background image

ELLEN JAMES 

Święta w domu

(Home for Christmas)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

A więc to jeszcze jedna oferta od prawników tego irytującego mężczyzny!  Gwen nie 

mogła   uwierzyć,   że   nawet   w   okresie   świąt   Bożego   Narodzenia   nie   dawali   jej   spokoju. 
Rozprostowała   list   na   kuchennym   blacie   i   przeczytała   go   po   raz   kolejny.   Prawnicy 
deklarowali tym razem sumę przewyższającą poprzednie oferty na zakup restauracji. Mimo że 
już   tyle   razy   odrzucała   te   propozycje,   podbijaniu   nie   było   końca.   Czyżby   myśleli,   że 
pieniądze mogą zmienić jej decyzję?

Miała ochotę wyrzucić list prosto do kosza, ale zawahała się przez moment. Po chwili 

zaczęła go starannie składać – jedno zgięcie tu, drugie tam – doskonale! Od razu było widać, 
że ma wyjątkowy talent do robienia papierowych samolocików. Przez chwilę obserwowała, 
jak   najnowszy   model   szybował   przez   kuchnię.   Nagle   samolot   rozpoczął   lot   nurkowy   i 
wylądował   u   stóp   ciemnowłosego   mężczyzny,   który   właśnie   pojawił   się   w   kuchennych 
drzwiach restauracji. 

– Czy ma pani licencję pilota? – Mężczyzna krytycznym okiem przyglądał się papierowej 

zabawce. 

–  Jestem  profesjonalistką   – zaśmiała  się  Gwen. –  Praktykę   zdobywałam  robiąc   takie 

samolociki młodszym siostrom. 

– Widzę, że ma pani jednak poważne problemy ze współczynnikiem oporu powietrza – 

mężczyzna   potrząsnął   głową  z  dezaprobatą.   Zręcznymi   ruchami   nadał   modelowi  bardziej 
opływowy kształt i posłał go w kierunku dziewczyny. Tym razem lot był szybki i pewny, a 
lądowanie wyjątkowo udane: samolocik spokojnie osiadł na kuchennym kontuarze, tuż obok 
Gwen. 

– Jestem pod wrażeniem – stwierdziła, przyglądając się mężczyźnie. – Czy pan nie jest 

przypadkiem naszym nowym dostawcą warzyw? Kończą mi się grzyby. 

–   Nie   jestem   z   branży   warzywnej   –   odparł   rozbawiony.   Najwyraźniej   nie   uznał   za 

konieczne   udzielać   dalszych   wyjaśnień.   Z   dużym   zainteresowaniem   rozglądał   się   po 
pomieszczeniu.   Wyglądał   jak   archeolog,   który   właśnie   dokonał   odkrycia   śladów   dawnej 
cywilizacji. Nikt dotąd nie okazał takiego zainteresowania tej skromnej restauracyjnej kuchni. 

Pomimo   bezceremonialnego   potraktowania   jej   zdolności   modelarskich,   mężczyzna 

intrygował   Gwen.   Zawsze   interesowało   ją   studiowanie   typów   ludzkich.   Na   podstawie 
obserwacji wyrabiała sobie pogląd na temat szczegółów, dotyczących  ich życia. Oparłszy 
łokcie o kontuar, zaczęła wnikliwie przyglądać się przybyszowi. 

Był   mocno   zbudowany   i   tak   wysoki,   że   jego   kruczoczarne   włosy   muskały   framugę 

kuchennych   drzwi.   Oczy   mężczyzny   miały   niesamowity   bursztynowy   kolor   i   wyraźnie 
kontrastowały z ciemnymi brwiami. 

Roztaczał wokoło siebie aurę człowieka sukcesu, ale mimo to był w nim jakiś trudny do 

określenia wewnętrzny niepokój. Sposób, w jaki się ubierał – droga marynarka w połączeniu 
z mocno wytartymi dżinsami – był dość nietypowy. 

– Na pewno nie przyszedł pan, aby zjeść obiad... jest na to za wcześnie. Ale proszę mi nie 

background image

podpowiadać, sama zgadnę... Jest pan właścicielem firmy sprzedającej urządzenia kuchenne i 
zamierza mnie przekonać, że koniecznie potrzebuję nowej maszyny do tarcia sera. 

– Proszę zgadywać dalej. 
– Hmm... Już wiem. Pewnie urządza pan przyjęcie i chce pan zamówić mnóstwo moich 

faszerowanych bułek. 

–   I   znowu   się   pani   myli,   panno   Ferris.   –   Mężczyzna   nie   wykazywał   żadnego 

zainteresowania kulinarnymi propozycjami Gwen. 

– Poddaję się. Najwyraźniej pan wie, jak się nazywam, ale ja nie mam pojęcia z kim 

rozmawiam. Czy mogę panu w czymś pomóc?

– Owszem – odpowiedział, przyglądając się jej natarczywie. – Może się pani zgodzić na 

sprzedanie mi połowy restauracji. 

– To pan jest Robertem Beltramo?
– We własnej osobie. 
A   więc   tak   wyglądał   mężczyzna,   na   którego   polecenie   prawnicy   zadręczali   ją   przez 

ostatnie kilka miesięcy,  bezceremonialnie wkraczając w prywatne życie! Widok Beltramo 
wcale jej nie ucieszył, wręcz przeciwnie. Zdecydowanym ruchem odrzuciła samolocik w jego 
kierunku   i   ze   złośliwą   satysfakcją   obserwowała,   jak   model   ląduje   w   misie   surowego, 
sycylijskiego ciasta. 

– To właśnie jest ostatni list, który otrzymałam od pańskich prawników. – W głosie Gwen 

brzmiało zdecydowanie. – Kazał im pan prześladować mnie w dzień i w nocy. Mówiłam im 
wiele razy, że nie sprzedam restauracji i panu mówię to samo. 

Mężczyzna wyjął samolot z ciasta i rozwinął jego papierowe skrzydła. 
– Gwendolyn, nadała pani nowe znaczenie określeniu „poczta lotnicza”. Moi prawnicy 

złożyli pani bardzo szczodrą ofertę. Co panią powstrzymuje?

Od   dawna   wiedziała,   że   bezpośrednia   konfrontacja   z   Robertem   Beltramo   jest 

nieunikniona, toteż przygotowała się do niej starannie. 

– Przez wiele lat pracowałam u pańskiego ojca, zanim mogłam kupić połowę udziałów w 

tej restauracji. Wynegocjowaliśmy, że z czasem będę mogła wykupić całość. Wkrótce potem 
stan jego zdrowia nagle się pogorszył i nie starczyło już czasu... 

Gwen z trudem udało się zachować obojętny ton. Uwielbiała starego pana Beltramo i jego 

śmierć była dla niej silnym ciosem. 

–   Tak   czy   inaczej,   ojciec   nigdy   nie   wspominał   o   panu.   Przed   jego   śmiercią   nie 

wiedziałam nawet, że miał syna. To, że zapisał w testamencie połowę restauracji panu, było 
dla mnie wielkim zaskoczeniem. 

Twarz Roberta zesztywniała. 
– Ojciec nie wspominał o mnie?
–  Niestety,  nie.   –  Dziewczyna   dostrzegła   w  jego  oczach  smutek,   a  może   nawet  ból. 

Mężczyzna chrząknął. Najwyraźniej nie chciał ujawniać swoich uczuć. 

Tajemnicza aura wokół Roberta Beltramo zdawała się coraz bardziej zagęszczać. Gwen 

była zaintrygowana. Co zaszło pomiędzy nim i ojcem? To prawda, starszy pan był trudny we 
współżyciu.   Jego   upór   i   duma   nie   zjednywały   mu   wielu   przyjaciół.   Ale   dla   Gwen   był 

background image

delikatny i traktował ją niemal jak córkę. Dlaczego przez tyle lat ani razu nie wspomniał o 
synu? Jedyną osobistą informacją, jaką wydobyła ze starszego pana, była wzmianka o żonie, 
którą utracił wiele lat temu. Poza tym odmawiał poruszania tematu rodziny. 

Energia, która wzbierała w Robercie z każdą minutą, wreszcie znalazła ujście. Rozpoczął 

dokładny obchód kuchni. Zaglądał we wszystkie zakamarki, oglądał słoiczki z przyprawami, 
otwierał wieczka puszek i sprawdzał ich zawartość. Z brzękiem przestawiał butelki z olejem i 
octem. Gestem wskazał na garnki i patelnie, piętrzące się w kuchennym zlewie, na kabaczki, 
cebule i pomidory leżące w nieładzie na stole. 

– Straszny tu bałagan! Wygląda, jak po przejściu huraganu. 
Utkwił   spojrzenie   w   Gwen.   Przyglądał   się   jej,   jak   gdyby   była   jeszcze   jednym   nie 

pasującym elementem, zaśmiecającym kuchnię. Zarumieniła się. Gdyby wiedziała, że Robert 
Beltramo pojawi się tak nagle, jak grom z jasnego nieba, to staranniej dobrałaby strój. A tak, 
po   prostu   włożyła   swoje   ulubione,   wygodne   ubranie.   Bawełnianą   koszulkę   polo,   mającą 
dokładnie taki sam odcień jasnego błękitu jak jej oczy, a do tego ulubione stare dżinsy, które 
miały dziury w kieszeniach, przez co zawsze gubiła drobne pieniądze. Długie włosy związała 
w koński ogon, aby nie przeszkadzały jej w gotowaniu. Jednakże był jeden element w jej 
stroju, z którego  prawie  nigdy nie rezygnowała.  Z  pudełeczka  ze  starą biżuterią  wybrała 
porcelanową miniaturkę, którą nosiła na jedwabnej błękitnej wstążce jako naszyjnik. Gwen 
uwielbiała starą biżuterię – szczególnie wiktoriańską – i nie mogła się oprzeć noszeniu jej, 
nawet gdy nie pasowała do stroju. 

Nie czuła się swobodnie pod badawczym spojrzeniem Roberta, które spoczęło teraz na 

obszernym   fartuchu,   uzupełniającym   jej   strój.   Uświadomiła   sobie   nagle,   że   fartuch 
wysmarowany był pomidorowym sosem. 

– Wygląda na to, że tańczyła pani tango z pizzą – przerwał ciszę mężczyzna. – Czy nie 

zatrudnia pani w kuchni pracowników?

– Dobry szef zawsze osobiście angażuje się w przygotowanie potraw. – Policzki Gwen 

pokrył ciemny rumieniec. – A ja jestem dobrym szefem, panie Beltramo. Ta restauracja wciąż 
kwitnie,   nie   zmieniło   tego   nawet   odejście   pańskiego   ojca.   Powiem   więcej:   będzie   dalej 
kwitnąć pod warunkiem, że pozostawi się ją we właściwych rękach. Mój prawnik przedstawił 
panu uczciwą ofertę na zakup pańskiej części udziałów. Dlaczego pan się na to nie zgodzi i 
nie wróci do Nowego Jorku, tam gdzie jest pana dom? Zapewne nawet nie ma pan pojęcia o 
prowadzeniu restauracji!

Robert przemierzył kuchnię i podniósł jedną z desek do krojenia chleba. Palcem wskazał 

inicjały wycięte w rogu: R. B. 

–   To   moje   –   wyjaśnił.   –  Wyciąłem   je,   gdy  miałem   dziewięć   lat   i   właśnie   zacząłem 

pracować wraz z ojcem. Spędziłem tu całe dzieciństwo, aż do wyjazdu na uczelnię. Czy nadal 
myśli pani, że nie znam się na prowadzeniu restauracji?

Gwen podeszła bliżej. Szczyciła się dokładną znajomością każdego zakamarka kuchni, 

ale tych inicjałów nigdy wcześniej nie zauważyła. Poczuła się nieswojo. Zastanawiała się, ile 
jeszcze sekretów kryje się w tym pomieszczeniu. 

Przerwała   rozmyślania   i   w   pośpiechu   podeszła   do   pieca.   Wydobyła   z   niego   bochen 

background image

słodkiego   włoskiego   chleba,   o   którym   niemal   zapomniała,   zaabsorbowana   obecnością 
Roberta. 

– Nie zdawałam sobie sprawy, że pan tu w ogóle pracował. 
– Nie dziwię się pani niewiedzy, skoro ojciec nawet o mnie nie wspominał. – Powiedział 

to pozornie lekkim tonem, w którym jednak wyczuwało się napięcie. 

Wydawało się, że mężczyzna musiał być w ciągłym ruchu, bo po raz kolejny okrążył 

kuchnię. Tym razem zatrzymał się przy starej zmywarce do naczyń. 

– A więc ten rozklekotany potwór jest wciąż na chodzie – mruknął pod nosem. – Zawsze 

tak o nim myślałem: potwór połykający naczynia, pożerający cały mój wolny czas, który 
chciałem spędzać grając w koszykówkę, a nie szorując gary. 

Wolno   podszedł   do   okna   udekorowanego   sztucznymi   płatkami   śniegu   i   rysunkiem 

renifera. Gwen bardzo lubiła tę dekorację: gorące San Antonio nie znało prawdziwego śniegu. 
Jednakże Robert nie wydawał się podzielać jej entuzjazmu. 

– Co za cholerna głupota – mruknął, starając się dojrzeć coś pomiędzy wielkimi rogami 

renifera, dość skutecznie zasłaniającymi widok. 

Restaurację   otaczała   bujna   roślinność   –   drzewa   bananowe   i   palmy.   Nie   opodal,   w 

grudniowym   słońcu,   lśniły   wody   rzeki   San   Antonio.   Przechodnie   tłoczyli   się   wokół 
sklepików na nadbrzeżnym bulwarze. 

– Będąc dzieckiem często patrzyłem przez to okno, snując plany ucieczki. – Głos Roberta 

był ledwie słyszalny. – Obiecywałem sobie, że pewnego ranka po prostu wyjdę i nigdy tu nie 
wrócę. 

Gwen zaczęła kroić kabaczek. W ciszy, jaka zapadła, słychać było jedynie szmer noża. Po 

latach   pracy   w   restauracji   stała   się   dobrym   słuchaczem.   Klienci   cenili   ją   za   wspaniałe 
potrawy, jakie przyrządzała, ale też za umiejętność życzliwego wysłuchiwania ich zwierzeń o 
problemach, nadziejach i marzeniach. Lubiła słuchać ludzi. 

Robert gwałtownie odwrócił się od okna i spojrzał na dziewczynę oskarżycielsko. 
– Dlaczego właściwie odbiegliśmy od głównego tematu? – zapytał. 
– Moim zdaniem cały czas mówimy na temat. 
– Gwen zaczęła kroić następny kabaczek. – Z pana słów wynika, że nie cierpiał pan tego 

miejsca   i   marzył,   aby   stąd   uciec.   Pańscy   prawnicy   twierdzą,   że   zarobił   pan   fortunę   w 
reklamie. Dlaczego więc chce pan tu wrócić – do miejsca, którego tak pan nie znosił?

Beltramo podrapał się w głowę. Pytanie wyraźnie wprawiło go w zakłopotanie. 
– Ludzie zmieniają poglądy. Po śmierci ojca zaczęło mi czegoś brakować... Musiałem tu 

przyjechać. 

– Wciąż nie rozumiem, dlaczego chce się pan tu przenieść, po tych wszystkich sukcesach, 

jakie osiągnął pan w Nowym Jorku. 

– Przyjazd do domu na święta to stara tradycja – odparł drwiąco. – A może ktoś mnie tu 

zaprosił? Może mój własny ojciec? W testamencie zapisał mi połowę tej restauracji. To chyba 
można uznać za zaproszenie, prawda?

Po raz kolejny sarkazmem starał się pokryć jakieś głębsze uczucie. Gwen, skończywszy z 

kabaczkami, rozpoczęła krojenie cukinii. 

background image

– Już panu mówiłam, że starszy pan mnie chciał sprzedać resztę udziałów. Byliśmy w 

stadium końcowych uzgodnień, gdy nagle zachorował. Proszę posłuchać, nie wiem, co zaszło 
między wami, ale wiem, że pański ojciec chciał, abym to ja prowadziła tę restaurację po jego 
śmierci. Powinien pan uszanować jego życzenia. 

–   Jedyne,   co   się   liczy,   to   fakt,   że   nie   zmienił   zapisu.   –   Robert   zdawał   się   być 

nieprzejednany. – Ja otrzymałem to dziedzictwo i jestem tu po to, aby się o nie upomnieć. 

Nóż Gwen nabrał szybkości. Teraz kroiła pomidory. 
–   Byłam   wspólniczką   pańskiego   ojca.   Ufał   mi,   że   pamięć   o   nim   będzie   żyć   w   tej 

restauracji. 

– Ciągle mówi mi pani o waszych wspólnych planach, a tymczasem nawet nie było pani 

na jego pogrzebie. 

Gwen zesztywniała. 
– On nie cierpiał takich uroczystości, uważał je za zbędny sentymentalizm. Dał mi jasno 

do zrozumienia,  że nie  chce  mieć  tradycyjnego  pogrzebu.  Jednak po jego śmierci,  kiedy 
pojawili się pańscy prawnicy, zrozumiałam, że to pan przejmie ster organizowania pochówku. 
Ja nie miałam nic do powiedzenia – wola starszego pana nie została spełniona. Dlatego nie 
poszłam na pogrzeb. Uczciłam go w inny sposób, sama, bez zbędnych ceremonii. Tak, jak on 
tego chciał. 

– Pogrzeb okazał się farsą – Robert wzruszył ramionami. – Nie było nikogo poza mną i 

kierownikiem kostnicy. Czy sądzi pani, że mój ojciec doceniłby komizm tej sytuacji?

Gwen dostrzegała cień gorzkiej ironii w głosie mężczyzny, ilekroć wspominał o swoim 

ojcu. 

– Zapomnijmy o dawnych czasach – ciągnął niecierpliwie. – Ja chcę porozmawiać o 

przyszłości. Kiedy przejmę restaurację, wreszcie będę miał okazję, aby wprowadzić tu pewne 
zmiany. Wiem, jak przekształcić ten skromny lokal w zyskowne przedsiębiorstwo. 

– Restauracja ma się dobrze i nie potrzebuje zmian – w głosie Gwen wyczuwało się 

niepokój.   –   Stworzyliśmy   tu   miłą   atmosferę,   w   której   ludzie   mogą   się   odprężyć   i 
powspominać pańskiego ojca. 

– Proszę wrócić do rzeczywistości, Gwendolyn. Stary nigdy nawet nie próbował być miły 

dla klientów. Wątpię, czy są tacy, którzy mają o nim dobre wspomnienia. 

To było bardzo bliskie prawdy, ale dziewczyna wiedziała, że w starszym panu kryło się 

coś wartościowego. Być może jednak nikt prócz niej nie umiał tego dostrzec. 

– W głębi duszy pański ojciec był bardzo... przyjacielski, a przynajmniej starał się taki 

być. Potrzebował tylko odrobiny wsparcia. 

Robert odniósł się sceptycznie  do jej opinii. Nie przypadł mu  także do gustu sposób 

obchodzenia się z nożem, jaki demonstrowała Gwen. 

– Jeszcze chwila, a obetnie pani sobie palce – nie wytrzymał. – Zaraz pani pokażę, jak to 

się robi. 

Szybkim ruchem zrzucił marynarkę i podwinął rękawy. Zanim zdążyła zaprotestować, on 

już miał nóż w ręku i demonstrował swoją technikę krojenia. 

–   Najpierw   odcinamy   łodygę,   a   następnie   obracamy   pomidor   w   ten   sposób.   Zawsze 

background image

tniemy z dala od palców. Proszę spojrzeć, nie straciłem wprawy! Jak za dawnych dobrych 
czasów!

Beltramo był z siebie bardzo zadowolony, co zupełnie nie pasowało do jego opowieści o 

zepsutym   przez   restaurację   dzieciństwie.   Raz   mówił   o   tym,   jak   bardzo   nienawidził   tego 
miejsca, a po chwili zachwycał  się krojeniem pomidora, bo przypominało  mu to „dawne 
dobre   czasy”.   Tak   czy   inaczej,   pomidor,   który   tak   efektownie   pokroił,   należał   do   niej. 
Najpierw   poprawił   konstrukcję   papierowego   samolotu,   a   teraz   zajął   się   jej   własnym 
pomidorem. 

Gwen pomyślała o śmieszności sytuacji, w jakiej się znalazła. Oto stała przy desce do 

krojenia, ramię w ramię z mężczyzną, poznanym zaledwie przed kilkoma minutami, który na 
dodatek udzielał jej lekcji z zakresu krojenia pomidorów. Nie mogła powstrzymać  się od 
rzucania ukradkowych spojrzeń w kierunku Roberta. Intrygowała ją koszula, którą miał na 
sobie. Czuła alarmującą potrzebę dotknięcia jej, aby przekonać się, z jakiego materiału została 
uszyta. Szybkim krokiem przeszła na drugą stronę blatu, zanim uległa odruchowi. 

Zauważyła, że mężczyzna z dużym zainteresowaniem przygląda się jej lewej ręce. 
– Niezły pierścionek – zauważył. – Czy to zaręczynowy?
Gwen wciąż jeszcze nie potrafiła przywyknąć do rozmiarów brylantu, mimo że miała go 

od   dawna.   Był   za   duży   i   za   nowoczesny   w   formie.   Wolała   niewielkie   staroświeckie 
klejnociki, jakie czasem odnajduje się na starych strychach albo wygrzebuje w sklepach z 
antykami. Scott był jednak tak zadowolony, gdy zaskoczył ją tą niespodzianką, że nie miała 
serca powiedzieć mu, jakie było jej zdanie na temat pierścionka. 

– Tak, jestem zaręczona – stwierdziła z wyzwaniem w głosie. 
– Kiedy ślub?
– Jeszcze nie zdecydowaliśmy. – Nie było to w stu procentach prawdą. Już dwukrotnie 

zmieniała dzień ślubu, choć nie potrafiła określić dlaczego. W wieku dwudziestu siedmiu lat 
miała dość doświadczenia z mężczyznami, aby wiedzieć, za którego powinna wyjść, a Scott 
Lowell wydawał się być odpowiednim kandydatem. Obiecała mu, że ustali dokładną datę 
jeszcze przed Wigilią. 

–   Gwendolyn,   niech   mi   pani   powie,   jak   pani   przyszły   zapatruje   się   na   prowadzenie 

restauracji? To przecież długie godziny pracy i krótkie wakacje. Być może, wcale mu się to 
nie spodoba. 

– Scott rozumie moje uczucia względem restauracji. Nie wyszłabym za kogoś, kto nie 

potrafiłby tego uszanować. I proszę nie nazywać mnie Gwendolyn!

Robert z przyjemnością powitał nowy temat w ich rozmowie. 
– Mnie się to imię bardzo podoba. A jak Scott panią nazywa?
– Gwen, tak jak wszyscy. 
– Na jego miejscu wybrałbym Gwendolyn... albo Gwennie; też ślicznie. 
– Pan nie będzie miał w ogóle okazji zwracać się do mnie po imieniu – powiedziała, 

obracając pierścionek wokół palca – bo sprzeda mi pan swoją część restauracji i wróci do 
Nowego Jorku. 

– Nawet mnie pani nie zaprosi na ślub?

background image

Gwen miała ochotę rzucić w niego jedynym całym pomidorem. Z ulgą powróciłaby do 

negocjacji z prawnikami, zamiast bezpośrednich utarczek z Robertem. Przez niego straciła już 
zbyt wiele czasu. Nawet nie zaczęła przyrządzać nadzienia do ciasta, a pokrojone warzywa 
wciąż leżały na kontuarze. Postanowiła, że musi odzyskać kontrolę nad biegiem wypadków. 

Z wigorem zabrała się do robienia nadzienia, zaczynając od ubijania sera z cukrem i 

mlekiem. Włożyła w to zbyt wiele energii i już po chwili trochę masy wylądowało na jej 
fartuchu. Beltramo zachichotał. Spojrzała na niego. To był błąd – znowu poczuła niepokojący 
magnetyzm   tego   człowieka.   Zafascynował   ją   niesamowity,   bursztynowy   kolor   oczu 
mężczyzny, przypominający kolor złota starej biżuterii, którą tak lubiła. W tym momencie 
kolejna porcja masy wyprysnęła z misy. 

– Gwennie, czy uratujesz choć odrobinę?
–  Jestem  zbyt   zajęta,  aby  się  z panem  przekomarzać,  panie  Beltramo  –  powiedziała, 

wsypując do misy czekoladowe wiórki. – Mój prawnik wkrótce się z panem skontaktuje. 

Robert, pomimo podwiniętych rękawów i starych dżinsów, znowu wyglądał poważnie i 

urzędowo. 

–  Niech   pani  zapomni   o  prawnikach.  Załatwimy  tę   sprawę   tu  i  teraz.  Doskonale  się 

bawiłem, obserwując pani poczynania w kuchni, ale dość już tego. Proszę pakować swoje 
garnki – od dziś ja przejmuję tę restaurację!

– Niech pan nawet o tym nie marzy. To pan stąd wyjedzie – powiedziała z naciskiem 

Gwen, wrzucając do misy owoce. 

Spoglądali na siebie przez chwilę i stało się oczywiste, że rozmowy utknęły w martwym 

punkcie. Gwen nie zamierzała się jednak wycofywać. Zdecydowana była nie dopuścić, aby 
ten, nie mający szacunku dla dokonań swego ojca, człowiek miał zawładnąć efektem wielu lat 
jego pracy i dokonać radykalnych  zmian. Poza tym,  ona sama spędziła tutaj ładny kawał 
czasu.   Jakiż   to   denerwujący   człowiek,   pomyślała.   A   szczególny   uśmieszek,   z   jakim 
przyglądał się jej pierścionkowi, był co najmniej nie na miejscu. 

– Ja zostanę – powtórzyła dobitnie. – A pan, panie Beltramo, nie ma tu czego szukać!

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Nazajutrz wczesnym  rankiem Gwen wybrała się na jogging wzdłuż brzegu rzeki San 

Antonio.   W   nocy   długo   nie   mogła   zasnąć.   Do   późna   rozmyślała   o   wydarzeniach 
poprzedniego dnia, o nagłym  wkroczeniu  w jej życie  Roberta Beltramo.  We śnie po raz 
kolejny przeżywała trudne negocjacje z nieproszonym gościem. Wkrótce po wschodzie słońca 
uznała, że skoro nie ma szans na spokojny sen, zdrowiej będzie wybrać się na poranny bieg. 

Gwen głęboko wdychała zimne, wilgotne powietrze. Teraz znacznie łatwiej było zebrać 

myśli. Nurtowało ją pytanie, co zaszło pomiędzy Robertem Beltramo i jego ojcem. Chciała 
zrozumieć motywy kierujące działaniem mężczyzny.  Powtarzała sobie, że wtedy mogłaby 
skuteczniej z nim walczyć i wygrać restaurację dla siebie. Czy jednak usprawiedliwiało to 
fakt, iż wszystkie jej myśli kierowały się w stronę tego człowieka? Czy nie powinna oddać się 
rozmyślaniom o narzeczonym i czekającym ją ślubie?

Zwiększyła tempo biegu. Starała się skoncentrować myśli na Scotcie, ale już po chwili 

jasnowłosy, niebieskooki Lowell zamienił się w ciemnowłosego Roberta Beltramo. Zacisnęła 
zęby. Biegła coraz szybciej i szybciej, jakby w ten sposób chciała przegonić tego człowieka 
ze swoich myśli. 

Nagle z tyłu dobiegł ją odgłos zbliżających się kroków. 
–   Z   drogi,   Gwennie,   nie   ma   tu   miejsca   dla   nas   dwojga!   –   zawołał   nadbiegający 

mężczyzna. 

Po chwili wyprzedził ją. Biegł lekko, oddychając miarowo. Głos i masywna sylwetka 

mężczyzny były aż za dobrze znajome. 

– Co pan tu robi, Beltramo? – zapytała Gwen rozdrażnionym głosem. – Czy nie mogę 

mieć choć odrobiny spokoju?

– Odbywam tylko mój poranny bieg – odpowiedział. – Przed laty codziennie tu biegałem. 

To moja trasa, Gwennie. 

– Nie używam tego zdrobnienia. 
– Być może wkrótce zaczniesz. – Powiedziawszy te słowa, Robert przyśpieszył kroku, 

pozostawiając ją daleko z tyłu. 

Gwen popędziła  naprzód, starając się za wszelką  cenę  go dogonić. Dopiero po kilku 

minutach zdała sobie sprawę, że swoim postępowaniem daje do zrozumienia, iż przyjmuje 
warunki   gry   dyktowane   przez   Roberta.   Zwolniła   tempo   i   przeszła   do   marszu.   Postać 
mężczyzny oddalała się. Musiała przyznać, że jego sylwetka prezentowała się bardzo dobrze 
podczas biegu. Dynamiczne, skoordynowane ruchy emanowały energią i entuzjazmem, który 
udzielał się wszystkiemu, co spotkał na swojej drodze... drzewom, liściom, nawet powietrzu, 
które przecinał szybkim biegiem. 

Nagle zdała sobie sprawę, że w myślach układa poemat na cześć kultury fizycznej. Na 

nieszczęście sportowcem, który tak rozbudził jej wyobraźnię, był nie kto inny, tylko Robert 
Beltramo. 

Zatrzymała  się i zaczęła truchtać w przeciwnym kierunku. Już po chwili usłyszała za 

background image

plecami   szybkie   kroki.   Jego   kroki.   Pochyliła   się,   aby   zawiązać   mocniej   sznurowadło   i 
poczekać, aż mężczyzna ją minie, ale Robert przystanął obok niej. Przez chwilę przyglądała 
się jego mocnym, zgrabnym kolanom. 

– Beltramo, panu się chyba wydaje, że im bardziej zatruje mi pan życie, tym chętniej 

odsprzedam restaurację. Nic z tego. 

– Wyciągasz mylne wnioski, Gwennie. Po prostu mieszkam tuż za rogiem. 
Sznurowadło nie dało się zawiązać. Musiała zacząć od początku. 
– Czy to znaczy, że wprowadził się pan do domu swego ojca?
– Tak. To był także i mój dom. Wychowałem się w nim. 
Gwen wstała i zaczęła iść. 
–  Co  się   stało,  Gwennie?  –  zapytał   Robert,  zrównując  z   nią  krok.  –  Nie  rozumiem, 

dlaczego mój widok tak bardzo cię złości?

– Proszę nie nazywać mnie Gwennie. To działa mi na nerwy, jeżeli pan tego jeszcze nie 

zauważył. 

– Złożyłbym raczej to zdenerwowanie na karb wstania z łóżka lewą nogą, Gwendolyn. – 

Z wielką przyjemnością użył pełnego brzmienia jej imienia. 

– Nie dość, że chce pan odkupić moją część restauracji, to w dodatku jesteśmy teraz 

sąsiadami – powiedziała, zatrzymując się. 

– Sąsiadami? – zdziwił się Beltramo. – Gdzie pani mieszka?
Za późno zdała sobie sprawę z tego, że wcale nie chciała mu tego mówić. Zapewne każe 

prawnikom pikietować jej dom lub, co gorsza, sam zacznie to robić. Z drugiej strony i tak z 
łatwością poznałby jej adres. Nie było sensu go ukrywać. 

– Rok temu pański ojciec powiedział mi o możliwości kupna domu w tej okolicy. W 

ogłoszeniu określono go jako „raj dla majsterkowicza”. To piękny parterowy, wiktoriański 
dom. Taka okazja nie trafia się co dzień, więc kupiłam go. 

– Będę zgadywał. Mówi pani o domu starego Sherwooda. 
Coś w tonie jego głosu zaniepokoiło ją. 
– Tak, zdaje się, że niejaki Sherwood wybudował go w latach osiemdziesiątych zeszłego 

stulecia. 

– Niezwykła z pani osoba, Gwendolyn. – Mężczyzna pokręcił głową. – Ten dom to ruina. 

Gdy byłem mały, co pewien czas wystawiano go na sprzedaż. Nikt nie mógł w nim długo 
wytrzymać. 

Gwen przypomniała sobie cieknące rury, zatkaną kanalizację, niebezpieczną instalację 

elektryczną. Mimo wszystko, uśmieszek na twarzy Roberta był denerwujący. 

– Mnie ten dom się podoba – stwierdziła zdecydowanie. – Wymaga trochę zabiegów, ale 

kryje w sobie ogromny potencjał. 

– Wczoraj powiedziała pani pewną rzecz o moim ojcu. – Tym razem głos Roberta był 

poważny.   –   Mówiła   pani,   że   pod   zewnętrzną   szorstkością   kryła   się   w   nim   przyjemna 
osobowość, trzeba było tylko poświęcić mu trochę uwagi, aby to odkryć. Myślę, że zaczynam 
cię rozumieć, Gwennie. Interesują cię ludzie i przedmioty, o których panuje opinia, że do 
niczego się nie nadają. 

background image

Gwen   odwróciła   się   na   pięcie.   Bardzo   nie   lubiła   być   obiektem   analiz,   szczególnie 

robionych przez Roberta Beltramo. Ruszyła szybkim krokiem, ale mężczyzna dogonił ją i 
szedł tuż obok. 

Odprężał się po biegu. Patrzył daleko przed siebie, jak gdyby szukał wzrokiem czegoś, 

czego nikt inny nie może dostrzec. 

– Proszę mi opowiedzieć o swoim narzeczonym. Czy on też jest jakimś indywiduum, 

którego nikt prócz pani nie potrafi znieść?

– Ależ nie! Wszyscy go lubią. – Dziewczyna obróciła na palcu zaręczynowy pierścionek. 

– Pewnego dnia przyszedł do restauracji na lunch i wkrótce potem zaręczyliśmy się. 

– A więc w czym tkwi problem?
– Przecież nie wspominałam o żadnym problemie, opowiadałam tylko o tym, jak bardzo 

Scott jest... miły. 

– Może to właśnie panią w nim denerwuje, że jest zbyt miły?
Gwen zatrzymała się i spojrzała na Roberta z rozdrażnieniem. 
– Nic mnie w Scotcie nie denerwuje! Jest dla mnie stworzony! Wkrótce wyjdę za niego i 

sprawa zostanie załatwiona. 

– W pani ustach brzmi to, jak zapowiedź wizyty u dentysty. – Na twarzy Roberta znowu 

pojawił się uśmiech. 

– Źle mnie  pan zrozumiał.  Chciałam  powiedzieć,  że kiedy wreszcie  za niego wyjdę, 

skończy się to zwlekanie. 

– A więc odwlekała pani ślub! Wyrzuć to z siebie, Gwennie. Ty wcale nie jesteś pewna, 

czy powinnaś za niego wychodzić!

– Scott jest absolutnie doskonały – Gwen chciała  krzyczeć.  – Zaręczyny  z nim były 

najbardziej rozsądną decyzją, jaką kiedykolwiek podjęłam. 

– Ale ty nie wierzysz w sensowne decyzje, prawda? Wolisz raczej kupić rozwalający się 

dom,   którego   nikt   nie   chce,   albo   przyjaźnić   się   ze   starym   antypatycznym   człowiekiem, 
którego nie lubi pół Teksasu. 

Gwen szarpnęła pierścionek tak mocno, że zsunął się z palca i łukiem poleciał w kępę 

trawy. Znieruchomiała na moment, po czym rzuciła się na poszukiwanie zguby. Robert ukląkł 
obok. 

– Spokojnie. Zaraz go znajdziemy. To nie łepek od szpilki. 
– Nigdzie go nie ma! – Dziewczyna na zmianę przeczesywała trawę lub uklepywała ją. 
–   Uspokój   się   –   powtórzył   Robert   stanowczo.   –   Zachowujesz   się   jak   pijany   rolnik 

podczas prac polowych. Tu potrzebna jest organizacja. 

–   Właśnie   zgubiłam   brylant   wielkości   nosa   King-Konga,   a   pan   mówi,   że   mam   być 

spokojna?

– Dokładnie. – Beltramo pochylił głowę i metodycznie przeczesywał trawnik centymetr 

po centymetrze. 

Cóż, jemu  łatwo zachować  spokój. To w  końcu nie on zgubił klejnot. Gwen usiadła 

zrezygnowana na trawie. Oczywiście wiedziała, jak Scott zachowałby się na wieść o zgubie. 
Wcale nie byłby zły, ale okazałby współczucie, pocieszał. 

background image

– Jakby pan zareagował na miejscu Scotta? Co by pan zrobił, gdyby pańska narzeczona 

zgubiła zaręczynowy pierścionek? – zapytała, obserwując metodyczne poszukiwania Roberta. 

Mężczyzna podrapał się w brodę z namysłem. Po chwili odpowiedział:
– Pomyślałbym, że podświadomie chciała go zgubić i że chce znowu odłożyć datę ślubu. 

Oznaczałoby to, iż nie jest pewna, czy naprawdę chce za mnie wyjść. 

– Ja nie zgubiłam tego pierścionka celowo. To był wypadek. 
– Przecież rozważamy przypadek hipotetyczny – zauważył Robert. 
–   Oczywiście,   mówimy   o   pańskiej   narzeczonej.   Oboje   powrócili   do   poszukiwań. 

Widziała  teraz   dokładnie  jego  niesforne  włosy.   Bardzo  różniły się  od prostych,  nieco   za 
krótkich włosów Scotta. 

–   Scott   nie   jest   tak   podejrzliwy,   jak   pan,   panie   Beltramo.   –   Gwen   poczuła,   że   była 

nielojalna wobec narzeczonego i chciała go bronić. – On nigdy nie oskarżyłby mnie o celowe 
zgubienie pierścionka. Pocieszyłby mnie i zawiadomił o stracie firmę ubezpieczeniową. 

– Tak?
– Właśnie tak! To bardzo dobry człowiek. Jestem bardzo szczęśliwa. 
– Często to sobie powtarzaj, Gwendolyn. Prędzej czy później zaczniesz w to wierzyć. 
Gwen   umilkła.   Pomyślała   raz   jeszcze   o   Scotcie   Lowellu   z   mocnym   postanowieniem 

ustalenia daty ślubu. Tak, do Wigilii musi powziąć decyzję!

Usiadła i odwróciła twarz do słabego grudniowego słońca. Po chwili jednak poczuła się 

winna, bo przerwała poszukiwania. Ale jej lewa ręka zrobiła się taka lekka... swobodna. To 
uczucie było bardzo intrygujące. 

– Aha, mam go! – powiedział tryumfalnie Robert. – Mówiłem, że grunt to organizacja. 
Pierścionek lśnił w słońcu. Gwen patrzyła na niego w milczeniu, nieporuszona. 
– Podaj mi rękę. – Robert przerwał ciszę. 
Z zastanawiającą niechęcią Gwen wyciągnęła dłoń. Beltramo ujął ją i wsunął pierścionek 

na palec, ale nie puścił od razu ręki dziewczyny. Przyglądał się jej, marszcząc brwi. Gwen na 
moment wstrzymała  oddech. Sytuacja wydawała się być absurdalna: oto Robert Beltramo 
wkładał na jej palec zaręczynowy pierścień od innego mężczyzny. Mimo to dotyk jego ręki 
był taki przyjemny... 

– Dziękuję bardzo za pierścionek – powiedziała, wyszarpując dłoń z uścisku. 
– Proszę bardzo. – W głosie mężczyzny znów pojawiło się rozbawienie. 
– Jeżeli chce pan wiedzieć, nie ma nic dziwnego w tym, że odkładałam datę ślubu. Po 

prostu przyzwyczaiłam się do samodzielności. Małżeństwo oznacza wielką zmianę. Każdy 
zawahałby się choć przez chwilę. 

– Interesująca teoria, ale... 
– To coś więcej. Spotykałam się z wieloma mężczyznami, którzy w końcu okazywali się 

zwykłymi   łajdakami.   Potem   poznałam   Scotta,   naprawdę   dobrego   człowieka.   Nieczęsto 
spotyka   się   takich   mężczyzn.   Byłabym   głupia,   odmawiając   mu   tylko   dlatego,   że 
przyzwyczaiłam się do samotnego życia i lubię to. 

– Przecież ja się wcale z tobą nie sprzeczam, Gwennie. Ty sprzeczasz się sama z sobą. 
Gwen   wstała.   Towarzystwo   Roberta   Beltramo   sprawiało,   że   miała   wrażenie,   jakby 

background image

oblazły ją mrówki. Cała poranna radość zniknęła. Słońce nagle zdawało się palić zbyt mocno. 
Gdy wyciągała z kieszeni chustkę, aby otrzeć pot z czoła, wraz z nią, jak konfetti, wypadło 
kilka kawałków papieru. Tylko tego brakowało! Następne elementy jej życia wyeksponowane 
przed Robertem!

Mężczyzna pozbierał papierki i wstał, aby jej podać. Miał poważny wyraz twarzy, ale 

czuła, że wciąż bawi go ta cała sytuacja. Wdała się już w niepotrzebne wyjaśnienia na temat 
Scotta i teraz znowu nie mogła się powstrzymać. 

–   To   moje   przepisy   kulinarne.   Zapisuję   je,   gdy   tylko   natrafię   na   coś   ciekawego. 

Niedawno natknęłam się na bardzo interesujący sposób przyrządzania ravioli... – powiedziała 
szybko. 

Dlaczego nie potrafiła się pohamować? Przez całe życie była typem słuchacza, nigdy tak 

wiele   o   sobie   nie   mówiła.   Jednak,   gdy   Robert   był   w   pobliżu,   wciąż   próbowała   mu   coś 
tłumaczyć lub wyjaśniać. 

Mężczyzna spojrzał na jeden ze skrawków i odczytał na głos:
– „Prześpij cały ranek w ogrodzie z ulubioną książką na kolanach. Po południu idź na 

ryby... „ Czy to jest przepis?

Gwen wyrwała mu papierek z ręki i schowała do kieszeni. 
–  To  akurat  jest  przepis  pani  Alexander  na  spędzanie   wolnego  czasu.  To  moja   stała 

klientka. Ma osiemdziesiąt pięć lat i codziennie przychodzi na obiad. 

– A pani zapisuje jej zalecenia na strzępkach papieru?
– Na czymkolwiek, co tylko wpadnie mi w ręce. Pani Alexander lubi, gdy zapisuje się jej 

opowieści. Ma wtedy wrażenie, że zostanie po niej przynajmniej wspomnienie na papierze. 
Po śmierci pańskiego ojca boi się, że będzie następna. Próbuję ją uspokajać, że wszystko 
będzie dobrze. 

–   Czy   pani   przyjaźni   się   ze   wszystkimi   klientami?   –   zapytał.   Gdy   temat   rozmowy 

schodził na sprawy związane z restauracją, jego ton stawał się niemal urzędowy. 

Gwen poczuła, że znalazła się w defensywie. Nie cierpiała tego uczucia. 
– Moi klienci  zwierzają mi  się z wielu osobistych  przeżyć.  Staram się wytwarzać  w 

lokalu rodzinną atmosferę. 

– Wygląda na to, że pani goście są równie dziwni, jak inne rzeczy z pani otoczenia. 
– Są najzupełniej normalni. 
Ocierając   pot   z   czoła,   zauważyła   sceptyczne   spojrzenie,   jakim   Robert   obrzucił   jej 

wytworną, koronkową chustkę od nosa. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że chusteczki 
jednorazowe   są  znacznie  praktyczniejsze,   ale  nie  mogła   sobie  odmówić   odrobiny  finezji. 
Szybkim ruchem schowała ją do kieszeni. Dosyć już miała wnikliwego wzroku mężczyzny. 
Tego ranka dostarczyła mu i tak zbyt wielu argumentów przeciwko sobie. Najgorsze było to, 
że zdradziła się z wątpliwościami dotyczącymi zaręczyn. Już najwyższy czas, aby przystąpić 
do ofensywy, zamiast biernie czekać na następne ataki Roberta. 

– Beltramo, wiem, że pan chce przejąć restaurację, ale nie pozwolę na to. Pozostanie moja 

i będę w niej przyjmować takich gości, jakich zechcę. Pan może z powodzeniem wracać do 
Nowego Jorku. 

background image

– Jesteś upartą kobietą, Gwennie. Byłem pewien, że Plan A zadziała. Włożyłem w to 

wiele wysiłku – ciągnął. – Moi prawnicy zaoferowali atrakcyjną cenę. Mało tego: ja sam tu 
przyjechałem, aby negocjować, ale pani nie ustępuje. 

– Jak na razie to wszystko prawda. Mężczyzna wyglądał, jak gdyby rozważał zaistniałą 

sytuację. 

– Tak jest, Plan A nie wypalił. Pora na Plan B. 
– Co pan znowu wymyśla?
– Muszę jeszcze przemyśleć szczegóły, ale to doskonały plan – Robert najwyraźniej się 

rozmarzył. 

Gwen odniosła wrażenie, że to nie wróży najlepiej jej zamiarom. 
–   Niech   pan   nie   próbuje   dramatyzować   sytuacji   –   powiedziała.   –   I   proszę   wreszcie 

powiedzieć, co pan ma na myśli. 

– To proste – odparł z uśmiechem. – Pani nie sprzeda swojej połowy udziałów, a więc 

będziemy wspólnikami. 

– Tylko nie to!
– Oczywiście,  tylko  przez pewien czas. Powiedzmy przez tydzień.  Przewiduję, że po 

tygodniu naszej współpracy, będzie mnie pani błagać o odkupienie pani części!

Wiedziała już, że jej pierwsze wrażenie odnośnie tego człowieka było w stu procentach 

prawdziwe: on potrzebował ruchu, akcji. Podniecała go myśl o usuwaniu kolejnych przeszkód 
ze swej drogi. Tym razem to właśnie ona stanowiła problem do rozwiązania. 

– Wcale mi się nie podoba pański Plan B – w głosie Gwen słychać było zdecydowanie. 
– Czy masz inny wybór, Gwennie? Oboje mamy po pięćdziesiąt procent udziałów. To 

potrwa  tylko   tydzień.   Najpóźniej  w  następną   sobotę  podpisze   pani  te   papiery,   które  moi 
prawnicy tak bezskutecznie pani podsuwali. 

– Czy myśli pan, że mnie wyprowadzi z równowagi?
– Nie ma wątpliwości. Ja już panią wyprowadzam z równowagi. Nieco więcej wysiłku i 

nie wytrzyma pani tego napięcia. 

A niech to! On wyraźnie bawił się całą sytuacją, ale w jednym miał rację: oboje byli 

równoprawnymi współwłaścicielami restauracji. Gwen nie miała innego wyboru, jak tylko 
spróbować wyciągnąć z tego faktu korzyści dla siebie. 

– W porządku – powiedziała powoli. – Będziemy pracować razem, ale mogę się założyć, 

że w przyszłą sobotę to pan będzie błagać, abym odkupiła pańską część udziałów. Pan tu 
długo nie wytrzyma. Będąc dzieckiem, marzył pan, aby stąd uciec. Być może sprowadziła tu 
pana nostalgia, wywołana przez nadchodzące święta, ale to wkrótce minie i znowu zapragnie 
pan stąd uciec!

Mężczyzna zesztywniał na moment. 
– A więc zakład stoi. Oto moja ręka. 
Przez długą chwilę patrzyli sobie w oczy. Gwen ganiła się, że jako pierwsza odwróciła 

wzrok. Wreszcie Robert puścił jej dłoń. Ona jednak wciąż stała na ścieżce, blokując przejście 
Robertowi, który ominął ją i pobiegł wzdłuż nabrzeża. 

– Do zobaczenia, Gwennie! – zawołał, a ona mogłaby przysiąc, że usłyszała również jego 

background image

śmiech. 

Po chwili pobiegła w ślad za nim. 
Przed nią był bardzo trudny tydzień, ale wiedziała, że w końcu pokona Roberta Beltramo. 
Po prostu musi wygrać!

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Tego dnia Gwen wyjątkowo wcześnie przyszła do restauracji. Gdy przekręciła klucz w 

zamku   i   weszła   do   środka,   panowała   tam   błoga   cisza.   O   tej   porze   nie   było   jeszcze 
pracowników ani Roberta. To dobrze. Choć przez chwilę mogła mieć lokal tylko dla siebie, 
mogła się łudzić, że wszystko jest tak jak dawniej, a Robert Beltramo w ogóle nie istnieje. 

Szybkim krokiem przeszła przez salę w stronę kuchni. Szklana gwiazda wisząca w oknie 

rzucała szafirowe błyski. Zawieszone w równym rządku miedziane garnki lśniły złociście. 
Gwen uwielbiała kuchnię. Miała swój niepowtarzalny urok, była pełna blasku i barw. Garnki, 
patelnie   i   stolnice   najróżniejszych   kształtów   miały   dokładnie   określone   przeznaczenie. 
Przypadkowemu   widzowi  mogłoby  się wydawać,  że  panuje tu  bałagan,   lecz  właścicielka 
określała go jako twórczy nieporządek, bez którego nie wyobrażała sobie gotowania. 

Dzisiejszą pracę rozpoczęła od przygotowania ciasta na lasagne. Jednak już od samego 

początku coś jej nie wychodziło. Nie potrafiła się skoncentrować. Była to jednak wyłącznie 
jej wina: zamiast włożyć stare dżinsy i koszulkę polo, dziś ubrała się w elegancką jedwabną 
sukienkę. Zdawała sobie sprawę, że wygląda w niej wyjątkowo korzystnie – smukła figura 
była  dobrze wyeksponowana,  a szmaragdowy kolor sukni pasował do jej szarobłękitnych 
oczu. Będąc tak wystrojona, nie mogła jednak podwinąć rękawów, aby nie przeszkadzały w 
pracy. Oczywiście, nie mogła także nałożyć fartucha, bo to popsułoby cały efekt. 

Gwen czuła do siebie niechęć. Jej samej trudno było się do tego przyznać, ale powód, dla 

którego tak się wystroiła, był aż nadto wyraźny. Chciała się podobać Robertowi Beltramo. 
Właśnie jemu! Człowiekowi, który przybył, aby odebrać jej restaurację. 

Co w nią wstąpiło? Owszem, powinna się stroić i malować, ale dla narzeczonego, dla 

nikogo więcej. Konieczność ciągłego uważania, aby uwalanymi mąką rękami nie pobrudzić 
pięknej sukienki, pogłębiała jej frustrację. 

W tym  momencie  w kuchni pojawił się Robert. Po rannym  biegu wyglądał świeżo i 

rozpierała go energia. Jego włosy wciąż lśniły wilgocią po niedawnym prysznicu. Miał na 
sobie jasne spodnie i białą bawełnianą koszulę. Ten niewyszukany strój sprawił, że Gwen w 
swojej  eleganckiej  sukience  poczuła  się  jeszcze  bardziej  niezręcznie.  Jej  ręce  przybierały 
coraz   bardziej   nienaturalną   pozycję,   aby   uniknąć   kontaktu   z   ubraniem.   Mężczyzna 
przypatrywał się jej z uwagą. 

– Spróbuję zgadnąć... Odprawia pani jakiś tajemniczy średniowieczny rytuał... Nie! Chce 

pani rzucić na mnie zaklęcie, zły urok, abym wrócił do Nowego Jorku i zostawił restaurację w 
pani rękach. Niedoczekanie!

Z płonącą twarzą Gwen opłukała ręce, następnie owinęła się wielkim fartuchem. 
– Po prostu pracuję, to wszystko. 
Energicznie przystąpiła do odcinania łodyżek od liści szpinaku. Robert nie przestawał 

przyglądać się każdemu jej ruchowi. W tej chwili żałowała, że zdecydowała się nałożyć swoje 
najlepsze kolczyki, a do tego upięła wysoko włosy, aby je jak najkorzystniej wyeksponować. 
Przy jej pechu, Beltramo na pewno domyśli się, że ten trud zadała sobie wyłącznie z jego 

background image

powodu i, oczywiście, bardzo go to ubawi. No proszę – na jego twarzy już pojawia się ten 
znajomy uśmieszek. 

Gwen   rozcięła   liść   szpinaku.   Zupełnie   nie   mogła   zrozumieć   motywów   własnego 

postępowania.   Zachowanie   Roberta   denerwowało   ją   i   było   wręcz   prowokujące,   a   jednak 
zależało jej, aby w oczach mężczyzny dostrzec błysk podziwu dla jej urody, a nie iskierki 
rozbawienia. 

Robert stanął dokładnie naprzeciw  Gwen, po drugiej stronie kontuaru. Od niechcenia 

bawił  się  drewnianą  łyżką.  Wyrwała  mu  ją z  ręki.  Odwrócił  się  i  zaczął   myszkować   po 
półkach. 

– Ależ tu garnków i patelni! Wszystko jest nimi dosłownie zawalone. 
–   Ale   każda   rzecz   ma   swoje   miejsce.   Ustawiam   je   tak,   jak   uważam   za   stosowne. 

Proponuję,   Robercie,   abyśmy   ustalili   pewne   zasady,   które   będą   obowiązywały   przez   ten 
tydzień. Po pierwsze, ja jestem szefem kuchni. Po drugie... 

–   Żadnych   zasad,   Gwennie.   Gdybyśmy   ustanowili   zasady,   to   jaki   sens   miałby   nasz 

zakład? Przecież jego istotą jest doprowadzenie drugiej osoby do stanu najwyższej irytacji, w 
którym z ulgą zrzeknie się swoich praw do restauracji – tak to uzgodniliśmy. 

Co do jej osoby, to ten stan irytacji trwał już od pewnego czasu. Tymczasem Robert 

kontynuował   metodyczne   przeszukiwanie   szuflad,   szafek   i   innych   zakamarków.   Na   jego 
twarzy rysował się krytycyzm do wszystkiego, co zobaczył. 

Gwen z hukiem postawiła patelnię na kuchence. 
– Dość tego. W tej kuchni jest miejsce tylko dla jednego z nas. Ponieważ dziś także 

należy przygotować normalny zestaw potraw, proponuję, abyś nie przeszkadzał mi w pracy. 

Słysząc te słowa, Robert owinął biodra ręcznikiem ze wzorkiem w świąteczne choinki, i o 

dziwo, wyglądał jeszcze korzystniej niż dotychczas. 

– Przesuń się, Gwennie. Pokażę ci, jak należy gotować. 
Tego   tylko   brakowało!   Zanosiło   się   na   to,   że   ten   próbny   tydzień   będzie   gorszy   od 

najczarniejszych   obaw   Gwen.   Nie   sądziła,   że   Robert   spróbuje   gotowania.   Był   przecież 
człowiekiem biznesu, potrzebował ruchu, akcji. A on tymczasem, machając wazową łyżką jak 
dyrygent orkiestry symfonicznej batutą, najwyraźniej przygotowywał się do spełnienia swojej 
obietnicy. 

– No, to zaczynamy. Gdzie jest menu?
– Lepiej będzie, jeśli rozejrzysz się po sali. Gotowanie pozostaw mnie. 
– Z drogi, Gwennie – powiedział groźnie, podwijając rękawy koszuli. – Daj mi dzisiejsze 

menu. 

Przez   chwilę   rozważała   pomysł   wyrzucenia   go   z   kuchni   siłą,   ale   zrozumiawszy 

niewykonalność   tego   zadania,   zrezygnowana   rzuciła   w   jego   stronę   sfatygowaną   kartkę 
papieru. Robert chwycił ją ostrożnie w dwa palce. 

–   Czy   wszystko,   czego   dotkniesz,   musi   być   poplamione?   –   zapytał.   –   Całe   menu 

upstrzone   jest   plamami   kawy,   dżemem   i   kto   wie,   czym   jeszcze.   Jak   to   w   ogóle   można 
odczytać?

– Ja nie muszę tego czytać. Znam na pamięć menu z każdego dnia. 

background image

Mężczyzna   badawczo   wpatrywał   się   w   poplamiony   kawałek   papieru,   starając   się 

rozszyfrować zawartą w nim treść. 

– Hmm. Amaretti, linguine, cannołi, rigatoni... 
Gwen wsłuchiwała się w brzmienie tych słów w jego ustach. Przed jej oczami pojawił się 

obraz słonecznej Italii, jezioro Como, wyspa Capri, Neapol. Nigdy nie była we Włoszech, ale 
sposób, w jaki Robert wymawiał nazwy włoskich potraw sprawił, że zdjęcia z tego kraju, 
które   widziała   w   broszurach   biur   podróży,   nagle   ożyły.   Jego   głos   wywołał   skrywane 
pragnienie zobaczenia takich miejsc, jak: Mediolan, Rzym, Florencja, czy Werona. 

–  ...   timballo,   pastiera,   maccheroni...  –   Beltramo   był   tak   zafascynowany   obco 

brzmiącymi słowami, jak gdyby odkrywał od dawna nie używany język. Gwen wolałaby tego 
nie słyszeć. Nie mogła sobie pozwolić na marzenia w tak nieodpowiednim momencie. Scott 
nie wzbudzał w niej takich tęsknot, nigdy nie rozmawiali o podróży do Włoch... 

Dość tych  rozmyślań,  nakazała  sobie w  duchu, być  może  pewnego dnia  pojedzie  do 

słonecznej Italii, ale na pewno nie będzie to miało żadnego związku z Robertem Beltramo. 

– Mam nadzieję, że już zapoznałeś się z naszym menu. 
–   Tak   i   właśnie   mam   zamiar   rozpocząć   gotowanie.   Myślę,   że   najlepiej   zacząć   od 

przyrządzenia tortom. 

– To jedna z moich specjalności – zaprotestowała. 
– Spodziewam się, że wszystko na tej liście to twoje specjalności. 
– Cóż, prawdę powiedziawszy... 
– Przyrządzam doskonałe tortoni – oznajmił Robert z błyskiem w oku. 
Zachowywał się jak człowiek opętany jakąś ideą. Gwen zadecydowała, że najmądrzej 

będzie zejść mu z drogi na pewien czas i zobaczyć, co z tego wyniknie. Miała nadzieję, że 
zapał mężczyzny do gotowania nie potrwa długo. 

Obserwowała, jak gromadził składniki: bitą śmietanę, migdały,  migdałowe ciasteczka, 

wanilię... Poruszał się z dużą wprawą, bez zbędnych ruchów. W odróżnieniu od niej, nie 
kręcił się bezładnie po kuchni, a każda jego czynność prowadziła do określonego celu. Gwen, 
gdy   pozwalał   jej   na   to   czas,   lubiła   odrywać   się   od   gotowania,   spoglądać   na   rzekę, 
rozkoszować wonnym zapachem wydzielanym przez suszone zioła. Często bez określonego 
celu, dla czystej przyjemności, myszkowała po kuchennych półkach. Nawet w najbardziej 
pracowite dni znajdowała czas na nacieszenie się swoim królestwem. 

Tymczasem Robert najwyraźniej nie opanował jeszcze sztuki relaksującego gotowania. 

Przygotowywał  tortoni  z   determinacją,   przypominającą   starania   maszynisty,   próbującego 
przyprowadzić pociąg o czasie. 

Gwen przyglądała się, jak Beltramo siekał migdały, kruszył migdałowe ciasteczka, ubijał 

pianę, a wszystko to w największym porządku: ani jeden okruch nie zaśmiecał kontuaru. Jego 
koszula była wciąż nieskazitelnie czysta. 

– Nie lubię klinicznego gotowania – zauważyła z przekąsem. – Nie ufam tej metodzie. 

Wykazuje brak należytego zaangażowania. 

– Wierz mi, że można być dobrym kucharzem i nie wyglądać jak osoba, która właśnie 

weszła w kolizję z ananasowym tortem. 

background image

Płomień w oczach Roberta rozpalał się z każdą chwilą. Gotowanie sprawiało mu wyraźną 

przyjemność. Za chwilę zabierze się do przygotowywania następnych potraw z karty. Tego 
tylko brakowało! Musiała koniecznie coś zrobić, póki jeszcze bieg spraw nie był całkowicie 
poza   jej   kontrolą.   Jedynym,   co   przyszło   jej   do   głowy,   była   próba   przypomnienia   mu   o 
świecie, który pozostawił, o Nowym Jorku. 

–   Twoi   prawnicy   opowiadali   mi,   że   odnosisz   wielkie   sukcesy   w   swojej   agencji 

reklamowej. Podobno to ty zrobiłeś tę śmieszną reklamę w telewizji, w której trzech facetów, 
podobnych do braci Marx, walczy o ostatni słoik sosu do spaghetti. Bardzo mi się podobała. 
Jest zabawna i zachęcająca, podobno zdobyła nawet nagrody... 

Robert niewzruszenie nakładał na talerzyki bitą śmietanę. 
– Nie wiedziałem, że prawnicy są tacy gadatliwi – odparł. 
–   Złożyli   u   mnie   tak   wiele   wizyt,   że   prawie   zdążyliśmy   się   zaprzyjaźnić.   To,   że 

opowiedzieli mi trochę o swoim szefie, jest przecież rzeczą naturalną. 

– Ty w każdym razie na pewno ich do tego nie zachęcałaś – powiedział z przekąsem. 
– Lubię słuchać ludzi. A jeżeli chodzi o ciebie, to nie mogę zrozumieć, jak mogłeś tak po 

prostu zostawić swoją wspaniałą agencję. 

– Cały czas kontroluję jej pracę – wyjaśnił Beltramo, wstawiając tacę z deserami do 

zamrażarki. 

–   Moi   współpracownicy   są   bardzo   kompetentnymi   ludźmi.   Poradzą   sobie   doskonale, 

nawet gdy moja nieobecność się przedłuży. 

– W takim razie nie zamierzasz chyba pozostać w San Antonio na stałe. Zrobiłeś sobie 

coś w rodzaju wakacyjnego wypadu, prawda?

– Nie rób sobie za wiele nadziei. Zatrzymuję swoje udziały w agencji, ale to nie znaczy, 

że nie będę w stanie prowadzić tej restauracji. Mogę tu spędzać tyle  czasu, ile zechcę – 
oznajmił, zaglądając do wnętrza zamrażarki. – Ależ tu bałagan!

– Wszystko jest poustawiane według moich zasad – ucięła Gwen, zatrzaskując drzwiczki. 

– Jednego nie rozumiem. Praca w agencji reklamowej musi być  niezmiernie ekscytująca, 
dlaczego więc decydujesz się na życie z dala od tak ciekawych wydarzeń?

– Po tym, jak sprzedałem milion słoików sosu do spaghetti, być może potrzebuję w życiu 

nowych wrażeń. – Robert zaczął rozglądać się po kuchni w poszukiwaniu nowego zajęcia. 

– I myślisz, że robienie sosu, zamiast sprzedawania, dostarczy ci tych wrażeń?
– Dokładnie.  Ta  restauracja stanowi  wyzwanie,  Gwennie.  Tego  mi  właśnie  potrzeba: 

nowego wyzwania. Oho, chyba coś się pali!

Spojrzenie dziewczyny powędrowało w stronę pieca. A niech to! Zupełnie zapomniała o 

mięsie.   Szybkim   ruchem   zdjęła   patelnię   z   ognia,   ale   było   już   za   późno.   Pieczołowicie 
przygotowywana   potrawa   nadawała   się   tylko   do   wyrzucenia.   Przyglądała   się   jej   z 
przygnębieniem. Zazwyczaj miała podzielną uwagę i potrafiła robić w kuchni wiele rzeczy 
naraz, ale dziś, w obecności Roberta... 

On natomiast wcale nie wydawał się rozkojarzony. Sięgnął pojedna z patelni, wiszących 

na  ścianie.  Kilka  chwil  później  na  patelni   skwierczało  już masło,   a mężczyzna   starannie 
odmierzał porcję ryżu. Gwen musiała przyznać, że Robert doskonale sobie radził na nowym 

background image

dla   siebie   terenie.   Na   domiar   złego,   gwizdał   pod   nosem   jej   ulubioną   melodię.   Scott   nie 
zrobiłby nic podobnego, nawet pod przymusem. 

Splatając ręce, wyczuła  kształt zaręczynowego  pierścionka.  Ostatnio nosiła go w taki 

sposób, że brylant znajdował się po wewnętrznej stronie dłoni, tak aby nie musiała go stale 
widzieć. Ale teraz kamień aż nadto dawał znać o swoim istnieniu. Ostre krawędzie mocno 
wpijały się w skórę. 

W międzyczasie do restauracji przyszło dwoje pracowników Gwen. Robert wykorzystał i 

tę okazję, aby po raz kolejny zirytować dziewczynę.  Ogłosił mianowicie natychmiastowe 
zebranie personelu. 

– Chwileczkę, Beltramo – powiedziała Gwen, zagradzając mu drogę. – My nie działamy 

tu w ten sposób. Nie urządzamy zebrań. Gdy jest jakaś ważna sprawa, to omawiamy ją przy 
ciastku i kawie. 

– Rozumiem, taka rodzinna pogawędka. 
– Dokładnie. To znakomicie zdaje egzamin. Claudine i Jeremy wiedzą, że mogą mi w 

każdej chwili powiedzieć o wszystkim, co ich boli, a ja zawsze ich wysłucham. 

– Ferris, posłuchaj uważnie. Zebrania zwołuje się po to, aby przekazać pracownikom 

polecenia, a nie słuchać ich żalów. Widzę, że przydałby ci się kurs zarządzania. – Robert 
posłał jej protekcjonalny uśmiech. 

–  A   ty  chyba   odbyłeś  o  jeden  kurs   za  wiele   –  uniosła   się  Gwen.  –  Ja  studiowałam 

wiktoriańską literaturę, to mi wystarcza. Poczytaj Dickensa, a może dowiesz się czegoś o 
ludzkiej naturze. 

– Dickens, powiadasz? Za chwilę pewnie mi powiesz, że „Klub Pickwicka” to w zasadzie 

poradnik zarządzania restauracją – powiedział Beltramo, krzywiąc się sceptycznie. 

– A żebyś wiedział, że przeczytanie „Klubu Pickwicka” bardzo by ci się przydało. Spędź 

trochę   czasu   z   panem   Raddle   i   doktorem   Slammerem.   To   ci   przyniesie   niewyobrażalne 
korzyści, a na dodatek nie będziesz miał czasu na idiotyczne zebrania personelu. 

–   W   razie   gdybyś   o   tym   zapomniała,   chciałbym   ci   przypomnieć,   że   jesteśmy 

wspólnikami. Twoi pracownicy są również moimi pracownikami. Tak się składa, że ja lubię 
zebrania, czerpię z nich wiele satysfakcji. 

Gwen stanęła w drzwiach kuchni, jak gdyby w ten sposób chciała powstrzymać Roberta. 

Oczywiście,   nie   miała   żadnych   szans.   Nie   mogła   zmienić   faktu,   że   mieli   równe   prawo 
decydowania i jeżeli jej wspólnik życzył sobie zorganizować zebranie, miał do tego pełne 
prawo. Po namyśle odeszła od drzwi. 

– No, to do dzieła! Daj nam wszystkim dobrą lekcję zarządzania. 
Mężczyzna zignorował ironię w jej głosie i wepchnął ją do sali restauracyjnej. Wskazał 

jej   krzesło   obok   Jeremy'ego   i   Claudine,   tak   jak   gdyby   była   po   prostu   jeszcze   jednym 
pracownikiem. Nie chcąc dać się sprowadzić do takiej roli, nie usiadła. 

– Jeremy, Claudine, to jest pan Robert Beltramo, syn starszego pana Beltramo – zaczęła. 

– Nie chcę, aby jego obecność w jakikolwiek sposób zakłócała wam pracę. Wykonujcie swoje 
obowiązki, tak jak zwykle. Jego pobyt tu będzie krótki, bardzo krótki. 

Robert obdarzył ją jednym ze swoich pełnych wyższości uśmiechów i podszedł do stołu. 

background image

–   Panna   Ferris   właśnie   próbowała   wam   przekazać,   że   od   dziś   ja   i   ona   jesteśmy 

równoprawnymi wspólnikami. W rezultacie jesteście również moimi pracownikami. Wkrótce 
przekonacie   się,   że   jestem   bardzo   sprawiedliwym   pracodawcą,   ceniącym   ciężką   pracę.   I 
właśnie tego od was oczekuję: pracy, pracy i jeszcze raz pracy. 

Przerwał, spoglądając na zebranych jak feudał na swych wasali. Jego spojrzenie skupiło 

się na Gwen, jakby w ten sposób chciał zmusić ją do zajęcia miejsca przy stole. 

Dziewczyna   zawahała   się,   ale   nie   mając   innego   wyboru,   usiadła.   Miała   nadzieję,   że 

Robert szybko przekaże im to, co ma do powiedzenia i uprzykrzone zebranie zakończy się. 

– Wkrótce w naszej restauracji będą miały miejsce inspirujące zmiany – ciągnął Beltramo 

po chwili ciszy. 

– Nasze obroty wzrosną w szybkim tempie. W niedługim czasie przewiduję ekspansję na 

inne formy działalności. Ogłaszam koniec stagnacji. 

Postanowienie Gwen, co do zachowania spokoju, zostało złamane bardzo szybko. 
– Tu nie ma żadnej stagnacji – zaprotestowała. 
– Mamy optymalne obroty. Ludzie przychodzą do nas, gdyż szukają spokojnej, rodzinnej 

atmosfery. 

Robert wydawał się nie słuchać. Jego uwaga skupiona była na Jeremym i Claudine. 
–   Zostaną   stworzone   nowe   możliwości   awansu   –   zwrócił   się   bezpośrednio   do   pary 

pracowników. 

– Jeżeli włożycie w pracę odpowiedni wysiłek, oboje możecie w przyszłości czerpać z 

tego korzyści. 

Jednak nie znalazł w nich wdzięcznych słuchaczy. Jeremy* nie wyglądał na skorego do 

współpracy. Co prawda, była to jego normalna poza. Dwudziestoletni chłopak pracował tu od 
dziesięciu miesięcy i pełnił funkcję zmywacza naczyń. Zazwyczaj w ogóle się nie odzywał, a 
jeżeli   miał   zamiar   się   wypowiedzieć,   były   to   głównie   monosylaby.   Był   dobrym 
pracownikiem, ale nie wykazywał żadnych ambicji. Oczywiste było, że Robert nie ma szans 
na zainspirowanie tego człowieka obietnicami awansu. 

Claudine natomiast była  najwyraźniej zainteresowana atrakcyjnym  wyglądem Roberta. 

Wpatrywała się w niego rozmarzonymi oczami i choć chłonęła wszystko, co mówił, widać 
było, że nie przykładała żadnej wagi do znaczenia jego słów. Claudine była ładną rudowłosą 
osóbką. Kelnerowała w restauracji już od dwóch lat. Ulubionym  strojem dziewczyny był 
obcisły,   jednoczęściowy   kostium,   taki   jakie   noszą   zawodowe   tancerki.   Starała   się   w   ten 
sposób udowodnić światu, że tak naprawdę, wcale nie jest zwyczajną kelnerką. 

Teraz siedziała w wystudiowanej, nieco sztucznej pozie, bez wątpienia próbując w ten 

sposób zwrócić na siebie uwagę Roberta. Cóż, w towarzystwie tak przystojnego mężczyzny 
każda kobieta miała prawo rozmarzyć się choć na chwilę. Niestety, Beltramo był w równym 
stopniu przystojny, co arogancki. 

– Już wiem, czego wam potrzeba – mruknął pod nosem. – Ktoś musi tchnąć w was więcej 

entuzjazmu. Tak się składa, że znam taką metodę. 

Robert rozejrzał się po sali. Jego wzrok zatrzymał się na tablicy, która służyła Gwen do 

ogłaszania specjalności dnia. Bez słowa przyniósł tablicę do stołu i bezceremonialnie starł 

background image

ogłoszenie o darmowych truskawkach dodawanych do każdego ciastka. Szybkimi ruchami 
zaczął rysować na tablicy jakiś diagram. Był to duży prostokąt przedzielony pośrodku linią. 
Wewnątrz wrysował dwa półkola, a dzieła dopełniły dość bezładnie umiejscowione krzyżyki. 

– Jeżeli próbujesz grać w kółko i krzyżyk, nie bardzo ci to wychodzi. 
– To jest boisko do koszykówki – oznajmił, z dumą przyglądając się swemu dziełu. – 

Gwendolyn, szykuj się! Stworzymy drużynę pracowników naszej restauracji. 

Jeremy   nieznacznie   poprawił   się   na   krześle.   Claudine   starannie   wygładziła   fałdki   na 

rajstopach. Tylko Gwen wybuchnęła śmiechem. 

–   Chyba   żartujesz,  Beltramo.   Drużyna   koszykówki?   Skąd   ci   przyszedł   do  głowy  tak 

niedorzeczny pomysł?

– Ktoś musi rozruszać tę apatyczną grupę. To najlepsze, co mi przyszło do głowy. Poza 

tym,  słyszałem,  że stróże parkingu z Hotelu Roosevelt już rozpoczęli  treningi. Będziemy 
musieli ciężko pracować, aby mieć jakiekolwiek szanse w meczu z nimi. 

– Chcesz się z nimi zmierzyć? A po co nam to?
– To chyba oczywiste! – Mężczyzna aż uniósł brwi ze zdziwienia. – Ludzie znacznie 

lepiej ze sobą pracują, jeżeli łączy ich sport zespołowy. To doskonały sposób integracji załogi 
i  jest   stosowany przez  wiele   firm.   Poza   tym,   będę  miał  wreszcie   szansę  stworzyć  dobrą 
drużynę.   Koledzy   z   agencji   byli   zbyt   wielkimi   indywidualistami   i   do   tego   sportowymi 
beztalenciami. Wasza trójka stwarza jakieś nadzieje. 

Robert   tryskał   entuzjazmem   i   determinacją.   Gwen   oczami   wyobraźni   widziała   kadrę 

kierowniczą jego agencji reklamowej, leżącą pokotem na boisku koszykówki. Dali z siebie 
wszystko, ale nie byli w stanie dotrzymać kroku swojemu szefowi. 

Po   chwili   ciszy   znowu   zaskrzypiała   kreda.   To   Beltramo   nanosił   nowe   oznaczenia 

taktyczne. 

– Im prędzej zapoznacie się z waszymi pozycjami na boisku, tym lepiej. Jeremy będzie w 

obronie, a Claudine w ataku. Jeżeli chodzi o ciebie, Ferris, ty będziesz drugim napastnikiem. 
Ja zagram w środku. Gwendolyn, a co z twoim narzeczonym? Mam nadzieję, że się do nas 
przyłączy. 

– Nie licz na to. Scott nigdy w życiu nie dotknął piłki do koszykówki. 
– Trudno, ale to nie takie ważne. Możemy zorganizować mecz drużyn czteroosobowych. 
Robert   narysował   kilka   nowych   krzyżyków   na   tablicy.   Nie   było   wątpliwości,   był   w 

swoim żywiole – realizował najnowszy ambitny plan. 

–   Być   może   zauważyłeś,   że   żadne   z   nas   nie   zgodziło   się   na   ten   szalony   pomysł   – 

stwierdziła   z   przekąsem   Gwen.   –   Tak   się   składa,   że   w   tej   restauracji   stosowane   są 
demokratyczne metody. 

– Nie ma problemu, zagłosujemy – zgodził się mężczyzna, wskazując kawałkiem kredy 

na Jeremy’ego. – Przystępujesz do drużyny, prawda?

Nie   przypominało   to   demokratycznego   głosowania,   ale   sennemu   młodzieńcowi   było 

wszystko jedno. Ledwie zauważalnie skinął głową i zagłębił się w swoim krześle. 

– Panie Beltramo, jestem tancerką, a nie koszykarką – zabrała głos Claudine. – Muszę 

myśleć   o   karierze,   chodzić   na   próby,   ćwiczyć.   Proszę   mnie   zrozumieć,   to   pochłania 

background image

większość mojego wolnego czasu. 

– Wstąp do drużyny, a wkrótce przekonasz się, że to pomoże ci w karierze – przekonywał 

Robert, żywo gestykulując. – Większa wytrzymałość, wyższe skoki i będziesz tańczyć, jak 
nigdy przedtem. 

Dziewczyna podkurczyła nogi, jak gdyby już szykowała się do wysokiego skoku. 
– Sama nie wiem... 
– Zobaczysz, że to działa – perswazja nowego szefa była miażdżąca. – Powiem wam, jak 

się   do   tego   zabierzemy.   Na   tyłach   restauracji   przed   laty   ustawiłem   tablicę   z   koszem. 
Spotkamy się tam dziś o trzeciej na naszym pierwszym treningu. Obecność obowiązkowa. Na 
razie dziękuję, możecie się rozejść. 

Jeremy wyszedł z sali. Claudine, nie będąc jeszcze w pełni przekonana, pocieszała się, że 

będzie miała szansę popisania się przed atrakcyjnym szefem. Uniosła się z krzesła ruchem 
pełnym gracji i wolnym krokiem poszła do kuchni. 

Beltramo  przez  długą chwilę  przyglądał  się  schematowi  boiska. Wystarczyło  dać  mu 

kawałek   kredy,   a   stawał   się   jeszcze   bardziej   niebezpieczny   niż   przy   garach.   Gwen   nie 
potrafiła już dłużej zapanować nad sobą. Podeszła do Roberta, wyjęła mu kredę z ręki i 
wielkimi literami napisała na tablicy: POSZŁAM NA LUNCH. 

–   Gwennie,   widzę,   że   nie   masz   ani   krzty   zapału.   Musisz   wyrobić   w   sobie   poczucie 

solidarności z drużyną. I śpiesz się: już wkrótce gramy nasz pierwszy mecz z chłopcami z 
Hotelu Roosevelt. 

– Czy myślałeś już nad nazwą swojej drużyny? Może Banda Beltramo?
Robert zamyślił się przez moment. 
– Hej, to brzmi całkiem nieźle! – wykrzyknął. Sprawy przybierały coraz gorszy obrót. 

Gwen spojrzała na niego zdesperowana. 

– Posłuchaj mnie uważnie. Nie będę w twojej drużynie. To byłoby zupełnie, jak... jak... 
– Przejście na stronę przeciwnika? – podsunął. Uśmiechnął się do niej. W tym momencie 

zdała   sobie   sprawę,   że   stoją   stanowczo   zbyt   blisko   siebie.   Po   porannym   gotowaniu 
przesiąknięty był wonią bazylii i oregano. Cofnęła się, o mały włos nie przewracając tablicy. 

– Po pierwsze, nie mam pojęcia o grze w koszykówkę – przyznała. – A po drugie... 
– Jestem dobrym trenerem, Gwennie. Po moich lekcjach pokochasz tę grę – zapewnił z 

uśmiechem. 

– Nie licz na to – odpowiedziała, ściskając kredę. 
– Czego się tak obawiasz? – zapytał. – Czy tego, że niechcący będziesz się dobrze bawić?
O tak, właśnie tego się bała. Mówiła sobie, że musi bardzo uważać, aby nie czerpać za 

wiele przyjemności z towarzystwa Roberta Beltramo. Jeżeli pozwoli sobie na uganianie się z 
nim po boisku, to co będzie dalej? Poza tym, tak czy inaczej, nie chciała być nielojalna wobec 
Scotta. 

– Nie będę w twojej drużynie – powtórzyła zdecydowanie, wsadzając kredę w kieszeń 

fartucha. – Jeżeli Jeremy i Claudine zdecydują inaczej, nie będę ich powstrzymywać, ale na 
mnie nie liczcie. Ruszyła wolno w stronę kuchni. 

– My dwoje już rozgrywamy mecz, Gwennie. Ty i ja. Przed tym nie ma ucieczki. 

background image

Odwróciła się. 
– Uważaj, Beltramo! To ja atakuję w tej grze. 
– Miło mi to słyszeć – uśmiech Roberta poszerzył się. – Coś mi mówi, że będzie z ciebie 

dobra koszykarka. Jeszcze cię wyciągnę na boisko, zobaczysz. 

– Nie masz żadnych szans!

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Gwen,   powstrzymując   ziewanie,   włożyła   do   papierowej   torebki   kilka   marchewek   i 

główek sałaty. Był późny wieczór i wszyscy goście już opuścili restaurację. Jeremy i Claudine 
poszli   do  domu,   a   i   Robert   gdzieś   przepadł.   Miała   nadzieję,   że   także   poszedł   do  domu. 
Potrzebowała trochę czasu dla siebie. Po tym wyczerpującym dniu, spędzonym z Robertem 
Beltramo, chciała nacieszyć  się posiadaniem restauracji tylko dla siebie. Jeżeli wystarczył 
jeden dzień, aby tak mocno zachwiać jej wewnętrzną równowagą, to jakże będzie w stanie 
wytrzymać to piekło aż do przyszłej niedzieli?

Będzie   musiała,   nie   ma   na   to   rady.   Zniesie   to   przez   pamięć   o   starszym   panu   i   dla 

własnego dobra. Nie może  pozwolić,  aby Robert  zamienił  wspaniałą,  rodzinną  atmosferę 
restauracji na pośpiech baru szybkiej obsługi. 

– Podkradasz warzywa, Gwennie? – Głos Beltramo sprawił, że podskoczyła. 
– Myślałam, że już dawno wyszedłeś. 
–   Wciąż   tu   jestem.   Zdaję   sobie   sprawę,   jak   bardzo   lubisz   moje   towarzystwo   – 

odpowiedział mężczyzna, oparłszy się o framugę drzwi. 

Jakaś wewnętrzna siła sprawiała, że nawet po trudach całego dnia wyglądał świeżo. Z 

drugiej strony, był to dla niego dzień pełen sukcesów. Bez problemów zaciągnął Jeremy’ego 
na boisko do koszykówki i tylko trochę perswazji wystarczyło, aby i Claudine rozpoczęła 
treningi z piłką. Tak, po prostu, udało mu się zdobyć autorytet u jej dwojga pracowników. 
Wcale nie wyglądał na zmartwionego tym, że Gwen odmówiła udziału w przedsięwzięciu. 
Była w nim denerwująca pewność, że prędzej czy później i ona nagnie się do jego woli. 

Zrobił   też   duże   wrażenie   jako   kucharz.   Kilku   tradycyjnie   najwybredniejszych   gości 

poprosiło   dziś   o   dokładkę   przyrządzonych   przez   niego  tortoni.  Nawet   Gwen   niechętnie 
musiała przyznać, że były świetne. 

– Jeśli chcesz wiedzieć, te warzywa nie są już świeże – wyjaśniła, wkładając do torby 

następne główki sałaty. – Zamiast wyrzucać, zabieram je dla mojego królika. 

– Bardzo lubię króliki. 
– Mój nie jest towarzyski. Marzy zapewne o zjedzeniu swoich marchewek w samotności. 
Gwen zdjęła fartuch i zawiesiła go na kołku. Z torbą warzyw w ręku skierowała się w 

stronę drzwi. Gdy mijała Roberta, zręcznym ruchem wyjął jej z dłoni pakunek. 

– Odprowadzę cię – zaproponował. 
– Naprawdę nie musisz tego robić. 
– Czy przychodzi po ciebie twój chłopak?
– Scott jest w delegacji – odpowiedziała, obracając na palcu pierścionek. 
– Właśnie zastanawiałem się, dlaczego jeszcze go nie poznałem. 
–   On   bardzo   dużo   podróżuje.   Sprzedaje   oprogramowania   komputerowe.   Właśnie 

otrzymał awans. 

Ostatnio jest poza domem jeszcze częściej niż zwykle. Bardzo ciężko pracuje. 
– Ach, już rozumiem – powiedział Robert poważnie. 

background image

Gwen wydawało się, że w tonie jego głosu usłyszała coś podejrzanego. 
– O co ci chodzi, Beltramo?
–   O   nic   takiego.   Myślę   tylko   o   tym,   co   sama   powiedziałaś.   Wychodzisz   za   ciężko 

pracującego   faceta,   który   sprzedaje   programy   komputerowe   zamiast   adorować   swoją 
narzeczoną – wyjaśnił Robert i ruszył w stronę drzwi. 

Pogasiła światła i podążyła śladami mężczyzny. W ciemności wpadła na niego i łapiąc 

równowagę, przytrzymała się męskiego ramienia. Poczuła ciepło jego ciała, emanujące przez 
miękką, bawełnianą koszulę. Szybko cofnęła rękę. 

– Wcale nie chcę być bez przerwy adorowana – powiedziała, gdy byli już na zewnątrz. – 

Scott jest za to bardzo solidny i można na nim polegać. 

– Oczywiście, Gwennie. Mężczyzna musi dbać o swą karierę. Jeżeli oznacza to spędzanie 

mniej czasu z dziewczyną, to trudno – zgodził się z nią Robert. 

Gwen nie ufała powadze jego głosu. 
– Ty sam zapewne byłeś nieraz w podobnej sytuacji: ciężko pracowałeś i nie mogłeś 

spędzać dużo czasu ze swoją dziewczyną. 

Tym razem to Beltramo się zamyślił. Po chwili odpowiedział:
– Większość kobiet, z którymi  się spotykałem,  była  zajęta własną karierą. Poza tym, 

chyba  jeszcze   nie  spotkałem  takiej   osoby,   która  oderwałaby  mnie   od  pracy.  Jednak   taka 
dziewczyna może się pojawić – w jego głosie znów pobrzmiewał żartobliwy ton. 

– I być może sprawi, że zapomnę dla niej o całym świecie. 
Gwen wspięła się na stopnie kamiennego mostku. Robert zatrzymał się obok i położył 

torbę z warzywami na balustradzie. 

– Nie wierzysz mi? To prawda. Gdy pojawi się ta właściwa dziewczyna, zrobię dla niej 

wszystko. Zupełnie zapomnę o pracy i zabiorę ją do Meksyku albo na Alaskę – ciągnął. 

Szukała w myślach kąśliwej odpowiedzi, ale na próżno. 
– Meksyk – wyszeptała, przyglądając się profilowi mężczyzny na tle rozgwieżdżonego 

nieba. – To niezły pomysł, ale ja zawsze chciałam pojechać do Włoch... 

Ugryzła   się   w   język.   Jej   marzenia   o   Italii   były   sekretem   znanym   tylko   jej.   Robert 

odwrócił się, ale nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy. 

–  Czy  tam  właśnie  pojedziesz   w  podróż  poślubną?   Wstrząsnął  nią  dreszcz.  W  myśli 

winiła   za   to   chłodne   powietrze   nocy.   Nie   chciała   przyznać,   że   wywołała   go   bliskość 
mężczyzny i brzmienie jego głosu. Mimo to nie ruszyła się z miejsca. 

–   Nie   będziemy   mogli   pozwolić   sobie   na   długą   podróż.   Prawdopodobnie   spędzimy 

weekend w Galveston, a potem... 

– Wiem. Potem on musi wracać do sprzedawania programów. 
– Pomówmy o tobie. Mówisz, że zrobisz wszystko gdy zjawi się ta właściwa dziewczyna, 

ale ja nie wierzę ci ani przez moment – zaatakowała Gwen. – Przetaczasz się przez cudze 
życie jak walec i nie zatrzymasz się tylko po to, aby przeżyć romantyczne chwile. Już cię 
dobrze poznałam, Beltramo. 

– Nie wierz w to, Gwennie – powiedział śmiejąc się. – Wiesz o mnie tak mało, że mogę 

cię   jeszcze   bardzo   zaskoczyć.   Kto   wie,   czy   nie   jestem   najbardziej   romantycznym 

background image

człowiekiem, jakiego spotkałaś. 

– Nie wierzę, aby jakikolwiek mężczyzna był naprawdę romantyczny – stwierdziła Gwen, 

schodząc po schodkach na drugą stronę mostu. 

Szła szybko, a obcasy jej pantofelków wybijały głośny rytm. Jednak Robert z łatwością 

dotrzymywał jej kroku. 

– Wszystko  staje się jasne. Zgadzasz się na tego Scotta, bo straciłaś  już nadzieję na 

romans. To całe wytłumaczenie. 

– To nie jest tak. To była świadoma decyzja i uważam, że dokonałam świetnego wyboru 

– broniła się. 

–   Zgoda,   jeżeli   tak   mówisz.   Ale   gdybyś   była   moją   dziewczyną,   widywałabyś   mnie 

znacznie częściej niż poczciwego Lowella. Ja nigdy nie pozwoliłbym, żeby inny mężczyzna 
odnosił ci do domu warzywa!

– A może ja wcale nie chciałabym widywać go częściej? – wybuchła Gwen. – Chyba 

działałoby mi to na nerwy. 

Zaskoczona tym, co przed chwilą powiedziała, przyśpieszyła kroku. Robert nie odezwał 

się, ale ta cisza była jeszcze gorsza. 

– Zbyt długie przebywanie razem nie jest korzystne dla żadnej ze stron – argumentowała 

rozpaczliwie. – Ludziom potrzebna jest przestrzeń. Powinno się o tym pamiętać, jeśli chce się 
zachować dobre stosunki. 

– Może masz rację, Gwennie. Najlepszą receptą na bezproblemowy związek jest unikanie 

partnera. Wtedy nie ma kłótni ani nieporozumień. Nie ma możliwości, aby kochanek działał 
nam na nerwy... 

Im   bardziej   Gwen   starała   się   wybrnąć   z   sytuacji,   tym   głębiej   się   pogrążała.   Mocno 

zaciskając usta, aby nie powiedzieć już niczego więcej, skierowała się w stronę domu. Robert 
nie   miał   nic   przeciwko   zakończeniu   rozmowy.   Na   dowód   tego   zaczął   gwizdać.   Jego 
interpretacja znanej hiszpańskiej melodii była mistrzowska. Gwen po raz drugi tego wieczora 
poczuła dreszcz i tym razem wiedziała na pewno, że nie była to wina chłodu. W myślach 
obraz   Meksyku   zlewał   się   z   marzeniami   o   Italii.   Pragnęła   jak   najszybciej   dotrzeć   do 
bezpiecznych progów domu i ochłonąć od niespodziewanych wrażeń. 

Wreszcie   doszli   do   zielonego   płotu,   otaczającego   jej   ogródek.   Otworzyła   furtkę   i 

wyciągnęła ręce po torbę z warzywami. 

– Jestem pewna, że królik będzie ci bardzo wdzięczny. 
–   Niosłem   to   tak   długo   –   powiedział   Robert   nie   puszczając   torby   –   że   myślę,   iż 

powinienem mieć szansę poznania tego czworonoga. 

– Beltramo, spędziliśmy ze sobą cały dzień. Kuchnia jest za mała dla nas dwojga. Czy nie 

uważasz,   że   powinniśmy   nieco   od   siebie   odpocząć?   –   Było   to   bardziej   stwierdzenie   niż 
pytanie. 

– Intryguje mnie ten królik. Jak tylko go zobaczę, zaraz uciekam. 
Gwen dobrze wiedziała, co zamierzał mężczyzna: rozciągał swoją strategię irytowania jej 

także na godziny nocne. Na dodatek, najwyraźniej sprawiało mu to przyjemność. Gdyby mu 
odmówiła,   zapewne   stałby   tak   przed   jej   domem   przez   większą   część   nocy.   Postanowiła 

background image

pokazać mu zwierzaka i jak najszybciej pożegnać nie chcianego wspólnika. 

Poprowadziła gościa przez ogród dookoła domu. Otworzyła druciane drzwiczki klatki, a 

królik natychmiast z niej wyskoczył. Gwen pogłaskała go za uszami, ale nos sympatycznego 
zwierzaka już kierował się w stronę Beltramo. Mężczyzna ukląkł i podsunął mu marchewkę. 
Zazwyczaj królik obawiał się obcych, ale przy Robercie czuł się pewnie i bez obaw zabrał się 
do posiłku. 

– Lubi cię, bo przyniosłeś mu jedzenie – wyjaśniła Gwen. – Z reguły nie uznaje nikogo 

oprócz mnie. 

– A może po prostu ja mu się podobam?
–   Dość   tego.   Przez   cały   dzień   starałeś   się   zawładnąć   moją   restauracją,   moimi 

pracownikami, a teraz nawet chcesz zabrać mojego królika. Bądź pewien, że zainteresował się 
twoją osobą tylko dlatego, że przyniosłeś mu jedzenie. A swoją drogą, muszę zaordynować 
mu dietę, ostatnio je za dużo. 

Robert  przeszukiwał  torbę, by znaleźć  następny smakowity kąsek dla  sympatycznego 

czworonoga. 

– Dlaczego hodujesz właśnie królika? Dlaczego nie psa albo złote rybki?
Atmosfera spotkania stawała się stanowczo zbyt przyjemna. Gwen nie chciała być tak 

przyjazna   Robertowi,   jak   jej   królik,   ale   nie   mogła   nic   na   to   poradzić,   że   czuła   się   taka 
odprężona w jego towarzystwie. 

– To stało się wkrótce po tym, kiedy kupiłam ten dom – odpowiedziała. – Pewnego ranka 

po prostu pojawił się na werandzie. Nie mogłam się nadziwić, skąd tu przywędrował. Nikt z 
sąsiadów   nie   potrafił   tego   wyjaśnić.   Rozwiesiłam   ogłoszenia,   ale   nie   było   na   nie   żadnej 
reakcji. Zamieszkał więc w moim ogrodzie. 

– To do ciebie pasuje, Gwennie – stwierdził  Robert, podając zwierzęciu  kolejny liść 

sałaty.   –   Królik,   którego   nikt   nie   chce,   zrujnowany   dom,   mój   zrzędliwy   tatuś...   Lubisz 
beznadziejne przypadki. 

Gwen nie powinna była ani na chwilę tracić czujności w towarzystwie tego człowieka. On 

zbyt dobrze wiedział, jak to wykorzystać. 

– Dla ciebie wiele rzeczy może wydawać się beznadziejnymi przypadkami, bo nie starasz 

się   dostrzec   głębi,   patrzysz   tylko   na   powierzchnię   –   powiedziała   zirytowanym   głosem, 
chowając kłapoucha do klatki. – Ten zwierzak jest najnormalniejszym domowym królikiem. 
Twój ojciec miał bardzo dobre serce, a ten dom będzie kiedyś najpiękniejszym domem w 
okolicy!

– Widzę, że dotknąłem wrażliwej struny – odparł Robert miękko. – Wiem, o co chodzi. 

Sama zaczynasz kwestionować swoją zdolność osądzania. Zastanawiasz się nad trafnością 
wyboru narzeczonego i to sprawia, że masz wątpliwości także co do innych rzeczy, które 
dotąd uważałaś za pewnik. 

Gwen   wiedziała,   że   Robert   chce   ją   sprowokować,   a   przy   tym   doskonale   się   bawi. 

Niestety, zrobiła dokładnie to, czego od niej oczekiwał – dała się podpuścić. 

– Wejdźmy do środka – zaproponowała. – Udowodnię ci, że mam rację. 
Weszli   do   domu   tylnymi   drzwiami.   Dziewczyna   zapaliła   światło   i   dumnym   gestem 

background image

wskazała na wnętrze. 

–   Przyjrzyj   się:   te   belki   stropowe   są   tak   zdrowe,   jakby   dom   wybudowano   wczoraj. 

Sosnowa klepka, porcelanowy zlew. Oryginalna armatura. 

Odkręciła   jeden   z   kranów,   aby   zademonstrować   walory   instalacji.   Niestety,   rury 

zaskowytały w proteście. Natychmiast zakręciła wodę. 

– To tylko drobny hydrauliczny problem – zbagatelizowała, widząc uśmiech na twarzy 

Roberta. 

Poprowadziła go do salonu. 
– Spójrz na to – komenderowała. – Ta tapeta ma osiemdziesiąt lat! Jest w doskonałym 

stanie.   Wszystkie   rzeźbione   półki   na   książki   są   oryginalnie   wbudowane   w   ścianę.   A   co 
powiesz o tej dębowej półce nad kominkiem? Czyż nie jest wspaniała?

Robert   chodził   po   pokoju,   przyglądając   się   wszystkim   wymienionym   elementom 

wyposażenia, ale nie wydawał się być pod ich wrażeniem. 

Gwen nie dawała za wygraną. Otworzyła jedne z drzwi i zamknęła je z trzaskiem. 
–   Doskonale   spasowane   –   wyjaśniła.   –   To   dlatego   że   wszystko   tu   jest   idealnie 

wypoziomowane. 

Następnie postukała w ścianę. 
– Słyszysz ten dźwięk? On mówi wszystko. Tu nie ma żadnych korników, gwarantuję. 
Liczne zalety domu, tak zachwalane przez Gwen, nie wzbudziły w mężczyźnie większego 

zainteresowania. Zatrzymał wzrok na udekorowanej choince. 

–   Mam   nadzieję,   że   udowodniłam   ci,   iż   ten   zakup   był   znakomitym   pomysłem   – 

kontynuowała dziewczyna. – Schwyciłam okazję w samą porę! Teraz sam widzisz, że umiem 
dobrze wybierać. To dotyczy nie tylko domu, ale i mojego narzeczonego. 

– A propos, dlaczego nie widzę tu żadnych zdjęć twojego chłopaka? – Robert rozejrzał 

się dookoła. – Spodziewałbym się co najmniej tuzina fotografii ukochanego. 

– Naturalnie, że mam zdjęcie Scotta – powiedziała niecierpliwie. – Gdzieś tu powinno 

być... 

Wzrok   Gwen   przeczesywał   pomieszczenie,   prześlizgując   się   po   najróżniejszych 

świątecznych   ozdobach   i   antycznych   drobiazgach,   których   wszędzie   było   pełno.   Nigdzie 
jednak nie było śladu fotografii Lowella. Dziewczyna, choć niechętnie, przyznała się do tego 
Robertowi. 

–   Gwennie,   muszę   przyznać,   że   znakomicie   udaje   ci   się   pozbawić   swoje   zaręczyny 

wszelkich   romantycznych   elementów   –   pochwalił,   bawiąc   się   porcelanową   ozdobą 
choinkową. 

Gwen   z   przerażeniem   zdała   sobie   sprawę,   że   wpuszczając   tego   człowieka   do   swego 

domu,   stworzyła   mu   idealną   okazję   do   wygłaszania   jeszcze   bardziej   uszczypliwych 
komentarzy   pod   jej   adresem.   Wiedziała,   że   powinna   ze   wszystkich   sił   dążyć   do   jak 
najszybszego   zakończenia   wizyty,   ale   z   niezrozumiałych   względów   odczuwała   potrzebę 
obrony przed stawianymi przez niego zarzutami. 

– Beltramo, powiem ci dokładnie, co myślę o romansach – zaczęła, przemierzając pokój 

tam i z powrotem. – Wychowałam się w bardzo nieromantycznej rodzinie. Ojciec i matka byli 

background image

dla siebie bardzo mili, ale nic poza tym. Byli dobrymi rodzicami, ale... ich związek nie był 
zbyt... gorący. 

Gwen przerwała, spoglądając na Roberta, który słuchał jej wyznań z nieodgadnionym 

wyrazem twarzy. Nie przerywając marszu, kontynuowała:

– Zawsze powtarzałam sobie, że moje małżeństwo będzie inne. Przysięgałam, że będę się 

kierować wyłącznie uczuciem. Gdy przeniosłam się z Houston do San Antonio, byłam taka 
podekscytowana!   Wyobrażałam   sobie,   że   w   tym   mieście   wszystko   się   może   zdarzyć. 
Marzyłam, że tu odnajdę miłość, której nie było między moimi rodzicami. – Gwen przerwała, 
żeby zaczerpnąć tchu. 

– Mów dalej – zachęcał Robert. – A może pozwolisz mi odgadnąć resztę? Poszukiwałaś 

romansu, ale nigdy go nie znalazłaś. Spotkałaś wielu mężczyzn, którzy w końcu okazywali 
się łajdakami... 

– Pozwól, że sama opowiem swoją historię – Gwen wpadła mu w słowo. – Spotykałam 

się z wystarczającą liczbą mężczyzn, aby orzec, że, być może, moi rodzice mieli rację. Po tylu 
latach wciąż są razem i cały czas są przyjaciółmi. I cóż z tego, że nie wzdychają do siebie? Są 
inne, znacznie ważniejsze rzeczy. 

–   Czy   na   tym   właśnie   polegają   wasze   stosunki   ze   Scottem?   Jesteście   po   prostu 

przyjaciółmi?

Okręciła   na   palcu   zaręczynowy   pierścionek.   Nie   mogła   zrozumieć,   dlaczego   Robert 

kwestionował każdy aspekt jej stosunków z narzeczonym. 

– Nigdy o tym nie myślałam... Tak, w gruncie rzeczy jesteśmy przyjaciółmi. Musimy 

nimi być... Czy mógłbyś zostawić to biedne drzewko w spokoju?

Robert   posłusznie   ustawił   choinkę   w   pierwotnym   położeniu.   Pozbawiony   zajęcia, 

powędrował w kierunku półek z książkami. 

– Masz tu niezłą kolekcję. Wiersze Elizabeth Barrett Browning, „Wichrowe wzgórza”, 

dzieła   sióstr   Bronte...   „Anna   Karenina”...   Wszystko   ma   jeden   wspólny   temat,   prawda, 
Gwennie? To są opowieści o wielkiej miłości. 

– Studiowałam literaturę dziewiętnastowieczną – broniła się dziewczyna. – Po raz ostatni 

powtarzam, że nie chcę żadnych romansów w moim życiu, chcę Scotta!

Robert popatrzył na nią uważnie. 
– Gdybyś była tego taka pewna, to nie wpuściłabyś mnie do domu, prawda?
Jego   pytanie   pozostało   bez   odpowiedzi.   Gwen   wydawało   się,   że   w   ciszy,   jaka 

zapanowała,   wyraźnie   słychać   było   bicie   jej   serca.   Splotła   ramiona,   ale   to   nie   zdołało 
zagłuszyć  tętniącego pulsu. Jej spojrzenie powędrowało w kierunku ust mężczyzny.  Były 
takie zmysłowe i delikatne... 

Beltramo ujął ją delikatnie za rękę i poprowadził w stronę kuchni. Zatrzymał się nagle 

pod uroczym łukiem, wieńczącym wejście do salonu. 

–  Ale   niezwykła   bombka!  –  wskazał   wzrokiem  świąteczną   dekorację,  zawieszoną  na 

sklepieniu. 

Gwen spojrzała w górę. W tym momencie poczuła na swych ustach delikatny pocałunek. 

Nie   opierała   się.   Oparła   dłoń   na   piersi   mężczyzny,   palcami   muskając   delikatny   materiał 

background image

koszuli i, niemal pozbawiona tchu, poddawała się naporowi jego ust. 

Po chwili Robert cofnął się o krok. W jego oczach momentalnie pojawiły się iskierki 

uśmiechu, który poznała już tak dobrze. 

–   Do   zobaczenia   jutro,   Gwennie   –   powiedział,   odwrócił   się   i   wybiegł   na   dwór 

frontowymi drzwiami. 

Po chwili usłyszała jego wesołe pogwizdywanie, dolatujące z ogrodowej ścieżki. 
Długo stała, nie ruszając się z miejsca. Przez jej głowę przelatywały chaotyczne myśli. 

Dlaczego pozwoliła się pocałować? Dlaczego – co było jeszcze gorsze – oddała pocałunek? 
Była   przecież   zaręczona!   Gdzie   podziała   się   jej   lojalność?   Scott   nie   zasługiwał   na   takie 
traktowanie. Ale pocałunek Roberta był taki wspaniały... 

Po dłuższych rozmyślaniach weszła do salonu i zagłębiła się w jednym z foteli. Zaczęła 

przyglądać   się   wielkiemu   brylantowi,   pobłyskującemu   na   jej   palcu.   Była   zła   na   siebie. 
Oczywiście, Robert nie traktował tego pocałunku poważnie. Z pewnością była to kolejna 
próba sprowokowania jej i wytrącenia z równowagi. Wszystko, co zrobił i powiedział tego 
dnia, miało ten sam wyraźny cel. 

Gwen   spojrzała   na   choinkę.   Mogłaby   przysiąc,   że   ozdoby   wciąż   jeszcze   tańczyły, 

wprawione w ruch ręką mężczyzny. Nie mogła już dłużej bronić się przed prawdą: Robertowi 
Beltramo   udało   się   nią   wstrząsnąć.   Od   momentu   kiedy   się   pojawił,   ogarnęły   ją   niejasne 
wątpliwości, związane z nadchodzącym ślubem. Nie mogła ich zignorować, jeżeli jej decyzja 
miała być w pełni świadoma. 

Powinna   wziąć   się   w   garść   i   do   Wigilii   oddalić   wszystkie   rozterki.   Musi   w   końcu 

wyznaczyć datę ślubu. To pomoże jej zmusić się do dokonania rozrachunku uczuć wobec 
Scotta. Był jeszcze mały problem – Beltramo i jego obecność w jej życiu. Zdawała sobie 
sprawę, że będzie on pogłębiać jej zdezorientowanie, przy nim nigdy nie zdoła ujrzeć Scotta 
w   korzystnym   świetle.   Znowu   zaczęła   sobie   przypominać,   co   czuła,   gdy   usta   Roberta 
delikatnie dotknęły jej warg... 

Gwen przycisnęła dłonie do rozognionych policzków. Zamknęła oczy. 
– To potrwa tylko do soboty – powiedziała sobie. – Potem Robert Beltramo wyjedzie stąd 

i zniknie z mojego życia!

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Claudine, co ty wyrabiasz?! – wykrzyknęła Gwen, zatrzymując się pośrodku sali. 
Dziewczyna, kucnąwszy, majstrowała przy swoim bucie. 
– Pompuję buty – wyjaśniła. – To specjalne obuwie do koszykówki, rekomendowane 

przez R. B. Są wspaniałe! Dzięki nim poprawię rzuty do kosza. Można je napompować i 
wtedy lepiej trzymają stopę. R. B. twierdzi, że przy ich pomocy pewnego dnia uda mi się 
wrzucić piłkę od góry. R. B. powiedział... 

– Dość tego – przerwała Gwen. – Nie interesuje mnie koszykówka. 
– Robisz wielki błąd, nie przyłączając się do naszej grupy. R. B. miał absolutną rację. 

Sporty drużynowe polepszają stosunki między pracownikami, nie wspominając już o tym, że 
dobrze wpływają na ogólną sprawność i samopoczucie. R. B. mówi... 

Gwen, nie mogąc już tego słuchać, zabarykadowała się w swoim pokoiku. Próbowała 

zliczyć,  ile  razy Claudine  wymieniła  inicjały Roberta  Beltramo.  Najwyraźniej  stał  się jej 
największym autorytetem. Oboje z Jeremym spędzali każdą wolną chwilę na dryblowaniu 
piłką na tyłach restauracji. Działało to bardzo źle na stan nerwów Gwen. 

Spojrzała   na   zegarek.   Dziewiąta   czterdzieści   pięć.   Sobotni   wieczór.   Dokładnie   za 

piętnaście  minut  będzie  po wszystkim.  Musi wytrzymać  jeszcze  ten kwadrans i zakład  z 
Robertem zostanie wygrany. To prawda, że wyprowadzał ją z równowagi przez cały tydzień, 
ale zdołała odpłacić mu pięknym za nadobne. Pewnego dnia dokonała odkrycia, że Roberta 
bardzo denerwował bałagan w kuchni. Aby czuć się dobrze, potrzebował wokół siebie wręcz 
sterylnego ładu i porządku. Wobec tego, przez ostatnie dni starała się stworzyć dookoła jak 
największy nieład. Odnosiło to bardzo satysfakcjonujący efekt. 

Gwen rozejrzała się po swym małym pokoiku. Od kilku dni stał się jeszcze mniejszy, bo 

Robert sprowadził tu drugie biurko i fax. Nie tracił czasu i starał się zawładnąć także i tą 
częścią lokalu. Ich biurka stały naprzeciwko siebie, jak dwie bestie czające się do skoku i 
walki na śmierć i życie. Już miała usiąść, gdy zobaczyła czerwoną koszulkę, leżącą na jej 
krześle. Rozłożyła ją i przeczytała duży napis na plecach: GWENDOLYN, a poniżej numer 
33. 

Czy pomysły Roberta miały granice? Gwen zastanawiała się, czy nie wyrzucić koszulki 

do kosza. Wpadła jej jednak do głowy inna wspaniała myśl. Położyła koszulkę na biurku i 
podeszła   do   szafy.   Biuro   było   teraz   tak   ciasne,   że   jej   drzwi   nie   dawały   się   całkowicie 
otworzyć, ale i tak zdołała odnaleźć pudełko, którego szukała. Nucąc kolędy, zabrała się do 
pracy. 

Kilka   minut   później   siedziała   już   przy   biurku,   dokonując   rutynowych   obliczeń 

finansowych. Po chwili w biurze pojawił się Robert. Rozejrzał się wokoło z niedowierzaniem 
w oczach. Na jego komputerze stała mała figurka Świętego Mikołaja, a biurko obwiedzione 
było   migającymi   choinkowymi   lampkami.   Na   wszystkich   możliwych   elementach 
wyposażenia pokoju pozawieszane były najróżniejsze ozdoby. 

– Co to ma znaczyć? – zapytał, zaskoczony niecodziennym widokiem. 

background image

– Pomyślałam, że pewnie jesteś spragniony świątecznych akcentów. – Gwen była bardzo 

zadowolona z efektu, jaki wywarła jej praca. 

Robert   z   niesmakiem   usunął   łańcuch   choinkowy   z   krzesła,   po   czym   rozsiadł   się 

wygodnie, wyciągając nogi na stole. Jego nowe, długie, kowbojskie buty świadczyły, że coraz 
lepiej wczuwał się w atmosferę Teksasu. 

–   To   prawda.   Między   innymi   dlatego   wybrałem   dla   naszej   drużyny   koszulki   w 

czerwonym kolorze, przywodzącym na myśl święta. 

– Czy zdecydowałeś się już na wyjazd? – naciskała dziewczyna. – Tydzień dobiegł końca 

i zapewne nie możesz już znieść mojego bałaganiarstwa w kuchni. Sprzedaj mi swoją część i 
oboje będziemy szczęśliwi. 

– Niedoczekanie! – wykrzyknął Robert, klaszcząc w dłonie. – To ty sprzedasz, nie ja. Nie 

martw się jednak, bo twoje miejsce w drużynie nie jest zagrożone. 

– To bez sensu – westchnęła. – Nie chcę spędzać reszty swego życia, rozsypując wszędzie 

mąkę i spryskując ściany sosem do spaghetti, aby ci działać na nerwy. Nie zamierzam też dać 
się   nękać   namowami   na   grę   w   koszykówkę   i   wysłuchiwać   komentarzy   na   temat   moich 
zdolności kulinarnych. Wycofaj się, Robercie!

Twarz mężczyzny przybrała zamyślony wyraz, który zwykle poprzedzał jakąś kąśliwą 

uwagę. Tak było i teraz. 

– Wiem już, w czym tkwi problem. Jesteś zaręczona, Gwennie, ale osoba narzeczonego 

nie skupia wszystkich twoich myśli, w przeciwnym razie nie miałabyś czasu martwić się mną. 

– Wierz mi, że gdy tylko wyniesiesz się z tej restauracji, będę znacznie więcej czasu 

poświęcać na rozmyślania o Scotcie. 

– À propos, gdzie on się podziewa? Czyżby znowu w delegacji?
– Był w domu przez kilka dni, ale teraz, owszem, znowu wyjechał. 
– Bardzo żałuję, że nie mogłem go poznać – Robert gestem wskazał na swój komputer. – 

Być   może   mógłby   mi   sprzedać   kilka   dobrych   programów.   Dlaczego   go   tu   nie 
przyprowadziłaś?

–   Ostatnią   rzeczą,   jaką   chciałabym   zrobić,   byłoby   przedstawienie   cię   mojemu 

narzeczonemu. 

– Czemu nie? A może Scott i ja polubilibyśmy się? Gwen zamyśliła się. Nie chciała 

doprowadzić   do   bezpośredniej   konfrontacji   obu   mężczyzn.   Wolała   uniknąć   konieczności 
porównywania ich... Być może Robert wydałby się jej atrakcyjniejszy, bardziej energiczny, 
dynamiczny... 

– Nie ma powodu, abyś poznawał Scotta. Jestem pewna, że nie znaleźlibyście wspólnych 

tematów. 

– Jesteś zła, bo poczciwy chłopak zostawił cię samą na cały weekend – stwierdził Robert, 

pukając w klawisze komputera. 

– Wcale nie jestem zdenerwowana. Lubię sama spędzać sobotnie wieczory. Lubię, gdy... 

– dziewczyna przerwała, widząc iskierki uśmiechu tańczące w oczach mężczyzny. 

A więc znowu dała się sprowokować. Dlaczego nigdy nie potrafiła się opanować i zawsze 

dawała mu pełną satysfakcję?

background image

–   Postawmy   sprawę   jasno   –   zaczęła.   –   Chcę   mieć   Scotta   w   swoim   życiu,   w 

przeciwieństwie do ciebie, Beltramo!

– Doskonale – powiedział miękko. – Podpisz te papiery i po wszystkim. Będziesz mogła 

odpłynąć do swego spokojnego, nudnego i pozbawionego uczuć małżeńskiego życia. Ja już ci 
się nie będę naprzykrzać. To brzmi zachęcająco, nieprawdaż?

Nie odpowiadała przez dłuższą chwilę, przeżywając w myślach wizję przyszłego życia, 

nakreśloną przez Roberta. Czy rzeczywiście małżeństwo mogłoby tak wyglądać? Spokojne 
życie...  Czy nie dlatego  właśnie wybrała  Scotta, pomna  na nieudane,  burzliwe związki  z 
innymi mężczyznami? Spojrzała na Roberta. Z tym mężczyzną życie nigdy nie byłoby nudne. 
Było w nim tyle determinacji, że zdołałby przewrócić całe jej dotychczasowe życie do góry 
nogami.   Kwestionował   wszystkie   jej   życiowe   wybory.   Był   jak   teksańskie   tornado, 
przetaczające się po jej życiu i pustoszące wszystko. 

Gwen  zdała   sobie  nagle  sprawę  z  tego,   że  zbyt   dużo  czasu  spędza,   przyglądając   się 

Robertowi.   Przez   chwilę   pomyślała   o   ich   pocałunku...   Z   wielkim   wysiłkiem   odwróciła 
spojrzenie od jego ust. 

– Wracajmy do tematu, Beltramo. 
– Do restauracji – podpowiedział usłużnie mężczyzna. Tym razem to on spoglądał na jej 

usta. 

Dotknęła ich instynktownie. 
– Nie podpiszę tych papierów. 
Robert przyglądał się jej jeszcze przez moment. 
– Uparta z ciebie kobieta, Gwendolyn – powiedział w końcu, kręcąc głową. – Widzę, że 

nie ustąpisz. Plan A nie zadziałał, moi prawnicy nie osiągnęli celu. Podobnie Plan B; nic nie 
zdoła wyprowadzić cię z równowagi. Nie mam innego wyboru, jak tylko przejść do realizacji 
Planu C. 

Gwen   nie   spodobał   się   ten   zwrot   w   sytuacji.   Przeczuwała,   że   oto   nadchodzą   nowe 

kłopoty. Robert stał z rękami w kieszeniach spodni, ze wzrokiem utkwionym w dal. 

– Co ty znowu zamierzasz, Beltramo? Mam już dosyć twoich planów. 
– Ten jest naprawdę dobry, Gwennie. Sama się przekonasz. Czy masz plaster?
– Co? – Jej złe przeczucia wzmogły się jeszcze bardziej. 
– Plaster, przylepiec – wyjaśnił, rozglądając się wokoło. 
Gwen pogrzebała w pudełku z choinkowymi ozdobami. Po chwili poszukiwań wydobyła 

z niego to, czego potrzebował. Robert schwycił rolkę plastra i ruszył w kierunku sali jadalnej. 
Dziewczyna nie miała innego wyboru, jak tylko podążyć za nim. 

Beltramo zaczął rozsuwać stoliki i ustawiać je w inny sposób. 
–   Zawsze   sprawiałeś   wrażenie   bardzo   zorganizowanej   i   porządnej   osoby,   ale   to 

najwyraźniej nie dotyczy ładu zaprowadzonego przez kogoś innego – zauważyła z przekąsem. 

– Proszę o chwilę cierpliwości, Gwennie. Polubisz Plan C. 
– Czy ty zawsze masz plan na każdą okazję? Spojrzał na nią, jakby zaskoczony pytaniem. 
– Jeżeli jeden nie przynosi rezultatów, to należy pomyśleć nad następnym. Zawsze trzeba 

patrzeć w przyszłość. 

background image

Gwen usiadła przy jednym ze stolików i czekała na efekt działań Roberta. W pewnym 

momencie mężczyzna bez wysiłku podniósł kolejny mebel, stawiając go w wyznaczonym 
przez siebie miejscu. Miała wrażenie, że za chwilę przeniesie i ją wraz z krzesłem. Robert 
jednak  ominął  dziewczynę  i  przeszedł  w drugi  koniec sali.  Kucnąwszy zaczął  przylepiać 
plaster   do   podłogi,   posuwając   się   w   kierunku   Gwen.   Po   chwili   dotarł   już   do   jej   stóp. 
Obawiała się, że i ją oblepi plastrem, ale mimo to postanowiła nie ruszać się z miejsca. 

– Czy mógłbyś mi powiedzieć, co ty właściwie robisz?
– To proste – odpowiedział wstając. – Podzielimy restaurację na dwie części. Ja będę 

zarządzał  jedną  połową, a ty drugą.  To chyba  najuczciwszy sposób na wyegzekwowanie 
naszych praw w stosunku do tego lokalu. 

Gwen  rozejrzała   się  po  sali.   Linia   podziału  rzeczywiście   przebiegała   przez  środek,  a 

liczba stolików była równa po obu stronach. 

– To się nie uda – stwierdziła. – To miejsce jest za małe na takie innowacje. Będziemy 

sobie nawzajem działać na nerwy. 

– Jeszcze nie powiedziałem ci wszystkiego. – Robert był  wciąż zajęty sprawdzaniem 

przebiegu linii. – Ten podział będzie obowiązywał tylko przez pewien czas, może przez dwa 
tygodnie, dzielące nas od świąt. Kto z nas przez ten czas więcej zarobi, ten wygra. 

– Wygra co? – Gwen chciała być pewna. 
– Restaurację, oczywiście. Ten kto osiągnie więcej zysków do świąt, będzie miał prawo 

do odkupienia restauracji. To proste, logiczne i uczciwe. Plan C jest wspaniały – stwierdził 
uszczęśliwiony własną pomysłowością i zniknął w drzwiach kuchni. 

Gwen popędziła za nim. Beltramo taksował wzrokiem kuchenne urządzenia. 
– Będziemy potrzebować więcej sprzętu, ale to nie problem. Każę zainstalować tu nową 

lodówkę i kilka nowych piekarników. Zmywarkę do naczyń możemy eksploatować wspólnie 
na ściśle określonych warunkach – kontynuował Robert, zapisując coś w swoim notesie. 

– Na miłość boską, przestań! Ja jeszcze nie wyraziłam zgody na ten pomysł!
–   Zgodzisz   się,   Gwennie.   Wkrótce   zdasz   sobie   sprawę,   że   jest   to   jedyny   sposób   na 

wyjście  z   impasu,  w   jakim  się  znaleźliśmy  –  entuzjazm   mężczyzny  wydawał  się   wprost 
rozsadzać małą kuchnię. 

– Pracuję tu od ładnych paru lat. Włożyłam w ten lokal wiele trudu i uczucia. Chcesz, 

abym to wszystko rzuciła na szalę ślepego losu? Bo tym w istocie są takie dwutygodniowe 
zawody... 

–   A   jaki   masz   wybór?   Czy   wolisz   nie   kończące   się   zmagania   ze   mną?   Ciągłe 

przepychanki w kuchni? Pomyśl o tym. 

Gwen bardzo nie podobała się obecna sytuacja. Czuła się przyparta do muru. Perswazja 

Roberta sprawiła, że Plan C jawił się jako jedyne możliwe wyjście. Zgoda na ten szalony 
pomysł  oznaczałaby  przystąpienie  do hazardowej  gry,  w której, jak czuła,  miałaby  spore 
szanse na wygranie restauracji dla siebie. To było bardzo kuszące. 

Robert wciąż zapisywał coś w notesie, od czasu do czasu złorzecząc pod nosem. Gwen 

wydawało się, że poznaje unikatowy kształt wiecznego pióra, którym pisał. 

– To chyba pióro starszego pana? – bardziej stwierdziła, niż zapytała. – Zawsze mawiał, 

background image

że przynosiło mu szczęście. 

– Do niczego się nie nadaje. Ciągle robi kleksy. 
– Po co więc go używasz?
– Walało się po domu. Pewnie wsadziłem je bezwiednie do kieszeni. 
–   A   może   ono   coś   dla   ciebie   znaczy?   –   Gwen   nie   dawała   za   wygraną.   –   Może   to 

pamiątka, swoiste memento po twoim ojcu?

– Nie próbuj nadawać temu znaczeń, których nie ma. Znalazłem nikomu niepotrzebne 

wieczne pióro i zacząłem nim pisać. Okazało się to nie najlepszym pomysłem, bo ciągle robi 
kleksy. 

– Myślisz, że mnie rozszyfrowałeś, Robercie, ale to ja zaczynam powoli rozszyfrowywać 

ciebie – powiedziała Gwen. – Przyjechałeś tu ze swoimi pomysłami na odkupienie restauracji, 
ale to nie jest prawdziwy cel twojego przyjazdu. Ty czegoś szukasz. Czegoś, co ma związek z 
twoim ojcem. Sam powiedziałeś, że kiedy umarł, wydało ci się, że w twoim życiu czegoś 
zabrakło. 

–   Miałem   na   myśli   nowe   wyzwanie   życiowe,   przed   jakim   stanąłem   –   odpowiedział, 

wsadzając   skuwkę   na   pióro.   –   Wiedziałem,   że   potrzebuję   nowego   celu,   więc   podjąłem 
właściwą decyzję: zacząłem działać. 

– A może wcale nie potrzebujesz działania? Może, zamiast usilnych prób odebrania mi 

restauracji, powinieneś spokojnie zastanowić się nad tym, co naprawdę cię gryzie?

– W porządku, Ferris. Rozszyfrowałaś mnie – powiedział szyderczym tonem. – Powiedz 

mi wreszcie, co mnie gryzie. 

– Nie wiem dokładnie, co wydarzyło się pomiędzy tobą i twoim ojcem, ale myślę, że 

wróciłeś do San Antonio, aby to w jakiś sposób naprawić... Aby zawrzeć z nim pokój. Nigdy 
ci   się   to   jednak   nie   uda,   jeśli   będziesz   pokrywał   prawdziwy   cel   przyjazdu   wzmożoną 
aktywnością.   Wojna   o   restaurację   to   rozpaczliwa   próba   zapomnienia   o   prawdziwym 
problemie, który cię nurtuje. 

– Już rozumiem. Ja mam się cichutko wynieść, a ty zajmiesz się rozwikłaniem głębokich 

przyczyn mojego konfliktu z ojcem. 

– Chciałam tylko pomóc, to wszystko. 
– W taki sposób, w jaki pomagasz gościom? Obserwowałem cię, jak wysłuchujesz ich 

opowieści. Udajesz, że jesteś tym niezwykle zainteresowana. Gdybyś tylko mogła zobaczyć 
wyraz swojej twarzy! Aktorstwo na najwyższym poziomie. Ja jednak nie jestem jednym z 
klientów. Nie musisz prześwietlać moich myśli. 

– Nie muszę, bo i tak już wiem, co ukrywasz. Dlatego nie zgodzę się na żaden Plan C 

albo Plan D, ani na inny pomysł, dotyczący mojej osoby, na którym mógłbyś skoncentrować 
energię w ucieczce przed samym sobą. 

Gwen przestała mówić, wyczerpana. Przez moment patrzyli sobie w oczy. Robert był 

nieprzenikniony i zdeterminowany. 

– Proponuję, abyśmy zawarli umowę – powiedział miękko. – Podzielimy restaurację na 

dwie części i przekonamy się, kto osiągnie lepsze wyniki. W Wigilię wszystko rozstrzygnie 
się raz na zawsze. 

background image

–   Chcesz,   aby   podstawowym   kryterium   były   maksymalne   zyski?   To   pomija   aspekt 

satysfakcji klienta. 

– Nie bierze też pod uwagę liczby zwierzeń, którymi uraczą cię goście. O to właśnie 

chodzi, próba ma wykazać, kto z nas ma większe zdolności do robienia interesów. 

–   Jest   wiele   różnorodnych   umiejętności,   które   prowadzą   do   ostatecznego   sukcesu   w 

interesach – Gwen nie uległa perswazji mężczyzny. – A może ja wiem o takich, o których ty 
nie masz pojęcia, pomimo całego doświadczenia nabytego w Nowym Jorku?

– Udowodnij mi to! Masz doskonałą okazję do pokazania, że jesteś lepsza ode mnie. 
Spojrzenie Gwen powędrowało w kierunku najrozmaitszych ozdób, świadczących, że oto 

nadchodzi  czas  radości  i  pojednania,  a  nie  walki  i  rywalizacji,  czas  Bożego  Narodzenia. 
Robert, schowawszy do kieszeni notes i pióro, zaczął rozglądać się wokoło. Jego energia była 
znowu ukierunkowana wyłącznie na realizację zamierzeń. 

–   Podział   restauracji   będzie   wymagać   trochę   pracy,   ale   myślę,   że   po   dwóch   dniach 

wszystko będzie gotowe. Oczywiście, musimy ogłosić nasze współzawodnictwo. To powinno 
przyciągnąć wielu nadprogramowych klientów, którzy przyjdą tu z ciekawości. 

Gwen wyobraziła sobie przypadkowych poszukiwaczy wrażeń, wpadających do jej miłej, 

rodzinnej  restauracji.   Robert  przeglądał  szafki   kuchenne,  aby  podzielić  ich   zawartość.   W 
pewnym momencie spojrzał na dziewczynę i uśmiechnął się. 

– No więc, jak będzie? – zapytał. – Zgadzasz się, czy nie? Wykorzystaj okazję, aby mi 

udowodnić, że twoja metoda traktowania gości, tak jakby byli członkami rodziny, przynosi 
wymierne wyniki finansowe. Jeżeli ci się to uda, ja pierwszy będę bił brawo. 

Bez wątpienia Robert palił się do nowego wyzwania. Teraz piłka była po stronie Gwen i 

do niej należał następny krok. Do tej pory nigdy nie odrzuciła wyzwania. 

Zaryzykuję, pomyślała. Rzucę na szalę wszystkie swoje umiejętności i... wygram!
– Zgoda – powiedziała spokojnie. – Sprawdzimy, kto z nas naprawdę zna się na tym 

interesie. 

Robert uśmiechnął się szeroko. 
– Za dwa tygodnie wszystko będzie jasne. 
– Tak, w Wigilię zapadną bardzo ważne decyzje – szepnęła Gwen, bardziej do siebie niż 

do Roberta. 

W   wigilijny   wieczór   okaże   się,   jak   potoczą   się   jej   dalsze   losy.   Wszystko   zostanie 

rozwiązane – wszystko, co w życiu najważniejsze. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Stuk!   Puk!   Bang!   Bang!   Gwen   zakryła   rękami   uszy,   nie   mogąc   już   dłużej   słuchać 

hałasów,   dochodzących   z   drugiej   strony   restauracji.   Zza   wielkich   plastikowych   płacht, 
zawieszonych pośrodku sali jadalnej, dobiegały ją odgłosy wytężonej pracy. To trwało już od 
dwóch dni. Mogła dostrzec jedynie cienie rzucane przez sylwetki ludzi, miotających się jak w 
ukropie.   Co   ten   Robert   tam   szykuje?   Po   rozmachu   prac   można   było   sądzić,   że   nakazał 
kompletne wyburzenie i budowę od nowa. 

Gwen zastanawiała się, czy nie powinna zainwestować w zatyczki do uszu – hałas był nie 

do  wytrzymania.   Wyszła   na   zewnątrz.   Nawet   tu,   pośród  stolików   na   wolnym   powietrzu, 
przebiegało   prowizoryczne   ogrodzenie.   Po   jej   stronie   stoliki,   jak   zwykle,   zdawały   się 
zapraszać gości do zajęcia miejsca. Natomiast po stronie Roberta... Cóż, kto wie, co tam się 
działo?

Dziewczyna podeszła do ogrodzenia, jednak przez plastikowe płachty nic nie było widać. 

Wobec tego postanowiła uchylić jedną z zasłon, aby choć zerknąć na drugą stronę. Wetknęła 
głowę w powstałą szczelinę i nagle zderzyła się ze sprawcą całego zamieszania – Robertem 
Beltramo. Zachwiała się, lecz on przytrzymał ją swoimi mocnymi, ciepłymi dłońmi. 

– Hej, Gwendolyn, szukasz kogoś? – zapytał. – Może swojego chłopaka? Przykro mi, ale 

tu go nie ma. Pewnie znowu wyjechał... 

–   Wiem,   że   jest   w   delegacji!   –   Wyrwała   się   z   objęć   mężczyzny.   –   Pomyślałam,   że 

powinnam wiedzieć, co ty tam robisz. Sprawdzam, czy panujesz nad rozwojem sytuacji. 

– Odsłonięcie kotary nastąpi jutro, Gwennie. Będziesz musiała poczekać. 
Gwen podeszła do balustrady i spojrzała na rzekę. Dzień był  słoneczny,  ale pomimo 

ładnej pogody, dziewczyna była w złym nastroju. Robert stanął obok niej i oparł się o poręcz. 
Starała   się   nie   spoglądać   w   jego   stronę,   ale   było   to   niemożliwe.   Tego   ranka   wyglądał 
szczególnie korzystnie. Miał na sobie dżinsy i koszulkę w paski, uwydatniającą szeroką pierś. 
Do   skórzanego   pasa   przytroczona   była   wiertarka,   młotek,   kilka   śrubokrętów   i   taśma 
miernicza. 

–   Widzę,   że   i   ty   włączyłeś   się   do   pracy   –   zauważyła   dziewczyna.   –   Zapewne 

własnoręcznie wyburzasz ściany. 

– Nie mogłem przyglądać się bezczynnie, jak inni pracowali. 
– Chyba nikt nie mógłby oskarżyć cię o bezczynność – powiedziała sucho Gwen. 
Patrzyła na ciemne wody rzeki. Wydawało się jej, że Robert był jak ta rzeka – tajemniczy 

i egzotyczny, z nieodgadnionymi prądami i wirami. A niech to! Czy we wszystkim musiała 
widzieć odbicie Roberta Beltramo?

Gwen posmutniała. Tego dnia jej adwersarz nie dzielił się z nią swymi rewolucyjnymi 

pomysłami.  Milcząc,  zapisywał  coś  w swoim notesie. Wszystko  to zapowiadało  zapewne 
nieuchronne zmiany w jej życiu. Wyciągnęła szyję, próbując odczytać cokolwiek. Jego pismo 
było jednak tak zamaszyste, że nie mogła nic rozszyfrować. Dodatkowym utrudnieniem był 
fakt, że Robert znowu używał wiecznego pióra swojego ojca, więc tekst pokryty był wieloma 

background image

kleksami. Beltramo zauważył spojrzenie dziewczyny. Nałożył nasadkę na pióro i schował je 
do kieszeni. 

– Mam wrażenie, że i ty coś przerabiasz po swojej stronie. 
– To tylko mała kosmetyka – powiedziała, uderzając czubkiem buta w barierkę. 
– Myślałem, że nie zechcesz dokonywać zmian w swojej części. 
– Ja nie zmieniam charakteru restauracji – spojrzała na niego ostro. – Dokonuję tylko 

kilku usprawnień. Myślę, że twój ojciec zrozumiałby to i pochwalił. 

– A więc uważasz jednak, że potrzebne są tu pewne zmiany?
– Wcale tego nie twierdzę. Nie podobają mi się dźwięki, które dochodzą z twojej strony i 

mam jak najgorsze przeczucia. Co do zmian, które ja wprowadzam... Cóż, te są korzystne. 

Prawda była taka, że z trudem mogła się opanować i powstrzymać przed wprowadzaniem 

nowych zmian po swojej stronie. Formuła Planu C wyzwoliła w niej, od dawna skrywane w 
podświadomości, marzenia. Nie chciała jednak, aby Robert dowiedział się, że pod wpływem 
jego pomysłu zaczęła realizować swoją wizję doskonałej restauracji. Od kiedy poznała tego 
mężczyznę, zaczęła odkrywać w sobie wiele marzeń i pragnień, dotąd głęboko skrywanych. 

– Bardzo mi się nie podoba, że restauracja będzie nieczynna tak długo – powiedziała, 

przerywając potok swoich myśli. – Nigdy czegoś takiego nie robiliśmy i sądzę, że moi stali 
goście czują się zawiedzeni. 

–   Za   bardzo   koncentrujesz   się   na   małej   grupce   codziennych   klientów.   Nasze 

współzawodnictwo   zwabi   tu   wielu   nowych   ludzi.   Sama   zobaczysz,   co   może   sprawić 
umiejętna reklama. 

Gwen   westchnęła.   Robert   rozpowszechnił   informację   o   ich   rywalizacji.   Zamieścił 

ogłoszenia w gazetach, skontaktował się z lokalną telewizją i wysłał do miasta Jeremy’ego i 
Claudine z ulotkami. 

–   Zaraz,   zaraz!   –   wykrzyknęła   Gwen.   –   W   całym   tym   rozgardiaszu   zapomnieliśmy 

ustalić, co stanie się z Jeremym i Claudine podczas trwania naszych zawodów. Po podziale 
restauracji nie mogą przecież pracować równocześnie dla nas dwojga. 

Robert wzruszył ramionami. 
– Ja wezmę Jeremy’ego, a ty Claudine. 
– To ich podzieli. Do tej pory nasza trójka była jedną rodziną. Jak możesz wymagać, aby 

teraz rywalizowali ze sobą?

– Gwennie, jeżeli choć raz przyszłabyś na nasz trening koszykówki, to przekonałabyś się, 

że Claudine uwielbia rywalizację. Potraktuje to jako kolejny mecz i włoży weń całe swe 
zaangażowanie. Poza tym myślę, że wszyscy będziemy mieli doskonałą zabawę. 

– Ja nie traktuję tych zwariowanych zawodów jak gry – zaprotestowała, ale wywołała 

tylko uśmiech w bursztynowych oczach mężczyzny. 

–   Naprawdę?   –   zapytał   miękko.   –   Czy   nie   pociąga   cię   rywalizacja?   Walka   z 

przeciwnościami, starania, aby wygrać za wszelką cenę?

Wraz ze słowami Roberta wchodził w nią duch walki. Coraz wyraźniej czuła potrzebę 

pokonania tego człowieka. 

– Wygrana z tobą sprawi mi ogromną satysfakcję. 

background image

– To mi się podoba. Tak trzymać! – skinął głową z uznaniem. – Myślę, że byłabyś silnym 

wzmocnieniem w naszej drużynie koszykówki. Dziś gramy pierwszy mecz. Czy jesteś pewna, 
że nie chcesz się przyłączyć?

– Nie ma mowy – była uparta. 
– Tak czy inaczej, na wszelki wypadek będę miał przy sobie twoją koszulkę. 
Uśmiechnął się do niej raz jeszcze i zniknął za plastikową kotarą. 

Wczesnym popołudniem Robert, Jeremy i Claudine odmaszerowali w kierunku boiska do 

koszykówki.   Wszyscy   ubrani   w   jaskrawoczerwone   koszulki   i   napompowane   buty.   Gwen 
została,   zdana   na   pastwę   odgłosów   elektrycznych   pił,   wiertarek   i   walenia   młotków. 
Próbowała dodać jeszcze parę artystycznych elementów do nowego wystroju swojej części, 
ale po kilku godzinach zrezygnowała. 

W drodze do domu wmawiała sobie, że kilkudniowa przerwa w gotowaniu dobrze jej 

zrobi, choć w gruncie rzeczy kochała swoją pracę. Zdała sobie sprawę, że w ogóle nie była 
przyzwyczajona do odpoczynku. 

W   domu   zastała   wszystko   po   staremu.   Królik   jak   zwykle   kręcił   się   po   klatce   w 

poszukiwaniu smakowitych kąsków. 

– Jak to było możliwe, że jadłeś z ręki Roberta Beltramo?
Znowu Robert! Nie potrafiła przestać o nim myśleć. Wyjęła z biurka notes i wydarła z 

niego kartkę papieru. Na górze napisała dużymi drukowanymi literami: SCOTT. Następnie 
poprowadziła pionową linię. Po jednej stronie napisała „ZA”, po drugiej „PRZECIW”. Tego 
właśnie potrzebowała: wnikliwej, spokojnej analizy osoby narzeczonego. Po stronie „ZA” 
napisała:   pracowity,   niezawodny,   chce   założyć   rodzinę,   dobrze   wychowany,   lubi   moje 
gotowanie... Przez chwilę wahała się, nie wiedząc, co jeszcze ma napisać. Musiało być coś 
więcej, ale jakoś nic nie przychodziło jej do głowy. Przeszła więc do kategorii „PRZECIW”. 
Tu,   niestety,   napotkała   jeszcze   większe   kłopoty.   Cóż,   Scott   nie   miał   poczucia   humoru 
Roberta, nie miał jego entuzjazmu, pasji. Nie miał ust, które potrafiły tak wspaniale całować... 

– To na nic! – krzyknęła, odrzucając ołówek. 
Jak mogła być sprawiedliwa w ocenie Scotta, jeśli jej myśli wciąż wędrowały do Roberta 

Beltramo? Musi znaleźć jakiś sposób, aby o nim zapomnieć. 

Gwen zgniotła zapisaną kartkę. W tym momencie usłyszała dziwne hałasy, dochodzące z 

jej   werandy.   Klik!   Klak!   Bang!   O   rety,   czyżby   piekło   z   restauracji   i   tu   ją   dosięgło? 
Dziewczyna włożyła kulkę papieru do kieszeni i wyjrzała przez okno. Jej oczom ukazał się 
czarny, skórzany, kowbojski but. Szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi, prowadzących na 
werandę, otworzyła je i ujrzała właściciela buta: był to R. B. we własnej osobie. 

Jedna stopa mężczyzny spoczywała na balustradzie werandy, a druga na ościeżnicy okna. 

Robert majstrował coś przy ogrodowej huśtawce, z trudem utrzymując równowagę. 

– Cześć, Gwennie! – zawołał wesoło, jak gdyby nie było nic niezwykłego w tej sytuacji. 
– Co ty tam robisz?
Robert nie zważając na nią, kontynuował swoją pracę. 
– Te śruby są bardzo poluzowane – zauważył. 

background image

– Mojej huśtawce nic nie brakuje – zapewniła Gwen. 
– Jesteś pewna? Wyobraź sobie, że pewnego wieczoru ty i twój chłopak zechcecie się 

trochę  poprzytulać.  Huśtawka  zacznie  się  bujać.  Najpierw  wolno, potem coraz  szybciej  i 
zanim się zorientujecie, baaaach... oboje wylądujecie na podłodze. 

– Potrafię sama zatroszczyć się o siebie, a poza tym nie mam zwyczaju przesiadywać ze 

Scottem na huśtawce. 

– Dlaczego? To przecież takie romantyczne. 
Gwen wzięła głęboki oddech. Najchętniej odebrałaby Robertowi wszystkie śrubokręty i 

przegoniła go na cztery wiatry. 

– Zgoda, nie jestem romantyczna. A teraz powiedz mi, co ty tu w ogóle robisz?
– Powiedzmy, że chciałem ci trochę podokuczać – odpowiedział Robert, obluzowując 

kolejną śrubę. 

– Poza tym moi pracownicy wyrzucili mnie z restauracji. Zabronili mi się pokazywać bez 

świadectwa z cechu stolarzy. 

W tym momencie huśtawka z hukiem spadła na podłogę werandy. 
– Nie dziwię się, że cię przegonili. Zapewne denerwował ich ten kowbojski pas z setką 

śrubokrętów i mania odkręcania śrub. Przyszedłeś więc denerwować mnie. 

– A czy mam jakiś wybór? Kiedy byłem tu ostatnio, zauważyłem, że ten dom wymaga 

sporo pracy. Scotta tu jakoś nigdy nie widać, a ktoś to jednak musi zrobić, więc przychodzę 
zamiast niego. 

Tego było już za wiele. Nie dość, że ten człowiek próbował odebrać jej restaurację, to 

teraz zaczynał rościć sobie prawo do nachodzenia Gwen we własnym domu. 

– Jak wam się udał dzisiejszy mecz?  – Nie mogła się powstrzymać  od zadania  tego 

pytania. 

– Byliśmy bardzo bliscy wygranej. Przegraliśmy różnicą zaledwie trzech punktów. 
– Jaka szkoda... 
– Następnym razem postaramy się lepiej. Zarządziłem kilka dodatkowych treningów. 
Widać było, że nic nie jest w stanie zniechęcić tego człowieka. 
– Świetnie. Ale teraz, wybacz mi, mam dużo pracy. 
– Nie chciałbym być intruzem. Czyżby Scott wracał z delegacji?
– Nie, ale może do mnie zadzwonić. – Mówiąc to, Gwen zdała sobie sprawę, że zdarzało 

się to nader rzadko. Był to kolejny niepokojący fakt z jej osobistego życia uświadomiony 
dzięki Robertowi. 

–   Gwennie,   potrzebna   mi   drabina   –   powiedział,   zeskakując   lekko   na   podłogę.   – 

Przykręcenie huśtawki zajmie mi jedną chwilkę. 

Gdy Beltramo zapalał się do jakiegoś pomysłu, nic nie mogło go powstrzymać. Gwen 

pomyślała,  że jej huśtawka nigdy już nie będzie  taka,  jak dawniej. A co stanie się z jej 
życiem?  Ten  człowiek  zdawał  się mieć  wpływ  na wszystko,  co jej  dotyczyło.  Po chwili 
namysłu weszła do domu, znalazła drabinę i przyciągnęła ją na werandę. Robert wspiąwszy 
się, poluzował drugi zaczep, który z hukiem spadł na podłogę. 

Dziewczyna usiadła na drewnianych schodach, obejmując ramionami kolana. Przyglądała 

background image

się pracy Roberta. Pogwizdując, oznaczył na suficie miejsca na nowe otwory. Odgłos jego 
ręcznej wiertarki był przyjemną odmianą po całodziennej kakofonii elektrycznych urządzeń. 
Opierając się o balustradę czuła, jak opuszcza ją napięcie. Zamknęła oczy. Dobrze jej było w 
towarzystwie Roberta. Zastanawiała się nad tym fenomenem, gdyż od dobrych kilku minut 
żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Zaniepokoił ją kierunek, którym podążały jej myśli. 

Tymczasem Robert zakończył pracę i przyglądał się swemu dziełu. Huśtawka sprawiała 

teraz bardzo solidne wrażenie. 

– Cóż, myślę, że powinnam być ci wdzięczna – powiedziała. – Ale skoro zakończyłeś już 

pracę... 

Mężczyzna nie wyczuł ukrytej sugestii. Wyjął z tylnej kieszeni kawałek papieru ściernego 

i zaczął wygładzać siedzenie huśtawki. 

– Wiesz, na czym  polega twój problem? – zapytała  Gwen. – Nie potrafisz nawet na 

chwilę usiąść i cieszyć się z wykonanej pracy. Zawsze gna cię do przodu następny pomysł. 
Powinieneś nauczyć się spokoju. 

– Hmm. To, co mówisz, brzmi interesująco – powiedział, sadowiąc się na huśtawce. 
– Nie to miałam na myśli. 
– Siadaj! Sprawdzimy, czy mocowanie jest bezpieczne – zaproponował Robert. 
Zanim zdołała zaprotestować, przyciągnął ją i posadził obok siebie. Siedzenie było na tyle 

wąskie, że ich uda dotykały się. Gwen położyła ręce na kolanach, starając się uspokoić szybki 
rytm   swego   serca.   Nie   miała   absolutnie   żadnego   usprawiedliwienia   na   siedzenie   tu   z 
Robertem Beltramo. Wystarczyło wstać z huśtawki i ich bliski kontakt zostałby przerwany, a 
jednak nie była w stanie tego uczynić. Uświadomiła sobie ze zgrozą, że chciała być blisko 
niego. 

Beltramo odepchnął się od podłogi. 
– Działa całkiem nieźle – zauważył. 
– Owszem. 
– Wiem, o czym myślisz. Zastanawiasz się, czy Scott byłby zazdrosny, gdyby zobaczył 

nas razem. 

– Jeżeli chcesz wiedzieć, wcale nie byłby zazdrosny. To nie jest w jego stylu. 
– Gdybyś była moją dziewczyną, byłbym straszliwie zazdrosny. 
– Ale nią nie jestem, wiec twoje rozważania są zupełnie bezpodstawne. 
–   Wcale   nie.   –  Robert   swobodnym   gestem   położył   rękę   na   oparciu   huśtawki.   –  Nie 

powinno się ufać osobie, która nigdy nie jest zazdrosna. Pamiętaj o tym, Gwennie. 

Gwen odepchnęła się mocno, wprawiając huśtawkę w ruch. 
– Nie chcę, aby Scott był zazdrosny. 
– Oho! Kolejny zły znak. 
–   Dwoje   racjonalnie   myślących   dorosłych   ludzi   nie   powinno   dawać   sobie   nawzajem 

powodu do zazdrości. 

Robert przesunął rękę nieco dalej, tak że jego dłoń otarła się o plecy dziewczyny. 
– Każdy udany związek potrzebuje odrobiny zazdrości – zauważył. 
– Dlaczego uważasz się za taki autorytet? Czy byłeś kiedyś zaręczony?

background image

– Kiedyś byłem tego bardzo bliski... 
– A więc co stało się z tą kobietą i waszym związkiem? – zapytała Gwen, odwracając się 

w stronę Roberta. 

– Być może właśnie zabrakło nam odrobiny zazdrości, dodającej związkowi pikanterii. 
W oczach mężczyzny zaczęły się pojawiać iskierki uśmiechu. 
– Czy choć raz nie mógłbyś być poważny? – obruszyła się. – Powiedz mi, dlaczego się z 

nią nie ożeniłeś?

– Bo jej nie kochałem i zdołałem to sobie uzmysłowić, zanim było za późno. 
– Nie wiem, dlaczego w ogóle tracę czas na rozmowę z tobą. – Gwen wyprostowała się, 

próbując uniknąć dotyku ręki Roberta. 

–   Już   wszystko   rozumiem,   Gwennie.   Chodzi   o   to,   że   nigdy   nie   byłaś   tak   naprawdę 

zakochana i teraz po prostu chcesz być ekspertem w dziedzinie, której zupełnie nie znasz. 

– No cóż... jeżeli ty wiesz tak dużo... 
– Być może nie wiem aż tak wiele – wycofał się. – Być może ja też nigdy nie byłem 

naprawdę zakochany. Może oboje jesteśmy parą amatorów w tej materii?

Oczy Roberta wciąż śmiały się do niej. Gwen przyglądała mu się uważnie, starając się 

odgadnąć, czy to kolejny żart, czy też tym razem mówił prawdę. Czy to możliwe, aby nigdy 
przed tym nie był zakochany? Z drugiej strony jednak, dlaczego było to dla niej aż takie 
ważne? W końcu fakt, czy Beltramo był zakochany raz, dwa, czy dziesięć razy, nie powinien 
mieć dla niej żadnego znaczenia. 

Huśtawka   zataczała   coraz   większe   łuki.   Raz   po   raz   któreś   z   nich   odpychało   się   od 

podłogi. Do przodu i do tyłu... harmonia, w jakiej współpracowali, mogłaby postronnemu 
obserwatorowi   narzucić   mylny   wniosek,   że   łączył   ich   wspólny   cel.   Gwen   nie   potrafiła 
oderwać wzroku od Roberta. Jego twarz była tak blisko! Czuła pulsującą w żyłach krew. W 
tym momencie mężczyzna pochylił się i pocałował ją w usta. 

Pocałunek rozbudził w dziewczynie pragnienia skrywane dotąd w najdalszych zakątkach 

jej duszy. Przylgnęła do mężczyzny. Pocałunek pogłębił się, stał się bardziej natarczywy. 

– Nie – szepnęła. 
Nie!  Poderwała  się  gwałtownie  na  równe nogi.  Robert  obcasem  zatrzymał   huśtawkę. 

Gwen   stała   przez   chwilę,   nic   nie   mówiąc.   Bezwiednie   obracała   na   palcu   zaręczynowy 
pierścionek. Ten, zbyt mocno szarpnięty, zsunął się z palca, zakreślił w powietrzu szeroki łuk 
i potoczył się po podłodze werandy. Co za pech! To już drugi raz w ciągu ostatnich dni! Ze 
zgrozą patrzyła, jak zniknął w szczelinie między deskami. Tym razem, być może, straciła go 
na zawsze... 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Gwen wpatrywała się w szparę między deskami podłogi, nic jednak nie mogła dostrzec. 
– Tym razem już go chyba nie znajdziemy – powiedziała zrezygnowana. – Dlaczego mnie 

pocałowałeś w taki sposób?

– Spójrz na to z innej strony – argumentował Robert, klękając obok niej. – Gdybyś się 

odprężyła i pozwoliła całować, to nic by się nie stało. 

– Wcale nie chciałam się z tobą całować. Muszę go odnaleźć, słyszysz?
Pochyliła się jeszcze mocniej, chcąc zajrzeć w mroczną czeluść. W pewnym momencie z 

kieszeni jej koszulki wysunęła się kulka papieru. 

– Co to? – zapytał Robert, podnosząc ją z podłogi i rozwijając. – Czyżby kolejna próba 

budowy samolotu?

– Jak możesz w takim momencie mówić o papierowych samolotach? Nie! Chwileczkę! 

Nie czytaj tego! – Gwen zdała sobie sprawę, co jest napisane na kartce. Dlaczego prywatne 
notatki musiały zawsze wypadać jej z kieszeni w obecności Roberta? Po kolejnym zgubieniu 
pierścionka myślała,  że tego dnia nie może  jej spotkać już nic gorszego. Była  jednak w 
błędzie. 

Robert oparł się o balustradę i przyglądał papierowi w blednącym świetle zachodu. 
–   Mówiąc   szczerze,   Gwennie,   wcale   nie   zamierzałem   tego   czytać.   Skoro   jednak   tak 

bardzo się temu sprzeciwiasz, coś mi mówi, że podświadomie chcesz, abym to przeczytał i w 
ten   sposób   dajesz   mi   o   tym   znać.   Nie   mam   wyboru,   jak   tylko   wykonać   to   polecenie. 
Zobaczmy... Wady i zalety poczciwego Scotta. 

Spróbowała wyrwać mu kartkę, ale mężczyzna uchylił się zręcznie. 
–   Beltramo   –   wysyczała   przez   zaciśnięte   zęby.   –   Świadomie,   podświadomie   czy 

nieświadomie, nie chcę, abyś to czytał!

– A więc od początku miałem rację! Zawsze miałaś wątpliwości, czy powinnaś wyjść za 

tego faceta. Te zapiski, to chyba pożegnanie ze Scottem. Brawo, Gwennie!

Dziewczyna usiadła na podłodze, obejmując kolana ramionami. 
–   Wcale   nie   zamierzam   zerwać   ze   Scottem.   Po   prostu   próbuję...   przemyśleć   pewne 

rzeczy. 

– Widzę, że muszę ci w tym pomóc – zawyrokował Robert, wyjmując z kieszeni wieczne 

pióro swego ojca. – Myślę, że potrzebujesz tu kilku dodatkowych „PRZECIW”. Mogę je 
wpisać. Po pierwsze, facet nie jest zazdrosny. Po drugie, wiecznie go nie ma, chociaż, jakby 
się zastanowić, to może być jego zaletą. Przecież nie chcemy go tutaj, prawda?

Gwen zastanawiała się, jak przerwać tę idiotyczną rozmowę. Z każdą minutą, spędzoną u 

boku Roberta, coraz bardziej traciła kontrolę nad swoim życiem. 

– Ale on nigdy nie starał się odebrać mi mojej restauracji. 
– Obawiam się, że to jest wadą. Brak ducha walki! Zobaczmy, co dalej... nieromantyczny, 

nie lubi grać w koszykówkę, nie całuje swojej dziewczyny zbyt często... 

– Dlaczego tak uważasz? – zapytała zdziwiona. Robert spojrzał jej w oczy. 

background image

– Potrafię to dostrzec. Wierz mi, Gwennie, nie jesteś dość często całowana. 
Tym razem zdołała wyrwać mu papier. Zgniotła go i rzuciła w kąt werandy. 
– Tak się akurat składa, że zgubiłam  mój  zaręczynowy pierścionek. Jeżeli  mogę  coś 

zaproponować, to zamiast wygadywać głupoty, weźmy się do poszukiwania – powiedziała 
Gwen, wpychając palce między deski. 

– W ten sposób nigdy go nie znajdziesz. Musimy szukać metodycznie. Czy masz latarkę?
Dziewczyna z ulgą stwierdziła, że wreszcie ma wymówkę, aby oddalić się na kilka chwil. 

Co sprawiło, że ten pewny siebie człowiek myślał, że potrzebowała więcej pocałunków? Czy 
dlatego, że Scott nie przejawiał większej ochoty do całowania? Czy dlatego, że jej serce nigdy 
nie biło tak gwałtownie, jak wtedy, gdy znalazła się w ramionach Roberta?

Otwierała   kolejne   szuflady   i   szafki,   bezskutecznie   poszukując   latarki.   Zrezygnowana 

natknęła   się   na   starą   lampę   naftową.   Nie   widząc   szansy   na   znalezienie   czegoś   bardziej 
stosownego, zaniosła ją Robertowi. 

– A może ty zapomniałaś, który wiek teraz mamy? – zapytał, przyglądając się zabytkowi. 

– Od czasu do czasu powinnaś się zainteresować nowoczesną technologią. 

– Tej lampie nic nie brakuje – odrzekła z godnością, zapalając zapałkę. Po chwili knot 

zapłonął jasnym, ciepłym światłem. 

– Gdzieś tu powinien być właz pod tę cholerną podłogę. Ty tu zostań. Gdy będę już na 

dole, pokażesz mi, w którą szparę wpadł pierścionek. – To mówiąc, Robert zniknął za rogiem 
domu, a po chwili przez deski podłogi zaczęło przedostawać się światło lampy. 

– No i jak tam? – zapytała Gwen z nadzieją w głosie. Przez szparę widziała czołgającego 

się mężczyznę. 

– Na razie nic – wystękał. – Pełno tu błota. Obawiam się, że pierścionek mógł w nim 

utonąć. 

– Nawet nie rozważaj takiej ewentualności. Musimy go znaleźć. 
– Wydaje mi się, że kiedyś mówiłaś, iż poczciwy Scott nie zdenerwowałby się takim 

głupstwem: po prostu zawiadomiłby firmę ubezpieczeniową i to wszystko. 

– Nie o to chodzi. Myślę, że jestem winna ten pierścionek Scottowi. Muszę go odnaleźć. 

Przynajmniej to mu się ode mnie należy. 

– Gwennie, jeżeli zaczynasz myśleć, że jesteś coś winna mężczyźnie, jest to kolejny zły 

znak. Miłość to nie księgowość i bilans nie musi się zerować. Jeżeli szczerze kochasz drugą 
osobę, to nawet nie myślisz o tym, kto komu jest coś winien ani tym bardziej nie zastanawiasz 
się nad jej zaletami i wadami. 

–   Beltramo,   jeżeli   zaraz   go   nie   odnajdziesz,   sama   tam   zejdę   –   powiedziała   Gwen, 

wpatrując się w dół przez szparę w podłodze. 

– To mi się nawet podoba. Nas dwoje w tej ciasnocie, to może być interesujące. No 

dobrze, dość żartów – Robert spoważniał na moment. – Wsadź palec w szparę, przez którą 
wpadł pierścionek. 

Gwen wykonała polecenie. Czuła się jednak bardzo skrępowana tą sytuacją. Zastanawiała 

się,   co   pomyślałaby   postronna   osoba,   widząc   ją   klęczącą   na   podłodze   i   kłócącą   się   z 
niewidzialnym mężczyzną. Na pewno wyglądała dość głupio. 

background image

– Czy dalej chcesz rozmawiać o długach wdzięczności? – głos Roberta dobiegał jakby z 

oddali. – Jeżeli tak, to teraz ty mi jesteś coś winna za to taplanie się w błocie. 

Dziewczyna podejrzliwie spojrzała w dół. 
– Zaraz, zaraz. Po tych wszystkich przykrościach, jakich od ciebie doznałam, powinieneś 

to robić z dobroci serca. 

– Mam niezwykle dobre serce, co jednak nie zmienia faktu, że jeżeli w ogóle uda mi się 

znaleźć ten pierścionek, będziesz mi winna przysługę. 

– Jakiego rodzaju? – W głosie Gwen zabrzmiała nuta nieufności. – Mam złe przeczucie, 

że zmierzasz do jakiegoś następnego Planu D lub E. 

Spod podłogi dochodziły stękania. 
– Myślę, że mam jedną szansę na milion, że go znajdę. Gdyby mi się to udało... 
– Już dobrze, zgoda. Będę ci winna przysługę i dozgonną wdzięczność. 
– Czy na pewno tego nie odwołasz?
– Obiecuję. 
– Coś podobnego! Znalazłem go!
– A niech cię, Beltramo. Podpuściłeś mnie! – zawołała oskarżycielsko. – Pewnie od razu 

go znalazłeś, ale chciałeś się jeszcze ze mną pobawić, jak kot z myszą. 

– Od dawna ci mówię, że potrzebujesz w życiu więcej radości – odrzekł niewzruszony 

Robert, podając jej pierścionek przez szczelinę między deskami. 

Gwen natychmiast wsunęła go na palec. Po chwili spod podłogi wyłoniła się ubłocona 

męska postać. 

– Czas na zapłatę. Obiecałaś mi przysługę. 
– Jestem pewna, że wyłudziłeś moją obietnicę nieuczciwymi metodami: cały czas miałeś 

pierścionek w ręku. 

– Tak czy inaczej, obiecałaś – odpowiedział spokojnie. – A oto moje życzenie: pójdź dziś 

ze mną na kolację. 

– Randka z tobą? Wykluczone!
–   Żadna   randka,   tylko   oficjalne   spotkanie   w   interesach   –   przekonywał.   –   Jesteśmy 

przecież wspólnikami. 

Jakiś wewnętrzny głos mówił dziewczynie, że spędzenie tego wieczoru z Robertem nie 

będzie miało nic wspólnego z interesami. 

– Wiesz przecież, że nie mogę się z tobą spotykać. 
– Po prostu dziś zastąpię twojego chłopaka. 
Najgorsze z tego wszystkiego było to, że tak naprawdę bardzo chciała spędzić ten wieczór 

w jego towarzystwie. Pomimo wszystkich przykrości, jakich od niego doznała, pragnęła być z 
tym człowiekiem. 

–   To,   że   Scott   wyjechał,   nie   ma   nic   do   rzeczy.   Fakt,   iż   noszę   jego   pierścionek, 

zobowiązuje mnie do czegoś. 

– Marnujesz czas na tego faceta. On nie zasługuje na twoją lojalność. Tak czy inaczej, 

wciąż jesteś mi winna przysługę. Wkrótce się po nią zgłoszę. 

Po tym zapewnieniu Robert odwrócił się na pięcie, zbiegł szybko ze schodków werandy i 

background image

rozpłynął się w mroku, zostawiając Gwen sam na sam z jej niewypowiedzianymi tęsknotami. 

Następnego   dnia   przypadało   oficjalne   otwarcie   podzielonej   restauracji.   Gwen 

niecierpliwie czekała na ten moment. Pragnęła jak najszybciej rozpocząć realizację Planu C. 

Przez półprzezroczystą kotarę oddzielającą dwie części lokalu, zauważyła zbliżającą się 

barczystą sylwetkę mężczyzny. 

– Niecierpliwisz się? – zapytał zza zasłony. – Zawsze mówiłaś, że muszę nauczyć się 

odprężać i cieszyć oczekiwaniem na radosną chwilę. Taka chwila wkrótce nadejdzie. 

– A może boisz się pokazać mi swoją część? Może to kompletny niewypał?
– Zaraz się sama przekonasz. Uwaga, oto uroczysty moment... – Po tych słowach Robert 

jednym ruchem zdarł plastikową zasłonę i ciekawość Gwen została zaspokojona. 

Rozejrzała się wokoło. Niechętnie musiała przyznać, że Beltramo i jego ekipa wykonali 

kawał   dobrej   roboty.   Wnętrze   nabrało   lekkości.   Ściany   zostały   pomalowane   na   kolor 
brzoskwiniowy. Na tym tle bardzo korzystnie prezentowały się marynistyczne obrazy. 

To nie były wszystkie zmiany. Idąc wolno przez salę, Gwen zauważyła, że Robert pozbył 

się dużych, ciężkich, drewnianych stołów, zastępując je znacznie mniejszymi. 

–   Bardzo   sprytnie   –   pochwaliła.   –   Zdołałeś   zmieścić   tu   znacznie   więcej   stolików,   a 

jednocześnie udało się uniknąć wrażenia tłoku. Jasne kolory nadają wnętrzu lekkość... 

– Wiedziałem, że ci się spodoba. 
–   Wcale   nie   mówię,   że   mi   się   tu   podoba.   Przyznaję   tylko,   że   to,   co   zrobiłeś,   jest 

efektywne. Wydaje mi się jednak, iż chcesz zmieścić tu zbyt wielu ludzi, co może mieć efekt 
podobny do wrzucenia dwóch grzybów w barszcz... 

Robert nie wydawał się być przejęty jej komentarzami. Wprost przeciwnie. Z satysfakcją 

kontynuował obchód swoich włości, raz po raz popisując się najrozmaitszymi nowościami 
technicznymi.   Miały   one   posłużyć   do   szybszego   i   efektywniejszego   przygotowywania 
potraw. 

Gwen w zamyśleniu przyglądała się nowemu wyposażeniu. 
–   Już   chyba   rozumiem.   Zamierzasz   zmienić   restaurację   na   bar   szybkiej   obsługi   – 

podsumowała wysiłki mężczyzny. – Porcja spaghetti i proszę zwalniać stolik, bo czekają już 
nowi goście. 

–   Jesteś   bardzo   pojętna,   Gwennie.   Oczywiście,   zamierzam   też   serwować   bardziej 

wykwintne dania tym, którzy sobie tego zażyczą. Chcę stworzyć tu idealną kombinację: lokal 
szybkiej obsługi ze szczyptą specjalnej atmosfery. Tego właśnie oczekują klienci. 

–   Na   pewno   nie   wszyscy   –   stwierdziła   z   przekonaniem   Gwen.   –   Moi   goście   chcą 

delektować się domowym jedzeniem i nie mieć uczucia, jak gdyby wszyscy zastanawiali się, 
kiedy wreszcie sobie pójdą. 

– Zobaczmy więc, co ty zrobiłaś po swojej stronie, Gwendolyn. 
Dziewczyna z dumą poprowadziła Roberta do swojej części. Kolor ścian pozostał ten 

sam,   lecz  zniknęły  z  nich  ciężkie   kilimy.   Na ich  miejsce  pojawiły  się kolorowe  zdjęcia, 
przedstawiające urodę Włoch: jezioro Como, kanały Wenecji, widok Adriatyku. Uderzył ją 
fakt, że  podobnie jak Beltramo,  zdecydowała  się udekorować  salę  widokami  z przewagą 
koloru   niebieskiego.   Lecz   wszystkie   podobieństwa   kończyły   się   w   tym   miejscu.   Gwen 

background image

pozostawiła  masywne  stoły,   które  zapewniały  gościom  swobodę  ruchów. Przyozdobiła  je 
nowymi obrusami i błękitnymi serwetkami. 

– Spójrz na to – poprowadziła mężczyznę w kierunku frontowego okna. 
Tu   umieściła   koronny   element   nowej   dekoracji:   stary   rower   z   szerokimi   błotnikami 

pomalowanymi tym samym odcieniem błękitu, co serwetki. Na kierownicy umocowany był 
wiklinowy kosz, wypełniony świątecznymi dekoracjami. Gwen wskazała ręką na rower. 

– To właśnie kreuje atmosferę – powiedziała. – Moi goście będą mogli odprężyć się, 

wygodnie rozsiąść i wyobrazić sobie, że jadą rowerem przez piękną Italię. 

Robert pozostawił to bez komentarza. Przyjrzał się rowerowi z nieznacznie uniesionymi 

ze zdziwienia brwiami, a następnie obszedł pozostałą część posesji Gwen, zatrzymując się 
przez dłuższą chwilę przy półkach z książkami. 

–   No   i   co   o   tym   sądzisz?   –   zapytała,   gdy   mężczyzna   zakończył   dokładny   przegląd 

wszystkich dekoracji. 

Denerwowało ją, że opinia Beltramo była dla niej taka ważna. 
– Gdybym  miał  użyć  jednego słowa na określenie twojej połowy,  to powiedziałbym: 

rzewna. 

– Nieprawda! – Gwen była skonsternowana. – Jest tu miła, przyjazna, rodzinna atmosfera, 

ale z pewnością nie można jej nazwać rzewną! To wcale nie było moją intencją. 

– Gwennie, otwórz wreszcie oczy! Po pierwsze, te wszystkie idylliczne sceny z życia 

Włoch, po drugie, książki opiewające piękno włoskich ogrodów. Na dodatek ten stary grat we 
frontowym   oknie.   Nikogo   oprócz   ciebie   ten   rower   nie   sprowokowałby   do   marzeń   o 
przejażdżce. 

– To tylko część dekoracji – zaprotestowała. – Nigdy nie zamierzałam na nim jeździć. 
Denerwował   ją   uśmieszek   na   twarzy   mężczyzny,   tym   bardziej   że   rzeczywiście 

przemknęła  jej   przez  myśl   możliwość  użycia   wehikułu.  Widziała  siebie   pedałującą   przez 
słoneczne   ogrody   Italii   i   oliwkowe   zagajniki.   Wstążki   słomkowego   kapelusza   uniesione 
lekkim   powiewem   wiatru.   Obok   niej   jechał   mocno   zbudowany   mężczyzna   o   ciemnych 
włosach i denerwującym uśmiechu... 

Co   za   bzdura!   –   Gwen   przerwała   idylliczne   rozmyślania.   Jeżeli   Robert   Beltramo 

kiedykolwiek wybrałby się razem z nią na przejażdżkę rowerową, to na pewno pomknąłby na 
lśniącym, nowiutkim dwunastobiegowym rowerze, zostawiając ją w chmurze kurzu. 

– Powiem ci, jak naprawdę wygląda twoja restauracja – odezwał się po chwili milczenia 

Robert. – To staroświecka agencja turystyczna dla ludzi, którzy daremnie marzą o wyjeździe 
do Włoch. 

– Mylisz się, Beltramo – odpowiedziała, rozgniewana. – Ten lokal jest dla ludzi czynu, a 

nie dla marzycieli. Jeżeli ktoś marzy o wyjeździe do Włoch, to być może obejrzenie moich 
plakatów zainspiruje go do kupienia biletu na najbliższy samolot. 

–   Gwennie,   ja   mogę   nawet   zaraz   zadzwonić   na   lotnisko   i   zamówić   ci   bilet   na   dziś 

wieczór. Nie mogę znieść myśli, że twoje marzenia są ciągle nie spełnione. Być może nawet 
pozwoliliby ci wziąć ze sobą tego starego grata. 

– Pewnego dnia sama pojadę do Włoch – powiedziała, zaciskając ręce. 

background image

– A zamiast roweru zawleczesz tam starego Scotta?
– On nie lubi Italii. Mówi, że jest tam za dużo pochyłych budynków i nie chce, aby jakiś 

zawalił się na niego. Pojadę sama. 

Robert wyjął swój notes i zapisał coś skrzypiącym piórem. 
– Dobrze, bardzo dobrze – mruczał pod nosem. 
– Beltramo, co ty tam znowu piszesz? – Uzupełniam listę „PRZECIW”... ktoś to musi 

robić. Punkt numer dwanaście: Scott nie chce jechać do Włoch. Przyjmij moją radę, Gwennie, 
nigdy nie wychodź za mężczyznę, który nie chce jechać do Włoch. 

Wyciągnęła szyję, próbując zobaczyć, co napisał. 
–   Czy   naprawdę   wymyśliłeś   aż   dwanaście   powodów,   dla   których   nie   powinnam 

wychodzić za Lowella?

– Nie wierzysz? Zapytaj mnie, na przykład, jaki jest szósty powód. 
– To idiotyczne. 
– Spróbuj!
– Zgoda. Jaki jest powód numer sześć? Mężczyzna uważnie przejrzał swoje zapiski. – 

Numer   sześć...   proszę   bardzo.   Nie   powinnaś   wychodzić   za   Scotta,   bo   on   lubi   twoje 
gotowanie. 

– To przecież zaleta!
– Gwennie, wyobraź  sobie, że wychodzisz  za takiego człowieka.  I co się dzieje? Co 

wieczór oczekuje od ciebie podania obiadu. On nigdy nie zabierze cię do restauracji. Uważa, 
że gotujesz najlepiej, więc po co sobie zawracać głowę. Poza tym... 

– Dosyć tego – przerwała dziewczyna. – Co sugerujesz w zamian? Wyjść za człowieka, 

który będzie mi wmawiać, że nie mam pojęcia o gotowaniu, bo dodaję za mało czosnku?

– Włoska kuchnia wymaga dodania dużo czosnku, zawsze to powtarzam. 
– Pamiętam o tym. 
W tym momencie Gwen zdała sobie sprawę ze swej zażyłości z Robertem. Znała jego 

opinie na różne tematy, rozmawiała z nim częściej niż z kimkolwiek innym. 

– Muszę o wszystkim powiedzieć Scottowi – zadecydowała. – O wszystkim, co tu się 

dzieje. 

– Co masz na myśli? Co chcesz mu powiedzieć?
– Beltramo najwyraźniej był zainteresowany. 
– Wszystko. – Dziewczyna skupiła wzrok na miękkiej flanelowej koszuli mężczyzny. – 

Powiem mu, że pocałowałeś mnie na werandzie i... 

– Nie zapomnij o wcześniejszym pocałunku – podpowiedział. 
Gwen wsadziła ręce do kieszeni, aby przypadkiem nie skusiła ich zapraszająca miękkość 

męskiej koszuli. 

– Powiem mu o wszystkim, kiedy tylko wróci do domu – powtórzyła. – Jeżeli szczerze 

przedyskutujemy zaistniałą sytuację, to jestem pewna, że on ją jakoś rozwiąże. 

– Co jeszcze powiesz Scottowi? – dociekał Robert. 
– Może powinnaś go poinformować, że sama jedziesz do Włoch, bo on jest nie dość 

romantyczny?

background image

– Powiem mu, że przez ciebie moja restauracja zmieniła się w kombinację baru szybkiej 

obsługi   i   agencji   podróży.   Powiem   jeszcze,   że   mnie   prześladujesz,   bo   to   odwraca   twoją 
uwagę od własnych problemów. Nie daje ci spojrzeć prawdzie w oczy, zapominasz o tym, co 
naprawdę sprowadziło cię do San Antonio. I powiem mu... Powiem mu jeszcze, że mnie 
pocałowałeś, ale to dla ciebie nic nie znaczyło!

– Naprawdę tak sądzisz?
– Tak, jestem przekonana, że mnie wykorzystujesz, aby oddalić od siebie inne sprawy. 

Coś, co dotyczy przeszłości i twego ojca. 

– Czy naprawdę uważasz, że ten pocałunek nie miał dla mnie żadnego znaczenia?
– Myślę, że było ci przyjemnie. Ale to jedynie część twojej brutalnej ingerencji w moje 

życie. Chcesz zabrać mi restaurację, a przy okazji skraść kilka pocałunków. – Dziewczyna 
spojrzała na niego poważnie. – Nie dostaniesz mojej własności, Beltramo. Wypowiadam ci 
wielką bitwę. I koniec z pocałunkami! Słyszysz?

– Koniec – powtórzył posłusznie, a następnie ujął jej twarz w obie dłonie, uśmiechnął się 

i pocałował ją w usta. 

Po chwili odsunął się. 
– Z tym już koniec, Gwennie – obiecał, po czym odwrócił się i odszedł, pogwizdując, w 

kierunku kuchni. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Po   kilku   dniach   od   otwarcia   restauracji   Gwen   czuła   się,   jakby   była   żonglerem, 

próbującym utrzymać w powietrzu dwadzieścia szklanych kul. Sytuacja stała się tak napięta, 
że w każdej chwili jedna z tych kul mogła z trzaskiem rozbić się o ziemię. Nie mogła jednak 
tracić czasu na myślenie o tym, co by było, gdyby... W transie wkładała naczynia do pieca, 
mieszała   sosy,   podgrzewała   zupy.   Jej   fartuch   był   uwalany   jeszcze   bardziej   niż   zwykle, 
dostawca   sera   spóźniał   się,   a   ciasto   wciąż   nie   było   gotowe.   Jednym   słowem,   krok   od 
katastrofy.   Na   dodatek,   Robert   Beltramo,   stojąc   w   swojej   części   kuchni,   przyglądał   się 
wszystkiemu, co robiła. 

– Pracując w jednym pomieszczeniu z tobą, czuję się, jakbym wpadł do garnka gotującej 

się zupy. Wszystko pogrążone jest w totalnym chaosie – skomentował jej wysiłki. 

–  Nie   miałabym  nic   przeciwko   temu,   abyś   i  ty  wprowadził   u  siebie   nieco  chaosu   – 

odpowiedziała Gwen, otwierając puszkę tuńczyka. – Twój wzorowy porządek działa mi na 
nerwy. Prawdziwy szef kuchni nie może być właściwie inspirowany bez odrobiny bałaganu. 

Dziewczyna podbiegła do pieca i wyciągnęła pieczoną paprykę. 
– A niech to! Sparzyłam się! Wszystko przez ten pośpiech. 
Zanim zdążyła  zaprotestować,  Robert poprowadził  ją do kranu i włożył  jej rękę pod 

strumień zimnej wody. 

–   Próbujesz   robić   zbyt   wiele   rzeczy   naraz,   Gwennie.   Dostawa   przekąsek   na   statki 

wycieczkowe, podawanie śniadań jeszcze przed wschodem słońca... Co jeszcze wymyślisz?

– Wszystko, byle cię pobić. 
Gwen nie wyrywała dłoni z uścisku Roberta: zimna woda działała kojąco, a poza tym 

potrzebowała chwilki oddechu. 

–   Powinnaś   opatrzyć   to   oparzenie   –   zatroszczył   się   Beltramo.   –   I   przestań   tak   się 

spieszyć.   Pomyśl,   do   czego   to   nas   doprowadzi?   Przecież   kontruję   każdy   twój   krok.   Ty 
serwujesz na statki wycieczkowe obiad, a ja lunch. Ty zaczynasz podawać śniadania, ja nie 
pozostaję w tyle. 

– I podajesz omlety wtłoczone w małe, kartonowe pudełka. 
– Ludziom się to najwyraźniej podoba. Omlety na wynos... Sam nie wiem, jak wpadłem 

na tak doskonały pomysł. 

–   Podpatrując   mnie,   oczywiście.   Moje   mają   jednak   tę   zaletę,   że   serwuję   je   na 

porcelanowych talerzach. A w ogóle, Beltramo, nie mam czasu na rozmowę z tobą. 

– Musisz się odprężyć, w przeciwnym razie raz po raz będziesz się parzyć bądź kaleczyć. 

Zobaczmy, jak tam twoja ręka... Hmm, nie jest aż tak źle. 

Dotyk   palców   mężczyzny   był   bardzo   przyjemny.   Gwen   zastanawiała   się   jednak,   jak 

ironiczny wydźwięk  miało pouczenie Roberta o konieczności odprężenia  się i zwolnienia 
tempa. Przecież jej życie było poukładane, dopóki on się nie pojawił. Jednak z drugiej strony 
lubiła   jego   towarzystwo,   w   chwilach   gdy   była   w   stanie   zapomnieć   o   zagrożeniu,   jakie 
stworzył i walce, która ich czekała. 

background image

Mężczyzna spojrzał wymownie na wielki brylant, mieniący się na palcu dziewczyny. 
– Co za potwór – skomentował. – Za każdym razem, gdy na niego patrzę, przechodzą 

mnie ciarki. 

Gwen wyrwała rękę z jego uścisku. 
– Wczoraj wieczorem przedyskutowałam ze Scottem całą sytuację. Nie mamy przed sobą 

tajemnic. 

– Czyżby był w mieście?
– Dziś rano znowu wyjechał, ale wczoraj przy obiedzie mieliśmy szczerą i konstruktywną 

rozmowę. 

– Ty gotowałaś, prawda?
– Oczywiście. Lubię gotować dla kogoś, kto docenia moje jedzenie. 
Gwen nie chciała przyznać, że od czasu, gdy się zaręczyli, narzeczony ani razu nie zabrał 

jej do restauracji. 

–   Gdy   powiedziałam   Scottowi   o   tobie   i   naszym   pierwszym   pocałunku,   był   bardzo 

wyrozumiały. Złożył to na karb świątecznego nastroju. Lecz gdy dowiedział się o incydentach 
na werandzie i w restauracji, był dość poruszony. 

– Co powiedział?
– A niech to! Proszę, podaj mi sos – zacytowała. 
– Znasz już moje zdanie, Gwennie. Nie ufaj mężczyźnie, który prosi o sos, gdy dowiaduje 

się, że jego dziewczyna całowała się z kimś innym. 

– Mam szczęście być zaręczona z człowiekiem, który nie wpada w szał tylko dlatego... że 

inny mężczyzna stracił głowę i pocałował mnie na huśtawce i... – Gwen była nieco zbita z 
tropu.   –   Scott   jest   cudowną   osobą   –   dorzuciła   szybko.   –   Woli   przezwyciężyć   problem, 
zamiast być zazdrosnym i poirytowanym. 

– Jeżeli twój chłopak jest aż tak wyrozumiały, to powinnaś nas poznać, może zostaniemy 

przyjaciółmi. 

– Scott nie jest wyrozumiały aż do tego stopnia – stwierdziła, nie mając jednak w tym 

względzie stuprocentowej pewności. 

– Gwennie, może gdybym cię znowu pocałował, twój chłopak częściej bywałby w domu? 

Pomyśl o tym. Może powinniśmy się częściej całować dla twego dobra. 

Dziewczyna zarumieniła się, bezskutecznie starając się nie myśleć o ustach Roberta. 
– Beltramo, czy ty nie masz w tej chwili nic do roboty?
– Mam wszystko pod stałą kontrolą – zapewnił. 
– Absolutnie wszystko. 
Spojrzała na niego. Tak, rzeczywiście wydawał się panować nad sytuacją. Pocałunki nie 

zawróciły mu w głowie, podczas gdy ona była tuż, tuż od zerwania swoich zaręczyn. I to z 
powodu mężczyzny, który choć umiał tak dobrze całować, potem pozwalał sobie żartować na 
ten temat, jak gdyby to dla niego nic nie znaczyło. 

– W Wigilię ustalę datę ślubu – zadeklarowała nagle. 
Robert wyprostował się. Na jego twarzy malował się trudny do odczytania wyraz. 
– Czyżby Scott wracał do domu na Wigilię?

background image

– Oczywiście. 
– To da ci poczucie bezpieczeństwa? – sondował Beltramo. 
– Wcale nie chcę poczucia bezpieczeństwa. Po prostu chcę... Ja chcę... 
Nie mogła skończyć zdania. Wpatrywała się w mężczyznę, starając się podjąć wyzwanie, 

które   dostrzegła   w   jego   oczach.   Tajemnicze,   niezrozumiałe   wyzwanie,   nie   mające   nic 
wspólnego z restauracją, tylko z nią i Robertem... 

W tym momencie do kuchni wtargnęła Claudine. 
– Gwen! – zawołała podekscytowana. – Chodź, szybko!
Nawet mimo tego wołania, dziewczyna nie potrafiła oderwać wzroku od oczu Roberta. 
– Czy nie możesz sama sobie poradzić? – spytała nieobecnym głosem. 
– Nie! – odpowiedziała przejęta kelnerka. 
Schwyciła Gwen za ramię i wyprowadziła ją z kuchni. Po chwili zaczęła mówić krótkimi, 

urywanymi zdaniami. 

– Ona tu jest! Siedzi tam, przy oknie! To tamta blondynka! Zobacz, jakie ma wspaniałe 

włosy! Na początku nie wiedziałam, kim ona jest, skąd zresztą miałam wiedzieć? Ale sama 
mi to powiedziała swoim wyniosłym, dostojnym głosem. Możesz w to uwierzyć?

– Spokojnie, Claudine. Powiedz w końcu, kto to?
– Leda Thatcher – wyszeptała kelnerka. – Uwierzyłabyś w to? Ona naprawdę tu przyszła!
Teraz   i  Gwen  była   bliska  utraty zdolności   spokojnego myślenia.  Leda  Thatcher  była 

najbardziej   uznanym   krytykiem   kulinarnym   w   San   Antonio.   Gdyby   opublikowała   dobrą 
opinię o restauracji, na drugi dzień do stolików Gwen ustawiłaby się długa kolejka chętnych 
posmakowania jej potraw. Do tej pory nie śmiała nawet marzyć, że uda się jej tu ściągnąć tak 
znaną postać, ale oto stało się! I tym razem Robert Beltramo w niczym jej nie przeszkodzi. 

Gwen szybko zdjęła z siebie zabrudzony fartuch. 
– Posłuchaj mnie uważnie, Claudine. Zajmij się Robertem. Porozmawiaj z nim, odwróć 

jego uwagę.  Oblej  go sosem,  zrób cokolwiek,  aby zatrzymać  go w  kuchni.  Pod żadnym 
pozorem nie pozwól mu wejść na salę!

– Nie martw się, zrobię, co w mojej mocy!
– Pośpiesz się, zanim nabierze podejrzeń. – Gwen popchnęła dziewczynę w kierunku 

kuchni, a sama podążyła w kierunku stolika Ledy Thatcher. 

– Pani Thatcher, jestem Gwen Ferris.  Bardzo się cieszę, że mogła pani przyjąć moje 

zaproszenie. 

Kobieta przez dłuższą chwilę przyglądała się dziewczynie w milczeniu. Była dość ładna, 

choć jej twarz była wyjątkowo szczupła. Okazała się być znacznie młodsza, niż wyobrażała 
sobie   Gwen,   nie   miała   więcej   niż   trzydzieści   lat.   Zachowywała   się   jednak   jak   księżna, 
zniżająca się do rozmowy z pokojówką. 

– Panno Ferris, mam nadzieję, że zdaje pani sobie sprawę z tego, jak napięty jest mój 

kalendarz.   Zazwyczaj   nie   składam   tego   typu   wizyt,   ale   pani   upór   zaintrygował   mnie   – 
powiedziała, ostrożnie posypując majerankiem kawałek ryby. 

– Może miałaby pani ochotę na coś jeszcze?
– To  mi  wystarczy.  Muszę przyznać,  że  zupa truflowa  w  pani wydaniu  jest całkiem 

background image

możliwa do przyjęcia. 

Być  może  Gwen była   w  błędzie,   ale  wydawało   się jej,  że  miał   to  być  komplement. 

Niestety,  ciekawość była drugą naturą Ledy.  Co pewien czas rzucała spojrzenia w stronę 
królestwa Roberta. 

–   Cóż   za   niezwykły   pomysł   –   stwierdziła.   –   Ogłoszenie   na   zewnątrz   mówi,   że 

podzieliliście restaurację na dwie części. Kim jest ów Robert Beltramo?

Gwen zmieniła pozycję, starając się zasłonić konkurencję. 
– To długa historia, pani Thatcher, ale w skrócie można powiedzieć, że to moja część 

kontynuuje dobre tradycje restauracji. 

– A moja reprezentuje tradycje dobrego, sprawnie podanego posiłku – dobiegł głos zza 

pleców dziewczyny. 

Obróciła   się   gwałtownie.   Beltramo   posyłał   Ledzie   jeden   ze   swoich   najbardziej 

wysublimowanych uśmiechów. 

–   Pani   Thatcher,   tak   się   składa,   że   to   ja   jestem   Robert   Beltramo.   Chciałbym   panią 

zaprosić   do   spróbowania   najlepszej   włoskiej   kuchni,   z   jaką   miała   pani   kiedykolwiek   do 
czynienia. Czy jest pani gotowa?

Leda Thatcher nie odpowiedziała od razu. Wydęła swoje delikatne usta, co znamionowało 

głębokie zastanowienie. Robert posłał jej kolejny ze swoich czarujących uśmiechów. Fakt, że 
był on przeznaczony wyłącznie dla Ledy, ubódł Gwen dodatkowo. Nie mogła pozwolić, aby i 
tym razem Robert popsuł jej szyki. 

– Pani Thatcher, przygotowałam deser, który, mam nadzieję, będzie pani smakował – 

powiedziała stanowczo. – Krem z orzechami i czekoladą. 

– Ja też to podaję i wiele innych nie mniej kuszących deserów. 
– Lody pistacjowe – nie dawała za wygraną Gwen. 
– Zabaglione – skontrował Robert z niebezpiecznym błyskiem w oku. 
–   Ho,   ho,   cóż   za   zajmujący   kulinarny   pojedynek   –   przerwała   Leda.   –   Być   może 

powinnam jednak obejrzeć pana stronę, panie Beltramo. Proszę mnie oprowadzić!

– Ależ, pani Thatcher... – Gwen była wyraźnie zdesperowana. – A co z pani deserem?
Leda skwitowała jej słowa lekkim machnięciem dłonią. 
–   Podoba   mi   się   pomysł   wydania   werdyktu   w   sprawie   dwu   rywalizujących   ze   sobą 

restauracji. W tym celu jednak muszę zapoznać się z obiema stronami. – Wstała zgrabnie i 
dała się ująć Robertowi pod ramię. – Proszę mi powiedzieć, panie Beltramo, co spowodowało 
ten podział?

Mężczyzna szarmancko poprowadził gościa w kierunku swojego konika: bufetu szybkiej 

obsługi. Nie omieszkał jednak odwrócić się i filuternie zmrużyć oka. 

– Pani Thatcher, Gwennie i ja wpadliśmy na taki pomysł w celu zwiększenia obrotów 

restauracji. Jak do tej pory, skutkuje to znakomicie. 

Gwen zacisnęła pięści w bezsilnej złości. Po chwili podbiegła Claudine, aby ją pocieszyć. 
– Tak mi przykro – powiedziała, z trudem łapiąc oddech. – Nie mogłam powstrzymać go 

od wyjścia  z  kuchni. Wiesz,  jaki on jest.  Wyczuł,  że coś  jest  nie w  porządku. Co teraz 
zrobimy?

background image

–   Ty   zostaniesz   tu   pełnić   obowiązki   gospodyni,   a   ja   postaram   się,   aby   to   nie   uszło 

Robertowi na sucho. – Ruszyła w ślad za Beltramo i panią Thatcher. 

– Chyba masz nowych gości, Gwennie. Nie czuj się w obowiązku dotrzymywać  nam 

towarzystwa – rzekł kurtuazyjnie Robert. 

–   Claudine   doskonale   sobie   poradzi.   Ja   nie   chciałabym   uronić   ani   słowa   z   ust   tak 

ważnego gościa. Nie zapomnij  objaśnić pani Thatcher, że każdy palnik ma indywidualny 
termostat. W ten sposób możesz swoim gościom podawać spaghetti w pełnym wyborze na 
wynos. 

– Kuchnia włoska na wynos, pani Thatcher – kontynuował niezrażony. – To część mojej 

oferty. 

Ten   człowiek   nie   miał   wstydu!   Za   chwilę   demonstrował   już,   jak   pakuje   omlety   w 

kartonowe   pudełeczka.   Doskonale.   To  z   pewnością   ostatecznie   przekona   delikatny   zmysł 
smaku Ledy, o tym, która strona jest lepsza. Gwen już uśmiechała się ze złośliwą satysfakcją, 
gdy usłyszała głos Ledy Thatcher, wychwalający bar szybkiej obsługi. 

– Cóż za prawdziwie wyśmienity pomysł! Danie szybkie w przeciwieństwie do dania na 

zamówienie. Tylko  dobry przedsiębiorca rozumie korzyści, płynące z takiego podejścia. I 
mów mi po imieniu... Roberto. 

To powiedziawszy, Leda wzięła talerz z krańca bufetu, a następnie delikatnie, z precyzją 

nałożyła   sobie   zestaw   potraw   z   termostatycznie   podgrzewanych   garnków.   Podczas   tych 
operacji   „Roberto”   zdawał   się   rozpływać   z   zachwytu   nad   swoją   nową   znajomą.   Gwen 
rozdzierały sprzeczne emoqe. Starała się nie patrzeć na to wszystko, nie mogła jednak nie 
dostrzec, jak Leda z zadowoleniem nakładała sobie porcje ze srebrnych garnków, a następnie 
odpłynęła w kierunku śmiesznie małych stolików. Doprowadzona do ostateczności, Gwen 
wtłoczyła się pomiędzy nich. 

– Claudine wydaje się być nieco zagubiona – poinformował życzliwie Robert. – Wydaje 

się nie radzić sobie z tak dużą liczbą gości. 

–   Według   mnie   idzie   jej   doskonale   –   zapewniła   Gwen,   choć   i   jej   wydawało   się,   że 

kelnerka jest u kresu wytrzymałości, z trudem utrzymując równowagę, obładowana obfitym 
naręczem talerzy. – A co z twoimi gośćmi, Roberto? Biednemu Jeremy’emu plączą się już 
nogi. 

– Dałem mu dobry trening. Nie ociąga się tak, jak dawniej – odparł mężczyzna, opierając 

się wygodnie i wciąż kontrolując sytuację. 

Po chwili uniósł nieznacznie dłoń. Na ten gest Jeremy pognał w stronę kuchni. Minutę 

później pojawił się z obficie zastawioną tacą, którą ulokował przed Ledą. Chcąc nie chcąc, 
Gwen przyznała w duchu, że potrawy wyglądały nad wyraz zachęcająco. Poczuła ochotę na 
spróbowanie tych delicji. 

– Skoro już tu jesteś, to może coś byś zjadła?
– zapytał Beltramo, jak gdyby głód wprost malował się na twarzy dziewczyny. – Śmiało, 

wcinaj – zachęcał z nieodłącznym uśmieszkiem na twarzy. 

–   Nie,   dziękuję   –   odpowiedziała   Gwen   sztywno,   mając   nadzieję,   że   jej   żołądek   nie 

zdradzi prawdziwych odczuć. – Pani Thatcher – zwróciła się do Ledy. 

background image

– Czy nie byłoby pani wygodniej po mojej stronie? Tam miałaby pani szansę normalnie 

usiąść. 

Leda wytarła usta papierową chusteczką – kolejnym usprawnieniem Roberta. 
– Mój Boże, jeżeli dłużej pozostanę pod działaniem takiej dwójki kusicieli, z pewnością 

rozchoruję   się   z   przejedzenia.   Obawiam   się,   że   muszę   pani   odmówić,   panno   Ferris,   ale 
przyznaję,   że   podsunęła   mi   pani   doskonałą   myśl.   Abym   mogła   sprawiedliwie   ocenić 
zdolności kulinarne Roberta, powinien przygotować coś specjalnie dla mnie. Myślę, że obiad 
dziś wieczorem w moim domu byłby najlepszą ku temu okazją. Powiedzmy, około dziesiątej? 
– Leda spojrzała wyczekująco na mężczyznę. 

Robert podrapał się w brodę, jak gdyby ważył „za” i „przeciw”. Tymczasem Gwen, wciąż 

siedzącej pomiędzy nimi, zrobiło się bardzo gorąco. Zastanawiała się, jak to było możliwe, 
aby mogła zasiać w głowie Ledy Thatcher tak szatański plan! Robert Beltramo, gotujący 
intymny posiłek dla tej kobiety i podający go... być może nawet przy świecach... 

Gwen   wydała   z   siebie   dźwięk,   który   mieścił   się   pomiędzy   westchnieniem   a   jękiem. 

Oboje, Leda i Robert, spojrzeli na nią zaintrygowani, ale dziewczyna nie mogła wydobyć z 
siebie   ani   słowa.   To   dziwne   uczucie   znowu   w   niej   zagościło,   ale   tym   razem   zdołała   je 
rozpoznać.   Zazdrość.   Tak   jest,   uczucie   zazdrości,   którego   Scott   nigdy   nie   zdołał   w   niej 
wzbudzić. Świadomość, że to właśnie uczucie zagościło w jej sercu, była tak nieprzyjemna, iż 
dziewczyna siedziała pomiędzy Ledą i Robertem jak skamieniała, czekając na dalszy rozwój 
wypadków. 

– Nie widzę żadnych przeszkód – odpowiedział wreszcie Beltramo. – Dziś wieczorem w 

twoim domu, Ledo. 

– Cudownie. Będę czekała z niecierpliwością. Tak bardzo lubię mężczyzn potrafiących 

dobrze   gotować,   a   pani,   panno   Ferris?   No,   muszę   już   lecieć.   Do   zobaczenia,   Roberto. 
Pamiętaj,   około   dziesiątej.   Mieszkam   w   dzielnicy   King   William.   Zadzwoń   do   mojej 
sekretarki, ona ci powie, jak tam dojechać. 

To   powiedziawszy,   Leda   po   królewsku   przepłynęła   przez   salę,   a   energiczny   Jeremy 

szybko dobiegł do drzwi i z ukłonem wypuścił ją na zewnątrz. 

Robert spojrzał na dziewczynę. 
–   Nie   wyglądasz   dobrze,   Gwennie.   Być   może   to   przez   niedożywienie.   Karmimy 

wszystkich naokoło, a nie mamy czasu dla siebie. Masz, zjedz trochę – zaprosił uprzejmie, 
stawiając przed dziewczyną ciasto z owocami. 

Gwen jednak nie miała apetytu. Jakże brzydziła się uczuciem zazdrości!
– Jak dowiedziałeś się, że Leda będzie u mnie?
– spytała, siląc się na spokój. – Gdybyś się nie wtrącił... 
– Nie mogłem, Gwennie. Po tym, jak zamykałaś się w biurze przez ostatnie dwa dni, 

załatwiając tajemnicze telefony, musiałem dowiedzieć się, co wisi w powietrzu. Poprosiłem 
Jeremy’ego   o   dyskretne   podpytanie   Claudine.   To   było   łatwe   –   ten   facet   to   prawdziwy 
zawodowiec. Twoja kelnerka puściła parę, nawet sama o tym nie wiedząc. Mówię ci, ten 
Jeremy ma w sobie duży potencjał. 

– Nie mogę uwierzyć, że byłeś tak podstępny. Ty i Jeremy. 

background image

–   Nie   bardziej   podstępny   niż   ty.   Zamierzałaś   sprowadzić   tu   potajemnie   krytyka 

kulinarnego, nie dając mi szansy na zaprezentowanie się. Jestem nieco zawiedziony takimi 
posunięciami z twojej strony. 

– Nie było w tym nic nieuczciwego. Użyłam swego całego talentu, aby ściągnąć tu Ledę 

Thatcher, a ty mi ją ukradłeś. Ale po co ja w ogóle wdaję się z tobą w dyskusję? To nigdy nie 
wychodzi   mi   na   dobre   –   Gwen   nie   ukrywała   swego   rozgoryczenia.   –   Czy   naprawdę 
zamierzasz ugotować dla niej obiad?

– To ci dopiekło, prawda? Nie rozumiem jednak, dlaczego. Będąc zaręczoną kobietą, 

powinnaś być zadowolona, że i ja będę miał szansę na trochę damskiego towarzystwa. 

Cała sytuacja zmierzała zdecydowanie w złym dla Gwen kierunku. Nie tylko kipiała z 

zazdrości, ale dała to po sobie poznać. Uderzyła dłonią w stół tak mocno, że zwróciła na 
siebie uwagę siedzących obok. 

–  Robercie  Beltramo   –  powiedziała   wstając.  –  Możesz  spotykać   się  z  dwudziestoma 

pięknymi  kobietami,  nic mnie  to nie obchodzi.  Ale następnym  razem sam postaraj się o 
zaproszenie tu krytyka, dobrze?

–   Czy   to   znaczy,   że   chcesz   dziś   wieczór   dołączyć   do   nas   ze   swoim   narzeczonym? 

Podwójna randka to doskonały pomysł!

Tego było już za wiele! Najchętniej wylałaby mu na głowę wazę zupy, ale na szczęście 

zdołała zapanować nad sobą. Powoli ruszyła do swojej części restauracji. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Światło, padające z kuchennego okna restauracji, oświetlało małe boisko do koszykówki, 

na którym Robert ćwiczył właśnie drybling i rzuty do kosza. Raz po raz, piłka czysto trafiała 
do celu. 

Gwen stała  w drzwiach  i pod osłoną  zapadającego  zmierzchu  obserwowała  sportowe 

wyczyny Beltramo. Jego ruchy znamionowały niewyczerpane zapasy energii. Dziewczyna 
miała do siebie pretensję za to podglądanie. Przez cały dzień gnębił ją obraz Ledy i Roberta, 
jedzących   obiad   przy   świecach.   Pocieszała   się   myślą,   iż   jej   narzeczony   jest   tak   bardzo 
pochłonięty   komputerami,   że   romanse   z   kobietami   są,   w   jego   przypadku,   wykluczone. 
Niestety, dotyczyło to także jej, ale na świecie nie ma nic w pełni doskonałego. 

Te rozmyślania nie przynosiły jednak ukojenia. Nigdy przedtem nie czuła się tak fatalnie. 

Przywykła  do spokojnego, uregulowanego,  dającego satysfakcję  życia,  tymczasem  Robert 
Beltramo zmienił je nie do poznania. Po kolejnym celnym rzucie piłką, dziewczyna wyszła z 
cienia na boisko. 

– Już prawie dziesiąta – przypomniała. – Spóźnisz się. 
–  Nie   martw  się  –  uspokoił   ją  Robert.   –  Leda   dostanie   obiecany  obiad  i   ja  sam   go 

przyrządzę. 

– Wcale się nie martwię. Lecz jeżeli zamierzasz tam pójść, to idź już wreszcie i zostaw 

mnie w spokoju. 

Robert przestał odbijać piłkę i spojrzał badawczo na dziewczynę. 
– To ty do mnie przyszłaś, Gwennie. Ja już dawno posprzątałem w kuchni i panuje tam 

absolutny spokój. 

– To nieważne. Przez cały czas słyszę, jak uganiasz się tu za piłką. Ten hałas wystarczy, 

aby mnie rozproszyć. 

– Odnawiam swoje dawne przyzwyczajenia. Kiedy byłem dzieckiem, przychodziłem tu i 

trenowałem do późnych godzin nocnych. Dzięki temu mogłem dowolnie opóźniać powrót do 
domu... 

Gwen wyczuła w Robercie jakieś wewnętrzne napięcie. Oparła się o słup, podpierający 

tablicę, i włożyła ręce do kieszeni dżinsów. 

– Czy aż tak bardzo nie chciałeś wracać do domu, do ojca? Trudno mi w to uwierzyć. 
– Gdy stary akurat nie krzyczał, to gapił się w telewizor. Ciszy nie cierpiałem, jeszcze 

bardziej niż jego wrzasków. 

– Może był samotny? Starszy człowiek, który, mimo że bardzo chciał, nie wiedział, jak 

wyciągnąć rękę do innych ludzi. 

– Ty zawsze wiesz wszystko lepiej, prawda? – To nie takie proste. Naprawdę lubiłam 

twego ojca. Ktoś musiał się nim opiekować. Ty odszedłeś i zostawiłeś go tu samego. 

– Musiałem odejść – powiedział Robert zdławionym głosem. – Ojciec chciał, abym był 

podobny do niego: tak samo podły. Nie mogłem do tego dopuścić. Robiłem  wszystko, aby 
stąd uciec. Starałem się o stypendium na uczelni w innym stanie. Gdy mi odmówiono, po raz 

background image

pierwszy   widziałem   ojca   szczęśliwego.   Prawdziwie   zadowolonego.   Myślał   pewnie,   że   to 
sprawi, iż zostanę tu, w restauracji, do końca życia. Nie sądził, że uda mi się znaleźć inną 
drogę ucieczki. 

Gwen była pełna podziwu dla determinacji Roberta. Był to rys charakteru, którego nie 

zauważyła u jego ojca. 

– Być może obawiał się, że cię straci, kiedy wyjedziesz do innego miasta i nie wiedział, 

jak ci to powiedzieć?

–   Wierz   lub   nie,   ale   sam   o   tym   myślałem.   Próbowałem   zrozumieć   starego.   Mimo 

wszystko   był   moim   ojcem.   Dlatego   przyjechałem   do   San   Antonio   zaraz   po   dyplomie. 
Chciałem jakoś naprawić sytuację, ale... – Robert przerwał nagle klnąc pod nosem. – Ferris, 
znowu ci się udało. Wciągnęłaś mnie w wyznania, tak jak swoich klientów. Przyznaj się, 
pewnie nawet obcy ludzie na ulicy zatrzymują cię i zaczynają opowiadać o swoim życiu? 
Nabrałem się, ale dosyć tego, spowiedź skończona. 

–   Potrzebujesz   poważnej   rozmowy,   jesteś   jednak   zbyt   uparty,   aby   to   przyznać. 

Przynajmniej tę jedną cechę masz wspólną z ojcem. 

Napięcie,   jakie   wzbierało   w   dziewczynie   od   pewnego   czasu,   szukało   ujścia.   Bez 

uprzedzenia wyrwała piłkę z rąk mężczyzny i zaczęła nią kozłować. Podbiegła do kosza. 
Rzuciła. Piłka odbiła się od tablicy i wróciła na boisko. Gwen złapała ją i zaczerpnęła głęboki 
haust rześkiego powietrza. Czuła, jak opuszcza ją napięcie. Pomyślała, że wysiłek fizyczny 
przynosi   zapomnienie.   Być   może   będzie   w   stanie   zapomnieć   o   kłopotach   z  restauracją   i 
Scottem, a nawet o problemach z Robertem... 

Mężczyzna wyrwał piłkę z rąk dziewczyny. Kozłując, pobiegł w kierunku kosza. Gwen 

rzuciła się za nim, starając się zablokować oddanie skutecznego rzutu, ale Robert wybił się w 
górę bez wysiłku i rzucona pewną ręką piłka, zataczając łuk, wpadła do kosza. Dziewczyna 
złapała spadającą piłkę. Beltramo momentalnie ją odzyskał. 

Walczyli zapamiętale. Mężczyzna nie stosował wobec niej ulgowej taryfy. Była to po 

prostu jeszcze jedna dziedzina, w której mogli rywalizować i udowadniać swoją wyższość. 
Gwen wiedziała, że jeżeli chce zwyciężyć, musi skupić całą uwagę na piłce. 

Żadne z nich nie odzywało się. Był to cichy pojedynek dwóch osobowości. Robert zrobił 

zwód w prawo, a następnie pobiegł w lewo, ocierając się ramieniem o dziewczynę. Fizyczny 
kontakt w sporcie był czymś nowym dla Gwen, ale i ona szybko opanowywała kroki tego 
nowego tańca. Przy następnym rzucie wycelowała dokładniej i piłka przeleciała przez siatkę 
kosza. 

– Wreszcie się udało! – wykrzyknęła w kierunku Roberta. 
– Udowodniłaś, że miałem rację, Gwennie. Wiedziałem, że będziesz dobra w grze w 

koszykówkę. 

Beltramo   wydawał   się   jej   teraz   jeszcze   bardziej   atrakcyjny   niż   zwykle.   Zdała   sobie 

sprawę, że w czasie gry było wiele sytuacji dość intymnych. Ta świadomość wcale jej nie 
pomagała. Potęgowała tylko tajemne pragnienia, których istnienia nawet nie podejrzewała. 
Spoglądali na siebie przez dłuższą chwilę. Gwen nie potrafiła określić tego, co ich łączyło. 
Nie przychodziło jej do głowy żadne sensowne wytłumaczenie. 

background image

– Nie idziesz do Ledy? – zapytała niepewnym głosem?
– A chcesz, żebym poszedł?
Wolała nie odpowiadać na to pytanie. 
– Idź – powiedziała. – Lepiej będzie, jeżeli już pójdziesz. 
Robert   przyglądał   się   jej   przez   chwilę,   ale   Gwen   nie   zdradziła   przed   nim   swoich 

prawdziwych uczuć – jej twarz pozostała bez wyrazu. Odwrócił się powoli i odszedł. Zostawił 
ją płonącą z zazdrości, do której nie miała prawa. 

Późnym   popołudniem   następnego   dnia   do   restauracyjnej   kuchni   wkroczyła   Leda 

Thatcher. Gwen przestała wyrabiać ciasto i spojrzała na gościa. Kobieta była nie do poznania. 
Jej twarz promieniała. Uśmiechała się przyjaźnie do Gwen. 

– Dzień dobry, Gwennie, dzień dobry! Czy jest Robert? – Nawet jej głos miał dziś inne 

brzmienie. 

– Jest w biurze. Ma spotkanie z dostawcą. Przepraszam, skąd ma pani tę koszulkę? – 

Gwen ze zdumieniem zauważyła, że Leda ma na sobie jaskrawoczerwony strój koszykarski 
drużyny Roberta. 

– Nie ma na niej jeszcze mojego nazwiska, ale nie mogłam się powstrzymać i włożyłam 

ją już dziś. Czyż nie jest urocza? Wybrałam sobie numer dwadzieścia cztery. 

– Panno Thatcher, przepraszam za to pytanie, ale czy zamierza pani... czy to możliwe, że 

wstępuje pani do drużyny... – Gwen brakowało słów, ale Leda pomogła jej dokończyć zdanie. 

– Jestem najnowszym członkiem drużyny Piratów Beltramo – powiedziała z godnością, 

odrzucając w tył swe blond włosy. – Tak, bardzo lubię współzawodnictwo sportowe. Ale 
mów mi Leda, przecież od dziś jesteśmy koleżankami z drużyny. 

– Ja nie gram – Gwen nie mogła przyjść do siebie po tym, co usłyszała. 
Jak to możliwe, że zimna, wyniosła Leda Thatcher przez jeden dzień zmieniła się tak 

bardzo,   że   była   skłonna   biegać   za   piłką?   Dziewczyna   bała   się   myśleć   o   tym,   co   zaszło 
podczas obiadu, poprzedniego wieczoru. I tak zmarnowała przez to pół nocy, przewracając się 
z boku na bok. 

– Wybacz mi, Leda, ale jestem bardzo zajęta. Myślę, że możesz śmiało zapukać do drzwi 

Roberta. 

– Och nie, nie mogę. Nie chcę mu przeszkadzać. Proszę cię, przekaż mu wiadomość ode 

mnie. Powiedz, że nie wiem, jak mu dziękować za to, co zrobił wczoraj. To było po prostu... 
nadzwyczajne. Brakuje mi słów, naprawdę. – Twarz Ledy już nie tylko promieniała, wręcz 
fosforyzowała nieopisanym zachwytem. – Zapamiętam ten wieczór do końca mego życia. To 
wszystko dzięki Robertowi Beltramo! Przekażesz mu, prawda?

Gwen   miała   trudności   z   kontrolowaniem   swojego   zachowania.   Błagając   w   duchu 

opatrzność, aby Leda nie zaczęła w szczegółach opisywać tego, co stało się poprzedniego 
wieczoru, starała się przyspieszyć zakończenie rozmowy. 

– Dobrze, przekażę Robertowi to, co powiedziałaś, ale teraz naprawdę muszę już wracać 

do pracy. 

– Oczywiście. Rozumiem, że i on jest bardzo zajęty; nie śmiałabym naruszać porządku 

background image

jego zajęć. – Leda ruszyła w kierunku drzwi. – Och, prawie zapomniałam! Przyszłam, aby 
dać wam kopię mojego artykułu, który jutro ukaże się w prasie. Jestem pewna, że oboje 
będziecie zadowoleni z opinii, jaką wystawiam waszej restauracji. 

To powiedziawszy, kobieta wyjęła z torebki kartkę papieru, położyła ją na kontuarze i 

odpłynęła w kierunku drzwi. 

Artykuł rzeczywiście wychwalał pod niebiosa dokonania Gwen i Roberta. Leda wzywała 

czytelników  do odwiedzenia  ich restauracji. Jednak ten niezaprzeczalny sukces  wcale nie 
cieszył   dziewczyny.   Okupiła   go   zbyt   dużym   kosztem   poniesionym   na   innym   polu,   polu 
uczuć. 

Usiadła   ciężko   na   taborecie   i   oparła   się   o   kontuar.   Z   każdą   minutą   ciążące   nad   nią 

brzemię wydawało się coraz trudniejsze do udźwignięcia. Zanim na scenie pojawił się Robert 
Beltramo, wszystko w jej życiu było pod kontrolą. Spokojna atmosfera restauracji przyciągała 
specyficzną grupę gości, sprawy osobiste były uregulowane i choć kwestia małżeństwa ze 
Scottem rodziła pewne wątpliwości, to wtedy nie wydawały się one zbyt poważne. Teraz 
wszystko   się   zmieniło:   restauracja   była   tętniącym   życiem   przedsiębiorstwem,   a   sprawy 
uczuciowe urosły do rangi ważnego problemu. Miała wrażenie, że siedzi na bombie i ze 
wszystkich sił próbuje przeszkodzić Robertowi w zapaleniu lontu. 

Zdesperowana,   zaczęła   krzątać   się   po   kuchni,   przestawiając   garnki   i   patelnie.   Jej 

chaotyczne czynności nie służyły żadnemu określonemu celowi, poza robieniem hałasu. 

– Ojej, Gwendolyn, czy ty musisz tak bębnić tymi garnkami? Zachowujesz się, jakbyś 

była perkusistką zespołu rockowego. 

Robert postawił na stole duże pudło, z którego zaczaj wyjmować kartonowe talerzyki, 

kartonowe   kubki,   papierowe   serwetki,   nawet   misy   były   z   tektury.   Wszystkie   elementy 
zastawy pokryte były świątecznymi ozdobami. 

–   Czy   naprawdę   sądzisz,   że   te   jednorazowe   talerzyki   wprowadzą   twoich   gości   w 

świąteczny nastrój?

– spytała Gwen z powątpiewaniem. 
–   Mam   nadzieję,   że   tak.   I   wcale   nie   są   jednorazowe.   To   zastawa   wielokrotnego 

użytkowania. 

–   Dekoracje   świąteczne   to   wieloletnia   tradycja.   Zabawki   choinkowe   przechowuje   się 

przez lata  i co roku wraca  się do nich z sentymentem.  Nie ma  tu miejsca  na ordynarne 
papierowe kubki!

– Chyba nie dramatyzujesz wyłącznie z powodu tych drobiazgów? Powiedz lepiej, co 

naprawdę cię gryzie?

Gwen westchnęła głęboko, aby się uspokoić. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu. 

Nie pozostawało nic innego, jak pokazać Robertowi artykuł Ledy. 

– Spójrz tylko na to! – wykrzyknęła, podtykając mu papier pod nos. 
Mężczyzna rozprostował go i zaczął czytać. Powoli jego twarz rozświetlił uśmiech. 
– Coś podobnego! Najwyraźniej Leda polubiła naszą dwójkę!
– Raczej polubiła ciebie! – odcięła się dziewczyna. 
– Po tym, jak nafaszerowałeś ją sardynkami i waniliowymi lodami, najwyraźniej straciła 

background image

zdrowy   rozsądek.   To   niesamowite.   Wprost   rozpływała   się   w   zachwytach   nad   tobą. 
Opowiadała, że dzięki tobie przeżyła najbardziej niezwykły wieczór w swoim życiu. 

– Naprawdę tak powiedziała? – Robert miał czelność udawać zdziwienie. 
– Tak, i prosiła, aby koniecznie ci to powtórzyć. Czym ty ją nakarmiłeś, Beltramo?
Mężczyzna zachichotał irytująco. 
– Czy raczysz podzielić się ze mną tą radosną informacją? Nie wiem, czy zdajesz sobie 

sprawę z tego, w jakim stanie znajduje się teraz Leda. To nie jest powód do śmiechu. Biedna 
kobieta; włożyła nawet na siebie twoją sportową koszulkę. 

Robert wziął jeden ze swoich papierowych kubków i przyglądał mu się pod światło, jakby 

był z najprzedniejszego kryształu. 

– Czy chcesz przez to powiedzieć, że Leda wyglądała na szczęśliwą? – zapytał. 
– Aż za bardzo szczęśliwą, jeżeli chcesz znać moje zdanie. Ta kobieta jest postrachem 

wszystkich   restauratorów,   prawie   nie   sposób   jej   zadowolić.   A   tymczasem   właśnie   dziś 
postanowiła przeobrazić się w naszą najlepszą przyjaciółkę. Masz na nią niezwykły wpływ. 
Czy mógłbyś przestać się śmiać?

–  Śmieję   się, bo  też  jestem  uszczęśliwiony.  Wczorajszy obiad  z  Ledą  był  większym 

sukcesem, niż mogłem się spodziewać. 

Mężczyzna zaczął gwizdać melodię włoskiej piosenki o miłości, najwyraźniej bardzo z 

siebie zadowolony. Gwen nie mogła już dłużej tego znieść. Wzięła jedną ze świątecznych 
papierowych serwetek Roberta i zaczęła ją składać nerwowymi ruchami. 

– Jeżeli myślisz, że fakt, iż Leda zachwyca się twoim gotowaniem, to powód do radości, 

mylisz się. Treść tego artykułu dowodzi, że ta kobieta oszalała na twoim punkcie i traktuje cię 
poważnie. Sam do tego doprowadziłeś, więc mam nadzieję, że i ty masz wobec niej poważne 
zamiary. 

– Czy to znaczy, że chcesz, abym spotykał się z Ledą Thatcher?
Gwen zaczerwieniła się. Prawda była zupełnie inna, ale nie mogła jej wyjawić. Nie miała 

prawa być zazdrosna, a tymczasem to uczucie zawładnęło nią niemal bez reszty. 

– Wprowadziłeś Ledę w stan romantycznego uniesienia. Nie ma nic gorszego dla kobiety. 

Oznacza to, że zatraciła możliwość trzeźwego osądu i zachowuje się, jak ćma lecąca w ogień. 

– A więc mamy tu do czynienia z altruistycznym zatroskaniem... Czyżby bez żadnych 

podtekstów osobistych?

– Zapominasz, że jestem zaręczona. Nie jestem zainteresowana twoim bujnym życiem 

uczuciowym   –   to   mówiąc   nadała   ostateczny   kształt   papierowemu   samolocikowi,   którym 
zajmowała swoje ręce przez ostatnie pięć minut. 

Rzuciła go i z satysfakcją obserwowała, jak szybuje przez kuchnię i ląduje na piecu. 
Robert obserwował tę zabawę z krytycznym wyrazem twarzy. Po chwili sam zabrał się do 

składania świątecznej serwetki. 

–   Myślę,   że   zdradzę   ci   pewien   sekret.   Wczorajszej   nocy   wcale   nie   podałem   Ledzie 

obiadu. 

–   Nie   zmyślaj.   Przecież   była   tu   przed   chwilą   i   opowiadała   mi   o   twoim   jedzeniu. 

Gotowałeś dla niej i nie próbuj temu zaprzeczać!

background image

– Ale nie ja podawałem do stołu. Poprosiłem Jeremy’ego, aby zaniósł jej kolację do 

domu. Ja w ogóle się z nią nie widziałem. 

– A wiec to był Jeremy... I to on wciągnął Ledę do drużyny!?
– Na to wygląda. Spędzili chyba uroczy wieczór. Nawet nie wiedziałem, że jestem takim 

dobrym swatem. 

Gwen poczuła ogromną  ulgę. A więc Robert nie spotkał  się z Ledą Thatcher.  Miała 

ochotę roześmiać się głośno. 

–   Jest   jeszcze   gorzej,   niż   myślałam   –   powiedziała,   z   trudem   powstrzymując   się   od 

okazania radości. – Leda Thatcher i Jeremy! On ma zaledwie dwadzieścia lat... 

– Prawie dwadzieścia jeden – skorygował Robert, nie przerywając składania serwetki. – 

Jeremy nie jest dzieckiem,  choć lubisz o nim myśleć, jak o swoim młodszym  braciszku. 
Oboje z Ledą są już dorośli. 

– Gdy ją zobaczyłam taką rozpromienioną, przeraziłam się. Jeżeli jeden wieczór może 

spowodować taką odmianę, to co będzie dalej? I dlaczego udawałeś, że to ty byłeś z Ledą?

– Bo to chciałaś usłyszeć. Chciałaś wierzyć, że uwiodłem ją, żeby napisała pochlebny 

artykuł o mojej restauracji. Nie chcesz przyjąć do wiadomości niczego, co świadczyłoby o 
mnie   dobrze.   Poza   tym,   ze   wszystkich   sił   negujesz   istotę   romansu.   Jesteś   zaręczona   z 
najbardziej nieromantycznym typem w okolicy i wydaje ci się, że jesteś bezpieczna. 

Wstał,   aby   rzucić   swój   papierowy   samolocik.   Śmignął,   przecinając   powietrze   i 

wylądował na lodówce, o dobre dwa metry dalej niż model dziewczyny. 

– Tu nie chodzi o moje bezpieczeństwo.  Tu chodzi o coś  trwałego.  Dlatego  właśnie 

wybieram talerze porcelanowe, a nie papierowe. 

–   Czy   jesteś   pewna,   że   to   właśnie   poczciwy   Scott   zapewni   ci   porcelanę?   Jesteś 

przekonana, że to właśnie on? Pomyśl o tym. 

W   głosie   mężczyzny   słychać   było   rozbawienie.   Gwen   czuła,   że   ogarniają   ją   coraz 

większe wątpliwości, zarówno co do Scotta, jak i Roberta Beltramo. Robert był człowiekiem, 
od którego nie mogła spodziewać się niczego dobrego. Toczył z nią bezpardonową walkę o 
zwycięstwo,   nie   zważając,   czy   chodzi   o   grę   w   koszykówkę,   rzucanie   papierowych 
samolotów, czy prowadzenie restauracji. Mimo to, mając to wszystko na uwadze, cieszyła się, 
że   nie   spędził   intymnego   wieczoru   z   Ledą   Thatcher.   Na   dodatek,   stale   czuła   w   sobie 
niewytłumaczalne, trudne do określenia pragnienia. 

Czym prędzej wycofała się do swojej części kuchni. Scott nigdy nie wzbudziłby w niej 

tych tajemniczych tęsknot. Z całych sił starała się nie słuchać następnej włoskiej piosenki o 
miłości, gwizdanej przez Roberta. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Jeremy   i   Leda   byli   w   sobie   zakochani.   Zaledwie   kilkadziesiąt   godzin   po   tym,   jak 

zobaczyli się pierwszy raz, nie widzieli już poza sobą świata. Tego dnia, wieczorem, Leda 
przyszła   na   obiad   tylko   po   to,   aby   usiąść   po   stronie   Roberta   i   być   obsłużoną   przez 
ukochanego. Wszyscy widzieli, jak na nią spoglądał, gdy dolewał jej wina, a i ona rzucała mu 
zachęcające spojrzenia. Najsłynniejszy krytyk kulinarny, wyniosła Leda Thatcher zakochała 
się w kelnerze – trudno było o coś bardziej romantycznego. Gwen spoglądała od czasu do 
czasu na rozkoszną parę, wmawiając sobie, że to co czuje, to wstręt do intrygi Roberta, a nie 
zazdrość. Prawie udało się jej w tym utwierdzić. 

Leda pozostała aż do zamknięcia lokalu, a potem wyszła ramię w ramię z Jeremym. W 

chwilę   później   poszła   też   Claudine   i   w   restauracji   pozostali   tylko   Robert   i   Gwen.   Po 
niedługim czasie wyszli i oni, a Gwen odwróciła się, aby zamknąć drzwi. 

–   Dobranoc,   Robercie.   Mam   nadzieję,   że   jesteś   usatysfakcjonowany   swoim   dziełem. 

Jeremy był tak oszołomiony, że obsługiwał tylko Ledę, zapominając o reszcie gości. 

–   Takie   rzeczy   się   zdarzają   –   odpowiedział   Robert   beztrosko.   –   Czasem   miłość   jest 

ważniejsza niż codzienna rutyna w pracy. 

– Ciekawa jestem, czy ty w to wierzysz – odparła z przekąsem, ruszając w stronę domu. 
Robert dogonił ją i bezceremonialnie skierował w przeciwnym kierunku. 
–   Chciałbym   ci   coś   pokazać,   Gwennie.   Pamiętaj,   że   jesteś   mi   winna   przysługę   za 

znalezienie pierścionka. 

– Nic ci nie jestem winna, Beltramo. 
– Ależ tak! Dwukrotnie odnalazłem twój klejnot. Po ostatnim razie obiecałaś, że umówisz 

się ze mną na randkę. 

– Nie obiecałam ci randki i nie zamierzam nigdzie z tobą chodzić. 
–   No   dobrze,   więc   nie   nazwiemy   tego   randką,   tylko   spotkaniem   w   interesach   – 

perswadował, wkładając sobie jej rękę pod ramię i prowadząc dziewczynę wzdłuż rzeki. 

– Jeżeli chcesz mi coś pokazać, pokaż teraz – Gwen bezskutecznie starała się uwolnić 

dłoń. 

– Trochę cierpliwości, Gwendolyn. Nasze spotkanie jeszcze się nawet nie zaczęło. Poza 

tym jestem pewien, że poczciwy Scott zrozumie, iż dwoje partnerów w interesach musi się 
spotkać od czasu do czasu. 

Gwen podejrzewała, że narzeczony w ogóle nie miałby nic przeciwko takim spotkaniom, 

byleby tylko na stole w domu czekał na niego talerz zupy. Ale to nie należało do tematu. 

– Czego ty chcesz ode mnie, Beltramo? Musimy znosić się nawzajem przez cały dzień w 

pracy. Czy przynajmniej mojego osobistego życia nie mógłbyś zostawić w spokoju?

– Nie wtedy, gdy jesteś samotna w taki piękny, grudniowy wieczór. 
Zbliżali się do sklepów i restauracji przy rzecznym bulwarze. Tu kwitło nocne życie San 

Antonio, rządząc się swoimi prawami. Beztroskie śmiechy i hiszpańskie piosenki o miłości 
dochodziły ze wszystkich stron. Gwen poczuła, że stoi na niebezpiecznym gruncie. 

background image

– Czy zapomniałeś już, że mam narzeczonego? Robert otoczył ją ramieniem i przyciągnął 

do siebie. 

– Coraz bardziej się przekonuję, że masz go tylko z nazwy. Spójrz na to z innej strony. 

Narzeczeństwo to praca, taka jak każda inna. Trzeba poświęcić jej swe zaangażowanie. Scott 
znacznie więcej czasu przeznacza na sprzedawanie programów komputerowych niż na ciebie. 
Być może ktoś inny powinien wziąć się do tej pracy, ktoś, kto umie ją lepiej wykonać. 

Oczywiście, znowu sobie z niej żartował. Mimo to Gwen miała wielkie trudności, aby 

zdobyć się na ciętą odpowiedź. Otoczona ramieniem Roberta, nie umiała myśleć tak szybko, 
jak zwykle. 

– Miałam już chłopaków, którzy umieli zapewniać odpowiednią otoczkę: jedzenie przy 

świecach, kwiaty, westchnienia przy księżycu i tak dalej. To jednak nic jeszcze nie znaczy. 
Nie stanowi gwarancji, że ten ktoś będzie przy tobie, gdy nie będzie ci się w życiu szczęścić. 

– Gwennie – ramię Roberta zacisnęło się jeszcze bardziej – za szybko się poddajesz. 

Jeszcze nie wiesz, co to znaczy być naprawdę adorowaną. Daj mi szansę, a pokażę ci, na 
czym to polega... 

– Po co ja w ogóle z tobą rozmawiam?!
– Myślę, że powinnaś teraz coś zjeść. To pierwszy krok, stopi lód wokół ciebie – orzekł, 

kierując ją w stronę meksykańskiej restauracji. 

Zanim zdążyła się zorientować, siedziała już przy małym stoliku z kartą dań w ręku. Nie 

mogła się skoncentrować na wyborze. 

– Wiem, do czego zmierzasz – zaczęła, z uporem wpatrując się w mężczyznę. – Ta cała 

idiotyczna   historia   z   Ledą   i   Jeremym   dała   ci,   jak   widzę,   natchnienie.   Wydaje   ci   się,   że 
udowodnisz mi, iż jestem podatna na romanse. Nic z tego! Gdy patrzę na Jeremy’ego i Ledę, 
zastanawiam się, jak wiele czasu upłynie do momentu, gdy ich złudzenia prysną jak mydlana 
bańka.   Jestem   już   na   tyle   doświadczona   przez   życie,   że   mam   nawet   wątpliwości   co   do 
własnych złudzeń. 

–   Jesteś   trudnym   przypadkiem,   Gwennie.   Ale   przynajmniej   przyznajesz,   że   miewasz 

złudzenia. 

To prawda, miała ich nawet zbyt  wiele. Co jakiś czas  łapała się na rozmyślaniach o 

zwiedzaniu słonecznej Italii u boku ciemnowłosego, przystojnego mężczyzny, który tryskał 
humorem i raz po raz stroił sobie z niej niewinne żarty... 

Bezwiednie obracała pierścionek na palcu. Romans Jeremy’ego i Ledy wywarł na niej 

duże wrażenie.  Atmosfera  w restauracji  była  zaraźliwa.  Aby choć  na chwilę  pomyśleć  o 
czymś innym, dziewczyna skoncentrowała się na menu. 

Po złożeniu zamówienia zorientowała się, jak wiele czasu minęło od ostatniego razu, gdy 

w spokoju mogła delektować się potrawami przyrządzonymi  przez kogoś innego. Jedli w 
milczeniu. Oboje wiedzieli, że dobre jedzenie wymaga koncentracji. 

Gwen kończyła właśnie swoją porcję, gdy zdała sobie sprawę, że Robert obserwuje ją, 

ubawiony. 

– Wiem, co teraz myślisz, Beltramo. Przypominasz sobie, że Scott nigdy nie zabiera mnie 

do restauracji. 

background image

Wiedz jednak, że z powodzeniem mogę chodzić sama i nie jest mi do tego potrzebny 

żaden mężczyzna. 

– Twój narzeczony nie nadaje się ani na wakacje we Włoszech, ani do restauracji. Nigdy 

nie ma czasu, aby pójść z tobą na spacer, a więc, gdy chcesz się rozerwać, możesz liczyć 
wyłącznie na siebie. Możemy generalnie stwierdzić, że poczciwy Scott bardziej zaznaczył się 
swoją nieobecnością niż czymkolwiek innym. Co z niego za pożytek?

– Dość tego! Wystarczy, że jest zrównoważony i godny zaufania. 
– Zrównoważony? Znam na to lepsze określenie. On jest po prostu nudny. 
Gwen   zdawała   sobie   sprawę,   że   ta   rozmowa   zmierzała   w   niewłaściwym   kierunku. 

Spojrzała wymownie na zegarek. 

– Dziękuję za obiad, Robercie, ale muszę już iść do domu. 
–   Tak   łatwo   się   nie   wykpisz.   Wciąż   jeszcze   mam   ci   coś   do   pokazania.   –   To 

powiedziawszy   mężczyzna   wyprowadził   ją   z   restauracji   i   skierował   się   w   stronę 
zacumowanych statków spacerowych. 

Z   kilku   rzecznych   jednostek,   stojących   przy   brzegu,   Robert   wybrał   „Marię   Elenę”   i 

wprowadził Gwen na pokład. Na statku było już kilku innych pasażerów, ale mimo to z 
łatwością   znaleźli   wolne   miejsca   siedzące.   Młody   kapitan   dał   znak   do   odpłynięcia.   Na 
pokładzie   panował   wesoły   nastrój.   Co   chwilę   powietrzem   wstrząsały   salwy   śmiechu 
rozbawionych wycieczkowiczów. Ale Gwen i Robert byli zamknięci we własnym świecie. 

– Powiedz  mi,  Gwennie, czy dostrzegasz  magię  tego wieczoru?  – zapytał  ściszonym 

głosem. 

Dziewczyna  przycisnęła   łokcie   do  ciała,  jakby  tym  gestem  chciała   obronić   się  przed 

sugestywnym znaczeniem usłyszanych słów. Miasto rozświetlone było setkami świątecznie 
udekorowanych choinek. Mogło się wydawać, że żeglują przez krainę czarów. Blask gwiazd, 
zwielokrotniony   iluminacjami,   odbijał   się   od   wód   rzeki,   tworząc   wokół   nich   bajeczny 
kalejdoskop. Siedząc  u boku Roberta, Gwen czuła,  że ich oboje jednakowo zachwyca  ta 
wspaniała chwila. Wciąż zaciskając kurczowo dłonie, wsłuchiwała się w bicie swego serca. 
Na skraju jej świadomości pojawiło się niepokojące uczucie, któremu nie mogła się oprzeć. 
Wiedziała, że wywołało go nie tylko piękno wieczoru... 

Statek dobił do brzegu i Robert pomógł dziewczynie wyjść na pomost. Drżała z emocji. 

Zdawała sobie sprawę, że musi jak najszybciej uciec od tego człowieka. Beltramo ujął ją za 
rękę. 

– Gwendolyn, nie sądzę, aby ta przejażdżka pomogła. Czuję, że wciąż chcesz ode mnie 

uciec. Muszę sięgnąć po bardziej radykalne środki. 

Robert, jak zawsze, żartował, lecz Gwen czuła, że jest to w pewnym sensie samoobrona, 

próba ukrycia faktu, iż i jego także oczarowała atmosfera wieczoru. 

Zabrał Gwen do baru urządzonego w stylu Dzikiego Zachodu. Grano właśnie rzewnego 

walca. Robert otoczył ją ramieniem i poprowadził na parkiet. W tańcu policzek mężczyzny 
ocierał  się  o  włosy dziewczyny.  Beltramo   cicho  nucił  urokliwą   melodię.  Gwen  czuła  na 
plecach dotyk jego ręki. Wiedziała, że wszystko to prowadzi do pocałunku, nie chciała jednak 
znowu zobaczyć w jego oczach uśmiechu tryumfu. 

background image

Odsunęła   się   gwałtownie   i   spojrzała   w   oczy   Roberta.   Oczywiście,   zobaczyła   w   nich 

znajome   iskierki   uśmiechu.   Gdy   sytuacja   stawała   się   poważna,   on   zawsze   gotów   był   na 
wyskoczenie   z   kolejnym   dowcipem.   W   ten   właśnie   sposób  zmuszał   ją  do   utrzymywania 
pewnego dystansu między nimi. Mimo że zdawała sobie z tego sprawę, nie mogła już dłużej 
zaprzeczać oczywistej prawdzie. 

Zakochała się w Robercie Beltramo. Wbrew całemu rozsądkowi i przeczuciom! Czuła, że 

było już za późno, aby się wycofać. 

Gwen odwróciła się nagle i wybiegła z baru. Uciekała tak szybko, jak gdyby od tego 

zależało   jej   życie.   Nie   zwalniała,   aż   do   momentu,   gdy   znalazła   się   w   spokojniejszej, 
nadrzecznej dzielnicy mieszkaniowej. Ale nawet tu nie brakowało świątecznej iluminacji. 

Dziewczyna poczuła chłód i zaczęła rozcierać zmarznięte ramiona. Nie była zaskoczona, 

gdy już po chwili usłyszała zbliżające się kroki. Nieomylnie rozpoznała stukot kowbojskich 
butów Roberta. Mężczyzna zatrzymał się tuż za nią. 

– Sprawy zaszły za daleko – powiedziała cicho, nie patrząc na niego. – Na pewno i ty to 

czujesz. Możesz żartować na ten temat,  ale  w głębi ducha wiesz, że posunęliśmy się za 
daleko. 

Robert milczał. Po dłuższej chwili ciszy dziewczyna odwróciła się. Twarz mężczyzny 

pozbawiona była wyrazu, tak jak gdyby głęboko w sobie skrył wszystkie uczucia. 

– Czego ode mnie chcesz? – zapytała. – Wiem, że lubisz rywalizację i jeżeli chodzi o 

restaurację, to prowadzisz godną siebie walkę o dużą stawkę. Ale co oznacza cała reszta? 
Czego ode mnie oczekujesz?

–   Być   może   od   początku   miałaś   rację...   Może   utrudniam   ci   życie,   abym   nie   musiał 

stawiać czoła moim własnym demonom. 

Gwen poczuła bolesne ukłucie. Zdawała sobie sprawę, że gdyby Robert choć jednym 

słowem wspomniał o miłości, to bez zastanowienia wyrzuciłaby zaręczynowy pierścionek. 
Miarą jej naiwności był fakt, że w ogóle liczyła na takie słowo z ust Roberta Beltramo. 

Spojrzała na niego w słabym świetle ulicznych lamp. 
– Twoje demony wiodą cię do przeszłości. Do tego, co zaszło pomiędzy twoim ojcem i 

tobą. Staw im wreszcie czoło! I daj mi wreszcie szansę, abym przekonała się, czy wciąż 
jeszcze łączy mnie coś ze Scottem. Przynajmniej daj mi szansę. 

– Zawsze ją miałaś – powiedział, patrząc na nią bez emocji. – Nie powstrzymuję cię od 

podejmowania własnych decyzji. Bezpieczne, zaplanowane życie z człowiekiem, który nigdy 
cię nie zrani uczuciowo, bo żadnemu z was nigdy nie będzie zależało na drugiej osobie. 

– Może i ty chcesz się zabezpieczyć? Może ciągła gonitwa za ambitnymi zamierzeniami 

powstrzymuje cię od rozmyślań nad sprawami, o których nie chcesz pamiętać: o ojcu, a nawet 
i o mnie?

Gwen odwróciła się i ruszyła w stronę swojego domu. Tym razem Robert pozwolił jej 

odejść. 

Nadszedł dwudziesty czwarty dzień grudnia. Poranek był rześki i słoneczny. Gwen, dla 

dodania   sobie   odwagi,   nałożyła   kilka   sztuk   swojej   starej   biżuterii.   To   jednak   niewiele 
pomogło. Dziś miał się rozstrzygnąć los restauracji. Dziś także Scott wracał z delegacji i 

background image

Gwen miała zadecydować o swoim losie. Nigdy jeszcze nie czekał jej tak ciężki wieczór. 

Dziewczyna, zagniatając ciasto, spojrzała na część kuchni Roberta. Powinien już dawno 

tu być. Pierwsi klienci wchodzili właśnie na salę. Jeremy dwukrotnie telefonował do domu 
szefa, ale nikt nie podnosił słuchawki. Gdzież on się podziewał?

Gwen oczywiście wiedziała, że powinna się cieszyć z każdej nieobecności Roberta. Po 

wieczorze nad rzeką ich stosunki stały się napięte jak nigdy. Beltramo przestał stroić z niej 
żarty,  wprowadzając   bardziej   formalne  relacje   pomiędzy  nimi.   Doszło  do  tego,  że  wręcz 
tęskniła za jego żarcikami. I z całej siły broniła się przed uczuciem miłości. Wmawiała sobie, 
że nie może pokochać tego człowieka. To tylko złamałoby jej serce. Robertowi chodziło 
przecież tylko o to, aby odebrać jej restaurację. Chciał mieć przyjemność zwyciężenia w tej 
szalonej walce, a gdy ich zawody się skończą, wszystko inne pomiędzy nimi też bezpowrotnie 
się zakończy, niezależnie od tego, które z nich przejmie restaurację na swoją własność. 

Nie mogła porzucić myśli o Robercie. Dlaczego się spóźniał? Nigdy do tej pory tego nie 

robił. Tym razem sama zadzwoniła do jego domu – bez rezultatu. 

Bez Beltramo poranny szczyt śniadaniowy zamienił restaurację w istne piekło. Jeremy, 

Claudine i Gwen pracowali na pełnych obrotach, nie zważając na granicę przebiegającą przez 
środek sali. Nawet Leda Thatcher na prośbę ukochanego włączyła się do pomocy. Prawdziwa 
miłość czyni cuda, pomyślała Gwen. 

We czwórkę zdołali jakoś przetrwać poranny szturm. Spokój, jaki zapanował po wyjściu 

gości sprawił, że dziewczyna znowu miała czas, by niepokoić się o Roberta. Zdjęła z siebie 
fartuch i prawie biegiem udała się w stronę domu Bel tramo. 

Nie   była   w   tym   miejscu   od   czasu   śmierci   starszego   pana,   więc   zawahała   się   przed 

wejściem   na   teren   ogrodu.   Po   raz   pierwszy   zdała   sobie   sprawę,   jak   smutno   wygląda   to 
miejsce.   Źle   utrzymany   trawnik,   brak   drzew   i   krzewów,   szary   kolor   elewacji,   smętnie 
zwisające   firanki   w   oknach.   To   wszystko   sprawiało,   że   dom   wyglądał   tak,   jakby   jego 
właściciel nigdy nie miał na nic energii.  Nic nie pozostawało w większej sprzeczności  z 
energicznym usposobieniem Roberta niż otoczenie tego domu. Gwen przestawała się dziwić, 
dlaczego tak bardzo chciał stąd uciec. 

Weszła   po   schodach   i   zapukała   do   drzwi.   I   tym   razem   nie   było   żadnej   odpowiedzi. 

Nacisnęła klamkę... i bez przeszkód weszła do środka. 

– Robert?! – zawołała ściszonym głosem. – Czy jesteś w domu?
Weszła do salonu i rozejrzała się dookoła. Proste meble, żadnych obrazów na ścianach – 

to wnętrze przypominało tani pokój w podrzędnym motelu. 

Gwen   przeszła   przez   przedpokój   do   równie   skromnego   gabinetu.   I   wtedy   wreszcie 

dostrzegła Roberta. Siedział za starym biurkiem ojca, przeglądając stertę fotografii. Spojrzał 
na  dziewczynę  zmęczonym  wzrokiem.   To  było  coś   nowego!  Przywykła   do jego  pełnego 
wigoru   zachowania,   bez   względu   na   okoliczności.   Tak   czy   inaczej,   jego   widok   tak   ją 
uradował, że zupełnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. 

– Telefonowaliśmy do ciebie – powiedziała wreszcie. – Nikt nie odpowiadał, więc bardzo 

się zaniepokoiłam... zaniepokoiliśmy. Czy coś się stało, Robercie?

Mężczyzna potarł czoło, zbierając myśli. 

background image

– Posłuchałem twojej rady, Gwennie. Stanąłem oko w oko z moimi demonami. Nie było 

to łatwe, wierz mi. – Robert spojrzał na leżące przed nim fotografie. – Znalazłem je dziś w 
nocy.  Nie mogłem  spać, więc zabrałem się do przeglądania rzeczy ojca. Te zdjęcia były 
wetknięte za stare walizki w pawlaczu, dlatego nie natknąłem się na nie wcześniej. Wolałbym 
ich w ogóle nie znaleźć, przywołały zbyt wiele wspomnień z przeszłości. 

Gwen   podeszła   do   stołu   i   wzięła   do   ręki   jedną   z   pożółkłych   fotografii.   Ładna, 

ciemnowłosa kobieta przesyłała jej uśmiech z dawnych lat. Pełne życia rysy jej twarzy bardzo 
przypominały Roberta. 

– Twoja matka – zgadła Gwen. – Ojciec zachował jej zdjęcia?
– Znalazłem całą paczkę, związaną sznurkiem. Były tam też fotografie całej rodziny, z 

czasu, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem. Gdy miałem pięć lat, mama umarła. Na tym 
okresie zdjęcia się kończą, tak jak byśmy wtedy wszyscy przestali istnieć. – Robert wydawał 
się mówić bardziej do siebie niż do Gwen. 

Dziewczyna   przejrzała   fotografie.   Rzeczywiście,   były   tam   uwiecznione   sceny   ze 

szczęśliwego   dzieciństwa   Roberta.   Jego   postępy   w   chodzeniu,   starannie   zarejestrowane 
obiektywem aparatu. Gwen zatrzymała się nad zdjęciem, przedstawiającym oboje rodziców, 
stojących   przed   restauracją   w   kucharskich   czapkach   na   głowach.   Nie   patrzyli   w   stronę 
fotografa,   ale   uśmiechali   się   do   siebie.   Przez   cały   czas   znajomości   ze   starszym   panem 
Beltramo, Gwen nie widziała takiego wyrazu na jego twarzy: zachwytu człowieka, który nie 
może uwierzyć, jaki skarb posiadł. 

– Kochał twoją matkę  – stwierdziła  dziewczyna.  – Jej śmierć  musiała  być  dla niego 

straszliwym ciosem. 

– Nigdy o tym nie mówił. Nigdy nie wspominał mamy i ja też nie bardzo ją pamiętam. 

Wiem tylko, że nazywała się Annetta i ojciec poznał ją podczas podróży do Włoch. Potem 
sprowadził ją tu i otworzyli restaurację. Pracowali razem aż do jej śmierci. Moja matka miała 
zawał serca. Czasem wydawało mi się, że żywił do niej ogromny żal za to, iż umarła. Nie 
mógł jej tego wybaczyć. Myślę, że nie mógł wybaczyć mnie i sobie samemu dalszego życia, 
jak gdyby nic nie zaszło. 

Robert   zamilkł   na   dłuższą   chwilę.   Gwen   usiadła   przy   biurku,   nic   nie   mówiąc. 

Wsłuchiwała się w ciszę, czekając na słowa, które powinny wkrótce zabrzmieć. Wreszcie 
Robert przemówił. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

– Kiedy wyjeżdżałem na studia, ojciec powiedział, że nie pomoże mi finansowo – zaczął 

opowieść Robert. – Twierdził, że pomógłby mi tylko w przypadku, gdybym wybrał uczelnię 
na miejscu, w San Antonio. Nie mogłem się jednak na to zgodzić. Nie chciałem stać się taki 
jak  on:   zgorzkniały  i   negatywnie   do  wszystkiego   nastawiony.  Wiedziałem,   że  potrzebuje 
kogoś, kto dzieliłby jego żal do świata i niesprawiedliwego losu, ale ja nie byłem do tego 
zdolny. Oddałbym wszystko, aby móc przywrócić mamie życie, ale nie chciałem kalać jej 
pamięci złością i żółcią. Wsiadłem więc w autobus i pojechałem do Austin. Zatrudniłem się w 
restauracji,   a   zarobione   pieniądze   pozwoliły   mi   na   podjęcie   studiów.   To,   że   gotowałem 
makaron dla kogoś innego, rozwścieczyło ojca jeszcze bardziej. 

Beltramo włożył ręce do kieszeni dżinsów i zaczął przemierzać pokój równymi krokami. 

Po chwili powrócił do swego opowiadania, ale tym razem mówił szybko, jakby chciał jak 
najprędzej wyrzucić z siebie to, co skrywał tak długo. 

– Zaraz po skończeniu studiów przyjechałem do domu. Czas spędzony z dala od ojca 

sprawił, że mogłem spojrzeć na niego z dystansem. Znowu wierzyłem, że możemy spróbować 
być dla siebie ojcem i synem. Pracowaliśmy razem w restauracji, co wieczór wracaliśmy we 
dwóch do domu. Próbowałem nakłonić go do rozmowy o mamie. Starałem się rozmawiać z 
nim o czymkolwiek. Wystarczyły jednak trzy miesiące, abym miał już dość jego trudnego 
charakteru. Zrozumiałem wszystko... 

Robert urwał, Gwen nie chciała go jednak popędzać. Wiedziała, że i tak podejmie wątek. 

Musi wypowiedzieć do końca to, co już zaczął. Spojrzała na pożółkłe fotografie jego matki. 
Poczuła   żal,   że   nie   mogła   osobiście   poznać   tej   kobiety.   Annetta...   Cóż   za   urocze   imię, 
pomyślała. 

– Zdałem sobie sprawę, że zbyt dużo w moim ojcu umarło wraz z mamą – kontynuował 

Beltramo   głosem   tak   cichym,   że   ledwie   go   słyszała.   –   Zaakceptowałby   mnie   tylko   w 
przypadku, gdybym zdecydował się przyjąć taką samą postawę. Nie znosił moich starań, aby 
go wyrwać z marazmu. Pewnego dnia powiedział mi, abym się wynosił do diabła. Nie dlatego 
jednak wyjechałem. Zrobiłem to, bo w końcu zauważyłem, że jego zgorzknienie dotyka także 
i mnie. Przeraziłem się, że będę podobny do ojca. Dlatego właśnie wyjechałem i nigdy już nie 
wróciłem. Pojechałem do Nowego Jorku, gdyż było to chyba najbardziej oddalone miejsce, 
jakie mogłem sobie wyobrazić. Oczywiście pisywałem listy do ojca, ale on nigdy na nie nie 
odpowiadał. Po części sprawiało mi to ulgę. Gdy dzwoniłem do niego, zawsze znajdował 
powód,   aby   się   szybko   rozłączyć.   Przyznam,   że   to   też   mi   odpowiadało.   Coraz   rzadziej 
pisywałem i dzwoniłem, aż wreszcie dowiedziałem się, że on nie żyje. Nawet nie wiedziałem, 
że chorował. 

Gwen wstała i podeszła do Roberta. 
– Wróciłeś do San Antonio, aby zawrzeć pokój ze swoim ojcem. Aby przekonać się, że 

jednak cię kochał... pomimo wszystko. 

Bel tramo wziął do ręki stary, kowbojski kapelusz. 

background image

– Zostawiłem go, gdy przed laty wyjechałem do Nowego Jorku. Zostawiłem tu wiele 

moich rzeczy. Teraz, gdy chodzę po tym domu, znajduję ślady cząstki mojego życia, których 
wcale nie spodziewałbym się odszukać. 

Gwen uderzyła nagła świadomość, że zrozumiała wszystko. Musiała to w jakiś sposób 

przekazać Robertowi. 

– W takim  razie  odpowiedź  na  twoje wątpliwości  tkwi tutaj,  w tym  domu.  Fakt,  że 

odnalazłeś swoje stare rzeczy: kapelusz, buty z cholewami, stare zdjęcia, świadczy o tym, iż 
ojciec kochał cię tak, jak twoją matkę. Rozumiesz? Gdy byłeś po raz pierwszy u mnie w 
domu,   zapytałeś,   dlaczego   nie   mam   fotografii   Scotta   ani   żadnych   innych   rzeczy   z   nim 
związanych. To pytanie przyszło ci do głowy dlatego, że wiesz, iż ludzie, którzy kochają, 
powinni mieć wokół siebie takie drobiazgi, które przypominają im kochaną osobę. Tak należy 
tłumaczyć to, że znajdujesz tu liczne ślady swojej przeszłości. Założę się, że jeżeli dobrze 
poszukasz, znajdziesz też listy, które wysyłałeś do ojca. 

Mężczyzna odwrócił się w stronę okna. Trudno było stwierdzić, ile z tego, co mówiła, 

trafiło do niego. Dziewczyna wzięła głęboki oddech. 

– Jest coś jeszcze, Robercie. Coś, czego nie chciałam wyjawić. To prawda, że ojciec 

mówił o sprzedaniu mi całej restauracji, ale tak naprawdę nie sądzę, aby tego chciał. Myślę, 
że głęboko pragnął, abyś ty przejął choć jej cząstkę, jako dziedzictwo po nim. Jako dowód, że 
cię kochał. Zapis w testamencie to dowód miłości twego ojca. 

– Daj spokój, Gwennie. Cały czas wmawiałaś mi, że ojciec w tobie chciał widzieć swoją 

następczynię. Nie możesz jednym zdaniem zmienić przeszłości, tylko dlatego, że chcesz, aby 
miała dobre zakończenie. 

Gwen chciała potrząsnąć Robertem, aby w ten sposób uświadomić mu oczywistą prawdę. 
– Ja nie zmieniam przeszłości! Wreszcie widzę wszystko dokładnie. Po prostu, po raz 

pierwszy   staram   się   obiektywnie   ocenić   niedawne   wydarzenia.   Myślę   o   tych   wszystkich 
drobiazgach   w   zachowaniu   twego   ojca,   które   powinnam   była   wychwycić   i   właściwie 
zrozumieć. Mawiał, że chce, abym przejęła po nim całą restaurację, ale nigdy niczego w tym 
kierunku nie zrobił. Patrzył tylko w okno, tak jak teraz ty. Wyglądał wtedy zupełnie inaczej 
niż zwykle: nie było w nim w tych chwilach cienia złości do świata. Myślę, że myślał o tobie 
lub o twojej mamie, a może o was dwojgu. 

– To brzmi całkiem nieźle, Gwennie. Chciałbym móc w to uwierzyć. Zaczynam sądzić, 

że pomysł przyjazdu do San Antonio był niepotrzebny. Nie da się zawrzeć pokoju po latach, 
nawet jeżeli masz rację i jest to rzeczywiście moim celem. 

Gwen chciała oponować. Pragnęła powiedzieć mu, jak bardzo się myli. Z drugiej strony 

wiedziała, że nie trafią do niego żadne argumenty. Tak czy inaczej, jedna rzecz była dla niej 
zupełnie   jasna:   wreszcie   wiedziała,   co   powinna   zrobić   tego   wigilijnego   wieczora.   Nawet 
gdyby w rezultacie miała złamać sobie serce. 

Tegoroczna   Wigilia   była   wspaniała.   Iluminacje   rozświetlały   nadrzeczny   bulwar,   a 

świąteczne   lampki   płonęły   na   każdej   choince.   Gwen,   wychodząc   z   restauracji,   minęła 
kolędników,  żałując,  że   nie  może  dzielić   ich  entuzjazmu  i   radości.  Szła   na  spotkanie   ze 
Scottem. Nie czuła ochoty na rozmowę z narzeczonym, ale nie miała wyboru. Musiała być 

background image

konsekwentna i realizować swoje postanowienie. 

Po kilku godzinach wróciła do restauracji. Była już pusta. Tylko spod drzwi biura sączył 

się   cienki   strumień   światła.   Słychać   też   było   dźwięki   kolęd.   To   Robert   zabijał   czas 
słuchaniem radia. Gwen stanęła w drzwiach i spojrzała na mężczyznę. Siedział rozparty na 
krześle, z nogami na stole. 

– Nie sądziłem, że wrócisz tak wcześnie – powiedział. – Myślałem, że, być może, już 

wcale nie przyjdziesz. 

Po   tonie   jego   głosu   trudno   było   się   zorientować,   czy   zależało   mu   na   jej   powrocie. 

Dziewczyna usiadła przy swoim biurku i otworzyła teczkę z rachunkami. 

–   Przecież   dziś   Wigilia   –   odpowiedziała   sucho.   –   Zgodnie   z   naszą   umową,   dziś 

dokonamy ostatecznego rozliczenia, kto z nas więcej zarobił. 

Robert spojrzał na nią w zamyśleniu. 
– A więc jednak nie ustaliłaś daty ślubu. Tym lepiej dla ciebie, Gwennie. 
– Skąd takie przypuszczenie? Jeżeli chcesz wiedzieć, to wychodzę za mąż w Nowy Rok!
– Nie nosisz już jego pierścionka. To oznacza, że jest po wszystkim. Jeżeli, oczywiście, 

znowu ci gdzieś nie wpadł, to poczciwy Scott usłyszał dziś „do widzenia”. 

Gwen   westchnęła.   Nie   było   sensu   bronić   się   przed   Robertem.   Zawsze   i   tak   potrafił 

dostrzec prawdę. 

–   Dobrze   –   powiedziała   cicho.   –   Jeżeli   tak   bardzo   cię   to   interesuje,   powiem   ci,   że 

zerwałam ze Scottem. Nie mogłam już dłużej zaprzeczać prawdzie... – spojrzała na niego – i 
wiedziałam, że nie mogłabym spędzić z nim reszty swego życia. To miły człowiek, ale brak w 
nim ognia, pasji. Wszystko, co o nim powiedziałeś, to, niestety, prawda. Nie chciałam tego 
wcześniej   przyznać.   Kiedy   powiedziałam,   że   to   już   koniec,   bardziej   mu   było   szkoda 
rozstawać się z moim gotowaniem niż ze mną. 

Spojrzała ostro na Roberta. Niech tylko spróbuje się znowu nabijać! Ale Beltramo nie 

śmiał się tym razem. Spoglądał na nią poważnym wzrokiem. 

– Twój eksnarzeczony nie jest nic wart – stwierdził po chwili. – Nie zaprzątaj sobie nim 

więcej głowy. 

– Bardzo chciałam, aby mi się udało ze Scottem. Pragnęłam mieć wreszcie świadomość, 

że dokonałam właściwej decyzji w sprawie mężczyzny mojego życia. 

– Spójrz prawdzie w oczy. Miłość przychodzi w najbardziej nieodpowiednim momencie. 
– Nie myśl, że wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, ale nie można żyć z kimś bez 

choćby najsłabszej więzi uczuciowej. 

Iskierki humoru pojawiły się wreszcie w oczach mężczyzny. 
– Tym razem to już się na dobre zaplątałaś. Twierdziłaś, że nie potrzebujesz uczuć. Teraz 

mówisz, że nie możesz bez nich żyć. Jak to w końcu jest?

– Myślę, że będę po prostu żyć tak, jak dotychczas. Dobrze mi samej ze sobą. 
– A Włochy? Pojedziesz tam sama?
– Oczywiście. I będę się doskonale bawić – powiedziała z przekonaniem. 
Mężczyzna milczał, lecz na jego ustach pojawił się podejrzany grymas. 
Gwen   pochyliła   się   nad   rachunkami.   Spróbowała   skoncentrować   się   na   dodawaniu 

background image

kolumn liczb. Trudno jednak było jej się skupić. Nie powiedziała Robertowi wszystkiego. 
Przemilczała fakt, że już rano postanowiła, iż zerwie ze Scottem. Wiedziała o tym, jeszcze 
zanim poszła do domu Beltramo i obejrzała pożółkłe fotografie. Właśnie w tamtym momencie 
uświadomiła sobie, że kocha Roberta. 

Tak,   kochała   Roberta   Beltramo.   Kochała   go   bez   pamięci.   Kochała   go   całą   mocą 

romantycznych   uczuć   i   pragnień,   które   tak   bezskutecznie   szukały   zaspokojenia.   Gwen 
obawiała się jednak, że jej uczucia nie doprowadzą do szczęśliwego zakończenia. Robert 
wzniósł pomiędzy nimi wysoki mur. Barierę nie do przeskoczenia. On chciał tylko odebrać jej 
restaurację. Gdyby była mądra, to też skoncentrowałaby się tylko na tej kwestii. 

Starła   kilka   liczb.   Parę   ostatnich   poprawek   i   obliczenia   były   ukończone.   Popchnęła 

papiery w stronę Roberta. 

– A teraz ty pokaż mi swoje rachunki – poprosiła. Mężczyzna miał już przygotowane 

wydruki komputerowe, ale nie palił się do ich prezentacji. 

– Robercie, ja czekam! Nadszedł czas na podsumowanie Planu C. 
– Plan C to był wspaniały pomysł – stwierdził Robert, przeglądając papiery. 
– Był dla nas obojga nieustannym źródłem zagrożeń. 
– Być może to jego najlepsza strona. Życie w warunkach ciągłego zagrożenia wzmacnia 

instynkt samozachowawczy. Czy patrzyłaś kiedyś na to z tej strony?

Gwen nie mogła się już dłużej powstrzymać. Wyrwała z dłoni mężczyzny obliczenia i 

prześledziła   je   wzrokiem.   Zaczerpnęła   głęboko   tchu.   Porównując   wyliczenia   Roberta   z 
własnymi, stwierdziła, że Beltramo wygrał i to z dużą przewagą. 

– Gratulacje – powiedziała. – Możesz teraz odkupić moje udziały. 
– Myślałem, że lepiej ci pójdzie – odpowiedział z zadumą w głosie. – Artykuł Ledy był 

bardzo przychylny dla nas dwojga. I ten twój pomysł zestawienia dużych stołów i usadzanie 
obcych  ludzi  do „familijnych”  obiadów, wydawał  się zdawać egzamin.  Osiągnęłaś  w ten 
sposób większe zagęszczenie. 

– Tak, to był niezły pomysł. Zadziwiające, jak wielu ludzi potrafi dostosować się do 

rodzinnej atmosfery,  gdy się im choć trochę w tym  pomoże. Ale ty chyba  i tak zdołałeś 
pomieścić więcej ludzi. Gratuluję, Robercie! – Spróbowała wyrwać swoje rachunki z jego 
rąk, jednak mężczyzna nie puszczał ich. 

–   Czy   doliczyłaś   te   wszystkie   posiłki,   które   dostarczyłaś   na   statki   wycieczkowe?   A 

dzisiejszy ranek? Powinnaś zapisać cały utarg po swojej stronie. 

– Rachunki są w porządku. Wszystko sprawdziłam, Robercie. 
Wreszcie zdołała mu odebrać teczkę z obliczeniami. Schowała ją szybko do szuflady. Za 

żadną cenę nie chciała, aby Robert dowiedział się prawdy. A była ona taka, że przekłamała 
rachunki. Zrobiła wszystko, aby jej utarg okazał się mniejszy. Oznaczało to utratę ukochanej 
restauracji, ale tak musiało być. 

Miłość do Roberta otworzyła  jej oczy.  Dojrzała jego próby zrozumienia stosunków z 

ojcem.   Wiedziała,   że   Beltramo   nie   zdoła   pogodzić   się   z   przeszłością,   jeśli   nie   przejmie 
dziedzictwa, jakie pozostawił mu ojciec – restauracji. Gwen nie miała już wątpliwości, że 
starszy pan chciał, by, przynajmniej w połowie, restauracja należała do jego syna. Być może 

background image

nawet żałował sprzedania jej części udziałów. Jeżeli Robert spędzi trochę czasu w spokoju, 
bez nieustannej walki i pogoni za pomnażaniem zysków, to na pewno zdoła powoli wygoić 
swe rany. Nie będzie to łatwe, ale po pewnym czasie niewątpliwie uda mu się zawrzeć pokój 
z przeszłością. 

– Cieszę się, że wygrałeś – powiedziała dobitnie. – Zaoferowałeś mi niezłe pieniądze za 

moje udziały. Będę mogła otworzyć własną restaurację. Z niecierpliwością czekam na ten 
moment. 

– Gwennie... 
– Wszystko skończone, Robercie; nie przeciągajmy tej chwili, dobrze? W ten sposób ty i 

ja nareszcie  możemy zająć się naszymi  prywatnymi  sprawami.  Wreszcie nadszedł koniec 
ciągłych utarczek i kłótni... i całej reszty. – Oczy dziewczyny podejrzanie zabłysły. 

A niech to! Nie mogła przecież pokazać łez w momencie, za którym poniekąd od dawna 

tęskniła. Dlaczego musiała się w nim zakochać? Dlaczego? To tak bardzo boli!

Odwróciła się i wyszła. Zupełnie jak wtedy, gdy zostawiła go na tanecznym parkiecie. 

Ale   tym   razem   było   to   znacznie   trudniejsze.   Teraz   dokładnie   zdawała   sobie   sprawę,   jak 
bardzo go kocha. 

W   dniu   Bożego   Narodzenia   Gwen   postanowiła   chociaż   ubiorem   stworzyć   wrażenie 

radosnego   nastroju.   Włożyła   czerwoną,   meksykańską   spódnicę   i   białą   bluzkę,   a   do   tego 
ulubioną, starą biżuterię. Wewnątrz jednak wcale nie była radosna, wręcz przeciwnie. Miał to 
być jej ostatni dzień w restauracji. Wchodząc na salę jadalną, zderzyła się z Robertem. 

– Ostrożnie – powiedział, przytrzymując ją swymi mocnymi, ciepłymi dłońmi. – Biegasz 

od samego ranka! Pora nieco zwolnić. 

Gwen próbowała się uśmiechnąć, ale nie wypadło to najlepiej, więc wyminęła bez słowa 

Roberta i weszła na salę. Pragnęła, aby ten dzień już się zakończył, tymczasem było dopiero 
południe   i   świąteczny   festyn   powoli   się   rozkręcał.   Tego   dnia   Robert   i   Gwen   otworzyli 
podwoje   restauracji   dla   najbardziej   potrzebujących   rodzin.   Zaoferowali   darmowy   posiłek 
świąteczny, co sprawiło, że padł chyba rekord frekwencji. 

Claudine, Jeremy i Leda robili co mogli, aby pomóc, choć w przypadku tej ostatniej 

dwójki można było dostrzec, że niekiedy zapominają o całym otaczającym świecie i widzą 
tylko siebie. Dla Gwen widok tej szczęśliwej pary był niemal tak bolesny, jak widok Roberta. 
Zastanawiała   się,   czy   ich   uczucie   przetrwa   próbę   czasu.   Mimo   swego   podłego   nastroju 
życzyła im jak najlepiej. Może choć komuś się poszczęści. 

Rozbawiony tłum kłębił się aż do wieczora. Po wyjściu ostatnich gości, Claudine, Jeremy 

i Leda zaoferowali swoją pomoc przy sprzątaniu. Po godzinie i oni pośpieszyli do swoich 
domów  na prywatne  obchody Świąt.  Gwen została sam na sam z Robertem.  Rozwiązała 
fartuch i rzuciła go na krzesło. 

– No, to ja już pójdę – oświadczyła. – Kończę swoją pracę. Wesołych Świąt, Robercie... i 

do widzenia. Życzę ci powodzenia!

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

– Nie możesz tak po prostu odejść, Gwennie. Najpierw muszę ci coś pokazać. 
Podejrzewała, że nie będzie to łatwe pożegnanie. Robert przecież nigdy nie ułatwiał jej 

życia. 

–   Czy   to   aż   takie   ważne?   –   spytała.   –   Czy   nie   możemy   sobie   po   prostu   życzyć 

wszystkiego najlepszego i rozstać się w spokoju?

–   Poczekaj   tu   chwilę.   Zapewniam   cię,   że   musisz   to  zobaczyć.   –   To  powiedziawszy, 

wybiegł   na   chwilę   z   kuchni,   aby   powrócić   z   komputerowymi   wydrukami   i   analizą 
finansowych wyników Gwen. 

– Co ty znowu zamierzasz? Nasze rozliczenia zakończyliśmy już wczoraj i nie ma po co 

do nich wracać. 

Mężczyzna rozłożył na stole przyniesione papiery. 
– Już wczoraj coś mi się nie podobało. Twoje przedsiębiorstwo spisywało się bardzo 

dobrze,  a   wyniki,   które  przedstawiłaś,  w  ogóle   tego  nie   potwierdziły.  Po  twoim   wyjściu 
wprowadziłem twoje wyliczenia na komputer, aby sprawdzić ich prawidłowość. 

– Nie miałeś prawa... 
– Gwennie, mam tu wykresy wszelkich możliwych kategorii. Jakkolwiek by na to nie 

spojrzeć, to ty jesteś zwycięzcą. Zarobiłaś więcej ode mnie. 

– Niemożliwe. To pewnie jakiś twój następny żart – powiedziała przerzucając wydruki. 
Jeżeli   wierzyć   wyliczeniom   Roberta,   rzeczywiście   zarobiła   więcej   podczas 

obowiązywania Planu C. Zwycięstwo było nieznaczne, ale niepodważalne. 

– Wszystko skończyłoby się dobrze, gdybyś nie był taki wścibski i nie wtykał nosa w 

moje papiery!

– Dziewczyna rzuciła wydruki na stół. – Restauracja powinna należeć do ciebie. Ja jej nie 

chcę. 

–   Tak   się   akurat   składa,   że   wiem,   iż   nie   możesz   znieść   myśli   o   rezygnacji   z   jej 

prowadzenia. Dlaczego więc to robisz? Dlaczego przekłamałaś wyliczenia?

–   To   proste   –   odpowiedziała,   wzdychając.   –   Jestem   przekonana,   że   twój   ojciec   tak 

naprawdę  chciał,   abyś  to  ty  odziedziczył  restaurację.   Poza  tym   myślę,   że  nie  potrafiłbyś 
pogodzić się ze swoją przeszłością, dopóki nie przejąłbyś dziedzictwa, które on dla ciebie 
przewidział. To wszystko. 

– Znasz moje zdanie na ten temat – Robert uśmiechnął się tajemniczo. – Mój ojciec 

nikomu nie pozwolił poznać tego, co tkwiło w jego duszy. Choć może ty byłaś wyjątkiem. 
Przemyślałem   to,   co   mi   powiedziałaś   o   pamiątkach   z   przeszłości,   które   ojciec   starannie 
przechowywał. Muszę przyznać, że to rzeczywiście coś znaczy. On naprawdę mnie kochał. 
Mam nadzieję, że dziś, w Boże Narodzenie, znowu jest razem z mamą, wreszcie szczęśliwy, 
że ją odnalazł. 

Gwen   poczuła   ściskanie   w   gardle.   –   To,   co   powiedziałeś,   jest   bardzo   romantyczne. 

Zakochani znowu razem... 

background image

– Jesteś bardzo uczuciową dziewczyną, prawda, Gwennie? Udajesz cyniczną, ale w głębi 

duszy jesteś taka sama, jak Jeremy i Leda. 

Odwróciła gwałtownie głowę. 
– Mam nadzieję, że nie jestem aż tak beznadziejnym przypadkiem. Zostało mi trochę 

zdrowego rozsądku. I właśnie dlatego powinniśmy porozmawiać o interesach. O restauracji... 

– Już wszystko przemyślałem. Mam nowy plan. 
– Nie ma mowy. Wcale mi się to nie podoba. Koniec z twoimi planami. 
Na twarzy Roberta pojawił się znajomy grymas. Grymas, który oznaczał, że oto znowu 

jest   gotowy   do   stawienia   czoła   wszelkim   przeszkodom   na   drodze   do   osiągnięcia 
zamierzonego celu. 

– To jest wspaniały plan. Najlepszy, jak do tej pory – powiedział śmiejąc się. – Nazwałem 

go Planem G. 

Gwen spojrzała na niego z powątpiewaniem. 
– Czyż nie powinien to być Plan D? Przecież dopiero zakończyliśmy Plan C!
– Nie, to jest Plan G. G, jak Gwendolyn. Jak Gwennie. Oto jego podstawowe założenia. 

Oboje będziemy prowadzić restaurację. Tak, jak to robiliśmy do tej pory. Będziemy dalej 
rywalizować   ze   sobą   i   kłócić   się.   Potrwa   to   około   pięćdziesiąt   lat,   a   może   nawet 
siedemdziesiąt, któż to wie? Niech trwa jak najdłużej, bo nigdzie nie bawiłem się tak dobrze, 
jak w twoim towarzystwie. Budzę się codziennie rano i zaczynam wymyślać nowe włoskie 
potrawy, którymi będę cię mógł wyprowadzić z równowagi i chcę to robić do końca życia. Co 
na to powiesz? Zgadzasz się na Plan G? Lepiej powiedz „tak”, Gwennie, bo cię kocham. 

Robert ruszył  w kierunku dziewczyny,  a ona bez wahania rzuciła mu się w ramiona. 

Wreszcie ogarnęła ją świąteczna radość, której tak bardzo jej brakowało. Została zupełnie nią 
oślepiona, jak gdyby wszystkie miejskie iluminacje świeciły tylko dla niej. 

– Chyba jednak jestem beznadziejnym przypadkiem, bo mnie też podoba się Plan G. 

Chcę budzić się codziennie z myślą o tym, jak nabałaganić w twojej części kuchni. Chcę 
budzić się i całować cię, tak jak teraz... 

Upłynęło sporo czasu, zanim się rozłączyli. Robert sięgnął do kieszeni spodni i wyjął 

małe pudełeczko, zawinięte w złotą folię. 

– Twój świąteczny prezent, Gwennie. Ty już dałaś mi najlepszy podarek, jaki mogłem 

dostać: spokój sumienia i pojednanie z ojcem. Chciałbym, abyś przyjęła to ode mnie. 

Drżącymi palcami Gwen odwinęła folię i oczom jej ukazało się welwetowe pudełeczko 

na biżuterię. Otworzyła wieczko i aż westchnęła z wrażenia. 

Na miękkiej wyściółce leżał pierścionek. Wspaniały, elegancki o niewyszukanej formie, z 

nefrytem. Miał w sobie dyskretne, subtelne piękno. Dziewczyna dotknęła delikatnie obłego 
kamienia. 

– Och, Robercie... 
– Już dawno zauważyłem go w sklepie jubilerskim przy nadrzecznym pasażu. Często 

tamtędy przechodziłem i czułem, że bardziej pasowałby do ciebie niż ten potworny brylant, 
który nosiłaś. Kupiłem go kilka dni temu. Miał to być świąteczny podarunek, ale teraz myślę, 
że może być czymś więcej. – Robert uśmiechnął się do dziewczyny. – Zdaję sobie sprawę, że 

background image

dopiero co pozbyłaś się jednego pierścionka zaręczynowego, ale jeżeli zgodzisz się nałożyć 
kolejny, uczynisz ze mnie szczęśliwego człowieka. 

– Tak, Robercie, zgadzam się – odrzekła uradowana, wsuwając pierścionek na palec. – 

Pasuje! Pasuje doskonale!

–   Nic   dziwnego,   znałem   przecież   twój   rozmiar.   Po   tych   wszystkich   poszukiwaniach 

brylantu... Mam nadzieję, że tego pierścionka jednak nie zgubisz. 

Dziewczyna poruszyła palcami lewej dłoni. Klejnot był w sam raz. 
– Tego pierścionka nigdy nie zgubię – powiedziała z pewnością w głosie. – Zawsze będę 

go nosić. 

Robert pogłaskał ją po włosach, odgarniając z twarzy jedwabiste pasma. Jego dotyk był 

delikatny i ciepły. 

– Nie mogłem znieść tego, że nosiłaś pierścionek innego mężczyzny. Nie chciałem się do 

tego przyznać. Trudno mi było określić, dlaczego właściwie przyjechałem do San Antonio. 
Pragnąłem uporządkować własne życie i nie sądziłem, że w takiej chwili będę miał chęć na 
dalsze komplikowanie  moich  losów. Ale gdy zeszłej nocy dowiedziałem  się, że wreszcie 
rzuciłaś Scotta... Nawet nie wiesz, jak wielką sprawiło mi to ulgę. Gdy stąd wyszłaś, aby już 
nie wrócić, wyobraziłem sobie, czym może być życie bez ciebie. Nie potrafiłem się z tym 
pogodzić. Twoje miejsce jest tutaj, przy mnie. Tu jest mój prawdziwy dom. Z tobą. Tylko z 
tobą. 

– Ja też bałam się prawdy. Wmawiałam sobie, że mogę żyć bez miłości. A tak naprawdę, 

to po prostu bałam się prawdziwego uczucia, takiego, jakie wtargnęło w moje życie, gdy cię 
poznałam.   Ale   teraz   miłość   zwyciężyła;   już   nie   jestem   w   stanie   z   nią   walczyć.   Musisz 
pojechać ze mną do Włoch!

Mężczyzna pocałował ją czule. 
– Będziemy mieli długi, wspaniały miesiąc miodowy w Rzymie  i Wenecji. A potem 

wrócimy do twego domu z olbrzymim potencjałem i rozlicznymi możliwościami... 

– Do naszego domu – poprawiła go Gwen. – I nie zapomnij przynieść ze sobą swoich 

narzędzi. Pierwszym zadaniem będzie ustawienie tablicy z koszem. Jeżeli mamy grać razem 
w drużynie, będziemy musieli dużo trenować. 

– Czy to ma oznaczać, że wreszcie zamierzasz do nas dołączyć? – W oczach Roberta 

pojawiły się znane doskonale iskierki humoru. 

– Zdawało mi się, że jest już koszulka z moim imieniem. Nie można jej zmarnować. A 

poza tym nasze dzieci na pewno będą lubiły grę w koszykówkę. Muszę trenować, aby móc im 
dotrzymać kroku. 

Robert przyciągnął ją do siebie. 
– Wiesz, jak to urządzimy? Będziemy wysyłać dzieci na dwór, żeby potrenowały, a my 

będziemy korzystali z okazji i posmakujemy nieco romansu. Jak ci się podoba ten plan?

– To twój najlepszy plan, jak do tej pory. 
– Kocham cię, Gwennie. 
– Ja też cię kocham, Robercie. 
Stali przytuleni, spowici kuszącymi zapachami włoskich przypraw. Nareszcie razem! Nie 

background image

byli już samotni w te święta i nie będą przez wszystkie następne. 


Document Outline