background image

MAY GRETHE LERUM 

DROGI PRZEZ MORZE 

background image

ROZDZIAŁ I 

List  dotarł  do  nich  niczym  posłaniec  z  zaświatów  wieczorem  w  dniu  świętego 

Kolbjorna roku pańskiego 1689. 

Randar  przysiadł  akurat  na  okrągłym  kamieniu  ponad  zagrodą.  Patrzył  na  fiord,  lecz 

nie dostrzegał piękna krajobrazu. 

Nastał  czas  kwitnienia,  od  czeremchy  rosnącej  za  jego  plecami  unosił  się  aromat 

wprawiający go w stan bliski odurzenia. Randar trwał nieruchomo zgięty wpół, zapadnięty w 

sobie  jak  starzec.  W  czarnych  włosach  pojawiło  się  więcej  siwych  pasm,  kontrast  był  tak 

wielki jak w grzywie fiordynga, norweskiego konika. 

Oczy lśniły mu jak u dziecka, które lada moment wybuchnie płaczem. Ale dawno nie 

widziano, by Randar Meisterplass uronił choćby jedną łzę. 

Długi czas upłynął, odkąd odebrano mu Marię. 

Wkrótce miną dwa lata. 

Dni  łatwo  dawały  się  policzyć,  nie  potrzebował  ich  zaznaczać,  rzezając  kreski  w 

drewnie. 

Wystarczyło  obserwować,  jak  rośnie  mała  córeczka,  urodzona  zaledwie  na  kilka  dni 

przed tym, gdy przyszli po jej matkę. 

Mario, Mario... 

Jak  mogli  oderwać  cię  ode  mnie,  oskarżyć  o  straszne  czyny?  Potworny  spisek, 

demonstracja siły ze strony tego niezaspokojonego księdza z Lyster. 

Pożądał Marii. 

Gdy  go  odrzuciła,  wykorzystał  wszelkie  dostępne  mu  sposoby  i  powiązania,  by  jak 

pospolitej  ladacznicy  odebrać  dach  nad  głową  i  ziemię.  To  jednak  mu  nie  wystarczyło. 

Jeszcze raz pozbawił ją domu, rzucił do stóp inkwizytorom i sędziom. Czarownica, wiedźma. 

Randar  nie  bardzo  już  wiedział,  czy  winien  jest  wdzięczność  chorowitej  pastorowej, 

która  w  końcu  odważyła  się  zaprotestować  przeciwko  intrygom  swego  męża  i  uratowała 

Marię od śmierci na stosie. Świętej pamięci Cecilia odnalazła wreszcie spokój, oddając życie 

w połogu. 

Ale  ja  widać  żyję  dalej,  myślał  Randar  ze  zdziwieniem,  nie  odczuwając  przy  tym 

ż

adnej radości. Coraz częściej nachodziło go pragnienie, by zasnąć raz na zawsze i w długim 

ś

nie spotkać ukochaną. 

background image

Nie  miał  nawet  pewności,  czy  Maria  jeszcze  chodzi  po  tej  ziemi.  Jedyne,  czego  się 

dowiedział  po  długiej  zimie,  którą  spędziła  w  bergeńskiej  twierdzy,  to  że  zesłano  ją  na 

Północ.  Do  obozu  rybackiego,  gdzie  więziono  dziwki  i  złodziejki,  wyklęte  kobiety  z 

najgorszych  dzielnic  miasta,  i  podejrzane  o  zabójstwo,  których  winy  nie  udało  się  w  pełni 

udowodnić. 

Takie,  których  chciano  się  pozbyć  na  zawsze.  Z  rybackich  obozów  pracy  żadna  nie 

wracała  do  domu.  Randar,  kiedy  jeszcze  sprawował  funkcję  kata,  nie  raz  widział  kobiety 

wybuchające histerycznym płaczem na wieść, że  karę śmierci zamieniono im na zesłanie do 

obozu.  Po  stokroć  wolały  zamknięcie  w  domu  poprawczym,  a  nawet  w  zimnym  lochu 

twierdzy w Bergen czy w piwnicy zagrody lensmana. 

I w takie właśnie miejsce zesłano Marię. 

Nie mijał ani jeden wieczór, by Randar nie wpatrywał się w gwiazdy na niebie i stale 

zmieniający  się  księżyc.  Czy  mogły  mu  powiedzieć,  że  i  ona  w  tej  właśnie  chwili  ogląda  to 

samo? Czy jej oczy jaśniały dawnym żywym błękitem, czy też zgasły jak Gwiazda Polarna o 

ś

wicie? 

Jedyną  pociechą  było  mu  dziecko,  lecz  córeczka,  wystraszona  melancholią  ojca, 

uciekała  od  smutku.  Miała  wszak  Gjertrud,  wierną  Gjertrud.  Gjertrud,  która  potrafiła 

poświęcić cały dzień na przygotowanie posiłku, byle tylko sprawić Randarowi przyjemność. 

Biedaczka,  gotowa  się  zamęczyć.  I  tak  rzadko  mogła  w  podzięce  spodziewać  się  uśmiechu. 

Randar wiedział, jak bardzo jej na tym zależy. 

Zależało  jej  także  na  czymś  więcej,  lecz  była  zbyt  delikatna,  by  umizgać  się  do 

pogrążonego w żałobie mężczyzny. Wciąż pozostawał wszak mężem jej jedynej przyjaciółki. 

Gjertrud  zawdzięczała  Marii  życie,  miała  więc  zarzucać  sieci  na  jej  małżonka,  podczas  gdy 

Maria cierpiała w niewoli? 

Nie,  na  coś  podobnego  Gjertrud  nigdy  by  się  nie  poważyła.  Wystarczało  jej,  że 

zastąpiła Marię dziecku, zajmowała się nim z czułością, na jaką tylko może liczyć niemowlę. 

Czesała lśniące, czarne włoski, świadczące o udziale Randara w spłodzeniu tego malutkiego 

człowieka, odpowiadała  na mądre spojrzenie niebieskich oczu, jakie dorosłemu może posłać 

tylko noworodek. 

Randar  nazywał  córeczkę  po  prostu  Maryjką,  małą  Marją,  a  kiedy  nadszedł  dzień 

chrztu,  sam  zaniósł  dziecko  do  kościoła  i  na  chłodne  pytanie  pastora  odparł  mocnym, 

zdecydowanym tonem: 

Marja Meisterplass. 

W sierpniu miała skończyć dwa lata. 

background image

I nawet przez mgłę nie pamiętała matki. 

Randar  wieczorami  często  siadywał  na  kamieniu,  zapatrzony  w  szlak  wiodący 

ś

rodkiem fiordu. Niekiedy przed jego oczyma przesuwały się małe łodzie wiosłowe, wiozące 

do  Sogndalsfjaeren  ludzi  i  ładunek.  Zdarzało  się,  że  czasem  na  gładkich  wodach  zatoki  w 

czerwcowym  upale  kołysały  się  większe  statki.  Randar  szczerze  pragnął,  by  wreszcie 

wychynął zza cypla znajomy czarny fjerding. Ole - Miedziak, jego jedyny przyjaciel. Jedyny 

człowiek,  do  którego  mógł  się  zwrócić  w  owym  mrocznym  okresie,  kiedy  to  wiódł  życie 

wyklętego, nieczystego. Był katem. Ale ten czas już minął, i to także zawdzięczał Marii. Każ-

da  odrobina  szczęścia,  jakiej  zaznał  w  życiu  to  jej  zasługa.  Był  zaledwie  chłopaczkiem, 

podążającym  śladem  przybranego  ojca,  gdy  przybyła  do  nich  Liv  z  tłumoczkiem,  który 

nazywała Marią, przy piersi... 

Całe  życie,  uświadomił  sobie  zdumiony  Randar.  Całe  życie  powitań  i  rozstań, 

kolejnych powitań i kolejnych rozstań... Jakże mocno pragnął uwierzyć, że tamto pożegnanie 

nie było ostatnie! 

Fiordem płynął jakiś statek. 

Nie był to fjerding Olego, na pewno. 

Spory  statek,  miał  dobre  żagle,  lecz  przy  braku  wiatru  załoga  zmuszona  była  zasiąść 

do wioseł, dwóch albo nawet i trzech par! 

Nigdy wcześniej go nie widział. 

Ocknął  się,  zmrużył  oczy  od  słońca,  w  którego  blasku  wolno  posuwał  się  statek. 

Czerwony kadłub! A na szczytach masztów i krawędziach burty pięknie błyszczą złocenia! 

Wspaniała szkuta! 

Randar śledził jej kurs wzrokiem, nie mogąc się nadziwić, czego taki statek szuka nad 

fiordem.  Pora  wiosennego  targu  dawno  już  przecież  minęła,  wszyscy  teraz,  zajęci 

sianokosami,  pocili  się  na  polach.  Zagrody  prawie  całkiem  opustoszały  z  kobiet,  które 

przeniosły się na letnie pastwiska. 

Może statek wiezie gości na lato do któregoś ze szlacheckich rodów z wioski? A może 

to ten przeklęty pastor ma tak wspaniałych przyjaciół? 

Obserwował,  jak  szkuta,  zmagając  się  z  wodą,  zmienia  kurs.  Na  pokładzie  dostrzegł 

błysk metalu. Broń? Niemożliwe, po cóż by ktoś płynął fiordem z bronią? 

Z  zaskoczenia  dech  zaparło  mu  w  piersiach,  gdy  spostrzegł,  że  statek  bierze  kurs  na 

Meisterplassen.  Zagroda  leżała  wśród  usypisk  głazów  po  niewłaściwej  stronie  fiordu;  w 

pobliżu domostwa kata nie mieszkał nikt inny. 

background image

Najpewniej jakaś pomyłka. Miał ochotę wstać i pobiec na dół do Gjertrud i Sunnivy, 

zajmujących się pokrzywami, które ściął przed południem, lecz nogi nie chciały go usłuchać, 

tkwił na kamieniu jak sparaliżowany. 

Dziewczęta,  jak  się  zaraz  okazało,  same  dostrzegły  statek,  Sunniva  wołała  coś  do 

niego  jasnym,  mocnym  głosem.  Starsza  córka  Marii  stanowiła  zaskakującą  mieszankę 

skrytości i impulsywności. 

Randar  patrzył,  jak  załoga  spuszcza  na  wodę  lekką  łódź,  szkuta  znalazła  się  już  tak 

blisko,  że  mógł  policzyć  ludzi  na  pokładzie.  Czterech  stało  przy  burcie,  powoli  opuszczając 

szalupę  z  siedzącym  w  niej  człowiekiem,  ubranym  w  połyskliwy  niebieski  strój.  Złociste 

włosy  lśniły  w  blasku  słońca.  U  rękawów  miał  koronkowe  mankiety,  nosił  też  długie, 

błyszczące czarne buty. 

Ciało  Randara  ocknęło  się  do  życia,  ze  zdumiewającą  sprężystością  poderwał  się  na 

nogi i czym prędzej pospieszył do pomostu. Teraz nikt już nie wziąłby go za starca. Prawdę 

powiedziawszy, trzymał się znakomicie jak na swój piąty krzyżyk. 

- Randar Meisterplass? 

Mężczyzna w łodzi już kilka metrów od brzegu odłożył wiosła i uprzejmie się skłonił. 

- A kto pyta? I z jaką sprawą przybywacie, mój panie? 

- Jestem Adrian Muld i przywożę dla ciebie list. 

-  List? - Randar zadrżał; nigdy  w życiu nie otrzymał żadnego listu. Nie umiał też go 

przeczytać. 

Przybysz dopływał już do lądu i Randar wreszcie opamiętał się na tyle, by pomóc mu 

dobić do pomostu. Wyciągnął szorstką dłoń i popatrzył młodemu człowiekowi prosto w oczy. 

-  Przybywam  z  Północy  -  oznajmił  Muld  po  prostu  i  Randar  w  jednej  chwili  już 

wiedział,  kto  przysyła  list.  Serce  podskoczyło  mu  w  piersi,  musiał  z  całych  sił  wziąć  się  w 

garść, by nie okazać przemieszanej z bólem radości. 

- Od Marii - szepnął. 

Młodzieniec, przyglądający się uważnie jego twarzy, skinął głową. 

- Dziękuję... panie Muld... Czy... czyją spotkaliście? 

- Owszem, spotkałem. Przywożę wam jej najgorętsze pozdrowienia. Maria miewa się 

dobrze, lecz bardzo cierpi z powodu rozłąki z ukochanymi, których zostawiła w domu. 

Randar z trudem przełknął ślinę. Na usta cisnęło się tysiąc pytań, ale nie wiedział, od 

czego  zacząć.  Adrian  Muld  przez  ramię  zerknął  na  statek,  unoszący  się  nieruchomo  na 

gładkiej niebieskiej wodzie. 

background image

-  Proszę  nie  odchodzić...  Mam  nadzieję,  że  nie  odmówicie  łyka  piwa...  a  może 

skromnego poczęstunku... 

Randar  miał  nieprzepartą  ochotę  pogładzić  kształtne  dłonie  młodzieńca;  być  może 

dotykały Marii, może wciąż zostało na nich jej wspomnienie. 

Adrian skinął głową, z podziękowaniem przyjął zaproszenie. 

Randar nie bez wstydu zaprowadził go do swej skromnej chaty, chociaż w porównaniu 

z chałupą, w której sam tutaj wyrósł, mogła się ona wydawać prawdziwie pańskim dworem. 

Własnymi  rękoma  wyrzeźbił  piękne  meble  stojące  teraz  pod  ścianami  i  dekoracje  zdobiące 

futryny  przy  drzwiach.  Adrian  podziwiał  jego  kunszt,  chwalił  zgrabne  linie  i  motywy 

wyrzezane w drewnie. 

- Widzę, że jesteś utalentowanym człowiekiem. 

Nadzwyczajnie utalentowanym, prawdziwym geniuszem rylca... 

Wzrok Adriana padł na dłonie Randara, którym brakowało kilku palców. 

- Nieprawdopodobne! - dodał z uznaniem. 

Randar  przedstawił  Gjertrud,  starszą  córkę  Marii,  Sunnivę  Mogensdatter,  i  Maryjkę. 

Malutka śmiało zadarła głowę i wbiła oczy w obcego przybysza. 

- Ładny pan - stwierdziła i obróciwszy się na pięcie, uciekła. 

Zaraz  jednak  wróciła,  małe  paluszki  złapały  za  pochwę  szpady,  którą  Adrian  oparł  o 

krzesło. W złoconej skórze najlepszego gatunku błyszczały czerwone i zielone kamienie. 

- Daj Maji! 

Randar zawstydził się śmiałością dziecka, skinął na Gjertrud, by zabrała dziewczynkę. 

Ale Adrian wziął Maryjkę na kolana i zaczął czegoś szukać w kieszeniach. Wreszcie 

wyjął nieduże lustereczko oprawne w śliczną ramkę ze srebra. 

- To dla ciebie, maleńka. Za to, że jesteś tak podobna do swojej matki. 

Randar poczuł ukłucie w piersi. Co to ma znaczyć? 

Sunniva zacisnęła powieki. 

Adrian  zauważył  jej  reakcję  i  zaraz  odpiął  koronkowy  kołnierz,  który  nosił  pod 

dwurzędową kurtką. 

- A to pamiątka dla ciebie, panienko Sunnivo, jeśli wolno mi coś ofiarować. Musicie 

zrozumieć, winien jestem ogromną wdzięczność waszej matce... 

Usłyszeli wreszcie niezwykłą historię Adriana. O kobiecie, którą jeszcze jako chłopiec 

spotkał  daleko  na  Północy,  o  kobiecie,  którą,  pomimo  że  została  skazana  za  nieuczciwość  i 

kradzież,  pokochał  pierwszą,  gorącą  młodzieńczą  miłością.  Bardzo  krótko  cieszył  się  jej 

towarzystwem, bo statek prędko musiał opuście wybrzeże Norwegii. 

background image

-  Obiecałem  jednak,  że  wrócę,  gdy  czas  jej  kary  dobiegnie  końca.  Owszem, 

dochodziły  mnie  słuchy,  że  nikt  żywy  nie  opuszcza  takich  miejsc  jak  tamto,  musicie  jednak 

wiedzieć,  że  wprawdzie  bardzo  dokucza  im  tam  głód  i  zimno,  to  jednak  najsilniejsze  mogą 

przeżyć. A moja ukochana była silna... Cóż, mijały lata i pewnego dnia nadszedł czas, by po 

nią  pojechać.  Potraficie  sobie  pewnie  wyobrazić,  jak  wielki  smutek  mnie  ogarnął,  gdy 

dowiedziałem  się,  że  jej  już  nie  ma.  Nie  zniosła  rozstania,  trochę...  pomieszało  jej  się  w 

głowie. Tak w każdym razie mi mówiono. Spotkałem tam natomiast dwie niezwykłe kobiety. 

Jedną z nich była twoja  Maria... - Adrian uśmiechnął się do Randara. - Drugą była Kristina, 

moja  córka!  -  podjął  po  chwili,  a  jego  twarz  rozjaśniła  się  czułością.  -  Winien  jestem 

wdzięczność Marii za to, że mała przeżyła, i za to, że wśród tej nędzy i okropności na wyspie 

wyrosła na tak zrównoważone i normalne dziecko. Teraz chyba już rozumiecie...? 

Pokiwali  głowami,  uwierzyli  w  tę  nieprawdopodobną  historię,  rodem  jak  z  baśni.  Po 

cóż miałby przywozić im podarki i kłamać przy tym? 

Wreszcie  Adrian  wyciągnął  pożółkły,  ciasno  zrolowany  zwój  skóry,  solidnie 

obwiązany sznurkiem. 

- To dla ciebie, Randarze, dla was wszystkich. Sunniva bez wahania wyciągnęła rękę. 

Jedynie ona umiała dobrze czytać. 

Skjoervoer, koniec kwietnia 1689 

Moi najdrożsi, wytęsknieni! 

Ś

lę  Wam  ten  list,  pragnąc,  abyście  znaleźli  w  nim  pociechę  i  ukojenie.  W  każdej 

godzinie moje myśli są przy Was i wiem, że  Wy także musicie znosić troskę i niepokój o mój 

los, który dotknął nas wszystkich. Błagam, nie smućcie się zbyt mocno. Świadomość, że przeze 

mnie tak cierpicie, przyprawi mnie o jeszcze większy ból. Przez wzgląd na mnie opiekujcie się 

i radujcie sobą nawzajem, a ja przyrzekam, że będę o siebie dbać i wystrzegać się zła tak, jak 

tylko  to  możliwe  w  tym  miejscu.  Nie  będę  Was  oszukiwać,  nie  mam  Was  za  głupców,  którzy 

nie  potrafią  pojąć,  jak  trudne  mogą  być  moje  powszednie  dni.  Dotychczas  jednak  mojemu 

ż

yciu  nie  groziło  niebezpieczeństwo.  Rzadko  dokucza  mi  głód,  najgorsza  jest  ciemność  i  ta 

długa zima. Wiele kobiet nie jest w stanie jej przetrzymać, nie potrafią się troszczyć o własne 

zdrowie, często brakuje im nawet pary butów, chroniących przed mrozem... 

Sunniva  zrobiła  przerwę,  zwilżyła  usta.  Przestała  się  spieszyć,  starannie  odczytywała 

każde  słowo  z  długiej  opowieści  matki.  Pozostali  słuchali  w  milczeniu,  przed  ich  oczami 

rysował się samotny szkier. Przez głos Sunnivy przebijał głos Marii, w zadziwiający sposób 

przeniesiony do nich na zwojach papieru. 

background image

Randar nie śmiał płakać, bał się nawet drgnąć w obawie, że całe ciało w jednej chwili 

mu zwiotczeje. Strasznie było słuchać relacji Marii z jej życia na Północy, lecz jednocześnie 

rosła w nim radość, wiedział wszak, że Maria żyje i mimo wszystko dobrze się miewa. Tak, 

jego Maria jest silna! 

...nie mam nic więcej do opowiedzenia o moim Życiu tutaj i kończę tę część listu, śląc 

Wam ciepłe myśli. 

Jak widzicie, są tu jeszcze cztery inne listy, po jednym dla  każdego z  Was. Maleńkiej 

dajcie jej list w dniu, w którym pozna sztukę składania liter. 

Kochana Sunnivo, naucz jej siostrzyczkę. I wypełnij obietnicę, którą złożyłam Gjertrud 

A  ty,  Randarze...  przyłóż  swój  list  do  serca  i  noś  go  przy  tej  piersi,  do  której  tak  bardzo 

pragnęłabym przylgnąć. Pewnego dnia spotkasz kogoś, komu zaufasz na tyle, byś pozwolił mu 

odczytać  moje  słowa  przeznaczone  dla  Ciebie.  Wiem,  że  Adrian  jest  człowiekiem  godnym 

zaufania, lecz znam Cię na tyle, ukochany, by wiedzieć, jak trudne może być dla Ciebie odsło-

nięcie twarzy przed nieznajomym. 

Ż

yjcie  dobrze,  najmilsi,  i  niech  nie  opuszcza  Was  odwaga.  Nie  utraciłam  nadziei,  że 

spotkam Was jeszcze tu na ziemi, i co wieczór modlę się do Najświętszej Matki o tę łaskę. Wy 

również się módlcie, strzeżcie też miłości, kochajcie się nawzajem i bądźcie razem. Przekażcie 

moje  pozdrowienie  przyjaciołom  z  wioski,  Eyliffowi  lensmanowi  i  jego  domownikom  i 

wszystkim innym, którzy jeszcze dobrze o mnie myślą. 

Postaram się przesłać Wam więcej listów, lecz to może być trudne. Tak bardzo pragnę 

Was ujrzeć, usłyszeć Wasze głosy! Ponieważ jednak to niemożliwe, bardzo ucieszą mnie jakieś 

wieści. Wiem, że mogą upłynąć lata, zanim Adrian znów zawita w te okolice, lecz sądzę, że nie 

zapomni  o  swojej  Kristinie.  Prześlij  wraz  Z  nim  kilka  słów,  Sunnivo.  I  może  lok  włosów 

malutkiej...  A  ty,  Randarze,  może  miałbyś  coś  dla  mnie,  choćby  skrawek  koszuli,  w  której 

zdołam wyczuć Twoją bliskość? 

Od Gjertrud chciałabym dostać jedno z jej wspaniałych pszennych ciastek, ale wiem, 

ż

e przy tak dalekiej podróży to próżna prośba. Przyślij mi raczej woreczek pachnących ziół z 

Meisterplassen, abym mogła schować go w posłaniu i zasypiać wśród zapachu domu. 

Niech Bóg ma w opiece Was wszystkich! 

Do następnego spotkania, 

Maria. 

Przy swoim imieniu narysowała kwiatek pierwiosnka, kluczyki Maryi. 

Wszyscy płakali. 

background image

Adrian nie wziął im tego za złe, nie odwracając twarzy uspokajającym gestem gładził 

malutką  po  policzku.  Maryjka  jedyna  miała  suche  oczy,  ale  usta  jej  się  skrzywiły  na  widok 

smutku najbliższych. 

- Juś nie płaćcie! Gjeltlud, śmiej się, śmiej! Pats! - starała się ich rozbawić, przyniosła 

nawet lalkę i kazała jej skakać po kolanach opiekunki. 

Musieli  więc  otrzeć  łzy,  gdy  mała  zanuciła  wymyśloną  przez  siebie  piosenkę  i  na 

niepewnych nóżkach ruszyła w tany z lalką. 

- Promyk słońca - uśmiechnął się Adrian. Gjertrud potwierdziła to skinieniem głowy. 

Randar też chciał przyświadczyć, lecz on nie potrafił patrzeć na córeczkę, nie czując przy tym 

ukłucia  w  piersi.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  bez  malutkiej  tęsknota  za  Marią  byłaby  jeszcze 

trudniejsza do zniesienia, lecz nie dało się zaprzeczyć, że podobieństwo dziecka do jego matki 

wciąż na nowo rozdrapywało rany. 

Randar  wziął  do  ręki  dwa  arkusze  z  jego  imieniem,  rozpoznał  te  litery,  i  delikatnie 

końcami  palców  pogładził  czarny  atrament,  którym  palce  Marii  ułożyły  z  liter  jego  imię. 

Nigdy  goręcej  nie  pragnął  umieć  czytać.  W  duchu  poprzysiągł  sobie,  że  opanuje  tę  sztukę. 

Nigdy nie pozwoli nikomu obcemu dotknąć tych papierów, będzie je nosił na piersi, tak jak 

pisała Maria, do czasu aż sam będzie mógł je rozwinąć i poznać jej myśli. 

Sunniva  zaofiarowała  się,  że  przeczyta  mu  list,  lecz  on  uprzejmie  odmówił. 

Dziewczyna zabrała więc swoje kartki i gdzieś przepadła. Wieczorem zamierzała przeprawić 

się przez fiord, by następnego dnia stawić się w gospodarstwie lensmana. Służyła w Stedje od 

dwunastego  roku  życia.  Randar  przypuszczał,  że  podoba  jej  się  takie  życie  wśród  młodych 

dziewcząt na wielkim dworze. Tak, tak, nie brakowało tam i chłopców. A Sunniva wcześnie 

weszła w dorosłość, prędko dojrzała. 

Randar  ucieszył  się,  gdy  wraz  ze  zmierzchem  spokój  zapanował  nad  Meisterplassen. 

Wiosenne  wieczory  stawały  się  coraz  jaśniejsze,  teraz  nawet  w  środku  nocy  mógł  dostrzec 

zarys wiszących nad łóżkiem obrazów. Niebo wśród całej niebieskości miało też odcień różu. 

Lustro  wody  marszczyła  łagodna  bryza.  Czerwony  szkuner  dawno  już  zniknął  za 

cyplem  Ylvisaker.  Daleko  po  obu  stronach  fiordu  leżały  niewielkie  osady,  najbliżsi  sąsiedzi 

Meisterplassen. Dotarcie do nich inaczej niż wodą nie było możliwe. 

Noc. 

Cicha, gorąca. 

Jak wszystko, co ich łączyło... 

Znów otuliła go tęsknota, przez sen zrzucił lekką derkę. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Sunniva  z  każdym  ruchem  wioseł  zostawiała  Meisterplassen  coraz  dalej  za  sobą. 

Poranek był jasny i przejrzysty, powietrze świeże i czyste po nocnym lekkim deszczu. 

Z przyjemnością wręcz odjeżdżała od Randara i Gjertrud. Żałoba przesłaniała im oczy 

niczym bielmo, przypominając Sunnivie, gdy tylko ich widziała, o jej własnej tęsknocie. 

Dlatego tak rzadko ich odwiedzała. 

Meisterplassen nigdy nie stało się jej domem, jej gniazdo rodzinne było zupełnie gdzie 

indziej,  tam  gdzie  przeżyła  piękne  dni,  kiedy  jeszcze  żył  ojciec,  a  czas  upływał  wesoło  na 

zabawie i żartach. 

Ojciec. 

Kochany tatuś, umarł tak nagle. 

I ten późniejszy koszmar, kiedy nowy proboszcz oznajmił, że mama i ojciec nigdy nie 

zostali  sobie  naprawdę  poślubieni.  Wynikało  z  tego,  że  ona  sama  jest  bękartem,  tyle 

rozumiała. 

Odpowiadała  jej  służba  w  gospodarstwie  Stedje,  gdzie  rządził  lensman  Eyliff  i  jego 

ż

ona Hilda. Wiedziała, że to dobre miejsce. Nie wszyscy mieli takie szczęście do gospodarza 

jak dziewczyny na Stedje. W każdą niedzielę mogły pospać dłużej, nie brakowało jedzenia, a 

na  święta  Bożego  Narodzenia  dostawały  nowy  materiał  na  suknie.  Sypiały  w  łóżkach  z 

siennikami,  a  gdy  robiło  się  zimno,  gospodarz  nie  skąpił  opału  do  ogrzania  ich  komór.  A 

przecież wielu znajomych Sunnivy miało swe sypialnie na stryszkach w oborze albo po prostu 

w kącie sąsieka z sianem. 

No  i  zapłata  w  wysokości  trzech  albo  czterech  talarów.  To  więcej,  niż  bez  wstydu 

miałaby odwagę żądać. 

Najbardziej  lubiła  wieczory  spędzane  z  innymi  młodymi.  Życie  nie  rozpieszczało  jej 

przyjaźnią  i  towarzystwem  rówieśników.  Najpierw  była  wszak  córką  pastora,  której  inne 

dzieci  lękliwie  unikały.  Uważały,  że  nosi  za  ładne  sukienki,  i  z  niechęcią  patrzyły  na  jej 

zabawki.  Wygnana  z  domu  jak  dziecko  nędzarzy,  przybyła  na  Meisterplassen.  Prędko  zdała 

sobie sprawę, że Randar, przyjaciel mamy, jest wyklęty przez ludzi. 

Musiało  upłynąć  trochę  czasu,  lecz  w  końcu  zdołała  zaakceptować  fakt,  że  przed 

przybyciem mamy na plebanię byli kochankami. 

Randar  okazał  się  dobrym  człowiekiem,  i  pięknym  w  taki  niezwykły,  tajemniczy 

sposób.  Miał  silne  ciało  i  bardzo,  bardzo  ciemnoniebieskie  oczy  patrzące  spod  czarnej 

background image

grzywki.  Spokojny  i  opanowany,  unikał  zatargów  z  wystraszoną  dziewczynką.  Sunniva 

powoli, dzień po dniu odkrywała jego spokój, aż w końcu zaczęła się przy  nim czuć równie 

bezpiecznie jak kiedyś przy ojcu, łagodzącym pieszczotą jej smuteczki. 

Mama kochała Randara. 

Sunniva coraz lepiej pojmowała, na jaki los w rzeczywistości skazano jej matkę. 

Zesłano ją za karę na północne krańce kraju, bez możliwości powrotu. Nigdy nie ujrzy 

już Randara. Sunniva pozostanie sierotą, bez ojca i matki. Maryjka miała może trochę więcej 

szczęścia, przynajmniej ojciec był przy niej. Chyba że i on zapłacze się na śmierć... 

Sunniva poczuła leciutkie drżenie w głębi serca, lecz natura zabraniała jej dręczyć się 

tym, na co i tak nie dawało się znaleźć żadnej rady. 

Mamy nie było. 

Dość już nocy przepłakała z tego powodu, ale teraz, gdy tak niespodziewanie nadszedł 

list, uświadomiła sobie, że jej rany wcale się nie zagoiły. 

Straszna  była  świadomość,  że  mama  już  nigdy  nie  podejdzie  na  palcach,  żeby  lepiej 

otulić ją kocem, myśląc, że ona śpi. Lekki dotyk dłoni na czole, łaskoczące kosmyki włosów 

odsunięte z twarzy... To właśnie mama. 

Jestem  teraz  już  prawie  dorosła,  myślała  Sunniva,  dłonią  zasłaniając  oczy  przed 

blaskiem bijącym z nieba, żeby zobaczyć, czy nikt znajomy nie stoi na brzegu. Nie, są tylko 

ci, którzy zawsze się tam plączą, zapatrzeni w przepływające łodzie. Najubożsi znad brzegu, 

wdowy i starcy, dzieci o zdeformowanych stopach, ślepcy, wszelkiego rodzaju kaleki. 

Najnędzniejsi, ci, którzy nie mieli prawa spodziewać się jakiejkolwiek pomocy. 

Owszem,  rzucano  im  okruszyny  chleba  i  ochłapy  z  połowów.  Żyli  chlebem  z  kory 

drzew,  dziko  rosnącym  zbożem,  rybami,  które  sami  zdołali  złowić,  i  zupą  z  wodorostów. 

Zimą wielu z nich zamarzało na śmierć w nędznych lepiankach, w wilgotnym powietrzu nad 

samą wodą stale wybuchały nowe choroby. 

Sunniva starała się zanosić im jakieś smaczne kąski, czasami resztki z kuchni Stedje. 

Dzieci zawsze tłoczyły się wokół niej, wiedziały, że mogą liczyć na coś dobrego. Ogarniał ją 

wstyd, gdy usiłowały całować ją po rękach, pachnących zapewne mąką i masłem, a mimo to 

nie potrafiła się zdobyć na minięcie żebrzących dzieci z podniesioną głową. 

Przycumowała pożyczoną łódź i zabrała niewielki tobołek. Szybko pokonała odległość 

dzielącą  ją  od  Stedje,  kawałek  dobrą,  bitą  drogą,  a  później  ścieżką  na  skróty  przez  pola  i 

zagajnik. Ze Stedje roztaczał się widok na wioskę, rozłożoną w zaciszu doliny schodzącej do 

fiordu. W górze leżało wiele pięknych zagród, ale Sunniva nigdy nie zapuszczała się dalej niż 

do Eggja. I do Gurvin. 

background image

Tam mieszkał Bjornar. 

Cudowny  Bjornar,  który  kiedyś,  pewnego  wieczoru,  już  całe  wieki  temu,  wziął  ją  za 

rękę.  Bjornar,  który  w  ciepłe  noce  chętnie  przychodził  pod  dziewczęcy  stryszek  i 

wygwizdywał rozchichotanym pannom wesołe melodie. 

Niejedna  koleżanka  Sunnivy  miała  oko  na  chłopaka  z  Gurvin.  Liczył  sobie 

dwadzieścia lat, poruszał się lekko, sprężyście. Złociste loki tańczyły mu wokół głowy, ale po 

rysach  twarzy  łatwo  można  się  było  zorientować,  że  nie  jest  już  żółtodziobem.  Mężczyźni 

twierdzili, że to robotny, godny dziedzic gospodarstwa z tradycjami. 

Sunniva  była  pewna,  że  go  kocha.  Rozpaczliwie,  desperacko,  z  całego  serca.  On 

jednak widać tego nie rozumiał. Rozmawiał z nią wesoło, kiedy spotykali się po nabożeństwie 

w  kościele,  lecz  z  taką  samą  wesołością  witał  Anitę,  Kari  czy  Martę.  Nikt  nie  widział,  by 

zatańczył więcej niż trzy tańce z tą samą dziewczyną. Sunniva nie raz i nie dwa wykradała się 

z domu i drżąca obserwowała taneczną polanę, na której starsza młodzież bawiła się w kole 

albo parami wirowała w objęciach. 

W tym roku przyszła kolej na nią. 

Latem  kończyła  piętnaście  lat  i  miała  uczestniczyć  w  zabawach  dorosłych.  Przestała 

być dzieckiem! 

Szkoda, że nie ma mamy. Mama obiecywała, że na pierwsze tańce Sunniva dostanie tę 

piękną  sukienkę  z  lnianego  płótna.  Ozdobiłaby  ją  koralikami  i  koronkami,  poświęciłaby 

własne stroje, byle tylko córka ślicznie wyglądała na swej pierwszej świętojańskiej zabawie. 

Ale  mama  marzła  gdzieś  na  małej  rybackiej  wysepce  daleko  na  Północy,  a  Sunniva 

musiała  radzić  sobie  sama.  Randar  nie  miał  pojęcia  o  rozterkach  młodych  dziewcząt,  może 

uznałby, że Sunniva nie ma wstydu, skoro myśli teraz o zabawie i przyjemnościach. 

Gjertrud na pewno uważała tak samo. 

Cóż,  przyjdzie  jej  samej  razem  z  Kari  spędzać  wieczory  z  igłą  i  nitką,  by  jak 

najpiękniej  wyszykować  się  na  tańce.  We  dnie,  odkąd  gospodarzyły  we  dworze  tylko  we 

dwie,  i  tak  było  dość  roboty.  Inne  dziewczęta  wraz  z żywym  inwentarzem  przeniosły  się  na 

lato do letniej zagrody. 

Sunniva  wzięła  drewniaki  do  ręki  i  po  miękkiej,  młodej  trawie  przebiegła  ostatni 

kawałek  do  spichlerza.  Stał  na  skraju  podwórza  jako  jeden  z  wielu  solidnych  budynków  z 

drewnianych  bali  wśród  nowszych  zabudowań  z  pionowych  desek.  Stedje  było  wielkim, 

pięknym  gospodarstwem  z  dwoma  podwórzami,  które  zespalał  główny  budynek  z  ga-

leryjkami. Tu właśnie na parterze zbierał się lokalny wiejski ting, tu odbywały się posiedzenia 

background image

sądu,  wyprawiano  też  wesela,  a  nawet  stypy,  kiedy  ktoś  chciał  się  postawić,  a  sam  nie  miał 

dostatecznie dużo miejsca. 

W  gospodarstwie  zawsze  panował  ruch,  mieszkało  tu  wszak  trzydzieścioro  dwoje 

ludzi, a podlegali mu dzierżawcy i chałupnicy z połowy dystryktu. 

Sunnivę  przeniknął  dreszcz,  kiedy  weszła  do  sieni,  chłodnej  w  porównaniu  z 

pierwszymi prawdziwie gorącymi promieniami słońca, pieszczącymi skórę. Prędko przebrała 

się w grubą roboczą spódnicę i naciągnęła przez głowę skórzany fartuch. Będą dziś farbować 

wełnę, motki zawisną do wyschnięcia na drzewach przy rzece niczym rozradowane kolorami 

proporce: należało się z tym uporać przed sianokosami. 

Sunniva  nasmarowała  ręce  baranim  tłuszczem,  żeby  żrący  niebieski  barwnik  nie 

wgryzł się w skórę. Nie byłoby wcale zabawnie, gdyby przyszła na tańce z sinymi rękami! 

Gdy dotarła nad rzekę, poranek przeszedł już w dzień. Kari zdążyła rozpalić ognisko, 

a  wełna  w  wielkich  stosach  czekała,  aż  ubarwi  ją  brzoza,  gałązki  czarnych  jagód  i  czarny 

proszek,  który  pomimo  nieprzyjemnego  zapachu  dawał  głęboki  niebieski  kolor.  Farbowane 

nim tkaniny stawały się jeszcze mocniejsze. 

- Witaj, Sunnivo! Spóźniłaś się. Chciałaś mnie zostawić samą z tą ciężką wełną? 

-  Och,  nie  żartuj,  wyprawiłam  się  skoro  świt.  Ale  opornie  mi  się  wiosłowało,  wiatr 

przez cały czas wiał mi w twarz. 

- Aha, byłaś wczoraj w domu. Jak się tam miewają? 

Sunniva westchnęła, przysiadła na kępie trawy i splotła dłonie na podołku. Nie miała 

ochoty  zabierać  się  do  mozolnej  pracy,  troski  leżące  na  sercu  ciążyły  widać  także  rękom  i 

nogom. 

- Opowiadaj. Widzę, że coś się stało. Coś złego? 

- Nie, zwyczajnie. Ale trochę jestem smutna. Dostałam wczoraj list... od mamy. 

- Och.... 

Sunniva  spostrzegła,  że  Kari  szerzej  otwiera  oczy.  Przyjaciółka  nieraz  prosiła,  by 

opowiedzieć  jej  o  Marii,  owej  niezwykłej  kobiecie,  którą  Sunniva  miała  szczęście  mieć  za 

matkę. Niektórzy wciąż nazywali ją czarownicą, pastor twierdził, że to kusicielka, a lensman 

wspominał ją jako przeklęcie urodziwą kobietę. 

Matka Sunnivy, uwięziona teraz gdzieś na Północy, na pewno była osobą niezwykłą. 

Sunniva  niechętnie  opowiadała  o  liście  matki,  o  tęsknocie,  o  braku  nadziei  i 

bezradności. 

Kari zrozumiała, starannie dobierała słowa odpowiedzi. 

background image

- Pojmuję, że musisz za nią bardzo tęsknić. To straszne tak nie mieć żadnej rodziny... 

bo twoja mała siostrzyczka nie potrafi chyba na razie dać żadnej dobrej rady? 

Sunniva uśmiechnęła się, lubiła tego pulchnego, ciemnowłosego dzieciaka. 

- Nie ma chyba dwóch sióstr bardziej niepodobnych do siebie niż my - powiedziała. - 

Maryjka  ma  taką  ciemną  cerę,  jest  taka  drobniutka,  ale  swoim  gniewem  potrafi  przepędzić 

samego  diabla  gdzie  pieprz  rośnie.  A  ja...  Podobna  jestem  do  wielkiej,  cielnej  krowy, 

brunatna sierść, grube kości i wielkie, mokre oczy... 

-  Przestań!  Za  surowo  się  oceniasz.  Nie  przeglądasz  się  w  lusterku?  Masz  śliczne 

brązowe włosy, chłopców aż skręca, żeby cię po nich pogłaskać. Jesteś wysoka, trzymasz się 

prosto, masz silne ręce i nogi. A twoje oczy... Takie piękne jak u eleganckiej damy, z długimi, 

ciemnymi rzęsami! 

Sunniva prychnęła gniewnie: 

- Mam zapadnięte policzki, a stopy wielkie jak u mężczyzny. 

-  Masz  jeszcze  inne  części  ciała  niezwykłej  wielkości,  dlatego  wątpię,  żeby  jakiś 

mężczyzna  patrzył  akurat  na  twoje  stopy  -  roześmiała  się  Kari  i  rzuciła  garść  zgniecionej 

trawy na piersi Sunnivy. 

Teraz śmiały się już obie i z chichotem przekomarzały się dalej. Sunniva poczuła, że 

łatwiej się jej oddycha. 

Jak cudownie mieć przyjaciółkę! 

Gdy  przygnębiona  wracała  z  Meisterplassen,  nikt  nie  potrafił  jej  rozweselić  tak  jak 

Kari. 

Sunniva rozwiesiła ostatnie żółtozielone motki i przelała zabarwioną wodę do beczki. 

Zamierzały wykorzystać ją jeszcze raz, wszystko należało oszczędzać. 

Kari  uprzątnęła  kadzie,  tarę  i  pięć  opróżnionych  z  wełny  koszy.  Pora  była  późna, 

dziewczęta  po  słońcu  poznały,  że  zbliża  się  czas  posiłku,  na  który  z  pewnością  już  czekali 

kosiarze ciężko pracujący na polach. 

Prędko przeszły ścieżką do dworu, odłożyły sprzęty na progu „domu ognia”. 

Potem  zmyły  z  siebie  barwniki  i  tłuszcz  i  przebrały  w  fartuchy  używane  do  pracy  w 

domu. 

Nad  ogniem  wisiał  już  kociołek  pełen  wody,  jego  napełnianie  należało  do 

obowiązków  najmłodszej  ze  służących.  Kari  wyjęła  faskę  ze  zmieloną  w  domu  mąką  i 

roztarłszy  jej  porcję  z  zimną  wodą,  wlała  mieszaninę  do  parującego  garnka.  Dolała  jeszcze 

dzbanek  wczorajszego  wywaru  z  mięsa  i  dodatkowo  posoliła,  jak  należało  w  porze  letnich 

upałów.  Sunniva  do  smaku  posypała  owsiankę  strużynkami  przyniesionego  ze  spiżarni 

background image

suszonego  mięsa.  Krowy  cielące  się  jesienią  od  dawna  już  nie  dawały  mleka,  do  posiłku 

popijano więc kwas. W stojącej pod podłogą kuchni beczce, do której zlewano resztki mleka, 

wytwarzała się kwaskowata, żółtawa masa. Po odciśnięciu wyrabiano z niej specjalny rodzaj 

sera, zwany po prostu „starym”, zaś niebieskawy płyn, zwany kwasem, letnią porą zaspokajał 

pragnienie małych i dużych. 

Kosiarze  zasiedli  wokół  stołu,  Kari  i  Sunniva  kręciły  się  jak  frygi,  dbając,  żeby 

każdemu dostało się to, co mu się należy. Potem czekało je zmywanie i  zamiatanie, dopiero 

gdy się z tym uporały, same mogły coś przegryźć. Lubiły wziąć trochę chleba, a czasami i kil-

ka kawałeczków suszonego mięsa i iść nad rzekę. Miały tam swój zielony domek, osłonięty i 

przyjemny. W najgorętsze letnie dni chętnie gromadziła się tu młodzież, lecz w tym roku nikt 

najwyraźniej nie przypomniał sobie o tej cudownej chłodnej polanie. 

Miło było jeść wieczerzę w zacisznym zakątku. 

Dziewczęta beztrosko rzucały kuleczki z chleba do wody, obserwując, jak małe rybki 

z zapałem skubią ludzką strawę. 

Były zmęczone po całym dniu pracy, nieskore do żartów i wielkich czynów. 

Kari wyciągnęła się na trawie i roztarła obolałe  mięśnie ramion.  Była troszkę starsza 

od  Sunnivy,  miała  długie  brązowe  włosy,  które  teraz,  kiedy  rozpuściła  koronę  z  warkoczy, 

wiły się jej aż do pasa. 

- Ciekawe, kto przyjdzie na tańce w wieczór świętojański - westchnęła. 

- Nie pytałaś go? - zainteresowała się Sunniva z błyskiem w oku. 

- Myślę, że się zjawi. Ale pomyśl tylko, co będzie, jak przyprowadzi inną albo... 

-  Powinnaś  go  spytać.  Przecież  mimo  wszystko  wystawał  tej  wiosny  pod  twoim 

oknem co najmniej trzy razy. Dziwne byłoby, gdyby nie miał szczególnych zamiarów. 

Kari zmarszczyła nos, zastanowiła się. 

-  Hmmm,  nie  wiem.  On  jest  dziwny.  To  prawi  mi  piękne  słówka  i  stroszy  pióra  jak 

kogut, to znów następnym razem, kiedy się spotykamy, ledwie na mnie spojrzy... 

- Wszyscy są tacy sami. Nie wiadomo, co myśleć - pokiwała głową Sunniva i sięgnęła 

po ostatni kawałek chleba. 

- No a ty? Co z Bjornarem? 

- Nie wiem. Wiem tylko, że jeśli przyjdzie na tańce z inną... Umrę! 

- Eee, pleciesz... 

-  Na  pewno!  Boli  mnie  tu,  w  środku,  na  samą  myśl,  że  mógłby  być  z  inną.  Na 

przykład z tą suką Anitą. Ona się go czepia jak rzep owczej sierści! 

- Anita jest piękna... 

background image

Sunniva prychnęła, ale nie zaprzeczyła. 

Anita  rzeczywiście  była  piękna.  Miała  rude  włosy,  jasną  cerę  i  drobniutkie  piegi, 

którym  mężczyźni  najwyraźniej  nie  potrafili  się  oprzeć.  Piwne  oczy  błyszczały,  a  usta 

zdawały się w każdej chwili gotowe do pocałunku. 

-  Anita  jest  głupia  -  oświadczyła  Sunniva.  -  Każde  najprostsze  zadanie  trzeba  jej 

wyjaśniać co najmniej tuzin razy. 

- Ich to wcale nie obchodzi. Wydaje mi się wręcz, że chłopcy uważają to za zaletę. Nie 

ryzykują, że przejrzy ich myśli. 

-  Pewnie  masz  rację.  Pamiętam,  jak  Thomas  się  rozgniewał,  kiedy  w  zeszłym  roku 

odpowiedziałam za niego, gdy nas przepytywano przed konfirmacją. 

Dziewczęta  przysunęły  się  do  siebie,  wieczór  z  wolna  przechodził  w  noc,  ale  nie 

tęskniły  za  rozgrzanym  sypialnym  stryszkiem,  gdzie  na  pewno  już  chrapały  dwie  inne 

dziewczyny.  Najstarsza  ze  służących,  odpowiedzialna  za  służbę,  godziła  się  na  to,  że  dwie 

przyjaciółki od czasu do czasu razem gdzieś przepadały. 

Ale Kari zaczęła już ziewać, ułożyła się wygodniej na trawie. Ptaki ucichły. 

Nawet  rzeka  zdawała  się  płynąć  spokojniej.  Liście  drzew  drżały,  na  niebie  pojawiły 

się blade gwiazdy. 

- Śpiąca jestem - mruknęła Kari. 

-  Ja  nie  -  odpowiedziała  Sunniva.  -  Tyle  mi  się  kręci  po  głowie...  list  mamy... 

Bjornar... wszystko. 

- Musisz już spać. Jutro mamy przewracać siano! 

- Wiem, ale posiedźmy tu jeszcze chwilę! 

- Dobrze. Zapadła cisza. 

Taka  cisza,  że  Sunniva  usłyszała,  jak  w  zagajniku  nad  rzeką  trzaskają  gałązki  pod 

czyimiś  stopami.  Wpatrzyła  się  w  mrok,  spodziewała  się  ujrzeć  sowę  albo  może  lisa. 

Niedźwiedź raczej nie podchodził tak blisko ludzi. 

To musi być człowiek. 

Młody, zwinny człowiek. 

W letnim mroku błysnęły jasne włosy. 

-  Bjornar  -  wargi  dziewczyny  ułożyły  się  do  wymówienia  dźwięków,  lecz  słowa 

uwięzły jej w gardle. 

Szturchnęła na wpół uśpioną Kari. 

- To Bjornar Gurvin. Chyba nas podgląda - szepnęła cicho. 

- Naprawdę? To bardzo emocjonujące. Chcesz, żebym poszła? 

background image

- Nie! Tak! Nie, zostań. Boję się... 

- Czego? Niewiele będziesz miała okazji, żeby porozmawiać z nim sam na sam! I na 

pewno nie zaciągnie cię do lasu i nie zhańbi, nie ośmieli się! 

- Bjornar... nigdy by... 

- No to czego się boisz? 

Sunnivę  ogarnęła  lekka  irytacja,  rozgniewało  ją  przede  wszystkim  jej  własne 

podniecone serce. 

-  Dobrze,  pokażę  ci,  że  się  nie  boję.  Idź  do  domu!  Kari,  śmiejąc  się  pod  nosem, 

odeszła. 

Bjornar stał oparty o drzewo na niedużym wale ziemnym, schodzącym nieco dalej do 

rzeki. 

Podniósł rękę na powitanie. Sunniva pomachała mu niepewnie. 

Ruszył w jej stronę! 

Na miłość boską, podchodził do niej! 

Przestała oddychać, serce tłukło się w piersi niczym przerażony ptak w klatce. 

Zobaczyła,  jak  chłopak  zwinnie  wbiega  na  gładką  skałę,  stopy  bez  trudu  znalazły 

oparcie na śliskim podłożu. 

Loki tańczyły mu nad uszami, kiedy kroczył ku niej sprężyście jak leśny bożek. 

Sunniva  chłonęła  widok  silnego  ciała.  Bjornar  ubrany  był  tylko  w  koszulę  bez 

rękawów  i  brunatne  robocze  spodnie,  ale  na  nogach  miał  lekkie  skórzane  trzewiki,  co 

odróżniało go od zwyczajnych synów chałupników. 

- Witaj, Sunnivo. Właśnie myślałem, że to ty. 

- Witaj, Bjornarze. 

Ż

adne nie wiedziało, jak dalej poprowadzić tę rozmowę. 

Chłopak wsunął ręce za pasek spodni i uderzając nogą w kępę trawy, zaczął gwizdać 

jak ptak, który jeszcze nie zasnął. 

Sunniva stała nieruchomo, ciesząc się, że ma w rękach koszyk. Ściskała go kurczowo, 

jak gdyby się go przytrzymywała, jakby był jedynym stałym punktem w świecie żeglującym 

przed jej oczyma. 

Sama w lesie z Bjornarem! 

Czy  nie  o  takiej  właśnie  chwili  śniła?  Szkoda,  że  nie  poświęciła  czasu  na  zmianę 

sukienki. Szkoda, że nie przeczesała włosów i nie wplotła w nie ślicznej, kolorowej wstążki! 

Był  jednak  przecież  całkiem  zwyczajny  wieczór,  jutro  wszyscy  musieli  wcześnie 

wstać, czekał wszak kolejny dzień pracy. 

background image

- Posłuchaj, Sunnivo... Często przychodzisz tu wieczorami? 

- Nie... od czasu do czasu. 

Tak  więc  i  ten  temat  rozmowy  się  wyczerpał.  Bjornar  jeszcze  raz  zdobył  się  na 

odwagę. 

- Widziałem cię... was... kilka razy. 

Sunniva  popatrzyła  na  niego  przerażona.  Czyżby  z  ukrycia  podsłuchiwał,  jak 

rozmawiają  o  najbardziej  intymnych  sprawach?  A  jeśli  słyszał,  jak  bardzo  jest  zakochana? 

Och, nie! 

Ale Bjornar więcej do tego nie wracał, przysiadł na ziemi z wyciągniętymi nogami. 

Podniósł  głowę  i  popatrzył  na  dziewczynę,  wciąż  stała  jak  skamieniała,  ściskając  w 

rękach koszyk. 

-  Nie  możesz  na  chwilę  usiąść,  Sunnivo,  tak  żebyśmy  mogli  porozmawiać?  -  spytał 

cicho. 

- Dlaczego, Bjornarze Gurvin? Zaryzykowała w nadziei na miłą sercu odpowiedź i nie 

przeliczyła się. 

-  Chciałbym  cię  lepiej  poznać.  Ty...  dorosłaś.  Wciąż  cię  pamiętam  jako  wysoką,  ale 

małą  dziewczynkę,  kiedy  przybyłaś  na  Stedje.  Już  wtedy  wydawałaś  się  w  pewnym  sensie 

dorosła. Ale teraz... zniknęła gdzieś ta twoja dziecinność, którą dostrzegałem wówczas. 

-  Widzę,  że  bacznie  mnie  obserwujesz  -  odparła  już  zdecydowanie  śmielej. 

Przekrzywiła głowę, odważyła się nawet uśmiechnąć z lekką drwiną. W odpowiedzi błysnęły 

w uśmiechu białe zęby chłopaka. Złapał ją za rękę, łagodnie pociągnął na trawę. 

Ziemia trochę już wystygła, Sunniva wyczuwała ciałem każde chyba źdźbło. 

Powietrze jednak nadal było gorące, a Bjornar zdawał się płonąć żywym ogniem przy 

jej boku. Czuła, że powoli również jej ciało staje w płomieniach. 

Nie  dotykali  się,'  Sunniva  odgrodziła  się  koszykiem,  ale  Bjornar  nie  wypuszczał  z 

uścisku jej ręki, a ona nie miała ochoty jej wyszarpywać. 

Nie  mogła  się  zdobyć  na  podniesienie  oczu.  Zapatrzyła  się  w  rzekę,  obmywającą 

przybrzeżne kamienie leniwie, niczym z pieszczotą... 

Zaczął ją gładzić po wnętrzu dłoni. 

Ach, Boże! 

Jakby tysiąc piórek łaskotało delikatną skórę. 

Krew jeszcze szybciej zaczęła krążyć w żyłach. 

- Jesteś niezwykłą osobą, Sunnivo. 

background image

Ton  jego  głosu  jednoznacznie  dawał  do  zrozumienia,  że  owo  zdanie  jest 

najpiękniejszym komplementem na świecie. 

- Ty także, Bjornarze. Dla mnie. 

Skąd, na miłość boską, znalazła w sobie tyle śmiałości, żeby to powiedzieć? 

Chłopak uśmiechnął się, teraz musiała już spojrzeć mu w oczy. 

Ś

wiat  się  zatrzymał.  Sunniva  na  moment  przypomniała  sobie  wrażenie,  jakiego 

doznała kiedyś skacząc z belki w stodole na wyschnięte siano. 

Uwielbiała  rzucać  się  z  wysoka,  czuć,  jak  ciało  unosi  się  w  powietrzu  i  ląduje  na 

miękkim, pachnącym sianie. 

Teraz było tak samo! 

A więc to znaczy być zakochanym! 

Znów  stała  na  belce  pod  dachem,  ciało  przenikał  dreszcz  napięcia,  w  każdej  chwili 

mogła skoczyć. 

Bjornar pochylił się, odszukał jej drugą rękę. 

Boże, już prawie spada! 

Tak daleko do ziemi! 

Szepnął coś, zabrzmiało to jak najpiękniejsze słowa ze snu. 

Zaparło jej dech w piersiach, spadała, coraz niżej i niżej... 

Miękkie wargi, gorący oddech na twarzy. 

Niżej i niżej... 

Przechyliła się w jego stronę, pragnęła wtulić się w to silne, rozpalone ciało chłopaka. 

Mocne ramiona objęły ją, zgniotły niemal koszyk, który ich rozdzielał. 

Wylądowała  na  trawie,  miękkiej  trawie,  nie  pachnącej  jednak  jak  zwykle  starym 

ciepłem słońca, lecz zielonej, świeżej i nieco wilgotnej. 

On ułożył się przy niej, jedną rękę wsunął jej pod głowę. Warkocz się rozplótł, włosy 

otoczyły głowę dziewczyny jak nie uprzedzony len. 

Zapatrzyła  się  w  te  niebieskie  oczy,  pociemniałe  teraz  i  lśniące  blaskiem,  jakiego 

nigdy chyba jeszcze nie widziała. 

Bjornar oddychał szybko, tak szybko jak ona. 

Pierś przy piersi, w tym samym rytmie, w żadnym z ciał nie ośmielił się drgnąć żaden 

mięsień. 

Sunniva  poczuła  w  sercu  ukłucie  strachu,  zdawała  sobie  sprawę,  że  to  niebezpieczna 

zabawa. 

Co on sobie o niej pomyśli! 

background image

Jednym ruchem wyrwała się z jego objęć, usiadła zmieszana. 

- Boję się - wyznała, zaskakując go swoją szczerością. 

- Boisz się? Mnie? 

- Tak. Że ty... że my... Uśmiechnął się szeroko, zrozumiał. 

-  Nie  bój  się,  Sunnivo.  Nigdy  bym  cię  nie  skrzywdził.  Przeciwnie...  na  pewno 

zauważyłaś,  że  od  dawna  ci  się  przyglądam.  Że  chciałem  być  z  tobą  sam,  powiedzieć  ci... 

pocałować cię. 

Ostatnie słowa wymówił szeptem. 

- Pewien jesteś, że nie chciałbyś się tak samo bawić z inną dziewczyną? 

-  Tak.  Owszem,  mogę  się  bawić,  i  nieraz  się  bawiłem.  Ale  musisz  mi  uwierzyć,  że 

nawet  kiedy  byłem  z innymi,  zawsze  rozglądałem  się  za  tobą.  Odkąd  przybyłaś  do  wioski... 

Myślę, że jesteś tak samo niezwykła jak twoja matka... 

Sunnivę zmroziły te słowa. 

Mamy  nie  należy  w  to  mieszać.  Może  i  nie  była  czarownicą,  lecz  nawet 

niedoświadczona młoda panienka bez trudu mogła zauważyć, jaki urok rzucała na mężczyzn. 

I przecież ona jest niepodobna do mamy tak jak to tylko możliwe! 

- Ani trochę nie przypominam mamy! 

- Ależ tak. Jesteś śmiała i uczciwa, nie bardzo też się przejmujesz tym, co inni o tobie 

pomyślą. Ty żyjesz naprawdę, Sunnivo! Myślę, że chociaż służysz u ludzi, lepiej wiesz, co to 

wolność, niż ja, pierworodny syn i dziedzic gospodarstwa! 

Może  miał  i  rację.  Sunniva  dotychczas  mało  się  nad  tym  zastanawiała,  ale  prawdą 

było,  że  niezbyt  się  przejmowała  rozmaitymi  zasadami  i  nakazami.  Chętnie  robiła  różne 

rzeczy w sposób odmienny od przyjętego, wypróbowywała nowe sposoby. Zadawała pytania, 

lecz po cichu. 

-  Dziwne  -  powiedziała  zamyślona.  -  To  bardzo  dziwne,  Bjornarze,  ale  pierwszy 

naprowadziłeś mnie na myśl, że chyba mimo wszystko mam coś wspólnego z mamą. Do tej 

pory uważałam się za jej przeciwieństwo. 

-  To  nieprawda.  Może  niewiele  przypominasz  ją  wyglądem,  lecz  jesteś  naprawdę 

szczególną  osobą.  Tak  jak  ona.  Sadzę  też,  że  jesteś  mądrzejsza...  Nie  okazujesz  wszystkich 

swoich uczuć, nie opierasz się, gdy wiesz, że i tak przegrasz. 

Sunniva szeroko otworzyła oczy. 

Jak, na miłość boską, mógł powiedzieć coś takiego, skąd wzięły się u niego takie jasne 

myśli, jak to możliwe, że umiał, ot tak, po prostu, ująć w kilku słowach  to, co ona sama od 

dawna tylko przeczuwała? 

background image

Przecież było właśnie tak, jak mówił. 

-  Wydaje  mi  się,  że  znasz  mnie  lepiej  niż  ja  sama,  Bjornarze.  Czyżbyś  był 

jasnowidzem? 

-  Nie  -  odparł.  -  Po  prostu  się  zakochałem.  Kiedy  znów  ją  pocałował,  Sunniva 

zadrżała, bliska rozkoszy. Nie wiedziała, co ma robić, gdzie podziać ręce. Odnalazły wreszcie 

spokój na jego karku, z wahaniem dotykały jedwabistych włosów. 

Wargi  miał  gorące  i  miękkie,  przymknęła  oczy  i  poczuła  je  w  tysiącu  miejsc  na 

twarzy.  Obudziły  się  w  niej  nowe  uczucia  i  uświadomiła  sobie,  że  ktoś  wkrótce  powinien 

przerwać tę zabawę. 

Jeszcze tylko trochę, jeszcze kilka lekkich muśnięć... 

Powędrowała dłońmi po silnych plecach, pod grubym płótnem koszuli wyczuła młode, 

twarde  mięśnie.  Pachniał  tak  pięknie,  gorącem,  niemal  oszałamiająco.  Słodko  i  słono 

zarazem, pełnią życia. 

Chłonęła ten zapach, postanowiła zatrzymać go przy sobie, kiedy Bjornara nie będzie 

już tak blisko. 

Usłyszała swe własne westchnienie i poczuła, jak on na nie reaguje. 

Był tak samo rozpalony jak ona. Wiedziała, że boi się mocniej ją przytulić. 

Lecz ich usta nie straciły kontaktu, nie przestawał całować jej po twarzy, szyi, z coraz 

większym zapamiętaniem, z coraz mniejszą ostrożnością. 

A ona niczego już przed nim nie ukrywała, chociaż drżała na myśl, że widzi ją tak bez 

maski. O jeszcze większe drżenie przyprawiała ją świadomość, że w swej zabawie posuwają 

się za daleko. 

To on nagle się poderwał. 

- Jesteś taka... 

Sunniva  z  trudem  przełknęła  ślinę,  zawstydziła  się,  bo  przecież  to  ona  powinna 

pierwsza  się  wycofać.  On  zdawał  się  rozumieć  jej  zmieszanie,  delikatnie  pogładził  ją  po 

włosach. Rozprężyła się, nie miała ochoty wstawać z trawy. Czyż nie powiedział, że podoba 

mu się jej szczerość? 

Nie  chciała  udawać,  grać  w  tę  grę,  o  której  tyle  razy  opowiadały  przyjaciółki. 

Droczyły się, przewracały oczami, wycofywały się, udawały urażone, kiedy chłopak wreszcie 

zebrał się na odwagę i chciał odpowiedzieć na zalotne sygnały dziewczyny. 

To chyba nie jest konieczne? 

- Jesteś taka... Wydaje mi się, że naprawdę mnie lubisz. 

- Lubię cię, Bjornarze. Od dawna. Zadrżała z zimna, płomienie w ciele dogasały. 

background image

- Powinnam chyba iść, już późno. 

- To prawda, ale musimy znów się spotkać. Tutaj? 

- Nie, tu nie. Ja... Może pójdziemy w sobotę na spacer? 

Pokręcił głową. 

-  W  sobotę  jadę  z  ojcem  do  Kaupanger  po  konia.  Wrócimy  nie  wcześniej  niż  na 

Ś

więtego Jana. 

Sunniva wstrzymała oddech, czekała. 

- Chodźmy razem na sobótkowe tańce w wieczór świętojański - usłyszała wreszcie, a 

ptaszek w jej piersi zaświergotał z radości. 

- Chętnie. 

- Będziesz tu na mnie czekać? 

- Tak. 

Ucałował  ją  leciutko  na  pożegnanie.  Kiedy  biegła  do  domu  wśród  niskich  drzew, 

wciąż miała na ustach smak miłości. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Noce  Sunnivy  były  pełne  snów.  Budziła  się  drżąca,  ogarnięta  poczuciem  szczęścia, 

przyprawiającym  ją  niemal  o  wyrzuty  sumienia.  Bjornar,  Bjornar,  śpiewała  jej  dusza.  W 

zagłębieniu łokcia wypisała jego imię i narysowała wielkie serce. Niezależnie od tego, czym 

się zajmowała, i tak przez cały czas miała przed oczami jego twarz; nawet kiedy zmagała się z 

ciężkimi  grabiami  do  przewracania  siana,  ciało  zdawało  się  lekkie  i  sprężyste  jak  nigdy 

przedtem. Stopy jakby wcale nie dotykały ziemi. 

Kari  śmiała  się  z  niej,  twierdziła,  że  oczy  jej  błyszczą  jak  u  kota,  na  którego  nocą 

padnie światło pochodni. 

Kari  drażniła  się  z  nią  i  żartowała,  lecz  z  jej  prześmiewek  przebijała  szczera  radość. 

Sunniva wiedziała, że przyjaciółka cieszy się z jej szczęścia. 

Wieczorami  na  panieńskim  stryszku  omawiano  Bjornara  na  wszystkie  strony, 

dziewczęta bez końca zadawały pytania, chciały znać wszystkie szczegóły spotkania w lesie. 

Sunniva rumieniła się i wykręcała, nie miała ochoty opowiadać o przeżyciu, które uważała za 

takie piękne. Nie chciała, by zbrukały je nieubłagane języki towarzyszek. Dziewczęta trochę 

się z niej podśmiewały. A może śmiechem pokrywały własne zawstydzenie? Same wszak do-

brze wiedziały, jak to jest... 

W żartach nie brała udziału jedynie Anita. 

Zawsze stała z boku, nie była jedną z nich. 

Rudowłosa Anita wywodziła się z pańskiego rodu. 

Należała  do  innego  świata  jeszcze  przed  paroma  laty,  kiedy  to  jej  ojciec  został 

zatrzymany  przez  ludzi  lensmana  i  postawiony  przed  sądem  za  oszustwo.  Zajmował  się 

zbieraniem  zaległych  podatków  na  rzecz  Kościoła  i  oskarżono  go  o  przywłaszczenie  sobie 

wielkich sum. Zamożnej rodzinie ziemia usunęła się spod stóp, a dwie najmłodsze córki mu-

siały zamienić swoje śliczne alkierze na stryszek dla służby w sąsiedniej wiosce. 

Anita nie kryła rozgoryczenia. 

Wśród  córek  chałupników  i  dzierżawców  nigdy  nie  poczuła  się  jak  w  domu,  więc 

kiedy  Sunniva  przybyła  do  Stedje,  Anita  z  początku  chciała  przytulić  ją  do  piersi.  Sądziła 

zapewne,  że  ta  dziewczynka  może  się  stać  współtowarzyszką  niedoli,  powiadano  wszak,  że 

wyrosła  na  pięknej  plebanii  w  Lyster.  Na  pewno  zrozumie,  jak  trudno  przyzwyczaić  się  do 

sypiania na słomie komuś, kto przez całe życie układał się do snu na mięciutkim wygodnym 

posłaniu! 

background image

Sunniva  wysłuchiwała  jej  narzekań,  ale  nie  potrafiła  zawtórować.  Przeciwnie,  dała 

starszej  od  siebie  dziewczynie  jasno  do  zrozumienia,  że  ze  skarg  i  tęsknoty  za  tym,  co  było 

wczoraj, nie przyjdzie nic dobrego. Trzeba raczej starać się o lepszą przyszłość! 

Anita prychnęła tylko w odpowiedzi, nazwała ją nędzarką. 

Sunnivę ogromnie to wtedy uraziło, miała dopiero dwanaście lat i bardzo chciała, aby 

wszyscy ją lubili. 

Później przestała się przejmować Anitą, nigdy jednak nie posunęła się do prawienia jej 

złośliwości razem z innymi dziewczętami. 

„Księżniczka”, tak mówiono o rudowłosej. 

I  rzeczywiście,  coś  w  odrzuceniu  głowy,  kiedy  od  nich  odchodziła,  przywodziło  na 

myśl upadłą księżniczkę. Głośno się z niej śmiały. 

Biedna Anita, myślała Sunniva. 

Ale  teraz,  w  okresie  oszałamiającego  zakochania,  Sunniva  nie  miała  czasu  na 

myślenie o Anicie ani o czymkolwiek innym. 

Liczyła dni, które okropnie się jej dłużyły. Nadeszła sobota, potem dzień nabożeństwa 

ze  smaczniejszym  posiłkiem  i  żywymi  rozmowami  przed  bramą  kościoła.  Poniedziałek, 

wtorek...  Powszednie  dni  zlewały  się  w  jedno.  Wkrótce  całe  siano  znalazło  się  już  pod 

dachem,  pierwsze  sianokosy  dobiegały  końca.  Dni  mijały  teraz  na  znoszeniu  z  okolicznego 

lasu wielkich pęków ulistnionych gałęzi, reperowaniu i ostrzeniu kos i sierpów, aby były go-

towe na kolejny pokos później latem. 

Powoli zbliżał się wieczór świętojański. 

Dziewczęta  zbierały  się  na  stryszku  i  razem  szyły  nowe  letnie  sukienki,  rozkładały 

materiał na podłodze i wymieniały się wstążkami, kawałkami koronki, chusteczkami na szyję 

albo błyszczącymi spinkami do butów. 

Sunniva  wybrała  się  raz  do  domu,  chciała  poprosić  Gjertrud  o  coś  ładnego  z  kufrów 

mamy. 

Gjertrud długo się wahała, najwidoczniej nie chciała ruszać rzeczy Marii. 

- Nie będą chyba leżeć tam jak jakaś świętość i gnić, podczas gdy jej starsza córka nie 

ma się w co wystroić na wieczór świętojański - syknęła Sunniva, okazując niezwykły jak na 

siebie temperament. 

Gjertrud westchnęła, wiedziała, że dziewczyna ma rację, ale i tak zabieranie rzeczy ze 

skrzyń  Marii  wydawało  jej  się  niestosowne.  Miałaby  rozdzielać  jej  suknie  między  dzieci, 

jakby Maria już nie żyła? 

W sprawę włączył się Randar. Delikatnie odsunął Sunnivę na bok. 

background image

-  Wiem,  że  twoja  matka  dałaby  ci  te  rzeczy,  dlaczego  więc  miałabyś  ich  nie  dostać, 

skoro ona i tak nie może ich używać? Chodź ze mną, wiem, co przeznaczyła dla ciebie. 

I  Randar  uniósł  pokrywę  najstarszego  kufra,  do  którego  Maria  spakowała  wszystkie 

swoje rzeczy z plebanii w Lyster. Wyjął dużą, miękką paczkę, starannie owiniętą w płótno. 

Wystawał  z  niej  kawałek  czarnej  koronki.  Biała  szeroka  bluzka,  pięknie  ozdobiona 

kolorowymi wstążkami. 

-  Ślubna  suknia  twojej  matki  -  rzekł  cicho.  Sunniva  popatrzyła  na  niego  wielkimi 

oczyma. Randar kiwnął głową. 

- Nosiła ją w dniu, kiedy została poślubiona twemu ojcu. 

-  Tak,  bo  oni  zostali  sobie  poślubieni  -  odparła  Sunniva  z  niewzruszoną  pewnością. 

Nigdy nie uwierzyła kłamstwom, mówiącym, że jej matka była tylko zwyczajną nałożnicą. 

Randar potwierdził skinieniem głowy. 

Sunniva  przesunęła  palcami  po  sukni.  Była  czarna,  miała  prosty  krój,  ale  matka 

musiała w niej wyglądać prześlicznie, pięknie ozdobiony dekolt, niezwykłe hafty na staniku. 

Sznurowanie  z  przodu  zaczęło  się  rozlatywać,  za  to  bluzka  do  założenia  pod  suknię 

pozostała równie piękna i biała jak kiedyś. Czerwone i błękitne wstążki przy szyi i rękawach 

co prawda trochę wyblakły, ale i tak będą jaśnieć wśród szarości i brązów na tańcach. 

Sunniva  uśmiechnęła  się  rozradowana.  Teraz  naprawdę  będzie  pięknie  wyglądać  dla 

Bjornara! 

-  Może  będziesz  musiała  trochę  ją  przeszyć  -  zauważył  Randar  i  dopiero  teraz  zdał 

sobie  sprawę,  że  mógł  urazić  młodą  dziewczynę.  Sunniva  nie  miała  tak  smukłej  talii  jak 

matka. 

Ale Sunniva odparła beztrosko: 

- Nic nie szkodzi! - i nawet go uściskała. 

- Bardzo za nią tęsknię - rzucił Randar w powietrze, wzruszony tak rzadką pieszczotą. 

Ale  Sunniva  wybiegła  już  z  chaty,  żeby  w  dziennym  świetle  podziwiać  materiał 

nowego stroju. 

- Prześliczna - szepnęła Kari, nie mogąc przez moment ukryć zazdrości. 

Sunniva  uśmiechnęła  się,  żałowała,  że  nie  może  się  podzielić  z  przyjaciółką  swoim 

szczęściem. 

-  Pożyczę  ci  jedwabną  chustkę  -  zaproponowała  impulsywnie,  wyciągając  do  Kari 

leciutki kolorowy kawałek tkaniny. 

- Ach, nie, nie mogę! 

background image

-  Oczywiście,  że  możesz!  Ja  wezmę  raczej  twoją  czerwoną  przepaskę  z  wełny. 

Bardziej pasuje do wstawek na mojej sukni! 

-  Może  i  tak.  A  takiej  chustki  z  jedwabiu  nie  ma  nikt  w  naszej  wsi!  Zobacz,  ten 

niebieski kolor pasuje akurat do mojej spódnicy! 

- Ślicznie będziesz wyglądała, Kari. Chłopcy ustawią się w kolejkę! 

-  W  to  nie  wierzę  -  odparła  Kari  cierpko.  -  Zresztą  wszystko  jedno.  Poza  tym  sama 

zamierzam stanąć w kolejce, zwykle tak bywa, kiedy pojawia się syn kapitana. 

Rozchichotały się, chociaż same nie wiedziały, co je tak śmieszy. Igły migały, biegnąc 

przez materiał i wstążki, póki oczy nie zabolały od wytężania w marnym świetle letniej nocy. 

Wreszcie położyły się do łóżka, każda ze swymi snami. 

Sunniva spała niespokojnie, ciało ją bolało, lecz wcale nie jak zwykle, z przemęczenia. 

Wydawało  jej  się,  że  czuje  na  twarzy  delikatne  dłonie  i  usta  Bjornara.  Na  granicy  między 

jawą a snem pieszczoty zlały się w jedno, a przy Bjornarze pojawiła się twarz mamy. 

- Śpij, moja maleńka - mówiła mama. - Śpij spokojnie... 

Słowa  starej  kołysanki  uśpiły  ją,  rozprężyły  napięte  mięśnie,  ciało  zwinęło  się  w 

kłębek, jak gdyby znów była małą dziewczynką we własnym bezpiecznym domu. 

Na  Meisterplassen  Gjertrud  siedziała  z  rękami  na  podołku  i  wpatrywała  się  w  żar 

dogasający pod kociołkiem na palenisku. 

Maryjka  oddychała  spokojnie  w  łóżku  w  izbie,  gdzie  Gjertrud  nauczyła  ją  sypiać. 

Delikatne ciałko dziecka było jej prawdziwą pociechą. 

Dochodziło  ją  lekkie  pochrapywanie  Randara,  radowała  się,  że  i  on  ma  dzisiaj  dobrą 

noc.  Często  słyszała,  jak  gospodarz  wstaje  w  nocy,  a  skrzypiące  zawiasy  w  drzwiach 

wejściowych  świadczyły  o  tym,  że  opuszcza  chatę.  Nastawiając  uszu  Gjertrud  słyszała,  jak 

Randar przechodzi za ścianą, prawdopodobnie kierując się do warsztatu. Nikomu innemu nie 

wolno  tam  było  wchodzić,  jedynie  malutka  zaglądała  tam  od  czasu  do  czasu,  szczególnie 

wtedy  gdy  ojciec  dłużej  się  do  niej  nie  odzywał.  Dziewczynka  jakby  instynktownie 

wyczuwała,  że  życie  i  rozum  Randara  dosłownie  spoczywają  w  jej  małych  rączkach. 

Torowała sobie do niego drogę i czepiała się nogawki spodni. 

- Na lęce! Na lęce! 

Randar  nigdy  nie  potrafił  jej  odepchnąć,  chociaż  łatwo  było  zauważyć,  jaki  ból 

sprawia mu, siłą wyrywając z odrętwienia, które ogarniało go zbyt często. 

Gjertrud  niepokoiła  się  nie  na  żarty,  a  w  dodatku  musiała  sobie  radzić  z  własnym 

smutkiem.  Maria  była  jej  najlepszą  przyjaciółką,  najbliższym,  najserdeczniejszym 

człowiekiem, z jakim się zetknęła. 

background image

Maria  ocaliła  jej  życie,  uratowała  ją  z  rąk  tych,  którzy  chcieli  ją  ukarać.  Gjertrud 

zachowała  w  pamięci  zaledwie  drobne  urywki  z  życia  przed  przybyciem  na  Meisterplassen, 

lecz obleśny gospodarz, u którego służyła, wciąż straszył ją niby upiór w bezsenne noce. 

Wtedy  usiłował  dostać  się  na  stryszek,  chcąc  ją  zgwałcić.  Wyrwała  się  z  jego 

uścisków i wymierzyła cios. 

Mężczyzna spadł z drabiny i zabił się na miejscu. 

Potem obwołano ją morderczynią. 

A Randar, odmawiając wymierzenia skazanej ciosu toporem, ryzykował własne życie. 

Gjertrud  dobrze  wiedziała,  że  uczynił  to  dla  Marii  i  dla  swego  nie  narodzonego  jeszcze 

dziecka, bez względu jednak na motywy postępowania, para z Meisterplassen podarowała jej 

nowe życie. 

Gdy  Randara  zwolniono  z  dziedzicznego  obowiązku  sprawowania  funkcji  kata, 

wydawało  się,  że  dla  pięciorga  mieszkańców  niewielkiej  zagrody  szczęście  będzie  trwało 

wiecznie. 

Oczywiście stało się inaczej. 

-  A  ja  głupia  -  mówiła  Gjertrud  do  siebie  -  ja  głupia  wierzyłam,  że  mimo  wszystko 

czeka  mnie  dobre  życie.  Maria  zamierzała  nauczyć  mnie  czytać...  Miałam  mieszkać  u  nich, 

ż

yć blisko ich miłości, ich dzieci miały mnie kochać... 

Otarła łzę, czuła napływający trudny do zniesienia smutek. 

Już lepiej się złościć! 

Ale kogo powinna winić za swój nieszczęsny los? 

Przecież  nie  Boga,  on  był  teraz  jedynym  źródłem  nadziei.  To  ten  kapłan  Szatana, 

przeklęty  proboszcz,  zniszczył  wszystko!  Pastor  Revelin  swoimi  kłamstwami  i  fałszywym 

ś

wiadectwem odebrał im ukochaną Marię! Gdyby tu teraz był, chętnie oddałaby własne życie, 

byle tylko ujrzeć go martwym. 

Gjertrud pozwoliła, by płomień nienawiści płonął w niej przez jakiś czas, lecz okazało 

się, że wcale jej nie ogrzał. Mimo to uznała, że lepiej się gniewać niż smucić, i położyła się 

do  łóżka  z  głową  pełną  oskarżeń  i  nienawiści  skierowanej  ku  nieznajomemu  duchownemu. 

Na miejscu Randara wyprawiłaby się, nie zwlekając, żeby zatopić nóż w piersi tego potwora. 

Wspomniała  mu  o  tym  kiedyś,  lecz  on  tylko  popatrzył  surowo  i  nakazał,  by  nigdy 

więcej nie zwierzała mu się z podobnych myśli. 

-  Miałbym  wyrządzić  mojej  jedynej  córce  taką  krzywdę,  pozwolić,  by  została  bez 

matki  i  ojca?  Przekonałem  się,  że  zemsta  tylko  przysparza  kolejnych  cierpień.  Już  raz  za 

background image

przyczyną  niemądrej  żądzy  odwetu  utraciłem  wszystko,  co  miałem.  Nigdy  więcej  tego  nie 

uczynię - oświadczył stanowczo i odszedł. 

Gjertrud jednak wiedziała, że już niejednokrotnie musiał się nad tym zastanawiać. 

Sunnivie  myśli  o  zemście  były  dalsze  niż  księżyc  od  ziemi.  Wielki  dzień  wreszcie 

nadszedł, znów miała zobaczyć Bjornara. Nigdy chyba żaden dzień bardziej się jej nie dłużył! 

Słońce ledwie się poruszało po niebie, od czasu do czasu ukazując się zza pędzących chmur i 

drwiąc  z  niej  swym  powolnym  tańcem.  Nadeszło  południe,  potem  podwieczorek.  Wciąż 

jednak czekała jeszcze jedna długa część dnia pracy, zanim wreszcie będą mieć wolny czas na 

zabawę i tańce. 

Muzykant już przyjechał. 

Widzieli,  jak  ciężko  dysząc  wspina  się  po  ostatnim  krótkim,  stromym  zboczu  do 

Navarsete, gdzie miał zapewniony nocleg i posiłek, zanim stawi się do dyspozycji w wieczór 

ś

więtojański. 

Muzykant wzbudzał niemałą sensację. 

Przywiózł ze sobą skrzypki. 

Większość  mieszkańców  wioski  nigdy  nie  widziała  takiego  instrumentu,  a  już  na 

pewno  nie  słyszała.  Niektórym  jednak  dane  było  pojeździć  trochę  po  świecie,  gdzie  poznali 

niezwykły,  skarżący  się  ton.  Opowiadali  o  nim  i  sława  skrzypek  rozniosła  się  szeroko.  I 

właśnie  na  tę  noc  sobótkową  udało  się  sprowadzić  prawdziwego  muzykanta,  który  pokaże 

swoje umiejętności starym i młodym na tanecznej polanie. Spodziewano się gości z bliska i z 

daleka. 

W  każdy  wieczór  świętojański  urządzano  tańce  nad  fiordem  na  płaskim  cyplu 

wchodzącym  w  wodę  na  dwadzieścia  kroków.  Podczas  przypływu  fale  obmywały  niemal 

stopy tancerzy. 

Na  samym  krańcu  cypla  zbierano  przyniesione  przez  morze  drewno  i  suche  patyki, 

które zapalano z nastaniem wieczoru. 

Przepiękny  był  zawsze  widok  ognia  odbijającego  się  w  wodzie,  na  cyplach  i 

pagórkach wzdłuż fiordu płonęły inne ogniska. 

Najjaśniejsza noc w roku. 

Najbardziej niebezpieczna noc! 

Noc, w którą uwiedziono niejedną dziewicę, zawarto niejeden nielegalny związek. 

Tej nocy krążą czarownice, na ziemię wychodzą też mieszkańcy podziemnego świata, 

strzygi i boginki... 

Nieszczęsny młodzieniec, który w taką noc samotnie zapuści się do lasu... 

background image

Na  szczęście  Bjornarowi  to  nie  grozi, myślała  Sunniva,  starając  się  ułożyć  włosy  tak 

wyszukanie  jak  tylko  umiała.  Część  splotła  w  warkocz,  z  którego  upięła  koronę,  pozostałe 

zaś,  świeżo  umyte  i  pachnące  kwiatową  wodą,  w  której  je  wypłukała,  swobodnie  opadły  na 

plecy.  W  koronę  wsunęła  jeszcze  stokrotki  i  dzikie  róże  i  przewiązała  delikatnie  splecioną 

wełnianą przepaską Kari. 

Sukienka  leżała  gotowa  razem  z  uprasowaną  białą  bluzką.  Trzewiki  miała  Sunniva  z 

brunatnej  skóry,  na  drewnianych  obcasach.  Wyczyściła  je  do  połysku;  kiedy  tańczyła  na 

stryszku, nie czepiał się ich nawet pyłek. 

Słońce  chyliło  się  już  ku  zachodowi.  Musi  się  pospieszyć,  jak  najprędzej  biec  na 

umówione miejsce spotkania! 

Przez okienko widziała ludzi, zdążających już w stronę fiordu, gdzie zapłonie ognisko. 

Dziś wieczorem przekonają się, kto jest wybranką chłopaka Gurvinów! 

Nie przyszedł. Czekała, zdawało się, przez wiele lat, wreszcie jednak wrzawa i śmiech 

dobiegający  od  ogniska  stały  się  bardzo  głośne  i  Sunniva  zorientowała  się,  jak  bardzo  już 

późno. 

Nie przyszedł. 

Przez  ostatnią  godzinę  łzy  wciąż  napływały  jej  do  oczu,  ale  wiedziała,  że  płacz  w 

niczym nie pomoże. 

- Coś musiało się stać - tłumaczyła sobie. - Może coś zatrzymało go po drodze... Może 

w ogóle nie wrócił z Kaupanger... 

Ale w głębi ducha pamiętała, że jeszcze przed południem słyszała rozmowę o nowym 

koniu Gundnów. 

Pewnie pożałował, że się z nią umówił. Może mimo wszystko był jak inni, co to czają 

się na dziewczynę w lesie i skradłszy jej całusa i pieszczotę, zostawiają ją, a potem już tylko 

obmawiają. 

Och,  nie  zniesie,  jeśli  on  opowie  komuś  o  tamtej  pięknej  chwili!  Jeśli  będzie  mówił, 

jak była gorąca i chętna, i że to w końcu on musiał się wycofać, żeby ratować honor... 

Sunniva  poczuła  ściskanie  w  gardle,  przewyższające  wszelki  ból,  jakiego  dotychczas 

zaznała. Miała wrażenie, jakby opuszczono ją po tysiąckroć, ta zdrada okazała się dotkliwsza 

niż wtedy, gdy ojciec tak nagle ją odumarł. 

Zapatrzyła  się  w  mroczną  toń  rzeki,  miała  ochotę  rzucić  się  w  nią  i  pozwolić  się 

porwać. Prąd poniósłby ją do fiordu, wyrzuciłby zaledwie kawałek od miejsca, w którym tak 

radośnie tańczono wokół ogniska. Może i on znalazłby się tam w tym momencie, flirtując z 

którąś z dziewcząt? 

background image

Może  ucieszyłby  go  widok  ciała  Sunnivy,  niesionego  ku  przystani,  zimnego  i 

nieruchomego... 

Łzy znów poczęły cisnąć się jej do oczu, postanowiła jednak wziąć się w garść. Co jej 

przyjdzie  z  płaczu?  W  dodatku  przecież  niczego  nie  wiedziała,  musi  rozpytać,  co  się  stało, 

dlaczego nie przyszedł. 

Musi  iść  na  taneczną  polanę  i  z  podniesioną  głową  przyjąć  zgryźliwe  komentarze, 

które na pewno rzucą jej w twarz. 

Ależ przyjaciółki będą się śmiały! Gorzko żałowała teraz, że w ogóle opowiedziała im 

o swojej miłości. 

W  miarę  jak  się  zbliżała  do  tanecznego  cypla,  odgłosy  zabawy  stawały  się  coraz 

głośniejsze.  Najwyraźniej  mocne  piwo  i  kolejne  łyki  gorzałki  zaczynały  uderzać  do  głów,  a 

poza  tym  samo  uwodzicielsko  łagodne  powietrze  letniej  nocy  odurzająco  działało  na 

młodych. Gorąco bijące od ciał, liżące drewno płomienie ogniska, ich pieszczotliwy blask... 

Wszystko  to  razem  tworzyło  czarodziejski  niemal  nastrój  wśród  tancerzy  i  widzów, 

usadowionych  wokół  na  kamieniach  i  trawie.  Najstarsi  przynieśli  ze  sobą  nawet  niziutkie 

stołki i pledy, czas tańców dawno mieli już za sobą, lubili jednak przypatrywać się bawiącej 

się wokół ognia młodzieży. 

Z  ust  do  ust  podawano  sobie  historie  poprzednich  sobótkowych  nocy,  podniecające 

opowieści, przesycone niebezpiecznym erotyzmem i młodzieńczym szaleństwem. 

Wokół  ognia  wirowały  zwabione  blaskiem  w  letnią  noc  owady,  ćmy,  jętki  i  motyle. 

Niektóre  przypalały  sobie  tylko  skrzydła,  inne,  upojone  światłem,  rzucały  się  wprost  na 

pastwę płomieni. 

- Tak jak ja - pomyślała na głos Sunniva. 

Z pewnej odległości przyglądała się sobótkowej zabawie, tak jak czyniła to przez kilka 

lat wcześniej. Ale dziś wieczorem nadeszła wreszcie kolej, by i ona wzięła udział w tańcach. 

Nareszcie  osiągnęła  wiek,  pozwalający  jej  włączyć  się  do  kręgu  tancerzy,  na  próżno 

jednak  teraz  doszukiwała  się  w  sobie  podniecenia  z  taką  łatwością  wprawiającego  ją  w 

drżenie kiedyś, gdy przyglądała się zabawie. 

Coś w niej umarło. 

Pozostała tylko jedna struna napięta aż do bólu. Tylko jedna myśl w głowie: 

Czy on tu jest? 

Umrę, jeśli zobaczę go wśród tańczących, z roześmianą dziewczyną w objęciach... 

Umrę,  jeśli  zauważę,  jak  rozgrzany  odchodzi  od  ogniska,  kierując  się  ku  osłonie 

krzewów ze spieszącą za nim postacią w spódnicy... 

background image

Nigdzie jednak go nie widziała. 

Czyżby mimo wszystko nie wrócił? 

Nie może stać tu dłużej, musi się dowiedzieć. Gdzie Kari? 

Tak,  tam  wiruje  w  tańcu  jej  własna  jedwabna  chusteczka.  Kari  w  objęciach  młodego 

wieśniaka. 

Sunniva  podeszła  bliżej,  usiadła,  czekając,  aż  muzykant  pozwoli  smyczkowi 

odpocząć.  Muzyka  była  dziwna,  żałosna,  dźwięki  instrumentu  sprawiały,  że  z  trudem 

przychodziło  jej  powstrzymywanie  łez.  Skąd  ów  obcy  człowiek  ze  smyczkiem  wiedział,  na 

których strunach zagrać, aby wydobyć właśnie jej muzykę? 

Ale inni tańczyli, twarze mieli spocone i uśmiechnięte, oczy lśniły w blasku płomieni, 

a ciała odnajdowały w muzyce wesoły rytm. 

Czyżby  tylko  ją  ogarniał  niewypowiedziany  smutek,  gdy  smyczek  wydobywał  z 

instrumentu delikatne tony? 

Kari dostrzegła ją, podeszła, spojrzeniem zadając pytanie. Gdy objęła Sunnivę, ta nie 

mogła już dłużej zapanować nad łzami. 

- Nie przyszedł... 

Ze  szlochem  tuliła  się  do  przyjaciółki,  nie  zważając  na  spojrzenia,  które  nagle 

zwróciły się w jej stronę. 

Cóż, dziewczęce łzy w wieczór świętojański nie należały do rzadkości, były mu raczej 

przypisane. 

- Cicho już, cicho. Na pewno jest jakiś powód... 

- Tutaj też go nie widzieliście? 

- Nieee... Ale ktoś wspominał, że wrócił do wioski wczoraj wieczorem. Może nie jest 

całkiem zdrów? 

- Tak myślisz? Muszę więc natychmiast... 

-  Nie,  Sunnivo,  spokojnie.  To  na  pewno  nic  poważnego,  inaczej  już  byśmy  coś 

wiedzieli. Spróbuj się uspokoić, zatańcz z innymi. Spójrz, Anders liv tu idzie. 

- Ty z nim zatańcz. Ja wolę posiedzieć. 

Kari  przyjrzała  się  jej  badawczo,  nie  wiedziała,  czy  na  pewno  może  zostawić  teraz 

przyjaciółkę samą. Ale Sunniva odesłała ją gestem i poszła nieco dalej na brzeg obmyć twarz 

chłodną wodą. 

Grajek  zrobił  akurat  przerwę,  przysiadł  się  do  grupy  hałaśliwych  mężczyzn,  by 

otrzymać  swoją  część  krążącego  wśród  nich  żółtawego,  przezroczystego  napoju.  Skrzypki 

położył na kolanach jak dziecko, pogładził je zresztą z czułością ojcowskich dłoni. 

background image

Sunniva zapragnęła, aby podzielił się z nią tajemnicą, w jaki sposób potrafi wydobyć z 

tego kawałka drewna ze strunami prawdziwą muzykę życia. 

Ale  muzykant  nie  zauważał  dziewcząt,  przynajmniej  na  razie.  Pil  z  uśmiechem, 

rękawem  ocierał  usta,  żartobliwie  zasłaniał  się  rękoma  przed  mężczyznami  proszącymi  o 

opowiedzenie rubasznej historii. 

Tancerze bawili się dalej bez muzyki. Wkrótce rozbrzmiała piosenka, rosły mężczyzna 

podał ton i pociągnął innych do starego tańca w kręgu. 

Teraz  w  tany  ruszyły  i  starsze  pary,  oto  zabawa,  do  jakiej  przywykli.  Gdy  obca 

muzyka  skrzypiec  napełniała  uszy,  nie  wszyscy  mieli  odwagę  włączyć  się  do  kręgu, 

poruszanie stopami w nowy takt wydawało się trudne. 

Sunniva  wróciła  do  ludzi  i  usiadła  wraz  z  innymi  dziewczętami,  które,  zmęczone, 

zapewne chciały odpocząć, korzystając z chwili przerwy. Na szczęście nie pytały o Bjornara, 

na  to  były  zbyt  zajęte  sobą,  rozglądaniem  się  i  chichotami,  a  także  odrobinę  kokietowaniem 

gromadki  chłopców,  którzy  stali  nieco  wyżej  na  zboczu,  popisując  się  przyjacielskim 

siłowaniem.  Znów  rozległa  się  muzyka,  tym  razem  bardziej  gwałtowna.  Grajek  siekł  struny 

smykiem  i  przebierając  po  nich  palcami,  zdawał  się  naciągać  je  do  granic  wytrzymałości. 

Dzika była to muzyka, chwilami brzmiała w uszach wręcz przeraźliwie, szaleńczo. Wreszcie 

jednak uspokoiła się na jakiś czas, przenikając duszę. 

Sunniva dosłownie czuła, jak ten mężczyzna kontroluje rytm bicia jej serca. 

To było upajające, a zarazem uwodzicielsko straszne. 

Muzyka  tak  ją  pochłonęła,  że  nie  zauważyła  Anity,  która  stanęła  przed  nią,  zanim 

jeszcze ucichły ostatnie tony. 

- Siedzisz tutaj zatopiona w marzeniach? 

- Co? Tak... Nie, po prostu słucham muzyki. 

-  Muzyka,  tak,  bardzo  ładna...  naprawdę  ciekawa,  przywodzi  mi  na  myśl...  No  cóż, 

myśl  to  jedno,  a  działanie  to  zupełnie  co  innego  -  oświadczyła  dwuznacznie  z  tajemniczym 

uśmiechem. 

- Nie rozumiem - krótko powiedziała Sunniva, czując, jak ogarnia ją niespodziewana 

niechęć na widok zaczerwienionej twarzy Anity. Dziewczyna była spocona, a ponieważ stała 

zwrócona plecami do ogniska, rude włosy zdawały się płonąć. 

-  Chyba  rzeczywiście  nie  -  odparła  Anita  wyniośle.  -  Ale  może  za  kilka  lat,  kiedy 

sama już poznasz mężczyznę... 

Sunniva  zaczerwieniła  się  na  to  niedomówienie,  lecz  Anita  nie  ustępowała.  Z  nagłą 

poufałością przysiadła się do Sunnivy, przybierając życzliwą minę. 

background image

-  Kochana  Sunnivo,  muszę  ci  coś  powiedzieć.  Pomyślałam,  że  mogłoby  cię  bardzo 

zranić, gdyby jacyś obcy ludzie... cóż, donieśli ci o tym. 

Sunniva poczuła, że drętwieje. 

- Słyszałam, jak opowiadasz o swoim... uczuciu. Jesteś taka młoda, a większość kobiet 

wie oczywiście, jak łatwo śnić mrzonki, kiedy się ma piętnaście lat... 

- Jeśli masz na myśli Bjornara, to wcale nie są mrzonki! Obiecał... 

- Nic ci nie obiecał. Dlaczego zresztą miałby to robić? Widzisz, co prawda nikt jeszcze 

o  tym  nie  wie,  lecz  zamierzamy  ogłosić  to  w  następną  niedzielę  w  kościele.  Bjornar  Gurvin 

jest moim narzeczonym. 

Ciągnęła z udawaną poufałością, niemal szeptem wypowiadając okrutne słowa. 

- I dziś wieczorem spełniliśmy naszą miłość, dlatego przychodzimy dopiero teraz... 

Cały  świat  zawirował.  Głosy  dobiegające  od  ogniska  w  jednej  chwili  zaczęły  się 

wydawać  takie  odległe.  W  uszach  szumiało,  a  piękna  twarz  Anity  zmieniła  się  w  oczach 

Sunnivy w ohydną, wykrzywioną maskę. 

Zatkała  uszy,  nie  chciała  więcej  słuchać,  żałowała,  że  w  ogóle  cokolwiek  usłyszała. 

Ale  te  ciężkie  słowa  trafiły  ją  prosto  w  serce  i  żołądek.  Stając  na  nogi,  omal  nie 

zwymiotowała. Nie zważając na Anitę, która usiłowała ją zatrzymać, pobiegła do lasu, by tam 

szukać samotności. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Przed powrotem ludzi i zwierząt z letnich pastwisk, który nastąpił w połowie sierpnia, 

Sunniva nie miała żadnego dnia wolnego. 

Mijające lato jawiło jej się niczym gęsta mgła bólu, rozwiewana niekiedy momentami 

odrętwienia. 

Owszem,  słyszała  o  takich,  którzy  zmarli  udręczeni  miłosnym  cierpieniem,  nigdy 

jednak nie mogła uwierzyć, że to możliwe. 

Dopiero teraz się przekonała. 

To chyba najgorsza rzecz na świecie! 

Anita  prawie  się  do  niej  nie  odzywała,  Sunniva  widziała  jednak,  jak  promienieje, 

obracając tani pierścionek, który pojawił się na jej palcu. Gdy inne dziewczęta wypytywały o 

Bjornara, robiła tajemniczą minę i tylko niekiedy ujawniała jakiś szczegół. Dziewczyny same 

więc uplotły dramatyczną historię wielkiej miłości młodego dziedzica wspaniałej zagrody do 

ubogiej  panny;  nie  dziwiło  ich  wcale,  że  Bjornar  wybrał  Anitę.  Choć  los  tak  niezasłużenie 

wtrącił ją w ubóstwo, w jej żyłach płynęła wszak krew bogaczy. 

- Co na to jego rodzice? - dopytywały się koleżanki, a Anita przybierała smutną minę. 

- Nie chcą pogodzić się z tym, że jestem taka biedna. Grożą Bjornarowi, żądajążeby 

znalazł sobie bardziej odpowiednią narzeczoną. Ale on mi przysiągł, że skoro tylko przepiszą 

na  niego  gospodarstwo,  zaraz  się  ze  mną  ożeni.  Wtedy  starzy  nic  już  nie  będą  mogli  nam 

zrobić! 

Sunniva  zdołała  utrzymać  język  za  zębami,  chociaż  miała  wielką  ochotę  rzucić 

złośliwą uwagę o wiarygodności i obietnicach Bjornara. 

Podtrzymywała w sobie  nadzieję, że Anita, równie dotkliwie jak ona, doświadczy na 

sobie  ciosów  zadanych  szponami  zdrady.  Dobrze  by  się  stało,  gdyby  Bjornar  i  ją  zwiódł 

pięknymi słówkami i dotykiem miękkich dłoni! 

Dziękowała  Bogu,  że  nie  uległa  całkiem  swemu  szaleńczemu  uczuciu,  i  prawie  już 

zapomniała, że to przecież Bjornar temu zapobiegł. 

Ż

ycie jest straszne! 

Tylko duma powstrzymywała ją przed rzuceniem się w przepaść czy też po prostu od 

położenia się, aby więcej już nie wstać. 

Nie pozwoli mu zatriumfować! 

background image

Jak mogła, unikała Bjornara, i prawie jej się to udawało. Raz tylko zmuszona była na 

niego  patrzeć,  stali  wtedy  na  cmentarzu  w  odległości  zaledwie  kilku  kroków  od  siebie.  I 

wówczas  starała  się  spoglądać  w  inną  stronę,  nie  pozwalając  mu  pochwycić  swego  wzroku, 

ale i tak przez króciutką sekundę zapatrzyła się w te niebieskie studnie i musiała z całych sił 

się powstrzymywać, aby nie rzucić się ku niemu, dostrzegłszy bijący z jego oczu smutek. A 

więc ma przynajmniej tyle wstydu, by żałować, że między nimi cokolwiek zaszło! 

Po  tym  jednak  ogromnie  trudno  było  jej  żywić  do  niego  nienawiść,  jak  więc  mogła 

wygnać z serca beznadziejną miłość? 

Nie  przestawała  zastanawiać  się  i  nad  tym  dumać,  lecz  myśli  umykały  jej  niczym 

liście porwane wiatrem, nie pozwalały się uporządkować w pustej głowie. Wypełniała swoje 

codzienne obowiązki, nie skarżono się na wykonywaną przez nią pracę. Wydawało jej się, że 

zdołała  wszystkich  oszukać,  czasem  nawet  uśmiechała  się  i  żartowała,  że  mogłaby  bliżej 

zaznajomić się z jednym z chłopców z Fimreite, którzy teraz ściągnęli do dworu. 

Tylko Kari nie dawała się omamić. 

Jakże  chętnie  Sunniva  wylałaby  gorycz  z  serca,  szukając  pociechy  w  ramionach 

przyjaciółki!  Nie  mogła  jednak  się  na  to  zdobyć,  nie  śmiała  zniszczyć  muru,  którym  tak 

starannie się otoczyła. 

Musiało zostać tak, jak jest. 

Dostała  nauczkę.  Wiedziała  teraz,  czym  może  skończyć  się  szczerość  w  okazywaniu 

uczuć. 

Nauczyła się też, czym jest zdrada. 

I tęsknota. 

Coraz  lepiej  rozumiała,  dlaczego  Randar  chodzi  na  podobieństwo  żywego  trupa, 

poszarzały na twarzy z żalu, chociaż minęły już dwa lata, odkąd mama odeszła. 

Randar... Musi mu to powiedzieć, musi prosić o przebaczenie za to, że niegdyś tak ją 

irytowała jego ponura mina. 

I  gdy  tylko  wypadło  jej  wolne  niedzielne  popołudnie,  poprosiła  o  pozwolenie 

pożyczenia łodzi i wyprawiła się na Meisterplassen. 

Maryjka  powitała  ją  z  otwartymi  ramionami  i  z  uśmiechem,  który  zapewne 

rozciągnąłby  się  wokół  całej  głowy,  gdyby  nie  powstrzymały  go  uszy.  Energiczna  panienka 

podskakiwała  z  radości,  życząc  sobie,  by  Sunniva  podniosła  ją  do  góry  i  jak  zwykle 

zatańczyła z nią w koło. 

background image

Sunniva nie mogła się nie roześmiać na widok malutkiego błazenka, który uruchomił 

cały swój urok, byle tylko ściągnąć na siebie uwagę starszej siostry. W dodatku gdy Sunniva 

zjawiała się w odwiedziny, na ogół przynosiła jakiś smakołyk. 

Gjertrud przywitała się i wzięła nieduży tobołek, który Sunniva niosła od przystani. 

Randara nigdzie nie było widać. 

- Jest w warsztacie - krótko oznajmiła Gjertrud i Sunniva zauważyła, że zmarszczka na 

jej czole jeszcze się pogłębiła. 

W niedzielę! 

Gjertrud najwyraźniej niepokoiła się o Randara. 

-  Jak  on  się  miewa?  -  spytała  Sunniva,  gdy  we  dwie  wspólnie  przygotowywały 

popołudniowy posiłek. 

Gjertrud westchnęła, mieszała teraz owsiankę szybszymi, sztywniejszymi ruchami. 

-  Gdybym  to  ja  wiedziała.  Niewiele  mówi,  raczej  mnie  unika.  Tylko  do  malutkiej 

potrafi się uśmiechnąć i trochę z nią pobawić, chyba tylko o nią ma siłę się troszczyć. 

Sunniva dostrzegła na twarzy kobiety urazę i zastanowiła się, czy jest to jedynie wyraz 

niepokoju  służącej  o  gospodarza.  Pełna  goryczy  nowo  zdobyta  dojrzałość  podpowiadała  jej 

jednak, że Gjertrud chowa w sercu nie tylko troskę o tego wielkiego, dziwnego człowieka. 

Nietrudno to pojąć! 

Był wszak pierwszym mężczyzną, który potraktował Gjertrud ciepło, z szacunkiem. 

Lecz Gjertrud kochała także Marię. 

Jakie to skomplikowane! 

Sunnivie  żal  było  Gjertrud,  lecz  jednocześnie  odczuła  pewną  ulgę  na  myśl  o  tym,  że 

również inni znają cierpienia miłości i kochają, nie mogąc dostać umiłowanego. 

Miała  ochotę  okazać  Gjertrud  sympatię,  pocieszyć  ją,  poprzestała  jednak  na 

wyprawieniu jej po jedzeniu na dwór, by siadła sobie pod ścianą i odpoczęła w promieniach 

wieczornego słońca, a sama zajęła się zmywaniem i sprzątaniem. 

Maryjka  poszła  z  Randarem  rozejrzeć  się  za  morświnami,  które  przez  całą  jesień 

bawiły się blisko brzegów Meisterplassen. 

- Coś ci się przytrafiło, Sunnivo - stwierdziła Gjertrud ze zdziwieniem. - Dorosłaś... 

Sunniva skinęła głową, popatrzyła w niespokojne oczy Gjertrud. 

- Chłopak? 

Sunniva znów pokiwała głową. 

Gjertrud  pogładziła  ją  po  włosach  zmęczonym  gestem,  uśmiechając  się  przy  tym 

lekko. Wiedziała, że nic więcej nie trzeba mówić. 

background image

Zwierzeń młodej dziewczyny nie można wyciągać czy wymuszać. 

Randar  nie  musiał  niczego  wyciągać  ani  wymuszać,  stało  się  raczej  przeciwnie,  gdy 

Sunniva  tego  samego  dnia  wieczorem  zapukała  do  drzwi  warsztatu,  w  którym  z  czasem 

zaczął spędzać wszystkie wieczory i nierzadko noce. 

Usłyszała, jak burczy zniecierpliwiony niczym niedźwiedź w pułapce, lecz drzwi były 

zamknięte na skobel od środka, to on sam wybrał swoje więzienie. 

Sunniva musiała długo stukać i prosić, zanim wreszcie uchylił drzwi. 

Popatrzyła w ciemne oczy i przestraszyła się ich wyrazu, nad którym po pewnej chwili 

zdołał zapanować. 

Czyżby popadał w obłęd? 

Nabrała tchu w piersi, postanowiła od razu przystąpić do rzeczy. 

-  Chciałabym  pomówić  z  tobą,  Randarze.  Winna  ci  jestem  przeprosiny...  Byłam  dla 

ciebie niedobra, okazywałam niechęć twemu żalowi. Teraz zmądrzałam... 

Rozłożyła ręce, chciała pokazać, jak bezradna i zawstydzona się czuje. 

Randar  patrzył  na  nią  zdumiony,  nie  wiedząc,  jak  zareagować  na  tak  gwałtowną 

zmianę w sposobie bycia Sunnivy. 

Nigdy  dotąd  nie  starała  się  zdobyć  jego  zaufania,  chociaż  też  nigdy  nie  dzieliła  ich 

nieprzyjaźń i przeżyli wspólnie wiele radosnych chwil. 

- Czy mogę wejść? 

Zawahał się, najwidoczniej nie chciał wpuszczać jej do swej świątyni. 

- Przejdźmy się raczej - mruknął i wymknął się z warsztatu, nie uchylając drzwi ani o 

cal za dużo. 

Ruszyli  w  górę  ścieżką  za  warsztatem,  w  stronę  gęstego  lasu,  gdzie  skały  i  usypiska 

głazów czyniły teren niemal nie do przebycia dla osoby, która go dobrze nie znała. 

Sunniva szła za Randarem, pięła się pod górę po jego śladach, chwytając żylastą pięść, 

która wyciągała się, by jej pomóc na najtrudniejszych odcinkach. 

Po  dobrej  półgodzinie  mozolnej  wspinaczki  stanęli  wysoko  nad  zagrodą  na  wielkim 

kamieniu.  Kołysał  się  groźnie  nad  urwiskiem,  lecz  porastający  go  mech  świadczył,  że 

zapewne poleży w tym miejscu jeszcze przez kilka stuleci. 

- Siadywaliśmy tu kiedyś - powiedział, rozglądając się po fiordzie, rozciągającym się 

pod  nimi  jak  zwierciadło.  Wioski  jaśniały  w  sierpniowym  słońcu,  niektóre  drzewa  na 

zboczach nabrały już przejrzystych barw jesieni. 

- Ty i mama? 

background image

-  Tak,  twoja  matka  Maria.  Czasami  tu  przychodzę,  siadam  na  skraju  i  próbuję 

odnaleźć jej ślady w mchu na kamieniu. Właśnie tutaj siadała, właśnie tutaj. 

Pogładził mech mniej więcej pośrodku głazu. Sunniva przysiadła obok, popatrzyła mu 

w oczy. 

-  Randarze,  dopiero  teraz  zrozumiałam.  Sporo  czasu  potrzebowałam,  by  dorosnąć, 

chociaż  zawsze  wmawiałam  sobie,  że  jestem  bardziej  dojrzała  i  mądrzejsza  niż  moje 

przyjaciółki  równolatki...  Teraz  nareszcie  rozumiem.  I  proszę,  abyś  wybaczył  mi,  że  nie 

miałam należytego szacunku dla twego żalu i tęsknoty. Jak bardzo musisz cierpieć! 

Przełknął ślinę, odwrócił głowę. Czyżby i on skrywał łzy? 

- Chciałabym opowiedzieć ci o Bjornarze i prosić o słowa pociechy. Ty przecież tyle 

przeżyłeś... 

Spojrzał na nią. 

- Nie ma pociechy, moja kochana. Kiedy traci się miłość, nie da się znaleźć pociechy. 

Tylko czas... Tylko czas może w końcu trochę złagodzić cierpienie. 

Sunniva  przymknęła  oczy,  potwierdzenie  tego,  co  i  tak  już  wiedziała,  boleśnie 

zapiekło w sercu. 

-  Ale  ty  opowiadaj,  Sunnivo.  Może  w  czymś  ci  to  pomoże.  Maria  starała  się  mnie 

nauczyć,  że  nazywanie  uczuć  słowami  pomaga.  Lecz  ja  najwyraźniej  zapomniałem  już  jej 

nauki... 

- Nie, Randarze, na pewno nie. Ale ty masz jedynie Gjertrud i chyba wiem, dlaczego 

nie mówisz za dużo o swej miłości... 

- Bystra jesteś, Sunnivo. Przypominasz swoją matkę, ona także rozumiała wiele z tego, 

co nie zostało wypowiedziane. 

Sunniva  schyliła  głowę,  słysząc  taki  komplement,  zdawała  sobie  sprawę,  że  to 

prawdopodobnie najpiękniejsze słowa, jakie Randar mógł jej ofiarować. 

Przysunął się bliżej. 

-  Musimy  trzymać  się  razem,  ty  i  ja  -  powiedział.  Sunniva  uśmiechnęła  się,  lecz  jej 

oczy pozostały smutne. 

-  Opowiedz  mi  teraz,  co  ci  się  przydarzyło.  Usłyszał  całą  historię,  a  ponieważ 

wodospad  słów  mieszał  się  ze  strumieniem  łez,  Sunniva  sama  się  zorientowała,  jak  naiwnie 

brzmi jej opowieść. Bliska była wstydu, to brzmiało tak dziecinnie. 

Ale  Randar  nawet  się  nie  uśmiechnął,  nie  próbował  ośmieszyć  jej  pierwszego 

błądzenia  po  krętych  ścieżkach  miłości.  Delikatnie  tylko  gładził  dziewczynę  po  plecach,  nie 

odzywając się ani słowem, dopóki nie skończyła mówić. 

background image

- Będę się tobą opiekował. Cudowne słowa, takie bezpieczne. 

Sunniva  ciężko  oparła  się  o  rosłego  mężczyznę,  a  gdy  przymknęła  oczy,  miała 

wrażenie, że oto powrócił ojciec. 

- Nie opuszczaj mnie - szepnęła. 

- Obiecuję - odparł, a jakaś nuta w jego głosie ucieszyła ją i zasmuciła zarazem. 

Nie opuszczaj mnie. Wcale nietrudno było złożyć taką obietnicę. Dla Randara stała się 

ona  punktem  zwrotnym  w  życiu.  Nie  mógł  już  dłużej  bawić  się  myślą  o  porzuceniu 

wszystkiego, o wyprawieniu się w świat. Bez celu? Nie. 

Cel miał jasno określony, chociaż brakło mu odwagi, by dokończyć tę myśl. 

Tam, gdzie jest Maria... 

Od  czasu  kiedy  dostał  list,  potrafił  wyraźniej  wyobrazić  sobie  to  miejsce.  Zdał  sobie 

jakby sprawę, że rozdziela ich zwyczajny ląd i zwyczajne morze, a nie otchłań, jak kiedyś to 

sobie przedstawiał. 

Można tam pojechać. 

Ale po co? 

Zastanawiał  się,  jak  Maria  by  przyjęła,  gdyby  nagle  się  tam  pojawił,  przebrany  za 

rybaka.  Zrozumiał,  że  od  czasu  do  czasu  na  szkier  zaglądają  rybacy,  sprzedając  i  kupując 

zarówno towary, jak i inne ludzkie usługi... 

Czy swym przybyciem posypałby tylko solą rany? 

Czy krótkie spotkanie warte byłoby rozstania, które nieuchronnie musiałoby nastąpić? 

Bał się, że odpowiedź brzmi: nie. 

Może Maria właśnie usiłuje się odnaleźć na tym pustkowiu między morzem a niebem? 

Może  zdołała  wykrzesać  z  siebie  resztki  radości,  na  których  zbuduje  swe  nowe  życie,  bez 

niego? Owszem, posiadała tę zdolność, chociaż nawet przez moment nie wątpił, że go kocha. 

A on sam? 

Czy naprawdę chciał narazić się na taki ból? 

Wiele  razy  odpowiadał  sobie  twierdząco.  Przecież  i  tak  cierpiał.  Teraz  jednak  ból 

jakby  zmartwiał,  paraliżując  go,  a  pragnął,  by  spalał  go  jak  wtedy,  gdy  ona  była  jeszcze 

blisko. 

Ból jest właściwie moim jedynym dowodem na to, że żyję, stwierdził ze zdziwieniem 

i starał się przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz radość przepłynęła mu przez ciało. 

Cóż,  teraz  mogę  jedynie  odłożyć  wszystkie  takie  myśli  na  bok.  Pozwoliłem,  by 

Sunniva  stała  się  moją  kotwicą,  przynajmniej  tak  długo,  jak  długo  mnie  potrzebuje. 

Nieszczęsne dziecko, nie ma matki ani ojca, rozłączona z rodziną. 

background image

Niełatwo jest młodej pannie, która dorastała w takim dobrobycie i miłości, stwierdził. 

A Maryjka... Co prawda jest jeszcze maleńka, lecz i jej potrzebne są więzy krwi. 

Gjertrud zgodnie pokiwała głową i popatrzyła na niego z uznaniem, gdy zwierzył się 

jej ze swoich postanowień. 

-  Wiedziałam,  wokół  czego  krążą  twoje  myśli,  dziwne,  gdyby  było  inaczej.  Miałam 

jednak  nadzieję,  że  przyjdziesz  po  rozum  do  głowy  i  nie  wyruszysz  na  oślep  przed  siebie. 

Może byś i dotarł do szkieru, lecz jaką cenę przyszłoby ci za to zapłacić? Gdyby zarządca się 

dowiedział... Skończyłoby się na tym, że jeszcze większe nieszczęście spotkałoby was oboje! 

Randar dostrzegł w jej oczach wyraz ulgi, a także przebłysk czegoś, co nie bardzo mu 

się spodobało. Gjertrud także się bała, że zostanie opuszczona. Ach, Boże, nie miał siły dłużej 

o tym myśleć. Nie miał siły patrzeć na tę znajomą twarz i odnajdywać na niej ślady nowych 

uczuć. 

Dzięki Bogu, że to prawa kobieta, uczciwa i lojalna do samego końca. I wrażliwa, do 

utraty tchu walczyć będzie, byle tylko ukryć swe uczucia dla męża przyjaciółki. 

Randar westchnął ciężko. 

Jak trudne jest to wszystko! 

Doszedł  do  wniosku,  że  postąpi  najlepiej,  przestając  snuć  domysły.  Nie  będzie  się 

martwić na  wyrost, wyznaczy sobie jakiś cel.  Będzie chwytać każdą szczęśliwą sekundę jak 

najcenniejszy skarb. 

Już w niedługim czasie po wizycie Sunnivy wszyscy zauważyli, że mgła jakby uniosła 

się  znad  zagrody.  Randar  uśmiechał  się  częściej,  łatwiej  było  nawiązać  z  nim  rozmowę. 

Popołudniami przesiadywał w warsztacie, lecz już rzadziej. I więcej się bawił z rozradowaną 

Maryjką. 

Sunniva  zaczęła  się  cieszyć  na  odwiedziny  w  domu.  Za  każdym  razem  oboje  z 

Randarem starali się znaleźć okazję, żeby zamienić bodaj kilka słów na osobności. Rozumieli 

się, dbali o to, by nawzajem się nie urazić. 

Randar żywił nieustannie rosnący szacunek dla młodej kobiety i wstydził się wręcz, że 

tak bardzo jej nie doceniał. 

Sunniva wcale nie okazała się tak bezbarwna, jak przypuszczał! 

Miała swoje własne zdanie i dość odwagi, by je wygłaszać. 

A  Sunniva  czuła,  jak  w  takich  chwilach  rośnie  w  niej  poczucie  własnej  wartości. 

Randar zwracał się do niej z pełnym szacunkiem, jak do osoby dorosłej. Wkroczyła przecież 

w szesnasty rok życia... 

Bjornar Gurvin również to zauważył. 

background image

Z  Sunniva,  prostą,  niewinną  Sunniva,  na  którą  od  tak  dawna  miał  oko,  coś  się  stało. 

Usłyszał  o  niej,  gdy  tylko  pojawiła  się  w  wiosce,  i  fantastyczne  historie  opowiadane  o  jej 

matce obudziły jego ciekawość. Córka pastora, która stała się przybranym dzieckiem kata... 

Należało się temu przyjrzeć z bliska. 

Po tym, jak śledził ją i jej przyjaciółkę w tamten wiosenny wieczór... Jak patrzył w tę 

otwartą twarz, gładził złotobrązowe włosy, usłyszał zaskakująco szczere słowa... Nie mógł o 

niej zapomnieć. 

Oczywiście trochę źle się zachował. Być może jego winą było wszystko, co się stało, 

ponieważ  nie  przyszedł  na  miejsce  schadzki.  Wiedział,  że  ona  czeka,  dobrze  pamiętał 

obietnicę spotkania w lesie w noc świętojańską. Teraz jednak wszystko, co piękne, gdzieś się 

zatarło, pozostała jedynie gorycz. 

Wrócił  do  domu  dopiero  wieczorem  w  wigilię  świętego  Jana.  Po  wyprawie  do 

Kaupanger  tyle  jeszcze  trzeba  było  załatwić,  przybywali  kolejni  sąsiedzi,  by  podziwiać 

nowego konia. Każdy przychodził z gorzałką, chcąc uczcić noc świętojańską i nowy zakup. 

Bjornar siedział więc wśród spracowanych wieśniaków wraz z ojcem. Tak pochlebnie 

się  o  nim  wyrażali,  zapraszali  do  kielicha,  chwalili  za  umiejętne  wybranie  najlepszego 

zwierzęcia. Ojciec także chełpił się synem, nie miał słów na to, jak dobrego ma gospodarza w 

domu, obdarzonego szczególną ręką do zwierząt. 

Gorzałka  robiła  swoje,  staruszek  oświadczył  wreszcie,  że  powoli zbliża  się  czas,  aby 

przejść na dożywocie. 

- Bjornar jest już dość dorosły, aby przejąć gospodarkę. A ja i matka zasłużyliśmy na 

odpoczynek. 

Goście pokiwali głowami i przepili za to, gospodarz z Gurvin należał do najstarszych 

w gromadzie, chwalono go za taki stosunek do syna. Tylu wszak starców kurczowo trzymało 

się  swego  prawa  do  zagrody,  aż  synowie  zdążyli  dorobić  się  dzieci  i  wnuków,  zanim  sami 

mogli wreszcie gospodarować. 

Lepiej  zadbać,  aby  gospodarstwo  przynosiło  dzieciom  godziwy  dochód,  w  każdym 

razie skoro były tak zaradne, jak Bjornar! 

-  Tak,  tak  -  mruczał  dobrodusznie  gospodarz  z  Gurvin.  Lubił  być  w  centrum  uwagi, 

podobało  mu  się,  że  inni  patrzą  i  na  niego,  i  na  syna,  z  uznaniem  w  oczach.  -  Doprawdy, 

uważam, że któregoś dnia powinniśmy pójść do pisarza! Chociaż, nie! Zaczekaj! 

Złapał Bjornara za rękę, silną i lekko wilgotną. 

-  Najpierw  musisz  znaleźć  sobie  babę!  Buchnął  gromki  śmiech,  lecz  nie  było  w  nim 

złośliwości. 

background image

- Tak, babę, koniecznie! 

- Dlaczego nie uporać się z tą sprawą już dzisiaj? W noc świętojańską wprost roi się 

od chętnych do zamęścia panien, krążą dokoła w cieniutkich sukniach jak ćmy wokół ognia! 

Mężczyźni poufale wymierzali Bjornarowi kuksańce, ofiarowali mu się z pomocą. On 

jednak  poczuł  się  trochę  nieswojo,  odepchnął  co  natarczywszych.  Udało  mu  się  jakoś 

wykręcić, kierując rozmowę na bardziej obojętny temat. 

Opowieści o sobótkowych nocach pełnych kobiet, skąpo odzianych w lekkie szaty... 

Głośny śmiech, lecz nie pozbawiony cienia powagi. 

Rubaszne historie, w których gdzieś w tle dźwięczała uraza. 

Bjornar  uwolnił  się  od  nich  dopiero  około  północy,  a  kiedy  wyszedł  wreszcie  na 

łagodne nocne powietrze, zorientował się, że ognisko musiało płonąć już od kilku godzin. 

Czy ona tam jest, czy czeka na niego? 

Czy też ot, tak sobie, wzruszyła ramionami i ruszyła w tany z innym? 

Pod intensywnie błękitnym niebem dźwięki skrzypek brzmiały przeraźliwie, dziko. 

Bjornara ogarnęło przeświadczenie, że wydarzyło się coś tragicznego. 

Chociaż czuł, że to niemądre, muzyka zmusiła stopy do biegu. Zdyszał się i nie mógł 

pojąć, co się z nim dzieje, nawykł wszak do wysiłku. 

Zatrzymał się w pewnej odległości od miejsca, gdzie urządzono tańce. Oczy szukały, 

znalazły. Jako jedyna z dziewcząt miała tak kolorowe wstążki u szyi i przy rękawach. 

Ś

liczna, prześliczna! Ale taka smutna! 

I oto nadeszła Anita, może chciała pożyczyć nieco słodkiego piwa z zagrody Stedje? 

Anita  o  rudych  włosach,  kobieta,  której  zawsze  się  wystrzegał.  Groźna  kusicielka,  pełna 

niebezpiecznych  obietnic.  Bjornar  przypuszczał  jednak,  że  nigdy  nie  zdoła  utrzymać  jej  w 

ryzach... 

Sunniva była z zupełnie innej gliny. 

Bjornar  ujrzał,  jak  przerażona  wpatruje  się  w  Anitę,  żałował,  że  nie  słyszy,  o  czym 

mówią. Potem Sunniva zasłoniła rękami twarz, a Anita wybuchnęła głośnym śmiechem, który 

docierał  aż  do  niego.  Sunniva  pobiegła  do  lasu,  ku  ciemności  wśród  drzew.  Nogi  plątały  jej 

się w fałdach szerokiej spódnicy. 

Bjornar pomknął w dół, chciał ją dogonić, spytać, o co poszło, dlaczego poróżniła się 

z Anitą. 

Anita nie ruszała się z miejsca, złapał ją za rękę i mocno obrócił w swoją stronę. 

- Co tu się stało? 

background image

Dziewczyna drgnęła, sprawiała wrażenie małej i wystraszonej. Wielkie oczy napełniły 

się łzami, miękkie usta drżały. 

- Bjornar... Szkoda, że nie przyszedłeś wcześniej ... 

- Dlaczego Sunniva tak prędko uciekła? Pokłóciłyście się? 

- Tak... właściwie nie... 

Anita  zebrała  się  w  sobie,  popatrzyła  mu  w  oczy.  Troszkę  się  trzęsła,  widać  było,  że 

się waha. 

-  Widzisz...  Ukochany  ją  dzisiaj  zdradził.  I  to  ja  niespodziewanie  jej  o  tym 

powiedziałam.  Nie  miałam  takiego  zamiaru,  nie  wiedziałam,  że  kocha  się  właśnie  w  tym 

chłopcu. 

Bjornarowi serce ścisnęło się w piersi. 

- Co takiego? Kto? 

-  Nie  wiem,  czy  powinnam  ci  o  tym  mówić...  Może  lepiej,  żeby  sama  Sunniva... 

Słyszałam, że wy... 

- Mów, dziewczyno! 

-  Ach,  Bjornarze,  boję  się,  że  się  będziesz  na  mnie  gniewał.  Taki  piękny  wieczór,  a 

nade  mną  jakby  zawisło  przekleństwo,  muszę  przekazywać  takie  straszne  nowiny  najpierw 

Sunnnde, teraz tobie... 

Czekał  zniecierpliwiony,  mrużąc  oczy  zastanawiał  się,  czy  rzeczywiście  jest  jej  tak 

przykro, jak starała się to okazać. 

- Sunniva... Od dawna podoba się jej jeden z chłopców z Jensplass. Frank, tak chyba 

ma  na  imię.  A  ja  dziś  wieczorem  widziałam  go  w  krzakach  z  dziewczyną  z  sąsiedztwa.  Nie 

miałam wątpliwości, co ich łączy... 

Anita pokręciła głową i wykrzywiła usta niby w grymasie bólu. 

-  I,  głupia,  opowiedziałam  wszystko  Sunnivie,  sądziłam,  że  lepiej  przygotować  ją  na 

przegraną.  Ale  okazałam  się  w  tym  wszystkim  zbyt  niezdarna,  za  mało  delikatna.  Nie 

powinnam była nic mówić, tylko pozwolić, aby sama odkryła, że kocha na próżno... 

Bjornar zdrętwiał. 

Rozczarowanie  szarpało  serce,  odrywało  kawałek  po  kawałku.  Odetchnął  głęboko, 

boleśnie, zazgrzytał zębami. 

A  więc  Sunniva  miała  innego  kochanka.  Należała  do  tych,  co  to  lubią  mieć  na 

pastwisku dwa konie na  wypadek,  gdyby jeden zawiódł. No cóż, poczuje teraz, że zawiodły 

oba!  Chwycił  Anitę  w  pasie  i  zawirował  razem  z  nią  w  szalonym  tańcu.  Dłonie  zaciskał  na 

smukłej talii dziewczyny tak mocno, że czuł pod palcami guziki jej spodniej koszuli. 

background image

Tylko go to podnieciło. 

Wychylił  kolejne  kieliszki,  muzyka  skrzypiec  stawała  się  coraz  dziksza, 

nieokiełznana, ognisko zaczęło kręcić się wokół niego i żar ogarnął ciało. 

Wkrótce  wszystko  zmieniło  się  w  obłędne  dźwięki  i  wirujące  zwidy,  a  jedynym 

stałym punktem była roześmiana twarz Anity. 

To  ona  podtrzymywała  go,  gdy  oczy  nie  widziały  już  nic  poza  wykrzywionymi, 

zniekształconymi obrazami na końcu długiego tunelu. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Anita  przestała  rozprawiać  o  weselu.  W  ogóle  w  miarę  jak  rok  1689  zbliżał  się  ku 

końcowi,  coraz  mniej  mówiła  o  Bjornarze.  Zdjęła  z  palca  tani  cynowy  pierścionek. 

Dziewczęta  jeszcze  przez  jakiś  czas  pytały,  szturchały  ją  w  bok  i  chichotały  prowokująco. 

Sunniva  starała  się  tego  nie  zauważać,  lecz  w  głębi  ducha  radowało  ją,  że  Anita  dostała  za 

swoje. 

Jak  Bjornar  mógł  pokochać  taką  wyniosłą  i  przypochlebiającą  się  pannę?  Sunniva 

nienawidziła patrzeć, jak Anita umizga się i narzuca każdemu mężczyźnie, który, jak sądziła, 

chowa na dnie skrzyni dość talarów, by ocalić ją od upokarzającej służby. 

Niestety,  jeden  za  drugim  odwracał  się  od  niej  plecami,  a  gdy  Anita  spróbowała 

zarzucić sieci na syna samego lensmana, mało brakowało, a by ją wyrzucono. 

Po tym zajściu trochę się uspokoiła. 

Sunniva zrozumiała, że z Bjornarem nic już jej nie łączy. 

Sama widywała go od czasu do czasu, gdy pracował w polu lub gdy wyprawiał się do 

Fjaera kupić coś lub wysłuchać nowin. Niekiedy spotykali się także w kościele, lecz zawsze 

wtedy  starała  się  odwracać  do  niego  tyłem,  i  wydawało  się,  że  on  czyni  podobnie.  Nigdy 

więcej nie miała już okazji, by ujrzeć jego urażone spojrzenie, wyglądało raczej, że chłopak 

się na nią gniewa. Gdy w tłumie koło schodów kościoła przypadkiem znaleźli się zbyt blisko 

siebie, jego ciepłe, sprężyste ciało sztywniało, a ruchy stawały się ostre, gwałtowne. 

No cóż, niech i tak będzie. Z czasem być może gorejący w niej uparty płomień zgaśnie 

i umrze z braku pożywienia. 

Obchodzili  się  nawzajem  niczym  w  jakiejś  niezwykłej  grze,  niczym  dwa  tchórzliwe 

koguty, szykujące się do walki. Potrząsały grzebieniami, straszyły piórka, lecz nie śmiały się 

do siebie zbliżyć. 

Tak się działo do chwili, gdy zrządzenie losu sprowadziło oboje do zagrody pisarza. 

Bjornar  przyszedł  załatwić  dokumenty  związane  z  przepisaniem  gospodarstwa  z  ojca 

na  syna.  Oto  nastał  wreszcie  ów  szczęśliwy  dzień,  słup  milowy  w  życiu  pierworodnego, 

dziedzica.  W  życiu  ojca  natomiast  zamykał  się  pewien  rozdział,  należało  przypieczętować 

czekające go nowe szczęśliwe życie. 

Sunnivę  wezwano  do  pisarza,  ponieważ  zorientowano  się,  że  świetnie  sobie  radzi  z 

pisaniem. Mało kto opanował tę sztukę, a już na pewno nikt z tych, co to służą u innych. Ale 

background image

kiedy pisarz poskarżył się lensmanowi na gromadzące się zaległości, z którymi sam nie mógł 

sobie poradzić, Eyliffowi przyszedł do głowy pewien pomysł. 

Poprzedni pomocnik pisarza wyjechał, nowy kazał na siebie czekać. 

Przed Bożym Narodzeniem trudno było znaleźć wolną rękę do pracy, a już na pewno 

nie taką, która umiałaby poprowadzić pióro w jako tako przyzwoity sposób. . 

Nie  było  nikogo  oprócz  służącej  zajmującej  się  domem  w  zagrodzie  Stedje!  Sunnivę 

wypożyczono więc pisarzowi na tydzień. Czekało ją zadanie posortowania zapisków poborcy 

podatkowego  i  wpisanie  ich  w  wielkie  rejestry  pisarza.  W  długich  kolumnach  widniały 

nazwiska  wszystkich  mieszkańców,  a  obok  nich  było  miejsce  na  wpisanie  sum  dotyczących 

poszczególnych  lat.  Korona  i  wójt  domagali  się  swojego,  Kościół  -  osobnych  podatków,  a  i 

wierzyciele, i lichwiarze upominali się o należne procenty. 

Sunniva bardzo cieszyła się z tego zajęcia. 

Na  kilka  ostatnich  wieczorów  przydzielono  jej  dwie  dodatkowe  łojowe  świece,  aby 

mogła  ćwiczyć  kaligrafię.  Sporo  wszak  czasu  upłynęło,  odkąd  ostatnio  parała  się  tak 

wyrafinowanymi zajęciami, i lensman obawiał się, że może zanadto pospiesznie wystąpił ze 

swą niecodzienną propozycją. Oby tylko dziewczyna nie przyniosła mu wstydu, bazgrząc jak 

kura pazurem, i na dodatek z błędami! 

Ale próbki pisma Sunnivy wypadły doskonale, słowa same przychodziły jej do głowy, 

litery ustawiały się w idealnym szyku. 

Naprawdę  zaimponowała  Eyliffowi  Stedje.  I  jeszcze  raz  usłyszała,  jak  bardzo  jest 

podobna  do  swej  matki.  Nie  podobał  się  jej  tylko  ton  zaskoczenia  w  głosie  lensmana, 

odbierający nieco słodyczy pochwale. 

Zmierzała  więc do  wspaniałej zagrody pisarza. Podwiózł ją chłop z Breibakk, jadący 

akurat  z  kilkoma  beczułkami  dobrego  piwa,  które  miały  trafić  na  świąteczny  stół  pisarza. 

Opowiedział jej przy okazji, że do wioski zawitał Ole - Miedziak. Ole lubił tu zaglądać około 

Bożego Narodzenia, w tym okresie ludzie zwykle mieli ochotę sprawić sobie jakiś zbytek; ci, 

co  mieli  pieniądze,  chętnie  załatwiali  sprawunki.  A  Ole  przecież  przenosił  się  z  miejsca  na 

miejsce,  przyjmując  przy  tym  najprzeróżniejsze  zlecenia.  Podejmował  się  także  mniej 

przyjemnych  zadań,  stając  się  tym  samym  wdzięcznym  tematem  rozmów.  Często 

rozprawiano  o  wielkoludzie  w  czarnej  łodzi,  który  nie  odmawiał  przewozu  zwłok  czy 

utopionych zwierząt. 

Sunniva  znała  Olego,  nagle  uświadomiła  sobie,  że  się  za  nim  stęskniła.  Tyle  się 

wydarzyło,  nie  pamiętała  nawet,  kiedy  ostatnio  widziała  znajomą  postać  utykającego 

olbrzyma.  Ole  przypuszczalnie  bywał  na  Meisterplassen,  Randar  nazywał  go  swoim 

background image

najlepszym  przyjacielem.  Sunniva  wierzyła,  że  w  istocie  tak  jest,  obu  samotnych  mężczyzn 

łączyło  jakieś  niezwykłe  podobieństwo.  I  mama  zawsze  powtarzała,  że  Ole  to  prawdziwy 

przyjaciel, z takich, co to poznaje się ich w biedzie. 

Cóż, wprawdzie w wielkiej biedzie nie mógł pomóc ani Ole, ani żaden inny człowiek, 

tyle Sunniva rozumiała. Wszystko właściwie zależało od osoby, której dotyczyła sprawa, i od 

Boga. 

Sunniva posłała Mu ostatnią modlitwę i weszła przez furtkę do zagrody pisarza. Dobry 

Bóg odpowiedział jej, ukazując przy studni znajomą postać. 

Stał  tam,  w  pozie  trochę  niedbałej,  zajęty  rozmową  z  dwiema  dziewczynami,  które 

najpewniej  wyszły  po  wodę  potrzebną  w  wielkim  gospodarstwie.  Sunniva  widziała,  że  się 

uśmiecha. Długie loki zniknęły! 

Sprawiał wrażenie starszego, z sylwetki biła siła męskości. 

Po  obcięciu  włosów  twarz  przestała  być  już  twarzą  chłopca.  Sunniva  wstrząśnięta 

zauważyła, że zaczął również zapuszczać brodę. 

Mój Boże, jest piękniejszy niż kiedykolwiek, przeszyła ją myśl. 

A  gdy  on,  wciąż  uśmiechnięty,  odwrócił  głowę  i  spostrzegł  ją,  poczuła,  jak  uśpiony 

płomień wybucha ze śmiertelną mocą. 

Zatrzymała się, zerknęła przez ramię, wiedziała jednak, że za późno już na ucieczkę. 

Zebrała  więc  całą  swoją  nowo  zdobytą  siłę  i  odwagę,  postanawiając  udawać  całkowicie 

obojętną. 

- Sunniva! 

Ach,  idzie  do  niej!  Tamte  dwie  dziewczyny  nie  ruszały  się  z  miejsca,  uśmiechy 

wywołane jego czarującym zachowaniem zakrzepły im na ustach niczym zimna owsianka. 

- Sunniva! Jak miło! Tak dawno nie rozmawialiśmy! 

- Owszem, Bjornarze Gurvin, rzeczywiście. Ale są tego powody! 

Jej  chłodny  ton  najwidoczniej  odebrał  mu  śmiałość,  Sunniva  niemal  pożałowała 

swoich słów. Ale Bjornar się nie rozzłościł, tylko spoważniał. 

- Musimy porozmawiać! 

- Czyżbyśmy mieli o czym? 

- Wydaje mi się, że o wielu sprawach... Dużo o tobie myślałem. 

O, cudowne słowa! 

- Bardzo dużo o tobie myślałem, Sunnivo. A kiedy spostrzegłem, że idziesz tutaj, jak 

gdyby prowadziła cię bogini losu... wiedziałem, że musimy się rozmówić. 

background image

-  Przecież  rozmawiamy  -  odparła  cierpko,  lecz  ptaszek  w  sercu  ćwierkał  coraz 

głośniej. 

Bjornar  podprowadził  ją  do  ławeczki  pod  ogołoconą  z  liści  jabłonią.  W  powietrzu 

wyczuwało się mróz, lecz Sunniva nie czuła już zimna. 

-  Sunnivo,  wydaje  mi  się,  że  oboje  powinniśmy  prosić  się  nawzajem  o  wybaczenie. 

Ale czy nie możemy puścić tego, co złe, w niepamięć? Nigdy nie zapomnę tych chwil latem, 

w gorącą noc... Nie może być prawdą, że nic cię nie obchodziłem! 

Zaczerwieniła  się,  zmusiła  się  jednak  do  uśmiechu,  by  pokazać,  że  ceni  sobie  jego 

szczerość. 

-  Co  masz  na  myśli?  -  spytała.  -  Za  co  powinnam  przepraszać?  Za  to,  że  mnie 

zwiodłeś, że przez cały czas tylko się bawiłeś, i mną, i Anitą? 

-  Anitą?  Ale...  to  dopiero  po  tym,  jak  dowiedziałem  się  o  tobie  i  o  Franku!  Musisz 

zrozumieć,  że  chciałem  pocieszyć  się  z  inną,  skoro  ty  tak  dobitnie  pokazałaś,  gdzie  moje 

miejsce! 

-  Doprawdy?  A  o  jakim  Franku  mowa?  Zdumienie  na  jej  twarzy  nie  mogło  być 

udawane. Bjornar patrzył na dziewczynę wstrząśnięty. 

- Czy to nieprawda... że ty i Frank... 

- Kto naopowiadał ci takich kłamstw? I kiedy? Odpowiedzi już się domyślała. 

Anita, ta żmija! 

-  W  wieczór  świętojański...  Późno  przyszedłem  na  tańce,  zobaczyłem  ciebie  z  Anitą, 

uciekłaś od niej... 

Powtórzył  łzawą  historyjkę  Anity  i  zawstydzony  uzupełnił  krótką  opowieścią  o  swej 

rozpaczy i niemądrych uściskach z intrygantką. 

Sunniva  siedziała  jak  skamieniała,  starała  się  przetrawić  wszystko,  co  usłyszała. 

Czyżby  jedno  wielkie  nieporozumienie?  Czy  możliwe,  że  Anita  oszukała  ich  oboje, 

oskarżając każde o zdradę? 

Zawrzało w niej z gniewu, pięści same się zacisnęły. 

Zauważyła,  że  Bjornar  myśli  podobnie,  zwarte  szczęki  wyraźniej  zaznaczyły  się  na 

jego męskiej już twarzy. 

- Niech Bóg ma w opiece to przeklęte babsko, kiedy znów ją spotkam! Dostanie... 

- Nie, to nikomu nie pomoże. To my okazaliśmy się głupi, wierząc jej bez wahania. To 

my nie ufaliśmy sobie za grosz! 

Bjornar popatrzył na Sunnivę zamyślony, uśmiechnął się. 

background image

- Masz rację. Byliśmy głupi. Powinniśmy lepiej pamiętać tamten piękny wieczór i nie 

pozwolić, aby rozdzieliło nas pospolite kłamstwo. Za to teraz nic już nie stoi na przeszkodzie, 

abyśmy  się  lepiej  poznali.  Nikt  już  nie  powstrzyma  mnie  w  wypełnieniu  złożonych  ci 

obietnic, jeśli tylko zechcesz je przyjąć. 

- Bardzo chętnie poznam cię bliżej, Bjornarze - odszepnęła uszczęśliwiona Sunniva. 

Delikatnie przygarnął ją do siebie, ale dziewczęta wciąż stały przy studni, wyraźnie się 

nie spieszyły. Bjornar nie ośmielił się jej pocałować, chociaż ich wargi znalazły się tak blisko, 

bardzo blisko siebie. Taki postępek mógłby narazić na szwank jej cześć. A przecież za nic nie 

chciał, by oskarżano go o zbrukanie własnej narzeczonej! 

Tydzień na dworze pisarza minął szybko, znacznie szybciej niż każdy z ciągnących się 

letnich dni. 

Sunniva wiedziała, dlaczego. 

Wszystko  wokół  jawiło  jej  się  różowym  szczęściem,  niebiańską  radością,  białym 

oczarowaniem! 

Ż

ałowała  trochę,  że  błahe  nieporozumienie  tak  wiele  zniszczyło,  postanowiła  jednak 

dłużej  tego  nie  roztrząsać.  Przepełniała  ją  radość,  zdołała  nawet  wykrzesać  z  siebie 

współczucie dla Anity. Szkoda jej było wszystkich, którzy nie mogą dzielić jej szczęścia! 

Dała  Anicie  do  zrozumienia,  że  jej  kłamstwa  wyszły  na  jaw.  Anita  z  początku 

wszystkiemu  zaprzeczała,  nie  szczędziła  złośliwości.  Sunniva  jednak  była  tak  mocno 

zakochana, że wyciągnęła do nieprzyjaciółki rękę. 

- Przestańmy się kłócić. Już się na ciebie nie gniewam. Sprawa się przecież wyjaśniła! 

Być może nam wszystkim ta nauczka wyjdzie na dobre. 

Anita uśmiechnęła się wtedy i uściskała Sunnivę. 

- Dziękuję. Nienawidzę mieć wrogów - powiedziała Sunniva uradowana. 

-  To  ja  winna  ci  jestem  wdzięczność,  i  nie  tylko.  Jesteś  doprawdy  wielkoduszna,  że 

wybaczasz  mi  taką  niegodziwość.  Ale  tak  bardzo  pragnęłam...  miałam  nadzieję,  że  może 

Bjornar... 

-  Wiem.  Nie  pasujesz  do  takiego  życia.  I  ufam,  że  wkrótce  znajdziesz  sobie  męża, 

który potrafi lepiej się o ciebie zatroszczyć - oświadczyła Sunniva. 

-  Ale  nie  licz  na  Bjornara!  Planujemy  się  pobrać,  kiedy  tylko  osiągnę  odpowiedni 

wiek. 

- Dwa lata... to przecież strasznie długo! 

- Tak, ale mamy czas, możemy czekać. I wiem, że on już drugi raz mnie nie zdradzi - 

odparła Sunniva z mocą. 

background image

- Nie jest wcale pewne, czy w ogóle to zrobił - szepnęła Anita i spuściła oczy. 

- Wiem, co było. W wieczór świętojański... 

- Na pewno niewiele z tego pamięta. To ja... ja mu powiedziałam, że my... 

Sunniva  utraciła  część  dobrej  woli,  ciarki  przeszły  jej  po  plecach  na  myśl  o  tym,  że 

Bjornar spoczywał w objęciach tej dziewczyny. 

- To nieprawda -  wyznała Anita. - Ja mu tak powiedziałam, a on uwierzył... Upił się 

piwem i gorzałką. Kiedy później obudził się przy mnie nagi, bez trudu przekonałam go o tym, 

o czym chciałam. Wiedziałam, że poczuje się zobowiązany, być może uda się nawet nakłonić 

go do małżeństwa z nieszczęsną dziewczyną, którą wykorzystał i pohańbił... Ale wpadłam we 

własną  pułapkę.  Gdyby  takie  potajemne  zabawy  prowadziły  do  ołtarza,  miałabym  całą 

kolejkę starających się o moją rękę. 

Sunniva  wstrząsnęło  to  wyznanie,  nie  mogła  pojąć,  jak  Anita  może  tak  beztrosko 

pozwalać  mężczyznom  na  zbliżenia.  Ogromną  radość  sprawiła  jej  jednak  wieść,  że  między 

nią a Bjornarem do niczego nie doszło! 

Na pewno i on się ucieszy, jak się dowie... 

Sunniva jeszcze raz uściskała Anitę i rozeszły się każda do swoich zajęć. Za dwa dni 

pokój świąt otoczy kraj i jego mieszkańców. Nastaną wesołe, radosne dni. Boże Narodzenie! 

Zabawy i uczty, długie wieczory, śpiewy i wesołe rozmowy. Pyszne jedzenie! I dużo 

wolnego czasu, wiele chwil na spotkania z ludźmi, z którymi pragnie się być jak najwięcej. 

Czas, aby odwiedzić tych, którzy zostali w domu. 

Sunniva  cieszyła  się,  że  opowie  Randarowi  o  swym  szczęściu.  Wiedziała,  że  i  jemu 

sprawi radość. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Kościół w Sogndal, Dzień Złotego Pierścienia

, 1692 

Dumny pan młody z wielką niecierpliwością czekał na swą wybrankę. 

Wysmukły,  jasnowłosy  stał  u  boku  ojca  i  pozwalał,  by  któryś  z  kompanów 

wyśpiewywał pochwalne pieśni tak przenikliwie fałszując, że słuchaczy nachodziła ochota na 

zatkanie  sobie  uszu.  Weselny  orszak  zaczynał  się  zbierać,  wkrótce  już  cała  setka 

zaproszonych  gości  zgromadzi  się  na  drodze  do  domostwa  pana  młodego.  Stamtąd  razem 

wyruszą  w  stronę  prowadzącego  do  kościoła  gościńca.  Zajdą  aż  nad  brzeg  fiordu,  bo  panna 

młoda przypłynie ze swego domu łodzią. 

Dawny kat na pewno zajmie miejsce jej ojca i poprowadzi ją do ślubu. Towarzyszyć 

jej  będzie  też  młodsza  siostrzyczka;  znano  już  malutką  czarodziejkę  z  jej  sporadycznych 

odwiedzin w wiosce. 

Młodsza  córka  Marii  nosiła  także  jej  imię.  Było  to  dziecko  o  wyglądzie  anioła, 

przynajmniej  dopóki  nie  zdarło  chustki  z  głowy,  bo  wtedy  wypływała  burza  lśniących, 

czarnych  włosów,  tak  gęstych  i  niesfornych,  że  przywodziły  raczej  na  myśl  Cyganów  i 

włóczęgów. 

Ten  dzień  był  jednak  wielkim  dniem  starszej  córki  Marii.  Sunniva  skończyła  już 

osiemnaście  lat  i  mogła  z  całą  powagą  oddać  się  narzeczonemu,  cierpliwemu  Bjornarowi 

Gundnowi.  Ci  dwoje  mieli  się  ku  sobie,  jeszcze  gdy  Sunnniva  była  dzieckiem,  i  ludziom 

ogromnie  imponował  szacunek,  z  jakim  Bjornar  zawsze  traktował  swą  młodziutką 

narzeczoną. Nigdy nie widziano, aby chłopak wspinał się późnym wieczorem na dziewczęcy 

stryszek. I, co ważniejsze, nie widziano, aby wymykał się stamtąd rankiem w niedzielę... 

Młodzi  rzeczywiście  zasłużyli  na  pochwały.  Nareszcie  będzie  można  popatrzeć  na 

oblubienicę, która nie splami ślubnej korony, symbolu niewinności! 

Tak, tak, korona. 

Pomyśleć tylko, że starą koronę, skarb rodzinny, pożyczono ubogiej służącej! 

Staruszek  Eyliff  Stedje,  schorowany  dawny  lensman,  osobiście  nalegał,  by  Sunniva 

nosiła  ciężkie  arcydzieło.  Korony  nie  używano  od  czasu,  kiedy  jego  Hilda  stanęła  pod 

ołtarzem i przed Bogiem i ludźmi przysięgała połączyć swe życie z jego życiem. 

                                                 

  Dzień  Złotego  Pierścienia  (Fingegullsmesse)  -  12  września;  w  średniowieczu  lokalne  święto 

obchodzone  w  Nidaros  na  pamiątkę  przywiezienia  w  roku  1165  do  Kościoła  Chrystusa  kropli  krwi  Jezusa, 
prawdopodobnie w kapsule w kształcie pierścienia (przyp. tłum.)

.

 

background image

Nikt nie wiedział, jakie myśli roją się w głowie Eyliffa, gdy Sunniva zeszła na brzeg i 

promienie słońca pochwyciły cudne kamienie, zdobiące koronę. 

Wyglądała  tak  pięknie,  jak  tylko  wyglądać  może  panna  młoda.  Miała  pulchne, 

rumiane policzki, włosy jej błyszczały, a oczy rozszerzyła miłość, gdy dostrzegła siedzącego 

na koniu pana młodego. 

Towarzyszyła jej wyładowana po brzegi łódź. 

Siedziała  w  niej  Gjertrud  i  jakiś  nieznajomy  mężczyzna,  który  walczył  z  opornymi 

wiosłami. Najwyraźniej obrał sobie za cel bezpiecznie dowieźć wiano Sunnivy. 

Dwie  pokaźne  skrzynie,  zapewne  pełne  pościeli,  fartuchów,  derek  i  rozmaitych 

kobiecych drobiazgów. 

Trzy faski, najprawdopodobniej wypełnione masłem. 

Tłusta owca, porośnięta gęstą białą wełną. 

I  najwspanialsze  ze  wszystkiego:  stos  pięknie  rzeźbionych  desek,  które  ozdobią 

południową ścianę izby na Gurvin. 

Zgromadzeni  radośnie  powitali  pannę  młodą  i  wśród  entuzjastycznych  okrzyków  ją 

także  posadzono  na  konia.  Zwisające  z  korony  długie  haftowane  wstążki  były  podszyte 

jedwabiem i ozdobione listkami ze srebra. Korona, choć od spodu wyłożona aksamitem, była 

ciężka  i  ciasna,  dziewczyna  mocno  musiała  napinać  mięśnie  szyi,  by  trzymać  głowę  pod-

niesioną. 

Na razie Sunniva nosiła koronę dostojnie, dumna jak księżniczka. 

-  Tak,  jak  nosiłaby  ją  jej  matka  -  szepnął  ten  i  ów  lękliwie.  Ludzie  jeszcze  nie 

zapomnieli czarownicy, wciąż czuli, że zbyt łatwo odwrócili się do niej plecami. 

Sunniva wcale nie miała ochoty myśleć o żadnych smutnych sprawach, lecz łzy były 

nieuniknione  tego  ranka,  kiedy  Gjertrud  wolno  czesała  jej  gładkie  włosy  i  układała  pięknie 

tak, aby mogła się na nich utrzymać korona. 

Gjertrud dostrzegła łzy. 

-  Nie  przyjmij  tego  źle,  Gjertrud,  i  uwierz,  że  jestem  ogromnie  wdzięczna  za 

wszystko, co robisz dla mnie i dla malutkiej. Ale... brak mi dzisiaj mamy... 

Gjertrud parę razy także pociągnęła nosem, lecz uśmiechnęła się przez łzy. 

- Oczywiście, Sunnivo, to ona powinna włożyć ci dzisiaj koronę na głowę. Ach, jakże 

bardzo  chciałabym,  żeby  tu  była!  Strasznie  to  smutne,  że  nie  ujrzy  swej  starszej  córki  w 

ś

lubnym  stroju.  Musimy  się  tylko  modlić  i  mieć  nadzieję,  że  pewnego  dnia  poprowadzi  do 

ołtarza przynajmniej malutką... 

background image

- Ja już nie jestem mała - zaprotestowała Maryjka. Siedziała na podłodze i bawiła się 

pięknymi wstążkami od korony. - Mama na pewno nie wróci do domu i na mój ślub. Zresztą 

nigdy nie wyjdę za mąż - oznajmiła pięciolatka. 

Sunniva otarła łzy, uparta buzia siostrzyczki zawsze skłaniała ją do uśmiechu. 

- Chodź tu, moja śliczna dziewczynko - wyciągnęła ręce do malutkiej. 

Maryjka  była  bardzo  zadowolona,  że  może  usiąść  na  kolanach  najważniejszej  tego 

dnia  osoby,  lecz  wolałaby  sama  znajdować  się  w  centrum  zainteresowania.  Dobrze,  dzisiaj 

niech tak już będzie, stwierdziła wielkodusznie. Przecież zaraz po weselu wszyscy i tak będą 

tańczyć, jak ona im zagra! 

Randar i Gjertrud nie zauważali, jak pięcioletnia dziewczynka okręca ich sobie wokół 

palca. Maryjka nie miała ugodowej natury, w niewinnie błękitnych oczętach często pojawiały 

się gniewne błyski. Nie była zła, nigdy nie wyrządziła krzywdy człowiekowi ani zwierzęciu. 

Obdarzona  jednak  została  niesłychaną  umiejętnością  osiągania  tego,  co  chciała,  wrodzoną 

zdolnością dotykania odpowiednich strun w każdym człowieku, z którym się zetknęła. Randar 

twierdził, że potrafiłaby wyżebrać ostatnią kość z pyska głodującego psa. 

Gjertrud  nie  bardzo  podobał  się  iskrzący  niemy  gniew,  jaki  niekiedy  okazywało 

dziecko.  Przerażała  intensywność  wyrazu  malutkiej  buzi,  widoczna  szczególnie  wtedy,  gdy 

dziewczynka dowiadywała się o niesprawiedliwości czy użyciu siły. Płakała i złościła się, gdy 

jej  mała  przyjaciółka  Audit  w  wieku  zaledwie  sześciu  lat  musiała  pójść  na  służbę  jako 

podkuchenna  do  starego  dziada,  którego  dzieci  instynktownie  unikały.  Parskała  jak 

prawdziwa  kocia  mama,  gdy  Randar  nalegał  na  oddanie  pięciu  kociąt  do  wsi.  Gdyby 

wiedziała, jaki los w końcu spotkał kociaki, pewnie nigdy by się już do niego nie odezwała. 

Maryjka miała waleczną duszę. 

- Może jest taka, bo właściwie pragnąłem mieć syna - zastanawiał się Randar, czując 

ukłucie w sercu. Dumny był z córeczki i musiał przyznać, że Maryjka ma cechy, które on sam 

chciałby mieć. Malutka nie pozwoli wodzić się za nos! 

Byle tylko zdołali ją nauczyć, że sprzeciw nie zawsze się opłaci... 

Dzisiaj  miała  najwyraźniej  dobry  humor,  była  grzeczna  i  uległa,  dreptała  z 

niecierpliwości, myśląc tylko o wyjeździe z domu. 

Gjertrud  i  Sunniva  z  dwóch  sukienek  Marii  uszyły  piękną  suknię  ślubną,  a  z  resztek 

materiału - prześliczny strój dla Maryjki. 

Mała lubiła się stroić, rozpromieniła się, kiedy Randar pozwolił jej wziąć też niedużą 

srebrną ozdobę matki. 

background image

Właściwie  to  dziwne,  bo  przecież  dziewczynka  biegała  zwykle  w  połatanych 

porciętach  i  przewiązanej  sznurkiem  koszuli.  Dawno  już  zrezygnowali  ze  zmuszania  jej  do 

noszenia  spódnic  sięgających  do  pół  łydki,  w  które  zwykle  ubierano  dziewczynki.  Na 

szczęście  rzadko  kiedy  ktoś  niespodziewanie  zaglądał  do  zagrody,  a  Maryjka  zgodziła  się 

wreszcie na wkładanie normalnego ubrania, kiedy przychodzili goście. 

- Cieszę się, cieszę się - podśpiewywała teraz i zsunąwszy się z kolan panny młodej, 

pobiegła po piękny bukiet, który ułożyły razem z Gjertrud. 

Kilka godzin później bardzo dumna i poważna dziewuszka kroczyła za końmi młodej 

pary. Kłaniała się łaskawie ludziom stojącym wzdłuż drogi, nie rozumiejąc, jakie rozbawienie 

budzi swym dorosłym pozdrowieniem. 

Na weselu natomiast i Maryjka, i inni popuścili cugli, weselisko było zaiste wspaniałe, 

bo stary lensman przynosił jeden podarek za drugim. Randar zatroszczył się o mięso cielęce i 

wieprzowe,  piwo  i  chleb.  Ale  teraz  na  stole  pojawiły  się  świeże  owoce  i  pięknie 

przyozdobione  pszenne  ciastka,  masło,  galareta  z  cielęcia  i  gęsty  czerwony  sos  z  jagód  do 

polania słodkości. 

Goście się częstowali, muzykant zagrał szybką melodię. 

Pannę młodą niemal siłą wypchnięto na środek, miała teraz odtańczyć ostatni samotny 

taniec. 

Zaraz  powinien  wkroczyć  pan  młody  i  po  chwili  zabawnego  droczenia  się  mieli 

zawirować  w  tańcu  już  jako  para.  Po  samotnym  tańcu  panny  młodej  winien  nastąpić 

pocałunek. 

Sunnnde doskwierał bolący zesztywniały kark, czuła, że korona odciska się czerwoną 

pręgą na głowie. Była spocona i zmęczona, oszołomiona i bardzo, bardzo szczęśliwa. 

Tańce trwały, ale nikt się nie spodziewał, że młodzi będą w nich długo uczestniczyć. 

Szczytowy  punkt  weseliska  nastąpił,  kiedy  połowa  rozbawionego  towarzystwa 

odprowadziła ich do łoża. 

Maryjka obserwowała, jak dorośli się śmieją i hałasują, i chłonęła przypadkowe słowa, 

z całą pewnością nie przeznaczone dla uszu pięciolatki. 

Randar wziął ją na ręce, wiła się, wyrywała, nie była już wszak niemowlakiem! 

Nagle jednak, gdy policzek dziewczynki dotknął silnego ramienia ojca, dźwięki jakoś 

ucichły, a oczy same się zamknęły. 

W  półśnie  poczuła,  jak Gjertrud  delikatnie  gładzi  ją  po  włosach,  i  po  chwili znalazła 

się w znajomych, miękkich objęciach kobiety. 

background image

Zasnęła w ramionach opiekunki. Gdyby usłyszała, jak słodko i niewinnie wygląda we 

ś

nie, na pewno uznałaby to za obrazę. 

Randar uśmiechnął się z czułością, pogładził zarumienione policzki córeczki, patrzył, 

jak  tuli  się  do  swojej  ukochanej  Gjertrud.  Gjertrud  naprawdę  udało  się  uczynić  dla  małej 

stratę  matki  możliwie  najmniej  dotkliwą.  Wprawdzie  Maryjka  stale  paplała  o  swojej 

wspaniałej  matce  i  złościła  się  na  okropnego  pastora,  który  wszystko  zniszczył,  to  jednak 

Randar  pojmował,  że  Maria  dla  pozostałych  mieszkańców  zagrody  wkrótce  stanie  się  tylko 

odległym wspomnieniem. 

Sunniva, jako pani na Gurvin, będzie miała swoje sprawy. 

Gjertrud porzuciła nadzieję na to, że Maria kiedykolwiek wróci do domu. 

Randar podejrzewał, że traktuje przyjaciółkę jak świętą. Gjertrud uwielbiała siedzieć z 

Maryjką i opowiadać jej fantastyczne historie o matce. Trochę dodawała, trochę ujmowała, a 

w  rezultacie  Maria  przewyższała  większość  świętych  swoją  czystością,  odwagą  i 

poświęceniem.  Randar,  słysząc  te  opowieści,  uśmiechał  się  nie  bez  goryczy,  lecz  się  nie 

wtrącał. 

Skoro Gjertrud pragnie zachować taki obraz Marii, nic mu do tego. 

I co złego w tym, że córeczka odziedziczy wyidealizowany obraz matki? 

Wątpliwe, by kiedykolwiek ujrzała ją żywą. 

Może Maria już umarła. 

Zbyt  długi  czas  upłynął,  odkąd  otrzymali  od  niej  ostatni  znak  życia,  ów  list 

przywieziony  przez  wielkiego  pana.  Później  nie  dostali  żadnej  wiadomości,  nawet 

najkrótszego pozdrowienia. 

Może nie ma jej już na szkierze, może ugięła się pod strasznymi warunkami, w jakich 

przyszło jej żyć. 

Ale Randar nie chciał w to uwierzyć. 

Dopóki  oboje  żyją,  zawsze  jest  źdźbło  nadziei.  A  on  będzie  się  go  trzymał,  dopóki 

starczy mu sił! 

Następnego  dnia  przyszła  do  jego  izdebki  zarumieniona  panna  młoda.  Pora  była  już 

późna,  Randar  zrozumiał  to,  kiedy  Sunniva  uchyliła  okiennice,  wpuszczając  do  środka  ostre 

jesienne słońce. 

W jednej dłoni trzymała drewnianą tacę, a w błękitnej niedzielnej sukience wyglądała 

równie wdzięcznie jak w uroczystym stroju poprzedniego dnia. 

-  Dzień  dobry,  ojcze!  Musisz  mi  pozwolić  tak  się  dzisiaj  nazywać,  inaczej  nie  będę 

miała komu zanieść śniadania! 

background image

Leżało  w  zwyczaju,  aby  nazajutrz  po  weselu  panna  młoda  po  raz  ostatni  obsłużyła 

ojca. Później miała zerwać wiele więzów łączących ją z rodziną i przyjaciółmi, a zwrócić się 

raczej ku mężowi i jego najbliższym. 

Randar  usiadł  na  łóżku,  zdumiony  obecnością  dziewczyny.  Nigdy  wcześniej  się  nad 

tym  nie  zastanawiał,  nie  spodziewał  się,  że  zajmie  miejsce  jej  ojca.  Zdawał  sobie  jednak 

sprawę, że Sunniva uczyniła mu wielki zaszczyt, podziękował uradowany. 

Sunniva  nalała  mu  piwa,  a  potem  suto  posmarowała  masłem  chleb  i  obłożyła  go 

grubymi plastrami „starego” sera. 

- Proszę, Randarze. I dziękuję za wspaniałe wesele! 

-  Tak  samo  powinnaś  dziękować  swemu  gospodarzowi.  To  dzięki  niemu  taka 

wystawność... 

-  Ale  przecież  mam  świadomość,  ile  cię  kosztowało  wyprawienie  uczty.  Wiem,  że 

przez ostatni rok żyliście owsianką na wodzie i rozcieńczonym piwem... 

- Taka już dola biedaków przed weselem. 

-  Mimo  wszystko  bardzo  dziękuję.  Mogłeś  przecież  powiedzieć,  że  to  nie  twoja 

sprawa... 

- Wiesz dobrze, że czegoś takiego nigdy bym nie zrobił - odparł trochę urażony. 

-  Oczywiście  -  westchnęła  Sunniva  i  mocno  go  uściskała.  Randar  o  mały  włos  nie 

upuścił kubka z piwem na łóżko. - Zająłeś się mną, opiekowałeś i pocieszałeś. Ostatnie lata... 

Czuję, że jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego mam. 

-  Przyrzekłem  twojej  matce,  że  wezmę  za  ciebie  odpowiedzialność.  I  tobie  także  to 

obiecałem, nie pamiętasz? 

- Na kamieniu nad urwiskiem, tak... Świetnie pamiętam. Gdyby nie ty, nie wiem, czy 

bym przeżyła tamto straszne lato. 

- Ty zawsze przeżyjesz. Jesteś silna i giętka. Jak... 

- ... jak moja matka, tak! - roześmiała się Sunniva. Zaraz jednak spoważniała. 

- Ale teraz twoja odpowiedzialność za mnie już się skończyła. Jestem dorosła, i jestem 

ż

oną  Bjornara,  on  się  będzie  o  mnie  troszczyć.  Randarze,  mam  nadzieję,  że  mimo  to 

pozostaniemy przyjaciółmi! 

-  Oczywiście,  przyjaźń  taka  jak  nasza  nie  znika  przez  jedną  noc,  choćby  była  to  noc 

szczególna jak dzisiejsza. 

Pojęła przymówkę, lecz nie wstydziła się rumieńca. 

background image

-  Było  cudownie  -  szepnęła.  Randar  zorientował  się,  że  miała  szczęście  do 

narzeczonego  również  w  kwestii  najbardziej  intymnych  spraw.  Tak  uśmiechać  się  mogła 

tylko zadowolona kobieta rano! 

Nie zagłębiali się w ten temat, zbytnia otwartość nie leżała w ich naturze. Randar jadł 

ś

niadanie, a Sunniva w tym czasie zamiotła izdebkę i złożyła jego ubranie. 

Wyszła, ale w drzwiach pomachała jeszcze wesoło. 

- Do zobaczenia na wieczornym poczęstunku! - pozdrowiła go i zniknęła. 

Randar  dalej  siedział  na  łóżku,  świadom,  że  Sunniva  swoją  wizytą  chciała  mu 

przekazać coś szczególnego. 

Został zwolniony od odpowiedzialności. 

Mógł teraz postępować tak, jak chciał. 

Jeszcze kilka lat, zanim Maryjka nie dorośnie... 

Siedział  tak  długo,  pozwalając  krążyć  po  głowie  dawno  odepchniętym  myślom. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  jeśli  dopuści  je  do  siebie,  to  wkrótce  nie  będzie  miał  żadnej  drogi 

powrotu, tęsknota stanie się zbyt nieznośna. 

To  niemądre  jak  sypanie  soli  na  rany,  beznadziejne  szaleńcze  pomysły...  Wiedział 

jednak, że gotów jest oddać życie, byle tylko choć raz jeszcze ją ujrzeć. 

Z  całą  surowością  wobec  siebie  przemógł  ogarniające  go  drżące  napięcie,  nie  mógł 

dopuścić, by zawładnęło nim w samym środku wesela. Ale później... 

Zwyczajem było, że następnego dnia po ślubie zapraszano całą wioskę na kubek piwa. 

Zapanował  rozgardiasz,  dom  postawiono  niemal  na  głowie.  Należało  pomyć  dzbanki  i  inne 

naczynia,  przynieść  beczki  z  piwnicy  i  spichlerza,  ustawić  miski  do  piwa  gotowe  dla  gości. 

Nakrojono  również  trochę  solonego  mięsa  i  ułożono  je  na  podłużnych  drewnianych 

półmiskach jako przekąskę. 

Zapowiadał się długi dzień, a później czekał jeszcze jeden, zanim weselisko dobiegnie 

końca. 

Dopiero potem dla Sunnivy nastaną nowe powszednie dni. 

Gospodyni na Gundn. Z kluczami u pasa. 

I z własną dziewczyną do najcięższych robót, które do tej pory sama wykonywała dla 

Hildy Stedje! 

Sunnnde wprost w głowie się kręciło ze szczęścia. 

Czy mogło jej się ułożyć lepiej? 

Kochający  mąż,  wystarczyło,  by  na  nią  spojrzał,  a  już  cała  płonęła.  Piękny,  silny, 

dobry mąż, znała każdy zakątek jego duszy i mogła mu w pełni ufać. 

background image

Szczęście nigdy nie było jej tak bliskie. Radował ją każdy dzień pracy, nie zauważała, 

ż

e  wymaga  się  od  niej  jeszcze  więcej  niż  wtedy,  gdy  jako  służąca  wykonywała  najcięższe 

roboty. Teraz ona była odpowiedzialna za wszystko! Za to, by należycie napełniono spichrze i 

stodołę, by  siano i liście w czas znalazły się pod dachem, by zadbano o  ubój, by  nic się nie 

zmarnowało... 

Do  obowiązków  gospodyni  należało  także  przeglądanie  zimowych  ubrań  i  okryć, 

pilnowanie,  czy  mleko  starannie  przecedzono  i  zakwaszono,  dbanie  o  wielkie  beczki  z 

mięsem, rybami i warzywami, które trzeba było zakwasić lub zasolić w odpowiedni sposób. 

Uprawiali też trochę zboża, nadawał się do tego  płaski teren nad rzeką.  Zdarzało się, 

ż

e  uzyskiwali  z  pola  dosyć  ziarna  na  całą  zimę,  zwykle  jednak  musieli  kupić  kilka 

dodatkowych beczek. 

Bjornar  już  wcześniej  zabrał  ją  na  obchód  włości,  pokazywał  kamienie  graniczne  i 

strumień oddzielający Gurvin od sąsiednich zagród. Zaprowadził ją też do swoich sekretnych 

miejsc, gdzie jako dziecko budował własne maleńkie zagrody do zabawy. 

Niekiedy  kochali  się  pod  błękitnym  jesiennym  niebem,  które  miało  taką  samą  barwę 

jak jego oczy. 

Nawet  staruszkowie  niczym  nie  zakłócali  szczęścia,  chociaż  Bjornar  wcześniej 

widział,  jak  matka  zaciska  usta,  kiedy  obwieścił,  że  zamierza  poślubić  Sunnivę  Mariadatter 

Skanke. 

Ojciec  również  odniósł  się  sceptycznie  do  jego  pomysłu,  nie  podobało  mu  się 

zamieszanie  wokół  tej  rodziny.  Bjornar  jednak  nie  przestawał  argumentować,  był  łagodny  i 

surowy zarazem, uparty i czuły, kiedy mówił o Sunnnde. 

W  końcu  starzy  ustąpili  i  ojciec  sprawiał  wrażenie  wręcz  zadowolonego,  kiedy 

Bjornar,  wyciągając  ostatni  przekonujący  argument,  wskazał,  że  Sunniva  dostała  dodatkową 

zapłatę za dobrą pracę u samego pisarza. I była przecież córką wielkiego pana... 

Ojciec  burknął  coś  w  odpowiedzi,  słyszał  o  tej  budzącej  wiele  wątpliwości  historii. 

Nikt jednak nie mógł zaprzeczyć, że Sunniva jest córką samego Mogensa Skanke. 

Sunnivę  powitała  więc  para  milkliwych  staruszków  na  dożywociu,  którzy 

potrzebowali jednak zaledwie trzech dni, aby dać się zauroczyć młodej gospodyni. 

Tak ładnie się do nich odnosiła, mówiła tak cierpliwie i mądrze! 

Może nawet była piękna, szczególnie dla tego, kto spogląda na nią z miłością! 

Dobry  materiał  na  gospodynię,  to  przynajmniej  pewne.  Nie  bała  się  ciężkiej  pracy, 

zorientowali się już pierwszego wieczoru, kiedy zaczęła planować jesienne roboty. 

Starzy odetchnęli z ulgą. 

background image

Ich  ostatnie  lata  rysowały  się  przed  nimi  pewne  i  bezpieczne.  Młoda  żona  Bjornara 

będzie  umiała  się  o  nich  zatroszczyć.  Powiadano  też,  że  wiele  odziedziczyła  po  matce, 

znającej  się  na  leczeniu.  Kto  wie,  może  synowa  zaradzi  uprzykrzonym  bólom,  które  w 

jesienny czas chętnie właziły w zmęczone plecy i sztywne biodra? 

background image

ROZDZIAŁ VII 

- Jade - szepnął Randar. 

Słowo to wywołało w nim prawdziwie wiosenne topnienie lodów, choć nie było przy 

nim nikogo, kto mógłby mu odpowiedzieć. 

- Jade! 

Nie zdawał sobie sprawy, że w półmroku oblicze mu promienieje, nie domyślał się, że 

w  ciągu  kilku  zaledwie  sekund  głębokie  bruzdy  na  twarzy  przekształciły  się  w  fałdy 

uśmiechu. 

Siedział  sam  w  warsztacie,  zima  była  mroźna,  dłonie  utrzymywały  ciepło  wyłącznie 

dzięki szybkim ruchom pilnika. 

Na  stole  do  pracy  płonęła  lampa,  leżał  też  na  nim  piękny  kawałek  brzozowego 

drewna,  z  prawie  już  gotowymi  cudnymi  girlandami  kwiatów.  Miał  zawisnąć  nad  drzwiami 

na  Gurvin,  jako  dodatkowy  podarek  Randara  dla  młodziutkiej  gospodyni,  która  niedawno 

zwierzyła mu się, że oczekuje pierwszego dziecka. 

Sunniva była dorosła. 

Ledwie  w  kilka  miesięcy  po  ślubie  jakby  otworzyła  się  do  świata  i  zyskała  nową 

pewność siebie. Przydał jej tego nie tylko niewieści czepiec. 

Randar wiele rozmyślał, na wszystkie strony obracał w głowie wnioski, odsuwał je od 

siebie i pozwalał, by powracały we śnie. 

Dopiero jednak w tym momencie podjął ostateczną decyzję. 

Nie ma drogi odwrotu. 

Musi jechać. 

Jak najszybciej. 

Boże  Narodzenie  jeszcze  nie  minęło,  wciąż  czekało  kilka  długich  świątecznych  dni 

przed nadejściem Nowego Roku. 

Randar wiedział, że właśnie teraz wzdłuż całego wybrzeża mężczyźni szykują się do 

połowów  na  Lofotach.  Niewielkie  miał  pojęcie  o  tych  trudnych  wyprawach,  lecz  słyszał 

opowieści takich, co to zaciągali się na kutry i mniejsze łodzie. 

To mogła być jakaś szansa. 

Musi  znaleźć  się  jakiś  szyper,  któremu  potrzeba  pomocy  silnych,  chętnych  do  pracy 

rąk, zwłaszcza człowieka, który nie będzie miał zbyt wygórowanych wymagań. 

background image

Randar  po  długim  namyśle  doszedł  do  wniosku,  że  powinien  spróbować,  inaczej  nie 

przekona się, czy to możliwe. Nie może zwlekać, należy czym prędzej dostać się do Bergen, 

zanim łodzie wyruszą na Północ. 

Wykorzysta  pierwszą  okazję,  jaka  się  tylko  nadarzy.  W  przeciwieństwie  do  innych 

mieszkańców wiosek położonych w głębi kraju nie bal się morza. 

Jakąż  krzywdę  może  wszak  wyrządzić  mu  woda  poza  tym,  że  odbierze  życie?  A  to 

równie dobrze mogło mu się przytrafić także na lądzie. 

I przecież za wszystkimi tymi falami, daleko, daleko na Północy znajdował się jedyny 

port, do jakiego pragnął zawinąć. 

Ramiona Marii. 

Ona musi tam być. 

Randar postanowił, że będzie w to wierzyć. 

Chociaż  może  Maria  wcale  na  niego  nie  czeka...  Lecz  jest  gdzieś  tam,  na  jednej  z 

wielu  przybrzeżnych  wysepek,  na  maleńkim  szkierze  wśród  dwóch  czy  trzech  tuzinów 

nieszczęsnych kobiet. 

Wiedział,  że  nie  powinien  liczyć  na  wyrwanie  jej  z  obozu,  lecz  może  pobędzie  z  nią 

bodaj przez kilka dni. Napatrzą się na siebie, powiedzą sobie, że życie toczy się dalej, ogrzeją 

się nawzajem przez parę chwil. 

Może będzie mógł tam wracać, będą żyć takimi krótkimi spotkaniami. 

Gdyby tylko udało mu się znaleźć kuter płynący właśnie na Skjaervaer... 

Powinien zdobyć porządny rybacki strój. Spodnie z nasączonego olejem płótna, kurtkę 

ze skóry foki i duży, wodoodporny kapelusz z szerokim rondem. 

Uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie zaskoczenie Marii, kiedy ujrzy, że wśród 

rybaków szukających towarzystwa kobiet znajduje się także jej mąż! 

Całe przedsięwzięcie wydało mu się nagle niezwykle proste, jak gdyby w momencie, 

w którym postanowił wyruszyć, miał już połowę podróży za sobą. 

Pozwolił  dłoniom  dalej  pracować  nad  kawałkiem  drewna,  lecz  głowę  wypełniły  mu 

wesołe,  lekkie  myśli.  W  tej  chwili  pragnął  jedynie  upajać  się  podnieceniem,  oszałamiającą 

nadzieją, że mimo wszystko znów ją zobaczy. 

Nie chciał myśleć o nieuchronnych protestach Gjertrud i o łzach Maryjki... 

Nie  chciał  myśleć  o  niepowodzeniu  wyprawy,  o  tym,  że  Maria  być  może  nie  należy 

już wyłącznie do niego. 

Nie myśleć, tylko marzyć. 

Niech sobie kłopoty przychodzą, kiedy chcą. 

background image

Maryjka patrzyła na niego spojrzeniem, od którego serce zamarło mu w piersi. 

Randar  w  tym  momencie  gorąco  pragnął,  by  decyzja  jeszcze  nie  zapadła,  by  istniała 

przestrzeń, w której mógłby przygarnąć córeczkę do siebie i obiecać, że zostanie. 

- Nie jedź, tatusiu... Nie jedź... Nie jedź... 

Malutka  powtarzała  zaklęcie,  całe  drobne  ciałko  zmieniło się  w  jeden  kłębek  mięśni, 

jak gdyby ich siłą starała się go zatrzymać. 

Poprosił, by obie usiadły przy długim stole w izbie, chociaż nie nadeszła jeszcze pora 

ostatniego  posiłku.  Styczniowe  wieczory  bardzo  się  dłużyły,  choć  wciąż  nie  opuszczało  ich 

wspomnienie świąt, nadal cieszyli się uroczystym ciepłem. 

Ale teraz wszystko się popsuło. 

To  jego  słowa  zgasiły  świece  Bożego  Narodzenia,  które  jeszcze  długo  w  styczniu 

płoną w ludzkich sercach. 

Maryjka  rzuciła  mu  się  w  ramiona  i  mocno  go  trzymając,  ze  szlochem  wypowiadała 

wciąż te same słowa. 

Gjertrud nie robiła nic, by ją powstrzymać, niema prośba Randara zdawała się do niej 

nie docierać. 

Randar  położył  swe  niezgrabne  dłonie  na  wstrząsanych  płaczem  pleckach  dziecka  i 

próbował je pocieszać: 

- Nie płacz... Przecież wiesz, że wrócę! 

- Nie! Nie! Ty też nie wrócisz! Znikniesz, tak jak moja mama! Będziesz musiał zostać 

na wyspie tylko dlatego, że ten paskudny pastor... 

Łkanie zniekształciło dalsze słowa. Randar poczuł ukłucie gniewu. 

- Powiedziałaś jej? 

Na twarzy Gjertrud nie pojawił się wyraz wstydu czy żalu. 

- Owszem, opowiedziałam jej całą historię, oczywiście dostosowaną do uszu dziecka. 

Maryjka wie, co wygnało jej matkę na odludzie. A raczej kto. 

Randar westchnął ciężko. 

Dziecko  nie  powinno  znać  brutalnej  prawdy.  Oby  tylko  Gjertrud  swoimi 

opowieściami nie zasiała w duszyczce malutkiej ziarna nienawiści! 

Ciałko  Maryjki  przestało  się  trząść,  zdrętwiało  na  kolanach  ojca.  Randar  próbował 

delikatnie głaskać córeczkę, uspokoić jakoś, przywrócić poczucie bezpieczeństwa. 

Ale dziewczynka wcale się nie rozluźniała, zarzuciła mu rączki na szyję i nie chciała 

puścić, ciągnęła go przy tym za włosy, na pewno wcale nie zdając sobie z tego sprawy. 

background image

Ostrożnie  uwolnił  się  od  duszącego  uścisku,  usadził  Maryjkę  sobie  na  kolanach  i 

zadarł jej bródkę, zmuszając, by patrzyła mu w oczy. 

-  Opowiem  ci  bajkę,  córeczko.  Posłuchaj.  Dawno,  dawno  temu  żyła  sobie  mała 

księżniczka.  Mieszkała  razem  ze  swym  ojcem  i  kochaną  pokojówką.  Królową  matkę 

uprowadzono daleko, daleko, w samotnym zamczysku więził ją zły troll... 

- Który się nazywa Revelin! 

Nagły błysk w oczach dziecka poraził Randara, zapalił się w nich płomień nienawiści, 

jakiego  nie  powinno  się  nigdy  ujrzeć  w  oczach  tak  małego  człowieka.  Gjertrud  przeszyło 

spojrzenie, od którego zapewne by się skuliła, gdyby podniosła wzrok znad kądzieli. Randar 

westchnął  bezgłośnie,  usiłował  pokonać  palenie  w  żołądku,  z  wysiłkiem  nadawał  głosowi 

cierpliwy, przyjazny ton. 

- Myślę, że wcale się tak nie nazywał. Nazywał się... nazywał się Złośliwiec. 

Snuł  dalej  swą  historię,  wytężając  wyobraźnię  do  granic  możliwości,  lecz  zachęcało 

go skupienie Maryjki, która przestała płakać i słuchała z zainteresowaniem. 

Zakończył baśń opowieścią o tym, jak dobra królowa wróciła do domu akurat w czas 

na ślub małej księżniczki. 

Maryjka  świetnie  zrozumiała,  co  ojciec  pragnie  jej  przekazać  w  swojej  baśni.  O 

dziwo, wydawała się znacznie mniej zrozpaczona niż przed chwilą. 

Gjertrud wyjęła wrzeciono i gniewnymi ruchami przędła długie, nierówne nici. Ogień 

w  kamiennym  piecu  w  kącie  prawie  całkiem  wygasł,  tylko  na  palenisku  pod  dymnikiem 

błyskały jeszcze czerwone ślepia żaru. 

Randar poczuł się nagle niewypowiedzianie zmęczony. Od wielu dni zastanawiał się, 

jak też one przyjmą jego decyzję. 

Malutka ciężko oparła się o niego, nuciła jakąś melodię, do której po chwili wymyśliła 

słowa. Wyszła z tego piosenka o księżniczce, która nie miała matki. 

Randar  pochylił  głowę,  schował  nos  w  delikatne  czarne  włoski  dziecka,  pachnące 

mydłem Gjertrud. 

- Bardzo cię kocham - powiedział i głos mu się załamał. 

Maryjka urwała piosenkę, popatrzyła na niego zdziwiona. 

- Jakiś dziwny jesteś dzisiaj, tatusiu! 

Te słowa jeszcze bardziej go zasmuciły. 

Gdyby Maria została z nimi... Wówczas jej córka nie znalazłaby niczego dziwnego w 

wyznaniu  miłości.  Teraz  jednak  wydało  się  ono  tak  niezwyczajne,  że  zaniepokojona 

wpatrywała się w usta, które je wypowiedziały. 

background image

Ze  łzami  w  oczach  powtórzył  je  i  ucałował  małą  w  czoło.  Dziewczynka  milczała,  a 

potem spytała urażona: 

- No to dlaczego chcesz ode mnie odjechać? Miała dopiero pięć lat. 

Randar poczuł się bezradny jak skazaniec przywiązany do czterech dzikich koni. Dwie 

najukochańsze  istoty  w  jego  życiu  ciągnęły  go  każda  w  swoją  stronę,  wkrótce  mógł  zginąć 

rozdarty walczącymi w nim uczuciami. Ach, Boże, dlaczego życie nie może być prostsze! 

-  Kiedyś  zrozumiesz...  -  szepnął  do  ucha  córeczce.  -  Kiedyś  dowiesz  się,  co  mnie 

skłania, abym tak okrutnie cię ranił. Kiedy będziesz większa... 

- Jestem już duża! 

-  Owszem,  ale  jeszcze  większa...  jak  Sunniva.  Wtedy  zrozumiesz,  malutka,  że 

mężczyzna musi podążać za żoną. 

- Czy ją też kochasz? 

- Bardzo. 

- Bardziej niż mnie, bo jedziesz... 

- Nie, nie bardziej niż ciebie. Tylko inaczej... 

Dziewczynka przez chwilę się nad tym zastanawiała, ale myśli wolno obracały się w 

główce.  Nie  było  jeszcze  późno,  lecz  emocje  całkiem  chyba  zmęczyły  dziecko.  Ziewnęła, 

głos brzmiał jakby zza zasłony. 

- Kiedy mama wróci do domu... myślisz, że mnie polubi? 

Randar się uśmiechnął. 

-  Tak,  moja  Maryjko,  wiem,  że  ona  już  cię  kocha  -  zapewnił.  -  Może  nawet  mocniej 

niż ktokolwiek inny. 

- Och, tatusiu, naprawdę? Wobec tego muszę jechać z tobą, żeby ją spotkać! 

-  To  niemożliwe,  kochanie.  Absolutnie  niemożliwe.  Powinnaś  raczej  modlić  się  co 

wieczór o to, by mama pewnego dnia wróciła do domu. 

- Na pewno wróci! A potem pojedzie do Lyster zabić tego księdza, który kłamał i był 

dla nas taki niedobry! 

Randar wstrząśnięty wpatrywał się w drobną niewinną twarzyczkę i nie mógł pojąć, że 

różane usteczka potrafią wypluć takie mściwe słowa. 

Maryjka  w  półśnie  uśmiechała  się  prześlicznie,  czarne  rzęsy  spokojnie  legły  na 

policzkach,  zarumienionych  po  przeżyciach.  Nawet  przez  sen  tuliła  się  do  niego  jak  pisklę, 

któremu instynkt podpowiada, że wypadnięcie z gniazda oznacza pewną śmierć. 

Randar pozwolił jej tak spać przez pewien czas,  głównie po to, by odłożyć dyskusję, 

która, jak wiedział, nastąpi, gdy dorośli zostaną we dwoje. 

background image

Nić  Gjertrud  rwała  się  bez  przerwy,  kobieta  słała  mu  na  przemian  to  rozpaczliwe,  to 

gniewne spojrzenia. 

Domyślał się, że Gjertrud jest wstrząśnięta nie tylko żalem dziecka. 

Biedna Gjertrud. 

Gdyby tylko znalazła męża! 

Ale przeszłość na pewno udaremni jej zawarcie małżeństwa, i kobieta dobrze zdawała 

sobie z tego sprawę. Dlatego tak pożądliwie uchwyciła się tej namiastki roli żony i całą duszą 

starała się jak najlepiej zastąpić dziewczynce matkę. 

Nie dało się jednak ukryć, że jest poirytowana i wystraszona. 

Dziwne, że wcześniej mało się nad tym zastanawiał. 

Owszem, zauważył ukradkowe spojrzenia, drżenie, gdy przypadkiem znalazł się zbyt 

blisko... Nigdy jednak nie dotarło do niego w pełni znaczenie jej zachowania. 

Dopiero teraz. 

Zamierzał  wyruszyć  w  obłędną  podróż,  gnany  tęsknotą  i  brakiem  rozsądku. 

Ryzykował życie, swoje i innych. Co będzie, jeśli nie wróci do domu? 

Co się wtedy stanie z Gjertrud? 

Rozumiał  jej  strach,  pojmował,  dlaczego  palce  tak  niezgrabnie  obchodzą  się  z 

wrzecionem i przędzą. 

Wdzięczność dla Gjertrud przemieszała się z czułością. 

Musi  uczynić  rozstanie  tak  łagodnym,  jak  to  tylko  możliwe.  Dobrać  piękne  słowa, 

właściwe sformułowania. Sprawić, by zrozumiała, że nie opuszcza jej z radością. 

Ż

e i ona ma w jego sercu swoje miejsce. 

Miejsce przyjaciela. 

Pożegnanie okazało się jeszcze bardziej bolesne, niż przypuszczał. 

Poprzedniego  wieczora  spakował  podróżny  worek,  wąski  i  długi,  sznurowany  na 

górze, z pokrywą z impregnowanej skóry i grubym dnem nasączonym nie przepuszczającym 

wody gotowanym tłuszczem. 

Włożył  tam  trochę  ubrań,  solidną  paczkę  z  prowiantem  i  swój  najlepszy  nóż,  parę 

lżejszych butów i cienki płaszcz z nie garbowanej koźlej skóry. 

Gjertrud w milczeniu podała mu czworokątną ciężką paczkę. 

- Dla Marii - wydusiła z siebie wreszcie. 

Podziękował, nie pytał,  co w niej jest. Po kształcie poznał, że na pewno znajduje się 

tam książka, albo nawet dwie, i coś jeszcze. Z paczki unosił się leciutki zapach. Mydło? 

background image

Włożył pakunek do niemal pełnego już worka, zostało w nim tylko trochę miejsca na 

górze. 

-  Może  powinienem  zabrać  jej  czarną  wełnianą  pelerynę?  W  tym  zimnie  na  Północy 

na pewno brakuje jej okrycia. 

Gjertrud wolno pokręciła głową. 

- W jaki sposób jej to przekażesz? Pamiętaj, że jedziesz tam jako przypadkowy rybak. 

Dlaczego miałbyś jej ofiarowywać takie kosztowne podarki? 

Randar pojął słuszność tych słów. 

Trudno  będzie  pamiętać  o  granej  przez  siebie  roli,  kiedy  wreszcie  znów  spotka  się  z 

ukochaną. 

Gjertrud zorientowała się, gdzie błądzą jego myśli, i drążyła temat. 

-  Musisz  się  bardzo  pilnować,  Randarze.  Jeśli  ktoś  się  zorientuje,  kim  jesteś,  albo  z 

jakiego powodu przybywasz na wyspę... źle będzie i z tobą, i z Marią. Będą podejrzewać, że 

chcesz pomóc jej w ucieczce. 

Słowa zawisły w powietrzu, Randar dosłyszał tkwiące w nich pytanie. 

Ucieczka. 

Pomóc Marii zbiec. 

Istniała taka możliwość i właśnie tego Gjertrud tak się obawiała. 

Nagle zrozumiał. 

Gjertrud  nie  bała  się  wcale  jego  wyjazdu  ani  miesięcy  spędzonych  w  samotności  i 

czekania na jego powrót. 

Gjertrud sądziła, że on nie wróci do domu. 

Lękała się, że Randar nie będzie w stanie opuścić szkieru bez Marii, że jego wyprawa 

nie ma na celu jedynie spotkania z żoną. Że w jakiś sposób wyrwie Marię stamtąd... 

A wtedy nigdy nie będą mogli wrócić do domu. 

Randar sto razy obracał w głowie tę myśl. 

Gjertrud nie śmiała pytać wprost, lecz on jej odpowiedział. 

Podszedł do niej i objął tak, jak nigdy dotąd nie czynił. 

Kobieta wybuchnęła płaczem. 

- Wrócę do domu, Gjertrud. Nie wolno ci myśleć inaczej! 

- Sam nie wiesz, jaki los cię czeka... 

- To prawda. Ale obiecuję ci, że jeśli to tylko będzie w mojej mocy, wrócę do ciebie i 

do malutkiej. Nie wolno ci nigdy w to wątpić. 

background image

-  Nie  potrafię.  Nie  potrafię  się  nie  martwić,  kiedy  słyszę  pytania  Maryjki  i  sama  nie 

znam na nie odpowiedzi. Dlaczego jej to robisz? 

Głos Gjertrud brzmiał obco, zniekształcały go łzy i gniew. 

Randar  przymknął  oczy,  ale  nie  wypuszczał  jej  z  objęć.  Gjertrud  walczyła  z  jego 

uściskami, lecz tylko na poły serdecznie. 

-  Ty  i  malutka  jesteście  wszystkim,  co  mam,  Gjertrud.  Ścigam  teraz  marzenie,  ale 

wiem,  że  prędzej  czy  później  ono  przestanie  istnieć.  Może  nigdy  jej  nie  zobaczę,  być  może 

ona już... Nie wiem, czy bym się na to poważył, gdybym nie miał domu, do którego mógłbym 

wrócić. Kiedy wrócę... Czy będziesz na mnie czekać? 

Podniosła  wzrok,  napotkała  spojrzenie  Randara  przez  zasłonę  łez.  Wiedziała,  że  w 

jego  prostych  słowach  kryje  się  coś  więcej,  coś  prawdziwie  złowieszczego.  Tamto  słowo, 

którego nie wypowiedział, miało najistotniejsze znaczenie. 

Może ona już umarła. 

Może Maria była jedynie snem, wspomnieniem. 

A wtedy on wróci do domu, do mnie i do małej. 

-  Wtedy...  będę  na  ciebie  czekać  -  szepnęła.  Randar  zadrżał,  ciarki  przeszły  mu  po 

plecach, pożałował swoich słów. Nienawidził myśli, że Gjertrud będzie karmić się nadzieją na 

to, że Maria już nie żyje. 

Było jednak za późno, słów nie dało się cofnąć. Zabrzmiały logicznie, naturalnie, jak 

lato przechodzące w jesień. 

Nawet  jeśli  Marii  już  nie  ma,  to  Gjertrud  i  Randar  muszą  żyć  dalej.  I  tak  już 

poszeptywano  o  dwojgu  samotnych  nie  poślubionych  sobie,  którzy  mieszkają  razem  na 

Meisterplassen. Kiedy Randar wróci do domu, należy coś z tym zrobić. 

Kłopoty widać nadciągały ławicą jak tłuste jesienne śledzie prosto w sieci. 

Łódź  niosła  go  przez  mokrą  mgłę  zalegającą  nad  fiordem.  Woda  była  zimna,  lecz 

powietrze jeszcze chłodniejsze, dlatego nad powierzchnią wody tworzyły się zwiewne opary, 

a łodzie sunące przez wełnistą masę nabierały tajemniczego, zjawiskowego wyglądu. 

Randar przez pierwszy odcinek trasy wiosłował samotnie. Miał nadzieję na spotkanie 

po  drodze  większych  statków,  może  kutra  handlowego  albo  załogi,  która  spóźniła  się  na 

wielkie morskie połowy. 

Na głównym fiordzie ruch był większy. Wszystkim się spieszyło. 

Każde poruszenie wiosłami przypominało mu, że w ostatnich latach za mało pracował 

fizycznie.  Plecy  rozbolały  go,  zanim  jeszcze  minął  Leikanger.  A  przecież  kiedyś  mógł  bez 

wysiłku wiosłować tygodniami! 

background image

Pozwolił się ogarnąć smutkowi, że życie zmierza do końca. Czekały go teraz bardziej 

szare lata. Po prostu się starzał! 

Wkrótce stuknie mu pięćdziesiątka. 

Niejeden, osiągając jego wiek, zdążył już posiwieć i dał się pokręcić reumatyzmowi. 

Wiele kobiet wycieńczyło się, pomarszczyło i zwiędło. 

Czy Maria także się postarzała? 

Usiłował  sobie  wyobrazić  jej  ukochaną  twarz  naznaczoną  zmarszczkami,  przygasłe, 

zmęczone oczy. 

To niemożliwe! 

Ona jest wszak uosobieniem życia! 

Nawet w najstraszniejszych chwilach jej ciało pulsowało młodością. 

Ona nie mogła się zestarzeć. 

A ten, któremu przyszło żyć u jej boku, umrze z sokami żwawo krążącymi w żyłach, 

jak w kwitnącej na wiosnę wierzbie! 

Randar  starał  się  trzymać  tej  myśli,  czuł,  że  wspomnienie  mocy  Marii  dodaje  mu 

nowych sił. Wiosła równo cięły wodę.  Na szczęście lekki korzystny  wiatr pomagał niedużej 

łódce posuwać się naprzód. 

Wiosłował,  dopóki  styczniowy  mrok  całkiem  nie  odebrał  mu  widoczności,  skierował 

się wtedy do lądu, zjadł kilka kawałków mięsa, a potem zwinął się w kłębek na dnie łodzi i 

pozwolił falom ukołysać się do snu. 

Było zimno, lecz nie na tyle, by obeznany z morzem człowiek nie mógł znaleźć dosyć 

przytulnego ciepła w skórzanym śpiworze, rozłożonym na posłaniu z gałęzi jałowca. 

Spał  w  pełnym  ubraniu,  pod  symbolicznym  dachem  z  koca  rozpiętego  od  burty  do 

burty. 

Dopiero po pięciu dniach natrafił na ludzi zmierzających w tym samym kierunku. 

Grupka czterech łodzi płynęła do Bergen. Ludzie stawiali żagle pod osłoną wysokich 

gór i wkrótce mieli go minąć. 

Zaryzykował irytację załogi i postanowił poprosić o podwiezienie. 

Najmniejsza  łódź  wypuściła  wiatr  z  żagli  i  gwałtownie  się  zatrzymała,  aż  fale 

gniewnie prysnęły nad dziobem. 

Na pokładzie byli znajomi. 

Zresztą,  bez  względu  na  wszystko,  i  tak  zadaliby  sobie  trudu  na  widok  talarów,  za 

które Randar mógł kupić dla siebie miejsce. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Było  coś  znajomego  w  uczuciu,  jakie  ogarnęło  Randara,  kiedy  stał  na  dziobie 

niewielkiej wysłużonej łodzi żaglowej i patrzył, jak morze rozstępuje mu się pod stopami. 

Dziób ciął fale w poprzek, w próżnej walce uderzały o wzmocnione metalem drewno. 

Dziób rozdzielał je, odrzucał na boki, sprawiał, że mocarna woda ulegała władzy człowieka. 

Fale  rozstępowały  się,  układały  nowe  wzory  za  rufą.  Wkrótce  znów  się  zbiegały,  łączyły  w 

swój naturalny wzór, odnosząc swego rodzaju moralne zwycięstwo. 

Już tyle razy wcześniej woda go tak niosła. Czuł ją pod stopami z taką samą tęsknotą 

w sercu. 

W drodze, w drodze. 

Przez wody i głębie, których żaden człowiek nigdy nie ujrzy. Do Marii. 

Poprzednio  wiosłował  sam,  płynął  małą  łodzią  do  Lyster.  Wówczas  Maria  również 

stanowiła jedynie sen, wspomnienie, nadzieję. Tak jak teraz. Maria była wtedy żoną pastora i 

mógł  liczyć  jedynie  na  spotkanie.  Nie  wierzył,  że  wróci  z  nią  do  domu,  nie  spodziewał  się 

niczego poza kilkoma skradzionymi krótkimi chwilami. 

Podobnie było i teraz. I tym razem także nie płynął po narzeczoną, lecz przybywał jak 

złodziej, w przebraniu, by skraść kilka godzin szczęścia przy niej. 

Niosły go te same fale co wtedy, przed tak wielu laty. 

Moc jego uczuć się nie zmieniła. Uśmiechał się do siebie, nie przejmował się tym, że 

pozostali członkowie załogi uznali go za dziwaka, wręcz szaleńca. Nigdy nie prosili, by im w 

czymkolwiek pomógł, płacił wszak żywymi pieniędzmi i miał prawo do odpoczynku. 

Niekiedy  jednak  Randar  sam  brał  się  za  robotę,  na  szorstkich  linach  zdzierał  skórę  z 

rąk. Prostokątnym żaglem ciężko się manewrowało, lecz dawał dobrą szybkość, szczególnie 

teraz, kiedy szczęśliwie mieli sprzyjający wiatr. 

Szkuta  trzeszczała  i  jęczała,  lecz  bezpiecznie  pruła  wodę  pod  pewnym  sterem  Oli 

Mikkelsruda. 

Poza nieoczekiwanym pasażerem łodzią płynęło trzech mężczyzn. 

Dwaj  z  nich  młodzi,  na  brodach  ledwie  dawało  się  dostrzec  brunatne  cienie  zarostu. 

Kapitan  miał  więcej  doświadczenia,  Randar  oceniał,  że  jest  od  niego  młodszy  o  jakieś 

dziesięć, może piętnaście lat. 

Wyprawili się do Bergen na handel. 

background image

Najmłodsi chcieli się zaciągnąć na Lofoty, jeśli tylko znajdą jeszcze jakąś krypę, która 

tam zmierza. Wiedzieli, że jest już późno, i gnała ich niecierpliwość. Mieli w ostatnim czasie 

trudności  z  zezwoleniem  na  handel  i  zdobyciem  towarów,  a  w  dodatku  Starego  Mikkela 

złamała choroba. Bali się wyruszyć, zanim jako tako nie wydobrzał. 

Ale teraz nareszcie byli w drodze. 

Wiatr zdał się rozumieć, że potrzeba im trochę otuchy, i wyglądało na to, że podróż do 

Bergen zajmie pięć, a nawet sześć dni mniej, niż obliczali. Randar słał rzadkie w jego sercu 

dziękczynienie do tego, który kieruje humorami wiatru i wolą morza. Wolny czas poświęcał 

na snucie nie kończących się wyobrażeń o ostatecznym celu swej podróży. 

Skjaenrer. 

Cóż za brzydka, twarda nazwa! 

Brzmiała ostro i chrapliwie, nieprzyjaźnie dla języka. Dźwięk słowa przywodził mu na 

myśl walczącego drapieżnika. 

Niebezpiecznie. 

Cała wyprawa jest niebezpieczna. 

I  Randar  nie  miał  wcale  na  myśli  zimowych  sztormów  i  szalejących  fal,  groźby 

zatonięcia, z którą musieli się liczyć wszyscy ludzie morza. 

To, czego obawiał się najmocniej, nie zależało od wiatru i pogody. 

Nie lękał się, że nie dotrze do celu. Drętwiał ze strachu jedynie na myśl, że dotrze tam, 

lecz jednocześnie straci cel z oczu. 

Ż

e Marii już nie będzie. 

Ż

e być może zastanie tylko grób. 

Jedyną  pociechę  znajdował  w  tłumaczeniu  sobie,  że  lepsza  smutna  prawda  niż 

wieczna niepewność. 

Ale czy rzeczywiście? 

Z  trudem  przełknął  ślinę,  jego  towarzysze  zdumieli  się  na  widok  nagłej  zmiany 

wyrazu jego twarzy. Cóż takiego kołacze się po głowie tajemniczemu pasażerowi? 

Pomału zaczynali przeczuwać, że nie powinni byli zabierać go na pokład. 

Szaleńców wystrzegano się jak zarazy. 

Szczególnie  niebezpieczni  mogli  okazać  się  na  pokładzie.  Mężczyźni  poszeptywali 

między  sobą  o  zawiązaniu  jakichś  węzłów  bądź  też  spaleniu  czegoś,  aby  przeciwdziałać 

przeczuciu nieszczęścia, którym niekiedy zdawała się tchnąć postać w czarnym ubraniu. 

Modlili się o bezpieczne przybicie do przystani i ich modlitwy zostały wysłuchane. 

background image

Do nabrzeża wielkiego miasta, które tylko jeden z nich odwiedził wcześniej, dopłynęli 

w  czwartek.  Dobili  do  brzegu  w  niejakim  oddaleniu  od  najbardziej  ruchliwej  części  portu  i 

niepewnie zeszli na wybrukowane ulice miasta. 

Tętniło tu życie, otaczało ich brzmienie dziwnych języków. Ola Mikkelsrud zatrzymał 

obdartego chłopca biegającego w koło i proponującego swoje usługi jako przewodnik. 

- Hej, chłopcze! Chcesz zarobić na porcję solonego mięsa, to chodź z nami! Powiedz, 

gdzie znajdziemy Antoniusa - Kramarza, i pokaż nam drogę. 

Chłopak z zapałem kiwnął głową, odpowiedział w niewyraźnym warkliwym dialekcie. 

Jeden  z  członków  załogi  został  w  łodzi,  by  dopilnować  ładunku,  Randar  zaś  i  dwaj 

pozostali ruszyli za chłopakiem przez port i weszli między stojące bardzo blisko siebie domy. 

Randar  mało  karku  nie  złamał,  kiedy  zadarł  głowę,  żeby  policzyć  piętra  budynków. 

Co za budowle, prawdziwe dzieła mistrza! 

Wysokie domy o spiczastych dachach stały tu jeden przy drugim, niektóre drewniane, 

inne  po  części  murowane.  Między  domami  wiły  się  wąskie  uliczki,  po  których  przemykały 

kobiety  w  spódnicach  i  białych  chustkach,  dźwigając  w  objęciach  kosze  lub  drewniane 

naczynia. 

Na  uliczkach  bawiły  się  też  dzieci,  z  ciekawością  obserwowały  obcych  przybyszów, 

kręciły  się  wokół,  zgadując,  skąd  pochodzą.  Niektóre  żebrały  o  suchy  chleb  czy  jakiś 

drobiazg,  a  najbardziej  bezczelne  potrafiły  nawet  złapać  za  nogawkę  spodni  albo  błagalnie 

uczepić się przechodnia. 

Randar czuł się coraz bardziej zagubiony. 

Wszyscy  ci  ludzie...  Wszystko  to  obce  i  dziwne.  Bywał  wcześniej  w  większych 

wioskach,  nie  pierwszy  raz  zetknął  się  z  tłumem,  może  właśnie  dlatego  poczuł  teraz,  jak 

narasta w nim dawny strach. Strach przed hipnotyzującym oddziaływaniem ludzkiej gromady 

na  tego,  który  zawsze  stanowił  cel  ich  zbiorowej  nienawiści  i  obrzydzenia.  On  był  katem, 

wyklętym. Tym, którego ludzki potwór o tysiącu głów opluwał i którym pogardzał. 

Nie, to już się skończyło, jestem teraz wolny, powtarzał sobie. Podniósł głowę tak, jak 

tylko go było na to stać, i uśmiechnął się z wysiłkiem do gromadki chłopców, biegnących za 

nimi i oferujących ciastka z jęczmiennej mąki i ciężkie bukłaki świeżego mleka. 

Randar zorientował się, jak bardzo jest głodny, i przypomniał sobie, że w sakiewce u 

paska  ma  drobne  pieniądze.  Na  razie  ważniejsze  jednak  było  dotrzymanie  kroku 

towarzyszom. Przyjdzie czas, by przetrawić wszystkie nowe wrażenia, jakie wywarło na nim 

wielkie miasto. Utkwił wzrok w butach Oli Mikkelsruda i maszerował dalej, wsłuchując się w 

stukot drewnianych podeszew o twardy bruk, ułożony, jak zauważył, w piękne wzory. 

background image

Wreszcie  najwidoczniej  doszli  do  celu,  do  zielonych  drzwi  w  niskim  drewnianym 

domu. 

Chłopak dostał miedziaka i podziękował rozpromieniony. 

-  Widzę,  że  jesteście  dobrzy  ludzie.  Zatrzymajcie  się  u  Kai,  na  Portowej,  przyrządza 

najlepsze jedzenie w mieście i ma najczyściejsze ławy do spania. Będziecie też bezpieczni od 

włóczęgów i złoczyńców, co to lubią okpić takich wieśniaków jak wy. 

Ola  Mikkelsrudów  nie  wiedział,  czy  powinien  zbesztać  chłopaka,  czy  raczej 

podziękować  za  informacje.  Przykro  słuchać,  jak  taki  szczeniak  marnie  ocenia  dorosłych 

mężczyzn. Mieliby nie dać sobie rady? 

Chłopak, na wpół przyjaźnie odprawiony, pobiegł ze śmiechem, machając im jeszcze 

czapką na pożegnanie. 

Randar liczył na to, że usłuchają rady urwisa. 

- Zjadłbym coś gorącego. I przydałoby się wiadro wody do mycia... 

Towarzysze  zachichotali  i  z  niezwykłą  jak  na  nich  poufałością  wymierzyli  mu 

kuksańca w bok. Teraz, kiedy już zeszli z łodzi, przestali się go bać. 

-  Ach,  tak?  Może  więc  przybywasz  tu  do  kobiety,  skoro  chcesz  zmyć  z  siebie  pot  i 

jeszcze się pewnie wystroić? 

Ś

miali się hałaśliwie, lecz stopy poruszały się w kierunku wskazanym przez chłopca. 

-  I  oto  idziemy  do  gospody  „Pod  rondlem  Kai”!  -  śpiewali  i  wcale  nie  zaskoczył  ich 

szyld z takim właśnie napisem. 

Gospoda  Kai  „Pod  rondlem”  okazała  się  przybytkiem  porządnego  autoramentu.  Z 

wahaniem  zeszli  po  schodach  do  piwnic  żółtego  domu,  gdzie  zapach  jadła  szarpnął  pustymi 

kiszkami.  Schody  były  czyste,  oświetlone  kopcącą  lampką,  wrażenie  czystości  zakłócał 

jedynie  dość  nieprzyjemny  zapach  kociego  moczu.  Stopnie,  choć  wykute  w  kamieniu,  były 

wytarte  na  środku.  Stanęli  przed  uchylonymi,  zrobionymi  z  grubych  desek  drzwiami,  zza 

których dobiegały podniesione głosy, wesołe śmiechy i brzęk blaszanych kubków. 

Randar  otworzył  szerzej  drzwi  i  zrobił  krok  do  przyjemnej,  ciepłej  piwnicy.  Potężny 

owłosiony  mężczyzna,  który,  jak  się  okazało,  siedział  zaraz  za  progiem,  brutalnie  wypchnął 

go z powrotem. 

- Zatrzymajcie się, kim jesteście? 

Założył  ręce  na  piersi,  Randarowi  rzuciły  się  w  oczy  nabite  mięśnie  przedramion. 

Nagą  skórę  pokrywał  pot  i  pasma  kręconych  włosów.  Mężczyzna  nie  był  tak  wysoki,  jak 

Randar z początku przypuszczał, mógł bez zadzierania głowy spojrzeć mu w oczy. 

background image

-  Kto  wy?  -  powtórzył  mężczyzna  surowym  głosem.  -  Nie  wiecie,  że  Kaja  bardzo 

pilnuje, kogo wpuszcza do swego domu? 

-  Nie...  Słyszeliśmy  tylko,  że  podróżni  mogą  tu  dostać  dobrą  strawę  i  wypocząć  - 

odparł Randar. 

- Ach, tak? Słyszeliście. Od kogo? 

- Od jakiegoś chłopca - odparł Ola Mikkelsrud, który pojawił się u boku Randara. 

Mężczyzna  obrzucił  ich  spojrzeniem  od  stóp  do  głów,  zmrużył  oczy,  ale  wyraźnie 

złagodniał. 

- No, wyglądacie na przyzwoitych ludzi, macie pieniądze? 

Randar z wahaniem kiwnął głową. 

-  Nie  za  wiele...  Ale  starczy  na  miskę  tej  pachnącej  zupy  i  kubek  albo  może  i  dwa 

ciepłego piwa. 

Olbrzym mruknął coś ugodowo, a potem obrócił się na pięcie i zawołał w głąb marnie 

oświetlonego  pomieszczenia,  w  którym  u  wysokiego  murowanego  pieca  przy  ścianie 

dostrzegli kobiecą postać: 

- Kaja! Nowi goście! 

Kobieta  otarła  pot  z  czoła  i  życzliwie  skinęła  głową.  Wkrótce  siedzieli  już  przy 

topornym  okrągłym  stole  i  łamali  w  palcach  świeży,  miękki  chleb.  Zupa  okazała  się  ostra  i 

smaczna, na powierzchni perlił się tłuszcz. Smakowała obco, lecz Randar wyczuł, że miała w 

sobie szpik, rzepę i pieprz. Pływały w niej małe skwarki i ciemne paski suszonego solonego 

mięsa. 

Prawdziwy delikates. 

Zupa wypędziła mróz z ciała, dopiero teraz Randar poczuł, jak strasznie przemarzł w 

czasie podróży. 

Odpoczywali potem na stołkach, z ciekawością obserwując innych gości. W gospodzie 

panował  nastrój  wesołości,  mężczyźni  co  chwila  wybuchali  głośnym  śmiechem  i  mocno 

gestykulując przepijali do siebie. W większości wyglądali na rybaków, szyprów, raczej nie na 

prostą  załogę.  Niektórzy  nosili  specjalne  niebieskie  kurtki,  Randar  przypuszczał,  że  to  jacyś 

wojskowi. Miał bolesną świadomość istnienia w tym mieście twierdzy, gigantycznej twierdzy 

Bergenhus, w której czeluściach tylu już rozstało się z życiem. 

Jego Maria... 

W  tejże  sekundzie  uprzytomnił  sobie,  że  powinien  chyba  tutaj  zdobyć  jakieś 

wiadomości  o  żonie.  Może  właśnie  ten  rudowłosy  młody  człowiek  przy  sąsiednim  stole  był 

jej strażnikiem? Ale nie. 

background image

Randar  siedział  z  uszami  jak  na  szypułkach,  wychwytując  fragmenty  rozmowy, 

unoszącej się wokół nich niczym jeden wielki  chaos  głosów. Rudzielec,  jak się okazało, nie 

był  żołnierzem,  lecz  zajmował  się  przewożeniem  poczty.  Już  następnego  ranka  wyruszał 

swoją szkutą na południe. Wyglądu jego towarzysza natomiast nie dało się tak łatwo ustalić. 

Siedział  ukryty  pod  grubym,  wielkim  kapeluszem  z  wełny.  Sfilcowane,  pofałdowane  rondo, 

naznaczone śladami wilgoci i rozmaitych przejść, zasłaniało mu twarz. 

Randar  zauważył,  że  człowiek  ten  jest  niezwykle  wysoki,  jego  wzrost  rzucał  się  w 

oczy nawet, gdy siedział. Randar nieczęsto mógł  popatrzeć komuś prosto w oczy, kiedy stał 

wyprostowany, ale by przywitać tego wielkoluda, musiałby chyba zadrzeć głowę. 

Olbrzym nie był tak rozmowny jak rudzielec. 

Nosił taką samą kurtkę. 

Odchylił  się  teraz  na  stołku,  złapał  kufel  z  piwem  i  popijając  je  wielkimi  łykami, 

ledwie zerkał znad krawędzi naczynia. 

Randar przez moment napotkał jego spojrzenie, wytrzymał je. Mężczyzna uśmiechnął 

się, lekko skinął mu głową, a potem odstawiwszy kufel podszedł do stołu nowo przybyłych. 

- Widziałem cię już kiedyś, przyjacielu, tylko nie pamiętam gdzie... 

- Ja też nie wiem - cicho odparł Randar. - Właśnie przypłynąłem do tego miasta. 

- A... jesteś znad Sognefjordu... Nietrudno się zorientować, przyjacielu. Mam rodzinę 

w głębi fiordu w Fjaerland, w wiosce pod lodowcem. 

- Ach, tak? 

- Wybacz, chyba zapomniałem się przedstawić. Sigurd Sigurdssonn z rodu Supelle. 

Randar szukał w pamięci, wiedział, że nazwisko nie jest mu obce, ale dlaczego...? 

Mężczyzna  przysiadł  się  do  ich  stołu,  próbowali  dojść,  jaka  to  wspólna  znajomość 

może ich łączyć, lecz jak się okazało, nie byli w stanie rozwiązać zagadki. Łagodną irytację 

wywołaną poczuciem, że się znają, nie potrafiąc jednocześnie ulokować tego w miejscu i cza-

sie, zastąpiła wkrótce wzajemna sympatia. 

Dwaj towarzysze Randara zaczęli się już kręcić na stołkach, najwyraźniej mieli ochotę 

wrócić  na  łódź.  Zrobiło  się  późno,  im  zaś  się  spieszyło,  by  zacząć  ścigać  kogoś,  kto  dałby 

przyzwoitą  cenę  za  przywiezione  przez  nich  towary.  A  może  kusiły  ich  sekretne  domki  w 

starej  części  miasta,  gdzie  mieszkały  madamy  ze  swymi  wiecznie  uśmiechniętymi 

przyjaciółeczkami? 

W każdym razie Ola Mikkelsrud wkrótce życzył im miłego wieczoru, pytająco patrząc 

przy tym na Randara. Jego zaś radowała nowo zawiązana przyjaźń i nie miał ochoty żegnać 

się z kompanem. 

background image

-  Chyba  podziękuję  za  dobrą  podróż,  mój  przyjacielu,  sam  będę  teraz  szukał  drogi. 

Jeszcze raz dziękuję, Ola, powodzenia w handlu i poszukiwaniu kutrów. 

Ola burknął coś w odpowiedzi i także życząc mu powodzenia, zadowolony wsunął do 

kieszeni otrzymaną od Randara monetę. Randar podejrzewał, że zanim wstanie świt, pieniądz 

zniknie gdzieś w przepastnej głębi jakiegoś stanika. 

Zostali  we  dwóch,  lecz  rozmowa  toczyła  się  z  taką  samą  lekkością  jak  wcześniej. 

Zanim Randar w pełni zrozumiał, jak do tego doszło, zwierzył się obcemu ze swej katowskiej 

przeszłości  i  z  tego,  że  szuka  statku  zmierzającego  na  Północ.  Cel  swej  podróży  jednak 

przemilczał,  o  tym  nikt  nie  mógł  się  dowiedzieć.  Cała  gra  zostałaby  odkryta,  zanim  jeszcze 

się zaczęła. 

- A więc i ty wybierasz się na Północ. Na łowiska? 

- Taak... Na łowiska. 

-  Hm,  ja  też  płynę  na  Północ,  ale  nie  po  to,  żeby  ścigać  dorsze.  Gdyby  tak 

przynajmniej było... 

Randar czekał na dalszy ciąg, lecz mężczyzna milczał. 

- Płyniesz własną łodzią? - spytał ostrożnie. 

- Hm, nie, nie. Nie można tak powiedzieć. Powiezie mnie statek pocztowy. Królewska 

szkuta zabierze mnie na  to dzikie wybrzeże, gdzie wyznaczono mi miejsce na następne pięć 

lat. Piekielnie nieprzyjemne miejsce, tyle mogę ci rzec. 

- Nie jedziesz dobrowolnie? 

-  O,  nie,  to  pewne.  Ale  trzeba  się  pogodzić  z  tym,  że  błędy  mają  swoje  następstwa. 

Widzisz, popadłem w niełaskę, i to nie u jednego - zachichotał Sigurd. Opowiedział o swym 

fatalnym  posunięciu  sprzed  kilku  tygodni,  które  kosztowało  go  świetną  pozycję  wśród 

najbliższych  ludzi  zarządcy  dystryktu.  Cieszył  się  wcześniej  przywilejami,  jako  człowiek 

króla  i  osobisty  doradca  wysokiego  urzędnika.  Piękne  to  było  życie,  zbudował  je  sobie  z 

mozołem przez lata uległości, wojskowej dyscypliny i dokładności. 

- Ośmielę się twierdzić, że byłem szanowanym człowiekiem. Ale potem tak się stało... 

Nastąpiła  opowieść  o  pięknej  Victorii,  młodziutkiej  żonie  zarządcy  dystryktu,  której 

przyszło  żyć  w  dramatycznej  samotności.  Stanowisko  męża  pochłaniało  dużo  jego  czasu, 

biedna  mała  była  taka  samotna,  tak  straszliwie  samotna.  I  kiedy  jej  oczy  spoczęły  na 

Sigurdzie, nie miał sił odmówić prośbom... 

Randar z uśmiechem kręcił głową. Obcy prawie mężczyzna potrafił opowiadać z taką 

ironią i humorem, że słuchanie go było prawdziwą przyjemnością. 

Biedny Sigurd Sigurdssonn! Przyszło mu zapłacić za swą słabość dla płci pięknej. 

background image

Lecz kiedy nowy przyjaciel kończył swą historię, opróżniając kufel z piwem, uśmiech 

na wargach Randara zastygł. 

-  Tak  oto  doszło  do  tego,  nieznajomy  przyjacielu,  że  siedzę  tutaj  i  żegnam  się  z 

dobrym piwem na następne pięć lat. Już jutro bowiem wsiadam na statek, a za kilka tygodni 

schodzę  na  ląd  na  tym  przeklętym  szkierze  na  Północy.  Skjasrvasr.  Słyszałeś  kiedyś 

obrzydliwszą  nazwę?  Jedyne,  co  wiem  o  tym  miejscu,  to  że  mieszka  tam  jakieś  trzydzieści, 

może  czterdzieści  szalonych  bab,  zesłanych  za  diabelstwa,  jakie  wyczyniały.  I  jeszcze  paru 

przegranych jak ja żołnierzy, co ich pilnują. 

Sigurd badawczo popatrzył na oniemiałego Randara. 

-  Co  się  stało,  przyjacielu,  wyglądasz,  jakbyś  ducha  zobaczył?  A  może  to  zazdrość 

wywołała tę głupią minę? 

Sigurd uśmiechnął się niepewnie, po przyjacielsku trącił Randara w łokieć. 

- Nie... nie... nie to, ale... Płyniesz na Skjaervaer? 

- A co, słyszałeś o tym miejscu? - Sigurd zaciekawiony wychylił się przez stół. 

Randar próbował uporządkować myśli. Nie wolno mu się zdradzić, ten człowiek miał 

zostać dozorcą Marii, był więc i jego wrogiem. 

Poczuł  w  ustach  nieprzyjemny  smak,  radość  z  nowej  przyjaźni  przemieniła  się  w 

dławiącą  kulę  w  gardle.  Musi  okłamywać  Sigurda,  pierwszego  od  wielu  lat  człowieka,  z 

którym mógł szczerze rozmawiać. 

- Chyba rzeczywiście słyszałem o tym miejscu - rzekł powoli. - Słyszałem, że są tam 

kobiety...  Kobiety,  które  podobno  przyjmują  steranych  rybaków.  Zamyślałem  zajrzeć  tam  w 

powrotnej drodze. Jeśli w ogóle uda mi się dopłynąć na Lofoty. 

Sigurd  badawczo  przyglądał  się  Randarowi,  nie  mógł  zrozumieć  nagłej  zmiany,  jaka 

w nim zaszła. Nigdy by nie przypuszczał, że ten dumny mężczyzna jest jednym z tych, co to 

ś

nią o domach rozpusty i płatnej miłości. Dlaczego więc nie wyszedł z kompanami? 

-  No,  to  w  każdym  razie  będziesz  tam  mieć  przynajmniej  jednego  znajomego.  Może 

się zdarzyć, że po kilku miesiącach spędzonych wśród tych kobiet będę marzył o spotkaniu z 

myślącą życzliwą duszą - powiedział Sigurd, uśmiechając się niepewnie. 

Randar pokiwał głową i ostrożnie próbował go wybadać. 

-  Co  właściwie  wiesz  o  tym  miejscu?  -  spytał,  starając  się,  by  zabrzmiało  to  jak 

najbardziej obojętnie. 

-  Niewiele.  Dostałem  mapę...  i  trochę  informacji.  Wyciągnął  z  kieszeni  zwitek 

przybrudzonych papierów i rozłożył je na stole. 

background image

Randar  zauważył  pieczęć  zarządcy  dystryktu  w  rogu  i  kilka  stempli  świadczących  o 

tym, że jest to rozkaz króla. 

-  Tu  jest  mapa  -  Sigurd  wygładził  dokument.  Na  samym  środku  zaznaczono  sporą 

plamę wyspy. Z jej lewej strony nie było wybrzeża, tylko mnóstwo drobnych plamek i kropek 

oznaczających szkiery i mniejsze wysepki. 

Sigurd wskazał na największą wyspę. 

-  To  Vega,  na  wybrzeżu  Helgelandu,  należy  do  dystryktu  Nordland,  zamieszkuje  ją 

jakieś  czterysta,  może  pięćset  dusz,  podobno  wielu  bogaczy.  Powiadają,  że  to  uparty  lud. 

Były wielkie kłopoty ze ściąganiem stamtąd podatków i ludzi. 

Sigurd przesunął palec w stronę otwartego morza, mijając grupkę drobnych kropek, do 

garstki ziarnek piasku właściwie już na otwartym morzu. 

-  Skjaervaer.  Jak  popłyniesz  dalej,  to  pierwszy  ląd,  jaki  napotkasz,  to  wybrzeża 

wikingów. 

Randar zapatrzył się w mapę, usiłował wyobrazić sobie nieznane królestwo wysp. Jak 

ludzie mogą tak mieszkać? Na maleńkiej garstce ziemi pośrodku wielkiego morza? 

Serce ścisnęło mu się w piersi. A jeśli morze dawno już zmyło ląd i porwało Marię? 

Sigurd  dalej  pokazywał  mu  i  tłumaczył,  jak  gdyby  chciał  powtórzyć  otrzymane 

informacje, żeby je lepiej zapamiętać. 

- Hestvika, Igeroy, Vallsjoen, Sola... - Palce obrysowywały kontury wielkiej wyspy. 

Wkrótce jednak zwinął mapę i schował papiery z powrotem do kieszeni kurtki. 

-  Nie,  przynajmniej  na  jakiś  czas  zapomnijmy  o  tym  przeklętym  miejscu  i  zabawmy 

się  trochę  w  ten  mój  ostatni  wolny  wieczór.  Kaja,  daj  więcej  swego  słodkiego  piwa,  mnie  i 

mojemu przyjacielowi. 

Randar z wdzięcznością przyjął propozycję, cieszyła go serdeczność młodszego nieco 

mężczyzny.  Przyjemnie  siedzieć  tu  z  nim  w  zimowy  wieczór  i  popijać  ciepłe  piwo.  Poczuć, 

jak ciało się rozluźnia. 

Przyjął  też  z  wdzięcznością  kieliszek  gorzałki,  spodobało  mu  się  jej  uspokajające 

myśli  działanie.  Uśmiechał  się  teraz,  niemal  odprężony;  szarpiący  serce  strach  na  chwilę 

ustąpił.  Głośno  śmiał  się  z  Sigurda,  dogłębnie  analizującego  życie  w  Bergen  i 

opowiadającego  o  zabawnych  nieporozumieniach,  do  jakich  dochodziło,  gdy  wieśniacy  i 

bardzo młodzi chłopcy postanawiali skorzystać z uciech, które oferowało wielkie miasto. 

Randar odwdzięczył mu się kilkoma dykteryjkami ze swego świata, o dziwactwach z 

czasów, kiedy to matki jego imieniem straszyły wieczorami niegrzeczne dzieci. 

background image

Sigurd wyczuł urazę w jego głosie, wiedział, chociaż nie padło na ten temat ani jedno 

słowo,  jak  ciężkie  było  życie  tego  człowieka.  Ale  teraz  Randar  nie  sprawiał  wrażenia 

rozgoryczonego ani smutnego. Mówił z dużą pewnością siebie, posługiwał się słowami, które 

zaskakiwały Sigurda. Widać ten Randar syn Joranda nie jest prostym wieśniakiem. Przyszły 

nadzorca słyszał o katach przybywających z Niemiec i wykonujących swe ponure obowiązki, 

a  jednocześnie  ratujących  życie  innym  ludziom.  A  z  czasów  czynnej  służby  przypominał 

sobie, że balwierz Bartolomeus był jednocześnie katem i medykiem. 

Czy Randar również miał podobną przeszłość? 

Nie,  nic  nie  wskazywało  na  to,  aby  ten  rosły  mężczyzna  kiedykolwiek  widział  salę 

szkolną. A już na pewno nie zapuszczał się poza granice kraju. Sprawiał wrażenie, że po raz 

pierwszy styka się z karczmą. 

To zresztą bez znaczenia. 

Randar to porządny, ciekawy człowiek. Odpowiednie towarzystwo na ostatni wieczór 

przed rozstaniem z cywilizacją. 

-  Wypijmy  jeszcze  po  kielichu,  a  potem  pokażę  ci,  jak  miejscowi  spryciarze 

zdobywają szylingi. 

Randar zaciekawiony patrzył, jak Sigurd wyciąga trzy ciężkie kawałki metalu pokryte 

dziwnymi kropkami. 

-  Królowa  gier,  mój  przyjacielu.  Postaw  swój  los,  a  te  oczka  powiedzą  ci,  na  czym 

stoisz. 

I  tak  Randar  poznał  szlachetną  radość  gry.  Niebezpieczne  podniecenie,  kiedy  kości 

toczą się po stole, aż wreszcie zatrzymują się, przekazując swe proste, decydujące przesłanie. 

-  W  taki  oto  sposób  wygrywałem  majątki  i  je  traciłem  -  oznajmił  Sigurd,  wesoło 

zerkając na zdradzającą ogromne zainteresowanie twarz Randara. 

Dawny  kat  ujął  w  dłoń  rozgrzane  sześciany  i  potrząsnął  nimi,  a  potem  włożył  do 

kubka i znów rozsypał po stole. 

I  znów,  i  znów,  nowe  numery,  kolejne  partie...  Dwaj  przyjaciele  grali  najpierw  o 

ostatnie  kawałki  chleba  i  o  to,  który  zafunduje  kolejny  kubek  piwa.  Później  zaś Sigurd  wbił 

wzrok w Randara i rzekł cicho: 

- Budzisz moją ciekawość, obcy przyjacielu. Chciałbym dowiedzieć się o tobie czegoś 

więcej, bo myślę, że miałeś interesujące życie. 

Randar milczał i nie chciał spojrzeć Sigurdowi w oczy. 

-  Kości  potrafią  także  odpowiadać  na  pytania.  Niektórzy  uważają,  że  mogą  również 

przepowiadać  naszą  przyszłość.  Spójrz,  szóstka  zwiastuje  śmierć,  a  zarazem  szczęście, 

background image

jedynka oznacza samotność, może dlatego tyle ich dzisiaj wyrzuciłem. Tobie wypadały trójki, 

to liczba miłości i połączenia, czwórka oznacza zdradę, piątka udany interes, dwójka to liczba 

walki, a także małżeństwa. 

Randarowi ciarki przeszły po plecach, gdy trzy rzucone na koniec kości pokazały mu 

jedynkę, trójkę i szóstkę. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Randar  powoli  odpychał  od  siebie  sen.  Miał  wrażenie,  że  całe  diabelstwo  świata 

przeniknęło  w  jego  głowę  i  waliło  w  nią  teraz  od  środka  potężnymi  młotami  i  ostrymi 

łopatami. Spróbował ostrożnie otworzyć oczy i zobaczył kopcącą lampę.  Nawet jej skromne 

ś

wiatełko sprawiło, że źrenice boleśnie mu się zwęziły. Miał wrażenie, że na czole legła mu 

ż

elazna płyta, język miał sztywny i suchy, a z tyłu za oczami czaił się iście piekielny ból. W 

ustach tkwił kwaśny smak gorzałki. Z wolna świat powracał do niego. 

Co się stało? Spróbował zmusić pamięć do pracy, lecz poprzedni wieczór zdawał się 

odległy o całe lata. 

Sigurd. 

Gracz, oficer. 

Wybierał się na Skjasrvaer. 

Nagłe ukłucie strachu wprawiło go w drżenie. Gdzie on jest? Gdzie worek z ubraniem 

i  zapasami  na  drogę?  Czyżby  ów  życzliwy  nieznajomy  obrabował  go?  Kto  go  tu 

przyprowadził? Ułożył na twardej, obcej ławie? 

Ostrożnie,  żeby  nie  budzić  kolejnych  diabłów  uśpionych  i  igrających  w  jego  ciele, 

Randar wstał. 

Wyraźnie  widział  teraz  izbę,  na  szczęście  worek  stał  przy  posłaniu,  przywiązany 

zresztą  do  jego  lewego  nadgarstka.  Randar  znajdował  się  w  wielkim  pomieszczeniu,  gdzie 

spało  co  najmniej  piętnastu  innych  mężczyzn.  Niektórzy  nawet  jeszcze  chrapali,  powietrze 

zgęstniało od kwaśnych wyziewów ciała i taniego oleju w lampce. 

Gospoda Kai. Na pewno wciąż był w tym samym miejscu, wśród zaduchu czuł także 

zapach jedzenia. 

Sigurd! To najwidoczniej ów nieznajomy życzliwy  mu Sigurd położył  go do łóżka o 

jakiejś porze nocy. 

Randar szczerze się wstydził, nigdy dotychczas nie upił się do tego stopnia piwem czy 

gorzałką,  by  potrzebować  pomocy  innego  człowieka  w  dotarciu  do  łóżka.  I  w  dodatku  stało 

się  to  w  środku  wielkiego  miasta,  gdzie  wszak  roiło  się  od  złoczyńców  czyhających  na 

wieśniaków tak lekkomyślnych jak on. 

No  tak,  oczywiście  Sigurd  mógł  równie  dobrze  być  złodziejem  i  rabusiem,  Randar 

dopiero teraz zrozumiał, jakie szczęście miał przy całej swej głupocie. Po prędkim przejrzeniu 

zawartości  sakiewki  okazało  się,  że  brakuje  zaledwie  paru  drobnych  szylingów  -  zapłaty  za 

background image

posiłek  poprzedniego  wieczoru.  Cud,  że  go  nie  obrabowano.  Ciarki  przeszły  go  na  myśl,  że 

bez trudu mogli mu ukraść i worek, i ubranie, i pieniądze. Przecież był taki pijany. 

Wolno  wrócił  do  ławy,  usiadł  i  dopiero  wtedy  zauważył  kurtkę,  która  we  śnie 

posłużyła mu za okrycie. 

Kurtka Sigurda! 

Obcy okrył go swoją kurtką, prawdziwy dowód zaufania. 

Randar wstydził się, że tak źle myślał o nieznajomym. 

W pamięci wracały mu kolejne urywki wydarzeń z wczorajszego wieczoru. 

A kiedy nieco później siadł przy rondelkach Kai i siorbał owsiankę, szczegóły stawały 

się  coraz  wyraźniejsze.  Opowiedział  Sigurdowi  o  swoim  życiu,  lecz  nie  o  wszystkim.  W 

zamian  dowiedział  się  tego,  na  czym  najbardziej  mu  zależało.  Dzisiaj  wypływała  łódź  na 

Skjaervaer. 

Miała zabrać Sigurda jako nowego zarządcę. 

Sigurd  obiecywał,  że  poszuka  miejsca  i  dla  Randara,  gdyby  nie  udało  mu  się 

zaciągnąć na żadną z rybackich łodzi. 

Randar miał niemal nadzieję, że to okaże się niemożliwe, wprawdzie rola Sigurda na 

pewno utrudni przeprowadzenie planu, to jednak dobrze mieć takiego znajomka. 

Randar burzył się na myśl o oszukiwaniu nowego przyjaciela, lecz przełknął niechęć 

do siebie, wyobrażając sobie smak Marii na wargach. 

Wyskrobał drewnianą miskę do dna i jednym łykiem opróżnił kubek kwaśnego mleka. 

Jeszcze  kilka  drobniaków  na  stół  i  był  gotów  wyruszyć  do  portu.  Po  pożywnym  śniadaniu 

rozjaśniło mu się w głowie. 

Niebo  było  jasne  i  przejrzyste,  jak  to  zimą.  Ani  powiewu  wiatru,  żadnej  bryzy  od 

morza,  wspaniała  pogoda  na  podróż.  Randar  miał  wręcz  ochotę  zrzucić  kurtkę,  ale 

zrezygnował z tego, bo niósł już przerzuconą przez ramię niebieską kurtkę Sigurda. 

Ruszył  w  stronę  portu  tymi  samymi  ciasnymi  zaułkami,  którymi  szedł  poprzedniego 

dnia.  Gdy  tylko  dostrzegł  maszty  i  szare  żagle  nad  wodą,  jął  wypatrywać  nazwy  statku. 

„Felicia”,  tak  miała  się  nazywać  szkuta  Sigurda.  „Felicia”  z  Arendal,  stary,  mocny  statek 

królewski.  Podobno  niezbyt  szybki,  lecz  stabilny,  doskonale  nadający  się  do  żeglugi  na 

wodach Północy. 

Wreszcie go odnalazł. Był brązowo - biały, tu i ówdzie w nadbudówce i na pokładzie 

przeświecało zszarzałe surowe drewno. Przydałoby się smołowanie, pomyślał, zdziwiony, jak 

to możliwe, by potężny król pozwolił swej własności do tego stopnia podupaść. Statek jednak 

pięknie  prezentował  się  na  wodzie,  a  na  dziobie  wznosiła  się  dumnie  stylizowana  kobieca 

background image

postać.  Podszedł  bliżej,  żeby  przyjrzeć  się  temu,  co  się  działo  na  pokładzie.  Na  nabrzeże 

spuszczono  szeroką  deskę  służącą  jako  trap.  Krążyło  po  niej  tam  i  z  powrotem  trzech 

młodych mężczyzn. Dźwigali skrzynie, worki, toboły. 

Pachniało solą i, prawdę powiedziawszy, również smołą. 

Randar  zaczął  rozglądać  się  za  Sigurdem,  bo  najwyraźniej  zbliżał  się  czas 

wypłynięcia.  Nastała  pora  odpływu,  należało  przecież  wykorzystać  i  tę  sprzyjającą 

okoliczność.  Załoga  najwidoczniej  rozmieściła  już  cały  ładunek,  na  końcu  wniesiono  na 

pokład  olbrzymią  skrzynię  ze  złotą  pieczęcią  i  wepchnięto  ją  gdzieś  do  wnętrza  statku. 

Drobny mężczyzna z wielką krzaczastą brodą stale zerkał na słońce i na poziom wody, który 

z wolna zaczął opadać. 

Dyskutował nad czymś z innymi, wyraźnie zniecierpliwionymi, mężczyznami. 

Randar  przysiadł  przy  niedużym  kramie,  gdzie  pulchna  kobieta  sprzedawała  ciastka. 

Obrót  miała  mały,  ale  pewnie  jeszcze  przed  kilkoma  dniami,  kiedy  to  rybacy  i  handlarze 

tłumnie  wyprawiali  się  na  Północ,  suchary  cieszyły  się  dużym  powodzeniem.  Randar 

postanowił  kupić  kilka  ciastek,  przydadzą  się,  kiedy  wyczerpią  się  już  domowe  zapasy.  Dał 

kobiecie  pół  talara,  zdziwiona  szeroko  otworzyła  oczy  i  zaczęła  napełniać  płócienny  worek 

niesłychaną ilością sucharków. 

-  Dam  ci  trochę  więcej,  obcy  przybyszu,  widzę,  żeś  jednym  z  ludzi  króla  - 

uśmiechnęła się, zerkając na kurtkę Sigurda. - Przydadzą ci się, jak będziesz ścigać mordercę. 

Randar  nie  uznał  za  stosowne  wyjaśniać,  że  nie  jest  wcale  członkiem  gwardii 

królewskiej,  skinął  tylko  głową  gadatliwej  przekupce.  Kobieta  strzepnęła  okruchy  z  rąk, 

stanęła na szeroko rozstawionych nogach, mocniej okutała się chustą i cicho podjęła: 

- Ścigają teraz mordercę, szukają go wszędzie, od Zaułka do gospody Kai. I na brzegu, 

tam właśnie znaleźli trupa - oznajmiła i przeżegnała się. 

- Przy gospodzie Kai? 

Randar  pobladł.  Czyżby  popełniono  takie  zło  tuż  obok,  w  czasie  gdy  on  spał, 

odurzony, w ciepłej piwniczce? 

-  Tak,  tak.  Tam  właśnie  ostatnio  widziano  tego  nieszczęśnika.  Tego,  którego  zabito. 

Nikt nie wiedział do końca, kim był, ale widziano go razem z jednym z twoich kolegów. Grali 

w  kości  i  pili...  No,  czy  nie  jest  tak,  jak  mówię,  że  ta  gorzałka  prowadzi  do  najgorszego 

szaleństwa i podłości? 

Nie  przestawała  paplać,  język  obracał  jej  się  w  ustach  tak  szybko  jak  młyńskie  koło 

poruszane siłą wezbranego na wiosnę strumienia. Randar widział, że usta jej się nie zamykają, 

ale nie bardzo potrafił uporządkować urywki informacji i plotek. 

background image

Ale w jednej chwili wszystko samo się poskładało. 

Zwłoki, które znaleziono unoszące się w wodzie przy brzegu wcześnie rano, musiały 

być  zwłokami  Sigurda.  A  Randar  spał  wtedy  jeszcze  ciężko,  okryty  kurtką  zamordowanego 

człowieka. 

Z  wysiłkiem  przełknął  ślinę,  starał  się  zachować  zimną  krew.  Kobieta  wreszcie 

przestała mówić, chyba zadała mu jakieś pytanie. 

- Znałeś go? Tego obcego, co go zabito? Nie słyszałam żadnego imienia, ale podobno 

przypłynął wczoraj jakimś kutrem z Sogn... 

Randarowi  zakręciło  się  w  głowie,  twarz  kobiety  zawirowała  przed  jego  oczami. 

Opanował  się  jednak,  wydusił  z  siebie  w  miarę  przekonujące  zaprzeczenie.  Starał  się 

odmienić  dźwięki  wydobywające  się  z  jego  ust,  żeby  przekupka  nie  zorientowała  się 

przypadkiem, że i on pochodzi z wioski w głębi Sognefjordu. 

Kobieta nie sprawiała wrażenia szczególnie bystrej, lecz jeśli Randar prędko stąd nie 

odejdzie, zdoła być może w końcu dodać dwa do dwóch. 

-  Dziękuję  za  ciastka  -  oświadczył  nagle  i  zdecydowanie  ruszył  w  stronę  statku, 

któremu wcześniej się przypatrywał. 

Zniecierpliwiony  kapitan  pochwycił  już  cumy  małych  łódek,  które  miały  pociągnąć 

ciężko wyładowaną „Felicię” od nabrzeża. 

Randar  wiedział,  co  nastąpi,  lecz  mimo  to  snem  mu  się  zdało,  gdy  kapitan  wrzasnął 

pełną piersią: 

- Ahoj! Sigurd Sigurdssonn? 

Randar  ukłonił  się  sztywno,  po  wojskowemu,  trzymając  kurtkę  tak,  by  rzucała  się  w 

oczy. Miał wszak tylko ją. 

Ale to widać wystarczyło. 

-  Wchodź  na  pokład,  oficerze.  Już  mamy  przez  ciebie  pół  godziny  opóźnienia. 

Gdybym był bez serca, dawno bym odpłynął! 

Randar wbiegł na pokład, trap zakołysał się złowieszczo pod jego stopami. Przez kilka 

krótkich  sekund  miał  wrażenie,  że  woda  w  dole  chce  go  pochłonąć,  lecz  zaraz  już  był 

bezpieczny. 

Kapitan wyciągnął rękę. 

-  Witaj,  jesteś  jak  na  razie  jedynym  pasażerem.  Dzisiaj  rano  posłaniec  przyniósł  od 

zarządcy dystryktu dwa talary, gdyby nie one, odpłynęlibyśmy już dawno, nie bacząc, oficer 

czy nie oficer. 

background image

Randar  usiłował  się  tłumaczyć,  wyjąkał  jakieś  wyjaśnienie.  Musiał  jak  najszybciej 

wybadać,  czy  kapitan  wie  cokolwiek  na  temat  morderstwa.  I  tak  dobrze,  że  znalazł  się  na 

pokładzie  i  że  załoga  najwidoczniej  nie  miała  cienia  podejrzeń,  iż  rosły  czarnowłosy 

mężczyzna nie jest tym samym, który dwa dni wcześniej załadował swój bagaż na statek. 

Był przecież niemal tak wysoki jak Sigurd, nosił tę samą kurtkę, miał ciemne włosy i 

mówił podobnym dialektem jak wyklęty doradca zarządcy dystryktu. Jego obowiązkiem było 

teraz dozorować gromadę wariatek w jakimś miejscu po drodze na wielkie łowiska. 

Nikt  mu  nie  zazdrościł,  choć  samotność  tych  kobiet  i  ich  rozpaczliwa  tęsknota  za 

towarzystwem znana była szeroko. 

Randar wpatrywał się w fale igrające wokół dziobu, lecz w dłoniach zaciskających się 

na sztagu zbielały kostki. 

Kilka  mew  towarzyszyło  statkowi  w  drodze  do  żeglownego  szlaku,  wkrótce  jednak 

napotkały łódź rybacką i postanowiły zmienić kurs. 

„Felicia” płynęła dalej, na Północ. 

Randarowi  nie  spodobał  się  widok  otwartego  morza.  Objawiała  się  w  nim  jakaś 

gwałtowna  potęga,  do  której  człowiek  urodzony  wśród  gór  zapewne  nie  potrafi  się  szybko 

przyzwyczaić. 

Szyper  wyczuł  chyba  lęk  pasażera,  bo  szóstego  dnia  podróży  podszedł  do  niego  z 

uśmiechem. 

-  I  co,  Sigurdssonn,  cieszysz  się  na  to,  co  cię  czeka?  Randar  obrzucił  spojrzeniem 

wygarbowaną  twarz,  broda  obrastająca  usta  i  policzki  przypominała  plątaninę  zarośli.  Nie 

chciał zbyt wiele mówić o przyszłości, którą skradł innemu człowiekowi. 

- Robię to, czego się ode mnie wymaga - odparł wymijająco, gorączkowo szukając w 

myślach innego tematu rozmowy. 

-  Sam  spędziłem  na  Skjaervaer  niejedną  kwietniową  noc  -  oświadczył  kapitan,  po 

przyjacielsku puszczając do niego oko. 

- Doprawdy? To znaczy, że wiesz o tym miejscu więcej niż ja. Opowiedz, proszę! 

Kapitan nie dał się prosić dwa razy. Widać lubił znaleźć słuchacza. 

-  To  właściwie  całkiem  przyjemna  wysepka.  W  większości  płaska,  ale  jest  kilka 

pagórków,  niewysokich  górek.  Zaciszny  port,  tylko  bardzo  płytki.  Można  w  zasadzie 

powiedzieć, że da się suchą stopą przejść na ląd - uśmiechnął się. - No, trochę przesadziłem, 

ale jest płytko, w każdym razie przy spokojnym morzu. Za to kiedy się wzburzy... Słyszałem 

o  takich  zimach,  kiedy  fale  porywały  z  wyspy  łodzie  i  chałupy,  razem  z  ludźmi.  Ale  ty, 

zarządco,  nie  musisz  się  o  to  martwić.  Chata  zarządcy  leży  w  bardzo  dogodnym  miejscu, 

background image

wysoko  od  brzegu.  Dobrze  znałem  starego  Simonussena,  odwiedzałem  go  nie  dalej  niż  dwa 

lata temu. 

Randara  wprost  język  świerzbiał,  by  spytać  o  Marię,  lecz  jakoś  zdołał  się 

powstrzymać.  Musi  tylko  zachęcić  kapitana  do  dalszych  opowieści,  może  wymknie  mu  się 

kilka słów, których będzie mógł się uchwycić. 

- A kobiety? Jakie one są? Szyper roześmiał się głośno. 

-  Jak  większość  kobiet.  Niektóre  chętne  i  czułe,  inne  tak  dumne,  że  nie  można  im 

nawet  skinąć  głową.  Nierzadko  to  złodziejki,  ale  większość  trafiła  tam  przez  swoją  gorącą 

krew.  -  Kapitan  poświadczał  swoje  słowa  wymownymi  gestami.  -  Jest  jedna,  co  się  bardzo 

wśród  nich  wyróżnia.  Cholernie  dumna,  ma  długie  jasne  włosy,  potrafi  więcej  niż  każda 

zwyczajna kobieta, pewnie dlatego tam się znalazła. Maja, chyba tak ma na imię. 

Randar  zdrętwiał,  lecz  zaraz  w  próbie  udawania  obojętności  splunął  za  burtę.  Nie 

odezwał się ani słowem, czekał na kolejne informacje. 

-  Tak,  Maja,  Simonussen  zawsze  miał  na  nią  chrapkę,  nie  wiem,  czy  wreszcie  udało 

mu  się  ją  wciągnąć  pod  swoją  pierzynę,  ale  może  właśnie  tak  się  nie  stało  i  tego  nie  mógł 

wytrzymać. 

I znów szum żagli i plusk wody wokół dziobu zagłuszył głośny śmiech kapitana. 

Załoga  miała  swoje  obowiązki,  ktoś  jednak  musiał  nie  zauważyć  osłabienia  jednej  z 

lin. Nastąpiło ostre szarpnięcie, statek mocno przechylił się na bok, lecz zaraz zerwano żagiel 

i przywrócono równowagę. 

Kapitan miał teraz pełne ręce roboty, lecz stanowczo odrzucił ofertę pomocy złożoną 

przez lądowego szczura. 

- Zejdź lepiej pod pokład i zdrzemnij się, okropnie pobladłeś, widać nie przywykłeś do 

morza.  ,  Randar  nie  wyprowadzał  go  z  błędu,  usłuchał  dobrej  rady  i  poszedł  na  swoją  koję. 

Przydzielono mu osobną kajutę, co prawda mniejszą od małżeńskiego łoża, w którym sypiał 

w  domu.  Koja  była  tak  krótka,  że  nawet  dużo  niższy  człowiek  nie  mógłby  się  na  niej 

swobodnie  wyciągnąć.  Na  podłodze  ledwie  starczało  miejsca  na  worek.  Półki  na  ścianie 

zapełniały  stare,  pożółkłe  papiery,  zszarzałe  naczynia  z  kamionki  i  dwa  pudełka  pokryte 

niezrozumiałymi  napisami.  Pod  koją  ułożono  ładunek,  kapitan  najwyraźniej  nie  zamierzał 

marnować cennego miejsca, nawet jeśli trafił mu się płatny pasażer. 

Na  grubych  deskach  koi  rozścielono  stary  koc,  ale  Randarowi  dobrze  się  spało  pod 

zabraną z domu derką. Mógł się też przecież okryć kurtką, i swoją, i Sigurda. 

Mario, Mario. 

background image

Jadę do ciebie, ale w sercu rośnie mi okrutny strach; chyba rozszarpie mnie na strzępy. 

Czy  możliwe,  że  malowałem  zbyt  piękne  obrazy  naszej  miłości?  Czy  możliwe,  że  po  tylu 

latach  mogłaś  z  niej  zrezygnować?  Czy  prawdą  jest  to,  co  mówi  kapitan:  masz  teraz  innego 

mężczyznę, który lepiej potrafi cię chronić przed twardym życiem na szkierze? 

O Mario, jeśli tak jest, wybacz mi moją głupotę! Wybacz mi moją miłość i to, że jak 

małe  dziecko  wyruszam  w  poszukiwaniu  tego,  co  dobre  dla  mnie.  Przypłynę  do  twego 

więzienia,  lecz  nie  po  to,  by  być  ci  ciężarem,  przysporzyć  trosk.  Wybacz,  jeśli  opętany 

miłością  zbłądziłem,  nie  mogłem  jednak  postąpić  inaczej,  nie  umiałem  się  zatrzymać,  gdy 

stopy same zaczęły mnie prowadzić ku tobie. 

Starał  się  ułożyć  jak  najwygodniej  na  swoim  krótkim,  wąskim  posłaniu,  lecz  bez 

powodzenia.  Nieprzyjemne  myśli  nie  chciały  go  opuścić,  wznosiły  się  i  opadały  niczym 

morze niosące statek. 

Cóż za wir radości i lęku! Nadziei i rezygnacji. 

Usnął wreszcie, nie znajdując odpowiedzi na swoje pytania. 

Daleki  Bóg,  w  którego  nauczyła  go  wierzyć  Maria,  także  nie  zesłał  żadnego  znaku. 

Czy doprawdy nikt mu nie odpowie? 

Miało  upłynąć  dziesięć  dni,  a  może  nawet  dwa  tygodnie,  zanim  szkuta  dopłynie  do 

Skjaervaer. Zamierzali wstąpić do kilku portów. 

A on czekał i tęsknił już pięć lat. 

Ale teraz, gdy Maria zdawała się bliższa niż kiedykolwiek, strach ranił dotkliwiej niż 

w najczarniejszą noc spędzoną w domu. 

Miał  świadomość,  że  powinien  spodziewać  się  najgorszego.  Wiedział  to  już 

podejmując  decyzję,  ale  nigdy  dotychczas  do  tego  stopnia  boleśnie  nie  uświadamiał  sobie 

owego pytania, od którego wykręcało mu trzewia. 

Czy ściga po prostu piękny sen? 

Szczur lądowy myślał już, że nigdy nie odzyska spokoju na pokładzie rozkołysanego 

statku. Morskie fale zdawały się o wiele potężniejsze od spienionych szczytów podrywanych 

wiatrem na wodach w głębi fiordów. 

To było zupełnie coś innego. 

Randar  polubił  wrażenie  bliskości  życia  i  śmierci,  czuł  drżenie  ogarniające  ciało  na 

widok  nadspodziewanie  wysokiej  fali,  podpływającej  do  statku  i  unoszącej  go  na  swoim 

grzbiecie.  „Felicia”  flirtuje  z  morzem,  myślał.  Morze  to  potężny  mężczyzna,  który  niesie 

łupinkę  statku  w  dłoniach  i  napełnia  jej  kadłub  swoją  słonością,  a  „Felicia”  pozwala  się 

background image

unosić, kołysać, przechylać w śmiertelnym niemal poddaniu, lecz zaraz znów wyprostowana 

płynie dalej swoim kursem. 

A  może  jest  odwrotnie?  To  morze  jest  kobietą,  matką,  kochanką,  obdarzoną  mocą 

kuszenia mężczyzn i zmuszania ich do porzucenia znajomych wybrzeży.  Mocą pochłonięcia 

ich, unicestwienia, utopienia w swym wnętrzu. 

Randar miał mnóstwo czasu na podobne rozmyślania, pozwalał objąć się we władanie 

poczuciu nierzeczywistości. Od dawna nie wykonał żadnej pożytecznej pracy, ciało już było 

gotowe o tym zaświadczyć, osłabło, rozprężyło się. 

Ale w  głowie wciąż kołatały nowe myśli, przepychały się jedna przez drugą, radując 

nowo  pozyskaną  swobodą,  aż  Randar  niekiedy  dziwił  się,  co  też  mu  przychodzi  do  głowy 

teraz, gdy jedynym jego towarzyszem jest tylko czas. 

Odnosił wrażenie, że myśli tłoczą się w kolejce, czekając tylko na okazję, by je sobie 

uświadomił. 

Tak  mijały  noce  i  dni,  zlewały  się  w  jedno.  Im  dalej  na  północ  płynęli,  tym  dni 

stawały  się  krótsze,  lecz  Randar  zdawał  się  tego  nie  zauważać.  Nie  mógł  ufać  swemu 

wewnętrznemu  zegarowi,  temu,  który  zawsze  oznajmiał  mu,  że  oto  nadeszła  pora  na  sen, 

jedzenie czy pracę. 

W  środku  jednej  z  długich  nocy  obudził  go  nagle  niezwykły  dźwięk.  Potężny  szum, 

jak  gdyby  wszystkie  wichry  świata  postanowiły  zabawić  się  w  berka  wokół  masztów 

„Felicii”.  Burty  wokół  niego  trzeszczały,  od  spodu  dochodził  przytłumiony  huk,  jak  gdyby 

potwór  morski  dobijał  się  do  kadłuba  „Felicii”  i  pragnął  przedostać  się  do  ludzi  osłoniętych 

cienkimi ścianami z drewna. Randara ogarnął lekki niepokój, lecz nie  wstawał. Wśród huku 

sztormu  i  ryku  morza  od  czasu  do  czasu  dochodziło  go  czyjeś  wołanie,  czuł,  że  statek 

przechyla się na boki do granic wytrzymałości. 

Czyżby tonęli? 

Mocno  przytrzymywał  się  krawędzi  koi,  wreszcie  zdołał  się  jakoś  z  niej  podnieść  i 

postawić  stopy  na  przechylającej  się  podłodze.  Nie  chciał,  by  śmierć  znalazła  go  w  łóżku. 

Czas  jednak  płynął,  szkuta  nie  poddawała  się  w  walce.  Serce  Randara  już  zaczynało  się 

uspokajać, nie dopuszczał do świadomości że kapitan nie ostrzegłby go, gdyby działo się coś 

poważnego. Nie chciał się ośmieszać i pędzić na pokład niczym wystraszona do obłędu baba. 

Jeśli będą go potrzebować, to po niego przyjdą. 

I  zanim  zdążył  dokończyć  tę  myśl,  drzwi  do  kajuty  się  otwarły.  Za  nimi  panowała 

ciemność, jedynie wąski promień światła rozjaśniał ociekającą wodą postać. 

- Wszyscy na pokład, kapitanowi potrzeba więcej rąk! 

background image

Mężczyzna,  wykrzyczawszy  te  słowa,  odwrócił  się  i  począł  wspinać  po  drabinie  do 

luku,  przez  który  wpadało  światło.  Przez  moment  ciałem  zasłonił  niebieskawy  blask  i  zaraz 

znów ukazała się w nim jego twarz. 

-  Włóż  wszystko,  co  nie  przepuszcza  wody!  Chyba  sam  diabeł  wybrał  się  dzisiaj  na 

hulankę. 

Randar spał w spodniach i w swetrze, lecz potrzebował trochę czasu, by wciągnąć na 

nogi  buty  i  zarzucić  kurtkę  na  ramiona.  Na  głowę  nasunął  wielki  kapelusz,  przewiązał  go 

jeszcze  szalem,  by  nie  zerwał  go  podmuch  wiatru.  Gotów  był  walczyć  wraz  z  innymi, 

niepewny, na ile poważna jest sytuacja. 

Z pokładu rozległo się wołanie, bez wątpienia głos kapitana: 

- Człowiek za burtą, człowiek za burtą! 

background image

ROZDZIAŁ X 

Skjcervcer, listopad 1692 

Ta zima uśmierci nas wszystkie, pomyślała Maria w przypływie niespotykanego u niej 

pesymizmu. Pełne rozpaczy myśli i poczucie bezradności wcale nie brało się z niczego. Tego 

ranka znów musiała zająć się zwłokami. 

Już  trzecia  kobieta  zmarła  na  wyspie  zaledwie  od  dnia  świętego  Michała.  Wszystkie 

więźniarki przygiął do ziemi ciężar czającej się żałoby, coraz częściej rozmawiały o znakach, 

jakie ukazały się tej jesieni. 

Wodnika zmierzającego do brzegu młodziutka Katja ujrzała w pewien jesienny dzień, 

kiedy  sama  zeszła  nad  morze  po  zapomniany  nóż.  Twierdziła,  że  stwór  był  podobny  do  jej 

brata, miał jednak niewidzące oczy i płetwy zamiast ramion. 

Ów niezwykły cień przesłaniający księżyc w początkach września... 

Kamienie  na  niskich  zboczach  wyspy,  które  poruszały  się  nagle  po  trwającym  całe 

wieki spoczynku, wywołując odgłosy przypominające grzmoty. 

I  kobieta,  która  pojawiła  się  wśród  nich  pewnego  dnia  późnym  latem,  tak  piękna  i 

jasna, że zrazu przypuszczały, iż zesłano ją tu przez pomyłkę. 

Dwaj  strażnicy  jednak,  którzy  przywieźli  ją  na  wyspę,  świadczyli,  że  o  żadnej 

pomyłce  nie  może  być  mowy.  Miejsce  Nadjany  było  tutaj,  potwierdzili  to  sędziowie  i  sam 

król. 

Simonussen ugościł przewoźników, a Marii nakazał zająć się nowo przybyłą. Należało 

jej  wskazać  miejsce  tuż  przy  drzwiach  w  niedawno  zbudowanym  baraku.  Maria,  zgodnie  z 

niepisanymi  zasadami  tego  miejsca,  już  wcześniej  przeniosła  się  głębiej,  pod  cieplejszą 

wewnętrzną ścianę. 

Nadjana  zachowywała  się  jak  królowa.  Jej  jasne  włosy  były  niemal  białe, 

nieprawdopodobnie wprost kontrastowały z ciemnymi brwiami. 

Kobiety z baraku Marii poszeptywały między sobą, lecz gdy nowo przybyła stanęła w 

drzwiach, umilkły. 

-  To  Nadjana,  moje  panie.  Zróbcie  jej  miejsce  i  dobrze  ją  przyjmijcie,  przyjechała  z 

daleka, z najdalszych wschodnich granic królestwa. 

- Co zrobiłaś? - dopytywała się Jensina obcesowo jak zawsze. 

Nadjana  obrzuciła  ją  od  stóp  do  głów  takim  spojrzeniem,  jakby  zobaczyła  nagle 

robaka pełzającego po klepisku. Odwróciła się do Marii i lekceważąc Jensinę, sama zapytała: 

background image

-  Co  to  właściwie  za  miejsce?  Odpowiedz  mi  ty,  która  wyglądasz  przynajmniej  jak 

człowiek i wydajesz się mieć bodaj odrobinę kultury. 

Marii  nie  spodobał  się  jej  pełen  wyższości  ton.  Musiała  się  też  bardzo  wysilać,  by 

zrozumieć  dialekt,  jakim  posługiwała  się  nieznajoma.  Niezwykle  śpiewny,  niepodobny  do 

ż

adnego  z  języków,  z  którymi  dotychczas  zetknęły  się  uszy  Marii.  Już  samo  imię  zresztą 

wskazywało, że Nadjana pochodzi najpewniej z obcych krajów. 

-  Nauczymy  cię  wszystkiego  o  tym  miejscu,  będziesz  miała  dość  czasu  na  poznanie 

tutejszej pracy i życia. Mamy swoje zasady i zorientujesz się, że nasze prawa bywają równie 

surowe jak te, z którymi zetknęłaś się u pisarza i króla. Wszystkie wiemy, co może się stać, 

kiedy ktoś sprzeciwia się zasadom, Nadjano, lecz jednocześnie rozumiemy, jak wielką radość 

mogą przynieść sprawiedliwe prawa i reguły, które ludzie sami ustanawiają dla siebie. 

Ostrzeżenie zostało zlekceważone. 

Nadjana,  zanim  usiadła,  symbolicznie  strzepnęła  piach  ze  swego  posłania.  Maria  nie 

mogła  powstrzymać  się  od  uśmiechu.  Spódnica  nieznajomej  pokryta  była  plamami  lepkiego 

rybiego  śluzu,  smoły  i  brudu,  ale  twarz  miała  Nadjana  czystą,  a  włosy  już  tylko  tego  dnia 

przeczesane  co  najmniej  sto  razy.  Gdy  zerwała  z  głowy  siermiężną  chustkę,  spłynęły  jej  po 

ramionach jak wiosenny wodospad. 

-  Cóż  to  za  miejsce!  -  westchnęła,  ale  zaraz  jej  wargi  rozdzieliły  się  w  uśmiechu. 

Można  się  było  domyślać,  jak  piękna  jest  ta  kobieta,  gdy  tylko  pozwalała,  by  uśmiech 

rozjaśnił  surową  twarz.  -  I  tak  miałam  szczęście,  że  uszłam  z  życiem  przed  tymi  diabłami. 

Pewnego dnia wrócę... a wtedy niech się mają na baczności! 

Maria  zapanowała  nad  ciekawością,  wiedziała,  że  ta  dumna  nieznajoma  i  tak  opowie 

kiedyś  wszystko.  Nie  warto  dawać  jej  satysfakcji  pytaniami.  Maria  wyczuwała  wprawdzie 

rodzącą  się  między  nimi  wrogość,  lecz  w  myślach  sama  się  za  to  zganiła.  Ta  kobieta  na 

pewno  się  boi  i  czuje  tak  samo  niepewnie  jak  kiedyś  każda  z  nich.  Niełatwo  przybywać  na 

Skjasrvaer w pojedynkę, ona sama przecież miała i Katję, i Sylvię, a teraz jeszcze Kristinę... 

Dziewczynka  od  czasu  wizyty  ojca  bardzo  wyrosła,  jak  gdyby  rozkwitła  dzięki 

ś

wiadomości,  że  go  naprawdę  ma,  w  dodatku  takiego  pięknego,  dobrego  i  serdecznego,  a 

jeszcze poza tym bogatego. 

Maria  często  zastanawiała  się,  jakie  więzy  łączą  dziewczynkę  z  wyspą  i  jej 

mieszkańcami.  Zastępowała  małej  matkę,  która  się  utopiła.  Nie  przypuszczała  jednak,  że 

Kristina  pokocha  ją  tak  mocno,  Marii  było  to  radością  tak  wielką,  że  nie  wyobrażała  sobie, 

czym mogłaby wypełnić serce, gdyby zabrakło Kristiny. 

background image

A Kristina pewnego dnia opuści wyspę, nie została wszak skazana na pobyt w obozie, 

była jedynie niewinnym dzieckiem, urodzonym przez nieszczęsną matkę właśnie tutaj. 

Jedynym  dzieckiem,  które  w  historii  obozu  przyszło  na  świat.  Chociaż  przez  całą 

wiosnę i lato kobiecy obóz odwiedzali mężczyźni. 

Ciekawe,  co  ta  nowa,  Nadjana,  wybierze,  gdy  zrozumie,  jaki  jest  nasz  los.  Maria 

wpatrywała się w białą twarz, piękną, lecz jakby  pozbawioną życia. Nadjana mogła mieć od 

dwudziestu  pięciu  do  trzydziestu  pięciu  lat,  trudno  było  ocenić  jej  wiek.  Wszystko  w  niej 

ś

wiadczyło o tym, że przywykła do lepszego życia, policzki jej wyglądały, jakby codziennie 

kąpała je w mleku, skórę miała bladoróżową jak niemowlę. 

A  oczy...  Cóż  za  fantastyczny  szary  odcień,  niczym  morze  w  zimowy  poranek.  I  tak 

samo chłodne. 

Maria poczuła się prawie urażona, gdy kilka dni później Synnova wspomniała, iż inne 

więźniarki uważają, że Nadjana tak bardzo podobna jest do Marii. 

-  Ja  tego  wcale  nie  widzę  -  odparła  Maria  z  nieco  kwaśną  miną.  Kto  chciałby  być 

porównywany  do  wymigującej  się  od  pracy  kobiety,  która  uważała  się  za  zbyt  dobrą,  by 

wypełniać nawet te obowiązki, które miały na celu podtrzymanie jej życia? 

Synnova zakłopotana usiłowała się tłumaczyć. 

-  Wcale  tak  nie  myślałam...  -  wyjąkała.  -  Oczywiście  ona  w  środku  nie  jest  w  ogóle 

taka  jak  ty,  ale  wyglądem  trochę  cię  przypomina.  Te  jasne  włosy...  I  skórę  masz  niemal  tak 

delikatną jak ona, chociaż musisz być starsza. 

Maria  uśmiechnęła  się,  słysząc  tę  dość  beznadziejną  próbę  złagodzenia  przykrych 

słów, i prędko uściskała młodą Synnovę. 

- Może i tak. Myślę, że nikt, kto mnie zna, by się nie pomylił. 

Późną jesienią Synnova miała pożałować swoich słów. 

Nastały ciężkie czasy, zboże, które próbowały uprawiać, wypłukały deszcze i zwarzył 

mróz. Ryby, z mozołem układane w beczkach, okazały się niedostatecznie posolone i już we 

wrześniu zaczęły cuchnąć. 

A  na  domiar  złego  paskudna,  zalegająca  w  piersiach  choroba  dotknęła  połowę 

więźniarek.  Niektóre  jakoś  doszły  do  siebie,  lecz  nie  miały  szczególnie  wiele  sił  do  pracy. 

Zarządca Simonussen burczał, niezadowolony, ale Maria usadziła go na miejscu, gdy po raz 

kolejny uniósł się, że tak mało zostało zrobione. 

- One tu leżą i mrą jedna za drugą na moich rękach, żaden z leków przysłanych przez 

Adriana nie pomaga. Myślisz, że nie robię, co w mojej mocy? Myślisz, że do ich śmiertelnego 

kaszlu potrzeba mi jeszcze twoich narzekań? 

background image

Do tej pory cztery ciała przewieziono z ubogiej w ziemię wyspy na Vegę, gdzie miały 

zostać pochowane na cmentarzu. Marną pociechą był fakt, że zmarłe przestano już wozić na 

Trupią  Wyspę,  na  której  cienka  warstwa  gleby  i  tak  już  przyjęła  w  siebie  zbyt  wiele  zwłok 

nieszczęsnych z obozów pracy. 

Maria obmyła znajome ciało, zimne teraz i sztywne. 

Gitta,  najstarsza  z  nich  wszystkich,  zawsze  anonimowa.  Maria  nigdy  nie  poznała  do 

końca myśli tej kobiety, która, choć wychudzona i spracowana, nieraz potrafiła wykrzesać ze 

współtowarzyszek  niedoli  nowy  zapał  do  ciężkiej  harówki.  Z  tego,  co  wiedziała,  Gitta  była 

niegdyś  żoną  chałupnika,  przywykłą  do  zginania  karku.  Harowała,  by  utrzymać  ośmioro 

swoich dzieci, aż do dnia, gdy ludzie lensmana zaciągnęli ją na ting. Gittę oskarżono o sprze-

daż  zatrutego  ziarna,  w  węzełku,  który  dała  ludziom  wójta,  zalęgła  się  niebezpieczna  pleśń. 

Jeden człowiek po spożyciu mąki rozstał się z życiem. 

Nie zrobiła tego celowo, tyle sędziowie zrozumieli, nie uważali, by mieli do czynienia 

z  planowanym  zabójstwem.  Mimo  wszystko  jednak  kobiecie  należała  się  sroga  kara,  mąki 

trzeba  zawsze  starannie  pilnować,  a  ten,  kto  zaniedbał  należytego  jej  przechowywania  i 

sprawdzania,  narażał  na  niebezpieczeństwo  życie  innych  ludzi.  Takiego  zaniedbania 

dopuściła się Gitta i na domiar złego sprzedała truciznę samemu wójtowi. Trzeba było ukarać 

ją  ku  przestrodze,  inaczej  jeszcze  komuś  przyszłoby  do  głowy  w  taki  sposób  pozbyć  się 

nieżyczliwego poborcy podatkowego... 

Gitta zmarła na wyspie, nie oglądając już nigdy swego domu ani rodziny. Podobny los 

spotkał Kari, Rakel, Turid, Evenową Sine i Matilde. 

Maria nigdy nie straciła aż tylu ze swoich pacjentów, nawet podczas wielkiej zarazy, 

która zdawała się odległa teraz o całe wieki, ani też w gorącym okresie działalności szpitalika 

w Lyster. Czuła, że ogarnia ją coraz większe przygnębienie. Ostatnio mało też spała, czuwała 

bowiem przy umierających, ocierała krew tryskającą z ust, gdy następowały ataki kaszlu. Na 

ogniu  przez  cały  czas  grzały  się  kojące  napoje,  lecz  nawet  najsilniejsze  środki  zapewniały 

chorym  spokój  tylko  na  jakiś  czas.  Maria  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  słusznie  postępuje, 

podając  cierpiącym  drogocenne  krople  przysłane  przez  Adriana,  być  może  okazałyby  się 

bardziej potrzebne w sytuacji, gdy naprawdę chodziło o ratowanie życia. Nie miała jednak sił 

patrzeć,  jak  kobiety  męczą  się  w  ostatnim  stadium  choroby,  i  wyjmowała  coraz  to  nowe 

porcje leku ze swych zapasów. Gdyby tylko zdołała ująć im bólu! 

Wiedziała,  że  równie  wielkie  znaczenie  ma  sam  fakt,  że  przy  nich  siedzi.  Głaskała 

spocone  czoła,  szeptała  miłe  słowa  i  modliła  się  razem  z  umierającymi.  Na  wyspie  nie  było 

ż

adnego  duchownego,  lecz  wiele  więźniarek  uspakajało  się,  gdy  mówiła  im,  że  była  kiedyś 

background image

najbliższą osobą proboszcza, jego żoną. Musiała zatem wiedzieć więcej o tamtym świecie niż 

one, nieszczęsne dusze. 

Więźniarki  wierzyły  więc  bez  cienia  wątpliwości  w  piękne  opowieści  Marii  o 

królestwie  niebieskim,  o  aniołach  i  wielkiej  łasce,  która  na  pewno  czeka  udręczonych 

grzeszników.  Koiła  ich  strach  i  odpędzała  myśli  o  ogniu  piekielnym,  który  znikał  z  ich  serc 

tak jak znika koszmar o wschodzie słońca. 

Błogosławiono  Marię  po  tysiąckroć,  lecz  ona  sama  w  głębi  ducha  czuła  większą 

gorycz wobec wyższych mocy niż kiedykolwiek. Ta przeklęta bezradność! 

Mimo to miała sporo powodów, by być wdzięczna Opatrzności. Wiele na Skjaervaer 

zmieniło  się  na  lepsze,  odkąd  Maria  po  raz  pierwszy  postawiła  stopę  na  twardej  skale. 

Simonussen  okazał  się  człowiekiem  o  większym  sercu,  niż  się  tego  spodziewała,  dał  się 

namówić na poprawienie więźniarkom warunków życia, gdy tylko Maria dowiodła, że lepiej 

będą  wtedy  pracować.  Otrzymały  cieplejsze  koce  do  ochrony  przed  zimowymi  chłodami  i 

nawet  po  parze  solidnych,  natartych  tłuszczem  butów.  Nie  musiały  już  bose  płukać  ryb  w 

zimne tygodnie wiosny, kiedy to przypływały łodzie. 

Dostały  ostrzejsze  noże  i  grube  skórzane  fartuchy,  chroniące  przed  pryskającym 

tranem.  Po  strasznym  wypadku  Jensiny  podczas  gotowania  tranu  przed  kilku  laty  kobiety 

nabrały też większego respektu dla tej niebezpiecznej, ciężkiej pracy. 

Maria wiedziała, że lepsze zaopatrzenie w żywność jest również wynikiem jej rozmów 

z Simonussenem. 

Jadły teraz trzy posiłki dziennie, przynajmniej przez większość dni. Rano i wieczorem 

była  to  owsianka  na  wodzie,  ze  świeżą  rybą,  jeśli  którejś  udało  się  ją  złapać.  W  południe 

gotowano  zupę,  często  na  arcydzięglu  i  rybach,  a  od  czasu  do  czasu,  choć  raczej  rzadko,  na 

kościach  i  tłustej  wędzonej  słoninie.  Pewnego  dnia  przywieziono  na  wyspę  kilka  beczek 

grochu,  a  Simonussen  prawie  się  zaczerwienił,  słysząc  dziękczynienia  i  błogosławieństwa, 

jakimi zasypały go kobiety. Zboża wciąż oszczędzały, lecz na świąteczne dni piekły nieduże 

płaskie  chlebki,  których  strzegły  niczym  skarbu,  i  żuły  tylko  okruszki,  by  starczyły  jak 

najdłużej. 

Wiele się zmieniło, to prawda. 

Wciąż jednak obóz był miejscem odbywania kary, więzieniem bez ścian i krat, gdzie 

wielkie  morze  i  samotność  skutecznie  odgradzały  kobiety  od  ich  dawnego  życia.  Ledwie 

mogły pojąć, dlaczego Korona umieściła tu aż czterech strażników, wszak ucieczka była i tak 

niemożliwa. 

Bo dokąd uciekać, nawet gdyby udało się zdobyć łódź? 

background image

Nie  do  domu,  gdzie  czekają  ludzie  lensmana,  prawdopodobnie  razem  z  katem, 

wznoszącym  już  topór.  Uciekać  na  oślep?  Tam  gdzie  pieprz  rośnie?  Nie  kusiło  zaglądanie 

ś

mierci  w  oczy  na  otwartym  morzu,  więźniarki  instynktownie  bały  się  śmierci  w  falach 

bardziej  niż  czegokolwiek  innego.  Żadna  z  nich  nie  wiedziała  nic  o  morzu  ani  o  stronach 

ś

wiata. Wiosłować potrafiły jedynie te, które przybyły tu z wybrzeża. 

Należało pogodzić się z losem, jaki przypadł im w udziale. 

I  znosić  go,  dopóki  taka  była  wola  boska.  Radość  można  znaleźć  we  wszystkim, 

kobiety i w takich okolicznościach potrafiły się śmiać, nawet z tego, że jeszcze żyją. Ale nie 

teraz, nie w porze zimowej ciemności. Nie teraz, gdy zawodziły wichry, a lodowata mżawka 

okrywała wszelką chęć do życia zmrożonym płaszczem. Nie teraz, kiedy już nie potrafiły się 

dłużej  bronić  i  jedna  za  drugą  w  cierpieniu  odchodziły  jedyną  możliwą  drogą  z  tego 

więzienia. 

Maria  rozpaczliwie  tęskniła  za  słońcem,  za  jego  gorącymi  promieniami, 

posiadającymi zdumiewającą moc ożywiania najbardziej nawet schorowanego ciała. Niestety 

słońce było daleko, z rzadka widywały bladą tarczę na niebie, na ogół jednak wisiało nad nimi 

szaroczarne wełniste zimowe niebo. Zima dłużyła się coraz bardziej. 

Maria pilnowała się, żeby płakać tylko wówczas, gdy nikt jej nie widzi. Wiedziała, że 

współtowarzyszki niedoli podpierają się jej siłą niczym laską. 

Gdyby  się  teraz  załamała,  niewiele  by  ich  zostało,  by  przyjąć  powracających  z 

Lofotów  rybaków,  przywożących  złowione  ryby  i  domagających  się  darmowej  pracy  rąk. 

Bała się, że i tak liczba kobiet na Skjaervaer na wiosnę bardzo się zmniejszy, być może nawet 

zostanie ich zaledwie połowa. 

Zawsze  znajdzie  się  jednak  dość  nieszczęśnic,  by  uzupełnić  nimi  braki.  Pojawią  się 

nowe  niewolnice,  którym  przyjdzie  tutaj  dożyć  swoich  dni.  Kobiety  ulegające  pokusom  i 

dające  się  złapać  na  niebezpieczny  lep  miłości  zawsze  będą  chodzić  po  tej  ziemi.  Kobiety, 

które kradną z potrzeby  bądź dla zysku. Kobiety, które zdradzają, lub te, które padają ofiarą 

intrygantów.  Niewinne,  ubogie,  pozbawione  władzy  nad  własnym  życiem.  A  także  potężne, 

niebezpieczne,  te,  które  potrafią  więcej  niż  inne  lub  posiadają  dobra  albo  myśli,  których 

pozazdrości im sąsiad. Tu czekał na nie jednaki grób. Dni były identyczne dla wszystkich, bez 

względu  na  to,  czy  przywykły  do  puchowego  posłania,  czy  do  zawilgoconych  legowisk  na 

słomie. 

Maria  nigdy  nie  przestała  im  przypominać,  jak  ważne  jest  poczucie  więzi  między 

nimi.  Wiedziała  też,  że  zarządca  także  nie  jest  wolny  od  strachu.  Nie  podobało  mu  się 

kiełkujące  wśród  nędznych  więźniarek  poczucie  własnej  wartości,  nie  podobało  mu  się,  że 

background image

Maria  wyślizgnęła  się  z  jego  spoconych  łap.  Nawet  gdy  zagroził,  że  sprzeda  Kristinę  na 

służącą,  wyrwała  się  z  jego  objęć  dzięki  zakrawającemu  wprost  na  cud  przybyciu  Adriana 

Mulda. 

Później Simonussen nie ośmielił się już jej tknąć. Sypiał samotnie w swoim miękkim 

łóżku, pocieszając się jedynie sporadycznymi odwiedzinami Mariany, Sille, Kristiny z Royse 

czy  Emmy.  Ze  wszystkich  trzydziestu  kobiet  na  wyspie  tylko  te  cztery  wciąż  godziły  się  na 

przyjmowanie mężczyzn, nawet teraz gdy jedzenie się poprawiło i dostały lepsze ubrania. 

Maria  drżała  na  myśl  o  tym,  ile  lubieżnych  dłoni  i  cuchnących  ciał  musiały  poznać, 

starała  się  jednak  nie  oceniać  ich  zbyt  surowo.  Prawdopodobnie  znajdowały  w  tym  jakąś 

radość lub namiastkę bliskości, jakiej nie miały już nadziei przeżyć. 

Rozmyślania Marii przerwało pojawienie się w kręgu światła lampy małej postaci. 

- Kristina? Już wstałaś? 

- Tak, słyszałam, że ktoś coś mówi. Ale na dworze bardzo ciemno... 

Maria  spostrzegła,  że  dziecko  przeszedł  dreszcz,  z  oczu  pod  anielskimi  lokami  bił 

strach. Nie powstrzymywała dziewczynki przed zbliżeniem się do ciała zmarłej, umytej już i 

ubranej  we  własną  zniszczoną  suknię.  Twarz  zakrytą  miała  kawałkiem  płótna,  którego  za 

ż

ycia używała jako chustki na głowę. 

- Czy ona jest już teraz u Boga? 

Dziecko  z  wrodzonym  brakiem  lęku  pogładziło  zakryte  zwłoki.  Marii  do  oczu 

napłynęły  łzy.  Jakież  to  życie  miała  Kristina?  Niczym  dorosła,  dojrzała  kobieta  musiała 

zaglądać w oczy śmierci. 

- Tak, tak myślę. Nigdy już nie będzie marzła ani głodowała. Była stara... i chora. 

-  Teraz  już  jest  wolna.  Może  czekają  na  nią  wszyscy  ci,  o  których  tyle  razy 

opowiadała? Jej mała córeczka, która umarła, i mąż, który zachorował, kiedy mu ją zabrano? 

-  Tak,  myślę,  że  tak  -  odparła  Maria,  wiedząc,  że  Kristina  nie  potrzebuje  bardziej 

stanowczych zapewnień. 

Mała  Kristina.  Dla  kobiet  na  wyspie  symbol  wolności,  jedyna,  która  wybrała  takie 

ż

ycie, innego bowiem nie znała. Nawet kiedy przybył jej wspaniały ojciec, zdecydowała, że 

zostanie razem z Marią. 

Ale  pewnego  dnia  odjedzie.  Pewnego  dnia  opuści  ten  koszmar  i  wejdzie  w  świat,  o 

którym  inne  kobiety  mogły  tylko  śnić.  Bogactwo,  wolność,  leniwe  dni.  Mnóstwo  jedzenia  i 

pięknych strojów. 

Zdarzało  się,  że  nad  kociołkiem  z  wieczerzą  fantazje  przesłaniały  rzeczywistość,  aż 

Maria ze śmiechem musiała je hamować. Nic wszak nie wiedziano o przyszłości Kristiny, bo 

background image

choć  w  istocie  była  córką  bogatego  i  wpływowego  człowieka,  to  przyszła  przecież  na  świat 

jako nieślubne dziecko, pozbawione jakichkolwiek praw. 

Ale Nadjana, nowa, od  pierwszego  razu,  gdy tylko usłyszała ową niezwykłą historię, 

natychmiast zainteresowała się  Kristina. Wypytywała dziecko o ojca, a  gdy dowiedziała się, 

ż

e jest on siostrzeńcem namiestnika, nie miała umiaru w przypochlebianiu się Kristinie. 

-  Ten  dzieciak  to  twoja  szansa  na  opuszczenie  tego  miejsca  -  oświadczyła  Marii 

pewnego wieczoru, gdy  siedziały same w szopie, doglądając ogniska, które miało przestrzec 

ż

eglarzy przed szkierami. Zapalały je w burzliwe noce, gdy tylko znalazło się dość drewna. - I 

postaram  się,  żeby  stał  się  i  moją.  Nigdy  nie  mogłam  uwierzyć,  że  nie  ma  stąd  jakiegoś 

wyjścia - ciągnęła optymistycznie, uśmiechając się pomimo szczękania zębami. 

Maria nie odpowiedziała. 

Niebezpiecznie snuć takie myśli. 

Można  umrzeć  z  rozczarowania,  gdy  na  nowo  w  pełni  objawi  się  brutalna 

rzeczywistość. 

Maria  i  Kristina  włożyły  nieduży  drewniany  krzyż  w  zesztywniałe,  wykrzywione 

reumatyzmem palce Gitty. Przymknęły drzwi do szopy, w której miała pozostać do czasu, aż 

nadejdą  jaśniejsze  dni,  a  morze  się  uspokoi.  Wówczas  strażnicy  przewiozą  ją  na  wielką 

wyspę, lecz bez orszaku płaczek i stypy. 

Gitta odeszła ze świata równie cicho jak żyła. 

Maria  starannie  umyła  ręce  i  opłukała  miskę,  w  której  miała  wodę  do  obmycia 

zmarłej.  Zwykle  taką  wodę  zachowywano,  wierzono,  że  tkwi  w  niej  szczególna  moc,  że 

można nią wyleczyć wszystko, od zarazy po kurzajki. 

Ona  nigdy  co  prawda  nie  widziała,  by  taka  woda  podziałała...  W  każdym  razie  nie 

sama. Maria nie pogardzała wiarą towarzyszącą starym radom, wiedziała, że często bywa ona 

równie ważna, jak ziołowe lekarstwa i mozolnie spreparowane maści. 

Ujęła  małą  rączkę  Kristiny  i  poszły  razem  nastawić  kociołki  z  owsianką.  Na 

horyzoncie wiecznie szarego nieba zdawały się dostrzegać różową poświatę, jak gdyby słońce 

krwawiło w walce, chcąc przedrzeć się przez welon z mgły. 

- Będzie ładny dzień - stwierdziła Kristina, uśmiechając się do Marii. 

Gdy  jednak  wróciły  do  baraku,  Maria  przekonała  się,  że  dziecko  się  pomyliło. 

Pierwszą więźniarką, którą spotkały, była zaniepokojona Sylvia. 

- Katja tak strasznie kaszle... A Emma i Nessa - Maria leżą z gorączką i nie mają siły 

wstać, i Nadjana skarży się na jakiś okropny ból brzucha. 

Maria już wiedziała, że i w nowym miesiącu czekają ją długie dni. 

background image

Znachorka  włożyła  do  miski  wełniane  gałgany,  pozwalając,  by  wchłonęły  w  siebie 

cały płyn. Misa parowała, nie tylko dlatego, że jej zawartość była gorąca, lecz także z powodu 

zimna w pomieszczeniu. 

Już  od  dwóch  tygodni  trzy  kobiety  leżały  w  gorączce,  zmagając  się  ze  śmiercią. 

Choroba  potrafiła  na  kilka  dni  złagodnieć,  by  zaraz  znów  się  rozpalić,  gdy  tylko  Maria 

ośmielała się pomyśleć z nadzieją, że już minęła. 

Ciała silne od pracy i młodości zaczęły słabnąć. Maria z lękiem patrzyła, jak kobietom 

zapadają się twarze, a mięśnie wiotczeją. Najbardziej bała się o Katję, z którą nie dało się już 

prawie nawiązać kontaktu. Ta krucha pół dziewczyna, pół kobieta przez większą część doby 

leżała pogrążona w śpiączce, a czoło miała na zmianę to rozpalone, to lodowato zimne. 

Emma  sprawiała  wrażenie  silniejszej,  walczyła  z  chorobą  z  takim  samym  uporem,  z 

jakim zwykle przetaczała ciężkie beczki z tranem. A Kristina z Royse jęczała tylko  cicho w 

łóżku, by Maria pomogła jej załatwić potrzebę. 

Wyglądało na to, że choroba jest zakaźna. 

Jeszcze dwie kobiety musiały dzisiaj odejść od pracy, jedna półprzytomna osunęła się 

w lodowatą wodę, nie będąc w stanie oskrobać już ani jednej ryby. 

Maria  doszła  do  wniosku,  że  najlepiej  izolować  chore.  Wszystkim  czternastu  ze 

starego  baraku  kazała  się  przenieść  do  nowego.  Ciasno  się  zrobiło  dwudziestu  pięciu 

kobietom  w  tym  stosunkowo  niedużym  pomieszczeniu,  lecz  na  jakiś  czas  musiały  się  z  tym 

pogodzić. 

Maria  zwróciła  się  do  Simonussena  z  żądaniem  zwolnienia  z  pracy  dwóch  młodych 

dziewczyn, potrzebnych jej do pomocy przy pielęgnacji chorych. 

Zarządca burzył się i wyklinał, nie śmiał jej jednak odmówić. W dodatku okazało się, 

ż

e również jeden z czterech strażników leży w łóżku z gorączką. 

- I nim będziesz musiała się zająć - oświadczył Simonussen. 

Maria skinęła głową, podała mu rękę. 

-  Nie  jesteś  wcale  najgorszy,  panie  zarządco,  kiedy  wreszcie  zrozumiesz,  że  i  my 

jesteśmy ludźmi. 

Zdumiony  Simonussen,  zaskoczony  pierwszymi  z  ust  Marii  słowami,  które  można 

było uznać za komplement, stanął jak wryty. 

Co za kobieta! 

Najdziwniejsze, że coraz rzadziej dokuczały mu mokre sny i bezsenne noce. 

Tamtego  dnia,  kiedy  Adrian  przybył  na  wyspę,  można  powiedzieć,  że  miał  ją  już  w 

łóżku.  Gdyby  szlachcic  zjawił  się  kilka  godzin  później...  Maria  ledwie  zdążyła  się  wykręcić 

background image

od  tamtej  prostackiej  umowy,  lecz  sama  wszak  się  zdeklarowała,  że  ocali  dziewczynkę  od 

niewolniczej pracy, dobrowolnie mu się oddając. Wiedział, że Maria należy do tego  rodzaju 

ludzi,  którzy  dotrzymują  danego  słowa.  Bez  względu  na  to,  jak  bardzo  nie  podobały  jej  się 

jego zaloty. 

Niestety,  zjawił  się  ojciec  małej  i  wszystkie  marzenia  o  gorących  nocach  z 

najpiękniejszą mieszkanką wyspy legły w gruzach. 

Nauczyła go szacunku, dzięki któremu się uspokoił, nie tylko w intymnych sprawach. 

A może po prostu się starzał. 

Za  każdym  razem,  gdy  wspinał  się  po  stromym  zboczu  do  chaty,  serce  waliło  mu 

mocniej,  coraz  częściej  musiał  odpoczywać  w  dzień,  a  przed  snem  wypijać  dodatkowy  łyk 

ziołowej gorzałki. 

Simonussen  nie  miał  siły  sprostać  wykreowanemu  przez  samego  siebie  wizerunkowi 

pana  i  władcy.  Surowy,  niekiedy  wręcz  okrutny  mężczyzna  złagodniał  od  środka,  uważał 

teraz, że Maria słusznie odbiera mu coraz więcej władzy. 

A  kiedy  jeszcze  mu  dziękowała,  mówiła  miłe  słowa...  Niech  będzie,  co  ma  być.  Nie 

każdy może liczyć na życzliwość tej kobiety. 

Gdy tylko Maria wyszła, Simonussen wsunął się pod przykrycie. Zabrał ze sobą kubek 

gorzałki  i  sączył  go  z  przyjemnością,  rojąc  piękne  marzenia  o  jasnowłosej  kobiecie  ze  snu. 

Wreszcie  ułożył  się  już  do  spania,  z  twardą,  wypchaną  poduszką  przyciśniętą  do  ciała.  Gdy 

bóle  w  piersi  wyrywały  go  ze  snu,  wczepiał  się  w  poduszkę  i  odrzucał  głowę  do  tyłu,  by 

nabrać  powietrza.  Przypominał  wtedy  dziecko  w  momencie  narodzin.  Skulone,  boleśnie 

chwytające oddech, z twarzą wykrzywioną zdumiewającym grymasem bólu i woli życia. 

Tak następnego dnia znalazł go najstarszy strażnik. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

- Mario, chodź prędko! On nie żyje! Simonussen... 

- Co ty mówisz? 

Maria  upuściła  woreczek  z  suchym  aromatycznym  proszkiem  wprost  na  podłogę  i 

szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Johana Kulasa, który gwałtownie otworzył drzwi 

do baraku, gdzie leżały chore. 

-  On  nie  żyje.  Martwy  jak  wyrzucony  na  brzeg  śledź.  Oczy  w  słup,  ręce  sztywne... 

Chodź! 

Maria narzuciła na plecy wielką połataną chustkę i pospieszyła za biegnącym pomimo 

swej ułomności strażnikiem w dół ścieżki, przez równinę i w górę ku chacie zarządcy. 

Nie  unosił  się  z  niej  dym,  nie  było  żadnego  światełka,  które  rozjaśniłoby  ciemny 

grudniowy poranek. 

Chata  leżała  pogrążona  w  ciszy,  szron  obrósł  krawędzie  dachu,  ułożył  się  wokół 

okiennic. 

Strażnik otworzył drzwi i zapalił lampę na stole. 

W  izbie  unosił  się  słaby  zapach  gorzałki  i  gotowanego  jedzenia.  I  jeszcze  jakaś 

dziwna, mroczna, lekko słodkawa woń. 

Maria  stanęła  przy  łóżku,  z  którego  Johan  wcześniej  odrzucił  baranicę.  Zmarły  leżał 

niczym  nie  osłonięty,  zdawał  się  prawie  marznąć.  Skulił  się,  jakby  pragnął  się  przed  czymś 

ochronić.  Głowę  miał  odrzuconą  w  tył  pod  ostrym  kątem,  niczym  tonący,  który  usiłuje  od 

spodu przedrzeć się przez powierzchnię wody. 

Biedny Simonussen, pomyślała Maria i poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. 

Mogła okazać mu więcej sympatii. 

Właściwie nie był przecież potworem. Pragnął jej, to prawda,  ale nie wziął gwałtem, 

jak postąpiłaby z pewnością większość mężczyzn. Owszem, jego groźbom i naciskom daleko 

było do szlachetności, ale nigdy nie uciekł się do przemocy... 

Maria  ciężko  wypuściła  powietrze  z  płuc,  żałując,  że  tak  mało  go  doceniała.  Teraz 

pozostawało  jej  jedynie  przyniesienie  miski  z  wodą  i  odprawienie  przy  nim  ostatniego 

rytuału. Obmywanie zwłok zaczyna się stawać moją specjalnością, pomyślała ze smutkiem. 

Gdy delikatnie przesunęła dłonią po wykrzywionej twarzy zmarłego, by zamknąć mu 

oczy, palce nie cofnęły się z obrzydzeniem. 

background image

Johan  zadrżał,  gdy  Maria  wyciągnęła  zesztywniałe  kończyny,  próbując  wyprostować 

nieco  ciało  Simonussena.  Jeszcze  całkiem  nie  zastygł,  lecz  krew  zdążyła  się  już  zebrać  w 

najniżej położonych punktach, tworząc ciemne plamy. Strażnik stał tylko i przyglądał się, jak 

Maria przetacza zwłoki na plecy. Broda zarządcy opadła, wreszcie jednak spoczął jak należy, 

z dłońmi złożonymi na piersi. 

-  Was  trzech,  którzy  jeszcze  trzymacie  się  na  nogach,  czekają  kolejne  kursy  - 

zauważyła Maria, a Johan z ponurą miną skinął głową. 

I nagle jakby zdał sobie sprawę z powagi następstw tego ostatniego zgonu. 

-  Ale...  nie  możemy  was  zostawić  tylko  z  dwoma  strażnikami,  bez  zarządcy.  A  w 

dodatku Nilsen nie wstaje z łóżka... 

Maria  uśmiechnęła  się,  wiedząc,  że  może  tym  sprowokować  strażnika.  Stanęła  tuż 

przy nim i powiedziała cicho: 

-  Będziesz  więc  musiał  wyruszyć  sam,  Johanie,  ze  zwłokami  dwóch  kobiet  i  z  tym 

tutaj, skoro bardziej boisz się tego, co może się wydarzyć na wyspie. 

Johan próbował coś wyjąkać, nerwowo kręcił głową, przenosił spojrzenie od zmarłego 

do Marii i z powrotem. 

-  Nie,  to  się  chyba  nie  da...  Musimy  zaryzykować...  I  przecież  należy  to  zgłosić.  Nie 

możemy ot, tak rzucić Simonussena pod cmentarz i zostawić go hyclowi. 

- Oczywiście - cierpkim tonem odparła Maria. - To przecież jasne. On to zupełnie kto 

inny niż te nieszczęsne kobiety, które musiały zadowolić się dołem wykopanym w ziemi pod 

cmentarnym płotem. Simonussena odprowadzać będą pieśni i piękne przemowy. 

Odeszła  długimi  krokami,  zostawiając  bezradnego  strażnika  samego,  ale  w  dole 

zbocza wolno się odwróciła. 

- Posłuchaj, Johanie. To chyba ty będziesz teraz wszystkim kierować, prawda? 

Johan  wciąż  stał z  rozdziawioną  gębą.  Słysząc  jej  słowa,  próbował  się  wyprostować, 

mocniej  ścisnął  starą  strzelbę,  spełniającą  funkcję  siejącej  postrach  broni  i,  jednocześnie, 

laski. 

- Tak, chyba tak. Chyba że tamci trzej... 

- Ty jesteś najstarszy - orzekła Maria i ruszyła przekazać nowinę w baraku. 

Większość  zdrowych  kobiet  od  jakiegoś  czasu  była  już  na  nogach,  przemierzały 

wyspę  w  poszukiwaniu  przyniesionego  przez  morze  drewna,  pozostałego  na  brzegu  po 

ostatnim  odpływie.  Każdy  wyrzucony  przez  fale  nadający  się  do  spalenia  kawałek  oznaczał 

mniejszą ilość torfu i drewna, które trzeba było przewieźć na wyspę, no i kilka chwil ciepła w 

background image

tę  surową  zimę.  Niestety,  zapasy  bardzo  się  kurczyły,  strażnicy  zresztą  również  szukali 

drewna, przemierzając podczas swych wędrówek nie zamieszkane brzegi. 

Ostatnio, tuż przed Bożym Narodzeniem, rzadko ktoś przybywał na Skjasnrer. Rybacy 

wciąż  pływali  na  swych  łodziach,  lecz  połowy  były  na  tyle  małe,  że  sami  sobie  radzili  z 

rybami.  Maria  wpadła  jednak  na  pomysł,  by,  niezależnie  od  pory  roku,  przybijało  tu  coraz 

więcej  łodzi.  Przypływały  z  surowcami,  które  tania  siła  robocza  na  Skjasrvaer  mogła 

uszlachetnić.  Przywożono  spore  ilości  wełny  do  prania,  barwienia  lub  przędzenia,  ziarno  do 

przesortowania; to najlepszej jakości przeznaczone było na sprzedaż za granicami. 

Gdy okazało się, że jedna z kobiet potrafi tkać gobeliny, w głębi baraku ustawiono jej 

prowizoryczny  warsztat.  Spędzała  tam  długie  godziny,  nawijając  powoli  na  wałek  gotowe 

części  tkaniny.  Maria  domyślała  się,  że  zarobione  przez  nią  szylingi  to  nędzne  grosze  w 

stosunku  do  tego,  co  pobierał  Simonussen,  dopóki  jednak  im  się  coś  z  tego  dostawało  w 

postaci lepszego jedzenia, nie mogły narzekać. 

Ostatnio jednak zapadła cisza. 

Taka  jak  przed  burzą,  pomyślała  Maria.  Ona  sama  miała  więcej  niż  dość  pracy, 

musiała  pielęgnować  już  cztery  chore  kobiety  i  jednego  mężczyznę.  Przyrządzać  nowe 

lekarstwa, ugniatać tłuszcz z olejem do łagodzących smarowideł. Odkryła na wyspie nieznaną 

roślinę: drobniutki, nisko rosnący rodzaj porostu, nie przypominający tych, które znała z gór. 

Lecz może mimo wszystko miał takie samo oczyszczające działanie? 

Postanowiła  spróbować.  Zagotowała  porosty  w  niewielkiej  ilości  wody  i  wystudziła 

szarobrunatną  masę.  Niczego  nie  dodawała.  Podgrzała  jeszcze  raz  i  odparowała  większość 

wody. 

To na pewno nie jest trujące, zdecydowała. Nigdy nie słyszała, by któraś z podobnych 

roślin była niebezpieczna. Przecież jadły je zwierzęta. 

Nowym  specyfikiem  obłożyła  z  początku  piersi  tylko  jednej  z  chorych.  Kobieta 

oddychała szybko i płytko, ciało miała rozpalone, tu i ówdzie pojawiła się paskudna wysypka. 

Maria nie bardzo wierzyła, by wyciąg z porostów złagodził kaszel, zauważyła jednak, że pod 

jego wpływem podrażniona skóra wygładziła się i przestała swędzieć. 

Można to zapisać. 

Maria  wciąż  regularnie  sięgała  do  swojej  oprawionej  w  czerwoną  skórę  księgi  i 

ukradkiem  notowała  krótkie  relacje  z  wydarzeń  w  obozie.  Ze  szczególną  dokładnością 

opisywała wszystkie przypadki choroby: objawy, leczenie i jego efekt. 

Z żalem musiała teraz odnotować daremną próbę ratowania starej Gitty, a także śmierć 

zarządcy. 

background image

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  nie  wytrzymało  jego  serce.  Podobna  przypadłość 

często spotykała mężczyzn w jego wieku, szczególnie tych nie umiejących zachować umiaru 

w  piciu  wzmacniającej  ziołowej  gorzałki.  Co  za  dużo,  to  niezdrowo,  również  i  w  tym 

wypadku. 

Palce  Marii  wprawnym  ruchem  zacisnęły  się  na  piórze.  Z  westchnieniem  zauważyła, 

ż

e  kałamarz  jest  już  niemal  pusty.  Będzie  mogła  zapisać  nie  więcej  niż  dwie,  może  trzy 

strony.  Czy  potrafiłaby  być  na  tyle  bezczelna,  by  zabrać  prawie  pełny  kałamarz  z  chaty 

zarządcy?  Zdawała  sobie  sprawę,  że  teraz  ma  na  to  szansę.  Niewiele  osób  wiedziało  o  jej 

znajomości  sztuki  pisania,  a  swoją  książkę  ukrywała  niczym  najgłębszą  tajemnicę.  Mała 

Kristina jednak znała wszystkie jej sekrety i znalazła sobie emocjonującą zabawę, pojawiając 

się  przed  Marią,  kiedy  ta  była  pewna,  że  późną  nocą  nikt  jej  nie  podgląda.  Kristina  już 

potrafiła  napisać  własne  imię,  jakżeby  inaczej,  była  wszak  cioteczną  wnuczką  samego 

namiestnika. 

Maria westchnęła ciężko i zamknęła księgę. Kristina była pewnie gdzieś przy szopach, 

przypuszczalnie  deptała  po  piętach  Jensinie.  Dobrze,  że  Jensina  zalicza  się  do  przyjaciół, 

szczególnie teraz, gdy wyspą najprawdopodobniej wstrząsną niepokoje. 

Zostały bez zarządcy. 

Jeden  ze  strażników  chorował,  co  najmniej  jeden  z  trzech  pozostałych  będzie  musiał 

opuścić wyspę, by zgłosić zgon Simonussena. 

Zostanie dwóch mężczyzn. 

Przeciwko trzydziestu kobietom. 

Nie  tylko  Maria  dostrzegała  możliwości  rysujące  się  w  tej  sytuacji.  Pozostawało 

jedynie  mieć  nadzieję,  że  inne  więźniarki  zauważą  tkwiące  w  niej  niebezpieczeństwa  tak 

samo wyraźnie jak ona. 

Wieść  roznosiła  się  szybko.  Już  po  niespełna  godzinie  dwadzieścia  kobiet  ruszyło 

sznurem z miejsca pracy na brzegu w stronę baraków. Z ust buchała im biała para niczym z 

paszczy  parskającego  smoka.  Zgromadziły  się  wokół  Marii,  garnęły  się  do  niej  jak  oddział 

niepewnych żołnierzy do oficera. 

- Czy to prawda? On nie żyje? Jak to się stało? Co z nami teraz będzie? 

Nie, nie były żołnierzami, lecz dziećmi, przestraszonymi dziećmi, niepewnymi swego 

losu, teraz gdy zniknął ośrodek władzy. Żadna z nich nie kochała zarządcy, może z wyjątkiem 

Jensiny. Żadna nie widziała w nim człowieka innego niż ten, który twardo gonił je do pracy i 

skąpił  mąki  na  owsiankę,  gdy  nastały  ciężkie  czasy.  Reprezentant  tych,  którzy  je  skazali, 

odebrali im wolność, miłość i domowe ciepło. Ich opoką stała się Maria. 

background image

Zgromadziła  je  w  baraku,  w  którym  sypiały  teraz  zdrowe.  W  środku  było  bardzo 

ciasno, nawet kiedy skuliły się na swoich legowiskach, by zrobić innym miejsce na podłodze. 

Na samym końcu wsunęła się Nadjana. 

- Przyjaciółki, nadszedł czas na poważną rozmowę. Wszystkie przestraszyło to, co się 

stało.  Kto  się  spodziewał,  że  Simonussen  tak  nagle  wyzionie  ducha?  Na  początku  poproszę 

was,  abyśmy,  milcząc  przez  chwilę,  odmówiły  modlitwę  za  jego  duszę.  Nie  zawsze 

darzyłyśmy  go  sympatią,  nie  zawsze  okazywał  się  dobrym  strażnikiem,  musimy  się  jednak 

postarać, aby nie myśleć o nim źle, bo nic nie wiemy o tym, który zajmie jego miejsce. 

Więźniarki  pomruczały  coś  pod  nosem,  lecz  zaraz  posłusznie  złożyły  ręce  i  razem  z 

Marią odmówiły krótką modlitwę. 

Po chwili Maria znów zabrała głos. 

-  Wciąż  jesteśmy  przestraszone  jak  kury,  gdy  zauważą  jastrzębia,  krążącego  nad 

podwórkiem. Boję się, by nie skłoniło to nas do robienia głupstw. Muszę przyznać, że i moją 

pierwszą myślą była ucieczka! 

- Tak! Opuścić to przeklęte miejsce! Zostawić wszystko! Weźmiemy łódź! 

W  wysokim  kobiecym  głosie  brzmiała  odwaga  i  tęsknota  za  wolnością,  Maria  to 

rozumiała. 

-  Nie  mogę  wami  rządzić,  nie  mogę  rozkazać,  abyście  tu  zostały  i  pracowały  jak 

zwykle,  ale  boję  się  tego,  co  może  teraz  nastąpić.  Boję  się,  że  pękną  łączące  nas  więzi, 

wszystko ulegnie zniszczeniu... 

-  W  łodzi  zmieści  się  nie  więcej  niż  osiem,  najwyżej  dziesięć  -  zauważyła  drobna 

ciemnowłosa kobieta. - I która z was zna to wybrzeże? 

Dyskutowały, mówiły jedna przez drugą, inne uciszały przyjaciółki ogarnięte zbytnim 

zapałem. 

Maria  pozwoliła  im  się  wygadać,  wiedziała,  że  muszą  rozważyć  wszystkie  pomysły, 

jakie przyjdą im do głowy. 

-  Dosyć,  dziewczęta!  -  oświadczyła  wreszcie  Jensina.  Wciąż  miała  nad  nimi  władzę, 

pozostała  dawną  przywódczynią  więźniarek.  Maria  cieszyła  się,  że  ma  w  niej  przyjaciela,  a 

nie, jak na początku, wroga. - Musimy pożegnać się ze wszystkimi szaleńczymi pomysłami. I 

tak  nigdzie  nie  dopłyniemy.  Dziesięć  kobiet  w  wiosłowej  łodzi!  Dziesięć  kobiet,  które  nie 

mają gdzie się podziać! Ciągle w drodze, nieustannej ucieczce przez resztę życia, choć ono i 

tak na pewno nie będzie długie. Znów nas pochwycą, zakują w żelazo, a wtedy możemy się 

już tylko spodziewać haniebnej śmierci. 

background image

Mowa  zrobiła  wrażenie.  Ostre  słowa  doświadczonej  kobiety  zdecydowanie  położyły 

kres dyskusji. 

-  Jensina  ma  rację  -  potwierdziła  Maria.  -  Śmierć  Simonussena  nie  wróci  nam 

wolności, on był jedynie nadzorcą, elementem systemu, lecz jego zgon może wpłynąć na nasz 

los tu, na tej wyspie. Decydujące znaczenie będzie miało, w jaki sposób zdołamy przemówić 

w naszej sprawie przed nowym zarządcą. A może i przed tymi, którzy stoją jeszcze wyżej... 

Kobiety  pokiwały  głowami,  lecz  kilka  niezadowolonych  zerkało  koso  na  Jensinę  i 

Marię. Żadna nie zauważyła, że Nadjana wymknęła się z baraku. 

Najpiękniejsza lekkim krokiem pobiegła w stronę szopy, gdzie wokół paleniska siedli 

czterej  strażnicy.  Jeden  strasznie  się  pocił,  trzej  pozostali  podparli  go  workami  z  pierzem  i 

owinęli  w  koce.  Musieli  zdecydować,  kto  wyruszy  na  Vegę  z  wieścią  o  śmierci  zarządcy. 

Zwłoki  postanowili  zostawić  do  czasu,  aż  okoliczne  władze  pospieszą  im  z  pomocą.  Nie 

mogli  wyprawić  się  we  dwóch  i  dwóch  tylko  zostawić  w  obozie.  Należało  wszak  się 

spodziewać buntu i walki z rozhisteryzowanymi  kobietami. Mężczyźni nie byli aż tak głupi, 

by nie pojmować szansy ucieczki, jaka otworzyła się przed więźniarkami. Gdyby udało im się 

pokonać  strażników,  droga  na  morze  stanęłaby  przed  nimi  otworem.  Zamknięte  na  klucz 

wiosła były ich kluczami do wolności. 

Zapomnieli tylko, że kobiety ze Skjaeryasr nie miały dokąd uciekać. 

- Ja pojadę na Vegę - oświadczył Johan Kulas, zdając sobie sprawę, że ryzykuje tym 

samym utratę pozycji. Był najstarszy ze strażników, przebywał tu najdłużej, lecz nie w smak 

była  mu  myśl,  by  pozostać.  W  dodatku  z  niewładną  nogą  nie  poruszał  się  dość  sprawnie,  a 

przecież gdyby doszło do starcia... 

Ż

aden ze strażników nie zaprotestował. Chory sprawiał wrażenie, że i tak nic do niego 

nie dociera. 

Wszystko  zostało  już  powiedziane,  mężczyźni  siedzieli  w  milczeniu,  sam  na  sam  ze 

swymi myślami o zmarłym. Idar, najmłodszy, przerwał ciszę: 

- Musimy zadbać o to, żeby zapasy z gorzałką nie trafiły w niepowołane ręce. 

Poderwał się jego czarnowłosy kolega. 

- Tak! Nikt przecież nie wie, ile stary Simonussen zdołał zgromadzić. Nikt nie wie, co 

właściwie  jest  w  jego  chacie.  Dlaczego  jego  rzeczy  miałyby  zostać  odesłane  i  trafić  do 

królewskich kufrów albo do nowego zarządcy? 

Zerwali  się  na  równe  nogi,  zapominając  o  chorym  towarzyszu,  niebezpieczeństwie 

buntu więźniarek i złych znakach. Kto wie, jakie bogactwa czekają ich w chacie zarządcy? 

background image

Kiedy Idar wychodząc otworzył drzwi szopy, jasnowłosa kobieta zatoczyła się do tyłu 

i przeraźliwie krzycząc upadła na pokryty lodem kamień, na który zawsze wylewano wodę do 

mycia. 

- Nadjana? Co ty tu robisz? 

Kobieta  prędko  się  podniosła,  zawstydzona,  że  spódnica  zadarła  jej  się  nad  kolana. 

Poprawiła  włosy,  otrzepała  się  z  kurzu,  udawała  zdyszaną,  jak  gdyby  właśnie  przybiegła,  a 

nie stała od dawna i podsłuchiwała pod drzwiami. 

Wiedziała,  że  na  policzkach  wykwitły  jej  rumieńce  i  że  mężczyznom  bardzo  się  to 

podoba. 

-  Przychodzę  was  ostrzec...  Niebezpieczeństwo...  Bunt.  Kobiety  robią  naradę, 

przygotowują  się  do  walki.  Wiedzą,  że  jest  was mało.  I  że  tylko  chory  Nilsen  i  Simonussen 

umieli strzelać... 

Nadjana wprost rozkoszowała się przerażonymi minami strażników. 

Uwierzyli jej. 

Doskonale! 

Na pewno nie w głowie im teraz porządki w chacie zarządcy. 

Maria nieźle musiała się natrudzić, zanim trzej strażnicy dali się wreszcie przekonać, 

ż

e  stoi  po  ich  stronie.  Uspokoiło  ich  także  opanowanie  pozostałych  kobiet.  Po  zakończeniu 

zaimprowizowanego  zebrania  wszystkie  wróciły  do  pracy.  Część  zajęła  się  praniem,  inne 

skrobały skóry, sortowały ziarno i czyściły sieci. Maria wraz z małą Kristina poszły do baraku 

chorych. Strażnicy przenieśli tam również swego niedomagającego kolegę. 

Nadjana  z  oddali  obserwowała  bieg  wydarzeń.  Daleko  jej  było  do  zadowolenia. 

Dlaczego  strażnicy  nie  potraktowali  Marii  ostrzej?  Dlaczego  nie  popędzili  kobiet  do  pracy  i 

dlaczego stali tam, rozmawiając cicho? 

Przerażona zrozumiała, że próba spisku się nie powiodła. Najwidoczniej nie doceniła 

zaufania, jakim obdarzano Marię. 

Strażnicy  bardziej  wierzyli  tamtej,  nawet  teraz,  gdy  przypominali  raczej  stadko 

wystraszonych, zabranych od matki jagniąt. 

Piękność  ze  Wschodu  ledwie  zdobyła  się  na  ukradkowy  powrót  do  znienawidzonej 

pracy  przy  pęcherzach  halibuta,  które  należało  oczyścić  i  odpowiednio  spreparować. 

Używano ich jako bukłaków na wodę, osłon do lamp i wkładek do rybackich butów. 

Prędko  wyczuła  chłód  oddzielający  ją  od  innych  kobiet  niczym  ściana.  Zdrajczyni, 

mówiły ich spojrzenia. 

Zdrajczyni! Odszczepieniec! 

background image

Nadjanie  w  oczach  zakręciły  się  łzy,  zrozumiała,  że  przegrała.  Miała  teraz  jedną 

jedyną  szansę.  Musiała  szukać  ochrony  u  strażników  albo  jeszcze  lepiej:  zostać  kobietą 

nowego zarządcy. 

Może będzie młodszy, przystojniejszy od Simonussena? 

Może również bardziej życzliwy. 

Nadjana  zmusiła  wargi  do  uśmiechu,  wiedząc,  że  to  dobry  sposób  na  rozpoczęcie 

walki przeciwko melancholii. Na nic nie zda się płacz. Tylko od niego zapuchnie, zbrzydnie. 

Beztrosko  odrzuciła  tępą  skrobaczkę,  rozpuściła  spódnicę  zatkniętą  podczas  pracy  za  pas. 

Widziała,  że  dwaj  strażnicy  siedzą  nieco  powyżej  brzegu  i  nerwowo  obserwują  kobiety. 

Cicho  ze  sobą  rozmawiali.  Stara  strzelba,  czarny  muszkiet,  stał  między  nimi  jako  wyraźny 

znak. Jeden z mężczyzn nie zdejmował dłoni z kolby, drugi trzymał kij zakończony żelaznym 

hakiem,  którego  do  tej  pory  używano  wyłącznie  do  wciągania  łodzi  na  brzeg.  Teraz 

spoczywał w rękach strażnika niby niebezpieczna broń, wyraźne ostrzeżenie. 

Johan  Kulas  przy  pomoście  wrzucał  do  zacumowanej  tam  starej  łodzi  wyciągnięte  z 

zamknięcia wiosła, pęk sieci i beczkę zawierającą zapewne zaoszczędzoną przez niego część 

jęczmiennego  piwa.  Zbliżało  się  Boże  Narodzenie,  może  znajdzie  się  ktoś,  kto  się  lęka,  że 

uwarzył go za mało? 

Nadjana zapragnęła zmienić się w muchę i popłynąć łodzią na ląd. Gdyby tylko udało 

jej się dotrzeć do wybrzeża... Dalsza ucieczka zawsze jest możliwa, do miejsc, gdzie nikt nie 

słyszał o Nadjanie, Aniele o Białych Włosach. Może do Danii? Albo do samej Anglii... Wiele 

możliwości ma ten, którego korzenie sięgają zaledwie podeszew butów. 

Ukryła się za stosami suszonych ryb i patrzyła, jak Johan Kulas niezgrabnie wsiada do 

łodzi. Odbił od brzegu, lecz nie pomachał ani dwóm mężczyznom na wzgórzu, ani kobietom. 

Morze nie chciało go przyjąć, wprawdzie nie zrywał się sztorm, lecz uparty wiatr dmuchał w 

przeciwnym  kierunku.  Johan  mógł  się  spodziewać,  że  po  dopłynięciu  na  drugą  stronę 

szkierów będzie lepiej, od lądu wiatr powieje mu ukosem w twarz i łódź nabierze pędu. 

Nadjana  poczekała  jeszcze  chwilę,  nie  spuszczając  z  oka  pracujących  kobiet.  Zanim 

którakolwiek  zdążyła  się  obejrzeć,  już  siedziała  przy  strażnikach.  Z  daleka  było  widać,  jak 

stroszy  piórka,  Jensina  na  ten  widok  splunęła  z  nienawiścią,  zapominając  najwidoczniej,  że 

przez wiele lat jadła jajka przy stole zarządcy. 

Jeden  ze  strażników  głośno  się  roześmiał,  drugi  wstał  i  pociągnął  Nadjanę  w  stronę 

chaty.  Niedługo  później  wrócił  stamtąd  sam,  teraz  drugi  podniósł  się  i  ruszył  w  to  samo 

miejsce w tej samej sprawie. 

background image

Kobiety  na  brzegu  nie  miały  litości.  Nawet  te,  które  sprzedawały  się  rybakom, 

przeklinały Nadjanę. 

Może i były ulepione z tej samej gliny co ona, nigdy jednak nie posunęły się do tego, 

by położyć się na plecach w izbie, w której na marach leżał zmarły. 

Takie  jest  życie,  pomyślała  Maria,  gdy  kobiety  wieczorem  głośno  omawiały  grzechy 

Nadjany.  Wszystkie  jesteśmy  identyczne,  bez  względu  na  to,  jak  się  oceniamy,  zawsze 

pociechą jest nam myśl, że są inne, gorsze. 

Nadjany więcej tego wieczoru nie widziano. 

Marii  nie  podobało  się,  że  rywalka  zyskała  przewagę  w  walce  o  względy  nowego 

zarządcy.  Jako  nałożnica  strażników  będzie  umiała  zadbać  o  własny  interes.  Maria  musiała 

przyznać,  że  na  pewno  bardziej  przemówi  do  nich  młodość  i  uroda  Nadjany  niż  jej  własne 

piękne słowa. 

I niezależnie od tego, jakim człowiekiem okaże się nowy zarządca, ona nigdy mu nie 

ulegnie. 

Maria zacisnęła zęby i przy posłaniu chorej Katji złożyła samej sobie przysięgę. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Rankiem  w  pierwszy  dzień  Bożego  Narodzenia  zmarła  Nessa  -  Maria.  Poprzedniego 

wieczoru  zgromadziły  się  na  wspólny  posiłek,  ciesząc  się  wyjątkowym  jedzeniem. 

Niezwykłe,  jak  wysoko  można  cenić  kawałeczek  czerstwego  chleba  i  parę  kęsów  słoniny! 

Dziwne, że tak pyszny smak może mieć mięso alki, chociaż przesolone i suche. 

Wszystkie  ogarnął  spokój  sytości.  A  gdy  Maria  wyjęła  niedużą  książeczkę  i  zaczęła 

czytać  psalmy,  nastrój  zrobił  się  naprawdę  podniosły.  Na  zewnątrz  wichura  szarpała  ściany, 

lecz  tego  wieczoru  nikt  nie  mógł  od  kobiet  wymagać,  by  oszczędzały  drewno,  w  baraku 

panowało  więc  niezwykłe  ciepło.  Nawet  chore,  uczesane  i  wystrojone,  na  wpół  siedziały  na 

swoich posłaniach i uśmiechały się lekko z półprzymkniętymi oczami. Im wystarczył sam za-

pach  unoszący  się  z  kociołka,  żadna  nie  miała  siły  jeść.  Maria  przygotowała  im  tylko  napój 

uwarzony  na  odrobinie  ptasiego  mięsa  z  dodatkiem  pieprzu,  cebuli  i  dziurawca.  Policzki 

nieco im się od tego zaróżowiły, rozbudziła się nowa nadzieja. 

Nessa  -  Maria  była,  prawdę  mówiąc,  najsilniejsza  z  nich  wszystkich,  śmiała  się  i 

nawet dodała swoją nić do tkaniny opowieści, która w taki wieczór stanowiła dla wszystkich 

najprzyjemniejszą rozrywkę. 

A później po prostu umarła. 

W nocy. 

Ż

adna  niczego  nie  słyszała.  Żadna  nie  czuwała,  gdy  towarzyszka  wyprawiała  się  w 

swą ostatnią podróż. Odeszła po cichu, w samą noc Bożego Narodzenia. 

Maria  nie  płakała,  łzy  nie  popłynęły  też  z  oczu  żadnej  innej  więźniarki.  Śmierć  była 

znajomym gościem, lecz nigdy nie witano jej życzliwie ani nawet obojętnie. 

Maria,  za  każdym  razem  gdy  umierał  człowiek,  a  ona  nie  potrafiła  temu  zapobiec, 

odczuwała wielką stratę. 

Teraz  czekała  ją  walka  o  życie  Katji  i  wiedziała,  że  może  ona  okazać  się 

najtrudniejsza. 

Katji nie wolno umrzeć. 

Nie jej, nie tej drobnej młodej kobiecie, towarzyszącej Marii od dnia, gdy zapędzono 

je na pokład statku w bergeńskim porcie. 

Sylvia czuła to samo. 

Wszystkie trzy przybyły na wyspę razem i łączyły je szczególne więzy. 

background image

Katja  stała  się  jakby  młodszą  siostrą  obu  silnych  kobiet.  Maria  była  tą  mądrą, 

szczególną,  tą,  do  której  można  się  zwrócić,  gdy  serce  szarpała  tęsknota.  Sylvia  natomiast 

miała  zdrowe  podejście  do  życia,  jej  zawsze  optymistyczny,  nieco  rubaszny  dowcip  niósł 

prawdziwą radość, gdy powszedni dzień stawał się beznadziejnie szary i monotonny. 

W  gruncie  rzeczy,  jednak  to  właśnie  Katja  stanowiła  naturalne  centrum  związku  ich 

trzech. To ona trzymała je przy sobie, łagodna, ta, którą mogły obdarzyć czułością, chronić i 

tym samym poczuć się jeszcze silniejsze. 

Maria  nie  potrafiła  pogodzić  się  z  myślą,  że  to  wychudzone  ciało  może  przestać 

oddychać,  nie  chciała  dostrzec  znaków  wypisanych  już  na  czole  Katji.  Ostrych  linii, 

właściwych  znacznie  starszym  kobietom,  pobladłych  warg,  suchych  i  popękanych,  jeśli  nie 

pilnowały, by posmarować je tranem lub owczym łojem. 

Kaszel,  który  nią  wstrząsał,  sprawiał  taki  sam  ból  Marii,  jak  i  Katji.  Ale  dziewczyna 

wciąż jeszcze nie pluła krwią, a w jej oczach płonęło światło. 

Katja chciała żyć. 

Maria w tym właśnie pokładała całą swą nadzieję, wiedziała bowiem, że jest to równie 

istotne, jak wszelkie lekarstwa, których Katja przyjmowała coraz więcej. 

Szlochów dobiegających z chaty nie słyszał nikt. 

Nikt  nie  słyszał  przeraźliwego  zawodzenia,  a  nawet  gdyby  doszło  ono  do  czyichś 

uszu, pomyślano by, że to kot zarządcy skarży się na śmierć swego pana. 

Strażnikom  nie  w  głowie  było  współczucie,  kobiety  widziały,  jak  przychodzą  i 

odchodzą,  dokonując  rutynowych  inspekcji.  Nagle  bowiem  wznowiono  obchody.  Za  życia 

Simonussena  całymi  dniami  nie  widywały  mężczyzn,  wykorzystywali  każdą  okazję,  by 

zaszyć  się  w  swojej  szopie  i  grać  w  jakąś  grę  albo  po  prostu  spać.  Tylko  gdy  było  to 

absolutnie  konieczne,  zaglądali  do  miejsc,  gdzie  pracowały  więźniarki,  sprawdzali,  czy 

wszystko  jest  w  porządku.  I  kiedy  łodzie  przypływały  na  wyspę,  musieli  brać  się  w  garść  i 

zakładać  czarne  naramienniki  oraz  zniszczone  czapki,  będące  niegdyś  nieodzowną  częścią 

munduru. 

Teraz nadeszły inne czasy. 

Czuli  się  niepewnie,  bali  się  odpowiedzialności  i  władzy,  choć  oczywiście  nowa 

sytuacja miała swoje zalety. 

Jedna z nich leżała akurat w łóżku w  chacie i użalała się nad sobą.  Ich jednak to nie 

wzruszało,  sama  przecież  wybrała  drogę.  Mężczyznom  przypadł  do  gustu  smak  tej  młodej 

miłości. Zachwycało ich, że mogą być z kobietą, o której wcześniej mogli tylko marzyć. 

background image

Po jakimś czasie jednak nawet ta radość spowszedniała, przestali się kłócić o to, czyja 

kolej wypada akurat tego dnia. 

Stało  się  to  raczej  zwyczajem,  każdy  odwiedzał  chatę  w  wyznaczony  wieczór,  nigdy 

jednak  tam  nie  nocowali,  żadnemu  nawet  nie  przyszło  to  do  głowy.  Gdy  tylko  było  po 

wszystkim,  opuszczali  Nadjanę,  szukając  męskiego  towarzystwa,  które  tu,  w  tym 

odizolowanym miejscu, stało się niezwykle ważną częścią ich życia. 

Nigdy nie było im jej żal. 

Miała teraz lepsze jedzenie od innych więźniarek, cieplejsze łóżko i krótsze dni pracy. 

Zdawali  sobie  sprawę,  że  i  ona  dotarła  do  wielu  skrytek  Simonussena  i  że  prawdopodobnie 

łakomie częstowała się wszystkim co jadalne, zapewne nie gardziła też trunkami. 

Maria  oświadczyła  wprost,  że  zamierza  złożyć  raport  o  tym,  ile  dzbanów  z  ziołową 

gorzałką  nastawiła  przed  śmiercią  Simonussena.  Okazało  się,  że  dobrze  zna  rezerwy 

zarządcy.  Strażnicy  nie  śmieli  więc  niczego  ruszać,  lecz  i  tak  znaleźli  kilka  mniejszych 

naczyń, o które, jak sądzili, nikt się nie upomni. 

Maria podjęła się ciężkiej pracy - sprzątnięcia chaty i przygotowania jej dla następcy, 

który  w  niej  zamieszka.  Dla  Nadjany  oznaczało  to  dwie  zimne  noce,  uciekła,  gdy  kobieta  o 

mądrym  spojrzeniu  stanęła  nagle  w  drzwiach  z  wiadrem  gorącej  wody  i  żrącym  ługowym 

mydłem własnego wyrobu. 

Później  Nadjana  sprowadziła  się  z  powrotem,  pilnie  jednak  baczyła,  by  utrzymywać 

chatę w takiej czystości, jak zostawiła ją Maria, kończąc porządki. Nadjana nie wiedziała, co 

się z nią stanie, gdy przybędzie nowy zarządca. 

Kupowała  sobie  prawo,  by  móc  być  tam,  gdzie  nie  chciała  przebywać  żadna  inna, 

płacąc za to jedynym co miała. 

Nowemu  zarządcy  zaoferuje  to  samo,  nie  jest  to  przecież  aż  takie  okropne.  Kilka 

minut sapania i wzdychania, jakieś ukłucie bólu i żalu, i zapach starego potu w pościeli. 

Ale takie nieprzyjemności były wszak udziałem większości kobiet. Zamężne niewiasty 

musiały znosić podobne przykrości, nie mogąc żądać żadnej zapłaty. A gdy mężczyznom nie 

stawia  się  wymagań,  i  tak  wezmą  to,  co  chcą,  nie  dając  niczego  w  zamian.  Takie 

doświadczenia miała Nadjana, lecz nie była wcale rozgoryczona. 

W trudnym świecie przyszło jej żyć. 

Przeżyją tylko najsilniejsze i najsprytniejsze. 

Albo najpiękniejsze. 

Te, które mają co ofiarować mężczyznom posiadającym władzę. 

background image

Płakała  wieczorami  nie  dlatego,  że  bolało  ją  całe  ciało,  ani  też  że  tak  brutalnie  je 

wykorzystywano, nawet i nie dlatego, że czuła się brudna, pozbawiona wszelkiej wartości. 

Nadjana płakała, ponieważ żaden z nich nie chciał spać przy niej. Ani jeden nie chciał 

jej  tulić,  choćby  chwilę  potem,  jak  członek  kurczył  mu  się  niczym  u  nowo  narodzonego 

zwierzęcia.  Usta,  rozpalone  i  namiętne  podczas  aktu,  stawały  się  nieme  i  zimne,  gdy  tylko 

zaspokojony został głód ciała. Twarze, przez moment wykrzywione w ekstazie, przemieniały 

się w obce maski i odwracały od niej. A ona tak chciała, by któryś powiedział coś pięknego, 

gotowa wymusić bodaj cień pieszczoty. 

Bez protestu jednak pozwalała im odejść. Uśmiechała się nawet, gdy jak zawstydzeni 

chłopcy  mocowali  się  po  ciemku  z  paskami  przy  spodniach  i  połami  koszuli.  Nie  widzieli 

tego uśmiechu, a ona nie musiała się wstydzić. Przed nastaniem poranka łkania cichły, a łzy 

zmieniały w ledwie widoczny ślad w pięknych zimowo szarych oczach. 

Starała się odpowiadać na wzgardliwe spojrzenia kobiet z podniesioną głową. 

Nie  potrafiła  zginać  karku.  Już  raczej  złamie  się  niczym  zmrożone  źdźbło  trawy  pod 

naciskiem twardego buta. 

Styczeń  dłużył  się  niemiłosiernie,  dni  były  krótsze  niż  kiedykolwiek,  a  jednocześnie 

długie nie do wytrzymania. Ręce kobiet siniały od pracy na przenikliwym zimnie, niektórym 

pojawiły  się  paskudne  czerwone  rany  w  miejscach,  gdzie  zęby  mrozu  wbiły  się  mocniej. 

Maria  smarowała  je  mieszanką  świńskiej  żółci  i  ziaren  pigwy,  lecz  żałowała,  że  nie  ma 

ś

wieżych  gałązek  sosny,  z  których  mogłaby  przygotować  wywar;  nic  nie  pomaga  lepiej  na 

odmrożenia. Białko, pod którego wpływem takie rany w ciągu kilku zaledwie dni pięknie się 

goją, o tej porze roku również było niemożliwe do zdobycia. Niestety, wszystkie jaja mew i 

edredonów dawno już owinięto w miękką trawę i zawieziono na sprzedaż na Vegę. 

Maria  mieszała  nowe  maści,  lecz  wiedziała,  że  porusza  się  po  niepewnym  gruncie. 

Używała sproszkowanej arniki, przywrotnika, dodawała też sporo suszonej babki zwyczajnej, 

lecz  suszone  zioła  nie  działały  tak  skutecznie  jak  świeże  i  rany  nie  chciały  się  goić.  Prosiła 

strażników,  by  pozwolili  kobietom  odpocząć  przez  parę  dni,  i  tak  przecież  niewiele  mogły 

zrobić obolałymi rękami. 

Strażnikom  jednak  nie  podobała  się  myśl,  że  więźniarki  nie  otępione  zmęczeniem 

będą miały z dużo czasu na konspirowanie i poszeptywanie po kątach. To praca trzymała je 

tutaj, to ona miała zapełnić im głowy i ciała i utrudzić tak, by zabrakło im siły na sprzeciw i 

snucie  niemądrych  planów.  Praca  przynosiła  też  pieniądze,  zyski  trafiające  do  ich  własnych 

kieszeni, do kasy zarządcy i króla. 

background image

Nakazywali  więc  kobietom  wykonywać  powtórnie  te  same  czynności,  byle  tylko  za 

wszelką  cenę  zapełnić  im  czas.  Bezsensowność  takich  poczynań  szczerze  oburzała  Marię, 

szczególnie  gdy  obserwowała  cierpienia  kobiet  wyganianych  z  baraków  na  brzeg  do  mycia 

tych samych beczek na tran, które umyły już poprzedniego dnia. 

Nastała  pora  beznadziejności,  a  niepewność,  która  przyszła  po  śmierci  Simonussena, 

uczyniła  życie  jeszcze  bardziej  nieznośnym.  W  więźniarkach  narastał  nowy  gniew, 

wściekłość  na  nieludzkie  traktowanie.  Granice  oddzielające  więźniarki  od  strażników 

zaznaczały się coraz ostrzej. 

Od  wielu  lat żyli  razem  na  tej  samej  wyspie,  zdarzało  się, że  kobiety  doświadczyły  i 

twardych razów, i skutków bezwzględnych decyzji. Nigdy jednak dotychczas nie widziały w 

oczach  swych  nadzorców  tyle  wrogości,  nigdy  nie  nienawidziły  ich  za  coś  innego  niż 

ograniczenie wolności, które reprezentowali. 

Teraz coś się odmieniło. 

Rodziło się jakieś zło. 

A  w  środku  tego  wszystkiego  oczy  Katji  zapadały  się  coraz  bardziej  w  głąb.  Maria 

sypiała  półsiedząc  na  łóżku  chorej,  a  często  osuwała  się  po  prostu  na  koc  rozciągnięty  na 

zimnej  podłodze.  Nie  miała  odwagi  odejść  nawet  na  godzinę,  nawet  na  sekundę  nie  chciała 

zostawić Katji samej. 

Kristina w ostatnich miesiącach wprost wystrzeliła w górę, Maria zachodziła w głowę, 

skąd dziewczynka czerpie pożywienie. Jej buzia wyszczuplała, a w oczach pojawił się nowy 

blask powagi. Ciało zdawało się wypychać nędzne ubranie, szczególnie na piersiach. 

Dla Marii było to ogromnym zaskoczeniem, dziewczynka ledwie skończyła dziewięć 

lat. 

Lecz  widać  samo  życie  sprawiło,  że  gwałtownie  dojrzała.  Siedziała  teraz  przy  łóżku 

chorej ze spokojem i poczuciem odpowiedzialności dorosłej kobiety. 

Kristina bardzo kochała Katję, wszystkie więźniarki zresztą troszczyły się o to pisklę, 

ć

wierkające tak radośnie w gorące letnie dni. Nawet jeśli uważały ją za słabą i tchórzliwą, to 

była  w  tej  dziewczynie  jakaś  swobodna  beztroska,  jakaś  ulotność  przywodząca  im  na  myśl 

skrzydła motyla, błysk ważki czy zapach samotnego fiołka. 

To,  czego  tak  brakowało  na  wyspie,  co  należało  do  innego,  pozostawionego  daleko 

ś

wiata. 

Wszystko  to  nosiła  w  sobie  Katja  i  więźniarki  cierpiały  teraz  w  milczeniu  na  widok 

tego  uosobienia  swobody  niszczejącego  z  wolna  między  przepoconymi  szorstkimi  kocami  z 

wełny.  Przynosiły  Marii  resztki  swoich  skarbów,  grudkę  brunatnego  cukru,  kilka  okruszyn 

background image

chleba, mięciutki gałganek do ocierania spoconego ciała Katji. Więcej nic zrobić nie mogły, 

wystraszone  jak  małe  dzieci  opuszczały  barak  chorych,  by  północny  wiatr  poniósł  zapach 

ś

mierci możliwie najdalej. 

Maria  nie  chciała  go  poczuć,  odwracała  się  plecami  od  groźby,  nie  chciała  widzieć 

jaśniejących  na  ścianie  złowieszczych  liter.  Katja  musi  żyć!  Na  wiosnę...  Gdy  ptaki  znów 

będą szukać gniazd wzdłuż nękanego wichrem wybrzeża, Katja będzie jednym z nich. 

- Do wiosny jeszcze tak  daleko - szepnęła Katja  nagle, jak  gdyby  czytała w myślach 

Marii. 

Maria wyrwana z półsnu pochyliła się w ciemności nad chorą. Drżącą ręką sprawdziła, 

ż

e czoło Katji jest jeszcze bardziej rozpalone. Chciała czym prędzej zapalić lampę, lecz Katja 

przytrzymała jej dłoń z nieoczekiwaną siłą. 

- Tak daleko... tak strasznie daleko. 

Maria zaczęła mówić, nie planując słów, wyrywały się z jej ust bez ładu i składu, jak 

gdyby rozmową chciała zatrzymać przyjaciółkę. 

Mówiła o tym, że wkrótce przyjdzie luty i zaświeci słońce, że w powietrzu w niektóre 

dni daje się już wyczuć łagodniejszy powiew, że edredon z dziwną czarną plamką na głowie z 

pewnością w tym roku tak samo da się oswoić. 

Katja puściła jej rękę. Maria zdumiona poczuła, że chora gładzi ją pocieszająco. 

- Chyba będziesz musiała zająć się moim ptakiem, Mario. Obiecujesz? 

- Nie! Ależ tak, oczywiście, ale ty... 

- Myślę, że mnie już nie będzie - powiedziała Katja ze spokojem. 

Maria nie chciała dopuścić, by Katja się poddała. Nie teraz, po tak ciężkich próbach, 

po tylu nocach, kiedy musiała zaglądać śmierci w oczy i zdołała ją odstraszyć. 

- Nie możesz się poddawać, Katju, wciąż jesteś silna, jeszcze żyjesz. 

-  Ja  się  nie  poddaję,  Mario.  Zrozum  jednak,  nie  boję  się,  przykro  mi  będzie  cię 

zostawiać, najdroższa przyjaciółko, wszystko, co zrobiłaś... A ja sprawiam ci taki zawód. 

Przerwał  jej  chrapliwy  kaszel.  Oddychała  ciężko,  całe  ciało  walczyło  o  to,  by  płuca 

mogły nabrać tchu. 

Maria poczuła lodowatą igłę strachu w piersi. Katja leżała nieruchomo. 

- Zawód... 

- Nie, nie mów tak, Katju. Nigdy nie zawiodłaś. 

-  Ty  nic  nie  wiesz,  Mario  -  odszepnęła  Katja  z  niezwykłą  surowością  w  głosie.  - 

Nawet  ty,  mądra  przyjaciółko,  nie  wiesz  wszystkiego.  Ale  wiesz  dużo...  o  wiele  więcej  niż 

background image

którakolwiek  z  nas.  Dlatego  pytam  cię,  czy  to  choroba  sprawia,  że  widuję  nocami  mamę? 

Zdrową, żywą mamę, która macha do mnie i mnie wzywa? 

Maria  zdawała  sobie  sprawę,  że  otwarcie  już  płacze,  nie  miała  jednak  zamiaru  tego 

ukrywać. 

-  Nie  -  odparła  i  przyłożyła  mokry  od  łez  policzek  do  tak  samo  wilgotnego  policzka 

Katji. - Nie, to nie choroba. 

- A więc to prawda - w głosie Katji zabrzmiała teraz czysta radość. 

Trwały tak blisko siebie w milczeniu, Maria pojęła, że chora nie ma już siły mówić. I 

tak wypowiedziała teraz więcej słów niż przez cały ostatni tydzień. Dlatego zdumiało ją, gdy 

w uśpionym baraku znów rozległ się silny głos Katji. 

- Czy mogłabyś mnie przytulić? 

Maria  ułożyła  się  przy  Katji,  nawet  teraz  nie  myśląc  o  tym,  że  choroba  może  być  z 

tego rodzaju, co to przenoszą się z człowieka na człowieka. 

Delikatnie  otoczyła  ramionami  kruche,  rozpalone  ciało,  ciepło  wysuszyło  obu 

policzki. 

Cichym,  ledwie  słyszalnym  głosem  Maria  zaczęła  opowiadać  baśń  o  zagubionej 

królewnie. 

I  zanim  dzielny  syn  ubogiego  wieśniaka  oswobodził  królewnę  z  niewoli złego  trolla, 

dusza Katji uwolniła się ze swego więzienia. 

Przeciągła  skarga  Marii  obudziła  inne  kobiety.  Dźwięk  pełen  rozdzierającego  żalu, 

przed  którym  chyba  nawet  upiory  zatkałyby  uszy.  Kobiety  zbiegły  się,  stłoczyły  wokół 

pryczy,  na  której  niczym  ranne  zwierzę  leżała  Maria,  obejmując  zmarłą  przyjaciółkę. 

Odciągnęły ją, lecz palce Marii zostawiły ślady na bezwładnym białym ramieniu Katji. 

Spomiędzy  czerwonych  warg  nie  wydobyło  się  żadne  zrozumiałe  słowo.  Maria 

zakryła tylko twarz dłońmi, nie pozwalając wyrwać się z koszmaru. 

Wzburzone  kobiety  usadziły  ją  przy  palenisku,  gdzie  kołysała  się  w  przód  i  w  tył 

ogarnięta pustką, a ciało Katji owinęły w koce, którymi dotąd ją okrywały. 

Strażnicy z irytacją przyjęli wiadomość o kolejnym zgonie. 

Kobiety również tego dnia wróciły do pracy, bardziej jednak niż zwykle poszarzałe na 

twarzach. Miały wrażenie, jakby ktoś na ich oczach ukręcił łepek rozśpiewanemu ptaszkowi. 

Ta śmierć była równie bezsensowna jak zdeptanie pięknego kwiatu. 

Katja odeszła. 

I co gorsza, Maria sprawiała wrażenie, że i ona od nich odchodzi. Że wyrusza na obce 

morza, groźniejsze i bardziej rozległe niż szare odmęty co dzień bijące o brzegi ich wyspy. 

background image

Kobiety nienawidziły zimna, bezbarwnej zimowej wody obmywającej nieosłonięte od 

chłodu stopy. Nienawidziły wiatru od morza, który nigdy nie cichł, mrozu przenikającego do 

szpiku  kości.  Nienawidziły  szarobiałego  nieba,  które  nie  umiało  ofiarować  im  niczego  poza 

wirującą zmrożoną mżawką. I skały, po której stąpały, zimniejszej od lodu. 

Teraz  jednak  gorszy  był  chłód,  który  otoczył  ich  serca.  Zimny  strach  grubą  warstwą 

okrył dusze, wprawiając je w drżenie. Z Marią nie może się to stać, Maria nie może poddać 

się śmierci, zawsze wszak jak walkiria walczyła ze wszystkim i wszystkimi. Gdyby chociaż w 

gniewie  krzyczała,  gdyby  przeklinała  tego,  kto  zdecydował  o  losie  Katji,  Boga  i  Szatana,  i 

wszystkie  morskie  wiatry.  Jakże  pragnęły  ujrzeć  oczy  Marii  płonące  nienawiścią,  jak  to  się 

czasem zdarzało, gdy niesprawiedliwość stawała się zbyt trudna do zniesienia, a ona nie miała 

ś

rodków, by z nią walczyć. 

Mogłaby  też  płakać,  zawodzić  nieopanowanie  jak  matka,  która  utraciła  ostatnie 

dziecko. Wolałyby nawet, by Maria w gniewie pobiła jedną z nich, stojącą akurat najbliżej. 

Wszystko byłoby lepsze. 

Lepsze niż pustka, którą miała teraz w oczach. 

Pustka,  którą  widywały  wcześniej  przez  krótki  ułamek  sekundy  tuż  przed  tym,  jak 

spojrzenie człowieka drętwieje w śmierci. 

Kiedy nie ma już żadnej nadziei. 

Gdy ktoś się poddaje. 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

Nadjana przez ściany chaty słyszała podniesione głosy. Rozróżniała krótkie komendy 

strażników i jednogłośne protesty kobiet. 

Co się stało? 

Ż

aden  o  niczym  jej  nie  powiedział.  Przychodzili  do  niej  kolejno  niemal  każdego 

wieczoru, prawie się nie odzywali, a jeśli już, to nie mówili o niczym ważnym. Któryś spytał, 

skąd pochodzi, lecz nie wydawał się szczególnie zainteresowany odpowiedzią. Mówili, że ma 

piękne włosy albo że kochają jej białe uda. 

Nic więcej. 

A kiedy podczas aktu próbowała ich gładzić po policzku, odwracali głowy. 

Ich pocałunki były mokre i gwałtowne, lecz pozbawione ciepła. 

Nadjana marzła otulona narzutą, pod którą zwykle sypiała. 

Nieduża szpara między okiennicą a otworem okiennym pozwalała jej obserwować wał 

poniżej  chaty.  Widziała,  że  jeden  ze  strażników,  Johan  Kulas,  opierając  się  o  wielki  głaz, 

trzymał broń gotową do strzału. 

Słyszała krzyki i przekleństwa, narastający szum kobiecych głosów. 

Przycisnęła nos do starego drewna chaty, żeby zobaczyć więcej. To jednak okazało się 

niemożliwe. 

A drzwi zamknęli od zewnątrz. 

Wszystko jedno, myślała zwykle, dopóki mogła zostać w tym małym świecie, pełnym 

jedzenia  i  ziołowej  gorzałki.  Owszem,  doskwierała  jej  samotność,  lecz  alternatywa  była 

znacznie  gorsza.  Praca  na  zimnie,  stopy  zanurzone  w  lodowatej  wodzie,  spódnica 

zesztywniała na mrozie, zniszczone czerwone ręce i odmrożenia na twarzy. 

Teraz jednak zapragnęła się stąd wydostać, zobaczyć, co się dzieje.  Zaczęła odrywać 

deski tylnej ściany chaty wychodzącej ku skale; tylko tam nie było grubych bali. 

Złapała pogrzebacz z paleniska i ruszyła do ataku. Niektóre deski przegniły i bez trudu 

ustąpiły twardemu narzędziu. Wkrótce otwór był już na tyle duży, że mogła się wyślizgnąć. 

Ś

wiatło dzienne zapiekło w oczach. 

Odgłosy z wału dochodziły teraz wyraźniej, rozróżniała już nawet słowa. 

- Nie zrobimy tego! 

- Dopóki nie dostaniemy więcej jedzenia! 

- Dopóki nie zaczniecie traktować nas jak ludzi! 

background image

-  I  nie  wypuścicie  Sylvii,  potwory!  Podniecone,  wręcz  histeryczne  głosy.  Pełne  lęku, 

lecz  jednocześnie  odważne.  Nadjana  przekradła  się  za  węgieł,  skąd  miała  dobry  widok. 

Najpierw zobaczyła Sylvię leżącą jak tobołek na trawie. Jeden ze strażników stał nad nią na 

rozstawionych  nogach.  Sukienka  na  ramieniu  poturbowanej  kobiety  podarta  była  na  pasy, 

jakby od uderzeń bata. 

I rzeczywiście strażnik trzymał skórzany pas w dłoni. 

Nadjana  wstrzymała  oddech,  przerażona  patrzyła  na  wykrzywione  złością  twarze. 

Wszystkie kobiety zbiły się w ciasną gromadę, wygrażały pięściami, urągając strażnikom. 

Mężczyźni  starali  się  odzyskać  autorytet,  groźnie  wymachując  bronią  i  dwoma 

długimi kijami. 

Podeszli do kobiet, rozkazując im wrócić na brzeg do stojaków do suszenia ryb. Żadna 

z więźniarek nie usłuchała, a mała Kristina wybuchnęła głośnym płaczem. 

Dopiero wtedy Nadjana się zorientowała. 

Wśród więźniarek nie było Marii! 

Tej,  która  powinna  przewodzić  stadu,  która  zawsze  z  wrodzoną  oczywistością 

przemawiała  w  ich  imieniu.  Czyżby  zrzuciły  z  tronu  tę  wywyższającą  się  kobietę?  Nadjanę 

załaskotało  coś  w  piersi.  Oddychała  teraz  szybciej,  miała  wrażenie,  że  myśli  gnają  jej  przez 

głowę niczym morskie prądy. 

Mała  Kristina,  protegowana  Marii,  była  blada  i  miała  zapadnięte  oczy.  Wyraźnie 

trzymała się Millicent. A gdzie stara Gitta? I Katja? Nessa - Maria? 

Ż

adnej nie było widać. 

Nadjanę  bardzo  to  zdziwiło.  Miała  wrażenie,  że  wszystkie  więźniarki  bez  wyjątku 

podziwiają  Marię,  że  skoczyłyby  za  nią  w  ogień  i  w  wodę,  a  teraz  stały  bez  przywódczyni, 

zerkając tylko na naznaczoną bliznami twarz starej Jensiny. 

Strażnicy  zbili  się  w  gromadę  jak  stadko  reniferów,  zaatakowane  przez  zbyt  liczną 

watahę wilków. Kobiety także stały razem i nagle wielka grupa zaczęła się poruszać. 

Kierowały się w stronę chaty! 

Nadjana  drgnęła  wystraszona,  miała  nadzieję,  że  nie  zauważyły,  jak  czai  się  za 

węgłem. Boże, co teraz robić? Postąpiła nierozważnie, ciekawość zwyciężyła nad zwykłym w 

takich  razach  rozsądkiem.  Nie  miała  czasu  zasłonić  dziury  w  ścianie,  poprzestawiać  mebli 

tak, jak zamyślała. Strażnicy ruszyli za kobietami. 

- Same weźmiemy jedzenie! 

- Nie zatrzymacie nas, chłopcy! 

background image

- Jest was czterech, prawda? A ta wasza marna strzelba może zabić tylko jedną naraz. 

Macie odwagę się przekonać, co wtedy zrobi reszta? 

Głos Jensiny brzmiał teraz twardo i bezwzględnie. 

Jedną z dwóch, które nie poszły w stronę chaty, była Kristina, została przy poranionej 

Sylvii, pociągnęła ją w stronę baraku. 

Nadjana myślała gorączkowo, nerwowo przygryzając wargi. Teraz dobre rady były w 

cenie. Jasne się stało, że będzie awantura. 

Strażnicy musieli skoncentrować się na innych sprawach. Wybuchł bunt, świadczył o 

tym upór zbliżających się do chaty kobiet. Stopy Nadjany rwały się do biegu, chciały mknąć 

po  kamieniach  i  trawie,  po  gładkiej  skale  przez  pasmo  wzgórz  za  chatą  na  drugą  stronę 

wyspy. 

Tam, gdzie cumowała łódź. 

I  zanim  zdążyła  sobie  to  uświadomić,  nogi  same  ją  poniosły.  Nie  było  czasu,  by 

cokolwiek ze sobą zabierać, by choć narzucić na ramiona ciepłą chustę. Nadjana czuła, że to 

jej wielka szansa. Jeszcze raz opłaciła się cierpliwość i wytrzymałość. Jeszcze raz przekonała 

się,  że  warto  ugiąć  karku  i  okazać  uległość,  a  wtedy  w  obliczu  najokrutniejszej  przewagi 

można czegoś dokonać. 

Oto cała delikatna równowaga systemu władzy na Skjaervaer legła w gruzach. 

Nadjana  nie  miała  sił  zastanawiać  się,  dlaczego  tak  się  stało.  Wystarczyło  jej  to,  co 

widziała i słyszała: nowy ton w głosach strażników i kobiet. 

Na pewno ma to coś wspólnego ze zniknięciem Marii. Może już nie żyła? 

Nadjana  zebrała  suknie,  żeby  nie  przeszkadzały  jej  w  biegu,  ciesząc  się,  że  ma  na 

sobie dwie wełniane spódnice i gruby fartuch. Niestety, do połowy była raczej cienko ubrana, 

doszła jednak do wniosku, że może jedna spódnica posłuży jej za okrycie. 

Zbiegła z niedużego wzgórza, wiedziała, że nikt nie może jej już zobaczyć. Zwolniła 

kroku,  czuła,  co  tygodnie  siedzenia  w  miejscu  zrobiły  z  pracującym  zwykle  bez  kłopotów 

sercem. 

Łódź leżała wyciągnięta dość wysoko na brzeg. 

Starannie  ją  przywiązano,  prawdopodobnie  z  myślą  o  możliwych  sztormach  czy  też 

wiosennej powodzi. 

Rozejrzała  się  po  morzu,  popatrzyła  na  odległe  wyspy  i  szkiery.  Przy  spokojnym 

morzu było tutaj płytko, woda zmieniała barwę, wskazując płycizny i mielizny. 

Rybacy  żartowali,  że  można  się  stąd  dostać  suchą  stopą  na  Vegę,  to  jednak  gruba 

przesada. 

background image

Potrzebna była łódź i ona właśnie ją miała. 

Morze  akurat  się  cofało,  odpływ  szumiał  wokół  szkierów,  obramowując  je  wąskim 

paskiem piany. 

Nadjana szła teraz wolniej, przy każdym wysunięciu stopy czuła kłucie w boku. 

Dotarła już wreszcie na miejsce. 

Przerażona  dopiero  teraz  się  zorientowała,  że  nie  pomyślała  o  pewnym  bardzo 

istotnym szczególe. 

Wiosła. 

Nie było ich w łodzi. 

Zasłoniła twarz dłońmi, przeklinając własną głupotę. 

Oczywiście, że ich tu nie ma, wiedziała przecież, że strażnicy zawsze zamykają je na 

klucz, na wszelki wypadek, chociaż pewnie nie wierzyli, że któraś okaże się na tyle szalona, 

by  porwać  się  na  ucieczkę.  Przed  wielu  laty  jedna  z  więźniarek  próbowała  zbiec, 

przywieziono ją z powrotem i wychłostano na oczach współtowarzyszek. Później zawieziono 

niepokorną na Vegę i dalej na stały ląd, na ostatnie spotkanie. Z katem. 

Nadjana wiedziała tylko jedno: za nic nie chce tu wrócić. 

Teraz  gdy  siedziała,  mając  przed  oczami  jedynie  przetaczające  się  szare  fale,  reakcja 

na upokorzenia, jakich tutaj doznała, wezbrała w niej niczym potwór, który wyrwał się z jej 

własnej  głębi.  Tłumiła  je  w  sobie  tak  długo,  zamknęła  w  tajemnym  zakamarku  umysłu, 

przepełnionym już w momencie przybycia na wyspę. 

Teraz  nie  mogło  się  tam  pomieścić  już  nic  więcej,  brakło  jej  też  sił  do  zatrzaśnięcia 

drzwi.  Wszystkie  doznane  upokorzenia  wydostały  się  jak  wtedy,  gdy  zrobi  się  dziurę  w 

pozłacanym bożku i wypłynie z niego zgnilizna. 

Nigdy więcej. 

Nigdy, przenigdy. 

Już lepsza śmierć. 

Już lepiej umrzeć na morzu, czując w ustach smak słonej wody i łez, i fale zalewające 

płuca. 

Odwiązała łódź, wrzuciła linę na pokład i popchnęła, aż w oczach pociemniało jej od 

wysiłku.  Wiatr  owiewał  spoconą  twarz,  odgarniał  z  czoła  białe  loki,  mroził  cienko  odziane 

plecy. 

Ona tego nie czuła, stwierdziła tylko, że wiatr wieje od lądu. 

Wiatr  i  morskie  prądy  poniosą  łódź  na  południowy  zachód,  daleko  od  Skjaervaer,  na 

morze. 

background image

Być  może  ją  zobaczą.  Wątpiła  jednak,  by  ktokolwiek  się  domyślił,  że  to  ona  jest  na 

tyle głupia, by wyprawić się na morze w takiej łupince. A nawet jeśli zrozumieją, to nie będą 

mieli możliwości wyruszyć  w pościg. Nie mogą  zrezygnować z resztek przewagi, jaką mają 

nad wyraźnie zbuntowanymi więźniarkami. 

Będzie więc mogła odpłynąć. 

Daleko, jak najdalej. 

Tam, dokąd podążają mewy, gdzie na tle bladej słonecznej tarczy zobaczy wielkie alki 

igrające  w  powietrzu,  gdy  powiew  wiatru  poderwie  im  skrzydła.  Może  któryś  z  ptaków 

uniesie ją w niebo? 

Nadjana  odetchnęła  z  ulgą,  ułożyła  się  na  mokrym  dnie  łodzi  i  zapatrzyła  w  szare 

chmury. Fale miękko ją kołysały, łódź leciutko trzeszczała. Nadjana przymknęła oczy. Niech 

będzie, co ma być. 

Do Marii nie docierały wydarzenia tych dni. Może słyszała słowa rozpaczy płynące z 

ust  kobiet,  może  pojmowała,  że  brakuje  jedzenia,  że  w  żołądkach  z  głodu  aż  piszczy,  może 

rozumiała, że z kobietami obchodzono się okrutniej niż kiedykolwiek, bo strażnicy bali się, że 

przyjdą im do głowy takie właśnie myśli. 

Nad  barakami  zawisł  ciężki,  zimny  obłok  zła.  Nie  z  tych,  co  to  można  ujrzeć  na 

niebie. 

Mała  Kristina  zauważyła  zmianę  zaszłą  w  Marii  już  następnego  dnia  po  tym,  gdy 

ukochana przyjaciółka, wycieńczona, nie mogła podnieść się z posłania. Dziewczynka starała 

się nawiązać rozmowę z opiekunką, głaskała ją i ściskała, a później szarpała bezwładne ciało. 

Maria  najwidoczniej  spała  z  otwartymi  oczami,  oczy  mrugały  i  poruszały  się  jak  wcześniej, 

lecz pozostawały jakby puste, bez życia, usta nie składały się do uśmiechu. 

A  spomiędzy  jej  warg  wydobywały  się  jedynie  ciche  dźwięki,  od  których  Kristinie 

serce ściskało się z żalu. 

Sylvia  zabrała  ją  stamtąd,  odciągnęła  od  Marii,  chciała  ochronić  dziecko  przed  tym 

strasznym, co je spotkało. 

Maria odeszła od nich, tak samo jakby umarła. 

Sylvia już wiele razy widziała załamanie silnych ludzi. 

Ludzi, którzy nigdy się nie uginają, którzy zawsze chodzą z podniesioną głową. 

Sylvia obwiniała się, że nie zauważyła tego u Marii wcześniej. 

Katja dla nich wszystkich była szczególną osobą. 

background image

Dla  Marii  jednak  widać  znaczyła  jeszcze  więcej,  być  może  była  równie  ważna  jak 

córka.  Sylvia  wiedziała,  że  Maria  ma  córkę,  a  nawet  dwie,  jedna  z  nich  musiała  już  być 

dorosła, żadnej z nich nie zobaczy pewnie na tym świecie. 

Sylvia usiłowała przejąć obowiązki Marii, oznajmiła strażnikom, że odtąd ona zajmie 

się  przygotowywaniem  jedzenia.  Strażnicy  o  nic  nie  pytali,  przeklinali  tylko,  gdy  Sylvia 

powiadomiła ich, że czeka ich jeszcze jedna wyprawa ze zwłokami. Katja... 

Rzucili  jej  pęczek  suszonych  ryb,  na  wpół  zgniłych,  najwyraźniej  źle 

przechowywanych. Sylvia nie ruszała się z miejsca, czekała na coś jeszcze. 

Wypędzili ją. 

- No a zboże, mąka na owsiankę i na zupę? 

- Skończyła się - odpowiedzieli brutalnie, pokazując dno beczki. 

- To idźcie nałapać ryb. 

Teraz mężczyźni nie kryli już irytacji. Jeden z nich groźnie przysunął się do Sylvii. 

-  Ryb?  Rzeczywiście,  bardzo  by  wam  to  pasowało,  gdybyśmy  wypłynęli  na  morze  z 

liną i sieciami, zostawiając wyspę na pastwę szalonych bab. 

- Przecież i tak nigdzie nie uciekniemy - mruknęła Sylvia. 

- O, zdarza się, że i tędy pływają statki, nie da się przewidzieć, kiedy pojawią się obcy. 

A  wy  już  będziecie  umiały  to  wykorzystać.  A  jeśli  którejś  zabraknie,  gdy  przybędzie  nowy 

zarządca,  a  nie  wywieziono  jej  stąd  nogami  do  przodu,  marny  nasz  los.  Stracimy  wszelkie 

szanse na ułaskawienie. 

Oni  się  boją  o  własną  skórę,  zrozumiała  Syhda.  Silni  mężczyźni  boją  się  gromady 

wycieńczonych kobiet. 

Dlatego tak bezwzględnie je traktują. 

Dlatego odmawiają im jedzenia i pędzą do bezużytecznej pracy czternaście godzin na 

dobę. 

Zapragnęła  wręcz,  by  zjawił  się  wreszcie  nowy  zarządca.  Może  strażnicy  spuszczą 

wtedy z tonu, może wrócą tamte powszednie dni, za którymi już tęskniły. 

Zaraz jednak przypomniała sobie, jak wygląda rzeczywistość. 

Maria.  Świadomość  zaciążyła  jej  w  żołądku  niczym  ołów.  Poczucie  bezradności 

przygniotło jeszcze większym brzemieniem. 

Tamten czas już minął. 

Wtedy  też  nie  było  im  dobrze,  lecz  teraz  przeszłość  jawiła  im  się  jedną  długą  letnią 

porą. Rzadko kładły się spać głodne. Gdy któraś zachorowała lub się zraniła, zawsze istniała 

nadzieja  na  wyleczenie.  Miały  swoje  chwile  beztroski,  gdy  przysłuchiwały  się  opowieściom 

background image

Marii  i  pięknym  psalmom,  których  znała,  jak  się  zdawało,  nieskończoność.  Pobożne  pieśni 

dodawały  siły  nawet  tym,  które  dawno  już  odwróciły  się  plecami  od  tego  źdźbła  nadziei 

zwanego Bogiem... 

Sylvia odeszła od strażników. Nie wiedziała, jak przekazać innym straszną prawdę. 

Nie ma jedzenia. 

Nie ma już prawie drewna. 

Nie mogą liczyć na świeże ryby, które przez tyle zimowych i wiosennych dni ratowały 

je przed głodem. Pozostaje jedynie praca, bezsensowna praca, i ta nowa surowość w oczach 

strażników. 

Kristina wypłakała już wszystkie łzy. Stała w pewnej odległości od otwartych szeroko 

drzwi.  Patrzyła,  jak  kobiety  przewracają  chatę  do  góry  nogami  w  poszukiwaniu  sekretnych 

skrytek zarządcy. 

Strażnik  uderzył  którąś  z  więźniarek  tępym  końcem  bosaka;  zanosząc  się  krzykiem 

padła  na  ziemię.  Inny  próbował  wygnać  wygłodzone  kobiety  razami  i  kopniakami, 

odwzajemniały  się,  jakby  z  rozpaczy  postradały  zmysły.  Czyjeś  stare  ciało  zgięło  się  wpół, 

gdy uderzenie ciężkiego buta trafiło prosto w brzuch. Dwie kobiety zawodząc rzuciły się do 

ucieczki,  bo  któryś  ze  strażników  rzucił  lampę  z  oliwą  i  wrząca  ciecz  polała  się  na 

powiewające spódnice. 

Chaos. Wycie i krzyki, odgłosy walki i histerycznego gniewu. 

Kakofonię dźwięków przerwał ostry huk wystrzału. Na moment zapanowała cisza. 

Zapach  starego  prochu  zakręcił  w  nosie,  ktoś  wypuścił  z  rąk  beczułkę  z  gorzałką. 

Słychać było tylko bulgotanie, gdy drogocenne krople wyciekały na spragnioną ziemię, która 

pochłonęła je w mgnieniu oka. 

Tak samo prędko wsiąkała w nią krew. 

To Millicent leżała bez życia. 

Zrozpaczone  kobiety  nagle  jakby  oprzytomniały.  Ocknęły  się  z  uśpienia,  które  je  tu 

przyprowadziło.  Jedna  uklękła  przy  rannej,  na  próżno  starając  się  osuszyć  krew  cieknącą  z 

dużej rany ziejącej na skroni Millicent. Czerwona ciecz wciąż jeszcze tryskała rytmicznie, a 

powieki kobiety leciuteńko drżały. 

Usta  jednak  poruszały  się  bezgłośnie,  ręce  opadły  bezwładnie,  gdy  próbowała 

wyciągnąć je po pomoc. 

Zabrały ją. Płomień buntu zgasł, jak gdyby krew Millicent niezbędna była, by stłumić 

ogień. 

background image

Strażnicy zostali w zdewastowanej chacie, nie mogąc zdecydować, czy powinni iść za 

kobietami, czy też mądrzej by zrobili, pozostając tutaj. 

Dopiero po pewnym czasie, gdy głód i im zaczął szarpać trzewia, zorientowali się, że 

kogoś brakuje. 

Nadjany. 

Dziura w ścianie powiedziała im, co się stało. I właściwie krótka wyprawa nad zatokę 

potwierdziła tylko podejrzenia, że nie mają już łodzi. 

Ta  bezrozumna  kobieta  wyprawiła  się  bez  wioseł.  Pocieszył  ich  widok  ciężkich 

czarnych chmur gromadzących się na horyzoncie od zachodu. 

Na  falach  pojawiły  się  już  białe  grzywy,  morze  przeciągało  się  niespokojnie  jak 

budzący się gigantyczny potwór. 

Nadjana nie dopłynie daleko. 

Nawet gdyby miała wiosła, i tak powstrzyma ją morze. 

Strażnicy  przeklinali  utratę  łodzi,  doszli  jednak  do  wniosku,  że  nikt  nie  dowie  się  o 

ucieczce.  Nowemu  zarządcy  wmówią,  co  tylko  będą  chcieli,  tyle  zwłok  przewozili  ostatnio, 

nic dziwnego, że w końcu stracili rachubę. 

Sami ugotowali sobie strawę, z wody i odrobiny jęczmiennej kaszy, której nie znalazły 

kobiety.  Razem  z  gorzałką  posiłek  smakował  całkiem  nieźle,  a  kawałek  baraniego  udźca, 

który  zostawił  Simonussen,  zadowolił  ich  do  reszty.  Nawet  przez  chwilę  nie  zatęsknili  za 

kobietą. 

A jutro... jutro może już przypłynie nowy szef. Taką nadzieję mieli każdego wieczoru 

w ostatnim czasie. 

Brzemię odpowiedzialności spadnie z ich ramion. 

Jutro... 

Chyba że sztorm porwie w swe objęcia również i jego statek. 

- Człowiek za burtą! Rzucić linę! Prędzej! 

W  uszach  Randara  zawodził  wiatr,  a  strumienie  siekącej  morskiej  wody  niemal  go 

oślepiały. 

-  Sigurd!  Sigurd!  Ogłuchłeś,  człowieku?!  Upłynęło  kilka  sekund,  zanim  dotarło  do 

niego, że to właśnie jego wołają, przekonani, że takie imię nosi. 

Odwrócił  się,  usiłując  zobaczyć  coś  poprzez  strugi  wody,  które  spływały  z  ronda 

kapelusza i zalewały twarz. 

- Musimy spuścić szalupę, łap tutaj! 

background image

Randar  z  niedowierzaniem  wpatrywał  się  w  trzech  marynarzy,  którzy  mocowali 

niedużą łódź do lin przyczepionych do burty. 

Łódź zwykle płynęła za  statkiem, lecz podczas sztormu takiego jak ten podnosili ją i 

kładli na pokładzie, przywiązując do drewnianych kołków. Teraz tę łupinkę należało spuścić 

na morze. 

To szaleństwo, pomyślał Randar. 

Ten człowiek i tak jest już stracony. 

Złapał  za  linę,  którą  mu  podano,  i  wytężając  wzrok  usiłował  dojrzeć  coś  poza 

wysokimi falami. 

Wznosiły się przed statkiem niczym ściany, przy uderzeniu każdej z nich Randarowi 

na  moment  zamierało  serce.  Widział,  jak  śmierć  śmieje  się  do  niego  z  grzyw  potwornych 

bałwanów.  W  granatowej  nocy  wszystko  zdawało  się  nierzeczywiste  niczym  obraz  z 

marzenia sennego. 

Mężczyźni mało się odzywali, wystarczały im krótkie rozkazy. 

Szalupa zawisła między niebem a morzem. Jeśli istniał jakiś Bóg rządzący pogodą, to 

trzymał teraz ich stronę.  Upłynęła chwila, zanim kolejna ściana wody zbliżyła się do statku, 

moment przerwy w ataku wystarczył akurat na to, by spuścić szalupę, nie rozbijając jej przy 

tym o kadłub. 

Randar miał wiele podziwu dla młodego mężczyzny w łodzi. 

Dopiero teraz ujrzał ciało unoszące się na wodzie, kołysane falami w górę i w dół w 

rytmicznym monotonnym ruchu. 

Kapitan  przeżuwał  coś  w  tym  samym  rytmie.  Mocne  szczęki  napinały  się  niczym 

paści na lisa. 

Widział,  jak  szalupa  napełnia  się  wodą,  widział, jak  drugi  z  załogi  niknie  w  falach,  i 

zdawał sobie sprawę, że powinien był powstrzymać ryzykowną próbę ratowania pierwszego 

marynarza.  Niestety,  tylko  jeden  człowiek  na  pokładzie  statku  umiał  pływać,  ten,  który 

wypadł za burtę. 

Kapitanowi  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  nakazać  rzucenie  lin  skazanym  już  na 

ś

mierć ludziom. Ten, który zszedł na morze w łodzi, przegrał w walce z falami i więcej już go 

nie widzieli. 

Pierwszego fale znosiły teraz w stronę statku. Widzieli, że jeszcze się nie poddaje, że 

wciąż walczy, lecz członki powoli już zaczynały mu sztywnieć. 

Randar  nie  mógł  dłużej  stać  tak  bezczynnie  z  luźną  liną  w  dłoniach,  choć  nie  miał 

doświadczenia w podobnych sytuacjach. 

background image

Kapitan nawet nie spojrzał w jego stronę. 

Randar  prędko  zawiązał  sobie  linę  w  pasie,  buty  zostawił  na  pokładzie,  tak  samo 

ciężką kurtkę. Jedyną reakcją kapitana było to, że sam ujął linę, która miała łączyć Randara z 

tym światem. 

Patrzyli, jak nieznajomy żołnierz skacze w odmęty, i dech ze zdumienia zaparło im w 

piersiach,  gdy  dostrzegli,  że  ledwie  dotknąwszy  powierzchni  wody  zaczął  płynąć,  unosił  się 

na wodzie jak korek. 

Znał ten mokry żywioł tak świetnie jak wydra. 

Fale pomagały mu teraz, niosły ku pierwszemu nieszczęśnikowi. Dzieliło ich od siebie 

zaledwie kilka metrów, kiedy sztywne ruchy tonącego całkiem ustały i zanurzył się pod wodę. 

Teraz  zaczęli  wołać,  wykrzykiwać  z  siebie  emocje,  czując  przenikające  ich  drżenie, 

gdy napięcie mieszało się z żalem po stracie już jednego towarzysza. 

Jest! 

Sigurd go złapał. 

Miotał się, pluł morską wodą, ale trzymał tonącego za kołnierz. Nagle zalała go fala. 

- Ciągnąć! Ciągnąć, do diabła! 

Kapitan sam stanął tuż przy burcie na szeroko rozstawionych nogach, nie zważając na 

fale zalewające pokład jak oszalałe wodospady. 

Ciężko! Przeklęcie ciężko. 

Mieli wrażenie, że cały statek się wywraca, gdy wreszcie udało im się wyciągnąć ciało 

Randara  z  wody.  Złapali  tez  tamtego  pierwszego.  Najpierw  solidnym  bosakiem,  jakim  łowi 

się halibuty, później już ciągnęli gołymi rękami. 

Buty  ślizgały  się  po  mokrym  pokładzie,  wiatr  odbierał  siły  i  słuch,  lecz  nagle  fale 

pospieszyły im z pomocą, podnosząc swe ofiary niemal na wysokość burty. 

Wreszcie  obaj  spoczęli  na  pokładzie.  Jeden  trwał  nieruchomo,  nie  wydając  z  siebie 

ż

adnego dźwięku, ciałem drugiego wstrząsał chrapliwy kaszel, wylewając ze sobą na pokład 

litry pomieszanej z treścią żołądkową morskiej wody. 

Marynarze prędko wrócili na swoje miejsca, teraz czekała ich kolejna walka. Zboczyli 

z kursu, żagle szarpała wichura, tylko sternik przez cały czas nie opuszczał swego stanowiska, 

walcząc jak szaleniec o to, by fale nie wywróciły statku. 

We wnętrzu kadłuba owinięto w wilgotne koce dwa ciała, równie nagie jak wtedy, gdy 

przyszły na świat, i tak samo balansujące na granicy życia i śmierci. 

background image

ROZDZIAŁ XIV 

Maria  siedziała  na  krześle  przy  ogniu,  lecz  płomienie  nie  zdołały  wrócić  życia 

niebieskim oczom. 

Długie  jasne  włosy,  rozczesane  przez  Sylvię,  pozostały  matowe,  brakło  im 

sprężystości. 

Wokół ust rozciągnęła się siateczka delikatnych zmarszczek, która sprawiła, że Maria 

wyglądała o wiele starzej. 

Randar tego nie widział. 

Czarne ptaszysko strachu trzepotało skrzydłami w jego sercu. 

- Mario, najdroższa, co się z tobą stało? 

Ukląkł  przed  nią,  ujął  w  swą  wielką  rękę  jej  nieruchomą  dłoń.  Roztarł  ją,  ścisnął,  aż 

palce pobielały. Odwróciła głowę wolno jak lunatyczka. 

- Mario! To ja, twój mąż Randar, twój... Błysk poznania w oku? 

Czy tylko odbicie płomieni szalejących na palenisku? 

Randar  nie  ustępował,  szeptał  jej  imię,  wołał  je  głośno,  gładził  po  złotych  włosach, 

zauważając, że i w nich pojawiły się pasma siwizny. 

Ogarniała go coraz większa rozpacz. Maria siedziała przed nim jak żywy trup. 

Wziął ją w objęcia, mocno ujął pod pachy, a ona bezwładnie się o niego oparła. 

Boże, jakaż ona lekka! 

Okrągłe biodra... 

Płakało w nim wszystko poza oczami. 

Jego  służbowa  reputacja  zostałaby  na  zawsze  naznaczona  głęboką  skazą,  gdyby  ktoś 

tej nocy zajrzał do chaty. Zobaczyłby nowego, silnego zarządcę wędrującego wokół paleniska 

z bezwładną kobietą w objęciach. 

Randar  robił  krok  za  krokiem,  zmuszając  i  ją  do  wysiłku.  Nakazywał  jej  nogom 

poruszać się, a ramionom mocno obejmować go za szyję. 

I  przez  cały  czas  nie  przestawał  mówić,  nieprzerwanie  wypowiadał  słowa,  które 

mogłyby obudzić w niej jakieś wspomnienia, przywrócić do świata. 

Opowiadał  o  Maryjce,  tłumiąc  własny  ból  na  myśl  o  opuszczonym  dziecku. 

Wspominał  Gjertrud,  wyjął  nawet  przesłane  przez  nią  pachnące  mydełko.  Przekazywał 

pozdrowienie  od  Eyliffa,  od  Sunnivy,  opowiadał  o  ślubie  i  młodym  zięciu,  o  którym  Maria 

nic nie wiedziała. I o dziecku... 

background image

Maria zaczęła oddychać szybciej. 

Czyżby sprawił to ruch, niezwykłe uczucie, że ciało mimo wszystko funkcjonuje? 

Randar  zachęcony  kontynuował  swe  działania,  aż  ramiona  i  plecy  rozbolały  go  ze 

zmęczenia.  Dopiero  gdy  ogień  na  palenisku  całkiem  już  się  wypalił  i  dawno  już  zapadła 

zimowa noc, ułożył Marię delikatnie na zaścielonym skórami łóżku i usiadł przy niej. 

Wydawało się, że nie ma nadziei. 

Maria nie była królewną, która otworzyła oczy, gdy przybył do niej młody książę. 

Nagle Randar zaczął się histerycznie śmiać. Przecież on nie zrobił tego, co książę! 

Oczy  mu  rozbłysły,  ukazała  się  w  nich  granica  tego  samego  świata,  do  którego 

przeniosła się Maria. 

Czy  po  to  poświęcił  swoją  córkę  i  dobre  imię?  Wzbierał  w  nim  szalony  śmiech, 

wiedział, że za tą granicą pozostaje już tylko beznadziejność. 

Pochylił się nad Marią i pocałował ją, bliski brutalności. 

Wargi przyciśnięte do jej ust. Pocałunek pełen rozpaczy i nadziei. 

Odpowiedziała. 

Jej usta zmiękły, rozgrzały się. 

Puste oczy się zamknęły. 

Poczuł, że serce mało nie wyskoczy mu z piersi, spostrzegł też, że i na jej szyi pulsuje 

ż

yła. 

W  uniesieniu  objął  dłońmi  twarz  Marii.  Przez  nieruchomą  do  tej  pory  maskę 

przebiegło drżenie. 

Usta się trzęsły. 

Na policzku pojawiła się kropla wilgoci. 

- Mario... Jesteś tutaj? Mario, jestem przy tobie. To prawda, musisz się obudzić... 

Teraz i jej wargi formowały słowa, z wyschniętego gardła dobyły się dźwięki. 

- Sen... taki piękny sen... 

Krew  szumiała,  ściany  chaty  oddaliły  się,  Randar  patrzył,  jak  Maria  otwiera  oczy  i 

próbuje zobaczyć coś przez wilgotny welon. 

Patrzyła na niego! 

Nie przez niego, nie gdzieś w dal, lecz prosto na niego! 

- To nieprawda - szepnęła. - To nie może być...  Randar z trudem przełykał ślinę, nie 

potrafił nic jej odpowiedzieć. Jeszcze raz się tylko pochylił i pocałował  miękko, tak miękko 

jak wtedy, gdy po raz pierwszy poczuli dotyk swoich ust. 

background image

Drobna  dłoń  wyciągnęła  się  w  górę,  ułożyła  na  jego  karku,  palce  zacisnęły  się  na 

delikatnych kręconych włosach pod sztywną czupryną. 

- To ty - stwierdziła ze zdziwieniem, jak gdyby dotyk zapewnił jej ostateczny dowód. - 

To ty, Randarze, jesteś tutaj, ale... ale... 

Widział,  że  pytania  cisną  jej  się  na  usta,  w  wielkich  teraz  oczach  pojawił  się 

przestrach. 

-  Cicho,  ukochana,  o  nic  nie  pytaj,  nie  teraz.  Opowiem  ci  wszystko...  później.  Jesteś 

teraz  ze  mną  i  tak  będzie  już  zawsze.  Nikt  mi  ciebie  nie  odbierze.  Odpoczywaj,  najmilsza, 

potem opowiem ci o wszystkich najbliższych. Przywożę pozdrowienia od Sunnivy, Maryjki, 

Gjertrud i Eyliffa. 

Maria unosiła się w chmurach, chociaż ciało bolało ją jak po wyjątkowo ciężkim dniu 

pracy. Umysł wciąż nie mógł pojąć, że siedząca przy niej postać jest rzeczywista. 

Zaledwie  przed  pięcioma  laty  gładziła  tę  znajomą  twarz,  lecz  wydawało  się,  że  od 

tamtego momentu upłynęło całe życie. 

Wspomnienia tamtego czasu ożyły teraz, wskrzeszone cichymi słowami Randara. 

Ukochane imiona, znajome miejsca, fiord i zbocza... Cisza, za którą, nie zdając sobie 

sprawy, tak tęskniła. Cisza i spokój, daleko od nieustannego szeptu i szumu morza. 

Był tutaj. 

Mówiła  nie  do  niego,  lecz  raczej  do  tej  części  siebie,  która  rozstawała  się  z  tamtym 

drugim światem. 

-  Bóg  jeden  wie,  w  jaki  sposób  i  dlaczego,  lecz  on  jest  tutaj.  Dzięki  ci,  dzięki  na 

wieki... 

Zdołała podnieść się w łóżku, dopiero teraz zorientowała się, że są w chacie zarządcy. 

Randar  tulił  ją  do  siebie  mocno,  spokojnie,  jakby  szedł  krętą  ścieżką,  niosąc  na  ręku 

dziecko. 

Siedzieli prawie nieruchomo, ciała poruszały się tylko lekko w rytm oddechu, który u 

obojga był taki sam. 

Nie  docierał  do  nich  żaden  odgłos  z  zewnątrz,  nawet  krzyki  pierwszych 

powracających z południa morskich ptaków. 

Te  same  dłonie  gładzące  nagą  skórę,  te  same  wargi  odnajdujące  się  nawzajem, 

szukające innych miękkich krajobrazów. Randar dołożył naręcze drewna do ognia, buchnęły 

płomienie, napełniając izbę ciepłym aromatem żywicy. 

Ś

wiatło migotało, nadając bladej skórze złotawy odcień. 

background image

Maria  przez  sekundę  wystraszyła  się  tego,  jak  bardzo  wychudła.  A  niebieskie  pręgi 

oszpeciły okrągłe, niegdyś pełne piersi. 

Randar nie dotykał jej ciała od chwili, gdy ich dziecko przyszło na świat. Zdumiała go 

różnica. Maria była taka szczupła, wychudzona jak pisklę. 

Nigdy jednak to ciało nie było mu bardziej drogie, bardziej wytęsknione i święte. 

Z  religijnym  niemal  namaszczeniem  przesunął  dłońmi  po  płaskim  brzuchu,  po 

miękkich, silnych udach i po twarzy, która w blasku płomieni zdała się zdumiewająco młoda i 

odrodzona. 

- Najdroższa, tak za tobą tęskniłem... 

-  Ja  także,  Randarze.  Chciałam  mieć  nadzieję,  chciałam  wierzyć,  że  możemy  być 

razem. Dopiero teraz rozumiem, jak nierzeczywista była ta nadzieja. Czy to nie dziwne, skoro 

właśnie leżysz w moich objęciach? 

Odpowiedział jej uśmiechem, w istocie, to, co mówiła, wydawało się dziwne, lecz on 

zrozumiał. 

- Nie mogłem... nie potrafiłem żyć wiedząc, że ty gdzieś jesteś... 

Maria  uścisnęła  go  jeszcze  mocniej  i  wtuliła  w  niego.  Randar  rzucił  zakurzony 

podróżny  strój  na  podłogę.  Domyślała  się,  że  w  wypchanym  worku  na  pewno  ma  coś  na 

zmianę. 

Na razie jednak nie musiał się ubierać. 

background image

ROZDZIAŁ XV 

- Mario, Mario, musisz przyjść! 

To  Sylvia  wołała  i  machała  rękami,  spódnica  powiewała  jej  nad  grubymi  zimowymi 

butami.  Twarz  miała  bardziej  okrągłą  i  gładszą  niż  przed  pięciu  laty.  Rany  zadane  przez 

strażnika zagoiły się bez śladu. 

Maria podniosła głowę. Wiatr pochwycił długie jasne włosy, nie lubiła ich wiązać jak 

inne kobiety. 

Widziała, że Sylvia jest spokojna, że wszystko przebiega tak, jak powinno. 

Po prostu dla Inger nadszedł czas rozwiązania. 

Na  Skjaervaer  miało  się  urodzić  dziecko,  pierwsze,  odkąd  uparta  matka  Kristiny 

zdołała ukryć, że jest brzemienna. 

Ciąża  Inger  była  rezultatem  związku  ubogiej  dziewczyny  z  pierworodnym  synem 

bogatego wieśniaka. Gdy tylko odkryto jej stan, została skazana za cudzołóstwo i zesłana na 

Skjasrvaer. Chłopak wykręcił się grzywną i publiczną spowiedzią. 

Młodziutka  Inger  przybyła  jednak  do  zupełnie  innego  świata  niż  ten,  z  którym  w 

swoim czasie zetknęła się Maria. 

Nie żyło się tu już tak strasznie. Więźniarki miały jedzenie, odzież i trochę czasu dla 

siebie, choć dni wciąż jeszcze się dłużyły, a praca przynosiła kiepski zarobek. 

Lecz  odkąd  stanowisko  zarządcy  objął  Sigurd  Sigurdssonn,  coraz  większe  części 

dochodów przypadały więźniarkom w formie wełnianego sukna, życiodajnego ziarna, drewna 

i warzyw. Kobiety czuły się zdrowsze, silniejsze. 

Potrafiły teraz wziąć się do pracy z uczuciem przypominającym radość. 

Gdy tylko przybył na Skjaervasr, Maria została jego kobietą. W iście magiczny sposób 

zdołał  wyrwać  ją  z  tego  strasznego  stanu  śmierci  za  życia.  Nikt  nie  miał  pojęcia,  jak  to 

osiągnął ani do jakich środków się uciekł. 

Więźniarki  błogosławiły  go  za  to,  co  uczynił,  i  wkrótce  niemal  naturalne  im  się 

wydawało, że ich cnotliwa „Królowa Śniegu” tak prędko trafiła do łóżka zarządcy. 

Maria nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. 

Niektóre podejrzewały, że złożyła siebie w ofierze, sądziły, że oddała się obcemu, by 

uczynić  go  swym  sprzymierzeńcem.  Do  więźniarek  bardzo  przemawiała  myśl  o  zarządcy 

całkowicie ulegającym Marii. 

A przecież ona wcale nie była tak szlachetna. 

background image

Gdyby wiedziały, jaki ogień trawił jej ciało, z jaką ochotą i zapałem rzucała się w jego 

objęcia! 

To niezwykłe, myślała Maria, że szczęście człowieka w tak wielkim stopniu zależy od 

bliskości ukochanego. 

Z  ramionami  Randara,  bezpiecznie  obejmującego  ją  co  wieczór,  nie  było  miejsca  na 

ś

wiecie, na które pragnęłaby zamienić Skjasrvaer. 

Nigdy bez niego. 

Maria doszła już do baraku, zrzuciła roboczy fartuch i wsunęła ręce w prostą koszulę 

bez rękawów, którą wkładała na suknię w podobnych okolicznościach. 

Jedną część w głębi starego baraku urządzono z myślą o pielęgnacji chorych. 

Zimą było tu ciepło i przytulnie, a latem przez spore okna wpadało dość powietrza. 

Prawdziwe łóżka! 

Jedno z nich wysunięto teraz na środek, bliżej ognia. 

Leżała na nim Inger, imponująco spokojna, niewiarygodnie opanowana. 

Poród zbliżał się do ostatniego etapu. 

Maria czułymi dłońmi przyjęła nowego człowieczka. Gdy dotknęła wilgotnej, gładkiej 

skóry noworodka, przeszyła ją tęsknota. 

Obmyła  dziecko  w  ciepłej  wodzie,  lecz  nie  usunęła  cieniutkiej  błony,  która,  jak  się 

okazało, gdy przyszło na świat, otaczała jego główkę. Z błyskiem w oku ułożyła maleństwo w 

ramionach wyczerpanej matki. 

- Zobacz, urodził się w czepku! 

Inger popatrzyła na nią pytająco, uśmiechnęła się niepewnie. 

-  W  czepku!  Tak  nazywają  tę  cienką  błonę,  resztki  worka,  w  którym  leżał  w  twoim 

brzuchu. Podobno dzieci, które rodzą się z czymś takim, są szczęśliwymi i zdolnymi ludźmi... 

Inger uśmiechnęła się szeroko, ośmieliła się dotknąć malutkiego policzka. 

Maria  spostrzegła,  że  jej  słowa,  dotyczące  starego  znaku  dobrej  wróżby,  uspokoiły 

wylęknioną młodą matkę. 

Chłopczykowi przyda się ten czepek, pomyślała Maria. 

- Nazwę go Marius - oświadczyła Inger. 

Niespokojne  noce,  bolesne  myśli,  pieszczoty  niosące  pociechę.  Gorące  ciało 

mężczyzny przy drżącej z zimna kobiecie. 

Maria  wiedziała,  że  te  noce  będą  się  powtarzać.  Noce  przesycone  tęsknotą,  pełne 

niedobrych myśli. 

Moje dzieci, moje dzieci! 

background image

Jakże was zawiodłam! 

A teraz jeszcze odebrałam wam ojca. Ty, Sunnivo, jesteś już dorosła, wiem, że musisz 

mnie przeklinać, może nawet nienawidzisz za to, co zrobiłam. Teraz, kiedy sama poznasz, jak 

silne są więzy macierzyństwa, nie pojmiesz, że pozwoliłam się od was oderwać... 

A ty, malutka, nazywają cię Marją. 

To wszystko, co masz ode mnie. Marne imię. 

Dałam ci jeszcze kilka krótkich chwil przy piersi. Jak można kochać kogoś, kogo się 

nie zna? 

Moja  malutka,  sama  żyłam  w  pustce,  jaką  pozostawił  po  sobie  nieznany  ojciec. 

Pamiętam  swoje  myśli  i  załamanie,  trudne  chwile,  gdy  wyrosłam  już  na  tyle,  bym  mogła 

zadawać pytania. 

Dobry  Boże,  daj  Gjertrud  siłę  i  zdrowie,  by  podołała  odpowiedzialności,  jaką 

złożyłam na jej barki. 

I  pozwól  mi  dostrzec  nadzieję,  choć  błysk  nadziei,  że  kiedyś  otworzę  ramiona  i 

poczuję w nich ciepło mojej nieznanej córki. 

Zadrżała z zimna, znów przekręciła się w wąskim łóżku, wiedząc, że przeszkadza spać 

Randarowi. 

Przysunęła  się  do  niego,  objęła  w  pasie,  poczuła,  że  ciepło  jego  pleców  rozgrzewa 

mokre policzki. 

Przycisnęła nogi do jego ud, mruknął coś niezrozumiałego przez sen, odwrócił się do 

niej i odszukał w ciemności. Wtuliła się w niego jak nowo narodzone cielątko, pragnąc skraść 

mu choć trochę spokoju. A gdy zaczął ją gładzić po włosach, poczuła, że się odpręża. 

Moje  dziecko,  pomyślała.  Moje  dziecko,  czy  możesz  mi  wybaczyć?  To  ciebie 

powinien  teraz  głaskać  po  głowie,  wielkimi,  lecz  jakże  delikatnymi  dłońmi  ogrzewać  twoje 

policzki. 

- Kiedyś do niej pojedziemy, prawda? 

- Oczywiście - szepnął ledwie słyszalnie w jej włosy. 

Maria chciała, by ją pocieszył, by jego dobre ręce starły z niej ból. Czarny ptak złożył 

skrzydła  i  schował  się  gdzieś  z  tyłu.  Randar  już  całkiem  się  obudził,  nie  oddychał  tak 

spokojnie jak przez sen. Maria uśmiechnęła się wzruszona. Serce jej się ścisnęło, przytłoczyła 

ją mieszanina rozpaczy i radości. 

- Pewnego dnia wrócimy do domu - powtórzyła, tuląc usta do jego warg. 

- Tak - szepnął schrypniętym głosem. Wychwyciła w nim drżący ton powątpiewania. 

- Kochaj mnie, tak mocno jak potrafisz... 

background image

Jej ciało chłonęło każdą drobinę bezpieczeństwa. 

Gdy  podniósł  ją  na  siebie,  szepcząc  do  ucha  czułe  słowa,  ogarnęło  ją  uczucie 

przypominające szczęście. 

Ledwie mogła oddychać, poruszała się wolno w pustej przestrzeni, w której zawsze im 

dwojgu  udawało  się  zamknąć.  Randar  potrafił  przywieść  ją  do  płaczu  z  radości,  do 

kompletnego zatopienia się w oddaniu. 

Ale tylko na krótką świętą chwilę. 

Dopóki w jej sercu znów nie zaczynał śpiewać ptak tęsknoty.