background image

Warsztaty szamańskie 
praktyczny terenowy podręcznik

Wojciech Jóźwiak

Część 1. 
Co to jest szamanizm? Kim są szamani? 

         Szamani są pośrednikami między ludźmi a duchami. Ludy pierwotne postrzegają świat 
inaczej niż my, ludzie miejskiej cywilizacji: pełen jest on duchów, istot, które nie mają 
takiego jak ludzie i zwierzęta materialnego ciała, ale obdarzone są mocą i inteligencją, i w 
przemożny sposób wpływają na ludzkie życie. 

         Jakie to są istoty? Przede wszystkim są to gospodarze miejsc, a więc duchy, które 
zamieszkujące góry, rzeki, bagna i jeziora, stare drzewa i leśne uroczyska, biorą swoją moc z 
tych miejsc i opiekują się nimi. Miejsca szczególnie gęsto zaludnione przez duchy albo 
pozostające w opiece szczególnie silnych istot, jeśli zostaną odkryte przez ludzi, zyskują 
sobie sławę miejsc mocy lub świętych miejsc, i stają się przestrzenią, gdzie odbywają się 
obrzędy. Swoje duchy-gospodarzy mają też ludzkie siedziby, domy, jurty, namioty. Drugą 
grupą duchowych istot są zmarli, czy jak kto woli, dusze zmarłych. W miarę upływu czasu i 
przemijania pokoleń zmarli, których pamiętano z wyglądu, czynów i imienia, stają się 
przodkami, istotami potężnymi, ale należącymi już wyraźnie do tamtego świata i stamtąd 
opiekującymi się swoim rodem. 

         Trzecią ważną grupą duchów są duchy zwierząt. Są to duchowi opiekunowie i 
przewodnicy żyjących na tym świecie zwierzęcych gatunków. W istotach tych skupia się moc 
właściwa dla poszczególnych gatunków zwierząt. Mówię dla uproszczenia o duchach 
zwierząt, chociaż swoich duchowych przedstawicieli mają też rośliny i grzyby. Duchy te 
mogą stawać się przewodnikami ludzi, udzielać im wskazówek i wizji, przekazywać im swój 
rodzaj mocy, i wtedy są nazywane zwierzętami mocy. 

         Po czwarte swoich duchów-gospodarzy mają obiekty z których składa się wszechświat: 
niebo i ziemia, a szczególnie mroczne wnętrze ziemi, dalej ogień, wiatry, burze, deszcze i 
śnieżyce, noc i dzień, Słońce, Księżyc i gwiazdy. Są też duchowi władcy stron świata i por 
roku. Te istoty duchowe, potężniejsze od innych, zasługują na miano bogów, chociaż u 
ludów, które wszystkie te istoty dostrzegają w otaczającym je świecie, zwykle nie ma 
osobnych słów na "duchy" i "bogów", wystarcza jedno słowo oznaczające jednych i drugich. 

         Są wreszcie duchy-szkodniki, które u ludzi (i u zwierząt) wywołują choroby. Według 
Nieńców, mieszkańców dalekiej północy Syberii, których wierzenia znam najlepiej, duchy 
chorób zamieszkują wnętrze Ziemi czyli świat podziemny. Zadaniem szamana jest tak je 
podejść, przestraszyć lub przekupić, aby wróciły tam, skąd przyszły i nie nękały ludzi. 

         Szamani są specjalistami od kontaktowania się z duchami. Nie jest to wcale łatwe 
zadanie, wymaga szczególnych wrodzonych zdolności i długotrwałej nauki. U Nieńców i 
innych narodów Syberii szamańskie studia trwają aż dwadzieścia lat! Od innych 
czarowników, znachorów i wróżów występujących u ludów pierwotnych, a także od 
kapłanów, szamani odróżniają się tym, że wobec istot duchowych stają, można powiedzieć, 
twarzą w twarz: wyprawiają się do ich świata, do właściwego im obszaru bytu, i w kontakcie 

background image

z duchami i bóstwami zachowują pełną świadomość, a to co robią, zawdzięczają swoim 
własnym zdolnościom, umiejętnościom i doświadczeniu, a nie temu, że występują w imieniu 
jakiejś religijnej organizacji. Pełna świadomość podczas kontaktu z duchami jest zaś tym, co 
odróżnia szamanów od mediów. Medium - inaczej niż szaman - przyjmuje ducha do siebie, 
jego własna świadomość ustępuje miejsca po to, aby duch przemówił jego ustami i czynił 
gesty przy pomocy jego rąk, by tańczył używając ciała medium. Takie zjawiska są 
charakterystyczne dla religii zwanych "religiami opętania", które rozwinęły się szczególnie w 
Afryce i zostały przez Afrykanów przeniesione do Ameryki łacińskiej. Religie takie 
występują dziś między innymi w Brazylii i na Haiti; haitański mediumizm nosi nazwę wudu. 

         Szamanizm w swojej typowej formie występuje (lub występował) u ludów północnej i 
środkowej Azji. Dziś miejscowi szamani działają wśród Nieńców na dalekiej północy, 
Ewenków i Jakutów w tajdze, oraz wśród ludów południa Syberii: Ałtajczyków, Tuwińców i 
Buriatów. Po chińskiej stronie granicy szamanistami pozostali Mandżurowie. Ślady 
niedawnych szamańskich praktyk występują u Mongołów i Kazachów. Typowo szamańskim 
ludem są też Inuici (Eskimosi) z arktycznej strefy Ameryki Północnej. 

         Jeśli chodzi o Indian, to ich rodzima tradycja duchowa też bywa nazywana 
szamanizmem, chociaż różni się od syberyjskiej tym, że jest bardziej "demokratyczna". 
Niektóre praktyki, które na Syberii były raczej specjalnością wybrańców-szamanów, u Indian 
dotyczyły każdego członka plemienia. Tak na przykład u Indian Prerii każdy młodzieniec 
szedł na poszukiwanie wizji i otrzymywał swoje zwierzę mocy. Z kolei dla tradycji duchowej 
Indian Ameryki Południowej i Środkowej charakterystyczne jest użycie roślin powodujący 
wizje: tamtejsi szamani zwani po hiszpańsku curanderos lub vegetalistos są ich wielkimi 
znawcami. 

         Szamańskie praktyki spotyka się też wśród ludów Azji Południowo-Wschodniej. 
Zachowały się nawet w kraju tak wysoko rozwiniętej cywilizacji jak Korea. Niektórzy do 
szamanizmu zaliczają też rodzime duchowe tradycje Polinezyjczyków, a wśród nich hawajski 
system zwany huną. 

         Pewne praktyki, obrzędy, wierzenia i wyobrażenia występują w różnych częściach 
świata. Podobna jest wszędzie droga, która prowadzi człowieka do zostania szamanem. Do 
tego "fachu" trafiają ludzie, którzy w cywilizowanych krajach zostaliby zapewne artystami, 
naukowcami, myślicielami. Są to jednostki nieprzeciętnie inteligentne, o bujnej wyobraźni, 
bogatym życiu wewnętrznym, jak również ludzie wrażliwi, skłonni do zadumy i samotności. 
Często szamańskie powołanie przychodzi we śnie. Albo do przyszłego szamana przychodzą 
duchy, które go wybrały jako swojego przedstawiciela. Zdarza się, że są przy tym uparte i 
natrętne, a gdy ich kandydat nie kwapi się do pójścia po szamańską naukę, dręczą go 
koszmarnymi snami albo przyprawiają o choroby. Wtedy wybraniec nie ma wyjścia: musi 
zostać szamanem, aby się wyleczyć, a ktoś, kto uleczył siebie, może też leczyć innych - co 
jest zawsze jednym z głównych zadań szamana. Szamanem można zostać też poprzez przekaz 
rodzinny: u wielu ludów szamani udzielają wtajemniczeń swoim synom (córkom) lub 
wnukom. Bywają rodziny, w których zawód szamana jest dziedziczny. Zdarza się też, że na 
szamańską ścieżkę wstępuje ktoś, kto przeżył gwałtowne, wstrząsające wydarzenia: został 
ciężko ranny, poturbowany przez zwierzę, wpadł pod lód, przeżył porażenie piorunem lub 
wyzdrowiał ze śmiertelnej zwykle choroby. Jeszcze inna kolej rzeczy polega na tym, że 
przyszłego szamana wybierają przodkowie - czyli opiekuńcze duchy plemienia. 

background image

         Zanim adept zostanie szamanem, przechodzi zwykle surową inicjację. Na Syberii 
udzielają jej duchy podczas wizji. Szamański uczeń przebywa wtedy na odosobnieniu, 
wygląda na chorego, a w "punkcie kulminacyjnym" często traci świadomość. Wtedy w swoim 
wewnętrznym widzeniu dostaje się w ręce duchów, które rozbierają jego ciało na części, kroją 
i rozdzierają, obnażają do gołego szkieletu, który rozkładają na luźne kości. Następnie 
składają go na nowo, obdarzając nowym, mocniejszym ciałem o nadludzkich właściwościach. 
Indianie Prerii nie czekają na przyjście duchów i sami poddają swoje ciała próbom bólu i ran. 
Dzieje się tak na przykład podczas Tańca Słońca, którego uczestnikom wbija się pod skórę 
drewniane kołeczki. 

         Pewne praktyki są wykonywane przez szamanów wszystkich ludów. Leczą oni choroby 
przez oddalanie chorobotwórczych duchów. Wypędzają duchy powodujące u ludzi 
szaleństwo. Przywracają utracone dusze. (To, co psychiatra nazwałby depresją, szamani 
określają jako utratę duszy przez człowieka. Zdarza się, że jakieś złośliwe duchy lub źli 
czarownicy kradną ludziom dusze.) Doznają wizji i przewidują przyszłość. Dzięki swej 
wiedzy udzielają ludziom rozmaitych porad. Odprowadzają dusze zmarłych do bezpiecznych 
miejsc pobytu w zaświatach. Swoją świadomością wstępują do tej warstwy rzeczywistości, 
gdzie przebywają duchy, i dokonują duchowych podróży, zwanych lotem duszy. 

         Powszechnym szamańskim wyobrażeniem jest wizja trzech światów, a raczej świata 
jako trójpoziomowego, złożonego z Dolnego Świata - Podziemia (zwykle siedziby złośliwych 
duchów), Górnego Świata -Nieba, siedziby najwyższych mocy, oraz Świata Środkowego, 
gdzie żyją ludzie. Szamani podejmują duchowe wędrówki do obu światów: Dolnego i 
Górnego. Wierzy się, że osią spinającą te trzy światy jest Kosmiczne Drzewo. W swoich 
wizjach szamani podróżują po pniu i gałęziach tego Drzewa, a także używają lin i drabin do 
wspinania się do niebios. 

         Powszechnym wyobrażeniem jest posługiwanie się duchami-pomocnikami. Im więcej 
duchów ma szaman na swoje usługi, tym większa jest jego moc. Wśród nich są także duchy 
zwierząt, czyli zwierzęta mocy. 

         Szamani uzyskują także widzialne, namacalne dowody swojej mocy. Są zaprzyjaźnieni 
z ogniem, który ich nie parzy, kiedy trzymają żar w dłoniach lub w ustach, kiedy chodzą po 
ogniu lub (podobno) kładą się w nim jak do snu. Mają w swoich ciałach tak zwane przeręble, 
czyli miejsca niewrażliwe na ból i rany; mogą tam wbijać sobie ostre narzędzia bez szkody, 
krwi ani śladów zranienia. Umieją porozumiewać się ze zwierzętami, znają ich mowę. 
(Nieńcy wierzą, że mowę zwierząt pozna ten, kto wronie wyrwie żywcem serce i je zje.) Bez 
lęku zbliżają się do zwierząt, które są śmiertelnie niebezpieczne (lub nieznośnie płochliwe) 
dla innych ludzi. Krążą też o szamanach opowieści, że potrafią znikać, jakby stali się 
niewidzialni, unosić się w powietrzu, zjadać trucizny, znosić zabójcze dla innych zimno, 
czytać w myślach, widzieć na odległość, przybierać postać zwierząt... Nie ma chyba takich 
czarów, których by nie przypisywano szamanom. Ale powiada się też, że w dawnych czasach 
żyli szamani, którzy faktycznie umieli czynić wszystkie te cuda i swoją mocą dalece 
przewyższali czarodziejów współczesnych. Więc pewnie duża część tych opowieści to 
legendy. Z drugiej strony dawni podróżnicy po Syberii rzeczywiście byli świadkami, jak 
szaman przebijał się mieczem na wylot lub ucinał sobie głowę (która potem wracała na swoje 
miejsce). Więc może nie wszystko to było tylko grą wyobraźni. 

         Czy również w Europie byli szamani? Szamanizm praktykowali Lapończycy z dalekiej 
północy Skandynawii, mający podobną kulturę jak Nieńcy, Ewenkowie i inni syberyjscy 

background image

pastrerze reniferów. Pod naporem chrześcijańskich misjonarzy musieli wyrzec się swoich 
rodzimych tradycji, ale obecnie do nich wracają. Szamanistami byli też Węgrzy, którzy zanim 
przywędrowali do Europy żyli na stepach południowej Syberii i ślady szamanizmu pozostały 
w węgierskiej kulturze ludowej. 

         Szamańskie wyobrażenia odnajduje się w religiach starożytnych Celtów i Germanów. U 
Celtów byli wieszczowie-filidzi, którzy śpiewali pieśni improwizowane w stanie natchnienia 
pod dyktando duchów, a więc w zmienionym, wyostrzonym stanie świadomości. Ciekawe, że 
owe poematy dosłownie wysysali z palca: zachowały się bowiem rysunki wieszczów 
trzymających kciuk w ustach. Ta dziwna pozycja powodowała ucisk na nerwy (albo na 
punkty akupresurowe) wewnątrz jamy ustnej, co powodowało zmienione stany świadomości. 
W irlandzkich i szkockich legendach powtarzają się opowieści o czarownikach zmieniających 
się w zwierzęta, co również było szamańską sprawnością. Roje duchów przyrody, po 
angielsku zwanych fairy, to także element świata szamanów. W wierzeniach Germanów 
mamy za to piękną wizje Drzewa Kosmicznego: jesionu Ygdrasil, który przenika wszystkie 
trzy światy, łącząc Podziemie i Niebiosa. Na jego gałęzi powiesił się na dziewięć dni i nocy 
bóg Odyn, co jest przykładem szamańskiej okrutnej inicjacji, i poprzez tę inicjację uzyskał 
mądrość ucieleśnioną w magicznych symbolach - runach. 

         Ciekawe, że echa szamańskiej przeszłości słychać nawet... w Biblii. W raju Adam i Ewa 
zostają poddani inicjacji przez typowe szamańskie zwierzę mocy, węża. Ich syn Kain sprawia 
wrażenie świętego-wyklętego kowala-czarownika. Noe zmierzając przez wody pierwotnego 
chaosu-potopu wysyła na zwiady szamańskiego ptaka, kruka. Abraham spotyka się z Jahwe 
pod wróżebnych dębem. Jakub zasypia w nawiedzonym przez bóstwo miejscu mocy i śni o 
szamańskiej drabinie wiodącej do nieba. Eliasz jest karmiony przez kruka i wzorem bóstw 
burzy kieruje ogniem z nieba. Samson swoją nadludzką siłę zawdzięcza pokrewieństwu z 
lwem. Wszystkich zaś przebija Mojżesz, którego wędrówki przez pustynię pełne są 
magicznych wyczynów. 

         A co z naszymi przodkami, Słowianami? Wiadomo, że na nasze ziemie przywędrowali 
nie tak dawno - tysiąc pięćset lat temu, już po upadku zachodniego cesarstwa rzymskiego. 
Przybyli z dzisiejszej Ukrainy, a są powody do przypuszczeń, że dawniej żyli jeszcze dalej na 
wschodzie, może aż za Wołgą, pod Uralem. Byliby więc sąsiadami szamańskich 
Syberyjczyków. Ich dawna religia jest trudna do uchwycenia, ale ślady jej treści zachowały 
się (między innymi) w starych słowach i imionach. Słowianie wierzyli w pewną liczbę 
boskich mieszkańców niebios - dawców światła, deszczu i pomyślności, ale chyba nie 
wysilali się, aby ich wszystkich przeliczyć. Największym szacunkiem cieszył się bóg burzy, 
znany pod imionami Perun, Świętowit lub Jarowit. Słowo "bóg" znaczyło "budzący lęk" (z 
powodu swej potęgi). Inną nazwą istot nadprzyrodzonych był "kyrtu", później "czrtu", czyli 
"potężny". Ale tym mianem chrześcijanie zaczęli nazwać nie Boga lecz... diabła, czyli 
właśnie czarta. Inne diabelskie imię, bies, pierwotnie oznaczało coś zupełnie innego: środek 
rozjaśniający umysł, a więc napój z halucynogennych grzybów i jagód, którym słowiańscy 
wróże-szamani raczyli się podczas "biesiady" czyli, dosłownie, "jedzenia biesów". Starą 
nazwą szamana-czarownika był "wołchw", i stąd takie czarnoksięskie zebranie nazywano 
"wołchwotą", czyli - w obecnej polszczyźnie - "ochotą". (Czy dzielnica Warszawy o tej 
nazwie była miejscem mocy?) W ułamkach starych słów i nazw przechowały się inne miana 
słowiańskich "świętych mężów", pośredników miedzy ludźmi i bogami-duchami. Szaman 
uzdrowiciel nazywał się "lekarz". Jakimś innym rodzajem uzdrowiciela-zaklinacza był 
"choroman". Był też "kołud" - i zapewne przepowiadał przyszłość. Były też mądre niewiasty 
"wilchwy" lub "wilchy". Czynność wróżenia z lotu ptaków nazywała się "kobiti", ptak 

background image

wróżebny - "kobiec", mistrz wróżenia tym sposobem - "kobieł" a może "kobacz". Szaman-
wróżbita nazywał się "bak" - czyli ten, który pilnie baczył na wieszcze znaki. W naszych 
przesądach i legendach zachowały się ślady dawnych wierzeń: pamięć o świętych ptakach: 
bocianach, jaskółkach, sokołach; o biedronce-wiodrunce (od słowa "wiodro" - słoneczna 
pogoda), pośredniczce między ziemią a niebem; o świętych drzewach - dębach, lipach i 
jaworach. Zachowała się pamięć o lasach będących zarazem zaświatami, gdzie dusze 
zmarłych członków plemienia czekały na wcielenie i niosły pomoc bohaterom. Zaledwie 
jedno pokolenie wstecz mieszkańcy wiosek pod Kielcami wierzyli w reinkarnację. 

         W ostatnich wiekach szamanizm w świecie gwałtownie zanikał w miarę jak leśne, 
stepowe i tundrowe ludy przejmowały europejską cywilizację i były, zwykle pod przymusem, 
nawracane na chrześcijaństwo, lub, jak w byłym Związku Radzieckim, na komunizm. 
Całkiem niedawno ten odwrót się odwrócił. Indianie w obu Amerykach zaczeli wracać do 
swoich starych tradycji duchowych, hawajscy kahuni ujawnili swoje tajemnice, także szamani 
z Syberii i Mandżurii wyszli z ukrycia. Ludzie z wysoko rozwiniętych krajów Zachodu 
zaczęli w szamanizmie dostrzegać brakujące ogniwo łączące człowieka z przyrodą, a także 
zagubioną więź między świadomością a tajemniczymi mocami zamieszkującymi nasza 
własną podświadomość. 

         Oprócz tradycyjnego, prastarego szamanizmu ludów pierwotnych pojawił się 
neoszamanizm - nowoczesny szamanizm białego człowieka. 

Część 2. 
Neoszamanizm 

  
 
Od kiedy w 15-tym i 16-tym wieku Europejczycy zetknęli się z pierwotnymi kulturami, także 
tymi, które miały swoich szamanów, stosunki tych dwóch światów przeszły przez trzy fazy. 
Zrazu Biali na ogół gardzili tubylcami nowoodkrytych lądów, nazywając ich dzikusami i 
prymitywami, posądzając ich o ludożerstwo i inne obrzydlistwa, a nawet miewając 
wątpliwości, czy te dziwne rasy w ogóle są ludźmi. Tubylcy byli podbijani i zniewalani, a 
wielu ludom Biali zgotowali całkowitą zagładę. Tak stało się z wieloma grupami Indian 
Stanów Zjednoczonych i Brazylii. Mieszkańcy Wysp Karaibskich nie przeżyli kolonizacji 
hiszpańskiej. Mieszkańcy Patagonii zostali wymordowani przez Argentyńczyków w wyniku 
planowych akcji; podobny los z ręki angielskich kolonizatorów spotkał rdzennych 
mieszkańców Tasmanii. Biali przynosili wódkę i epidemie chorób, które tubylcom niosły 
masową śmierć. Również na kulturę ludów pierwotnych został wydany wyrok: jako 
"poganie" mieli zostać ochrzczeni i "nawróceni", jako dzikusy - ucywilizowani; jedno i drugie 
oznaczało brutalne wydarcie tym ludziom ich duchowego świata. Tak wyglądała pierwsza 
faza kontaktu, która jeszcze nie wszędzie się skończyła. 

Druga faza polegała na tym, że Biali zaczęli tubylcze ludy badać i poznawać. Rozwinęła się 
nauka zwana, w różnych krajach, etnografią, antropologią kulturową lub etnologią. Ale 
chociaż etnolodzy częstokroć spędzali wśród tubylców długie lata, to zachowywali punkt 
widzenia obserwatora, który przybywa z zewnątrz z bardziej rozwiniętego świata, i patrzy na 
swój przedmiot badań chłodnym okiem, zbrojny w "lepszą" wiedzę. 

background image

W trzeciej fazie, która trwa od niedawna, Biali zaczęli się od tubylców uczyć, naśladować ich 
obyczaje i włączać ich wiedzę do swojego obrazu świata. Tak powstał neoszamanizm, czyli 
nowoczesny szamanizm człowieka Zachodu. 

Ale żeby to stało się możliwe, najpierw w samej kulturze Zachodu musiały zajść głębokie 
przemiany. Biali, jak ich dalej w skrócie będę nazywać, uświadomili sobie, że ich kultura nie 
jest tą jedyną, prawdziwą, pełnoprawną i "postępową". Że ich sposób widzenia świata nie jest 
jedynym właściwym, wszystkie inne zaś nie są błądzeniem lub infantylizmem ludów niedość 
zaawansowanych w rozwoju. Do świadomości ludzi Zachodu zaczęło też docierać, że mimo 
wielkiej skuteczności ich techniki, gospodarki i organizacji, cierpią na duchową pustkę, a to, 
co oferuje ich własna kultura, nie daje im poczucia pełni, głębi ani szczęścia. Twórczy 
kontakt z drogą ludów pierwotnych, aby w ogóle mógł dojść do skutku, musiał być 
poprzedzony i przygotowany szeregiem zjawisk i nurtów, które wcześniej przeorały samą 
kulturę Zachodu. Wymieńmy kilka, które wydają się najważniejsze. 

Helena Bławatska (1831-1891), Rosjanka, która większość życia spędziła w Anglii, Ameryce 
i w angielskich wówczas Indiach, zapoczątkowała modę na Daleki Wschód i tamtejsze 
cudowności. I chociaż to, co proponowała Bławatska i jej zwolennicy (zorganizowani w 
założonym w 1875 roku Towarzystwie Teozoficznym) nie było poznawaniem faktycznej 
kultury duchowej Indii i Tybetu, lecz raczej wymyślaniem własnego fantastycznego świata, 
czymś co można by z angielska nazwać spiritual fiction, fantazją duchową, to jej działalność 
zaczęła oswajać Europejczyków i Amerykanów z myślą, że prawdziwe "światło poznania" 
jest na Wschodzie, wśród ludzi dotąd uważanych na Zachodzie za ciemnych i zabobonnych. 
(Wcześniej za taką krainę cudów i natchnienie okultystów uchodził raczej starożytny Egipt.) 
Z szeregów Towarzystwa Teozoficznego wyrośli tacy wpływowi myśliciele, jak twórca 
antropozofii Rudolf Steiner (1861-1925) i niepokorny guru-destrukcjonista Jiddu 
Krishnamurti (1895-1986). 

Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku (ang. Hermetic Order of The Golden Dawn), założony 
w 1888 roku przez trzech angielskich masonów (najbardziej znanym z nich był Samuel 
Liddell Mathers), był grupą poszukiwaczy, którzy nie tylko rozprawiali (jak to wcześniej 
zwykle bywało) o magii, ale także zaczęli ją praktycznie uprawiać. To oni odkryli dla 
Zachodu metodę wizualizacji, niewątpliwie pod wpływem dochodzących z Indii i Tybetu 
wiadomości o praktykach tamtejszych tantrycznych joginów. Magowie Złotego Brzasku 
zaczęli pierwsi na Zachodzie uprawiać szamańskie w swojej istocie podróże duchowe i loty 
duszy, chociaż, jak się wydaje, nie przywiązywali większej wagi do tego, że oto właśnie 
przekroczyli próg szamanizmu. Ale na pewno podobieństwa własnych praktyk do tego, co 
robią szamani, był świadom najsłynniejszy uczeń Złotego Brzasku i twórca własnej 
magicznej szkoły, Aleister Crowley (1875 -1947). 

Zarówno teozofia jak i magia Złotego Brzasku były jednak ruchami elitarnymi i leżały raczej 
na poboczu tego, co zajmowało umysły ludzi Zachodu. Za to w sam środek masowych 
zainteresowań wstrzeliła się psychoanaliza, i właśnie ten nurt umysłowy naprawdę 
przygotował grunt pod neoszamanizm. A kiedy mówimy o psychoanalizie, to szczególną rolę 
odegrała nie ta jej wersja, którą stworzył Zygmunt Freud (1856-1939), lecz raczej nauki jego 
genialnego ucznia (i krytyka), Carla Gustava Junga (1875-1961). Jung stworzył oszałamiającą 
i paradoksalną wizję ludzkiej psychiki, według której świadomość jest tylko - niby lód na 
rzece - zewnętrzna cienką warstwą, pod którą toczy się właściwe bujne i dzikie życie umysłu. 
W tych głębinach umysłu bytują potężne i zagadkowe siły psychiczne, wspólne wszystkim 
ludziom i składające się na "zbiorową nieświadomość", które w snach, wizjach, obrazach 

background image

artystów, w mitach i w objawieniach mistyków przybierają postać archetypów, a więc w 
istocie "wewnętrznych bóstw" umysłu. Jak od wypraw Kolumba człowiek Zachodu przywykł 
do myśli, że jego ojczyzna nie jest jedynym ludzkim światem, tak od badań Junga oswajamy 
się z myślą, że nasza świadomość jest tylko kurtyną, która oddziela nas od przebogatego (i 
trudno dostępnego) świata ducha. 

Kolejnym nurtem poszukiwań zachodnich badaczy było religioznawstwo, które nauczyło 
widzieć w starożytnych i pozaeuropejskich religiach i duchowych tradycjach wcale nie błędy 
"pogaństwa", które powinny czym prędzej zniknąć pod kropidłem misjonarza, ale ważną 
część ogólnoświatowego dorobku ludzkiej myśli i wartościowe źródło duchowych inspiracji. 
Czytelników Mircei Eliade (1907-1986, rumuńskiego uczonego, który większość życia 
spędził we Francji i USA) od uczenia się symboliki "pogańskich" religii do ich praktykowania 
dzielił już tylko krok. O Eliadem pamiętajmy też jako o autorze jednej z najobszerniejszych i 
najbardziej opiniotwórczych książek o szamanizmie.  

Pojawili się także na Zachodzie ludzie, którzy nie tylko badali i teoretyzowali, ale zaczęli 
sami wchodzić w doświadczanie stanów i duchowych przygód, które przed nimi zastrzeżone 
były dla szamanów. Amerykański bankier i etnolog-amator Gordon Wasson (1898-1986) 
podczas wypraw do Meksyku "odkrył" halucynogenne działanie grzybów Psylocybe i jako 
pierwszy Biały w roku 1955 wziął udział w velada - rytuale Indian Mazateków z użyciem 
tych grzybów. W 1943 roku szwajcarski chemik Albert Hofmann (ur. 1906) zsyntetyzował 
dwuetyloamid kwasu lizergowego, znany pod skrótem LSD-25, i był pierwszym, który na 
sobie stwierdził piorunujące działanie tego najsilniejszego chyba ze znanych środków 
halucynogennych. Najszersze badania nad tym środkiem otwierającym dostęp do głębin 
ludzkiego (i nie-ludzkiego) umysłu podjął czeski psychiatra Stanislav Grof (ur. 1931), który 
w roku 1967 wyemigrował do USA. Grof stał się jednym z twórców psychologii 
transpersonalnej, czyli tej dziedziny nauki, która stara się uporządkować natłok danych i 
doświadczeń dotyczących "odwrotnej strony umysłu", które począwszy od lat 
sześćdziesiątych zaczęły dosłownie zalewać informacyjny obieg Zachodu. 

Ale nie tylko doświadczenia z halucynogenami przybliżały Europejczyków i Amerykanów do 
świata szamanów. Robert Monroe (1915-1995), biznesmen i właściciel stacji radiowych z 
Virginii, odkrył u siebie (w 1958 r., przy okazji uczenia się przez sen) zdolność do 
wychodzenia z własnego ciała i odbywania w tym stanie podróży do światów zarówno 
pokrywających się z naszą zwykłą przestrzenią, jak i do przestrzeni równoległych i osobnych. 
Zjawisko oddzielania się świadomości od ciała (OBE, out of body experience) stało się też 
głośne dzięki badaniom Raymonda Moody'ego (ur. 1944; słynna książka "Życie po życiu" 
wydana w 1975 r.) nad osobami, które zostały reanimowane ze śmierci klinicznej. Moody 
spopularyzował takie elementy umierania, jak świetlisty tunel prowadzący do "innego 
świata", rekapitulacja własnego życia, pojawianie się przyjaznych istot oczekujących po 
tamtej stronie, oraz spotkanie z "białym światłem" w którym niektórzy rozpoznawali istotę 
boską. Po okresie badań nad umieraniem Raymond Moody zajął się aranżowaniem 
warunków, w których zmarli mogą ukazywać się w naszym świecie, i w założonym przez 
siebie "teatrze umysłu" wskrzesił starożytną sztukę przywoływania zmarłych za pomocą 
zwierciadła. 

Tym, który wykonał decydujący krok i jako pierwszy nie tylko badał szamanów, ale także 
przeniósł ich nauki do świata Białych i zaczął je propagować, był Michael Harner. Jemu też 
zawdzięczamy pierwsze systematyczne studia nad ayahuaską, "lianą duchów", potężnym 
halucynogenem używanym w dżunglach Amazonii. Z tą oświecającą rośliną Harner zapoznał 

background image

się około 1958 roku u Indian Conibo w Ekwadorze, i nie ma wątpliwości, że właśnie pod jej 
wpływem rozpoczął swoją misję praktycznego upowszechnienia szamanizmu na Zachodzie. 
Harner zainicjował praktykę z bębnem i w latach siedemdziesiątych zaczął prowadzić 
warsztaty wewnętrznych podróży przy dźwięku bębna, podobne do tych, które opisuję w tej 
książce. 

Ktoś inny jednak nadał szamanizmowi największy rozgłos i dosłownie oczarował miliony 
swoich czytelników. Był to Carlos Castaneda (1931-98), autor cyklu książek opisujących jego 
własne "terminowanie" u mistrza-czarownika, brujo z ludu Yaqui, imieniem don Juan Matus 
(1891?-1973?). Osoba i działalność Castanedy otoczona była (i jest) mgłą tajemnic, 
niejasności i niedomówień. Jego krytycy twierdzili, że don Juan nigdy nie istniał, a Castaneda 
całą jego magiczną sztukę zmyślił lub skomponował z elementów zawierających, prócz 
etnograficznych danych z Meksyku i innych krajów Ameryki, także inspiracje buddyjskie, 
tybetańskie, okultystyczne, a nawet podobno idee zapożyczone od tropiciela paradoksów, 
filozofa Ludwiga Wittgensteina. Faktem jest, że nikt nie widział fotografii don Juana, ani nie 
spotkał go osobiście; a także sam Castaneda skutecznie maskował własną osobę i zacierał swą 
biografię.  Chociaż w jego książkach dopatrzono się sprzeczności, zmyśleń i plagiatów, to 
jednak niektórzy jego koledzy po fachu (z Harnerem na czele) brali go w obronę, twierdząc, 
że chociaż być może częściowo fikcyjne, to jednak książki Castanedy dostarczają rzetelnej 
szamańskiej metody pracy z umysłem i przestrzenią. W 1991 roku pojawił się nowy argument 
na rzecz tego, że don Juan jednak istniał: ujawniły się jego dwie następne uczennice, Florinda 
Donner-Grau i Taisha Abelar (o ile one także nie zmyślają...). 

Dziś, po ponad 40 latach od pierwszych kroków Harnera i Castanedy, neoszamanizm jest na 
pewno czymś więcej niż tylko przejściowa modą. Opiera się na działalności przynajmniej 
kilkuset ludzi (głównie w Stanach Zjednoczonych), którzy regularnie praktykują szamańskie 
działania, prowadzą warsztaty i dla których nie istnieją kulturowe bariery, które tak długo 
oddzielały "oświeconych" Białych od "prymitywnych" tubylców. Dla neoszamanistów 
głównym źródłem inspiracji pozostaje kultura duchowa Indian Ameryki Północnej i 
Środkowej, a obecnie w coraz większym stopniu Indian i Metysów Amazonii. (Odnoszę 
wrażenie, że Agustin Rivas-Vasques, mieszkający koło Iquitos w Peru najsłynniejszy 
vegetalisto czyli mistrz ayahuaski, stał się celem prawdziwych pielgrzymek z obu Ameryk.) 
Ale po nauki sięga się też do Eskimosów, Aborygenów Australii, do Buszmenów, do Nepalu. 
Są próby odbudowy zapomnianego szamanizmu Celtów , który dla dużej części 
współczesnych Amerykanów byłby ich rdzenną, idącą od przodków, linią przekazu. Dziwne, 
ale jak dotychczas najsłabiej przebija się do świata Zachodu ten szamanizm, który 
etnologowie uważają za najbardziej typowy i "czysty", czyli szamanizm ludów Syberii. 

W Polsce aż do lat dziewięćdziesiątych o szamanizmie i neoszamanizmie było całkiem 
głucho. Podwójny nelson obu totalitarnych ideologii, komunizmu i katolicyzmu, solidarnie 
nie dopuszczał konkurentów. A przecież w swojej historii mieliśmy takich ludzi, jak Józef 
Kopeć (1758- 1827), oficer Kościuszki zesłany na Kamczatkę, który w swoim słynnym 
"Dzienniku podróży" podał pierwszy w świecie opis stanu zmienionej świadomości po 
zażyciu - za radą miejscowego duchownego - muchomorów Ammanita muscaria.  Warto 
pamiętać o Wacławie Sieroszewskim (1858-1945), badaczu kultury Jakutów, i o innym 
zesłańcu, Bronisławie Piłsudskim (1866-1918) który swój los związał z Ajnami z Sachalinu . 
Naszym rodakiem był Bronisław Malinowski (1884-1942), jeden z mistrzów światowej 
etnologii, który swoją szkołę w terenie przeszedł na Wyspach Triobrianda u wybrzeży Nowej 
Gwinei. Z kolei jego przyjaciel Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy (1885-1939) był 
jednym z pierwszych artystów, którzy penetrowali niepokojące krainy halucynogenów. 

background image

Lecz to nie wszystko. Szamańskie wpływy odnajdujemy w samym sercu narodowej klasyki - 
u Adama Mickiewicza (1798-1855). Kiedy w "Dziadach części III" w scenie Improwizacji, 
Konrad woła: "Zrzucę ciało i tylko, jak duch, wezmę pióra - Potrzeba mi lotu! (...) I mam je, 
mam je, mam tych skrzydeł dwoje" - to rozpoznajemy w tych słowach ni mniej ni więcej, 
tylko szamański lot duszy pod postacią ptaka, zgodny w szczegółach z tym, czego 
doświadczali syberyjscy szamani. A kiedy wcześniej Konrad zrywa się do lotu duszy, widzi 
takie oto obrazy: "Cóż to? Jaki ptak powstał i roztacza pióra / Zasłania wszystkich, okiem 
mnie wyzywa? / Skrzydła ma czarne, jak burzliwa chmura, / (...) I niebo całe zakrywa... / To 
kruk olbrzymi! Ktoś ty? - Ktoś ty, kruku? / Ktoś ty? - jam orzeł! - Patrzy kruk - Myśl moję 
plącze..." - I znowu z dokładnością do szczegółów mamy tu wizję, która mogłaby powstać w 
czumie nad Obem lub Leną: Konrad jako szaman pod postacią orła, ptaka światła i Słońca, 
lecący ku niebu, i zagradzający mu drogę bóg ciemności, który przybrał kształt kruka. 
Opozycja między orłem i krukiem, i napięcie pomiędzy siłami dobra i światła 
zamieszkującymi świat górny, i złoczynnymi, podstępnymi duchami świata podziemnego jest 
przecież podstawą syberyjskiego obrazu świata.  

I jeszcze uhonoruję w tym miejscu jednego polskiego (i od razu genialnego!) prekursora 
neoszamanizmu i szamańskich warsztatów, Jerzego Grotowskiego (1933-1999), którego 
"sztuki rytualne" (ritual arts) powinny nam, bywalcom warsztatów, przypominać, że już ktoś 
przed nami był na tej samej drodze, tylko zaszedł dużo, dużo dalej.... 
 
Przypisy
[1] Chodzi o książkę: Mircea Eliade. "Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy", 1951, wyd. 
polskie Warszawa 1994. 43 lata zwłoki w publikacji są dobitną miarą niedawnej izolacji 
Polski od światowej myśli.  

[2] Carlos Castaneda robił wszystko, aby o nim wiedziano jak najmniej. Nie pozwalał się 
fotografować ani nagrywać swojego głosu, mimo kuszenia go wysokimi honorariami nie 
występował w mass-mediach. Dymna zasłona jaką otoczył swoją osoby kazała nawet 
niektórym wątpić co do tego, gdzie i kiedy się urodził i jaki był kraj jego pochodzenia, zanim 
w 1959 r przyjął obywatelstwo USA. Podobno nazywał się Carlos Aranha, był 
Brazylijczykiem (a może z Peru lub Argentyny?) i urodził się w 1925 roku. Więcej o 
Castanedzie w "Tarace" pisze Dariusz Misiuna, "Śmierć czarownika".  

[3] O celtyckim szamanizmie zobacz w "Tarace": Frank Henderson MacEowen, 
"Wskrzeszenie gaelickiej tradycji Oran Mor".  

[4] Józef Kopeć pisze w swojej relacji: 

         "Mówi wtem do mnie ewangelista [duchowny prawosławny, przypis WJ], że ja, 
mieszkając przez lat dwa w niższej Kamczatce, nie wiedziałem o ich skarbach, które się tam 
znajdują. Jakoż rozwija korę brzozową i pokazuje mi kilka grzybów suszonych powiadając, 
że one są cudowne, rosną na jednej tylko wyniosłej górze blisko wulkanu. 
         "Uważ Panie, rzecze Ewangelista, że te futra dostałem za grzyby i oni gotowi cały 
majątek oddać gdybym ich posiadał więcej. Te grzyby mają taką własność, że kto ich zje, 
widzi swoją przyszłość. Ponieważ nie mogłem sypiać, radzi mi więc, abym zjadł jeden. 
Wahałem się długo, lecz namyśliwszy się zjadłem połowę, co mi najmilszy sen sprawiło. 
Ujrzałem się nagle w najprzyjemniejszych i najgustowniejszych ogrodach, wśród rozlicznych 

background image

kwiatów, między kobietami ubranymi w białe suknie, i fetowały mnie różnymi owocami i 
jagodami i tysiące innych przyjemności. Spałem dwie godziny więcej nad mój sen zwyczajny. 
         "Na drugą noc namawia mnie abym zjadł całego. Ja byłem już odważniejszy, zjadłem 
grzyb cały i w kilka minut zasnąłem. (...) Bo to wszystko widziałem i przyszłość swoją: co 
mnie tym więcej czyniło niespokojnym a później niektóre z tych sennych marzeń sprawdziły 
się na jawie. Nadmieniam tylko, że od powzięcia rozumu czyli od lat pięciu lub sześciu, 
postępowanie całego życia w dalszych latach; wszystkie osoby jakie tylko znałem w życiu i 
którymi przyjaźń mnie łączyła; wszystkie zabawy i czynności z kolei, dzień po dniu, rok po 
roku, i przyszłość następną, wszystko to widziałem przed sobą. 

Józef Kopeć: "Dziennik podróży przez całą wzdłuż Azję, lądem od portu Ochocka, oceanem 
przez Wyspy Kurylskie do niższej Kamczatki, a stamtąd na powrót do tegoż portu na psach i 
jeleniach"; podstawa tekstu: Dziennik Podróży Józefa Kopcia, Wydanie 3-E, Paryż, 
Księgarnia Luksemburska. W internecie: monika.univ.gda.pl/~literat/kopec/  

[5] Bronisław Piotr Piłsudski był rodzonym bratem Józefa, późniejszego marszałka Polski. 
Powróciwszy z zesłania na Sachalinie, gdzie żył wśród Ajnów, zginał w zagadkowych 
okolicznościach (zamordowany?) w Paryżu. Do tej pory w Japonii żyje jego wnuk, 
zjaponizowany Ajnu. Naród Ajnów praktycznie już nie istnieje, wykorzeniony wspólnym 
wysiłkiem Rosjan i Japończyków. Choć żyją potomkowie Ajnów, to język i (szamańska) 
kultura od kilkudziesięciu lat są martwe.  

[5] Do swego lotu duszy Konrad wyrusza z więziennej celi, co być może można symbolicznie 
odczytać, iż Mickiewicz dla Polski, która znalazła się za jego życia na dnie swojej historii, 
widział wyjście w ucieknięciu się do praktyk najgłębiej poruszających umysł i 
wykrzesujących jego moce, mianowicie do szamanizmu. Tylko czy była to nieuświadamiana 
dobrze intuicja poety, czy jego świadomy osąd? I czy szamańskie wątki obecne w "Dziadach" 
(a także w poemacie "Tukaj") wzięły z wiedzy Mickiewicza o syberyjskim szamanizmie, czy 
też z jego spontanicznych wizji, a może z inspiracji okultystycznych i hermetycznych? Ta 
sprawa wymagałaby specjalistycznych badań.  

Część 3. 
Moja droga 

zobacz ilustracje   

  
 
         Kiedy byłem dzieckiem, i później, wymyślałem fantastyczne wyspy, kraje, kontynenty. 
Rysowałem ich mapy, nazywałem rzeki, góry i miasta, projektowałem klimat, roślinność i 
zwierzęta. Próbowałem układać dla nich języki i obmyślać religie i obrzędy. Pamiętam moje 
długie wycieczki rowerem, podczas których budowałem obrazy (jak to dziś widzę) praktyk 
inicjacyjnych. Robiłem do tego rysunki i zapiski, ale wszystko to przepadło, wiele sam 
zniszczyłem w miarę jak stawałem się coraz bardziej krytyczny. W późniejszym wieku zrazu 
zależało mi na tym, żeby posiadać właściwe poglądy: czytałem filozofów i długo nie 
dostrzegałem tego, że same poglądy to nie wszystko, i prócz nich trzeba także coś robić. Moja 
praktyczna duchowa droga zaczęła się od ćwiczeń hathajogi; w tym samym czasie, kiedy 
miałem około trzydziestki, zainteresowałem się astrologią, Księgą Przemian i kartami taroka. 
W 1985 roku przyjąłem formalne schronienie buddyjskie w tybetańskiej linii przekazu, która 

background image

wtedy nazywała się Kagyu, a później zaczęła raczej używać nazwy Kamtzang. Moja 
przygoda z szamanizmem zaczęła się dziesięć lat później, kiedy poznałem Davida Thomsona, 
profesora psychologii z Seattle, i jego żonę Mattie Davis-Wolffe, i zacząłem bywać na ich 
warsztatach organizowanych w Polsce. [zobacz zdjęcia ] Oboje mówią o sobie, że przekazują 
tradycje "rdzennych Amerykanów" czyli Indian, choć Indianami nie są. Któregoś roku David 
nie przyjechał i wtedy dotkliwie odczułem brak zasilania energią, której dostarczały mi jego 
warsztaty. Postanowiłem zacząć robić je sam. 

         Pierwsze warsztaty poprowadziłem całkiem niedawno, latem 1999. Krótko przedtem 
wziąłem udział w sesji oddychania holotropowego metodą Stanisława Grofa, którą prowadził 
Nico Vissel z Holandii. Miałem wtedy doświadczenia, których sens z początku nie był dla 
mnie jasny, lecz stopniowo dotarło do mnie, że była to spontaniczna inicjacja. (Opis tego 
wydarzenia podaję w Aneksie. ) 

         To, co robię na warsztatach nie jest kontynuacją jednej linii przekazu. Przeciwnie, mój 
zestaw działań jest eklektyczny. Są tam ćwiczenia wzięte z hathajogi (których nie traktuję ani 
wyczynowo ani perfekcjonistycznie), ćwiczenia z oddechem i głosem, których źródeł nawet 
nie potrafiłbym wskazać - zapewne w dużym stopniu same do mnie przyszły; wizualizacje, 
które powstawały podczas moich ćwiczeń przez lata. Praktyka wizualizacji przelewania wody 
pochodzi z huny. Płukania jelit nauczyłem się od Jacka Piechowiaka, który przywiózł tę 
praktykę z Indii. Przekaz na podróże przy bębnie oraz na indiańską saunę czyli szałas potu 
mam od Davida Thomsona. Tak samo od niego i Mattie nauczyłem się chodzenia po ogniu. I 
wreszcie bardzo ważnym źródłem była dla mnie książka Victora Sancheza "Nauki Don 
Carlosa": zakopywanie do ziemi prowadzę właśnie według jego instrukcji. 

         Jak powiedziałem, nie zależy mi na tym, aby być ortodoksyjnym przekazicielem jednej 
określonej linii. Nie mam też ambicji, aby pewne praktyki i metody przekazywać wiernie tak 
jak mnie ich nauczono, zachowując ich (rzekomą zwykle tylko) czystość. Żywość i 
spontaniczność tego, co się dzieje, wydaje mi się ważniejsza od wszelkich przepisów. Nie 
próbowałem też zapisywać się do żadnej organizacji ani poczuć się członkiem jakiejkolwiek 
zbiorowości, ani być uczniem jednego mistrza. Staram się trzymać z dala od wszystkiego, co 
wyglądałoby jak sekta lub ogłaszało się jakimś "wyznaniem". 

         Nie myśl też, Czytelniku, że działania, które prowadzę na warsztatach i które tutaj 
opisuję, stanowią jakiś niezmienny żelazny zestaw. Przeciwnie, wszystko się tu zmienia i 
płynie, i daleki jestem od tego, aby powiedzić: tak trzymać i koniec. Wiele w moich 
warsztatach mi brakuje: brakuje mi pieśni i mantr, a także tańca i poezji. Jest to ważne, bo 
właśnie przez uroczystą, poetycką mowę, przez pieśni i granie możemy połączyć się z 
naszymi przodkami, z dziedzictwem, które jest w nas samych. Prawdziwy szamanizm jest 
czymś rdzennym, zakorzenionym we własnym pochodzeniu, nie czymś, czego można się ot 
tak, po prostu, wyuczyć. Dlatego wielkie wrażenie wywarły na mnie opowieści Franka 
Hendersona MacEowena, amerykańskiego szamanisty, który zaczynał od praktyk indiańskich, 
a mistyczne przeżycia, których doświadczył na tej drodze, przerzuciły go na linię przekazu 
jego własnych przodków.  Jeżeli coś takiego okazało się dostępne dla Szkota, dlaczego 
miałoby pozostać zamknięte dla Słowianina? 

         Wraz z zainteresowaniami szamanizmem i neoszamanizmem, coraz bardziej 
interesowałem się własnymi słowiańskimi korzeniami. Moim ideałem - choć nie wiem, czy 
go kiedykolwiek osiągnę - jest własny, słowiański szamanizm. Od wieków jednak nie ma 
wśród żyjących nikogo, kto by go znał. Pozostały jakieś ułamki zapisane przez kronikarzy i 

background image

etnografów. Można przypuszczać, że duchowe tradycje dawnych Słowian najbliższe były 
ludom Syberii. Gdzieś stamtąd, spod Uralu i Ałtaju, przecież przyszliśmy. To jest kolejny 
ślad, który warto badać. Zapewne szamański przekaz z Syberii, kiedy przyjdzie do nas, okaże 
się dla nas ważniejszy od amerykańskiego. 

         Ale ponad wszystkimi podziałami, stylami i kulturami jest energia. Moc. Ćwiczenia, 
które przekazuję i prowadzę, podnoszą poziom tej energii. Kiedy moc się wzmaga, ciało samo 
szuka pozycji, w których mogłoby tę moc przyjąć, przepuścić przez siebie bezpiecznie niby 
prąd pod wysokim napięciem i skorzystać z jej strumienia. Stąd wzięły się pozycje hathajogi - 
asany. Przy wysokiej energii inaczej brzmi mowa, inną wagę mają wygłaszane słowa. Przy 
pewnym poziomie mocy codzienna proza brzmi fałszywie, konieczna staje się poezja. 
Śpiewanie pieśni i taniec także wymagają mocy. Przy wysokiej energii myśl i słowo zaczyna 
wywoływać materialne skutki. Postrzegany świat poszerza się o byty, których wcześniej nie 
mogłeś zobaczyć ani odczuć. Zanikają granice między snem i czuwaniem, miedzy 
rzeczywistością a legendą. Odtwarza się zapomniana więź miedzy żyjącymi i pradawnymi 
przodkami. 

         Dojść do tego można najprostszymi środkami: oddechem, wyobrażeniem, paleniem 
ognia i budowaniem szałasów. Tego uczę na warsztatach. 

Część 4.1. 
Indiańska łaźnia (1) 

  
 
Jak to nazwać?
Urządzenie, o którym mowa w tym rozdziale, nie ma dobrej polskiej nazwy. Po angielsku 
zwane jest sweatlodge (czytaj "słetlodż"), co dosłownie znaczy "poto-chatka", czyli chatka do 
pocenia się. Tłumaczy się to też jako "szałas potu", co jednak po polsku brzmi strasznie 
niezgrabnie! Zdarzało mi się tamtą nazwę brutalnie spolszczać na "swetlodż", czytane tak jak 
się pisze, co brzmi dość tajemniczo, lecz językowo nie jest takie straszne, gdyż mamy już 
przecież w języku polskim słowo pochodzące od angielskiego sweat czyli "pot", mianowicie 
"sweter", i tu mówimy "w", więc i "swetlodż" moglibyśmy wymawiać przez "w". 
Problem jest z tym potem, lub poceniem się, gdyż po polsku jest to czynność wyłącznie 
fizjologiczna, i to kojarząca się raczej brzydko; zazwyczaj bowiem pocenia się staramy się, o 
ile możemy, unikać. Zaś w ogóle w naszej kulturze czynność pocenia się nie kojarzy się z 
niczym psychicznym ani tym bardziej duchowym i wzniosłym. Tymczasem to pocenie się, 
które dzieje się w swetlodżu, ma właśnie swój wymiar psychiczny i duchowy. Żeby 
przybliżyć to zagadnienie, uświadommy sobie, że podobna czynność wydzielania płynu z 
organizmu, mianowicie płacz, ronienie łez, ma swój wymiar psychiczny. Kiedy mówimy, że 
ktoś płacze, to jest w tym zarówno wydzielanie płynu z oczu, jak i odpowiednik psychiczny: 
uczucie żalu. Otóż to pocenie się, dla którego budujemy specjalne pomieszczenie - ów "szałas 
potu", to taka czynność, która obejmuje zarówno wydzielanie płynu przez skórę, jak i 
towarzyszące temu przeżywanie oczyszczenia, poczucie bezpieczeństwa i duchowej 
przemiany, po której czujesz się... trochę lepiej. Powiedzenie, po polsku, na przykład: 
"będziemy się pocić razem", brzmi dziwacznie, prawda? Ale podobne powiedzenie 
"będziemy razem płakać" nie jest już dziwne. Więc kiedy myślimy o budowaniu "szałasu 
potu" i ceremoniach, do których ta budowla służy, to powinniśmy mieć na myśli taki 
szczególny rodzaj pocenia się, który jest nie tylko wydzielaniem kropel płynu ze skóry, ale i 
czymś więcej. 

background image

Spotkałem się też z nazywaniem tego urządzenia "szałasem pary", co nie jest dobrą nazwą, 
oraz "sauną", bądź "indiańską sauną". 

Można by spróbować wykorzystać ogromne słowotwórcze możliwości naszego języka i 
wymyślić czysto polski termin zamiast "swetlodżu". Potownia? Potnia? Pocko? Pocisko? 
Samo słowo "pot" ma związek ze słowami "piec", "piecze", "spiekota", i pierwotnie 
oznaczało sos wyciekający z pieczonego mięsa. Skojarzenia z piecem są jak najbardziej na 
miejscu, gdyż swetlodż jest mistycznym piecem, w którym, jak u alchemika, dokonuje się 
przemiana świadomości. Tam gdzie się da, będą nazywał swetlodż - szałas potów - saunę - po 
prostu łaźnią. 

Jak wygląda łaźnia i jaki ma sens? 
Indiańska sauna ma kształt półkulistej kopuły. Pomieszczenie to rozgrzewa się kamieniami 
rozgrzanymi w ognisku, które pali się obok. Kamienie wkłada się do środkowej jamy, która 
zawczasu jest wykopana w środku szałasu-kopuły. Wewnątrz robi się bardzo gorąco. Aby 
jeszcze bardziej podnieść temperaturę, na kamienie leje się wodę, a gorąca para jeszcze 
bardziej rozgrzewa wnętrze. Powiada się, że widzialna półkula szałasu to tylko górne pół 
swetlodżu. Pod nim rozciąga się symetrycznie druga połowa, zagłębiona w ziemi i 
niewidoczna. Obie połówki razem z gorącymi kamieniami w środku stanowią model 
wszechświata i jego symboliczny zarodek, początek, nasienie, od którego zaczyna się jego 
rozwój. Ludzie, siedzący wewnątrz, są świadkami i uczestnikami Początku Wszechrzeczy. A 
że są uczestnikami początku, więc zarazem zostają do tego początku cofnięci, przeniesieni. 
Ponieważ we wszelkich początkach skupia się największa twórcza moc, uczestnicy ceremonii 
mają możność zaczerpnąć z tego nagromadzenia twórczej mocy. Ponieważ początek jest 
przed podjęciem jakichkolwiek decyzji, uczestniczenie w ceremonii łaźni daje możność 
cofnąć się do stanu przed decyzjami po to, aby podjąć decyzje lepsze. Dlatego jedno z 
tradycyjnych zastosowań łaźni polegało na tym, że w łaźni gromadziła się starszyzna 
plemienia, aby tam podjąć właściwe decyzje. Kolejnym działaniem łaźni jest oczyszczenie, 
zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Łaźnia działa też leczniczo i ma cudowną właściwość 
doprowadzania ludzi do stanu pogodzenia się z przyrodą, o czym wspomnę jeszcze obszerniej 
w odpowiednich miejscach. 
Wewnątrz łaźni jesteśmy jak embriony, co zaznaczone jest symbolicznie tym, że wychodzimy 
z niej na czworakach, jak istoty, które dopiero muszą nauczyć się chodzić wyprostowane. 

Wybór miejsca 
Wybór miejsca na swetlodż zwykle jest decydujący przy wyborze miejsca na cały warsztat. 
Zwykle jest tak, że tam gdzie możemy zbudować swetlodż, można także przeprowadzić 
pozostałe działania. 
Miejsce na łaźnię powinno być przyjazne. Znaczy to, że w tym miejscu powinniśmy się czuć 
tak bezpiecznie, jak we własnym domu. Porównanie to jest trafne dlatego, że cała ceremonia 
łaźni jest nadzwyczaj intymna i nie powinna być zakłócana przez żadne wpływy z zewnątrz. 
Powinieneś mieć pewność, że nie będzie żadnych postronnych świadków, żadnych gapiów, a 
ognisko i całe wasze poruszenie przy ogniu żadnych ciekawskich nie ściągnie. Warsztat to 
taki teatr, w którym nie ma miejsca na widzów - są tylko aktorzy. 

Nikt nie może mieć żadnych pretensji, że w wybranym miejscu odbywa się "coś takiego". 
Każdy kawałek ziemi ma swojego właściciela, i warto zawczasu zdobyć pewność, że 
właściciel terenu, gdzie budujecie swetlodż, zgadza się na to i mu to nie przeszkadza. 

background image

Najlepiej jest, gdy właściciel jest z wami zaprzyjaźniony, życzliwie nastawiony do całej 
imprezy, lub wręcz sam bierze udział w warsztacie 

Warto się upewnić, czy w pobliżu tego miejsca nie przechodzą ścieżki, po których będą 
kręcić się wędkarze, zbieracze grzybów, rolnicy, drwale i inni bywalcy tego terenu. Krowy 
też nie są najlepszymi gośćmi! 

Powyższe kłopoty odpadają, jeżeli ceremonię łaźni przeprowadzasz na terenie ogrodzonym. 
Nie ma wtedy wprawdzie kłopotów z ewentualnymi podglądaczami, ale samo ogrodzenie źle 
działa na umysł. Na warsztacie pracujemy nad osiągnięciem duchowej wolności i otwarcia na 
wszechświat, a tym staraniom przeszkadza zarówno widok płotu, muru lub siatki, jak i 
świadomość bycia odgrodzonym, odciętym od przestrzeni świata. 

W miejscu łaźni pali się wielkie ognisko. Dlatego trzeba mieć pewność, że od tego ogniska 
nie zrobi się pożar, jak również trzeba się upewnić, że nikomu nie będzie przeszkadzać to, że 
ten ogień się pali: ani właścicielom, ani sąsiadom, ani leśniczemu, i tak dalej. 

W pobliżu powinien być opał, na przykład łatwe do zebrania suche gałęzie. Ale można też 
drewno do ogniska kupić i przywieźć z pewnej odległości. 

W pobliżu powinny być dostępne kije do budowy szkieletu sauny. Jeśli ich nie ma, lub 
przewidujesz kłopoty z ich znalezieniem, możesz je też przywieźć z dalszej odległości. 

W najbliższym otoczeniu łaźni (w promieniu około 10 metrów) powinna być trawa 
zachęcająca do położenia się na niej. Krzewy, szczególnie gęste i kolczaste, nie są 
odpowiednie, jak również nie powinno być ostu ani pokrzywy. W wilgotnych zaroślach, 
wśród liści szczawiu i łopianu, w ciepłej porze roku siedzą ślimaki, a nie jest przyjemnie (i 
dla was, i dla nich) gdybyście je deptali i siadali na nich. Przykrym wrogiem uczestników 
sauny są mrówki; szczególnie trzeba unikać rozłożenia sauny nad mrowiskiem, które, jeśli 
znajduje się w darni, bywa zrazu niewidoczne. (Kiedy owady zaczną kąsać siedzących 
wewnątrz, będzie już za późno. Trzeba wtedy tę przykrość jakoś znieść...) 

Sprzyjającą okolicznością jest woda w pobliżu łaźni: rzeka, staw, jezioro, w którym można 
będzie się ochłodzić po wyjściu. Jednak woda nie jest konieczna! Równie dobrze można 
ostygnąć i dojść do równowagi po saunie po prostu leżąc na ziemi, szczególnie gdy jest 
chłodno, pada deszcz, albo jest rosa ma trawie. 

W okolicy nie powinny świecić latarnie. Nie powinny przechodzić ruchliwe szosy ani linie 
kolejowe. Nie powinien dochodzić głos z radia, telewizora ani inna mechaniczna muzyka. 
Także odwrotnie: nikomu nie powinny przeszkadzać wasze głosy: krzyki, śpiewy, bęben. 
Lepiej także z daleka trzymać się od drutów elektrycznych. 

Często, kiedy już miejsce pod łaźnię jest wybrane, okazuje się, że ma ono pewne cechy 
miejsca mocy, a podczas ceremonii odczuwa się szczególne dobroczynne właściwości tego 
miejsca. To działa też w drugą stronę: miejsce, gdzie przeprowadzano ceremonię łaźni, staje 
się miejscem mocy, lub też mocy w nim przybywa. 

Pora dnia i roku 
Zalecam wchodzenie do sauny urządzać po zmierzchu. Powodów jest kilka. Kiedy na 
zewnątrz jest ciemno, łatwiej zapewnić ciemność wewnątrz łaźni. (Ciemność wewnątrz jest 

background image

konieczna!). W nocy łatwiej jest utrzymać skupienie w grupie zebranej wokół ogniska. W 
nocy prędzej unikniemy kręcenia się gapiów. Nocny chłód i rosa sprzyja dojściu do 
równowagi po saunie. (Chociaż brałem też udział w swetlodżach urządzanych w środku 
słonecznego dnia, podczas upału.) 
Jeśli chodzi o porę roku, i pogodę, to każda jest dobra. Udaną łaźnię można przeprowadzić 
zarówno w ciepły i pogodny letni wieczór, jak i podczas chłodu, także w mżawce, deszczu, a 
nawet zimą w mróz. Podczas każdego rodzaju pogody możesz wyjść nago rozgrzany z sauny i 
wystawić się na "dary nieba", i nie czuć przy tym żadnej przykrości. Śnieg studzi ciało równie 
dobrze, jak rosa latem, a woda w przeręblu jest po saunie tak samo przyjemna, jak w 
nagrzanym latem jeziorze. Jedyny kłopot może być z rozpaleniem ogniska i rozgrzaniem w 
nim kamieni podczas ulewnego deszczu, zbyt silnego wiatru, śnieżycy albo śniegu z 
deszczem. Ale jeśli uda się wam rozgrzać kamienie w przerwie miedzy opadami, to kiedy już 
wejdziecie do szałasu, może się na zewnątrz dziać cokolwiek, o ile tylko nie jest to wichura, 
która uniesie szałas w powietrze. 

W chłodnej porze roku warto jednak mieć w pobliżu namiot, tipi lub stałe pomieszczenie, 
które będzie służyć jako przebieralnia. Samo nagie ciało jest bardziej odporne na niepogodę 
niż się wydaje, lecz kłopoty zaczynają się w tym momencie, kiedy trzeba się rozebrać lub 
ubrać i coś trzeba zrobić z ubraniem. 

Część 4.2. 

Indiańska łaźnia (2

 

 

Zaplanowanie sauny 

Siedzący na ziemi człowiek zajmuje około 60 cm szerokości. Gdy budujesz łaźnię dla 12 osób, 
zapewnij im 12*60=720 cm obwodu w kręgu, w którym będą siedzieć. Obwód dzielimy przez pi 
(3.14) aby obliczyć średnicę. 720:3.14=230 cm. Ponieważ potrzebujemy trochę miejsca za plecami, 
można przyjąć, że dobra sauna dla 12 osób będzie mieć 250 cm średnicy, czyli około 4 kroków. Jeśli 
w tym momencie zrobisz te cztery kroki i przyjrzysz się tej odległości, pewnie wyda ci się, że to tak 
mało. Zapewniam: tyle wystarczy. Człowiek jest zresztą istotą plastyczną. Jeżeli miejsca będzie więcej 
niż te 60 cm dla każdego, będzie można wygodniej się rozłożyć i wiercić podczas pocenia, nie 
zajmując sąsiadów. Jeśli mniej, trzeba będzie się ścisnąć. Kiedy w saunie jest gorąco i każdy zajęty 
jest sobą i własną walką o przetrwanie, to, że sąsiad opiera się o ciebie, wcale tak bardzo nie 
przeszkadza. 

Planując saunę, robisz następujące rzeczy po kolei: 

Na wybranym uprzednio terenie znajdujesz miejsce, gdzie wygodnie będzie chodzić boso, siadać i 
kłaść się na ziemi. (Zimą trzeba będzie uprzątnąć śnieg, jesienią nadmiar suchej trawy lub opadłych 
liści.) 

Wybierasz i oznaczasz środek łaźni, czyli punkt, który będzie środkiem centralnej jamy, tej do 
wkładania kamieni. Warto ten punkt czymś zaznaczyć. 

Orientujesz teren, czyli odnajdujesz kierunki: gdzie jest wschód, południe, zachód i północ. Cała 

background image

konstrukcja sauny będzie zorientowana według czterech kierunków. Wschód i południe są kierunkami 
pozytywnymi, zachód i północ negatywnymi. Drzwi sauny powinny otwierać się w jednym z 
kierunków pozytywnych, czyli na wschód lub południe. W kierunku drzwi będzie znajdować się 
ognisko. Na to wszystko musi starczyć miejsca. Decyzję, w którą stronę ma być otwarta sauna musisz 
podjąć, zanim zaczniecie ją budować. 

Wymierzasz i zaznaczasz (np. kreśląc kijem lub szpadlem na ziemi) obwód sauny. W tym momencie 
powinieneś wziąć pod uwagę, ilu ludzie wejdzie do sauny i żeby nie mieli zbyt ciasno. Od średnicy 
sauny zależy także, jak długich kijów użyjesz do budowy szkieletu sauny. 

Wymierzasz i zaznaczasz miejsce, gdzie będzie rozpalone ognisko. Zaleca się, by środek ogniska 
odległy był od centralnej jamy sauny o całą średnicę sauny. (Jeśli sauna jest szeroka na 2.5 metra, to 
2.5 m od drzwi zakładasz ognisko.) 

W połowie drogi między przyszłymi drzwiami sauny a ogniskiem wyznaczasz miejsce na "ołtarz", a 
właściwie kopczyk z ziemi, która będzie wybrana z centralnej jamy. Do czego służy ten kopczyk? - 
Uczestnicy zostawiają na nim swoje "przedmioty mocy", na przykład te, które noszą na szyi. 
Tradycyjnie zostawia się tam też święte fajki i inne magiczne przedmioty. (Słowo "ołtarz" nie jest w 
tym miejscu aż tak dziwne, jakby się wydawało, gdyż pochodzi od łacińskiego "altaria", co znaczyło 
"coś podwyższonego".) 

Rysunek 1. 

A - obrys sauny, B - drzwi, C - jama na kamienie, D - ognisko, E - kopczyk-ołtarz, F - 
linia od ogniska do jamy, G - tędy wchodzimy 

Czego potrzeba do zbudowania sauny 

Potrzebne będą: 

kije 

sznurek 

background image

szpadel 

ostry nóż lub nożyczki 

agrafki 

koce 

plandeka 

linka 

gwoździe lub kołki do zamocowania linki.

Można też użyć innych jeszcze przedmiotów, o których wspomnę w odpowiednim miejscu. 

Z kijów budujemy szkielet sauny. Sznurkiem wiążemy kije, koce służą jako izolacja cieplna, plandeka 
zapewnia całej budowli szczelność, linka chroni plandekę przed zwianiem. 

Szkielet budujemy z 16 kijów, które zostaną wbite w ziemię, i z pewnej liczby - zwykle wystarcza 12-
14 - kijów leżących poziomo, które łączy się w obręcze opasujące szałas. Prócz tego z jednego kija 
robi się koło, które leżeć będzie na szczycie szałasu; to koło nazywa się "niebem". Jak widać, trzeba 
zaopatrzyć się w około 30 kijów. Kije powinny mieć wysokość (długość) podobną do średnicy sauny, 
a więc przy saunie o średnicy 2.5 metra też powinny być około 2.5 metra długie. Osiem kijów pracuje 
najbardziej, i te powinny być wybrane najstaranniej: powinny być proste i dłuższe niż pozostałe, do 
półtora raza dłuższe niż średnica sauny. W naszym przykładzie będzie to długość 3 i ćwierć metra. W 
razie potrzeby można je skrócić. 

Kije bierzemy z drzew lub krzewów liściastych. Najlepsza jest leszczyna, krzewiasta wierzba (zwana 
łozą lub rokitą), także podrost brzozy, jarzębiny, czeremchy, grabu. Zwykle dobra jest olcha lub osika, 
ale przy nich konieczna jest ostrożność, gdyż zdarzają się pędy kruche, które przy zginaniu łamią się. 
Wśród wierzb jest jeden gatunek, zwany wierzbą kruchą (Salix fragilis), którego gałęzie są całkiem 
bezużyteczne! Ze względów ekologiczno-etycznych lepiej jest wycinać kije z krzewów, które będą 
dalej żyć po tej wycince, niż ścinać drzewka. Jeśli jednak mamy do dyspozycji tylko drzewka, to 
staramy się wycinać te, które rosną w gąszczu podobnych, więc i tak pewnie nie wyrosną, albo wręcz 
takie, które już są zagłuszane przez silniejszych sąsiadów. Ale jednak zalecam pędy leszczyny, łozy 
lub czeremchy! 

Uwaga ogólna. Wszystkim czynnościom przy budowie sauny i korzystaniu z niej powinna 
towarzyszyć szczególna troska: żeby tak dalece jak się da, nie zakłócać życia przyrody i w ogóle tego 
wycinka świata, w którym przebywamy. 

Pędy nie powinny być grubsze u nasady niż 4 cm. 

Kijom nie obcinamy cienkich końców (przydadzą się), nie usuwamy też z nich drobnych gałązek ani 
liści! Liście są potrzebne w saunie po to, żeby dawały aromat. Możemy nawet nazbierać więcej 
gałązek z liśćmi i wpleść je w budowany szkielet. Najbardziej aromatyczna jest czeremcha, topola, 
wierzba, brzoza, olcha. (Zimą musimy sobie dać radę bez aromatycznych liści, trudno.) 

Sznurek powinien być bawełniany lub konopny, nie plastik!, takiej grubości jak do pakowania. Ostry 
nóż lub nożyczki potrzebne będą do cięcia sznurka na kawałki. Agrafki posłużą do spinania koców i 
powinny być dość długie, ok. 6 cm. Co do koców, to warto się zawczasu umówić, aby każdy uczestnik 
przyniósł ze sobą jeden koc lub dwa, które posłużą tylko do tego jednego celu: do zbudowania sauny. 

background image

Trzeba się liczyć z tym, że te koce zwilgotnieją i przybrudzą się, i po warsztacie trzeba będzie je prać. 

Plandeki są do kupienia w sklepach z zaopatrzeniem dla rolników lub sklepach z materiałami 
budowlanymi. Zwykle mają kolor niebieski, zielony lub szary i są z nieprzezroczystej folii plastikowej 
z wtopionym włóknem. Na obrzeżach mają metalowe kółka-dziurki do przewlekania linki; przy saunie 
nie będą one wykorzystywane. Zalecam używać dwóch płacht plandeki, o rozmiarze 4 na 6 metrów 
każda. Zamiast plandeki możesz użyć zwykłej gładkiej folii, tzw. malarskiej, jednak z powodów, 
których nie chce mi się wyliczać, jest ona mniej użyteczna od plandeki. Możesz poeksperymentować z 
innymi rodzajami pokryć. Oryginalnie Indianie używali skór jelenich. 

Linki potrzeba będzie przynajmniej około 25 metrów. Z naturalnego włókna jest lepsza od 
plastikowej. 

Budowanie szałasu 

Najpierw wykopujecie środkową jamę, tę do której będą wkładane kamienie. Zwykle wystarcza, gdy 
ma ona około 50 cm średnicy i nieco ponad 30 cm głębokości. Darń odkłada się na bok, poza 
budowany szałas. Po rozebraniu szałasu tą darnią z powrotem zakryjesz jamę. Zasadą jest, żeby po 
sobie pozostawić teren tak jak się tylko da nie zmieniony. Z ziemi usypujesz kopczyk ("ołtarz"). 

Uwaga! Przy wszystkich czynnościach zachowujecie najwyższą ostrożność i uważność, aby nie 
pobrudzić ziemią miejsca, gdzie stanie swetlodż, nie zadeptać trawy, nie pogubić gałązek, nie zrobić 
błota i bałaganu. Kiedy wejdziecie do łaźni, okaże się, że wewnątrz potrzeba wam takiej czystości i 
ładu, jak w sypialni! A łatwiej jest nie dopuścić zawczasu do nieporządku, niż potem, sprzątać, nie 
wiadomo jak i kiedy. 

Rysunek 2. 

1, 2, 3, 4 - cztery przęsła 
x - przypory ("bramy") 

background image

Na obwodzie koła-obrysu sauny kopiecie 16 dołków, w które zatknięte będą kije nośne. (Patrz rysunek 
2.) 

Do dołków składa się ofiary. Mogą to być zioła, ziarno, kasza. Oryginalny indiański ceremoniał 
przewiduje też dmuchanie w dołki (żeby wprowadzić żywioł powietrza) i plucie weń (żywioł wody). 

Z ośmiu kijów nośnych budujecie cztery przęsła (rysunek 3), w kolejności numerów na rysunku 2. Do 
zbudowania jednego przęsła potrzeba minimum dwóch ludzi, lepiej trzech. Dwaj trzymają swoje kije i 
zginają je, trzeci związuje kije ze sobą kawałkami sznurka. Kij zginasz bardzo powoli, stopniowo i na 
całej jego długości naraz, napinając go całą prawą połową ciała: prawym kolanem, biodrem i barkiem. 
(Leworęczni mogą pracować odwrotnie.) Prawidłowo zginany kij nie ma prawa się złamać! W dobrze 
zmontowanych przęsłach kije wystają z dołków pionowo i tworzą łuki nieco niższe niż połowa 
średnicy łaźni. Najczęściej łaźnia ma wysokość około 120 cm, i takiej wysokości są przęsła. 

Krzyżujące się przęsła wiążemy sznurkiem jedno z drugim. 

Rysunek 3. 

1-1 - kije zgięte i związane w przęsło 
2-2 - kije czekające na zgięcie w przęsło 

background image

Z pozostałych 8 kijów zatkniętych w pozostałych 8 wolnych dołkach sporządzamy małe łuki czyli 
przypory. Tam gdzie przypora krzyżuje się z przęsłem lub inną przyporą, wiążemy je ze sobą. 

Z pozostałych kijów, wiążąc ich końce, robimy obręcze. Obręcze związujemy z przęsłami i 
przyporami. Obręcze powinny być trzy, najniższa obręcz na wysokości mniej więcej 60 cm, pozostałe 
wyżej w równych odstępach. Na samym szczycie szkieletu sauny umieszczamy "niebo" czyli koło 
sporządzone z jednej giętkiej gałęzi. 

Przypory zwane są także "bramami", każda z nich spogląda w jeden z głównych kierunków świata. 
Ale tylko jedna z nich będzie odkryta, a raczej zakryta ruchomymi drzwiami, i przez nią będziemy 
wchodzić do środka. Jak powiedziałem, zaleca się, aby drzwi wychodziły na wschód lub południe. 
Wszystkie kije wiążemy tak, że sznurek chwyta nie tylko główny pęd, ale również odstające boczne 
gałązki z liśćmi. Po związaniu kije z liśćmi wyglądają jak miotełki. 

Wygodnie jest, kiedy jedna lub dwie osoby zajmują się obsługą sznurków: trzymają sznurki, odcinają 
kawałki i podają je tym, którzy budują szkielet. 

W budowanie sauny powinni brać udział wszyscy uczestnicy warsztatu. 

Kiedy szkielet jest gotowy, ubijamy ziemię tam, gdzie zatknięte są kije i przykrywamy szkielet 
kocami. Koce kładziemy od góry, niższe przypinamy agrafkami do wyższych. Na dole koce powinny 
stykać się z ziemią. 

Następnie przykrywamy saunę plandekami, pozostawiając drzwi nie przykryte. Plandeki obciągamy 
(mocujemy) linką, linka trzyma się na wielkich gwoździach lub kołkach wbitych w ziemię jak 
najbliżej ścianek sauny - żeby potem po ciemku o nie się nie potykać. 

Nad drzwiami mocujemy koc: przypinamy go lub przywiązujemy do najniższej obręczy, która (trzeba 
o tym pamiętać) powinna w tym miejscu być sporządzona z dość grubego kija. Kiedy ten koc-zasłonę 

background image

będziemy odsłaniać, można będzie chwytać go od góry agrafką, albo inaczej, jak kto wymyśli. 

Łaźnia gotowa. Możemy podziwiać swoje dzieło! 

Część 4.3. 
Indiańska łaźnia (3) 

  
 
Dalsze szczegóły techniczne 
Zamiast koców można użyć dowolnej grubej i ciepłej tkaniny. (Albo jelenich skór!) Kiedy 
uczestników jest niewielu, może koców brakować. Wtedy zamiast nich można sporządzić 
warstwę ocieplającą z siana, słomy, suchej trawy lub suchych liści. Na jednym z moich 
warsztatów, kiedy brakowało koców, obłożyliśmy nimi tylko ścianki, a na wierzch szkieletu 
narzuciliśmy grubą warstwę zerwanej trawy i innych "habaziów". Sauna była bardzo udana! 
Podobno w dawnych i dobrych czasach Indianie każdą ćwiartkę łaźni pokrywali skórą w 
innym kolorze, symbolizującym odpowiedni kierunek świata: wschodnia strona sauny była 
czerwona (lub żółta), południowa żółta (lub czerwona), zachodnia czarna, północna biała. 
Teraz wiesza się na szałasie wstążki lub krajki w tych czterech kolorach. Wiesza się je w 
środku sauny (czego i tak po ciemku nie widać, ale to jest sygnał dla duchów, nie dla ludzi!), i 
to jest ważniejsze, oraz czasem na zewnątrz sauny, co jest nie tak ważne. 

Kiedy sauna jest na ukończeniu, ktoś powinien wejść do środka i sprawdzić, czy jest tam 
doskonale ciemno. Jeśli nie jest, należy naciągnąć koce, ewentualnie uszczelnić miejsca gdzie 
są przecieki światła dodatkowymi kawałkami tkaniny. Dobra sauna powinna być tak szczelna 
od światła, jak ciemnia fotograficzna. Ale jeżeli ceremonię przeprowadzamy w nocy, 
przesadne wyciemnienie nie jest konieczne. Ważne wtedy jest tylko, by od strony ognia nie 
było dokuczliwych prześwitów. 

Na czym będziemy siedzieć w łaźni? Najlepiej najprościej: gołym siedzeniem na gołej ziemi 
(a raczej na trawie). Ci, którzy tego nie lubią, niech wezmą ze sobą do sauny kawałki grubej 
tkaniny, wykładziny podłogowej, dywanu itp., tak duże, żeby na tym usiąść. Nie radzę wnosić 
do środka karimat ani innych dużych kawałów plastiku, gdyż jednym z sensów ceremonii 
sauny jest uzyskanie możliwie pełnego i nie zakłóconego kontaktu z ziemią, a obecność zbyt 
dużej ilości plastiku wszystko niszczy. W dodatku latem, kiedy jest ciepło, sauna wyścielona 
karimatą lub innym plastikiem za bardzo się rozgrzewa, i to "plastikowe" ciepło staje się 
niezdrowe. 

Zimą, kiedy trudno wysiedzieć na wymrożonej ziemi, lepiej przygotować sobie do siedzenia 
deseczki - karimaty są ostatecznością. 

Zimą mogą być problemy z błotem, które będzie się robić z odmarzającej ziemi. Zaradzisz 
temu wyściełając ziemię w saunie iglastymi gałązkami albo suchą trawą. 

background image

W zimowych saunach zakładaliśmy też wewnątrz szałasu podszewkę z prześcieradeł, na taką 
wysokość, jak sięgają plecy. Cel był taki, żeby siedząc nie dotykać gołą skórą kijów i gałązek 
szkieletu sauny, co przy zimnie na dworze bywa nieprzyjemne. Latem nie jest to konieczne. 

Kamienie i ognisko 
Do ogrzania sauny o podanych wcześniej wymiarach potrzeba około 30 kamieni, ale lepiej 
zgromadzić ich trochę więcej. Kamienie powinny mieć rozmiar "psiej głowy", i ważyć od 2 
do 6 kg. Mniejsze są niewygodnym gruzem, większe trudno będzie (zwłaszcza gdy się 
rozgrzeją do czerwoności) przenosić na łopacie. 
Najlepszym kamieniem, jakiego używałem w Polsce, jest karpacki piaskowiec, a zwłaszcza 
wybierane z rzeki piaskowcowe otoczaki. Piaskowiec karpacki, nawet mokry, nie rozsypuje 
się, rzadko pęka, dobrze trzyma ciepło i dobrze służy przy powtórnym użyciu. Na nizinach i 
pojezierzach mamy polodowcowe otoczaki pochodzące ze Skandynawii. W większości jest to 
granit. Granit lubi pękać w ogniu, często jest zwietrzały i wtedy w ogniu rozsypuje się, 
czasem na miałki żwir. Po wyprażeniu, jeśli nawet nie popęka, to przy powtórnym użyciu 
słabiej trzyma ciepło. Dlatego granitowych kamieni trzeba zebrać spory nadmiar, bo część nie 
będzie się potem nadawała. Prócz granitów na polodowcowych polach leżą kwarcyty, i to jest 
towar luksusowy, najlepszy pod każdym względem. Kwarcyt poznamy po jednolitej białawej 
lub szarej barwie, po tym, że nie ma widocznych mineralnych ziaren jak granit, i że jest 
bardzo twardy. Kto potrafi od granitu odróżnić porfir, zauważy, że ta skała ma także 
właściwości lepsze od granitu. 

Przypuszczam, że dobrym kamieniem do sauny jest bazalt, ale dotąd nie miałem z nim do 
czynienia. Nie próbowałem też wyżarzać w ognisku wapienia, ale z chemii wynika, że wypali 
się na toksyczny (i nietrwały) wodorotlenek wapnia. Co więc robić na tych terenach, gdzie 
wapień jest jedynym kamieniem, doprawdy nie wiem. W ostateczności, bo to przecież 
sztuczny materiał, można posłużyć się cegłą, zwłaszcza szamotową, służąca do wykładania 
pieców. (Ale to takie nieładne...) 

Swetlodżowy savoir vivre 
Kiedy ścinamy gałęzie lub całe drzewka na kije, wypowiadamy pod adresem rośliny słowa 
usprawiedliwienia - na głos lub w myśli. Kiedy używamy siekiery, dbamy, by nie dopuścić 
gwałtownych emocji, żadnej agresji, żadnego "tu cię mam" ani "ja ci pokażę". Nie musisz się 
też przy tym śpieszyć. (Aleister Crowley, gdyby znał indiańską łaźnię, z pewnością kazałby 
kije ścinać jednym cięciem siekiery lub maczety!) 
Kamienie, które znajdziemy na polu, prosimy o to, by zechciały wziąć udział w naszej 
ceremonii. Przeważnie się zgadzają. W miejsce po kamieniu wsypuje się szczypte wonnych 
ziół; Indianie używają do tego tytoniu. Kamienie po których widać, że wiele ucierpiały, np. 
ktoś po nich jeździł, obmywamy wodą. Z kamieniami warto się zaprzyjaźnić. 

Drewno do ogniska niech będzie możliwie najbardziej naturalne. Gatunek drzewa nie jest 
ważny. Najlepsze są gałęzie, które uschły i spadły z drzew, i dają się łamać na kolanie. Im 
mniej użycia siekier, pił, a tym bardziej piły mechanicznej, tym lepiej. Jeśli używasz drewna, 
które piłuje się i rąbie, lepsze jest to z drzew, które uschły, niż z drzew ściętych żywcem. 
Najmniej przyjazne jest drewno, które wiele wycierpiało: było pocięte na deski, przebijane 
gwoździami, wożone daleko od ziemi, na której wyrosło. Drewno z lakierowanych i 
impregnowanych desek, z mebli, skrzynek itd. nie nadaje się. 

Budując saunę staramy się wszystkie czynności wykonywać w skupieniu i bez użycia 
zbędnych słów. Im więcej będzie przy tym skupienia i troski o poprawność, tym lepiej 

background image

przebiegnie ceremonia. Ideałem byłoby, gdyby budowa szałasu przebiegła tak sprawnie, jak 
japońska ceremonia picia herbaty. (Może słyszałeś o niej.) Z czym to porównać w naszej 
kulturze? - może z ubieraniem choinki. 

Od momentu, kiedy zamkniemy przęsła, obowiązuje specjalny rytuał przy przekraczaniu 
drzwi sauny - nawet jeśli te drzwi są dopiero pustym prześwitem w szkielecie szałasu. 
Wchodząc do sauny lub wychodząc z niej, za każdym razem wypowiadasz słowa "wszystkie 
moje związki". W języku Czarnych Stóp brzmi to nit-si-kwa, co na angielski przetłumaczono 
jako all my relations. Zamysł tych słów jest taki, że w momencie przekraczania bramy sauny 
przypominasz, że czynisz to w duchu wraz ze wszystkimi istotami, z którymi jesteś związany. 
Być może lepiej by temu odpowiadała po polsku krótsza i bardziej zrozumiała formuła 
"wszyscy co ze mną".  

Saunę okrążasz tylko w prawo, czyli w kierunku Słońca lub wskazówek zegara. W ogóle 
wszelkie ruch na warsztacie odbywa się w prawą strone. (Czyli odwrotnie niż to robimy jadąc 
samochodem po rondzie. Na rondach za sprawą błędnych postanowień kodeksu drogowego 
uprawiamy kult ciemnych sił.) 

Także ognisko okrążasz tylko w prawo. 

Linia prosta od drzwi sauny do ogniska jest tabu, służy tylko do transportu kamieni i nie 
wolno jej przekraczać. Dlatego często trzeba obejść w prawo zarówno ognisko jak i cała 
saunę. Ale jeżeli koniecznie musisz przekroczyć tę linię (nazywa się ona "ścieżką piękna"), 
powinieneś czyniąc to wykonać pełny obrót w prawo. Tak samo można czynić przy 
wyjątkowym przekraczaniu wszelkich linii, które są tabu, przy innych obrzędach. 

Przy ognisku na zewnątrz sauny, a tym bardziej w saunie obowiązuje zachowanie się pełne 
powagi i skupienia. Nie chodzi o to, żeby się nie śmiać, to wolno, ale żeby nie ulegać 
rozproszeniu i nie poddawać się "głupawce". 

Początek ceremonii łaźni 
Doglądaniem ognia i grzaniem kamieni będą zajmować się wyznaczeni ogniomistrze. 
Wystarczy ich dwóch. Uzbrojeni są w łopatę lub/i widły, najlepiej tak zwane widły 
ogrodnicze, o szerokich zębach. Na łopacie lub widłach podawać będą rozgrzane kamienie do 
sauny. Potrzebna też im będzie miotła do omiatania kamieni z węgielków. Taka miotłę można 
zrobić na poczekaniu wiążąc gałązki w pęk. 
Uwaga! Kamienie omiatamy po to, aby do środkowej jamy w saunie nie dostał się węgiel 
(żar), gdyż wydziela on dwutlenek węgla, którego w saunie nie może być! Rozgrzany węgiel 
polany wodą wydziela też inne szkodliwe gazy, a nie życzymy sobie ich w saunie. Z tego 
samego powodu trzeba zadbać, aby do jamy nie dostała się trawa, liście, gałązki itd. Musi być 
czysto jak w łóżku lub na stole! 

Do łaźni wchodzimy, kiedy kamienie w ognisku rozgrzały się tak, że świecą. W łaźni 
siedzimy nago, ale jeśli ktoś nie chce pokazywać się nago na zewnątrz sauny, może nakryć się 
jakimś kawałkiem tkaniny, którą w środku zdejmie. (U Indian kobiety zdejmują okrycie 
dopiero wewnątrz.) Przed wejściem każdy okadza się (patrz rozdział o kadzidłach i ziołach), 
lub jest okadzany przez prowadzącego ceremonię. Zawczasu do wejścia do sauny ustawiamy 
się rzędem i wchodzimy po kolei, na czworakach, zresztą inaczej się nie da. Przestępując 
drzwi, wypowiadasz zaklęcie "wszystkie moje związki" czyli "wszyscy co ze mną". 
Wewnątrz przesuwasz się w prawo okrążając środkową jamę (która jeszcze jest pusta), aż 

background image

"dobijesz" do osoby, która weszła przed tobą, i siadasz przy niej. W ten sposób zajmuje się 
kolejne miejsca, a pierwszy siada na prawo od drzwi. Ostatni - będzie to jeden z 
ogniomistrzów - usiądzie po lewej stronie drzwi. Pierwszy zwykle wchodzi prowadzący, ale 
od tej reguły bywają odstępstwa. 

Ceremonie łaźni mogą być urządzane dla samych kobiet, samych mężczyzn, albo mieszane. 

Zwykle przyjmuje się zasadę, że z sauny się nie wychodzi przed końcem ceremonii. Kto w 
pewnym momencie musi wyjść, już nie wraca do wnętrza, ale pozostaje przy ognisku. Zasada 
ta pozwala więcej i dłużej wytrzymać i sprzyja skupieniu i determinacji. Wyjątkiem są 
ogniomistrze, którzy będą wychodzić z sauny po to, aby dorzucić nowych gorących kamieni. 

Brałem udział w swetlodżach, gdzie były robione przerwy na wyjście i ochłodzenie się, ale 
nie wydaje mi się to dobre, i takiego postępowania nie zalecam. 

W środku nie świeci się żadnego światła. Jedynym źródłem światła są rozgrzane kamienie, 
póki nie wystygną. Wewnątrz sauny obowiązuje ciemność! 

Do łaźni wnosi się przygotowane uprzednio wiadro z wodą do polewania kamieni i naczynie 
do czerpania, oraz w butelkach (lub innych pojemnikach) wodę do picia. 

Kiedy wszyscy prócz ogniomistrzów zajęli miejsca, ogniomistrze wnoszą kamienie. Ponieważ 
mogą mieć trudność z trafieniem do środkowej jamy, stosuje się jedno z dwóch rozwiązań. 
Pierwsze jest takie, że ogniomistrz z zewnątrz podaje kamień i kładzie go na ziemi w saunie 
tuż za drzwiami. Jedna z osób siedzących w środku chwyta kamień parą widełek 
sporządzonych z rogów jelenia, przenosi go do jamy i tam układa w upatrzonym miejscu. Do 
tego trzeba te widełki z rogów mieć! Można je zastąpić innymi narzędziami. Trzeba przy tym 
zadbać, by kamienie swoją przesiadkę odbyły na piasku, a nie na trawie ani liściach, które 
zapaliłyby się. (Koniecznie trzeba tego uniknąć.) 

Drugie rozwiązanie jest prostsze, i polega na tym, że osoba siedząca wewnątrz chwyta łopatę 
(lub widły) i pomaga ogniomistrzowi wprowadzić kamień w upatrzone w miejsce w jamie. 

Prowadzący siedząc wewnątrz zamawia u ogniomistrza określoną liczbę kamieni. Można 
wnosić od razu całą przewidywaną potrzebną liczbę kamieni (np. 25 lub 30), można dobierać 
ich liczbę w trakcie, można też w kilku etapach donosić kolejne porcje kamieni i w ten sposób 
podwyższać temperaturę w łaźni. 

Prowadzący wita (na głos) każdy kamień, podziwia go i błogosławi, dotykając go ziołami. W 
klasycznej saunie Czarnych Stóp lub Seminolów służy do tego wiązka sweetgrass, czyli 
naszej trawy żubrówki (turówka wonna, Hierochloe odorata). Można użyć też szałwii lub 
piołunu. 
 
Przypisy
[1] David Thomson, kiedy zapytałem go o sens tych słów, odpowiedział: 
    "All my relations po prostu znaczy to, że szanujemy i uznajemy całe stworzenie: rośliny, 
drzewa, wszystkie zwierzęta, owady, żywioły (powietrze, ziemię, ogień, wodę), naszych 
nauczycieli, dzieci, rodziców, przodków, to co pływa - wszystko to, co czyni ziemię pięknym 
i wzywającym do dzieła miejscem. Kiedy tubylcy (native people) wypowiadają to w swoich 
językach - Czarne Stopy (Nit-si-kwa), Cherokezi (Wa-do), Szoszoni (Why-na), Lakota 

background image

(Mitakye eh o yasin) i tak dalej, mówią po prostu Stwórcy i całemu stworzeniu, że oni "widzą 
i czczą, i darzą głębokim szacunkiem całe życie, wszystko to, co jest." Mam nadzieję, że to 
wyjaśnienie będzie pomocne."   

Część 4.4. 
Indiańska łaźnia (4) 

  
 
Środek ceremonii czyli pocenie się 
W saunie wygłasza się mowy. Są to specjalne mowy-w-saunie, czyli wypowiedzi, dla których 
sauna jest jedynym właściwym miejscem. Początek wygłaszania mów zapowiada 
prowadzący. Prawo do wygłoszenia mowy przechodzi kolejno w kręgu w prawo. Każdą 
mowę zaczyna się od wypowiedzenia swojego imienia, co ma sens taki, że w łaźni jest 
ciemno i nie widać, kto mówi, a uczestnicy mogą nie znać się po głosie. Jeżeli ktoś posiada 
imię tajemne lub uroczyste, wypowiada także to imię. Mowę kończy się słowami: 
"powiedziałem", a pozostali siedzący odpowiadają chórem: "niech tak się stanie", "niech tak 
będzie", "tak jest", lub podobnie. Przyjęte jest, że na początku, jako pierwszą mowę, 
wypowiada się intencję. W opisanym wyżej porządku, każdy wypowiada swoją intencję, z 
którą przyszedł wziąć udział w ceremonii. Może to być kilka słów, może być cała długa 
mowa. 
Podczas kolejnych swetlodży, w których brałem udział i które prowadziłem, wytworzył się 
zwyczaj innej mowy, mianowicie zapraszania innych do łaźni. Każdy po kolei mówi, kogo 
zaprasza, aby wraz z nim wziął udział w tej ceremonii. Zaprasza się osoby nieobecne a bliskie 
mówcy, także osoby nie żyjące, istoty duchowe i symboliczne, i postaci fantastyczne. Po 
każdej wypowiedzi mówca mówi: "jest z nami" lub "są z nami", a pozostali powtarzają te 
słowa. Aby uniknąć "grochu z kapustą" podczas zapraszania, można się umówić, że 
zapraszamy, na przykład, tylko swoich mistrzów, czyli osoby, żyjące lub nie, te, które 
znaliśmy osobiście lub tylko czytaliśmy ich książki, którym zawdzięczamy inspirację i 
wsparcie na naszej ścieżce; albo że przywołujemy tylko pomagające nam istoty duchowe. 

Tematy i formy mów mogą powstawać spontanicznie w trakcie tego działania. Tak na 
przykład podczas jednego swetlodżu, który zaplanowałem jako szczególnie gorący, 
zaproponowałem, że ten, kto czuje, że nie wytrzymuje już gorąca, na głos ofiarowuje swoje 
cierpienie w pewnej intencji. 

Innym rodzajem mów są mowy wygłaszane przy polewaniu kamieni wodą. Para uderza wtedy 
falą gorąca. Jest to mocne przeżycie, a poprzedzone jest mową, którą wygłasza polewający. 
Polewanie kamieni i wygłaszanie przy tym mowy jest zaszczytem, jak toast na uroczystej 
biesiadzie! 

Podczas sesji w saunie można robić wietrzenia. Wtedy unosi się zasłonę w drzwiach i 
wpuszcza do środka świeże, chłodne powietrze. W saunie im wyżej, tym jest goręcej. Dlatego 
dla wytchnienia można opuścić głowę do ziemi lub, jeśli jest na to miejsce, położyć się na 
ziemi. Niektórzy przy tym chytrze robią dziurki między pokryciem sauny a ziemią i 
wpuszczają tamtędy trochę powietrza. Trzeba dużo pić i powinny być dostępne butelki z 
wodą do picia. Jeżeli ktoś musi wyjść, może to zrobić w każdej chwili, a jeżeli ktoś przed 
wejściem do sauny obawia się, że wyjdzie przed czasem, powinien usiąść możliwie blisko 
wyjścia, tak aby potem nie przepychać się przez ludzi. 

background image

Kiedy jest naprawdę gorąco najłatwiej jest znieść upał i lanie się potu, kiedy oddycha się 
głośno, mruczy jakieś dźwięki, a nawet krzyczy lub porykuje. Nie należy tu się krępować, ale 
z drugiej strony forma nie powinna przerosnąć treści, czyli nie powinieneś krzyczeć aby 
krzyczeć, znajdując w tym upodobanie. Niektórzy mówią wtedy mantry. 

Najcenniejsze jednak są chwile milczącego skupienia i powinny one być długie. Należy 
czujnie obserwować wszystko co się dzieje: ciemność naokoło, reakcje własnego ciała, 
własne myśli i obrazy, które wtedy wyłaniają się z wnętrza umysłu. Pomaga w tym 
kontemplacja wzorów, jakie tworzą czerwono świecące kamienie. Typowym wrażeniem jest 
wtedy, że znika poczucie ciasnoty, sauna rozszerza się na cały świat i siedzisz w samym 
środku nieskończonej, mistycznej przestrzeni. 

Czy w saunie ma się wizje? Tak, to się zdarza. Ale nie spodziewaj się, że stanie się tak 
automatycznie. Sauna daje tylko sprzyjające warunki do przeżycia wizji. Wizje to coś 
kapryśnego... Znane są jednak przypadki uzyskiwania w swetlodżu odmiennych stanów 
świadomości, a nawet doświadczeń "psi". Frank Henderson MacEowen, amerykański 
neoszamanista, który znany jest z odtwarzania rodzimej celtyckiej drogi duchowej, opisuje, że 
kiedyś podczas sesji w łaźni przeżył eksterioryzację, czyli doświadczenie bycia poza ciałem, i 
przez dłuższy czas patrzył na świat spoza swetlodżu, tak jakby jego punkt widzenia unosił się 
nad drzewami. Jego indiański mistrz, który prowadził ceremonię, natychmiast zauważył, co z 
nim się dzieje!  

To co się będzie działo z każdym uczestnikiem, jest niemożliwe do przewidzenia. Każdy w 
saunie przeżywa swój indywidualny proces, którym w jakimś stopniu może kierować, ale nie 
do końca. Najważniejsze i najciekawsze są te psychiczne treści, które w warunkach stresu 
wywołanego gorącem ujawniają się spontanicznie. Zwykle są przeżycia nadzwyczaj intymne, 
i zdarza się nawet, że ludzie niechętnie o nich opowiadają innym. Sauna jest miejscem 
wewnętrznej przemiany. Spotykasz się tam z własną nieświadomością. Budzisz drzemiące 
moce, które są w tobie. Leczysz i odnajdujesz swoją duszę, od której w zwykłym miejskim 
trybie życia oddalałeś się i uciekałeś. Wraz z potem spływają do ziemi psychiczne urazy, 
bloki i niemożności. Gorąco ładuje cię energią jak akumulator. Sauna jest łonem Matki-
Ziemi, w którym dojrzewasz do nowego życia. Jest alchemicznym piecem, w którym jak 
metal z rudy, tak z ciebie wytapia się twoja prawdziwa natura. Jest kosmicznym jajem, z 
którego na nowo zrodzi się wszechświat, a wraz z nim ty, odnowiony i pełen mocy. 

Zakończenie ceremonii 
Wyjście zarządza prowadzący. Zaleca się wychodzić, kiedy wciąż jest gorąco lub bardzo 
gorąco, niedługo po kulminacyjnym momencie polewania wodą kamieni, kiedy żar był nie do 
wytrzymania. Wychodzimy kolejno przesuwając się w prawo. Przekraczając drzwi pamiętasz 
by wypowiedzieć zaklęcie "wszyscy co ze mną". Przez kilka-kilkanaście pierwszych kroków 
idziesz na czworakach, co symbolizuje, iż jesteś jak noworodek, który wszystkiego musi 
uczyć się od nowa, także chodzenia w pozycji wyprostowanej. Również dźwięki, które 
wydajesz, są wysoce nieartykułowane. Nie wolno hamować spontanicznie pojawiających się 
wtedy krzyków i porykiwań! 
Na dłuższy czas kładziesz się na ziemi, aby ochłonąć. Zaraz po wyjściu z sauny, kiedy tylko 
minie pierwszy szok z powodu nagłej zmiany temperatury, całe otoczenie staje się 
nadzwyczaj przyjazne. Chłodna trwa z rosą wydaje się rozkosznym łożem. Zimny deszcz 
(jeżeli akurat pada) sprawia przyjemność, wiatr miło studzi ciało. Leżąc zimą na śniegu 
czujesz się jak na ciepłej plaży! Jeżeli jest w pobliżu jezioro lub rzeka, z przyjemnością 

background image

wejdziesz do wody. Potem wracasz do ogniska, aby się osuszyć i ogrzać. Zakładanie ubrań 
wydaje się wtedy czymś zupełnie nie na miejscu. 

Moment wyjścia z sauny zawiera jednak niebezpieczeństwa. Podczas sesji w saunie podnosi 
się ciśnienie krwi, i dlatego, nie tylko z powodów symbolicznych, nie wolno zbyt szybko 
stawać wyprostowanym. Wahania ciśnienia prowadzą do bólów głowy i zaburzeń równowagi 
(zawrotów głowy), i aby tego uniknąć, należy przez dłuższy czas trzymać głowę przy ziemi, 
dotykając czołem ziemi. Można przy tym stać na czworakach albo przyjąć jogiczną pozycję 
kurmasana, pozycję żółwia, czyli klęcząc na kolanach oprzeć czoło na ziemi. Pamiętaj także o 
głębokim oddychaniu, które w tym momencie jest najlepszym środkiem zaradczym na 
wszelkie złe samopoczucie. 

Innym niebezpieczeństwem jest przechłodzenie ciała, co zdarza się, jeśli zanurzyłeś się w 
wodzie, lub było zimno lub mróz. Wtedy trzeba szybko ubrać się (możesz poprosić o pomoc 
kolegę) i ogrzać przy ogniu. Pocieszę jednak Czytelnika, że w swetlodżach, które 
"zaliczyłem", brało udział w sumie kilkaset osób, i nie słyszałem, żeby ktoś od tego 
zachorował. Przeciwnie, sauna ma wyraźne działanie lecznicze. Przez kilka godzin po saunie, 
a na pewno tego samego wieczora, nie należy jeść, radzę też wstrzymać się od palenia tytoniu 
(chociaż nie wiem jak działa wtedy tytoń, bo sam nie palę), a picie alkoholu miałoby cechy 
samobójstwa. Z zasady podczas całego warsztatu nie powinno się używać żadnych używek. 

Ostatnią symboliczną czynnością po saunie a przy ognisku jest złożenie ofiar ogniowi i 
duchom miejsca, co również może być okazją do wygłoszenia uroczystych mów i podzielenia 
się wrażeniami. 

Co jeszcze warto wiedzieć 
Sesja w saunie bywa prowadzona jako osobna ceremonia, albo jako wstęp do innego 
działania, na przykład do wyjścia na poszukiwanie wizji, do zakopywania się w ziemi lub do 
tańców. Także powrót z wyprawy po wizje odbywa się przez swetlodż, chociaż wtedy nie 
siedzi się tam zbyt długo. Są prowadzone warsztaty, na których sauną zaczyna się i kończy 
każdy dzień. 
Sauny mogą być ostre, kiedy wewnątrz pozostaje się na granicy fizycznej wytrzymałości, 
oraz łagodne, kiedy temperatura jest zaledwie wystarczająca do obfitego pocenia się. 

Pot spływający z ciała po kilkunastu pierwszych minutach staje się zupełnie czysty i 
przypomina czystą wodę, jest bez zapachu i prawie bez smaku, i nie szczypie w oczy. Po 
wyjściu z sauny ma się wtedy poczucie oczyszczenia, wykąpania we własnym pocie, jakby 
się wzięło ciepły prysznic. Dlatego kąpiel w wodzie po saunie nie jest konieczna. 

Zwykle z sauny korzystamy wielokrotnie podczas jednego warsztatu. Przed zakończeniem 
warsztatu saunę rozbieramy, kamienie układamy w piramidkę lub inaczej, środkową jamę 
zasypujemy i zakrywamy darnią. Miejsce wraca do stanu początkowego. 

Szkielet sauny można zostawić, jeżeli ktoś ma ochotę z niej za niedługi czas korzystać, ale 
wtedy gospodarz terenu musi zagwarantować, że ta budowla będzie traktowana z należytym 
szacunkiem. Zazwyczaj jednak rozbiera się także szkielet, a kije pali. Możne ich użyć do 
rozpalenia pożegnalnego ogniska. 

Ognia po sesji łaźni, jak i jakiegokolwiek ognia na warsztatach, nie gasi się przez polanie 
wodą! To jest obrzydliwe barbarzyństwo. Jeśli boisz się pozostawić płonące ognisko bez 

background image

nadzoru, rozrzuć polana, a ogień po krótkim czasie wygaśnie sam. Podobnie nie wolno 
wrzucać do ognia śmieci, pluć do niego ani tym bardziej (o zgrozo) sikać. Jeśli rozpalasz 
ogień na starym miejscu, gdzie już palono, najlepiej wyczyścić to miejsce do gołej ziemi. 
Świec nie gasimy zdmuchując, gdyż zadaniem oddechu jest rozniecanie ognia. Gasimy je 
palcami. 

Wszystkie takie błędy i odstępstwa od zasad rytuału, o których wspominam na marginesie, 
świadome lub nie, wzmagają rozproszenie i ściągają negatywne energie. Skutki błędów 
uderzają w uczestników, szczególnie w tych, którzy są czułymi punktami grupy, czyli są 
szczególnie zagrożeni uderzeniem negatywnych energii. Złymi skutkami mogą być 
skaleczenia (zwłaszcza podczas obchodzenia się z ostrymi narzędziami), oparzenia, bóle 
głowy, ataki złego humoru, niepowagi czyli "głupawki", wreszcie agresji. Dotyka to, jak 
rzekłem, osób szczególnie wyczulonych, do których należy, niejako z urzędu, prowadzący, a 
następnie osoba najmłodsza, ktoś, kto ma najmniejsze doświadczenie, albo ktoś, kto w grupie 
nieświadomie wchodzi w rolę ofiary lub błazna (zdarza się to niektórym). Właśnie z tego 
powodu nikt nie powinien brać udziału w swetlodżu "z doskoku", przez przypadek i nie mając 
pewności, czy tego chce. Na szczęście, wypadki przy saunie zdarzają się rzadko. Być może 
dlatego, że ceremonia ta jest chroniona przez potężne duchy zatrudnione do tej ochroniarskiej 
pracy dawno temu, jeszcze na preriach! 

Wspólne przejście przez łaźnię silnie integruje grupę. 

Podczas trwania ceremonii, przed nią i potem, należy zwracać uwagę na wszelkie znaki w 
otoczeniu, w przyrodzie. Rozpalaniu ognia może towarzyszyć zbieranie się burzowej chmury 
lub, przeciwnie, rozstępowanie się chmur nad wami. Mogą pojawiać się rzadkie ptaki, 
przychodzić zwierzęta. Znaczące może okazać się padanie deszczu, wianie wiatru, 
ukazywanie się gwiazd. Wszystkie te znaki, gdy im się dobrze przyjrzysz, mogą okazać się 
sensownie wplecione w twój psychiczny proces lub we wspólny proces całej grupy. 
 
Przypisy
[1] Frank Henderson MacEowen tak wspomina: 
    Moje pierwsze formalne spotkanie z szamanizmem miało miejsce dwadzieścia lat temu, w 
roku 1980, kiedy miałem nie więcej niż dwadzieścia lat. Siedziałem w łaźni podczas 
ceremonii inipi (szałasu potu) prowadzonej przez "Dziadka" Wallace Black Elk z ludu 
Lakota, z rezerwatu Rosebud w Południowej Dakocie. W pewnym momencie podczas trzeciej 
rundy [polewania kamieni] poczułem, jak coś wyciąga mnie z ciała i unosi ponad łaźnią. 
(Uwaga: to nie była wizualizacja.) Gdy zacząłem szybować ponad drzewami, oczami ducha 
zobaczyłem ogniomistrzów stojących wokół ognia, którzy dbali, aby kamienie były ładnie 
nagrzane. Inny mężczyzna coś mówił cicho i się uśmiechał. Leciałem dalej w powietrzu 
ponad drzewami i w końcu znalazłem się, łagodnie dryfując, ponad niedalekim polem. 
Zobaczyłem kobietę, która siedziała na wzgórzu, modląc się w świetle zmierzchu. 
Zobaczyłem jelenia który przebiegł przez szosę zaraz po tym, jak przejechała tamtędy 
furgonetka. Nagle kolejny strumień wody uderzył o kamienie w łaźni inipi, a za nim wzniosła 
się fala pary z gorącej jamy, i tak samo szybko jak wcześniej moja dusza opuściła ciało, tak 
teraz zostałem z powrotem wciągnięty do ciała i do kompletnej ciemności w łaźni. Po 
"wylądowaniu" na nowo w ciele ciężko chwyciłem powietrze, a Dziadek Wallace tylko 
mruknął: "Ho!". 
    Frank Henderson MacEowen, "Reclaiming Our Ancestral Bones" w: "Shaman's Drum", nr 
58, 2001.  

background image

    Inny artykuł tego autora (Wskrzeszenie gaelickiej tradycji Oran Mor) znajdziesz w 
"Tarace" tu:   

Część 5. 
Zakopywanie się do ziemi    

  
 
Victor Sanchez, z którego książki "Nauki don Carlosa"  wziąłem to ćwiczenie, nazywa je 
"pogrzebem wojownika". Jest ono wariantem praktyki, która rozpowszechniona jest wśród 
Indian i stanowi jeden z filarów ich duchowej drogi, mianowicie poszukiwania wizji (ang. 
vision quest). W swojej klasycznej postaci poszukiwanie wizji polega na tym, że wychodzi się 
na pewna liczbę dni i nocy (jedną, trzy lub siedem) w teren, w miejsca odludne, i tam pości 
się, nie śpi i nie chowa w namiocie oczekując pojawienia się przekazu ze świata ducha w 
postaci wizji, głosów, zwierząt mocy lub innych znaków. Wyjście na poszukiwanie wizji i 
przybycie stamtąd odbywa się przez łaźnię, która służy tu do oczyszczenia i zaznaczenia 
progu między światem zwyczajnym a krainą ducha. 
Już po rozpoczęciu przeze mnie praktyk według Sancheza (który to ćwiczenie opracował na 
podstawie wzmianek w książkach Castanedy) dowiedziałem się, że tradycyjnie coś 
podobnego robią Lakota: mianowicie na poszukiwanie wizji nie wychodzą na prerię, lecz 
wchodzą do dołu wykopanego w ziemi. Praktyka ta w szczegółach różni się od tej, której 
uczy Sanchez. W dole się siedzi, jest głęboki na ok. 2 metry, i służy do wielokrotnego użycia 
przez różnych członków plemienia.  (U Sancheza się leży, dół jest płytki i do jednorazowego 
użytku.) 

Ćwiczenie to, patrząc z punktu widzenia fizjologii, jest rodzajem deprywacji sensorycznej. 
Kiedy się leży w dole, wyłączony jest wzrok, ponieważ jest tam zupełnie ciemno. Ziemia w 
dużym stopniu tłumi dźwięki, więc wyłączony jest również słuch, a przynajmniej wrażenie 
słuchowe są mocno ograniczone, zwłaszcza jeśli noc jest cicha. Również możliwość 
poruszania się jest ograniczona, jako że w dole można co najwyżej leżąc na wznak przekręcić 
się na bok lub z powrotem. Sytuacja ta, podobnie jak pełna deprywacja sensoryczna zmienia 
świadomość i sprzyja temu, aby umysł wyświetlał swoje wewnętrzne treści. 

Miejsce, tak jak przy wszystkich ćwiczeniach, powinno być bezpieczne, tzn. powinieneś mieć 
pewność, że kiedy będziesz przebywać w grobie nikt ci nie będzie przeszkadzał ani nie będzie 
naruszał spokoju tego miejsca. W okolicy nie powinno być źródeł hałasu, ruchliwych szos ani 
linii kolejowych, nie powinni kręcić się ludzie, przeszkadza też sztuczne oświetlenie. 

Ważny jest rodzaj gruntu. Teren nie może być podmokły, nie może być tak, że od spodu 
będzie ci się sączyć woda. Najlepsza glebą jest piasek, ewentualnie żwir. Lepsza jest gleba 
uboga, jałowa, od żyznej, która - przecież - brudzi. Przeszkodą mogą być korzenie drzew 
rosnących w pobliżu (więc lepiej zakopywać się w pewnej odległości od drzew), kamienie 
(unikaj terenów zbyt kamienistych); także należy unikać gliny, gdyż kopanie w jej pokładzie 
narazi cię na zbyt wielki wysiłek i trwać będzie zbyt długo. Szukając odpowiedniego miejsca 
zwróć także uwagę na subtelne znaki, świadczące o tym, że jest to miejsce szczególne, 
naładowane energią, a więc miejsce mocy. Możesz poznać to po tym, że jest to łysina pośród 
bujniejszej roślinności, łacha piasku pośród żyźniejszej gleby, suche miejsce na bagnach lub 
wśród łąk. Dobrze jest, jeśli miejsce to tworzy mały wzgórek, wypukłość terenu - wiesz 
wtedy, że w razie deszczu nie będzie tam ściekać woda. W obecnych czasach można znaleźć 

background image

mnóstwo takich miejsc na porzuconych, zarastających polach uprawnych, gdzie gleba okazała 
się zbyt słaba dla rolników. 

Uwaga! Bardzo trudno jest znaleźć wygodne miejsce w górach, a przynajmniej w naszych 
Beskidach, gdzie grunt jest ciężki, gliniasty i nafaszerowany kamieniami. 

Na moich dotychczasowych zajęciach zakopywanie się do ziemi trwało przez jedną noc. 
Podobnie poszukiwanie wizji w dole u Lakotów trwało jedną noc. Również jedną noc spędzał 
McEowen w celtyckich grobowcach.  Sanchez pisze jednak, że ktoś, kto nabrał wprawy, 
może czas pobytu w dole przedłużyć do doby albo nawet dłużej. Nie widzę przeszkód, aby 
tak robić. 

Sanchez zaleca zakopywać się w otoczeniu drzew (ale weź pod uwagę moją przestrogę przed 
korzeniami: po co krzywdzić drzewo uszkadzając jego korzenie?). Według niego 
początkujący nie powinni tego robić na pustyni (w Polsce to nie grozi), ani w pobliżu morza 
lub większych rzek. "Pod żadnym pozorem" (jak pisze Sanchez) nie wolno zakopywać się w 
pobliżu ruin, cmentarzy i wykopalisk archeologicznych. Nie tłumaczy, dlaczego, ale zapewne 
chodzi o uniknięcie wizyt zbyt natrętnych duchów. 

Miejsce powinno być wolne od mrówek i (rzadkich u nas) żmij. Wpadania pojedynczych 
owadów nie unikniemy. Mogę zapewnić, że do dołu nie wchodzą dżdżownice - czego obawia 
się wiele osób. 

Teren na którym odbywa się to działanie zalecam otoczyć ochronnym kręgiem, który opisuję 
w osobnym rozdziale. 

Miejsce na swój wykop powinno ci wpaść w oko. Powinieneś poczuć, że to jest twoje 
miejsce. Nie żadne inne, tylko to. Tak jakbyś miał tam zbudować dla siebie stały dom. 
Przekonasz się zresztą wkrótce, jak bliskie stanie ci się to miejsce. Jeżeli zakopujemy się w 
grupie, wykopy poszczególnych osób powinny być odpowiednio oddalone od siebie. Trzy 
metry to niezbędne minimum. 

Kiedy już wybrałeś (ściśle) swoje miejsce, zdecyduj, w którą stronę chcesz leżeć. Aby dobrze 
poczuć właściwości stron świata w tym miejscu, połóż się na ziemi i sprawdź co czujesz przy 
ułożeniu ciała w różnych kierunkach. Zaleca się tak zbudować "grób", aby ciało leżało na osi 
południe-północ lub wschód-zachód. Raczej nie na ukos. Wschód i południe są kierunkami 
pozytywnymi i tam należy mieć głowę. Ale jeśli poczujesz, że głowę powinieneś mieć na 
północy lub zachodzie, to tak zrób. 

Zanim przystąpisz do kopania, połóż się na ziemi i obrysuj swoje ciało. Może to zrobić ktoś 
inny za ciebie. Dół powinien mieć takie rozmiary, abyś miał około 10 centymetrów swobody 
za głową i za stopami, i abyś swobodnie mieścił się leżąc na wznak z rękami wyciągniętymi 
wzdłuż ciała. W środkowej części dół może być szerszy niż na końcach. Głębokość dołu - 
około 60 centymetrów.    

Najpierw wycinaj darń: starannie, w takich kawałkach, które łatwo ci będzie przenosić z 
miejsca na miejsce. (Łatwo obliczyć, że każdy kawałek darni znajdzie się w czterech 
kolejnych miejscach.) Darń odkładaj na prawa stronę wykopu. Ziemię usypuj po lewej 
stronie. Naokoło dołu zachowaj 10-centymetrowy margines, gdzie nie będziesz kładł ani darni 

background image

ani piasku. Dno wykopu wyrównaj. Sanchez każe kopać dół kijem (tak!), ale do tej pory tego 
nie praktykowałem, używając zwykłego szpadla. 

Następnie przykrywasz dół patykami. Jeśli to tylko możliwe, nie używaj do tego kijów z 
żywych gałęzi, lecz chrustu, suchych gałęzi które opadły z drzew. W każdym sosnowym lub 
innym lasku znajdziesz ich mnóstwo. Patyki te powinny być dość sztywne, żeby utrzymały 
ciężar darni i piasku. Układasz je gęsto - co około 10 cm. Pozostawiasz wolne miejsce "w 
głowach" - czyli tam, którędy będziesz wchodził do środka. 

Na patyki kładziesz kawał tkaniny. Może to być stary koc lub stare prześcieradło. Nie 
polecam plastikowej folii, gdyż pod nią w środku będzie zbyt wilgotno i zbyt duszno. Tkanina 
jest potrzebna tylko do tego, aby ziemia nie sypała się do środka. Tkaninę przykrywasz 
darnią. Płaty darni układasz tak, aby jak najściślej przylegały jeden do drugiego. Szpary 
pomiędzy darnią zasypujesz piaskiem. Kiedy to zrobisz, wejdź do dołu i sprawdź, czy dach 
"grobu" nie przepuszcza światła. 

Nie przykrywasz darnią szpary "w nogach" o szerokości około 20 cm. Ta szpara będzie 
służyć jako wentylacja. Nie będzie przepuszczać światła, ale będzie przepuszczać powietrze. 
Aby to osiągnąć, zakryj szparę trawą - tak grubo, żeby zasłaniała światło. Brzegi wiązek 
trawy przysyp ziemią, aby wiatr ich nie poruszył. 

Przygotuj coś, co posłuży ci jako przykrycie otworu "w głowach" do wchodzenia. Może to 
być gruby koc, kurtka przeciwdeszczowa, kawał grubej wykladziny, karimata. (Pamiętaj, że 
jedna karimata pewnie przyda ci się do leżenia w dole.) Przygotuj kilka grubych i prostych 
kijów pod to przykrycie. 

Każdą czynność podczas przygotowywania grobu potraktuj jak szczególny rytuał. Sanchez 
pisze: "każdy kolejny krok powinien być traktowany jak element rytuału, podczas którego 
wszelkie czynności należy wykonywać w milczeniu, aby nie rozpraszać uwagi. Chodzi o to, 
abyś do ostatniego etapu, położenia się w grobie, przystąpił w stanie wzmożonej 
świadomości." 

Sanchez zaleca leżeć w dole nago, i zapewne w jego rodzinnym Meksyku jest to bardziej 
wygodne niż w Polsce. Uczestnicy moich warsztatów zwykle leżeli w dołach ubrani (np. w 
piżamach lub dresach), w śpiworach lub pod kocami i na karimatach. Robiliśmy próby leżenia 
bez ubrania, ale na karimacie. Leżenie nago wydaje mi się jednak ideałem; jest wtedy 
najlepszy kontakt z ziemią. Warto wiedzieć, że w dole jest niespodziewanie ciepło! Podczas 
mojego pierwszego odosobnienia w grobie wszedłem tam mokry w przemoczonym ubraniu, 
gdyż padał uporczywy deszcz. Przez noc ubranie na mnie zupełnie wyschło, ponadto moje 
własne ciepło wysuszyło piasek na ściankach dołu, tak że zaczął się osypywać. 

Sanchez każe mieć podczas całego odosobnienia asystenta, którzy będzie czuwał nad 
bezpieczeństwem zakopanego. Na moich warsztatach asystenci jedynie pomagali 
uczestnikom wejść do środka i przykrywali im szczelnie otwory wejściowe. Każdy miał 
swego asystenta, asystentów przykrywali "superasystenci", tych przykrywałem ja, po czym 
sam kładłem się do grobu. Kto będzie czyim asystentem, ustalaliśmy zawczasu. 

Zalecam, tak jak to się dzieje w obrządku Lakotów, wchodzić do grobów przez swetlodż! 
Najlepiej aby łaźnia nie była zbyt odległa od pola z grobami, aby obowiązywała jedność 
miejsca. Łaźnia też nie powinna być zbyt gorąca. Na moich warsztatach wchodziliśmy do 

background image

grobów wieczorem, wcześniej ceremonia sauny zaczynała się o zmierzchu. Wchodziliśmy na 
nasze poletko z biciem w bęben i trąbieniem na trąbitach i didżeridu. Myślę, że w przyszłości 
zostana ułożone specjalne uroczyste pieśni grobowe z którymi będzie się przychodzić na 
miejsce, i inne pieśni do śpiewania indywidualnie, już leżąc w dole. Do grobu wsuwasz się 
nogami w doł, włożywszy tam wcześniej karimatę i śpiwór lub koc. 

Co robić w środku? Lakota modlą się, prosząc swoje bóstwa i duchy o wizje. Tak długo, jak 
to się da, staraj się nie zasnąć! Przygotuj sobie na tę okazję swoją własną praktykę: sceny i 
obrazy, które będziesz wizualizował, tematy, na których będziesz skupiał myśli. Bądź też 
świadomy intencji, z którą wykonujesz tę praktykę. Ta intencja może być bardzo szczególna: 
możesz na przykład pobyt w dole przeznaczyć na nawiązanie kontaktu z pewnym 
szczególnym duchem czy też energią, z własnym wyższym ja, albo na magiczne rozwiązanie 
określonego problemu. 

Wejście do dołu wprawia w osobliwy stan umysłu. Działa tu kilka czynników na raz: 
ciemność, cisza, bliski kontakt z żywą ziemią i jej zapach, wyprostowana pozycja ciała, gdy 
leży się na wznak, wreszcie poczucie odosobnienia: że jesteś sam i nie skupia się na tobie 
niczyj wzrok ani słuch. Wszystko to razem wzmaga, rozjaśnia świadomość. Każda chwila 
staje się niepowtarzalna. Zmysły wyostrzają się aż do granic postrzegania podprogowego; 
może się włączać percepcja pozazmysłowa. Jest to naturalny stan medytacji. Regułą jest, że w 
ogóle nie odczuwa się senności ani zmęczenia. Poza tym jesteś tam świeżo po łaźni, która 
sama energetyzuje i stawia na nogi. 

W tym stanie dziwne rzeczy dzieją się z poczuciem czasu. Podczas mojego pierwszego 
zakopania się wziąłem do środka latarkę i w pewnym momencie zaniepokoiłem się, ile czasu 
upłynęło od mojego wejścia; oceniałem, że pół godziny. Okazało się, że minęły już dwie i 
pół! (Ale lepiej latarki nie brać... Właśnie po to, aby nie rozpraszała cię pokusa zapalenia jej.) 
Możesz usłyszeć dziwne głosy. Odgłosy z wnętrza własnego ciała, z jelit, albo szum krwi w 
żyłach słyszysz dochodzące gdzieś z zewnątrz, z wnętrza ziemi. Możesz usłyszeć rozmowy, 
które (gdyby miały miejsce naprawdę) dochodziłyby na przykład z osady odległej o parę 
kilometrów. Ja słyszałem, jak trzeszczą pod ziemią korzenie drzew kołysanych wiatrem. 
Pojawia się dziwne "inne widzenie", które jest wzrokowa wyobraźnia tak silną, że graniczy z 
wzrokową halucynacją. W tym "innym widzeniu" może ci się zdarzyć robić przegląd okolicy 
i widzieć różne szczegóły. Inne wrażenie jest takie, że wnętrze grobu wypełnia dziwne, jakby 
niewidoczne, światło, albo że ściany grobu znikają i znajdujesz się na otwartej przestrzeni. 
Zdarzało się też na warsztatach słyszeć głosy bębna, śpiewu i didżeridu, i takie wrażenia 
miało kilka osób, chociaż, jak ustaliliśmy, nikt z nas tych dźwięków nie wydawał. 

Wreszcie dziwne są sny w grobie. Są to często tak zwane wielkie sny, które niosą potężny 
ładunek symboliczny, Typowe jest też doświadczenie, że budzisz się ze snu, wychodzisz z 
grobu - i okazuje się, że jesteś gdzie indziej, w innej okolicy niż tam, gdzie się zakopałeś. 
Kiedy stwierdzisz, że "coś jest nie tak", pewnie dopiero wtedy obudzisz się na dobre. (Ale 
upewnij się, czy to nie jest kolejny sen.) "Grób" wydaje się znakomitym miejscem dla 
praktykujacych świadome śnienie. Sanchez pisze: "To, co na codzień uchodzi za zjawisko 
niezwykłe - głosy, wizje, objawienia, doświadczenia poza ciałem, staje się normalne, gdy 
jesteś pochowany w Ziemi." 

Osobliwość snu w grobie polega na tym, że normalnie wchodzimy w sen z bardzo niskiego 
poziomu energii: kiedy jesteśmy zmęczeni i wyczerpani po całym dniu; zresztą organizm 
nawykowo w porze pójścia spać wycofuje energię. W grobie w sen wchodzisz z wysokiego 

background image

poziomu energii: z umysłem rozbudzonym, ze skoncentrowana uwagą i z wyostrzoną 
percepcją. Dlatego w grobie zatarta jest granica między snem a jawą. Na jawie dzieją się 
rzeczy, dla których zwykle miejsce jest we śnie, sen zaś bywa równie jasny jak zwykle jawa. 

Wyjść możesz w każdej chwili, ale nie rób tego pochopnie. Jeśli dolega ci pełny pęcherz, 
możesz w grobie wygrzebać dołek i się wysikać. Ziemia wchłonie to wraz z zapachem. 
Umawiamy się, że kto już wyszedł z dołu, do niego nie wraca. Także najlepiej nie zapalać 
światła. Czas pobytu w dole i to kiedy się wyjdzie, zależy od indywidualnej decyzji. Kiedy 
noce są dłuższe, pod koniec lata, łatwiej jest wysiedzieć dłużej. 

Co robisz po wyjściu z grobu? Są dwa warianty. Można, po pierwsze, od razu zasypać dół i 
zatrzeć ślady po działaniu. Ale tak można postępować, kiedy robisz to ćwiczenie sam lub w 
małym gronie dwóch lub trzech osób. Zasypywanie dołu jest dość hałaśliwe i w dużej grupie 
przez to stwarza kłopoty. Drugi wariant, lepszy, jest taki, że każdy wychodzi jak najciszej i 
idzie do ogniska (które pewnie tli się od wieczora) i tam czeka na następnych. Zalecam nie 
biec od razu, aby się wyspać! 

Jest w tym jeszcze jeden "haczyk". Zakopywanie, inaczej niż sauna, chodzenie po ogniu i 
tańce, jest działaniem wybitnie indywidualnym, samotniczym, i stan ducha, w który się tam 
wchodzi, nie ma nic z życia w grupie, z kolektywizmu! Grupa, która wchodzi do grobów, 
przestaje być grupą. Dlatego wspólne czekanie w skupieniu i ciszy przy ogniu, podczas 
budzącego się poranka, na kolejnych "pogrobowców", na nowo integruje grupę. Umówmy się 
jednak, że nie rozmawiamy o własnych niedawnych wrażeniach - takie dzielenie się 
doświadczeniami pozostawmy sobie koniecznie na osobną sesję w kręgu, już podczas dnia. 
Nie witajmy wychodzących zbyt natrętnie - jeszcze się pogniewają. Także ich nie 
fotografujmy. Podczas wychodzenia z grobu, szczególnie gdy na zewnątrz już razi światło, 
człowiek jest przewrażliwiony i czuły na wszelkie urazy. Ta chwila jest także, w pewien 
sposób, święta. 

Zakopywanie się do ziemi i wychodzenie z niej ściśle odpowiada dwudziestej karcie taroka 
pod mylącym tytułem "Sąd ostateczny", który naprawdę brzmieć powinien "Odrodzenie". Bo 
ta praktyka, najgłębiej przeżyta, symbolizuje właśnie powtórne narodziny do nowego życia. 
(Zobacz: Tarok Bębna.) 

Powrót z tej praktyki przez saunę wydaje mi się zbyt kłopotliwy organizacyjnie. Byłby do 
zrobienia, gdyby warsztat był podzielony na dwie grupy, i jednej nocy grupa A wchodzi do 
grobów, a grupa B przygotowuje dla niej saunę, a następnej nocy odwrotnie. 

Za dnia rozbieramy pokrycie grobów, odzyskujemy tkaninę, znowu z dachu na bok 
odkładamy darń, zasypujemy dół zużywając na to całą wydobyta wcześniej ziemię, na 
miejscu wykopu na nowo sadzimy darń. Starasz się przy tym jak najmniej naruszyć to 
miejsce, tak aby rośliny mogły rosnąć nadal. Patyki, z których był dach, palimy; można ich 
użyć jako paliwa do kolejnego działania z ogniem. Oczywiście na poletku nie powinny zostać 
żadne śmieci; niczego też nie zakopujemy w dołach - co najwyżej trawę z otworów 
wentylacyjnych. 

Jeżeli miejsce było używane dwukrotnie lub więcej razy, nie kop dołu w miejscu już 
kopanym. Gdyby jednak warsztaty miały się regularnie odbywać w pewnym stałym miejscu, 
pewnie trzeba by wtedy pomyśleć o stałych "grobach" wielokrotnego użytku, coś jak w 

background image

rezerwacie Lakotów. Zapewne ściany grobów trzeba by wtedy wzmocnić kołkami lub 
deskami. 

Na koniec przeczytajmy, co pisze Sanchez o dobroczynnych skutkach zakopywanie się do 
ziemi: 

"Wzmożona zostaje rekapitulacja , dzięki ogromnej mocy Ziemi, która zna nasze zamiary i 
współpracuje z nami. 
Kiedy zakopują się osoby, które kogoś utraciły albo są w depresji, Ziemia pokazuje, że potrafi 
leczyć psychiczne rany lepiej niż ktokolwiek inny, z racji swej zdolności wchłaniania 
wszelkiego rodzaju okropności. 
Ziemia może nam pomóc znaleźć wyjście z sytuacji, rozwikłać sprawy osobiste. 
Ziemia może uzupełnić naszą energię przed albo po szczególnie wyczerpującym zadaniu lub 
wyzwaniu. 
Ziemia może pomóc nam wniknąć w Inną Jaźń. 
W chwili ważkiej zmiany zachodzącej w twoim życiu, możesz pogrzebać swoje stare 'ja' i 
pozwolić narodzić się nowej istocie." 
 
Przypisy
[1] Victor Sanchez, Nauki don Carlosa. Przewodnik po świecie Carlosa Castanedy. Wyd. 
Limbus. Bydgoszcz 1997. Ss. 263-266.  

[2] Marco Ridomi, A Lakota Yuwipi Healing, w: "Shaman's Drum", nr 58 Spring 2001, s. 46  

[3] Pełną deprywację sensoryczną czyli wyłaczenie wrażeń zmysłowych uzyskuje się w 
basenie z wodą o temperaturze ciała, z zakrytymi oczami i zaizolowanymi uszami.  

[4] Frank Henderson MacEowen, Rekindling the Gaelic Hearthways of Oran Mor, w: 
"Shaman's Drum", nr. 49/1998, str. 33. Po polsku w "Tarace":  Wskrzeszenie gaelickiej 
tradycji Oran Mor. 

[5] Rekapitulacja: podstawowy w metodzie Sancheza proces przypominania sobie wydarzeń 
całego życia po to, aby odzyskać energię uwięzioną we wspomnieniach.  

Część 6. 
Chodzenie po ogniu  

  
 
Rytualne chodzenie po ogniu praktykowane jest w różnych częściach świata: w Indiach, na 
indonezyjskiej wyspie Bali, u Buszmenów na pustyni Kalahari. Zwykle chodzi się po 
żarzących się węglach z ogniska, ale np. na wyspach Fidżi chodzi się po rozpalonych 
kamieniach (co jest dużo trudniejsze niż po węglach), a na Hawajach tamtejsi czarownicy, 
kahuni, chodzą po ledwo zakrzepłej, gorącej lawie. Najbliżej nas tradycja chodzenie po ogniu 
istnieje w Bułgarii, gdzie nosi nazwę nestinarstwo, biorą w tym udział kobiety zwane 
nestinarki, które podczas przechodzenia przez ogień doznają transu, mając wrażenie, jakby 
niemal nie dotykały podłoża. Ja nauczyłem się chodzenia po ogniu od Davida Thomsona i 
jego żony Mattie Davis-Wolffe. Kto był ich nauczycielem, nie wiem; w Ameryce chodzenie 
po ogniu stało się w ostatnich dziesięcioleciach sporym ruchem społecznym; według 
internetowej strony www.firewalking.org praktykę tę zaliczyło tam co najmniej pół miliona 

background image

osób. Jednakże nie słyszałem, by chodzenie po ogniu było praktykowane w tradycyjnych 
kulturach Indian Północnej Ameryki. 
Chociaż przyjęło się mówić o "chodzeniu po ogniu", naprawdę jest to chodzenie po warstwie 
żarzącego się węgla drzewnego. Temperatura czerwonego żaru wynosi 600-700 stopni 
Celsjusza. Węgiel drzewny jest jednak, mimo swojej wysokiej temperatury, przyjazną 
substancją dla naszych stóp: jest dobrym izolatorem cieplnym (prawie tak, jak styropian 
stosowany do ocieplania budynków) i przekazuje ciepło do skóry tylko ze swojej cienkiej 
powierzchniowej warstwy. Skóra stóp reaguje na żar zwiększonym wydzielaniem potu, a ten, 
parując, jeszcze dodatkowo chłodzi podeszwy. Znacznie trudniej byłoby przejść po podłożu 
lepiej przewodzącym ciepło, na przykład po kamieniach, ale słychać, że niektórzy (na Fidżi i 
Hawajach) to potrafią. O tym, by ktoś chodził po świecącej metalowej blasze jednak nic nie 
wiadomo. Wydaje się, że zdolność do chodzenia po żarze jest starym ewolucyjnym 
przystosowaniem człowieka. Umiejętność ta przydawała się w najstarszej epoce naszego 
gatunku, kiedy to dzięki niej praludzie żyjący w afrykańskiej sawannie wchodzili na zgliszcza 
po pożarach lasu lub buszu przed innymi drapieżnikami i padlinożercami, aby żywić się 
naturalną pieczenią. 

To, że chodzenie po ogniu jest czynnością naturalną i zgodną z prawami fizyki, nie umniejsza 
jego znaczenia w pracy z umysłem. Chodzenie po linie też jest najzupełniej zgodne z prawami 
fizyki, a nie każdy to potrafi i na pewno udane przejście po linie nad przepaścią byłoby 
silnym doświadczeniem odciskającym się na psychice. (Ja nie próbowałem.) Podobnie jest z 
przejściem przez ogień: chociaż nie jest żadnym cudem, to wymaga przezwyciężenia głęboko 
zakorzenionych oporów, jest aktem zwycięstwa nad samym sobą i praktyką ogromnie 
energetyzującą i podnoszącą na duchu. Dodajmy jeszcze, że tak samo jak z liny można spaść, 
to ogień zawsze może poparzyć. 

Jak zwykle przy podobnych działaniach, należy starannie wybrać miejsce. Ważne jest, aby 
tam, gdzie będziesz urządzać ścieżkę do chodzenia po ogniu, powierzchnia ziemi była równa: 
zarówno nie pochylona, jak i pozbawiona zagłębień i kolein. Jeżeli nie da się znaleźć terenu 
idealnie poziomego, należy tak wybrać kierunek, aby iść lekko w dół. Chodzenie pod górę, 
nawet przy bardzo słabym pochyleniu, może sprawić kłopoty. Następnie ważne jest, aby 
roślinność w tym miejscu była możliwie skąpa - nie wyższa niż na strzyżonym trawniku lub 
dobrze wyjedzonym pastwisku. Większe kępki trawy i innych roślin należy wyrwać, a ziemię 
w tym miejscu wyrównać. Nie należy kosić roślin kosą, ponieważ pozostaną ostre kołki, które 
wtedy będą prawdziwym niebezpieczeństwem dla stóp - o wiele gorszym od ognia. Jeżeli 
gleba jest gliniasta i mażąca się, i może z jakiegoś powodu - deszczu lub rosy - zrobić się 
błoto pod stopami, lepiej pozostawić trawę tak, aby uniknąć błota. Lepkie błoto to wróg, bo 
będą się nim przyklejać węgielki do stóp i parzyć. Cały teren wokół przyszłej ścieżki ognia i 
ogniska należy dokładnie przejrzeć i usunąć wszystkie śmieci, kołki, gałązki, kamienie, także 
(nie daj Boże) szkła lub gwoździe. Jak przy wszystkich działaniach, to miejsce powinno być 
idealnie czyste, i chodzi tu nie tyle o fizyczny komfort naszych stóp, co komfort dla psychiki i 
pozytywne działanie na naszą świadomość i podświadomość. 

Jak zwykle należy uniknąć jakichkolwiek gapiów, a także zaprzyjaźnionych obserwatorów, 
którzy przychodzą, żeby "tylko popatrzeć", bez intencji wejścia w ogień. Każda osoba 
postronna będzie was rozpraszać, zakłócać wydarzenie i odbierać wam energię! Na swoich 
warsztatach pozwalam robić zdjęcia i filmy, ale dopiero wtedy, kiedy wszyscy pierwsze 
przejścia mają za sobą i atmosfera napięcia opada. 

Miejsce tej ceremonii można otoczyć kręgiem ochronnym. (Zobacz rozdział 10.) 

background image

(Czytałem i słyszałem o "imprezach" chodzenia po ogniu, które odbywały się przy świetle 
latarń i reflektorów, z udziałem tłumu ciekawskich, przy muzyce idącej z głośników i 
pokrzykiwaniu prowadzących, z kolejką ludzi w pędzie, jeden za drugim, tłoczących się przez 
ogień. Na myśl o czymś takim czuję niesmak.) 

Do urządzenia przeciętnej ścieżki ognia, dla grupy nie większej niż 20 osób, potrzeba około 
metra sześciennego drewna; może być więcej. Gatunek drewna jest najważniejszy; wydaje 
się, że np. żar z brzozy jest twardszy i bardziej kanciasty niż otrzymany z sosny lub wierzby, 
nie są to jednak różnice istotne. Ważne jest, aby drewno było suche; ale zdarzało mi się 
używać drewna mocno wilgotnego - w takim przypadku dojrzewanie żaru w ognisku trwa 
dłużej. Drewno powinno być możliwie mało wymęczone: najlepiej, gdyby to były suche 
gałęzie, które same opadły z drzew w pobliżu miejsca ceremonii. Jeśli tniesz piłą 
mechaniczną, lepiej zrób to wcześniej, nie tego samego dnia, co chodzenie. Nie należy 
używać drewna, której już do czegoś służyło, na przykład desek z rozbiórki. Nie wolno 
używać drewna, w którym mogą być gwoździe! 

Drewno na żar do chodzenia po ogniu należy porąbać na drobne szczapki, grubości mniej 
więcej dwóch palców. Grubszych polan nie palimy. Z drewna układamy stos w taki sposób, 
aby możliwie szybko cała jego masa zaczęła się palić i żeby spalanie zachodziło możliwie 
równomiernie. Zdarza się, że trzeba pozostawić wolne kanały doprowadzające powietrze do 
wnętrza stosu. 

Pozwalamy ognisku spłonąć aż do takiego stopnia, kiedy nie ma jasnych, żółtych płomieni. 
Pozostaje żar, nad którym unoszą się co najwyżej drobne fioletowe płomyki z gazów 
wydobywających się z wnętrza. W tej fazie trzeba kilkakrotnie cały żar przegarnąć łopata, aby 
wydobyć na wierzch i wystawić na działanie tlenu zwęglone drewno że środka. 

Kiedy stos żaru zaczyna się przykrywać popiołem i świeci równomiernie czerwono, możesz 
przystąpić do formowania ścieżki. Do tego potrzebne będą grabie i łopata. Wcześniej 
wymierz długość ścieżki. Ścieżka powinna mieć długość 4 lub 5 podwójnych kroków, tak aby 
każda noga stąpała po ogniu 4 lub pięć razy. Szerokość ścieżki zależeć będzie od ilości żaru, 
ale powinna mieć przynajmniej 70 cm. Dobra grubość warstwy żaru wynosi około 5 cm. W 
zbyt grubej warstwie węgle mogą się nasypać na mniej odporny wierzch stopy, zbyt cienka 
zostanie zbyt szybko rozniesiona przez kroczących. 

Wszystkie działania trzeba tak rozplanować, aby chodzenie po ogniu odbywało się po 
zmierzchu, po ciemku. Nie powinno byc przy tym żadnego sztucznego oświetlenia. 

Wejście w ogień powinno być poprzedzone starannym przygotowaniem. Na kilka godzin 
przed przejściem powinna być zachowana atmosfera pełna skupienia. Unikamy wszystkiego, 
co mogłoby nas rozproszyć i obniżyć poziom skupienia. Około 6 godzin przed przejściem nie 
jemy. Wszystkie czynności przy przygotowywaniu ognia powinny być prowadzone wspólnie 
- wspólnie układamy stos drewna, wcześniej porządkujemy teren, otaczamy miejsce 
ochronnym kręgiem itd. Grupa powinna być zintegrowana. 

Najlepszym przygotowaniem do przejście przez ogień byłoby wspólne śpiewanie Pieśni 
Ogniowych. Niestety, nie znam ich. Może powstaną? Na swoich warsztatach używałem kilku 
innych sposobów przygotowania: prowadzenie na ślepo, ćwiczenie kroku ogniowego, 
utrzymywanie świadomości w specjalny sposób, przywoływanie przewodników w podróży z 

background image

bębnem. Na koniec zaklinaliśmy ogień przez wspólną grę na bębnach, grzechotkach i innych 
przeszkadzajkach. 

Prowadzenie na ślepo przy linie to pożyteczne ćwiczenie, które można robić również przy 
innych okazjach. Potrzebny jest do tego długi kawał liny - na jednego uczestnika przypada 
około jednego metra liny. Idący ustawiają się przy linie z oczami zawiązanymi opaskami. Nic 
nie widzą, nie mówią i nie wydają okrzyków, nie kontaktują się z towarzyszami. Idą boso, 
trzymając się jedną ręką liny. Jedynym widzącym jest prowadzący, który prowadzi całą grupę 
po terenie. Zadanie polega na tym, żeby odbierać właściwości terenu, ziemi, tylko poprzez 
stopy. Uruchamia świadomość stóp. Uczy iść tak, aby "nogi same niosły", i aby doszła do 
głosu wbudowana w nie spontaniczna mądrość pozwalająca im we właściwy sposób brać 
przeszkody. 

Krok ogniowy, jak sama nazwa wskazuje, to krok, którym przechodzimy przez ogień. Jest 
szybki, sprężysty i rytmiczny, ale nie wydłużony. Przypomina trochę wojskowy krok 
marszowy. Podczas chodzenia cała stopa styka się z podłożem. Nie wolno patrzeć pod stopy 
ani na boki. Wzrok mamy skierowany przed siebie, poziomo, patrzymy w horyzont przed 
sobą. Pomaga w tym trzymanie przed sobą wyciągniętej ręki z dłonią na wysokości oczu, tak 
aby idąc, patrzeć jednocześnie na dłoń i w horyzont. (Podobieństwo do niemieckich 
paradnych marszów jest przypadkowe.) Ćwiczenia tego kroku nigdy nie będzie za wiele! 
Przeznaczmy na to przynajmniej godzinę. 

Specjalne utrzymywanie świadomości obejmuje dwie rzeczy. Jedna, to trzymanie umysłu w 
stanie pustej rury. Wyobraź sobie, że twój umysł jest jak pusta rura, albo że ty cały jesteś w 
istocie pustą rurą ustawioną pionowo, przez którą wszystko przelatuje bez oporu i bez śladu. 
Przez tę pustą rurę będą przelatywać wszystkie twoje myśli, emocje, niepokoje, obawy i tak 
dalej. Nic nie zatrzymujesz, w żadnym stanie nie pozostajesz - wszystko przelatuje jak przez 
pustą rurę. 

Druga rzecz, to przenoszenie energii do góry, wyciąganie jej z nóg. Masz wycofać energię z 
nóg. Nogi (i wraz z nimi całe ciało od pasa w dół) pozostawiasz same sobie. Nie dbasz o nie. 
Nie troszczysz się o nie, nie przejmujesz się, co z nimi się stanie, One mają sobie radzić same. 
Twojej energii w dole nie ma. (Mattie mówiła: "jeśli nie wiesz jak to zrobić, udaj, że wiesz, 
jak to się robi". To jest mądrość, która obowiązuje w całej magii.) 

Przywoływanie przewodników polega na tym, że jakiś czas przed przejściem urządzamy sesję 
podróży z bębnem, ale cel podróży jest dobrze ustalony: masz znaleźć swojego Ogniowego 
Pomocnika, czyli istotę, która przeprowadzi cię przez ogień. Najczęściej tym pomocnikiem 
jest zwierzę, mniej lub bardziej fantastyczne. W podróży wchodzimy do świata podziemnego; 
pomocnicy zjawiają się bardzo chętnie. To czy podróż będzie prowadzona (podpowiadana) 
przez prowadzącego, czy obejdzie się bez podpowiadania; i czy po podróży będziemy się 
dzielić doświadczeniami, zależy to od wprawy uczestników i uznania prowadzącego. 

Kiedy ogień się pali, wszyscy uczestnicy stoją wokół niego w kręgu i grają na bębnach i 
grzechotkach. Nazywa się to: zaklinanie ognia. Ogień też karmi się. Każdy po kolei wrzuca 
coś do ognia, wypowiadając głośno lub w duchu swoją intencję. Ofiarą (pokarmem) dla ognia 
może być oliwa lub olej, ziarno, wonne olejki, zioła, wosk, aromatyczne drewno. Nie 
wrzucasz żadnych rzeczy, których chcesz się pozbyć, nawet jeśli kiedyś były dla ciebie cenne. 
Na to można urządzić osobne palenie ognia. 

background image

Przed rozrzuceniem ogniska i usypywaniem ścieżki prowadzący ofiarowuje ogniowi piołun 
i/lub szałwię. Tuż przed samym wejściem, podobnie, sypie na węgle ścieżki sproszkowane 
zioła. 

Zanim prowadzący wejdzie jako pierwszy na ścieżkę (węgle ścieżki świecą wtedy czerwono), 
staje przed ogniem-ścieżką przez dłuższą chwilę i rozmawia w duchu z ogniem. Prosi ogień o 
pozwolenie, by po nim przejść. Może się zdarzyć, że ogień nie wyraża zgody. Wtedy 
prowadzący (nikomu nic nie mówiąc) powinien chwilę odczekać i w skupieniu ponowić 
wewnętrzne pytanie. Jeśli i tym razem odbierze odmowę ognia, powinien odwołać całe 
działanie. (Wtedy zgarnia węgle ze ścieżki z powrotem na stos i wszyscy wspólnie czekają, aż 
ogień się wypali do końca.) Jeśli ogień jest przychylny, prowadzący pierwszy przechodzi 
przez ogień, po cztym staje na drugim końcu ścieżki. Za nim ruszają następni. Tych, którzy 
kolejno przechodzą, kiedy już znajdą się "na mecie", prowadzący bierze w objęcia. 

W pierwszej kolejce przejścia przechodzimy pojedynczo, to znaczy następna osoba wchodzi 
dopiero wtedy, kiedy poprzednik przeszedł do końca. 

Dobrze zaklęty i przyjazny ogień (czyli żar, żarzący się węgiel drzewny na ścieżce) nie parzy. 
Wrażenia dotykowe są takie, jakbyś stopą dotykał nagrzanego piasku na plaży. Możesz 
momentami czuć gorąco, ale nie będzie parzącego bólu. Podczas niektórych przejść, które 
prowadziłem, uczestnicy byli trochę rozczarowani, że nic nie czuli i żar był wręcz chłodny! 

Wokół ścieżki poruszamy się w prawo (zgodnie z zegarem). Pamiętamy o grabiach, żeby nikt 
się na nie nie nadział. 

Po ukończeniu przejścia (każdy może przejść tyle razy, ile ma ochotę) węgle ze ścieżki 
zgrabiamy z powrotem na stos i dopalamy ognisko. Przy ognisku będzie następna okazja do 
nakarmienia ognia i wygłoszenia mów przy tym. Wyrażamy wtedy naszą wdzięczność i 
podziękowanie wszystkim istotom i bytom, które wzięły wraz z nami udział w tej ceremonii i 
dopomogły nam w tym. Kiedy powstaną obrzędowe pieśni, będzie się wtedy śpiewać pieśń na 
pożegnanie ognia. Bardzo też by się przydał specjalny taniec, który by się tańczyło na 
zakończenie. 

Wprawdzie rzadko, ale zdarza się, że ogień jednak parzy. Przyczyny mogą być różne; oto 
przykłady: 

niedostateczne przygotowanie - pojedynczych uczestników lub całej grupy; zlekceważenie 
rytuału, rozproszenie, niewłaściwy stan umysłu; 
błędy w urządzeniu miejsca i ścieżki, na przykład błoto, przez które węgielki przyklejają się 
do stóp; zbyt gruba warstwa żaru, przez co węgle nasypują się z góry między palce; ścieżka 
pod górę, co daje podobny skutek; 
zbyt wczesne wejście na ścieżkę, kiedy węgiel za bardzo się pali; 
nie wysłuchanie przez prowadzącego, że ogień się nie zgadza.
Poza tym zdarza się, że ogień parzy bez żadnej widocznej przyczyny. Ogień zawsze pozostaje 
żywiołem nieobliczalnym i nie można go traktować jak wygodnego dywanika. Z drugiej 
strony, wchodząc na ogień musisz mieć do niego pełne zaufanie. 

Część 7. 
Płukanie jelit 

background image

  
 
Płukanie jelit włączyłem do swoich warsztatów z hatha-jogi. Polega ono na tym, że pije się 
słoną wodę, którą wydala się odbytem, aż do momentu, kiedy zaczniemy wydalać czystą 
wodę. 
Ćwiczenie to warto zrobić jako pierwsze podczas warsztatu, jeszcze przed innymi "dużymi" 
działaniami, a więc przed łaźnią, zakopywaniem się i chodzeniem po ogniu. Płukanie jelit ma 
działanie silnie oczyszczające, i jest dobrym sposobem na to, żeby wszelkie psychiczne 
zanieczyszczenia i stresy codziennego życia pozostawić za sobą. 

Na ćwiczenie to trzeba przeznaczyć niemal cały dzień. Nie wypełni ono wprawdzie całego 
dnia, trochę czasu pozostanie, i ten czas należy przeznaczyć na zajęcia łagodne, jak ćwiczenia 
hatha-jogi lub podobne, wizualizacje, ćwiczenia oddechowe, wykłady lub rozmowy w kręgu. 
Ale nic intensywnego oprócz płukania jelit na ten dzień nie należy planować. Po samym 
ćwiczeniu trzeba sobie zostawić kilka godzin na wypoczynek, regenerację sił i sen. 

Jest kilka powodów, dla których warto zaczynać warsztaty od tego ćwiczenia. Po pierwsze, w 
przeciwieństwie do innych ćwiczeń, które energetyzują, podnoszą poziom energii, po 
płukaniu energia leci w dół. Ćwiczenie to wysysa, czujesz się po nim "wymoczony" i 
osłabiony. Dlatego właśnie powinno być ono zastosowane do "odessania" całego niepokoju, 
pośpiechu, stresu i pomieszania, czyli tego negatywnego psychicznego bagażu, z jakim 
zazwyczaj przybywa się na warsztaty. Na tym właśnie polega jego potężne oczyszczające 
działanie. 

Po drugie, ćwiczenie robi wrażenie "mini-cudu": okazuje się, że można ciało małym 
wysiłkiem nakłonić, aby funkcjonowało w niecodzienny, nienormalny sposób. Każde z 
ćwiczeń na warsztatach ma tę właściwość, że wprowadza w szczególny stan psychiczny. Otóż 
przejściu przez płukanie jelit towarzyszy poczucie nierzeczywistości tego, co się dzieje. 
Płukanie jelit rozbija pewne stereotypowe wyobrażenia o własnym ciele, uczy odbierania 
sygnałów z ciała w nowy i paradoksalny sposób, zmusza do pilnej obserwacji ciała; każe też 
traktować własne ciało nie nawykowo, lecz jak narzędzie, przy pomocy którego wiele można 
osiągnąć. 

Po trzecie, to co podczas tego ćwiczenia robimy, jest w pewnym stopniu przełamaniem tabu, 
jakim jest defekacja. Okazuje się, że nawet ta czynność może być częścią ścieżki jogina, 
szamana lub maga. Przełamanie codziennego tabu jest jednocześnie sposobem na to, aby 
"święty", niecodzienny czas warsztatów oddzielić ostrą linią od "marnego" czasu zwykłego. 

I wreszcie perspektywa płukania jelit skutecznie odstrasza tych, ktorzy nie są wewnętrznie 
gotowi i na warsztatach nie powinni się znaleźć. 

Do ćwiczenia trzeba zawczasu przygotować: 

kocioł do grzania wody 
sól 
cytryny 
dużą łyżkę lub kij do mieszania 
czerpak i indywidualne kubki 
kilka łopat lub łopatek-saperek. 
Także potrzebne będzie ognisko lub piec, na którym będziemy grzać wodę. 

background image

Jeden człowiek zużywa podczas ćwiczenia cztery do pięciu litrów osolonej wody. Łatwo 
policzyć, że dla większej liczby ludzi potrzebne są niepokojąco duże ilości wody! W sklepach 
można kupić duże aluminiowe kotły z pokrywkami na 30 litrów. Taki kocioł wystarczy tylko 
dla 6-7 osób. Przy większej liczbie uczestników trzeba mieć odpowiednio więcej kotłów, 
palenisk, ludzi do pilnowania podgrzewanej wody... Cała operacja robi się trudna, a rozkładać 
tego ćwiczenia - na kilka rund po parę osób w kolejne dni - nie wolno, gdyż rozwali to każdy 
program warsztatów. Ludzie płuczący jelita są wyłączeni z życia! Nie robiłem więc tego 
ćwiczenia z więcej niż 7 uczestnikami. 

Podgrzewamy wodę (musi być czysta!) do wrzenia, gotujemy jakiś czas, następnie 
zestawiamy z ognia i pozwalamy jej ostygnąć. Kiedy ma temperaturę pokojową, letnią, solisz 
wodę i doprawiasz do smaku cytryną. Woda powinna mieć fizjologiczne stężenie soli. Ten 
stopień słoności poznasz po tym, że taka woda nie szczypie w oczy i nie drażni nosa, jeśli 
wciągniesz ją do nozdrzy, tak jak to się robi w jodze przy płukaniu nosa. Dla tych, którzy nie 
praktykowali płukania nosa: na lewą dłoń nalewasz odrobinę słonej wody. Wskazującym 
palcem prawej ręki zaciskasz prawa dziurkę od nosa, zbliżasz lewą dłoń z wodą do nosa i 
lewa dziurką wciągasz wodę aż do gardła. Możesz tę wodę wydmuchnąć lub wypluć. Jeśli 
jest prawidłowo osolona, nie będzie "parzyć" w śluzówkę nosa. 

Na 30 litrów wody będziesz potrzebował 2 kg soli. Ale nie wsypuj wszystkiego naraz! 
Zacznij od trochę więcej niż pół kilo i stopniowo dodawaj po trochu, sprawdzając najpierw 
smak w ustach, a kiedy wyda ci się odpowiedni, zrób próbę nosem. Potem wodę zakwaś 
cytryną. Nie powinna być zbyt kwaśna. Utrafienie we właściwe stężenie soli i kwasu 
cytrynowego w warunkach polowych nie jest łatwe, i dlatego zalecam zrobić przed 
warsztatem jednoosobowy trening, oczywiście z mniejszym garnkiem. 

Co się stanie, jeśli stężenie soli nie będzie takie jak trzeba? To jest właśnie problem! Kiedy 
soli będzie za mało, wypita woda spłynie do jelit i tam zostanie wchłonięta do krwi i 
odfiltrowana i wydalona przez nerki. Nastąpi dokładnie to, czego doświadczają piwosze po 
którymś z kolei dużym kuflu: woda pójdzie z moczem. Nie będzie żadnego płukania jelit, 
tylko zupełnie niepotrzebne i niezdrowe obciążenie nerek połączone z wprowadzeniem do 
krwi szkodliwego nadmiaru soli, od czego rośnie ciśnienie. 

Kiedy woda będzie za słona, wcale do jelit się nie dostanie! Zadziała mechanizm obronny i 
woda zostanie zrzucona już z żołądka. Którędy? Zwymiotujesz ją. 

Żeby ćwiczenie było udane, musisz utrafić w "środkową drogę" pomiędzy zbyt dużym a zbyt 
małym stężeniem soli. (Zupełnie tak jak Budda obrał Środkową Drogę pomiędzy ascezą a 
folgowaniem sobie.) Dodam jeszcze, że prawidłowe płukanie jelit jest przyjemne i daje masę 
takiej zwierzęcej, idącej z brzucha satysfakcji, za to oba przypadki chybione są przykre, a 
towarzyszące im doświadczenia psychiczne są po prostu nieznośne. To jest coś jak upadek... 

Kiedy podgrzewasz wodę na ognisku pod gołym niebem, zadbaj aby kocioł był szczelnie 
przykryty pokrywką. Kłopot w tym, że do kotła przedostaje się dym, smoła z płonącego 
drewna dostaje się do wody i nadaje jej nieprzyjemny smak. Niektórzy mogą mieć odruch 
wymiotny na smak smoły, nawet jeśli woda była osolona zupełnie prawidłowo. Dlatego lepiej 
jest gotować wodę na kuchni, w pomieszczeniu, albo w terenie zbudować piec, z którego dym 
będzie odprowadzany rurą na bok. Można też spróbować, choć jest to pewna sztuka, 
zagotować wodę na nie dymiącym żarze z ogniska, w którym drewno wcześniej już spaliło się 
płomieniem. 

background image

Miejsce na to ćwiczenie musi być absolutnie wolne od postronnych widzów. Wybierając teren 
po prostu musisz mieć pewność, że nikt oprócz uczestników tam nie wejdzie. Jest jeszcze w 
Polsce kilka takich miejsc... Po drugie, teren powinien być taki, że uczestnicy nie będą się 
nawzajem widzieć, a przynajmniej znikną innym z oczu, gdy przykucną. Dlatego potrzebny ci 
jest gesty las, krzewy (ale nie kłujące), podrost sosny lub brzozy, jaki zdarza się na 
opuszczonych polach, albo trzcina, wysokie trawy, łany nawłoci i temu podobne. Wrogiem nr 
jeden ćwiczących są komary, bąki i ślepaki. 

W centralnym punkcie ustawiasz kocioł z osoloną wodą, z czerpakiem. Wcześniej wokół tego 
miejsca uczestnicy wykopią sobie dołki, każdy dla siebie, głębokie na przynajmniej 40 cm, 
tak umieszczone, żeby łatwo było nad nimi kucnąć. 

Do ćwiczenia przystępujemy z dolną połową ciała ubraną tylko (żadnych spodni ani majtek!) 
w szeroki ręcznik lub inny kawał tkaniny, który można w każdej chwili zdjąć, a potem na 
nowo się nim opasać. Będziesz to robić wielokrotnie. Należy też mieć ze sobą sporo papieru 
toaletowego. 

Płukanie jelit, jako właściwie jedyne z omawianych tu działań, powinno być wykonywane 
przez kobiety osobno, mężczyzn osobno. Jeśli warsztaty są koedukacyjne, to najlepiej żeby 
obie grupy korzystały z osobnych kotłów i robiły wszystko w pewnej odległości od płci 
przeciwnej. 

Kiedy wszystko jest przygotowane, zaczynasz pić wodę. Pijesz, wypijasz kolejne kubki, a 
kiedy czujesz, że nie możesz, pijesz jeszcze jeden kubek. Żeby woda dobrze wchodziła do 
jelit, zaleca się robić wtedy przysiady, wciągać brzuch (jak w hatha-jodze), albo sobie brzuch 
masować. Nie zdziw się, kiedy brzuch silnie ci się powiększy! 

Po wypiciu dwóch do trzech litrów przychodzi moment, który trzeba znieść, a powstające 
wtedy uczucia przepuścić przez siebie. Co się wtedy dzieje? Ogarnia cię dojmujące poczucie, 
że wszystko to, co robisz, nie ma sensu! Że oszukano cię. Dałeś się nabrać na jakąś idiotyczną 
zabawę. I o tym trzeba zawczasu wiedzieć, bo to jest normalny skutek gwałtownego 
obniżenia się energii pod wpływem słonej wody wypełniającej żołądek i jelita. (Gdyby się 
wtedy okazało, że woda była za słona, będziesz wymiotował, i rzeczywiście cały twój wysiłek 
pójdzie na marne. Podobne przykre poczucie zawodu wystąpi, jeśli soli będzie za mało; wtedy 
woda wyjdzie przez pęcherz.) 

Wreszcie, po dłużących się w nieskończoność chwilach wsłuchiwania się we własny 
organizm przychodzi taki moment, kiedy trzeba iść się wypróżnić. Opis szczegółów sobie 
darujemy, w każdym razie wypróżnienia występują kilka minut jedno po drugim, i stopniowo 
to, co wylatuje, coraz bardziej przypomina wodę. Wrażenia z ciała są wtedy paradoksalne, 
masz wrażenie, że dzieje się coś, co jest niemożliwe! W przerwach pijesz słoną wodę dalej. 
W końcu cały "napój" z kotła zostaje wypity, a to, co zrzucasz do dołka jest czystą cieczą, jak 
woda ze źródełka. 

I to jest sukces. Końcowe zrzucanie niemal czystej wody połączone jest z poczuciem tryumfu, 
pokonania trudności, wyzwolenia. Czujesz się lekki, wolny, wypełniony powietrzem i 
światłem. Masz wrażenie, że całe zło minęło, spłynęło bez śladu. I że twoje ciało jest 
posłuszne twojej woli. 

background image

Podczas wypróżniania należy pozwolić sobie na spontaniczne odruchy ciała. Możesz mieć 
niepohamowana potrzebę rzucenia się na ziemię. Albo skakania. Typowe jest wydawanie 
krzyków i ryków. Nie osądzaj tego, co robisz, pozwól sobie być sobą. 

Działanie dobiega końca, pozostaje jeszcze zakopać dołki, zatrzeć za sobą ślady. Wracamy. 
Nastrój jest wysoki, ale jesteś osłabiony i wychłodzony. Naturalną koleją rzeczy jest opatulić 
się w śpiwór, zaszyć w namiocie jak zwierz w jamie i zasnąć. Powinny być zapewnione 4-6 
wolnych godzin na sen. W tym czasie się nie je, a pić powinno się tylko samą wodę - może 
być mineralna. 

Prowadzący zawczasu (jeszcze podczas porannego gotowania wody) powinien przygotować 
kleik ryżowy, bez dodatku innych produktów, w ilości odpowiedniej dla wszystkich 
uczestników. To będzie ta potrawa, którą wieczorem, po drzemce, przerwiemy głodówkę i 
napełnimy pusty przewód pokarmowy. 

Uwaga. W przeciwieństwie do innych ćwiczeń, płukanie jelit działa silnie wychładzająco, i 
dlatego nie powinno się go robić przy zbyt chłodnej pogodzie, w deszczowy dzień, przy 
wilgoci w powietrzu. Ćwiczenie to pozbawia organizm żywiołu ognia, więc wieczór po nim 
koniecznie należy spędzić przy dużym ognisku. Raczej nie należy go robić w chłodnej 
połowie roku. 

Ponieważ płukanie jelit wymaga odpowiedniej pogody, szczególnego terenu oraz sprawia 
kłopoty logistyczne przy większej liczbie osób, jest ono dość trudne, i wiele warsztatów 
robiłem bez tego ćwiczenia. 

Część 8.1 
Podróże przy bębnie (1)    

  
 
Bęben 
Bez bębna nie ma szamana! Niemal na całym świecie szamańskim praktykom wtóruje głos 
bębnów. Wprawdzie w niektórych częściach świata używa się innych instrumentów - 
grzechotek nad Amazonką, didżeridu i czuryngi w Australii - jednak bęben wszystkie 
przewyższa. Do neoszamanizmu, czyli do szamańskich praktyk ludzi Zachodu, bęben 
wprowadził Michael Harner; od niego pochodzi też praktyka podróży przy bębnie. Ja 
poznałem podróże przy bębnie od Davida Thomsona, który prowadził tę praktykę w sposób 
właściwie nie różny od tego, co opisuje Harner. 
Bęben, którego do tego się używa, jest lekki, jednostronny i otwarty od tyłu. Powstaje w ten 
sposób, że drewnianą ramę obciąga się z jednej strony skórą; strona odwrotna pozostaje 
otwarta. Są dwa rodzaje bębnów: według Indian Prerii i syberyjski. W indiańskim skóra 
membrany bębna jest ściągnięta po odwrotnej stronie rzemieniami, które promieniście 
zbiegają się w środku. Bęben trzyma się dłonią za pęk tych rzemieni. 

W bębnie syberyjskim membrama jest ściągnięta sznurem lub rzemieniem "na okrągło" 
wzdłuż tylnego obwodu ramy. Za to wewnątrz ramy umieszczona jest poprzeczka, która 
napina ramę i chroni przed deformacją. Za nią trzyma się bęben; niekiedy ta poprzeczka ma 
kształt człowieczka i wtedy wyobraża ducha bębna. Membrana jest dodatkowo napięta przez 
półkoliste drewniane klocki wkładane między skórę a ramę po jej zewnętrznej stronie. 

background image

W bęben uderza się pałką. Głowa pałki powinna być owinięta miękką skórą lub grubą 
tkaniną. Syberyjskie pałki mają kształt łyżki. Pałkę trzeba starannie dobrać: musi mieć masę 
dopasowaną do bębna. Kiedy pałka jest zbyt lekka lub zbyt ciężka, energia od pałki do 
membrany jest źle przekazywana. To jest zjawisko, które można zbadać tylko praktycznie. 

W Polsce wśród moich znajomych dobre bębny typu indiańskiego robi Krzysztof Kolba 
(strona internetowa www.wsb-nlu.edu.pl/~kolba/index.shtml). Mój bęben ma średnicę 35 cm. 
Syberyjskie są zwykle większe. Zdarzają się też bębny nie okrągłe, tylko owalne, 
sześciokątne lub ośmiokątne. Bębnów w stylu afrykańskim, typu konga lub dżamba, do 
opisywanych tu praktyk nie polecam, gdyż są zbyt ciężkie, a wydobycie z nich dźwięku jest 
zbyt ciężką pracą. Kiedyś na jednym z warsztatów mój bęben się rozleciał. Okazało się, że 
znakomicie zastępuje go pusty wielki plastikowy gąsior po wodzie mineralnej "Dar natury". 
Może warto taki mieć w rezerwie? 

Bęben powinien mieć tak napiętą membranę, aby działał, czyli wydawał dźwięczny głos 
równeiż przy wilgotnym powietrzu i niskiej temperaturze. Nawet lekka mżawka nie powinna 
mu odbierać głosu. Z bębnem pracujemy zwykle nocą, kiedy jest wilgoć i rosa, i jeżeli 
membrana nie jest odpowiednio napięta, to nawet suszenie i grzanie bębna przy ognisku może 
nie pomóc. Przechowywać bęben też trzeba odpowiednio: nie w suchym mieszkaniu, ale 
najlepiej na dworze, w warunkach naturalnych, wystawiając go na chłód i wilgoć. Leonid Lar 
mieszkający w Tobolsku trzyma swój syberyjski bęben na balkonie. Jeżeli bęben zaczyna 
zbyt łatwo "głuchnąć" na wilgoci, należy go rozebrać, skórę namoczyć w wodzie i napiąć ją - 
na mokro - ponownie, rozciągając nieco bardziej niż dotąd. 

Na bębnie można wieszać inne dodatkowe instrumenty: dzwonki lub brzęczące blaszki. 
Zwłaszcza na Syberii bębny bywają obwieszane taką perkusją. Można też wieszać ozdoby, 
pamiątki, magiczne przedmioty. Można bęben pomalować (jest to bardzo odpowiedzialna 
czynność!), a także nadać mu imię. 

Podróż przy bębnie 
Praktyka podróży przy bębnie, wprowadzona przez Michaela Harnera, różni się od użycia 
bębna na Syberii. Szamani syberyjscy przy pomocy bębnienia sami wprowadzają się w trans, 
w zmieniony stan świadomości, i w tym stanie odbywają podróże, w których (oprócz innych 
rzeczy) wykonują pewne czynności na korzyść swoich klientów: na przykład odnajdują 
zgubione rzeczy lub diagnozują choroby. Klienci są świadkami i ewentualnie korzystają z 
szamańskiego rozpoznania, ale sami w transowej podróży raczej udziału nie biorą. W 
metodzie Harnera udaje się w transową podróż zarówno prowadzący, który bębni, jak i 
uczestniczy, którzy głosu bębna słuchają. Dodam, że w tej sytuacji uczestnikom łatwiej jest 
wejść w trans niż prowadzącemu. 
Podróżujący podczas tego działania leżą. Zawczasu przygotowujemy coś, na czym można się 
położyć, na przykład karimatę, i coś do przykrycia się, na przykład koc lub śpiwór. To 
ćwiczenie działa wychładzająco, więc trzeba się zawczasu opatulić. Oczy zawiązujemy. 
Kładziemy się płasko na plecach, bez poduszki ani innego podparcia pod głową. Uczestnicy 
leżą w kręgu, raczej głowami do środka niż na zewnątrz. Kiedy dojdziecie do wprawy, będzie 
można medytować przy bębnie także w innych pozycjach. Prowadzący z bębnem przez całą 
podróż stoi, chodzi lub, ostatecznie, siedzi. 

Podstawowe zjawisko psychiczne, które ma miejsce podczas podróży, polega na tym, że 
dźwięk bębna wprowadza umysł w zmieniony stan świadomości, podobny do snu, ale z 
zachowaną jasną przytomnością; jest to więc stan w rodzaju snu jasnego. Dźwięk bębna jest 

background image

źródłem energii, która przekształca się w wizje, obrazy, postaci, akcje i inne wrażenia. 
Dźwięk bębna działa tu bardzo skutecznie: niewiele jest silniejszych od bębna środków 
wywołującym wizje; silniej działa dopiero oddychanie holotropowe. 

Harner pisze, że powinno się bębnić w tempie 205 do 220 uderzeń na minutę. (Rytm o tej 
częstości pojawiał się na filmie "Jumanji".) Ja przy okazji pisania tego rozdziału zmierzyłem 
własne tempo; wyszło mi 224 uderzenia na minutę, czyli prawie tyle samo. Bębni się 
monotonnie i równomiernie, nie przyśpieszając, nie zmieniając głośności, nie próbując 
jakichś szczególnych rytmów. Muzykowi to zajęcie raczej nie daje możliwości artystycznego 
wyżycia się! Szamańskie transowe bębnienie ma jednak swoją strukturę. Uderzasz w rytmie 
na cztery: TU-tu-tu-tu, minimalnie podkreślając pierwszy dźwięk, bardziej w umyśle niż w 
rzeczywistości. Te czwórki uderzeń wiążesz znowu w czwórki, tak, że uderzasz w rytmie na 
szesnaście: TU-tu-tu-tu tu-tu-tu-tu tu-tu-tu-tu tu-tu-tu-tu. Ten rytm, przy pewnej wprawie, 
można utrzymać, i to bardzo długo, bez liczenia uderzeń. To się po prostu czuje. 

Podróż może przebiegać z prowadzeniem lub bez prowadzenia. Prowadzenie polega na tym, 
że prowadzący bębniąc podaje instrukcje, często bardzo szczegółowe, co się ma dziać, co 
podróżujący widzą, jakich wrażeń doznają, co czują, czego mają szukać. W zmienionym 
stanie świadomości słowa prowadzącego natychmiast "materializują się", to znaczy 
przeobrażają się w obrazy i wizje, które zaczynają żyć własnym życiem. 

Przy podróży bez prowadzenia wszystkie instrukcje są podawane przed podróżą, samo 
słuchanie bębna odbywa się bez słownych komentarzy, a często uczestnicy wędrują po 
wewnętrznej przestrzeni według własnego planu. Zwykle z góry ustalony jest tylko ogólny 
schemat poszukiwań. Może też być tak, że prowadzący swoimi instrukcjami podprowadza 
uczestników do pewnego momentu, a potem muszą oni dawać sobie radę sami. 

Zwykle podróż trwa 15-20 minut. Sygnałem do powrotu jest przyśpieszona, mocna i krótka 
seria uderzeń w bęben. Z podróży niczego się nie zabiera! 

Po podróży, lub ich serii, koniecznie trzeba się ugruntować. Tak nazywamy wszelkie te 
czynności, które na powrót zakotwiczają nas w materialnej rzeczywistości. Powinieneś więc 
zrobić coś, co sprawi, że na nowo poczujesz twardość i pewność ziemi, ciężar przedmiotów, 
masywność ściany, drzewa itd. A więc stań na czterech łapach, jak w asanie "lew". Uderzaj w 
ziemię rękami i nogami. Przeturlaj się wielokrotnie po ziemi. Obejmij drzewo. Podnieś 
kamień. Oprzyj się o ścianę. Napij się wody lub soku. Niektórzy wtedy coś przegryzają, ale 
tego bym nie polecał. 

To, co robi prowadzący, nie może być mechaniczne. Wyrusza on wtedy we własną podróż, a 
wtedy głos jego bębna jest sprzężony z tym, czego on sam doświadcza. Poprzez głos bębna 
jego stany mogą się udzielać uczestnikom; "pod bębnem" dobrego prowadzącego można 
osiągnąć synchronizację i uzgodnienie wrażeń całej grupy; sądzę, chociaż nie doświadczyłem 
tego, że możliwa jest dosłownie wspólna wycieczka. 

Podróże odbywa się w pewnych przestrzeniach symbolicznych: do świata dolnego, 
podziemnego, lub do świata górnego, podniebnego. Innym rodzajem symbolicznych 
przestrzeni, które można penetrować w ten sposób, są karty taroka, tzn. wnętrza scen 
zobrazowanych na kartach, przestrzenie snów, albo spotkania z pewnymi mitologicznymi 
postaciami. 

background image

Celem takiej podróży może być po prostu zobaczenie, "co tam jest"; podróżuje się też po to, 
aby się spotkać ze swoim zwierzęciem mocy, albo znaleźć to zwierzę; wreszcie celem 
podróży może być rozwiązanie pewnego problemu. Możesz "tam" spotkać istotę, która ci 
odpowie na twoje pytanie. 

Najłatwiejsza i polecana na początek jest podróż do świata podziemnego. Zaczyna się ją od 
zwizualizowania miejsca, z którego dostaniesz się do podziemia. Może to być znane ci 
wejście do jaskini, albo schody prowadzące do jakiegoś lochu lub kopalni, otwór studni, nora 
zwierzęcia. Z wielką dokładnością stawiasz sobie przed oczami całe otoczenie tego otworu i 
odczuwasz emocje, które czułbyś szykując się do zejścia w głębiny. Następnie krok po kroku 
zaczynasz schodzić w głąb, niżej i niżej, korzystając przy tym ze schodów, drabiny, liny lub 
innych pomocnych urządzeń. Dalej następuje wędrówka po podziemnych labiryntach, 
komorach i salach, w których odbywają się różne magiczne obrzędy i zgromadzenia. 

Podróż do świata górnego odbywa się jako wspinaczkę po linie lub drzewie, wciąż w górę, 
albo jako szamański lot duszy. Wtedy bardzo przydają się wrażenia zapamiętane ze snów o 
lataniu! 

Dla przykładu przedstawię swoje notatki z podróży, którą prowadził David Thomson na 
warsztatach w 1995 roku w Dąbrówce koło Lubartowa. Podróż zaczęła się od świata 
podziemnego, potem było przejście do świata górnego. Podróż ta była bez prowadzenia, tylko 
ze wstępnymi instrukcjami, i miała na celu spotkanie swoich zwierząt mocy. 

Świat podziemny był rzeką, nad którą stałem. Z rzeki wynurzyło się siedem małych rybek. 
Zapytałem, raczej siebie, niż ich: którą wybrać? Rybki odpowiedziały zgodnie: wszystkie 
siedem. Ja poczułem, że jest coś niedobrego w braniu ryb ze sobą, bo nie mogę ich trzymać 
na powietrzu. Chociaż wystawiały łby z wody - więc może powietrze im nie szkodziło? Rybki 
widocznie znały moje wahania, bo powiedziały: będziemy w twojej głowie, w twoim mózgu. 
I rzeczywiście, wpłynęły do mojej głowy. Przez moment widziałem, jak swoimi głowami 
umieszczają się gdzieś w okolicach moich oczu, ale jeszcze ogony im wystają z tyłu mojej 
czaszki. Potem się uspokoiły i przestałem o nich myśleć. Wyszedłem na powierzchnie spod 
ziemi, do ogrodu przy moim domu. Drzewa [kosmicznego, osi świata] nie było, ale zacząłem 
się wspinać po linie, która zwieszała się z nieba. Szło mi sprawnie, byłem przekonany, że lina 
jedzie do góry. Znalazłem się - tam zaprowadziła mnie lina - na wielkim talerzu z błyszczącej 
miedzi, zawieszonym, wysoko w przestrzeni, na którym pośrodku płonął ogień. Stale 
czekałem na przybycie przewodnika. Na tym samym talerzu-platformie usiadła gęś. Przez 
chwilę wahałem się, czy to nie łabędź, ale nie. Był to samiec-gęś, maści szarej, ale świecił, 
więc właściwie był biały. Patrzył na mnie i nic nie mówił, ale słyszałem głos bębna i to 
bębnienie było identyczne z gęganiem przelatujących gęsi. Długo siedziałem z tym 
nieruchomym gąsiorem i nic się nie działo. Nagle on wskazał mi inne platformy unoszące się 
w powietrzu na podobnej wysokości w pewnym oddaleniu, ale to nie były miedziane misy z 
ogniem jak nasza, tylko buddowie na kwiatach, [tacy jakich rysuje się na tybetańskich 
obrazach-tankach] unoszący się w powietrzu. W ich obrazie przeważały barwy: bardzo 
intensywna, prawie niemożliwa czerwień, i złoty. Buddowie byli daleko, ale widziałem 
drobne szczegóły ich kwiatów, ich rąk, ich strojów. Wreszcie zaczeli się oddalać. Znikali w 
zachodzącym Słońcu, ale Słońce nie zachodziło za horyzont: ono zachodziło, chociaż było 
zawieszone dość wysoko na niebie. Bęben zaczął sygnalizować koniec. Pokłoniłem się 
gąsiorowi, on mnie. On odleciał, ja zacząłem zjeżdżać po linie. Przez moment byłem w 
swoim ogrodzie, potem wróciła rzeczywistość w Dąbrówce [gdzie odbywały się warsztaty]. 

background image

Tytułem komentarza zauważę tylko, że wodny ptak, istota równie sprawnie poruszająca się po 
lądzie, pod wodą i w powietrzu, jak dzika kaczka, dzika gęś, nur, kormoran i podobne, jest 
typowym "ptakiem szamańskim", przewodnikiem szamana w jego wędrówkach, i w 
podróżach przy bębnie pojawia się niemal na zawołanie. 

Jakim rodzajem wrażeń, doświadczeń, jest to "inne widzenie", które pojawia się podczas 
słuchania bębna? Nie jest to sen, ponieważ przytomna świadomość jest wtedy w pełni 
zachowana; nie doświadcza się żadnych zamroczeń ani "odlotów", nie jest też tak, jak w 
przypadku snów, że to, co się działo, przypominasz sobie dopiero po wydarzeniu. Tu jest 
inaczej: na bieżąco jesteś świadkiem tego, co się dzieje. Ale zdarza się, że wizje, które 
pojawiają się przy bębnie, nie są czymś narzucającym się, oczywistym. Bywa tak, że ktoś się 
"ocyka": "ojej, to ja widzę?" - i staje się dlań jasne, że wizja już się zaczęła, podczas gdy on 
jeszcze był zajęty swoimi myślami i jej nie zauważał. Możesz też mieć wrażenie, że wizja 
pojawia się na skraju pola widzenia lub na skraju twojej uważnej przytomności. 

Niektórym ludziom sprawia trudność przestawienie się na odbiór -na odbiór swoich własnych 
"wyświetleń". Sami sobie podpowiadają, co mają zobaczyć. Zamiast pozwolić płynąć 
strumieniowi doświadczeń, to celowo, wysiłkiem woli, wizualizują wymyślone sceny. Jest to 
pewna nawykowa czynność umysłu, którą jednak warto wyłączyć, ponieważ mały jest 
pożytek z wizji sztucznie wykoncypowanych: poprzez nie niewiele dowiemy się o 
prawdziwej przestrzeni naszego umysłu. Jak jednak można wyłączyć celową produkcję 
umysłu? Tylko przez powiedzenie sobie, że nie ma pośpiechu ani rywalizacji o to, kto będzie 
miał ładniejsza wizję. Wiele tu zależy od prowadzącego, który powinien dać uczestnikom 
komfort wygodnego rozgoszczenia się w ich własnych wizjach. Może okazać się, że potrzeba 
wielu powtórek. 

Wizje przy bębnie nie są wizualizacjami, gdyż wizualizacją nazywamy wyobrażoną scenę 
(akcję), którą przywołujemy celowym wysiłkiem woli. Owszem, zdarza się, że taka celowa 
wizualizacja zaczyna żyć własnym życiem - ale wtedy należałoby ja nazwać właśnie wizją. 
Wizje przy bębnie w całości powinny być takimi spontanicznymi wizjami; kiedy świadomy 
umysł włącza się ze swoimi wizualizacjami, jest to raczej zakłócenie wizji. Ale z drugiej 
strony często wizyjna podróż zaczyna się od wizualizacji, a doświadczony podróżnik używa 
wizualizacji do pokierowania wizyjną podróżą. 

Kiedy podczas podróży (co się zdarza) twoja uwaga słabnie i tracisz kontakt z wizją, skup się 
wtedy na dźwięku bębna i pozwól, aby energia z dźwięku bębna zasiliła twoją wizję. Możesz 
wręcz doświadczyć wrażenia, że dźwięk bębna "materializuje się" i powstają z niego wizyjne 
obrazy. (Zupełnie podobnie w obrazy przekształca się muzyka podczas oddychania 
holotropowego.) 

Na swoich warsztatach zwykle w jednym ciągu przeprowadzam trzy podróże (tzn. trzy 
bębnienia) po około 20 minut każde, po czym po krótkim relaksie przystępujemy do dzielenia 
się swoimi wrażeniami. Opowiadanie współuczestnikom o tym, co się widziało, służy przede 
wszystkim temu, abyś sam zapamiętał treść podróży i skupił się niej. To, żeby każdy z 
kilkunastu uczestników pamiętał wszystkie wizje swoich kolegów, jest raczej niemożliwe. 
Dobrym sposobem jest też rysowanie własnych wizji albo rysunkowych komentarzy do nich. 
(Wtedy zawczasu trzeba zadbać o papier i kredki.) Na tamtym warsztacie pod Lubartowem, 
wieczorem po podróży z bębnem na poszukiwanie swojego zwierzęcia mocy, David zarządził 
tańce: każdy miał zatańczyć, tak jak potrafi, zwierzę, które napotkał w swojej wizji. (Pewien 
kłopot mieli ci, którzy spotkali węża.) 

background image

Pewną trudność może sprawiać fakt, że wizje przy bębnie pojawiają się tak łatwo i w takich 
wielkich ilościach! Kłopotem jest nadmiar wizji, obrazów, symboli; szczególnie takiego 
nadmiaru dostarczają podróże z prowadzeniem, kiedy prowadzący mówiąc sugeruje 
uczestnikom treść wizji. Może też być tak, że każdy uważa swoje własne wizje za 
rewelacyjne i nie słucha opowieści innych. To wszytsko może doprowadzić do lekceważenia 
wizji, traktowania ich jako mało znaczących błyskotek. Zadaniem dla prowadzącego jest, aby 
tę sytuację opanować i ukierunkować strumień wizji interpretując je tak, aby miały znaczenie 
dla wszystkich. 

Warto wizje bębnowe włączyć jako element do większej całości, do szerszych poszukiwań. 
Można na przykład (co stosowałem na swoich warsztatach) w ramach przygotowań do 
przejścia przez ogień odnaleźć w wizji przy bębnie istotę, która cię przez ogień przeprowadzi. 
Można przy bębnie przywołać sceny, które będą treścią medytacji w grobie, podczas 
zakopania do ziemi. Szereg działań: sauna, zakopanie, i właśnie podróże bębnowe, może być 
ukierunkowany na wspólny cel, na przykład odnalezienie swojego zwierzęcia mocy i 
zaprzyjaźnienie się z nim; albo innej sprzyjającej symbolicznej postaci. 
 
Przypis
[1] Zobacz: Michael Harner, The Way of the Shaman; wyd. Harper Collins Publishers, New 
York 1980; później wiele wznowień. 
(Dlaczego w Polsce nikt dotąd tej książki - fundamentalnej dla neoszamanizmu - nie 
przetłumaczył i nie wydał?)  
Część 8.2 
Podróże przy bębnie (2) 

  
 
Dalsze zastosowania wizji przy bębnie 
Cenię sobie praktykę wchodzenia przy bębnie w przestrzeń kart taroka. Uważam, że jest 
najbardziej skuteczny sposób na zaprzyjaźnienie się z kartami i przyswojenie sobie ich mocy i 
ożywienie ich symboliki. Tym bardziej, że tarok ożywiony bębnem staje się tarokiem 
szamańskim, i jego obrazy podpowiadają i rozwijają szamańskie działania. Przedstawię swoje 
zapiski z warsztatu, który prowadziłem jesienią 2000 roku; wizja dotyczy przedostatniej karty 
"Sąd" czyli Odrodzenie. 
Początek wizji był jak wrażenia z praktyki zakopywania się do ziemi: kiedy pod koniec 
pobytu w grobie czuje się, że przyszedł czas, żeby wyjść na powierzchnię. Czuję, jak dostaję 
ciała. Jestem wśród ludzi, którzy wychodzą spod ziemi. Ziemia jest poruszona, jest 
wzburzona, a z jej sypkich, miękkich i żyznych zwałów wydobywają się ludzie, kobiety i 
mężczyźni: wszyscy młodzi, piękni i pełni życia. (Narysowałem tylko dwie kobiety.) 
Otrzepują się z piasku, przeciągają się. To Nowi Ludzie, którzy wyrośli wewnątrz Ziemi, a 
wraz z ich wyjściem zaczyna się całkowita odnowa świata. Pośrodku doliny, gdzie to się 
dzieje, rośnie wielki, stary dąb. Na nim widać żołędzie. To właśnie z tych żołędzi, które 
spadły i wykiełkowały w ziemi, wyrośli ci Nowi Ludzie. To koniec inicjacji, wszystkie 
przemiany są za nimi, nowe życie - przed nimi. Odpowiednie rzeczy dzieją się też na niebie. 
Obraz ten nawiązuje do umiejętności, które kiedyś jakoby mieli pewni lamowie tybetańscy, 
którzy patrząc w niebo, widzieli na nim wieszcze wizje. Tutaj niebo jest ekranem, na którym 
wyświetlają się archetypy. Wystarczy, że ludzie, którzy wyszli z ziemi, spojrzą w niebo - i już 
wszystko będą wiedzieć. Ich nauczyciele już czekają. Są to rozmaite zwierzęta mocy. 
Narysowałem spośród nich Lwa, Byka, Węża i jakieś inne rogate stworzenie. Co do 

background image

głównego anioła, to nie mam pewności, czy ma ludzką twarz. Prócz Zwierząt, na niebie widać 
także znaki tajemnych alfabetów. Obrazek opatrzyłem napisem "Totalna odnowa świata", i 
chętnie zatytułowałbym go: "Odrodzenie". 

Wizje przy bębnie mogą też służyć do rozwijania i wyjaśniania wizji (a także myśli), które 
pojawiły się w innych okolicznościach. Może służyć do "dośniwania" snów, które z jakichś 
powodów zostały zapamiętane w ułamkach. Można też pracować z bębnem w kierunku 
rozwinięcia jasnowidzenia, albo stosować wizje do dywinacji: traktując je tak, jakby to były 
znaczące, wieszcze sny. 

Dla szamanów podróże przy bębnie są wprowadzeniem do swobodnego poruszania się w 
wewnętrznej przestrzeniu umysłu, która jest przecież ich właściwym "naturalnym 
środowiskiem". 

Inne zastosowania bębna 
Harner i inni zalecają stosować, oprócz "żywej" gry na bębnie, również nagrania dźwięku 
bębna. W świecie są podobno dostępne kasety i płyty z takimi nagraniami i w indywidualnej 
praktyce mogą być rzeczywiście pomocne. Do tej pory nie interesowałem się dźwiękiem 
nagranym, preferując działania na żywo, ale może warto by było takie nagrania sporządzić. 
Może to kiedyś zrobię. 
Bęben służy także do wywoływania odpowiedniego nastroju przy innych działaniach. Służy 
do zaklinania ognia przed chodzeniem po ogniu. Pomaga ogniowi palić się. Służy do 
przywoływania przyjaznych istot podczas spotkań i medytacji. Służy do budowania 
wizualizacji. Wielokrotnie grając na bębnie wznosiłem w wizualizacji masywny krąg 
ochronny wokół miejsca, gdzie zbieraliśmy się, aby coś robić. 

Szczególnym zastosowaniem bębna są mowy przy bębnie. Spróbuj mówić tak, aby swoją 
wypowiedź zgrać z dźwiękiem bębna, a bębnem podkreślić wagę swoich słów. Mowa przy 
bębnie nabiera szczególnej jakości i wartości, jest uroczysta, a słowa nabierają niezwykłej 
wagi. 

Dźwięku bębna używa się także podczas ceremonii łaźni. Bębna nie wnosi się do środka, 
wilgoć jest tam za duża. Potrzebny jest za to przynajmniej jeden ochotnik, który kiedy inni 
pocą się w łaźni, obchodzi szałas naokoło (w prawo!) i nadaje bębnem "rytm bicia serca 
Matki Ziemi". Rytm ten wygląda mniej więcej tak: "BUM-bum ...cisza... BUM-bum ...cisza... 
BUM-bum ...cisza..." Takich podwójnych uderzeń przypada około 30 na minutę. 

Można też łączyć podróże przy bębnie z zakopaniem do ziemi. Wtedy na polu z grobami 
pozostają dobosze, którzy przez umówiony czas - może nawet kilka godzin, z przerwami, 
grają takim rytmem, jak do wizyjnych podróży. 

Grzechotka 
Drugim instrumentem szamana jest grzechotka. Na Syberii i w Ameryce Północnej grzechotki 
używa się obok bębna, w Ameryce Południowej różne rodzaje grzechotek są podstawowym 
instrumentem tamtejszych szamanów. Niekiedy mają postać pęków specjalnych suchych, 
mocno szeleszczących liści. 
"Etniczne" grzechotki robi się ze skóry (tak jest u Indian północnoamerykańskich i na 
Syberii), także ze skóry ryby (np. łososia) lub z rybiego pęcherza, a w krajach południowych 
z suchej skorupy tykwy lub innych dyniowatych owoców, albo z pustego orzecha. 

background image

Grzechotkę można zrobić samemu. Widziałem takie instrumenty z orzechów kokosowych, z 
masy papierowej (okleja się papierem mały balonik, potem wypuszcza się powietrze i balon 
wyciąga), a nawet z puszek po piwie. W środku umieszcza się twarde nasiona: groch, soję, 
kukurydzę. Kiedyś dostałem w prezencie grzechotkę "zewnętrzną": jest to pusta tykwa, na 
którą nałożona jest luźna plecionka ze sznurka łączącego małe szyszeczki. Kiedy się porusza 
tą grzechotka, szyszki grzechoczą o tykwę. Inny rodzaj grzechotki, to pęczek połówek skorup 
z orzecha włoskiego (lub większych orzechów egzotycznych) uwiązanych na sznurkach. Do 
tego trzeba dorobić jakąś rączkę do trzymania, można też założyć jako opaskę na rękę w 
nadgarstku lub na nogę w kostce. Komu brakuje zmysłu majsterklepki, niech kupi gotową 
przeszkadzajkę w sklepie muzycznym. 

Grzechotka może służyć do podróży podobnie jak bęben, ale ponieważ jest ona instrumentem 
cichszym i przez to bardziej kameralnym od bębna, do działań z ludźmi stosuję bęben, a do 
pracy indywidualnej raczej grzechotkę. 

Grzechotka służy też na warsztatach do uroczystych mów, do podkreślania własnej 
wypowiedzi, do zwracania uwagi, kiedy coś się dzieje, wreszcie do magicznego naznaczania 
miejsc i przedmiotów. Kiedy się (na przykład) trzykrotnie z grzechotką okrąży drzewo, 
drzewo to w jakimś stopniu nabiera właściwości świętego drzewa. To samo stosuje się do 
kamieni, wody, ognia i do różnych miejsc, w których ma się coś odbywać. 

David na swoich warsztatach używał też grzechotki po to, aby pomóc wrócić do normalnej 
świadomości tym, którzy zanadto "odlecieli" podczas różnych działań. 

Inne instrumenty muzyczne 
Oprócz bębnów i grzechotek na warsztatach przydają się flety i piszczałki, drewniane ligawki 
(sam mam taką z Beskidu Śląskiego), oraz didżeridu, czyli drewniane rury do wydawania 
niskich buczących i warczących dźwięków, wzorowane na tradycyjnych instrumentach 
tubylców Australii. 
W starożytnej Grecji istniała wyrocznia w Dodonie, gdzie wieszcze wizje zsyłał Zeus podczas 
wsłuchiwania się w szelest liści świętego dębu. W Biblii są wzmianki świadczące o tym, że w 
Kanaanie istniały podobne wyrocznie pod dębami poświęconymi Jahwe - na przykład w 
Mamre koło Hebronu, gdzie osiedlił się Abraham. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby na 
naszych warsztatach wykorzystać do wchodzenia w trans ten naturalny instrument, jakim są 
liście drzew na wietrze. Podobnie działa szum płynącej wody, grające świerszcze, brzęczenie 
owadów, śpiew ptaków i inne głosy przyrody. Oczywiście zacząć trzeba od dębów! 
 
     Część 9. 
Przelewanie wody 
i inne ćwiczenia z oddechem i wizualizacją 

  
 
Wolna energia 
Jak pisze Victor Sanchez, nic nie zrobimy ze swoim życiem, nie mając wolnej energii. 
Normalnie, przeciętni ludzie całą swoją energię natychmiast zużywają na zwykłe życiowe 
nawykowe czynności. Aby zacząć jakakolwiek pracę nad swoim rozwojem, trzeba wpierw 
wykreować pewien nadmiar psychicznej energii. Ten nadmiar energii stworzy wolną 
przestrzeń, obszar swobody, w który będziemy mogli wejść ze swoimi zamiarami. Wszystkie 
ćwiczenia, które prowadzę na warsztatach i które opisałem wcześniej, służą pomnażaniu 

background image

energii, chociaż czynią to jakby przy okazji czegoś innego. W tym rozdziale przedstawię 
szczególne ćwiczenia, w których zgromadzenie energii jest głównym celem. 
W naukach tzw. tajemnych słowa "energia" używa się w innym, choć podobnym znaczeniu 
niż w fizyce. Energia fizyczna jest to zdolność do wykonania pracy, zdolność do wprawienia 
jakichś mas w ruch. Ta energia, o której tu mówimy, także polega na zdolności do 
wprawienia w ruch, jako że tam, gdzie jest ta energia, pojawia się ruch i coś się dzieje. Ale 
jest to raczej energia psychiczna: energia umysłu, myśli i woli, a nie ta energia, którą ma 
paliwo i poruszające się ciała. Jednakże istnieją pewne podobieństwa miedzy energią w obu 
znaczeniach tego słowa. Energii psychicznej, tak samo jak fizycznej, naprawdę nie 
stwarzamy. Elektrownie przekształcają tylko jeden rodzaj energii, mniej użyteczny dla ludzi 
(np. energię wody płynącej w rzece) na inny jej rodzaj, bardziej użyteczny (np. na energię 
elektryczną). 

Podobnie jest z energią psychiczną, tą która nas naprawdę interesuje. Chociaż ogromna 
większość ludzi nieustająco cierpi na jej niedobór, to w rzeczywistości żyjemy zanurzeni w 
jej niewyczerpalnych zbiornikach. Cały świat przesycony jej nią w wielkim nadmiarze, 
problem tylko, jak się do niej dobrać. Ci, którzy mieli szczęście natrafić na "kran" z energią, 
doświadczają przypływu pomysłów, twórczości, woli działania, siły oddziaływania na ludzi, 
pomyślnego losu i miłości, którą dostają od innych i którą obdarowują. Takim ludziom zdarza 
się też tchnąć tę energię w rzeczy, które dalej już żyją własnym życiem: ich książki są czytane 
i przeżywane przez kolejne pokolenia czytelników, obrazy są wciąż podziwianie, muzyka 
wykonywana, ich idee nadal kierują ludźmi; założone przez nich firmy prosperują, założone 
przez nich organizacje mają wciąż nowych zwolenników; założone przez nich państwa stają 
się wielkie. Nawet bez takich "wielkościowych" myśli: już założenie dobrej i kochającej się 
rodziny wymaga dobrego zasilania energią. Ale zacząć trzeba zawsze od samego siebie. Ten, 
kto nawykowo szuka energii u innych, jest na drodze do stania się energetycznym wampirem. 

Źródeł energii i sposobów jej pobierania jest trudna do wyliczenia ilość. Jak powiedziałem 
wcześniej, energii nie wytwarzamy, możesz jednak tak pokierować jej krążeniem w świecie, 
aby jej strumień cię zasilał. W ćwiczeniu Przelewanie Wody energię pobieramy z oddechu, a 
w istocie z przestrzeni poprzez oddychanie i wizualizację. 

Huna 
Ćwiczenie to, a może rytuał, wziąłem z huny. Huna to religijno-magiczna tradycja 
pochodząca z Hawajów. Wiele spraw dotyczących huny jest dla mnie niejasnych. Tym, który 
odkrył hunę dla świata zachodniego był Max Freedom Long (1890-1971), który jednak, jak 
się wydaje, długo uważał rodzimą wiedzę duchową Hawajczyków za "martwy język", coś, co 
nie istnieje już w żywym przekazie i wymaga odtworzenia z danych lingwistycznych i 
folklorystycznych. Tymczasem okazało się, że Hawajczycy, kiedy tylko w USA klimat dla 
tubylczych wierzeń zmienił się z wrogiego na entuzjastyczny, rychło sobie przypomnieli 
przekaz, jaki dostali od swoich przodków. Nie wtajemniczonemu (jak ja) obserwatorowi 
"hawajszczyzny" trudno jest jednak odróżnić, co w hunie jest oryginalnym przekazem 
wywodzącym się z dawnej kultury tych wysp, a co domysłem i "radosną twórczością" 
Białych fascynatów, którzy nie należąc do tubylczej społeczności, a wiedząc że jest coś 
takiego, jak otaczana tajemnicą ich wiedza duchowa, postanowili ją... wymyślić sami. Za tym 
przemawia mieszanie do huny wątków i wierzeń chrześcijańskich i teozoficznych, oraz 
niewiarygodna choć uporczywie podtrzymywana legenda jakoby huna wywodziła się ze 
starożytnego Egiptu. 

background image

Wszystko to jednak nie ma znaczenia dla samego ćwiczenia Przelewanie Wody, które, kiedy 
tylko o nim przeczytałem, wydało mi się "tym, o co chodzi", i natychmiast włączyłem je do 
swych praktyk. 

Wizualizacja 
Ćwiczenie składa się z serii oddechów. Podczas wdechu pobierasz energię z przestrzeni, 
podczas wydechu gromadzisz ją. Energię wizualizujesz w postaci wody, a właściwie w 
postaci płynu, który jest żywy i jest zarazem wodą, ogniem i światłem. Substancję tę nie jest 
trudno sobie wyobrazić, ponieważ należy ona do wrodzonych spontanicznych obrazów 
umysłu i często pojawia się w snach. (Przypomnij je sobie.) 
Kiedy robisz wdech, widzisz w wewnętrznym widzeniu, jak ta substancja spływa na ciebie z 
przestrzeni, a podczas wydechu jest gromadzona. Zapas tej wody-energii przyda ci się do 
zasilania twoich przyszłych działań, będzie napędem dla twoich przyszłych planów. W 
wyobraźni możesz też składać energię w ofierze, a warto wiedzieć, że ofiara z oddechu i 
pochodzącej z niego energii jest bardzo stosowną i silną ofiarą. (Kiedy to czytasz wykonaj w 
skupieniu kilka wdechów i wydechów, obserwując, jak przy tym krąży energia i jak 
postrzegasz ją jako świetlistą ognio-wodę.) 

Wygodnie jest, aby czynnościom, które wykonuje się w wizualizacji, nadać możliwie 
konkretną, obrazową i szczegółową formę. Świetlistą wodę z przestrzeni pobieraj przez ręce, 
które w tym celu wznosisz ponad głowę. Woda zbiera się wokół twoich dłoni jak rosa, skrapla 
się i spływa w dół kanałami twojego ciała, lub po powierzchni skóry, jak wolisz. Następnie ta 
żywa woda spływa do naczynia, które dla niej wizualizujesz. Naczynie to powinno być 
odpowiednio duże. Małe zbyt szybko zacznie się przelewać, duże będzie cię peszyć, 
wywołując myśli, że nigdy go nie napełnisz. 

Naczyniem tym może być waza, misa, wiadro, cokolwiek, wykonane z jakiegokolwiek 
materiału - chociaż zalecam, aby było możliwie eleganckie, a materiał odpowiednio 
szlachetny, jak miedź, srebro, złoto, kryształ, porcelana, a choćby skromna kamionka lub 
dębowe klepki. Ale wtedy warto zadbać, aby obręcze na nich były łączone złotymi nitami! 
Uwaga. W słowach "czara" i "misa" zachowała się pamięć dawnej słowiańskiej magii. 
"Czara" to naczynie do czarowania; słowo "misa" pokrewne jest sanskryckiemu słowu medha 
- ofiara. 

Aby nie przekładać wciąż rąk z góry na dół i z powrotem, co byłoby w wyobraźni równie 
uciążliwe jak w rzeczywistości, zwizualizuj, że masz trzy pary rąk. Górna para rąk 
wyciągnięta jest do góry i zbiera wodę z przestrzeni. Dolna para rąk opuszczona jest nad 
naczyniem i z palców tych rąk spływają do niego krople lub strumienie wody. Trzecia, 
środkowa para rąk, to twoje zwyczajne ręce, które przez cały czas spoczywają tam, gdzie je 
trzymasz, najlepiej, gdy siedzisz ze skrzyżowanymi nogami, złożone na podołku. 

Skąd się wzięła czara do zbierania wody i co się z nią stanie, gdy ją napełnisz? Tu pomocne 
są następne wyobrażenia wzięte z huny. Istotą, która stawia przed tobą czarę i odbiera od 
ciebie wypełnioną, jest twoje "niższe ja", po hawajsku unihipili. Reprezentuje ono twoją 
mądrość ciała i nieświadomego umysłu, sumę tych wszystkich wrodzonych i wyuczonych 
sprawności, które pozwalają ci - bez świadomej kontroli - oddychać, trawić pokarm, mrugać 
oczami, chodzić, prowadzić samochód, jeździć na nartach, rozumieć język, dobierać 
odpowiednie dźwięki mowy podczas mówienia. Niższe ja także zarządza twoją pamięcią: 
zapamiętuje coś i przypomina. Uświadom sobie wszystkie te czynności i zobacz, jak sprawne 
jest twoje niższe ja i o jaką masę spraw w twoim życiu nieustająco dba. Niższe ja jest wciąż 

background image

gotowe na twoje życzenia, które z entuzjazmem spełnia: to przecież jego jedyny cel w życiu! 
Niższe ja wyobraź sobie jako istotę tej samej płci co ty, ale młodszą od ciebie, nieco niższą, 
trochę tęższą, o bardziej dziecinnych rysach twarzy i ubraną w strój z przewagą czerwieni. 

W odpowiednim momencie niższe ja podstawia pustą czarę, a kiedy naczynie wypełni się 
świetlistą wodą, weźmie je i przeniesie do góry, aby przelać płyn do pucharu, który trzyma 
wyższe ja. 

Wyższe ja, po hawajsku aumakua, reprezentuje boską część twojej duszy. Przebywa ono w 
towarzystwie innych duchowych istot; jest potężne, ale - jak większość mieszkańców świata 
ducha - wolne od potrzeb, i dlatego swojej mocy zwykle po prostu nie używa. W rytuale 
przelewania wody powierzysz zebraną wodę-energię wyższemu ja, aby zrobiło z niej 
właściwy użytek, tak jak ono uważa za najbardziej stosowane. 

Twoja zwykłą świadomość, to "średnia ja", po hawajsku uhane, "mówiące ja", a więc ta 
istota, która żyje nieustająco rozmawiając sama ze sobą i z innymi, snuje plany, czegoś chce, 
ma na coś nadzieję i czegoś się wciąż obawia. Działania magiczne zmierzają do tego, aby 
wyższe ja jednak posłuchało tego, czego domaga się środkowe ja i kazało niższemu ja 
(ewentualnie jakimś istotom duchowym) spełnić jego zachcianki. Duchowy rozwój polega na 
zbudowaniu stałych "kanałów łączności" pomiędzy tymi trzema poziomami świadomości. W 
miarę rozwoju i podnoszenia poziomu energii różnice i bariery między trzema poziomami 
zanikają. 

Być może zaniepokoiło cię, czy to niższe ja i wyższe ja w ogóle istnieją, czy może są tylko 
grą wyobraźni? Ale tym pytaniem w ogóle nie należy się zajmować! Całkowicie wystarczy, 
gdy praktyki z nimi poskutkują. 

Wyższe ja wyobraź sobie jako istotę mało określoną co do płci, ale o rysach twarzy 
podobnych do twoich, wyższą i smuklejszą od ciebie, przezroczystą jakby była uczyniona ze 
światła, siedzącą w pozycji lotosu, zawieszoną nad twoją głową na wysokości nieco większej 
niż wyciągnięta ręka (dla potrzeb ćwiczenia z przelewaniem wody wyższe ja może znajdować 
się około metra przed tobą lub za tobą), w przezroczystych, unoszących się na wietrze szatach 
w kolorach z przewagą błękitu i bieli. Wyższe ja zawsze jest zwrócone w tę samą strone co ty. 

W naszym ćwiczeniu wyższe ja trzyma przed sobą wielki kryształowy puchar, do którego 
niższe ja wlewać będzie kolejne porcje wody z czary. Każde nalanie wypełnia jedną czwartą 
pucharu. Jak niższe ja wespnie się do góry? Sobie znanymi sposobami. W ostateczności może 
przystawić sobie drabinę! 

Przepowiedzmy sobie jeszcze raz całe działanie: przed sobą masz swoje niższe ja, nad sobą, 
zawieszone w przestrzeni, powyżej twojej głowy, wyższe ja. Niższe ja stawia przed tobą 
czarę do zbierania wody. Ty oddychasz, podczas wdechu woda-energia skrapla się z 
przestrzeni zwilżając dłonie tej pary rąk, które wzniosłeś do góry. Podczas wydechu woda-
ogień-energia-światło spływa wzdłuż placów dolnej pary rąk do czary. Z każdym wydechem 
poziom płynu w czarze podnosi się o jedną dziesiątą. Możesz sobie wyobrazić wewnątrz 
czary dziesięć ponumerowanych kresek. Po dziesiątym oddechu naczynie jest pełne, widzisz 
w nim menisk wypukły, a nawet nieco płynu się przelewa. Wtedy niższe ja wspina się w górę 
i przelewa zawartość czary do pucharu, który trzyma przed sobą wyższe ja (jak Kopernik 
astrolabium). To powtarzasz cztery razy, po czwartym razie puchar jest pełny, energia została 
zgromadzona. 

background image

Pozycja ciała i oddech 
Wróćmy jeszcze do początku ćwiczenia. Kiedy je zaczynasz, wykonujesz kilka czynności w 
świecie zewnętrznym i kilka w wewnętrznym, w wizualizacji. Przede wszystkim siadasz 
możliwie wygodnie, tak abyś nie musiał zmieniać pozycji przez następne 25 minut, bo mniej 
więcej tyle trwa przelewanie wody z 40 oddechów. Prostujesz się i chwytasz pion, czyli 
ustawiasz kręgosłup pionowo. Aby to zrobić, wyobraź siebie cienką nitkę, która zaczepiona 
jest na czubku twojej głowy i która ciągnie twoje ciało pionowo do góry jak idąca z nieba 
wędka. Kilkakrotnie przy tym "przestąp" z pośladka na pośladek. Pośladki przed medytacją 
powinieneś rozciągnąć, chwytając najpierw jeden, potem drugi ręką, i silnie pociągając na 
zewnątrz. Kiedy to wypróbujesz, będziesz dziwił się, jak kiedykolwiek mogłeś siedzieć 
oddychając z nie rozciągniętymi pośladkami! 
Następną rzeczą, na którą musisz zwrócić uwagę, jest oddech. Powietrze powinno bez 
żadnego wyczuwalnego oporu przepływać przez nos. Jeśli coś w nim siedzi, przepłucz oba 
kanały nosowe słoną wodą. (Jak to zrobić, piszę w rozdziale o płukaniu jelit. Wprawiony 
jogin nie traci drożności nosa nawet jeśli ma katar!) Oczywiście oddychamy tylko nosem. 

Zwróć też uwagę, w którym miejscu oddech jest nagłaśniany, czyli gdzie powstaje szum 
towarzyszący oddechowi. To bardzo ważne. Ten szum może pojawiać się w trzech miejscach. 
Po pierwsze, w nozdrzach. Wtedy taki oddech jest energetyzujący, ale taką energią, którą w 
astrologii nazwano by "marsową": pobudza ona, czyni niecierpliwym, każe się ruszać, 
zrywać, gdzieś lecieć. Przy medytacjach ten rodzaj oddechu może być używany tylko do tego, 
żeby szybko "spalić" napięcia, które nagromadziły się w ciele i umyśle. Po drugie, oddech 
może szumieć w tyle jamy nosowej, na podniebieniu miękkim, czyli trochę w górę od tego 
miejsca, gdzie wymawiamy głoskę "k". Ten rodzaj oddechu działa rozluźniająco i usypiająco. 
Sprawdź! Jeśli pozwolisz temu oddechowi się rozwibrować, usłyszysz chrapanie. Ten sposób 
oddychania polecamy, gdy trzeba szybko zasnąć, ale nie do medytacji. 

Trzeci, właściwy medytacyjny oddech, szumi w krtani. Słychać go podobnie do szumu, który 
czyni głoska "a" wymawiana szeptem i po zamknięciu ust. Powiedz "a". Powtórz ten dźwięk 
szeptem. Powtórz szeptem z zamkniętymi ustami. To jest to - i tak należy oddychać. Gdyby 
ten rodzaj oddechu nie dawał się z początku utrzymać zbyt długo, nie zmuszaj się do niego. 
Stopniowo dojdziesz do wprawy. 

Krąg i strażnicy 
Kiedy już usadowisz się i wypróbujesz oddech, zrób pewne wstępne wizualizacje. Po 
pierwsze, "zobacz" swoje pole energetyczne. Tworzy ono świetlisty lub płomienisty kokon 
wokół twojego ciała, zwykle sięgając około pół metra poza twoje ciało. Przyjrzyj mu się: jak 
wygląda, jaki ma kolor, jak jest szerokie. Rozciągnij swoje pole tak, aby sięgało na co 
najmniej dwa metry od ciebie. Jeśli nie świeci zbyt silnie, spraw aby się rozjarzyło. U góry, 
ponad twoją głową, pole energetyczne powinno tworzyć rozszerzający się ku górze snop 
świecących nici. 
Następnie wykreuj miejsce do medytacji. Wyobraź sobie, że siedzisz w otwartej przestrzeni, 
w miejscu, z którego widać świat na wszystkie strony, całe niebo i cały horyzont. Obejrzyj 
cały krajobraz, oczywiście nie kręcąc głową. Miejsce to może tworzyć lekką wypukłość 
terenu lub szczyt nie stromego wzgórza. Poczuj moc ziemi na której zasiadasz. Wyobraź 
sobie krąg mocy, który cię otacza i chroni. Biegnie on w pewnej odległości od ciebie (na 
przykład 10 metrów), ty siedzisz w jego środku, Krąg może być uczyniony z kamieni, może 
to być bruzda w ziemi, może być ozdobną "ścieżką" z kolorowego kamienia - nie ograniczaj 
swojej fantazji. Możesz wzdłuż kręgu umieścić zapalone lampki, świece, lub same płomyki. 

background image

Możesz, jeśli nie czujesz się jeszcze dość bezpiecznie, cały otoczyć się także od góry kopułą z 
przezroczystego pola energetycznego. Miej świadomość, że to miejsce od pradawnych 
czasów służy do takich praktyk i jest naładowane ich mocą. 

Uświadom sobie cztery główne strony świata - najlepiej, gdyby pokrywały się z faktycznymi 
kierunkami w miejscu, gdzie siedzisz, a ty żebyś zarówno faktycznie, jak i w wizualizacji, 
siedział twarzą na południe lub na wschód. Siedzący na warsztatach w kręgu nie mają 
możliwości wyboru faktycznego kierunku, ale mogą się w wizualizacji trochę przekręcić, tak 
aby patrzeć dokładnie na południe, wschód, zachód lub północ. 

Do kręgu przywołaj strażników czterech kierunków. Mogą być różne zestawy strażników; 
możesz wypracować sobie własnych strażników. Dobry jest taki oto zestaw: złoty orzeł na 
wschodzie (widzisz, jak pojawia się na niebie, obniża swój lot i siada po twojej wschodniej 
stronie); tygrys o rudoczerwonych pręgach na południu (widzisz go, jak wynurza się z traw na 
południowym stoku, zbliża się i ufnie kładzie po twojej południowej stronie); czarny 
niedźwiedź na zachodzie (zbliża się i zasiada na straży); biały rogaty byk na północy (zwykle 
kiedy go zauważysz, już będzie stał za twoimi plecami). Więcej o strażnikach przeczytasz w 
ostatnim rozdziale. 

Dodatkowo możesz jeszcze przywołać węża jako strażnika kierunku w dół (nadiru) - w twojej 
wizji będzie on leżał zwinięty w spiralę w głębi ziemi pod tobą; oraz białego ptaka, najlepiej 
mewę, która będzie unosić się wysoko w górze. Będzie ona strażnikiem kierunku ku górze, 
zenitu. 

Dopiero teraz niech z twojego energetycznego pola (z twojej aury) wynurzą się twoje wyższe 
ja i niższe ja, i możesz zaczynać przelewanie wody. 

W trakcie medytacji podglądaj, co robią twoi strażnicy. Bo nie będą nieruchomi: orzeł będzie 
np. rozkładał skrzydła, tygrys będzie się tarzał i ruszał ogonem, niedźwiedź machał łapami, 
byk tupał lub przeżuwał. Podczas przelewania wody zwróć też uwagę na zwiewne istoty 
zamieszkujące powietrze, które będą w wielkiej liczbie gromadzić się przy pucharze 
wyższego ja i z niego spijać; podobne będą do motyli, ptaków lub aniołów. 

Zakończenie przelewania 
Przez całe działanie pamiętasz o intencji, z którą do niego zasiadłeś. Kiedy kielich będzie 
pełen, ofiaruj go wyższemu ja, aby wziąwszy tyle tej energii ile potrzebuje, sprawiło, aby 
twoja intencja się spełniła. Zobaczysz, jak wyższe ja pije z kielicha, następnie poi wszystkich 
strażników i inne istoty które przyszły na tę ucztę (zauważ, kto przychodzi!), częstuje także 
niższe ja. Rozpryskuje tę wodę na wszystkie strony świata, zwracając ją tam, skąd przyszła, a 
mimo to nie ubywa jej. Wreszcie pozostałą jej część, a może wszystko, wylewa na ciebie i 
czujesz jak ta ożywcza woda spływa po twoim ciele i poprzez twoje wewnętrzne kanały. 
Teraz możesz z nią zrobić to, co chcesz, np. zasilić tą energią wyobrażenia rzeczy i sytuacji, 
które chcesz, aby powstały. Nie śpiesz się z zakończeniem medytacji, pobądź dłuższy czas w 
tym stanie, który zbudowałeś. 
Następnie zwiń całą wizualizację. Najpierw spraw, aby wyższe ja i niższe ja wróciły do 
twojej aury i stopiły się z tobą. Następnie zwróć się do strażników i powiedz im, że mogą 
robić, co chcą. Nie od razu odejdą, ale to już nie twoja sprawa, co zechcą porabiać. Zwiń 
krajobraz w którym siedziałeś, wraz ze wszystkimi szczegółami - i dopiero teraz otwórz oczy, 
rozprostuj nogi, przeciągnij się - i po pewnej chwili wstań. 

background image

Praktykowany jest też taki wariant Przelewania Wody, w którym wodę-energię pochodzącą z 
oddechu gromadzisz we własnym ciele, poniżej pępka. Inaczej mówić, sam jesteś naczyniem, 
do którego zbierasz wodę. 

Ćwiczenie głosowe z samogłoskami 
Siedzisz tak, jak to opisano poprzednio. Intonujesz głoskę A. Starasz się, aby zabrzmiała w 
sposób możliwie pełny i otwarty. Jednocześnie wizualizujesz kolor czerwony: pełną, 
nasyconą czerwień. Śpiewając A, nieustannie sprawdzasz, czy to A jest wystarczająco 
czerwone. Czerwień A przybiera formę strumienia światła, który biegnie poziomo z tyłu do 
przodu i z przodu do tyłu i przechodzi przez środek twojego ciała, jak wiązka światła z 
czerwonego lasera. Dźwięk A utrzymujesz tak długo, jak starczy ci oddechu. Powtarzasz ten 
dźwięk trzy, pięć lub siedem razy. 
Intonujesz głoskę U. Wypowiadasz ją swobodnie, z luźnymi wargami i bez niepotrzebnych 
szumów w gardle. Dźwiękowi towarzyszy kolor niebieski, który ma postać strumienia 
niebieskiego światła, idącego z góry na dół i z dołu do góry. Strumień niebieskiego światła 
tworzy kanał sięgający w dole do środka ziemi, w górze aż do nieba. Powtarzasz tyle samo. 

Trzecią głoską jest NG, wypowiadane jako jeden dźwięk: tylnojezykowe N. Ten dźwięk jest 
w słowach "bank" lub "bąk", lub w angielskim singing. Wypowiadasz go z półotwartymi 
ustami. Jeśli zamkniesz usta, usłyszysz M. Wraz z nim widzisz kolor żółty, a żółte światło 
wypełnia twoją głowę i tworzy świecącą żółto otoczkę wokół niej. Powtarzasz tyle samo razy 
co poprzednio. 

Te trzy głoski przygotowywały cię do wypowiedzenia dźwięku, który będzie ich 
połączeniem, syntezą wszystkich trzech. My, Polacy, jesteśmy w tym szczęśliwym wśród 
narodów świata położeniu, że mamy go wśród fonemów naszego języka i zapisujemy go 
literą Ą. Hindusi pisali go jako OM lub AUM (lub AUNG), ale naprawdę jest to Ą - głoska O 
wymawiana z nosowym rezonansem. Ą jest otwarte jak A, zaokrągla wargi jak U i ma 
włączony nosowy rezonans jak NG. Jego barwą jest biel: podczas śpiewania Ą widzisz białe 
światło, które wychodząc od ciebie rozprzestrzenia się we wszystkich kierunkach, sięga do 
krańców świata, oświetla wszystkie istoty, odbija się od krańców przestrzeni i wraca do 
ciebie. To białe światło łączy cię z całym światem. Dźwięk ten powtarzasz więcej razy niż 
poprzednie: przynajmniej o dwa więcej. Dobrze jest zacząć wypowiadać otwierając usta 
stopniowo, co brzmi jak "młąąą...". 

Wizualizacja wypuszczania orłów 
Siedzisz ( w zwizualizowanym wcześniej kręgu mocy) i oddychasz. Podczas wdechu 
wyszukujesz i zauważasz wewnętrznym wzrokiem orła, który krąży gdzieś wysoko. Podczas 
wydechu sprawiasz, że orzeł ten obniża lot, okrąża ciebie i siada przed tobą. Kiedy 
sprowadzisz już dziesięć orłów, w następnej kolejce oddechów wysyłasz je: kiedy robisz 
wdech, skupiasz uwagę na jednym z orłów, który zaczyna się przeciągać, rozprostowywać 
skrzydła i szykować się do lotu. Kiedy wydychasz powietrze, orzeł zrywa się do lotu, unosi w 
górę i zaczyna krążyć nad tobą. Kiedy krąży już nad tobą stado dziesięciu orłów, wysyłasz je 
wszystkie tam, gdzie chcesz doprowadzić energię. Oczywiście temu ćwiczeniu powinna 
towarzyszyć odpowiednio silna i dobroczynna intencja. (Czy już wiesz, dlaczego nie można 
dopuścić, by orły wyginęły?) 
Pomysły podobnych praktyk mogą pojawiać się spontanicznie podczas twoich medytacji. 
 
Przypisy

background image

[1] Gdzie przeczytałem? Jedno źródło to broszura powielona: Wiliam R. Glover, Teoria i 
praktyka huny. Warszawa 1989. Drugie: artykuł autorki piszącej pod pseudonimem 
"Wiedźma" w tygodniku "Gwiazdy Mówią", nr 7/96 z 17 lutego 1996.  
[2] Zobacz: Andrzej Bańkowski, Etymologiczny Słownik Języka Polskiego, Warszawa 2000, 
hasła "czara" i "misa".  

Część 10. 
Kręgi, kadzidła, kolory    

  
 
Cztery kierunki, ich kolory i strażnicy 
Nie-zwykła przestrzeń, w której odbywają się nasze działania, jest mandalą. Wycinek 
przestrzeni jest mandalą, kiedy ma swój środek, krąg wokół środka i ma zaznaczone cztery 
główne kierunki, cztery strony świata. Taka mandala jest modelem całości świata, a jej środek 
przypomina o środku (osi) świata, czyli miejscu, w którym najbardziej skupiona jest moc. 
Podczas działań środek jest zaznaczany różnie: może nim być ognisko, jama z rozgrzanymi 
kamieniami w łaźni, ozdobiona żerdź, flaga, drzewo, kamień, świeca na podstawce. Cztery 
kierunki też bywają zaznaczone na różne sposoby; ta poczwórna struktura świata jest również 
przypominana przy różnych okazjach. Na przykład podczas rozpoczęcia warsztatu (a także w 
innych ważnych momentach) prowadzący przywołuje duchowe istoty związane z czterema 
kierunkami, oraz z górą, dołem i środkiem. 
Wschód jest stroną świata, w której rzeczy mają swoje początki. To kierunek powstawania i 
odrodzenia. Wśród pór dnia odpowiada mu poranek, wśród pór roku wiosna. Jego kolorem 
jest czerwień. (Ale tu są różne szkoły: kolorem wschodu może też być żółty.) Zwierzęta 
wschodu to "ptaki, które latają wysoko i widzą świat z wysoka", wśród nich orzeł, jastrząb, 
sokół i czapla. 

Południe jest tą stroną świata, w której wszystko osiąga swoją dojrzałość, pełnię, i raduje się 
sobą. Odpowiednią porą dnia jest południe, porą roku lato. Jego kolorem jest żółty lub złoty 
(według tej drugiej szkoły: czerwony). Na południu mieszkają "psotne zwierzęta", czyli żaby, 
żółwie, jaszczurki, lisy, kojoty, koty małe i wielkie. 

Zachód jest stroną świata, dokąd wszystko odchodzi, jest krainą końca i przemijania. Porą 
dnia jest wieczór, porą roku jesień, kolorem czarny. Na zachodzie przebywają "czarne 
zwierzęta", wśród nich kruk i niedźwiedź, a spośród europejskich, nie znanych Indianom, 
dzik. 

Północ jest stroną mądrości, która jest ponad przemijaniem, ponad życiem i śmiercią. Porą 
dnia jest noc, roku - zima. Kolor biały. Głównym zwierzęciem północy jest święte zwierzę 
Indian Prerii, biały bizon, a wraz z nim żuraw, łabędź i biała sowa. 

Ten schemat nie jest sztywny, nie jest jakimś dogmatem, i jeżeli komuś wyda się (najlepiej 
podczas szamańskiej podróży), że powinno być inaczej, to śmiało może ustawić symbole 
kierunków w inny sposób. Także na warsztatach Davida Thomsona ten układ symboli 
zmieniał się.  

Poczwórna struktura przestrzeni pojawia się nie tylko u Północnej Ameryce, Indiach i 
Tybecie, ale i w okolicach bliższych Europie. Poczwórna przestrzeń otaczała Boga w wizji 
Ezechiela: w czterech narożnikach stały cztery potężne istoty, a każda z nich miała po cztery 

background image

skrzydła i cztery twarze na każdą stronę świata; były to twarze byka, orła, lwa i człowieka. 
Słowiański słup kultowy zwany "Światowidem", wyłowiony ze Zbrucza na Ukrainie, dzisiaj 
stojący w krakowskim muzeum archeologicznym, także ma cztery twarze patrzące w cztery 
strony świata, a na czterech bokach tej figury wyrzeźbiono symbole poczwórnego 
wszechświata. 

Jeśli na warsztacie jest większa grupa (co najmniej 9 osób), warto ją podzielić na cztery 
"rodziny" albo "klany", każdy przypisany jednemu z kierunków. Do danej rodziny zaliczają 
się te osoby, które podczas ceremonii rozpoczęcia zajęć usiadły w kręgu wokół ogniska po 
odpowiedniej stronie: kto siedzi na północy, należy do rodziny północnej, itd. 

Ochronny krąg w wizualizacji 
Kiedy zasiadasz do medytacji (np. tych z przelewaniem wody ), albo kładziesz się do podróży 
z bębnem, wizualizujesz wokół siebie mandalę: w środku znajdujesz się ty sam (albo na 
przykład widzisz przed sobą centralny ogień), otoczony jesteś kręgiem, a przy tym kręgu w 
czterech stronach świata strzegą cię czterej strażnicy kierunków: orzeł na wschodzie, tygrys 
(albo inny kot, albo inne "psotne zwierzę") na południu, niedźwiedź na zachodzie i bizon lub 
byk na północy. A najpierw przywołujesz te zwierzęta i widzisz, jak z oddali przybywają do 
ciebie. Po zakończeniu działania pozwalasz strażnikom odejść tam, gdzie sobie życzą, i 
zwijasz resztę wizualizacji. 
Ochronny krąg realny 
W realnej przestrzeni ochronny krąg buduje się z patyków (dość mocnych, długości około 70-
80 cm), do których, na jednym końcu, przywiązuje się zawiniątka z czerwonej (koniecznie!) 
tkaniny z ziołami w środku. David na swoich warsztatach stosował tytoń, zgodnie z indiańską 
tradycją, w której tytoń jest rośliną świętą. Ja zamiast tytoniu stosowałem bliższą mi i bardziej 
słowiańską roślinę - piołun. Takie patyki przygotowuje się w liczbie podzielnej przez cztery, 
więc na przykład 56 (4 razy 14) albo 40 (4 razy 10), zależnie od wielkości kręgu. Następnie 
potrzebne są dłuższe i grubsze kije (około półtora metra), z których robimy bramy. Bramy są 
cztery, każda w jednym z głównych kierunków. Brama to dwa kije wbite obok siebie tak, aby 
swobodnie między nimi przejść. Na końcu kijów tworzących bramę zawieszamy chorągiewki 
(szmatki) w kolorze danego kierunku, więc czerwone (lub żółte) na wschodniej bramie, żółte 
(albo czerwone) na południowej, czarne na zachodniej, białe na północnej. Środek kręgu 
zaznaczamy kijem, kamieniem, flagą itd. Może tam też stać sauna lub znajdować się ognisko. 
Podczas tańca do Słońca, który prowadził David, w środku znajdowało się "drzewo życia", 
zbudowane z czterech żerdzi wystrojonych trochę jak polskie palmy na niedzielę palmową. 
Na obwodzie kręgu, w czterech sektorach pomiędzy bramami, stoją wbite w ziemię patyki z 
czerwonymi zawiniątkami z piołunem lub tytoniem. 
Polecam jeszcze inny pomysł: ustawia się w każdej bramie cztery ptaki czterech kierunków. 
Na jednym z moich warsztatów na wschodzie stał żółty Orzeł, na południu czerwony Bocian, 
zachodniej strony kręgu strzegł czarny Kruk, północy biała Sowa. Ptaki te - śmieszne 
maszkarony na kijach - zbudowali uczestnicy w czasie około godziny podczas rozpoczęcia 
warsztatu, w pierwszy wieczór. Kiedy ptak stał w bramie, znaczyło to, że brama jest 
zamknięta. Trzy bramy są zamknięte, a wchodzi się do kręgu i wychodzi z niego tylko przez 
jedną otwartą bramę. Z tego co powiedziałem wynika, że przez bramy zamknięte i pomiędzy 
patykami z czerwonymi łebkami przejścia nie ma. Tabu! 

Jeśli ktoś naprawdę musi przekroczyć krąg w niedozwolonym miejscu (lepiej by tego nie 
robił), wtedy w tym miejscu zatrzymuje się i robi wokół swojej osi pełny obrót w prawo. 

background image

Można też uczestników działań otoczyć kręgiem ze sznura lub taśmy, najlepiej czerwonych, 
co jest dużo szybsze i nie wymaga tylu przygotowań. 

Wszystkie przedmioty budujące krąg po zakończeniu działań zabiera się z tego miejsca i 
rozkłada na pojedyncze kije, szmatki, sznurki itd., a zioła pali. Albo ktoś, kto daje pewność, 
że potraktuje te śmieszne rzeczy z należnym szacunkiem, zabiera je do domu na 
przechowanie. 

Kadzidło, wonne zioła 
Niemal każde działanie podczas warsztatów zaczyna się od okadzenia dymem z wonnych 
ziół. Okadzamy albo jeden drugiego, albo każdy siebie, albo wszystkich jedna wybrana 
osoba. Okadzanie polega na tym, aby obmyć dymem otoczenie możliwie całego ciała. Mówi 
się też, że wtedy nasycasz dymem i jego aromatem swoje ciało energetyczne, które otacza 
ciało fizyczne. Szczególnie od obmycia w dymie zaczynają się posiedzenia i mowy w kręgu, 
okadzamy się tuż przed wejściem do łaźni, przed wejściem na ścieżkę ognia (wtedy 
szczególnie podeszwy stóp). Także kiedy zaczynamy warsztaty, okadzanie jest jedną z 
pierwszych czynności. Kiedy siedzimy lub stoimy w kręgu kadzidło krąży wokół, zawsze w 
prawo. 
Dym wokół ciała można rozprowadzać po prostu dłonią, ale również dużym piórem ptasim; 
używa się też specjalnych wachlarzy sporządzonych z piór lub z ptasiego skrzydła. Zioła 
spala się (tak, aby dawały dym) w płaskim naczyniu; David używa do tego celu dużej muszli 
morskiego małża, ale równie dobrze służy miseczka gliniana. (Przyznaję się, że kiedyś w 
braku czegoś bardziej eleganckiego użyłem starej patelni.) Druga szkoła palenia ziół polega 
na tym, że wiąże się je w ciasne pęczki grubości około 4 cm, długości ok. 25 cm. Do 
związania należy użyć naturalnych nici: lnianych lub bawełnianych. W jednej z indiańskich 
tradycji wiąże się taki pęczek koniecznie siedmioma pętelkami. 

Kadzidlaną rośliną numer jeden jest dla Indian Północnej Ameryki i ich Białych naśladowców 
niewątpliwie szałwia. Nie jest to jednak nasza szałwia lekarska (Salvia officinalis), lecz 
roślina zwana po angielsku white sage, czyli rosnąca w Kalifornii Salvia apiana. Niestety, jest 
ona wrażliwa na zimno, wymarza już przy -5 stopni i w Polsce nie da się jej uprawiać. Przez 
Indian były używane także inne tamtejsze gatunki szałwii. Nasza szałwia lekarska, mająca 
włochate, niebieskawe liście, także dobrze sprawdza się w tej roli. Nie jest ona rodzimą 
rośliną w Polsce, ale pospolicie uprawiana jest w ogrodach i dobrze znosi nasz klimat. Będąc 
latem nad Morzem Śródziemnym warto stamtąd przywieźć szałwię tam zebraną, gdyż ma 
zapach dużo silniejszy niż rośliny rosnące u nas: rośliny południowe mają wyższą zawartość 
olejków aromatycznych. 

Nazwa "szałwia" (sage) bywa w Ameryce rozciągana także na różne gatunki z rodzaju 
Artemisia (po polsku bylica), chociaż należą one do innej, nie spokrewnionej rodziny 
botanicznej.  W Polsce na pierwsze miejsce, jako roślina najbardziej przyjazna rodzimym 
szamanom, wychodzi jeden z gatunków bylicy, mianowicie piołun (Artemisia absinthium). 
Piołun ma wspaniały zapach, zarówno gdy jest świeży, wysuszony, jak i puszczony z dymem. 
Suchy łatwo się spala. Samo ziele jest lecznicze i bakteriobójcze, a w jego gorzkim smaku 
można się rozsmakować. A przede wszystkim od prawieków jest stosowany w naszej ludowej 
magii: przypisywano mu zdolność oddalania złych mocy; piołunu i jego zapachu bały się 
wszelkie złe duchy (i nie tylko te złe, ale także te nazbyt nieposłuszne czarodziejom); równie 
skutecznie jak czosnek odstraszał też wampiry. Trudno znaleźć lepszą rekomendację dla 
kadzidlanej szamańskiej rośliny! Piołun nie wszędzie w Polsce rośnie; rośliny które uprawiam 
we własnym ogródku przywiozłem z Pomorza. 

background image

Trzecim składnikiem kadzidła jaki polecam jest jałowiec - zarówno nasz rodzimy leśny 
jałowiec pospolity (Juniperus communis) o kłujących gałązkach, jak i sprowadzony z gór 
południowej Europy, wszędzie rosnący w parkach i ogrodach jałowiec sabiński (Juniperus 
sabina, "sawina") o gałązkach pokrytych łuskami. Można też używać gałązek tui (żywotnika, 
Thuia), lub innych jałowców. 

Próbowałem robić kadzidła z roślin z rodziny wrzosowatych (Ericaceae): z modrzewnicy 
(Andromeda polifolia), która u nas rośnie w piaszczystych borach nad morzem, i z bardziej 
pospolitego bagna (Ledum palustre). Obie rośliny całkiem dobrze się sprawdzają. 

Można poeksperymentować z innymi niż bylice roślinami z Compositae: z wrotyczem 
(Tanacetum vulgare - ale wziąć liście, nie kwiaty), krwawnikiem (Achillea) i rumiankiem 
(Matricaria). Do uhonorowywania gorących kamieni wnoszonych do łaźni Indianie Czarne 
Stopy używają trawy, która tam po angielsku nazywana jest sweetgrass, a u nas znana jest 
jako żubrówka, poprawnie zaś turówka wonna (Hierochloe odorata). Wysuszoną turówkę 
splata się w warkoczyki. 

Crowley jako kadzidlaną roślinę zaleca dyptam (Dictamnus), który także rośnie w Polsce.  

Jest tylko pewien problem: żadne (jak mi się wydaje) z polskich wonnych ziół nie spala się 
tak jak kalifornijska szałwia, której suche liście ładnie żarzą się i dymią, nawet jeśli leżą 
luzem pojedynczo na miseczce. Nasze kadzidła ładnie żarzą się dopiero w większej masie, i 
dlatego radzę je wiązać w ciasne pęczki, tak jak opisałem powyżej. Warto przy tym łączyć 
trzy składniki: piołun, szałwię i jałowiec. Zapach takiego kadzidła to zapach warsztatów! 

Mówiący patyk 
Podczas posiedzeń w kręgu (wokół ogniska lub, jeśli w pomieszczeniu, to wokół świec 
płonących w środku), obowiązuje zasada, że mówi tylko jedna osoba, a pozostali słuchają. 
Prawo do zabrania głosu (a niekiedy obowiązek) ma ta osoba, która bierze do ręki mówiący 
patyk. Jest to ważny przedmiot na każdym warsztacie. Można go zaimprowizować z byle 
jakiego patyka, a może też być specjalny, przeznaczony tylko do tego celu i ozdobiony 
kolorowymi sznurkami. Może być tak, że mówiący patyk leży w środku i czeka, aż ktoś go 
weźmie i coś powie, a po zakończeniu wypowiedzi kładzie go z powrotem na miejsce. Można 
też mówiący patyk puszczać w obieg w kręgu (zawsze w prawo!), i wtedy wszyscy 
wypowiadają się po kolei. Jeśli ktoś nie ma nic do dodania, w milczeniu przekazuje patyk 
następnemu w kręgu. Dyskusja kiedy każdy każdego przekrzykuje, jest niedopuszczalna. 
Kolory strojów 
W zasadzie nie ma szczególnych wymogów co do strojów na warsztatach. Powinny być 
wygodne i nie dokuczliwe dla ciała. Warto jednak ubierać się w kolory ognia: czerwony, 
pomarańczowy, purpurowy lub żółty. Te barwy działają energetyzująco i pobudzająco na 
ludzki umysł i przyczyniają się do wytworzenia odpowiedniego nastroju podczas wspólnych 
działań. (Bierzmy przykład z tybetańskich praktyków buddyzmu. Szaman, Budda, dwa 
bratanki.) 
Mamy skłonność - lub jest taka moda - aby w terenie, na wycieczkach itp., nosić się w 
kolorach szarym, brązowym, khaki, ciemnoniebieskim, szaroniebieskim, albo w różne 
wojskowe łaty. Te kolory jednak także rzutują na umysł i to zdecydowanie negatywnie: 
odbierają energię i dołują. Nie radziłbym też ubierać się na czarno ani na biało - czerń 
usztywnia, a biel izoluje od otoczenia; sprawia, że czujesz się tak, jakbyś stał za szybą. A 

background image

przecież ma warsztatach chodzi nam o coś odwrotnego: o wejście w świat, w przestrzeń i w 
przyrodę, o bycie tu i teraz. Także niebieski i zielony nie są energetycznie najlepsze. 

Flagi 
Szamańskie flagi to czerwona i biało-czerwona. Czerwień jest barwą ognia i mocy. Biało-
czerwona, gdzie biały pas u góry, czerwony na dole, jest obrazem przygasłego, drzemiącego 
ogniska, gdzie pod warstwą białego popiołu kryje się czerwony żar, gotowy - jeśli mu trochę 
pomożemy - na nowo wytrysnąć płomieniem. Obraz ten kiedyś bardzo silnie przemawiał do 
wyobraźni ludzi: każdy, kto budził się rano, zaczynał dzień od wskrzeszenia ognia. 
Rozdmuchując chłodnym świtem żar pod popiołem w ognisku czuł się odbiciem stwórcy, 
który własnym oddechem na nowo powołuje świat do życia.   
Przypisy
[1] Inny kod kolorów na oznaczenie stron świata znany jest w Tybecie: kolorem wschodu 
(strony początku, tak samo jak u Indian) jest błękit. Kolorem południa, które (podobnie) 
symbolizuje pełnię i sytość, jest żółty. Zachód jest stroną radości i pożądania, kolor czerwony. 
Północ symbolizauje zaprowadzanie porządku; kolor zielony. Ponadto jest piąty kierunek: 
środek, z barwą białą. System ten naprawdę jest bardziej rozbudowany i dotyczy nie tylko 
rzeczy na Ziemi, ale również "rodzin buddów".  
[2] Szałwia należy do rodziny Labiatae (wargowe), razem z miętą, macierzanką i 
rozmarynem; bylice są członkami olbrzymiej rodziny Compositae (złożone), do której należy 
też słonecznik, stokrotki, aster, złocień, krwawnik i mnóstwo innych.  

[3] Patrz: Aleister Crowley: Magija w teorii i praktyce; Kraków 1999, tłumaczył Dariusz 
Misiuna. Dyptam należy do rodziny rutowatych, Rutaceae, wraz z rutą (z rutą jako kadzidłem 
też warto by poeksperymentować), cytrusami i ciekawym drzewem, które zdarza się w 
naszych parkach, korkowcem amurskim (Phellodendron amurense), też o aromatycznych 
liściach. Każda z rodzin botanicznych ma swój typ zapachu: inaczej pachną złożone, inaczej 
wargowe, wrzosowate, rutowate, cyprysowate (np. jałowiec) i inne.  

[4] Zobacz Marek Derwich, Marek Cetwiński: Herby, legendy, dawne mity; Wrocław 1989. 
Str. 167: "(...) stos żarzącego się węgla drzewnego przykryty białym popiołem dla 
zachowania ognia. Ognisko takie (...) stanowiło naturalny ośrodek zebrań (...) kopczyk węgla 
drzewnego przykrytego popiołem przekształcił się w omphalos (pępek) oznaczający (...) 
środek świata."  

Część 11.1. 
Uzupełnienia. Co dalej? (1) 

  
 
Inne działania, nie opisane 
Nie chciałbym, aby Czytelnik odszedł z wrażeniem, że działania, które opisałem wcześniej, 
tworzą jakiś żelazny, kanoniczny sztywny zestaw. Nie - na warsztatach mogą się dziać także 
inne rzeczy, i może być ich dużo więcej. Wyliczę kilka, o których słyszałem, czytałem bądź 
brałem w nich udział, ale nie prowadziłem samodzielnie lub nie mam wystarczająco 
przećwiczonych. 
Zawieszanie się na drzewie. Potrzebna jest odpowiednia uprząż, najlepiej nie alpinistyczna, 
lecz sporządzona specjalnie w tym celu. W tej uprzęży podwieszamy się u gałęzi drzewa, w 
różnych pozycjach. Uprząż powinna dawać możność przybierania wielu pozycji: siedzącej, 
leżącej (poziomej) zarówno twarzą w dół jak i w górę, embrionalnej, rozkrzyżowanej, 

background image

pionowej. Można by też zbadać pozycję Wisielca z karty taroka. Potrzebne jest do tego 
drzewo, dostatecznie dostojne i naładowane magiczną mocą. Najlepszy pewnie będzie dąb, 
choć ze względu na mitologiczne odniesienia także jesion, sosna, lipa. Ćwiczenie to 
przypomina zakopanie się do ziemi - tyle że zamiast medytacyjnego zanurzenia w ziemi 
mamy podobne zanurzenie w powietrzu i oderwanie od ziemi. Drzewo pełni tu rolę 
energetyzującego pośrednika. Narzucają się podobieństwa do szamańskiej wędrówki do 
górnego świata po drzewie. 

Wchodzenie na drzewa. Każdy to robił w dzieciństwie; tu chodzi o wykonanie tego w sposób 
medytacyjny. Można pomagać sobie linami i innymi instalacjami. 

Nawiązywanie kontaktu z różnymi przedmiotami poprzez oddech. Przedmiotem takim może 
być drzewo, kamień, skała, odsłonięty piasek, woda, niebo, ptaki, krajobraz w sensie widoku. 
Pobierasz przedmiot swego widzenia przez głębokie oddychanie, podczas gdy przedmiot ten 
staje się jedyną treścią twojej świadomości. 

Przebieranie się. Mogę wyobrazić sobie warsztat z programem, rzec można, krawieckim, 
kiedy uczestnicy ilustrowaliby i wyrażali swój proces psychiczny poprzez sporządzanie 
szczególnych strojów i noszenie ich. Na małą skalę działo się to już na tych warsztatach, w 
których brałem udział. 

Paprzysko, czyli kąpiele w błocie (rozbełtanej glinie lub torfowej ziemi), połączone ze 
smarowaniem lub malowaniem się ziemią. 

Pieśni. Działania należałoby tak ukierunkować, aby u uczestników zaczęły się spontanicznie 
pojawiać pieśni mocy. (W Amazonii, w praktykach z ayahuaską takie pieśni nazywane są 
icaro, liczba mnoga icaros. Są one osobistą własnością tego, do kogo przychodzą.) Mam 
nadzieję, że zostaną też stworzone pieśni, które będą śpiewane chóralnie podczas różnych 
działań na warsztatach. Do tej pory takich pieśni ogromnie mi brakuje. Przydałaby się pieśń 
na rozpoczęcie, śpiewana podczas rozpoczęcia warsztatu. Pień przywołująca strony świata, 
śpiewana wtedy, kiedy trzeba przywołać opiekuńcze istoty czterech kierunków, góry, dołu i 
środka. Pieśń na rozpalenie ognia. (Mają taką harcerze, "Płonie ognisko i szumią knieje", ale 
to całkiem inna bajka...) Pieśń na zostawienie ognia aby zgasł. Pieśń witająca deszcz. Pieśń 
oddalająca deszcz i przywołująca słoneczną pogodę - bardzo ważna z powodów 
praktycznych. Pieśń ogniowa przygotowująca do chodzenia po ogniu, i druga pieśń ogniowa z 
którą przechodzilibyśmy przez ogień. Pieśń grobowa, z którą szedłby kondukt tych, którzy idą 
się zakopać. Inna pieśń grobowa do śpiewania w grobie. Pieśń tryumfalna na wyjście z grobu. 
Pieśń łaziebna do śpiewania w saunie. Pieśń na przyniesienie ptaków (do kręgu ochronnego) i 
pieśń na wyniesienie ptaków. A także pieśń ochronna, budująca ochronny krąg, nawet jeśli 
fizycznych instalacji ochronnego kręgu nie ma. Ta pieśń powinna też sprawiać, że stajemy się 
niewidoczni dla osób postronnych i nie wywołujemy niczyjego zainteresowania. Posiadanie 
obrzędowych pieśni wydaje mi się w dalszej perspektywie absolutnie konieczne. Każda 
tradycja szamańska pracuje z pieśniami i pieśni są potężnym wehikułem, dzięki któremu 
mogą odbywać się działania i w nich zawarta jest moc pozwalająca na kontynuację działań i 
ich odnawianie się w wykonaniu coraz to innych ludzi, również w następstwie pokoleń. 

Tańce. Z tańców, które w Polsce przekazywał David Thomson, najbardziej obiecujący wydaje 
mi się "taniec do Księżyca", tańczony w nocy, w kręgu, wokół ognia. Uczestnicy tworzą krąg 
trzymając się za ręce. Krok jest bardzo prosty: lewą nogą w bok w kierunku ruchu, prawą 
dostawiasz, ręce, złączone z rękami sąsiadów, podkreślają rytm. Tańczy się w szatach, które 

background image

powinny być długie, luźne i jasne (najlepiej białe; to rzadki przypadek rytualnego użycia 
bieli). Taniec ten ma ogromne działanie "transportujące", czyli przenosi w stany zmienionej 
świadomości. O szczegółach nie wolno mi mówić. Podobny jest słynny Taniec Duchów, 
wynaleziony przez Wovokę w 1889 roku. Tam też tańczy się w kręgu w nocy (albo trzy doby 
bez przerwy) wokół ognia, a wzdłuż tancerzy poruszają się mistrzowie ceremonii, którzy 
machaniem chustkami pomagają tym, którzy do tego dojrzeli, przenieść się do krainy 
duchów. Tańców, podobnie jak pieśni, powinniśmy poznać wiele. 

Można zapożyczać działania z jogi, tajczi, huny. Tworzenie nowych działań jest w dużym 
stopniu tylko sprawą fantazji i zmysłu twórczego. 

Są także działania, których na swoich warsztatach nie prowadzę, chociaż zdarza mi się brać w 
nich udział. Na przykład nie przejąłem palenia fajki i do żadnych czynności nie używam 
tytoniu. 

Wybór miejsca 
Warsztaty szamańskie w dużym stopniu polegają na kontakcie z przyrodą i pracy z przyrodą. 
Dlatego w miejscu, gdzie przeprowadzamy swoje działania, przyroda powinna być 
zachowana w stanie możliwie naturalnym lub, mimo ludzkiej gospodarki, dobrze 
zregenerowana. Ludzi powinno być tam niewielu, tak by ich obecność nie dokuczała i dla 
przeprowadzenia naszych działań nie trzeba było chować się po krzakach. Powinny rosnąć 
stare drzewa, powinien leżeć naturalny opał - suche gałęzie, powinno być na tyle dużo 
krzewów i podrostu, aby nie żal było wycinać kijów na szkielet łaźni i do innych naszych 
instalacji. Głos bębna nie powinien nikomu przeszkadzać, a woda w rzece lub jeziorze 
powinna być taka, żeby można było się jej napić. Ziemia nie może być przenawożona (co się 
poznaje po tym, że rosną pokrzywy), a teren nie nie będzie przesadnie zmeliorowany. Raczej 
należy unikać takich brutalnych ludzkich budowli, jak wały nadrzeczne, nasypy kolejowe, 
hałdy i odkrywkowe kopalnie; chociaż stare odkrywki, kiedy już zarosną roślinnością, mogą 
być nie po pogardzenia. Unikajmy też sztucznego oświetlenia, płotów z siatki, i jeszcze 
gorszych - z płyt betonowych. Przeszkadzać będą odgłosy szos, silników i linii kolejowych. 
Ogromnie pomagają za to stare dęby, oczka wody, błota z żabami i pijawkami, gnieżdżące się 
ptaki, także sarny, zające, jaszczurki i jeże. 
Konieczna jest życzliwość gospodarzy, do których należy ziemia, na której pracujemy. 

Co do organizacji warsztatów, to dla swojego użytku dzielę je ma trzy rodzaje: 

(1) Warsztaty "totalne", kiedy nie korzysta się z żadnych cywilizacyjnych udogodnień, w tym 
stałych budynków, przyjeżdża się na puste pole, śpi w namiotach lub w tipi, a w miarę 
możliwości pod gołym niebem, pali ogień drewnem, które leży pod drzewami na miejscu, 
jedzenie gotuje samemu - wszystko jak na spływie kajakowym lub rajdzie po Bieszczadach. 

(2) Warsztaty z zapleczem, gdzie korzysta się z udogodnień jakie daje stały budynek, kuchnia 
pod dachem, zamówienie posiłków u gospodarzy. Także drewno można kupić i przygotować 
siłami drwala-fachowca. Ułatwia to wiele spraw, zwalnia czas, który zużylibyśmy na 
gotowanie i cięcie drewna - ale nie daje tak "totalnego" kontaktu z przyrodą, przestrzenią i 
dzianiem się. 

(3) Warsztaty wyrywkowe, poświęcone pracy nad wybranymi zagadnieniami. Jeśli zbieramy 
się np. po to, aby podróżować przy bębnie, to można to robić w wynajętym pensjonacie lub w 
innym wysoce cywilizowanym, nie szamańskim, miejscu. 

background image

(Neo)szamanizm a sztuka 
Szamańskie warsztaty i praktyki otwierają nowe przestrzenie przed twórcami sztuki. Na 
warsztatach potrzebna jest pieśń, poezja i muzyka. Nie jest to jednak żaden z tych gatunków 
pieśni, wierszy i muzyki, jakie znamy dotychczas, gdyż sam ich "kanał przekazu" jest nowy. 
Będzie to albo taki rodzaj sztuki, który sięga do źródeł, do "gleby duszy", tak samo jak 
szamańskie działania, albo sztuki tej nie będzie. Warsztat jako wydarzenie stawia wysokie 
wymagania autorom. Tu nie przejdzie nic sztucznego, wymyślonego, udawanego, skłamanego 
i nieświeżego. Wzorem niech będą pieśni mocy, śpiewane przez Indian Prerii po powrocie z 
ich wypraw po wizje, podszepnięte im przez ich zwierzęta mocy, albo pieśni zwane icaros, 
które każą śpiewać duchy poruszone przez ayahuaskę. W szamańskim wykonaniu utwór staje 
się środkiem "transportującym", jakby powiedział Aldous Huxley , czyli wyciągającym umysł 
na wędrówkę. Same warsztaty, jeśli porównywać je ze sztuką, są najbliższe teatrowi, ale jest 
to taki dziwny teatr, w którym nie ma widzów ani reżysera, i nikt nie pozostaje na zewnątrz - 
są sami aktorzy na scenie, która jest tylko dla nich. 
Czy należy się organizować? 
Osoby, które prowadzą w Polsce szamańskie warsztaty, można zapewne policzyć na palcach 
jednej dłoni. Jednak pytanie, czy należy i warto się jakoś zorganizować, przy różnych 
okazjach się już pojawiało. Uważam, choć jest to tylko moja własna opinia, że od zrzeszania 
się i zakładania organizacji należy trzymać się jak najdalej. Szamanizm powinien pozostać 
tym, czym jest teraz: luźną wiązką poszczególnych osób, ich zainteresowań, wysiłków, 
umiejętności i inicjatyw. Szamani powinni działać na własną rękę. O tym, czy ktoś prowadzi 
warsztaty dobrze czy może mniej dobrze, w takim stylu lub w innym, powinny świadczyć 
tylko własne doświadczenia, a nie fakt przynależności do czegokolwiek. Pamiętajmy też, że 
kiedy jest organizacja, pojawia się jej zarząd, formalni kierownicy, i tacy zawsze będą żądali, 
aby ich słuchać i honorować, zupełnie niezależnie od tego, czy coś oprócz tego zdziałali. 
Przypuszczam, że gdyby takie stowarzyszenie powstało (odpukać...), byłbym pierwszym, 
który je kontestuje i uporczywie odmawia zarejestrowania się w nim. Czy byłaby to 
organizacja legalna, działająca na mocy prawa o stowarzyszeniach, czy też nieformalna i 
prywatna, to nie ma nic do rzeczy. Manipulowanie uprawnieniami i procedurami będzie 
odbywać się i w jednym i w drugim przypadku. 
Nie widzę też powodu, aby ktoś próbował nasz ruch upodabniać do elitarnej szkoły, do której 
dostęp obwarowany jest ukończeniem specjalnych kursów, zdobywaniem stopni i 
egzaminami pod okiem surowych mistrzów, tak jak to dzieje się w psychoanalizie, POP 
(psychologii zorientowanej na proces) Arnolda Mindella, NLP (neurolingwistycznym 
programowaniu) lub - skądinąd bardzo bliskim szamanizmowi - oddychaniu holotropowym 
Stanisława Grofa. I znowu: jeśli ktoś taką szkołę założy, to ja w niej NIE będę zdobywał 
uprawnień. Niech drogę do szamanizmu wyznacza "nie matura, lecz chęć szczera"! 

Z neoszamanizmem jest trochę tak, jak z fizyką, tak jak o niej mówił Richard Feynman. W 
którymś miejscu swoich słynnych "Wykładów z fizyki"  zauważył on, że fizycy zaczynają 
badać pewien fragment przyrody tylko z grubsza, a pracę nad szczegółami pozostawiają już 
innym, bardziej wyspecjalizowanym naukom: chemii, astronomii, materiałoznawstwu itd. 
Podobnie w ramach neoszamanizmu powinno się działać tylko "z grubsza", u podstaw i u 
źródeł, a szczegółowe zastosowania wyniesionych stąd inspiracji pozostawić fachowcom. Co 
oznacza także, że szamanizm powinien pozostać dziki, spontaniczny, prymitywny, nie 
wyspecjalizowany, nieokrzesany, źródłowy, biologiczny, cielesny i intuicyjny, powszechnie 
dostępny (choć tylko tym, który mają "chęć szczerą") i nieufny metodom i organizacjom.  

Męskie i żeńskie 

background image

Kilka swoich pierwszych warsztatów prowadziłem tylko dla mężczyzn. W ogóle jedną z 
okoliczności, które zachęciły mnie do podjęcia wyzwania prowadzenia warsztatów było to, że 
wcześniej brałem udział w czysto męskich warsztatach pod wodzą Davida. Warsztaty 
jednopłciowe wydały mi się czymś prostszym i łatwiejszym niż koedukacyjne, i zapewne nie 
odważyłbym się na pierwszy ogień startować z grupą mieszaną, biorąc sobie na głowę 
prawdopodobne w takich przypadkach problemy żeńsko-męskie. Kiedy doszedłem do 
większej wprawy, na moich warsztatach pojawiły się również kobiety. 
Sam jestem i staram się być jak najdalszy od wszelkiej przesady w dzieleniu się na męskie i 
żeńskie i od faworyzowania jednej lub drugiej płci i jej upodobań. Z drugiej strony zdaje 
sobie sprawę, że bardziej podoba mi się "twardy", "surowy" a nawet "brutalny" (co by to nie 
oznaczało) styl prowadzenia warsztatów, obliczony raczej na męskie upodobania i męski 
rodzaj wrażliwości. 

Zanim zacząłem pracować również z kobietami, obawiałem się trzech rzeczy, które mogłyby 
wyniknąć z udziału osób obu płci: po pierwsze tego, że w warunkach warsztatów, które 
przypominają trochę dziecięce zabawy i rzeczywiście budzą te warstwy psychiki, które 
bywają uśpione od czasów dzieciństwa, ujawniać się mogą infantylne podziały: "my chłopaki 
przeciw tym babom" albo odwrotnie. Po drugie, obawiałem się erotycznych napięć i 
wzajemnej rywalizacji o względy, które mogłyby rozwalić grupę. Po trzecie wreszcie 
obawiałem się, czy kobiety sprostają skrajnym doświadczeniom, jakim są poddawani 
uczestnicy warsztatów. Wszystkie te obawy okazały się płonne - chociaż nie wiem, czy przy 
jakiejś innej okazji, w innych warunkach, a także pod okiem innego prowadzącego tamte 
zagrożenia nie dojdą do głosu. Okazało się, że kobiety równie dobrze jak mężczyźni radzą 
sobie ze stresem podczas ćwiczeń, zaś napięcia erotyczno-rywalizacyjne oraz damskie lub 
męskie "podgrupy" to coś, czego można uniknąć, jeżeli odpowiednio kieruje się energią 
podczas działań. 

Z kilku jednak problemów trzeba sobie zdawać sprawę. Pierwszy jaki mi przychodzi na myśl 
jest taki, że styl i "smak" działań silnie zależy od osoby prowadzącego. To czy warsztat jest 
bardziej męski czy bardziej kobiecy z ducha również od tego zależy. Być może komuś - nie 
tylko kobietom - bardziej odpowiadałyby warsztaty bardziej nastawione na zapewnienie 
poczucia bezpieczeństwa, na wyciszenie lęków, na ochronę, opiekę, wzajemne 
dowartościowywanie się i budowanie grupowej solidarności. Innym z kolei bardziej 
opowiadałaby rywalizacja, sprawdzanie się i ekstremalne przeżycia. Rozwiązanie jest takie, 
że nie należy się spierać o to, które podejście jest lepsze i jedynie słuszne, tylko zgodzić się, 
że warsztaty bywają prowadzone w różnych stylach i każdy prowadzący ma prawo do 
własnego stylu. 

Kiedy ogłaszałem, że zbieram chętnych na warsztaty tylko dla mężczyzn, otrzymywałem listy 
z protestami-połajankami od kobiet, które mi zarzucały dyskryminowanie ich płci. Absurd! 
Po pierwsze, wiem że (także w Polsce) są prowadzone podobne warsztaty tylko dla kobiet; po 
drugie, dyskryminacja byłaby dopiero wtedy, gdybym nie zapowiadał, że chodzi o warsztat 
wyłącznie męski, a zgłaszające się kobiety odprawiał z kwitkiem. Zresztą, wtedy żadna z 
protestujących nie miała nawet zamiaru brać udziału w podobnych imprezach. Poza tym 
warsztat jest impreza czysto prywatną i jeśli ktoś chce go urządzić wyłącznie dla łysych 
mężczyzn, rozwiedzionych, o grupie krwi zero, to też mu wolno. 

Zapewne nadal, od czasu do czasu, oprócz mieszanych, będę prowadził warsztaty dla 
mężczyzn. 

background image

Inny problem jest taki, że jeżeli w tym, co robimy, wzorujemy się na przekazie od Indian 
Ameryki Północnej (lub od ich Białych naśladowców), to trzeba sobie zdawać sprawę, że u 
tamtych plemion różnica płci jest o wiele większa niż w naszej kulturze. Tak zapewne jest u 
większości, jeśli nie u wszystkich ludów pierwotnych. U Nieńców, pasterzy z syberyjskiej 
tundry, istnieje ścisły podział wszystkich gospodarczych czynności na męskie i kobiece. 
Mężczyzna nie rozkłada jurty, kobieta nie zagania reniferów. Dopiero we dwójkę mężczyzna 
i kobieta tworzą zespół, zdolny do przeżycia w warunkach arktycznej tundry. Zarówno w 
nienieckim czumie (jurcie), jak i w indiańskim tipi są osobne miejsca dla mężczyzn i dla 
kobiet. Za tym idzie cała masa odrębności kobiecych i męskich, które dla nas bywają 
niezrozumiałe, zbędne i śmieszne. Gdybyśmy chcieli wraz z takimi praktykami, jak łaźnia lub 
wyprawy po wizje, przyjmować również tamte zwyczaje dotyczące separacji płci, to 
będziemy na prostej drodze, aby obudzić najidiotyczniejsze infantylizmy w duchu "z babami 
się bawimy", albo "bo my tu mamy swoje dziewczyńskie tajemnice". 

Kolejny problem, to feministyczna ideologia. Neoszmanistyczne nowinki przychodzą do nas 
z Zachodu, głównie ze Stanów Zjednoczonych, a w świecie anglosaskim, jak słychać, ruchy 
ekologiczne i neopogańskie mają silne zabarwienie feministyczne: w skrajnym wydaniu 
chodzi o srogie przekonanie, że to mężczyźni spieprzyli ten świat i teraz go trzeba oddać w 
ręce kobiet, aby one przywróciły porządek. Za tym idzie kult "wielkiej bogini-matki", 
eksponowanie "świętej misji" kobiet i traktowanie mężczyzn jako istot podrzędniejszych, 
którzy winni są kobietom... poczucie winy. Myślę, że trzeba się od tego trzymać z daleka, tak 
samo jak od wszystkich ideologii głoszących, że zło pochodzi od jakichś "strasznych innych", 
niezależnie jak się te "wrogie siły" określa. 

Wspominam o tych problemach, jako że - choć nieśmiało i w zalążkowym wydaniu - to 
jednak zaczynały straszyć na niektórych warsztatach, w których brałem udział. 

Jedność czasu i miejsca 
Jak liczna może (powinna) grupa na warsztatach? Na moich warsztatach bywało od trzech do 
25 osób. U Davida - nawet do 45 osób. W zbyt licznych grupach pojawiają się tendencje 
odśrodkowe: zawiązują się podgrupy, tworzą się podziały, wyłaniają się przywódcy podgrup, 
którzy mogą rywalizować z prowadzącym. Kłopoty wynikające z tego nie muszą być aż 
niszczące, zawsze jednak takie rzeczy rozpraszają i odbierają energię. Jak to przezwyciężyć, 
to już zależy od osobistych umiejętności prowadzącego. 
Zalecam, aby podczas warsztatów utrzymywać - jak w starożytnym teatrze - jedność czasu i 
miejsca. Jedność czasu oznacza, że podczas warsztatów nie robimy przerw. Nie ma "dnia 
wolnego" na wypoczynek i indywidualne wyjazdy. Nikt nie wyskakuje na chwilę, aby 
doglądnąć interesów i wrócić. Oznacza także, że razem się zbieramy, razem zaczynamy 
zajęcia i nikt nie dojeżdża dzień lub dwa później. Nikt oczywiście też nie wpada na jeden 
dzień, aby zaliczyć pojedyncze działanie. Nie jest tak, że ktoś wybiera sobie tylko to, co go 
interesuje. Warsztaty tworzą jeden jednolity proces, i warto się umówić, że jeśli ktoś musi 
opuścić warsztat, to już nie wraca. Oczywiście wszyscy uczestnicy muszą akceptować tę 
zasadę. 

Jedność miejsca rozumiem tak, że miejsce, gdzie odbywają się warsztaty, ma tylko jedno 
centrum, i w tym centrum przebiegają działania. Co oznacza, z drugiej strony, że tuż obok 
miejsca warsztatów nie ma atrakcyjnej kawiarni, gdzie można byś się spotykać, baru z 
piwem, plaży, kąpieliska ani kuszącego wyciągu narciarskiego. Otoczenie nie jest dla nas 
atrakcyjne! Ideałem byłoby, gdyby była pusta łąka, na niej namioty lub tipi uczestników, w 

background image

środku ognisko przy którym zbieramy się w kręgu, i niedaleko drugie ognisko do sauny i 
chodzenia po ogniu. Kiedy korzystamy z zaplecza w postaci stałego budynku będącego 
siedzibą gospodarzy, to ten dom może stać się drugim, konkurencyjnym centrum. Na to 
trzeba uważać. Ten dom może mieć swoje szczególne właściwości, swojego ducha, który 
będzie przyciągał ludzi i narzucał swoje zasady. Należy uważać, aby duch tego domu-
zaplecza nie był przeciwstawny i konkurencyjny wobec samego warsztatu. (Spotkałem się z 
takim zjawiskiem.) 

Zachowanie jedności czasu i miejsca bardzo pomaga stworzyć i utrzymać spójność grupy. 

  

Przypisy 
[1] Aldous Huxley (1894-1963). Patrz jego "Drzwi percepcji. Piekło i niebo", wyd. polskie 
Warszawa 1991.  
[2] Richard Feynman (1915-1988), amerykański fizyk, uczestnik programu budowy bomby 
atomowej, jeden z twórców elektrodynamiki kwantowej, czyli teorii pola 
elektromagnetycznego łączącej mechanik kwantową z Einsteinowską teorią względności, 
uhonorowany nagrodą Nobla w 1965 roku. Książka "Feynmana wykłady z fizyki" powstała w 
oparciu o jego wykłady z lat 1961-2; polskie wydanie Warszawa 1968. Na zdjęciu w tej 
książce jej autor gra na bębnie! W latach siedemdziesiątych Feynman próbował odwiedzić 
Tuwę, matecznik szamanizmu na południu Syberii, lecz plan ten upadł z powodu oporu 
sowieckiej biurokracji. Dziś imię Feynmana nosi stowarzyszenie przyjaciół Tuwy w USA.  

[3] Ktoś (częściowo słusznie) zauważy w tym miejscu, że z rdzennymi szamanami rzecz się 
inaczej miała: pełnoprawnym szamanem zostawało się tam po dwudziestu latach nauki i 
przebyciu szeregu surowych prób. Odpowiem: tam jednak ponad ludzkim widzimisię istniała 
"instytucja" nadrzędna: mianowicie same duchy szamańskie, strażnicy linii, które jednych 
przepuszczały dalej, a innym nakazywały zadowolić się niższym wtajemniczeniem. Obecność 
i działanie duchów sprawiały też, że można było zostać szamanem bez poparcia ludzkiego (a 
tym bardziej instytucjonalnego) autorytetu, a także przeskakiwać szczeble drogi ku 
wtajemniczeniom, na przekór temu, co było przyjęte, ale w zgodzie z własnymi, 
wewnętrznymi predyspozycjami. Tak działo się nie tylko na Syberii i w szamanizmie, 
również tybetański buddyzm wadżrajany zna takie przypadki, z których najsłynniejszym jest 
jogin, pieśniarz i cudotwórca Milarepa, o którym powiada się, że "osiągnął wyzwolenie w 
ciągu jednego życia", co oznacza także to, że do buddyjskiej zakonnej hierarchii dostał się 
niejako bocznymi drzwiami, omijając przepisane formalności, a tylko na mocy swojej 
osobistej duchowej mocy.  

Część 11.2. 
Uzupełnienia. Co dalej? (2) 

  
 
Problemy z przekazem 
Różne szkoły rozwoju duchowego (jeśli zdefiniować je tak ogólnie, żeby zmieściły się tu i 
religie, i - na przykład - psychoterapie) dbają o przekaz i o czystość, właściwe pochodzenie, 
tego przekazu. W chrześcijaństwie zachowywana jest zasada tak zwanej sukcesji apostolskiej, 
która oznacza, że tylko biskup może innego kapłana wyświęcić na biskupa, a cofając się w 

background image

łańcuchu biskupich święceń dochodzimy w końcu do apostołów, którzy swoje uprawnienia do 
nauczania i sprawowania religijnych ceremonii otrzymali (jak się wierzy) od samego Jezusa. 
W buddyzmie zachowaniu czystości nauk i praktyk służy rozbudowana procedura udzielania 
przekazu, na co składa się przekaz tekstu, przekaz prawa do nauczania i przekaz mocy. Dzięki 
temu - czego nie podaje się w wątpliwość w żadnym z odgałęzień buddyzmu - łańcuch 
uprawnionych mistrzów biegnie nieprzerwanie od samego Buddy Śakjamuniego. 

Również w psychoanalizie i wywodzących się z niej szkołach psychoterapii prawa do 
odbywania praktyki otrzymuje się od nauczyciela, który dostał je od... i tak dalej... i na 
początku tego łańcucha stoi założyciel danej szkoły. Podobnie jest w szkołach walki, jak 
kungfu, karate i pokrewne.  

Czy w naszym szamanizmie należy dbać o taki przekaz i o zachowanie sukcesji? 

Przede wszystkim, gdyby udzielanie przekazu zostało jakoś sformalizowane, byłoby to coś 
bardzo podobnego do działania organizacji, czego jak tylko możliwe należy unikać. Nie 
widzę też sensu, aby ktoś miał komuś udzielać przekazu na całość szamańskich praktyk, bo 
wtedy musiałaby istnieć jakaś instytucja, która ustala, jakie umiejętności i działania do owej 
"całości" należą. W grę wchodzi raczej przekaz poszczególnych praktyk, a do tej sprawy 
radziłbym podejść możliwie swobodnie. 

Jeśli na przykład czujesz, że potrafiłbyś poprowadzić ceremonię łaźni, zakopywania do ziemi 
albo podróży przy bębnie, zrób to - na razie w gronie zaufanych przyjaciół. Po czym dobrze 
będzie, jeżeli poradzisz się kogoś, kogo uważasz za bardziej doświadczonego i zapytasz go, 
czy robisz to w miarę dobrze. Niech ta osoba sprawdzi to własnej skórze i oceni twoje 
umiejętności. Pozytywna opinia w zupełności wystarczy. A kiedy będziesz później prowadzić 
to działanie, pamiętaj, aby powiedzieć uczestnikom, komu je zawdzięczasz. 

Sygnały o tym, że dojrzałeś do prowadzenia pewnych działań mogą też przyjść nie od ludzi: 
na przykład w snach, w spontanicznych wizjach, podczas podróży przy bębnie, lub - jak to 
było w moim przypadku, kiedy przymierzałem się do poprowadzenia warsztatów po raz 
pierwszy - w wizji podczas oddychania holotropowego.  (Oczywiście powinieneś umieć 
odczytać symbole, poprzez które przychodzi potwierdzenie.) 

Trzymajmy się też zasady, że w swojej drodze zbieramy, od różnych mistrzów i z różnych 
źródeł, poszczególne praktyki, a nie jakąś "całość uprawnień". To drugie rozumowanie 
doprowadzi cię do przystąpienia do sekty lub do założenia własnej. 

Są też praktyki, które jakby same z własnej mocy udzielają przekazu na ich prowadzenie. 
Należy tu przede wszystkim chodzenie po ogniu. Bariera lęku, jaka ogradza chodzenie po 
ogniu sprawia, że ten, kto odważy się samodzielnie po ogniu przejść i pociągnie za sobą 
innych, może uważać się za inicjowanego przez sam Ogień. 

A co z przekazem książkowym? Czy można robić i prowadzić działania, o których się tylko 
przeczytało? - To zależy od ćwiczenia. Wiele na przykład zawdzięczam książce Sancheza o 
jego warsztatach , ale niektórych ćwiczeń, które on opisuje, nie próbowałem nawet 
naśladować, nie widząc jak to wygląda w naturze i nie mając okazji aby doświadczyć ich "od 
środka" pod okiem samego twórcy. I tak przejąłem z jego książki zakopywanie się do ziemi, 
ale rekapitulacji nigdy bym się nie odważył - mimo iż on w książce tę drugą praktykę opisuje 
dużo obszerniej. 

background image

A może (neo)szamanizm to tylko zabawa w Indian? 
Mój nauczyciel, David Thomson, przekazuje "rodzimą tradycję" Indian z USA. Przez kilka lat 
miałem okazję zauważyć, jak to, co robi, ulegało wyczyszczeniu pod kątem wierności temu, 
co robią jego indiańscy "starsi". Reprezentuje on podejście, w myśl którego to, co pochodzi z 
indiańskich źródeł, jest automatycznie lepsze i zasługuje na większe poważanie i pilniejsze 
naśladowanie niż to, co zostało stworzone gdzie indziej i w inny sposób. Takie podejście 
uważam za godne szacunku, ale... nie widzę powodu, abym ja miał je naśladować. 
Różnica jest taka, że on, w Ameryce, przez poznawanie i kultywowanie indiańskiego 
przekazu, wraca do tradycji swojej ziemi. Będąc, w sensie rodowym czy rodzinnym, 
niedawnym gościem na tej ziemi, czuje się w obowiązku przejąć jej rdzenny przekaz. I to jest 
wspaniałe. 

Z podobnym szacunkiem myślę o tym, co (również w Ameryce) robi Frank Henderson 
MacEowen, kiedy drogą wewnętrznych wglądów poszukuje przekazu swojej krwi, swoich 
celtyckich przodków.  

Ja jestem jednak w tym położeniu, że moi przodkowie są stąd i moja ziemia jest tu: nie pod 
Górami Skalistymi i nie w Szkocji. I dokładne trzymanie się tego, co robią oni, dla mnie 
byłoby egzotyczną wycieczką, duchowym odrzutowcem transkontynentalnym, a nie 
poszukiwaniem własnych źródeł i korzeni. Więc uważam, że każdy powinien mieć 
świadomość, że jest taka kreska, za którą, gdy się ją przekroczy, kończy się poważna 
duchowa praca, a zaczyna się plastikowa zabawa w Indian. 

Co jest a co nie jest szamanizmem? 
W poprzednich rozdziałach Czytelnik mógł mnie przyłapać na wahaniach: czy działanie lub 
zjawisko, które opisuję, należy lub nie należy do szamanizmu? I komu przysługuje miano 
szamana? 
Mam wrażenie, że problem jest głównie natury słownej. Rozpowszechniło się w świecie 
ładne słówko "szaman", dorobiono do niego "szamanizm"; jest moda i jedni mają ochotę 
nazywać tymi słowami to, co im się podoba, a inni, przeciwnie, chcieliby znać jakieś 
rygorystyczne zasady, komu ten tytuł ma słusznie przysługiwać.  

Wydaje mi się, że pewnych zasad trzeba przestrzegać, bo nie wszystko złoto co się świeci i 
nie każdy szaman, kto w bęben bije. Widzę trzy takie linie graniczne, zawężające użycie 
słowa szaman. Po pierwsze, trzeba odróżnić szamanizm jako praktykę rodzimą, tradycyjną, 
czyli to co robią tubylcy w różnych krajach, od tego co robimy my: interesujący się 
szamanizmem i uczestnicy warsztatów. Miano szamanów pozostawmy dla ludzi wiedzy z 
tamtych ludów; to co robimy sami nazywajmy raczej neoszamanizmem, a nas samych (jak 
proponuje Frank Henderson MacEowen)  - szamanistami. 

Wśród samych ludów tubylczych przebiegają jeszcze dwie linie graniczne. Pierwsza oddziela 
tych, którzy sami wędrują po świecie duchów i wizji (i ci zasługują na miano szamanów), od 
tych, którzy swojego ciała i głosu udzielają duchom, przejawiających się za ich 
pośrednictwem. (Wśród Afrykanów i ich potomków w Ameryce przeważa to drugie 
podejście, rozwinięte w tak zwanych religiach opętania.) 

Druga linia graniczna wydziela te obszary, na których występują dwa zjawiska, które bez 
większego błędu można uznać za kluczowe dla szamanizmu (tego typowego, z Syberii): mam 
na myśli lot duszy i inicjację do "stanu" szamana połączona z rozkawałkowaniem (w wizji) 

background image

ciała i otrzymaniem nowego.  Dopiero za tą linią znajdują się ludy praktykujące szamanizm w 
sensie ścisłym, dopiero ich czarownicy zasługują na miano szamanów "w całej okazałości". 
Tu mieszczą się ludy Syberii, Mongolii i Mandżurii oraz Inuici (Eskimosi) z Ameryki 
Północnej. Dawniej ten "ścisły" szamanizm był znany także Lapończykom, tureckim ludom 
Azji Środkowej i ich sąsiadom, przodkom Madziarów, oraz Tybetańczykom. U Indian w 
USA występują tylko, jak się powiada, "pewne elementy" szamanizmu. Tym milsze jest dla 
nas, Polaków, że pewne elementy szamanizmu, i to tego ścisłego, przeciekły do "Dziadów" 
Mickiewicza. 

Czy szamanizm (a raczej neoszamanizm) jest religią? 
Jeśli pojmować religię jako kult oddawany bóstwom lub jednemu bogu, to oczywiście to, co 
robimy na warsztatach, żadną religią nie jest. Ale jeżeli w ślad za Eliade'm  uznamy że religia 
jest tam, gdzie jest świętość, sacrum, to rzeczywiście szamańskie działania graniczą z religią, 
jako że stwarzają warunki i okazje, aby doświadczyć świętości chwili, miejsca, zdarzenia, 
życia. Ale nic więcej... 
Szamanizm i buddyzm 
Oceniam, że około połowa ludzi, którzy przewinęli się przez warsztaty, które prowadziłem i 
w których brałem udział, ma mniejsze lub większe doświadczenia w praktyce buddyzmu, 
głownie zen lub tybetańskiej wadżrajany. Mam też wrażenie, że obie te drogi znakomicie się 
uzupełniają. Buddyzm ma coś, czego nie ma (i raczej mieć nie będzie) szamanizm, 
mianowicie znajomość ostatecznego celu naszej ziemskiej drogi, którym - w myśl 
buddyjskich nauk - jest urzeczywistnienie natury naszego umysłu. Szamanizm zaś dostarcza 
sposobów i okazji na poznanie owej natury umysłu w jej bogactwie i wielostronności zanim 
zostaniemy oświeceni. Powiada się w buddyzmie, że ktoś, kto dostatecznie wyraziście 
wyobraziłby sobie, że jest oświecony, zostałby oświecony. Można z pewną przesadą 
powiedzieć, że szamańskie działania zaczarowują nas tak, że samsara przez czas jakiś wydaje 
się nirwaną. Ale skoro tak wydaje się, to już został poczyniony krok w kierunku tego, aby tak 
było. Szamanizm i buddyzm w żadnym punkcie ze sobą nie konkurują, a przeciwnie - takie 
mam wrażenie - wspierają się. Choć oczywiście dziać tak się może tylko w umysłach 
poszczególnych ludzi. Jako "instytucje" oba stoją zupełnie osobno. 
Czy (neo)szamanizm jest (neo)pogaństwem? 
Różnica między współczesnym szamanizmem i współczesnym pogaństwem jest taka, że 
zamiarem pogaństwa jest odnowa, rekonstrukcja lub wskrzeszenie oddawania czci dawnym 
bogom, za to z punktu widzenia działań szamańskich bogowie są raczej nieistotni. Czy są, czy 
ich nie ma, czy może ich imiona są tylko metaforami, czy jest ich wielu czy raczej jeden, jak 
się nazywają i jaki sposób ich czczenia i przywoływania jest właściwy - to wszystko niech 
pozostanie prywatną sprawą poszczególnych ludzi. Być może "klimaty" i stany umysłu, jakie 
pojawiają się podczas szamańskich działań spodobają się neopoganom, i w takim razie - 
zapraszam do kręgu... tak jak i wszystkich innych. 
Czy możliwe jest odrodzenie słowiańskiego szamanizmu? 
- I tak, i nie. Nie, ponieważ nie ma możliwości, aby sprawdzić, czy to co stworzymy, ma jakiś 
związek z faktycznym dawnym słowiańskim szamanizmem; i co więcej raczej nie należy się 
łudzić, żeby kiedykolwiek taka możliwość zaistniała. Dawne słowiańskie praktyki o 
szamańskim charakterze przepadły tak, jak przepadła dawna religia Słowian i mnóstwo 
wątków z ich oryginalnej kultury. Euro-chrześcijańskie "światło" wypaliło (niemal) wszystko. 
Przede wszystkim zaś zerwana została ciągłość przekazu, a także jesteśmy w o tyle gorszej 
sytuacji od Madziarów i Turków, że tamci mają przynajmniej swoich etnicznych krewnych, 
którzy zostali przy rodzimej kulturze: dla Węgrów kimś takim są Mansowie (Mansi), dla 
Turków Jakuci i Tuwińcy. My nie mamy starych syberyjskich pobratymców, nad czym 
ubolewam bez nadziei na pociechę. Warto przy okazji zauważyć, że jednak jesteśmy w 

background image

lepszym położeniu od słowiańskich neopogan, bo jednak nie jesteśmy, jak oni, uzależnieni od 
wiedzy o tym, jacy byli słowiańscy bogowie, kim byli dla swoich wyznawców i jakie należą 
im się kultowe praktyki jako dowody czci. Praktyki szamańskie są jednak dużo bardziej 
ogólne, uniwersalne i ponadczasowe. 
Kiedy myślę o szamanizmie, że powinien być słowiański, chodzi mi raczej o coś dużo 
skromniejszego niż rekonstruowanie dawnych praktyk (których i tak chyba nie poznamy). 
Chodzi mi o cała rytualną otoczkę, która powinna być odczuwana przez nas, Polaków, jako 
coś swojego. A więc odwołania do zrozumiałych symboli, jak to, że z północy przychodzi 
wilk, a z południa bocian. Że zapach, który jest dla nas wehikułem, to zapach naszego piołunu 
(chociaż kalifornijska Salvia apiana, white sage jest mi równie bliska). Zaklęcia, które 
wypowiadamy w naszym języku. I że śpiewamy pieśni, których melodia wyciska nam łzy i 
każe myśleć o błotach i stepach, z których wynurzyli się nasi przodkowie, i o rzekach, 
którymi płynęli. Kiedy prowadziłem "długie, nocne rozmowy" z Leonidem Larem, 
nienieckim "szamanem pędzla", jasne się stało dla nas obu, że rodzima kultura Polski (nie 
nazywajmy ją pogardliwie ludową ani folklorem) jest równie soczystym podłożem dla 
szamańskich praktyk, co ich, Nieńców, prastary syberyjski przekaz - tyle, że my nie mamy jej 
zwieńczenia: nie mamy własnych szamanów. 

Oby duchy pomogły, aby byli. 

Chociaż mam wciąż nadzieję, że te skromne metody badania umysłu, które przekazuję, jak i 
te bardziej zaawansowane, których nie znam, doprowadzą kiedyś do tego, że w umysłach 
polskich (i innych) praktyków pojawi się rdzenny słowiański szamanizm, który będzie 
kontynuacją i przekazem od naszych genetycznych i duchowych przodków, przekazem 
naszych ciał, naszych kości i naszej ziemi. Doświadczenia Grofa i MacEowena pokazują, że 
nie jest to niemożliwe. 

  

Przypisy 
[1] Inaczej jest w hinduzmie, który sprawia wrażenie, jakby przekaz, który pozostaje po 
wielkich mistrzach tej religii i duchowej tradycji, stopniowo słabł w miarę mijania lat i 
pokoleń od ich śmierci. Wielu nie pozostawiało żadnych uczniów choćby w przybliżeniu 
podobnej miary co oni sami; tak było np. w przypadku najsłynniejszego chyba z niedawno 
żyjących hinduskich mahatmów, jakim był Ramana Mahariszi (1879 - 1950) spod góry 
Arunaczala. Jest tak, jak gdyby Hindusi ufali swoim bogom, którzy co jakiś czas zsyłają swój 
kolejny awatar - wielkiego guru - aby odnowić stygnące nauki o wyzwoleniu. W 
przeciwieństwie do nich buddyści pilnie strzegą swoich "linii przekazu", aby ani na moment 
nie osłabły, nawet jeżeli w którymś pokoleniu zabraknie naprawdę wielkich mistrzów.  
[2] Victor Sanchez, "Nauki Don Carlosa", wyd. polskie Bygdoszcz 1997  

[3] Słowo szaman (akcentowanie sza-MAN) pochodzi z Syberii, z języka Ewenków, ludu z 
rodziny tungusko-mandżurskiej, zamieszkującego ogromne przestrzenie od Jeniseju do 
wybrzeży Morza Ochockiego. Od Ewenków przeszło do rosyjskiego i stąd w świat. 
Dopatrywano się podobieństwa słowa szaman do sanskryckiego śramana i palijskiego 
samana, znaczących "umartwiający się asceta". W tym ujęciu słowo to nie byłoby rdzennie 
syberyjskie, lecz zapożyczone z Indii (w co nie chce mi się wierzyć). Południowi sąsiedzi 
Ewenków mówiący językami tureckimi nazywają szamanów kam, co Rosjanie zapożyczyli w 
postaci czasownika kamłat', kamłanije - wchodzić w szamański trans, odprawiać seans 

background image

szamański. W języku ich północnych sąsiadów, Nieńców, szamana określa się słowem 
tadebja.  

[4] Frank Henderson McEowen, "Reclaiming Our Ancestral Bones: Revitalizing Shamanic 
Practices in the New Millenium", w: Shaman's Drum nr 58, 2001.  

[5] Według Piersa Vitebsky'ego; patrz jego książka "Szaman", wyd. polskie Warszawa 1996.  

[6] Mircea Eliade, "Traktat o historii religii" 1949, wyd. polskie Łódź 1993  

Część 12. 
Aneks I. Otwieranie trzeciego oka tlenem 

  
 
Wspomniałem wcześniej o wizji podczas oddychania holotropowego, która miała miejsce na 
krótko przedtem zanim poprowadziłem swoje pierwsze warsztaty. Myślę o niej jak o rodzaju 
spontanicznej inicjacji, i wciąz pozostaje ona dla mnie źródłem inspiracji w moich 
poszukiwaniach.  

Wojciech Jóźwiak 

Otwieranie trzeciego oka tlenem 

Indyjscy jogini przed tysiącami lat odkryli, że oddech jest bramą do doskonałości, cudownych 
mocy i duchowego wyzwolenia. W czasach obecnych mamy coraz więcej dowodów na to, że 
dawni mędrcy nie mylili się. Normalnie żyjąc, chodząc, myśląc i śpiąc wykorzystujemy tylko 
drobną część możliwości, jakie zawarte są w oddechu. Wyobraźmy sobie podziałkę ze 
wskazówką. Wskazówka pokazuje stan oddychania. Stoi pośrodku i to jest nasze oddychanie 
normalne. W lewo na skali zaczyna się obszar, gdzie oddech nie dostarcza dosyć tlenu i 
człowiek zaczyna się dusić. Na skraju podziałki jest czerwona kreska - to śmierć. A co jest na 
prawo? Co się dzieje, kiedy oddychając dostajemy tlenu za dużo? Do niedawna mało o tym 
wiedziano (chociaż jogini wiedzieli...). Okazuje się jednak, że na prawo (w myśl naszego 
porównania z podziałką) zaczyna się obszar zmienionych stanów świadomości - świadomość 
wizyjna
, czyli stan, w którym otwiera się legendarne Trzecie Oko. Ten obszar ludzkich 
doświadczeń współcześnie na Zachodzie zaczęto badać niezależnie z różnych stron. Weszli 
tam twórcy rebirthingu, czyli techniki cofania się (w wewnętrznej wizji) do własnych 
narodzin; a także odkrywcy regresji, którzy podobnym sposobem cofają klientów aż do 
poprzednich wcieleń. Trzecim badaczem tego stanu świadomości został Stanisław Grof. 

Osoba, prace i odkrycia Stanisława Grofa pozostają w Polsce niemal nie znane, oprócz 
wąskiego grona specjalistów. Grof jest Czechem, chociaż obecnie mieszka i pracuje w 
Stanach Zjednoczonych. Urodzony w 1931 roku (dla miłośników astrologii dalsze szczegóły: 
1 lipca o godz. 18:45 w Pradze; czas środkowoeuropejski bez letniej zmiany), ukończył studia 
medyczne i został psychiatrą. Jeszcze pod koniec studiów zainteresował się mało wówczas 
znaną substancją, którą podawano lekarzom, aby dać im wyobrażenie, jak postrzegają świat 
schizofrenicy. Ów środek wytwarzał stany zmienionej świadomości, które wówczas uważano 
- niezbyt słusznie - za podobne do schizofrenii. Substancja ta w późniejszych latach stała się 
sławna - był to LSD... Grof nadał doświadczeniom z LSD wielki rozmach. Podawał ten 

background image

halucynogen swoim kolegom-lekarzom, pielęgniarkom, ochotnikom i samym psychicznie 
chorym. Słuchał opowieści z tego dziwnego świata, który pod wpływem LSD powstaje w 
umyśle. Stopniowo uświadomił sobie, że jest pionierem tej wiedzy, a reszta świata o skutkach 
LSD wie tyle, co nic. Postanowił więc przenieść się ze swoim warsztatem badawczym do 
naukowego środka świata, czyli do USA. Ale był wtedy już rok 1967 i Grof w Stanach trafił 
na szczyt hippisowskiej rewolucji kulturalno-seksualnej. LSD brała cała tamtejsza 
zbuntowana młodzież, kwas stał się popularnym narkotykiem, a powtarzające się odloty
połączone z życiem w komunach budziły coraz większe zaniepokojenie rodziców, polityków, 
policji i całej opinii publicznej. W końcu używanie LSD zostało prawnie zabronione i środek, 
który Stanisław Grof uważał za klucz do ludzkiej duszy i do samopoznania całej psychicznej 
złożoności człowieka, zaczął być tępiony na równi z kokainą. W tej sytuacji Grof, który nie 
miał ochoty wracać do Czech, zaczął poszukiwać takiej metody otwierania głębokich 
pokładów podświadomości, które by żadnych służb śledczych nie niepokoiły. I znalazł - 
głębokie oddychanie, czyli szok tlenowy. 

Organizm broni się przed nazbyt głębokim oddechem. Zazwyczaj przy wdechu i wydechu 
wymieniamy tylko około 10 procent powietrza zalegającego w płucach. Ta oszczędność ma 
swój sens biologiczny: fala zbyt świeżego powietrza naraziłaby delikatne pęcherzyki płucne 
na wysuszenie i wyziębienie. Zresztą częstym ubocznym skutkiem głębokiego oddychania 
jest wychłodzenie ciała i poczucie zimna. Można jednak przełamać odruchowy opór 
organizmu i przejść na oddech głęboki i szybki. Następuje wtedy tlenowy szok 
(hiperwentylacja) - nadmiar tlenu w przyśpieszonym tempie zaczyna spalać glukozę w 
tkankach, głównie w mięśniach, i organizm dostaje nagle od środka taką uderzeniową dawkę 
energii, do której nie przywykł i z którą po prostu nie wie, co robić. Pierwsze uczucie dla 
kogoś nie przygotowanego jest raczej przykre. Sztuka głębokiego oddychania, które Grof 
nazwał oddechem "holotropowym", polega na tym, aby pozwolić owemu strumieniowi 
wewnętrznej energii przetworzyć się w wizje, w wewnętrzne widzenie i odczuwanie. Nie 
trzeba przy tym robić nic specjalnego - nie należy walczyć z energią dosłownie rozrywającą 
całe ciało, niby odpalony w płucach granat; nie należy jej blokować. Trzeba pozwolić jej 
wyrazić się tak, jak ona tego chce. Wtedy następuje otwarcie trzeciego oka

Miałem przyjemność niedawno brać udział w warsztacie holotropowego oddychania - być 
może pierwszym w Polsce. Prowadził te zajęcia pan N.V. z zespołem pięciorga swoich 
asystentów, a działo się w miejscowości S.B. na Mazurach. Zachowuję taką tajność, gdyż ta 
miejscowość jest wojskowym osiedlem nie zaznaczanym na mapach; jak również dlatego, że 
N.V. zobowiązał uczestników do daleko posuniętej dyskrecji. N.V. jest uczniem Grofa, 
chociaż jego metodę wzbogacił szeregiem własnych pomysłów. W jego (jak i Grofa) 
wykonaniu, ta technika oddechowa służy przede wszystkim jako środek psychoterapeutyczny 
(jest to tzw. terapia holotropowa), ale na warsztacie, w którym brałem udział, poddali się jej 
ludzie zupełnie zdrowi na umyśle - w większości zresztą sami psychoterapeuci. 

Mimo to, zewnętrzne wrażenie, jakie mógłby wynieść przypadkowy obserwator gdyby udało 
mu się zajrzeć na salę, byłoby porażające. Ludzie poddający się zabiegowi głębokiego 
oddychania zachowują się co najmniej dziwnie. Ciała poddane tlenowemu szokowi skręcają 
się w konwulsjach; nie można powstrzymać nie kontrolowanego śmiechu, płaczu i krzyku. 
Nad zwijającymi się "doświadczającymi" krzątają się czujni asystenci, gotowi pomóc 
natychmiast, gdyby ktoś miał kłopoty. Ale... wszyscy przeszli przez tę istną pralnię z 
wirowaniem w nader dobrej formie i wracali z warsztatu jak nowo narodzeni. 

background image

Opowiem o mojej wizji. (Każdemu wolno mówić tylko o własnej: takie są zasady.) Zaczęło 
się od tego, że rozpoznałem tę energię, która, jak już wspomniałem, wypełniała i rozrywała 
moje ciało, jako identyczną z tą, której doświadczali dawni praindoeuropejscy wojownicy po 
wypiciu somy (czyli zapewne kompotu z czerwonych muchomorów). Soma wprawiała 
adeptów w stan heroicznego uniesienia, w którym widzieli siebie zanurzonych głowami w 
obłokach i spoglądających na świat oczyma olbrzymów-nadludzi. Nic dziwnego, że w tym 
stanie szli przez pola walki jak prawdziwe demony wojny i zagłady. A to byli nasi dalecy 
przodkowie. Kolejne ich najazdy, które wychodziły z czarnomorskich stepów, doprowadziły 
do powstania plemion i państw Hetytów, Persów, Indów, Celtów, Greków, Germanów... i na 
ostatku Słowian. Podbijali starsze cywilizacje megalitycznej, matriarchalnej Europy. Sami 
byli zorganizowani w męskie wojenne klany, podległe władcom, którzy uważali się za 
wcielenie Słońca i Pioruna. Bóstwa, które czcili, były męskie, brodate i gromowładne. Takimi 
byli Zeus, Jowisz, Indra, i (poźniejsi) Thor i Perun. Ich siedzibą były najwyższe góry, 
drzewem dąb, ptakiem orzeł. Teraz, kiedy leżałem na materacu w S.B., ich peruniczna 
energia wyrywała się z mojego ciała. 

Widziałem Słońce na niebie, świecące pomiędzy dwiema granatowo-czarnymi burzowymi 
chmurami sięgającymi nieba. Słońce prażyło pomarańczowym blaskiem ognia. Z chmur 
schodziła na ziemię lawa piorunów. Pod Słońcem zobaczyłem człowieka, który stał sięgając 
głową chmur, a w obu rękach dzierżył gromy. Ich moc czułem w swoich rękach. Ja byłem 
nim. 

Te pioruny, gdybym miał je narysować, wyglądałyby jak złote węże. W miejscu, gdzie stał 
ów mocarz, rosło teraz drzewo. Nie było to zwykłe drzewo. Było to Drzewo Kosmiczne, oś i 
podpora świata. Był to dą

, ale nie był to dąb zwykły. Był to gatunek dębu Quercus 

macrocarpa, co po łacinie i grecku znaczy: dąb o wielkich owocach. To jest prawdziwy 
"superdąb" - ma wyjątkowo głęboko bruzdowaną korę, ogromne liście i wielkie żołędzie. 
Gatunek ten bardzo rzadko spotykany jest w Polsce; jeden wielki i piękny okaz rósł w 
warszawskim ogrodzie botanicznym. W naturze dęby te rosły - zanim wycięto ich lasy - w 
Ameryce nad górną Mississippi. Pień tego dębu, który widziałem w wizji, był idealnie prosty 
i wyglądał jak kolumna. Pokrywała go gruba kora, która okazała się czerwonawą rdzą i 
opadła, odsłaniając gładką i lustrzaną, ale ciemną powierzchnię stali. Oglądałem ten stalowy 
pień od zewnątrz, jako zewnętrzny widz, i zarazem od środka, ponieważ byłem cały 
zatopiony w tym pniu. I jednocześnie byłem postacią, która wisiała na tym pniu lub była do 
niego przytwierdzona - jak Jezus, jak Odyn, jak Wisielec z dwunastej karty taroka. 

Korona drzewa była zanurzona w substancji, która dotąd była burzowymi chmurami. Listowie 
drzewa mieszało się z ogniem, z mokrą chmurą i z elektrycznymi wyładowaniami. Moje ciało 
- pień drzewa - było idealnym przewodnikiem elektryczności, i mogłem dowolnie wielkie 
megawolty napięcia przepuszczać przez siebie bez żadnego wrażenia. Czułem w sobie ten 
potężny strumień energii, idący z niebios na ziemię i z ziemi do nieba. Bo i w ziemi u moich 
stóp-korzeni trwała gorączkowa i heroiczna praca. W jamie pod korzeniami, wypełnionej 
pożogą, była kuźnia, gdzie szereg wyłaniających się z ognia barczystych i potężnych postaci 
wprawiał w ruch młoty w mocarnych rękach. Ujrzałem w nich i w ich pracy - Hefajstosa, 
który wykuwał w otchłani pod Etną tarczę dla Achillesa, a ów krąg złotej tarczy był w istocie 
modelem świata. Tak było i teraz - a to, czym trudzili się płomieniści kowale 

, było w 

istocie wykuwaniem form tego świata. To był moment mojego największego triumfu. Gromy, 
których ryk słyszałem i naśladowałem, przepływały przez moje ciało. U swoich stóp 
widziałem krwawiące zwłoki moich wrogów, które deptałem, tak jak przedstawia się to na 
rycinach wyobrażających boginię Kali albo Strażnika Mahakalę. 

background image

Rysunek wizji

 

wykonany zaraz potem: 

1. Człowiek burzy 

2. Dab Quercus macrocarpa 

3. Drzewo kosmiczne 

4. Zapładniacze 

5. Kuźnia Hefajstosa 

6. Budda Amitabha 

7. Oświecenie Siakjamuniego 

8. Moj ogród 

9. Przemiany czasu 

10. Zadowolone szkielety 

11. Krąg lwów 

Tymczasem gładka zrazu powierzchnia stalowo-dębowego pnia zaczęła się uwypuklać i giąć 
w węzły. Wyłaniały się z niej fallusy, plujące krwistym ogniem. W ślad za nimi poczęły 
wyłaniać się z pnia i odrywać, odpączkowywać od niego, kolejne dziwne postaci. Były to 
małe, miniaturowe męskie istoty, uczynione z tej samej substancji co pień drzewa - z giętkiej i 
ciemnej stali. Odrywali się oni od pnia i naładowani energią, biegli pędem przed siebie, każdy 
z fallusem podanym do przodu. Niektórzy z tych mężczyzn mieli rogi podobne do jelenich 
lub rogów koziorożca, niektórzy cali przypominali jelenie lub kozły; wypatrzyłem nawet 
wśród ich tłumu chrząszcza-jelonka z wielkimi rogami. Patrzyłem na nich jak na własne 
dzieci... Wszyscy gnali przed siebie, na cztery strony świata, aby zapładniać wszystkie 
napotkane kobiety lub samice. A że tak się złożyło, że akurat niektóre z kobiet biorących 
udział w sesji, przeżywając swój własny "proces", zaczęły krzyczeć, więc ich głosy 
przyjemnie włączyły się w tę wizję, jako krzyki zapładnianych żeńskich istot. 

Wydawało mi się, że ta wizja Kosmicznego Drzewa jest właśnie tym, co przeznaczone mi 
było zobaczyć. Ale widzenie nie chciało trwać w nieskończoność. Czułem, że muszę zejść z 
tego drzewa, wyjść z jego pnia. Ale żeby tego dokonać, musiałem odrzucić własne ciało. 
Uczyniłem to, tak iż pozostał ze mnie wielki szkielet, którego każda kość jarzyła się białym 
światłem. W tej postaci zszedłem do stóp drzewa, gdzie trwały tańce, i włączyłem się do 
tanecznego kręgu. Byłem w wewnętrznym kręgu, który tworzyli sami mężczyźni. Kobiety 
tańczyły w kręgu zewnętrznym; był to pierwotny taniec całego plemienia. Dodać muszę, że 
nieodłączną częścią holotropowego treningu jest muzyka - oddychanie i przeżywanie wizji 
odbywa się na tle muzyki, rytmicznej, dynamicznej, chwilami przechodzącej w hinduskie 
mantry. Temu tańcowi towarzyszyła właśnie taka ostra muzyka, i musiałem wtedy zabawnie 
wyglądać, kiedy rytmicznie wyginałem się, cały czas leżąc z zamkniętymi oczami na 
materacu. 

background image

Narastało tymczasem napięcie w mięśniach brzucha, jakby nagromadzona tam energia 
torowała sobie drogę wyjścia poprzez nowe wizje. Teraz widziałem siebie leżącego, a nad 
moim pępkiem krzyżowały się linie energetyczne przychodzące z wszystkich stron świata. Na 
skrzyżowaniu tych linii, z punktu nad moim pępkiem, zaczął wyłaniać się Budda. 
Rozpoznałem w nim przesyconą czerwonym światłem postać Buddy Amitabhy, z którym 
byłem szczególnie związany, jako że kiedyś praktykowałem do niego i odmówiłem kilkaset 
tysięcy jego mantr zaleconych mi przez lamę. Chciałem teraz utrzymać jego wizję, która 
bardzo mnie ucieszyła, ale okazało się to nie do wykonania, gdyż napierająca z brzucha 
energia domagała się produkowania i wysyłania w przestrzeń coraz to nowych Buddów 
Amitabhów, którzy ulatywali i unosili się nade mną niby kolorowe mydlane bańki. 
Jednocześnie przypomniało o sobie porzucone niedawno Drzewo - ale tym razem drzewo to 
było figowcem, pod którym Budda Siakjamuni osiągnął swoje wielkie oświecenie. 

Ujrzałem Go - Siakjamuniego - siedzącego pod drzewem, przed świtem tego najważniejszego 
dnia w jego życiu. Świat ogarniała lekka, mglista, niebieskawa szarówka. Nad horyzontem, 
już zaróżowionym, unosiła się Wenus jako Gwiazda Zaranna; planeta, która była świadkiem 
jego wielkiego Przebudzenia. Ja byłem jednym z najbliższych towarzyszy Buddy, jednym z 
tych ascetów, którzy razem z nim w tym lesie spędzali kolejny rok na medytacjach. Razem z 
nim byliśmy oto u celu, a Przebudzony trzymał w lewej ręce biały kwiat, jakby lilię - zgodnie 
zresztą z legendą. A ja nie mogłem oderwać od niego wzroku... Widziałem też węże i inne 
leśne zwierzęta, które przychodziły, by go uczcić. U stóp Buddy płynęła rzeka, szeroka, 
bezkresna, taka, że drugiego brzegu trzeba było się ledwo domyślać. Przez moment 
widziałem też nagą dziewczynę z karty taroka "Gwiazda", uosobienie tej rzeki i Gwiazdy 
Wenus zarazem, jak przyklękała przez Buddą. Chwilami oddalałem się z tego miejsca, 
unosiłem się nad rzeką, widziałem szeregi widmowych łodzi z wioślarzami, które bezgłośnie 
we mgle na wpół płynęły rzeką, na wpół unosiły się nad nią. I wciąż widać było dwa światła: 
Wenus na niebie i złoty blask bijący od Buddy na brzegu rzeki. Postanowiłem jedno z 
miniaturowych drzewek-bonsai, małych figowców, które hoduję w domu, uformować na 
kształt tego drzewa, pod którym zasiadał Siakjamuni. 

Wydawało mi się, że i ta wizja się nie skończy. Ale wzeszło Słońce (i jednocześnie zaszedł 
Księżyc) i ta przemiana przeniosła mnie do mojego ogrodu przed moim domem, gdzie 
zobaczyłem siebie samego, jak siedzę w ogrodzie w medytacji, a koło mnie moją rodzinę, a 
także moje psy i koty, także te, które już nie żyją; wszystkie w swoich ulubionych miejscach, 
te zmarłe tam, gdzie wylegiwały się za życia. Zobaczyłem następnie wnętrze swojego domu, i 
miejsce, gdzie zwykle pracuję, siebie samego przy komputerze i wykresy horoskopów na 
ekranie, i poczułem, że to co robię, jest dobre i właściwe, i że może jest to najwłaściwsza 
rzecz, spośród tych, które mógłbym robić. Poczułem się doskonale pogodzony ze sobą. 

Od pewnego czasu otwierałem już oczy i okazywało się, że widok sali wcale nie przeszkadzał 
widzeniu wewnętrznemu. Teraz pojawił się obraz - w stylu malarstwa Henryka Wańka - który 
ilustrował przemiany czasu. Była to powierzchnia kuli ziemskiej, ponad którą przesuwały się 
w jednostajnym rytmie strefy dnia i nocy, chmur i światła, słońca i deszczu. Był to obraz 
doskonałości i harmonii. I tu pojawiła się myśl: przecież z tym wiąże się twoja śmierć. Czy 
jesteś na nią gotowy? Wtedy jako kolejna ilustracja pojawił się widok mnóstwa szkieletów, 
jakie pozostawiłem po moich poprzednich życiach. Leżały wszędzie pod ziemią, miejscami 
tworząc istne warstwy geologiczne. Widziałem, że czują się dobrze, i jest im wygodnie; 
leżały w niedbałych pozycjach, podpierając rękami czaszki; śmiały im się ich zębate 
paszcze... 

background image

Wizje powoli wygasały... Napięcia w ciele, które wcześniej wydawały się nie do zniesienia, 
zniknęły jakby ich nigdy nie było. Nie czułem też potrzeby ruszania się. Pozostała tylko 
muzyka z głośników, która nadal przekształcała się w obrazy. Któryś mocniejszy rytm 
przeobraził się w krąg lwów, które obległy mnie ze wszystkich stron. Lwy były muskularne, 
rozwierały pyski, przeskakiwały ponad mną; czułem niemalże na sobie ich oddechy i wiele 
radości sprawiał mi ich widok. Sam pozostawałem wewnątrz ochronnego kręgu i czułem się 
od nich zupełnie bezpieczny. Podziwiałem je i myślałem, że praca tresera w cyrku jest 
zarazem pracą z energiami, które one uosabiają, a które tkwią także w ludziach. Ale te lwy, 
pod wpływem drobnej zmiany tempa muzyki, przemieniły się w węże i żaby, które jęły na 
mnie włazić, wobec czego naciągnąłem na siebie śpiwór... 

Odtąd przebywałem już w zupełnie normalnym stanie umysłu. Bawiłem się skojarzeniami, 
przypominaniem sobie dopiero co doświadczonych wizji, zwykłą grą fantazji. Usiadłem do 
medytacji, patrzyłem, co robią inni; byłem jeszcze oszołomiony tą falą dziwnej mitologii, jak 
przewaliła się przez mój mózg. Miałem nieoczekiwanie wiele czasu - sesja była obliczona na 
całe przedpołudnie, a moje wizje trwały może ledwie pół godziny... 

PRZYPISY 

O dębach i ich pogańskiej magii i o dębach w Biblii przeczytasz tu: 

Kowale. Ciekawe skojarzenia biegną od tego miejsca, jeżeli posłużyć się językiem 
angielskim. 'Kuźnia' to po angielsku forge, zaś pokrewne słowo forgery oznacza 
'podróbkę', 'imitację', 'produkt fałszerstwa'. To forge znaczy zarówno 'wykuwać w 
kuźni' jak i 'fałszować'. W tym ciągu skojarzeń kowal zostaje utożsamiony z 
Triksterem-Oszustem, konkurentem Stwórcy w dziele formowania nowego świata. 
(Więcej patrz w artykułach o-Kowalu i postaci.) Słowo forgery nieoczekiwanie 
zaktualizowało się ostatnio dzięki teoriom chaosu i fraktali. Twórca analizy fraktalnej, 
Benoit Mandelbrot, wprowadził termin fractal forgery (imitacja fraktalna, 
"fałszerstwo fraktalne") na określenie fraktali imitujących kształty spotykane w 
przyrodzie: chmur, krajobrazów, drzew, liści, robaków itp. Od tej pory naukowiec 
przykładający fraktalne wzory do zjawisk przyrody nie jest już "kapłanem" 
celebrujacym "naukowe prawdy", lecz raczej wcieleniem Oszusta-Trikstera. 
Interesująca zmiana archetypu... 

Część 13. / Aneks II. 

Swetlodż i rośliny aromatyczne u Indian 

autor: Łukasz Łuczaj  

  

 

background image

Obrzęd łaźni - swetlodż -był kiedyś bardzo rozpowszechniony wśród pierwotnych 
mieszkańców Ameryki Północnej. Pierwsi opisali go Hiszpanie, którzy natknęli się na 
meksykański temezcalli (teme w języku Nahuatl znaczy "kąpać się", a calli "dom"). 
Najczęściej obecnie znaną i kultywowaną formą łaźni jest ta stanowiąca szkielet ze 
splecionych wygiętych gałęzi, na wzór małego wigwamu, przykrytych tradycyjnie skórami 
bizona lub współcześnie kocami. Jest to inipi Lakotów, które wtórnie rozprzestrzeniło się 
wśród Indian i nie-Indian. Nie jest to jedyna znana forma amerykańskiej łaźni parowej. 
Struktury dla niej przeznaczone często podobne były do właściwych szałasów, w których 
dane plemiona mieszkały, np. na pn-wsch. Ameryki mogły być pokryte zszytą korą brzozową, 
na północnym zachodzie mogły być zrobione z desek, na południu były budowlami ziemnymi 
lub kamiennymi. Wreszcie plemiona kalifornijskie robiły łaźnię w tych samych budowlach, w 
których mieszkały. 

Tak łaźnię plemienia Mohikan z okolic dzisiejszego Nowego Jorku opisuje na początku XVII 
w. niderlandzki podróżnik David de Vries: 

"Kiedy mają życzenie oczyścić się ze swego brudu, idą w jesieni, kiedy zaczyna się robić 
zimno, aby koło jakiegoś płynącego strumienia zrobić mały piec, wystarczająco duży żeby 
leżały w nim trzy-cztery osoby. Robiąc to wpierw biorą gałęzie drzew a potem przykrywają je 
ciasno gliną, tak że dym nie może uciec. To zrobiwszy biorą pewną ilość kamieni, które 
podgrzewają w ognisku i potem kładą w piec, i kiedy myślą że jest [tam] wystarczająco 
gorąco, wyciągają znowu kamienie i idą i kładą się tam, mężczyźni i kobiety, chłopcy i 
dziewczęta, i wychodzą spoceni, tak że każdy włos ma kroplę potu na sobie. W tym stanie 
zanurzają się w zimnej wodzie, mówiąc że to jest zdrowe, ale ja pozwolę sobie tą zdrowość 
pominąć, i potem stają się całkowicie czyści i bardziej pociągający niż wcześniej." 

Najczęstszym wytłumaczeniem stosowania swetlodż przytaczanym przez podróżników są 
walory higieniczne, przyjemność i wartości lecznicze, super-lek na wszystkie choroby. Często 
jednak te powody splatały się z duchowością i obrzędowością, które w pierwotnych kulturach 
były trudne do oddzielenia od codzienności. Zwykle obowiązywał pewien ściśle 
przestrzegany rytuał zachowania, tak że obrzęd swetlodż często porównywany jest do 
sakramentu. Był on wreszcie używany przed podjęciem ważnych decyzji, przy naradach, a 
nawet do przepowiadania przyszłości, jak opisał to Hierosme Lalemant w 1646 r.: 

"Innym razem, przed wyruszeniem na wojnę, zapytano o radę szamana. Zbudowano mu dom 
potu z kory trzy czy cztery stopy wysoki i umieszczono w środku gorące kamienie. Szaman 
zamknął się w środku i śpiewał, podczas gdy wojownicy tańczyli na zewnątrz. W końcu jego 
duch dał mu odpowiedź, a on wykrzyknął "Zwycięstwo! Widzę wrogów nadchodzących ku 
nam z południa. Widzę ich jak biorą się do walki. Widzę was wszystkich biorących ich w 
niewolę." Na bazie tego wojownicy wyruszyli na południe." 

background image

Budowla sweatlodżu podobnie jak mieszkania Indian była symbolicznym odpowiednikiem 
całego kosmosu, ciała ludzkiego albo zwierzęcego. Wśród Indian Tolowa z pn. Kalifornii 
dokonywano specjalnego obrzędu swetlodż przed okresem tarła łososi. Wierzyli oni, że 
wchodząc do swetlodż wchodzą do środka nadnaturalnego łososia, a poszczególne części 
swetlodż (który był budowany jako dwuspadowy daszek pokryty deskami) przypominają 
części ciała łososia. U innych plemion też odnoszono się do swetlodż jako symbolicznego 
zwierzęcia, wśród Indian Preriowych najczęstszą analogią był żółw lub niedźwiedź. 
Powszechne też były analogie między kopułą wigwamu swetlodż a kopułą nieba. W 
plemieniu Yurok budynek swetlodż (w kształcie małego domku o dwuspadowym dachu) 
rytualnie odbudowywano co sześć lat. Zaczynano od zwrócenia się do świętej sekwoi: "Zetnę 
cię ponieważ będziesz nam podtrzymywać niebo". Po ofiarach dla drzewa budowniczowie 
ścinali drewno na centralny pal, cztery główne deski, które "sięgają krańca świata" i na ślemię 
(podłużną belkę wzdłuż szczytu dachu). Tych sześć kawałków drewna było potem "zabijane", 
traktowane jako zwłoki królewskie i wskrzeszane przez rytuał Odnowy Świata. Yurokowie 
uważali, że taki szacunek należy się dla swetlodż, bo to "najczystszy z budynków". 

Swetlodż był przez długi czas praktyką zakazaną przez władze. Tak zrobiły misje hiszpańskie 
w Kalifornii na początku XIX wieku. W 1873 swetlodż Indian został zakazany przez władze 
federalne USA, a w archiwach narodowych Waszyngtonu w dokumencie nr 1655 datowanym 
26 kwietnia 1921 znajdujemy taki przepis: 

"Taniec Słońca i inne podobne tańce i tak zwane ceremonie religijne są uznawane za 
"Wykroczenia Indiańskie" wg obowiązującego prawa i powinny być odpowiednio karane." 
Ten status ceremonii indiańskich zmienił się dopiero pod koniec XX wieku. Dzięki dużej 
otwartości starszych plemiennych z plemienia Lakota inipi - lakocka wersja swetlodż stała się 
bardzo popularna zarówno wśród niektórych innych plemion, jak i wśród białych. Starsi 
plemienni chętnie ujawnili szczegóły ceremonii obcoplemieńcom, choć bardzo negatywnie 
odnoszą się do ceremonii swetlodż oferowanych za pieniądze. Podkreślają, że jest to obrzęd 
duchowy i w zamian za organizację lub przewodzenie w swetlodż dopuszczalne jest jedynie 
przyjmowanie podarunków, a nie żądanie określonych sum pieniędzy. 

Pozostańmy na chwilę przy swetlodż robionym w szkielecie z gałęzi Ważnym elementem 
przy jego budowie było dziękczynienie za na przykład ścięte gałęzie do jego budowy. 
Wymagało to ofiary z tytoniu, kto by tego nie dokonał, mógł ściągnąć na siebie chorobę. 
Ważny był gatunek drzewa. Najczęściej stosowano wierzbę (u Lakota - sandbar willow Salix 
exigua, u Kawaiisu - red willow Salix bonplandiana i Hinds's willow Salix hindsiana), która 
jest giętka i ma związek z wodą dającą życie. Ustalona przez tradycję każdego plemienia była 
liczba gałęzi szkieletu swetlodż, najczęściej spotyka się struktury z 12 lub 16 prętów, ale 
tradycja plemienna mogły nakazać użyć większej ilości np. 44, przynajmniej starym 
szamanom. W plemieniu Blackfoot (Czarne Stopy) Stowarzyszenie Rogu budowało swetlodż 
z 14 prętów, swetlodż Świętej Kobiety w Tańcu Słońca miało 100 prętów zbieranych przez 
Stowarzyszenie Gołębia, kobiece stowarzyszenie Motokiks miało 12 prętów, a Medicine 
Pipes ("szamańskie fajki") miały 14; używany szkielet swetlodż był pozostawiany w prerii. Z 
dodatkowych obyczajów wymienić należy umieszczanie czaszki bizona w pobliżu lub na 

background image

swetlodż, palenie fajki, w której stosowano kinniminnick - mieszankę, której głównymi 
składnikami były dziki tytoń, wewnętrzna kora derenia białego Cornus sericea (pospolicie 
sadzony w zieleni miejskiej dereń o czerwonych gałęziach) i liście mącznicy Arctostaphylos 
uva-ursi (występuje też w pn. Polsce). Mieszanki fajkowe poszczególnych plemion mogły 
mieć nawet kilkanaście gatunków roślin (np. z bardziej znanych roślin pędy krwawnika, 
korzeń astra nowoangielskiego, liście i owoce sumaka octowca). Obojętnie z czego zrobiony 
był "dom potu" stosowano w nim zwykle aromatyczne zioła. Rozrzucano je na podłodze 
swetlodżu, rzucano na gorące kamienie lub robiono z nich wiązki-pałeczki (ang. smudge 
sticks), które podpalano używając do okadzania siebie. Przeglądając "Native American 
Ethnobotany" skompilowałem listę roślin stosowanych jako perfumy w swetlodż. Po nazwie 
rośliny następuje podkreślona nazwa plemienia , oczywiście są to tylko przypadki dobrze 
udokumentowane zacytowane w najbardziej klasycznym i najobszerniejszym dziele 
amerykańskiej etnobotaniki, a zasięg użycia roślin w plemionach był o wiele, wiele szerszy, 
choć nie udało się tego już zachować. Tak więc podane tu plemiona traktować należy jedynie 
jako klasyczne przykłady. 

LISTA ROŚLIN AROMATYCZNYCH STOSOWANYCH W SWETLODŹ

bylica luizjańska Artemisia ludoviciana, Lakota, wydaje się że jedna z najszerzej przez Indian 
stosowanych roślin aromatycznych, składnik handlowych kadzideł smudge-sticks (jako 
wormwood lub sagebrush) 

bylica Tilesiusa, Artemisa tilesii, zachodni Eskimosi, używana jako gałązka do uderzania się 

cyprysik nutkajski*** Chamaecyparis nootkatensis, Kwakiutl, używany w swetlodż przy 
leczeniu artretyzmu i reumatyzmu 

dziewanna drobnokwiatowa*, Verbascum thapsus, Thompson, używana w sweatlodge a także 
jako ceremonialny tytoń (uważano że za dużo dymu tej rośliny może być trujące) 

jałowiec pospolity* Juniperus communis, Okanagan-Colville, używany w zimie w swetlodż; 
Upper Tanana, gałęzie kładzione na kamieniach; szeroko stosowany w obrzędowości 
syberyjskiej 

jałowiec wirginijski*** Juniperus virginiana, Omaha, gałązki rzucane na rozgrzane kamienie 
w swetlodż wykonywanym w celach oczyszczających, u innych plemion różnorodne 
zastosowanie jako kadzidło i roślina magiczna (podobno o silniejszym działaniu niż jałowiec 
pospolity) np. u Lakota gałązki przymocowywane były do tipi dla odstraszenia piorunów, 
używano go także w ceremoniach pogrzebowych; jedno z form tego jałowca (kultywar 
'Skyrocket') jest jednym z najpopularniejszych iglaków w polskich ogrodach. 

jodła Abies lasiocarpa, Nez Perce, gałęzie palone i używano jako kadzidło w swetlodż, u 
innych plemion (Blackfoot, Thompson, Cheyenne, Flathead) podawana jako roślina 
aromatyczna o innych zastosowaniach (np. do wkładania w ubranie) 

kuklik trójkwiatowy Geum triflorum, Thompson, używany w swetlodż na reumatyzm i 
zesztywniałe mięśnie i stawy 

background image

lubczyk Canby'ego, Ligusticum canbyi, Crow, wąskie paski korzenia rzucane na kamienie lub 
jako dodatek do mieszanki fajkowej kinnikinick 

pysznogłówka dęta Monarda fistulosa, Kutenai, liście kładzione na gorących kamieniach jako 
kadzidło, w wielu innych plemionach jako roślina aromatyczna ogólnego użytku 

rumianek bezpromieniowy** Matricaria discoidea, Inuktitut, używany jako perfuma w 
swetlodż 

szałwia Salvia apiana, Cahuilla, liście jedzone, palona i używana w swetlodż przy leczeniu 
przeziębienia; szeroko stosowana przez Indian kalifornijskich, obecnie popularny składnik 
handlowych kadzideł smudge-sticks (jako white sage) 

tuja olbrzymia*** Thuja plicata, Okanagan-Colville, napar z tej samej wielkości gałązek tuji, 
jodły i róży używany jako woda do kąpieli w ceremonii sweatlodge 

tuja zachodnia***, Thuja occidentalis, Potawatomi, konserwowane lub świeże liście używane 
w pęczkach do wyrzucania złych duchów i oczyszczania świętych przedmiotów 

turówka wonna* (żubrówka) Hierochloe odorata, Ethnobotany Moermana nie wiąże tego gat. 
ze sweatlodge ale podaje ogólnie, że był używany jako kadzidło do oczyszczania w wielu 
ceremoniach religijnych (w swetlodź też, jak podają inne źródła), najczęściej zaś przed 
Tańcem Słońca. Roślina ta była używana przynajmniej przez Cheyenne, Flathead, Kiowa, 
Lakota, Menominee, Indian Montana, Okanagan-Colville, Thompson, Blackfoot, Cheyenne, 
Omaha 

* gatunek występujący w stanie dzikim zarówno w Polsce, jak i Ameryce Pn. 

** gatunek amerykański powszechnie zdziczały w Polsce na przychaciach 

*** gatunek amerykański często u nas uprawiany w ogrodach 

Uwaga! Występujący w literaturze amerykańskiej "cedar" używany w sweatlodge, to nie 
euroazjatycki cedr ale różne gatunki tuji i jałowca albo drzewo z rodzaju Libocedrus.. 

Na koniec warto podkreślić związki swetlodż z fińską sauną i rosyjską banią. Zasada ich 
działania jest bardzo podobna. Podobnie jak w przypadku swetlodż saunie, oprócz 
zdrowotnego znaczenia przypisuje się związek z pozytywnymi siłami, Finowie wierzyli że 
saunę zamieszkują przyjazne duchy i to właśnie tam Finki rodziły swoje dzieci. Jako że 
Indianie wywodzą się od mieszkańców północnej Azji, którzy przeprawili się przez cieśninę 
Beringa do Ameryki istnie prawdopodobnie ciągłość między tradycją sauny i swetlodż. 
Mówiąc o rozprzestrzenieniu tradycji łaźni parowej w świecie warto przytoczyć relację 
Herodota z 452 r. przed Chrystusem. Herodot tak opisuje łaźnię parową Scytów (którzy 
zamieszkiwali obecny obszar Ukrainy i południowej Rosji, a nawet zapuszczali się do Polski): 
"Kiedy zestawią ze sobą trzy tyczki rozciągają wokół nich wełniane tkaniny i łącząc jak 

background image

najszczelniej wrzucają kamienie rozgrzane do czerwoności w naczynie wewnątrz drewna i 
tkanin." 

Bibliografia 

Bruchac J. 1993. The Native American Sweatlodge: history and legends. - The Crossing 
Press, Freedom, CA, 95019, 145 pp 

Moerman D.E. 1998 Native American Ethnobotany. Timber Press, Portland, Oregon, 927 pp 

Nabokov P. Easton R. 1989 Native American Architecture, Oxford University Press, New 
York-Oxford, 431 pp. 

  

--------------------------------------------------------------------------------

Autor tego Aneksu, Łukasz Łuczaj, jest botanikiem i projektantem ogrodów. Jego 
specjalnością i zarazem hobby są dzikie rośliny jadalne. Mieszka w Rzepniku koło Krosna. 
Prowadzi surwiwalowe warsztaty "technik prymitywnych", obejmujące budowanie domów 
(szałasów, schronów) z leśnych surowców i żywienie się dzikimi roślinami. 

e-mail: luczaj@ebd.pl 

witryna: www.luczaj.ebd.pl 


Document Outline