background image
background image
background image
background image
background image

5

Lublin–Warszawa–Dzierwany
maj–czerwiec 2009

1:

Czego chcę? 
Dlaczego zabrnąłem w politykę? Dlaczego nie chcę, a nawet w pewnym 
sensie już nie potrafię zarabiać pieniędzy? Dlaczego rzuciłem wszystko: 
ludzi, firmy, kontakty? Dlaczego zabrnąłem tak głęboko 

W CAŁKIEM 

NOWY ŚWIAT? Dokąd w nim zabrnąłem?
Zabrnąłem? Co ja opowiadam?! Przecież jak ryba w wodzie, tak ja do-
skonale czuję się w polityce! Jak ryba w politycznym tomacie! Podobnie 
było, gdy przed dwudziestu laty przeszedłem niemal wprost z PAN-u 
i zajęć akademickich — po prawie siedmiu latach — do biznesu. Teraz 
również w krótkim czasie otoczyłem się nowymi ludźmi, nowymi spra-
wami i nowymi umiejętnościami. 
A jednak jest w tym nowym świecie coś, czego nie rozumiem, coś, co 
mnie niepokoi. Dziwne uczucie, jakby całe moje istnienie nagle przelało 
się do innej rzeczywistości. Uczyć się od nowa, przeżywać tę straszną 
niepewność, z całych sił walczyć, aby dopłynąć do nowego brzegu pew-
ności, i tylko po to, aby — gdy już tam się po latach znajdę — zaraz ten 
brzeg porzucić dla nowych oceanów. Ja, tak w gruncie rzeczy nieśmiały 
i niepewny, sam siebie wciąż pcham w lęk, ryzyko, nieporadność, w trud-
ność! O siło mojego paradoksu, która nie pozwalasz mi pozostać w raz 
zdobytym „ja”, a każesz mi każdego kolejnego ranka od nowa kwestio-
nować wszystko, kim-czym jestem! O siło przeklęta i fascynująca: dokąd 
mnie popychasz? Jaki to duch, jakie przekleństwo, a może cel jaki pcha-
ją mnie w te oceany konfrontacji i walki z wszystkimi, z wszystkim? 
Dlaczego nie mogę poprzestać na skromnym wspieraniu innych, słusz-
nie dziś wywyższonych, tylko buntuję się przeciw najbardziej nawet 

background image

6

oczywistym faktom? Ileż to razy sobie i innym obiecywałem trzymać się 
twardo zdrowego rozsądku i czemuż to zawsze diabeł jakiś pchał mnie 
w przeciwnym kierunku, zalewając mi oczy 

BIAŁĄ CZEKOLADĄ ZA-

DOWOLENIA — tak, abym nie czuł innego smaku? 

2:

CHCĘ PARADOKSU. Jestem niewolnikiem paradoksu. Zgodą na śmierć 
wydaje mi się trwanie tylko w tym, co dane. Więc szukam, dążę i odnajduję 
wszystko to, co wystawia na próbę, krzyżuje drogi i odbiega od utartego 
zwyczaju. Chcę tego — i jednocześnie zupełnie nie rozumiem mojej pewno-
ści. Dlaczego jestem głęboko przekonany, że tak właśnie trzeba? Iść ze świń-
skim ryjem, machać ludziom wibratorem przed oczami, przebierać się za 
klauna, zakładać maski, doklejać sobie gębę antypisowskiej obsesji?! 
Próbuję zrozumieć własne uwikłanie, a jeszcze lepiej: wszelkie uwikła-
nia mojego czasu, mojej epoki. Próbuję — spróbuję! zaryzykuję! — zna-
leźć w słowach definicję polityki mojej epoki, mojej polityki! I chcę do-
konać tej autodefinicji w dialogu, 

W ENERGII ROZMOWY, w krzyku, 

w scenach wojny. Z tyloma ludźmi się spieram, z tyloma walczę — a nig-
dy dotąd nie zadarłem z Januszem Palikotem. Nigdy z sobą!
Czy to w ogóle możliwe? Wydaje się mi (nam), że mam (mamy) zdolność 
do samoobserwacji, a to najczęściej tylko klucze z różnego „się myśli”; 
każdego dnia inny klucz, na każdą okazję inna obserwacja. Nieuchwytne 
dla nas, ukryte w samoobrazie myślenia automatyzmy, zza których tylko 
z rzadka i z wielkim trudem dociera jakieś prawdziwe „ja”! 
Gadam do siebie. Toczę takie rozmowy wielokrotnie. Znasz to? Rozma-
wiasz z sobą? Dopytujesz czasem: O co ci, człowieku, chodzi? W co ty 
grasz, chłopie? 
Zdarzyło ci się?

3:

Tak zacząłem. 
Powinienem postawić przed sobą lustro. A jeszcze lepiej — słowo. Jakieś 
proste i niepretensjonalne słowo. Żeby było zborne w swej tożsamości 

background image

7

i zamknięte we własnej istocie. Tak, aby wszystkie egotyzmy moje i mo-
jej epoki wykrzywiały się w nim i wracały na swoje miejsce. Żadne tam: 
służyć, wspólne dobro, manifest ideowy, prawdziwa sprawa. Żadnego 
powoływania się na Herbertów, Miłoszów i tego „ech!”, „ach!” i „ą-ę” . 
Nic z tych rzeczy! 
Coś tak prostego jak 

ŚWIŃSKI RYJ! Ileż w nim szlachetnej skromności 

i chęci bycia tylko sobą, niczym więcej. Jakże to prawdziwe w porówna-
niu z takimi zdaniami: „rozmawiać szczerze ze sobą”, „dbać o najwyższe 
wartości” albo „rozlewał się błękit naszych wspomnień”. A tu: świński 
ryj! Najprostszy, najmniej pretensjonalny kompan do rozmowy! 
Szukam więc uporczywie pomocy, czegoś, co nie służy tylko do samo-
-się-upijania, do przyglądania się sobie, ale co ma wewnętrzną twar-
dość. 
Jednym słowem: usiadłem i zacząłem szukać rzeczywistości. 
Może powinienem rozmawiać z dyktafonem? Tak? Nie. Zbytnio jest dla 
mnie zimny, martwy i cichy. Nie zareaguje krzykiem. Z dziennikarzem? 
Też nie: powierzchowny, będzie chciał zaistnieć za wszelką cenę. Z za-
granicznym dziennikarzem? Nie zrozumie niuansów. Z ghostwriterem? 
Wynajmę! Też nie. Za pieniądze zgodzi się z wszystkim, co mu po-
wiem. 
Chcę, żeby to nie była tylko samoredakcja, samo-się-definiowanie, forma-
towanie siebie w ramach wewnętrznego dialogu. Forma metarefleksji. 
Chciałbym w tej rozmowie wyciągać się rzeczywistymi, a nie własnymi 
rękami, tworzyć — nie tylko siebie, ale i coś, co naprawdę jest w świecie. 
Wiem, że muszę tu unikać nadmiernej niepowagi i gołosłownej powagi, 
i że powinienem mnożyć paradoksy, zagadki. Ponieważ przyklejono mi 
gębę błazna, muszę z niej wycisnąć trochę krwi. Tworzę więc, określam, 
dookreślam. I mam poczucie, że śmiesznie tkwię w miejscu! 

DUPA, 

DUPA, DUPA. Pururawa, Urwasi, Dżananda, Pradżapati! SPOGLĄDAM 
W INNYM KIERUNKU, PONIEWAŻ WSZYSTKO, CO MNIE DOTYCZY, 
ZDAJE SIĘ ZAGMATWANE.
 
Każdy ma własną tajemnicę. Możesz ją odkryć, sprzedać, zabić ją w so-
bie, zniszczyć. Jesteś jej dysponentem — możesz zrobić z nią wszystko. 
Tchnienie tajemnicy bije od każdego człowieka; tym łatwiej je usłyszeć, 
im chętniej nie rozmawiasz sam z sobą. Ja rozmawiam zawsze. Nie, nie: 

background image

8

szczerze… Ja rozmawiam tak, że staram się złapać siebie w pułapkę, 
a ciebie – was wszystkich! – zmusić do wysiłku, wyrwać ze sztampy!

— Skończyłeś już? Trudno się tego słucha, straszliwie pieprzysz.

A ty ktooo?!

— Ja? Ja to ty. Palikot. Chciałeś rozmawiać. Szukałeś partnera, świń-
skiego ryja.

Zaraz, zaraz, chwileczkę! Jeszcze się nie zdecydowałem! Rozważam cię 
dopiero! Dopiero usiadłem!

— Ja tu siedzę od kwadransa i widzę, jak się męczysz. Ułatwię ci. 
Mów.

Ale nie umiem tak… znienacka. Co ja mam teraz powiedzieć? Od czego 
zacząć? 

— Mówiłeś o tajemnicy. O mojej tajemnicy, Janusza Palikota. Mów 
dalej.

Mówiłem o swojej tajemnicy w moim czasie, rozumiesz? O tajemnicy 
Janusza Palikota widzianej przez epokę i jej znaki. O układaniu siebie 
samego w rozmowie z samym sobą. O szczerości, którą jestem winien 
sobie, przede wszystkim sam — sobie. O filozofii uczestniczenia w tym, 
co robię tutaj i teraz, i potem. O ścieżkach…

— Janusz… tego nie da się słuchać… Ty jesteś politykiem. Nikt od 
ciebie nie oczekuje, żebyś wyciągał się jak baron Münchhausen za 
włosy z bagna! Masz tu wywalać mięcho, świńskie łby masz poda-
wać. Oni, kimkolwiek są, chcą widzieć skutecznego macho, który 
strzela do wrogów i nigdy nie chybia. Nie ciekawią ich twoje we-
wnętrzne spory, walki twojego „ja” z twoim „ja”!

Mylisz się! Jest inaczej: ani tak źle, ani tak dobrze, jakbyś chciał. My-
ślisz, że nikt dzisiaj nie stawia sobie podobnych pytań? Otóż według 
mnie 

NIKT to jest już KTOŚ w dzisiejszych czasach. Myślisz, że ludzie 

żyją tylko od pierwszego do pierwszego i nie mają czasu na refleksję? 
To chcesz mi powiedzieć? To jest banał! Tam, gdzie tli się jakiekolwiek 
życie, tam oprócz mięsa zawsze jest miejsce na duszę. Im więcej pustki, 
tym więcej pewności!

— Nie wiem, czy jest 

TAK źle czy TAK dobrze. Myślę, że ludzie oce-

niają polityków prostymi miarami. Nie mają czasu na zajmowanie 
się waszymi duchowymi przemianami, twoją metarefleksją. Nie 

background image

9

mówią takim językiem! Jako polityk jesteś dla nich uproszczoną 
formą, prostym przymiotnikiem. Modelem zamkniętym. Kukłą je-
steś, którą można sobie pooglądać na szklanym ekranie. I koniec 
na tym. Jesteś częścią świata prostych skojarzeń, sam dostarczasz 
precyzyjne i skrótowe komunikaty, a chciałbyś, żeby cię analizowa-
no jak myśl Kierkegaarda? 

Więc OK. Mam mówić o tym, co zjadłem na kolację, jakim jeżdżę samo-
chodem, jak często się kocham i jaką wartość będzie miał przyszłorocz-
ny deficyt budżetowy? Na tym ci zależy? Szukasz we mnie Dody?!

— Ty 

JESTEŚ Dodą. W polityce.

Jeśli ja jestem Dodą, to ty również nią jesteś. I jako Doda, i jako Palikot, 
i jako każdy „ja”. Mamy po kilka, kilkaset pięter, jesteśmy wielopiętrową 
konstrukcją. I nie mów mi, że jest inaczej! Można o każdym z nas snuć 
opowieść z parteru, można z piwnicy, można wdrapać się na poddasze. 
albo wejść aż na komin. Pytanie, w którym miejscu mamy jeszcze zdol-
ność zaciekawiania, a gdzie ją tracimy. Każdy człowiek ma wiele zna-
czeń. Nawet polityk. 

— Chcesz się tym wyróżnić, że twoja opowieść rozgrywa się na wie-
lu piętrach?

Jak każdy — chcę się wyróżniać niedookreśleniem. 

NIE CHCĘ BYĆ 

TWOJĄ SKOŃCZONĄ KUKŁĄ, PRZY POMOCY KTÓREJ WYPEŁNIASZ 
SOBIE PUDŁO TELEWIZORA
. Nie interesuje mnie to tak długo, jak dłu-
go mogę powiedzieć o sobie, że nadal podlegam przemianom, że się 
staję, zmieniam. Szukam w sobie tajemnicy, tego — czym chcę być, kim 
chcę być, co jeszcze mnie czeka, czego dokonam, na czym polegnę, co 
zniszczę i co zbuduję. I co jest tu mną, a co jest tylko moim czasem?
Szukam odpowiedzi — a ty próbujesz mnie ściągnąć do poziomu dawno 
przygotowanych definicji. Za chwilę zapytasz mnie: Nad czym pan obec-
nie pracuje, panie Palikot? I wtedy się rozstaniemy.

— To niemożliwe. To, co sformatowane, zależy od reszty. Wzbudza 
zaufanie, bo już należy do przeszłości. Ty błąkasz się w poszukiwa-
niu odpowiedzi na pytania, które sam sobie stawiasz. To jest obłęd.

Jesteś realistą.

— Jestem normalnością. Chodzę po ziemi, robię zakupy i liczę ra-
chunki. Ty bujasz w chmurach. A ja nie chcę tam wchodzić, chmu-

background image

10

ry mnie nie ciekawią. Ciekawi mnie jutro i to, w jaki sposób bę-
dziesz się znowu wygłupiał na konferencji prasowej.

Wygłupiam się, a ty milczysz. Nie protestujesz, fascynuje cię to! Tyle ci 
powiem! I lubisz ten zastrzyk adrenaliny, to 

POLITYCZNE ADHD

W gruncie rzeczy jesteś taki sam jak ja — intryguje cię myśl: co jeszcze 
się wydarzy, jakie bariery przełamiemy, jaką granicę pokonamy? Jesteś 
taki sam jak ja, tylko trudno ci się do tego przyznać. Założyłeś maskę 
poprawności, grzeczności, świętego spokoju. Ale jednocześnie nie ro-
bisz nic, by mnie powstrzymać! Nie zmieniasz mnie na swoją modłę — 
przeciwnie: koncentrujesz się wyłącznie na tym, by prawić mi morały, 
wskazywać poprawne ścieżki. Ale kiedy błądzę — nie korygujesz moich 
błędów, wleczesz się za mną, ze mną. 

— Hamuję cię czasem.

Czasem! Włączasz mi wsteczny bieg na każdym kroku! Męczysz mnie 
swoją ostrożnością. Byłbym o wiele dalej, gdyby nie twoja nadgorliwa 
powściągliwość: tu nie idźmy, tego nie róbmy, to nie wypada, to nie 
uchodzi.

— Beze mnie przekroczyłbyś wszelkie bariery.

Bez ciebie byłbym innym człowiekiem. Może byłbym prawdziwie wolny.

– A może prawdziwie zagubiony? 

Niby dajesz mi azymut? Ty, racjonalista — mnie, szarlatanowi? Nada-
jesz kierunek moim tajemnicom?

— 

A KIM TY JESTEŚ, PANIE POLITYKU? 

Jestem wolnym człowiekiem. Mimo że jestem politykiem. Powiem ci: ty 
mnie blokujesz! Nie chcę wewnętrznego hamulca! Nie chcę żadnych 
hamulców. Jestem wolnym człowiekiem.

— Nie. 

BYŁEŚ wolnym człowiekiem. Teraz jesteś politykiem. Nawet 

to, że teraz rozmawiasz ze mną, z sobą, to także jest polityczne. Nie 
unikniesz pytań: Czy pan poseł przypadkiem nie sfiksował? Nie 
ma pan poseł problemów z osobowością? Jakaś mała schiza?

Nie obchodzi mnie to. Mam to gdzieś.

— Właśnie! A mnie to musi obchodzić. I kiedy mówisz: pragnę 
umrzeć jako człowiek ubogi, też mnie to obchodzi. I kiedy wycią-
gasz wibrator — również. 

Z wibratora się ucieszyłeś.

background image

11

— Bo nie wiedziałem, że będzie początkiem. Myślałem: eksces, wy-
szumisz się, przejdzie ci, spasujesz. 

Jakbyś mnie nie znał. 

— Jakbyś ty mnie nie znał. 

Jesteś Janusz Palikot. Znam cię.

— To ty jesteś Janusz Palikot. To ja ciebie znam.

Pamiętasz naszą zabawę z dzieciństwa? Kto się pierwszy odezwie, ten 
jest głupi… 

— Pamiętam! Od teraz! Kto się pierwszy odezwie, ten jest Palikot… 
Trzyyyy-czteeee-ry!

4:

CZY JESTEM NA TYLE SZALONY, BY WIEDZIEĆ, O CO MI NA-
PRAWDĘ CHODZI? 

5:

Filozof czy polityk?

— Filozofia służy rozwojowi duszy, jest rodzajem ćwiczenia ducho-
wego. To ważne w roli polityka — mieć dużą pojemność duchową, 
umiejętność wchłaniania różnorodnych, sprzecznych zjawisk i do-
strzegania relacji pomiędzy nimi. Polityk musi 

WEWNĘTRZNIE FER-

MENTOWAĆ, jego drożdże intelektualne stale muszą pracować. 

Czyste modele w polityce, tak jak w filozofii, pozwalają orientować się 
w jej tradycji, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest, czy potra-
fisz udźwignąć paradoksy współczesności, pogodzić w sobie sprzeczno-
ści, znaleźć dla nich jakieś wspólne płaszczyzny. Filozofia to ułatwia.

6:

Nie jestem sformatowany. Ani jako polityk, ani jako człowiek. W ogóle, 
moje przejście do polityki, patrząc na nie z bardzo osobistego punktu 
widzenia, było wyzwaniem rzuconym własnej naturze. Przez wszystkie 

background image

12

wcześniejsze lata byłem jakby w opozycji do polityki. Ale to, co się staje 
drugą naturą, jest nie mniej ważne — często domaga się dla siebie tyle 
samo miejsca! Według starej definicji Arystotelesa człowiek może być 
szczęśliwy, gdy zrealizuje w pełni swoją naturę. 
Czy przeżyję życie w pełni, prawdziwie, jeśli w ostatecznym przekona-
niu dojdę do wniosku, że jednak nie sprawdziłem wszystkiego, nie wy-
korzystałem całego siebie i wszystkich swoich możliwości? 
Chcę wszystko sprawdzić, chcę przeżyć kilka „ja”! 
Jeśli miałbym we własnym życiu jakieś przeczucia, talenty i skłonności, 
po które nigdy nie sięgnąłem, to czyż mogę o sobie powiedzieć: przeży-
łem życie w pełni?

— Co wtedy? Jeśli uznasz, że nie?

Musisz po śmierci wrócić na ziemię, żeby ponownie spróbować. Tak 
długo wracamy, aż wyczerpiemy wszystko, co w nas było. W którymś 
momencie nieodzowne jest też odejście od siebie samego! W naturze czło-
wieka leży robienie czegoś dla innych. Bo tak naprawdę 

PRZEKRACZASZ 

SWOJĄ WŁASNĄ ŚMIERTELNOŚĆ, KIEDY PRZESTAJESZ ZAJMOWAĆ 
SIĘ SOBĄ
. To nasz kolejny paradoks: przestajesz myśleć tylko o sobie, bo 
widzisz, że jest coś więcej niż twoja ambicja, twoje życie, charakter. Ro-
bisz coś dla innych, nie myśląc o sobie, a przecież to siebie w ten sposób 
realizujesz, to swoje życie w pełni przeżywasz! 
Tylko wtedy, kiedy przez chwilę lub przez dłuższy czas zajmujesz się 
innymi sprawami niż ty sam, tylko wtedy odczuwasz nieśmiertelność. 
Część mnie pozostaje w drugim człowieku. 
To jedna z największych pokus i potrzeb człowieka — pozostać nieśmier-
telnym.

— Masz taką potrzebę? 

Mam wielką potrzebę nieśmiertelności, pozostawienia czegoś po sobie 
— w innych ludziach. 

— Metafizycznie? Materialnie? 

W każdej postaci.

— Marzy ci się pomnik Janusza Palikota?

Nie zaczynaj od dokuczania, gdy dobrze się rozmawia… Nie wierzę 
w pamięć pomników, stają się zaledwie skorupą, meblami miejskimi, 
ładnymi lub brzydkimi, i po latach nie niosą już żadnej treści. Wolał-

background image

13

bym pozostać w pamięci. Wolę, by o mnie kiedyś porozmawiano. Wolę, 
by pozostały po mnie jakieś wibracje, dobra energia.

— Ludzie nie rodzą się jako nieśmiertelni, stajemy się nieśmiertelni 
dzięki własnym uczynkom. Energia, o której mówisz, nie musi mieć 
personalnego, bezpośredniego związku z twoim imieniem, ona 
może przybrać postać idei, którą krzewisz, projektu, któremu dałeś 
pierwszy impuls, lub przekonania, które rozpowszechniłeś. Inni 
mogą nawet nie wiedzieć, że to ty, że stałeś u narodzin myśli, im-
pulsu czy idei — ale przetrwasz, oddziałujesz nawet po śmierci. I to 
dopiero jest fascynujące.

Po tobie pozostanie palikotyzacja.

— Znów sprowadzasz mnie do wymiaru czysto politycznego. Trzy-
dzieści procent Polaków akceptuje palikotyzację. Podoba im się. 

Myślałeś o swoim epitafium? Co powinno być napisane na twoim gro-
bie? Tu spoczywa filozof, polityk, biznesmen? Kto? Myślałeś o tym?

— Nie. A ty?

Nie jestem jeszcze na tym etapie. Niczego ostatecznie nie podsumowu-
ję, rozliczam tylko kolejne etapy. Etap biznesowy zamknięty. Etap filo-
zoficzny ciągle półotwarty. Etap polityczny rozpoczęty.

— 

ZAWSZE SIĘ DZIWIĆ!

Nie rozumiem.

— Pytałeś o epitafium, więc odpowiadam. Chciałbym wyryć napis 
ZAWSZE SIĘ DZIWIĆ. Albo zacytowałbym Heraklita: Nic ponad 
miarę.

7:

Mówimy: bądź otwarty na drugiego człowieka. Spróbuj coś zrobić dla 
swojego sąsiada. Załóż stowarzyszenie promujące ochronę rzeki, przy 
której stoi twój dom. Sięgnij po środki europejskie, żeby zbudować bo-
isko, halę sportową lub parking na swoim osiedlu. Cała Polska jest teraz 
w stanie wielkiej budowy! Widzisz to? Codziennie w setkach gmin i set-
kach organizacji pozarządowych podpisuje się umowy na jakąś kanali-
zację, drogę, boisko, przebudowę domu kultury, salę gimnastyczną czy 
kładkę nad rzeką. Czego to jest wynik? Ludzie się organizują, 

SAMI!, na 

background image

14

wielu poziomach, często bez pomocy władzy! Sięgają po pieniądze Unii 
Europejskiej, szukają najciekawszych pomysłów, realizują je. To się dzie-
je! Jeszcze nie czujemy tego kapitału, który wspólnie wytwarzamy, jesz-
cze jest on mocno rozproszony, ale za chwilę — zobaczysz — trudno 
będzie znaleźć ślady po minionej epoce. 

— Wreszcie przestałeś zajmować się sobą.

8:

Dlaczego „polityk” ma znaczyć — polityczny niewolnik?

— Wszedłeś do polityki jako człowiek z zewnątrz. Nie urodziłeś się 
politykiem, nie robiłeś kariery w administracji, w partii, wtargną-
łeś w tę sferę — bo tak ci się spodobało. Nie czujesz, że w krótkim 
czasie stałeś się jej niewolnikiem? Że musisz krakać, jak krakają 
wszystkie polityczne wrony? Nie szkoda ci własnej wolności?

Ale dlaczego mówisz o niewolnictwie? Przynależność do świata, w któ-
rym się funkcjonuje, to tylko pozór wolności rozumianej jako konieczna 
natura rzeczy. 

WŁAŚNIE DLATEGO, ŻE NIE UKSZTAŁTOWAŁA MNIE 

POLITYKA, JEST MI ŁATWIEJ WIDZIEĆ WSZYSTKIE JEJ OGRANICZE-
NIA I OSZUSTWA.

— Widzę, jak się czasami męczysz.

Nic podobnego, te męczarnie są twórcze, dawno już zrozumiałem, jak 
niezwykły ma w sobie urok ciągle być kwestionowanym w świecie, 
w którym działam. 

— Męczą cię kompromisy?

Męczą mnie twoje pytania, bo stawiasz je tak, jakbyś chciał osiągnąć 
zero-jedynkowy przekaz. Oto straciłem wolność, bo trafiłem do polityki. 
Oto męczą mnie kompromisy, bo jestem w polityce. Absurd.

— Polityka cała jest wypełniona kompromisami. A Janusz Palikot 
wręcz przeciwnie.

Kolejny absurd. To wszystko nie jest tak dziecinne 

— Jeśli polityka jest przestrzenią kompromisu, to zadanie jednostki 
w polityce, z jej indywidualnego punktu widzenia, polega na tym, 
by wykroić dla siebie jak najwięcej samodzielności i wolności, wie-
dząc z góry, że niemożliwa jest pełna samodzielność i do-wolność 

background image

15

w polityce. W polityce zawsze jesteś skazany na wyrzeczenie się 
części swoich ideałów, własnej wiary. Musisz dzielić się sobą z in-
nymi, podporządkowując się grupie, jej interesom. Tylko wybitne 
jednostki potrafią podporządkować grupę własnemu interesowi. 
Z drugiej strony… często myślę o tym, co podkreślał Arystoteles 
i co mi się wydaje uwagą niezwykle ważną, że zawsze należy dążyć 
do pewnego środka pomiędzy zdaniem, które samemu uważa się 
za słuszne, i tym, czego oczekują od nas inni. Zachowanie właści-
wych proporcji między własną pozycją i osobistymi możliwościami 
a zdaniem innych ludzi, z których każdy ma swoją pozycję i swoje 
możliwości — to jest istota kompromisu. W każdej dziedzinie, nie 
tylko w polityce. Ale pod względem zawartości rozwiązań kompro-
misowych polityka jest dziedziną niezwykle dojrzałą.

Bo wymaga dostrzeżenia, że to, co się wydaje ustępstwem, często jest 
zwycięstwem i należy do porządku, który nas przewyższa swoją siłą.

— Dokładnie tak. Musisz w niej 

ŁĄCZYĆ DWA PORZĄDKI, wiele 

porządków! Musisz to potrafić, jeśli chcesz być wybitnym polity-
kiem. Oddzielasz możliwe od niemożliwego, realne od nierealne-
go. I to nie ma nic wspólnego z ograniczaniem własnej wolności, 
pojmowanym w idealistyczny, powiedziałbym: młodzieżowy spo-
sób — nie odbierasz sobie wolności w polityce, bo zawsze możesz 
z niej wyjść, odbierasz ją sobie, gdy przestajesz rozumieć, że to, co 
nadchodzi, jest niepojęte i wymaga otwarcia, a dopiero potem staje 
się zrozumiałe! Zawsze możesz powiedzieć: nie zgadzam się, nie 
akceptuję,  no pasaran! Ale to wymiar etyczny, który w polityce 
często, nie zawsze, oznacza ucieczkę od problemów.

Czy zdarza się, że robisz coś bez wewnętrznej zgody?

— Wielokrotnie! 

Bo zrozumiałeś istotę kompromisu. Trzeba wielkiej dojrzałości, zgroma-
dzenia wielkiego kapitału własnych doświadczeń, wiedzy i umiejętno-
ści, żeby pogodzić się z myślą, że 

WSZYSTKO, CO WYNIKA Z MOJEGO 

WEWNĘTRZNEGO, GŁĘBOKIEGO PRZEKONANIA, JEST TYLKO GRA-
NICĄ MOJEGO PATRZENIA, MOJEGO ŚWIATA
. Kiedy patrzę na całość, 
od razu przekraczam własny subiektywizm. W gruncie rzeczy wszyst ko 
to, co jest — jest konieczne, ale zobaczenie tego wymaga odrzucenia 

background image

16

włas nej pretensji do obiektywności. Taki paradoks: subiektywizm poko-
nujesz subiektywnością. 

— Nie rozumiem. Opowiedz to inaczej.

Mam świadomość, że moja opinia jest ważna tylko w mojej, osobiście 
mojej części świata. Każdy inny człowiek, każda inna grupa ludzi — to 
odrębne światy, odrębne konstelacje. I kiedy tak pomyślę, przekraczam 
granice mojego świata, widzę, co było w nim utopią, a co realną częścią. 
To, co mogłoby się wydawać niedojrzałemu człowiekowi zdradą idea-
łów, zgniłym kompromisem, rezygnacją i upadkiem, w polityce zys-
kuje charakter wartości nadrzędnej. Polityka staje się metafizyką. 
Spotykają się różne światy — i znajdują porozumienie. I to jest w polity-
ce fascynujące!

— W filozofii nie ma miejsca na kompromis, a ona także cię fascy-
nuje. 

Myślenie jest poza tymi dylematami! Kiedy wreszcie zaczniesz myśleć, 
to znaczy, że jesteś głęboko w samej istocie rzeczywistości; reszta jest 
snem. 

— I dlatego nigdy nie będę widział w polityce trwałego miejsca dla 
siebie. Nigdy, jeśli miałaby złamać mój kręgosłup. Mnie interesuje 
poszukiwanie równowagi — główny aspekt polityki i demokracji.

Jesteś politycznym niewolnikiem?

— To bez znaczenia — to tylko etykieta. 

Odpowiedz.

— Wydaje mi się, że jednak nie. Jestem solistą. Muszę czuć pewien 
rodzaj uzależnienia od form zespołowego działania w polityce, ale 
nie jestem w politycznej niewoli. Jeśli tylko zechcę, jutro, w każdej 
chwili, mogę z niej wyjść.

Powiedziałeś: jestem solistą. Wymsknęło ci się?

— Wszyscy to podnoszą, słyszałeś przecież nie raz: Palikot gra na 
siebie. Mnie się tak oczywiście nie wydaje, sądzę, że potrafiłem 
odnaleźć własną rolę w wielkiej drużynie, że daję sporą kontrybu-
cję na rzecz Platformy, naszych ideałów, Donalda Tuska, liderów; 
dla nich pracuję, na nich — tak mi się wydaje. Myślę, że poświęci-
łem im dużo siebie — tak myślę.

background image

17

9:

Nie ma nic gorszego niż schemat, rutyna, skostnienie. Wrzucam granat, 
żeby coś się działo, żeby nastąpiła zmiana, żeby pojawiła się nowa ja-
kość. I patrzę jak dziecko, nieodpowiedzialnie, z jaką siłą wybuchnie, 
jaki da skutek. Po gombrowiczowsku: patrzę na te gęby rozdziawione 
w nerwach i bólu, i z trudem przełykam ślinę w gardle zaciśniętym od 
radości poznania, i cieszę się, i płaczę nad tym, com uczynił, 

I WIERZĘ, 

ŻE TO MA SENS

10:

— Myślisz czasami o bezwstydności Janusza Palikota? Że jesteś po-
litycznym bezwstydnikiem. Bez zahamowań, gotowym na wszyst-
ko, gotowym obnażyć się, rozpruć sobie żyły.

Jestem nie tylko politycznym bezwstydnikiem. Nie mam bariery włas-
nego ciała, bryły, osobowości. Nie myślę o sobie w kategoriach: nie do-
tykaj mnie, odejdź, nie wnikaj w moją aurę. Uczulony jestem jedynie na 
kłamstwa, dlatego tak wkurzył mnie „Dziennik” i jego haniebne publi-
kacje, ale kiedy mówisz na mój temat prawdę, nawet najbardziej obraź-
liwie, zawsze przyjmę ją z pokorą. Mogę być przedmiotem każdej dys-
kusji, nie mam granicy prywatności i dlatego nikomu nie udaje się jej 
przekroczyć — możesz użyć każdego epitetu…

— Ty chuju złamany!…

…i to mnie nie rusza, mam zbyt mocno rozpoznaną przestrzeń własnych 
wad i ułomności, ale także walorów, by ktokolwiek zdołał ją przełamać. 
To ja, głęboko w sobie, oceniam, czy się jakimś gestem skurwiłem czy 
może podbudowałem. 

— To jest wyznanie egocentryka. 

Mów jak chcesz. Mam po prostu własny system wewnętrznego ostrzega-
nia. Umiem dostrzec, że nabroiłem — i nie mam oporów, by się do tego 
przyznać. Umiem przyznać się do błędu, przyjąć najcięższy atak i każdą 
krytykę, która mnie dotyczy. Jej akceptacja lub odrzucenie należy jed-
nak do mnie. 

background image

18

11:

— I tak zawsze będziemy narzekali. Możesz mówić, co chcesz, kon-
struować wielkie plany reform, ale i tak zawsze odbijesz się od tego: 
buueeee…

Poczekaj, poczekaj! Zaskoczyły mnie wyniki badań oceniających sto-
pień zadowolenia Polaków z ich poziomu życia i miejsca w Europie. Po 
raz pierwszy pokazano ogromny wzrost satysfakcji! My coraz mniej na-
rzekamy! Trzy miliony Polaków pracuje poza granicami kraju, oni tam 
uczą się innej kultury funkcjonowania w społeczeństwie, w gospodarce. 
Pracują w asertywnych, twardych biznesowo środowiskach. I przywożą 
do nas zachodnie wzorce: musisz się starać, musisz być najlepszy, mu-
sisz walczyć, pokazać swoją siłę.

— I wystąpić w „Mam talent”. 

Doskonały przykład! Tak się psioczy na ten rodzaj telewizji, na te durne 
zawody, turnieje, na tę rywalizację na lodzie, w powietrzu czy w gwiaz-
dach. W warstwie popkulturowej to jest może miałkie, może — z per-
spektywy jajogłowych — jest to prymitywne. Ale spójrz na uboczne 
skutki tych widowisk! Co jest ich wielkim walorem? 

RYWALIZACJA. Po-

zytywne nastawienie do konkurenta. Podaję mu rękę i uśmiecham się 
do niego, gdy przegram lub gdy on przegra. Potrafię się pogodzić z prze-
graną — bo wystartuję w następnym turnieju! — i potrafię cieszyć się 
sukcesem. To jest symbol wielkiego liberalno-demokratycznego społe-
czeństwa: ludzie, którzy potrafią rywalizować i oddać honor rywalowi. 
Ludzie, którzy potrafią szukać szansy dla siebie i ją wykorzystać, a jeśli 
przegrają — zachowują twarz, nie są przegrani, bo mają zdolność do 
podjęcia kolejnej walki. Tworzy się zupełnie nowe pokolenie nastawio-
nych na sukces, młodych, dynamicznych Polaków!

— Starzy tego nie zrozumieją. Ci, którzy mają pięćdziesiąt, sześć-
dziesiąt lat, nie są w stanie przebudować się emocjonalnie. Do nich 
nie trafisz z taką argumentacją. Oni nadal będą życzyli sąsiadowi, 
żeby mu krowa zdechła.

I trzeba ich uszanować. Są wychowani w zupełnie odmiennym syste-
mie. Dzisiejsi dwudziestolatkowie za kolejne dwie dekady będą może 
ludźmi bardziej płaskimi, może mniej przecierpią w życiu niż nasi ro-
dzice i my sami, może mniejszą wagę będą przywiązywali do trzeciej 

background image

19

części  Dziadów Mickiewicza, ale szybciej zareagują widząc, że sąsiad 
w domu obok gwałci dziecko czy bije żonę. Będą mieli więcej miłości 
i empatii dla innych, bo wychowają się na zrozumieniu dla drugiego czło-
wieka — a nie na pogardzie, którą wypełniony był poprzedni system.

— Rodzi się nowy świat?

Na naszych oczach. Ale my słabo go odczytujemy. Dopiero ktoś, kto 
przyjeżdża do Polski po długiej nieobecności, widzi tę zmianę. Zobaczy 
ogródki z wypielęgnowanymi trawnikami, wszechobecne kosiarki, nowe 
elewacje, grille, auta, lepsze ciuchy, lepsze restauracje, chodniki. Nie 
widzisz tego, przechodząc codziennie przez te same miejsca — a inni to 
dostrzegają. I to jest wielki sukces polskiej transformacji.

— Amen.

12:

Wiesz co się staje wielką siłą polskich samorządów? Rywalizacja i dobry 
przykład. Dzisiaj nie ma większego znaczenia, czy w gminie rządzi lewi-
ca czy prawica. Burmistrz, wójt czy prezydent, jeśli widzi jak rozwija się 
sąsiednia gmina, zaczyna szukać źródeł jej sukcesu, zaczyna się oriento-
wać na sukces. Widzą to mieszkańcy, media, opozycja — i nagle lokalny 
lider samorządowy zaczyna żyć pod wielką presją: ci obok nas mają 
halę, aquapark, nową drogę, boisko, a my? To jest najdoskonalszy rodzaj 
inspiracji i największy mechanizm postępu: widzieć rozwój konkuren-
tów i szukać sposobu dorównania im. Nie ma już takiej gminy, w której 
nic się nie dzieje!

— Są.

Ale to wyjątki. I ludzie szybko rozliczą słabą lokalną władzę, 

WYSTRZE-

LĄ NIEUDACZNIKÓW W KOSMOS. W Polsce trwa wielkie pospolite 
ruszenie. Widać erupcję projektów modernizacyjnych, każdy chce wy-
korzystać szansę, jaką stwarza dostęp do europejskich funduszy. W roku 
2010 w gminach, w których nic się dzisiaj nie dzieje, będą wybrani zu-
pełnie nowi ludzie. Mieszkańcy nie odpuszczą, przekonasz się.

background image

20

13:

— Co mi ukształtowało Palikota?

Idee obywatelskie — Popper i jego społeczeństwo otwarte, Hannah 
Arendt, współcześni postkonsumpcjoniści, neoglobaliści — choć to ra-
czej komentatorzy piszący z pozycji ludzi wykształconych filozoficznie 
niż filozofowie. Taką prawdziwie formującą rolę odegrała w moim wy-
padku oczywiście filozofia grecka, Platon, Arystoteles, presokratycy z sa-
mym Sokratesem i dialogi platońskie, a także cała filozofia niemiecka 
— w czasie studiów Kant, a w ostatnich latach Heidegger. I zasadniczy 
system przekonań, że nauka nie jest myśleniem, ale rodzajem opanowa-
nia rzeczywistości, bardziej podobna jest do warsztatu samochodowego, 
rzemieślniczego niż do prawdziwego myślenia. Jest jedną z technik opa-
nowania świata. A myślenie zaczyna się wtedy, kiedy przekraczasz po-
trzebę opanowania korzyści związanych z posługiwaniem się rzeczywi-
stością.
Wychodzisz na pozycję człowieka, który czuje, że samo myślenie zmie-
nia jego status, jego byt, rodzaj istnienia.
Czego to uczy? Wyraźnego odróżnienia tego, co jest prawdą, i tego co 
jest intelektualnym szpanem. Co jest pozorem, a co rzeczywistym pro-
cesem. Uczy redukcji zjawisk do poziomu ich istoty, żeby nie zginąć 
w popłochu reakcji, rezonansów, skojarzeń — 

ŻEBY UMIEĆ DOKONAĆ 

WŁAŚCIWEGO WYBORU.

14:

— Mówią, że nie odróżniasz granicy między działaniem i szpanem, 
że w sposób świadomy, perfidnie wykorzystujesz posiadaną wie-
dzę na temat technik manipulacji, że się zaprogramowałeś na zro-
bienie kariery.

Zmartwię cię, a ucieszę moich wrogów: 

JA NAPRAWDĘ JESTEM TAKI 

ZŁY.

— Kokietujesz.

Lubię swoje show. Lubię prowokację, lubię wyprowadzać z równowagi 
i widzieć, jak nie wytrzymują swojej pozy i się odbrązawiają. Lubię za-
kpić z samego siebie i sytuacji, w której się znalazłem — przekroczyć jej 

background image

21

wymiar w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Ale we wszystkim, 
co robię, chodzi mi o prawdziwe, istotne sprawy. To nie jest widowisko 
dla widowiska. Forma, którą stosuję, wydaje mi się najbardziej adekwat-
na do treści, które chcę przekazać. Z ględzenia nic nie wynika.

— Masz satysfakcję z tego, 

CO JAK robisz?

Tak.

— A jaki jest tego cel? Prosta kontynuacja? 

BĘDZIESZ BŁAZNEM 

DO KOŃCA ŻYCIA?

Celem jest zmiana rzeczywistości. Po to jestem w polityce, by ją zmie-
niać. A rewolucje dokonują się poprzez język i przez poznanie. Zacytuję 
ci klasyka: rewolucja zaczyna się od zmiany języka. To, co proponuję, to 
jest właśnie zmiana języka w komunikacji politycznej, odarcie go z pie-
rza pustosłowia. To musi spowodować zmianę samej polityki, już po-
woduje! 

— Psuje ją.

Nieeee. Przez lata polską politykę psuły zatroskane miny Ryszarda Bu-
gaja i Bronisława Geremka. Nic z nich nie wynikało, mówiono jedynie: 
O, popatrz, uśmiechnął się, popatrz, zmarszczył brwi. Nikt się prawdzi-
wie taką polityką nie interesował, nie wywoływała emocji, bo jakie emo-
cje może wywołać Ryszard Bugaj? Ale tacy jak on dominowali, tak usi-
łuje nadal funkcjonować Jarosław Gowin, on jest z tej samej szkoły ko-
munikacji. Szanuję fakt jej istnienia, ale uważam, że stała się bezpro-
duktywna. Jak podstarzała dziwka na drodze — stoi, ale nikt jej nie chce, 
choć wszyscy ją ciągle pokazują palcami. 
Ja chcę pokazywać i mówić o sprawach ważnych w sposób właściwy dla 
współczesnych mediów. Wielkie grupy odbiorców, zwłaszcza z młodego 
pokolenia, mówią coraz bardziej skrótowym językiem — nara, pozdro, 
siema, zajebiście. Jeszcze niedawno te zwroty raziły, uznawano je za 
knajackie, a teraz stanowią nieodłączną część mowy potocznej. Mistrza-
mi skrótów są zwłaszcza internauci, skracają dosłownie wszystko i do-
skonale się rozumieją; piszą ZTCW i dla wszystkich, wyłączywszy Gowi-
na i Bugaja, jasne jest, że piszą: z tego, co wiem. Piszą 

SNAFU i już wiesz: 

SITUATION NORMAL, ALL FUCKED UP.

— 

P?

EOD.

background image

22

— Tośmy sobie porozmawiali. 

Ha! Widzisz, w jaką to stronę idzie? Za kilka lat napiszesz P?, a nikt do-
okoła nie będzie miał wątpliwości, że wyraziłeś zdziwienie (słucham?) 
Ja dodam 

EOD (koniec dyskusji) i zamkniemy rozmowę. Chcesz tego 

trendu unikać? Unikaj. Ale licz się z tym, że wkrótce to ty przestaniesz 
być rozumiany, nie oni, wyznawcy Internetu — twoi nowi wyborcy.

— Chcesz być przygotowany na ich przyjęcie?

Myślę, że to nieodzowne w wypadku polityka.

— Nie obawiasz się, że za chwilę pół tysiąca posłów będzie biegało po 
kraju — każdy ze swoim wibratorem? Każdy członek politycznej eli-
ty będzie chciał mieć swój show, będzie szukał formy. Póki jesteś 
jeden, razić może tylko twój jednostkowy przypadek, ale wyobrażasz 
sobie wszystkich parlamentarzystów nastawionych na happeningi?

Wiesz… wtedy pojawi się ktoś taki jak Geremek i to jemu będą klaskali 
wyborcy. Kiedy wyczerpie się ta formuła komunikacji, trzeba będzie 
szukać nowej. Życie nie znosi próżni. Przy wielkim nasyceniu strumie-
nia komunikacji język przestaje przemawiać. Wyobrażasz dziś sobie 
przemówienia polityków w stylistyce członków Komitetu Centralnego 
PZPR? Widzisz dziś szansę dla Gomułki? 

15:

— Nie definiujesz polityki jako płaszczyzny sporu ideologicznego: 
tu jest liberał, tu chadek, tu socjalista, nacjonalista… Taki podział 
przez długie lata wydawał się naturalny. 

I właśnie wyczerpały się jego zasoby… 

— Przez takich aideowych ludzi jak ty.

To świat rozwinął się szybciej niż procesy dojrzewania w polityce. Nie 
ma już czystego kapitalizmu, jest kapitalizm z wielkimi przestrzeniami 
socjalnymi. Nie ma czysto republikańskiej partii w USA, ojczyźnie de-
mokracji, są natomiast republikanie dopuszczający państwowy inter-
wencjonizm. Nie znajdziesz polityka, który abstrahuje od idei globalne-
go rozwoju, od ekologii, handlu emisjami i jego wpływu na rozwój 
państw — a kiedyś te zjawiska nie występowały. Nie było też nigdy takiej 
nawałnicy przepływów komunikacyjnych pomiędzy narodami, konty-

background image

23

nentami, już o państwach czy sąsiadach nie wspominając. Kilkunasto-
letnie dzieciaki wymieniają maile z tysiącami ludzi na całym świecie. 
Myślisz, że byłoby to łatwe, gdyby kierowała nimi jakaś ideologia? Nie, 
oni po prostu są siebie ciekawi. 

WYMIENIAJĄ MAILE I POGLĄDY, 

PRZESTAJĄ KRZYŻOWAĆ DZIDY. To postęp w wielkiej skali i polityka 
musi do tego procesu przystawać.

— Świetnie o tym napisała Jadwiga Staniszkis, stawiając zasadnicze 
pytanie: co po kryzysie? 

Globalny proces, którego przejawy obserwowaliśmy w Ameryce z Oba-
mą, z Sarkozym we Francji czy z Berlusconim we Włoszech — i z którym 
mamy teraz do czynienia w Polsce — pozwala na 

NOWĄ DEFINICJĘ 

SPOSOBU UPRAWIANIA POLITYKI. Najgłębszym sensem tej zmiany, 
którą kryzys bardzo przyśpiesza, jest likwidacja trwającej od XIX wieku 
hierarchii w polityce. Zawsze kształtowały ją działania elit wywodzą-
cych się z arystokracji, dyplomacji, grup towarzyskich czy środowisk 
ideowych, a po drugiej wojnie światowej — głównie z kręgu finansjery, 
które osiągały realny wpływ na zjawiska polityczne w skali makro. Te 
same nazwiska, te same środowiska, absolwenci tych samych uczelni, 
członkowie tych samych firm, a w Europie Wschodniej dodatkowo 
członkowie tych samych służb specjalnych i środowisk religijnych. Wy-
tworzyła się światowa elita polityki, po orbicie której jak elektrony krą-
żyły stale te same rody, klany czy grupy. 
TO ONI kreowali prezydentów, premierów, liderów partii. Świat polityki 
był hermetyczny. Ale zwróć uwagę, że pomału ten świat jest rozsadzany, 
od wewnątrz i od zewnątrz. Pojawili się ludzie z obszarów popkultury, 
których wpływ na politykę jest coraz większy, choć wcale nie zajmują 
politycznych stanowisk. Jest Bono, Bob Geldof, są sportowcy światowe-
go formatu, aktorzy, muzycy, działacze ekologiczni. 

— Oni nie rządzą!

Nie muszą rządzić! Ich wpływ na rzeczywistość społeczną jest zdecydo-
wanie większy niż wielu polityków! Kto dziś łatwiej przekona Polaków, 
by rzucili palenie — politycy czy gwiazdy show-biznesu?

— Nikt.

Gadasz głupoty. Oczywiście, że nie da się zmienić nawyków tak wielkiej 
części narodu, ale wyobraź sobie taką sytuację: nagle pojawiają się wiel-

background image

24

kie środki na kampanię antynikotynową, możesz o nich decydować, 
i co? Poprosisz o wsparcie polityka? Nie, sięgniesz po liderów opinii. 
I zobacz, jak dzięki ich wstawiennictwu możesz zmienić krajobraz go-
spodarczy. Upadnie jakiś koncern tytoniowy, zbankrutują producenci 
tytoniu. Kto wywrze ten wpływ? 

— A kto zdecyduje o tym, by dać pieniądze? Politycy. Jednak oni.

Niczego nie zrobią bez publicznej aktywności. Dzisiaj — już niczego. Tę 
aktywność mogą wyzwolić ludzie, którzy dziś są jeszcze poza polityką, 
ale coraz częściej do niej przenikają. Pojawiają się w niej postacie z in-
nego gniazda. Ten proces trwa od dość dawna, ale przyśpieszył wraz 
z wielkim rozwojem mediów, ze zmianą kształtu publicznej debaty. I tu 
dochodzimy do tezy o szczególnej roli mediów w polityce. Media stały 
się jednocześnie elementem gry kapitałowej i politycznej. Informacja 
nie jest już informacją w dawnym tego słowa znaczeniu, jej zadaniem 
przestało być tylko opisywanie prawdy. 

INFORMACJA MA ZROBIĆ 

WRAŻENIE, które przyciągnie jak największą publiczność. Przestała 
być tylko informacją, stała się towarem i potężnym narzędziem.
Globalny kryzys stał się dla tych przemian swoistym turbodoładowa-
niem. Jak prognozuje na przykład profesor Jadwiga Staniszkis, w jego 
efekcie nastąpi wymiana elit. Nie tylko dlatego, że niektóre rodziny 
i grupy zbankrutują, i nie tylko dlatego że politycy czy wręcz całe for-
macje polityczne niedające sobie rady z kryzysem będą wypadały z obie-
gu publicznego. 
Kryzys kreuje nowe elity i nowe zachowania. Może to skutkować spłasz-
czeniem struktury społecznej, jej hierarchiczny charakter ulegnie prze-
modelowaniu — większy wpływ na władzę będą miały media, liderzy 
opinii wywodzący się ze środowisk pozostających poza polityką. Jesteś-
my w przededniu nowej fazy rozwoju polityki, którą ja określam mia-
nem pop-polityki. 

— Postpolityki.

Nie. 

TO JEST POP-POLITYKA. Nie wrócimy już do starego modelu z tra-

dycyjnymi elitami w roli demiurgów. W umysłach wyborców zagnież-
dżą się wskazania polityczne przekazywane — w sposób charakterysty-
czny dla mediów — przez celebrytów, postaci z kręgu popkultury, sztuki 
i sportu. Na wschodzie świata dołączy do tego silny wpływ fanatyzmu 

background image

25

religijnego, ale i on zacznie ustępować w obliczu totalnego przepływu 
informacji. Internet staje się narzędziem wpływu, media i ich przekaz 
będą zmieniały zachowania wielkich grup społecznych. Całe masy ludzi, 
jak w wypadku kampanii wyborczej Baracka Obamy, będą zmieniały 
swój stosunek do rzeczywistości nie dzięki komunikatom politycznym, 
lecz wskutek ich medialnej atrakcyjności. Zobacz, jak wykorzystuje me-
dia Silvio Berlusconi, jak gra nimi Nicolas Sarkozy…

— Nie muszę sięgać tak daleko, mam tu ciebie. Też grasz mediami. 

Przeszkadzasz mi, nie chcę teraz mówić o Palikocie!

— Nie denerwuj się. Chciałem jedynie powiedzieć, że narzędzia me-
dialne dostępne są od lat w każdym państwie. A mimo to pojęcie 
postpolityki, czy — jak ty mówisz — pop-polityki, wchodzi do obiegu 
dopiero teraz. Z wszystkimi skutkami. Może być przecież i tak, że 
wskutek wymieszania się popkultury i polityki nowe gwiazdy poli-
tyczne będą trwały tak krótko jak seriale. Kończy się jedna i zaczy-
na druga. Zobacz, co się stało z tobą. Jesteś w polityce od niedawna, 
szybko osiągnąłeś popularność, ale wystarczy jeden fałszywy ruch, 
jeden strzał Tuska i wypadasz z gry, a media natychmiast przestaną 
się tobą interesować. I do kogo wówczas wrócą? Do polityków. 

Nie! Ponieważ takich Palikotów będzie za chwilę znacznie więcej! Spójrz 
na ostatnią kampanię wyborczą Rafała Trzaskowskiego, świetnego kan-
dydata PO. Myślisz, że osiągnąłby swój rezultat, gdyby nie zwracające 
uwagę mediów i wyborców spoty z udziałem Michała Żebrowskiego 
i Tomasza Karolaka? Trzaskowski ma świetne przygotowanie meryto-
ryczne, ale wyczuł, że w tej kampanii może sobie dowodami własnej 
wiedzy co najwyżej wytapetować pokój, ale nie zdobyć mandat do Par-
lamentu Europejskiego. I po co sięgnął? Po media, narzędzia marketin-
gowe. Poprosił o pomoc ludzi popkultury, którzy dali mu świadectwo 
— ten facet jest dobry.

— Zgoda, ale to jednak nie Żebrowski i Karolak wygrali te wybory…

Gdyby chcieli startować, wygraliby. Sięgając po takie same metody, pro-
sząc o wsparcie Jana Peszka czy Krzysztofa Majchrzaka. Wygraliby — się-
gając po nowoczesne narzędzia przekazu. Po media, po język mediów, 
po komunikat we współczesnym opakowaniu, niemający nic wspólnego 
z polityką. Muszę się napić herbaty. Możesz odpowiadać za mnie.

background image

26

— Ale czy nie wydaje ci się, że takie zdefiniowanie polityki zdejmu-
je z ciebie konieczność jednoznacznego określenia się? Kalkuluję 
na zimno: ja, Janusz Palikot, mogę dzisiaj być (i jestem) członkiem 
Platformy Obywatelskiej. Mogę też zostać liderem partii lewico-
wej, bo moje przekonania w relacjach z lewicą nie sytuują mnie 
wcale na przeciwległym biegunie. Mogę trafić do SD, do Polski 
XXI, na upartego — mógłbym zasilić jedną z frakcji Prawa i Spra-
wiedliwości…
Wypluj te słowa! 

CHCESZ, ŻEBYM UMARŁ ZE WSTYDU?

Tfu! Tfu! Tfu! Powiem inaczej — frakcja ludzi związanych z PiS, 
w rodzaju Pawła Poncyliusza, to mogliby być partnerzy Janusza 
Palikota. Można więc odnieść wrażenie, że zacierając różnice po-
między partiami, wpuszczając do Platformy Danutę Hübner i Ma-
riana Krzaklewskiego, Palikota i Gowina, dokonuje się gwałtu na 
zdrowym rozsądku. Budowane są wielkie konstrukcje polityczne 
zapewniające utrzymanie szerokiego poparcia, a nie formacje re-
alizujące bardzo określony, pozwalający się odróżnić program. 
Platforma i PiS zagarnęły niemal osiemdziesiąt procent elektoratu, 
ale różnice między tymi partiami — gdyby mieli je wskazać sami 
wyborcy — mogą być zasypane w pięć minut. I co wtedy? 

Nic. Nie ma takiej opcji. Nikt nie buduje jednej formacji z PO i PiS, je-
dyna próba sprzed lat okazała się słusznie nieudana. My i oni to są 
jednak zupełne antypody. Przez ten etatyzm, nieufność do drugiego 
człowieka, przez stosunek do Unii Europejskiej i sąsiadów, przez stosu-
nek do prywatnego uczestnictwa w publicznych funkcjach państwa, 
w tym służby zdrowia i opieki społecznej — antypody. Ty mówisz: Pon-
cyliusz, ale on jest tylko parawanem w tej partii, PiS to Kaczyńscy, Ziobro, 
Macierewicz, Gosiewski. Ja jestem zwolennikiem zwiększenia prywat-
nej własności w gospodarce, PiS — nie, ja jestem zwolennikiem mał-
żeństw homoseksualnych bez prawa adopcji, PiS — przeciwnie, ja opo-
wiadam się za prawem człowieka do eutanazji — PiS nigdy się na to nie 
zgodzi. Widzisz coś, co mnie z nimi łączy? 

— Jesteście z tej samej budy.

 TY JESTEŚ PIES NA KACZYŃSKICH, 

A ONI TO PSY NA PALIKOTA.

Dobre! 

background image

27

— Bo moje.

Ale problem stawiasz niewłaściwie.

— Dlaczego? Spójrz, jak wiele propozycji może mieć Palikot z poli-
tycznego środka: SLD, Polska XXI, PO, SDPL, SD, PSL. Ty mówisz, 
że to wynik twojego ulokowania się w centrum, a ja — że to efekt 
niedowładu życia politycznego. Stworzono formacje, których nic od 
siebie nie różni. Udajecie te różnice, a tak naprawdę odróżnia was 
umiejętność odgrywania politycznego widowiska, rodzaj uprawia-
nego show, treść happeningów. I dlatego możemy wskoczyć dziś do 
PO, jutro do SLD, pojutrze zahaczyć o PSL, a jak nam się znudzi, to 
założymy jeszcze jedną partię o tak samo szerokiej formule progra-
mowej. Ja to oceniam jako programowy brak programu. 

Bo diagnozujesz stan bieżącej polityki, a nie różnice programowe. One 
istnieją, choć słabo artykułowane, bo nikt nie jest zainteresowany kreo-
waniem wielkich sporów o charakterze ideowym czy światopoglądo-
wym. Mnie od PiS-u różni wszystko, ale bardzo wiele różni mnie też od 
lewicy: w kwestiach stosunku do Kościoła, w kwestii podatków, funkcjo-
nowania służby zdrowia, pomocy społecznej czy nawet ocen historycz-
nych. I to nie Platforma, ale lewica w Polsce ma dzisiaj problem z okreś-
leniem własnej pozycji, to SLD i pomniejsze frakcje lewicowe zagoniły 
się do narożnika i nie potrafią sformułować żadnej atrakcyjnej oferty 
programowej. 
Poniekąd ten sam problem mają ugrupowania konserwatywne i nie 
można się dziwić, że triumfy odnosi polityczny mainstream, poszukiwa-
nie wspólnoty ponad podziałami. I to jest powodem dobrych notowań 
PO. Ludzie szukają porozumienia, spokoju, współpracy w ramach jed-
nej struktury politycznej.
A patrząc na to z drugiej strony — zatarły się podziały na liberałów, 
demokratów, konserwatystów, w zamian za to kształtują się nowe — po-
dział na zwolenników i przeciwników etatyzmu, zwiększenia lub zmniej-
szenia udziału państwa w życiu obywatela. Realny podział odnosi się 
dzisiaj nie tyle do fundamentów ustrojowych, ile do szczegółowych roz-
wiązań w funkcjonowaniu państwa. Stracił na znaczeniu wielki spór hi-
storyczny między lewicą a prawicą, tu różnice się zacierają, większą rolę 
odgrywają spory o sposób zarządzania finansami i gospodarką, o grani-

background image

28

ce wolności obywatelskiej. Platforma także nie jest od nich wolna, bo 
jeśli z Gowinem czy Niesiołowskim zgadzamy się w liberalnych poglą-
dach na gospodarkę, to już w kwestiach światopoglądowych różnice by-
wają niemałe. To jest realne wyzwanie stojące przed Tuskiem — jaki ma 
być przyszły kształt i jaką twarz będzie miała PO? Twarz Gowina czy 
Palikota, konserwatysty czy liberała, mówiąc w wielkim uproszczeniu. 

— Zakładasz, że przyszłość należy do Janusza Palikota.

A ty nie?

— A w której frakcji jest Donald Tusk?

Zakładam, że jest w Platformie Palikota, choć oczywiście musi godzić róż-
ne środowiska, ponieważ tak mu nakazuje instynkt polityczny. Okrojenie 
Platformy z ludzi takich jak Gowin umniejsza skalę projektu, którym Tusk 
stara się zarządzać. To ogranicza jego skuteczność. Bo musisz pamiętać…

— Wiem, wiem… że jesteśmy 

OTOCZENI PRZEZ BARBARZYŃ-

CÓW

Właśnie tak! Tak jak nieraz już bywało w Lublinie — Tatarzy, Turcy lub 
Kaczory stoją u bram Rzeczypospolitej, bić chcą i łupić, i jeśli przycho-
dzi człowiek z obcego nam plemienia i mówi: Dajcie mi gar gorącej smo-
ły, stanę z wami i będę ją wylewał na głowy barbarzyńców — to mądry 
przywódca mówi: Masz, wylewaj, im więcej nas jest, tym lepiej. A po 
bitwie usiądziemy razem i zastanowimy się, co z tobą zrobić, Jarosławie 
Gowinie czy Marianie Krzaklewski…

— Ty to powiedziałeś!

Nie, ty!

— Więc ci tylko dopowiem, że budowanie polityki opartej na wspól-
nym wrogu jest krótkowzroczne.

Tu się z sobą zgadzam.

— Ja też się z sobą zgadzam.

16:

— Mówisz: pop-polityka? A może wciskasz mi kit, ukrywając kom-
pletny zanik ideologii? Może pop-polityka to wyrachowany pragma-
tyzm, ucieczka od polityki? Oczekiwanie, by politycy byli ludźmi na 
freestyle’owym poziomie, na luzie? I ten moment, gdy Polaków 

background image

29

przestaje razić Berlusconi mówiący o polskim premierze: Donald 
to fajny chłopak, nie jest fiutem… To ci się marzy?

Ludzie nie chcą koguciego pienia na najwyższym poziomie, wysokiego 
„ce” ciągniętego w polityce przez polityków pokroju Jana Rokity, nie 
chcą skomplikowanych figur retorycznych i szesnastokrotnie złożonych 
zdań podrzędnych, z parabolami i dygresjami w stylu Geremka. Mó wi-
łem ci już: 

ODBIORCY OCZEKUJĄ PROSTEGO, SYNTETYCZNEGO PRZE-

 KAZU. Tamta moda, z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, moda 
na gęgającą przy koniaku i fajce inteligencję, odeszła w przeszłość. Nie 
ma jej. Nie ma odbiorców.

— Myślisz, że to oznacza złote czasy dla prymitywów w rodzaju 
Berlusconiego? Sorry, nie przekonuje mnie premier udający kopu-
lację z policjantką lub mówiący Tuskowi, że nie jest fiutem. Ocze-
kuję innej klasy.

Racja. Ale ja nie mówię o wychowaniu, mówię o sztuce komunikacji. 
O jej języku. Współczesne elity, jeśli chcą funkcjonować w świecie poli-
tyki, muszą być takie jak ich zewnętrzne otoczenie. Inaczej przepadną. 

— Mają używać twojego języka komunikacji? Wibratorów na ozdo-
bę i przekleństw na okrasę? 

Właśnie prezentujesz jęk i skowyt dawnych elit. Gęgaczy. 

— Dlaczego?

Gęgające elity przetrwały dziesięciolecia w roli komentatorów oceniają-
cych rzeczywistość z wyżyn intelektu i poziomu szczególnego środowi-
ska, które rozumie i wie wszystko. Zbudowały własny świat, hermetycz-
ny język i sposób zachowań. Internet obalił ich wielkość, zakończył ich 
rolę w społeczeństwie. Dzisiaj Jan Rokita napisze swoim

 NABZDYCZO-

NYM STYLEM wielki propaństwowy komentarz, a minutę później pierw-
szy z jego czytelników w sieci napisze: Jasiek, nie pierdol! A następni 
w trzech zdaniach skwitują jego błędy i anachroniczne myślenie. I kto 
do kogo będzie musiał się dostosować, Rokita do czytelników czy czytel-
nicy do Rokity? W tym tkwi siła współczesnej komunikacji, że staje się 
ona bliższa językowi i percepcji odbiorcy. Posługuje się obrazem, skró-
tem, twardą definicją, konkretem. 

— W ten sposób sankcjonujesz prymitywizację polityki. To główny 
zarzut pod twoim adresem.

background image

30

Bo użyłem wibratora? Bo mówiłem o gwałtach językiem gwałtu? Bo 
mówiłem o PZPN językiem kibiców? A jak powinienem? 

— Odpowiem ci językiem odbiorców: kurwa, nie wiem, ale inaczej. 
Mnie, filozofa, razi ten styl. Razi mnie widok uciętego świńskiego 
łba w studiu — nie przez jego metaforyczne znaczenie, nie z powo-
dów estetycznych, ale dlatego, że nie chodzi się po ulicach i telewi-
zjach z zakrwawionym świńskim łbem! Kurwa, nie! Z zadkiem też 
nie. I nie wiem, jak się mam do tego odnieść. Z jednej strony mam 
mocny, arcymocny przekaz, a z drugiej uczucie niesmaku. Może 
gdybyś tego wibratora nie trzymał w łapie, może gdybyś o świń-
skim łbie opowiedział, zamiast go pokazywać. Nie wiem. Pamiętam 
jedynie, że byłeś z siebie zadowolony.

Bo byłem. 

— Wiedziałeś, że to jest przegięcie.

Nie! Wiedziałem tylko, że to jest ostateczny sposób zwrócenia uwagi na 
problem! Dlaczego ty mi dokuczasz? Widziałeś w moim domu wibra-
tor? Widziałeś tu choćby atrapę pistoletu? Czy mówiono by o gwałtach 
w lubelskiej komendzie policji, gdybym gładko opowiedział, że penis 
i pistolet są ich symbolem? Nikt by na to uwagi nie zwrócił. 

— Janusz. Spójrz na to z innej strony. Idąc tropem twojego myśle-
nia, ktoś następny, w podobnym wypadku, wypowie taką kwestię: 
kurwa, cześć ziomale, jebani w dupę policjanci na pierdolonej lu-
belskiej komendzie ruchali dziewczyny i żaden jebany pies im 
w tymnie przeszkodził… To jest język odbiorcy — i ma być języ-
kiem obowiązkowym w polityce? Chcesz tego?

Nie przeklinam. Wiesz o tym.

— Ja nie mówię o twoim przeklinaniu! Mówię o stylistyce, którą 
usiłujesz narzucić!

I totalnie ją wykoślawiasz! Nie chce mi się z tobą gadać. Niczego nie 
zrozumiałeś.

— Nie, to ty niczego nie rozumiesz. Ucinasz dyskusję, bo tak ci jest 
wygodniej.

Nie chce mi się z tobą gadać.

— Nie to nie.

background image

31

17:

— Lepiej ci? Herbatki?

Zresetujmy się. Miałeś wczoraj zły dzień, wybaczam ci.

— To ja ci wybaczam, ty miałeś zły dzień.

Dobrze, wróćmy do punktu wyjścia. Myślisz, że ten wibrator i świński 
łeb to przejaw zdziczenia obyczajów w polityce?

— Nie. Myślę, że to jest zły sygnał. Że już wolno wszystko.

Bo wolno! Zrobiłem to na swój rachunek, nie kalkulując zysków i strat 
z tamtych happeningów. Patrzysz na konferencję z wibratorem przez 
pryzmat estetycznych doznań warszawskiego salonu — 

A FUJ, JAKI 

BRZYDKI SZTUCZNY PENIS! — a ja spojrzałem na wydarzenia oczami 
gwałconych kobiet. Nie przystawiano im do głów literackiego opisu lecz 
męskie genitalia i pistolet. 
Chciałem, żeby właśnie to wybrzmiało. Żebyśmy poczuli się dokładnie 
tak samo jak gwałcona kobieta. Gwałt nie ma walorów estetycznych. 
Jest gwałtem, podłością. I podłością było, że ówczesna władza nie reago-
wała na żadne z poselskich wezwań żądających ukarania winnych. Jed-
no pismo, drugie, trzecie, jedno wystąpienie, kolejne, apel, prośba, spo-
tkania — nic! Miałem położyć na jednej szali wrażenia estetyczne, a na 
drugiej cierpienia gwałconych kobiet? Nie chciałem tego równoważyć, 
za nic mam twoje urażone poczucie estetyki w konfrontacji z gwałtem, 
jakiemu uległy tamte kobiety.

— Później poszedłeś dalej, nie cofnąłeś się.

Tak. Ponieważ ten język komunikacji ma wielką dynamikę. Jest pełen 
ekspresji, jest skuteczny. Media operują skrótami, symbolami, emotiko-
nami. Dają ci substytut zdania na pasku u dołu ekranu, a ty od razu 
wiesz wszystko o wydarzeniu! Dają ci obrazek bez komentarza — i rozu-
miesz całą istotę przekazu, nie potrzebujesz dodatkowych słów. Mówią 
do ciebie krótko w prasie, w Internecie — i rozumiesz, co chcą powie-
dzieć. Dlaczego język współczesnej polityki ma być inny? Dlaczego ko-
munikat nie powinien przykuwać uwagi swoją formą? 

— Uważasz, że politycy muszą nadążać za trendami w procesach 
komunikacji? 

Naturalnie. Nawet Wojtek Olejniczak, robiąc dżagę na okładce „Wprost”, 
stając się erotycznym modelem, określił siebie w nowoczesnej, otwartej 

background image

32

formule. Pokazał, że nie tylko kobieta może epatować seksem w rekla-
mie kremów do ciała, ale również mężczyzna, w polityce, może pozwo-
lić — mówiąc językiem gęgaczy — na swoje uprzedmiotowienie. On tym 
swoim torsem pokazał, że 

PODLEGA TAKIM SAMYM PRAWOM MAR-

KETINGU jak każdy inny produkt. Dzisiaj widok polityka obnażającego 
fragment ciała jeszcze szokuje, ale za kilka lat będzie stałym atrybutem 
kampanii. Według mnie Olejniczak dokonał ważnego przełomu w marke-
tingu politycznym. Z zimną krwią dał z siebie uczynić produkt rynkowy 
oddziałujący na podświadomość. To robi znacznie więcej zamieszania niż 
skomplikowany wywód na temat równości praw kobiety i mężczyzny 
w polityce. Na jednym obrazku pokazał, że te prawa i obciążenia są do-
kładnie takie same.

— Jesteśmy do takiej debaty przygotowani? Może protesty związa-
ne z twoimi wystąpieniami i dyskusja o torsie Olejniczaka są dowo-
dem, że jednak nie?

Sądzę, że jest odwrotnie: to odbiorcy są dzisiaj bardziej do przodu niż 
politycy, instynktownie odróżniając komunikacyjną świeżość od archa-
iczności. I powiem ci coś więcej — oni doskonale oddzielają typową ście-
mę od autentyzmu. Kupują Owsiaka, bo mówi, co myśli, nie kombinuje. 
Jeśli kupują Palikota, to dlatego, że dostrzegają sprawę, o której opowia-
dam, a nie moją autokreację. Znasz mnie i wiesz, że nie potrzebuję do-
wartościowania polegającego na publicznym występie — ale gotów jestem, 
gdy sprawa jest ważna, wygłupić się dla niej, ośmieszyć, poniżyć, obnażyć. 
Nie dbam o własny wizerunek w kontekście moich osobistych aspiracji, 
one są istotne, ale są wtórne wobec poglądów, z którymi się utożsamiam. 
I będę ich bronił w każdy, nawet najbardziej prowokacyjny sposób, o ile 
zajdzie taka potrzeba.

— A ja myślę, że ludzie postrzegają to inaczej — w swoich happe-
ningach to ty jesteś gwiazdą, ty masz przykuwać uwagę, twoje ego 
podlega promocji. Sprawa jest, ale gdzieś na drugim planie, w tle. 
Jest tylko Janusz Palikot. Ja, ja, ja!

Spotykam się z zupełnie odmiennymi reakcjami! Przypadkowi ludzie 
na ulicy potrafią mi powiedzieć, że nie podobało im się to, co pokaza-
łem, ale przyznają mi rację. Nie widzą w tym ściemy, dostrzegają auten-
tyzm. Oddzielają formę od treści.

background image

33

— Patrzysz na siebie z uznaniem?

Raczej patrzę na siebie ich wzrokiem. I uważam, że przez dwa lata udało 
mi się wprowadzić wiele zmian do politycznej komunikacji. Dwa lata 
temu wibrator w czasie konferencji oburzał, teraz już nikogo nie zbul-
wersuje. Dwa lata temu starałem się owijać słowa w podwójną bawełnę, 
teraz — kiedy rozmawiam z wyborcami ich językiem — ani ja się tego nie 
wstydzę, ani oni nie mają wrażenia obciachu. Zmienia się język, zmienia 
się również myślenie o roli polityka, zmienia się nawet Jarosław Kaczyń-
ski — sięgając po inny arsenał słów, wyciągając grilla, paprotki, zakłada-
jąc konto bankowe i kupując płytę w Internecie. Nawet on wchodzi do 
świata nowej komunikacji politycznej, choć oczywiście nie bardzo chce 
się do tego przyznać.

— Przesadzasz. 

Nie. Do niego też to przenika. Też widzi, że bez tych zmian stałby się 
anachroniczny, śmieszny. Tyle że Kaczyński musi się do współczesności 
naginać, dostosowywać, a ja 

CZUJĘ SIĘ JEJ INTEGRALNĄ CZĘŚCIĄ. Nie 

ma już powrotu do wizerunku polityka zadumanego, wpatrzonego w me-
andry własnej osobowości, skupionego na jestestwie i rzucającego raz 
na miesiąc ważną polityczną sentencję. Dziś trzeba odnaleźć odpowied-
nią formę komunikatu niemal w każdej minucie. I to już nie może zio-
nąć sztampą, trywialnością — musisz zaskoczyć, zaintrygować. Jak w mar-
ketingu: wyróżnij się albo zginiesz.

18:

Tak, miewam chwile zwątpienia. Patrzę na to, co robię, i myślę: Chłopie, 
po co ci to było?
Nie lubię stawiać innych ludzi w kłopotliwej sytuacji. 

19:

Zakorzenione od lat, mocno niedemokratyczne przekonanie, że polity-
kom wolno więcej, że mają jakieś dodatkowe prawa, że mogą być wielki-
mi, nadętymi balonami, których nikomu nie wolno dotknąć, odchodzi 
w przeszłość. 

background image

34

Jeszcze dziesięć lat temu polityk był świętą krową. Dziś można go zbluz-
gać w Internecie lub na wizji, 

MOŻNA PRZEBIJAĆ TE BALONY. Ja to 

robię, inni to robią. I nic złego się nie dzieje.

20:

— Stańczyk może być politykiem?

Tak. Może, jeśli chce. W pewnych sytuacjach Stańczyk może być nie-
zbędnym fundamentem ładu politycznego.

— Noooo… Teraz pojechałeś! Palikot, wróć! Na ziemię, tutaj!

Dlaczego? Czasami dochodzi do takich napięć w stosunkach politycz-
nych, że tylko gest Stańczyka może uratować powagę sytuacji. 

— Śmiejąc się? Szydząc?

Nakłuwając nadęty balon, wypuszczając ciężkie powietrze. Sprawia, że po-
lityka nie jest własną karykaturą, sprowadza ją do właściwego rozmiaru.

— Może 

JESTEŚ TYLKO NARZĘDZIEM? Wentylem? Może używają 

cię jako narzędzia do spuszczania politycznego smrodu, do zasłon 
dymnych? Nie myślisz czasem o tym?

Nie czuję się używany.

— A ja czasem tak o tym myślę. Może gdyby wyłączyć te fajerwerki 
z wibratorem i świńskim ryjem, które ustawiały mnie przeciw włas-
nemu środowisku, mógłbym myśleć, że jestem dla niego wygodny 
w roli błazna. Że jestem jako błazen tolerowany, bo to ma swoją 
wartość, bo można mnie użyć. Byłem na konwencji Platformy 
w Szczecinie, przygotowałem krótki happening o charakterze czy-
sto politycznym, nienastawiony na moją autopromocję, nastawio-
ny na efekt polityczny dla całej formacji. Czy odegrałbym taką rolę, 
gdybym pojawił się tam z referatem? Nie, myślę nawet, że nikt by 
mnie o to nie poprosił. Pomyśleli: zaprosimy Palikota, będą jaja.

I ty się na to godzisz.

— Tak, o ile nie robię rzeczy głupich i sprzecznych z moją naturą.

Referat byłby z nią sprzeczny?

— Zupełnie nie, mógłbym pojawić się z referatem, mógłbym przy-
gotować happening artystyczny, wciągnąć w tę grę publiczność. 
Jeśli widzę, że to, co robię, jest skuteczne, robię to. Jeśli zacznę 

background image

35

dostrzegać, że trzeba jeździć z referatami, bo one dają lepszy sku-
tek — będę dawał odczyty, choćby po sto w każdym mieście. 

21:

— Nie obawiasz się zarzutu, że bawisz się Polską? Jesteś politykiem, 
nie eksperymentatorem. Możesz przynieść szkodę. 

Nie gram. Nie bawię się. Nie robię niczego bez refleksji. Niczego nie 
wysadzam dla samej sztuki wysadzania. Z niczym 

NIE EKSPERYMEN-

TUJĘ. Gombrowicz, wysiadając z pokładu „Stefana Batorego” w Argen-
tynie, mówi: A jedźże ty! Do tego potwora co zdechnąć nie może, co ci 
ciąży, co cię dławi, co cię dusi, do tej Polski właśnie. Tego potrzebujemy: 
nie koturnowego martwienia się losami ojczyzny, nie cierpienia za mi-
liony, ale koncentracji na własnych problemach. To MY musimy pora-
dzić sobie z naszym rozwojem, a nie drzeć szaty nad rozwojem ojczy-
zny. Ona jest w nas, w każdym. Budujesz siebie, własną rodzinę, własny 
standard — budujesz Polskę.

— Ty się na majestat Rzeczypospolitej zamachnąć pragniesz!

Przeciwnie: chcę, byś wreszcie wyrwał się z rąk potwora, z objęć tego 
obrzydliwego lewiatana polskości. Chcę, byś spokojnie maszerował po 
europejskich plażach, mógł wziąć do ust śliwkę lub daktyla i wypluć do 
oceanu pestkę — 

BEZ STRACHU, ŻE ZOBACZYSZ NA JEGO DNIE MA-

SZERUJĄCYCH KRZYŻAKÓW I ŻE ZA CHMURAMI NA HORYZONCIE 
KRYĆ SIĘ BĘDĄ BOLSZEWICY
. Chcę żebyś wypluł tę pestkę bezkarnie, 
bezboleśnie i bezmyślnie. I żeby to nie było aktem protestu, wandaliz-
mu, patriotyzmu — żeby to był czysty akt wyplucia pestki. Bez kontek-
stów i barw. Bez historii, bez flagi narodowej. Tylko pestka, ocean i ty.

— I żeby to było tu.

Nalej wina, proszę.

22:

Prawdziwym fenomenem i nadzieją pop-polityki jest Internet. Uczy 
transgresji, przekraczania samego siebie. Jeśli raz, piąty, setny napiszesz 
pod pseudonimem jakiś komentarz, a twoje słowa skomentują inni, 

background image

36

wówczas zaczynasz dostrzegać siłę własnego głosu, opinii, którą wyda-
jesz. Uczysz się dyskusji, używania argumentów w debacie — i to cię 
wzmacnia, bo kiedy zaczynasz rozmawiać już na oficjalnym gruncie, 
w realu, jesteś pewniejszy siebie, 

POTRAFISZ WIĘCEJ. Przez tę wymia-

nę ról, znaczeń i argumentów zaczynasz dostrzegać, że masz do odegra-
nia inną rolę. Idziesz do sąsiada i pytasz o zdrowie pytasz, w czym mo-
żesz pomóc. Otwierasz się na innych. Bo już masz tę odwagę.

23:

— Co liczy się w pop-polityce?

Duża liczba solistów, ale w drużynie. To jest gra zespołowa.

— A nie skuteczność? Ty, 

SOLISTA, mówisz o samej grze, a ja myślę 

o celu.

Skuteczność możesz definiować na kilka sposobów. Cel negatywny: odsu-
nięcie PiS od władzy, jest już osiągnięty. Dla wielu ludzi był to cel główny!

— Ale to nic nie znaczy — odsunąć PiS od władzy! No i stało się, 
i co?

Jak to co? Mamy Polskę, która nie jest wewnętrznie skłócona, nie jest 
skłócona z sąsiadami. Prowadzimy dialog w Europie, chcą z nami roz-
mawiać, budujemy europejskie koalicje, strategicznie korzystne dla Pol-
ski. Żyjemy w kraju bez podsłuchów, bez ksenofobii, bez napuszczania 
jednych grup społecznych przeciwko drugim. Nie musimy już walczyć 
z demonami przeszłości, nie babrzemy się w tych wiecznie śmierdzą-
cych rozliczeniach, zostawiając je historykom do oceny. Mało ci? 

UWOL-

NILIŚMY KRAJ OD OBCIACHU, od blamażu, od polityki antagonizmów. 
Ja sobie to bardzo cenię.

— To był tylko cel pośredni.

Celem głównym jest modernizacja. Ale wiesz, że robi się ją inaczej niż 
rewolucje. Wymaga więcej czasu i odpowiednich warunków. Często po-
sługuję się przykładem ministra infrastruktury. Podpisał umowy na ty-
siąc kilometrów dróg, to jest rekordowa liczba, PiS przez dwa lata rzą-
dów podpisał umowy na sto dwadzieścia kilometrów…

— …i ty po tych umowach jeździsz teraz swoim samochodem… To 
demagogia. Nie obchodzą mnie umowy Grabarczyka, interesują 

background image

37

mnie realne kilometry asfaltu. Kiedy kupujesz auto w salonie, cie-
szy cię widok podpisanej umowy czy kluczyki w dłoniach?

Nie porównuj tego. Umowa daje ci prawo do odbioru auta? Daje. Odbie-
rzesz je, kiedy producent wyprodukuje? Odbierzesz. Podobnie jest z au-
tostradami, choć stopień skomplikowania jest w tym wypadku znacznie 
większy. Wolę mieć uporządkowane kwestie umów i rozpoczęte przygo-
towania do inwestycji niż same ich zapowiedzi. Wiesz, gdzie popełniamy 
błąd? Nie potrafimy tego przekazać opinii publicznej, nie robimy show. 
I możesz się śmiać, ale po dwudziestu latach zapóźnień jest mi zupełnie 
obojętne, czy będziemy dysponowali pełną infrastrukturą drogową 
w 2012 czy w 2013 roku. Ważniejsze, że jest to perspektywa nieodległa, 
że ruszyliśmy. Nie traktuję piłkarskich mistrzostw Europy jako kamienia 
milowego w rozwoju Polski, to świetny impuls, ale my powinniśmy sami 
takie impulsy kreować, a nie czekać na wielkie imprezy i do nich dosto-
sowywać harmonogram naszych działań. Wolę, żebyśmy ocenili Platfor-
mę po pełnej kadencji. I wtedy będzie jasne — daliśmy ciała czy nie.

— Tego właśnie w tobie nie lubię! Mówisz jak typowy polityk! Mnie 
nie interesuje taktyka, nie interesuje mnie, czy będzie sto kilome-
trów dróg i pięć stadionów wraz z upływem kadencji, chcę poznać 
strategię działania w perspektywie dwudziestu lat. Chcę wiedzieć, 
jaki kraj zafunduję swoim synom. Czy będziemy Polską najnowszych 
technologii informatycznych, czy krajem rolnictwa ekologicznego? 
Będziemy niezależni w sensie energetycznym czy nadal na pasku 
Gazpromu? Oprzemy swój rozwój na walorach dziedzictwa narodo-
wego i turystyce czy staniemy się dostawcą półfabrykatów i wielką, 
tanią montownią? Nie czuję wizji, przestrzeni intelektualnej w wa-
szych planach, a w zamian dostaję ciasno sformułowane informacje 
o kilometrach dróg, szyn i tonach odlanej stali… Zlituj się nade 
mną…

Nie jest tak źle! Michał Boni przedstawił właśnie program Polska 2030. 
I to jest opis strategiczny, choć bez ideologii i bicia piany.

— Nie jest źle. Po prostu obrosłeś 

POLITYCZNYM TŁUSZCZYKIEM

Mówisz i myślisz jak oni. Jedziesz technokratycznym schematem. 

Bo czasy sprzyjają konkretom, a nie prezentacjom wizji. Co ci po wi-
zjach w obliczu kryzysu?

background image

38

— 

SZUKAM CELU, do którego doprowadzi mnie twoja pop-polityka. 

Za dwadzieścia lat będziemy krajem z dwiema lub trzema elek-
trowniami atomowymi, które dadzą nam spokój energetyczny. 
I zrobimy to wspólnie z prywatnym sektorem energetycznym, bo 
nie ma takiego nakazu, by nad energią w państwie czuwało samo 
państwo. Za dwadzieścia lat nasza polityka energetyczna będzie 
całkowicie zintegrowana z polityką stanów zjednoczonych Europy 
— pełne gwarancje dostaw, konkurujące na europejskim rynku 
podmioty, zakupy gazu na potrzeby całego rynku europejskiego, 
a nie poszczególnych krajów. 
Będziemy atrakcyjną dla świata marką turystyczną — państwem uś-
miechniętych ludzi. Zobaczysz, jak rozwinie się przedsiębiorczość: 
JESTEŚMY NAJBARDZIEJ PRZEDSIĘBIORCZYM NARODEM EURO-
PY!
 Jesteśmy kreatywni i ambitni. Polacy awansują w strukturach 
administracji europejskiej i w wielu europejskich korporacjach; będą 
nimi zarządzali. Rozwinie się nauka, bo ambitni młodzi ludzie bę-
dą chcieli mieć coraz lepsze wykształcenie. Otwarcie rynku pracy 
i utrzymanie jedności Unii Europejskiej z wolnym wewnętrznym ryn-
kiem pracy da setkom tysięcy Polaków nieprawdopodobne możliwo-
ści rozwoju. Będziemy zakładali polskie firmy w innych krajach Eu-
ropy, będziemy inwestorami i autorami wielu projektów gospodar-
czych. Polską marką staną się przedsiębiorczy, wykształceni ludzie. 
Taki powinien być cel główny. Kolejny to odbiurokratyzowanie go-
spodarki. Jako pierwsi i na razie jedyni w Europie rozpoczęliśmy 
ten proces. Powinniśmy upraszczać i digitalizować wszystkie pro-
cedury, stosować mechanizmy ułatwiające działania gospodarcze 
i uwalniające kreatywność. 
Kolejny wątek — jesteśmy krajem, który nie zadłuża się u przy-
szłych pokoleń. Jeśli wytrzymamy presję czasu i przezwyciężymy 
kryzys finansowy, prowadząc bardzo odpowiedzialną politykę bud-
żetową i nie zaciągając zobowiązań wlokących się przez dwadzie-
ścia, trzydzieści lat, będzie nam łatwiej zarządzać własnym budże-
tem, więcej przeznaczymy na rozwój i konsumpcję.
Zakładam, że przez najbliższe lata wykonamy wielki wysiłek zwią-
zany z promocją Polski. Ta dziedzina leży teraz na obu łopatkach. 

background image

39

Znam kraje, które potrafiły się podnieść po klęsce tsunami — u nas 
tsunami nie było, a nadal nie umiemy pokazać światu naszych wa-
lorów. Nie zintegrowaliśmy działań promocyjnych, oszczędzamy 
na promocji, nie widząc, jaki stanowi lewar dla całej gospodarki. 
Ale to się zmieni. Stawiam więc na wielki rozwój turystyki. Euro-
pejczycy przyjadą do Polski nie po to, by oglądać stare zamki, bo 
mają je w dolinie Dordogne i nad Loarą, będą tu szukali spokoju, 
skupienia, ciszy i życzliwych sąsiadów. Przyjadą po to 

NA MOJĄ 

UKOCHANĄ LUBELSZCZYZNĘ. Jestem pewien, że Europa odkryje 
dla siebie urok tego regionu. A my, jako Polska, staniemy się kra-
jem produktów turystycznych.
I na koniec: naszym atutem stanie się informatyka i zaawansowa-
ne technologie, a może nawet produkcja rolna. To, co było prze-
kleństwem polskich gospodarstw — wieloletni brak stosowania 
nawozów chemicznych, swoista przaśność polskiego rolnictwa — 
stanie się naszym atutem. Żywność naturalna, nieskażona chemią, 
będzie miała coraz większą cenę, będzie na nią wielki popyt. Zwięk-
szymy udział przetworzonych produktów rolnych w rynku euro-
pejskim, bo jesteśmy tańsi i mamy zdrowsze produkty.

Nooo… zatkało mnie. Jakbym słyszał samego siebie! Dobrze ci szło… 
Nie uważasz, że politycy zatracili zdolność zarażania ludzi swoim entu-
zjazmem? Że nie potrafią poruszać tłumów, angażować do działania?

— Nie! Stary, myśmy właśnie o taki stan walczyli! Nie chcę, żeby 
mnie ktokolwiek zarażał, a już zwłaszcza politycy! Chcę żeby było 
tak, jak przepowiedział Marek Kondrat: budzę się rano i 

NIE OB-

CHODZI MNIE, KTO JEST PREZYDENTEM, BO WSZYSTKO GRA
wszystko jest na swoim miejscu. Skończmy z tym, że politycy muszą 
porywać, muszą coś narzucać. Mają ci stworzyć odpowiednie wa-
runki, a ty rób swoje. 

W latach osiemdziesiątych zszokowały mnie wyniki amerykańskich badań, 
według których ponad trzydzieści procent Amerykanów nie wiedziało, kto 
jest prezydentem USA. Jak to możliwe, co za głupi naród — pomyślałem. 

— A my wtedy żyliśmy polityką. I nadziejami.

Właśnie! A oni mieli to gdzieś! U nich zmiana na najwyższych szczeb-
lach administracji nie wywoływała żadnej burzy, życie toczyło się dalej, 

background image

40

przeciętny Amerykanin nie odczuwał kadrowych rotacji, bo system de-
mokratyczny gwarantował mu stabilność. 
Dla nas każdy fakt ciągle ma znaczenie polityczne. Oni wiedzą, że cena 
paliw zależy od praw rynku, a w Polsce do ceny paliw dokłada się atry-
buty polityczności — i stąd natychmiast po zwyżce kosztów importu 
dokładane są żądania zmiany akcyzy, interwencjonizmu państwa. Chciał-
bym, abyśmy znaleźli w sobie potencjał neutralności i zaufania: jest rząd, 
są fachowcy, mają europejskie powiązania, sprawy posuwają się w odpo-
wiednim kierunku i co mnie obchodzi, jak nazywa się premier, minister 
czy prezydent. Jako obywatel wynająłem ich, żeby dobrze zarządzali 
moim państwem, raz na cztery lata daję im prawa ustawodawcze i wy-
konawcze, a potem ich polityczna obecność musi mi zagwarantować 
stabilizację, rozwój, spokój. O taką Polskę walczyliśmy.

— Myślisz, że ludzie nie chcą być dzisiaj porywani wielkimi wiz-
jami?

Nie. To jest myślenie czasów rewolucji, czasów anachronicznych. Musi-
my tworzyć programy rządowe budujące kapitał społeczny. Ludzie chcą 
władzy, która im ułatwia życie. Organizuje je w sposób dla nich niewi-
doczny. Co ci da wizja Polski w perspektywie dwudziestu lat? Nic. Ty 
chcesz znać szczegóły ustaw podatkowych, mieć dobrze zorganizowaną 
opiekę zdrowotną, edukację i system emerytalny. O to musi się zatrosz-
czyć państwo, któremu płacisz daninę. 

— Filozof, a mówi jak technokrata.

To prawda. W tej kwestii jestem technokratą.

— Ty mówisz: Mamy programy rządowe, realizujcie je, a od wybor-
ców słyszysz: Mamy cię w dupie.

Więc jako polityk odpowiadam: Cieszę się, że macie mnie w dupie! Właś-
nie takiego kraju chcę, żebym jako obywatel nie musiał się zajmować 
politykami, ich wizjami i programami. Oni mają być, myśleć, działać — 
i raz na cztery lata absorbować mój umysł swoimi programami i doko-
naniami. I wystarczy. Nie muszę widzieć aktywnej obecności polityków 
w państwie, które daje mi pewność działania i dobrze wypełnia swoje 
funkcje. Nie jesteśmy, jako politycy, pępkiem świata.

— Staliście się gwiazdami. Wypełniacie media. Komunikujecie się 
z wyborcami każdego dnia. 

background image

41

Myślisz, że nas uważnie słuchają? Mylisz się. To jest jak wata dla uszu, 
jak widowisko. 

24:

— Tuskomatołek, paligłup, palikmiot, wystraszony morderca, pro-
wincjonalny błazen, biłgorajski paleciarz… Rusza?

Nie rusza. Mnie nie rusza. Czasami dotyka to mamę, być może dotyka 
też dzieci, nad tym ubolewam. 

— A gdyby ktoś przez rok niemal dzień w dzień dopytywał o twój 
domniemany alkoholizm? Zastanawiasz się nad tym — co myślała-
by Monika? Emil? Olek?

Oni wiedzą, co myśleć, znają mnie — nie jestem alkoholikiem i co ich 
obchodzi, że ktoś tak gada. Spójrz jednak na to z innej strony — jesteś 
wielkim politykiem, największym, jesteś Kaczyńskim, a tu jeden z po-
słów i wraz z nim spora część opinii publicznej pyta o twoją chorobę 
alkoholową, prosi cię o raport o stanie twojego zdrowia. Masz dwie moż-
liwości — ignorujesz te pytania lub odpowiadasz. Kaczyński wybrał trze-
cią: ustami swojego ministra zapowiedział publikację raportu, po czym 
zapomniał o tej deklaracji. Przecież spekulacje można przeciąć jednym 
ruchem: publikując raport albo podając nikczemnego posła do sądu. 
A tu jest wielkie oburzenie i cały ciąg niedomówień. 

W IMIĘ CZEGO? 

W imię choroby, która mogłaby dotknąć każdego? W imię niechęci do 
posła? To bez sensu. Brak komunikacji jest gorszy niż jakakolwiek jej 
forma. To nie ja podtrzymuję temat nadużywania alkoholu, to otocze-
nie prezydenta trzyma nas w stałym napięciu, nie mówiąc jasno, co jest 
prawdą. Można było taką sprawę załatwić w dwa dni. Tusk to zrobił, ja 
to zrobiłem, korona nam z głowy nie spadła.

— A nie możesz go po prostu zostawić? Zostaw to, porzuć ten te-
mat. Jakie on ma znaczenie? 

Tym większe, im większa jest tajemnica, którą się czyni wokół tej sprawy. 
Mówimy o prezydencie, o głowie państwa. A ja, poseł na Sejm, swoich 
pytań nie wyssałem z palca, szukałem jedynie potwierdzenia krążących 
między politykami opinii. Mam do tego prawo. Każdy obywatel je ma.

background image

42

25:

— Możesz być ze mną szczery?

Zawsze.

— Co myślisz o Kaczyńskich? Ale odłóż na bok małpki i doktoraty. 
Możesz się zdobyć na rzeczową ocenę? 

To są wybitni politycy, naprawdę. Bardzo sprawni. Świetnie rozegrali 
swoją rodzinną partię. Można ubolewać, gdy zło zwycięża, ale honor 
przeciwnikowi oddać trzeba.
Czasami jednak stawiam sobie pytanie: 

PO CO BÓG ZESŁAŁ POLSCE 

KACZYŃSKICH? I odpowiadam: żebyśmy się w ich oczach przeglądali 
jak w krzywym zwierciadle. Żebyśmy widzieli nasze najgorsze cechy. 
Żebyśmy wiedzieli, co trzeba w sobie zwalczyć. I wreszcie — żebyśmy 
mogli sobie powiedzieć: nigdy nie będę taki jak Kaczyńscy. Ci dwaj 
dżentelmeni odwołali się do najgorszych polskich cech, które koszto-
wały nas niepodległość, utratę państwowości i wolności: do swarliwości, 
podejrzliwości, zawiści, dostrzegania w drugim człowieku samego zła, 
zagrożenia i wroga, do ksenofobii i nacjonalizmu.
Wielkim konserwantem tych cech był PRL. Kaczyńscy są rodem z PRL, 
są sukcesorami jego doktryny. Są spadkobiercami ciasnoty intelektualnej 
Gomułki i jego otoczenia. W tym sensie ukąszenie marksowsko-gomuł-
kowskie przeniknęło do całej idei IV RP. I dobrze, że ją pogrzebaliśmy.

26:

Czasami zadaję sobie pytanie: Co zrobił w życiu Lech Kaczyński, poza 
tym, że był prezydentem, szefem NIK, ministrem sprawiedliwości, pre-
zydentem Warszawy? Moim zdaniem — nic. Był. Kropka. Zostaje po 
nim kompletnie czarna dziura.
Kiedy patrzysz na Balcerowicza, Mazowieckiego, Wałęsę, Bartoszew-
skiego — wiesz, czego dokonali. Nawet Kwaśniewski ma dzieła, które po 
nim pozostały. 
I nie widzę niczego, co pozostanie po Lechu Kaczyńskim. Co mu przy-
piszemy? Rozbudowę stolicy? Reformę sądownictwa? Dekomunizację? 
Jakieś reformy? Pozycję Polski w Europie? Przypiszemy mu złe wspo-
mnienia. Tylko to.

background image

43

Jego brat Jarosław od dwudziestu lat pobiera pensję polityka, wysoką 
pensję. Postaw pytanie: co zrobił? Co zmieniło się w Polsce z powodu 
istnienia polityka o imieniu i nazwisku Jarosław Kaczyński?

— Mnie pytasz?

Nikogo nie pytam. Znam odpowiedź. 

— Podobne pytanie musi sobie zadać także Donald Tusk, masz tego 
świadomość.

Oczywiście! On także! Donald, chłopie, co po tobie zostanie? — musi 
mu to pytanie towarzyszyć! Tusk sprawuje władzę w innych czasach niż 
Mazowiecki i Balcerowicz, nie ma już tych gigantycznych przemian, na 
których budowało się swój wielki wizerunek, dzisiaj trudniej jest zostać 
prawdziwą gwiazdą. Ale tym bardziej trzeba sobie takie pytanie sta-
wiać: 

CO POZOSTANIE? Czy wszystek umrę? Minister Drzewiecki, jeśli 

dokona dzieła budowy ponad dwóch tysięcy orlików, własne miejsce 
w historii na pewno zajmie. Ktoś, kto rozpocznie i dokończy budowę 
dwóch tysięcy kilometrów autostrad — także. W każdej przestrzeni pub-
licznej jest miejsce dla prawdziwych bohaterów. Tylko Kaczyńscy prze-
spali swój czas. 

27:

— Z Kaczyńskimi jedziesz po bandzie. 

PRZEGINASZ. Wielu ludzi 

czuje zażenowanie twoimi happeningami, mówią to nawet twoi 
wierni przyjaciele. Bulwersujesz i obrażasz.

Mój problem polega na tym, że ja tego w taki sposób nie odbieram.

— Nie boisz się, że kierowany wściekłością na ciebie, ja — twój prze-
ciwnik – obrzucę jutro nasz dom jajkami, że dopadnę cię w ciem-
nej bramie, natrzaskam ci po gębie?

Nie. Z jakiejś przyczyny zupełnie nie czuję takiej obawy.

— Jesteś aż tak mocno przekonany o własnych racjach?

Chyba tak. Kieruję się własnymi zasadami, sam sobie wyznaczam azy-
mut.

— Jakimi zasadami? Pytasz kogoś o alkoholizm — gdzie tu są zasady?

A dlaczego nie mogę zapytać? Przecież nie dopytuję obywatela Kowal-
skiego, tylko głowę państwa. Jeśli nie mam prawa pytać, jeśli nie ma 

background image

44

poszanowania dla swobody wypowiedzi, jeśli nie mogę szukać odpowie-
dzi, to jaki mogę mieć stosunek do mojego państwa?

— Ależ możesz! Bylebyś nie dotknął mojego obszaru prywatności.

W twoją prywatność mogę wchodzić, ty jesteś osobą publiczną.

— Ale kiedy „Dziennik” wszedł w twoją strefę, to wytoczyłeś mu 
proces!

Zgoda, lecz przecież nie dlatego, że weszli na moje podwórko! Oni kła-
mali, podawali nieprawdziwe informacje i nie zrobili wszystkiego, co 
można było, by je sprawdzić. Nie bronię mediom pisania na mój temat, 
niech walą we mnie jak w kaczy kuper, byleby nie kłamały.

— Nie widzisz tu hipokryzji? Ty też nie miałeś dowodu na alkoho-
lizm Kaczyńskiego.

Dlatego stawiałem pytania, ja — osoba publiczna — drugiej osobie pub-
licznej. Nie ma głupich pytań, są głupie odpowiedzi. Gdybym cię zapy-
tał, czy jesteś alkoholikiem, odpowiedziałbyś mi: nie jestem — i koniec 
tematu. To proste. Nie zapytałem: czy przestałeś już pić? Bo na takie 
pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Zapytałem: czy pijesz? Obraża cię 
to? Boli? 

— Mnie, Palikota, nie. Ale innych? Nie wiem.

Gdybyś nie był osobą publiczną, nigdy bym ci takiego pytania nie za-
dał! Ta sfera twojego życia nigdy by mnie nie zainteresowała. Natomiast 
w mojej sprawie, gdy szło o transakcje w rajach podatkowych, media nie 
postawiły pytań, nawet najgłupszych, one od razu użyły bardzo twar-
dych tez i trzymając się nierzetelnych dowodów, postanowiły ich bronić. 
Poczekam, aż pokażą swoje dowody przed sądem, a wtedy się okaże, na 
jakiej podstawie rzucano oskarżenia pod moim adresem.

— Ale mechanizm działania był ten sam. Ty postawiłeś tezę za po-
mocą pytań, dziennikarze — podając zgromadzone dowody.

Fałszywe i niepełne.

— Zgoda. Mechanizmu komunikacji użyliście w jednakowy sposób.

I dlatego ci odpowiadam, jak odpowiadam — oni mieli prawo napisać, 
a ja mam prawo nie zgodzić się z nimi i pozwalam sądowi rozstrzygnąć 
nasz spór. W czym widzisz problem? Obie strony wykorzystują całe do-
stępne instrumentarium demokracji. Cieszmy się z tego! Podobnie mógł 
zrobić prezydent Kaczyński. I nie zrobił.

background image

45

— Nigdy ci to nie zgrzytało? Przecież sam dobrze wiesz, że twoje 
pytania brzmiały raczej jak zarzut niż troska?

Tak, ponieważ stawiałem je na podstawie jakichś przesłanek! Nie zapy-
tałem: panie prezydencie, czy pan jest transwestytą, czy jest pan schizo-
frenikiem, czy boli pana lewa noga! Bo ja na ten temat nic nie wiem! 
Słyszałem natomiast informacje o nadużywaniu alkoholu i postanowi-
łem zapytać u źródeł: są prawdziwe czy nie? Dlaczego odbierasz mi — 
nam! — to prawo? 

A GDYBY OKAZAŁO SIĘ, ŻE ODPOWIEDŹ BRZMI: 

TAK? Czy wtedy nie zyskałbyś innej perspektywy.

— Wtedy byłby problem. 

No właśnie. Dzisiaj problemu nie ma, bo nikt nie udzielił odpowiedzi.

28:

— Dlaczego nikt nie zachowuje się tak samo jak ty?

Bo nadal funkcjonuje pewien rodzaj poprawności politycznej. Ona jest 
dzisiaj najbardziej śmiertelną chorobą i niebezpieczną cnotą zarazem. 
W imię tej poprawności uważa się, że zwrot „polityczna prostytucja” 
oznacza prostytucję sie jako taką — i w związku z tym nikt już o poli-
tycznym prostytuowaniu się nie zamierza rozmawiać! Znika temat! 
W imię tej samej poprawności politycznej uważa się, że poseł powinien 
być biedny. Że 

BIEDA KONSERWUJE, uszlachetnia. O ile żeby zrobić 

karierę w Ameryce, trzeba być czarnoskórym, gejem lub mieć żydow-
skie pochodzenie, o tyle w Polsce trzeba być biedakiem, najlepiej ze 
sfery finansowania publicznego. Taki jest model. Finansiści i bankierzy 
do polityki nie pójdą, bo ona odrzuca bankierów i finansistów, sprawia, 
że stają się podejrzani. Każdy, kto się z tego modelu wyłamuje, będzie 
przez liderów partyjnych, przez system lub tak zwaną poprawność poli-
tyczną wykluczony z gry. W ramach tej poprawności konserwuje się 
stan zarobków posła, prezydenta, ministra czy premiera, bo przecież 
wiadomo — muszą być biedni, żeby lepiej rządzili.

— Ależ to jest tylko w waszych rękach! Możecie sobie podnieść 
wynagrodzenia!

Nie możemy.

— Dlaczego?

background image

46

Bo to jest niepoprawne. Mówię ci przecież. Nie możesz zgodzić się na 
podwyżkę płacy posła, bo co powiedzą wyborcy? I później reprezentują 
ich interesy ludzie, którzy otrzymują po siedem tysięcy złotych na mie-
siąc, którzy mają w garderobie jeden garnitur i używają go każdego 
dnia. Jak mają myśleć o interesie publicznym, jeśli myślą głównie o tym, 
by przetrwać miesiąc?

— Więc może trzeba odwrócić system pojęć? Uznać, że poprawne 
jest chodzenie w t-shirtach? Czy zmieni to ładunek intelektualny 
parlamentarzystów? Nie. Ja bym ich strawił nawet w ciasnej koszu-
linie z lnu, byleby tylko chcieli stanowić mądre prawo.

To jest akurat prawda, ale przykładem t-shirtów nie zmniejszasz siły 
mojej tezy. Oczekujemy od posłów, żeby kreowali mądre prawo, mieli 
horyzonty, dysponowali świetnymi analizami — i jednocześnie nie da-
jemy im pieniędzy, uznając, że siedem tysięcy to jest dużo. Jeśli chcesz 
mieć zewnętrzną ekspertyzę, asystenta, sekretariat, samochód, garni-
tur, kontakty na europejskim poziomie, jeśli chcesz bywać na wysta-
wach, poznawać świat, rozwijać się, kupować książki i albumy, to mu-
sisz dysponować pieniędzmi. A spróbuj dorobić! Zaraz cię oskarżą… 
Nie dziw się potem, że do polityki pcha się trzeci garnitur specjalistów, 
że posłowie nie znają języków, nie czytają książek, mają ciasne hory-
zonty — bo ich zarobki i pozycja społeczna nie stanowią wyzwania! 
Słyszałeś, żeby młodzi ludzie zapytani o karierę mówili: będę polity-
kiem? Nie. Nikt o tym nie marzy. Ten zawód się nie opłaca.

— Twój wyborca ma inne zdanie na ten temat. A to on jest suwere-
nem. I uważa, że politycy nie zasługują na więcej.

A ja właśnie staram się mu wytłumaczyć, że to jest myślenie bez sensu 
i bez perspektyw. Państwem nie mogą rządzić źle opłacani ludzie, pre-
mier nie może zarabiać dwanaście tysięcy, a były prezydent — trzech! 
Nie stać nas na taką prowizorkę! 

29:

— W jakim duchu trzeba odnowić polską politykę?

Patrząc na przypadek Lecha Wałęsy — trzeba, żeby każdym politykiem 
zajął się IPN… Wtedy natychmiast rosną sondaże, odradza się popular-

background image

47

ność, wraca zaufanie… A mówiąc poważnie: zaufanie do polityków jest 
takie samo jak zaufanie do gwiazd rocka czy filmu. Polityk jest tylko jed-
nym z wielu punktów odniesienia. XXI wiek znacząco różni się pod tym 
względem od wieku XIX lub XX. Kiedyś zaufanie do polityków cechowało 
się pewną stabilnością, kadencyjnością, a dziś jest z nim tak, jak z nowym 
filmem Woody’ego Allena: jeśli jest kiepski — publiczność nie idzie do 
kina. Ale to nie znaczy, że przy kolejnej premierze znów będzie go igno-
rowała! Jesteś tak dobry, jak dobry był twój ostatni mecz — tak to ujmują 
gwiazdy piłkarskie i ja podzielam ten pogląd. Dziś mam swoje pięć minut 
w polityce, jutro przyjdą inni, lepsi, i albo będę się starał ich pokonać, 
albo popadnę w niesławę. Bez mediów nikt tego nie uczyni. Nie ma 
gwiazd show-biznesu i gwiazd polityki, które mogą istnieć bez mediów. 

— Ale zaufanie do polityków bywa utożsamiane z zaufaniem do 
państwa. Byłoby dobrze, gdyby stało się tak chwiejne jak zaufanie 
do gwiazdeczek popkultury?

Lecisz teraz Kaczyńskim i PiS-em! I cholera, co najgorsze, dziewiętna-
stym wiekiem! 

SKĄD TY SIĘ WE MNIE BIERZESZ? Nie ma już państwa 

w jego tradycyjnym znaczeniu: z granicami, z narodem zamieszkują-
cym dane terytorium, z własną integralnością kulturową. Przecież na-
wet konflikt zbrojny nie jest dzisiaj formą walki państwa z państwem 
— Europa i Stany Zjednoczone walczą przeciwko jakimś międzynarodo-
wym gangsterom i sponsorom terroryzmu. Zachód prowadzi tę wojnę, 
nie Polska, Czechy czy Francja. W pewnym sensie już od dawna trudno 
mówić o państwach. We Francji w niektórych regionach mieszka tyle 
samo Niemców co Francuzów. Niemcy są wybierani do władz, rządzą 
miastami, nadają ton samorządom. W dolinie Dordogne spotkasz zako-
rzenionych tam mocno Anglików, Niemców, Hiszpanów. W kilku mia-
stach niemieckich przy naszej zachodniej granicy jest podobnie: Polacy 
są tam znaczącą grupą, mają już wpływ na wynik wyborów. Nie możesz 
też wykluczyć, że podobna sytuacja zdarzy się za kilka lat w Polsce — 
Niemiec będzie prezydentem polskiego miasta lub wójtem w gminie. 
I co? Będziesz z tym walczył? 

— Nadal będą obcokrajowcami. Oni — w Polsce, nasi — tam.

Nie. Będą coraz bardziej Europejczykami. Kiedy obserwujesz młodych 
na rynku w Lublinie, 

CZY WIDZISZ JAKĄŚ RÓŻNICĘ między Polakiem-

background image

48

-Europejczykiem a Hiszpanem-Europejczykiem? Może mają inną kar-
nację, może posługują się inną mową, może różni ich przywiązanie do 
tradycji — ale filmy i książki czytają te same, Internet mają taki sam, 
podobną muzykę, wspólne zainteresowania z wielu obszarów światowej 
kultury, ubiór z tej samej Zary, więc co? Dostrzegasz w nich państwo  
Polskę i państwo Hiszpanię? Nie. Widzisz Europę. Obywateli Europy.
Jesteśmy o krok od bardzo spójnej, wspólnej polityki europejskiej. Ona 
przewartościuje nasze spojrzenie na państwowość rozumianą tradycyj-
nie. Wewnętrzne sprawy dzisiejszych państw będą coraz mocniej regu-
lowane przez centralny rząd stanów zjednoczonych Europy. 

30:

Powinniśmy wreszcie oczyścić się z koszmaru wspomnień, wyjść z tego 
świata narodowych katastrof, powstań, klęsk, bitew wszelakich i straj-
ków — w przestrzeń nowego życia, pogody ducha, przedsiębiorczości, 
pazerności na sukces.
Tkwi w nas — zwłaszcza w pokoleniach pamiętających komunizm — głę-
boki lęk. Jest źródłem niepokoju, niepewności, braku zaufania. Trauma 
utraty państwowości, lęk przed czołgami stanu wojennego, przed Niem-
cem, Żydem i Sowietem — to w nas pozostało. Kaczyńscy perfidnie, bo 
dla politycznego celu swojej formacji, 

PODSYCILI POLSKIE STRACHY

wywlekli ledwo pochowane demony. Zamiast popychać do budowania, 
do modernizacji, skierowali społeczną uwagę na roztrząsanie spraw na-
leżących głównie do historyków.

31:

Przekraczając dawną granicę Polski i Litwy, a robię to dość często, od-
czuwam ciągle dreszczyk emocji, nadal siedzi we mnie kundelek PRL, 
który kładzie uszy po sobie i nakazuje grzecznie prześlizgnąć się przez 
nieistniejącą barierę — ale Emil, mój syn, rocznik 1989, student biegle 
władający dwoma językami, już tego uczucia nie zna, nie czuje żadnego 
napięcia. Dla niego granicą jest przestrzeń pomiędzy Europą i Austra-
lią, między Polakami i Aborygenami, ale w Europie pojęcie granic jest 

background image

49

mu obce. Toczy internetowe wojny z Chińczykami, Marokańczykami, 
Szwedami czy Kanadyjczykami, spotyka ich potem w realnym świecie, 
rozmawia z nimi, nie dzieląc świata granicami państw. W tym sensie 
jest szczęśliwszy niż nasze pokolenie. Nie wydaje mi się, by on i Olek 
prezentowali taki sposób myślenia tylko dlatego, że są synami Janusza 
Palikota. Mają przyjaciół z różnych środowisk, którzy myślą identycz-
nie. I powiem ci więcej — sądzę, że ich typ mentalności zwycięży. Wygra 
z hurrapatriotyczną emfazą, z tym wiecznym pojękiwaniem nad losem 
Polaka-nieboraka. 

— Poczekaj… Widzisz przecież obok Kaczyńskiego takich samych 
młodych ludzi, którzy jednak przejęli jego ksenofobię, którzy myślą 
kategoriami silnego państwa i narodu, dla których Niemiec jest 
wrogiem, a historia po to, by wiecznie pamiętać o krzywdach. Oni 
też siedzą w Internecie, jestem przekonany. Oni także znają języki, 
też mogą nie odczuwać dreszczyku emocji podczas przekraczania 
granic!

Są inaczej ukształtowani? Może wywodzą się z innych grup społecz-
nych, mają więcej powodów do niezadowolenia, może przeżywają fru-
stracje, na które balsamem jest słowo Kaczyńskiego? On im nie mówi: 
jesteś słaby, rzeczywistość cię przerosła, musisz się wziąć w garść, ja ci 
pomogę! Nie! On im powiada: są ludzie, są elity, które odpowiadają za 
twój stan, 

ONI ZABRALI to, co ci się należy, i dlatego jesteś słaby. Bo tak 

naprawdę jesteś silny — kiedy ich pokonasz, kiedy uwierzysz w słowa 
Kaczyńskiego, będzie ci lepiej.
Taką samą truciznę sączono do uszu ludziom, którzy budowali faszyzm 
i bolszewizm. PiS gra słabościami, lękami, określa wrogów, którzy są 
winni twoim lękom, podsuwa proste rozwiązania — oto oligarcha, oto 
układ, oto elita, oto ci na pozycjach dawnego 

ZOMO. I wiesz już wszyst-

ko, i masz już wroga, i jest jasne — jest ci źle, bo są 

ONI.

— Dwadzieścia siedem procent wyborców to kupuje!

Tylko dwadzieścia siedem procent. Znów ci powtórzę: 

PRL TAK SZYB-

KO Z NAS NIE WYCIEKNIE, on się pląta po polskich domach i duszach. 
Pełne wyparcie tamtych doświadczeń ze świadomości społecznej to 
proces na pokolenia. Minęło zaledwie dwadzieścia lat, wyszliśmy z tak 
wielkiego szamba, że to musi jeszcze potrwać. W jakimś sensie to nie-

background image

50

stety nigdy się nie skończy, gdyż zawsze będzie grupa, której się trochę 
gorzej powodzi i dla której najłatwiej jest odpowiedzialność za ten stan 
zepchnąć na innych. Dziś te resentymenty odżyły w Anglii, gdzie ludzie 
stracili pracę, jutro — jeśli kryzys się pogłębi — odżyją w Niemczech. 
W skrajnych wypadkach mogą stworzyć falę, która zniszczy zastany po-
rządek. Zawsze tak było.

— Nie ma autorytetów…

Nawet nie kończ! Protestuję, zawsze protestuję, kiedy używasz przy 
mnie tego słowa! To jest anachroniczne myślenie! W badaniach, które 
ukazały się ostatnio, wykazano, że Polacy mają coraz więcej zaufania 
DO SIEBIE! Uważamy coraz powszechniej, że jesteśmy super, że pracu-
jemy lepiej i wydajniej od Niemców, że jesteśmy kreatywni, bystrzy, 
mamy większą wyobraźnię i więcej talentów niż Anglicy i Włosi, nawet 
kochamy się tak często jak Francuzi! To nas najlepiej leczy z komplek-
sów, lepiej niż niejeden autorytet! Byliśmy zamknięci, schowani pod 
skorupą, mieliśmy Jana Pawła II, ale — spójrz — ci sami biedacy, zakom-
pleksieni i narzekający, pojechali do Europy i porównując się z takimi 
samymi jak oni Anglikami, Francuzami czy Irlandczykami, zobaczyli, 
że nie tylko nie są gorsi — są lepsi! Przedtem byliśmy lepsi, bo to my 
mieliśmy Papieża, nie oni, a teraz? Teraz w bezpośredniej konkurencji 
z innymi nacjami każdy ma szanse stać się autorytetem sam dla siebie. 
I to jest wielki sukces transformacji. 
Jajogłowi biadają, że autorytetem jest Doda czy aktor z serialu, a ja mówię 
— to są tylko popularne osoby, a w Polsce każdy ma szansę na popular-
ność. I to jest świetne! Żyjemy w kraju, którego obywatele nie oglądają się 
na autorytety, lecz na siebie. Polityk jest dla nich ważny, bo realizuje za-
warty z nimi kontrakt na zarządzanie państwem — ale to wszystko! Nie 
oczekują od nas, żebyśmy byli busolą, słońcem na niebie Peru…

— Tusk ci tego nie wybaczy…

Zadedykuję mu ten fragment! Wracając do wątku — my, politycy, nie 
mamy być autorytetami, 

MAMY TYLKO DOBRZE WYKONYWAĆ NA-

SZĄ PRACĘ. Powinniśmy być partnerami! Wolę, żeby o mnie mówiono: to 
jest facet, z którym warto porozmawiać, popływać kajakiem i pójść na spa-
cer, mój partner, niż: oto jest nasz bohater narodowy, człowiek z pomnika, 
nie wolno go dotknąć, bo się ukruszy. Wiesz, dzisiaj nie Mickiewicz, nie 

background image

51

Papież, nie Wałęsa — dzisiaj punktem odniesienia jest inny człowiek. Z nim 
chcę się przyjaźnić, jemu chcę pomagać i imponować, jego rad chcę słu-
chać. Kiedy nie ma wojen, wielcy wodzowie nie są potrzebni.

32:

Przeżyliśmy okres naśladownictwa, bufonady pracowników korporacji, 
którzy chcieli mówić takim samym amerykańskim akcentem jak ich 
niemieccy koledzy, choć nigdy w Stanach nie byli, i chcieli nosić garni-
tury na wzór ich garniturów, i stosowali ich język kolorystyki, kod zna-
czeniowy krawatów i garsonek. Widać było, jak niesamowicie rzuciliśmy 
się w tę przestrzeń, w tę 

ŚWIATOWĄ GĘBĘ, jak chcieliśmy ją ogarnąć, 

stać się jej częścią. Żeby już nie było tych biało-czerwonych opasek, 
gwiazd Dawida na ramieniu — ale normalne, nowoczesne garsonki, szare 
korporacyjne garnitury. Żebym tak jak mój odpowiednik na Zachodzie 
miał średniolitrażowy samochód, jeździł dwa razy w roku na wakacje, 
a zamiast wódki pił wino i poznawał jego historię. Z tym się chcieliśmy 
utożsamiać, z takim stylem. Uciekaliśmy od tragicznej polskiej przeszło-
ści, od schematów i upiorów z wcześniejszych lat.
Teraz już tego nie ma, ludzie już się odnaleźli w swoich nowych rolach. 
Wpuścili do swoich środowisk więcej powietrza. Już widzą, że zachod-
nia garsonka i szary garnitur to tylko język kodów komunikacji, kon-
wencja, a nie prawdziwa tożsamość. Sami tak się zachowują i nabierają 
dystansu do swojej historycznej tożsamości, mówią: to była tylko pewna 
rola, w której jako naród tkwiliśmy, to nie jest tak, że musimy być wy-
łącznie powstańcami, Księdzem Robakiem, Jakubem Szelą i kim tam 
jeszcze. Jeśli nabierzemy odpowiedniego dystansu, jeśli zobaczymy sie-
bie w tamtych rolach, to będziemy znacznie bardziej pogodni, otwarci 
na ludzi, życzliwi dla siebie. 

OPTYMISTYCZNI.

33:

— Miałeś taki moment, kiedy usuwano cię z funkcji szefa komisji 
Przyjazne Państwo, kiedy odbierano ci ukochane dziecko i prawo do 
bycia na pierwszej linii… Żal było patrzeć na twoje odbicie w lustrze.

To była dotkliwa kara. Pamiętasz, jak ją przeżywałem?

background image

52

— Pamiętam uczucie niesprawiedliwości. Ale wtedy byłem w sta-
nie ją zaakceptować w ramach jakiegoś wspólnego politycznego 
przesłania. Szef partii ma prawo uznać, że działanie jej członka 
przyniosło tyle samo dobrego co złego, a może nawet więcej złego. 
Masz rację, to była dotkliwa kara. Bardzo. Dotkliwsze może być 
chyba tylko wyrzucenie mnie z Platformy.

Myślałeś wtedy: do diabła z tym wszystkim! Pamiętam.

— Ale jednocześnie byłem w stanie 

ZROZUMIEĆ MOTYWACJĘ 

Tuska. On czuł wielką presję opinii publicznej i samej partii, nie 
akceptującej słów, jakie wypowiedziałem pod adresem Gęsickiej.

Nie wróciłeś na fotel przewodniczącego komisji. 

— Bo presja nie ustępuje. A ja nie dałem szansy moim kolegom, by 
mnie przywrócili na stanowisko. 

Nieustająco tworzysz Platformie problem.

— Wiem o tym. 

I?

— I na drugim biegunie dodaję jej trochę pozytywnych wartości, 
nie uważasz?

34:

— Czego nauczyła cię tamta sytuacja?

Poznałem naturę polityki. Jej obiektywizm. Paradoksalnie polityka jest 
dziedziną nieubłaganej obiektywizacji. Wszystko musi być rozważone 
z zewnętrznego punktu widzenia. Musisz rozważyć wszystkie za i prze-
ciw. Musisz ocenić realne znaczenie wszystkich skutków, jakie spowo-
duje twoje działanie. Musisz ocenić całość reakcji publicznej, którą wy-
wołujesz. To pozwala mi sądzić, że w polityce, w jej najczystszej postaci, 
NIE MA MIEJSCA NA PRYWATĘ. Możesz zagrać pod siebie raz czy dru-
gi, ale weryfikacja twoich zagrywek następuje bardzo szybko. Czasem 
brutalnie. Jakakolwiek prywata, gra na siebie lub własną grupę ozna-
cza, że wcześniej czy później wypadniesz z gry. 

— Nie ma tego w biznesie?

BIZNES JEST GRĄ NA SIEBIE. POLITYKA NIE. Dlaczego? Bo przestaną na 
ciebie głosować. Bo koledzy w partii nie zaakceptują twojego stanowiska. 

background image

53

Esencją polityki jest to, że ty, jako jednostka, myś lisz nie tylko o tym, co 
odczuwasz, co twoim zdaniem jest słuszne i ważne, ale cały czas musisz 
to obiektywizować. Przepuszczasz własne reakcje myślowe i działania 
przez filtr, jaki nakłada na politykę opinia publiczna i środowisko, w któ-
rym funkcjonujesz. Weryfikacja w polityce jest dużo większa niż w bizne-
sie. Tu wszystko odbywa się na bardzo dużych liczbach, w skali, która nie 
jest osiągalna w jakiejkolwiek firmie. Tu każdy akcjonariusz ma złotą akcję! 
Każdy może wysadzić twój projekt w powietrze. I każde działanie może 
się przełożyć na miliony reakcji, emocji, frustracji lub oczekiwań. 

— Powiedziałeś kiedyś, że polityka jest na służbie indywidualnych 
ambicji i emocji.

Nie da się uprawiać polityki bez ambicji, które mają wymiar bardzo 
spersonalizowany, związany z działaniem jednostki. Ale wtedy mówimy 
o karierze, a nie o polityce jako takiej. Ja definiuję politykę jako sztukę 
zdobywania, sprawowania i utrzymywania władzy. To funkcjonalna de-
finicja, bliska przemyśleniom Maksa Webera.

35:

— Co pewien czas media i politycy spekulują: Palikot jest na wylo-
cie, Platforma wyrzuci Palikota! Jak to oceniasz? 

Jeśli mnie wyrzucą teraz, przed 2010 rokiem, to startuję w wyborach 
prezydenckich, zdobywam kilkanaście procent głosów i — zakładam 
własną partię, zaczynam walczyć.

— Nie boisz się, że rzuciliby przeciwko tobie wszystkie siły? 

Nie. Żeby była jasność — 

NIE ZAMIERZAM ODCHODZIĆ Z PO, zakła-

dać własnej partii i startować w wyborach prezydenckich. Uważam, że 
Donald Tusk jest obecnie najlepszym kandydatem na prezydenta, jest 
najwybitniejszą postacią na polskiej scenie politycznej i powinien zo-
stać prezydentem. Ale jeśli wydarzenia tak się potoczą, że nie będę 
mógł go wspierać, bo z niezrozumiałych powodów — dlatego że nie ro-
bię niczego przeciwko PO — zostanę usunięty z Platformy, to oczywiście 
nie miałbym wyjścia. Albo trzeba będzie zrezygnować w ogóle z poli tyki 
i powiedzieć sobie: OK, twój kandydat i tak wygra, nie ma sensu tego 
robić, wracaj do starożytnej greki, do czytania Platona. 

background image

54

Tak pewnie by było, nie wykluczam tego scenariusza — że kończę z po-
lityką… Że czytam Platona. Że od nowa uczę się starogreckiego. Że kon-
templuję. Bo ze mną jest tak: jeśli nie mogę być w Platformie, to nie 
mogę być w żadnej partii, która dziś istnieje. 

— No co ty!? Nie musisz ściemniać sam przed sobą.

Ale ja naprawdę tak myślę.

— Przecież wiesz, że wiem, że nie. Poszedłbyś do Polski XXI, do SD 
Piskorskiego.

Daj spokój! Własna partia to dla mnie dużo ciekawsze wyzwanie niż 
udział w odgrzewaniu starych kotletów.

— Wyobrażasz sobie ten moment? Właśnie dowiadujesz się z tele-
wizora, że Tusk usunął cię z partii, widzisz, jak mówi o tym z ekra-
nu, słyszysz to — i?

I co?

— Ja ciebie pytam — i?

I znasz odpowiedź tak samo dobrze jak ja. Nie zaskoczy mnie ta chwila, 
mam ją cały czas przed oczami. Od wielu miesięcy to widzę, ten mo-
ment, w którym mówią mi: Panie Palikot, panu już dziękujemy. A poza 
tym to się odbywa inaczej! Zupełnie inaczej. Nikt nikogo nie wyrzuca, 
każdy sam odchodzi, bo nie może zostać, bo stracił społeczny mandat! 
Doprowadza się do sytuacji, w której stawia się jakieś zarzuty, tworzy 
się nagonkę prasową, a potem… zostawia się ofiarę samej sobie… Ale ze 
mną tak łatwo nie pójdzie…

— Więc jesteś na to przygotowany — i co? Natychmiast zwołujesz 
konferencję? Płaczesz, ale tak, żeby Monika nie słyszała? Wyjesz na 
cały Lublin? Zamykasz się w sobie? Unikasz ludzi?

A ty? 

— Ja raczej jadę nad Biebrzę, daję sobie tydzień lub dwa na przemy-
ślenie reakcji, rozmyślam, analizuję. Na pewno nie reaguję od razu. 
To byłoby dla mnie zbyt mocne, 

ZBYT BOLESNE. Można by nawet 

nad tym zapłakać, choć to mężczyźnie i politykowi nie uchodzi.

Nigdy nie płaczesz?

— Płaczę, jasne, że płaczę. Ale kiedy rozważam scenariusz odrzuce-
nia, to myślę racjonalnie, skupiam się na konkretach. Trzeba by 
wszystko jeszcze raz rozłożyć na czynniki pierwsze, trzeba by prze-

background image

55

kalkulować wszystko od początku. Tak samo przecież wchodziłem 
do polityki. I gdybym miał z niej wyjść, to po głębokim namyśle — 
czy wrócić do rozwoju duchowego, do kontemplacji, do rozważań 
o filozofii, czy pisać książki o Leśmianie, czy jednak zacząć wal-
czyć.

Walczyć w polityce? Chciałoby ci się? 

— Przez cały czas mam wrażenie, że angażując się politycznie, do-
konuję jakiegoś gwałtu na swojej duszy, że rezygnuję ze świata war-
tości, który ma wyższą, metafizyczną rangę, który nie jest wykośla-
wiony teraźniejszością, pośpiechem, powierzchownością. Mam to 
ciągle z tyłu głowy.

Ja też. Ale mnie polityka wciąga, całego, przeszywa na wskroś, ma w so-
bie jakiś magnetyzm. Pamiętaj też, że kiedy przeżywasz moment odtrą-
cenia, nazwijmy to nawet zdradą, a tak byłoby, gdyby Platforma mnie 
wyrzuciła, wówczas pojawia się uczucie urażonej męskości, odruch 
obronny. I wcale nie wiem, czy zwyciężyłby we mnie filozof czy mor-
derca.

— 

MORDERCA?

Bokser. Fighter. Samiec. Ktoś dał ci w pysk, a ty mówisz, że to niespra-
wiedliwe. I szukasz odwetu. 

— Ludzkie.

To byłoby jak wyzwanie, ktoś rzuca rękawicę w twarz i można ją podjąć 
lub zignorować. Filozof ignoruje i rozważa, dlaczego tak się stało. Sa-
miec reaguje instynktem na ruch drugiego samca lub jego grupy. I za-
raz pojawia się zew walki. W takiej sytuacji chcesz stanąć naprzeciw 
i bić się.

— Kto wygra w tobie? Filozof czy samiec?

Nie wiem. W każdym razie już dawno to przemyślałem: krok po kroku, 
cios za cios, trupy kładą się równo. Teraz chce mi się spać. 

— A ja wciąż mam nadzieję, że to się nie stanie, że nie będę musiał 
stanąć przed dylematem: bić się czy odstąpić.

Dobranoc.

background image

56

36:

— Nie boisz się politycznej zdrady.

Nie.

— A sam — umiałbyś w polityce zdradzić?

Nie. Nie jestem do tego zdolny. Choć wszystko zależy od tego, jak rozu-
miesz pojęcie zdrady.

— Kiedy wiem, kiedy jestem głęboko przekonany, że ktoś ma rację, 
a mimo to występuję przeciwko niemu, chcąc osiągnąć osobistą 
korzyść.

Nie jestem zdolny do takich działań. Zdrada zawsze jest problemem 
tych, którzy zdradzili. 

CI, KTÓRYCH ZDRADZONO, SĄ WYNIESIENI. 

W sensie moralnym osiągają zysk, a nie stratę.

37:

Odczuwamy lęk przed tym, by stanąć twarzą w twarz z drugim czło-
wiekem i podjąć z nim dyskusję. Wolimy ucieczkę w anonimowość in-
ternetowych nicków i stadionowych kapturów. 
Jedną z najbardziej wyrafinowanych form tortury w starożytności było 
przywiązywanie jeńca do trupa. Całkowicie równolegle: twarz do twa-
rzy, rękę do ręki. Pisze o tym, za Arystotelesem, Cezary Wodziński 
w książce Logo nieśmiertelności. To też dobry trening na uwolnienie du-
szy od ciała.

38:

Nie mam żadnego problemu z tym, by powiedzieć: jednym z moich naj-
ważniejszych celów politycznych w roku 2008, 2009 i 2010 jest odsunięcie 
Lecha Kaczyńskiego od władzy. Odebranie mu szans na reelekcję. Bo taka 
jest prawda, tego chcę. Staram się odmitologizować braci Kaczyńskich, 
pokazać, że są zwyczajnymi politykami z wielkim bagażem własnych do-
świadczeń z lat PRL, nafaszerowanymi frustracją i lękami z dzieciństwa, 
mającymi niezaleczone kompleksy i zadry w sercu. To, co robię, jest celo-
we, zaplanowane, przemyślane. Chcę odsunąć Kaczyńskich od udziału 
w polityce, ponieważ uważam, że 

BARDZO SZKODZĄ POLSCE

background image

57

To nie jest mój program, to jest cel negatywny: wykluczyć przeciwnika. 

— Przysłoniłeś tym celem inne wartości. Zobacz, co się stało z pro-
gramem, który zaprezentowałeś, z Manifestem Janusza Palikota. 

Nie przebił się do opinii publicznej.

— No właśnie. Bo sprowadziłeś siebie do roli pierwszego antykaczysty 
w Polsce. Nie wzbudziłeś zainteresowania sobą jako reformatorem. 

A ja zupełnie inaczej definiuję przyczyny. Przyczyną jest to, że pisząc 
ten manifest, posłuchałem ciebie.

— Wiedziałem, że znajdziesz winnego.

Bo to prawda! Przyczyną porażki z wypromowaniem Manifestu Pali-
kota był jego język. Nie mój język — twój! Nie nauczyłeś się jeszcze 
używać języka nowoczesnej komunikacji w przekazie czysto programo-
wym. W komunikatach negatywnych brzmi on świetnie, ale w twoich 
ustach wypadł blado.

— Nie da się jajcarsko opowiedzieć o meandrach korytarza waluto-
wego ERM2.

A dlaczego nie? Dlaczego się blokujesz? Chcesz zanudzić odbiorcę? Wy-
myśl coś! Cała sprawność intelektualna polityka powinna teraz polegać 
na tym, by z pozycji skutecznego krytyka przejść do poziomu konstruk-
tywnych propozycji, nie gubiąc własnej skuteczności w dialogu z wy-
borcami. To jest trudne, masz rację, ale nie zamierzam składać broni.

— Nie zamierzam składać broni. 

Powiem ci więc jednym tchem; 1. Likwidacja senatu, ograniczenie licz-
by posłów, okręgi jednomandatowe. 2. Żadnych papierków w urzędach 
— obywatel nie jest listonoszem. 3. Promocja Polski jako element istot-
ny. 4. Produkty turystyczne i produkty w kulturze. 5. Nacisk na liczbę 
studentów nauk ścisłych. 6. Pełna integracja europejska. 7. Aktywizacja 
kobiet. 8. Komercjalizacja szpitali. 9. Internet za darmo. 10. Prywatyza-
cja energetyki i energia atomowa.

39:

— Czy to przypadek, że masz od niedawna gębę zwolennika euta-
nazji. Powiedz szczerze: to było prawdziwe czy polityczne? Twoja 
inicjatywa przyzwolenia na eutanazję miała silny rezonans, nie za-

background image

58

mknąłeś jej jeszcze, ale też nie do końca wiem, na ile było to wów-
czas przemyślane. Zadziałał impuls, a teraz nie wiesz, jak się z tego 
wycofać?

Nie. To było prawdziwe. 

JESTEM ZWOLENNIKIEM EUTANAZJI. Uwa-

żam, że człowiek jest na tyle godny, mocny i samodzielny, by mieć pra-
wo do tego, by decydować o własnej śmierci. Zdaję sobie sprawę z tego, 
że łatwo jest od heroizmu w stylu Freuda, Hemingwaya, Celana i wielu 
innych, którzy popełnili samobójstwo, przejść do pewnego nadużycia, 
do usprawiedliwienia każdej śmierci zadanej samemu sobie. Nie porów-
nuję desperacji człowieka chorego na raka krtani — który skraca swoje 
męki — z gestem nieporadnego nastolatka, nieumiejącego poradzić so-
bie z życiem, z dwóją w szkole i rozstaniem miłosnym, który znajduje 
w śmiertelnym dziele błysk geniuszu — oto rozwiązanie! Wiem, jak ła-
two jest przejść od stanu emocjonalnej niedojrzałości, od epatowania 
możliwością samobójstwa, od gestu do realnego aktu śmierci, ale odróż-
niam ten przypadek od aktu samobójczego, który wynika z decyzji czło-
wieka dojrzałego, przeżywającego ból, człowieka, który doszedł do au-
tentycznej, a nie wyimaginowanej granicy cierpienia, podejmującego 
decyzję o skróceniu własnego życia. Do takiego samobójstwa masz pra-
wo, nie możesz być za nie karany, nie mogą ci tego prawa odmawiać. 

— A gdy ta decyzja nie zależy od cierpiącego, lecz od jego matki, od 
lekarza? Oddajesz im jego prawa?

W pewnych okolicznościach tak. Matka, która umiera wraz ze swoim 
synem przez dwadzieścia cztery lata, staje się jego częścią, jest częścią 
jego cierpienia. Oszczędzając tragicznej męki własnemu dziecku, oszczę-
dza siebie, on żyje w niej i to mimo własnej śmierci. Tak, matka powin-
na mieć to prawo. Ona, lekarz, najbliższa rodzina.

— Nie napisałeś jeszcze ustawy o eutanazji. Mimo zapowiedzi.

Zgoda. Nie chciałem działań na łapu-capu. Seminarium poświęcone eu-
tanazji miało się odbyć przed wyborami europejskimi, szkoda mi było 
łączyć bieżącą politykę ze sporem o tak fundamentalnym znaczeniu. 
Przesunęliśmy tę inicjatywę na jesień, nie powinno się mówić o eutana-
zji pod presją kalendarza.

— Wywołasz wojnę, wiesz.

Nie boję się wojen.

background image

59

40:

Mój ojciec miał pewną twardość w postępowaniu. Mimo wszystkich 
jego słabości i kompromisów — zawsze powtarzał, że 

NIE MA ZGODY 

NA ŁATWE USTĘPSTWA. Trzeba ustąpić, bo takie jest życie, ale nie za 
szybko, nie nazbyt łatwo. Trzeba wyczerpać wszystkie możliwości, jeśli 
da się coś jeszcze wyrwać — trzeba wyrywać. 

— Poddajesz się dopiero wtedy, kiedy dochodzisz do ściany?

W pewnym sensie tak. Kiedy wiem, że niczego więcej nie mogę ugrać. 
To także kwestia godności, szacunku do siebie samego.

— Podobnie było z Gombrowiczem, on też nigdy nie szukał łatwych 
kompromisów. 

A ty?

— Kompromisu, który rodzi się poprzez łatwiznę, brzydziłbym się 
najbardziej. 

Ze mną jest podobnie. Wszystkie moje kłopoty w szkole, w pierwszym 
małżeństwie, w biznesie — te kontrole trwające przez dwanaście miesię-
cy w roku, te dzisiejsze problemy w Platformie, to wszystko wynikało 
z tego durnego, głupiego uporu. Że nie ustąpię.

41:

Lubię wracać myślami do założeń demokracji ateńskiej. Co to znaczyło: 
być ateńczykiem? Codziennie gimnastyka — trzeba dbać o swoje ciało. 
Uczyć się przemawiać do innych ludzi. Chodzić wieczorami na agorę 

SPIERAĆ SIĘ o różne sprawy, posługując się argumentami, nie siłą. Wy-

obraźmy sobie, że próbujemy wskrzesić tę sytuację w Polsce, a to ciągle 
jest naturalny stan we Włoszech czy Grecji. Ludzie wychodzą na rynek 
w swoim małym miasteczku, spotykają się i dyskutują. O polityce, 
o związkach zawodowych, o meczu, gospodarce, o gminie. Trudne do 
wyobrażenia, prawda? W naszym kraju nie ma przejawów takiego ży-
cia. Nawet do biur poselskich przychodzi mało ludzi, a jeśli już są, to 
nie po to, by porozmawiać, lecz przepchnąć jakąś sprawę. I choć pewną 
formą agory stał się Internet, to jednak wypełniają go wpisy frustra-
tów, wyżywających się na wszystkim, co da się opluć, zbezcześcić czy 
znieważyć.

background image

W demokracji ateńskiej, która w pewnych warstwach obyczaju politycz-
nego przetrwała w państwach Zachodu, debaty publiczne były normal-
nością. I choć na jednej ulicy mieszkali obok siebie Perykles, Sokrates, 
Platon i Fidiasz — czterech geniuszy na odcinku kilkuset metrów — spór 
był wartością, która budowała potęgę ateńską na wieki. Oni przetrwali 
nie dlatego, że codziennie wciągano na maszt sztandary Aten. Prze-
trwali, bo skoncentrowali się na szeroko rozumianej gimnastyce: ciała, 
umysłu i duszy. Skoncentrowali się na indywidualnym rozwoju każdego 
z nich, każdego z obywateli.
Jestem za taką indywidualną sprawnością, ale właśnie w tej kolejności: 
najpierw uporządkuj własny umysł, zadbaj o siebie, o własny dom, o ro-
dzinę, żebyś był sprawny emocjonalnie, intelektualnie, socjalnie, eko-
nomicznie i fizycznie, spraw, żeby wszystko wokół ciebie funkcjonowało 
doskonale — z taką sprawnością stajesz się prawdziwą wartością dla wła-
snej ojczyzny. 
Świat nie oczekuje od nas krwi, żołnierskiej daniny serca i potu. Mamy 
jedynie dać sobie radę w zjednoczonej Europie, mamy nie odstawać, 
a najlepiej, żebyśmy szli w awangardzie. Każda 

INDYWIDUALNA WY-

GRANA składać się będzie na wielką wygraną naszego państwa i Euro-
py. I o to chodzi. 

TO JEST MIARA WSPÓŁCZESNEGO PATRIOTYZMU.

background image
background image
background image

63

Łzy Wałęsy i chusteczka Dalajlamy

Są takie obrazki, które wszyscy pamiętamy. Wałęsa na bramie stoczni… 
Papież całujący polską ziemię… Gest Kozakiewicza… Trup stoczniowca 
na drzwiach niesionych przez robotników… I kilka innych obrazów, rów-
nie mocnych. Gdy się wydarzają, są tylko jednym z tysiąca ujęć rzeczy-
wistości obserwowanej w danej chwili. Z czasem z obrazków stają się 
obrazami, aż po latach przemieniają się w ikony, w skróty rzeczywisto-
ści, w istotne jej elementy wyrażające całą epokę, dziesięciolecie. Tak 
jakby rzeczywistość nie mogła pomieścić się w czymś więcej niż w jed-
nym geś cie. I choć nie wieszamy tych współczesnych ikon w naszych 
kościołach, nie palimy przed nimi kadzideł ani świec, to są z nami za-
wsze wtedy, gdy chcemy przywołać świat wartości i odczuć prawdę na-
szej epoki.

Kiedy premier Donald Tusk w sobotę, w czasie uroczystości upamięt-

niających dwudziestopięciolecie Nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy, wy-
powiedział słowa: „Jesteś legendą, byłeś, jesteś i będziesz naszą legen-
dą”, były prezydent rozpłakał się. Po chwili podszedł do niego Dalajla-
ma i podał mu białą chusteczkę. Łzy Wałęsy i chusteczka Dalajlamy 
pozostaną ze mną na lata. I choć padło w tym dniu wiele wyjątkowych 
słów, nie tylko ze strony Tuska, ale też Sarkozy’ego, de Klerka i innych, 
i choć wspaniałe było też: „Jesteśmy tu, aby Lech Wałęsa nie był sam, bo 
łatwiej jest jednemu stanąć za wszystkimi niż wszystkim stanąć za jed-
nym”, to wydaje mi się, że właśnie w tej jednej scenie z płaczem Wałęsy 
i chusteczką Dalajlamy wyraziła się cała rocznicowa uroczystość.

Polityk płaczący publicznie to scena wyjątkowa. Łzy publiczne ni-

czym rytualny deszcz oczyszczają świat ze złej energii i dają nam wszyst-

background image

kim jeszcze jedną szansę, aby zacząć od nowa, trochę inaczej. W środku 
płakałem razem z nim i czułem się późnej jak nowo narodzony. I ten 
uważny, widzący wszystko Budda, przychodzący w postaci Dalajlamy 
w czerwonej szacie z białą chusteczką… I ta biel, która jest kolorem nie-
winności i która na tle czerwonej szaty duchowego przywódcy Tybetu 
staje się znakiem flagi narodowej… Za wolność naszą i Waszą! I następu-
jący małą sekundę później śmiech Tuska, i wesoły szturchaniec do Wałę-
sy, i jego śmiech, śmiech, który zawsze wyzwala i wynosi poza sytuację, 
gdy staje się ona ponad nasze siły… To była taka chwila. Wielka chwila.

Zło zwalczą nie armaty i rakiety w Iraku, nie tarcze antyrakietowe 

i nie sojusze militarne, ale nasze dusze, nasz Duch w szacie białej chus-
teczki wycierający łzy z twarzy robotnika-prezydenta.

PS. Jak Państwo widzą, wróciłem tu… I dobrze mi tak.

10 grudnia 2008

Biedny Ziobro, czyli muzeum IV RP

Za powiedzenie o znanym chirurgu: „Już nikt nigdy przez tego pana 

życia pozbawiony nie będzie”, sąd skazał byłego ministra sprawiedli-
wości Zbigniewa Ziobrę na 30 tysięcy złotych kary grzywny i koniecz-
ność przeproszenia w mediach, w których oczernił lekarza. To będzie go 
kosztowało mniej więcej 200 tysięcy zł, bo telewizja nie jest tania.

Jestem wprawdzie pewien, że Ziobro przeprosi w różnych programach 

publicystycznych za friko, ale na razie życzliwe mu media i partyjni ko-
ledzy robią zeń ofiarę, wartą współczucia: wielki szeryf źle potraktowa-
ny przez bezduszny sąd! „Będę musiał sprzedać mieszkanie!” — oświad-
czył były minister — niczego się nie dorobiłem (znaczy to: jestem czysty! 
nie kradłem!), mało zarabiam (znaczy to: jestem taki sam, jak inni Pola-
cy), nie stać mnie na takie koszty (znaczy to: ja też narzekam na droży-
znę), zbankrutowałem (znaczy: żałujcie mnie, siostry i bracia). Nic dziw-

Ponadpartyjna walka z biurokracją. Początki komisji Przyjazne Państwo. 

Poncyliusz jeszcze może w niej pracować; po kilku miesiącach PiS zabierze swoich ludzi 

(© Biuro Prasowe PO)

background image

nego, że w tej sytuacji jeden z największych autorytetów polskiej polityki 
Gosiu-Gosiewski zakrzyknął, aż cała Polska usłyszała: róbmy zrzutkę na 
Ziobrę! Każdy uczciwy człowiek płaci na Zbyszka!

Mnie ten lament od razu wydał się podejrzany i lekko zaczął zalaty-

wać zgnilizną. Przyjrzałem się tym, którzy tak mocno się litują i infor-
mują o losie Ziobry opinię publiczną. I jakież było moje zdziwienie, gdy 
okazało się, że dziwnym trafem panowie, którzy tak bardzo współczują 
Zbyszkowi, to na ogół te same osoby, które zawsze dbają o kulturę poli-
tyczną, o standardy, o język debaty. To sama esencja moralności w pol-
skiej polityce, to już nie ludzie, to chodzące sztandary! I już byłem go-
tów zgodzić się ze słusznością ich lamentu — bo przecież najczystsi 
z najczystszych tak głośno wyją — i już sięgałem do kieszeni, żeby też 
rzucić „składkę na Zbyszka”, 1200 złotych od łebka, ale taka myśl mnie 
nagle naszła: Palikot, a za co właściwie ta kara?

Za co sąd ukarał Ziobrę? Za niewinność, za politykę, za służbę ojczyź-

nie umiłowanej? O co poszło? I dlaczego tym razem najszlachetniej-
szym ze szlachetnych nie przeszkadza, że minister sprawiedliwości, 
prawnik, osoba wyznaczona przez IV RP do pilnowania porządku praw-
nego, człowiek-kryształ nazwał kogoś mordercą — jeszcze przed rozpra-
wą i jak się okazało: bez dowodów? Dlaczego sztandary moralne z Prawa 
i Sprawiedliwości nie potępiają człowieka, który zgwałcił prawo, lecz 
śpieszą mu z portfelami na ratunek? Ufff, dlaczego…?

No i wnet pojąłem całą dwuznaczność tej sytuacji. Jak może im prze-

szkadzać łamanie prawa przez kolegę, jeśli oni sami byli wspólnikami 
Ziobry? Jak może im przeszkadzać minister, który morduje godność 
obywatela, kiedy oni mu w tym mordowaniu pomagali? To nie sztanda-
ry, to wspólnicy! Pogrobowcy IV RP. Żal mi ich: nie wiedzą, jak mocno 
pobłądzili… I dlatego w szlachetnym geście postanawiam ratować ich 
złajdaczony honor, i niniejszym publicznie ogłaszam, iż chętnie miesz-
kanie od Zbigniewa Ziobry odkupię, aby mógł jak mężczyzna długi swo-
je spłacić i odejść bez rozgłosu oraz wstydu dla kolegów.

I aby się sprawiedliwości i prawu zadość stała, w mieszkaniu tym stwo-

rzę muzeum IV RP. W łazience — wanna Wassermanna. W gabinecie — 
laptop Ziobry i gwóźdź do trumny Leppera. W salonie przy stole — figury 
woskowe Lecha i Jarosława. Na ścianie — zdjęcie Dorna w kamaszach, 

65

background image

66

w piwnicy sarkofag Blidy i teczki Gilowskiej. Przez pierwszy miesiąc dla 
wszystkich, a później dla studentów — wstęp za darmo.

Panie Ziobro, publicznie pytam: ile Pan chce za mieszkanie?

13 grudnia 2008

Tchórz

Sto złotych. Tyle, jeśli wierzyć specjalistom, każdy z nas co miesiąc 

dopłaca do emerytur pomostowych — świadczeń, które przysługują 
w niektórych grupach zawodowych według socjalistycznej zasady „rów-
nych żołądków”. Prezydent Kaczyński, wetując ustawę o emeryturach 
pomostowych, wyciąga te sto złotych z kieszeni każdego pracującego 
Polaka i wkłada je do portfela osób udających się — zasłużenie lub nie-
zasłużenie — na wcześniejszą emeryturę.

Nie mam żadnych złudzeń, że spora część ciężko pracujących osób 

musi lub powinna skończyć swoją aktywność zawodową wcześniej od 
innych. Mają rację związkowcy, którzy dbają o godność ludzi najciężej 
harujących, pracujących w najtrudniejszych warunkach, narażających 
swe zdrowie i życie. Tu nie ma między nami żadnych rozbieżności. Pro-
blem w tym, że tak jak hurtowo nie można oceniać żadnej grupy pra-
cowników, bo prawdziwie sprawiedliwa jest tylko ocena indywidualna, 
tak samo nie można spod jednej sztancy traktować wszystkich kandyda-
tów na emerytów.

Sztandarowy już przykład dwóch kasjerek — jednej z hipermarketu 

w dużym mieście, a drugiej z kasy biletowej na dworcu, z którego odjeż-
dżają dwa pociągi dziennie — pokazuje, jak postrzega sprawiedliwość 
społeczną urzędujący prezydent naszego państwa. Lech Kaczyński 
uśmiecha się łaskawie do kasjerki z dworca PKP, bo stoi za nią oligarchia 
związków zawodowych, przed którą drży jego brat Jarosław — i jedno-
cześnie pokazuje środkowy palec jej koleżance z hipermarketu, której 
nie broni nikt i która Kaczyńskim może skoczyć, bo nie ma znaczenia 
politycznego. Jednej prezydent daje sto złotych z kieszeni każdego po-
datnika, a drugiej mówi: „Spieprzaj, dziadu!”.

background image

67

I Pan określa swoją decyzję mianem sprawiedliwości, Panie Prezy-

dencie? Na Żoliborzu nazywają to inaczej. Tchórzostwem.

16 grudnia 2008

O pijaństwie i polityce

Platon radził, aby nie pić do osiemnastego roku życia, nie upijać się 

do czterdziestego, a po przekroczeniu tej granicy folgować sobie dla 
poprawienia humoru duszy. Rozmawiając kilka dni temu z profesorem 
Wiktorem Osiatyńskim, na sesji poświeconej uzależnieniom, usłysza-
łem od niego: kto nie pijał w wieku lat kilkunastu, ten się od alkoholu 
nie uzależni, kto nie upijał się w wieku dorosłym — ten, pijąc na starość, 
umrze ze zdrową wątrobą. Nic tylko zestarzeć się w obliczu tej trwającej 
dwa i pół tysiąca lat jednomyślności!

W swej ostatniej książce Alkoholizm. Grzech czy choroba pisze profe-

sor Osiatyński, że jednym ze źródeł choroby alkoholowej jest pycha, 
egotyzm, zuchwałość (greckie pojęcie „hybris” ma wszystkie te zna-
czenia). Przez lata myślałem o alkoholizmie głównie przez pryzmat 
takich problemów u alkoholików, jak brak pewności siebie, jak nie-
umiejętność budowania trwałych relacji emocjonalnych z innymi, brak 
zaufania i miłości do innych. Aż tu nagle cecha tak polityczna, jak py-
cha! Przecież pycha jest przeciwieństwem braku pewności siebie, jest 
kompleksem nie niższości, ale wyższości nad innymi. Kompleksem, 
a więc niczym nieuzasad nionym poczuciem wyższości. A to przecież 
cecha prawie wszystkich polityków! Choć rzeczywiście rzuca się w oczy 
szczególnie wśród liderów PiS-u (ostatnio w wywiadzie Zyty Gilowskiej 
dla „Dziennika”).

Poczynając od Sokratesa i greckiej elity, przez Rzym i średniowiecze, 

aż po renesans i czasy współczesne wszyscy niemal pili! Śmiało można 
założyć, że nie ma w Europie rodziny, w której co najmniej jeden 
z przodków nie był alkoholikiem. A jednak wciąż jest jakaś niezgoda na 
picie, na upijanie się, na nadużywanie alkoholu, jakby te tysiące lat pi-
jaństwa nie oswoiły nas z demonem chlania alkoholu. 

background image

68

Pisze Montaigne w swoich Próbach: „Co do opilstwa, to wydaje mi się 

ono, wśród inszych, grubą i bydlęcą przywarą. W innych duch ma wię-
cej udziału…”. Dla Platona i renesansowych myślicieli w stylu Michela 
de Montaigne ciało nie tyle jest grzechem, co ciężarem i przeciwnikiem, 
z którym należy wygrać w tej jedynej stawce, jaka ma sens — w stawce 
o bycie pojednanym z Logosem. A do Logosu dociera wyłącznie lekka 
dusza wyzbyta ziemskiego ciężaru. W tamtej epoce za wzór pijaństwa 
służyli niemieccy żołnierze, „dudniąc bez żadnego smaku”. Tak jakby 
smak i degustacja były tym filtrem, dzięki któremu duch nawet jeśli 
pokonany zostanie, to z godnością.

W dzisiejszej Polsce w porównaniu z dzisiejszą Europą, a w tym i z Niem-

cami, pije się mało! Tak bardzo mało, że zaledwie połowę tego, co w Eu-
ropie (my około 6,5 litra czystego spirytusu na głowę rocznie, a Niemcy 
ponad 12). Politycy wszędzie piją więcej od innych obywateli. U nas 
jakby sam duch był trochę pijany i ciału już niewiele trzeba… 

Było wielkim triumfem przekonanie opinii publicznej, że pijaństwo 

jest chorobą — alkoholizmem. Doprowadzenie do tego, by większość 
z nas uznała alkoholizm za straszną, wyniszczającą chorobę, którą tak 
samo trzeba leczyć jak inne bardzo ciężkie przypadłości. I oto jeden 
z ludzi, który całe życie poświęcił na propagowanie tej tezy, profesor 
Osiatyński, twierdzi dziś, że poniekąd alkoholizm, za sprawą pychy, jest 
grzechem! Choć także chorobą. Mądrości kogoś, kto przez lata nie tylko 
rozważa, ale i leczy z tej choroby samego siebie, nie należy lekcewa-
żyć. 

Pycha to na pewno ciężka wada psychiczna. Mówi się nawet, że py-

cha jest matką wszystkich grzechów. Kto się wynosi, ten grzeszy. Jej 
przeciwieństwem jest pokora i skromność. Pokora wobec choroby pijań-
stwa może jest rzeczywiście konieczna, gdyż łatwo z nią przegrać. Gdy 
w polityce górę bierze pycha, wtedy i słusznie mówimy o chorobie wła-
dzy. Pijaków często otaczają, towarzysząc im przez całe życie, skromne 
żony, matki, mężowie. Tak jakby przyciągały się przeciwieństwa. Pysz-
nej władzy często towarzyszy smutek, ból i strach ludu. 

Siły, które nami władają, są rzeczywiście nie z tego świata.

17 grudnia 2008

background image

69

Dionizos

Jest taki fresk z pałacu w Knossos, przedstawiający igrzyska z by-

kiem. Zawodnik ustawia się naprzeciw byka całkowicie bezbronny. Po 
chwili podchodzi do niego i chwyta za rogi. Byk, wściekły, podrzuca go 
do góry, a ten, saltem spadając na zwierzę, odbija się od niego rękami 
i ostatecznie ląduje na ziemi, za bykiem, na rozstawionych nogach. To 
wielkie dzieło: gniew i dzikość zwierzęcia przekształcić w akrobatykę, 
w zabawę, w figurę podziękowania wobec życia! Zamiast atakować 
szpadą czy włócznią, zawodnik minojski bierze w cudzysłów grozę 
spotkania twarzą w twarz z rozeźloną bestią… Teraz wszyscy pozostają 
na swoich miejscach, każdy jest sobą, a jednak coś się wydarzyło… 
Jakże bliski mi jest ten sposób walki w polityce i jak wciąż jestem nie-
doskonały. 

18 grudnia 2008

Lista moich grzechów Anno Domini 2008

1. Wobec Najbliższych. Szczególnie w drugiej połowie roku miałem za 

mało dla nich uwagi. Zamiast chuchać na naszą miłość z Moniką i Fran-
kiem, dzwonić uparcie do Olka i więcej gadać z Emilem, który zaczął 
studia, przepadłem w Sejmie i objeździe powiatowym po Lubelszczyź-
nie. I choć mogę sobie na sto sposobów tłumaczyć, jakimi to ważnymi 
sprawami się zajmowałem, i usprawiedliwiać się tym, że rano o szóstej 
często wstawałem do Franka, a Olkowi wysyłałem książki i kilka razy na 
serio z nim pogadałem, Emilowi zaś kupiłem mieszkanie, to wiem, że 
w gruncie rzeczy zaniedbałem najbliższych i nie potrafiłem zachować 
równowagi. Rewolucja październikowa w sejmie zaczęła się we wrześ-
niu i trwała do grudnia. Niektóre ustawy jeszcze w styczniu będą prze-
chodziły przez parlament. Wojna z Kaczyńskimi i prokuratura zabrały 
resztę czasu i na koniec mam uczucie, że przez te miesiące płaciłem 
wysoką osobistą cenę. W wymiarze prywatnym takie wybory sprowa-
dzają się w końcu do tego, czy wybieram siebie, czy wybieram innych.

background image

70

2. Wobec przyjaciół i kumpli. Za mało myślałem o ich problemach 

i za mało podążałem za nimi. Odwrotnie, to od nich oczekiwałem ciągle 
refleksji i porady w moich, zwanych publicznymi, sprawach. I choć to 
dotyczy wielu, to szczególnie źle czuję się wobec Krzysztofa Cugowskie-
go. Najpierw urwanie głowy ze sprawami partyjnymi, potem letnie 
mieszkanie na Suwalszczyźnie powodowały ciągłe odkładanie naszego 
spotkania, a w końcu nie dopilnowałem, żeby władze sejmiku woje-
wódzkiego zaprosiły go na uroczystość otwarcia konkursu w sprawie 
Centrum Spotkania Kultur. I powstał jakiś mur między nami. A to fajny 
kumpel i źle mi bardzo, że się tak stało. Choć w wielu sprawach różni-
liśmy się, to zawsze radośnie było spotkać jego energię, autentyzm 
i szczególny talent w przeklinaniu. Był też jedynym człowiekiem, z któ-
rym piłem wódkę. Też szkoda! A i wobec Bronka Komorowskiego nie 
zachowałem się wspaniałomyślnie i niepotrzebnie publicznie domaga-
łem się swego, zamiast poprzestać na nieformalnym nacisku.

3. Wobec tych, którzy mnie publicznie wspierali. Nie podziękowałem 

Wam dosyć, choć bez Was bym tego roku nie przetrwał w Platformie: 
Stefanowi, Kaziowi, Sławkowi i wielu innym — dziękuję. 

4. Wobec Kaczyńskich. Nadmiernie atakowałem Lecha, a to przecież 

Jarosław jest siewcą zła i jego trzeba by więcej napiętnować. Szczegól-
nie, że łatwiej jest atakować słabszego, a nie przynosi to wcale honoru. 

5. Wobec Elżbiety Kruk. Miałem wprawdzie pecha, gdyż wychodzi-

łem właśnie z toalety, kiedy tłum dziennikarzy odprowadzał ją do sej-
mowej restauracji u Hawełki, a podstawione mikrofony wymuszały ko-
mentarz, to jednak później mogłem sobie darować złośliwości pod jej 
adresem. 

6. Wobec pewnej starszej kobiety. Przyszła do biura i chciała koniecz-

nie, abym odkupił od niej biżuterię, bo nie ma za co żyć. Upokorzyłem 
ją, dając pieniądze, a nie biorąc biżuterii: nie miałem dość siły, by kupić 
brzydką biżuterię, ani dość siły, by odesłać ją z niczym, choć oba rozwią-
zania byłyby lepsze. 

7. Wobec wielu innych. W natłoku spotkań z tysiącami ludzi nie miałem 

dość staranności, aby zdać sobie sprawę, jak wielu zawiodłem, choć tego 
nawet nie wiem. Zabrakło mi cierpliwości, skromności i zwykłego uśmie-
chu, i nic tu nie pomoże machinalne: wszystkim nie da się dopomóc. 

background image

71

8. Nie wyrzuciłem Darka Piątka z lubelskiej Platformy. 
9. Nie byłem na grobie ojca, nie podziękowałem Władysławowi Bar-

toszewskiemu za piękną kartkę, nie odpisałem dostatecznie szybko na 
list pewnej Profesor w sprawie księgi Żydów biłgorajskich, nie widzia-
łem się z Henrykiem Wujcem, nie poszedłem na żadne ze spotkań do 
Fundacji Batorego, Res Publiki, ze spotkań tischnerowskich, nie byłem 
u profesora Hołdy w szpitalu, nie przeprosiłem osobiście Michała Zie-
lińskiego za nieprzybycie do studia TVP Lublin i ………. wpiszcie jeszcze 
całą resztę spraw, bo było ich wiele. Zbyt wiele. 

10. Wobec samego siebie. Przytyłem 3 kilogramy (grzech obżarstwa), 

za dużo piłem (opilstwa), nie skończyłem nauki francuskiego (po czte-
rech miesiącach przerwałem), za mało medytowałem, nie dbałem o ma-
jątek (beztroska), nie zmieniłem diety na antycholesterolową, nie pisa-
łem dziennika.

I to było na tyle, jak mawiał klasyk.

22 grudnia 2008

Poczucie humoru, PiS i „Rzeczpospolita”

Scenę polityczną w Polsce można skutecznie podzielić na polityków 

i stronnictwa posiadające poczucie humoru i dystans do siebie oraz na 
takich, którzy tego dystansu i poczucia humoru nie mają. W tym sensie 
po jednej stronie są: PO, Lewica i PSL, a po drugiej PiS. Ten podział też 
wiele tłumaczy w sprawach światopoglądowych i czysto partyjnych, 
i kto wie, czy wiele obsesji skrajnej prawicy nie wyparowałoby jak kam-
fora, gdyby ci ludzie mieli więcej poczucia humoru. W napisanej przed 
laty książce pod wymownym tytułem Homo ludens, jej autor Huizinga, 
wybitny myśliciel holenderski, uznał śmiech za to, co nas naprawdę wy-
różnia na Ziemi, za samą istotę bycia w cywilizacji. Myślę, że prawdziwy 
humanizm nie jest możliwy bez poczucia humoru i w konsekwencji 
tym, co najbardziej się rzuca w oczy w obozie IV RP, jest właśnie brak 
humanizmu: uznania człowieka za wartość większą niż jakiekolwiek za-
sady etyczne, polityczne czy partyjne.

background image

72

To, co dotyczy polityków, przekłada się też na komentatorów, zwłasz-

cza na dziennikarzy. Po jednej stronie mamy pełnych ironii, sarkazmu 
i dowcipu oraz poszanowania dla ludzi o odmiennych poglądach, a po 
drugiej zaciekłych obrońców zasad, moralistów i inkwizytorów. Z jednej 
strony Rymanowski, Najsztub, Żakowski i Paradowska, z drugiej Wild-
stein, Zaremba, Semka i większość dzisiejszej „Rzepy”. Choć są i tacy, jak 
Mazurek, ukąszeni przez IV RP, a jednak z poczuciem humoru.

Doskonale to widać na przykładzie słynnego już od rana, mojego 

SMS

-a 

do pań dziennikarek z „Rzeczpospolitej”. Przez kilka dni namawiały mnie 
na wywiad, a ja dość oględnie odmawiałem, gdy zaś nie ustawały w na-
molności, zażartowałem, wysyłając 

SMS

-em tekst: tak, zgadzam się na 

rozmowę, ale pod warunkiem, że wywiad będzie dotyczył wyłącznie 
moich złych cech charakteru (bo i czego mam się spodziewać po „Rze-
pie”, w której jeszcze nigdy nic nawet neutralnego na mój temat nie 
napisano — samo zło). Oczywiście potraktowały to serio, jako zgodę na 
wywiad i domagały się ustalenia konkretnego terminu. W tej sytuacji 
zaproponowałem im, że w czwartek o godzinie 18, ale pod warunkiem, 
że nago — w miejscu publicznym! — i po dwóch butelkach wina.

Sądziłem, że nie ma zmiłuj, muszą zrozumieć, iż rozmowy nie będzie, 

że do pań dziennikarek wreszcie to dotrze. Tym bardziej, że nie chodzi-
ło im o zwykły wywiad ze mną, lecz o próbę wyciągnięcia informacji 
o jakichś tajemnych warunkach porozumienia PO z SLD. Oczywiście, 
mogłem się spodziewać, że moją propozycję potraktują serio i że nagość 
wraz z dwiema butelkami wina staną się od tej pory standardem w na-
szych relacjach z „Rzeczpospolitą”… Nie przypuszczałem jednak, nie 
przyszło mi to do głowy!, że nago i po winie mam być ja! Na miły Bóg, 
toż nie Palikot zabiegał o rozmowę z dziennikarkami, lecz dziennikarki 
z Palikotem — stawiając im propozycję 

DO ODRZUCENIA

, miałem na-

dzieję, że odpuszczą. Nie odpuściły.

I teraz nie wiem: może trzeba było jaśniej? Może butelek za mało? 

A może po prostu u pań dziennikarek brak poczucia humoru zaprzyjaź-
nił się z pychą? Tak czy siak, do obrazy moralności nie doszło, cnotę 
uratowano, jest temat na pierwszą stronę i pożywka dla ponuraków.

23 grudnia 2008

background image

73

Święta

Wczoraj przyjechali kolędnicy. Jesteśmy w Dzierwanach, a oni dojechali 

z Sejn, zaglądając po drodze do wszystkich wiosek. To dobre dwadzieścia kilo-
metrów. Z diabłami, aniołami, gwiazdą betlejemską, bębnami, skrzypkami; 
starzy i młodzi, kilkanaście osób. Przyjeżdżając, zabierali po drodze ochotni-
ków: Rosjanka, Francuz, ktoś z Gdańska, ludzie z różnych stron. Prowadzą-
cy grupę głos pięknie był w białym zaśpiewie ustawiony. Rytm, ton i ener-
gia bardziej przypominały orszak Dionizosa niż sentymentalne zazwyczaj 
kolędy. Pili bimber, jedli kiełbasę, a przede wszystkim — wszyscy byli bar-
dzo odważni, pewni siebie, jakby im ten wspólny charakter występowania 
dodał szczególnej mocy. Tak to było niezwykłe, że nie wiedziałbym dziś na 
pewno, czy to nie sen, gdyby nie żona, brat, rodzice, którzy też pod takim 
wrażeniem pozostali. Choć może zasnęliśmy wszyscy pod choinką i to się 
nam zbiorowo przyśniło? A idąc krok dalej: może wszyscy się komuś śnimy, 
a nam, którzy sami jesteśmy tylko bohaterami czyjegoś snu, też się przyśnił 
wczorajszy wieczór z pochodem kolędników z całego świata? 

Zaglądam do serwisów internetowych, a tam, za ulubioną „Rzeczpospo-

litą”, informacja, że Giertych wysłał 

SMS

-a do Sikorskiego: „Dorżnęliśmy 

watahę w TVP”. Więc to jednak nie sen! To okropna rzeczywistość „Rzecz-
pospolitej” poświątecznej. Wredna władza zabiera wszystko biednej opozy-
cji! Oczywiście wszystkiemu winna PO, która z Giertychem coś knuje! 
Trzeba przyznać, że w insynuacjach „Rzepa” bije wszelkie rekordy. Tak boli 
indolencja Kaczyńskich, którzy nawet tego, czego nikt im nie odbiera, nie 
potrafią obronić, że trzeba znaleźć jakieś uzasadnienie i obrzucić błotem 
LPR-u znienawidzoną PO. Typowe dla ukąszonych przez IV RP szukanie 
winnych w urojonym „układzie władzy”, połączone z ostrą oceną moralną.

Miał rację Lech Wałęsa: Kaczyńscy wszystko sami zniszczą. Może dora-

dzić ministrowi Gradowi, aby sprzedał „Rzepę” PiS-owi? Gdyby tylko oni 
mogli wystartować w przetargu i zapłacić wysoką cenę! Byłby podwójny 
zysk… To jednak tylko sen, to całkowicie nierealne. Niemożliwe: uczciwy 
przetarg, wysoka cena i PiS! Trzeba, jak się teraz mówi w parlamencie, 
walnąć trzy kruki, i iść spać. Może znów się przyśnią kolędnicy?

27 grudnia 2008

background image

74

Przyjazne Państwo, czyli każdy z Was może być bogaty

Istotą projektu sejmowej komisji nadzwyczajnej „Przyjazne Państwo” 

jest: uwolnić energię Polaków. Uwolnić od zbędnych przepisów, od 
upierdliwej biurokracji, od przewlekłych procedur i od fatum utraco-
nych szans, ale też od zwykłego gnicia za biurkiem. I to zarówno nas 
klientów, jak i samych urzędników. Biurokracja jest jak dobrze zorgani-
zowana zaraza i tylko radykalne cięcia mogą przynieść efekty. W tym 
wszystkim nie chodzi też tylko o wolność, ale przede wszystkim o bo-
gactwo! Celem całego procesu jest, aby oszczędzony czas zamienić na 
lepsze, w sensie zamożniejsze, życie.

Jestem zdumiony, że tak mało informacji o efektach prac komisji 

przeniknęło do świadomości ludzi, choć wydaje mi się, że już setki razy 
o tym opowiadałem. Co więc udało się zrobić? Opowiem to raz jeszcze!

1. Podatki. Najwięcej jest zmian do ustawy o VAT. To projekt wspólny 

rządowy i parlamentarny. Zacznijmy od sprawy piekarza. Pamiętacie 
państwo piekarza z Głuchowa? Przekazywał chleb do organizacji spo-
łecznych i nie zapłacił od tego podatku VAT. Wskutek naliczonych mię-
dzy innymi z tego tytułu kar zbankrutował i piekarnię zamknął. W tej 
sprawie składał deklaracje i premier Marcinkiewicz, i Kaczyński, i klub 
Platformy Obywatelskiej z czasów opozycji. Wszyscy potępiali i gwaran-
towali, że to się nie może powtórzyć. Dopiero rząd PO nie tylko obiecał 
to zmienić, ale i zmienił. Od pierwszego stycznia przyszłego roku każdy, 
kto przekaże żywność na rzecz organizacji pożytku publicznego, nie bę-
dzie musiał płacić podatku od podarowanej żywności. Szczególnie te-
raz, gdy idą trochę trudniejsze czasy, żal zmarnować każdy bochenek 
chleba. Choć to zmiana mała, zacząłem od niej, bo dla mnie jest zmianą 
honorową. 

Dla równowagi kolejna niech będzie zmiana najistotniejsza od strony 

finansowej. Składy konsygnacyjne na VAT. Dziś jest tak, że każdy, kto 
importuje cokolwiek do Polski spoza Unii Europejskiej, musi płacić sto-
sowne cło i niestety od razu cały należny VAT. To powoduje, że impor-
terzy sprowadzają towary spoza Unii przez inne, niepolskie porty, choć-
by niemieckie. Tam płacą cło i ono ostatecznie zostaje poza Polską. Są 

background image

75

to z pewnością miliardy złotych. Zgodnie z prawem niemieckim VAT 
płaci się dopiero w wyniku sprzedaży na rynek wewnątrzunijny. Cza-
sem importowane towary to części do produkcji, więc mijają miesiące, 
zanim zostaną sprzedane. Trudno się zatem dziwić, że przedsiębiorcy 
sprowadzają w tej sytuacji niezbędne towary przez bardziej przyjazne 
kraje. I ten przepis znalazł się w wielkiej nowelizacji ustawy VAT, pod-
pisanej już przez prezydenta, i od pierwszego stycznia będzie obowiązy-
wał. Dziś, gdy brak gotówki jest źródłem wielu problemów w gospodar-
ce, ta właśnie zmiana wydaje się bardzo ważna. 

Równie korzystna jest zmiana polegająca na skróceniu czasu zwrotu 

nadpłaconego VAT przez urzędy skarbowe. Dziś obowiązuje termin stu-
osiemdziesięciodniowy, od przyszłego roku zaledwie sześćdziesięcio-
dniowy. Dalej — likwidacja sankcji VAT. To taki rodzaj ekstra kary finan-
sowej dla wszystkich, którzy mają zaległości w płaceniu tego podatku. 
Muszą oddać niezapłacony podatek plus odsetki i do tego dodatkowo 
trzydzieści procent kary od sumy należnego urzędowi podatku. Nie bę-
dzie sankcji od początku przyszłego roku. To duża ulga dla popełniają-
cych błędy. Tak właśnie, dla popełniających błędy, gdyż tak chcemy pa-
trzeć na podatników; kary nie są od tego, aby prowadzić przedsiębiorców 
do ruiny, lecz służą jako narzędzie sprawiedliwości. Podobnie z likwida-
cją kaucji dla początkujących przedsiębiorców: dziś muszą dać urzędom 
kaucję w wysokości mniej więcej dwustu tysięcy złotych. Od przyszłego 
roku nie będą musieli. Takich zmian jest jeszcze kilkanaście. Przywraca-
ją one neutralność podatku, wyrównują pozycję wspólników wobec tego 
podatku i rozjaśniają wątpliwe obowiązki podatników. 

Jednak najważniejszą ze zmian podatkowych wprowadziliśmy w or-

dynacji podatkowej i dotyczy ona windykacji należnych podatków przez 
urzędy skarbowe. Dziś jest tak, że każdy, komu urząd ustali dodatkowe 
podatki, musi się liczyć z zajęciem mienia, windykacją, licytacją lub 
przynajmniej blokadą konta przez urzędników. Choć decyzja pierwszej 
instancji jest nieprawomocna, to może być wykonana. W sytuacji, gdy 
wiele decyzji jest uchylanych przez izby skarbowe lub sądy, to rażąca 
niesprawiedliwość. Jest tu jednak i sprawa poważniejsza. Chodzi o pra-

background image

76

wo własności. Wobec majątku podatników można podjąć działania, które 
naruszają ich własność w sytuacji nieprawomocnego wyroku. Kiedy opo-
wiadałem to przedstawicielom Banku Światowego, spytali mnie, czy te 
przepisy wprowadził jeszcze… Jaruzelski! Wprowadzona zmiana likwi-
duje represyjny, nieludzki system w relacjach obywatela z urzędami! 

Jest też trochę zmian w podatku dochodowym. Warto przypomnieć, 

że najważniejsza zmiana to, przygotowana jeszcze przez rząd Kaczyń-
skiego, zmiana stawek podatkowych. Podtrzymanie tego planu wymaga-
ło wiele odwagi od rządu Tuska, ze względu na zmianę sytuacji gospo-
darczej, i chwała, że to się jednak stało. To, co my (KNPP) proponujemy 
w tym obszarze, to głównie rozliczanie zaliczek na rzecz podatku docho-
dowego z miesiąca na miesiąc, także w grudniu. Dziś bowiem właśnie za 
grudzień płaci się podwójny podatek na bazie wyników listopadowych. 
Od przyszłego roku za grudzień będzie się płaciło w styczniu, na bazie 
wyników grudnia. To tylko część zmian w podatkach, które już zostały 
zatwierdzone, także przez Prezydenta, i które wejdą w życie w 2009 
roku. Jest jeszcze kilka, które są w trakcie procesu legislacyjnego, jak 
słynne kopie paragonów. Mam nadzieję, że wejdą w życie w pierwszym 
kwartale przyszłego roku. Choć opór materii jest gigantyczny i często 
projekty przygotowane przez komisję są blokowane na różnych etapach 
procedury. Ale, jak widać, wiele z nich dochodzi do końca. 

2. Proces inwestycyjny. W tym obszarze proponowane zmiany doty-

czą wielu ustaw i wzbudzają szczególne kontrowersje. Mnie się jednak 
wydaje, że teraz, w obliczu kryzysu, mają kapitalne znaczenie. Celem 
tych wszystkich zmian jest skrócenie czasu potrzebnego do przygotowa-
nia i zrealizowania inwestycji. Pierwsza na ogień poszła ustawa o ochro-
nie gruntów rolnych. Ta ustawa oznacza obecnie konieczność admini-
stracyjnych decyzji w przypadku zmiany kwalifikacji gruntu z rolnego 
na inwestycyjny. Swoiste przepisy zostały wprowadzone jeszcze w cza-
sach, gdy Polska miał kłopoty z wyprodukowaniem odpowiedniej ilości 
żywności, i chodziło w nich o ochronę potencjału produkcji rolnej. 

Teraz, gdy rolnictwo jest bardziej wydajne, a miasta bardzo uprzemy-

słowione, takiej potrzeby nie ma. Brak konieczności odrolniania grun-
tów w miastach oraz gruntów czwartej, piątej i szóstej klasy na wsi to 

background image

77

jedynie skrócenie czasu trwania tego procesu oraz likwidacja stosow-
nych opłat. To może służyć obniżeniu cen ziemi i w konsekwencji roz-
kręcić całą gospodarkę. Oczywiście brak administracyjnego charakteru 
odrolnienia nie oznacza, że będzie można na tych działkach budować, 
co się chce i kiedy się chce. Tu jeszcze konieczne są: plan przestrzenne-
go zagospodarowania lub warunki zabudowy wydawane przez gminę. 
To one decydują, czy na terenach odrolnionych powstaną parki, czy 
osiedla mieszkaniowe, czy zakłady przemysłowe. 

Co równie ważne, decyzja o przekształceniu zależy od rolnika, a nie 

jest obligatoryjna. Zawsze to wymaga zawiadomienia urzędu. Tę ustawę 
niestety zawetował Prezydent, ale na szczęście weto zostało odrzucone. 
Równie zasadnicze zmiany dotyczą prawa budowlanego. Najważniejsze 
z nich to likwidacja pozwolenia na budowę, decyzji o dopuszczeniu do 
użytkowania oraz konieczności zabezpieczenia w media przed rozpoczę-
ciem budowy. Jest jeszcze wiele drobnych korekt, jak choćby sprecyzo-
wanie warunków zmiany projektu.

Najważniejsze to jednak likwidacja pozwolenia na budowę. Znów warto 

podkreślić, że decyzja o pozwoleniu budowlanym jest dziś decyzją biuro-
kratyczną. Nie merytoryczną! Architekt wykonuje projekt na podstawie 
warunków zabudowy lub planu przestrzennego zagospodarowania, właś-
ciciel przedstawia akt własności i projekt, a urząd jedynie to sprawdza. To 
zbędna zwłoka w sytuacji, gdy wszystkie uzgodnienia miały już miejsce, 
a nadzór budowlany w każdej chwili może wszystko sprawdzić w wyniku 
kontroli. Uwalniamy proces od zbędnej biurokracji, lecz nie wprowadza-
my chaosu. Proponujemy jedynie procedurę zawiadomienia urzędu o roz-
poczęciu budowy przez przedstawienie projektu i aktu własności działki. 
Następuje rejestracja i to wszystko. Nie ma żadnych decyzji. Podobnie 
w przypadku zakończenia budowy i rozpoczęcia użytkowania. Identycz-
nie rzecz się ma w przypadku podziału działki. Czynności tej dokonuje 
geodeta, ale to gmina musi wykonać decyzję. Po co?! Proponujemy zmia-
nę tak, aby czynności wykonane przez geodetę były podstawą podziału 
i rejestracji przez sąd. Również zasada: jedna hipoteka, jeden dług, jest za-
sadą sztuczną, administracyjną; także i ją proponujemy zmienić. 

3. Sprawy różne. Komisja przygotowała ponad 280 projektów. Do mar-

szałka skierowaliśmy 96. Marszałek nadał bieg 84 projektom. Kolejne są 

background image

78

w przygotowaniu. Projekty powstają w wyniku propozycji zgłaszanych 
przez obywateli lub przez stowarzyszenia. Po zebraniu opinii i kilkukrot-
nych dyskusjach kierujemy je do marszałka lub odrzucamy. Tam zaczyna-
ją pełny proces legislacyjny wraz z pracą konkretnej komisji branżowej. 
Siłą rzeczy więc niektóre z nich dotyczą bardzo różnych sfer i są to często 
drobne zmiany. W ustawie o spadkach i darowiznach wydłużyliśmy ter-
min zawiadamiania urzędów o spadku do sześciu miesięcy — z terminu 
jednego miesiąca, które obowiązuje obecnie. Dziś trzeba przechowywać 
akta osobowe w firmach przez pięćdziesiąt lat w formie papierowej — bę-
dzie można w formie elektronicznej. Jest kilka zmian dotyczących wetery-
narzy, osób niepełnosprawnych, przechowywania dokumentacji, informa-
cji do urzędów, jak choćby konieczność comiesięcznego wyliczania składki 
ubezpieczenia społecznego dla każdego pracownika, co zamieniamy na 
obowiązek raz na kwartał. I jest wiele innych zmian, trudno o nich wszyst-
kich szczegółowo pisać, zamiast blogu powstałaby z tego książka….

Znudziłem Państwa? Prawda, że znudziłem? Wiem o tym. Dlatego 

muszę co pewien czas walnąć w pysk małego lub dużego kaczora, aby-
ście Państwo w ogóle zechcieli tu zaglądać…

29 grudnia 2008

Lista moich sukcesów w 2008 roku

 
„…jak sam siebie nie pochwalisz, to kto Cię pochwali?”

 Witold Gombrowicz

1. Spodziewamy się z żoną drugiego wspólnego dziecka. Niewyklu-

czone, że będzie to dziewczynka. W moim przypadku, po trzech synach, 
to prawdziwa odmiana. Gonię w ten sposób Bronka Komorowskiego 
z jego piątką dzieciaków.

2. Przyczyniłem się do zmniejszenia poparcia dla Lecha Kaczyńskie-

go, od 30 do 50%. Oczywiście to głównie prezydent sam rujnował swój 
wizerunek, ale z dumą mianuję się jedną z głównych akuszerek, które 
wydatnie mu w tym dziele pomogły. Jeszcze ważniejsze jest, że udało 
się trwale wykazać, iż prezydent nie ma fundamentów. Dlatego nawet 

background image

79

w swoich poważnych działaniach wypada śmiesznie. To będzie procen-
tować również w nadchodzącym roku.

3. Komisja Przyjaznego Państwa. Opracowanych ponad 280 projek-

tów. Zgłoszonych do marszałka 96 projektów ustaw. Skierowanych przez 
marszałka do dalszych prac 84 projekty. W tej chwili podpisanych przez 
Prezydenta 36 projektów. Dwa zawetowane. Jedno weto odrzucone. 
Najważniejsza zatwierdzona zmiana to zmiana ordynacji podatkowej, 
która wyklucza windykację należności na rzecz fiskusa przed ostatecz-
nym uprawomocnieniem decyzji. 

4. Pomoc w wielu sprawach dotyczących budowy lotniska w Świdni-

ku. Jak już powstanie, będzie można o wszystkim opowiedzieć. To być 
może najtrudniejszy projekt lotniska, jaki kiedykolwiek w Polsce rea-
lizowano. Budowa ruszy 3 maja 2009 roku. Także otwarcie międzynaro-
dowego konkursu na projekt przebudowy budynku teatru w budowie 
w Lublinie. Walka o drogę S-19 i o remont drogi Biłgoraj-Frampol i wiele 
tym podobnych spraw. 

5. Wzrost, zaledwie w ciągu jednego roku, stopnia mojej rozpozna-

walności do mniej więcej 80%, co jest wynikiem fenomenalnym. A tak-
że wzrost zwolenników do prawie 30%, co jest również rewelacyjne. Do 
tego — Lustro roku od widzów „Szkła kontaktowego” oraz teledysk 
w programie Szymona Majewskiego. Szczególnie to ostatnie wydawało 
mi się wcześniej nieosiągalne. I jeszcze decyzja redakcji „Polityki” o przy-
znaniu mi tytułu „Polityka roku”. I jeszcze Darczyńca roku! Uff… Ko-
lejny rok będzie ciężki; z taką popularnością to już żartów nie ma ;-) 

6. Sprzedaż Poletka Pana P, mojej trzeciej książki, na poziomie 10 ty-

sięcy egzemplarzy. Dziś to naprawdę dobry wynik. Swoim czytelnikom 
rozdałem mniej więcej 2 tysiące. 

7. Pojawienie się kilku osób w obrębie domu; jak choćby Profesor Wo-

dziński. Także zbliżenie z Ritą Gombrowicz — została matką chrzestną 
Franka. A także nasz katolicki rabin: Marcin Bornus Szczyciński. Wszy-
scy oni wprowadzili dużo słońca do naszego życia. 

8. Znalezienie świńskiego łba w ciągu 10 godzin w Warszawie. I doje-

chanie z nim do Bogdana Rymanowskiego. 

9. Fakt, iż nie wyleciałem z Platformy Obywatelskiej, i moja szorstka 

przyjaźń pod koniec roku ze Zbyszkiem Chlebowskim. 

background image

10. Powrót do lektur filozoficznych: Platon, Nietzsche, Heidegger, 

Hadot, Kerenyi i kilku innych. Zakup bardzo cennych rękopisów, o czym 
będzie głośno w przyszłym roku — na razie sza! 

30 grudnia 2008

Kryzys, czyli co właściwie się stało?

Kryzys, który przeżywa już cały zachodni świat i który pomału docie-

ra do nas, to tak naprawdę konsekwencja różnicy pomiędzy wartością 
ekonomiczną wielu produktów i usług a wartością realną. Ta dodatko-
wa, ponad realną, wartość ekonomiczna to w konsekwencji dodatkowa, 
przyśpieszona konsumpcja. Zjadamy swoją przyszłość. Dziś nie stać nas 
na kupno domu, ale bierzemy kredyt, który spłacamy ze swoich przy-
szłych dochodów. Tak robi wielu ludzi, także ci, którzy nie będą w stanie 
zwiększyć swoich przychodów. To powoduje wzrost wartości nierucho-
mości, a my tymczasem musimy wypracować większą wartość firmy, 
w której pracujemy, aby dostać większą pensję. Inaczej nie obsłużymy 
kredytu. Zwiększamy wartość firmy przez wycenę przyszłych przycho-
dów i oferowanie innym odbiorcom naszych produktów również w kal-
kulacji kredytowej; niejako na przyszłość czy też — kosztem przyszłości. 
Tak powstaje bańka nadmiernego wzrostu wartości wszystkich towarów 
i usług, a w konsekwencji nawet drobny fakt, który powoduje brak zaufa-
nia do elementów systemu, może wywołać panikę i kryzys całego rynku. 
Taki, w którym nawet całkiem zdrowe firmy mogą wpadać w wielkie 
kłopoty będące skutkiem krótkookresowego załamania na światowych 
rynkach. 

Kryzys, który przetacza się przez kraje zachodniego świata, to po pro-

stu powrót do realnej wartości firm i ich produktów. Za kilka miesięcy 
banki znów będą musiały powalczyć o klientów, choć dziś głównie wy-
korzystują swoją sytuację do ich łojenia i wymuszania pomocy publicz-
nej. Warto wytrzymać obecną presję, bowiem zbędna pomoc publiczna 

Setne posiedzenie komisji Przyjazne Państwo. To rekord w historii parlamentu: 

sto posiedzeń w sto dni (© Biuro Prasowe PO)

background image

81

czy nacjonalizacja mogą wywołać efekt opóźnienia stanu normalnej ry-
walizacji na rynku. Teraz, jeśli interwencje państwowe nie będą zbyt 
głębokie, wszystko się zmniejszy do realnego poziomu. To, niestety, 
oznacza zwolnienia z pracy, mniejszą konsumpcję (o około 30%) oraz 
kłopoty w tych firmach, które będą reagowały zbyt wolno i które mają 
małe zasoby, by przetrwać. Jednak wcześniej czy później (w mojej oce-
nie: za pół roku), będąc biedniejsi o 20 do 30%, znajdziemy się ponow-
nie w świecie realnego, choć mniejszego wzrostu. W tym scenariuszu 
mogą przeszkodzić wojny i globalne katastrofy, ale na nie możemy nie 
mieć wpływu.

Wartość wielu firm znajdujących się na rynku publicznym jest mniej-

sza od ich wyceny fundamentalnej, która jest najbardziej zbliżona do 
wyceny realnej. Podobnie i firmy niepubliczne będą dziś przez banki 
wyceniane poniżej ich realnej wartości. To będzie przez jakiś czas ogra-
niczało wielkość pieniądza dostępnego w bankach i jednocześnie ozna-
czało ów mechanizm urealniania wartości wszystkich towarów i usług. 
To, co możemy dziś zrobić, to po pierwsze: nie panikować! Po drugie: 
intensywnie myśleć o modernizacji wszystkich miejsc, w których funk-
cjonujemy — firm, stanowisk pracy, instytucji życia publicznego i tym 
podobne. Po trzecie: powinniśmy namawiać ludzi dysponujących gotów-
ką do kupowania akcji na rynku publicznym, bo tu wysiłek kilkunastu 
tysięcy obywateli inwestujących przez kilka miesięcy po parę tysięcy zło-
tych miesięcznie może wydźwignąć ten rynek do poziomu przynajmniej 
wyceny fundamentalnej. A to pomoże w konsekwencji całej gospodarce. 
Wydawać o 20% mniej na konsumpcję, a oszczędności inwestować. 

To jest tak proste, a jednocześnie… tak trudne! Problemem jest bo-

wiem budowanie społecznej wiary w scenariusz wspólnego działania. 
Problemem jest przekonanie, samego siebie!, że kryzys może mieć war-
tości inspiracyjne, że walcząc z kryzysem, można wygenerować wspa-
niałą koniunkturę. Myślenie o sobie jest istotą zachowań rynkowych — 
do władzy publicznej należy przywództwo w trudnych czasach kryzysu 
i wzmacnianie społecznej wiary w powodzenie pozytywnego scenariu-
sza. Życzmy sobie tego w tym roku!

5 stycznia 2009

background image

82

Kryzys i PiS

Czeka nas jednak coś znacznie gorszego niż kryzys! Coś gorszego niż 

wzrost bezrobocia, spadek konsumpcji i kłopoty z gotówką! Będziemy 
musieli zmierzyć się z sytuacją, która najprawdopodobniej nas przeroś-
nie. Niektórzy nie wytrzymają! I będzie ich wielu!

Co takiego się stanie? To może być coś, co zmieni oblicze tej ziemi! 

Nie wiecie jeszcze — co? Nie, to nie trzęsienie ziemi, nie tajfun, nie za-
raza ani nawet nie choroby weneryczne przenoszone przez czytanie 
gazet! To coś znacznie gorszego niż zdychający potwór i zakaz produkcji 
alkoholu, a nawet gorszego niż wybór Rydzyka na szefa Episkopatu Pol-
ski! Oto — uwaga, uwaga! — PiS przedstawi swój program gospodar-
czy! Program niewchodzenia do strefy euro. Program nieposiadania 
konta bankowego i karty kredytowej. Program nieprywatyzacji, pro-
gram integracji gospodarczej z Gruzją i Ukrainą. Program rozbicia Unii 
Europejskiej i program wielkich inwestycji państwa w politykę histo-
ryczną. To partia — tak, tak!, partia! — będzie decydowała o budowie 
statków, o tym, kto dostanie kredyt i gdzie wolno budować, a gdzie trze-
ba utrzymywać produkcję rolną. To program, w myśl którego każdy 
może przejść na wcześniejszą emeryturę, a służba zdrowia będzie bez-
płatna, bo tylko na bezpłatną stać emerytów, czyli po dwóch latach pro-
gramu — bez mała wszystkich obywateli RP. Aby zapewnić społeczną 
akceptację programu, znacjonalizuje się prywatne stacje telewizyjne 
i połączy je z telewizją publiczną, w której specjaliści od komunikacji 
zadbają o całodobowe relacje z frontu walki o pomyślne wdrożenie my-
śli klarysewsko-żoliborskiej. 

UFF! Przerażeni?! Bez potrzeby! Odpowiedzialny za program bę-

dzie Jarosław Kaczyński. Ktoś, kto — jak mówi Nelly Rokita — „byłby 
idealnym mężem, gdyby nim w ogóle mógł być, a gdyby był kobietą, 
czułby się lepiej z mężczyzną”! W pełni się zgadzam z Nelly: Jarosław 
Kaczyński byłby doskonałym kandydatem do wszystkiego, gdyby nim 
nie był! Możemy spać spokojnie. 

6 stycznia 2009

background image

83

Jarosława Kaczyński?

Czy Jarosław jest Jarosławą? Czy Jarosław Kaczyński jest kobietą — jak 

zasugerowała kilka dni temu Nelly Rokita? Sugestia bardzo zaskakująca, 
trzeba przyznać, jak na posłankę PiS-u i jak na odniesienie jej wprost do 
lidera formacji narodowo-katolickiej. Z drugiej strony: czy nie nazbyt 
wiele za tym przemawia? Wśród bliźniaków jednojajowych często jedno 
jest homoseksualistą. Tak przynajmniej twierdzą medycy. Jarosław, 
w przeciwieństwie do Lecha, nie ma żony, dzieci, z kobietami trudno go 
spotkać, a mieszka z mamą i kotem. To jeszcze niczego nie oznacza, ale 
— jeśli zgodnie z życzeniem jego brata dziś trzeba być „bardziej tough 
niż soft” — to chyba można by oczekiwać nieco wyraźniejszej informacji 
na temat stosunku byłego premiera do kobiet i szerzej — o źródłach jego 
nieangażowania się w związki z kobietami? 

Z czego wynika, że bodaj jako jedyny z polskich premierów nie był 

żonaty? Z porażek miłosnych, z niechęci do instytucji małżeństwa, z od-
miennych preferencji seksualnych? Nie byłaby problemem, przynajm-
niej dla mnie, ewentualnie odmienna orientacja seksualna Jarosława, 
problemem są wątpliwości, jakie dość obcesowo sformułowała Nelly Ro-
kita. Problemem byłoby ukrywanie tego przed opinią publiczną. Czy 
szef PiS-u obywa się w ogóle bez stosunków seksualnych z kobietami, 
czy może zdarzają mu się historie damsko-męskie lub męsko-męskie, 
a nikt po prostu nie doświadczył jeszcze widoku prezesa PiS-u w stanie 
zakochania? Czy nie ma to wpływu na poziom jego napięcia emocjonal-
nego, na przeżywany stres, na podejmowane decyzje? 

Te wątpliwości może są bez znaczenia, może są rodem z tabloidów 

(choć w takiej Francji problemami miłosnymi Sarkozy’ego żyją wszyscy 
i nikt się nie obrusza), ale cisną mi się na usta po podniesieniu tematu 
przez Nelly Rokitę, która albo wie więcej, niż mówi, albo tak jak ja — lubi 
stawiać politykom niewygodne pytania. Na szczęście, politycy nie mają 
płci i można ich pytać o wszystko. Ja — niepytany — oświadczam, że 
jednoznacznie preferuję kobiety. A Pan, Panie Jarosławie?

11 stycznia 2009

background image

84

O politycznej prostytucji, czyli czytajcie słowniki i statystyki

Jarosław Gowin oburzony, Jarosława Kaczyński oburzony, Eugeniusz 

Kłopotek oburzony, Michał Kamiński oburzony, coś się musiało stać! I sta-
ło się. Znów, o zgrozo, nazwałem rzecz po imieniu. Powiedziałem o pro-
stytuowaniu się polityka. O — używając słownikowej interpretacji — „hań-
bieniu się dla pieniędzy lub innych korzyści”, bo tyle dokładnie znaczy 
słowo użyte w politycznym kontekście. I przypisałem tę cechę bodaj naj-
lepszemu politykowi w rządzie PiS, kobiecie, Grażynie Gęsickiej. I pod-
trzymuję tę opinię — zwłaszcza teraz, wysłuchawszy w Internecie mon-
strualnie długiej rozmowy pani minister z ojcem redaktorem z Radia Ma-
ryja. Rozmowa odbyła się 22 listopada 2008 roku, pani minister oceniała 
dokonania rządu Donalda Tuska, rzecz jasna — oceniała negatywnie.

Miałem wrażenie, że pani minister, stojąc w piątek u boku Kaczyń-

skiego, nie wyszła jeszcze ze studia Radia Maryja. Tam jej najbardziej 
odkrywczym stwierdzeniem było podsumowanie kosztów wejścia Pol-
ski do strefy euro — „przecież to będzie kosztowało, trzeba zniszczyć 
wszystkie polskie banknoty i bilon”, „trzeba wydrukować nowe pienią-
dze, a to kosztuje” — tu zaś, u boku szefa PiS, najbardziej wystrzałowa 
miała być kartka z napisem 0,3%. Zaprotestowałem, bo nie znoszę, kie-
dy polityk tej klasy ściemnia aż do tego stopnia — i chciałem tu dzisiaj 
zamieścić szczegółowe dane z tabel i informacji o wykorzystaniu pienię-
dzy unijnych, którymi dysponuję, ale nieoczekiwanie przyszedł mi w su-
kurs Konrad Niklewicz, publicysta „Gazety Wyborczej” od lat specjalizują-
cy się w tematyce europejskiej. W niedzielę na swoim blogu — wytykając 
mi chamstwo (jego prawo) — dokonał rzetelnej analizy wypowiedzi pani 
minister. Pozwalam sobie przytoczyć tę wypowiedź, bowiem jest bez-
stronna, a przez to — może w oczach oburzonych polityków — stanie się 
bardziej wiarygodna. 

Niklewicz pisze: „Gęsicka chciała udowodnić, że rząd nie radzi sobie 

z wykorzystaniem funduszy unijnych, a tymczasem pokazała, że na po-
trzeby politycznej gry (bo chyba o to chodziło?), nagina cyfry pod z góry 
założoną tezę. 

Otóż nieprawdą jest to, że w 2008 r., w ramach tzw. starego budżetu 

Unii Europejskiej (na lata 2004—2006) Polska miała do wydania 12 mld 

background image

85

złotych, a wydano tylko 8. Pani poseł na pewno wie lepiej ode mnie, że 
kwota 12 mld to suma funduszy strukturalnych ORAZ dostępnych fun-
duszy spójności. A te ostatnie można wydawać co najmniej jeszcze przez 
rok! Faktycznie obowiązkowo do wydania było tylko ok. 8 miliardów. 
I dokładnie tyle zostało wydanych. A nawet trochę więcej, bo do końca 
listopada 2008 r. zawarto umowy o dotacjach 102,8 proc. dostępnych 
funduszy (Komisja Europejska udzieliła Polsce zgody na przekroczenie 
budżetu)! 

Minister Gęsicka zadbała w piątek o medialny show i kamerom poka-

zała kartkę z cyfrą 0,3 proc. Tyle — jej zdaniem — faktycznie wydano do 
tej pory pieniędzy z nowego budżetu Unii (czyli tego na lata 2007—13). 
Gęsicka biadoliła też, że do końca roku udało się podpisać umowy tylko 
na siedem miliardów złotych. 

I znów pudło. Ze statystyk Ministerstwa Rozwoju Regionalnego wyni-

ka, że wartość podpisanych umów jest o ponad miliard złotych większa, 
a i faktycznie wydanych pieniędzy jest więcej. Jak powiedziała «Gaze-
cie» minister Elżbieta Bieńkowska, licząc razem z zaliczką, Polska dosta-
ła z Komisji Europejskiej 5,3 proc. dostępnych na lata 2007–2013 fun-
duszy. To daje nam 3. miejsce w Europie. Kraj, który jest przed nami, 
ma rezultat 5,33 proc. Faktycznie, straszny powód do wstydu… 

PiS, oskarżając rząd, że nie radzi sobie z wydawaniem unijnych pie-

niędzy, powinien pamiętać, że do końca listopada 2007 r. (gdy oddawał 
władzę) liczba podpisanych umów o dotację z nowego budżetu Unii wy-
nosiła… 0. Tymczasem liczba podpisanych umów na koniec grudnia 
2008 r. — 6189. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego skwapliwie poli-
czyło, że licząc wszystkie możliwe fundusze (stare i nowe) przez pierw-
sze 13 miesięcy rządów PiS w Polsce, udało się wykorzystać 7,7 mld 
złotych unijnych dotacji. Tymczasem przez pierwsze 13 miesięcy rzą-
dów PO-PSL — 10,4 mld złotych. To są twarde, sprawdzalne dane”.

Tyle redaktor Niklewicz. Czy Kamiński, Kłopotek, Gowin, Kaczyński, 

Jurek, Żelichowski i wtórujący im dziennikarze — tak oburzający się na 
określenie o politycznej prostytucji — nadal widzą w kłamiącej pani mi-
nister biedną, zaszczutą przez Palikota niewiastę? 

Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie… Gogol się kłania, 

otwierając nóż w kieszeni. 

background image

86

PS. Jarosława Kaczyński, jeden z dziewiczo oburzonych na używanie 

słowa „prostytuować”, tak oto przed kilkoma laty przekonywał do swo-
ich racji: „Panie Marszałku! Wysoka Izbo! […] Rząd, posługując się 

SPROSTYTUOWANYMI PRAWNIKAMI

, próbuje przekonać Wysoką Izbę, 

że konstytucja nie obowiązuje”. (Stenogramy sejmowe, 29 sierpnia 
2003) 

Wiem, wiem, o prawnikach można, o politykach PiS-u tak mówić nie 

wypada. Święte oburzenie wszystkich hiperpoprawnych jak zawsze peł-
ne jest hipokryzji. 

12 stycznia 2009

Diabeł tkwi w Dzierwanach

W Dzierwanach jest ciszej niż w Warszawie, tu można spokojnie my-

śleć, wolniej oddychać mroźnym powietrzem. Tutaj na polskie zdarze-
nia patrzy się z innej perspektywy. Pomyślałem, że może właśnie stąd 
warto skreślić kilka słów do Moich Przyjaciół z Platformy — tych roze-
źlonych, tych rozżalonych, tych z uśmiechem na twarzy i tych z nożem 
otwartym w kieszeni. 

Nie będę teraz niczego prostował, podejmował prób wytłumaczenia 

się czy obrony. Kiedy — Moi Przyjaciele z PO — patrzycie na Janusza 
Palikota, widzicie czasem człowieka, który „jedzie po bandzie”, „prze-
kracza kolejne granice”, „szokuje” lub „błaznuje”. Każdy ma prawo do 
takiej oceny, każdy ma prawo ją wygłaszać, ale chcę, i czynię to publicz-
nie, żebyście dobrze rozumieli moje intencje.

Jeden z analityków polskiej polityki stwierdził niedawno, że Platfor-

ma zacznie przegrywać, kiedy z pozycji władzy przystąpi do walki ze 
słabszymi od siebie. My jednak nie walczymy ze słabeuszami. Nie pole-
mizujemy z dogorywającym konkurentem, który toczy debatę w bia-
łych rękawiczkach i różą w zębach — dla PiS jeszcze niedawno byliśmy 
„ZOMO”, „moją ty mordą”, „innymi szatanami” czy „liberalną żulerią”. 
Byliśmy — i ciągle dla nich tacy jesteśmy! Oni toczą wojnę o IV RP, ro-
dem z wyobraźni swojego wodza, i z zimną krwią, każdą z możliwych 

background image

87

metod będą nas zwalczali. Raz wetem, raz podsłuchem, raz kłamstwem. 
To PiS wyznaczył nam pole starcia, poziom dyskusji, na którym toczy 
się debata, schematy pojęciowe, którymi można się w niej posługiwać. 
Krętactwo, manipulacje danymi, hipokryzja, obłudne wykorzystywanie 
światowego kryzysu gospodarczego do wewnętrznych rozgrywek poli-
tycznych, pospolita ściema. To jest korytarz, w którym Kaczyński pro-
wadzi z nami swoją grę, narzucając i narzędzia walki, i tematy, i styl.

Jedyną skuteczną bronią w walce z Prawem i Sprawiedliwością jest 

mówienie prawdy. Szczerość posunięta do granic bólu to oręż, z którym 
nie radzą sobie politycy PiS, nawykli do lawirowania pomiędzy frakcja-
mi, faktami i intencjami. Jeśli istotą polityki jest osiąganie założonych 
celów, to narzędziem służącym PO do ich zdobywania może być przede 
wszystkim polityczna bezpośredniość i naturalność. My nie mamy czasu 
na stawianie pytań owijanych w bawełnę i podawanie odpowiedzi zakrę-
canych w złote papierki. Nie mamy przyzwolenia wyborców na ściemę, 
na słodkie słówka! Jeśli premier wyjeżdża na zaplanowany urlop, to na-
szą rolą jest oświadczyć wyborcom wprost: obowiązki pełni Schetyna lub 
Pawlak, premier będzie na bieżąco informowany, bo jak każdy Polak ma 
do urlopu prawo, a jak każdy dobry menedżer od tego ma zastępców, 
żeby się wzajemnie uzupełniali. I koniec. I choćby PiS wywalał na pre-
miera wiadra szyderstw za narty w Dolomitach, to naszym zadaniem 
jest mówić o tym urlopie najbardziej banalną prawdę. I tylko prawdę. 

Dla ludzi Kaczyńskiego rzeczy mogą mieć względny charakter — dla 

nas nie. Oni mogą mówić o sobie: „Nas nie przekonacie, że białe jest 
białe, a czarne jest czarne” — dla nas czarne zawsze znaczy czarne. Oni 
mogą złamać reputację swojej politycznej gwieździe i kazać jej głosić 
pospolite łgarstwa — my mamy obowiązek te kłamstwa ujawniać, nazy-
wając rzeczy po imieniu. Fakt, media w tym nie pomagają, mają własną 
rolę, nie są spragnione merytorycznej polemiki, czekając na wojnę, 
krwawą jatkę. Na moim przykładzie widać, że kiedy dostają swój po-
karm — żywią się nim do samego końca, póki nie znajdą nowego. I choć 
udają obrzydzenie, fascynują się tą wojną. Można zrobić dziennikarską 
„jedynkę” z zagrożenia, jakie stanowi dla demokracji Janusz Palikot, ale 
można uczynić hitem spór o poziom wykorzystania środków unijnych. 
Łatwiej jest jednak wybrać Palikota… 

background image

88

Nawiązując do słów krytyki, które wypowiadają Moi Przyjaciele z PO, 

oświadczam, że poddam się każdemu wyrokowi partyjnych gremiów, 
ponieważ szanuję własną partię, a swoją rolę w niej widzę dokładnie 
tak, jak ją wypełniam. Pracuję ile sił starcza w Komisji Przyjazne Pań-
stwo, ale zapytany przez kogokolwiek w Polsce i w świecie — mogę i chcę 
mówić tylko otwartym tekstem. Jak każdy zwykły człowiek, jak każdy 
z naszych wyborców. Politycznym tiu-tiu-tiu, okrągłościami, tą nobliwo-
ścią, w którą w Polsce często przyoblekamy słowa — a która bywa pod-
szyta jadem — nie zdobędziemy serc wyborców, nie trafimy do ich głów, 
nikogo nie przekonamy.

Jest rzeczą oczywistą, że jako dojrzały człowiek nie mam zamiaru obra-

żać nikogo i poniżać. Zwłaszcza — kobiet. Ale polityk nie ma płci. Nie moż-
na stosować innej miary do mężczyzn i kobiet, jeśli serio traktuje się rów-
nouprawnienie. Nie ubliżyłem pani minister Gęsickiej, choć mogłem użyć 
bardziej fortunnego określenia. Ale znowu: nie w formie rzecz, lecz w me-
ritum! Nie w tym, JAK mówimy, lecz CO mówimy i w jakim czasie. Jeśli 
jest to czas bezpośredniego starcia — a życzę na przykład pani poseł Ko-
chan, żeby zawsze umiała zwyciężać, nie brudząc ust — to nie wolno się 
dziwić emocjom i stawianym pytaniom. Dziwić się trzeba kłamstwom.

13 stycznia 2009

Spalę swoją kukłę

Cham zawinił, przewodniczącego powiesili — tak trawestując przysło-

wie, oceniam decyzję zarządu mojej partii. Nie rozumiem jej sensu, ale 
godzę się z wszelkimi konsekwencjami. Być może potraktowano moje 
przewodniczenie Komisji Przyjazne Państwo jako osobistą zabawkę, 
której odebranie miało się dla mnie okazać najbardziej bolesne. Być 
może posłuchano płomiennego apelu redaktora Karnowskiego z „Dzien-
nika”, który wypłakał się na łamach, że nie wie, co ze mną począć, gdyż 
z jednej strony „musi” publikować moje nazwisko, a z drugiej wstrząsa 
nim obrzydzenie na sam jego dźwięk. Być może posłuchano posła Bru-
dzińskiego, obłudnie gratulującego odwagi „tym koleżankom i kolegom 

background image

89

z PO”, którzy potępili Palikota. Tego nie wiem, nie uczestniczyłem w ob-
radach zarządu. 

Jeśli kara ma być skuteczna, powinna być sprawiedliwa, mieć bezpo-

średni związek z winą, a najlepiej, żeby była zrozumiała dla skazanego. 
Dla mnie nie jest zrozumiała i czekam na posiedzenie klubu parlamen-
tarnego PO, by dobrze ją przyswoić. Chcę być ukarany za wypowiedzia-
ne i napisane słowa, a nie za czyny, które dotychczas nie znajdowały 
złych ocen w Platformie. Mówię o mojej pracy w Komisji. 

Jestem w PO i chcę być dla tej partii pożyteczny, chcę ją budować, 

zrealizować jej program dla dobra ludzi, którzy nam zaufali, i wygrać 
wspólnie z nią kolejne wybory, i robię wszystko, żeby tak się stało. Może 
więc powinienem spalić swoją kukłę przed Sejmem, żeby odczynić złe 
duchy, a dobrym duchom oddać się — nago, jak żąda „Dziennik” — i za-
wierzyć im swoją przyszłość? Są jakieś dobre duchy? 

14 stycznia 2009

Księga obelg

Farbowanym estetom, strażnikom moralności, purystom językowym, 

wrażliwcom wszelkiej maści, których tak wielu objawia się w Prawie 
i Sprawiedliwości — dedykuję dzisiejszy wpis. To księga obelg, jakie ak-
tyw Prawa i Sprawiedliwości oraz partyjny prezydent miotał i miota za-
równo pod adresem Platformy Obywatelskiej, jak i zwykłych obywateli. 
I żebym nie pozostał posądzony o brak obiektywizmu — moje: „prezy-
dent cham” i „polityczna prostytucja” pewnie mieszczą się gdzieś w tym 
nurcie, ale obłudnikom z PiS-u — dziś walczącym o kulturę debaty poli-
tycznej — warto czasem przypomnieć ich własne dokonania. Choćby po 
to, by pokazać rozmiar politycznej hipokryzji, która ogarnęła Polskę.

Jakie więc poznaliśmy określenia znamionujące faryzejską mentalność 

PiS-u? Jakich określeń 

NIE WSTYDZĄ 

się kobiety z Prawa i Sprawiedliwo-

ści, które 

NIGDY 

nie zaprotestowały przeciwko retoryce swoich liderów?

„Najlepszym przykładem pustaka jest premier Donald Tusk” — to 

Zbigniew Ziobro.

background image

90

„Wszystkie raporty Julii Pitery można wsadzić tam, gdzie nie powin-

no się wsadzać” — a to już inny znany wrażliwiec, Joachim Brudziński. 

„Chętnie nazwałbym go wiejskim głupkiem” — to znów Brudziński, 

o Chlebowskim.

A to już Gosiewski o Pawle Zalewskim: „Do uzupełnienia kadr Plat-

formy są używane spady czy odpady”. 

Szczytem zakłamania są słowa prezesa Kaczyńskiego, który stwierdził, 

iż „świadome niszczenie języka debaty publicznej, granice stosowności 
zostały całkowicie zniszczone, i to niesłychanie drastycznie”. I pewnie 
ma rację. Wystarczy wspomnieć słynne: „Stokrotka, stokrotka, jest pani 
na mojej krótkiej liście, pożałuje pani tego, wykończę panią, nie obronią 
pani agenci służb specjalnych”, rzucone w twarz Monice Olejnik przez 
jego prezydenta, i wystarczy przypomnieć PiS-owi choćby tę oto listę:

— ciemny lud to kupi (to o wyborcach)
— autor skłamał jak bura suka (Dorn)
— jeszcze jedno pytanie, ale nie od tej małpy w czerwonym! (prezy-

dent o dziennikarce)

— wiadomo, z jakiej rodziny wywodzi się ta pani (prezydent o sędzi)
— łże-elity III RP (to o polskiej inteligencji)
— spieprzaj, dziadu! (klasyka elegancji)
— fotoreporterzy to ścierwojady (Dorn)
— wybory wygrał front, który ciągnie się od mordercy Grzegorza Pio-

trowskiego po Donalda Tuska

— my jesteśmy tam, gdzie wtedy; oni tam, gdzie stało ZOMO
— w chamstwie, w agresji, w knajactwie nie mamy z tymi panami szans
— liberalna żuleria
— złogi gierkowsko-gomułkowskie
— front obrony przestępców (o krytykach Ziobry)
— sprostytuowani prawnicy (to Kaczyński w Sejmie, nie pod budką 

z piwem)

— ruski agencie, załatwimy cię! (to też Kaczyński)
— Obama to koniec cywilizacji białego człowieka. 
Warto przypomnieć także nieco dłuższe frazy. „Jan Maria Rokita po-

pełnił bardzo ciężkie przestępstwo przeciwko demokracji. Poza morda-
mi to jest najcięższe przestępstwo, jakie w ogóle można popełnić” (to 

background image

91

Kaczyński, zanim zapałał miłością do Rokity). Albo na przykład przesy-
cone tolerancją zdanie: „Zwyciężymy, bo to zwycięstwo jest potrzebne 
Polsce. Jest potrzebne po to, by w tym państwie, w Rzeczypospolitej 
Polskiej, żył jeden naród polski, a nie różne narody” (Kaczyński ponad 
podziałami, na Podlasiu).

Godny prezentacji jest też poseł klasy europejskiej Ryszard Czarnecki, 

świeży-stary nabytek PiS, poświęcający mi trochę swojego czasu: „Palikot 
ma coś z głową, faceta bez piątej klepki czuć przecież na kilometr”, „obo-
jętnie czy gryzie kundel, szczekający ratlerek czy Palikot (lub jakaś krzy-
żówka wymienionych ras i gatunków)”, „Palikot to intelektualny pigmej 
i polityczny liliput” oraz „Gdyby facet miał jaja” (a to akurat o Chlebow-
skim). Jakże blado wypada przy Czarneckim Piotr Kownacki ze swoim 
„uważam Palikota za zwykłego chama” czy Kurski mówiący o nienazwa-
nym ministrze Platformy, że był „nawalony jak messerschmitt”. 

Zresztą Kurski ze swoim „fetorem z rynsztoka” był łaskaw pociągnąć 

temat nawalonych messerschmittów nieco dłużej: „Na kilometr widać 
fioletowe nosy w tym rządzie. Białe, czerwone i fioletowe. Często widzę, 
jak inny fioletowy nos zatacza się na schodach hotelu sejmowego. W tej 
ekipie lubią wypić”. Było to wówczas, kiedy posłanka Kruk postanowiła 
coś-tam-coś-tam zaprezentować w Sejmie. 

Nie rozwinę tematu „rządów hołoty dla hołoty”, bo Jarosław Kaczyń-

ski wolałby czas komuny, scharakteryzowany tymi słowami, pamiętać 
raczej przez pryzmat własnej pracy doktorskiej, w której pisał: „Już 
w referacie KC na III Zjazd PZPR stwierdzono pojawienie się zjawiska 
naporu ideologii burżuazyjnej, jednocześnie jednak podkreślona zosta-
ła zasada niestosowania metod administracyjnych w walce o ostateczny 
cel, jakim jest według słów Władysława Gomułki całkowity triumf mark-
sizmu leninizmu jako jedynej metodologicznej podstawy nauki”. 

Można powiedzieć: nie rozumiem, co autor miał na myśli, ale po-

wiem tylko, że w sferze retoryki politycznej uczeń przerósł mistrza Go-
mułkę z czasów „polemiki” z Jasienicą, a i wykształcić zdołał spore gro-
no partyjnych czeladników.

Trochę się tego nazbierało…

15 stycznia 2009

background image

92

Zosia! Zosia! Zosia!

Gdzieś w tyle, daleko za mną pozostały ostatnie gorące dni — dzięku-

ję wszystkim Państwu za głosy poparcia i za głosy krytyki; te ostatnie 
pozwalają dziś zastanowić się nad własną marnością, te pierwsze — do-
dają sił na przyszłość. Jestem zmęczony. I myślę, płacąc niemałą cenę za 
bycie sobą w polityce, że jednak było warto. Warto mówić prawdę, choć 
może słowa do niej dobierane trzeba znajdować z większą starannością 
i w mniejszych emocjach. 

Kilka dni temu spotkałem się z pisarką Katarzyną Grocholą; ot tak, 

rozmawialiśmy o różnych sprawach. Skacząc z tematu na temat wsko-
czyliśmy też na kwestię, czy to będzie chłopak, czy może dziewczynka? 
Moja żona jest w ósmym miesiącu ciąży, a lekarze wciąż nie dawali nam 
jasnej odpowiedzi w tej kwestii. „Mam sprawdzony sposób z kalendarza 
chińskiego!” — powiedziała pani Katarzyna! „Wystarczy, że poda mi 
pan wiek żony i miesiąc poczęcia, a wszystko będzie jasne”. Tak też zro-
biłem i wieczorem dostałem informację: „Zosia, Zosia — tak wychodzi 
u Chińczyków”. Zosia — gdyż ustaliliśmy, że jeśli dziewczyna, to Zosia. 
Dwa dni później żona otrzymała identyczną opinię od lekarzy. 

W tej sytuacji ostatecznie się upewniłem, że moje przeżycia znad Do-

rdogne (okolice Bordeaux) nabierają symbolicznego znaczenia. Otóż 
zwiedzając zamek Michela de Montaigne i myśląc o jego esejach i związ-
kach z Gombrowiczem, ni stąd, ni zowąd usłyszałem głos wewnątrz sie-
bie. Jakbym słyszał kogoś, kto nie jest mną: to będzie dziewczynka! Jak-
by anioł szepnął mi do ucha. Dziewczynka… Byłem bardzo zdziwiony 
i podekscytowany, w tamtej chwili nie myślałem przecież o nienarodzo-
nym dziecku, a poza tym — głos był tak wyraźny! Zaraz więc opowie-
działem wszystkim o tym zdarzeniu i wieczorem wypiliśmy z tej okazji 
znakomite Saint-Emilion. I oto, po kilku miesiącach, słowo ciałem się 
stało!

Tak bywa: coś, gdzieś wewnątrz każdego z nas czasem podszeptuje 

złe, a czasem najpiękniejsze słowa… Zosia, Zosia, ZOSIA! 

Jestem zmęczony. I jestem szczęśliwy.

16 stycznia 2009

background image

93

Mały wódz na mały kryzys

„Gdyby nie było Palikotów, Niesiołowskich czy Tusków, to można by 

było rozmawiać” — rzekł przedwczoraj wódz Jarosław do mieszkańców 
Skierniewic i trzeba by mu przyklasnąć. Najlepszymi partnerami do 
rozmów z Kaczyńskim byli przecież Lepper z Giertychem. Prawda: 
wódz nadal może pogadać z ojcem Rydzykiem i z własnym bratem, ale 
innych partnerów wokół Jarosława Kaczyńskiego nie widzę. 

I drugi cytat ze Skierniewic: „Obecnie rządzący mogą się ładnie 

uśmiechać, dobrze grać w piłkę i jeździć na nartach, tylko rządzić nie 
potrafią”. Wódz PiS-u ma trochę inaczej: ładnie się nie uśmiecha, na 
nartach nie jeździ, w piłkę grać nie potrafi, a jak rządził — każdy wie, bo 
każdy widział. 

Skąd ta retoryka? Kaczyński musi teraz zaistnieć. Nie ma innego wyjś-

cia. Zbliżający się zjazd programowy stawia go przed koniecznością uwia-
rygodnienia się we własnej partii: musi pokazać, że ma nowo czesny 
program, że mówi językiem „czasów kryzysu”, że Polska tonie, a arkę 
Noego może zbudować wyłącznie PiS. Dlatego też wysyła do boju, z pre-
zentacjami w PowerPoincie, swoje partyjne aktywistki, nakazując im łgać, 
bronić archaicznych poglądów i projektów Prawa i Sprawiedliwości. 

Ale sam wódz — mały wódz na mały kryzys — nie potrafi się zmienić. 

Nadal wskazuje wrogów, ponieważ bez wrogów nie istnieje. Kaczyński 
wie, że bez przeciwnika w postaci „brutalnie atakującego układu” i „wro-
giego frontu”, traci rację bytu w polityce. W 2009 roku chciałby być jak 
Neo z Matrixa, a przecież nadal jest tylko częścią archeo w Seks misji

17 stycznia 2009

Jestem BI. Albo TRI. A nawet QUADRO

Wydało się. Dwa brukowce, „Super Express” i „Dziennik”, dopadły 

Palikota. 

W pierwszym jestem na fotografiach z mężczyzną, siedzimy po obu 

stronach stołu, w eleganckiej restauracji. Co robię? Owóż: prostytuuję 

background image

94

się homoseksualnie. I minę mam taką, jakbym mu swój obleśny pocału-
nek zdalnie przekazywał! Chyba, bo zdjęcia zrobiono aparatem z telefo-
nu komórkowego albo przez szybę; niewiele widać, ale są dowodem, że 
„Palikot ma partnera”. Mam! I przecież nie jednego! Prawdziwy bisek-
sualista ma wielu partnerów.

Drugi brukowiec wypchnął swój tekst tylko w internetowym wyda-

niu, nie ma w nim obscenicznych fotografii, są za to pytania, które stawia 
mi kobieta, Luiza Zalewska. Pierwsze brzmi: Czy Palikot lubi chłopców? 
Odpowiadam więc — ależ oczywiście! Mam trzech synów i jakżebym ich 
nie lubił? Kocham moich chłopców! A dziewczynki, Zosi, wręcz nie 
mogę się w tej miłości doczekać. Wniosek? Biseks. Jako żywo, regularny 
biseks!

Zalewskiej to jedno pytanie nie wystarcza, pyta więc o Kaczyńskiego 

— czy przypadkiem moje nim zainteresowanie nie wynika z chęci zna-
lezienia bratniej homoseksualnej duszy…? Hmm… Więc jednak w umy-
słowych ogrodach Luizy lęgnie się ta wątpliwość, że Kaczyński nie jest 
prawdziwie heteroseksualnym samcem typu alfa? I usiłuje sprawdzić,  
czy ja na niego lecę? Odpowiadam zatem zgodnie z intencjami Zalew-
skiej: jak każdy BI wypuściłem do samca z PiS-u publiczną sondę-sy-
gnał, że jakby co, to ja jestem gotów i liczę na zainteresowanie. Czy to 
Zalewską zaspokaja? Czy jak na standardy „Dziennika” jestem teraz wy-
starczająco ekshibicjonistyczny?

Zalewska pyta, czy mnie uradowały rozważania o moim biseksuali-

zmie? Ha! One dopiero teraz mnie radują, ponieważ sprowokowany 
przez panią Luizę, mogę wyznać swe najgorętsze biseksualne marzenia 
— marzy mi się Karnowski, jej szef, marzy mi się Michalski, jej kolega… 
Ciasteczka! My, biseksualiści (a nawet triseksualiści, a niech tam, cokol-
wiek to znaczy), mamy dobry gust. 

Zalewska nie byłaby sobą, gdyby nie poszła do końca w swej bezpru-

deryjnej, acz nieco pensjonarskiej ciekawości. Najpierw więc pyta o mo-
je balowanie z lubelskim asystentem w „gejowskich klubach”. Ależ to 
oczywiste, że balowaliśmy! W Lublinie, jak wiadomo, gejowskie kluby 
są na każdym rogu, a ile gejowskich klubów jest w Biłgoraju! Zaraz po-
tem Zalewska dobija mnie ostatecznie, pytając: „Po jakie marketingowe 
sztuczki sięgnął (Palikot) dziś rano, próbując poprawić humor żonie” 

background image

95

w ósmym miesiącu ciąży? Przez grzeczność nie sugeruje, że sięgnąłem 
po wibrator; to słowo damie przez różane usteczka nie przejdzie. 

Więc ze mną — żeby już wszystko do końca powiedzieć — jest tak: 

kobiety, mężczyźni, dzieci, koty i psy. Wszystkich kocham i lubię. Już 
taki jestem, quadroseksualista. Od środka rozwala mnie testosteron, 
a od zewnątrz — rozwala mnie dziennikarskie dziadostwo i sztywni jak 
kij ponuracy. 

Mój blog ma teraz każdego dnia więcej czytelników niż „Dziennik”. 

I to wiele tłumaczy… Karnowski najpierw błaga mnie o wywiad (tylko on 
i ja, hmm…, a pytania od internautów, spryciula!), potem funduje czy-
telnikom trzy pierwsze strony z Palikotem (tamże Michalski namawia, 
żebym się rozebrał. Czaruś, masz to u mnie!), a potem męczy Tuska, by 
zdjął mu Palikota z łamów. Kiedy nakład, mimo sensacji, nie idzie w gó-
rę, brukowiec sięga po prowokację. A jaka dziś prowokacja zwiększa na-
kłady? Prowokacja z Palikotem. Kto ma dzisiaj najlepsze czytelnicze bra-
nie? Palikot. O kim mówi ulica? Bardzo przepraszam, nie o Karnowskim 
z Zalewską do pary, ale o Palikocie — choć o to nie prosiłem. Gdyby gło-
wy dziennikarzy „Dziennika” wypełnione były pomysłami lepszego kali-
bru, ulica mówiłaby o nich. A tak — sorry, chłopaki — niedługo sami bę-
dziecie musieli się rozebrać, żeby wam sprzedaż drgnęła. 

PS. Obu bulwarówkom dedykuję piosenkę, którą śpiewałem u Szy-

mona Majewskiego: „Dla was mogę być i gejem, mogę być i z SLD, po to 
mamy demokrację, żeby chamstwo chamstwem zwać, a na stanu rację 
zawsze prowokację mogę dać”. 

18 stycznia 2009

Żonglowanie traktatem, czyli Unia dwóch prędkości

Po zakończeniu negocjacji nad traktatem lizbońskim prezydent Lech 

Kaczyński przedstawił je jako wielki sukces swojego urzędu. Było to już 
ponad rok temu! Następnie w swoim wystąpieniu w parlamencie, przy 
okazji wizyty prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, wezwał polski 
parlament (w tym również mnie) do ratyfikowania dokumentu. Głoso-

background image

waliśmy za, zgodnie z ustaleniami negocjacyjnymi prezydenta. Od tam-
tego czasu Kaczyński traktatu nie podpisał. Na trzykrotne już przypo-
mnienie, że obiecał to swoim partnerom z Europy, którzy ustępowali na 
rzecz jego oczekiwań, Lech Kaczyński odpowiada, że Polska nie będzie 
stała na przeszkodzie wejścia traktatu w życie i że kiedy tylko Irlandia 
go zatwierdzi, to i on podpisze. 

Niby logiczne, ale przecież wszyscy wiemy, że Europa chce uzyskać 

efekt izolacji Irlandii po to tylko, by ją wezwać do zmiany stanowiska: 
jeśli wszyscy są za, to i ty, droga Irlandio, podpisz! Jaki ma zatem interes 
Polska, aby wspierać Irlandię kosztem swoich stosunków z Unią? Czy 
tylko taki, jaki może mieć polski prezydent z PiS-u, który szuka pretek-
stu do okazania swojej politycznej samodzielności? Czy tylko taki, że 
Kaczyński chce, by w Europie także i od niego „coś zależało”? Chcę być 
dziś wielkoduszny i pominę w swojej analizie wszystkie inne powody: 
partyjne, osobiste czy wynikające z urazów i uprzedzeń naszego prezy-
denta, ale wydaje się, że jeśli jest jakiś rzeczywisty powód, to może nim 
być tylko próba wydłużenia okresu obowiązywania korzystnych dla nas 
zapisów z Nicei. I można by nawet temu przyklasnąć, pamiętając wszak, 
że oszukiwanie partnerów wcześniej czy później da efekt odwrotny od 
zamierzonego i dobrze nie wróży polskiej pozycji w Europie, gdyby nie 
polityka Rosji i gdyby nie kryzys!

Ja sam, tak jak większość Polaków, jestem wielkim fanem integracji 

europejskiej. I nie potrzeba mi kryzysu gospodarczego ani groźby inter-
wencji rosyjskiej na Ukrainie, by opowiedzieć się za traktatem. Akceptuję 
fakt, że ktoś mniej entuzjastycznie nastawiony, tak jak Lech Kaczyński, 
może kręcić nosem, gdy wszystko na kontynencie wygląda bezpiecznie. 
Jego prawo. 

Jednakże teraz nawet ślepy widzi, że sprawy źle wyglądają! Rosja traci 

setki milionów euro z powodu niskich cen ropy, ma gigantyczne kłopoty 
z gazem na Ukrainie. Czy można mieć wątpliwości co do kierunków ro-
syjskiej polityki za kilka miesięcy? Jak rosyjscy przywódcy wytłumaczą 
za chwilę kłopoty własnego budżetu z wypłatą rent i emerytur, już i tak 
skandalicznie niskich?! W czym znajdą szansę na podniesienie cen ropy, 

Protest przeciwko gwałtom w komendzie policji w Lublinie 

(© Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

background image

97

gdy kryzys na świecie zapowiada się na dłużej, niż przewidywano, a to 
oznacza niskie ceny ropy? Rosja coraz bardziej będzie grać na konflikty, 
gdyż one eliminują kolejnych dostawców surowców i są szansą na więk-
sze dochody dla niej. I nawet jeśli nie Ukraina będzie pierwsza na dro-
dze bezwzględnych działań Moskwy, to i tak rzecz wygląda groźnie. 

Zachowanie Rosji i kryzys realnej gospodarki mogą doprowadzić do 

myślenia w kategoriach bardzo egoistycznych w Europie. Wielu ludzi 
w Niemczech czy Francji zada publicznie pytanie, dlaczego muszą płacić 
za Europę Wschodnią, gdy im samym ledwie wystarcza na utrzymanie 
poziomu życia? I kto wie, czy wówczas unijni przywódcy nie wystawią 
nam rachunku za dzisiejszy cynizm prezydenta Lecha Kaczyńskiego. 
A rachunek za cynizm Kaczyńskiego to nie tylko gorszy budżet unijny na 
lata 2013—2020, ale przede wszystkim koniec wspólnej Europy i ponow-
ny podział na kraje lepiej i gorzej zintegrowane, a od tego tylko krok do 
ponownego, ostatecznego podziału kontynentu na Wschód i Zachód. 

Prezydent Kaczyński ma wyjątkową szansę odstąpienia od dotychcza-

sowej polityki w tej sprawie i podpisania traktatu — może wyjść z impasu 
z honorem, powołując się na sytuację gospodarczą i postawę Rosji wobec 
zachodniego świata. To są zresztą znakomite powody, by szukać w Euro-
pie wspólnoty, konsolidacji, a nie grać własną, przez nikogo nieakcepto-
waną i trudną do zrozumienia grę. Prezydent Kaczyński ma jeszcze moż-
liwość pokazania się Europie w roli odpowiedzialnego męża stanu, dosto-
sowującego swoje działania do realnych zagrożeń, i podpisania traktatu 
— zanim straci to już wszelkie znaczenie. Może jeszcze nie jest za późno!

19 stycznia 2009

Umierający Religa i umarły Bóg

Profesor Religa walczący ze swoją chorobą i stojący w obliczu wiecz-

ności w licznych wywiadach konsekwentnie powtarza, że Boga nie ma 
i że nic go po śmierci nie czeka. Mówi o tym w sposób niezwykle uważ-
ny, bez popadania w przesadę niewiary i bez wojującego nihilizmu. Coś 
nakazuje mu dawać świadectwo temu, w co wierzy: Boga nie ma! Doce-

background image

98

niam jego odwagę polityczną i jego odwagę społeczną, ale prawdziwie 
wzrusza mnie czysto ludzka siła Religi, która podpowiada, by nie ustą-
pić w obliczu końca, nie pójść na łatwiznę, nie podeprzeć się Panem 
Bogiem. Jaka to cnota w kraju, w którym tak łatwo Boga i wiarę wysta-
wia się na publiczny przetarg.

22 stycznia 2009

Wrzutka Kaczyńskiego

Wódz, po męskiej rozmowie z kotem w Klarysewie, powołał do życia 

pojęcie „dziura Tuska”, odnosząc je do budżetu, który przygotowała ko-
bieta z partii wodza, Zyta Gilowska. Dziura to wirtualna, choć budżet i Gi-
lowska z jej błędami w planowaniu polityki finansowej są jak najbardziej 
realne. Hucpa z dziurą jest kolejną przedzjazdową zagrywką Kaczyń-
skiego, który robi wszystko, żeby wywołać społeczną panikę i na fali gos-
podarczych zawirowań ugrać coś dla swojej formacji. Oferta złożona koa-
licji, że „w obliczu postępującego kryzysu PiS jest otwarte na współpracę”, 
brzmi faryzejsko; byłoby lepiej, gdyby Kaczyński skupił się na składaniu 
ofert Lepperowi i resztkom po załodze Giertycha, budując swoją wyma-
rzoną, autorytarnie rządzoną prawicę. (Vide: list Dorna.)

Patrzę na poczynania Kaczyńskiego i coraz szerzej się uśmiecham — 

wódz bowiem staje się wyznawcą zasad PR! Wzbogaca instrumentarium 
retoryczne, stosuje ozdobniki, unika nerwowych krzyków, ma miękkie 
spojrzenie! I zmienił polityczne paprotki w swoim otoczeniu! Już nie 
Przemysław Gosiewski, teraz prym wiodą partyjne kobiety! (Vide: list 
Dorna.) Aleksandra Natalli-Świat była w minioną środę kolejną zasłoną, 
za którą schował się myśliciel z Klarysewa. Pierwsza była Grażyna Gę-
sicka z sensacjami na temat funduszy unijnych. Po niej jako PR-body-
guard Kaczyńskiego wystąpiła posłanka Małgorzata Sadurska, proponująca 
to, co PiS przed dwoma laty… odrzucał: by osoby podejmujące pierwszą 
pracę miały do wyboru ZUS albo II filar w OFE. Teraz w partyjnym roz-
dzielniku przyszła kolej na posłankę Natalli-Świat, żarliwie broniącą 
koncepcji nakreślonej dłonią samego wodza. (Vide: list Dorna.) 

background image

99

Spodziewam się, że przed swoim zjazdem PiS postraszy nas jeszcze 

sytuacją w służbie zdrowia (tu w roli zasłony stanie posłanka Jolanta 
Szczypińska), potem Elżbieta Jakubiak osłoni i przyozdobi Jarosława, 
opisując marność sportu pod rządami Tuska, a tuż przed dniem zero 
o dramatycznej sytuacji kobiet polskich wypowie się u boku prezesa 
jego tajna broń, Nelli Rokita. Brakuje mi tylko tematu dla publicznego 
występu Beaty Kempy — ostatnich oligarchów wywiało, a nowi nie zdą-
żyli zrobić z Lipcem żadnego interesu — więc pani poseł mogłaby jedy-
nie stać i milczeć, co też byłoby wymowne i najbardziej wartościowe. 

Nie wiem, gdzie pochowali się mężczyźni z PiS-u, ale pewnie w czasie 

szkoleń medialnych i medytacji w Klarysewie wyszło Kaczyńskiemu, że 
lepszy PR zrobią mu kobiety. Niedawne telewizyjne paprotki prezesa 
— Ziobro, Brudziński czy Karski — poszły w odstawkę. Cóż, taki los… 
Wódz daje i odbiera. (Vide: list Dorna.) 

Ponieważ jestem pod wrażeniem celnych wrzutek PR-owskich autor-

stwa Kaczyńskiego, proponuję mu (jako znany skandalista) megawrzutkę 
— niechaj się pan prezes, jeszcze przed kongresem, otoczy wianuszkiem 
wszystkich swoich partyjnych koleżanek (może dałoby się dla zwiększenia 
ekspresji wypożyczyć panie Beger i Łyżwińską, to w końcu byłe koalicjant-
ki) i niech pan prezes krzyknie głośno w przestrzeń polityczną: Przez Do-
nalda wszystko jest czarną dziurą, nawet PiS! (Vide: list Dorna.)

PS. Objaśnienie dla święcie oburzonych oraz redaktorów „Dziennika” 

— paprotka (polypodium) polityczna (politicus), patrz: Szafer Włady-
sław, Kulczyński Stanisław, Pawłowski Bogumił. Rośliny polskie. PWN, 
Warszawa, 1953.

23 stycznia 2009

Mop Franka i miotła Adeli

W świecie Frania istnieją dwa najważniejsze obiekty: odkurzacz i mop 

(współczesna wersja miotły). Wszystkie klocki, samochody, zwierzaki 
nie mają dlań nawet ułamka takiego znaczenia, jak te dwa urządzenia 
do porządkowania rzeczywistości. Pewnym znaczeniem cieszą się jesz-

background image

100

cze książki z przygodami Mysi, a to dzięki ich sekretowi, która polega na 
możliwości odsłaniania ciężkich kart i przeżywania, że taka mała zmia-
na wystarcza do całkowicie nowego stanu rzeczy. Siła tych sprzętów do 
sprzątania polega na tym, że w tajemniczy sposób usuwają kawałki róż-
nych śmieci-przedmiotów. I czynią to nie-wiadomo-jak!

W przeciwieństwie do Adeli Schulzowskiej, która wpadając do pokoju 

ojca i energicznie likwidując pajęczyny i sterty książek, płosząc przy 
tym ptaki, demitologizowała jego tajemniczy świat, odkurzacz i mop są 
dla Franka środkami kreacji działalności metafizycznej, ostatecznego 
pochłaniania i likwidowania kawałków rzeczywistości. Adela, wprowa-
dzając porządek do zamkniętego tygodniami pokoju ojca, odzierała 
świat z tajemnicy; odkurzacz Franka, usuwając śmiecie, najwyraźniej 
ma dla niego znaczenie jako gwarant utrzymania w ryzach struktury 
rzeczywistości i to w obliczu chaosu codziennych odpadków.

Między mopem Franka a miotłą Adeli, tak jak między matematyką 

a poezją, znajdują się wszystkie możliwe inne światy.

25 stycznia 2009

Emigranci ’2009

Witold Mazurkiewicz (Kompania Teatr w Centrum Kultury w Lubli-

nie) przypomniał w sobotniej premierze starych już Emigrantów Mroż-
ka. Świetne aktorstwo i dobra robota pod każdym względem! Spektakl 
ogląda się z przyjemnością, wybuchając salwami śmiechu i łzami z szyb-
kością kankana. Jednak losy emigrantów z lat osiemdziesiątych i sie-
demdziesiątych, widziane z odległej perspektywy, są całkiem odmienne 
od przygód, marzeń i ambicji dzisiejszej emigracji. W tym sensie Mro-
żek cokolwiek trąci myszką.

Niemówiący po angielsku wieśniak z Podlasia, wystraszony obcym 

światem, zamyka się w sobie i nie ma w nim ani drobiny zainteresowa-
nia miejscem, w którym się znalazł. Jego dzień to praca, jedzenie, spa-
nie, picie, praca, jedzenie, spanie, picie… Jego stosunek do Zachodu to 
lęk pomieszany z fundamentalnym przywiązaniem do swoich stron 

background image

101

i przekształcający go w niewolniczo funkcjonujące zwierzę. Towarzy-
szący mu w suterenie pisarz to pozbawiony publiczności z kraju alkoho-
lik, snujący wizje wielkiego dzieła o istocie konsumeryzmu. I choć jest 
wykształcony i zna miejscowy język, jest w tamtym świecie obcy tak 
samo jak wieśniak.

Świat PRL-u był tak zasadniczo odmienny wobec Zachodu, że główną 

treścią życia emigrantów z tamtych lat było przeżywanie różnicy. Nie 
było szans na adaptację, na asymilację, na przenikanie nawet do margi-
nesu czy zakamarków Zachodu. Różnica stawała w gardle i wpychała do 
polskiego getta. 

Dzisiaj polscy emigranci nie mają tych kompleksów i choć też jest im 

ciężko, to ich marzeniem jest zdobyć Zachód i albo awansować spo-
łecznie w krajach emigracji, albo przenieść Zachód do nas. Dzisiaj już 
nikt nieznajomości języka nie wynosi na sztandary dumy narodowej, 
a — odwrotnie — dobrą znajomość Europy uznaje się za miarę patrio-
tyzmu. 

Świat się przewrócił. Warto to przeżyć.

26 stycznia 2009

Francuskie perfumy na karku polskiego kołtuna

Kazimierz Marcinkiewicz będzie miał drugą żonę, właśnie się oświad-

czył, ona jest dużo młodsza, zostawił dla niej żonę i czworo dzieci…! 

Nicolas Sarkozy zdymisjonował Rachidę Dati, ministra sprawiedliwo-

ści, symbol nowej Francji, pierwszą francuską imigrantkę, która dotarła 
na tak wysokie stanowisko…!

W standardzie francuskiej demokracji — inaczej niż w Polsce — mie-

ściło się wszystko, co związane jest z Rachidą Dati. Imigrantka na sta-
nowisku ministra! Czy widziałby kto w Polsce kobietę arabskiego po-
chodzenia rządzącą resortem sprawiedliwości?! Nigdy! Po trupie ojca 
Rydzyka! Po drugie: była pierwszą minister, która wyszła z głębokich 
nizin społecznych; dwóch jej braci siedzi w więzieniu za handel narko-
tykami. Ona na urzędzie, a oni pod celą! Czy uchodzi takie bezeceń-

background image

102

stwo w Polsce?! No, nie uchodzi, ojcze dyrektorze, nie uchodzi! Po 
trzecie — zaszła w ciążę i nie chciała powiedzieć, kto jest ojcem dziec-
ka! Czy to możliwe w Polsce? Nigdy! Po trupie Gosiewskiego: przecież 
każde dziecko musi skądś dostawać alimenty! Po czwarte — wróciła do 
pracy pięć dni po porodzie. Skandal! Wzięła becikowe i poszła do ro-
boty, a dziecko płacze! — już widzę, jak Giertych przewraca się w po-
litycznym grobie. I wreszcie: została zwolniona przez Sarkozy’ego, 
ona!, matka dzieciom, jeszcze ma pokarm w piersiach, a już na bruku! 
Napieralski z Olejniczakiem, gdyby rzecz zdarzyła się w Polsce, już by 
zwołali konferencję prasową i wykrzyczeli światu w twarz… każdy co 
innego.

Francuskie standardy demokratyczne pozwalają traktować przypa-

dek Rachidy Dati jako coś normalnego, mieszczącego się w kanonach 
zachowań politycznych i norm obyczajowych. Sama Dati z godnością 
mówi: „Gdy się jest politykiem, nigdy nie jest się właścicielem ani swego 
stanowiska, ani mandatu”. Te słowa mogą imponować, choć wielu przy-
spawanym do swoich stołków polskim politykom (casus Ziobro) nie 
przeszłyby przez gardło.

Planowany ożenek Marcinkiewicza to sprawa o całkowicie odmien-

nym wektorze. Polski kołtun — uliczny, dziennikarski, polityczny — już 
spluwa na polityka, już go linczuje, już potępia. Jan Pospieszalski pisze 
o nim felieton: „Ubolewam, że powiększył grono stu tysięcy ludzi, którzy 
po prostu zwariowali”. Czyli wariat. Który kocha i odchodzi od niekocha-
nej kobiety. Czyli zdrajca — naszych, kołtuńskich, narodowo-klerykal-
nych ideałów! Tfuu! Zawiedliśmy się na was, Atrakcyjny Kazimierzu! 
I już nie warto o was rozmawiać!

W polskim standardzie lepiej by było dla Marcinkiewicza, żeby się 

krył, kamuflował, żeby udawał kochającego męża i ojca w imię politycz-
nej poprawności i pozytywnych związków ze środowiskiem, które go 
stworzyło. Ale on się nie kryje… Ma odwagę mówić o własnym szczęściu: 
„Zamierzam zmienić swoje życie”! Już choćby ta deklaracja zasługuje na 
uznanie, zwłaszcza w kraju, w którym każde odstępstwo od wiązania się 
— jak pisze Pospieszalski — „z opcją polityczną, która ma bardzo wyraź-
ne wskazania aksjologiczne, czyli te dotyczące systemu wartości” trafia 
natychmiast na srogi, ideologiczny odpór. 

background image

103

No, może przesadziłem, nie każde odstępstwo jest dyskutowane. Wczo-

raj ukazały się wyniki badań, wedle których niemal 54% polskich księży 
chciałoby mieć rodzinę, a jedna trzecia przyznaje się do stałych związ-
ków z kobietami. Pospieszalski o tym nie napisze, „anonimowy polityk” 
tego nie skomentuje, ulica będzie zaledwie szeptała — zamiast podjąć 
odważną debatę. Polski kołtun woli wylać na kark litr francuskich per-
fum niż wziąć za wzór francuskie standardy obyczajowości i polityki. 

27 stycznia 2009

Słowa, nie czyny

Wyobraźmy sobie, że w 2007 roku nie było wyborów…
Wyobraźmy sobie, że dalej rządzi nami koalicja, na czele której stoją: 

Jarosław Kaczyński, Andrzej Lepper i Roman Giertych. (Czytelnicy, któ-
rzy w tym momencie poczuli się słabo, proszeni są o zaniechanie dal-
szej lektury.) W rządzie wciąż Grażyna Gęsicka i Joanna Kluzik-Rost-
kowska, na zapleczu Aleksandra Natalli-Świat. Pozostali członkowie 
rządu to osoby nowe, z pierwszego składu nie został nikt, bo Ziobro za-
pudłował własnych kolegów pod chwytliwym PR-owsko hasłem „Aresz-
tujemy wszystkich, zaczynamy od siebie!”. Były minister Janusz Kacz-
marek siedzi w więzieniu w Rawiczu, przekształconym na karny oddział 
dla oligarchów, i stuka przez ścianę zaszyfrowane wiadomości Dornowi, 
którego szczęśliwie posadzono razem z Sabą. Gosiewski — skazany za 
niefortunne użycie słów: „Jarku ty mój” — w ramach robót publicznych 
zamiata peron we Włoszczowie, jedynie Karski zdążył uciec meleksem 
na Cypr i tam podobno montuje rząd na uchodźstwie. Partia Prawo 
i Sprawiedliwość, rządzona silną ręką wodza, uczy się maszerować na 
trasie Żoliborz-Klarysew i śpiewa „Stokrotka rosła polna…” ku wielkiej 
radości odbierającego defiladę pana prezydenta.

Jarosław Kaczyński przeżywa najlepszy okres swojego życia: zapisał 

się na kurs prawa jazdy i dostał kartę kredytową z PKO BP, wprawdzie 
jeszcze jej nie użył, ale już wybiera się do bankomatu. Poza tym, za radą 
Bielana, oświadczył się Szczypińskiej, a ta oświadczyny przyjęła. Młodzi 

background image

104

jeszcze nie sypiają razem, ale „Fakt” i „SuperExpress” już ogłosiły, że 
jako pierwsze będą miały zdjęcia z nocy poślubnej. 

Urbański wciąż jest szefem telewizji, ale Farfał i Rudomino już mają 

swoje pasma — jeden dostał na własność Dwójkę (TV TDP — Tylko Dla 
Polaków), drugi TVP Info, przemianowaną na TV GPS (Grabimy Pod 
Siebie). 

W takiej oto Rzeczpospolitej Obojga Kaczorów, pod rządami twardej 

ręki Jarosława kończy się kadencja parlamentu i kraj stoi przed wybora-
mi. Od dwóch miesięcy nie mamy gazu, gdyż Rosja po wojnie w Gruzji 
i poparciu Sakaaszwilego przez polskiego prezydenta ostatecznie zakrę-
ciła nam kurek. W Europie szaleje recesja, traktat niepodpisany, miesz-
kańcy Unii domagają się wstrzymania pomocy dla Polski, bo sami żyją 
coraz gorzej. Na życzenie wodza zwiększamy deficyt budżetowy soli-
darnego państwa, skacze inflacja, rząd przedstawia projekt ogranicze-
nia uprawnień opozycji, bo „za dużo sobie pozwala”… 

Przedstawiam tę apokaliptyczną wizję, przeczuwając, że w serialu 

spotów telewizyjnych PiS-u pojawią się wkrótce kolejne odcinki: powyż-
sza opowieść nadaje się świetnie na scenariusz propagandowej tele-
noweli, pod tytułem Jak by to było cudownie, gdybyśmy nie przerżnęli 
wyborów…

Na szczęście wybory w 2007 roku odbyły się. Na szczęście odsunięto 

PiS od władzy: więcej szkód partia Kaczyńskiego nie zdołała Polsce wy-
rządzić… Na szczęście dla Polski jedyne, co pozostało z ich dorobku, to 
słowa — nie czyny…

29 stycznia 2009

Modlitwa Sokratesa w Dzierwanach

W czasie tegorocznego Sylwestra profesor Cezary Wodziński prze-

tłumaczył (ze starogreckiego) i przeczytał jedyną chyba modlitwę So kra-
tesa, która przetrwała do naszych czasów. Ponieważ w sobotę jest jego 
wykład w Centrum Kultury: Heidegger i Cellan — o istocie gościn ności 
(godz. 18.00, w Lublinie, oczywiście), to ją tutaj przywołuję, bo warto:

background image

105

Luby Panie, tudzież inni tutejsi
Bogowie! Uczyńcie mi, bym stał się 
Piękny od wewnątrz. A co na zewnątrz
Mam, niech się polubi z tym, co w środku.
Obym za bogacza uważał jeno
Mądrego. A złota niech bym miał tyle
Ile nie zdoła ani unieść, ani znieść
Nikt oprócz mądrze umiarkowanego.
Czy jeszcze nam czegoś trzeba…?

PS. Jutro zaczyna się światowa rewolucja: PiS ma swój zjazd. W dół. 

Zastanawiam się, czy na przekór wszystkim wybrać się do Krakowa i za-
ryzykować próbę wejścia na salę obrad. Jako gość. Bez zaproszenia 
wprawdzie, ale gość; w końcu — partia Kaczyńskiego deklaruje otwar-
tość na nowe środowiska… Jak Państwo sądzą: wpuszczą czy nie? W osta-
teczności mogę się przebrać za kobietę, kobiety mają wjazd na zjazd za 
darmo. Ale serio: korci mnie ta wyprawa coraz mocniej… Posła na Sejm 
chyba nie wyrzucą? Jechać?

30 stycznia 2009

Kraków dzisiaj

Jest tu kilka takich miejsc, do których zawsze wracam. Jednym z nich 

jest ogród przy Muzeum Ziemi z murami Wzgórza Wawelskiego, zamy-
kającego doskonałą perspektywę. Głowa Mitoraja na wewnętrznym 
dziedzińcu jednej z kamienic przy Grodzkiej. Tylna ściana Kościoła Ma-
riackiego, gdy popatrzy się na niego od Floriańskiej; jest tu takie nagro-
madzenie form architektury, jak nigdzie w Polsce. Krużganki u Francisz-
kanów i Dominikanów. Ulica przed kamienicą z mieszkaniem Miłosza 
i jeszcze wiele, wiele.

Rozważając wspólne cechy tych miejsc, uświadomiłem sobie, że ja za-

wsze przyjeżdżam do Krakowa po sezonie. I w zasadzie nie wiem, dla-
czego tak jest właśnie. Może jest jakiś ukryty związek pomiędzy nostal-

background image

106

gią a architekturą starej stolicy Polski? I może dlatego wybieram sto-
sowną do nastroju porę jesieni lub wczesnej wiosny?

 

31 stycznia 2009

Granice polityki

Opozycja polityczna niemal przez cały miniony rok wyśmiewała, usta-

mi swoich liderów, w tym Lecha i Jarosława Kaczyńskich, moją działal-
ność polityczną. Zarzucano mi nie tylko niegodne posła zachowanie, ale 
też chamstwo i cynizm. 

Planując swoją aktywność polityczną, założyłem, że istotną jej częścią 

będą happeningi, prowokacje, pastisze i inne lekkie formy, dzięki któ-
rym — w dobie tabloidyzacji — posłowi z Lublina łatwiej jest przedostać 
się do uszu opinii publicznej. I choć wielokrotnie tłumaczyłem, że na 
przykład celem konferencji prasowej z wibratorem i pistoletem był pro-
test przeciwko nadużyciom o charakterze seksualnym w lubelskiej poli-
cji: przeciw gwałtom i molestowaniu zatrzymywanych, ale także pra-
cowników policji, to zawsze napotykałem jedynie oburzenie i niechęć 
do zrozumienia sensu moich działań. Podobnie było w przypadku py-
tań o zdrowie prezydenta, koszulki z napisem „Jestem gejem”, przynie-
sionego do studia świńskiego ryja i innych komentarzy.

Dziś mogę powiedzieć, że moi najbardziej zagorzali przeciwnicy zgi-

nęli od własnej broni. Słyszę zdanie, że „ukradłem im show”! Na na-
szych oczach okazało się bowiem, że kongres Prawa i Sprawiedliwości 
był tylko happeningiem, a ja przeszkadzałem w jego medialnym nagłoś-
nieniu! I o to mają do mnie żal…

Zjazd PiS stał się formą odwrócenia uwagi od rzeczywistych proble-

mów pogrążonej w kryzysie partii. Miał rzekomo programowy charak-
ter, miał kształt panelu — czyli w zamyśle: dyskusji — a ograniczył się do 
wypunktowania problemów, które Jarosław Kaczyński nakreślił, siedząc 
w willi po Gierku. W niczym, nawet o centymetr nie rozwinięto myśli 
Wodza. W niczym ich nie zmieniono, nie przedyskutowano — bo prze-
cież gotowy program rozdawano delegatom na samym wstępie! Partia 

background image

107

wszak nie po to drukowała tekst, żeby teraz go kontestować… W głośno 
promowanym niedzielnym wystąpieniu prezesa też nie usłyszeliśmy 
kongresowych reminiscencji; Wódz mówił, co sam chciał, a nie to, co 
przekazać światu chciałaby jego partia.

To był — jak mówią młodzi — pic na wodę, fotomontaż. To chwyt 

marketingowy ze starych podręczników: odświeżyć markę, zrobić za-
mieszanie, sprzedać ten sam produkt pod nową nazwą. W idei kongresu 
à la

 PiS nie chodziło o dyskusję, nie o dialog wewnątrzpartyjny — to 

miał być pokaz jedności partii, pokaz siły Wodza. To był spektakl dla 
idiotów, w którym aktorzy udają spór, w którym Wódz-reżyser rozdziela 
role, w którym scenariusz nie przewiduje żadnych korekt, a oklaski za-
pewnia firma od „organizacji widowni”. 

Lider PiS-u próbował przedstawić nam własne poglądy z 2005 roku 

— wówczas elementy programu wyborczego partii — jako coś całkiem 
nowego. Już raz miał szansę zrealizować te obietnice, już raz mógł poka-
zać, co potrafi. Nie pokazał. W sobotę i niedzielę chciał powtórzyć tę 
samą sztuczkę sprzed lat, choć w nowej wersji opakowania. W spektaklu 
w Nowej Hucie wszystko było wyreżyserowane, wszyscy ucharakteryzo-
wani i przebrani. Jedynym celem przedstawienia było: ponownie do-
rwać się do władzy. 

Wszystkie partie ksenofobiczne czują największy lęk przed śmieszno-

ścią, boją się humoru, który obnaża ich zakłamanie, boją się żartu, bo 
żart jest ich katem. Nie dziwi mnie więc ani oburzenie na moją prowo-
kację (patrz: Lipiński, Cymański, Kurski, Brudziński), ani odrzucenie 
poważnej propozycji szefa rządu, premiera Tuska, by porozmawiać 
o realnym projekcie działań rządu przeciwko kryzysowi. Obłuda PiS-u 
wylazła z butonierki Jarosława Kaczyńskiego — tej w marynarce krojo-
nej na jego wielkość i pod kolor oczu. 

To jedyny pożytek z kongresu: Wódz ma nową marynarę i buty.

2 lutego 2009

background image

108

Wodziński: czy możliwa jest rozmowa po Auschwitz?

Sobotni lubelski wykład profesora Cezarego Wodzińskiego poświęco-

ny był spotkaniu Paula Celana i Martina Heideggera w chacie filozofa 
położonej w schwarzwaldzkiej miejscowości Todtnauberg. Był rok 1967. 
Celan, urodzony w Czerniowcach niemieckojęzyczny poeta żydowskie-
go pochodzenia, uważany przez Theodora Adorno za jedynego, który 
potrafił przemówić po tym, co wydarzyło się w obozach koncentracyj-
nych w drugiej wojnie światowej, spędził kilka godzin w obecności Hei-
deggera.

Poeta i myśliciel spacerowali po mszarach, siedzieli przed chatą 

i w chacie. Nie padło pomiędzy nimi żadne słowo. Obydwaj milczeli ina-
czej o tym samym. O niemożliwości bycia człowiekiem obecnym — po 
wojnie. Takiej wojnie.

Na koniec spotkania Celan dokonał wpisu do księgi gości. I jakiś czas 

później — zanim zmarł samobójczą śmiercią w wodach Sekwany — na-
pisał o tym spotkaniu wiersz: Todtnauberg  (Góra Śmierci). Pozwalam 
sobie przywołać jego najbardziej poruszający fragment:

w tej
chacie
do tej księgi
— czyje wzięto nazwiska
przed moim — ?
ta do księgi wpisana linijka
z nadzieją, dzisiaj,
na myślące, które
w sercu wzbiera
słowo

Tłumaczenie: prof. Feliks Przybylak
Niektórzy ludzie mają w sobie taką moc, że wystarczy pomilczeć przy 

nich i w sercu rodzi się słowo.

3 lutego 2009

background image

109

Wczoraj Parczew, dzisiaj Chełm

Kontynuuję swój poselski objazd po powiatach Lubelszczyzny, tylko 

czasami przyjmując zaproszenia z innych stron kraju. Wczoraj w Par-
czewie, dziś w Chełmie, w piątek będę w Terespolu, w minionym tygo-
dniu miałem spotkania w Lubartowie, Hrubieszowie, Kraśniku i Białej 
Podlaskiej. Przychodzą tłumy, nierzadko sporo ponad 300 osób! Można 
powiedzieć, że w miejscowościach zamieszkałych przez kilka tysięcy 
osób przychodzą na te spotkania wszyscy, którzy żywo interesują się 
życiem publicznym, z niemal każdej rodziny po jednej osobie. 

Co mnie cieszy najbardziej — obecność bardzo wielu młodych ludzi, 

którzy nie boją się udziału w długich dyskusjach o Polsce. Dla mnie 
spotkania z nimi są i ważne, i ciekawe. Zawsze — są bardzo emocjonują-
ce! Ich uczestnicy mają odwagę zarówno krytykować, jak i popierać 
moje stanowisko. Mam wrażenie, że po dwóch, trzech godzinach roz-
mowy większość intencji, które przedstawiam, jest akceptowana, i że 
dla obu stron jest to zdecydowanie korzystniejsze niż rozmowy za po-
średnictwem mediów. W Parczewie czy Hrubieszowie możemy spokoj-
nie wyjaśniać sobie wszystko, niepoganiani przez prowadzącego pro-
gram i terminarz emisji spotów reklamowych PiS-u (PiC-u?)… 

Mój plan na rok 2009 to mniej więcej sto spotkań na terenie całego 

kraju. Oczywiście w Warszawie czy w Lublinie na spotkaniach bywa 
znacznie więcej osób, a to oznacza, że w tym roku spotkam się bez-
pośrednio z ponad 50 tysiącami ludzi. Można powiedzieć, że to znacz-
nie poniżej jednodniowej frekwencji na moim blogu, nie mówiąc już 
o widowni programów telewizyjnych, w których uczestniczę. A jednak 
te spotkania są kluczowe! Są znacznie żywsze i zmuszają do dużo głęb-
szej refleksji — i refleksu! — niż wiele debat w telewizyjnych studiach. 
Tu, w bezpośrednim kontakcie, zasadniczo weryfikuje się wszystkie 
poglądy. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić skuteczności w komunikacji 
w mediach bez ostrej rozmowy z ludźmi w tych miastach, miastecz-
kach i wsiach. 

Pan jesteś cham! — z jednej strony. Kochamy pana! — z drugiej. Nie 

ma takich tekstów w mediach innych niż Internet i w innych okoliczno-
ściach niż bezpośredni kontakt! Mam wrażenie, że jesteśmy w bardzo 

background image

110

interesującej dla życia obywatelskiego fazie „postpolityki” — albo, mó-
wiąc językiem marketingu: w fazie „polityki 2.0” — wyborcom już nie 
wystarczają kontakty poprzez prasę, ekran i głośnik, już nie chcą być 
biernymi odbiorcami komunikacji (najgorzej, gdy tylko raz na cztery 
lata…), oni chcą i mocno żądają interaktywności! Chcą bezpośredniego 
zwarcia; jak w pokerze: mówią „sprawdzam” i sprawdzają rzeczywiście. 

Wkraczamy w nową jakość polityki, panie i panowie posłowie i sena-

torowie! Nasi wyborcy już tak łatwo nie „kupują” politycznego image’u, 
który kształtuje telewizja i kolorowa prasa. Są bardziej wymagający, inte-
ligentniejsi, więcej od nas oczekują. „Na marynarkę” nie polecą, jeśli 
wolno posłużyć się aluzją. Ale na ładne uśmiechy, na okrągłe słówka i wi-
zyty od wielkiego święta — też się nie godzą. Oczekują kontaktu, uczest-
nictwa, bezpośredniości. Ta zmiana relacji jest coraz głębsza i zwłasz cza 
rządząca krajem Platforma Obywatelska nie może jej nie dostrzegać.

4 lutego 2009

Kaczyński, czyli polska lewica

Choć rzadko zgadzam się z diagnozami Piotra Zaremby, to muszę 

przyznać, że teza, iż PiS jest w gruncie rzeczy formacją w stylu lewico-
wym, socjaldemokratycznym (postawiona we wczorajszym „Dzienni-
ku”), wydaje się prawdziwa. Warto dodać, że PiS zawsze taki był, choć 
teraz — w nowej retoryce i z tzw. nowym programem — jest to dużo bar-
dziej widoczne. 

Silne państwo wyręczające obywateli (interweniujące, opiekuńcze, 

organizujące i tak dalej) to teza obecna w programie PiS-u od początku. 
Nastroje recesji mogą sprzyjać takiemu myśleniu i nadzieje prawico-
wego dziennikarza, że PiS, jako lewicowa formacja, ma szanse powrotu 
do władzy, są dosyć logiczne. Jednak miłość własna liderów PiS-u nie 
pozwala im zobaczyć, że jednocześnie dotychczasowe sukcesy tej for-
macji wynikały właśnie z ucieczki przed etykietą lewicowości. 

Alians z Rydzykiem (też ideowym socjalistą według definicji Zarem-

by) bardzo pomagał to ukryć propagandzistom Kaczyńskiego. Od tezy 

background image

111

o silnym państwie — zdolnym i chętnym do używania wszystkich me-
chanizmów stymulujących rynek — do ręcznego sterowania gospodarką 
wbrew pozorom jest jednak całkiem niedaleko! Dlatego tak przestrze-
gam przed schowanymi za sztandarem prawicy lewicowcami z PiS-u: 
lepiej jest myśleć o państwie silnym, ale siłą swoich obywateli. Polska 
jest dla obywateli, a nie obywatele dla Polski! Sprawny organizm pań-
stwa ma wspierać wolnych, pewnych swojej podmiotowości, wyposażo-
nych w pełnię praw — i korzystających z nich! — obywateli.

Według PiS-u byłoby najlepiej, gdyby obywatele stali się narzędziem 

w rękach silnego państwa, kontrolowanego, a jakże, przez Kaczyńskich. 
Nasz punkt widzenia jest skrajnie odmienny: to państwo powinno być 
narzędziem w dłoniach obywateli. 

5 lutego 2009

Nie bierzmy tych pieniędzy!

Zawiesić czy nie zawiesić? Aż ponad 80% Polaków zgadza się z propo-

zycją Platformy Obywatelskiej dotyczącą zawieszenia dofinansowania 
działalności partii politycznych na okres dwóch lat. W tej sprawie rzu-
cono już na stół niemal wszystkie argumenty. My — że przyzwoitość 
nakazuje, że powinniśmy dać przykład, że nie ma sensu wyrzucać pie-
niędzy na igrzyska medialne w postaci billboardów i spotów. Nasi opo-
nenci — że to pierwszy krok do korupcji, że zamykamy usta opozycji, że 
zlikwidujemy życie polityczne, a wreszcie — że to tylko my sami powin-
niśmy oddać dotację i przestać zawracać głowę innym.

Można by powiedzieć: po co ten raban, skoro chodzi tylko o 200 mi-

lionów złotych… Niby w skali budżetu mało, ale pamiętam czasy, kiedy 
PiS znacznie mniejsze kwoty przeliczał na szkolne śniadania i obiady. 
Niby nic, jak mówią oponenci, a jednak to ich boli, a jednak są jak przy-
spawani do dotacji, choć to Platforma straci na zawieszeniu najwięcej. 

Ja jednak myślę, że debata nad sposobem finansowania partii jest 

Polsce bardzo potrzebna. Z dwóch powodów. Pierwszy — dzisiejsze do-
tacje, kierowane wyłącznie do ugrupowań, które przedostały się do parla-

background image

mentu, zamykają dopływ nowych ludzi i świeżych idei do realnej poli-
tyki. Kilkusetosobowa grupa działaczy czterech—sześciu partii stworzyła 
przez lata hermetyczną kastę, do której wnętrza nie przenika żadna 
nowa formacja. Dziś, gdy tak wielką rolę odgrywają media, młode ugru-
powania — choćby dysponowały znakomitym programem i wieloma 
osobowościami — nie przedostaną się przez wyborcze sita. Właśnie z po-
wodu braku pieniędzy. Mogą wejść, ale tylko w koalicjach z silnymi 
ugrupowaniami, a przecież nie każdy chce godzić się na alianse.

Po drugie — istniejący sposób dotowania partii przez podatników 

sprawia, że każdy z nas łoży nawet na te partie, które powodują w nim 
odruch wymiotny. To niemoralne: z podatków Jarosława Kaczyńskiego 
finansuje się przecież moją partię! Dlaczego państwo w moim imieniu 
rozstrzyga, że ja z kolei mam sponsorować PiS? Ja nie chcę płacić pu-
blicznej daniny na partię Kaczyńskiego! Nie życzę sobie tego! Ale w do-
tychczasowej formule — mogę sobie tym wnioskiem wytapetować sie-
dzibę PO w Lublinie, za pieniądze sympatyków SLD, SDPL, PSL, PD 
i PiS, rzecz jasna…

Zdecydowanie lepszy jest model finansowania partii oparty na zasa-

dach przekazywania darowizn na rzecz organizacji pożytku publicz-
nego. Nie wiem ile — to trzeba by rozważyć — może jeden procent, pół 
procenta, może kilka promili od wartości podatku PIT (lub PIT i CIT) 
powinniśmy mieć prawo przekazać na rzecz wskazanej partii politycz-
nej. Chcę się opodatkować jako sympatyk partii — płacę. Nie chcę — nikt 
mnie nie zmusza. Ale to tylko początek systemu. Druga jego część po-
winna być związana z transparentnością. Każda wpłata przekazana par-
tii musiałaby zostać odnotowana na jej stronie internetowej lub stronie 
Krajowej Komisji Wyborczej. Imię, nazwisko, adres, wysokość wpłaty 
przekazanej wraz z rozliczeniem podatkowym. Każda wpłata od firmy 
— również.

Co zyskujemy? Swobodę wyboru, jawność, przejrzystość zasad, ucz-

ciwość i równe szanse dla wszystkich podmiotów gry politycznej. Może 
trzeba, żebyśmy doprowadzili do tego rozwiązania szybko i w zgodzie 
ze zdrowym rozsądkiem, oddając dziś budżetowi państwa — nam wszyst-

Protest przeciwko ksenofobii i szczuciu w IV RP 

(© Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

background image

113

kim! — te fundusze, które dostajemy trochę dzięki własnemu, kastowe-
mu przywilejowi rozdzielania pieniędzy. Sami je sobie daliśmy — i sami 
je sobie odbierzmy. 

Co państwo na to, panie i panowie przewodniczący i prezesi?

6 lutego 2009

Hieny wychodzą na żer

A gdyby Tobie terroryści zabili kogoś bliskiego? Czy potrafiłbyś zabić 

w akcie zemsty? Czy chciałbyś pomścić jego śmierć?

Kiedy stawiam sobie te pytania, sprawa życia lub śmierci polskiego 

inżyniera w Pakistanie nie jest jeszcze wyjaśniona. Nie jest, ale politycz-
ne sępy już żerują. Już pośpieszył z epitetami wielki piewca Samoobro-
ny, dziś przyboczny Kaczyńskiego — Ryszard Czarnecki. Jeszcze niczego 
nie wiadomo na pewno, ale Czarnecki już wydał wyrok: to nie talibowie 
zabijają, to Tusk. W podobnym duchu głos zabrał generał Roman Polko, 
wybitny żołnierz, ale i showman zarazem (Nieustraszeni w Polsacie), 
także z otoczenia Kaczyńskich. Generał również wie, kto popełnił błąd, 
choć z akcją ratowania Polaka wiele wspólnego nie miał. Inna politycz-
na hiena, Mirosław Orzechowski z LPR, także rusza na żer. Najpierw 
„ma nadzieję w Bogu Miłosiernym”, że porwany Polak jednak żyje (po-
dając jego pełne personalia…), później z tym samym miłosierdziem 
wskazuje palcem winnego, rozmazując na nim krew ofiary. Do tego gro-
na dołączył też poseł Paweł Kowal z PiS-u, wysuwając zastrzeżenia do 
działań zaangażowanych w sprawę polityków.

Czarnecki i Orzechowski wypowiadają wprawdzie słowa nadziei na 

cud, ale oporów przed politycznym żerowaniem nie mają żadnych: win-
nym śmierci Polaka jest rząd, premier i Platforma. Oni obaj zdają się 
modlić o jego śmierć, bo tylko wówczas będą mogli czynić nad nią swo-
je tańce. Ocalenie pokrzyżowałoby sępom i hienom ich plany: już prze-
cież szukają politycznego trupa, już chcą jego krwi…

Zarówno Polko, jak i Czarnecki, Orzechowski czy Kowal, a przede 

wszystkim — talibowie wiedzą to samo, co wie i Tusk: z terrorystami się 

background image

114

nie negocjuje, terrorystom (oficjalnie) żaden rząd nie płaci. To jest za-
sada cywilizowanego świata. Talibowie ją znają i jeśli decydują się po-
rwać kogoś dla okupu, to swoje działania dostosowują do tej zasady, 
wpisując ją do warunków negocjacji z „niewiernymi”. Nie byłoby po-
rwań dla okupu — finansowego lub politycznego — gdyby nie było pre-
cedensów z zapłatą dla terrorystów. Ale też gdyby nie ta nadrzędna 
zasada, gdyby nie maksymalna twardość w postępowaniu z bandziora-
mi, podobnych aktów terroru byłoby znacznie więcej. Nikt nie mógłby 
czuć się bezpiecznie: ani Czarnecki na ciepłej posadce w Brukseli, ani jego 
towarzysze z Samoobrony opalający się na arabskich plażach, ani żaden 
polski turysta w świecie.

Czekam na oficjalne wiadomości z Pakistanu tak samo, jak każdy Po-

lak: z zaciśniętymi w bólu i wściekłości pięściami. Ból i wściekłość mogą 
prowadzić do zemsty lub przebaczenia. Może więc powinniśmy się 
mścić, może powinniśmy przebaczyć… Ale nie żerować! Póki nie jes-
teśmy hienami… 

Panów Czarneckiego, Orzechowskiego i Kowala pytam zatem: czy 

bylibyście gotowi — w akcie zemsty — zabić osobiście tych czterech tali-
bów, których uwolnienie było warunkiem uwolnienia Polaka? Czy wy 
sami bylibyście gotowi zapłacić terrorystom okup z własnych pienię-
dzy? Zapłacilibyście — wiedząc, że precedens tej zapłaty zachęci kolej-
nych bandziorów do kolejnych porwań i kolejnych nieszczęść, obciąża-
jąc Was odpowiedzialnością za każdy następny akt terroru?

8 lutego 2009

Czy? Jak?

Wiadomości są złe, najgorsze. Bandycka horda talibów zabiła porwa-

nego Polaka. Zabiła, bo rząd w Pakistanie nie chciał wymienić czwórki 
zbirów na jednego porządnego człowieka. Zabiła, bo życie w tym regio-
nie świata nie ma żadnej wartości. I chociaż Koran (17:33) rzecze: „Nie 
zabijajcie nikogo, kogo Allah zabronił zabijać, z wyjątkiem słusznej spra-
wy”, odwrócili się od Koranu i zabili bezbronnego z imieniem Allaha na 

background image

115

ustach. A przecież nie ma takiej „słusznej sprawy”, która nakazywałaby 
zabijać niewinnego.

Po zamachach w Monachium Żydzi postanowili sami wymierzyć 

sprawiedliwość sprawcom. Po zamachu na World Trade Center Bush 
postanowił ścigać terrorystów na całym świecie, do ostatniego. Po za-
machu na Jana Pawła II — Papież, jego jedyna ofiara, dokonał aktu prze-
baczenia… 

Czy odpowiemy na TEN mord? Jak odpowiemy? 

9 lutego 2009

Taka była piękna sobota…

Napisałem poniższą impresję w sobotę, zanim przetoczyły się przez 

Polskę dramatyczne doniesienia o śmierci geologa. I jeśli załączam ją 
dzisiaj, to głównie z chęci znalezienia w sobie i przywołania obrazów in-
nych niż zbrodnia, jej potworność i hańba towarzysząca kupczeniu przez 
dziennikarzy filmem z egzekucji. A jeszcze w sobotę było słońce… 

Kilka dni temu ukazał się bardzo dobry i jasno napisany tekst profe-

sor Jadwigi Staniszkis. Pomyślałem, że życie pełne jest jednak zaskaku-
jących zwrotów i nieplanowanych zdarzeń, i snując dalsze dywagacje 
przy lekturze opinii Pawła Śpiewaka, zamarzyłem o tym, by w końcu 
także i jemu jakaś diagnoza sprawdziła się w empirii, o co tak zawsze 
martwił się Donald Tusk, kiedy jeszcze wszyscy byliśmy w opozycji. 

Więc może, i tu puściłem wodze fantazji, Jarosław Kaczyński na-

prawdę nie będzie już nikogo obrażał, tropił i nikomu niczego nikczem-
nie nie będzie wmawiał? Może rzeczywiście, przepraszając, zmieni nie 
tylko wizerunek, ale i siebie? A dlaczegóż by nie? Życie jest przecież tak 
niesamowite! Ludzie się zmieniają, klimat się zmienia… Trafił nam się, 
na początku lutego, piękny, ciepły dzień, niemal wiosenne słońce i nie-
bo jak nad Florencją… Wszystko jest możliwe! W dobrym nastroju 
machnąłem ręką nawet na opinię profesora Bartoszewskiego zapyta-
nego, czy przyjmuje przeprosiny inteligencji od Kaczyńskiego, a która 
sprowadzała się do, mądrej skądinąd, konstatacji (ulubione słowo Moni-

background image

116

ki Olejnik!), że jak ktoś został obrzygany, to przeprosiny może przyjąć, 
owszem, ale obrzyganym pozostanie nadal…

I w takim to stanie promiennego, omalże florenckiego uniesienia wy-

brałem się na sobotni spacer po starym lubelskim mieście. W pewnej 
chwili podszedł do mnie nieznajomy mężczyzna i wyciągając rękę po 
parę złotych zakrzyknął: ch.. w d… Kaczyńskim, Rydzykowi i innym na-
uczycielom!

Znaczy: wiosna idzie. Wszystko pozostanie po staremu. 
…i nawet dramat tej zbrodni i polityczne reakcje na nią wpisały się 

jako dowód: wszystko pozostało po staremu. Każdy powiedział to, czego 
się po nim spodziewano…

10 lutego 2009

Chłopcy farfałowcy: Teraz K…a My!

W końcu grudnia wiceprezes TVP, Tomasz Rudomino, zapowiadał: 

„Zwolnienia w Telewizji Polskiej będą tylko tam, gdzie okaże się to nie-
zbędne”… I okazało się, że z punktu widzenia chłopców farfałowców 
niezbędne jest zwolnienie już bodaj dwunastu dyrektorów ośrodków 
TVP w kraju i co najmniej ośmiu dyrektorów w telewizyjnej centrali. 
Pozostali — drżą o własny los.

W taki oto sposób publiczna telewizja znalazła się w sytuacji węża 

zjadającego własny ogon. Najpierw Prawo i Sprawiedliwość zżarło złogi 
gierkowsko-gomułkowskie w radiu i TVP, odbierając telewizję lewicy. 
Nastały czasy Wildsteina i Urbańskiego, znaczone propisowską podleg-
łością i przepychankami wewnątrz zarządu spółki i rady nadzorczej. 
W efekcie tych tarć do władzy doszły przystawki PiS — Samoobrona 
i LPR z byłym neonazistą, ledwie już dychające, dla których jakakolwiek 
władza w mediach jest ostatnią szansą na przetrwanie. Przystawki, za-
wdzięczające Kaczyńskiemu cały miód, jaki można znaleźć w publicz-
nej telewizji, zajmują się dzisiaj przede wszystkim likwidacją złogów pi-
sowskich, nie bacząc na koszty zwolnień i odpraw. Płaci się i nowym, 
i hurtowo zwolnionym dyrektorom, narzekając jednocześnie na kłopoty 

background image

117

finansowe. PiS tymczasem — wiedząc, że w marcu kończy się formalnie 
okres zawieszenia byłych członków zarządu z Urbańskim na czele — już 
kombinuje z SLD… jakby tu wrócić do władzy w mediach i wymieść do 
czysta farfałowców. I znów ruszy polityczny najazd na stołki, zwolnie-
nia, odprawy i narzekania na stan finansów.

Historia to niebywała. Nadaje się na scenariusz serialu T jak TKM!

w pierwszym odcinku lewica sponiewierana przez Kaczyńskich, w dru-
gim Kaczyńscy zjedzeni przez przystawki, w kolejnym: przystawki zje-
dzone przez Kaczyńskich we współpracy z lewicą — w ostatniej części 
lewica połyka Kaczyńskich z przystawkami i wszystko wraca do normy, 
czyli Kwiatkowskiego z Czarzastym… 

Serial T jak TKM przybiera formę groteski. Wyciągani są kandydaci 

z najodleglejszych szeregów menedżerskiej sprawności — windykatorzy, 
cukrownicy, specjaliści od wodociągów i bokserzy, których jedyna wie-
dza o telewizji bierze się z faktu zwycięstwa nad żoną w walce o domo-
wego pilota. Awansują koledzy Farfała i Giertycha, jakieś pociotki Lep-
perów i Borysiuków, jacyś wszechpolscy znajomkowie i kolesie. Wszyst-
ko to pod szyldem przywracania misji, walki o widza, ramówkę, Pegaza 
i normalność.

Jaka jest recepta? Rozwalić to polityczno-telewizyjne szambo. W dro-

biazgi! Rozpędzić na cztery wiatry Farfałów, pociotków, bokserów, 
wszechpolaków i innych cwaniaków. Powołać nową, rozsądnie zorgani-
zowaną, nowoczesną telewizję — albo w ogóle zrezygnować z publicznej 
TV. Na wzór państw, które publicznych mediów nie mają. I jakoś żyją.

12 lutego 2009

Głupcy i pieniądz!

Rosnąca liczba idiotycznych recept i pomysłów na kryzys oderwa-

nych od jakichkolwiek danych i realiów powoduje, że wkrótce sami wy-
wołamy polską depresję. To dopiero ironia losu: kryzys najpierw sam 
nie chciał przyjść, ociągał się i wciąż się w Polsce lekko ociąga — szalejąc 
w całym świecie — ale my zaraz go tu sprowadzimy i sprawdzimy! Polak 

background image

118

potrafi! Nie takie nieszczęścia ściągaliśmy już sobie na głowę, nie takie 
problemy zrzucaliśmy sobie na ten nasz zakurzony łeb, żebyśmy jakie-
goś tam kryzysu nie dali rady wywołać! Oj, wywołamy! Wywołamy, mó-
wię Państwu, a jak kto nie wierzy, to… uwierzy rychło!

Zabrać pieniądze polskich banków z lokat zagranicznych, gdyż są po-

trzebne tutaj, w ojczyźnie naszej najjaśniejszej — woła niejaki Wojciech 
Kwaśniak (specjalista z PiS-u, słusznie się Państwo domyślają: doradca 
prezesa Skrzypka). Kwaśniak podlewa nacjonalistycznym sosem swoją 
troskę i „mądrość”, zapominając sprawdzić twarde dane. Sprawdziłem 
za niego: aktywa polskich banków za granicą to mniej więcej 80 miliar-
dów. Aktywa zagranicznych banków w Polsce to mniej więcej 210 mi-
liardów. Mamy zatem na plusie 120 miliardów! Jak zaczniemy je tutaj 
ściągać, to raczej stracimy na tych operacjach, niż zyskamy. 

I co robić z takim ignorantem, który się uwziął, by ściągnąć tu kryzys 

choćby na siłę?

Inny przykład: bezrobocie w Polsce w styczniu bije rekordy, bez pracy 

kolejnych 160 tysięcy osób! To rekord — piszą piątkowe gazety! Niejeden 
przedsiębiorca w Polsce wystraszony tymi informacjami jeszcze dziś pew-
nie zamyślił zwolnić pracowników, choć zanim kupił gazety, nie miał ta-
kiego zamiaru. Sprawdzam ponownie, u źródeł: jak było przed rokiem? Jak 
to w ogóle jest — w styczniu? Otóż w styczniu zawsze występuje skok bez-
robocia, w ostatnich latach nierzadko… o 100 tysięcy. Mamy więc, owszem, 
przyrost bezrobocia, ale wynosi on 60 tysięcy, a nie 160 tysięcy…

Powiem Wam — kryzys tkwi w nas. On czai się w pierwszej kolejności 

w naszych umysłach. To my sami potrafimy go wywoływać i pogłębiać: 
poddając się, popadając w zniechęcenie, przyjmując filozofię małej wia-
ry we własne umiejętności i zaradność. To my, w przeciwieństwie do 
Amerykanów, gotowi jesteśmy zacząć już zrzędzić i biadolić, zamiast 
odganiać od siebie złe myśli, zamiast budować w sobie siłę przetrwania. 
Nie poddając się nigdy w najcięższych i krwawych wojnach, zbyt łatwo 
poddajemy się emocjom małych potyczek, szukając łatwych recept za-
miast sprawdzonych informacji, narzędzi i sposobów.

Kryzys jest po to, byśmy wyszli z niego mocniejsi i jeszcze sprawniejsi. 

Kwaśniak może marudzić, może marudzić opozycja „grająca na kryzys” 
i myśląca o wyborach, nie o ludziach, ale nam pozostałym nie wolno 

background image

119

kupować tej atmosfery! Nie możemy poddać się mocy samospełniającej 
się przepowiedni, bo przerżniemy cały dorobek polskiej koniunktury. 
To nie żaden kryzys, to depresja, przez którą trzeba i można przejść 
z pozytywnymi emocjami. Jesteśmy w końcu tygrysem Europy, a nie 
strusiem.

15 lutego 2009

Nieudana palikotyzacja PiS

Koniec z palikotyzacją polskiej polityki! — zdecydował Jarosław Ka-

czyński. Nie będziemy używać dosadnego języka, nie będziemy insynu-
ować, dociekać prywatnych spraw polityków, nie będziemy kłócić się, 
konfliktować, szukać okazji do ujawnienia słabych stron konkurencji 
i opisywania wszystkiego w języku spiskowej teorii dziejów oraz włas-
nych fobii. Koniec z tym wszystkim!

Otóż to wszystko, z czym pragnie zerwać Wódz — stanowczo oświad-

czam — nie ma nic wspólnego z palikotyzacją! To wyłącznie populi-
styczny i ksenofobiczny język, który do polityki wprowadzili bracia 
Kaczyńscy i ich polityczne zaplecze. Język, którego liczne przykłady 
z przeszłości przytoczyłem tu w jednym z felietonów, wracając na mo-
ment do „łże-elit” i innych „burych suk”. To z taką retoryką — z własną 
retoryką! — pragnie zerwać prezes PiS-u, a w ślad za nim jego brat-pre-
zydent i cała ich świta. Swoją drogą talent bliźniaków do przeinaczania 
i wmawiania ludziom, że własna słabość to cechy ich przeciwników, jest 
naprawdę godny podziwu. 

Czym zatem jest palikotyzacja? Mnie, jako ojcu duchowemu tego po-

jęcia, wypadałoby precyzyjnie je zdefiniować… I tak też czynię: pali-
kotyzacja to multimedialna forma przekazu używana do prezentacji 
ważnych spraw społecznych. Jej istotą jest używanie silnych hiperboli, 
z zastosowaniem narzędzi i zasad komunikacji współczesnych mediów! 
Przejaskrawianie służące zwracaniu uwagi na sprawy, które rzadko do-
strzegamy lub których dostrzegać „nie wypada” — patrz: słynne pytanie 
o zdrowie pana prezydenta, do dziś czekające na odpowiedź. I to właś-

background image

120

nie proszę określać terminem „palikotyzacja”, a nie proste jak cep bon 
moty Jarosława Kaczyńskiego i ksenofobiczno-populistyczny język ko-
munikatów jego zwolenników w rodzaju Brudzińskiego, Dorna, Lep pera 
czy Giertycha. 

To zaś, co proponuje nam dzisiaj Prawo i Sprawiedliwość, nie jest ani 

palikotyzacją, ani platformizacją polityki. To jest czysty marketing poli-
tyczny z elementami cynizmu w stylu Jerzego Urbana z czasów stanu 
wojennego. Cóż bowiem się dzieje? PiS z dnia na dzień zmienił — pal 
licho garnitury i puder — własne poglądy. Dziś nie jest to partia spra-
wiedliwości! W lutym 2009 to partia postępu i partia rozwoju, ugrupo-
wanie wielkiej troski o gospodarkę! Z dawnego PiS-u została już tylko 
nazwa. Nie tropienie układu i nieprawości, a wykorzystanie środków 
europejskich, nie pomoc najsłabszym w imię solidarności, lecz obrona 
interesów klasy średniej, nie reformy i zmiany w celu wzmocnienia 
państwa, a jedynie niezbędne regulacje gwarantujące rozwój! Jednym 
zdaniem: to już nie PiS, to… PO! 

Kaczyński spostrzegł fiasko swojej dotychczasowej polityki. Uznał 

własną porażkę i postanowił wejść na pole zagospodarowane przez Plat-
formę Obywatelską, widząc tu dla siebie nowe polityczne żerowisko. 
Dostrzegł, że Polska jest nowoczesna, że używa Internetu, że nie chce 
być państwem na podsłuchu i że wybrała Europę, a nie Ciemnogród. 
Kaczyński szuka punktów przed wyborami i stosuje marketingowy re-
launch własnej marki. Zapomnijcie, kim byliśmy! Zapomnijcie o naszej 
przeszłości! Teraz będziemy proeuropejscy! Teraz zrobimy spot o na-
szych kochanych oligarchach! Dzisiaj w jedności siła! Nie można dzielić 
Polski na solidarną i liberalną, Polska jest jedna! I tylko czekać, aż pad-
ną słowa: niech żyje Front Jedności Narodu!

To jest dzisiejsza śpiewka polityczna Prawa i Sprawiedliwości. Ich 

najnowszy marketingowy chwyt za gardło. Wypada mi pogratulować 
doradców i podziękować w imieniu całej formacji za poparcie naszego 
programu i za jego promocję z własnych środków. Moim zdaniem ten 
chytry plan przejęcia elektoratu PO, zakładający słabnięcie partii rzą-
dzącej w okresie depresji gospodarczej, ma jedną wadę. Otóż panie pre-
zesie Kaczyński: wódka nie może stać się winem! To zbyt duża zmiana 
i przez to zupełnie niewiarygodna. Taka próba skończy się czymś w ro-

background image

121

dzaju „napojów alkoholowych” (że użyję ulubionego dziś języka PiS — 
języka marketingu), czyli dolnej półki w kategoriach wódek, a nie wkro-
czeniem do głównego segmentu konkurencji, czyli stania się atrakcyj-
nym winem. Jarosław Kaczyński jako burgund to naprawdę jest przegię-
cie! Zwłaszcza, gdy jednocześnie powstaje miejsce po dawnym PiS-ie, 
które ktoś wkrótce zajmie… 

Ja nie miałbym nic przeciwko temu „przepakowaniu” partii Kaczyń-

skich. Zawsze to jakaś próba otwarcia, czyli wyjścia poza dotychczasowe 
schematy i własny grajdoł. I choć prawie niemożliwa — jest lepsza niż 
dreptanie w miejscu. Gdyby jeszcze, na zasadzie efektu ubocznego, cała 
ta akcja zmiany politycznych piórek przyniosła nam podpisanie trakta-
tu lizbońskiego i zgodę na wprowadzenie euro, to Polska byłaby wdzięcz-
na! Nie miałbym więc nic przeciw tym sprytnym zabiegom, gdyby nie 
moja, naiwna może, niezgoda na ich wyrachowany, cyniczny charakter! 
Bo tu chodzi o powrót do władzy, o nic więcej… Panie i Panowie z PiS: 
a co z wiernością sobie? Z głoszonymi od lat zasadami? Co ze zwykłą 
ludzką tożsamością? Przecież poza polityką i władzą jest jeszcze jakieś 
życie… Jak pogodzicie tę nagłą zmianę z Waszym wcześniejszym pro-
gramem, pomysłem na siebie i z Waszą naturą? I jak to wszystko chcecie 
ułożyć w sobie, tak po ludzku, tak intymnie? 

I kto na końcu zapłacze nad polityczną trumną PiS? Nie myślicie o tym? 

16 lutego 2009

Kazimierz Kutz

„Trzeba mieć takie dobre piórko w dupie” — powiedział wczoraj 

dziennikarce TVN Kazimierz Kutz, pytany o receptę na życie pełne 
energii, pomysłów i wierności własnym poglądom. Cały on!

Kazimierz skończył wczoraj 80 lat. Najpiękniej, jak potrafię, składa-

łem życzenia Jubilatowi, umawiając się na spotkanie w najbliższych 
dniach, bośmy się wczoraj rozminęli w rozjazdach…

Tak wiele Ci, Kaziu, zawdzięczam! Zawsze podziwiam Twoją skupio-

ną uwagę dla moich spraw! Wsparcie, humor, całą masę opowieści 

background image

122

i anegdot pełnych dobrych wniosków. Entuzjazm i chęć pogadania przy 
winie! I najważniejsze: Twoje ciągłe dopytywanie o cel główny i powta-
rzanie, by nie tracić z oczu istoty sytuacji. To prawdziwie filozoficzne 
dociskanie mnie w moich publicznych przygodach. I doprawdy to 
wszystko jest bezinteresowne i fundamentalnie czyste. 

Kochany Kaziu, cóż ja mam począć z tym darem? Staram się iść dro-

gą, której byś się nie musiał za mnie wstydzić. Ale i nawet to jest kolej-
nym prezentem od Ciebie! Dziękuję Ci więc nie tylko za Twoje filmy 
w tygodniu Twoich osiemdziesiątych urodzin. Dziękuję, że jesteś.

17 lutego 2009

Krokodyle łzy

Nie jest zadaniem rządu interwencja na rynkach walutowych — to 

kompetencja prezesa Skrzypka i Narodowego Banku Polskiego — nie 
powinno się zatem oczekiwać od premiera, że podejmie ryzyko speku-
lacji walutowych, ale… Spójrzmy na sprawę z innej strony: dla rządu 
posiadającego zasoby europejskiej waluty jej przewalutowanie w bar-
dzo korzystnym momencie może być i będzie bardzo opłacalne. To 
„biznesowa” gratka: mieć euro i sprzedać je po wysokiej cenie. Z kolei 
większa podaż euro na polskim rynku oznacza zmniejszenie ceny, a to 
jest przecież jednym z celów polityki finansowej — stabilizacja kursu 
narodowej waluty na optymalnym dla eksporterów i importerów po-
ziomie. 

Można się spierać, jak wczoraj pani poseł Aleksandra Natalli-Świat 

przed kamerami TVN24, czy sprzedaż waluty jest interwencją, czy spe-
kulacją — jak zwał, tak zwał, dla nas liczyć się powinien ostateczny 
efekt. Tego jednak pani poseł nie chciała zauważyć: każdy pretekst, 
żeby walnąć w rząd, jest dobry. Umocnienie złotówki w stosunku do 
innych walut to przede wszystkim sygnał do odwrotu dla spekulantów, 
a dziś to oni trzęsą polskim rynkiem. Wielkie instytucje finansowe od-
rabiają straty poniesione na światowych giełdach papierów wartoś-
ciowych, spekulując walutami krajów Środkowej Europy. Wbrew opinii 

background image

123

Andrzeja Sadowskiego, wiceprezydenta Centrum im. Adama Smitha, 
wczorajsza zapowiedź działań rządu na rynku walutowym nie zaszkodzi 
gospodarce. Myślę, że będzie wręcz przeciwnie, uruchomienie poprzez 
rynek części środków europejskich będących w dyspozycji poszczegól-
nych resortów podziała na kurs tonizująco. Co ważne, rząd — tak jak 
w wypadku politycznej histerii przy wysokich cenach ropy — nie traci 
głowy. 

Inna sprawa, że ta gorąca dyskusja o bieżącym kursie waluty narodo-

wej trąci mi odrobiną hipokryzji. Przypominam, że gdy złotówka była 
bezzasadnie silna, a eksporterzy rwali włosy z głowy, bo jej siła czyniła 
eksport nieopłacalnym, nikt politycznego ani medialnego larum nie 
podnosił. Wówczas koszty kredytów we franku były niskie i oczywiście 
nikt z tego powodu też nie płakał. Dziś, w odwróconym trendzie, krzyk 
jest gigantyczny, choć np. historia lat 2002—2004 i ówczesnych ataków 
spekulacyjnych pokazała, że do skoków wartości walut powinniśmy się 
przyzwyczaić lub… zmienić walutę. Czy tamte doświadczenia nauczyły 
nas czegokolwiek? Otóż nie. W 2006 roku mieliśmy znakomity czas, by 
tak jak Słowacja podjąć decyzję o wejściu do strefy euro. Mieliśmy go-
spodarczą koniunkturę, wzrost PKB, dobrą i stabilną złotówkę, perspek-
tywy i… mieliśmy rząd eurofobów z Kaczyńskim, Lepperem i Gierty-
chem. Przegraliśmy tamten czas, tamtą szansę. 

Dzisiaj Natalli-Świat wylewa krokodyle łzy, ale to wówczas trzeba je 

było wylewać! Nad pasywnością własnego rządu.

18 lutego 2009

Długo nie musiałem czekać…

A fuj! — powiedziały warszawskie salony, kiedy w telewizyjnym studio 

zacytowałem kibiców krzyczących na stadionie: „Je…ć PZPN!”. Gazety 
pisały, że „przebiłem brutalnością języka Andrzeja Leppera”, felietoniści 
jeździli po mnie jak po łysej kobyle, jakbym zepsuł powietrze w świątyni 
mediów. Z jednego z niedawnych wywiadów pamiętam wielki grymas na 
twarzy Kamila Durczoka, zniesmaczonego moimi zachowaniami… 

background image

124

Nie minęło wiele miesięcy… Tenże sam Kamil Durczok jest dzisiaj 

gwiazdą Internetu, w krótkiej etiudzie odgrywając scenę walki o czy-
stość redakcyjnego stołu. „Nie wku…j mnie”, „je…y przerywnik”, 
„upier… stół”… — to fragmenty rozmowy szefa „Faktów” toczonej przy 
makijażystce. Durczok jest w tej etiudzie sobą, jest prawdziwy, nie gra, 
nie wie, że jest nagrywany. Zwykle przed kamerami, prowadząc ofi-
cjalne rozmowy z gośćmi TVN, składa usta w ciup, nakłada na siebie 
maskę nobliwego intelektualisty. Ą-ę.. voilà… hajlajf… Starannie do biera 
słowa, piętnuje chamstwo, często podnosi znaczenie wysokiego po-
ziomu politycznej debaty i w ogóle — polityków… Ale w nagraniu, które 
robi teraz wielką karierę, Durczok nie sadowi się na wyżynach inte-
lektu, nie jest już ani nobliwy, ani kulturalny — jest żałośnie wulgarny. 
Prostacki.

To są właśnie te maski, które uwielbiam zdzierać z nadętych bufo-

nów. To jest właśnie ten szczególny poziom zakłamania, sprzeczność 
między obrazem oficjalnym a nieoficjalnym. Kiedyś Tomasz Lis, teraz 
Kamil Durczok — obaj z tytułami Dziennikarzy Roku, obaj tak ochoczo 
zabierający się za piętnowanie złych obyczajów — mogą służyć jako do-
wód na hipokryzję. 

Media, rozjeżdżające mnie za cytat z kibiców, oczywiście biorą 

w obronę Durczoka. „Fakt” natychmiast dowiaduje się od żony, że „Ka-
mil w domu nie klnie”. „Dziennik” tłumaczy, że „przecież wszyscy prze-
klinamy”, a sam bohater wyjaśnia, że „to jest wojna, na wojnie nie ma 
czasu na dyplomatyczne słownictwo”… I dalej: „Ostry język to element 
dziennikarskiej kuchni”… Poniekąd mamy więc, sugerują dziennikarze, 
obowiązek rozgrzeszyć telewizyjną gwiazdę, bo gwiazda rzuca kur…mi 
tylko przy makijażystce i tylko przed wejściem na antenę — na antenie 
gwiazda jest przecież mistrzem bon tonu. Z anteny poucza, przygania, 
strofuje. Ale wystarczy zdjąć maskę i…

Następnym razem, panie Kamilu, pogadajmy przed kamerą jak cham 

z chamem. 

19 lutego 2009

background image

125

Damy radę, Polsko!

„Damy radę!” – Użyłem tych słów w jednym z programów telewizyj-

nych po sejmowym wystąpieniu Donalda Tuska, chcąc pokazać — na 
przekór niedowiarkom — jak bardzo jesteśmy zdeterminowani. Premier 
jest zdeterminowany, mówił po swojemu spokojnie, ale też z przejęciem 
i wyraźną stanowczością. Jakże to było inne od dezercji Kaczyńskiego, 
który zwiał z sali sejmowej, nie chcąc słuchać informacji ministra finan-
sów; skąd inąd — Rostowski był w życiowej formie.

Powiedziałem więc: damy radę!, ponieważ uważam, że najlepszą re-

ceptą na przetrwanie jest optymizm i odwaga. Nasza szklanka jest do 
połowy pełna! Nie chcę, tak jak część moich kolegów z Platformy, poka-
zywać naszej depresji gospodarczej w pozytywnej kontrze do skali kry-
zysów, jakie obserwujemy w innych krajach. Patrzmy na siebie, na nasze 
problemy, a nie zasłaniajmy sobie oczu cudzymi nieszczęściami. Dla 
mnie ważniejsze są oceny sytuacji, z którą mamy do czynienia w Polsce, 
jak choćby dobra opinia Banku Światowego, prognozującego wzrost 
PKB na poziomie 2%. Może to przeszacowane, może akuratne, ale liczy 
się coś innego — ta wiadomość jest budująca.

Zawsze mieliśmy tendencję do marudzenia, a tymczasem — co w na-

szej gospodarczej historii nie zdarzało się często — błyszczymy na tle 
Europy. Często marudziliśmy, fakt, ale przecież wykazywaliśmy się 
wielką zdolnością do samoorganizacji, do Wielkiego Poszukiwania Roz-
wiązań. I… dawaliśmy radę! 

Nie ma teraz pilniejszych zadań niż uspokojenie sytuacji na rynku 

walutowym i ogromny nacisk na rozwój inwestycji w infrastrukturze. 
Z jednej strony — wejdźmy do korytarza prowadzącego do euro (nama-
wiam kogo mogę do przeprowadzenia referendum w tej sprawie, bo lu-
dzie nas poprą!), a z drugiej — trzeba złapać za klapy marynarek tych 
wszystkich prezesów państwowych spółek, którzy marnują czas zamiast 
skutecznie sięgać po unijne pieniądze. Kiedy czytam, że 

PKP SA 

obawia 

się, iż nie zdoła wyremontować dworców kolejowych w związku z 

EURO 

2012

, to pytam — może nie zdoła z 

TYMI MENEDŻERAMI

? Może inni 

będą mieli więcej ognia i pomysłów? Kiedy słyszę, jak ślamazarnie szyko-
wane są projekty unijnego wsparcia dla inwestycji w infrastrukturze ko-

background image

126

lejowej, to pytam — może lepiej powierzyć je podmiotom komercyjnym? 
Albo może trzeba wreszcie — ponad politycznymi podziałami — znieść 
ustawę kominową, dając państwowym menedżerom jasne zadania: zaro-
bisz więcej, jeśli wyciągniesz firmę z zapaści, jeśli oszczędzisz ludziom 
zwolnień, zwiększysz produkcję, sprzedaż i inwestycje?

Bo to jest czas niekonwencjonalnych rozwiązań i niekonwencjonal-

nych menedżerów, w gospodarce i w polityce. To jest czas facetów, któ-
rzy podwijają rękawy do roboty, a nie włóczą się po mieście, narzekając 
na kurs waluty, na transakcje walutowe, na światową recesję — i nama-
wiają rząd, by sypnął im publicznym groszem. To jest najlepszy czas na 
wtłoczenie świeżej krwi do gospodarki! 

Kryzys jest wyzwaniem dla odważnych optymistów, a nie smutno gę-

gających patałachów. 

21 lutego 2009

Nihil novi

Sobotni „Dziennik” przyniósł dwa wywiady: Robert Mazurek przepy-

tał Piskorskiego, nowego szefa SD, zaś Piotr Zaremba — Michała Kamiń-
skiego z Kancelarii Prezydenta. 

Paweł Piskorski znów poświęcił całą swoją energię na potwierdze-

nie i tak znanej prawdy, że jest facetem politycznie rozgoryczonym i na-
miętnie rozpamiętującym własną przeszłość. Gdybym to ja został sze-
fem zapomnianej partii, miałbym ochotę zarażać swoich nowych kolegów 
i wyborców entuzjazmem, pozytywną energią, własną wizją polityki, 
przemyśleniami o stanie państwa i jego rozwoju. Wykorzystałbym każ-
dą szansę, zwłaszcza duży wywiad!, do zaprezentowania choćby jednej 
świeżej myśli, choćby jednej intrygującej idei! Ale Piskorski nie propo-
nuje nam dosłownie nic. Jest jak wyrośnięte dziecko, które od lat stoi 
w tej samej piaskownicy i wskazując na dawnych kolegów szlocha i skar-
ży: a oni zabrali mi zabaaawkęęęę… 

Lider SD właśnie w sobotę stanął na czele partii, która — jak mnie-

mam po prasowych wynurzeniach — ma odbudować jego urażone ego. 

background image

127

Stronnictwo Dopieszczania Pawła Piskorskiego chce znaleźć miejsce 
w politycznym centrum, gdzieś obok PO. Piskorski ładuje się zatem tam, 
gdzie po sławetnym kongresie pcha się drugi niedopieszczony polityk — 
Jarosław Kaczyński. Tej centrowej wizji przychylny jest jego brat, także od 
niedawna dostrzegający uroki bycia prezydentem wszystkich Polaków, 
a nie wyłącznie jednego Polaka. Ich domowy PR-owiec Michał Kamiński 
subtelnie proponuje: skończmy z logiką nawalania się, sugerując, że są 
płaszczyzny porozumienia między dwiema największymi partiami. 

Zaremba przytomnie pyta Kamińskiego: z jakimi pomysłami usiedli-

byście do rozmów z Platformą? I czegóż się wtedy dowiadujemy? Ano 
— niczego… Kamiński, jak Piskorski, odgrzewa stare kotlety tylko po to, 
żeby przypomnieć, kto w Polsce jest liberałem, a kto socjalistą. I znowu: 
żeby tylko dołożyć Tuskowi… Ani kroku do przodu, ani jednej świeżej 
idei, ani jednej nowej myśli! Ani jednej poważnej oferty, nie licząc we-
zwania: rozmawiajmy. Super, zgoda, niech się dzieje dialog — ale czy są 
jakieś propozycje? Jakieś konkrety, które by warto wspólnie przegadać? 
Rzecz jasna, w sali bez klimatyzacji, bo znów nam partnera wywieje.

Przeraża mnie ta pustka oferty politycznej. Lubię intelektualne spory 

o pryncypia, o zasady i doktryny, ale dzisiaj nie warto się spierać o „złych 
liberałów” i „dobrych zwolenników katolickiej nauki społecznej”. Dzi-
siaj trzeba położyć na stół pomysły lepsze od naszych i powiedzieć — 
o tym dyskutujmy! A nie chodzić od redakcji do redakcji i powtarzać: 
rozmawiajmy, kochajmy się i rozmawiajmy, rozmawiajmy i „nie nawa-
lajmy się”. Bla, bla, bla… Nic z tego nie wynika, zwłaszcza że na końcu 
i tak pojawia się zgrany argument — możemy rozmawiać, ale jak wyrzu-
cicie Palikota i Niesiołowskiego…

22 lutego 2009

Cud Zosi

Przed chwilą jeszcze jej nie było. Czekałem w sali operacyjnej, patrząc 

przez szybę na żonę, leżącą na stole. Lekarze i pielęgniarski w niebie-
skich kombinezonach wykonujący coś w rodzaju tańca, dość regularnie, 

background image

wręcz rytmicznie przechodzący wokół niej, podchodzący, odchodzący, 
coś podający sobie.. I nagle ten krzyk — jest! Esse! Żadne wyjaśnienia, 
teorie, spekulacje, widoki na elektronicznych ekranach, które miały 
mnie przygotować, nic nie pomogło. W jednej chwili wybuchł we mnie 
ten krzyk jakimś gorącym wezwaniem. I stałem tak bez ruchu, bez gło-
su, z nakazem, aby mieć czas na lalki i kredki, i kartkę papieru. 

23 lutego 2009

Jeśli dzisiaj jest środa…

W niedzielę o dziewiątej rano zawiozłem Franka do szpitala na krop-

lówkę; był osłabiony tygodniowym zapaleniem krtani, miał kłopoty 
z połykaniem. Wróciłem do domu po żonę, aby jak co dzień rano 
w ostatnich dniach zawieźć ją do szpitala na badania, bo termin był tuż-
-tuż, a przeziębienie (od Franka) przyśpieszało termin rozwiązania. Zo-
stawiłem żonę w szpitalu i pojechałem na lotnisko do Świdnika. O 10.30 
wyleciałem do Olsztyna; tam na lotnisku czekał już Sławek Rybicki 
(11.45). W samo południe wchodziliśmy do biura Platformy i przez go-
dzinę: wywiady, ustalenia, konferencja prasowa. O godzinie 13 spotka-
nie otwarte w ramach akcji „olsztyński arbuz” (to o kandydacie PSL). 
Ludzi dużo, mniej więcej trzysta—czterysta osób. Zwolennicy Grzymo-
wicza (niby z PSL, ale przez lata z SLD), ludzie Platformy, mieszkańcy 
Olsztyna, studenci. I dość ostra dyskusja. 

14.45. Wyjazd na lotnisko. Start w burzy śnieżnej o 15.20. Lądujemy 

o 16.40. Jadę do szpitala. Decyzja lekarzy o porodzie. 17.45 — rodzi się 
Zosia. Około 20.00 wracam do domu. Kolacja, SMS-y, telefony, że jest, 
że Zosia jest! Wpis na blog, ustawienie, by wszedł rano o zwykłej porze. 
I jeszcze — zajrzeć do Franka, śpi równo. Sam się pakuję i idę spać. Po-
budka: 4.45, w poniedziałek. 5.30: wyjazd do Zagłębia, samochodem, bo 
zima uniemożliwia latanie małymi samolotami. 

„Małpki” w Kancelarii Prezydenta – pytanie w formie happeningu. 

Czy małe buteleczki w Kancelarii to dowód na problemy alkoholowe głowy państwa? 

(© Rafał Michałowski / Agencja Gazeta)

background image

129

11.00: pierwsze spotkanie w Dąbrowie Górniczej. Szok, bo na sali jest 

800 osób, a to jest mój rekord. Dobra i przyjazna atmosfera. Choć z bie-
giem dni dostrzegam, że kluczem do świetnej rozmowy jest to, czy da-
jesz ludziom energię, czy też nie. Daję, staram się — dobra dyskusja! 
Godzina 13.00: Sosnowiec, spotkanie z przedsiębiorcami. Półtorej go-
dziny później: konferencja prasowa. 16.00: Czeladź, spotkanie z samo-
rządowcami. 17.00: wyjazd do Lublina. Wieczór, godz. 22.00: Lublin, 
spotkanie z Moniką i Zosią. 23.30, zasypiam nieżywy. 

Wtorek: wizyta w szpitalu, przy okazji badam i siebie, bo coś mnie 

kłuje od dwóch dni. Rozmowa z szefem NFZ w Lublinie o sytuacji 
szpitali, wyjazd do Biłgoraja, wykład na uniwersytecie trzeciego wieku, 
przejazd do Tomaszowa, spotkanie z mieszkańcami — trzysta osób. 
Wieczorem powrót do Lublina w towarzystwie wicewojewody, bieżące 
sprawy. 

Jeśli dzisiaj jest środa (choć piszę to we wtorek…), to odbyłem przez 

ostatnie dni 376 rozmów telefonicznych, odebrałem 159 telefonów, nie 
liczę SMS-ów; odwiedziłem 8 miast, pokonałem około 2 tysięcy kilome-
trów… I dobrze mi tak, dobrze mi z tym!

Dlaczego to piszę? Bo wiem, że politycy nie cieszą się Państwa zaufa-

niem. Że traktujecie nas, czasami poniekąd słusznie, jak obiboków. I nie 
chcę pokazywać, jak ciężko pracujemy — chcę jedynie powiedzieć: my 
także pracujemy… Uprawiamy politykę, a polityka to między innymi 
przekonywanie do swoich racji i wysłuchiwanie cudzych poglądów, by 
mieć właściwy ogląd rzeczywistości i podejmować dobre decyzje. Ma my 
nasz czas w ogromnej części, zwykle niewidocznej w telewizjach — dla 
Was. Ja to akurat lubię: być w codziennym zwarciu, słuchać i rozma-
wiać. Ba! Sądzę, że tego dziś Państwo od nas oczekujecie! Rozmów, tłu-
maczenia, wyjaśniania spraw. Nie wyborczej agitacji, nie jakichś tam 
dyrdymałów kongresowych, z których nic poza sieczką w mediach nie 
wynika.

Rozmowa twarzą w twarz, to jest to! Więc jeśli dziś jest środa… Nie 

mam chyba siły myśleć, co przede mną.

25 lutego 2009

background image

130

Saga rodu Kaczyńskich?

Joachim Brudziński, przystojniak ze Szczecina i wzór politycznej de-

likatności, zapytany, czy wyobraża sobie, aby to kłamczucha Gęsicka 
była premierem, a nie Jarosław Kaczyński (tak jakby ktokolwiek wierzył 
w zwycięstwo PiS-u, poza Szczypińską), odpowiedział: „Nie wykluczam, 
że w sytuacji po zakończeniu drugiej kadencji Lecha Kaczyńskiego 
(uwaga, przygotowuje nas na najgorsze! — JP) Jarosław mógłby być kan-
dydatem na prezydenta, a wówczas Gęsicka rzeczywiście mogłaby być 
premierem”. Brudziński słusznie kalkuluje, że nagromadzenie absurdu 
i niedorzeczności powoduje, iż obojętniejmy na oczywiste oczywistości, 
a więc — kłamstwa Gęsickiej, kolejne maski Lecha i Jarosława oraz wy-
muszone umizgi samego Brudzińskiego.

Brudziński zapomniał dodać, że pod koniec drugiej kadencji Lecha 

(człowieka, który za radą PR-owców od kilku tygodni stara się nie uży-
wać nazwisk w swoich wypowiedziach, gdyż wcześniej notorycznie je 
przekręcał, i nie podnosi publicznie flagi narodowej, bojąc się odwrotne-
go jej rozwieszenia), marszałkiem Sejmu będzie Przemysław Gosiewski. 
On sam, Brudziński, zostanie szefem MSWiA, Jacek Kurski — prezesem 
telewizji, a Krzysztof Jurgiel ministrem spraw zagranicznych. W tej sytu-
acji ludzie rzeczywiście z ulgą przyjmą wiadomość, że to nie facet bez 
prawa jazdy, konta w banku i karty kredytowej, tylko mijająca się z praw-
dą Grażyna Gęsicka będzie premierem rządu uciemiężonej ojczyzny. Ja 
w tym czasie już od dawna — osadzony w więzieniu na Rakowieckiej lub 
w zamku lubelskim — będę ślepymi oczyma przyglądał się niebu. 

Ot, rozmarzył się Brudziński…

26 lutego 2009

Willa w Klarysewie a sprawa polska

Jeden z ministrów w Kancelarii Prezydenta oświadczył dziennikarzo-

wi radia TOK FM, że prawdziwym powodem niewyrażenia, w jego oce-
nie, zgody na wynajęcie mi willi w Klarysewie był fakt, że ja nie zasługu-

background image

131

ję, nie jestem godzien takiego gestu. Inny minister z tej samej kancelarii 
stwierdził w TVN24, że po mnie można się spodziewać „różnych rze-
czy” i że moja obecność w klarysewskiej willi, naznaczonej stygmatami 
intelektu Gierka i Kaczyńskiego, mogłaby uderzać w „godność miejsc, 
które należą do administracji głowy państwa”.

W oficjalnym piśmie Kancelaria stwierdza, że mój wniosek nie speł-

nia kryteriów formalnych… 

Po namyśle napiszę tak: to jest łajdactwo pospolite — uznać posła na 

Sejm RP za osobę niegodną „miejsc, które należą do administracji głowy 
państwa”. Bo one, po pierwsze, nie należą do żadnej administracji, lecz 
są własnością publiczną, którą jedynie chwilowo administruje Kaczyń-
ski. One też nie mogą być uznane przez nikogo za pozostające w dyspo-
zycji jednego człowieka — choćby był bratem najbardziej wyjątkowej 
głowy — i zakazane dla wszystkich, którzy rodziną prezydenta nie są. 

Media i politycy przeszli nad tym kuriozalnym faktem praktycznie 

bez komentarzy, jakby nie dostrzegając, że administracja prezydenta 
łamie prawa demokracji. To jest polityczny rasizm! Nie ma dla mnie 
większego znaczenia, że kręcą, pisząc co innego i mówiąc co innego. Ma 
dla mnie znaczenie, że sankcjonują zasadę obywatelskiej nierówności! 
Poprosiłem o kopię wniosku Jarosława Kaczyńskiego, bo pewnie on na-
pisał wniosek idealny i chciałbym go skopiować, żeby znów nie popełnić 
błędów formalnych, ale wiemy przecież, że nie o pisma im chodzi… Ja-
sno wyraził to minister Kamiński, pytając: a jeśli zwróciłaby się agencja 
towarzyska, to też należałoby ją [willę] wynająć? A ja pytam — a gdyby 
zgłosił się Rydzyk, a gdyby zgłosiła się kuria biskupia, a gdyby zgłosił się 
Lech Wałęsa, a gdyby zgłosił się Ryszard Bugaj, a gdyby zgłosił się Naro-
dowy Bank Polski, spółka prywatna lub prywatny przedsiębiorca — czy 
oni wszyscy mają inne, mniejsze lub większe prawa niźli brat głowy 
państwa? Czy prezydent wyznaczył kryteria moralne, którym odpowia-
dać musi dwudniowy najemca budynku w Klarysewie? Burdel i Palikot 
— nie, Kaczyński z kolegami — tak?! 

Ci ludzie usiłują zrobić z nas idiotów. Dają wyjątkowe prawa bratu 

prezydenta i odbierają je takiemu samemu jak on posłowi-obywatelowi. 
Ale oni przecież nie działają na własną rękę, są wykonawcami woli pre-
zydenta Kaczyńskiego! Tego, który oszukuje nas wszystkich w sprawie 

background image

132

euro — tak samo, jak wcześniej oszukał prezydenta Sarkozy’ego w spra-
wie traktatu lizbońskiego. Tego, który tanim populizmem z orędzia 
przykrywa swoją ekonomiczną nieudolność. Tego, który pozwala dzie-
lić obywateli na równych (brachol) i mniej równych (ja). 

Dziś to Palikot nie jest godzien dostąpić zaszczytu wynajęcia willi, 

jutro zgody nie otrzyma małpa w czerwonym, pojutrze gej, we wtorek 
Żyd, a potem — każdy, wedle widzimisię władzy. Dla Kaczyńskiego na-
sza demokracja warta jest tyle samo, co ustrój na Kubie czy Białorusi: 
można łamać dane słowo, można oszukiwać w publicznych wypowie-
dziach, można dekretem uznać czyjąś godność lub pozbawić jej.

Chciałem odpuścić tę sprawę, uznając ją wcześniej za dość zabawny 

happening. Ale po namyśle uznaję, że odpuszczać nie wolno. Nie ży jemy 
w kraju rządzonym przez Castro czy Łukaszenkę, żyjemy w demokracji, 
która nawet głowie państwa nakazuje stosowanie zasady równości wobec 
wszystkich obywateli. Dlatego do skutku będę skarżył i protestował prze-
ciwko politycznemu rasizmowi Kaczyńskich i ich totumfackich.

28 lutego 2009

Grotowski – ostatni polski cadyk

Jest rok Grotowskiego. Jednego z największych reformatorów teatru 

w dwudziestym wieku i jednego z największych w europejskiej historii. 
Teatr źródeł, teatr korzeni. W jakimś sensie już nie teatr, a coś znacznie 
głębszego, większego: poszukiwanie człowieka. 

Moje wydawnictwo słowo/obraz terytoria wydało książkę Grotowski 

powtórzony

. To zapis jego wykładów w ramach seminarium Marii Ja-

nion w Gdańsku w 1981 roku. Myśli autora zapisały trzy osoby-uczest-
niczki i w takiej postaci je dostajemy. Sam Grotowski nie pisał i nawet 
zabraniał pisać. W tym był podobny nie tylko do Sokratesa i Jezusa (też 
rabi), ale do wielu cadyków żyjących na ziemiach polskich. 

Słowo musi być żywe. Myśl, dusza to praca, to wysiłek, to jakby kopać 

ziemię czy strugać drewno. Recytacja, zapis to martwa formuła, to ska-
mienielina.

background image

133

Czytam te teksty przed zaśnięciem. Krótkie myśli, trochę jak u Sene-

ki lub Martina Bubera. Zaskakuje mnie ich duchowy wymiar, prawie 
niespotykany w polskim języku. Filozoficzny, a nie poetycki. Może 
zresztą takich ludzi było więcej, tylko my nie mieliśmy dla nich uwagi! 
I może naszą literaturę i kulturę dałoby się inaczej opisać…

O chasydach i o tym, dlaczego podróżowali i dlaczego nauczali: „Jak 

rozumieli to wygnanie? Mieli ten obraz Boga eksplodującego iskrami 
upadają cymi coraz dalej w ciemności. Iskry te trzeba podejmować i od-
rzucać”. 

1 marca 2009

Na konto Jarka!

Przedwczoraj opinię publiczną zelektryzowała wiadomość, że były 

premier rządu RP i szef opozycji Jarosław Kaczyński założył sobie konto 
bankowe. I nawet robi zakupy przez Internet! Jaki nowoczesny! To już 
nie chłop z Polesia, to nowoczesny przywódca. To strateg biegły w niuan-
sach obecnego świata! A co sobie kupił? Płytę! I nie myślcie, że to Papa 
Dance albo Krzysztofa Krawczyka lub też wykłady Tadeusza Rydzyka. 
Nie! — to jest płyta polskiej klasy średniej, czyli: Raz, Dwa, Trzy! 

Bielan z Kamińskim musieli chyba całą noc myśleć, żeby to wymy-

ślić! Konto! Prezes musi mieć konto i robić zakupy przez Internet! Po 
przebraniu musi teraz dobrać się do nowego elektoratu! Trzeba zasypać 
rowy między nami a młodym pokoleniem po niefortunnych wypowie-
dziach o internautach etc. A zakupy muszą być tak mocno trendy, że 
w mordę strzelił! Nie tylko ma, ale używa! I jak już kupuje, to naprawdę 
z klasą. A jutro, według planów PR-owców, będzie chyba kupował całą 
kolekcję Behemotha, młody duch Kaczyńskiego uwielbia przecież death 
metal — to kolejny segment wyborców do zagospodarowania!

Złotówka dzięki zakupom Kaczyńskiego radykalnie się umocni! Kry-

zys nam dmuchał! WiG wzrośnie, bo jeśli nawet Wódz ma konto, to 
znaczy, że idzie wiosna w gospodarce! Teraz jeszcze dziewczynę jakąś 
musimy znaleźć… Żeby była pełna polityczna poprawność. 

background image

134

I tak: Kaczyński ma konto (elektorat yuppies), płytę (elektorat meta-

lowców), dziewuchę (elektorat dyrektora Rydzyka), dostęp do Internetu 
(elektorat tych, co popijają piwo nad klawiaturą i oglądają filmy porno) 
i może już niedługo będzie miał prawo jazdy (elektorat kierowców). 

A ja sobie myślę, że gdyby ktoś znał numer, to moglibyśmy zrobić 

akcję: wpłać na konto Jarosława — zbieramy pierwszy milion. Zrobili-
byśmy z Ka czyńskiego milionera. Ha! Może oligarsze wywróciłoby się 
w głowie?! 

2 marca 2009

Jestem zwolennikiem prawa do śmierci

Jest w Polsce matka, może nie jedyna, która chce zabić syna. Barbara 

Jackiewicz.

Przez dwadzieścia cztery lata codziennie zajmuje się swoim dziec-

kiem, czterdziestoletnim dziś mężczyzną, który nie ma żadnego życia 
psychicznego, a jedynie życie biologiczne. Po raz kolejny przedstawiono 
to w „Teraz My” w miniony poniedziałek. Pamiętam opowieść Marka 
Kamińskiego, o tym jak przez kilkanaście miesięcy codziennie trenował 
z Jasiem Melą, zanim poszli na biegun północny. Myślałem wówczas, ile 
to trzeba poświęcenia, aby wobec obcej osoby zdobyć się na to, by dzień 
w dzień walczyć z jego kalectwem. (Przypomnę: Jaś Mela, porażony prą-
dem, miał częściowo amputowaną rękę i nogę od kolana). Myślałem 
o tym, czy ja byłbym do tego zdolny, i odpowiadałem sobie — nie! Może 
wobec kogoś bardzo bliskiego: syna, córki — tak! Ale wobec obcej osoby? 
Chyba nie, nie dałbym rady. I mam do dziś graniczące z wielkim wzru-
szeniem uznanie, że to wielka rzecz, co zrobił Marek.

Słuchając wczoraj rozmowy pomiędzy Kazimierzem Kutzem a Mar-

kiem Jurkiem w programie Bogdana Rymanowskiego, miałem z jednej 
strony uznanie dla Rymanowskiego, który choć raz pozwolił w pełni 
wypowiedzieć się obu gościom — to była naprawdę wielka i rzadka rzecz 
w polskiej publicystyce telewizyjnej — a z drugiej strony myślałem, ot 
tak po prostu, że gdy mój syn Franek po raz dziesiąty wczoraj chciał, 

background image

135

bym otworzył wszystkie parasole w domu i ustawił mu je na korytarzu, 
to miałem serdecznie dość! 

I zadaję sobie pytanie: co mogą poradzić różne systemy i różne wiary 

wobec świadectwa kogoś, kto przez dziesiątki lat codziennie wygrywa 
z własną, ludzką słabością!? Ja nie mam siły i cierpliwości otworzyć kolej-
nego parasola mojemu uśmiechniętemu i wspaniałemu Frankowi, tak 
przecież ciesząc się jego żywiołowością, a co powiedzieć o kobiecie co-
dziennie zajmującej się synem żyjącym na poziomie wegetatywnym? Nie-
reagującym, nieproszącym o rozstawienie parasoli, o nic!, nieodpowiada-
jącym na żadne pytania, będącym jak roślina — piękna, bo człowiecza.

Chrystus objawił się współczesnemu sobie światu w wieku 33 lat. I po 

roku umarł. Można by powiedzieć: jak szybko zrezygnował! Być krzy-
żowanym nie raz jeden, ale tysiące razy! Umierać każdego dnia przez 
24 lata! Nie zadowolić się spektakularnym, jednym zgonem, przez który 
przechodzi się do historii, ale po cichu, po wielkiemu cichu umierać co 
godzinę! Oto jest wyzwanie! Patrząc na Gowina w programie „Teraz My” 
myślałem o pełnych frazesu przywódcach kościoła — inkwizytorach, 
którzy przez lata, przez setki lat skazywali na śmierć i ból innych ludzi, 
w imię wiary lub w imię niezrozumiałych zasad.

Jestem małym, zwykłym człowiekiem i jestem po stronie matki, która 

z miłości, chcąc ulżyć cierpieniom, pragnie sama dać zastrzyk śmierci 
swojemu ukochanemu synowi. Jestem po stronie tej matki — a nie po 
stronie Boga. Szczególnie zaś nie jestem po stronie bezdusz nego Boga 
Jarosława Gowina. Dlatego, wbrew zaklęciom Marka Jurka, chcę, abyśmy 
o tym krzyczeli. Dlatego złożę, i pewnie Kazimierz Kutz to poprze, pro-
jekt ustawy o prawie do śmierci. O prawie człowieka do eutanazji.

4 marca 2009 

O światłoczułości

W minioną sobotę wygłosił w Lublinie swój kolejny wykład profesor 

Cezary Wodziński. Jak zwykle: wbił nas w fotele! Wszyscy znamy słynną 
metaforę jaskini z Państwa Platona. Mówi w niej Platon, że ludzka na-

background image

136

tura to być w jaskini i oglądać cienie. Prawdziwa rzeczywistość jest dla 
nas nieuchwytna, jesteśmy tylko wśród cieni. Jedynie dzięki filozofii 
wychodzi się niekiedy na światło, ale ono strasznie oślepia i długo trzeba 
się do niego przyzwyczajać. Jednak nie można pozostać na górze, los 
człowieka polega na tym, by ponownie schodzić do jaskiń — i ponownie 
tracić wzrok, i ponownie opowiadać o tym ludziom, którzy nie wyszli 
z jaskini, i widzieć ich całkowite niezrozumienie! Bycie wrażliwym na 
światło, bycie czułym, bycie w przestrzeni pomiędzy światłem a cie-
niem — to sens ludzkiej natury. 

Przez lata byliśmy uczeni, że rozum to światło, a cień to ciało. Że 

rozum jak światło wyrysowuje kształty rzeczywistości wśród zmysło-
wego chaosu. Wodziński przeprowadza nas przez bardziej skompliko-
waną strukturę, w której — gdy się wmyślimy we wszystkie pojęcia — 
dojdziemy do pomyślenia o logosie greckim jako czymś bardzo zmysło-
wym. Ludzka światłoczułość powoduje, że promienie światła mają 
gdzie wpaść, i objawia się nam wówczas wszystko to, co skrywane. Wi-
dzieć jasno to znaczy ani na chwilę nie opuścić ciała. Tyle tu mogę 
przywołać, bez wchodzenia w metodę samego Wodzińskiego. To tylko 
zachęta do filozofii, która jest tuż-tuż. Wystarczyć ruszyć w drogę za 
jakimś mistrzem.

6 marca 2009

Będzie nam lżej…?

Nie planuję pisać ustawy o zabijaniu. Chcę, abyśmy pochylili się nad 

prawem człowieka do godnej śmierci, zamknięcia życia w sytuacji, gdy 
jego trwanie niesie z sobą wielki ból i udrękę dla najbliższych. Przy padek 
Barbary Jackiewicz i jej syna — ale przecież wiemy z nieodległej historii, 
że nie tylko ich dwojga! — wskazał nam z jednej strony na bezradność 
prawa i systemu społecznego, a z drugiej na olbrzymi ciężar miłości 
i człowieczeństwa. 

W postawie tej kobiety jest nie tylko coś heroicznego, powiedziałbym 

wręcz — boskiego. Poprzez swoje cierpienie i udział w cierpieniach syna, 

background image

137

przez 24 lata przeżywała ukrzyżowanie. Żyła i umierała zarazem. On, 
jej syn, stał się częścią jej życia, częścią jej samej, dlatego dzisiaj to właś-
nie ona pragnie zań zdecydować: chcę umrzeć. Tak jak Jan Paweł II, 
który zrezygnował z możliwości przedłużenia własnego życia siłami me-
dycyny i chemii, i zdecydował o chwili swojej śmierci, tak i ona dziś 
mówi — ja, Krzysztof, nie chcę już żyć. Nie chcę przedłużać czasu od-
chodzenia. 

Usłyszałem, złożywszy propozycję napisania ustawy o eutanazji, 

dziesiątki różnych opinii, w tym tę jedną, dość często powtarzaną: to 
instytucje państwa powinny przejąć od matki rolę opiekuna nad wege-
tującym dzieckiem… Taaak… Oddajmy Krzysztofa Jackiewicza do pań-
stwowej albo nawet prywatnej umieralni, odciążając jego matkę, a tam 
zapewnimy mu opiekę do końca życia. Będzie podcierany, myty, ubiera-
ny, będzie słuchał muzyki z radia, które włączy mu o 6 rano dyżurna 
pielęgniarka i które punktualnie o 22.00 wyłączy. Będzie miał dobrze. 
Będzie o niego dbał Narodowy Fundusz Zdrowia. Będzie miał wszystko, 
poza miłością i prawem do godnej śmierci. Będzie żył, a matka odpocz-
nie. Odwiedzi go w godzinach dozwolonych wizyt i pogłaska.

To jest lepsze? Wtedy będziemy mieli czystsze sumienia? Zamknie-

my człowieka w klatce do umierania, zapewniając mu światło, wodę 
i pożywienie, i tym samym zamkniemy nasz problem? Posprzątane? 
Odfajkowane? Bóg już się na nas nie obrazi, nie odwróci? Będzie nam 
lżej? Ulży to matce Krzysztofa? Jemu samemu?

Czy posyłając młodych ludzi do Iraku i Afganistanu, by ginęli — 

a przecież ponad trzydziestu zginęło — byliśmy lepsi od matki, która 
pragnie zaaplikować swojemu synowi ostatni zastrzyk? Na życzenie na-
szego państwa, nawet nie w obronie jego granic!, obcy ludzie wykonali 
eutanazję polskich żołnierzy. Za naszą wiedzą i przyzwoleniem… Wtedy 
tłumaczyliśmy to racją stanu, wyższą koniecznością — i w imię takich 
wartości, mówiąc: „Z Bogiem!”, oddawaliśmy ich w ramiona śmierci.

Wówczas czy dzisiaj? Kiedy byliśmy większymi hipokrytami?

7 marca 2009

background image

138

PR Kaczyńskiego: dalsze kroki

Kampania odświeżania wizerunku trwa! Jarosław Kaczyński poczuł 

krew w ustach: już-już dopada z miłością do gardeł swoich przeciwni-
ków, już ich (nas!) prawie ma! Zaczęło się od pudru i paprotek, potem 
był kongres i przeprosiny, później pojawiły się uśmiechy do Tomasza 
Lisa i Moniki Olejnik, po nich śnieżki w reklamie i zakupy w Internecie, 
teraz narzędziem są konferencje prasowe w samo południe. Kolejne PR-
-owskie posunięcia prezesa są łatwe do przewidzenia: 

1. Laptop. Musi się pojawić! Nie po to Wódz przesiadł się z furmanki 

na komputer, żeby mu teraz szczędzić na procesorach! „Zaginął laptop 
Jarosława Kaczyńskiego!” — zakrzyknie „Super Express”. Najbliżsi współ-
pracownicy szefa PiS-u poinformują, że to ogromna strata, gdyż pre-
mier Kaczyński był bardzo przyzwyczajony do pracy z komputerem. 
„Kładł się z nim i Alikiem do łóżka i czule do nich przemawiał przed 
zaśnięciem” — doniosą anonimowi działacze partii. A Brudziński przy-
zna, że wraz z laptopem zaginęły ważne opracowania i myśli prezesa: 
„Wzywamy rząd do zbadania tej sprawy i oddania komputera!” — po-
wie, po czym założy własny blog, co jest oprócz golenia wąsów jednym 
z cywilizacyjnych zadań członków Prawa i Sprawiedliwości. Cel działa-
nia: poprawa reputacji w środowisku internautów. I fryzjerów. 

2. Randka. Koniecznie! „Jarosław Kaczyński zjadł romantyczną kola-

cję z piękną nieznajomą. Z daleka przypominała Dodę” — doniesie 
„Fakt”. Kolacja, jak zdradzi wprowadzona w tajniki serca prezesa Jolan-
ta Szczypińska, na pewno była z winem, pewnie francuskim, oraz mu-
zyką gabońską, której prezes słucha przed zaśnięciem. „Jarosław to lubi, 
zawsze uwielbiał gaboński rap!” — powie zalotnie i ze znawstwem. Cel 
działania: elektorat kobiecy, ogólne ocieplenie wizerunku, a także rewi-
talizacja — dowód, że Wódz jest sexy, czyli energetyczny. I że Gabonem 
rzucał nie bez przyczyny, joł! 

3. Książka. Klasyka narzędzi PR! Ale tu niespodzianka: prezes napi-

sze książkę dla dzieci! Jak doniesie „Dziennik” w zapowiedziach wydaw-
niczych, Jarosław Kaczyński popełnił dzieło w stylu Kompleksu Portnoya 
Philipa Rotha — młody bohater powieści Kaczyńskiego pragnie wyzwo-
lić się z pęt kulturowych IV RP. „To głęboka analiza psychologiczna jed-

background image

139

nostki targanej poczuciem winy z powodu nieudanej budowy nowej 
utopii” — ogłosi z zachwytem Michał Karnowski, opisując ostatnie go-
dziny popełniania książki, tuż przed zaśnięciem prezesa. Cel działania: 
pozyskanie dobrej opinii Kazimiery Szczuki. Cel nr 2: Nagroda Nike 
z rąk Adama Michnika i rozgłos. 

4. Praca. Zaskakująca nowość! „Córka Lecha Kaczyńskiego będzie 

prowadziła własną firmę. Pomysł na działalność gospodarczą dostała 
od wuja, Jarosława Kaczyńskiego, który przygotował jej plan strate-
giczny” — napisze na pierwszej stronie „Gazeta Polska”. „Ach! Gdyby 
prezes miał syna, a ten syn nie byłby kobietą, to pewnie byłoby mu le-
piej…” — rozmarzy się Nelli Rokita w TVN24, informując jednocześnie, 
że zgodnie z wujowską strategią firma zajmie się budową trzech mi-
lionów mieszkań finansowanych z deficytu budżetowego. Cel działa-
nia: zbudowanie przychylności klasy średniej i podebranie elektoratu 
Pawłowi Piskorskiemu. 

5. Polityka zagraniczna. Nieodzowny element PR! „W czasie niespo-

dziewanej wizyty w jednej z galerii handlowych w centrum Berlina Jaro-
sław Kaczyński kupował stringi i rozmawiał z berlińczykami” — poinfor-
mują telewizyjne „Wiadomości”. Przyjazna prezesowi TVP natychmiast 
nada bezpośrednią relację z wydarzeń: „Ich bin ein Berliner” — wielo-
krotnie usłyszymy z ust Wodza, a Adam Bielan z dumą rozejrzy się po 
zgromadzonych wokół tłumach, jakby chciał powiedzieć: „Jam ci to 
uczynił!”, czym nawiąże do żmudnych przygotowań językowych pre-
zesa. „Udało się!” — zobaczymy na twarzy Michała Kamińskiego, wraz 
z wyrazem ulgi. Cel działania: wykazać, że przypisywanie PiS-owi ger-
manofobii to tylko czarny PR Platformy. Cel dodatkowy: kupić stringi. 

6. Sport. Bardzo ważne narzędzie! „Prezes Kaczyński lubi długie spa-

cery” — zwierzy się „Vivie” Maria Kaczyńska. „Zawsze spaceruje przed 
zaśnięciem, tak stąd-tutaj, aż do łóżka. W piżamce!” — zdradzi filuternie, 
ku pokrzepieniu serc. Cel działania: pozyskać środowisko wuefistów. 

7. Kryzys. Nie należy zapominać o wewnętrznym PR! „Prezes Ka-

czyński spotkał się w swojej willi w Klarysewie z posłankami Gęsicką, 
Szczypińską i Natalli-Świat, z którymi przećwiczono sceny do nowego 
spotu reklamowego. W imprezie wziął udział poseł Gosiewski, który 
rzucał w panie śnieżkami” — poinformuje w radiowej Jedynce szef Kan-

background image

140

celarii Prezydenta, Piotr Kownacki. „Biuro Bezpieczeństwa Narodowe-
go przerzuciło dziś prezesa z Żoliborza na jego daczę w Klarysewie. 
Koszty operacji oraz paliwa do śmigłowca doliczyliśmy do rachunku za 
wynajem” — zapewni solennie Aleksander Szczygło, szef BBN. Proszo-
ny o opinię Tadeusz Cymański doda w telewizji TRWAM, że „każdy 
może być przerzucony przez BBN, gdzie tylko chce, nawet, za przepro-
szeniem, Palikot. Wystarczy zwrócić się z odpowiednim pismem i zapła-
cić”. Cel działania: wzmocnienie komunikacji wewnętrznej w partii. Cel 
wtórny: pokazać Gosiewskiemu, kto ma lepszą metę — on na peronie we 
Włoszczowie czy prezes w Klarysewie. 

Szczegóły pozostałych działań PR na razie owiane są tajemnicą poli-

szynela.

8 marca 2009

Skandalista Pieronek

Szanuję i cenię biskupa Tadeusza Pieronka, bo to jeden z rozsądniej-

szych hierarchów kościoła katolickiego, ale jego najnowszą wypowiedź 
uważam za niestosowną, a fragmentami — trącącą średniowieczem. Bi-
skup wybrzmiał wczoraj tak, jakby chciał grozić premierowi polskiego 
rządu: „Jeśli premier chce wojny, to będzie ją miał”. Tadeusz Pieronek 
mówił ponadto, że stanowisko kościoła w kwestii eutanazji jest nie-
zmienne i „nie widzę pola do dyskusji”, ponieważ „człowiek nie ma pra-
wa do decydowania o swojej śmierci”.

Otóż pole do dyskusji, księże biskupie, istnieje zawsze, wszędzie 

i w każdej sprawie. W państwie świeckim — a w świeckiej Polsce rolę 
Kościoła i jego relacje z państwowymi strukturami reguluje konkordat 
— o zasadach prawa decydują obywatele, nie Kościół. Biskup Pieronek 
ma prawo głosić dowolny osobisty pogląd, tak jak ja i tysiące innych 
obywateli, ale w kwestii obowiązujących praw nie może nam narzucać, 
w imieniu Kościoła, żadnego stanowiska. 

Tak jak nie ma dziś mowy o wpływaniu przez aparat państwa na fun-

damentalne dla Kościoła zasady wiary i presji na zmianę jego poglądów 

background image

141

w kwestiach etyki i moralności, tak też wykluczone muszą być wszelkie 
próby narzucania przez Kościół norm prawa państwowego. To dotyczy 
nie tylko dyskusji o eutanazji, choć w tej kwestii trzeba sobie jasno po-
wiedzieć, że ani ja, ani inni racjonalnie myślący ludzie nigdy nie zamie-
rzaliśmy i nie zamierzamy do niej namawiać! To nie o to chodzi! Moim 
skromnym zdaniem, zmiany w prawie mogłyby dać nieuleczalnie cho-
rym możliwość godnego umierania, mogłyby skrócić nieodwracalne, 
ponadludzkie cierpienia, nie tworząc konfliktu sumień. Można dać 
przecież prawo wyboru — niczego nikomu nie narzucając. 

Kiedy Donald Tusk mówił o „testamencie życia”, miał zapewne na 

myśli formy odpowiedzialnego podejmowania decyzji o własnej przy-
szłości… Jestem człowiekiem świadomym, więc mogę decydować, na 
piśmie, co stanie się z moimi organami po śmierci… Jestem świadomy 
własnych praw, więc mogę decydować, że gdy ulegnę tragicznemu wy-
padkowi, lekarze będą mnie utrzymywali w stanie nieodwracalnej 
śpiączki przez na przykład dziesięć lat jej trwania, a później — zgodnie 
z moją wolą — będą mieli prawo odłączyć mnie od wszelkich urządzeń 
podtrzymujących funkcje życia. Jestem człowiekiem, więc mogę sam 
zdecydować, czy chcę żyć za wszelką cenę — czy też iść na spotkanie 
z Bogiem, w którego wierzę. Żaden Kościół, żadna hierarchia kościelna 
nie może mnie tego prawa pozbawić…

Najbardziej przygnębiające było jednak kolejne wczorajsze stwierdze-

nie biskupa Pieronka: „Chrześcijańskie spojrzenie na cierpienie jest zu-
pełnie inne niż ludzi, którzy cierpieć nie chcą. Cierpienie jest twórcze, 
trzeba je wykorzystać do tego, aby pogłębić swoje człowieczeństwo”. Ro-
zumiem, że cierpienia nigdy dosyć. Że ci, którzy cierpieć już nie chcą, 
bo po ludzku nie potrafią dłużej znieść udręki, nie mają szans na pogłę-
bienie swego człowieczeństwa. Że cierpieć można i trzeba dla twórczej 
przyjemności tego pogłębiania! Trzymając się brutalnej retoryki Jaro-
sława Kaczyńskiego, który przywołał heroiczną postawę trzynastolet-
nich dziewczynek torturowanych przez gestapo, powinno się potępić 
wszystkich, którzy nie mogąc sprostać cierpieniom — popełniali w wię-
zieniach samobójstwo. Powinno się potępiać śmiertelnie rannych żoł-
nierzy, którzy błagali: „Dobij mnie, bracie”. A przecież cierpienie ma 
twórczą moc, dlaczego jej nie szukali, głupcy… 

background image

142

Zaiste, można wierzyć hierarchom, gdy mówią, że cierpienie trzeba 

wykorzystać. 

10 marca 2009

Nasz drogi jubilat

Cóż… Winien jestem (my wszyscy, gapy!, chyba też) gratulacje prezy-

dentowi Kaczyńskiemu! Właśnie świat obiegła ważna informacja, że brat 
swojego brata obchodził uroczyście trzydziestopięciolecie pracy zawo-
dowej! Dlaczego prezydencka kancelaria skrzętnie taiła tę wiadomość 
— nie wiem. Dlaczego w komunikacie przekazanym mediom nie ma 
mowy o wysokości gratyfikacji — także nie wiem. Dlaczego nie odpo-
wiedziano na moje pytanie o premie wysokich urzędników Kancelarii, 
na czele z Kownackim i Kamińskim, również trudno powiedzieć. Przyj-
mijmy zatem, nie mając wyraźnego sprostowania, że oficjalny komuni-
kat Kancelarii brzmi następująco: Lech Kaczyński otrzymał 50 tysięcy 
złotych w nagrodę za 35 lat pracy zawodowej. Nadal nie znamy wysoko-
ści premii ministrów pana prezydenta.

Przy okazji poszukiwań wiążących się z wysokością prezydenckiej na-

grody, trafiłem na smakowite zapowiedzi z roku 2005, w których Lech 
Kaczyński, jeszcze jako kandydat na prezydenta, oburzał się na wyso-
kość rozbuchanego budżetu kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego i de-
klarował między innymi w „Gazecie Polskiej” — „Przerost zatrudnienia 
jest widoczny szczególnie w prezydenckiej administracji. […] Nie chciał-
bym uciekać w populizm i mówić, że kancelaria nie będzie nic kosztować, 
ale na pewno będzie o jakieś 20—25 procent mniej kosztowna”.

Pomijam fakt, że Kaczyński, zatrudniając prawie 350 urzędników 

(plus Bugaj i Glapiński, którzy piją kawę z prezydentem społecznie) 
przewyższył zatrudnienie z czasów Kwaśniewskiego o jakieś 150 osób. 
Pomijam fakt, że w końcu minionego roku, już strasząc Polaków nad-
ciągającym kryzysem!, żądał na wydatki swego urzędu niemal 190 mi-
lionów złotych budżetu — to jest około 40—50 milionów więcej, niż wy-
nosił średnioroczny budżet kancelarii jego poprzednika! 

background image

143

Ale nawet nie te informacje są najbardziej uderzające: z solidnych 

dziennikarskich wyliczeń wynika, że mamy najdroższego prezydenta 
w Europie Środkowej! Prezydent Czech kosztuje statystycznego Czecha 
1,2 zł, prezydent Słowacji kosztuje swojego obywatela 2,5 zł, Węgier pła-
ci na szefa swego państwa 2,4 zł… A Polak? Lech Kaczyński kosztuje 
każdego z nas 4,1 złotego… 

Drogiemu jubilatowi w imieniu moich czterech złotych i dziesięciu 

groszy gratuluję zatem i jubileuszu, i wysokiej nagrody, i rozmachu 
w wydawaniu publicznych pieniędzy. 

12 marca 2009

Wilki szukają szczura

Wielkie poruszenie w partii braci Kaczyńskich! Intelektualna ru-

chawka w największym opozycyjnym ugrupowaniu! Przełomowa dla 
Polski dyskusja w Prawie i Sprawiedliwości! Trzydniowa epopeja wysił-
ku poznawczego Jarosława Kaczyńskiego! Męki twórcze Suskiego!

Gdyby polskie dzienniki w ostatnich dniach bardziej interesowały się 

prawdziwą polityką, a nie milionami złotych, które rzekomo zginęły 
z kosmetyczki mojej byłej żony, tak właśnie brzmiałyby tytuły prasowe 
na pierwszych stronach tabloidów. Cóż się wydarzyło? Co zaszło? Rzecz 
stała się niesłychana! Anonimowy poseł PiS, opisując kulisy powstania 
spotu reklamowego tej partii, powiedział redaktorom „Dziennika” na-
stępujące zdanie: „Mieliśmy naprawdę duży problem, żeby w PiS zna-
leźć takie panie, które wyglądają i mają coś do powiedzenia”. 

Gniew Jarosława Kaczyńskiego jeszcze nigdy nie był tak wielki. 

W partii ogłoszono poszukiwania autora kontrowersyjnych słów. „Szu-
kamy tego szczura!” — powiedział Tadeusz Cymański i przybliżył temat: 
„Robimy obławę na szczura w naszym klubie. Niestety, niektóre szczury 
to szczury alfa i trudno je wytropić!”. Poseł Jan Dziedziczak zagroził 
sądem redakcji, jeśli ta nie opublikuje informacji, iż to nie on jest szczu-
rem! Kaczyński wyznaczył nawet prokuratora śledczego, który zajmuje 
się poszukiwaniem sprawcy — to poseł Marek Suski (Ziobro załamany, 

background image

bo liczył na tę fuchę). O sprawstwo podejrzewani są Adam Hofman 
i Mariusz Kamiński — ten ostatni przezornie zrezygnował z funkcji 
rzecznika PiS-u, żeby tylko zejść Kaczyńskiemu z linii strzału. 

No po prostu — wojna domowa! Wilki alfa polują na szczura alfa! 

Zamiast oficjalnej infamii, szczur po wykryciu zostanie karnie relego-
wany z klubu i zabroniony mu będzie wstęp na listy wyborcze PiS-u. 
Dobrze, że go nie zjedzą!

Tymczasem… mijają dni, a tu nic. Szczura ni ma, wałęsa się gdzieś po 

Sejmie z triumfującą miną! Prezes jest skrajnie zniecierpliwiony, Suski 
zrozpaczony, marszałek Putra śpieszy z gorącymi zapewnieniami na te-
mat urody i inteligencji kobiet PiS-u, a posłanka Beata Kempa gwałtow-
nie podkreśla, iż nie sądzi, by Kaczyński wybiórczo traktował kobiety: 
„Nigdy tego nie odczułyśmy!”. A pewnie wie, co mówi, choć do roli 
aniołków i paprotek Wodza nie zdołała się załapać.

I tym żyje dziś Prawo i Sprawiedliwość, nie kryzysem! Kto chlapnął?! 

Kim jest szczur? Nazwiska! Adresy! Kontakty! Sam Kaczyński nadal, 
w wielkim szacunku dla kobiet, całując je w dłoń — wyrywa im rękę 
z tułowia. Jak to wilk. Alfa wilk.

14 marca 2009

Nepotyzm

Napisałem to już kilka tygodni temu: większego przykładu nepoty-

zmu niż fakt, że brat-prezydent powołał brata na funkcję premiera nigdy 
dotąd nie było i chyba już nie będzie. Bracia Kaczyńscy i ich formacja są 
zatem niejako z automatu wyłączeni z wszelkich dyskusji na temat nepo-
tyzmu, popełnili bowiem grzech pierworodny — dali Polakom skrajny 
dowód nepotyzmu. Wyżej już nie można, lepszych fuch w państwie ża-
den brat bratu zapewnić nie może. Podobny numer próbowała zrobić 
Zyta Gilowska, wpychając swojego syna na pierwsze miejsce na liście 
kandydatów do parlamentu, ale kudy tam jej do Kaczyńskich! 

Filozoficzne wyznanie Elżbiety Kruk, posłanki PiS-u, na dużym kacu: „coś tam, coś tam” 

(© Rafał Michałowski / Agencja Gazeta)

background image

145

Nepotyzm jest agresywnym słowem i metodą, za pomocą której ka-

pitalizm dąży do rozbicia więzi rodzinnej. Ja do swoich bliskich znajo-
mych, we własnej firmie, mówiłem zawsze: „pan, pani” — tak bardzo 
bałem się rozmycia kryteriów i utraty kontroli nad procesem zarzą-
dzania zgodnym z mechanizmami rynkowymi, a nie organizowanym 
według interesu rodziny lub przyjacielskiej wspólnoty! A jednak na 
pytanie, czy jest słusznym abstrahować od więzów krwi, gdy chodzi 
o poparcie w grze rynkowej, odpowiedzieć mi nie jest łatwo. Logika 
rodzinnego powinowactwa jest stara jak świat i łatwo powiedzieć, że 
nie można zrobić nic lepszego niż pomóc matce-bratu-siostrze! Pyta-
nie w swej właściwej formie brzmi zatem: pomagać, owszem, ale czy 
kosztem jakości procesu? 

Odpowiedź: oczywiście — nie. Rynek to rynek, rodzina to rodzina. To, 

co zarabiam, wolno mi ofiarować, dać moim najbliższym, ale sam me-
chanizm jest i musi być neutralny wobec powiązań rodzinnych. Dlatego 
etyka kapitalizmu wyraźnie zmierza do tezy, iż niejasność relacji po-
między członkami rodziny wymaga odmowy zatrudniania ich firmach, 
które działają jako spółki kapitałowe. Co dopiero więc w sytuacji, gdy 
zachodzi relacja usługodawca — urzędnik państwowy, i gdy firma usłu-
godawcy znajduje się w rękach członka rodziny tego urzędnika?! Tu 
etyka wolnego rynku staje dęba i zrzuca z siodła. Nie wolno, nie ucho-
dzi, nie należy, to wbrew zasadom. Proste. W Polsce, gdzie ten mecha-
nizm jest jeszcze słabo przerobiony przez kulturę rynku, reakcje spo-
łeczne na taki rodzaj działań i na taki sposób myślenia są słabsze, bliskie 
przyzwoleniu. Przecież daje zarobić swojemu, byłoby świństwem nie 
dać… To spadek po zaborach i PRL z jednej strony, a z drugiej — efekt 
krótkiego czasu rozwoju społeczeństwa kapitalistycznego. 

Nie piję tym tekstem do zachowań PSL, bo od myślenia w katego-

riach „prorodzinnych” nie jest wolna żadna polska partia. Wszędzie 
spotkamy ludzi, którym wydaje się oczywiste, że brat-polityk powinien 
(ma obowiązek!) pomóc bratu — kimkolwiek on jest. Rzadziej słychać 
opinię: 

NIE POWINIEN

. Brat polityka może radzić sobie sam, dziecko 

polityka — również. Na własną krechę żyć, na własny rachunek prowa-
dzić działalność gospodarczą, a wspierać się nawzajem tylko przy okazji 
urodzin rodziców, gdy trzeba kupić wspólny prezent. 

background image

146

Jest i inne wyjście: brat-polityk zawsze może rzucić politykę. Przymu-

su nie ma. 

17 marca 2009

Hasła przeciw hasłom?

„Nie będziemy płacić za ten kryzys, nie myśmy go wywołali!” Takie 

okrzyki związkowców słyszała wczoraj Warszawa, a ledwie zostały wy-
krzyczane, zaraz skwapliwie podchwyciła je opozycja i głosem posłanki 
SLD wezwała premiera do natychmiastowego powstrzymania kryzysu.

Odrzucam głos posłanki Jarugi-Nowackiej, bo cóż ona innego może 

mówić, kiedy jej partia ledwie zipie i usiłuje ciułać promile poparcia 
nawet na żerowaniu na ludzkiej krzywdzie, wolę skupić się na poglą-
dach związkowców, bo są wprawdzie propagandowo nośne, ale nieco 
pozbawione sensu. Prawdą jest jedynie to, że nie my, w Polsce, wywoła-
liśmy kryzys, z którym wszyscy musimy się dzisiaj mierzyć. Jego koszty 
— czy nam się podoba, czy nie — dotkną jednak każdego z nas. Już do-
tykają. Nawet najbogatsi właściciele największych firm (także Skarb 
Państwa) tracą wcześniejsze rynki zbytu i zyski (vide choćby branża meb-
larska, przewozy kolejowe czy sektor zbrojeniowy), zwalniają tempo 
produkcji i samych pracowników. 

Ten kryzys nie wybiera, nie uderza tylko w jedną warstwę społeczną 

i wybrane grupy zawodowe, on bije na odlew każdego, kto wejdzie mu 
w drogę. Oberwali bankierzy, oberwały firmy eksportujące towary, ob-
rywa transport, budownictwo, turystyka, pewnie wkrótce mocniej do-
tknie rolnictwo, handel. Możemy się przekonywać, że Polska i tak jest 
światową oazą spokoju, ale przecież ludzi tym nie zjednamy. 

Związkowcom się nie dziwię, że budują swoją tożsamość na twardych 

hasłach, ale wolałbym jedynie, aby zamiast krzyczeć je na wiecach — 
chcieli wypowiadać je w rozmowie. Krzykiem, że „nie będziemy płacili 
za kryzys, którego nie jesteśmy autorami”, mieszamy tylko Polakom 
w głowach, a od mieszania herbata słodsza się nie zrobi. Wolę, żebyśmy 
siedzieli przy stole rozmów i wspólnie szukali mądrych rozwiązań — 

background image

147

twórzmy taki narodowy think tank! — niż palili opony w imię haseł, 
które są beznadziejnie puste i nieprawdziwe. Przeciwko takim hasłom 
mogą być tylko inne puste hasła: nie myśmy wywołali kryzys, nie ten 
rząd i nie poprzednie, i choć szlag nas trafia — wszyscy poniesiemy jego 
konsekwencje! 

Jeśli dwie grupy staną naprzeciw siebie i będą krzyczały każda swoje 

hasło, do niczego nie dojdziemy. To pewne.

27 marca 2009

Samobójstwo Róży K.

Jak pisałem wczoraj, jedna z kobiet (Róża K.), które przyznały, że były 

molestowane przez byłego policjanta, Grzegorza K., popełniła samobój-
stwo. Ponieważ wciąż jest wiele niejasności w sprawach prowadzonych 
wobec tego byłego policjanta oraz w związku z samobójstwem dziew-
czyny, zwrócę się do ministra Czumy o objęcie tego przypadku nadzo-
rem ministerialnym. Chcę też w tym miesiącu zdiagnozować sytuację 
w lubelskich izbach zatrzymań. Oprócz montażu kamer w Izbie w Lu-
blinie warto doprowadzić do pełnego monitoringu na terenie całego 
województwa. Mam nadzieję , że w ten sposób cała gehenna molestowa-
nych kobiet, w tym mój skromny, interwencyjny udział w sprawie gwał-
tów, znajdą swój społeczny finał. 

Przy okazji tego zdarzenia jeden z moich bliskich znajomych zwrócił 

uwagę na skandaliczny przypadek opowiedziany w telewizyjnej „Spra-
wie dla reportera” w miniony wtorek. Rodzina zastępcza opiekująca się 
czworgiem dzieci w Nowym Dworze Mazowieckim przeżyła piekło, gdy 
jedno z dzieci umarło w wannie na atak serca. Zanim zrobiono sekcję 
zwłok i wyjaśniono przyczyny śmierci, tabloidy już zdążyły wydać swój 
wyrok na opiekunów, linczując ich publicznie jednoznacznymi suge-
stiami, że dziewczynka utopiła się — pozbawiona rodzicielskiego nad-
zoru. Nadgorliwy prokurator, czując presję mediów, rychło wydał de-
cyzję o zabraniu z tej rodziny pozostałych dzieci. Jedno z nich znajdo-
wało się wśród życzliwych opiekunów zaledwie miesiąc po tym, jak na 

background image

148

własne oczy zobaczyło śmierć matki zadźganej nożem przez, między 
innymi, ojca. Teraz, oderwane od nowych rodziców, umiera po raz dru-
gi. Zanim sądy wydadzą stosowny wyrok i przywrócą rodzinie zastęp-
czej prawo do ponownej opieki nad dziećmi, miną miesiące, miesiące 
piekła na ziemi. 

Dziennikarzom, którzy podobnie jak opisywany przeze mnie wczoraj 

redaktor Mazurek z „Dziennika”, wzięli wierszówkę za pochopnie rzu-
cane stwierdzenia, włos z głowy nie spadnie. Robert Mazurek, konse-
kwentnie wyśmiewający moją konferencję z użyciem wibratora, a przez 
to deprecjonujący znaczenie gehenny, którą przeszła Róża K., nie po-
czuje swojej moralnej odpowiedzialności za to, że nabijając się z gadże-
tów — lekceważył problem, z jakim przyszło żyć dziewczynie. Tabloidzi 
— łagodniej trudno mi określić dziennikarskie hieny — nie poczują się 
odpowiedzialni za dramat dziecka właśnie wygnanego z przyjaznej mu 
i życzliwej rodziny, nie odpowiedzą też ani moralnie, ani karnie za ból, 
jaki swoimi sugestiami zadali opiekunom… 

Media mają prawo do bezwzględnego czepiania się nas, polityków, 

ale żerowania na zwykłych ludziach w sposób tak cyniczny i tak bez-
względny mogłyby zaprzestać. Oczywiście — nie zaprzestaną. Żyją z te-
go. Zarabiają na tym, że z dziennikarzy stają się hienami. Prawdziwy 
wybór należy jednak do nas, czytelników: nie dajmy się zwariować, pa-
trzmy na ręce nie tylko politykom, ale i dziennikarskim hienom. I nie 
kupujmy ich wypocin. Przecież jest bardzo wielu sensownych dzienni-
karzy i wiele wartościowych mediów. Mamy w czym wybierać.

30 marca 2009

Rozwiązać IPN!

Jeśli pracą naukową jest rozważanie — na podstawie plotek — czy 

Lech Wałęsa miał w młodości nieślubne dziecko, to czym jest kabaret? 
Jeśli przez wszystkie ostatnie lata nie powstała w IPN żadna publikacja 
poświęcona historii życia braci Kaczyńskich, w końcu: premiera i prezy-
denta Polski, obu zasłużonych dla ruchu związkowego, a co chwilę publi-

background image

149

kuje się złe doniesienia o Lechu Wałęsie, to powstaje pytanie — dlaczego 
tak jest? Dlaczego kabaret pod przewodnictwem prezesa Kurtyki musi 
być finansowany z kieszeni podatników? Czy nie lepiej, a kulturalniej 
i weselej, nie byłoby nam sponsorować Kabaret Ani Mru Mru? 

Sprowadzam do absurdu rzecz śmiertelnie poważną. Instytut Pamię-

ci Narodowej, przechylony ze szkodą dla myśli historycznej na stronę 
radykalnego PiS-owskiego politykierstwa, działając pod szyldem badań 
naukowych, stał się kolejną po Radiu Maryja zakamuflowaną instytucją 
partyjną. Prowadzi szkodliwą dla Polski krucjatę przeciwko wszystkie-
mu, z czym nie jest po drodze braciom Kaczyńskim. 

Może jednak trzeba spojrzeć na działalność IPN z nieco szerszej per-

spektywy. Mamy oto w Polsce nagromadzenie przedziwnych zdarzeń: 
przejęcie TVP przez środowiska skupione wokół Giertycha i nastawione 
na wyrwanie Polski z Unii Europejskiej, intensywne działania propa-
gandowe partii Libertas i jej lidera z rosyjskimi powiązaniami, zaczyna-
jącego wtrącać się do naszych spraw za pośrednictwem polskich mario-
netek, mamy prorosyjskie grupy powiązane z Radiem Maryja, którego 
nadajniki nadal emitują sygnał do Polski z Uralu… I mamy IPN żarliwie, 
w imię słabo zrozumiałych racji walczący z symbolami niepodległego 
państwa. A to już nie jest kabaret, to każe głęboko się zastanowić nad 
celami działania tych grup i instytucji. Co je łączy? Co każe im grać w tej 
samej orkiestrze? 

IPN finansowany jest z pieniędzy podatników. Z naszych podatków 

wynagradza się młodego szczawika z PiS-owskim rodowodem, który 
w przerwach między kopiowaniem dokumentów pisze książki szkalują-
ce Lecha Wałęsę. Z naszych pieniędzy opłaca się dwóch innych naukow-
ców, którzy obrali sobie dokładnie ten sam cel. Z naszych pieniędzy 
finan sowana jest działalność placówki, której funkcje powinny być moż-
liwie daleko odsunięte od bieżącej polityki, a która żyje głównie tą poli-
tyką i jej partyjnej wersji służy. 

Czy można temu zaradzić? Tak: likwidując IPN. Zbędne źródło pol-

sko-polskich waśni. Instytucję, która pod przewodem Janusza Kurtyki 
trudni się antagonizowaniem Polaków i naginaniem historii do bieżą-
cych potrzeb politycznych. Czy jednak trzeba zaniechać prac badaw-
czych, które powinna wykonywać struktura podobnego typu? Otóż 

background image

150

wcale nie! Można zamknąć IPN, a do prac naukowych nad przeszłością 
Polski zaprosić — i finansować z budżetu po IPN — nasze uniwersytety. 
Niech staną do przetargu, niech złożą ofertę, a najlepszy wygra i będzie 
z odpowiedzialnością właściwą akademikom realizował misję, której nie 
podołał IPN. 

Zlikwidujmy Instytut, ale nie samą słuszną ideę, która stała za jego 

powołaniem. Warto, by badaniami zajmowały się uniwersyteckie kate-
dry, a nie politykierzy, którzy sięgają po teczki tylko wówczas, gdy są 
potrzebne do rozbijackiej roboty. Odbierzmy to narzędzie politykom 
i dajmy je — wraz z pieniędzmi IPN — katedrom historycznym polskich 
uniwersytetów. 

31 marca 2009

Prepis na władzę

Kaczyński (ten ważniejszy) chce tworzyć prerząd. Myślałem, że 

wszyscy się przesłyszeliśmy, że Kaczyński będzie tworzył przyrząd — 
jakiś tam — ale nie, wódz wyraźnie podkreślił, że po wyborach do Par-
lamentu Europejskiego stworzy prerząd. A ściślej: prerząd stworzy jego 
partia. 

W zasadzie jest to zadanie łatwiejsze niż stworzyć postrząd. Ministrów 

Kaczyńskiego łatwiej dziś bowiem spotkać na sali sądowej (Lipiec), albo 
na wewnętrznej emigracji (Dorn), w szkole języka angielskiego (Ziobro 
przed wykopem do Brukseli), czy wreszcie na planie filmowym (Gę-
sicka) lub na uchodźstwie (Kaczmarek). Ze starej gwardii zostali Ka-
czyńskiemu jedynie Gosiewski i Wassermann, może więc nie od rzeczy 
będzie sięgnąć po sprawdzonych przyjaciół — Lepper nie pogardzi prze-
cież funkcją prewicepremiera, a Giertych mógłby zostać preministrem 
od ponownego wyrzucania Gombrowicza ze szkół. To już jest czterech. 
Profesor Zybertowicz spokojnie może odpowiadać za prehistorię, czyli 
grzebanie w teczkach — najlepiej na stanowisku preministra od służb 
specjalnych; przy okazji tego szczawika od książki o Wałęsie trzeba by 
awansować na presekretarza stanu — zaś prefinansami zajmie się wier-

background image

151

na wodzowi Zyta Gilowska, pilnując, żebyśmy, broń Boże, nie weszli do 
prestrefy euro! 

Sześciu takich preministrów plus ten szczawik (a w odwodach czekają 

przecież Brudziński, Karski, Wiechecki, Wierzejski, Mojzesowicz, Filipek 
— kwiat polityki!), wzmocnionych przez prepremiera Kaczyńskiego oraz 
preprezydenta Kaczyńskiego — nooo… z taką ekipą to góry można prze-
nosić! A i pod względem programowym nie jest najgorzej: program — 
przepraszam: preprogram! — jest już napisany i przyjęty bez preble-
mów na prepięknym kongresie. Preprezes krzyknął: „Niech stanie się 
miłość!” i „Prepraszamy!”, prepaprotki pomachały Polsce z billboardów, 
teraz więc nadchodzi moment najważniejszy — można się podzielić pre-
posadami! Wódz wie, czego oczekuje jego gwardia… Do rozdania jest 
150—200 stanowisk! 

Oferując swym pretorianom Inflanty, Kaczyński wie, w co gra: w PiS-ie 

jest dzisiaj tak wielu wkurzonych na preprezesa, który zablokował im 
wejście na listy do europarlamentu, że ten przedsmak przyszłej władzy 
miałby im dać namiastkę spełnienia ambicji — i wyciszyć atmosferę 
w partii. Będą mogli, obiecuje im Kaczyński, obradować na wyjazdo-
wych sesjach prerządu w Klarysewie, napiją się wina, spiszą kolejne 
wersje wodzowskiego orędzia, poćwiczą oklaski. Będą słuchali kolejnych 
prewizji i prepowiedni, będą razem z prepremierem snuli marzenia 
o preIVRP. I tylko o jednym Kaczyński im nie powie, choć sam to czuje: 
ich prepremiera nigdy nie nastąpi.

2 kwietnia 2009

Goci z Hrubieszowa

Pierwsza stolica europejska Gotów znajdowała się w Kotlinie Hrubie-

szowskiej i została przez nich założona w II wieku po Chrystusie. Było 
to jedyne miejsce, w którym przebywali tak długo, aż do V wieku naszej 
ery. Zostały po nich bardzo specyficzne groby, ceramika, naszyjniki 
i genialnej jakości przedmioty z metalu. Zabytki tak wyjątkowe, że mu-
zeum narodowe w Berlinie zaproponowało wymianę — na potrzeby wy-

background image

152

stawy czasowej — skarbów Priama na te właśnie obiekty w ramach 
współpracy z powiatowym muzeum w Hrubieszowie. To pierwszy chy-
ba przypadek, aby cokolwiek z muzeum narodowego tej rangi, gdziekol-
wiek w Europie, trafić miało do instytucji powiatowej. 

 Żyzne ziemie powiatu hrubieszowskiego przyciągały już wcześniej-

sze ludy. Odnalezione ślady są nawet sprzed 4000 lat. Piramidy polskie, 
czyli bardzo długie, ale poziome, nie pionowe — jak w Egipcie, grobow-
ce dla jednego władcy. Malowana ceramika, biżuteria, dowody handlu 
ze światem starożytnym, to wszystko skarby ziemi hrubieszowskiej. Jak 
mówią archeolodzy: tutaj, gdziekolwiek człowiek wbije łopatę, tam za-
raz coś znajdzie.

Oglądałem to wszystko w dziwnym zdumieniu. Nic o tym nie wiemy, 

nie promujemy jednego z najbardziej chyba niezwykłych miejsc w Pol-
sce. Małe miasteczko pełne magii. Tu urodził się Bolesław Prus, żył 
i mieszkał przez lata Bolesław Leśmian. To tu założył pierwszą kolonię 
z wolnymi chłopami Stanisław Staszic. Lokalni malarze prymitywiści, 
matematycy i wynalazcy żydowskiego pochodzenia — to wszystko jest 
w Hrubieszowie. Doprawdy czasami pieniądze leżą na ulicy, a ściślej 
w ziemi! Z Hrubieszowa poza tym blisko do Tomaszowa i Zamościa, ale 
to już temat na całkiem inną opowieść.

7 kwietnia 2009

Życiorys – broń obosieczna

Bądźcie odważni! — powiedział wczoraj Lech Kaczyński grupie odzna-

czonych pracowników IPN. Bądźcie odważni! — apeluję do tych samych 
ludzi, prosząc ich w wysłanym wczoraj liście o zbadanie pokrewieństwa 
Lecha i Jarosława Kaczyńskich oraz ich ojca Rajmunda z Wilhelmem 
Świątkowskim, prezesem Najwyższego Sądu Wojskowego w czasach sta-
linizmu, oficerem śledczym Armii Czerwonej. 

Z oficjalnych informacji wynika, że ojciec Lecha i Jarosława Kaczyń-

skich, Rajmund Kaczyński, urodził się w 1922 roku w Grajewie z matki 
Franciszki ze Świątkowskich, urodzonej w Grenówce koło Odessy. Z tej 

background image

153

samej miejscowości pochodził pułkownik Wilhelm Świątkowski. Czy był 
bratem babki Kaczyńskich? Wujkiem dla ich ojca? 

Jak zapisał się w polskiej historii Wilhelm Świątkowski? Absolwent 

Charkowskiej Szkoły Prawniczej i Wojskowej Wyższej Akademii Prawa 
w Moskwie. Od 1940 roku w Armii Czerwonej jako oficer śledczy, szef 
prokuratury 204 Dywizji Piechoty. Był dyplomowanym prawnikiem 
wojskowym ZSRR. Do Ludowego Wojska Polskiego polecono mu wstą-
pić w czerwcu 1944 roku; rozpoczął służbę od stanowiska szefa Woj-
skowej Prokuratury 1 Dywizji Piechoty. Późniejsza kariera: prokurator 
Wojskowej Prokuratury w Poznaniu, prokurator Prokuratury Mary-
narki Wojennej. 4 listopada 1950 roku Komisja Wojskowa Biura Poli-
tycznego Komitetu Centralnego PZPR powołała Wilhelma Świątkow-
skiego na prezesa Najwyższego Sądu Wojskowego. 

Prezes Świątkowski, wspomagany przez osadzonych w najważniej-

szych ogniwach aparatu terroru doradców radzieckich, działał w prze-
świadczeniu, że realizuje komunistyczną misję dziejową, i wprowadził 
despotyczne rządy. Organizował tak zwane trójki sędziowskie, złożone 
z całkowicie uległych sędziów, ślepo wykonujących polecenia władz. Na 
podstawie teorii Stalina o zaostrzającej się walce klasowej, wojskowy 
aparat represji wrogów poszukiwał dosłownie wszędzie i wszelkimi me-
todami. W 1954 roku odwołano go do kraju pochodzenia.

Mam nadzieję, że IPN, w imię prawdy historycznej, służąc nauce 

i Rzeczypospolitej (to cytat z Kurtyki) pozwoli rozwikłać kwestię do-
mniemanych relacji rodzinnych braci Kaczyńskich. Ich losy to przecież 
istotna część historii III i IV RP, a koligacje rodzinne, przeszłość i dzia-
łalność przodków są tak samo ważne dla stanu naszego państwa, jak 
nieślubne dzieci Lecha Wałęsy. 

Zapytają państwo, i słusznie, dlaczego ja to robię? Proszę doczytać do 

końca…

Kaczyńscy i ich najwierniejsi pretorianie mają do polityki podejście 

marksistowskie, choć raczej w stalinowskim wydaniu marksizmu. Nie 
przeszkadza im wypominanie przeciwnikom politycznym ani naro-
dowości, ani więzi krwi z członkami KPP czy PZPR — przeciwnie: przy-
należność lub luźny rodzinny związek ze strukturami PRL w ich mnie-
maniu dyskwalifikuje człowieka, odbiera prawo do wydawania ocen 

background image

154

moralnych i politycznych, albo wręcz — zabrania udziału w publicznej 
debacie. 

Proszę mi wierzyć, mam świadomość, jak wielką osobistą cenę płacę 

za doprowadzanie do granic absurdu metod i sposobu argumentacji 
stosowanej przez braci w ostatnich kilkunastu latach. Oni, twórcy wizji 
Najczystszej Rzeczpospolitej, przedstawiają się jako prawdziwie polscy 
i antykomunistyczni politycy. Są w tym mistrzami! Nie protestują, kiedy 
IPN gorliwie zajmuje się kwestią współpracy Lecha Wałęsy z SB. Powo-
łują się na książki o Stefanie Niesiołowskim, o ile stawia się w nich tezy 
zgodne z polityką PiS. Tym samym wyznaczają linię postępowania swo-
im wyznawcom i wyborcom: róbcie tak, jak my, sprawdzajcie pochodze-
nie, sprawdzajcie dziadków i powiązania rodzinne, sprawdzajcie papiery, 
zaglądajcie do rozporków i teczek, bo tylko tam możecie znaleźć odpo-
wiedź na pytanie o prawdziwe poglądy i intencje… Nie ufajcie nikomu, 
kto nie jest od nas, kto nie jest nasz, posądzajcie przeciwników, rzucajcie 
oskarżenia, róbcie aluzje, tego zapytajcie o żydowskie pochodzenie, tam-
tego o związki z Niemcami… Niech się nas boją… 

To jest ta metoda! To ich metoda i ja ją właśnie stosuję: proszę, by 

odznaczeni wczoraj historycy z IPN wyjaśnili pokrewieństwo braci z puł-
kownikiem Armii Czerwonej. By odpowiedzieli na pytanie o udział Alek-
sandra Kaczyńskiego w Komunistycznej Partii Polski. By rozgrzebali 
teczkę Kaczyńskich, poszli po wszystkich tropach ich życiorysu, by spraw-
dzali, zaglądali, wywlekali na światło dzienne — i publikowali efekty 
swojej kwerendy. By zabijali legendę braci Kaczyńskich — na życzenie 
ich politycznego przeciwnika — dokładnie taką samą bronią, jaką oni 
tolerują w odniesieniu do Wałęsy, Geremka, Michnika, Tuska czy Nie-
siołowskiego. O Helenie Łuczywo nie wspomnę. 

Złożyłem w IPN pismo, oczekując wyjaśnienia związków rodziny Ka-

czyńskich ze stalinowskim sędzią Wilhelmem Świątkowskim, posiadł-
szy informację, iż babka braci Kaczyńskich też nazywała się Świątkow-
ska, urodziła w tej samej wsi pod Odessą i mogła być siostrą pułkownika. 
Czynię tak, aby wykazać absurd polityki prowadzonej za pomocą grze-
bania w przodkach i zamierzchłej historii. Chcę pokazać, że tego typu 
retoryka, jaką teraz stosuje się wobec Lecha Wałęsy i innych konkuren-
tów politycznych PiS, może być zabójcza nie tylko dla braci Kaczyń-

background image

155

skich, ale dla całej polskiej klasy politycznej, dzisiaj i w przyszłości. Się-
gam do życiorysu Kaczyńskich tak samo bezpardonowo, jak oni sięgali 
— własnymi i Kurskiego rękami — do cudzych życiorysów i związków 
rodzinnych. I wiem, że postępując tak niegodziwie, narażam się na po-
lityczną śmierć, ale świadomość, że wraz ze mną umrą politycznie Ka-
czyńscy i ich metody, osładza mi gorycz istnienia.

8 kwietnia 2009

Szlak nadbużański

Wybrałem sie wczoraj, z siedmioosobową rodzinną grupą, na wy-

cieczkę śladami mniejszości religijnych na terenie wschodnio-północnej 
Lubelszczyzny, a dokładniej — wzdłuż Bugu, który stanowi tu także gra-
nicę państwa. Od Włodawy do Terespola i później przez Ortel Królew-
ski i Studziankę z powrotem do Lublina. 

W samej Włodawie cerkiew prawosławna z dziewiętnastego wieku, 

klasztor paulinów z siedemnastego wieku i genialna, jedna z najciekaw-
szych synagog na naszych ziemiach. Trasa wzdłuż Bugu prowadzi przez 
park krajobrazowy i jest naprawdę nokautująca, odmienna, niespotyka-
na, pełna o tej porze rozlewisk, ptaków. Pierwsza po drodze jest Jabłecz-
na. Największy obecnie w Polsce klasztor prawosławny (męski) z genial-
nymi dwiema ikonami z piętnastego wieku! Szczególnie ikona świętego 
Onufrego zwala z nóg. A jak śpiewają! Msze o 6.00 i 18.00. Warto być…

Dalej — katolickie sanktuarium w Kodeniu z pięknym siedemnasto-

wiecznym kościołem i naprawdę dobrym obrazem Matki Boskiej Kodeń-
skiej. Potem: Kostomłoty! I to jest już zupełny szok! Jedyna w Polsce 
i pewnie na świecie liturgia bizantyjsko-starosłowiańska, czyli koś ciół 
neounicki, tym się różniący od grekokatolików, że językiem używanym 
jest starosłowiański, a nie ukraiński. 

Kolejna miejscowość to Lebiedziew z mizarem tatarskim, ale w bar-

dzo kiepskim stanie. Następne kilka kilometrów i wówczas ukazuje się 
nam piękna — unicka dawniej — cerkiew, a obecnie kościół katolicki 
z XVII wieku. (Osobną sprawą jest nasza, polska polityka wobec mniej-

background image

156

szości i likwidacja setek cerkwi w 1938 roku w tych okolicach…) Na ko-
niec cmentarz muzułmański w Studziance i neogotycki pałac Zamoy-
skich w Jabłoni i powrót do Lublina. 

Siłą rzeczy pominąłem wiele szczegółów, gdyż poza urodą tych resz-

tek dawnej wielokulturowości, z której zostały dziś pojedyncze przykła-
dy, choć pięknych cerkwi jest po drodze wiele, jak i domów drewnia-
nych z XIX wieku, to szczególnie dojmujące jest poczucie, że nic tu się 
nie dzieje, żadnych turystów, żadnych produktów turystycznych, hoteli, 
pomysłów nawet!, jakby nikt nie wierzył w urodę tych stron; ot, tak za-
wsze tu było… Jedna trasa rowerowa, długa wprawdzie, od Janowa Pod-
laskiego po Włodawę, i kilka tras konnych, parę gospodarstw agrotury-
stycznych. To wszystko. Na Lubelszczyźnie, gdziekolwiek się człowiek 
ruszy, wszędzie jest coś pięknego, ale zupełnie nie potrafimy przerobić 
tych cudowności na sukces komercyjny. Nie umiemy tego potencjału 
przełożyć na nasz rozwój. Może nowi europosłowie to uczynią? Oby!

14 kwietnia 2009

Ja – obrażony?

A jednak! Stało się ! Zostałem obrażony! I to śmiertelnie, nie na żar-

ty. Upokorzony, upodlony, wyśmiany, dotknięty w swojej najgłębszej 
istocie! Czuję się jak ofiara pedofila, jak pusta szklanka, jak ogryzek, jak 
wypluta pestka. Nie wiem, co mogłoby mi wyrównać ogrom doznanych 
krzywd. Nie widzę przed sobą już żadnej przyszłości. Tylko nicość. Żad-
nej nadziei. Czuję się gorzej niż trzeci bliźniak!

Co się stało? Czy ktoś znów nazwał mnie prowincjonalnym błaznem, 

biłgorajskim kmiotem, pajacem, klaunem, debilnym linoskoczkiem, cia-
majdą, paligłupem, tuskomatołkiem, gazownikiem, oszustem, tanim wi-
nem? Coś znacznie gorszego! Nie tylko, że porównano mnie do Lecha 
Kaczyńskiego, ale więcej — uznano, że mogą istnieć nie tylko słowa, 
opinie, zdania, ale przecinki, kropki, wykrzykniki, które mogą jednocze-
śnie obrazić mnie i prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego. Tak! Tak 
właśnie ! Prokurator… z prokuratury… informuje mnie, że zostało wsz-

background image

157

częte z urzędu postępowanie o zniesławienie mnie (Janusz Palikot) i Le-
cha Kaczyńskiego!

O słodka zemsto, o bogini wyrównania rachunków, o i Ty, nocny de-

monie (zbirze), który wkładasz w rękę przeszłego zabójcy ostre narzę-
dzie zbrodni i wy, ciemne siły chłepczące krew o północy, pająki, żaby, 
nakrętki, słoje, pajęczyny, łapki, pazurki, krwotoki, plwociny, rzygowiny 
i wszelkie inne kurewstwa, a także kałuże, lusterka, połamane ręce i nogi, 
powykręcane śrubki, poluzowane koła, podkopane budynki — przyby-
wajcie!

15 kwietnia 2009

Czym upija się prezydent?

Można przypuszczać, że problem alkoholowy prezydenta jest poważ-

niejszy niż swego czasu pisałem. Kiedy docierały do mnie sygnały o czę-
stym nadużywaniu alkoholu przez głowę państwa, myślałem, że sprawa 
dotyczy wielkiej miłości prezydenta do wina. Tymczasem na podstawie 
informacji przedstawionych dziś przez Monikę Olejnik w Radiu ZET nie 
da się wykluczyć znacznie poważniejszego przypadku. 

Według faktur pochodzących z Kancelarii Prezydenta, w lutym zaku-

piono i dostarczono 96 buteleczek wódki, 120 whisky i 96 buteleczek 
koniaku. W kwietniu dokupiono kolejną partię — 60 buteleczek wódki 
i 120 whisky. Kosztowało to podatników niemal 3 tysiące złotych.

Po co kupuje się tak zwane „małpki”? Czy po to, by podawać na przy-

jęciach dyplomatycznych? Nie, na rautach alkohole serwują kelnerzy, 
nalewając je do kieliszków z butelek. Czy „małpki” mają zastosowanie 
w kuchni, na przykład do przyrządzania deserów? Nie, w gastronomii 
używa się zwykłych butelek, to jest zresztą bardziej ekonomiczne. Nie 
ma też zwyczaju wręczania miniaturowych wódek jako prezentu dla go-
ści. Nie można też przyjąć, że tak wielkie ilości małych buteleczek kupo-
wane są na potrzeby szeregowych pracowników kancelarii — oni prze-
cież w pracy pić nie mogą. Trudno także sądzić, że ktoś za państwowe 
pieniądze kompletuje sobie kolekcję alkoholi… Innych zastosowań mi-

background image

158

niaturowych wydań butelek z wódką, whisky i koniakiem w kancelarii 
nie widzę.

Małe buteleczki z alkoholem kupują zwykle ludzie, którzy chcą ukryć 

swój problem z alkoholizmem — mieszczą się one w kieszeni marynarki, 
można je opróżnić w czasie krótkiej wizyty w toalecie, można niespo-
strzeżenie wlać wódkę do kieliszka z colą, można łyknąć w samocho-
dzie. To wygodne, poręczne i typowe; ludzie, którzy nie mogą przeżyć 
bez paru „lufek” dziennie, lubią ten format. 

Ponawiam zatem — choć tym razem czynię to w formie zdecydowa-

nie bardziej stanowczej — swoje żądanie odpowiedzi na pytanie: czy 
prezydent Lech Kaczyński cierpi na chorobę alkoholową? Czy głowa 
państwa polskiego nie powinna dostać skierowania na leczenie odwyko-
we? Czy kupowane na zlecenie Kancelarii Prezydenta setki buteleczek 
alkoholu służą zamaskowaniu problemu z pijaństwem, będąc jedno-
cześnie ratunkiem dla alkoholika? Czy prezydent ma zwyczaj pociąga-
nia z buteleczek w przerwach swoich spotkań, w godzinach pracy? Czy 
doczekamy w tej sprawie jednoznacznej, obiecanej nam przecież opinii 
lekarskiej? Czy dowiemy się prawdy o zdrowiu prezydenta? Czy dowie-
my się, jakie mogą być przyczyny częstego bełkotu prezydenta podczas 
oficjalnych wypowiedzi? Czy znajdziemy odpowiedź na pytanie: co, 
w jakich ilościach i jak często musi popijać prezydent Lech Kaczyński, 
by jako tako funkcjonować? 

Proszę postawić kropkę nad i, Panie Prezydencie Kaczyński: albo 

odejdzie Pan z urzędu i uda się na stosowne leczenie — albo poznamy 
poważne, wiarygodne wyjaśnienia na temat Pańskiego stanu zdrowia 
i problemów z alkoholizmem. Alternatywy nie ma. 

19 kwietnia 2009

Spieprzaj, dziadu!

Tymi słowami: „Spieprzaj, dziadu!” zwrócił się Lech Kaczyński do 

mężczyzny, który domagał się odpowiedzi na pytanie i nie oczekiwał 
szczególnie zaangażowanego zainteresowania; po prostu pytał… Z kolei 

background image

159

za uwagi pod adresem urzędującego prezydenta sąd ukarał innego czło-
wieka: bezdomnego alkoholika z warszawskiego Dworca Centralnego, 
skazując go na karę więzienia w zawieszeniu. Czasem historia się powta-
rza i wówczas — jak mawiał Hegel, a za nim Marks — staje się farsą. 

Kancelaria Prezydenta, według informacji uzyskanych przez Radio 

ZET, kupuje dość duże ilości małych butelek alkoholu. Alkoholu w mi-
niaturowych opakowaniach używa się, aby ukryć problemy alkoholowe 
— to powszechna wiedza w branży spirytusowej, badającej szczegółowo 
rynek konsumencki. Kancelaria nie miała prawa uznać tego typu arty-
kułów za prezenty, gdyż może je przeznaczać tylko na użytek własny. 
Również wyjaśnienie podane wczoraj przez urzędników kancelarii, że 
zakupy te wykorzystane są na potrzeby cateringu w samolotach nie jest 
prawdziwe, albowiem zarówno pracownicy MSZ, jak i Kancelarii Pre-
miera nie potwierdzają, by w czasie ich podróży z prezydentem poda-
wano alkohol w takich opakowaniach. Nie potwierdzają tego również 
dziennikarze podróżujący z prezydentem. Zresztą: co prezydent ma do 
zaopatrywania samolotów, którymi zarządza rząd i jego służby logi-
styczne? Inne urzędy, nawet kancelaria Kwaśniewskiego i Wałęsy, także 
nie kupują i nie kupowały alkoholu w małych butelkach. A wystarczyło 
przecież nie kręcić, tylko zrobić rutynowe badania i mieć z głowy cały 
problem, w tym dociekania o gardło, do którego wlewa się whisky i wó-
deczka z „małpeczek”… To się nazywa polityczna krótkowzroczność. 
Albo: lęk przed ujawnieniem prawdy… Prawdę trudno ukryć… 

Myśląc o tych zakupach oraz wspomnianych scenach na ulicach War-

szawy i słowach „Spieprzaj, dziadu!”, mam nieodparte wrażenie, że Lech 
Kaczyński próbuje odgonić od siebie własne omamy, swój własny los: 
los osamotnionego, bezdomnego polityka z Pałacu Namiestnikowskie-
go, los człowieka nieradzącego sobie z życiem, szukającego ucieczki lub 
odwagi, ratującego się sztucznymi podpórkami, w tym być może — alko-
holem. Słowa „Spieprzaj, dziadu” wracają, ale tym razem w autoodnie-
sieniu, jako figura własnego losu. Pozostaje pytanie, czy prezydent odej-
dzie sam, czy też poczeka, aż wyprowadzi go z urzędu lud, nie tylko lud 
Warszawy — w wyborach…

20 kwietnia 2009

background image

Pupa Rokity

Redaktor Jan Rokita popełnił ciekawy komentarz. „Świat Palikoto-

wych kaczuszek, Karpiniukowych tyrad śledczych, Kaliszowej otyłości 
i Jakubiakowych tajemnic dokonał skutecznej inwazji na dziedzinę kla-
sycznej polityki. Na tronie polskiej polityki rozsiadła się infantylna 
pupa” — napisał na łamach „Dziennika”. 

Jego refleksja o zastąpieniu tak zwanej prawdziwej polityki — czytaj: 

polityki uprawianej przez ludzi pokroju Rokity — mało znaczącymi ge-
stami, które „obrzydzają nam wolność” i przenoszą w świat medialnych 
zadym i tabloidów, jest tyleż słuszna, co spóźniona. Jan Rokita miał prze-
cież wystarczająco wiele czasu, by realnie wpłynąć na jakość życia poli-
tycznego w Polsce, on to życie współtworzył, poddawał się jego biegowi. 

Gdyby cofnąć się na przykład do roku 2007, trafilibyśmy na Rokitę 

oskarżanego przez Jarosława Kaczyńskiego o najcięższe zbrodnie na de-
mokracji, o zbrodnie, „od których tylko mord jest cięższy”. Rokita za-
reagował wówczas w TOK FM następująco: „Oczywiście, że pójdę do 
sądu, bo muszę. […] Ale normalny człowiek, obywatel musi w tej sytu-
acji, w której ja się znalazłem, zamanifestować jakiś sprzeciw wobec 
tego, co się zdarzyło. Mam do dyspozycji dwie bronie, słowo, którego 
właśnie używam, i prawo, więc ten akt prywatnego oskarżenia przeciw-
ko Kaczyńskiemu oczywiście złożę”. 

Złożył? Wygrał proces? Zmiótł z powierzchni ziemi formę i jakość 

uprawianej przez Kaczyńskiego polityki? Nie. W stylu krakowskich elit 
odparował jedynie, że szef rządu używa języka, w jakim endecy mówili 
przed wojną o zamordowanym prezydencie Narutowiczu… Rokita zasto-
sował wobec Kaczyńskiego nieadekwatne instrumenty, na jawne cham-
stwo odpowiedział swoim ą-ę-tiu-tiu-tiu. Efekt? Triumfująca bezkarność 
jego adwersarza, zobojętniała na PiS-owską agresję opinia pub liczna.

Taki rodzaj przyzwolenia na budowane przez lata poczucie bezkarno-

ści i bezczelności polityków, ta cicha zgoda na atakowanie „dziadkiem 
z Wehrmachtu”, na lepperowskie okupowanie mównicy, wysypywanie 
zboża i lżenie Balcerowicza, na szopki z wyciąganymi teczkami, na haki, 

Z Andrzejem Olechowskim w trakcie pojedynku na miny 

(© Magdalena Jejer)

background image

161

prowokacje i insynuacje, na antysemityzm, na belzebubowski język ojca 
dyrektora — to wszystko zrodziło dzisiejszy palikotyzm, tę „infantylną 
pupę” i „świat kaczuszek”, który przytłacza Rokicie powagę debaty.

Ja jestem skutkiem, nie przyczyną. Jestem efektem zaniechań w poli-

tyce budowanej między innymi rękami Jana Rokity i rozgęganych elit, 
które czerwieniły się, czując woń puszczonego na salonach bąka, ale 
zamiast wywalić chama za drzwi — zapraszały go na kanapę. Tak było 
z Macierewiczem, z faszyzującą młodzieżą od Giertycha, z Lepperem, 
Mojzesowiczem, Łyżwińskim, Kurskim.

Dzisiaj wygodnie rozsiadły w fotelu komentator Rokita użala się nad 

upadkiem obyczajów i polityki, drażnią go pytania kierowane do jego 
żony („Czy Jan chrapie?”), ale nie dostrzega, że w tym samym czasie 
jego sąsiad z łamów, Jerzy Jachowicz, równa do najgorszych gomułkow-
skich wzorców, pisząc: miejsce Palikota jest na śmietniku. I tak mam 
szczęście, że nie w Izraelu, na Madagaskarze lub w więzieniu — dzienni-
karski inkwizytor może wszak napisać wszystko. Jachowicz też jest wy-
nikiem demoralizacji mediów (vide skandaliczna publikacja fotografii 
rozebranej do naga Inki) i też nie pamiętam, by kiedykolwiek protesto-
wał przeciwko ich degrengoladzie. 

Obaj, Jachowicz i Rokita, pochylają się nad rozlanym mlekiem ze 

spóźnioną troską. Obaj zdają się mówić: nas przy tym nigdy nie było…

Byliście. Ale wygodniej o tym nie pamiętać.

23 kwietnia 2009

Drżyjcie, Narody! Fotyga ante portas!

Zgoda, dziś dajemy Kaczyńskim spokój. Jest niedziela, Adam Bielan 

musi przygotować strategię walki o dobre imię Jarosława i chcę mu do-
brodusznie dać trochę czasu. Czekam zatem na kolejny komunikat 
o fałszywkach, powtarzając ponownie — to nie o teczkę tego czy innego 
polityka chodzi, chodzi o zasady! Wczoraj udowodniłem, jak łatwo jest 
zbudować ubecki klimat wokół prezesa — i widzę, iż jego otoczenie kom-
pletnie nie umie sobie z tym faktem poradzić. Dlaczego? Ponieważ Bie-

background image

162

lan i jego doradcy koncentrują się na udowodnieniu, że ubeckie teczki 
są pełne pomówień, świństw i fałszerstw, a Jarosław jest czysty jako ta 
dziewica i ma na to kwity potwierdzające status pokrzywdzonego. 

Otóż dokładnie to samo musi powtarzać od długiego czasu — zago-

niony do narożnika przez politykujących historyków — Lech Wałęsa, 
a oprócz niego jeszcze wielu polityków, księży, dziennikarzy, aktorów 
i adwokatów. I będą tak mówili, i będziemy na nich patrzyli z podejrzli-
wością, póki nie poznamy źródeł, dopóki ktoś będzie nam z tych źródeł 
sączył jad, podsuwał, dawkował, manipulował… 

Dopóty, dopóki teczki podrzucano wrogom PiS-u (i Libickiemu…), 

wszystko było świetnie i Bielan nawet jednym słowem nie protestował, 
ale kiedy zaczęto zaglądać w kartę historii prezesa, spin doktor poczuł, 
że porusza się po grząskim gruncie. I nie chce przyjąć do wiadomości, 
że to nie o Cyryla chodzi, lecz o metody! I broni prezesa równie niepo-
radnie, jak bronią się wszyscy dotknięci teczkami z IPN…

A tymczasem tuż obok toczy się całkiem inna, ciekawa rozgrywka: 

Kancelaria Prezydenta i on sam lansują Annę Fotygę na stanowisko am-
basadora Polski w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Przyszła pani 
ambasador otwarcie kontestuje politykę zagraniczną rządu, jej pogląd 
podziela prezydent — mamy więc jak w banku, że co innego będziemy 
mówili w Warszawie, a co innego usłyszą uszy świata w Nowym Jorku.

„Człowiek o moim życiorysie jest głęboko poraniony”, widząc taki 

wstęp do nowojorskiej kariery pani Fotygi — wieszczę Narodom Zjedno-
czonym rychły upadek, gdy zacznie się z nimi rozprawiać i pouczać 
polska pani ambasador. ONZ padnie na zawał lub padnie ze śmiechu, 
jedno zresztą nie wyklucza drugiego. Może więc — by ustrzec światową 
strukturę przed ostateczną dezintegracją — wysłać do Nowego Jorku… 
dwóch ambasadorów? Fotyga niech reprezentuje prezydenta i zaspoka-
ja jego polityczną próżność. Równolegle ktoś inny reprezentuje rząd RP, 
do którego kompetencji należy prowadzenie polityki zagranicznej, 
i przekazuje stanowisko państwa polskiego.

Niemądry pomysł, wiem. Ale jeśli dzięki postawie Anny Fotygi mamy 

świat zabijać śmiechem, to zabijajmy go kompleksowo. 

26 kwietnia 2009

background image

163

Wierny Platformie

Adam Bielan, sekretarz propagandy PiS, na zlecenie Jara prowadził 

wczoraj kampanię na rzecz Janusza Palikota i oznajmił w gościnie 
u Bogdana Rymanowskiego, że będę następcą Donalda Tuska. Ja to ro-
zumiem tak, że za jedenaście lat, kiedy Tusk zakończy dwie kadencje 
w roli prezydenta Polski, Bielan będzie chciał mi robić spoty reklamowe 
jako kandydatowi na nowego wybrańca narodu. Dziękuję, wolę usługi 
specjalistów. I niech się Bielan w umizgach nie wysila, bo ja się nigdzie 
nie wybieram. Ja tu sobie z boku na Bielana i Jara popatruję, i śmiać 
mi się chce z obu, i współczuję im — widząc, jak PiS ląduje na dnie 
sondaży i wiarygodności.

Równolegle z Bielanem prowadzą swoją grę tak zwani komentatorzy. 

Piszę tak zwani, bo zgubiłem gdzieś w pamięci ich rzeczywistą rolę i nie 
wiem, czy Michalski, Zaremba i Karnowski z „Dziennika” są jeszcze ko-
mentatorami, czy już może stali się pełną gębą politykami z PiS? Oni 
otóż orzekli, w kilku różnych tekstach, że ja, Palikot, wkraczam w kolej-
ną fazę swojego tajnego planu. Że będę teraz pomału wyłuskiwał się na 
zewnątrz i w końcu albo stanę na czele PO, po odejściu Tuska, albo za-
łożę własną formację, a może nawet wystartuję w najbliższych wybo-
rach prezydenckich. I oni wszyscy, dobrze życząc Tuskowi, podpowia-
dają mu: zrób pan coś z tym pajacem.

To się nazywa myślenie życzeniowe, bliższe raczej politykom, aniżeli 

niezależnym dziennikarzom. I ja ich, tak zwanych komentatorów, jako 
polityków muszę oceniać. Po pierwsze — znając hagiografię IV RP w wy-
konaniu panów MZK, nie wierzę w ich życzliwość w stosunku do Tuska. 
Po drugie: grają w te same gierki, w które gra Bielan z Brudzińskim 
i Gosiewskim — służące naiwnemu pomysłowi skłócenia Platformy — 
i w tej roli przypominają mi bardziej narzędzia niż podmioty sprawcze. 
Po trzecie: reprezentują ten gatunek dziennikarzy, który zdaje się rezyg-
nować z wysiłków na rzecz obiektywizmu i trzeźwości oceny, i idealnie 
wpisują się w schematy wyznaczane przez politycznych demiurgów. Po 
czwarte: liczba publikacji w „Dzienniku” poświęcona mojej osobie jest 
tak monstrualnie wielka, że zaczynam czuć się jak główne źródło ich 
utrzymania — rozumiem, że podsycanie atmosfery wokół mnie leży 

background image

164

także w merkantylnym interesie. I w końcu: lansują tak prymitywny 
obraz mój i Platformy, że zaczynam wątpić w jakość ich merytoryczne-
go przygotowania. Czy na podstawie podrzucanych plotek da się skon-
struować jakąkolwiek poważną analizę? 

Zmartwię Was zatem, czarnoksiężnicy politycznej krytyki: jestem 

wierny Platformie i stanę po stronie Tuska w najbliższych wyborach, 
a moje rzekome konflikty z Grzegorzem Schetyną to jedynie pomruki 
zadowolonego z siebie zwierza w obliczu sjesty po zabiciu i spałaszowa-
niu ofiary polowania. 

Lubię tę swoją rolę. Lubię widzieć, jak te pisowskie „mordy ty moje” 

miotają się po telewizjach, żeby tylko dać odpór krytyce, która zagoniła 
ich do narożnika. Lubię widzieć ich bezsilność, oglądać Jara, który nie 
znajdując już innych przeciwników, usiłuje upokorzyć sędzinę osądza-
jącą sprawę spotów PiS-u. Lubię to moje miejsce — obserwatorium sukin-
kota, któremu chór przeciwników gotów jest stawiać telewizyjne pom-
niki-katapulty, byle by tylko wysłać go w Kosmos. Gotowi są wydać 
ostatni grosz z publicznej kieszeni, byle osiągnąć własny cel: zamknąć 
mi usta. Można powiedzieć, że określam ich polityczny byt… Czym 
byliby w ostatnich dniach, co mieliby do powiedzenia Polakom, gdy-
bym nie istniał? Co robiliby w swoim życiu, gdyby nie ich wieczna 
wojna z wszystkimi, o wszystko?

Platformo, możesz na mnie liczyć. Możesz mieć twarz Tuska, Sche-

tyny, Gowina, możesz mieć twarz Dody, Roberta de Niro, a nawet dokto-
ra Frankensteina, o swojej nie wspomnę — bylebyś nigdy nie miała fac-
jaty Kaczyńskich.

29 kwietnia 2009

Kurtyka cudzołoży teczkami?

Stojąca na straży moralności i przyzwoitości politycznej „Gazeta Pol-

ska” ma swój obyczajowy skandal. Były dyrektor artystyczny redakcji, 
podpisując się pełnym imieniem i nazwiskiem, oznajmił w liście wysła-
nym do prezydenta Kaczyńskiego, że jego żona, autorka tekstów o powią-

background image

165

zaniach arcybiskupa Wielgusa z SB, została mu niecnie i podstępnie po-
debrana przez Kawalera Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu 
Odrodzenia Polski, obrońcę prawdy i strażnika teczek — Janusza Kurty-
kę, prezesa IPN. Zostawmy na boku warstwę obyczajową, przyjrzyjmy 
się opisanym przez zdradzonego męża metodom pozyskiwania wzglę-
dów jego małżonki, pracującej jako zastępca Sakiewicza, szefa „Gazety 
Polskiej”. Tu bowiem seks i miłość splotły się z polityką.

Zdradzony mąż pisze bowiem: „[Moja żona (…)] w okresie romansu 

z Panem Januszem Kurtyką napisała szereg artykułów dot. lustracji i za-
wierających treści dostępne jedynie w archiwach IPN zastrzeżonych dla 
innych osób. […] Nie brakowało mu inwencji i pomysłów służących do 
uwiedzenia mojej żony, mamionej i otumanionej przekazywanymi 
przez niego tajnymi aktami IPN, które potem były podstawą jej artyku-
łów w «Gazecie Polskiej». Wierzę, że gdyby nie nadużył on swojej funk-
cji, to nie byłby w stanie uwieść mojej żony […]”.

I co my możemy o tym sądzić? Do tej pory wiedzieliśmy tylko tyle, że 

teczek używa się do politycznych wojen, do kupczenia i fałszowania, do 
poniżania i obrażania ludzi, do gry i zabawy w „małego historyka”, ale 
że IPN-owskie teczki mogą służyć jako miłosna przynęta? Że można 
teczkami cudzołożyć? Że można ich używać do podbojów miłosnych, 
wyściełać nimi łoże kochanków? 

Sprawdziłem: Kamasutra, czyli traktat o miłowaniu nic o kochaniu 

się na teczkach arcybiskupa Wielgusa i chudej teczce Jara nie podaje. 
Uwieść kobietę, pokazując jej ubecki ściek — to dopiero trzeba mieć 
wyobraźnię! Takiej perwersji nie wymyśliłby sam markiz de Sade: w Stu 
dwudziestu  dniach Sodomy, czyli szkole libertynizmu

 o praktykach 

seksualnych z wykorzystaniem archiwów bezpieki nie ma nawet pół 
zdania!

Sprawdziłem też ustawę o IPN: niestety — także nie ma śladu, by 

państwo polskie pozwalało wyrywać laski przy użyciu ujawnianych ar-
chiwalnych teczek. Sprawdziłem Prawo Prasowe, sprawdziłem Kodeks 
Etyki Dziennikarskiej — tam również nie ma ani słowa o dupczeniu 
teczkami. O kupczeniu zresztą również.

Czy Janusz Kurtyka ma problem? Czy ma problem obsypujący go ho-

norami prezydent? Nie wiem, nie mój cyrk, nie moje małpeczki, ale na 

background image

166

mój nos — rodzi nam się bardzo poważna sprawa. Trzeba poczekać na 
stanowisko Kolegium IPN. No i na PiS: może zrobią spot?

PS. „Gazecie Polskiej” gratuluję metod pozyskiwania materiałów re-

porterskich. Niezłe, niezłe, jak na moralistów przystało! Strach pomy-
śleć, w jaki sposób zdobywa informacje męska część redakcji… 

30 kwietnia 2009

Kronika wypadków (wyborczych)

1. Doktorat Kaczyńskiego… Nie powalił mnie na kolana, ale też liczy-

łem na coś więcej; nie przypuszczałem, że będę miał do czynienia 
z pracą naukowca, który ocenia świat wyłącznie z pozycji marksizmu-
-leni nizmu i z tej ideologii uczynił swoje narzędzie badawcze. Miałem 
nadzieję, że cytaty z Marksa, Engelsa i Lenina będą w prezydenckim 
doktoracie wtrętami, jakimiś przymusowymi ozdobnikami, które nale-
żało wetknąć, żeby nikt się „politycznie” nie czepiał, ale nie, one były 
esencją tej pracy, wyciekały zewsząd. Czy to błąd? Nie, raczej wyraz 
konformizmu.

 W 1979 roku, po przyjeździe Papieża do Polski, można już było szu-

kać szerszej perspektywy, innych kontrapunktów, własnych ścieżek. Ale 
w pracy prezydenta nie znalazłem poszukiwań, tam było takie pospoli-
te wygodnictwo: jest doktorat, trzeba napisać pracę, uklęknąć przed kla-
sykami socjalizmu, pokłonić się myślom ludzi, którzy mieli patent na 
każdą okoliczność rozwoju społecznego, w tym na prawo pracy. W efek-
cie wyszła praca nijaka, koniunkturalna, napisana marksowskim języ-
kiem, wypełniona watą ideologii, pokazująca postać Kaczyńskiego nie 
jako herosa walki z komunizmem, nie jako intelektualistę rozprawiają-
cego się z rzeczywistością czasów, w których żyje, lecz wygodnego, spo-
kojnie kształtującego swoją karierę naukowca. 

Mam nadzieję, że na stronie internetowej prezydenta pojawi się 

wkrótce całość tej dysertacji — widząc żywe zainteresowanie publiczno-
ści licznie gromadzonej w Kozłówce, warto ją pokazać opinii publicznej. 
Albo wydać drukiem… 

background image

167

2. Najpierw minister Szczygło zaapelował: „Oddajmy należną cześć 

znakom naszego państwa, pamiętajmy o biało-czerwonej!”. Później Pra-
wo i Sprawiedliwość pokazało billboard wyborczy z… zabrudzoną polską 
flagą, pomazaną setkami szaroburych fotografii, szaro-czerwono-czar-
ną. To jest nowa polityczna stylistyka, pokazać w Dniu Flagi kliniczny 
przykład jej poniewierania… Niby nic, ale jak na ludzi, którzy z symboli 
narodowych uczynili świętość, upstrzenie flagi państwowej to swoista 
profanacja relikwi. No i hasło: Więcej dla Polski… już nic nie róbcie! Ani 
tutaj, ani w Brukseli. 

3. PiS uczyniło z walki o stocznie główny motyw kampanii. Brawo! 

Wchodzę w ten temat równie populistycznie jak PiS: po jednej stronie 
mamy więc bezrobotnych stoczniowców, a po drugiej — prezydenta, 
którego kancelaria wydała właśnie 300 tysięcy na zakup piór i długopi-
sów. Pióra dostają w prezencie europejscy politycy i urzędnicy; pewnie ci 
sa mi, którzy — jak podaje PiS — wykończyli polskie stocznie. Może więc 
le piej by było, gdyby w ramach kampanii wyborczej grawerowano na 
piórach nazwy i dane teleadresowe stoczni, a nie imię i nazwisko pre-
zydenta?

4. W jednym dniu — dwa bardzo podobne wywiady… Kowalska, pi-

arowska robota Jacka Kurskiego, który na wsparcie ze strony przyjaciół 
w mediach zawsze może liczyć. W ramach wyborczego lansu Kurski wy-
znał Igorowi Janke z „Rzeczpospolitej”, że ma dosyć bijatyki, ale już Mi-
chałowi Karnowskiemu w „Dzienniku” pokazał boks rodem z ustawek 
kiboli: trzy czwarte nudnej rozmowy poświęcił walce z cieniem Paliko-
ta… Jakbym stał się dla PiS-u najważniejszym celem politycznym! Kur-
ski z nadzieją w głosie mówi Karnowskiemu (ach, te pytania jak brzytwa 
ostre!), że teraz uda się zrobić ze mnie gorącego kartofla… Otóż sądzę, 
że wątpię: nominacje do tytułu „Kartofel” już zostały rozdane i zostały 
w drużynie PiS-u. Czyż to nie z powodu zniechęcenia do własnego kar-
tofliska Kurski pragnie teraz uciec do Brukseli? 

3 maja 2009

background image

Kronika wypadków (wyborczych) 2

1. Palikot — wystraszony morderca. Tak napisał o mnie Piotr Zaremba 

z „Dziennika”. Nie chciałem reagować na wczorajsze komentarze po-
święcone mojemu happeningowi w Kozłówce, ale tekst Zaremby sprawił, 
że chcę i muszę. Zaremba twierdzi, że przykrywam happeningami swoje 
problemy, że zamierzam rozwalić całą polską scenę polityczną — czniam 
takie teorie, warszawka niech sobie nimi żyje — ale kiedy zarzuca mi się, 
że „naruszam tabu, jakim jest poszanowanie dla choroby i rodzinnych 
uczuć przeciwnika”, to muszę powiedzieć: dosyć, obłudnicy!

Od soboty PiS usiłuje wprowadzić do kampanii wyborczej wyjątkowo 

nikczemną formę szantażu emocjonalnego. Choroba Mamy Lecha i Ja-
rosława Kaczyńskich — którym najszczerzej współczuję, a Jej, z całą ro-
dziną, życzę powrotu do zdrowia — stać ma się jakąś przedziwną kartą 
przetargową w wojnie PiS-u z PO. Jeśli jesteś z PO, w czasie choroby 
musisz milczeć. Powściągnąć emocje. Zachować takt i umiar. Musisz 
przyjąć pełną godności i współczucia dla bliźnich postawę członków 
Prawa i Sprawiedliwości. Zachęceni przez PiS politycy i dziennikarze 
mówią i piszą więc w tym duchu, że było niestosownością czytać dokto-
rat Kaczyńskiego w dniu, który prezydent spędzał przy łóżku chorej. 

Tak, jestem podłym draniem, dowiedziałem się o chorobie i nie by-

łem już w stanie odwołać happeningu. Ale mając tę świadomość, w żad-
nym momencie happeningu nie użyłem choćby pół słowa obrażającego 
majestat głowy państwa. 

Ale w tym samym czasie Jolanta Szymanek-Deresz podkręca — gdzie? 

— w „Dzienniku” atmosferę krytyki, mówiąc przy okazji 300 tysięcy zło-
tych wydanych przez prezydenta na wieczne pióra, że „Lech Kaczyński 
czuje silną potrzebę propagowania swojego nazwiska”. Zderzony ze 
mną przez Zarembę — na łamach, a jakże, tego samego „Dziennika” — 
Stefan Niesiołowski idzie jeszcze ostrzej: „Prezydent marnuje publiczne 
pieniądze, co jest niebezpieczne szczególnie w dobie kryzysu”. Tu „tak-
towni” Niesiołowski i Szymanek-Deresz, tam — fuj, nietaktowny Palikot. 

Biebrza, widok z lotu balonem. 

To zdjęcie udowadnia, że wszystko jest kwestią perspektywy 

(fot. Janusz Palikot)

background image

169

A cóż robi w chwilach ciszy redakcja „Dziennika”? Otóż… rozprawia się 
z Kaczyńskim z powodu tych samych wiecznych piór! I podgrzewa te-
mat przez dwa dni! 

Czy pisowskie, współczujące pełnym taktem serce Zaremby nie czuło 

wówczas dyskomfortu? Czy kazało mu zakrzyknąć — dosyć, nie piszcie, 
nie mówcie? Nie. Ponieważ teza, którą należało udowodnić brzmiała: 
Palikot jest nieczułą maszyną do zabijania. Wyjątkowa perfidia, wyjąt-
kowa obłuda.

Ale jak już mam być ten zły, to niech będę zły do końca. Opinia pu-

bliczna została powiadomiona o chorobie Mamy w stosowny sposób. 
Mieliśmy alert, ale czy ktoś słyszał jego odwołanie…? Czy już można 
mówić i pisać krytycznie o Jarosławie i jego bracie? Czy wczorajsza ak-
tywność prezydenta oznacza, że stan się poprawił? 

Prezydent Kaczyński ponownie czynił stosowne aluzje do marności 

III RP, ponownie to i owo wypomniał, wracając na ścieżkę retoryki PiS. 
Zobaczmy jednak, jak do powagi chwili dostosowała się jego partia… 
W Szczecinie przechodziła samą siebie, byleby tylko dowalić przeciwni-
kom. Rolka papieru toaletowego służąca jako porównanie z posłem Ni-
trasem jest koronnym przykładem języka miłości w czasach choroby; 
doprawdy, trzeba wyjątkowego taktu, by w tak trudnych chwilach po-
równywać posła na Sejm z papierem, który służy do wycierania g… Ko-
mentującym mnie wczoraj Zarembie, Kaliszowi, Cymańskiemu, Gowi-
nowi, nawet Stefanowi Niesiołowskiemu — zupełnie to nie przeszkodziło. 
Spłynęło po nich. Nie dostrzegli tej, prawda, niestosowności. Nitrasa 
można zgnoić wulgarnym porównaniem bez względu na czyjąkolwiek 
chorobę.

PiS i jego nadworni trębacze, gdyby tylko mogli, wydłużyliby ten stan 

ciszy chorobowej na cały czas kampanii wyborczej: nie wolno nic powie-
dzieć, bo Mama braci jest chora! Nie wolno nic powiedzieć, bo teraz 
mówić powinien wyłącznie PiS! Kiedy w Szczecinie wyciągano rolkę 
papieru toaletowego, nikt o zdrowie rodziny posła Nitrasa nie zapytał. 
Kiedy Zaremba nazywa mnie mordercą, o zdrowie moich dzieci i żony 
nie dopyta, bo przecież we mnie, w Platformę można i trzeba walić jak 
w kaczy kuper — zawsze! Natomiast w kaczy kuper walić można wyłącz-
nie wtedy, kiedy wszyscy w domu są zdrowi. 

background image

170

2. Trzymając się poziomu Zaremby i broniąc kanonu marksowskich 

pojęć, Sławomir Sierakowski w TVN24 zadał wczoraj pytanie: czy Pali-
kot jest debilem? Ja, proszę Sierakowskiego, badania sobie wprawdzie 
zrobiłem, ale nie wiem, co na to klasycy marksizmu-leninizmu? Zosta-
wili Sierakowskiemu jakąś pośmiertną teorię w tej sprawie? Bo oni 
mieli odpowiedź na wszystkie pytania i tym Sierakowskiego kupili: pro-
ste odpowiedzi w kilku prostych książkach. 

3. Żadna choroba nie przeszkadza posłom PiS-u w obrażaniu innych. 

W sobotę i niedzielę na celownik wzięli szczególnie Lecha Wałęsę. Ta-
deusz Cymański: „Wałęsę opanowała palikotolioza, to taka choroba, która 
powoduje małe wariatkowo”. To jest ten pisowski wzór taktu i elegancji… 
Z kolei Ryszard Czarnecki, oburzony wystąpieniem Wałęsy na zjeździe 
Libertasu, wypomniał ten wykład byłemu prezydentowi, mówiąc, że 
powinien brać pieniądze za występowanie na zjazdach wszystkich par-
tii, które go zaproszą. Czarnecki wie, co mówi: występował w swoim 
życiu na tylu partyjnych imprezach i pod tyloma różnymi flagami, że 
może robić jako specjalista-kameleon. Za rok zobaczymy go w Liberta-
sie. Albo w SLD.

4 maja 2009

ZBoWiD Kaczyńskiego

Sypie się w gruzy pomnik prawego i sprawiedliwego Zbigniewa Zio-

bry, który z rozkazu Jarosława Kaczyńskiego miał być triumfalnie wy-
wieziony z Polski do Brukseli. Wczorajsze zeznania Honoraty Kaczma-
rek potwierdzają jakość polityczną byłych kolegów jej męża i nawet jeśli 
oddzielić od faktów emocje towarzyszące jej opowieści, to i tak widać, że 
ekipę Kaczyńskiego zżerał rak wzajemnej nieufności, podejrzeń, zakuli-
sowych intryg. Pośrednio dał temu wyraz Ludwik Dorn u Moniki Olej-
nik, zaskoczony informacją, że plan jego odwołania czekał na realizację 
już cztery miesiące przed oficjalnym pozbawieniem go stanowiska mi-
nistra. Potwierdzają ten stan wewnętrznej dezintegracji PiS-u ujawnione 
przez „Dziennik” zapisy z podsłuchu rozmów telefonicznych małżeń-

background image

171

stwa Kaczmarków. Podsłuchy to dosyć osobliwe, gdyż „rozpracowane” 
przez małżonków — jak widać Ziobro nie wie, że nawet gwóźdź do poli-
tycznej trumny musi mieć łeb…

Cherubinek Kaczyńskiego — po swojemu — usiłował wczoraj bronić 

się tępym uśmieszkiem na ustach i ustawianiem Honoraty Kaczmarek 
w roli gospodyni domowej o wiarygodności meduzy; w podobny ton 
uderzył Gosiewski, który według zeznań świadka proponował wywie-
zienie strajkujących pielęgniarek do lasu. Wcale bym się nie zdziwił, 
gdyby to okazało się prawdą…

Kiedy oglądałem fragmenty przesłuchania pani Kaczmarek, miałem 

wrażenie, że opowiada ona o rządach PiS osadzonych w realiach NRD: 
prowokatorzy, podsłuchy, tajne spotkania, nagonki, haki… Były pro-
kurator wygłasza opinię, że trzeba by, dla spokoju, inwigilować więk-
szość społeczeństwa, były minister „niszczy ludzi” i jest w stanie „wy-
sadzić rząd”… To wszystko świat sprzed zaledwie dwóch, trzech lat, 
wydaje się on czystą abstrakcją — a przecież w czasach takiego pisow-
skiego NRD żyliśmy! Led wośmy te czasy pożegnali! I nie wolno nam 
o nich zapominać!

Dzisiaj, kiedy dyskutujemy o obchodach dwudziestolecia wolnych 

wyborów, ci sami ludzie, których tak trafnie scharakteryzowała Hono-
rata Kaczmarek, będą chcieli stanąć przed nami jako zastęp bojowników 
o wolność i demokrację, jedyny, którego korzenie tkwią po właściwej 
stronie stoczniowego muru. Oni — spece od gwoździ do politycznych 
trumien, podsłuchów i prowokacji — będą nam chcieli wmówić, że są 
solą tej ziemi, prawdziwą wartością polskich przemian, najczystszą po-
stacią Solidarności. To ci faceci, którzy rozważali wywózkę pielęgniarek 
do lasu, którzy mając okres wielkiej koniunktury gospodarczej, potrafili 
marnować czas na wzajemne szpiegowanie się i podgryzanie, którzy ra-
dzi byliby wziąć na podsłuch większość Polaków — to właśnie oni usta-
wiają się dzisiaj w rzędzie obrońców stoczni, zakładów taboru kolejo-
wego i wielbicieli palonych opon.

Cały ten ZBoWiD mówi nam: „Więcej dla Polski”. Więcej czego? Pod-

słuchów? Haków? Prowokacji?

7 maja 2009

background image

172

Lista 10+1

Grupa mężczyzn okupowała wczoraj lubelską siedzibę mojego biura 

poselskiego, żądając realizacji 21 postulatów składanych przez związek 
Sierpień ’80. Wielu z nich przyjechało z daleka — po co? Przecież wie-
dzieli, że czwartek to dzień głosowań sejmowych, że nie będzie mnie 
w biurze. Zachęcani — spotkajmy się w poniedziałek! — nie chcieli się 
umówić na spotkanie, woleli czekać w biurze, aż wyprowadzi ich policja. 

Pomyślałem: jeśli im wolno, to dlaczego nie wolno mnie? Może i ja 

powinienem wedrzeć się do siedziby Sierpnia, przykuć dłoń do kalory-
fera i zażądać od szefa związku spełnienia listy moich postulatów? Wy-
korzystać ich broń — maksimum terroru, minimum wysiłku?

I taką oto drogą doszedłem do Listy 10+1, czyli 10+1 postulatów Janu-

sza Palikota skierowanych do związkowców Sierpnia ’80. Oto petycja, 
którą składam panu Bogusławowi Ziętkowi, żądając, by natychmiast 
spełnił moje żądania: 

Ja, Janusz Palikot, poseł na Sejm RP i obywatel RP, kierując się włas-

nym, subiektywnym poczuciem racji stanu i chęcią wyjścia naprzeciw 
słusznym, choć trochę rozbudowanym politycznie postulatom Związku 
Zawodowego Sierpień ’80, a także w trosce o stan dialogu ulicznego to-
warzyszy związkowców z władzą państwową wybraną w wolnych wybo-
rach i dobrowolnie uprzedzając o planowanej przeze mnie akcji okupa-
cji obiektów należących do Związku Zawodowego Sierpień ’80, ogłaszam 
i publicznie prezentuję Listę 10 (plus 1) postulatów Janusza Palikota 
i chętnie złożę je na ręce przewodniczącego Bogusława Ziętka lub każ-
dego, kto podając się za związkowca, okupuje moje biuro poselskie pod-
czas mojej w nim nieobecności. 

Oczekuję otóż i żądam, i proszę, i marzy mi się: 
1. Zatrzymanie na czas wychodzenia z kryzysu gospodarczego wszel-

kich strajków i akcji protestacyjnych o jawnie politycznym podłożu!

2. Ograniczenie liczby etatowych działaczy związkowych o połowę!
3. Zmniejszenie wysokości płac działaczy związkowych do poziomu 

średniej krajowej w gospodarce!

4. Ograniczenie liczby związków zawodowych w jednym zakładzie 

pracy do maksimum pięciu!

background image

173

5. Kary więzienia i grzywien dla osób łamiących przepisy obowiązu-

jące organizatorów demonstracji! 

6. Zakaz palenia opon, niszczenia budynków i przewracania barierek 

podczas manifestacji!

7. Zakaz używania stylisk do kilofów podczas akcji protestacyjnych!
8. Zakaz walk ulicznych z policjantami!
9. Zakaz okupowania budynków użyteczności publicznej, w tym biur 

poselskich!

10. Więcej humoru, mniej uporu!
…i proszę nie zapomnieć o jeszcze jednym postulacie:
11. Zerwanie przez związki zawodowe wszelkich, anarchizujących ży-

cie w kraju form współpracy politycznej z Prawem i Sprawiedliwością!

Z wielkim szacunkiem do wszystkich ludzi, którzy wolą smak dialogu 

od smrodu palonych opon!

8 maja 2009

Poezja i polityka

Kilka dni temu media doniosły, że premier Kraju Basków podczas 

składania inauguracyjnej przysięgi, po raz pierwszy w historii tego urzę-
du zrezygnował z cytowania Pisma Świętego i przeczytał wiersz Szym-
borskiej — Nic dwa razy

Kiedy pytano Heideggera jak radzić sobie z trudną rzeczą myślenia, jak 

uciekać od nawyków, od tego „się myśli”, jak utrzymać istotę myślenia 
wbrew łatwości i powierzchowności myślenia naukowego, to wówczas ten 
najważniejszy filozof dwudziestego wieku radził: proszę czytać wiersze. 

W odczytaniu wiersza Szymborskiej uderza też sam jego charakter 

— tak bardzo niepolityczny! To nie Miłosza Do polityka, ani któryś 
z wierszy Herberta, ale tekst całkowicie egzystencjalny, odnoszący się 
do bycia, do niepowtarzalności istnienia.

Jeszcze dwadzieścia lat temu nie tylko wieszaliśmy tablice w Stoczni 

Gdańskiej z cytatami z Miłosza, ale też słyszeliśmy w ustach ten ton 
poetyckiego oskarżenia klasy politycznej za jej politykę, za poniżanie 

background image

174

obywateli, za wywyższanie się nad zwykłego człowieka (wciąż to jest 
obecne jest u Kaczyńskich, ale oni stanowią już margines dzisiejszego 
świata polityki europejskiej). Dziś w świecie postpolityki premier Kraju 
Basków — tak! właśnie tego wiecznie walczącego narodu! — czyta wiersz 
o przemijaniu! 

Jest taki wiersz Kawafisa — Król Demetriusz:

Kiedy opuścili go Macedończycy,
Pokazując wyraźnie, że wolą Pyrrusa,
Król Demetriusz (był to człowiek
Wielkiej duszy) zupełnie — powiadali —
Nie jak król się zachował. Odszedł gdzieś na stronę
I zrzucił z siebie złotolite szaty,
Zzuł purpurowe buty
I w zwykły, prosty ubiór oblókłszy się śpiesznie,
Uciekł. Postąpił jak aktor,
Co — kiedy tylko zakończy się spektakl —
Zmienia odzienie i odchodzi.

Cóż… właśnie gdzieś pomiędzy aktorem a robotem leżą dzisiejsze dy-

lematy.

11 maja 2009

Powrót Mumii i ucieczka Nosferatu

Raz na kilka miesięcy ożywiona hałasem partyjnego wołania podnosi 

się z politycznych katakumb Zyta Gilowska. Z wielką energią pyszczy 
i wykrzykuje epitety pod adresem swojego niedawnego brata, po czym 
znika na wiele tygodni i — ani o niej słychu, ani widu. Aż do następnego 
razu, do następnego wołania. Dziwne to jakieś: strzygą, horrorem 
i cmentarzyskiem zalatuje. Jakby nam emitowano wciąż ten sam telewi-
zyjny serial: Mumia IMumia IIMumia IIIMumia — reaktywacjaMu-
mia — reanimacja

Mumia — powrót do przeszłości… 

background image

175

Spoglądam na to z wielkim dystansem, na mnie w ogóle widok mu-

mii biegającej po telewizorach sprawia wrażenie lekko paranoidalne; 
widać taki mamy trend i taką modę: ktoś stale musi nas straszyć. Jeden 
Kaczyński (nawet jeśli w dwóch postaciach) to ciągle za mało. Nie ma 
już paprotek — paprotki były ważne wtedy, kiedy prezes PiS-u chciał się 
pochwalić światu nowym garniturem — teraz straszakiem jest Zyta z żół-
tą kartką, i teraz bratem Zyty jest Jarosław. Kwestia gustu. Znając sła-
bość Kaczyńskiego do kobiet i jego szczególną wrażliwość estetyczną, 
macham na to moją dokręcaną ręką. 

W tej sytuacji wcale mnie nie dziwi, że nasz polski Nosferatu, Zby-

szek Ziobro, chce dać nogę do Brukseli. Był po Ludwiku Dornie czwar-
tym bratem bliźniakiem, podstępnie zastępowany paprotkami, Gosiew-
skim, Dudzińskim i Gilowską, odstawiany od piersi — gna do Parlamen-
tu Europejskiego, spijać krew z tętnic Europy i czekać, aż przyjdzie kolej 
na odcinek serialu z jego udziałem. Smętny ten smętarz. I nawet bać się 
nie ma kogo. 

12 maja 2009

List otwarty do Lecha Wałęsy

Panie Prezydencie, Wielki Elektryku, Panie Lechu!
Pan nic nie musi! Pan może wszystko — wszystko powiedzieć, wszyst-

ko zrobić, wszystko zmienić. To od Pana zależy, czy ludzie pokroju 
Giertycha, Wierzejskiego, Farfała i Bendera wezmą Pana na sztandary 
Libertasu. To od Pana zależy, czy będzie Pan nadal dla Polaków sym-
bolem wielkich przemian, które dały początek nowoczesnej, zjedno-
czonej Europie, czy też stanie się Pan wiejącą na wschodnim wietrze 
chorągiewką. 

Nie wiem i nie dociekam z jakich powodów angażuje się Pan w takie 

projekty, jak madrycki kongres kolesi Giertycha. Zapewne przemyślał 
Pan swoje działania na kilka ruchów do przodu, zapewne orientuje się 
Pan, jakie wyjazd do Madrytu wywołuje emocje, ale musi Pan też wie-
dzieć — i Pan na pewno to wie! — że my, Pańscy zwolennicy, kompletnie 

background image

176

się pogubiliśmy. Czy chce Pan Europy skrycie sterowanej z Kremla? Czy 
chce Pan Europy według praw Traktatu Lizbońskiego, czy Europy kseno-
fobów, podzielonej i rozrywanej nacjonalizmami?

Pan, Panie Prezydencie nie musi być twarzą Libertasu, nie musi Pan 

być twarzą Platformy Obywatelskiej ani żadnej innej partii w Polsce. 
Pan jest sobą, i za to Pana kochamy. Ale nie pojmuję, że godzi się Pan 
nakładać na siebie maskę Giertycha i jego pobratymców! Nie pojmuję, 
jak może Pan czuć komfort równoległego występowania na kongresach 
euroentuzjastów i eurosceptyków. Nie rozumiem tej gry. Nie czuję prze-
słania, które chce nam pan przekazać. Jeśli brzmi ono: zmieniajmy Zjed-
noczoną Europę — ja mówię: 

TAK

! — to dlaczego chce pan to robić 

z gorliwymi jej przeciwnikami?! Dlaczego daje Pan swoje nazwisko tak 
wątpliwym ideom? Dlaczego godzi się Pan, by wykorzystywano Pańską 
legendę do realizacji szemranych politycznych interesów?

Panie Lechu — zbij Pan ten termometr! Niech mierzą europejską go-

rączkę bez Lecha Wałęsy! Stać Pana na to. Pan jest wielki, większy niż 
ten Ganley i cała kamaryla endeckich karłów razem wzięci. Nawet jeśli 
chcą zrobić z Pana prezydenta Unii, to przecież — cóż to za frajda dla 
Pana: być wśród karłów prezydentem?

Pan był dla mnie zawsze synonimem prostolinijności. Mówił Pan, co 

myśli. Czasem szedł Pan pod prąd, czasem trochę się gubił, ale zawsze 
miał Pan w sobie odwagę powiedzenia słów prawdy. Wzywam więc Pana 
— jeśli już musi Pan jechać: proszę powiedzieć słowa prawdy Liberta-
som! Proszę postawić im pytanie o powiązania ich lidera z tajnymi służ-
bami Rosji, o których donoszą media. Proszę im powiedzieć, czego chce 
większość Polaków — a chcą silnej Polski w silnej Europie. Chcą przewi-
dywalności, a nie rozróby sterowanej przez tajniaków. 

Jeśli z jakichkolwiek przyczyn, o których nie wiemy, nie ma Pan wy-

boru i musi jechać do Madrytu — proszę jechać. Ale proszę, żeby miał 
Pan odwagę stanąć naprzeciw wyznawców Ganleya i wbić im śrubokręt 
prosto w serce: by nie mogli więcej mieszać. 

14 maja 2009

background image

177

Profesor Hołda

Bywał w naszym lubelskim domu; żarliwy, ciepły, dobry, gadający 

o wszystkim. Nie było dla niego sprawy, której nie warto by podjąć. 
Przychodził z całą masą propozycji o dziesiątkach potrzebnych zmian 
i zawsze mówił o nich tak, jakby od każdej z nich zależało, czy ziemia 
jeszcze się raz zakręci, czy też nie i — runiemy w nieodgadnioną dal…

Umarli muszą odejść. Nie chcemy się z tym zgodzić, a jednak nasz 

lament ich nie zatrzyma. Dlaczego odchodzą za wcześnie dobrzy i uczci-
wi ludzie? Niesprawiedliwość nas przyzywa i próbuje nam coś opowie-
dzieć o nas samych. A my patrzymy naszymi lękami.

Mówi się, że odchodzą ci, którzy są gotowi do odejścia. Zapalmy więc 

świeczkę naszego uznania.

21 maja 2009

Parskające orędzie prezydenta

To był dziwny widok, do tej pory mam go przed oczami… W trakcie 

swojego piątkowego orędzia w parlamencie polskim prezydent co pe-
wien czas parskał — tak, parskał! — śmiechem. Ktoś to w ławach posel-
skich skomentował: „Pan prezydent z coraz większym zdziwieniem czyta 
swoje orędzie!” Ktoś inny nazwał je „nieudolną modlitwą o kryzys”.

Te wybuchy niekontrolowanego śmiechu najwyraźniej wynikały z sa-

tysfakcji „dokopywania” rządowi. Usłyszawszy swoje, ostre na wyrost, 
przesadzone określenia, prezydent dawał ulgę prywatnym emocjom, 
a że czuł, iż są to słowa absolutnie niewłaściwe — nie potrafił się kontro-
lować. Zagoniony do narożnika własnych słabości, pomniejszony w  swych 
możliwościach, jak zwierzę wrzucone do klatki — drgał, syczał strachem, 
śmiechem, nieszczęściem. Było mi w sumie przykro. Nie reagowałem. 
Nawet się nie uśmiechnąłem. 

Taka sytuacja, taki sposób mówienia, wszystko to razem pomniejsza 

nas. Czyni gorszymi, niż jesteśmy. Kiedy pada hasło „prezydenckie orę-
dzie”, oczekujemy słów, w których i z którymi rośniemy. Słów, po któ-

background image

178

rych chce się przenosić góry. Takie były mowy Peryklesa, takie były 
wystąpienia Piłsudskiego, Churchilla i innych wielkich przywódców — 
przemówienia, które żyją z nami, choć ich mówcy dawno pomarli. 

Po orędziu Kaczyńskiego pozostanie tylko ta pamięć. Że parskał. Po 

jego wcześniejszych orędziach w telewizji — że cięto je, montując co 
dwa zdania, jakby prezydent nie umiał przeczytać z promptera nawet 
jednej dłuższej frazy.

Nic nie pozostanie po orędziach Kaczyńskiego i całej jego kadencji. 

Nikt nie złoży z jego wystąpień nawet najmarniejszej książki.

Zamiast takich przemówień wolę więc którykolwiek z „Tańców z gwiaz-

dami”, „You can dance” lub „Mam talent”. Tam ludzie uczą się rywaliza-
cji, sztuki przegrywania i podnoszenia się z kolan, sztuki dziękowania 
i gratulowania innym — nawet jeśli są twardymi przeciwnikami. Z takich 
programów, wbrew pozorom i dzisiejszemu malkontenctwu, wyniknie 
kiedyś coś dobrego; pojawi się pokolenie bardziej otwartych i wesołych 
ludzi. Do władzy dojdą ci, którzy potrafią walczyć i radzić sobie zarówno 
z własnymi porażkami, jak i sukcesami. Będą umieli powiedzieć kilka 
zdań od siebie, bez kompleksów. Będą umieli oddać honor swoim konku-
rentom, a w walce — będą szlachetni i twórczy. I z tym przeświadczeniem 
pozostanę na całą resztę parskającej kadencji Lecha Kaczyńskiego.

25 maja 2009

Likfidóję literki!

Pżeczytałem w Internecie, że emerytowany pracownik lubelskiego 

Kuratorjum Oświaty wystompił do mnie z listem — jeszcze go niewi-
działem — fkturym żonda, abym zajoł się uproszczeniem zasat polskiej 
ortografi i zlikwidował „rz”, „ch” i „ó”. Słusznie! Słósznie! Czasami i ja 
mam wontpliwości, czy hałas to może jednak chałas, a może nawet ha-
u as? A narciaż? A lekasz? A gurnik? Nie wiem wprawdzie, dlaczego właś-
nie ja miałbym — sorry — miaubym zajonć się zmianami zasat pisowni, 
ale jeśli naprawa państwa miałaby (miaua by) rozpoczonć się od orto-
grafi, to ja jestem za! A nawet pszeciw! 

background image

Niema nic gorszego nisz ortografia. No nie, pżesadziłem, niema nic 

gorszego nisz PiS, ale to pofszehnie wiadomo. Jenzyk polski stale podle-
ga pżeobrażeniom i fcale niemożna wykluczyć, że idonc fkierunku 
uproszczeń dojdziemy i do takiej rewolucji. Muj tekst o ostatnich wyda-
żeniah kampani wyborczej mugłby wienc wyglondać nastempująco:

1. Najpierf pani Kotka położyła nogi na Kurskim, potem renke na 

kasie z Platformy, aż wreście prowadzonc sfuj samochut wypatżyła ko-
rek, ktury się stfożył na jej drodze dodomu, bo Warszawa prowadzi 
wielkie remąty pżet Euro 2012, z pieniendzy unijnych zresztą, i ftedy 
zrozumiała sfuj błont, i szypko poszła do Kaczyńskich, i tam pokazaua 
żułtą kartke Platformie, i otżymała buże braf, i jusz odrazu została pa-
prodką, i prezydęt pszyjmie ją do kancelarji jak tylko pozbendzie sie 
Piotra K. 

2. Blizki koleszka Jacka Kurskiego Michał B. został zatżymany pżez 

policje, gdysz poniewasz był poszukiwany listem gończym i teras niema 
komu robić spotuf wyborczyh partji. Aktorka jest, kasa jest, spin dokto-
ży tesz, tylko radości tfurczej brakuje spowodu tej fpatki. 

3. Piotr Kownacki, prawa renka prezydęta, był wiceprezesem zażon-

du banku i zajmował sie pżejmowaniem wieżytelności służby zdrowja 
i muwi, że teras trudno mu odnosić sie do czasuf spszet ośmiu lat i tłu-
maczyć, że niejest wielbłądem, i że niezamieża w zwionsku stym podać 
sie do dymisji. Jako menszczyzna mugłby stanonć na wysokości użend-
niczej powagi i pszynajmniej oddać sie do dyspozycji sfojego szefa, ale 
to czyn ponat miare tego hłopa. 

4. Doktor Bugaj jest wstżonśnienty pżemuwieniem prezydęta, gdysz 

dotkneła je renka Zyty, a cogorsza — muzg. My fszyscy tesz jesteśmy. 

27 maja 2009

Cham z sieci kontra cham z gazety

Monika Olejnik zapytała mnie wczoraj o ocenę konfliktu blogerki Ka-

taryny z redakcją „Dziennika” i o mój stosunek do kwestii anonimo wości 
w Internecie. 

background image

Mnie anonimowość nie przeszkadza, choć oczywiście wolę wiedzieć, 

kto ze mną prowadzi dyskusję. To wyrównuje nasze siły. Ale przecież 
samemu wystawiając się na publiczny widok, z własnej woli, muszę się 
liczyć z różnorodnością opinii. Jednemu się spodoba, inny przeklnie, 
ktoś się uśmiechnie, a ktoś zdenerwuje. Jak w życiu. Desperat siądzie 
nad klawiaturą i wywali na mnie żal, jaki ma do swego podłego życia. 
Frustrat wyleje na mnie swoje złe emocje, idiota wyzwie od idiotów i… 
i co? I życie toczy się dalej.

Nie rozumiem dziennikarzy, którzy protestują przeciwko zalewowi 

chamstwa w sieci, a sami mają na sumieniu nie gorsze od internautów 
epitety. Dla Zaremby jestem „wystraszonym mordercą”, dla Mazurka 
„gazownikiem” — i w ich ustach słowa mają być dla mnie jak słodka le-
gumina. Oni dla swoich czytelników bywają „chu…mi”, „niemieckimi 
sługusami” lub dla odmiany „żydkami” — i to, ich zdaniem, zagraża ja-
kości debaty publicznej. Mazurek określał ministra Drzewieckiego 
„podczaszym na dworze Tuska”, Gursztyn dał wczoraj tytuł „Ale syf!”, 
Krasowski każe się pocałować w d… i… wszystko jest w porządku?

Przyganiał kocioł garnkowi! „Dziennik” przoduje w obrażaniu ludzi 

i pisaniu piramidalnych bzdur, naruszających dobra osobiste. Mógłbym 
przywoływać swój przykład, mógłbym służyć przykładem innych po-
staci życia politycznego i pokazywać, jak bardzo potrafią krzywdzić fał-
szywymi oskarżeniami. Ale… po co? Ani oni się nie zmienią (Łysy i Blon-
dynka nadal węszą), ani nie zmienią swoich czytelników (każdy ma 
takich, na jakich zasługuje), ani nie rzucą swojego zawodu, bo cóż in-
nego mogliby robić? 

Są więc. Trwają. Piszą, publikują pod tekstami własne nazwiska, czu-

ją się gwiazdami, są wielcy… I niech tak pozostanie. I niech tylko nie 
pouczają nas, jacy mamy być. Bo tacy jak oni, nie chcemy.

28 maja 2009

background image

   Postscriptum

Napisałem tu: 

CZY JESTEM NA TYLE SZALONY, BY WIEDZIEĆ, O CO 

MI NAPRAWDĘ CHODZI? 

Odpowiedź brzmi — nie wiem, nie jestem, nie naprawdę, nie szalony, 

nie chodzi, chodzi o nic, o wszystko chodzi. Przez całe życie towarzyszy 
mi Paradoks, choć z politycznego punktu widzenia, poprawniej byłoby 
napisać: ja towarzyszę Paradoksowi. I staram się dorównać mu kroku. 
Zaskakuję go czasem. A czasem Paradoks zaskakuje mnie samego.

Pop-polityka stała się częścią mechanizmu rządzenia. Jest instrumen-

tem mającym coraz potężniejszy wpływ na rzeczywistość. Można z tego 
powodu zrzędzić — gęgać, Gęgacze! — ale trzeba ją widzieć: 

ONA TU 

JEST! Przychodzi ze świńskim ryjem, z włochatą klatą i odsłoniętą pier-
sią. Przyszła już wcześniej — kiedy poluzowano zaciśnięte pod szyją kra-
waty, uśmiechano do kamer Leszka Balcerowicza i zakładano tweedową 
marynarkę na dżinsowe ciało Jacka Kuronia. Pop-polityka przychodzi 
coraz szybciej — w twitterze podczas najnowszej irańskiej rewolucji, 
w serwisach informacyjnych, które konkurują z najlepszymi filmami, 
w społecznościach internetowych, które w kilka minut potrafią zgroma-
dzić się wokół najważniejszych spraw: ponadlokalnie, globalnie, poza 
skalą wszelkich dotychczasowych dokonań politycznych.

Być może dzisiaj, kiedy słowa wklepane w maju i czerwcu 2009 roku 

w klawiaturę komputera stają się ciałem w postaci gotowej książki, 
wszystko, co napisałem powyżej, jest już dawno nieaktualne. 

Przepraszam: jeśli tak jest, to znaczy, że po raz kolejny przegrałem 

z Paradoksem. 

Janusz Palikot

background image
background image

Spis treści

Pop-polityka   

5

Poletko Pana P. Część druga   

61

Postscriptum   

181

background image

Projekt graficzny i typograficzny: Janusz Górski
Korekta: Ewa Penksyk-Kluczkowska, Piotr Sitkiewicz
Sk³ad: Piotr Górski, Stanisław Danecki
Druk i oprawa: Grafix Centrum Poligrafii, Gdańsk

© by Janusz Palikot
© by wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2009

wydawnictwo s³owo/obraz terytoria
80-244 Gdañsk, al. Grun waldz ka  74/3
tel.: (058) 345 47 07, 341 44 13
fax: (058) 520 80 63
e-mail: slowo-obraz@terytoria.com.pl
www.terytoria.com.pl

ISBN 978-83-7453-926-5