background image

 

 

 

background image

 

 

 

Barańska Ewa 

 

Ja Blanka 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 1 

 

Niewyrwćme chwasty 

Rany; jak ja nienawidzę Tośki! Tej paskudy, tego chwastu! Chociaż wiem, że wroga 

należy  unicestwić  wcześniej,  zanim  samemu  nie  stanie  się  jego  ofiarą,  oszczędziłam  ją. 

Zrobiłam  ten  wielki  błąd,  a  w  odwecie  ona,  wspomagana  przez  mściwych  zawistników 

zazdroszczących mi urody i talentu, zniweczyła wszystkie moje plany Jakby tego było mało, 

zawiedli  najbliżsi.  Poniosłam  porażkę,  gdyż  swój  szlachetny  pomysł  na  życie  oparłam  na 

fałszywych  założeniach.  A  pomysły  oparte  na  fałszywych  założeniach  są  jak  domy 

zbudowane na wadliwych fundamentach. Popadają w ruinę. 

Teraz  moja  sytuacja  przypomina  wahadło  wychylone  w  jedną  stronę  -  poniosłam 

porażkę i tylko zemsta może ją zrównoważyć. Tośka dostanie za swoje, a jak rozprawię się z 

nią,  przyjdzie  czas  na  innych.  Wyrównam  rachunki,  nikomu  nie  daruję.  Przysięgam. 

Zapamiętam  najdrobniejszą  krzywdę,  jakiej  doznałam,  a  potem  odpłacę  ją  z  nawiązką. 

Przeanalizuję przeszłość, wypunktuję wszystkie błędy i wyeliminuję je w przyszłym planie. 

Następnym razem zadziałam z precyzją szwajcarskiego zegarka, gdyż nie zasłużyłam na los, 

który mnie spotkał. 

Po  pięknej,  uzdolnionej  artystycznie  mamie,  która  zrezygnowała  z  kariery  wielkiej 

śpiewaczki,  ponieważ  zakochała  się  i  urodziła  mnie,  oraz  po  ojcu,  przystojnym  kapitanie 

okrętu,  zaginionym  gdzieś  na  południowych  morzach,  genetycznie  jestem  stworzona  do 

wielkich  czynów.  Zostałam  szczodrze  obdarzona  przymiotami  gwarantującymi  zwycięstwo 

wielką  urodą,  genialnym  talentem  i  ponadprzeciętną  inteligencją.  Już  wtedy  gdy  brałam 

pierwsze, prywatne lekcje gry na fortepianie, nauczyciel muzyki, pan Zawiej ski, wróżył mi 

ogromne  sukcesy  artystyczne.  Żałowałam,  że  czas  biegnie  tak  wolno,  że  chodzę  do  szkoły 

zamiast stać na scenie w świetle reflektorów i słuchać oklasków zachwyconej publiczności. 

Właśnie  taki  obraz  swojej  przyszłości  chciałam  widzieć  i  kochałam  najbardziej.  Nawet  nie 

zdjęcia  w  gazetach,  nie  wywiady,  nie  neony  świecące  moim  imieniem,  ale  właśnie  ten  -  z 

jednej  strony  rozświetlona  scena,  z  drugiej  ciemna  widownia  i  lawina  braw  stanowiąca 

uznanie  dla  mojej  wirtuozerii.  Marzyłam  o  tym,  chociaż  pierwsze  lata  mojego  życia 

przypominały  raczej  sytuację  egzotycznego  motyla,  zmuszonego  do  egzystowania  wśród 

bielinków kapustników w zachwaszczonym ogrodzie daltonistów. 

Żywa i niepospolita inteligencja od najmłodszych lat inspirowała mnie do głębokich 

przemyśleń. Na przykład bardzo lubiłam czytać bajki i choć wierzyłam - podobnie jak inne 

background image

głupie  dzieci  że  bajkowa  rzeczywistość  istnieje  obok  prawdziwego  życia,  tak  jak  chodnik 

obok  jezdni,  różniłam  się  od  nich  gustami.  Podczas  gdy  one  wszystkie  zachwycały  się 

królewną Śnieżką, Jasiem i  Małgosią, Kajem i  Gerdą ja  wolałam złą macochę, czarownicę, 

babę Jagę, szczególnie zaś Królową Śniegu - piękną, wyniosłą, zimną i bezwzględną kobietę, 

której spojrzenie mroziło serce, a pocałunek zamieniał je w lód i zniewalał. Niestety, w finale 

ta głupiutka Gerda wszystko psuła. 

Kiedy miałam sześć lat, na przedstawieniu teatrzyku kukiełkowego spostrzegłam, że 

te  bajkowe  księżniczki,  rycerze,  wróżki  i  gadające  zwierzaki,  są  zwykłymi  lalkami, 

ożywianymi  za  pomocą  sznurków  lub  drucików  To,  co  było  najważniejsze,  działo  się  w 

ukryciu,  gdzieś  za  kulisami  czy  pod  sceną.  Dla  publiki  pozostawała  tylko  -  a  może  aż  - 

zwodnicza iluzja. 

Najpierw doznałam rozczarowania, takjak wtedy gdy pół roku wcześniej odkryłam, że 

za Świętego Mikołaj a - za składkowe pół litra wódki - przebiera się pan Zaorski spod szóstki, 

lecz moja dalsza refleksja była już właściwa osobom genialnym. „Czy na wzór lalek można 

sterować ludźmi? Czy można pociągać za jakieś niewidzialne linki i podporządkowywać ich 

swojej  woli?”  -  pytałam  samą  siebie.  Któregoś  dnia  znalazłam  odpowiedź.  Za  ścianą  czoła 

jest tak, jak za kulisami. To, co tam powstaje, stanowi dla innych tajemnicę. Należało tylko 

narzucić ludziom odpowiednie role i skłonić ich do tego, by posłusznie je odgrywali. Jak tego 

dokonać?  To  pestka.  Ewolucja  w  swym  bogactwie  wypracowała  już  perfekcyjne  sposoby  i 

wabienia, i odstraszania. Czyż nie bałamuci się ludzi syrenim śpiewem? Czyż nie zwodzi się 

ich słodkim słowem, nie kusi niemą obietnicą? Czyż nie odstrasza się krzykiem, nie odstręcza 

złośliwością,  nie  zraża  nastroszonymi  piórami,  nie  zniechęca  złośliwością?  Paleta  środków 

była  przebogata.  Już  jako  sześcioletni  szkrab  chciałam  być  syreną1,  rosiczką2,  modliszką... 

Pragnęłam  sprawować  władzę  nad  ludzkimi  duszami,  oszołomić  je,  zaczadzić,  zaczarować 

perfekcyjnym  bajerem.  Jeżeli  kłamstwem  można  zdobyć  coś  bez  wysiłku,  po  co  mówić 

prawdę.  Trzeba  zostać  kłamcą  doskonałym  -  to  taki  sam  sukces,  jak  zostać  wirtuozem 

fortepianu.  Pragnęłam  i  jednego,  i  drugiego.  Ludzie  mieli  być  większymi  i  mniejszymi 

trybikami  w  moim  doskonale  skonstruowanym  planie,  a  trybik  nie  musi  wiedzieć,  w  jaki 

sposób działa całość. Ma robić swoje, zaś tych, którzy w te trybiki zechcą sypać piasek, będę 

eliminować. 

1  Syreny  -  w  mitologii  greckiej  zamieszkiwały  małe  wyspy  na  Morzu  Śródziemnym 

(w pobliżu jońskiego miasta Fokaja), skąd wabiły śpiewem żeglarzy i zabijały ich. 

1 Rosiczka - roślina owadożerna. 

Świadoma  tego,  że  kiedyś  zostanę  wielką  gwiazdą,  już  od  najwcześniejszych  lat 

background image

kreowałam swój wizerunek, oczywiście z myślą o przyszłych panach i paniach ciekawskich, 

grzebiących  w  moim  życiorysie.  Uroda,  talent  i  intelekt  stanowią  dary  natury,  natomiast 

sposób mówienia i chodzenia czy płynność ruchów to ciężko wypracowany styl. Po długich, 

cierpliwych  ćwiczeniach,  takie  odruchy  jak  ściągnięte  usta,  wessane  lekko  policzki,  proste 

plecy  czy  wysoko  uniesiona  głowa  stały  się  dla  mnie  tak  naturalne,  jak  monarsza  postawa 

królowej. 

Już dawno zostałabym uznana za cudowne dziecko, gdybym miała szczęście Mozarta 

i  gdyby  ktoś  wypromował  mnie,  pokazał  w  telewizji,  albo  nawet  urządził  mi  tournee  po 

najznakomitszych salach koncertowych. Jednak nigdy nie straciłam nadziei. Wiedziałam, że 

kiedy  przyjdzie  czas,  zadziwię  znawców  muzyki  mistrzowską  interpretacją  największych 

utworów, uzyskam tytuł bogini sceny i Paganiniego3 fortepianu, a świat legnie u moich stóp. 

W  przyszłości  paparazzi  dotrą  do  miejsc  mojego  dzieciństwa,  czyli  do  szarego 

blokowiska w średniej wielkości mieście wojewódzkim, gdzie mieszkałam z samotną matką. 

Złośliwie usłużne sąsiadki, stare jędze, wskażą im kawalerkę na czwartym piętrze, tak małą, 

że  trudno  było  się  przecisnąć  pomiędzy  stołem,  szafą  a  wersalką,  i  gdzie  na  sfatygowanym 

pianinie  zdobywałam  pierwsze  szlify  Ciekawa  jestem,  czy  wtedy  ta  muzyczna  analfabetka 

Kościelniakowa  „pochwali”  się,  jak  darła  gębę  na  przyszłą  sławę,  gdy  ta  ledwie  zaczynała 

ćwiczyć. Do dziś to pamiętam: 

- To skandal! Mam dość tego brzdąkania! Napiszę skargę do administracji! Pójdę do 

sądu!  -  wrzeszczała  i  waliła  kijem  od  miotły  w  ścianę.  Czasem  nastawiała  radio  na  cały 

regulator lub włączała jednocześnie odkurzacz i mikser. 

3 Niccolo Paganini (1782-1840) - włoski wirtuoz skrzypiec i gitary, kompozytor. Jego 

mistrzowska  technika  gry  do  dziś  stanowi  wielką  zagadkę.  Mówiono,  że  ma  konszachty  z 

diabłem, o innym prowadzeniu smyczka, specjalnym strojeniu skrzypiec, innej budowie dłoni 

itp. 

Zresztą, Kościelniakowa była zaledwie jednym z chwastów. Piętro wyżej pieniła się, 

jak stepowy burzan, rodzina trunkowych Karpielaków. Noc w noc j ákiś przypał mylił piętra i 

dobijał  się  do  naszego  mieszkania.  Gdy  pewnego  razu  zapomniałyśmy  przekręcić  klucz  w 

drzwiach, sam Karpielak wlazł do przedpokoju, po czym padł na podłogę i natychmiast zaczął 

chrapać. 

Z  kolei  o  piętro  niżej,  przez  okrągły  rok,  niczym  zielsko  na  kraterze,  wyrastała 

parapetem Cebulowa z lornetką, która nigdy nie miała dość ślepienia na zasyfione bazgrołami 

i  zaciekami  mury,  na  odpadające  tynki,  brudne  podwórko,  połamane  huśtawki,  rachityczne 

drzewka i na tę hołotę okupującą koślawe ławki. 

background image

Nie da się ukryć, że mieszkałam w tej okropnej dzielnicy gdzie nawet trawa kiepsko 

rosła,  że  razem  z  miejscową  hołotą  chodziłam  najpierw  do  podstawówki,  a  później  do 

gimnazjum,  lecz  na  tym  bezmiarze  betonowego  chamstwa  nasza  kawalerka  stanowiła 

prawdziwą  oazę  kultury,  elegancji  i  inteligencji.  Był  to  w  moim  życiu  jedynie  okres,  który 

musiałam  za  wszelką  cenę  przetrwać.  I  przetrwałam  go,  a  szansa  na  odmianę  losu  przyszła 

zupełnie niespodziewanie.   

background image

Rozdział 2 

 

Mój pierwszy wielbiciel 

- Kochanie -  zagadnęła  mnie któregoś dnia mama z podejrzanie zażenowaną miną.  - 

Nasza  sytuacja  materialna  jest  taka,  jaka  jest.  Zasługujesz  na  więcej.  Na  dużo  więcej. 

Możemy mieszkać w ładnym domku w dzielnicy willowej na Przyrzeczu. Poznałam pewnego 

miłego pana. 

Aż podskoczyłam z wrażenia. Przyrzecze to część miasta najbardziej trendy, siedlisko 

grubych ryb. Zawsze skrywam swoje uczucia, nawet największą radość, żeby nikt, łącznie z 

mamą, nie pomyślał, że zbyt łatwo mi zaimponować. Dlatego dopiero po dłuższym namyśle 

powiedziałam: 

- Tak, to może być dobre wyjście. 

Na twarzy mamy wciąż malowało się napięcie, co sugerowało ciąg dalszy 

- Poznałam pewnego miłego pana. 

Mamę  wciąż  podrywali  jacyś  panowie,  gdyż  mimo  wieku,  była  nadzwyczaj 

atrakcyjna, lecz ta znajomość musiała być poważna, skoro wszczęła taką rozmowę. 

-1 on ma ten domek? 

- Tak. Chcę, żebyś stosownym zachowaniem ujęła go za serce. 

- Zobaczę, czy przypadnie mi do gustu. 

- Apeluję do twojego rozsądku. Postanowiłam wyjść za niego za mąż i bez względu na 

to,  jakie  zrobi  na  tobie  wrażenie,  masz  być  miła  i  czarująca.  Powiem  dosadniej,  będziesz 

słodziutka  jak  cukiereczek.  Zrozumiałaś?  Najlepiej  od  początku  zadbać  o  dobre  relacje.  Od 

tego, jak mu pomaślimy pomiodzimy i powazelinujemy będzie zależeć nasz dobrobyt. 

„Oho, mama upolowała wyjątkowo grubą rybę” - pomyślałam z satysfakcją, ale i tak 

wzruszyłam  ramionami.  „W  końcu,  co  tu  dzielić  skórę  na  niedźwiedziu.  Pożyjemy, 

zobaczymy  Może  rzeczywiście  uśmiechnęła  się  do  nas  fortuna?”  -  wizja  zamieszkania  na 

Przyrzeczu kusiła. 

Podobnie  jak  mama,  też  miałam  wzięcie  u  chłopaków.  Wielu  mnie  podrywało,  lecz 

wciąż  brzmiała  mi  w  uszach  przestroga  rodzicielki:  „Pamiętaj  Blanko,  że  z  facetami,  a 

szczególnie  z  młodymi  napaleńcami,  trzeba  postępować  psychologicznie.  Daj  takiemu 

buziaczek  na  pożegnanie  i  niech  usycha  z  pożądania.  Ty  musisz  być  jak  drogi,  wykwintny 

szampan - nie dla każdego.”. 

Nawet  bez  tej  uwagi  było  oczywiste,  że  przyszła  sława  nie  przestaje  z  byle 

background image

obszczymurkiem.  Jednak,  patrząc  na  to  z  innej  strony,  wypadało  kogoś  mieć,  bo  przecież 

bycie  singlem  w  naszej  budzie  to  okropna  obsuwa,  gorsza  niż  bycie  kujonem.  Mało  tego, 

para, żeby być trendy, musiała manifestować żarliwość swoich uczuć, luz i bezpruderyjność. 

W  tej  dziedzinie  mistrzostwo  świata  należało  się  Izaurze  Bednarek  z  naszej  klasy  i 

Dominikowi Gzickiemu z III c. 

Trzymając się słownictwa mamy, jeśli ja byłam drogim, wykwintnym szampanem, to 

Izaurę  należało  porównać  do  bełta4  w  kartonie.  Na  każdej  przerwie  wypadała  z  klasy  jak 

wygłodniała  kocica  i  gnała  do  swego  mena  na  korytarzowe  obłapiania.  Ich  erotyczny 

repertuar  był  dość  ograny  i  polegał  niezmiennie  na  wzajemnym  lizaniu  się  po  szyi, 

przygryzaniu  uszu,  wsadzaniu  łap  w  spodnie  i  gmeraniu  w  okolicach  krocza...  Fuj!  Gapie 

udawali,  że  to  normalka,  z  rzadka  tylko  jakiś  niekumaty  małolat  walnął  karpia,  albo 

nauczyciel  nawrzeszczał,  co  ponoć  dodatkowo  podnosiło  im  poziom  adrenaliny  i  dobrze 

wpływało na jakość doznań. 

4 Bełt - kiepskie wino. 

Izaura była głupia. W pierwszej klasie Dżesika Kociuba i Patryk Sikora z II b też niby 

świata poza sobą nie widzieli, migdalili się wszędzie i przy każdej okazji, a gdy pod koniec 

roku  wyszła  z  tego  ciąża,  koleś  zwiał  do  Irlandii,  a  Dżesikę  starzy  wywalili  z  domu. 

Mieszkała  potem  w  jakimś  przytulisku  dla  samotnych  matek.  Głupia!  Ja  na  jej  miejscu 

pozbyłabym się bachora i już. 

Intelekt był słabiutką stroną Izaury, więc jej plany na przyszłość też nie powalały mnie 

na kolana: po gimnazjum chciała zostać fryzjerką, a jej facet taksówkarzem; mieli żyć sobie 

do grobowej  deski  tak pięknie i  szczęśliwie, że Romeo z Julią Szekspira to  para  frustratów 

Zresztą, takie wizje udanej przyszłości były w naszej budzie standardem. 

Ja, rzecz jasna, nie miałam zamiaru angażować się w żaden związek - ani uczuciowo, 

ani emocjonalnie, ani w ogóle nijak. Potrzebowałam kogoś, z kim mogłabym się pokazywać, 

kto zafundowałby mi bilety do kina, na dyskotekę, kto by za mną szalał i służył wiernie jak 

pies. Żeby wszyscy widzieli moją władzę nad jego sercem i wolą. Ponadto miałby to być ktoś, 

kogo  mogłabym  bez  żalu  rzucić,  kiedy  przyjdzie  odpowiednia  pora.  Ten  problem  wymagał 

inteligentnego rozwiązania, lecz na nic zda się inteligencja przy braku okazji. 

Pomógł  mi  zupełny  przypadek.  W  ramach  międzyszkolnych  imprez  kulturalnych 

zostałam  wydelegowana  na  noworoczny  koncert  do  Domu  Kultury  „Zodiak”.  W  tamtej 

drugiej budzie, mimo starań dyrekcji, nie działały (i wątpię, czy obecnie działają) żadne koła 

zainteresowań.  Jeśli  nawet  kilku  chętnych  uczniów  zapaliło  się  do  kursu  tańca,  kółka 

teatralnego,  chóru,  czy  zajęć  plastycznych,  był  to  zapał  słomiany  i  najdalej  po  miesiącu 

background image

przemijał  bez  śladu.  Zatem  zostałam  dyżurną  reprezentantką  osiągnięć  szkoły  w  zakresie 

kultury  Niestety,  oprócz  mnie,  została  nią  także  Żaneta  Kozicka,  która  przy  każdej  okazji 

śpiewała  skrzekliwym  dyszkantem  dwie  ballady  Okudżawy5.  Niczego  więcej,  muzyczna 

tumanica,  nie  potrafiła  się  nauczyć.  Przed  wygwizdaniem  jej  przez  publiczność  -  już  po 

pierwszej  zwrotce  przepięknych  Trzech  miłości  ratował  ją  wyłącznie  mój  wirtuozowski 

akompaniament. Ale niech tam! Sztuka wymaga poświęceń. 

Na swój indywidualny występ przygotowałam dwa utwory, które gwarantują sukces, 

nawet u niewyrobionej muzycznie widowni: walc Nad pięknym, modrym Dunajem Straussa i 

Marsz turecki Mozarta. Wystąpiłam w długiej, wiśniowej sukni z weluru, a w rozpuszczone 

włosy wplotłam złote tasiemki. Wyglądałam zjawiskowo. Bisowałam dwa razy 

Po występie przyszedł za kulisy wysoki blondyn; j ákiś taki jasny, czysty, o łagodnym, 

pewnym spojrzeniu. Od razu poznałam, że jest to ktoś z wyższej półki i uznałam, że warto go 

zauważyć. 

- Nazywam się Konrad Górski. Twoja gra mnie oczarowała. Gratuluję. 

No, proszę, w dodatku trafiłam na muzycznego konesera. 

- Dziękuję, muzykę kocham nad życie. 

- To się czuje po sposobie interpretacji - rozmarzył się. - Ja też gram, na skrzypcach i 

na gitarze, ale nie wróżę sobie kariery na tym polu. Moim hobby jest lotnictwo. Chcę zostać 

konstruktorem samolotów Czy pozwolisz się odprowadzić do domu? 

-  Przyszłam  z  moją  wychowawczynią  i  koleżanką.  I  pewnie  w  tym  samym  składzie 

wypada wrócić. 

-  Rozumiem  -  z  intonacji  jego  głosu  wyczułam,  że  moje  słowa  wziął  za 

zakamuflowaną odmowę. 

5  Bułat  Okudżawa  (1924-1997)  -  rosyjski  bard,  poeta,  prozaik  i  dramaturg, 

kompozytor ballad, pieśni lirycznych i satyrycznych. 

-  Nie  zawsze  towarzyszy  mi  nauczycielka  -  posłałam  mu  najpiękniejszy  uśmiech,  z 

gatunku tych starannie wypracowanych przed lustrem. Poskutkowało. 

- Czy w najbliższą sobotę dasz się zaprosić do... kina? 

- Jasne. Lubię kino. 

Poszliśmy do „Zorzy” na jakiś nudnawy film o łzawej fabule, gdzie to ona go kocha, a 

on jej nie... Nudy na pudy6, lecz trudno, sprawa wymagała poświęcenia. Jeszcze tego samego 

dnia  dowiedziałam  się  o  nim  wszystkiego,  co  mnie  interesowało.  Mieszkał  w  centrum,  w 

zabytkowej  kamienicy  nad  apteką,  przy  skrzyżowaniu  ulicy  Jagiellońskiej  i  3  Maja,  jego 

rodzice  byli  nauczycielami:  matka  polonistką,  a  ojciec  matematykiem.  Sam  chodził  do 

background image

elitarnego  liceum,  tak  zwanej  Jedynki,  miał  starszą  siostrę,  która  studiowała  prawo,  i  psa 

Brutala. Nawiasem mówiąc, psów nie cierpię. Żadnych. 

Schlebiało mi to, że Konrad traktował mnie z elegancją niczym jakąś księżniczkę. No 

i  był  nienagannie  wychowany:  w  drzwiach  przepuszczał  mnie  przodem,  odsuwał  krzesło  w 

kawiarni,  zdejmował  rękawiczkę  przy  podawaniu  ręki  na  powitanie,  nie  pluł  na  ulicy,  nie 

gwizdał, nie klął, nie pokazywał niczego palcem, nie poklepywał mnie poufale po plecach ani 

tym bardziej po tyłku, w kinie nie wsadzał mi łap pod spódnicę, gdy gasło światło... W ogóle 

nie robił wielu rzeczy, które są na porządku dziennym u chłopców z byłego osiedla. Jadźka 

powiedziała, że taki laluś nie jest męski, może nawet jest homosiem, tylko jeszcze, o tym nie 

wie. 

6 Pud - rosyjska jednostka wagowa = 16,38 kg. 

Jednak,  mimo  niewątpliwych  zalet,  Konradowi  daleko  było  do  mojego  wyśnionego 

ideału,  którym  był  wysoki  bajecznie  bogaty  arystokrata  o  zielonych  oczach,  niesamowicie 

inteligentny  i  wysportowany.  Ponadto  powinien  mieć  poczucie  humoru,  być  wrażliwy  na 

sztukę  i  bezgranicznie  mnie  kochać.  Jasne,  że  winien  mieć  pałace  we  wszystkich 

najmodniejszych częściach świata oraz dbać, aby moja sypialnia zawsze tonęła w kwiatach. 

Na razie, zgodnie z zasadą „Na bezrybiu i rak ryba” musiał wystarczyć taki absztyfikant. 

Przebywając  z  Konradem,  zrozumiałam,  że...  powinnam  poprawić  słownictwo. 

Oczywiście  w  budzie  i  na  osiedlu  mój  język  prezentował  się  wytwornie,  lecz  łatwo  jest 

błyszczeć  wśród  nieuków  i  prostaków.  Rozmówki  z  licealistą  z  prestiżowej  Jedynki 

wymagały  wyższego  poziomu.  Wielu  wyrazów  nie  rozumiałam,  źle  formułowałam  zdania 

złożone,  często  brakowało  mi  słów.  Na  swoim  terenie  w  takich  przypadkach  wciskało  się 

jakiś  ozdobnik  typu:  „ten  tego”,  „kuźwa”,  „kutwa”,  „kurde”,  lecz  przy  Konradzie  brzmiały 

one  zgrzytliwie.  Na  szczęście  dobrze  wiem,  że  kultura  to  samokontrola,  więc  mimo 

językowych  braków  pozowałam  na  osobę  kulturalną,  unikając  dłuższych  wypowiedzi.  Przy 

tej  okazji  uprzytomniłam  sobie,  że  klasa  zobowiązuje.  Jako  przyszła  sława  udzielająca 

licznych wywiadów, mam obowiązek pięknie mówić. W domu zaczęłam studiować słowniki 

oraz zgłębiać zasady naszej gramatyki, aby otrzaskać się z prawidłową składnią, frazeologią, 

fleksją, wymową nosówek i, co najtrudniejsze, przestać mylić biernik z narzędnikiem. 

Oczywiście raz dwa rozniosło się, że mam faceta „z miasta”. A u nas „miastowymi” 

gardzą,  ale  też  im  zazdroszczą.  Poderwanie  kogoś  spoza  tej  zapyziałej  dzielnicy  zawsze 

dostarczało  powodów  do  dumy  i...  kłopotów,  bo  dla  osiedlowych  zafajdańców  to  wielki 

obciach  i  żenada,  że  jakiś  obcy  śmie  włazić  im  w  szkodę.  Było  pewne,  że  Konrad  przy 

pierwszej  okazji  dostanie  łomot,  chyba  że  załatwię  mu  dyskretną  ochronę.  W  tym  celu 

background image

pogadałam z wydzierganym jak kraszanka Dżekiem Platfusem, czyli Jankiem Pisarczykiem, 

który  stał  na  czele  bandy  zabijaków  i  uważał  osiedle  za  swoją  strefę  wpływów  Tubylców 

raczej nie ruszał, jednak z obcymi bywało różnie. 

-  Wiesz,  będzie  mnie  odprowadzał  taki  koleś  z  miasta.  Powiedz  swoim  chłopakom, 

żeby go zostawili w spokoju. Dobrze, Dżeki? 

- Co za to? 

- Dozgonna wdzięczność. 

- A coś bardziej konkretnego już teraz? 

- Lidka by mi oczy wydrapała. Zapomnij. 

- Nie zwalaj na Lidkę, tylko przestań być laską ostrą jak tabasco. 

Dżeki  droczył  się  ze  mną  chwilę.  Dobrze  wiedziałam,  że  temu  zakompleksionemu 

dupkowi  wystarczy  poczucie  ważności,  szczególnie  w  moich  oczach.  Po  tym,  jak  ślepił  na 

mnie,  zagadywał,  jak  uskuteczniał  swoją  erotyczną  nawijkę,  a  nawet  momentami  robił  z 

siebie idiotę na maksa, wiedziałam, że wpadłam mu w oko. Lecz nie dla psa kiełbasa. Jakimś 

sposobem przeczuwał to i nigdy nie posuwał się za daleko. 

- W porządku, księżniczko - stwierdził wreszcie. 

- Na pewno? 

-  Spoko  niunia!  Moje  słowo  to  nie  w  kij  pierdział!  Twojego  chłoptasia  nikt  tu  nie 

ruszy Będzie na prawach ziomala z naszego podwórka. 

- Jesteś w dechę Dżeki. Zagram ci na ślubie Mendelssohna7. 

- Tylko skocznie. Trzymam za słowo. 

7 Felix Mendelssohn Bartholdy (1809-1847) - wybitny niemiecki kompozytor okresu 

romantyzmu. Jego „Marsz” wykonywany jest podczas przemarszu pary ślubnej do ołtarza. 

Dzięki  mojemu  sprytowi  Konrad  mógł  spokojnie  odprowadzać  mnie  aż  pod  dom. 

Nigdy nie zaprosiłam go do tamtego mieszkania. Wstydziłam się.   

background image

Rozdział 3 

 

Pan Karol Drobnicki okazał  się czterdziestolatkiem,  jak na mój gust  za grubym  i  za 

bardzo  łysiejącym.  Mimo  drogiego  garnituru  i  jedwabnej  koszuli  był  zwykłym  burakiem. 

Patrzył  na  mamę  jak  pies  na  kotlet  schabowy,  a  ze  mną  próbował  nawiązać  kumplowski 

kontakt.  Jestem  odporna  na  takie  numery,  zachowywałam  się  jednak  przyzwoicie  z  trzech 

powodów. Po pierwsze, żeby dotrzymać słowa danego mamie; po drugie, adres na Przyrzeczu 

kazał  mi  się  domyślać,  że  gość,  oprócz  domu,  dysponuje  grubym  portfelem,-  po  trzecie, 

możliwość  zamieszkania  w  dzielnicy  dla  VIPów  była  warta  dużo  większego  wysiłku  niż 

zwykła układność. Burakowaty wygląd niczego nie przesądzał. 

Spotkanie  odbyło  się  w  Europejskiej,  czyli  najdroższej  restauracji  w  mieście. 

Dotychczas  ani  razu  nie  przekroczyłam  progu  tej  klasy  lokalu.  Prawdę  mówiąc,  bywałam 

jedynie  w  dość  podłej  knajpce  Pod  Gąsiorkiem,  w  której  mama  pracowała  jako  kelnerka. 

Praca  ta,  mimo  niskich  zarobków  i  szemranej  klienteli,  miała  dwie  zalety:  sute  napiwki  i 

oszczędności  na  żywieniu.  Chociaż  kierownik  knajpy  był  straszną  kutwą,  mama  zawsze 

znajdowała  sposób  na  przyniesienie  do  domu  słoika  zupy  bigosu,  kilku  gołąbków  czy 

pierogów. Często przychodziłam Pod Gąsiorka jako gość, siadałam przy stoliku i zamawiałam 

najtańsze w menu ziemniaki z kapustą, a mama pod ziemniakami przemycała jakiś kotlet albo 

porcję pieczeni. Tak dorabiała na opłacanie mi prywatnych lekcji muzyki. Jednak wracam do 

sedna sprawy. 

Siedzieliśmy  w  ekskluzywnej  Europejskiej.  Dookoła  ogromne  lustra,  marmury, 

kryształowe żyrandole, kinkiety kelnerzy we frakach... krótko mówiąc - odlot. Tak, to było to, 

co w przyszłości miało stanowić moją codzienność. Na tę okazję odstrzeliłyśmy się z mamą 

na  maksa,  jednakże  doskwierała  mi  świadomość,  że  swoje  kreacje  wygrzebałyśmy  w 

szmateksach, bo przecież zasługiwałyśmy na więcej, dużo więcej. 

Tymczasem  mimo  starań  pana  Karola  banalna  dyskusja  kręciła  się  wokół  ogólnych 

spraw, z których nic nie wynikało. Dopiero dwa tygodnie później w pełni przekonałam się, że 

gra jest warta świeczki. Pan Karol zaprosił nas do siebie. Jego dom był spoko. Trzy pokoje na 

parterze, przestronna kuchnia, łazienka większa niż cała nasza kawalerka, poddasze z trzema 

pustymi pokojami do zagospodarowania w razie potrzeby. Pod domem garaż, a w nim dwie 

wypasione bryki; tuż za domem ogród. Wystarczyło, że powiedziałam: 

-  Byłoby  cudownie,  gdyby  stała  tu  altanka  -  a  tydzień  później  altanka  stała.  Śliczna. 

Stylowa. Postanowiłyśmy z mamą obsadzić ją dzikim winem, co wprawiło pana Karola w taki 

background image

zachwyt, jakby wygrał milion w totolotka. 

Mimo  trwania  dobrej  passy  mama  przeżywała  emocjonalne  katusze.  Z  jednej  strony 

była wniebowzięta, że poderwała faceta z wielką kasą, z drugiej ciężko przestraszona, że coś 

pójdzie nie tak. 

- Kochanie, tylko przez przypadek niczego nie zepsuj - przestrzegała mnie. - Bądź dla 

pana  Karola  jeszcze  bardziej  miła,  spróbuj  od  czasu  do  czasu  zatrajlować  mu  jakiś 

komplement. Mężczyźni to lubią. 

-  Żadne  komplementy  na  jego  temat  nie  przychodzą  mi  do  głowy  i  chyba  nieprędko 

przyjdą. 

-  Mężczyźni  w  stosunku  do  siebie  są  tak  bezkrytyczni,  że  każdą  pochwałę  odbiorą 

jako  słuszny  hołd  dla  swych  zalet.  Naprawdę.  Pan  Karol  też  gładko  łyknie  dawkę  lipnego 

picu. 

- Nawet, jak usłyszy, że ma urodę Toma Cruise’a? 

-  Toma  Cruis’a,  Rudolfa  Valentino,  Arnolda  Schwarzeneggera,  Bogusława  Lindy... 

Możesz mu powiedzieć, że jest mądry jak Albert Einstein, silny jak Mariusz Pudzianowski, 

dowcipny  jak  Cezary  Pazura  a  nawet  Jim  Carrey.  Faceci  kupują  wszystko,  co  łaskocze  ich 

próżność.  Zapamiętaj  tę  radę  do  końca  życia.  Mężczyznę  przed  owinięciem  sobie  dookoła 

małego palca najpierw zmiękcza się gorącymi ochami i achami. 

- A ty naprawdę go kochasz, czy grasz? 

-  Pan  Karol  to  dobry  człowiek.  Jest  dobry  i  zamożny.  Dla  nas  to  prawdziwy  dar 

niebios. Szansa, którą powinnyśmy za wszelką cenę wykorzystać. 

Mama unikała jasnej odpowiedzi, z czego płynął ważny wniosek - to nie miłość, lecz 

rozsądek popychał ją ku temu facetowi. I bardzo dobrze, bo miłością powinna do końca życia 

darzyć wyłącznie mojego ojca. 

- Czy już ci się oświadczył? 

-  Usiłuję  go  do  tego  dyplomatycznie  nakłonić.  Też  musisz  mi  w  tym  pomagać,  jeśli 

chcesz  mieć  porządny  fortepian,  lekcje  muzyki  u  najlepszych  profesorów,  chodzić  do 

renomowanej  szkoły,  uczyć  się  języków  obcych  i  mieszkać  w  przyzwoitym  domu,  na 

przyzwoitym poziomie i w otoczeniu przyzwoitych ludzi. Pod Gąsiorkiem nie zarobię na to 

wszystko, choćbym urobiła sobie ręce po łokcie. 

Mama  miała  rację,  byłybyśmy  ciężkimi  frajerkami,  gdybyśmy  wypuściły  z  rąk  kurę 

znoszącą złote jajka. Skuteczne usidlenie  Karola Drobnickiego leżało  w  moim  jak najlepiej 

pojętym  interesie  i  nie  przebolałabym,  gdyby  z  jakiegoś  głupiego  powodu  facet  dał  dyla. 

Zabrałam  się  ostro  do  roboty:  na  jego  widok  piałam  z  zachwytu,  kadziłam  mu  niby 

background image

pogańskiemu  bóstwu,  wpatrywałam  się  z  cielęcym  zachwytem  w  jego  prostacką  gębę  i 

chłonęłam  z nabożeństwem  każde słowo.  I to  podziałało.  Ten kmiot  rzeczywiście wszystko 

brał za dobrą monetę, odpłacając najszczerszymi uczuciami i... drogimi prezentami. Wreszcie 

nasze  wspólne  wysiłki  zaowocowały.  Po  kilkumiesięcznym  narzeczeństwie  pan  Karol  kupił 

pierścionek  z  brylantem  i  poprosił  mamę  o  rękę.  Ona  oświadczyny,  rzecz  jasna,  przyjęła  i 

wtedy  okazało  się,  że  oblubieniec  jest  świeżo  upieczonym  wdowcem,  na  szczęście  zbyt 

niecierpliwym,  żeby  doczekać  do  końca  tradycyjnej  żałoby.  Z  tego  powodu  ślub  miał  być 

cichy - tylko para „młodych”, świadkowie, no i oczywiście ja. Ze strony ojczyma świadkiem 

został  jego  daleki  kuzyn,  a  ze  strony  mamy  pani  Agnieszka,  z  którą  niegdyś  mama 

występowała  na  scenie.  Potem  na  wiele  lat  utraciły  ze  sobą  kontakt,  jednakże  po 

przypadkowym  spotkaniu  wróciły  do  starej  przyjaźni,  tak  bardzo  serdecznej,  że  pani 

Agnieszka  już  na  dzień  dobry  zaproponowała,  aby  nazywać  ją  ciocią.  Nawiasem  mówiąc, 

ciocia też nie zrobiła kariery, chociaż miała niezły głos i nogi. 

Cichy  ślub  wcale  nie  oznaczał  bylejakości.  Mama  -  w  kremowym  kostiumie,  w 

bucikach  na  wysokich  obcasach  i  kapeluszu  na  pięknie  ułożonych  włosach  -  wyglądała  jak 

jakaś gwiazda filmowa. Ja miałam na sobie sukienkę z ciemnozielonego jedwabiu, ozdobioną 

na karczku delikatnym haftem z cekinów. Po uroczystości poszliśmy na obiad do Europejskiej 

i  każdy  zamawiał  sobie  z  karty  to,  co  tylko  chciał.  Żałowałam,  że  nie  widzi  tego  ta  godna 

pożałowania hołota z mojego osiedla. 

Ślub  odbył  się  w  lipcu,  a  już  w  sierpniu  pojechaliśmy  na  wczasy  do  Egiptu. 

Wolałabym wybrać się do Paryża, lecz na początek dobry i Sharm el Sheikh. 

background image

Rozdział 4   

 

W nowy domu 

Plan  wypalił  w  stu  procentach.  Przeprowadzka  z  naszej  beznadziejnej  kawalerki  na 

Przyrzecze przebiegła szybko, gdyż cały dobytek zmieściłyśmy w bagażniku mercedesa pana 

Karola,  właściwie  już  tatusia,  a  nawet  kochanego  tatuśka.  Raz  dwa  urządziłyśmy  się  w 

nowym  domu.  Zajęłam  najładniejszy  pokój  z  wyjściem  na  taras.  Kilka  dni  później 

wyrzuciłyśmy  na  strych  wszystkie  stare  meble  i  kupiłyśmy  nowe,  bajeranckie.  Dla  siebie 

wybrałam  seledynowy  komplet  z  ciemnozielonymi  obiciami,  podobny  w  tonacji  dywan  i 

zasłony. Ojczym regulował rachunki bez mrugnięcia okiem, więc kułam żelazo póki gorące. 

- Kochany tatulku - poprosiłam słodziutko - na pewno rozumiesz, czym dla artysty jest 

odpowiedni instrument, dlatego proszę, spełnij moje największe marzenie. Kup mi fortepian. 

- O tak, nasza Blaneczka to taki współczesny fanko muzykant zawtórowała. mi mama. 

- Inne dziewczynki domagały się lalek, sukieneczek, bucików, a ona zawsze prosiła: „Mamuś 

chodźmy do sklepu muzycznego, popatrzeć na fortepiany, chociażby przez szybę”. 

- No dobrze, moje kochane dziewczyny Jedziemy na zakupy. 

I pojechaliśmy. 

-  Och,  Karolu!  Wprost  nie  możemy  uwierzyć  w  swoje  szczęście.  Jak  hojny  książę 

spełniasz nasze najpiękniejsze marzenia - mama z poetycką wręcz żarliwością podtrzymywała 

w nim zapał do dopieszczania nas. 

- No, moje kochane dziewczyny Pokażcie, który bierzemy 

Wskazałam na piękny, biały fortepian firmy Yamaha. 

Miałam przy tym sporo uciechy gdyż ten burak myślał, że cena tej klasy instrumentu 

jest porównywalna z ceną szafy czy kanapy Dopiero, gdy zobaczył rachunek, gały wyszły mu 

z orbit. Lecz kasę wyjął. 

Kiedy  po  wakacjach  ojczym  pierwszy  raz  podrzucił  mnie  swoją  bryką  do  szkoły, 

wszystkich aż skręciło z zazdrości. 

- O! proszę, proszę, wreszcie Blanka, niby taka trutusrutu majtki z drutu, skitrała sobie 

fagasa  z  keszem  -  zakpiła  Aneta  Podracka,  której  starzy  mieli  składnicę  złomu, 

rozklekotanego poloneza, co w tym środowisku wystarczyło, żeby uchodzić za krezusa8. 

- Nie potrzebuję żadnych szemranych sponsorów, to mój ojciec. 

- Nie ściemniaj. 

- Jasne, że ojciec. 

background image

-  To  tak  się  teraz  mówi  na  starych  macantów?  Bo  wiek  zdolności  do  podtrzymania 

gatunku chyba już ma za sobą. 

-  Blanka  mieszka  teraz  w  pięknej  willi  na  Przyrzeczu  -  obwieściła  Jadźka  Zagaj  ec, 

szczęśliwa, że może uchodzić za osobę dobrze poinformowaną. 

8 Krezus - ostatni król  Lidii (VI w pn.e.). Zgromadzone przez niego skarby stały się 

przysłowiowe. Obecnie imię to jest synonimem bogacza. 

Jadźka,  to  typ  zera.  Jak  każde  zero  sama  czuła  się  nikim  i  dopiero  moja  akceptacja 

uczyniła  ją  kimś,  zaś  kiedy  poczuła  się  kimś,  zaczęła  mniemać,  że  jest  moją  przyjaciółką. 

Oczywiście  było  to  mniemanie  absolutnie  na  wyrost,  bo  w  rzeczywistości  pełniła  zaledwie 

funkcję przydatnej przydupaski, która podpowiadała mi na lekcjach, streszczała treść nudnych 

lektur, dawała odpisywać wypracowania z polskiego i zadania z matematyki. Ja, Blanka, nie 

obciążałam sobie głowy głupotami, bo czy przyszłą wielką artystkę może obchodzić to, kiedy 

Napoleonowi  dokopali  pod  Waterloo,  czego  dotyczy  prawo  magdeburskie,  czym  jest  sinus 

albo  jakieś  inne  bzdety.  Wyręczała  mnie  nawet  przy  dźwiganiu  plecaka,  ponieważ  ręce 

„musiałam” szanować dla wielkiej muzyki. 

- Bujasz! No, chyba że jej stara dostała posadę kucharki u jakiegoś dzianego państwa. 

- Jesteś głupia i  wredna! Chcesz? Założymy się  o każde  pieniądze. No? Przyjmujesz 

zakład? 

-  Zresztą,  mnie  to  czochra.  Mam  wkiszce  stolcowej,  gdzie  kto  mieszka  -  spasowała 

Aneta. 

Nie  potrzebowałam  żadnych  samozwańczych  adwokatów  Przywiozłam  ponad  sto 

zdjęć z Egiptu, i gdy następnego dnia wszystkie pokazałam w klasie, szok był totalny 

-  Tutaj  jestem  pod  piramidą  Cheopsa,  tu  na  wielbłądzie,  tu  na  pustyni,  a  tutaj  w 

oazie...  -  objaśniałam  z  lekko  znudzoną  miną.  -  Zdjęcia  nie  oddają  całej  egzotycznej 

wspaniałości tych krajów, nawet filmy które nakręciłam kamerą. Możecie wierzyć albo nie, 

ale  mam  wspaniałe  przeżycia  z  tego  wyjazdu.  -  To  akurat  mijało  się  z  prawdą,  bo  poza 

ekskluzywnym  ośrodkiem  dla  turystów,  wszędzie  było  gorąco,  brudno,  śmierdząco  i  w 

najwyższym  stopniu  obrzydliwie;  natomiast  nieprzebrana  hałastra  żebraków,  skomlących 

natrętnie o bakszysz, doprowadzała mnie do szału. Ale co tam! Tego aparat fotograficzny nie 

zarejestrował. - W przyszłym roku pojadę do Tunezji albo na Seszele - dodawałam, żeby do 

reszty  dobić  zazdrośników.  Aneta  mogła  sobie  wsadzić  do  butów  te  swoje  „wspaniałe” 

wczasy w Zakopanem. 

-  A  nie  mówiłam?  Nie  mówiłam?  Łyso  wam  teraz,  co?  -  raz  po  raz  przypominała 

Jadźka, aby przy sposobności odrobinę się dowartościować. 

background image

Nawiasem mówiąc, lubiłam eksperymentować na nieskomplikowanym umyśle Jadźki, 

a  największą  frajdę  sprawiało  mi  obserwowanie,  jak  odpowiednio  sformułowane  zdania 

wychodzą z moich ust, rozpływają się w powietrzu bez śladu, a mimo to potrafią po drodze 

przemeblować  jej  mózg,  czyniąc  z  niej  uległą  mi  istotę.  Sztuczkę  tę  stosowałam  z  jeszcze 

lepszym  skutkiem  wobec  chłopaków,  a  już  w  stosunku  do  ojczyma  doprowadziłam  ją  do 

perfekcji, toteż codziennie zasuwałam mu jakąś podpuchę. 

-  Wiesz  tatuś,  moja  koleżanka  Kinga  mówiła,  że  jesteś  cholernym  przystojniakiem; 

albo:  wiesz  tatuś,  moja  koleżanka  Anetka  powiedziała,  że  gdyby  była  starsza,  to  by  cię 

poderwała. A przy ojczymie do mamy: wiesz mama, koleżanki mówią, że takiego męża jak 

nasz tatuś należy dobrze pilnować... 

Mama  się  śmiała,  a  on  wyglądał  jak  stary  kocur,  który  właśnie  wypił  dzbanek 

śmietany. Strasznie był łasy na komplementy Mama, rzecz jasna, doskonale znała to, czego ja 

dopiero  się  uczyłam,  że  zadowolony  mężczyzna  staje  się  bezwolny  i  chodzi  jak  cielę  na 

postronku  -  więc  sama  też  ciągle  mu  kadziła,  nazywając  go  skarbem,  zwierzaczkiem, 

dziubkiem, serduszkiem, albo jeszcze śmieszniej. W tej atmosferze ojczym wymiękał i dawał 

się urabiać jak plastelina. Wykorzystywałyśmy to bez skrupułów, bowiem po latach posuchy 

w ciasnej kawalerce miałyśmy apetyt na wszystko: dobre jedzenie, markowe ciuchy imprezy 

wycieczki,  drogie  lokale...  A  on  dysponował  grubym  portfelem.  Krótko  mówiąc, 

stworzyłyśmy  wspaniały  układ:  my  zaspokajałyśmy  naszą  radosną  chęć  posiadania, 

ojczymowi  zaś  zostawiałyśmy  ból  wydawania  pieniędzy  Po  latach  postu  czekał  nas  okres 

karnawału.  „Przynajmniej  forsa  nie  gnije  mu  w  skarpetach”  -  żartowałyśmy  sobie  z  mamą, 

gdy nas nie słyszał. 

Jeszcze  we  wrześniu  mama  wynajęła  kawalerkę  sublokatorowi,  a  pieniądze  z 

wynajmu  przeznaczyła  na  nasze  drobne  wydatki.  Teraz  miałam  najładniejsze  ciuchy  i 

królewskie  kieszonkowe,  więc  każdy  chętnie  by  się  ze  mną  kumplował,  jednak  nadal  nie 

zamierzałam  przestawać  z  hołotą.  Mogłabym  się  przenieść  do  gimnazjum  w  pobliżu  domu, 

lecz  w  nowej  szkole,  pełnej  dzieci  lekarzy  adwokatów  i  biznesmenów,  nikomu  nie 

zaimponowałabym swoim statusem. Tutaj chodziłam otoczona sławą prawdziwej księżniczki, 

dziecka  szczęścia  i  wybrańca  fortuny,  a  ponadto  jestem  z  tych  ambitnych,  co  to  wolą  być 

pierwsze we wsi niż drugie w państwie. Poza tym, co tu dużo mówić, w naszej budzie poziom 

nauki był mizerniutki. Opinię dobrego ucznia zyskiwał już ten, kto w miarę regularnie bywał 

na  lekcjach  i  kumał  piąte  przez  dziesiąte.  Zresztą,  za  rok  wybierałam  się  do  najlepszej  w 

mieście szkoły muzycznej, w której nacisk kładło się na muzykę i w której wszyscy mieli być 

nowi, a wśród samych nowych start bywa dużo łatwiejszy 

background image

Gdy  nie  ćwiczyłam  na  fortepianie,  siadywałam  sobie  na  tarasie  i  obserwowałam 

posesje  sąsiadów.  Od  wschodniej  strony  czekała  na  zasiedlenie  nowo  wybudowana  willa 

wziętego adwokata Kosowskiego. Jeżeli miałby dzieci w moim wieku, mogłabym się z nimi 

zaprzyjaźnić,  jednak  willa  wciąż  stała  pusta.  Od  zachodu  wznosił  się  dom  bezdzietnych 

dentystów Grudków. Po przeciwnej stronie ulicy stały bliźniaczo podobne domy Kieleckich 

(ona  pracownik  banku,  on  dziennikarz,  dzieci  na  studiach  w  Londynie)  i  Dulczaków  (on 

lekarz, ona pielęgniarka i dwie małoletnie córki pod opieką niani). 

Dziwne,  ale  na  dawnym  osiedlu  odnosiło  się  wrażenie,  że  dzieciarnia  wypełza  z 

każdej dziury, obsiada wszystkie zdezelowane ławki i trzepaki, że jest liczna jak szarańcza i 

jazgotliwa  jak  stado  wyjców  Tu,  na  Przyrzeczu,  dzieciaków  prawie  nie  było  widać.  Na 

osiedlu podrostki wymontowywały tłumiki ze swoich motocykliwraków i z rykiem silników 

ścigały  się  między  blokami;  tutaj  lśniące  lakierem  bryki  cichutko  przemykały  gładkimi 

uliczkami. Na osiedlu wciąż ktoś na kogoś się darł, a smarkateria nastawiała radia na ful; tu 

panował  taki  spokój,  że  pierwszej  nocy  nie  mogłam  zasnąć.  Śmieszne.  Bieda  jest  nie  tylko 

szarobura, lecz również krzykliwa. Było super. 

Nagle  ta  rodzinna  sielanka  została  zmącona.  Któregoś  dnia,  będąc  na  zakupach, 

wstąpiłyśmy  na  lody  do  mijanej  właśnie  kawiarenki.  Gdy  już  siedziałyśmy  przy  stoliku, 

niespodziewanie mama wyskoczyła z cudacznym tekstem: 

- Blaneczko, chcę ci powiedzieć coś, czego nie powiedziałam wcześniej z obawy, że 

zbyt wiele wrażeń wytrąci cię z równowagi. Rozumiem, że dla osoby w twoim wieku... 

- Do rzeczy mama. - Ten przydługi wstęp nie wróżył niczego dobrego. 

- Ale wolałabym najpierw wyjaśnić... 

- Mam gdzieś twoje wyjaśnienia. Powiedz, o co chodzi. Ojczym zbankrutował? 

- Będziesz miała siostrę. 

- No masz! Jesteś w ciąży? 

- Karol ma dziecko z poprzedniego małżeństwa. 

- O cholera! 

-  Pierwsza  żona  Karola  ciężko  chorowała,  więc  ich  córkę  wychowywała  była 

teściowa. Teraz Karol chce, żeby mała wróciła do domu. 

- Okłamaliście mnie! - zawołałam. 

- Powtarzam, że chciałam ci tylko zaoszczędzić stresów. 

- Nie chcę jej tutaj  widzieć! Przecież dobrze nam  bez niej, przekonaj  ojca, że głupio 

robi. On nie może nam wyciąć takiego świństwa! 

-  To  zbyt  lekkomyślne.  Przynajmniej  na  obecnym  etapie,  lecz  jest  szansa,  że  jego 

background image

córka nie polubi miasta. Do tej pory żyła na wsi i ma mentalność wiejskiej dziewuchy. 

- Jak się ona nazywa? 

- Antonina, po prostu Tośka. 

- Rany, co to za imię! Już jej nienawidzę! 

- Tylko nie ujawniaj swoich uprzedzeń przed ojcem, bo wszystko popsujesz. 

- Ile ma lat? 

- Jest pół roku młodsza od ciebie. Będziecie chodzić do jednej klasy Karol już załatwił 

wszystkie formalności. 

-  No  nie!  Będę  musiała  znosić  ją  i  w  domu,  i  w  szkole?  A  gdzie  ją  ulokujecie? 

Wszystkie pomieszczenia są zajęte. 

- Na razie przez kilka dni będzie spała w twoim pokoju, a potem coś wykombinujemy. 

Informacja o jakiejś przybłędzie, która miała zamieszkać ze mną pod jednym dachem, 

odebrała mi spokój. Z pewnością będzie zazdrosna o mnie i o mamę, będzie buntować ojca 

przeciwko nam, a pokrewieństwo zapewni jej przewagę już na starcie. Stanowiła zagrożenie, 

więc  była  naturalnym  wrogiem  i  aż  dziw  brał,  że  mama  to  bagatelizowała.  Zawczasu 

zaczęłam kombinować, jaką obrać taktykę. „Otruć intruza!” - ta myśl wpadła mi do głowy z 

takim  impetem,  że  aż  się  przelękłam,  jednak,  po  głębszym  zastanowieniu  -  zaintrygowała 

mnie.  Kusiła  możliwość  przetestowania  swojego  geniuszu  na  armii  policjantów,  śledczych, 

prokuratorów i jak tam jeszcze zwą tę całą psiarnię. W filmach i książkach mor- 

- Okłamaliście mnie! - zawołałam. 

- Powtarzam, że chciałam ci tylko zaoszczędzić stresów. 

- Nie chcę jej tutaj  widzieć! Przecież dobrze nam  bez niej, przekonaj  ojca, że głupio 

robi. On nie może nam wyciąć takiego świństwa! 

-  To  zbyt  lekkomyślne.  Przynajmniej  na  obecnym  etapie,  lecz  jest  szansa,  że  jego 

córka nie polubi miasta. Do tej pory żyła na wsi i ma mentalność wiejskiej dziewuchy. 

- Jak się ona nazywa? 

- Antonina, po prostu Tośka. 

- Rany, co to za imię! Już jej nienawidzę! 

- Tylko nie ujawniaj swoich uprzedzeń przed ojcem, bo wszystko popsujesz. 

- Ile ma lat? 

- Jest pół roku młodsza od ciebie. Będziecie chodzić do jednej klasy Karol już załatwił 

wszystkie formalności. 

-  No  nie!  Będę  musiała  znosić  ją  i  w  domu,  i  w  szkole?  A  gdzie  ją  ulokujecie? 

Wszystkie pomieszczenia są zajęte. 

background image

- Na razie przez kilka dni będzie spała w twoim pokoju, a potem coś wykombinujemy 

Informacja o jakiejś przybłędzie, która miała zamieszkać ze mną pod jednym dachem, 

odebrała mi spokój. Z pewnością będzie zazdrosna o mnie i o mamę, będzie buntować ojca 

przeciwko nam, a pokrewieństwo zapewni jej przewagę już na starcie. Stanowiła zagrożenie, 

więc  była  naturalnym  wrogiem  i  aż  dziw  brał,  że  mama  to  bagatelizowała.  Zawczasu 

zaczęłam kombinować, jaką obrać taktykę. „Otruć intruza!” - ta myśl wpadła mi do głowy z 

takim  impetem,  że  aż  się  przelękłam,  jednak,  po  głębszym  zastanowieniu  -  zaintrygowała 

mnie.  Kusiła  możliwość  przetestowania  swojego  geniuszu  na  armii  policjantów,  śledczych, 

prokuratorów i jak tam jeszcze zwą tę całą psiarnię. W filmach i książkach mordercy zawsze 

popełniają błędy które w końcu ich gubią. Ja czułam się zdolna dokonać zbrodni doskonałej, 

w  obliczu  której  nawet  sam  Sherlock  Holmes  okazałby  się  bezradny  Wieczorami,  przed 

zaśnięciem,  namiętnie  obmyślałam  wyrafinowane  morderstwa  i  wcale  nie  chodziło  o  to,  że 

ofiarą miała być akurat Tośka. Skądże. Pasjonował mnie sam pomysł. 

Przyjechała tydzień później, wieczorem. Jej widok przyprawił mnie o szok. W życiu 

nie widziałam większej paskudy: chuda, oczy jak u krowy włosy jakieś takie myszowate, do 

tego  ubrała  się  w  koszmarną  brązową  kieckę  i  jeszcze  koszmarniejsze  buty  Koczkodan! 

Maszkara! Niewydarzeniec! Poczwara! 

- Poznajcie się - powiedziała mama. 

W uśmiechu odsłoniła białe, lecz szerokie j ak łopaty zęby i wyciągnęła rękę. „Nigdy! 

Jest jakaś granica tolerancji brzydoty” - poczułam gdzieś w głębi brzucha takie napięcie, taką 

wściekłość, taki dygot, że aż zaczęło mi szumieć w uszach. 

-  To  ma  być  moja  siostra?  Ona  jest  okropna!  Brzydula!  Ona  jest  straszna!  -  Z 

satysfakcją patrzyłam, jak jej uśmiech znika niczym woda wsiąkająca w piasek Sahary 

- Ależ Blaneczko! - jęknęła mama blada jak kreda. 

-  Nie  chcę  takiej  siostry!  Nie  chcę!  Nie  chcę!  Nie  chcę!  -  płacząc,  uciekłam  do 

swojego pokoju. 

Mama przybiegła za mną, próbując mnie uspokoić, lecz nie dałam jej dojść do słowa. 

-  Jeśli  tutaj  wejdzie,  ucieknę  z  domu!  Skoczę  z  wiaduktu  pod  pociąg!  Zabiję  się!  - 

płakałam, kopałam, tupałam, a cały ten atak histerii dział się bez mojej woli, tak jakby inna 

osoba zawładnęła moim ciałem i krzyczała moim głosem. Wtem mama z całej siły uderzyła 

mnie  w  twarz.  Po  raz  pierwszy  w  życiu.  Było  to  tak  wstrząsające,  że  zesztywniałam,  a  na 

dodatek odebrało mi głos. 

- Stul wreszcie pysk, skończona kretynko, bo cię uduszę! Chcesz wrócić do bloków? 

Chcesz? Jeśli chcesz, to dalej drzyj mordę. 

background image

Razem  ze  wstrząsem  przyszło  opamiętanie.  Rzeczywiście,  zachowałam  się  jak 

bezmózgowiec! 

Do pokoju zajrzał ojczym. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego. Mama objęła mnie 

i pocieszająco pogładziła po głowie, szepcząc: 

- Będzie dobrze, Blaneczko, będzie dobrze... 

- O co chodzi? 

- Karolu, proszę cię, zamknij drzwi i pozwól coś sobie wyjaśnić. 

- No, słucham. 

- Blanka bardzo cię kocha i jest o ciebie po prostu zazdrosna. Przez szesnaście lat nie 

miała  ojca,  więc  teraz,  gdy  wróciła  Tosia,  ogarnął  ją  strach,  że  ją  odtrącisz.  Prawda, 

Blaneczko? 

- Tak, to okropne - siorbnęłam nosem. 

-  Właśnie  tłumaczę  jej,  że  chociaż  bliższa  twojemu  sercu  jest  rodzona  córka,  to 

przecież nie zrobisz nam krzywdy, prawda Karolu? 

Wyraźnie było widać, że z ojczyma uchodzi powietrze, jak dotychczasowa złość taje, 

a na jego czerwoną gębę wypływa radość, jak się rozluźnia i prostuje. 

-  Oczywiście,  nadal  pozostaniesz  moją  kochaną  córeczką  i  nikt  ani  nic  tego  nie 

zmieni. Boże! Dziecino, jak mogłaś pomyśleć, że mógłbym cię odtrącić. Jesteśmy rodziną i 

tak pozostanie. Na zawsze. 

Punkt  dla  mamy  Naprawiła  mój  taktyczny  błąd.  Wyszliśmy  do  salonu,  gdzie  nadal 

stała ta durna Tośka. 

-  Poznajcie  się  dziewczynki.  Jesteście  przecież  siostrzyczkami  -  powiedziała  słodko 

mama, na nowo zaczynając procedurę powitania. 

Teraz  ja  pierwsza  wyciągnęłam  rękę  do  Tośki,  a  nawet  pocałowałam  ją  w  policzek, 

chociaż  tak  naprawdę  najchętniej  ugryzłabym  ją  w  ucho.  Z  bliska  w  jej  krowich  oczach 

zobaczyłam  banalną  potulność  prowincjonalnej  niedojdy  Był  to  dobry  znak.  Niedojdę  jest 

łatwiej pokonać. 

Kolację  zjedliśmy  w  spokoju.  Po  kolacji  posłano  Tośce  stary  tapczan,  wyrzucony 

wcześniej  do  jednego  z  pomieszczeń  na  poddaszu.  Miało  być  tymczasowo,  zanim  kupi  się 

nowe meble, ale jak wiadomo, prowizorki są najtrwalsze. Tak już pozostało na bardzo, bardzo 

długo. 

background image

Rozdział 5   

 

Tośka idzie do szkoły 

Następnego dnia, aby uniknąć obciachu, zaoferowałam, że sama zaopiekuję się Tośką 

i  odprowadzę  ją  do  szkoły  Wszystkim  było  to  na  rękę.  Gdy  tylko  wyszłyśmy  z  domu, 

powiedziałam: 

-  Masz  iść  przynajmniej  pięć  kroków  za  mną.  Jeśli  będziesz  szła  o  krok  bliżej, 

zostawię  cię  na  środku  ulicy  i  ucieknę.  I  pamiętaj,  jeżeli  komukolwiek  piśniesz  słówko,  że 

jesteśmy  siostrami,  pożałujesz.  Bo  w  końcu  żadna  z  ciebie  siostra,  tylko  zwykła  przybłęda. 

Znajda. 

Ta  oferma  słuchała  z  wywalonymi  gałami,  jakbym  mówiła  po  chińsku,  jednak 

zrozumiała.  Podążała  za  mną  w  takim  oddaleniu,  by  tym,  którzy  patrzyliby  z  boku  nie 

przyszło  do  głowy,  że  coś  nas  łączy  Po  drodze  spotkałam  Kingę  Kafel  i  Ewelinę  Muchę, 

chwilę  później  Jadźkę. Nawet  nie  zauważyły,  że  ciągnę  za  sobą  ogon.  Po  wejściu  do  klasy 

usiadłyśmy w swoich ławkach, zaś Tośka stanęła przy ścianie koło drzwi i sterczała tam jak 

kołek w płocie. Dopiero po dzwonku przyszła pani Topka, nasza wychowawczyni, i zajęła się 

tą ofermą. 

- To jest wasza nowa koleżanka. Przedstaw się głośno i wyraźnie. 

- Nazywam się Antonina Drobnicka, przyjechałam z Krzyżkowic - wydukała. 

Odetchnęłam z ulgą, niestety przedwcześnie, bo oto pani Topka walnęła z grubej rury 

cienkim śrutem: 

-  Jesteś  siostrą  Blanki  Cisowskiej,  prawda?  -  Tośka  -  wbrew  mojemu  ostrzeżeniu  - 

skinęła głową. - Może chcecie siedzieć w jednej ławce? 

-  Przyjaźnię  się  z  Jadzią,  więc  wolałabym,  żeby  nas  nie  rozdzielano  -  powiedziałam 

słodko, posyłając Tośce groźne spojrzenie. Zatrybiła. 

- Mogę siedzieć z każdym - zapewniła, więc Topka kazała jej usiąść obok największej 

dziadówki, Anki Zalewskiej, która nosiła łachy jakby wyciągnięte ze śmietnika. 

Pech chciał, że sprawa się wydała! Taka „siostra” psuła mój wizerunek. Tośka wręcz 

sama się prosiła, żeby tak jej zbrzydzić miejskie życie, żeby w podskokach wróciła na wieś 

pasać krowy i macać kury Należało zaatakować skutecznie i z przyczajki, lecz chwilowo nie 

miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. Tymczasem Tośka z każdym dniem stawała się coraz 

bardziej wkurzająca. Z początku wszyscy nauczyciele przepytywali ją, żeby ustalić, co umie. 

A  umiała  wszystko.  Wiedziała,  w  którym  roku  był  chrzest  Polski,  co  to  są  elektrony 

background image

walencyjne,  za  jaką  powieść  Reymont  dostał  Nagrodę  Nobla,  jaki  jest  wzór  na  prędkość  w 

ruchu jednostajnie przyspieszonym, ile wynosi stosunek okręgu do jego  promienia... krótko 

mówiąc, była  chodzącą  encyklopedią.  Zdystansowała nawet  klasowych kujonów  - Damiana 

Koreckiego i Lidkę 

Krymską. Matematyk, pan Miśniak zwany przez nas Miską, był wniebowzięty. 

-  Jak  myślicie,  która  prosta  będzie  równoległa  do  przekątnej  DC,  gdy  przetniemy 

ostrosłup o podstawie kwadratowej płaszczyzną a, styczną do wpisanej kuli w punkcie BI 

I  chociaż  w  bazgrołach  Miski  wypisywanych  na  tablicy  prędzej  można  było  się 

dopatrzyć  rozsypanych  bierek  niż  jakichkolwiek  figur  geometrycznych,  Tośka  już  trzymała 

grabę w górze. 

- No, świetnie Drobnicka! Odpowiedz i przeprowadź dowód. 

No i ta oferma truchtała do tablicy, mówiła, pisała i rysowała tak szybko, że oprócz 

Miski oraz ewentualnie Damiana i Lidki, nikt za nią nie nadążał. Był to ewidentny dowód na 

to,  że  Tośka  jest  świrnięta.  Przecież  normalne  dziewczyny  interesują  się  modą,  aktorami, 

marzą o karierze piosenkarki, a ona? Co? Powalona jak ta Lidka Krymska, a może i jeszcze 

bardziej! 

Po dwóch tygodniach miarka się przebrała. Chociaż jak już wspomniałam, w  naszej 

budzie  pogardzało  się  kujonami,  Tośce  podstępnie  udało  się  zostać  wyjątkiem  od  reguły. 

Najpierw  zjednała  sobie  Ankę  Zalewską,  pomagając  jej  w  lekcjach,  podsuwając  ściągi,  a 

nawet dzieląc się z nią drugim śniadaniem. Potem namówiła Lidkę i Damiana do udziału w 

olimpiadzie matematycznej. Ci łyknęli pomysł jak kaczka kluskę, bo przecież w razie sukcesu 

najlepsze licea w mieście stanęłyby przed nimi otworem. Miska omal nie wyskoczył ze skóry 

z euforii, że wreszcie szkoła ma szansę doczekać się pierwszych w swojej historii laureatów. I 

to z jego klasy Wspólnie rozwiązali jakieś zestawy zadań i na początku listopada całą trójką 

załapali się do drugiego etapu. 

Triumfująca  Tośka  to  był  nie  tylko  prestiż  szkoły  lecz  przede  wszystkim  powód  do 

dumy  dla  ojczyma.  „Tak.  Jako  chluba  rodziny  będzie  dla  mnie  jeszcze  większym 

zagrożeniem niż Tośka niedojda. Muszę pokrzyżować jej plany i brutalnie pokazać, że miasto 

jest nie dla niej” - myślałam, a samo słowo „brutalnie” podsunęło koncept. Przystąpiłam do 

działania. 

Na którejś długiej przerwie powiedziałam Jurkowi Brzezińskiemu i Artkowi Zubkowi, 

że  mam  dla  nich  dyskretne  zlecenie.  Dlaczego  akurat  dla  nich?  Po  prostu  nie  ma  gorszych 

zakapiorów w całej budzie. 

- Chłopaki, chcecie zarobić na porządnego browara? - spytałam, gdy tylko znaleźliśmy 

background image

cichy kąt, gdzie można było pogadać bez świadków. 

- Jasne. Co mamy zrobić i za ile? - Jurek od razu przystąpił do rzeczy 

- Trzeba jednej takiej spuścić manto. 

- A konkretnie lutnąć raz a dobrze, czy przemaglować? 

- Przemaglować. 

- Robi się. Kogo i kiedy? 

- Tę nową, zaraz po szkole. 

- Drobnicką? Podobno to twoja siostra. 

-  Żadna  tam  siostra!  Zwyczajna  przybłęda.  Oszustka,  która  podstępem  wdarła  się  do 

mojego domu. 

- Mnie jest glanc pomada. Twoja sprawa - płacisz i żądasz. 

Gdy uzgodniliśmy cenę, powiedziałam, że zapłacę podwójnie, ale w razie wsypy idę 

w zaparte. Nic nie wiem i niczego nie widziałam. 

-  Obrażasz  nas?  Nie  jesteśmy  konfitury9.  Robotę  wykonamy  za  tyle,  ile  jest 

uzgodnione. 

9 Tu: szpicle, donosiciele. 

Po  ostatniej  lekcji  nieświadoma  zagrożenia  Tośka  wyszła  z  Anką  na  ulicę.  Wtedy 

podbiegł do niej Jurek i kopnął ją w tyłek. Tośka odwróciła się i dostała kopniaka od Artka, 

potem  znowu  od  Jurka...  I  tak  raz  po  raz.  Kopali  ją  z  dwóch  stron,  a  ona,  ogłupiała  z 

przerażenia, bezradnie kręciła się w kółko. Wtem do Jurka i Artka dołączył Kacper Kraska, 

który  lubił  od  czasu  do  czasu  komuś  przylać.  Nawet  bez  powodu.  Teraz  też  doskoczył  do 

Tośki  i  wykonał  swój  popisowy  numer:  wyskoczył  na  metr  w  górę  i  z  półobrotu  tak  jej 

przyłożył butem w brzuch, że usiadła prosto do kałuży, gdyż na tym osiedlu kałuże wysychają 

tylko podczas wielkich upałów, a była mokra jesień. Oczywiście jej psiapsiółka Anka wzięła 

nogi  za  pas,  podobnie  jak  Damian  i  Lidka,  którzy  nadeszli  chwilę  później.  To  było  do 

przewidzenia, ponieważ w naszej budzie najbezpieczniej jest nic nie widzieć, nic nie słyszeć i 

nic  nie  wiedzieć.  Sytuacja  Anki,  Lidki  i  Damiana  była  wyjątkowo  parszywa.  Tworzyli  z 

Tośką  paczkę,  więc  powinni  jej  pomóc,  lecz  za  pomoc  czekałyby  ich  pokazowe  bęcki  za 

wsadzanie  nosa  w  cudze  sprawy.  Najprościej  było  zniknąć,  więc  zniknęli.  Pozostali, 

zadowoleni  z  darmowego  widowiska,  otaczali  ciasnym  kołem  miejsce  bójki.  Stałam  wśród 

nich i czułam łaskotliwą przyjemność rozchodzącą się od serca, aż po czubki niespokojnych 

palców.  Byłam  szczęśliwa,  byłam  spełniona,  byłam  upojona  swoją  wyższością  nad  tym 

nędznym stworzeniem i tymi durnymi mięśniakami. 

Tośka  wróciła  do  domu,  wyglądając  jak  półtora  nieszczęścia.  Zapuchnięte  z  płaczu 

background image

ślepia,  czerwony  nos,  a  do  tego  ubranie,  całe  w  błocie,  czyniły  z  tej  szkarady  prawdziwą 

maszkarę. 

- Na litość boską, co się stało? - zawołał ojczym, wstrząśnięty jej widokiem. 

- Chłopcy mnie pobili - na nowo wybuchnęła płaczem. 

- Którzy chłopcy? Dlaczego? Tak całkiem bez powodu? 

Byłam na to przygotowana. 

- Bo ona niepotrzebnie wyzywa chłopaków. Nikt jej nie lubi. 

Kłamstwo  w  dobrej  sprawie  nie  powinno  obciążać  sumienia,  więc  nie  obciążało, 

natomiast  trudno  było  przewidzieć  reakcję  ojczyma.  Na  szczęście  nadspodziewanie  łatwo 

kupił ten kit. 

-  Rozum  ci  odebrało,  czy  co?  Masz  się  zachowywać  przyzwoicie  i  rozsądnie. 

Rozumiem,  że  zmiana  szkoły  powoduje  stres,  jednak  to  nie  jest  najgorsza  rzecz,  jaka 

przytrafia się w życiu.  Nie chcę więcej słyszeć o kolejnych ekscesach!  - mówił do Tośki, a 

ona patrzyła na niego tymi swoimi krowimi gałami, jak jakiś przygłup. 

Jeżeli coś jest dobre, należy to kontynuować. Odtąd Tośce chłopcy spuszczali manto 

codziennie,  jednak  ze  strachu  zatajała  ten  fakt  przed  ojczymem.  Po  tygodniu  uciekła  z 

ostatniej lekcji, lecz i tak dostała to, co miała dostać. Naskarżyłam mamie, a ona powtórzyła 

wszystko ojczymowi. 

- Słuchaj, Karolu - mówiła z nutą głębokiego zatroskania - Tosia wagaruje. Ona musi 

zrozumieć,  że  szkoła  jest  obowiązkiem.  Popatrz,  z  Blanką  nie  mamy  żadnych  kłopotów. 

Twoja córka powinna brać z niej przykład... 

- Dlaczego uciekasz z lekcji? - spytał ojczym. 

-  Chciałam  wcześniej  wrócić  do  domu,  bo  chłopcy  codziennie  czekają  pod  szkołą  i 

mnie biją. 

- Tak po prostu? Bez powodu? 

- Zupełnie bez powodu. Nie wiem, dlaczego uwzięli się akurat na mnie. 

- Blanko, czy ciebie w szkole ktoś uderzył? - do rozmowy wtrąciła się mama. 

- Nigdy 

- Czy jakąś inną dziewczynkę też pobito? 

- Nigdy. 

- Ale ja naprawdę nic tym chłopcom nie zrobiłam. Nawet nie patrzę w ich stronę. 

-  Przynajmniej  nie  kłam  -  mama  westchnęła  ciężko,  jakby  chciała  powiedzieć:  ręce 

opadają. 

- Mówię prawdę. 

background image

- Dość tego! - zawołał ojczym, marszcząc brwi. 

- Naprawdę, mówię prawdę. 

- Powiedziałem, dość tego! 

- Naprawdę, nie kłamię. 

-  Dość!!!  Wszystko  zniosę,  ale  krętactwa  nie!  -  ojczym  poczerwieniał  jak  burak 

ćwikłowy, żyły nabrzmiały mu na skroniach, wyszarpnął ze spodni pasek, złożył go na pół i z 

całej siły walnął Tośkę przez plecy 

- Przecież mówię prawdę - zajęczała, kuląc się niczym zmokła kura. 

- Zatłukę cię jak burą sukę! - wrzasnął i począł okładać Tośkę na oślep, gdzie popadło. 

Ta najpierw piszczała przeraźliwie, potem osunęła się na podłogę i na czworakach próbowała 

uciec pod stół. Daremnie. Ojczym podążał za nią, chłoszcząc raz z lewa, raz z prawa z takim 

zacięciem, jakby wpadł w amok. 

Nagle przez moje doskonałe ucho dotarła do mózgu świadomość, że to lanie też ma 

swoją tonację i  rytm, które można zapisać nutami. Wytężyłam  słuch. Tempo  - 3/4  jak przy 

walcu. Świst pasa to gmoll, które spadając na jej tyłek z lewej strony obniżało się do ddur, z 

prawej  -  do  f,  na  plecy  -  fmoll,  na  ramiona  -  amoll.  Pisk  Tośki  brzmiał  wysokim  c, 

schodzącym przy łapaniu powietrza ciężkim stacatto aż do edur, zaś psi skowyt, gdy dławiła 

się  krzykiem  -  to  na  przemian  dmoll  i  adur,  obniżone  o  oktawę.  Przyszło  mi  do  głowy,  że 

rozpiszę te nuty na instrumenty, a utwór zatytułuję „Symfonia piekła” albo jakoś tak. 

-  Karolu,  opamiętaj  się!  -  krzyknęła  mama,  co  pewnie  uchroniło  Tośkę  przed 

zatłuczeniem na śmierć. 

Byłam  zadowolona.  Ojczym  pokazał,  że  jest  zakompleksionym  dupkiem,  który  siłę 

argumentów  musi  wzmacniać  pasem,  a  w  ataku  szału  zdolny  jest  nawet  zabić.  „I  bardzo 

dobrze  -  pomyślałam.  -  Pod  szkołą  będą  ją  tłukli  chłopcy,  w  domu  własny  ojciec.  Albo  w 

końcu zabiją ją, albo sama się powiesi, a wtedy spokój i szczęście znów powrócą do naszego 

domu.”. I jeszcze coś. Widok maltretowanej Tośki był czymś mocnym, czymś, co dostarczało 

mi  silnych  wrażeń.  Dostawałam  silnego  kopa  niczym  narkoman  po  zażyciu  ecstasy  i 

przeżywałam  odlot.  Szkoda,  że  w  dzisiejszych  czasach  zrezygnowano  z  igrzysk,  podczas 

których  leje  się  prawdziwa  krew,  prawdziwe  lwy  rozszarpują  ludzi,  a  śmierć  nie  jest 

filmowym trickiem. 

Tymczasem  zbita  na  kwaśne  jabłko  Tośka  zastosowała  kolejny  fortel.  Po  ostatniej 

godzinie lekcyjnej siedziała w budzie dotąd, aż chłopakom odechciało się czekać. Trwało to 

często kilka godzin, bo chłopcy bez dokopania jej nie dostawali kasy 

Ojciec wracał do domu około czternastej i mniej więcej o tym czasie zasiadaliśmy do 

background image

obiadu. Tośka notorycznie się spóźniała, więc naskarżyłam na nią, że po lekcjach łazi gdzieś z 

jakimiś lumpami i że różnie o tym mówią, bo faceci mają okropną opinię. 

- To znaczy? - zaniepokoił się ojczym. 

- Nie chcę powtarzać plotek. 

- Mój Boże, Karolu, proszę cię, zrób coś z tym, zanim Tosia napyta sobie biedy Ciąża 

w jej wieku to złamane życie, a ludzie będą obwiniać rodziców, że nie upilnowali - ojczym z 

przejęcia  zbladł  i  odłożył  łyżkę.  Chyba  jego  ulubiona  zupa  pomidorowa  przestała  mu 

smakować. 

Chwilę  później  przybiegła  zdyszana  Tośka.  Na  jej  widok  na  skroniach  ojczyma 

nabrzmiały żyły a twarz spurpurowiała. 

-  Gdzie  byłaś?  -  oczekując  na  wyjaśnienia  już  wyciągał  ze  spodni  pas  i  z 

namaszczeniem składał we dwoje. 

- W szkole. 

- Masz więcej lekcji niż Blanka? Bo ona już od dwóch godzin jest w domu. 

- Musiałam poczekać, aż chłopcy, którzy mnie biją, pójdą sobie. 

- Ja ci  dam chłopców, wywłoko  jedna!  - ojczym  złapał  Tośkę za kark, przygniótł  do 

ziemi  i  zaczął  okładać  ją  z  taką  siłą,  że  po  każdym  uderzeniu  na  jej  plecach  pojawiały  się 

ślady krwi przesiąkającej przez bluzkę. - Masz się meldować w domu pół godziny po ostatniej 

lekcji. Inaczej rozerwę cię jak żabę! 

Tośka  krzyczała,  wiła  się,  wyginała  we  wszystkie  strony,  a  wreszcie  sflaczała  jak 

szmaciana lalka i zamilkła. I znów do akcji wkroczyła niepotrzebnie mama. 

- Karol, na litość boską przestań! Zabijesz ją! Chcesz skończyć w kryminale? 

Ojczym  jakby  oprzytomniał.  Włożył  pas  w  szlufki,  zapiął  się  i  bez  słowa  wyszedł, 

trzaskając  drzwiami.  Chwilę  później  usłyszałyśmy,  jak  samochodem  wyjeżdża  z  posesji. 

Siedziałyśmy  z  mamą  w  milczeniu,  patrząc,  czy  Tośka  się  ruszy,  czy  nie.  Mijały  długie 

minuty,  a  ona  leżała  nieruchomo.  Dobrze  byłoby  dodatkowo  walnąć  ją  czymś  ciężkim  w 

głowę.  I  tak  wszystko  poszłoby  na  konto  ojczyma,  gdyby  został  oskarżony  o  pobicie  ze 

skutkiem śmiertelnym. A zostałby bo ślady jego pasa były wyraźne. 

- Co z nią robimy? 

Spytałam, żeby wysondować, czy mama myśli podobnie jak ja. Niestety, nie myślała. 

-  Ja  się  w  sprawy  między  nim  a  jego  córką  nie  mam  zamiaru  mieszać.  Jeszcze 

wyjdzie, że to zła macocha ją pobiła. 

- Masz rację. 

Wyszłyśmy,  lecz  co  chwilę  przezornie  zaglądałam  do  kuchni,  żeby  mieć  oko  na 

background image

rozwój sprawy I dobrze zrobiłam. Tośka pozbierała się za jakąś godzinę. Przyłapałam ją, jak 

sięga  po  komórkę.  Mogła  dzwonić  do  babki  w  Krzyżkowicach,  ale  mogła  też  na  policję,  a 

sprawca  pobicia  gdzieś  polazł.  Poza  tym  interwencja  stróżów  prawa  mogłaby  przestraszyć 

tego porywczego dupka, zanim osiągnę swój cel. Wyrwałam jej telefon, rzuciłam na posadzkę 

i roztrzaskałam nogą. Gdy wrócił oj czym, na jego widok buchnęłam płaczem. 

- Och, tatusiu, muszę ci coś wyznać. 

- O co chodzi? 

- Tosia chciała zadzwonić na policję. Odebrałam jej telefon, lecz w czasie szarpaniny 

aparat pękł. Ja naprawdę chciałam dobrze. 

Ojciec zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się nad czymś głęboko. 

- Zabraniam  Tośce jakiegokolwiek dostępu do telefonu. Blanko, masz przypilnować, 

żeby nigdzie nie dzwoniła. Wyłączę telefon stacjonarny, ty i mama dostaniecie swoje własne 

komórki, i dobrze je przed Tośką strzeżcie. 

Nazajutrz  Tośka  powlokła  się  do  szkoły  niczym  skazaniec  na  ścięcie.  Po  ostatniej 

lekcji  jak  jakiś  pokurcz  spakowała  opieszale  plecak  i  ruszyła  do  wyjścia.  Minęła  szkolną 

bramę, zrobiła jeszcze kilka kroków i wtedy, zgodnie z planem, doskoczyli do niej chłopcy. 

Ledwie zdążyli raz ją kopnąć, jakby spod ziemi wyrósł ojczym. Artek prysnął, Jurek nieco się 

zagapił, zaś Kacper w bojowym zapamiętaniu w ogóle go nie zauważył i w najlepsze dokładał 

Tośce z buta. To wystarczyło, żeby ojczym złapał obu za szmaty i zaciągnął z powrotem do 

szkoły prosto do gabinetu dyrektora. 

Chociaż Artkowi udało się zwiać, to w czasie późniejszego śledztwa Tośka go wydała. 

Gdyby głupia wiedziała, co tutaj znaczy ksywa Kabel, wolałaby codziennie dostawać manto 

do końca życia. 

Zgodnie  z  umową  chłopcy  wzięli  całą  winę  na  siebie.  Zresztą,  gdyby  nawet  puścili 

farbę, i tak szłabym w zaparte. Tak czy inaczej pozostałabym poza wszelkimi podejrzeniami. 

Wtedy myślałam, że Tośka w tej swojej głupocie nawet nie przeczuwała, że to ja stoję 

za tą intrygą. Dzisiaj  nie mam już tej pewności. Przecież próbując uniknąć bicia, stosowała 

różne fortele, jednak nigdy nie szukała wsparcia u mnie. 

background image

Rozdział 6   

 

Poznaję rodzinę Jośki 

Po  interwencji  ojczyma  Jurek  z  Kacprem  przestali  chodzić  do  szkoły,  a  Artek 

oficjalnie wciskać kit, że on z biciem Tośki nie ma nic wspólnego. 

-  Drobnickiej  coś  się  pokićkało,  mam  alibi.  Mogę  przedstawić  piętnastu  świadków, 

którzy potwierdzą, że w tym  czasie  grałem  w nogę przed naszym  blokiem  - zaklinał  się na 

lekcji wychowawczej, gdy Topka próbowała dojść prawdy 

Jasne, że nikt niczego nie widział i nie słyszał, więc nauczycielka miała ciężki orzech 

do  zgryzienia.  Uczniowie  olewali  to  ciepłym  moczem,  gdyż  było  wiadomo,  że  wszystko 

rozejdzie się po kościach. Przecież, w naszej budzie nie takie bijatyki miały miejsce. Gorszy 

numer  wyciął  mi  ojczym,  który  zaczął  regularnie  podjeżdżać  pod  szkołę  i  odwozić  nas  do 

domu.  Ze względów taktycznych odpuściłam  Tośce. Na  razie zaczęłam  obmyślać finezyjne 

intrygi.  Często  ponosiła  mnie  fantazja  i  chociaż  wiedziałam,  że  większość  pomysłów  jest 

nierealna, to fajnie było snuć te wizje. Najbardziej podobał mi się taki scenariusz: ja, Blanka, 

umiejętnie  wskazuję  tłumowi  wroga,  potępiam  go  i  rzucam  mu  na  pożarcie,  a  złakniony 

mordu  motłoch  rozrywa  go  na  krwawe  strzępy  Czasem  ofiara  miała  twarz  Tośki,  czasem 

kogoś innego - ten szczegół był najmniej ważny. 

Tymczasem  zdarzyło  się  coś  takiego,  co  sprawiło,  że  intrygi,  snute  w  wirtualnym 

świecie  wyobraźni,  przeniosłam  do  świata  realnego.  Któregoś  dnia  mama  spotkała  na 

zakupach Topkę i ucięła sobie z nią pogawędkę. Jak to w takich przypadkach bywa, rozmowa 

zeszła  na  temat  szkoły  i  Topka  poradziła  mamie,  żeby  Tośka  podciągnęła  mnie  z 

przedmiotów ścisłych. 

-  Blanko,  co  z  tobą?  Dałaś  się  wyprzedzić  tej  ofermie?  Nie  uwierzę!  Przecież 

wystarczy popatrzeć na  was, żeby zauważyć, że  inteligencją bijesz ją na  głowę. Jesteś przy 

niej jak orzeł przy wróblu. 

-  Wypadam  gorzej,  bo  Miska  premiuje  kujonów.  Wystarczy,  że  wykuje  na  pamięć 

jakąś regułkę, zgłosi się, wyklepie, co wykuła i piątka jest. To nie w moim stylu. Wolę niższą 

ocenę za materiał przyswojony i dobrze przeze mnie zrozumiany. 

- No, jednak miałam rację, jesteś bardzo inteligentna - stwierdziła z satysfakcją mama. 

Nagle  stanęłam  przed  dwiema  możliwościami:  albo  podciągnąć  się  z  przedmiotów 

ścisłych,  albo  ściągnąć  Tośkę  w  dół,  zanim  dysproporcja  w  stopniach  stanie  się  dla  mnie 

kompromitująca. Wybrałam opcję drugą, jako łatwiejszą. 

background image

Poza  tym  byłabym  naprawdę  głupia,  gdybym  z  powodu  tej  paskudy  nagle  zmieniła 

stosunek do zupełnie niepotrzebnej mi wiedzy Następnego ranka, gdy Tośka poszła do sklepu 

po świeże bułki, zakradłam się do jej pokoju na poddaszu i powydzierałam z zeszytów kartki 

z  odrobionymi  zadaniami.  Tego  dnia  dostała  trzy  uwagi  do  dzienniczka  i  zyskała  opinię 

kłamczuchy, ponieważ upierała się jak głupia, że zadania domowe odrobiła. 

I  tym  razem  moja  kochana  mama  okazała  się  nad  wyraz  cennym  sprzymierzeńcem. 

Wieczorem  powtórzyła  ojczymowi  wszystko  to,  czego  dowiedziała  się  ode  mnie  jednak 

swoim  zwyczajem  jakoś  tak  mądrzej,  dosadniej,  no  i  rzecz  jasna,  z  taką  troską  w  głosie  o 

skłonności Tośki do krętactw, że ten wpadł w szał. 

- Dlaczego nie odrabiasz zadanych lekcji? - wybulgotał. 

- Odrobiłam domowe zadania. Mówię prawdę. 

- Więc gdzie są te odrobione zadania? 

- Naprawdę odrobiłam - upierała się ta niedojda, mając za nic fakty 

Ojczym walnął ją zeszytami w głowę, a potem wyciągnął pas i nerwowo uderzał się 

nim po udzie. 

- Natychmiast odwołaj wszystkie łgarstwa i przeproś. No? 

- Nie kłamię! Naprawdę nie kłamię! - ta dalej swoje, chociaż ze strachu trzęsła się jej 

broda, a oczy łzawiły. 

- Dość! - pas świsnął w powietrzu i spadł na plecy kłamczuchy - No? Mów prawdę! 

- Mówię prawdę. 

Stary,  który  dotąd  sprawiał  wrażenie  wulkanu  na  chwilę  przed  erupcją,  wreszcie 

wybuchł.  Zaczął  tłuc  Tośkę  z  taką  pasją,  jakby  chciał  z  niej  przyrządzić  siekany  zraz.  Ta 

skamlała  niczym  przetrącony  pies,  wiła  się  po  podłodze,  aż  wreszcie  wczołgała  się  za 

kredens, czym tylko pogorszyła swoją sytuację, bo ojczym dostał białej gorączki. Nie mogąc 

już  swobodnie  operować  pasem  bez  groźby  porozbijania  kryształowych  szyb,  złapał  Tośkę 

jedną ręką za włosy, wywlókł z kryjówki i dopiero się zaczęło. Byłam pewna, że tym razem ta 

małpa nie przetrzyma tego łomotu. 

Tośka  przez  jakiś  czas  wyła,  potem  już  tylko  jakoś  tak  śmiesznie  zawodziła,  a  na 

koniec umilkła i jedynie podrygiwała w rytm razów i kopów, jak szmaciana kukła. Wreszcie 

ojczym,  spocony  i  zziajany,  włożył  pas  w  szlufki  spodni,  rzucił  jakimś  przekleństwem  i 

wyszedł,  trzaskając  drzwiami.  Spojrzałam  na  mamę  i  stwierdziłam  ze  zdziwieniem,  że 

wygląda raczej na ubawioną niż przejętą. 

-  Co  z  nią  robimy?  -  spytałam  ją  szeptem  w  nadziei,  że  tym  razem  powie: 

„Przydusimy jeszcze poduszką albo walniemy czymś ciężkim w głowę”. 

background image

- Nie mieszajmy się to tego. To sprawa między nimi i niech już tak zostanie. Sądzę, że 

po dzisiejszym laniu przestanie jej się podobać życie w mieście. 

- Może ojciec ją zabił? 

- E tam! Tego wsiocha pałą nie dobije. 

Jakby na potwierdzenie jej słów Tośka, która dotąd leżała na lewym boku, jęknęła i 

odwróciła się na wznak.  Żyła, franca jedna! Wyszłyśmy do kuchni.  Włączyłam radio,  żeby 

zagłuszyć zasmarkane chlipanie, dochodzące z dużego pokoju. 

Następnego dnia Tośka pilnowała już swoich zeszytów, zabrała je ze sobą, nawet idąc 

po poranne zakupy, lecz plecak, głupia, pozostawiła w kuchni na krześle. Ponieważ ojczym 

wciąż miał humor chmury gradowej, postanowiłam nie dać mu ochłonąć. Wlałam do plecaka 

całą  butelkę  ACE.  Efekt  przeszedł  moje  najśmielsze  oczekiwania.  Granatowy  materiał 

natychmiast  pokrył  się  brudnobiałymi  plamami  na  kształt  liszajów,  a  w  tapicerce  krzesła 

wypadły dziury Ledwie zdążyłam ukryć butelkę, w różowym szlafroczku weszła na poranną 

kawę mama. 

-  Ojejej!  A  cóż  to  się  stało?  ACE?  -  Zajrzała  do  mokrego  plecaka.  Dwoma  palcami 

wyciągnęła  poskręcaną  i  odbarwioną  książkę  do  matematyki.  -  No  nie,  tego  już  za  wiele. 

Karoool!!! 

Ojczym wybiegi z łazienki, z pianką po goleniu na brodzie. 

- Co się stało? 

-  No,  popatrz  tylko!  Popatrz,  co  ta  twoja  córka  zrobiła!  -  wytrząsnęła  nad  zlewem 

zawartość plecaka. - Wszystko zniszczone. Wszystko. Nawet krzesło. 

Dokładnie  w  tej  chwili  wróciła  Tośka  z  zakupami.  Zanim  zdążyła  się  rozebrać, 

ojczym  wypadł  do  przedpokoju,  przyłożył  jej  kilka  razy  w  ucho,  a  potem  za  szmaty 

przyciągnął do kuchni. Złapał ją za włosy i wepchnął jej głowę do zlewu, gdzie piętrzyły się 

zniszczone książki. 

- Co to ma znaczyć? Pytam, co to ma znaczyć? 

- Nie wiem. 

-  Ja  ci  dam  „nie  wiem”,  ja  ci  dam  „nie  wiem”!  -  wrzasnął  i  zaczął  tłuc  tym  durnym 

łbem o blat szafki. 

Do  śladów  wczorajszego  bicia  doszły  kolejne,  więc  Tośka  po  chwili  wyglądała  jak 

bitka wołowa przed panierowaniem. Czerwone oczy granatowe siniaki, nos zapuchnięty jak 

kartofel,  pokryte  strupami  wargi  -  krwawiące  dziąsła  -  to  był  mało  estetyczny  widok,  więc 

pomyślałam, że fajnie byłoby zobaczyć prawdziwą egzekucję, gdzie na szafocie zakapturzony 

kat odcina jej ten wstrętny łeb. 

background image

Rzecz jasna, w takim stanie ta oferma nie mogła się pokazać w szkole. Powiedziałam 

Topce, że jest chora. Tego dnia, gdy wróciłam nieco wcześniej ze szkoły, ta paskuda siedziała 

w wannie, co podsunęło mi następny pomysł. 

- Długo masz tam zamiar siedzieć? - zapukałam do drzwi. 

- Dopiero weszłam. 

Miałam przynajmniej piętnaście minut czasu. Pobiegłam z nożyczkami na poddasze i 

powycinałam  dziury  w  jej  ubraniach.  Nie  oszczędziłam  żadnej  bluzki,  spódnicy,  sukienki, 

koszuli, majtek... Wszystko, dosłownie wszystko zostało bezpowrotnie zniszczone. Ponieważ 

Tośka  wciąż  się  kąpała,  pocięłam  również  kurtkę  i  płaszcz,  wiszące  na  wieszaku  w 

przedpokoju,  a  następnie  najspokojniej  w  świecie  usiadłam  przy  fortepianie  i  zaczęłam 

ćwiczyć wprawki. Czekałam z łaskotliwą niecierpliwością na dalszy bieg wydarzeń. 

Tośka,  po  kąpieli,  niczego  nie  zauważywszy,  przepadła  w  tej  swojej  dziurze  na 

poddaszu. Godzinę później wróciła mama. Trudno było zakładać, że sama wpadnie na pomysł 

sprawdzenia garderoby pasierbicy Musiałam działać. 

- Mamuś, gdy ci  powiem,  jaki numer ona znów wywinęła, to  chyba padniesz, a ojca 

krew zaleje. 

- No, co tym razem? 

-  Zniszczyła  wszystkie  swoje  ubrania.  Nie  ma  ani  jednego  ciucha,  który  mogłaby  na 

siebie włożyć. Ciekawa jestem, co chce tym osiągnąć? 

- Chyba żartujesz! 

-  Chodź,  sama  zobaczysz  -  pociągnęłam  ją  do  przedpokoju  i  pokazałam  zniszczoną 

kurtkę oraz płaszcz. - Tak wygląda wszystko, co ma. 

- No, już moja w tym głowa, żeby Karol tak jej stłukł srakę, by przez rok na niej nie 

usiadła. 

Ojczym przyszedł pół godziny później. Zasiedliśmy przy stole do obiadu. 

-  Chyba  dzisiaj  nie  będę  wołać  Tosi  na  obiad,  pewnie  jak  zwykle  odmówi.  -  Mama 

usiadła  na  krześle,  wsparła  czoło  na  dłoni  i  westchnęła  ciężko.  -  Znów  muszę  ci  zepsuć 

humor, Karolu, jestem bezradna. 

- Co tym razem przeskrobała? 

- Nie wiem, o co jej chodzi - mama wyszła, a po chwili wróciła z kurtką i płaszczem 

Tośki.  -  Popatrz,  tylko  popatrz!  Zniszczone.  Blanka  mówi,  że  tak  pocięła  wszystkie  swoje 

rzeczy. Przypuszczam, że chce w ten sposób zademonstrować światu, iż jestem złą macochą. 

Ręce mi opadają. 

-  Ja  jej  pokażę  demonstrację!  Tośka!!!  -  wrzasnął  ojczym,  po  czym  odsunął  talerz  z 

background image

zupą i wyciągnął pas. 

Zeszła  powoli,  wiedząc  już,  co  ją  czeka.  Boże,  jakże  godne  pożałowania  były  te  jej 

wystraszone,  krowie  oczy  ta  trzęsąca  się  broda,  ta  głowa,  schowana  w  ramionach... 

Modelowy przykład prawie pokonanej ofiary Żeby usunąć to „prawie”, należało jedynie całą 

tę intrygę inteligentnie wykończyć. 

- Dlaczego zniszczyłaś wszystkie swoje ubrania? Co? - wycedził wściekle ojczym. 

Milczała,  ale  ja  wiedziałam,  że  już  cierpi  katusze,  że  już  jej  psychika  jest  katowana 

świadomością,  iż  lanie  ma  pewne  jak  w  szwajcarskim  banku.  Podobno  oczekiwanie  na  ból 

jest stokroć gorsze od samego bólu. 

-  Pytam,  dlaczego?!  -  wrzeszczał.  -  Za  karę  będziesz  nosić  to,  co  tak  bezmyślnie 

pocięłaś. Pamiętaj Luizo, że zabraniam ci kupować jej cokolwiek nowego, aż do odwołania. 

A ty, Blanko, nie waż się czegokolwiek jej pożyczać. A ty, cholero przeklęta, wracaj do siebie 

na górę i nie pokazuj mi się na oczy! Patrzeć na ciebie nie mogę! 

Tośka  wyszła.  Byłam  zaskoczona  zachowaniem  ojczyma.  „Odpuścił  temu 

kocmołuchowi  taki  wybryk?  Czegoś  się  domyślał?  Oho,  muszę  zachować  ostrożność,  żeby 

uniknąć powtórki z biciem Tośki pod szkołą, kiedy to ojczym wyskoczył jak diabeł z pudełka 

i złapał na gorącym uczynku Jurka i Kacpra” - pomyślałam z właściwą sobie błyskotliwością. 

Tośce  nie  pozostało  nic  innego,  jak  pozszywać  bądź  pocerować  wszystkie  swoje 

ubrania.  Nawet  kurtkę  posklejała  plastrem  lekarskim,  który  następnie  zabarwiła  flamastrem 

na granatowo. Efekty tych zabiegów wypadły żałośnie. Wyglądała jak strach na wróble, ale 

cóż...  sama  była  sobie  winna.  Diametralnie  zmieniło  się  też  zachowanie  ojczyma.  Sprawiał 

wrażenie, jakby zupełnie zobojętniał na swoją córkę nieudacznicę. Wszystkie nasze skargi na 

nią  zbywał  albo  lekceważącym  machnięciem  ręki,  albo  jakimś  dosadnym  przekleństwem. 

Mama uważała, że gryzie go sumienie, iż dał się zbytnio ponieść nerwom. 

-  Karol  ma  świadomość  swojej  wyjątkowej  siły  i  wie,  że  w  złości  może  wyrządzić 

Tośce krzywdę, chociaż by tego nie chciał - tłumaczyła mi. 

I bez niej wiedziałam, że to porywczy agresywny burak, jednak w swoich rachubach 

nie uwzględniałam wyrzutów sumienia. Sumienie to taki moralny hamulec, wmontowany w 

mózgi  niektórych  ludzi  i  utrudniający  manipulowanie  nimi.  Są  czyny,  przed  którymi  się 

wzdragają,  jednakże  każdy  wewnętrzny  opór  można  pokonać  stosowną  motywacją.  Nawet 

najprzyzwoitsi ludzie, odpowiednio „zmotywowani”, potrafią zabijać, kraść, gwałcić i jeszcze 

mają przy tym poczucie, że działają w dobrej sprawie. Tak... planując kolejne intrygi, muszę 

podkręcać ojczyma tak ostro, żeby łapał za pas, zanim jego sumienie zdąży pisnąć. 

-  Ja  tatusia  rozumiem,  przecież  ta  Tośka  jest  wredna  i  złośliwa.  Nikt  by  z  nią  nie 

background image

wytrzymał  -  powiedziałam,  wiedząc,  że  mama  chętnie  powtórzy  mu  moje  słowa.  Sama 

również postanowiłam nad nim więcej popracować. Musiał głupek uwierzyć, że to we mnie 

ma prawdziwie oddaną córkę, z której może być dumny 

Ostatnie  lanie  coś  w  Tośce  załamało.  W  jej  oczach  pojawił  się  zwierzęcy  strach. 

Czerpałam  jakąś  dziwną  radość  z  widoku  cierpienia,  którego  byłam  sprawczynią.  Ten  lęk 

świadczył  o  skuteczności  mojego  działania.  Miałam  władzę  nie  tylko  nad  tym  nędznym 

stworzeniem,  lecz  i  nad ojczymem,  a  nawet  nad  mamą.  Oni  wszyscy  stali  się  drewnianymi 

kukiełkami, a ja pociągałam za sznurki. Na razie Tośka obrała nową taktykę - taktykę uników. 

Całymi dniami siedziała na tym swoim poddaszu, lecz i tak przeszkadzała, a tym samym była 

zagrożona. 

Właśnie  wtedy,  gdy  gęba  Tośki  była  opuchnięta,  jej  siniaki  mieniły  się  różnymi 

kolorami tęczy, a do tego nie miała ani jednego całego ciucha, przyszedł telegram, że zmarł 

jej dziadek ze strony matki. Starzy wpadli w popłoch. Wypadało, aby wnuczka wzięła udział 

w pogrzebie, lecz jak w takim stanie pokazać ją ludziom? W końcu ustaliliśmy, że na razie 

zataimy ten fakt przed Tośką, zaś na miejscu powie się im, że po prostu zachorowała. 

-  Przecież  chorego  dziecka  nikt  nie  ciągnie  na  taką  smutną  uroczystość  - 

przekonywała mama. 

-  A  jeśli  pod  naszą  nieobecność  dorwie  się  do  telefonu?  Wystarczy  że  pójdzie  do 

sąsiadów 

- Spokojna głowa, Karolu. Poproszę Agnieszkę, żeby jej tutaj doglądała. 

Ciocia  często  bywała  u  nas  w  domu,  ponieważ  też  chciałaby  poznać  jakiegoś 

zamożnego  wdowca,  najlepiej  bezdzietnego,  zaś  mama  chętnie  podjęła  się  roli  swatki. 

Ojczym  traktował  ciocię  jak  kogoś  bliskiego,  komu  bez  obawy  można  było  zostawić  pod 

opieką dom i córkę, dlatego też odetchnął z ulgą, że problem został rozwiązany 

Pojechaliśmy.  Gdybym  wiedziała,  że  będzie  tam  tak  okropnie,  znalazłabym  sposób, 

żeby się wykręcić. Nie rozumiem, jak można żyć w pobliżu śmierdzących świń i krów. 

Fuj! Brzydziła mnie nie tylko  bliskość zwierząt,  lecz cała ta okropna rodzina Tośki. 

Jakieś stare baby w chustkach, niedomyci i pogarbieni chłopi, bezstylowe dziewuchy i młode 

kmiotki  o  wsiowych  manierach,  niewarte  nawet  tego,  by  spój  -  rzeć  w  ich  stronę.  Tośka 

pasowała do nich bardziej niż do naszego pięknego domu. Pewnie wyczuła to moja wrażliwa 

artystyczna natura, która od pierwszego wejrzenia wzdragała się przed zaakceptowaniem tej 

dziewuchy Ale wracam do przerwanego wątku. 

Babka Tośki przypomina posturą trzydrzwiową szafę. Do ojczyma i do nas odniosła 

się  z  ledwie  ukrywaną  niechęcią.  Oczywiście  zapytała  o  swoją  głupią  wnusię,  jednak  po 

background image

wysłuchaniu  opowieści  o  jej  chorobie  nie  poruszyła  już  więcej  tego  tematu.  Pewnie 

odetchnęła z ulgą, gdy - wymawiając się brakiem czasu i troską o Tosieńkę, wszak biedulka 

została  sama  -  wróciliśmy  do  domu.  Dziwię  się,  że  durne  babsko  kupiło  ten  kit,  ale  cóż... 

głupota to jej problem. 

background image

Rozdział 7   

 

Nowi sąsiedzi 

Któregoś  dnia  dostrzegłam  jakiś  ruch  na  posesji  adwokata  Kosowskiego. 

Wprowadzali się. Przez trzy dni obserwowałam ich uważnie. Od razu rozpoznałam, kto jest 

domownikiem,  a  kto  robolem,  wynajętym  za  parę  groszy  do  noszenia  gratów.  Mieli  dwoje 

dzieci, chłopca oraz dziewczynę, mniej więcej w moim wieku, i właśnie ich obserwowałam 

ze  szczególnym  zainteresowaniem,  żeby  wyrobić  sobie  zdanie,  czy  warto  się  z  nimi 

zaprzyjaźnić. Doszłam do wniosku, że nie. Oboje byli rudzielcami, a co jest rude, to fałszywe. 

Kilka dni później, korzystając z ładnej pogody, adwokat urządził w ogrodzie przyjęcie 

przy grillu i zaprosił najbliższych sąsiadów, w tym także nas. 

- Nie pójdę do nich - powiedziałam mamie. 

- Ależ dlaczego? 

- Mają paskudne dzieci. Nie cierpię rudzielców. 

-  Ta  znajomość  może  być  dla  ciebie  bardzo  przydatna.  Pan  adwokat  Kosowski  jest 

człowiekiem niezwykle ustosunkowanym. 

- Nie obchodzi mnie to - wzruszyłam ramionami. 

-  A  powinno.  Z  ludźmi  jest  jak  z  numerkami.  Nieważne,  czy  są  ładne  czy  brzydkie. 

Ważne, czy są właściwe. 

- Nie rozumiem. 

-  Właściwe  to  takie,  które  wygrywają,  bo  świat  jest  jedną  wielką  loterią.  Mówiąc 

prościej, życie jest o wiele łatwiejsze, gdy ma się odpowiednie znajomości. Na razie tego nie 

doceniasz, lecz uwierz mi, wiem, o czym mówię. 

Dałam się przekonać. 

- Tośka też idzie z nami? Przecież taka oferma to ewidentna obsuwa. 

- Karol zadecyduje. 

-  Żartujesz?  Przecież  on  zrobi  to,  co  ty  uznasz  za  słuszne.  Zwróć  mu  uwagę!  Co 

pomyślą ludzie, gdy zobaczą jego córkę z taką obitą facjatą, a na dodatek przyodzianą w byle 

jak  połatane  łachy  Uprzedzam,  że  swoich  ciuchów  Tośce  nie  pożyczę,  bo  potem 

brzydziłabym się ich dotknąć, nawet po dziesięciu praniach. Zresztą, ojciec mi zabronił. 

Argumenty były na tyle mocne, że ojczym zaakceptował je bez wahania. Na wszelki 

wypadek wygłosiłyśmy kilka wzniosłych peanów na cześć jego szlachetnej surowości i takie 

różne ble, ble, ble... 

background image

Z  bliska  Kosowscy  wcale  nie  wyglądali  na  ważnych  ludzi.  W  zwykłych  dresach  i 

drewniakach  piekli  kiełbaski  i  marynowane  żeberka,  podawali  gościom  napoje  i  alkohole. 

Żartowali  i  poruszali  tak  banalne  tematy,  że  aż  mnie  mdliło.  A  już  skandalem  było 

przytarganie jakiejś  starej,  pokręconej  baby  na wózku inwalidzkim. Jak się później okazało, 

teściowej  Kosowskiego.  Wątpliwa  ozdoba  towarzystwa.  Moim  zdaniem  takie  pokurcze 

powinno  się  zamykać  w  jakichś  ośrodkach,  albo...  no,  nie  wiem,  coś  trzeba  z  nimi  robić. 

Prawnik,  jako  zawodowiec,  powinien  wiedzieć,  co.  Zastanawiałam  się,  jakie  korzyści  z  tej 

znajomości  mogłyby  wynikać  dla  mamy.  Z  wyglądu  to  ona  sprawiała  wrażenie  ważnej 

persony  -  pięknie  ułożone  włosy  staranny  makijaż,  wypielęgnowane  dłonie,  białe  spodnie  i 

obcisła  bluzeczka.  Kiedyś,  gdy  mieszkałyśmy  na  osiedlu,  mama  też  dbała  o  siebie,  jednak 

wtedy sama farbowała włosy, sama robiła maseczki z ogórka i tłuczonych ziemniaków, sama 

się depilowała... teraz mogła sobie pozwolić na kosmetyczkę, fryzjera, wizażystkę, no i rzecz 

jasna na najlepsze sklepy, więc efekt był piorunujący Naprawdę. 

Rudzielcy  czyli  Dorota  i  Marcin,  okazali  się  bliźniakami.  Na  dodatek  mieli  piegi. 

Okropność! Wyglądali jak indycze jaja, lecz sprawiali wrażenie, jakby o tym  nie  wiedzieli. 

Nienormalni jacyś, czy co? 

Marcinowi  oczywiście  wpadłam  w  oko,  podrywał  mnie,  jednak  miałam  to  gdzieś. 

Nawet  nie  udawałam  miłej.  W  końcu  przyniósł  gitarę  i  próbował  zaimponować  swoją 

brzdąkaniną.  „Gdy  usłyszy,  jak  ja  gram  Beethovena,  Mozarta,  Lista,  Haydna,  Bacha...  jak 

brzmią  moje  allegretto,  amabilmente,  amoroso,  fortissimo  i  piano...  kopara  opadnie  mu  do 

samej ziemi” - myślałam zniesmaczona. I chociaż śmiechu warte były te jego brzdęk - brzdęk 

biesiadne piosenki, pozostali bawili się na całego. No cóż, niektórzy, nawet VIPy, zadowalają 

się byle chłamem. 

background image

Rozdział 8 

 

Boże Uwodzenie w nowymi domu 

W czasie pierwszych przymrozków przeżyłam chwile niepokoju, gdyż okazało się, że 

na  poddaszu  nie  ma  kaloryferów  i  Tośka  zaczęła  narzekać,  że  marznie.  Powrócił  problem, 

gdzie tego małpiszona przekwaterować. W końcu ojczym postanowił kupić jakieś łóżko albo 

wersalkę i wstawić do mojego pokoju. Skandal. Do tego nie mogłam dopuścić. 

-  Mamusiu,  wymyśl  coś,  ja  z  nią  nie  wytrzymam  -  prosiłam  z  płaczem.  I  mama 

wymyśliła,  kupiła  Tośce  grzejnik  olejowy  -  Możesz  dodatkowo  otwierać  drzwi  tej  swojej 

kanciapy, a najdzie ci ciepło z parteru. Gdybyś nadal marzła, cieplej się ubierz lub przykryj 

kocem, albo nawet dwoma. 

Problem  został  rozwiązany  więc  mogłam  spokojnie  poświęcić  się  ćwiczeniom  na 

fortepianie.  Było  postanowione,  że  po  gimnazjum  zdaję  do  Państwowej  Ogólnokształcącej 

Szkoły Muzycznej II stopnia imienia Malawskiego10. Do egzaminów wstępnych było jeszcze 

daleko, lecz profesor Zawiejski już przygotował  zestaw utworów, które powinnam zaliczyć, 

aby zdać. Sporo tego: dwie etiudy Chopina, fuga11 Bacha i utwór kantylenowy12, a wszystko 

o  zróżnicowanych  problemach  technicznych.  Co  do  pozostałych  wymagań,  takich  jak 

rozpoznawanie interwałów harmonicznych czy melodycznych, określenie rodzajów i postaci 

trój dźwięków, nie zakładałam żadnych problemów, gdyż słuch mam absolutny. 

10Artur Malawski (1904-1957) - polski kompozytor, pedagog i dyrygent. 

11Fuga, etiuda - formy muzyczne. 

12Kantylena - śpiewna melodia w utworze muzycznym 

Codziennie  ćwiczyłam  przez  kilka  godzin,  lecz  profesor  wciąż  krytykował:  a  to 

forte13  za  słabe,  a  to  transpozycja  wadliwa,  a  to,  a  tamto.  W  dążeniu  do  doskonałości 

przyjmowałam cierpliwie wszystkie uwagi, chociaż ze złości zgrzytałam zębami. 

Tymczasem  zbliżało  się  Boże  Narodzenie.  Uważałam,  że  powinniśmy  wyjechać 

gdzieś  w  Alpy  oczywiście  bez  Tośki,  jednak  ojczym  postanowił  pierwsze  święta  spędzić 

tradycyjnie,  gdyż,  jego  zdaniem,  nic  tak  nie  integruje  rodziny  jak  wspólna  Wigilia.  Mama 

była podobnego zdania, więc sobie odpuściłam. 

Gdzieś  w  połowie  grudnia  ojczym  kupił  kartki  świąteczne  i  kazał  Tośce  napisać  na 

jednej z nich życzenia dla rodziny na wsi. Tośka, która rzecz jasna nie wiedziała, że dziadek 

już wącha kwiatki od spodu, skierowała życzenia i do babki, i do dziadka. Taka forma życzeń 

oczywiście odpadała, więc po naradzie kartkę wyrzuciliśmy a na jej miejsce wysłaliśmy inną, 

background image

z  życzeniami  od  całej  rodziny.  Listy  które  pisała  do  Tośki  babka,  niszczyłyśmy.  Wszystko 

było pod kontrolą. 

Przygotowania  świąteczne  szły  pełną  parą.  Wiadomo  -  gruntowne  sprzątanie, 

trzepanie  dywanów,  pranie  firanek  i  zasłon,  pucowanie  sreber,  porcelany  oraz  podłóg,  no  i 

rzecz jasna bieganie za prezentami i zakupami. Mama do cięższych prac wynajęła pomoc w 

postaci żylastej baby, zaś przy lżejszych wysługiwała się Tośką, lecz i tak roboty było sporo. 

Dwudziestego  grudnia  ojczym  przywiózł  ogromną  choinkę  i  ustawił  ją  w  salonie,  z 

piwnicy przyniósł stertę pudeł z choinkowymi ozdóbkami i pojechał do pracy Zaczęłyśmy z 

mamą  przeglądać  te  „cacka”.  Samo  barachło:  bombki  różnego  koloru  i  kształtu,  każda 

zdobiona  inaczej,  jakieś  badziewne  grzybki,  mikołajki,  sopelki,  idiotyczne  gwiazdki  i 

łańcuchy, jakieś przedpotopowe lampki... Krótko mówiąc, pełna kakofonia14 barw, kształtów 

i stylów. 

13 Forte - w muzyce: głośno. 

-  Kupimy  bombki  jednakowej  wielkości  i  w  jednym  kolorze.  Jaki  kolor proponujesz 

Blanko? - spytała mama, znając mój wyśmienity gust. 

- Granatowy. A do tego żółte światełka. 

-  Świetnie,  świetnie.  Strzeliłaś  w  dziesiątkę  -  uznała  i  kazała  Tośce  wszystkie  pudła 

wynieść do śmietnika. 

- Te zabawki kupiła moja mama, więc niczego nie wyrzucę. Ani ja, ani nikt inny 

Zamurowało mnie. Ta niedojda, która dotąd siedziała jak mysz pod miotłą, nie dość, 

że dała głos, to jeszcze kwestionowała polecenie mamy 

-  Nie  przeczę,  że  kupiła,  lecz  ponieważ  nie  miała  ona  za  grosz  gustu,  wszystko 

wyląduje na śmietniku. 

-  Ciekawa  jestem  waszych  ozdób  choinkowych.  Chętnie  pomogę  je  wieszać,  jednak 

tych wszystkich cudów na kiju nigdzie nie można dostrzec - odgryzła się. 

W odpowiedzi mama dała jej w twarz z taką siłą, że cztery palce zostawiły czerwony 

ślad na lewym policzku. 

-  Zapamiętaj  sobie,  ty  kocmołuchu,  że  teraz  ja  tu  rządzę  i  będą  obowiązywać  moje 

porządki! Po twojej suchotniczej matce nie zostanie tu nic. Rozumiesz? Nic! - wyjęła z jednej 

z szuflad albumy ze zdjęciami,  jakąś rzeźbioną kasetkę, torebkę na srebrnym  łańcuszku, po 

czym wszystko to rzuciła na stos pudełek z ozdóbkami. - Wynocha z tym badziewiem! 

14  Kakofonia  -  niezgodne,  rażące  słuch  współbrzmienie  dźwięków;  dysharmonia, 

dysonans. 

Tośka  wyniosła  wszystko  do  swojego  pokoju  na  poddaszu  i  zamknęła  się  na  cztery 

background image

spusty Pewnie ryczała tam w poduszkę. 

- Nic nie widziałaś, Blaneczko, prawda? 

- Oczywiście, że nic. 

- To dobrze, bo mnie dopadła amnezja15. 

Ojczym  wrócił  godzinę  później.  Mama  zrobiła  kawę,  dla  mnie  cappuccino,  i  podała 

ciepłe jeszcze ciasteczka waniliowe, za którymi ojczym przepadał. 

- Tosi nie wołam, bo Tosia się na nas obraziła - westchnęła. 

- Co znowu? 

-  Drobiazg.  Chciałyśmy  z  Blanką  ubrać  choinkę,  lecz  ona  zabrała  wszystkie 

świecidełka, bo, jak powiedziała, należą do jej mamy, więc wara nam od nich. 

- Zaraz je zniesie - ojciec z dezaprobatą pokręcił głową. 

- Ależ niepotrzebnie, Karolu. Kup jej osobną choinkę, niech sobie na niej powiesi, co 

zechce, a my postaramy się o nowe bombki. Przecież to tylko parę groszy 

-  Tak,  tatuśku.  Zostaw  jej  te  świecidełka.  Nie  ma  sensu  psuć  świątecznej  atmosfery 

takimi głupstwami. 

-  Żeby  przełamać  lody,  pozwól,  że  kupimy  Tosi  nową  kurtkę  i  parę  łaszków.  Nie 

wypada,  by  nadal  chodziła  w  rzeczach  pozszywanych  na  okrętkę.  Zróbmy  jej  prezent  pod 

choinkę. 

- No dobrze. Kup, co uważasz. 

-  Kochanie,  jesteś  aniołem  dobroci  -  mama  ucałowała  ojczyma  w  policzek,  a  ja 

poszłam w jej ślady 

Dwa  dni  później  przekonałam  się,  że  był  to  tylko  wstęp  do  właściwej  rozgrywki. 

Znów siedzieliśmy w kuchni przy stole. 

15 Amnezja - utrata pamięci. w 

-  Karolu,  muszę  z  tobą  poważnie  porozmawiać.  Chyba  wiesz,  że  pragnę  dobra  Tosi, 

tak  jakby  była  moją  rodzoną  córką.  Niestety,  ona  nie  ma  wielkiej  urody,  nie  jest  zbyt 

towarzyska, żadnych widocznych talentów nie posiada, za to ma wiele wiejskich naleciałości. 

Dlatego w trosce o jej przyszłość mam obowiązek przygotować ją do życia. Każda rozsądna 

matka uczy dziewczynkę gotować, ładnie podawać do stołu, sprzątać, prać... bo wiesz Karolu, 

nawet  gdy  dziecku  się  życzy  największej  kariery  i  dostatku,  posiadanie  takich  umiejętności 

nie zaszkodzi. 

- Kariery to ona nie zrobi,  to  fakt,  jednak na wysokie wiano znajdzie się amator,  a i 

umiejętność prowadzenia domu będzie dodatkową zachętą. 

W  ten  prosty  sposób  mama  zaprzęgła  tę  kretynkę  do  roboty  W  hipermarkecie  na 

background image

wyprzedaży kupiłyśmy za parę groszy burą, szmatławą kurtkę i sukienkę o urodzie worka na 

śmieci. Pechowo jedno i drugie o dwa numery za duże, lecz za to pięknie zapakowane. 

- Będzie miała na dłużej - skwitowałam. 

Na  Wigilię  zaprosiliśmy  również  ciocię  Agnieszkę,  którą  ostatnimi  czasy 

traktowaliśmy niemal jak domownika. Było przepięknie. Choinka z granatowymi bombkami i 

żółtymi  lampkami  wyglądała  cudownie,  z  magnetofonu  płynęły  kolędy,  stół  był  przykryty 

nieskazitelnie  białym  obrusem  i  przystrojony  gałązkami  świerku,  które  spryskałyśmy 

sztucznym  śniegiem.  Na  nim  stały  świeczki  w  kryształowych  świecznikach,  miśnieńska 

porcelana i srebrne sztućce ze złotym ornamentem na trzonkach. No i tradycyjnie dwanaście 

potraw.  Wszyscy  ubrali  się  elegancko,  tylko  ta  durna  Tośka  w  swoich  pocerowanych 

szmatach psuła ogólny efekt. 

Zmówiliśmy Ojcze Nasz i ojczym palnął gadkę: 

- Kochani! W tym gronie, przy tym stole spędzamy naszą pierwszą, i jestem pewny, że 

nie ostatnią Wigilię. Stanowimy kochającą się rodzinę. Dotyczy to także ciebie, Agnieszko, 

bo przyjaciele Luizy są mi równie bliscy, jak ona sama i Blanka. Mam nadzieję, że wszystkie 

dni w roku będą tak piękne i szczęśliwe, jak ten wieczór. 

Zaczęło  się  łamanie  opłatkiem  i  składanie  życzeń.  Myśl,  że  muszę  coś  serdecznego 

powiedzieć tej paskudzie, Tośce, i jeszcze ją uściskać, wywoływała u mnie odruch wymiotny. 

Zostawiłam ją sobie na koniec. Podeszła do mnie pierwsza: 

-  Wszystkiego  najlepszego  Blanko,  życzę  ci  powodzenia  na  egzaminie  do  szkoły 

muzycznej... 

-  A  ja  życzę  ci,  żebyś  zdechła.  Nienawidzę  cię  -  wycedziłam  pozorując  serdeczny 

pocałunek w policzek. 

Odskoczyła jak oparzona. Usiedliśmy do stołu. Numer, jaki wycięłam Tośce, wprawił 

mnie  w  szampański  humor.  Zaczęliśmy  jeść.  Rozmowa  toczyła  się  gładko  i  tylko  Tośka 

przypominała gradową chmurę. Wszyscy ignorowali ją, więc zaakcentowała swoją obecność, 

przewracając dzbanek z kompotem, w chwili gdy po coś sięgała. Kompot rozlał się niczym 

fala  powodziowa  po  całym  stole,  oblał  ojczymowi  spodnie,  a  siedzącej  obok  Agnieszce 

spódnicę.  Na  szyi  ojczyma  nabrzmiała  gruba  żyła,  a  jego  twarz  poczerwieniała.  Mama 

poklepała go uspokajająco po ramieniu. 

- To drobiazg, kochanie. Zaraz zrobimy porządek. 

Wspólnymi siłami zmieniliśmy obrus i zastawiliśmy na nowo stół. Tośka uciekła na 

swoje  poddasze  i  siedziała  tam  do  końca  kolacji.  Mama  zawołała  ją  dopiero  wtedy,  gdy 

zaczęliśmy rozpakowywać prezenty. Zeszła jeszcze bardziej naburmuszona i bez większego 

background image

entuzjazmu  wzięła  przeznaczone  dla  niej  pakunki.  Ubrania  do  reszty  zepsuły  jej  humor, 

natomiast do drugiego, dziwnie płaskiego prezentu, zaświeciły się jej oczy Był to laptop. No 

proszę,  wysadził  się  stary  dla  tej  niedojdy!  Mnie  skwitował  dwiema  książkami:  „Historią 

muzyki”  i  opasłą  biografią  Haydna.  Już  na  pierwszy  rzut  oka  było  widać,  że  własnej  córce 

sprawił  droższy  prezent.  Gdyby  zsumować  wartość  wszystkich  moich  prezentów,  również 

tych  otrzymanych  od  mamy  i  cioci  Agnieszki,  wypadłabym  lepiej  niż  Tośka,  jednak 

niepokoiła  mnie  postawa  ojczyma.  Powinien  znienawidzić  Tośkę,  a  tu  proszę,  kupił  jej 

komputer. Do licha, jak można być takim nierównym facetem! 

background image

Rozdział 9   

 

Na moim byłym osiedlu dyskoteki odbywały się w lokalu przerobionym z magazynów 

upadłej  fabryki  firanek.  Lokal  o  górnolotnej  nazwie  Casino  miał  okropną  opinię.  Królował 

tam  niepodzielnie  Amorozo,  czyli  Mariusz  Szlachta,  taki  osiedlowy  piękniś,  rodzaj  picusia 

glancusia,  który  ma  i  forsę,  i  gadane,  i  wzięcie  u  bab.  Jego  kasa  pochodziła  z  jakichś 

szemranych  interesów,  bo  nigdy  w  życiu  nie  splamił  się  uczciwą  pracą.  W  czasie,  gdy 

chodziłyśmy  do  podstawówki,  Amorozo  olewał  nasz  rocznik,  lecz  w  gimnazjum  zaczął  się 

nami  interesować.  Pierwszą  jego  ofiarą  padła  Aneta  Czaja,  chociaż  ona  sama  uważała,  że 

złapała Pana Boga za nogi. Romans był dla niej tak absorbujący, że najpierw zaczęła zarywać 

lekcje, a potem rzuciła szkołę i została stałą bywalczynią Casina. Pół roku później Amorozo 

rzucił ją, a Aneta zeszła na psy. Piła, ćpała, paliła i oddawała się facetom za dziesięć złotych 

albo butelkę piwa. Zyskała sobie ksywę „Złota Rypka”, gdyż, jak twierdzili chłopcy, rypała 

się jak złoto. Następnie padło na Hankę Lecką. Ta po trzech miesiącach skończyła podobnie 

jak Aneta, tylko z przydomkiem HankaLeżanka, a Amorozo zagiął parol na mnie. Któregoś 

dnia, gdy wracałam z lekcji muzyki, zastąpił mi drogę. 

- Cześć ślicznotko. -  Zbyłam jego słowa milczeniem, lecz musiałam się zatrzymać.  - 

Wiesz mała, już dawno wpadłaś mi w oko. Może pójdziemy na spacerek, co? 

- Nie. 

- Nie masz czasu? 

- Ani czasu, ani ochoty 

Wtedy spojrzał mi w oczy tak jakoś głęboko i bezczelnie, że aż poczułam mięknące 

kolana. 

-  Księżniczko,  twoje  słodkie  usteczka  zapraszają  do  miłości  -  wyszeptał.  Zobaczysz, 

będziesz zachwycona. 

Odskoczyłam  od  niego  jak  oparzona  i  uciekłam.  Do  domu  wróciłam  okrężną  drogą. 

Serce  waliło  mi  jak  młotem.  Z  jednej  strony  czułam  oburzenie,  bo  przecież  jestem  jak 

wykwintny szampan, nie dla każdego, a tu nie dość, że propozycja była chamska i świńska, i 

nie  na  miejscu,  że  było  w  niej  coś  wyuzdanego,  coś  lubieżnego,  bezwstydnego,  coś,  co 

gorszyło,  to  jednocześnie  otworzyło  moje  zmysły  na  tajemnicze  pożądanie.  Odzywał  się 

instynkt,  który  za  wszelką  cenę  musiałam  w  sobie  zdusić,  aby  nie  skończyć  jak  Aneta  i 

Hanka.  Tymczasem  ten  jego  diaboliczny  szept  wciąż  uparcie  brzmiał  mi  w  uszach.  Ilekroć 

później  spotykałam  go  na  ulicy,  to  choć  nigdy  więcej  nie  zaczepił  mnie  słownie,  zawsze 

background image

posyłał  wyzywająco-ironiczne  spojrzenie,  a  oczy,  trzeba  przyznać,  miał  piękne.  Z  powodu 

Amoroza  nigdy  nie  zajrzałam  do  Casina,  nawet  z  ciekawości.  Zresztą,  takie  miejsca  nie  są 

właściwe dla przyszłej gwiazdy. 

Wstyd powiedzieć, ale podczas gdy wszystkie dziewczyny z naszej klasy miały już za 

sobą dziesiątki imprez, głównie w Casino, ja na dyskotekę po raz pierwszy poszłam dopiero z 

Konradem, lecz od razu do ekskluzywnego Plusa. Wiadomo, że przy wysokich cenach wstępu 

towarzystwo musi być doborowe, dyskdżokeje lepsi, wystrój stylowy a nagłośnienie i muzyka 

najwyższej  klasy  Tak  też  było  z  wyjątkiem  jednego  -  muzyki.  Cierpiałam  katusze,  słysząc 

eksploatowane  przez  kwadrans  cztery  nuty  na  krzyż  i  łomot,  jakby  epileptyk  wpadł  w 

pokrywki,  gdyż z jakiegoś nieznanego mi powodu w muzyce rozrywkowej  rolę pierwszych 

skrzypiec  gra  perkusja.  No  i  te  ogłuszające  decybele!  Czułam  się  szaleńczo  zdegustowana, 

jednak bywanie w Plusie było trendy i nawet Aneta Podracka zieleniała z zazdrości. Chodząc 

z Konradem, poznawałam jego przyjaciół. 

- Blanko, poznaj mojego przyjaciela... przyjaciółkę... koleżankę... kumpla... sąsiadkę... 

- padały kolejne imiona, a potem podszyta dumą informacja, że jestem jego dziewczyną. 

Bywalczynie  Plusa  nosiły  markowe  ciuchy  i  efektowną  biżuterię,  używały  drogich 

kosmetyków,  lecz  ja,  dziewczyna  ze  złej  dzielnicy  ubrana  w  ciuchy  z  grzebalucha,  miałam 

więcej niż one, bo i urodę, i talent. Chociaż tego ostatniego nie było widać w tłumie, to moja 

uroda błyszczała niczym diament  w popiele.  Absolutny słuch zapewnia doskonałe poczucie 

rytmu,  więc  tańczyłam  dobrze,  nawet  bardzo  dobrze,  lepiej  niż  wszystkie  dziewczyny, 

właściwie  mogłabym  zostać  tancerką,  gdyby  nie  miłość  do  fortepianu.  Zasługiwałam  na 

admirację16  tłumów,  a  tutaj,  oprócz  adoracji  Konrada  i  kilku  zachwyconych  męskich 

spojrzeń,  ze  strony  dziewcząt  napotykałam  zaledwie  obojętną  życzliwość.  Wiedziałam,  że 

pod  tą  maską  ich  uładzonej  ogłady  kryła  się  zwykła  zazdrość.  Kiedy  zamieszkałam  na 

Przyrzeczu,  do  zalet,  którymi  obdarzyła  mnie  natura,  doszedł  jeszcze  ten  przywilej,  że 

wreszcie  mogłam  sobie  pozwolić  na  kupno  najpiękniejszych  ciuchów.  Zazdrośnice  dalej 

udawały, że tego nie zauważają, ale ja i tak wiedziałam swoje. 

16 Admiracja - podziw, zachwyt. 

Było  jasne,  że  Konrad  zaprosi  mnie  na  sylwestra.  Oczywiście  do  Plusa.  Mama, 

ojczym i ciocia Agnieszka szli na wielki bal do Europejskiej, tylko Tośka zostawała w domu. 

Sylwester to taka impreza, na której naprawdę można zabłysnąć. Już od początku grudnia we 

trójkę  wiele  godzin  poświęciłyśmy  na  dyskusje  o  kreacjach.  Mama  widziała  w  sylwestrze 

kolejną szansę na znalezienie bogatego wdowca, wymarzonego przez ciocię Agnieszkę. 

-  Zaufaj  mi  -  przekonywała.  -  Samotne  osoby  najczęściej  bawią  się  w  gronie 

background image

znajomych, a jeżeli wpadnie im w oko ktoś z sali, bez problemu go podrywają. Raz, dlatego 

że  chcą,  dwa,  dlatego  że  nie  mają  przy  boku  zazdrosnego  partnera.  Bądź  dobrej  myśli  i 

wyglądaj seksownie. 

- Łatwo ci mówić! Efektowna sukienka kosztuje więcej niż moja pensja, a w tej małej 

czarnej  z  ubiegłego  roku  będę  wyglądać  jak  twoja  uboga  krewna.  W  ogóle  wątpię,  czy  w 

takiej sytuacji powinnam z wami iść. 

- Och, nie przesadzaj, coś wymyślimy. 

- Ciekawe, co? 

- Pożyczę ci pieniądze, oddasz, kiedy będziesz miała. 

- Luizo, jesteś aniołem - ciocia ze wzruszenia aż się popłakała. 

Po tygodniu nieustannego biegania po sklepach, mama zdecydowała się na czerwoną 

sukienkę  z  odkrytymi  plecami,  ciocia  na  turkusową,  z  głębokim  dekoltem  i  rozcięciem  z 

boku, aż do połowy uda. Ja na dwuczęściowy komplecik ze złotej koronki. Mój wybór był nie 

do  przebicia.  W  równie  złotych  szpileczkach  i  delikatnym,  złotym  naszyjniku  z 

diamencikami, wyglądałam olśniewająco. Aż żal było takiego efektu dla zwykłego chłopaka z 

liceum. Nawet najlepszego w mieście. 

Konrad  przyjechał  po  mnie  taksówką.  Zaprowadziłam  go  do  dużego  pokoju,  żeby 

poczekał, aż skończę przygotowania, niestety niemal równocześnie weszła tam Tośka. Do tej 

pory  a  był  u  mnie  kilkanaście  razy,  nigdy  jej  nie  widział,  ponieważ  albo  siedziała  na 

poddaszu, albo plewiła rabaty za domem, albo robiła coś w kuchni. Zresztą, ten tłumok chyba 

podświadomie wiedział, gdzie jego miejsce. Teraz jednak zachowała się tak, jakby odebrało 

jej rozum. Oczywiście była w tej swojej workowatej kiecce i rozdeptanych trepach. Obciach! 

Doprawdy to  obciach, że takie indywiduum  mieszka ze mną pod jednym  dachem.  Powinna 

dostać w pysk! Weszła, burknęła coś w rodzaju „dobry wieczór”, zajrzała do barku i wyszła. 

Głupi wycieruch. 

- Kto to jest? - zainteresował się Konrad. 

- Nikt. Nie należy do rodziny. 

„Zapamiętam to temu wycieruchowi” - postanowiłam. 

Niewiele  rzeczy  potrafi  wprawić  mnie  w  zachwyt,  lecz  sylwestrowy  wystrój  lokalu 

zdumiałby  każdego.  Feeria  barw  i  świateł,  plączące  się  po  sali  serpentyny,  baloniki, 

gustownie nakryte stoły, kelnerzy we frakach i ogólnie wytworna elegancja. Lubię to. Sporo 

ludzi już znałam, byli to głównie uczniowie liceów i studenci. Przy naszym stoliku siedziały 

jeszcze  trzy  pary:  Jowita  i  Darek,  Kaśka  i  Błażej  oraz  Zuzanna  i  Mariusz.  Wszyscy,  rzecz 

jasna  z  paczki  Konrada.  Dziewczyny  były  programowo  miłe,  uprzejme  i  koniecznie 

background image

uśmiechnięte,- uparcie udawały, że ignorują moją wszechstronną przewagę nad nimi, i to, że 

ich  faceci  pożerają  mnie  wzrokiem.  Gdybym  tylko  skinęła  palcem,  każdy  z  nich  bez 

mrugnięcia  okiem  rzuciłby  swoją  dotychczasową  partnerkę.  Wiedziałam  o  tym  i  oni  też. 

Jednak  nie  robiłam  niczego,  aby  to  zrealizować,  satysfakcją  napawała  mnie  sama  taka 

możliwość. Zresztą, w całym tym roztańczonym i uchachanym tłumie nie znalazłby się nikt, 

kto mógłby się ze mną równać. Konrad pęczniał z dumy. 

-  Jak  się  bawisz  kochanie?  -  spytał  w  pewnej  chwili,  gdy  tańczyliśmy  jakieś 

sentymentalne tango. 

- Dobrze, jest fajnie. 

- Bardzo cię kocham. 

- Wiem o tym. 

Moja  odpowiedź  lekko  go  rozczarowała.  Pewnie  wolałby  usłyszeć,  że  ja  też  go 

kocham, lecz byłaby to deklaracja bez pokrycia, a co gorsze, nierozważna. W każdej chwili 

mogę przecież spotkać kogoś, przy kim więcej skorzystam. Nie mógłby mnie wtedy oskarżyć 

o rzucanie słów na wiatr. Jasne, gdyby zbyt natrętnie dopominał się o wyrazy miłości, pewnie 

bym rzuciła kilka słów na odczepnego. Ale nie, on był na to zbyt delikatny Jest typem, który 

czeka, aż dziewczyna dojrzeje do pewnych spraw, co wcale nie oznacza, że w sprzyjających 

okolicznościach nie próbuje. Kończyło się najwyżej na pocałunkach. Raz próbował posunąć 

się dalej. 

-  TE  sprawy  będą  możliwe  dopiero  po  ślubie  -  powiedziałam  skromnie  i  opuściłam 

wzrok, jak przystało na cnotliwą panienkę z dobrego domu. Podziałało bezbłędnie. 

Niech więc nadal czeka i cieszy się swoim szczęściem, póki nie wie, że się go nigdy 

nie doczeka. 

Moja  postawa  zapewne  bardzo  ucieszyłaby  mamę.  Gdy  zaczęłam  chodzić  z 

Konradem, postanowiła przeprowadzić ze mną uświadamiającą rozmowę. 

- Czy... no wiesz... czy z tym chłopcem... 

- Chciałaś zapytać, czy ze sobą sypiamy? Nie. 

- Ale gdyby naszła cię ochota na coś takiego, pamiętaj o zabezpieczeniu. 

- Jasne. Nie jestem głupia. 

-  Mam  nadzieję  -  westchnęła  z  ulgą.  -  Bo  wiesz  Blaneczko,  życie  jest  jak  chałka  z 

cukrem. Mężczyźni najchętniej zlizaliby sam cukier, a kobietom zostawili chałę. 

Biedna mama! Niby dobrze mnie znała, lecz nie wiedziała, co drzemie na dnie mojej 

duszy  To  ja  miałam  w  przyszłości  zlizywać  słodkości.  Innej  opcji  w  ogóle  nie  brałam  pod 

uwagę. Mężczyźni byli, i na zawsze mieli pozostać tylko kukiełkami poruszanymi siłą mojej 

background image

woli. Patrząc w maślane z miłości oczy Konrada, często zastanawiałam się, ile zaryzykowałby 

w  imię  uczucia.  Nieprzytomnie  zakochani  są  zdolni  do  najgorszych  niegodziwości  i 

najokrutniej  szych  zbrodni,  żeby  tylko  zasłużyć  sobie  na  łaskawość  wybranki  serca.  Teraz, 

gdy Konrad pod wpływem wypitego alkoholu i nastrojowej atmosfery kompletnie się rozkleił, 

kusiło  mnie,  żeby  zapytać:  „Czy  twoja  miłość,  Konradzie,  jest  na  tyle  żarliwa,  byś  mógł 

zamordować  Tośkę,  kiedy  cię  o  to  poproszę?”.  Niestety,  coś  powstrzymywało  mnie  od 

wypowiedzenia tego pytania na głos. Na razie. 

Ogólnie  impreza  była  udana,  a  najwięcej  radości  sprawiał  mi  fakt,  że  znów 

zaimponuję  ludziom  w  budzie.  Gdy  Aneta  Podracka  zobaczy  zdjęcia,  pewnie  zżółknie  z 

zazdrości. 

background image

Rozdział 10 

 

Trutką na szczury 

Od czasu Wigilii dręczyły mnie złe myśli. Ta gadka starego o rodzinie i drogi prezent 

dany Tośce sygnalizowały niebezpieczeństwo. Jeszcze tego by brakowało, żeby rozgorzały w 

nim ojcowskie uczucia! Trzeba było działać. Zaraz po Nowym Roku mama zaprzęgła Tośkę 

do  roboty  Czekałam,  aż  ta  zacznie  się  buntować  i  ojczymowi  znów  puszczą  nerwy.  Lecz 

kicha  z  tego,  bo  Tośka  bez  szemrania  przejmowała  coraz  większy  zakres  obowiązków. 

Postanowiłam  zniszczyć  jej  laptop.  Nie  mam  zielonego  pojęcia  o  komputerach,  jednak 

uznałam, że młotek powinien rozwiązać problem. Zakradłam się na poddasze i bezskutecznie 

przetrząsnęłam  wszystkie  kąty.  Po  laptopie  nie  pozostał  żaden  ślad.  Pewnie  gdzieś  go 

schowała,  franca  jedna!  Ciekawe  tylko,  gdzie?!  Z  wściekłości  przy  najbliższej  okazji 

wyrzuciłam do śmieci jedną z jej rękawiczek. Będzie oczywiste, że zgubiła. Niedojdy wciąż 

coś gubią. 

Tymczasem  w  budzie  zbliżał  się  kolejny  termin  olimpiady  matematycznej  i  mimo 

powszechnej  pogardy  dla  kujonów,  akcje  Tośki  poszły  w  górę.  Zadziałał  tu  syndrom  fana 

(sukces  naszych,  jest  źródłem  dumy),  toteż  klasa  zaczęła  kibicować  Lidce,  Damianowi  i 

Tośce, choć z góry było wiadomo, że tylko ta ostatnia to pewniak. Poza tym kilkoro bardziej 

kumatych intelektualnych miernot, które miało  apetyt  na liceum,  liczyło, że uszczkną coś z 

zasobów wiedzy największego w dziejach szkoły dzięcioła, bo skoro taka Anka mogła, zatem 

oni  mogli  też.  I  najważniejsze.  Tylko  ja,  Blanka  miałam  być  chlubą  rodziny  Nie  mogłam 

dopuścić, aby ojczym odczuł bodajże cień dumy ze swojej córki nieudacznicy. 

Musiałam więc działać. Już dawno wyzbyłam się naiwnej wiary że życie to powieść z 

morałem. Wygrywają artyści zbrodni i manipulacji, czyli tacy ludzie jak ja. Już nie mogłam 

dłużej marnować swoich możliwości. Wróciłam do pierwszego pomysłu, a pierwsze pomysły 

są najlepsze - trucizna. Najłatwiej dostępna i skuteczna jest trutka na szczury. 

Poszłam po zakupy i ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłam, że wybór w tej dziedzinie 

jest  przeogromny:  pasty  bloczki  woskowe,  granulaty,  ziarno,  płyny  w  najróżniejszych 

kolorach, opakowaniach i stężeniach. Szukałam środka, którego działanie wydłużyłoby się w 

czasie  i  byłoby  niewyczuwalne  smakowo.  Znalazłam  specyfik  bez  gorzkich  substancji, 

zapobiegających  przypadkowemu  spożyciu,  oraz  o  skutkach  objawiających  się  dopiero  po 

czterech  -  sześciu  dniach.  Stoisko  nasiennoogrodnicze,  gdzie  handlowano  preparatami  na 

szkodniki,  mieściło  się  w  pasażu  ogromnego  hipermarketu,  więc  odpadało 

background image

niebezpieczeństwo,  że  w  razie  wielkiego  śledztwa  po  śmierci  Tośki  sprzedawca  mnie 

zapamięta. Wszystko szło jak po maśle. 

Kostki trucizny zmiażdżyłam na proszek, a potem nafaszerowałam nim kanapki. Rano 

wykorzystałam chwilę nieuwagi Tośki, żeby podmienić w plecaku jej drugie śniadanie. Przez 

cały  czas  obserwowałam  ją  dyskretnie,  gdyż  z  jakiegoś  powodu  wciąż  prześladowała  mnie 

obawa, że coś pójdzie nie tak.  Że wyczuje zmieniony zapach  albo  smak, albo  rozpozna, że 

kanapka  jest  inaczej  zapakowana...  Tymczasem  mijały  kolejne  godziny  i...  nic.  Dopiero  na 

długiej przerwie Tośka zaczęła jeść. Nieświadoma zagrożenia, rozmawiała sobie spokojnie z 

Anką Zalewską i odgryzała kolejne śmiercionośne kęsy; gryzła i łykała. „Żryj, żryj niedojdo, i 

niech cię szlag trafi” - pomyślałam z satysfakcją i wyszłam z Jadźką na korytarz. 

Coś  jednak  poszło  nie  tak.  Godzinę  później,  a  była  to  matematyka,  Tośka  zgłosiła 

Misce, że musi wyjść, bo poczuła się źle. Była przy tym blada jak ściana. 

- Oczywiście, dasz sobie radę sama? 

- Tak. 

Zrobiła dwa kroki, zasłoniła dłońmi usta i zaczęła wymiotować. Śmierdzące karbidem 

rzygowiny wyciekały jej spomiędzy palców, a całym ciałem wstrząsały konwulsje, jakby za 

chwilę  miała  dostać  ataku  padaczki.  Nauczyciel  podbiegł  do  Tośki  i  w  ostatniej  chwili 

uratował ją przed upadkiem, gdy jak wór osuwała się na kolana. Klasa siedziała zszokowana, 

ale nikt się nie ruszył, żeby pomóc nauczycielowi. 

- Krymska, biegnij po panią Topkę i po dyrektora. 

Lidka  wybiegła  z  klasy.  Miska  położył  Tośkę  na  ławce  i  z  telefonu  komórkowego 

wezwał pogotowie ratunkowe. 

Ledwie wyłączył komórkę, Anka Zalewska jęknęła: 

- Panie profesorze, mnie też jest niedobrze. Zaraz zwymiotuję. 

- Nie wychodź, zwymiotuj do reklamówki. Masz reklamówkę? 

- Mam. 

Do klasy wpadli pani Topka i dyrektor, za nimi Lidka. 

- Jezu, co się stało? - wychowawczyni zaczęła klepać Tośkę po twarzy, jakby chciała 

ją ocucić. Dyrektor obserwował tę scenę w milczeniu, wyraźnie oczekując na wyjaśnienia. 

- Uczennica zupełnie nieoczekiwanie zasłabła. Wcześniej zwymiotowała. Wygląda to 

na jakieś poważne zatrucie. Wezwałem już pogotowie. 

- Czy ktoś jeszcze ma jakiekolwiek zaburzenia żołądkowe? - spytał dyrektor. 

- Tak, Zalewska, chociaż dużo słabsze. 

W  tym  momencie  wszedł  lekarz  i  dwóch  sanitariuszy;  chwilę  później  wynieśli  na 

background image

noszach Tośkę. Obok, na wyraźnie miękkich nogach, dreptała podtrzymywana przez Topkę 

Anka. Przez okna widzieliśmy jak obie pośpiesznie zapakowano do karetki, która odjechała 

na sygnale. 

Zachodziłam  w  głowę,  co  zrobiłam  nie  tak.  Trutka  powinna  zacząć  działać  za  kilka 

dni,  tymczasem  reakcja  Tośki  była  nie  dość,  że  gwałtowna,  to  jeszcze  natychmiastowa. 

Pewnie  ta  oferma  dała  gryzą  Ance,  stąd  i  ją  zemdliło.  Musiałam  szybko  wrócić  do  domu  i 

wyrzucić resztki trucizny, zachowanej na wypadek, gdyby trzeba było powtórzyć zabieg. 

- Rodzice już zostali powiadomieni, ale możesz oczywiście dzisiaj wcześniej wyjść  - 

powiedziała Topka, gdy poszłam do niej zwolnić się z pozostałych lekcji. 

background image

Rozdział 11   

 

Zacieramy ślady 

W  trakcie  drogi  do  domu  ciągle  rozważałam,  czy  zamiast  pozbywać  się  dowodów 

winy nie lepiej byłoby podrzucić je komuś innemu. Najlepiej samej Tośce, żeby skierować na 

nią  podejrzenie  o  skłonności  samobójcze.  Niestety,  na  opakowaniu  brakowało  jej  odcisków 

palców. Ostatecznie wyrzuciłam trutkę do jakiegoś kontenera w śródmieściu, zakładając, że w 

takim  miejscu  nawet  bezdomnych  i  grzebiących  w  odpadkach  nie  zainteresuje  zgniecione 

pudełko z napisem „TRUCIZNA”. 

Oczekiwałam  śledztwa  w  sprawie  próby  bądź  nawet  otrucia  Tośki  i  byłam  taką 

perspektywą ogromnie podniecona. Miała to być moja starannie przygotowana oskarowa rola. 

W wyobraźni odpowiadałam już na setki podchwytliwych pytań i zawsze byłam górą. 

Wodziłam  za  nos  najlepszych  detektywów  i  celnymi  sugestiami  puszczałam  ich  fałszywym 

tropem, lub wręcz sprowadzałam na manowce. Najogólniej rzecz ujmując, rozumowałam tak: 

w sprawach o morderstwo albo o usiłowanie morderstwa najpierw podejrzewa się najbliższą 

rodzinę, a więc i mnie. Komuś patrzącemu z zewnątrz wyda się, że nasza rodzina jest bardzo 

porządna, więc ta wersja szybko upadnie, a wtedy ja umiejętnie rozszerzę krąg podejrzanych 

o  ludzi  z  budy.  Tu  mieli  przechlapane  Jurek,  Artek  i  Kacper,  gdyż  wszyscy  widzieli,  jak 

swego czasu codziennie spuszczali Tośce manto. W rezerwie była jeszcze Lidka Krymska i 

Damian  Korecki,  którzy  przez  Tośkę  stracili  pozycję  prymusów,  a  jak  wiadomo,  zazdrość 

bywa  nieobliczalna.  Ponadto  Damian  był  najlepszy  z  chemii,  więc  na  temat  trujących 

substancji  wiedział  o  wiele  więcej  niż  inni.  Jeśli  ktoś  za  to  beknie,  to  z  pewnością  oni. 

Człowiek genialny nawet jeśli zrobi coś źle, potrafi naprawić swój błąd. 

Kiedy dotarłam do domu, zastałam już mamę, która właśnie wróciła z zakupów. 

- Mój Boże, a czegóż ta Tośka się nażarła, że aż się porzygała? - westchnęła. 

- Nauczyciel powiedział, że to zatrucie - wypuściłam próbny balon. 

- Nic tej kobyle nie będzie, wszyscy j emy to samo, więc... - urwała i zrobiła wielkie 

oczy - A może ten kocmołuch jest w ciąży? Sama mówiłaś Blanko, że lata za chłopcami. No, 

to teraz Karol zatłucze ją na śmierć. 

- Coś ty, kto by poleciał na taką paskudę? - powiedziałam, lecz w głowie zaświtała mi 

myśl, że może to nie była reakcja na truciznę, tylko na ciążę. 

Wszedł ojczym. 

-  Blanko,  potrafisz  mi  powiedzieć,  co  zaszło  w  szkole?  Od  wychowawczyni  wiem 

background image

tylko tyle, że Tosia zasłabła i zwymiotowała. 

- Ja też nie wiem  nic więcej.  Nagle podczas  lekcji matematyki powiedziała, że musi 

wyjść  i  zaczęła  wymiotować  w  połowie  drogi.  Tatusiu,  proszę  cię,  jedźmy  szybko  do 

szpitala... 

Pojechaliśmy  Tośka  leżała  na  oddziale  intensywnej  opieki  medycznej,  do  którego 

wstęp  był  zabroniony  Po  kilku  minutach  wyszedł  do  nas  lekarz,  który  upewniwszy  się,  że 

jesteśmy jej rodziną, udzielił nam szczegółowych informacji. 

-  Stwierdziliśmy  silne  zatrucie,  prawdopodobnie  bromadiolonem,  lecz  ostateczną 

pewność uzyskamy dopiero po szczegółowych analizach. 

- Bromadiolon? - zdziwił się ojczym. 

-  Tak,  to  silna  trucizna,  pochodna  hydroksykumaryny  Najczęściej  występuje  w 

trutkach na gryzonie. Zastosowaliśmy płukanie żołądka oraz inne, stosowne środki zaradcze. 

Na  razie  stan  córki  jest  stabilny  Czy  podejrzewacie  państwo,  jak  mogło  dojść  do  tak 

poważnego zatrucia? 

- Nie. W domu z całą pewnością nie tępiliśmy myszy ani szczurów. Poza tym córka to 

zbyt duża dziewczyna, żeby nie wiedziała, co je. 

-  Też  tak  uważam  -  przytaknął  doktor  i  dodał.  -  Przepisy  obligują  nas  do  tego,  aby 

wszystkie takie przypadki zgłaszać policji. 

- Oczywiście, oczywiście. Kiedy córka ma szansę na powrót do domu? 

- Trudno powiedzieć. Proszę pozostawać z nami w kontakcie. 

Przez  całą  drogę  powrotną  ojczym  z  mamą  głowili  się,  jakim  cudem  Tośka  zjadła 

truciznę. Słuchałam bardzo uważnie, zakładając, że wszyscy dorośli rozumują podobnie, więc 

policja pójdzie podobnym tropem. Moja prognoza była entuzjastyczna: zaczną się kręcić jak 

pies za swoim ogonem, a jeśli już coś wymyślą, to zgodnie z moimi przewidywaniami. 

- Karolu, a może to sprawka tych chłopców, z którymi zadarła Tosia? - spytała mama 

po godzinie jałowych domysłów. - Co o tym sądzisz, Blanko? 

Nadeszła kolej na mnie. 

-  Trudno  uwierzyć,  że  mogli  zrobić  Tosi  coś  tak  strasznego  -  chlipnęłam.  -  Może  to 

ma coś wspólnego z narkotykami? - Te narkotyki wpadły mi do głowy w ostatniej chwili. 

- Jakimi znowu narkotykami? - przestraszył się ojczym. 

- Powiem, jeśli dasz słowo, że zostanie to między nami. Inaczej mnie zabiją. 

- Jezu! Mów dziecko! Jest oczywiste, że cię nie zdradzę. 

- Ci chłopcy, którzy ją bili, handlują narkotykami. Wszyscy o tym wiedzą, lecz każdy 

boi się o tym mówić. 

background image

Nie  powiedziałam  całej  prawdy,  gdyż  dealerem  był  starszy  brat  Jurka,  natomiast  on 

sam  tylko  od  czasu  do  czasu  przyjmował  zamówienie,  gdy  ktoś  chciał  kilka  szlugów  na 

imprezę. 

-  Co  Tośka  miała  z  nimi  wspólnego?  Dlaczego  nie  powiedziałaś  nam  o  tym 

wcześniej? 

-  Bo  sama  nie  wiedziałam.  Słyszałam  tylko,  jak  Tośka  kłóciła  się  z  nimi,  jednak  nie 

wiedziałam, o co. Dopiero po tym wypadku usłyszałam tę plotkę, na dodatek bez gwarancji, 

że jest prawdziwa. 

Bingo!  Policja  ma  fioła  na  punkcie  narkotyków,  więc  gdy  tylko  ojczym  coś  o  nich 

napomknie, rzucą się tym tropem jak wściekłe psy 

W klasie z powodu Tośki nie było trzęsienia ziemi, gdyż absencja w naszej szkole to 

rzecz  tak  powszechna,  że  aż  niezauważalna.  Jedynie  Miska  martwił  się,  czy  paskuda  zdąży 

wyzdrowieć do drugiego etapu olimpiady z wiedzy matematycznej. 

Dokładnie  w  tym  czasie  dopisało  mi  szczęście.  Byłam  sama  w  domu,  gdy  listonosz 

przyniósł list polecony, zaadresowany do Tośki. Od jej babki. Pokwitowałam odbiór przesyłki 

i zapewniłam, że przekażę ją siostrze. Frajer uwierzył. Nie czekając  na ojczyma, rozkleiłam 

kopertę nad parą i przeczytałam, co też ta gruba baba nabazgroliła do tego kocmołucha. List 

brzmiał tak: 

Kochana  Tosieńko,  martwię  się  bardzo,  że  nie  dajesz  znaku  życia.  Wciąż  masz 

wyłączoną komórkę, nie odpowiadasz na listy i  nie przyjeżdżasz. Wierzę, że zapomniałaś o 

mnie, bo jest Ci, jak zapewnia Twój ojciec, bardzo dobrze. Jednak proszę Cię, odezwij się dla 

mojego spokoju. Bardzo Cię kocham i tęsknię za Tobą. 

Twoja Babcia 

Oho,  blokada  na  kontakt  Tośki  z  babką  była  bardziej  szczelna,  niż  myślałam. 

Ciekawe,  dlaczego?  Rozważałam,  co  zrobić  z  listem  -  zakleić  i  oddać  staremu,  odesłać  go 

adresatce,  czy  zniszczyć.  Każda  z  tych  możliwości  miała  pozytywne  strony  U  ojca 

umocniłabym  swoją  pozycję  oddanej  córeczki;  w  Tośce  mógł  się  odezwać  sentyment  do 

wioskowego życia i skłonić ją do ucieczki, natomiast zniszczenie listu, poza satysfakcją, że 

popsułam  szyki  tej  koszmarnej  babie  z  Krzyżkowic,  nie  dawało  żadnych  wymiernych 

korzyści.  Zdecydowałam  się  więc  na  opcję  czwartą.  Postanowiłam  zachować  list,  mając 

nadzieję, że kiedyś mi się przyda. Cała ta konspiracja sugerowała, że za tym wszystkim kryła 

się jakaś tajemnica. Ciekawe, jaka? 

W  oczekiwaniu  na  wizytę  policyjnych  „asów”  postanowiłam  nieco  zmodyfikować 

swój  wizerunek,  by  działaniem  na  podświadomość  upewnić  ich  o  swojej  niewinności. 

background image

Sprawiłam sobie białą, zwiewną sukienkę z cieniutkiej żorżety, chodziłam z rozpuszczonymi 

włosami,  przepasanymi  nad  czołem  białą  wstążką.  Jednocześnie  na  fortepianie  rozłożyłam 

nuty z fugą dmol Bacha, którą i tak musiałam przygotować do prezentacji na przesłuchanie w 

szkole muzycznej. Obserwując swoje odbicie w szybie drzwi balkonowych, stwierdziłam, że 

pomysł jest wyśmienity. Sukienka układała się pięknie wokół stylowego taboretu i mieniła się 

szlachetnym połyskiem w rytm moich ruchów. Przy fortissimo possibile17 wzburzone włosy 

spadały na moją twarz, by chwilę później miękko falować na plecach, gdy wydobywałam z 

klawiatury  najsubtelniejsze  odcienie  pianissimo18.  Mój  zachwycający  obraz  był  godny 

milionowej  widowni,  a  cały  dramat  polegał  na  tym,  że  nie  widział  go  nikt.  Musiałam  tę 

widownię zaludnić swoją wyobraźnią. 

Komisarz nazywał się Kazimierz Kozik. Najpierw chciał porozmawiać z rodzicami na 

osobności.  Gdy  oni  zajęli  się  rozmową  w  salonie,  ja  w  swoim  pokoju  usiadłam  przy 

fortepianie.  Zaczęłam  grać  tę  swoją  fugę  Bacha,  lecz  pomyślałam,  że  gliniarze  są  słabo 

wyrobieni muzycznie, więc lepiej byłoby zagrać coś lżejszego, jakąś piosenkę neapolitańską 

lub habanerę z „Carmen” Bizeta19. „Ale czy silnie zrytmizowany charakter takiej muzyki jest 

odpowiednim  tłem  dla  ustalania  prawdy  kto  chciał  otruć  Tośkę?  Czy  komisarzowi  nie 

przyjdzie  przypadkiem  do  głowy  że  w  ten  sposób  wyrażam  swoją  podświadomą  radość  z 

nieszczęścia  znienawidzonej  osoby?”  -  zastanawiałam  się  i  już  sam  ten  fakt  oznaczał,  że 

lepiej  uważać.  Bach  to  Bach,  najwybitniejszy  muzyk  wszechczasów  i  nawet  osoby,  którym 

słoń nadepnął na ucho, poraża geniusz jego muzyki. 

17Fortissimo possibile - możliwie najgłośniej. 

18Pianissimo - bardzo cicho. 

19Georges Bizet (1838-1875) - kompozytor francuski, skomponował m.in. „Carmen”. 

Kubańskohiszpański taniec pochodzący z tej opery uchodzi za perłę muzyki operowej 

Chętnie  podsłuchałabym,  o  czym  komisarz  rozmawia  z  mamą  i  ojczymem,  jednak 

wolałam  nie  ściągać  na  siebie  jego  podejrzeń  zbytnim  zainteresowaniem.  Grałam  przecież 

rolę subtelnej, wrażliwej i dobrej dziewczynki, po uszy zakochanej w muzyce. 

Zdążyłam  dwa  razy  zagrać  swoją  fugę  i  raz,  dla  urozmaicenia,  Poloneza  Asdur 

Chopina,  zanim  komisarz  zechciał  porozmawiać  ze  mną.  Oczywiście  w  obecności  mamy  i 

ojczyma, bo jestem osobą niepełnoletnią. 

-  Widzę,  że  jesteś  uzdolniona  artystycznie  -  zaczął  od  komplementu,  co  dobrze 

wróżyło dalszej rozmowie. 

- Tak, kocham muzykę. Muzyka to moje życie. 

- Blanka przygotowuje się do egzaminu do szkoły muzycznej - dodała mama. 

background image

-  Tatuś  zafundował  mi  tak  przepiękny  instrument,  że  byłoby  nietaktem  oblać.  Wie 

pan, to jest fortepian firmy Yamaha - przycukrzyłam przy tej sposobności ojczymowi. 

-  Zabiorę  ci  trochę  czasu.  Porozmawiajmy  o  przypadku,  jaki  przydarzył  się  twojej 

siostrze. 

- Chodzi o to zatrucie, prawda? - spytałam domyślnie. 

- Oczywiście. Powiedz mi wszystko, co na ten temat wiesz, czego się domyślasz, albo 

może to, o czym słyszałaś. 

- Problem w tym, że nic nie wiem i nic nie przychodzi mi do głowy Ten dzień był taki 

sam jak każdy inny. Nagle na lekcji matematyki siostra powiedziała, że musi wyjść, bo źle się 

czuje, lecz w połowie drogi do drzwi zaczęła wymiotować. 

Pan Miśniak, nasz nauczyciel, podszedł do niej i wtedy ona zemdlała... 

- Interesuje mnie przede wszystkim ustalenie, czy był ktoś, kto jej na przykład groził. 

Popatrzyłam  pytająco  na  ojca  i  na  mamę,  a  gdy  nieznacznie  skinęli  głowami, 

powiedziałam: 

- Jakiś czas temu trzech chłopców z naszej klasy pobiło ją. I to nawet kilka razy. 

- Ich imiona i nazwiska. 

- Jurek Brzeziński, Artek Zubek i  Kacper Kraska. Ale proszę nie mówić im, że to ja 

się panu poskarżyłam. Wszyscy w szkole boją się ich. 

- Bądź spokojna. Czy wiesz, o co poszło? 

- Nie wiem. To dziwne, że byli tacy okrutni wobec Tosi, która dobrze się uczy i... i w 

ogóle - opuściłam głowę, że niby to jest mi smutno i chcę ukryć łzy 

-  Pewne  objawy  zatrucia  miała  też  koleżanka  z  ławki  twojej  siostry  Anna  Zalewska. 

Czy widziałaś, żeby częstowała czymś siostrę? 

O  rany!  Ten  gliniarz  poszedł  tropem,  który  ja  pominęłam.  Postanowiłam  szybko 

skorygować błąd. 

- Tosia z Anią są mocno zaprzyjaźnione. Zawsze albo zamieniały się kanapkami, albo 

dawały sobie nawzajem gryzą. Jak było tego dnia, nie wiem. 

- Czy między Zalewską a siostrą dochodziło do jakichś, powiedzmy, niesnasek? 

-  Siostra  przygotowywała  się  do  olimpiady  matematycznej,  więc  ograniczyła 

spotkania z Anią, lecz to chyba nie był powód do pretensji z jej strony, tym bardziej, że Tosia 

zdobyła pierwsze miejsce - próbowałam nadać głosowi nutę dumy aby pokazać, że ani mi w 

głowie zazdrość. 

- Czy Zalewska też chciała wygrać olimpiadę? 

- W naszej klasie jest kilka osób, które bardzo, bardzo chciałyby Niestety Ania nie ma 

background image

wielkich zdolności do przedmiotów ścisłych. Ale ambicje bywają na wyrost... - udawałam, że 

głośno myślę. - Nie wiem, proszę pana. 

- Dziękuję za informacje. Gdyby jeszcze przyszło ci do głowy coś, co mogłoby mieć 

wpływ na śledztwo, zadzwoń do mnie. Zostawię swoją wizytówkę rodzicom. 

Po wyjściu komisarza dowiedziałam się, że Tośka też już złożyła zeznania, lecz nie 

wniosła do sprawy niczego ważnego, nawet nie wspomniała, że podczas Wigilii życzyłam jej, 

żeby zdechła. Pewnie kapuściany głąb zapomniał. Byłam górą. 

Tymczasem  Tośce  nie  tylko  udało  się  ujść  cało  spod  kosy  kostuchy  Po  dwóch 

tygodniach opuściła szpital, po czym wraz z Lidką i Damianem wzięła udział w olimpiadzie 

matematycznej. Gorzej, zakwalifikowała się do trzeciej tury I to na pierwszej pozycji! Pewnie 

nieźle musiała kombinować, gdyż wątpię, żeby taka oferma zaszła tak wysoko uczciwą drogą. 

Niby mimochodem zasugerowałam swoją opinię kilku osobom w klasie, jednak moje słowa 

padły  na  kiepski  grunt.  Nikt  się  nie  przyznawał,  że  zazdrości  kujonowi,  bo  przecież  bycie 

kujonem to obciach. 

Na razie, ze względów strategicznych znów spasowałam, za to uaktywniła się mama. 

Tośka  pod  względem  charakteru  to  taki  kundel,  którego  wystarczy  pogłaskać,  żeby  zaczął 

merdać ogonem, puszczając w niepamięć wcześniejsze baty. Podczas pobytu w szpitalu tak ją 

zaczadziła  dobroć  ojca  i  nasza  udawana  troska,  że  po  powrocie  do  domu  kompletnie 

zdumiała.  Zapomniała  o  swoich  obowiązkach,  zaczęła  przesiadywać  w  salonie  przed 

telewizorem  i  w  ogóle  postępować  bezczelnie.  Wreszcie  mama  postanowiła  położyć  temu 

kres. Pewnego popołudnia, gdy Tośka oglądała jakąś komedię i śmiała się jak głupi do sera, 

mama weszła niespostrzeżenie do pokoju. 

- Co tak rechoczesz? - spytała. 

- Bo oglądam śmieszny film. 

- Wynocha stąd. I to już! 

- Ale dlaczego? 

- Bo szpecisz to piękne wnętrze. Won, do kuchni! Do garów kocmołuchu! 

- Może by tak raz Blanka poszła... 

Znów dostała od mamy w pysk. Tośka swoim zwyczajem schowała się w tej swojej 

dziurze  na  poddaszu  i  już  nie  wystawiła  nosa  za  próg,  aż  do  wieczoru.  Wieczorem,  gdy  z 

pracy wrócił ojczym, mama powiedziała ze smutkiem: 

-  Karolu,  nie  wiem,  jak  mam  postępować  z  tą  Tosią.  Z  nią  jest  coś  nie  tak.  Dzisiaj 

zamknęła się na cały dzień w swoim pokoju. Nic z tego nie rozumiem. 

- Ja też nie rozumiem. W kogo ona się wdała? 

background image

- Bądź pewny że nie w ciebie. Popatrz, z Blanką nie mamy żadnego kłopotu. 

- Zajmij Tośkę jakąś robotą, a jeśli będzie się stawiać, sam z nią porozmawiam. Muszę 

jeszcze wpaść do zakładu. 

-  Znowu?  Za  dużo  pracujesz  tatusiu.  Posiedź  z  nami,  odpocznij  -  powiedziałam, 

chociaż było jasne, że i tak sobie pójdzie. Ostatnio przesiadywał w pracy od rana do wieczora. 

- Chętnie, Blaneczko, lecz dostałem spore zamówienie. Muszę dopilnować terminów. 

- Szkoda - przytuliłam się do jego ramienia. 

Poszedł.  Ledwie  zamknął  za  sobą  drzwi,  parsknęłyśmy  z  mamą  śmiechem.  O  tak, 

rozumiałyśmy  się  bez  słów.  Odtąd  Tośka  regularnie  brała  od  mamy  w  pysk,  nawet  bez 

powodu. Było to takie krótkie i dosadne uświadamianie jej, że jest zerem, zwykłym śmieciem, 

który nie ma nic do powiedzenia. Przynajmniej w tym domu. 

background image

Rozdział 12 

 

Mów - intryga 

Czekałam cierpliwie na następną okazję do ukartowania nowej intrygi. Podczas gdy ja 

wyluzowałam, mama dokręcała Tośce śrubę. Z dnia na dzień nakładała na nią coraz więcej 

obowiązków. Po miesiącu należało  już do niej sprzątanie, pranie, prasowanie, mycie okien, 

nastawianie obiadu i zakupy Musiała sprzątać również i mój pokój, jednak za nic w świecie 

nie  mogła  dotykać  swoimi  brudnymi  łapami  fortepianu.  Instrument  odkurzałam  i 

polerowałam osobiście, używając do tego specjalnej szmatki. 

Przed  Wielkanocą  mama  wspólnie  z  ciocią  Agnieszką  doszły  do  wniosku,  że 

ekologiczne  produkty  są  trendy,  co  dodatkowo  służy  zdrowiu  i  urodzie.  Ostatnimi  czasy 

ciocia  niemal  zamieszkała  w  naszym  domu,-  codziennie  zasiadała  z  nami  do  stołu,  dlatego 

miała wpływ na to, co jemy, a ponieważ wciąż liczyła na zamożnego wdowca, więc dokładała 

starań, żeby wyglądać młodo i atrakcyjnie. 

Ekologiczne  produkty  można  było  nabyć  w  obfitości  na  miejskim  bazarze  od 

rolników. Obowiązek ten spadł, rzecz jasna, na Tośkę, która codziennie musiała chodzić po 

świeże  owoce,  warzywa,  śmietanę,  ser  i  co  tam  jeszcze  zleciła  jej  do  kupienia  mama.  Na 

bazar  mogła  jeździć  autobusem,  lecz  ona  chodziła  na  skróty  przez  most  i  stary,  zabytkowy 

cmentarz  pełniący  funkcję  parku.  Moim  obowiązkiem  było  co  kilka  dni  pójść  za  nią  i 

sprawdzić,  czy  robi  wszystko,  jak  należy  To  nudne  zadanie  okazało  się bardzo  pożyteczne. 

Któregoś  dnia  zobaczyłam,  że  Tośka  skręciła  w  boczną  alejkę  i  podeszła  do  zabiedzonej 

chudziny  siedzącej  na  ławce,  przy  grobie  z  kamiennym  aniołem.  Usiadła  i  dała  jej  pączka, 

którego  musiała  wziąć  z  domu,  bo  mama  bardzo  skrupulatnie  rozliczała  ją  z  pieniędzy. 

Wyglądało na to, że się znały i specjalnie umawiały. 

Zaciekawiło  mnie,  co  też  łączy  Tośkę  z  tym  śmieciem.  Sprawdziłam.  Scena  na  tej 

samej  ławce  powtarzała  się  codziennie,  zmieniały  się  tylko  „prezenty”  -  raz  był  to  pączek, 

innym  razem  ciastko,  jeszcze  innym  kanapka.  No  proszę,  znalazła  sobie  bratnią  duszę! 

Jeszcze gorsze zero, niż ona sama. W mojej  głowie wykiełkował  genialny plan, do którego 

musiałam zdobyć tylko więcej danych. 

- Potrzebuję twojej pomocy Jadzik - zagadnęłam przymilnie swoją przydupaskę. 

- Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. 

- Rzecz jest trudna i wymaga bezwzględnej dyskrecji. 

- Nie ufasz mi? Bo się obrażę. 

background image

- Wiedziałam, że na tobie mogę polegać. Chodzi o Tośkę... podejrzewam, że wpadła w 

jakieś szemrane towarzystwo, co przy jej skłonnościach do puszczalstwa jest... 

- E, żartujesz. Nie wygląda na puszczalską. 

Na szczęście Jadźka nigdy nie była zbyt mocno przywiązana do własnego zdania. 

- A jednak. Świetnie się maskuje, lecz musimy ciągle mieć ją na oku, bo nie chcemy 

żeby  napytała  sobie  biedy  Gdy  moja  mama  zwraca  jej  uwagę,  cała  ta  jej  rodzinka  podnosi 

krzyk, że wstrętna macocha maltretuje biedną sierotę. Lecz kiedy ta sama sierota wpadnie w 

kłopoty, na przykład zajdzie w ciążę, będzie wrzask, że macocha jej nie upilnowała. 

- Ojej, rzeczywiście macie tęgą zagrychę. 

-  Będziemy  ci  wdzięczne,  jeśli  tylko  ustalisz,  kim  ta  nowa  przyjaciółka  Tośki  jest. 

Jeśli porządną dziewczyną, to spoko, niech się przyjaźnią. Jeśli nie, coś postanowimy. - Dalej 

poinstruowałam tę naiwniaczkę, jak najlepiej wykonać robotę i pokazałam obiekt, który ma 

śledzić. 

Jadźka spisała się nad podziw dobrze. Już po tygodniu wiedziałam, że kumpela Tośki 

to  Wiolka,  szmaciara  najgorszego  sortu.  Zwykła  dziadówka  z  Cyganówki,  osiedla  ruder 

zamieszkałych  przez  wyrzutków  i  najgorszą  hołotę,  jaką  można  sobie  wyobrazić.  Taki  tam 

brud, smród, ubóstwo i złodziejstwo, że nawet taksówkarze unikają kursów w te rejony. 

Wkroczyłam  do  akcji.  Zwróciłam  mamie  uwagę,  że  idzie  lato,  a  altanka  w  ogródku 

sczerniała,  więc  Tośka  powinna  ją  odświeżyć.  Ponieważ  takie  malowanie  zajmie  jej  całe 

popołudnie, a może i dwa, niech wcześniej, w drodze wyjątku, zrobi większe zakupy. Mama 

pomysł kupiła, kupiła też odpowiednią farbę i kilka pędzli, a że pogoda dopisywała, zagoniła 

kocmołucha do nowej roboty. 

Tak jak przewidziałam, Wiolka czekała w parku na Tośkę. Usiadłam przy niej. 

- Cześć, jesteś Wiola, prawda? - zagadnęłam ją z uśmiechem. 

- Tak. 

- Tosia dzisiaj nie mogła przyjść. 

- Szkoda, miała mi przynieść pączka z różą. 

- Nie wiedziałam. Mogę dać ci dziesięć złotych. 

- Ściemniasz. 

- Skądże. 

- A co chcesz w zamian? Przecież nikt nikomu nie daje za nic takiej forsy 

Gdy to mówiła, oczy jej błyszczały i nawet głupi by odgadł, że ta nędzna dycha jest 

dla niej majątkiem wartym każdego grzechu. Szło mi nadspodziewanie łatwo. 

- Chcesz zarobić pięć dych? 

background image

- Jak? 

- Pójdziesz ze mną i powtórzysz mojej mamie to, co ci każę. 

- Powtórzę wszystko, co tylko zechcesz. 

- Naskarżysz na Tośkę? 

- Powiem, cokolwiek będzie trzeba. Nawet, że się pieprzy z kosmitami. 

Niebywałe!  Ten  śmieć  bez  mrugnięcia  okiem  sprzedawał  swoją  przyjaciółkę.  Jest 

faktem, że zadziałał tutaj mój dar przekonywania, a Tośka to szkarada, niewarta złamanego 

grosza,  jednak  mogła  przynajmniej  udać  wahanie,  pozwolić  się  chwilę  namawiać  albo 

przynajmniej podbić cenę. Ale cóż, nie mój problem. 

Tośka była zajęta za domem, mama z ciocią Agnieszką piły kawę w salonie, więc pora 

i okoliczności sprzyjały mi wyjątkowo. Przyprowadziłam Wiolkę. 

- Przepraszam cię mamuś, chciałam... - żałowałam, że z powodu doskonałego humoru 

nie mogłam wycisnąć ani jednej łzy z oczu. 

- Co się stało, kochanie? 

- Nie wiem, czy mogę to powiedzieć przy cioci Agnieszce. 

- Możesz kochanie, oczywiście, że możesz. 

- To właściwie nie ja mam coś do powiedzenia, tylko Wiola. 

- No, słucham cię Wiolu? - spytała uprzejmie mama. 

- Bo wie pani, Tośka opowiada o pani i o swoim tacie okropne historie. Mówi, że ją 

głodzicie,  bijecie  i  zamykacie  w  piwnicy  razem  ze  szczurami  -  wyrzuciła  z  siebie  jednym 

tchem. 

- Tak? I co jeszcze? 

- Że kiedyś otruje panią i siostrę trutką na szczury - dodała już z własnej inicjatywy 

-  Coś  jeszcze?  -  naciskała  mama,  lecz  temu  tumanowi  reszta  kwestii  wyleciała  z 

łepetyny, więc tylko stał i wytrzeszczał gały na tortowe ciasteczka stojące na stole. Nie uszło 

to uwagi mamy Wyciągnęła w stronę Wioli półmisek. - Poczęstuj się. 

- Wolałabym dostać pieniądze. 

- Możesz mieć i jedno, i drugie. Mam zwyczaj szczodrze nagradzać za dobre uczynki. 

Wiolka, bogatsza o dodatkowe pięć złotych i  dwa ciastka, szczęśliwa jakby wygrała 

milion na loterii, poszła sobie swoją drogą. 

-  Jezu,  twoja  pasierbica  to  wyjątkowo  nieudany  egzemplarz!  W  życiu  by  mi  nie 

przyszło do głowy, że masz z nią taki krzyż pański - załamała ręce ciocia Agnieszka. 

-  Gdybym  wiedziała,  że  wychowywanie  cudzych  dzieci  jest  tak  ciężkie,  nie 

wyszłabym za Karola, choć to człowiek o złotym sercu. 

background image

- A dla mnie to najlepszy tatuś na świecie - wtrąciłam. 

Ciotce  Agnieszce  w  jej  naiwnej  dobroci  nawet  do  głowy  nie  przyszło,  że  jest 

wkręcana w koronkową intrygę. Przez najbliższą godzinę współczuła mamie i oburzała się na 

Tośkę,  co  z  kolei  nakręcało  do  psioczenia  mamę,  aż  zastał  je  przy  tej  ożywionej  dyskusji 

ojczym. Na jego widok mama, walcząc ze łzami, łamiącym się głosem powtórzyła mu słowa 

Wiolki. 

- Och, mało, że Tosia niszcząc wszystko, chce pokazać ludziom, że ją zaniedbujemy, 

to  opowiada  jeszcze  niestworzone  historie.  Boże,  dlaczego  ona  to  nam  robi?  Dlaczego, 

Karolu? 

Do opowieści mamy ciocia Agnieszka dodała swój pełen oburzenia komentarz. 

-  No  właśnie.  Popatrz  Karolu,  Blanka,  chociaż  jest  tylko  przysposobioną  córką,  na 

każdym  kroku  podkreśla,  jak  bardzo  cię  kocha,  ile  ci  zawdzięcza  i  w  ogóle.  A  Tośka? 

Gdybym nie słyszała na własne uszy tych wszystkich kalumnii, za nic w świecie nie dałabym 

wiary, że w dziecku może być tyle podłości - perorowała oburzona i w najwyższym stopniu 

zgorszona. Jej emocje, podobnie jak uczucia mamy wypływały z przekonania, że ocenia fakty 

gdyż czemu jak czemu, ale własnym uszom ufa się bezgranicznie. 

Widziałam,  jak  ojcu  nabrzmiewają  na  skroniach  żyły  i  jak  czerwienieje  niczym 

ćwikłowy  burak.  Czułam,  że  ta  eksplozja  będzie  wyjątkowo  efektowna.  I  rzeczywiście. 

Ojczym poszedł do kuchni i przez okno wrzasnął: 

- Do domu!!! I to już!!! 

Minutę później Tośka przybiegła. Ojczym od razu przystąpił do rzeczy. 

- Powiedz, chodzisz głodna? 

- Nie. 

- Goła? 

- Nie. 

- Więc dlaczego opowiadasz ludziom, że cię głodzimy, co? 

- Nikomu nic takiego nie opowiadałam - Tośka spoglądała to na mamę, to na mnie, to 

na ciocię Agnieszkę, jakby w nas szukała pomocy albo przynajmniej wyjaśnienia. Daremnie. 

Mama  oglądała  swoje  paznokcie,  ciocia  Agnieszka  obserwowała  całą  scenę  z 

zaciekawieniem,  ja  z  pogardliwą  ironią.  Mogłam  sobie  na  to  pozwolić,  gdyż  ojczym 

zachowywał  się  niczym  rozjuszony  byk,  który  przed  przekrwionymi  ślepiami  widzi  tylko 

czerwoną płachtę. 

- Kłamiesz. Wciąż kłamiesz. 

-  Nie  kłamię.  Nigdy  nie  kłamałam!  -  mówiąc  obrazowo,  głupia  czerwona  płachta 

background image

prowokowała  go  dodatkowo  swoim  uporem.  Pękła  pajęcza  nić  trzymająca  dotąd  na  uwięzi 

demona amoku, ojczym, zapominając o pasku w spodniach, otwartą dłonią walnął Tośkę w 

ucho z taką siłą, że aż poleciała na kredens, odbiła się od niego i padła na podłogę, pokazując 

numery butów. Było to tak komiczne, że parsknęłam śmiechem. 

-  To  ja  już  sobie  pójdę  -  powiedziała  ciocia  Agnieszka  i  chyłkiem  uciekła  z  pokoju. 

Ojczym nawet tego nie zauważył. 

- Zatłukę cię franco, zatłukę. 

-  Ja  naprawdę  nie  wiem,  o  co  chodzi  -  próbowała  wstać,  lecz  wyręczył  ją  w  tym 

podnosząc za włosy i rzucając nią o ścianę. Gdy znów upadła, zaczął kopać ją, gdzie popadło 

i kopał tak długo, aż Tośka przestała krzyczeć i tylko jęczała, jeśli trafiał w wyjątkowo czułe 

miejsca. Wreszcie dureń, charcząc i plując tak się zasapał, że z trudem łapał powietrze. Dla 

Tośki nie oznaczało to końca kary Została za szmaty zawleczona do komórki przy łazience, w 

której trzymamy miotły, odkurzacz, deskę do prasowania i różne takie rzeczy 

-  Ja  ci  pokażę,  cholero  jedna,  co  to  znaczy  głód!  Będziesz  tu  siedzieć,  aż  się  do 

wszystkiego przyznasz i przeprosisz mamę, siostrę i mnie - wywrzeszczał, po czym zamknął 

drzwi  na  klucz.  -1  żeby  żadna  z  was  nie  podała  jej  ani  skórki  suchego  chleba,  ani  szklanki 

wody. 

- Karolu, ona musi wyjść, chociażby do ubikacji. 

- Wstawię jej wiadro. I tyle. 

Przez  najbliższe  pół  godziny  z  komórki  dochodziły  do  nas  tylko  szlochy,  w  końcu 

zapadła  cisza.  Tośka  nie  wołała,  nie  krzyczała,  żeby  ją  wypuścić,  nie  waliła  pięściami  w 

drzwi. Zachowywała się tak, jakby jej nie było, a przecież nie mogła uciec, gdyż w komórce 

zamiast  okien  były  luksfery.  Zajrzałam  przez  dziurkę  od  klucza.  Leżała  tak,  jak  upadła:  na 

lewym boku z podkurczonymi nogami, z jedną ręką wyciągniętą do góry i drugą osłaniającą 

głowę. 

Tymczasem  z  ojczyma  powoli  schodziło  powietrze.  Najpierw  krążył  nerwowo  po 

salonie, potem wyjął z barku butelkę alkoholu. 

- Muszę sobie golnąć, bo mnie dzisiaj szlag trafi. Napijesz się, Luizo, ze mną? 

-  Oczywiście,  kochanie,  usiądź  sobie  wygodnie  w  fotelu.  Blaneczka  poda  nam 

kieliszeczki. 

- Oczywiście, tatuśku. Może zrobię coś na zakąskę? 

-  Jest  jeszcze  pieczony  schab  w  galarecie.  Na  górnej  półce  w  lodówce,  Blaneczko. 

Poradzisz sobie? 

- No jasne. 

background image

Roboty kuchenne są poniżej mojej godności, jednakże teraz, gdy Tośka leżała między 

szczotkami i miotłami jak skóra zdarta z diabła, musiałam się przełamać, w końcu wymagała 

tego realizacja mojej koronkowej intrygi. 

Pokroiłam schab, ułożyłam plastry na półmisku, a potem jeszcze z własnej inicjatywy 

zrobiłam  herbatę. Gdy z pełną tacą wróciłam  do salonu,  toczyła się tu,  a jakże, rozmowa o 

Tośce. 

-  Chwilami  nie mogę  już  na  nią  patrzeć,  skąd  w  niej  taka  zawziętość?  Kiedyś  stracę 

panowanie nad sobą i po prostu ją zabiję, chociaż nie mam takiego zamiaru. Przez ten jej ośli 

upór, te nieustanne krętactwa, te kłamstwa i pomówienia, dojdzie do tragedii. A przecież ja 

chcę dla niej jak najlepiej. Chcę, żeby wyszła na ludzi, żeby doceniała to, co ma. Żyje sobie 

tutaj  jak  u  Pana  Boga  za  piecem,  ale  ciągle  jest  skwaszona,  naburmuszona,  złośliwa, 

sfrustrowana i niewdzięczna. 

Ojczym  się  rozklejał  i  tłumaczył,  jakby  szukał  u  nas  usprawiedliwienia.  I  dostał.  I 

usprawiedliwienie, i na dokładkę współczucie. Wręcz lała się wazelina. 

-  Karolu,  masz  złote  serce  i  świętą  cierpliwość,  jednakże  wybryki  twojej  córki 

świętego Franciszka doprowadziłyby do furii. Nie myśl, że chcę cię buntować przeciwko niej, 

tak samo jak ty pragnę jej dobra. Nie wiń siebie, że nie jesteś cudotwórcą. Trudno, takie ma 

geny Może powinien przebadać ją psychiatra? 

- Pas jest najskuteczniejszym psychiatrą. 

-  Tatuś  wie,  co  robi  -  wcięłam  się  do  rozmowy,  bo  pomysł  ze  zrobieniem  z  Tośki 

świra  był  kuszący  i  zabawny,  jednak  trudno  było  z  góry  przewidzieć,  do  jakich  wniosków 

dojdą spece od mózgownic. Z pewnością ustalą, że dostawała regularny łomot, a wtedy mój 

plan mogą sknocić j acyś pieprzeni obrońcy maltretowanych dzieci. Znałam taki przypadek. 

Naszych  sąsiadów  z  byłego  osiedla  w  podobnej  sytuacji  pozbawiono  praw  rodzicielskich. 

Tośkę  też  mogliby  oddać  do  przytułku  czy  do  innego  bidula.  Pozostawało  jednak  drobne 

„ale” - rodzinie zostałaby przypięta łatka patologii, a patologiczna rodzina to niezbyt chlubny 

fakt w życiu przyszłej gwiazdy Wolałam, żeby Tośka zniknęła w inny sposób. Raz na zawsze. 

Poza tym ojczyma nie mogli wsadzić do więzienia, musiał pracować. Chciałam na wakacje 

pojechać do Paryża. 

-  Próbuj  złamać  jej  opór.  Może  w  końcu  odniesiesz  sukces.  Wierzę,  że  na  dłuższą 

metę dobro zwycięży Jak to dobrze, że przynajmniej Blanka nie przysparza nam kłopotów. 

- Tatuś tyle robi dla nas, że musiałabym być bez serca, żeby tatusia zasmucać. 

- Karolu, marzę, żebyś kiedyś mógł usłyszeć takie słowa od swojej córki - westchnęła 

mama  i  nieznacznie  puściła  do  mnie  oko,  a  ten  safanduła  bezkrytycznie  wziął  te  słowa  za 

background image

dobrą monetę. 

-  Moje  kochane  dziewczynki,  jakie  to  szczęście,  że  was  mam.  Jesteście  dla  mnie 

wszystkim... Kocham was... obie... nad życie. 

W  miarę  j  ak  w  butelce  ubywało  wódki,  oj  czym  mówił  coraz  mniej  wyraźnie, 

wreszcie  zaczął  bełkotać,  lecz  przez  cały  czas  dało  się  zrozumieć  peany20  wygłaszane  na 

naszą cześć. Znajdował się pod naszą władzą i było mu z tym dobrze. 

background image

Rozdział 13 

 

Następnego  dnia  rano  ojczym  wstał  skacowany  Wypił  jedynie  kawę  i,  nie 

wspominając słowa o Tośce, pojechał taksówką do pracy Zajrzałam przez dziurkę od klucza 

do  komórki.  Nadal  leżała  na  podłodze,  lecz  zmieniła  pozycję.  Zapukałam.  Uniosła  lekko 

głowę  i  spojrzała  w  kierunku  drzwi.  Czyli,  że  jeszcze  żyła.  Wyobraziłam  sobie,  jak  w  jej 

potłuczonym jak stary garnek łbie rodzi się nadzieja, że wreszcie ktoś ją wypuści, a potem jak 

z  każdą  chwilą  narasta  rozczarowanie,  że  nic  z  tego,  i  ogarnęła  mnie  dzika  radość.  Bicie 

ustało, jednak tortury wciąż trwają i będą trwać. 

W  szkole  dałam  Topce  usprawiedliwienie,  które  napisała  mama,  że  niby  siostra  jest 

chora.  Na  biologii  przyszedł  mi  do  głowy  pomysł,  jak  dodatkowo  podręczyć  Tośkę.  Od 

poprzedniego dnia musiała mocno zgłodnieć, musiało chcieć jej się pić. Jeśli w jakiś sposób 

stłumiła w sobie te pragnienia, to należało o nich przypomnieć. Gdy wróciłam do domu, znów 

zerknęłam do składziku. Teraz siedziała na posadzce, oparta o ścianę. Zapukałam. 

-  Tośka,  jesteś  głodna?  Wiem,  że  jesteś.  -  Jej  wzrok  powędrował  w  moją  stronę, 

chociaż nie mogła mnie widzieć. Milczała. - Dzisiaj na obiad będzie zupa pieczarkowa, zraz z 

piersi  indyka,  ziemniaki,  surówka  z  kapusty  pekińskiej  i  kompot  wiśniowy.  Zjadłabyś,  co? 

Wystarczy, że się przyznasz do swoich łgarstw. 

20 Pean - pieśń dziękczynna lub triumfalna. 

Nie doczekałam się odpowiedzi, lecz wiedziałam, że jej dopiekłam. Słowa to strzały 

które mogą być zatrute. Najlepiej, gdy są złote. Gdy godzinę później znów do niej zajrzałam, 

zobaczyłam,  że  pije.  Słowo  daję,  że  piła  wodę  z  pojemnika  żelazka.  Cholera,  nikt  tego  nie 

przewidział! „Co tam taka ociupinka płynu. Przy żelazku jest jeszcze kabel, może się powiesi 

i wtedy wszyscy będą zadowoleni a, co najważniejsze, czyści” - pomyślałam z nadzieją. 

Minął  dzień,  kolejna  noc  i  znowu  dzień,  a  Tośka  nic.  Tak  jak  wczoraj  tkwiła  pod 

ścianą, tylko teraz z głową wspartą na podkurczonych nogach. Znów zapukałam. 

- Dzisiaj na obiad jemy zupę pomidorową z ryżem, carpaccio z polędwicy, a na deser 

jest  galaretka  owocowa  z  bitą  śmietaną.  Zjadłabyś,  co?  Na  pocieszenie  powiem  ci,  że  bez 

jedzenia można wytrzymać czterdzieści dni. 

Tym razem nawet nie drgnęła, lecz ja wiem, że moje słowa dotarły do niej i zraniły ją 

boleśnie. Musiały. Uparty kocmołuch. Tego dnia, gdy po południu ojczym wrócił do domu, 

wreszcie zapytał o Tośkę. Krótko. 

- Ico? 

background image

- Nic - mama bezradnie rozłożyła ręce. 

- Próbowałam namówić ją przez drzwi, żeby wyznała prawdę. Powiedziałam, że mnie 

nie musi przepraszać. Już dawno wszystko  jej wybaczyłam, ale ona nic  - dorzuciłam  swoje 

trzy grosze. 

-  Zaraz  sam  z  nią  porozmawiam  -  ojczym  otworzył  komórkę.  Stanęłam  tuż  za  nim, 

ciekawa, co zrobi. Teraz Tośka siedziała wciśnięta w kąt między regałem a ścianą. - No, co 

masz mi do powiedzenia? Słucham. 

- Nic. Prawda cię nie interesuje, a ja kłamać nie chcę. 

Możesz mnie zabić. Jeżeli nie mogę być z babcią, będę przynajmniej z mamą. 

Starego zamurowało. Musiałam przejąć inicjatywę. 

-  Grasz  nie  fair,  Tosiu.  Tatuś  niczego  od  ciebie  nie  chce,  tylko  odrobiny 

przyzwoitości. Oczerniasz rodzinę na zewnątrz, przyznaj to wreszcie i będzie kwita. Wszyscy 

pragniemy twojego dobra. 

- Zatkaj się, żmijo jedna. 

- Widzisz sam, tatusiu. I tak jest za każdym razem. 

- Będziesz tu siedziała dotąd, aż skruszejesz - na odchodne ojczym ze złością kopnął 

ją w goleń. Na większe lanie nie było miejsca. 

Ciocia Agnieszka spóźniała się, więc postanowiliśmy zasiąść do stołu bez niej. Wtem 

zadźwięczał  dzwonek  domofonu.  Otworzył  ojczym,  który  akurat  znajdował  się  najbliżej 

drzwi. Chwilę później weszła... Wiolka. 

- Dzień dobry pani - powiedziała i utkwiła łakome spojrzenie w stole zastawionym do 

obiadu. 

- Dzień dobry Wioletko. Co cię do nas sprowadza? 

- Jak pani da mi dziesięć złotych, to powiem pani, co Tośka jeszcze na was nagadała. 

- Mów. 

- A dostanę pieniądze? 

- Dostaniesz. Oczywiście, że dostaniesz. 

- Ona mówiła, że pani jest puszczalska, a pan to głupi rogacz. 

- Kiedy ci o tym mówiła? - spytał ojczym, a mi ścierpła na plecach skóra. I słusznie. 

- Wczoraj po południu, na cmentarzu. 

- Na pewno wczoraj? 

- Tak, wracała akurat z bazaru, z zakupów. 

- A może to  było  dzisiaj?  - ta ciężka kretynka nie wyczuła jawnie zjadliwej  ironii w 

głosie ojczyma i brnęła dalej. 

background image

- Nie, dzisiaj  powiedziała, że w dzień jest  pan szanowanym  biznesmenem,  a w nocy 

bandytą, który okrada banki. 

Popatrzyłyśmy z mamą na siebie z panicznym przerażeniem. Robiło się gorąco. 

- Co jeszcze ci mówiła? - Ojczym purpurowiał, jakby lada chwila miały mu popękać 

wszystkie żyły i żyłki, lecz ta tumanica była za głupia na to, żeby odczytać, co znaczą takie 

sygnały Rozochocona swoją „misją”, plotła dalej, jak potłuczona. 

-  Wszystko  już  powiedziałam  pani  Drobnickiej,  ale  jak  pan  chce  i  zapłaci,  to  mogę 

Tośkę jeszcze bardziej pociągnąć za język. Ona mi wszystko paple, jak na spowiedzi... 

W tej chwili ojczym stracił panowanie nad sobą i z całej siły na odlew, walnął Wiolkę 

w głupi łeb. 

-  Karolu,  opamiętaj  się  -  krzyknęła  mama  i  zanim  Wiolka  zdołała  ochłonąć, 

wypchnęła ją za drzwi. 

- Boże, co ja narobiłem! - w ojczymie zawyło sumienie. 

Szukałam  gorączkowo  jakichś  sensownych  słów,  odpowiednich  na  tę  okoliczność, 

lecz nic nie przychodziło mi do głowy Na szczęście mama zachowała zimną krew. 

- Karolu, dałeś się ponieść. Bicie cudzego dziecka to nierozwaga. 

- Tośka mówiła prawdę. Niepotrzebnie jej tak wsoliłem. 

-  Znów  szukasz  winy  w  sobie.  Któż  mógł  przypuszczać,  że  twoja  córka  zadaje  się  z 

takim  elementem?  Czy  komuś  normalnemu  przyszłoby  do  głowy  że  młoda  dziewczyna  tak 

łże? Dzięki Bogu, że przejrzałeś tę małą oszustkę, zanim doszło do jakiegoś nieszczęścia. 

- Tak, tatusiu, żałuję, że okazałam się taka naiwna... chciałam dobrze... - łzy popłynęły 

mi  obficie  z  oczu,  lecz  tylko  ja  wiedziałam,  że  wycisnęło  je  wielkie  uczucie  ulgi  po 

wcześniejszym napięciu. 

Nie  wiem,  czy  nasze  argumenty  go  przekonały  Wyglądał  jak  sflaczała  dętka  od 

roweru. Usiadł ciężko, a potem wstał i poszedł wypuścić Tośkę. 

- Możesz już wyjść - powiedział zduszonym głosem. - I zrób sobie coś do jedzenia. 

Wyszła.  Poruszała  się  jak  jakiś  pokurcz.  Jej  obita  gęba  była  granatowosina,  włosy 

miała tłuste i posklejane, na rękach i nogach czerniły się strupy zakrzepłej krwi. Mogłaby bez 

żadnej charakteryzacji grać straszydło w filmie grozy Weszła do kuchni i nie obdarzając nas 

ani jednym spojrzeniem, wyjęła z lodówki karton mleka. I piła, piła, piła, aż wypiła do dna. 

Potem powlokła się na swoje poddasze. 

Znów  zadźwięczał  dzwonek  domofonu,  tym  razem  przyszła  ciocia  Agnieszka. 

Usiedliśmy  do  stołu,  lecz  jakoś  wszyscy  stracili  apetyt.  A  najbardziej  ojczym.  Siedział  ze 

spuszczoną głową, jakby nad czymś głęboko rozmyślał. Bezpieczniej było nie dawać mu zbyt 

background image

wiele  czasu  na  rozważania,  bo  diabli  wiedzą,  do  jakich  mógł  dojść  wniosków.  Mama 

opowiedziała o całym zajściu cioci, a ponieważ temat był jeszcze gorący i emocje buzowały, 

jej słowa zawierały taki ładunek oburzenia, że udzieliło się ono słuchaczce. 

- Karolu, doprawdy, to skandal! Okropny skandal! Sama na własne uszy słyszałam, co 

ta dziewczyna opowiada... i  w życiu,  w życiu  do głowy by mi nie przyszło,  że ona kłamie. 

Tak  nazmyślać!  Dziękuj  Bogu,  że  nie  dałeś  się  zwieść.  Nie  chcę  nawet  myśleć,  co  by  się 

stało, gdybyś dał  wiarę,  że  Luiza  cię zdradza. Dla kogoś, kto  jest tak mocno i  tak szczerze 

zakochany,  byłby  to  cios  w  samo  serce.  Mało  tego,  jak  człowiek  niewinny  ma  udowodnić 

swoją niewinność? 

Ostatnie  zdanie  było  jakby  rzucone  kulą  w  płot,  bo  jak  do  tej  pory  to  właśnie  na 

przysparzaniu Tośce tego typu problemów był zbudowany mój plan. Na szczęście ojczym nie 

zatrybił.  Po  tym  incydencie  w  naszym  domu  zapanowała  dziwna  atmosfera.  Mimo  iż  było 

jasne, że Tośka niesłusznie dostała łomot, nikt nie przeprosił jej, nikt nie miał ochoty iść na 

poddasze,  żeby  sprawdzić,  jak  się  czuje,  z  jej  strony  też  nie  padło  żadne  słowo  skargi  czy 

pretensji.  Unikała  nas,  a  na  parter  schodziła  tylko  wtedy  gdy  nikogo  nie  było  w  domu. 

Milcząco uznaliśmy, że sprawa Tośki jest tematem tabu i czekaliśmy, żeby wszystko wróciło 

do normy Wtem... No nie! Życie to potrafi pisać scenariusze! 

background image

Rozdział 14   

 

Niespodziewana wizyta 

Nazajutrz,  gdy  wieczorem  najspokojniej  w  świecie  siedzieliśmy  sobie  we  trójkę  w 

salonie przy herbatce i serowych paluszkach, otworzyły się gwałtownie drzwi i wparowała... 

babka Tośki. Za nią nieśmiało postępował młody wieśniak, jak się później wyjaśniło, daleki 

kuzyn, który robił za kierowcę. 

Zbaranieliśmy. 

- Mama? - zdziwił się ojczym. 

- Ściślej rzecz biorąc, teściowa. Gdzie jest Tosia? 

Niewychowana  chamka.  Ani  „Dzień  dobry”,  ani  „Czy  mogę  wejść?”,  tylko  od  razu 

„Gdzie jest Tosia?”. TosiaSrosia. 

- Tosia jest dzisiaj trochę chora. 

- Chyba nie aż tak, żeby się nie przywitać? Gdzie ona jest? 

Babsztyl bezceremonialnie otworzył drzwi i wrzasnął na całe gardło: 

- Tooosia!!! 

Chwilę później usłyszeliśmy, jak jej pieprzona wnusia schodzi. Tośka na widok babki 

ryknęła płaczem i padła jej w objęcia. 

-  Jezu  Nazareński!  Dziecko,  jak  ty  wyglądasz?!  -  Rzeczywiście,  zdziwienie  było 

uzasadnione, bo do mieniących się różnym natężeniem granatu siniaków doszła opuchlizna i 

gęba Tośki przypominała jarmarczny balon. - Kto ci to zrobił? Ojciec?! 

- Tak. Zbił mnie i zamknął w komórce bez wody i jedzenia. Trzy dni tak siedziałam... 

Na razie żarło dobrze. Ojczym, jako ten, który był winien przemocy, ściągnął na siebie 

wściekłość tej piekielnej baby 

- Jeszcze nie obeschły łzy sieroty po śmierci matki, a ty, nie dość, że zafundowałeś jej 

macochę, to  jeszcze ją maltretujesz? Co, własne dziecko ci  się nie podoba?  I to  w sytuacji, 

gdy... wiesz, co mogę zrobić? I zrobię, pamiętaj! Za godzinę tu wrócę i wszystkie rzeczy Tosi 

mają być spakowane. Rozumiesz? Zabieram ją do siebie - darł się babsztyl, a ten głupi burak 

zamiast iść w zaparte, że nie tknął jej nawet palcem, zamiast zasugerować jej, że Tośka sama 

się pobiła, żeby uniknąć szkoły, albo że obraca się w jakimś szemranym towarzystwie, które 

obiło jej ryja, całkiem skapcaniał. Bąkał coś nieskładnie, tylko czekałam, aż padnie na kolana 

i zacznie przepraszać i Tośkę, i tę piekielnicę. 

Tośka,  babka  i  ten  młody  kmiotek  wyszli.  Przez  okno  widzieliśmy  jak  wsiadają  do 

background image

srebrnego volkswagena passata i odjeżdżają. Dopiero wtedy w ojczyma wstąpił bojowy duch. 

- W życiu nie pozwolę, żeby teściowa zabrała Tośkę! Zostanie z nami. 

Oho, trzeba było kuć żelazo, póki gorące. Pierwsza, słodko i z troską w głosie, zaczęła 

mama. 

- Posłuchaj Karolu. Tosia to typowa, zbuntowana nastolatka. Brak jej rozsądku Blanki, 

dlatego  nowa  sytuacja  przerosła  ją,  zrozum  to.  Daj  jej  czas  na  refleksję.  Jak  podrośnie,  to 

zmądrzeje i do nas wróci. 

- Powinna wychowywać się z nami. W rodzinie. 

- Też tak uważam, lecz Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze strzeli jej do głowy Przecież w 

takiej desperacji jest zdolna do wszystkiego. Pół biedy, jeśli zniszczy ubrania, jednak czy dasz 

nam gwarancję, że nie spali domu, albo nie wytruje nas gazem? 

Teraz nadeszła moja kolej. 

-  Ja  się  jej  boję.  Nazywa  mnie  przybłędą,  znajdą  i  grozi,  że  mnie  otruje  trutką  na 

szczury. 

- Coś takiego! - zawołała mama z niekłamanym  przestrachem.  -  Boże, Karolu, może 

Tosia chciała otruć Blankę i sama przez pomyłkę się zatruła? 

- Teraz sobie przypominam, że tamtego dnia to ona robiła kanapki. 

- Jezu, chyba Opatrzność nad nami czuwała, bo gdyby tak... Nie, nie chcę nawet o tym 

myśleć! Blanko, dlaczego wcześniej nie powiedziałaś nam o tym? 

- Nie chciałam martwić tatusia - opuściłam głowę. 

- No, sam widzisz. To już nie są zwykłe fanaberie niezrównoważonej dziewczyny, ale 

zagrożenie dla wszystkich. Pomyśl, Karolu, co by się stało z twoim dobrym imieniem, gdyby 

okazało się, że jesteś ojcem morderczyni.  I wreszcie jakbyśmy my  - macocha i pasierbica - 

miały nadal tu mieszkać, bez codziennej pewności, że jemy zupę bez trucizny? 

Wzięty  w  krzyżowy  ogień  ojczym  ustąpił.  Wyglądał  przy  tym  tak,  jakby  nagle 

przybyło mu dwadzieścia lat. 

- Spakujcie jej rzeczy. Ja muszę się napić. 

Tamci wrócili po trzech godzinach. 

-  Byłam  z  Tosią  na  pogotowiu,  no  i  lekarz  stwierdził,  że  ma  złamane  dwa  palce, 

pęknięte  żebro,  wysięk  z  mózgu,  rozbity  łuk  brwiowy  oraz  rozliczne  potłuczenia  i  krwawe 

wybroczyny.  Zaprowadziłam  ją  do  lekarza  sądowego  na  obdukcję.  Lekarz  fachowo  i 

skrupulatnie obmierzył  i opisał  ślady twojego bestialstwa, więc  wyrok za znęcanie się masz 

jak  w  banku.  Ponieważ  nie  chcę,  żeby  moja  wnuczka  musiała  się  wstydzić,  że  ma  ojca 

kryminalistę,  ten  dokument  będzie  zabezpieczeniem  warunków,  które  teraz  ci  postawię.  Po 

background image

pierwsze, załatwisz formalności związane ze zmianą szkoły; po drugie, będziesz płacić na jej 

utrzymanie  tyle,  ile  zażądam.  O  reszcie  porozmawiamy  innym  razem  i  na  osobności. 

Tomeczku - zwróciła się do młodego wieśniaka - zanieś bagaże do samochodu. 

- Pomogę - ojczym złapał za najcięższy tobołek i nie oglądając się na nikogo, wyszedł 

z domu. 

- Babciu, muszę jeszcze zabrać swój laptop. 

- Pomogę ci, Tosiu - pośpieszył z propozycją Tomek. 

TosiuSrosiuPierdosiu.  Dżentelmen  z  Kaczej  Wólki,  wsiok  jeden!  Miałam  ochotę  iść 

za  nimi  i  sprawdzić,  gdzie  ta  paskuda  chowała  to  swoje  elektroniczne  cacko;  niestety,  nie 

wypadało.  Tymczasem  sytuacja  w  salonie  zrobiła  się  nieciekawa,  bo  oto  zostałyśmy  z  tą 

piekielną  babą  sam  na  sam.  Gdyby  jej  wzrok  mógł  zabijać,  na  miejscu  ukatrupiłaby  z  pół 

wołu. Milczała ponuro, dopiero wtedy, gdy na schodach usłyszała kroki Tośki i tego kmiotka, 

rzuciła do nas zjadliwie: 

- Ja wam jeszcze pokażę! 

- Pocałuj mnie w cztery litery i to przez papierek, kaszalocie jeden - odcięła się mama, 

gdy tamta już trzasnęła za sobą drzwiami. 

Wybuchłyśmy  śmiechem.  Bingo.  Wygrałyśmy.  Przez  okno  widziałyśmy  jak  ojczym 

tłumaczy coś teściowej, ale nie miało o dla nas znaczenia. Zostałyśmy same w tym pięknym 

domu,  a  Tośka  pojechała  na  wieś,  tam,  gdzie  było  jej  naturalne  miejsce.  Bo  przecież,  do 

czego taka oferma się nadaje, jeśli nie do pasania krów i macania kur? Z dzisiejszego punktu 

widzenia chyba w tym miejscu popełniłam błąd. Sukces mnie uśpił. Powinnam dociec, czym 

jeszcze, oprócz lekarskiej obdukcji, baba szantażuje ojczyma. 

W domu przestało się wspominać Tośkę, a w szkole tylko raz Damian Korecki spytał 

o  nią,  a  powodem  nie  była  tęsknota,  tylko  problem  z  rozwiązaniem  jakiegoś  zadania 

matematycznego.  Trudno  się  dziwić,  bo  Tośka  to  taki  pryszcz  -  był,  zniknął,  i  o  czym  tu 

mówić. 

background image

Rozdział 15   

 

Bez Tośki nasze życie nabrało nowej jakości. Teraz już bez skrępowania zapraszałam 

do domu Konrada, Jowitę, Darka, Zuzannę i Mariusza, z którymi po sylwestrze zacieśniły się 

kontakty. Kaśka, chorobliwie zazdrosna o Błażeja, zachowywała bezpieczny dystans. Jest to 

całkiem  zrozumiałe,  gdy  ma  się  włosy  jak  pióra  i  krzywe  zęby  Jadźki,  rzecz  jasna,  nie 

wprowadziłam  do  nowej  paczki.  Nie  pasowała  do  niej.  Teraz  swój  pozaszkolny  czas 

poświęcałam  dwóm  całkiem  przyjemnym  zajęciom  -  muzyce  i  imprezom.  Między  mamą  a 

ojczymem kwitła żarliwa miłość, jak u nastolatków, nawet ciocia Agnieszka poznała jakiegoś 

bajecznie  bogatego  wdowca.  Któregoś  dnia  tę  sielankę  zakłócił  wredny  numer,  wycięty 

mamie  przez  Gąsiorka.  Gdy  zamieszkałyśmy  na  Przyrzeczu,  mama  z  dnia  na  dzień  rzuciła 

pracę w knajpie Pod Gąsiorkiem. 

- Szef to wredna świnia. Żółć zalewa go z zazdrości, że mi się w życiu udało - mówiła. 

-  Dość  już  mam  obsługiwania  hołoty,  noszenia  tac  z  talerzami,  ścierania  zaświnionych 

stolików i groszowych napiwków. Więcej moja noga tam nie postanie. Może mnie pocałować 

tam, gdzie słońce nie dochodzi, i to przez papierek. 

Gąsiorek  wciąż  przysyłał  mamie  jakieś  listy,  wezwania,  które  ona  bez  czytania 

wyrzucała do kosza. Jeden taki list zobaczył ojczym. 

- Czego chce od ciebie twój były pracodawca? 

- Nie obchodzi mnie to. 

- Pokaż, co to w ogóle jest. 

Mama podała mu pismo. Przeczytał i powiedział: 

- Odchodząc z pracy nie dopełniłaś obowiązkowych formalności. Możesz mieć z tego 

powodu kłopoty 

-  Tak?  Załatwię  to  -  obiecała  mama,  lecz  zapomniała.  Jakiś  czas  później  przyszło 

wezwanie z sądu. 

- Dupek straszy mnie sądem. Już się trzęsę ze strachu - dla mamy cała rzecz nie była 

warta funta kłaków, jednak w sprawę znów wdał się ojczym. 

- Być może chce ci dokuczyć z niskich pobudek, jednak jest faktem, że odchodząc z 

pracy,  powinnaś  się  rozliczyć.  Stoisz  na  przegranej  pozycji  -  ojczymowi  najwyraźniej 

brakowało siły charakteru mamy. 

- Mam go gdzieś. 

- Zamknij sprawę swojego zwolnienia tak, jak tego wymaga prawo i będziesz mogła 

background image

spać spokojnie. 

- Takie głupoty nie zakłócają mi snu. 

Po  trwającej  kilka  dni  dyskusji,  mniej  więcej  w  tym  stylu,  wreszcie  poszliśmy  do 

mecenasa  Kosowskiego.  Mecenas  miał  swoją  kancelarię  w  centrum  miasta,  przy  głównej 

ulicy,  o  czym  złotymi  literami  na  czarnym  tle  informowała  elegancka  tabliczka.  Dalej 

napotykałam  coraz  większe  niespodzianki.  W  poczekalni  grube  bordowe  dywany  obrazy  w 

dębowych  ramach,  wyściełane  krzesła  i  prasa  na  szklanym  stoliku.  Jeszcze  dostojniej 

prezentował  się  pokój  przyjęć  -  przepastne  fotele  obite  zieloną  skórą,  rzeźbione  biurko, 

rzeźbiona  szafa  na  dokumenty,  obrazy  w  złotych  ramach,  firanki  wymyślnie  udrapowane... 

Gdyby  nie  komputer  i  drukarka,  można  by  pomyśleć,  że  to  muzeum.  Przez  oszklone  drzwi 

było widać następny pokój, w którym pracowało kilka, wyłącznie eleganckich osób. Jedna z 

nich przyniosła mamie i ojczymowi kawę, a mnie sok pomarańczowy. 

Mama relacjonowała mecenasowi swój problem, on zadał jej kilka pytań, a kiedy już 

sobie  wyjaśnili,  co  trzeba,  wezwał  sekretarkę  i  podyktował  jej  pismo  pełne  jakichś 

niezrozumiałych zwrotów To właśnie wtedy uświadomiłam sobie w pełni różnicę pomiędzy 

panem mecenasem a ojczymem. Różnicę nieuchwytną przy grillowaniu, czy przy spotkaniach 

na ulicy. 

Ojczym  był  nie  tylko  burakiem,  lecz  burakiem  od  brudnej  roboty.  Już  sama  nazwa 

jego firmy brzmiała „Zakład Produkcji Materiałów Budowlanych” i mieściła się w paskudnej, 

przemysłowej  dzielnicy,  gdzie  nawet  nazwy  ulic  brzmiały  idiotycznie:  Cegielniana, 

Kanałowa,  Kamieniarska,  Ślusarska,  Tokarska...  Okropność.  No  i  rzecz  jasna  w  firmie 

ojczyma nie było żadnych dywanów, skórzanych foteli i pięknie drapowanych firanek, tylko 

śmierdzące  hale  pełne  robotników  w  brudnych  kombinezonach  i  hałaśliwych  maszyn, 

wyciskających  plastikowe  rury.  Sam  ojczym  siedział  w  ciemnej  kanciapie  z  zakurzonymi 

oknami,  przy  odrapanym  biurku,  na  czarnym,  obrotowym  fotelu.  Miał  szafy  pełne 

powycieranych  segregatorów  i  komputer  z  nieciekawymi  zestawieniami.  Gdy  rozmawiał 

przez telefon, na okrągło słyszało się: rura fi sto, fi pięćset, kolanko, redukcja pięćdziesiąt na 

czterdzieści, rewizja, trójnik, kształtka, łącznik, srącznik, dupącznik. No i nikt nie mówił do 

niego „panie mecenasie”. 

Kiedy siedziałam w biurze adwokackim i patrzyłam na moją piękną mamę, doszłam 

do  wniosku, że wychodząc za mąż za ojczyma, zrobiła życiowy  błąd.  To  jasne, że powinna 

wyjść za jakiegoś prawnika, lekarza, albo jeszcze lepiej - ambasadora. Wtedy jeździłybyśmy 

po  całym  świecie,  mieszkały  na  placówkach  dyplomatycznych  i  obracały  się  w  naprawdę 

wytwornym towarzystwie. 

background image

Po powrocie do domu zwierzyłam się mamie ze swoich spostrzeżeń. 

- Takie rarytasy to już nie dla mnie, ale ty możesz owinąć sobie wokół palca każdego, 

nawet koronowaną głowę. 

- A gdybyś spotkała kogoś lepszego od ojczyma? 

-  Czyżbyś  była  niezadowolona  z  tego,  co  mamy  teraz?  -  odpowiedziała pytaniem  na 

pytanie. 

- Nie, ale uważam, że mogłoby być jeszcze lepiej. 

-  Kocham  cię  za  to.  Z  twoją  pięknością,  wdziękiem,  talentem  i  ambicją  zrobisz 

naprawdę wielką karierę. 

Komplement  był  miły,  lecz  bez  przesady.  Mama  zapomniała,  że  zanim  zrobię  tę 

karierę, upłynie trochę wody w Wiśle, a przez cały ten czas to ona powinna zapewnić mnie - i 

przy okazji sobie - odpowiedni standard życiowy Tymczasem spoczęła na laurach, tak jakby 

Karol Drobnicki był szczytem jej marzeń. Jakby nie mogła sięgnąć wyżej, ponad właściciela 

firmy produkującej materiały budowlane. Ja widziałam wyjście z tej sytuacji. 

- Mamusiu, poproś ojca, żeby przepisał cały majątek na ciebie. 

- Tak? A po co? 

-  Rozwiedziesz  się,  sprzedasz  dom  i  znajdziesz  sobie  kogoś  na  naprawdę  wysokim 

stanowisku. 

- Kochanie, wolę wróbla w garści niż gołębia na dachu. Nawet o tym nie myśl. 

Lecz  ja,  gdy  już  raz  zaczęłam  wgryzać  się  w  temat,  dostrzegałam  coraz  więcej 

szkaradnych szczegółów. Nasz dom nie był taki nowoczesny jak dom Kosowskich. No i nie 

mieliśmy  służącej.  Wcześniej  Tośka,  chociaż  była  paskudą,  stała  się  na  swój  sposób 

pożyteczna.  Sprzątała,  prasowała,  robiła  zakupy,  plewiła  chwasty  w  ogrodzie...  Teraz 

wszystko spadło na mamę, ponieważ ja musiałam  dbać o dłonie. Dłonie u pianistów są tak 

ważne, że można ubezpieczyć je na ciężką forsę. 

Na szczęście mamie spodobał  się pomysł  z pomocą domową, choć medytowała nad 

nim przez dobry tydzień. Bo mama taka już jest. Do każdego problemu podchodzi jak pies do 

jeża. Zamiast twardo postawić swoje żądania, opracowuje całą strategię, jakby szła na wojnę 

z Chińczykami. 

- Nie wypada zatrudniać pomocy, kiedy siedzę w domu - tłumaczyła. 

- Wystarczy, że po pierwsze, chcesz, a po drugie, że doda to naszej rodzinie splendoru. 

- Karol jest głuchy na takie argumenty. 

No  proszę!  Utajnione  skąpiradło.  Na  szczęście  mama  zawsze  znajduje  na  niego 

sposób, i tak było tym razem. Postanowiła iść do pracy. 

background image

-  Karolu,  kochanie,  w  moim  odczuciu  powinnam  ci  pomóc.  Znajdę  sobie  pracę  w 

jakimś biurze, a w domu zatrudnimy kogoś do pomocy 

- Daj spokój, Luizo, ileż ty możesz zarobić? Więcej weźmie gosposia. Obejdziemy się 

bez  tych  groszy  Siedź  lepiej  w  domu  i  bądź  piękna  -  przekonywał,  mama  jednak  zaczęła 

szukać posady 

Pomysł był dobry, lecz trudny w realizacji. Wiadomo, że pracodawcy zawsze stawiają 

idiotyczne  wymagania  i  szukaj  ą  dziury  w  całym:  a  to  brak  wykształcenia,  a  to 

doświadczenia,  a  to  żądania  finansowe  za  wysokie,  a  to,  a  pstro.  Same  durnoty!  W  końcu 

ojczym zatrudnił mamę w swojej firmie, zaś jako pomoc domową przyjął panią Felę Wcisło. 

Felka była nieciekawą babą, która od razu mi podpadła. Zażądałam, żeby nosiła biały 

czepek i fartuszek z falbankami, takie same, jakie widziałam na filmach o arystokratach. 

- Po pierwsze, dres jest wygodniejszy Po drugie, godziłam się na pomoc domową, nie 

na przebierańca - powiedziała parskając śmiechem. 

Bezczelny babsztyl! Wiedziałam, co jest grane. Chciała, żeby obcy ludzie brali ją za 

domownika.  Musiała  dostać  nauczkę  i  raz  na  zawsze  zrozumieć,  gdzie  jest  jej  miejsce. 

Zastosowałam starą, przetestowaną na Tośce metodę: stłukłam porcelanowy serwis do kawy, 

zaś skorupki wyrzuciłam. Mama, w przeciwieństwie do Felki, od razu zauważyła jego brak, a 

im  bardziej  służąca  upierała  się  przy  swoim,  tym  bardziej  wkurzała  mamę.  W  końcu,  niby 

przypadkowo, odkryłam resztki serwisu w koszu na śmieci. Na nic się zdały płacze, prośby i 

zapewnienia o niewinności. Felka z potrąconą za szkody wypłatą została odprawiona raz na 

zawsze. 

background image

Rozdział 16 

 

Przesłuchanie 

Tymczasem  szybkimi  krokami  zbliżył  się  czas  egzaminów  Na  tę  okazję  mama 

sprawiła  mi  długą,  czarną  spódnicę  z  jedwabiu,  białą  bluzkę  z  gipiury  oraz  lakierki.  Część 

włosów  związałam  na  czubku  głowy  bordową  aksamitką.  Wyglądałam  zachwycająco.  Pod 

względem  elegancji,  to  wśród  sporego  tłumku  oczekujących  na  przesłuchanie,  żadna 

dziewczyna nie sięgała mi do pięt. 

Towarzyszyli mi mama, ciocia Agnieszka, Jadźka i Konrad. Ojczyma nie było, gdyż 

zatrzymały go jakieś sprawy służbowe. Wpadł natomiast profesor Zawiej ski. 

- Blanko, tylko zachowaj spokój. Jesteś dobrze przygotowana i masz wielki talent. Ani 

przez  moment  nie  zapominaj,  że  muzyka  jest  myślą,  myśl  jest  muzyką.  Grając  fugę,  myśl 

fugą. Pamiętaj, że od dzisiejszego przesłuchania zależy cała twoja przyszłość. 

Doskonale o tym wiedziałam, byłam też pewna sukcesu, jednakże udawałam, że zżera 

mnie trema, aby podnieść poziom adrenaliny u osób, które mi kibicowały 

- Postaram się. Trzymajcie za mnie kciuki. 

Zza  drzwi  dobiegały  dźwięki,  jakie  wydobywała  z  fortepianów  konkurencja.  Mój 

absolutny  słuch  bez  trudu  wyławiał  nierówne  takty,  opuszczone  krzyżyki  i  bemole21, 

pomylone nuty niepotrzebne powtórzenia, zgubione frazy arytmię, przydźwięki... Wszystkie 

te błędy napawały moje serce radością, gdyż były płatkami róż sypanymi na mojej drodze do 

sławy. 

21  Krzyżyki  i  bemole  -  w  muzyce  znaki  podwyższające  lub  obniżające  wysokość 

dźwięku. 

Wreszcie  przyszła  kolej  na  mnie.  Za  długim  stołem  zasłanym  zielonym  suknem 

siedziały  dwie  kobiety  i  trzech  mężczyzn.  Przed  każdym  z  nich  leżały  rozłożone  papiery 

pewnie z danymi kandydatów. Przedstawiłam się. 

- Proszę, pokaż, co na dzisiaj przygotowałaś. 

Miałam do wyboru dwa instrumenty: jeden marki Bechstein, drugi Steinway. Bardziej 

odpowiadał mi Steinway, lecz żeby pokazać szanownej komisji, że ważne jest dla mnie samo 

brzmienie fortepianu, zagrałam na każdym z nich po kilka próbnych dźwięków. 

Żeby  zrobić  piorunujące  wrażenie,  zaczęłam  od  fugi.  Fuga  Bacha  to  boskość, 

abstrakcja,  czystość  i  harmonia.  To  przestrzeń  dźwiękowa  rozwijająca  się  z  ziarna. 

Nieskończony  wachlarz  odcieni  i  cudownych  modulacji.  Pod  moimi  palcami  melodia  od 

background image

pierwszego  akordu  wznosiła  się,  rozwijała  dźwiękiem  i  barwą  brzmienia.  Nie  grałam  dla 

pięciorga słuchaczy, słuchały mnie tysiące widzów w sali koncertowej, wielkiej jak katedra w 

Kolonii, a muzyka wkomponowywała się w sferę świątyni z taką doskonałością, jakby była 

akustycznym elementem jej architektury 

Następnie  zagrałam  brawurowo  Fenikuli,  Fenikula  Swena  i  przeszłam  do  etiudy 

Etiuda  to  w  zasadzie  krótki  utwór  techniczny,  umożliwiający  ocenę  własnych  możliwości, 

lecz  niektóre,  takie  jak  Etiuda  cmoll  Chopina,  zwana  Rewolucyjną,  stanowi  szczyt 

wirtuozerii,  a  wykonałam  ją  tak  brawurowo,  że  urzeczona  mną  komisja  zrezygnowała  z 

dalszego przesłuchania. 

Wyszłam dumna i zadowolona z siebie, lecz dla podkręcenia atmosfery trzymałam się 

za serce, niby że jestem wykończona psychicznie. 

-  Brawo,  brawo  Blanko,  świetnie,  cudownie...!  -  pierwszy  z  gratulacjami  pośpieszył 

profesor Zawiejski. Za nim poszli inni. 

-  Och,  nie  jestem  pewna,  czy  dostatecznie  wyraziście  wyraziłam  vivace22  w 

kantylenie. 

- Dobrze, bezbłędnie. 

- A grave23 w Rewolucyjnej? 

-  Dobrze!  Bądź  pewna,  że  świetnie!  -  bez  zapewnienia  profesora  wiedziałam,  że  tak 

jest, lecz imponowało mi rzucanie włoskimi terminami, o których, poza Zawiej skim chyba 

nikt nie słyszał. No, może jedynie Konrad. 

Egzamin  z  takich  umiejętności  jak  rozpoznawanie  interwałów  harmonicznych  czy 

melodycznych,  określanie  rodzajów  i  postaci  trójdźwięków  wymagających  słuchu,  był  już 

tylko formalnością. Tydzień później na tablicy ogłoszeń wywieszono wyniki i okazało się, że 

uzyskałam dopiero drugą lokatę. Wyprzedził mnie jakiś Fabian Rawicz.  „Skandal! Komisja 

uznała,  że  jest  ktoś  lepszy  ode  mnie.  Chyba  facet  ma  niezłe  chody.  Ta  przekupna  banda 

profesorków może sobie uważać, co chce. Ich faworyt nie wygra ze mną, choćbym miała mu 

połamać wszystkie palce” - wściekałam się w duchu. 

Tuż  po  ogłoszeniu  wyników  mama  zaprosiła  wszystkich  do  domu  na  przyjęcie 

przygotowane przez firmę cateringową. Była to niespodzianka. Drzwi wejściowe zostały już 

przystrojone balonikami, w poprzek przedpokoju zawieszono transparent z napisem: WITAJ 

NASZA  PRZYSZŁA  ARTYSTKO.  Na  rozsuniętym  stole,  przyozdobionym  różnorodnymi 

kompozycjami z kwiatów, stały półmiski z wędlinami, salaterki z sałatkami, owoce, ciasta i 

różnokolorowe  soki.  Oprócz  cioci  Agnieszki,  Jadźki,  profesora  Zawiej  skiego  i  Konrada, 

mama zaprosiła jeszcze Kosowskich. Stawili się w komplecie, łącznie z rudzielcami, czyli z 

background image

Dorotą i  Marcinem. Marcin,  w  chwili gdy  mi  gratulował,  przytrzymał moją rękę dłużej  niż 

tego wymaga kurtuazja i szepnął, że mu się podobam. 

- Nie tylko tobie - odpowiedziałam, żeby sobie nie myślał, Bóg wie co. 

22Vivace - w muzyce: żywo, szybko. 

23Grave - w muzyce: ciężko, poważnie. 

Goście  od  razu  przystąpili  do  konsumpcji.  Nakładając  sobie  na  talerzyki,  żywo 

dyskutowali  o  mnie,  o  moim  wielkim  talencie,  o  wyjątkowo  dobrze  zdanym  egzaminie,  o 

sławnej  przyszłości.  Profesor  Zawiejski  całą  powagą  swojego  autorytetu  potwierdzał,  że 

żadna pochwała nie jest rzucana na wyrost, bo moje predyspozycje muzyczne są najczystszej 

wody,  a  kunszt,  jaki  osiągnęłam  mimo  młodego  wieku,  pozwala  wróżyć  mi  wielką  karierę. 

Mama,  która  tego  dnia  założyła  zieloną  garsonkę  i  wyglądała  w  niej  bosko,  chodziła 

pomiędzy gośćmi szczęśliwa i dumna jak paw. Dumny był ze mnie również Konrad. Dumny, 

a  do  tego  zazdrosny,  bo  od  razu  zauważył  podchody  Marcina.  Dumna  była  też  Jadźka 

uważająca się za moją przyjaciółkę, ciocia Agnieszka, że uznaję ją za ciotkę i rzecz jasna sam 

profesor,  który  pewnie  widział  już  swoje  nazwisko  wymienione  w  moim  życiorysie  z 

informacją, że był  moim  pierwszym  nauczycielem.  Chciał być tym,  kim był  Żywny24 przy 

Chopinie.  Nie  wiem,  czy  był  dumny  ojczym,  który  akurat  wyjechał  gdzieś  na  delegację. 

Wrócił około dwudziestej drugiej, kiedy przyjęcie już dobiegało końca. Wyglądał bardziej na 

zaskoczonego niż na zachwyconego, ponieważ nic nie wiedział o żadnym przyjęciu, lecz to 

okazało się dopiero później, po wyjściu ostatniego gościa. 

24 Wojciech Żywny (1756?-1842) - polski muzyk i pedagog czeskiego pochodzenia. 

Pierwszy nauczyciel F. Chopina (1816-1822). 

-  Ach,  kochanie  -  objaśniała  go  mama  -  Blaneczka  koncertowo  zdała  egzamin  do 

szkoły muzycznej. Mówię ci, wszyscy wszyscy przyszli jej kibicować i podtrzymywać ją na 

duchu. Musiałam zrobić małe przyjęcie, żeby podziękować tym ludziom. Cieszysz się Karolu, 

prawda? Nie pogratulujesz Blance? 

- No, gratuluję - nie słyszałam w jego głosie entuzjazmu. 

-  Ale  najważniejsze  dopiero  przed  nami.  Myślę,  Karolu,  że  w  nagrodę  powinniśmy 

zafundować  Blance  wycieczkę  do  Paryża.  Znalazłam  już  odpowiednie  biuro  turystyczne, 

które zapewnia komfortowe warunki pobytu. 

Aż podskoczyłam z wrażenia. Niestety w ojczymie odezwała się natura sknery. 

- Przykro mi, lecz w tym roku to wykluczone. 

- Ależ, dlaczego, Karolu? Blanka zasługuje na nagrodę. 

- Owszem, jednakże moje interesy idą teraz kiepsko. Musimy przeczekać złą passę. 

background image

- Nie rozumiem. Teraz, gdy i ja zaczęłam pracować, jest źle? 

-  Luizo,  prawdę  mówiąc  ty,  jako  pracownik,  przysparzasz  firmie  jedynie  kosztów, 

więc  bądź  łaskawa  nie  traktować  swoich  dochodów  jako  aktywów  -  powiedział  zupełnie 

niezrozumiale. - To na mojej głowie pozostaje utrzymanie rodziny więc proszę cię, okaż mi 

odrobinę zaufania. 

- Niech ci będzie. Obejdziemy się bez twoich pieniędzy. Wezmę kredyt w banku. 

- A kto go spłaci? 

- Ja. Bez twojej pomocy. 

- Nie masz zdolności  kredytowej,  ale jeśli  chcesz, próbuj.  I bardzo cię proszę  Luizo, 

organizację przyjęć uzgadniaj ze mną. 

„Ale  cham!  -  pomyślałam  ze  złością.  -  Chce  rozliczać  mamę  z  pieniędzy”.  Ona  też 

poczuła się urażona, lecz mimo to jej głos miał słodycz miodu. 

-  Tak  się  cieszyłam  z  sukcesu  Blanki,  a  ty  wszystko  psujesz.  Za  ciężką  pracę 

powinniśmy  ją  nagrodzić.  Przecież  swoim  talentem  i  wynikami  przynosi  nam  chlubę.  Czyż 

nie jesteś dumny z takiej córki? 

- Jestem, oczywiście, że jestem. Niestety, jak już ci mówiłem, interesy stoją źle. Ile to 

przyjęcie mnie kosztowało? 

W odpowiedzi mama wybuchnęła płaczem i podała mu rachunek. 

- Co? - zaniemówił na chwilę, a potem wycedził przez zęby: - Za taką kwotę można 

by wyprawić wesele na pięćdziesiąt osób. 

Tej  zniewagi  mama  już  nie  zniosła.  Wstała  i  wyszła.  Powinnam  jakoś  przysłodzić 

temu  burakowi,  żeby  rozładować  napięcie,  lecz  moja  pogarda  dla  niego  była  zbyt  wielka. 

Pieprzony  dusigrosz!  W  wieku  szesnastu  lat  widzi  się  lepiej  i  więcej.  Obserwacj  a  starych 

dowodzi, że z czasem ludzie głupieją i stają się okropnymi skąpiradłami. Ja taka nie będę i 

poślubię człowieka, który będzie hojny Hojny aż do bólu. Który szastanie pieniędzmi będzie 

miał we krwi. 

Po przyjęciu pozostała cała góra nieskonsumowanego jedzenia. 

- Trzeba coś z tym zrobić, bo Karol, chociaż ma złote serce, nie lubi marnotrawstwa - 

powiedziała mama do cioci Agnieszki następnego dnia. - Trochę mi głupio wyrzucać jedzenie 

do śmieci. 

- Mam pomysł, niech Blanka poczęstuje swoje koleżanki i kolegów w szkole, okazja 

jest przecież wyśmienita. 

Mama przyklasnęła pomysłowi i nazajutrz, tuż po dzwonku na długą przerwę, wniosła 

do  klasy,  z  pomocą  taksówkarza,  dwie  spore  tace  z  ciastem  oraz  wędlinami.  Funkcję 

background image

rozdającej z właściwym sobie zapałem wzięła na siebie Jadźka. 

-  Bądźcie  cicho  i  posłuchajcie!  -  zawołała,  a  gdy  umilkł  gwar,  ciągnęła:  -  Blanka,  z 

okazji  doskonale  zdanego  egzaminu  do  szkoły  muzycznej,  przygotowała  dla  całej  klasy 

poczęstunek. Jest to zaledwie drobna namiastka przyjęcia, jakie zostało wydane na jej cześć w 

jej domu. W imieniu Blanki, zapraszam... 

Zanim  zdążyła  dokończyć,  klasa  hurmem  natarła  na  ławkę  z  tacami,  powstał 

niebywały  ścisk,  bo  każdy  zgarniał,  ile  tylko  mógł,  aż  wreszcie  pod  naporem  ciał  ławka 

runęła z hukiem i niemal połowa frykasów została rozdeptana na miazgę. W tym zamieszaniu 

Anka Zalewska wybiła sobie zęba. Dobrze jej tak! 

Żałosny spektakl głodomorów. Patrzyłam na tę hołotę z politowaniem. „Jak to dobrze, 

że moja bytność w tym podłym miejscu dobiega końca. Byle do wakacji. Później już nigdy tu 

nie wrócę” - obiecałam sobie samej, a z danych takich obietnic zawsze się wywiązuję. 

background image

Rozdział 17 

 

Po  przykrym  incydencie,  związanym  z  przyjęciem,  które  zostało  wydane  z  okazji 

mojego  sukcesu  na  egzaminie,  nastał  okres  ochłodzenia  wzajemnych  stosunków.  Mama 

boczyła  się  na  ojczyma  i  nawet  nie  spała  we  wspólnej  sypialni,  ja  również  zachowywałam 

urażony dystans. Ojczym miotał się między domem i pracą, ciągle gdzieś dzwonił, wyjeżdżał, 

uzgadniał coś przez telefon... Krótko mówiąc, świrował. Olewałam to. Miejsce w upragnionej 

szkole  miałam  już  w  kieszeni,  mogłam  odpuścić  sobie  wielogodzinne  przesiadywanie  przy 

fortepianie, więc nagle zaczęłam mieć okropnie dużo czasu. Konrad, któremu nigdy nie dość 

było spotkań ze mną, wpadł w zachwyt. Niemal każdego dnia zaczęliśmy bywać w klubach i 

dyskotekach. 

Tymczasem  taktyka  mamy  przyniosła  sukces.  Stary  wymiękł.  Nawiasem  mówiąc, 

uczynił  to  w  samą  porę,  gdyż  wszystkie  banki,  do  których  mama  zwróciła  się  o  kredyt, 

wymagały  zgody  małżonka  oraz  poręczeń  żyrantów,  mogła  więc  skorzystać  jedynie  z  ofert 

jakichś podejrzanych firm, pożyczających pieniądze na lichwiarski procent. 

-  No  dobrze,  Luizo,  idź  wykup  dla  siebie  i  Blanki  wycieczkę  do  tego  Paryża  - 

powiedział któregoś dnia. 

-  Ach,  tatuśku,  jak  bardzo  się  cieszę!  -  rzuciłam  się  mu  na  szyję.  Z  radości  zawiódł 

mnie refleks, lecz na szczęście czuwała mama. 

- Chyba się przesłyszałam, Karolu. Powiedziałeś, że dla mnie i dla Blanki... A ty? 

- Nie mogę zostawić firmy 

Mama potrzebowała wsparcia, więc je dostała. 

-  Tatuśku,  nie  rób  nam  tego!  Bez  ciebie  będzie  kij  owo.  Może  jednak  znajdziesz 

trochę czasu? Naprawdę nie masz nikogo, kto by mógł cię zastąpić? - ble, ble, ble, nawijałam. 

- Bawcie się dobrze, a ja popilnuję interesów. 

Jeszcze  przez  pół  godziny  słodziłyśmy  ojczymowi,  chociaż  w  rzeczywistości  obie 

byłyśmy zadowolone, że sprawy przybrały taki obrót. 

Przypadek  sprawił,  że  bogaty  ponoć  wdowiec,  którego  poznała  ciocia  Agnieszka, 

okazał się zwykłym oszustem i gołodupcem. I do tego jeszcze żonatym. 

- Ach, Luizo, gdzie ja miałam oczy, gdzie ja miałam rozum?! Opętał mnie ten szatan, 

wziął  na  lep  swoich  słodkich  słówek,  jak  jakąś  małolatę!  Już  chyba  nigdy  nie  spotkam 

przyzwoitego mężczyzny, z którym mogłabym wieść dostatnie i spokojne życie - użalała się, 

lejąc gęsto łzy. 

background image

- Nie załamuj się, Agnieszko! Z pewnością gdzieś po świecie chodzi ten, który jest ci 

pisany, musisz tylko mieć oczy szeroko otwarte, żeby nie przegapić okazji. 

-  Łatwo  ci  mówić.  Myślisz,  że  pakując  sery,  między  parmezanem  a  goudą  wypatrzę 

jakiegoś adonisa? Ty to co innego. 

- Mam pomysł, wybierz się z nami na wycieczkę do Paryża. Na takie wyjazdy mogą 

sobie pozwolić tylko zamożni ludzie, więc na pewno znajdzie się ktoś odpowiedni dla ciebie. 

- Sama powiedziałaś, że to impreza dla zamożnych. 

Ciocia  oczekiwała,  że  mama  pośpieszy  ze  zwyczajową  propozycją  finansowego 

wsparcia: pożyczę ci, a ty oddasz mi, jak będziesz miała, lecz tym razem srodze się zawiodła. 

Ogarniętego napadem sknerstwa ojczyma lepiej było nie drażnić kolejnymi wydatkami. 

Ciocia,  która  znów  stała  się  niemalże  naszym  domownikiem,  przez  kilka  kolejnych 

dni  z  uporem  wracała  do  konceptu  wyjazdu  do  Paryża  w  celach  matrymonialnych.  Snuła 

graniczące  z  pewnością  przypuszczenia,  że  tym  razem  spotka  odpowiedniego  kandydata,- 

podawała liczne znane i zasłyszane przykłady, jak to  nawet  brzydkie kobiety, które straciły 

wszelką  nadzieję,  właśnie  podczas  drogiej  wycieczki  odnajdywały  tego  jednego,  jedynego,- 

mówiła, że ona też miałaby szansę, gdyby miała więcej forsy, albo przynajmniej kogoś, kto 

podałby jej pomocną dłoń. 

- Och, przestań już, bo zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że stoję na twojej drodze do 

szczęścia! - obruszyła się któregoś dnia mama. - Zawsze chętnie ci pożyczam, lecz nie tym 

razem. Bogaci też miewają kłopoty finansowe. 

- Ależ Luizo, źle interpretujesz moje słowa, ja tylko głośno sobie marzę. Przepraszam, 

od teraz ani mrumru - ciocia, widząc, że przeciągnęła strunę, wycofała się rakiem. 

Następnego dnia zdobyła wymaganą kwotę i w ostatniej chwili wykupiła wycieczkę. 

Tymczasem  mama,  wyznając  zasadę,  że  wyrażona  raz  przez  ojczyma  zgoda  na 

zatrudnienie  służącej  zachowuje  swoją  ważność  do  końca  świata,  a  nawet  o  jeden  dzień 

dłużej, przyjęła do prowadzenia domu Agatę Kwok, młodą wiejską dziewuchę z czerwonymi 

łapami i  płaskostopiem.  Z niesmakiem  odkryłam, że ten tłumok  był  muzykalny, miał  ładny 

głos i doskonałą pamięć muzyczną. Agata zapamiętywała raz usłyszane fragmenty utworów, 

nawet  tych  najtrudniejszych,  i  nuciła  je  przy  sprzątaniu.  Piątą  Symfonię  Bacha  śpiewała  z 

równą łatwością jak Szła dzieweczka do laseczka. 

Do  koronkowego  fartuszka  i  czepka  pasowałaby  jak  wół  do  karety,  jednakże  na 

okrągło nosiła chustkę zawiązaną do tyłu i kraciasty fartuch, więc już na pierwszy rzut  oka 

było  wiadomo,  jaka  jest  jej  pozycja  w  naszym  domu.  I  byłoby  tak  nadal,  gdybym  któregoś 

dnia  nie  przyłapała  jej,  jak  gra  na  moim  fortepianie.  Kulawo,  bo  kulawo,  ale  grała.  Na 

background image

dodatek,  jeszcze  tego  samego  dnia  pani  Kosowska,  którą  spotkałam  przed  domem, 

powiedziała: 

-  Blanko,  pięknie  śpiewasz.  Słyszałam  dzisiaj  twoją  arię  z  Halki.  Wspaniała  barwa 

głosu. Gratuluję. Jesteś wszechstronnie uzdolniona. 

Podziękowałam jej skromnie. Śpiewała, rzecz jasna, Agata, a ja nie chciałam, żeby się 

okazało,  iż  byle  wieśniaczka  robi  mi  konkurencję,  i  to  w  moim  własnym  domu,  na  moim 

drogocennym  instrumencie.  Mama  była  z  Agaty  zadowolona,  więc  znów  musiałam  użyć 

podstępu, aby ją wysiudać. Podrzuciłam jej do walizki złoty zegarek ojczyma. 

Następna  była  Karolina  Suska,  studentka  czwartego  roku  psychologii,  dorabiająca 

sobie  do  stypendium.  Już  od  pierwszego  dnia  próbowała  się  ze  mną  skumplować,  lecz 

niedoczekanie  jej!  Nie  obdarzam  swoją  przyjaźnią  byle  kogo.  Mało,  że  robi  za  kuchtę  i 

wycierucha, to na dodatek studiuje psychologię. Czy można traktować poważnie kogoś, kto w 

przyszłości  będzie  specjalistą  od  różnych  czubków  i  świrów?  Moim  zdaniem  -  nie. 

Przychodziła  na  cztery  godziny  dziennie,  w  poniedziałki,  środy  i  piątki,  robiła,  co  do  niej 

należało i wychodziła. 

Byłoby  spoko,  gdyby  mamie  nie  zachciało  się  pogaduszek  z  Karoliną,  a  wszystko 

wskazywało na to, że lubi je coraz bardziej. I to nie tylko pogaduszki, lecz i samą Karolinę. 

Przy  każdej  okazji  siadały  w  kuchni  przy  stole  i  przy  kawie  albo  przy  herbacie,  gaworzyły 

sobie jak dwie przyjaciółki. Pani domu z własną służącą! 

Patrzyłam  z  rosnącą  obawą,  jak  ta  bezczelna  Karolina  robi  mamie  wodę  z  mózgu. 

Ojczymowi zresztą też. Już po dwóch tygodniach oboje zaczęli uważać ją za Bóg wie kogo. 

Nic  tylko:  „Ach,  jaka  ta  Karolinka  mądra!  Ach,  jaka  zaradna!  Och,  jak  świetnie  gotuje...”. 

Achom i ochom nie było końca, więc osobiście musiałam położyć temu kres. Skorzystałam ze 

starego,  sprawdzonego  sposobu.  Podrzuciłam  jej  do  torebki  złotą,  wysadzaną  turkusami 

bransoletkę mamy Kiedy tego dnia po południu rodzice wrócili do domu, odwołałam mamę 

na bok i powiedziałam: 

- Wpuściłyśmy do domu  kolejną złodziejkę. Zauważyłam przypadkiem, jak Karolina 

wyjmuje coś z twojej kasetki z biżuterią i chowa to w swojej torebce. 

- Jesteś pewna? 

- Mówię, co widziałam. 

- Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę - natychmiast pobiegła do sypialni, żeby sprawdzić. 

Zajęło jej to najwyżej pół minuty, bo bransoletka była nie tylko duża, lecz leżała na samym 

wierzchu. 

Mama,  gdy  jest  zła,  zaciska  mocno  usta  i  marszczy  czoło.  Wtedy  musiała  kipieć 

background image

wściekłością,  bo  jej  usta  wyglądały  jak  czerwona  blizna,  a  na  czole  utworzyły  się  poziome 

bruzdy  Poszła  do  kuchni,  szepnęła  coś  ojczymowi  do  ucha,  a  ten  z  kolei  poczerwieniał  jak 

ćwikłowy burak. 

- Zaczekaj chwileczkę - powiedział do Karoliny, która akurat wychodziła. 

- Słucham pana. 

-  Usiądź  -  usiadła,  a  przymilny  uśmiech  nie  schodził  jej  z  twarzy.  Kretynka!  Nie 

wyczuwała, co wisi w powietrzu. 

-  Posłuchaj,  jestem  w  stanie  zrozumieć,  że  potrzebujesz  pieniędzy,  że  miałaś  chwilę 

słabości i skusiłaś się na coś, co nie należy do ciebie. 

-  Proszę  pana,  owszem,  brakuje  mi  pieniędzy,  jednakże  nigdy  nie  wyciągam  ręki  po 

cudze. 

- Oszczędźmy sobie niepotrzebnych przekomarzań. Oddaj to, co wzięłaś. 

- Ależ ja naprawdę niczego nie wzięłam. 

- Dość tego! Albo pokażesz, co masz w torebce, albo wezwę policję. 

Karolina najwyraźniej odgadła, że to ja na nią naskarżyłam, lecz przekonana o swojej 

niewinności,  posłała  mi  ironiczne  spojrzenie.  Kpiła  sobie  ze  mnie,  zapominając,  że  ten  się 

śmieje, kto się śmieje ostatni. 

-  Mam  czyste  sumienie.  Proszę  -  położyła  torebkę  na  stole.  Mama  rzuciła  się  na  nią 

jak kot na mysz, wytrząsnęła całą zawartość na blat, rozgrzebywała nerwowo jakieś szminki, 

pudry, tusze, długopisy notesy i inne szpargały lecz bransoletki nie było. 

-  Może  schowała  ją  do  kieszeni?  -  podpowiedziałam,  bo  na  to  wskazywała  logika. 

Zobaczyła  bransoletkę  w  torebce  i  na  wszelki  wypadek  przełożyła  w  pewniejsze  miejsce. 

Torebka mogła się przypadkowo otworzyć, a głęboka kieszeń nie. 

-  Proszę  bardzo  -  wywróciła  kieszenie  na  lewą  stronę.  -  Gdzie  tu  jeszcze  złodziejki 

chowają łup? Może pod bluzką? Proszę. Może w biustonoszu? Proszę! Może w spodniach? 

Proszę! 

Zrzucała  z  siebie  kolejne  części  garderoby,  a  kiedy  już  została  w  samych  stringach, 

mama krzyknęła: 

- Dość! Chyba nie masz zamiaru robić tutaj striptizu? 

-  Jeśli  będzie  taka  konieczność,  czemu  nie.  Pozwolę  sobie  nawet  zrobić  lewatywę  - 

znów posłała mi to swoje drwiące spojrzenie. 

Ojczym  z  zakłopotaniem  patrzył  w  sufit,  mama  dyszała  ciężko,  jak  ryba  wyjęta  z 

wody.  Tysiące  myśli  przeleciało  mi  przez  głowę.  Do  diabła  z  bransoletką.  Nie  mogłam 

pozwolić jej wyjść z poczuciem wygranej. 

background image

- Może ukryła ją poza domem? - podsunęłam im desperacki pomysł. 

-  Słuchaj,  mała  żmijko.  Przestań  już  kombinować.  -  Karolina  ubrała  się,  poprawiła 

włosy, zgarnęła swoje drobiazgi z powrotem do torebki i dopiero wtedy powiedziała: 

- Rezygnuję z pracy u państwa. Proszę mi wypłacić za ostatni tydzień. 

Ojczym,  jak  dźgnięty  gwoździem,  wyciągnął  portfel,  odliczył  określoną  sumę,  ale 

zanim zdążył położyć ją na stole, mama chwyciła go za rękę. 

-  Uważam,  że  najpierw  powinniśmy  do  końca  wyjaśnić  sprawę  tej  kradzieży  Nie 

możemy tego tak zostawić. 

-  Właśnie  przypomniałam  sobie  coś.  Gdy  ścierałam  kurze,  widziałam  złotą 

bransoletkę z turkusami w pokoju córki. Leży obok nut na fortepianie. 

Znów  posłała  mi  wredne  spojrzenie.  Mama  wybiegła  i  po  chwili  wróciła  z 

bransoletką.  Tymczasem  Karolina  była  już  przy  drzwiach.  Nie  odwróciła  się,  nawet  na 

wołanie mamy. 

-  Tak  to  się  tym  głupim  kuchtom  przewraca  w  głowie,  gdy  potraktuje  się  je  trochę 

łaskawiej! - zawołałam. Musiałam zareagować, bo ojczym spojrzał na mnie podejrzliwie, a że 

nadal nie wyglądał na przekonanego, szybko uderzyłam w inny ton. - Ja naprawdę widziałam, 

jak wyjmuje bransoletkę ze szkatułki. Naprawdę. Myślałam, że to następna pomoc z lepkimi 

rękami. 

- Ja wierzę Blance, bo bransoletka na sto procent leżała w szkatułce. Pewnie Karolina 

zorientowała  się,  że  Blanka  widzi,  jak  ona  kradnie  i  podrzuciła  bransoletkę  na  fortepian  w 

pokoju. Przy okazji wysondowała, na ile może sobie pozwolić. Kiedy się przekonała, że nie 

odpuścimy jej złodziejstwa, zrezygnowała z pracy. 

- Może tak było, ale ten incydent stawia nas w paskudnym świetle - burknął ojciec. 

-  Bądź  sprawiedliwy  Zamiast  podziękować  Blance  za  dbałość  o  dom,  wzbudzasz  u 

niej poczucie winy Wstydź się, Karolu. 

Słowa  mamy  stały  się  dla  mnie  sygnałem  do  przybrania  maski  skrzywdzonej 

dziewczynki. Poskutkowało. Jeżeli ojczym jeszcze miał jakieś wąty, tego samego dnia się ich 

pozbył. 

background image

Rozdział 18 

 

Paryski romans 

O  mojej  wycieczce  do  Paryża  wiedziała  cała  klasa  i  chyba  z  pół  szkoły  Byłam  na 

topie.  Nawet  Jurek  Brzeziński,  Artek  Zubek  i  Kacper  Kraska  z  własnej  inicjatywy 

zaoferowali mi swoje usługi. Kłopoty, jakie mieli z powodu bicia Tośki, już dawno poszły w 

niepamięć i teraz znów chcieli zarobić parę złotych. 

- Słuchaj Blanka, gdy tylko trzeba będzie kogoś lutnąć, jesteśmy do usług. Dla ciebie 

ceny ekstra. 

Takie  łachudry  powinnam  kopnąć  w  tyłek,  oczywiście  w  sensie  przenośnym,  i  tak 

bym zrobiła, gdybym była zwykłym przeciętniakiem. Czekała mnie jednak jeszcze rozgrywka 

z  tym  Fabianem  Rawiczem,  który  przywłaszczył  sobie  należne  mi  pierwszeństwo  na 

egzaminacyjnej liście przyjęć. Na razie syciłam swoje zmysły myślą o zemście. Wyobrażałam 

sobie, jak on cieszy się ze swojego sukcesu, jak marzy o wielkiej karierze, nie przeczuwając 

jej  rychłego  kresu.  Był  niczym  drzewo  w  lesie,  nieświadome  tego,  że  już  idzie  drwal  z 

siekierą, żeby je ściąć. Czyż mogłam znaleźć lepsze „siekiery” niż Jurek, Artek i Kacper? 

-  Jasne,  mam  wobec  was  dług  wdzięczności,  a  ja  wszystko  pamiętam.  Przyślę  wam 

widokówki z Paryża. 

Koniec  gimnazjum  to  gorący  czas,  ponieważ  trzeba  decydować,  co  robić  dalej.  Z 

naszej klasy tylko Lidka Krymska i Damian Korecki ambitnie zdawali do liceum, Jadźka szła 

do ekonomika, reszta miała zamiar szukać pracy albo od razu przerzucić się na bezrobocie. 

Izaura  Bednarek  i  Sebastian  Gzicki  planowali  ślub.  Musieli,  ponieważ  w  drodze  był  już 

bachor. Ja na szczęście byłam wolna od tego typu rozterek. 

Zapewniłam sobie miejsce w liceum muzycznym i przygotowywałam się do podróży 

swoich marzeń. 

Wyjechałyśmy  zaraz  po  uroczystym  zakończeniu  roku.  Wcześnie  rano  ojczym 

odwiózł  nas  na  lotnisko,  gdzie  biuro  podróży  Orbitus  wyznaczyło  miejsce  zbiórki.  Z 

Konradem  pożegnałam  się  poprzedniego  dnia,  żeby  oszczędzić  sobie  łzawych  scen  w  hali 

odlotów. Chłopaka wręcz zżerała zazdrość, bał się, że poderwie mnie jakiś Francuz, a on sam 

pójdzie w odstawkę. Nawiasem mówiąc, taki obrót rzeczy był całkiem prawdopodobny 

Miałam po raz pierwszy lecieć samolotem i bałam się tego, chociaż udawałam, że to 

dla  mnie  normalka.  Terminal  stanowił  namiastkę  wielkiego  świata.  To  nie  to  samo,  co 

przystanki  autobusowe  czy  dworcowe  perony  z  szaroburymi,  śmierdzącymi  pasażerami.  Tu 

background image

krzyżowały  się  drogi  ludzi  ze  wszystkich  kontynentów,  w  tym  osobników  godnych 

najdroższego  i  najwykwintniejszego  szampana.  „Kto  wie,  może  gdzieś  w  tym  eleganckim, 

różnojęzycznym tłumie, przebywa akurat jakiś szejk z emiratów, albo król nafty z Kalifornii, 

albo  milioner  z  Londynu,  albo  jakiś  sławny  reżyser  z  Hollywood,  który  spojrzy  na  mnie  i 

oniemieje  z  zachwytu?”  -  myślałam,  starając  się  trzymać  wysoko  głowę  i  mieć  lekko 

uniesiony podbródek. Wtedy sylwetka wygląda najkorzystniej. 

Łatwo  odnaleźliśmy  naszą  grupę,  zgromadzoną  już  przy  przedstawicielu  biura 

podróży, który dla ułatwienia trzymał tabliczkę z napisem: ORBITUS - DO PARYŻA. Grupa 

składała się z dwudziestu osób, w większości ludzi starszych, lecz były też dwie dziewczyny i 

dwóch chłopców w moim wieku. Obydwaj natychmiast zaczęli zerkać w moją stronę i przy 

pierwszej  okazji  nawiązali  rozmowę.  Na  początku  zachowałam  chłodny  dystans,  jednak 

byłam  miła,  bo  chociaż  nie  wyglądali  na  wyjątkowych,  pozory  mogły  mylić.  Oni  wszyscy 

czyli  Sebastian,  Szymek,  Anna  i  Magda,  studiowali  na  trzecim  roku  Akademii  Sztuk 

Pięknych  w  Krakowie.  Chłopcy  prezentowali  się  niczego  sobie.  Obaj  byli  wysokimi 

blondynami  o  regularnych  rysach,  natomiast  dziewczyny  określiłabym  jako  wyjątkowo 

brzydkie  -  Anka  tak  płaska,  że  powinna  przypinać  broszkę,  żeby  było  wiadomo,  gdzie  ma 

plecy;  no  i  Magda,  świńska  blondynka  z  grubym  zadkiem,  która  w  opiętych  ciuchach 

wyglądała jak jelito grube w stanie wzdęcia. 

Malarstwo  jest  mniej  szlachetną  sztuką  od  muzyki,  jednakże  wymaga  artystycznej 

duszy,  więc  stanowi  zajęcie  nieporównanie  bardziej  godne  niż...  produkowanie  rur  z 

polichlorku  winylu.  Poza  tym  istniało  prawdopodobieństwo,  że  któryś  z  tych  chłopców 

zostanie  kiedyś  wielkim  malarzem,  jego  dzieła  zawisną  w  największych  muzeach  świata  i 

dobrze  by  było,  żeby  wśród  jego  zbiorów  znalazł  się  mój  portret.  „Piękna  Blanka  -  muza  i 

wielka miłość artysty”. Czyż to nie brzmi romantycznie? A za sto albo i za dwieście lat cała 

masa badaczy kultury mogłaby zastanawiać się nad tym, jaka była owa piękność. Może nawet 

kręciliby  filmy  na  ten  temat?  Głupia  prostytutka  z  Arles,  dla  której  van  Gogh  obciął  sobie 

ucho,  tak  długo  będzie  wymieniana  w  jego  życiorysie,  jak  długo  obrazy  tego  genialnego 

schizofrenika będą w cenie. Czyli zawsze. Trudno było tak na oko stwierdzić, który z moich 

nowych  adoratorów  został  obdarzony  większym  talentem,  więc  kokietowałam  obu,  chociaż 

jeszcze  w  samolocie  okazało  się,  że  Magda  z  Szymkiem  są  parą.  Ignorowałam  ten  fakt,  a 

nawet odczuwałam z tego powodu satysfakcję. 

Gdy  wieczorem  podchodziliśmy  do  lądowania,  nie  mogłam  oderwać  oczu  od  okna. 

Paryż,  najbardziej  romantyczne  z  miast,  artystyczna  stolica  świata,  błyszczał  niczym 

drogocenny  klejnot.  To  jest  miasto,  które  swoją  muzyką  rzucę  na  kolana.  Ujarzmię  je. 

background image

Dyrektorzy  największych  sal  koncertowych  będą  błagać  mnie  o  koncerty.  Będę  miała  do 

dyspozycji najlepsze orkiestry i najwybitniejszych dyrygentów... Boże, jaka szkoda, że czas 

tak się wlecze. 

Prosto z lotniska zawieziono  nas autokarem  do  hotelu Paradyz.  Niestety, mieścił się 

on  dość  daleko  od  centrum,  a  tak  w  ogóle  to  już  następnego  dnia  zaczęło  być...  nudno. 

Paryska ulica rozczarowywała: brud i sterty śmieci, na każdym kroku czarnuchy, żółtki, baby 

ze  Wschodu,  okutane  w  jakieś  chusty,  brudasy  w  turbanach  i  śmierdzący  kloszardzi. 

Oburzające, jak przy tak wyszukanej architekturze i bogatych sklepach można tolerować ten 

cały  motłoch!  Czy  te  prymitywy  są  w  stanie  docenić  sztukę?  Czy  wśród  nich  jest  ktoś 

wrażliwy na muzykę? A zresztą, nawet gdyby był, nie będę grać dla hołoty 

Na  razie  jednak  trzeba  było  wykonać  plan  zwiedzania:  katedra  Notre  Dame,  Łuk 

Triumfalny, Luwr, wieża Eiffla, grobowiec Napoleona, Moulin Rouge... 

Każdy  wie,  że  są  to  zabytki  wysokiej  klasy  lecz,  według  mnie,  mocno 

przereklamowane. Nawet ta słynna Mona Liza Leonarda da Vinci. Nie dość, że grubawa, to 

na  dodatek  ledwie  widoczna  zza  pancernej  szyby.  Nie  wiem,  czym  się  ludzie  zachwycają! 

Sam  Luwr  owszem,  przepiękny,  jednak  ta  szklarnia  na  dziedzińcu  jest  beznadziejna.  I  co  z 

tego,  że  w  kształcie  piramidy?  Chciałabym  mieszkać  w  takim  pałacu,  mieć  służbę, 

ogrodników,  organizować  bale  i  wystawne  przyjęcia  dla  wytwornych  gości.  Wyobrażałam 

sobie,  jak  tańczę,  a  wszyscy  bledną  na  widok  mojej  brylantowej  biżuterii,  jednakże  jeszcze 

bardziej zazdroszczą mi tego, czego nie da się kupić za żadne skarby - urody i talentu. 

Przez cały czas trzymali się mnie Sebastian i Szymek, Szymka trzymała się Magda, a 

na doczepkę łaziła za nami Anka. Chodziliśmy więc wszędzie całą pięcioosobową grupką, a z 

zewnątrz  wyglądało  to  tak,  jakbyśmy  stanowili  zgraną  paczkę.  Ich  interesowały  głównie 

muzea,  wyciągnęli  mnie  nawet  do  Muzeum  d’Orsay25  i  zachwycali  się  jak  durni  dziełami 

Moneta,  Maneta,  Renoira,  Pissara,  Degasa,  Puvisa  de  Chavannes’a...  Dla  mnie  to  żadna 

wielka  sztuka.  Zwykłe  bazgroły.  Dopiero  trzeciego  dnia  wieczorem  zaczęło  być  ciekawiej. 

Sebastian  jakoś  zmylił  pozostałych  i  zaprosił  mnie  na  romantyczny  spacer  po  Paryżu.  Znał 

miasto, a poza tym mówił biegle po francusku. Niestety, nie interesowały go sklepy ani centra 

handlowe. Uwielbiał spacery po pełnym artystów Placu du Tertre lub przechadzki brzegiem 

Sekwany wśród bukinistów. Ciągnął na Mont Martre, pokazywał rudery w których mieszkali 

jacyś genialni pacykarze, kazał mi się nudzić w galeriach, i wszędzie pstrykał zdjęcia. Często 

siadaliśmy na jakimś murku albo ławce, a wtedy wyjmował szkicownik i coś w nim bazgrał. 

Generalnie  rzecz  biorąc,  było  nieciekawie.  Znosiłam  tę  nudę,  bo  z  innymi  było  jeszcze 

nudniej. Cioci Agnieszce wpadł w oko ponoć dziany biznesmen z branży obuwniczej, niejaki 

background image

pan  Stefan,  który  miał  przyjaciela  pana  Kazia.  Razem  z  mamą  utworzyli  zgraną  paczkę  i 

świetnie  się  bawili  w  swoim  towarzystwie.  Szybko  zrezygnowali  z  oficjalnego  programu 

wycieczki  i  zaczęli  zwiedzać  miasto  na  własną  rękę.  Rzecz  jasna,  od  strony 

rozrywkowo-handlowej.  Kilka razy poszłam z nimi,  lecz w ich towarzystwie czułam się jak 

piąte koło u wozu, ponadto pan Kazio, kiedy patrzył na mnie, prawie się ślinił, a raz nawet 

próbował obmacywać moje kolana pod stołem. Stary obleśnik! 

25 Muzeum d’Orsay - muzeum impresjonizmu. 

Dupek  żołędny!  Sebastian  przynajmniej  był  zakochany  i  romantycznie  skupiony  na 

mojej osobie. 

Któregoś  dnia,  gdy  w  małej  kawiarence  sączyliśmy  sobie  mazagran,  nagle  przerwał 

milczenie. 

- Mam dla ciebie prezent. 

- Tak? 

Z torby, którą trzymał na kolanach, wyjął szkicownik i wydarł z niego jedną kartkę. 

Był  to  mój  portret  ujęty  z  półprofilu.  Wspaniały  Delikatna  kreska  idealnie  oddawała  owal 

twarzy mistrzowsko uchwycone melancholijne spojrzenie wyrazistych oczu, soczystość ust, a 

nawet połysk i miękkość włosów spływających na plecy. Tak, każdy, kto kiedyś spojrzy na 

ten  portret,  będzie  chciał  poznać  moje  imię,  a  przecież  Sebastian  był  dopiero  studentem 

trzeciego roku Akademii Sztuk Pięknych. 

- Rany, to jest cudowne! - zawołałam. - Jestem oczarowana, naprawdę. Nikt dotąd nie 

sprawił mi wspanialszego prezentu. 

-  Twoje  portrety  powinny  być  ozdobą  największych  muzeów  świata  -  ujął  mnie  za 

rękę spoczywającą na stole. - Takie dłonie to arcydzieło natury Namaluję je kiedyś. 

Znał  się  chłopak  na  rzeczy,  bo  dłonie  faktycznie  mam  rzadkiej  urody:  wąskie,  o 

smukłych palcach zakończonych idealnie owalnymi paznokciami. 

-  Pianistka  powinna  mieć...  odpowiednie  narzędzie  pracy  -  powiedziałam  skromnie, 

jednak całkiem nieskromnie spojrzałam na niego spod rzęs. Nauczyłam się tego od mamy. 

- Przepraszam, lecz muszę spytać. Czy jesteś z kimś związana uczuciowo? 

- Ależ skąd! 

Z założenia Sebastian nie był tym jednym, jedynym na całe życie, lecz uznałam go za 

bardziej interesującego od Konrada, więc ten ostatni musiał pójść w odstawkę. 

Dupek  żołędny!  Sebastian  przynajmniej  był  zakochany  i  romantycznie  skupiony  na 

mojej osobie. 

Któregoś  dnia,  gdy  w  małej  kawiarence  sączyliśmy  sobie  mazagran,  nagle  przerwał 

background image

milczenie. 

- Mam dla ciebie prezent. 

- Tak? 

Z  torby  którą  trzymał  na  kolanach,  wyjął  szkicownik  i  wydarł  z  niego  jedną  kartkę. 

Był  to  mój  portret  ujęty  z  półprofilu.  Wspaniały.  Delikatna  kreska  idealnie  oddawała  owal 

twarzy, mistrzowsko uchwycone melancholijne spojrzenie wyrazistych oczu, soczystość ust, a 

nawet połysk i miękkość włosów spływających na plecy. Tak, każdy, kto kiedyś spojrzy na 

ten  portret,  będzie  chciał  poznać  moje  imię,  a  przecież  Sebastian  był  dopiero  studentem 

trzeciego roku Akademii Sztuk Pięknych. 

- Rany, to jest cudowne! - zawołałam. - Jestem oczarowana, naprawdę. Nikt dotąd nie 

sprawił mi wspanialszego prezentu. 

-  Twoje  portrety  powinny  być  ozdobą  największych  muzeów  świata  -  ujął  mnie  za 

rękę spoczywającą na stole. - Takie dłonie to arcydzieło natury Namaluję je kiedyś. 

Znał  się  chłopak  na  rzeczy,  bo  dłonie  faktycznie  mam  rzadkiej  urody:  wąskie,  o 

smukłych palcach zakończonych idealnie owalnymi paznokciami. 

-  Pianistka  powinna  mieć...  odpowiednie  narzędzie  pracy  -  powiedziałam  skromnie, 

jednak całkiem nieskromnie spojrzałam na niego spod rzęs. Nauczyłam się tego od mamy 

- Przepraszam, lecz muszę spytać. Czy jesteś z kimś związana uczuciowo? 

- Ależ skąd! 

Z założenia Sebastian nie był tym jednym, jedynym na całe życie, lecz uznałam go za 

bardziej interesującego od Konrada, więc ten ostatni musiał pójść w odstawkę. 

- Gdy tylko  ujrzałem  cię na lotnisku, kompletnie straciłem  głowę. Jesteś  wyjątkowa, 

jesteś niezwykła... 

Podobał  mi  się  sposób,  w  jaki  na  mnie  patrzył,  lecz  dopiero  słowami  przywrócił 

porządek  świata.  Otrzymywałam  namiastkę  tego,  co  w  przyszłości  miało  być  normą,  tylko 

zwielokrotnioną milion razy, a nawet miliard. Uznałam, że Sebastian zasłużył sobie na moją 

łaskawość  i  pozwoliłam  się  pocałować.  Pozwoliłam  i...  doznałam  wstrząsu.  Jego  pocałunek 

nie był tym samym, co dziecinny całus Konrada. U Sebastiana stanowił jakby rytuał. Patrząc 

mi  prosto  w  oczy,  ujął  moją  twarz  w  dłonie,  pogładził  po  karku,  po  czym  przywarł  całą 

powierzchnią  ust,  dotykał  językiem  moich  warg,  zębów,  podniebienia...  a  była  w  tym  taka 

tkliwość  i  delikatność,  że  zaczęłam  odczuwać  rosnące  podniecenie.  Oddychałam  coraz 

szybciej, a moje serce przyśpieszyło, jakby chciało wyskoczyć z piersi. 

„Oho, hormony nie będą mną rządzić!” - pomyślałam ze złością i odepchnęłam go od 

siebie. 

background image

-  Pewien  pisarz  powiedział,  że  pocałunek  to  język,  który  nam  pozostał  z  raju26. 

Całować ciebie to zapomnieć, że kiedykolwiek ten raj opuściliśmy. 

W  odpowiedzi  też  chciałam  rzucić  jakimś  cytatem,  lecz  cóż,  nie  znałam  żadnego 

stosownego  tekstu  na  tę  okoliczność,  więc  uznałam,  że  wystarczy  słodki  uśmiech. 

Zastanawiałam  się,  jaką  taktykę  powinnam  teraz  przyjąć  -  rzucić  mu  kilka  komplementów, 

czy raczej zachować dystans, aby dalej się napalał i schnął z tęsknoty? Który sposób okaże się 

skuteczniejszy  żeby  stracił  głowę  i  oszalał  na  moim  punkcie?  Mojej  naturze  było  bliżej  do 

drugiego stylu. Po komplementach mógłby nabrać przekonania, że już osiągnął wszystko, co 

chciał, że ma mnie w swojej mocy i nie musi się więcej wysilać. „A guzik, facet! Nic z tego” 

-  usilnie  podsycałam  w  sobie  sceptycyzm,  żeby  wrócić  do  emocjonalnej  równowagi  po 

uniesieniu wywołanym pocałunkiem. 

26  Joseph  Conrad  Korzeniowski  (1857-1924)  -  brytyjski  pisarz  polskiego 

pochodzenia, tworzący w języku angielskim. 

Sebastian,  nieświadomy  moich  podstępnych  myśli,  najwidoczniej  uznał,  że  tym 

pocałunkiem namaściłam go na swojego oficjalnego chłopaka i pozbył się skrupułów, które 

wcześniej  powstrzymywały  go  przed  wyznaniami,  przytulaniem  się  do  mnie  i  drobnymi 

pieszczotami, dopuszczalnymi na bezpruderyjnej paryskiej ulicy 

Z  Paryża  miałam  przywieźć  o  wiele  więcej  zdjęć  niż  z  Egiptu.  Ich  jakość  też  była 

lepsza,  bo  talent  Sebastiana  na  wszystkim  odciskał  swój  ślad.  Jeśli  za  kilkanaście  albo 

kilkadziesiąt  lat  jakiś  mój  biograf  będzie  zbierał  materiały  do  książki,  wpadnie  w  zachwyt. 

Oto ja na wieży Eiffla, nad Sekwaną, przy kawiarnianym stoliku, w wesołym miasteczku, pod 

pomnikiem  Chopina,  przed  frontonem  Olimpii...  äwszystkie  zdjęcia  zdradzają  artystyczny 

kunszt, są małymi arcydziełami, są piękne. 

Jednak  żadne  przeżycia  nie  stłumiły  myśli  o  owym  tajemniczym  Fabianie  Rawiczu, 

który  podstępnie  wydarł  mi zwycięstwo  i  był  zagrożeniem  w  przyszłości.  Z  każdym  dniem 

coraz  bardziej  doskwierał  mi  fakt,  że  on  gdzieś  tam  jest.  Że  może  właśnie  siada  przy 

fortepianie,  gra  powiedzmy  Koncert  fortepianowy  Bdur  Brahmsa27,  ulicą  przechodzi 

przypadkowo słynny Jan Krez albo inny mistrz batuty i słyszy dobiegającą z otwartego okna 

muzykę. Przystaje, słucha, a potem urzeczony grą postanawia osobiście poznać wykonawcę i 

zaproponować mu wieloletni kontrakt na tournee po największych scenach świata. Ogarniało 

mnie  okropne  przeczucie,  że  gdy  wrócę  do  kraju,  gazety  będą  pełne  tekstów  o  Fabianie, 

äwszystkie tytuły będą krzyczały: „WIELKIE ODKRYCIE! MŁODY WIRTUOZ PODBIJA 

ŚWIAT! SZESNASTOLETNI POLAK SENSACJĄ MUZYCZNĄ! ŚWIAT OSZALAŁ NA 

PUNKCIE  GENIALNEGO  MUZYKA!”.  Z  każdego  słupa  ogłoszeniowego  będzie  patrzyła 

background image

na mnie jego gęba, a programy telewizyjne będą się zaczynały od wyliczenia jego sukcesów. 

Boże! Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wierzyłam, że moje wyobrażenia stały się już 

faktem. Pod koniec wycieczki nie byłam w stanie o niczym innym myśleć, jak tylko o moim 

śmiertelnym wrogu. Usilnie próbowałam go sobie wyobrazić, pewnie był małym, pękatym i 

pryszczatym krótkowidzem na krzywych nogach. Jurek, Artek i Kacper poradzą sobie z nim 

bez trudu. Wystarczyło połamać mu palce. Rety, co ja mówię, wystarczył jeden niesprawny 

palec. 

27 Johannes Brahms (1833-1897) - niemiecki kompozytor, pianista i dyrygent okresu 

romantyzmu.  Koncert  fortepianowy  Bdur  należy  do  najtrudniejszych  utworów  w  dziejach 

całego gatunku. 

Odetchnęłam  w  Ogrodzie  Luksemburskim,  na  plenerowej  operze  Cyrulika 

Sewilskiego  Rossiniego.  Klasyka  jest  piękna,  genialna  w  swej  logice  i  chaosie.  Tylko  taka 

muzyka  pozwala  zapomnieć.  Lepiej!  Pozwala  wznieść  się  ponad  wszystkie  obrzydlistwa 

świata,  a  nawet  ponad  własne  fobie.  Słuchając  w  zachwycie  genialnych  fraz  muzycznych, 

równocześnie widziałam siebie na scenie, słyszałam aplauz tłumu, czytałam pełne zachwytów 

recenzje. 

Wreszcie  nadszedł  czas  powrotu.  Wciąż  przekonany  o  mojej  miłości  Konrad, 

przyjechał na lotnisko. Stał w hali przylotów z wielkim bukietem czerwonych róż. Udałam, że 

go nie dostrzegam, chociaż usilnie zwracał na siebie uwagę, wymachując rękami. Głupek! Na 

nieszczęście stał obok ojczyma, a tego buraka musiałam zauważyć. Szłam ramię w ramię z 

nowym  wielbicielem,  i  żeby  Konrad  nie  miał  wątpliwości,  że  z  nim  już  koniec,  poprosiłam 

Sebastiana, aby mnie objął i pocałował w policzek. 

Na  twarzy  Konrada  najpierw  pojawiło  się  niedowierzanie,  a  potem  rozczarowanie. 

Stał przez chwilę jak skamieniały, następnie odwrócił się i zniknął w tłumie. „No, dobrze, że 

sobie  poszedł”  -  pomyślałam  z  ulgą,  bo  myśl,  że  będę  musiała  wysłuchiwać  jego  skomleń, 

była okropna. Radość okazała się przedwczesna, bo nazajutrz zatelefonował. 

- Słuchaj, Blanko, mam nadzieję, że usłyszę od ciebie kilka słów wyjaśnienia. 

- Nie widzę powodu, aby  ci  cokolwiek wyjaśniać.  Z nami koniec.  Definitywnie. Nie 

dzwoń więcej. - Odłożyłam słuchawkę. 

Nie  zadzwonił,  czym  mnie  trochę  uraził,  że  tak  szybko  zrezygnował.  Chyba  jego 

miłość  nie  była  zbyt  żarliwa.  Zaczęłam  nawet  żałować,  że  nie  podręczyłam  go  trochę 

emocjonalnie, gdyż stracić mnie i nie cierpieć z tego powodu to... to... to skandal. 

background image

Rozdział 19   

 

W nowej szkole 

Z powodu skąpstwa ojczyma reszta wakacji była do niczego. Zamierzałyśmy pojechać 

jeszcze  nad  morze,  lecz  ten  stary  kutwa  zaciął  się  i  nie  reagował.  Nie  pomogły  ani  dąsy 

mamy,  ani  moje.  Gorzej,  bo  w  ogóle  zdawał  się  ich  nie  zauważać,  gdyż  teraz  częściej 

przesiadywał w tej swojej śmierdzącej firmie niż w domu. Na znak protestu mama przestała 

nawet chodzić do pracy 

- Wystarczy, że ty pracujesz od rana do nocy. Wstaw kanapę do tej swojej kanciapy w 

zakładzie i wcale nie wracaj do domu - strofowała go nocami. 

- Mam kłopoty... jak wyjdę z dołka, to wszystko się unormuje. 

-  Co?!  Myślałam,  że  jak  przestanę  u  ciebie  pracować,  to  firma  stanie  na  nogi, 

rozkwitnie, że zmaleją koszty, wzrosną aktywa, a tu proszę... Dołek. Nie wierzę! To nie może 

być prawda. Ty pewnie kogoś masz, Karolu. 

- Ależ Luizo, jak możesz... 

-  Jestem  o  ciebie  zazdrosna  i  nic  na  to  nie  poradzę.  Już  mnie  nie  kochasz.  Pewnie 

wydajesz  pieniądze  na  dziwki,  a  nam  mydlisz  oczy  jakimś  finansowym  dołkiem!  -  mama 

uderzała  w  płacz,  trzaskała  drzwiami,  zamykała  się  w  łazience,  ale  wszystko  było 

bezskuteczne. 

Nic  nie  udało  się  wskórać.  Nawet  wydrzeć  forsy  na  nową  służącą  i  mama  musiała 

sama  doprowadzić  dom  do  ładu,  bo  podczas  naszej  nieobecności  nikt  nawet  nie  ścierał 

kurzów. W tej sytuacji zaczęłyśmy sobie organizować czas na własną rękę. 

Znajomość  cioci  Agnieszki  z  panem  Stefanem  przetrwała  Paryż  i  nadal  miała  się 

świetnie.  Wpadali  do  nas  niemal  codziennie,  a  wraz  z  nimi  zaglądał  pan  Kazio.  Panowie 

nauczyli  mamę  i  ciocię  grać  w  brydża,  co  okazało  się  świetnym  sposobem  na  spędzanie 

czasu.  Przy  kawce,  koniaczku  i  przekąskach  niemal  codziennie  siedzieli  przy  stole  do 

północy, a czasem nawet dłużej. 

Ja  w  tym  okresie  spotykałam  się  z  Sebastianem,  jednak  rzadko,  bo  kretyn  znalazł 

sobie pracę przy odnawianiu jakiegoś kościoła. Wszyscy gdzieś powyjeżdżali, nawet Jadźka, 

więc do września wynudziłam się jak mops. Z ulgą poszłam do nowej szkoły 

Moja klasa liczyła zaledwie dwadzieścia osób. Nieciekawe typy Pierwszą rzeczą, jaką 

zrobiłam,  było  namierzenie  tego  cholernego  Fabiana  Rawicza.  Poszło  łatwo,  gdyż  chłopak 

został przydzielony do mojej klasy Wyglądał jeszcze gorzej niż myślałam - chudy wysoki, z 

background image

rozwianą  czupryną  i  wystającą  grdyką.  Prawdziwy  strach  na  wróble.  Posiadał  tylko  jedną 

rzecz  godną  pozazdroszczenia  -  cienkie  i  długie  palce,  z  łatwością  obejmujące  dwie 

oktawy28.  Marzenie  każdego  pianisty.  Jasne,  że  to  za  te  łapy  szanowna  komisja  dała  mu 

więcej punktów. Musiałam przywrócić właściwy porządek. 

Osoby, które już się znały, potworzyły grupki wzajemnej adoracji. Reszta, jak to bywa 

wśród dobrze wychowanych, młodych ludzi, próbowała robić dobre wrażenie. Podobnie jak 

w  przypadku  Jadźki  w  gimnazjum,  tak  i  tu  przypadek  sprawił,  że  przyszło  mi  siedzieć  w 

jednej  ławce  z  Justyną  Suską.  Super.  Wcześniej  widziałam  ją  z  Fabianem  Rawiczem,  a  ze 

sposobu, w jaki ze sobą rozmawiali, wywnioskowałam, że dobrze się znają. Justyna nie nosiła 

markowych  ciuchów  tak  jak  ja  i  większość  uczniów,  i  w  ogóle  była  skromna,  cicha  i 

nieatrakcyjna.  Krótko  mówiąc,  szara  myszka,  doskonały  materiał  na  nową  przydupaskę  w 

stylu  Jadźki.  Jako  skrzypaczka,  mimo  talentu,  nie  stanowiła  dla  mnie  konkurencji. 

Konkurencją  był  Fabian,  a  jego  wyeliminowanie  wymagało  planu  zupełnie  innego  niż  w 

przypadku Tośki. Mój plan musiał się cechować wielką finezją i przebiegłością. 

Najlepiej  jest  podejść  ofiarę  znienacka.  A  jeszcze  lepiej  zdobyć  jej  zaufanie,  uśpić 

czujność,  potem  zaś  ni  stąd  ni  zowąd  spuścić  po  brzytwie.  Wydawało  się  to  łatwe  do 

wykonania,  gdyż  Fabian  był  osobnikiem  tak  sformatowanym,  jakby  ulepiono  go  z 

poświęconej gliny: uprzejmy, uśmiechnięty naiwniaczek. Już pierwszego dnia wystartował do 

mnie z komplementem: 

- Słyszałem na przesłuchaniu twoją fugę. Świetnie sobie poradziłaś. 

28 Dwie oktawy - szesnaście klawiszy 

- Gdyby nie trema, poradziłabym sobie jeszcze lepiej. 

- Oboje będziemy w klasie profesora Baczyńskiego. Profesor Baczyński jest najlepszy 

- Cieszę się. 

Moja nienawiść sięgnęła zenitu, gdy zobaczyłam jego długie palce w akcji. Normalnie 

pianiści  potrafią  każdy  z  czterech  palców  jednej  ręki  przełożyć  tylko  nad  kciukiem, 

tymczasem on z łatwością przekładał drugi palec nad trzecim, trzeci nad czwartym, czwarty 

nad piątym,  i  odwrotnie. Niby dla żartów dał  taki popis możliwości,  lecz ja wiedziałam, że 

oznaczało to: „Patrz i podziwiaj. Wiem, że tego nie potrafisz”. 

Cham!  Zarozumiały  cham!  Profesor  Baczyński,  który  też  był  świadkiem  tych 

przechwałek, dobił mnie uwagą, że tak grać potrafił tylko Chopin. „No proszę, odbębni taki 

kilka  gam  z  pomocą  cyrkowych  sztuczek  i  zaraz  stawiają  go  w  jednym  rzędzie  z  polskim 

geniuszem fortepianu. Może jeszcze z Mozartem, Bachem i Beethovenem?”. 

Wkrótce zaczęła też działać mi na nerwy Ewelina Tańska - wiolonczelistka z rodziny 

background image

związanej  z  branżą  muzyczną.  Jej  ojciec  był  dyrygentem  w  filharmonii,  a  matka  harfistką. 

Ewelinę powszechnie uważano za piękność, chociaż należała do grona tych płaskich, co to z 

tyłu  plecy,  z  przodu  plecy  Według  osiedlowego  żargonu  to  modelowy  typ  ABC,  czyli 

absolutny  brak  cycków.  Miała  też  za  małe  oczy  zbyt  długi  nos  i  wystający  podbródek. 

Pomijam  fakt,  że  sylwetka  kobiety  z  wiolonczelą  między  kolanami  wygląda  pokracznie, 

jednak wszyscy byli ślepi na te mankamenty Chyba że już zawczasu dopieszczaniem córeczki 

zabiegali o przyszłe profity u jej ustosunkowanych starych. 

Ponieważ  Sebastian  we  wrześniu  skończył  fuchę,  a  rok  akademicki  zaczynał  się 

dopiero  w  październiku,  codziennie  przychodził  po  mnie  pod  szkołę,  towarzyszył  mi  w 

drodze do domu, czasem zabierał do kina albo na dyskotekę. Wszystkie te starania nie wyszły 

mu na dobre. Stawał się coraz bardziej męczący, a chwilami wręcz nudny jak flaki z olejem. 

Z  coraz  większym  trudem  skrywałam  irytację  z  powodu  jego  osoby,  mimo  że  dzięki 

Sebastianowi  mogłam  patrzeć  z  pogardą  na  Ewelinę,  która  niby  była  taka  piękna  i 

utalentowana,  a  jakoś  nie  mogła  znaleźć  amatora  na  swoje  płaskie  wdzięki  i  uparcie 

pozostawała singlem. 

Wreszcie wrzesień dobiegł końca. Sebastian, wymusiwszy na mnie przyrzeczenie, że 

będę o nim myśleć, odjechał do Krakowa, jednak nadal nękał mnie swoją osobą za pomocą 

telefonów,  i  to  dzwoniących  w  najmniej  spodziewanych  chwilach.  Tymczasem  ja  byłam 

gotowa  na  nawiązanie  znajomości  z  kimś  nowym,  lecz  na  razie  nie  widziałam  nikogo 

godnego uwagi. 

background image

Rozdział 20 

 

Koncert charytatywny 

Profesor Baczyński okazał się stokroć gorszą piłą od profesora Zawiej skiego. Chociaż 

wychodziłam ze skóry, nie mogłam zasłużyć sobie u niego nawet na najmniejszą pochwałę. 

-  Blanko,  źle,  źle,  źle!  Fortepian  powinien  śpiewać,  a  on  tymczasem  szumi, 

nadużywasz pedału! - krzyczał, stukając batutą w nuty. Albo: - Lewa ręka powtarza frazy po 

prawej  ręce,  lecz  pianissimo.  Pianissimo!  Jak  dalekie  echo!  -  Albo:  -  W  tym  akordzie  nie 

słychać cis! - Albo: - Za słabo unosisz piąty palec, uderzasz zewnętrzną stroną opuszki... 

Pocieszałam się, że u profesora Baczyńskiego pewnie i sam Paderewski byłby kiepski. 

Zaciskałam  zęby  i  ćwiczyłam.  W  ten  sposób  wykuwa  się  wirtuozeria.  W  naszej  szkole, 

oprócz zajęć obowiązkowych, można było zapisać się do chóru, na dodatkowe lekcje śpiewu 

lub drugi instrument, utworzyć jakiś zespół muzyczny albo cokolwiek. Uczniowie brali udział 

w  różnych  koncertach,  przesłuchaniach,  festiwalach  i  konkursach,  co  stwarzało  doskonałą 

okazję,  żeby  błysnąć  talentem  i  być  zauważonym.  Pod  koniec  listopada  tradycyjnie  szkoła 

podłączała się do wielkiego koncertu charytatywnego, organizowanego przez jakieś powalone 

organizacje pożytku publicznego. Tego roku organizacja zbierała kasę na sztuczną nerkę, ale 

rzecz  była  o  tyle  godna  uwagi,  że  koncert  odbywał  się  w  filharmonii,  wystąpić  miał  sam 

Konstanty  Kulka,  a  na  widowni  spodziewano  się  bardzo  ważnych  osobistości.  Uczniowie z 

Malawskiego wypełniali kilka punktów programu. Ja, wraz z flecistą Jankiem Wodniakiem, 

zostałam wytypowana do akompaniowania Fortunelli, trzeciorzędnej śpiewaczce operowej o 

zdartym głosie analogowej płyty i z grubą szpachlą na obwisłej gębie. Jak na pierwszy raz i 

tak było dobrze, bo na przykład Justyna w ogóle nie załapała się na występ. Fabian i Ewelina 

mieli coś tam przygotować, ale nikt nie wiedział, co. 

Jakoś tak wypadło, że zaprosiłam na ten koncert Jadźkę, licząc na to, że rozpowie po 

osiedlu o tym, jak świetnie wypadłam. 

Mama  sprawiła  mi  na  tę  okoliczność  długą,  czarną  spódnicę  z  kaszmiru  i  białą, 

jedwabną bluzkę, wykończoną srebrną pikotką29, a także prześliczne lakierki na półszpilce. 

Wyglądałam  świetnie.  Po  oficjalnych  przemówieniach,  najpierw  wystąpiły  przedszkolaki, 

potem  kwartet  smyczkowy  z  II  klasy,  a  jeszcze  później  zespół  akordeonistów  z  jakiejś 

wiochy. Siedziałam  wraz z Justyną na widowni  i  czekałam na swoją kolej.  Nieoczekiwanie 

konferansjer zapowiedział: 

- Szanowni państwo, a teraz będą państwo mieli przyjemność usłyszeć  mistrzowskie 

background image

wykonanie  Lotu  trzmiela  z  baletu  Szeherezada.  Rimmskiego-Korsakowa.  Przed  państwem 

genialnie  utalentowana  para  ze  szkoły  muzycznej  -  prześliczna  wiolonczelistka  Ewelina 

Tańska i pianista Fabian Rawicz!!! 

29 Pikotka - drobne ozdobne oczka, pętelki, wzorki. 

„Mógłby  sobie  facet  oszczędzić  tych  dętych  przymiotników,  ale  czego  można  się 

spodziewać po ignorancie. Gdyby miał zielone pojęcie o muzyce, wiedziałby że Lot trzmiela 

jest rozpisany na fortepian i flet” - pomyślałam ze złością. 

Na  scenę  weszli  Fabian  Rawicz  i  Ewelina  Tańska  ze  swoją  wiolonczelą.  Ich 

pojawienie się na scenie, oprócz grzecznościowych oklasków, wywołało stłumione, uprzejme 

śmiechy  Fabian miał  na  sobie przyciasny frak, przykrótkie nogawki spodni  odsłaniały białe 

skarpetki, a jego głowa wyglądała jak miotła, w którą strzelił piorun. Nie lepiej prezentowała 

się Ewelina w różowej sukience w niebieskie fiołki i z ogromną, żółtą kokardą we włosach. 

Fabian  usiadł  przy  fortepianie,  Ewelina  po  prawej  stronie  i  zaczęli  grać.  Wtem 

Ewelina  machnęła  kilka  razy  smyczkiem,  jakby  chciała  nim  trafić  przelatującą  właśnie 

muchę. Chwilę później od „muchy” zaczął opędzać się Fabian, robił to raz lewą, raz prawą 

ręką, oczywiście w momentach pauz w basach lub wiolinach, lecz nawet mój absolutny słuch 

nie  wychwycił  najmniejszej  dysharmonii  czy  zmiany  rytmu.  Skurwiel  jeden,  równocześnie 

grał  i  machał  łapami!  Widownia  wybuchnęła  śmiechem,  lecz  był  to  dopiero  wstęp  do 

właściwych  popisów,  gdyż  w  pewnej  chwili  Fabian  wykonał  tak  zamaszysty  gest,  że  nuty 

rozsypały  się  na  wszystkie  strony  Wyglądało  to  na  niezamierzony  przypadek,  bo  Fabian 

spojrzał przy tym na publiczność z przerażoną miną, następnie klęknął na taborecie i udawał, 

że gra z kartek, które wpadły do pudła fortepianu. Ewelina w tym czasie nadal wymachiwała 

smyczkiem, aż wreszcie, niby przypadkowo, walnęła Fabiana w wypięty tyłek. Fabian przez 

kolejną minutę wykorzystywał pauzy, żeby rozcierać „bolące” pośladki, po czym zeskoczył z 

taboretu  i  wychylając  się  na  boki,  grał  z  nut  rozsypanych  po  scenie.  Wykonywał  przy  tym 

najdziwaczniejsze wygibasy, a  gdy  w którymś  momencie usiłował  nogą  przyciągnąć kartkę, 

która sfrunęła głęboko pod fortepian, zsunął przy tym but, odsłaniając wielką dziurę na pięcie. 

Kartki  nie  dosięgnął,  lecz  przewrócił  taboret.  Wciąż  grając,  przez  chwilę  „siedział”  w 

powietrzu,  potem,  poniekąd  niechcący  klapnął  na  tyłek  i  z  głową  pod  klawiaturą  wykonał 

efektowny finał. 

Podczas  tych  wszystkich  cyrkowych  wygłupów  nie  zrobił  chociażby  sekundowej 

pauzy,  nie  zgubił  rytmu,  nie  pomylił  żadnej  nuty...  Podobnie  Justyna.  Widownia  szalała, 

dostali brawa przy otwartej kurtynie i bisowali dwa razy Justyna, która siedziała obok mnie, 

pękała ze śmiechu. 

background image

- Blanko, ten Fabian jest niesamowity przecież to wirtuozeria najwyższej klasy...! 

- Jezu, bo  spadnę z fotela, bo mnie skręci, bo dostałam  kolki...  -  wtórowała Justynie 

Jadźka. - Ależ to jest szpenio! Tak grać! Tak grać! 

-  Błazenada.  Zwykła  błazenada  -  warknęłam,  a  w  myśli  dodałam:  „Obywam  ozory 

zarosły szczeciną. Chamki! Świnie!”. 

Cierpiałam. Ten gromki aplauz został mi podstępnie ukradziony, a śmiech publiki był 

drwiną  z  mojego  upokorzenia.  Fabian  i  Justyna  kłaniając  się  na  zakończenie,  śmiali  się  od 

ucha do ucha. Pewnie ze mnie. 

„To nie ujdzie wam płazem. Wysiudam was z gry. Najpierw ciebie, pajacu, nią zajmę 

się  później.  Przysięgam!  Przysięgam!  Przysięgam!”  -  z  trudem  panowałam  nad  emocjami. 

Gdy  chwilę  później  wchodziłam  na  scenę,  wszystko  się  we  mnie  trzęsło.  Zagrałam  niezbyt 

dobrze, lecz nie miało to żadnego znaczenia, bo ta stara rampampura po pierwsze, miała już 

na  maksa  rozbawioną  publiczność,  po  drugie  śpiewała  walca  z  Zemsty  nietoperza30,  który 

zawsze się podoba, choćby solistka skrzypiała jak zardzewiałe zawiasy. I to solistka dostała 

brawa i kwiaty Nam pozostało tylko pochylanie głowy w głębi sceny a przecież wyglądałam 

tego  dnia  piękniej  niż  to  stare,  rozdarte  pudło,  bez  porównania  piękniej  niż  ta  czarownica 

Ewelina ze swoją kretyńską kokardą, jednak to one skupiały na sobie większą uwagę. 

Odpuściłam już sobie występ znanego skrzypka. Kiedy przeciskałam się do wyjścia, 

ruszyła za mną Jadźka. 

- Idziesz do toalety? Ja też muszę. Pójdziemy razem. 

- Odwal się ode mnie raz na zawsze, przygłupie jeden - wrzasnęłam. 

- Ależ Blanko... 

- Spadaj! 

Wróciłam do domu i pół nocy przepłakałam. Mama z początku myślała, że ktoś zrobił 

mi  jakąś  krzywdę  -  zgwałcił,  pobił  czy  coś  podobnego  -  lecz  gdy  dławiąc  się  łzami, 

opowiedziałam jej o swoim dramacie, westchnęła małodusznie: 

-  Blaneczko,  niepotrzebnie  tak  histeryzujesz.  Będziesz  miała  jeszcze  niejedną  okazję 

do udowodnienia, że jesteś najlepsza. 

30  „Zemsta  nietoperza”  -  operetka  Johanna  Straussa  (1825-1899)  austriackiego 

kompozytora, dyrygenta i skrzypka. 

Boże! Jaka z tej mojej  mamy wyłazi czasem prostaczka, aż dziw bierze, że urodziła 

geniusza.  Zostałam  upokorzona,  przeżywam  z  tego  powodu  kosmiczne  katusze  duszy  a  dla 

niej to zbędna histeria. Ludzi wielkich i wrażliwych nikt nie rozumie! 

Moja  mordęga  nie  skończyła  się  wraz  z  nocą.  Nazajutrz  cała  szkoła  mówiła  o 

background image

występie  Fabiana  i  Eweliny  wszyscy  gratulowali  im,  a  koło  południa  powstał  pomysł 

założenia kabaretu muzycznego. Musiałam działać. Na szczęście miałam swoich gotowych na 

każde skinienie zakapiorów, którzy tak urządzą tego błazna, że nie tylko nigdy nie usiądzie do 

fortepianu,  ale  nawet  nie  zapnie  sobie  guzików  w  rozporku.  Na  Ewelinę  też  przyjdzie  pora. 

Co się odwlecze, to nie uciecze. 

background image

Rozdział 21   

 

Tymczasem  w  domu  atmosfera  gęstniała.  Nie  dość,  że  coraz  trudniej  było  nam 

wydzierać  od  ojczyma  forsę,  nie  dość,  że  ciągle  narzekał  na  kłopoty  z  firmą,  nieustannie 

gdzieś jeździł, a nocami przesiadywał nad rachunkami, to jeszcze zaczął narzekać na zdrowie. 

Buc jeden! Wystarczyło tylko spojrzeć na tego byka, żeby wiedzieć, że nic mu nie jest. Mama 

też  powątpiewała  w  tę  jego  chorobę,  jednak  swoim  zwyczajem  zmiękczała  go,  okazując 

wielką troskę. 

-  Och,  Karolu,  za  dużo  pracujesz.  Proszę  cię  kochanie,  spędź  z  nami  dzisiejsze 

popołudnie - prosiła słodziutko. 

-  Tak  tatuśku,  prawie  cię  nie  widujemy  Tęsknimy  za  tobą,  pobądź  trochę  w  domu  - 

wspierałam mamę udawanym współczuciem, bo skoro weszłam w ten układ, to trzeba było go 

rozgrywać dalej. 

-  Chętnie  bym  z  wami  spędził  czas,  dziewczynki  moje  kochane,  jednak  muszę 

najpierw wygrzebać się z finansowych kłopotów. Zima nie jest dobra dla mojej branży więc 

przez jakiś czas będziemy oszczędzać. 

„Buraku,  zamiast  mówić  o  oszczędzaniu,  lepiej  pomyśl,  jak  więcej  zarobić!”  - 

myślałam ze złością, a głośno mówiłam: 

- Spróbuj zagrać w totolotka, może los okaże się dla ciebie łaskawy. 

- Totolotek to tylko forma podatku od głupoty. Nie stać mnie na takie marnotrawstwo. 

-  Och,  Karolu,  jaka  szkoda,  że  nie  jesteśmy  w  stanie  ci  pomóc,  jednakże  cały  czas 

wspieramy  cię  duchowo  i  życzymy  powodzenia  -  mama  spuentowała  zgrabnie  ponury 

dyskurs  i  przytuliła  się  do  niego,  ja  przytaknęłam  i  też  dorzuciłam  parę  słów  pociechy  W 

końcu ojczym wychodził, a my organizowałyśmy sobię czas po swojemu. 

Romans cioci Agnieszki z panem Stefanem kwitł w najlepsze. Zapowiadało się na to, 

że  wkrótce  wezmą  ślub  i  będą  żyli  długo  i  szczęśliwie,  aż  tu  któregoś  dnia  pękła  bomba. 

Okazało się, że pan Stefan nie jest wdowcem, nie jest nawet rozwodnikiem i nie ma nic, poza 

wynajmowaną  kawalerką  i  alimentami  na  dwoje  dzieci.  Cały,  ogromny  majątek  -  jak 

zapewniał - zawłaszczyła pazerna żona, która na dodatek nie chce dać mu rozwodu. 

Ciocia jakoś przepłakała kolejny zawód, po czym doszła do wniosku, że trzeba lepiej 

zadbać o siebie i nadal liczyć na uśmiech losu. 

- Luizo, powinnyśmy zacząć chodzić na siłownię i na basen. Jesteśmy w takim wieku, 

że na zgrabną figurę trzeba pracować, bo w przeciwnym razie za rok czy dwa sflaczejemy 

background image

Mama, rzecz jasna, kupiła ten pomysł, bo - jak stwierdziła - na biodrach i na brzuchu 

zaczęły się jej robić fałdki sadełka. Obydwie sprawiły sobie efektowne i  obcisłe stroje typu 

swift  suits  oraz  sportowe  buty  i  z  zapałem  zabrały  się  za  rzeźbienie  sylwetki  -  trzy  razy  w 

tygodniu forsowne ćwiczenia, a dwa razy relaksacyjne pływanie. 

Ja w wolnych chwilach albo szłam z Justyną na koncert, albo po prostu na kawę do 

stylowego  klubu  Undegrand,  mieszczącego  się  w  podziemiach  zabytkowej  kamienicy  w 

centrum miasta, albo dla zgrywy na zapiekanki koło dworca. Jedno z tych miejsc powinnam 

ująć  w  swoim  planie,  żeby  „akcja”  Fabian  wyglądała  na  przypadkową.  Ot,  zdarzył  się 

tragiczny  wypadek.  Filharmonię,  jako  świątynię  muzyki  odrzuciłam  natychmiast  ze 

względów emocjonalnych, chociaż kusząca była myśl, żeby chłopakowi połamać paluchy w 

miejscu, w którym mnie tak upokorzył. 

Klub Undegrand znajdował się o rzut beretem od filharmonii i szkoły muzycznej, więc 

przewijało  się  przez  niego  lepsze  towarzystwo,  dlatego  tutaj,  podobnie  jak  w  filharmonii, 

należało się pokazać. Nie wypadało kilka razy pod rząd przyjść w tych samych ciuchach, czy 

siedzieć  przy  samej  wodzie  z  bąbelkami.  Kulturalnej  i  eleganckiej  klienteli  klubu  nikt  nie 

będzie podejrzewał o kontakty z bandziorami. Swoje zalety miała też buda z zapiekankami. 

Była czynna przez całą dobę, ponadto gromadziła najróżniejszych nabywców, poczynając od 

forsiastych  biznesmenów,  aż  po  bezdomne  łajzy,  bowiem  serwowane  tu  zapiekanki  były  i 

najtańsze,  i  najlepsze  na  świecie.  Justyna,  która  nie  śmierdziała  forsą,  dzięki  tej  budzie  nie 

umierała z głodu, a ja, choć jedzenia miałam w bród, rozsmakowałam się w zapiekankach na 

dobre.  No  i  miało  swój  urok,  że  w  każdej  chwili,  ot,  tak  sobie,  bez  makijażu  i  stosownej 

fryzury można było pojechać na dworzec i stanąć w kolejce po zapiekankę, bo kolejki były 

tam zawsze. Nikogo by nie zdziwiło, gdyby wśród oczekujących doszło do szarpaniny. A że 

skutki okazałyby się dla Fabiana tragiczne? To straszne! Któż mógłby to przypuszczać? 

Po  głębokim  namyśle  wyeliminowałam  budę  z  zapiekankami,  ponieważ  okolice 

dworca  nieustannie  patrolowała  policja,  co  zwiększało  zbytecznie  ryzyko.  Pozostał  klub. 

Wszystko przemyślałam w najdrobniejszych szczegółach. 

Po  pierwsze,  nikt  nie  powinien  zobaczyć  mnie  ani  na  osiedlu,  ani  w  towarzystwie 

chłopaków.  Zadzwoniłam  do  Jurka,  bo  tylko  on  miał  komórkę.  Po  drugie,  z  rozmowy 

telefonicznej nie mogło wynikać, że zlecenie napadu jest moją robotą. 

- Cześć, mam do ciebie małą prośbę. 

- Tak? Słucham. 

- Wpadnij do mnie do domu. Tylko z Arkiem - podałam adres i godzinę. 

Po trzecie, zrezygnowałam z Kacpra. Jego ciągoty do bicia dla samego bicia sprawiały 

background image

że w zapamiętaniu tracił czujność, a rozgrywka z Fabianem musiała być szybka i skuteczna. 

Po czwarte, żadnych notatek. 

Chłopcy  przyszli  punktualnie.  Dopiero  w  moim  pięknym  domu  z  całą  ostrością 

zobaczyłam, jakie są z nich łachmyty. I to była największa zmyła wynikająca z mojego planu: 

nawet  gdy  oni  wpadną,  nikomu  nie  przyjdzie  do  głowy  wiązanie  tej  sprawy  z  elegancką 

dziewczyną z eleganckiej dzielnicy 

W domu byłam akurat sama, więc mogłam przyjąć ich gdziekolwiek, lecz przyjęłam 

w swoim pokoju, żeby pokazać, że traktuję ich jak kumpli. Niezbyt to wygórowana cena za 

szczytny cel, jaki sobie wyznaczyłam. Byli speszeni. 

- E, Blanka, mieszkasz sobie jak jakaś księżniczka - zawołał, pogwizdując z podziwu, 

Jurek. 

- Zgadza się, a z księżniczkami warto trzymać. 

Poczęstowałam ich piwem i przystąpiłam do rzeczy. 

- Jest taki nieciekawy facet, któremu trzeba połamać palce, ale tak, aby nigdy już nie 

miał z nich pożytku. 

- Same palce? 

- Głównie jestem zainteresowana tylko palcami. 

- Bez solidnego manta się nie obejdzie, bo trudno tak - ni z tego ni z owego - dobierać 

się frajerowi do łap. Najpierw należałoby stuknąć go dobrze, żeby przynajmniej ogłuszyć, i 

dopiero wtedy zająć się  drobnicą.  Bo  graby to  -  było  nie było  - drobnica. Dla skuteczności 

trzeba by je położyć na  twardym  podłożu i  walnąć bejsbolem  albo  nawet młotkiem,  co jest 

pewniejsze - wyłożył Jurek. 

- A najlepiej siekierką. Ścięgna pójdą w pizdu i z takimi łapami będzie mógł najwyżej 

robić za żebraka pod kościołem - dorzucił Artek. 

-  O  tak,  siekiera!  Pomysł  jest  wyśmienity  Możecie  odciąć  mu  paluchy  nawet  przy 

samej dupie! - Chłopaki znały się na swojej robocie. 

Uzgodniliśmy  szczegóły  Do  mnie  należało  jedynie  zwabienie  Fabiana  w  wąską 

uliczkę,  a  właściwie  w  przesmyk  pomiędzy  ulicą  3  Maja  a  Jagiellońską.  Chłopcy 

powiadomieni wcześniej SMSem, mieli zaczaić się w pobliżu. Miejsce było idealne z uwagi 

na brak oświetlenia, a dwie ruchliwe ulice na wlocie i wylocie umożliwiały szybką ucieczkę i 

zgubienie się w anonimowym tłumie. Ja zaś już na początku akcji miałam zrobić to, co robią 

zagrożone niebezpieczeństwem dziewczyny czyli wziąć nogi za pas. 

Zleceniobiorcy  dostali  sutą  zaliczkę  i  czekali  w  pogotowiu.  Tymczasem  ja 

przygotowywałam grunt. Poszło bajecznie łatwo. Najpierw, pod pozorem, że Fabian wpadł mi 

background image

w oko, zaczęłam go kokietować, a nawet zwierzyłam się Justynie, że chętnie bym poderwała 

go, gdybym wiedziała jak. 

- Przesadzasz, chodziłaś przecież z tym przystojnym malarzem, więc chyba wiesz, jak 

się zabrać do rzeczy. 

-  Problem  w  tym,  że  to  on  mnie  poderwał.  Dać  się  poderwać,  a  poderwać  kogoś,  to 

zasadnicza różnica. 

-  No,  niby  tak.  Też  mam  z  tym  problemy,  ale  podjąć  się  roli  swatki  mogę.  To  dużo 

łatwiejsze. 

Miała rację. Wystarczyło, że powtórzyła Fabianowi naszą rozmowę i ten zareagował 

tak,  jak  należało.  Na  lekcjach  raz  po  raz  odwracał  się  w  ławce  i  posyłał  mi  wymowne 

spojrzenia,  na  przerwach  zagadywał,  i  choć  okazał  się  w  tym  niezdarny,  przekaz  był  jasny. 

Ofiara  gładko  połknęła  haczyk.  W  czwartek,  po  popołudniowych  zajęciach  wyszliśmy  we 

trójkę z budy, Justyna zaproponowała, żeby wpaść do Undegrandu. Trudno sobie wyobrazić 

lepszy zbieg okoliczności. Wyjątkowo sprzyjała mi również pogoda. Zapadł wczesny, późno 

jesienny  mrok,  wiało  mocno,  a  przechodnie,  opatuleni  po  czubki  nosów,  spieszyli  się  do 

ciepłych domów. Wzrosło więc prawdopodobieństwo, że zbagatelizują krzyki Fabiana, nawet 

jeśli je usłyszą. 

Gdy już zajęliśmy swoje miejsca i zamówiliśmy lody bakaliowe, wyjęłam przy stoliku 

komórkę  i  wysłałam  Jurkowi  sygnał,  żeby  był  gotowy.  Dwie  sekundy  później  otrzymałam 

krótką odpowiedź: OK. Nadal szło mi jak po maśle. Ogarnęło mnie radosne podniecenie. Oto 

patrzyłam  w  naiwnie  ufne  oczy  kogoś,  komu  za  chwilę  miałam  odebrać  to,  co  kocha 

najbardziej  i  pozostawić  na  resztę  życia  jedynie  gorzką  świadomość,  że  dobrze  się 

zapowiadał.  Jeszcze  dzisiaj  jego  długie  palce,  właśnie  obejmujące  pucharek  z  lodami,  będą 

tylko krwawą miazgą, a może nawet, potraktowane siekierą, skończą w błocie martwe i sine. 

Poezja! Żałowałam, że plan zakładał moją rejteradę, gdyż od czasu wysiudania Tośki 

z  domu  brakowało  mi  znajomego  napięcia,  tego  narkotycznego  uniesienia,  tej  duchowej 

ekstazy  jakie  wyzwala  cierpienie  ofiary  Trudno.  Musiałam  zadowolić  się  wyobraźnią  i 

satysfakcją, że oni wszyscy pozostają w mojej mocy, a ja pociągam za sznurki. 

Pogadaliśmy  sobie  o  tym  i  o  owym,  po  czym  przystąpiłam  do  realizacji  kolejnego 

punktu swojego planu. 

-  Muszę  jeszcze  wpaść  do  antykwariatu.  Wujek  z  Kanady  prosił,  żebym  sprawdziła, 

czy można kupić jakieś starodruki. Pójdziecie ze mną? 

- Jasne - potwierdzili jednocześnie. 

Fabian,  podając  mi  w  szatni  drogie  futerko,  niby  przypadkiem  dotknął  mojego 

background image

policzka, a potem znacząco ścisnął za rękę. Była w tym dotknięciu i uścisku delikatność, na 

jaką  stać  tylko  nieśmiałych,  zakochanych  chłopców.  Bingo,  teraz  uzyskałam  pewność,  że 

zaprowadzę go nawet do piekła. 

Podczas  układania  z  chłopakami  planu  nie  było  mowy  o  Justynie;  powinnam  ją 

spławić,  pomyślałam  jednak,  że  jej  osoba  niczego  nie  zmieni.  Ona  ucieknie  razem  ze  mną, 

stanie się dodatkowym świadkiem. Przy okazji może potwierdzić, że napad był przypadkowy, 

a tym samym dowieść mojej niewinności. 

3 Maja, bardziej deptak  niż ulica, była cudownie oświetlona, na wystawach sklepów 

dominował  bożonarodzeniowy  wystrój,  skojarzony  marketingowo  ze  świętym  Mikołajem. 

Wiatr  kołysał  girlandami  kolorowych  lampek  rozciągniętych  między  budynkami,  a  ekipa 

robotników w granatowych kombinezonach instalowała na latarniach neonowe kompozycje: 

gałązka świerku, gwiazdka, bombka i „płonąca” świeczka. 

Justyna  i  Fabian  przekomarzając  się  wesoło,  szli  za  mną  jak  barany,  prosto  w 

zasadzkę.  Weszliśmy  w  wiadomy  mi  przesmyk.  Światło  padające  z  wysokich  okien, 

wspomagane  poblaskiem  latarń  z  pobliskich  ulic,  rozpraszało  ciemności  zaledwie  na  tyle, 

żeby nie potknąć się na kocich łbach. Dwa cienie wyłoniły się zza załomu muru i ruszyły w 

naszym kierunku. W brzuchu poczułam podniecające mrowienie. Szli wolno, z nonszalancją 

zbirów świadomych swojej przewagi. Kiedy się zrównaliśmy, zastąpili nam drogę. 

-  E,  stary  wyskakuj  z  portfela  -  wycedził  przez  zęby  Jurek  i  wysunął  z  rękawa  kij 

bejsbolowy Artek wyjął zza pazuchy siekierę. 

- Spadajcie, bo zawołam policję! - zawołała bojowo Justyna. 

- Z tobą nie gadam, pindo. Spieprzaj, bo dostaniesz w czerep.  I to już!- dla lepszego 

efektu tupnął nogą. 

Jurek zamierzył się pałką na Fabiana, lecz niespodziewanie oberwał w głowę pudłem 

ze  skrzypcami.  Sytuację  uratował  Artek,  choć  siekiera,  zamiast  w  głowę,  trafiła  Fabiana 

obuchem w ramię. Na szczęście siła uderzenia była tak wielka, że chłopak padł jak długi. 

-  Uciekajmy!  -  krzyknęłam  i  ruszyłam  przed  siebie,  pewna,  że  pociągnę  za  sobą 

Justynę.  Zrobiłam  nie  więcej  niż  pięć  kroków,  gdy  dobiegł  mnie  wrzask  tej  cholernej 

kretynki: 

- Policja!!! Ratunku!!! Policja!!! Bandyci!!! 

Czułam, jak wysuwają mi się pazury. To cud, że nie skoczyłam i nie przegryzłam jej 

gardła.  Znieruchomiałam.  Powinnam  wrócić  i  coś  zrobić  z  tą  kretynką,  zanim  ściągnie  na 

mnie  poważne  kłopoty  lecz  byłoby  szaleństwem  stanąć  po  stronie  napastników.  Logika 

wskazywała,  że  powinnam  sprowadzić  pomoc,  jednak  w  tym  przypadku  o  logicznym 

background image

postępowaniu  musiałam  zapomnieć.  Jakakolwiek  przedwczesna  interwencja  popsułaby  do 

reszty cały misterny plan. W mojej głowie kłębiły się sprzeczne myśli, a ich rezultat był taki, 

że wciąż stałam, jakbym wrosła w ziemię. 

Tymczasem  Justyna, wrzeszcząc i  wymachując futerałem, osłaniała  Fabiana, który z 

wyraźnym  wysiłkiem  podniósł  się  na  kolana  i  próbował  uciekać  na  czworakach  w  stronę 

rozświetlonej  ulicy  Jagiellońskiej.  Daremnie.  Z  boku  dopadł  go  Jurek  i  zdzielił  pałą  po 

plecach. Niestety, bez większego efektu,  gdyż gruba, puchowa kurtka złagodziła cios. Mało 

tego,  ten  cholerny  zafajdaniec  błyskawicznie  odwrócił  się  na  plecy  i  z  całej  siły  obiema 

nogami  kopnął  Jurka  w  przyrodzenie.  Jurek,  który  akurat  brał  znad  głowy  kolejny  zamach, 

poleciał do tyłu, potknął się i upadł na tyłek. 

W tym samym czasie Artek, chcąc uciszyć Justynę, zaatakował ją siekierą, lecz trafił 

w  futerał,  który  od  uderzenia  rozpadł  się  na  dwie  części,  a  ze  środka  wypadły  skrzypce  i 

smyczek. Ten idiota, ogłupiały nieprzewidzianym obrotem sprawy, natarł na nią jeszcze raz i 

znów  trafił  w  pudło,  z  którego  teraz  poszły  tylko  drzazgi.  W  efekcie  Justyna  rozdarła  się 

jeszcze głośniej, a jako nowej broni użyła torebki. Równocześnie Fabian nad podziw żwawo 

powstał  z  ziemi  i  skoczył  Artkowi  na  plecy  Jakby  tego  było  mało,  nad  naszymi  głowami 

otworzyło  się  okno  i  ktoś  zawołał,  że  policja  już  jest  w  drodze.  Ten  okrzyk  podziałał  na 

chłopaków jak kubeł zimnej wody. Ile sił w nogach pomknęli w kierunku ulicy Jagiellońskiej 

i  za  dwie  sekundy  znikli  z  pola  widzenia.  Z  niedowierzaniem  patrzyłam,  jak  oto  przez  tę 

idiotkę Justynę przepadł cały mój misterny plan. Jestem osobą inteligentną, więc wiedziałam, 

że  teraz  pora  poskromić  emocje  i  zacząć  improwizować.  Podbiegłam  do  Fabiana,  który 

wyraźnie wyczerpany, siedział wsparty o mur. 

-  Jezu,  kochanie,  jak  się  czujesz?  -  Z  wysiłkiem  nasyciłam  swoje  słowa  nutą  troski, 

gdyż najchętniej rozdarłabym go na pół. 

- Chyba uszkodzili mi bark. Nie mogę ruszać lewą ręką. 

- Justyna, a co z tobą? 

- Nic, jednak skrzypce skasowane - przykucnęła przy Fabianie. - Trzymaj się stary. A 

ty  co  tak  gały  wytrzeszczasz?  Wyciągaj  komórkę  i  dzwoń!  Tylko  na  pogotowie  -  ostatnie 

zdanie  zabrzmiało  jakoś  dziwnie  złowieszczo.  Moja  genialna  intuicja  podpowiadała,  że  coś 

jest nie tak, niestety, dopiero czas pokazał, co. 

background image

Rozdział 22   

 

Gorzka pigułka 

- Karetka przyjechała równolegle z policją. Sygnały dwóch syren zwabiły sporą grupę 

gapiów.  Jeden  z  trzech  policjantów  natychmiast  zaczął  na  gorąco  poszukiwać  świadków, 

którzy  ewentualnie  coś  widzieli  lub  słyszeli.  Mogli  sobie  szukać  do  usranej  śmierci. 

Przynajmniej tu byłam spokojna, bo nikt niczego nie widział i nikt niczego nie słyszał. 

Po  pobieżnym  badaniu  Fabiana  sanitariusze  umieścili  go  na  noszach.  W  drodze  do 

karetki, ten nagle zawołał: 

- Panie sierżancie, panie sierżancie, proszę podejść na chwilę! 

- Słucham? - zareagował najmłodszy z policjantów, z rzymską piątką na pagonach. 

- Zerwałem czapkę jednemu z napastników. Może się przyda w śledztwie. 

-  Oczywiście.  To  ważny  dowód  rzeczowy.  -  Czapka  Artka  wylądowała  w  dużej, 

papierowej kopercie. 

Policyjnym  samochodem  zawieziono  nas  na  pobliską  komendę  i  dokładnie  spisano 

nasze zeznania. Justyna dość dokładnie odtworzyła wygląd obu sprawców napadu, więc mnie 

nie  pozostawało  nic  innego,  jak  tylko  namieszać.  Gdy  ona  na  przykład  scharakteryzowała 

Jurka  jako  wysokiego,  około  metr  osiemdziesiąt  wzrostu  osiemnastolatka,  w  granatowej 

kurtce z ortalionu, ja twierdziłam, że miał najwyżej metr sześćdziesiąt, trzydzieści lat i kurtkę, 

owszem,  ortalionową,  lecz  brązową  z  beżowymi  wstawkami.  Artek  zdaniem  Justyny  był  w 

tym  samym  wieku  co  Jurek,  tylko  nieco  od  niego  niższy  Opisała  go  jako  blondyna  w 

ciemnozielonej  kurtce,-  w  moim  wydaniu  stał  się  wysokim  i  dużo  starszym  brunetem, 

ubranym w czarny płaszcz. 

Gdy wyszłyśmy z komendy, mimo wściekłości buzującej w trzewiach, powiedziałam 

coś, co wypadało powiedzieć, czyli banał: 

- Mamy szczęście, że wszystko dobrze się skończyło. 

- Tak, pod warunkiem że odkupisz mi skrzypce. 

- Co? - zamurowało mnie. 

- No, chyba że odkupią je twoi kumple. 

Niebieskawe światło neonów padało demonicznie na jej bezczelną twarz. 

- Ty chyba zupełnie zwariowałaś! 

-  Nie,  to  ty  jesteś  wariatką,  a  ściślej  rzecz  biorąc,  psychopatką.  Takim  dość 

pospolitym, klinicznym przypadkiem świra, który pod powierzchownym urokiem i gładkością 

background image

w zachowaniu skrywa chorobliwe poczucie własnej wartości. Jesteś patologiczną, bezduszną 

manipulantką i kłamczuchą. Tak zazdrościsz Fabianowi talentu, że gotowa byłaś go zabić. 

-  Bredzisz.  Marnujesz  się,  rzępoląc  na  tych  swoich  skrzypkach.  Powinnaś  pisać 

powieści fantastyczne. A ode mnie wara! Mało mnie znasz i jeszcze mniej o mnie wiesz. 

- Jesteś w błędzie. Znam cię lepiej, niż sądzisz. Pamiętasz Karolinę Suską? 

Cholera! Poczułam mięknące kolana. 

- Tę sprzątaczkę? 

-  A  zarazem  studentkę  psychologii.  Rozgryzła  cię  od  razu.  Gdy  tylko  powiedziałam 

jej, że chodzimy do jednej klasy radziła na ciebie uważać. Więc uważałam, chociaż, prawdę 

mówiąc,  straciłam  czujność.  Nabrałam  nawet  przekonania,  że  Karolina  źle  cię  oceniła.  Ale 

niestety miała rację, tobą powinien się zająć psychiatra. Przegięłaś Blanko, nasyłając zbirów 

na Fabiana. Jutro masz mi oddać pieniądze za mój instrument. - Odwróciła się na pięcie, żeby 

odejść, lecz jeszcze w ostatniej chwili rzuciła przez ramię słowa, które zabrzmiały jak utajona 

pogróżka: -1 módl się, żeby Fabian wyszedł z tego cało. 

Wszystko  we  mnie  kipiało,  a  słowa  tej  wrednej  Justyny  wracały  niczym  bumerang  i 

huczały  w  mojej  głowie  jak  rój  wściekłych  pszczół.  Jasne.  Źródłem  wiedzy  o  mojej  osobie 

były  te  cholerne  pogaduszki  Karoliny  z  mamą  i  ojczymem.  Karolina  domyśliła  się,  kto 

podrzucił  jej  bransoletkę  mamy,  lecz  brakowało  jej  podstaw  do  tego,  aby  drogą  dedukcji 

mogła  odgadnąć,  że  to  ja  zlecałam  bicie  Tośki,  i  to  akurat  Jurkowi  i  Artkowi.  Na  to  nie 

wpadłby  sam  Scherlock  Holmes,  a  wątpię,  żeby  była  jasnowidzem.  Może  Justyna  tylko 

blefowała  i  trafiła  dobrze?  Takie  przypadki  się  zdarzają.  „Tak,  Justyna  to  wredna 

szantażystka. Wygadywała same brednie i przypadkowo trafiła w kilka faktów. Zazdrośnica. 

No  cóż,  ludzie  wielkiego  formatu,  do  których  należę,  sprawiają,  że  w  przeciętniakach 

odzywaj ą się kompleksy a wtedy plotą głupoty. Nazwała mnie nawet psychopatką. Też coś! 

Z pewnością nie ma zielonego pojęcia, co to  słowo znaczy. Bo tak już jest, że gdy brakuje 

rzeczowych argumentów, pozostają inwektywy” - przez pół nocy rozmawiałam sama ze sobą, 

aż  wreszcie  doszłam  do  wniosku,  że  niepotrzebnie  panikuję.  Justyna  jest  głupia,  a  Fabian 

niech się cieszy, że ocalił swoje paluchy Jednak nie na długo. 

Nazajutrz,  jakby  nigdy  nic,  lekko  spóźniona,  przyszłam  na  lekcje.  Informacja  o 

napadzie  chuliganów  na  naszą  trójkę,  zdążyła  już  lotem  błyskawicy  rozprzestrzenić  się  po 

całej szkole, oczywiście za sprawą Justyny Ponieważ nikt nie patrzył na mnie krzywo, ani nie 

czynił  pod  moim  adresem  żadnych  głupich  aluzji,  wiedziałam,  że  Justyna  swoje 

przypuszczenia  zachowała  dla  siebie,  a  skoro  zachowała  je  dla  siebie,  nie  była  ich  pewna. 

Triumfowałam.  Usiadłam  w  ławce,  ignorując  jej  bezczelne,  wyzywające  spojrzenie. 

background image

Czekałam na przeprosiny, tymczasem na długiej przerwie ta chamka spytała: 

- Przyniosłaś pieniądze? 

- Dalej trzymają się ciebie żarty? Zapomnij. 

- Chcesz, abym poszła na policję i zasugerowała, że wczorajsi napastnicy to być może 

ci sami, którzy regularnie tłukli twoją przyrodnią siostrę? 

Poczułam,  jak  cała  krew  spływa  mi  do  nóg.  Nagle  doznałam  olśnienia.  O  tym,  że 

Tośka  regularnie  zbierała  manto,  Karolina  pewnie  dowiedziała  się  od  mamy,  która  często 

podawała ten przykład, żeby podkreślić, iż tego kocmołucha nikt nie lubił. Zupełnie nikt. A 

ona mimo tego bardzo się starała zastąpić jej matkę. Bardzo. Naprawdę bardzo. 

Były  to  domysły  bez  konkretnych  dowodów,  lecz  niestety  prawdziwe.  Policja  miała 

czapkę  Artka  i  dokładne  portrety  pamięciowe  Justyny.  W  razie  wpadki  chłopaków  moje 

mataczenie  w  trakcie  przesłuchania  na  komendzie  podważyłoby  moją  wiarygodność. 

Korzystniej  było  zostawić  ten  incydent  w  spokoju,  aż  drogą  naturalną  sam  pójdzie  w 

zapomnienie. 

-  Dobrze,  zapłacę  za  twoje  skrzypce,  jednak  nie  dlatego,  że  mam  coś  wspólnego  z 

tymi  bandytami  i  boję  się  szantażu.  Po  prostu  żal  mi  ciebie.  Kilkaset  złotych  to  pryszcz. 

Wystarczyło  poprosić  mnie  jak  przyjaciółkę,  zamiast  wymyślać  cuda  na  kiju  i  wianki  na 

lodzie. 

Następnego  dnia  położyłam  przed  nią  równowartość  dobrych  skrzypiec.  Mogła 

sprawić  sobie  dużo  lepsze  od  tych,  które  straciła.  Nadal  siedziałyśmy  razem,  jednak  dawna 

zażyłość przeminęła bez śladu. Zawiodła mnie i z pewnością kiedyś tego pożałuje. Odczekam 

i przy pierwszej okazji sprawię, żeby do końca życia zawsze miała pod górkę. 

Fabian wrócił do szkoły już po dwóch dniach. Miał zaledwie stłuczony bark, co nawet 

nie utrudniało grania. Zmiana w jego zachowaniu wskazywała na to, że Justyna już podzieliła 

się  z  nim  swoimi  wrednymi  podejrzeniami.  I  dobrze,  nie  musiałam  przynajmniej 

przywdziewać maski  gęsi  zauroczonej  takim  żołędnym  dupkiem, jednak taktyka wymagała, 

podważenia jego przekonania o mojej winie i w miarę możliwości skłócenia go z Justyną. 

- Cieszę się, że nareszcie wróciłeś - wyczarowałam jeden ze swoich najpiękniejszych 

uśmiechów, starannie wystudiowanych przed lustrem. 

- Dziękuję, ja też - odpowiedział chłodno. 

-  Bardzo  cię  lubię  i  proszę,  nie  wierz  tak  do  końca  wszystkiemu,  co  mówi  Justyna. 

Przemawia przez nią zazdrość. 

Jego  jedyną  reakcją  było  uniesienie  prawej  brwi.  Oho,  należało  odpuścić. 

Przynajmniej na razie. Grunt to zasianie ziarna zwątpienia, potem wystarczy tylko czekać, aż 

background image

wykiełkuje i odpowiednio je pielęgnować. Odwróciłam się i odeszłam wolno. 

Tego popołudnia zadzwonił do mnie Jurek. 

- Słuchaj Blanka, musimy się rozliczyć... 

- Rozliczyć? - byłam oburzona. 

- No tak, należy się nam zwrot kosztów. W końcu to ty doprowadziłaś do sytuacji, że 

tylko  szare mydło  i  się pochlastać. Po co przyciągnęłaś tę nieobliczalną  wariatkę? Miałaś z 

nim być sama. 

W mojej głowie zapłonęła ostrzegawczo czerwona lampka. Punkt drugi mojego planu 

zakładał, że z rozmowy telefonicznej nie może wynikać, iż zlecenie napadu to moja robota. 

„Już po akcji, ale licho nie śpi” - pomyślałam. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- Ej, księżniczko, nie podskakuj. 

- Bo co? 

-  Bo  to,  że  my  jesteśmy  gitludzie  i  biorąc  zlecenia  od  takich  mend  jak  ty  zawsze 

trzymamy  asa  w  rękawie  i  nóż  za  cholewą.  Pamiętaj  o  tym.  Dajemy  ci  tydzień  na 

uregulowanie długu. Jeśli skrewisz, dopadniemy cię. 

„Patałachy! Gnojki! Zamiast pomóc, narobili mi kłopotów, narazili na koszty i jeszcze 

się odgrażają!” - zaczęłam biegać po pokoju, tupać, kopać meble i walić pięściami w ściany 

żeby  rozładować  złość.  Po  chwili  wzięłam  się  w  garść  i  zebrałam  myśli.  „Jurek  z  Artkiem 

pobili Fabiana i zniszczyli skrzypce Justynie. Popełnili przestępstwo, za które można trafić do 

pierdla. Nie zmieni tego nawet fakt, że ja ich do tego czynu namówiłam. Byliby głupi, gdyby 

poszli  z  tym  na  policję.  Zresztą,  niech  idą.  Powiem,  że  mnie  szantażowali,  że  wymuszali 

pieniądze,  zastraszali.  Będę  bardziej  wiarygodna,  gdyż  poza  słowami,  nie  mają  żadnych 

innych  dowodów.  Wątpliwe  też,  czy  odważą  się  napaść  mnie  i  pobić.  Strachy  na  lachy.  A 

nawet gdyby się odważyli i przyparli do muru, powiem, że mam telefon na podsłuchu, więc 

dla  dobra  sprawy  musiałam  trochę  nabajdurzyć,  a  oni  są  fajne  chłopaki  i,  rzecz  jasna,  forsa 

należy się im jak psu buda”. Ochłonęłam. Byłabym skończoną kretynką, gdybym pozwoliła, 

żeby tacy zasrańcy zjedli mnie w kaszy 

Chwilę później znów zadzwonił  telefon, lecz tym  razem  był  to  Sebastian. Poczułam 

ulgę. 

- Cześć Blanko. Przyjechałem na kilka dni. Może się spotkamy? 

Tak,  to  spotkanie  było  mi  na  rękę.  Potrzebowałam  kojącej  rozmowy  z  kimś,  kto 

chociaż na mnie nie zasługuje, lecz zna moją wartość, a nawet stawia mnie na piedestale,- kto 

ukoi nerwy nadszarpnięte podłością i zawiścią. 

background image

- Nie za bardzo mam czas - powiedziałam wyraźnie znudzonym tonem, żeby sobie nie 

pomyślał, że wystarczy zagwizdać i już pędzę. 

- Może jutro? 

Rany, co za dupek! Nawet nie chce mu się odrobinę wysilić, żeby mnie przekonać. 

- Jutro zupełnie odpada. Może pojutrze? 

-  Pojutrze...  posłuchaj,  mam  zorganizowaną  pierwszą  poważną  wystawę  swoich 

obrazów, chciałem zaprosić cię na uroczyste otwarcie... jednak skoro nie możesz... 

- Sztuka przez wielkie „S” jest u mnie na pierwszym miejscu. Przyjdę dzisiaj. 

- Czekam na ciebie U Architektów. O której będziesz? 

- Za godzinę. 

Wybrańcom  bogów  szczęście  sprzyja.  Nie  mogłam  przepuścić  okazji.  Największy 

talent, którego nikt nie zna, to talent zmarnowany. Na przykład w kawalerce na osiedlu mogli 

sobie  grywać  i  Padarewski,  i  Mozart,  i  Beethoven,  a  jedyną  reakcją  byłyby  wrzaski 

Kościelniakowej i najwyżej wzgardliwa obojętność tej starej rampampury Cebulowej. 

Potrzebowałam  słuchaczy  wrażliwych  na  sztukę,  a  na  wystawach  malarstwa  bywają 

ważne osobistości, przedstawiciele wydziałów kultury prominentni urzędnicy uznani artyści, 

znakomitości  polityczne,  dygnitarze  i  w  ogóle  śmietanka  intelektualna  i  finansowa.  Istniało 

duże prawdopodobieństwo, że jakaś szycha zwróci na mnie uwagę, przez tę szychę poznam 

jeszcze  ważniejszą  szychę,  aż  wreszcie  trafię  do  światowej  elity.  Dopiero  na  tym  poziomie 

mój talent rozkwitnie w pełni i znajdzie właściwych odbiorców mojego muzycznego kunsztu. 

U Architektów zwyczajowo bywała klientela z wyższej  półki  -  artyści  z pobliskiego 

teatru  Maska,  redaktorzy  z  Supernowości,  pracownicy  Salonu  Wystaw  Artystycznych,  no  i 

rzecz  jasna  projektanci  i  kreślarze  z  mieszczącego  się  w  tym  samym  budynku  ogromnego 

biura  projektów  Architekt.  W  czasie  wakacji  bywaliśmy  w  kawiarenkach  na  świeżym 

powietrzu.  Wyprawa  do  tego  typu  miejsca  wymagała  nieco  staranniejszego  przygotowania. 

Tam  również  mogłam  wpaść  w  oko  jakiemuś  ważniakowi,  który  ułatwiłby  mi  przyszłą 

karierę.  Założyłam  więc  spodnie  i  lekko  ażurową  bluzkę,  z  tych  prostych,  lecz  cholernie 

drogich, skromnych, a zarazem obiecująco kuszących. 

W  oczach  Sebastiana  z  satysfakcją  odnalazłam  ów  błysk  fascynacji,  jaki  po  raz 

pierwszy zobaczyłam w samolocie do Paryża. Siedział w głębi sali z dwoma kolegami, Kubą i 

Grześkiem, z tym że ten pierwszy naprawdę był wart grzechu: jasna cera, cudownie regularne 

rysy,  wyraźnie  zarysowane  brwi  i  czarne,  lekko  pofalowane  włosy.  Jezu,  gdybym  z  takim 

przystojniakiem przyszła na szkolną imprezę, wszystkim zbielałoby oko. Tak anielsko piękny 

background image

facet musiał wiedzieć, że działa na kobiety porażająco, więc żeby go zaintrygować, zagrałam 

rolę  chłodnej  i  wyniosłej,  która  nie  wpada  w  cielęcy  zachwyt  na  widok  żadnego 

przystojniaka,  nawet  gdyby  był  nim  sam  Apollo.  Na  razie  szło  dobrze.  Gdy  Sebastian  nas 

sobie przedstawił, już usłyszałam pierwszy komplement: 

- Szczęściarz z ciebie, stary! - rzucił Kuba do Sebastiana i spojrzał na mnie z niemym 

zachwytem.  Jego  oczy  miały  w  sobie  coś  z  oczu  Amoroza,  jednak  Amorozo  był  takim 

osiedlowym śmieciem, a Kuba towarem eksportowym i na dodatek pewnie kimś z mojej sfery 

duchowej. 

Zamówiłam sobie kawę cappuccino, gdy tymczasem chłopcy kontynuowali przerwany 

przez moje przybycie temat. 

-  Obstaję  przy  swoim  -  mówił  Grzesiek  -  powinieneś  dołączyć  grafiki  do  swojego 

zbioru. Trzeba zrobić im osobną ekspozycję w małej sali albo nawet... 

- Daj spokój, nie lubię eklektyzmu. 

- Głupoty wygadujesz, grafika dobrze się sprzedaje. 

Przysłuchiwałam  się  tej  rozmowie,  czekając,  aż  Kuba  powie  coś,  co  pozwoli  mi 

poznać go bliżej, ale on uparcie milczał i tylko od czasu do czasu spoglądał na mnie jakoś tak, 

że  w  innych  okolicznościach  mogłyby  mi  puścić  hamulce.  Nagle  wróciłam  pamięcią  do 

pierwszego pocałunku z Sebastianem i gorąco zapragnęłam tak całować się z Kubą. Chciałam 

więcej.  Chciałam  zarzucić  mu  ręce  na  szyję,  przylgnąć  do  niego  nagim  ciałem,  chciałam... 

Poczułam na twarzy rumieniec, a w podbrzuszu rój motyli... Działała między nami chemia, 

najprawdziwsza,  najczystsza  chemia,  w  której  nie  ma  miejsca  na  fałsz,  gdyż  wszystko  to 

odbywało się bez słów. 

Sebastian  jest  skończonym  kretynem,  skoro  siada  z  dziewczyną,  w  której  jest 

zadurzony  przy  jednym  stoliku  z  Kubą.  Pewnie  naiwnie  ufa  w  siłę  swojej  miłości  i 

szlachetność  serca  przyjaciela.  Sam  jest  sobie  winien.  Będę  dla  Sebastiana  kobietą  femme 

fatale31,  jakąś  tam  Dagny32,  która  złamała  serce  Edwarda  Muncha  i  jeszcze  kilku  innych 

artystów,  ale  ich  nazwiska  wyleciały  mi  z  pamięci.  Platoniczna  miłość  doda  jego  talentowi 

skrzydeł. Może nawet się dla mnie zastrzeli? 

Marzyłam na jawie. Czułam, że oto w moim życiu zaczyna się coś nowego, że lada 

chwila  przekroczę  próg,  za  którym  czeka  już  świetlana  rzeczywistość  z  wyjątkowym 

mężczyzną u boku. W doskonałym humorze wróciłam do domu i długo w nocy obmyślałam 

strategię usidlenia Kuby. Tu nie mogłam popełnić najmniejszego błędu. 

Nazajutrz  odpuściłam  sobie  szkołę  i  pojechałam  z  mamą  oraz  ciocią  Agnieszką  na 

zakupy.  Obie  wiedziały  że  muszę  wyglądać  bosko,  gdyż  jako  doświadczone  kobiety  znały 

background image

uwodzicielską  siłę,  jaką  wywołuje  pierwsze  wrażenie.  I  za  to  kochałam  je  najbardziej. 

Obeszłyśmy  wszystkie  najdroższe  sklepy  oraz  butiki  i  nic,  dosłownie  nic.  Wszystko  raziło 

sztampą,  prowincjonalną  byłe  jakością.  A  ja  potrzebowałam  czegoś  ekstra.  W  końcu 

postanowiłyśmy skoczyć do Warszawy. Ojczyma, jak zwykle gdzieś poniosło, a że czasu było 

mało, pojechałyśmy wieczornym pociągiem, przenocowałyśmy w hotelu, a rano udałyśmy się 

na rekonesans po sklepach. 

Dopisało nam szczęście. Już w pierwszym butiku przy Marszałkowskiej naszą uwagę 

przyciągnęła  sukienka  z  delikatnej  tkaniny,  czarnej  w  cudowne,  stylizowane  kwiaty 

Przymierzyłam  ją.  Leżała  jak  ulał,  a  dodatkowo  seksownie  układała  się  na  ciele,  tworząc 

ponętny dołek między piersiami. 

31Femme  fatale  (fr.)  -  kobieta  przynosząca  zgubę,  sprowadzająca  nieszczęście, 

łamiąca serce, karierę i życie mężczyzny 

32Dagny  Juel  Przybyszewska  (1861-1901)  -  Norweżka,  muza  artystów  końca  XIX 

wieku, pianistka, tłumaczka, autorka dramatów, utworów poetyckich, prozy i wierszy. 

Mama z ciocią postanowiły przy okazji jeszcze trochę pochodzić po sklepach i kogoś 

odwiedzić, więc do domu wróciłam sama, autobusem pośpiesznym i ku swojemu zaskoczeniu 

zastałam w nim ojczyma. W pierwszej chwili pomyślałam, że jest pijany Siedział, a właściwie 

półleżał  na fotelu.  Jego  twarz była czerwona i  mokra od potu.  Sapał  przy tym  jak parowóz 

jadący pod górkę. 

-  Blanko,  córeczko,  jak  to  dobrze,  że  już  jesteś.  Podaj  mi  szklankę  wody  i  te  małe, 

niebieskie tabletki. Powinny być w łazience, w szafce. Gdzie jest mama? 

- Mama zaraz przyjdzie. 

Czasu zostało mi zaledwie tyle, żeby się przygotować do imprezy ale zniecierpliwiona 

poszłam szukać tych tabletek. Powinny być, lecz ich nie było,  były za to zielone. „Zresztą, 

ojczym to daltonista, więc chyba mu wszystko jedno” - pomyślałam i miałam rację. Połknął, 

przepił wodą i czekając na efekt działania, zamknął oczy. Poszłam do łazienki i zajęłam się 

sobą. Włosy z prawej strony nad uchem spięłam złotą spinką z miniaturowymi rubinami. Tuż 

nad linią górnych rzęs narysowałam cieniutkie, czarne kreski, powieki pociągnęłam beżową 

kredką, a wewnętrzne kąciki oczu rozjaśniłam perłowym cieniem. 

-  Blanko,  Blaneczko!  -  zawracać  mi  głowę  akurat  wtedy,  gdy  się  spieszę,  było 

totalnym świństwem! Udałam, że ogłuchłam. 

Usta mam naturalnie czerwone, więc wystarczyło musnąć je lekko błyszczykiem, lecz 

najpierw przypudrowałam twarz i szyję. 

- Blanko, pomocy, Blanko... przyjdź tu dziecko... - dziamgolił burak jeden, jakby coś 

background image

go ukąsiło. 

- Co się dzieje, tatuśku? - zajrzałam do salonu. 

- Gdzie jest mama? Słabo mi. Rozrywa mi klatkę piersiową... Piecze... Dławi mnie... 

Proszę, wezwij pogotowie - wysapał. 

„No  nie!  Musiałam  już wychodzić,  a  temu  zachciewa  się  lekarza.  Jeśli  teraz  wezwę 

pogotowie, będę musiała czekać, aż przyjedzie, potem czekać, aż go przebadają, potem może 

zabiorą go do szpitala, więc zanim zapakują na nosze, wsadzą do karetki, zanim pozamykam 

za nimi drzwi, będzie już po imprezie” - kalkulowałam. 

- Jak wróci mama, to się tobą zajmie, tatuśku. Ja muszę wyjść. Jestem już spóźniona. 

Pa! 

Wołał  za  mną,  jednak  nadaremnie.  Wybiegłam  przed  dom  i  zatrzymałam 

przejeżdżającą właśnie taksówkę. 

background image

Rozdział 23   

 

Wernisaż 

Wytworny tłum wypełniał wielką salę Salonu Wystaw Artystycznych. Czułam dreszcz 

emocji. Oto miałam sprawdzić, ile znaczę w takim towarzystwie. Sebastian, który tego dnia 

był  ubrany  w  fantazyjną  koszulę  bez  kołnierza,  żółtą,  brokatową  kamizelkę  i  jedwabne 

spodnie,  wyraźnie  wyróżniał  się  wśród  zaproszonych  gości.  Dyskretnie  poszukałam 

wzrokiem Kuby. Stał przy jednym z obrazów z jakąś dziewczyną w czerwonej sukience. 

Rozpoczęła  się  część  oficjalna.  Wysoki  grubas  z  kitką  rzadkich  włosów  poprosił  o 

ciszę i uroczyście zagaił: 

- Piękne panie i przystojni panowie. Mam dzisiaj wielki zaszczyt przedstawić państwu 

młodego  i  wybitnie  utalentowanego  malarza  portrecistę,  Sebastiana  Nikrasa,  w  moim 

najgłębszym  przeświadczeniu,  przyszłą  chlubę  naszego  pięknego  miasta.  Sebastian  jest 

jednym  z najlepszych studentów Akademii  Sztuk Pięknych w Krakowie. Panie Sebastianie, 

proszę do mnie podejść... 

Rozległy  się  uprzejme  brawa.  Zostałam  sama,  więc  wykorzystałam  tę  okazję,  żeby 

przybliżyć  się  do  Kuby,  który  nadal  stał  z  małpą  w  czerwonym  przy  boku  i  słuchał 

przemówienia. Dziewczyna była nieciekawa. Miała krzywy nos i wystające mysio siekacze. 

Rozejrzałam  się  po  innych  paniach  i  dziewczynach,  żeby  ocenić,  jak  wypadam  na  ich  tle. 

Wypadałam świetnie. 

Wtem Kuba, jakby zmuszony siłą mojego wzroku, spojrzał na mnie i uśmiechnął się. 

Był  to  ten  rodzaj  wymownego  uśmiechu,  który  mówi  dziewczynie:  pragnę  cię. 

Odpowiedziałam też uśmiechem, który powinien odczytać: kto wie... kto wie... może... Potem 

na  chwilę  opuściłam  oczy  i  przeniosłam  wzrok  na  Sebastiana,  całego  w  skowronkach, 

oczywiście z powodu głównej roli, jaką akurat odgrywał. 

Tymczasem przemówienie wreszcie dobiegło końca, weszły panienki z szampanem na 

tacach i rozpoczęła się część nieoficjalna. Wrócił też Sebastian. 

- Gratuluję. Zawsze w ciebie wierzyłam – pizy cukrzyłam mu. 

-  Chodź.  Mam  dla  ciebie  niespodziankę  -  ruszyliśmy  w  kierunku  jednej  ze  ścian  z 

ekspozycjami.  Drogę  do  celu  opóźniali  goście,  którzy  raz  po  raz  zagadywali  Sebastiana, 

gratulowali mu talentu, i tak w ciągu kwadransa poznałam więcej osób niż normalnie wciągu 

miesiąca. - Zamknij oczy 

Wykonałam polecenie i dałam się prowadzić. 

background image

- Długo jeszcze? 

- Już. 

Spojrzałam i oniemiałam z zachwytu. Stałam przed własnym portretem. Cudownym. 

Zostałam  ujęta  z  półprofilu,  lecz  wzrok  miałam  skierowany  ku  patrzącym.  Obraz  był 

utrzymany  w  tonacji  żółtozłotej  i  sprawiał  wrażenie,  że  moją  postać  rozświetla  blask 

niewidocznego  słońca.  W  mych  ciemnych  włosach  tworzyły  się  migotliwe  refleksy,  a  oczy 

błyszczały niepokojąco. Pod portretem widniał podpis: PIĘKNA BLANKA. Na dodatkowej 

kartce  była  informacja:  Nie  do  sprzedania.  No,  już  tym  jednym  obrazem  zasłużył  sobie  na 

akapit w mojej przyszłej biografii. 

-  Boże,  Sebastianie,  jestem  pod  wrażeniem!  Doprawdy,  nie  wiem,  co  mam 

powiedzieć... 

Nie  musiałam  udawać,  naprawdę  byłam  zaskoczona.  Genialna  intuicja  mnie  nie 

zawiodła. Moje podobizny jego pędzla będą równie sławne jak ja sama. Przeżyją nas, a ich 

reprodukcje  znajdą  się  w  katalogach  malarstwa,  no  i  rzecz  jasna  w  książkach  mnie 

poświęconych, może też na okładkach płyt z moją muzyką. Sto lat, dwieście, tysiąc lat ludzie 

będą na nie patrzeć i podziwiać bardziej niż tę tęgawą Mona Lizę czy tę drugą damę z jakimś 

tam  gryzoniem  na  kolanach.  Potwierdzały  to  komentarze  oglądających.  Raz  po  raz  ktoś 

podchodził  do  nas,  żeby  powiedzieć,  że  portret  jest  najwyższej  próby,  a  panowie  dodawali 

kurtuazyjnie, że w rzeczywistości jestem jeszcze piękniejsza. 

Wszystko to było fascynujące, lecz ja czekałam na Kubę, bo prawdę mówiąc, mimo 

wszechobecnego  tłumu,  czułam  się  tak,  jakby  nikogo  nie  było,  poza  tym  anielsko  pięknym 

chłopakiem. Gdziekolwiek by nie stał, gdziekolwiek by się nie przechadzał, z kimkolwiek by 

nie rozmawiał, jego wzrok był zawsze skierowany na mnie, tylko z jakiegoś powodu wciąż 

trzymał się z daleka. 

Szampan,  który  powoli  sączyłam,  spowodował  w  mojej  głowie  przyjemny  szmerek. 

Czułam się lekko i radośnie, do pełni szczęścia pragnęłam już tylko Kuby. Musiałam wziąć 

inicjatywę w swoje ręce. 

-  Chcę  obejrzeć  wszystkie  twoje  obrazy.  Oprowadzisz  mnie?  -  zwróciłam  się  do 

Sebastiana. 

- Oczywiście. 

Ruszyliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Poza moim portretem właściwie nic 

nie było warte uwagi. Same nieciekawe typy, ale przynajmniej o modeli i modelki Sebastiana 

nie  musiałam  być  zazdrosna.  Dla  dobra  sprawy  udawałam,  że  wszystko  jest  zachwycające, 

gdy tymczasem do celu było coraz bliżej, coraz bliżej. Podczas tych manewrów przyszło mi 

background image

do  głowy  że  powinnam  mieszkać  w  Krakowie,  kulturalnej  stolicy  Polski.  Na  pewno  każde 

konserwatorium  przyjmie  mnie  z  otwartymi  ramionami,  tam  moja  szansa  na  karierę  będzie 

stokroć  większa,  no  i  codziennie  będę  widywała  Kubę.  Ba,  co  ja  mówię,  zostaniemy 

kochankami, potem weźmiemy ślub i zaczniemy podróżować po świecie. Ja, wielka pianistka, 

on - mój piękny impresario. 

Wreszcie osiągnęliśmy cel. Kubie, nadal towarzyszyła paskuda w czerwonej sukience, 

lecz teraz dołączył do nich również Grzesiek, który już z daleka zawołał. 

- O, jest nasz mistrz! Cześć Blanko. Prześlicznie dziś wyglądasz. 

Dzięki Bogu, nie wypadało ich ominąć. 

-  Dziękuję  -  przystanęłam.  Sebastianowi  nie  pozostało  nic  innego,  jak  tylko  pójść  w 

moje ślady 

Z bliska dziewczyna w  czerwonej  sukience była jeszcze brzydsza jak z  oddali, a jej 

sukienka to koszmarny sen krawcowej. Ohyda. 

-  Blanko,  Kubę  już  znasz,  poznaj  teraz  jego  dziewczynę,  Monikę.  Moniko,  to  jest 

Blanka - Sebastian dokonał prezentacji. 

Podałyśmy  sobie  ręce  i  uraczyłyśmy  się  nic  nieznaczącymi  uśmiechami.  To  znaczy 

mój  uśmiech  był  ironiczny,  lecz  tę  ironię  przeznaczyłam  dla  Kuby  Teraz  zrozumiałam, 

dlaczego  nie  podszedł  wcześniej.  Ta  małpa  go  pilnowała.  Jednak  choćby  przykuła  go  do 

siebie  kajdankami,  jej  ukochany  zerwie  się  i  pójdzie  za  mną.  Już  byłam  tego  pewna. 

Wyczytałam to w jego urokliwych oczach. 

Ruszyliśmy dalej. Dopiero teraz uznałam, że pytanie o kolegów zabrzmi niewinnie. 

- Grzesiek też studiuje malarstwo? 

- Rzeźbę. Malarstwo studiuje Monika. 

- A Kuba? 

- Kuba aktorstwo. Chodź, pokażę ci portrety mojej siostry i ojca. 

„Aktor.  Jasne,  że  ktoś  tak  przystojny  powinien  zostać  aktorem,  a  jego  twarz  zdobić 

wszystkie  ekrany  świata.  Zostaniemy  piękną  parą.  Tak,  pojadę  do  Krakowa”  - 

monologowałam w duszy, całkowicie tracąc zainteresowanie dla obrazów. 

Tymczasem  atmosfera  stawała  się  coraz  luźniejsza,  tu  i  ówdzie  potworzyły  się 

rozdyskutowane  grupki,  ten  i  ów  wychodził,  impreza  zmierzała  ku  końcowi.  Znów 

spotkaliśmy Grześka, Kubę i Monikę. 

-  Posłuchaj  mistrzu, musimy  równie  pięknie  zakończyć  tak  cudnie  rozpoczęty  dzień. 

Co proponujesz? - spytał Grzesiek. 

background image

- Jakiś nocny klub. Co ty na to, Blanko? 

Zawahałam się. Czy nocna popijawa i obecność Moniki będzie właściwą sytuacją dla 

uwiedzenia  Kuby?  Czy  nie  lepiej,  wzorem  Kopciuszka,  zafascynować  sobą  mężczyznę  i 

zniknąć? Moja intuicja mówiła - znikaj. 

-  Przykro  mi,  Sebastianie,  ale  muszę  wrócić  do  domu  przed  dwudziestą  drugą. 

Byłabym ci wdzięczna, gdybyś wezwał taksówkę. 

- Może zadzwonię do mamy żeby cię wytłumaczyć. Przecież ona mnie zna - próbował 

wpłynąć na moją nagłą decyzję. 

- Mama tak, ale ojciec nie. Jest surowy w tych kwestiach. Jeśli chcesz mnie widywać 

w przyszłości, dzisiaj lepiej sobie odpuść. 

Sebastianowi  nie  wypadało  wyjść  przed  ostatnim  gościem,  nie  wypadało  mu  też 

pozwolić  odejść  samotnie  swojej  dziewczynie,  i  to  osobiście  zaproszonej.  Fajnie  było 

postawić go w tak niezręcznej sytuacji, liczyłam też na to, że któryś z jego kolegów zechce 

wybawić go z kłopotu i że tym kolegą będzie Kuba. 

- Mogę cię odwieźć - niespodziewanie zaoferowała się Monika. - Mam samochód i nie 

piłam. 

No tak! Powinnam to przewidzieć. Monice, która przecież miała oczy, zwykła babska 

przezorność  kazała  trzymać  Kubę  z  daleka  ode  mnie.  Gdybym  ja  została,  oni  by  wyszli. 

Znalazłaby i na to sposób. 

background image

Rozdział 24   

 

Nawet śmierć sprzyja 

W domu zastałam zapłakaną mamę i wielce przejętą ciocię Agnieszkę. 

-  Och,  Blaneczko,  jak  to  dobrze,  że  jesteś!  Karol  nie  żyje!  -  zawołała  na  mój  widok 

mama. 

W  pierwszej  chwili  stanęłam  jak  wryta,  lecz  już  w  następnej  pomyślałam,  że  jestem 

niekwestionowaną  faworytką  fortuny  Śmierć  tego  buraka  rozwiązywała  wszystkie  moje 

problemy Mogłyśmy teraz sprzedać dom i zamieszkać w Krakowie. 

- Boże, jakim cudem? Przecież kilka godzin temu widziałam go całego i zdrowego. 

- Przyjechałyśmy z Warszawy dwie godziny temu. Już nie żył. 

Musiał  pierdyknąć  w  kalendarz  zaraz  po  moim  wyjściu.  „Co  za  przewrotność  losu. 

Tyle się natrudziłam, żeby wyeliminować Tośkę, a ona żyje. W sprawie starego nie kiwnęłam 

nawet palcem, a ten wyeliminował się sam. Na amen” - pomyślałam. 

- Szkoda tatusia. 

- Szkoda. Bardzo szkoda - westchnęła współczująco ciocia. - Co ty Luizo, zamierzasz 

teraz robić? Utrzymanie takiego dużego domu wymaga sporo pieniędzy. Mogłabym wynająć 

swoją kawalerkę i zamieszkać u ciebie. 

Mamę wyraźnie zaskoczyła ta propozycja. Mnie też. 

- Firma przynosi spore dochody - rzuciłam mamie koło ratunkowe. 

- Nie mam teraz głowy do interesów, lecz twoja propozycja jest ciekawa. Pomyślę o 

niej  później  -  mama  zmieniała  temat.  -  Z  wrażenia  zupełnie  odebrało  mi  apetyt,  lecz 

wypadałoby zrobić jakąś kolację. 

- Tak, zajmę się tym. Usmażę jajecznicę.  - Ciocia z usłużną gorliwością pobiegła do 

kuchni. 

- Kiedy pogrzeb? - spytałam, gdy zostałyśmy same. 

- Nie wiem, dopiero jutro będę załatwiać formalności. 

- Zawiadomisz Tośkę? 

- Kocmołuch z niej, bo kocmołuch, jednakże to jego krew 

- A jak znowu zechce się tutaj wprowadzić? 

- Ma prawo, tylko ciekawe, kto ją będzie utrzymywał. Ja na pewno nie. Ani to moja 

córka,  ani  nawet  daleka  krewna.  Żadna  siła  nie  skłoni  mnie  do  wypełniania  najmniejszych 

obowiązków.  Nawet  tycich,  tyciuteńkich  -  mama  pokazała  czubek  małego  palca.  -  No  i 

background image

koniecznie  trzeba  powymieniać  zamki  w  drzwiach.  Jest  niedopuszczalne,  żeby  ta  stara 

czerepacha właziła do domu, kiedy zechce. Koniec pobłażania. 

Długo w nocy myślałam o Kubie. Przyszłość jawiła się jak piękna baśń, oto zaczynały 

się spełniać moje marzenia. Wiedziałam, wiedziałam, że tak będzie, gdyż byłam geniuszem i 

wiedziałam, że jestem geniuszem. I nareszcie się stało. 

Nazajutrz  znów  nie  poszłam  do  szkoły  Teraz,  gdy  w  moim  życiu  wszystko  uległo 

zmianie,  nie  musiałam  nadwerężać  nerwów  widokiem  tej  fałszywej  Justyny  i  tego  błazna 

Fabiana.  Zresztą,  grałam  rolę pogrążonej  w smutku pasierbicy Mama z samego rana poszła 

załatwiać  jakieś  formalności,  ja  tymczasem  przetrząsnęłam  gabinet  ojczyma.  Niestety  poza 

teczkami  z  dokumentami,  zabazgranymi  notesami,  starymi  kalendarzami  w  biurku  nie 

znalazłam niczego wartościowego. Dopiero, gdy przeszukałam kieszenie marynarki wiszącej 

na  oparciu  krzesła,  znalazłam  w  portfelu  pięć  dwustuzłotowych  banknotów,  plik  kart  do 

bankomatów oraz przekazów na adres babki Tośki. Ta stara kutwa wydzierała mu po bańce 

miesięcznie!  Jeszcze  raz  przetrząsnęłam  biurko  i  przejrzałam  papierzyska,  w  nadziei  że 

znajdę numer PINu, bez którego karty bankomatowe były tylko bezużytecznymi plastikami. 

Niestety.  Zabrałam  pieniądze,  a  resztę  poukładałam  i  pozamykałam,  żeby  nie  zostawić  po 

sobie śladów. 

Ledwie skończyłam tę robotę, zadzwonił Sebastian. 

- Cześć, moje słoneczko, spotkamy się dzisiaj po południu? 

- Chętnie Sebastianku, ale nie mogę - siorbnęłam nosem. 

- Masz jakieś kłopoty? 

- Tak, ogromne, zmarł mój ojciec. 

- Rozumiem. Przyjmij moje wyrazy współczucia. Jest mi przykro z tego powodu. Czy 

mogę ci w czymś pomóc? 

- Nie wiem. Na razie mama załatwia różne sprawy. 

- Gdybyś potrzebowała mojego wsparcia, dzwoń o każdej porze dnia i nocy Odezwę 

się jeszcze. 

Jakimś cudem wiadomość o śmierci ojczyma rozeszła się wśród znajomych, raz po raz 

ktoś  telefonował,  żeby  złożyć  nam  kondolencje  i  uzyskać  jakieś  informacje.  Byłam 

zdziwiona, że ojczym  miał  tylu  znajomych, których w ogóle obchodziło,  z jakiego powodu 

zmarł.  Kilku,  podobnie  jak  Sebastian,  zaoferowało  swoją  pomoc,  lecz  najbardziej  ucieszył 

mnie  adwokat  Kosowski,  który  powiedział  wprost,  że  w  każdej  chwili  służy  nam  poradą 

prawną.  Gdyby  mama  poderwała  go,  zostałaby  panią  adwokatową  i  nasz  status  społeczny 

poszybowałby  w  górę,  a  szansa  była  ogromna.  Kosowska  przy  mamie  wygląda  jak  stara 

background image

syrenka przy mercedesie klasy „S”, do tego Kosowski, wraz ze swoją brzydką żoną, miałby z 

głowy i rudzielców, i poskręcaną jak chiński paragraf teściową. 

Mama  wróciła  do  domu  dopiero  o  szesnastej.  Była  głodna  i  zmęczona,  lecz 

usatysfakcjonowana,  że  udało  się  jej  załatwić  większość  spraw.  Zaraz  też  wzięła  się  za 

smażenie naleśników. 

-  Blaneczko,  akt  zgonu  już  mamy  firma  pogrzebowa  jest  ugadana,  trumna  wybrana, 

msza  zamówiona,  klepsydry  są  rozklejone  po  całym  mieście,  dałam  też  krótkie  anonse  do 

gazet. Jutro mam tylko wpaść do ZUSu po zasiłek pogrzebowy. 

- A kiedy sam pogrzeb? 

-  Pojutrze.  Tośkę  i  jej  babkę  powiadomimy  w  ostatniej  chwili.  Może  nie  zdążą 

dojechać.  Pomyśl,  Blanko,  w  czym  wystąpimy  na  pogrzebie.  Prognozy  przewidują  mróz, 

więc założę czarne karakuły, lecz kapelusz odpada, a biała czapka z lisa nie pasuje. Wyskoczę 

jeszcze do modystki. A ty? 

- Kup mi ciemną czapkę i ciemny szalik. Nie będę się sadzić na Bóg wie co. 

Mama nie histeryzowała, co wcale mnie nie dziwiło, gdyż kobietę z jej urodą, a teraz 

także  sporym  majątkiem,  było  stać  na  kogoś  więcej  niż  producent  armatury  budowlanej. 

Chyba wreszcie zatrybiła. 

Niespodziewanie zadzwoniła Ewelina Tańska. 

- Blanko, pragnę ci powiedzieć w imieniu naszej klasy, że bardzo współczujemy ci i 

łączymy się z tobą w smutku po śmierci taty. 

-  Dziękuję.  Jestem  wzruszona  -  udałam  wiarę  w  szczerość  jej  słów,  choć  doskonale 

wiedziałam, że ich wszystkich, łącznie z tą podłą Justyną i wrednym Fabianem, cieszy moje 

nieszczęście. Szkoda, że głupki nie wiedzą, kto się cieszy najbardziej. 

Dwa  dni  później,  pomimo  panującego  mrozu,  świeciło  słońce.  Ponurą  cmentarną 

kaplicę  wypełniał  po  brzegi  tłum  ciemnych  postaci.  Dębowa  trumna  na  wysoki  połysk 

spoczywała na katafalku, tuż pod ogromnym krucyfiksem. Przez gotyckie witraże o żałobnej 

tematyce sączyło się posępne światło. Wysokie gromnice w mosiężnych świecznikach, które 

stały  u  wezgłowia  trumny,  świeciły  tak  anemicznie,  że  nawet  barwa  płomienia  zdawała  się 

mieć  trupi  odcień.  Tę  symfonię  mrocznej  nudy  dopełniał  niewidoczny  z  mojego  miejsca 

organista,  który  grał  chyba  requiem  własnej  kompozycji,  w  założeniu  werterowskie,  a  w 

rzeczywistości godne pożałowania. 

Siedziałyśmy  z  mamą  samotnie  w  pierwszej  ławce  przeznaczonej  dla  najbliższej 

rodziny.  Z  jakiegoś  powodu  Tośka  z  babką,  które  jednak  zdążyły  przyjechać,  usiadły  w 

drugim  rzędzie,  razem  z  wieśniakami,  wśród  których  rozpoznałam  kilkoro  uczestników 

background image

pogrzebu dziadka Tośki. Dobrze, że siedzieli osobno, bo tacy „krewni” to popłoch i żenada, a 

przecież przybyła na tę uroczystość delegacja z naszej klasy - Ewelina Tańska, Janek Porada 

oraz  Daniel  Gęsicki.  Szarpnęli  się  nawet  na  wieniec.  W  dalszych  ławkach  dostrzegłam 

znajomych sąsiadów, Sebastiana, ciocię Agnieszkę, a nawet pana Stefana. 

Wreszcie wyszedł ksiądz i rozpoczął odprawianie mszy. Owszem, bywam w kościele 

jednakże  tylko  z  okazji  wielkich  świąt.  Zawsze  wiało  nudą,  jednak  teraz  było  osłabiająco 

nudno. Powiedziałabym dosadnie: flaki z olejem. Niestety, charakter ceremonii wymagał ode 

mnie zachowania cierpliwości. Właściwie byłam ją winna temu burakowi spoczywającemu w 

dębowym pudle, przynajmniej za to, że wreszcie uwolnił nas od swojej prostackiej osoby 

Mama, nawet w żałobnej czerni wyglądała zachwycająco. Bajerancki toczek z czarną 

woalką nadawał jej postaci niemal królewską godność. Siedziała prosto, z lekko opuszczoną 

głową,  ściskając  w  ręku  książeczkę  do  nabożeństwa  oplecioną  różańcem.  Bez  specjalnego 

rozglądania się po kaplicy dostrzegłam, że niemal wszystkie oczy są skierowane na nas. 

Wreszcie  msza  dobiegła  upragnionego  przeze  mnie  końca,  a  pracownicy  firmy 

pogrzebowej  dźwignęli  trumnę  i  poprzedzani  przez  ministranta  z  krzyżem  oraz  księdza, 

ruszyli  ku  wyjściu.  Ich  śladem,  w  ustalonym  przez  tradycję  porządku,  podążyli  żałobnicy. 

Tuż  za  trumną,  rzecz  jasna,  szła  mama  i  ja,  za  nami  Tośka  z  babką,  dalej  cała  reszta, 

obciążona  wieńcami  oraz  kwiatami.  Dość  długo  szliśmy  pomiędzy  pokrytymi  śniegiem 

grobami,  aż  dotarliśmy  do  świeżo  wykopanego  dołu,  jak  to  się  poetycko  mówi,  miejsca 

ostatecznego spoczynku szanownego nieboszczyka. 

Tak  jakoś  wypadło,  że  Tośka  z  babką  stanęły  po  przeciwnej  stronie  grobu,  więc 

mogłam  bez  trudu  ją  obserwować.  Nieco  wyrosła,  lecz  dalej  była  paskudna  jak  noc 

listopadowa. Nie płakała i w ogóle sprawiała wrażenie, że nie obchodzi jej śmierć ojca. Fakt, 

że stary lał ją bez pamięci,  jednak płacił na jej  utrzymanie. Teraz kicha.  A niechby jeszcze 

babka kopnęła w kalendarz, to do końca życia będzie macać kury i pasać krowy, bo my nie 

damy ani grosza na jej kształcenie i, rzecz jasna, nie wpuścimy jej do naszego domu. 

Po księdzu, co było zdumiewające, zabrał głos mecenas Kosowski. 

-  Pogrążeni  w  smutku,  spotykamy  się  dziś,  żeby  pożegnać  Karola  Drobnickiego, 

którego śmierć jest dla nas wszystkich ogromnym ciosem i zaskoczeniem. Jest nam niezwykle 

ciężko  rozstać  się  z  człowiekiem  wielkiej  uczciwości  i  otwartego  serca.  Spotkaliśmy  się  tu 

przede  wszystkim  po  to,  aby  wspólnotą  naszych  serc  zaświadczyć,  że  pamięć  o  nim 

pozostanie  z  nami  na  zawsze...  -  wygłaszał  coraz  bardziej  koturnowe  dytyramby33,  a  mnie 

zalewała  krew  Wtem  mój  wzrok  padł  na  Ewelinę  Tańską  i  uświadomiłam  sobie,  że  ta 

gloryfikacja  ojczyma,  te  wszystkie  ochy  i  achy  ten,  krótko  mówiąc,  hymn  pochwalny  w 

background image

wykonaniu  zawodowego  krasomówcy,  ma  swoje  dobre  strony.  Niech  ta  wredna  Ewelina 

usłyszy na własne uszy, że mój ojciec to nie byle cieć. 

Wreszcie  oracja  na  cześć  drogiego  zmarłego  dobiegła  końca,  trumna  została 

spuszczona na linach do grobu, a grabarze chwycili za łopaty „Baj, baj pieprzony buraku, śpij 

sobie  smacznie”  -  nuciłam  w  duchu,  zaś  głuchy  łomot  zamarzniętych  grud,  spadających  na 

trumnę, był najpiękniejszą muzyką dla moich uszu. 

33  Dytyramb  -  oda  lub  pieśń  pochwalna  o  charakterze  patetycznym,  wzniosłym, 

niekiedy tragicznym. 

background image

Rozdział 25   

 

Szok 

Gdy  nad  trumną  ojczyma  uklepano  łopatami  świeży  kopczyk,  gdy  u  szczytu  grobu 

wbito krzyż z tabliczką informacyjną, gdy wszyscy w ostatnim hołdzie złożyli już duże i małe 

wieńce  z  fioletowymi  szarfami,  duże  i  małe  wiązanki  kwiatów  z  fioletowymi  wstęgami, 

zaczął  się  ostatni  etap  -  okolicznościowe  słowa  smutku  i  pocieszenia.  Większość  osób 

podchodziła tylko do nas, całkowicie ignorując Tośkę i jej babkę. Mało kto wiedział, że ten 

chudy  pipsztol  w  wieśniackiej  kurtce  stojący  obok  kaszalota  w  ludzkiej  postaci  ma  coś 

wspólnego  z  szanownym  truposzem.  A  już,  broń  Boże,  z  nami.  Dlatego  też  obie  wybyły, 

zanim żałobnicy ostatecznie zdążyli się rozejść. Wreszcie ceremoniał dobiegł końca, zaś przy 

bogato ukwieconej mogile pozostali tylko mama, ciocia Agnieszka, pan Stefan, Sebastian i ja. 

Pan Stefan z galanterią zaproponował podrzucenie nas do domów swoim lanosem. 

- Dziękuję, ja też jestem zmotoryzowany i mogę kogoś podrzucić - Sebastian spojrzał 

na mnie wymownie. Dzięki Bogu. 

Stanęło na tym, że mama i ciocia Agnieszka pojechały samochodem pana Stefana, ja 

zaś  zabrałam  się  z  Sebastianem.  Pewnie  sam  pogrzeb  wisiał  mu  obojętnym  kalafiorem,  a 

jedynie stanowił okazję do tego, żeby mógł pokazać, jaki to jest z niego opiekuńczy facet i 

pochwalić się swoją prawie nową mazdą. 

- Szkoda, że nigdy nie poznałem twojego ojca. Pewnie był z niego porządny gość. 

- Tak. Jego śmierć wiele zmieni w naszym życiu. 

- Chyba ciężko jest ci wracać do domu, w którym już go nie ma. 

- Oczywiście - skłamałam. 

-  Wobec  tego  może  wpadniemy  do  jakiegoś  lokalu?  Porozmawiamy,  albo  po  prostu 

posiedzimy sobie w milczeniu. 

- Dobry pomysł. 

Pojechaliśmy  do  Bohemy.  Zamówiliśmy  kawę,  kiedy  nagle  ogarnął  mnie  głód 

muzyki.  Pragnęłam  usiąść  przy  swoim  fortepianie  i  grać;  poczuć  pod  palcami  chłodny 

aksamit  kości  słoniowej.  To  pragnienie  było  tak  dojmujące,  że  pod  jego  wpływem 

zobojętniałam na wszystko inne. Nie chciało mi się niczego robić, nawet rozmawiać. Z nikim. 

No,  najwyżej  z  Kubą,  on  by  mnie  zrozumiał,  ale  Kuba  był  daleko  Tymczasem  na 

wyciągnięcie ręki miałam faceta, któremu tylko się wydawało, że swoim współczuciem ukoi 

ból mojej duszy 

background image

Gdy  dwie  godziny  później  wysiadłam  przed  domem  i  zobaczyłam  na  podjeździe 

srebrnego  volkswagena  passata  oraz  siedzącego  w  nim  tego  wieśniaka,  Tomka,  poczułam 

niepokój.  Już  za  drzwiami  wejściowymi  usłyszałam,  że  ktoś  gra,  a  właściwie  brzdąka  na 

fortepianie. Wpadłam do swojego pokoju i... a jakże! Tośka jednym palcem wystukiwała na 

klawiaturze prostą melodyjkę. Wszystko we mnie zawrzało. 

- Zabieraj swoje parszywe łapy od mojego fortepianu! - wrzasnęłam. 

-  Czy  fortepian  jest  twój,  to  się  jeszcze  okaże.  Moim  zdaniem,  wątpliwe  - 

odpowiedziała bezczelnie, nie przestając grać. 

Nagle  w  mojej  głowie  zaszumiały  wszystkie  oceany  świata,  a  z  kaloryfera  doleciał 

głos:  „Zabij  ją,  zabij  ją,  zabij...!”.  Poczułam  napięcie  nie  do  wytrzymania,  myśli  traciły 

związek  z  obrazami,  zamiast  Tośki  zobaczyłam  ogromną,  oślizgłą  ropuchę,  która  pluła 

szlamem  na  mój  bezcenny  instrument.  Ohyda!  Chwyciłam  metronom  z  zamiarem 

roztrzaskania  temu  monstrum  czaszki,  lecz  niespodziewanie  sama  dostałam  w  twarz 

obrzydliwie lepką łapą. Uderzyła mnie! MNIE?! MNIE?! Powróciła mi ostrość widzenia. 

- Wynocha z mojego domu! - krzyknęłam, wskazując drzwi. 

- Ty się wynoś, bo dom jest mój! - odpowiedziało hardo to zero. 

Wybiegłam  z  pokoju  w  poszukiwaniu  mamy.  Zastałam  ją  w  kuchni.  Rozmawiała  z 

babką  Tośki,  chociaż  na  pierwszy  rzut  oka  trudno  to  było  nazwać  rozmową,  bo  mama 

szlochała, a babka, z miną jak gradowa chmura, gębowała wściekle. 

- Mamo, ten wredny kocmołuch gra na moim fortepianie! - krzyknęłam. 

- Tylko bez inwektyw, panienko. Nie masz tu nic do gadania. Właśnie powiedziałam 

twojej mamie, że macie się spakować i natychmiast wynosić. 

- Co? Jak pani śmie...! 

-  Przestań  wywalać  gały  Właścicielką  tego  domu  i  wszystkiego,  co  w  nim  się 

znajduje, jest Tosia. Jazda, pakować się! 

- Ależ proszę pani, proszę zrozumieć, że my nie mamy gdzie - jęknęła mama. 

- Są hotele. 

-  Nie  stać  nas  na  taki  wydatek.  Bardzo  panią  proszę...  Chociaż  na  kilka  dni,  zanim 

załatwimy sobie jakieś lokum. Co ludzie powiedzą, gdy zaraz po pogrzebie wyrzuci pani 

170 wdowę prosto na ulicę? To nie po chrześcijańsku. Tak się nie godzi. 

Nie  poznawałam  mamy.  Zamiast  walczyć  o  swoje,  skamlała  o  łaskę  jak  pies. 

Przejęłam inicjatywę. 

- Nam się należy spadek po tatusiu. 

-  Oczywiście,  lecz  dom  nigdy  nie  był  jego  własnością.  Wybudowałam  go  ja  z 

background image

dziadkiem i zapisaliśmy go w testamencie Tosi. 

„A więc właśnie to miała na myśli ta piekielnica, gdy odgrażała się ojczymowi, gdy 

zabierała pobitą Tośkę - pojęłam z całą ostrością. - Dopóki żyła, mogła rozporządzać domem 

według własnego uznania. Mogła wyrzucić na zbity pysk ojczyma i nas razem z nim. Ojczym 

o tym wiedział i tego się bał!”. 

Do  kuchni  weszła  Tośka  i  stanęła,  oparta  o  futrynę  drzwi.  W  niej  mama  dojrzała 

szansę ratunku. 

-  Tosieńko,  przyznaj  uczciwie,  że  próbowałam  zastąpić  ci  mamusię.  Może  nie 

wszystko  wychodziło nam  tak jak powinno,  gdyż z natury takie  rekonstruowane rodziny są 

trudne, lecz przecież chciałam jak najlepiej. Jestem pewna, że gdyby tatusia nie zabił zawał... 

- To nie zawał zabił tatusia. Tatuś śmiertelnie poślizgnął się na wazelinie - przerwała 

jej  Tośka,  a  słowo  „tatuś”  wypowiedziała  z  wyraźną  drwiną.  Ciekawe,  co  miała  na  myśli? 

Mama puściła jej uwagę mimo uszu i kontynuowała płaczliwie: 

-  Tosieńko,  przekonaj  babcię,  żeby  dała  nam  kilka  dni  czasu.  Mamy  własne 

mieszkanie, lecz je wynajęłyśmy Musimy wypowiedzieć umowę sublokatorowi, a tymczasem 

nie mamy gdzie pójść. 

- No dobrze, babciu, dajmy im trzy dni. Tylko trzy dni. W tym czasie zajmą pokój na 

poddaszu. 

Poczułam, jak cała krew uderza mi do głowy jak w uszach znów narasta szum, a przed 

oczami  zaczynają  wirować  czarne  płatki.  Takie  upokorzenie  przekraczało  granicę  mojej 

wytrzymałości. Ten kocmołuch, ten chwast, to zero, to wielkie nic, ta paskuda wyrzucała nas 

do lamusa, jak jakieś stare graty! Miałam spać na starej, zakurzonej kanapie? Poddasze nadal 

nie było ogrzewane, miałam zmarznąć? Nie ma tam łazienki i kibla, miałam ganiać na parter? 

No i nie było tam mojego fortepianu! 

Wszystko  to  razem  spowodowało  takie  emocjonalne  ciśnienie,  że  wybuchnęłam. 

Miałam  jasną  świadomość  tego,  że  taktyka  wymaga  ukrywania  za  ugłaskanymi  frazesami 

nawet  największego wzburzenia, jednakże wykrzykiwane słowa nie wynikały z mojej  woli. 

One same się wykrzykiwały, jakby w mej głowie siedział ktoś inny i przez moje usta miotał 

obelgi: 

-  Ty  wstrętna  pokrako,  ty  kreaturo,  prędzej  cię  zabiję,  prędzej  sfajczę  ten  dom,  niż 

dam się wypchać do tego gołębnika na strychu! Wybij to sobie z głowy! Nigdy! W życiu!!! - 

gdy  moja  wściekłość  osiągnęła  pułap  trudny  do  wytrzymania,  zaczęłam  tupać,  krzyczeć  i 

zrzucać z szafki kubki, szklanki oraz podstawki. 

- Blanka, spokój! Blanka! 

background image

Odepchnąwszy  mamę,  która  próbowała  mnie  powstrzymać,  natarłam  na  Tośkę, 

gotowa  wydrapać  jej  oczy,  udusić,  rozerwać  na  kawałki,  wdeptać  w  ziemię,  rozetrzeć  na 

proch.  Łaknęłam  krwi.  Niestety,  na  pomoc  swojej  ukochanej  wnusi  ruszyła  ta  babaczołg. 

Chwyciła mnie za kark, jak kota uniosła do góry i podstawiwszy przed nos zaciśniętą pięść, 

wycedziła z furiackim sykiem: 

- Albo się uspokoisz, wariatko, albo zostanie z ciebie na ścianie mokra plama. 

- Niech pani ją puści! - krzyknęła przeraźliwie mama. Baba brutalnie postawiła mnie 

na podłodze, wróciła na swoje miejsce przy stole i powiedziała całkiem spokojnie: 

-  W  tej  sytuacji  nie  możecie  zostać  pod  tym  dachem  ani  jednej  nocy.  Proszę  się 

spakować. 

- Pani jest niesprawiedliwa. Zastępowałam Tosi matkę, a teraz takie podziękowanie... 

- Gdyby rzeczywiście była pani dla Tosi matką, dla mnie byłaby pani córką, a Blanka 

wnuczką.  Mogłybyście  mieszkać  tutaj  do  końca  swojego  życia.  A  tak,  proszę  nie  obrażać 

mojej inteligencji opowiastkami o samarytańskich odruchach! Trzeba mieć serce z kamienia, 

żeby pozwolić na takie maltretowanie dziecka. Macie trzy godziny na to, żeby się wynieść. 

- Nie zostawię tutaj swojego fortepianu. 

- Zostawisz go, bo wszystko, co nie jest wyłączną własnością Tosi, wchodzi do masy 

spadkowej - powiedziała babka. - Jazda do roboty, bo inaczej ja was spakuję! 

- Dobrze. Nawet w najkoszmarniej szych snach nie śniłam, że taką dostanę zapłatę za 

ulitowanie się nad sierotą. Ale nasza krzywda wyjdzie wam bokiem - w mamę wstąpił bojowy 

duch. - Blaneczko, idziemy - Wyjęła komórkę i zatelefonowała do cioci Agnieszki. 

- Agnieszko, proszę cię, bez pytań, wszystko ci wyjaśnię. Czy mogę dzisiaj z Blanką u 

ciebie przenocować? - ulga na jej twarzy wskazywała, że uzyskała zgodę. - Wezmę taksówkę 

i przyjeżdżamy za mniej więcej dwie, trzy godziny. 

- I pamiętajcie, macie zabrać tylko to, co jest wasze. Bo sprawdzę - przestrzegła babka 

Tośki, gdy opuszczałyśmy kuchnię. 

Zbyłyśmy tę zniewagę pogardliwym milczeniem. 

- Widzisz, widzisz, co narobiłaś, ciężka wariatko? - wystartowała z pretensjami mama, 

gdy tylko zamknęłyśmy za sobą drzwi. 

- Ja? 

-  A  kto?  Powinnam  obciąć  ci  ten  niewyparzony  ozór  przy  samej  dupie.  Zawsze 

wyskakujesz w najmniej oczekiwanym momencie. 

- Nie odwracaj kota ogonem. Osobiście wyszłaś za mąż za gołodupca, więc teraz pij to 

piwo, które sobie nawarzyłaś. 

background image

- Tylko nie gołodupca. Tylko nie gołodupca. Jest jeszcze firma i pewnie spora forsa na 

kontach. 

Gdy wyrzuciłyśmy z szaf, szafek, półek oraz komódek swoje ubrania, buty, książki, 

nuty i biżuterię, okazało się, że będziemy musiały wziąć sporą bagażówkę. A przecież, gdzie 

by nie odwrócić oczu, było jeszcze tyle naszego dobra, które musiałyśmy zostawić  - drogie 

meble,  piękne  firanki,  puchowe  kołdry  i  poduszki,  jedwabna  pościel,  tureckie  dywany  no  i 

mój cudowny fortepian. 

- Fortepianu nie zostawię! - zawołałam, a w gardle wyrosła mi gula wielkości arbuza. 

- Wykluczone, Blanko. Po pierwsze, mieszkanie cioci jest na to zbyt małe,- po drugie, 

na razie nie wolno nam niczego ruszać. Lecz bądź spokojna. Odzyskamy go. Już moja w tym 

głowa. 

W  całym  domu  brakowało  torb  i  walizek,  które  pomieściłyby  nasze  rzeczy  więc 

zaczęłyśmy pakować je do poszew. Już po dwóch godzinach w przedpokoju piętrzyła się góra 

tobołków. 

- Niech pani sprawdzi, czy na pewno niczego nie ukradłyśmy! - zawołała wyniośle w 

stronę drzwi mama. 

- W porządku. Wynoście się czym prędzej, tylko zostawcie wszystkie klucze. 

Zostałam wygnańcem z własnego domu. 

background image

Rozdział 26 

 

Ziftrty prysznic 

Kawalerka  cioci  Agnieszki  rzeczywiście  była  bardzo  mała.  Składała  się  z  jednego 

pokoju, wnęki kuchennej i mikroskopijnej łazienki. Gdy z pomocą taksówkarza wniosłyśmy 

wszystkie swoje manele, zrobiło się ciasno. 

- Ach, Agnieszko, straciłam dom! - zawołała mama, zanim ciocia zdążyła o cokolwiek 

spytać, po czym wybuchnęła płaczem. 

- Jakim cudem?! 

-  Okazało  się,  że  właścicielką  domu  jest  Tośka,  a  właściwie  jej  babka,  co  zresztą 

niewiele zmienia. Dom nigdy nie należał do Karola. 

- Twój mąż cię oszukał? Kto by pomyślał? A tak mu dobrze z oczu patrzyło. I co ty 

teraz zamierzasz robić? Bo wiesz, Luizo, że dobrze ci życzę, ale u mnie miejsca jest niewiele. 

Ciasnota. Rozumiesz... 

-  Rozumiem,  oczywiście,  że  rozumiem  -  w  mamy  głosie  zabrzmiała  nuta 

rozczarowania. - Potrzebuję paru dni na to, żeby wypowiedzieć sublokatorowi. Na szczęście 

firma należy do Karola, więc mimo utraty domu, powinnam wyjść na swoje. Dobrze, że on 

zdążył jeszcze zapłacić czesne za szkołę Blanki. Poczęstujesz nas herbatą, Agnieszko? 

- Oczywiście - ciocia poszła do kuchni i po paru minutach przyniosła herbatę i słone 

paluszki. - Nic więcej nie mam, nie oczekiwałam gości. 

- Drobiazg, dobrze, że nas przynajmniej przenocujesz. 

Noc spędziłyśmy na podłodze i to był koszmar. Złość na łajdactwo losu przepłoszyła 

mój  sen.  W  uszach  mi  szumiało,  a  głowa  pękała  od  natłoku  myśli.  To  myślałam  o 

pozostawionym na Przyrzeczu mięciutkim łóżku, to stawała mi przed oczyma brzydka twarz 

Tośki, to oślizgła żabia łapa raz po raz spadała na mój policzek. No i bolał zawód sprawiony 

przez  mamę.  Przed  ślubem  powinna  sprawdzić,  czy  dom  jest  własnością  tego  buraka.  Nie 

sprawdziła, a skutki dotknęły mnie. Gdy już zdawało się, że nie wytrzymam emocjonalnego 

ciśnienia,  że  wstanę  i  porozwalam  ściany  tego  cholernego  gołębnika,  przyszło  ukojenie. 

Znienawidzoną gębę Tośki przesłoniła cudowna, anielska twarz Kuby. Była tak wyraźna, tak 

realna i tak bliska, że aż wyciągnęłam rękę, żeby ją dotknąć. 

„To  niemożliwe,  aby  mnie,  wybrańca  fortuny,  tak  zupełnie  bez  powodu  opuściło 

szczęście. W zdarzeniach ostatnich dni jest ukryty sens, którego nie dostrzegam  - szukałam 

jakichś  pozytywów  w  tym  galimatiasie  i  nagle  nowa  myśl  niczym  błyskawica  rozświetliła 

background image

mój mózg. - Jasne, to jest tylko kolejny życiowy zakręt, za którym czeka nowe. Tak! To sam 

los  tak  skomplikował  sytuację,  żeby  uniemożliwić  nam  dalszy  pobyt  na  Przyrzeczu.  Teraz 

mama wyciśnie ze spadku po Drobnickim tyle, ile się da, a ponieważ powrót na stare osiedle 

byłby okropnym blamażem, rozejrzy się za nowym mieszkaniem. I znów kolejny łańcuszek 

zależności:  przeprowadzka  do  bloków  byłaby  deklasacją,  na  drugi  dom  w  równie  dobrej 

dzielnicy  pewnie  zabraknie  nam  forsy,  ale  na  ładne  mieszkanie  w  Krakowie  wystarczy 

Kraków  to  Kraków.  Lepsze  szkoły  muzyczne,  no  i  Kuba  jest  na  miejscu.  Odbiorę  go  tej 

wstrętnej Monice i będziemy żyli długo i szczęśliwie”. Zasnęłam uspokojona. 

Rankiem,  pokrzepiona  nocnymi  przemyśleniami,  odzyskałam  dobry  humor.  Ciocia 

Agnieszka  poszła  do  pracy,  mama  pojechała  na  osiedle,  żeby  wypowiedzieć  umowę 

sublokatorowi, ja zaś miałam jechać do szkoły jednak miłość lubi próżnowanie. Pomyślałam 

sobie, że fajnie będzie poleżeć pod wygrzaną kołdrą i pomarzyć o Kubie. Kilka opuszczonych 

lekcji nie pogrąży takiego geniusza jak ja. 

Około  jedenastej  wróciła  zdenerwowana  mama.  Sublokator  uważał,  że  zgodnie  z 

umową powinien dostać wypowiedzenie z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, lecz ostatecznie 

zgodził się zwolnić mieszkanie zaraz po Nowym Roku. 

- Jestem w kropce. Agnieszka nie będzie nas tak długo trzymała. 

- W takim razie bierzmy szybko to, co należy się nam po ojczymie i uciekajmy stąd. 

Najlepiej do Krakowa. Przecież, gdy wrócimy na stare śmieci, sąsiedzi zabiją nas śmiechem. 

- Masz rację, Blanko! - mama wybuchnęła płaczem. - Jak już dostaniemy ten spadek, 

coś postanowimy, lecz zanim to nastąpi, musimy zacisnąć zęby i przetrwać. 

-  Zapomniałam  powiedzieć  ci,  że  mecenas  Kosowski  obiecał,  że  w  razie  potrzeby 

będzie służył nam pomocą prawną. Zrób się na bóstwo i idziemy do niego. 

- Dzięki Bogu, że go znamy. To bardzo dobry prawnik. I życzliwy 

Mama  ubrała  się  starannie,  poprawiła  makijaż  i  pojechałyśmy  Mecenas  przyjął  nas 

bardzo szybko. Wyraził ubolewanie, że spotykamy się w tak przykrych okolicznościach i od 

razu przystąpił do rzeczy, to znaczy spytał, w czym może pomóc. 

-  Znalazłam  się  wbardzo...  kłopotliwej  sytuacji.  Po  śmierci  mojego  ukochanego 

Karola musiałam opuścić dom. 

- Nie rozumiem. 

- Wygoniła mnie pasierbica. Nie pozwoliła nam nawet przenocować. Zostałyśmy bez 

dachu  nad  głową,  lecz  tym  nie  będę  zawracać  panu  głowy.  Muszę  natychmiast  kupić 

mieszkanie,  ale  nie  mam  ani  pieniędzy,  ani  zdolności  kredytowej,  więc  chciałabym  jak 

najprędzej otrzymać swoją część spadku. 

background image

- Co pani zdaniem wchodzi do masy spadkowej? 

- Zakład produkcyjny samochody... no i to wszystko, co kupowaliśmy razem - meble, 

wyposażenie  domu,  fortepian  Blanki...  Sporo  tego  jest,  jednakże  trudno  przewidzieć,  jak 

podejdzie do sprawy Tosia. 

- Wszystko, co państwo kupiliście w trakcie trwania małżeństwa, w połowie należy do 

pani.  Połowę  męża  dziedziczycie  wspólnie  z  pasierbicą.  Jeśli  chodzi  o  firmę,  polecam 

najpierw sprawdzić, w jakim ona jest stanie. 

- To znaczy? 

- Jaka jest jej wartość księgowa, jakie są aktywa, pasywa i tym podobne rzeczy. Pan 

Karol był solidnym i sprawnym przedsiębiorcą, jednak przezorności nigdy za wiele. 

- Nie znam się na tym. 

-  Informację  o  stanie  firmy  można  uzyskać  bez  problemu  w  Krajowym  Rejestrze 

Sądowym i w księdze wieczystej34. Może pani też porozmawiać z główną księgową męża i 

poprosić ją o sporządzenie bilansu. 

- Wolałabym załatwić tę sprawę bez dodatkowych formalności. 

- Ostrożność wymaga skrupulatności. Kilka dni zwłoki w zamian za pewność, że nie 

będzie  żadnych  przykrych  niespodzianek,  to  doprawdy  drobiazg.  Zresztą,  i  tak  potrzebuje 

pani czasu, żeby przygotować wniosek do sądu o stwierdzenie nabycia praw do spadku. 

- Jeszcze jedno... Czy dostanę rentę po mężu? 

-  Tylko  w  przypadku,  gdy  udowodni  pani,  że  jest  niezdolna  do  pracy  i  nie  posiada 

środków do życia. 

34 Księgi wieczyste  - rodzaj rejestru, który przedstawia stan prawny nieruchomości, 

ich obciążeń itp. 

- A Blanka? 

- Jeżeli mąż ją adoptował. 

- Mam rozumieć, że Tośka dostanie pieniądze, a ja nie? - oburzyłam się. 

- Tak stanowi prawo. 

Po wyjściu z kancelarii mama była skwaszona. 

- Tak to jest zadać się z prawnikiem. Zaraz zaczyna szukać dziury w całym i rozbijać 

gówno na atomy. Po co myśmy tutaj przyszły? 

- A potrafisz przeprowadzić postępowanie spadkowe? 

- Jeśli prawo jest po mojej stronie, to psu na budę zdają się te wszystkie ceregiele. 

Przy  akompaniamencie  narzekań mamy dojechałyśmy do firmy ojczyma. Na bramie 

wjazdowej  wisiała  kłódka,  a  na  placu  nie  dało  się  zauważyć  żadnego  ruchu.  Dopiero  po 

background image

chwili wyszedł ochroniarz. 

- Dzień dobry, pani szefowo. 

- Dzień dobry. Czy oprócz pana pracuje tu ktoś jeszcze? 

-  A  tak.  Główna  księgowa  i  kierownik  produkcji.  Robią  inwentaryzację  -  cały  czas 

mówiąc, otworzył bramę. - Proszę, bardzo proszę, pani szefowo, to naprawdę straszne, kto by 

przypuszczał,  że  takiego  zdrowego  chłopa  tak  z  nagła  zmiecie.  Wyrazy  współczucia  pani, 

córce i reszcie rodziny 

Weszłyśmy  do  budynku  administracyjnego.  Księgowa  okazała  się  zasuszoną  jak 

śliwka, niewysoką kobietą, kierownik zaś podstarzałym łysolem w szarym kitlu. Oczywiście 

znów musiałyśmy wysłuchać kondolencji i tych wszystkich głupstw, które ludzie muszą przy 

takich  okazjach  odbębnić.  Wreszcie  mama  wyłuszczyła,  z  czym  przychodzi.  Na  twarzy 

księgowej odbiło się zakłopotanie. Oho, coś wisiało w powietrzu. 

-  Proszę  pani  -  wydukała  wreszcie.  -  Długi  hipoteczne  firmy  przekroczyły  wartość 

majątku. Po śmierci pana Drobnickiego dalszy los zakładu zależy już tylko od banku. 

Zobaczyłam,  jak  mama  blednie  i  osuwa  się  na  podłogę.  Na  szczęście  podtrzymał  ją 

kierownik i posadził na fotelu. Księgowa przyniosła jej szklankę zimnej wody. 

- Były jeszcze samochody - przypomniałam. 

- Samochody też zostały zastawione. 

- Jak to możliwe? - wyjęczała mama. 

- Wszyscy zachodzimy w głowę - powiedział kierownik. 

- Przez tyle lat firma dobrze prosperowała, rozwijała się nawet, a tu nagle szef jakby... 

jakby stracił zdrowy rozsądek. 

- Co pan ma na myśli? 

-  Szef  za  dużo  i  za  szybko  wydawał.  Szkoda,  osiemdziesięciu  czterech  ludzi  pójdzie 

na bruk. 

- Nie, nie wierzę! To niemożliwe! To bzdura! To nie mąż narobił tyle długów, tylko 

wy  wszystko  rozkradliście!  Rozdrapaliście!  Już  ja  wiem,  co  jest  grane!  Nie  ujdzie  wam  to 

płazem! - mama mówiła coraz głośniej, wreszcie zaczęła krzyczeć. 

Co  mi  mówiło,  że  ma  rację.  Tym  ludziom  nie  należało  ufać.  Wciskali  nam  kit  o 

inwentaryzacji, a w rzeczywistości siedzieli i zacierali ślady swojego przestępstwa. 

- Uważam mamo, że powinnyśmy wezwać policję. 

- Wolno paniom - powiedziała oschle księgowa. 

-  Rozumiem,  że  ludziom  w  rozpaczy  puszczają  nerwy,  jednak  proszę  nam  wierzyć, 

wykonujemy wyłącznie swoje obowiązki - nieco łagodniej szym tonem wyj aśnił kierownik. 

background image

-  Jeśli  jednak  uważa  pani,  że  wprowadzamy  ją  w  błąd,  pani  Drobnicka,  może  pani 

sięgnąć do zewnętrznych źródeł informacji. Służę adresami. 

- Bez łaski. Zajmie się tym prawnik. Wychodzimy Blanko. 

Jeszcze tego samego dnia wróciłyśmy do mecenasa Kosowskiego. Mama powtórzyła 

mu słowa księgowej i kierownika, a potem dodała własny komentarz. 

-  Żądam,  żeby  zaciągnął  pan  tych  oszustów  do  sądu  i  zmusił  ich  do  oddania  nam 

wszystkiego, co do grosza. Dam panu wszelkie pełnomocnictwa. 

- Obawiam się, szanowna pani, że bez konkretnych dowodów to będzie strata czasu i 

w  dodatku  narazi  się  pani  na  niepotrzebne  wydatki.  Mogę  najwyżej  sprawdzić  rzeczywisty 

stan majątku. 

- Jak długo to potrwa? 

- Dysponuję numerem pani komórki. Zadzwonię, gdy już ustalę fakty 

-  Myślę,  że  skuteczność  tego  Kosowskiego  jest  mocno  przereklamowana.  Dobry 

prawnik powinien znaleźć sposób, aby każdą rzecz załatwić. Musimy poszukać kogoś innego. 

A tymczasem nie mów przy cioci Agnieszce o naszych kłopotach. 

- Dlaczego? 

- Podejrzewam, że jak się dowie, że jestem bez pieniędzy szybko stracę jej przyjaźń. 

Przez  cały  czas  przyjmowałam  ją  w  naszym  domu  obiadkami,  kolacyjkami,  płaciłam  za 

taksówki, pożyczałam pieniądze na wieczne oddanie, a wczoraj nawet o herbatę musiałam się 

upomnieć. Dzisiaj  rano, nie wspominając o śniadaniu,  wypadła z domu,  jakby  goniło ją sto 

diabłów. 

- Z tego wniosek, że o obiad też musimy same się zatroszczyć. 

Weszłyśmy  do  Sajgonu,  małej  restauracyjki,  którą  akurat  mijałyśmy.  Ledwie 

usiadłyśmy przy stoliku i zamówiłyśmy sushi, mama zaczęła płakać. 

- Boże, mój  Boże, dlaczego Karol musiał  odejść akurat  teraz. Kto by pomyślał? Kto 

by  pomyślał?  Mam  żal  do  siebie,  że  bagatelizowałam  te  jego  problemy  zdrowotne.  Miał 

wysokie ciśnienie i bóle za mostkiem ale myślałam, że to nic wielkiego. Tak zdrowo przecież 

wyglądał, był takim silnym mężczyzną... Boże, Blanko, co my teraz zrobimy? 

„My?  My?  To  jest  przecież  jej  problem.  To  ona  ma  obowiązek  wychować  mnie  i 

wykształcić” - pomyślałam ze złością. 

- Ja nic, ale ty możesz poderwać Kosowskiego. 

- Co ci chodzi po głowie? Przecież on jest żonaty i dzieciaty 

- No to co? 

-  Ledwie  pochowałam  Karola.  Co  by  ludzie  powiedzieli?  -  mama  znów  zalała  się 

background image

łzami. 

- Też mi problem! Gdybyśmy wyjechały do Krakowa, mogliby sobie ozory strzępić do 

woli. Odpuściłam jednak ten temat, jako przedwczesny 

-  Nigdy  nie  wspominałaś  mi  nic  na  temat  naszej  rodziny.  Powinnam  mieć  jakichś 

krewnych albo z twojej strony, albo ze strony taty. 

Zawsze  chciałam  zadać  jej  to  pytanie.  W  przeciwieństwie  do  innych  ludzi,  poza 

mamą,  nie  znałam  żadnej  babki,  żadnego  dziadka,  żadnego  wujka,  nawet  żadnej  ciotki,  bo 

ciotka Agnieszka nie jest moją krewną. 

- Tak wyszło. Byłam jedynaczką, a moi rodzice dawno zmarli. 

- Ze strony taty również? 

-  Również.  Jesteśmy  zdane  wyłącznie  na  siebie.  Fortuna  to  stara  dziwka  -  rzuciła 

całkiem bez sensu, po czym wsparła czoło na dłoni żeby ukryć nowe łzy. Chciałam zapytać 

jeszcze o ojca, lecz nie zniosłabym  faktu,  gdyby okazało się, że mama bardziej rozpacza po 

Karolu Drobnickim niż po Wacławie Cisowskim. 

W milczeniu zjadłyśmy obiad 

Po drodze zrobiłyśmy zakupy na kolację i wróciłyśmy do kawalerki cioci Agnieszki. 

Ona sama przyszła z pracy o szesnastej. 

- No i co załatwiłyście? - spytała już od progu. 

-  W  porządku,  sublokator  opuści  nasze  mieszkanie  lada  dzień,  a  kancelaria  pana 

Kosowskiego załatwia formalności spadkowe. Chwilę to potrwa, bo trzeba wycenić zakład i 

podzielić go na pół. A zakład jest ogromny 

- Sprzedasz swoją część? 

-  Firma  daje  dobry  dochód.  Chyba  zostanę  bizneswoman.  Pracowałam  sporo  z 

Karolem i dużo się nauczyłam - mama łgała jak z nut. 

- To może i mnie zatrudnisz po starej przyjaźni? 

- Jasne. Przyjaźń zobowiązuje. 

Takie  zapewnienie  wyraźnie  poprawiło  cioci  humor,  a  gdy  własnymi  produktami 

zastawiłyśmy stół do kolacji, do której zasiadła także i ona, atmosfera zrobiła się tak miła, jak 

to bywało dawniej w naszym domu. 

background image

Rozdział 27 

 

Stracone złudzenia 

Wróciłam na zajęcia i zauważyłam dziwną rzecz. Wszystko straciło znaczenie. Już nie 

chciałam być najlepsza, przestali mnie obchodzić Fabian i Ewelina, zobojętniałam na Justynę, 

a nawet przestałam się przejmować połajankami profesora Baczyńskiego. Wciąż myślałam o 

Krakowie i o Kubie, który w tym Krakowie tkwił, a niedostępność mojego szczęścia czyniła 

je jeszcze bardziej pożądanym. Chciałam, żeby już nadszedł ten dzień, kiedy tam wyjadę. 

Mój  apatyczny  stan  ogólnie  usprawiedliwiano  smutkiem  spowodowanym  śmiercią 

ojca  i  traktowano  mnie  z  wyrozumiałością.  Nawet  ta  wredna  Justyna  jakby  zapomniała  o 

napadzie na Fabiana i o zniszczonych skrzypcach. 

Zaczęłam  cieszyć  się  telefonami  Sebastiana,  gdyż  dzwonił  z  miasta,  w  którym 

mieszka  mój  Kuba.  Wyobrażałam  sobie,  że  chodzi  po  tych  samych  ulicach  co  Kuba,  że 

oddycha tym samym powietrzem i spogląda w to samo niebo. W pewnym sensie j a też byłam 

już  w  Krakowie.  Przecież  Kuba  nosił  mnie  w  swoim  sercu,  w  głowie  i  w  marzeniach.  Tu 

pozostawała  tylko  moja  pusta  powłoka.  Chodziłam,  wykonywałam  różne  czynności,  lecz 

byłam żywym trupem. 

Któregoś  wieczoru,  wracając  ze  szkoły,  spotkałam  Konrada,  a  właściwie  można 

powiedzieć, że wpadliśmy na siebie. 

- Cześć Blanko. 

- Cześć. 

- Słyszałem, że zmarł twój ojczym. Przyjmij moje wyrazy współczucia. 

Wzruszyłam ramionami. Co to za głupi zwyczaj tyle gadać o zmarłym. 

- Dziękuję. Spieszę się. 

- W takim razie wesołych świąt i pomyślnego Nowego Roku. 

No  tak,  zbliżały  się  kolejne  święta  i  wszystko  wskazywało  na  to,  że  spędzimy  je  u 

cioci  Agnieszki,  która  chyba  zaczęła  już  podejrzewać,  że  wpadłyśmy  w  tarapaty,  gdyż  z 

każdym  dniem  coraz  wyraźniej  okazywała  rozdrażnienie  naszą  obecnością.  Użyła  nawet 

argumentu, że pana Stefana, z którym znów zaczęła romansować, irytuje taka sytuacja. 

-  Zrozum  Luizo,  nie  chciałabym,  żeby  nasz  związek  rozpadł  się  z  tak  głupiego 

powodu - mówiła niby to spokojnie, lecz jej głos drżał od tłumionego zdenerwowania. 

-  Agnieszko,  przecież  Stefan  jest  niebogaty  i  żonaty.  Żadnej  przyszłości  z  nim  nie 

będzie. 

background image

- E tam, same pieniądze szczęścia nie dają. Ważne, że mnie kocha. 

Był to argument nie do odparcia, poza tym temat, sam w sobie drażliwy, a od dobrego 

humoru  cioci  zależał  nasz  dach  nad  głową,  więc  mama  przytakiwała  i  potulnie  milkła. 

Zaczęła też szukać pracy  lecz historia się powtórzyła. Najlepsze, co jej  oferowano, okazało 

się etatem kasjerki w supermarkecie. 

- Ach, Blaneczko, nie przeżyję tego poniżenia! Tego, co zarobię, braknie nawet na sól 

do  kwaśnego  mleka.  Mój  Boże,  dlaczego  Karol  nas  zostawił,  jak  on  mógł!  -  powtarzała  i 

zaraz zaczynała płakać. 

Nie pocieszałam jej, ponieważ sama była sobie winna. „Dała się oszukać, więc teraz 

niech szuka wyjścia z tej matni. Mogła znaleźć sobie porządniejszego faceta, a zachciało się 

jej  buraka  i  bankruta  -  myślałam  ze  złością  -  to  jej  nierozważny  krok  spowodował,  że  teraz 

piętrzył się przed nami ogromny stos problemów, które Bóg wie jak zagmatwają mój los.”. 

Dwa  dni  przed  Wigilią  mama  wróciła  od  Kosowskiego  blada  jak  ściana.  Drżały  jej 

usta, a głos grzązł w gardle. Chociaż nie powiedziała, co ją tak wzburzyło, ciotka Agnieszka 

dostała furii. 

- Słuchaj Luizo, skoro twoja sytuacja majątkowa jest taka dobra, nie powinnaś żyć na 

mój koszt. Chyba stać cię na hotel. Przynajmniej jednogwiazdkowy Moja cierpliwość jest już 

na wyczerpaniu. 

- Jasne, tobie odpowiada tylko taka opcja, że to ty żyjesz na mój koszt. Szybko poszło 

w niepamięć wszystko, co dla ciebie zrobiłam! 

- Ty? Dla mnie? ja też mogę poczęstować was obiadem lub kawą, jeśli wpadniecie do 

mnie od czasu do czasu. Ale nie, do cholery, na okrągły zegar! 

Kłótnia przybierała na sile, a obie dotychczas serdeczne przyjaciółki  wrzeszczały na 

siebie,  wypominały  sobie  nawzajem  jakieś  zamierzchłe  historie,  jakichś  facetów,  jakieś 

niespłacone długi, wreszcie mama, bliska apopleksji, wrzasnęła: 

- Dość tego, wyprowadzam się, małpo jedna! Jeszcze pożałujesz! Blanko, pakuj nasze 

rzeczy 

- Ależ, dokąd my pójdziemy? - na zewnątrz było mroźno i ponuro. 

- Wszystko jedno, chociażby pod most! 

Mama  zadzwoniła  po  taksówkę,  zebrałyśmy  swoje  tobołki  i  wyszłyśmy  Mamie  tak 

puściły  nerwy  że  kompletnie  straciła  zdrowy  rozsądek  i  oto  w  jednej  chwili  zostałyśmy  na 

ulicy, bez dachu nad głową. 

-1 co teraz? 

- Jedziemy do Tośki. Na litość boską, może da nam schronienie na kilka dni. 

background image

- Prędzej skoczę z mostu pod pociąg. W życiu! Rozumiesz? W życiu. 

Nadjechała taksówka. Kierowca pomógł nam w zapakowaniu bagaży 

- Dokąd panie zawieźć? 

- Do jakiegoś hotelu, najtańszego w mieście - powiedziałam. Miałam swoje pieniądze, 

które  zabrałam  ojczymowi,  więc  mogłyśmy  przynajmniej  na  parę  dni  odsunąć  widmo 

bezdomności. 

- To będzie Polonia przy dworcu. 

- Dobrze. 

Mama  sprawiała  wrażenie,  jakby  awantura  z  ciotką  wycisnęła  z  niej  wszystkie  siły. 

Całą drogę siedziała osowiała i nieobecna. Jej blada twarz wyglądała przynajmniej o dziesięć 

lat starzej. Gdy dojechałyśmy na miejsce, wysiadła z taksówki jak automat i nie oglądając się, 

poszła w kierunku wejścia. Uregulowałam należność i dałam kierowcy napiwek za wniesienie 

bagaży. 

Hotel był prawie pusty Opłaciłam dwuosobowy pokój na tydzień z góry. Było tanio, 

lecz  oferowano  spartańskie  warunki.  Dwa  wąskie  tapczany  ze  zszarzałą  pościelą,  ława  z 

dwoma wytartymi fotelami, szafa we wnęce oraz łazienka z kabiną prysznicową i  sedesem. 

Na  wieszaku  sprane  ręczniki.  Oto,  do  czego  doprowadziła  nas  ta  wredna  Tośka.  Ja  -  osoba 

piękna i utalentowana - w takim miejscu! W przyszłości moi biografowie będą wstrząśnięci, 

gdy odkryj ą taki fakt w moim życiorysie. 

Tymczasem mama rzuciła na stół swoje futro i, nie zdejmując butów, padła na łóżko. 

Ukryła twarz w zgięciu  łokcia i  znów się rozszlochała.  Nie!  To przekraczało  granice mojej 

wytrzymałości. Zapragnęłam wyjść z tego obskurnego pokoju, uciec od tej dusznej atmosfery 

beznadziei, znaleźć się gdziekolwiek, tylko nie tu. Jakby na zawołanie zadzwonił telefon. 

-  Blanka?  Siedzę  teraz  U  Adwokatów.  Jest  trochę  późno,  lecz  może  wpadłabyś  na 

chwilę? 

U Adwokatów spotkałam Kubę, więc nagle nabrałam przekonania, że on tam również 

jest, że cały czas czeka na mnie i zamartwia się, że nie przychodzę. 

- Pora jest odpowiednia. Zaraz tam będę. 

- Przyjechać po ciebie? 

- Nie trzeba, wezmę taksówkę - skłamałam. Z Polonii do kawiarni było o rzut beretem, 

najwyżej dziesięć minut drogi pieszo. 

Cholera, wszystkie rzeczy poupychane w poszwy były okropnie wygniecione, a mama 

nie byłaby w stanie niczego mi wyprasować, nawet gdyby dysponowała żelazkiem. Tego dnia 

miałam na sobie biały sweter, dżinsy i drogie botki. Ten strój musiał wystarczyć. Poprawiłam 

background image

tylko makijaż, narzuciłam futerko i bez słowa wyszłam. 

Ku  mojemu  ogromnemu  rozczarowaniu,  Sebastian  siedział  przy  stoliku  sam. 

Poczułam  tak  silny  zawód,  że  z  trudem  opanowałam  chęć  ucieczki.  Powstrzymała  mnie 

jeszcze gorsza opcja spędzenia wieczoru z histeryzującą matką. 

-  Cieszę  się,  że  cię  widzę.  Wyglądasz  cudownie,  chociaż  smutno.  No  nie,  muszę  to 

utrwalić dla potomności - pocałował mnie w policzek, potem jeszcze w końce palców. - Co ci 

zamówić? 

Uświadomiłam sobie, że jestem głodna. Nie jadłam obiadu. 

- Galaretkę z drobiu i herbatę. 

Sebastian złożył zamówienie, potem wyjął swój nieodłączny szkicownik i spoglądając 

na mnie raz po raz, zaczął w nim szybko kreślić. 

-  Wyobraź  sobie  Blanko,  że  z  powodu  twojej  świeżej  żałoby  zrezygnowałem  z 

sylwestra, na który zapraszali nas Monika z Kubą. Spędzę go z tobą, gdziekolwiek zechcesz. 

„Co?  Co  ten  kretyn  zrobił?  Zrezygnował  z  imprezy,  na  której  będzie  ON?  Jezu!  - 

zaszumiało mi w głowie ze wzburzenia. - Głupek! Dureń jeden! Nie, to należało odkręcić”. 

-  Niepotrzebnie.  To  nie  był  mój  prawdziwy  ojciec.  Chętnie  poszłabym  gdzieś,  żeby 

odpocząć od tego pogrzebowego smętku. 

- Oczywiście. Da się zrobić. 

Kelner postawił przede mną zamówioną porcję. 

- A tak przy okazji, co u nich ciekawego? 

- Jak to u nich, wciąż się kłócą i godzą. 

„Wywołam  między  nimi  taką  kłótnię,  że  nie  przeproszą  się  do  końca  życia”  - 

przyrzekłam sobie z radością. 

-  A  co  u  innych  chłopaków,  których  znam?  -  spytałam,  by  osłabić  ważność 

poprzedniego pytania. 

-  Grzesiek  szykuje  swoją  wystawę,  Magda  z  Szymkiem  planują  ślub,  więc  zaczęli 

ostro  chałturzyć,  żeby  utłuc  trochę  kasy.  Malują  bombki  choinkowe.  Nie  jest  to  sztuka 

wysokich lotów, lecz, trzeba przyznać, że intratna. Anka załatwia sobie pracę w  Irlandii. W 

jakiejś fabryce fajansu czy coś takiego. 

-  A  ty?  Czy  ty  też  zamierzasz  rozmienić  swój  talent  na  drobne?  -  Nie  chciałam,  aby 

ktoś, kto maluje mnie dla potomności, skończył jako dekorator wystaw sklepowych. 

-  Ja  na  razie  chcę  trwać  przy  sztuce  przez  wielkie  „S”.  Chałtury  tylko  w  wakacje. 

Potem będę próbował zarabiać na życie pędzlem. Odpowiada ci taka wersja? 

-  Owszem,  mam  słabość  do  artystów  -  rzuciłam  mu  zalotne  spojrzenie.  Niech  się 

background image

cieszy dopóki jest potrzebny 

Bez  Kuby  nic  nie  miało  sensu,  z  coraz  większym  trudem  wykrzesywałam  z  siebie 

energię potrzebną do prowadzenia zwykłej rozmowy Chaos, który zapanował w moim życiu, 

akurat w tej chwili osiągnął apogeum. Szumiało mi w głowie. Czułam, że jedynym sposobem 

na  rozładowanie  stresu  było  zrównoważenie  mojego  cierpienia  czynem  o  porównywalnym 

ciężarze gatunkowym, na przykład pożarem domu na Przyrzeczu. I w Krzyżkowicach. Tak! 

Niech  ta  okropna  Tośka  również  odczuje  ból  straty.  Niech  cierpi.  Niech  z  tą  swoją  babką 

tułają  się  po  ulicach.  Niech  obie  zamarzną  gdzieś  pod  płotem...  „Spalić  dom  jest  łatwo, 

wystarczy  kanister  benzyny  -  moje  myśli  żwawo  podążyły  tym  tropem.  -  Zakradnę  się 

drzwiami  od  ogrodu,  rozleję  paliwo,  rzucę  zapałkę,  wyjdę  i  wrócę  bocznymi  ulicami  do 

hotelu.  Muszę  ten  plan  dopracować  w  szczegółach”.  Wtem  przyszło  na  mnie  opamiętanie. 

Rany! Zakładnikiem domu na Przyrzeczu był przecież mój fortepian. Już teraz cierpiałam na 

samą  myśl  o  tym,  że  plugawi  go  swoimi  parszywymi  łapskami  Tośka,  a  może  nawet  jej 

babka. Gdyby spłonął, nie przeżyłabym jego straty. 

-  Cóż  tak  zaprzątnęło  twoje  myśli,  Blanko,  że  zapomniałaś  o  jedzeniu?  Jeśli  ci  nie 

smakuje, zamówię coś innego. 

Dupek!  Jak  może  mówić  o  żarciu,  gdy  moje  serce  rozrywa  rozpacz.  Co  za  brak 

wyczucia. Na szczęście ból duszy łagodziła perspektywa spotkania się z Kubą. 

- W porządku - zaczęłam jeść. 

Sebastian uparł się, że odwiezie mnie do domu, a ja przecież nie mogłam ujawnić, że 

mieszkam w obskurnym hotelu. 

- Dziękuję, chętnie bym skorzystała, jednak muszę jeszcze wpaść do wujka, u którego 

czeka na mnie mama - wymyśliłam na poczekaniu. 

-  Dobrze,  podrzucę  cię  do  tego  wujka,  a  potem  razem  z  mamą  odwiozę  was  na 

Przyrzecze. 

-  Niepotrzebnie,  mama  pewnie  -  jak  zwykle  -  długo  posiedzi,  a  ponadto  wujek  ma 

samochód. 

Dał  się nabrać. Wysiadłam  w pobliżu dworca, weszłam do pierwszej  lepszej  bramy, 

poczekałam,  aż  Sebastian  odjedzie,  i  wróciłam  do  hotelu.  Mama  w  tym  czasie  zdążyła 

ochłonąć. Siedziała przy stole i paliła papierosa. 

- Pewnie jesteś głodna. Kupiłam drożdżówki i mleko. Zjesz? - spytała. 

-  Nie  jestem  głodna.  -  Rozebrałam  się,  usiadłam  po  przeciwnej  stronie  stołu  i  wtedy 

poczułam zapach alkoholu. - Piłaś. A podobno jesteś bez grosza. 

- Zastawiłam trochę biżuterii w lombardzie. 

background image

- No, więc jak wygląda teraz nasza sytuacja? 

-  Beznadziejnie.  Musimy  odrzucić  spadek,  gdyż  w  przeciwnym  razie  musiałybyśmy 

spłacać długi Karola. Nic nie ugramy. Nic. 

- Pan Kosowski mówił, że wszystko, co zostało kupione podczas trwania małżeństwa, 

w połowie należy do ciebie, więc po prostu zabierzmy to, co jest twoje i już. 

-  Najpierw  należałoby  się  dogadać  z  Tośką.  Przecież  nie  będziemy  wszystkiego 

piłować na pół. Niepotrzebnie cię poniosło. Teraz będzie trudniej z nią pertraktować. 

- Ale fortepian jest mój. Ojciec kupił go dla mnie. Tylko dla mnie. 

- Pytałam o to Kosowskiego. Sprawa byłaby prosta, gdyby sporządził akt darowizny. 

- Coś pokręciłaś, nie może być tak, żeby ta pokraka Tośka była górą. 

- Fortuna to stara dziwka - znów bez sensu powiedziała mama, bardziej do siebie niż 

do mnie. 

Ja,  Blanka,  musiałam  wziąć  sprawę  w  swoje  ręce  i  znaleźć  wyjście  z  tej  parszywej 

sytuacji.  Powrót  na  osiedle  byłby  kompletną  klęską.  Zamykając  oczy,  widziałam  ironiczną 

minę  Anety  Podrackiej,  słyszałam  pogróżki  Jurka  i  Artka,  chamskie  komentarze 

Kościelniakowej  i  tych  wszystkich  starych  jędz,  babrających  się  w  cudzych  sprawach. 

Amorozo  nabierze  bezczelnej  śmiałości,  rozumując,  że  skoro  wróciłam  z  podkulonym 

ogonem,  jestem  warta  tyle  co  „Złota  Rypka”  albo  Hanka  Leżanka.  Nawet  Karpielakowie 

powiedzą: „No! Myślały, głupie cwaniaczki, że urządzą się lepiej od nas!” - i z uciechy obalą 

na to konto niejedną flaszkę. Nawet Jadźka będzie miała mnie gdzieś, bo po takiej degradacji 

przestanę  w  jej  oczach  zasługiwać  na  uniżony  szacunek.  Osiedle  jawiło  mi  się  jako 

zachwaszczony  ogród.  Ja,  Blanka,  rajski  kwiat,  potrzebowałam  starannie  wypielęgnowanej 

rabaty Wśród dzikiego zielska zginę. A co najgorsze, na Przyrzeczu będzie sobie spokojnie 

żyła triumfująca Tośka. Tak nie mogło się stać! 

Mama  tą  swoją  wizytą  w  lombardzie  mimowolnie  podsunęła  mi  inny  pomysł. 

„Sprzedamy kawalerkę i całą naszą biżuterię. Powinno starczyć na mieszkanie w Krakowie. 

Gdy  już  będę  bliżej  Kuby  wszystko  się  ułoży  Tak,  poczekam,  aż  mama  wytrzeźwieje  i 

przekonam  ją  do  swojego  planu”  -  spłynął  na  mnie  błogi  spokój,  jaki  daje  zbliżające  się 

szczęście. 

Do  Bożego  Narodzenia  nie  spotkałam  się  już  z  Sebastianem.  Przekonałam  go,  że 

muszę  nieustannie  czuwać  przy  mamie,  która  jest  w  ciężkiej  depresji,  więc  rozmowy 

telefoniczne, to absolutnie wszystko, co dla niego mogę zrobić. Czekałam na sylwestra. 

Beznadzieja  wigilijnego  wieczoru  przypominała  atmosferą  rodzinny  grobowiec. 

Złożyłyśmy sobie życzenia, potem mama wyciągnęła z szafy butelkę alkoholu i po prostu się 

background image

upiła.  Najpierw  wspominała  dawne  czasy,  rozważała,  ile  mogłaby  osiągnąć,  gdyby  miała 

więcej szczęścia, potem psioczyła na ciocię Agnieszkę i na ojczyma, że zostawił nas w takiej 

parszywej  sytuacji,  w  końcu  zaczęła  płakać.  Jej  płacz  przekształcił  się  w  łzawy  bełkot,  z 

którego nic nie można było zrozumieć, poza tym, że jest źle. 

- Połóż się i spróbuj zasnąć - poradziłam jej. 

- O tak, zasnąć. Najchętniej bym umarła, i to już teraz. 

- Przestań wygadywać głupoty 

Ułożyłam ją na tapczanie i przykryłam kocem. 

-  Blaneczko,  jesteś  aniołem.  Teraz  tylko  ty  mi  zostałaś,  mój  skarbie  złoty. 

Mojaperełko, moja... - pomamrotała jeszcze chwilę i usnęła. 

Pogrążyłam się w rozmyślaniach. Z rozmysłem unikałam spoglądania w okno, gdzie 

raziła  nieobecność  ludzi,  którzy  siedzieli  przy  wspólnych  stołach,  łamali  się  opłatkiem, 

słuchali  kolęd  i  rozpakowywali  prezenty  A  jeżeli  nawet  zdarzył  się  jakiś  spóźniony 

przechodzień,  wiadomo  było,  że  śpieszy  do  domu,  w  którym  ktoś  na  niego  czeka...  Ja, 

Blanka,  siedziałam  z  pijaną  matką  w  kiepskim  pokoju  hotelowym,  bez  choinki,  bez 

prezentów,  bez  tradycyjnych  potraw,  bez  kolęd...  To,  co  mnie  spotkało,  było  okrutne  i 

niesprawiedliwe.  Przez  Tośkę,  tego  chwasta,  straciłam  wszystko.  Dobrze,  że  został  mi 

przynajmniej Kuba. 

W sprawie sylwestra Sebastian zadzwonił dwa dni po świętach. 

- Blanko, załatwiłem bilety, zgadnij gdzie? 

Kretyn. 

- No, gdzieś w Krakowie, u Kuby i Moniki. 

- Lepiej. W zajeździe Myśliwskim. W programie jest rano kulig, po południu wielkie 

ognisko z pieczeniem barana, a wieczorem bal. Odpoczniesz i... 

- Co? - Tylko głupcy mówią bez zastanowienia. Dobrze o tym wiem, ale zdarzyło się 

to mnie. I to kolejny raz. - Co powiedziałeś? Gdzie mam z tobą jechać na ten bal? Do lasu? 

Jesteś  skończonym  kretynem!  Nienawidzę  cię,  nienawidzę,  nie  chcę  cię  więcej  znać! 

Wszystko  popsułeś!  Wiem,  że  zrobiłeś  mi  specjalnie  na  złość!  Przejrzałam  cię,  pieprzony 

dupku! Jeśli jeszcze raz pokażesz mi się na oczy, chamie jeden, to popamiętasz...! 

Słowa  wylatywały  z  moich  ust  niczym  karabinowe  kule  i  nie  było  sposobu,  żeby 

przejąć nad nimi kontrolę. Jakaś inna „ja” siedziała we mnie i darła się jak opętana. Wreszcie 

wyłączyłam  komórkę,  lecz  nie  zahamowało  to  potoku  słów.  Wciąż  krzyczałam,  a  do  tego 

zaczęłam kopać i okładać pięściami ściany. 

- Blanko, co ci jest? Blanko! - Wyrwana ze snu mama próbowała pochwycić mnie za 

background image

ręce  i  przytrzymać.  Odepchnęłam  ją  na  szafę,  sama  runęłam  na  podłogę  i  wrzeszczałam,  a 

ściślej to ta druga „ja” wrzeszczała coraz głośniej. 

Ochłonęłam, gdy recepcjonistka zaczęła dobijać się do drzwi. 

-  Co  się  w  tym  numerze  dzieje?  Mordują  kogoś,  czy  obdzierają  ze  skóry?  Proszę 

otworzyć, bo wezwę policję! - wołała, najwyraźniej przestraszona. 

- Wszystko w porządku. Wszystko w porządku - zapewniła ją mama drżącym głosem. 

- Proszę jednak otworzyć, muszę sprawdzić. 

Podniosłam  się  z  podłogi  i  położyłam  na  tapczanie.  Mama  wpuściła  recepcjonistkę, 

która, nie ukrywając podejrzliwości, zajrzała do szafy i do łazienki, po czym mrucząc coś pod 

nosem, przeprosiła za najście i sobie poszła. 

background image

Epilog 

Ktoś  włożył  klucz  w  zamek  i  próbował  go  przekręcić.  Najpierw  pomyślałam,  że 

pomylił  mieszkania  i  zaraz  sobie  pójdzie.  Tymczasem  po  bezskutecznych  próbach 

przekręcenia  klucza  rozległo  się  pukanie.  Niechętnie  otworzyłam.  Za  drzwiami  stał 

mężczyzna w lichej kurtce i czapce z daszkiem. Mógł mieć ze czterdzieści pięć lat, jego twarz 

była poorana bruzdami i nienaturalnie blada, tę bladość podkreślały jeszcze mocne sińce pod 

oczyma. 

- Słucham pana. 

- Blanka? Ładna panienka z ciebie wyrosła. 

- Kim pan jest? Nie znam pana. 

- Jestem twoim ojcem. Dostałem przepustkę na podratowanie zdrowia. 

- Coś pan pokręcił. Mój ojciec nie żyje. 

-  Tak  ci  powiedziała?  -  Po  raz  pierwszy  się  uśmiechnął  i  nie  był  to  przyjemny 

uśmiech. 

-  Dostał  pan  przepustkę?  Skąd,  jeśli  można  wiedzieć?  Podejrzewam,  że  z  domu 

wariatów! 

- Z więzienia, za dobre sprawowanie. Odsiedziałem połowę wyroku. 

- Tym bardziej panu nie wierzę, że jest pan moim ojcem. Mama nie rzuciłaby wielkiej 

kariery artystki dla jakiegoś... kryminalisty 

- O ile wielką karierą jest śpiewanie w knajpie do kotleta. Mogę wejść? 

- Nie - próbowałam zamknąć drzwi, ale przytrzymał je nogą. 

-  Słuchaj  mała,  to  pytanie  było  czysto  retoryczne.  Mieszkanie  jest  bardziej  moje  niż 

twoje i twojej matki. Jest moją własnością. Wciąż jestem tu zameldowany. Chcesz obejrzeć 

dowód? Przy okazji przekonasz się, że jednak nosisz moje nazwisko. 

Cofnęłam  się  w  głąb  pokoju  i  usiadłam  na  krześle.  „Nie,  to  nie  mogła  być  prawda! 

Chciałam  się  uszczypnąć.  Śniłam  jakiś  koszmarny  sen.  Ostatnia  osoba,  którą  uważałam  za 

ostoję,  pewność,  za  życiową  kotwicę,  zawiodła.  Ojciec,  ta  legenda,  ten  wspaniały  kapitan 

żeglugi  wielkiej,  bohater,  któremu  nie  dorównywał  żaden  facet  powyżej  trzydziestki,  był 

bandytą. Bandytą, bo na tak wysoki wyrok żaden sąd nie skazuje za włamanie się do cudzej 

piwnicy Ja, Blanka, okazałam się córką przestępcy i knajpianej śpiewaczki.”. 

Tymczasem  gość  zdjął  wierzchnie  ubranie,  powiesił  w  przedpokoju  obok  mojego 

futerka i usiadł naprzeciw mnie. W tym, co miał pod kurtką, wyglądał jak dziadyga  - szary 

garnitur z elanobawełny przedpotopowego kroju i źle wyprasowana, niebieska koszula. 

background image

-  Nie  cieszysz  się  moim  widokiem...  Rozumiem,  że  przeżywasz  szok.  Zrobisz  mi 

przynajmniej herbaty? 

- Jestem pianistką. Muszę dbać o ręce. 

- Grasz w knajpie? To ładnie. W której? 

Zbyłam jego pytanie wyniosłym milczeniem. 

- Mama pewnie jest w pracy Kiedy wróci? 

- Wieczorem. 

- Więc pogadamy sobie, jak już przyjdzie. Jestem zmęczony. Prześpię się tymczasem - 

powiedział i zległ na wersalce, zanim zdążyłam zaprotestować.