background image

Harry Harrison 

 

 

 

Zemsta Stalowego Szczura 

(Przekład: Jarosław Kotarski) 

background image

Sterczałem w kolejce równie wytrwale, jak cała gromada podatników, i ściskałem w ręce 

zabazgrany formularz i gotówkę - starożytny, prawie nigdzie już nie stosowany środek płatności 

pod  postacią  rulonika  zielonych papierków;  lokalne dziwactwo,  które  drogo  będzie  kosztowało 

miejscowych  klientów.  Coś  swędziło  mnie  niemiłosiernie  pod  sztuczną  brodą.  Drapałem  się 

akurat, gdy facet przede mną odszedł od okienka i nadeszła moja kolej. Paluch utkwił mi w tym 

cholernym kleju. Największym moim zmartwieniem było w tej chwili - jak wyciągnąć palec, nie 

ściągając przy okazji zarostu. Zgromadzone w tym miejscu szerokie audytorium miało za chwilę 

zaznać  wystarczająco  wielu  wrażeń  i  chciałem  zaoszczędzić  im  jeszcze  jednego, 

nadprogramowego. 

- Dalej, niechże pan mi to wreszcie poda! - dobiegło mnie zza okienka. Urzędniczka była 

stara, brzydka jak nieszczęście i na dodatek zrzędliwa. 

- Wprost przeciwnie - odezwałem się uprzejmie. Ten cholerny klej w końcu puścił, druki i 

banknoty  sfrunęły  na  ladę  i  odsłoniły  moją  siedemdziesiątkę  piątkę  z  rakietowo  napędzanymi 

pociskami.  -  To  raczej  niech  pani  da  mi  w  końcu  to,  co  wycisnęliście  z  biedaków 

zamieszkujących to zadupie. 

Uśmiechnąłem  się  przy  tym  rozbrajająco.  Babsztyl  pisnął  przeraźliwie  i  czym  prędzej 

zaczął  grzebać  w  kasie.  By  ułatwić  jej  podjęcie  właściwej  decyzji,  wyszczerzyłem  zęby,  które 

uprzednio  pokryłem  całkiem  porządną,  karminową  farbą.  Gdy  pchnięte  ku  mnie  pieniądze 

znalazły  się  w  zasięgu  mojej  ręki,  zacząłem  upychać  je  systematycznie  do  górnej  kieszeni 

płaszcza. Moją słodką tajemnicą był fakt, że miała ona połączenie z innymi kieszeniami. 

- Co pan robi? - sapnął stojący za mną facet z wytrzeszczonymi obecnie solidnie oczami. 

- Podejmuję forsę - odparłem zgodnie z prawdą i cisnąłem mu plik banknotów. - Też pan 

chce? 

Złapał  odruchowo  banknoty  i  oczy  jeszcze  bardziej  wyszły  mu  z  orbit.  Jednocześnie 

ryknął  alarm  i  usłyszałem  trzask  blokowanych drzwi.  Urzędniczka usiłowała  ulotnić  się  w  tym 

czasie,  jednak  kolejny  błysk  mego  serdecznego  uśmiechu  skutecznie  ją  powstrzymał  i  forsa 

płynęła dalej. Ludzie biegali w popłochu, a strażnicy, z zapałem wymachując bronią, rozglądali 

się gorączkowo za kimś, kogo można by ustrzelić. Wdusiłem więc guzik trzymanego w kieszeni 

nadajnika  i  w całym  banku  rozbrzmiała  seria  mocnych  eksplozji. Wywaliło wszystkie  kosze na 

śmieci,  w  których  uprzednio  umieściłem  profilaktycznie  bomby  gazowe.  Przestałem  na  chwilę 

background image

interesować  się  inkasowaniem  gotówki,  nałożyłem  natomiast  hermetyczne  gogle  i  nalepiłem 

porządny  plaster  na  usta  -  to  ostatnie po  to,  by  zmusić  się  do  oddychania przez  nos,  w  którym 

tkwiły  przeciwgazowe  filtry.  Następnie  rozejrzałem  się  wokół.  Widok  był  fascynujący.  Gaz 

oślepiający  jest  bezbarwny  i  bezwonny,  działa  jednak  prawie  natychmiast.  W  ciągu  piętnastu 

sekund od pierwszego wybuchu wszyscy wewnątrz budynku byli ślepi. Z wyjątkiem oczywiście 

Jamesa  Bolivara  DiGriz,  czyli  mnie.  Jako  jednostka  niepospolicie  utalentowana  (stąd  zresztą 

przezwisko Stalowy Szczur) załadowałem resztę gotówki i wziąłem azymut na najbliższe drzwi. 

Moja dobrodziejka z drugiej strony lady ulotniła się definitywnie. Nie było jej widać, za 

to było  ją doskonale  słychać - gdzieś z podłogi. Wrzeszczało zresztą  wszystko, co się  ruszało - 

poza  mną,  oczywiście.  Zaiste,  pełne  grozy  są  chwile  spędzone  przez  normalnego  człowieka  w 

kraju  ślepców.  W koło wszyscy poruszali  się po omacku i  co  chwila  się przewracali.  Dotarłem 

szczęśliwie  do  drzwi,  przy  których  -  na  zewnątrz  -  zebrał  się  już  całkiem  spory  tłum  gapiów. 

Pomachałem im ręką, co - doprawdy nie wiem dlaczego - przyprawiło ich o drgawki i zmusiło do 

gwałtownej  ucieczki.  Przestrzeliłem  zamek,  ustawiwszy  broń  tak,  by  kule  przeleciały  ludziom 

nad  głowami,  i  kopnąłem  drzwi.  Zanim  wygramoliłem  się  na  zewnątrz,  rzuciłem  jeszcze 

krzykacza na chodnik i wpakowałem do uszu stopery. 

Krzykacz wystartował i od razu wszyscy się rozbiegli. Nie ma się innego wyboru, gdy coś 

takiego  drze  mordę.  Wysyła  toto  dźwięki  o  natężeniu  równym  solidnemu  trzęsieniu  ziemi. 

Niektóre  są  słyszalne  -  na  przykład  odgłos,  który  odbiera  się  jako  wzmocniony  silnie  pisk 

paznokcia skrobiącego po szkle, inne zaś, będąc poddźwiękami, stwarzają nastrój paniki i grozy. 

Nieszkodliwy w sumie drobiazg, ale jak pożyteczny. 

Tak czy inaczej - ulica była pusta, gdy dobiegałem do wozu, który właśnie zatrzymał się 

przy krawężniku. Mimo stoperów łeb mi pękał od tego jazgotu. Odetchnąłem dopiero wtedy, gdy 

doskonale dźwiękoszczelny  i  hermetyczny  wóz  ruszył z  miejsca  i  skierował  się  w  perspektywę 

ulicy. 

-  Wszystko  w  porządku?  -  spytała  siedząca  przy  kierownicy  Angelina,  biorąc  zakręt  z 

nonszalancją zatwardziałego samobójcy. 

- Poszło jak po maśle. 

-  Twoje  porównania  pozostawiają  wiele  do  życzenia  pod  względem  poprawności  i 

czystości języka. 

-  Przepraszam,  ale  wczesnoporanna  praca  nigdy  nie  wpływała  dobrze  na  moje 

background image

samopoczucie i zdolności. A poza tym, ten płaszcz zawiera obecnie o wiele więcej forsy, niż 

zdążymy wydać. 

- O to już nie musisz się martwić! - stwierdziła z czarującym uśmiechem. Miałem ochotę 

ją ucałować, potrzebowała jednak całego dostępnego refleksu, by nie zabić nas w tej przejażdżce, 

poprzestałem zatem na przyjacielskim poklepaniu jej po ramieniu. 

Wetknąłem  gumę do żucia w usta - trzeba było pozbyć się  tego przerażającego kolorytu 

uzębienia  -  i  zająłem  się  zdejmowaniem  charakteryzacji.  Angelina  skręciła  tymczasem  w 

przecznicę,  zwolniła  i  skręciła  ponownie.  W  zasięgu  wzroku  było  pusto.  Nacisnęła  malutki 

czerwony guzik. 

Jakie to interesujące rzeczy zdarza się ludziom wymyślać. Tablice rejestracyjne obróciły 

się  natychmiast.  Lecz  to  było  akurat  dość  banalne.  Z  dysz  na  przednim  zderzaku  trysnęły 

strumienie katalizatora. Wszędzie, gdzie stykał się z błękitem karoserii, zmieniał go natychmiast 

w  twarzową  czerwień.  Z  wyjątkiem  górnej  części  wozu,  która  odzyskała  dziewiczą 

przezroczystość.  To,  co  sprawiało  wrażenie  galwanizowanej  chromem  powierzchni,  rozpuściło 

się. Przy okazji zmieniła się też marka wozu. 

Gdy  tylko  proces ów  dobiegł  końca,  Angelina ściągnęła  ognistopomarańczową perukę  i 

zawróciła  w  stronę banku.  Przejąłem na  chwilę  kierownicę,  gdy  pakowała  nasze przebrania do 

skrytki i nakładała oszałamiające okulary przeciwsłoneczne. 

- Dokąd teraz? - zapytała, gdy obok nas przemknęło stadko wyjących patrolowców. 

- Myślałem o plaży. Wiatr, słońce - to zdrowe i orzeźwiające... 

- Nawet bardzo, jeśli można ci przerwać. - Poklepała się po zaokrąglonym wybrzuszeniu 

przepony  z  uśmiechem,  w  którym  było  coś  więcej  niż  tylko  zadowolenie.  -  To  już  siódmy 

miesiąc.  A  poza  tym...  -  popatrzyła  na  mnie  naburmuszona  -  to  mi  przypomina,  że  obiecałeś 

zrobić  ze  mnie  uczciwą  kobietę,  abyśmy  mogli  wreszcie  nazwać  ten  okres  miodowym  mie-

siącem. 

- W pierwszej nadarzającej się chwili, moja ty śliczna. Nie chcę z ciebie zrobić uczciwej 

kobiety - to byłoby zresztą fizycznie niemożliwe. Jesteś tak samo podszyta złodziejstwem jak ja. 

Lecz z całą pewnością ożenię się z tobą i wsunę najkosztowniejszą... 

- Ukradzioną! 

- ...obrączkę na ten delikatny  paluszek. Przysięgam! Obiecuję!  Ale gdy  tylko  spróbujesz 

zalegalizować nasz  związek,  połknie  nas  komputer  i  skończy  się babci  sranie  razem z naszymi 

background image

wakacjami. 

- A ty dostaniesz dożywocie. Lepiej jednak będzie, jeśli złapią cię teraz, zanim będę zbyt 

gruba,  by  za  tobą  biegać.  Teraz  pojedziemy  do  tego  ośrodka  nad  morzem  i  nacieszymy  się 

ostatnim dniem wolności. A jutro, zaraz po śniadaniu bierzemy ślub. Obiecujesz? 

- Mam tylko jedno pytanie... 

- Obiecaj! Za dobrze znam twoje numery! 

- Masz moje słowo. Tylko że... 

Zahamowała  nagle  z  poślizgiem  i  okazało  się,  że  spoglądam  w  lufę  mojego  własnego 

gnata.  Z  tej perspektywy  była  ona  przerażająco  wielka,  a  palec  na  spuście  charakteryzował  się 

niezdrową bielą. 

-  Obiecaj,  ty  śliski,  oszukańczy,  kłamliwy  i  trzeciorzędny  włamywaczu  od  siedmiu 

boleści, albo wypruję ci flaki! 

- Ty mnie naprawdę kochasz!? 

- Oczywiście, że cię kocham! Ale jeśli nie będę cię miała dla siebie, to sama cię ukatrupię. 

No, gadaj! 

- Pobieramy się rano. 

- Jak trudno jest niektórych przekonać! - westchnęła, wsuwając broń do kieszeni i lokując 

siebie w moich ramionach. 

Potem  pocałowała  mnie  tak  czule,  ze  byłem  niemal  gotów  cieszyć  się  zapowiedzią 

jutrzejszego dnia. 

background image

-  Dokąd  to,  Chytry  Jimie?  -  Angelina  wychylała  się  przez  okno  naszego  pokoju. 

Zatrzymałem się z ręką na klamce furtki. 

- Idę popływać, kochanie! - odwrzasnąłem i nacisnąłem klamkę. 

Ryknęła siedemdziesiątka piątka  i z całego urządzenia  wejściowego cała została  jedynie 

klamka. 

- Rozepnij się! - odezwała się z odcieniem życzliwości, dmuchając w lufę. 

Wzruszyłem  z  rezygnacją  ramionami  i  rozpiąłem  płaszcz  kąpielowy.  Poza  tym,  że  nogi 

miałem gołe, byłem całkowicie ubrany (buty tkwiły w kieszeniach marynarki). Pokiwała piękną 

głową ze zrozumieniem. 

- Możesz wracać na górę. Wykąpiesz się w wannie. 

- Tylko mnie źle nie zrozum. Chciałem jeszcze po drodze wpaść do kilku sklepów i... 

- Na górę! 

Poszedłem.  Nie było nawet  sensu  kląć. Lekarze  Korpusu  rozsupłali  splątane  niteczki jej 

podświadomości  i  wprowadzili  w  normalne,  szczęśliwe  ludzkie  życie.  Ale  gdy  przychodziły 

momenty  krytyczne,  stawała się dawną Angeliną - najokrutniejszym mordercą,  jakiego znałem. 

Westchnąłem i wszedłem na schody. Jeszcze głębiej westchnąłem, gdy zobaczyłem, że płacze. 

- Nie kochasz mnie. - Klasyczny gambit funkcjonujący od czasu pierwszej baby w raju i 

nadal nie do rozwiązania. 

-  Kochanie, naturalnie, że  cię  kocham.  -  Bo  i  faktycznie,  kochałem  ją.  -  To  tylko...  taki 

odruch.  Kocham cię, ale małżeństwo...  to  jak  pójście do  więzienia,  a  ja, jak wiesz, nigdy  dotąd 

tam nie trafiłem. 

- To wyzwolenie, a nie niewola - usłyszałem, gdy zabrała się do makijażu. - To jak kąpiel 

w zimnej wodzie. Trzeba szybko do niej wejść i wszystko potem jest OK. A teraz opuść nogawki 

i włóż buty. 

Zrobiłem,  co  chciała,  i  miałem  właśnie  powiedzieć,  co  sądzę  o  tym  głupawym 

stwierdzeniu,  gdy  ujrzałem  otwierające  się  drzwi,  za  którymi  stał  Mistrz  Ceremonii  i  dwóch 

świadków. Angelina ujęła mnie za rękę (tym razem zrobiła to łagodnie) i pociągnęła do drugiego 

pokoju. Usłyszałem dźwięk organów i oczy zakryła mi mgła. 

Gdy  odzyskałem  zdolność  wyraźnego  widzenia,  organy  wybrząkiwały  właśnie  ostatnie 

tony,  drzwi  zamykały  się  za  świadkami,  a  Angelina  oglądała  paluszek  ozdobiony  obrączką. 

background image

Jęknąłem. 

Na kredensie stało parę  flaszek. Sam nie wiem,  jak  odnalazłem  kolbiastą butelkę Syrian 

Panther  Sweat 20.  Pewien jestem tylko,  że nie zawdzięczałem  tego  moim oczom.  Samogon  ten 

ma  tak  owocne  działanie,  że  jego  sprzedaż  zakażana  jest  na  przynajmniej  połowie 

cywilizowanych planet. Najskuteczniej działa w dawce równej pełnemu kubkowi. 

Wypiłem dwa i pogrążyłem się w niewesołych rozważaniach. Musiało mi to zająć trochę 

czasu,  gdyż  Angelina,  moja  Angelina  (z  trudem  powstrzymywany  jęk),  stała  przede  mną  w 

marynarskich spodniach i swetrze, ze spakowanymi torbami. Szarpnięciem wytrąciła mi szklankę 

z dłoni. 

- Tak sobie na boczku świętujemy? - powiedziała jak najuprzejmiej. - Na to będzie czas 

wieczorem. Teraz zjeżdżajmy stąd. Jak tylko nasze nazwiska wpadną do komputera, to wszystko 

strzeli i zajaśnieje jak knajpa w dniu wypłaty. Sądzę, że gliny gotowe są zesrać się, byle tylko nas 

dostać. 

- Cisza - rozkazałem łapiąc pion. - Ten obrazek już znam. Bierz samochód i jazda. 

Zaofiarowałem  pomoc  przy  wynoszeniu  rzeczy,  ale  zanim  zdążyłem  wyrazić  tę 

propozycję głośno, Angelina była już w połowie schodów. Zachęcony jej przykładem, namierzy-

łem przeszkody terenowe i ruszyłem za nią. Samochód stał z otwartymi drzwiami i pomrukiwał 

niecierpliwie,  a  siedząca  za  kierownicą  Angelina  pomrukiwała  w  innej  tonacji,  lecz  również 

niecierpliwie. 

Gdy  wgramoliłem  się  do  środka,  zaczęły  do  mojej  kory  mózgowej  docierać  pierwsze 

oznaki, że łapię kontakt z rzeczywistością. Ten wóz, podobnie jak wszystkie pojazdy używane na 

Karnacie,  działał na parę generowaną dzięki spalaniu pewnego rodzaju  torfu.  Używano do tego 

pomysłowego  i  niepotrzebnie  skomplikowanego  urządzenia.  Potrzeba  było  co  najmniej 

trzydziestu  minut  na  podniesienie  pary  do  poziomu,  który  umożliwiał  jazdę.  Angelina  musiała 

zatem  rozgrzać  wóz  jeszcze  przed  ślubem,  planując  dokładnie  wszystkie  pozostałe 

przedsięwzięcia. Jak dotąd, jedynym moim wkładem w imprezę był ten prywatny drink. To mi o 

czymś przypomniało. 

- Masz tabletkę? - wychrypiałem. 

Zanim  skończyłem  mówić,  tabletka  leżała  już  na  mojej  otwartej  dłoni.  Mała,  różowa,  z 

trupią  główką;  wstrząsający  wynalazek  jakiegoś  szalonego  chemika.  Działała  jak  metaboliczny 

odkurzacz,  wyrzucając  z  żołądka  jego  zawartość  i  dokonując  blitzkriegu  w  układzie 

background image

krwionośnym.  Usuwała  nie  tylko  alkohol,  ale  również  wszystkie  skutki  picia  tak  dokładnie,  że 

godna  współczucia  ofiara  alkoholizmu  stawała  się  trzeźwa  jak  noworodek.  Z  rezygnacją 

połknąłem to diabelstwo. 

Mówi  się, że  to działa błyskawicznie, lecz czas  jest pojęciem względnym. Subiektywnie 

trwało to ze trzy godziny; przypominało doznania delikwenta, którego żołądek wypełniają nagle 

wodą i to aż do pęknięcia, a zaraz potem woda owa wypływa wszystkimi porami ciała. 

- Uff - odezwałem się słabym głosem i wytarłem czoło. 

Obok  nas  przemykały  właśnie  ostatnie  domy  jakiejś  wioski.  Angelina  prowadziła  z 

chłodną obojętnością, a generator pobrzękiwał wesoło po zjedzeniu następnego kawałka torfu. 

-  Mam  nadzieję,  że  ci  przeszło?  -  Skręciła  na  krzyżówce  i  dalej  pruła  z  poprzednią 

szybkością. - Ogłosili już alarm. Wojsko, z lotnictwem, i inne takie. Mam ich na podsłuchu. 

- Co o tym sądzisz? 

-  Marnie.  Chyba  że  coś  wymyślisz.  Zrobili  solidny  pierścień z parasolem powietrznym. 

Teraz go zacieśniają. 

Nie  doszedłem  jeszcze  do  siebie.  Istniało  bezpośrednie  połączenie  miedzy  moimi 

splątanymi  myślami  a  strunami  głosowymi,  do  którego  to  połączenia  cenzura  inteligencji  nie 

miała dostępu. 

- Wspaniały początek nowego życia. Jeśli to ma tak dalej wyglądać, to nic dziwnego, że 

unikałem ślubu jak zarazy. 

Wóz  zatrzymał  się  na  poboczu  pod  niebieskolistnym  drzewem.  Trzasnęły  drzwi,  a  w 

oknie pojawiła się sięgająca po torbę ręka Angeliny. Usiłowałem ją powstrzymać. 

- Jestem idiotą... 

- Zatem ja też jestem idiotką, bo wyszłam za ciebie. - Jej głos nie zwiastował rychłych łez, 

i to było właśnie najgorsze; znaczyło, że za wszelką cenę chce nad sobą panować. - Oszukałam 

cię  i  wciągnęłam  w  małżeństwo,  bo  wydawało  mi  się,  że  tego  właśnie  pragniesz.  Myliłam  się, 

więc  skończmy  całą  sprawę,  zanim  jeszcze  na  dobre  się  zaczęła.  Przykro  mi,  Jim.  Otworzyłeś 

przede mną nowe życie i myślałam, że i mnie uda się zrobić coś dla ciebie. Naprawdę, fajnie było 

cię  poznać.  Dzięki  -  i  do  widzenia.  Zanim  skończyła,  zebrałem  się  mniej  więcej  do  kupy. 

Stanąłem przed nią, blokując drogę, i jak najdelikatniej wziąłem ją w objęcia. 

-  Angelino,  powiem  ci  teraz  jedną  rzecz,  której  nie  usłyszysz  już  więcej  ode  mnie  do 

końca moich dni. Słuchaj więc uważnie i zapamiętaj. Był taki czas, że nosiłem miano najlepszego 

background image

złodzieja  w  galaktyce.  Potem  wciągnięto  mnie  do  Korpusu,  gdzie  miałem  pomagać  w  łapaniu 

innych złodziei. I złapałem ciebie. Nie tylko pierwszej klasy złodziejkę, ale również najbardziej 

sadystyczną morderczynię, jaką znała galaktyka. - Poczułem, że drży, i przycisnąłem ją mocniej. 

- Trzeba to powiedzieć, właśnie taka bowiem byłaś. Teraz już nie jesteś. Miałaś po temu powody, 

teraz zostały już usunięte. Wyprostowano kilka rowków w twojej korze mózgowej. I kocham cię. 

Ale chcę, byś pamiętała, że kochałem cię również w tamtych, nie dających się wskrzesić dniach. 

Więc jeśli teraz zżymam się i trudno ze mną dojść do ładu i składu, pamiętaj, co ci powiedziałem, 

i weź to pod uwagę. OK? 

- Oczywiście, że tak! 

Upuściła torbę (na mój mały palec, ale nie ośmieliłem się nawet drgnąć) i bez słowa mnie 

objęła. Całowaliśmy się leżąc w wysokiej trawie, gdy przy naszym wozie zahamowały z piskiem 

dwa  motocykle.  Jedynie  policja  mogła  ich  używać,  jako  że  zdolne  były  do  osiągania  wielkich 

szybkości.  Ich  silniki  ładują  się  w  nocy  i  dają  całą  moc  na  koło  zamachowe,  które  w  dzień 

generuje  prąd  elektryczny  zasilający  dwa  motorki  w  kołach.  Skuteczne  i  nie  powodujące 

zanieczyszczenia środowiska. I bardzo niebezpieczne. 

-  To  ten  wóz,  Pooler!  -  krzyknął  jeden  z  policjantów  poprzez  ciągły  warkot  kół 

zamachowych. 

- Dam znać centrali. Nie mogli uciec daleko. Teraz już ich mamy! 

Nic  mnie  tak  nie  wpienia  jak  pewność  siebie  objawiana  przez  drobnych  urzędników.  O 

tak,  teraz  na  pewno  nas  już  mają.  Gdzieś  w  głębi  gardła  uwięzło  mi  warkniecie,  gdy  ten 

umundurowany  ignorant  wodził  nochalem  wokół  samochodu  i  gdy  w  chwilę  później  wlepił 

wzrok w naszą przytulną kryjówkę w trawie. Ciągle jeszcze się gapił, gdy złapałem go za szyję i 

ściągnąłem w dół, sugerując, by do nas dołączył.  Śmiesznie wyglądał z wytrzeszczonymi oczy-

ma,  wywalonym  językiem i  nabiegającą  krwią twarzą,  ale  Angelina  wszystko zepsuła. Zrzuciła 

mu  hełm  i  przygrzała  w  ciemię  obcasem  swego  pantofelka  (ze  stalowym  podkuciem). 

Pozwoliłem mu opaść na trawę. 

-  I  ty  mówisz,  że  ja  jestem  sadystką  -  wyszeptała  z  urazą  w  głosie.  -  No  to  co  można 

powiedzieć o tobie? 

- Przekazałem wiadomość. Teraz już na pewno ich mamy! - entuzjazmował się ten drugi. 

Zamilkł dość nagle, wpatrzony w otwór lufy, która pojawiła się na wysokości jego nosa. 

Angelina  wygrzebała  ze  swej  torby  pigułkę  nasenną  i  podsunęła  mu  ją  gestem  nieznoszącym 

background image

sprzeciwu. 

-  I  co  teraz,  szefie?  -  zapytała  radośnie,  wpatrując  się  w  dwie  postacie  w  czarnych 

uniformach leżące na drodze. 

- Myślę. - Skrzywiłem się, aby to podkreślić. - Mieliśmy ponad cztery miesiące wakacji, i 

to  bez  zmartwień,  lecz  wszystko,  co  dobre,  szybko  się  kończy.  Moglibyśmy  przedłużyć  sobie 

urlop,  sprawiając  różnym  ludziom  trochę  kłopotu.  Ale  nie  sądzę,  żebyś  w  swym  obecnym 

kształcie  nadawała  się  tak  naprawdę  do  ucieczek  i  tym  podobnych  fatygujących  imprez. 

Wracamy tam, skąd zwialiśmy? 

- Miałam nadzieję, że to właśnie powiesz. To niezdrowa mieszanka: poranna niestrawność 

i napad na bank. Fajnie jest wracać. 

- Zwłaszcza, że powitają nas z otwartymi ramionami. 

Pamiętają przecież, że odrzucili nasze prośby  o urlop  i przez to zmusili do obrabowania 

tego pocztowca. 

- Żeby nie wspominać już o pieniądzach na drobne wydatki, które zabraliśmy z banków, 

gdy zablokowali nasze konta. 

- Święte słowa. Chodź. Zrobimy to w wielkim stylu. 

Rozebraliśmy  obu  funkcjonariuszy.  Jeden  miał  różową  bieliznę,  drugi  wolał  praktyczną 

czerń,  ale  ozdobioną  koronką.  Mógł  to  być  lokalny  zwyczaj,  niemniej  zadumałem  się  nad 

stosunkami  panującymi  w  tutejszej  policji.  Byłem  zadowolony,  że  wyjeżdżamy.  W  zapiętych 

hełmach ruszyliśmy  drogą na  zdobycznych motorach, wesoło kiwając po drodze do  wszystkich 

czołgów  i  ciężarówek  przetaczających  się  w  przeciwnym  kierunku.  Zastopowałem  na  widok 

samotnej  pancerki  i  pokiwałem  ze  środka  drogi  do  kierowcy.  Angelina  zahamowała  w  obłoku 

kurzu za wozem - wydawało nam się, że widok policjanta w ciąży mógłby wstrząsnąć nawet ich 

systemem nerwowym. 

- Mamy ich! - ryknąłem w uchylone okno. - Ale mają radio, więc zachowaj to dla siebie. 

Jedź za nami! 

- Prowadź! - odwrzasnęło z zapałem wnętrze. 

Myśl  o  nagrodzie,  medalach  i  sławie  błysnęła  z  pewnością  załodze  przed  oczyma  i 

przyćmiła  słońce.  Poprowadziłem  ich  na  opuszczony  leśny  dukt  kończący  się  nad  jeziorkiem. 

Zahamowałem,  pokiwałem,  żeby  stanęli,  i  z  palcem  przy  ustach  pognałem  w  ich  stronę. 

Kierowca opuścił klapę i wychylił się z oczekiwaniem w oczach. 

background image

-  Potrzebny  wam  odpoczynek  -  poinformowałem  go  uprzejmie,  wrzucając  do  środka 

granat gazowy. 

Najpierw  pojawiła  się  chmura  dymu,  potem  rozległo  się  trochę  kaszlu  i  w  efekcie 

uzyskaliśmy dwie postacie śpiące cicho na trawie. 

-  Chcesz  zobaczyć  ich  bieliznę?  -  zainteresowała  się  Angelina.  Motory  potoczyły  się 

wesoło  po  stoku  i  parując  zatonęły  w  jeziorze.  Załadowaliśmy  się  do  pancerki  i  ruszyliśmy  w 

stronę  miasta.  Jechaliśmy  bocznymi  drogami.  Naszym  punktem  docelowym  była  Kwatera 

Główna tutejszej policji. Zaparkowaliśmy w podziemnym garażu, dziwnie teraz opustoszałym, i 

pojechaliśmy  windą  do  centrum  dyspozycyjnego.  Znalazłem  wolny  pokój  i  zostawiłem  w  nim 

Angelinę.  Wychodząc  zauważyłem,  że  zabawia  się  zapieczętowanymi  tajnymi  aktami. 

Nałożyłem  gogle  i  wlazłem  do  centrali.  Zostałem  zignorowany.  Facet,  z  którym  chciałem  się 

widzieć, spacerował po pokoju pykając z długaśnej fajki. Podbiegłem i zasalutowałem. 

- Przepraszam, czy Mr Inskipp? 

-  Taa...  -  mruknął,  dalej  koncentrując  wzrok  na  ściennej  tablicy,  która  przedstawiała 

graficznie przebieg pościgu. 

- Ktoś chce się z panem widzieć. 

-  Że  co?  Słuchani?  -  ciągle  był  rozkojarzony.  Harold  Peters  Inskipp,  dyrektor  i  główny 

mózg Korpusu Specjalnego rozkojarzony bywał nader rzadko. Najwyraźniej tego dnia nie był w 

formie, gdyż bez słowa podreptał za mną. Zdjąłem gogle i zamknąłem drzwi. 

-  Teraz  możemy  wracać  do  domciu  - powiedziałem. - Jeśli okażesz  się na  tyle  miły, by 

znaleźć jakiś sposób. Znudziła mi się ta przeklęta popularność. 

Wykrzywił  się  niesamowicie  i  zagryzł  ustnik  fajki.  Poprowadziłem  go  do  pokoju,  w 

którym została Angelina. Doszliśmy tam, zanim jeszcze go odblokowało, ponadto przez cały czas 

zajęty był wypluwaniem szczątków ustnika. 

background image

- Arrgh! - warknął Inskipp i potrząsnął resztką fajki. 

-  Pełne  ekspresji  -  odparłem uprzejmie,  wyciągnąwszy  z  kieszeni  cygaro.  -  Ale  zawiera 

minimalną dawkę informacji. Czy mógłbyś wyrażać się jaśniej? 

Odciąłem końcówkę - nawet nie chrupnęło. Perfekcja. 

- Czy wy wiecie, ile milionów kosztowała fala waszych napadów? Gospodarka Karnaty... 

- ...nie ucierpi ani na jotę. Rząd dokona zwrotu instytucjom, które doznały straty, a potem 

o tyle właśnie zmniejszy sumę odprowadzaną corocznie na cele Korpusu. A poza tym, te sukcesy 

-  podniecenie  w  społeczeństwie,  zwiększona  sprzedaż  gazet,  no  i  manewry  policji,  które  były 

prawdziwą  przyjemnością  dla  wszystkich  zainteresowanych.  Zamiast  się  denerwować,  powinni 

wypłacić nam za to wszystko nagrodę. 

Ze spokojem zapaliłem cygaro. 

-  Nie  graj  ze  mną  w  kulki.  Gdybym  oddał  was  władzom  Karnaty,  posiedzielibyście  w 

pierdlu przez sześćset lat. 

- Nie da się zrobić, Inskipp. Sam dobrze wiesz, jak bardzo brakuje ci polowych agentów, 

potrzebujesz nas bardziej niż my ciebie. Skończ więc gadać i zacznij myśleć. 

Warknąwszy  ostatni  raz,  zaczął  grzebać  w  koszu  na  śmieci  i  dobył  stamtąd  czerwoną 

skórzaną  teczkę,  która  zabrzęczała  ostrzegawczo.  Odcisnął  palce  na  zamku  i  zwolnił 

zabezpieczenie. Teczka otworzyła się. 

- Mam tu coś dla ciebie. Nadzwyczaj tajne i ważne. 

- Czy kiedyś dostanę coś innego? 

- Jest jednocześnie śmiertelnie niebezpieczne. 

- W  tajemnicy  przed wszystkimi  jesteś śmiertelnie zazdrosny o moje  referencje i chcesz 

mojej śmierci. Przestań się krygować i wal, o co chodzi. Angelina i ja poradzimy sobie lepiej niż 

ta zbieranina przedszkolaków i emerytów, jaką masz na usługach. 

- To jest robota tylko dla ciebie, Angelina jest, no cóż... - zaczerwienił się i wsadził nos w 

papiery. 

-  Heej!  Słyszycie?  -  ryknąłem  śmiechem.  -  Inskipp,  morderca  i  postrach  diabła, 

najzimniejszy drań, jakiego znam, szara  eminencja  galaktyki, nie potrafi wymówić  słowa  ciąża. 

A niemowlę! Poczekaj, a seks. To ładne słówko, no, dalej, powiedz no nam tu seks, i to trzy razy 

z rzędu, to ci dobrze zrobi... 

background image

-  Zamknij  się,  DiGriz.  W  końcu  się  z  nią  ożeniłeś,  to  świadczy,  że  została  ci  jeszcze 

szczypta przyzwoitości w tej szarej brei, którą uważasz za swój mózg. Ona zostaje. To robota dla 

jednej osoby i to akurat ty jesteś tą osobą. A ona najprawdopodobniej i tak zostanie wdową. 

- W czerni jest jej do twarzy. Tak łatwo się nie wyłgasz. 

-  Popatrz  lepiej  na  to,  potem  pogadamy  -  odparł,  wkładając  w  otwór  biurka  kasetę  z 

filmem. 

Światło  zgasło,  zaczęła  się  projekcja.  Kamera  była  prowadzona  ręcznie,  kolor  zanikał  - 

jednym  słowem,  amatorszczyzna  -  ale  był  to najlepszy  amatorski  film,  jaki  w życiu  widziałem. 

Materiał okazał się rewelacyjny. I nie było wątpliwości, że rzecz jest autentyczna. 

Ktoś bawił się w wojnę. Był słoneczny dzień z białymi obłoczkami chmur na błękitnym 

niebie  i  czarnymi  kłaczkami  wybuchów.  Ogień  nie  był  na  tyle  intensywny,  by  powstrzymać 

schodzące z orbity parkingowej transportowce. Port był średniej wielkości, w oddali widać było 

zabudowania  i  kilka  maszyn  towarowych.  Myśliwiec  spłynął  z  góry  i  ekranem  targnęły 

eksplozje,  w  których  zniknęło  stanowisko  obrony.  W  końcu  dotarło  do  mnie 

nieprawdopodobieństwo tego, co widziałem. 

- To są statki kosmiczne! - ryknąłem oskarżycielsko w stronę biurka. - Gdzie jest ten rząd 

składający  się  ze  skretyniałych  starców,  którzy  są  na  tyle  głupi,  żeby  marzyć  o  wygraniu 

międzyplanetarnej  wojny?  I  co  się  z  nimi  stało  po  jej  przegraniu?  No  i  co,  u  diabła,  ma  to 

wspólnego ze mną? 

Zabłysły światła. Inskipp pukał palcem w blat i przyglądał mi się z mieszaniną uznania i 

obrzydzenia. 

-  Dla  twojej  informacji:  ta  inwazja  zakończyła  się  pełnym  sukcesem.  Tak  zresztą  jak  i 

poprzednie. Film zrobił pewien przemytnik, nasz informator, który miał dość szczęścia i rozumu, 

żeby nawiać na samym początku operacji. 

Zatkało  mnie. Niewiele  można powiedzieć o wojnach międzyplanetarnych,  bo po prostu 

ich  nie  ma.  Coś  w  rodzaju  podboju  zakończonego  powodzeniem  zdarzało  się  jedynie  w 

przypadku planet bliźniaczych, czyli bytujących w jednym układzie gwiezdnym, z których jedna, 

powiedzmy,  była  wysoko  rozwinięta,  a  druga  zacofana.  Lecz  warunkiem  był  brak  obrony. 

Prawdziwej obrony. Każdy żołnierz, każda sztuka broni i każda racja żywnościowa muszą zostać 

wyniesione  ze  studni  grawitacji  planety  i  przeniesione  potem  przez  kosmos,  koszty  zaś 

potrzebnej  na  to  wszystko  energii  rosną  zastraszająco.  A  gdy  siły  desantowe  muszą  jeszcze 

background image

lądować  tylko  po  to,  by  stanąć  twarzą  w  twarz  ze  zdeterminowaną  obroną,  to  cała  inwazja 

pochłania tyle forsy, nie mówiąc już o stratach w ludziach, że staje się czystym nonsensem. Jeśli 

zaś brać pod uwagę wojnę pomiędzy dwoma planetami należącymi do odległych systemów, cała 

sprawa nabiera wyłącznie cech nieprawdopodobieństwa. 

No dobrze,  tyle zostało  udowodnione.  Wojna  międzyplanetarna  jest  niemożliwa.  Lecz  z 

drugiej  strony,  nic  nie  jest  niemożliwe,  jeśli  ktoś  weźmie  się  za  to  wystarczająco  poważnie,  a 

przemoc  i  wojna,  mimo  wieków  pokoju,  są  nadal  czymś  kuszącym  dla  wielu  przedstawicieli 

ludzkości. 

- Usiłujesz mi wiec wmówić, że ktoś dokonał udanej inwazji międzyplanetarnej? 

- I to niejednej. Wiem przynajmniej o czterech - uśmiechnął się złośliwie. 

- A ty i Unia wolelibyście, żeby nie zdarzyło się to po raz piąty? 

- Dokładnie tak, mój stary. 

- I ja jestem tym jeleniem, który ma się tym zająć? 

Wyciągnął rękę, wyjął mi cygaro ze zdrętwiałych palców i umieścił je w popielniczce, po 

czym uroczyście uścisnął mi dłoń. 

- Wiedziałem, że dobrze wybrałem. To robota tylko dla ciebie. Idź i zwyciężaj! 

Wyrwałem  dłoń z  jego zdradzieckiego uścisku,  wytarłem ją  z obrzydzeniem o spodnie i 

złapałem cygaro. 

-  Jestem  pewien,  że  załatwisz  mi  najlepszy  możliwy  urzędowy  pogrzeb,  na  jaki  stać 

Korpus.  Czy  będziesz  łaskaw  powiedzieć  mi  coś  jeszcze,  czy  od  razu  zawiążesz  mi  oczy  i 

wsadzisz do rakiety? 

-  Spokojnie,  mój  chłopcze.  Niewiele  się  o  tym  mówi,  ale  spowodowałoby  to  zbyt  duże 

zamieszanie w polityce. 

A  sami  zainteresowani  nie  mówią  nic.  Wielu  ludzi  straciło  życie,  żeby  dowiedzieć  się 

tego,  o  czym  ty  będziesz  wiedział  za  chwilę.  Inwazję  przeprowadziła  planeta  Cliaand  -  trzecia 

planeta w systemie Epsilon Indi. System składa się z około czterdziestu planet, ale tylko na trzech 

panują  warunki  umożliwiające  życie.  Cliaand  przejęła  już  parę  lat  temu  kontrolę  nad  dwiema 

pozostałymi,  ale  nie  uznaliśmy  tego  za  wystarczający  powód do  wszczynania  alarmu.  W  ciągu 

ostatniego  roku  natomiast  dokonali  czterech  udanych  inwazji  na  planety  w  innych  układach  i 

wydaje się, że myślą o czymś jeszcze większym. Nie wiemy, jak to robią, lecz wiemy, że robią to 

dobrze.  Na  podbitych  planetach  mamy  rozlokowanych  agentów,  ale  jak  dotąd,  nie 

background image

dowiedzieliśmy  się  niestety  niczego,  co  można  by  uznać  za  istotne.  Podjęto  więc  decyzję  - 

gdybym podał ci nazwiska ludzi, którzy ją podjęli, to stanąłbyś na baczność - aby wysłać naszego 

człowieka na Cliaand, by przeciął wreszcie ten gordyjski węzeł i doszedł prawdy. 

- Zamiast ubierać to wszystko w piękne słówka, powiem ci krótko, że to samobójstwo... 

-  Polecisz  tam.  Nie  ma  w  tej  chwili  żadnego  sposobu,  który  pozwoliłby  ci  się  z  tego 

wyłgać. 

Do reszty już zrezygnowany, wziąłem pod pachę kopię obfitującego w szczegóły raportu, 

kryształ  z  zapisem  ichniego  dialektu  i  wytrych  do  pościgowca.  W  bardzo  ponurym  nastroju 

wróciłem  do  kwatery,  w  której  moja  Angelina,  znudziwszy  się  tajnymi  aktami,  rzucała  sobie 

nożem  do  celu.  Cel  wyrysowany  na  ścianie  przypominał  kształtem  i  wielkością  zarys  ludzkiej 

głowy. Muszę obiektywnie przyznać, że Angelina była świetna - rzucając z odwróconej pozycji 

potrafiła trafić w czarną plamkę wielkości oka. 

-  Weź  zdjęcie  Inskippa  na  cel.  Sprawi  ci  to  większą  przyjemność  i  przyniesie  więcej 

pożytku. 

- Czyżby ten zły i okrutny starzec wysyłał mojego ukochanego gdzieś daleko? 

-  Ten  stary  cap  próbuje  mnie  wykończyć.  Ta  robota,  którą  mi  dał,  jest  tak  śmiertelnie 

tajna, że nie mogę pisnąć ani słówka, szczególnie tobie. Masz tu więc te zasrane papiery i sama je 

sobie przeczytaj. 

Wsunąłem  kryształ  do  mnemaków  i  nałożyłem  kask  -  materiał  miał  się  utrwalić 

bezpośrednio  w mojej  korze mózgowej.  Oszczędzało  to czasu  i nudnego  wkuwania,  fundowało 

za  to pierwszorzędny ból  głowy i płynną znajomość języka.  Nastąpiła konieczna dla dokonania 

procesu  przerwa  w  życiorysie,  po  czym  poczułem,  że  ktoś  zdejmuje  mi  kask,  podaje  jakąś 

tabletkę i równocześnie miękkie usta dotykają moich warg. Poczułem się o wiele lepiej. 

-  Próbują  cię  zabić,  ale  ty  będziesz  śmiał  się  tylko  z  tego  i  zwyciężysz,  a  któregoś 

pięknego dnia zajmiesz na pewno należne ci stanowisko Inskippa. 

- Martwisz się o mnie, moja kochana? - powiedziałem z nadzieją, unosząc powiekę. 

-  Cały  czas,  ale  taka  już dola  żony.  A  poza  tym  -  nie  mogę  stanąć  na  twojej drodze do 

kariery. 

-  Nie  wiedziałem  dotąd,  że  w  ogóle  jestem  na  takiej  drodze.  Dobrze,  że  mi  o  tym 

powiedziałaś. 

- Nie upadaj na duchu. Będę ci pomagała myśląc o tobie. Jak zamierzasz się tam dostać? 

background image

- Wezmę mój szybki i niezawodny pościgowiec; prostą drogą pomknę jak strzała i znajdę 

się poza zasięgiem radarów; ze świstem przetnę atmosferę... 

-  I rozlecisz się na  atomy. Masz,  przeczytaj  sobie  relację  jedynego,  który  ocalał z  takiej 

próby. Przeczytałem. Była bardzo przygnębiająca. 

-  Będziesz  na  siebie  uważał?  Nie  sądzę,  żeby  wskazane  było  obecnie  dla  mnie 

zamartwianie się. 

- Jeśli już masz ochotę się martwić, to  martw  się  raczej o  los  tej biednej planety,  której 

wypowiedziałem wojnę. 

Rozumiałem już w czym rzecz - był to jeden z tych przypadków chorobliwej manii, która 

zmusza nawet kanarki do noszenia mundurków, nie wspominając już o przeprowadzaniu poboru 

wśród kotów. Próba działania wprost jest dokładnie tym, czego oczekują i na co są przygotowani. 

Nic  nie  mają  natomiast  na  wypadek  pojawienia  się  jednej  osoby  zdolnej  przeprowadzić  akcję 

opartą  na  zaskoczeniu  i  maksymalnie  bezczelnym  zachowaniu.  Czyli,  inaczej  mówiąc,  nie  są 

przygotowani na nasz normalny sposób działania. 

Pocałowałem Angelinę i wyszedłem z dumnie podniesioną głową. Chciałbym być jednak 

w owej chwili chociaż w jednej setnej tak pewny siebie, jak to sugerowałem. 

background image

Moje  plany  były  precyzyjne  do  najdrobniejszych  szczególików;  cała  operacja  - 

gigantyczna.  Nieraz  ze  strony  Inskippa  padał  przeraźliwy  okrzyk  bólu  związany  z  kosztami,  ja 

jednak ignorowałem  równo  te wrzaski. To ja w  końcu nadstawiałem karku, zabezpieczyłem się 

zatem  na  wszystkie  strony  i  sposoby.  Ale  nawet  najbardziej  skomplikowane  przygotowania 

kiedyś się kończą, a wtedy prowadzi się jelenia na odstrzał. 

I  oto  ja,  nagi  przed  światem,  sterczałem  w  barze  promu  „Kannettava"  ze  szklanką  w 

garści i cygarem przed nosem. Słuchałem wieści, że na planecie Cliaand wylądujemy za godzinę. 

Nagi byłem, rzecz jasna, tylko w przenośni, ale po raz pierwszy doświadczałem takiego uczucia. 

Niezwykłego wysiłku woli i ogromnej dyscypliny wymagało pozostawienie wszystkich gadżetów 

w domu. Żadnej bombki, kapsuły z gazem czy piłki. Nic. Nawet wytrycha, który zwykle nosiłem 

na  palcu  u  nogi.  Czy  też...  zakląłem  i  rozejrzałem  się.  Nikt  nie  zwracał  na  mnie  uwagi. 

Wyciągnąłem portfel i dotknąłem górnego szwu. Moja własna podświadomość walczyła ze mną. 

Tylko  świadoma  część  umysłu  była  entuzjastycznie  nastawiona  do  lądowania  bez  pomocnych 

drobiazgów.  Ścisnąłem  portfel  w  odpowiedni  sposób  i  malutki,  acz  niesamowicie  skuteczny 

wytrych wypadł na moją dłoń. Dzieło sztuki. Wpatrywałem się weń z zachwytem, lecz w końcu 

powiedziałem mu: żegnaj. Wracając do kabiny, wrzuciłem go do pojemnika na śmieci. 

Każdy  raport  czy  rozmowa  przynosiły  nieodmiennie  tę  sama  wieść  -  że  Cliaand  ma 

najbardziej paranoidalnych celników w całym zasranym kosmosie. Przewieźć kontrabandę przez 

komorę  celną było czymś  niemożliwym,  toteż nie  miałem  zamiaru  próbować.  Byłem  tym,  kim 

być  powinienem;  agentem  Fazzolettd  Mouchoir  Ltd.,  handlarzem,  który  zajmował  się  bronią. 

Firma  istniała,  a  ja  faktycznie  byłem  jej  przedstawicielem.  Żadne  śledztwo  nie  było  w  stanie 

wykazać niczego innego. Niech sobie próbują. 

Spróbowali. 

Lądowanie  niewiele  różniło  się  od  wejścia  do  więzienia.  Razem  z  garstką  podobnych 

nieszczęśników  znaleźliśmy  się  w  złowieszczo  wyglądającym  pokoju  o  szarych  ścianach. 

Staliśmy  tam  pod  bacznym  okiem  uzbrojonych  po  zęby  strażników,  a  nasze  bagaże  leżały 

pośrodku  w  charakterze  zwalonego  bezładnie  stosu.  Dopóki  schodnia  nie  odjechała,  panował 

spokój, potem zaczęto nas wywoływać pojedynczo. 

Nie  byłem  pierwszy,  toteż  skorzystałem  z  okazji,  aby  przyjrzeć  się  lokalnym  typom. 

Okazywali  nam  całkowitą  obojętność,  krocząc  tam  i  z  powrotem  w  butach  z  cholewami, 

background image

ściskając w garściach rozpylacze i zadzierając nosy. Umundurowani byli w kardynalską purpurę - 

niezbyt  to  wojskowy  kolorek,  przeraźliwy  za  to  i  nic  nie  mówiący o  naturze  tego,  kto  go nosi. 

Wszyscy  byli  wysocy  i  charakteryzowali  się  tępym  podbródkiem  i  świńskimi  oczkami.  Hełmy 

wyglądały  na  zrobione  ze  stali  włókiennej,  ze  złowróżbnymi  wizjerami  i  odsuwanymi 

przyłbicami.  Rozpylacze - najbardziej  śmiercionośna  zabawka  tego  typu,  jaką widziałem - były 

strzelbami  Gaussa.  Kiedy  naciskało  się  spust,  w  lufie  wytwarzało  się  silne  pole  magnetyczne 

generowane  dzięki  baterii,  mogące  nadać  pociskowi  prędkość  początkową  nie  gorszą  niż  w 

szanującym się peemie. Wyższość tej broni nad innymi samopałami polegała na tym, że była to 

broń bezgłośna i  mogła  wystrzeliwać wszystko  -  od zatrutych  igieł po rakietowe pociski z  gło-

wicami  atomowymi.  Korpus,  jak  dotąd,  tylko  o  nich  słyszał.  Nie  widzieliśmy  ani  jednego 

egzemplarza tego typu broni. Postanowiłem, że przy pierwszej nadarzającej się okazji zadbam o 

to, by nastąpił jakiś przewrót w tej materii. 

- Pas Ratunkowy! - wrzasnął ktoś. 

Podskoczyłem przypomniawszy sobie, że to moje oficjalne nazwisko. Podniosłem dłoń i 

jeden  ze  strażników  pognał  ku  mnie  z  głośnym  stukotem  obcasów.  Na  pewno  miał  do  nich 

przybite  metalowe  skuwki  -  dla  efektu.  Poczułem  nieprzepartą  chęć  posiadania  takich  butów. 

Zaczynało mi się tu podobać. 

- Weźcie bagaż i chodźcie ze mną! - odwrócił się gwałtownie, a ja pisnąłem z rozpaczą. 

-  Ależ,  proszę  pana,  nie  udźwignę  sam  wszystkiego!  Tym  razem  obdarzył  mnie 

miażdżącym spojrzeniem i sugestywnie zabębnił palcami po spluwie. 

- Wózek! - warknął w końcu i wskazał na odległą część pomieszczenia. 

Była to mała autoplatforma. Podreptałem po nią grzecznie, załadowałem swoje bambetle i 

odszukałem  wzrokiem  strażnika.  Stał  przy  otwartych  drzwiach,  a  jego  palec  znajdował  się 

znacznie bliżej spustu niż przed chwilą. Silnik wózka zaskowyczał na najwyższych obrotach, a ja 

pogalopowałem za nim ku drzwiom. 

W drugim pokoju odbyła się rewizja. 

Tak to się łatwo i przyjemnie mówi. W życiu nie zdarzyło mi się coś podobnego i byłem 

ogromnie  szczęśliwy,  że  to  ja  sam  zaopiekowałem  się  odpowiednio  wcześniej  wytrychem  w 

portfelu. 

Zainteresowało  się  mną  dziesięciu  chłopa,  z  czego  sześciu  bagażami,  reszta  mną 

osobiście.  Pierwszą  ich  czynnością  było  rozebranie  mnie  do  naga  i  rzucenie  na  fluoroskop. 

background image

Powiększający. Kilka chwil radzili nad moimi plombami. Wspólnie uznali, że jedna z nich jest za 

duża  i  wydobyli  ją  na  światło  dzienne.  Podczas  gdy  ponownie  wypełniano  mi  ząb,  oryginalna 

plomba zaatakowana została przez spektroskop.  Nie wydawali  się  specjalnie  rozczarowani,  gdy 

jej materia okazała się jedynie powszechnie stosowanym stopem dentystycznym. 

Poszukiwania trwały dalej. 

Gdy  tak  oglądali  mnie  ze  wszystkich  stron,  inny  gość  zajmował  się  stosem  papierków, 

zadając mi przy tym różne kretyńskie pytania. Bez wątpienia były to moje psigramy dostarczone 

z firmy, gdy zwrócono się o wizę. Odpowiadałem zgodnie z prawdą, i chyba z oczekiwaniami, bo 

dość szybko dano mi spokój i schowano papierzyska. 

Moje  bagaże  tymczasem  traktowane  były  jeszcze  gorzej.  Każdą  torbę  otwierano,  a 

zawartość  rozkładano  metodycznie  na  białych  stołach.  Same  torby  rozpruto  troskliwie, 

rozwalając  ściegi,  usuwając  złącza  i  patrosząc  rączki.  To,  co  zostało,  zapakowano  do 

plastikowych  toreb,  pooklejano  fiszkami  i  odesłano  do  badań  bardziej  gruntownej  natury. 

Ubrania przeglądnięto już bardziej pobieżnie i odłożono. Wkrótce dowiedziałem się, że ujrzę je 

ponownie w dniu odlotu z planety. 

- Otrzymacie dobrą cliaandzką odzież - odezwał się jeden. 

-  Czy  to  symbol  religijny?  -  spytał  inny,  trzymając  w  opuszkach  palców  fotografię 

Angeliny. 

- To zdjęcie mojej żony. 

- Zezwala się tylko na wwóz symboli religijnych. 

- Dla mnie jest jak anioł. 

Głowili się nad tym przez dobrą chwilę, po czym niechętnie zaakceptowali portret. Co nie 

znaczyło jednak, żebym mógł dysponować czymś tak groźnym jak oryginał. Po chwili pojawiła 

się fotokopia. 

-  Wszystkie  wasze  rzeczy  osobiste  i  dokumenty  zostaną  zwrócone  przy  wyjeździe.  Tu 

będziecie chodzić w lokalnych strojach i przestrzegać lokalnych obyczajów. Oto wasze rzeczy. - 

Wskazał trzy ohydne torby. - A to wasz dowód. - Złapałem go z radością, że znowu jestem sobą. 

- Co jest w tej kasecie? - spytał jeden z nich z czystą nadzieją w głosie. Reszta przerwała 

swoje  zajęcia  i  podeszła  do  stołu.  Ich  miny  sugerowały,  że  niezależnie  od  treści  każde  moje 

oświadczenie będzie teraz przyznaniem się do winy, po czym nastąpi wykonanie wyroku śmierci. 

Skuliłem się z przerażenia; miałem nadzieję, że wypadło to dość autentycznie. 

background image

- Panowie, nie zrobiłem nic takiego... 

- Co to jest? 

- Broń... 

Dały się słyszeć zduszone krzyki, a jeden zaczął rozglądać się za pukawką, by na miejscu 

dokonać egzekucji. Znów zacząłem się jąkać. 

- Ależ panowie... ja właśnie dlatego tu jestem... moja firma, Fazzoletto Mouchoir, to stary 

i  szanowany  producent...  elektroniki  militarnej...  to  są  próbki...  niektóre  bardzo  delikatne... 

można to otworzyć tylko w obecności rusznikarza... 

-  Ja  jestem  technikiem  zbrojmistrzem  -  odezwał  się  jeden,  na  którego  już  wcześniej 

zwróciłem uwagę, jako że był zupełnie łysy, a przez środek jego czaszki biegła twarzowa szrama. 

-  Bardzo  mi  miło.  Jestem  Pas  Ratunkowy.  -  Nie  wyglądało,  by  wywarło  to  na  nim 

jakiekolwiek wrażenie. 

Nie przedstawił się. - Jeśli dostanę swoje klucze, to zaprezentuję panom zawartość kasety. 

Sprowadzono kamerę i pozwolono mi dokonać otwarcia. Łysy wlepił wzrok w zawartość 

umieszczoną w wyściełanych przegródkach i futerałach. Zabrałem się do objaśniania. 

-  Moja  firma  jest  pierwszym  i  jedynym  producentem  przewodów  pamięciowych  do 

zapalników  zbliżeniowych.  -  Ująłem  szczypce,  by  wyjąć  zapalnik  wielkości  łebka  od  szpilki.  - 

Ten  zapalnik  przeznaczony  jest  do  pocisków  pistoletowych.  Strzał  pobudza  zapalnik,  który 

eksploduje,  gdy  kula  zbliży  się  do  celu  określonej  wielkości.  Ten  jest  jeszcze  bardziej 

inteligentny, przeznaczony dla dużych kalibrów. - Wszyscy pochylili się z uwagą, gdy wyjąłem 

MEW-IV. - W całości porządna, państwowa produkcja; może wytrzymać ciśnienie rzędu tysięcy 

atmosfer.  Można  nastawić  na  detonację  w  momencie  zbliżania  się  do  celu  opisanego  lub  też 

przed  wystrzałem  wprowadzić specjalne  dane.  Ma  obwody  dyskryminacyjne,  uniemożliwiające 

eksplozję, gdy w pobliżu znajduje się własny pojazd. 

Odłożyłem  zapalnik  na  miejsce  i  zamknąłem  kasetę.  Wśród  widzów  przebiegł  szmer 

zadowolenia. To było coś, co mogło im się naprawdę podobać. Rusznikarz wziął kasetę. 

- Zostanie wam zwrócona, gdy przyjdzie pora na demonstrację. 

Badanie zbliżało się do końca. Zapalniki były gwoździem programu i nic nie mogło się z 

nimi  równać.  Trochę  radości  sprawiło  im  jeszcze  wyciskanie  tubek  i  opróżnianie  słoików  z 

mojego  zestawu  toaletowego,  ale  nie  mieli  już  do  tego  serca.  W  końcu  spakowali  wszystko  i 

cisnęli mi nowy przyodziewek. 

background image

- Cztery i pół minuty na ubranie się - rzucił ostatni wychodzący. - Zabrać torby. 

Trudno by było nazwać to ostatnim krzykiem mody - bielizna we wściekle praktycznym 

zgniłozielonym kolorku i o gładkości maszynowych ścinków zmieszanych z papierem ściernym. 

Zewnętrzne  odzienie  było  czymś  w  rodzaju  kombinezonu  spadochroniarskiego  w  szerokie, 

czarno-żółte pasy. No cóż, jeśli może w tym paradować elegancki tubylec, to mogę i ja. Złapałem 

torby,  których  rączki boleśnie  wcięły  mi  się  w palce,  i  wyszedłem przez  jedyne  otwarte drzwi. 

Znalazłem się w podobnie szarym, tyle że większym pomieszczeniu. 

- Samochód! - powiedział sterczący na zewnątrz strażnik. 

Gdy podszedłem do przezroczystej bańki nadwozia, otworzyły się boczne drzwi. 

- Bardzo się cieszę, ale ja nie wiem, gdzie... 

- Samochód wie. Wsiadajcie. 

Nie  była  to  najdowcipniejsza  pogawędka,  jaką  w  życiu  uciąłem.  Wrzuciłem  torby  i 

wsiadłem.  Zapaliły  się  światełka  na  desce  i  ruszyliśmy  -  przez  trzy  portale  z  metalowymi 

drzwiami, z których każde spotkałoby się z uznaniem dyrekcji średnio szanującego się banku. Za 

trzecimi oślepiło mnie słońce. Zająłem się podziwianiem krajobrazu. 

Jeśli  to  miasto  było  typowe  dla  całej  planety,  to  Cliaand  był  światem  nowoczesnym, 

zmechanizowanym  i  zabieganym.  Pojazdy,  widać  to  było  po  sposobie  jeżdżenia,  prowadzone 

były  przez  roboty.  Chodniki  flankowały  ulice  i  krzyżowały  się  bezkolizyjnie.  Sklepy,  znaki 

drogowe, tłumy ludzi i mundury. Mundury! To słowo nie oddaje sławy i chwały, która upstrzona 

medalami  wędrowała  wielobarwną  chmurą  po  ulicach.  Każdy  miał  tu  jakiś  mundur.  Jestem 

pewien,  że  kolory  oznaczały  różne  zawody.  Nie  spotkałem  jednak  nikogo  w  podobnie 

twarzowym worku jak mój. Jeszcze jedna przeszkoda na mojej drodze. Wzruszyłem ramionami, 

bo czyż zwraca się uwagę na szklankę wody wylaną na łeb, gdy się tonie? W tej misji nie miało 

być nic łatwego. 

Wóz  wydostał  się  z  kawalkady  innych,  zanurkował  w  tunel  i  zatrzymał  się  przed 

ozdobnym wejściem. Wielki napis „Zlato-Zlato" (po ichniemu tyle co luksus) sugerował, że jest 

to hotel. 

Od drzwi podbiegł elegant ozdobiony orderami  -  bez  wątpienia portier.  Na  widok  mego 

stroju  skrzywił  się  z  niesmakiem  i  odszedł  z  godnością,  a  jego  miejsce  zajął  klient  w 

ciemnoszarym mundurze ze srebrnymi insygniami na ramionach. Były to bodajże nóż i siekiera, 

guziki zaś przypominały czaszki. Swojskie to było i miłe. 

background image

- Nazywam się Pakov - wymamrotała przygnębiająca postać. - Pańska ochrona osobista. 

- Poznanie pana sprawia mi prawdziwą przyjemność. 

Wylazłem  z  wozu  taszcząc  (osobiście!)  swoje  torby  i  udałem  się  za  nim  do  hollu.  Mój 

dowód  został  przyjęty  z  najwyższą  możliwą  odrazą.  Hotelowy  boy  z  obrzydzeniem,  i  to 

wyraźnym, szturchnął mnie w bok i zaprowadził do pokoju. Mój status przybysza spoza planety 

zapewniał mi teoretycznie awans do miejscowego establishmentu, ale nie powiem, żeby mi się to 

podobało. 

Pokój był wygodny, łóżko mięciutkie, a „pluskwy" entuzjastycznie obecne. 

Mikrofony  i  kamery  były  wmontowane  praktycznie  we  wszystko  i  wszędzie.  Co  druga 

klamka była mikrofonem, a żarówki zezowały na mnie paciorkami obiektywów, ledwie tylko się 

poruszyłem.  Kiedy  wlazłem  do  łazienki,  zza  posrebrzonego  lustra  wytrzeszczył  się  na  mnie 

czujnik  optyczny.  Inny  był  na  końcu  szczoteczki  do  zębów  -  bez  wątpienia  w  celu  kapowania 

dentyście o stanie mojego uzębienia. Wszystko bardzo skuteczne i dobrze przemyślane. 

Owszem, myśleli. Wprawiło mnie to w szampański humor. Nie ryknąłem śmiechem tylko 

dlatego,  że  mój  goryl  mógłby  przypłacić  to  zapaścią  nerwową.  Tupał  za  mną  wszędzie  i 

pomyślałem, że pewnie położy się w nogach łóżka, gdy udam się na spoczynek. 

Trochę to nieskromne z mojej strony, ale na „pluskwach" Jim DiGriz zna się przynajmniej 

trochę. To, co mi tutaj prezentowano, było typową przesadą. Żaden komputer nie byłby w stanie 

przetrawić takiego natłoku danych. A to oznaczało, że kontrolują mnie ludzie, którzy popełniają 

błędy i których nie ma przecież nigdy za wielu, jako że oni też muszą mieć nad sobą kontrolerów. 

Oznaczało to, że wszystkie miejsca, w których miałem się znaleźć, będą równie „zapluskwione", 

lecz  przecież  nie  może  być  na  podsłuchu  i  podglądzie  całe  miasto  -  ludzi  by  im  na  to  nie 

starczyło. 

Musiałem po prostu grać głupka i upichcić cichaczem plan ucieczki i zniknięcia. Zniknąć 

zaś musiałem za pierwszym razem, jako że drugiej okazji już bym nie miał - po nieudanej próbie 

uczyniono by ze mnie zdechłego Stalowego Szczura. 

Pakov  snuł  się  za  mną  jak  smród  za  nieświeżą  padliną,  ale  mnie  to  odpowiadało.  Jego 

obecność znaczyła, że podglądacze mają urlop, a przynajmniej wypoczywają. Ja też starałem się 

wyglądać na kogoś zażywającego odpoczynku. 

Trzy  dni  straciłem  na  poszukiwanie  dziury,  w  którą  mógłbym  się  wśliznąć.  Na  trzeci 

dzień  znalazłem  coś  akurat  dla  szczura.  Dostosowałem  do  tego  swe plany  i  czwarty  dzień  (jak 

background image

wszystkie poprzednie) zacząłem od śniadania. 

- Ojoj, ależ jestem głodny! - oznajmiłem Pakovowi, łykając drugą dokładkę. 

Nie miałem pojęcia, kiedy będę jadł ponownie, toteż wolałem się zabezpieczyć i napchać 

na zapas. Dalej wszystko przebiegało jak co dzień. 

Ledwie  wsiedliśmy,  wóz  ruszył  do  Ministerstwa  Wojny,  gdzie  od  trzech  dni 

demonstrowałem  możliwości  moich  zapalników.  Zniszczono  przy  tym  już  różne  obiekty,  dziś 

miały  zostać  zniszczone  następne.  Była  to  niezła  zabawa  dla  wszystkich,  którzy  brali  w  tym 

udział. 

Skręciliśmy w boczną uliczkę, na której, jak zwykle, panował minimalny ruch, brakowało 

nawet pieszych. Doskonale, teraz albo... 

- Aaa... psik! -wrzasnąłem i sięgnąłem po chusteczkę. 

Pakov się sprężył. Zawsze był sprężony. Przeszedł dobrą szkołę. 

Jego  oczy  tylko  na  sekundę  odwróciły  się  ode  mnie,  i  to  było  akurat  to,  czego 

potrzebowałem.  W  chusteczce  miałem  rulonik  miejscowych  monet  -  jedyną  broń,  jaką 

dysponowałem.  W  ciągu  ułamka  sekundy  opuściłem  rękę  i  rulonik  wylądował  na  szczycie 

czaszki Pakova. Osunął się bez jęku. 

W  tym  samym  momencie  przechyliłem  się  do  przodu  i  wdusiłem  taster  alarmowego 

stopu. Silnik zgasł, hamulce zaskoczyły i stanęliśmy z piskiem opon. Drzwi otworzyły się niemal 

dokładnie  na  wprost  wcześniej  wybranego  przeze  mnie  miejsca.  Sam  środek  tarczy. 

Wyskoczyłem  i  ruszyłem  z  kopyta.  Z  kopyta  dlatego,  że  kiedy  dałem  w  łeb  Pakovowi  i 

zatrzymałem  wóz,  na  tablicy  podglądu  musiało  zapalić  się  światełko,  a  „pluskiew"  było  tu  od 

nagłej krwi. 

W  momencie  gdy  ja  wyskakiwałem  z  wozu,  siły  interwencyjne  startowały  z  garażu. 

Miałem co najwyżej minutę. Kłusem wpadłem na podwórko, na którym kilka robotów ładowało 

śmieci.  Zignorowały  mnie  kompletnie,  jako  że  były  to  roboty  typu  M  -  zaprogramowane  na 

określone tylko działanie. 

Poganiacz  jednak  mnie  nie  zignorował.  Był  człowiekiem  i  miał  elektroniczny  bat  do 

rozdawania bodźców swoim podopiecznym. Usłyszałem trzask i poczułem, jak prąd atakuje całe 

moje ciało. Nie powiem, żebym był tym uradowany. 

background image

Żeby powiedzieć łagodnie: kopnęło mnie. Napięcie było niskie, miało pobudzać roboty, a 

nie przepalać ich obwody. Złapałem bicz i mocno pociągnąłem. 

Wszystko  było  zresztą  zgodne  z  planem.  Widywałem  ich  codziennie,  a  na  planecie 

Cliaand  wszyscy  uwielbiali  rutynę.  Można  było  przewidzieć,  jak  zachowa  się  ten  tłusty 

poganiacz  robotów:  spróbuje  mnie  zatrzymać  -  i  zrobił  właśnie  to,  co  miał  zrobić.  Gdy 

pociągnąłem, poleciał na pysk, tak że znalazł się w zasięgu moich butów. 

Potrząsnął jednak głową i zaczął zbliżać się do mnie z rękami gotowymi do połamania mi 

żeber. Tego nie było w planie. Miał paść i już się nie pozbierać. Tyle że on nie znał planu, a ja 

nie wiedziałem, że ma nie tylko wygląd, ale i odporność bloku betonu. 

Zrobiłem  unik  i  skopałem  mu  niemal  głowę  z  ramion.  Musiałem  tak  kopać  trzy  razy  i 

bałem  się,  że  chodnik,  o  który  ta  głowa  się  obijała,  nie  wytrzyma  tego.  W  końcu  gość 

znieruchomiał. 

W  oddali  zajęczała  syrena.  Uniform  tłuściocha  był  sraczkowatej  barwy  i  miał  jeden 

zamek błyskawiczny, który  natychmiast  rozpiąłem,  rozdziewając gościa. Szybkości dodawał mi 

odgłos  hamujących  w  przecznicy  wozów.  Złapałem  bat  i  zdzieliłem  nim  najbliższego  robota, 

kończąc równocześnie  wciąganie  tego sraczkowatego uniformu na mój  własny  grzbiet  i  słysząc 

odgłos  kroków  zbliżających  się  przejściem.  Robot,  który  dostał  po  łożysku,  zareagował 

natychmiast. 

-  Wsadź  tego  człowieka  do  kosza!  -  rozkazałem.  Nogi  znikły  w  dziurze  dokładnie  w 

chwili, gdy pierwsi karmazynowi pojawili się przede mną. 

- Obcy! - ryknąłem i potrząsnąłem batem w kierunku przeciwległego wyjścia z podwórka. 

- Nie zdołałem go zatrzymać. Pobiegł tam. 

Oni też pobiegli. No i bardzo dobrze, bo para dopiero co ściągniętych z tłuściocha butów 

leżała przy pojemniku. Wrzuciłem je do kubła i przyłożyłem batem moim podopiecznym. 

- Maszerujemy! Do następnego miejsca! - miałem nadzieję, że te roboty wiedzą, gdzie to 

jest. 

Wiedziały. Mała procesja - ze mną z tyłu - przemaszerowała przez pełną policji i wojska 

ulicę.  Przeszliśmy  przez  ten tajfun z  kamiennym spokojem (to znaczy roboty ze spokojem,  ja z 

przerażeniem  w  oczach  i  uśmiechem  na  twarzy).  Gdy  doszliśmy  na  miejsce,  a  było  to  w  dość 

spokojnym rejonie, byłem mokry od potu. 

background image

Oparłem  się  o  ścianę  i  zacząłem  myśleć.  Jeśli  nie  znajdą  żadnych  śladów,  to  któryś 

przypomni  sobie  w  końcu o świadku  ucieczki  i  będzie  chciał  z  nim pogawędzić.  Muszę zatem 

znaleźć się jak najszybciej zupełnie gdzie indziej. Tylko gdzie? Do dyspozycji miałem dwa kom-

binezony, które lada chwila znajdą się na cenzurowanym, stado mechanicznych matołów i bicz, 

którego przydatność jako broni była żadna. 

Tuż za mną dał się słyszeć zgrzyt i zardzewiałe drzwi uchyliły się odsłaniając grubasa w 

białej czapce. 

- Mam jeszcze pojemnik dla ciebie, Slobodan - oznajmił i nagle stał się podejrzliwy. -Ale 

ty nie jesteś Slobodan. 

- Nie - zgodziłem się potulnie. - Jest w szpitalu, usuwają mu przepuklinę. 

Czyżby  uśmiechnął  się  do  mnie?  Rozejrzałem  się  wokoło  i  nie  widząc  nikogo 

zainteresowanego, przejechałem batem po skrzyni najbliższego śmieci ar za. 

- Idź za tym człowiekiem! 

Polazł posłusznie, a ja podążyłem za nimi. Oczywiście do kuchni - do pustej kuchni. 

- O której otwieracie? Przy tej robocie rośnie apetyt. 

- Nie wcześniej niż wieczorem. Hej! Powiedz no tej małpie, żeby przestała za mną łazić i 

zabrała śmieci! 

- Robot - poleciłem - przestań łazić za tym człowiekiem! Wyciągnij tylko rączki i złap go 

za ramiona, żeby nie mógł uciec. 

To był posłuszny robot i wykonał, co mu kazano. Kucharz otworzył usta, zapewne chcąc 

wydusić z  siebie  słowa  skargi  na  takie  traktowanie,  więc  wepchnąłem  mu  w  gębę  jego  własną 

czapkę.  Żuł  ją  ze  złością  i  próbował  wydać  z  siebie  jakieś  artykułowane  dźwięki.  Efekt  był 

mierny,  ale  próbował  nieustannie,  gdy  przywiązywałem  go  do  krzesła.  Nikt  się  nie  pojawił  i 

zaczęło mi się to podobać. 

-  Wyjdź!  -  rozkazałem  robotowi  i  wyszedłem  za  nim.  Moja  gromadka  pracowała  z 

zapałem godnym lepszej sprawy, toteż przyłożyłem im gdzie popadło. 

- Wracajcie! Do miejsca, z którego przyszliście dziś rano. Jazda! 

Roboty,  jak  porządne  wojsko,  zrobiły  w  tył  zwrot  i  pomaszerowały.  Na  szczęście  w 

przeciwnym  kierunku  niż  ten,  z  którego  przyszliśmy.  Wróciłem  do  kuchni.  Ładnie  -  nikt  nie 

domyśli się teraz, gdzie opuściłem śmieciarzy. 

Kucharzowi  udało  się  tymczasem  przewrócić  krzesło  i  w  paralitycznych  podrygach 

background image

przybliżał się teraz do drzwi. 

- Nieładnie, chyba będę musiał cię uspokoić. - Wziąłem z wieszaka największy topór. 

Przestał  się  wiercić  i  wybałuszył  na mnie  oczy.  W  oddali  rozległo się nagle  pukanie do 

drzwi. Westchnąłem i wyciągnąłem mu z gęby czapkę. 

- Co to jest? 

- Drzwi frontowe. Ktoś puka - wychrypiał, wpatrując się w argument, który trzymałem w 

garści. 

Chyba  udało  mi  się  go  ostatecznie  przekonać.  Wsadziłem  mu  knebel  z  powrotem  i 

ruszyłem  ku  drzwiom.  Jadalnia  była  ciemna  i  pogrążona  w  bezruchu.  Poszedłem  do  drzwi 

frontowych i uchyliłem je odrobinę. 

- Czego? - spytałem z typową tutejszą uprzejmością. 

- Obsługa urządzeń chłodniczych. Dzwoniliście, że macie kłopoty. 

- Zgadza się, straszne kłopoty. Właźcie i bierzcie ze sobą narzędzia. 

Pudło  było  pokaźne,  toteż  otwarłem  zapraszająco  drzwi.  Zamknąłem  je  zaraz  za  nim  i 

puknąłem  go  łagodnie  tępą  stroną  topora.  Wykopyrtnął  się  z  gracją.  Uniform  miał  w 

ciemnozielonym  kolorze  (miła  odmiana  po  czarno-żółtej  osie  czy  sraczce  śmieciarza). 

Rozebrałem  go,  związałem  i  przymocowałem  do  sąsiedniego  krzesła  w  kuchni,  gdzie  obaj  z 

kucharzem  mogli  w  ciszy  użalać  się  nad  swoim  losem  i  ocierać  sobie  łzy.  Jeśli  szczęście  mi 

dopisze,  miną  godziny,  zanim  ich  odkryją,  powinienem  zatem  mieć  wystarczająco  dużo  czasu. 

Ubrałem  się  w  jego  kombinezon,  zostawiając  swoje  dwa,  zapakowałem  kanapki  do  torby  z 

narzędziami i tak przygotowany, wymaszerowałem przez główne drzwi. 

Stał  tam postawny  robot z drugą  skrzynią  w garści.  Mruczał coś do siebie.  Na  piersiach 

miał ten sam emblemat, który i mnie aktualnie przyozdabiał. Dałem mu skrzynkę i zacząłem się 

zastanawiać,  jak  by  tu  na  niego  wleźć  -  na  grzbiecie  miał  bowiem  siodełko,  przeznaczone 

najwyraźniej  do  noszenia  człowieka.  Ale  ja  nie  bardzo  wiedziałem,  jak  się  tam  dostać.  Widok 

zbliżającego  się  oddziału  karmazynowych  wojaków  dodał  mi  skrzydeł  -  wsparłem  o  coś  nogę, 

czegoś  się  złapałem  i  już  byłem  na  górze.  Wojacy  przeszli,  ignorując  mnie  zupełnie.  A  ja 

rozejrzałem się z wysokości, którą oferowała mi dziewięć stóp wzrostu robota. 

Mała  deska  rozdzielcza  była  przymocowana  akurat  do  łba  mego  wierzchowca. 

Nacisnąłem guzik z napisem IDŹ i... bydlę zadreptalo w miejscu. Skupiłem się i znalazłem guzik 

z napisem naprzód. Robot ruszył łagodnym krokiem. Zacząłem się zastanawiać, co dalej zrobić z 

background image

tym  fantem.  Z  zaobserwowanych  obrazków  wynikało,  że  urwanie  się  cudzoziemca  spod 

obserwacji stanowiło dla tubylców kompletny szok. Posypią się głowy. Bardzo dobrze, jak długo 

moja  sprawa  nie  ruszy  z  miejsca,  będę  bezpieczny.  Praktycznie,  jak  długo  nie  zacznę  działać, 

będę nie do odnalezienia. A na razie nie zamierzałem działać. 

Potrzebny był jakiś plan plan i zastanawiałem się nad nim jadąc przez miasto. Jednostka 

przeciw  światu  -  cholernie  romantyczne  i  jeszcze  bardziej  przygnębiające.  Tyle  że dla  mnie  to 

mniej  więcej  normalne,  a  dla  nich  był  to  debiut.  Cały  system  „pluskiew"  jasno  dawał  do 

zrozumienia, że goście z zewnątrz zjawiali się tu rzadko. Najprawdopodobniej byłem pierwszym, 

który urwał się obstawie. To właśnie była moja przewaga - poza fałszywymi danymi osobistymi 

nie wiedzieli o mnie nic. Należało zatem znaleźć spokojną kryjówkę i dokładnie zapoznać się z tą 

miłą planetką. 

Do wieczora  wyrobiłem  sobie ogólny pogląd na temat struktury  miasta  i twardniejących 

zgrubień w miejscach, gdzie siodełko stykało się z moim ciałem. Prawdopodobnie też zdążyli do 

tego czasu namierzyć mój szlak ucieczki i obecnie pogoń ruszyła za monterami. 

Zawróciłem do dzielnicy przemysłowej i poszukałem jakiegoś magazynu. Znalazłem taki 

bez  większych  kłopotów.  Pajęczyny  w  oknach,  rdza  na zawiasach oraz  zamek,  który  otworzyć 

można  było  szpilką,  wskazywały  na  permanentny  stan  opuszczenia.  Wnętrze  było  równie 

smutne, zakurzone i puste. Odesłałem robota do domu, wziąłem karton, ołówek i siadłem sobie w 

kącie. Po czym powiedziałem na głos: 

- Włączam pamięć. Odliczanie zacznie się od dziesięciu. Zapewne zmęczenie da mi radę, 

zanim dotrę do zera, i zasnę. Kluczem do pamięci jest słowo... XANADU! Dziesięć. 

Gdy  to  powiedziałem,  czułem  się  wybornie,  przy  dziewięciu  ziewnąłem.  Zanim 

powiedziałem: pięć - moje powieki zamknęły się. 

background image

Kiedy  się  obudziłem,  palce  miałem  sztywne,  a  wielki  kwadrat  tektury  pokryty  był 

złożonym  diagramem.  Podświadomość  jest  wybornym  miejscem,  w  którym  można ukryć  masę 

rzeczy  przydatnych,  a  nie  znanych  świadomości.  Nie  tylko  miałem  diagram,  ale  wiedziałem 

również, jak z niego korzystać. Plan był oszałamiająco prosty i natychmiast zacząłem zazdrościć 

temu, kto go wymyślił. Realizacja wymagała odrobiny czasu i mnóstwa sprzętu elektronicznego, 

który  należało  ukraść.  Dzień  był  jednak  męczący,  w  dodatku  -  sen  hipnotyczny  to  żaden  sen. 

Westchnąłem i postanowiłem rzeczywiście wypocząć - jutro zaś będzie tylko i wyłącznie praca. 

 

Wydawało się, że przestępczość w ogóle tu nie istnieje, bo z łatwością brałem wszystko, 

co  chciałem,  z  różnych  magazynów  i  fabryk.  Najwidoczniej  albo  wybili  złodziei do nogi,  albo 

wszyscy  dostali  się  do  rządu.  Bez  wątpienia  nadal  mnie  szukano,  ale  nie  zaobserwowałem 

żadnych  oznak  pościgu  namierzającego  moją  kryjówkę.  Czas  jednak  mijał  i  przyszła  pora,  by 

złodziejstwo zastąpić szpiegostwem. 

 

W tym celu musiałem opuścić miasto. Było to łatwiejsze, niż się wydawało. Wałęsając się 

w  okolicy  bramy  zobaczyłem,  że  całość  operacji  spoczywa  na  wojsku.  Przedsięwzięcie  miało 

zatem charakter prostacki - trochę salutowania, parę rozkazów, przystawianie gumowej pieczątki, 

pobieżna  rewizja  i  w  drogę.  Aby  nie  różnić  się  od  reszty,  zatrzymałem  w  nocy  wojskową 

ciężarówkę - wystarczyło ustawić robota na środku drogi. Kierowca wysunął głowę przez okno i 

bluznął taką wiązanką, że mój słownik wysiadł przy trzecim zwrocie. Zanotowałem ją w pamięci 

na przyszłość i odezwałem się uprzejmie: 

- Nawzajem, poza tym - tak się nie mówi do cywilów. Wprowadzono stan wyjątkowy. 

- Jaki stan wyjątkowy? - najwyraźniej zgłupiał. 

- A taki! - odparłem z entuzjazmem, podczas gdy igła pogrążyła się w jego szyi. Sflaczał. 

Zapakowałem swoje manele, wpychając je miedzy zupy w proszku, potrójne formularze i 

sterty  gaci,  czyli  najważniejsze  wojskowe  akcesoria.  Wymieniłem  z  szoferem  ubranie  i 

odjechałem. Przedtem jeszcze pożegnałem się z robotem, który był moim jedynym przyjacielem 

na tym niegościnnym globie. Nie raczył mi odpowiedzieć, co nawet mnie nie zasmuciło. 

Moje  dokumenty  zostały  przyjęte  z  iście  wojskową  małomównością.  Byłem  wolny. 

Pogwizdując  wyjechałem  w noc i wkroczyłem w  drugi etap  realizacji planu.  Charakteryzowało 

background image

się to szybką zmianą środków lokomocji i żywym przemieszczaniem się ku pewnemu miejscu na 

centralnej pustyni. Miejscem owym była kamienna bryła przypominająca wyglądem hm... dzban. 

W  miejscowym  języku  nazywała  się  Lonac,  co  oznacza  popularne naczynie  z  jednym  uchem  i 

daje pojęcie o wrażliwej wyobraźni tubylców.  Grata ukryłem pod siatką maskującą i przez całe 

siedem dni pilnie pracowałem w pobliżu. Mając do dyspozycji własne ręce i budowlanego kreta, 

wyryłem sobie całkiem przyjemną norkę o jakieś sto jardów od skały. Wszedłem tym samym w 

trzecią fazę. 

Tej  samej  nocy  nastawiłem  antenę  małego  nadajnika  i  punktualnie  o  północy  wysłałem 

trzydziestosekundową  wiązkę  fal  w  ściśle  określony  wycinek  przestrzeni.  Była  praktycznie 

niemożliwa  do  wychwycenia  -  wąski  snop  i  krótki  czas  emisji  czyniły  miejscowe  służby 

bezradnymi. I to było wszystko, co mogłem zrobić. 

Reszta  należała  już  do  nich  -  czyli  do  specjalnie  oddelegowanego  oddziału  Korpusu. 

Miałem  nadzieję,  że  zrobili  to,  co  mieli  zrobić.  A  mieli  przygotować  odpowiedni  meteoryt, 

ustawić  go  poza  zasięgiem  tutejszych  radarów  i  skierować  go  w  miejsce,  z  którego  pochodziła 

emisja. Przede mną były teraz dwadzieścia cztery godziny oczekiwania na wiadomość, czy im się 

udało. 

Nie  lubię bezproduktywnego  wyczekiwania,  więc  zorganizowałem sobie małe przyjęcie. 

Było  trochę  dobrego  żarcia  (tyle,  ile  można  zgromadzić,  gdy  korzysta  się  z  wojskowych 

konserw),  całkiem  dobre  picie  (o  wiele  lepszy  asortyment),  na  koniec  zaś  trochę  pornosów 

zakupionych na wojskowej wyprzedaży. 

 

Gdy  się  ściemniło,  wylazłem  na  zewnątrz  uzbrojony  w  polową  lornetkę,  by  powitać 

wieczór  dnia  drugiego.  Zostały  mi  jeszcze  cztery  godziny.  Czułem  się  samotny  na  tym 

zmilitaryzowanym zadupiu o lata świetlne od cywilizacji. Jedyne, co mi pomagało, to zawartość 

piersiówki. 

Jeśli  wszystko  szło  dobrze,  to  kawał  kosmicznego  gruzu  kierował  się  aktualnie  ku 

planecie Cliaand, i to po kursie  kolizyjnym.  Zapali  się  w atmosferze i rąbnie  w pobliżu. Nawet 

jeśli  ktoś  zajmie  się  jakimiś  badaniami,  to  i  tak  wykluczy  ludzką  załogę,  a  to  ze  względu  na 

szybkość  i  impet  uderzenia.  Ustalenie  miejsca  upadku  potrwa  parę  chwil,  sytuację  zamąci  też 

gromadka pomniejszego złomu, który będzie towarzyszył posłańcowi. Tak czy inaczej to, co dla 

mnie istotne, wydarzy się wcześniej. Taką przynajmniej miałem nadzieję. 

background image

Tuż  przed  północą  zapłonęła  na  horyzoncie  nowa  gwiazda.  Odłożyłem  piersiówkę. 

Punktualnie jak kurier pocztowy.  Wycelowany wprost we mnie.  Wiedziałem, że zaangażowano 

dobrych astronomów i sprawne komputery, lecz wolałem na sobie nie sprawdzać, jak pracowite 

było to towarzystwo. No bo gdyby tak ten drobiazg miał zamiar zlecieć mi na łeb? 

Lecz niezupełnie. 

Gdy się zbliżył, wyszło na jaw, że znosi go w prawo. Wskoczyłem do wozu i pognałem 

za  nim.  Kiedy  ucichła  eksplozja,  wyjechałem  zza  Dzbanka.  Światła  wozu  napotkały  dziurę  w 

ziemi,  nad  którą  to  dziurą  snuły  się  kłęby  pary  i  dymu.  A  na  samym  dnie  leżał  wielki  kawał 

parującej  skały.  Wycofałem  wóz  i  uruchomiłem  nadajnik.  Eksplozja,  w  porównaniu  z 

poprzednią,  była  anemiczna.  Odłamki  przeleciały  mi  nad  głową.  Kawał  skały  był  pęknięty  do-

kładnie w połowie, a galaretowaty płyn zabezpieczający ładunek powoli wsiąkał w piasek. 

I  w  tym  momencie  usłyszałem  narastający  ryk  lecących  ku  mnie  odrzutowców. 

Wyłączyłem  światła.  Cholera,  znów  ich  nie  doceniłem.  Wyglądało  na  to,  że  będę  miał  mniej 

czasu,  niż  mi  się  wydawało.  Wskoczyłem  do  dziury  i  zacząłem  wyciągać  pudła  ze  sprzętem. 

Wydawały  się  nienaruszone.  Odrzutowce  ryczały  mi  nad  głową,  ale  były  niegroźne.  Zbyt 

szybkie,  jak  na  te  warunki.  Tyle  że  z  pewnością  zbliżały  się  już  wolniejsze  maszyny  z 

reflektorami, mogące z łatwością mnie wytropić. Ta myśl dodała mi skrzydeł. Ułożyłem ostatnie 

pudło  w ciężarówce  i nie zapalając świateł,  ruszyłem  w kierunku nory.  Gdy  wrzucałem do niej 

pierwsze  pudełko,  nad  horyzontem  zabrzmiał  odgłos  helikopterów.  Ledwo  zdążyłem,  gdy  zza 

Dzbanka wystrzelił snop światła i przejechał po mnie. 

Na  oślep  wdusiłem  starter  i  gaz  i  wyskoczyłem  z  ruszającego  wozu.  Zsunąłem  się  po 

drabince  i  zacząłem  przekopywać  się  przez  stertę  pudeł  przy  wyjściu.  Doszły  do  mnie  jeszcze 

serie gwałtownie prowadzonego ognia i łomot eksplozji. 

- Wspaniale - mruknąłem sam do siebie. - Broń jest po to, żeby z niej strzelać. 

Byłem pewien, że są radosną gromadką z pobliskiego kółka łowieckiego i ucieszyłem się, 

że mnie nie zawiedli. 

Głośniejszy  huk  obwieścił  koniec  mojej  ciężarówki.  Wymacałem  nadajnik.  Stojąc  na 

drabinie miałem najlepszą perspektywę, by podziwiać cały spektakl. Ryczały silniki, w niebo biły 

płomienie  z  palącej  się  ciężarówki,  eksplodowały  bomby.  Gdy  łomoty  zaczęły  tracić  na 

intensywności, ożywiłem je naciskając pierwszy z guzików nadajnika. 

Wraz  z  eksplozją  rozpoczął  się  gwałtowny  ostrzał  kaemów  ze  szczytu  Dzbanka,  zaraz 

background image

dołączyły  do  niego  rakiety  u  podnóża  skały.  Co  druga  seria  była  smugowa,  widok  więc  był 

imponujący. Siły powietrzne ze wściekłym warkotem przegrupowały się i z zaciętością runęły do 

ataku. Okolica zginęła w kłębach dymu i eksplozji. 

Celem  jednego  z  moich  napadów  rabunkowych  w  minionym  miesiącu  była  fabryka 

zbrojeniowa, teraz z satysfakcją patrzyłem, jak strzelała do siebie broń tej samej produkcji. 

Coś eksplodowało zaledwie trzydzieści jardów ode mnie. No nic, czas na finał. Zjechałem 

na  dno  dziury,  otwarłem  drzwi  i  wlazłem  do  środka.  Policzyłem  do  dziesięciu,  po  czym 

nacisnąłem drugi guzik. Nic się nie wydarzyło. 

A  miało  właśnie  dojść  do  ukoronowania  tego  wspaniałego  wieczoru.  Bomby 

eksplodowały cały  czas,  a jeden wybuch więcej nikomu nie zrobiłby różnicy. Drugi  guzik miał 

odpalić  ładunek,  który  zlikwidowałby ślady  mojej kreciej działalności  i zamaskował moją norę. 

Jeśli to nie odpali, to znajdą mnie z łatwością. 

Wróciła  mi  jednak  pamięć.  Przecież,  pomyślałem  przeklinając  własną  głupotę,  sam  to 

przygotowywałem.  Sygnał  z  nadajnika  nie  jest  w  stanie  przedostać  się  przez  warstwę  ziemi. 

Zacząłem macać przy wyjściu w poszukiwaniu latarki, znalazłem ją i zapaliłem. W jej promieniu 

zalśnił  koniec  nagiego  kabla  oznaczonego  cyfrą  2.  Spieszyłem  się,  bo  wybuchy  zamierały  i 

musiałem  zdążyć,  zanim  zupełnie  wykorkują  na  uwiąd  starczy.  Inaczej  będzie  to  wyglądało, 

łagodnie  mówiąc,  podejrzanie.  Owinąłem  drut  wokół  anteny  nadajnika  i  nacisnąłem  guzik. 

Huknęło zdrowo i okruchy betonu poleciały mi za kołnierz. 

Byłem  bezpieczny  -  jak  karaluch  pod  krokwią.  Włączyłem  światło  i  rozejrzałem  się  z 

zadowoleniem.  Było  tu  wszystko:  od  generatorów  do  specjalnego  wyposażenia  z  meteoru. 

Miałem teraz i czas, i środki, by wyjść stąd w pełni przygotowany na podbój tej planetki. 

Uśmiechnąłem się i sięgnąłem po butelkę, by uczcić to wydarzenie. 

background image

Już nie złodziej ani nie szczur odblokował trzynastego dnia drzwi i odkopał przejście na 

powierzchnię.  Pod  lewymi  nazwiskami  i  w  lewych  mundurach  rozpłynąłem  się  w  cliaandzkim 

społeczeństwie.  Grałem  wiele  różnych  ról  w  tym  odpychającym  zbiorowisku  ludzkim,  aż 

dowiedziałem się nawet więcej, niż zamierzałem. 

Postanowiłem dostać się do wojska, gdyż tej właśnie, najbardziej kretyńskiej organizacji 

było wszystko tu podporządkowane. 

Z  myślą  o  tym  zaokrętowałem  się  na  SST,  na  lot  do  Dosadan-Glup,  prowingonalnej 

dziury  położonej  w  pobliżu  bazy  Glupost  -  głównego  centrum  lotów  kosmicznych.  Niezbyt 

trudno było podejrzeć, gdzie kto siedzi, po czym  kupić bilet obok kogoś szalenie atrakcyjnego. 

Atrakcyjnego oczywiście teraz i dla mnie. 

W  żadnym  konkursie  piękności  czy  inteligencji  ten  major  sił  kosmicznych  nie  miałby 

najmniejszych  szans  na  sukces.  Twarz  nie  skażona  intelektem,  figura  zreumatyzowanego 

szympansa,  całość  generalnie  odpychająca.  Dla  mnie  liczył  się  jednak  jedynie  czarny  uniform 

Armandy Kosmicznej, pierś pełna medali i uskrzydlona rakieta - oznaka pilota galaktycznego. To 

był  mój człowiek.  Miałem  fotel obok  niego,  toteż powitałem  go  jak  najwylewniej.  Zignorował 

mnie  całkowicie.  Po  starcie,  kiedy  SST  chował  skrzydła,  wydobyłem  z  zanadrza  piersiówkę  i 

odpiąłem dwa kubeczki. 

- Byłoby dla mnie zaszczytem, gdybym mógł z panem spełnić toast, drogi panie majorze, 

jako wyraz mojej wdzięczności za pańską służbę dla pomnożenia chwały planety Cliaand. 

Tym  razem  spotkałem  się  z  gorącym  (jak  na  niego)  przyjęciem.  Oglądał  mnie  równo 

dwadzieścia  sekund,  po  czym  bez  słowa  wychylił  naczynie.  Człowiek,  który  cieszy  się  byle 

czym. 

Zaproponowałem mu coś mocniejszego. 

- Nic nie jest za dobre dla naszych dzielnych wojaków. To Narkoleta. 

Po raz pierwszy spojrzał na mnie z uwagą i po parosekundowych wysiłkach wygłosił: 

- Napiję się tego! - w jego głosie brzmiała wdzięczność. 

Ja  myślę.  Ta  butelka  kosztowała  tyle,  co  jego  miesięczne  pobory.  Najlepszy  trunek 

galaktyki - destylowany w małych ilościach z pewnej sylańskiej rośliny. Uspokajający, subtelny, 

upajający,  boski.  I  nie  powodujący  kaca.  Major  połknął  zawartość  kubeczka  bez  mrugnięcia 

okiem.  W  odpowiedzi  nalałem  mu  drugi  i  przedstawiłem  się.  Zastanowił  się  nad  tym  przez 

background image

chwilę, po czym zrozumiał, że teraz jego kolej. 

- Major lotnictwa Vaska Hulja. 

- Cała przyjemność po mojej stronie, majorze. 

Polubiłem go błyskawicznie - prawie tak szybko, jak nasza rakieta dochodziła do bariery 

dźwięku. Był wspaniały, wszechstronny i pozbawiony jakichkolwiek wątpliwości w kwestiach, w 

których zabierał głos. Wspaniały typ tępego półidioty, czyli typowego zawodowego oficera. Oto 

parę próbek jego opinii. Major o bombardowaniu: 

- Nigdy nie popełniaj tego błędu, by lecieć samemu czy w małej grupce. Liczy się efekt 

ogólny. Walnij w budynek lub w wieloosobowy pojazd i wystarczy. Za drugim razem można już 

rąbać w grupy ludzi, ale tylko w te większe, i to zapalającymi, tak lepiej idzie. 

Major o wypoczynku: 

- Było nas dwóch. Mieliśmy tylko dziesięć flaszek i karton fajek - zapas na parę dni, więc 

załatwiliśmy te trzy laski, jedna zapasowa, sam rozumiesz, i wzięliśmy je. 

Major o mieszkańcach innych światów: 

-  Bydło,  nie  wmówisz  mi,  że  nadaliby  się  chociaż  do  pierdolenia.  To  oczywiste,  że 

Cliaand  jest  źródłem  całego  życia  rozumnego  we  wszechświecie  i  jedynym  cywilizowanym 

światem. 

Takich  kawałków  było  więcej,  lecz  nie  starałem  się  ich  specjalnie  zapamiętać. 

Pozostawało mi potakiwać. 

Informacją na wagę złota było stwierdzenie, że dostał właśnie przydział do Glupost, jako 

że dopiero co uzyskał swe R & R. Będzie to jego pierwszy pobyt w dużej bazie po wielu latach 

służby frontowej. Teraz przyszedł mój czas - okazja sama pchała się w ręce. 

Przez  te  tygodnie  pobytu  na  planecie  Cliaand  poznałem,  że  wojsko  zdominowało  tu 

wszystko. Jeśli cokolwiek się liczyło, to tylko armia. A zatem należało do niej wstąpić. Najlepiej 

do Armady, i to od razu w randze majora. 

Gdy włączyły się silniki hamujące, zacząłem wprowadzać tę myśl w czyn. 

- Czy musisz zameldować się od razu, Vaska? - Dzięki znacznemu obniżeniu się poziomu 

płynu w butelce nasze wzajemne uczucia uległy podgrzaniu. 

- Muszę jutro. 

- Cudownie. Nie chcesz chyba spędzić ostatniej nocy urlopu wśród zimnych prześcieradeł 

w  samotnym  łóżku  w  B.O.Q.  Pomyśl  tylko,  czego  mógłbyś  w  tym  czasie  dokonać  -  mówiłem 

background image

przedstawiając  jego  wyobraźni  szczegóły  tego,  czego  można  dokazać  wśród  jedwabnych  prze-

ścieradeł podwójnego wyra. Wspomniałem też o żarciu i piciu, to jednak zainteresowało go tylko 

marginalnie. 

Zaraz  po  wylądowaniu  robocab  zabrał  nas  i  bagaże  prosto  do  „Robotnika",  jednego  z 

automatycznych  w  pełni  hoteli,  których  sieć  obejmowała  całą  planetę.  Wszystko  było  tu 

skomputeryzowane  i  zautomatyzowane.  Ludzie  zjawiali  się  pewnie  tylko  czasami,  by 

skontrolować  co  trzeba  i opróżnić  kasę.  Gości  można było  spotkać  przy  drzwiach,  lecz  unikali 

siebie  nawzajem  jak  zarazy.  Ledwo  wrota  się  otwarły,  jakaś  zmotoryzowana  lalka  wyśpiewała 

nam: 

Sławny w całym świecie już od dnia otwarcia 

„Robotnik" w Dosadan-Glup wita was, 

Jestem tu, by zabrać wasz bagaż, 

Rozkażcie tylko, a pomogę wam! 

Zabrzmiało to w wybujałym kontralcie, w tle przygrywała dwustuosobowa orkiestra dęta. 

Standardowe  nagranie  właściwe  dla  wszystkich  hoteli  typu  „Robotnik".  Nie  znosiłem  tego. 

Kopniakiem zamknąłem drzwi, potem walnąłem robota i pokazałem na nasz robocab. 

- Bagaż. Tam. Pięć sztuk. Przynieś. 

Zahuczało, wysunęły się macki. Weszliśmy do hotelu. 

-  Czy  nie  mieliśmy  przypadkiem  tylko  czterech  sztuk  bagażu?  -  zastanowił  się  Vaska 

marszcząc brwi. 

- Masz rację, musiałem się przeliczyć. - Robot przyjechał z czterema torbami i drzwiami 

od bagażnika. - Ale teraz mamy już pięć. 

Wzięliśmy  najlepszy  apartament.  Na  lewe  nazwisko,  jakiego  akurat  używałem. 

Wpłaciłem 94 boginje. 

Po zameldowaniu się i uregulowaniu opłaty  (płaci się z góry, a  ewentualne wyrównanie 

następuje  przy  wymeldowaniu)  poszliśmy  za  robotem.  Drzwi  otwierały  się  przy  kaskadzie 

dźwięków  -  trąby  zabrzmiały  tak,  jakby  ogłaszały  co  najmniej  powtórne  narodzenie  się 

Chrystusa. 

- Bardzo ładnie - powiedziałem i wdusiłem guzik z napisem NAPIWEK znajdujący się na 

piersi boya. Automatycznie dorzuciło mi to do rachunku dwie boginje. 

- Zamów kilka drinków i trochę jedzenia - dodałem pod adresem majora, wskazując kartę 

background image

dań umieszczoną na ścianie. - Co sobie życzysz. Byle tylko były w tym steki i szampan. 

Pomysł  mu  się  spodobał  i  zajął  się  pracowitym  naciskaniem  guziczków.  Ja  tymczasem 

zająłem się „pluskwami" - miałem na stanie wykrywacz, który bezbłędnie doprowadził mnie do 

jedynej „pluskwy" umieszczonej w tym pokoju. Była tam, gdzie co druga w „Robotnikach". Te 

hotele były naprawdę standardowe. Unieszkodliwiłem ją w banalny sposób: używając krzesła. 

Otwarły  się  wreszcie  drzwiczki  dostawcze  i  na  początek  wjechała  przez  nie  taca  z 

szampanem. Mój słodki major nadal zajęty był naciskaniem kolorowych guziczków; mój biedny 

rachunek,  widniejący  na  ekraniku  obok,  kurczył  się  w  zastraszającym  tempie.  Odkorkowałem 

szampana  -  mierząc  umyślnie  w  kierunku  majora  -  i  napełniłem  kieliszki.  To  na  szczęście 

odwróciło jego uwagę od menu. 

-  Za  Kosmiczną  Armadę!  -  wzniosłem  toast,  pozwalając  jednocześnie,  by  do  jego 

kieliszka  wpadła  mała  zielona tabletka. - Wyglądasz,  jakbyś był  zmęczony. Czy  nie chce ci się 

przypadkiem spać, mój kochany Vaska? 

- Spać... - zgodził się z moją sugestią i nadspodziewanie szybko pokiwał głową. 

- Myślę, że nie będzie głupim pomysłem, gdy położysz się przed obiadem. 

- Położę się... - kieliszek wylądował na dywanie, a major na najbliższym łóżku, zajmując 

bezczelnie całą jego szerokość. 

-  Widzisz,  jaki  jesteś  zmęczony.  Śpij,  później  cię  obudzę.  -  Posłuszny  hypnonalowi 

zamknął oczy i zachrapał. 

Pięknie. Nadjechał obiad dla kompanii  głodomorów.  Zjadłem ile mogłem  i zabrałem się 

do  pracy.  Najpierw  zastrzyk  blokujący  nerwy  twarzy,  potem  snop  światła  z  odczytywacza  na 

gębę majora i poprawka na mojej fizys. Byliśmy tego samego wzrostu, a podobny musiałem być 

do  zdjęcia  w  papierach,  a  nie  do  oryginału  rozciągniętego  aktualnie  na  tapczanie.  A  na  tym 

zdjęciu, które miałem przed sobą, gość wyglądał jak ogolona małpa, a nie jak homo sapiens. 

Najtrudniejszy  do  zrobienia  był  podbródek;  aby  wykonać  go  odpowiednio,  musiałem 

użyć  potężnych  zastrzyków  plastiku.  W  końcu  dało  się  porównać  z  bohaterskimi  kształtami 

brody  Vaski.  Potem  brwi  (masa  sztucznych  włosów  wszczepionych  pod  skórę)  i  szkła 

kontaktowe o kolorze  jego oczu.  Potem  odciski nałożone cienką błoną  na opuszki palców i  już 

byłem  gotowy  do  wykonania  dalszych  zleconych  mi  zadań.  Rozebrałem  szybko  mego 

dobroczyńcę  i  wskoczyłem  w  galowy  mundur  Armady.  Moja  pierś  ugięła  się  pod  ciężarem 

licznych ozdobników i szerokiej gamy medali, które miały dobrze świadczyć o ich właścicielu. 

background image

Zadowolony  z  dobrze  wykonanego  obowiązku,  nalałem  sobie  zasłużonego  drinka  i 

zatopiłem się w kontemplacji. Jutro wstąpić miałem do wojska i choć jedynie na krótko, to wcale 

mi się to nie podobało. 

background image

-  Proszę  mi  wybaczyć,  ale  nie  mogę  pana  wpuścić  -  wykrztusił  strażnik  stojący  przed 

stalową, nitowaną bramą wpuszczoną w kamienny mur zwieńczony pasmami drutu kolczastego. 

-  Co  to  znaczy,  że  nie  możecie  mnie  wpuścić?!  Otrzymałem  rozkaz  stawienia  się  w 

Glupost! - ryknąłem naśladując najlepszy wojskowy zwyczaj. - Natychmiast otwierajcie te drzwi! 

-  Proszę  wybaczyć,  ale  nie  mogę.  Baza  jest  zapieczętowana.  Otrzymałem  zakaz 

wpuszczania kogokolwiek. 

- Chcę się widzieć z dowódcą warty! 

- Proszę bardzo - powiedział jakiś zimny głos za moimi plecami. - Co to za zamieszanie? 

Kiedy  się odwróciłem  i  spojrzałem na  jego kapitańską belkę, a on na mój krzyż  majora, 

wiedziałem, że wygram tę dyskusję. Że już ją wygrałem. Podeszliśmy do bramy i nastąpiła seria 

wezwań  i  wywołań  na  wizji  i  fonii,  po  czym  wręczono  mi  mikrofon  i  zobaczyłem  na  ekranie 

nastroszonego faceta z pułkownikowskim rombem. Wiedziałem, że teraz już przegrałem. 

- Baza jest zapieczętowana, panie majorze - usłyszałem. 

- Otrzymałem rozkaz, żeby się tu zameldować. 

- Miał się pan zameldować wczoraj. Przedłużył pan samowolnie urlop. 

-  Przykro  mi,  panie  pułkowniku,  ale  musiała  nastąpić  omyłka  w  zapisach.  Rozkazy 

mówiły,  że  mam  się  zameldować dzisiaj.  -  Podniosłem  rozkazy  i  zdębiałem:  data  rzeczywiście 

była wczorajsza.  Ten pijak  Vaska wszystko  pokręcił,  a  ja będę kwiczał. Pułkownik uśmiechnął 

się słodko, zupełnie jak samiec w czasie rui. 

-  Gdyby  pomylono  rozkazy,  majorze,  nie  byłoby  z  pewnością  kłopotu,  ale  ponieważ  to 

wyście  narobili  zamieszania,  poruczniku,  już  wiemy,  gdzie  tkwił  błąd.  Proszę  się  zameldować 

przy wejściu bezpieczeństwa. 

Odwiesiłem mikrofon  i odebrałem od kapitana komplet gwiazdek,  oddając  moje  krzyże. 

Uśmiechnął  się  w  pełni  usatysfakcjonowany,  a  ja  zastanowiłem  się,  czy  awanse  następują  tu 

równie szybko jak degradacje. 

Później przemaszerowaliśmy przez coś w rodzaju śluzy powietrznej, w której sprawdzono 

moje dokumenty, pobrano odciski palców i już byłem wewnątrz bazy Glupost. Dostałem wóz, a 

przydzielony mi żołnierz zawiózł mnie na kwaterę. 

Przez  cały  czas  uważnie  rozglądałem  się  wokół,  lecz  nie  zauważyłem  niczego 

nadzwyczajnego.  Po  placu  apelowym  snuły  się  w  ordynku  tłumy  żołnierzy,  walało  się  sporo 

background image

kosztownych maszyn pomalowanych w jaskrawe kolory. To, czego szukałem, było z pewnością 

dobrze ukryte. 

Gdy  w  końcu  znalazłem  się  razem  z  rzeczami  w  pokoju,  z  sąsiedniego  łóżka  dobiegło 

pytanie: 

- Nie masz przypadkiem czegoś do picia? 

Przyjrzałem się uważnie i stwierdziłem, że to,  co  wziąłem zrazu za  kupę zmiętoszonych 

koców,  zawiera  wewnątrz  kościstego  osobnika  w  ciemnych  okularach.  Wysiłek,  jaki  włożył  w 

zadanie mi tego pytania musiał kompletnie go wyczerpać, bo jęknął i opadł na koce. 

-  Przypadkiem  mam  -  odpowiedziałem  otwierając  okno.  -  Nazywam  się  Vaska.  Masz 

jakieś preferencje co do gatunku? 

- Otrov. 

Nie mogłem przypomnieć sobie alkoholu o takiej nazwie, uznałem więc, że po prostu się 

przedstawił. Sięgnąłem po najmocniejszy argument  i nalałem pół szklanki.  Złapał  ją  w trzęsące 

się  dłonie  i  opróżnił  duszkiem.  Wstrząsnęło  nim,  ale  musiało  pomóc,  bo  wyciągnął  w  miarę 

stabilną już kończynę po dolewkę. 

- Odpalamy za dwa dni - oznajmił. - To coś tutaj, to naprawdę nie jest rozpuszczalnik? 

- Nie, tylko tak pachnie. Dokąd? 

- Nie rozśmieszaj mnie o tak wczesnej porze. Nigdy tego nie wiemy. Dla bezpieczeństwa. 

A może ty jesteś z bezpieki? 

-  Uśmiejesz  się,  ale  nie.  Nie  czuję  się  najlepiej,  stąd  te  żarty.  Rano  obudziłem  się  jako 

major. 

- A teraz jesteś porucznikiem. Cóż, łatwo przyszło, łatwo poszło. 

- Wcale nie przyszło mi to tak łatwo! 

-  Przepraszam.  Figura  stylistyczna.  Ja  zawsze  byłem  porucznikiem,  więc  nie  wiem,  co 

czujesz.  Nalej  mi  jeszcze  trochę,  to  będę  mógł  się  ubrać.  Trzeba  iść  do  klubu  i  wziąć  się  do 

roboty. Jak sobie pomyślę o tych tygodniach lotu o suchym pysku, to mi się słabo robi. 

A zatem Cliaand wygrywał swoje bitwy o wodzie. Ciekawe, czy ja bym tak potrafił? 

Po drodze do klubu nie byłem zbyt rozmowny. Musiałem stąd wyleźć i zająć się Vaską, a 

trafiłem  tymczasem  do  bazy  z  zakazem  wyjścia  i  pieczęciami  na  bramach.  Nic,  dochodziło 

południe.  Trzeba  coś  wykombinować,  aby  zniknąć  wieczorem.  Wsunąłem  w  kieszeń  fiolkę 

butanolu  -  wywoływał  zgagę,  lecz  brany  co  dwie  godziny  neutralizował  alkohol.  A  chlanie 

background image

zapowiadało się potężne. 

Nasz stół  szybko stał  się centrum ogólnego  zainteresowania.  Szastałem  forsą  (oficjalnie 

wygraną w karty) i słuchałem najrozmaitszych wspomnień, najczęściej z poprzednich kampanii. 

Przewijało się w nich jedno - nieprawdopodobna liczba zwycięstw. Wiedziałem, że armia planety 

Cliaand jest niezła, ale patrząc na obecną tu kolekcję pijaczków nader trudno było uwierzyć, że ta 

chluba  Armandy  Kosmicznej  była  naprawdę  aż  tak  dobra.  Ale  byli  -  i  to  wydało  mi  się 

przygnębiające. 

Do  wieczora  skład  się  zmienił,  gdyż  do  pierwszego zestawu  pijaków  dołączyli  inni,  a  z 

tych, którzy ze mną zaczynali, nie ostał się nikt. Kiedy tylko któryś opadał na podłogę, obsługa 

wynosiła go ostrożnie, a jego miejsce zajmował nowy. Doszedłem w końcu do wniosku, że pora 

już opuścić to grono. Zamknąłem oczy i zjechałem pod stół. Silne dłonie złapały mnie pod kolana 

i za ramiona, gdy tylko zauważono, że przestałem funkcjonować. Zostałem odholowany. 

Gdy kroki obsługi oddaliły  się,  otworzyłem oczy.  Zadymiona  izba z rzędami prycz - na 

najbliższej  widniała  otwarta  gęba  Otrova.  Nikt  nie  zauważył,  gdy  naciągnąłem  rękawiczki  i 

ruszyłem  do  drzwi prowadzących na  podwórze.  Wszyscy  byli  pogrążeni  w  pijackim śnie.  Było 

już  ciemno,  akurat  najwyższa  pora,  by  się  samowolnie  oddalić,  tyle  że  nadal  jeszcze  nie 

wiedziałem jak. 

Wyjście przez bramę było niemożliwością - przed każdą stała drużyna straży, aby komuś 

nie  zachciało  się  lunatycznych  wycieczek.  Wzdłuż  muru,  co  sto  kroków,  sterczał  wartownik, 

elektroniki było pewnie ze dwa razy więcej. Paliły się reflektory oświetlające wewnętrzną stronę 

ogrodzenia. Miało to zapobiegać wtargnięciu z zewnątrz, lecz działało w obie strony. 

Polazłem w stronę kosmodromu, na którym stała kolekcja najcięższych transportowców, 

jakie  w  życiu  oglądałem.  Łatwo  by  było  do  nich  się  dostać,  tylko  co  dalej?  Lądowanie  czymś 

takim koło „Robotnika" równało się demontażowi połowy dzielnicy. 

Nagle  rozbłysły  światła  i  do  lądowania  podszedł  deltoidalny  myśliwiec.  Pneumatyki 

dobijały jeszcze  na betonie,  a  ja już  gnałem  w jego stronę  i  to na  złamanie karku.  Szaleństwo? 

Może. Lecz w moim fachu człowiek szybko uczy się polegać na odruchach. 

W  biegu przylepiłem sobie  wąsa  i potruchtałem za  kołującą  maszyną  do boksu.  Pojawił 

się samochód, który wyjechał mu na spotkanie, a mechanicy zaraz zabrali się do przeglądu. 

Kabina  otwarła  się  i  po  przystawionej  drabinie  zaczął  schodzić  tęgi  osobnik  z  krzyżem 

majora na kołnierzu. Podbiegiem tak, aby stanąć w ciemności przy samochodzie i gdy skierował 

background image

się ku mnie, zasalutowałem. 

- Proszę wybaczyć  -  wysapałem przesuwając się tak,  by móc w  każdej chwili wepchnąć 

się za nim do środka. - Ale komendant prosił mnie, bym sprawdził, czy ma pan papiery. 

- O czym, kurwa, pan mówi? - wlazł do wozu, a ja za nim. 

- To pan nie wie? Boże! Szofer, natychmiast jedziemy! 

Szofer pojechał, bo na tym w końcu polegało jego zajęcie. Wyciągnąłem z kieszeni rurkę 

i kiedy byliśmy już poza zasięgiem wzroku obsługi myśliwca, uniosłem ją do ust. 

- Panie majorze... 

Dmuchnąłem, gdy  odwrócił  głowę.  Jęknął, podniósł rękę do policzka, w który  wbiła się 

strzałka, i osunął się na siedzenie. Przytrzymałem go, wyjmując jednocześnie igłę. 

- Szofer, stać! Coś się stało panu majorowi! 

Nie  był  to  człowiek  obdarzony  wyobraźnią  -  stanął.  Pozwoliłem  sobie  zrobić  ponowny 

użytek z rurki. Dołączył do majora. 

Ściągnąłem obu na pobocze i ubrałem się w kombinezon majora, nakładając jednocześnie 

hełm i okulary. Śpiącą parę ułożyłem w ten sposób, by obejmowali się czule, i zawróciłem wóz. 

Zahamowałem z piskiem obok myśliwca. 

- Alarm! - ryknąłem. - Odczepcie go, bym mógł wystartować! 

Mechanicy  porozdziawiali  gęby,  w  niemym  zachwycie,  ale  żaden  nie  drgnął,  toteż 

obróciłem najbliższego czubkiem buta we właściwą stronę. To ich zmobilizowało. Rzucili się w 

wir pracy - wszyscy poza szpakowatym podoficerem, który przyglądał mi się uważnie. 

- To osobista maszyna majora Lopty. Czy nie zaszła tu przypadkiem jakaś pomyłka? 

-  Nie  większa  niż  ta,  którą  wy  chcecie  zrobić,  wtykając  nos  w  nie  swoje  sprawy.  Jak 

dawno temu byliście szeregowcem? 

Popatrzył  na  mnie  w  zamyśleniu  i  odszedł.  Wsiadając  do  samolotu  zauważyłem,  że 

majstruje coś przy umieszczonym w samochodzie radiu. Trzeba było wcześniej coś z nim zrobić, 

teraz było już za późno. Właziłem właśnie do kabiny, gdy rzucił słuchawkę i wrzasnął: 

- Zatrzymajcie go! Nie ma żadnego alarmu! 

Pomagający mi dotąd mechanik stał się nagle przeszkodą, toteż odesłałem go kopniakiem 

na  ziemię,  w  chwilę  później  zrobiłem  to  samo  z  drabiną.  Rozwój  sytuacji  wcale  mi  się  nie 

podobał. Zakładałem, że będę miał trochę czasu na zapoznanie się z przyrządami. Wiele latałem 

na  odrzutowcach,  ale  nigdy  na  cliaandzkich.  Sporo  czasu  zajęło  mi  odszukanie  przełącznika 

background image

świateł.  Akurat  gdy  go  znalazłem,  drabina  znów  zachrobotała  na  burcie.  Nigdy  nie  lubiłem 

podoflcerów-służbistów,  a  przez  tego  tutaj  musiałem  jeszcze  marnować  czas,  którego  i  tak  nie 

miałem zbyt wiele. 

Rozpiąłem  kombinezon  i  z  wewnętrznej  kieszeni  wydobyłem  granaty  rozweselające. 

Posłanie ich na dół uwolniło mnie od przesadnej troskliwości mechaników. Ten menda sierżant 

trzymał  się  tymczasem poza ich zasięgiem, majstrując znowu coś przy  radiu.  Minął  się chłop z 

powołaniem - zamiast do  Armandy powinien trafić do  łączności. Przyjrzałem się armaturze  i  w 

końcu  znalazłem  czarną  gałkę  z  napisem  PALJENIE.  Przesunąłem  ją  i  silniki  z  grzmotem 

obudziły  się  do  życia.  Coś  przeleciało  mi  nad  głową.  Kopiąc  przepustnicę  zauważyłem,  że 

sierżant klęka i mierzy staranniej. Maszyna ruszyła powolutku. 

Jego pistolet ponownie wypalił i poczułem wibrację, jaką wywołuje pocisk wbijający się 

w  pancerną  osłonę  oparcia  fotela.  Dzięki  ci,  Boże,  za  przezorność  konstruktorów  i  pancerne 

płyty!  Ustawiłem  się  tyłem  do  niego  i  dałem  pełny  gaz  -  odrzut  targnął  idealnie  jego  głową  i 

dalszych  strzałów  już nie  było.  Maszyna szarpnęła  się  ku przodowi  i zobaczyłem  majtający się 

radośnie  na  wietrze  przerwany  wąż  paliwowy.  Wciąż  tryskało  z  niego  paliwo.  Ci  idioci 

zapomnieli go odłączyć! 

Skręcając na pas startowy, ujrzałem kilka nadjeżdżających z rykiem ciężarówek i sunącą 

za  nimi  pancerkę.  Ani  chybi  mieli  zamiar  zablokować  mi  drogę.  Szukając  gorączkowo  po 

kabinie, znalazłem w końcu małą płytkę opatrzoną napisem ISBACIWANJE. 

Podnosząc  głowę  doznałem  wrażenia,  że  zderzę  się  z  najbliższą  ciężarówką.  Wojacy 

ewakuowali  się  z  niej  w  chwalebnym  pośpiechu.  Nacisnąłem  hamulce  i  skrzyżowałem  stery. 

Maszyna skręciła w miejscu i jakieś dwie stopy skrzydła zostały w ciężarówce. Dałem pełny gaz 

i światła pasa startowego zaczęły migać obok mnie z coraz większą szybkością. 

Jedną  ręką  trzymałem  wolant,  a  drugą  wymacywałem  pasy  i  zapinałem  szelki  uprzęży. 

Jednej ciągle mi brakowało - okazało się, że na niej siedziałem. 

Zatrzasnąłem  w  końcu  wszystkie  i  spojrzałem  przed  siebie:  maszyna  miała  zbyt  małą 

szybkość,  aby  oderwać  się  od  ziemi  i  z  rosnącym  przyspieszeniem  kierowała  się  prosto  na 

kamienny mur, który wyrósł na pewnym kursie kolizyjnym. 

background image

Obliczenie czasu musiało być idealne, inaczej cała impreza skończyłaby się fiaskiem. Gdy 

zobaczyłem  spoiny  między  blokami  muru,  zrozumiałem,  że  to  teraz,  i  nacisnąłem  guzik 

katapulty. 

Wydarzenia potoczyły się zbyt szybko, abym mógł za nimi nadążyć: nad głową trzasnęła 

mi kabina (zniesiona eksplozją), a fotel trzasnął mnie po krzyżu. Pożeglowałem wolno ku górze, 

przeleciałem nad  murem i miałem przed  sobą  tylko ciemne niebo. Kiedy  byłem  w najwyższym 

punkcie  lotu,  poczułem  następne  uderzenie  w  plecy  i  rozwinęła  się  nade  mną  czasza 

spadochronu.  Ściana  najbliższego  budynku  zbliżała  się  błyskawicznie.  Fotel  rąbnął  o  bruk,  a 

spadochron nakrył to wszystko zwojami jedwabiu. 

Gdy wreszcie się spod niego wygrzebałem, ujrzałem jakąś parkę, która wrosła w chodnik 

po  przeciwnej  stronie  ulicy.  Wytrzeszczali  na  mnie  oczy.  Zza  muru  dochodziły  tymczasem 

odgłosy eksplozji i innej ożywionej działalności; niebo rozjaśniały płomienie i słychać było dziki 

ryk syreny alarmowej. Ślicznie. 

- Próbujemy nowy sprzęt - rzuciłem w stronę widzów i prysnąłem za róg. 

W  najbliższej  bramie  zrzuciłem  hełm  i  kombinezon.  Jako  jednostka  wolna  i 

niezidentyfikowana udałem  się  spokojnie do  „Robotnika".  Musiałem  pozbyć  się  Vaski,  przejąć 

na dobre jego tożsamość i pokombinować, jak dostać się ponownie na teren bazy. Ale to potem. 

 

Vaska,  rozrzucony  na  łóżku,  poruszył  się,  gdy  wszedłem.  Zakołysał  głową.  Trans 

hipnotyczny  kończył  się,  a  on usiłował  mu  w  tym  dopomóc.  Nie  można  powiedzieć,  by  robot-

sprzątacz  pozostawał  przy  tym  bierny.  Starł  już  kurze  i  teraz usiłował  zasłać  łóżko,  na  którym 

major leżał. Wdusiłem guzik WRÓĆ PÓŹNIEJ. Zamówiłem obiad i żeby ulżyć Vasce, podałem 

mu sugestię, że nie jadł nic od dwóch dni, a przed sobą ma najlepszy posiłek, jaki zdarzył mu się 

w  życiu.  Sam  tymczasem  zastanawiałem  się,  co  mam  zrobić  z  tym  okazem  głodomora 

wkładającego sobie do uszczęśliwionej gęby kolejny kawał leguminy. 

Na tym świecie było miejsce tylko dla jednego Vaski, więc co miałem zrobić? Zabić go? 

Technicznie  żaden  problem,  poszatkować  potem  zwłoki,  wrzucić  do  pieca  łukowego  i  usunąć 

popiół. Żadna filozofia. Ale nie było dla mnie kuszące zabić z zimną krwią - to nie ja. Zabijałem 

ludzi wielokrotnie i na różne sposoby, ale tak sobie spokojnie wykalkulować i sprzątnąć kogoś - 

nie, zbyt silny miałem szacunek dla życia. Teraz, kiedy wiemy, że jedyną rzeczą, jaka istnieje po 

background image

drugiej stronie nieba jest następny szmat przestrzeni i gdy wszystkie religie odeszły w niepamięć 

dziejów,  zrozumieliśmy,  że  doczesność  jest  jedyną  rzeczą,  jaką  posiadamy.  Każdy  ma  tylko 

jedno, krótkie doświadczenie, związane z funkcjonowaniem jego jasnego świata świadomości w 

nieskończonej,  a  otaczającej  nas  nocy,  której  ciemności  nie  rozświetla  nic  innego,  i  musi  jak 

najlepiej  wykorzystywać  to,  co  ma.  Oznacza  to,  że  powinien  szanować  życie  innych,  gdyż 

konsekwencją  śmierci  jest  nieodwracalne  zakończenie  bytowania  czyjejś  świadomości. 

Cliaandczycy tak nie myślą, ale to nie  dowodzi, że  najlepszą rzeczą jest akurat zgodzenie się  z 

nimi  w  tym  punkcie.  Westchnąłem  -  prześliczne  wręcz  plany  związane  z  piecem  łukowym 

zniknęły. 

No  i  co?  Mogłem  skuć  go  łańcuchami  i  wsadzić  do  jaskini  wraz  z  dystrybutorem 

żywności. Gdybym miał jaskinię i pozostałe. Odpada. Gdybym miał czas, mógłbym zmienić mu 

wygląd i nafaszerować pamięć informacjami prowadzącymi prosto do mamra, i to zatrzymałoby 

go przynajmniej  na sześć  miesięcy.  Ale  ja  nie  miałem  czasu.  Mogłem  też  zrezygnować z całej 

akcji,  co  byłoby  najrozsądniejsze,  zważywszy,  że  w  Glupost  rozpętano  już  zapewne 

biurokratyczne piekło, by sprawdzić, kto rozpieprzył im to latające cudo. 

Usłyszałem jakieś poruszenie za ścianą i do pokoju wjechał sprzątacz. 

- Mógłbym wam ładnie posprzątać? - zapytał seksownym głosem. 

Powiedziałem mu, co mógłby zrobić, ale nie miał odpowiedniego wyposażenia. Toteż w 

końcu pozwoliłem mu  wziąć  się do roboty. Gapiłem się na jego  krzątaninę i zaczęła mi powoli 

świtać genialna myśl. 

Teoretycznie  mógłbym  tu  trzymać  Vaskę  w  nieskończoność  -  nikt  się  nim  nie 

zainteresuje,  dopóki  rachunek  będzie  opłacany.  Ale  sugestię  hipnotyczną  trzeba  było  odrzucić, 

jako  że  musi  ona  być  odnawiana  co  dwanaście  godzin,  a  mnie  tu  nie  będzie,  żeby  to  robić.  A 

może będę? Najpierw muszę poszukać tutejszego centrum kontrolnego. 

Zostawiwszy  mego  podopiecznego,  który  zaśmiewał  się  do  łez  oglądając  jakiś  dramat 

historyczny  („to  najlepszy  program  rozrywkowy,  jaki  widziałeś"),  poszedłem na  poszukiwania. 

Nawet  tak  zautomatyzowany  hotel  jak  ten  musi  czasem  podlegać  kontroli  mechaników,  a  ci 

muszą jakoś dostać się do wnętrza. Wystarczyło trochę wytrwałości. 

Znalazłem to  w pobliżu  wejścia:  zamaskowane drzwi z dziurką od klucza. Trochę czasu 

straciłem  na  „odpluskwienie",  a  kiedy  w  końcu  zamknąłem  te  drzwi za  sobą, poczułem  się  jak 

karaluch w skrzynce radioodbiornika. 

background image

Zewsząd  zwisały  i  wystawały  elektroniczne  komponenty,  zwoje  kabli  wiły  się  we 

wszystkich  kierunkach,  rolki  taśm  wirowały  na  komputerach,  zapalały  się  pulsujące  światełka. 

Słowem, burdel na wrotkach. 

Przelazłem przez to całe zamieszanie, odczytując napisy na wolnych fragmentach ścian, i 

w  końcu  odnalazłem  konsolkę  pulpitu  kontrolnego.  Stało  przed  nią  nawet  normalne  krzesło! 

Opadłem na nie i zabrałem się do pracy. 

Najpierw  „pluskwa"  w  pokoju.  Odnalazłem  obwody,  był  nawet  ekran.  Profilaktycznie 

sprawdziłem  inne  pokoje.  W  niektórych  działy  się  nawet  ciekawe  rzeczy,  miałem  jednak  do 

wykonania  ważniejsze  zadanie  niż  obserwacja,  a  poza  tym  byłem  przecież  już  człowiekiem 

żonatym. 

Ze sposobu podłączenia  zorientowałem się, że pomyślane było to  tak, aby naraz dawało 

się  podsłuchiwać  tylko  jeden  pokój.  Bóg  jeden  wie,  dlaczego  tak  zrobiono.  Nie  było  rzeczą 

trudną  dorobić  jeszcze  jedno  połączenie  i  pod  ten  numer  podłączyć  jakikolwiek  inny,  udający 

pokój  Vaski.  Szansa  jedna  na  milion, że się  wyda.  A  wystarczało  mi  to  w  zupełności,  by  spać 

potem  spokojnie.  Tak  zatem  od  tej  chwili  Vaska  nie  mógł  być  ani  widziany,  ani  słyszany.  Na 

dodatek połowa pokoi stała pusta, a na najbliższym posterunku bezpieki,  ku któremu kierowały 

się kable, wcale nie musieli o tym wiedzieć. 

Pieniędzy  na  jego  utrzymanie  mogłem  dostarczać  przez  ponad  rok,  bo  zawsze  istniały 

banki,  z  których  można  je  sobie  wypłacać.  Pozostawało  jeszcze  tylko  znaleźć  sposób,  by 

utrzymać  go  w  tym  pokoju.  Przy  mojej  płodnej  wyobraźni  i  zasadniczo  wrednym  charakterze 

obmyślenie planu było kwestią chwili. 

Do  obwodu  głośnikowego  podłączyłem  magnetofon  z  mechanizmem  zegarowym  i 

ukryłem  to  wszystko  w  gąszczu  innych  połączeń.  Zaprogramowałem  nagranie  i  czas  i 

uruchomiłem całą aparaturę. Pospieszyłem do pokoju na próbę generalną. 

Vaska przez cały czas  wlepiał oczy w  telewizor. Posapywał  z  podniecenia,  gdy potężne 

krążowniki kończyły swój żywot w oszalałym dziele zniszczenia. Grzmiały armaty, wściekały się 

rozszalałe moce, a przez to wszystko przebijał się mój nagrany głos: 

- A teraz posłuchaj, Vaska, posłuchaj uważnie. Masz za sobą długi, męczący dzień i jesteś 

śpiący.  Ziewasz.  Wyłączysz  światła  i  udasz  się  na  spoczynek,  aby  zasnąć  zasłużonym  snem 

sprawiedliwego i zacząć jutro kolejny, pracowity dzień. 

Wszystko  się  zgadzało,  poza  tym  pracowitym  dniem  oczywiście.  Jutro  obudzi  go  mój 

background image

kojący  głos,  oznajmiając,  żeby  zapomniał  wszystko,  co  było  wczoraj,  gdyż  dzisiaj  właśnie  ma 

ostatni dzień urlopu i musi odpocząć przed zameldowaniem się w jednostce. Wieczorem usłyszy 

cytowane  już  nagranie  o  pracowitym  dniu  i  tak  na  okrągło,  aż  do  końca  zaprogramowanego 

czasu. Cudownie proste i przez to niezawodne. 

Do otworu  w ścianie wsunąłem połowę posiadanej  gotówki,  tak że rachunek skoczył do 

niesamowitej  sumy.  W  radosnym  podnieceniu  wyszedłem  na  korytarz.  Jeszcze  karteczka  NIE 

PRZESZKADZAĆ zawieszona na drzwiach i byłem gotów. 

Potem dopadło mnie przygnębienie. Vaską zająłem się troskliwie, pora pomyśleć o sobie. 

Trzeba  wrócić  do  bazy,  a  nie  wiadomo  jak.  Rozejrzałem  się  za  butelką,  która  jak  dotąd 

skutecznie dostarczała mi twórczego natchnienia. 

Biorąc  pod  uwagę  zamieszanie,  jakiego  narobiłem  wychodząc  nielegalnie  poza  mury, 

musiała  tam  panować  nader  ożywiona  działalność.  Oczyma  wyobraźni  widziałem  wzmocnione 

warty, oddziały kręcące się po terenie i tym podobne atrakcje. Najlepiej byłoby zrobić tak, żeby 

wszystko to skierowało się przeciwko nim samym i aby nikt nie wiedział, że ktoś wszedł. Tylko 

jak to zrobić? 

Gdy  tylko  postawiłem  właściwe  pytanie,  znalazła  się  rychło  właściwa  odpowiedź. 

Skompletowałem potrzebny sprzęt. Trochę ciężki niestety. Potem zająłem się przebraniem mojej 

skromnej osoby: zapięty od góry do dołu płaszcz, sflaczały kapelusz i stara, wierna siwa broda. 

Wykończyłem butelkę, wyszedłem na korytarz, zamknąłem drzwi na klucz, klucz wrzuciłem do 

zsypu i pojawiłem się na ulicy. Machnięciem ręki zatrzymałem robocab i gramoląc się do środka 

rozkazałem: 

- Baza Glupost, główne wejście. 

Szaleństwo?  Możliwe,  lecz  było  to  jedyne  wyjście.  Gdy  dojechaliśmy  do  bramy,  jakiś 

porucznik otworzył drzwiczki i wrzasnął: 

- Baza jest zamknięta! Co tu robicie? 

-  Baza?  -  zajodłowałem, bardzo źle naśladując  starczy  falsecik.  -  A  to  nie  jest  Centrum 

Poprawy Możliwości Sokiem Marchewkowym? Taksówka zawiozła mnie w złe miejsce... 

Porucznika aż skręciło z obrzydzenia. Odwrócił się zgorszony, a wtedy wturlałem mu pod 

nogi dwa argumenty gazowe. Gdy wybuchły, dołożyłem jeszcze pięć, uszczelniając jednocześnie 

maskę na twarzy. 

Była  to  wspaniała  mieszanka;  gaz  rozweselający,  oślepiajacy  i  kupa  dymu  na  dodatek. 

background image

Zaśmiewający  się  i  przeklinający  faceci  rozbiegli  się  na  wszystkie  strony.  Gruchnęły  strzały. 

Targając  walizkę  dotarłem  do  bramy.  Ładunki  miały  magnesy,  tak  że  wystarczyło  je  tylko 

odpowiednio  umiejscowić.  Połączyłem  je  ze  sobą  inicjatorem  i  uruchomiłem  zapalniki.  Sam 

prysnąłem  pod  mur.  Czas  uciekał  aż  za  szybko.  Za  bramą  musiał  czekać  już  na  mnie  komitet 

powitalny. Lecz ja zaszedłem już za daleko. 

W  ciemności  rozległ  się  huk  i  łoskot  rozrywanej  stali.  Miałem  nadzieję,  że  wybuch 

rozwalił  bramę  doszczętnie.  Gdy  ku  niej  postąpiłem,  z  otaczającej  mnie  ciemności  dobiegły 

dźwięki, które zwykle są właściwe tylko domom wariatów. 

background image

10

 

Dziura  była  w  sam  raz.  Po  drugiej  stronie  zobaczyłem  reflektory  i  oddział  żołnierzy  z 

bronią gotową do strzału. Co więcej, strzelali, i sądząc po odgłosach za mną, musieli kogoś trafić. 

Przytuliłem  się  do  ściany  i  wrzuciłem  przez  otwór  granaty.  Gdy  dym  zgęstniał,  rzuciłem  się 

najszybciej  jak  mogłem,  do  środka.  Widowisko  było  pierwszej  klasy,  dramatyczne  jak cholera. 

Jęczały syreny, wrzeszczeli ludzie, szczękała broń. Powiększałem to pandemonium, jak mogłem, 

ciskając granaty na prawo i lewo. 

Zostawiłem sobie ich jeszcze parę, ot, na wszelki wypadek, i włączyłem samolikwidator 

w walizce. Miał pięć sekund opóźnienia, więc cisnąłem ją i pobiegłem w przeciwnym kierunku. 

Z tego co pamiętam, była tam strażnica, przed którą parkowały samochody. Modliłem się, żeby 

był  tam  jeszcze  choć  jeden.  Z  mroku  dobiegł  odgłos  zapalanego  silnika.  Ruszyłem  z  kopyta, 

gubiąc  kapelusz.  Silnik  zawarczał  głośniej  i  poprzez  rzednący  dym  ujrzałem  kanciaste  pudło 

ciężarówki. 

Rzuciłem  dwa  z  czterech  pozostałych  mi  granatów,  mierząc  jak  najdalej  od  siebie. 

Zgodnie z oczekiwaniami kierowca zahamował, ledwo tylko ujrzał przed sobą wykwitające kłęby 

dymu. 

Skoczyłem  do  drzwi  i  otwarłem  je  jednym  szarpnięciem,  drugim  zaś  wyciągnąłem 

kierowcę za szmaty (białe - był w pełnym uniformie kucharza). Gdy leciał na ziemię, mój prawy 

sierpowy  wylądował  na  jego  rozdziawionej  gębie.  W  chwilę  później  siedziałem  za  kółkiem. 

Kiedy wyjechałem ze strefy zadymienia, zauważyłem, że już jest dzień. 

Coraz więcej żołnierzy kręciło się spokojnie po okolicy. Najwyższy czas wrócić do starej 

tożsamości  -  dziadek w  wojskowej  bazie to  dość  szokujący widok.  Skuliłem się  i  szarpnięciem 

zdarłem brodę. 

Nagle  poczułem  przeszywający  ból  w  okolicy  ucha.  Rzuciłem  się  w  bok  (razem  z 

ciężarówką, która wjechała  w oddział wojska), kątem oka dostrzegając błysk. Drugie uderzenie 

dosięgło mnie w ramię. Z tylnego okna szoferki wystawała odziana w biel ręka ściskająca ciężki 

garnek. Rozgorączkowany jazdą zapomniałem, że kucharz zwykle ma pomagierów. Ręka plątała 

się  niepokojąco  blisko.  Trzasnąłem  ją  kantem  dłoni  i  przejąłem  garnek.  Za  następnym  razem 

odesłałem go z powrotem. Z granatem wewnątrz. Choć na chwilę miałem spokój. Wyrównałem 

kurs,  zwolniłem  i  skręciłem  za  najbliższe  zabudowania.  Ciężarówka  była  już  nadmiarem 

dobrobytu, a nie zdobyczą, i należało się jej pozbyć. 

background image

Ale  nie  byłoby  dobrze,  gdyby  znaleziono  mnie  gdzieś  daleko  od  kwater;  mogłoby  to 

spowodować niezdrowe zainteresowanie moją osobą. A kwatery oficerów były po drugiej stronie 

bazy. Nagle coś mi zaświtało - blisko stąd był przecież ich klub, a jeśli ci pijacy leżą jeszcze tak, 

jak  ich  zostawiłem...  Byłaby  to  zbyt  piękna  okazja,  by  nie  spróbować  z  niej  skorzystać. 

Wyskoczyłem z hamującego wozu, zostawiając po drodze płaszcz i maskę. Wsadziłem czapkę na 

głowę,  ostatni  granat  wepchnąłem  do  kieszeni  i  skręciłem  za  róg.  Już  miałem  wniknąć  przez 

tylne wejście, gdy usłyszałem głosy. Wmurowało mnie. 

- To wszyscy? 

- Jest jeszcze paru, trudno ich dobudzić. I jeden, z którym nie można się dogadać. 

Przybyłem za późno. Jakiś oficer wchodził właśnie do budynku, a dookoła podreptywało 

wielu  żołnierzy  odprowadzających  skacowanych  oficerów  do  ciężarówki.  Odbezpieczyłem 

granat i wyszedłem zza rogu. Jeśli uda mi się dołączyć do tej drużyny ubogich pijaczków, będę 

bezpieczny. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Szerokim łukiem cisnąłem granat przed ciężarówkę. 

Wybuchł w przyjemny i znany mi sposób. Wszyscy oczywiście spojrzeli w tym kierunku. 

W  paru  skokach  osiągnąłem  grupkę  i  dołączyłem  do  jednego  z  siedzących  na  ziemi  oficerów, 

który  z  podziwu  godną  obojętnością  ignorował  bodźce  zewnętrzne  mamrocząc  coś  do  siebie. 

Pomogłem mu się pozbierać. 

A  potem  żołnierze  pomagali  mi,  bo  nie  sprawiałem  wrażenia  kogoś  mogącego 

samodzielnie  utrzymać pion.  Omal  się  nie  wykopyrtnąłem,  ale powstrzymano  mnie  w ostatniej 

chwili. Ten etap można było uznać za zakończony. 

Lecz było coś jeszcze do zrobienia - kucharz z pewnością zamelduje, że przyłożył mi w 

ucho. Był tam już dość duży guz. Zacznie się więc szukanie śladów na głowie. No i cześć... Guza 

się nie pozbędę, ale mogę spróbować jakoś go zamaskować. 

Wojacy  pomogli  mi  wleźć na pierwszy stopień, dalej  miałem czołgać się  sam.  Jak  tylko 

mnie puścili, nie trafiłem łapą, gdzie miałem trafić i jak bryła betonu runąłem do tyłu. Nie było to 

miłe, lecz rozbiłem sobie łeb dokładnie pod ich nogami. Niech teraz ktoś mnie zapyta, skąd ten 

guz. 

Palnąłem  się  jednak  mocniej,  niż  zamierzałem.  Gdy  wróciła  mi  ostrość  widzenia, 

siedziałem na ziemi, a po mojej twarzy ciurkiem płynęła krew. Nie leżało to w moich zamiarach, 

lecz  robiło  dobre  wrażenie:  już  gnał  ku  mnie  żołnierz  z  apteczką.  Obwiązali  mi  łeb  i 

doprowadzili  pod  pudło  ciężarówki  (żebym,  broń  Boże,  powtórnie  im  się  nie  wymsknął). 

background image

Powłócząc  nogami dotarłem do  najciemniejszego  kąta  budy  i  właśnie stamtąd  dotarło do  mnie 

chrapliwe: 

- Vaska... - rzecz jasna, był to mój kumpel z pokoju, rozczochrany i nieszczęśliwy. - Nie 

masz czegoś do picia? - spytał zgodnie ze swym porannym zwyczajem. 

Nie zdążyłem mu odpowiedzieć, gdy ten pijany autobus zatrzymał się. Kiedy oficerowie 

zobaczyli,  że  zamiast  na  kwatery  przywieziono  ich  pod  budynek  komendantury,  rozległy  się 

pełne  żalu  jęki.  Mimo  że  spodziewałem  się  tego,  skarżyłem  się  równie  przeraźliwie. 

Zaprowadzono  nas  do  poczekalni,  skąd  miano  nas  wywoływać  pojedynczo  na  rozmowy  z 

bezpieczniakami  (z  powodu  dziwnych,  a  niepokojących  zabaw,  jakie  miały  miejsce  w  bazie 

Glupost). W trakcie oczekiwania dała się zauważyć wzrastająca popularność latryny. Również z 

niej  skorzystałem.  Głównie  po  to,  by  zostawić  sobie  na  palcach  trochę  mydła,  które  wtarłem 

również  do  oczu.  Piekło  jak  ocet,  ale  wyglądało  dobrze,  czyli  tak,  jakbym  był  obudzony  z 

ciężkiego, pijackiego snu. 

Wraz z innymi położyłem się na ławkach i zasnąłem. 

Obudziła  mnie  nagła  cisza,  w  którą  wdarły  się  odgłosy  pojedynczych  kroków.  Zbliżyły 

się  do  mnie  i...  przeszły  dalej.  Uchyliłem  powieki  i  zobaczyłem  plecy  w  pomarszczonym, 

jasnoszarym mundurze. Ziewając wstałem i drapiąc się pod bandażem zastanawiałem się, o co tu 

chodzi. Skąd ten mundur i skąd ta cisza. 

Posiadacz pleców doczłapał do  przeciwległej ściany,  stanął i  odwrócił się.  Z  przodu był 

równie  niesympatyczny:  lekka  łysina  okolona  ryżawymi  włosami,  pierwsza  tłusta  fałda 

podwójnego podbródka,  wyblakłe oczy  -  przeciętna  twarz  nie  do  zapamiętania.  Jednak  gdy  się 

odezwał, a miał głos surowego dyrektora szkoły, moi pijaczkowie zachowali absolutną ciszę. 

-  Panowie oficerowie,  to znaczy  ci,  którzy  nie byli  pijani  jak  świnie,  słyszeli być  może 

eksplozje i całe spowodowane nimi zamieszanie. Powstało ono w wyniku działań osobnika, który 

wtargnął  na  teren  bazy  i  nie  został  jeszcze  zlokalizowany.  Nie  wiemy  o  nim  niczego 

konkretnego, ale podejrzewamy, że jest szpiegiem z innego świata. 

Jak  można  było  się  spodziewać,  oświadczenie  to  spowodowało  westchnienia  i  cichy 

szmer. Mężczyzna poczekał, aż nastanie cisza. 

-  Prowadzimy  intensywne  poszukiwania,  a  ponieważ  wy  znajdowaliście  się  w  pobliżu, 

zamierzamy porozmawiać z wami,  aby dowiedzieć  się  tego,  co wy  wiecie.  Możliwe  zresztą, że 

znajdę owego szpiega wśród was. 

background image

Przygotowawszy  nas  duchowo,  zaczął  wywoływać  pojedynczo  na  rozmowy.  Byłem 

wdzięczny mojej przezorności, dzięki której nabiłem sobie porządnego guza. 

Nieprzypadkowo zostałem wywołany jako trzeci. Bóg wie co, lecz coś musiało podpaść i 

wzbudzić podejrzenia, skoro wzięto mnie na początku. Powłócząc nogami wszedłem do pokoju. 

Wskazał mi krzesło przy biurku. 

-  Może  będzie  pan  łaskaw  potrzymać  to  w  trakcie  rozmowy  -  stwierdził  średnio 

obraźliwym tonem, podając mi srebrne jajko nadajnika poligraficznego. 

Ponieważ  Vaska  nigdy w  życiu by  tego nie  rozpoznał,  ja też nie wiedziałem, co  to jest. 

Przyjrzałem  się  jajku  z  mieszaniną  wstrętu  i  zainteresowania  i  ścisnąłem  je  w  dłoniach. 

Wewnętrzne moje reakcje nie były jednak takie spokojne: 

„Mają  mnie!  Wie,  kim  jestem  i bawi się ze  mną!"  Byłem  ciekaw,  co  też  interesującego 

widzi  w  detektorze  kłamstw  leżącym  na  stole.  Gapił  się  weń  dłuższą  chwilę.  Spotęgowało  to 

moją panikę. 

W końcu spojrzał głęboko w moje przekrwione oczy i skrzywił się z niesmakiem. 

-  Miał  pan  dość  ciężką  noc,  poruczniku  Hulja.  -  Oczy  znów  zwróciły  się  na  papiery  i 

detektor. 

-  No  tak...  Kilka  ostatnich  kieliszków...  -  powiedziałem  głośno,  w  myślach  natomiast 

przemknęło:  „Zastrzelą  mnie.  Kulą  w  serce".  Oczami  wyobraźni  widziałem  już  moje  zwłoki 

walące się w błoto. 

-  Widzę,  że  ostatnio  pana  zdegradowano...  A  gdzie  są  pańskie  zapalniki,  panie  Pas 

Ratunkowy! 

- Zapalniki? Jakie zapalniki? - „Jestem zmęczony", pomyślałem, „chcę spać". 

- A pańska rana na głowie? Nasz szpieg został uderzony w okolice ucha. 

- Spadłem z ciężarówki, żołnierze mnie obandażowali, może pan ich spytać... 

-  Już  to  zrobiłem.  Pijak,  który  się  przewraca  -  typowy  przedstawiciel  szeregów 

oficerskich. Niech się pan wynosi i umyje. Napawa mnie pan wstrętem. Następny. 

Niepewnie podniosłem się na nogi i ruszyłem do drzwi, zapominając o trzymanym w ręku 

jajku.  Musiałem  zawrócić  i  położyć  je  na  biurku.  Oszukiwanie  poligrafii  wymaga  treningu  i 

zręczności, które to przymioty na szczęście posiadałem. Można to przeprowadzić w określonych 

warunkach. Te  tutaj  były  idealne  -  nagły wywiad  przeprowadzony bez  testów normalizujących. 

Wywiad  rozpoczął  się,  gdy  byłem  bliski  paniki.  Bałem  się  jeszcze,  zanim  zadano  mi 

background image

jakiekolwiek pytanie. I to zostało idealnie wykreślone na poligrafie.  Ale kiedy zadano mi trefne 

pytanie - to, które miało zdemaskować szpiega, a na które byłem przygotowany - odprężyłem się 

i to zostało pokazane.  Pytania nie mówiły nic nikomu poza szpiegiem.  I kiedy  zobaczył  wynik, 

wywiad był już skończony. 

Otrov  siedział  kompletnie  trzeźwy,  z  oczami  wielkimi  jak  spodki.  Oparłem się  o  ławkę 

obok niego. 

- Czego chciał? - spytał konspiracyjnym szeptem. 

- Nie wiem. Pytał mnie o bzdury, o których nie miałem zielonego pojęcia. 

- Mam nadzieję, że ze mną nie będzie chciał rozmawiać. 

- A kto to jest? 

- Nie wiesz!?? - szok, zaskoczenie, totalne osłupienie. 

- Przecież wiesz, że dopiero przyjechałem... 

- Ale przecież wszyscy znają Kraja! 

- To... on?!  -  wykrztusiłem  i spróbowałem wyglądać na równie przerażonego jak Otrov. 

Po czym, aby skończyć temat, wyszedłem do latryny. 

Wszyscy znają Kraja. 

Kim jest Kraj? 

background image

11

 

Przygotowania  do  inwazji  okazały  się  dla  wszystkich  ulgą.  Lepsza  spokojna  wojna  niż 

niespokojny  pokój;  pokój  pełen  podejrzeń,  które  ciągle  jeszcze  przelewały  się  przez  Glupost. 

Nagłe  inspekcje,  nocne  poszukiwania  i  inne  takie.  Byłbym  naprawdę  dumny  z  własnych 

osiągnięć (w sianiu zamętu), gdybym sam nie stał się ofiarą moich działań. 

Na  dwa  dni  przed  dniem  B  zamknięte  zostały  bary.  Miało  to  ułatwić  doprowadzenie 

oddziałów do stanu trzeźwości. Kilku opornych, a wśród nich Otrov i ja, musiało zakonspirować 

swoje  zapasy,  dzięki  czemu  udało  nam  się  zachować  równowagę  ducha  nieco  dłużej  niż 

pozostałym.  W  dniu  inwazji  miałem  jeszcze  małą  puszkę  sproszkowanego  alkoholu  w 

opakowaniu po proszku do zębów. Zostawiłem ją na czarną godzinę. Tyle że owa godzina nastała 

właśnie  wtedy,  gdy  wszelkie  zapasy  już  zniknęły,  a  my  z  przerażeniem  rozmyślaliśmy  o 

nadchodzących  tygodniach  abstynenci.  W  końcu  wywołano  nas  i  pojedynczo  skierowano  na 

wyznaczone okręty. 

Cała  ta  ścisła  tajemnica  z  początku  mnie  ogłupiała  -  inwazja  bez  planów,  manewrów, 

szkolenia...  Ale oświeciło  mnie: był to  idealny sposób  na zachowanie tajemnicy, a przy  dużym 

doświadczeniu  pilotów  i  wojsk  desantowych  mogło  się  nawet  udać.  Potem  odkryłem,  że  taka 

procedura  naprawdę  ułatwiała  mi  życie:  zmniejszała  ilość  okazji  do  popełnienia  błędu 

wynikającego z nieznajomości realiów. 

Prawdziwą satysfakcję sprawił mi przydział na transportowiec wojsk. Wiedziałem już, że 

będę  mógł  spokojnie  wyładować.  Kilka  minut  później  spotkała  mnie  druga  radość;  do  kabiny 

wlazł Otrov i oświadczył, że będzie moim drugim pilotem. 

- Wspaniale, a ile masz godzin na transportowcu klasy „Parijan"? 

Przyznał się do żałośnie niskiej liczby. Poklepałem go po przyjacielsku. 

-  Masz  szczęście.  Wujek  Vaska  nie  jest  samolubem.  Dla  starego  kumpla  żadne 

poświęcenie  nie  jest  za  wielkie.  Pozwolę  ci  samodzielnie  wystartować,  a  jak  się  postarasz,  to 

nawet wyładować. 

Jego  wdzięczność  była  tak  wielka,  że  przyznał  się  do  posiadania  wiecznego  pióra 

wypełnionego  dwustuprocentowym  alkoholem.  Obaj  strzyknęliśmy  sobie  i  z  uczuciem 

zadowolenia  obserwowaliśmy  ładujące  się  oddziały.  Kilka  minut  później  przytuptał  do  kabiny 

jakiś pułkownik z imponującą brodą i w pełnym rynsztunku bojowym. 

- Pasażerom wstęp wzbroniony! - zwróciłem mu delikatnie uwagę. 

background image

- Niech pan zamknie gębę, poruczniku. Mam taśmy z pańskim kursem. 

- Dobrze. Mogę je dostać? 

- Coo? Albo pan zwariował, albo żartuje - jedno i drugie jest w czasie wojny karalne. 

- To chyba przemęczenie. Wie pan, brak snu... 

- Tak  -  złagodniał nieco. - Trzeba to brać pod uwagę. To nie było łatwe dla nikogo, ale 

mamy to już za sobą. Proszę włączyć obwód komenderujący. 

Otrov  nacisnął  jakiś  guzik,  a  na  ekranie  wyświetliło  się:  BACZNOŚĆ  (stanęliśmy  w 

postawie  mocno  zasadniczej).  W  chwilę  później  ukazało  się  tam:  PODAĆ  KURS.  Pułkownik 

wyjął  taśmę  z  torby,  a  my  podpisaliśmy  się,  zaświadczając,  że  była  zapieczętowana.  Otrov 

wsunął ją  do  komputera, a pułkownik chrząknął z satysfakcją  wynikającą z dobrze spełnionego 

obowiązku. Na pożegnanie wypalił jeszcze przez ramię: 

- I żadnych lądowań przy dziesięciu G, które skretyniali piloci uwielbiają, jak mocno mi 

się wydaje, bo jak nie, to policzymy się na sądzie polowym. 

 

Przez siedem straszliwie nudnych dni w drodze (Bóg wie dokąd), na zamrożonych racjach 

żywnościowych  i  bez  zmiękczających  efektów  alkoholu,  byliśmy  dodatkiem  jedynie  do 

całkowicie  zautomatyzowanego statku.  Nikt  do  nas  nie  zaglądał.  Jedyne drzwi  do  pomieszczeń 

oddziałów  desantowych  zamknięte  były  na  głucho,  a  klucz  miał  ów  znajomy  skądinąd 

pułkownik. 

Ostatecznie,  jak  powszechnie  wiadomo,  zabawa  w  wojnę  składa  się  z  dwóch 

zasadniczych  elementów:  graniczącego  z  obłędem  pośpiechu  i  paniki,  która  ogarnia  dokładnie 

wszystkich, oraz ogłupiającego do cna czekania nie wiadomo na co. Obecnie byliśmy ogłupiani, 

między  innymi  przez  komputer,  który  nie  uznał  za  stosowne  poinformować  nas  nawet,  dokąd 

lecimy. 

Pułkownik zjawił się znowu w momencie wychodzenia z nadprzestrzeni. 

- Proszę to wziąć, sprawdzić i podpisać - warknął. 

Była  to  opisana  wielkimi  czerwonymi  literami  taśma  pod  tytułem  „Inwazja". 

Wpakowałem ją do komputera  i od razu  wszystko ruszyło  szybciej.  Po  jednej  stronie  rozbłysło 

żółtawe  słońce,  po  drugiej  pojawiła  się  błękitna  planeta,  a  pośrodku  cała  cliaandzka  flota 

inwazyjna. 

Nasz  szwadron  trzymał  się  statku  dowódcy  jak  pisklęta  kwoki,  a  planeta  rosła  na 

background image

ekranach. Nie cieszyłem się na inwazję. Tylko szaleniec cieszyć się może z nadchodzącej wojny. 

Miałem  jednak  nadzieję  znaleźć  tu  odpowiedzi  na  nurtujące  mnie  pytania,  w  tym  -  jak  to 

możliwe? Wierzyłem dotąd, że inwazji nie da się przeprowadzić, a to, że właśnie brałem w jednej 

udział, nie było jeszcze dość przekonywającym dowodem. 

Siły  uderzeniowe zadały kłam moim  teoriom,  wysforowując  się do przodu.  Gdy  planeta 

wypełniła  przednie  ekrany,  ujrzałem  wreszcie  pierwsze  oznaki  wojny:  małe  iskierki  światła  w 

bezkresie nocy. Rozpuściliśmy szyk i pojedyncze transportowce rozpoczęły desant na określone 

cele.  Pomajstrowałem  przy  radiu  i  przekląłem  cliaandzką  przezorność.  Oto  schodziłem  do 

lądowania  wraz  z  wypełnionym  wojskiem  statkiem,  nie  wiedząc  absolutnie,  gdzie  wyląduję. 

Oczywiście  dojrzeli  nas  już  z  planety,  teraz  nie  można  już  było  tego  uniknąć.  Tylko  co  to  za 

planeta?  Naszym  celem  był  jakiś  port  kosmiczny,  do  którego  kierował  nas  sygnał  ze zrzuconej 

przez myśliwce osłony radiolatarni. Jego współrzędne dostaliśmy z ową tajną taśmą. 

- Przekaż pułkownikowi pierwsze ostrzeżenie i podaj mu wysokość - poleciłem Otrovowi. 

Lądowaliśmy  prowadzeni  przez  komputer  dokładnie  po  stycznej  do  sygnału  radioboi. 

Gdy wyszliśmy z chmur, dojrzałem pierwsze oznaki oporu. Wokół nas zaczęły wykwitać czarne 

kłaczki.  Zaczęli  się  wstrzeliwać,  przeszedłem  zatem  na  ręczne  sterowanie  i  przyspieszyłem 

opadanie, myląc tym samym komputer opeelu. Następna seria ułożyła się już wysoko nad nami. 

Podałem  komputerowi  program  utrzymania  deceleracji  jak  najdłużej.  Zaprogramowałem  też 

opuszczenie  się  do  wysokości  zero  z  opóźnieniem  dającym  10  G.  Oznaczało  to,  że  będziemy 

spadać z maksymalną szykością, a zwalniać w minimalnym czasie, dzięki czemu skróci się okres 

narażania się na ostrzał w powietrzu. Poza tym pułkownik będzie miał swoje 10 G. 

Odpaliły  silniki  hamujące.  Maszyna  zatrzymała  się  na  wysokości  równej  wierzchołkom 

drzew, a impet wcisnął nas w fotele. Gdy tylko zachrzęściły podpory, nacisnąłem przycisk rampy 

rozładunkowej. Maszyna zadrżała, żelastwo jęknęło i oddziały desantowe weszły do akcji. 

Wszędzie  w  pobliżu  widziałem  leje  po  bombach  i  zwały  gruzu.  Osłonę  stanowiły 

myśliwce bombardujące, ale nie było prawdopodobną rzeczą, by tylko one złamały opór. Chyba 

że  ten  świat  nie  posiadał  regularnych  sił  zbrojnych.  Może  to  właśnie  była  tajemnica  sukcesu: 

wybiera  się  planety,  które  dojrzały  do  oskubania.  W  słusznej  odległości  za  swoimi  oddziałami 

kroczył brodaty pułkownik. Miałem nadzieję, że flaki, które powykręcało mu podczas lądowania, 

nie wróciły jeszcze na swoje miejsce. 

-  A  teraz  trzeba by  znaleźć  coś  do  picia!  -  odezwał  się  Otroy  i  na samą  myśl  o  chlaniu 

background image

gęba rozjaśniała mu się w uśmiechu. 

- Pójdę się rozejrzeć, a ty siedź przy radiu i pilnuj tej wojny. 

- To samo mówią wszyscy pierwsi piloci - poskarżył się. 

- Przywilej stanowiska. Poczekaj, a któregoś dnia i ty z tego skorzystasz. 

- Bar jest w porcie! - wrzasnął za mną. 

- Nie ucz ojca dzieci robić! - odparłem z godnością i wyszedłem. 

Wszystkie drzwi otworzyły się z chwilą lądowania, toteż bez problemów skorzystałem z 

rampy. Było cicho, oddziały inwazyjne wyniosły się już z portu i nigdzie nie było żywego ducha. 

Odnalazłem  bar  i  na  początek  wysuszyłem  piwo,  po  czym,  dla  utrwalenia,  antecańską 

Ladevandet.  Ze  starych  i  nowych  znajomych  ustawionych  za  barem  ułożyłem  zgrabny  stosik  i 

zabrałem  się  do  poszukiwania  torby.  W  efekcie  tych  starań  znalazłem  się  twarzą  w  twarz  z 

jakimś przerażonym młodziankiem. 

- Ne mortigu min! - ryknął rozpaczliwie. Esperanto opanowałem już jakiś czas temu, toteż 

skorzystałem ze sposobności, aby nabyć praktyki. 

-  Przybyliśmy  tu,  aby  was  wyzwolić,  więc  nie  uczynimy  wam  krzywdy.  Jak  się 

nazywasz? 

- Pire. 

- A jak się nazywa ten świat? - Było to może dziwne pytanie, jeśli wziąć pod uwagę, że 

zadał je butny zdobywca, lecz młodzian był zbyt przerażony, by logicznie myśleć. 

- Burada. 

- Świetnie, cieszę się, że mówisz prawdę. No i cóż mógłbyś powiedzieć o Buradzie? 

Pogapił  się  na  mnie  z  rozdziwioną  gębą  i  trwał  tak  przez dobrą  chwilę,  zanim  wylazł  z 

szafki.  Pogrzebał  potem  w  niej  i  podał  mi  książeczkę.  Na  okładce  był  trójwymiarowy  obrazek 

oceanu i pełne wdzięku drzewa, które rosły na samym brzegu. Wraz z dotknięciem obrazek ożył: 

fale uderzyły o złocisty piasek, a drzewa poruszyły się pod tchnieniem niesłyszalnego wiatru. Z 

chmurek uformowały się litery  i przeczytałem napis:  PIĘKNA  BURADA  -  ŚWIAT  WAKACJI 

DLA ZACHODNIEJ SFERY. 

-  Szaber  i  kontakty  z  wrogiem  -  oznajmił  od  drzwi  głos  znanego  mi,  obmierzłego 

pułkownika. Trzymał  palec  na  spuście  rozpylacza  i  wpatrywał  się  we  mnie z  wyrazem  twarzy, 

który można było określić wyłącznie jako świński uśmiech. - No i lądowanie przy dziesięciu G. 

To  ostatnie  nie  jest  wystarczającym  powodem  do  rozstrzelania,  ale  dwa  pierwsze  z  pewnością 

background image

tak. 

background image

12

 

Pire wydał zdławiony okrzyk i usiłował wejść w ścianę. Uśmiechnąłem się możliwie jak 

najchłodniej,  zorientowawszy  się,  że  moje  dłonie  pozostają  poza  zasięgiem  widoczności,  i 

rozkazałem młodzikowi stanąć pod przeciwległą ścianą. W chwili odwracania się z powrotem do 

pułkownika  jedną  ręką  wysunąłem  z  kabury  pistolet.  Rozpylacz  pułkownika  znajdował  się 

troszeczkę wyżej niż poprzednio. 

-  Myli  się  pan  -  powiedziałem  -  i  obraża  przy  okazji  oficera  lotnictwa.  Zabezpieczam 

alkohol, aby  nie dostał się w niepowołane  ręce  i aby  uchronić od pijaństwa pańskich żołnierzy. 

Przy okazji złapałem więźnia - to wszystko, co mam do powiedzenia, pułkowniku. 

- Wystarczy,  że na rozprawie  powiem,  że złapałem  pana  na  szabrownictwie i zmuszony 

zostałem do użycia broni podczas próby ucieczki. 

- Tego nie da się zrobić - oświadczyłem łagodnie podnosząc broń na wysokość jego oczu. 

- Ostrzegam, że strzelam dobrze, a ta zabawka może rozwalić panu łeb. 

Zatkało  go.  Pire  zapiszczał  w  kącie  i  usłyszałem  głuchy  łoskot,  pewnie  zemdlał.  Nie 

wiadomo,  jak  skończyłaby  się  ta  scena,  gdyby  w  polu  widzenia  nie  zjawił  się  żołnierz  i 

radiostacją.  Pułkownik  złapał  słuchawkę  i  wrócił  na  wojnę,  a  ja  dźwignąłem  naręcze  flaszek  i 

wyszedłem drugimi drzwiami. Zaniosłem to na statek i oddałem Otrovowi z komentarzem: 

- Nie wychylaj od razu więcej niż dwie flaszki. 

Po czym postanowiłem skorzystać z okazji, iż bitwa jeszcze trwała i wszyscy zajęci byli 

sobą.  Poszedłem  się  trochę  powłóczyć  po  okolicy.  Przewodnik,  który  uprzednio 

przekartkowałem, szybko wyrzuciłem. A nuż znajdzie się drugi pułkownik. 

Dowiedziałem się jednak z tej książeczki, że znajduję się w mieście zwanym Sucak i że 

cała ta planeta nastawiona jest na turystykę. Przygnębiające. Wiele czasu upłynie, zanim turyści 

powrócą na te słoneczne plaże. 

Musiałem  odszukać  jakiegoś  odpowiedzialnego  mieszkańca  Sucak  City,  który  nie  dość, 

że jeszcze żył, to nie był również więźniem. Musiałem spytać go o parę rzeczy. 

Szedłem wypalonymi już ulicami, mijając kolumny jeńców i trupy leżące na chodnikach. 

W końcu to nie ja znalazłem mieszkańca, a mieszkaniec mnie. 

Skręciłem  z  głównej  ulicy  w  przecznicę,  która  wyglądała  dość  podejrzanie.  Z  tabliczki 

wynikało,  że  nazywa  się  to  Matbaacilik-sasurtmek  -  żadna  ulica  o  tej  nazwie  nie  mogła  być 

niczym dobrym. Potwierdziło się to za najbliższym załomem muru. Skręciwszy, natknąłem się na 

background image

młodą  kobietę  z  automatem  śrutowym  w  dłoniach.  Wyglądała,  jakby  nie  trzymała  go  po  raz 

pierwszy, toteż grzecznie podniosłem rączki, zanim jeszcze się odezwała. 

- Poddaj się albo cię zabiję! 

-  Już  się  poddałem,  nie  widzisz?  Jestem  po  waszej  stronie,  niech  pokój  zapanuje  na 

Buradzie! 

Parsknęła  pogardliwie  na  tę  tyradę  (rzeczywiście  kretyńską,  lecz  nie  zdołałem  na 

poczekaniu  wymyślić  nic  mądrzejszego)  i  automatem  wskazała  drzwi.  Nawet  w  gniewie  była 

piękna.  Miała  na  sobie  jakiś  ciemnogranatowy  uniform  ze  złotymi  insygniami  na  rękawie. 

Grzecznie przeszedłem przez drzwi i równie grzecznie oddałem jej pistolet. Mógłbym coś zrobić 

z  jej  ręką  i  automatem,  ale  nie  odczuwałem potrzeby  posiadania  dwóch  samopałów.  Jak  długo 

sadziła,  że  jest  górą,  tak  długo  była  szansa  na  w  miarę  swobodną  rozmowę.  Weszliśmy  do 

jakiegoś biura, gdzie leżała druga dziewczyna w mundurze. Nogawka jej spodni była odwinięta i 

odsłaniała bardzo brzydką ranę i przesiąknięte krwią bandaże. 

- Masz jakieś lekarstwa? - zapytała moja władczyni. 

-  Mam  -  otwarłem  pakiet  pierwszej  pomocy  i  zabrałem  się  do  roboty.  -  Ale  chyba 

niewiele pomogą. Straciła dużo krwi i wymaga pomocy lekarza. 

- Ciekawe, gdzie mam go znaleźć? Może u was? 

- Może, ale ma za powolny i słaby puls. Wątpię, żeby przeżyła. 

- Jeśli nie przeżyje, to  będzie  wasza  wina!  -  W  jej oczach pojawiły  się  łzy, ale rusznica 

nadal skierowana była w moją stronę. 

- Pamiętaj, że próbowałem ją uratować. Możesz mi mówić Vaska. 

- Taze - odparła automatycznie. - Sierżant Gwardii przed ich przewrotem. 

- Ich? - poczułem lekki zamęt. - Masz na myśli nas, armię planety Cliaand? 

- Oczywiście, że nie. Ale po co ja z tobą gadam, zamiast porządnie cię ukatrupić! 

-  Nie  powinnaś.  To  znaczy  -  nie  powinnaś  mnie  zabijać.  Czy  uwierzyłabyś,  gdybym  ci 

powiedział, że jestem przyjacielem? 

- Nie. 

- Że jestem szpiegiem z innego świata, który aktualnie przyłączył do ich Armady? 

-  Powiedziałabym,  że  jesteś  bezwartościowe  ścierwo,  które  usiłuje  za  wszelką  cenę 

uratować swoją skórę. 

- No,  tak  czy  inaczej patrząc,  też  racja  - zgodziłem  się dochodząc do  wniosku,  że nic  tu 

background image

nie zdziałam, posługując się argumentami, które trzeba przyjmować na wiarę. 

- Taze... - odwróciliśmy się. To ranna wyszeptała jej imię i znieruchomiała. Nie żyła. 

Poczułem,  że  ja  też  jestem  już  martwy.  Taze  uniosła  broń  i  zobaczyłem,  jak  bieleją  jej 

kostki  u  palców.  Po  czym  zrobiłem  błyskawicznie  kilka  rzeczy:  znurkowałem  pod  broń  i 

skoczyłem  na  dziewczynę.  Automat  wypalił,  omal  nie  urywając  mi  głowy,  ale  tylko  raz. 

Złapałem  jedną  ręką  za  lufę,  drugą  wymierzyłem  dziewczynie  cios  kantem  dłoni,  trafiając  w 

mięsień  ramienia.  Potem  wykonałem  jeszcze  kilka  rzeczy,  których  normalnie  nie  robi  się 

kobietom  (chyba  że  w  nagłej  potrzebie),  i  w  efekcie  tych  czynności  stałem  się  posiadaczem  i 

automatu, i  pistoletu, a ona  leżała pod  ścianą.  Minie  jeszcze  kilka dobrych  minut, nim odzyska 

władzę w palcach. Niewiele brakowało, a złamałbym je. 

- Przepraszam,  ale  musiałem.  -  Schowałem pistolet  i  rozładowałem  automat.  -  To,  co  ci 

powiedziałem,  to  prawda.  Jestem  po  waszej  stronie  i  próbuję  wam  pomóc.  Ale  najpierw  to  ty 

będziesz musiała udzielić mi pomocy. 

Była mocno zmieszana, ale i zainteresowana. Otarła rękawem oczy i otwarła je szeroko, 

gdy podałem jej automat. Zdziwiła się jeszcze bardziej, gdy dostała również amunicję. 

-  Byłbym  wdzięczny,  gdybyś  trzymała  póki  co  te  rzeczy  osobno.  W  zamian  coś  ci 

opowiem.  Istnieje  pewna  organizacja,  o  której  pewnie  nie  słyszałaś,  a  która  interesuje  się 

poczynaniami planety Cliaand. A owe poczynania to międzyplanetarne inwazje. Burada jest piąta 

na  liście  i  wygląda  na  to,  że  wszystko  poszło  tu  zgodnie  z  planem.  Jak  zawsze  dotąd.  Chcę 

wiedzieć, jak oni to robią. Jak, mimo waszych systemów obronnych, udało im się to osiągnąć. 

-  To  wina  Konsolosluka!  -  przerwała  mi  potrząsając  bronią.  -  Nie  twierdzę,  że  Partia 

Kobiet nie popełniała błędów, ale nie takie... 

- Obawiam się, że straciłem wątek. Czy nie mogłabyś wyrażać się precyzyjniej? 

- Mężczyźni! - splunęła, a oczy rozbłysły jej wściekłością i znowu wyglądała atrakcyjnie. 

- Przez wiele lat na tej planecie prowadziła oświecone rządy Partia Kobiet. Nikomu nie było źle. 

Gospodarka  się  rozwijała,  obroty  z  turystyki  były  wysokie.  Możliwe,  że  mężczyźni  byli 

dyskryminowani, nie pracowali we wszystkich zawodach, ale od niedawna mogli już brać udział 

w wyborach. No i co z tego? Na innych planetach kobietom wiedzie się tak samo, a nie robią z 

tego powodu  rewolucji.  Ta  ich  partia  -  Konsolosluk,  właziła  wszędzie  i  wszędzie  rozpuszczała 

kłamstwa. Zdobyli sobie popularność i uzyskali parę miejsc w parlamencie. Zaczął się zamęt. A 

potem doszło do jednodniowej  rewolucji i przejęli wszystko pod swoją  kontrolę.  Jedyne, czego 

background image

chcieli,  to  puszyć  się  jak  pawie  i  czuć  się  wyższymi.  Miernota.  Nie  wiedzą  nic  o  walce  ani  o 

rządzeniu! Zabronili nam,  kobietom,  wielu rzeczy. Zrobili tu  taki konkursowy bajzel, że mucha 

nie  siada!  Ale  jak  te  świnie  wylądowały,  to  więcej  tych  mężczyzn  uciekło,  niż  walczyło.  Na 

dodatek poddawali się z byle powodu. 

- Może musieli? 

- Figa! Ofiary i tyle! 

To  wszystko  ładnie  pasowało  do  moich  podejrzeń.  Poszczególne  kawałki  łamigłówki 

ułożyły  się  w  jedną  całość.  Jak  wszystkie  genialne  pomysły,  tak  i  ten  był  prosty  i  zarazem 

skuteczny. Należało  jeszcze  sprawdzić, czy  faktycznie  podboje planety  Cliaand właśnie  na  tym 

się opierają. Zwróciłem się do Taze: 

- Będę jeszcze potrzebował twojej pomocy. Pozostanę w Kosmicznej Armadzie, bo tutaj 

mogę  się  najwięcej  dowiedzieć.  Ale  nie  odlecę  z  tej  planety.  Tu  oni  są  najsłabsi  i  tutaj  muszą 

zostać pobici. Słyszałaś kiedyś o Korpusie Specjalnym? 

- Nie. 

- No to już usłyszałaś. Zamierza wam pomóc, a ja pracuję właśnie w tej firmie. Wiedzą, 

że  flota  inwazyjna  ruszyła  i  z  pewnością  już  tu  przylecieli.  Była  to  jedna  z  rzeczy,  jakie 

planowaliśmy.  Teraz  krąży  wokół  tej  planety  automatyczna  stacja  przekaźnikowa.  Czy  masz 

dostęp do nadajnika średniej mocy? 

- Tak. Ale powiedz mi, dlaczego mam ci wierzyć? Przecież ty możesz kłamać! 

- Mogę. Ale ty też możesz spróbować mi uwierzyć. - Naskrobałem, co trzeba, na jakimś 

formularzu. - Zostawiam cię teraz, by wrócić na statek, zanim zaczną się zastanawiać, dlaczego 

nie  ma  mnie  w  najbliższej  knajpie.  Oto  wiadomość,  którą  przekażesz na  tej  częstotliwości.  Na 

pewno  uda  ci  się  to  zrobić.  To  dość  proste.  Nic  przez  to  nie  tracisz,  a  możesz  przysłużyć  się 

swojej planecie. 

- Wybacz mi, ale tak trudno w to uwierzyć, że jesteś szpiegiem i że chcesz nam pomóc. 

- Może mu pani wierzyć z cały spokojem. On jest szpiegiem, daję pani na to moje słowo - 

dobiegło w tejże chwili od drzwi, które miałem za plecami. 

Poczułem się jak skończony idiota. Tak się zapomnieć? 

Odwróciłem  się  powoli.  Stał  tam  ubrany  na  szaro  Kraj.  Dwaj  inni,  też  w  owym 

twarzowym  kolorku,  wystawali  mu zza  ramion,  trzymając  wycelowaną  w  moją  skromną  osobę 

broń. Kraj odezwał się ponownie. 

background image

-  Obserwowaliśmy  cię,  szpiclu.  Czekaliśmy  na  taką  właśnie  szczerą  rozmowę.  Jak 

widzisz - cierpliwość popłaca. Teraz możemy się już zabrać za twój Korpus Specjalny! 

background image

13

 

- Coś mi się zdaje, że jestem coraz bardziej popularny. Pochlebia mi to - odezwałem się z 

uprzejmym uśmiechem. 

- Jeśli ma pan na myśli pułkownika, to obserwował pana na mój rozkaz. A teraz niech pan 

przestanie rżnąć głupka, panie Pas Bezpieczeństwa, czy jak tam się pan naprawdę nazywa. 

- Hulja  Vaska, porucznik  Armady Kosmicznej, do usług  Waszej  Ekscelencji  - skłoniłem 

się nisko. 

-  Major  Hulja  został  znaleziony  w  hotelu  typu  „Robotnik"  w  Dosadan-Glup,  co  zresztą 

naprowadziło  nas  na  pański  ślad.  Tak  prywatnie  powiem  panu,  że  gdyby  nie  przypadek  - 

przepalił się czujnik optyczny w pokoju - to pański plan by się powiódł. Majora znalazł wysłany 

w celu naprawy elektryk. Ma pan pecha. Pani pozwoli, ten drobiazg ja wezmę. - Wyjął kartkę z 

wiadomością z nie stawiających oporu palców Taze. Zdawał się w pełni panować nad sytuacją. 

Złapałem się za klatkę piersiową w okolicy serca i przewróciłem oczami, chwiejąc się na 

nogach.  Całe  towarzystwo  obserwowało  mnie  w  osłupieniu,  gdy  z  jękiem  agonii  moje  ciało 

wyprężyło  się  i  w  kaskadzie  szklanych  odłamków  wyleciało  przez  okno.  Gwałtownym 

szarpnięciem obróciłem się w powietrzu i spadłem prosto na czekającego pod oknem szarego. Na 

nikogo więcej nie będzie już czekał - złamałem mu krtań. Obrót - i już byłem na nogach, gotów 

do biegu,  który nie doszedł do  skutku.  Patrzyłem  bowiem prosto w  lufę rozpylacza trzymanego 

przez  następnego  milczka  w  szarym  uniformie.  To  się  nazywa,  o  ile  się  nie  mylę,  szeroko 

rozwinięta profilaktyka. 

- Dziewczynę zabierajcie do obozu, nie będzie nam już potrzebna, reszta razem z nim do 

centrum.  Tylko nie dajcie  się  zaskoczyć!  Widzieliście  sami do  czego  jest zdolny!  -  To  był  bez 

wątpienia głos Kraja. 

„W  tej  chwili  do  niczego",  pomyślałem  ponuro.  Szlag  mnie  trafiał  -  znałem  sekret  ich 

sukcesów  i  nie  byłem  w  stanie  przekazać  go  dalej.  Co  gorsza,  wiadomość  mogła  zostać 

przeinaczona przez Kraja, który, jak należało sądzić, był jednym z organizatorów tej imprezy. 

Zostałem  otoczony  przez  dziewięciu  ponurych  klientów  w  szarych  wdziankach  i 

zapakowany  do  ciężarówki  (razem  z  nieboszczykiem).  Żadnych  szans  na  ucieczkę  -  to  byli 

fachowcy,  i  to  dużej  klasy.  Doszedłszy  do  tego  budującego  wniosku,  siadłem  spokojnie  na 

podłodze.  Jazda  nie  trwała  długo.  Pod  lufami  zaprowadzono  mnie  do  zarekwirowanego 

wieżowca,  wepchnięto  do  zimnego  pokoju  i  rozkazano  zrobić  striptiz,  tyle  że  bez  muzyki.  Za 

background image

pomocą  fluoroskopu  i  poniżających,  zimnych  sond  usunięto  z  mojej osoby  wszystkie  dodatki  i 

wręczono mi nowy przyodziewek. 

Projektanci  strojów  na  Cliaandzie  mieli  fantazję  co  się  zowie.  Był  to  jednoczęściowy 

kombinezon  z  elastycznego  plastiku  zapewniający  użytkownikowi  wygodę,  ciepło  i  całkowitą 

otwartość  -  był  idealnie  przezroczysty.  Ostatnim  dodatkiem  krawieckim  mego  stroju  był 

metalowy  kołnierzyk  z  kablem,  który  biegł  do  małego  pudełka  trzymanego  przez  jednego  ze 

strażników.  Wszystko  to  zostało  zrobione  w  całkowitym  milczeniu  i  niespecjalnie  mi  się 

podobało.  Okazało  się,  że  słusznie.  Gdy  operacja  została  zakończona,  strażnicy  wynieśli  się. 

Wszyscy, z wyjątkiem tego, który trzymał pudełko. 

- Jeśli będę zmuszony, to mogę zrobić coś takiego - odezwał się tenże naciskając guzik na 

pudełku. 

W  jednej  chwili  oślepiły  mnie  eksplodujące  światła,  uszy  wypełnił  mi  superpotężny 

dźwięk, a każdy cal skóry zapłonął ogniem, zupełnie jakby wrzucono mnie do kwasu solnego. 

Skończyło  się  równie  szybko,  jak  zaczęło.  Zmysły  wróciły  i  zobaczyłem,  że  leżę  na 

podłodze z bolącą głową - musiałem nieźle rąbnąć w ścianę. To małe draństwo generowało prądy 

o  wybranych  częstotliwościach,  oddziaływujące  na  ośrodki  nerwowe.  Pomysłowe  -  po  co  tor-

turować  ciało,  skoro  można  dostarczyć  impulsy  bólu  bezpośrednio  do  systemu  nerwowego. 

Czysto i skutecznie. 

-  Wstać!  -  usłyszałem  i  pozbierałem  się  dość  szybko.  Jeśli  to  miała  być  nauczka,  bym 

zachowywał się posłusznie, to została ona przekazana jasno i wyraźnie. 

- Przyrzekam, że będę grzecznym chłopczykiem - wychrypiałem przez zaciśnięte gardło. 

Potulnie  podreptałem  za  nim  do  innego  pomieszczenia.  Było  całkowicie  puste,  jeśli  nie 

liczyć biurka i haka, wyraźnie świeżo wbitego w sufit. Za biurkiem siedział Kraj. Obejrzał mnie 

dokładnie, co - biorąc pod uwagę moje wdzianko - nie sprawiało mu specjalnych problemów. Nie 

dziwię mu się zresztą: po raz pierwszy oglądał Pas Ratunkowy, a nie duplikat Vaski. Znudziła mi 

się ta obserwacja i przejąłem inicjatywę. 

- Co chciałby pan wiedzieć? 

- Wiele rzeczy, ale na to przyjdzie czas później. 

-  A  dlaczego  nie  teraz?  Biorąc  pod  uwagę  zaawansowanie  technik  hipnotycznych  i 

farmakologicznych,  że  nie  wspomnę  o  przestarzałych  torturach,  jak  ten  tu  kołnierzyk,  nie  jest 

możliwe  ukrycie  jakichkolwiek  informacji,  i  to  przed  tak  zdeterminowanym  człowiekiem  jak 

background image

pan. A więc niech pan pyta. Postaram  się odpowiedzieć w  miarę wyczerpująco, ale uprzedzam, 

że  moje informacje o  Korpusie są raczej mgliste - oględnie mówiąc -  jako  że nie informowano 

mnie  o  niczym  konkretnym,  na  przykład  o  położeniu  baz  i  innych  takich  rzeczach,  zapewne 

właśnie dla uniknięcie nieszczęść, które mogłyby wyniknąć z sytuacji podobnych do mojej. Moja 

inicjatywa nie mogła nikomu zaszkodzić. 

Byłem szczerze zdziwiony, gdy pokręcił przecząco głową. 

- Na informacje przyjdzie czas później. Chcę zadać panu wiele pytań, ale przedtem chcę 

pana  zapisać  do  służby.  Na  ochotnika.  Żeby  pana  do  tego  przekonać,  muszę  zacząć  od  jednej 

sprawy: nie zostanie pan zabity. Moi ludzie nie boją się śmierci, to byłaby zbyt łatwa ucieczka od 

wszystkich problemów, które ich codziennie gnębią. Pan nie będzie miał szansy takiej ucieczki. 

W miarę upływu czasu miałem coraz bardziej dość tego gadania, powiedziałem zatem po 

prostu: 

- Proszę o tym zapomnieć. Proszę zdać sobie sprawę z faktu, że nie podoba mi się ani pan, 

ani  pańska  organizacja,  ani  też  jej  cele.  I  nie  zamierzam  zmienić  zdania.  Jeśli  nawet  to  panu 

obiecam,  to  nigdy  nie  będzie  pan  miał  pewności,  czy  naprawdę  będę  panu  pomagał  zamiast 

szkodzić. Nie traćmy na to czasu. 

-  Pozwoli  pan,  że  będę  innego  zdania  -  mówiąc  to  nacisnął  coś  na  biurku  i  pudełko  z 

mruknięciem  wciągnęło  kabel,  tak  że musiałem  stanąć  na palcach, z kołnierzykiem wpijającym 

się w szyję. - Zanim z panem skończę, będzie pan błagał o okazję do współpracy i rozpłacze się 

pan  ze  szczęścia,  kiedy  ten  moment  nastąpi.  Pozwoli  pan,  że  zademonstruję  jedną  z  naszych 

najprostszych, ale również i najskuteczniejszych technik argumentacyjnych. 

Stanął obok i dwoma szarpnięciami przypiął dolne części moich rąk do biurka za pomocą 

kajdanek  w  ten  sposób,  że  nadgarstki  i  dłonie  miałem  wolne.  Następnie  wyjął  coś  z  szuflady. 

Była to siekiera - prymitywna i skuteczna, o długim stylisku i stalowym, lśniącym ostrzu. Złapał 

ją oburącz i podniósł wysoko w górę. 

- Co robisz, idioto! - ryknąłem nie mogąc nic zdziałać. Siekiera z głuchym stukiem opadła 

na blat biurka. 

Przepraszam,  ale  krzyknąłem.  Ból  był  przeszywający.  Podobnie  jak  przerażający  był 

widok mojej prawej dłoni odrąbanej w nadgarstku i leżącej na biurku. Z przegubu tryskała krew. 

Siekiera uniosła się ponownie i tym razem, jestem pewien, wrzeszczałem przez cały czas - aż do 

momentu,  w  którym  moja  lewa  dłoń  została potraktowana  tak  samo  jak  prawa.  Przez  ten ból  i 

background image

przerażenie  dotarł  do  mnie  wyraz  twarzy  Kraja.  Ten  skurwiel,  po  raz  pierwszy  odkąd  go 

zobaczyłem, uśmiechał się. 

Potem była nicość, w której obracały się wolno jakieś olbrzymie koła. 

Kiedy  otworzyłem  oczy,  leżałem  na  podłodze.  Minęło  trochę  czasu  i  musiałem  wysilić 

pamięć,  aby  odtworzyć,  co  właściwie  się  stało.  Dopiero  wstrząsająca  wizja  odrąbanych  dłoni 

przywróciła mnie do świadomości. Usiadłem pocierając dłonie o siebie. Były zupełnie normalne i 

na miejscu. Co tu się, do cholery, wyrabia? 

-  Niech  pan  wstanie  -  dobiegło  mnie  gdzieś  z  góry.  Był  to  głos  Krają  i  zdałem  sobie 

sprawę, że siedzę przed biurkiem. Wstałem i spojrzałem na blat. Był czyściutki. 

- Przysiągłbym, że...  -  zatkało mnie,  gdy zobaczyłem dwa  głębokie  ślady, które potężne 

uderzenie  wyryło  w  metalowym  blacie.  Zupełnie  jakby  ktoś  rąbnął  weń  na  przykład  siekierą. 

Podniosłem  ręce  i  przyjrzałem  się  nadgarstkom.  Każdy  otoczony  był  czerwoną  pręgą.  Wzdłuż 

brzegów  znajdowały  się  czerwone  przecinki  po  usuniętych  szwach.  Ale  mimo  to  moje  dłonie 

były takie jak zawsze. Co tu się dzieje? 

- Czy zaczyna pan rozumieć, co miałem na myśli? - głos Krają był równie szary, jak jego 

ubranie. 

-  Coście  zrobili?!  Nie  mogliście  amputować  moich  dłoni  i  przyszyć  ich  z  powrotem. 

Powiedzmy,  że  mogliście,  ale  to  wymaga  czasu,  nie  mogliście...  -  zamilkłem  zdając  sobie 

sprawę, że zaczynam bełkotać. 

- Nie wierzy pan w to, co się stało? Mogę powtórzyć. 

- Nie!!! 

Pokiwał głową z aprobatą. 

- No to zaczynamy szkolenie. Utracił pan już jakiś odcinek rzeczywistości, zgubił gdzieś 

nieco swego czasu, nie wie pan, co właściwie się stało. Lecz na pewno nie chce pan, by zdarzyło 

się to  jeszcze  raz.  I  tak  właśnie będzie.  W  końcu  straci pan  wszelki  kontakt  z  rzeczywistością, 

którą poważał pan przez całe życie. Kiedy stan ten zostanie osiągnięty, uznamy pana za jednego z 

nas.  A  wtedy  przejdziemy  do  szczegółów  związanych  z  Korpusem.  Mogę  zaręczyć,  że  będzie 

pan  nie  tylko  zamęczał  swoją  pamięć,  ale  również  jak  najaktywniej  opracowywał  plany 

zniszczenia tej służby. 

- To się wam nie uda. Nie jestem sam. Korpus wie o was i pracuje przeciwko wam. Jest 

tylko  sprawą  czasu,  kiedy  skończy  swe  dzieło,  a  wtedy  wszystkie  wasze  plany  będzie  można 

background image

utopić w rynsztoku. 

-  Ależ  skądże.  Przez  cały  czas  zdawaliśmy  sobie  z  tego  sprawę  i  uprzedzaliśmy  każdy 

wasz krok. Schwytaliśmy i torturowaliśmy wielu waszych agentów. Wiedzieliśmy, że wszystko, 

co  Korpus  robił,  podporządkowane  zostało  agentowi  polowemu.  I  czekaliśmy  na niego.  Zjawił 

się  pan.  Mamy  pana  i  pan  będzie  bronią,  za  pomocą  której  zniszczymy  Korpus.  Prawie  mu 

uwierzyłem. 

-  To  ładnie  i  ambitnie  z  waszej  strony.  Mam  nadzieję,  że  się  tym  udławicie. 

Zapomnieliście  o  setkach  planet  popierających  Unię.  Gdy  dowiedzą  się,  jakie  kłopoty  im 

sprawiacie, zmiażdżą was bez wysiłku. 

- Setki planet to  tylko  teoria.  Praktycznie każda z  nich  istnieje sama dla siebie  i nie  jest 

problemem  opanowywać  je  po  kolei.  A  im  bardziej  rozszerza  się  nasze  imperium,  im  więcej 

światów składa nam hołd, tym bardziej proces nabiera szybkości. 

-  Istnieje  czynnik,  który  ograniczy  wasze  podboje  -  wpadłem  mu  w  słowo.  -  Wiem,  na 

czym polega sekret waszych sukcesów. Dokonujecie inwazji na plenety, które i tak już przegrały. 

- Absolutna prawda - zgodził się ze mną. 

-  Znajdujecie  planetę,  która  dojrzała  już  do  tego,  by  ją  zająć,  gdyż  wśród  jej  ludności 

znajduje  się  aktywna  grupa  malkontentów.  Wasi  ludzie  zaopatrują  ich  we  wszystko,  czego 

trzeba:  pieniądze,  broń,  narzędzia  propagandy.  I  w  końcu  robią  przewrót,  a  wy  napotykacie 

znikomy  opór  podczas  samej  inwazji.  Wasi  agenci  dbają  o  to,  by  siły  zbrojne  poddały  się  po 

kilku  strzałach.  Inwazja  jest  wygrana,  zanim  jeszcze  się  rozpocznie.  Nic  dziwnego,  że  wasi 

żołnierze uważają się za niezwyciężonych. 

-  Jest  pan  dobrym  obserwatorem.  Pańska  analiza  godna  jest  mistrza.  To  jest  właśnie  ta 

metoda. 

- No to was mam. 

-  Raczej  my  pana.  Co  z  tego,  że  pan  wie?  Nie zamelduje pan  o  tym nikomu,  a  jest  pan 

jedynym spoza naszego kręgu, który ma na ten temat jakiekolwiek pojęcie. 

- Nie mogę panu obiecać, że nie zamelduję! 

-  Pan  nie,  ale  my  możemy  to  zrobić  w  pana  imieniu.  Raport  został  przechwycony,  a 

następnego  nie  będzie.  I  spokojnie  minie  jeszcze  sporo  czasu.  A  wówczas  dojdziemy  już  do 

drugiego etapu  naszego planu. Będziemy dysponowali  wystarczającą  liczbą sprzymierzeńców  z 

podbitych  planet,  by  przystąpić  do  otwartej  wojny.  Tacy  ludzie  nazywają  się  najemnicy.  Ich 

background image

straty  będą  ogromne,  lecz  my  będziemy  mieli  dość  baz,  by  stanowiły  niewyczerpane  źródło 

rezerwy. I tak, w efekcie, zawsze będziemy zwyciężać. Interesujący obrazek, prawda? 

- Nigdy wam się to nie uda! Kraj wstał zza biurka. 

- No cóż, pożyjemy - zobaczymy. Nadszedł czas, aby zacząć pańską indoktrynację! 

background image

14

 

Zabrano mnie do celi - nagiego pokoju bez okna, który za całe wyposażenie miał wiadro i 

również niedawno zainstalowany hak, do którego zostałem dohaczony przez strażnika. 

- Szansa, że umrę z głodu jest niewielka - poinformowałem strażnika. - Z całą pewnością 

najpierw umrę z pragnienia. 

Nie  raczył  nawet  mi  odpowiedzieć,  ale  przyniósł  butelkę  wody  i  standardową  rację 

polową. Nie był to najlepszy posiłek w moim życiu. 

Gdy  zająłem  się  przeżuwaniem,  coś  ścisnęło  mnie  w  środku.  Kraj  mówił  rozsądnie  i 

prawie  mnie  przekonał.  Zerknąłem  na  swoje  nadgarstki.  Przekonał  mnie.  Tylko  dlaczego  tak 

bardzo  mu  na  tym  zależało?  Ponieważ,  to  oczywiste,  nie  byłem  w  tej  grze  jedynie  pionkiem, 

który mógł przeważyć szalę, i to na którąkolwiek stronę. Póki co planecie Cliaand powodzi się w 

najazdach,  lecz  Korpus  mógł  zaktywizować  działalność  powstańczą,  dając  im  w  ten  sposób 

zajęcie  na  planetach  już  podbitych,  co  uniemożliwiłoby  dalszą  ekspansję  aż  do  czasu 

decydującego spotkania. Moje umiejętności i wiedza mogły przyczynić się do neutralizacji tego 

zagrożenia i dać czas Cliaandowi. Czas potrzebny na przejście do drugiej fazy operacji. 

A  to  oznaczało,  że  szarzy  popełnili  błąd.  Powinni  mnie  zabić  lub  poddać  klasycznym 

torturom, wówczas pomógłbym im. Ze dwa razy. Zapomnieli o prostym fakcie, że jak długo będę 

żył,  tak  długo stanowić będę najbardziej  morderczą broń  wymierzoną przeciwko nim - a już na 

pewno po tym, co mi zrobili. Teraz nie było szans na współpracę. 

To  był  trick.  To  musiał  być  trick  i  ja  musiałem  w  to  wierzyć,  jeśli  wszystko  miało 

zachować  sens.  Opieprzyłem  się  zdrowo  -  słuchaj,  DiGriz,  wiesz  wystarczająco  dużo  o 

rzeczywistości, aby wiedzieć, jak się nią manipuluje. Sam zawsze robisz to dla własnego dobra, a 

teraz ktoś wyciął taki numer tobie. Odcięte nadgarstki, z których tryskała krew! - spokój, do tego 

wrócimy za chwilę. 

Najpierw  fakty.  Medycyna,  choć  wspaniała,  nie  da  sobie  rady  z  taką  operacją  w  tak 

krótkim  czasie.  No  dobrze,  ale  skąd  niby  ten  krótki  czas?  Gdzieś,  na  jakimś  poziomie 

podświadomości wiedziałem, że między amputacją a powrotem świadomości minęło ledwie parę 

chwil - nie dni, najwyżej godziny. Każdy ma taki zegar, który nigdy się nie zatrzymuje. Właśnie 

teraz  usiłował  mnie  poinformować,  że  od  chwili,  gdy  się  tu  znalazłem,  upłynęło  naprawdę 

niewiele  czasu.  Ale  jakie  miałem  dowody?  Że powinien  być  zarost  albo  dłuższe  włosy?  A  kto 

bronił im ostrzyc mnie i ogolić? 

background image

Paznokcie? Zawsze krótko je przycinam, a krótko przycięte paznokcie zawsze wyglądają 

tak  samo.  Zaraz,  zaraz...  coś  mi  świta...  w  czasie  ładowania...  złamałem  paznokieć  na  małym 

palcu  lewej  ręki...  jak  rąbnąłem  w  ten  głupi  taster...  nie  patrz  jeszcze...  przypomnij  sobie... 

denerwujący  kawałek  odłamanego  paznokcia...  cichy  krzyk  bólu...  i  maleńka  kropla  krwi... 

Incydent, o którym całkiem zapomniałem w gorączce późniejszych wydarzeń. 

Ostrożnie  uwolniłem  dłoń  spod  pilnującego  jej  półdupka  i  obejrzałem:  mały  palec, 

złamany paznokieć i niewielki s trupek. Mam cię, Kraj, ty stary oszuście! 

Sądząc  z  wyglądu  ranki, byłem  ich  więźniem  ledwie  kilkanaście  godzin.  Najwyżej dwa 

dni. Czerwone blizny na nadgarstkach były zwykłymi czerwonymi bliznami. Mogli je zrobić na 

sto sposobów. A amputacja? Kraj manipulował rzeczywistością - może była to hipnoza, może co 

innego.  W  tej  chwili  nie  było  to  ważne.  Zatem  nie  byli  aż  tacy  inteligentni,  na  jakich  chcieli 

wyglądać. Bez wątpienia stosowali tę technikę, technikę wykorzystywania luk w pamięci na tyle 

często, że popadli w rutynę i stracili krytycyzm. Szczególnie że wyniki były zwykle z pewnością 

rewelacyjne.  Kraj  radził  sobie  w  ten  sposób z  obywatelami  własnego  świata,  którzy  brali  swój 

zaścianek  egzystencji  za  jedyną  rzeczywistość,  ich  świat  był  dla  nich  jedynym  światem. 

Wystarczyło wyrwać ich ze znajomego środowiska, by ich mózgi, pod odpowiednim naciskiem, 

zamieniały się w roztrzęsioną galaretę nadającą się do dowolnego formowania. 

Pięknie.  Tyle  tylko,  że  nie  takich  sposobów  było  trzeba  na  elastycznego,  z  gruntu 

nieuczciwego  i  z  dziecinną  łatwością  zmieniającego  skórę  (kameleon  przy  mnie  nabawiłby  się 

kompleksów)  Jima  DiGriz  -  człowieka  o  tysiącu  twarzy,  który  znał  setki  kultur;  bywalca 

dziesiątków światów. Chcieli zgnieść moją rzeczywistość jak wesz? Śmiechu warte usiłowanie! 

Tych wszy jest na mnie parę setek. 

Z radości zacząłem tańczyć i huśtać się na kablu. O małego słonia nie powiesiłem się przy 

tej okazji,  gdy  ześliznęła  mi  się  ręka.  Szczęśliwie  złapałem  kabel,  inaczej  nie  byłoby  już  tu ze 

mnie pożytku. 

Ponieważ  moje  wygłupy  i  próba  samobójstwa  nie  wywołały  żadnej  reakcji,  możliwości 

były  dwie:  albo  tu  nie  ma  „pluskiew",  albo  nikt  nie  ma  czasu  na  obserwacje.  Postanowiłem 

przyjąć to za pewnik. 

Sam kabel był  zbyt cienki, by można było się po  nim wspiąć  (patologicznie podejrzliwi 

gospodarze musieli przewidzieć taki zamiar), lecz zrobiwszy pętlę można się było na nim bujać! 

Z  pojemników  po  wodzie  i  żywności  zrobiłem  tampon,  mogący  posłużyć  mi  za  rączkę. 

background image

Związałem wokół niej podwójną pętlę z kabla. Na wysokości szyi. Podskoczyłem jak najwyżej i 

zawisłem całym ciężarem. 

Za  dziesiątą  próbą  poczułem,  że  prędzej  ręce  wyrwą  mi  się  ze  stawów,  nim  puści  ten 

cholerny mechanizm. Teoria była słuszna: obręcz, kabel, pudełko, hak - wiele elementów. Gdyby 

zawiódł  tylko  jeden  z  nich,  byłbym  wolny.  Pewnikiem  zawiodą  raczej  moje  elementy.  Chwilę 

odsapnąłem i skoczyłem po raz trzynasty. 

Szczęśliwa  trzynastka!  Coś  chrupnęło  metalicznie  i  pudełko  rąbnęło  mnie  w  głowę. 

Byłem wolny. Pewnie tylko na parę chwil, lecz zawsze. 

Pozbierałem się i przyjrzałem mojemu narzędziu tortur. Tylna ścianka naszpikowana była 

czerwonymi  guziczkami.  Zatrzęsło  mną  na  myśl  o  naciśnięciu  któregokolwiek.  Nad  nimi  były 

jeszcze  dwa  większe:  czerwony  i  czarny.  Czerwony  był  wduszony.  Z  duszą  na  ramieniu 

nacisnąłem czarny. 

Nic się nie stało. Tego byłem niemal pewny. Czując się już bezpiecznie wdusiłem jeden z 

małych czerwonych, potem następny. I jeszcze jeden. Nic - teraz był to martwy kawałek metalu. 

Zwinąłem kabel tak, by zwisał na wysokości rąk. Drzwi nie były zamknięte: albo głupota straży, 

albo  pokładanie  zbyt  dużych  nadziei  w  machinie.  Przycisnąłem  oko  do  futryny  i  zrobiłem 

niewielką szparkę. 

I  natychmiast  zatrzasnąłem  drzwi  z  powrotem.  Korytarzem  zbliżało  się  dwóch  szarych, 

taszczących  jakiś złowieszczy  przedmiot.  Następny  krok  w  reedukacji  DiGriza?  Gdy  poruszyła 

się klamka, stało się to nader prawdopodobne. 

W  zanadrzu  miałem  dla  tej  parki  pewną  niespodziankę,  lecz  postanowiłem  osiągnąć 

maksymalny  efekt  dramatyczny.  Stanąłem  za  drzwiami  i  podziwiałem,  jak  mocują  się  z 

nieporęcznym  meblem.  Dopiero  gdy  jeden  pisnął  na  znak  alarmu,  z  całej  siły  rąbnąłem  go 

uchylonymi drzwiami. 

Słysząc  chrzęst  i  skowyt,  wyskoczyłem  z  ukrycia.  Pudełko  huśtające  się  na  kablu 

nadawało  się znakomicie na broń zaczepną.  Jeden z szarych pochylał  się  właśnie nad  maszyną, 

zajęty głównie swoimi stopami, na których znalazła oparcie. 

Walnąłem  go  jedyną  dostępną  mi  bronią  w  szczyt  czaszki.  Zanim  pudełko  zdążyło 

odskoczyć, pierwszy miał już spluwę w garści. Zainkasowałem cios w krocze. Zwinął się z bólu, 

a  ja  bez  trudu  zabrałem  mu  broń.  Miała  pełny  magazynek.  Zmarnowałem  dwa  pociski,  ale 

zyskałem w zamian pewność, że ci dwaj nie podniosą już alarmu. 

background image

Wziąłem  głęboki oddech  i  wychyliłem  głowę  za drzwi.  Korytarz  był  pusty,  pomknąłem 

więc do schodów. Następnym poziomem powinien być, o ile dobrze pamiętam, parter. Zbiegłem 

po dwa schody naraz i okazało się, że pode mną jest jeszcze osiem pięter. 

A  jednak  to  fakt,  że  latali  po  mojej  korze  mózgowej  w  swoich  malutkich  ołowianych 

bucikach.  Potwierdzało  to  moją  teorię,  że  prawie  wszystko,  co  przydarzyło  mi  się  po 

aresztowaniu, to były iluzje, fałszywe wspomnienia. Pojawił się problem - czy to, co teraz robię, 

to  rzeczywistość,  czy  może  następne  fałszywe  wspomnienie,  które  ma  mi  udowodnić,  że 

ucieczka  jest niemożliwa.  Może obudzę  się  znów  w tamtym  pokoju, przyczepiony do pudełka? 

Gdyby  to  była  prawda,  to  i  tak  nie  mogłem  nic  na  to  poradzić.  Musiałem  uznać  iluzję  za 

rzeczywistość. 

Cztery  piętra  niżej,  gdy  już  zaczynało  kręcić  mi  się  w  głowie  od  ciągłego  biegania  w 

kółko,  zobaczyłem  jegomościa  w  szarym  uniformie.  Wędrował  w  górę  i  właśnie  miał  szok  w 

oczach. Ponieważ to ja, a nie on, spodziewałem się takiego spotkania, mój strzał padł pierwszy. 

To był  strzał!  W  przeciwieństwie do  poprzednich  ten pocisk napędzany  był  rakietowe  i 

wywalił  dziurę  w  ścianie,  a  z  jegomościa  pozostały  tylko  nogi  i  łeb.  Ekonomiczna  rzecz! 

Rzuciłem  się  po  schodach  jak  oszalały  samobójca  -  oczekiwanie  na  oklaski  byłoby  zupełnie 

pewnym sposobem skończenia ze sobą. 

Schody  urwały  się  i  rąbnąłem  w  ścianę.  Za  sobą  słyszałem  jazgot  organizującej  się 

pogoni. Pchnąłem drzwi i wszedłem w ciemność. Dostrzegłem surowe ściany i kurz – oczywiste 

wskazówki, że  minąłem parter i z rozpędu wlazłem  do piwnicy.  W  dali  majaczył blask  światła. 

Podążyłem w tym kierunku. Gdy jednak dotarłem do celu, nie wzbudził on we mnie zachwytu. 

Było to bowiem okno, ale nie takie, o  jakim marzy  każdy uciekinier,  lecz małe,  wysoko 

umieszczone i tak okratowane, jakby broniło dostępu do skarbca, a nie do głupiej rupieciarni, o 

której  zawartość  pokiereszowałem  sobie  nogi.  Dopingowany  nadchodzącymi  z  dali 

przekleństwami, cofnąłem się i wywaliłem w ścianę cały magazynek. 

Spory  kawał  ściany  wraz  z  oknem  zamienił  się  we  wspomnienie.  Odrzuciłem 

bezużyteczną już broń i wspiąłem się po stercie gruzu, jaką zupełnie mimowolnie zrobiłem. 

Wylazłem  z  tej  nory  na  ulicę  i  puściłem  się  ekstracugiem.  Ktoś  wrzeszczał,  ale  nie 

raczyłem  odkrzyknąć.  Może było to  niegrzeczne,  lecz brakowało mi tchu, a dłuższe  pozostanie 

na wolności było ciągle sprawą problematyczną. W moim awangardowym stroju miałem szansę 

zostać  zauważonym  nawet  przez  ślepca.  Powinienem  pozbyć  się  tego  wszystkiego  i 

background image

przywarować. 

Skręciłem  za  róg  i  wleciałem  na  kogoś  podążającego  w  przeciwnym  kierunku.  Obaj 

znaleźliśmy  się na  ziemi  i  wtedy  zobaczyłem  jego  twarz.  Zatkało  mnie  w pierwszej  chwili. To 

był Otrov! Potem ujrzałem, że ten najłagodniejszy spośród znanych mi ludzi zmienia.się w dzikie 

zwierzę.  Twarz  mu  się  wykrzywiła,  usta  zacisnęły  we  wściekłym  grymasie.  Przydusił  mnie do 

ziemi. 

- Coś ty narobił najlepszego! - wycharczał. - Kraj o ciebie pytał! Kraj cię szuka! 

background image

15

 

Szamotaliśmy się przez chwilę, ale mój pierwszy błąd był już nie do naprawienia. Trzeba 

było od razu złapać go za kark, a nie gapić się jak na święty obrazek. Byłem wyczerpany i choć 

dałem mu pudełkiem w ucho, to bez specjalnych efektów. Zrobił tylko zeza, ale nie puścił mnie. 

Do tej pory zresztą przygalopował jeszcze oddział szarych, którzy rzucili się na nas z prawdziwą 

euforią.  Rozdzielili  nas  i  kopniakami  pomogli  mi  wstać.  Było  ich  sześciu  plus  Otrov,  którego 

wyraz twarzy sugerował, że bardzo chciałby być w tej chwili gdzie indziej. 

- Rozumiesz - zaczął - Kraj rozmawiał ze mną. O Vasce. Powiedział, że go szuka... - głos 

był cichy i po chwili zamarł zupełnie. 

Szarzy nie zareagowali, ja natomiast nie okazałem tyle samokontroli. 

-  Ty  szmato,  masz  teraz  powód  do  tygodnia  świętowania,  ty...  ty...  -  głos  uwiązł  mi  w 

gardle, gdy jeden z moich pięciu władców szarpnął kablem. 

Zamrugałem  oczami.  Przed  chwilą  jeszcze  wydawało  mi  się,  że  jest  ich  sześciu.  Nie 

mogłem dojść  z  tym przez dłuższą  chwilę  do  ładu,  z  ciemności  jednak  wysunęła  się para  rąk  i 

zacisnęła wokół szyi numeru piątego. Oczy wyszły mu z orbit, rozdziawił gębę, a ja musiałem się 

sporo wysilić, aby nie zrobić tego samego. 

Interwencji sił nadprzyrodzonych nie brałem pod uwagę, a sojuszników tutaj nie miałem. 

Co  zatem,  u  licha?  Cud?  Z  osłupienia  wyrwał  mnie  cichy  chrzęst,  oczy  się  zamknęły  i  numer 

piąty  zniknął  z  horyzontu.  Poszamotałem  się  trochę,  by  zwrócić  na  siebie  uwagę,  kopnąłem 

nawet Otrova w kostkę. On też powinien mieć jakieś zajęcie. 

- Nie musiałeś tego robić - poskarżył się. 

Uśmiechnąłem  się  do  niego,  widząc,  jak  numer  czwarty  odchodzi  w  ślad  za 

poprzednikami.  Podziwu  godne  były  i  sposób,  i  precyzja,  z  jaką  eliminowano  moich  przeciw-

ników. To musieli być fachowcy pierwszej klasy. 

Trzeci jednak nie stanął na wysokości zadania: krótkim charkotem obwieścił światu swój 

koniec, zamiast odejść w spokoju z tego padołu. Poczekałem, aż pozostali odwrócą się w stronę, 

z której nadszedł lament, i trzasnąłem najbliższego kantem dłoni w szyję. Byłem osłabiony i mu-

siałem  to  powtórzyć,  zanim  coś  tam  pękło  i  legł  na  ziemi.  W  tym  samym  czasie  doszły  mnie 

przedśmiertne jęki i łoskot walących się ciał. 

Kiedy  się  wyprostowałem,  moi  wybawiciele  kończyli  właśnie  zbożne  zajęcie,  którego 

efektem  było  siedem  ciał  malowniczo  ułożonych  na  jezdni.  Było  to  dość  ciekawe,  gdyż  moi 

background image

wybawiciele mieli wyraźnie kobiece kształty, buraczkowe wdzianka i wysokie buty na obcasach. 

Bliższy  odwrócił  się  i  rozpoznałem  sierżanta  Taze.  Rozsypane  kawałki  zaczęły  się 

układać.  Druga  kobieta  była  drobniejsza  i  dość  zgrabna,  o  figurze,  którą  znałem doskonale  i  o 

twarzy, której nie zapomnę. Moja żona. 

- Hej, hej! - powiedziała Angelina, całując mnie na powitanie. - Mam nadzieję, kochanie, 

że jesteś w stanie trochę jeszcze pobiegać, bo robi się tu tłoczno. 

Coś  przeleciało  obok  mnie,  rozbijając  szybę  wystawową  jakiegoś  sklepu.  To  dodało 

powagi jej słowom. 

-  Pobiegać...  -  wychrypiałem,  dalej  nie  bardzo  wiedząc,  co  się  tu  dzieje,  mając  jednak 

dość rozsądku, by nie zadawać głupich pytań. 

Taze objęła mnie ramieniem, nadając mi właściwy kierunek i pomagając utrzymać pion, a 

Angelina  uwolniła  mnie  od  pudełka  z  kablem.  No  i  pobiegliśmy.  Jestem  pewien,  że  był  to 

czarujący widok: facet z głupim wyrazem twarzy i w przezroczystym wdzianku, poruszający się 

jak  żwawy  sześćdziesięciolatek,  i  dwie dziewczyny  w  skąpych strojach. Tyle  że  w  pobliżu  nie 

było nikogo, kto mógłby ten widok docenić. 

Taze skręciła za róg, potem jeszcze raz, i pociągnęła mnie do jakiegoś budynku. Zasunęła 

rygle w stalowych wrotach i ruszyliśmy dalej, tyle tylko, że wolniej, przez jakieś schody, biura, 

aż do pokoju, którego okna wychodziły na podwórze. Miałem słabą nadzieję, że wiedzą obie, co 

robią. 

Wiedziały. Wylezliśmy przez okno, przeszliśmy przez podwórze i Taze otworzyła drzwi 

do garażu. Stał w nim nowiutki cliaandzki wóz dowodzenia z generalskim proporcem na antenie. 

- To już lepiej! - mruknąłem chwiejąc się na nogach. 

-  Oboje  do  tyłu!  -  rozkazała  Taze  wkładając  wojskową  kurtkę  i  upychając  włosy  pod 

hełmem. 

Powstrzymałem  głupie  pytanie,  co  się  stało  z  oryginalnym  użytkownikiem  wozu,  i 

polazłem  do  tyłu.  Ledwo  zamknęliśmy  drzwi,  wóz  wyrwał  do  przodu,  przewracając  nas  na 

podłogę. 

- Zeszczuplałaś - sieknąłem łapiąc oddech. 

-  Będziesz  z  pewnością  szczęśliwy,  słysząc,  że  zostałeś  ojcem  bliźniaków.  Dwóch 

chłopców. Dałam im imiona po tobie: James i Bolivar. 

-  Jak  sobie  życzysz,  kochanie.  Najpierw  chciałbym  jednak  wiedzieć,  jakim  cudem 

background image

zjawiłaś się tutaj i to w odpowiedniej chwili. 

- Przyleciałam, żeby się tobą zaopiekować, kochanie, i jak widzisz, zrobiłam słusznie. 

- Tak, oczywiście - skinąłem głową słysząc ten wzorcowy przykład kobiecej logiki. - Tyle 

tylko,  że  kiedy  ostatnio  się  widzieliśmy,  kierowano  cię  właśnie  do  szpitala  z  wielkim 

wybrzuszeniem przepony i błyskiem macierzyństwa w oczach. 

- No przecież ci powiedziałam, że wszystko poszło dobrze, nie słyszałeś? Dowiedziałam 

się  później,  że  te  łotry  z  Cliaandu  wyruszyły  na  podbój  następnej  planety  i  że  jesteś 

prawdopodobnie z nimi. To wszystko. 

- Inskipp ci powiedział? 

-  Oczywiście!  -  parsknęła.  -  To  są  skutki  braku  mego  zbawiennego  wpływu  na  ciebie. 

Zgłupiałeś?  Włamałam  mu  się  do  biurka  i  znalazłam  raporty.  Nie  był  uszczęśliwiony,  ale 

przyleciałam  tu  jako  zespół  uzupełniający.  Nie  miał  wyboru.  Obiecał,  że  będzie  miał  na  oku 

piastunkę  i  dzieci.  Dostaliśmy  się  na  orbitę,  otrzymaliśmy  wiadomość,  no  i  jestem.  Poczekaj, 

zajmę się zamkiem tej twojej obroży. Nie wiem, dlaczego zawsze pozwalasz się tak traktować? 

-  W  twojej  relacji  są  pewne  luki  -  powiedziałem  łagodnie.  -  Czy  byłabyś  na  tyle  miła, 

żeby odpowiedzieć mi na parę pytań? Na przykład - jaką wiadomość? 

- Moją! - włączyła się Taze, która bezwstydnie podsłuchiwała. - Ci durnie zamknęli mnie 

w  obozie  dla  cywilów.  Mnie  -  sierżanta  Gwardii!  Wyszłam  z  niego  jeszcze  tej  samej  nocy  i 

odszukałam nadajnik alarmowy. 

No  i  przekazałam  wiadomość  na  częstotliwości,  którą  zapisałeś  mi  na  karteczce. 

Zapamiętałam ją, zanim mi zabrali kartkę. 

Taze  była  dość  pewna  siebie  i  moja  pamięć  nieśmiało  zasugerowała,  że  ma  po  temu 

powody. 

-  Jak  tylko  to  usłyszeliśmy,  wzięłam  rakietę  zwiadowczą  i  wylądowałam  -  uzupełniła 

relację  Angelina.  -  Musiałam  sobie  utorować  do  ciebie  drogę,  co  nie  było  nawet  specjalnie 

trudne.  Jak  na  przyszłych  zdobywców  galaktyki,  to nie  są  oni  zbyt  zdolni.  A  potem spotkałam 

Taze. 

Zbliżyła usta do mego ucha i spytała lodowato: 

- Dobrze znasz tę dziewczynę? 

- Raz ją widziałem - odparłem tonem urażonej niewinności. - A poza tym ona nie jest w 

moim typie. 

background image

-  Ty  lubisz  takie  hoże  panienki.  Nie  oszukuj  mnie!  Skierowałem  rozmowę  na  bardziej 

neutralne tematy. 

- No dobrze, ale skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać? 

-  To  było  proste.  Ci  w  szarych  mundurach  zajmują  tylko  jeden  budynek  w  mieście. 

Obserwowałyśmy go. - Usłyszałam chrzęst i obroża puściła. - Starałyśmy się wejść do środka, a 

jedyny  kłopot  był  z  takimi  różnymi  nachalnymi  łobuzami,  podobno  żołnierzami,  ale  w  efekcie 

dowiedziałyśmy się paru ciekawych rzeczy i dostałyśmy ten wóz. 

Wiedziałem już wystarczająco dużo, aby nie pytać o losy kierowcy i jego kumpli. 

-  A  teraz  opowiedz  nam,  co  ci  się  przydarzyło  -  zażądała  Angelina  przytulając  się  do 

mnie.  -  Umieram  z  ciekawości,  żeby  się  dowiedzieć,  co  miałeś  na  szyi  i  dlaczego  nosisz  ten 

seksowny kombinezon. 

Opowiedziałem im. Wszystko po kolei. Nagrodą były westchnienia, jakie mogą wydawać 

tylko dziewczyny, i przynajmniej jeden pisk, gdy doszedłem do nadgarstków. Potem słuchały już 

w  oziębłym  milczeniu.  Poczułem  coś  w  rodzaju  litości  dla  każdego  osobnika  w  szarym 

uniformie,  który  będzie  miał  pecha  spotkać  się  z  tymi  ślicznotkami.  Angelina  miała  wrodzony 

talent do urozmaicania sposobów, w jakie jej bliźni schodzili z tego świata. 

Zanim  skończyłem  tę  fascynującą  historię,  dotarliśmy  do  miejsca  przeznaczenia, 

strzeżonego przez  podwójną  śluzę.  Wjechaliśmy  do  wnętrza.  Znajdowało się  tam  sporo  dziew-

czyn,  silnie  uzbrojonych,  ponętnych,  a  ja,  potrząsając  wciąż  z  niedowierzaniem  głową  (do  tej 

pory  nie  wiem,  jak  udał  się  przewrót  przeciwko  tak  atrakcyjnemu  rządowi),  pozwoliłem 

zaprowadzić  się  do  pokoju.  Była  w  nim  nadzwyczaj  zachęcająca  wojskowa  prycza.  Niewiele 

myśląc, zaraz na nią opadłem. 

- Ubranie - zadysponowałem. - I coś do picia. Niekoniecznie w tej kolejności. 

Na  szczęście  obok  znajdowała  się  moja  żona,  gdyż  w  przeciwnym  razie  z  pewnością 

wmuszono by we mnie szklankę jakiegoś soku czy innego paskudztwa. Zamiast tego podała mi 

butelkę porządnego piwa. Zadziałało jak balsam na moje rozkojarzone zmysły. 

- Obawiam się, że moje odczucia... moje poczucie rzeczywistości znajduje się jeszcze w 

dość  podłym  i  niezorganizowanym  stanie  -  przyznałem  się  po  osuszeniu  butelki.  Z  wyrazu 

twarzy Angeliny wyczytałem, że zdążyła to już zauważyć. 

- Oni mi coś zrobili, nie wiem dokładnie co, ale jeszcze mi to nie przeszło. 

- Zabiję ich co do jednego i będę miała z tego dużą satysfakcję - syknęła Angelina przez 

background image

zaciśnięte zęby, a zewsząd odezwały się pomruki aprobaty. 

Zamknąłem  oczy,  żeby  dać  im  odpocząć.  Kiedy  je  otworzyłem,  w  pokoju  paliło  się 

światło,  a  obok  mnie  stała  tylko  Angelina.  Czułem  się  tak,  jakbym  oglądał pocięty  na  kawałki 

film,  w  którym  niektóre  odcinki  zastąpiono  przezroczystą  taśmą.  Poczułem  do  Krają  pewien 

rodzaj szacunku, co bynajmniej nie przeszkodziło mi znienawidzić go jeszcze bardziej. 

- Jestem głodny - poinformowałem Angelinę. Podeszła do pryczy i wzięła mnie za rękę. 

- Spałeś i mówiłeś przez sen takie dziwne rzeczy... 

-  Jak  coś  zjem, poczuję  się  lepiej,  a  kiedy  wrócimy  do  bazy,  lekarze  odkurzą  wszystkie 

kąty mojej jaźni. Ale teraz są ważniejsze sprawy. Musimy zorganizować ruch oporu, zanim oni 

położą na wszystkim swoją łapę i... 

- Nie. 

- Co nie! - Miałem wrażenie, że uciekła mi gdzieś część rozmowy. Albo to znów przykład 

babskiej logiki. 

- To znaczy, że nie, że my tego nie zrobimy. Kiedy spałeś, posłałam Inskippowi raport i 

opisałam  w  nim  wszystko,  co  powiedziałeś  o  ich  planach  i  o  tym,  jak  przeprowadzają  swoje 

operacje. 

- Czy podpisałaś go przynajmniej moim nazwiskiem? - spytałem rozdrażniony. 

-  Zapomniałeś,  skarbie,  że nosimy  to  samo  nazwisko!  Wypiliśmy,  żeby  załagodzić  całą 

sprawę. Potem spróbowałem wrócić do tematu. 

- No więc wysłałaś raport, i co? 

-  Dostałam  od  Inskippa  odpowiedź:  „Wiadomość  przyjęta,  gratuluję,  wracajcie 

natychmiast". Dlatego powiedziałam „nie". 

- I ty myślisz, że ja wrócę? - prychnąłem. 

- Nie czujesz się dobrze, wymagasz opieki lekarskiej, zrobiłeś, co miałeś zrobić. 

- Nie o to pytałem. Czy myślisz, że ja teraz wrócę? Spróbowała wyglądać nieco groźniej, 

ale jej to nie wyszło. Wzruszyła ramionami. 

- Oczywiście, że nie. Gdybyś to zrobił, nie byłbyś tym człowiekiem, za którego wyszłam. 

Zetrzyj  więc  z  powierzchni  gruntu  tych  obrzydliwych  szaraków,  ocal  Buradę  i  powstrzymaj 

dalsze najazdy. Dla ciebie powinno to być dość łatwe. 

-  Moment,  chwila  -  nie  wszystko  naraz,  ale  w  ogólnych  zarysach  plan  przedstawia  się 

całkiem  trafnie. Trzeba  zorganizować  tu  partyzantkę.  Powinna  się  tym  zająć  Taze.  Przy  naszej 

background image

pomocy i wsparciu materialnym. Ale jest jedna rzecz, ważniejsza od tego wszystkiego. Musimy 

złapać Krają, a w najgorszym razie kogoś z jego sztabu. 

-  Wspaniały  pomysł!  Jeśli  myślisz,  że  on  wie  wszystko o torturach,  to może  nauczy  cię 

tego i owego. Pamiętam... 

-  Nie  o  to  chodzi,  skarbie.  Chcę,  żeby  ten  człowiek  przeszedł  specjalne  testy  w 

laboratorium. Nie zauważyłaś niczego szczególnego, gdy ich dzisiaj wykańczałaś? 

- Nic, poza tym, że byli tak samo ubrani, a ich skóra wydawała się zimna. 

- Właśnie. Oni nigdy się nie śmieją, nie okazują w ogóle niemal żadnych uczuć, żadnych 

wzruszeń,  nie  plotkują,  nie  odzywają  się  nawet,  jeśli  nie  mają  nic  istotnego  do  powiedzenia,  i 

parę jeszcze innych, podobnych spraw. 

-  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  to  są  zombi,  androidy  czy  tego  rodzaju  potworki,  które 

pojawiają się w kosmicznych operetkach dla przedszkolaków? 

-  Pośmiej  się,  pośmiej,  póki  jeszcze  możesz.-  Nie,  .te  typy  to  nie  potworki.  Są  bez 

wątpienia żywe jak normalne organizmy, tyle tylko, że nie są to, jak sądzę, ludzie. 

- Może lepiej się prześpij? 

- Nie wygłupiaj się! To nie są majaki zoperowanego mózgu. To chodzi mi po głowie od 

chwili, gdy zobaczyłem Kraja. Jeszcze na Cliaandzie. I są na to dowody, mój skarbie. Żołnierze 

śmiertelnie  boją  się  Kraja  i  jego  ludzi,  nie  chcą  nawet  o  nich  rozmawiać.  Ludzie  w  szarych 

mundurach odcięci są od normalnego cliaandzkiego życia i różnią się od innych w każdym calu. 

Zupełnie  jakby  byli  czymś  innym.  Wyobrażam  sobie  to  w  następujący  sposób:  dokonuje  się 

przeglądu  zamieszkanych  planet  -  a  ktoś  musiał  to  zrobić  -  i  tutaj,  proszę,  Cliaand  okazuje się 

gotów do zajęcia; zmilitaryzowany sposób życia, głębokie podziały klasowe - nic, tylko znaleźć 

się na  górze  i przejąć  kontrolę.  I  zdaje  się, że  właśnie  zrobili  coś  takiego.  Nie pojawiają  się  w 

żadnych spisach czy kartotekach, tak drogich wojskowemu sercu, a przecież są, i to na górze. 

- No cóż... 

- Właśnie, nie jesteś przekonana, ale zaczynasz się zastanawiać. Możesz mi znaleźć jakąś 

wzorcową próbkę, która ubrana by była w szary mundur? 

-  Jeśli  ci  na  tym  zależy,  ale  nie  mogę  obiecać,  że  będzie  całkiem  nie  uszkodzona. 

Najważniejsza jest, tak chyba mówiłeś, głowa? 

Zanim zdążyłem się odezwać, do pokoju wpadła Taze i rzuciła na pryczę furę ciuchów. 

- Ubieraj się, szybko! Te buty to największe, jakie udało mi się u nas znaleźć, i oby tylko 

background image

pasowały! 

- Skąd ten pośpiech? 

-  Wokół  jest  pełno  wojska,  mają  czołgi.  Cały  budynek  jest  obstawiony  przez 

Cliaandczyków! 

background image

16

 

Buty, z lekko wydłużonymi noskami, okazały się ciasne jak cholera. Mimo to wsunąłem 

nogę najgłębiej, jak mogłem. 

- Śledzili nas? - zapytałem. 

- Za kogo mnie masz? Nie, i wozu też tu nie ma! - obruszyła się Taze. 

Spróbowałem zmusić swój mózg do myślenia, gdy nagle zadzwonił telefon. Zamarliśmy 

w  pół  ruchu,  wpatrując  się  w  aparat,  jakby  był  diabłem  wcielonym.  Zadzwonił  jeszcze  raz,  a 

potem rozjarzył się ekranik i pojawił się Kraj. Jak zwykle zimny i opanowany. 

- Wiecie, że jesteście otoczeni?  - odezwał  się.  - Wszelki opór  jest beznadziejny,  DiGriz. 

Poddajcie się, a nikomu z twoich przyjaciół nie stanie się żadna krzywda. 

Kopnąłem ekran i obraz zgasł. Potem złapałem aparat i rąbnąłem nim o ścianę. Na skórze 

pojawiły  się  kojące  krople  potu.  Odetchnąłem  głęboko  i  spoglądając  na  plastikowy  szmelc, 

zacząłem liczyć na palcach. 

- Zapomnijmy na chwilę o tym telefonie i przemyślmy, co tu się dzieje. Po pierwsze, nikt 

za nami nie jechał. Po drugie, nie ma tu wozu, a więc nie mogli nas namierzyć. Po trzecie, Kraj 

wie,  gdzie  jestem.  W  takim  razie  albo  kombinezon,  albo  ja  mam  zamontowany  nadajnik. 

Kombinezonem zaraz się zajmę, a mnie będzie potrzebny dobry rentgen i równie dobry chirurg. 

Jak tylko się stąd wyniesiemy. 

- Zapomniałeś o innym, prostym rozwiązaniu - odezwała się Angelina. 

- Nigdy nie twierdziłem, że jestem wszechwiedzący. Co ci przyszło do głowy? 

- Pudełko. Mówiłeś, że jest kontrolowane przez radio. 

- Oczywiście, że jest. A ten mebel jest tutaj? 

- Pod tobą. Myślałyśmy, że może się przydać. 

-  Brawo.  Po  trzy  punkty  dla  każdej!  Nic,  pomyślmy,  co  możemy  zrobić.  Taze,  co  to za 

budynek i jak stąd można wyjść? 

- To fabryka, której właścicielką jest jedna z nas. Stąd nie ma wyjścia, to znaczy, są trzy 

bramy, ale wszystkie obstawione. Los skazał nas na walkę i śmierć, ale drogo sprzedamy swoją 

skórę i zabierzemy wielu z tych... 

- Dobra, dobra. To będzie na naszym nagrobku, jakby co. DiGriz widzi drogi wyjścia tam, 

gdzie inni zauważają tylko lity mur. Ta właścicielka tu jest? 

- Tak. 

background image

- Świetnie, przyślij ją jak najszybciej... Rozumiem - zwróciłem się do Angeliny, gdy Taze 

wymiotło z pokoju - że przywiozłaś nasze standardowe wyposażenie? 

- Pewnie, że tak. Cały arsenalik. 

- Grzeczna dziewczynka. Kiedy pomyślę sobie, że jesteś moją żoną, rośnie moje poczucie 

bezpieczeństwa. 

Taze  wbiegła  w  towarzystwie  innej  amazonki,  trochę  starszej,  ale  fascynującej  w  swej 

dojrzałości...  W  oczach  Angeliny  dostrzegłem  lodowaty  błysk  i  szybko  przeniosłem  spojrzenie 

gdzie indziej, a myśli skierowałem na inne tory. 

- Nazywam się James DiGriz, kosmiczny szpieg i złodziej. 

- Miło mi, Fayda Firtina z Gwardii - warknęła w odpowiedzi i zasalutowała. 

- Mnie również, a przechodząc do rzeczy: rozumiem, że jesteś właścicielką tego budynku. 

-  Zgadza  się,  Zjednoczenie  Budowy  Autosłużących  „Firtina".  Spółka  z  ograniczoną 

odpowiedzialnością. Najlepszy towar na rynku. 

- Co to jest... 

- Autosłużący? 

- W rzeczy samej. Nie bardzo jestem zorientowany... 

-  Towar  luksusowy,  bez  którego  nie  można  się  obejść  w  dobrze  prowadzonym  domu. 

Robot, który został zaprogramowany i wyszkolony jako służący i pomoc domowa, który odciąży 

każdą gospodynię od codziennych, uciążliwych prac... 

Mówiła jeszcze dalej, cytując chyba broszurkę reklamową, ale ja się już wyłączyłem. W 

głowie formował mi się plan, aż nagle dotarło do mnie, że strzelają. 

-  Próbny  atak  -  poinformowała  mnie  Taze  ze  słuchawką  radiotelefonu  przy  uchu.  - 

Odparto ich. 

- Na razie pewnie nie zaatakują poważnie. Chcą mnie żywego. Powstrzymujcie ich nadal. 

Fayda - zwróciłem się do właścicielki fabryki - czy mogłabyś naszkicować plan tego bydynku i 

najbliższego terenu? 

Zrobiła to szybko, dokładnie zaznaczając okna, drzwi i sąsiednie ulice. 

- Jak wyglądają te roboty? 

- Podobne do ludzi tak kształtem, jak i wielkością - to optymalna forma do ich domowych 

zadań. 

-  Dobra.  Ile  z  nich  jest  do  użycia  w  tej  chwili?  -  Nie  wiem  dokładnie,  ale  miedzy  sto 

background image

pięćdziesiąt a dwieście. 

-  Idealnie.  Dokładnie  odpowiada  to  naszym  potrzebom.  Czy  byłoby  wielkim 

nieszczęściem - mam nadzieję, że są ubezpieczone - gdyby zginęły za wolność Burady? 

-  Każdy  zginąłby  z  ochotą  za  taką  sprawę,  gdyby  posiadał  uczucia,  tyle  że  one  są 

niezdolne do walki. 

- Tym już my się zajmiemy. To będzie oddział dywersyjny.  Chodźcie, to  wam powiem, 

co wymyśliłem. 

Moje  szare  komórki  doszły  już  do  siebie,  a  dobiegający  z  zewnątrz  zgiełk  bitewny 

utrzymywał je w formie. Po półgodzinie autosłużący zajęli wyznaczone im stanowiska. 

- Znacie rozkazy? - spytałem tłum stojący w hali ekspedycyjnej. 

-  Znamy,  proszę  pana,  dziękujemy  panu  -  odpowiedział  zgodny  chór  z  akcentem 

świadczącym o głębokiej kulturze. 

-  A  więc przygotujcie  się.  Kiedy  powiem „naprzód",  wyjdziecie stąd,  każdy do swojego 

zadania. 

- Z przyjemnością, proszę pana, dziękujemy panu. 

Było  tu  ponad  sto  pięćdziesiąt  sztuk  tego  tałatajstwa,  uszykowanego  w  równych 

szeregach. Każdy ściskał kawał rury lub kija imitującego broń. Jedni mieli kapelusze, inni kurtki 

czy  spodnie,  sprezentowane  im  przez  kobiece  oddziały  uderzeniowe.  Nie  było  to  dla  mnie 

najlepsze rozwiązanie, zważywszy mój stan cywilny, dookoła znajdowało się bowiem aż za dużo 

młodych, opalonych ciał, żeby normalny chłop był w stanie to zignorować. Roboty stanowiły w 

tym względzie miłą odmianę. Spojrzałem na zegarek i podniosłem mikrofon. 

- Wszystkie jednostki - baczność! Piętnaście sekund do godziny zero! Grenadierzy, proszę 

do ostatniej chwili nie zbliżać się do okien. Gotowi... zapalniki... RZUCAĆ! 

Na  ulicy  nastąpiła  seria  głuchych  eksplozji,  gdy  dziewczyny  rzuciły  z  górnych  pięter 

granaty. W większości były to granaty dymne, lecz znalazło się też trochę gazowych. 

Po  pięciu  sekundach,  gdy  dym  zgęstniał,  nacisnąłem  przełącznik  drzwi  wyjściowych  i 

ujrzałem tylko i wyłącznie kłęby dymu. 

- Naprzód, do ataku! - rozkazałem i wszystkie lewe nogi wystrzeliły do przodu jak jedna. 

- Dziękujemy, proszę pana! 

Z  górnych  okien  odezwały  się  serie  karabinów  maszynowych,  na  które  oblegający 

odpowiedzieli z entuzjazmem. Wszystko szło zgodnie z planem, czas był na drugą falę. 

background image

- Wszystkie pozostałe jednostki autosłużących do ataku! - ryknąłem w mikrofon. 

W  tej  chwili  wszystkie  pozostałe  roboty  (około  pięćdziesięciu)  winny  wyłazić  przez 

wszystkie możliwe drzwi i zanurzać się w chmurze dymu. Próbowałem sobie wyobrazić, co się 

tam dzieje, ale nie za bardzo mi się to udało. 

Oto budynek, otoczony  przez  wroga  i  pięknie  widoczny  w  zachodzącym  słońcu,  zostaje 

nagle  zasłonięty  środkami  chemicznymi  i  coś  się  tam  zaczyna  dziać.  Kompletna  przerwa  na 

wizji, szok dla patrzących. Niewyraźne sylwetki majaczące w dymie - strzelają do nich, a oni nie 

padają. Ludzie ze stali! Dym, panika, następne ataki. Który z nich jest prawdziwy? Co robić? 

Obliczyłem, że apogeum chaosu nastąpi po około sześćdziesięciu sekundach. Potem dym 

zacznie  się  przerzedzać,  trupy  okażą  się  robotami,  a  dowództwo otrząśnie  się  z  szoku.  I  do  tej 

pory  musimy  stąd  wyjść.  Oddziały  Taze  po  rzuceniu  granatów  biegły  do  ekspedytorni,  a  Taze 

sprawdzała stan według listy. 

- Wszyscy! - krzyknęła w moją stronę. 

- Teraz! Angelina, granaty w pogotowiu! 

Nikt  z  nas  się  nie  odzywał.  Ruszyliśmy  powoli  poprzedzani  przez  wybuchy  granatów 

Angeliny. Fayda prowadziła, a każdy opierał ręce na ramionach idącego przed nim. Znaleźliśmy 

się z Angelina pośrodku tego ludzkiego węża. 

Granaty  ucichły.  Nie  był  to  specjalnie  komfortowy  marsz  -  przypominał  błądzenie 

ślepego we mgle. Dodatkową atrakcję stanowiły przelatujące tu i ówdzie pociski. Ulica nie była 

szeroka  i  bez  wątpienia  znajdowały  się  na  niej  oddziały  inwazyjne.  Gdyby  wiedzieli,  co  się 

dzieje,  po  prostu  by  nas  rozstrzelali,  i  to  bez  większego  wysiłku.  Na  szczęście  zajęci  byli 

autosłużącymi. 

Do  przejścia  mieliśmy  około  dwudziestu  jardów.  Po  drugiej  stronie  były  kwartały 

mieszkalne, w których mogli nas szukać do upadłego. Liczyłem w myśli kroki i, według moich 

obliczeń,  prawie  doszedłem  już do  budynku, co znaczyło,  że połowa  z  nas  jest  już bezpieczna, 

gdy nagle obok mnie rozległo się: 

-  To  ty,  Zobno?  Co  sierżant  mówił  o  robotach?  Wąż  zastygł  w  bezruchu,  wszyscy 

wstrzymali oddechy. Głos mówił po cliaandzku. 

-  Roboty?  Jakie  znowu  roboty?  -  spytałem  chwytając  dłoń  spoczywającą  na  moim 

ramieniu i przenosząc ją na ramię Angeliny. - Idź! - szepnąłem jej w ucho. 

Ciężkim krokiem ruszyłem w stronę źródła głosu. 

background image

- Jestem pewien, że mówił coś o jakichś robotach - poskarżył się głos. 

Za  sobą  usłyszałem  odgłos  ruszającego  węża,  zakasłałem  i  zacisnąłem  pięść.  Wszystko 

poszłoby  pięknie,  dostarczając  mi  nawet  niejakiej  przyjemności,  gdyby  nie  powiał  wieczorny 

wietrzyk.  Powiał  mi  prosto  w twarz  i o dwa kroki od siebie  ujrzałem żołnierza w  hełmie. Jego 

twarz  wyrażała  totalne  zdziwienie.  Miał  po  temu  słuszne  powody:  zamiast  kumpla  zobaczył 

przed sobą nieznanego osobnika ubranego w dziwny kombinezon i damskie buty na obcasach, a 

do  tego  wszystkiego,  prócz  przekrwionych  oczu  i  nie  ogolonej  brody,  zarejestrował  jeszcze 

zwieszające się ze mnie torby i paczki. 

Na  całe  szczęście  sparaliżowało  go  dokumentnie  i  zdążyłem  go  złapać.  Jedną  ręką  za 

gardło,  drugą  za  rozpylacz.  Nie  był  specjalnie  bystry,  bo  dość  długo  tańczyliśmy,  zanim 

zaświtało mu, że spluwę może trzymać równie dobrze jedną ręką. Gdy do tego doszedł, zdarzyły 

się  dwie  rzeczy.  Zamknął  się  wokoło  nas  dym  -  to  raz,  a  ja  podstawiłem  mu  nogę  -  to  dwa. 

Runęliśmy na ziemię, a ja, będąc na wierzchu, poczęstowałem go w krtań tak, że sprawa została 

definitywnie  rozstrzygnięta.  Usiadłem,  czekając,  aż  powietrze  przestanie  dochodzić  do  moich 

płuc krótkimi spazmami, czyli - mówiąc inaczej - aż wróci mi oddech, gdy tuż obok usłyszałem: 

-  Co  to  za  hałasy?  Co  się  tu  dzieje?  Podskoczyłem  (moje  nerwy  nie  były  już  takie,  jak 

kiedyś) i starając się zapanować nad oddechem, odezwałem się: 

-  To  ja.  -  Zawsze  dobra  odpowiedź.  -  Potknąłem  się  i  wywróciłem.  Skaleczyłem  się  w 

palec. 

- Pewno dadzą ci medal. A teraz się zamknij! 

Zamknąłem  się,  podniosłem  rozpylacz  i  zdałem  sobie  sprawę,  że  zgubiłem  się  w  tym 

tumanie. Z trudem opanowałem panikę i spróbowałem skłonić mój umysł do myślenia. 

Punkt pierwszy - nie byłem sam. Wąż zdążył z pewnością przemaszerować w bezpieczne 

miejsce, ale Angelina tego nie zrobiła, bo jakby inaczej. Punkt drugi - ona wiedziała, gdzie jest 

która strona świata, a ja nie. A zatem wniosek był prosty: będzie musiała po mnie przyjść. Gdy 

do tego doszedłem, nabrałem powietrza w płuca i gwizdnąłem. Najpierw krótko, potem długo - 

litera  A  w  alfabecie  Morse'a,  który  znała.  Miałem nadzieję,  że  to  jej  wystarczy.  W odpowiedzi 

usłyszałem wściekły glos, tym razem wyraźnie już podejrzliwy. 

- Przestańcie gwizdać! Jak się nazywacie? 

- To ja, sierżancie, Zobno! - Poszedłem na całość. 

- To ja jestem Zobno! - obruszył się głos z lewej. 

background image

- To ja się tak nazywam! - wrzasnąłem oburzony. - Kto to powiedział? 

- Chodźcie tu obaj! - rozkazał sierżant. - Za pięć sekund zaczynam strzelać! 

Prawdziwy  Zobno  gramolił  się  ku  sierżantowi,  a  ja  nie  ośmieliłem  się  nawet  głośniej 

odetchnąć. Wtem coś pociągnęło mnie za rękaw. Angelina. Wzięła mnie za rękę i poprowadziła 

za  sobą.  Z  tyłu  rozległy  się  jakieś  głosy,  potem  szczęk  broni.  Potknąłem  się  o  jakiś  stopień  i 

jakieś ręce wciągnęły mnie do jakiegoś pomieszczenia. W tej samej chwili na zewnątrz rozległa 

się pierwsza seria z broni sierżanta. 

background image

17

 

-  Grupa  poszukiwawcza...  grupa  poszukiwawcza...  -  przytłumione  głosy  przedarły  się 

przez  porykiwanie  atakujących  pluszowych  misiów.  Mógłbym  sobie  dać  radę  z  tymi 

niedźwiadkami,  chociaż  kandyzowane  laseczki,  których  używałem  jako  mieczy,  łamały  się  w 

rękach.  Ale  nawet  jeśli  nie  ma  się  kandyzowanej  laseczki,  można  misia  kopnąć  w  dołek  i  miś 

sobie pójdzie, żadna siła go nie powstrzyma. Z misiami świetnie bym sobie poradził, gdyby nie 

miały  po  swej  stronie  tych  cholernych  drewnianych  żołnierzyków.  Zacząłem  grzebać  po 

kieszeniach w poszukiwaniu zapałek, żeby zrobić  z nich ognisko,  gdy nagle  jeden dźgnął  mnie 

bagnetem  w  ramię.  Otworzyłem  oczy  i  spojrzałem  niezbyt  przytomnie  w  okoloną  wielkimi 

bokobrodami twarz doktora Muftaka. Ten w odpowiedzi przyjrzał mi się uważnie. - Pobudka, jak 

widzę,  w  zupełnie  nieodpowiednim  momencie,  ale  musiałem  skasować  działanie  narkotyku  - 

odezwał się, pocierając watą miejsce zastrzyku. - Wielka szkoda. 

- To nie ja wymyśliłem - mruknąłem z pretensją, ciągle niezbyt przytomny. Dlaczego nie 

pozwolono mi wykończyć pluszowych misiów? 

-  Rekonwalescencja  przebiega  prawidłowo.  Cofnąłem  pana  w  okres  dzieciństwa  i...  do 

diabła,  ależ  pan  miał  ciekawe  dzieciństwo!  Musi  pan  dać  mi  zgodę  na  opisanie  pańskiego 

przypadku.  Pluszowy  miś,  który  normalnie  jest  symbolem  ciepła  i  zadowolenia,  u  pana 

przeistoczył się w tajemniczy sposób pod wpływem pańskiej szkaradnej podświadomości w... 

-  Później,  panie  doktorze,  później!  -  przerwała  mu  Angelina,  uosobienie  złocistego 

wdzięku. 

Wygrzewała  się  na  balkonie,  a  pasemka  materiału,  które  na  tę  okazję  włożyła,  nie 

zasługiwały  na  miano  stroju  kąpielowego.  Potrząsnąłem  głową,  by  poustawiać  na  miejscach 

meble hotelowego pokoju. 

Hotel  „Ringa  Baligi"  -  jeden  z  najlepszych  hoteli  na  Buradzie,  poza  luksusami  miał 

jeszcze jedną zaletę. Zbudowany był na wysepce i dostać się do niego można było jedynie wodą 

lub  powietrzem.  Dawało  to  spokój,  który  niezbędny  był  przy  kuracji,  i  wystarczająco  wcześnie 

pozwalało  zauważyć  wszelkich  nieproszonych  gości.  Takie  właśnie  ostrzeżenie  było  powodem 

przerwania  seansu  prostowania  moich  dróg  myślowych.  Miałem  na  sobie  kąpielówki  -  jak 

zwykle  podczas  seansów.  Wziąłem  Angelinę  za  rękę  i  ruszyliśmy  do  prywatnej  windy.  Gdy 

podłoga uciekła nam spod nóg, na platformie lądowały pierwsze helikoptery. Odgłos ich silników 

był wyraźnie słyszalny w kabinie. 

background image

- Sądzisz, że to coś pomoże? Już trzy dni grzebie w moim dzieciństwie, i nic. 

- To ponoć najlepszy specjalista na tej planecie. A jeśli chodzi o twoje dzieciństwo, to... 

Zanim skończyła, winda stanęła. Znajdowaliśmy się na poziomie wody, w pomieszczeniu 

dla  nurków,  skąd  prowadziły  schody  bezpośrednio  do  oceanu.  Oczekiwał  nas  człowiek  z 

akwalungami.  Zapięliśmy  uprzęże  i  zanurzyliśmy  się  na  dno  rafy.  Nawet  przy  dokładnym 

przeszukiwaniu okolicy szansa znalezienia nas była minimalna. Włączyłem hydrofon. 

- Nie prowadzą dokładnych poszukiwań - zawiadomił mnie głos. - Dam znać, gdyby coś 

się zmieniło. 

Wpłynęliśmy  z  Angelina do  groty,  którą  odkryliśmy  poprzednio. Teraz  byliśmy  odcięci 

od świata. Opuściliśmy się na piaszczyste dno i zetknęliśmy maski, jako że tylko to umożliwiało 

bezpośrednią rozmowę. 

- Zaszło coś nowego, jeśli chodzi o Krają i jego chłopców? - zapytałem. 

- Przeniesiono ich do innego budynku. Siły cliaandzkie przeszły teraz do okupacji. Zajęli 

wielki wieżowiec zwany Octagon i umieścili tam większość administracji i wszystkich szarych. 

- Ciekawe, dlaczego opuścili poprzednie kwatery? 

- Z pewnością dla obrony przed tobą i twoją bezlitosną zemstą. 

- To nawet nie taki głupi powód. Ale nie o to chodzi. Trzeba któregoś złapać. Będę musiał 

tam się dostać. 

- Nie  zrobisz czegoś  tak idiotycznego!  -  Najwyraźniej się zdenerwowała.  -  Przy  wejściu 

zainstalowali kamery sprzężone z komputerem. A w tym ostatnim są twoje dane: wzrost, waga, 

budowa,  sposób  chodzenia  i  mówienia,  układ  siatkówki.  Nie  uda  ci  się  zmienić  wszystkiego. 

Złapią cię, ledwie wejdziesz i ustawisz się przed kamerą. 

- Najgorsze jest to, że masz rację. Przypuszczam więc, że masz lepszy plan. 

- I owszem. Sama tam pójdę. Mam twoje zalety i jestem dla nich osobą nie znaną. 

- NIE!!! 

- Dlaczego od razu: nie? Pamiętaj, że przeszłam to samo wyszkolenie i mogę to zrobić. A 

poza tym - ty jesteś moim mężem, a nie właścicielem. Mam prawo o sobie decydować, czyż nie 

tak? 

- Przecież... Boję się tylko o twoje bezpieczeństwo! 

- Ty mnie naprawdę kochasz, Jim! Na swój okropny sposób, ale kochasz! I nic mi się nie 

stanie.  Zobacz,  cliaandzkie  oddziały  pomocnicze  składają  się  z  kobiet.  Złapię  jedną  i  w  jej 

background image

mundurze dostanę się do wewnątrz. Znajdę Krają i... 

- Nie zrobisz nic głupiego? 

-  Oczywiście,  że  nie.  A  poza  tym  nie  powiedziałam,  że  zabiorę  go  ze  sobą.  Zrobię 

rozpoznanie i natychmiast się wyniosę. 

-  Dobra,  to  jest  dokładnie  to,  czego  potrzebujemy,  żeby  zorganizować  mały  kidnaping. 

Komunikator zabrzęczał i doszły mnie słowa: 

-  Grupa  poszukiwawcza  oddaliła  się.  Możecie  wracać.  Popłynęliśmy  z  powrotem,  a  na 

przystani oczekiwał nas doktor Muftak. 

- No dobrze, zaczynamy w tym samym miejscu, w którym nastąpiła przerwa. 

Wprowadził  mnie  w  trans,  ledwie  rozciągnąłem  się na  tapczanie,  tak  że  zdołałem  tylko 

pomachać Angelinie, która już szła się ubierać. W jego duszy nie było ni szczypty romantyzmu. 

Musiało nam nieźle pójść, bo kiedy się obudziłem, nie było śladu po misiach. Ostatnie, co sobie 

przypomniałem,  to  był  jakiś  eksplodujący  kosmolot.  Muftak  pakował  właśnie  przyrządy,  a  za 

oknem zachodziło słońce. 

- Bardzo ładnie - odezwał się. - Dobrze nam idzie. 

- Czy odkrył pan jakieś ślady manipulacji Kraja? 

- Ślady! - parsknął z obrzydzeniem. - Na całej korze mózgowej były ślady. To rzeźnik. W 

pewnym sensie to nawet dobrze, bo łatwiej jest je znaleźć. A wprowadzili dużo: luki w pamięci, 

amnezja  i  fałszywe  wspomnienia.  Mówiłem  panu,  że  zostało  to  zrobione  bardzo  szybko. 

Ciekawe,  jaką  techniką,  bo  są  nieprawdopodobnie  wręcz  precyzyjne  i  dotyczą  wszystkich 

zmysłów.  Zlikwidowałem  najbardziej  dokuczliwe  i  nachalne,  resztą  zajmiemy  się  następnym 

razem. Na przykład - niech mi pan opowie o tych czerwonych śladach na nadgarstkach. 

- Wyglądają jak ślady po sznurze - powiedziałem i przypomniałem sobie, jak obudziłem 

się w celi, przerażony i przekonany z jakiegoś powodu, że odrąbano mi dłonie. Zapytałem go: - 

Fałszywe wspomnienia? 

- Tak, i to w dodatku nieprawdopodobnie wstrętne. Opowiem panu po następnym seansie. 

A teraz potrzebuje pan odpoczynku. 

- Wspaniały pomysł, tylko że najpierw muszę coś zjeść. 

Drzwi otworzyły  się  gwałtownie  i do pokoju wbiegła Taze. Bez słowa włączyła  ścienny 

telewizor.  Cliaandczycy  zainstalowali  już  stację  propagandową,  ale  nikt  nie  wysilał  się,  by 

oglądać jej poszczekiwania. 

background image

Ekran rozjarzył się i ujrzałem kaprawe oczka Krają. 

- To taśma, puszczają ja na okrągło - szepnęła Taze. Z głośnika dobiegły słowa: 

-  ...i  chcemy,  żeby  o  tym  wiedział.  Ktoś  musi  znać  człowieka  określanego  imieniem 

James  DiGriz.  Skontaktujcie  się  z  nim.  Powiedzcie  mu,  żeby  obejrzał  ten  program.  Ta 

wiadomość  jest  skierowana  do  ciebie,  DiGriz.  Chcemy,  żebyś  do  nas  wrócił.  Mamy  Angelinę. 

Jak do tej pory, nie zrobiono jej krzywdy. Jak do tej pory - i na pewno nikt nie zrobi jej nic przed 

świtem. Witamy w domu, Jim! 

background image

18

 

Przez  dłuższą  chwilę  siedziałem  jak  skamieniały.  Chciałem  być  sam,  co  Taze  w  mig 

zrozumiała, wystarczył tylko mój kciuk wymierzony w drzwi. Zacny doktor próbował natomiast 

protestować, przyłożyłem mu zatem i wyniosłem go, trzymając za kark i spodnie na siedzeniu. 

Potem  kopnąłem  telewizor.  Trochę  pomogło.  Zrobiłem  sobie drinka  i zacząłem  myśleć. 

W końcu doszło  do  mnie coś, co od dłuższego  czasu  wędrowało po mojej podświadomości: że 

będę musiał się poddać i nie uda mi się tego uniknąć. Coś strzyknęło mi pod czaszką na tę myśl, 

ale plan, jaki wymyśliłem, nie był prosty, a świt bliski. 

Zawołałem Taze i powiedziałem jej, co zamierzam zrobić. 

- To szaleństwo! Nie możesz! - przysiągłbym, że w jej wielkich oczach pojawiły się łzy. - 

Oddać się w łapy tych łajdaków tylko po to, by ocalić kobietę!? Gdyby mężczyźni na tej planecie 

byli tacy... To nie do uwierzenia! 

Ostatkiem  sił  oparłem  się  pokusie  poddania  się  tej  kobiecej  łasce  i  zacząłem  otwierać 

niektóre pojemniki z bronią. 

-  Operacja  składać  się  będzie  z  dwóch  części  -  oznajmiłem.  -  Pierwszą  biorę na  siebie: 

spenetrowanie budynku i uwolnienie Angeliny. Mam nadzieję, że przy okazji złapię którego, ale 

gdyby miało to zbyt skomplikować całą resztę, to załatwimy to następnym razem. Druga część, 

to wydostanie się z budynku, i to już należy do ciebie. Muszę mieć jego plany i pogadać z kimś, 

kto dobrze się tam orientuje. Najlepiej z dozorcą. Możesz to załatwić? 

- Natychmiast! 

Bez wątpienia była to dziewczyna, na której można było polegać. 

Kiedy  byliśmy  już  gotowi,  od  świtu  dzieliły  nas  dwie  godziny.  W  końcu  udało  mi  się 

złapać  roztrzęsionego  dozorcę,  który  wskazał  możliwości  wejścia.  Inaczej  byłaby  to  ciężka 

sprawa.  Dla  grupy  biorącej  udział  w  akcji,  przy  całkowitym  braku  ciężkiego  sprzętu,  budynek 

jawił się jako twierdza. 

Dozorca wodził tymczasem trzęsącym się paluchem po planie. 

-  Tunel,  którym  biegną  przewody,  panie,  przechodzi  ulicę  i  dochodzi  do  drugiego 

poziomu piwnic, panie, do numeru siedemnastego, panie. Duży tunel, panie. 

- Na pewno jest „zapluskwiony" - skrzywiłem się. - Ale przy dobrej organizacji pracy nie 

powinno  być  większego  kłopotu.  Proszę  notować,  drogie  panie,  bo  nie  będzie  czasu  na  dalsze 

tłumaczenia. Otóż ja... 

background image

Zanim  zapięto  wszystko  na  ostatni  guzik,  do  świtu  pozostało  dwadzieścia  minut. 

Jednostki były na stanowiskach, a ja zamówiłem rozmowę z Krajem. Zanim zdążył się odezwać, 

warknąłem: 

- Chcę natychmiast zobaczyć Angelinę i porozmawiać z nią. 

Nawet się nie sprzeciwił. Na ekranie pojawiła się Angelina z obrożą i kablem znikającym 

poza obrazem. 

- Nic ci nie jest? 

- Czuję się wybornie, o ile można tak powiedzieć, kiedy przebywa się w jednym pokoju z 

tą kreaturą. 

- Nie zrobili ci krzywdy? 

-  Na  razie  nie.  Tylko  przyczepili  mnie  do  sufitu,  żebym  nie  uciekła.  Ale  możesz  sobie 

wyobrazić,  jakie  pogróżki  wymyślał  tu  ten  obleśny  facet  przez  cały  czas.  Gdybym  miała  taki 

umysł, jak on, dawno popełniłabym samobójstwo… - w tym momencie twarz Angeliny stężała. 

Kraj poczęstował ją małą dawka prądów. 

Wiedziałem już, że nie będzie drugiego takiego razu i że to jego zabiorę dziś ze sobą. Na 

ekranie pojawiła się jego gęba. 

- Przyjdziesz teraz do mnie, DiGriz, i poddasz się. Zostało ci niewiele czasu, a wiesz, co 

stanie się twojej żonie, jeśli odmówisz. Jeśli zaś się poddasz, wypuszczę ją. 

- A niby jak to sprawdzę? 

- Nie sprawdzisz, ale nie masz wyboru. 

- Przygotuj śniadanie, zaraz tam będę. - Zanim odłożyłem słuchawkę i wyłączyłem wizję, 

usłyszałem jeszcze krzyk Angeliny: 

- Nie! Nie poddawaj się! 

- Czy rzeczy już wyschły? - spytałem Taze, ściągając koszulę. 

- Prawie. - Razem z paroma dziewczynami suszyła nad dmuchawami cliaandzki mundur, 

który  wydał  mi  się  najbardziej  odpowiedni  na  tę  okazję.  -  Już  prawie  suchy,  ale  nie  możemy 

dłużej czekać. 

Niektóre  miejsca  były  jeszcze  wilgotne,  ale  nie  miało  to  większego  znaczenia.  Na  dole 

czekała na nas motorówka z zapuszczonym silnikiem. Na brzegu stał wóz z doktorem Muftakiem 

na tylnym siedzeniu. Na kolanach trzymał małą walizeczkę i pomrukiwał do siebie z niezadowo-

leniem. 

background image

- To mi się naprawdę nie podoba. To pogwałcenie etyki lekarskiej! 

-  Wojna  jest  zawsze  pogwałceniem  jakiejś  etyki.  Okropieństwem,  przeciwko  któremu 

należy użyć wszelkiej dostępnej broni. Proszę tylko zrobić to, o co pana prosiłem. 

-  Pewnie,  że  zrobię,  nie  ma  o  czym  gadać,  ale  można  chyba  w  końcu  wygłosić  własne 

zdanie na temat tego, co się robi. 

- Niech pan sobie wygłasza na zdrowie. Proszę tylko jednocześnie naładować strzykawkę. 

Zaparkowaliśmy w ciemnej uliczce. Mój cel był tuż za rogiem. 

- Katalizator - powiedziałem. - Pod pachę, żeby nie było śladów. 

Podniosłem  ręce  i  poczułem,  jak  wlewają  się  we  mnie  ciepłe  płyny  z  izolowanego 

zbiornika.  Wylazłem  z  wozu  i  wsunąłem  rękę  przez  okno.  Poczułem  ukłucie  i  wóz  ruszył. 

Skręciłem za róg. Zostało mi niewiele czasu. 

Przy  wyjściu  czekał  komitet powitalny  w  składzie  jeden  plus pięciu.  Byli  bardzo pewni 

siebie.  Jeden  założył  mi  kajdanki  i  pociągnął  za  sobą.  Przeszliśmy  przez  mocno  pilnowane 

korytarze  i  weszliśmy  na  schody.  Potknąłem  się  i  zacząłem  uważniej  spoglądać  pod  nogi. 

Zastrzyk  zaczął  działać  i  wolałem  mieć  pewność  co  do podstawowych  rzeczy.  W  końcu  nasza 

milcząca karawana weszła do jakiegoś pokoju, w którym mnie rozkuto i natychmiast wzięto pod 

lufy. Godna podziwu asekuracja! 

- Rozbierać się! - usłyszałem. 

Znowu stary znajomy - fluoroskop, potem sondy. Te typy za każdym razem postępowały 

tak  samo.  Rutyniarze!  Pozwoliłem  im  zrobić  ze  sobą  wszystko,  na  co  mieli  ochotę.  Nic  nie 

znaleźli,  bo  niczego  znaleźć  nie  mogli.  A  dokładniej  mówiąc,  tego  jednego  nie  byli  w  stanie 

znaleźć.  W  głowie  miałem  lekką  mgiełkę  i  chciałem,  żeby  przestali  już  grzebać  w  bzdurach. 

Działanie zastrzyku wzmagało się, a to, co zamierzałem zrobić, wymagało całej jego siły - jeśli 

miało się udać. 

- Ubierać się! - Duplikat kombinezonu wylądował na podłodze. 

Nieomal odetchnąłem z ulgą, gdy zapięto mi obrożę. Jeden z wartowników odkleił się od 

ściany  i  wziąwszy  pudełko,  pchnął  mnie  ku  drzwiom.  Szedłem  ze  schyloną  głową,  patrząc 

uważnie pod nogi.  Zacząłem  liczyć kroki,  by  zapamiętać odległość  od jaskini Krają. Czekał na 

mnie za biurkiem z Angeliną siedzącą naprzeciw i, oczywiście, przyczepioną do sufitu. 

- Wszystko w porządku? - zapytałem jeszcze w drzwiach. 

-  W  jak  najlepszym.  Najzupełniej  bez  potrzeby  się  tu  fatygowałeś  -  odparła,  a  ja 

background image

usłyszałem, jak strażnik zamyka za sobą drzwi. 

- Oczywiście - zwróciłem się do Krają - wypuścisz ją? 

- Oczywiście, że nie. Nic bym na tym nie zyskał. 

- Tak też myślałem. Tylko po co traciłeś ślinę, żeby mnie o tym zawiadomić? Mógłbyś z 

łaski swojej powiedzieć, jakim to szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało wam się ją złapać? 

-  To nie był  przypadek,  DiGriz.  W  ucieczce pomagały  ci  dwie  kobiety.  Otrov  przeżył  i 

zdał nam relację, a w twojej pamięci był dokładny obraz żony. Założyliśmy, że była jedną z nich. 

Komputer zidentyfikował ją, ledwie weszła do budynku. 

-  Byliśmy  głupcami,  podejmując  takie  ryzyko  -  pozornie zwróciłem się do  Angeliny,  w 

rzeczywistości spojrzałem na strażnika. 

Właśnie zabierał się do przymocowania mnie do sufitu. 

Nie  miał  prawa  tego  skończyć,  gdyż  oboje  bylibyśmy  wówczas  zgubieni.  Nie  miałem 

innego wyboru, jak podciąć mu nogi. 

- Powstrzymaj go! 

Strażnik wdusił kilka czerwonych guziczków w sobie znanej kombinacji. Nie sprawiło mi 

to przyjemności.  Przeszywający ból przebiegł przez mięśnie  i  wywołał  silne  mdłości.  Narkotyk 

osłabił wprawdzie sam ból, ale to, co zostało, wystarczyło, by rzucić mną o ziemię. Oczy zaszły 

mi mgłą,  a  zbliżająca  się obuta noga nie  wróżyła niczego dobrego. Kopniaka nie poczułem, ale 

po  sekundzie  ujrzałem  dłoń  wyciągającą  się  do  mojej  twarzy.  Smagnąłem  go  po  łapie 

wyciągniętym środkowym palcem prawej ręki, zdrapując mu skórę na wewnętrznej stronie dłoni. 

Omal  nie  zemdlałem  przy  tym  wysiłku.  Wstrząsnął  nim  dreszcz  i,  jak  na  zwolnionym  filmie, 

runął na mnie, wypuszczając pudełko. Sięgnąłem po nie i wdusiłem znajomy czarny guzik. Ból 

ustąpił. Zatoczyłem się wstając i obróciłem w stronę Krają. Miał refleks, ścierwo. 

W  ciągu  tych  paru  sekund,  które  straciłem  na  zabawę  ze  strażnikiem,  sytuacja  uległa 

radykalnej zmianie. Angeliną, wygięta z bólu w pałąk, leżała na biurku Krają, a on w najlepsze 

sięgał po broń. 

Podciąłem mu  nogi,  ale  miał  już  gnata w ręku,  nic  prostszego  jak  strzelić.  Dokładnie  w 

tym momencie gdzieś w budynku rozległa się eksplozja, od której zadygotały ściany i zamrugało 

światło. Tego Kraj się nie spodziewał, ja zaś owszem, i ta sekunda wystarczyła, by wykopać mu 

spluwę z ręki. Strzelił, ale pocisk poszedł bokiem, a potem Kraj nie był już w stanie nic zrobić. 

Poza odegraniem roli worka treningowego, kiedy to z autentyczną przyjemnością trzasnąłem jego 

background image

głową  o  metalowy  blat,  ustawiłem  go  pionowo  i  zaaplikowałem  małą  seryjkę  w  nerki,  splot 

słoneczny, krocze (w zmiennej sekwencji), spotkało go coś jeszcze. Gdy runął na podłogę, jego 

twarz znalazła się w miłym sąsiedztwie mojej nogi, a ja nie widziałem żadnego powodu, żeby nie 

doprowadzić do ich spotkania. Do dziś żałuję, że nie miałem wtedy butów. 

Potem schyliłem się błyskawicznie i tym samym palcem, co strażnika, udrapnąłem go w 

szyję.  Całość  trwała  siedem  sekund.  Wyprostowałem  się,  analizując  sytuację  i  jednocześnie 

ruszając na pomoc Angelinie. 

Najprawdopodobniej zaatakowała go  w tym  samym momencie, w  którym ja  zająłem się 

strażnikiem.  Uwiesiwszy  się  kabla,  podciągnęła  nogi  i  całą  swą  siłę  włożyła  w  to  jedno 

kopnięcie,  które  powinno  wysłać  go  na  lepszy  ze  światów.  Miał  skurwiel  szczęście  -  zamiast 

przetrącić  mu  kark,  złamała  mu  tylko  lewą  łapę  (minimalnie  się  przesunął  i  to  go  uratowało). 

Zanim  sięgnął  po  broń,  zemścił  się  na  Angelinie,  ale  ta  chwila  sadyzmu  miała  kosztować  go 

życie. 

Wlazłem  na  biurko  i  zamiast  tracić  czas  na  szukanie  właściwego  przycisku,  po  prostu 

przeciąłem  kabel.  Angelina  przestała  się  wić  w  konwulsjach  i  otworzyła  oczy.  Ja  tymczasem 

przeorałem szuflady, poszukując jednego drobiazgu. 

- Kochanie, jesteś  geniuszem  -  mruknęła słabym głosem, a ja  pochyliłem się nad nią ze 

znalezionym wreszcie kluczykiem i otworzyłem jej obrożę. - Jak ci się to udało? 

- Jestem bardziej przewidujący i biję ich siłą wyobraźni. To wszystko. Przepatrzyli moje 

ubranie  w  poszukiwaniu  broni,  ale  nie  przyszło  im  do  głowy,  że  może  nią  być  samo  ubranie. 

Było  nasączone  tanturaliną.  Od  reakcji  powstrzymywała  ją  ciepłota  mego  ciała.  Kiedy  zmusili 

mnie, bym się rozebrał - a byłem pewien, że to zrobią - płyn zaczął się ochładzać, a gdy osiągnął 

krytyczną tem... 

-  Nastąpiło  wielkie  bum!  -  dokończyła  Angelina  i  objęła  mnie.  Na  szczęście 

przypomniałem  sobie,  gdzie  jesteśmy  i  skończyło  się  na  pocałunku.  Potem  Angelina  drżącymi 

rękoma odpięła moją obrożę. 

- Przypuszczam, że coś równie chytrego zabiło tych tu? 

-  Jeszcze  nie  umarli,  choć przypuszczam,  że  Kraj  nie czuje  się  zbyt  dobrze.  Trochę  go, 

zdaje  się,  uszkodziliśmy.  Śpią.  Opiłowałem  sobie  paznokieć  na  ostro  i  pokryłem  go  warstewką 

kalamitu. 

-  Oczywiście!  Musieliby  zrobić  ci  analizę  widmową,  żeby  to  wykryć,  a  zadrapany  tym 

background image

świństwem facet kładzie się grzecznie i śpi. Co dalej? 

-  Telefon  na  wypadek,  gdyby  eksplozja  nie  została  usłyszana  na  zewnątrz.  Jeśli  ta 

podejrzliwa banda założyła u szefa podsłuch w telefonie... - W tym momencie zgasły wszystkie 

światła  -  Angelina!  Jestem  naćpany  narkotykami!  I  to  po  czubek  głowy!  Dzięki  temu  mogłem 

wytrzymać  kurację  zaaplikowaną  mi  przez  strażnika,  ale  to  znaczy,  że  jestem  niewrażliwy  na 

dotyk. Musisz mi pomóc w tej ciemności, bo ja tylko słyszę. 

- Jak? 

- Znajdź to ścierwo, jest za biurkiem, i przyciągnij do mnie. Zabieramy go na spacer. 

Zrobiła  to,  a  z  odgłosów  sądząc,  nie  była  to  pomoc  samarytańska.  Pomogła  mi  jeszcze 

wziąć go na plecy. 

- Teraz musisz mnie poprowadzić. Po wyjściu stąd na drugą stronę hallu, potem w lewo i 

ze czterdzieści pięć jardów prosto, do schodów. Potem w dół, do końca. 

Wzięła  mnie  za  rękę  i  ruszyliśmy.  Omal  nie  wyłożyłem  się  na  strażnika.  W  hallu  było 

łatwiej,  bo  mogłem  opierać  się  o  ścianę.  Właśnie  zaczęliśmy  gratulować  sobie  sukcesu,  gdy 

światła  zamrugały  nieśmiało  i  wreszcie  rozjarzyły  się  mgliście.  Jakim  cudem  nikt  z  dobrego 

tuzina ludzi na  korytarzu nas nie  zauważył,  nie mam  pojęcia. Wiem tylko, że tak właśnie było. 

Ruszyliśmy z kopyta do schodów, ale ta sprzyjająca sytuacja nie mogła trwać wiecznie. 

Zamigotały właśnie światełka alarmu, a nadchodzący z naprzeciwka miał dość czasu, by 

zrozumieć,  co  właściwie  widzi,  i  dojść  do  jedynie  słusznych  wniosków.  Zaczął  grzebać  przy 

pasie,  wrzeszcząc,  żebyśmy  stanęli.  Angelina  była,  jak  zwykle,  przewidująca.  Zabrała  spluwę 

Krają i teraz zrobiła z niej użytek. Gościa rozerwało, a my bez przeszkód dotarliśmy do schodów. 

Światła zgasły ponownie. Schodzenie było trudniejsze, niż przypuszczałem, mimo że zaczynało 

wracać  mi  czucie.  W  pewnym  momencie  potknąłem  się  o  Angelinę  i  upuściłem  Kraja. 

Roześmieliśmy  się  i  poturlaliśmy  go  na  dół.  Toczył  się  z  miłym  dla  ucha  dźwiękiem.  Nagle  z 

dołu zabrzmiał głos: 

- Czekamy, żeby was zabrać. Stójcie spokojnie! 

Gdyby nie to, że głos był bez wątpienia damski i nie przemawiał po cliaandzku, Angelina 

zwaliłaby nam na łeb schody. Pistolet Krają miał bowiem eksplodujące pociski. 

Stanęliśmy.  Poczułem,  że  ktoś  nakłada  mi  ciężkie  gogle  i  znów  wrócił  mi  wzrok.  Tyle 

tylko,  że  widziałem  teraz  w podczerwieni.  Na  dole znaleźliśmy  się błyskawicznie.  Czekała  tam 

na nas Taze. 

background image

- Rozesłałam ludzi na wszystkie klatki schodowe, właśnie wracają. 

Ktoś wziął ode mnie Kraja, ktoś inny pomagał mi iść, bo zaczynały mi się już trząść nogi, 

dygotały zmęczone mięśnie. 

- Prosto - rozkazała Taze. - Przy wylocie tunelu czekają samochody. 

background image

19

 

Całe ciało było bólem. Nie  takim, który  nie daje się wytrzymać, ale i  tak wystarczająco 

uprzykrzało mi to życie. Trochę czasu zajęło mi przyjście do siebie, gdy stwierdziłem, że już nie 

śpię. Obok  mnie  znajdowała się Angelina  -  wcielenie doskonałej żony i opiekuńczości,  a pokój 

hotelowy był bardziej niż znajomy: znów byliśmy na wysepce. 

-  Mieliśmy  jakieś  straty?  -  spytałem.  Chciałem  zapytać  o  to  już  wcześniej,  lecz  jakoś 

wyleciało mi z głowy. 

-  Nie  ma  w ogóle  o  czym  mówić.  Parę  rannych,  i  to  lekko.  Wszystko poszło  zgodnie  z 

planem.  Zaraz  po  eksplozji  dziewczyny  zrobiły  zwarcie  na  wszystkich  liniach  przesyłowych  i 

łączach  telefonicznych.  Bajzel  był  pierwszej  wody.  Potem  przeszły  przez  tunel  i  zniszczyły 

generator awaryjny. Resztę sam widziałeś, bo byłeś na tyle uprzejmy, że zemdlałeś dopiero przy 

samochodzie. 

-  Zrobiłbym  to  z  dużą  przyjemnością  wcześniej,  ale  nie  dawała  mi  spokoju  myśl,  że 

amazonki Taze będą wlec mnie przez tę rurę. Zdaje mi się, że one nadal nie są dobrego zdania o 

mężczyznach.  Nie  słyszałem,  żeby  w  dowód  uznania  planowały  mianować  mnie  honorową 

siostrą. 

- Radziłabym ci, tak z dobrego serca, żeby to było wszystko, co z tobą zrobią. A teraz do 

dzieła,  kochanie.  Dzwonił  Muftak  z  nowiną,  że  doprowadził  Krają  do  stanu  użyteczności 

psychicznej. Bo fizycznie twoje rękoczyny doprowadziły go do gipsu. 

- No to chodźmy. Nie  mogę doczekać  się  rozmowy. Poczekaj, coś mi  się przypomniało. 

Co zrobimy, jeśli zjawią się tu bez zaproszenia jego kumple? Jest go gdzie schować? 

- Jest. Leży martwym bykiem i prawie przez cały czas jest nieprzytomny. Wpakuje się go 

do lodówki. Niezły pomysł, szczególnie gdybyśmy tak zapomnieli go wyjąć. 

Rozmawiając dotarliśmy do laboratorium. 

- To potem. Najpierw obowiązki, potem przyjemność - powiedziałem. - Najpierw trzeba 

wyciągnąć od naszego obcego trochę informacji. 

- Nie jest żadnym obcym - sprzeciwił się doktor, słysząc nas w drzwiach. - Stawiam za to 

moją reputację. 

- Niech się pan nie rzuca, doktorku, bo ją pan straci. O ile w ogóle jest coś do stracenia. 

- Nie pozwolę, by obrażali mnie profani! - zerwał się z wściekłością, wyciągnąwszy swą 

osobę  w  gniewie  tak,  że  niemal  sięgnął  mi  głową  do  ramienia.  -  Przywykłem  do  zniewag  ze 

background image

strony  kobiet,  ale  nie  zniosę,  żeby  obrażało  mnie  takie  coś,  co  dopiero  leczyłem  z  obsesji 

pluszowych niedźwiadków. I to ma być wdzięczność! Słuchaj pan, nawet na tym zadupiu, gdzieś 

się pan  ulągł,  wiedzieli  chyba,  że  jeśli  komórki  jakiejś  istoty  są  komórkami  ludzkimi,  to  istota 

jest człowiekiem. To normalny homo sapiens! 

- A niska temperatura ciała, brak emocji i tak dalej? 

-  Mieści  się  w  obrębie  tolerancji.  Człowiek  to  bydlę  zdolne  do  adaptacji.  W  literaturze 

znajdzie pan bardziej egzotyczne przypadki niż to indywiduum. 

- A zatem nie może też być cyborgiem? - spytała niewinnie Angelina, otwierając szeroko 

oczy. 

Ręce  mi  opadły.  Nie  miałem  nawet  siły,  aby  dać  jej  kuksańca.  Moje  teorie  były  tu 

wyraźnie dyskryminowane. 

- Co mu pan zrobił, żeby zaczął gadać? - przeszedłem do konkretów. 

-  Dobre  pytanie!  -  Muftak  podrapał  się  po  brodzie  i  skupił  tak,  jak  zwykle  skupia  się 

fachowiec, gdy ma wyjaśnić coś idiocie, który pojęcia nie ma o wiedzy tajemnej, czyli - chciałem 

powiedzieć - medycznej. - Ponieważ z tego, co wiem, był on odpowiedzialny za manipulacje na 

pańskim  mózgu  i  brał  udział  w  przygotowywaniu  inwazji  mojej  planety,  nie  poczuwałem  się 

wobec  niego  do  obowiązków,  jakie  moralność  dyktuje  lekarzowi  wobec  pacjenta.  A  zatem  - 

skoncentrowałem się na  jednej  sprawie i to dla naszego,  a  nie  jego, dobra.  Pomocą był  fakt, że 

gdy go przywieziono, był nieprzytomny. Lecz nie było to łatwe. Wprowadziłem do jego umysłu 

fałszywe wspomnienia, założyłem blokady pamięciowe i spowodowałem regres w polach emocji 

i postawy, a ponadto zrobiłem jeszcze kilka rzeczy, których wstydzić się będę do śmierci. 

Doktorek wyglądał, jakby za chwilę miał się rozpłakać, toteż poklepałem go przyjacielsko 

po ramieniu. 

- Jest pan żołnierzem, doktorze, i robi pan to, co jest potrzebne do zwycięstwa. Głęboko 

poważamy pana za to, czego pan dokonał - powiedziałem. 

-  No  cóż.  Ja  wręcz  przeciwnie,  ale  tym  się  będę  martwił  później.  Za  kilka  minut 

wprowadzę  go  w trans,  wam  będzie  się wydawało,  że jest przytomny, lecz  tak naprawdę  to nie 

będzie  świadom,  co  dzieje  się  wokół.  Jego  emocje  znajdą  się  na  poziomie  rozwojowym 

czteroletniego  dziecka,  które  potrzebuje  pomocy.  Pamiętajcie  o  tym.  Nie  zmuszajcie  go  zbyt 

nachalnie  do  odpowiedzi  i  nie  zachowujcie  się  wrogo.  On  chce  wam  pomóc  i  zrobi,  ile  tylko 

będzie mógł, ale dostęp do informacji nie będzie dla niego rzeczą prostą. Bądźcie dla niego mili, 

background image

a jeśli nie zrozumie pytania, to sformułujcie je na nowo. I nie ponaglajcie go za bardzo. Jesteście 

gotowi? 

-  Chyba  tak  -  odpowiedziałem,  choć  myśl  o  Kraju  jako  o  chętnym  do  współpracy 

czterolatku nie bardzo chciała mi się pomieścić w głowie. 

Ruszyliśmy  za  nim  do  salki  szpitalnej.  Muftak  tak  ustawił  lampę,  by  Kraj  był  w  pełni 

widoczny,  a  my  pogrążeni  w  mroku.  Wyjął  strzykawkę  i  zrobił  z  niej  użytek,  aplikując  coś 

leżącej  postaci.  Oczy  Krają  były  zamknięte,  a  lewa  ręka  w  gipsie.  Łeb  miał  obwiązany 

bandażami,  spod  których  wychodził  pęk  przewodów  podłączonych  do  stojących  obok  łóżka 

urządzeń. 

- Kraj, obudź się. Powieki uniosły się wolno. 

Jego twarz wyrażała spokój, a w kącikach ust czaił się cień uśmiechu. 

- Jak się nazywasz? - spytał doktor. 

-  Kraj  -  odpowiedział  miękkim,  przypominającym  chłopięcy  głosem,  i  to  bez  żadnego 

oporu. 

- Skąd pochodzisz? 

Zmarszczył  brwi  i  zerkając  na  mnie,  wydał  z  siebie  jakieś  niezrozumiałe  dźwięki. 

Angelina pogłaskała go uspokajająco, dodając przyjacielskim tonem: 

- Nie denerwuj się, nie trzeba się spieszyć. Przyleciałeś tu z Cliaandu, prawda? 

- To prawda - skinął głową i uśmiechnął się. 

- Czy urodziłeś się na Cliaandzie? 

- Nie...  chyba nie.  Mieszkam  tam od dawna, ale nie tam  się urodziłem.  Urodziłem się u 

siebie. 

- U siebie - to inny świat, inna planeta? 

- Tak. 

- Czy mógłbyś mi opowiedzieć, jaka ona jest? 

- Zimna, zawsze jest tam zimno, nic nie rośnie, nic nie jest zielone. Trzeba ją polubić, a ja 

jej nie lubiłem. Istnieją ciepłe światy i wielu z nas do nich wyrusza. Ale nie ma nas dużo, rzadko 

się widujemy i chyba się nie lubimy. Nikt nie lubi śniegu, lodu, zimna. Wszystko co żyje, żyje w 

oceanach, czasami łowimy ryby, ale rzadko. Są cieplejsze światy. 

- Na przykład Cliaand? - podpowiedziała Angelina. 

-  Na  przykład  Cliaand.  Ciepło  jest  przez  cały  czas,  nawet  gorąco,  ale  mnie  to  nie 

background image

przeszkadza. Dziwne, gdy widzi się inne życie, stworzenia na lądzie, zieleń... Dużo zieleni. 

- Jak się nazywa twoja zimna planeta, twój śnieżny świat? - szepnąłem. 

- Nazywa  się...  nazywa  się... - nagle  zaczął się szamotać  z  wytrzeszczonymi  oczami, po 

czym jego plecy wygięły się w łuk, nastąpił ostatni spazm i ciało znieruchomiało na łóżku. 

- Nie żyje - oznajmił Muftak spoglądając na przyrządy. 

-  Szkoda  -  skwitowała  to  Angelina.  -  Trzeba  się  zastanowić,  jak  zdobyć  następnego 

klienta dla  doktora. Teraz,  gdy  już  wiemy,  czego  należy  unikać,  postaramy  się,  aby  wytrzymał 

dłużej. 

Muftakiem zatrzęsło. 

-  Nie  mógłbym,  nie  mógłbym  zrobić  tego  jeszcze  raz.  Zabiliśmy  go,  ja  go  zabiłem. 

Wszczepiono  mu  rozkaz,  żeby  się  zabił,  nie podając  za żadną  cenę  położenia  i  nazwy  planety. 

Już nigdy więcej! 

- Wychowano nas trochę inaczej - odezwała się spokojnie i bez emocji Angelina. - Gdyby 

nie  był  tu  potrzebny,  zabiłabym  go  w  jego  własnym  biurze.  Naprawdę  jest  mi  obojętne,  jak 

zginął. Wie pan, kim był i co zrobił. 

Nie wtrącałem się, bo, według mnie, oboje mieli rację. 

-  Niech  się  pan  prześpi,  doktorze.  Trzydzieści  sześć  godzin  na  nogach  nie  wpływa 

dodatnio na samopoczucie. 

Wziąłem  Angelinę  za  rękę  i  wyprowadziłem,  oddalając  się  od  tego  małego,  smutnego 

człowieczka wpatrującego się niewidzącymi oczyma w podłogę. 

-  Żal  ci  tej  kreatury?  -  spytała  Angelina,  posyłając  w  moją  stroną  swoje  niezadowoloną 

minę numer dwa. Znaczyła ona mniej więcej: „Nie szukam kłopotów, ale jeśli ty ich szukasz, to 

znajdziesz je z łatwością". 

- Co? Żal mi tylko tego, że tak mało się dowiedzieliśmy. 

- Następny powie więcej. Przynajmniej wiemy, że twój pomysł miał sens. Być może nie 

należy  ich  nazywać  obcymi,  ale  na  pewno  na  Cliaandzie  są  intruzami.  Gdyby  udało  się  ich 

wyeliminować, byłby spokój z inwazjami. 

Zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek (siedem dań, nie licząc przystawek), a gdy uporałem 

się ze wszystkim (Angelina tylko trochę poskubała) i łyknąłem piwa, wówczas stwierdziłem: 

- Myślałem, i wiesz... 

-  Żartujesz?  Obserwując  cię  można  było  raczej  dojść  do  wniosku,  że  żresz  jak  świnia, 

background image

która wsadziła oba kopyta w koryto. 

- Daj spokój temu sielankowemu poczuciu humoru. Jak w nocy ciężko się pracowało, to 

w  dzień  należy  się  dobrze  najeść.  Mamy  ważniejszy  problem.  Założę  się,  że  gdybyśmy 

wyeliminowali szarych, Cliaandczycy straciliby swój płomienny zapał do inwazji. 

-  Nic  tudnego.  Wystarczy  seria  zorganizowanych  zamachów.  Nie  może  ich  być  wielu. 

Kraj sam to powiedział. Z przyjemnością biorę to na siebie. 

- O nie. Żadne takie. Nie pozwolę, by moja żona wynajmowała się jako płatny morderca. 

A  poza  tym  -  to  nie  takie  proste.  Oni  mają  dobrze  rozwinięty  instynkt  samozachowawczy  i 

umieją sobie radzić. A poza tym jeszcze - nie lubię rzeźnictwa. 

-  Dobra,  chodząca  doskonałości  moralna.  Co  jeszcze  możemy  zrobić?  Rewolty  w 

podbitych światach? 

- Blisko,  ale  to nie to. Jeśli  Burada  może tu  służyć za przykład,  to przypomnij sobie, co 

powiedziała Taze. Wszelki opór zamiera, a powodem jest szybkość reakcji sił cliaandzkich. Jeśli 

zginie jeden z nich,  zabija dwudziestu Buradyjczyków.  Ci  tu, po wielu pokoleniach pokoju, nie 

są  psychicznie  przygotowani  do  totalnej  partyzantki.  Zresztą,  to  nic  nie  da.  Cała  gospodarka 

Cliaandu nastawiona jest na prowadzenie wojen. To jest jak jakaś obłąkana mutacja, która musi 

rozrastać się, aby żyć. Sądzę, że sami nie byliby w stanie zbudować swojej floty. Muszą być w 

tym uzależnieni od podbitych światów. 

- Chciałabym, żeby tak  było.  Ale ich inwazje  to obłąkany  sposób  życia. Gdyby byli  jak 

jakaś  mała  zielona  roślinka.  Moglibyśmy  wtedy  wyrwać  ją  z  korzeniami  i  odrywać  listek  po 

listku... 

- Cicho! - rozkazałem. - Coś mi świta! 

Zacząłem  kroczyć  po  pokoju.  Dodałem  dwa  do  dwóch  i  otrzymałem  cztery,  potem 

dodałem  jeszcze  cztery  i  otrzymałem  osiem.  Następnie  dokonałem  całego  szeregu  bardziej 

skomplikowanych  obliczeń  matematycznych i  przeszedłem parę  ciągów  logicznych.  Wynik  był 

jasny i olśniewająco prosty. Opadłem na krzesło i uniosłem szklankę. 

- Jestem geniuszem! - stwierdziłem skromnie. 

- Dlatego za ciebie wyszłam. Z wyglądu jesteś raczej mało pociągający. 

-  Już  niedługo  będziesz  musiała  przeprosić  mnie  za  zniewagę,  kobieto.  A  tymczasem 

stuknijmy się za zwycięstwo i mój PLAN. 

Stuknęliśmy się. 

background image

- Co to za plan? 

-  Nie  mogę  ci  jeszcze  powiedzieć.  Po  pierwsze,  wyśmiałabyś  mnie.  Po  drugie,  nie  jest 

jeszcze dopracowany w szczegółach. Ale pierwszy krok jest już oczywisty i za to zabieram się od 

razu albo za chwilę. Jak sadzisz, czy szarzy ogłosili komunikat o zniknięciu Kraja? 

- Wątpię. Nic takiego nie padło, przynajmniej na częstotliwości dowództwa. Mamy ich na 

podsłuchu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. 

- Też  tak  myślę.  Dodając do tego przesadną powściągliwość  i  egocentryzm, stawiam na 

to, że do tej pory nie opublikowano żadnego oświadczenia o zniknięciu Kraja. 

- No i co z tego? 

- Będę robił na jego konto. Mam do załatwienia parę spraw. 

- Idiota! 

background image

20

 

Potrzebny  mi  był  cliaandzki  środek  transportu.  A  zatem  wziąłem  go  sobie.  Ponieważ 

charakteryzacja nie była dobra (za bardzo różniliśmy się w budowie ciała), postanowiłem działać 

po zmroku. W mundurze Kraja, z moją walizeczką, wkroczyłem z Hamalem do budynku szarych. 

Hamal był członkiem rezerwowych oddziałów policji. Wolałbym co prawda Taze lub jedną z jej 

amazonek, ale potrzebowałem chłopa; Hamal nie wyglądał na zbyt pewnego siebie, lecz musiał 

mi wystarczyć. 

-  Rozumiesz,  co  masz  robić?  -  upewniłem  się  po  raz  ostatni,  wpychając  go  do  niszy  w 

pobliżu parkingu Octagonu. 

- Rozumiem, proszę pana, oczywiście, że rozumiem. Wyjąłem dwie kapsułki z kieszeni i 

podałem mu. 

- Masz, przeżuj i połknij. To powinno podnieść twoje morale. Mam cichą nadzieję, że nie 

na tyle, żebyś odstawił trepaka na środku ulicy. 

- Nie... 

- Właśnie że tak. Bierz! 

Wziął.  Nie  miał  innego  wyjścia.  Poczekaliśmy  w  cieniu,  aż  podjedzie  samochód 

osobowy.  Wyrzucił  z  siebie  dwóch  oficerów  i  zawrócił  w  naszym  kierunku.  Wyskoczyłem  na 

ulicę  i  zamachałem  rękami.  Kierowca  zahamował  z  przeraźliwym  piskiem  opon  i  błyskiem 

strachu w oczach. Niemniej zatrzymał się, niemal dotykając mnie przednim zderzakiem. 

- Zawsze tak prowadzicie? 

- Nie, panie, to tylko... 

- Zostawcie swoje wykręty dla siebie. Mnie to nie obchodzi. - Wpakowałem się na fotel 

obok niego. - Dalej, ruszajcie, powiem wam, gdzie jechać. 

- Ale ten samochód... To znaczy... 

Wystarczyło  jedno  spojrzenie  Kraja,  żeby  zamarł  jak  wiosenny  kwiatek  w  środku  zimy. 

Ruszył,  aż  powietrze zaświszczało.  Ledwo skręcił za  róg, dałem mu do powąchania  kapsułkę z 

usypłaczem  i  zawróciłem  z  powrotem  tam,  gdzie  czekał  Hamal.  Włamaliśmy  się  do  sklepu, 

przenieśliśmy doń kierowcę i dokonaliśmy małej zamiany uniformów. Mój pomagier awansował 

na regularnego kierowcę cliaandzkiej armii. 

-  Umiesz  toto  prowadzić?  Ślicznie.  Teraz  do  portu  kosmicznego.  Tylko  zwolnij  przy 

bramie. Postaraj się wyglądać na nieco mniej przerażonego, niż jesteś. Bądź mężczyzną! 

background image

- Jestem! - jęknął. - Ale to robota dla kobiety. Nie wiem, jak mogłem dać się w to wrobić. 

- Zamknij się! Weź sobie jeszcze parę kapsułek. 

Bardziej martwiłem  się o  kierowcę, niż o  kogokolwiek  z  komitetu powitalnego.  Zawsze 

schodzili Krajowi z drogi. 

Może  to  wyjaśni  przerażenie  mojego  kierowcy?  Westchnąłem.  Byliśmy  już  przed 

wartownią. Wyprężony na baczność pododdział z sierżantem na czele prezentował broń. Sierżant 

próbował coś powiedzieć, ale go uprzedziłem: 

- Nie podchodźcie do telefonu, chcę sprawdzić parę rzeczy, lecz lepiej, żeby nikogo o tym 

nie uprzedzono. Jasne? 

I już przemykałem obok nich z dużą  szybkością. Chyba jednak usłyszeli, żaden bowiem 

nawet nie drgnął. Byliśmy już w porcie. 

- Nie mogę - jęknął Hamal. - Mam tego dość, wracam do domu. Nie nadaję się do policji. 

To wszystko wina mojej matki, zawsze chciała mieć córkę i zrobiła ze mnie dziewczynkę... 

Był  na  najlepszej  drodze,  by  zawrócić.  Zakląłem  i  dałem  mu  w  łeb,  przejmując 

jednocześnie  kierownicę.  Zakręciłem  pod  jeden  z  hangarów  i  zgasiłem  silnik.  Poczęstowałem 

Hamala  usypiaczem  i  owinąłem  w  koce  na  tylnym  siedzeniu.  W  zasadzie  to  powinienem  go 

utrupić i zostawić truchło gdzieś w krzakach, ale nie miałem serca - ostatecznie, czy to jego wina, 

że urodził się mężczyzną? 

Podjechałem na pas i zatrzymałem się koło transportowca, tuż przy warcie. Przyszła pora 

na drugi krok. 

- Wiecie, kim jestem? - spytałem stojącego przy rampie oficera zimnym i pustym głosem. 

- Tak jest! - Wyprężył się. 

- Dobrze. Wezwijcie głównego inżyniera na pokład. 

- Nie ma go na pokładzie, panie. 

- Możecie mu powiedzieć, jak wróci, że sobie to zapamiętam. Wezwijcie jego zastępcę. - 

Minąłem go, gdy podskoczył do telefonu. 

Udałem się na pokład A. Czekał tam już jakiś mechanik w zatłuszczonym kombinezonie, 

nerwowo wycierając ręce w równie brudną szmatę. 

-  Przepraszam,  ale  właśnie  rozmontowujemy  generator...  -  słowa  uwięzły  mu  w  gardle 

pod moim przeciągłym spojrzeniem. 

- Wiem, że macie kłopoty. Dlatego tu jestem. Zaprowadźcie do siłowni. 

background image

Ruszył  bez  słowa.  Pójdzie  łatwiej,  niż  myślałem.  Kiedy  weszliśmy,  z  wnętrzności 

rozbebeszonego generatora wyjrzały trzy pobladłe gęby. 

-  Każcie  im  się  stąd  wynosić.  -  Nie  musiałem nawet  powtarzać.  Wymiotło  ich  jak  przy 

zarazie. 

Zajrzałem do środka i pokiwałem głową z mądrą miną, potem obszedłem pomieszczenie 

pukając  we  wskaźniki  i  generalnie udając  inteligenta.  Doszedłszy  do generatora podprzestrzeni, 

zwróciłem się do postępującego za mną inżyniera: 

-  Dlaczego  ciągle  używacie  tego  modelu?  Nie  spotkałem  inżyniera,  który  byłby 

zadowolony z posiadanego sprzętu. Ten nie był wyjątkiem. 

- Wiemy, że to stary model, ale nie dostaliśmy na czas nowego. 

- Przynieście jego schemat. 

Ledwo się odwrócił, ścisnąłem rączkę mojej walizki i na dłoń wypadła mi mała bombka. 

Nastawiłem zapalnik na  czterdzieści  minut  opóźnienia  i  wepchnąłem  pod obudowę  generatora. 

Kiedy  wrócił  ze  schematem,  zajęty  byłem  już  następnymi  urządzeniami.  Przekartkowałem 

podaną mi książeczkę, chrząknąłem raz i drugi, sprawdziłem numery fabryczne - co wyraźnie go 

ucieszyło i oddałem mu papiery. Było mi wstyd, że wszystko okazało się takie proste. 

-  Dopilnujcie,  żeby  to  było  szybko  naprawione  -  rzuciłem  wychodząc.  W  odpowiedzi 

otrzymałem gorące zapewnienie, że zrobi, co tylko będzie mógł. 

Powtórzyłem  ten  numer  jeszcze  siedem  razy  i  podjechałem  do ósmego  delikwenta,  gdy 

zdałem sobie sprawę, że skądś go znam. Po schodni złaził właśnie Otrov. Stanął twarzą w twarz 

ze mną. Obaj doznaliśmy podobnego szoku. Tyle że on to okazał: wybałuszył oczy i zamarł jak 

piorunem rażony. Zbyt długo byliśmy razem, abym miał pewność, że jego nabiorę równie łatwo, 

jak całą resztę. 

-  No  i  czego  tak  stoicie?  -  szepnąłem  w  końcu,  kiedy  nie  zdradzał  żadnych  oznak 

ożywienia. 

-  Przepraszam,  ale  nie  spodziewałem  się  pana  w  tym  miejscu  -  wykrztusił  w  końcu.  - 

Pański głos... czy coś się stało... 

Wiedziałem, że głosu nie podrobię, nie wobec człowieka, który niedawno jeszcze ze mną 

rozmawiał.  Ale wiedziałem  też, że  wszystkie szepty są  do  siebie podobne.  Nie podzieliłem  się, 

rzecz jasna, tą wiedzą z Otrovem. 

- Byłem ranny - wychrypiałem. - W końcu to wojna i niektórzy z nas walczą. 

background image

Miałem tego dość, toteż minąłem go, ale zawołał jeszcze za mną, natręt jeden. Obróciłem 

się z wyrazem zniecierpliwienia na twarzy. 

- Przepraszam, ale czy wie pan coś o miejscu pobytu Hulji? 

- On się tak nie nazywa. To szpieg. Chyba nie macie ochoty przyjaźnić się ze szpiegiem? 

Otrov zbladł, ale nie ustąpił. 

- Oczywiście, że nie, ale kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Tylko tak zapytałem. 

-  Zadawanie  pytań  to  moja  specjalność.  Żegnam,  pilocie!  -  wypowiedziawszy  te  godne 

Krają słowa, ruszyłem do wnętrza. 

Otrov zadziwił mnie. Gdzieś w tym zapijaczonym wnętrzu kołatały jednak jakieś ludzkie 

uczucia. 

Reszta  poszła  równie  gładko,  jak  dotąd.  Znajdowałem  się  właśnie  w  siłowni  numer 

dziewięć, gdy usłyszałem pierwszy wybuch. Odezwały się syreny. 

- Co to? - spytałem podstarzałego inżyniera. 

- Nie wiem. 

- No to się dowiedzcie! - nagle zaczęło mi się spieszyć. 

Ledwo  wyszedł,  wsunąłem  podarek  pod  generator  (tym  razem  z  trzyminutowym 

opóźnieniem) i podążyłem za nim. 

- No i co? 

- Eksplozja na jednym ze statków, w maszynowni. 

- Gdzie? Muszę to sprawdzić! - ryknąłem i ruszyłem z kopyta. 

Zaraz strzeli reszta. Najpierw nastąpi zamieszanie i w tym właśnie czasie muszę się stąd 

ulotnić.  Z  pewnością  ktoś  sobie  szybko  uświadomi,  że  wszystkie  eksplozje  nastąpiły  mniej 

więcej  w  tym  samym  czasie  i  w  tych  samych  miejscach,  a  potem  ktoś  połapie  się,  że  we 

wszystkich  tych  maszynowniach  był  uprzednio  Kraj.  Kraj  jest  poza  wszelkimi  podejrzeniami 

(przynajmniej na razie), ale tak czy tak będą chcieli z nim pogadać. A na ten luksus nie mogłem 

sobie pozwolić. Z maksymalną, ale nie zwracającą uwagi szybkością podążyłem do wozu. Stało 

przy nim dwóch żandarmów trzymających sflaczałego Hamala. 

- Czy to pański wóz? 

- Oczywiście, a wy co tu robicie? 

- Ten człowiek siedział na tylnym siedzeniu i gadał do siebie. Myśleliśmy, że jest pijany, 

ale on mówi w jakimś obcym języku, podobnym do gwary tubylców. Pan wie, kto to jest? 

background image

- Nigdy w życiu go nie widziałem! - Była wojna i nie miałem czasu na ratowanie jednego 

żołnierza. 

Mój głos musiał dotrzeć do oszołomionego umysłu Hamala. Swoją drogą, gość mocny był 

jak byk, skoro po takiej dawce środka usypiającego mógł zrobić jeszcze cokolwiek sensownego. 

To znaczy, bezsensownego. 

Zawołał do mnie: 

- Musi pan coś zrobić! Oni mnie zabiją! Dlaczego mnie pan tu przywiózł? 

- Co on mówi? - zainteresował się jeden z policjantów. 

-  Nie  wiem,  ale  to  może  być  szpieg,  który  dokonał  sabotażu  w  jednej  z  maszynowni. 

Załadujcie go do tyłu i jedźcie ze mną. Już wiem, jak go nauczyć gadać po ludzku. 

Ruszyłem  jak  na  wyścigach,  zanim  jeszcze  zdążyli  porządnie  się  rozsiąść.  Usłyszałem, 

jak  kotłują  się  na  siedzeniu.  Jeśli  nawet  zauważyli  rozbebeszone  koce,  to  nie  mieli  czasu  na 

reakcję.  Za  nami  gruchnęły  cztery  dalsze  eksplozje,  niemal  równoczesne,  a  ja  byłem  już  przy 

bramie.  I  przy  oficerze,  który  wyrósł  przed  maską,  dając  znaki,  abym  się  zatrzymał.  Nie  miał 

zamiaru ustąpić, zatem stanąłem. 

-  Nie  może  pan  wyjechać.  Baza została  zamknięta!  -  Jakby  na  potwierdzenie  wagi  tego 

oświadczenia gruchnęło jeszcze dwa razy (w sumie już siedem - nieźle to poustawiałem). 

- Rozkazy zostawcie dla innych. Mnie one nie dotyczą. 

- Polecenia, które otrzymałem, dotyczą każdego, bez wyjątków. 

- Wiozę ze sobą więźnia, który jest prawdopodobnie odpowiedzialny za to zamieszanie, i 

dwóch strażników.  -  Znowu  coś  gruchnęło.  -  Zabieram  go  na  przesłuchanie.  Pańska  gorliwość, 

kapitanie,  jest  godna  pochwały,  ale  musicie  wiedzieć,  że  tutaj  ja  wydaję  rozkazy,  a  wy  tylko 

wykonujecie. 

- Nie może pan wyjechać! 

Albo  był  nieprawdopodobnie  tępy,  albo  dostał  specjalne  rozkazy  dotyczące  mojej 

skromnej  osoby.  Nie  miałem  ochoty  wypytywać  go  w  tej  materii.  Dobyłem  pistolet  i 

wycelowałem w gogusia. 

- Odsuńcie się albo was zabiję! - powiedziałem maksymalnie znudzonym i monotonnym 

głosem, na jaki mogłem się zdobyć. 

Już  sięgał  po  broń,  gdy  nagle  coś  do  niego  dotarło.  W  jego  oczach  odbił  się  paniczny 

strach,  a  on  sam  wyniósł  się  co  prędzej  pod  ścianę  wartowni  i  kątem  oka  zobaczyłem,  jak 

background image

wybiega stamtąd żołnierz i coś do niego mówi. Nie byłem ciekaw usłyszeć, co. Ruszyłem pełnym 

gazem. 

Moim  policjantom  wcale  się  to  nie  spodobało.  Zaczęli  majstrować  coś  przy  swoich 

kaburach.  Nie  miałem  wyboru  -  odwróciłem  się  i  posłałem  im  dwie  kule  przez  ramię.  W 

najbliższy zakręt wchodziłem przy akompaniamencie ostatniej, dziewiątej eksplozji. 

W  pierwszym  zacisznym  miejscu  pozbyłem  się  ciał  i  klucząc  po  ciemniejszych 

zakamarkach (ze śpiącym nareszcie Hamalem na tylnym siedzeniu) skierowałem się do swoich. 

background image

21

 

- Wyjaśnij mi to, DiGriz, i lepiej, żeby te wyjaśnienia miały sens. - Inskipp był jak zwykle 

w  swoim  czarującym  humorze.  Warcząc  i  pomrukując  przemierzał  w  tę  i  z  powrotem  hali 

kosmodromu. 

- Najpierw powiedz mi, jak czują się moi synowie! 

- Właśnie! - poparła mnie Angelina. Inskipp wybełkotał coś do siebie, ale musiał stać się 

bardziej komunikatywny. 

- Wszystko w porządku. Zdrowi. Przybierają na wadze. Wkrótce ich zobaczycie. A teraz 

dość tego!  Przelatuję Bóg  jeden  wie  ile  parseków,  żeby  nadzorować  tę  operację,  ponieważ  jest 

ona ponoć na ukończeniu, i cóż widzę na miejscu? Obaj moi agenci mieli już dość wszystkiego i 

opuścili powierzoną im planetę, chociaż rzeczona planeta ugina się pod ciężarem żelaznej stopy 

Cliaandu. Proszę mi to wyjaśnić - z łaski swojej! 

- Zwyciężyliśmy! 

- Przestań żartować, DiGriz, bo zastrzelę! 

- Za wiele zainwestowałeś w moją skórę, żeby mi teraz robić krzywdę. A poza tym, wiem 

co mówię. Zwyciężyliśmy, choć na Buradzie nic jeszcze nie wiedzą. Wie tylko garść wybranych. 

- Wygląda na to, że nie zostałem do niej zaliczony! 

- Przygotowałem mały pokaz. Angelino, kochanie, czy masz naszą zabawkę? 

Angelina  podała  mi  gładkie,  czarne  pudełko  wielkości  mojej  dłoni.  Na  każdej  ze  ścian 

znajdowały się małe wypustki, na jednej widniał dodatkowo system soczewek. Inskipp przyjrzał 

się temu podejrzliwie. 

- Wiesz, co to jest? - spytałem łagodnie. 

- Nie, i niezbyt mnie to wzrusza. 

- A powinno. To jest nagrobek cliaandzkich inwazji. Powiedz mi, na pokładzie czego tu 

przyleciałeś. 

- Niszczyciel klasy „Gnasher". Ale jakie to ma znaczenie? 

Wziąłem  pudełko  od  Angeliny  i  wsunąłem  w  jeden  z  otworków  wyjście  kontrolki.  Na 

klawiaturze  wystukałem  symbol  i  cechy  niszczyciela  klasy  „Gnasher".  Następnie  ruszyłem  ku 

drzwiom.  Angelina  zrobiła  to  samo,  złapawszy  najpierw  opierającego  się  Inskippa  i 

pociągnąwszy go za sobą. 

- Musimy sobie wyobrazić, że to jest ich kosmodrom, gdzie, jak to normalnie bywa, śluza 

background image

powietrzna statku jest otwarta. Znajdujemy się zatem w odległości, powiedzmy, półtorej mili od 

statku.  Komora  otwiera  się  i  operator  uruchamia  ten  drobiazg.  Wznosi  się  on  w  powietrze, 

dolatuje do statku, wpada do komory i...  - Odłączyłem pudełko z programatorem i zagrały małe 

silniczki odrzutowe. Drobiazg wyrwał do przodu jak gnany namiętnością koliber. Poleciał gdzie 

trzeba. 

-  Za  nim!  -wrzasnąłem  ruszając  galopem.  Urządzonko  skierowało  się  ku  rufie. 

Dogoniliśmy  je  dwa  pokłady  poniżej  wejścia,  tuż  przed  drzwiami  do  siłowni.  Nie  była  to 

przeszkoda, której nie można pokonać, co właśnie maluch udowadniał za pomocą laserka. Otwór 

został wycięty i drobiazg zniknął w siłowni. Zajrzeliśmy do środka dokładnie w momencie, gdy 

nurkował pod generator, po czym usłyszeliśmy stukniecie i pojawił się obłoczek czarnego dymu. 

-  To  był  akurat  ładunek  ćwiczebny.  W  praktyce  zastosuje  się  głowicę  bojową  zdolną 

zniszczyć ten generator, lecz nie czyniącą większych szkód. Humanitarna broń. 

- Oszalałeś! 

- Jak pójdziemy na drinka, to opowiem, co będzie dalej. 

Gdy stało się to, co stać się musiało, i ochłodziłem nieco gardło, wyjaśniłem mu genialną 

prostotę mojego pomysłu. 

-  Osobiście  zlikwidowałem  dziewięć  takich  generatorów,  żeby  przekonać  się,  czy  nie 

będzie  dodatkowych  komplikacji.  Nie  było.  Ich  statki  są  tak  samo  skonstruowane,  jak  inne, 

różnią  się  jedynie  jeszcze  większym  stopniem  ujednolicenia  w  obrębie  armady.  Ten  drobiazg 

został zaprojektowany specjalnie do tej roboty. Operator uruchamia go, programuje i wypuszcza. 

Start odbywa się w chwili otwarcia śluzy. Resztę już widziałeś. Ma bank pamięci wystarczający 

do znalezienia  drogi  we  wnętrzu  i  rozpoznania  tego  właśnie  generatora.  A  jak  go  odnajdzie,  to 

bum, i koniec cliaandzkich inwazji. 

- Koniec jednego generatora - poprawił z szyderstwem w głosie. - Zamawiają następny i 

po krzyku. 

-  To  nie  takie  proste.  Te  generatory  są  bardziej  złożone,  niż  ci  się  wydaje.  Ich  budową 

zajmuje się niewiele firm, większość światów woli je kupować, niż bawić się w ich wytwarzanie. 

Jestem pewien, że Cliaand ma przynajmniej jedną fabrykę, ale można ją zlokalizować i zetrzeć z 

powierzchni ziemi. 

- No to dostaną je z magazynów. 

- Też prawda, ale nie będą ich stamtąd dostawać w nieskończoność. Nie jest problemem 

background image

umieścić ludzi na każdej z podbitych planet z jednym tylko zadaniem: niszczenia generatora na 

każdym  cliaandzkim  statku,  jaki  się  zjawi.  Nie  kupią  ich  od  nikogo,  jeśli  ogłosi  się  embargo, 

łatwe dla nas do wyegzekwowania. I to będzie koniec imperium. 

- Jakim cudem? 

-  Pomyśl  trochę,  człowieku.  Mózg  ci  się  chyba  do  końca  nie  zlasował?  Oni  muszą 

rozszerzać imperium, bo na Cliaandzie nie ma nic - ani surowców, ani prawdziwego przemysłu i 

w  ogóle nic,  żeby  mogli wyżyć o własnych siłach,  o podbojach  już nie  wspominając.  Wyobraź 

sobie  sytuację  po  zniszczeniu  generatorów  -  mają  u  siebie  zakład  do  ich  wytwarzania,  a  na 

podbitych planetach mają surowce. I co z tego, jeśli nie mogą ich przetransportować? Ekspansja 

stanie,  liczba  statków  zmaleje,  zaczną  się  wycofywać.  Z  początku  wolno,  ale  skończy  się  to  z 

powrotem na Cliaandzie. Bez  możliwości  korzystania z handlu daję  im najwyżej rok.  A handel 

można spokojnie ukrócić, nieprawdaż, Inskipp? 

- Od samego początku uważałem, mój drogi chłopcze, że ci się to uda! 

background image

22

 

Staliśmy  w  wewnętrznej  śluzie,  gdy  przybiegł  oficer  i  wręczył  mi  telegram.  Angelina 

obrzuciła go smutnym wzrokiem. 

- Jeśli to od Inskippa, to zniszcz go. Jeśli ten śmierdziel odwołuje nasze pierwsze wspólne 

wakacje... 

-  Nie  denerwuj  się  -  powiedziałem,  przebiegając  tekst  wzrokiem.  Nasze  wakacje  są 

niezagrożone. To od Taze... 

- Jeśli ten kociak poluje na ciebie, to wpadnie w tarapaty! 

-  Komunikat  jest  wyłącznie  natury  politycznej.  Zawiera  wynik  pierwszych  wyborów po 

wycofaniu  się  Cliaandczyków.  Taze  została  Ministrem  Wojny.  Znowu  baby  rządzą.  Tego 

oczekiwałem.  A  dalej  tu  pisze,  że  zostaliśmy  kawalerami  Orderu  Niebieskich  Gór  Pierwszej 

Klasy i skoro tylko znajdziemy się na Buradzie, odbędzie się wielka ceremonia dekoracji. 

- Dopilnuję, żebyś nie udał się  tam na  własną  rękę!  Westchnąłem z  rezygnacją. Otwarły 

się  wewnętrzne  drzwi,  ukazując  panoramę  kosmodromu.  Na  płycie  stała  orkiestra  wojskowa  i 

robiła  kupę  hałasu  (z  dużym  zresztą  zaangażowaniem),  a  towarzyszyła  jej  kompania 

reprezentacyjna. 

- To bardzo miłe! - stwierdziła Angelina. 

- Ho, ho! - przyznał jej rację Bolivar, a może James? 

Było ich strasznie trudno odróżnić, ale Angelinie nie spodobał się pomysł wymalowania 

im na czołach jednemu J, drugiemu B. Nie to nie - pomyślałem, znajdzie się coś innego. 

Pochyliła  się  nad  wózkiem  poprawiając  koce  i  wykonując  cały  szereg  innych, 

niepotrzebnych czynności. Tylko  ja wiedziałem, jakim  to ruchomym arsenałem jest  ten  roboto-

wózek.  Nie  chciałbym  być  w  skórze  porywacza,  który  próbowałby  uprowadzić  nasze  dzieci. 

Znam  łatwiejsze  sposoby  popełniania samobójstwa,  ale  nie wiem, czy wszystkie byłyby  równie 

skuteczne. 

- No, nie takie znowu złe - stwierdziła Angelina, gdy byliśmy już na platformie, która się 

przed nami rozkładała. - Nie rozumiem, dlaczego się skarżyłeś? 

- Powiedziałbym, że poprzednie przyjęcie było cośkolwiek odmienne. Ale, ale - czy to nie 

ładny obrazek? - wskazałem rzędy kadłubów rdzewiejących w wysokiej trawie. 

- Nadzwyczaj - zgodziła się. - Czy to nie jest niebezpieczne? 

Pytanie  tyczyło  się  kompanii  reprezentacyjnej,  przed  którą  się  znaleźliśmy.  Było  tego 

background image

przynajmniej z tysiąc chłopa, wszyscy wyprężeni na baczność, a każdy ściskał w łapach miotacz 

Gaussa. 

- Broń nie jest nabita. To zawarowane w umowie. 

- A można im zaufać? 

-  Pewnie.  To  jedyna  rzecz,  na  której  się  znają:  wykonywanie  rozkazów.  Zresztą, 

zademonstruję  ci  -  stwierdziłem  podchodząc  do  najbliższego.  Był  wysoki,  stalowooki,  o 

potężnych żuchwach, słowem - wyglądał jak prawdziwy żołnierz. 

- W  prawo  zwrot!  -  szczeknąłem  na  swój najbardziej  reprezentacyjny  sposób. Posłuchał 

natychmiast. 

- Baczność! Przygotować broń do inspekcji! 

Podwójne  „klik"  zabrzmiało  za  całą  odpowiedź.  Magazynek  był  czyściutki.  Odebrałem 

mu broń i zajrzałem w lufę. Idelnie lśniący metal. 

- Coś blokuje lufę, żołnierzu! 

- Tak jest, sir. Dostaliśmy rozkaz, sir! 

- Jaki rozkaz? 

- Zalania luf ołowiem. Sam go wlewałem, sir. 

- Wspaniale, byle tak dalej, żołnierzu. - Oddałem mu broń. - Czy ja was nie znam? 

-  Możliwe,  sir.  Pełniłem  służbę  na  różnych  planetach.  Kiedyś  byłem  nawet 

pułkownikiem. 

Oczywiście! Nie poznałem go, bo wtedy, gdy Kraj polecił mu mnie śledzić - a było to na 

Buradzie - facet nosił wspaniałą, patriarchalną brodę. 

-  Znałem  go  kiedyś  -  poinformowałem  Angelinę,  gdy  byliśmy  już  na  dworcu.  -  Był 

wysokiej rangi oficerem. 

- Teraz  ma na to  małe szansę. Swoją drogą,  to zastanawiające, jak ci  ludzie świetnie się 

zaadaptowali. 

-  Nie  mieli  wyboru.  Kiedy  skończyła  się era  podbojów,  wrócili  gromadnie  na  Cliaand  i 

przekonali się, że koniec i z surowcami, i z energią. Pewnie rolnictwo przeżywa teraz rozkwit. I 

nie ma szarych. Odlecieli do domu, zanim zdążyliśmy ich złapać. 

-  Ciekawa  jestem,  co  za  mądrala  wymyślić  mógł  taką  wycieczkę  i  kto  zaproponował, 

żebyśmy polecieli pierwszym statkiem? 

-  To  ja.  To  wszystko  ja.  Nie  patrz  tak,  jakbyś  chciała  mi  gardło  przegryźć.  W  końcu 

background image

turystyka to jedyna rzecz, na jaką może postawić planeta bez surowców. No i poza tym, pewien 

dreszczyk  emocji  dla  tych,  których  kiedyś  podbili,  gdy  tylko  zechcą  tu  przylecieć.  Dodatkowa 

atrakcja. 

Przepchnęło się do nas stado bagażowych. Porwali rzeczy i ruszyli ku taksówkom. Wiele 

zmieniło się tu od mojego ostatniego pobytu. Tubylcy wyglądali zresztą na zadowolonych. 

Ze względu na stare wspomnienia zameldowaliśmy się w hotelu „Zlato-Zlato". Ciągle był 

najbardziej luksusowym w mieście. Recepcjonista ukłonił się nawet na nasz widok. 

-  Witamy  na  Cliaandzie,  panie  generale,  pani  Angelino,  witam  państwa  synów.  Mam 

nadzieję, że pobyt u nas sprawi wam wiele satysfakcji. 

Zawsze mówiłem,  że jakiś tytuł ułatwia życie, ale żeby aż  tak, żeby rozpoznawała  mnie 

obca osoba? Przyjrzałem się recepcjoniście uważniej. 

- Otrov! To ty? 

- Rzeczywiście, nazywam się Otrov, ale chyba wziął mnie pan za kogoś innego. 

-  Fakt,  nie  mogłem  się  spodziewać,  że  mnie  rozpoznasz.  Teraz  jestem  w  końcu  sobą. 

Ostatni raz, gdy ze mną rozmawiałeś, byłem kreaturą zwaną Krajem, a znaliśmy się, gdy robiłem 

za Vaskę Hulja. 

- Vaska! No pewnie, ten głos, rzeczywiście! - Potem jego głos ścichł: - Mam nadzieję, że 

przyjmiesz  moje  spóźnione  przeprosiny.  To,  że  wtedy  pomogłem  Krajowi  cię  złapać...  Półtora 

dnia byłem nieprzytomny, gdy się dowiedziałem, że uciekłeś. Tak się spiłem z radości. Wiem, że 

byłeś szpiegiem, ale... 

-  Nic  nie  mów.  Sprawa  zamknięta.  Byłeś  najlepszym  kumplem  od  kieliszka,  jakiego 

miałem. 

- Dziękuję, czy mogę uścisnąć ci dłoń? 

Podaliśmy sobie ręce, a ja przyjrzałem mu się krytycznie. 

- Zmieniłeś się, przytyłeś, robisz w innym fachu... 

-  Dziękuję,  Vaska,  to  miło.  Przestałem  pić,  a  zatem  muszę  przestrzegać  diety.  I  nie 

martwię się teraz tym cholernym pilotażem. Wróciłem do rodzinnej tradycji - do hotelarstwa. Nie 

wiesz, jaka to przyjemność wrócić do czegoś, na czym człowiek się naprawdę zna. Podpisz się w 

tym miejscu. - Wręczył mi pióro, dalej mówiąc tym samym tonem, tylko ciszej: - Mam nadzieję, 

że  mi  wybaczysz,  gdy  ci  powiem,  że  mamy  teraz  małe  pogotowie.  Tylko  nie  podskakuj  i  nie 

odwracaj  się.  Od momentu otwarcia  hotelu przebywa tu  dziś jakiś facet.  Według mnie,  jeden z 

background image

chłopców  Krają.  Do  tej  pory  nie  wiedziałem,  o  co  mu  chodzi.  Teraz  sądzę,  że  wiem.  Mam 

nadzieję, że masz przy sobie broń. Z prawej strony za tobą, ma śliwkową marynarkę i kapelusz w 

żółte paski. 

To miały być wakacje. Nie miałem przy sobie ani miotacza, ani noża i to po raz pierwszy 

od  bardzo  długiego  czasu  (przysiągłem  sobie  w  duchu,  że  jest  to  również  raz  ostatni).  Wtedy 

przypomniałem sobie  o  Angelinie  -  pochylała  się  znów nad  roboto  wózkiem.  Zbliżyłem się do 

niej naturalnym krokiem. 

- Nie chciałbym ci przeszkadzać, najdroższa - powiedziałem z uśmiechem - ale ten gość w 

śliwkowym wdzianku,  który zachodzi mnie od tyłu, chce mnie zapewne utrupić.  Czy mogłabyś 

coś z nim zrobić? I to w miarę możliwości tak, żeby można go było jeszcze o parę rzeczy spytać? 

-  Jak  miło,  że prosisz.  To  znaczy  -  nie całkiem  martwy?  To  miałeś  na  myśli?  -  odparła 

śmiejąc się i poprawiając pieluchy. 

Skinąłem  głową  i  stanąłem  z  powrotem  przy  ladzie,  obserwując  ją.  Angelina  była 

czarująca, spokojna i uśmiechnięta. I nie traciła czasu. Nagle błyskawiczny ruch wózka i wrzask 

z tyłu. Schyliłem się robiąc jednocześnie półobrót. Było już po wszystkim. Śliwkowa marynarka 

straciła kapelusz i pistolet. Oba przedmioty leżały na dywanie. Sięgał jeszcze po nóż w rękawie. 

Mógł  sobie  zaoszczędzić  fatygi.  Angelina  była  już  przy  nim:  cios  w  kark,  poprawka  kolanem 

między nogi, i nieprzytomna postać osunęła się na podłogę. 

- To rzeczywiście urocze  wakacje - stwierdziła,  ale  widać było,  że zabawę z  tego  miała 

dobrą. 

- Dostaniesz za to medal, kochanie! A Korpus, jak sądzę, troskliwie się nim zaopiekuje i 

wyciśnie  z  niego  wiadomość,  skąd  właściwie  pochodzi  to  towarzystwo  miłujące  wojenkę. 

Wszystkim przyniesie to zapewne ulgę. 

Odwróciłem się do Otrova. 

- Dzięki ci, uratowałeś mi życie. 

- Nie ma o czym mówić. Zawsze twierdziłem, że najbardziej liczą się dodatkowe usługi. 

Zaprowadzić was do pokoju? 

- Oczywiście. Trzeba wypić za tę okazję. Nie odmówisz chyba? 

-  No  cóż,  ten  jeden  raz,  ze  względu  na  ciebie.  I  muszę  ci  powiedzieć,  że  jesteś 

szczęśliwym facetem, mając żonę, która podziela i twój entuzjazm, i zdolności. 

-  Ach,  poznaliśmy  się  w  takich  okolicznościach,  że  od  początku  o  tym  wiedziałem. 

background image

Któregoś dnia ci o tym opowiem. 

Z  rozrzewnieniem  spojrzałem  na  Angelinę,  która  wycierała  właśnie  nóż  o  marynarkę 

gościa. 

Byłem  pewien,  że  kiedy  dzieciaki  podrosną,  należycie  docenią  jej  niezwykłe  zdolności. 

Była w końcu matką, jaką powinien mieć każdy chłopak.