background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

Autor: Mirosław P. Jabło

ń

ski    

Tytul: Sierpem  i  młotem 

Z "NF" 5/96
        
   Klik.

   Tego dnia Magdzie wszystko leciało z r

ą

k. Przygotowuj

ą

kolacj

ę

 dla siebie i Marka stłukła dwa talerze, przewróciła 

ś

wiecznik na stole i rozbiła w łazience słoik z jego 

ulubion

ą

 sol

ą

 k

ą

pielow

ą

. Sprz

ą

taj

ą

c skaleczyła si

ę

 w palec. 

Jej zło

ść

  skierowała si

ę

 na Marka.  

   "Pieprzony ja

ś

nie pan podsekretarz stanu!" - pomy

ś

lała 

ss

ą

c rank

ę

. - "Jak zwykle przyjdzie wyko

ń

czony, wyk

ą

pie si

ę

zje kolacj

ę

, przeleci mnie spogl

ą

daj

ą

c na zegarek i pogna 

do 

Ŝ

ony!" 

   Powód jej zło

ś

ci - jak i zdesperowania - był zupełnie 

inny. Cho

ć

 oczywi

ś

cie miał zwi

ą

zek z osob

ą

 Marka, jego 

Ŝ

on

ą

 

oraz prac

ą

 w Ministerstwie Współpracy z Zagranic

ą

.  Przede 

wszystkim dotyczył za

ś

 Magdy, no i jeszcze czego

ś

, o czym 

miała dopiero zamiar Markowi powiedzie

ć

.  

   Posprz

ą

tała łazienk

ę

, przykleiła plaster na skaleczenie, 

złaman

ą

 

ś

wiec

ę

 wymieniła na now

ą

. Jak na zło

ść

, dzisiaj 

wypadała trzecia rocznica ich zwi

ą

zku. Odkr

ę

ciła wod

ę

 nad 

wann

ą

. Dzwonek do drzwi odezwał si

ę

, kiedy wystrojona 

sklepowa, ku aplauzowi widowni z playbacku, odgadła hasło: 
"Komu w drog

ę

, temu czas". Wył

ą

czyła telewizor i poszła 

otworzy

ć

. Przedpokój wypełnił wielki bukiet niesiony przez 

Marka.  
    "Magda, pocałuj pana" - przykazała sobie i nadstawiła 
policzek.  
    - Jakie 

ś

liczne - powiedziała szczerze, w

ą

chaj

ą

trzydzie

ś

ci trzy ró

Ŝ

e. - Cudowne.  

   - Jestem skonany - rzekł Marek i pow

ę

drował do łazienki. 

    Nie wygl

ą

dał na zm

ę

czonego - szczupły, przystojny 

czterdziestoczterolatek, mógłby mie

ć

 6-7 lat mniej. Lekko 

siwiał na skroniach, co tylko dodawało mu uroku. Magda 
skonstatowała, 

Ŝ

e był raczej w dobrym nastroju; doleciał j

ą

 

zapach koniaku.  
   Przy kolacji prawie si

ę

 nie odzywała - nie musiała.  

Marek gadał jak naj

ę

ty o skomplikowanej transakcji na 

trasie Amsterdam-Rosja. Jak zwykle było to niezbyt jasne, 
gdy

Ŝ

 boj

ą

c si

ę

 oddawa

ć

 całkiem w jej r

ę

ce, starannie unikał 

szczegółów.  
   "Bez poł litra nie rozbierosz" - pomy

ś

lała i 

przestała słucha

ć

   Sprawa, o której Marek opowiadał w bardzo
zawoalowanej formie (a musiał si

ę

 przed kim

ś

 

wygada

ć

), wygl

ą

dała nast

ę

puj

ą

co: Polsko-rosyjska spółka, 

zawi

ą

zana wył

ą

cznie w tym celu, zakupiła w Kanadzie zbo

Ŝ

e, 

głównie pszenic

ę

, z przeznaczeniem dla Polski. Fracht 

wypełnił trzy masowce, które znajdowały si

ę

 wła

ś

nie w 

drodze do najwi

ę

kszego portu 

ś

wiata, Rotterdamu. Tam, jako 

Ŝ

e tak wielkie jednostki nie mogły wpłyn

ąć

 na Bałtyk przez 

cie

ś

niny du

ń

skie, zbo

Ŝ

e miało by

ć

 przeładowane na mniejsze 

statki rosyjskie, jednak od tej chwili listy przewozowe 
stwierdzały, i

Ŝ

 ich ładownie wypełnione s

ą

 holendersk

ą

 

pasz

ą

 dla zwierz

ą

t hodowlanych. Sens operacji był oczywisty 

- unikn

ąć

 wysokich opłat przy wprowadzaniu ładunku na polski 

obszar celny. Po przej

ś

ciu cła pasza znów stawała si

ę

 

zbo

Ŝ

em, które wiadoma spółka sprzedawała Agencji Rynku 

Strona 1

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

Rolnego, jako towar skupiony od rodzimych rolników. Agencja, 
nawet nie ogl

ą

daj

ą

c nabytku, odsprzedawała zbo

Ŝ

e, za 

po

ś

rednictwem Ministerstwa Współpracy z Zagranic

ą

 - czyli 

Marka - wygłodniałej Ukrainie lub Białorusi. Korzy

ść

 Rosjan 

polegała na tym, 

Ŝ

e jeden z ich statków znikał na krótkiej 

trasie Rotterdam-Gdynia, by pojawi

ć

 si

ę

 w jakim

ś

 

dalekowschodnim porcie; za

ś

 zysk Marka stanowił całkiem 

spory procent od ró

Ŝ

nicy pomi

ę

dzy opłatami  celnymi za pasz

ę

 

a pszenic

ę

. Marek sko

ń

czył, a Magda zastanawiała si

ę

, czy 

mo

Ŝ

e ma ju

Ŝ

 mu powiedzie

ć

... Rozumiała, 

Ŝ

e na całej 

niepoj

ę

tej przewalance Marek zarobi dziesi

ą

tki, je

ś

li nie 

setki tysi

ę

cy dolarów: duma a

Ŝ

 go rozpierała. Mo

Ŝ

e wi

ę

teraz? Najpolityczniej byłoby zrobi

ć

 to w łó

Ŝ

ku - i to 

przed, a nie po - ale Magda nie miała ochoty na seks. 
Zdecydowała si

ę

.  

    - Ciesz

ę

 si

ę

 razem z tob

ą

 - powiedziała. - Ja te

Ŝ

 

mam dobr

ą

 wiadomo

ść

 dla nas. Jestem w ci

ąŜ

y...

   Przypuszczała, jaka mo

Ŝ

e by

ć

 jego reakcja, a mimo to 

odczuła zawód i zło

ść

. W głupi sposób wierzyła, 

Ŝ

mo

Ŝ

e go jednak ucieszy. Marek zesztywniał i z kamienn

ą

 

twarz

ą

 dopił wino. 

   - To nie jest dobra nowina - powiedział. - I ty 
dobrze o tym wiesz. Wiesz, 

Ŝ

e nie chc

ę

 

Ŝ

adnych bachorów! 

   - Tylko nie bachor. To twoje dziecko! 
   - Moje dzieci s

ą

 w moim domu. 

   - Twoja 

Ŝ

ona tak

Ŝ

e - Magda opanowała si

ę

 z trudem.

- Le

ć

 do jej zimnego tyłka! Prosz

ę

 bardzo! 

Niech ona robi ci kolacyjki, k

ą

piele, masa

Ŝ

e oraz niech ci 

słu

Ŝ

y za pogotowie seksualne w dzie

ń

 i w nocy, kiedy tylko 

zechce ci si

ę

 podnie

ść

 słuchawk

ę

!

   - Płac

ę

 za to!

   Przez chwil

ę

 zastanawiała si

ę

, czy nie strzeli

ć

 go w 

pysk. Wybrała drwin

ę

, która bardziej raniła.

    - Jej płacisz jeszcze wi

ę

cej. I co z tego masz? 

    Na chwil

ę

 za panowała cisza, bo ministerialny negocjator 

zapomniał j

ę

zyka w g

ę

bie.  

   - Zawsze grałam fair - powiedziała spokojnie Magda. - 
To, 

Ŝ

e mi nie ufasz, to twój problem. Ty zreszt

ą

 nikomu nie 

wierzysz. Umówili

ś

my si

ę

 na pocz

ą

tku, 

Ŝ

e nie b

ę

d

ę

 w 

Ŝ

aden 

sposób ingerowa

ć

 w twoje 

Ŝ

ycie. Nie robi

ę

 tego. Nie dzwoni

ę

nie szanta

Ŝ

uj

ę

 ci

ę

, nie urz

ą

dzam awantur ani scen zazdro

ś

ci. 

Nie 

Ŝą

dam tak

Ŝ

e, aby

ś

 si

ę

 dla mnie rozwiódł. A wiesz, 

Ŝ

mogłabym. Boisz si

ę

 tego dziecka nie dlatego, 

Ŝ

e ja mogłabym 

si

ę

 zmieni

ć

 i zapragn

ąć

 ci

ę

 na tatusia na dodatek; ty si

ę

 

l

ę

kasz, gdy

Ŝ

 sam mógłby

ś

 chcie

ć

 z nami zosta

ć

, a wtedy twoja 

dobra, kochana 

Ŝ

ona zrobiłaby wszystko to, czego ja nie 

czyni

ę

.  Zgnoiłaby ci

ę

, złamała twoj

ą

 karier

ę

 i pu

ś

ciła z 

torbami. Jednym słowem - zamieniłaby twoje 

Ŝ

ycie w piekło. 

Bez pieni

ę

dzy i stanowiska nic by

ś

 nie znaczył. Tak uwa

Ŝ

asz, 

bo tobie, jak powietrze do 

Ŝ

ycia, potrzebne jest uwielbienie 

młodych ministerialnych sekretarek - cipencji gotowych na 
wszystko, byle zaj

ąć

 miejsce takich jak ja. Utrzymanek 

maj

ą

cych nadziej

ę

, i

Ŝ

 zostan

ą

 kiedy

ś

 

Ŝ

onami.  

   - My

ś

l

ę

Ŝ

e dosy

ć

 ju

Ŝ

 powiedziała

ś

. - Marek wstał od 

stołu ocieraj

ą

c usta serwetk

ą

; rzucił j

ą

 pomi

ę

dzy 

ś

wiece. 

- Skoro tak ch

ę

tnie powołujesz si

ę

 na nasz

ą

 umow

ę

, to ci 

przypomn

ę

, i

Ŝ

 był w niej jeszcze jeden punkt: 

Ŝ

adnych 

dzieci! Był? 
    Magda schyliła głow

ę

, ale zaraz j

ą

 podniosła.  

   - Marek, ja mam dwadzie

ś

cia siedem lat. - W jej głosie 

zabrzmiała pro

ś

ba. - Jestem z tob

ą

 od czasu seminarium 

Strona 2

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

dyplomowego na SGH. Niedługo po moim dyplomie poszedłe

ś

 w 

ministry. Masz 

Ŝ

on

ę

, dwoje dzieci, robisz karier

ę

. Ja te

Ŝ

 

musz

ę

 pomy

ś

le

ć

 o sobie, zanim b

ę

dzie za pó

ź

no - nim zostan

ę

 

czterdziestoletni

ą

 samotn

ą

 bab

ą

, truj

ą

c

ą

 si

ę

 prochami i 

alkoholem. Zrozum - nie zrezygnuj

ę

 z tego dziecka. Nic, poza 

nim, nie chc

ę

 od ciebie.  

   - I nic nie dostaniesz! -  krzykn

ą

ł. - Czy 

zapominasz czyje to mieszkanie, samochód, kto na to 
wszystko daje fors

ę

? Czy my

ś

lisz, 

Ŝ

e pozwol

ę

 sobie uwi

ą

za

ć

 

kamie

ń

 na szyi? 

ś

e przez nast

ę

pnych dwadzie

ś

cia lat dam ci 

si

ę

 szanta

Ŝ

owa

ć

 dzieckiem, którego nie chc

ę

, a które b

ę

d

ę

 

musiał utrzymywa

ć

? Masz racj

ę

 - w ministerstwach, i nie 

tylko tam, pełno jest panienek, które mog

ę

 osadzi

ć

 w tym 

mieszkaniu. Mam 44 lata; jak my

ś

lisz - ile jeszcze takich 

trzyletnich miodowych okresów mog

ę

 mie

ć

 w 

Ŝ

yciu? Góra 

pi

ęć

. I chc

ę

 wykorzysta

ć

 je wszystkie. Albo usuniesz t

ę

 

ci

ąŜę

, albo koniec z nami i mo

Ŝ

esz jutro pakowa

ć

 manatki! 

   Magda przez chwil

ę

 bawiła si

ę

 widelcem, by zaj

ąć

 r

ę

ce i 

nie rozpłaka

ć

 si

ę

. Poza pocz

ą

tkowym okresem znajomo

ś

ci nigdy 

nie miała złudze

ń

 co do uczu

ć

 Marka, lecz nie s

ą

dziła, 

Ŝ

jest a

Ŝ

 takim zimnym draniem.  

   - Nie pozb

ę

d

ę

 si

ę

 dziecka - powiedziała patrz

ą

c w stół, 

staraj

ą

c si

ę

 panowa

ć

 nad głosem. - I nie wyprowadz

ę

 si

ę

 

st

ą

d. Za te trzy lata darmowej radochy co

ś

 mi si

ę

 od ciebie 

nale

Ŝ

y, nie s

ą

dzisz? Niczego wi

ę

cej nie chc

ę

 - a przede 

wszystkim nigdy wi

ę

cej nie pokazuj mi si

ę

 na oczy. Brzydz

ę

 

si

ę

 szanta

Ŝ

em, ale je

Ŝ

eli spróbujesz mnie ruszy

ć

, to 

pami

ę

taj, 

Ŝ

e wiem o tobie dosy

ć

, by dociekliwy dziennikarz 

dogrzebał si

ę

 reszty informacji o twoich machlojkach. A 

pras

ę

 - o co sam walczyłe

ś

, kiedy miałe

ś

 jeszcze jakie

ś

 

ideały - mamy woln

ą

, dzi

ę

ki czemu taki Urban przemieli ci

ę

 

na 

ś

rut

ę

. B

ę

dziesz sko

ń

czony raz na zawsze i nawet mo

Ŝ

posiedzisz par

ę

 lat, czego ci serdecznie 

Ŝ

ycz

ę

. Amen.  

   Podniosła wzrok na Marka i przez chwil

ę

 była przera

Ŝ

ona - 

nie wiedziała, czy zaraz j

ą

 zamorduje, czy te

Ŝ

 trafi go 

apopleksja. Nigdy dot

ą

d nie widziała go w takim stanie.  

   - Ty... ty... ty... kurwo... ty zdziro... ja ci

ę

... 

ty... 
   Zacz

ą

ł si

ę

 nerwowo za czym

ś

 rozgl

ą

da

ć

 i pomy

ś

lała w 

panice, 

Ŝ

e za butelk

ą

 po winie, by waln

ąć

 j

ą

 w głow

ę

.  

Uciekła od stołu, ale Marek złapał sw

ą

 dyplomatk

ę

, płaszcz i 

trzasn

ą

wszy drzwiami, znikn

ą

ł z mieszkania. Magda z płaczem 

rzuciła si

ę

 na posłanie. Płakała długo, a

Ŝ

 w ko

ń

cu ze 

zm

ę

czenia, 

Ŝ

alu i jakiej

ś

 przygniataj

ą

cej rozpaczy - chyba 

jednak kochała tego bydlaka - zasn

ę

ła skulona na sarniej 

skórze przykrywaj

ą

cej łó

Ŝ

ko.  

   Obudził j

ą

 dzwonek telefonu. Nieprzytomna, nie wiedz

ą

c, 

która godzina, si

ę

gn

ę

ła po słuchawk

ę

.  

   - Halo - powiedziała zaspanym, schrypni

ę

tym głosem. - 

Słucham... 
   - To ja, Marek... - Przez chwil

ę

 panowała cisza, a 

oci

ęŜ

ała jeszcze od snu Magda  nawet si

ę

 nie zdenerwowała 

słysz

ą

c jego głos. - Wiesz, przepraszam ci

ę

... Wczoraj 

poniosły nas nerwy i my

ś

l

ę

Ŝ

e powinni

ś

my o tym spokojnie 

porozmawia

ć

   Nie odpowiedziała, miała pustk

ę

 w głowie. Oczywi

ś

cie 

zdawała sobie spraw

ę

Ŝ

e jego wczorajsze wyj

ś

cie niczego 

nie załatwiało do ko

ń

ca, lecz nie s

ą

dziła, 

Ŝ

e Marek 

zadzwoni tak szybko. 
   - Magda, jeste

ś

 tam? - jego głos zdradzał 

Strona 3

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

zaniepokojenie. - Odezwij si

ę

!

   - Jestem, jestem...  Która godzina?
   - Co? W pół do dwunastej. Chciałbym, 

Ŝ

eby

ś

my si

ę

 

spotkali o drugiej na obiedzie. Porozmawiamy spokojnie. 
Dobrze?
   - Tak...
   - A wi

ę

c o czternastej na Starym Mie

ś

cie, tam gdzie 

zwykle. B

ę

dziesz?

   - Tak.

   Kiedy przyszła do Fukiera, kierownik sali zaprowadził 
j

ą

 do stolika. Marek wstał na jej widok.

   "M

ęŜ

czy

ź

ni tak

Ŝ

e powinni robi

ć

 sobie makija

Ŝ

!" - 

pomy

ś

lała z satysfakcj

ą

 na widok jego bladej, wymizerowanej 

twarzy. W popielniczce przed nim tlił si

ę

 papieros. Wygl

ą

dał 

na ci

ęŜ

ko chorego człowieka. Najwyra

ź

niej ta noc nale

Ŝ

ała do 

jego najci

ęŜ

szych, nieprzespanych nocy. Magda, która dwie 

godziny sp

ę

dziła najpierw na aerobiku w domowym wykonaniu, 

potem w k

ą

pieli, a wreszcie dobre czterdzie

ś

ci minut przed 

lustrem, wygl

ą

dała ol

ś

niewaj

ą

co. To dodało jej teraz 

pewno

ś

ci siebie. Podała mu r

ę

k

ę

 i usiadła, staraj

ą

c si

ę

 by

ć

 

jak najbardziej wyniosła, elegancka i spokojna.  

   Ból obrzmiałych łydek, kwa

ś

no

ść

 w ustach.

   Marek zaci

ą

gn

ą

ł si

ę

 nerwowo.  Palił rzadko - to był punkt 

dla niej.  
   - 

Ś

licznie wygl

ą

dasz, Madziu. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 blado, 

z przymusem. 
   - Przykro mi, 

Ŝ

e nie mog

ę

 powiedzie

ć

 tego samego o 

tobie. I nie mów do mnie jak Karwowski do swej 

Ŝ

ony 

idiotki. 
   W milczeniu przełkn

ą

ł ripost

ę

   - Gniewasz si

ę

? - zapytał inteligentnie niczym bohater 

"Dynastii". 
   - A jak s

ą

dzisz? 

   Kelner podał im karty, przez chwil

ę

 ustalali menu, a 

potem Marek postanowił schwyta

ć

 byka za rogi.  

   - Przepraszam ci

ę

 - powiedział. - Jeszcze raz ci

ę

 

przepraszam, ale to było tak niespodziewane... poniosło 
mnie... Wybaczysz mi? - Poło

Ŝ

ył r

ę

k

ę

 na jej dłoni.  

   Nie cofn

ę

ła swojej, ale nie dała pozna

ć

Ŝ

e j

ą

 to w 

jakikolwiek sposób interesuje. Troch

ę

 jednak mi

ę

kła, 

dzisiaj, po raz pierwszy od bardzo dawna, Marek zachowywał 
si

ę

 jak podczas ich poznania.  

   "On nie jest całkiem zły" - pomy

ś

lała i złapała si

ę

 na 

tym, 

Ŝ

e zaczyna go usprawiedliwia

ć

. "Ma nerwow

ą

 prac

ę

, du

Ŝ

stresów, wdał si

ę

 w podejrzane interesy. A tak naprawd

ę

 to 

nie jest mocny człowiek. On si

ę

 boi; wida

ć

 zreszt

ą

, co 

zrobiła z niego ta jedna noc".  
   Marek głaskał jej dło

ń

, rozpraszało j

ą

 to, powstrzymywała 

si

ę

, by w 

Ŝ

aden sposób nie odpowiedzie

ć

 na pieszczot

ę

. Nagle 

zrozumiała, jak bardzo silnie działa Marek na ni

ą

 fizycznie 

i zastanowiła si

ę

, czy nie wykorzystuje tego, by j

ą

 

psychicznie obezwładni

ć

 i zdoby

ć

 przewag

ę

.  

   "Nie - zdecydowała - nie jest wcale taki słaby. Poza 
tym znakomicie umie manipulowa

ć

 lud

ź

mi i prowadzi

ć

 

negocjacje". 
   Czuj

ą

c, 

Ŝ

e pod wpływem widoku jego zmaltretowanej 

bezsenno

ś

ci

ą

 twarzy i delikatnej pieszczoty mo

Ŝ

e si

ę

 

rozklei

ć

, gwałtownie cofn

ę

ła dło

ń

. Marek si

ę

gn

ą

ł po 

Strona 4

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

nast

ę

pnego papierosa.  

   Czy gaz pod mlekiem jest wył

ą

czony? Je

Ŝ

eli zaleje 

palnik...

   Wypili aperitif i dopiero przy polewce piwnej z 
grzankami Marek odezwał si

ę

 ponownie. 

   - Przemy

ś

lałem sobie to wszystko, Magdziu, i chc

ę

 ci co

ś

 

zaproponowa

ć

. - Zaakcentował mocno "g" w zdrobnieniu imienia 

(którego nie lubiła), a potem zawiesił głos, czekaj

ą

c na 

odzew z jej strony.  
   Milczała. Marek westchn

ą

ł.

   - Chc

ę

 ci powiedzie

ć

, co wymy

ś

liłem, tylko si

ę

 nie 

denerwuj. Przyrzeknij mi, 

Ŝ

e wysłuchasz mnie do ko

ń

ca, a 

potem razem si

ę

 zastanowimy. Dobrze? 

   Skin

ę

ła głow

ą

   - Chciałbym ci

ę

 prosi

ć

 - Marek z determinacj

ą

 poło

Ŝ

ył 

 nacisk na słowie "prosi

ć

" - by

ś

 zgodziła si

ę

 

zrezygnowa

ć

 teraz z tego dziecka... 

   Magda u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 w duchu nad elegancj

ą

 

sformułowania, które oznaczało po prostu skrobank

ę

. Na 

dodatek, zabronion

ą

 od niedawna przez Sejm Najja

ś

niejszej 

Rzplitej. Ale to był wła

ś

nie cały Marek.  

   - Zaraz powiem ci, dlaczego. Otó

Ŝ

 wczoraj dotkn

ę

ła

ś

 

istotnej sprawy, gdy chodzi o moje mał

Ŝ

e

ń

stwo - doszedłem 

do wniosku, i

Ŝ

 jest ono fikcj

ą

, kosztown

ą

 fikcj

ą

. Moje 

dzieci s

ą

 dorosłe: Maciek jest ju

Ŝ

 na pierwszym roku 

prawa, Ewa za pół roku zdaje matur

ę

. Kiedy dostanie si

ę

 na 

studia, rozwiod

ę

 si

ę

 z Ilon

ą

, to postanowione. Najbli

Ŝ

sze 

pół roku b

ę

dzie wi

ę

c dla mnie bardzo trudne. Bardzo 

wa

Ŝ

ne jest te

Ŝ

, by transakcja, o której ci wczoraj mówiłem, 

doszła do skutku. To nasza przyszło

ść

. Moja, twoja i 

my

ś

l

ę

, i

Ŝ

 za jaki

ś

 czas tak

Ŝ

e naszego dziecka. Ale teraz 

to niemo

Ŝ

liwe, wierz mi. Ilona pochodzi z adwokackiej 

rodziny, zjedliby mnie w kaszy, gdyby podczas 
sprawy rozwodowej dogrzebali si

ę

 ciebie, ci

ęŜ

arnej. 

Istotnie byłbym sko

ń

czony. Mamy z Ilon

ą

 dom na Sadybie; 

wolałaby

ś

 chyba mieszka

ć

 tam ni

Ŝ

 w bloku, prawda? Zatem 

oto, co ci proponuj

ę

 - poddasz si

ę

 zabiegowi, a ja 

obiecuj

ę

 ci, 

Ŝ

e niedługo b

ę

dziemy razem. Wiem, 

Ŝ

e mo

Ŝ

esz 

mi nie wierzy

ć

; obietnice faceta przypartego do muru s

ą

 

cz

ę

sto niewiele warte, zatem zanim si

ę

 na to zdecydujesz, 

przepisz

ę

 na ciebie mieszkanie oraz samochód, 

Ŝ

eby

ś

 miała 

jakie

ś

 zabezpieczenie i r

ę

kojmi

ę

 mojej dobrej woli. I co 

ty na to? 
   Magda była zszokowana. 
   - Musz

ę

 si

ę

 nad tym zastanowi

ć

... 

   - Oczywi

ś

cie - zgodził si

ę

 po

ś

piesznie. - Przemy

ś

l to 

sobie. Byle to nie trwało zbyt długo - dodał znacz

ą

co. 

   Przez chwil

ę

 rozwa

Ŝ

ała, czy zabra

ć

 si

ę

 do 

postawionego przed ni

ą

 de volailla. Chocia

Ŝ

 od rana nic 

nie jadła, min

ą

ł jej  apetyt. Marek z zajadło

ś

ci

ą

 

pałaszował pol

ę

dwic

ę

 na grzance.

   Sk

ą

d

ś

 doleciał odór odpadków. Czy wychodz

ą

c wyrzucił 

ś

mieci? 

   - Widzisz -  powiedział staraj

ą

c si

ę

 by

ć

 elegancki z 

pełnymi ustami - lec

ę

 wkrótce do Holandii dopina

ć

 swoje 

sprawy. Mogliby

ś

my tam pojecha

ć

 oboje - ty i ja. Przed 

ś

wi

ę

tami Amsterdam jest bardzo pi

ę

kny - pełno tam 

Strona 5

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

cudownych kiermaszy, muzyki, mocnego grzanego belgijskiego 
piwa, choinek i 

ś

wi

ę

tych Mikołajów. 

Ś

nieg oraz zamarzni

ę

te 

kanały. Cudo. Mogliby

ś

my poby

ć

 tam z tydzie

ń

, do samych 

ś

wi

ą

t, a w mi

ę

dzyczasie w prywatnej klinice załatwiliby

ś

my 

nasz

ą

 spraw

ę

... 

   Magda przymkn

ę

ła oczy. Cen

ę

 ju

Ŝ

 znała, decyzja 

nale

Ŝ

ała do niej. Tylko czy ona bardziej chciała dziecka, 

czy Marka? Nie była pewna.
   
   W pomieszczeniach terminalu zagranicznego Ok

ę

cia panował 

przed

ś

wi

ą

teczny ruch. Co prawda, do Wigilii było prawie dwa 

tygodnie, ale cz

ęść

 cudzoziemców pracuj

ą

cych czy 

załatwiaj

ą

cych w Polsce interesy wybierała si

ę

 ju

Ŝ

 do swych 

domów na obu półkulach. Mieli wielkie, eleganckie walizy na 
kółkach i byle jak pozawijane paczki ze sprawunkami. Co 
chwil

ę

 okazywało si

ę

, i

Ŝ

 wewn

ą

trz tych niepozornych, szarych 

pakunków znajduj

ą

 si

ę

 spowite w błyszcz

ą

ce papiery oraz 

wst

ąŜ

ki 

ś

wi

ą

teczne prezenty. Ruch, gwar, pokrzykiwania 

podró

Ŝ

nych i melodyjny d

ź

wi

ę

k gongu, po którym nast

ę

powała 

zapowied

ź

 kolejnego lotu, spowodowały, 

Ŝ

e Magda czuła si

ę

 

ź

le. Mo

Ŝ

e były to zreszt

ą

 pierwsze objawy ci

ąŜ

y? Miała 

mdło

ś

ci i bolała j

ą

 głowa.  

   Smród przypalonego mleka; jednak wykipiało...

   Marek zawieruszył si

ę

 na chwil

ę

, ale nie obchodziło jej 

to - mo

Ŝ

e lepiej byłoby, gdyby z jakiego

ś

 powodu nie 

polecieli? Nie potrafiła si

ę

 zdecydowa

ć

 na przerwanie 

zapocz

ą

tkowanego u Fukiera ci

ą

gu wypadków. Popatrzyła na 

swoje dłonie. Na markiz

ę

 ze szmaragdu i małych brylancików - 

"zar

ę

czynowy" pier

ś

cionek od Marka. U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 gorzko w 

duchu - przyj

ę

ła o

ś

wiadczyny od 

Ŝ

onatego jeszcze m

ęŜ

czyzny. 

Teraz, na lotnisku, czuła si

ę

 rozdra

Ŝ

niona i zarazem 

zoboj

ę

tniała. Co

ś

 jej mówiło, 

Ŝ

ź

le zrobiła, zgadzaj

ą

c si

ę

 

na zabieg, ale w tym stanie ducha, kiedy pocz

ę

te w jej 

brzuchu 

Ŝ

ycie stało si

ę

 towarem i kart

ą

 przetargow

ą

 -

straciło na indywidualno

ś

ci. Przestała je lubi

ć

 albo 

wmówiła to sobie.  
   "Jeszcze nic si

ę

 nie stało" - pomy

ś

lała. "Jeszcze mog

ę

 

si

ę

 wycofa

ć

, odda

ć

 pier

ś

cionek, mieszkanie, samochód. 

Urodzi

ć

 dziecko, jego dziecko. I zosta

ć

 bez 

ś

rodków do 

Ŝ

ycia. Gdzie teraz znajdzie prac

ę

 ci

ęŜ

arna kobieta, a 

ź

niej samotna matka? Gdzie b

ę

d

ę

 mieszka

ć

? U kole

Ŝ

anek?..." 

   Przez kilka lat zwi

ą

zku z Markiem wszelkie jej dawniejsze 

znajomo

ś

ci i przyja

ź

nie bardzo si

ę

 rozlu

ź

niły, je

Ŝ

eli nie 

obumarły. Rodzina? Nie, na pewno nie wróci do Mielca. Od 
ponad dwunastu lat, odk

ą

d uko

ń

czyła szkoł

ę

 podstawow

ą

jedyne jej marzenie - które, jak si

ę

 jej zdawało, 

zrealizowała - polegało na wyrwaniu si

ę

 stamt

ą

d. Najpierw 

wi

ę

c było liceum z internatem w Krakowie, u sióstr 

prezentek, a potem Warszawa - chciała by

ć

 jak najdalej i w 

wielkim mie

ś

cie. Rodzicom zostali jeszcze dwaj bracia i 

siostra - wszystko małomiasteczkowe typy, zapatrzone w 
telewizor od obiadu do ostatniego hasła w "Kole fortuny". 
Osi

ą

gn

ę

ła to, co zaplanowała. A teraz musi za to zapłaci

ć

.  

   Wrócił Marek. 
   - Dowiadywałem si

ę

 o panuj

ą

ce na Schiphol warunki - 

nazw

ę

 lotniska wymawiał z holenderska, "shiphol", a nie 

"sziphol", jak to czynili inni, ł

ą

cznie z lotniskowymi 

spikerkami. - Wszystko jest w porz

ą

dku. 

   "Palant!" - stwierdziła. "Musiał i

ść

 si

ę

 pochwali

ć

Ŝ

Strona 6

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

jest o.m.c ministrem i czarowa

ć

 w informacji jak

ąś

 dupci

ę

Nikt inny nie gadałby z nim; tutaj takich, po

Ŝ

al si

ę

 Bo

Ŝ

e, 

VIP-ów maj

ą

 na p

ę

czki". 

   Nie lubiła lata

ć

, zwykle wypijała przed startem dwa 

porz

ą

dne drinki, ale dzi

ś

 ze wzgl

ę

du na "dziecko" nie 

czyniła tego.  Idiotyczne, zwa

Ŝ

ywszy, po co leciała do 

Amsterdamu, ale przecie

Ŝ

 zawsze istniała szansa, 

Ŝ

e do tego 

nie dojdzie. Coraz mniejsza szansa. Denerwowało j

ą

 tak

Ŝ

e to, 

Ŝ

e Marek stał si

ę

 opieku

ń

czy i troskliwy - on, który zwykle 

nie interesował si

ę

 niczym poza sob

ą

 samym.  

   Wreszcie autokar podwiózł ich do samolotu; wysiadaj

ą

otuliła si

ę

 w sztuczne popielice - prezent od niego na 

drug

ą

 rocznic

ę

. I nagle, ju

Ŝ

 w samolocie, zaledwie 

wysłuchawszy dwuj

ę

zycznej instrukcji stewardesy, co nale

Ŝ

czyni

ć

 w "wypadku wypadku", usn

ę

ła - przywilej ci

ęŜ

arnej. 

   
   Szybko zapadaj

ą

cy zmierzch przydawał andersenowskiego 

nastroju w

ą

skim uliczkom nad kanałami. Prószył drobny 

ś

nieg, 

taka kaszka, tworz

ą

ca wokół latar

ń

 ba

ś

niowe pejza

Ŝ

e Królowej 

Ś

niegu. Do Magdy wróciły wspomnienia dzieci

ń

stwa i lektury 

tej ba

ś

ni - jej autor był neurastenicznym Du

ń

czykiem, ale w 

Kopenhadze przecie

Ŝ

 tak

Ŝ

e były kanały. Stawała oczarowana na 

ka

Ŝ

dym skrzy

Ŝ

owaniu, na łukowo sklepionych mostkach ponad 

ciemn

ą

 wod

ą

, na której unosiły si

ę

 w ciszy roz

ś

wietlone 

ś

wi

ą

tecznie zamieszkane barki; dochodził stamt

ą

d gwar 

rozmów, d

ź

wi

ę

ki muzyki i szcz

ę

k sztu

ć

ców - i pragn

ę

ła wej

ść

 

na pokład, przysta

ć

 do tych ludzi i 

Ŝ

y

ć

 tak na pozór 

beztrosko z dnia na dzie

ń

. Zdawało si

ę

 jej, 

Ŝ

e mo

Ŝ

na na 

zawsze zatrzyma

ć

 t

ę

 urokliw

ą

 chwil

ę

, spowit

ą

 w cisz

ę

 i 

ś

nieg.  

   Za dnia Marek znikał gdzie

ś

 w swoich sprawach, a ona 

wysypiała si

ę

 i leniuchowała w pozostawionym im przez 

znajomych Marka dwupokojowym mieszkaniu przy 
Olof Palmeplein 20. Stamt

ą

d, z Amsterdam Nord, je

ź

dzili 

wieczorami do centrum i na czwarty dzie

ń

 Marek zabrał j

ą

 

do nocnego lokalu w Czerwonym Amsterdamie. Było to w 
pobli

Ŝ

u uniwersytetu, przy Singel Gracht. "Yab Yum", ni to 

klub, ni dyskoteka, z pocz

ą

tku spodobał si

ę

 jej. Wieczór 

rozpocz

ą

ł si

ę

 od tanecznych popisów roznegli

Ŝ

owanych 

dziewcz

ą

t, a zako

ń

czy

ć

 go miał publiczny

stosunek. Kiedy para "aktorów" wyszła na podium i zacz

ę

ła 

obejmowa

ć

 si

ę

 w takt zmysłowej muzyki, Magda, która 

pami

ę

tała tak

ą

 ledwie zasugerowan

ą

 scen

ę

 z pierwszego 

"Ojca Chrzestnego", poczuła przyjemne podniecenie. Ale 
nagle, w trakcie coraz energiczniejszych pieszczot 
wyst

ę

puj

ą

cych, przypomniała sobie, po co przyjechała do 

Holandii i co j

ą

 czeka ju

Ŝ

 jutro - i zrobiło si

ę

 jej 

niedobrze. Przez chwil

ę

 walczyła z mdło

ś

ciami, a potem 

wstała gwałtownie i trzymaj

ą

c si

ę

 za brzuch wybiegła do 

toalety. Kiedy wymiotowała do umywalki, bardziej poczuła 
ni

Ŝ

 usłyszała, 

Ŝ

e kto

ś

 wszedł do 

ś

rodka - k

ą

tem oka 

dostrzegła Marka. 

   Nad wann

ą

 cieknie bateria, trzeba wezwa

ć

 kogo

ś

 z 

administracji.

   Pomy

ś

lała, 

Ŝ

e zainteresował si

ę

 jej stanem, ale on nie 

zwa

Ŝ

aj

ą

c na nic, jednym szarpni

ę

ciem zadarł jej sukienk

ę

ś

ci

ą

gn

ą

ł figi i wszedł w ni

ą

 ostro i bole

ś

nie jak nigdy 

dot

ą

d. Płakała gło

ś

no, widz

ą

c w lustrze sw

ą

 przybli

Ŝ

aj

ą

c

ą

 

si

ę

 i oddalaj

ą

c

ą

 twarz z rozmazan

ą

 szmink

ą

, uwalanymi ustami 

Strona 7

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

i brod

ą

, i kiedy poczuła gor

ą

co wypełniaj

ą

ce jej wn

ę

trze, 

postanowiła, 

Ŝ

e jego dziecka nie chce za 

Ŝ

adne skarby.  

   
    Nie odezwała si

ę

 do niego - 

ś

niadanie 

(ona sama nic nie jadła) i cz

ęść

 przedpołudnia upłyn

ę

ły 

im w absolutnym milczeniu. Odk

ą

d Marek wyprowadził j

ą

 

wczoraj z klubu bocznym wyj

ś

ciem na mał

ą

 uliczk

ę

 Spui, nie 

próbował nawi

ą

za

ć

 rozmowy. Nie interesowało j

ą

, o czym on my

ś

li, 

sama za

ś

 z m

ś

ciw

ą

 rado

ś

ci

ą

 oczekiwała na moment pozbycia 

si

ę

 jego dziecka. Teraz traktowała je jak obcy element - 

jako stra

Ŝ

 przedni

ą

 podst

ę

pnego wroga, który zakradł si

ę

 do jej 

wn

ę

trza potajemnie, by j

ą

 rozsadzi

ć

 od 

ś

rodka i zniszczy

ć

   W nocy spadł 

ś

wie

Ŝ

ś

nieg i kiedy jechali do lekarza 

o nazwisku van Hameln, wszystko było białe. Trotuary i 
jezdnie ju

Ŝ

 od

ś

nie

Ŝ

ono, ale z nieba wci

ąŜ

 sypały si

ę

 

puszyste płatki. 
   Pokój zabiegowy Hamelna równie

Ŝ

 był sterylnie biały.  

Przez cały czas, kiedy asystentka, chyba piel

ę

gniarka 

anestezjologiczna, przygotowywała j

ą

 do zabiegu, a ginekolog 

po raz kolejny - i najwyra

ź

niej zupełnie zb

ę

dny -  

przegl

ą

dał wyniki zrobionych w Warszawie bada

ń

, Magda nie 

odzywała si

ę

. Marek wyszedł do poczekalni, van Hameln mówił 

do niej po angielsku, ale nie słuchała go.  Okryta od szyi 
po p

ę

pek białym prze

ś

cieradłem, le

Ŝ

ała rozpi

ę

ta na fotelu 

ginekologicznym jak w machinie tortur. Piel

ę

gniarka 

zdezynfekowała skór

ę

 na jej przedramieniu i wkłuła si

ę

 do 

Ŝ

yły - Magda słyszała jeszcze cichy szcz

ę

k przekładanych 

narz

ę

dzi chirurgicznych i zanim doliczyła gło

ś

no do siedmiu, 

ju

Ŝ

 spała.  

   

Ś

nił si

ę

 jej ciepły 

ś

nieg, olbrzymia gor

ą

ca biel, 

któr

ą

 była otulona. Było cicho, spokojnie i czuła si

ę

 

bezpiecznie. Stopniowo, sk

ą

d

ś

 z daleka, zacz

ą

ł dochodzi

ć

  

stłumiony, rytmiczny d

ź

wi

ę

k - z ka

Ŝ

d

ą

 chwil

ą

 nasilał si

ę

 i 

dra

Ŝ

nił j

ą

. W pewnym momencie stwierdziła z przera

Ŝ

eniem 

(cho

ć

 dlaczego z przera

Ŝ

eniem, tego nie wiedziała), 

Ŝ

e nie 

ś

pi ju

Ŝ

Ŝ

e przekroczyła delikatn

ą

 granic

ę

 pomi

ę

dzy snem a 

jaw

ą

 i coraz wyra

ź

niej czuje swoje ciało. Nadal nie 

otwierała oczu, maj

ą

c ci

ą

gle nadziej

ę

, i

Ŝ

 mo

Ŝ

e uda si

ę

 jej 

zanurzy

ć

 ponownie w bezpiecznej bieli, ale nie 

wychodziło. Czuła si

ę

 coraz bardziej trze

ź

wa i 

ś

wiadoma - 

ś

wiadoma tego, i

Ŝ

 najwyra

ź

niej jedzie dok

ą

d

ś

 poci

ą

giem. 

Poci

ą

giem? Przecie

Ŝ

 przylecieli z Markiem do Holandii 

samolotem... Nagle przypomniała sobie wszystko a

Ŝ

 do 

momentu, kiedy u

ś

piono j

ą

 w gabinecie van Hamelna w Bosum, 

małej mie

ś

cinie pod Amsterdamem - i podniosła powieki. 

Zdumienie i oszołomienie najpierw odebrało jej mow

ę

, a 

potem zachłysn

ę

ła si

ę

 strasznym krzykiem zwierz

ę

cego 

przera

Ŝ

enia. Siedziała w wielkim i prawie pustym 

przedziale kolejowym, a za oknem przesuwał si

ę

 

ś

nie

Ŝ

ny 

pejza

Ŝ

 charakterystyczny dla dalekiego północnego wschodu. 

Wysokie sosny przykryte białymi czapami 

ś

niegu stały murem 

wzdłu

Ŝ

 torów. Magda ogl

ą

dała to z szeroko otwartymi 

ustami, nie zdaj

ą

c sobie sprawy, 

Ŝ

e wci

ąŜ

 krzyczy. To nie 

był sen - najwyra

ź

niej przemierzała Syberi

ę

, bo 

siermi

ęŜ

no

ść

 przedziału i zdobi

ą

ce go rosyjskie

napisy nie dopuszczały mo

Ŝ

liwo

ś

ci, i

Ŝ

 znajduje si

ę

 w 

ś

rodku kanadyjskiej tajgi. 

   Warkot silnika i strzał w ga

ź

nik. To znowu ten pacan, 

Michalak, uruchamia syren

ę

. Powinni to na złom zabiera

ć

.

Strona 8

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

   W przedziale było potwornie gor

ą

co, a mimo to w 

przeciwległym jego k

ą

cie spał kto

ś

 na wpół zagrzebany w 

stert

ę

 futer. Jej ci

ą

gły wrzask obudził współtowarzysza 

podró

Ŝ

y, skóry poruszyły si

ę

 i wychyn

ę

ła stamt

ą

sko

ś

nooka, czerwona od gor

ą

ca i l

ś

ni

ą

ca od potu szeroka, 

prostacka twarz. Poni

Ŝ

ej niegolonej od kilku dni brody 

ciało kałmuka skrywał elegancki, lecz wygnieciony i 
poplamiony niemo

Ŝ

liwie garnitur z dobrego materiału, spod 

którego wygl

ą

dała biała, rozchełstana koszula drugiej, 

albo i trzeciej 

ś

wie

Ŝ

o

ś

ci. Krawat wyzierał na 

ś

wiat z 

bocznej kieszeni marynarki. 
   - Ticho, ticho, male

ń

kaja - powiedział obudzony. - U 

mienja straszno bolit gaława... 
   Czerwone łapsko si

ę

gn

ę

ło po litrow

ą

 butelk

ę

 wódki, w 

trzech czwartych opró

Ŝ

nion

ą

, stoj

ą

c

ą

 na stoliku pod oknem. 

Drab wyci

ą

gn

ą

ł z

ę

bami korek, wypluł go, wypił gorzałk

ę

 do 

dna, a butelk

ę

 rzucił na siedzenie. 

   - Tiszina! - rykn

ą

ł i strzelił Magd

ę

 w twarz tak 

mocno, 

Ŝ

e uderzywszy głow

ą

 o 

ś

cian

ę

 przedziału doznała 

chwilowego zamroczenia. - Słuszaj, barysznia! Ty tiepier 
moja rabynja, znaczit - poddana. Marek, moj drug, podarił 
tiebia mnie. Ty doł

Ŝ

na diełat, czto ja ska

Ŝ

u. I wsio. 

   Mówił dziwaczn

ą

 mieszanin

ą

 rosyjskich i polskich słów, 

czym

ś

 w rodzaju wschodniego anglo-pidginu, ale Magda i bez 

tego zrozumiała swoj

ą

 sytuacj

ę

. Została współczesn

ą

 

niewolnic

ą

 jakiego

ś

 pioniera przekształce

ń

 własno

ś

ciowych 

rosyjskiej gospodarki, czyli biznesmena.  Czyli oszusta i 
spekulanta na mi

ę

dzynarodow

ą

 skal

ę

. Mimo szoku, a w 

przeciwie

ń

stwie do mdłych filmowych bohaterek lubi

ą

cych w 

podobnie nie sprzyjaj

ą

cych sytuacjach stawia

ć

 si

ę

protestowa

ć

 i ci

ą

gn

ąć

 wilka za ogon, momentalnie poło

Ŝ

yła 

uszy po sobie. Na protesty i stawianie si

ę

 przyjdzie czas 

ź

niej. Je

Ŝ

eli w ogóle przyjdzie.  

   - Dok

ą

d... kuda my jediem? - zapytała ss

ą

c krew z 

rozbitej wargi.  
   - Nu, tiepier ty mo

Ŝ

esz znat`... - W Zamorskij Kraj. 

Znajesz, gdie eto? 
   Pokr

ę

ciła głow

ą

. Sybirak roze

ś

miał si

ę

 hała

ś

liwie. 

Widok jej zdefasonowanej twarzy podniecił go; przesiadł 
si

ę

, rozpi

ą

ł rozporek i wtłoczył swoim łapskiem jej r

ę

k

ę

 

do spodni. 
   Magda zagryzła usta ze wstr

ę

tu. 

   - No, gdie Ussuryjsk i Władywostok znajesz? Tam 
budiesz 

Ŝ

yt` i rabotat` w burdelu. Wsio budiet` charaszo. 

No, diełaj, diełaj...
   Po chwili, kiedy j

ę

czała pod nim na siedzeniu miarowo 

kiwaj

ą

cego si

ę

 przedziału, poznała, "kak budiet charaszo"! 

   
   Wyszła na drewniany ganek przed domem, rozło

Ŝ

yła szeroko 

ramiona i gł

ę

boko zaczerpn

ę

ła powietrza.  Nie było ju

Ŝ

 tak 

mro

ź

ne i miało inny zapach.  

   "Idzie wiosna" - pomy

ś

lała. "Wiosna, wiosna..." 

    Podskoczyła par

ę

 razy w miejscu, napawaj

ą

c si

ę

 

rze

ś

ko

ś

ci

ą

 poranka, cudownym powietrzem i przyrod

ą

. Z 

pobliskiej sosny spadła 

ś

nie

Ŝ

na czapa z gał

ę

zi poruszonej 

przez wiewiórk

ę

. Magda wypatrzyła j

ą

, ugniotła kul

ę

 i 

rzuciła w zwierz

ą

tko. Nie trafiła, a wiewiórka przeskoczyła 

na s

ą

siednie drzewo.  

   Załomotała winda, trzasn

ę

ły stalowe drzwi szybu, a

Ŝ

 

si

ę

 wstrz

ą

sn

ę

ła; kolorowe błyski przed oczami.

Strona 9

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

   Wiosna. Sło

ń

ce próbowało nie

ś

miało roztopi

ć

 zwisaj

ą

ce 

z okapu sople i kilka kropel wody spadło na deski stopni.
   Magda zeszła z ganku, zapadaj

ą

c si

ę

 w walonkach w 

chrupi

ą

cy, wilgotny 

ś

nieg. Ubrana w wełniane rajstopy, 

spódnic

ę

 z wojskowego sukna, półko

Ŝ

uszek i chustk

ę

 na 

głowie, nie odczuwała zimna. Obeszła swoje wło

ś

ci. Wewn

ą

trz 

budynku wszcz

ą

ł si

ę

 poranny ruch.  Jego postawienie (jak i 

sw

ą

 pozycj

ę

 burdelmamy) wywalczyła latem półtora roku temu 

na regularnie odwiedzaj

ą

cym j

ą

 generale Gromosławskim, 

dowódcy portu wojennego we Władywostoku, Dziewcz

ę

ta budziły 

si

ę

 do 

Ŝ

ycia - ka

Ŝ

da we własnym, czystym pokoju, który nie 

słu

Ŝ

ył przyjmowaniu klientów, a był czym

ś

 w rodzaju stancji. 

Magda przeniosła tu swe do

ś

wiadczenia z pobytu u krakowskich 

prezentek - było niebogato, lecz schludnie i wygodnie. 
Prywatne pokoje mie

ś

ciły si

ę

 na poddaszu, podobnie jak jej 

dwuizbowy "apartament" z wielk

ą

 łazienk

ą

 i osobn

ą

 toalet

ą

"Pokoje go

ś

cinne" znajdowały si

ę

 na pierwszym pi

ę

trze, ka

Ŝ

dy 

z łazienk

ą

, a parter zajmował jeden du

Ŝ

y salon i kilka 

mniejszych gabinetów, gdzie go

ś

cie mogli rozmawia

ć

 o 

interesach, gra

ć

 w karty, pi

ć

 wódk

ę

 i złorzeczy

ć

 na swój 

los. W wykopanej za pomoc

ą

 ci

ęŜ

kiego wojskowego sprz

ę

tu i 

wymurowanej z czerwonej cegły piwnicy mie

ś

ciła si

ę

 kuchnia, 

jadalnia dziewcz

ą

t, pralnia, suszarnia i ni to bania, czyli 

ła

ź

nia, ni sauna, gdzie cz

ę

sto odbywały si

ę

 pijacko-

erotyczne orgie, skrywane obłokami białej pary.  
   Ale pocz

ą

tek jej pobytu w Kraju Zamorskim nie 

zapowiadał wcale, i

Ŝ

 Magda zrobi tak oszałamiaj

ą

c

ą

, godn

ą

 

zazdro

ś

ci, karier

ę

. Kiedy wielokrotnie zgwałcona i 

poturbowana przez Alosz

ę

, jej poci

ą

gowego pana i władc

ę

stan

ę

ła na progu swego miejsca przeznaczenia, była 

przera

Ŝ

ona i psychicznie zmaltretowana. Zastanawiała si

ę

 nad 

samobójstwem. Brudna, rozczochrana i wym

ę

czona, bardziej 

wygl

ą

dała na 

Ŝ

ebrz

ą

c

ą

 w Polsce Rumunk

ę

 ni

Ŝ

 na godn

ą

 

po

Ŝą

dania warszawsk

ą

 

ś

licznotk

ę

.  

   Burdel, w którym miało jej by

ć

 "charaszo", przeraziłby 

j

ą

, gdyby wtedy cokolwiek jeszcze mogło zrobi

ć

 na niej 

wra

Ŝ

enie - był to stoj

ą

cy w lesie olbrzymi, drewniany i 

wilgotny barak, gdzie pil

ś

niowe przepierzenia dzieliły od 

siebie klitki, b

ę

d

ą

ce miejscem 

Ŝ

ycia i uprawiania miło

ś

ci 

przez niedomyte, prostackie dziewuchy o grubych nogach i 
wielkich zadach. Nie było bie

Ŝą

cej wody, a nocniki 

wychlustywano przez okna. Szefowa tego przybytku rozkoszy 
wa

Ŝ

yła dobre sto dwadzie

ś

cia kilo, za to nie posiadała ani 

jednego z

ę

ba. Za najdrobniejszy przejaw niesubordynacji, 

albo i bez powodu, miała zwyczaj rozdawa

ć

 kułaki, 

zdolne powali

ć

 wołu. Dziewczyny chodziły wi

ę

c wiecznie 

posiniaczone, a szefowa 

ś

miała si

ę

 bezz

ę

bnie, 

Ŝ

e b

ę

d

ą

 

miały wi

ę

ksze powodzenie, bo to podnieca m

ęŜ

czyzn. Tym, 

którzy korzystali z ich usług, nie potrzeba było 
dodatkowych podniet albo sami lubili nakła

ść

 panienkom po 

g

ę

bie. Przyje

Ŝ

d

Ŝ

ali uaz-ami, ładami-niva lub nawet konno - 

przewa

Ŝ

nie w mundurach ró

Ŝ

nych rodzajów wojsk czy słu

Ŝ

le

ś

nych. Cywile załatwiali z nimi ciemne interesy, tycz

ą

ce 

nielegalnego wyr

ę

bu drzew, kupna broni, pojazdów, 

sprzeda

Ŝ

y walut... Po czym standardowo upijali si

ę

 i 

zgodnie ko

ń

czyli pracowit

ą

 noc na nied

ź

wiedzich igraszkach 

z córkami dalekiego rosyjskiego wschodu. Cały barak trz

ą

sł 

si

ę

 wtedy i trzeszczał, a Magdzie zdawało si

ę

, i

Ŝ

 znajduje 

si

ę

 w oborze pełnej buhajów i krów - taki obraz 

przywodziły jej przed oczy dochodz

ą

ce zza cienkich 

ś

cianek 

Strona 10

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

rz

ęŜ

enia i st

ę

kania.

   

ś

e te

Ŝ

 te bydlaki z trzeciego pi

ę

tra nie wyprowadz

ą

 

swego psa! Szczeka, kundel, i szczeka! 

   Wtedy, najcz

ęś

ciej sama obsługuj

ą

c jakiego

ś

 

charcz

ą

cego kochanka, postanawiała si

ę

 zabi

ć

. Kiedy klient 

szcz

ęś

liwie usypiał, płakała z bezsilno

ś

ci. Nie mogła 

spa

ć

, stała si

ę

 l

ę

kliwa, schudła, wygl

ą

dała 

nieatrakcyjnie. Cz

ę

sto w nocy słyszała płacz i chlipanie z 

innych klitek, ale z nikim nie rozmawiała. Robiła wszystko 
jak automat, staraj

ą

c si

ę

 odebra

ć

 jak najmniejsz

ą

 porcj

ę

 

bólu od szefowej, "kole

Ŝ

anek" i klientów. 

   Dziewcz

ę

ta tak

Ŝ

e były przeciwko niej; jej milczenie 

brały za okazywanie wy

Ŝ

szo

ś

ci oraz pogardy. Po pół roku 

co

ś

 si

ę

 zmieniło i zaprzyja

ź

niła si

ę

 z s

ą

siadk

ą

 zza 

ś

ciany. Historia Nadi była banalna niczym wyj

ę

ta z 

dziewi

ę

tnastowiecznej powie

ś

ci - pochodziła spod Moskwy, 

tam poznała chłopaka odbywaj

ą

cego słu

Ŝ

b

ę

 wojskow

ą

Przyjechała na Daleki Wschód jako narzeczona, ale chłopak 
porzucił j

ą

 dla innej, gdy była w ci

ąŜ

y. Poniewa

Ŝ

 jedyna 

jej 

Ŝ

yciowa ambicja polegała na byciu 

Ŝ

on

ą

, przeto umiała 

tylko pra

ć

, gotowa

ć

 i sprz

ą

ta

ć

. No, i jeszcze to, co 

potrafi ka

Ŝ

da kobieta, nawet je

Ŝ

eli tego nie lubi. Nadja 

nie znalazła 

Ŝ

adnej pracy, wi

ę

c najpierw próbowała 

sprzedawa

ć

 si

ę

 na własn

ą

 r

ę

k

ę

, ale zgarn

ę

ła j

ą

 milicja. 

Usłu

Ŝ

ny starszina, nie mog

ą

cy w jelcynowskiej dobie 

zwi

ą

za

ć

 ko

ń

ca z ko

ń

cem, oddał Nadj

ę

 Matuszce Dusze

ń

ce, co 

dziewczyna bardzo sobie chwaliła. Kiedy urodziła dziecko, 
zabrano je dok

ą

d

ś

 - i ten kłopot tak

Ŝ

e został rozwi

ą

zany 

przez Mateczk

ę

   Kontakt z Nadj

ą

, która niby to była wolna, ale nie miała 

dok

ą

d odej

ść

, zmienił wiele w nastawieniu Magdy. Po okresie 

biernego poddania si

ę

 losowi zrozumiała, 

Ŝ

e ma o co walczy

ć

 

i powinna spróbowa

ć

 wyrwa

ć

 si

ę

 z przekl

ę

tego miejsca. Nie 

wiedziała jeszcze, jak tego dokona

ć

, ale najpierw musiała 

wyzwoli

ć

 si

ę

 z syndromu niewolnika czy o

ś

wi

ę

cimskiego 

muzułmana. Musiała poczu

ć

 ch

ęć

 do 

Ŝ

ycia, a potem do walki.  

   Zacz

ę

ła od tego, 

Ŝ

e przestała si

ę

 zaniedbywa

ć

 - jeszcze 

bez okre

ś

lonego celu, wył

ą

cznie dla siebie samej, bo 

przecie

Ŝ

 nic tak nie podnosi dobrego samopoczucia kobiety 

jak przekonanie o własnej atrakcyjno

ś

ci. Przestała si

ę

 

głodzi

ć

, co robiła bezwiednie, z braku ch

ę

ci do 

Ŝ

ycia, i w 

niezwykle sparta

ń

skich warunkach zacz

ę

ła dba

ć

 o higien

ę

 i 

wygl

ą

d. Za pomoc

ą

 babcinych sposobów dokonywała cudów, 

usiłuj

ą

c stworzy

ć

 na swej wymizerowanej twarzy wieczorowy 

makija

Ŝ

. Deszczówka czy woda z roztopionego 

ś

niegu nadawała 

jej włosom połysk lepszy ni

Ŝ

 Ultra Doux przyprawiony 

produktem warszawskich wodoci

ą

gów.  

   Po pewnym czasie współlokatorki - czy to wiedzione 
instynktem, czy te

Ŝ

 z ch

ę

ci rywalizacji - pocz

ę

ły robi

ć

 to 

samo. I wtedy wła

ś

nie zdarzył si

ę

 cud - w mało ekskluzywnym 

miejscu, dobrym dla drobnych kanciarzy i sfrustrowanych, 
obarczonych licznymi rodzinami sier

Ŝ

antów intendentury, 

pojawił si

ę

 generał major Piotr Wasiljewicz Gromosławskij - 

jak to okre

ś

la rosyjskie porzekadło: "umytyj, pobrytyj i 

lekko podpityj". Oblewał nielegalny interes z kilkoma 
Japo

ń

czykami, zdaj

ą

cymi si

ę

 dla kontrastu do swych 

filigranowych kobiet ceni

ć

 swojsk

ą

 krzep

ę

 dziewuch Matuszki 

Dusze

ń

ki. Wybór pijanego Gromosławskiego padł na Magd

ę

 i 

wtedy zrozumiała, 

Ŝ

e ma przed sob

ą

 szans

ę

, na któr

ą

 czekała. 

Strona 11

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

Dała wi

ę

c z siebie wszystko, co umiała w ars amandi, 

staraj

ą

c si

ę

, by jej kunszt dotarł do

ń

 pomimo wypitej wódki.  

   Przez dwa tygodnie po tej nocy my

ś

lała, 

Ŝ

e jej 

wysiłki spełzły na niczym, i znów poczuła si

ę

 załamana, 

gdy nagle generał major pojawił si

ę

 ponownie - tym razem 

incognito, w cywilu. 
   Nie wiedziała, 

Ŝ

e sprowadziła go z powrotem nie tyle jej 

wyszukana gra miłosna, której istotnie niemal nie pami

ę

tał, 

ile wiadomo

ść

Ŝ

e jest Polk

ą

. Jak wielu Rosjan, jednocze

ś

nie 

pogardzał Polakami i podziwiał ich; Polska, niczym tania 
dziwka przystrojona w 

ś

wiecidełka, budziła w nim tyle

Ŝ

 

pogardy, co i po

Ŝą

dania. I wła

ś

nie dostał tak

ą

 w r

ę

ce - mógł 

robi

ć

 wszystko, co chciał z t

ą

 dumn

ą

 Poleczk

ą

, mógł j

ą

 

poni

Ŝ

a

ć

, traktowa

ć

 jak 

ś

cierk

ę

 - ale im usilniej si

ę

 starał 

to robi

ć

, tym bardziej go poci

ą

gała. W ko

ń

cu nawet 

powiedział jej to. Magda dobrze mówiła po rosyjsku, uczyła 
si

ę

 j

ę

zyka na studiach, i stopniowo zacz

ę

li rozmawia

ć

 o 

wielu innych sprawach. Ich wzajemny stosunek zmienił si

ę

Nadal on, ruskij gienierał, przyje

Ŝ

d

Ŝ

ał upodla

ć

 t

ę

 mał

ą

 

Polk

ę

 za Rodinu, za Stalinu, ale nie był ani taki chamski, 

ani brutalny, jak na pocz

ą

tku. Zjawiał si

ę

 coraz cz

ęś

ciej; 

Magda była ju

Ŝ

 tylko jego dziewczyn

ą

, co spowodowało, 

Ŝ

niech

ęć

 pozostałych panienek do niej od

Ŝ

yła z dawn

ą

 moc

ą

.  

Ale teraz Magda czuła si

ę

 silna i miała plan. Jako 

"niewolnica", osoba bez paszportu oddawała si

ę

 w zasadzie 

wył

ą

cznie za podłe utrzymanie - postanowiła zatem zmieni

ć

 

ten stan mniemaj

ą

c, 

Ŝ

e pieni

ą

dze mogłyby by

ć

 niezwykle 

u

Ŝ

yteczne w realizacji pomysłu. Przypu

ś

ciła zatem atak na 

Gromosławskiego, opowiadaj

ą

c mu z tak

ą

 swad

ą

 o 

amsterdamskich i hamburskich przybytkach rozkoszy, jakby 
całe dotychczasowe 

Ŝ

ycie sp

ę

dziła w burdelach. Nast

ę

pnym jej 

krokiem było podsuni

ę

cie Pieti my

ś

li, 

Ŝ

e Magda mogłaby 

zorganizowa

ć

 bardzo przyjemn

ą

 chatk

ę

-kopulatk

ę

, gdyby tylko 

miała mo

Ŝ

liwo

ść

 spróbowa

ć

 swych sił. Po niejakim czasie 

Matuszka Dusze

ń

ka znikn

ę

ła jakby j

ą

 diabeł porwał, a Magda 

została ustanowiona szefow

ą

 le

ś

nego domu publicznego. Do 

pomocy przydano jej dwóch Afga

ń

ców - Jur

ę

 i Tad

Ŝ

yka Mustaf

ę

pseudo Nó

Ŝ

.  

   Ci dwaj błyskawicznie zaprowadzili porz

ą

dek w

ś

ród 

buntuj

ą

cej si

ę

 załogi - cz

ęść

 dziewcz

ą

t w trymiga znalazła 

si

ę

 za bram

ą

, kilka innych zostało przekwalifikowanych na 

kucharki, pomywaczki czy sprz

ą

taczki. Vacaty Jura z No

Ŝ

em 

zapełnili szczupłymi, zgrabnymi panienkami o poci

ą

gaj

ą

cej, 

wyzywaj

ą

cej urodzie, nadanej ich twarzom przez nieco 

wystaj

ą

ce, mongolskie ko

ś

ci policzkowe i lekko sko

ś

ne oczy - 

wynik krzy

Ŝ

ówki ras zachodz

ą

cej od pokole

ń

 w wielonarodowym 

pa

ń

stwie, byłej szcz

ęś

liwej rodzinie stu nacji. W tym 

momencie kwestia budowy nowego obiektu stała si

ę

 

formalno

ś

ci

ą

. Pomi

ę

dzy wiosn

ą

 a jesieni

ą

 drugiego roku 

pobytu Magdy w Zamorskim Kraju stan

ą

ł w nowym miejscu, 

pobudowany siłami wojska, przestronny, cho

ć

 i przytulny 

pensjonat, z którego go

ś

ciny korzystali obecnie oficerowie i 

cywilni notable.  

   Dochodził j

ą

 zapach gazu, mleko musiało zala

ć

 palnik. 

   Teraz Magda dysponowała pełni

ą

 władzy oraz 

pieni

ę

dzmi. Nadal nie istniała wobec miejscowego prawa, 

formalnie w ogóle jej nie było, ale rosła jej fortuna, 
znajomo

ś

ci i wpływy. Nie sypiała z nikim oprócz 

Gromosławskiego i... Jury oraz No

Ŝ

a, o czym Piotr 

Strona 12

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

Wasiliewicz nie wiedział. Wyj

ą

tkowo, na jego pro

ś

b

ę

 i za 

jego zgod

ą

, sp

ę

dzała noc z takim czy innym poleconym przez 

 niego klientem, ale było dla niej oczywiste, i

Ŝ

 nadal 

musi by

ć

 z generałem na jak najlepszej stopie. Jego 

interesy były jej interesami. Poniewa

Ŝ

 Gromosławskij 

odmówił jej załatwienia dokumentów, zwróciła si

ę

 z tym do 

"swoich chłopców". Jura zdobył czysty blankiet dowodu 
osobistego, a Nó

Ŝ

 zawiózł j

ą

 do Ussuryjska do fotografa. 

Po ponad półtorarocznej przerwie widok miasta i normalnych 
ludzi u

ś

wiadomił jej, jak wiele zmarnowano jej 

Ŝ

ycia i jak 

bardzo j

ą

 upodlono. 

   Rozpłakała si

ę

 gło

ś

no, po babsku. Mazała si

ę

 z pół 

godziny, a zakłopotany Nó

Ŝ

 nie wiedział, co pocz

ąć

Przypomniała sobie wszystko, co j

ą

 spotkało od momentu 

przebudzenia w wagonie kolei transsyberyjskiej i kto 
jest tego przyczyn

ą

. Marek. Pragnienie zemsty było jedyn

ą

 

rzecz

ą

 - teraz to sobie u

ś

wiadomiła - która trzymała j

ą

 

przy 

Ŝ

yciu i zmuszała do działania. Przestała chlipa

ć

otarła łzy i poprawiła makija

Ŝ

. Przyj

ę

ła od No

Ŝ

a wyj

ę

t

ą

 

spod siedzenia nivy butelk

ę

 wódki i poci

ą

gn

ę

ła dwa łyki. 

Poczuła si

ę

 lepiej. 

   Odk

ą

d w ten sam sposób weszła w posiadanie prawa jazdy,  

zacz

ę

ła sama wyprawia

ć

 si

ę

 po zakupy, których nie mogła 

zleci

ć

 "chłopcom". Gromosławskij w

ś

ciekł si

ę

, gdy si

ę

 o tym 

dowiedział, ale zło

ść

 szybko mu przeszła. Zacz

ą

ł tylko 

rzadziej bywa

ć

 w pensjonacie, wi

ę

c Magda - chc

ą

c u

ś

pi

ć

 

podejrzenia co do swej lojalno

ś

ci - tym skwapliwiej 

pilnowała regulowania z nim rachunków, a nawet cz

ę

sto 

dokładała pieni

ą

dze z własnej puli, 

Ŝ

eby tylko Pietia był 

zadowolony.  
   Nie zdradzaj

ą

c si

ę

 jeszcze z niczym przed 

"chłopcami", napisała do Mielca, do jednego z braci. Nie 
wdaj

ą

c si

ę

 w szczegóły poprosiła o przysłanie na 

poste restante trzech zaprosze

ń

 do Polski - dla Jury, No

Ŝ

i Galiny Pietrownej, jak si

ę

 teraz nazywała. 

   Nie miała dawno wiadomo

ś

ci z domu, czy mama nie 

chora?

   Liczyła, 

Ŝ

e rodzina przyzwyczajona do długich okresów jej 

milczenia, spełni to 

Ŝ

yczenie. Z niecierpliwo

ś

ci

ą

 czekała na 

odpowied

ź

, bo zaczynało brakowa

ć

 jej czasu, a przede 

wszystkim cierpliwo

ś

ci. Bała si

ę

Ŝ

e w ostatniej chwili co

ś

 

mo

Ŝ

e pokrzy

Ŝ

owa

ć

 jej plan i najgorsze chciała mie

ć

 ju

Ŝ

 za 

sob

ą

ś

yła teraz w ci

ą

głym napi

ę

ciu. Nó

Ŝ

, którego była 

bardziej pewna, miał za du

Ŝ

e pieni

ą

dze załatwi

ć

 paszport na 

nazwisko Pietrownej, co - o dziwo - okazało si

ę

 niezwykle 

trudne. Jego znajomy komendant milicji był wi

ę

kszym tchórzem 

ni

Ŝ

 chciwcem. Magda znała, oczywi

ś

cie, tego człowieka, ale 

wolała sama nie zajmowa

ć

 si

ę

 t

ą

 spraw

ą

. Przedstawiciele 

rosyjskiej władzy byli nieobliczalni, bała si

ę

 ich i nie 

była pewna, czy gdyby dowiedział si

ę

Ŝ

e ona jest Galin

ą

 

Pietrown

ą

 na fałszywych papierach - nie zamkn

ą

łby  jej do 

tiurmy.  Miała wra

Ŝ

enie, i

Ŝ

 stosunki komendanta i 

Gromosławskiego nie s

ą

 najlepsze, wi

ę

c wolała nie ryzykowa

ć

 

ani nie sprawdza

ć

 na własnej skórze z jakiego powodu. Co do 

samego Piotra Wasiljewicza, to s

ą

dziła, i

Ŝ

 niemo

Ŝ

liwo

ś

ci

ą

 

jest, by nie wiedział, czy chocia

Ŝ

 nie domy

ś

lał si

ę

, mo

Ŝ

nie tyle jej planów, ile przynajmniej ch

ę

ci powrotu do 

Polski. Zdawało si

ę

 jej, 

Ŝ

e generał-major w nic nie 

ingeruj

ą

c sprzyja tym zamiarom maj

ą

c nadziej

ę

, i

Ŝ

 po cichu 

Strona 13

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

pozb

ę

dzie si

ę

 jej, coraz bardziej kłopotliwej, i nigdy 

wi

ę

cej o niej nie usłyszy.  

   Nó

Ŝ

 zdobył du

ń

ski paszport pijanego 

marynarza - liczyło si

ę

 to, 

Ŝ

e pochodził z kraju o 

bezwizowym ruchu do Polski i 

Ŝ

e matros nazywał si

ę

 Bo 

Johanson. Imi

ę

 mogło by

ć

 tyle

Ŝ

 m

ę

skie, co kobiece - 

przykładem cho

ć

by aktorka Bo Derek. Zamiana zdj

ę

cia to ju

Ŝ

 

była prosta sprawa. 
   Od tej pory pozostało jedynie czeka

ć

 na odpowied

ź

 z 

domu. Jej zaproszenie dla niejakiej Galiny Pietrowny nie 
było ju

Ŝ

 do niczego potrzebne, ale pozostawała kwestia 

Jury oraz No

Ŝ

a. Czas oczekiwania Magda skracała sobie 

przygotowaniami do realizacji ostatniej fazy planu - 
odwiedzała cz

ę

sto port wypatruj

ą

c polskich statków 

handlowych. Niestety, na skutek ogólnej 

ś

wiatowej recesji 

i załamania handlu z Rosj

ą

 nie było takich prawie wcale. 

Wreszcie wywiedziała si

ę

 o polskiej bazie-przetwórni, 

poddawanej jakiemu

ś

 pobie

Ŝ

nemu remontowi przed rejsem do 

kraju. Statek wracał z ładowniami pełnymi ryb, których 
nikt nie chciał kupi

ć

, jako 

Ŝ

e połowy na Oceanie Spokojnym 

przestały si

ę

 opłaca

ć

. Naprawa dotyczyła silnika 

jednostki, w zwi

ą

zku z czym nie odbywała si

ę

 w doku, i 

cała załoga, czterna

ś

cie osób, mieszkała na statku.

   Kapitan, Tadeusz ...cki, nie wydawał si

ę

 z pocz

ą

tku 

zainteresowany zabraniem pasa

Ŝ

erów - pi

ę

knej Polki, 

porzuconej 

Ŝ

ony obywatela du

ń

skiego, ani dwóch jej 

"przyjaciół", jednak zgodził si

ę

 rozwa

Ŝ

y

ć

 t

ę

 kwesti

ę

 i 

przyj

ą

ł zaproszenie do odwiedzenia, wraz cz

ęś

ci

ą

 załogi, 

pensjonatu pani Johanson. Magda była przekonana, 

Ŝ

e Stary 

podbija po prostu cen

ę

   Okoliczno

ś

ci zdawały si

ę

 jej sprzyja

ć

 i Magda była 

tym faktem tyle

Ŝ

 ucieszona, co i chora ze strachu, by 

wszystko nie wzi

ę

ło w łeb w ostatnim, najwa

Ŝ

niejszym 

momencie. Obawiała si

ę

 jakiego

ś

 głupiego przypadku z 

gatunku tych, które krzy

Ŝ

uj

ą

 najwspanialsze filmowe 

intrygi zwi

ą

zane z napadami na banki czy pocztowe furgony 

pełne worków pieni

ę

dzy. Nie mogła w nocy spa

ć

 i niepokoiła 

si

ę

 brakiem listu z Polski. 

   Szcz

ęś

cie u

ś

miechn

ę

ło si

ę

 do niej jeszcze dwa razy - 

pewnego dnia panienka na poczcie ju

Ŝ

 z daleka wołała do 

niej, czto priszło k wam pismo!, a przez najbli

Ŝ

sze dwa 

tygodnie mogła tak

Ŝ

e nie zawraca

ć

 sobie głowy 

Gromosławskim, je

Ŝ

eli nawet przyj

ąć

Ŝ

e miałby co

ś

 

przeciwko jej ucieczce, bowiem jako dowódca portu 
wojennego zaj

ę

ty był dzie

ń

 i noc z powodu manewrów Floty 

Oceanu Spokojnego.
   List, zgodnie z jej oczekiwaniami, zawierał trzy 
notarialnie po

ś

wiadczone zaproszenia i wła

ś

ciwie ani słowa 

zainteresowania jej losami - przyzna

ć

 jednak musiała w 

duchu, 

Ŝ

e i ona nie zajmowała si

ę

 nigdy nadmiernie 

Ŝ

yciem 

swych bliskich. 
   Po raz pierwszy od bardzo dawna zat

ę

skniła do Mielca 

- gnu

ś

no

ść

 i prowincjonalno

ść

 tamtejszego 

Ŝ

ycia wydała si

ę

 

jej nagle rajem. Ale jak to powiedział Rimbaud, "

Ŝ

ycie 

jest gdzie indziej". 
   W noc poprzedzaj

ą

c

ą

 wyj

ś

cie w morze trzy czwarte załogi 

bazy-przetwórni stawiło si

ę

 jak jeden m

ąŜ

, pod wodz

ą

 swego 

kapitana, w pensjonacie "Amour", którego nazwa stanowiła 
zgrabne nawi

ą

zanie tak do miło

ś

ci, jak do "pobliskiej" 

rzeki. Podczas gdy marynarze bawili si

ę

 na całego, 

korzystaj

ą

c z darmowych dziewczynek i alkoholu, Magda 

Strona 14

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

dopinała ostatnie szczegóły transakcji z ich dowódc

ą

. Za 

3200 dolarów zgodził si

ę

 zabra

ć

 cał

ą

 trójk

ę

 pod warunkiem, 

Ŝ

e w czasie podró

Ŝ

y b

ę

dzie mógł korzysta

ć

 z usług Madamme. 

Musiała przysta

ć

 na t

ę

 dodatkow

ą

 klauzul

ę

.  O trzeciej nad 

ranem wszyscy byli tak pijani, 

Ŝ

e nawet Jura i Nó

Ŝ

 

bełkotliwie, z szerokim gestem godnym beztroskich ptaków, 
przystali na podró

Ŝ

 morsk

ą

 do Szczecina, sk

ą

d ju

Ŝ

 bliziutko 

było na zapad.  
   O siódmej rano, przy pomocy dziewczyn z kuchni, 
Magda, która prawie nie piła, załadowała całe towarzystwo 
do barkasa i zasiadła za kierownic

ą

. O dziewi

ą

tej, spocona 

ze strachu i emocji po pomy

ś

lnym przebyciu kontroli 

paszportowej i celnej, znalazła si

ę

 na pokładzie 

"Narwala", a o dwunastej statek wyszedł w morze. Magda 
płakała stoj

ą

c od nawietrznej przy relingu, i nikt nie 

mógł wiedzie

ć

, czy dlatego, 

Ŝ

e była ju

Ŝ

 w Polsce, czy z 

powodu ostrego, mro

ź

nego wiatru, w którym czu

ć

 było 

zapach nadci

ą

gaj

ą

cej syberyjskiej zimy.

    
   Zbli

Ŝ

ały si

ę

 

ś

wi

ę

ta. W Warszawie, jak zwykle w 

ostatnich latach w całej prawie Polsce, nie było 

ś

niegu. 

Marek siedział sam w domu, przygotowuj

ą

c dla ministra 

roczne sprawozdanie ze swej działalno

ś

ci. Stukał w 

klawisze komputera i my

ś

lami był gdzie

ś

 daleko. Koniec 

grudnia wywoływał w jego pami

ę

ci obraz Magdy. Kiedy 

wspominał wypadki sprzed dwóch lat, ciarki przechodziły mu 
po plecach na my

ś

l o tym, co si

ę

 z ni

ą

 mogło teraz dzia

ć

Albo ju

Ŝ

 stało. 

   "Sama sobie winna!" - pomy

ś

lał, by doda

ć

 sobie ducha 

i umniejszy

ć

 wyrzuty sumienia. 

   Ale to nie pomagało, nie mogło pomóc. Tak jak nie 
pomagał alkohol, inne kobiety czy praca oraz interesy. 

   Och, napi

ć

 by si

ę

 tak teraz wina prostego! Na 

przykład "Kordiału rumowego o smaku łagodnym" albo 
"U

ś

miechu Te

ś

ciowej".

   Tak naprawd

ę

 nie chodziło mu o Magd

ę

 jako tak

ą

, jego 

skrupuły  brały si

ę

 przede wszystkim ze strachu o siebie 

samego, o to, 

Ŝ

e jakim

ś

 cudem Magda mo

Ŝ

e wróci

ć

 albo 

rzecz wyda si

ę

 w inny sposób. Na razie, dla wszystkich 

zainteresowanych, przebywała za granic

ą

; co było zgodne z 

prawd

ą

   W ogrodzie zaszczekał Porter, jego bulterier, i po 
chwili umilkł. Marek wrócił do rzeczywisto

ś

ci i 

spostrzegł, 

Ŝ

e musi skasowa

ć

 ponad pół strony jakich

ś

 

niezrozumiałych słów. Nad drzwiami wej

ś

ciowymi rozległ si

ę

 

gong. 
   "Znów zapomnieli kluczy" - pomy

ś

lał ogólnie pod 

adresem rodziny niezadowolony, 

Ŝ

e mu si

ę

 przerywa. 

   Ilona, jego 

Ŝ

ona, była na przed

ś

wi

ą

tecznych 

sprawunkach, syn na wieczorze kawalerskim kolegi ze 
studiów, a córka wyjechała na weekend. Sam musiał wsta

ć

   - Kto tam? - zapytał odruchowo. 
   - Rozkrywaj! Diadia Moroz prijechał! 
   Zanim zd

ąŜ

ył si

ę

 zdziwi

ć

, serie z dwóch kałasznikowów 

rozdarły cisz

ę

 i drzwi rozpadły si

ę

 w wiruj

ą

ce i spadaj

ą

ce 

jako

ś

 powoli w zdumionym powietrzu drzazgi. Czas zwolnił, 

wszystko działo si

ę

 niezwykle, niczym w sennym koszmarze, a 

Marek szpikowany wystrzeliwanymi z najbli

Ŝ

szej odległo

ś

ci 

pociskami 7,62 mm zd

ąŜ

ył jeszcze dostrzec dwóch m

ęŜ

czyzn, z 

Strona 15

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

których jeden był najwyra

ź

niej Azjat

ą

, a dalej, po drugiej 

stronie ulicy, w zaparkowanym samochodzie, siedz

ą

c

ą

 za 

kierownic

ą

 kobiet

ę

. Jej twarz, zwrócona w jego stron

ę

wydała mu si

ę

 dziwnie znajoma, mo

Ŝ

e to s

ą

siadka, wi

ę

c chciał 

zawoła

ć

 daremnego ratunku, ale z jego ust buchn

ę

ła krew i 

padaj

ą

c, gdy 

ś

wiadomo

ść

 gasła w nim z bólu, rozpoznał t

ę

 

kobiet

ę

. To była ona, na pewno.  

    
   Umieraj

ą

c nie mógł wiedzie

ć

Ŝ

e kilka dni pó

ź

niej 

stra

Ŝ

 graniczna zastrzeliła w rejonie Gubina nad Odr

ą

 

dwóch m

ęŜ

czyzn, z których jeden był Azjat

ą

. Wezwani do 

zatrzymania si

ę

, otworzyli ogie

ń

 do patrolu z r

ę

cznej 

broni maszynowej. 
   Jeden z uciekinierów został zabity na miejscu przez 
Polaków, drugi zmarł w niemieckim szpitalu, ostrzelany 
przez zwabiony kanonad

ą

 Grenzschutz. Słu

Ŝ

by polskie 

działały podobno na podstawie donosu o mo

Ŝ

liwo

ś

ci 

naruszenia granicy pa

ń

stwowej przez mi

ę

dzynarodowych 

przest

ę

pców. 

   
   Program si

ę

 sko

ń

czył i Magda zdj

ę

ła z głowy gogle VR.  

Pi

ęś

ciami, a

Ŝ

 do bólu, potarła zm

ę

czone oczy. W ciemno

ś

ci 

przed ni

ą

 zawirowały kolorowe koła. Tarła dalej powieki, a

Ŝ

 

przestało jej to sprawia

ć

 przyjemno

ść

, a czerwone i 

fioletowe galaktyki rozpłyn

ę

ły si

ę

 w mroku. Otworzyła oczy. 

Widok liszajowatych 

ś

cian ciasnego mieszkania w rozsypuj

ą

cym 

si

ę

 bloku wstrz

ą

sn

ą

ł ni

ą

. Jak zawsze w takiej chwili, gdy z 

wirtualnych, 

ś

nie

Ŝ

nych przestrzeni Dalekiego Wschodu, 

Amsterdamu czy Warszawy sprzed lat wracała do "normalnego" 

Ŝ

ycia.  

   Wył

ą

czyła mrucz

ą

cy wentylatorem komputer. Był to stary, 

szwankuj

ą

cy model; gruchot, który cz

ę

sto zawieszał si

ę

 

podczas seansu, ale nie sta

ć

 jej było na 

Ŝ

adne naprawy czy 

unowocze

ś

nienia, a tym bardziej na porz

ą

dniejszy sprz

ę

t. 

Wsun

ę

ła stopy w rozdeptane kapcie bez pi

ę

t i wstała ci

ęŜ

ko z 

fotela, otulaj

ą

c si

ę

 szczelniej połatanym, wyci

ą

gni

ę

tym 

szlafrokiem. Szuraj

ą

c nogami, powlokła si

ę

 do kuchni. Mleko 

zalało palnik i gaz ulatniał si

ę

, ale dosy

ć

 niemrawo. 

Otworzyła zacinaj

ą

ce si

ę

 okno i przewietrzyła pomieszczenie 

zadymionym powietrzem z zewn

ą

trz - Michalak grzebał w 

kopc

ą

cej syrence. Na złom by toto oddał! Zamkn

ę

ła okno i 

zapaliła gaz na kuchence. Płomyk ledwo było wida

ć

.  

   "No, tak - pomy

ś

lała - znowu który

ś

 tam stopie

ń

 

zasilania gazem ziemnym zaazotowanym!"
   Kto

ś

 zacz

ą

ł mocno wali

ć

 do drzwi wej

ś

ciowych. Marek, 

sobaka, znowu zapomniał klucza. Powlokła si

ę

 do 

przedpokoju, w którym odła

Ŝą

ce od 

ś

cian tapety zwisały 

spod sufitu niczym li

ś

cie palmowe.

   - Czego burzysz w dwieri?! - wrzasn

ę

ła. - A piat` 

zabył klucza, a?
   Zwolniła drzwi z zasuwy i otworzyła je. Na progu stał 
Marek w lichej jesionce z czerwon

ą

 opask

ą

 funkcyjnego na 

r

ę

kawie, zmokni

ę

ty i przemarzni

ę

ty, ale najwyra

ź

niej z 

czego

ś

 bardzo szcz

ęś

liwy. Do piersi, niczym dziecko, 

przytulał zawini

ą

tko, opakowane w rozmokni

ę

t

ą

 "Trybun

ę

 

Ludu".  
   - Nu, wchodi! - ponagliła go, bo zi

ą

b od korytarza 

ci

ą

gn

ą

ł po jej gołych, spuchni

ę

tych łydkach.

   Marek przest

ą

pił próg.

   - Popatrz tylko, co dostałem w bufecie sejmowym! - 
wysapał z dum

ą

.

Strona 16

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

   Rozchylił gazet

ę

 ukazuj

ą

c sporej wielko

ś

ci krwaw

ą

 

kiszk

ę

 - uczciwie czarn

ą

 i p

ę

kat

ą

. Oczy Magdy rozbłysły 

po

Ŝą

daniem.

   - Dawaj!
   Zaniosła zdobycz do kuchni i poło

Ŝ

yła na laminacie 

kulawej szafki kuchennej. Szukaj

ą

c no

Ŝ

a, zauwa

Ŝ

yła 

fragment tekstu w "Trybunie": Kandydat opozycji na 
prezydenta, Rafał A. Ziemkiewicz, zwany ostatni

ą

 nadziej

ą

 

białych, odwiedził... Reszta notatki ton

ę

ła w tłustej 

plamie, która rozpu

ś

ciła farb

ę

 drukarsk

ą

. Wot, i masz 

dziennik, jednodniewnaja gazieta!
   Marek, wycieraj

ą

c głow

ę

 r

ę

cznikiem, wszedł do kuchni. 

Zapalił 

ś

wiatło, ale od 25-watowej 

Ŝ

arówki nie zrobiło si

ę

 

wcale ja

ś

niej. Nawet jakby pociemniało; jakby jesienny 

zmrok za oknem, dworuj

ą

c sobie z tego pró

Ŝ

nego usiłowania, 

wpełzł do zapuszczonego wn

ę

trza. Popatrzył na Magd

ę

po

Ŝ

eraj

ą

c

ą

 kiszk

ę

 z zachłanno

ś

ci

ą

 dzikiego zwierza. M

ę

tne 

ś

wiatło wyostrzyło zmarszczki na jej twarzy i cienie pod 

oczami, a nienormalna blado

ść

 pokrywała policzki. Miała 

czterdzie

ś

ci dwa lata i wygl

ą

dała tak, jakby ka

Ŝ

dy rok trwał 

dla niej 18 miesi

ę

cy. W tej chwili oczy jej błyszczały, 

bardziej chyba chorobliwie ni

Ŝ

 zdrowym blaskiem, i Marek był 

pewny, 

Ŝ

e znowu oddała krew, by mie

ć

 za co po

Ŝ

yczy

ć

 ten swój 

pieprzony narkotyk w wypo

Ŝ

yczalni "Virtual Reality 

Star "mieszcz

ą

cej si

ę

 na parterze bloku.  Mo

Ŝ

e gdyby mieli 

dziecko, byłoby inaczej, a tak... Krew była potrzebna, 

Ŝ

ołnierze coraz bardziej rozrastaj

ą

cej si

ę

 Wspólnoty 

Niepodległych Pa

ń

stw szturmowali Pary

Ŝ

, ponosz

ą

c krwawe 

ofiary. By mogli dotrze

ć

 do Lizbony i Atlantyku, niezb

ę

dne 

były wyrzeczenia całych narodów. Dlatego obecny prezydent 
Polskoj Narodnoj Respubliki dał wszystkim - zamiast 
obiecanych mieszka

ń

, pracy oraz dobrobytu - tani

ą

, korea

ń

sk

ą

 

aparatur

ę

 VR, produkowan

ą

 przez znacjonalizowany koncern 

Daewo.  
   - Zapomniałem - powiedział cicho Marek - 

Ŝ

e przyszedł 

list z Mielca. Zapraszaj

ą

 nas na 

ś

wi

ę

ta... 

   Klik.
                                Mirosław P. Jabło

ń

ski

                  MIROSŁAW PIOTR JABŁO

Ń

SKI

   Urodził si

ę

 w 1955 r. w Zakopanem. In

Ŝ

ynier mechanik, 

absolwent Studium Scenariuszowego przy PWSFiTV w Łodzi. 
Znany autor powie

ś

ci i opowiada

ń

 SF, od paru lat tak

Ŝ

tłumaczy z angielskiego. Poza dobr

ą

 literatur

ą

 pasjonuje

si

ę

 nurkowaniem i podró

Ŝ

ami. Starsi czytelnicy "NF" 

pami

ę

taj

ą

 zapewne jego opowiadania "Wyliczanka" ("F" 7/85), 

"Czas Wodnika" ("F" 5/87), "Spowied

ź

 Mistrza M

ą

Piekielnych" ("F" 2/89).
   M.P.J. opublikował nast

ę

puj

ą

ce ksi

ąŜ

ki: "Kryptonim Psina" 

(Iskry 1982, niektóre motywy powie

ś

ci wykorzystał Piotr 

Szulkin w filmie "Ga, ga - chwała bohaterom"), "Posłaniec" 
(Nasza Ksi

ę

garnia 1986, antologia wspólnie z A.  

Drzewi

ń

skim), "Schron" i "Nie

ś

miertelny z Oxa" (obie 

powie

ś

ci Glob 1987), "Trzy dni tygrysa" (Iskry 1987, 

powie

ść

), "Czas Wodnika" (Iskry 1990, opowiadania), "Dubler" 

i "Duch Czasu" (obie powie

ś

ci Białowie

Ŝ

a 1991). Tak

Ŝ

e udział 

w antologiach Wojtka Sede

ń

ki "Wizje alternatywne" (ARAX 

1990) oraz "Czarna Msza" (Rebis 1992). Tłumaczył m.in.: "Na 
pastw

ę

 aniołów" i "Upiorn

ą

 dło

ń

" (17 z 23 opowiada

ń

Carrolla, tak

Ŝ

e Zelazny'ego, Sheckleya.  

Strona 17

background image

Jabło

ń

ski Mirosław P. - Sierpem i młotem

   "Sierpem i młotem", do

ść

 zło

ś

liw

ą

 i przewrotn

ą

 fantazj

ą

 

bliskiego zasi

ę

gu - WSZELKIE PODOBIE

Ń

STWO DO RZECZYWISTYCH 

IMION, SYTUACJI, SYMBOLI JEST OCZYWI

Ś

CIE NIEZAMIERZONE !!! - 

przypomina si

ę

 M.P.J. po siedmiu latach publiczno

ś

ci "NF", 

zwracaj

ą

c przy okazji uwag

ę

 na sw

ą

 najnowsz

ą

 powie

ść

 

"Elektryczne banany, czyli ostatni kontakt Judasza" 
przygotowywan

ą

 do druku w wydawnictwie SR.  

                                                   (mp)

Strona 18