy Apaczów 

background image

jeszcze nie nadciągnęli, a nasi towarzysze z godną nagany niedbałością 

zlekceważyli obowiązek wystawienia wart. Wjechaliśmy, nie zatrzymywani, w 

sam środek obozu. 

— Co to znaczy? — mruknąłem do siebie. — Pospali się? 

Zeskoczyłem pierwszy. Traper uczynił to w sekundę po mnie, cicho jak kot. W tej 

samej chwili poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłem się, wyciągając zza 

pasa rewolwer. 

— Spokojnie, Janie. Bądź łaskaw nie strzelać. Ręka mi opadła. 

— Karolu — powiedziałem z wyrzutem w głosie. — Cóż to za żarty? 

— Czułem pismo nosem — odezwał się Colorado. — Nie jechałbym tak 

beztrosko. Co wam do głowy strzeliło? 

—Chcieliśmy sprawdzić, czy można tu ukryć ponad pół setki ludzi tak, aby ich 

nie dostrzegło najbystrzejsze oko i nie dosłyszało najczulsze ucho. Colorado 

mówił, iż czuł pismo nosem, ale przecież nic nie zauważył! 

— To znaczy, że wojownicy Pehnulte już przybyli? 

— Właśnie tak. Zaraz ich ujrzycie. 

Ktoś dorzucił gałęzi do żaru, bo ogień buchnął wysoko, oświetlając kilka 

zaledwie postaci Indian. Rozejrzałem się dokoła. 

— Gdzież oni? 

— Niech wódz da znak — odezwał się Karol. 

Pehnulte wymówił jedno krótkie słowo. Nawet nie podnosząc głosu. I nagle ożyły 

otaczające nas ciemności. W blasku migocących płomieni ujrzałem wyrastające 

jak spod ziemi sylwetki zbrojnych. 

— Uff — Colorado głośno odsapnął. — Takiej sztuczki, jak żyję, nie widziałem. 

— To jeszcze nie wszystko — odparł Karol. — Wiedzieliśmy, że nadjeżdżacie. 

Zwiadowcy czatowali wzdłuż rzeczki. 

— Wspaniale! 

— Chodźmy do ogniska — zaproponowałem. — Jestem głodny i wszystkie kości 

mnie bolą po tej jeździe we dwójkę. 

background image

— Skąd ten koń? — zapytał mój przyjaciel. 

— Niech Colorado opowie — odparłem lokując się jak najwygodniej przy ogniu. 

— Czuję się jak po tuzinie wykonanych operacji. 

— Współczuję ci, Janie. Obawiam się jednak, że czeka cię jeszcze sporo takich 

operacji, i to w okresie najbliższych dwu dni. 

Byłem zbyt zmęczony, żeby cisnąć w Karola patykiem leżącym u mych stóp. Nie 

zważałem na to, co opowiadał Colorado, wpatrzywszy się tępo w płomienie. 

Ocknąłem się dopiero wówczas, gdy wetknięto mi do ręki plaster pieczeni i 

podsunięto pod nos kubek z parującą kawą. Pijąc i jedząc nastawiłem uszu na 

słowa Karola. Teraz dowiedziałem się o rezultatach wędrówki Pehnulte i mego 

przyjaciela. Obaj po rozstaniu się z nami szli wyraźnym tropem, wędrując — 

podobnie jak my — wzdłuż skalnego podnóża. W ten sposób dotarli do miejsca, 

w którym górski łańcuch skręcał raptownie, odsłaniając daleką przestrzeń 

zielonej prerii. Widoczność ograniczały tylko gdzieniegdzie kępy liściastych 

drzew i krzewów — świetne miejsca dla ukrycia się przed wrogiem, ale również 

znakomita okazja dla zasadzek. Ryzyko pieszej wędrówki było więc niemałe. 

Jednakże bez dalszych niespodzianek dotarli do opuszczonego obozowiska 

czerwonoskórych. Tu musiał przez pewien czas przebywać Bawole Serce ze 

swymi towarzyszami. Stąd pewnie wyruszył na spotkanie większego oddziału 

Apaczów Lipan. Od tego miejsca trop stał się jeszcze wyraźniejszy. W drugiej 

połowie dnia Karol przy pomocy lornetki ujrzał w sporej odległości jakiś 

ruchomy punkt. Natychmiast ukryli się w gąszczu najbliższej kępy drzew. 

Ruchomy punkt zbliżał się coraz bardziej, aż wreszcie można było dostrzec, iż 

składa się on z jeźdźców podzielonych na dwie grupy. W pierwszej znajdowało 

się zaledwie kilku indiańskich wojowników. W drugiej — znacznie poważniejsza 

liczba. — Oba oddziały dzieliła przestrzeń kilkunastu jardów: wyglądało to na 

ucieczkę i pościg. Tak sądził przez chwilę Karol, ale Pehnulte wyprowadził go z 

błędu, stwierdzając, iż widzi tylko wojowników Lipan. Dlaczego jechali dwoma 

oddziałami — za chwilę się wyjaśniło — Oto pierwsza grupa skręciła nagle w 

background image

prawo i po chwili znikła z oczu. Druga — zatrzymała się mniej więcej w 

odległości pół mili od kępy. Na tej otwartej przestrzeni nie sposób było ich 

podejść. Powstało poważne niebezpieczeństwo, że wojownicy Lipan będą 

posuwać się dalej w tym samym kierunku i zauważą wówczas ślady Karola i 

Pehnulte. Nasi towarzysze postanowili więc wycofać się, przebiegając od kępy do 

kępy. Podczas wykonywania tego planu usłyszeli strzały, a drogę przecięły im 

dwie antylopy. Zaledwie zdążyli uskoczyć poza kępę krzaków, gdy ukazał się 

oddział indiańskich wojowników. Obie antylopy padły, ale jeźdźcy zamiast 

zabrać trofea i odjechać, zbliżyli się jeszcze bardziej do przypadkowego schro-

nienia śmiałków. 

— Zimno mi się zrobiło — opowiadał Karol — kiedy zauważyłem ich manewr. 

Dostrzegałem już twarze pomalowane jaskrawymi farbami (oznaka, iż plemię 

znajdowało się na wojennej ścieżce) i mogłem wszystkich dokładnie policzyć. 

Była ich równa dziesiątka. 

Wojownicy zatrzymali się, zsiedli z koni. Kilku z nich zajęło się oprawianiem 

antylop, kilku poczęło zbierać chrust, o parę zaledwie kroków od naszych 

towarzyszy. Indianie widać jednak tak byli pewni swego bezpieczeństwa, że 

nawet nie zwrócili uwagi na niezbyt wyraźny, ale przecież dostrzegalny ślad stóp 

wśród trawy. 

Rozpalili ognisko, a kiedy zakończono ściąganie skór z upolowanej zwierzyny, 

pokrojone na długie płaty mięso, zatknięte na patyki, poddane zostało procesowi 

przypiekania. Przez cały ten czas żaden z ludzi siedzących wokół ognia nie 

odezwał się ani słowem. P° jakichś trzech godzinach (“Zdrętwiałem cały od tego 

leżenia w bezruchu — mówił Karol — a ruszyć się nie można było") — kilku 

wojowników poderwało się gwałtownie. Rozległ się tętent kopyt i nowy przybysz 

pojawił się w kręgu ognia. Widzieli go obaj dokładnie, jak zsiadał z konia. W 

kruczoczarnych włosach nosił ptasie pióro. Pewnie był wodzem, ale 

pomniejszego znaczenia, bowiem Pehnulte podczas swych niedawnych 

odwiedzin Apaczów Lipan nie zauważył go w kręgu członków plemiennej rady. 

background image

Koło siedzących natychmiast się rozsunęło robiąc wolne miejsce. 

— Jeszcze nigdy tak nie nasłuchiwałem, jak wówczas — stwierdził Karol. — 

Miałem nadzieję, że na koniec dowiemy się czegoś interesującego. Ale okazało 

się natychmiast, iż muszę się jeszcze uzbroić w cierpliwość. 

Przybysz milczał, siedzący wokół niego milczeli również. Zadawanie 

niecierpliwych pytań zaliczane jest wśród Indian do bardzo złego tonu. Po prostu 

świadczy o braku wychowania, i to tym bardziej, im wyższą rangę społeczną lub 

wiek posiada zapytywany. A ten przecież był wodzem! 

Na szczęście wszystko ma swój kres, więc i milczenie zostało wreszcie 

przerwane. 

— Niech wojownicy Lipan słuchają — odezwał się przybysz głosem 

przypominającym skrzypienie zawiasów starych drzwi. 

Było coś tak zaskakującego w kontraście, jaki zachodził między młodym 

wyglądem Indianina a jego starczym głosem, że Karol z trudem powstrzymał się 

od śmiechu. 

Niech wojownicy Lipan słuchają — powtórzył. — Przynoszę im słowa Ostrego 

Noża. Moje usta są jego ustami. 

— Nie potrafię dokładnie odtworzyć tego, co mówił — opowiadał dalej Karol. — 

Ale sens zapamiętałem. Jeśli się pomylę, niech mnie mój czerwony brat poprawi 

— tu zwrócił się do Pehnulte, a na potakujące skinienie głową począł streszczać 

podsłuchaną rozmowę. Niezwykle dla nas ważną. 

Wynikało z niej bowiem, że wojownicy Lipan już nazajutrz mieli ruszyć za nami. 

Jednakże nie z miejsca, w którym znajdowaliśmy się obecnie. Próg skalny — jak 

wspominałem — uniemożliwiał sprowadzenie koni z hali w dolinę. Indianie mieli 

najpierw dotrzeć do podnóża hali, tam gdzie łączyła się ona z lasem. 

— Z relacji Colorado wynika, że właśnie tam dotarliście dzisiaj — dodał Karol. 

Przytaknęliśmy. 

— Świetnie. Tam mają się ukryć Indianie Lipan i czekać na nasze przybycie, po 

czym deptać nam po piętach. 

background image

— Trzeba będzie dobrze zacierać ślady — wtrącił się stary traper. — Jak 

zauważą, ilu nas jest, gotowi zawrócić. 

— A niech zawracają — powiedziałem. — Tym lepiej. 

— Niezupełnie — odparł Karol. — Lipan zasługują na nauczkę, żeby więcej nie 

próbowali takich sztuczek. 

— Słusznie — mruknął Colorado. — Należy się im dobra nauczka. 

— Oczywiście — zacząłem — ale.. 

— Daj mi skończyć, Janie. 

Umilkłem, chociaż perspektywa walki z Indianami wydawała mi się posunięciem 

zupełnie bezsensownym. Zdziwiło mnie stanowisko Karola w tej sprawie, i to 

tym bardziej, iż znałem go od lat jako zagorzałego przeciwnika bratobójczych 

wojen plemiennych, wyniszczających czerwonoskórych co najmniej w tym 

samym stopniu, co walki z białymi. Nie było jednak czasu na medytację, 

interesowała nas obecnie inna sprawa. 

Otóż Ostry Nóż miał iść za nami wiodąc trzydziestu wojowników i zaatakować 

nas dopiero wówczas, gdy znajdziemy się u stóp Deszczowej Góry, w wąwozie 

opisanym przez Pehnulte. 

— A jaką rolę w tym wszystkim ma odegrać Lesser i jego ludzie? — zapytałem. 

— Dowiedzieliśmy się i tego — stwierdził Karol — Zadanie Lessera ma polegać 

na wejściu w głąb wąwozu i natychmiastowym wycofaniu się stamtąd. Chodzi po 

prostu o ślady, jakie nam mają zasugerować rzekomą obecność bandy wewnątrz 

wąwozu. 

— Chyba musiałby mieć skrzydła — zauważyłem zgryźliwie — i unieść się w 

powietrze wraz z końmi. Pozostawiliby przecież tropy biegnące w odwrotnym 

kierunku. 

— Mój biały brat nie zna wąwozu — odezwał się Pehnulte. — Tamtędy płynie 

rzeczka. Wjeżdżając do wąwozu można zostawić ślady na jej brzegach, ale 

wyjeżdżając środkiem wodnego nurtu, oszuka się nawet najlepszego tropiciela. 

Howgh! 

background image

Karol kiwnął potwierdzająco głową. 

— Rozumiem — odparłem. — Coś jak pułapka na myszy. Myszy to właśnie my, 

a przynęta to tropy oddziału Lessera. Pięknie sobie obmyślili. A co my na to? 

— Za jednym posunięciem złapiemy i Lessera, i wojowników Lipan — odezwał 

się niespodziewanie Colorado. — Dostaną się we własne sidła. Rzecz polega 

tylko na tym, aby skłonić Indian do wkroczenia w głąb wąwozu nie po nas, ale 

zamiast nas. Czy nie mam racji? 

— Na to trzeba by chyba cudu — zauważyłem. 

— Nie trzeba cudu — odparł Karol. — Posiadamy olbrzymią przewagę i nawet 

nie mam na myśli liczby osób, ale po prostu fakt, iż Lesser nie został 

zawiadomiony o planie Ostrego Noża. To oczywiście twoja zasługa, Janie. Jestem 

gotów się założyć, iż obierze wąwóz za miejsce chwilowego postoju, że tam 

właśnie będzie oczekiwać powrotu swego wysłannika. Gdy wojownicy Lipan 

nadciągną, uznają tropy jego oddziału za nasze. Przecież Ostry Nóż nic nie wie, 

że siły nam tak wzrosły. 

— Bardzo to skomplikowane — wyraziłem swą wątpliwość. — A poza tym zbyt 

liczymy na nieostrożność i naiwność przeciwników. A może to właśnie my 

jesteśmy naiwni? Czy Lesser będzie czekał przez cały dzień na powrót wysłanego 

do Lipan człowieka? Na pewno nie. Zacznie go szukać albo po prostu zostawi 

swemu losowi i podejrzewając, iż wpadł w nasze ręce, czym prędzej ruszy dalej. 

— Słusznie rozumujesz. Dlatego musimy uprzedzić Lessera. 

— W jaki sposób? 

— Wyruszając do Deszczowej Góry jeszcze tej nocy. 

— Czy zdążymy przed świtem? 

— Na pewno. Tak twierdzi Pehnulte. 

Wódz skinął głową. Nie zabierałem więc już głosu, całkowicie zgnębiony 

perspektywą nocnej jazdy. Nie odpocząłem jeszcze po przebytej drodze. Jak 

pech, to pech! 

— Jedno mnie zastanawia — mruknął Colorado. — Dlaczego Ostry Nóż pragnie 

background image

nas wpędzić w wąwóz? Mając taką przewagę, jak sądzi, mógłby napaść w każdej 

innej, dogodnej dlań chwili. 

— A tę uważa za najdogodniejszą — powiedział Karol. — Przypuszczam, że 

pragnie zapobiec strzelaninie. Chce Pehnulte wziąć żywcem i uważa, iż dokona 

tego bez walki, zamykając nas w wąwozie. No.. ale teraz pozwólcie, że dokończę 

opowiadania, chociaż nic interesującego już nie mam do powiedzenia. Otóż 

wojownicy Lipan upiekli mięso, wskoczyli na konie i odjechali. A myśmy 

skorzystali natychmiast z okazji i pod ochronę zapadającego zmroku wrócili do 

naszego obozowiska. 

Wyczerpawszy swe informacje Karol pierwszy podniósł się od ognia. 

— Nie mamy zbyt wiele czasu — stwierdził. — Ruszajmy. 

Nie minęło i pół godziny, a ognisko zostało zgaszone, nasz jeniec przytroczony 

do końskiego siodła i wzięty pod opiekę przez dwu aż wojowników, a ja 

znalazłem się na grzbiecie swego wierzchowca, w długiej kolejce jeźdźców. 

Rozpoczynaliśmy nocną wędrówkę podzieleni na dwa oddziały. Pięciu 

wojowników, Pehnulte oraz nasza trójka ruszyliśmy brzegiem strumienia. 

Pozostali musieli posuwać się środkiem rzeczki. Bardzo im współczułem, ale nie 

istniał inny sposób zatarcia śladów tak licznej grupy. Co prawda Ostry Nóż miał 

oczekiwać znacznie dalej, ale chodziło o to, aby na wszelki wypadek tropy na jak 

najdłuższej przestrzeni świadczyły, iż nadal stanowimy zaledwie garstkę 

wędrowców. 

Długo będę wspominał tę noc. Najpierw było ciemno jak w dziupli i zaledwie 

rozróżniałem plecy jadącego przede mną Karola. Później księżyc zajrzał w głąb 

doliny ożywiając fantastyczne cienie wśród drzew i krzewów. Po pewnym czasie 

te cienie poczęły mi się dwoić i troić w oczach. Poczułem przemożną senność. 

Walczyłem z nią, jak mogłem, i chyba zwycięsko, bo jeszcze widziałem 

dokładnie miejsce ostatniego obozowiska Lessera, znane mi już z rannej 

wędrówki. Ale później straciłem świadomość czasu i przestrzeni, zapadłem w 

drzemkę. 

background image

Kiedy otworzyłem oczy, nie dojrzałem już księżycowego blasku, a mimo to nie 

było tak ciemno, jak na początku naszej drogi. 

Staliśmy na samym skraju lasu. Gdzieś z prawej strony, w odległości kilku chyba 

jardów, cicho pluskała rzeczka. Ze zdziwieniem zauważyłem, iż wpada do niej 

drugi strumień, a połączony nurt skręca raptownie i ginie w głębi puszczy. 

— Co tam? — szepnąłem w kierunku pleców Karola. 

Odwrócił się i położył palec na ustach: 

— Jesteśmy w pobliżu wąwozu. Pehnulte wysłał zwiadowców. Spójrz — 

wyciągnął rękę przed siebie. 

Przetarłem oczy. W mrocznej dali wznosiła się niewyraźnym zarysem potężna 

ściana skalna, której szczyt tonął w oparach mgieł. 

— Deszczowa Góra — szepnął Karol; 

Nagle zrobiło mi się zimno. Trochę z wrażenia, trochę z przedrannego chłodu. 

— Co to za druga rzeczka? — zapytałem. 

— To strumień wypływający z wąwozu. A teraz.. sza! Nie gadaj! 

Siedziałem więc w milczeniu rozglądając się dokoła, ale niewiele mogłem 

dostrzec. Zauważyłem tylko, że oddział czerwonoskórych, który posuwał się 

korytem rzeczki, zniknął teraz bez śladu, jakby się w ziemię zapadł. 

Chyba jeszcze z pół godziny sterczeliśmy na siodłach, aż wreszcie Karol — nie 

wiem na czyj sygnał, może Colorado, a może Pehnulte, bo oni obaj znajdowali się 

gdzieś na przedzie — zeskoczył z konia i skinął na mnie. 

— Chodź — powiedział półgłosem. 

Zsunąłem się z siodła i omal nie przewróciłem, tak miałem zdrętwiałe nogi. Ale 

jakoś mi przeszło. Ująłem wierzchowca za cugle i krok po kroku ruszyłem za 

przyjacielem. Z początku wiódł mnie skrajem lasu, potem skręcił gwałtownie 

między drzewa. Poszedłem w jego ślady, przeklinając po cichu kostropate gałęzie 

szarpiące mnie za ubranie i uderzające po twarzy. Tu panowała jeszcze noc. 

Odetchnąłem, gdy wreszcie wyszliśmy na jakąś trawiastą polankę. Dostrzegłem 

kilku Apaczów siedzących z filozoficznym spokojem pod drzewami lub 

background image

wspartych na strzelbach o niezmiernie długich lufach: Opowiadano mi niegdyś, iż 

tego rodzaju broń rozpoczęto produkować na żądanie “łowców skórek", traperów 

zajmujących się polowaniem na zwierzęta futerkowe i handlarzy skupujących 

skóry. Otóż za broń palną, bardzo chętnie nabywaną przez wszystkie plemiona 

Indian północnoamerykańskich, żądano tyle skórek futrzanych, ile zmieści się w 

stosie równym postawionej kolbą na ziemi strzelby. Im dłuższa lufa — tym 

większy stos skór! 

— Zostaw tu konia i weź sztucer — zarządził Karol. — I nie śpij już. 

— Dałbyś spokój — burknąłem. — Wleczesz mnie przeklętym bezdrożem i 

jeszcze wmawiasz sen! 

— Przecież drzemałeś na koniu. 

— Możliwe... Co mam dalej robić? Gdzie Pehnulte i Colorado? Kiedy mi 

wreszcie wytłumaczysz... 

— Nie tak głośno. Chodź. Zaraz wszystko zrozumiesz. 

Znowu musiałem przedzierać się przez gęstwinę: Gdy wydostaliśmy się z lasu, 

Karol poprowadził mnie spory kawałek drogi. Na koniec kazał się położyć wśród 

krzaków i zanim zdążyłem to uczynić, pierwszy dał nurka w zarośla. Czołgałem 

się za nim, starając się unikać najmniejszego szmeru. Spocony z wysiłku 

znalazłem się wreszcie tuż obok Karola. Przed moim nosem rosły dwa małe 

krzaczki, ale na prawo i na lewo czerniała cała gęstwina. 

— Wysuń głowę, tylko ostrożnie. 

Przygiąłem gałązkę, która mi zasłaniała widoczność, posunąłem się ze dwa cale i 

natychmiast przywarłem piersiami do ziemi. To było zaskoczenie. 

Przede mną raptownie urywała się zielona płaszczyzna. Naga ciemnobrązowa 

ściana spadała stromo ku równie brązowemu podłożu. Wąwóz! Dostrzegałem 

jego przeciwległe zbocze, tak samo nagie i tak samo porosłe na szczycie 

krzewami i wysoką trawą. Zdumiewający wybryk natury, która przy pomocy 

wody stworzyła w tym miejscu miniaturowy kanion. Jego gładkich ścian nie 

potrafiłby sforsować nawet najbardziej doświadczony w wysokogórskiej 

background image

wspinaczce człowiek. 

W wąwozie—przepaści kłębił się jeszcze nocny mrok i na jego dnie nie byłem w 

stanie nic zauważyć. Usłyszałem tylko monotonny szum. Gdzieś w głębi waliła 

ze stoków Deszczowej Góry woda. Właśnie ta “grzmiąca woda", o której po raz 

pierwszy dowiedziałem się z podsłuchanej rozmowy. 

Pode mną toczył swe wody niewidoczny strumień wypływający gdzieś dalej 

jedynym wyjściem wąwozu. Ale gdzie znajdowało się to wyjście — na próżno 

starałem się dojrzeć. Cofnąłem się. 

— Karolu — szepnąłem.  

Uniósł głowę. 

— Gdzie Lesser? 

— W środku. Dolina jest przez nas otoczona. Nie wymknie się. A teraz możesz 

sobie pospać. Mamy czas. 

Nie odpowiedziałem. Posępne godziny kończącej się nocy działały na mnie 

dziwnie niepokojąco Miałem nerwy napięte do granic wytrzymałości i nawet 

najwygodniejsze łoże nie skłoniłoby mnie teraz do snu. 

Co się stanie za godzinę, za dwie... Gdy z przedrannych oparów wynurzą się 

zamazane zarysy Deszczowej Góry, a wnętrze wąwozu rozbłyśnie światłem dnia? 

background image

Przed walką 

 

Leżałem pełen niepokoju, stwierdzając, że najtrudniejszą na świecie rzeczą jest 

oczekiwanie. Tymczasem nadal nic się nie działo. Było ciemno i coraz chłodniej. 

Cisza lasu i daleki szum wodospadu. Podziwiałem wojowników Mescalerów, 

którzy zachowywali tak doskonałą ostrożność, że do uszu moich nie dobiegł ani 

dźwięk trąconej broni, ani szelest rozchylanych gałęzi, ani przytłumiony tupot 

kroków. 

Ktoś mnie trącił w ramię i znajomy głos zaszeptał nad uchem: 

— Mamy ich, doktorze. 

Odetchnąłem głęboko. Colorado! Od niego na pewno czegoś się dowiem. 

— O'Brien? — powiedziałem pytająco. 

— Jest, jest. Zdrowiutki jak ryba, jeśli się nie mylę. A dokoła niego cała banda. 

Śpią jak susły. 

— Na co czekamy? 

— Aż się obudzą. 

— Kpisz, Colorado? 

— Ani mi w głowie. Czekamy na Apaczów Lipan. To będzie piękny dzień. 

— Właśnie — mruknąłem myśląc o nieuniknionej walce. Gdy nadciągną 

wojownicy Lipan, przemówią strzelby i rewolwery. Nigdy nie lubiłem słuchać 

takiej “gadaniny". A teraz przyrzekłem sobie, że dziś nie oddam ani jednego 

strzału. Mieliśmy tak ogromną przewagę, że moje postanowienie w niczym nie 

zmniejszało naszych szans. 

— Colorado — powiedziałem — jeśli oni śpią, trafia się świetna okazja 

uwolnienia O’Briena. 

— Zrobiłbym to już ze sto razy, gdyby właśnie nie Samuel. 

— Nie rozumiem. 

background image

— Z niego żaden traper. Jeśli się go wyrwie ze snu, gotów narobić hałasu. 

Rozbudzi wszystkich i zacznie się walka. Przedwczesna. I zupełnie zbędna. 

— Na niej przecież sprawa się zakończy.  

Roześmiał się cicho: 

— Nie będzie żadnej walki, doktorze. Chyba, że ci Lipan mają w głowach sieczkę 

zamiast mózgu. 

— To dla mnie jakaś zagadka. 

— Taki jest plan Pehnulte. Otoczyliśmy wąwóz, że mysz się nie wymknie. Nie 

ruszamy Lessera, ma być przynętą dla Lipan. Gdy nadciągną, zaraz wpakują się 

do wąwozu. Wezmą ludzi Lessera za naszą gromadkę. Wówczas ich zamkniemy. 

Byliby szaleńcami przyjmując walkę w takich warunkach, i to tym bardziej, że 

Pehnulte zamierza ich puścić wolno. Dziwny z niego Indianin. Jeszcze takiego 

nie spotkałem. 

— Więc po co ta cała zasadzka? Wystarczy, abyśmy się pokazali wojownikom 

Ostrego Noża. Wobec tak nierównych sił zrezygnują z walki. 

— Ba, pewnie. Ale Pehnulte zażąda nie tylko wydania nam ludzi Lessera, ale i 

całej palnej broni. Powinni przecież ponieść jakąś karę. Według mnie łagodna to 

kara. 

— Musicie tyle gadać? — ozwał się z boku groźny szept Karola. — Umarłego 

można by zbudzić. 

Umilkliśmy, ale nie na długo. Paliła mnie ciekawość. Więc tylko przysunąłem się 

bliżej trapera. 

— Uważam — powiedziałem — że Ostry Nóż byłby durniem, gdyby przed 

napadem nie zapragnął raz jeszcze porozumieć się z Lesserem. Wyśle 

zwiadowców i odkryje naszą obecność. 

— Ostry Nóż będzie się spieszył. Jest przekonany, iż z nami da sobie radę nawet 

bez pomocy bandy. Przecież bardzo niechętnie tę pomoc przyjął. Tak wynikło z 

pańskiego opowiadania, doktorze. 

Potwierdziłem ten wniosek. 

background image

— A kiedy należy się ich spodziewać? — zapytałem mając na myśli wojowników 

Lipan. 

— Trudno określić. Jednakże na pewno nim skończy się dzień. 

Zrobiło mi się nagle bardzo wesoło. 

— Colorado — powiedziałem — niech pan natychmiast posypie tych bandytów 

jakimś proszkiem nasennym albo napoi ich odwarem z peyotlu *, żeby spali jak 

najdłużej. W przeciwnym bowiem wypadku gotowi obudzić się przed 

przybyciem Ostrego Noża i cały nasz plan weźmie w łeb! 

— Pozostawiam to panu, jako lekarzowi — odciął się. — Jeśli przebudzą się 

przed czasem, nic w tym dla nas groźnego. Sprawa nieco się pogmatwa, kiedy 

będą chcieli stąd wyjść. Musimy ich zatrzymać. 

— Z odpowiednim hałasem i strzelaniną — dodałem — co uprzedzi Ostrego 

Noża. 

— Uprzedzi albo nie... Czekajmy cierpliwie, a zobaczymy, jak kij popłynie... 

Ależ on miał nerwy! Ja mało ze skóry nie wyskakiwałem z niecierpliwości. Po raz 

wtóry przysunąłem się bliżej krawędzi wąwozu. Wydało mi się, iż obecnie 

dostrzegam już w dole rzeczkę, a nieco w głębi czerwone węgielki gasnącego 

ogniska. 

— Gdzie Pehnulte? — szepnąłem. 

— Po tamtej stronie wąwozu, da nam znać wystrzałem albo przyśle wojownika. 

Piekielnie dłużył mi się czas. Co kilkanaście minut zerkałem w głąb doliny, nic 

się w niej nie działo. Aż wreszcie z oparów ustępującego mroku — tam w dole — 

wyłoniła się postać człowieka. Widziałem, jak ściągał z pleców koszulę, a potem, 

schylony, opryskiwał się wodą strumienia. Na koniec odszedł, lekko  

 

Peyotl (Lophopnora Williamsii) — mały kaktus barwy niebiesko—zielonej. Jego sok jest silnym 

środkiem odurzającym. Indiańscy czarownicy od wieków stosowali go często podczas rytualnych 

obrzędów. Peyotl, popularny na terenie Meksyku, znany był w Ameryce Północnej aż po krainę 

Wielkich Jezior. Obecnie zakazany w handlu jako narkotyk. 

 

background image

pogwizdując. Bardzo bezpiecznie musiał się tu czuć Lesser i jego ludzie. 

Minęło z pół godziny, gdy różowa, maleńka łuna podniosła się nad rozpadliną. 

Pewnie się rozbudzili i rozpalili ognisko. Z kolei usłyszałem tępy stukot kopyt 

uderzających o stwardniały grunt. Z głębi wąwozu wynurzył się człowiek na 

koniu. Jechał stępa, kierując się w stronę wyjścia. Czyżby Lesser wysyłał go dla 

zbadania okolicy i odszukania zaginionego od wczoraj gońca? Na to wyglądało. 

Koń i jeździec znikli mi z oczu za skalnym załomem. 

— Jeśli napotka teraz Lipan... — szepnąłem do Colorado. 

— Niech się Pehnulte tym martwi. Droga jest obstawiona i nie powinien daleko 

ujechać. 

Poczułem blask światła na twarzy. Uniosłem głowę. Nad zboczem Deszczowej 

Góry ukazał się czerwony rąbek słonecznej tarczy. Las rozbrzmiał nagle głosami 

ptaków, a liście krzewów, wśród których spoczywałem, zaszeleściły w porannym 

wietrze. Oczekiwałem lada chwila całego oddziału Lessera opuszczającego 

wąwóz. Ale nic podobnego się nie zdarzyło. Prawdopodobnie szef sądził, iż my 

również jeszcze nie wyruszyliśmy w drogę, a może nawet przypuszczał, że nas w 

nocy napadnięto i pojmano. 

Zerknąłem w kierunku Karola. Leżał w tym samym miejscu. Usłyszał 

spowodowany przeze mnie szelest gałęzi i zgromił mnie wzrokiem, a potem 

położył palec na ustach. 

Słońce dźwigało się coraz wyżej, promienie jego sięgały już połowy wysokości 

ścian wąwozu. Począłem marzyć o swym rodzinnym Milwaukee i o wygodnym 

łóżku. Nerwowe podrażnienie już minęło i teraz czułem się straszliwie senny. 

Powoli zapadłem w jakąś drętwotę, z której wyrwało mnie gwałtowne szarpnięcie 

za rękaw. To Colorado. 

— Czy pan śpi, doktorze? 

Mruknąłem coś niewyraźnego, byle się odczepił, podłożyłem łokieć pod głowę, 

zmrużyłem oczy. I prawie w tej samej chwili poderwałem się jak dźgnięty 

szpilką. Przeraźliwy dźwięk ozwał się w dole, chyba w okolicy wejścia do 

background image

wąwozu. Jakieś: ii-ii-ii-ii! — w górnych, przenikliwych tonach. 

— Leż spokojnie, Janie — odezwał się Karol. — To bojowe zawołanie Apaczów, 

pewnie Lipan nadciągnęli i wzięli ludzi Lessera za naszą gromadkę. 

Spojrzałem w dół. Dwa szeregi Indian biegły po obu stronach strumienia, 

wrzeszcząc ogłuszająco. Odpowiedziały im jakieś inne głosy. Tumult trwał chyba 

jeszcze ze dwie minuty, po czym raptownie ucichł. Wówczas zagrzmiał huk 

strzału z rusznicy. Jeden raz tylko. 

— Colorado! Janie! Biegnijmy! 

Karol wyskoczył z zarośli wielkim susem i począł gnać wzdłuż krawędzi wąwozu 

tak szybko, że ledwie mogłem dotrzymać mu kroku. Za mną tupotały ciężkie 

buciory trapera. Oczekiwałem, że lada chwila potknę się o któryś z wystających 

korzeni i runę w gąszcz. Na szczęście, po przebiegnięciu kilku jardów, zarośla 

ustąpiły wysokiej trawie porastającej opadającą łagodnie równinę. Prawie bez 

tchu dotarłem do dna jakiejś kotlinki, przegrodzonej połyskującym korytem 

wody. Mała rzeczka płynęła pieniąc się i bulgocząc. Tu mój przyjaciel zatrzymał 

się. Stanąłem obok niego, mocno robiąc piersiami. 

Kotlinka, szeroko otwarta z trzech stron, z czwartej ograniczona była pionową 

ścianą, pękniętą od szczytu do podstawy. Szpara pęknięcia — jak stwierdziłem 

pobieżnie — pozwalała jednak na swobodne przejście człowieka z koniem. Ze 

szczeliny wypływał strumień, nie wypełniający całej jej szerokości. Po obu 

stronach dwa wąziutkie spłachcie piasku poznaczone były odciskami kopyt i stóp 

ludzkich. Zdążyłem to zauważyć przez jedno mgnienie oka, bo Karol natychmiast 

odciągnął mnie w bok. Przy samej rozpadlinie, z wysuniętymi strzelbami, 

spoczywało kilku wojowników Mescalerów. Dalej, oparty o zrąb skalny, stał 

Pehnulte. 

— Moi bracia przybyli w samą porę — odezwał się beznamiętnym głosem. — 

Ostry Nóż znajduje się w wąwozie. Będzie chciał się wydostać. Nie dopuścimy 

do tego. Howgh! 

— Pułapka się zamknęła — mruknął Colorado. — Czy oni są z końmi? 

background image

— Nie — odparł wódz. — Konie zostały tam — wskazał ręką poza siebie. — 

Strażników schwytaliśmy. 

— Co teraz nasz czerwony brat zamierza? — zapytał Karol. 

— Nie chcę przelewu krwi. Jeśli zapragną sforsować przejście, damy salwę w 

górę. Howgh! 

Karol przytaknął skinieniem głowy. 

— Oby tylko strzały na postrach wystarczyły —— dodał niepewnie. 

— Tym przejściem mogą się przecisnąć najwyżej dwie osoby jednocześnie. Biorę 

na siebie jednego. 

— Ja drugiego — dodał Colorado. — A pięści mam nieliche. Zdaje się, że 

nadchodzą. 

Usłyszeliśmy jakieś pomieszane głosy, tupot nóg, aż wreszcie w głębi węzizny 

ujrzałem grupę zbrojnych. Na czele posuwał się Indianin olbrzymiego wzrostu, z 

piórami wpiętymi we włosy, za nim biegli w długim szeregu wojownicy z łukami 

i strzelbami w dłoniach. Zorientowali się w pomyłce i teraz spieszyli opuścić 

wąwóz. Zauważyłem człowieka, który towarzyszył Indianinowi. Poznałem 

natychmiast, mimo iż zmienił się bardzo od chwili, w której ostatni raz go oglą-

dałem. To nie był już ten pozornie ociężały, o bladej, wygolonej twarzy, nieco 

pochylony właściciel gospody “Arizonac" w Rainy Valley. Pod rondem 

wygniecionego kapelusza zdążyłem dostrzec twarz ogorzałą od wichrów i słońca, 

czarny zarost, opadającą na pierś, w szpic przyciętą brodę. 

— Lesser — powiedziałem do Karola. 

Nie wiem, czy również poznał, odpowiedzi nie dosłyszałem lub w ogóle nie 

nastąpiła. Zamiast Karola przemówiła długa rusznica Pehnulte, głosem 

podobnym do gromu. Nacisnąłem dwukrotnie cyngiel sztucera. Broń ozwała się 

trzaskiem przypominającym dźwięk, jaki wydaje łamana sucha gałąź. Ale ten 

dźwięk prawie zginął w potężnej palbie. To wojownicy Mescalerów, ukryci w 

gąszczu porastającym krawędzie wąwozu, dali znać o swej obecności. Na 

naszych przeciwnikach wywrzeć to musiało wrażenie, jak to się mówi, 

background image

piorunujące. 

Jednym okiem (za każdym razem, gdy stawałem tuż przed szczeliną, Karol 

gwałtownie odciągał mnie w bok!) dostrzegłem, że biegnąca grupa zatrzymała 

się, a potem szybko rozproszyła. Wyobraziłem sobie, jaki popłoch spowodować 

musiała nieoczekiwana strzelanina, jak w pierwszej chwili rozglądać się poczęli 

za rannymi i zabitymi. Biedacy! W tym nagim wąwozie stanowili cel równie 

otwarty, jak tarcza na strzelnicy. 

Gdy tylko zamilkło trzecie, najsłabsze echo, ozwał się donośnym głosem 

Pehnulte: 

— Niech mnie słuchają wojownicy Lipan! 

Przerwał na sekundę dla wywołania większego efektu. Ani jeden dźwięk nie 

zamącił ciszy tej przerwy. Wydało mi się, że zamilkły nawet leśne ptaki. 

— Wojownicy Lipan! Mówi do was wódz Apaczów Mescalero. Niewiele słońc 

minęło, gdy przebywałem w waszych wigwamach. Przyniosłem czerwonym 

braciom zieloną gałązkę pokoju. Mówiłem, że nadszedł czas zjednoczenia 

wszystkich plemion Apaczów rozsianych jak ziarnka piasku na pustyni. Krew 

przelana we wzajemnych walkach mogłaby wypełnić koryta wszystkich rzek 

płynących tym krajem, a groby poległych wojowników wyznaczyć drogę od 

jednej wielkiej wody do drugiej! Co mi odpowiedziano? Ostry Nóż słuchał w 

milczeniu moich słów, ale kiedy mnie żegnał, jego język stał się jak kolec 

skorpiona: ostry i trujący. Chociaż byłem jego gościem, a topór wojenny nie 

został między nami wykopany. 

Znowu przerwał. Z głębi wąwozu nie ozwał się ani jeden głos protestu czy 

nienawiści. 

Wojownicy Lipan na dobre odpowiedzieli złem. Wyruszyli, aby mnie napaść. 

Sprzymierzyli się z pięcioma bladymi twarzami, których ręce czerwone są od 

krwi Indian. Takich przyjaciół znalazł sobie Ostry Nóż! Słuchajcie mnie! 

Jesteście otoczeni, nie możecie się obronić. Wzywam Ostrego Noża, aby 

przyszedł do mnie. Dowie się, na jakich warunkach wypuszczę go i wszystkich 

background image

wojowników. Niech się pospieszy. Gdy na wąwóz padnie cień Deszczowej Góry, 

zamiast mnie przemówią strzelby Mescalerów. Howgh!  

Odwrócił się i skinął na nas. 

— Niech moi bracia mają się na baczności. Będą znowu próbowali przedrzeć się. 

— Jeśli tak, to nie obejdzie się bez pukaniny — odparł Colorado. — Nie widzę 

innego sposobu pochwycenia tej bandy. 

— Colorado się myli. Jest sposób. 

Spojrzałem pytająco na wodza, na Karola, na trapera. Co miał na myśli Pehnulte? 

Odpowiedź otrzymałem bardzo szybko. Najpierw dostrzegłem kilku Indian 

wbiegających do kotlinki, w której staliśmy, z olbrzymimi naręczami gałęzi i 

chrustu. Rzucili je na dwa stosy tuż przy wylocie wąwozu, po obu stronach 

rzeczki. Sądziłem, iż budują w ten sposób coś w rodzaju zasłony dla nas, a 

jednocześnie barykady tarasującej przejście. Jakżeż licha to była zapora! 

Jednakże pomyliłem się. Nie o to chodziło. W chwilę później skrzesano ogień i 

płomień objął oba stosy, strzelił wysoko ku górze, tworząc jakby świetlisty most 

nad wodą. 

— Niech spróbują skakać! — krzyknął Colorado.  

Dołożono jeszcze więcej drewien, a temperatura tak wzrosła, iż musieliśmy się 

cofnąć kilka kroków. Szaleniec, który próbowałby sforsować tę ścianę ognia, 

nawet gdyby się mu to udało, wyszedłby z takiej próby ciężko, jeśli nie 

śmiertelnie poparzony. A jednak Ostry Nóż próbował — co prawda jeden tylko 

raz — wyrwać się na zewnątrz. Przewidująco i roztropnie położyliśmy się nieco z 

boku wejścia. Wówczas poprzez buzujące płomienie grzmotnęła w naszym kie-

runku salwa co najmniej kilku fuzji. Z ognia strzeliły snopy iskier, a parę 

płonących głowni z suchym szelestem wyleciało ze środka ogniska i padło gdzieś 

za nami. Teraz cały stos począł drgać, jakby go usiłowano zepchnąć w rzeczkę, na 

koniec buchnął z niego kłąb pary i dymu. Musiano chlusnąć wodą. 

Dwukrotnie nacisnęliśmy cyngle, celując i tym razem nie w głąb rozpadliny, ale 

wysoko ponad płożenie. Równocześnie dorzucono nową porcję suchych 

background image

gałęzi. Przygaszone drewno buchnęło silniejszym płomieniem. Okolicznością 

jeszcze pomyślniejszą stała się zmiana kierunku wiatru. Począł dąć nam w plecy, 

kierując płomienie w gardziel wąwozu i daleko poza nią, uniemożliwiając 

naszym przeciwnikom podejście do ognia. 

Jak długo jednak mieliśmy czekać na ostateczny wynik akcji? 

Termin wyznaczony przez Pehnulte był odległy. Gdy słoneczna tarcza w całości 

wyjrzała zza szczytu Deszczowej Góry, zorientowałem się, iż cień, o którym 

mówił wódz Mescalerów, paść może dopiero w drugiej połowie dnia. Ten 

wniosek — przez dziwne skojarzenie — przypomniał mi, iż od rana nic jeszcze 

nie miałem w ustach. Natychmiast poczułem głód. I to jaki! Powiedziałem o tym 

Karolowi. 

— Wytrzymaj jeszcze trochę, Pehnulte na pewno o tym pomyślał. 

Cicho westchnąłem. Ostatecznie jednak moje dolegliwości fizyczne warte były 

ceny bezkrwawego zwycięstwa. Więc nic nie odpowiedziałem. Ale oto — co 

mnie bardzo podniosło na duchu — poprzez zaporę płomieni przedarł się ku nam 

donośny głos: 

— Ostry Nóż chce mówić z Pehnulte! 

— Niech wyjdzie z wąwozu — odparł Wielki Jeleń. 

— Czy Pehnulte przyrzeka Ostremu Nożowi, że będzie mógł odejść nie 

zatrzymywany? 

— Przyrzekam, jeśli zjawi się przede mną bez broni w pokojowych zamiarach. 

— Czy ma przyjść sam? 

— Wojownicy Lipan są gadatliwi jak stare sąuaw! Czy Ostry Nóż lęka się 

Mescalerów? Powiedziałem, że go nie zatrzymamy. Howgh! 

Nie padło już żadne dalsze pytanie. Po tamtej stronie musiano zapewne naradzać 

się, bo znowu zaległa cisza. W końcu po wielu, wielu minutach oczekiwania ten 

sam głos zawołał: 

— Odsuńcie ogień! Ostry Nóż chce przejść:  

— Uwaga — szepnął Karol. 

background image

— Niech moi biali bracia przesuną się na jedną stronę. Jeżeli Ostry Nóż będzie 

próbował się przebić, moglibyśmy się nawzajem pozabijać. 

Zastosowaliśmy się natychmiast do tego polecenia. Pehnulte był przewidujący. 

Teraz dwu Mescalerów długimi gałęźmi zmoczonymi w potoku poczęło rozwalać 

jedną z ogniowych barykad, tę, która płonęła na lewym brzegu. Część żarzących 

się głowni odsunięto pod ścianę, część zepchnięto w nurt. Uniosła się chmura 

pary i dymu. Gdy opadła — ujrzałem po raz drugi tego ranka wyniosłą postać 

Ostrego Noża. 

Szedł teraz ku nam nie spiesząc się. Za jego plecami dojrzałem grupę trzech czy 

czterech Indian, ale ani jednego białego. Pehnulte ostrzegł: 

— Niech Ostry Nóż natychmiast odprawi swych wojowników. Będę rozmawiał 

tylko z nim. 

Poskutkowało. Widziałem, jak wielkolud odwrócił się na chwilę, a grupka 

postępująca za nim zaraz się cofnęła. Usiedli półkolem, ale w odległości kilku jar-

dów od cieśniny. Chyba zrozumieli, że żadne sztuczki nie poprawią ich sytuacji. 

Pehnulte — dotąd stojący — teraz usiadł mając za plecami stok kotlinki. Nasza 

“biała" trójka zajęła miejsca nieco z boku, aby móc swobodnie obserwować wylot 

wąwozu. Trzej wojownicy Mescalerów nadal spoczywali w trawie z bronią 

wymierzoną w rozpadlinę. 

Ostry Nóż wysunął się wreszcie przed skalne wrota. zatrzymaj się i rozejrzał 

dokoła. Siadając naprzeciwko Pehnulte, musiał odwrócić się tyłem do wąwozu. 

Czekałem, co dalej nastąpi. Indianie nie spieszą się z rozpoczęciem rozmowy. 

Długotrwałe milczenie symbolizuje wielką mądrość, dodaje powagi wojowniko-

wi. Teraz więc, gdy Ostry Nóż zajął przeznaczone dlań miejsce, milczeli obaj. 

Wielki Jeleń udawał, że w ogóle nie dostrzega swego przeciwnika: bawił się 

woreczkiem od leków zawieszonym na szyi i od czasu do czasu spoglądał w 

niebo, jak gdyby właśnie stamtąd oczekiwał przybycia wysłannika. 

Obserwowałem twarz Ostrego Noża. Początkowo nie zdradzała żadnych uczuć. 

Jednak po paru minutach poczęła chmurnieć. Wodza ogarniało zdenerwowanie 

background image

pomieszane z gniewem, którego nie potrafił już ukryć. Na koniec wybuchnął: 

— Czego Pehnulte szuka na niebie?! Przyszedłem na rozmowę o ludziach, nie o 

ptakach! 

Dostrzegłem nikły cień uśmiechu na twarzy Wielkiego Jelenia. Dopiero teraz 

spojrzał przed siebie. 

— Witam Ostrego Noża — powiedział spokojnie. ——Gdyby jego słowa były 

inne, gdy bawiłem u wojowników Lipan, nie siedziałby teraz przede mną jako 

wróg. Ale ja nie pragnę przelewu krwi. Howgh! 

Umilkł. Widziałem, jak pierś Ostrego Noża podniosła się w głębokim oddechu. 

Po raz drugi w tak krótkim odstępie czasu wódz Mescalerów zapewniał go, iż nie 

chce walki. 

— Czy Pehnulte wypali ze mną fajkę pokoju? 

Jak na mój rozum było to bezczelne pytanie. Tak samo musiał je ocenić Pehnulte, 

bo odparł ostro: 

— Wojownicy Lipan oddadzą wszystką broń, zanim zostaną wypuszczeni. Koni 

nie odzyskają. Ostry Nóż rozbroi trzech białych i przywiedzie do mnie człowieka, 

który jest ich jeńcem. O niego najbardziej nam chodzi. Kiedy to wszystko 

zostanie dokonane, zastanowię się, czy mam wypalić fajkę pokoju. Howgh! 

Ostry Nóż widać nie spodziewał się tak ciężkich warunków. Zbyt wiele wiązał 

nadziei z niechęcią wodza Mescalerów do rozlewu krwi. Teraz dowiedział się 

prawdy i to go rozzłościło. Zerwał się z ziemi i ochrypłym głosem krzyknął: 

— Nigdy! 

Na twarzy Pehnulte nie drgnął ani jeden muskuł, nawet nie poruszył się. 

Obojętnym głosem, jak gdyby kończąc przerwaną pogawędkę, dodał: 

— Wojownicy Mescalerów czekać będą do zachodu słońca. Teraz Ostry Nóż 

może odejść. 

Powiedziawszy to podniósł się powoli i nie patrząc na swego przeciwnika 

odwrócił się do niego plecami. Tamten stał przez chwilę nieco pochylony, gotując 

się do skoku. Widziałem, jak dłonie jego zacisnęły się niby drapieżne szpony, a 

background image

oddech stał się szybki. Ale to trwało krótko. Wyprostował się i nie obdarzywszy 

nas ani jednym spojrzeniem, ruszył w kierunku szczeliny. Kiedy ją minął i 

zniknął nam z oczu, stos płonących drew znowu zatarasował przejście. 

— Gniew mu rozum odebrał — odezwał się pierwszy Colorado i tak głośno, aż 

drgnęliśmy. — To szaleniec! 

— Wieczorny cień przywróci mu rozsądek — odparł Pehnulte i zaraz dodał, jak 

gdyby dla zaakcentowania, iż szaleństwa Ostrego Noża nie traktuje poważnie: — 

Na moich białych braci czeka już pieczeń z antylopy. Wojownicy rozpalili ogień 

pod lasem. A trzech z nich należy tu przysłać. Do wieczora będzie spokój, ale 

przezorność jest równa mądrości. Idźcie. 

Z kotlinki znajoma już droga doprowadziła nas nie do jednego, ale do kilku 

ognisk, przy których Indianie piekli mięso. Wreszcie mogłem zaspokoić głód. 

Ale zaraz potem uczułem wracającą falę ociężałości i snu. Karol na pewno musiał 

być równie zmęczony, lecz stary nawyk traperski nie pozwolił mu kłaść się pod 

najbliższym drzewem. Widząc, iż zamierzam tak właśnie postąpić, zapewnił 

mnie, iż najwygodniej będzie spocząć obok własnych koni. Odprowadziliśmy 

więc trzy wierzchowce na sam skraj lasu i tu rozsiodłali. Karol natychmiast otulił 

się pledem i podsunął siodło pod głowę. 

— Radzę wam postąpić tak samo — mruknął. — Nie wiadomo, co nas czeka w 

nocy. 

Odwrócił się plecami i — założę się — po minucie spał. Począłem sobie mościć 

legowisko. Nareszcie odeśpię zaległości. Jednak nie dane mi było tego dokonać. 

Colorado skończył czyścić konia, ale nie położył się. Widziałem, jak krążył tu i 

tam, bez jakiegoś widocznego celu. Coś go niepokoiło. Na koniec przystanął, 

rozejrzał się dokoła i zerkając na śpiącego Karola, podszedł do mnie. 

— Nie mogę spać, doktorze — rzekł jakby usprawiedliwiającym tonem. 

— Co pana gnębi? — zapytałem nieco sennie. — Indianie? 

— Nie, nie w tym rzecz. Dziwne myśli przychodzą mi do głowy i nie mogę się ich 

pozbyć. Ot, wspomnienia przeszłości... Czuję, że muszę się wygadać, doktorze, 

background image

może odzyskam spokój. 

W pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi na dziwny ton słów ani na samą 

propozycję i odparłem machinalnie: 

— Dobrze, pogadamy, jak się wyśpię. Ziewnąłem rozciągając na murawie pled. 

Traper 

położył mi dłoń na ramieniu. 

— Później może nie starczyć czasu. 

Przetarłem dłonią oczy. 

— Co? Co pan powiedział, Colorado? Może z Karolem, jeśli to coś ważnego... ale 

on już śpi — westchnąłem. 

— Nie trzeba budzić — zaprotestował. — Ja mam sprawę do pana, doktorze, ot, 

taką prywatną... Chodźmy gdzieś na boczek. 

Ujął mnie pod ramię i odprowadził poprzez gęstwinę krzewów aż na trawiasty 

wygon, gdzie rosło samotne drzewo. 

— Siadajmy, doktorze. Tu nam nikt nie przeszkodzi, a i my nikomu. 

Byłem zmęczony, ale zaniepokoił mnie wygląd Colorado. Twarz miał poważną, a 

oczy spoglądały prawie surowo. Usiadłem na trawie, plecami oparłem się o 

kostropaty pień. 

— Czy pan wie, doktorze, kim ja jestem? — zaczął dość nieoczekiwanie. 

Uśmiechnąłem się: 

— Znakomitym strzelcem i doświadczonym traperem. 

— Ach tak, ale to jeszcze nie wszystko, to prawie nic. Ale pan się dowie. 

Zupełnie mnie to zdezorientowało. Czego chciał ode mnie Colorado? 

— Dobrze — zgodziłem się ustępliwie — ale dlaczego... 

— Niech pan nie przerywa. Muszę to powiedzieć. Właśnie panu. Jest pan 

jedynym tutaj człowiekiem, który potrafi zrozumieć. 

— Przesada, Colorado. 

Nie. Jest pan człowiekiem z dalekich miast wschodu, skąd i ja pochodzę. 

— Domyślałem się tego. 

background image

— Lecz na pewno nie domyślił się pan, dlaczego i w jakim charakterze w te 

strony przybyłem. Po co przyjechałem na Dziki Zachód, a był on wówczas na 

pewno dzikszy niż obecnie. Odległe to lata. 

Odetchnął głęboko. Jeszcze nigdy nie widziałem Colorado w takim nastroju. 

— Ja tu, doktorze, przyjechałem jako.. prawnik. Stwierdzenie to stało się dla mnie 

czymś tak nieoczekiwanym, że głośno krzyknąłem: — Co?! 

— Jako prawnik, z dyplomem uniwersyteckim w kieszeni — powtórzył. — Niech 

pan posłucha... 

background image

Tajemnica starego trapera 

 

Wyrzuciło go wnętrze zakurzonej karocy—dyliżansu, który dwa razy na dobę 

przebiegał ten ostatni odcinek przetartego szlaku. Dalej na zachód nie istniało już 

nic poza dziką przyrodą, poza rozproszonymi plemionami Indian, poza górami, 

które wznosiły swe posrebrzone śniegiem szczyty hen, daleko na horyzoncie. 

Wypchnęła go z wnętrza dusznego pojazdu niecierpliwość, która nie zezwoliła 

czekać, aż umilkną ostatnie uderzenia końskich kopyt, a woźnica triumfalnie 

strzeli z bata za pomyślnie skończoną podróż. 

Wyskoczył, gdy tylko ujrzał pierwsze zabudowania, a dyliżans z gwałtownego 

pędu przeszedł w leniwy trucht. Szybciej nie sposób było tu się posuwać, 

przeszkadzała wąskość uliczki i dziwna jej nieregularność. Domki, szopy, budy i 

stragany stały tu zupełnie dowolnie: raz cofały się, raz posuwały, tworząc 

nieoczekiwane placyki lub węziny, przez które z trudem przecisnąć się mogła 

szeroka kolasa. Wyskoczył na jednym z takich placyków przed piętrowym, 

nieforemnym domem. 

Słońce zachodziło i deska wisząca nad wejściem do gospody “Pod Dzielnym 

Psem" przybrała czerwoną barwę. Popatrzał na napis, na brudne, małe okienka, 

na ściany nieokreślonej barwy, szare jakieś i zgniłe, na śmiecie walające się przed 

obejściem, na cały ten obraz zaniedbania, chociaż żaden budynek nie mógł tu być 

stary. Ale widać czas upływał w tych stronach szybciej. 

Pomyślał, że tej gospodzie pasowałaby raczej nazwa “Pod Zdechłym Psem", lecz 

cóż było robić? Pchnął drzwi i wkroczył do środka. Znalazł się w długiej izbie, 

mrocznej, wypełnionej krwawym refleksem wieczornej zorzy błyskającej na 

szybach. Pod wpływem pierwszego wrażenia aż się cofnął, lecz zaraz się 

zreflektował: nie zna przecież nikogo w tym miasteczku, a inne gospody 

przedstawiają się na pewno podobnie albo gorzej. 

background image

Podszedł do szynkwasu, który w odległym kącie dziwnie złowieszczo połyskiwał 

metalowymi okuciami, podobny do wielkiej barykady tarasującej przejście w 

głąb domostwa. Spodziewał się, że ujrzy za blachą obitą ladą oberżystę z 

obliczem zbrodniarza, co pasowałoby do tego ponurego wnętrza. Zapomniał więc 

języka w ustach, gdy zagadnął go głos o brzmieniu nieoczekiwanie delikatnym, o 

wysokiej tonacji: 

— Słucham pana... 

Spojrzał na młodą dziewczynę i zająknął się: 

— Czy tu ktoś obsługuje?... 

— Właśnie ja. Zaraz przyniosą światło — i odwróciwszy głowę powiedziała 

głośno i wyraźnie: — Francis! Przynieś lampy. — I znowu powtórzyła: Słucham 

pana... 

— Chcę wynająć pokój na kilka dni. Czy jest jaki wolny? 

— Tak, proszę pana... 

— Zastałem gospodarza? 

— Nie, proszę pana. Ojciec wyszedł na chwilę. 

— Mam z panią załatwić? 

— Tak, proszę pana. 

— Chciałbym obejrzeć pokój. 

— Tak, proszę pana. Chłopiec zaprowadzi.... 

“Tak, proszę pana. Nie, proszę pana..." — uśmiechnął się. 

— Pusto tu — zauważył. 

— Tak — potwierdziła — Przeważnie schodzą się wieczorem, a dzisiaj jest 

piątek. 

Nie zrozumiał, co ma wspólnego piątek z pustą salą, ale nie zapytał, tylko 

stwierdził pół żartem, pół serio: 

— Nie jest pani rozmowna. 

Nie odpowiedziała od razu, dopiero gdy zabłysły jak małe słońca dwie metalowe 

lampy naftowe wniesione przez chłopca, rzekła: 

background image

— Zawieś, Francis — a zwracając się do przybysza, z nutką niecierpliwości w 

głosie: — Tu często lepiej mówić mniej, zwłaszcza kiedy się stoi za ladą. — I 

podnosząc ton o pół nuty wyżej: — Pan myśli, że to przyjemne? 

Przerwała nagle i po sekundzie dodała już zupełnie beznamiętnym akcentem:  

— Francis, zaprowadź pana na górę, weź klucze z tablicy, siódemkę. 

Po czym odwróciła się do półek zastawionych butelkami i szkłem. 

“Patrzcie ją! — pomyślał podróżny. — Jaka harda! Nawet na mnie nie spojrzała." 

Jednakże mylił się. Nie zdając sobie z tego sprawy, zwracał na siebie uwagę 

ubiorem. Nikt tak się tu nie odziewał. W czarny, miejski garnitur, w kołnierzyk z 

krawatem, w kapelusz z małym, lekko podwiniętym rondem. Walizeczka, którą 

trzymał w ręku, była na pewno równie elegancka, co mało pakowna. Takich tu 

nikt nie używał. 

Dziewczyna zza lady dobrze to wszystko zauważyła, ale wnioski zachowała dla 

siebie. W półdzikim kraju nieoględne słowo było równie niebezpieczne, jak 

ukąszenie żmii. Więc już lepiej: “tak, proszę pana... nie, proszę pana..." 

Podróżny nie bawił długo na piętrze. Zszedł do sali, zamówił kolację i skończył ją 

wtedy, gdy przy oświetlonym już bufecie gromadzić się poczęli stali i 

przypadkowi bywalcy “Dzielnego Psa". Ludzie różnych zawodów i bez zawodu, 

rozmaitego pochodzenia, wieku, umiejętności. Przybysze ze wszystkich stron 

świata szukający szczęścia na ziemiach dziewiczych. Pionierowie przyszłej 

cywilizacji tych obszarów, ale jednocześnie — jakże często! — lenie, obiboki i 

zwykłe rzezimieszki szukające łatwego chleba. 

To były czasy wielkich wędrówek, lata, w których przystępowano do budowy 

pierwszej linii kolejowe] mającej połączyć wschód z zachodem wielkiego 

kontynentu *. To były lata, w których Oklahoma należała jeszcze do 

czerwonoskórych *, a odkryte świeżo bogactwa mineralne nowych ziem w 

jednym tylko roku ściągnęły na Dziki Zachód prawie sto pięćdziesiąt tysięcy 

ludzi do pracy w górnictwie. 

Jednakże przybysza nie interesowały tego wieczoru postaci coraz gęściej tłoczące 

background image

się przy szynkwasie. Prawdopodobnie był zmęczony całodzienną podróżą. 

Skończywszy posiłek udał się do swego pokoju i natychmiast zasnął. W jego 

wieku zasypia się natychmiast, a czarno ubrany podróżny nie liczył sobie więcej 

niż dwadzieścia kilka lat. 

Nazajutrz wstał wcześnie i opuścił gospodę. W tym samym ciemnym ubraniu, ale 

bez walizeczki Przed wyjściem powiedział do gospodarza zastępującego córkę za 

kontuarem: 

— Nazywam się Lytton, Samuel Lytton. Mieszkam tu od wczoraj. 

— Wiem. Gabriela mi mówiła. Czy o pana będzie kto pytał? 

— Bardzo wątpię — odparł żartobliwie. — Byłoby to wydarzenie 

nieprawdopodobne. 

Gospodarz odwzajemnił się uśmiechem: 

— Tu wszystko jest prawdopodobne. Pan pierwszy raz? 

— Tak. Nie znam nikogo w tych stronach. 

Uczynił krok w kierunku drzwi, ale jeszcze zatrzymał się na chwilę: 

— Gdzie mieszka szeryf? 

Gospodarz, potężnej budowy blondyn o siwiejących włosach i czerwonym 

obliczu, przerwał ustawianie kufli na półce. 

— Ma pan jakieś kłopoty? — zagadnął poufnym tonem, ale zaraz dodał: — Nie 

wtrącam się w cudze sprawy. Tu jest tylko jedna ulica. Pójdzie pan na prawo, 

gdzie stacja dyliżansu. Jeszcze nikt tu nie zabłądził. 

Roześmiał się krótko i zabrał się do wycierania lady, mimo że nie było na niej ani 

kropelki wilgoci, ani pyłku kurzu. 

 

Mowa o linii kolejowej “Union Pacific", której budowę rozpoczęto w 1863—64 r. 

Oklahoma — dziś jeden ze stanów Ameryki Północnej. Drugi po Arizonie, stan z największą liczbą 

ludności indiańskiej. Mowa tu o roku 1864. 

 

Nieznajomy pożegnał go skinieniem głowy. W chwilę później wędrował 

background image

piaszczystą drogą—ulicą, po której z rzadka przemykał lekkim truchtem samotny 

jeździec lub przechodzień brząkający wielkimi ostrogami. Biuro szeryfa odnalazł 

przy niewielkim placu, na którym tkwiła teraz zakurzona buda dyliżansu, a 

czwórkę koni przy dźwięku łańcuchów, potupywaniu zwierząt i okrzykach 

woźniców zaprzęgano właśnie do wehikułu. Grupka osób stała z boku, odziana w 

różnobarwne opończe. Podróżni: trzech mężczyźni i dwie kobiety. Zauważył to 

jednym spojrzeniem i poszedł dalej. Niedaleko. Dyliżans stał przed szeroką, 

ocienioną spadzistym daszkiem werandą, a zaraz pod daszkiem wisiał kolorowy 

szyld. Pod słowem “Colorado" * namalowano falistą linią niebieski poziomy pas, 

symbolizujący zapewne słynny kanion, przez który przepływa rzeka o tej samej 

nazwie. 

Obok wznosił się domek, węższy i niższy, z jednym oknem zaopatrzonym w 

mocną kratę. Komu ta krata nie zdradziła tajemnicy wnętrza, tego informował 

ostatecznie napis umieszczony na wąskich drzwiach osadzonych w ścianie o dwa 

kroki od okna: “Szeryf w Little Price". 

Uśmiechnął się. Ta nazwa bawiła go od pierwszej chwili, gdy o niej usłyszał *. 

Zastukał do drzwi. Wesoły głos zawołał z wnętrza: 

— Wejść! 

Nacisnął klamkę, pchnął. Zawiasy nawet nie skrzypnęły. Ujrzał pustą przestrzeń 

izby ograniczoną nagą ścianą. Aż zdziwił się, że tyle miejsca znajduje się we 

wnętrzu tak niewielkiego budynku. 

Po prawej stronie stały dwa biurka, jedno niedaleko drugiego, zagradzające drogę 

do następnych drzwi na głucho zawartych. Za jednym z tych biurek sterczało 

puste krzesło, za drugim siedział człowiek o twarzy suchej, pociągłej,  

 

 

Kolorado — jedna z najdłuższych rzek A.P. (2.900 km), słynna z malowniczego kanionu. 

 

krzaczastych brwiach, z kosmykiem czarnych włosów spadającym na czoło i 

background image

zarysowującą się na czubku głowy łysiną. 

— Czy można? — zapytał gość. 

Został zmierzony bacznym spojrzeniem szaroniebieskich oczu: 

— Pan nietutejszy. Miejscowi nie mają takiego zwyczaju. 

— Jakiego? — zapytał nieco zdziwiony. 

— Nie pytają, czy można. Weź pan tamten stołek i siadaj. Nie lubię rozmawiać, 

gdy kto przede mną stoi. No więc, o co chodzi? 

— Nazywam się Samuel Lytton. Do Little Price przybyłem wczoraj. Szukam 

pracy. 

— Tu nie kantor pośrednictwa, młodzieńcze — ocenił natychmiast jego wiek. — 

Ale dam radę: trzy mile stąd są roboty ziemne przy budowie kolei. Niech się Pan 

tam zwróci. Inżynier? — zakończył pytaniem swą informację. 

— Nie. 

— Technik? 

Przeczące potrząśnięcie głową. 

— Hm, to na nic. Do roboty z łopatą chyba się pan nie nadaje. Proszę pokazać 

dłonie. Nigdy pan nie pracował fizycznie. Czego pan tu szuka? A może jakieś 

grzeszki na sumieniu? Radzę natychmiast wracać. Rolnik, górnik, inżynier, 

kupiec, traper... tylko tacy mają tu jakąś szansę i przyszłość. Pan nie jest żadnym z 

nich. Moje stare oczy od razu to zauważyły. Wracaj, młodzieńcze, wracaj. 

Dyliżans, zdaje się, jeszcze nie odjechał. 

Jakby na zaprzeczenie tych słów, gdzieś zza okna dobiegł przytłumiony turkot 

kół. 

— Do licha! Właśnie odjechał. Ale jutro będzie drugi. 

— Nie mam zamiaru stąd wyjeżdżać*. 

 

Little Price — dosłownie: mała cena. 

 

— Nie? Dlaczego? A może... Ma pan broń? 

background image

— Nie. 

— Umie pan strzelać? 

— Nigdy nie strzelałem: 

Szeryf wybuchnął gromkim śmiechem: 

— Przez sekundę podejrzewałem, że mam do czynienia z którymś z takich 

obiboków, co to nie sieją ani orzą... Ale nie. Przykro mi, że nie mogę w niczym 

pomóc. Może w którejś z gospod? Słyszałem, że potrzebują do obsługi... Co pan 

właściwie potrafi? 

— Jestem prawnikiem. Skończyłem uniwersytet harwardzki *. 

— Ho, ho! Rzadko się tu trafia ktoś taki. Powiem, że raczej się nie trafia. 

Wybralibyśmy pana na sędziego. Za jakie... dwa, trzy lata. W tej chwili pański 

zawód nikomu tu na nic się nie przyda. Ach, gdyby pan był chociaż lekarzem! Ale 

prawnik... 

— Nie przyszedłem tu bez celu, szeryfie, a do właściwego miejsca pracy. 

— Co pan ma na myśli? Tu pracować? U mnie? 

— Właśnie tak — stwierdził z lekkim uśmiechem. — Przecież szeryf... to prawo. 

— Pięknie powiedziane. Jednak w naszych specyficznych — przymrużył oko — 

warunkach wystarczy znajomość kilku przepisów i umiejętność władania bronią. 

Tak, tak, młody człowieku. Resztę pozostaw sędziemu. Jak się masz, Roger? 

Ostatnie słowa zostały skierowane do nieoczekiwanego gościa, którego wejścia 

Lytton nawet nie zauważył. 

— Co słychać? 

— Może przeszkadzam? 

— Nigdy nie przeszkadzasz — stwierdził szeryf. — Patrz, to kandydat na  

 

Słynny uniwersytet założony w 1636 r. w Bostonie.  

 

wiceszeryfa. Co ty na to? Przyjrzyj mu się. 

Lytton odwrócił głowę. Nieco z boku, oparty o puste biurko, stał mężczyzna o tak 

background image

charakterystycznej twarzy, że nie mógł od niej oczu oderwać. Profil, czoło, łuki 

brwi, zarys nosa i podbródka tworzyły zaskakujący wizerunek. Tak musiał 

wyglądać Juliusz Cezar w młodzieńczym wieku. Rzymianin w Little Price! 

Przybysz zauważył badawcze spojrzenie, ale nie zmieszał się ani zadziwił. 

— Przepraszam — odezwał się Lytton. — Pańska twarz przypomina mi oblicza 

starożytnych posągów. 

A dostrzegłszy zdziwione spojrzenia obu, dodał: — Pan wygląda jak Juliusz 

Cezar... . 

— Czy to jakiś prawnik? — mruknął szeryf marszcząc krzaczaste brwi. 

— Nie znam żadnego Cezara — stwierdził nieznajomy. 

Lytton stłumił śmiech. 

— Ja go również nie znałem — odparł — ale czytałem o nim wiele. To był wielki 

wódz w dawnych czasach. 

— Jeśli tak, bardzo pasuje do Rogera. On z pewnością kiedyś będzie wodzem — 

powiedział półżartem szeryf. — Mógłby zrobić karierę pracując ze mną, ale nie 

chce. 

— Pomagam, jak mogę. Chyba pan nie zaprzeczy? Kto zdemaskował szulera w 

oberży Patricka? Albo zaprowadził do więzienia Czarnego Billa? 

— Nie zaprzeczam, ale to była twoja ochotnicza akcja. A ja ciągle myślę o tobie 

jako o swoim zastępcy. 

— Nie, Pool, tego się nie doczekasz. 

Lytton wreszcie dowiedział się nazwiska szeryfa. 

— Futerka bardziej mi się opłacają — mówił dalej Roger. — Nie znam się nic a 

nic na prawie. Masz zresztą kandydata. 

— Kandydat chce, ale ja go nie chcę. Wiesz, czym on jest? 

— Dla mnie wygląda w sam raz na zastępcę szeryfa — tu skłonił się Lyttonowi. 

— Nie żartuj, Roger. On jest, nie zgadniesz: prawnikiem! 

— Świetnie! Jakby z nieba spadł. Nie ma się nad czym zastanawiać. 

— Nie umie strzelać. 

background image

— Tym lepiej. 

Tu Lytton wtrącił się gwałtownie: 

— Czy pan wie, dlaczego tu przybyłem? Bo uważam, że trochę prawa i 

praworządności przydałoby się w codziennym życiu mieszkańców Zachodu. 

Rozmowa z panem potwierdziła jeszcze ten pogląd. Wymiar sprawiedliwości to 

wcale nie pewne oko i pewna ręka z palcem na cynglu. 

— Brawo! — wykrzyknął Roger. — Wreszcie ktoś powiedział prawdę. 

— Uważam — mówił dalej Lytton mile zaskoczony nieoczekiwanym poparciem 

— że na tych ziemiach zbyt wiele jest strzelaniny. W końcu czasami nie 

wiadomo, co różni szeryfa od... — zaciął się. 

— Od zwykłego bandyty — wpadł mu w słowo Roger. 

Szeryf poczerwieniał. 

— Czy to do mnie pite? Jak na kandydata na mego pomocnika wysuwa pan 

zadziwiające argumenty. Tobie również się dziwię, Roger. No — podniósł się z 

krzesła — skończmy rozmowę. 

— Nie przesadzaj, Pool. Nasz gość przecież nie ciebie miał na myśli. Ani ja. 

Jesteś najlepszym szeryfem, jakiego poznałem od lat. Właśnie dlatego, że umiesz 

wysłuchiwać innych. Weź go. 

Było coś tak przekonywającego w głosie, iż Pool z powrotem osunął się na 

krzesło. 

— Obiecuję swoją pomoc — dodał Roger. — Jeśli się nie zgodzisz... umywam 

ręce od wszystkiego. 

— To się nazywa szantaż, jeśli się nie mylę. 

— Nie będziemy się spierać o nazwę. 

— Ale dlaczego ci tak zależy? 

— Nie znajdziesz nikogo lepszego. Nie znajdziesz w ogóle nikogo. Brak tu 

amatorów na tak kiepską płacę i na tak odpowiedzialną robotę. 

— Zapomniałeś chyba, że nasi ludzie to nie baranki. Jak sobie wyobrażasz 

doprowadzenie do aresztu jakiegokolwiek awanturnika przez nie uzbrojoną 

background image

osobę? 

— Uzbroisz go. Kto tam będzie wiedział, że nie umie strzelać? Zresztą zapoznam 

go z bronią. 

— I zginie w pierwszej bójce — upierał się szeryf. 

— Powiedziałem już, że nauczę go strzelać. 

— Dobrze, ustępuję. Będziesz go miał na sumieniu. 

Odsunął z hałasem szufladę, pogrzebał w jej wnętrzu, zatrzasnął i cisnął na blat 

lśniącą, sześcioramienną gwiazdę. Brzękła metalicznie i potoczyła się wprost w 

kierunku ręki Lyttona. 

— Trzymaj pan aż do chwili — tu spojrzał surowo — w której zażądam jej 

zwrotu. Co, jak sądzę, wkrótce nastąpi. Nazywam się Pool, Gerald Pool, a ten — 

wskazał palcem — to Roger Drake. Jemu pan zawdzięcza nową posadę. Radzę 

podziękować, i to zaraz. Po paru dniach odejdzie już panu ochota. Little Price to 

nie Waszyngton ani Boston. A teraz... idźcie sobie obaj! Pokaż mu, Roger, 

miasto. To przecież twoja sprawka. Jutro, panie Lytton, oczekuję tutaj. Rankiem. 

No, to na razie wszystko. 

Wyszli zostawiając szeryfa w bardzo złym humorze. 

— Dziękuję — Lytton odezwał się pierwszy. — Nie sądziłem, że natrafię aż na 

takie trudności, gdyby nie pan.. 

— Głupstwo. Pool zawsze marzył, żeby mieć “kogoś", a chętnych brak. 

— Szeryf darzy pana wielkim zaufaniem. 

— To prawda. Niezły z niego chłop. Ale robota kiepska i zapłata kiepska. Nawet 

dziwię się panu. — Zniżył głos: — Co pana tu przygnało? 

Lytton roześmiał się: 

— Nic na mnie nie ciąży. Nie mam ukrytych celów. Po prostu będę tu miał 

szersze pole działania niż na wschodzie. Siedzenie w murach kancelarii adwokac-

kiej, papierkowa robota..: to mi nie wystarcza. Po trzech latach doszedłem do 

wniosku, że powinienem mieć więcej do czynienia z ludźmi niż z dokumentami. 

Słowem i czynem pomagać prawu, a nie... pisaniną. 

background image

— Ach, tak... 

Wydało się Lyttonowi, iż w głosie jego towarzysza zabrzmiał cień 

rozczarowania. 

— Pan jest sam? 

— Jak palec. Drake kiwnął głową: 

— Chodźmy. Gdzie pan mieszka? 

— W gospodzie “Pod Dzielnym Psem". 

— Dobrze wybrane. Na zewnątrz buda wygląda kiepsko, ale karmią świetnie, a w 

pokojach czysto. Poznał pan Greiga? Solidny gość, chociaż trochę mruk. Za to 

córeczka... oho! — przerwał i zerknął na Lyttona. — Widział ją pan? 

Ten fragment rozmowy odczuł Lytton — sam nie wiedział dlaczego — jako 

niemiły zgrzyt. Odpowiedział więc bez krzty wesołości: 

— Z niej jeszcze większy mruk. 

— Nie z każdym rozmawia. Przekonam ją do pana. I to przyrzeczenie nie 

spodobało się Lyttonowi, ale szybko o nim zapomniał. Roger Drake okazał się 

bowiem wspaniałym gawędziarzem oraz kopalnią wiadomości o Little Price i 

dalszej okolicy. Dlatego przechadzka po miasteczku — mimo iż miało ono jedną 

tylko ulicę — trwała nadspodziewanie długo. Z tej wędrówki zachował Lytton w 

swej głowie nie byle jaki mętlik: imion, nazwisk, przezwisk spotykanych ludzi, 

nazw saloonów, składów towarowych i małych sklepików. Kiedy wreszcie 

rozstali się “Pod Dzielnym Psem", Lytton z przyjemnością siadł na twardym, 

niewygodnym stołku, stwierdzając, iż trzyletnia praktyka w adwokackim biurze 

odzwyczaiła go od chodzenia. Wędrówki, jakie odbywał podczas dni następnych 

— już w towarzystwie szeryfa i ze srebrną gwiazdą przypiętą na wysokości serca 

— były mniej męczące fizycznie. Pozostawiały jednak po sobie dokuczliwe ślady 

jakiegoś zmęczenia psychicznego. Jego organizm źle znosił nadmiar 

nieoczekiwanych wrażeń obcego dlań świata. Wprawiały one Lyttona w trwający 

od świtu do zmroku stan nerwowego napięcia, przechodzącego wieczorami w 

apatię. Ledwie był w stanie cokolwiek przełknąć i walił się bez czucia na łóżko w 

background image

swym skromnym pokoiku na piętrze. Co rano zastanawiał się, czy nie postąpił 

zbyt pochopnie? Czy nie powinien był najpierw zaaklimatyzować się w Little 

Price, jako skromny, nikomu nie znany przybysz? Poznać stosunki i atmosferę. 

Przywyknąć do nowego stylu życia. 

Od drugiego dnia swego pobytu wyrósł na postać o nie byle jakim znaczeniu. Stał 

się przedmiotem obserwacji, dziesiątków rozmów z nieznanymi ludźmi, setek 

podchwytliwych pytań i lekkich docinków. Mimo że utrzymywanych w 

żartobliwo rubasznym tonie, przecież nieprzyjemnych. Jego samopoczucie 

jeszcze się pogorszyło, gdy szeryf począł go wyciągać na nocne wędrówki, 

wprowadzać do wnętrz saloonów, gdzie przy słabym świetle naftowych lamp 

kłębił się tłum na pół pijanych gości, a opary dymu zmieszane z kwaśnym 

zapachem piwa i wódki aż wierciły w nosie. Na szczęście w tym pierwszym 

okresie szeryfoskiej służby nie doszło do żadnej awantury, w której konieczna 

byłaby interwencja przedstawicieli prawa. Ale i bez tego Samuelowi Lyttonowi 

nie brakło mocnych wrażeń. 

Po kilku takich nocnych wędrówkach stwierdził, iż szeryf nie stroni od kieliszka. 

Ten fakt sprzyjał co prawda rozładowaniu niejednej scysji (szeryf “stawiał" obu 

powaśnionym stronom, po czym strony “stawiały" szeryfowi i rozchodziły się w 

rozczulającej, pijackiej zgodzie), ale nie podobał się Lyttonowi, zwłaszcza iż Pool 

nie potrafił zachować umiaru. 

Drugie stwierdzenie dotyczyło osoby Rogera Drake. Roger lubił grać w karty, i to 

o wysokie stawki. W trakcie nocnych wędrówek spotykali go często ,,przy 

stoliku", od którego trudno go było oderwać. Kiedy jednak kończył grę, stawał się 

znowu znakomitym kompanem i towarzyszył im w dalszym obchodzie Little 

Price, podkreślając za każdym razem, iż czyni to “ochotniczo" i z czystej sympatii 

dla obu przedstawicieli porządku. Zdarzało się jednak, iż szeryf wychylał 

szklaneczkę za szklaneczką, a Roger Drake tkwił — obojętny na wszystko — 

przy karcianym stole aż do szarego świtu. Wówczas Samuel Lytton odczuwał 

boleśnie swą samotność w tłumie obcych twarzy. Jednakże cierpliwie znosił 

background image

bezceremonialne poklepywanie po plecach, mniej cierpliwie — zapraszanie na 

“kolejkę". Nie zawsze mógł odmówić. Nieco alkoholu przywracało mu 

wewnętrzną równowagę i pewność siebie, ale kiedy zanosiło się na dłuższe 

“kolejki" — wymykał się z tłumu i wędrował ciemną i pustą ulicą, rozważając w 

myślach, jak powinien postąpić na przykład w wypadku dostrzeżenia złodzieja 

włamującego się do czyjegoś mieszkania albo na widok napadu z bronią w ręku? 

Rewolwer już miał. Wręczył mu go szeryf z nieco ironicznym uśmieszkiem, a w 

kilka dni później Roger — w podmiejskim lasku — udzielił mu pierwszej 

poglądowej lekcji strzelania. Tłumaczył, iż celne oko to jeszcze nie wszystko. 

Decyduje szybkość wyciągnięcia broni z futerału wiszącego przy pasie. Lytton 

oświadczył, iż nie będzie używał takiego pasa, bo sam jego widok prowokuje do 

strzelaniny. Rewolwer równie dobrze może spoczywać — niewidoczny dla 

innych — w wewnętrznej kieszeni kurtki. 

Nieco później wypadek pozornie drobny stał się dla młodego prawnika 

początkiem powrotu wiary we własne siły. Podczas jednego z nocnych spacerów, 

gdy Pool znajdował się już na granicy pijackiego bezwładu, a Roger Drake 

zapomniał o świecie przy talii zatłuszczonych kart, Lytton zawędrował do 

saloonu “Pod Dzielnym Psem". Kiedy pchnął drzwi, owionął go dobrze znany 

zapach alkoholu i tytoniowego dymu. Stał chwilę na progu, wsłuchany w gwar 

zmieszanych głosów, gdy nagle ponad te monotonne dźwięki wzbił się ochrypły 

wrzask. Słów nie mógł zrozumieć, starczyło to, co zobaczył. Dwu tęgich 

brodaczy trzymało za ramiona trzeciego, który wyciągał ręce w kierunku butelek 

stojących na bufecie. Jakiś czwarty typ, z głową nakrytą dziwacznym szczątkiem 

kapelusza bez ronda, gramolił się niezdarnie na blat bufetu — w przeciwległym 

jego krańcu. Na koniec piąty, wpół leżąc na szynkwasie, trzymał Greiga za obie 

ręce, nie pozwalając mu ruszyć się z miejsca. Lytton zdołał jeszcze zauważyć, iż 

nikt z siedzących przy stołach nie zwracał uwagi na to, co się działo przy bufecie. 

Gwar rozmów, przerywany głośnymi wybuchami śmiechu, nie ucichł ani na 

chwilę, mimo iż jeden pijak wrzeszczał, a drugi wyrywał się współtowarzyszom 

background image

bełkocąc coś podniesionym głosem. 

Lytton zatrzymał się na dwa kroki przed szynkwasem. W głowie miał pustkę, nie 

mógł się zdobyć na żadną decyzję. Stał jak bezwolny manekin, wydawało mu się, 

że bardzo długo. Nagle i niespodziewanie dla siebie samego ogarnęła go fala 

gniewu. Na to, że przybył do Little Price z niedorzecznym pragnieniem wpojenia 

w tych dzikich ludzi poczucia społecznego ładu i szacunku dla prawa, na samo 

miasteczko, które wydało mu się teraz zbiorowiskiem jutrzejszych przestępców, 

wreszcie — na tych zgromadzonych w sali, dla których jedyną rozrywką było 

oszałamianie się alkoholem. 

— Ja tu nie pasuję — powiedział do siebie, a równocześnie podszedł do 

szynkwasu. Jednym chwytem ręki ściągnął gramolącego się na ladę osobnika, 

który runął na podłogę jak wór piachu. Teraz Lytton poskoczył do drugiego, 

szamocącego się z gospodarzem. Szarpnął go za rękaw, a gdy to nie 

poskutkowało, trzasnął pięścią w miejsce między uchem a szczęką. Zaatakowany 

zamilkł, odwrócił się bokiem i wolno osunął na deski. 

Energia Lyttona na tym się wyczerpała. 

“Co będzie, to będzie" — pomyślał ze wściekłą determinacją. Schylił się, 

schwycił leżącego za kołnierz kurty i pociągnął po podłodze poprzez niski próg, 

aż w mroczną przestrzeń nocy. 

Stał teraz na dworze, oddychając głośno i dziwiąc się, iż wszystko tak gładko 

poszło. Najbardziej jednak zdumiała go własna siła. Nigdy dotąd nie miał okazji 

jej wypróbować. Dlatego to, czego dokonał przed chwilą, wydało mu się bajką? 

Natychmiast jednak zjawiła się refleksja: co dalej? 

Spodziewał się, iż za chwilę przez drzwi wypadnie gromada towarzyszy pijaka, a 

im nie da już rady. 

— Do diabła z Little Price — powiedział półgłosem. — Jutro wyjeżdżam, jeżeli 

będę... żył. 

Ujrzał w ciemności błysk światła. Drzwi otworzono, ale zamiast rozjuszonego 

tłumu ujrzał chłopca i usłyszał jego głos pełen niekłamanego zachwytu: 

background image

— Ale im pan dogodził, szeryfie! 

— To ty, Francis? Nie jestem szeryfem. 

— Ale prawie... 

— Co się tam dzieje? 

— Ano nic. Gospodarz mnie przysłał do pana. 

— Francis, przynieś wiadro wody, ten gość chyba zemdlał. 

Chłopak zniknął w mroku, ale nie na długo. Ciekawość przygnała go bardzo 

szybko. Lytton złapał za kubeł, chlusnął raz i drugi. Poskutkowało. Leżący 

dźwignął się ciężko, siadł i trwał w takiej pozycji przez dobrą minutę. Wreszcie 

stanął, spojrzał na Lyttona. Samuel oczekiwał wybuchu wściekłości. Pomylił się. 

— Brrr — odezwał się pijak — ma pan twardą rękę, szeryfie. To pan mnie tak 

oblał? — I nie czekając na odpowiedź dodał: — Nazywam się Carter. Jestem 

kowalem. Gdyby pan chciał kiedy podkuć konia albo naprawić wóz, proszę do 

mnie. Kapinkę za dużo dziś wypiłem. 

Uścisnął oniemiałemu ze zdziwienia rękę i poczłapał w ciemność. 

Nazajutrz rano Roger Drake powiedział: 

— Wyrabiasz się, Lytton. Będą z ciebie ludzie. A szeryf niewyspany i z bolącą 

głową: 

— Słyszałem o wszystkim. Nie chcę cię chwalić, mój chłopcze, ale na twoim 

miejscu nie postąpiłbym inaczej. 

Tak więc jedna noc stała się punktem zwrotnym w małomiasteczkowym życiu 

Lyttona. Zmienił się jego stosunek do otoczenia, zmienił się stosunek otoczenia 

do niego. Już go nie obserwowano, ale witano! Co zresztą na początku napełniło 

goryczą serce Lyttona. Jedno uderzenie pięścią sprawiło to, czego nie zdołał 

osiągnąć głosząc szacunek dla prawa: dało mu autorytet. Gorycz rozpłynęła się 

jednak w uczuciu samozadowolenia, a myśl o wyjeździe została ostatecznie 

zapomniana. 

Przez następne kilka dni nie wydarzyło się w Little Price nic godnego uwagi, ale 

wiedza Lyttona wzbogaciła się o dwie nowe informacje. 

background image

Pierwsza — że w odległości trzech mil od miasteczka buduje się odcinek linii 

kolejowej. Poinformował go o tym Pool. 

— To nieustanna przyczyna moich kłopotów — stwierdził. 

— Napady Indian? — wyraził przypuszczenie prawnik. 

— Gdzie tam! Sami Indianie świetnie bronią robotników przed innymi... 

Indianami *. Ale kto nas obroni przed białymi? 

— Nie rozumiem — stwierdził skromnie Lytton. 

— Roger panu nie wspomniał? Widzi pan, tam jest zatrudniony bardzo, jakby to 

powiedzieć... rozmaity element. Nawet z pańskiego punktu widzenia. 

— Co to znaczy, szeryfie? 

— No, z prawnego punktu widzenia. Przedsiębiorstwo przecież nie sprawdza 

przeszłości swych ludzi. Podejrzewam, że sporo wśród nich najzwyklejszych 

zbójów poszukiwanych przez policję wschodnich stanów. 

— Skąd takie przypuszczenie? 

— Widzi pan, od roku trafiają się w okolicy napady na karetki pocztowe. A tak się 

składa, iż od roku mamy za sąsiadów budowniczych kolei. 

— A przedtem nie zdarzały się napady? 

— Owszem, ale nigdy w pobliżu Little Price. Dlatego tak sobie powiązałem jedno 

z drugim. Co na to pańska prawnicza wiedza? 

— Może to tylko zbieg okoliczności, a może trafił pan w sedno rzeczy, szeryfie. 

Czy były próby pochwycenia napastników? 

— Nie z mojej strony. Ja tu od trzech lat jestem sam. 

 

Autentyczne. Plemię Pawanczów (zwane również Pini) podczas budowy linii kolejowej “Union Pacific" 

broniło zatrudnionych robotników przed napadami innych plemion czerwonoskórych. 

— A Drake? To dzielny człowiek. 

— Na pewno. Najdzielniejszy z całego miasteczka, tylko że nigdy nie chciał mi 

towarzyszyć. Przepraszam, czy pan jeździ konno? 

Lytton z pewnym zakłopotaniem oświadczył, iż nigdy jeszcze nie miał okazji. 

background image

— Masz tobie — jęknął Pool. — Tego tylko brakowało. Gdzieś się pan uchował? 

Ach, prawda, w Bostonie. Ale tak dłużej być nie może. Daję panu dwa miesiące 

na naukę jazdy albo się rozstaniemy. 

— Nie mam konia — zauważył skromnie prawnik. 

— Zwróć się pan do Rogera. On wszystkim handluje i ma szczęśliwą rękę. 

background image

Tajemnicy ciąg dalszy 

 

Lytton ciągle nie mógł zrozumieć, co stanowi źródło dochodów Rogera Drake. 

On sam — zapytany — oświadczył, iż jest łowcą skórek, że polowania na 

skunksy, szare lisy oraz zastawianie wnyków na bobry i szczury piżmowe 

pozwala mu nie tylko dostatnio żyć, ale nawet sporo odkładać. 

Wszystko wskazywało na to, że mówi prawdę, bo chociaż nie wyglądał na 

rozrzutnego, potrafił w przystępie dobrego humoru postawić kolejkę 

przypadkowym gościom obecnym w saloonie. 

Szeryf Pool zagadnięty w tej sprawie stwierdził, iż Roger jest nie tylko świetnym 

myśliwym, ale równie dobrym handlarzem koni, na których zna się jak nikt inny 

w całej okolicy. Lytton za radą szeryfa zwrócił się więc do Rogera. I nie zawiódł 

się. Drake, po kolejnym wyjeździe i powrocie, sprezentował prawnikowi konika 

zgrabnego, siwej maści, z kompletną uprzężą. Nie najnowszą, ale w bardzo 

dobrym jeszcze stanie. 

— Masz — powiedział. — To twój rumak. Naucz się dbać o niego. 

Lytton zakłopotał się. Dobry koń był tutaj w cenie, a sakiewka prawnika — mimo 

oszczędnego życia — nie wyglądała zbyt okazale. 

Uspokoił go, a jednocześnie... zaniepokoił sam Roger. 

— Wypożyczam tego konia — oświadczył. — Na moje własne ryzyko. Jak się 

spodoba, pogadamy o sprzedaży. 

— Ależ... — zaprotestował Lytton. 

— Nie mówmy o tym więcej. 

Że sprawa rozegrała się tuż przed gospodą Greiga, weszli do wnętrza i za 

pomyślny nabytek wypili po szklaneczce whisky. Od tej chwili poczęli sobie 

mówić po imieniu. 

Następnym odkryciem, jakiego dokonał prawnik, było stwierdzenie, iż Gabriela 

background image

nie ogranicza się już do lakonicznych, urywanych odpowiedzi. Zaczęła 

rozmawiać. Uznał to za swój osobisty sukces, na pewno związany z objęciem 

stanowiska zastępcy szeryfa. Dziewczyna podobała mu się coraz bardziej. 

Opowiedziała mu o śmierci swej matki, która zmarła po trudach dalekiej drogi na 

zachód, i kłopotach związanych z osiedleniem się w Little Price. Od niej 

dowiedział się o przygarnięciu sieroty, Francisa Dawsona. Jego rodzice zginęli 

podczas potwornej rzezi, której ofiarą padło stu czterdziestu osadników 

zdążających przez Utah na zachodnie wybrzeże. Ocalało wówczas tylko 

siedemnaścioro dzieci. Napastnikami byli Indianie i sprzymierzeni z nimi biali — 

Mormoni *. 

— Nie dalibyśmy rady, gdyby nie jego pomoc! Cóż to za człowiek! 

Lytton uśmiechnął się słysząc ten okrzyk entuzjazmu. 

— O kim właściwie pani mówi, Gabrielo.?, 

— Ach, przepraszam. Przecież i pan mu to zawdzięcza — wskazała palcem na 

gwiazdę. 

— Więc to Pool wam pomógł?  

Potrząsnęła głową: 

— Myślałam o Rogerze.  

Lytton nagle spoważniał: 

— To on pani powiedział, że ta gwiazda... — urwał w połowie zdania. 

Jeśli Roger Drake był nawet samochwałem, nie wypadało mu tego wytykać 

publicznie. 

— Nie — odparła dziewczyna — on tego nie powiedział, ale ja tak zrozumiałam. 

To przecież prawda? 

— Oczywiście — mruknął. 

 

Wydarzenie autentyczne z 1857 r. Mormoni — sekta religijna założona w 1830 r. — skłóceni z resztą 

społeczeństwa amerykańskiego wyemigrowali ze wschodnich stanów na teren Utah, uznany w 1850 r. 

przez Rząd Federalny za oddzielne terytorium, potem za samodzielne państwo do 1910 r. Mormoni 

razem z Indianami napadali na białych osadników. 

background image

 

— Roger jest wspaniały — stwierdziła półgłosem. — Chociaż ojciec go nie lubi... 

Lytton stracił ochotę do dalszej rozmowy, natomiast poczuł sympatię do 

właściciela gospody. 

Po paru dniach zapomniał o tym wszystkim. Inne wydarzenia zajęły jego uwagę. 

Pewnego pochmurnego ranka Pool powitał go równie chmurnym obliczem. 

— Pan nic jeszcze nie wie, a mnie głowa pęka, Lytton. Może od wczorajszej 

whisky, a może od dzisiejszej wiadomości. Myślę, że od jednego i od drugiego. 

— Co się stało, szeryfie? 

— Napad. Napad na dyliżans. Pierwszy od chwili pańskiego tu przybycia. A taki 

byłem przekonany, że pan mi szczęście przyniósł. Diabła tam! Znowu się 

zaczęło! 

Z dalszych wyrzekań szeryfa wynikało, iż napadu dokonano o świcie, dziesięć 

mil na wschód od Little Price, w lesie, przez który przebiega droga. Podróżnych 

ogołocono doszczętnie z pieniędzy. Poza tym nikomu z pasażerów nic się nie 

stało. 

— Ilu było napastników? — rzeczowo zapytał Lytton. 

— Trzech albo czterech. Zresztą może... więcej? Każdy ze świadków mówi co 

innego. Wszyscy byli śpiący albo na pół śpiący. A strach ma wielkie oczy, 

rozumie pan. Ot, po prostu zatrzymano pojazd, kazano wysiąść i pod groźbą 

rewolwerów dokonano rewizji kieszeni i torebek. Bagaży nie ruszali. Pewnie im 

się bardzo spieszyło. 

— A co na to obsługa? Woźnica i jego pomocnik? Nie mieli broni? 

— Mieli, gałgany. Zawsze mają. Głęboko schowaną, żeby im nie zabrano! 

— Co?! Pan chyba kpi, szeryfie? 

— To bandyci kpią sobie z nas. Znajdź pan taką obsługę dyliżansu, która w 

obronie podróżnych użyje broni! Myślę, że sami pasażerowie protestowaliby w 

takim wypadku. Lepiej stracić trochę grosza niż życie. Karetki nie są zbudowane 

z pancernych blach, a przy takiej strzelaninie... Rozumie pan? 

background image

— Doskonale. Tylko, że w ten sposób nie zapobiegnie się rabunkom. 

— I to pan tak twierdzi! — wykrzyknął Pool. — Jeszcze nie tak dawno słyszałem, 

że umiejętność strzelania nie jest potrzebna szeryfowi, czy coś w tym rodzaju... 

— Coś w tym rodzaju mówiłem — potwierdził Lytton. — Ale tu chodzi nie o 

szeryfa, ale o eskortę dyliżansu. Czemu jej pan do tej pory nie zażądał? 

— A to świetnie! Czy ja jestem właścicielem przedsiębiorstwa utrzymującego 

komunikację w tych przeklętych stronach? To przecież on, czy oni, powinien 

zwrócić się do władz z takiej sprawie. A poza tym niby od kogo to miałem żądać 

eskorty? 

— Od wojska. 

— Człowieku, najbliższy fort leży osiemdziesiąt mil stąd. Komendant nie ma 

zamiaru wypożyczać żołnierzy, a tylko to miałoby jakiś sens. 

— Więc co pan zamierza, szeryfie? 

— Nic, zupełnie nic. Ścigać bandytów nie mam z kim... 

— Rozumiem — Lyttona ogarnął gniew. — Całe to biadolenie nie prowadzi do 

niczego. Co z pana za szeryf? Chyba się zwrócę w tej sprawie do Rogera. 

— Ba, to samo chciałem uczynić. Drake wyjechał po swoje futerka. Trzeba 

czekać. 

Lytton zdołał już przywyknąć do zwyczajów szeryfa. Ale jego spokój w tej 

sprawie wydał mu się równoznaczny z tchórzostwem. Nic jednak nie powiedział. 

Kiedy w parę dni później żalił się z tego powodu przed Rogerem Drake, zawiódł 

się srodze. 

— Ciągle jeszcze nie możesz, Samuelu, zrozumieć sytuacji Poola. Wierz mi, a 

znam go dość dobrze, że uczyni wszystko, aby utrzymać spokój w Little Price. 

Mieszka tu sporo rozsądnych ludzi, na których może liczyć, i dlatego mało 

awantur, a od lat żadnych zbrodni. Pool potrafi się dogadać z każdym. Ale 

zupełnie inaczej rzecz się przedstawia, gdy chodzi o napady poza miastem. 

Chętnych do ścigania bandy nie znajdziesz. Pool w pojedynkę nie wskóra nic. Z 

tobą... wybacz, również nic! Jak zresztą wyobrażasz sobie schwytanie 

background image

napastników? Będziecie ich szukać na tych pustkowiach? A może zamieszkacie 

na stałe w dyliżansie w oczekiwaniu na kolejny napad? 

— Więc cóż radzisz? Liczyłem na ciebie. 

— I nie zawiedziesz się. Krążę dość często po okolicy, może trafię na jakiś ślad, 

wskazówkę. Wówczas obmyślimy plan działania, ale teraz daj sobie z tym 

spokój. Ostatecznie ci napastnicy nie uczynili nikomu krzywdy, a że 

przetrząśnięto nieco mieszków... — klepnął Lyttona po plecach. — Chodź, 

Samuelu, na piwo. 

Lytton nie mógł pogodzić się z taką niefrasobliwością, ale nie protestował. Nie 

umiał znaleźć argumentów, by przekonać Rogera. 

W tydzień później trafiła się jedna z “piekielnych sobót", jak ją Pool nazwał. 

Zwaliło się tego dnia do Little Price ze stu robotników kolejowych. Ponieważ od 

poniedziałku przechodzili na dalszy odcinek budowy, dobre dziesięć mil od 

miasteczka, postanowili na pożegnanie odpowiednio się zabawić. Pool stanął tym 

razem na wysokości zadania. A przecież były i rewolwerowe salwy, bez skutku 

— na szczęście, i bójki, i niesamowite wrzaski, które postawiły w środku nocy 

całe Little Price na nogi. Że jednak nie doszło do zdemolowania wszystkich 

saloonów przez pijaną bandę, do walki na noże i podpalenia całego miasteczka — 

była to zasługa szeryfa wspieranego silnie (niekiedy w dosłownym znaczeniu!) 

przez Rogera Drake i Lyttona. Cała trójka napracowała się niemało, korzystając 

zresztą z pomocy co stateczniejszych obywateli miasta. Nad ranem szeryfoski 

areszt był pełen. Skoro aresztanci wytrzeźwieli, Pool wypuścił ich uważając, iż 

nie ma potrzeby zawracać głowy sędziemu, i to tym bardziej, że mieszkał aż w 

Ogden, szmat drogi. 

Samuel Lytton jeszcze raz się przekonał, że bez wielkiego wysiłku potrafi zwalić 

z nóg najtęższego siłacza. Ten fakt nie sprawił mu jednak specjalnej 

przyjemności. Począł marzyć o stanowisku sędziego jako o funkcji bliższej jego 

umiejętnościom prawniczym niż zastępstwo szeryfa. Jednakże nie wspominał o 

tym nikomu. 

background image

Następne tygodnie minęły bez jakichkolwiek incydentów. Lytton doszedł do 

wniosku, że obraz tak zwanego Dzikiego Zachodu został przez mieszkańców 

wschodnich stanów namalowany zbyt jaskrawymi barwami albo że Little Price 

stanowiło wyjątkową oazę spokoju. Rozmawiał na ten temat z Greigiem. 

Gospodarz nie zgadzał się jednak z takim poglądem, powołując się na przykład 

tragicznej śmierci rodziców Dawsona. Sam chłopak nie chciał mówić na ten 

temat. Wiadomo było tylko, że do Little Price przywiózł go Roger Drake, który 

przypadkowo znalazł się wówczas w pobliżu miejsca rzezi. 

— Z tego wynika, że Roger Drake to prawdziwy anioł opatrzności — zauważył 

żartobliwie prawnik. 

Słuchały go trzy osoby, ale tylko Gabriela Greig wybuchnęła szczerym 

śmiechem. Lytton bardzo lubił, jak się śmiała. Ale tym razem zwrócił uwagę na 

lekkie skrzywienie twarzy starego oberżysty i na ponure spojrzenie niebieskich 

oczu Francisa Dawsona. 

“Coś w tym jest — pomyślał później. — Ale co?"  

I z kolei sam się zasępił. Jeśli Greig nie lubił Rogera, to może dlatego, że zbyt go 

lubi Gabriela? Ale Francis Dawson? Zazdrosny o młodą gosposię? 

Postanowił zbadać tę sprawę. Pewnego niedzielnego ranka, gdy gospoda “Pod 

Dzielnym Psem" świeciła pustką, pod pozorem czyszczenia konia wyciągnął 

chłopaka do stajni. Gdy skrobali zgrzebłami siwka, Lytton zagadnął: 

— Umiesz jeździć konno? 

— Trochę. 

— A ja prawie wcale. 

— Nauczy się pan szybko. 

— Skąd taka pewność? 

— Znam się na ludziach — stwierdził z powagą chłopak. 

Lytton uśmiechnął się: 

— No, proszę. Nie przypuszczałem..: 

— Bo wie pan, ludzie od razu rodzą się do czegoś. 

background image

— Jak to rozumiesz? 

— Różnie się zdarza. Jeden będzie się uczył pływać przez całe życie i pozostanie 

kiepskim pływakiem. Drugi skoczy raz do wody i lepiej się rusza od ryby. Jak pan 

pierwszy raz wlazł na siodło, od razu wiedziałem, że się pan do konia urodził. I do 

takiego pięknego konia. 

— To już zasługa Rogera Drake — odparł Lytton, i dodał: — Ten człowiek da się 

lubić... 

Nie otrzymał odpowiedzi. Szczotkowali dalej wierzchowca w milczeniu, aż do 

chwili, w której prawnik uznał, iż sierść zwierzęcia błyszczy wystarczająco. 

Odłożył zgrzebło. 

— Słuchaj, Francis — zapytał — dlaczego ty go nie lubisz? 

— Pan jest jego przyjacielem. 

— Prawda, ale daję ci słowo, iż nie powtórzę nic nikomu z tego, co mi powiesz. 

Chłopak zamyślił się, spojrzał raz i drugi na Lyttona, wreszcie mruknął: 

— Gospodarz tak samo go nie lubi. 

— Zauważyłem to. Ale nie o Greiga mi chodzi. 

— Nie powie pan nikomu? 

— Przyrzekam. 

Zauważył, iż Francis odetchnął głęboko. 

— To dobrze — odparł. — Od dawna chciałem o tym komuś powiedzieć. Myślę, 

że pan się bardzo zdziwi. Ale powiem. Ja podejrzewam — obejrzał się dokoła i 

zniżył głos do szeptu: — że on mnie uratował, ale przedtem brał udział w tamtej 

rzezi... 

— Co? To niedobry żart, mój chłopcze. 

— Nie żartuję. Ile razy pomyślę o tamtym dniu, tyle razy widzę twarz Rogera 

wśród białych myśliwych, którzy zabili moich rodziców. 

— Oszalałeś, Francis! Zastanów się. Po cóż morderca ratowałby 

przypuszczalnego świadka zbrodni? 

— To dziwny człowiek, proszę pana. Może mu nagle serce zmiękło? 

background image

— Byłeś wtedy małym chłopcem, nie możesz przecież dokładnie pamiętać. 

— Ach, żebym to ja miał pewność! 

— To co wówczas? 

— Poszedłbym do szeryfa. 

— I sądzisz, że szeryf uwierzyłby? Nikomu tego nie powtórzę, ale twoja 

opowieść jakoś nie pasuje do Rogera. 

Na tym rozmowa została zakończona. Wieczorem jednak, gdy Lytton sobie o niej 

przypomniał, opadły go wątpliwości. 

— A gdyby to było prawdą? — powiedział sam do siebie. — Nie, nie. Cóż za 

idiotyczny pomysł? 

Ale “idiotyczny pomysł" zasiał w jego umyśle ziarno podejrzenia. Czy Greig 

mógł coś wiedzieć o tej sprawie? 

Pewnego dnia zagadnął gospodarza o minione dzieje Dawsona, ale nie dowiedział 

się nic nowego. A Roger Drake? Tak, przywiózł chłopca na pół żywego z prze-

rażenia. Tak, chłopiec tu pozostał, Gabriela się nim opiekowała. To porządny 

chłopak. Nie lubi Rogera Drake? Nie wiem, to jego sprawa. 

Znacznie rozmowniejsza od ojca okazała się jego córka, ale o Rogerze mówiła 

wciąż z nieukrywanym zachwytem. 

Szeryfa Lytton już nie nagabywał w tej sprawie. Minęło kilka monotonnych 

tygodni, podczas których jedyną rozrywkę stanowiła nauka konnej jazdy. Francis 

nie mylił się. Pod bacznym okiem Rogera młody prawnik czynił zdumiewające 

postępy. Potem wydarzyła się kłopotliwa dla szeryfa historia schwytania na 

gorącym uczynku pewnego Metysa, który uznał, iż jednorazowa, ale większa 

kradzież pozwoli mu zrezygnować z pracy przy budowie linii kolejowej. 

Przywędrował do Little Price wieczorem, a w cztery godziny później został 

schwytany przez właściciela sklepu w chwili, gdy dobierał się przy pomocy noża 

i kawałka żelaza do szuflady, w której spoczywał całodzienny utarg. Najpraw-

dopodobniej Metys dopiąłby swego, gdyby nie przekorny los, który kazał 

handlowcowi przegrać w karty wszystkie posiadane przy sobie pieniądze. Kupiec 

background image

postanowił odegrać się. Opuścił lokal udając się najkrótszą drogą do sklepu. 

Trafił na odpowiedni moment i zaskoczonego złodzieja — łagodnego jak baranek 

— doprowadził wprost do szeryfa. Tak oto, ku zmartwieniu Poola, w pustym 

zazwyczaj areszcie znalazł się uciążliwy lokator, którego należało pilnować i 

karmić. Wynikiem tej sytuacji była rozmowa szeryfa z Lyttonem. 

— Musisz pan jechać do Ogden i sprowadzić sędziego. Niech skaże tego draba i 

czym prędzej go zabierze. 

— Do Ogden? Nigdy tam nie byłem. Czy nie mógłby Roger... 

— Nic z tego. Znowu wyjechał. 

— Obawiam się, iż moja umiejętność jazdy konnej... 

— A kto każe wędrować konno? Dyliżans dowiezie pana prosto do celu. 

I oto rankiem następnego dnia Lytton wyruszył w drogę ulokowany w ciemnej 

głębi obszernego, ale mało wygodnego pudła, razem z kilkoma innymi 

pasażerami. Do Ogden dotarł wieczorem. Sędzia przyjął nieoczekiwanego gościa 

radośnie i zatrzymał na noc. Dogadali się bardzo szybko, a wzmianka o 

harwardzkim uniwersytecie wywołała u gospodarza wybuch entuzjazmu. 

Okazało się, iż sędzia również kończył bostońską uczelnię, tylko parę lat 

wcześniej. Takie spotkanie dwu posiadaczy dyplomów jednego z najstarszych 

uniwersytetów Ameryki wśród na pół cywilizowanej ludności Zachodu uznane 

zostało za nadzwyczajne zrządzenie losu, godne specjalnego uczczenia. Lyttona 

przedstawiono pani domu, sprezentowano mu troje dzieci. Po sutym posiłku, gdy 

reszta domowników udała się na spoczynek, młody prawnik i sędzia spędzili 

dobre pół nocy w gabinecie gospodarza, gawędząc o znajomych profesorach i 

popijając co mocniejsze trunki. Skutek był taki, iż kiedy rankiem Lytton wraz z 

sędzią wpakowali się do wnętrza dyliżansu, młody prawnik natychmiast zasnął. 

Nie wyrwał go z drzemki ani tętent kopyt, ani turkot kół, ani podskakiwanie 

pojazdu na wybojach nierównej drogi. Przebudziła go dopiero cisza i bezruch. 

Wewnątrz dyliżansu pozostał tylko sędzia. Reszta pasażerów stała na drodze 

rozmawiając z woźnicą, który majstrował coś, pochylony nad tylnym kołem 

background image

pojazdu. Wszystko to zauważył Lytton poprzez otwarte drzwiczki. 

— Może pan spać spokojnie dalej — powiedział sędzia. — Mamy mnóstwo 

czasu. 

— Co się stało? 

— Koło. Pękła obręcz na jakimś kamieniu tej piekielnej drogi. Pomocnik 

woźnicy pojechał po kowala, a pasażerowie złoszczą się. Chce pan się przejść? 

Wysiedli tuż przy grupie podróżnych, którzy zamilkli na ich widok, ale mieli 

bardzo ponure miny. Perspektywa długiego czekania na pustkowiu nie mogła 

nikogo radować. Krajobraz również nie nastrajał wesoło: jałowy, prawie płaski 

step, ograniczony na zachodzie pasmem gór, zamknięty na północy czarną ścianą 

ledwie widocznego lasu. 

— Tam — palec sędziego powędrował ku północy — przecinają się drogi, tuż 

przed lasem. Dwie godziny jazdy stąd. Na rozstaju wznosi się karczma. Tam 

właśnie mieszka kowal. A więc, moi panowie — zwrócił się teraz do wszystkich 

— nie ma powodu do rozpaczy. Za cztery, najdalej pięć godzin znajdziemy się 

znów w drodze do Little Price. 

— Straszne opóźnienie — zauważył jeden ze słuchaczy. 

— Czy będzie pan w Little Price wieczorem, czy nocą, na jedno wychodzi — 

zauważył Lytton. — Trzeba nocować w miasteczku, w dalszą podróż dyliżans 

wyrusza dopiero rankiem. 

— I słusznie — dodał sędzia. — Drogi w tym kraju nie są bezpieczne. 

— Drogi, jak drogi — odezwał się woźnica — jeszcze by uszły. Gorsi są ludzie. 

Zdarzają się napady. 

— Był pan świadkiem? — zainteresował się Lytton. 

— Nie, ale opowiadali koledzy. 

— I cóż mówili? 

— Zawsze to samo. Dwu albo trzech konnych. Z zakrytymi twarzami. 

Zatrzymują wóz albo wczesnym rankiem, albo późnym wieczorem. Nigdy w 

innej porze. 

background image

— Widać w tym kraju bandyci zastępują zegarki — wtrącił jeden z podróżnych. 

Roześmieli się. 

— Od razu poznać, że pan nie z tych stron — odparł urażony woźnica. — Drogi 

są tu puste, ale najbardziej puste o świcie i w nocy. Wówczas nikt im nie może 

przeszkodzić. Oni wiedzą, co robią. 

Podróżni popatrzyli jeden na drugiego i jakoś odeszła im ochota do śmiechu. 

Sędzia ujął Lyttona pod ramię i odprowadził kilkadziesiąt kroków w bok. 

— Napady, szeryfie, to prawdziwa plaga tych stron — powiedział ściszając głos. 

— Na pewno — przytaknął prawnik — ale sądząc z reakcji mieszkańców 

przydarzać się muszą raczej rzadko. 

— W ciągu dwu lat mej sędziowskiej kadencji słyszałem o dwunastu czy 

trzynastu. Nie przypuszczam, aby to były wszystkie. Mniej odważni boją się 

wnosić skargę. No i oczywiście, mniej poszkodowani. Ale przed rokiem, coś pod 

jesień, dokonano napadu na karetkę wiozącą pieniądze na wypłatę robotnikom 

zatrudnionym przy budowie linii kolejowej. Nie ma pan pojęcia, jakiej to narobiło 

wrzawy. 

— Z jakim skutkiem? 

— Z dobrym. Sprowadzono wojsko, zgłosili się nawet ochotnicy. 

— Nawet? 

— Spokojni farmerzy nie lubią ryzyka, a drapichrusty nie występują w obronie 

prawa. Ale wówczas znalazło się kilku śmiałych. Jak stwierdzili podróżni, 

napastników było pięciu. Trzech schwytaliśmy następnego dnia. 

— To znaczy, że brał pan w tym udział. 

— Właśnie tak. Był tam i pański szef. 

— Pool? — zdziwił się Lytton. 

— Oczywiście. Szeryf jest co prawda ostrożny, ale wcale nie tchórz. Mam dla 

niego sporo uznania. Little Price stało się jednym z najspokojniejszych 

miasteczek, jakie znam w tych stronach. Czy to nie świadczy dobrze o szeryfie? 

— Tak, tak — pospieszył zapewnić Lytton, chociaż niezupełnie zgadzał się z taką 

background image

oceną. 

— Pool był nam wielką pomocą w schwytaniu tej trójki. Ich szczęście, że nie 

mieli na sumieniu żadnej ofiary. 

— Pieniądze się znalazły? 

— Niestety! Schwytani twierdzili, że całą zrabowaną sumę mieli przy sobie ich 

dwaj towarzysze. Zresztą i ich odnaleźliśmy. W kilka dni później. Zabitych. 

— Co?! 

— Ano tak, byli martwi jak kamienie. 

— Kto ich zabił? 

— Nie wiem, nikt nie wie. Przypuszczano, iż pozabijali się wzajemnie podczas 

kłótni o łup. Mówiąc szczerze, nigdy w to nie uwierzyłem. Gdzież bowiem znikły 

pieniądze? Podejrzewam, że do sprawy wmieszał się ktoś trzeci i uprzedził nas. 

Chciałbym kiedyś spotkać się oko w oko z tym człowiekiem i zapytać, co począł z 

łupem. 

— Dużo tego było? 

— Ponad osiem tysięcy dolarów. Wszystko przepadło. Wielce to tajemnicza 

historia. 

— A co działo się później?; 

— Później nastąpiła paromiesięczna przerwa. Napady rozpoczęły się na nowo, 

gdy roboty ziemne przeniesiono bliżej Little Price. Muszę się panu przyznać, iż 

marzę o chwili, w której pierwszy pociąg przyjedzie do Ogden. 

Skończą się dyliżanse i mam nadzieję, napady: Brr, robi się chłodno. Wracajmy 

do karety, szeryfie. 

Kiedy nadeszli, towarzysze podróży nawet nie zwrócili na nich uwagi, 

pochłonięci grą w karty. Sędzia przez kilka minut obserwował grających, później 

usadowił się w samym kącie pojazdu, wyciągnął nogi, owinął się płaszczem, 

nacisnął na oczy kapelusz i zapadł w drzemkę. Lytton postąpił podobnie. Obudził 

go tupot koni oraz gromki głos woźnicy nawołujący pasażerów do opuszczenia na 

chwilę dyliżansu. Zmiana koła trwała bardzo krótko i pojazd potoczył się z 

background image

miejsca w ostrym kłusie ciągnących go korni. Jednakże w sumie oczekiwanie na 

przybycie kowala tak się przeciągnęło, że kiedy osiągnięto karczmę na 

skrzyżowaniu dróg, poczęło zmierzchać. O dłuższym postoju nikt nie chciał 

słyszeć. Zatrzymano się więc tylko dla zapalenia latarń i ruszono dalej tak szybko, 

jak na to pozwala wyboista droga. Po paru minutach wjechano w las. Mrok 

gęstniał, a odgłos kopyt stał się bardziej głuchy. 

Jak długo tak jechano, Lytton nie zdawał sobie sprawy. Ciągle znajdował się w 

stanie półdrzemki, z której wyrwał go czyjś okrzyk, a zaraz po nim gromki głos 

strzału. Karoca gwałtownie się zatrzymała. Potem nastąpiła chwila ciszy, 

wreszcie nieznana ręka energicznie otworzyła drzwiczki. 

— Wszyscy wychodzą! 

— Co się stało? 

Lytton nie wiedział, z czyich ust padło to pytanie. 

— Natychmiast wychodzić — powtórzyła postać stojąca na zewnątrz. — Nie 

mam zbyt wiele czasu. 

Lyttonowi serce zabiło mocniej. 

— Znowu spadło koło? — zapytał sąsiad młodego prawnika. 

— Szybciej! 

Niezdarnie gramolili się z wnętrza, przeklinając taką jazdę, i natychmiast milkli. 

Lytton wyszedł ostatni. Kiedy wyskoczył na piasek leśnej drogi, resztka snu 

pierzchła. Zobaczył, że woźnica i jego pomocnik oraz wszyscy pasażerowie stali 

długim, śmiesznym szeregiem wzdłuż dyliżansu, z rękami nieco uniesionymi, z 

głowami prawie że przylepionymi do ściany pojazdu. 

I naraz poczuł na plecach ucisk twardego przedmiotu. 

— Stań obok, podnieś ręce. 

Gdy to uczynił, inny głos, o jakimś nieobcym dla prawnika brzmieniu, dodał: 

— Nie poruszać się, nie odwracać, nie rozmawiać. We własnym interesie, 

dżentelmeni. Nie lubię rozlewu krwi. 

Ta ostatnia uwaga musiała być ostrzeżeniem dla odważniejszych, ale Lytton 

background image

pomyślał, że nikt ze stojących obok niego i bez tego ostrzeżenia nie 

zaryzykowałby samotnej próby oporu. Na to, aby wszyscy jednocześnie rzucili 

się na napastników — co stwarzało jakąś możliwość sukcesu — nie można było 

liczyć. Stanął więc spokojnie, rozważając jednak plan wydobycia broni. Miał ją 

przecież tuż pod ręką, w górnej, wewnętrznej kieszeni marynarki. Uznał jednak 

ten pomysł za szaleńczy i czekał, co dalej nastąpi. 

A dalej sprawy przebiegały w zupełnej ciszy, przerywanej jedynie parskaniem 

koni i skrzypieniem piasku pod podeszwami trzech — tyle ich zdążył naliczyć 

Lytton — bandytów. Mieli twarze przewiązane chustkami. Chyba niezbyt mocno 

— rozważał zastępca szeryfa. Wystarczy silniej pociągnął za zwisający luźno 

koniec. Bandyci muszą być znani w okolicy, inaczej nie zakładaliby tych 

prowizorycznych masek. Wystarczy pociągnąć, ale ten, kto pociągnie, ryzykuje 

życiem. 

“Nie będę próbował" — takie było ostateczne zakończenie rozważań Lyttona. 

Pomyślał jeszcze tylko ze złośliwym zadowoleniem, że niewiele się na nim 

obłowią. 

“A broń? — zaniepokoił się nagle. — Do licha! Wstyd będzie się przyznać, jeśli 

ją zabiorą. W tych stronach ludzie mają cięte języki." 

Sterczał na końcu szeregu podróżnych, zaraz za sędzią. Kiedy już — jak 

zauważył kątem oka — przetrząśnięto kieszenie poprzedników (dokonywało tego 

z wielką wprawą dwu ludzi, podczas gdy trzeci stał z tyłu, z dwoma coltami w 

zaciśniętych dłoniach) usłyszał głos: 

— Tych dwu zostawcie. Oni nie mają nic, a my nie mamy czasu. 

A po sekundzie przerwy: 

— Dżentelmeni! Dziękuję za zastosowanie się do naszych poleceń. Odjeżdżamy. 

Nie radzę nikomu odwracać się przez następną minutę. Strzelam świetnie, nawet 

z dużej odległości. Raz jeszcze dziękuję. 

Ostatnie zdanie zabrzmiało jak szyderstwo. Ale nie na to zwrócił uwagę Lytton, 

tylko na brzmienie głosu. Po raz drugi wydało mu się, że jest mu dziwnie 

background image

znajome. 

— To musi być ktoś z Little Price — stwierdził i odwrócił się natychmiast, jak 

tylko zatętniły kopyta. Nie strzelano do niego. Dwu jeźdźców pochłonął już zapa-

dający mrok nocy, trzeci podrywał konia do skoku. I wówczas zdarzyła się rzecz 

nieoczekiwana: spadla mu chustka z głowy. Lytton przez mgnienie oka dostrzegł 

profil oblicza i w tej samej chwili... jeździec znikł w tumanie kurzu. 

Lytton przetarł oczy, podbiegł, podniósł chustkę. 

— Panowie! — zawołał. — Czy widzieliście twarz tego człowieka? 

Odpowiedział mu tylko jeden głos sędziego: 

— Przez chwilę. 

— Poznałby go pan? 

— Nie wiem. Nie jestem pewien, było dość ciemno. 

— Ja również nie jestem pewien, ale nie dlatego, że źle widziałem. 

Sędzia mruknął coś niezrozumiale, ale kiedy wreszcie pojazd gwałtownie 

szarpnął, pochylił się ku Lyttonowi i w rozgwarze ożywionej wymiany zdań 

podróżnych, zapytał półgłosem: 

— Dlaczego nie jest pan pewien? 

— Dlatego — odparł z wahaniem młody prawnik — że przestałem wierzyć swym 

oczom, a także uszom. Myślę, że to skutki zmęczenia.. 

Późną nocą przybyli wreszcie do Little Price. Pierwszą osobą, która powitała 

Lyttona na dyliżansowej stacji był Roger Drake. 

Opowieść o napadzie zdobyła sobie — oczywiście — szeroki rozgłos. Gadano o 

nim w Little Price przez kilka tygodni, ale nie uczyniono nic, aby schwytać 

sprawców. 

W nocy nikt nie chciał wyruszyć w pościg, mimo gorących namów sędziego, 

szeryfa, Lyttona i Rogera Drake. Najodważniejsi — przynajmniej z pozoru — 

oświadczyli, iż pojadą rankiem. Jednakże nazajutrz nikt się nie zgłosił, a 

nagabywani ochotnicy powiedzieli z kolei, iż po tylu godzinach na nic się zda 

nawet najszybszy pościg. Co nie było pozbawione słuszności. Lytton nie nalegał 

background image

więcej. Ba, nawet na propozycję Rogera wyruszenia samotrzeć (wraz z szeryfem) 

odparł, iż przeciwnicy pogoni mają rację. Po prostu — szkoda czasu. 

Po odstawieniu pechowego Metysa do Ogden (eskortował go wraz z sędzią szeryf 

Pool) przez tygodnie nic nie mąciło spokoju Little Price. Roger Drake pojawiał 

się i znikał, szeryf odwiedzał nocą saloony, a Lytton w wolnych chwilach 

odbywał konne przejażdżki po okolicy. Jeździł coraz lepiej, a pod nieobecność 

Rogera Drake, za zgodą Greiga, zabierał ze sobą Francisa Dawsona. Polubił 

chłopca i wiedział, iż chłopak darzy go sympatią. Wieczorami udawał się na 

conocny obchód miasteczka, aby przydybać w którejś z gospod szeryfa i 

zameldować mu, iż “wszystko jest w najlepszym porządku". Przy takiej okazji 

przytrafiła się Lyttonowi rzecz, która przesądziła o jego dalszej karierze na sta-

nowisku zastępcy szeryfa. Trzeba trafu, iż stało się to w lokalu “Pod Dzielnym 

Psem", gdzie Lytton od początku mieszkał. Po którejś z nocnych wędrówek tam 

dopiero odnalazł Poola, co uznał za dobry omen, ponieważ dzięki temu nie 

potrzebował już nigdzie dalej iść. Dobry omen został nieco przyćmiony 

stwierdzeniem, iż szeryf przebrał miarkę. Widać tym razem Pool nie żałował 

sobie (a może nie żałowano jemu!), bo ledwie trzymał się na nogach. Lytton 

westchnął na myśl, iż będzie musiał odprowadzić swego szefa do domu. Żeby 

odegnać od siebie tę przykrą świadomość, obszedł dokoła salę gawędząc to z tym, 

to z owym, aż na koniec dotarł do stolika otoczonego grupą widzów. Grano w 

karty. Lytton tylko dlatego przerwał w tym miejscu swą wędrówkę, iż wśród 

grających dostrzegł Rogera Drake. 

Tekturowe kartoniki z suchym szelestem padały na blat stołu, brzęczały 

metalicznie pieniądze. Czy Roger go dostrzegł? Prawdopodobnie nie. Lytton 

przyglądał się grze obojętnym wzrokiem, wreszcie zdecydował się zniknąć z pola 

widzenia szeryfa, po prostu — iść spać. Postanowił o tym poinformować Greiga. 

Gdyby wybuchła jaka awantura — w co zresztą nie wierzył — niech go obudzą. 

Nieprzewidziana przeszkoda obróciła wniwecz cały zamiar. Kiedy odchodził od 

stolika, zatrzymał go jakiś nieznajomy w kapeluszu zawadiacko zsuniętym na tył 

background image

głowy. Dmuchając w twarz Lyttona mieszaniną zapachów piwa, whisky i tytoniu, 

zagadnął: 

— Pan mnie sobie przypomina, szeryfie? 

Lytton bacznie przyjrzał się zaczerwienionej, spoconej twarzy i sumiastym 

wąsom zakrywającym wargi. 

— Nie — odparł krótko. 

— Przecież jechaliśmy tym samym dyliżansem! 

— Do Ogden? 

— Wprost przeciwnie. Wówczas, gdy zdarzył się napad. 

— Aha — mruknął Lytton. — Rzeczywiście, możliwe... — kiwnął głową i 

zamierzał odejść, ale nieznajomy położył mu rękę na ramieniu. 

— Mam coś do pana — powiedział szeptem. 

— O co chodzi? — zapytał siląc się na najgrzeczniejszy ton głosu. 

— Ja jestem z Ogden. Drugi dopiero raz tu przyjeżdżam. Ma się różne interesy... 

Dowiedziałem się, że jest pan zastępcą szeryfa... więc tego... co to chciałem 

powiedzieć? Już wiem — nachylił się nad uchem prawnika i szepnął: — Ja wtedy 

widziałem twarz... Rozumie pan? 

— Czyją twarz? 

— Tego bandyty, który zgubił chustkę. 

— Tak? — Lytton udał zainteresowanie. W rzeczywistości nie przykładał 

wielkiej wagi do bajędy człowieka, któremu dobrze kurzyło się z czupryny. Już 

tylko dla formy zapytał: — Czemu pan o tym od razu mi nie powiedział? Przecież 

pytałem wszystkich. 

— Nie byłem pewien... nie byłem pewien. Dopiero teraz go poznałem... 

Przerwał i wyciągnął rękę w kierunku grających. 

— Człowieku, co pan wygaduje? Kogo pan poznał? 

— No, właśnie mówię, tego herszta. Siedzi tu obok i gra w karty. 

Lytton odetchnął głęboko. Zrobiło mu się nagle bardzo zimno. 

— Który to? — zapytał opanowując drżenie głosu. Wskazujący palec ręki 

background image

informatora zatrzymał się na postaci Rogera Drake. 

“Stało się — pomyślał Lytton. — To nie było złudzenie."  

Ale głośno powiedział: — Pan się myli. Człowiek, na którego pan wskazał, był 

pierwszym witającym nas po przyjeździe do Litle Price... 

— Taak? Można jednak sprawdzić, czy nie przybył tuż przed nami. Na koniu 

zawsze jedzie się szybciej. No, szeryfie, niech go pan aresztuje. Nie ma co czekać. 

— Zaraz, nie tak prędko. Jeśli mi pan jutro po trzeźwemu powtórzy to samo, a 

jeszcze lepiej: zezna przed szeryfem Poolem, rozpatrzymy sprawę. 

— Co takiego?! — przybysz z Ogden podniósł głos o ton wyżej. 

— Proszę nie krzyczeć. Słuchają nas. 

— Niech słuchają! To tak? Mówiono mi, że jest pan przyjacielem bandyty. Nie 

chciałem wierzyć, ale teraz rozumiem... 

— Co pan rozumie? 

— Że pan go kryje! 

Zapewne wbrew woli obu rozmowa stała się tak głośna, iż widzowie otaczający 

stolik poodwracali głowy: 

— Słuchajcie! — począł wrzeszczeć pijak. — Gracie z bandytą. Uważajcie, żeby 

was nie obrabował tak, jak mnie w dyliżansie! 

— Dosyć tego! — Lytton stracił cierpliwość i chwycił pijaka za rękę. 

— Proszę się uspokoić, inaczej... powędrujemy do aresztu — powiedział wolno i 

wyraźnie. 

Ale to odniosło wręcz przeciwny skutek. 

— Mnie do aresztu?! Słyszeliście, dżentelmeni? A bandyta jest na wolności i gra 

w karty! Ale ja mu pokażę! 

Z nieoczekiwaną siłą szarpnął się, skoczył w stronę Rogera, ale nim zdążył go 

dosięgnąć, Drake zerwał się z zydla, zamierzył się dłonią ściśniętą w kułak i 

wówczas, nieoczekiwanie dla wszystkich, zupełnie jak w sztuczce 

prestidigitatorskiej, trzy karty sfrunęły gdzieś z góry i padły z szelestem na blat 

stołu. Pijany przybysz z Ogden zamilkł i z otwartymi ustami wpatrzył się w 

background image

kolorowe tekturki. Lytton dostrzegł, jak Drake pobladł pod maską opalenizny. 

Ręka opadła mu gwałtownie: 

— Czego ten pijak chce? — wybełkotał: Nikt mu nie odpowiedział. 

Lytton oblizał językiem zaschłe wargi: 

— Rozstąpcie się — rozkazał. — Roger, chodź ze mną, a wy — zwrócił się do 

pozostałych graczy — zabierzcie swoje pieniądze. Ciszej, ludzie! — zawołał, bo 

dopiero teraz buchnął gwar dziesiątków podnieconych głosów. 

— Co to znaczy, Samuelu? 

— To znaczy, iż muszę cię aresztować, Drake. Za oszustwo w kartach, a poza tym 

jesteś posądzony o udział w napadzie na dyliżans. Ta sprawa wymaga 

wyjaśnienia. Chodź. 

— Zwariowałeś! 

— Drake — odezwał się któryś z widzów — nie zaprzesz się! Wszyscy widzieli! 

Z rękawa wypadły trzy asy. Idź z szeryfem albo ci... pomożemy! 

Drake sięgnął obu rękami do pasa. 

— Radzę nie ruszać się — rzekł ochrypłym głosem. — Cofnij się, Lytton. 

Dwie lufy rewolwerowe zatoczyły półkole, a krąg widzów rozsunął się 

błyskawicznie. Tylko Lytton ani drgnął. 

— Drake — powiedział spokojnie — jeśli pragniesz stryczka, to strzelaj. 

— Odsuń się, Lytton. 

— Strzelaj — powtórzył prawnik — albo... rzuć broń! 

— Nie doczekasz się tego! — wrzasnął. 

Skoczył w bok, przedarł się przez krąg zaskoczonych widzów. Ruszyli za nim 

hurmem, przeszkadzając sobie wzajemnie. Przewrócono z łomotem dwa stoły i 

kilka ław, aż kurz uniósł się z podłogowych desek i przysłonił światło lamp. Na 

drugim końcu sali zauważono już tumult. Ludzie biegli, głośno zapytując, co się 

stało. W ogólnym zgiełku nie sposób było usłyszeć, co mówi najbliższy sąsiad. 

Lytton zdołał utorować sobie drogę przy pomocy łokci i pięści. Kiedy wyskoczył 

na dwór w srebrny półmrok nocy, ujrzał jeźdźca na wspinającym się koniu. 

background image

Napiętą uzdę trzymał obu rękami Greig. Skąd się tu nagle znalazł gospodarz 

saloonu! Lytton nie wiedział i nie miał czasu się zastanawiać. Skoczył ku cuglom. 

— Odsuń się, Lytton, puszczaj, Greig! — wrzasnął Drake. 

Koń poderwał się raz jeszcze do skoku, ale powstrzymały go cugle. Teraz 

zastępca szeryfa ujrzał w rękach Rogera rewolwer wymierzony prosto w pierś 

oberżysty. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyszarpnął broń. 

— Złaź z konia albo strzelam! 

Miał zamiar trafić jeźdźca w dłoń lub ramię. W rozgorączkowaniu zapomniał, 

jakim kiepskim był strzelcem, jak niepewne było światło księżyca. W ciągu 

ułamka sekundy sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej. Lytton uniósł 

uzbrojoną dłoń i w tej samej chwili między niego, Greiga i konia wdarła się 

czwarta postać. 

— Uciekaj, Roger! — krzyknęła przejmującym głosem. 

Prawnik ujrzał błysk ognia na lufie broni Drake'a: Nacisnął cyngiel. Huk obu 

strzałów złączył się w jeden przeciągły łoskot. Wierzchowiec wspiął się po raz 

ostatni, wykręcił i skoczył w mroczną dal. Kilku ludzi — bezsensownie — 

pognało za nim z wielkim krzykiem, kilku innych rzuciło się szukać 

wierzchowców, ale większość zebranych otoczyła zwartym kołem trójkę aktorów 

ostatniego wydarzenia. 

Greig dźwignął się z ziemi. 

— Nic mi nie jest — powiedział. — Chybił o cal, ale chybił... Gabrielo! 

Gabriela Greig leżała nieruchomo dwa kroki od osłupiałego Lyttona. Podniesiono 

ją, bezwładną i milczącą. Dwu ludzi wniosło dziewczynę do wnętrza gospody. 

— Czy jest tu lekarz? Sprowadźcie lekarza... 

Dalszych słów Lytton już nie dosłyszał. Gwar buchnął z nową siłą. Odwrócił się, 

aby wejść do budynku. Drogę zastąpił mu chwiejący się na nogach szeryf. 

— Coś ty narobił? — wykrzyknął. — Aresztuję cię, Lytton... 

— Szeryfie, bez głupstw! — krzyknął głos z ciemności. 

— Co pan wyrabia? — wrzasnął ktoś inny. — Trzeba wysłać pogoń! Czego pan 

background image

się czepia Lyttona? Czy to on pierwszy strzelił? 

— Aresztuję cię, Lytton, pod zarzutem usiłowania zabójstwa. Ludzie, rozstąpcie 

się! — powtórzył z pijackim uporem Pool. 

background image

Ostatni strzał 

 

— Nie wiem, doktorze, jak to wszystko się stało. Można mój ówczesny stan 

nazwać jakimś paraliżem umysłu i ciała. Nie potrafiłem pojąć, co mi zarzuca 

szeryf i dlaczego mnie aresztuje. Pamiętałem tylko o jednym: że kula mej broni 

trafiła nie tę osobę, dla której została przeznaczona. Przeklęta broń i przeklęta 

ręka, która nią kierowała. 

Pool powiódł mnie do swego biura i zamknął za mną kratę maleńkiej klitki 

aresztu. Ludzie byli wzburzeni, świadkowie zdarzenia otoczyli Poola żądając, 

aby mnie natychmiast puścił. Doszłoby i do bójki, gdyby nie moja interwencja. 

Poprosiłem, aby sprawę odłożyli do rana. Zgodzili się, chociaż niechętnie. I tak 

oto zostałem więźniem. 

Siadłem na drewnianej pryczy i bezmyślnie patrzałem, jak szeryf mościł sobie 

posłanie na dwu złączonych stołach. Postanowił bowiem osobiście mnie 

pilnować. Po kilku minutach dobiegło mych uszu głośne chrapanie. Ile czasu od 

tego momentu upłynęło, nie pamiętam. Z odrętwienia wyrwał mnie cichy szelest. 

Mam bardzo wyostrzony słuch, doktorze. Ujrzałem, jak drzwi od ulicy lekko się 

uchyliły (Pool zapomniał zamknąć!). W jasnej szparze zauważyłem szczupłą 

postać. Ostrożnie przekroczyła próg. Zatrzymała się chwilę, 

a później podeszła do śpiącego. Blask księżyca oświetlił jej twarz. Poznałem. To 

był Francis. Czego tu chciał? Może schwytano Rogera Drake i chłopiec przybiegł 

z wiadomością? Ale natychmiast odrzuciłem tę myśl jako niedorzeczną. Gdyby 

złapano zbiega, zwaliłby się tu tłum ciekawskich. 

Postanowiłem nie odzywać się, lecz czekać, co dalej nastąpi. 

Chłopak zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Nachylił się nad Poolem. Ze 

zdumieniem zauważyłem, że przeszukuje kieszenie śpiącego. Ale trwało to 

bardzo krótko. Wyprostował się i podszedł do kraty. Cicho szczęknął masywny 

background image

zamek. 

— Francis — szepnąłem — co robisz? 

— Niech pan nic nie mówi, szeryfie, tylko szybko wychodzi. 

— Nigdzie się nie ruszę. 

— Mnie tu przysłał gospodarz. 

— Greig? 

— Tak. 

Serce podeszło mi do gardła. 

— Co z Gabrielą? — zapytałem.  

Zastanowił się chwilę. 

— Jak pan wyjdzie, to powiem. 

— Nie wyjdę. Nic mi tu nie grozi. 

— Ale Drake ucieknie. Pool nie będzie go ścigał, czy pan do tego dopuści? Greig 

pana prosi. Niech pan nie odmawia. 

— Trzeba to załatwić zgodnie z prawem. Pool trochę zwariował, ale jak 

wytrzeźwieje, to mnie puści. 

— Będzie już za późno na jakąkolwiek pogoń. Proszę iść ze mną, zawsze jeszcze 

może pan zawrócić. 

To mnie przekonało, ale przede wszystkim pragnąłem dowiedzieć się, jak 

przedstawia się stan zdrowia Gabrieli. Bez przeszkód dotarliśmy przed gospodę 

“Pod Dzielnym Psem". Było ciemno, cicho i pusto. Budynek wyglądał jak 

wymarły, ale kiedy wstępowałem po stopniach werandy, skrzypnęły drzwi. 

— To ty, Francis? — zapytał znajomy głos. 

— Przyprowadziłem go — odparł chłopak. — Pójdę do koni. 

— Idź, już czas — a kiedy Dawson zniknął w mroku, zwrócił się do mnie: — 

Siądźmy na chwilę, szeryfie... 

A gdy to uczyniłem, zwiesiwszy nogi pod deski werandy, powiedział do mnie 

smutnym, zmęczonym głosem: 

— Nigdy nie zapomnę tej nocy. Pan chyba również. 

background image

Skinąłem głową. 

— Jak... jak się czuje Gabriela? 

Nastała chwila ciszy, w miarę jej trwania poczęło mnie ogarniać przerażenie. 

— Francis nie mówił? To lepiej, że pan się ode mnie dowie. To nie pana wina... 

— znowu umilkł. 

— Greig — rzekłem ściśniętym gardłem — co się stało?... 

— Gabriela nie żyje... 

Nie sposób mi powiedzieć, co wówczas czułem. To zbyt trudne. Czy Gabriela 

wiedziała o sprawkach Rogera, czy też wierzyła w jego niewinność — nigdy się o 

tym nie przekonałem. Wtedy, tamtej przerażającej nocy postanowiłem wrócić do 

aresztu. Uznałem, iż ucieczka może tylko potwierdzić opinię Poola o mej winie. 

Ale przecież nie to było najważniejsze, lecz świadomość, iż stałem się mordercą. 

Ja, prawnik! 

Jednakże nie wróciłem. Czy postąpiłem źle, czy dobrze — nie ma dziś sensu 

rozważać. Greig przekonał mnie, iż pierwszym moim obowiązkiem jest pogoń za 

bandytą. Nie mogłem odmówić prośbie ojca dziewczyny. 

Wyruszyliśmy na długo przed świtem: ja i Francis. Greig miał dopędzić nas po 

dwu dniach w umówionym miejscu. I tak też się stało. Nikt nas nie ścigał, my 

natomiast wpadliśmy na trop uciekiniera. Najpierw na ślady jednego tylko 

wierzchowca, później — trzech. Dognaliśmy tę trójkę. To był Roger Drake z 

dwoma towarzyszami, mieszkańcami Little Price. Doszło do strzelaniny. 

Przewaga była po ich stronie. Ja nie bardzo umiałem używać broni, a Francis 

niewiele lepiej ode mnie. A przecież odnieśliśmy zwycięstwo. Jakże jednak 

opłakane. Co prawda obaj wspólnicy Drake'a padli, ale Greig został ciężko ranny. 

Ledwie zdołaliśmy dowieźć go do najbliższej osady. Tam umarł. Przyrzekłem 

sobie wówczas, iż nie spocznę, dopóki nie oddam Drake'a w ręce 

sprawiedliwości. Zrezygnowałem z powrotu na wschód, zrezygnowałem z 

wykonywania swego zawodu. Wszystko, co mnie z nim łączyło, stało się 

nienawistne, nawet czarny strój, tak charakterystyczny dla sędziów i adwokatów. 

background image

Przy najbliższej okazji nabyłem ubranie najbardziej kolorowe ze wszystkich i 

broń, której wybór doradził mi spotkany przypadkowo traper. I dobrze mi 

doradził. Zmieniwszy strój, zmieniłem także nazwisko. 

Pozostaliśmy we dwóch: Francis i ja, a wiodło nam się bardzo różnie. Roger 

Drake jakby pod ziemię się zapadł. Moje oszczędności pieniężne stopniały. 

Trzeba było przerwać pogoń i poszukać zarobku. Różnych wówczas robót się 

imałem. Pracowałem przy budowie ostatniego odcinka linii Union Pacific, byłem 

przewodnikiem osadniczych karawan, które wiodłem przez bezdroża, aż na 

koniec zachorowałem. Gdyby nie Francis, prawdopodobnie umarłbym nie tyle z 

choroby, ile z głodu. To właśnie wówczas wyłysiałem. Już nikt nie poznałby we 

mnie zastępcy szeryfa z Little Price. 

Kiedy wróciły mi siły, zdecydowałem, że dłużej nie powinienem korzystać z 

pomocy chłopca, że należy go skierować na jakąś inną drogę życiową. Dalsze 

uganianie się po prerii nie stwarzało mu perspektyw lepszej przyszłości. 

Przypadek przyszedł mi z pomocą. W pogoni za mylnym, jak się okazało, tropem 

dotarliśmy aż do fortu Huachuca w Arizonie. Komendant — nie pamiętam jego 

nazwiska — zainteresował się nami. Przypuszczam, że z nudów. Skorzystałem 

jednak z tego, aby mu opowiedzieć o historii Drake'a i podać dokładny rysopis 

bandyty. Jego ciekawość jeszcze wzrosła. Wykorzystałem ją w interesie Francisa. 

I dopiąłem swego. Chłopak został przyjęty do wojska. Odtąd odwiedzałem go co 

pewien czas, informując o swych nadal bezskutecznych poszukiwaniach. Jak się 

one zakończyły, już pan wie, doktorze. 

Cóż jeszcze dodać? Stałem się znakomitym strzelcem, dobrym jeźdźcem i chyba 

nie pozostało we mnie nic z prawnika poza wspomnieniami. 

— A szeryf Pooł? — zagadnąłem. 

— Nie wiem, nigdy go więcej nie spotkałem. 

— Przerażająca historia — szepnąłem. — Ale... co pana skłoniło, Colorado, do 

opowiedzenia tego wszystkiego? 

— Hm, tylko proszę się nie śmiać.. 

background image

— Skądże. 

Zaiste, nie do śmiechu mi było. 

— Widzi pan, doktorze, po prostu... zgubiłem mój talizman, fajkę. 

— Colorado — obruszyłem się — chyba nie mówi pan poważnie? 

Nie zdążył odpowiedzieć, gdy zaszeleściły krzaki i na polankę wyszedł Karol. 

— Co tu robicie? Szukam was wszędzie. Chodźcie. Pehnulte nas wzywa, już czas. 

Dopiero teraz spostrzegłem, iż zieleń drzew i krzewów pociemniała. Spojrzałem 

w niebo. Szarzało. A więc zbliżał się termin wyznaczony przez wodza Apaczów. 

Wróciliśmy do wąwozu, ale nie do miejsca, w którym znajdowała się skalista 

brama, lecz na górę, gdzie wzdłuż krawędzi rozpadliny, wśród gęstwy roślin 

wojownicy Mescalerów długim szeregiem otaczali wąwóz. Pehnulte skinął nam 

głową: 

— Czy moi przyjaciele są gotowi?  

Karol przytaknął. 

— To dobrze. Czas upłynął. Teraz Pehnulte przemówi do Ostrego Noża. 

Podszedł do skraju urwiska, ja stanąłem tuż za nim, Colorado z lewej, obok 

Karola. Byliśmy widoczni dla tych, którzy znajdowali się w dole, ale cóż nam 

mogli uczynić? Wszelka próba ataku mogła tylko przynieść im klęskę ostateczną. 

Dostrzegłem, jak na nasz widok zebrała się grupka Indian dokoła ledwie 

żarzącego się ogniska. Nieco dalej ujrzałem mną grupkę — to musiał być Lesser 

ze swymi towarzyszami i z jeńcem. 

Pehnulte spoglądał przez chwilę w tym samym kierunku, na koniec zawołał 

donośnym głosem: 

— Wzywam Ostrego Noża! Niech jego uszy otworzą się na dźwięk moich słów! 

Wzywam po raz ostatni wojowników Lipan, aby złożyli broń i wydali w nasze 

ręce blade twarze, które się wśród nich znajdują. Jeśli to uczynią, puszczę ich 

wolno. Jeśli tego nie uczynią, zginą! Howgh! 

Przestał mówić i wsparł się na lufie swej długiej rusznicy. Czekaliśmy na 

odpowiedź. 

background image

Ujrzałem jak z grupy wojowników wystąpił Ostry Nóż i podniósł rękę na znak, iż 

chce przemówić. Nie przemówił jednak, bo w tej samej sekundzie grzmot strzału 

zakłócił ciszę. Zanim przebrzmiał, dostrzegłem, jak Pehnulte błyskawicznie 

przyłożył rusznicę do ramienia i nacisnął cyngiel.  

Nie wiedziałem, kto do nas strzelił, nie zauważyłem, do kogo celował i kogo trafił 

Wielki Jeleń. Karol szarpnął mnie za rękę. 

Odwróciłem się gwałtownie. Spostrzegłem, iż Colorado słania się na nogach. 

Natychmiast znalazłem się przy nim. Osunął się na kolana, podtrzymałem go. 

— Co się stało?! — krzyknąłem. 

— To Lesser — powiedział Karol starając się przekrzyczeć wrzawę, jaka 

buchnęła z głębi wąwozu. — To Lesser. Ta kula była przeznaczona dla mnie. 

Colorado... 

— Połóżmy go ostrożnie — zakomenderowałem. — Karolu, pobiegnij po moją 

apteczkę. 

Gorączkowo rozpinałem kolorową kurtę trapera. 

— Leż, Colorado, spokojnie — powtarzałem opanowując wzburzenie. — 

Zobaczę, gdzie cię draśnięto. 

Uśmiechnął się z wysiłkiem: 

— To już koniec, doktorze. To nie draśnięcie... czuję...". Rozerwałem kurtę. Na 

czerwonej koszuli zwiększała się z każdą sekundą czerwieńsza jeszcze plama. 

Nagle głowa starego trapera bezwładnie opadła w bok. Schwyciłem go za 

przegub ręki. Nie wyczułem już tętna. 

— Colorado! — krzyknąłem. — Colorado... 

Jakaś postać uklękła obok mnie i odezwała się stłumionym głosem: 

— On już jest w krainie wiecznych łowów. Ale morderca poniósł karę. 

— Nic nie przywróci życia Colorado... — rzekłem przez zaciśnięte gardło, 

bardziej do siebie niż do Pehnulte. 

— To był wielki wojownik. 

— Był... — powtórzyłem machinalnie. 

background image

Cóż jeszcze mam dodać, aby opowieść o Samuelu Lyttonie, zwanym Colorado, 

została zakończona? 

Chyba tylko to, iż pochowaliśmy trapera pod samotnym drzewem, na skraju 

zielonej polany. U nóg złożyliśmy broń, która mu służyła tak wiernie, oraz 

wszystkie drobiazgi wydobyte z juków jego siodła. Kiedy je opróżniałem, coś 

wypadło i stuknęło o kamień. To była fajka—talizman, którą stary traper uznał za 

zgubioną. 

Następnego dnia o świcie opuścili nas wojownicy Lipan z Ostrym Nożem na 

czele. Pehnulte dotrzymał słowa. Zanim odeszli, Ostry Nóż oddał w nasze ręce 

wspólników Lessera. Sam Lesser nie żył, trafiony śmiertelnie z rusznicy 

Pehnulte. Co natomiast stało się z człowiekiem wysłanym przez Lessera z 

wąwozu na zwiady — nigdy się nie dowiedziałem. Przypuszczam, iż zorientował 

się w sytuacji i zbiegł. 

Opuściwszy okolicę wąwozu udaliśmy się w długą i kłopotliwą wędrówkę z 

jeńcami i uwolnionym O'Brienem. Jego radość z odzyskania swobody mocno 

została przytłumiona wiadomością o śmierci przyjaciela. 

Po kilku dniach zahaczyliśmy o miasteczko (nazwy jego nie pamiętam), w 

którym urzędował nie tylko szeryf, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności i 

sędzia. We trzech (Karol, O'Brien i ja) złożyliśmy wizytę sędziemu. Nasze 

zeznania jak najformalniej spisano, a rabusie zostali czasowo osadzeni w 

miejscowym areszcie do chwili sądowej rozprawy. Cała ta operacja zajęła nam 

zaledwie parę godzin, podczas których Pehnulte ze swymi wojownikami czekał 

na nas w odległości kilku mil od miasteczka. 

Z kolei udaliśmy się do Doliny Śmierci, ale już tylko we czwórkę (Karol, 

Pehnulte, O'Brien i ja). Pehnulte odprawił swych wojowników. Samuel O'Brien 

był w widoczny sposób zgnębiony. Śmierć Colorado musiała stać się dlań 

głębokim wstrząsem. I może dlatego bez chwili wahania wskazał miejsce, w 

którym na nowo zakopał zgromadzone przez Lessera kosztowności. 

Jazdy do doliny nie opisuję. Była uciążliwa, ale i nudna. Złoto wydobyto i znów 

background image

zakopano w innym miejscu. 

Na ten czas Samuel O’Brien musiał opuścić dolinę i biwakować poza jej 

granicami. Dla ostrożności... towarzyszyłem mu przez kilka godzin. Nie 

mogliśmy przecież obdarzać farmera pełnym zaufaniem. Liczę na to, że łupieski 

skarb nigdy już nie zostanie wydobyty. Zbyt wiele zła spowodował. 

Na tym nasze wędrówki jeszcze się nie zakończyły. Z kolei udaliśmy się z 

O’Brienem do Santa Rosa. Stary farmer podczas spotkania z żoną i synem okazał 

znacznie mniej radości, niż tego można było się spodziewać. Z Santa Rosa — już 

z całą rodziną O’Brienów — wyruszyliśmy na pogorzelisko farmy. 

Przypuszczałem, iż jej właściciel będzie rozpaczał na widok zmarnowanego 

dorobku paroletniej pracy. Jednakże pomyliłem się. Wykazał dużo hartu ducha. 

Widocznie pod wrażeniem śmierci przyjaciela szkodę materialną uznał w tych 

okolicznościach za rzecz małej wagi. 

Tego samego dnia pożegnaliśmy się z rodziną 0'Brienów. Dodam, że za zgodą 

Karola i Pehnulte koń, którego dosiadał Colorado, został przekazany Samuelowi 

O'Brien. 

Spory szmat drogi towarzyszył nam Pehnulte, namawiając do odwiedzin jego 

obozowiska. Przypuszczam, iż pragnął, abyśmy byli świadkami nagany, jakiej za-

mierzał udzielić Małemu Jeleniowi. I właśnie dlatego — odmówiliśmy! Nie 

chcąc naszą obecnością do reszty pognębić człowieka, który działał chyba w 

dobrej wierze, chociaż w złej sprawie. Zresztą po niebie gnały już jesienne 

chmury, a zimny wiatr dotkliwie dawał się we znaki. Zbliżała się najprzykrzejsza 

w tych stronach pora roku. 

Rozstaliśmy się więc z wodzem Apaczów Mescalero, obiecując którejś wiosny 

zawitać tu znowu i razem ruszyć do Meksyku, do hacjendy don Gonzalesa. Bo i z 

tej podróży musieliśmy obecnie zrezygnować. Tyle czasu zajął nam pościg za 

niedobitkami bandy Lessera. 

 

A teraz... 

background image

Cóż? Fajkę Colorado mam u siebie, w Milwaukee. Wisi na rzemyku na ścianie w 

moim lekarskim gabinecie. Spoglądam na nią często i nie żałuję, że ją zabrałem. 

Pozwala mi myśleć o starym traperze jako o kimś kto nadal żyje, tylko odjechał 

daleko, daleko. Dalej niż sięgają zielone prerie Nowego Meksyku. 

 

 

background image

 

 

Spis treści 

Tak się zaczęło ...................... 2 

Tropy nad wodą.................... 17 

Tropy po raz drugi.................29 

Dymy nad prerią.................... 46 

W niewoli.............................. 58 

Ognisko w lesie..................... 74 

Pościg.................................... 87 

Samotny jeździec................. 108 

Dom na pustkowiu............... 116 

Nocna wędrówka................. 131 

Samotny trop........................ 145 

Pułapka ................................ 158 

Pehnulte................................ 170 

Deszczowa Góra................... 184 

Przed walką........................... 199 

Tajemnica starego trapera......213 

Tajemnicy ciąg dalszy.......... 230 

Ostatni strzał......................... 251