background image

   
Sara w Avonlea 
Przeklęte skrzypce 
  
 
Część I 
GA1L HAMILTON, MARLENĘ MATTHEWS 
Przeklęte skrzypce 
Część II 
FIONA McHUGH, MARLENĘ MATTHEWS 
O gorsetach, o sekretach i o wielkiej miłości 
Sara w Auonlea 
Przeklęte skrzypce 
Na podstawie serialu telewizyjnego opartego na wątkach powieści Lucy Maud Montgomery 
PrzełoŜyła Eiva Fiszer 
Nasza Księgarnia 
Tytuły oryginałów angielskich Aunt Hetty's Ordeal Of Corsets and Secrets and True Love 
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia", Warszawa 1996 
Aunt Hetty's Ordeal Storybook written by Gail Hamilton Copyright © 1992 by HarperCollins 
Publishers Ltd., Sullivan Films Distribution Inc., and Ruth Macdonald and David Macdonald. 
Teleplay written by Marlenę Matthews Copyright © 1991 by Sullivan Films Distribution Inc. 
Of Corsets and Secrets and True Love Storybook written by Fiona McHugh Copyright © 
1992 by HarperCollins Publishers Ltd., Sullivan Films Distribution Inc., and Ruth Macdonald 
and David Macdonald. Teleplay written by Marlenę Matthews Copyright © 1991 by Sullivan 
Films Distribution Inc. 
Published by arrangement with HarperCollins Publishers Ltd., Toronto. Based on the Sullivan 
Films Production produced by Sullivan Films Inc. in association with the CBS and the Disney 
Channel with the participation of Telefilm Canada adapted from Lucy Maud Montgomery's 
novels. ROAD TO AVONLEA is the trade mark of Sullivan Films Inc. 
Translation © 1996 by Ewa Fiszer 
© Cover illustration by Ulrike Heyne, Arena Verlag GmbH Wiirzburg 
Opracowanie typograficzne Zenon Porada 
Część I 
Przeklęte skrzypce 
Rozdział pierwszy 
Był to człowiek bezduszny, O zimnym jak lód sercu. On nigdy nie powiedział: To tutaj jest 
mój dom, To tutaj jest mój kraj, Innego nie chcę. 
Sara Stanley zająknęła się, recytując ostatnią linijkę, i zamilkła. Niełatwo było uczyć się na 
pamięć wiersza, malując płot - a co dopiero tego wiersza! Zanurzyła pędzel w puszce z farbą 
tak zamaszyście, Ŝe omal nie ochlapała ciotki Hetty. Hetty teŜ malowała płot, ale 
jednocześnie przysłuchiwała się recytacji Sary. 
- Ciociu Hetty! To jest taki nieciekawy wiersz. Zanudzimy ich na śmierć. 
Stwierdzenie to było wielkim nietaktem wobec panny Hetty King, nauczycielki szkoły w 
Avonlea. To ona pieczołowicie wybrała ów wiersz i na pewno nie mogła jej uradować 
krytyka wygłaszana przez dwunastoletnią znawczynię z pomalowanym farbą nosem. 
- Saro Stanley! Pozwól, Ŝe to ja będę decydowała o tym, co jest interesujące - odpowiedziała 
cierpkim tonem ciotka Hetty i porywczo machnęła pędzlem, malując następną sztachetę. 

Hetty King naleŜała do osób, które - kiedy raz powezmą decyzję - uwaŜają, Ŝe klamka 
zapadła. Włosy upinała w kok z tyłu głowy, kaŜdy jej ruch świadczył, Ŝe jest kobietą z 

background image

zasadami; kobietą, która nigdy nie zmienia zdania. Nie moŜna było jej przekonać, sprzeciw 
utwierdzał ją tylko w uporze. 
Sara wzniosła oczy ku niebu. Ciotka Hetty miała wiele zalet, ale nie naleŜała do nich 
wyobraźnia. Natomiast fantazja Sary nie miała granic i ciotka Hetty nigdy nie wiedziała, co 
jej siostrzenicy strzeli do głowy. No i Sara uwaŜała, Ŝe wie lepiej niŜ ktokolwiek, jaki wiersz 
moŜe urzec słuchaczy. 
- Ciociu Hetty, mamy deklamować na przyjęciu z udziałem gubernatora! Wiersz musi być 
bardziej wymowny. 
Gubernator był przecieŜ reprezentantem Korony. Przyjęcie, które miało się odbyć w hotelu 
„Białe Piaski", stanowiło ewenement, którym Avonlea będzie Ŝyło wiele miesięcy, a moŜe 
nawet lat, naleŜało zatem wybrać odpowiedni wiersz. Sara marzyła o jakimś romantycznym 
poemacie, w którym szlachetna dziewica konałaby z miłości albo w którym w strasznym 
sztormie na morzu utonęliby wszyscy marynarze, a ich duchy powróciłyby na ziemię, by 
poŜegnać, szlochając, swych bliskich. Rozdzierający serce patos winien sprawić, Ŝe nawet 
dostojnemu gubernatorowi wyrwałoby się z piersi rzewne westchnienie. 
Sara mieszkała dawniej w Montrealu, bywała wraz z ojcem na eleganckich przyjęciach i 
wiedzia- 

ła, jak zareagują goście na wprawdzie patriotyczny, ale mało efektowny wiersz. 
Dziewczynka obawiała się takŜe, Ŝe jeśli wiersz nie znajdzie oddźwięku, ciotka Hetty cięŜko 
to przeŜyje. Panna King uwaŜała się za przywódczynię miejscowej społeczności i tę swoją 
samozwań-czą rolę traktowała bardzo powaŜnie. Zatem jeśli dzieci szkolne wyrecytują 
wiersz, który uśpi gubernatora, złe języki bardzo długo nie dadzą ciotce spokoju. 
Na szczęście, nim doszło do ostrej wymiany zdań, Hetty i Sara dojrzały, jak prostuje się nagle 
ciotka Oliwia, która malowała palik z drugiej strony podwórka. Oliwia zobaczyła, Ŝe na 
rozklekotanym czerwonym rowerze zbliŜa się listonosz. W ręku trzymał plik listów 
przeznaczonych dla RóŜanego Dworku. Listy były niecodziennym wydarzeniem, Oliwia 
pobiegła więc i odebrała pocztę. Zrobiła to tak zręcznie, Ŝe listonosz nie musiał zsiąść z 
roweru. Dotknął czapki i odjechał, podskakując na wybojach. Oliwia ze swym łupem 
skierowała się w stronę domu. Idąc przeglądała listy, natrafiła na duŜą białą kopertę i 
zatrzymała się. Nie upłynęła sekunda, a juŜ biegła po trawie w kierunku Hetty i Sary. 
- Hetty! Patrz! To urzędowy list! Z Ministerstwa Oświaty! Urzędowe listy z ministerstwa 
oznaczają zwykle awans... - Oliwia nie potrafiła ukryć radosnego podniecenia. - To musi być 
awans. Na pewno zostałaś mianowana wizytatorką. 
Hetty przerwała pracę, niewiele brakowało, a upuściłaby pędzel. Ale, jak przystało na głowę 
kla- 

nu Kingów, udało jej się zachować pełen godności spokój. 
- MoŜe to rzeczywiście jakiś awans - mruknęła, udając skromność. Przyjemnie by było pójść 
na przyjęcie gubernatora w nowej roli... 
Okazało się, Ŝe nawet Hetty w pewnych okolicznościach potrafi popuścić wodze wyobraźni. 
Odbierając list od Oliwii, odetchnęła głęboko; widziała juŜ, jak błyszczy wśród zebranych 
gości. MoŜe nawet sam gubernator zwróci na nią uwagę. 
Zarumieniła się, rozdzierając kopertę. Od dawna marzyła o awansie, choć raczej dałaby się 
powiesić, niŜ do tego przyznać. Zasługiwała na niego - całą duszą oddawała się szkole w 
Avonlea. I bardzo chciała pokazać innym szkołom prowincji, jak powinno się kształcić dzieci. 
Sara i Oliwia spojrzały na siebie radośnie, przekonane, Ŝe spełnią się wreszcie marzenia 
Hetty. Bardzo się więc zdziwiły, gdy Hetty, otworzywszy list, spurpurowiała. Przeczytała go 
głośno. 

background image

Droga Hetty, piszę do Ciebie tylko parę słów w pośpiechu, by zawiadomić Cię, Ŝe zostałam 
mianowana Wizytatorem Prowincji. Zaczynam objazd szkół i mam zamiar zatrzymać się w 
Avonlea. Cieszę się na spotkanie ze starymi znajomymi i naszą kochaną szkołą. 
Oddana Muriel Stacey 
Kiedy Hetty skończyła czytać, drŜały jej usta i przez chwilę nie mogła wykrztusić słowa. 
Oliwia była jeszcze bardziej przybita, to jej nieopatrzne słowa wzbudziły nadzieję siostry. 
- Hetty... - wyszeptała. 
10 
- Kim jest ta Muriel Stacey? - Sara jak zwykle zaczęła zadawać pytania. 
Oliwia spojrzała na nią ostrzegawczo. 
- Była koleŜanką Hetty w seminarium nauczycielskim, a potem dawno, dawno temu uczyły 
razem w szkole w Avonlea. 
- Muriel Stacey! - Hetty zmięła list. Płonęły jej oczy. Widać było, Ŝe nie wspomina z 
przyjemnością tamtych lat. 
- CóŜ, Hetty, to bardzo miłe, Ŝe chce cię odwiedzić - szybko wtrąciła Oliwia. W 
przeciwieństwie do porywczej, skłonnej do gniewu siostry starała się zawsze załagodzić 
konflikt i znaleźć dobrą stronę kaŜdej sytuacji. 
Hetty oburzyła się. 
- Oliwio, nie bądź śmieszna. Ona wcale nie przyjeŜdŜa w odwiedziny. PrzyjeŜdŜa na 
inspekcję mojej szkoły. 
Hetty prowadziła szkołę w Avonlea zgodnie z wyznawanymi przez siebie zasadami. 
Prowadziła dobrze, ale źle znosiła odwiedziny wizytatorów, a co dopiero kiedy takim 
wizytatorem miała być jej dawna koleŜanka, która nagle została zwierzch-niczką. 
- AleŜ ciociu Hetty, ona wcale tego nie napisała -zauwaŜyła naiwnie Sara. 
- Jest zbyt sprytna, Ŝeby to wprost powiedzieć -syknęła Hetty. - Ale moŜna to przeczytać 
między wierszami. Nic mi po takiej inspekcji! Nie potrzebuję jej ani ja, ani moja szkoła. 
- Czy panna Stacey pójdzie na przyjęcie gubernatora? 
11 
Doprawdy, te pytania Sary były nieznośne; Sara nigdy nie wiedziała, kiedy przestać, teraz nie 
ostrzegł jej nawet grymas Oliwii. 
Wypieki na twarzy ciotki Hetty spurpurowiały. 
- O, nigdy by nie ominęła takiej okazji. No, oczywiście, to dlatego właśnie tu przyjeŜdŜa. 
Chce się pokazać w świetle reflektorów. 
Obie - i Sara, i Oliwia - spojrzały z niepokojem na Hetty. Kiedy Hetty coś juŜ sobie wbiła do 
głowy, trzeba było trzęsienia ziemi, aby raczyła zmienić zdanie. Skoro uwaŜa, Ŝe panna 
Stacey przyjeŜdŜa jej na złość, to Ŝycie w RóŜanym Dworku stanie się bardzo przykre. A od 
dawna oczekiwane przyjęcie gubernatora - moŜe się zamienić w udrękę. 
Hetty King była osobą pełną zalet, niemniej w tej chwili dała się ponieść emocjom i było aŜ 
nadto widać, Ŝe nie potrafi przegrywać. Nie posiadała się ze złości i zachowywała się tak, 
jakby uwaŜała, iŜ Muriel Stacey obrabowała ją umyślnie z czegoś, co się jej słusznie naleŜało. 
Rozdęły jej się nozdrza. Wpakowała list do kieszeni fartucha. Widząc zasmucone twarze 
swoich towarzyszek, podniosła głowę. 
- No, co się gapicie? Robota czeka. 
Sara i Oliwia znów wymieniły spojrzenia i bez entuzjazmu zabrały się z powrotem do 
malowania. A Hetty chwyciła zapalczywie pędzel i zaatakowała płot tak, Ŝe sztachety 
zadrŜały, a farba prysnęła na trawę. 
Sara i Oliwia szybko odskoczyły. Oliwia objęła ramieniem siostrzenicę. Podejrzewała, Ŝe 
czekają je cięŜkie czasy. 
1 2 

background image

13 
Rozdział drugi 
W sklepie Lawsona zapanowało niezwykłe podniecenie wywołane przyjęciem gubernatora. 
Przybył transport kapeluszy zamówionych przez tutejsze panie. Zobaczyły one nadjeŜdŜającą 
furgonetkę i przybiegły do sklepu, nim jeszcze pan Lawson wyjął ze skrzyni pudła z 
kapeluszami. 
Pani Inglis, pani Spencer, pani Potts i pani Big-gins przepychały się przed ladą, by jak 
najprędzej odwinąć z bibułki swój kapelusz i włoŜyć go na głowę... Pani Lawson na próŜno 
błagała o spokój; niecierpliwe klientki tłoczyły się przed stojącym w kącie wysokim starym 
lustrem. I, jak to zwykle kobiety, nie były zachwycone tym, co zobaczyły. 
- Pani Lawson! Ja zamówiłam kapelusz z piórami! - zawołała pani Biggins, wdziewając na 
bakier kapelusz składający się przede wszystkim z oślepiająco białych sztucznych kwiatów. 
Wśród kwiatów tkwiły sztuczne wiśnie, które grzechotały przy kaŜdym ruchu głowy. Będzie 
musiała stać na przyjęciu nieruchomo, jak kołek, bo inaczej wszyscy będą wykręcać szyje, by 
zobaczyć, skąd pochodzi ten hałas. 
- Zaraz sprawdzę zamówienie - obiecała wyczerpana pani Lawson. - Nigdy dotąd niczego nie 
pokręcili, ale tym razem zamawialiśmy wyjątkowo duŜo kapeluszy. 
- A mój miał być przyozdobiony kwiatami -wtrąciła się do rozmowy pani Potts, która lubiła 
być ze wszystkiego niezadowolona, bardziej lubiła tylko plotki. - Skandal! 
Pani Potts zerwała z głowy pękaty, granatowy, 
słomkowy kapelusz; pani Inglis przyglądała się z niesmakiem w lustrze swemu 
jaskraworóŜowemu kapeluszowi z szerokim rondem i nawet pani Spencer, której w nowym 
kapeluszu było bardzo do twarzy, zrobiła taką minę, jakby chciała zgłosić jakieś reklamacje. 
Pani Lawson przeraziła się, Ŝe będzie musiała stawić czoło ogólnemu buntowi, i podniosła 
uspokajająco ręce. 
- Niech się panie nie denerwują - poprosiła. -Zaraz wszystko sprawdzę. 
Pośpiesznie przeglądała faktury, co chwilę podnosząc wzrok i patrząc z wyrzutem na swego 
małŜonka. Nie zamierzał śpieszyć jej z pomocą. Schronił się w kącie za beczułką z 
gwoździami. Chętnie zajmował się sprzedaŜą uprzęŜy, mąki i ziarna, ale dobieranie kapeluszy 
damom uwaŜał za zbyt niebezpieczne zajęcie. 
Pani Lawson zgarnęła z lady bibułki. LeŜał pod nimi stos gazet. Pani Spencer zapomniała o 
swym kapeluszu i rzuciła się na „Kronikę". Znalazła interesującą ją notatkę, a w tym właśnie 
momencie weszły do sklepu Hetty King i Sara Stanley. 
- Niech no panie tylko posłuchają - zawołała, podnosząc do góry rękę, by uciszyć 
przyjaciółki. -Mam! - Zaczęła czytać: - „Panna Stacey, która jako nowa wizytatorka 
przyjedzie wkrótce do Avonlea, zatrzyma się w pensjonacie pani Biggins. Panna Stacey 
ukończyła Akademię Królowej ze złotym medalem i znana jest ze swoich artykułów na temat 
nowoczesnych metod kształcenia". 
Hetty miała ochotę odwrócić się na pięcie i uciec, 
14 
'S 
ale opanowała się. I musiała wysłuchać dytyrambów pani Spencer. Pani Potts, która 
niejednokrotnie ucierpiała od ostrego języczka Hetty, szybko zorientowała się, Ŝe 
nauczycielka cierpi słysząc, gdy ktoś chwali Muriel Stacey. Z uśmiechem wykorzystała 
okazję. 
- Ona chyba dostała złoty medal w tym samym roku, kiedy ty dostałaś srebrny, prawda, 
Hetty? Tobie do złotego zabrakło trzech punktów. 
- Nie trzech, czterech - poprawiła pani Spencer, patrząc spod oka na Hetty. 

background image

Przedziwna rzecz, co teŜ ludzie potrafią zapamiętać, jeśli tylko spodziewają się, Ŝe moŜe to 
kiedyś zrobić komuś przykrość. Hetty zesztywniała, Sarze wydało się, Ŝe słyszy, jak trzeszczą 
fiszbiny gorsetu ciotki. 
- Zawsze uwaŜałam, Ŝe ona na tym egzaminie ściągała - szepnęła Hetty do Sary, próbując w 
ten sposób ocalić resztki honoru. 
Zachwycona efektem, jaki wywołała lektura artykułu, pani Spencer kontynuowała: 
- „... Avonlea wiele zawdzięcza pannie Stacey. Muriel Stacey dbała o wykształcenie swoich 
uczniów. To jej zawdzięczają swoje sukcesy Anna Shir-ley i Gilbert Blythe". 
Hetty słysząc, jak pani Spencer rozkoszuje się kaŜdym słowem, zmruŜyła groźnie oczy i 
syknęła przez zęby: 
- Wyobraź sobie, Saro Spencer, Ŝe wszystkie umiemy czytać i znamy ten artykuł. 
Pani Spencer rada, iŜ trafiła w czuły punkt Hetty, zwinęła gazetę i spojrzała kpiąco. Pani Potts 
miała 
15 
rozanieloną minę. Nie mogła się oprzeć, by nie dorzucić: 
- Po prawdzie, odkąd Muriel Stacey stąd odeszła, w szkole jest mniej uczniów. Ona potrafiła 
ś

ciągnąć do szkoły wszystkie dzieci. 

Pani Potts mogłaby równie dobrze wbić sztylet w serce Hetty, gdyŜ nikt tak jak Hetty nie 
cenił wykształcenia. Panna King uwaŜała, Ŝe wykształcenie jest najlepszym lekarstwem na 
wszystkie bolączki tego świata. Wyprostowała się więc i ruszyła w stronę lady. Nie, nikt nie 
moŜe oskarŜać jej o opieszałość - zawsze domagała się stanowczo, by dzieci wypełniały 
obowiązek szkolny. 
- Drogie panie, nie chcę się przechwalać, ale jeśli chodzi o to, by moŜliwie duŜo dzieci 
uczęszczało do szkoły, podjęłam juŜ w tej sprawie odpowiednie kroki. 
Spojrzała na panią Spencer, która sceptycznie podniosła brwi. Rozjuszyło to Hetty. 
- Właśnie dziś wybieram się na poszukiwanie zbłąkanych owieczek. Odszukam kaŜde 
dziecko, które jeszcze nie zaczęło chodzić do szkoły, i jeśli trzeba, zaciągnę je siłą. 
Hetty wysunęła dolną szczękę i jasne było, Ŝe gotowa jest zagonić do szkoły cały szwadron 
dzieci. Pani Potts wszystko zawsze brała dosłownie. 
- Muriel Stacey nikogo nie musiała ciągnąć. Dzieci zlatywały się do szkoły jak pszczoły do 
miodu. 
Pani Potts trafiła w samo sedno - moŜe właśnie dlatego Hetty czuła taką urazę do Muriel 
Stacey. Hetty duŜo wymagała od uczniów, trzymała ich 
16 
Ŝ

elazną ręką i dobrze wiedziała, Ŝe dzieci wolały pełną Ŝycia i wdzięku pannę Stacey. Hetty 

wciągnęła powietrze i zrobiła krok naprzód. Kto wie, czy nie doszłoby do rękoczynów, gdyby 
pani Biggins nie wybrała tego momentu, Ŝeby podzielić się swoimi wątpliwościami. 
Nieczęsto jej pensjonat gościł tak wybitną osobistość, uwaŜała więc, Ŝe stwarza to pewne 
problemy... 
- Hm... Wiecie, Ŝe ona się u mnie zatrzyma. Chyba powinnam pierwszego dnia zaprosić ją na 
kolację. Co myślicie o pieczonym dorszu w sosie z rzepy? 
To pozornie niewinne pytanie wprawiło Hetty w furię. Nie, zwykła właścicielka pensjonatu 
nie odbierze Hetty tego, co jej się z urzędu naleŜało. Pierwszy posiłek w Avonlea Muriel 
Stacey musi spoŜyć pod dachem panien King. 
- O nie, Myrtle Biggins! Bon ton nakazuje, Ŝebym to ja gościła ją pierwsza. Nie dopuszczę do 
tego, by Muriel Stacey mogła się uskarŜać, Ŝe nie przestrzegam wymogów etykiety. Nie, nie - 
pierwszego dnia w Avonlea panna Stacey zje kolację w RóŜanym Dworku. 
I to mówiąc Hetty szybko wyrwała z rąk pani Potts płaski brązowy kapelusz ozdobiony 
wstąŜką. 

background image

- Ten jest mój, droga pani. Widzę, Ŝe panie nie mają nic lepszego do roboty, niŜ wykłócać się 
o kapelusze. 
Obróciła się na pięcie i z kapeluszem w garści majestatycznie wyszła ze sklepu, a za nią 
podreptała Sara. 
Panie przed ladą najpierw zamilkły, a potem skupiły się w ciasną gromadkę i zaczęły 
wymieniać po- 
2 — Przeklęte skrzypce 
17 
gardliwe uwagi. Pani Lawson, która lubiła Kingów, a nienawidziła niesnasek, omal nie 
zainterweniowała, stając w obronie Hetty. Ale kumoszek było za duŜo, więc tylko potrząsnęła 
głową i dalej szukała faktur. GdzieŜ się one podziały? 
Rozdział trzeci 
Przyjazd Muriel Stacey zbliŜał się wielkimi krokami, a Hetty wciąŜ rozmyślała o docinkach 
pani Potts. Postanowiła przystąpić do akcji. Zapowiedziała, Ŝe zamierza sprowadzić do szkoły 
nowych uczniów, najwyŜsza pora się tym zająć. Zaprzęgła konia do dwukółki i wyruszyła na 
polowanie. W uszach wciąŜ dźwięczały jej usłyszane w sklepie złośliwości. 
- Jak pszczoły do miodu! TeŜ coś! Czarnulka, kara klacz, połoŜyła po sobie uszy słysząc, jak 
Hetty mruczy pod nosem. 
- Zobaczysz, Muriel, ty mądralo! Szkoła będzie pękała w szwach! 
Dawne współzawodnictwo z seminarium nauczycielskiego znów odŜyło. 
Skoro Muriel Stacey zamierza węszyć w jej szkole, Hetty zrobi wszystko, by jej koleŜanka do 
niczego nie mogła się przyczepić. Za wszelką cenę musi znaleźć nowych uczniów. Nie będzie 
to łatwe. 
Zaczęła od fabryki konserw rybnych pana McCorkadale'a, gdzie pracowało sporo 
małoletnich. MoŜe któryś z nich będzie na tyle młody i nie zepsuty, Ŝe uda się go namówić na 
naukę? 
18 
Fabryka mieściła się w długim, zdezelowanym budynku krytym pamiętającymi lepsze czasy 
szarymi gontami; usytuowana była tak jak naleŜy, tuŜ koło rybackiego portu. Przez okienka, 
na których szybach osiadła sól, widać było maszyny. Ze środka fabryki dobiegał przez 
otwarte drzwi potworny hałas. 
Przez chwilę Hetty wahała się. Czy zapracowani, nieokrzesani robotnicy chętnie powitają 
nauczycielkę? Ale właśnie w tej chwili gwizd syreny oznajmił koniec roboczego dnia i z 
fabryki wysypał się tłum męŜczyzn, kobiet i wyrostków. Wraz z nimi pojawił się właściciel, 
Angus McCorkadale. Był to tęgi, brzuchaty męŜczyzna, policzki zwisały mu na kołnierz, a 
zniszczony stary kapelusz na łysej głowie częściowo wyrudział, a częściowo zszarzał. Angus 
zachowywał się rubasznie, uwaŜał, Ŝe jego robotnicy na nic innego nie zasługują. 
- Fajerant! Fajerant! Fajerant - wrzeszczał, jakby nie wiedzieli o tym zmordowani ludzie, 
którzy tylko marzyli, by uciec od turkotu i zaduchu fabryki. Angus zatrzymywał niektórych 
spoconych robotników i wydawał im instrukcje. 
- Hej, wy tam! - krzyknął do jakichś dwóch męŜczyzn. - śebyście mi do ostatniej chwili 
trzymali ryby w lodzie! I nie zapominajcie myć stołów. 
Niewątpliwie naleŜało dbać o czystość, przygotowując konserwy rybne, i Angus 
McCorkadale bardzo się o to starał. Niemniej z drzwi fabryki buchał wstrętny odór. 
- Oj! - Hetty z trudem łapała powietrze. - Tu się moŜna udusić. 
- Ryby pachną jak ryby - odpowiedział bezcere- 
19 
monialnie Angus zastanawiając się, czego tu szuka Hetty King. - Ta fabryka jest dla ryb, nie 
dla nauczycielek. 

background image

Miało to prawdopodobnie oznaczać, Ŝe Hetty powinna jak najszybciej odjechać. Panna King 
nie przyjęła jednak tego do wiadomości. 
- Sprowadza mnie tu waŜna sprawa - poinformowała Angusa, wyjmując z torebki chusteczkę 
i zatykając nią nos. - Teraz, kiedy juŜ sezon krabów dobiegł końca, ci chłopcy powinni 
chodzić do szkoły. 
- Ci chuligani? - Angus zachichotał. - Oni woleliby gnić w lochu, niŜ zasiąść w szkolnej 
ławie. 
- Tak pan sądzi? - Hetty rozejrzała się. Byli to na pewno nieokrzesani chłopcy, niemniej 
uwaŜała, Ŝe potrafiłaby ich ucywilizować. 
- Nie sądzę, wiem. Niech się pani sama spyta. Chłopcy gapili się na Hetty i trącali łokciami. 
W fabryce ryb rzadko się widywało damy w wy-krochmalonych białych bluzkach spiętych 
broszką z kameą. Dało to powód do ogólnej wesołości. 
- Owszem, spytam. 
Panna King nie miała wyboru. Wiedziała, Ŝe ze strony Angusa była to prowokacja, ale nie 
cofała się nigdy przed Ŝadnym wyzwaniem. Musi podejść do chłopców. Zamierzała olśnić 
Muriel Stacey liczbą uczniów. A wierzyła, Ŝe najgorszy chuligan - jeśli raz znajdzie się w 
szkole - zmieni się nie do poznania. Wysiadła z dwukółki i podeszła do wyrostków. 
- Posłuchajcie mnie, chłopcy! Przyszłam tu... jestem tu po to, by dać wam szansę zdobycia 
wykształcenia. 
Oczywiście, na Wyspie Księcia Edwarda szkoła 
20 
podstawowa była obowiązkowa, ale często trudno było ten obowiązek wyegzekwować. Wiele 
dzieci nie uczęszczało do szkoły; jedne z nich mieszkały zbyt daleko, inne - kiedy juŜ na tyle 
podrosły, iŜ mógł być z nich jakiś poŜytek, zaczynały pracować na farmie albo pomagać ojcu 
w połowach ryb. I rodzice, i dzieci nie widzieli, jakie by korzyści miało przynieść ślęczenie 
nad ksiąŜkami, skoro moŜna w pocie czoła zarobić na Ŝycie, a podpisywać się pięknym „X". 
Młokosi, do których podeszła Hetty, wyglądali i zachowywali się tak, Ŝe jasne było, iŜ od 
dzieciństwa prowadzili, mówiąc łagodnie, nie uporządkowane Ŝycie i nigdy nie mieli w ręku 
ksiąŜki, nigdy ich noga nie postała w Ŝadnej szkole. Najmłodsi z nich liczyli sobie nie więcej 
niŜ dwanaście lat, ale wszyscy palili fajki lub papierosy i spoglądali na Hetty z nie ukrywaną 
wyŜszością. 
- A w tej szkole płacą? - podchwytliwie spytał najwyŜszy z wyrostków. Włosy opadały mu 
kosmykami spod wystrzępionego czarnego melonika; młodzieniec wyraźnie uwaŜał się za 
czołowego dowcipnisia bandy. 
Stojący obok niego muskularny chłopak z fajką w ustach roześmiał się głośno. 
- Czy równie mało jak pan Corkadale? 
- No właśnie, ile? - nalegał przywódca, mrugając do kolegów. 
Hetty dobrze wiedziała, Ŝe kaŜda gromadka młodzieŜy poluje zawsze na ofiarę, z której 
dałoby się pośmiać, i nie zamierzała stać się celem kpin. Rozejrzała się, zobaczyła niewysoki 
wózek słuŜący do 
21 
przewoŜenia soli i wspięła się na niego. Chciała górować nad swoim audytorium, uwaŜała, Ŝe 
doda jej to autorytetu. 
- Patrzcie no tylko! - zawołał ten muskularny, opalony chłopak. - Czysty teatr! 
Hetty spojrzała na kpiące miny wyrostków, na kłęby dymu z fajek. Zacisnęła pięści. 
- W szkole rozpoczniecie nowe Ŝycie. Przekonacie się. Otworzą się przed wami nowe 
perspektywy. 
Oczywiście te szczere słowa nie trafiły do nieokrzesanych chłopaków. Ich przywódca, 
nazywany Pinczerem, zamiast słuchać, zaczął rozmawiać ze stojącym obok koleŜką. I było to 

background image

sygnałem do nowych drwin. Chłopcy odwrócili się od Hetty, usiedli na deskach i zaczęli 
przerzucać się Ŝarcikami. 
Wyłamał się z tego tylko ten opalony chłopak z fajką w zębach. Wpatrywał się w Hetty. W 
przeciwieństwie do kumpli okazywał ciekawość. 
- Otworzą się przed wami drzwi, które dotąd były zamknięte - ciągnęła Hetty, z trudem 
utrzymując równowagę na chwiejącym się wózku. Wózek przekrzywił się i Hetty musiała z 
niego zeskoczyć. 
- No i po teatrze! - wrzasnął Pinczer i wszyscy, nawet Angus, wybuchnęli śmiechem. 
W tym momencie Hetty zrozumiała, Ŝe jej szumne słowa na nic się nie zdadzą. Widząc 
rozbawiony wzrok pana McCorkadale'a, zdecydowała się przystąpić do sedna sprawy. 
- No, kto z was chce się nauczyć czytać i pisać? Nastąpiło głuche milczenie, zupełnie jakby 
Hetty 
spytała, kto z obecnych chciałby zostać ropuchą. 
22 
Ale po chwili tamten opalony chłopak wyjął fajkę z ust i zrobił krok naprzód. 
- Ja - oznajmił. 
Zdziwieni koledzy spojrzeli na niego z rozdziawionymi ustami. On teŜ robił wraŜenie 
zdumionego własnym wystąpieniem. Rozległy się kpiące okrzyki, Pinczer wykrzywił się 
komicznie. 
Hetty poczuła, Ŝe rumieni się z radości. 
- Brawo, chłopcze. - Przyjrzała mu się i dorzuciła z uśmiechem: - Nazywasz się Gustek Pike, 
prawda? 
Gustek Pike pojawił się w Avonlea parę tygodni wcześniej i przez jakiś czas spał w stodole 
Alka Kinga. Ponoć pracował na trawlerze, a gdy trawler zatonął, chłopak zarabiał na Ŝycie, 
pomagając Alkowi w polu, aŜ do czasu, kiedy znalazł pracę w fabryce konserw. 
Gustek skinął potakująco głową, a Hetty spojrzała triumfalnie na Angusa McCorkadale'a. 
- No i co pan na to? 
Angus, choć sam umiał czytać, pisać i rachować - bez tych umiejętności nie mógłby 
prowadzić fabryki - uwaŜał naukę za zbędny luksus, zwłaszcza dla swoich pracowników. W 
dodatku zirytował się, Ŝe któryś z podwładnych zadaje kłam jego słowom. 
- Po diabła mu to! On juŜ jest za stary, Ŝeby się uczyć. 
Angus był pewny swego - Gustek miał blisko szesnaście lat, był, praktycznie biorąc, 
męŜczyzną i mógł pracować jak męŜczyzna. Szkoła jest dla dzieciuchów, których 
przyprowadzają tam matki, 
23 
Ŝ

eby nie psociły w domu. Chodzą do niej, póki nie wyrosną na tyle, by moŜna było mieć z 

nich poŜytek przy gospodarstwie. 
- Mógłby pan uwaŜać na swój język! Człowiek uczy się do późnej starości. 
Angus zwrócił się szorstko do Gustka. 
- Albo chcesz zarobić, albo latać do szkoły. Wybieraj. 
- EjŜe... to jak to? Mam stracić zarobek? - Gus-tek nie bardzo wiedział, kiedy się chodzi do 
szkoły. I nie przypuszczał, deklarując dzielnie chęć nauki, Ŝe moŜe go to pozbawić zarobku. 
Angus znów był górą i zaczął się wyśmiewać z Hetty. 
- No i co, nie mówiłem pani? Te łobuzy nie mają czasu na naukę. 
I Angus uznał, Ŝe ma juŜ wścibską nauczycielkę z głowy. Odwrócił się na pięcie i odszedł. 
Niech sobie Gustek decyduje; wie juŜ, ile go to będzie kosztowało. Chłopak zawahał się i 
Hetty się przeraziła. Musi coś szybko zrobić. 
- Angusie McCorkadale, chciałabym zamienić z panem parę słów. 
Angus zatrzymał się i niechętnie czekał na nauczycielkę. 

background image

- Wstyd mi za pana, Angusie McCorkadale - powiedziała srogim tonem Hetty. - Zawsze 
uwaŜałam pana za bogobojnego człowieka. 
Angusa przeraził ten nagły atak - Hetty chce podwaŜyć jego religijność? To nieuczciwe. 
- Niech pani nie miesza do tego Pana Boga -mruknął, zdjął kapelusz i spojrzał w niebo. 
24 
- Jego to jak najbardziej dotyczy - Hetty nie ustępowała. - Chodzi o miłość bliźniego! 
Rozumie pan? O chrześcijańską miłość bliźniego. 
Hetty umiała postępować z Angusami tego świata. Zrobiła krótką pauzę, by tym lepiej 
przyprzeć męŜczyznę do muru. 
- Oto ten chłopiec potrzebuje pańskiej pomocy. Gustek ma olej w głowie. Musi pan postąpić 
jak dobry prezbiterianin i dŜentelmen. PrzecieŜ ten chłopiec moŜe pracować pół szychty rano, 
a pół wieczorem. 
Angus był człowiekiem zahartowanym w boju, ale nie czuł się na siłach dyskutować z panią 
nauczycielką o teologii i obowiązkach dobrego chrześcijanina. Przestępował z nogi na nogę, 
miętosił w rękach kapelusz i niechętnym wzrokiem mierzył Gustka. 
- No dobrze - zgodził się markotnym tonem. Wiedział, Ŝe wpadł w pułapkę. - Niech będzie. 
MoŜe pracować przed szkołą i po szkole. Ale - tu podniósł głos, Ŝeby go wszyscy usłyszeli - 
jeśli się opuści w pracy, to go wyrzucę. 
Odniósłszy zwycięstwo, Hetty uznała za stosowne uścisnąć dłoń Angusa. 
- No to załatwione. - Zwróciła się do Gustka, który miał teraz bardzo niepewną minę. 
- A więc, Gustku, oczekuję, Ŝe punktualnie o pół do dziewiątej pojawisz się w szkole. 
Kiedy Hetty z zadowoloną miną wracała do swojej dwukółki, Pinczer zawołał 
przedrzeźniając ją. 
- A więc, Gustku, czekam na ciebie punktualnie o pół do dziewiątej! 
25 
- Jego to jak najbardziej dotyczy - Hetty nie ustępowała. - Chodzi o miłość bliźniego! 
Rozumie pan? O chrześcijańską miłość bliźniego. 
Hetty umiała postępować z Angusami tego świata. Zrobiła krótką pauzę, by tym lepiej 
przyprzeć męŜczyznę do muru. 
- Oto ten chłopiec potrzebuje pańskiej pomocy. Gustek ma olej w głowie. Musi pan postąpić 
jak dobry prezbiterianin i dŜentelmen. PrzecieŜ ten chłopiec moŜe pracować pół szychty rano, 
a pół wieczorem. 
Angus był człowiekiem zahartowanym w boju, ale nie czuł się na siłach dyskutować z panią 
nauczycielką o teologii i obowiązkach dobrego chrześcijanina. Przestępował z nogi na nogę, 
miętosił w rękach kapelusz i niechętnym wzrokiem mierzył Gustka. 
- No dobrze - zgodził się markotnym tonem. Wiedział, Ŝe wpadł w pułapkę. - Niech będzie. 
MoŜe pracować przed szkołą i po szkole. Ale - tu podniósł głos, Ŝeby go wszyscy usłyszeli - 
jeśli się opuści w pracy, to go wyrzucę. 
Odniósłszy zwycięstwo, Hetty uznała za stosowne uścisnąć dłoń Angusa. 
- No to załatwione. - Zwróciła się do Gustka, który miał teraz bardzo niepewną minę. 
- A więc, Gustku, oczekuję, Ŝe punktualnie o pół do dziewiątej pojawisz się w szkole. 
Kiedy Hetty z zadowoloną miną wracała do swojej dwukółki, Pinczer zawołał 
przedrzeźniając ją. 
- A więc, Gustku, czekam na ciebie punktualnie o pół do dziewiątej! 
25 
Gustek, zamiast się rozzłościć, szturchnął swawolnie Pinczera - jego dobry charakter nieraz 
pomagał mu w Ŝyciu. 
Reszta chłopców wstała. Mieli za sobą cięŜki dzień pracy i marzyli, Ŝeby coś zjeść. 
- Powodzenia, uczniaku! - zawołał jeden z nich kpiąco, ale i trochę tak, jakby zazdrościł 
koledze, Ŝe ten zdobył się na odwagę. 

background image

Chłopcy odeszli, Gustek został sam. Pociągnął fajkę i wpatrzył się w morze - czyŜby juŜ 
otworzyły się przed nim nowe horyzonty? Wiała łagodna bryza, pokrzykiwały mewy. Świat 
był przyjazny. Łatwo było uwierzyć, Ŝe moŜna osiągnąć wszystko, czego się zapragnie. 
Gustek uśmiechnął się szeroko. Potrząsnął głową; sam się sobie dziwił, Ŝe tych parę słów 
Hetty tak na niego wpłynęło. 
Rozdział czwarty 
Mimo kpin kumpli Gustek Pike nie zmienił zdania. Zdobędzie wykształcenie. W poniedziałek 
rano moŜna było zobaczyć, jak pędzi do szkoły, zadyszany, spocony. W szkole zaczęły się juŜ 
lekcje. Przez otwarte okna Gustek usłyszał, jak dzieci recytują. 
- Dwa razy dziewięć - osiemnaście. Trzy razy dziewięć - dwadzieścia siedem, cztery razy 
dziewięć - trzydzieści sześć... 
Sara Stanley wraz ze swymi kuzynami Felicją i Felkiem Kingiem teŜ deklamowała tabliczkę 
mnoŜenia. 
26 
- Pięć razy dziewięć - czterdzieści pięć, sześć razy dziewięć... 
Hetty słuchała uwaŜnie. Nagle uderzyła Felka linijką po rękach. 
- No, no, Feliksie, nie licz na palcach. 
Felek schował ręce. Ten jedenastoletni rosły chłopiec niezbyt przykładał się do nauki. Gdyby 
mógł, chętnie przestałby chodzić do szkoły i pomagał ojcu w gospodarstwie. 
- Ja nie liczyłem na palcach! One się same ruszały. 
Hetty spojrzała na niego sceptycznym wzrokiem i zwróciła się do reszty klasy. Zadowolona 
była z postępów swych uczniów, tabliczkę mnoŜenia znali juŜ naprawdę dobrze. Muriel 
Stacey nie będzie się miała do czego przyczepić. 
- Świetnie. Teraz powtórzymy wiersz, który zadeklamujecie na przyjęciu gubernatora. 
W tej właśnie chwili otworzyły się drzwi i do klasy wpadł zadyszany Gustek Pike. Oczy 
błyszczały mu z podniecenia, uśmiechał się od ucha do ucha. W jednej ręce trzymał fajkę, w 
drugiej skrzypce, był boso - jego stopy zrogowaciały, nie wiedziały, co to obuwie. 
- Uff. Całą drogę leciałem jak głupi. Spociłem się jak mysz. 
Felek zachichotał i szybko zakrył usta ręką. Hetty zwróciła się do przybysza. śaden z jej 
uczniów nie śmiał powiedzieć, Ŝe się poci, nikt nie ośmielał się spóźnić. Hetty podniosła do 
góry brwi. 
- Dzieci, znacie chyba Gustka Pike'a, który 
27 
uznał za stosowne spóźnić się do szkoły juŜ pierwszego dnia. 
-Przecie mówię, Ŝe leciałem jak głupi - powtórzył Gustek. 
W klasie zaszumiało. Hetty zrozumiała, Ŝe musi czym prędzej zająć się wychowaniem 
nowego ucznia. 
Co by to było, gdyby go usłyszała Muriel Stacey? 
- W naszej szkole naleŜy punktualnie... - Hetty zamilkła ze zgrozy, bo Gustek nonszalancko 
potarł zapałkę o katedrę, aby zapalić fajkę. Dopiero po chwili zauwaŜył oburzenie Hetty. 
- Natychmiast zgaś to okropieństwo! Nauczycielka wskazała na fajkę i z kolei zdziwił 
się Gustek. Od maleńkości palił i nikt mu nigdy tego nie zakazywał. 
- Ale ja ją dopiero zapaliłem - zaprotestował. Nie mógł uwierzyć, Ŝe ktoś moŜe być do tego 
stopnia pozbawiony rozsądku, by kazać mu zniszczyć całą porcję tytoniu. 
- Zgaś fajkę! - Hetty była juŜ naprawdę zła. -W szkole nie wolno palić. I po co przyniosłeś te 
skrzypce? 
Gustek ociągając się zgasił kciukiem fajkę i przytulił do siebie skrzypce. Były stare i 
obdrapane, ale wyczyszczone do połysku, a Gustek obchodził się z nimi jak z jajkiem. 
Spojrzał na nie i twarz mu złagodniała. 
- Ze skrzypcami to ja się nie rozstaję. Zabieram je nawet do wychodka. 

background image

Uczniowie dusili się, starając stłumić śmiech. Hetty stała jak raŜona piorunem. To słowo - 
wycho- 
28 
dek! Wreszcie uderzyła linijką o katedrę, usiłując przywrócić porządek. 
- U nas w szkole nie uŜywa się takich słów. Zrozumiałeś? A skrzypce proszę zostawiać w 
domu. 
Gustek mógł ostatecznie wyrzec się fajki, ale skrzypce były jego jedynym skarbem, a muzyka 
najwaŜniejszą sprawą w Ŝyciu. Słysząc taki rozkaz, przytulił je jeszcze mocniej do piersi. 
Miał tak zrozpaczoną minę, Ŝe Hetty przestała nalegać. Wskazała pustą ławkę, widać jednak 
nie dowierzała mu, Ŝe usiądzie, gdyŜ ruszyła w jego stronę, by osobiście tego dopilnować. 
Kiedy podeszła bliŜej, skrzywiła się. 
- AleŜ, chłopcze! Od ciebie bije zapach ryb. Bądź tak dobry i przebieraj się, zanim 
przyjdziesz do szkoły. 
Hm, rzeczywiście w tej szkole czekało człowieka wiele niespodzianek. Gustek nie zdąŜył 
jeszcze usiąść, a juŜ pani nauczycielka skrytykowała jego ubiór. 
- Nie mam się w co przebrać - oświadczył chłopak. 
Hetty nigdy jeszcze nie spotkała się z czymś podobnym. Przyjrzała się Gustkowi. Koszula 
była wystrzępiona, dawno juŜ straciła kołnierzyk. Brązową kamizelkę zapiął na jedyny 
ocalały guzik, guziki dziurawej na łokciach kurtki odleciały. I kurtka, i to, co uchodziło za 
spodnie, były pełne tłustych plam i przylepionych rybich łusek. 
- Nigdy tego nie pierzesz? 
- P i e r e! Zawsze na BoŜe Narodzenie - z dumą oświadczył Gustek. 
29 
Uczniowie nie wytrzymali. Parsknęli śmiechem. Hetty nie próbowała ich uspokoić. 
Westchnęła. Tak, niełatwo będzie zrobić z Gustka przykładnego ucznia. 
- Hm, rozumiem. A teraz wyprostuj się i uwaŜaj. Zobaczymy, co umiesz. - Przycisnęła do 
nosa chusteczkę. Ten odór był naprawdę straszny. - Jak z czytaniem? 
- Nie u m i ę czytać. Myślałem, Ŝe mnie pani dziś nauczy. 
Gustek z uśmiechem rozejrzał się po klasie; wszystkie dzieci bawiły się jak na 
przedstawieniu. 
- Myślałeś, Ŝe nauczysz się czytać w jeden dzień? - z niedowierzaniem w głosie spytała Hetty. 
- Ano - odpowiedział zadowolony z siebie Gustek. 
- To piękny zamiar - cierpko zauwaŜyła Hetty. -Obawiam się jednak, Ŝe nierealny. No, usiądź 
wreszcie w tej ławce za Feliksem. 
Gustek rozsiadł się w ławce. CóŜ, pierwszy raz był w szkole i zachowywał się tak jak w 
baraku wśród koleŜków z fabryki. 
- Cześć, Felek! - zwrócił się do Felka, z którym -gdy mieszkał w stodole Kingów - parę razy 
łowił ryby. O, umiał łowić ryby i Felek bardzo go wówczas podziwiał. Ale wtedy Gustek 
pachniał sianem, a teraz... Felek odsunął się i wykrzywił ze wstrętem. 
Hetty zwróciła się do jednego z siedzących w pobliŜu uczniów. 
- Otwórz okno, Tyler. No, Gustku, zaczniemy od początku. UwaŜaj! 
Podeszła do tablicy i wielkimi literami napisała 
30 
GUSTAW PIKE. Gustek przekrzywił głowę i przyjrzał się temu napisowi, mruŜąc oczy. 
- Co to? - spytał w końcu. 
- Twoje imię i nazwisko. 
Hetty nie mogła nawet marzyć, Ŝe wywrze to na nieokrzesanym chłopcu aŜ takie wraŜenie. 
Gustek przestał się wygłupiać i otworzył szeroko oczy, zupełnie jakby nauczycielka 
wyciągnęła zza pazuchy królika. 
- Moje nazwisko?! 

background image

- Tak, twoje nazwisko - zapewniła go Hetty, karcąc wzrokiem rozbawionych uczniów. - Masz 
tu tabliczkę. Przepisz na niej te litery. Wiele razy. Oto kreda. Masz pisać, dopóki ci nie kaŜę 
przestać. A wy - tu zwróciła się do reszty klasy - deklamujcie wiersz. No, zaczynamy. 
Gustek wziął tabliczkę i kredę. Udało mu się w końcu ułoŜyć odpowiednio tabliczkę, kredę 
zacisnął kurczowo w garści. Ten chłopak naprawdę chciał się uczyć. CzyŜ mimo kpin 
kolegów nie przybiegł do szkoły w Avonlea, choć było do niej tak daleko? Nie zwracając juŜ 
uwagi na otoczenie, zaczął starannie kopiować widniejące na tablicy tajemnicze zygzaki, w 
których ukryte było jego imię. 
DłuŜszy czas trwało, nim zdołał po raz pierwszy napisać GUSTAW PIKE. Koślawe litery 
tańcowały jak pijane. Gustek z zachwytem wpatrywał się w swoje dzieło. A reszta klasy 
recytowała ten ponury wiersz: 
...Był to człowiek bezduszny, O zimnym jak lód sercu. On nigdy nie powiedział: 
31 
To tutaj jest mój dom, To tutaj jest mój kraj, Innego nie chcę. 
Gustek spojrzał na Hetty i wyciągnął w jej stronę tabliczkę. Kiedy napotkał jej wzrok, 
uśmiechnął się, bardzo z siebie zadowolony. Hetty zajęta była wierszem, ale nawet jej srogie 
serce wzruszyło się naiwną radością chłopca. 
Gustek znów nachylił się nad tabliczką i juŜ trochę pewniejszą ręką napisał swoje imię i 
nazwisko. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Hetty King mogła sobie nie cierpieć fajek i smrodu ryb, 
ale oto wręczyła Gustkowi klucz do zamkniętego dotychczas świata. 
Chłopak uznał ją za bóstwo. 
Rozdział piąty 
Gustek spędził bardzo miły ranek, pisząc raz po raz swoje imię i nazwisko. Litery zataczały 
się jak pijane, to w prawo, to w lewo; czasem były tak spiczaste, Ŝe trudno je było odczytać, 
czasem zaś tak przysadziste i brzuchate, Ŝe nie chciały się zmieścić na tabliczce. Ale Gustek i 
tak był zachwycony, z jego twarzy nie schodził uśmiech. 
Kiedy panna Hetty ogłosiła przerwę, sięgnął po leŜące na pulpicie ławki skrzypki i wraz z 
resztą uczniów wybiegł na dwór. Było mu tak wesoło, Ŝe podskakiwał jak małe dziecko - 
mimo odpracowanej rano szychty kipiał energią. 
Chciało mu się tańczyć. Bezwiednie podniósł skrzypce i zaczął na nich wygrywać skoczną 
melo- 
32 
dię. Zbiegli się uczniowie, błyszczały im oczy. Coś podobnego! Muzyka na szkolnym 
podwórku! 
Gustek śmiał się, wodząc smyczkiem po strunach tak szybko, Ŝe umykało to wzrokowi 
kolegów. Felek i Sara klaskali w takt muzyki, a Felicja całkowicie uległa czarowi melodii. 
Felicja kochała muzykę, zadziwiło ją, Ŝe ten nieokrzesany chłopak potrafi tak pięknie grać. 
Nic dziwnego, Ŝe Gustek ani na chwilę nie chciał się rozstać ze swoimi skrzypcami. Tylko 
dzięki muzyce mógł wyrazić to, co czuje - nie znał odpowiednich słów. 
KaŜdy, kto gra na skrzypcach, staje się na Wyspie Księcia Edwarda popularnym człowiekiem, 
a Gustek wiedział, jak urzec słuchaczy. Mrugnął do zachwyconych dzieci i, nie przestając 
grać, ruszył przed siebie, a wszyscy uczniowie poszli za nim, podtańcowując w takt melodii. 
Hetty została sama w pustej szkole. Nigdy nie okazywała swych uczuć, baczny obserwator 
dostrzegłby jednak, Ŝe jest bardzo zadowolona. W klasie cuchnęło rybami, ale co to miało za 
znaczenie, skoro przed chwilą młodziutka istota ludzka wstąpiła na ścieŜkę nauki. Hetty 
wzięła tabliczkę Gus-tka, spojrzała na krzywe literki i uśmiechnęła się. Zasadziła Ŝołądź 
wiedzy, a z Ŝołędzi wyrastają potęŜne dęby. 
Całkowita ignorancja Gustka była dla Hetty prawdziwym wyzwaniem. Robił wraŜenie 
inteligentnego chłopca. Jeśli tylko nie przejdzie mu zapał do nauki, będą z niego ludzie. 

background image

Panna King pomyślała z przyjemnością, Ŝe Muriel Stacey zobaczy, co jej się udało zrobić z 
nieokrzesanego wyrostka. 
Hetty wpatrywała się w tabliczkę tak pogrąŜona w myślach, Ŝe nie zwróciła uwagi na muzykę 
i wrzawę dolatującą z podwórza. Wreszcie ocknęła się i wyjrzała przez okno. Gustek 
wskoczył właśnie na świeŜo przycięte deski oparte na dwóch kozłach, które zostawili tam 
robotnicy. Ale za nim na deski wlazła reszta dzieci. Wszystkie chwiały się, jakby szły po 
linie. Hetty krzyknęła i podbiegła do drzwi. 
- Gustek! Przestań grać! - zawołała rozkazująco. Jak ona ściągnie z desek te dzieci, którym 
grozi złamanie karku?! 
Niestety, okrzyk Hetty przyniósł nieoczekiwane efekty. Skrzypce umilkły, Gustek przystanął, 
dzieci wpadły jedno na drugie. Cecylka King tak się przeraziła, Ŝe straciła równowagę, 
zachwiała się, rozpostarła szeroko ręce i spadła na ziemię. 
Zapanowała głucha cisza, wszyscy wpatrywali się w leŜącą na trawie dziewczynkę. Upłynęło 
kilka sekund, nim Hetty, Sara i Felicja rzuciły się Cecylce na pomoc. Reszta dzieci zaczęła 
powoli i uwaŜnie schodzić z desek. 
Ciotka, siostra i koleŜanki Cecylki przeŜyły moment grozy. Dziewczynka leŜała bez ruchu, 
miała zamknięte oczy. Po chwili jednak jęknęła i próbowała usiąść. Była lekko oszołomiona i 
mocno utytłana w piachu, szybko jednak okazało się, Ŝe nic jej nie jest. Gustek stał 
nieruchomo na deskach tuŜ nad nią, zatrwoŜony, Ŝe to jego muzyka spowodowała ten 
wypadek. 
- Cecylko, mogłaś się zabić! - Hetty otrząsnęła się z przeraŜenia i zaczęła prawić kazanie. 
Była szczęśliwa, Ŝe nic się nie stało powierzonemu jej 
opiece dziecku, ale jednocześnie rozgniewała się nie na Ŝarty. Kto to słyszał, Ŝeby na jej 
podwórzu szkolnym odprawiano podobne bachanalie. 
Felicja pomogła siostrze wstać i otrzepała ją z kurzu. Mimo Ŝe się przestraszyła upadkiem 
siostry, wciąŜ była pod wraŜeniem muzyki; ta urzekająca skoczna melodia nadal dźwięczała 
jej w uszach. I nagle dziewczynka przeraziła się, Ŝe jej ciotka za chwilę skarci grajka. 
Felicja miała do Gustka słabość. MoŜe dlatego, iŜ Gustek pomógł jej kiedyś w trudnej chwili. 
Kiedy pracował na farmie jej ojca, Felicja któregoś wieczoru wymknęła się z domu na 
zabawę, na którą rodzice nie pozwolili jej pójść. Gustek próbował ją od tego odwieść, ale gdy 
się to nie udało, odprowadził ją, by bezpiecznie dotarła na miejsce. A kiedy Alek King 
wtargnął na bal, szukając nieposłusznej córki, Gustek robił, co mógł, aby rozładować gniew 
jej ojca. I choć Felicja nie uniknęła zasłuŜonej kary, do dziś była Gustkowi bardzo wdzięczna. 
- Ciociu Hetty! - zawołała, widząc groźny wyraz twarzy panny King. - Ciociu, czy ciocia 
słyszała Gustka? Prawda, Ŝe on pięknie gra? 
Hetty nie słuchała skrzypiec, zresztą nie była muzykalna. W dodatku uwaŜała, Ŝe muzyka w 
trakcie godzin szkolnych jest czymś niestosownym, zwłaszcza Ŝe - jak się okazało - mogła 
doprowadzić do niewłaściwego zachowania uczniów, którym w rezultacie groziło 
niebezpieczeństwo. 
- Powinniście wszyscy dostać dwóje ze sprawowania! - zawołała. - Chwała NajwyŜszemu, Ŝe 
nie widziała tego Muriel Stacey, chybaby zemdlała! 
35 
Groźnie spojrzała na Gustka. 
- A ty, Gustawie Pike, masz juź nigdy więcej nie przynosić do szkoły skrzypiec! Słyszysz? 
Potem głęboko odetchnęła i kolejno mierzyła wzrokiem małych grzeszników. 
- No, dobrze. Bawcie się dalej - pozwoliła łaskawie i wróciła do szkoły. 
Dzieci nie bardzo wiedziały, co robić. Najbardziej zmartwił się Gustek. Długo stał 
nieruchomo, przyciskając do piersi skrzypce. 
Rozdział szósty 

background image

Całe popołudnie uczniowie zachowywali się niezwykle przykładnie. Gustek odłoŜył skrzypce 
i ślęczał nad literami z tak powaŜną miną, Ŝe jego kumple z fabryki nigdy by w to nie 
uwierzyli. Kiedy nadszedł koniec lekcji, uczniowie rozbiegli się pospiesznie i w klasie 
pozostali tylko Hetty i Gustek. Gustkowi trudno było rozstać się z tabliczką i nawet kiedy juŜ 
wziął skrzypce i wsadził do ust fajkę, wciąŜ z zachwytem wpatrywał się w swoje imię i 
nazwisko. Hetty wkładała właśnie do teczki zeszyty i ksiąŜki, kiedy Gustek zupełnie 
bezwiednie zadeklamował: 
Był to człowiek bezduszny O zimnym jak lód sercu. On nigdy nie powiedział: To tutaj jest 
mój dom... 
Hetty ze zdziwieniem zaczęła się przysłuchiwać. 
36 
Gustek nie zwrócił na to uwagi i ruszył w kierunku drzwi. Hetty zatrzymała go w ostatniej 
chwili. 
- Gustek! Muszę z tobą pogadać. 
Chłopiec wyjął fajkę z ust i wsadził ją do kieszeni kurtki, wcale się nie przejmując, Ŝe wypada 
z niej bezcenny tytoń. 
- Skąd znasz ten wiersz? - zapytała Hetty, rada, Ŝe jej uczeń tak szybko schował fajkę. 
Gustek ucieszył się, Ŝe Hetty pyta o wiersz i wcale nie zamierza prawić mu następnego 
kazania na temat skrzypiec czy brudnej koszuli. 
- Ano słuchałem, jak go deklamowali. I zarecytował wiersz do końca. 
- Wspaniale! - zachwyciła się Hetty, która dobrze pamiętała, z jakim trudem wbiła uczniom 
ten wiersz do głowy. - Brawo, młody człowieku. Jesteś obdarzony wielkimi zdolnościami i 
daleko zajdziesz. 
Hetty doceniła tego dnia pilność Gustka, ale nie przypuszczała, Ŝe ów nieokrzesany chłopak 
moŜe być tak inteligentny. Teraz zapaliły się jej oczy. Oto wśród śmieci znalazła grudkę 
złota. 
I pomyślała w duchu, Ŝe będzie się miała czym pochwalić przed Muriel Stacey. 
Zaczęła naprędce snuć plany i juŜ widziała, jak jej nowy uczeń wstępuje na uniwersytet. 
Tymczasem Gustek popsuł wszystko, bo schylił się i zaczął dłubać w spuchniętym i brudnym 
paluchu nogi. Hetty skrzywiła się z niesmakiem. 
- Co ty robisz? To jest ohydne! 
Gustek wyprostował się. Podłoga w fabryce konserw była stara, i chłopak wciąŜ wbijał sobie 
w nogę jakąś drzazgę. 
37 
- Cholernie mnie boli, proszę pani. 
No i co Hetty miała zrobić? Westchnęła tylko głęboko. Tak, Gustek był na pewno zdolny, ale 
nagle zdała sobie sprawę, Ŝe trudno jej przyjdzie wyprowadzić go na ludzi. On nie ma 
najmniejszego pojęcia, jak się naleŜy zachowywać, wszystko trzeba mu będzie wytłumaczyć. 
- Co za maniery! Wiele będziesz się musiał nauczyć, Ŝeby zostać dŜentelmenem. A ja nie 
mam tyle czasu. 
Hetty zaczęła zamykać drzwi, a Gustek wpatrywał się w nią z rozdziawionymi ustami. Oto 
panna King wymówiła następne magiczne słowo - „dŜentelmen". Przedtem, gdy powiedziała 
„nauka", Gustek zdecydował się usiąść w szkolnej ławie wśród małych dzieci, a teraz, gdy... 
- Tak, proszę pani. Chcę być dŜentelmenem, ale... - Hetty spojrzała na Gustka i słowa uwięzły 
mu w gardle. Zamilkł i spuścił głowę. 
Widać było, jak bardzo chce zostać kimś i jak rozpaczliwie szuka przewodnika - trudno było 
się temu oprzeć. Hetty z namysłem popatrzyła na Gustka i sięgnęła do teczki. Wyjęła z niej 
ksiąŜkę, zawahała się - była to bardzo cenna ksiąŜka, ale wręczyła ją chłopcu. 
- Hm... Ta ksiąŜka naleŜała do mego ojca, Izajasza Kinga. Jest w niej mnóstwo ilustracji, 
więc... Tytuł tej ksiąŜki brzmi: Jak zostać dŜentelmenem. 

background image

Był to gruby tom niewielkiego formatu, oprawiony w skórę - z daleka widziało się, Ŝe jest to 
skarbnica wiedzy. Gustek wpakował skrzypce pod pachę i ostroŜnie wziął do ręki ksiąŜkę. 
Otworzył 
38 
ją z ciekawością. Na jego twarzy malował się zachwyt. 
Niestety, pierwsza ilustracja, na jaką natrafił, przedstawiała wystrojonego pana w cylindrze -
podnosił on do ust filiŜankę herbaty, odstawiając mały palec. 
- A dlaczego tak mu sterczy ten palec? - spytał ze zdziwieniem Gustek. 
- DŜentelmeni tak właśnie piją herbatę - wyjaśniła Hetty, choć sama uwaŜała to za śmieszne. -
Z tej ksiąŜki nauczysz się, jak się ubierać, jak czesać, jak witać i Ŝegnać. 
Gustka jednak najbardziej zainteresował ten palec. Wpatrzył się w ilustrację, rozdymając 
nozdrza tak jak tamten pan i wyciągając rękę z odstawionym małym palcem - robiło to wręcz 
karykaturalne wraŜenie. 
Hetty spojrzała na niego z rozpaczą. 
- CóŜ, nie od razu Rzym zbudowano - szepnęła sama do siebie. 
Upewniła się, Ŝe drzwi szkoły są dobrze zamknięte. 
- Weź tę ksiąŜkę - powiedziała Gustkowi. - Obejrzyj ilustracje. MoŜesz się z nich wiele 
nauczyć. Ja ci pomogę... Wiesz co, idziemy w tę samą stronę, chodź więc ze mną. 
Gustek zrozumiał, Ŝe spotkał go zaszczyt odprowadzenia do domu pani nauczycielki. 
Zapomniał o palcu i rozpromienił się. 
- Tak jest, pani nauczycielko. 
Zadowolona Hetty skinęła głową. I potraktowała Gustka tak, jakby juŜ był dŜentelmenem - 
wsparła się na jego ramieniu. UwaŜała, Ŝe powinna wyko- 
39 
rzystać kaŜdą okazję, by edukować małego dzikusa. Tak, nie ma ani minuty do stracenia, jeśli 
chce olśnić Muriel Stacey. DłuŜszy więc czas rozprawiała o tym, na czym polegają dobre 
maniery i jak naleŜy się zachowywać w rozmaitych sytuacjach. Gustek skłonił głowę i w 
skupieniu słuchał Hetty, starając się nie uronić ani słowa. Panna King z kaŜdą chwilą rosła w 
jego oczach. Kobieta, która w ciągu jednego dnia nauczyła go, jak się pisze jego imię i 
nazwisko, która ofiarowała mu ksiąŜkę o tym, jak człowiek staje się dŜentelmenem - musiała 
mieć kontakt z jakimiś nadprzyrodzonymi siłami. 
- Zapamiętaj moje słowa, chłopcze. Nie poŜałujesz, Ŝe zacząłeś chodzić do szkoły - 
obiecywała z entuzjazmem Hetty. - Będziesz umiał czytać, pisać i rachować, i zobaczysz, jak 
ci się to przyda w Ŝyciu. 
Spojrzała spod oka na Gustka zastanawiając się, czy powinna dać upust swej ciekawości. Tak, 
powinna, naleŜało przecieŜ dowiedzieć się jak najwięcej o kaŜdym dziecku, które chodziło do 
jej szkoły. 
- Twoja rodzina... twojej rodzinie nie udało się chyba zdobyć wykształcenia?... 
- Nie mam rodziny - poinformował ją Gustek. Hetty, głowa klanu Kingów, którzy znali swych 
przodków do dziesiątego pokolenia, nie bardzo mogła w to uwierzyć. 
- Nie bądź niemądry. KaŜdy ma jakąś rodzinę. 
- Mama umarła. 
- Mój BoŜe. - Hetty zrobiło się przykro. Biedny chłopak. - Jak się to stało? Chorowała? 
40 
- Nie. Tata złamał jej serce. 
- W jaki sposób? - Hetty się bardzo zainteresowała, moŜe nawet za bardzo jak na damę. 
- Bo go wzięli do więzienia. 
- Do więzienia? 
Gustkowi udało się tym razem naprawdę zgorszyć Hetty. A to, co dorzucił, brzmiało jeszcze 
gorzej. 

background image

- Ano. Zabił jednego faceta. Rozwalił mu głowę siekierą. 
Hetty zatrzymała się i o mały włos nie upuściła teczki. 
- Twój ojciec jest mordercą - jęknęła. 
- Co robić, on nie był dŜentelmenem. - Gustek uśmiechnął się od ucha do ucha. I nim Hetty 
zdąŜyła coś wykrztusić, zawołał: - No, na mnie czas. Robota czeka. Do jutra, pani 
nauczycielko. -Klepnął Hetty przyjacielsko po ramieniu i zaczął biec w stronę fabryki. Hetty 
została pod furtką RóŜanego Dworku. Długo nie mogła się otrząsnąć z wraŜenia. 
Gustek przybiegł do fabryki na parę sekund przed rozpoczęciem szychty. I długie godziny 
pracował w pocie czoła pod bacznym wzrokiem pana Angusa McCorkadale'a, który śledził, 
czy edukacja nie zaszkodziła jego robotnikowi. 
Po szychcie Gustek bynajmniej nie szukał odpoczynku. Cały czas czekał chwili, kiedy będzie 
mógł zasiąść nad zeszytem i napisać swoje imię i nazwisko. Jego koledzy rozpalili za fabryką 
ognisko i usiedli w krąg, śmiejąc się i Ŝartując. A on ślęczał 
41 
- Nie. Tata złamał jej serce. 
- W jaki sposób? - Hetty się bardzo zainteresowała, moŜe nawet za bardzo jak na damę. 
- Bo go wzięli do więzienia. 
- Do więzienia? 
Gustkowi udało się tym razem naprawdę zgorszyć Hetty. A to, co dorzucił, brzmiało jeszcze 
gorzej. 
- Ano. Zabił jednego faceta. Rozwalił mu głowę siekierą. 
Hetty zatrzymała się i o mały włos nie upuściła teczki. 
- Twój ojciec jest mordercą - jęknęła. 
- Co robić, on nie był dŜentelmenem. - Gustek uśmiechnął się od ucha do ucha. I nim Hetty 
zdąŜyła coś wykrztusić, zawołał: - No, na mnie czas. Robota czeka. Do jutra, pani 
nauczycielko. -Klepnął Hetty przyjacielsko po ramieniu i zaczął biec w stronę fabryki. Hetty 
została pod furtką RóŜanego Dworku. Długo nie mogła się otrząsnąć z wraŜenia. 
Gustek przybiegł do fabryki na parę sekund przed rozpoczęciem szychty. I długie godziny 
pracował w pocie czoła pod bacznym wzrokiem pana Angusa McCorkadale'a, który śledził, 
czy edukacja nie zaszkodziła jego robotnikowi. 
Po szychcie Gustek bynajmniej nie szukał odpoczynku. Cały czas czekał chwili, kiedy będzie 
mógł zasiąść nad zeszytem i napisać swoje imię i nazwisko. Jego koledzy rozpalili za fabryką 
ognisko i usiedli w krąg, śmiejąc się i Ŝartując. A on ślęczał 
41 
nad zeszytem, a jednocześnie popijał z kubka herbatę, elegancko odstawiając mały palec. 
Pinczer, zdziwiony milczeniem przyjaciela, podszedł i walnął go w ramię. Gustek roześmiał 
się i pokazał mu zeszyt. 
- ZałoŜę się, Ŝe nie wiesz, co tu pisze. 
- Ano, wygląda, jakby kura nabazgrała coś pazurem - zakpił Pinczer. Gardził głęboko 
wszystkim, czego nie rozumiał. 
Gustek roześmiał się triumfalnie. Pękał z dumy. 
- To moje imię i nazwisko 
- A co to kogo obchodzi? -1 Pinczer lekcewaŜąco odwrócił się, a potem sięgnął po leŜącą w 
pobliŜu ksiąŜkę. Gustek wyrwał ją z jego brudnych łap. 
- Tego nie dotykaj! 
- No, no, wiesz, lepiej nam coś zagraj. - Muzyka umilała wieczory przy ognisku, a tu dziś 
Gustek bezczelnie siedzi i gryzmoli w zeszycie. 
- Mam waŜniejsze sprawy na głowie - odpowiedział chłopak i znów zabrał się do pisania. 
Hetty nakazała mu, Ŝeby kaŜdą wolną chwilę poświęcał nauce pisania. 

background image

- Aha! Boisz się pani nauczycielki! - zakpił Pinczer, zaglądając mu przez ramię. I brzdęknął w 
struny leŜących obok Gustka skrzypiec. Gustek rzucił się w obronie swego skarbu, ale Pinczer 
zdąŜył juŜ te skrzypce porwać i wymachiwał nimi nad głową. 
- No, spróbuj mi je odebrać! 
- Spróbuj, spróbuj! - zawołała reszta chłopców. 
Pinczer znów brzdąknął w struny. Gustek podskoczył i wyrwał mu skrzypce. Pinczer cofnął 
się i wraz z kolegami zaczął skandować: - Graj! Graj! 
42 
Gustek rozejrzał się. Tak, co wieczór grał i weselił się z kolegami. Jego palce tęskniły do 
dotyku smyczka, nogi wyrywały się do tańca. Ale umysł i serce dyktowały mu co innego. Po 
raz pierwszy poczuł się rozdarty. Musi wybierać między dwoma światami. Krzyki wzmogły 
się. Zakłopotany, rozgniewany Gustek wsadził ze złością skrzypce pod brodę. 
Kiedy rozległy się pierwsze takty melodii, chłopcy zaczęli klaskać i tańczyć. Gustek poczuł, 
Ŝ

e opuszcza go gniew - za bardzo kochał muzykę, by długo opierać się jej czarowi. Wszyscy 

obecni juŜ tańczyli, muzyka pozwalała zapomnieć o trudach dnia. Dotyczyło to takŜe Gustka. 
Grał, dopóki tancerze nie opadli z sił. A potem zasnął przy wygasającym ognisku, tuląc do 
siebie skrzypce. Zeszyt zaś leŜał zapomniany na ziemi. 
Rozdział siódmy 
Zabawa trwała do późna w nocy, toteŜ chłopcy, gdy obudzono ich na poranną szychtę, z 
trudem trzymali się na nogach. Wydawało się im, Ŝe spali zaledwie parę minut. A Gustek 
znów spóźnił się do szkoły. I co gorsza, wbrew zakazowi Hetty trzymał pod pachą skrzypce. 
Uczniowie w klasie pilnie ślęczeli nad ksiąŜkami. Gustek starał się bezszelestnie dotrzeć do 
swojej ławki. Ale od razu przekonał się o czymś, o czym wiedzą wszystkie dzieci - 
nauczyciel, nawet stojąc tyłem, widzi kaŜdy ruch ucznia. Hetty, nie podno- 
43 
sząc głowy znad ksiąŜki, zobaczyła Gustka i powitała go groźnym tonem. 
- Znów się spóźniłeś! A w dodatku znów przyniosłeś skrzypce. PrzecieŜ kazałam ci zostawić 
je w domu. 
- Zapomniałem - tłumaczył się zadyszany Gus-tek, próbując wpakować nogi pod niską ławkę. 
Marna to była wymówka. 
Tego ranka Hetty była w nie najlepszym nastroju. Mogła ostatecznie wybaczyć uczniowi 
nieumyślną przewinę, ale w tym wypadku Gustek zrobił coś, czego mu zabroniła. 
-Zapomniałeś!... Hm. I widzę, Ŝe zapomniałeś takŜe odrobić lekcje. Gdzie jest twój zeszyt? 
Gustek z przeraŜeniem przypomniał sobie, Ŝe otwarty zeszyt pozostał opodal ogniska. Oj, nie 
przypuszczał, Ŝe aŜ tak trudno jest zostać przykładnym uczniem. 
- Widzi pani, chłopaki popijały i... 
- Popijały! - Oburzona Hetty zerwała się z miejsca. Jej uczeń śmie otwarcie mówić w klasie o 
pijaństwie! Do czegoś takiego panna King nie przywykła, dzieci w Avonlea były układne i 
grzeczne. Zmierzyła Gustka groźnym wzrokiem. 
- Musiałem im zagrać do tańca. No, a potem zasnąłem. - Trudno się było dziwić, Ŝe sen 
zmorzył Gustka, który po dniu w szkole odpracował wieczorną szychtę, cały czas głowił się, 
jak zostać dŜentelmenem, a wreszcie do późna grał na skrzypcach. 
Hetty zacisnęła wargi. 
- Pijesz, palisz, grasz na skrzypcach! Pewnie to samo robił twój ojciec. 
44 
Gustek nie przejął się tą uwagą. 
- A jakŜe! No i w dodatku uganiał się za babami. Jedna była ruda jak... 
- Gustawie Pike! Dosyć tego! Milcz! - wybuch-nęła Hetty bojąc się, co jeszcze Gustek gotów 
powiedzieć w obecności niewinnych dzieci. - Widzę, Ŝe potrzeba ci silnej ręki. 

background image

Jej wzrok padł na skrzypce i nim chłopak się zorientował, Hetty podeszła do jego ławki i 
chwyciła instrument. 
- Koniec ze skrzypcami, Gustku. Konfiskuję je. WłoŜyła instrument do stojącej za katedrą 
szafy 
i zamknęła drzwiczki. 
Gustek patrzył na nauczycielkę bezradnym wzrokiem. 
- PrzecieŜ to moje skrzypce - zaprotestował. W końcu były one jedyną rzeczą, którą posiadał, 
oprócz fajki i paru łachów. Cenił je bardziej niŜ własne ręce. 
Hetty nie wzruszyła się jego przeraŜeniem. Nie zwykła zmieniać zdania. Poza tym uwaŜała, 
Ŝ

e najwyŜszy czas, Ŝeby niezdyscyplinowany Gustek nauczył się posłuszeństwa. 

- Skrzypce przeszkadzają ci w nauce. A tobie ponoć na nauce zaleŜy. 
- Niby tak... Ale... 
- śadnych „ale". Niczego się nie nauczysz, jeśli będą się ciebie trzymały takie głupstwa. 
Gustek uświadomił sobie, ile go będzie kosztowało wykształcenie. 
- Proszę pani, ja kocham muzykę. - Te słowa popłynęły prosto z serca. Odkąd pamiętał, grał 
na 
45 
skrzypcach. Był to jedyny jasny punkt w jego Ŝyciu. Tylko skrzypce pomogły mu znieść 
utratę matki. I jak wytrzymywałby te długie wieczory pod fabryką, gdyby nie mógł zagrać dla 
siebie i dla kolegów? 
Hetty nie dała się ułagodzić. UwaŜała, Ŝe walczy o duszę chłopca, i nie zwracała uwagi na 
malującą się na jego twarzy rozpacz. 
- Ale ona nic ci nie daje. Wodzi cię na pokuszenie. Mówiłeś, Ŝe chcesz się nauczyć czytać i 
pisać. PrzecieŜ chyba pragniesz stać się człowiekiem wykształconym? Jeśli nie wyrzekniesz 
się muzyki, skończysz w rynsztoku. 
CóŜ mógł na to odpowiedzieć biedny, nie umiejący się wysłowić chłopiec? Skulił się w 
ławce; w klasie zapanowała cisza. Hetty wyprostowała się, zamierzała w pełni wykorzystać 
swą pozycję nauczycielki. W oczach Gustka była boŜyszczem. KaŜde jej słowo było święte, 
to ona trzymała w ręku klucze nauki. 
Nieszczęście chciało, Ŝe w tym momencie Hetty uciekła się do patetycznych słów. 
- Widzę, gdzie kryje się niebezpieczeństwo -oświadczyła, wpatrując się w Gustka tak, jakby 
znała jego najtajniejsze myśli. - Kryje się w twojej duszy! Słyszysz? 
Gustek zbladł. W swoim dotychczasowym wędrownym Ŝyciu nasłuchał się wielu dziwnych 
rzeczy, nabrał wielu przesądów. Nikt jednak dotąd nie poświęcił mu tyle uwagi. Wziął więc 
sobie słowa Hetty do serca. 
Hetty widząc, Ŝe Gustek pokornie umilkł, wróciła na katedrę. Wszyscy uczniowie znów 
zabrali się 
46 
do zadań. Gustek pilnie pisał i tylko od czasu do czasu spoglądał na szafę, w której pani 
nauczycielka uwięziła jego skrzypce. 
Hetty nie pozwalała mu próŜnować i nawet w czasie pauzy, gdy reszta dzieci wybiegła się 
bawić, kazała mu uczyć się następnych liter, tyle Ŝe nie w klasie, lecz na dworze. Sama takŜe 
zresztą wyszła po chwili na podwórze, niosąc koszyk. Zawołała Sarę. 
Dziewczynka zostawiła latawiec i przyszła po swoje śniadanie. Hetty wyjęła z koszyka 
kanapkę, wręczyła koszyk Sarze i podeszła do Gustka, który oparł zeszyt o deski i pracowicie 
pisał. 
- Bardzo dobrze, Gustku - powiedziała wspaniałomyślnie. - Teraz moŜesz na pięć minut 
przerwać i zjeść śniadanie. 
Drugie śniadanie było luksusem, o którym Gustek nawet nie słyszał. Spojrzał poŜądliwie na 
kanapkę Hetty. 

background image

- Nie mam śniadania, proszę pani. 
Hetty westchnęła i przełamała swoją na pół. śadne dziecko w jej szkole nie ma prawa być 
głodne. 
- No to się z tobą podzielę. 
Oniemiały Gustek wziął kanapkę i wpakował ją do ust. Była to kanapka z szynką, z 
upieczonego przez Oliwię chleba. Gustek miał na nią taki apetyt, Ŝe bał się, by Hetty nie 
zmieniła zdania. 
- EjŜe, Gustku. Chyba o czymś zapomniałeś. Chłopak zastanowił się, po kilku chwilach udało 
mu się znaleźć trafną odpowiedź. 
- Dziękuję pani, pani nauczycielko. 
I uśmiechnął się, rozkoszując własną elegancją. 
47 
Po czym przełknął ogromny kęs i zamlaskał. Hetty otrząsnęła się. 
- Tak jada się w fabryce - powiedziała ubolewającym tonem. - DŜentelmeni biorą do ust tylko 
maleńki kęsek. 
I Ŝeby mu pokazać, odgryzła kawaląteczek swojej części kanapki i zaczęła go Ŝuć z 
zamkniętymi ustami. Gustek uświadomił sobie, Ŝe nic nie grozi jego śniadaniu, Ŝe nie ma 
przecieŜ do czynienia z Ŝarłocznym Pinczerem. Odstawił więc mały palec i postarał się jak 
najwierniej naśladować Hetty. Hetty przełknęła i dopiero wtedy odezwała się. 
- Gryź wszystko dziesięć razy - nakazała. - A potem przełknij nie mlaskając. Nie zapomnij o 
tym, kiedy wieczorem będziesz jadł z tymi twoimi łobuziakami! Pamiętaj, Ŝe juŜ nie jesteś 
taki jak oni! Stałeś się nowym człowiekiem. 
- Nowym człowiekiem! - Gustek na chwilę zamarł z wraŜenia. Skoro tak mówi panna King, 
musi to być prawda. I skończył jeść swą kanapkę, Ŝując kaŜdy kęsek dziesięć razy, i 
uśmiechając się z dumą, Ŝe oto co chwila robi postępy. 
Po szkole Felek, Felicja i Sara postanowili odprowadzić Gustka. Felek szedł tuŜ koło niego; w 
pewnej chwili zapytał: 
- Wcale cię nie rozumiem. Ja chodzę do szkoły, bo zmuszają mnie rodzice. A ciebie nikt nie 
zmusza. Więc dlaczego to robisz? 
- On, Felku, chodzi do szkoły, bo myśli o swojej przyszłości. - Sara bacznie przyjrzała się 
Gustkowi i jej wyobraźnia zaczęła pracować. - Wiesz, Gustku, 
48 
moŜe któregoś dnia zostaniesz właścicielem fabryki albo okrętu! Ciocia Hetty mówi, Ŝe masz 
duŜo „wrodzonej inteligencji". 
- Albo będziesz muzykiem! - zawołała Felicja. -Tak pięknie grasz na skrzypcach. Jak myślisz, 
kim zechcesz zostać? 
Gustek zagryzł usta. Skrzypce zostały w szkole, niósł więc tylko zeszyt. Kim chce zostać? - 
po raz pierwszy usłyszał to pytanie. Otworzył usta, ale zaraz je zamknął i zaczerwienił się. 
- Nie, nie powiem. To głupie. 
Taka odpowiedź wzbudziła, rzecz prosta, ogólną ciekawość. 
- Proszę cię, powiedz - błagała Felicja. 
- Przysięgam, Ŝe nie będziemy się śmiać - zawtórował jej Felek. 
Gustek bał się zdradzić ze swoimi marzeniami, ale jednocześnie bardzo chciał komuś się 
zwierzyć. 
- Chciałbym mieć to co wy... 
- My? My nie mamy nic. 
- Jak to nic? Macie rodzinę. 
- Chciałbyś mieć rodzinę?! - wykrzyknęła Sara. Gustek jeszcze bardziej poczerwieniał. 
- Mówiłem wam, Ŝe to głupie. - Aby uniknąć dalszej dyskusji, wyszczerzył zęby i ruszył 
pędem w kierunku fabryki. Sara i Felicja stały jak wryte i tylko Felek zawołał za nim: 

background image

- Rzeczywiście jesteś stuknięty! Ja mam mojej rodziny po dziurki w nosie. 
- Feliksie! - Felicja zgasiła brata wzrokiem. Ostatecznie była jego siostrą i nie naleŜało do 
przyjemności usłyszeć o sobie podobną opinię. 
4 — Przeklęte skrzypce 
49 
Sara westchnęła tylko i ruszyła w stronę RóŜanego Dworku. Ona teŜ nie miała ojca i matki, 
lepiej więc rozumiała Gustka. I pomyślała, Ŝe jedną z korzyści posiadania rodziny jest to, Ŝe 
w domu czeka na człowieka ciepła kolacja. 
Rozdział ósmy 
Wreszcie nadszedł dzień, którego tak się obawiała Hetty - dzień przyjazdu do Avonlea Muriel 
Sta-cey. Panna King uwaŜała za stosowne podjąć pannę Stacey kolacją pierwszego dnia jej 
pobytu; zatem od rana w RóŜanym Dworku trwały przygotowania. 
Hetty, wspomagana przez Oliwię i Sarę, pracowała jednak najcięŜej; postanowiła, Ŝe jej 
kolacji nie będzie mógł nic zarzucić najsroŜszy nawet sędzia. Na piecu kuchennym stały 
garnki i rondle, a Hetty zaglądała do nich kolejno, tu zamieszała zupę, tam skosztowała 
jarzyn. W piecyku zaś piekły się trzy placki z owocami oraz tłusty kurczak. Oliwia i Sara 
biegały jak opętane - nic nie mogło zadowolić Hetty. 
- Saro, postaw na stole kwiaty! - zawołała. Starała się, nie wychodząc z kuchni, dopilnować, 
Ŝ

eby stół został elegancko nakryty. Odbyło się juŜ parę oŜywionych dyskusji, który serwis 

jest najładniejszy, jakie kwiaty naleŜy zerwać i jak je ułoŜyć. Oliwia i Sara uwaŜały się za 
rodzinne artystki, ale to Hetty przeczytała ksiąŜkę o tym, jak mają wyglądać wiązanki i 
bukiety. 
- Ciociu Hetty - spytała Sara, wybierając jak zwykle najmniej odpowiedni moment. - Czy 
panna 
50 
Stacey naprawdę będzie mogła ciocię zwolnić, jeŜeli jej się coś nie spodoba? 
- Co ty wygadujesz, Saro! Nawet jej to nie przyjdzie do głowy! - zawołała oburzona Oliwia. 
Hetty doprowadziła się do takiego stanu zdenerwowania, Ŝe nie zdziwiłaby się, gdyby Muriel 
Stacey pojawiła się z podręczną gilotyną. Pokręciła zapalczywie głową, jak zwykle, gdy coś 
ją rozgniewało. 
- Nie przyjdzie do głowy! Akurat! Ta kobieta tylko marzy o tym, Ŝeby mnie obsmarować 
przed władzami szkolnymi. 
Hetty właśnie sparzyła się w język, kosztując sosu, a teraz zobaczyła, Ŝe Oliwia i Sara, inaczej 
niŜ zarządziła, ułoŜyły kwiaty. Podbiegła więc do stołu. 
- Nie, Saro, nie stawiaj tutaj wazonu... Oliwio, te kwiaty wcale do siebie nie pasują. 
Sara upuściła stokrotki, które właśnie zamierzała wetknąć do wazonu, i szybko usunęła się 
ciotce z drogi. 
- Dlaczego ciocia tak się denerwuje? 
Hetty wymachiwała wielką drewnianą łyŜką. Z jej zwykle starannie upiętego koka zwisały 
kosmyki, fartuch przekrzywił się. 
- Ja? Ja się denerwuję?... Wiecie co? Jedźcie juŜ po Muriel do pani Biggins, a ja się spokojnie 
wykąpię. 
Oliwia i Sara spojrzały na siebie. Czy Hetty poradzi sobie z tymi wszystkimi dymiącymi 
garnkami? Ale rzeczywiście pannę Stacey naleŜało przywieźć. Z ulgą opuściły dom. 
Kiedy wsiadły juŜ do powoziku, Hetty rozejrzała się po kuchni, a potem poszła do łazienki. 
Łazienka 
51 
była drewnianą budą przylegającą do jednej ze ścian RóŜanego Dworku. Stała tam wąska 
Ŝ

elazna wanna, nad nią przemyślnie umieszczono wiadro na sznurze, tak Ŝe moŜna było wziąć 

prysznic. Drzwi były niskie, toteŜ teraz sterczała nad nimi głowa Hetty w czepku. Na 

background image

drzwiach zawisły halki i spódnica. Hetty zachwycona, Ŝe nareszcie jest sama, zanuciła coś 
pod nosem i pociągnęła za sznur. Z wiadra powinna popłynąć ogrzana uprzednio na kuchni 
ciepła woda. Ale coś się popsuło i woda tylko kapała. 
- Przeklęte urządzenie - mruknęła Hetty. Zawsze ta sama historia: kiedy człowiek się śpieszy, 
wszystko zaczyna źle funkcjonować. 
Jeszcze raz pociągnęła za sznur; sznur zerwał się, woda oblała Hetty, która straciła 
równowagę i z krzykiem przewróciła się w wannie. I ugrzęzła w niej, sterczała jej tylko głowa 
i ramiona. Mimo wszelkich wysiłków nie mogła się z niej wydostać. 
Sara i Oliwia niczego nie podejrzewając usadowiły pannę Stacey na najwygodniejszym 
miejscu w powoziku. Sara usiadła z tyłu i z podziwem wpatrywała się w plecy tej jakŜe 
waŜnej osobistości. Okazało się, Ŝe panna Stacey nie jest bezwzględną, okrutną damą, lecz 
pulchną, miłą, uśmiechniętą kobietką. To Hetty była sztywna i chuda, panna Stacey zaś 
okrąglutka i wesoła, lśniły jej włosy, błyszczały oczy. A w dodatku znała się na modzie, miała 
na sobie elegancki dopasowany kostium i maleńki zawadiacki kapelusik. 
- Hetty przygotowała wspaniałą kolację - oznaj- 
52 
miła Oliwia, zatrzymawszy przed gankiem konia. Pomogła pannie Stacey wysiąść. Miała 
zamiar zachwalać kurczaka i marchewkę, ale nagle usłyszała dochodzące z łazienki krzyki. 
Rozpoznała głos Hetty. 
- Ratunku! Na pomoc! - wołała Hetty. 
- Co się tam mogło stać? - Oliwia pobiegła w stronę łazienki. - Hetty! Hetty! - I w tej samej 
chwili zobaczyła kłęby dymu wydobywające się z okna kuchni. Nie bardzo wiedziała, co 
robić. 
- Saro, leć do kuchni! - krzyknęła, a sama znów ruszyła w stronę łazienki. Otworzyła drzwi. 
Hetty leŜała po szyję w wodzie. 
- Moje plecy... Nie mogę się ruszyć - jęknęła Hetty, wciąŜ jednak starając się wygramolić z 
wanny. Czuła się potwornie upokorzona, Ŝe ktoś widzi ją w tym stanie. Co gorsza, za plecami 
Oliwii pojawiła się Muriel Stacey. 
- Hetty! - zawołała niespokojnie panna Stacey, usiłując wejść do łazienki. Hetty wpadła w 
szał. 
- Odejdź! Oliwio, zabierz ją stąd. 
Zanim Oliwia zareagowała, przybiegła z kuchni Sara. 
- Ciociu Oliwio, ciociu Oliwio, pali się kolacja! -wrzeszczała dziewczynka przeraŜona 
widokiem kuchni. Ciasta płonęły w piecyku i dym wydobywał się z garnków, w których 
jeszcze tak niedawno bulgotały sosy i jarzyny. 
Ale Oliwia nie zamierzała opuścić Hetty, bała się, Ŝe jej siostra gotowa się utopić. 
- Jak to się stało? - pytała, ciągnąc Hetty za ramiona. 
53 


Do akcji wkroczyła panna Stacey. 
- Oliwio, weź ją za jedno ramię, a ja wezmę za drugie. Saro, leć do kuchni i ugaś ogień. Hetty, 
bardzo cię boli? 
Rozległ się przeraźliwy jęk - udało się wydostać Hetty z wanny. Oliwia i panna Stacey 
owinęły ją w ręcznik i zaniosły do domu, śpiesząc się, by pomóc Sarze - kto wie, czy nie 
wybuchł prawdziwy poŜar. 
Na szczęście okazało się, Ŝe Sara wsadziła dymiące garnki do zlewu i oblała wodą. Trzeba 
było jeszcze ugasić ciasta i kurczaka, po którym pełzały płomyki, ale kuchnia nie zajęła się. 
Na szczęście piec kuchenny był stalowy i nie mógł się zapalić. 

background image

Hetty owinięto w pled i posadzono na fotelu w saloniku. Nie pozwalała się dotknąć. Oliwia 
posłała więc po doktora Blaira, bo doszła do wniosku, Ŝe tylko doktor będzie mógł ustalić, 
czy jej siostra czegoś sobie nie złamała. 
- Masz szczęście. NadweręŜyłaś sobie tylko ścięgna - poinformował w końcu doktor Blair 
swą pacjentkę. Nieźle się namęczył, zanim namówił ją, by pozwoliła się zbadać. Wlał jej do 
gardła łyŜkę wzmacniającej mikstury. Potem wyprostował się i zamknął swoją czarną 
walizeczkę. Owinięta od stóp do głów w szary pled, Hetty patrzyła na niego niechętnym 
wzrokiem, wyglądało to dość komicznie, bo na głowie wciąŜ miała ten swój ozdobny 
kąpielowy czepek. 
Z kuchni przybiegła panna Stacey w fartuchu Hetty. Nie miała czasu zachowywać się jak 
gość, 
54 
wzięła rządy w swoje ręce. Bardzo to zawsze denerwowało pannę King. 
- Hetty, Sarze udało się ocalić kawałek kurczaka. Zrobię szybko deser i zaraz zjemy pyszną 
kolację. 
Panna Stacey miała minę osoby, która co dzień wyciąga kogoś z wanny i co dzień ratuje od 
spalenia resztki jedzenia. Nim jednak Hetty zdąŜyła jej odpowiedzieć, zabrał głos doktor. 
- Co najmniej pięć dni musisz pozostać w łóŜku. 
- Wiesz przecieŜ, doktorze, Ŝe to niemoŜliwe. Co by się stało z moimi uczniami? - I Hetty 
zerwała się z fotela, by udowodnić lekarzowi, Ŝe gada bzdury. 
Przeszył ją straszny ból i bezwładnie opadła na poduszki. 
- Co ty wyprawiasz, Hetty - powiedziała z naganą w głosie panna Stacey. - Sama widzisz, Ŝe 
cię za bardzo boli. Nie dasz rady spędzić całego dnia w klasie. 
Panna Stacey chwilę się zastanawiała i nagle zabłysły jej oczy. 
- JuŜ wiem, co zrobimy. Zastąpię cię. 
Hetty z rozpaczą spojrzała na swego gościa. Oto sprawdziły się jej najczarniejsze 
przewidywania. Pani inspektor zacznie się rządzić jak szara gęś w szkole, w której z takim 
trudem udało się wprowadzić Ŝelazną dyscyplinę. 
- O, nie. Nigdy do tego nie dopuszczę. Chcę powiedzieć... nie mogę cię tak wykorzystywać. 
Zresztą juŜ pewnie zapomniałaś, jak uczy się w wiejskiej szkole. 
- Bzdury, Hetty. Z nauczaniem jest tak jak z jaz- 
55 
dą na rowerze - kiedy człowiek raz się nauczył, nigdy tego nie zapomni. 
Panna Stacey uznała, Ŝe sprawa została załatwiona, i wróciła do kuchni. Do fizycznego bólu 
Hetty dołączyły się męczarnie psychiczne, ale stojąca w drzwiach Oliwia ucieszyła się, Ŝe 
przynajmniej jeden problem został rozstrzygnięty. 
- Dziękuję pani, panno Stacey! - zawołała, nie zwracając uwagi na to, Ŝe Hetty patrzy na nią 
tak, jakby chciała ją zabić. - Nie wiem, co byśmy bez pani zrobiły. 
Tymczasem lekarz jeszcze raz zwrócił się do opornej pacjentki. 
- Jedynym lekarstwem na te naciągnięte mięśnie jest kompletny odpoczynek. - Powiedział to 
z pewną satysfakcją, Ŝe z czystym sumieniem moŜe połoŜyć do łóŜka swoją niepokorną 
pacjentkę. 
Hetty jęczała z bólu i co chwila strofowała młodszą siostrę. Oliwia zaczęła z przeraŜeniem 
myśleć o tych pięciu dniach, które Hetty spędzi w domu. 
Rozdział dziewiąty 
- Dzień dobry, dzieci! - zawołała radośnie panna Stacey na powitanie uczniów z Avonlea. 
Umyślnie przyszła do szkoły parę minut wcześniej, by zaskoczyć wszystkich, oczywiście 
poza Sarą i małymi Kingami. Stała obok katedry i wyglądała tak, jakby całe Ŝycie spędziła w 
tej klasie. 
- Jeszcze nie wszyscy się znamy. Nazywam się Muriel Stacey. 

background image

56 

- Dzień dobry, panno Stacey! - wyskandowała klasa. Wszyscy uczniowie usiedli, trzymali się 
prosto i tylko uśmiechnięte buzie świadczyły, Ŝe cieszą się ze spotkania z pogodną i czarującą 
zastępczynią panny King. 
Panna Stacey była modnie uczesana, jej bluzkę zdobiły frymuśne zakładki, na ramiona 
narzuciła zrobiony szydełkiem aŜurowy biały szal -uczniowie nigdy jeszcze nie widzieli 
czegoś tak pięknego. Wszyscy cieszyli się pojawieniem panny Stacey i wiele sobie 
obiecywali po tym spotkaniu. 
Z jednym wyjątkiem. Siedzący na samym końcu klasy chłopak zwiesił głowę. Opadały mu 
powieki. Gustek Pike pędził jak szalony, Ŝeby się nie spóźnić, i teraz cięŜko za to zapłacił. 
Miał podsinione oczy, kiwał się w ławce, wydawało się, Ŝe z niej wypadnie. Kiedy panna 
Stacey zaczęła mówić, podniósł głowę i usiłował zrozumieć, co mówi. Ale jej głos dobiegał 
go z bardzo daleka, w końcu więc zamknął oczy i oparł czoło o ławkę. 
- Nie macie powodu do niepokoju - ciągnęła panna Stacey, uśmiechając się jeszcze szerzej, 
Ŝ

eby dzieci nie martwiły się zbytnio o swoją nauczycielkę. - Panna King przewróciła się 

wczoraj i musi parę dni pozostać w łóŜku, a przez ten czas ja ją zastąpię. Niełatwo będzie 
zastąpić tak doświadczoną nauczycielkę, ale ja takŜe przez wiele lat uczyłam w szkole i 
muszę wam powiedzieć, Ŝe najszczęśliwsze chwile w Ŝyciu spędziłam właśnie tutaj. - Mu-riel 
Stacey ze wzruszeniem spojrzała na ławki i na starą tablicę i zaraz potem oświadczyła: - No, 
do- 
brze, weźcie zeszyty. Dziś będziemy mieć lekcje na dworze. Ruszamy! 
Lekcje na dworze! Na dworze! 
Dzieci nie wierzyły własnym uszom. Panna Sta-cey dopiero od paru minut była w szkole, a 
juŜ wymyśliła coś, co przyprawiłoby pannę King o atak serca. Wszyscy zerwali się z miejsc. 
Chwycili w pośpiechu zeszyty i ksiąŜki i wybiegli na dwór - bali się, Ŝe nauczycielka 
mogłaby zmienić zdanie. Kiedy klasa była juŜ prawie pusta, panna Stacey usłyszała -
chrapanie. Odwróciła się i zobaczyła Gustka, który spał, oparłszy głowę o pulpit. 
W klasie pozostali juŜ tylko Sara, Felek i Felicja. Sara zmarszczyła brwi, Felek zaczął 
chichotać, a Felicja postanowiła bronić Gustka. 
- Panno Stacey, Gustek jest okropnie zmęczony. Od trzeciej rano pracuje w fabryce konserw. 
- A potem leci do szkoły, po szkole znów pracuje, i w dodatku odrabia lekcje, choć nikt go do 
tego nie zmusza. - Felek nie posiadał się ze zdziwienia. On sam za nic na świecie nie 
prowadziłby takiego trybu Ŝycia. 
Hetty King obudziłaby pewnie Gustka, szturchając go linijką, Muriel Stacey nie zamierzała 
tego robić. Widziała spracowane ręce i bezbronny wyraz uśpionej twarzy. Ubranie Gustka 
było nadal podarte, ale najwyraźniej niedawno je wyprał. Usiłował teŜ przyczesać włosy i 
owinął zaropiały palec czystą szmatką. Gustek na serio starał się zostać dŜentelmenem. 
- Mój BoŜe... Nic dziwnego, Ŝe jest wyczerpany. Biegnijcie na dwór. Zaraz tam przyjdę. 
58 
Trójka dzieci wybiegła na słońce. A panna Stacey zdjęła szal i otuliła nim Gustka. 
Resztę uczniów czekało ruchliwe przedpołudnie. Panna Stacey poinformowała ich, Ŝe 
rachunki świetnie da się połączyć z gimnastyką. Ustawiła dzieci rzędem i kazała im w takt 
tabliczki mnoŜenia robić skłony. Zeszyty i ołówki odłoŜono na bok. 
- Dziesięć razy dwanaście, sto dwadzieścia. Jedenaście razy dwanaście, sto trzydzieści dwa. 
Dwanaście razy dwanaście sto czterdzieści cztery. 
Zadyszane dzieci przekonały się, jak miło jest recytować tabliczkę mnoŜenia, kiedy 
jednocześnie moŜna się ruszać. Panna Stacey była z nich bardzo rada. 
- Brawo! Brawo! - I zrobiła coś, czego nigdy nie zrobiłaby Hetty - usiadła na taczce. 
- Tabliczkę mnoŜenia znacie świetnie. Co jeszcze macie dzisiaj w planie lekcji? 

background image

Dzieci usiadły, częściowo na deskach, częściowo na ziemi, wszystkie zwrócone twarzą do 
panny Stacey. Wyglądało to więc na zaimprowizowaną klasę. 
- CóŜ - powiedziała Sara - ostatnio powtarzaliśmy wiersz, który ciocia Hetty wybrała, byśmy 
go zadeklamowali na przyjęciu gubernatora. 
- Jaki wiersz? 
Sara spojrzała porozumiewawczo na kolegów, wstała i zaczęła deklamować: 
...Był to człowiek bezduszny O zimnym jak lód sercu. On nigdy nie powiedział: To tutaj jest 
mój dom... 
59 
Sara, choć była znana ze swych dramatycznych deklamacji, nie potrafiła jednak oŜywić tego 
wiersza. Ze względu na Hetty panna Stacey usiłowała okazać entuzjazm, choć ona takŜe 
wiedziała, iŜ ów poemat nie porwie tłumów. 
Sara, skończywszy recytować, zauwaŜyła nieśmiało, Ŝe wiersz nie jest zbyt interesujący. 
- Hm - powiedziała ostroŜnie panna Stacey - jest to utwór Sir Waltera Scotta, ale rzeczywiście 
nie kaŜdemu moŜe się spodobać. 
Chwilę zastanawiała się i nagle jej twarz rozjaśniła się. 
- Wydaje mi się, dzieci, Ŝe wpadłam na dobry pomysł. - Panna Stacey zeskoczyła z taczki, 
zrobiła parę kroków i usiadła wśród uczniów. 
- Czy nie sądzicie, Ŝe przyjęcie u gubernatora to wspaniała okazja, Ŝeby urządzić 
przedstawienie na cześć waszej nauczycielki? 
Felek spojrzał na pannę Stacey, jakby nagle oszalała. 
- Na cześć ciotki Hetty? Dlaczego? 
- Bo na to zasługuje - odpowiedziała surowo panna Stacey. - Pewnie nie zdajecie sobie z tego 
sprawy, lecz panna King jest jedną z najbardziej szanowanych nauczycielek na całej Wyspie 
Księcia Edwarda. 
- To wspaniały pomysł, pani nauczycielko! - zawołała Sara Stanley. Ciocia Hetty się ucieszy, 
a ona, Sara, nie będzie musiała sto razy dziennie powtarzać tego nudnego poematu. - Czy 
zrobimy przedstawienie z muzyką? 
- Tak. I z tańcami. - Oczy panny Stacey zabłysły, 
60 
wyobraziła sobie, jak ta uroczystość będzie wyglądała, a trzeba powiedzieć, Ŝe wyobraźnią 
dorównywała Sarze. - Ale musimy utrzymać to w tajemnicy. Obiecujecie? Chcę, Ŝeby panna 
King miała niespodziankę. 
Dzieci skinęły głowami, bardzo im się ta konspiracja spodobała. Panna Stacey klasnęła w ręce 
-nagle zaczęła wyglądać jak młoda dziewczyna, uwielbiała niespodzianki. 
- Nikomu nie piśnijcie słowa - powtórzyła. - Dobrze?... No to teraz zastanowimy się wspólnie, 
co przygotujemy. 
Znów coś nowego! Uczniowie mają pomóc nauczycielce w jej planach! Dzieci zeskoczyły z 
desek, otoczyły zwartym kołem pannę Stacey i jedno przez drugie zaczęły wykrzykiwać, 
pomysł gonił pomysł. 
Rozdział dziesiąty 
Tymczasem w RóŜanym Dworku obolała Hetty musiała znieść wizytę trzech kumoszek, które 
przybiegły gnane ciekawością. Co właściwie stało się pannie King? Na szczęście nikt nie 
domyślał się, Ŝe Hetty pośliznęła się w wannie. Sara i Oliwia wiedziały, Ŝe jeśli im miłe Ŝycie 
- muszą milczeć. A panna Stacey zajęta była czymś innym. Niemniej pani Potts, pani Spencer 
i pani Biggins bacznie przyglądały się Hetty, mając nadzieję, Ŝe uda im się upolować coś 
ciekawego i opowiedzieć o tym całemu Avonlea. 
Hetty trudno było stawić czoło swoim prześla- 
61 

background image

dowczyniom. Siedziała w saloniku na kanapie, wsparta o poduszki, otoczona butelkami z 
gorącą wodą i czuła się jak zając w kotle. Panie usiadły półkolem, popijały herbatę i śledziły 
bacznym wzrokiem kaŜdy ruch swojej ofiary, zadając niby to grzeczne pytania. Oliwia, na 
którą spadły obowiązki gospodyni, przyniosła czekoladki. Hetty uwielbiała czekoladki i 
Oliwia miała nadzieję, Ŝe zrobi siostrze przyjemność. 
- Spróbuj, Hetty. Przysłała je panna Stacey. Hetty cofnęła rękę. 
Zmartwiona Oliwia poczęstowała gości. 
- Pani Biggins? 
Pani Biggins wzięła duŜą czekoladkę-wypełnioną migdałową masą. Oliwia podeszła do pani 
Potts, ale ta nie oderwała wzroku od Hetty. 
- Hetty King, jesteś aŜ zielona. MoŜe powinnaś brać syrop na wzmocnienie. - Umilkła i ku 
przeraŜeniu Oliwii sięgnęła po garść czekoladek. - Muriel Stacey bardzo go zachwala. 
Pani Potts dobrze wiedziała, Ŝe wzmianka o Muriel zirytuje Hetty i umyślnie wymieniła jej 
nazwisko. Hetty pokręciła przecząco głową. Jeśli Muriel zaleca syrop, ona, Hetty, będzie się 
od niego trzymała z daleka. 
- Za nic. Syropy są moŜe dobre na wątrobę. - Jej wzrok mówił, Ŝe wątroba Muriel Stacey 
musi być w nie najlepszym stanie. 
Pani Spencer spojrzała znacząco na panią Potts i kontynuowała temat, przyjemnie było 
patrzeć, jak draŜni on Hetty. 
- Muriel Stacey miała wczoraj w pensjonacie 
62 
wspaniałą pogadankę - oświadczyła pani Spencer z niewinną miną. - Nie wiedziałam, Ŝe aŜ 
tak modne są obecnie sztuki piękne. 
A więc Muriel Stacey nie tylko odbiera nauczycielkom szkoły, ale wygłasza pogadanki w 
pensjonatach. Hetty udawała, Ŝe nic jej to nie obchodzi, ale widać było, Ŝe wkrótce zacznie 
zgrzytać zębami. Pani Potts, zupełnie pewna, Ŝe jej ofiara się nie wymknie, postanowiła w 
pełni wykorzystać okazję. Sięgnęła po leŜącą na bocznym stoliku gazetę. 
- O, Hetty, czytałaś ten artykuł Oliwii? - zapytała udając, Ŝe przypadkiem zobaczyła ową 
gazetę, choć od dawna nie spuszczała z niej oczu. 
Podniosła do góry pulchną rękę i zaczęła głośno czytać: 
- „Dwie ulubione nauczycielki Avonlea..." Tym razem Hetty nie potrafiła ukryć swych 
uczuć. To prawda, gazeta leŜała tam od rana, ale panna King nawet do niej nie zajrzała. Nie 
przypuszczała, Ŝe Oliwia napisze artykuł o kimś, kto naleŜy do jej rodziny. 
Hetty wytrzymała wszystkie „och" i „ach" słuchaczek, ale w miarę, jak pani Potts czytała 
artykuł, zaczęły one najpierw cicho, a potem głośno chichotać. Oliwia, która przyniosła 
paniom coś do picia, zatrzymała się przy drzwiach, przeraŜona wesołością, jaką wywołał jej 
artykuł. 
- „RóŜnorodność dodaje Ŝyciu smaku" - czytała pani Potts, podkreślając kaŜde słowo. - 
„Panna Muriel Stacey, która zaszczyciła ostatnio Avonlea swoją wizytą, i panna Hetty King 
są nowoczesnymi ko- 
bietami pracującymi zawodowo, lecz mają zupełnie róŜne gusty. Na przykład na śniadanie 
panna Stacey lubi zjeść truskawki i bułeczki z dŜemem jabłkowym, które popija kawą, a 
panna King woli nie oso-loną owsiankę". 
- Nie osoloną? - spytała pani Spencer krzywiąc się. - To chyba smakuje jak obrok. 
- „Jeśli chodzi o pielęgnację cery, panna Stacey uŜywa pudru i francuskich kremów" - czytała 
dalej pani Potts. 
- To musi nielicho kosztować! - zawołała z zazdrością pani Spencer. 
- „A panna King uŜywa tylko wody i mydła". Hetty miała tego dość. Spróbowała się podnieść 
i wyjść z pokoju, ale... zapomniała o swoich plecach. Poczuła straszny ból i z powrotem 
opadła cięŜko na kanapę. 

background image

Pani Spencer pośpieszyła jej z pomocą. 
- Hetty, kochana, pozwól, Ŝe cię podtrzymam. 
- Dziękuję. Czuję się dobrze. Tyle, Ŝe zesztywniały mi mięśnie. Trzeba mi ruchu. 
- Zesztywniały jej mięśnie - powtórzyła pani Biggins, patrząc porozumiewawczo na 
przyjaciółki. 
- Tak, zesztywniały - oświadczyła wyzywająco Hetty. Udało jej się wreszcie podnieść. 
Odsunęła panią Spencer, wzięła opartą o kanapę laskę i po-kusztykała do kuchni, opierając się 
po drodze o wszystkie meble. Spojrzała na Oliwię tak, Ŝe ta nie miała wątpliwości, co o niej 
myśli siostra... Kiedy za Hetty zamknęły się drzwi, trzy kumoszki zaczęły trajkotać. 
64 
- Hm, mydło jest tanie, a wodę ma się za darmo -zadrwiła pani Potts i znów wzięła do ręki 
gazetę. 
- „Ich ulubione ksiąŜki: panna Stacey uwielbia Dumę i uprzedzenie, panna King czyta 
najczęściej Biblię. Inaczej takŜe spędzają wakacje. W zeszłym roku panna Stacey popłynęła 
statkiem po Sekwanie, a panna King wybrała się promem do Hali-faksu". 
Promem do Halifaksu! Tego było juŜ za wiele. Wszystkie trzy kobiety wybuchnęły głośnym 
ś

miechem. 

Hetty schroniła się w kuchni i pojękując opadła na krzesło. Ale właśnie w tej chwili z 
saloniku dobiegł śmiech. Hetty poczuła się tak, jakby wylano na nią kubeł zimnej wody, i 
znów się zerwała. Do kuchni wbiegła Oliwia z pustym dzbankiem. 
- Hetty... - zaczęła, sama nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć. 
Hetty spojrzała gniewnie na siostrę. Opierała się o kuchenny stół i wyglądała jak dziki kot 
szykujący się do skoku. 
- Oliwio King! Chętnie bym ci skręciła kark! 
Z saloniku dobiegły kolejne wybuchy śmiechu. Oliwia bezradnie usiadła. 
- Strasznie mi przykro. Myślałam, Ŝe ten artykuł pokaŜe, jaka ty jesteś rozsądna i praktyczna. 
- Praktyczna! - Na twarzy Hetty pojawiły się wypieki. - Tak, ścierka do naczyń takŜe jest 
praktyczna. Ty kretynko, one nie śmiały się z Muriel! One śmiały się ze mnie! 
Oliwia dopiero teraz uprzytomniła sobie, jak w uszach Hetty i trzech kumoszek zabrzmiały 
sło- 
5 — Przeklęte skrzypce 
65 
wa jej artykułu. Nie da się ukryć - Ŝycie Hetty było nudne, Ŝycie Muriel fascynujące. Tak, 
ośmieszyła Hetty i głęboko ją zraniła. Oliwia rozpłakała się. 
Rozdział jedenasty 
Muriel Stacey ze zwykłą energią zabrała się do przygotowania przedstawienia, które miało 
zabawić gości gubernatora. Była świetną organizatorką -stąd jej sukcesy - ale słuchała takŜe 
sugestii dzieci, które w ten sposób czuły, Ŝe uczestniczą w zbiorowym przedsięwzięciu. 
Spodobała jej się propozycja Sary i przygotowała coś w rodzaju musicalu; cięŜko harowała 
starając się, by kaŜdy uczeń dobrze znał swoją rolę. 
Nie obyło się bez trudności. Chciała, by wszystkie dzieci uczestniczyły w przedstawieniu, i 
wpadła na pomysł, Ŝeby Felek zaśpiewał w duecie z Sarą. Sara miała czysty, ładny głosik, za 
to biedny Felek był całkowicie niemuzykalny. Wszyscy uczniowie, nie wyłączając Gustka, 
który z rozpaczą ogryzał ołówek, z przykrością przysłuchiwali się popisom Felka. Sara 
wiedziała oczywiście bardzo dobrze, jak powinna brzmieć pieśń na cześć gubernatora, i 
krzywiła się, gdy Felek chrypiał i fałszował tak, Ŝe nawet szyby w oknie nie mogły tego 
znieść i zaczęły brzęczeć. 
... Wysłuchaj mnie cierpliwie, 
wysłuchaj mnie uwaŜnie, 
O rybach w oceanie zaśpiewam ci piosenkę, 

background image

66 
Chmury są bardzo groźne, 
chmury są bardzo piękne, 
Nie kaŜdy dziś na morze wypłynąć się odwaŜy. 
Felek nagle wyciął koguta. Sara nie wytrzymała i zatkała uszy. 
- Panno Stacey, Felek umyślnie fałszuje -oskarŜyła kuzyna Sara, która nie mogła uwierzyć, Ŝe 
ktoś moŜe aŜ do tego stopnia nie mieć słuchu. 
- Wcale nie umyślnie - zaprzeczył chłopiec. -Nie wygłupiaj się! 
Sarze groźnie zabłysły oczy; była pewna, Ŝe Felek robi, co moŜe, by nie wystąpić w duecie, a 
tymczasem on poczuł się niesłusznie oskarŜony. 
Felicja zobaczyła, co się święci, i postanowiła ocalić sytuację. Była zachwycona panną 
Stacey, zachwycona pomysłem przedstawienia i gotowa zrobić wszystko, Ŝeby nie dopuścić 
do katastrofy. A poza tym wiedziała, Ŝe zna swych kolegów lepiej niŜ nauczycielka. 
- Panno Stacey, Felek naprawdę nie umie śpiewać... Niech lepiej zajmie się malowaniem 
dekoracji. Za to Gustek ślicznie gra na skrzypcach, mógłby akompaniować Sarze. Skrzypce są 
tutaj, w szafie. 
Oczywiście Felicja nie zamierzała wyjawić nauczycielce, w jaki sposób ten instrument tam 
się znalazł. W klasie zapadła głucha cisza. Zdziwiona tym Muriel otworzyła szafę i zobaczyła 
skrzypce. Jej twarz rozjaśniła się - to cudownie, będą mieć muzy- 
- Świetny pomysł, Felicjo! - zawołała, biorąc do ręki skrzypce. - Gustku, to twoje skrzypce? 
Nic nie mówiłeś, Ŝe umiesz grać. Proszę cię, zagraj. - I po- 
67 
dała je Gustkowi. Chłopiec na moment zapomniał 
0 wszystkim i chciwie wpatrzył się w instrument. Ale zaraz przypomniał sobie, co 
powiedziała Het-ty. W jego oczach pojawiła się panika, cały zesztywniał. 
- Ja juŜ nie gram - oświadczył ochrypłym ze wzruszenia głosem. 
Panna Stacey podeszła do niego. Kochała muzykę równie silnie jak Felicja. 
- Gustku, muzyka bardzo oŜywi przedstawienie na cześć waszej nauczycielki. Poza tobą 
wszyscy uczniowie biorą w nim udział. Czy nie chcesz zrobić przyjemności pannie King? 
Bardzo cię proszę. 
Gustek nie dał się przekonać. Pokręcił przecząco głową, usiłując nie patrzyć na ukochane 
skrzypce. 
- Naprawdę nie chcesz się zgodzić? - Panna Stacey zupełnie nie rozumiała jego zachowania. 
Dlaczego ten chłopak nie chce zagrać na swoich własnych skrzypcach? 
- Muszę się nauczyć tych liter - mruknął Gustek 
1 schylił się nad tabliczką. 
Nauczycielka zastanawiała się przez chwilę, czy powinna dalej nalegać. Coś w wyrazie 
twarzy Gus-tka sprawiło, Ŝe westchnęła i z powrotem włoŜyła skrzypce do szafy. 
Jednocześnie zobaczyła rozczarowane miny dzieci - one teŜ nie mogły zrozumieć odmowy 
kochającego muzykę Gustka. 
JednakŜe panna Stacey nie naleŜała do osób, które łatwo ustępują. Widziała zresztą, jak 
chłopiec spojrzał na skrzypce. Postanowiła pogadać z nim na osobności. I późnym 
popołudniem wybrała się do 
68 
fabryki konserw. Mniej niŜ Hetty przeraziła się odorem, za to bardziej zaciekawiło ją 
nieznane otoczenie. 
Pierwszego spotkanego robotnika zapytała, gdzie moŜe znaleźć Gustawa Pike'a. 
Starszy juŜ męŜczyzna zdziwił się wielce, dlaczego do fabryki zaczęły nagle przychodzić 
nauczycielki, ale wskazał na jedną z szop i powiedział: 
- Tam, proszę pani. 

background image

- Dziękuję. - Panna Stacey uśmiechnęła się i poszła we wskazanym kierunku. Gustek sortował 
właśnie ryby, wkładając je do kilku beczek. Oddawał się pracy z równym zapamiętaniem, co 
pisaniu... 
- Czy pomagasz teŜ w połowach? - spytała stając za nim panna Stacey. 
Gustek podskoczył słysząc znajomy głos i omal nie upuścił wielkiego dorsza. Odwrócił się i 
starał się ukryć zdumienie. 
- Tak, czasem, jak mają za mało rybaków. Ja tam głównie pracuję przy sortowaniu. Ale to się 
powinno robić taśmowo. 
Panna Stacey, słysząc tę fachową uwagę, uśmiechnęła się. 
- Widzę, Ŝe się na tym znasz, Gustku, choć Felicja powiedziała mi, Ŝe pracujesz tu dopiero od 
paru miesięcy. 
AleŜ te nauczycielki są cwane! Panna Stacey była w Avonlea od niespełna tygodnia, a juŜ 
dowiedziała się, gdzie i od jak dawna pracuje Gustek. Jej pochwała sprawiła, Ŝe Gustek 
zarumienił się z radości. Przełknął ślinę i poinformował pan- 
69 
nę Stacey, Ŝe o rybach - jeśli tylko człowiekowi się chce - moŜna się dowiedzieć wielu 
ciekawych rzeczy. 
- Zresztą o wszystkim - dorzucił. 
- O wszystkim? -Ano. 
Gustek chciał na tym poprzestać, ale nauczycielka była zanadto zaintrygowana jego słowami. 
Nigdy dotąd nikomu aŜ tyle o sobie nie powiedział, panna Stacey jednak wzbudzała zaufanie i 
człowiek miał ochotę jej się zwierzyć. 
- Widzi pani, ja to bym się pytał i pytał. 
- A o co, Gustku? - pannie Stacey zabłysły oczy, tak jak kiedyś Hetty, gdy pierwszy raz 
rozmawiała z Gustkiem. 
Gustek wzruszył ramionami. Nie bardzo wiedział, jak wyrazić nurtujące go myśli, które 
sprawiały, Ŝe tak ogromnie róŜnił się od swoich kolegów z baraku. 
- Bo ja wiem. Nocą to ciągle o czymś myślę. Przysłuchuję się ciszy i myślę. 
- Na przykład o tym, dlaczego przestałeś grać na skrzypcach? - zapytała panna Stacey 
wykorzystując okazję, by dowiedzieć się wreszcie tego, co skłoniło ją do wyprawy nad brzeg 
morza. 
Gustek strapił się i spuścił głowę. 
- Panna King powiedziała mi, Ŝe zmarnuję sobie Ŝycie. 
- Zmarnujesz sobie Ŝycie? Dlaczego? 
- Przez te skrzypce ojca. Ojciec zabił człowieka. Te skrzypce są pewnie przeklęte. 
Przeklęte! Panna Stacey przeraziła się. Jakieś nie- 
70 
rozwaŜne słowa Hetty wyrządziły chłopcu wielką szkodę. Trzeba było szybko to naprawić. 
- Dlatego się boisz na nich grać? Nie, Gustku, nie masz racji - powiedziała łagodnie. 
Twarz Gustka stęŜała, pokręcił głową. Hetty King była jego boŜyszczem. Nie mogła się 
mylić. Cokolwiek powiedziała, było święte. 
- Mam. Panna King zobaczyła, Ŝe we mnie walczy anioł z diabłem. 
Byłoby to śmieszne, gdyby nie straszna Ŝałość malująca się na twarzy chłopca. Muriel miała 
ochotę wziąć go współczująco za rękę. Opanowała się jednak i tylko ścisnęła mocniej rączkę 
parasola. 
- Czy pozwolisz mi porozmawiać o tym z panną King? 
Było bowiem jasne, Ŝe tylko panna King potrafi wpłynąć na zmianę decyzji Gustka. Chłopiec 
znów pokręcił przecząco głową. 
- To się na nic nie zda. Ona nie będzie pani słuchać. A wie pani dlaczego? Bo ma rację. 

background image

Gustek zajął się sortowaniem ryb, głównie po to, by ukryć, Ŝe drŜą mu wargi, a do oczu 
napłynęły łzy. Panna Stacey widziała jego rozterkę, zrozumiała jednak, Ŝe nie potrafi go 
przekonać. Mimo to dłuŜszy czas wahała się, nim odeszła. 
Panna Stacey nie zaniechała jednak wysiłków, by pomóc chłopcu, i poszła prosto do 
RóŜanego Dworku. Oliwia usadowiła je obie z Hetty w saloniku i podała herbatę i ciasto. 
Hetty w ciągu tych wszystkich okropnych dni spędzonych w domu wyobra- 
71 
Ŝ

ała sobie cały czas, co panna Stacey robi w jej szkole, i miotały nią najgorsze przeczucia. W 

saloniku panowała więc atmosfera pełna napięcia. 
- Hetty, powiem ci bez ogródek, po co do ciebie przyszłam. Muszę porozmawiać z tobą o 
Gustku Pike'u. 
- O Gustku? A co on znowu zmalował? 
Hetty wypiła łyczek herbaty i oskarŜającym wzrokiem wpatrywała się w swego gościa. 
Wzrok ten mówił, Ŝe jeśli Gustek coś zbroił, to na pewno dlatego, iŜ jego nowa nauczycielka 
nie stanęła na wysokości zadania. 
- AleŜ nic. Tylko widzę, Ŝe jest strasznie nieszczęśliwy. 
Panna King niemal zakrztusiła się herbatą. 
- Nieszczęśliwy? A niby dlaczego? Chodzi do szkoły, uczy się czytać i pisać. 
Hetty nigdy nie przestawała być nauczycielką, czasem nawet nie potrafiła dostrzec w uczniu 
osoby, wraŜliwej i czującej. Panna Stacey odstawiła filiŜankę i głęboko zaczerpnęła 
powietrza. 
- Słuchaj, Gustek ceni ciebie i szanuje bardziej niŜ kogokolwiek na ziemi, ale jednocześnie 
bardzo mu brakuje gry na skrzypcach. Boi się ich nawet dotknąć. 
- Ach, więc to tak! Powinnam była wiedzieć. Wkraczasz w moje kompetencje. PodwaŜasz 
moje decyzje? Tak, zabroniłam mu grać na skrzypcach. 
Panna Stacey z trudem opanowała się. ZniŜyła głos. 
- Hetty, proszę cię... Proszę cię, ustąp... W tym jednym jedynym wypadku. 
72 
- O, nie. Nie mogę. Dzieci utraciłyby dla mnie szacunek. 
- Hetty, czasem jesteś strasznie niemądra! - zawołała panna Stacey, oburzenie wzięło górę. - 
Nie rozumiem, jak ty... 
- Za to ja wszystko dobrze rozumiem - Hetty zabłysły złowrogo oczy. - Robisz, co moŜesz, 
Ŝ

eby zdobyć sobie sympatię moich uczniów! 

- AleŜ, Hetty... 
- Gustaw Pike ma złe skłonności. Musi z tym walczyć. 
Panna Stacey miała dosyć uporu Hetty. Wstała. Nie było po co przeciągać tej dyskusji. 
- Bardzo mi przykro, Ŝe tak uwaŜasz... cóŜ robić... Do widzenia. 
Rozdział dwunasty 
Kiedy panna Stacey wyszła z fabryki, Gustek pracował jak oszalały, próbując zagłuszyć 
miotające nim uczucia. Dawniej pomagała mu muzyka, teraz czuł w piersiach nieznośny 
ucisk, z kaŜdym dniem większy. Starał się nie zwracać na to uwagi, był zdecydowany 
nauczyć się czytać i pisać. A nade wszystko chciał wyrwać się ze szponów diabła, który 
kiedyś opętał jego ojca, a teraz dobierze się do jego duszy, jeśli Gustek nie wyrzeknie się 
muzyki i tańców. Panna King była nauczycielką i wiedziała, co mówi. Będzie jej posłuszny, 
choćby miało mu pęknąć z rozpaczy serce. 
Było mu trudniej, niŜ przypuszczał, bo koledzy 
73 
wciąŜ nękali go, by im zagrał. To samo zdarzyło się tego wieczoru. Chłopcy po całym dniu 
cięŜkiej, monotonnej pracy uwaŜali, Ŝe naleŜy im się trochę rozrywki. Jak zwykle rozpalili 
obok baraku ognisko, Ŝeby odegnać chłód nocy. PoniewaŜ Gustek za nic nie chciał grać, 

background image

namówili pewnego starszego juŜ męŜczyznę, by przygrywał im do tańca. Nie był on dobrym 
skrzypkiem, znęcał się i nad swoim instrumentem, i nad uszami słuchaczy. Ale ci podpili 
sobie, więc pokrzykiwali radośnie, tańcując w takt bardzo niemelodyjnej muzyki. 
Gustek takŜe kręcił się przy ognisku, ale nie tańczył. I nie rozmawiał. Stał z rękami w 
kieszeni i martwił się. Nie naleŜał juŜ do tego świata - nie naleŜał do Ŝadnego świata. Nawet 
nie zdawał sobie sprawy, z jaką zazdrością patrzy na swoich koleŜków, którzy przytupywali i 
ś

piewali. I nie zauwaŜył, kiedy tuŜ za nim stanął Pinczer. Pinczer za duŜo wypił i zachowywał 

się zaczepnie. Bardzo mu się nie podobało, Ŝe Gustek przestał się z nim kolegować i wciąŜ 
coś gryzmolił w zeszycie. UwaŜał, Ŝe Gustek się wywyŜsza. 
- Hej, pierwszaku! - zawołał kpiąco. - Nauczycielka wyciera ci pewnie co rano nos! Co, 
uwaŜasz moŜe, Ŝe nie jesteśmy dla ciebie dosyć dobrzy? 
Gustek nic nie odpowiedział, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Pinczera. Wielu ludzi, tkwiąc 
po uszy w bagnie, nie lubi patrzyć, kiedy komuś udaje się wyjść na brzeg. 
- Hej! Mówię do ciebie! - Pinczer starał się przekrzyczeć muzykę i śpiewy. I Ŝeby Gustek 
musiał zwrócić na niego uwagę, wymierzył mu kopniaka. - 
74 
wciąŜ nękali go, by im zagrał. To samo zdarzyło się tego wieczoru. Chłopcy po całym dniu 
cięŜkiej, monotonnej pracy uwaŜali, Ŝe naleŜy im się trochę rozrywki. Jak zwykle rozpalili 
obok baraku ognisko, Ŝeby odegnać chłód nocy. PoniewaŜ Gustek za nic nie chciał grać, 
namówili pewnego starszego juŜ męŜczyznę, by przygrywał im do tańca. Nie był on dobrym 
skrzypkiem, znęcał się i nad swoim instrumentem, i nad uszami słuchaczy. Ale ci podpili 
sobie, więc pokrzykiwali radośnie, tańcując w takt bardzo niemelodyjnej muzyki. 
Gustek takŜe kręcił się przy ognisku, ale nie tańczył. I nie rozmawiał. Stał z rękami w 
kieszeni i martwił się. Nie naleŜał juŜ do tego świata - nie naleŜał do Ŝadnego świata. Nawet 
nie zdawał sobie sprawy, z jaką zazdrością patrzy na swoich koleŜków, którzy przytupywali i 
ś

piewali. I nie zauwaŜył, kiedy tuŜ za nim stanął Pinczer. Pinczer za duŜo wypił i zachowywał 

się zaczepnie. Bardzo mu się nie podobało, Ŝe Gustek przestał się z nim kolegować i wciąŜ 
coś gryzmolił w zeszycie. UwaŜał, Ŝe Gustek się wywyŜsza. 
- Hej, pierwszaku! - zawołał kpiąco. - Nauczycielka wyciera ci pewnie co rano nos! Co, 
uwaŜasz moŜe, Ŝe nie jesteśmy dla ciebie dosyć dobrzy? 
Gustek nic nie odpowiedział, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Pinczera. Wielu ludzi, tkwiąc 
po uszy w bagnie, nie lubi patrzyć, kiedy komuś udaje się wyjść na brzeg. 
- Hej! Mówię do ciebie! - Pinczer starał się przekrzyczeć muzykę i śpiewy. I Ŝeby Gustek 
musiał zwrócić na niego uwagę, wymierzył mu kopniaka. - 
74 
No, mały, ruszaj! Zapomniałeś juŜ, co to porządny pojedynek? 
Gustek był zwykłe pokojowo nastawiony i Pinczer uwaŜał, Ŝe moŜe go bezkarnie kopać. Nie 
wiedział, Ŝe Gustek przeŜywa straszną rozterkę. I chętnie rzuci się do bójki. Oczywiście, Ŝe 
umiał się bić -chłopak, który pracował na trawlerach i w porcie, musiał nauczyć się bronić. 
No i rzucił się na Pinczera. Skoczył i wymierzył mu cios w szczękę. Pinczer zatoczył się pod 
ś

cianę baraku, która aŜ zadrŜała. Przez chwilę ze zdumieniem wpatrywał się w Gustka. Potem 

potrząsając głową jak byk, którego zaatakowały pszczoły, wyprostował się, wrzasnął -i 
rozgorzała prawdziwa bójka. 
- O, biją się! - zachwyceni chłopcy ucieszyli się niespodziewanym widowiskiem. Otoczyli 
kołem walczących, którzy tarzali się po ziemi, i zachęcali ich okrzykami - kaŜdy wybrał sobie 
faworyta. 
Bójka toczyła się w najlepsze. Pinczer walił Gustka, Gustek walił Pinczera. Pinczerowi udało 
się rozkwasić Gustkowi nos, a Gustek chwycił Pinczera za włosy i próbował je wyrwać. 
Chłopcy byli tak zainteresowani walką, Ŝe nikt nie zwrócił uwagi, iŜ kiedy Pinczer uderzył w 
ś

cianę baraku, na półce przewróciła się puszka z naftą i spływając po ścianie, utworzyła na 

background image

podłodze kałuŜę. Samo w sobie nie było to jeszcze groźne, ale poniewaŜ walczący chłopcy 
wciąŜ kopali w ścianę, prosto na stos starych sieci rybackich spadła zawieszona na gwoździu 
latarnia. Zadymiła, a po sieciach zaczęły pełzać małe płomyczki, jakby nie bardzo wiedząc, 
czy mają zgasnąć, czy nie. 
75 
Gustkowi udało się właśnie wyśliznąć niczym węgorz z ramion Pinczera i przygnieść go 
całym ciałem do ziemi, gdy nagle poczuł, Ŝe ktoś chwyta go za kołnierz i odciąga od 
przeciwnika. To Angus McCorkadale wyszedł z biura i postanowił połoŜyć kres bijatyce. 
- Rozdzielcie ich! - zawołał. - Dosyć tego dobrego! 
Oczywiście chłopcy widząc szefa szybko go usłuchali. Angus McCorkadale pogroził 
Gustkowi pięścią. 
- Ostrzegałem cię, Pike! 
Nikt, rzecz jasna, nie zamierzał informować An-gusa, Ŝe to Pinczer, nie Gustek, rozpoczął 
bójkę. Gustek stał, cięŜko dysząc. WciąŜ jeszcze nie uspokoił się i rozglądał się bezradnie, 
pragnąc dać upust swym uczuciom. 
Spojrzał na zarośniętego męŜczyznę, który mimo całego zamieszania nie przestał przygrywać 
na skrzypcach. Wyrwał mu je i zaczął grać. Nigdy dotąd nie grał jeszcze tak zapalczywie, 
spod smyczka wydobywała się dzika, oszałamiająca melodia. Dreszcze przebiegły chłopcom 
po plecach i wszyscy zaczęliby tańczyć, gdyby płomyczki pełzające po sieciach nie dotarły do 
kałuŜy nafty. 
PoŜar wybuchł tak, jakby zrodził się z muzyki. Cała ściana szopy stanęła w ogniu. 
- Patrzcie! PoŜar! 
Przez sekundę wszyscy jak zaczarowani wpatrywali się w płomienie. Potem, popychając się, 
rzucili się gasić ogień. Angus McCorkadale, którego fabry- 
76 
ka znajdowała się o paręnaście kroków od baraku, zawołał przeraźliwie: 
- Wody! Przynieście wody! 
Wszyscy poza Gustkiem usłuchali, tylko Gustek nie mógł oderwać oczu od piekielnego ognia 
poŜerającego dach szopy. Powoli opuścił skrzypce, spojrzał na nie, spojrzał na poŜar... Tak, 
panna King miała rację. Jego muzyka była przeklęta. Uległ pokusie i diabeł ukarał go ogniem 
piekielnym. 
Na szczęście dla fabryki morze było o krok. Szybko ugaszono poŜar. 
Straty materialne nie były zbyt wielkie, niestety, zdarzenie to sprawiło, Ŝe Gustek utracił 
wiarę w siebie. Całą noc nękało go poczucie winy. Następnego dnia rano pobiegł do szkoły 
tylko po to, by zawiadomić, iŜ rezygnuje z dalszej nauki. 
Panna Stacey bardzo się zmartwiła. Dzieci siedziały nieruchomo, wpatrując się w Gustka. Po 
chwili panna Stacey podeszła do szafy i wyjęła jego skrzypce. 
- Rozumiemy, Gustku, co przeŜywasz - powiedziała ze współczuciem. - Ale nie powinieneś 
obwiniać się o poŜar. To był przypadek. Proszę cię, zostań w szkole. 
Na umazanej sadzą twarzy Gustka malował się upór, oczy były podkrąŜone. Gustek miał swój 
honor. Skoro to na skutek jego gry na skrzypcach spłonęła szopa, chłopak musi zrobić 
wszystko, aby naprawić szkody. 
- Teraz z powrotem będę pracował cały dzień, Ŝeby zapłacić panu McCorkadale'owi. 
77 
Widocznie Angus McCorkadale całą winę zrzucił na niego - nie było to trudne, bo Gustek od 
samego początku czuł się winny. 
Panna Stacey wciąŜ trzymała skrzypce. W jej ręku wyglądały one tak niewinnie... 
- Proszę cię, zastanów się. Jesteś naprawdę bardzo zdolny. 
Gustek pokręcił z rozpaczą głową. Wiedział, co ma o sobie myśleć. 
- Nie mogę. Na nic się to nie zda. Jestem złym chłopcem. -1 wyciągnął rękę po skrzypce. 

background image

W tym momencie otworzyły się drzwi i do klasy wpadła zdyszana panna King. Opierała się 
na lasce, niemniej poruszała się bardzo szybko. Zobaczyła, Ŝe panna Stacey wręcza Gustkowi 
skrzypce. 
- Muriel Stacey! Jak śmiesz! Mówiłam ci, Ŝebyś nie dawała mu skrzypiec. 
Gustek spojrzał z bólem na Hetty, porwał skrzypce i wybiegł bocznymi drzwiami, jakby 
ś

cigały go demony. 

- Gustawie Pike! Wróć natychmiast! - zawołała za nim Hetty. Jej uczeń ośmiela się wyjść z 
klasy bez pozwolenia! Skandal! 
- AleŜ, Hetty - karcącym tonem wyszeptała panna Stacey i szybko otworzyła drzwi, które 
zatrzasnął za sobą Gustek. Chłopiec był juŜ jednak daleko. Tymczasem Hetty znów ją 
zaatakowała. 
- Co ty sobie wyobraŜasz... - I nagle umilkła; uprzytomniła sobie, Ŝe słuchają jej dzieci, które 
potem opowiedzą całej wsi o tym, co działo się w szkole. - Myślę, Ŝe najlepiej będzie, jeśli 
porozmawiamy na osobności. 
78 
Pannie Stacey nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Obie nauczycielki wyszły, Hetty 
starannie zamknęła za sobą drzwi. Patrzyła z furią na koleŜankę, nie uświadamiając sobie, Ŝe 
dzieci podbiegły do okien i z zachwytem przyglądały się kłótni. 
- Najpierw za moimi plecami zaprowadzasz w mojej szkole własne bałaganiarskie porządki, a 
teraz... teraz ta historia ze skrzypcami... 
- AleŜ, Hetty, mylisz się... - zaczęła się tłumaczyć panna Stacey. - Gustek zabrał skrzypce, bo 
postanowił przestać chodzić do szkoły. 
- Jak to? 
- Wczoraj wieczorem w fabryce zdarzył się wypadek. Chłopcy z baraku pobili się, zaprószyli 
ogień i zapalił się barak. 
- PoŜar! - Hetty bardzo się przejęła. Niemal wszystkie budynki w okolicy były drewniane. -
Wielkie nieba! Czy nikomu się nic nie stało? 
- Na szczęście nie. Ale Angus McCorkadale obwinia o wszystko Gustka, Gustek zdecydował 
się więc opuścić szkołę, Ŝeby móc mu zapłacić za wyrządzone szkody. 
- Opuścić szkołę! Nie, to wykluczone! To jego jedyna szansa, Ŝeby... 
Panna Stacey była bardzo tolerancyjną osobą, ale nawet jej cierpliwość miała granice. Muriel 
wyprostowała się i zacisnęła wargi. NajwyŜszy czas, Ŝeby ktoś powiedział Hetty King prawdę 
w oczy. 
- Hetty, mówię ci to z prawdziwą przykrością, ale nie mam innego wyjścia. To z twojego 
powodu Gustek Pike przestał chodzić do szkoły. 
79 
- Z mojego? Co ty wygadujesz! 
- Czyś ty nie widziała, jak bardzo ten chłopak kocha muzykę? Jest nieszczęśliwy, gdy nie 
moŜe grać na skrzypcach. A ty powiedziałaś mu coś, co go przekonało, Ŝe jego muzyka jest 
przeklęta. I w tym przekonaniu utwierdził go wczorajszy poŜar. 
Do Hetty wreszcie coś dotarło. Bezradnie podniosła rękę. 
- AleŜ, Muriel, ja nie miałam czegoś takiego na myśli. 
- Hetty, on szanuje tylko ciebie. I tylko ciebie posłucha. Pomów z nim, proszę. 
Hetty zrozumiała, Ŝe musi natychmiast zacząć działać, bo inaczej Gustek na zawsze utraci 
szansę kształcenia się. 
Muriel Stacey wróciła do szkoły, a Hetty pokuśtykała do RóŜanego Dworku, zaprzęgła konia 
do dwukółki i wyruszyła do fabryki. Dwukółka co chwila podskakiwała na wybojach, a Hetty 
przygryzała z bólu usta. 
Kiedy przybyła na miejsce, długo szukała Gus-tka, aŜ wreszcie go dostrzegła. Układał w 
beczułce wędzone ryby i zobaczył Hetty dopiero, gdy go zawołała. 

background image

- Gustku! 
Gustek się odwrócił szybko i wyjąkał: 
- Panna King?! 
Zachowywał się tak, jakby zobaczył ducha, ale nie zraziło to nauczycielki, która wolno 
zbliŜała się do chłopca. Było widać, Ŝe kaŜdy krok sprawia jej 
80 
ból. A w dodatku czekała ją przykra rozmowa -Hetty nie zwykła przyznawać się do winy. 
- DuŜo mnie kosztuje to, co ci za chwilę powiem, proszę więc, Ŝebyś mnie uwaŜnie 
wysłuchał. 
Gustek wytarł ręce w kurtkę i spuścił głowę. 
- Nie miałam racji. - Niewielu osobom w Avon-lea zdarzyło się coś takiego usłyszeć z ust 
Hetty. -Rzadko mi się to zdarza, ale wobec ciebie postąpiłam niesłusznie. 
Gustek nie bardzo wierzył w to, co słyszy, i juŜ otworzył usta, by zaprotestować, ale Hetty nie 
dopuściła go do słowa. 
- Nie, nie, chłopcze, nie przerywaj. Widzisz, kiedy kazałam ci przestać grać na skrzypcach, 
wcale nie uwaŜałam, Ŝe muzyka zaprowadzi cię do więzie-nia^ tak jak twojego ojca. 
UwaŜałam tylko, Ŝe skrzypce przeszkadzają ci w nauce. 
- Ale mówiła pani, Ŝe we mnie siedzi diabeł - zaprotestował Gustek, który wciąŜ uwaŜał, Ŝe 
Hetty potrafi czytać w myślach i sercach ludzi. 
- CóŜ, prawie w kaŜdym człowieku siedzi diabeł... Co prawda, we mnie nie. - Hetty spiesznie 
odcięła się od większości zwykłych śmiertelników. -Ale w tobie i w wielu innych, tak... 
Widząc wyraz twarzy Gustka, prędko przerwała, przestraszyła się, Ŝe chłopiec jeszcze 
bardziej zwątpi w siebie. 
- NaleŜysz jednak do ludzi, którzy potrafią myśleć i masz wszystkie dane, Ŝeby dojść do 
czegoś w Ŝyciu. Gustku, powinieneś wrócić do szkoły. -Hetty załamał się głos. - Jeśli nie 
wrócisz, będzie mi ciebie bardzo brak. 
Przeklęte skrzypce 
81 
Hetty bała się, Ŝe ulegnie emocji, odwróciła się więc i odeszła. A Gustek stał i patrzył, 
wzruszony, Ŝe moŜe go brakować komuś tak wspaniałemu jak panna King. 
Rozdział trzynasty 
Uczniowie szkoły w Avonlea nawet się nie spostrzegli, kiedy nadszedł dzień przyjęcia 
gubernatora. Miało się ono odbyć w hotelu „Białe Piaski". Był to najwspanialszy budynek w 
okolicy, przypominający prawdziwy zamek otoczony pięknymi trawnikami, które schodziły 
aŜ na piaszczystą białą plaŜę - to stąd pochodziła nazwa hotelu. Z całej Kanady zjeŜdŜali się 
tutaj na wakacje bogaci ludzie, by oddychać oŜywczym morskim powietrzem i pławić się w 
luksusach. 
Tego dnia eleganckie powozy podjeŜdŜały pod hotel szeroką Ŝwirowaną aleją, po strzyŜonych 
trawnikach krąŜyli jeszcze bardziej eleganccy goście. W środku hotelu wisiały flagi, wszędzie 
ustawiono kwiaty i wielkie kryształowe wazy z pon-czem. Panie i panowie pysznili się 
odświętnymi strojami. Przyjęcie uświetniały sprowadzone przez Lawsonów kapelusze. Hetty 
teŜ włoŜyła nowy kapelusz przyozdobiony kokardą. 
W sali balowej ustawiono rzędami krzesła, wkrótce wszystkie zostały zajęte. Hetty wraz z 
Oliwią siedziały w pierwszym rzędzie. Hetty oczekiwała niecierpliwie występu dzieci. Bóle 
uniemoŜliwiły jej powrót do szkoły, mogła tylko modlić się w duchu, 
82 
by Muriel Stacey nie zaprzepaściła jej wysiłków i by dzieci zadeklamowały poemat zgodnie z 
jej wskazówkami. 
Dziewczynki miały we włosach kokardy, chłopcy fontazie pod szyją. Rozpoczęła się chóralna 
deklamacja, której przewodziła Sara. Wszyscy uczniowie, jak umieli, starali się tchnąć Ŝycie 

background image

w ponury tekst. Widownia - na sali byli obecni rodzice niemal wszystkich dzieci - słuchała z 
uwagą. DuŜe zainteresowanie okazywali takŜe gubernator i jego małŜonka. Hetty z uznaniem 
skinęła głową, kiedy dzieci skończyły recytować: 
...Podwójnie umarł, w proch się obróci I nikt nie będzie po nim płakał. 
Dzieci ukłoniły się z ulgą. Przez chwilę panowała cisza - prawdopodobnie obecni wbrew 
temu, co sądziła Hetty, słuchali nie na tyle uwaŜnie, by zorientować się, Ŝe to juŜ koniec 
poematu. Ale zaraz rozległy się uprzejme oklaski, Hetty odpowiedziała na nie, skłaniając 
głowę. 
- Widzisz - zwróciła się do Oliwii, tak jakby naprawdę sala okazała entuzjazm. - Sama 
widzisz, Ŝe ten wiersz się spodobał. 
Oliwia wstrzymała się od komentarzy. 
Akurat w tym momencie oklaski wzmogły się, na podium weszła panna Stacey. Podniosła 
rękę prosząc o ciszę, a Hetty gniewnie zmarszczyła brwi -była pewna, Ŝe ta podła kobieta jej 
kosztem usiłuje zdobyć poklask. 
- Dziękuję wszystkim uczniom. Dziękuję państwu - rozpoczęła przemówienie panna Stacey. -
Wasza Ekscelencjo, chcę prosić, by zebrani nie 
83 
opuszczali jeszcze przez chwilę miejsc. Uczniowie szkoły w Avonlea przygotowali krótkie 
przedstawienie na cześć osoby, którą podziwiają i szanują. 
Hetty o mało nie wybuchła. Ta sprytna Muriel znów usiłuje zwrócić na siebie uwagę. 
- Na cześć tej, która wszystkie swe siły oddała nie tylko szkole, ale całej społeczności 
Avonlea. Na cześć panny Hetty King. 
Wszyscy spojrzeli na Hetty. WciąŜ miała zmarszczone brwi, ale właśnie otworzyła ze 
zdziwienia usta. Chwyciła się za serce. Była zakłopotana, lecz po sekundzie zaczęła się 
uśmiechać; był to uśmiech szczęścia. Nawet gubernator podniósł się i jej ukłonił. Poczuła się 
honorowym gościem. Dobrze pamiętała, jak marzyła o tym owego dnia, gdy otrzymała list z 
Ministerstwa Edukacji. Sala znów zaczęła klaskać, tym razem były to prawdziwe oklaski, a 
panna Stacey dała znak stojącej na podium młodzieŜy. 
- No, dzieci, zaczynamy przedstawienie - chciała, by odsunęły się na bok, ale nagle 
znieruchomiała, wpatrując się w koniec sali. Oczywiście wszyscy się odwrócili. Przy 
ozdobnych drzwiach stał szczupły, blady z przejęcia chłopiec. Wyglądało na to, Ŝe nie ma 
odwagi wejść. 
Był to Gustek Pike. Wyszorował się od stóp do głów. Zdobył skądś buty, przyzwoite spodnie, 
czystą białą koszulę i zawiązał krawat - dowodziło to, Ŝe wiele dni studiował otrzymaną od 
Hetty ksiąŜkę. 
Pod pachą trzymał skrzypce. Zdeterminowany walczył z nieśmiałością. 
- Gustek! - zawołała panna Stacey. 
- Gustaw Pike - szepnęła do Oliwii Hetty. - Co on tu robi? 
Prędko się o tym dowiedziała. 
Gustek ruszył przykrytym dywanem przejściem. Panna Stacey powitała go ciepłym 
uśmiechem i odsunęła się, by chłopiec mógł wejść na podium. 
Gustek spojrzał na zebranych i głęboko odetchnął. Wreszcie zobaczył twarz, której szukał. 
- Przyszłem tu...p rzys złem, bo muszę powiedzieć coś mojej pani nauczycielce, pannie King. 
Znów wszyscy spojrzeli na Hetty, która była równie blada jak Gustek. Patrzyła na skrzypce i 
myślała o swoich okrutnych słowach. Czego Gustek chce, co mu znowu strzeliło do głowy? 
Chłopiec przełknął ślinę. I zwrócił się do Hetty, jakby była jedyną osobą na sali. 
- Nikt mnie nigdy nie pomógł, tylko pani, pani nauczycielko. Wzięła mnie pani do szkoły. 
Nauczyła mnie pani Ŝuć kaŜdy kęsek dziesięć razy i nie mlaskać. Gdyby nie pani, nawet bym 
nie pomyślał, Ŝeby się kształcić. 

background image

Jak na Gustka, było to krasomówcze przemówienie, nie umiał mówić ładniej. Wsadził więc 
pod brodę skrzypce i zaczął grać. Od pierwszej nuty wszyscy słuchali jak zaczarowani. Ta 
muzyka nie przypominała skocznych melodii, które wygrywał dla kolegów z fabryki. Była 
dostojna jak walc i pełna słodyczy, niczym śpiew ptaka wiosną. Skrzypce przemawiały w 
imieniu chłopca i trzeba by mieć nieczułe serce, Ŝeby się nie wzruszyć. Obecni na sali 
wstrzymali oddech. Usta Oliwii drŜały, nawet pan gubernator miał bardzo wzruszoną minę. 
85 
Hetty siedziała bez ruchu. Nie widziała znajomych twarzy, wpatrzona była w Gustka. Dławiło 
ją w gardle. W oczach pokazały się łzy; kto by się tego spodziewał po surowej, pedantycznej 
nauczycielce? Hetty pewnie by się rozpłakała, ale Gustek przestał grać i gubernator zerwał się 
z fotela. Klaskał i wołał: 
- Brawo! Brawo! 
- Brawo! - zawołała cała sala i urządziła Gustko-wi owację. Klaskały takŜe dzieci. Hetty 
uśmiechnęła się do chłopca i omal nie pękła z dumy. Gustek odpowiedział jej uśmiechem - 
panna King raczyła przyjąć jego hołd. Muriel Stacey podniosła do oczu chusteczkę. 
Gustek wsunął skrzypce pod ramię i zszedł z podium. Poruszał się teraz jakoś inaczej, 
pewniej. Uwierzył, Ŝe ma przed sobą przyszłość, uwierzył, Ŝe stanie się dŜentelmenem, ba - 
juŜ nim był. 
Część II 
O gorsetach, o sekretach i o wielkiej miłości 
Rozdział pierwszy 
Małgorzacie Linde wydawało się, Ŝe pod jednym z jej zębów trzonowych zamieszkała osa. 
Ból był nieznośny - bzycząc atakował mózg. Małgorzata siedziała nieruchomo koło 
frontowych drzwi, ubrana w Ŝałobne szaty. Z drugiej strony drzwi czekała na nią Maryla. 
Małgorzata wiedziała, Ŝe Maryla bardzo nie lubi czekać. W pełni zdawała sobie sprawę, iŜ 
powinna nacisnąć klamkę, wyjść z domu i wsiąść do dwukółki. Nie mogła jednak ruszyć się z 
miejsca. Była więźniarką swego bólu. Gdzieś w głębi szczęki trzepotała się osa szukając drogi 
ucieczki. Małgorzata cicho jęknęła i otworzyła usta. Osa nie wyleciała. Biedna kobieta 
osunęła się na stojące w sieni krzesło i przymknęła oczy. Ból wciąŜ bzyczał w uszach. 
Poranne słońce padało z ukosa na Marylę Cuth-bert, która wyprostowana jak Ŝołnierz 
siedziała w starej dwukółce. Maryla czuła zapach róŜ oplatających werandę. Były to późne 
róŜe w pełni rozkwitu. Na ciemnej zieleni płatków krople rosy błyszczały jak diamenty, nie 
ukradły ich jeszcze długie palce słońca. Gniada klacz zatupotała w miejscu i wyciągnęła szyję 
w kierunku kwiatów. Podniosła łeb i chwyciła w zęby kilka pączków. Maryla nawet nie 
drgnęła, choć były to jej ukochane kwiaty. Klacz za- 
89 
jadała róŜe, a Maryla siedziała nieruchomo i rozmyślała o Marii Keith. 
Zawsze bardzo lubiła tę uśmiechniętą i tryskającą Ŝyciem dziewczynę. A oto Maria nie Ŝyje, 
umarła licząc zaledwie dwadzieścia cztery lata. I jeśli Małgorzata się nie pośpieszy, spóźnią 
się na jej pogrzeb. Maryla poruszyła się niespokojnie. Nienawidziła się spóźniać, a spóźnienie 
na pogrzeb byłoby szczytem złego wychowania. MoŜe powinna pójść po Małgorzatę? 
Nie wysiadła jednak z dwukółki. WciąŜ siedziała wdychając zapach róŜ. Czuła, jak słońce 
grzeje ją w plecy, i rozmyślała o biednej Marii. 
Nie zauwaŜyła nawet, Ŝe podchodzą do niej Oliwia i Sara. Ilekroć Maryla widziała Sarę, która 
odznaczała się niezwykłą wyobraźnią, musiała myśleć o swojej Ani. Ania Shirley była ubogą 
sierotą, Sara Stanley pochodziła z bogatej rodziny, ale wyraz jej oczu chwytał Marylę za 
serce. Tak bardzo przypominał wyraz oczu Ani. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła Sarę, 
pomyślała od razu, Ŝe temu dziecku bardzo jest brak miłości. 
Teraz Sara podbiegła do dwukółki. 

background image

- UwaŜaj, Saro. Nie przestrasz panny Cuthbert -ostrzegła ją cicho ciotka Oliwia, bo z daleka 
zauwaŜyła, Ŝe Maryla jest całkowicie pogrąŜona we własnych myślach. Ale Sara juŜ chwyciła 
za rękę starszą panią. 
- Dzień dobry, panno Cuthbert, nie weźmie mi pani za złe, jeśli spytam, czy ma pani jakiś 
talent? 
Oliwia King miała ochotę cisnąć w siostrzenicę cięŜkim aparatem, który trzymała w ręku. 
Kiedy 
90 
reszcie Sara nauczy się, Ŝe to niegrzecznie pytać wszystko prosto z mostu! Ale pomarszczona 
twarz anny Cuthbert rozjaśniła się uśmiechem. W ciągu rch wszystkich lat spędzonych z Anią 
Maryla rzywykła do mało dyplomatycznych pytań. I choć swoim czasie narzekała na nie - 
teraz bardzo jej h brakowało. 
- Nie, chyba nie. Tyle, Ŝe mój placek z czarnymi godami jest najlepszy na wyspie. - Maryla 
nie do-ała, Ŝe trzeba nie lada talentu, aby radzić sobie Małgorzatą Linde. 
- Sara i ja chcemy odszukać wszystkich mieszańców Avonlea, którzy mają jakiś artystyczny 
ta-:nt - wyjaśniła Oliwia. - Chcę o tym napisać ' „Kronice". 
- A moŜe pani tańczy? To znaczy, moŜe tańczyła ani za swoich młodych lat? - Sara z 
powątpiewałem spojrzała na dość potęŜne stopy panny Cuth-ert. 
- Niestety, urodziłam się chyba z dwiema lewymi iOgami - uśmiechnęła się Maryla. - Ale 
pani Linde aiała kiedyś śliczny głos. 
- Małgorzata Linde śpiewała? - zapytała, nie krywając zdumienia, Oliwia. 
- O tak. To Małgorzata załoŜyła w Avonlea chór. 
- Widzi ciocia, ciociu Oliwio? Kiedy człowiek hce się czegoś dowiedzieć, musi zadawać 
pytania, chodźmy zaraz porozmawiać z panią Linde. MoŜe >ozwoli się sfotografować? - Sara 
juŜ wbiegła na chodki werandy. 
- Niestety, to teraz niemoŜliwe - Maryla spojrza-a na zegarek przypięty do klapy czarnego 
Ŝ

akietu. - 

91 
reszcie Sara nauczy się, Ŝe to niegrzecznie pytać wszystko prosto z mostu! Ale pomarszczona 
twarz inny Cuthbert rozjaśniła się uśmiechem. W ciągu rch wszystkich lat spędzonych z Anią 
Maryla rzywykła do mało dyplomatycznych pytań. I choć swoim czasie narzekała na nie - 
teraz bardzo jej h brakowało. 
- Nie, chyba nie. Tyle, Ŝe mój placek z czarnymi godami jest najlepszy na wyspie. - Maryla 
nie doiła, Ŝe trzeba nie lada talentu, aby radzić sobie Małgorzatą Linde. 
- Sara i ja chcemy odszukać wszystkich mieszańców Avonlea, którzy mają jakiś artystyczny 
ta-mt - wyjaśniła Oliwia. - Chcę o tym napisać 
„Kronice". 
- A moŜe pani tańczy? To znaczy, moŜe tańczyła ani za swoich młodych lat? - Sara z 
powątpiewałem spojrzała na dość potęŜne stopy panny Cuth-ert. 
- Niestety, urodziłam się chyba z dwiema lewymi ogami - uśmiechnęła się Maryla. - Ale pani 
Linde liała kiedyś śliczny głos. 
- Małgorzata Linde śpiewała? - zapytała, nie krywając zdumienia, Oliwia. 
- O tak. To Małgorzata załoŜyła w Avonlea chór. 
- Widzi ciocia, ciociu Oliwio? Kiedy człowiek hce się czegoś dowiedzieć, musi zadawać 
pytania, chodźmy zaraz porozmawiać z panią Linde. MoŜe iozwoli się sfotografować? - Sara 
juŜ wbiegła na chodki werandy. 
- Niestety, to teraz niemoŜliwe - Maryla spojrza-a na zegarek przypięty do klapy czarnego 
Ŝ

akietu. - 

91 

background image

reszcie Sara nauczy się, Ŝe to niegrzecznie pytać wszystko prosto z mostu! Ale pomarszczona 
twarz mny Cuthbert rozjaśniła się uśmiechem. W ciągu rch wszystkich lat spędzonych z Anią 
Maryla rzywykła do mało dyplomatycznych pytań. I choć swoim czasie narzekała na nie - 
teraz bardzo jej h brakowało. 
- Nie, chyba nie. Tyle, Ŝe mój placek z czarnymi godami jest najlepszy na wyspie. - Maryla 
nie doiła, Ŝe trzeba nie lada talentu, aby radzić sobie Małgorzatą Linde. 
- Sara i ja chcemy odszukać wszystkich mieszańców Avonlea, którzy mają jakiś artystyczny 
tarot - wyjaśniła Oliwia. - Chcę o tym napisać 
„Kronice". 
- A moŜe pani tańczy? To znaczy, moŜe tańczyła ani za swoich młodych lat? - Sara z 
powątpiewałem spojrzała na dość potęŜne stopy panny Cuth-ert. 
- Niestety, urodziłam się chyba z dwiema lewymi ogami - uśmiechnęła się Maryla. - Ale pani 
Linde liała kiedyś śliczny głos. 
- Małgorzata Linde śpiewała? - zapytała, nie krywając zdumienia, Oliwia. 
- O tak. To Małgorzata załoŜyła w Avonlea chór. -Widzi ciocia, ciociu Oliwio? Kiedy 
człowiek 
hce się czegoś dowiedzieć, musi zadawać pytania. )hodźmy zaraz porozmawiać z panią 
Linde. MoŜe >ozwoli się sfotografować? - Sara juŜ wbiegła na chodki werandy. 
- Niestety, to teraz niemoŜliwe - Maryla spojrza-a na zegarek przypięty do klapy czarnego 
Ŝ

akietu. - 

91 
wreszcie Sara nauczy się, Ŝe to niegrzecznie pytać o wszystko prosto z mostu! Ale 
pomarszczona twarz panny Cuthbert rozjaśniła się uśmiechem. W ciągu tych wszystkich lat 
spędzonych z Anią Maryla przywykła do mało dyplomatycznych pytań. I choć w swoim 
czasie narzekała na nie - teraz bardzo jej ich brakowało. 
- Nie, chyba nie. Tyle, Ŝe mój placek z czarnymi jagodami jest najlepszy na wyspie. - Maryla 
nie dodała, Ŝe trzeba nie lada talentu, aby radzić sobie z Małgorzatą Linde. 
- Sara i ja chcemy odszukać wszystkich mieszkańców Avonlea, którzy mają jakiś artystyczny 
talent - wyjaśniła Oliwia. - Chcę o tym napisać w „Kronice". 
- A moŜe pani tańczy? To znaczy, moŜe tańczyła pani za swoich młodych lat? - Sara z 
powątpiewaniem spojrzała na dość potęŜne stopy panny Cuthbert. 
- Niestety, urodziłam się chyba z dwiema lewymi nogami - uśmiechnęła się Maryla. - Ale 
pani Linde miała kiedyś śliczny głos. 
- Małgorzata Linde śpiewała? - zapytała, nie ukrywając zdumienia, Oliwia. 
- O tak. To Małgorzata załoŜyła w Avonlea chór. -Widzi ciocia, ciociu Oliwio? Kiedy 
człowiek 
chce się czegoś dowiedzieć, musi zadawać pytania. Chodźmy zaraz porozmawiać z panią 
Linde. MoŜe pozwoli się sfotografować? - Sara juŜ wbiegła na schodki werandy. 
- Niestety, to teraz niemoŜliwe - Maryla spojrzała na zegarek przypięty do klapy czarnego 
Ŝ

akietu. - 

91 
Pani Linde wybiera się ze mną na pogrzeb Marii Keith. JuŜ się chyba spóźniłyśmy. Przyjdźcie 
kiedy indziej, jestem pewna, Ŝe pani Linde poczęstuje was herbatą i podzieli się swymi 
wspomnieniami. 
- Oczywiście, panno Cuthbert. Jak ja mogłam zapomnieć! Hetty opowiadała mi o Marii Keith. 
Były panie spokrewnione, prawda? 
- To daleka rodzina. Maria Keith wyszła za mojego kuzyna w trzeciej linii - jego matka była z 
domu Cuthbert. Bardzo lubiłam tę biedną Marię. 
- Tak mi przykro, panno Cuthbert. Proszę przyjąć moje kondolencje. No chodź, Saro. 

background image

Ukłoniwszy się grzecznie, Oliwia wzięła za rękę siostrzenicę. Maryla trochę Ŝałowała, Ŝe 
odchodzą. Na chwilę zapomniała o swoich zmartwieniach. 
Usłyszała, jak w domu zegar dziadka wybija dziesiątą. Wielkie nieba, pogrzeb Marii skończy 
się, nim dojadą! Maryla wysiadła z dwukółki, przywiązała lejce do rosnącej koło werandy 
jabłoni i weszła do domu. Zniecierpliwienie walczyło z przywiązaniem. JakŜe często 
Małgorzata Linde wywoływała w niej te uczucia. 
Kiedy po wyjeździe Ani Małgorzata zamieszkała na Zielonym Wzgórzu, Maryla ucieszyła się 
z jej towarzystwa, choć wcale nie była pewna, czy jest to najmądrzejsze rozwiązanie. RóŜniły 
się od siebie jak ogień od wody. Maryla była milcząca i powściągliwa, a Małgorzata mogłaby 
kaŜdego zagadać na śmierć Nie, nie da się zaprzeczyć - Małgorzata Linde i Maryla Cuthbert 
znajdowały się na dwóch biegunach. To cud, Ŝe w ogóle mogły ze sobą wytrzymać. JednakŜe 
w takie dni jak dzisiejszy, 
92 
gdy Małgorzata zachowywała się jeszcze bardziej niepoczytalnie niŜ zazwyczaj, Maryla 
podejrzewała, Ŝe przyjemniej byłoby mieszkać samej. Wiedziała, Ŝe to niezbyt lojalne 
uczucie, ale cóŜ, tak właśnie myślała. 
Pełna słusznego oburzenia Maryla otworzyła drzwi domu. Co teŜ ta Małgorzata moŜe robić? 
Rozdział drugi 
Małgorzata słyszała dobiegające z ogrodu głosy. KaŜdego innego dnia podbiegłaby z 
ciekawością do okna. UwaŜała, Ŝe nic, co dzieje się w miasteczku, nie moŜe umknąć jej 
uwadze, Ŝe gdyby czegoś nie wiedziała, jej reputacja ucierpiałaby w oczach całego Avonlea. 
Dziś jednak nic jej nie obchodziło. Całą energię zuŜywała na walkę z bólem. Tak, pod ten ząb 
musiała dostać się osa. 
Małgorzata usiadła bokiem na krześle i spojrzała w lustro. Otworzywszy szeroko usta 
wyciągnęła język. Zaskoczył ją widok własnej jamy ustnej. Zęby wyglądały jak koślawy płot, 
dziąsła były czerwień-sze niŜ ziemia wyspy. Z tyłu sterczały dwa szkarłatne migdałki. Nie, 
nie dojrzała osy. Znów przeszył ją ból. Dziąsło pod chorym zębem było sinawoblade. W 
oczach Małgorzaty pojawiły się łzy rozczulenia nad samą sobą. Nie pocieszył jej nawet widok 
najlepszego kapelusza, który włoŜyła na pogrzeb. 
- Małgorzato Linde, co ty wyprawiasz? Stroisz miny do lustra, a ja czekam na ciebie jak Ŝywy 
posąg cierpliwości. 
93 
Małgorzata szybko zamknęła usta, omal nie przygryzając sobie języka. W drzwiach stałą 
Maryla, na jej twarzy pojawiły się gniewne rumieńce. 
- Jeśli się zaraz nie ruszysz, biedna Maria zostanie pochowana, nim zdąŜę ją poŜegnać. 
- Marylo, jeśli ten mój ząb się nie uspokoi, wkrótce pójdziesz na następny pogrzeb - 
odpowiedziała gniewnie Małgorzata. - I będziesz Ŝałowała, Ŝe nie okazywałaś litości 
cierpiącym bliźnim. -Z męczeńską miną wyszła z domu i skierowała się w stronę dwukółki. 
Maryli udało się nie wypowiedzieć cisnących się na usta gniewnych słów. Rzeczywiście 
Małgorzata marnie wygląda. Maryla zamknęła drzwi i podąŜyła za przyjaciółką. Wsiadając 
do dwukółki i poganiając konia, robiła sobie wymówki. Powinna być dla Małgorzaty 
wyrozumialsza, gdzie jej chrześcijańska miłość bliźniego? Te słowa przypomniały jej 
problem, który ją od rana nurtował. Nie tyle chodziło o Marię, niech Bóg czuwa nad jej 
duszą, ile o tych, których pozostawiła na ziemi. 
Wszyscy dziwili się, kiedy Maria Norton, zwana roześmianą Maryśką, wyszła za mąŜ za 
Kennetha Keitha. O Kennetcie nie dałoby się powiedzieć złego słowa, ale był od Marii dwa 
razy starszy i prowadził pustelnicze Ŝycie. Małgorzata zawsze mawiała, Ŝe naleŜy on do 
męŜczyzn, których bardziej interesują konie niŜ kobiety. „Lepiej by zrobił, gdyby dalej 
zajmował się końmi, zamiast uganiać się za młodymi dziewczynami - oświadczyła 
niechętnym tonem, gdy usłyszała o jego zaręczynach. - Zapamię- 

background image

94 
taj moje słowa, Marylo. Będzie gorzko Ŝałował, Ŝe oŜenił się z takim dzieciuchem". 
Okazało się, Ŝe Małgorzata nie miała racji. MałŜeństwo układało się dobrze, a kiedy rok 
później młodziutka Ŝona Kennetha urodziła bliźnięta, nic juŜ nie brakowało im do szczęścia. 
AŜ tu nagle zdarzyła się tragedia. Kenneth oczyszczał teren za domem i przywaliło go 
drzewo. Zmarł na miejscu. Zrozpaczona Maria starała się jak mogła, by wychować dwójkę 
dzieci. Okazało się, Ŝe jest to ponad jej siły. Nigdy nie była zbyt mocna. Z roku na rok słabła. 
Zaziębiła się, zaczęła kaszleć, nie leczyła się, dostała gruźlicy. Kiedy Maryla odwiedziła ją po 
raz ostatni, z trudem juŜ oddychała. 
Maryla pokręciła głową, jakby chcąc odegnać to wspomnienie. Nie udało się. Znów widziała 
ten ciemny, duszny pokoik. Wychudzona Maria leŜała pod prześcieradłem. Co jakiś czas ręce 
zaciskały się i otwierały, jakby chcąc złapać powietrze. Na podwórzu ktoś śpiewał, Maryla 
nigdy nie dowiedziała się kto. Pewnie któreś z licznych dzieci pani Wig-gins, sąsiadki Marii. 
Wysoki jasny głos przypominał, Ŝe poza murami tego pokoju kwitnie Ŝycie. 
Przez cały czas wizyty Maria wpatrywała się błagalnie w Marylę. Maryla widziała, Ŝe chce 
ona coś powiedzieć, ale słowa więzły jej w gardle, nie miała sił. Maryla bezradnie gładziła 
Marię po ręce. Zapadał zmrok. 
Zastanawiała się, dlaczego śmierć wybrała sobie tę młodą kobietę z dwojgiem małych dzieci. 
Dlaczego nie zabierze zamiast niej Maryli, niepotrzebnej juŜ nikomu starej panny. Walczyła z 
tymi myślami, 
95 
wydawały się jej bluźniercze, ale nie mogła ich od siebie odpędzić. 
Wstała, Ŝeby zapalić lampę, a do pokoju wbiegła dziewczynka i szlochając rzuciła się na 
łóŜko matki. Twarz Marii rozjaśniła się, kobieta połoŜyła na główce małej niemal 
przezroczystą rękę i spojrzała na Marylę. Wydawało się, Ŝe mówi: „Zrób to, o co cię proszę". 
Maryla nachyliła się. 
- Powiedz, o co chodzi, Mario? - wyszeptała. Ale w tym momencie wpadła do pokoju pani 
Wiggins, Ŝeby zabrać małą do łóŜka. Błysk w oczach Marii zgasł. Przymknęła powieki. 
Następnego dnia juŜ nie Ŝyła. 
Maryla nikomu nie zwierzyła się z tego, co czuła owego dnia. Udawała przed samą sobą, Ŝe 
nie wie, czego chciała Maria. Ale w głębi serca dobrze wiedziała. 
Dwukółka turkocząc jechała polnymi dróŜkami, wzbijały się tumany czerwonawego kurzu. 
Maryla siedziała ze skupionym wyrazem twarzy. Nie zdawała sobie sprawy, jak szybko jadą. 
Małgorzata przytrzymywała obiema rękami kapelusz. Mimo bólu chciała się pochwalić nową 
czarną kokardą przy kapeluszu; nie zamierzała jej stracić, nim jeszcze znajdą się na 
cmentarzu. 
- Marylo, czy mogę cię prosić, Ŝebyś jechała wolniej? Strasznie wieje. Osoba w moim stanie 
łatwo moŜe się przeziębić. Maria Keith przeziębiła się, i sama widzisz! 
- Maria Keith umarła na suchoty. To nie ma nic wspólnego z przeziębieniem. 
96 
- Owszem. Galopujące suchoty zaczynają się od przeziębienia. Zawsze mówiłam, Ŝe Maria 
Keith umrze młodo, no i umarła. Te chude dziewczęta są mało odporne. 
- W takim razie, Małgorzato, ty nie masz się czego obawiać. DoŜyjesz późnej starości. 
Małgorzata poczuła się uraŜona. Na jej twarzy znów pojawił się męczeński wyraz. 
- Nie, Marylo... Długo juŜ z tobą nie pobędę. Ten ból zęba to znak niebios. ZbliŜa się mój 
koniec. 
W tym momencie dwukółka skręciła i zobaczyły cmentarz. 
Rozdział trzeci 
Tola i Tadzio Keith stali nad otwartym grobem matki. Kiedy się ma siedem lat, trudno 
zrozumieć, co to takiego śmierć. Matka leŜała na łóŜku. Przyszli ludzie i włoŜyli ją do pudła. 

background image

A teraz wszyscy gładzili dzieci po głowie i mówili, jak bardzo im przykro. Skoro im tak 
przykro, pomyślał Tadzio, to czemu nie oddadzą nam mamy? 
Nigdy dotąd Tadzio nie był przedmiotem takiego zainteresowania nieznajomych dorosłych. 
Wolałby, Ŝeby przestali się nim zajmować i pomyśleli o jego matce. Zachowywali się tak, 
jakby zupełnie o niej zapomnieli. PrzecieŜ na pewno bardzo jej w tym ciasnym pudle 
niewygodnie... A oni, zamiast ją uwolnić, spuścili to pudło do okropnego czarnego dołu. Nie 
mógł tego dłuŜej znieść. 
- Co wy robicie z moją mamą!? Ona się stamtąd 
7 — Przeklęte skrzypce 
97 
nie wydostanie! - wrzasnął biegnąc na sam brzeg grobu. 
Pani Wiggins złapała go i odciągnęła. 
- PrzecieŜ ci mówiłam, dziecko, Ŝe twoja mama poszła do nieba. JuŜ nigdy nie wróci. 
Czy to mogło być prawdą? Tadzio niezbyt ufał pani Wiggins. Obiecywała, Ŝe da mu cukierka, 
jeśli włoŜy te okropne, ciasne, czarne buty. WłoŜył, ale cukierka nie dostał. 
Stojąca obok niego Tola pociągnęła nosem i wzięła go za rękę. Był o pięć minut starszy od 
siostry i czuł się za nią odpowiedzialny. Nikomu nie pozwalał ciągnąć ją za włosy - wolno to 
było robić tylko jemu. Drugą ręką sięgnął do kieszeni, wyjął ich wspólną chusteczkę do nosa i 
podał Toli. Poczuł się lepiej, bo w kieszeni, pod chusteczką, znalazł coś, co moŜe przydać się 
mamie. Jeśli zacznie się nudzić, będzie się tym mogła pobawić, a on przez ten czas znajdzie 
jakiś sposób, Ŝeby ją z tej dziury wydostać. 
Kiedy Maryla spiesznie weszła na cmentarz, zobaczyła dwie samotne małe figurki. Ruszyła w 
ich kierunku. Małgorzata próbowała dotrzymać jej kroku, ale nie patrzyła na sieroty, tylko na 
spuszczaną do grobu trumnę. 
- Coś takiego! Sosnowa trumna! Nie wstyd to w czymś podobnym stanąć przed Obliczem 
Pańskim? 
Maryla nie zwracała na nią uwagi. Przyśpieszyła kroku, podeszła do dzieci, schyliła się i 
objęła je. Tola cicho płakała, ocierając oczy niezbyt czystą chusteczką. 
- No, no, maleńka. Nie płacz. - Maryla starała się 
98 
pocieszyć dziecko, ale Tola, słysząc w jej głosie serdeczność, rozpłakała się jeszcze głośniej. 
Maryla zwróciła się w stronę Tadzia. On jednak wysunął się z jej objęć, podbiegł do grobu, 
wyjął coś z kieszeni i wrzucił do jamy. A to coś wylądowało na trumnie z miękkim „plum". 
- Wielkie nieba! - wrzasnęła pani Wiggins. - Natychmiast wyjmij tę ropuchę z grobu twojej 
matki! 
- Mama nie moŜe zostać sama! Musi mieć coś do zabawy. - Tadzio połoŜył się na brzuszku, 
przechylił nad grobem i pogłaskał ropuchę. 
Maryla podniosła go. 
- Twoja mama jest juŜ w niebie, Tadziu. Tam nie będzie sama. 
Tadzio wybuchnął płaczem. 
- Wszyscy mówią: w niebie, w niebie! Ale ci ludzie wpakowali mamę do ziemi. Sam 
widziałem. Jak się ona ma stamtąd wydostać? Muszę to wiedzieć. 
Nim Maryla zdąŜyła odpowiedzieć, pani Wiggins dała Tadziowi klapsa. Schyliła się i wzięła 
oboje dzieci za rączki. 
- Dosyć się juŜ napyskowałeś. Idziemy. 
- Nie chcę iść do pani - szlochała Tola. - Chcę do domu. Do mamy! 
Maryla z trudem opanowała się i nie podniosła głosu. 
- Chwileczkę, pani Wiggins. Dokąd ich pani zabiera? Mówiono mi, Ŝe weźmie ich wuj z 
Zachodu. 
W oczach pani Wiggins pojawił się błysk pogardy. 

background image

- Ach, ci handlarze! Taki handlarz spóźniłby się 
99 
na własny pogrzeb. Ten ich wuj pisze, Ŝe przyjedzie po dzieci za dwa tygodnie. 
- A pani... czy ich matka prosiła panią, Ŝeby się pani opiekowała nimi do przyjazdu wuja? 
- Prosiła? Ona ledwie dyszała. Ten ich wuj Willy zabierze dzieci, bo jest ich jedynym 
krewnym. 
Maryla juŜ chciała powiedzieć, Ŝe nie jedynym, bo i ona jest przecieŜ kuzynką w trzeciej linii, 
ale ugryzła się w język. I tylko wyszeptała: 
- Proszę pamiętać, pani Wiggins, Ŝe gdyby potrzebna była pani pomoc, to zawsze moŜe pani 
wpaść do mnie na Zielone Wzgórze. 
- Dziękuję ślicznie, panno Cuthbert - odparła pani Wiggins. - Wychowałam własną piątkę, to 
sobie jakoś przez dwa tygodnie z tą dwójką poradzę. Nie po chrześcijańsku by było, gdybym 
jako sąsiadka nie zajęła się tymi sierotami. - Jej twarz nagle złagodniała. - Bardzo lubiłam ich 
biedną mamę. -I oświadczywszy to odmaszerowała w kierunku swego wozu, ciągnąc za sobą 
dzieci. 
- Uff! - wrzasnął Tadzio, którego uwierały cięŜkie buty. - Niech pani tak nie szarpie. 
- Im głośniej będziesz krzyczeć, tym bardziej będę szarpać - odpowiedziała pani Wiggins i 
znów szarpnęła go za rękę. 
Maryla odprowadziła ich wzrokiem. Serce mówiło jej, Ŝeby zabrać dzieci. Coś ją jednak 
powstrzymało. OstroŜność, obawa, brak wiary we własne siły? Nie wiedziała. Odwróciła się i 
spojrzała na mogiłę. Grabarze zasypywali juŜ trumnę. 
- Do widzenia, Mario - szepnęła Maryla. - Niech Bóg ma w opiece twoją duszę. - Wrzuciła do 
grobu 
100 
przyniesioną przez siebie wiązankę polnych kwiatów. Wstała skoro świt, Ŝeby zerwać 
ulubione kwiaty Marii... A teraz waha się, by zrobić to, czego na pewno pragnęłaby Maria. 
Gdyby ta młoda kobieta pojawiła się nagle przed nią, Maryla wstydziłaby się spojrzeć jej w 
oczy. 
Rozdział czwarty 
Małgorzata Linde teŜ nie próŜnowała w ciągu tych paru chwil, kiedy Maryla zajmowała się 
dziećmi. Z początku czuła się uraŜona, Ŝe Maryla pośpieszyła do grobu, nie zwracając na nią 
uwagi. Stała, trzymając się za obolały policzek, i Ŝałowała, Ŝe w ogóle przyjechała z Marylą 
na cmentarz. Ostatecznie Maria Keith nie jest jej kuzynką, tylko Maryli. W rodzinie 
Małgorzaty nikt nigdy nie popełnił takiego nietaktu, Ŝeby młodo umrzeć. Wszyscy cieszyli się 
doskonałym zdrowiem i doŜywali późnej starości. 
No cóŜ, Maryla będzie miała za swoje, jeśli Małgorzata okaŜe się wyjątkiem od tej reguły. 
Maryla stanowczo za mało się z nią liczy. Dziś, zamiast pocieszać zbolałą przyjaciółkę, 
kazała jej się śpieszyć. Hm, pomyślała Małgorzata, śmierć ma swoje dobre strony, wszyscy 
się nad umierającym rozczulają. Weźmy taką Marię Keith. Póki nie umarła, nikt na nią nie 
zwracał uwagi. Oczywiście, ona, Małgorzata, umarłaby z większą godnością i miałaby 
bardziej uroczysty pogrzeb. 
Małgorzata podniosła głowę i rozejrzała się. Ból 
101 
zęba niemal ustąpił. Czuła się znacznie lepiej. I w tym momencie zobaczyła, Ŝe stojący z tyłu 
męŜczyzna wyraźnie chce do niej podejść. Patrzyła, jak kłaniając się i przepraszając toruje 
sobie drogę. Uznała, Ŝe jest dystyngowany. Przez całe Ŝycie nie widziała chyba nikogo aŜ tak 
dystyngowanego, jak ów dŜentelmen. 
Poprawiła kapelusz i czekała. 
- Bardzo szanowną panią przepraszam. Czy jest pani moŜe krewną nieboszczki? 

background image

Stał tuŜ przed nią. W ręku trzymał kapelusz, pasma błyszczących od brylantyny włosów 
przylegały do łysej czaszki. WydłuŜona chuda twarz była blada, jasnobłękitne oczy wyglądały 
na wyblakłe. 
Małgorzata po raz pierwszy od wielu lat zarumieniła się. Tak wiele, wiele lat upłynęło od 
chwili, kiedy jakiś pan zwracał się do niej tak uniŜenie. Zapominając o zachowaniu Maryli, 
zapominając o bólu zęba, uśmiechnęła się. 
- Nie, nie jestem krewną. Jestem przyjaciółką kuzynki nieboszczki, panny Cuthbert. 
Rozmawia teraz z tymi berbeciami. 
Nie odrywał oczu od jej twarzy. Wyciągnął rękę w rękawiczce. 
- Pozwoli szanowna pani, Ŝe się przedstawię. Si-las Drabble, przedsiębiorca pogrzebowy. 
- Miło mi pana poznać, panie Babble - oświadczyła Małgorzata mając nadzieję, Ŝe Maryla 
widzi, jak ona rozmawia z tak eleganckim panem. - Ja nazywam się Małgorzata Linde, jestem 
wdową po Tomaszu Linde. - I miała ochotę zapytać, czy istnieje takŜe pani Babble. 
102 
- Drabble - poprawił ją, uśmiechając się Ŝałobnie. - Mam nadzieję, Ŝe miała juŜ pani czas 
przyjść do siebie po tej smutnej stracie. 
- O, tak - odpowiedziała Ŝywo Małgorzata. -Tomasz umarł wiele lat temu. Od tego czasu 
mieszkam na Zielonym Wzgórzu u panny Cuthbert. 
Tym razem Silas Drabble przestał wpatrywać się w Małgorzatę i spojrzał we wskazanym 
przez nią kierunku. Jego oczy zabłysły, gdy zobaczył Marylę w czarnej, wytwornej 
muślinowej sukni. 
- Ach - westchnął. - Jeszcze jedna dostojna dama. 
Małgorzata skinęła głową. 
- Na tym świecie, łaskawa pani, jedno jest tylko pewne. KaŜdego czeka śmierć. 
- Amen - naboŜnie westchnęła Małgorzata. 
- I kiedy człowiek wkracza w wiek dojrzały, winien się nad tym zastanowić, prawda, 
szanowna pani? 
- Oczywiście, panie Bibble, chciałam powiedzieć, panie Babble. - Małgorzata była tak 
zachwycona manierami swego rozmówcy, Ŝe dość nieuwaŜnie słuchała jego słów. 
- Drabble, pani Linde. Silas Drabble. - W dłoni pana Drabble'a pojawiła się czarno 
obramowana wizytówka. Podał ją Małgorzacie. - Jestem przedstawicielem firmy „Pomniki i 
nagrobki". Pełen asortyment usług: trumny, nagrobki, epitafia. Wszystko w najlepszym guście 
i po umiarkowanych cenach. Jeśli Bóg pozwoli, i pani, i jej przyjaciółka mają przed sobą 
wiele szczęśliwych lat Ŝycia. Ale kiedy zbliŜy się „skrzydla- 
103 
ty rydwan śmierci", proszę mnie natychmiast wezwać. 
Małgorzata wlepiła w niego oczy. Ten człowiek spadł jej z nieba. Nie dawniej niŜ przed 
chwilą zaczęła planować swój pogrzeb, a tu pojawia się ekspert, który doradzi jej, jak będzie 
najbardziej elegancko pojawić się przed obliczem Stwórcy. Z trudem opanowała się, Ŝeby mu 
się nie rzucić na szyję. 
- Ach, panie Dribble - rozpromieniła się. - Tak się cieszę. Zawsze mówiłam, Ŝe jak się juŜ ma 
coś zrobić, trzeba to zrobić dobrze. Jestem z tego znana. I nie mam zamiaru spartaczyć 
własnej śmierci. -Wzięła wizytówkę i zaczęła ją dokładnie studiować. 
Za Małgorzatą pojawił się nagle starzec w towarzystwie syna w średnim wieku. Uroczystość 
juŜ się skończyła, wszyscy wracali do swych wozów. Pan Drabble wyciągnął długą szyję i 
zmierzył ich wzrokiem konesera. Z tej mąki będzie chleb, pomyślał. Ukłonił się nisko pani 
Linde. Jego wargi rozchyliły się w uśmiechu. 
Małgorzata zobaczyła rząd śnieŜnych zębów. Pomna własnych wad uzębienia, uśmiechnęła 
się zamykając szczelnie usta. 
- Do widzenia, pani Linde. I niech pani pamięta, Ŝe do śmierci naleŜy się przygotować. 

background image

Małgorzata znów się rozpromieniła. 
- Zawsze to mówię, panie Piddle. Jeśli się ma juŜ coś zrobić, trzeba... 
Ale pan Drabble zniknął w tłumie, by odszukać najodpowiedniejszego kandydata do 
zrobionej na miarę trumny. 
104 
Rozdział piąty 
- Czuję, Ŝe nadchodzą moje ostatnie chwile... Ten ból... 
JuŜ po raz dziesiąty tego popołudnia Małgorzata zaczęła głośno jęczeć. Kątem oka spojrzała 
na Marylę, ale Maryla zajęta była piciem herbaty; piła juŜ drugą filiŜankę. 
- Tak spuchłam, Ŝe czuję się jak chomik - ciągnęła Małgorzata. - Trzeba spojrzeć prawdzie 
prosto w oczy, Marylo, jak człowiek zaczyna puchnąć, winien zacząć Ŝegnać się ze światem. 
- Nikt jeszcze, Małgorzato, nie umarł od bólu zęba. PrzecieŜ ci mówię, Ŝebyś poszła do 
doktora Blaira i wyrwała sobie ten ząb. 
- Wyrwać? Czyś ty zwariowała? To by jeszcze bardziej bolało... Zresztą McNabowie i 
Linde'owie zawsze umierali nie utraciwszy ani jednego zęba i ja teŜ tak zamierzam zrobić. I 
to wkrótce. Ale chcę się do tego przygotować. Nie tak, jak niektórzy... 
Maryla nie okazała najmniejszego zainteresowania. Nadal popijała herbatę, nie dając się 
sprowokować przyjaciółce. 
Małgorzata wzięła leŜącą na stole czarno obramowaną wizytówkę i zaczęła się w nią 
ostentacyjnie wpatrywać. Dopiero dwa dni upłynęły od pogrzebu Marii Keith, a juŜ wysłała 
do pana Drabble'a list, by podzielić się projektami dotyczącymi swego pogrzebu. Nie 
wspomniała, czemu oczekuje wkrótce śmierci. Wstyd jej było przyznać się do ropiejącego 
zęba męŜczyźnie, którego zdrowe zęby lśniły jak śnieg. Nadmieniła tylko, Ŝe zachorowała i 
obawia 
105 
się, iŜ długo nie poŜyje, i szybko przeszła do rzeczy. Największy nacisk kładła na wygląd 
trumny, zaleŜało jej na opływowym kształcie i pięknym drewnie. Chodziło o to, by trumna 
była godna osoby zajmującej jej pozycję społeczną. Dopiero na samym końcu zaczęła się 
dopytywać o cenę. 
- Zastanawiam się, ile by musiała kosztować dębowa trumna - szepnęła, wpatrując się w 
wizytówkę tak, jakby niewidzialnym atramentem napisano na niej cenę. 
Maryla nie wytrzymała. 
- Małgorzato, podrzyj natychmiast tę wizytówkę. Nie potrzebujesz trumny. 
- Owszem, potrzebuję, ale na pewno nie sosnowej. 
Biedna Maria, musiało jej być w tej lichej trumnie strasznie ciasno. I nie było na co spojrzeć, 
Ŝ

adnych okuć z brązu, Ŝadnych ozdób. 

Maryla podniosła ku niebu oczy. Bała się, Ŝe jeśli Małgorzata nie przestanie wygadywać 
takich bzdur, to ona zacznie krzyczeć. Usłyszała z ulgą, Ŝe jakiś pojazd zatrzymuje się przed 
domem. Wyjrzała przez okno i z radością zobaczyła, jak z dwukółki wysiadają Oliwia i Sara. 
- Kto to? - spytała Małgorzata, chowając się za drzwi. Odkąd jej spuchł policzek, nie zbliŜała 
się do okien. Nie chciała, aby ją ktoś zobaczył. UwaŜała, Ŝe wygląda, jakby trzymała w ustach 
kulę od krokieta. 
- To tylko Oliwia i Sara. Przyjechały, Ŝeby cię sfotografować. 
- Mnie? W tym stanie? Po co? śeby uwiecznić mój ból zęba? 
106 
- Nie ma to nic wspólnego z twoim zębem, Małgorzato. Chodzi o kościelny chór. 
Powiedziałam im, Ŝe to ty go załoŜyłaś. 
- A załoŜyłam. Harowałam jak wół... - Małgorzata nagle umilkła... Jak ma się teraz 
zachować? Oczywiście, Ŝe chciała, aby świat dowiedział się o jej roli w zorganizowaniu 
chóru. Ale czy ma pokazać się światu, gdy wygląda jak ropucha? 

background image

' Po chwili zastanowienia doszła do wniosku, Ŝe za wszelką cenę musi zdobyć rozgłos. NaleŜy 
jej się. A jeśli chodzi o spuchnięty policzek, to moŜe dać się sfotografować z lewego profilu. 
Spojrzawszy na swoją suknię, jęknęła. 
- Nie wpuszczaj ich, Marylo. Nie włoŜyłam gorsetu. 
- To idź na górę i włóŜ! 
-Powinnaś być generałem, Marylo Cuthbert. WciąŜ wszystkim rozkazujesz. -1 nim jeszcze jej 
zirytowana przyjaciółka otworzyła drzwi, Małgorzata była juŜ na górze. 
Maryla serdecznie powitała Oliwię i Sarę. Małgorzata wciąŜ rozprawiała o swojej śmierci i 
trumnach, ona sama martwiła się dziećmi biednej Marii, wobec tego kaŜda rozrywka była 
dobra. Tego ranka, wysłuchując skarg Małgorzaty, upiekła swój słynny placek z jagodami i 
teraz poczęstowała gości. 
Sara z zachwytem wzięła kawałek, Oliwia jednak odmówiła. Oliwia od niedawna pisywała do 
„Kronik" Avonlea i nie czuła się jeszcze pewnie w tej nowej dla siebie roli dziennikarki. 
Zwykle, gdy szła gdzieś przeprowadzać wywiad, towarzyszył jej Jasper Dale, miejscowy 
talent i właściciel pięknego, 
107 
acz kapryśnego aparatu fotograficznego. Choć Jasper był człowiekiem nieśmiałym i pełnym 
rezerwy, dodawał jednak Oliwii otuchy. Niestety, pojechał w interesach do Charlottetown i 
Oliwii bardzo go brakowało. Nie była pewna, czy poradzi sobie z aparatem fotograficznym. 
Nie było łatwo go obsłuŜyć. Wymagał tylu starań i uwagi. Próbując nie okazać paniki, Oliwia 
ustawiła trójnóg z aparatem tuŜ obok pianina - zamierzała sfotografować panią Linde z 
rękami na klawiaturze. 
Sara z zachwytem pochłonęła dwa kawałki placka, nim uprzytomniła sobie, Ŝe Oliwia 
ustawiła juŜ aparat, a teraz przesuwa doniczkę z piękną lilią tak, Ŝeby ją było widać w tle. 
NajwyŜszy czas pomóc ciotce. 
- Słyszałam, Ŝe w tym roku pani Linde ma zaśpiewać na jarmarku kościelnym - powiedziała 
Sara, niechętnie odkładając widelczyk. - Czy pani Linde zawsze śpiewała? 
- Odkąd ją znam - odpowiedziała dumna z przyjaciółki Maryla. - Za młodu miała prześliczny 
głos. Stale proszono ją o występy. Śpiewała takŜe w duecie. <¦ 
- Czy śpiewała kiedyś w duecie z jakimś słynnym śpiewakiem? 
- Nie... Choć owszem - był pewien świetny tenor, pastor, który miał własny chór... 
Maryla przerwała. Na jej twarzy odmalował się niepokój. Dotknęła draŜliwego tematu. 
Powinna uwaŜać. Obawiała się, Ŝe juŜ powiedziała zbyt wiele. 
- Czy to ktoś, kogo znamy? - spytała Sara. 
- Nie, nie. I zresztą wkrótce potem Małgorzata 
108 
wyszła za Tomasza, przestała śpiewać, miała waŜniejsze sprawy na głowie. 
Sara głęboko odetchnęła. To brzmiało romantycznie. 
- Czy chce pani powiedzieć, Ŝe pani Linde zrezygnowała z Ŝycia artystycznego, bo spotkała 
wielką miłość? 
- Hm, tak bym tego nie nazwała. - Maryla nie wiedziała, jak wybrnąć z niezręcznej sytuacji. 
Rozejrzała się bezradnie. Na szczęście zawołała ją Małgorzata. 
- Marylo, mogłabyś tu przyjść? Potrzeba mi twojej pomocy. 
- Panno Cuthbert, czy nie ma pani jakichś pamiątek z tamtych czasów? Programów chóru 
albo moŜe fotografii pani Linde? 
Na górze znów rozległo się niecierpliwe wołanie Małgorzaty. 
- Marylo! Co się z tobą dzieje? Nie mogę znaleźć mojego... no, sama wiesz czego... 
- Bardzo bym była wdzięczna, panno Cuthbert -Oliwia poparła Sarę. - W redakcjach gazet 
mówi się zawsze, Ŝe „jedno zdjęcie warte jest tysiąca słów". 
Maryla przystanęła. Trochę straciła głowę. 

background image

- Małgorzata schowała swoje stare papiery do komórki - powiedziała niepewnym głosem. - 
Ale nie wiem, czy chciałaby, Ŝeby ktoś w nich myszkował. Mogą tam być jakieś listy. 
- Och, panno Cuthbert, my nawet nie spojrzymy na listy - zapewniła Oliwia. - Chodzi nam 
tylko o dokumenty z okresu chóru. MoŜe są tam teksty hymnów, które się wtedy śpiewało. 
No i fotografie. 
109 
- Marylo! Czekam i czekam! 
- No, dobrze. Zajrzyjcie do komórki. Ale poproszę was o dwie rzeczy. Po pierwsze, gdy pani 
Linde zejdzie na dół, udawajcie, Ŝe nie widzicie jej spuchniętego policzka. Od tygodnia bolą 
ją zęby i wybiera się na tamten świat. - Maryla weszła na pierwszy stopień schodów. - 
Dobrze, Małgorzato, juŜ idę. 
- Panno Cuthbert! Maryla zatrzymała się. 
- Tak, Oliwio? 
- A ta druga rzecz? 
- Druga rzecz? 
- Chciała nas pani prosić o dwie rzeczy. 
- Ano, właśnie. Byłabym zapomniała... - Maryla umilkła, szukając odpowiednich słów. - 
Bardzo was, moje drogie, proszę... nie rozgrzebujcie popiołów... -1 wypowiedziawszy to 
tajemnicze zdanie Maryla znikła na schodach. 
Rozdział szósty 
Oliwia i Sara weszły do komórki. Miały szczery zamiar szukać tylko starych zbiorów 
hymnów, zdjęć i nut. Nie chciały wścibiać nosa w prywatne sprawy Małgorzaty. Rzucił im się 
w oczy stary kufer. Na wieku widniały inicjały. „M. McN". 
- No tak, Małgorzata McNab. Tak brzmiało jej panieńskie nazwisko. 
Bez namysłu podniosły wieko. Na stosach listów przewiązanych wstąŜeczkami leŜała 
oprawiona fotografia. Sara wzięła ją do rąk. 
110 
- To pewnie pani Linde za swoich młodych lat. Ojej, jaka ona była śliczna. - Sara ogromnie 
zdziwiła się, widząc panią Linde jako ładną, młodziutką panienkę. Choć miała bujną 
wyobraźnię, trudno jej było uwierzyć, Ŝe ta starsza juŜ kobieta była kiedyś wiotką 
dziewczyną. Bo jeśli przysadzista pani Linde z siwymi włosami, wolem na szyi i krzykliwym 
głosem wyglądała kiedyś tak jak Sara, to znaczy, Ŝe i Sara w przyszłości... Nie, lepiej było o 
tym nie myśleć. 
- Daj mi teŜ zobaczyć - poprosiła Oliwia i sięgnęła po wyblakłą fotografię. 
Z obluzowanej drewnianej ramki wysunęło się zdjęcie, a pod nim było inne, mniejsze. Sara 
wyjęła je. 
- Ojej! - zawołała. - To pewnie Tomasz. Ciociu Oliwio, nigdy mi ciocia nie mówiła, Ŝe był 
taki przystojny. 
- Bo nie był - odpowiedziała Oliwia, marszcząc z namysłem czoło. - Tomasz Linde był 
niskim, brzydkim męŜczyzną, ale za to miał złote serce. 
- A ten pan jest piękny. - Sara oderwała wzrok od fotografii i podała ją ciotce Oliwii. 
- To nie Tomasz - powiedziała powoli Oliwia. -Tomasz nigdy tak nie wyglądał. - Odwróciła 
fotografię. Z tyłu przylepiony był do niej kosmyk ciemnych włosów i błękitna wstąŜeczka. Z 
trudem, ale się dało przeczytać wyblakły napis: „Mojej pięknej Małgorzacie. Kroczy w 
majestacie jak rozgwieŜdŜona noc". I dwie literki: „A.D.". 
Oliwia i Sara wpatrywały się jak zahipnotyzowane w zdjęcie promiennej, dziewczęcej 
Małgorzaty 
111 
oraz dziarskiego młodzieńca. Wyglądał wspaniale, był taki dystyngowany i naprawdę piękny: 
ciemne oczy patrzyły kpiąco spod długich czarnych rzęs. Usta rozchylał szelmowski uśmiech. 

background image

Miał na sobie ciemny garnitur i białą koszulę ze sztywnym kołnierzykiem. Z kieszonki zwisał 
złoty łańcuszek. Mógł być słynnym młodym tenorem, który objeŜdŜał z koncertami świat. 
Mógł być bogiem greckim w przebraniu zwykłego śmiertelnika. Ale w Ŝadnym wypadku nie 
mógł być Tomaszem Linde; tak, Sara była teraz tego zupełnie pewna. 
- Spójrz! - Oliwia zaczęła grzebać w kufrze. Pomna ostrzeŜenia Maryli, nie dotykała listów. 
Ale chyba wolno było obejrzeć ksiąŜki? Wzięła do ręki oprawny w skórę zbiór hymnów. Na 
pierwszej stronie zobaczyła napis „Objazdowy Chór Ewangeliczny". Oliwia ostroŜnie 
przewracała kruche stroniczki. Na czwartej kartce ujrzała zasuszoną czerwoną róŜę. I 
przywiązany do niej kartonik z literami „A.D.". Wokół tych liter ktoś narysował serduszko. 
Oliwia i Sara popatrzyły na siebie znacząco. 
- Ukryta fotografia, przystojny młodzieniec, miłosna dedykacja, serduszko wokół inicjałów 
A.D. i zasuszona róŜa - wyliczyła Sara. - Ciociu Oliwio! Co za pasjonująca zagadka. Kto by 
pomyślał, Ŝe pani Linde mogła mieć kiedyś takie przeŜycia... 
Oliwia zrobiła zmartwioną minę. 
- Maryla ostrzegała nas, by nie odgrzebywać starych spraw. Ale, Saro, to naprawdę 
fantastyczna historia. 
112 
Na górze nieświadoma niczego Maryla pomagała Małgorzacie włoŜyć gorset. Krępa 
przyjaciółka utrudniała jej to. Kręciła się i wierciła, wciąŜ poprawiając włosy. 
- No, Marylo, pośpiesz się - napominała. - Nie mogę im dać tak długo na siebie czekać. 
- Nie ruszaj się i wciągnij mocno brzuch. Gorset sięgał od piersi aŜ po biodra, pełno w nim 
było fiszbinów. NaleŜało go z tyłu zasznurować i wtedy sylwetka nabierała kształtu 
klepsydry. JednakŜe trudno było wtłoczyć w gorset obfite kształty Małgorzaty. Małgorzata 
obiema rękami trzymała się poręczy łóŜka, a Maryla z całych sił ciągnęła za tasiemki. 
- Uf! Szczypie! UwaŜaj! 
- Masz za duŜo tłuszczu - powiedziała przez zaciśnięte zęby Maryla. 
Małgorzata wstrzymując oddech usiłowała wciągnąć brzuch. Ale teraz musiała odetchnąć, by 
zaprotestować. Tasiemka puściła. 
- Marylo Cuthbert, uwaŜasz, Ŝe jestem za tłusta? 
- JuŜ cię prosiłam, Małgorzato, Ŝebyś nie oddychała. Tak, zanadto sobie dogadzasz. Coraz 
trudniej jest wbić cię w tę aparaturę. 
- Bzdury. Mam taką samą figurę jak dwadzieścia lat temu. To raczej tobie pogorszył się 
wzrok. Trudno ci zobaczyć te tasiemki, bo słabo widzisz, a jesteś zbyt próŜna, Ŝeby się do 
tego przyznać. Nie myśl, Ŝe nie zauwaŜyłam. Ciągle mruŜysz oczy. A udajesz, Ŝe nic ci nie 
jest. 
Maryla otworzyła usta, chciała Małgorzatę przekrzyczeć. Ale opanowała się, zawiązała 
tasiemkę 
— Przeklęte skrzypce 
113 
i zeszła na dół, zostawiając przyjaciółkę samą. Małgorzaty nie dałoby się przekrzyczeć, miała 
silniejszy głos. Maryla doszła do wniosku, Ŝe nie będzie się z nią kłócić, i tak ma dosyć 
kłopotów. Zaczeka jeszcze trochę, a jeśli Małgorzata się nie uspokoi, poprosi ją, by z końcem 
miesiąca znalazła sobie inne lokum. 
Oliwia z ulgą stwierdziła, Ŝe seans fotograficzny się udał. Małgorzata wprawdzie z trudem 
oddychała, ale uśmiech nie schodził jej z ust. Usiadła przy fortepianie i posłusznie przybierała 
rozmaite pozy, nalegała tylko, Ŝeby na zdjęciach widniał wyłącznie jej lewy profil. Zapytana 
o swoją rolę w utworzeniu pierwszego chóru w Avonlea, opowiadała długo i szczegółowo, 
umilkła dopiero, gdy Maryla poczęstowała Sarę ostatnim kawałkiem ciasta. Na szczęście Sara 
dostrzegła wzrok pani Linde i grzecznie odmówiła. 
Kiedy Małgorzata pałaszowała ciasto, Oliwia zadała jej ostatnie pytanie. 

background image

- Nic pani, pani Linde, nie wspomniała o Objazdowym Chórze Ewangelicznym. Kogo pani w 
tym chórze znała? Czy śpiewał w nim ktoś o inicjałach A.D.? 
Małgorzata podniosła głowę i chwyciła się za szyję, jakby się dławiła. MoŜe uwięzły jej w 
gardle okruchy ciasta? Oczy załzawiły się, zaczęła kasłać. Maryla pobiegła po szklankę wody. 
Małgorzata zaczęła popijać wodę małymi łyczkami, jakby chciała zyskać na czasie. Sara nie 
potrafiła dłuŜej czekać. 
114 
Podała pani Linde fotografię, którą zabrała z kufra, korzystając z nieuwagi Oliwii. 
- Kim on jest? 
Małgorzata wyglądała tak, jakby miały jej pęknąć wszystkie naczynka krwionośne. Odebrała 
Sarze zdjęcie i zerwała się z krzesła. 
- Jak śmiałaś! - zawołała. I zwróciła się do Maryli. - Marylo Cuthbert, jak mogłaś dopuścić, 
Ŝ

eby one grzebały w moich rzeczach! 

Maryla zawstydziła się. 
- Nie sądziłam, Ŝe zachowałaś to zdjęcie, Małgorzato. Gdybym wiedziała, nigdy bym się nie 
zgodziła, Ŝeby... 
- Zachowałam, no i co z tego? A ty nie miałaś prawa. Pan Bóg raczy wiedzieć, jaki z tego 
będzie pasztet. 
Oliwia spojrzała na Sarę, sygnalizując jej, Ŝe czas zmykać. Zabrały aparat i wyszły do sieni. 
- Panno Cuthbert, proszę się nie fatygować. Do widzenia, pani Linde. Bardzo paniom 
dziękujemy za gościnność. 
Maryla odprowadziła je jednak i zamknęła za nimi drzwi. Kiedy wróciła do saloniku, 
zobaczyła, Ŝe po policzkach Małgorzaty spływają łzy. 
- Marylo, co ja mam zrobić? Pod moim zębem załoŜyły gniazdo szerszenie, a te dziewuszyska 
nie ustaną, dopóki się nie dowiedzą, co łączyło mnie z AmbroŜym! 
Maryla objęła Małgorzatę. 
- Chodź na górę, pomogę ci zdjąć gorset - powiedziała serdecznym tonem. - A potem musisz 
poprosić doktora Blaira, Ŝeby obejrzał ci ten ząb. 
115 
Rozdział siódmy 
Hetty King odłoŜyła miotełkę z piór do wycierania kurzu i spojrzała z namysłem na 
najmłodszą siostrę. 
- Objazdowy Chór Ewangeliczny? A na co ci ta wiadomość? 
Oliwia podrapała się ołówkiem w głowę. 
- To ty o tym coś wiesz? A ja przez całe Ŝycie nigdy nie słyszałam, Ŝeby w Avonlea mówiło 
się o jakichś ewangelicznych śpiewach. 
- Dowodzi to jedynie, Ŝe wbrew temu, co ci się wydaje, nie jesteś wszechwiedząca. 
- Ale dlaczego nigdy o nich nie wspomniałaś? 
- Bo się nie pytałaś. 
Oliwia starała się nie okazać zniecierpliwienia. 
- Ale teraz pytam. Hetty, opowiedz mi o tym chórze. 
Hetty zastanowiła się. 
- To była grupa młodych śpiewaków. 
- Tyle to się domyśliłam, Hetty. 
- Często przyjeŜdŜali do Avonlea. Byli... byli bardzo popularni. Czego jeszcze chcesz się 
dowiedzieć? 
- Wszystkiego. Czy mieli kierownika, dyrygenta? 
-Tak. 
- Jak się nazywał? 

background image

- Jak się nazywał? - Hetty zdjęła z kanapy pyłek i wpatrywała się w niego tak, jakby chciała 
wyczytać listę nazwisk. I obojętnym tonem dorzuciła: -CóŜ, oczywiście, Ŝe pamiętam. To 
było niezwykłe nazwisko. 
116 
- Jak brzmiało? 
Hetty poprawiła włosy. Uśmiechnęła się, nagle odmłodniała. I wyglądała tak, jakby zupełnie 
zapomniała o obecności Oliwii i Sary. 
- Zawsze uwaŜałam, Ŝe jego imię świetnie do niego pasuje... był piękny jak młody bóg... jak 
grecki bóg. Wszystkie panie kręciły się wokół niego jak pszczoły wokół słoika z miodem albo 
nektaru bogów... ambrozji... Tak, AmbroŜy Dinsdale zasługiwał na swoje imię. 
- A.D.! - wykrzyknęła Sara, która do tej pory siedziała cicho na krześle, wpatrując się w 
ciotkę Hetty. - Och, dlaczego pani Linde odebrała mi tę fotografię. Pokazałabym ją cioci. 
- Małgorzata Linde ma fotografię AmbroŜego Dinsdale'a? - Ciotka Hetty jakby obudziła się 
ze snu. Małgorzata Linde. No, no. A przecieŜ była kobietą zamęŜną. Hetty zbladła. Chwilę 
stała nieruchomo, mnąc w ręku delikatną miotełkę. - Nie wiedziałam, Ŝe się tak dobrze znali - 
wyszeptała. -AŜ tak dobrze, Ŝe dał jej swoje zdjęcie - Spojrzała na Oliwię. - Co ci o nim 
mówiła? 
- Nic. Zaczerwieniła się tylko jak burak, kiedy pokazałyśmy jej to zdjęcie i spytałyśmy o 
inicjały A.D. 
- To jej chyba całkiem popsuło smak placka - powiedziała ponuro Sara. - A taką miałam na 
niego ochotę. 
- Czy mówiła wam, Ŝe śpiewała z nim w duecie? Nie, nie stale, ale raz czy dwa. 
- Nie, nic nie mówiła o duecie. Ale coś o tym wspomniała Maryla. Biedna Maryla! - zawołała 
117 
Oliwia. - Małgorzata bardzo ostro ją potraktowała, gdy dowiedziała się, Ŝe ona wpuściła nas 
do komórki. 
- Zupełnie nie mogę pojąć, jak Maryla Cuthbert wytrzymuje z tą kobietą. - Hetty znów 
zabrała się do ścierania kurzu. Kolorowe pióra muskały dostojne tomy stojące na półkach. Ale 
przestała nucić. I nie dotykała grzbietów ksiąŜek, jak to zwykła robić. Sara uwaŜała, Ŝe ciotka 
nie tyle sprawdza, czy są wciąŜ zakurzone, ile po prostu lubi mieć z nimi bliski kontakt. 
Hetty myślami bawiła gdzieś daleko. Kiedy Oliwia spytała ją, czy znała Dinsdale'a, obruszyła 
się. 
- Nie, skąd... to znaczy: czy w ogóle moŜna kogoś znać? Ambro... pan Dinsdale był 
czarującym człowiekiem, miał nienaganne maniery... A ja byłam panną... 
- AleŜ Hetty, Małgorzata wtedy teŜ jeszcze nie wyszła za mąŜ. Była bardzo młoda. I bardzo 
ładna. 
- Ja teŜ byłam ładna. Wiele osób twierdziło, Ŝe duŜo ładniejsza od niej. - Hetty przyłoŜyła 
rękę do piersi, jakby chcąc stłumić emocje. 
- No jasne, Hetty. Byłaś śliczna jak obrazek. Sara przyjrzała się z bliska ciotce Hetty. Co jej 
się 
stało? Trzęsły jej się ręce. Na twarzy pojawiło się rozgoryczenie... trudno było uwierzyć, Ŝe 
kiedyś była tak śliczna, jak to utrzymywała Oliwia. 
- Czy pan Dinsdale miał ładny głos? - spytała nagle Sara. 
Z twarzy ciotki Hetty znikło rozgoryczenie. 
118 
- Śpiewał jak anioł, Saro. Nigdy nie słyszałam bardziej aksamitnego głosu. Ani przedtem, ani 
później. Kiedy się go słuchało, dusza zdawała się ulatywać ku niebu. Człowiek zapominał, Ŝe 
jest zwykłym śmiertelnikiem. 

background image

Oczy ciotki Hetty napełniły się łzami. Odwróciła się w stronę półki z ksiąŜkami i zapalczywie 
zaczęła wycierać kurz. Oliwia wertowała swe notatki i nie zwracała uwagi na dziwne 
zachowanie siostry. 
- Wiesz co, Hetty? - powiedziała z namysłem. -Chyba powinnam napisać artykuł o tym 
Objazdowym Chórze Ewangelicznym. Coś mi się zdaje, Ŝe odegrał waŜną rolę w Ŝyciu 
Avonlea. 
- Tak, tak - zgodziła się zduszonym głosem Hetty. 
- No to zabieram się do dzieła - oświadczyła Oliwia zamykając notes. - PomoŜesz mi, Saro? 
Przepytamy całe miasteczko. 
Sara skinęła głową, ale wciąŜ wpatrywała się w starszą ciotkę. 
- A co ciocia o tym myśli? 
- Czemu nie? - powiedziała ostro Hetty nie odwracając się. - śadnej dziennikarki nie uda się 
powstrzymać, kiedy uwaŜa, Ŝe znalazła temat. I to taki, który wzbudzi zainteresowanie 
wścibskich czytelników - dodała kwaśnym tonem. 
- No to chodź, Saro. - Oliwia wybiegła z pokoju. Sara jeszcze raz spojrzała na ciotkę Hetty. 
WciąŜ 
stała, wpatrując się w ksiąŜki, z miotełką w dłoni. Poczuła chyba wzrok dziewczynki i 
odwróciła się. 
- Dajcie mi znać, czegoście się dowiedziały. 
119 
Rozdział ósmy 
Znów to chrząkanie. Rozgniewana Małgorzata stuknęła piórem w stół i wstała. PrzeŜywała 
męki twórcze, układając następny list do swego przedsiębiorcy pogrzebowego. Pisanie listów 
ź

le wpływało na stan jej ducha. Czuła się podenerwowana i zirytowana, a w dodatku ten ząb. 

Szczęka tak spuchła, Ŝe owinęła ją chustką, którą zawiązała na czubku głowy. Wyglądała jak 
wielka nakręcana zabawka. 
- Jeśli to ten świniak Harrisona zabiera się do moich kwiatów, zrobię z niego kotlety. 
Ś

winia pana Harrisona znana była ze swego zamiłowania do wypraw do cudzych ogrodów. 

Małgorzata i ten świniak od dawna juŜ toczyli boje. 
- Mówiłaś, iŜ tak cię boli ząb, Ŝe nic nie moŜesz przełknąć - zauwaŜyła Maryla, która 
wałkowała ciasto na pieróg. 
- Nie musisz mi przypominać o moim nieszczęściu, Marylo. Wiedz tylko jedno: jeśli nie 
zabije mnie ból, to umrę z głodu. Odkąd zaczął mi dokuczać ten ząb, nie wzięłam nic do ust. 
Maryla mocno ścisnęła wałek do ciasta. CóŜ, jeśli Małgorzata chce wierzyć, Ŝe potrafiłaby 
zagłodzić się na śmierć, to Maryli na pewno nie uda się pozbawić ją tych złudzeń. 
- Lepiej usiądź, skończ list i przestań jęczeć i mówić o śmierci. 
- Będę mówić o śmierci, póki będę Ŝyła, Marylo. I póki Ŝyję, nie dopuszczę, Ŝeby ten 
wieprzek niszczył moje mieczyki. - Małgorzata jako oręŜ chwyciła fartuch i wybiegła z 
kuchni na werandę. 
120 
Maryla z westchnieniem usiadła przy stole i przymknęła oczy: lada chwila z gardła 
Małgorzaty wyrwie się ten straszny wrzask, którym zawsze witała świnię pana Harrisona, a 
ten wrzask Marylę ogłuszał - był jak uderzenie topora. Maryla uniosła umączone ręce, Ŝeby 
zatkać uszy, ale usłyszała, jak Małgorzata przełyka głośno ślinę, jakby chcąc stłumić krzyk. I 
choć zwykle mówiła skrzekliwym głosem, tym razem odezwała się cicho i łagodnie. 
- O! Dzień dobry, panie Guabble. Co za miła niespodzianka. Myślałam, Ŝe w ogrodzie jest 
ś

winia. 

Odpowiedział jej męski głos ociekający ulepkiem. 
- Dzień dobry, pani Linde. Przyjechałem wziąć miarę na pani trumnę. 

background image

Maryla wstała i wyszła na werandę. MęŜczyzna stał z kapeluszem w ręku. Jego twarz była 
równie biała jak koszula. A garnitur czarny jak noc. I nigdy dotąd Maryla nie widziała tak 
pozbawionych koloru oczu. Przyszło jej na myśl, Ŝe wyglądają jak dobrze umyte okna. Gdy 
zobaczył Marylę, w jego oczach pojawił się błysk. Szybko włoŜył kapelusz na głowę i znów 
go zerwał szarmanckim gestem. 
- Silas Drabble, do usług łaskawej pani - ukłonił się. - Pozwoli pani, Ŝe złoŜę jej Ŝyczenia 
miłego dzionka. - Znów się ukłonił. 
Maryla sztywno skinęła głową. Coś ją w tym człowieku draŜniło. A Małgorzata zdawała się 
nie widzieć, Ŝe jest wręcz odpychający. Znikło jej zdenerwowanie. Zapuchnięta twarz 
rozjaśniła się w uśmiechu. 
- Proszę wejść, panie Rabble. Bardzo się cieszę, Ŝe pana widzę. Właśnie miałam do pana 
napisać. 
121 
Pod werandą, wcale nie próbując się ukryć, świnia pana Harrisona chwyciła w ryj 
najpiękniejsze mieczyki Małgorzaty i tylnymi nogami zaparła się w ziemię, aby łatwiej jej 
było wyrwać bezbronne kwiaty. A Małgorzata zdawała się tego nie widzieć. Patrzyła tylko na 
tego swojego przedsiębiorcę pogrzebowego. Wprowadziła go do środka - Maryla musiała 
usunąć się z drogi. Usłyszała, jak juŜ w saloniku Małgorzata mówiła, siadając na ulubionym 
fotelu Maryli: 
- No, do dzieła. Jeśli człowiek chce elegancko odejść, musi wszystko zaplanować. 
Planowanie zabiera czas. A ja juŜ tego czasu duŜo nie mam. 
- CóŜ, droga pani, doświadczenie, którego nabyłem w moim zawodzie, nauczyło mnie, Ŝe 
nigdy nie wiadomo, czy za chwilę nie będzie za późno -oświadczył pan Drabble. - Dlatego 
teŜ, zamiast pani odpisywać, ośmieliłem się pojawić osobiście. 
- Jak to ładnie z pana strony. Proszę się rozgościć. Maryla zaraz poda panu herbatę. 
Maryla aŜ prychnęła. Nie miała zamiaru tracić czasu dla jakiegoś tam pana Drabble'a. 
Pan Drabble jednakŜe nie dawał się odwieść od swojej misji. 
- Nie, pani Linde. Najpierw interes, a dopiero potem przyjemność - oświadczył, wyjmując z 
torby wielki centymetr krawiecki. - MoŜe pani będzie uprzejma wstać. 
Małgorzata zerwała się na nogi i z entuzjazmem pozwoliła się zmierzyć. Z przyjemnością 
patrzyła, jak pan Drabble starannie zapisuje w czarnym notesie jej wymiary, polizawszy 
przedtem ołówek bardzo bladym językiem. 
122 
- Niech pan nie zapomina o Maryli - powiedziała, gdy tylko skończył, bojąc się, Ŝeby jej 
przyjaciółka nie poczuła się pominięta. 
Pan Drabble ostroŜnie zerknął na Marylę. Choć panna Cuthbert była w odpowiednim wieku, 
nic nie wskazywało na to, by zamierzała sprawić sobie trumnę. Stała tyłem i nie zwracała na 
intruza najmniejszej uwagi. Pan Drabble podszedł do niej, trzymając w wyciągniętej ręce 
centymetr. Wyglądał jak hycel, który zamierza schwytać podejrzanego kundla. 
- No, panno Cuthbert - powiedział zachęcającym tonem. - To nie będzie bolało. Zmierzę tylko 
panią wzdłuŜ i wszerz. 
Maryla odwróciła się, wyprostowała i to ona zmierzyła wzrokiem pana Drabble'a. 
- Marylo, bądź rozsądna - powiedziała Małgorzata przymilnym tonem. - Biedny pan Bubble 
przyjechał aŜ z Carmody tylko po to, Ŝeby nas zmierzyć. PrzecieŜ go nie odeślesz z pustymi 
rękami. 
- Na pewno nie. Na pewno nie - wdzięczył się pan Drabble. Wyciągnąwszy ramiona podszedł 
i spróbował zmierzyć Marylę w pasie. Ale ona nie zamierzała się poddać. Podniosła rękę, 
chwyciła centymetr i zręcznie owinęła go wokół kościstych przegubów rąk pana Drabble'a. 
- Będzie pan tak dobry trzymać ręce przy sobie -prychnęła. - Nie dam się zmierzyć. I nie chcę 
trumny. 

background image

Ze skrępowanymi rękami pan Drabble opadł na fotel i usiłował się rozwiązać. Małgorzata z 
dezaprobatą pokręciła głową. Jak 
123 
Maryla śmie tak ostro traktować ich dystyngowanego gościa? Ale wiedziała, Ŝe gdy jej 
przyjaciółka wpadnie w gniew, lepiej dać za wygraną. Spróbowała jednak trochę powalczyć. 
- No, Marylo. PrzecieŜ nie lubisz wyrzucać pieniędzy przez okno. Spójrzmy prawdzie w oczy. 
Wkrótce obu nam będą potrzebne trumny; jeśli teraz kupimy obie razem, zaoszczędzimy 
ładny grosz. 
- Nie zamierzam jeszcze umierać, Małgorzato Linde, i ty teŜ nie! 
Pan Drabble uwolnił ręce, połoŜył na kolanach przepaścistą torbę i zaczął w niej grzebać. 
- Kiedy łaskawa pani będzie juŜ gotowa umrzeć 
- powiedział wyciągając broszurkę - mam dla łaskawej pani model prima. W katalogu numer 
pięćdziesiąt. To chluba naszego zakładu. Ręcznie rzeźbiony dąb. - Jego wyblakłe oczy 
rozświetliły się. - Pięćdziesiąt centów miesięcznie przez pięć lat albo do chwili zgonu, jeśli 
ten nastąpi wcześniej. 
- No widzisz - wtrąciła Małgorzata. - To bardzo tanio jak na solidny dąb. W takiej trumnie, 
Marylo, nie będziesz się musiała wstydzić na własnym pogrzebie. 
Maryla nie raczyła odpowiedzieć. Pan Drabble wziął owo milczenie za dobrą monetę i zaczął 
nalegać. 
- Trumna jest wysłana najcieńszym atłasem -zniŜył głos. - Cudowne, delikatne kolory. 
JasnoŜół-ty, błękitny, bladoróŜowy albo wreszcie... - tu przerwał dla większego efektu -... 
nasz najnowszy kolor 
- cyklamenowy. 
- Cyklamenowy wybieram ja - Małgorzata po- 
124 
czuła zazdrość. Nie bardzo wiedziała, jak wygląda kolor cyklamenowy, ale uznała, Ŝe Maryla 
zbyt długo juŜ zaprząta uwagę pana Drabble'a. - Niech pan to zanotuje, panie Scrabble. A jeśli 
chodzi o mój strój, wszystko juŜ przemyślałam. Do trumny włoŜę herbacianą jedwabną 
suknię z perłowymi guziczkami i koronkowy szal. Oczyściłam najlepsze pantofle. Znajdzie je 
pan na dnie szafy, zawinęłam je w czerwoną flanelę. Gdzie pana ołówek, panie Scribble, 
moŜe powinien pan to sobie zanotować... Dalej - kwestia koni. Myślę, Ŝe do mojego 
karawanu powinno się zaprząc sześć koni. Jak uwaŜasz, Marylo? 
- Małgorzato Linde, ty chyba zwariowałaś? Zamiast nam zawracać głowę pogrzebem, 
powinnaś poprosić doktora Blaira, Ŝeby ci wyrwał ząb. Od razu zaczniesz nowe Ŝycie. 
- Nie, Marylo, nie wpuszczaj do serca zielonookiego potwora*. Zazdrościsz mi, Ŝe mam 
umrzeć pierwsza. A przecieŜ pan Rabble chce wziąć takŜe i twoje wymiary. Marylo! Wróć! 
Co się tej kobiecie stało? 
A Maryla odwróciła się nagle i wybiegła z pokoju. Małgorzata obdarzyła przedsiębiorcę 
pogrzebowego pokornym uśmiechem. 
- Niech pan się nie przejmuje, panie Grovel. Ona nie pogodziła się jeszcze z myślą o swoim 
pogrzebie. I w ogóle od śmierci tej biednej Marii Keith zachowuje się jakoś dziwacznie. 
Pan Drabble ze zrozumieniem przymknął powieki. 
* Cyt. z „Otella" Williama Szekspira 
125 
- Trudno jest pogodzić się ze śmiercią. Ale łatwiej tym, którzy wiedzą, Ŝe spoczną w dębowej 
trumnie. 
- Amen - Małgorzata pochyliła głowę. śadne z nich nie wiedziało, co jeszcze dałoby się 
stosownego powiedzieć. 
Zapanowała cisza i raptem rozległ się pozornie spokojny głos Maryli. 
- Witam, pani Wiggins. Jak miło, Ŝe przywiozła pani z wizytą dzieci. 

background image

Rozdział dziewiąty 
Małgorzata miała rację: od czasu, kiedy Maryla, usłyszała o śmiertelnej chorobie Marii, nie 
zaznała chwili spokoju. Rozmyślała o dzieciach, czuła, Ŝe los ją z nimi zwiąŜe. Starała się tę 
myśl odrzucić. Nie rozmawiała o tym z Małgorzatą ani nie robiła Ŝadnych planów. PoniewaŜ 
Maria o nic jej nie poprosiła, nie zostawiła Ŝadnego listu, Maryla zachowywała się tak, jakby 
ten problem nie istniał. 
Nawet teraz, kiedy pani Wiggins zaczęła coś głośno mówić, a dzieci stały wlepiając w nią 
wzrok, udawała, Ŝe chodzi o zwykłe odwiedziny. 
Nie naleŜy z tego wnioskować, Ŝe Maryla miała nieczułe serce. Została wychowana tak, by 
kierować się zawsze zdrowym rozsądkiem i przed podjęciem decyzji - waŜyć wszystkie za i 
przeciw. Nie powodowała się nigdy nagłym impulsem, choć leŜałoby to w jej naturze. ToteŜ 
od wielu juŜ tygodni walczyła sama z sobą. Instynkt nakazywał jej zająć się dzieć- 
126 
mi; odebrane wychowanie mówiło, Ŝe byłoby to nierozwaŜne, Ŝe nikt jej o nic nie prosił, Ŝe 
jest tylko daleką krewną, jest stara, niezbyt zamoŜna i ma juŜ na Zielonym Wzgórzu 
Małgorzatę Linde. Nic dziwnego, Ŝe irytowała ją Małgorzata z tą swoją manią śmierci. Serce 
walczyło z rozsądkiem i Maryla nie mogła znaleźć sobie miejsca. 
Wcale jej nie zdziwił widok pani Wiggins z dziećmi, ale nie potrafiła wyciągnąć do nich 
ramion, choć nakazywał jej to instynkt. Nie, powinna zachować dystans. Podziękuje pani 
Wiggins za wizytę i da jej do zrozumienia, Ŝe ta wizyta nie potrwa długo. 
Panią Wiggins mało obchodziła rozterka Maryli. Chciała się pozbyć kłopotu. 
- Dość mam tego chłopaczyska! - krzyczała. -Stłukł mój najlepszy półmisek. A dziś rano 
wyrwał pióra z ogona mojego nagrodzonego koguta. 
Tadzio wiercił się niespokojnie. W jednej ręce trzymał sfatygowaną walizkę, w drugiej 
ukochaną Ŝywą ropuchę. Maryla usiłowała na niego nie patrzyć. Bała się, Ŝe ulegnie 
porywowi serca. 
- Bardzo mi przykro słyszeć, Ŝe Tadzio jest niegrzeczny, pani Wiggins - powiedziała 
uprzejmie. -Ale cóŜ ja mam na to poradzić? 
- Jak to co? Mówię pani przecieŜ, Ŝe nie wytrzymam juŜ z nim ani chwili! MoŜe pani z nim 
zrobić, co pani chce. MoŜe go pani zatrzymać albo rzucić na poŜarcie świniom. Ja umywam 
ręce. - I w tym momencie puściła kołnierz Tadzia tak nagle, Ŝe chłopiec upadł. Tola 
natychmiast wybuchnęła płaczem i to trochę zmiękczyło serce pani Wiggins. 
127 
- Tę małą mogę zatrzymać do przyjazdu ich wuja. Ale tego... tego nicponia nie chcę widzieć. 
Pani Wiggins wzięła Tolę za rękę i zaczęła ją ciągnąć w stronę dwukółki. W tym momencie 
Tadzio takŜe zaczął płakać. 
- Niech pani nie zabiera Toli! Mama mówiła, Ŝe mamy się sobą opiekować! - krzyknął. - Nie 
wolno pani nas rozdzielić. 
A Tola zaparła się nóŜkami w ziemię i wołała: 
- Chcę zostać z Tadziem! 
Małgorzata i pan Drabble usłyszeli krzyki i wyszli na werandę. Małgorzata zobaczyła, Ŝe pani 
Wiggins wsiada do dwukółki tylko z jednym dzieckiem, i przeraziła się, Ŝe chłopiec zostanie 
na Zielonym Wzgórzu. Szybko chwyciła Tadzia za rękę i pobiegła z nim za panią Wiggins. 
- Proszę poczekać, pani Wiggins! Zapomniała pani o tym smarkaczu. Pani Wiggins! Pani 
Wiggins! 
- No, no, pani Linde! - zawołał ochrypłym głosem pan Drabble... - Nie wydała mi pani 
jeszcze dyspozycji w sprawie trumny!, 
Maryli wydało się, Ŝe jeśli ten zgiełk natychmiast nie umilknie, gotowa jest zwariować. 
Podniosła głowę i odwróciła się do pana Drabble'a. 

background image

- Panie Drabble - powiedziała i coś w jej tonie sprawiło, Ŝe męŜczyzna natychmiast zamilkł. -
Nikt w tym domu nie zamierza w najbliŜszej przyszłości kupować trumny. śegnam pana. 
Małgorzata puściła Tadzia i wróciła, by wstawić się za swoim wytwornym gościem. Ale juŜ 
było za 
128 
późno. Pan Drabble poddał się, widząc furię Maryli. Wziął torbę, ukłonił się i zniknął. 
- Marylo Cuthbert! - Małgorzata wpadła w gniew. - Czy zdajesz sobie sprawę, Ŝe wraz z tym 
człowiekiem znika moja piękna dębowa trumna wysłana tym - jak mu tam - cyklamenowym 
atłasem? Jak mogłaś mi to zrobić? 
Tadzio, który z zaciekawieniem urodzonego naukowca przyglądał się Małgorzacie, 
zdecydował się odezwać. 
- Proszę pani, co się pani stało? Pani twarz wygląda jak dynia. 
Małgorzata zaczerwieniła się. 
- Marylo, mam nadzieję, Ŝe nie masz zamiaru wziąć do domu tego hultaja - zasyczała. - 
Uprzedzam cię: sieroty są niebezpieczne. Pamiętasz chyba, jak takie dziecko z sierocińca 
wsypało do studni strychninę? Skonało w męczarniach i ono, i ci biedacy, którzy je 
przygarnęli. 
- Poczekaj, Małgorzato, zaraz o tym porozmawiamy - przerwała Maryla. Pani Wiggins 
zbierała się do odjazdu. Za chwilę dwukółka oddali się, uwoŜąc Tolę. Lecz Małgorzatę, kiedy 
juŜ raz zaczęła mówić, trudno było powstrzymać. 
- Tak, wiem - z Anią Shirley wam się powiodło. Ale było to dawno temu i moŜna uznać za 
cud... Dwa razy ci się to nie uda... Marylo... 
Tymczasem Maryla odwróciła się i zaczęła biec. Nie zwaŜając na swój wiek i pozycję 
społeczną, pędziła za dwukółką, jakby od tego, czy ją dogoni, zaleŜało jej Ŝycie. 
9 — Przeklęte skrzypce 
129 
- Pani Wiggins! Pani Wiggins! - wołała wymachując rękami. - Niech pani stanie! 
Pani Wiggins ściągnęła lejce i spojrzała na zarumienioną twarz Maryli. 
- Nie mogę opuścić dzieci Marii - wyjąkała zadyszana Maryla. - Dziękuję pani za uprzejmość, 
pani Wiggins, ale zatrzymam oboje. 
- Jest pani tego pewna, panno Cuthbert? 
- Tak... To znaczy, chcę powiedzieć, Ŝe zatrzymam je, dopóki nie przyjedzie po nie ich wuj 
Willy. 
- Hm... RóŜne bywają gusta - wypowiedziawszy tę sentencję, pani Wiggins dźwignęła 
rozszlochaną Tolę i podała ją Maryli. - Powodzenia! - zawołała popędzając konia. - I niech 
pani nie zapomni, co powiedziałam. Jak ten smarkacz będzie broił, proszę go zamknąć w 
chlewie. 
- Nie zapomnę. I jeszcze raz dziękuję. 
I Maryla, przytulając do siebie Tolę, wróciła, by stawić czoło Małgorzacie. 
Rozdział dziesiąty 
Kiedy dwukółka pani Wiggins zniknęła za zakrętem, Małgorzata zaczęła jęczeć. 
- Marylo, Marylo, czy ty mnie umyślnie tak dręczysz?! Co za pomysł, Ŝeby wpuścić do domu 
taką parę urwisów. Pan Bóg raczy wiedzieć, do czego są oni zdolni! Sama widziałaś, Ŝe pan 
Crabble tylko na nie spojrzał, od razu uciekł. A to taki dystyngowany człowiek!... Czy nie 
przypomina ci drogiego AmbroŜego? 
130 
Maryla milczała. Postawiła Tolę na ziemi i zabrała oboje dzieci pod pompę, Ŝeby umyć im 
buzie. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. MoŜe rzeczywiście zachowała 
się niemądrze. Była zaskoczona własnym czynem. Czy da sobie radę - nawet tylko przez jakiś 
czas - z dwojgiem małych dzieci? Ale czy miała inne wyjście? Nie mogła spokojnie patrzyć, 

background image

jak rozdziela się rodzeństwo, jak zapłakana Tola rozstaje się z jedynym bratem, i to w parę 
dni po pogrzebie matki. Nie, moŜe rzeczywiście jest niemądra, ale lepiej grzeszyć brakiem 
rozsądku niŜ brakiem serca. 
- Spójrz na mnie - rozpaczała Małgorzata. - Lada chwila wezwie mnie do siebie Pan. A ty 
pozwalasz, Ŝebym przez tych smarkaczy straciła trumnę. JuŜ wtedy, gdy wzięłaś do domu 
Anię Shirley, miałam złe przeczucia, a teraz się one na pewno spełnią. 
- To, Ŝe wzięłam Anię, było najmądrzejszą rzeczą, jaką zrobiłam w Ŝyciu - oburzyła się 
Maryla. -Nigdy ani przez moment tego nie Ŝałowałam. Błagam cię, jeśli nie masz mi do 
powiedzenia nic, co mogłoby podnieść mnie na duchu, to lepiej milcz. 
Małgorzata zacisnęła usta, odwróciła się na pięcie i weszła do domu. Zamknęła się w swoim 
pokoju i siedziała tam cicho jak mysz. Maryla zabrała się do przygotowania posiłku. 
Kiedy stół został nakryty, pani Linde zgodziła się łaskawie zjeść coś z Marylą i dziećmi. Nie 
raczyła się jednak odezwać, choć było widać, Ŝe gdy Tadzio zaczął błaznować, bardzo ją to 
denerwowało. 
- O, jaka fajna świnia! - zawołał chłopiec, odwracając się z krzesłem, Ŝeby się przyjrzeć 
wędrującej 
131 
za oknem świni pana Harrisona. - Ciociu Marylo, czy mogę ją wpuścić? Chciałbym ją 
pogłaskać. 
- Co to, to nie - odpowiedziała Maryla, nakładając Toli groszku. - I nie mów do mnie ciociu, 
nie jestem twoją ciocią, mów do mnie panno Cuthbert. 
- Ciągle nie wiem, jak nazwać moją ropuchę -oznajmił Tadzio, kładąc na stole swoją 
ulubienicę. -A poza tym ona takŜe jest bardzo głodna. 
Małgorzata jęknęła. Nienawidziła ropuch jeszcze bardziej niŜ świni. 
- UwaŜaj, chłopcze, ani ropuchy, ani świnie nie są odpowiednim towarzystwem przy stole - 
powiedziała surowo. - Twój wuj Willy teŜ na pewno tak uwaŜa. 
- Akurat! On ma to w nosie - odpowiedział z niewzruszonym spokojem Tadzio. - Jego kot i 
jego pies jedzą razem z nim z tego samego talerza. 
- Tadziu, natychmiast wynieś stąd tę ropuchę -nakazała Maryla. -1 nie mlaskaj. To 
niegrzecznie. 
- Mam taki głód, Ŝe nie mam czasu na grzeczność. Strasznie dawno nie jadłem kurczaka, 
pyszo-ta! - Tadzio zajadał z takim zapałem, Ŝe Maryla nie miała serca upominać go za brak 
manier i błędy językowe. 
Spojrzała na siedzącą grzecznie Tolę. 
- Tolu, moŜe zjesz jeszcze kawałek kurczaka? 
- Nie, dziękuję, panno Cuthbert - odpowiedziała Tola. 
- A ja chętnie sobie dobiorę, dziękuję ci, Marylo - Małgorzata, skoro juŜ raz przerwała 
milczenie, nie zamierzała siedzieć cicho. - Choć dziwnym trafem zapomniałaś mnie 
poczęstować. 
132 
Maryla z trudem opanowała się, by nie wytknąć przyjaciółce, iŜ nie dalej niŜ rano 
utrzymywała, Ŝe nic nie weźmie do ust. Powiedziała tylko: 
- Tadziu, podaj pani Linde kartofle. 
- Dlaczego? Ona juŜ trzy razy dobierała, a ja tylko raz. 
- Rób, co ci kaŜę. 
Tadzio niechętnie podał Małgorzacie półmisek, a ona nałoŜyła sobie kilka kopiastych łyŜek. 
Zaczęła zajadać, chłopiec bacznie ją obserwował. Wreszcie spytał: 
- Pani Linde, dlaczego pani nigdy się nie uśmiecha? 
Małgorzata spiorunowała go wzrokiem. 
- Uśmiecham się, gdy mam do tego powód. Teraz nie mam. 

background image

Przez resztę posiłku Tadzio nad czymś rozmyślał. Tola zjadła wszystko, co miała na talerzu, 
oblizała do czysta nóŜ i widelec, westchnęła z zadowoleniem i odsunęła się od stołu. 
- Dziękuję, panno Cuthbert. Dawno nie jedliśmy kurczaka z kartoflami. Ani deseru. Jak mama 
zachorowała, to pani Wiggins nigdy nie dawała nam deseru. Ludzie mówią, Ŝe nawet 
tonącemu poskąpiłaby liny. Co to znaczy, panno Cuthbert? 
- Powinniście być wdzięczni pani Wiggins, Ŝe się wami w ogóle zajmowała. Bardzo ładnie 
postąpiła, dbając o was podczas choroby waszej biednej mamy. - Maryla spojrzała na Tadzia, 
który zniknął pod obrusem. - Tadziu Keith, albo grzecznie usiądziesz, albo natychmiast 
wstaniesz od stołu. 
Tadzio podniósł zarumienioną buzię. 
133 
- Uciekła mi moja ropucha - powiedział, patrząc konspiracyjnie na panią Linde. 
Małgorzata nie zauwaŜyła jego podejrzanej miny. Siedziała sztywno. Czuła się uraŜona. Jak 
Maryla moŜe skakać koło tych smarkaczy, kiedy jej przyjaciółka kona z bólu! 
- Widzę, Marylo, Ŝe jesteś taka zajęta, iŜ sama muszę zaparzyć sobie imbirową herbatę - 
oświadczyła gniewnie i wstała od stołu, okazując kaŜdym ruchem, Ŝe uwaŜa się za 
męczennicę. Zrobiła krok i upadła. LeŜała pojękując i nie mogła się podnieść. 
Tadzio i Tola wybuchnęli śmiechem. Maryla rzuciła się na pomoc przyjaciółce. Kiedy ją 
podnosiła, zobaczyła, Ŝe sznurowadło buta Małgorzaty jest przywiązane do nogi od stołu. 
- Tadziu Keith! - zawołała Maryla. - Natychmiast przeproś panią Linde. Jak mogłeś coś 
takiego zrobić?! 
- Chciałem ją tylko rozśmieszyć - tłumaczył się Tadzio. - Mówiła, Ŝe nie ma się z czego 
ś

miać. A czy to nie było śmieszne, jak upadła na tyłek? 

- Idź i wyszoruj swój niewyparzony język mydłem! Poza tym pani Linde upadła na twarz i to 
wcale nie było śmieszne. Marsz do łóŜka. 
Brat i siostra, wychodząc, wciąŜ się śmiali. 
Małgorzata patrzyła za nimi groźnym wzrokiem. Wszystko wskazywało na to, Ŝe między nią 
a tymi strasznymi bliźniakami nastąpi zaciekła wojna. Ale Małgorzata zwykła była wygrywać 
bitwy. Szybko pozbędzie się z Zielonego Wzgórza tych małych potworków. I wtedy w ciszy i 
spokoju zaplanuje swój pogrzeb. 
134 
Rozdział jedenasty 
Małgorzata, szykując się do snu, powtarzała w myśli argumenty, które miały przekonać 
Marylę, Ŝe czym prędzej powinna pozbyć się dzieci. 
- śadnych skarg, Ŝadnego utyskiwania - ostrzegała samą siebie, przeglądając się w lustrze 
toaletki. - I nie będę tupać nogami. Muszę odwołać się do zdrowego rozsądku i logiki. I 
poruszyć z miejsca sedno sprawy. Tak jak to opisują w gazetach. 
Małgorzata czytywała bostońskie gazety, rozkoszując się opisami procesów o morderstwo. 
Gdy była sama w kuchni, opierała się łokciami o stół i czytała na głos. Lubiła okrągłe 
sformułowania prawniczego języka. „Wysoki Sąd pozwoli..." -zwracała się do pieca. A potem 
syczała pod adresem czajnika: „sprawca był wówczas w pełni władz umysłowych". 
Teraz w dbałości o cerę wklepywała serwatkę w policzki i powtarzała szeptem słowa, które 
miały przekonać Marylę. - Poświęcenie... obowiązek... Winna to jesteś dzieciom, winna samej 
sobie. - Tak, to był dobry argument. Poczucie obowiązku Maryli było wręcz legendarne. 
Gdyby tylko Małgorzacie udało się ją przekonać, Ŝe jej świętym obowiązkiem jest znaleźć 
kogoś młodszego, kto zaadoptowałby bliźnięta. Ideałem byłaby jakaś bezdzietna młoda para, 
która marzy o dzieciach. Taka para uznałaby Marylę za opatrznościowego anioła. I całą swą 
energię poświęciłaby wychowaniu tych urwisów. -I w ten sposób dzieci wyrosną na 
czcigodnych obywateli - powiedziała głośno w przekonaniu o włas- 
135 

background image

nej słuszności. - Tak, Marylo, powinnaś przede wszystkim myśleć o przyszłości tych 
biednych sierot. Nie bądź samolubna. 
Podniecona Małgorzata ochlapała serwatką chustkę, którą obwiązała twarz. Świeca migotała, 
Małgorzata, stojąc przed lustrem, niewidzącymi oczyma wpatrywała się w swoje odbicie. 
Nawet nie zauwaŜyła, jak dziwacznie wygląda. Ta spuchnięta twarz, czoło i policzki 
ociekające serwatką, bose stopy. Obiema rękami wklepywała Ŝółtawą ciecz w szyję, 
zaciskając wargi, Ŝeby się lepiej skoncentrować. 
W pięć minut później włoŜyła flanelową koszulę nocną i dopadła Marylę na podeście 
schodów. 
- Wielkie nieba! - przeraziła się Maryla, widząc, jak z ciemności wyłania się krępa postać, od 
której zalatuje kwaśnym mlekiem. 
Maryla zamierzała właśnie wejść do dawnej izdebki Ani, w której umieściła Tadzia. 
Zobaczywszy przyjaciółkę, szybko zamknęła juŜ uchylone drzwi. Rozwścieczyło to 
Małgorzatę. Poczuła się tak, jakby Maryla wykluczyła ją ze swego nowego Ŝycia, które miało 
obecnie skoncentrować się wokół dzieci. Zapomniała, Ŝe dosłownie przed paroma minutami 
poprzysięgła sobie ograniczyć się do logicznych argumentów, i z furią wskazała na drzwi 
pokoiku Tadzia. 
- Temu malcowi przydałoby się dobre lanie! -wysyczała. 
- Małgorzato, uspokój się. 
Ale zacietrzewiona, rozgorączkowana Małgorzata nie mogła się opanować. 
- Wpędzisz mnie do grobu, Marylo. Czy nie wi- 
136 
dzisz, co się ze mną dzieje? Nie zmruŜę oka. Ten mały łotr gotów nas wymordować jeszcze 
tej nocy... 
- Ten, jak mówisz, „łotr" ma siedem lat. Zresztą słyszałaś, co powiedziałam pani Wiggins. 
Bliźnięta zostaną u mnie tylko do przyjazdu ich wuja. 
- Chcesz powiedzieć, Ŝe oddasz te dzieci Wil-ly'emu, który pozwala psu jeść z tego samego 
talerza? - Małgorzata juŜ niemal zapomniała, co zamierzała powiedzieć. - Z tego, co 
słyszałam o tym Wil-lym, naleŜy wnioskować, Ŝe Tadzio Keith wrodził się w niego. Nie 
zdziwiłabym się, gdybym zobaczyła, jak to chłopaczysko szczeka do księŜyca. 
Maryla spojrzała na wysmarowane serwatką policzki i spuchniętą szczękę swojej przyjaciółki. 
- No, Małgorzato, idź do łóŜka. Chyba dostałaś od tego zęba gorączki. Jeśli jutro się nim nie 
zajmiesz, ja sama poczynię odpowiednie kroki. 
- Nie zmieniaj tematu! Musisz pozbyć się tych dzieci, słyszysz? Jesteś za stara, Ŝeby koło nich 
skakać. Powinnaś zacząć myśleć o waŜniejszych rzeczach. 
- Chodzi ci o trumny? 
- Owszem. Jeśli się głęboko zastanowić, to śmierć ma dobre strony. Wyobraź sobie, ile 
przykrości zostałoby nam zaoszczędzone, gdybyśmy umarły za młodu. Mnie by nie bolał ten 
wstrętny ząb. Nie odprawiłabyś z kwitkiem mojego uroczego pana Crumble'a. I nie 
miałybyśmy kłopotu z dziećmi. 
- Idź do łóŜka, Małgorzato - powtórzyła Maryla, wzięła przyjaciółkę za łokieć i poprowadziła 
do jej pokoju. - Wyśpisz się i jutro rano zobaczysz wszystko w jaśniejszych barwach. 
137 
-Jeśli doŜyję jutra - mruknęła Małgorzata, ale uległa. 
Maryli udało się połoŜyć dopiero po jedenastej. Tolę ulokowała w swoim pokoju; uwaŜała 
bowiem, Ŝe lepiej będzie rozdzielić bliźniaki. 
Stawiając świeczkę na nocnym stoliku, Maryla przyjrzała się śpiącej dziewczynce. Długie 
rzęsy rzucały cień na policzki. Jedna tłusta rączka leŜała na poduszce, dotykając jasnych 
loczków. Maryli zaparło dech. Tola była taka maleńka, taka krucha... Biedne dziecko, straciło 

background image

juŜ obydwoje rodziców. W tym momencie Tola poruszyła się i otworzyła oczka. Spojrzała na 
Marylę pytającym wzrokiem. Potem z westchnieniem przewróciła się na bok. 
Maryla poczuła się tak, jakby zawiodła dziecko, jakby zapomniała o czymś niezwykle dla 
niego waŜnym. 
- Co ci jest, Tolu? - wyszeptała. - Nie moŜesz spać? 
Maleńka znów odwróciła główkę. I cicho, tak cicho, Ŝe Maryla musiała nachylić się nad nią, 
by usłyszeć, powiedziała: 
- Mamusia zawsze całowała mnie na dobranoc. Maryla poczuła ulgę. Tak, to moŜe zrobić. 
Pocałowała Tolę w czoło. 
- No, śpij. 
Dziewczynka uśmiechnęła się i natychmiast zapadła w głęboki sen. 
Wyczerpana Maryla obmyła twarz zimną wodą i rozczesała włosy. Zdejmowała właśnie 
trzewiki, gdy do pokoju wpadł Tadzio. 
138 
- Cii, Tadziu. Obudzisz siostrzyczkę... Co się stało? - Maryla spostrzegła zapłakaną buzię 
malca. 
- Śniło mi się, Ŝe goni mnie naokoło łóŜka wielki tłusty duch, a zamiast głowy ma tort - 
zaszlochał chłopiec i tak gwałtownie rzucił się w ramiona Maryli, Ŝe mało brakowało, a byłby 
ją przewrócił. 
- Tadziu... PrzecieŜ wiesz, Ŝe nie ma duchów. 
- A jeśli są? Panno Cuthbert, czy mogę dzisiaj spać razem z panią i z Tolą? 
- Nie zmieścimy się we trójkę... No, Tadziu, bądź dzielnym chłopcem i wracaj do łóŜka. 
Tadzio zawahał się. 
- To niełatwo być dzielnym w nocy, panno Cuthbert - wyznał. - Co innego w dzień. 
- Ale musisz iść spać. Przyjdę otulić cię kołderką. 
- Panno Cuthbert... będę dzielny, jeśli pani... 
- No co, Tadziu? 
- Jeśli mnie pani uściska. Maryla objęła chłopca. 
- Nabrałeś odwagi? - spytała po chwili. 
- Tak, tylko... 
- Tylko co? 
- Panno Cuthbert, dlaczego pani Linde mnie nie lubi? Chciałem ją tylko rozśmieszyć, a... 
- A tymczasem pani Linde się przez ciebie potłukła i bolą ją wszystkie kości. 
- Przepraszam. 
- To nie wystarczy, Tadziu. Musisz pomodlić się i poprosić, Ŝeby ci wybaczył Pan Bóg. 
Do oczu Tadzia znów napłynęły łzy. 
- Nie będę rozmawiał z Panem Bogiem - mruknął. 
139 
- Tadziu Keith! Co ty wygadujesz! 
- Pan Bóg nie słucha dzieci. Nikt nie liczy się z dziećmi. 
- Tadziu, skąd ci to przyszło do głowy? To nieprawda. 
- Pan Bóg zabrał sobie moją mamę. A przedtem tatusia. I Tola, i ja zostaliśmy sami. 
Maryla znów objęła Tadzia. 
- Wiem, Tadziu, jak bardzo brak ci mamy. Ale twoja mama ogromnie cierpiała - widziałeś to 
-i Pan Bóg wyzwolił ją od cierpień. 
- Tak. Ona była okropnie chora. Powiedziała mi, Ŝe chce umrzeć i Ŝe nie mam się smucić. Ale 
ja nie mogę się nie smucić, panno Cuthbert. 
- Czy mama ci coś jeszcze powiedziała? 
- śe mam opiekować się Tolą. I o nią dbać. I być grzeczny. Ale jak człowiek jest smutny, to 
mu trudno być grzecznym, panno Cuthbert. A teraz... 

background image

- No co, Tadziu? 
- Teraz pani Linde mnie nienawidzi. Wiem, Ŝe ona mnie nienawidzi. 
- Bzdury pleciesz. Ale, oczywiście, pani Linde polubiłaby cię bardziej, gdybyś był dla niej 
grzeczny. Ona ostatnio nie jest sobą. 
- A kim jest? Panno Cuthbert, muszę to wiedzieć! 
- Tak się tylko mówi, Tadziu. To znaczy, Ŝe źle się czuje. Bardzo ją boli ząb. 
- Oo! A mnie się jeden ząb chwieje. Chce pani zobaczyć? 
- Nie, nie chcę. Chcę zobaczyć, jak idziesz spać. 
- Zaraz pójdę. A dlaczego pani Linde nie wyrwie sobie tego zęba? 
140 
- Nie wiem, Tadziu. Chyba się boi. 
- Czego? 
- śe to będzie jeszcze bardziej bolało. Musisz być dla niej bardzo miły. No, dosyć tej 
rozmowy. Marsz do łóŜka. Chodź, jeszcze raz cię uściskam i juŜ na pewno nie będziesz miał 
złych snów. 
Tadzio uśmiechnął się do Maryli. 
- Panno Cuthbert, pani jest duŜo lepsza od pani Wiggins. Nic nie szkodzi, Ŝe pani jest stara. 
ZałoŜę się, Ŝe nigdy nie dałaby pani chłopcu lania tylko dlatego, Ŝe się kręci. Czy chłopiec nie 
moŜe być tak samo grzeczny biegając, jak siedząc? Panno Cuthbert, muszę to wiedzieć. 
- Tadziu, do łóŜka! 
Tym razem Tadzio posłusznie podreptał do drzwi. Ale przy drzwiach odwrócił się 
przecierając oczy. 
- Nie zapomni pani przyjść i mnie otulić? 
- Nie, Tadziu. 
- Wie pani co, panno Cuthbert? Teraz będę taki grzeczny, Ŝe mnie pani nie pozna. 
- Dobranoc, Tadziu. 
Kiedy w pięć minut później Maryla weszła do izdebki Tadzia, by otulić go kołderką, malec 
juŜ mocno spał. 
Rozdział dwunasty 
Następnego dnia po południu Maryla stała nachylona nad balią. Prała na tarze brudne ubranka 
dzieci. Nagle usłyszała przeraźliwy krzyk Małgorzaty, która po sekundzie wbiegła do kuchni 
wymachując gazetą. 
141 
- Spójrz no tylko! - wołała, wtykając „Kronikę" pod nos oszołomionej Maryli. - Oliwię King 
naleŜałoby powiesić! 
- Wiesz przecieŜ, Ŝe bez okularów nie mogę przeczytać słowa. O co chodzi? 
- O AmbroŜego Dinsdale'a. Chodzi o AmbroŜego. Oliwia King wysmaŜyła o nim cały 
artykuł. Teraz wszyscy będą o nim mówić. - Małgorzata wskazała palcem tytuł. - To twoja 
wina, Marylo. Zabrałabym do grobu moje złamane serce, a teraz na pewno zaczną się plotki. 
- Mówiłam ci sto razy, Małgorzato, Ŝe nie sądziłam, iŜ przechowujesz jego zdjęcie. Gdyby nie 
to zdjęcie, Oliwia nie zaczęłaby się nim interesować. 
- A niby dlaczego nie miałabym zachować tego zdjęcia na pamiątkę? Gdybyś mnie nie 
zmusiła, Ŝebym wyszła za Tomasza Linde, byłabym dzisiaj panią Dinsdale. Zawsze myślałam 
o AmbroŜym. I ominęło mnie szczęście. 
Małgorzata wyciągnęła z rękawa olbrzymią chustkę do nosa. Jej zwykle starannie uczesane 
włosy opadały kosmykami na zaczerwienioną twarz. 
Maryla podziękowała w duchu Bogu, Ŝe umówiła się z doktorem Blairem, który zgodził się 
jeszcze tego popołudnia obejrzeć ząb Małgorzaty. Jej przyjaciółka nigdy nie była łatwa we 
współŜyciu, ale nawet święty straciłby cierpliwość, mając do czynienia z Małgorzatą, którą 

background image

boli ząb. Wiedząc jednak, Ŝe to się juŜ niedługo skończy, Maryla opanowała 
zniecierpliwienie. 
- Mówisz tak, jakbym ci kazała wyjść za Tomasza. Prosiłaś mnie o radę, no to powiedziałam 
ci, co 
142 
myślę. Ale decyzję powzięłaś sama. A Tomasz cię wprost uwielbiał. - Nie dodała, Ŝe uwaŜała 
to za lekką przesadę. W oczach Małgorzaty pojawiły się łzy. 
- Nikt nie kochał mnie tak, jak AmbroŜy Dins-dale. Nie powinnam była cię słuchać... IleŜ to 
nocy przepłakałam, rozmyślając o AmbroŜym! 
- Małgorzato, jesteś niemądra. 
Pewnie doszłoby do kłótni, gdyby z góry nie dobiegł odgłos tłukącego się szkła. 
Tadzio czekał, aŜ na schodach rozlegną się kroki. 
Wiedział, Ŝe to, co zrobi, będzie go bolało, ale się nie bał, zanadto był pochłonięty swymi 
planami. Czy aby wszystko dobrze obmyślił? Jaki właściwie będzie ten ból? I najwaŜniejsze - 
czy pani Linde go polubi? Usiadł na brzegu łóŜka. U jego stóp leŜało stłuczone lusterko. 
Zmartwił się, gdy się stłukło, chciał je tylko lekko strącić na ziemię. Było bardzo ładne. Miał 
nadzieję, Ŝe panna Cuthbert nie weźmie mu tego za złe. Ostatecznie chodziło o waŜne 
przedsięwzięcie. 
Usłyszał za drzwiami głos Małgorzaty. 
- Mogłyśmy się od razu domyślić. To na pewno ten mały łotr znów coś zbroił. 
Drzwi otworzyły się i Tadzio poczuł ostry ból w dziąśle. Napłynęła mu do ust krew. Miała 
słony smak. 
- Tadziu Keith! - zawołała Maryla, która zdąŜyła zobaczyć, jak z ust chłopca wyskakuje ząb 
przywiązany nitką do klamki drzwi. 
Tadzio z radosnym okrzykiem zerwał się z łóŜka. 
143 
Chwycił dyndający na nitce ząb i triumfalnie podał go pani Linde. 
- To prezent dla pani! - zawołał, a z ust popłynął mu strumyczek krwi. - Panna Maryla 
powiedziała mi, Ŝe pani się boi wyrwać ząb. No to chciałem, Ŝeby pani zobaczyła, Ŝe to wcale 
nie takie okropne. -Podał Małgorzacie zakrwawiony ząb. Wzdrygnęła się z obrzydzenia. 
- Za nic tego nie dotknę - oburzyła się. 
- AleŜ, Małgorzato, to tylko ząb. Tadzio chciał ci zrobić przyjemność. 
- Przyjemność! Ładna mi przyjemność. Spójrz na to lusterko na podłodze. Czeka nas siedem 
lat nieszczęść. 
- Małgorzato, nie ucz dzieci takich zabobonów -upomniała przyjaciółkę Maryla, przyglądając 
się z przykrością rozbitemu lusterku. Było to ulubione lusterko Ani. - CóŜ, skoro się juŜ 
przypadkiem stłukło, musimy zamieść szkło. 
- To nie był przypadek, panno Marylo - sprostował Tadzio. - Zrobiłem to umyślnie, Ŝebyście 
weszły na górę, otworzyły drzwi i wyrwały mi ząb. No i udało się! - oznajmił z 
zadowoleniem. Czuł się jak naukowiec, którego teoria została potwierdzona doświadczeniem. 
Małgorzata znów zmierzyła go wzrokiem. 
- To dziecko nie ma sumienia! Tadzio nadstawił ucha. 
- Co to takiego sumienie? Panno Marylo, muszę to wiedzieć! 
Maryla zaczęła się zastanawiać. Nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć, uwaŜała, Ŝe z tym 
proble- 
144 
mem najlepiej poradziłby sobie jakiś znawca teologii. PoniewaŜ jednak nie było kogoś 
takiego w pobliŜu, spróbowała swych sił. 
- Sumienie, Tadziu, mieści się tutaj - wskazała na serce. Zawsze uwaŜała, Ŝe to w sercu 
znajduje się dusza. 

background image

Tadzio wpatrywał się w pannę Cuthbert z zaciekawieniem. 
- Gdzie? Nic nie widzę. 
- To tak jak z Bogiem, Tadziu. Pana Boga takŜe nie widzisz. Sumienie mówi ci, kiedy 
zrobiłeś coś złego. 
- No to dlaczego sumienie pozwala mi zrobić coś złego? Powinno mi powiedzieć przedtem. 
- I mówi - tylko trzeba się dobrze wsłuchać. 
- Marylo, szkoda twojej fatygi. Od razu widać, Ŝe z tego małego nic nie będzie. 
Tadzio nachylił się, próbując przytknąć ucho do swojej piersi. Z zasmuconą miną podniósł 
głowę. 
- Nic nie słyszę. Chyba zgubiłem gdzieś to sumienie. 
Małgorzata westchnęła. Ząb bolał ją bardziej niŜ zazwyczaj. Zaczęła marzyć o filiŜance 
herbaty. 
- Chodźmy na dół, Marylo - zaproponowała. -Musimy pogadać. Mam z tobą na pieńku. 
Normalnie Tadzio chciałby się dowiedzieć, co Małgorzata ma na pieńku. Ale w tej chwili był 
zbyt zajęty swoim wyrwanym zębem. Nagle coś mu przyszło do głowy. 
- A co, jak takie sumienie się obsunie i wpadnie do Ŝołądka? Co wtedy? - ruszył w kierunku 
drzwi. 
- Dokąd to? - spytała Małgorzata, chwytając go za ramię. 
10 — Przeklęte skrzypce 
145 
- Lecę do wychodka, pani Linde, Ŝeby poszukać sumienia. Pewnie je tam zgubiłem. 
- Tadziu Keith, jeśli pójdziesz do ubikacji, dostaniesz lanie. 
- A co, jak nie odnajdę tego sumienia? Nigdy nie będę dobrym chłopcem. A jeśli nie będę 
dobrym chłopcem, to mnie pani nie polubi. 
Piwne oczka z niepokojem spoglądały na Małgorzatę. Tadzio wciąŜ trzymał w brudnej rączce 
nieszczęsny ząb. Małgorzata przypomniała sobie, z jaką radością do niej podbiegł, by 
wręczyć jej prezent. Gniew opuścił ją całkowicie. Zawstydziła się. Puściła Tadzia. 
- No dobrze, idź, gdzie chcesz. Ale Ŝebyś mi szybko wrócił. 
Rozdział trzynasty 
Maryla zeszła na dół, by skończyć pranie. Wkrótce miała nadejść Oliwia z Sarą i Maryla 
chciała przed ich przyjściem dokończyć porządki. Więc choć włoŜyła okulary, nie miała 
czasu przeczytać porządnie artykułu Oliwii, przejrzała go tylko. Nie znalazła w nim jednak 
nic, co by usprawiedliwiało gniew Małgorzaty. 
Wyjrzała przez okno i zobaczyła siedzącą na trawie Tolę zajętą rozmową z kociakiem 
Harrisona. Nigdzie śladu Tadzia. Wzięła kosz z praniem i podeszła do sznura na bieliznę. 
Zerwał się wiatr, rozkołysały się gałązki jabłoni. Pomyślała, Ŝe pranie prędko wyschnie. 
Radowała się kaŜdą chwilą spę- 
146 
dzoną poza domem - nareszcie nie musi wysłuchiwać skarg Małgorzaty. Ale nie upłynęło 
pięć minut, gdy rozległy się znajome kroki. 
- Ach, ten artykuł! Co ja mam zrobić? Jestem tak wściekła na Oliwię King, Ŝe mogłabym ją 
zabić. - Małgorzata wzięła z kosza ręcznik i potrząsnęła nim gwałtownie. Krople wody zrosiły 
Maryli twarz. 
Maryla westchnęła. Lada chwila pojawi się Oliwia z Sarą i będzie mogła zabrać Małgorzatę 
do gabinetu doktora Blaira. Małgorzata nic jeszcze o tym nie wiedziała. Powie jej w ostatniej 
chwili, po co draŜnić ją przedwcześnie. Na samą myśl o tym, Ŝe w końcu będzie musiała ją o 
swoich planach zawiadomić, Maryli zaczęło szybciej bić serce. Nie okazała jednak paniki, 
wzięła prześcieradło i powiesiła je na sznurze. 
- Nie denerwuj się, Małgorzato. Oliwia nie wymieniła twego nazwiska. Pisze tylko o 
Ewangelicznym Chórze AmbroŜego Dinsdale'a. A ten chór był w swoim czasie bardzo znany. 

background image

Małgorzata prychnęła pogardliwie. Sama nie bardzo wiedziała, dlaczego jest taka zła. To 
prawda, Ŝe Oliwia nie wspomniała o niej, pisząc o AmbroŜym Dinsdale'u. Niby powinna się 
cieszyć, a jest wściekła. Zamknęła oczy i zaczęła głęboko oddychać, próbując się uspokoić. 
Maryla sięgnęła do kosza z bielizną i wyjęła gorset Małgorzaty. Powiesiła go właśnie na 
sznurze, gdy pojawił się umazany błotem Tadzio. 
Tadzio w drodze do ubikacji trafił nad stawek. Przyszło mu nagle na myśl, Ŝe mógłby 
zbudować ta- 
147 
mę. Pracował niczym wytrawny bóbr. Chlapał się w wodzie i zbierał kamienie. Gdy zabrakło 
ich przy brzegu, poszedł w kierunku skalnego ogródka Maryli. No i zobaczył na sznurze nie 
znaną sobie część garderoby, róŜową i bardzo obszerną. 
- Co to? - spytał. 
- To coś w rodzaju bandaŜa dla grubasów - odpowiedziała Maryla i lekko się uśmiechnęła, 
patrząc na Małgorzatę. 
- A na co grubasom taki bandaŜ? - Tadzio tak się zainteresował, Ŝe zapomniał o tamie. 
- Nie dotykaj mojego gorsetu! - krzyknęła Małgorzata. 
- Chcę mu się tylko dobrze przyjrzeć - wyjaśnił Tadzio, przyglądając się owemu róŜowemu 
workowi, z którego zwisały tasiemki. - Więc na co to jest? 
- Gorset nosi się po to, Ŝeby znikał tłuszcz -oświadczyła Maryla mając nadzieję, Ŝe 
Małgorzata się uśmiechnie. 
- A gdzie ten tłuszcz znika? - w Tadziu znów obudziła się dusza naukowca. 
- Hm... No cóŜ... To są czary. Puff! - i tłuszczu nie ma. 
- Puff? - z niedowierzaniem powtórzył chłopiec. 
- Puff, Tadziu: PUFF! PUFF! 
- I ty śmiałaś mi powiedzieć, Ŝebym nie opowiadała dzieciom bzdur? - oburzyła się 
Małgorzata. -CóŜ, nie kaŜdy dba o swój wygląd. Ja dbam i noszę gorset. Jeśli chcesz 
wiedzieć... 
Ale nikt nie zdąŜył się dowiedzieć, bo na werandzie pojawiła się Oliwia z Sarą. Twarz Maryli 
roz- 
148 
jaśniła się. Kobieta rozwiesiła pośpiesznie resztę bielizny i podbiegła do gości. Małgorzata 
była jednak szybsza. Stała juŜ tam i machała palcem tuŜ przed nosem Oliwii. 
- śądam sprostowania! - wołała ochrypłym głosem. 
Uśmiech Oliwii zniknął. 
- Sprostowania, pani Linde? PrzecieŜ wcale nie wymieniłam pani nazwiska. 
- Nie, nie wymieniłaś. To brzydko... chcę powiedzieć, Ŝe... No, niewaŜne. Ale wymieniłaś 
nazwisko AmbroŜego... I zaraz zaczną się plotki. śądam, Ŝebyś oczyściła moje nazwisko. I to 
juŜ! Zrozumiałaś? 
Oliwia i Sara patrzyły na panią Linde z otwartymi ustami. CzyŜby postradała zmysły? 
Stojąca za Małgorzatą Maryla dawała dziewczętom rozpaczliwe znaki. 
- Ona nie jest sobą - powiedziała szeptem i chwyciła się za własny policzek, Ŝeby 
przypomnieć gościom o bolesnej dolegliwości Małgorzaty. 
Oliwia ze zrozumieniem skinęła głową. 
- Nie przyszłyśmy tu w sprawie artykułu pani Linde. Przyszłyśmy w sprawie lekarza. 
- Lekarza? Jakiego lekarza? O czym ty mówisz? Czy napisałaś teŜ coś o jakimś lekarzu? 
Maryla wiedziała, Ŝe musi w końcu zabrać głos. Była przygotowana na najgorsze. Ujęła 
Małgorzatę za rękę. 
- Małgorzato, mam nadzieję, Ŝe nie weźmiesz mi tego za złe... Ale tak byłam o ciebie 
niespokojna, Ŝe dziś rano pobiegłam do doktora Blaira i on zgodził 
149 

background image

się nas przyjąć. A potem wstąpiłam do RóŜanego Dworku i poprosiłam Sarę, Ŝeby podczas 
naszej nieobecności zajęła się dziećmi. Małgorzata wyrwała rękę. Spurpurowiała. 
- Jak śmiałaś?! - zawołała. - Chcesz mną rządzić, tak? Nic z tego! Nie ruszą mnie stąd nawet 
dzikie konie! Koniec kropka! - Wbiegła do domu i zatrzasnęła za sobą drzwi. 
- Zaczekajcie chwilę - poprosiła Maryla. - Spróbuję to jakoś załatwić. 
Sara popatrzyła na Oliwię. 
- To pewnie potrwa, ciociu Oliwio, moŜe przez ten czas pobawię się z bliźniakami. Chcę się z 
nimi lepiej poznać. 
- Świetnie. A ja na wszelki wypadek zaprzęgnę konia do dwukółki. 
Na dworze świeciło słońce, w saloniku panował półmrok. Maryla z trudem dojrzała, Ŝe 
Małgorzata siedzi przy oknie w fotelu na biegunach. 
- Słuchaj, Małgorzato - powiedziała łagodnym tonem. - Ten ząb zatruwa cały twój organizm. 
Jeśli go nie wyrwiesz, moŜe się to smutno skończyć. 
- I dobrze! - prychnęła Małgorzata. - Lepiej, Ŝebym umarła. Przynajmniej nikt mi nie będzie 
przypominał o AmbroŜym. Nie będę musiała myśleć o szczęściu, którego się wyrzekłam. 
- Hm... niewykluczone. Ale przecieŜ nie moŜesz umrzeć, dopóki nie zamówisz sobie 
odpowiedniej trumny. ZaleŜy ci na wytwornym pogrzebie, prawda? 
- A czyja to wina, Ŝe dotąd nie zamówiłam? 
- Moja. Bardzo mi przykro. Nie powinnam była 
150 
odprawić pana Drabble'a, póki z nim wszystkiego nie ustaliłaś. Ale wynagrodzę ci to, 
Małgorzato. Jeśli pojedziesz ze mną do doktora Blaira, a potem dalej będziesz chciała sprawić 
sobie trumnę, sama do niego napiszę i poproszę, Ŝeby wpadł. - Maryla przełknęła głośno 
ś

linę. - I obiecuję, Ŝe obstaluję trumnę takŜe i dla siebie. Małgorzata wyprostowała się. 

- Naprawdę? -Tak. 
Małgorzata wyjęła chusteczkę i głośno wytarła nos. Maryla uznała to za zgodę i poszła po 
płaszcz i kapelusz przyjciółki. Potem wzięła ją pod ramię i zaprowadziła do dwukółki, w 
której czekała Oliwia. Odjechały. 
Milczącemu odjazdowi przyglądały się dzieci. 
- Biedna pani Linde - powiedział Tadzio. -Strasznie jest ponura. A to wszystko moja wina. 
- Dlaczego, Tadziu? - spytała Sara. 
Poczuła sympatię do pucołowatego malca, który nieustannie zadawał pytania. 
- Wyrwałem sobie ząb, Ŝeby zobaczyła, Ŝe to nie boli aŜ tak bardzo. Ale mi nie uwierzyła. 
- MoŜe uwierzy doktorowi Blairowi... Co chcesz, Tolu? - Sara zwróciła się do dziewczynki, 
która ciągnęła ją za rękaw. 
- Chcę ci pokazać kicię - szepnęła Tola, biorąc za rękę Sarę i prowadząc ją do stodoły. 
Tadzio poszedł za nimi, kopiąc kamyki. 
- Chciałbym wymyślić coś, Ŝeby pani Linde mnie polubiła. 
757 
Rozdział czternasty 
Przez wysoko umieszczone okienko w stodole wpadały promienie słońca. W potokach światła 
mienił się tęczowo pył. Sara wciągnęła w płuca ciepłe aromatyczne powietrze. 
- W stodole czuję się zawsze jak w kościele -oznajmiła. - Panuje tu cudowny spokój. Zaraz 
zaczynam myśleć o niebie. 
- Pani Wiggins mówiła, Ŝe nasza mama jest w niebie - dorzuciła Tola, która odnalazła kociaka 
i chwyciła go za tylne łapki. 
- Saro, a gdzie jest niebo? - spytał Tadzio marszcząc nosek. - Saro, muszę to wiedzieć. 
Dziewczynka zastanawiała się przez chwilę. 
- Nie jestem pewna. Dawniej myślałam, Ŝe jest tam - wskazała w górę. 
- Tam? - powtórzyła Tola, podnosząc kociaka za łapy. 

background image

- Wszyscy dobrzy ludzie idą do nieba - odpowiedziała Sara i oswobodziła miauczącego kotka. 
- Wasza mama teŜ tam na pewno jest. 
- Ale jak się tam dostała? - Tadzio podrapał się w głowę i połoŜył na sianie. - Mamusię 
wpakowali do dołu w ziemi, sam widziałem. To chyba nie mogła stamtąd wyleźć. Jak 
wieczorem wchodziła po schodach, Ŝeby nas ucałować na dobranoc, to sapała i sapała. A 
przecieŜ to niebo jest jeszcze wyŜej. 
- MoŜe wasza mama weszła po tęczy, a potem poŜyczyła od aniołów skrzydła. 
- A gdzie ci aniołowie są? Chciałbym mieć takie 
152 
skrzydła... Saro, muszę to wiedzieć. Zaraz bym poleciał do nieba i poprosił mamusię, Ŝeby 
wróciła. 
Sara spojrzała na chłopca. Jego smutny głosik przypomniał jej, co przeŜywała, gdy umarła jej 
matka. Była wówczas duŜo młodsza od Tadzia, ale wciąŜ pamiętała tę straszną pustkę w 
sercu, choć później przeŜyła jeszcze straszniejszą śmierć ojca. 
- Ja teŜ o tym marzyłam po śmierci mojej matki - powiedziała cicho. - Z początku byłam 
pewna, Ŝe jeśli się do tego dobrze przyłoŜę, to potrafię ją odnaleźć. Szukałam i szukałam, i co 
wieczór płakałam idąc spać. Bo uwaŜałam, Ŝe ona gdzieś na mnie czeka. 
Na buzi Tadzia odmalowała się ulga; oto jest jeszcze ktoś, kto nie potrafi poradzić sobie z 
zagadką śmierci. Ale jednocześnie współczucie w głosie Sary przyprawiło go o łzy. 
- Chciałbym, Ŝeby mamusia wróciła - powiedział cicho łamiącym się głosikiem - Ŝeby 
wszystko było tak, jak przed jej chorobą. 
- To niemoŜliwe, Tadziu. Co się stało, juŜ się nie odstanie. 
Łzy potoczyły się po pucołowatych policzkach. 
- Dlaczego? Dlaczego mamusia nie moŜe wrócić? 
- Tadziu, twoja mama umarła. Ale to nie znaczy, Ŝe cię opuściła. 
-Nie? 
- śyje w twoim serduszku. I choć jej nie widzisz, moŜesz z nią rozmawiać. Ja teŜ rozmawiam 
z moją mamą. 
753 
Tadzio otarł rękawem mokre policzki. Zamyślił się. 
- Tak jak z sumieniem? 
- Owszem. Ale to są duŜo przyjemniejsze rozmowy. 
- Powiedz, Saro, gdzie się to moje sumienie mogło podziać. Wszędzie go szukam. Upuściłem 
je czy co? 
W tym momencie kociak postanowił odzyskać swobodę ruchów. Wyrwał się z ramion Sary. 
Za nim pognała zrozpaczona Tola. Potknęła się o drabinę i upadła. Sara podniosła ją, a potem 
zwróciła się do Tadzia, który siedział po turecku na sianie. 
- Nie, Tadziu, sumienia nie da się „upuścić". 
- Jak znajdę to cholerne sumienie, będę mógł być dobrym chłopcem i pani Linde mnie polubi, 
i panna Maryla nas tu zatrzyma. 
- Tadziu, nie uŜywaj takich słów... Więc Maryla nie ma zamiaru was zatrzymać? - Sara 
zmartwiła się. 
- Nie. Odeśle nas do wuja Willy'ego. Saro, widziałaś kiedy psa wuja? Jak myślisz, czy psy" 
takŜe mają sumienie? I gdzie ono w nich siedzi, Saro? Muszę to wiedzieć! 
- Wiesz co, źle się myśli o pustym Ŝołądku. - Sara otworzyła drzwi stodoły. - Pójdziemy do 
spiŜarni, ukroimy sobie parę kawałków placka Maryli i zjemy na werandzie przyglądając się, 
jak słońce kładzie się spać. No, zobaczymy, kto będzie pierwszy! - I Sara pobiegła przez 
podwórko. Za nią pośpieszyła Tola. 
Tadzio wstał, wciąŜ zaprzątnięty myślą o sumie- 
154 

background image

niu. Kiedy wyszedł ze stodoły, zobaczył, Ŝe świnia pana Harrisona radośnie zmierza do 
sadzawki. Nagle przyszło mu coś na myśl, coś wręcz genialnie prostego. 
- Tolu! Zaczekaj! - wrzasnął. 
Tola zatrzymała się na stopniach werandy. Sara zniknęła juŜ w domu. 
- Czego chcesz?... Gdzie ty idziesz? - Dziewczynka usiadła na schodku i przyglądała się 
bratu. A on na czubkach palców skradał się do sznura z bielizną, jakby schował się tam dziki 
zwierz. 
- Mam pomysł, Tolu. - Chłopiec mówił cicho, nie chciał widać, by usłyszał go sznur z 
bielizną. -Pani Linde musi mnie polubić. A pani Linde nie cierpi świni, rozumiesz? 
Tola nie rozumiała. Czekała cierpliwie, aŜ brat ją oświeci. I przyglądała się świni pana 
Harrisona, która z mokrym ryjem oddalała się od sadzawki. Tymczasem Tadzio złapał za 
wolny koniec sznura i stanął pod róŜowym gorsetem pani Linde. 
Błysk w jego oczach zaniepokoił Tolę. 
- Co ty chcesz zrobić, Tadziu? - spytała z trwogą. 
- Chcę, Ŝeby ta tłusta świnia znikła! Zaraz zobaczysz. PUFF - i juŜ jej nie będzie. - Tadzio 
podskoczył i chwycił gorset. Gorset był cięŜszy i sztywniej-szy, niŜ chłopiec myślał, ale łatwo 
dał się ściągnąć ze sznura. Tadzio wrzeszcząc rzucił się w pogoń za świnią. W jednej ręce 
trzymał gorset, w drugiej sznur. 
Ś

winia Harrisona obejrzała się i zamrugała ślepiami. Jakaś ludzka postać biegła w jej stronę, 

wymachując czymś róŜowym i krzycząc wniebogłosy. 
755 
Kiedy to coś róŜowego dotknęło jej grzbietu, świnia zręcznie uskoczyła w bok, a jej 
prześladowca wylądował w błocie. 
- Świnio! Zaczekaj! - wrzeszczał Tadzio. - Muszę zrobić PUFF! 
Ś

winia najwyraźniej nie zamierzała go posłuchać. Ruszyła truchtem w stronę stodoły, gdzie 

juŜ wielokrotnie udawało jej się ukryć. 
Tadzio podniósł się na nogi i nie tracąc nadziei pognał za nią. Stanął w drzwiach stodoły i 
zobaczył, Ŝe świnia ukryła się w sianie, wystawał jej tylko zakręcony ogonek. 
- Mam cię, świnio! - uradował się chłopiec. Obwiązał się w pasie sznurem, zrobił pętlę i 
cichusień-ko podkradł się do swej ofiary. Świnia wysunęła ryj. Wtedy Tadzio zarzucił jej 
pętlę na łeb, usiadł na niej okrakiem i zabrał się do dzieła. CięŜko dyszał, bardzo trudno było 
nałoŜyć na świnię gorset, plątały się tasiemki. 
- Pani Świnio, niech się pani nie rusza. Zaraz pani zniknie. PUFF... - szeptał, usiłując 
uspokoić przeraŜonego zwierzaka. 
Ale świnia miała inne zamiary. Wspięła się na tylne nogi i Tadzio runął na ziemię. Starał się 
nie wypuścić sznura, lecz rozwścieczone zwierzę czując ucisk gorsetu rzuciło się przed siebie 
galopem i sznur wymknął się z rąk chłopca. 
Tadzio leŜał na klepisku stodoły i patrzył, jak świnia w gorsecie rusza przez podwórze, 
przewracając po drodze Tolę, która wpada do koryta z wodą. 
- Puff! Pani Świnio. Puff! - krzyczał Tadzio. 
156 
Ale pani Świnia pobiegła ścieŜką w stronę wsi, nie zwracając na nikogo uwagi. 
Tadzio usłyszał plusk wody - to Tola próbowała wygramolić się z koryta. Zamarło w nim 
serce. Otworzył usta i wrzasnął ze wszystkich sił: 
- Ach, ty podła świnio! Jak juŜ nie chcesz zniknąć, to przynajmniej oddaj gorset. Pani Linde 
gotowa mnie zabić. 
Rozdział piętnasty 
Pani Linde zatrzymała się na środku głównej ulicy Avonlea. Maryla i Oliwia wzięły ją pod 
ręce, Małgorzata jednak stała jak posąg. Patrzyła na wywieszkę doktora Blaira. Były na niej 
wypisane tylko godziny przyjęć i krótka informacja, Ŝe w razie nagłej choroby moŜna się 

background image

zgłosić o kaŜdej porze, ale rozgorączkowana Małgorzata zaczęła sobie wyobraŜać czekające 
ją tortury. Zasiądzie w fotelu i w strasznych męczarniach utraci ząb. Zawsze chwaliła się, Ŝe 
wszyscy członkowie rodziny McNabów schodzili z tego świata z pełnym uzębieniem. Myśl o 
tym, Ŝe ona pierwsza zerwie z tą tradycją, była równie trudna do zniesienia, jak myśl o bólu. 
- Nie wejdę tam. Dajcie mi spokój - oświadczyła. Oliwia i Maryla spojrzały na siebie z 
niepokojem. 
Oliwia ruchem głowy wskazała na grupkę ludzi, którzy przyglądali się z zaciekawieniem, 
dokąd to, wyraźnie wbrew swej woli, zmierza Małgorzata. 
- Pani Linde - wyszeptała Oliwia. - Ludzie patrzą! 
157 
- Mało mnie to obchodzi! MoŜe sobie patrzeć sama królowa. I tak nie wejdę do środka. 
ZbliŜyła się tłusta pani Spencer. Miała niby to zatroskaną twarz i nie potrafiła ukryć 
ciekawości. 
- MoŜe mogłabym pani w czymś dopomóc, pani Linde? - spytała z nadzieją w głosie. Sara 
Spencer znana była z tego, Ŝe potrafiła wywęszyć kaŜdą sensację. 
- Owszem, moŜe pani nie wścibiać nosa w moje sprawy - odpowiedziała ostro Małgorzata. 
- Pani Linde ma zamówioną wizytę u dentysty -wyjaśniła Maryla, próbując nie dopuścić do 
sprzeczki. - Trzeba jej wyrwać ząb. 
- Ach tak? - pani Spencer była wyraźnie rozczarowana. Liczyła, Ŝe usłyszy o jakiejś cięŜkiej 
chorobie. - To drobiazg. Parę dni temu wyrwano mi dwa zęby i nawet nie mrugnęłam okiem, 
choć bolało aŜ strach. Ale ja umiem znosić ból. Ja tam się nad sobą nie rozczulam. Człowiek 
urodził się po to, Ŝeby cierpieć. Niech pani powtarza to sobie, kiedy doktor będzie się nad 
panią znęcał. 
- Dziękuję pani, Saro - powiedziała Maryla uprowadzając Małgorzatę. 
Zaczęło się gromadzić coraz więcej osób. I teraz, kiedy juŜ wiadomo było, Ŝe pani Linde 
zdąŜa do doktora Blaira, by wyrwać ząb, nie szczędzono jej słów zachęty. No i obsypano 
gradem dobrych rad. 
- Zamknij oczy! - wołała pani Inglis. - Najlepiej nie patrzeć na krew. 
- Doktor Blair wie, co robi. Tydzień temu wyrwał zęby osłu pana Mc Clory'ego - wtrącił się 
pan Lawson, który wyszedł ze sklepu, słysząc wrzawę. 
158 
Małgorzata spojrzała błagalnie na Marylę i Oliwię. 
- Zróbcie coś, Ŝeby ci ludzie dali mi spokój - jęknęła. - Nie wytrzymam, jeśli dłuŜej będą się 
tak na mnie gapić. 
- Wejdźmy więc do gabinetu doktora Blaira... No, pani Linde. - Oliwia i Maryla wzięły znów 
Małgorzatę pod rękę i poprowadziły w stronę domu. Kiedy zbliŜały się do drzwi, usłyszały 
jakieś dziwne hałasy. Krzyk dzieci, tupot racic, pomruk tłumu. 
- Wielkie nieba! - zawołała Maryla. - To świnia Harrisona! 
- Ale co ona na sobie ma? - jęknęła Oliwia. - To wygląda na... na... Nie, to niemoŜliwe! 
- To gorset! - wykrzyknęła pani Spencer, przyglądając się badawczo trzem kobietom, które 
stały jak skamieniałe. - Ale czyj gorset? 
Na uliczce pojawił się Tadzio, a za nim Tola i Sara. 
- Tadziu Keith! Co to wszystko znaczy? - Twarz Maryli zbielała jak płótno. 
Tadzio podniósł umorusaną buzię. 
- Chciałem, Ŝeby ta świnia znikła! Chciałem, Ŝeby pani Linde mnie polubiła. Panno Marylo, 
pani powiedziała łgarstwo! śe ten gorset jest zaczarowany. śe wystarczy powiedzieć PUFF i 
tłuszcz zniknie. Świnia jest tłusta, a wcale nie znikła. A teraz... a teraz... 
Pani Spencer podeszła nieco bliŜej, Ŝeby nie uronić z tej rozmowy ani słówka. I po chwili 
podzieliła się swoimi wiadomościami z grupką stojących na chodniku kumoszek... 
159 

background image

- Wiecie co - oznajmiła teatralnym szeptem. -Coś mi się widzi, Ŝe ten gorset jest własnością 
pani Linde. 
Wszyscy spojrzeli na Małgorzatę. Ale Małgorzata nie sprawiła im tej satysfakcji, by 
odpowiedzieć. Zemdlała. Na szczęście nie upadła, podtrzymywały ją Maryla i Oliwia. 
Przez parę następnych dni Małgorzata czuła się nieszczęśliwa i upokorzona. Myślała, Ŝe juŜ 
nigdy nie przyjdzie do siebie po szoku, którego doznała widząc, jak świnia pana Harrisona 
paraduje w jej gorsecie po głównej ulicy Avonlea. No i nadal dokuczał jej ząb. Zemdlała 
przecieŜ, nim weszła do gabinetu doktora Blaira. Wiedziała jednak, Ŝe musi coś zrobić. Nie 
mogła dłuŜej Ŝyć z tym potwornym bólem. I nie mogła mieszkać pod jednym dachem z 
Tadziem Keithem, który wystawił ją na pośmiewisko. 
W dodatku nagle przyszedł telegram od wuja Willy'ego. Przyniósł go pan Rooke, listonosz. 
- Pani Wiggins prosiła, Ŝeby go pani zaraz dostarczyć... Przyszedł z Brytyjskiej Kolumbii. 
Wysłał go ten brat pana Keitha, Willy. Ten, co zawsze mówi o sobie „wuj Willy". Pisze, Ŝe... 
- Dziękuję, Angusie, umiem czytać... - Maryla wyrwała telegram z rąk pana Rooke'a. - Jaki 
drobny druk - jęknęła. - Nie, jednak sobie nie poradzę. PomoŜesz mi, Małgorzato? 
Droga pani Wiggins - czytała głośno Małgorzata. - Chwilowo nie mogę zabrać dzieci. Stop. 
Wrócę, jak będę mógł. Stop. Willy. 
160 
Małgorzata wzniosła oczy ku niebu. 
Pan Rooke niespokojnie przestąpił z nogi na nogę. Miał nadzieję, Ŝe zostanie poczęstowany 
filiŜanką herbaty, a kto wie, czy nie dostanie takŜe słynnego placka z jagodami. Tymczasem 
nikt nie zwracał na niego uwagi. 
- Hm... - odchrząknął. - No to juŜ pójdę... Zaschło mi w gardle... 
Mogłoby się zdawać, Ŝe obie kobiety ogłuchły. Maryla wyrwała Małgorzacie telegram i 
wpatrywała się weń nie widzącym wzrokiem. 
- Proszę się mną nie zajmować. Sam wyjdę. - An-gus Rooke oczekiwał protestów, ale gdy nie 
nastąpiły, wyszedł trzasnąwszy drzwiami. MoŜe by tak wpaść do Kingów, pomyślał; 
wprawdzie nie miał dla nich telegramu, ale panna King była bardzo gościnna. I zawsze 
zauwaŜała, kiedy człowiekowi chciało się pić. Pocieszył się tą myślą, przewiesił przez ramię 
torbę i ruszył w dalszą drogę. 
Małgorzacie udało się wreszcie znaleźć język w gębie. 
- Wiedziałam, wiedziałam! - zawołała. - Ten Willy wcale nie zamierzał tu przyjechać. Pewnie 
siedzi w więzieniu. No i masz te bachory na karku... Powinnaś natychmiast zgłosić je do 
adopcji. 
Maryla zbladła. 
- Nie mogę - wyszeptała. - Małgorzato, błagam cię, mów ciszej. Dzieci... 
Tadzio i Tola, usłyszawszy, jak listonosz stuka do drzwi, ukryły się w sieni i nadsłuchiwały. 
Zrozumiały, Ŝe rozstrzyga się ich los. Nawet Tadzio milczał. 
11 — Przeklęte skrzypce 161 
Małgorzata postanowiła grać w otwarte karty. 
- Marylo, musisz wybrać. Albo ten smarkacz, albo ja. Jedno z nas musi opuścić ten dom. Nie 
zamierzam juŜ ani jednej nocy spędzić pod jednym dachem z tym małym chuliganem. 
- Jak moŜesz Ŝądać, Ŝebym wybierała między tobą a moimi krewnymi? 
Dzieci weszły właśnie do pokoju i Maryla objęła je ramionami. Krew zakipiała w Ŝyłach 
Małgorzaty. 
- Widzę, Ŝe juŜ wybrałaś - powiedziała oschłym tonem. - CóŜ, gorzka to pigułka po 
pięćdziesięciu latach przyjaźni. Ale skoro juŜ tak ma być, jeszcze dzisiaj przeniosę się do 
pensjonatu pani Biggins. 
Był to cios w samo serce. 
- Małgorzato, błagam cię... 

background image

Ale Małgorzata udała się juŜ do swojego pokoju, by spakować rzeczy. 
Maryla przysiadła na schodach. To dziwne, jeszcze parę dni temu miała ochotę poprosić 
Małgorzatę, by się wyprowadziła. A teraz czuła się tak, jakby miał nastąpić koniec świata. 
Mała rączka ujęła dłoń Maryli. Oczy Maryli zaszły łzami, więc nie tyle zobaczyła, co 
poczuła, Ŝe przytula się do niej Tola. 
- Niech się pani nie martwi, panno Marylo, nie zostawimy pani samej. 
Maryla szybko otarła oczy rogiem fartucha. Nie powinna rozklejać się w obecności dzieci. 
Tadzio nie widział tego momentu słabości Maryli. Pognał za Małgorzatą do jej sypialni. 
- Pani Linde, dlaczego myśli pani, Ŝe wujek Wil-ly jest w więzieniu? Pani Linde, muszę to 
wiedzieć. 
162 
- Musisz wiedzieć! Musisz wiedzieć! - wybuch-nęła Małgorzata, kładąc walizkę na łóŜku. - 
WciąŜ tylko machasz jęzorem. I zrujnowałeś mi Ŝycie... 
Tadzio wysunął język i okropnie zezując przyglądał mu się uwaŜnie. Potem próbował nim 
machać. 
- Nie, nie macham. Nie potrafię. A pani potrafi? - I tu dotknął policzka Małgorzaty. Dotknął 
delikatnie, ale kobieta i tak zawyła z bólu. 
- Jak śmiałeś! - zawołała. - Jak śmiałeś mnie spo-liczkować! Wynocha, hultaju! I nie pokazuj 
mi się więcej na oczy, bo cię wytarzam w smole i pierzu. 
Na twarzy chłopca odmalowało się przeraŜenie. Wybiegł szybko z pokoju, jakby ścigały go 
demony. 

Rozdział szesnasty 
Oburzona Małgorzata biegła ścieŜką do miasteczka. Walizka obijała jej się o nogi, a kobieta 
mamrotała coś gniewnie pod nosem. Nawet nie poŜegnała się z Marylą. Po tych wszystkich 
latach spędzonych na Zielonym Wzgórzu wyszła stamtąd jak z poczekalni dworcowej. 
Była tak wściekła, Ŝe udała, iŜ nie widzi Oliwii King, i ta musiała pognać za nią, głośno 
wołając. 
Na głównej ulicy Avonlea stały pani Spencer i pani Inglis i zastanawiały się właśnie, kto w 
Avonlea jest najgorszą matką. Usłyszawszy nawoływania Oliwii, pani Spencer podniosła 
głowę. Nie chciała przerywać tak interesującej rozmowy, ale z drugiej strony pragnęła 
zobaczyć z bliska, jak znów wygłupia się Małgorzata. 
163 
- Proszę tylko spojrzeć - wyszeptała do pani In-glis. - Małgorzata Linde paraduje sobie 
główną ulicą, jak gdyby nigdy nic. śe teŜ śmie się tu pokazać po tym, co się zdarzyło. 
Najpierw ubrała świnię w swój gorset, a potem ogłosiła w gazecie o swoich związkach z 
pastorem. 
Obie kobiety ruszyły w stronę Małgorzaty i Oliwii, która wręczała właśnie Małgorzacie 
egzemplarz „Kroniki" Avonlea. 
- Proszę spojrzeć, pani Linde - powiedziała rozpromieniona Oliwia. - Dopiero wczoraj ukazał 
się ten numer i juŜ go wykupiono. 
- Daj mi spokój. Spieszę się. 
- Ale przecieŜ chciała pani, pani Linde, Ŝebym zamieściła sprostowanie. 
Małgorzata chwyciła gazetę. I przeczytała ze zgrozą. 
Oliwia King pragnie poinformować swych Czytelników, Ŝe pani Małgorzata Linde nie 
zamierza udzielać Ŝadnych informacji o wielebnym AmbroŜym Dinsdale'u. 
Pani Spencer szturchnęła panią Inglis łokciem. 
- Niech no pani na nią popatrzy! Z jej twarzy moŜna wszystko wyczytać. Od razu 
wiedziałam! Nie ma dymu bez ognia. To sprostowanie daje wiele do myślenia! 

background image

Oburzenie odebrało na chwilę Małgorzacie mowę. Minęło dobrych parę sekund, zanim 
wykrzyknęła z wściekłością: - Jak śmiałaś, Oliwio King! -Wytoczę ci proces o habeas corpus. 
- Habeas corpus? A co to ma do rzeczy? 
- Jak to co?! Nie myśl, Ŝe uda ci się zamydlić mi 
164 
oczy. Czytam bostońskie gazety. Wiem, jak się toczą chociaŜby procesy o morderstwo. 
Adwokaci zawsze Ŝądają habeas corpus. Ja teŜ zaŜądam. 
Małgorzata odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę pensjonatu pani Biggins, a biedna 
Oliwia patrzyła za nią nic nie rozumiejąc. 
- Małgorzata wchodzi do pensjonatu. Co to ma znaczyć? - pani Spencer spytała szeptem panią 
Inglis. - No, no, ładna historia. - I pani Spencer mimo swej tuszy popędziła, ciągnąc za sobą 
nieszczęsną panią Inglis, by razem mogły zajrzeć przez drzwi do pensjonatu pani Biggins. 
Zobaczyły, jak Małgorzata stuka w kontuar. 
- Pani Biggins! Pani Biggins! - wołała. - Proszę tu szybko przyjść. Chcę wynająć ładny pokój 
z widokiem na ulicę. 
Pani Inglis podskoczyła, bo jej rozmówczyni znów szturchnęła ją łokciem w bok. 
- Widać Maryla Cuthbert wyrzuciła ją z domu. I słusznie - oświadczyła z zachwytem pani 
Spencer. - Zawsze mówiłam, Ŝe Małgorzata Linde jest jak serwatka, która udaje śmietankę. 
No i miałam rację. 
Pani Inglis, nim odpowiedziała, przezornie odsunęła się od pani Spencer, by uniknąć 
następnego szturchańca. 
- Pewnie panna Cuthbert usłyszała o tym sprostowaniu i uwaŜa, Ŝe pani Linde nie moŜe 
zostać w domu, w którym przebywa dwoje niewinnych dzieci. 
- I słusznie. Ale kto by pomyślał, Ŝe Małgorzata Linde to największa bezwstydnica w 
Avonlea. 
165 
Rozdział siedemnasty 
Zdumiona Hetty odłoŜyła ksiąŜkę. 
- Oliwio King! Habeas corpus oznacza tylko, Ŝe kaŜdy aresztowany musi natychmiast stanąć 
przed sądem. Chodzi o to, by nikogo nie moŜna było wtrącić do więzienia, nie umoŜliwiając 
mu obrony. 
Oliwia zniecierpliwiła się. 
- Hetty, ja wiem, co to jest habeas corpus. Ale obawiam się, Ŝe nie wie tego Małgorzata. 
Szczerze mówiąc Ŝałuję, iŜ wpadła mi w ręce ta fotografia AmbroŜego Dinsdale'a. Dostajemy 
listy z całej wyspy, najrozmaitsi ludzie wypytują o niego. Nie boję się Małgorzaty. MoŜe 
sobie podawać mnie do sądu. Ale jeśli o tym usłyszy redaktor, stracę posadę. 
Hetty zaczęła się niespokojnie wiercić; świetnie pamiętała ów dzień, gdy Sara i Oliwia 
przybiegły, opowiadając o znalezionej w skrzyni Małgorzaty wyblakłej fotografii 
AmbroŜego. UwaŜała wówczas, Ŝe naleŜałoby o całej tej sprawie zapomnieć. Ale Oliwia tak 
bardzo chciała zdobyć sobie renomę świetnej dziennikarki... No i sama Hetty nie mogła się 
oprzeć uczuciu ciekawości - zaleŜało jej, by jak najwięcej dowiedzieć się o AmbroŜym 
Dinsdale'u. Wiele lat starała się o nim nie myśleć, teraz dawne uczucie odŜyło. 
- Wiecie co, pójdę i pogadam z Małgorzatą Linde. MoŜe uda mi się ją przekonać, Ŝeby 
przestała się wygłupiać. 
- Och, ciociu Hetty... Naprawdę? - pisnęła Sara. - To by było okropne, gdyby ciocia Oliwia 
straciła pracę. 
766 
Rozdział siedemnasty 
Zdumiona Hetty odłoŜyła ksiąŜkę. 

background image

- Oliwio King! Habeas corpus oznacza tylko, Ŝe kaŜdy aresztowany musi natychmiast stanąć 
przed sądem. Chodzi o to, by nikogo nie moŜna było wtrącić do więzienia, nie umoŜliwiając 
mu obrony. 
Oliwia zniecierpliwiła się. 
- Hetty, ja wiem, co to jest habeas corpus. Ale obawiam się, Ŝe nie wie tego Małgorzata. 
Szczerze mówiąc Ŝałuję, iŜ wpadła mi w ręce ta fotografia AmbroŜego Dinsdale'a. Dostajemy 
listy z całej wyspy, najrozmaitsi ludzie wypytują o niego. Nie boję się Małgorzaty. MoŜe 
sobie podawać mnie do sądu. Ale jeśli o tym usłyszy redaktor, stracę posadę. 
Hetty zaczęła się niespokojnie wiercić; świetnie pamiętała ów dzień, gdy Sara i Oliwia 
przybiegły, opowiadając o znalezionej w skrzyni Małgorzaty wyblakłej fotografii 
AmbroŜego. UwaŜała wówczas, Ŝe naleŜałoby o całej tej sprawie zapomnieć. Ale Oliwia tak 
bardzo chciała zdobyć sobie renomę świetnej dziennikarki... No i sama Hetty nie mogła się 
oprzeć uczuciu ciekawości - zaleŜało jej, by jak najwięcej dowiedzieć się o AmbroŜym 
Dinsdale'u. Wiele lat starała się o nim nie myśleć, teraz dawne uczucie odŜyło. 
- Wiecie co, pójdę i pogadam z Małgorzatą Linde. MoŜe uda mi się ją przekonać, Ŝeby 
przestała się wygłupiać. 
- Och, ciociu Hetty... Naprawdę? - pisnęła Sara. - To by było okropne, gdyby ciocia Oliwia 
straciła pracę. 
166 
Oliwii zabłysły oczy. 
- Dziękuję ci, Hetty. Dobra z ciebie siostra. 
Hetty nie odpowiedziała. Pomyślała tylko, Ŝe moŜe i jest dobrą siostrą, ale przede wszystkim 
jest niemądrą starą kobietą. 
Zaraz następnego dnia Hetty włoŜyła swój wyjściowy, szary, aksamitny kapelusz i wybrała 
się do pensjonatu pani Biggins. Najpierw jednak wpadła do zatroskanej Maryli. Kiedy 
wysłuchała jej sprawozdania, odwiedziła gabinet doktora Blaira, po czym wróciła do domu, 
by to i owo zabrać. No i na koniec zastukała do drzwi pani Biggins i zapytała ją, czy moŜe się 
zobaczyć z panią Linde. 
Małgorzata miała niezdrowe wypieki. Hetty od razu zobaczyła, Ŝe męczy ją gorączka. 
- Małgorzato Linde - napomniała kobietę, z którą tyle razy się kłóciła - czy zamierzasz 
spędzić resztę Ŝycia w tej źle urządzonej dziurze, smutna i samotna? 
I spojrzała znacząco na pomarańczowo-czerwony, ordynarny dywan. 
Przygnębiona Małgorzata starała się zebrać resztki sił. 
- Widzę, Hetty King, Ŝe przyszłaś prawić mi kazania. Idź sobie. Nie jestem twoją uczennicą. 
Otworzyła drzwi, by wyprawić Hetty, a tymczasem pojawił się w nich doktor Blair. I wszedł 
do pokoju, nim Małgorzata zdąŜyła go zatrzymać. Spojrzał na spuchnięty policzek. 
- Ten ząb, Małgorzato, trzeba wyrwać - oświadczył, kładąc na krześle torbę i zdejmując 
płaszcz. 
767 
Małgorzata zwróciła się do Hetty. 
- To ty go tu sprowadziłaś? Hetty skinęła potakująco głową. 
- Wkrótce będziesz mi za to wdzięczna. 
Małgorzata przysiadła na brzegu łóŜka i rozejrzała się z przeraŜeniem. Poczuła się bezsilna. 
Hetty zamykała właśnie drzwi, zdejmowała kapelusz, wyciągała z podręcznej torby fartuch. 
WłoŜyła go. A doktor Blair zakasał rękawy i połoŜył instrumenty na przyniesionym przez 
Hetty czystym ręczniku. 
Hetty ściągnęła Małgorzatę z łóŜka i pchnęła na krzesło, które ustawiła uprzednio na samym 
ś

rodku pokoju. Małgorzata otworzyła usta, by zaprotestować, a Hetty szybko wepchnęła w 

nie szmatkę. I Małgorzata zaczęła bełkotać. 
- Aaa... Wy... wyjmij tto... Doktor Blair podszedł do pacjentki. 

background image

- Wypij to, Małgorzato. - W szklance był bursztynowy płyn. Jego zapach przypomniał jej 
ś

więta BoŜego Narodzenia, kiedy to wypucowani męŜczyźni przekrzykują się chwiejąc lekko 

na nogach. 
- Co tto? - spytała podejrzliwie. 
- Whisky. 
- Whisky! - Z oburzenia Małgorzacie udało się wypluć szmatkę. - Nie - jęknęła. - NaleŜę do 
Towarzystwa Abstynentów. Powinieneś się wstydzić, namawiając mnie do picia. 
Rozległo się stukanie do drzwi i do pokoju wkroczyła pani Biggins z dzbankiem gorącej 
wody. 
- Oto woda, panie doktorze - powiedziała z rozpromienioną miną. Zobaczyła zbolałą twarz 
Małgorzaty. 
168 
- No, no, pani Linde. Niech się pani tak nie przejmuje. W parę sekund będzie po wszystkim. 
Małgorzacie chciało się krzyczeć, błagać panią Biggins, by sprowadziła policjanta, by 
sprowadziła kogokolwiek, kto mógłby jej dopomóc. Listonosza, lekarza. Nagle uświadomiła 
sobie, Ŝe doktor Blair jest lekarzem... Za panią Biggins zamknęły się drzwi. Małgorzacie nic 
juŜ nie było w stanie pomóc. 
- Małgorzato, rób co ci kaŜę. - Doktor Blair nalał do miski gorącej wody i zaczął myć ręce tak 
zamaszyście, Ŝe woda chlapała na okropny dywan pani Biggins. - Nie zapominaj, Ŝe jestem 
lekarzem. W tym wypadku whisky to lekarstwo. Pij. 
Hetty podała Małgorzacie szklankę, a Małgorzata ujęła ją drŜącą ręką. Znów ten intrygujący 
zapach. BoŜonarodzeniowy pudding, śmiech, ślizgawka... Wypiła whisky duszkiem. 
- Brawo! - zawołał doktor Blair. - No a teraz otwórz usta. 
Zerwał się zimny wiatr i hulał po głównej ulicy Avonlea. Wzbijał tumany czerwonego kurzu. 
Porywał liście klonu i gonił je po piaszczystej drodze. Tarmosił suknie i kapelusze kobiet, 
które szły środkiem, rozglądając się, jakby czegoś lub kogoś szukały. KaŜda z nich miała w 
ręku gazetę. Nie zwracały uwagi na wiatr. Jedną ręką przytrzymywały kapelusze, a drugą - 
nie wypuszczając z niej gazety - unosiły rąbki sukien, chroniąc je przed tumanami kurzu. 
Wiatr ten bardzo denerwował Sarę, nie cierpiała, gdy do oczu dostawał się kurz. Ze schyloną 
głową, z półprzymkniętymi powiekami pędziła do redak- 
12 — Przeklęte skrzypce 
169 
cji, by spotkać się tam z Oliwią. Nagle wpadła na jedną z kobiet. 
- Przepraszam - wyjąkała kobieta. - Czy nie mogłabyś mi dopomóc? Szukam pani Małgorzaty 
Linde. Jej nazwisko jest w tej gazecie. 
Sara otworzyła usta, by skierować kobietę na Zielone Wzgórze, ale w ostatniej chwili 
przypomniała sobie, co jej powiedziała Oliwia. Małgorzata wyprowadziła się z Zielonego 
Wzgórza i zamieszkała w pensjonacie pani Biggins. W tym momencie podeszła do nich inna 
kobieta, teŜ z egzemplarzem „Kroniki". 
- Czy znasz moŜe panią Linde? - spytała. 
Sara skinęła potakująco głową. Ale nie zdąŜyła odpowiedzieć, gdy pierwsza kobieta 
szturchnęła tę drugą gazetą. 
- Powiedziała pani: pani Linde? Ja teŜ szukam pani Linde. 
- Coś takiego! Jeszcze jedna! Tu chyba szesnaście kobiet rozgląda się za panią Linde. 
Sarze zaparło dech. Rzeczywiście - główną ulicą maszerował cały pochód kobiet. I kaŜda z 
nich trzymała jak karabin zwiniętą gazetę. 
- Hej, Saro! Tu jestem. - Ciotka Oliwia stała przed pensjonatem, otoczona gromadką kobiet. 
Sara pobiegła w jej kierunku. 
- Co ja mam powiedzieć tym paniom? - zapytała szeptem Oliwia, odprowadziwszy Sarę na 
bok. -Wszystkie szukają Małgorzaty Linde. 

background image

- Ojej! Jak ciocia myśli, czy ma to coś wspólnego z wielebnym AmbroŜym Dinsdale'em? 
Oliwia ponuro skinęła głową. 
170 
- Obawiam się, Ŝe tak. Zdaje się, Saro, Ŝe otworzyłyśmy puszkę Pandory. 
- Myśli ciocia, Ŝe pani Linde zechce się z nimi zobaczyć? 
- Nawet gdyby chciała, to w tej chwili nie moŜe. Doktor Blair wyrywa jej właśnie ząb. 
Asystuje mu Hetty. 
I jak na zamówienie z okna na pierwszym piętrze dobiegł przeraźliwy krzyk. Zagłuszył 
paplaninę kobiet, które tak się wystraszyły, Ŝe chwyciły się za ręce. Spojrzały w górę. I 
czekały. Czy ten krzyk się powtórzy? Nie powtórzył się. Za to po chwili rozległ się jakiś inny, 
dziwny, rechoczący odgłos. Oliwia pomyślała, Ŝe tak brzmiałby głos pijanego derkacza. 
- To pani Linde! - zawołała nagle Sara. - Ona się śmieje. 
Rozdział osiemnasty 
Małgorzata Linde otworzyła oczy. Otaczał ją nowy świat. Świat bez bólu. Zniknęło to 
straszne uczucie, Ŝe coś świdruje jej szczękę. Zniknęła złość i niechęć do świata. 
Uśmiechnęła się do Hetty, która przykładała jej do policzka woreczek z lodem. 
Dziwne, Hetty teŜ się zmieniła, nie była juŜ tą okropną sekutnicą. A doktor Blair klepał swą 
pacjentkę po głowie i trzymał w ręku coś białawego, co przypominało miniaturową cebulkę z 
korzonkami. 
- Oto twój ząb, pani - powiedział i skłonił się 
171 
teatralnym gestem. Małgorzata uśmiechnęła się i zaraz zakryła ręką usta. Szczeliną między 
zębami wdarł się zimny powiew. 
- Nie mam juŜ tego zęba. - Zaczęła chichotać. 
- Oto on - uśmiechnął się doktor Blair, wkładając ząb do słoiczka. - MoŜesz go zabrać do 
domu i postawić na kominku. 
Małgorzata przestała się śmiać. Euforia znikła. Do domu... Dlaczego na dźwięk tego słowa 
ś

cisnęło jej się serce? I znów zaczęła się trząść, bo wszystko sobie przypomniała. Nie ma juŜ 

domu. Opuściła Zielone Wzgórze. Mieszka tu, w obskurnym pensjonacie pani Biggins. 
Spojrzała ponuro na ten koszmarny dywan. 
Doktor Blair wyszorował ręce i włoŜył marynarkę. 
- Za parę dni zajrzę do ciebie, Małgorzato. Miałaś szczęście. Nie nabawiłaś się zapalenia 
okostnej. Opuchlizna juŜ zaczyna schodzić. 
Małgorzata skinęła głową. 
- Dziękuję ci, mój doktorze. 
Hetty odprowadziła lekarza do drzwi, a on podziękował jej za pomoc. 
Małgorzata skuliła się w fotelu i patrzyła, jak Hetty krząta się po pokoju, robiąc porządki. 
Hetty teŜ wkrótce odejdzie, a ona zostanie sama... Znów zadrŜała. Przez okno wdarł się ten 
ohydny wiatr. Jak mogła postąpić w ten sposób?! Co ją opętało, Ŝeby opuścić swoją najlepszą 
przyjaciółkę, i to w chwili, gdy Maryla najbardziej jej potrzebowała? Wstała, by ukryć 
zmieszanie, i podeszła do okna. 
Na ulicy przed domem stała gromadka kobiet. 
172 
Małgorzata usłyszała rozmowę. Padło w niej nazwisko AmbroŜego Dinsdale'a. Natychmiast 
zapomniała o swoim zmartwieniu i ukryła się za firanką. 
- Co pani wygaduje! - wrzasnęła jedna z kobiet. - To ja jestem AmbroŜową Dinsdale. 
- Pani wybaczy. To ja się tak nazywam. 
- Bzdura! - wtrąciła się trzecią. - Oszustki! Panią Dinsdale jestem ja. 
Małgorzata cofnęła się. Wielki BoŜe, jaka ona była głupia! I pomyśleć, co by się stało, gdyby 
w swoim czasie nie posłuchała rady Maryli. 

background image

Po raz pierwszy od tygodni miała jasny umysł i zaczęła rozpamiętywać wydarzenia sprzed 
wielu, wielu lat, kiedy to o mały włos nie odprawiła swego wiernego wielbiciela, Tomasza 
Linde, i nie uciekła z chwackim AmbroŜym. 
- Zastanów się, Małgorzato - prosiła wówczas Maryla. - Jak myślisz, kto kocha cię bardziej, 
Tomasz czy AmbroŜy? I którego z nich bardziej szanujesz? 
Małgorzata mruknęła coś o tym, Ŝe powaŜny Tomasz jest nudny, a AmbroŜy romantyczny. 
Ale w głębi serca wiedziała, Ŝe Maryla ma rację. Długo w noc rozmyślała, a rankiem 
odprawiła AmbroŜego. Wybrała Tomasza. 
Była szczęśliwa. Tomasz okazał się dobrym, czułym męŜem. Niemniej całe Ŝycie Ŝywiła do 
Maryli Ŝal za udzielenie jej tej dobrej rady. Obwiniała ją za wszystko, co ominęło ją w Ŝyciu. 
Przez te wszystkie lata sądziła, Ŝe nie przeŜyła romansu. A tu okazuje się, Ŝe uniknęła 
strasznego niebezpieczeństwa. Gdyby poślubiła AmbroŜego, porzuciłby ją tak jak tam- 
173 
te kobiety. I teraz stałaby wraz z nimi pod oknem, twierdząc, Ŝe jest jedyną Ŝoną człowieka, 
który -o zgrozo! - miał ich całe dziesiątki. 
- Nie stój tak przy oknie, Małgorzato! Zaziębisz się. - Hetty wzięła Małgorzatę pod ramię i 
posadziła w fotelu. 
Czy Hetty słyszała, o czym mówiły kobiety za oknem? Małgorzata nie śmiała spytać. 
Pozwoliła, by Hetty otuliła ją pledem. W milczeniu przyglądała się, jak sztywna, dostojna 
nauczycielka wkłada płaszcz i kapelusz. I przypomniała sobie dawno zapomnianą scenę. 
Zdarzyło się to ponad pięćdziesiąt lat temu, kiedy Hetty i Małgorzata były wiotkimi 
młodziutkimi dziewczynami. Przyjaźniły się, ale jednocześnie trochę się siebie obawiały. 
Owego wieczoru Małgorzata przyszła bardzo wcześnie na próbę chóru, mając nadzieję, Ŝe 
AmbroŜy będzie jeszcze sam. Usłyszała, Ŝe w zakrystii ktoś się krząta, i weszła tam bardzo 
cicho. MoŜe niepostrzeŜenie podejdzie do AmbroŜego i zakryje mu rękami oczy? 
AmbroŜy rzeczywiście stał tyłem do drzwi. Ale nie było szans, by zauwaŜył Małgorzatę. 
Wpatrywał się w Hetty King, która patrząc w lustro zdejmowała nowy kapelusz. Nie upięła 
jeszcze włosów - kasztanowe sploty opadały jej na ramiona. AmbroŜy musiał prawić jej 
komplementy, bo Hetty odwróciła się w jego stronę, zarumieniła się, a w jego oczach 
zatańczyły chochliki. Zobaczyła Małgorzatę. Skinęła jej na powitanie ręką, ale uśmiech znikł. 
Małgorzata weszła i AmbroŜy zaczął się do niej zalecać. 
174 
Zachwycona, zapomniała o Hetty. Nawet nie przyszło jej na myśl zastanawiać się, czy Hetty 
nie Ŝywi do AmbroŜego jakichś uczuć. 
Ale teraz Małgorzata zdała sobie sprawę, Ŝe Hetty takŜe mogła być zauroczona AmbroŜym. 
Hetty King była dumną dziewczyną, świadomą pozycji swojej rodziny. Gdyby straciła serce 
dla uwodzicielskiego AmbroŜego, nie przyznałaby się do tego nawet samej sobie, a co 
dopiero Małgorzacie. 
Kiedy Hetty zamierzała juŜ wyjść, do pokoju wpadła Oliwia. 
- Pani Linde! - zawołała. - Wszystkie te panie na ulicy szukają AmbroŜego Dinsdale'a. Myślą, 
Ŝ

e pani moŜe wiedzieć, gdzie go znaleźć. On chyba oŜenił się z co drugą kobietą na naszej 

wyspie. 
Małgorzata spręŜyła się wewnętrznie. Nie spojrzała na Hetty. 
- CóŜ, ze mną się nie oŜenił. Ja od razu poznałam, co to za ptaszek. 
Oliwia ze zdziwieniem wpatrywała się w Małgorzatę. 
- To pani nigdy nie była w nim zakochana? A to zdjęcie? PrzecieŜ schowała je pani sobie na 
pamiątkę... 
Małgorzata była na tyle przyzwoita, Ŝeby się zarumienić. 
- AleŜ skąd. - Zwróciła się do Hetty. -1 ja, i Hetty byłyśmy na to za mądre. Od razu 
poznałyśmy się na tym bawidamku. 

background image

Hetty teŜ się zarumieniła. Wielkie nieba, czyŜby Małgorzata przez cały czas znała jej 
uczucia? Hetty wiedziała, Ŝe gdyby AmbroŜy ją o to poprosił, po- 
175 
szłaby za nim na koniec świata. Ale nie poprosił. A ona, przeraŜona intensywnością swych 
uczuć, nie pisnęła nikomu słówka. Oczywiście, po jakimś czasie odzyskała zdrowy rozsądek i 
uprzytomniła sobie, Ŝe AmbroŜy jest zwykłym uwodzicielem. Ale wtedy... 
- Prawda, Hetty? 
Hetty z wolna skinęła głową. 
- Tak, Małgorzato - powiedziała słabym głosem. - Wielebny Dinsdale był bardzo przystojnym 
męŜczyzną, ale to nie wystarcza, by zawrócić głowę takim kobietom jak my. Oliwio, za pół 
godziny czekam na ciebie z kolacją. A ty, Małgorzato, jeśli wiesz, co jest dla ciebie dobre, 
wróć ze skruchą na Zielone Wzgórze. 
Hetty zabrała rzeczy i z wysoko uniesioną głową opuściła pensjonat pani Biggins. 
Rozdział dziewiętnasty 
Maryla delikatnie szczotkowała loki Toli. Było jej przykro, Ŝe prawdopodobnie robi to ostatni 
raz. Pocieszyła się myślą, Ŝe za to nie będzie juŜ musiała grzać na kuchni kotła wody, Ŝeby 
wykąpać dzieci. Ani martwić się, czym nakarmić Tadzia, który gotów był zjeść wołu. I nie 
będzie co wieczór - kiedy bolą ją wszystkie kości - wdrapywała się po schodach, by 
przypilnować paciorka dzieci. Ale na tę myśl jęknęła i opuściła szczotkę. Tola podniosła ją, 
oddała Maryli i uściskała opiekunkę. 
- Coś pani jest, panno Marylo? - zapytała. 
176 
- Nie, dziecko. Nic mi nie jest. Trochę się tylko denerwuję wizytą panny Carpenter. 
- Kim jest panna Carpenter? - Tadzio z rozpostartymi ramionami chodził po deskach podłogi, 
starając się nie stąpnąć na szczelinę. 
- JuŜ ci mówiłam, Tadziu. To pani z domu sierot. Musicie na niej zrobić dobre wraŜenie. Bo 
gotowa was rozdzielić i wysłać kaŜde do innej rodziny. Nie chcielibyście tego, prawda? 
Oczy Toli zasnuły się łzami. 
- My chcemy zostać z panią. 
Maryli ścisnęło się serce. Uświadomiła sobie, jak bardzo Ŝal jej rozstawać się z dziećmi. Ale 
czy ona, starsza juŜ osoba, która z kaŜdym rokiem coraz gorzej widzi, potrafiłaby dobrze 
wychować dwoje urwisów? Gdyby Małgorzata nie wyprowadziła się, moŜe we dwie mogłyby 
spróbować. Nie wolno kierować się sercem, tylko rozsądkiem. A rozsądne jest to, by znaleźć 
dzieciom młodych, energicznych rodziców. 
- Nie zapomnij, Tolu, Ŝe trzeba „wypełniać swoje obowiązki i ufać Panu Bogu". 
- Ja tam dziś rano wypełniłem swój obowiązek -mruknął ponuro Tadzio, przeskakując z deski 
na deskę. Znalazł się pod oknem i przytknął nos do szyby. - I wcale nie udało mi się znaleźć 
mojego sumienia. Panno Marylo, to przeze mnie nas pani odsyła? Bo jestem takim złym 
chłopcem? 
- Pani Wiggins mówiła, Ŝe jeśli człowiek o północy splunie do buta, to juŜ nigdy nie zrobi nic 
złego - poradziła bratu Tola. 
Tadzio zwrócił się do Maryli. 
177 
- Wiem, Ŝe to dopiero rano. Ale czy mogę iść do łóŜka i zacząć pluć? 
- Mowy nie ma, Tadziu. Zresztą wcale nie jesteś złym chłopcem. Tylko jeszcze nie nauczyłeś 
się zachowywać rozsądnie. No, chodź, to cię uczeszę. Tadziu?! 
Ale chłopiec nie słuchał. Wyglądał przez okno i trząsł się ze strachu. 
- Co się stało, Tadziu? 
- Idzie tu pani Linde. Zaraz wytarza mnie w smole. 

background image

Małgorzata szła szybko. Głęboko oddychała. Opuchlizna prawie juŜ zeszła. Ból nie powrócił. 
Czuła się jak nowo narodzona. „MoŜe i jestem stara - myślała - ale jeszcze nie znudziło mi się 
Ŝ

ycie". śeby tylko udało jej się pogodzić z Marylą. Powtarzała sobie, co powinna powiedzieć: 

„Marylo Cuth-bert, nie miałam racji i bardzo cię przepraszam". Nie, lepiej będzie tak: 
„Marylo Cuthbert, znamy się za długo, Ŝeby się pokłócić o..." 
Nie, ciągle niedobrze. Zanadto się upokarza. Maryla teŜ nie jest bez winy. W końcu 
Małgorzata była chora. Nie odpowiadała więc w pełni za swoje czyny. „Marylo Cuthbert, 
zawiniłyśmy obie. A chociaŜ ty zawiniłaś bardziej, gotowa jestem o wszystkim zapomnieć..." 
Wielkie nieba, stoi juŜ przed domem i wciąŜ nie wie, co właściwie powiedzieć. 
Kiedy Małgorzata była na ganku, otworzyły się drzwi i wybiegł Tadzio; o mały włos jej nie 
przewrócił. Chciała go zatrzymać, ale on uciekł. 
Za Tadziem pognały Maryla i Tola. 
178 
- Tadziu Keith! - wołała Maryla. - Natychmiast wracaj! 
Tadzio zniknął. 
- Musimy go znaleźć przed przyjściem panny Carpenter - jęczała Maryla. Była tak przejęta 
ucieczką chłopca, Ŝe nawet nie powitała przyjaciółki. - Gotowa pomyśleć sobie Bóg wie co. 
- Pomyśli, Ŝe trafiła do domu wariatów - oświadczyła Małgorzata, stawiając z westchnieniem 
ulgi walizkę. - Nie dziwota, tu zawsze tak jest. Marylo, chętnie pomogę ci go znaleźć. 
- Ja wiem, gdzie go szukać - pisnęła Tola. - Rozmawia z mamą. 
Kobiety wymieniły spojrzenia. 
- Tej biednej małej pomieszało się w głowie -szepnęła Małgorzata. 
Patrzyły, jak dziewczynka omija dom i biegnie na podwórze. Potem zatrzymuje się przed 
stodołą, Ŝeby na nie poczekać. 
Gdy weszły do ciemnej stodoły, usłyszały gdzieś w górze głosik Tadzia. 
- Do diabła z tą Sarą! - płakał chłopiec. - JuŜ ja jej dam! 
- Tadziu Keith - Maryla podniosła głowę. - Co ty wygadujesz? Natychmiast zejdź na dół. 
- Sara powiedziała, Ŝe tu jest niebo - szlochał Tadzio. - Więc przyszedłem zobaczyć moją 
mamusię. - Po koślawej drabinie wlazł na siano, które sięgało aŜ po świetliki w dachu. 
- Tadziu, nie płacz. - Maryla takŜe była juŜ bliska łez. 
- A co mam robić? Pani Wiggins mówi, Ŝe jestem 
179 
za mały, Ŝeby kląć. Muszę znaleźć mamę. Ona nie pozwoli wytarzać mnie w smole i pierzu. 
Małgorzata poruszyła się niespokojnie. Zupełnie zapomniała o swoich groźbach. OstroŜnie 
podeszła do stogu siana. 
- Tadziu - zaczęła i zaraz umilkła. Dławiło ją w gardle. Przełknęła ślinę. - Tadziu, przebacz 
starej zrzędzie. Teraz widzę, Ŝe wcale nie jesteś złym chłopcem. Niesłusznie nazwałam cię 
hultajem i zbrodniarzem. Jesteś biednym osieroconym chłopcem, który potrzebuje domu i 
opieki. I obie z Marylą będziemy cię kochać. 
Usłyszała z tyłu radosny okrzyk Maryli. Ale cała jej uwaga była skupiona na chłopcu. Teraz 
juŜ widziała usmarowaną buzię, bo chłopiec wychylił się i patrzył w dół. Starał się zobaczyć, 
czy to rzeczywiście pani Linde przemawia do niego takim miękkim, łagodnym głosem. 
- To pani nie wytarza mnie w smole? Pani mnie lubi? - Był taki przejęty, Ŝe zanadto się 
wychylił. 
- UwaŜaj, Tadziu! - wrzasnęła Małgorzata. Ale było za późno. Siano zaczęło się obsuwać i 
chłopiec poleciał w dół. Maryla i Małgorzata przymknęły oczy i zaczęły się modlić. Czuły, Ŝe 
jeśli Tadzio ocaleje, to nigdy, nigdy się z nim nie rozstaną. 
Kiedy otworzyły oczy, Tadzio i Tola podskakiwali na niŜszej warstwie siana, na którą spadł 
Tadzio. Kobiety pobiegły do dzieci, objęły je radośnie i wraz z nimi wywróciły się na siano. 

background image

Słońce wdrapało się juŜ na niebo dość wysoko, by bez trudu zaglądać przez świetliki. Tadzio 
zauwaŜył jasne promienie i spojrzał w górę. 
180 
- MoŜe Sara miała jednak rację - powiedział. -MoŜe niebo tam jest. A ja go nie zobaczyłem, 
bo było ciemno. 
- Przyda ci się parę lekcji z teologii - mruknęła Małgorzata wytrząsając siano z włosów. 
Ktoś znacząco zakasłał. We wrotach stodoły pojawiła się jakaś ciemna sylwetka. 
- Czy jest tu panna Cuthbert? Przychodzę z domu sierot. 
Maryla usiadła, na jej twarzy malowało się przeraŜenie. Miała pełno siana we włosach i 
ubraniu. Skinęła potakująco głową, lecz nie mogła wydobyć głosu. 
- Tak, widzę dobrze, Ŝe w pani wieku trudno poradzić sobie z dziećmi. - Słowa były 
uprzejme, ton nie. - Jestem pewna, Ŝe znajdę dla nich odpowiedni dom. 
Małgorzata wstała, obciągnęła Ŝakiet, poprawiła spódnicę. Podeszła do panny Carpenter i 
spojrzała jej prosto w oczy. Panna Carpenter cofnęła się 
0 krok. 
- Niech no pani słucha - zaczęła groźnie Małgorzata. - Będę pani bardzo wdzięczna, jeśli 
przestanie pani wytykać mej przyjaciółce jej rzekomą starość. Maryla Cuthbert jest osobą w 
sile wieku 
1 w pełni władz umysłowych... Ja; jej najlepsza przyjaciółka, nie dopuszczę, Ŝeby jacyś obcy 
ludzie mieli zabrać bliźnięta. 
Panna Carpenter zamrugała oczami. 
- Sądziłam, Ŝe... - Zwróciła się bezradnie do Maryli. - Czy mam rozumieć, Ŝe... 
- Nawet półgłówek zobaczyłby od razu, Ŝe te 
181 
dzieci czują się tutaj jak w prawdziwym domu -przerwała jej Małgorzata. - Marylo, powiedz 
jej sama, co o tym myślisz. 
Maryli udało się w końcu wstać. Pociągnęła za sobą dzieci. Spojrzała pannie Carpenter prosto 
w oczy. 
- Bardzo panią przepraszam, panno Carpenter, Ŝe niepotrzebnie panią fatygowałam. Tak, 
moja przyjaciółka, pani Linde, ma rację. Zatrzymam dzieci. 
- Zostaną tu, gdzie jest ich dom - powtórzyła Małgorzata. 
Jej słowa zagłuszył radosny ryk, który wydobył się z gardziołek Tadzia i Toli. 
ZbliŜał się wieczór. Maryla i Małgorzata siedziały na werandzie, piły herbatę i rozmawiały o 
przeszłości. 
- Ja tam, gdy trzeba, kaŜdemu oddam sprawiedliwość - oświadczyła Małgorzata odstawiając 
filiŜankę. - Gdyby nie twoje dobre rady, kto wie, czy nie wyszłabym za AmbroŜego 
Dinsdale'a - uśmiechnęła się. - Tak jak te wszystkie baby. 
- A tymczasem Tomasz Linde kochał cię prawdziwą, wielką miłością. 
- Wiem i przez resztę Ŝycia będę za to dziękować Panu Bogu. - Małgorzata sięgnęła do 
torebki i wyjęła z niej wyblakłe zdjęcie. Podarła je na strzępy. -No, mam to z głowy - 
oświadczyła i wrzuciła skrawki do kosza na śmieci. 
- Pani Linde, pani Linde, co to jest? - spytał Tadzio. Znudziło mu się pomagać Toli łuskać 
groch i podszedł do stołu, trzymając w ręku coś małego i białego. 
182 
- To ząb Małgorzaty, Tadziu - uśmiechnęła się Maryla. - Zamierzamy go zachować dla 
potomności. Więc włóŜ go z powrotem do słoiczka. 
- A nie mógłbym go sobie wstawić? - spytał szczerbaty chłopiec. 
Małgorzata przypomniała sobie dzień pogrzebu matki Tadzia. To właśnie owego dnia zaczął 
ją boleć ząb. Wydało jej się, Ŝe miało to miejsce bardzo dawno temu. JakŜe była niemądra, Ŝe 

background image

od razu nie poszła do doktora Blaira. I jakŜe myliła się co do bliźniąt. Bardzo pasowały do 
Zielonego Wzgórza. Tak, oboje - nawet ten nicpoń. 
- Tadziu! - jęknęła Maryla. - Coś ty zrobił? Małgorzata spojrzała na chłopca. Z jego gardła 
wydobywały się dziwne dźwięki. Wyglądało, jakby malec się dusił. 
- Co ci jest? 
- Niech się pani nie gniewa. Chciałem spróbować, czy ten ząb pasuje. I połknąłem go. - Nagle 
się rozjaśnił. - MoŜe on się spotka z moim sumieniem? Jak pani myśli? Muszę to wiedzieć. 
Kobiety wybuchnęły śmiechem. Małgorzata tak się śmiała, Ŝe załzawiły jej się oczy. Otarła je 
i wyszeptała: 
- A jeśli chodzi o tego pana Grapple'a, to coś mi się zdaje, Ŝe to teŜ niezły typek. JuŜ do niego 
nie napiszę. Nie mam czasu na pogrzeb. Muszę wychować te dzieci. 
Przyjaciółki z uśmiechem podąŜyły do kuchni. Trzeba przygotować kolację. To miał być 
pierwszy posiłek nowej, szczęśliwej rodziny. Chciały, by na zawsze utkwił w pamięci dzieci. 
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA 00-389 Warszawa, ul. Smulikowskiego 4 
prowadzi sprzedaŜ hurtową, wysyłkową i detaliczną ksiąŜek własnych. 
Wszystkich informacji o zakupie udzielają działy: • handlowy tel. 26-31-65 • księgarnia 
firmowa i sprzedaŜ wysyłkowa tel. 26-36-48 w. 114 i 26-24-31 w. 15 
Redaktor Halina Ostaszewska Redaktor techniczny Maria Bochacz Korektorzy Halina 
Otceten; Romana Sachnowska 
ISBN 83-10-10004-3 
PRINTED  IN  POLAND Wydawnictwo „Nasza Księgarnia", Warszawa 1996 r. Wydanie 
pierwsze. Skład i montaŜ okładki: Studio Komputerowe „NK". MontaŜ, druk i oprawa: 
Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczyca S.A., Kraków. 
Zam. 4289/96 
MBP Zabrze 
nr inn.: K20 - 14539 
F 20 IIIp/P 
0890000179166