background image

Krzysztof Kąkolewski

JAK UMIERAJĄ NIEŚMIERTELNI

background image

Jak umierają nieśmiertelni

część pierwsza

To, co prezentuję Czytelnikom, należy do gatunku, który nazywam 

„baśnią udokumentowaną”. Kopciuszki, sierotka Marysia, babcia i wilk są 

wśród nas. Stali się postaciami literackimi, bo zapragnęli nimi być. 

Zmyślili siebie. Udawanie jest epidemią współczesności. W straszliwej 

background image

masie trzech miliardów człowiek, aby być innym od innych, posługuje się 

literaturą, filmem, telewizją, by „dotworzyć” siebie. O głównym bohaterze 

tej historii piszę, że jego życie było „opowiadaniem ludowi o tym, jak on 

żyje”. Wymyślił siebie do tego stopnia, że nie wiadomo, jaki był — czy 

raczej: jaki by był. Automitologizacja, autokreacja, przeinaczenie 

własnego życia doprowadziło do jego zniszczenia. „Wtórność to 

niezdolność do eksploatacji własnej osobowości” — powiedział Stanisław 

Dygat, który poddał mi myśl napisania tej historii. Jest ona opowiadaniem, 

jak to jej bohater opowiadał o sobie, jest dalszym ciągiem tej opowieści — 

czyli próbą wniknięcia w jego styl, język, konwencję, musiałem więc 

opisać go takim, jakim on siebie widział.

Przeznaczenie, jak zobaczymy, zgotowało mu śmierć z ręki ludzi, którzy 

podobnie jak on nie umieli przyjąć miejsca w społeczeństwie. Nazwali 

siebie czcicielami szatana, a w gruncie rzeczy poszło o odrzucenie 

piosenki, bo Manson, nim udał, że pokochał szatana, w skrytości pragnął 

kariery Beatlesów. Nieprawdziwe życie zostało zakończone śmiercią 

zmyśloną, opartą na scenariuszu filmowym.

*  *  *

W szkole filmowej w Łodzi obliczono, że Roman Polański był o dwa 

centymetry wyższy od Napoleona Bonapartego, i już wtedy wiedziano, że 

podbije świat. Ale kiedy przedstawił temat kolejnego filmu szkolnego, 

pojawił się cień zwątpienia. Scenariusz przewidywał, że Polański nakręci 

„etiudę dokumentalną” o balu kostiumowym, który miał odbyć się w 

background image

szkole. Słynna szkoła mieściła się w pałacyku otoczonym przez park; 

udekorowany lampionami, stanowił dobre tło, ale jakiego materiału 

dramatycznego mogła dostarczyć studencka maskarada? Polański 

rozstawił kamery. W chwili gdy orkiestra składająca się z uczniów szkoły 

zaczęła rozwijać jazzowy motyw: „Gdy święci idą do raju”, zza muru 

między bawiących się wpadł kamień.

Rozlegają się gwizdy, wycia, wrzaski. Kilkunastoosobowa banda 

przeskakuje przez żelazną bramę, mur i rzuca się na studentów. Tańczący 

uciekają, rozlegają się krzyki przerażenia, jęki, wołania o pomoc. Grupa 

wysportowanych uczniów stawia opór. Banda wypiera ich w kierunku 

orkiestry i masakruje. Kto może, ucieka do budynku szkoły. Kamery 

pracują cały czas. Rejestrują, jak chuligani zwyciężają i demolują park.

Na drugi dzień okazało się, że studentów zaatakowała banda z Widzewa 

wynajęta przez Polańskiego. Każdy chuligan otrzymał za napad dniówkę 

statysty. W ten sposób powstała etiuda „Rozbijemy zabawę”. Jest do dziś 

w archiwum szkoły filmowej. Bici koledzy Polańskiego, dlatego że byli 

nieświadomi, niedobrze odegrali rolę bitych. Nie wpłynęło to na aurę 

otaczającą Polańskiego.

Koledzy wybaczyli mu, mimo że szwankowała reżyseria, 

pozostawiająca za duży margines przypadkowemu rozwojowi wydarzeń.

Ale wywołanie wydarzeń, prowokowanie było jego normalnym życiem 

— opowiada Janusz Majewski — oto do zatłoczonego tramwaju, w 

godzinie powrotu z pracy, wsiada Polański. W czasach kiedy szary strój 

był niejako mundurem, on ubrany jest w czerwoną koszulę i skarpetki; 

siada naprzeciw starej kobiety; budzi swoim strojem jej zgorszenie, które 

background image

narasta, gdy Polański nie opuszcza wzroku, ale zaczyna przedstawienie 

tylko dla niej, w nią wymierzone: tańczy, gwiżdże, przytupuje. Niechęć 

kobiety zamienia się w jawną nienawiść. Nagle szydzący błazen wpada w 

zapamiętanie, które przeradza się w atak. Rzucają nim drgawki, zwija się, 

jęczy w konwulsjach, jakby na oczach tej kobiety spotkała go kara za 

kpiny. Skłonna już jest mu wybaczyć, współczuć, kiedy on spogląda na 

zegarek, mówi spokojnym głosem: „dość” i wysiada z tramwaju. Rzucanie 

bigosem z szafy — to dla Polańskiego „śnieg pada”. Czekał skulony na 

szafie na Majewskiego, żeby w ciemności skoczyć na niego, gryząc szyję i 

wyjąc: „Wampir! Wampir!” Polański wolał odgrywać to, co miał 

opowiadać. Kiedy opowiadał, jak ktoś upada, zaznaczał to słowem i sam 

upadał, budząc wściekłość kelnerów w wytwornych restauracjach.

Już jako dziecko grał na scenie, w teatrze w Krakowie: jako elf, dziecko 

pułku, aniołek. Tylko Rynek oddziela jego dom od miejsca, gdzie często 

przechodził, a gdzie wydarzyła się rzecz opisana w książce Tuwima 

„Czary i czarty polskie”.

„W klinice ginekologicznej na Kopernika dziesięcioletnia Żydówka 

porodziła diabełka z rogami, kopytkami i ogonem” — poszła wieść przez 

Kraków. Niektórzy mówili, że widzieli go na własne oczy, przykutego 

łańcuchem w parterowej sali kliniki. Kiedy chciano go ochrzcić — 

mówiono — błyskawica rozdarła obłoki i przeleciała nad kościołem, który 

zatrząsł się w posadach, a księdzu wypadło kropidło z ręki. Doktorzy 

próbowali otruć diabła. Na próżno dawali mu najsilniejsze trucizny, one 

karmiły go, wzmacniały jego siłę. Ludzie biegli ku ulicy Kopernika. 

Tłumy tarasowały ulicę. Pod wieczór wzrosły do kilku tysięcy. Zaczął się 

szturm do kliniki. Przyjechała policja, szarżowała, tłumy rozproszyły się, 

background image

potem wróciły, czekały do późnej nocy, kiedy rozeszła się wieść, że diabeł 

został wywieziony do Berlina.

Powstaje jeszcze etiuda filmowa: groźne, mroczne wnętrze, ktoś śpi na 

łóżku, od drzwi podchodzi ktoś inny, wyciąga mały scyzoryk i zabija 

śpiącego. Potem Polański tworzy „Ssaki”. „Ssaki” to dwaj ludzie: jeden 

służy za siłę pociągową drugiemu. Ten pogania go jak konia. Potem role 

się odwracają. Ale obaj, mimo że poganiani brutalnie, jakby godzą się na 

to, jakby poddanie się tej roli było zarazem świadomą pomocą temu, kogo 

wieziemy. Jedzie ten, kto oszuka, a zarazem wzruszy.

Od tego filmu zaczyna się oszałamiająca kariera filmowa Polańskiego, a 

z nią historia, którą chcę opisać. Przy tym filmie doszło do scementowania 

przyjaźni między Romanem Polańskim a Wojciechem F. Film „Ssaki”, 

jedyny film, który powstał w krajach socjalistycznych za pieniądze osoby 

prywatnej, finansował Wojtek.

„Ojciec Wojciecha urodził się na milionera i był nim. Cokolwiek 

zobaczył, stawało się towarem. Pieniądze — mówiono — ścigają go 

nieustannie, prześladują. Miał talent posiadania, ale uważał się za 

człowieka pracy, który pracuje w pieniądzu”.

Był zarazem człowiekiem uczciwym. Już przed wojną bogaty, 

dofinansowywał Łódzką Wolną Wszechnicę. Było mu przeznaczone być 

człowiekiem wielkiego businessu, ale przemiany rewolucyjne pozbawiły 

go losu mu przyporządkowanego. Jego dramatem było, że aby choć w 

części być sobą: robić interesy, musiał łamać prawodawstwo skierowane 

przeciw ludziom takim jak on. Stworzył więc, jak ją nazywano, 

„organizację zaufania”, w której mieli etaty i pełnili funkcje członkowie 

background image

jego rodziny i przyjaciele. Była to organizacja patriarchalna, feudalna, ale 

podobna w strukturze do kapitalistycznego koncernu. Wszystko opierało 

się na autorytecie i zaufaniu do szefa, który był zarazem patriarchą, 

opiekunem, a wymagał tylko nieustannej gotowości na rozkazy i 

mobilności, na przykład jeden z członków brał wielkie pieniądze za to, że 

jest na posadzie państwowej: służył na wypadek, gdyby potrzebny był 

człowiek pracy.

„Pracował” w wełnie, zgodnie z łódzką tradycją. Jak mówi się, miał 

własne zasoby dolarowe, bank podziemny, który był tak potężny, że jego 

decyzje kupna i sprzedaży walut miały wpływ na notowania rynku 

czarnogiełdowego w Polsce. Jego agenci skupu dolarów przemierzali cały 

kraj. Jedna z kurierek przewoziła dolary w beciku swojego rocznego 

synka. Gdy stworzył koncern — pokochał go. I oni kochali go nie jak 

krewnego, ale jak ojca, opiekuna, który kierował ich krokami.

W tym świecie wzrastał Wojtek; w kulcie osobowości ojca, przystojnego 

mężczyzny o doskonałych manierach, zarazem potężnego. Ponieważ 

żądania dzieci nigdy nie mogły doścignąć możliwości otrzymywania, 

składały tylko zamówienia na pieniądze. Dostawały wysokie pensje za 

samo istnienie. Zarazem były posłuszne ojcu. Wojtek od dzieciństwa miał 

wyznaczoną przyszłą funkcję w koncernie i zgodnie z tym zaczął studia na 

wydziale włókienniczym Politechniki Łódzkiej. Miał być szyldem, objąć 

techniczną stronę tajnego koncernu wełnianego, a w przyszłości 

odziedziczyć. Jednak Wojtek inaczej traktował gang, w którym wzrastał. 

Widział w nim tylko organizację nastawioną na zdobywanie nielegalnego 

krociowego dochodu, nie dostrzegał wysiłku organizacyjnego, ryzyka, 

ponoszonych kar i ofiar. Przekonania, jakie wyrobił sobie, można by 

background image

określić jako ideologię antypracy. Cytował wypowiedź pewnego rekina 

podziemia: „Każdy, kto nie ma choć miliona, jest głupcem, o którym nie 

warto mówić”.

Będąc na drugim roku Politechniki, Wojtek poznał uczennicę ósmej 

klasy szkoły ogólnokształcącej, Ewę. Bóg tworząc ją, a ona nadając sobie 

to imię — zamiast Marii, które otrzymała na chrzcie — dostosowali je do 

poetyki historii, w której miała wziąć udział swoim życiem. Mając 

piętnaście lat, idąc łódzką ulicą z koleżanką, otrzymała jeden ze znaków, 

że jest piękna: została otoczona przez chuliganów, którzy zaczęli zdzierać 

jej sukienkę i szarpać za włosy. W tej chwili usłyszano pisk opon, na 

chodnik wjechał samochód amerykańskiej marki, roztrącając bandę. Z 

wozu wyskoczył barczysty młody chłopak, który straszliwym ciosem 

rzucił jednego chuligana na ziemię, a drugiego kopniakiem złożył na dwie 

połowy, po czym jak książę, z rykiem silnika, zarzucając potężnym 

wozem, uwiózł ocaloną. Taka jest legenda. Prostuje ją Ewa: „To było 

trudniejsze”. Była banda „Kłaka” z Bałut. Nienawidzili studentów. 

Przyszli na zabawę Politechniki. Porządkowi bali się ich zatrzymać. Zajęli 

galerię, patrzyli, potem zeszli: wybrali Ewę. Otoczyli ją, kręcąc pękami 

kluczy, pozornie niewinny gest; zapowiadał walkę techniką kluczową: 

bicie kluczami. Zjawił się jakiś chłopak, uderzył bykiem. Zaczęła się 

ogólna bójka. Zabawa była rozbita, ale ten chłopak wyprowadził ją. 

Myślała, że jest też z Bałut, z innej bandy, która walczyła bykiem w każdej 

pozycji. Wiązali sobie ręce i ćwiczyli, aż coś złego działo się z ich 

mózgami. Po chwili dowiedziała się, że to sam F. junior.

Stanisław Dygat zwrócił mi uwagę, że „sprzyjające okoliczności tworzą 

rzeczy, które nie mogły się zdarzyć, fakty nie istniejące”. Wojtek zmyślił 

background image

siebie, był postacią literacką na długo, nim został opisany. Jego życie było 

„opowieścią ludowi o życiu Wojtka”. Mówiono, że odziedziczył po ojcu 

talent: jak ojciec był artystą pieniądza, on był artystą życia. Jak inni 

wypowiadają się w dziele, które budzi oczarowanie lub zgrozę, on 

wypowiadał się swoim życiem. Był wysportowany, silny, grał silnego 

człowieka, gangstera, niektórzy dopatrują się w tym kompleksu ojca:

„On był potęgą pokrywając to łagodnością — był wszystkim, jak 

Stwórca. Wojtek tylko grał silnego człowieka, w rzeczywistości bał się 

życia, tego, że nie sprosta nigdy ojcu, i był bezbronny. Ojciec okazywał 

Wojtkowi, że w niego nie wierzy. Wojtka to bolało”.

Zaczął się między nimi konflikt, gdy Wojtek porzucił swoją pierwszą 

postać: dziedzica podziemnego koncernu, a wszedł w drugie wcielenie. 

Ojciec zagroził, że go wydziedziczy, że cofnie dotacje, ale Wojtkowi 

właśnie poddała tę kreację magia szeptu: „to  j e g o  syn”, gnąca kelnerów. 

Łódź nie była zniszczona, a ludność rozproszona. Pamięć hulanek 

fabrykantów i gangsterów łódzkich, na tle nędzy „pomnika pierwotnej 

akumulacji”, tanich dziewcząt, szampana w gabinetach restauracyjnych, 

pozostała. Jednak Wojtek nie kontynuował tej tradycji w sposób prosty.

Dokonał on osobliwego zaszczepienia na tym gruncie stylu życia, który 

stworzył Marek Hłasko. W tych czasach Marek nie słyszał nawet o 

Wojtku, ale on wierzył w niego i marzył, żeby go spotkać. Wojtek 

zafascynowany był nie jego literaturą, ale stylem życia. Z kolei rodowód 

hłaskoizmu wyprowadzany jest z połączenia wątków przybyszewszczyzny, 

hemingwayizmu i deanizmu. Hłaskoidzi wprowadzili do życia i do 

literatury rygor używania wulgarnego leksykonu. „Dotychczasowe” słowa, 

zużyte, uległe inflacji, zastąpiono kilku mocnymi słowami. Jeden z 

background image

przyjaciół Wojtka potrafi opowiedzieć długą historię, w której rolę 

wszystkich rzeczowników gra słowo na literę „k”, a rolę czasowników 

wypełnia czasownik na „p”, zaś przymiotniki budowane są od tych słów. 

Wojtek dodał do tego samochody i kobiety w roli zbytkownych 

przedmiotów. Doczepiał się, na długo nim powstał termin „playboy”, do 

długich komet i pociągów towarzyskich, w których rola lokomotywy była 

zmienna, a wagonami były piękne dziewczęta i chłopcy.

Marek przylepiał kelnerom do czoła stuzłotówki, za co został pobity, u 

Wojtka — inaczej niż u Hłaski — były one śniegiem, czerwonym 

śniegiem. Nim jeszcze było słowo „sex-party”, Wojtek organizował ubawy 

zwane „wojtkowiskami”, na których miłość zwana była „wojtkowaniem” z 

udziałem „prządek z kawiarni Honoratka”. Wśród nich najsłynniejsza była 

„Dziewica Nowo-Orleańska”. Wychowana w drobnomieszczańskim domu, 

miała narzeczonego, za którego pragnęła wyjść za mąż, a on wymagał, 

żeby do ślubu była dziewicą, stała się więc mistrzynią miłości zwanej u 

nas francuską.

Zebrawszy powiedzenia Hłaski i hłaskoidów Wojtek buduje filozofię 

„zwisu”, uważania zabaw i rozkoszy za jedyny obowiązek, pracę, rodzaj 

zawodu. Wojtek uważa życie za grę hazardową z jedną wygraną, albo 

inaczej — za grę „we wszystko”. Gra w numerki na pieniądzach, w łódzką 

grę „dziewiąty wał”, w samochody. Zakłada się o czas przejazdu z 

Targowej pod „Bristol”, z Krakowa do Zakopanego, z Łodzi do Warszawy. 

Czasem wygraną, za jej zgodą, jest dziewczyna. Gra w pływaka polegała 

na tym, że Wojtek, który znakomicie pływał, przychodził na Legię w 

czasie treningów zawodników średniej klasy i wyzywał ich. Oni, 

przekonani, że widzą frajera, w dodatku na lekkiej bani, na jakiej zawsze 

background image

był Wojtek, przyjmowali wysokie zakłady. Przegrywali, a Wojtek brał 

pieniądze i mówił: „uczciwie zapracowałem na obiad”. Wojtek nie grał dla 

gry, ale dla zarobku. Była też „gra w ludzi”. Wybierał w restauracji stolik 

zajęty przez cztery osoby i obstawiał: „jakie rozwiną się układy 

męsko-damskie, w którą stronę się kto upije, kto lewoskrętnie, czy będzie 

łupanina”. Kiedy kiwał się stolik, Wojtek wkładał czasem pod krótszą 

nogę pięćsetzłotówkę, którą ostentacyjnie składał, zgadując, kto ją porwie, 

i śledząc reakcje tych, którzy oczekiwali na jego wyjście.

Urok Wojtka nie polegał na tym, że miał pieniądze. K.T. Toeplitz 

wyprowadza go od bezmiaru czasu: mógł zawsze go ofiarować kobiecie, 

towarzyszyć jej wszędzie, nieustannie: do krawcowej, modystki, czekać u 

fryzjera, opiekować się nią, choćby z nudów — był dobry, doskonaląc w 

miarę mijania lat swój kunszt, w czasie gdy inni tracili czas na pracę. Ewa 

opowiada, że ich małżeństwo zawarte było na uroczystej mszy w katedrze 

w obecności ocalałego mieszczaństwa Łodzi. Ewa strasznie płakała. 

Wojtek od razu uciekł gdzieś. Potem ona była sama z dzieckiem nad 

morzem, pchając wózek bulwarem, ubrana wyłącznie w męski sweter, a za 

nią piętnastu zalotników. Pogodzili się. Wojtek kupił jej cztery baloniki i 

spali w dziecinnym białym łóżeczku z siatką. Potem pobił ją, ona 

wyskoczyła z taksówki w biegu. Potem przepraszał ją: „ja cię biłem za 

swoje sprawy”. Zatelefonował skądś: „Ja cię tak strasznie kocham, kurwo, 

z kim leżysz?” — a ona słyszała szept jakiejś dziewczyny. „Były euforie, 

potem kace, nie wiedzieliśmy, jaki jest dzień, jaki miesiąc”. Wojtek ciągnął 

ją na balety, gdzie zakrywał jej oczy, nauczył ją pływać stylem 

klasycznym, bić pięścią jak mężczyzna. Ewa opowiada: „Matka Wojtka 

background image

podejrzewała mnie, że żyję z jego braćmi, z jej mężem, że widzę w nich 

jak kurwa oddział wojska, jak nauczycielka klasę, a ja widziałam w nich 

Wojtka, tylko doskonalszego”. Nienawidziły panie Ewy. Ukuto intrygę, 

żeby na najekskluzywniejszym balu w Polsce Ewa i jedna z 

najsławniejszych aktorek były w identycznej kreacji. Aktorka spojrzała z 

wściekłością na Ewę. Ewa powiedziała: „No tak, kurwa i artystka w takich 

samych sukniach”.

Jasna blondynka, wróżąca z kart i z ręki, prowadziła handel wymienny z 

Cygankami na wróżby. Czasem odwróci czyjąś rękę, popatrzy, odepchnie, 

czasem tę rękę nieoczekiwanie pocałuje. Umie rzucać zły urok: rysuje 

sylwetki i zaznacza organy wewnętrzne czerwoną kredką, a w nie wbija 

szpilki: w wątrobę jedenaście, w śledzionę jedną, w serce jedną. „Szpilka 

to narzędzie pracy kobiety i narzędzie czarów” — mówi. Jej walka z 

Wojtkiem staje się walką na zdrady. „Kiedy spotkaliśmy się, wiedzieliśmy, 

że nie możemy siebie zdradzić naprawdę. Napisałam testament, że jak 

umrę, chcę być pogrzebana tam, gdzie Wojtek. On powiedział: «Jeśli mnie 

kochasz, skocz pod tramwaj» — i ja skoczyłam, tylko on był szybszy i 

wyciągnął mnie. Potem znów zerwaliśmy, potem on napisał list: «Jeśli 

masz Boga w sercu, zlituj się nade mną»”. A ona zamawia sobie 

wizytówkę: „Ewa F. w podróży” wzorem fin de si

écle'u”. Objeżdża 

Polskę, żeby stworzyć, jak powie później, „fakty nieodwracalne, żeby nie 

móc wrócić do Wojtka”. Nad ranem zgłasza się sama do izby wytrzeźwień, 

żeby i to zaliczyć. Rodzina Wojtka przejmuje prawa opieki nad dzieckiem. 

Ewa, bezsilna, w uniesieniu przeklina ród Wojtka.

Zetknięcie Wojtka ze szkołą filmową w Łodzi było nieuchronne. 

background image

Nastąpiła osobliwa unia, realizująca się w łódzkim SPATiF-ie: 

„pieniądza”, który uosabiał syn przemysłowca, i „sztuki”, którą 

reprezentowali filmowcy. Wojtek znalazł swoje nowe wcielenie — 

przyjaciela artystów. Głównym przedmiotem jego fascynacji stał się 

Polański. Było to wzajemne. Fantazja Wojtka i Polańskiego uzupełniały 

się. Przedsiębiorstwo „Ssaki”, w które zainwestował Wojtek, było 

zorganizowane na zasadzie socjalistycznej, nawet z dietami służbowymi, a 

zarazem kręcenie było nieustannym happeningiem, obrzędem, zabawą. 

Lepili bałwany, tarzali się w śniegu; kiedyś Wojtek rzucił siedem tysięcy 

złotych setkami pod wiatr, który rozniósł je po halach. Tego dnia zdjęć nie 

było, bo wszyscy szukali „śniegu” na śniegu. Czerwony śnieg stopniał nad 

ranem.

Pozostało wiele opisów bójek Wojtka, ale najbardziej wyraził się jego 

styl walki w bójce na wieczorze poetyckim w Mikołajkach. Polański dał 

Wojtkowi pracę ratownika w ekipie filmowej „Noża w wodzie”. Wojtek 

złamał rękę, mimo to mówił: „Dopłynę i uratuję, kogo trzeba”. Kazał się 

ucharakteryzować na ofiarę zbrodni: ze straszną raną, wybitym okiem. 

Pewnego dnia pił od rana ze stolarzem ekipy. Przeczytał afisz o spotkaniu 

autorskim. „Zobaczysz pierwszy raz w życiu poetę” — zadecydował 

Wojtek i weszli. Stolarz podszedł do mównicy i zaczął się przyglądać 

poecie. Zbliżył się do niego tak bardzo, że prawie dotykał go twarzą i tak 

pozostał bez ruchu. Uczestnicy wieczoru poezji, wśród których była 

załoga statku „Chopin” z kapitanem na czele, rzucili się na stolarza. 

Zadarto mu marynarkę na głowę i zaczęto bić. Wtedy podszedł Wojtek z 

prawą ręką prostopadle sterczącą na szynie, lewą ręką uderzył krzesłem w 

sam środek, rażąc kapitana statku „Chopin”, po czym najspokojniej wrócił 

background image

na swoje miejsce i usiadł. Miłośnicy poezji nie podjęli walki, maskując to 

opieką nad rannym kapitanem.

Według niektórych Wojtek nie lubił się bić, podobno skarżył się: „Nie 

chcę, boję się, ale kiedy sytuacja dojrzeje, zapada cisza i wszyscy czekają 

na mnie, muszę uderzyć”. Bił dziewczyny, jedną razem z matką zamknął 

w łazience i więził wiele godzin. Kiedyś pobił kolegę, kiedy zobaczył 

krew, upadł przed nim na kolana i rozpłakał się. Płakał często. Bójki, 

przekroczenia przepisów drogowych powodowały, że Wojtek bez przerwy 

dostawał wezwania na przesłuchania, rozprawy, do zapłacenia grzywien. 

Przekazywał je swojemu nadwornemu adwokatowi, którego zatrudnił na 

stałe, wzorem ojca, i płacił pensję, choć nieregularnie. „Lolita”, 

przyjaciółka Ewy, jedna z dziewcząt najmodniejszych na początku lat 

sześćdziesiątych, która zasłynęła tym, że uważała za swój obowiązek 

„zaliczać” wszystkich sławnych, i prowadziła indeks, w którym 

wystawiała im stopnie, zaprosiła kiedyś Wojtka, chcąc, aby i jego 

nazwisko znalazło się w jej kolekcji. Wojtek rzucił się na nią i zaczął ją 

gwałcić. „Uprzejmie udawałam, że jestem ofiarą” — opowiadała.

Mówią niektórzy, że nie Wojtek ułożył historię o sobie, ale wymyślili ją 

inni: musiał grać siebie takim, jakim stworzyli go i chcieli mieć artyści. 

Miał dorobioną twarz.

Wpadł na pomysł, który miał doczekać się realizacji w innych 

okolicznościach, po latach, i być może miał decydujący wpływ na 

późniejsze wydarzenia. Wojtek podchodził w SPATiF-ie do ludzi i 

proponował:

— Będę pana ochraniał. Nikt pana nie tknie. Będzie pan mi płacić 500 

background image

złotych za wieczór.

Jako największy wynalazek przypisuje się Wojtkowi metodę tzw. 

literacką otwierania butelek. „Żeby ochronić rękę — (bhp) — przykłada 

się do ściany dzieło literackie średniej objętości i uderza o nie dnem 

butelki. Przez sztukę do prawdy” — mawiał Wojtek.

Jego podziw dla sztuki mieszał się z pogardą milionera. Czasem 

któremuś z artystów kazał zjeść zeszyt w kratkę dla pierwszej klasy albo 

zsunąć się szerokim zsypem na śmieci z trzeciego piętra. Zaczyna się 

jednak okres, w którym sztuka zdobywa priorytet w życiu Wojtka. Pewnej 

nocy w towarzystwie dwu pięknych, jak to się mówiło wtedy, „wirażek” 

zajechał pod warszawski SPATiF, kiedy wychodził zeń sławny pisarz. 

Wojtek krzyknął do dziewcząt:

„Wiecie, kto to jest? Na kolana przed nim!” Dziewczęta uklękły, potem 

obrażone odeszły, a Wojtek był szczęśliwy.

 Nadszedł moment, kiedy Wojtkowi nie wystarczało, że „bawi się z 

artystami”.Zapragnął „wejść w”, uzyskać nobilitację towarzyską, awans 

społeczny do środowiska, które uznał za arystokrację drugiej połowy XX 

wieku. Początkowo widział siebie w roli producenta, potem zapisał się na 

studia filmowe, ale porzucił je. Życie towarzyskie nazywa się „rodzajem 

gangsterstwa”, szczególnie tam, gdzie gromadzi ono samych ludzi 

mających wpływy, co tworzy nową jakość. Niektórzy nie lubili Wojtka, 

uważając go za snoba, bo zawsze pokazywał się z ludźmi „wspaniałymi”, 

nie rozumieli, że on pragnął czerpać z nich siłę, blask. Inni twierdzą, że 

przyjaźnie i fascynacje Wojtka były sztuczne, że były dla niego szczeblami 

awansu towarzyskiego: od inżyniera-prywaciarza, jakim zjawił się 

background image

pewnego dnia w łódzkim SPATiF-ie, potrafią wyliczyć sześć osób — 

stopni wiodących — do roli narzeczonego słynnej poetki. Poznawszy ją, 

wziął z jej domu kożuch, który zostawił Marek Hłasko wyjeżdżając za 

granicę, i chodził w nim, jakby chcąc nawiązać kontakt ze swoim 

mistrzem życia. Przebrany za człowieka, którego podziwiał, jakby 

wszedłszy w jego skórę, pokochał tę samą osobę. Cichy ślub odbył się w 

Zakopanem. Świadkami byli: Bogumił Kobiela i Krzysztof Komeda. 

Przyjechała teściowa z dzieckiem Wojtka i Ewy. Zdjęcie z uroczystości 

ukazuje nam pannę młodą w ciemnej sukni, Wojtka w smokingu, Komedę 

w swetrze — wszystkich na lekkim gazie. Fotografia jest tak zrobiona, że 

nie widać, iż noga nowożeńca tkwi w gipsowym pancerzu po ryzykownym 

zjeździe.

Było to w czasie, gdy byt rodu, istnienie trustu, bogactwo Wojtka 

wydawały się zagrożone. Ojciec Wojtka, wplątany w jeden z wielkich 

procesów gospodarczych, musiał uciekać. Był spokojny, mimo że 

świadkowie zwalali wszystko na niego, ponieważ nie obawiali się 

konfrontacji, bo do niektórych dotarła wieść, że szef „organizacji 

zaufania” jest już za granicą. W rzeczywistości ukrywał się, czekając, aż 

odbędzie się inna sprawa, gdzie jak obliczał, pewne historie wyjdą na jaw i 

będzie odciążony od wielu zarzutów. Rok ukrywania się kosztował go 

milion złotych. Był przerzucany z meliny na melinę dość często, 

zorganizowanym systemem transportu. Z ukrycia dalej kierował 

koncernem, przyjmował rodzinę, prowadził życie towarzyskie. Opisano mi 

jedną z takich wizyt. Melina to było banalnie urządzone mieszkanie M-3 w 

bloku. Podano kawę, ciasteczka, odwiedziny w kryjówce stały się zwykłą 

wizytą. Kiedy w telewizji nadano list gończy z fotografią seniora, wszyscy 

background image

demonstracyjnie odwrócili się od ekranu. W tym czasie Wojtkowi przyszła 

myśl, by fantastyczną plotkę o ucieczce ojca na Zachód zamienić w 

rzeczywistość.

Wielka ucieczka została zaplanowana przez Wojtka i niektórych ludzi z 

tajnego koncernu. Znaleziono kolejarza, który miał kontakt z pewnym 

rybakiem w Dziwnowie. Jego kutrem miał senior dopłynąć do Szwecji. 

Początkowo opierał się temu planowi, mówił, że jest za stary na ucieczkę i 

życie w obcym kraju, że Szwecja może nie udzielić mu azylu, w końcu 

uległ ich namowom. Podzielił majątek na dwie połowy: jedną połową 

wyposażył rodzinę i koncern, drugą spakował. Rozstawiono wokół meliny 

czujki w samochodach. Kiedy okazało się, że niebezpieczeństwa nie ma, 

kawalkada Mercedesów i Taunusów ruszyła o szóstej rano w kierunku 

północno-zachodnim. Na początku jechała straż przednia badająca, czy nie 

ma patroli, na końcu jeden z wujów, jako straż tylna, bez przerwy patrzył 

w lusterko na szosę za sobą. Ojciec Wojtka miał przy sobie połowę 

majątku w złocie i dewizach.

Dojechali na miejsce szczęśliwie, tylko kolejarz, który podjął się 

przerzucenia seniora rodu za granicę, zorganizował wszystko tak, żeby 

zagarnąć złoto, a właściciela przekazać władzom. Ojciec Wojtka znalazł 

się w więzieniu. Wyplatał tam koszyki najlepiej ze wszystkich. Był 

najwięcej zarabiającym więźniem. Mówiło się wtedy: to przez Ewę. Jest 

czarownicą, przeklęła rodzinę, będą nowe nieszczęścia.

Jako prezent ślubny Wojtek dostał od ukrywającego się ojca majątek 

ziemski, oczywiście na skalę dopuszczalną w kraju socjalistycznym, ale z 

pałacem. Majątek ten otrzymał kiedyś w jakichś wielkich rozliczeniach 

finansowych i zatrzymał go, jak wiele rzeczy i ludzi, których lubił mieć w 

background image

pogotowiu latami, aż przydadzą się pewnego dnia. Z majątkiem kupił, 

jakby przypisane do niego, małżeństwo Z. Pani Z. cierpiała na kompleks 

pożarów, codziennie o zachodzie słońca wołała: pożar, pożar!

Dawny właściciel nie posadził ani jednego drzewa, ale dobudował do 

dworu dwie gigantyczne kolumny nadające mu charakter monumentalny, a 

zarazem wśród pustych pól przejmująco smutny. Wojtek, znalazłszy się już 

w warstwie intelektualistów, postanowił jak prawdziwy arystokrata 

uprawiać ziemię, hodować zwierzęta. Chciał robić to na wielką skalę, 

rozmach, poczucie miary przejął bowiem od ojca. Jednocześnie jednak 

gardził nie tyle pracą, ile pracą na małą skalę, nie dającą ogromnych 

wyników. Postanowił zostać nie rolnikiem, ale feudałem. Pośpiech i 

krzątanina były dla niego oznaką złego wychowania. Dziwiło go, budziło 

odrazę podobieństwo ludzi do mrówek i pszczół, których nie znosił. Tam 

gdzie nie można było działać pieniędzmi, był bezbronny. Kiedyś, kiedy 

nad ranem wracali z libacji na dachu Triumpha, krzyczał do idących do 

pracy dziewcząt: „Robotnice łódzkie! Dlaczego tak rano wstajecie?”

Młody dziedzic wstawał o pół do jedenastej, jego jedyny wasal, pan Z., 

nie śmiał go wcześniej budzić. Kiedyś zobaczył, że na taras wtargnęło 

stadko baranów. „Co to znaczy? Czyje to barany?” — krzyczał. — „To 

panicza barany” — odparł Z. Narzędzia bardziej skomplikowane od łopaty 

określał: „ta rzecz”, udając, że nie może spamiętać nazw.

Przestrzenie wokół pałacu zarosły morzem chwastów — opowiada 

poetka. Wszystko dziczało, ginęło, umierało na ich oczach. Wojtek kazał 

przeprowadzić sobie specjalną linię telefoniczną z Warszawy — pod 

Błoniem miał numer warszawski, całe dnie telefonował, rachunki 

przewyższały dwa tysiące miesięcznie. Wynajął w Warszawie mikrobus, 

background image

który zapełnił przyjaciółmi, kupił trzy skrzynki wódki, worek luksusowych 

konserw, worek bułek i urządził wycieczkę do R., ale potem przyjaciele, 

zajęci pracą, nie przyjeżdżali. „Tam gdzieś ludzie podróżują po wielkich 

morzach, kręcą filmy, a ja mam tu robić jabłka. Nic się nie dzieje” — 

jęczał. Zabawa w lato na wsi nie wychodziła. Oczy Wojtka napełniały się 

łzami. Płakał z nudy.

Szukał sposobu na zbliżającą się jesień. Zaczął uczyć się angielskiego. 

Nakupił podręczników, płyt, po trzech dniach zepchnął je na ziemię, 

nudziła go „drobiazgowość” gramatyki, mimo świetnych adapterów nauka 

nie szła mu. Postanowił być rajdowcem, doskonale prowadził, ale wał pękł 

w drodze. Samochód zepchnął do rowu pod Chęcinami. A Wojtek nie 

wiedział, z którego dworca jeździ się do Błonia. Przyszła mu myśl, że 

mógłby zostać zawodowym scenarzystą. Byłoby to nawet dobre: artysta 

mieszkający na odludziu, we własnym majątku. Żona jako pisarka i poetka 

miała spisywać jego opowieści. Podyktował historię z przedmieść Łodzi: o 

gołębiarzach, grze w „dziewiąty wał” w ciemnym pasażu. Zespół filmowy 

zaprosił go na rozmowy w sprawie poprawek. Wojtek był bez samochodu, 

padał deszcz. Stanęli na postoju taksówek. Żadna nie nadjeżdżała. Wojtek 

rozgniewał się, odszedł z postoju i przestał być scenarzystą. Uznawał tylko 

wygrane od razu wielkie. Od ojca pieniądze przestały napływać. Ciężar 

nobilitacji artystycznej Wojtka spadał na żonę, on zdawał się tego nie 

dostrzegać jako drobiazgu bez znaczenia. Równocześnie drażniła go jej 

praca. „Jakieś staranie się, praca mrówek” — wrzeszczał, kiedy na 

podłodze salonu w R. montowała widowisko składające się z piosenek. 

Wojtek przebiegł po piosenkach, a potem skopał je. Któregoś dnia zjawił 

się pan Z. w damskim kapeluszu i ciemnej woalce, cały obwieszony 

background image

pszczołami, poradzić się pana, co robić z nowym rojem. Wojtek, 

zobaczywszy znienawidzone owady, wyrzucił go za drzwi.

Ujrzał jeszcze triumf ojca, wielką Canossę samochodową: pewnego 

dnia, gdy ojciec wyszedł z więzienia i był u syna na rekonwalescencji, 

karawana krążowników szos zajechała przed zachwaszczony gazon. 

Senior przycinał zdziczałe róże sekatorem. Udał, że nie widzi ludzi, którzy 

chcieli jego kosztem uniknąć kary. Wysiedli z samochodów i zbici w 

gromadkę stali, nie śmiejąc podejść. On dalej obcinał róże. Oni stali, 

patrząc na niego. Trwało to długo. W końcu jednak poszli wszyscy na górę 

i tam, przy zamkniętych drzwiach, na wielogodzinnej naradzie doszło do 

ugody. Potem wszyscy wyszli i ta sama kawalkada ruszyła do Warszawy, 

gdzie w lustrzanej sali „Bristolu” koncern wyprawił bankiet. Ale była to 

ostatnia manifestacja wielkości ojca w oczach Wojtka.

Uwolnienie się od mitu ojca, potężnego demiurga stwarzającego świat, 

nastąpiło u Wojtka w ten sposób, że uznał ten świat za zbyt ograniczony, 

na małą skalę. Nucił „Chicago”, jedną z ulubionych gangsterskich 

piosenek. „Dopiero w rozmiarach Ameryki wszystko jest możliwe” — 

orzekł. I kiedy nie miał już kogo w Polsce poznać, zrodziło się jego nowe 

wcielenie: wielka emigracja.

Czy rzeczywiście Wojtek wyobrażał sobie wszechświat na obraz i 

podobieństwo gigantycznego SPATiF-u łódzkiego, gdzie przebywają 

potężni ludzie, których on pozna i zaprzyjaźni się z nimi? Jeśli tak było, 

jak twierdzą niektórzy — ta kosmologia potwierdziła się w oczach Wojtka. 

Wyjeżdżając z Polski, a potem dążąc przez Paryż do kraju, który miał 

rozmiary mu odpowiadające, wyruszył uzbrojony tylko w pakiet adresów i 

listów polecających. Te magiczne zaklęcia, klucze do nowego świata, były 

background image

dorobkiem jego życia. Jak inni mają zdobycze w sztuce, nauce, produkcji, 

tak on miał osiągnięcia towarzyskie.

Ostatni szczebel polski jest pierwszym amerykańskim. Na party nawet 

nie usiłuje dostać się między wpływowych mężczyzn rozmawiających o 

interesach; nie dostrzegliby go, a i oni dla niego są „mrówkami”, tylko 

nieco większymi. Podchodzi do kobiet, jako jedyny mężczyzna, i bawi je. 

Urok wschodniego playboya, brutalnego i czułego, wyrzekającego się dla 

nich interesów, czyni je potężnymi sojuszniczkami Wojtka.

Na party u znanej aktorki polskiej przebywającej w Nowym Jorku 

poznał dziewczynę, studentkę szkoły dziennikarskiej. Zwierzyła mu się, że 

otrzymała zadanie zrobienia reportażu na zajęcia warsztatowe i nie ma 

tematu. Wojtek, będący kilka dni w Stanach, mówiący łamaną 

angielszczyzną, zabrał ją na podmiejską linię autobusową idącą przez 

slumsy, dzielnice nędzy. Doświadczenie łódzkiego łowcy bezbłędnie 

pozwoliło trafić mu na podobny krajobraz. Dziewczyna pierwszy raz w 

życiu widziała miejsca, które pokazał jej Wojtek. Była bowiem córką 

miliardera, amerykańskiego króla, a jak twierdzą niektórzy — cesarza 

światowego imperium kawy. Nie udało mi się dotąd zdobyć tekstu jej 

reportażu ani dowiedzieć się, co to było za miejsce, które tak nią 

wstrząsnęło. Mocniejsze wrażenie zrobił na niej człowiek, który odkrył jej 

Amerykę, usłużny, właściciel swojego życia, który mawiał, że „życie jest 

długie”, przybysz ze wschodu, z którego jego rodzice do przebogatej 

Ameryki przysyłali mu paczki, jedyne chyba, jakie w historii Stanów 

przemierzały Atlantyk z Europy. Miliarderzy szybko dowiedzieli się o 

romansie córki. Według jednej wersji zerwali z nią wszystkie stosunki i 

kazali opuścić dom, cofając dotacje na studia, inna głosi, że cesarzówna, 

background image

zgodnie z obyczajem przyjętym w sferach ludzi najbogatszych, jak 

wszystkie inne dzieci miliarderów musiała sobie w czasie studiów radzić 

sama — pracując. Spotkawszy Wojtka musiała wziąć odpowiedzialność za 

ich oboje. Jeśli więc pisano potem o Wojtku, że znalazł się na utrzymaniu 

Abigall Folger, była w tym inna treść: Gibi, jak ją nazywali najbliżsi, 

pracowała ciężko, żeby ich utrzymać. Wojtek mówił, że „się z nią nie 

ożeni, bo jest zbyt bogata”. Kiedy szli po zakupy, kazał jej chodzić krok za 

sobą, obładowanej torbami z warzywami, chlebem, owocami i butelkami. 

Wpajał Gibi, że jest nierobem i pasożytem. Tak zapamiętała ją Zofia 

Komedowa: wstawała o szóstej rano i swoim starym i porozbijanym 

Volkswagenem, najniżej stojącym w hierarchii pojazdów, jechała do pracy, 

skąd wracała o szóstej wieczorem. Stanisław Wohl mówi, że była 

niezwykle inteligentna, milcząca, chłodna, niezbyt miła, aż do oschłości. 

Pobierała aż do chwili śmierci lekcje francuskiego. Podobna była do 

Rysiówny — mówi Wohl — z lat jej wczesnej młodości. Brzydsza, inna w 

typie urody niż sławna poetka, ale było to powtórzenie w innej skali tego 

samego pomysłu wypróbowanego w Polsce. Teraz była kolej na to, by 

powrócić do następnego schematu: przypomnieć Polańskiemu jedną z 

interpretacji jego poglądów wyrażonych w „Ssakach”. Wojtek wtedy 

finansował ten film, ciągnął sanki. Teraz czeka, że pociągnie Polański. 

Wojtek z Gibi udają się na zachód Stanów. Tam dopiero mu się podoba: 

nawet rzeczy ogromne są tu w wielkim rozmiarze. O kilka ulic żyją 

światowe sławy. Hollywood to Łódź pomnożona przez milion.

W Hollywood Wojtek i Gibi zastali Polańskiego, Komedę, Hłaskę. 

Wojtek był szczęśliwy, że może zbliżyć się do człowieka, który wywarł 

taki wpływ na niego. Wojtek znalazł w tym potwierdzenie prawidłowości: 

background image

wszystkie układy powtarzają się, ci sami ludzie się spotykają, w tym 

samym składzie, odtwarzając dawne sytuacje w nowej skali. Ameryka się 

sprawdza.

Styl bycia Polańskiego wśród magnatów filmowych uległ jeszcze 

zaostrzeniu, walił ich po brzuchach, ekscentryczny, budząc lekki lęk. 

Fascynowały nie tylko scenariusze, których nastrój — wampiry, diabły — 

Polański przywiózł z krańca Europy, który nazwał w „Wampirach” 

Transylwanią Podkarpacką, ale i jego styl bycia na planie. „On odgrywa 

swoje filmy, powstawanie swoich filmów” — mówiono na planie 

„Wampirów”. Rozdwajał się: na reżysera i postać, którą grał; asystenta 

profesora szukającego w tej Podkarpacji wampirów, biegając w kusym 

czerwonym fraczku, pantalonach i białych pończochach. Stawał się 

wszechobecny wcielając się nawet w „sztucznego pająka”: wyrywał 

robotnikom maszynę do robienia pajęczyn, sam je rozpylał.

Wojtek patrzył na niego też z rodzajem zabobonnej obawy: jego kariera 

zakrawała na cud, jakby pomagały mu siły nadprzyrodzone. Towarzyszył 

Polańskiemu Komeda. Talent jeszcze młodego weterana polskiego jazzu z 

okresu jego „podziemia” rozwijał się w sposób nieoczekiwany. Tylko 

Hłasko miał pęcherze na rękach od noszenia stalowych sztab. Był jedynym 

białym wśród czarnych robotników, pił już tylko piwo i „kontrował” je 

środkami uspokajającymi. Bójki jak w „Kameralnej”. Brutalnie 

interweniuje policja, Marek ma przykrości. Traci w oczach Wojtka, który 

strąca go z piedestału. Mówi o nim: „Okazuje się, że to miękki człowiek”. 

Polański żeni się z Sharon Tate.

Jej portret złożyłem z opowieści osób, które ją dobrze znały. „Wszystkie 

zdjęcia — mówi Wohl — wyostrzają jej rysy, wydobywają z nich ich 

background image

regularność, klasyczność, przygaszając miękkość, łagodność, rozkładając 

twarz na dwa cienie: czarno-biały, a odbierając koloryt mlecznoróżowy. W 

korekcie fotografii trzeba by też wziąć pod uwagę wyraz oczu. 

Nieuchwytność tej urody polegała na łagodności spojrzenia, ruchów”. 

„Niezwykła w tym środowisku, ciepła, miła, bez pozy. Nic z gwiazdy”. 

„Cudowna, delikatna, skromna, cicha i piękna jakaś”. „Może to była 

życiowa »giera« — opowiada Zofia Komedowa — ale nigdy nie 

zauważyłam najmniejszego wypadnięcia z tej roli”. „Urodzona, by być 

aktorką i zagrać Ofelię — powiedział o niej Konrad Nałęcki. — 

Rozmawiałem z Romanem przy niej po polsku przez długie godziny. 

Wsłuchiwała się z napięciem nie rozumiejąc nic. Co to znaczyło?”

Zastanawiano się, czy to ona po Marilyn będzie boginią Hollywood. 

Wspaniale gotowała. Goście jej przyjęć zapamiętali sałatkę zrobioną 

według następującego przepisu: sałata, pomidory, pory, selery, papryka, 

rzodkiewka, ogórek, nać pietruszki, pocięte na małe kawałki 

proporcjonalne do siły smaku i zapachu (najwięcej łagodnych, najmniej 

najmocniejszych), wymieszane z sosem vinaigret. Podawała też  k a s h ę, 

prawie nie znaną w Stanach, kupowaną w delikatesach.

Komeda wziął żonę do garderoby Sharon na zwiedzanie — jak do 

muzeum. Było tam sześć metrów bieżących sukien, które można podzielić 

na dwie części, według chronologii. Suknie w kolorach budyniu 

śmietankowego, pistacjowego, truskawkowego, morelowego, haftowane 

perłami, jak z piosenki: „Jesteś jak krem w mojej kawie”. Kolory pań 

Szczęśliwej Ameryki. Takie suknie ciągną się do poznania z Polańskim. 

Od Polańskiego zaczynają się proste sukieneczki w zwykłych kolorach z 

wyszukanych materiałów. Najpiękniejsza sukienka: o fasonie koszuli 

background image

męskiej z ciężkiej żorżety.

Zdarzało się, że Sharon długo nie wychodziła do gości. Roman sadzał 

ich tyłem do drzwi jej garderoby. Tylko ktoś, kto dobrze go znał, w nawale 

min i gestów wyławiał niedostrzegalne zmarszczenie brwi czy ruch głową. 

W ten sposób Polański — kodem podobnym jak ongi Napoleon — dawał 

znaki żonie, która bezszelestnie stawała za plecami gości w drzwiach 

garderoby, czy dobrze wybrała suknię. Pozornie nie umalowana, osiągała 

taki stopień naturalności dzięki godzinie pracy. „To Roman nauczył mnie 

żyć” — powiedziała Sharon w jakimś wywiadzie. Wynajęli willę 

najekskluzywniejszą z ekskluzywnych w Hollywood, nazywaną domkiem 

szczęścia. „Tu — jak mówi agencja wynajmująca dom — szczęśliwi 

byli...” — i wylicza długą listę sław. I byli szczęśliwi, sławni ze sławnymi, 

osiągając tym jakby wyższy stopień szczęśliwości. Film „Rosemary's 

Baby”, według książki Iry Levin, nad którym Polański zaczął pracę, 

zaczyna się od podobnej sceny: Mr. Nicklas prezentuje młodej parze 

mieszkanie do wynajęcia.

Sharon nie może wystąpić w tym filmie, związana jest kontraktem z 

innym producentem. Zapada decyzja, że zagra Mia Farrow. Muzykę 

komponuje Komeda. Otrzymuje zadanie niedostrzegalnego dla widza, 

maksymalnego spotęgowania grozy. Egzemplarz scenariusza, jaki 

otrzymuje, nosi numer 135. Adnotacja na karcie tytułowej: „Proszę 

traktować to jako prywatne i poufne i nie dopuścić, by znalazło się w 

niepowołanych rękach”.

Młode małżeństwo wynajmuje mieszkanie. Guy to aktor bez sławy, ona 

nosi imię Rosemary. Ich przyjaciel, Hutch, mówi im, że ten dom cieszy się 

złą opinią: tu niejaki Marcato używał krwi niemowląt do czarów i 

background image

przywoływał szatana. Rosemary słyszy przez ścianę głosy sąsiadów: pani 

Castevet i jej męża Romana. Poznaje ich, gdy ginie tragicznie dziewczyna, 

którą się zaopiekowali. Pani Castevet odwiedza Rosemary, ta pokazuje jej 

pokój przeznaczony na dziecinny. Pani Castevet pyta, czy Rosemary 

spodziewa się dziecka, ona odpowiada, że chciałaby, ale Guy jest 

przeciwny. Na drugi dzień pani Castevet ofiarowuje jej naszyjnik. 

Rosemary widziała go przedtem na dziewczynie, która zginęła. Po kilku 

dniach ślepnie pewien znany aktor i rolę po nim dostaje Guy. „Teraz — 

decyduje — możemy sobie pozwolić na dziecko”. W nocy Rosemary ma 

sen: gwałci ją „coś nieludzkiego”. Po pewnym czasie Rosemary jest w 

ciąży. Urządza pokój dziecinny. Pani Castevet daje jej adres sławnego 

lekarza, swojego znajomego, doktora Sapirsteina. On każe Rosemary 

przerwać branie witamin w pigułkach i pić napar z ziół i korzeni 

tajemniczej rośliny, parzony przez panią Castevet. Rosemary ma dziwne 

bóle. Zwierza się Hutchowi. Ale on zaraz po tej rozmowie zostaje 

przewieziony do szpitala bez przytomności, której nie odzyskuje przez 

parę miesięcy, tkwiąc w rodzaju śpiączki. Przed śmiercią Hutch budzi się i 

każe przekazać Rosemary słowo: „anagram” i książkę: „Wszystko na 

temat czarów”. Znajduje tam zdjęcie czarownika Marcato z synem Steve. 

Rosemary przestawia litery i odczytuje: „Roman Castevet”. Zrozpaczona, 

przeprasza nie narodzonego jeszcze Andy lub Jenny i obiecuje, że nie odda 

go Im. Ale jest za późno. Mówią jej, że dziecko umarło, ale kiedy słyszy 

przez ścianę jakby płacz, wdziera się do mieszkania Castevetów. Wszyscy 

byli w zmowie. Siedzą zebrani, na dziwnej mszy, oznajmiają jej, że została 

wybrana wśród miliardów ludzi, by urodzić szatanowego syna. „Bóg 

umarł — krzyczą — jest Szatan! Przyjdź Szatanie!” Rosemary spostrzega, 

background image

że jej dziecko jest potworkiem o strasznych oczach, ale tuli je. Nuci 

kołysankę. Koniec.

Tekst scenariusza jest poznaczony notatkami Komedy. Są to 

wykrzykniki, znaki zapytania, gęstniejące tam, gdzie z boku napisał on 

wielką literę „M” — miejsca, skąd brał natchnienie do muzyki. Nad 

wieloma słowami napisane są polskie słowa. Układają się w szczególny 

słownik, potem komponują w historię: „dreszcz”, „czary”, „lękliwe 

spojrzenie”, „straszny”, „dziecinny pokój”, „talizman”, „narkotyzować 

się”. Wstrząsają tylko dwa słowa dotyczące Hutcha, napisane ręką 

Komedy: „nieprzytomny”, „śpiączka”. Na ostatniej stronie obok siebie 

dwa imiona, obwiedzione w identyczny sposób liniami ołówka i połączone 

— imię żony Romana Polańskiego SHARON i prawdziwe imię Romana 

Casteveta: STEVE.

Mia Farrow nuci kołysankę Komedy bez jednego słowa, powtarza się 

sylaba „la” szeptana w różnym nasileniu. Nie wiem, czy historię, którą 

opowiadam, można zrozumieć, nie znając tej melodii. W Stanach uznano, 

że jest ona trzecią wielką kołysanką jazzową. Jakby zapomniano treść 

filmu, jakby ta kołysanka nie była złowieszczą zapowiedzią — miliony 

urodzonych w końcu lat sześćdziesiątych Amerykanów zostało 

przywitanych przez życie tą melodią nuconą przez matki. Zbiegło się to z 

powrotem mody na kołysanki i kołyski: stwierdzono, że kołysanie jest 

przedłużeniem ruchu, jakiego doznaje dziecko w łonie matki. Komedzie 

wydawało się snem, czymś nadprzyrodzonym to nieustanne, nie kończące 

się odbieranie echa samego siebie, płynącego z okien domów, otwartych 

samochodów, knajp, drugstore'ów.

Wojtek odczuwa triumf przyjaciół jako swój własny. Roman potrzebuje 

background image

go; czy dlatego, żeby był świadectwem, że hollywoodzka kariera to to 

samo jego życie, które wiódł w Łodzi, Zakopanem, gdy wozili się 

sankami, a nie czyjeś inne? Teraz Wojtek wchodzi na sanki. Sharon jest w 

ciąży, a Roman przygotowuje się do kręcenia nowego filmu w Londynie. 

Sharon cierpi na lęki, boi się być sama w odosobnionej willi. Roman 

pamięta siłę ciosu, technikę walki Wojtka, jego umiejętność towarzyszenia 

kobietom. Nie zwraca się do biura detektywistycznego, uznaje Wojtka za 

stosowniejszego od płatnego „goryla” i każe mu przenieść się do willi Bel 

Air; otrzymuje zadanie towarzyszenia Sharon, dbanie o jej zdrowie i 

ochronę willi. Jest czymś pomiędzy damą do towarzystwa a prywatnym 

policjantem. Przenoszą się z Gibi do Sharon, oddając swoje mieszkanie 

młodemu Amerykaninowi nazywanemu „Pig” — „Świnia”.

Jednocześnie Wojtek, otrzymawszy porękę Polańskiego, próbuje w 

filmie. Chce wyprodukować film dokumentalny na podstawie historii, 

którą usłyszał na jakimś przyjęciu: od sześćdziesięciu lat dwie rodziny 

milionerów z New Jersey prowadzą krwawą vendettę. Mordują się 

wzajemnie i wtrącają do więzień. Ostatni potomek jednego ze 

zwaśnionych rodów przyleciał swoim samolotem nad rezydencję wrogów i 

zbombardował ją.

Rodzina Folgerów przypuszcza atak na Wojtka, chcąc odzyskać Gibi. W 

tym celu matka Gibi deleguje syna, Folgera juniora, na decydującą 

rozmowę z Wojtkiem. Dziedzic miliardów, potomek rodu od dwustu lat 

amerykańskiego i należącego do arystokracji finansowej, miał onieśmielić, 

zmiażdżyć i ośmieszyć dzikusa ze wschodu. Proponuje Wojtkowi 

spotkanie w ekskluzywnym klubie w stylu francuskim na kolacji.

Ale Wojtek był już przygotowany na rozmowę z Folgerem. Zauważył 

background image

bowiem, że ludzie najbogatsi nie okazują szacunku dla pieniędzy. „Po co 

zabijać się dla miliona?” — mówił w damskiej części salonu miliarderkom 

po francusku, wyuczonym w Paryżu, niechętnie przechodząc na angielski, 

traktując go jak język handlowców, dorobkiewiczów, którzy nie kończyli 

ekskluzywnych college'ów. Milion to jeszcze nie pieniądze — uważał 

Wojtek. Kiedy spotkał na przyjęciu Polaka, który zapytał go, czy nie wie, 

gdzie kupić dobry magnetofon, Wojtek zmierzył go pogardliwym 

wzrokiem i odrzekł: „tu możesz mówić o kupnie łodzi podwodnej”. 

Pogardą dla klas średnich, dla białych kołnierzyków, dla pszczół i mrówek 

— tym Wojtek podbił „wielkie towarzystwo”. Nie mając dolara 

zachowywał się autentycznie tak, jakby nie miał dolara, czyli jak 

najbogatszy. Lubił im powtarzać pytanie: „Amerykanie, skąd wzięliście 

się?”

Do klubu Folger junior przybywa w smokingu, Wojtek w spranych 

dżinsach z frędzlami i opasce indiańskiej na włosach. Już przy wyborze 

win wykończył Folgera. Degustował z pogardą podsuwane przez kelnera 

gatunki, wskazując, jakie roczniki XIX i XX wieku odpowiadałyby mu i z 

jakich okolic, odczytywał bukiety, komponował układ, kolejność. Kelner 

przestał zwracać uwagę na Folgera, darząc zachwytem Wojtka i traktując 

go jak monarchę. Według jednej wersji Wojtek nauczył się tego pracując 

na godziny w najniższej grupie tragarzy w Halach Win w Paryżu, według 

innej, przyjąwszy zaproszenie Folgera do takiego właśnie klubu, poszedł 

na cały dzień do biblioteki, gdzie przeczytał wszystko o winach 

francuskich. Drugim etapem spotkania juniorów było spojenie Folgera, 

wyciągnięcie od niego wszystkich planów walki klanu przeciw Wojtkowi, 

potem zaprzyjaźnienie się z nim i wyniesienie go na plecach z 

background image

ekskluzywnego klubu. Poprzez syna udało się Wojtkowi przeciągnąć na 

swoją stronę matkę Gibi, która pogodziła się z jego istnieniem. Pozostawał 

tylko ojciec.

Wszystko to nastraja Wojtka optymistycznie. Pisze do kraju, że w 

najbliższym czasie ściągnie syna, a do krewnej, zakonnicy, że ufunduje jej 

zgromadzeniu nowy kościół w zamian tylko za modlitwę za jego interesy. 

Jednak głównym zajęciem Wojtka była opieka nad nie narodzonym 

dzieckiem i jego matką. Kupuje z Sharon wyprawki, uczy się od niej na 

drutach. Przywozi dekoratora, który ogląda pokój przeznaczony na 

dziecinny i przedstawia projekt za trzy tysiące dolarów. Sharon odrzuca 

kosztorys i wtedy Wojtek ofiarowuje się jej, że urządzenie pokoju 

dziecinnego będzie jego prezentem dla „niego” — lub „niej”. Sharon nie 

zdradzała jego imienia. Pokój miał być „w delfiny” — motyw nowego 

filmu Polańskiego.

Przebrany za Indianina, jak kontestatorzy amerykańscy, przypominający 

ojcom zbrodnię pradziadów, w kwiatach, z opaską na czole i włosami do 

ramion Wojtek pędzi amerykańskimi drogami z szybkością 220 

kilometrów na godzinę w poszukiwaniu zabawek. Kiedy rozbija 

półwyścigową maszynę swoich przyjaciół, nawet nie wysiada z wozu, 

układa się na siedzeniu i natychmiast zasypia.

Wszystkie rozmowy w willi ześrodkowują się na dziecku, które się ma 

urodzić. Sharon jest pod ścisłą opieką lekarską. Na polecenie swojego 

ginekologa odżywia się witaminami, dużo pływa w basenie ich willi, 

szczyci się ciążą w swoim kostiumie kąpielowym, przygotowana 

psychicznie na poród jak na biologiczne święto powitania nowej istoty.

background image

W słowniku Wojtka zjawia się nowe słowo: „Bóg”. Oddaje się nowej 

pasji, hobby traktowanemu jak dyscyplina: bada historię rodu Kennedy'ch. 

Na jednym party rzuca się na milionera-konserwatystę, który nazwał 

Kennedy'ch „gangsterami i hochsztaplerami”. Niektórzy przypuszczają, że 

Wojtek zaczyna uważać swoją rodzinę za „łódzkich Kennedy'ch”, bo 

mówi i pisze w listach, porównuje: „jak ON (czyli Bóg) doświadcza moją 

rodzinę, tak doświadcza i Kennedy'ch. Tylu jest nas braci, ilu było 

Kennedy'ch”. Ci, co wywiedli „kompleks stopni” u Wojtka, mają inną 

interpretację: Wojtek staje się najlepszym znawcą problemów rodowych 

Kennedy'ch, lepszym niż oni sami. Pewnego dnia oni się o tym dowiedzą, 

Wojtek opuści Romana Polańskiego, zaprzyjaźni się z Edwardem 

Kennedy'm i znajdzie się na szczycie.

Świąteczny nastrój kalifornijskiej wiosny i lata, gorącego i łagodnego, 

jest zakłócony przez wiadomości, które już od dawna nadchodziły, ale 

nieoczekiwanie znalazły dziwne przedłużenie w Hollywood. Najpierw 

przyszła z kraju wiadomość o śmierci Zbigniewa Cybulskiego, potem 

Bogumiła Kobieli. Potem Hłasko i Komeda schodzą stromym zboczem 

wąwozu, Komeda upada. Hłasko zarzuca go sobie przez ramię sposobem 

znanym z amerykańskich wojennych kronik aktualności i zaczyna 

schodzić. Obsuwa się i razem lecą w przepaść. Na dnie wąwozu Komeda 

na chwilę traci przytomność. W szpitalu potraktowano ich jak pijanych. 

Komeda mimo bólów głowy i złego samopoczucia lekceważył sprawę. 

Kiedy nadeszła z kraju wiadomość o kolejnym nieszczęściu rodu — o 

śmierci ojca Wojtka — Komeda powiedział do Wojtka: „... on jest już Tam 

i może nawet jest mu dobrze”.

Potem Wojtek użył tych słów w stosunku do tego, który je 

background image

wypowiedział. Pojawiły się słowa „wiara”, „TAM”, „Pan Nasz”. Mówił, 

że żałuje, iż nie może odtworzyć słowo po słowie tego, co mówił Komeda, 

po to, by dowiedzieć się, co z nim jest. Bo niedługo po wypowiedzeniu 

tych słów Komeda stracił przytomność powtórnie i nie odzyskał już 

świadomości. Nie wiadomo było, czy widział, czy poznawał znajome 

osoby. Reagował tylko na muzykę. Gdy odtworzono mu kołysankę z 

„Rosemary's Baby” — jęknął i wskazał na siebie.

Śmierć Komedy zrobiła wstrząsające wrażenie na Hłasce. Nie mógł 

dojść do równowagi, wyjechał i niedługo potem nadeszła wiadomość o 

jego śmierci, która mogła być samobójcza. Dwaj świadkowie ze ślubu 

Wojtka, ci, których nazywał przyjaciółmi, kolejno umierali. Zaczął 

doszukiwać się prawidłowości w tym „ciągu śmierci”, szukając jakiegoś 

wzoru, który by dało się podstawić i wyjaśnić to zjawisko. Myśli czerpał z 

rozmów z Polańskim. Pierwsze było to „wymyślenie własnej śmierci”. 

Ostatnie słowa książki Hłaski „Pierwszy krok w chmurach” brzmią: 

„Wtedy przysłonił oczy i z całej siły odepchnął krzesło nogami” — są 

jakby zapowiedzią samobójczej śmierci. Śmierć i gwałtowne konanie 

Maćka w „Popiele i diamencie”, całą scenerię, zasugerował podobno 

Wajdzie sam Cybulski. Proces identyfikacji z ludźmi, których Wojtek 

uważał za swoich przyjaciół, poszedł tak daleko, że zaczął mówić on o 

pokoleniu „młodszych braci Kolumbów” czy „drugiego pokolenia”, które 

ocalało z wojny i wyniosło podświadome przekonanie o swojej 

nieśmiertelności. „Uważali się za nieśmiertelnych, a byli tylko 

jednodniowymi motylami” — powiedział podobno o nich Polański. 

Wreszcie Wojtek oznajmił, że znalazł prawidłowość: wyzwolenia nie 

można osiągnąć przez nieustanną rozrywkę, zabawę, ale przez śmierć. 

background image

Nazwał to religią śmierci. Jego koledzy — jak mówił — już tego doznali. 

Według jego obliczeń i przewidywań— mówił — teraz na niego kolej. 

„Wojtek te śmierci kolekcjonował jako wydarzenia towarzyskie” — 

powiedziano mi. „Zbyt daleko już zapędził się w szmirę, wszystko było 

tak wspaniale sztuczne, że okoliczności im się podporządkowały, 

konstruując romans taki, jaki chcieli. Demonizm tej historii jest 

szmirowaty”. O samym Wojtku zaś powiedziano mi: „Właśnie on uważał 

się za nieśmiertelnego, myślał, że w razie czego ojciec załatwi to ze 

Śmiercią, że to tylko kwestia ceny”. „Gdyby przez sekundę pomyślał, że 

zginie, ubezpieczyłby się, żeby nam pomóc” — powiedział jego brat Jerzy.

Myślenie o nieobecnych, tych, którzy odeszli, w atmosferze 

oczekiwania na kogoś, kogo nie ma, kto jeszcze nie jest obecny, ale ma 

nadejść, nasuwa myśl, żeby nawiązać z nim kontakt. Wojtek, Sharon i Gibi 

urządzają seans spirytystyczny. Przywołują duszę nie narodzonego dziecka 

Sharon. Zjawia się, odpowiada na ich pytania; nigdy pewnie nie dowiemy 

się, co było treścią tego dialogu. Można przypuścić, że Wojtek pytał go, 

czy spotkał się tam z jego przyjaciółmi, że Sharon chciała dowiedzieć się 

jego płci. Po seansie wszyscy mówią o nim jako o chłopcu.

Mówią o nim, kiedy telefonuje Roman, Sharon rozmawia godzinę, 

wraca, zaprasza na jutrzejszy wieczór: skromnie, zjedzą sałatkę, tę co 

zawsze, będzie nocne pływanie, w wodzie odwrócą się na wznak jak 

delfiny i będą studiowali gwiazdy.

„Tego dnia o piątej jeszcze raz dzwonił do mnie Wojtek — opowiada mi 

Stanisław Wohl, jeden z niedoszłych uczestników tej kolacji — powiada: 

«pamiętasz zaproszenie na dziś?» Odpowiadam mu: «nie mogę, dziś jest 

ostatni mój wieczór w Kalifornii, spędzę go ze starymi przyjaciółmi». 

background image

«OK — odpowiada Wojtek — to przyjedź po tamtej wizycie, nawet późno. 

Nie będę mógł po ciebie przyjechać wozem, bo mam atak nerek i jestem 

unieruchomiony». To były jego ostatnie słowa, które słyszałem. Nie jest to 

takie proste, czy cieszy mnie, że żyję. Czuję się zarazem nie w porządku: 

może byłbym ofiarą, ale każde zdarzenie ma określoną liczbę czynników, 

które na nie się składają, gdyby jeden element się zmienił, całe wydarzenie 

mogłoby potoczyć się inaczej lub w ogóle nie zajść. Może bym 

«rozsadził 

je?»”

S.L. przyjął zaproszenie Wojtka. Chciał pójść odprężyć się po pracy: 

kończył przygotowanie do druku swojej książki. Planował, że będzie robić 

poprawki aż do zaczęcia przyjęcia. Kiedy sobie zdał sprawę, że już trzeba 

wychodzić, była czwarta rano. Jego podświadomość zarejestrowała, że 

Wojtek nie zadzwonił, aby oderwać go od roboty. Kiedy doszła do niego 

straszna wiadomość, zastanawiał się: jak się stało, że mimo namów, 

zaproszeń jego pamięć wyłączyła się? Pomyślał, że gdyby nie ciąża 

Sharon, można by sądzić, że Polański postanowił zrobić jeden ze swoich 

makabrycznych żartów, wynajął ludzi, którzy mieli wpaść do willi, 

nastraszyć wszystkich i sprawdzić przy okazji, co zrobi Wojtek, a ci 

wynajęci ludzie poszli za tym pomysłem za daleko i pod wpływem 

przypadku czy zdenerwowania użyli broni. Potem pomyślał, że ta śmierć 

była przeznaczona także dla niego i że wie, kto dokonał zbrodni. Ogarnął 

go lęk, że za chwilę go znajdą. Podjął decyzje, że ukryje się. S.L. 

powiedział: „Oczekuję każdej chwili zamachu na siebie. Jestem pod 

opieką policji. Wiem, kto to zrobił i kto chce mnie zabić. Muszę uciekać 

do Europy, ale i tam mogą mnie dosięgnąć”.

Potem doszła do kraju wiadomość, że S.L. został odnaleziony przez 

background image

zbrodniarzy i zamordowany w Paryżu, gdzie ukrywał się. Ta sama 

wiadomość była powtarzana powtórnie w Warszawie na przełomie roku 

1969 i 1970. Nie udało mi się dojść, kto ją wymyślił. Mówiąc o Europie, 

S.L. podawał fałszywy trop.

Jego pocztówki i listy nadsyłane z różnych miast Stanów do Polski, do 

żony, są pamiętnikiem życia, osobliwej podróży „tajemniczego świadka, 

polskiego emigranta, będącego w dyspozycji policji, którego nazwisko 

pozostaje w tajemnicy” — jak określała go prasa amerykańska.

„Ten, co to zrobił, wie, że ja wiem. Żyję pod nieustanną groźbą. Ten, 

który zabił, dwa miesiące przedtem omal nie zabił mnie. Handlowali 

narkotykami. Kupowała od nich Gibi. Kiedy zjawili się — sami byli pod 

silnym wpływem narkotyków, w stanie ostrego podniecenia, amoku. 

Zobaczyli moją kasetę z farbami. Zaczął się atak lęku, po nim wybuch 

agresji, rzucili się na mnie. Zaczęli mnie dusić. «Ty jesteś szpieg policji» 

— krzyczał jeden, drugi wyrwał mi kasetę z krzykiem: «Tu jest bomba!» 

— i w ataku przerażenia odrzucił ją w głąb ogrodu. Ten typ właśnie 

mieszkał u Wojtka, kiedy on przeniósł się do Bel Air. Potem ja też tam 

zamieszkałem. Kiedy «Pig» zaczął mi robić świństwa, powiedziałem: 

«albo on, albo ja

» i Wojtek wyrzucił go. Wtedy on powiedział: «Ja 

zemszczę się na was» — i znikł. On miał pseudonim «Pig» (świnia) i to 

słowo było wypisane krwią w Bel Air”.

„Opuściłem Los Angeles z powodów, których ci nie wyjaśnię. Jestem w 

Nevadzie. Odprężam się od tego napięcia, które towarzyszy mi od tylu dni. 

Policja z Kalifornii przekazała mnie do Nevady. Siedzę zamknięty w 

hotelu. Przelatujemy szybko przez korytarze z moją obstawą. Jest ze mną 

ciągle dwóch, jeden obstawia drugiego. Śpią ze mną w pokoju. Kiedy 

background image

siusiam, idą ze mną, stoją pod drzwiami, skaczą po fajki, papierosy, 

sandwicze, duzi, silni chłopcy, fajni, przyjacielscy. Zasłaniają sobą 

samymi. Bezpieczniej czuję się z nimi, tym bardziej że mają te ciężkie 

przedmioty. Mój angielski podciągnął się przez te dni, bo moi pilnowacze 

bez przerwy zabawiają mnie rozmowami; przyglądają się mojemu pisaniu. 

Żyję. Żyję, żyję!!!”

Na oczach policjantów powstaje książka. Meliną jest elegancki hotel, co 

pewien czas zmieniający się, dziwna turystyka po wielkiej Ameryce 

świadka ukrywającego się z policjantami chroniącymi go przed 

zbrodniarzami. Równolegle trwają poszukiwania „Piga”.

Nie znajduje więc pana S.L. zaproszenie do Nowego Jorku na misterium 

poświęcone Wojtkowi. Najbliżsi przyjaciele, kobiety bliskie Wojtkowi, 

emigranci polscy zebrali się w pewnym apartamencie nowojorskim: w 

półmroku wstawali kolejno i wygłaszali krótkie 

wspomnienia-eseje-kazania. Treść ich przemówień była mniej więcej taka: 

utożsamiali Wojtka z życiem. Brał garściami z życia. Miał łatwe, ale 

radosne życie. Od orgii przeszedł ku mistyce. Był negacją śmierci, więc 

żyje. Potem zabrały głos dziewczęta i kobiety, które były kochankami 

Wojtka, sławiąc go; msza nabrała charakteru nabożeństwa fallicznego. 

Nawiązywało to do jego „religii śmierci” i było wyrazem solidarności 

wobec tego, co pisano o nim w amerykańskiej prasie. Przedstawiany był 

jako narkoman, organizator orgii, syn milionerów, „który roztrwoniwszy 

fortunę rodu udał się do Stanów”, jako playboy, otoczony najpiękniejszymi 

dziewczętami, intelektualistami i prześladowany przez „reżim”, jako 

pisarz, producent filmowy, scenarzysta, kierowca wyścigowy. Można by 

sądzić, że chodzi o wiele różnych osób, odbija tu się bezradność 

background image

Amerykanów wobec osobowości emigranta ze wschodu Europy. Jedynie 

wspólne jest imię: Voyteck. Obiit Wojtek, natus est Voyteck.

Kiedy matka i brat Wojtka znaleźli się w Stanach, Wojtek leżał w lodzie, 

w kostnicy, pocięty najpierw dziwnie przez morderców, z 

kilkudziesięcioma ranami, potem przez lekarzy szukających jakiejś 

informacji, jakiegoś znaku w straszliwych ranach. W kieszeni jego 

dżinsów znaleziono 20 centów. Rodzinę wykryli dziennikarze, wzięli w 

niewolę, zawieźli pod willę Bel Air, do której nie było wstępu. Brat 

Wojtka, Jerzy, stanął przy barierze i sfotografował to miejsce: luksusową 

rezydencję udającą skromny domek, jak w XVIII wieku, a oni 

fotografowali go fotografującego. Uderzyło go, że tam kończyła się droga, 

że był to impas, droga bez wyjścia. Biała bariera ją zamykała. 

Dziennikarze zabrali ich, żeby patrzyli, zainscenizowali to patrzenie. Po 

kilku dniach ktoś poprosił ich do telefonu: kto, skoro nie znają tu nikogo? 

Głos młodej dziewczyny. Zaczyna mówić szybko, bezładnie, można 

zrozumieć tylko, że znała Wojtka, wybucha płaczem, nie chce powiedzieć, 

kim jest, odkłada słuchawkę i więcej nie dzwoni.

Matka wpatrywała się w telewizor, gdzie zaraz po wiadomościach z 

Wietnamu była mowa o jej synu. Słyszała swoje nazwisko, jego imię w 

gąszczu niezrozumiałych słów, odbierała tylko podniecenie spikera, który 

mówił do dwustumilionowego narodu o czymś, co dotyczyło jej syna. 

Dręcząca ich twarz szeryfa; po przetłumaczeniu okazuje się, że powtarza 

ciągle to samo w kilku punktach: są na tropie, są pierwsze ustalenia, ale za 

wcześnie byłoby mówić o tym opinii publicznej. Wersja wywodzona z 

zeznań S.L., prosto i prawidłowo wyjaśniająca zbrodnię, godziła w ich 

najbliższego. Odjechali wioząc małą puszkę z prochami Wojtka. Pogrzeb 

background image

odbył się w Łodzi przy udziale trzech tysięcy osób. Cmentarna kaplica 

była oblegana na długo przed czwartą po południu — godziną początku 

uroczystości pogrzebowych. Wiele osób przyszło oczekując sensacji, 

pogrzebu w stylu amerykańskich milionerów, plotka głosiła, że puszka z 

prochami Wojtka została wykonana u Tiffany'ego ze szczerego złota i 

wysadzana jest drogimi kamieniami. Było wiele dziewcząt 

ucharakteryzowanych na styl Ewy, podkreślających swoją obecnością 

znajomość z Wojtkiem. W czasie gdy fotoreporter Konrad Turowski, 

któremu zawdzięczam tę relację, robił zdjęcia, niektórzy uczestnicy 

pogrzebu zasłaniali twarze.

Ksiądz, należący do rodu, wygłosił piękne kazanie i odczytał fragmenty 

listów Wojtka do matki po śmierci ojca. Była w nich mowa o śmierci i 

Bogu. Uczestnicy pogrzebu doznali wstrząsu słuchając tych słów, poszła 

nawet wieść, że Wojtek pisał je pod wpływem narkotyków. Z boku, za 

tłumami cisnącymi się wokół otwartej mogiły, stał szatniarz z łódzkiego 

SPATiF-u.

Twierdzi się też, że w domu jest mały ołtarzyk ż fotografią Wojtka, a 

zawsze świeże kwiaty otaczają ramkę portretu. „Umarł, jak żył” — 

powiedział ktoś o Wojtku, znalazłszy prawidłowość, iunctim, między 

życiem a śmiercią, jakby wyrok Opatrzności. „Uważając się za gangstera 

w Polsce, wyszedłszy z tradycji gangsterskich, przeoczył jakby nie tylko 

kwestię rozmiaru, ale i autentyzmu”. Znawcy problemów amerykańskich 

kładli nacisk na powagę, z jaką się tu wszystko robi; czyny przeliczane są 

na najmocniejszą walutę świata. Ruszywszy ręką płaci się za to albo 

zarabia. „Nikt tu nie bije baranem, tylko strzela” — to są słowa S.L. 

„Dziecko w prawdziwym świecie” — definiuje kto inny. Są prawdziwe 

background image

pieniądze, więc są prawdziwi gangsterzy; Wojtek musiał to przeoczyć.

Od prawidłowości do bezsensu — to pogrążyło wielu Amerykanów w 

rozpaczy po aresztowaniu Mansona. Już nie Wojtek był osią dramatu, ale 

przypadkowość tej śmierci. Umarli za to, że ktoś inny nie wydał płyty. 

Nienawiść do społeczeństwa, które zostało umęczone i zabite w postaci 

Sharon („pozwólcie żyć mojemu dziecku” — prosiła), jej dziecka, Gibi, 

Wojtka i innych.

Porównywano ją z masowym zabójstwem Clutterów, morderstwem na 

pastorze Kingu, z tragedią Kennedy'ch, włączono do rzędu „zbrodni 

amerykańskich”. W ten sposób Wojtek umarł umęczony za Amerykę, 

znalazł się tam, gdzie uważał, że wypada być, w raju tak podobnym do 

SPATiF-u łódzkiego. TAM znów spotkali się wszyscy. Wszedł pod rękę z 

miliarderką, a czekali na niego najwspanialsi i umiłowani: Jan i Robert 

Kennedy. „Tą swoją śmiercią zakasował wszystkich — powiedział jeden z 

uczniów łódzkiej szkoły filmowej — bo cóż za śmierć mieli jego 

kumple?” „Ale zawiódł — odpowiada drugi. — Dawał mordercom 

pieniądze i wierzył, że się wykupi, że go nie zabiją, to była wiara w 

swojskie, naiwne gangsterstwo. Nie obronił damy, którą się opiekował, i 

został dobity przez damę”. Człowiek, którego zawodem była zabawa, nie 

potrafił wykonać pierwszej poważnej pracy swego życia, której się podjął. 

Poprzedni jego zawód zmęczył go i wyczerpał. Był udręczony nieustanną 

rozrywką, zmęczony odpoczynkiem.

„Śmierć przez pomyłkę”, śmierć, którą miał umrzeć kto inny. W 

przypadku przejawiła się prawidłowość: zrodzony z chaosu zbyt 

natężonego — samouporządkował się. Prawo przypadku stało się prawem 

estetyki. Religia oczekiwania na śmierć i religia zadawania śmierci była 

background image

wspólna ofierze i mordercom. Obie religie, używające prawie tych samych 

słów („oni umarli, by żyć”), powstały na podobnej pożywce. Ofiara 

wyszła na pół drogi mordercom, przywołując śmierć, mordercy na to 

przywołanie odpowiedzieli. Susan Atkins, która pięćdziesięciu i jednym 

ciosem otwarła ciało Wojtka, wierzyła, że przez razy zadane nożem z 

hipnotycznego rozkazu Szatana-Jezusa-Anioła-Guru-Szefa-Boga-Jej-

Właściciela-Mansona uwalnia duszę ofiary. Wierzyła, bo świat 

amerykański, a może w ogóle świat, zaczyna być groźny i tajemniczy jak 

w średniowieczu, tylko już nie zarazy i burze z piorunami budzą grozę, ale 

burze, które wywołuje człowiek. Dlatego sami ogłaszają się bogami.

Z paczki listów S.L. najważniejszy wydaje się jeden z ostatnich. Wnosić 

można z niego, że S.L. obstaje przy swojej wersji, w liście tym bowiem 

znajduje się zdanie: „Co zrobić, skoro nie ma dowodów, a facet („Pig” — 

przyp. KK) ma alibi?” Z powodu tego listu nie podałem pełnego brzmienia 

nazwiska S.L., tylko te inicjały. Jego hipoteza wydaje się zbieżna z 

pierwszą linią obrony Mansona, twierdzącego, że czwórka jego 

niewolników, histerycznie studiując i analizując okoliczności, uroiła sobie, 

że dokonała zbrodni, i samooskarżyła się dopasowując do nich swoją rolę. 

A jeśli Sharon naprawdę bywała w komunie Mansona, poddawała się tam 

hipnozie? Czy sprawa należy więc do serii „zbrodni amerykańskich”, z 

okolicznościami i sprawcami niby wykrytymi, a pozostającymi tajemnicą?

Słucham kołysanki raz jeszcze, z obawą, że zniszczę zapis całkowicie.

Analizuję różnice między scenariuszem a filmem „Rosemary's Baby”. 

Badam w słownikach łacińską genezę nazwiska Wojtka, jem sałatkę 

background image

zrobioną według przepisu Sharon, sałatkę, jaka była podana tamtego 

wieczoru. Odwiedziłem klan pięknych wdów, przyciągający warszawskie 

plotki. Robią szydełkiem suknie maxi z wełny, na zamówienie 

warszawskich pań, nazywają to „wojtkotarstwem”. Z odebranej Ewie, w 

chwili gdy złapałem ją na czarach, sylwetki pewnej osoby wyjmuję jedną z 

siedemnastu szpilek, ze srebrną główką, i spinam maszynopis tego tekstu. 

Zostaję zaproszony przez spirytystów na seans, na którym ma być 

wywoływany duch Wojtka. Spodeczek zostaje ustawiony na stoliku, 

przykryty tablicą z alfabetem i cyframi zapisanymi w krąg i magicznym 

znakiem w środku. Czekamy przy zapalonej świecy czterdzieści pięć 

minut, ale Wojtek nie zjawia się. Zapisuję wiec w kalendarzu zaproszenie 

na seans spirytystyczny z duchem Mansona, na wypadek gdyby kat 

stanowy uniemożliwił mi osobisty kontakt. Jeden z tych, którzy mi 

opowiadali tę historię, mówi: „gdybyś i ty zginął, byłaby to dobra pointa”.

lipiec 1970 r.

background image

W brzuchu potwora

Kiedy kończyłem w lipcu 1970 roku reportaż „Jak umierają 

nieśmiertelni”, zrodziła się myśl, żeby moją podróż do USA, jeżeli dojdzie 

do skutku, poświęcić drugiemu wątkowi tragedii, mającemu o wiele 

szersze znaczenie: zbadać atmosferę, nastrój ogromnych grup 

kontestatorów młodzieżowych. Na zdegenerowanych peryferiach tych 

grup — jak wydawało się z odległości — mogła powstać rodzina 

Mansona.

Wyposażony zaledwie w 204 dolary na cały pobyt w Stanach, byłem 

tam trzy miesiące dzięki zainteresowaniu, jakie wzbudzał mój zamiar 

wśród rodziców zbuntowanej młodzieży — rezultatem jest reportaż „W 

brzuchu potwora”.

Nie zarzuciłem jednak dalszego ciągu „Nieśmiertelnych”. Chodziłem na 

proces Mansona, przeprowadziłem szereg rozmów, w tym z adwokatem 

Mansona Kanarkiem i nie przesłuchanym na sali sądowej świadkiem S.L., 

o którym wspominam w pierwszej części „Nieśmiertelnych”, a który 

przedstawił mi swoje dotąd nie ujawnione koncepcje.

*  *  *

Szklane ściany stupiętrowych domów są największymi lustrami świata. 

Mnożą przez dwa Himalaje Manhattanu, dwa nieba zderzają się na 

krawędzi ścian: chmury prawdziwe i odbite pędzące w przeciwną stronę. 

background image

Wielkie słowa zapalają się na nich i gasną. Przeraźliwie jasna strzała 

skierowana setki metrów w dół wskazuje coś koło nas. Na wystawie 

antykwariatu sztuczne róże w złoconej klatce. Para starców: kobieta po 

polio, o kulach, idzie koło swojego inwalidzkiego wózka pełnego 

zakupów, popychanego przez męża. Napisy: „Użyj głowy”, „Wrzuć do 

automatu jeden cent po przeciwnej stronie niż miesiąc twojego urodzenia. 

Dowiesz się, co dziś cię czeka”. „226 dróg do zarobienia pieniędzy”. 

„Zabrania się zabraniać”. „Idź całą siłą swojej wyobraźni”. „Śniadanie 

podajemy o każdej porze”. „Zwróćcie ludowi ulice”. Napis na piersiach 

mężczyzny: „Jestem ślepy. Jestem żebrakiem. To mój jedyny zawód. Daj 

mi coś”. Napis na cemencie ulicy: „To miejsce jest parkingiem pana Full”. 

Obok, na świeżej łacie cementowej: „Depcz po mojej miłości”.

— Gnoju — krzyczy do mnie pucybut — dlaczego nosisz zamszowe 

buty?!

Pięć ulic dalej Murzyn kładzie dłoń na smyczy psa, którego prowadzi 

dziewczyna.

— Dlaczego masz czarnego psa?

Na ziemi zdeptana ulotka: „Przeżyłem to piekło. Byłem hippie”. Napis 

na plecach kobiety: „Moja wina”.

Winda wynosi nas w przeciwną stronę niż neonowa strzała. Mieszkanie 

ma tysiąc metrów kwadratowych, jest bielone niebieskim wapnem, pełne 

rzeźb. Na całą ścianę widok Nowego Jorku; jest to okno przesłonięte 

obrazem przedstawiającym widok z okna, który można by zobaczyć, 

gdyby nie było zasłonięte tym obrazem. Sto osób pije dwieście butelek 

szampana, wśród nich kwiat nowojorskiej rewolucji: Walter, Gene, Bruno, 

background image

Larry. Gene nosi nazwisko Washington i to nazwisko widnieje na 

programie sztuki „Konspiracja”.

— Oni urządzili proces w Chicago, my w Nowym Jorku — mówi 

Washington. — Powtórzyliśmy wszystko według stenogramu. Czarni byli 

w czarnych rajstopach, czarnych swetrach, perukach i czarnych 

afrykańskich maskach. Biali w białych maskach i białych ubraniach. Biali 

— dobro, czarni — zło. Czarni — oskarżeni, biali — sędziowie. Teatr, 

który oni urządzili w sądzie, powtórzyliśmy w teatrze. Grałem rolę 

głównego oskarżonego, przywódcę Czarnych Panter. Nie musiałem 

wkładać maski, myślę, że widzi pan, że jestem czarny. Graliśmy na ołtarzu 

kościoła, który ksiądz oddał na ośrodek rewolucyjny. Ława oskarżonych 

była w stallach, sąd siedział za ołtarzem, publiczność w ławkach dla 

wiernych. Co wieczór wybieraliśmy sąd przysięgłych wśród publiczności, 

na ulicy zainstalowaliśmy głośniki, przez które transmitowaliśmy sztukę. 

Policja nie mogła nic zrobić, bo rewolucyjne teksty nadawane były z 

miejsca kultu religijnego. Użyliśmy organów, które dawały podkład 

muzyczny: hymn amerykański. Jeden z widzów za każdym razem wstawał 

i stał, dopóki wstawka się nie skończyła. Włączyliśmy w spektakl dwa 

trzyminutowe filmy wykradzione przez towarzyszy z ośrodka 

doświadczalnego marynarki USA, ukazujące próbę nowego rodzaju rakiet, 

które mają być użyte w Wietnamie. Mój przyjaciel, też czarny, w białej 

masce, który grał osławionego sędziego Hoffmana, nie był gorszy od 

niego. Jego słowa, które miały służyć establishmentowi, my odwróciliśmy 

przeciw niemu i głosiliśmy z ołtarza. Z moich kwestii pamiętam najlepiej 

jedną. Mówię, jak mnie potraktowali strażnicy więzienia: „Mam prawo do 

tego, żeby mieć przy sobie notatki dotyczące mojej obrony, i wcale nie 

background image

boję się ich dziury. Pójdę sam. Zacząłem iść z moimi notatkami w ręku w 

kierunku karceru i w tym momencie oni podskoczyli do mnie i pociągnęli 

mnie z powrotem. Rzucili mnie na podłogę, jeden z nich chwycił mnie za 

jądra i szarpnął, drugi chwycił za gardło i zaczął dusić”. Ja staram się być 

w swojej pracy ludzki w specjalny sposób, dać im znak w nieludzkim 

świecie, jakim jest więzienie. Bo jestem strażnikiem więziennym w 

Sing-Sing. Prowadzę pracę z kryminalistami, których uczynił nimi ustrój; 

jestem z nimi, bo jestem tam, ponieważ nie dostałem innej pracy. To 

wciąga. Teraz zajmuję się facetem, co zabił mężczyznę, którego 

podejrzewał o romans z żoną. Nie znał innych metod rozliczania się z 

ludźmi: płacić albo strzelać. Tłumaczył mi, że nie zabił żony, bo umknęła z 

pola strzału. Przyjmuje jej odwiedziny. Nigdy o tym nie mówią: problem 

został rozwiązany. Nauczyłem go pisać i czytać. To daje mu szansę 

zdobycia lepszej pracy, gdyby go zwolniono przedterminowo. Nigdy nie 

rozmawiam z senatorem Rodriguezem. W więzieniu boją się go, ma 

wielkie wpływy, stąd kieruje swoimi ludźmi. Jego reedukować można 

tylko po rewolucji. Siedzi za wymuszenie wielkich sum od kapitalistów — 

za udzielanie koncesji, zamówień, pozwoleń oraz za pewne informacje. Na 

tej wysokości nie ma w Stanach prawa, ale tym razem posłużyli się nim w 

walce, zamiast kulami, wrogowie Rodrigueza. Wielu więźniów, bandytów 

podlizuje mu się i obiecuje swoje usługi. Senator czasem rozmawia z nimi.

Podchodzi Larry, legendarny szef rewolucyjnego kwaterunku.

— Nie mogę cię zabrać na akcję. Nie byłoby dobrze, gdyby policja 

zatrzymała z nami kogoś z kraju komunistycznego. Ale opowiem. Grupa 

„A” przeprowadza wywiad na mieście, znajduje domy przeznaczone do 

rozbiórki, z których wyrzuca się ludzi, by budować superluksusowe 

background image

wieżowce z apartamentami dla bogaczy. Należy uchwycić moment, kiedy 

stoją puste. Grupa „B” udaje się do hoteli nędzy werbować lokatorów. Na 

listy rewolucyjnego zakwaterowania zostają wpisani tylko ci, co 

świadomie biorą na siebie ryzyko. Ale takich jest wielu: mieszkają 

ośmio-dziesięcioosobowymi rodzinami w jednym pokoju hotelowym, w 

strasznych warunkach sanitarnych. Układamy listę lokatorów: mieszkania 

rozdzielamy według wielkości rodzin, żeby zagęszczenie nie było większe 

niż cztery pokoje na siedem osób. Chorzy i starzy są lokowani na niższych 

piętrach. Wyznaczamy termin akcji, wynajmujemy ciężarówki i prosimy 

ludzi, którym dajemy mieszkanie, żeby ściągnęli jak najliczniejszą asystę: 

rodziny i przyjaciół, tak żeby w chwili decydującej siła była po naszej 

stronie. Asysta zbiera się koło domu, zajeżdżają ciężarówki, wdzieramy się 

do budynku. Ludzie błyskawicznie wnoszą meble, przybijają na drzwiach 

kartki z nazwiskami. Na dole uzbrojona straż pilnuje bramy. Nikomu nie 

wolno opuszczać domu. Rozdzielamy zapasy żywności. Wszystko odbywa 

się cicho, żeby nie budzić dzieci. Dzień i noc, na trzy zmiany, dyżurują 

adwokaci przez nas wynajęci, którzy gdy zjawi się policja i handlarze 

nieruchomości, a my zaczynamy z nimi pertraktacje, są doradcami 

prawnymi. Od pierwszej chwili wiadomo, że nie tylko jesteśmy 

rewolucyjnymi studentami, ale posługujemy się prawem i konstytucją. 

Gdzie i w jaki sposób wysiedlić kilkaset osób? — zastanawiają się władze. 

O to nam chodzi, żeby zacząć nie kończącą się procedurę prawną.

Bruno, szef teatru ulicy:

— Jest to połączenie komedii dell'arte i demonstracji. Układamy 

najpierw scenariusz, dobieramy grupę aktorów rewolucyjnych i robimy 

próbę. Dramatyzujemy życie. Zrobię dla ciebie streszczenie scenariusza, 

background image

który zrealizujemy w najbliższej przyszłości: sceną będzie gazon koło 

Rockefeller Center. Grupa przebrana za policjantów otoczy dwie 

ciężarówki. Na jednej będzie rodzaj mównicy. Przez megafony mężczyzna 

o wyglądzie sędziego ogłosi, że na mocy uchwały Izby Reprezentantów od 

dziś wykonanie kary śmierci będzie odbywało się publicznie. Ta jest 

pierwsza w Stanach. Na drugiej ciężarówce zostaje odkryte krzesło 

elektryczne, na nim człowiek z zasłoniętą twarzą. Podbiegną ludzie 

ciągnący kabel. Sędzia ogłosi: „W tej chwili do rozdzielni podłączono prąd 

o napięciu, które pozwoli, aby skazany umarł możliwie najprędzej. Od 

chwili porażenia nie będzie nic czuł. Zgodnie z regulaminem za 30 sekund 

prąd zostanie włączony i serce skazańca przestanie bić”. W tej chwili 

pojawi się kat, na czarno ubrany, w meloniku, czarnej masce i czerwonych 

rękawiczkach. Przymocuje elektrody do poręczy fotela. Z drugiej strony 

podejdzie pastor z krzyżem w ręku i pobłogosławi skazańca. Czy 

widzowie będą protestować? Czy będą się śmiali? Czy będą chcieli 

uwolnić skazanego? Czy wyrwą kabel? Czy zjawi się prawdziwa policja i 

zaatakuje fałszywą? Czy aktor grający skazańca nie wytrzyma i zacznie 

wołać pomocy? Czy zemdleje? Mamy dziesięć wariantów zakończenia. 

Raz poszło w nieoczekiwanym kierunku. Mamy wyspecjalizowanych 

ludzi od odgrywania Gwardii Narodowej, policji. Demonstranci grają 

samych siebie. Oczywiście chcielibyśmy przysunąć w imieniu Gwardii 

Narodowej obojętnym, ale nasza Gwardia Narodowa ma rozkaz: wolno jej 

atakować tylko naszych demonstrantów. Raz jednak ktoś z widzów nie 

wytrzymał znęcania się nad jedną dziewczyną, był to gag zapożyczony od 

prawdziwych pałkarzy: sukienka na głowę, ciągnąć po ziemi i kopać, i 

rzucił się na naszych chłopców, wtedy oni zaczęli go bić naprawdę. Wtedy 

background image

zjawili się jacyś inni ludzie i zaczęli bić naszą Gwardię. Groziła naszym 

towarzyszom masakra z rąk nieznanych przyjaciół. Mieliśmy przewidzianą 

wersję na taki wypadek: użycie broni — zgodnie z regulaminem Gwardii. 

Oddaliśmy do tłumu salwy ze ślepych nabojów. Zabici byli wyznaczeni i 

upadli na asfalt. Polała się krew kupiona w sklepie rzeźnickim. W tym 

momencie teatr zmienił się w rzeczywistość. Wyzwoliliśmy z tłumu gniew, 

jacyś ludzie odważnie wybiegli na pustą przestrzeń asfaltu i zaczęli 

wynosić zabitych, jednocześnie usłyszeliśmy syreny. Powstała groźna 

sytuacja: że nasi zabici wpadną w ręce prawdziwej policji. Wtedy dałem 

pewien znak: zabici, Gwardia Narodowa i demonstranci, razem, 

rzuciliśmy się do ucieczki. Kiedy nadjechała policja, nikogo nie było. 

Tylko jeden człowiek klaskał.

— Larry nie może wziąć cię na zdobywanie domów — mówi Catherine 

B. do mnie — ale ja cię wezmę na wyzwalanie. Czy zdecydujesz się 

współuczestniczyć? Musisz być partnerem w tej grze i narażać się.

Nazajutrz w pewnym barze Catherine instruuje mnie, jak będziemy 

wyzwalać z własności dom towarowy „Saks”. Catherine jest 

sprzedawczynią w dziale damskiego obuwia. Za kwadrans kończy się 

przerwa obiadowa. Ona pójdzie pierwsza, przebierze się i zajmie swoje 

stanowisko pracy w stoisku. Po dziesięciu minutach, czyli za 25 minut, ja 

wejdę do domu towarowego, obejdę działy męskie na parterze, a potem 

skieruję się na prawo i skręcę jeszcze raz na prawo. Tam jest dział obuwia 

damskiego.

— Rozejrzysz się i wybierzesz mnie jako sprzedawczynię. W przypadku 

gdyby jakaś inna ekspedientka mnie ubiegła, musisz zrezygnować. 

Powiesz, że szukasz bardzo eleganckich butów dla żony i cena nie gra dla 

background image

ciebie roli, ponieważ chcesz sprawić jej radość. Zapytam: „Jakiego rodzaju 

butów nie ma pana małżonka?” Na to odpowiesz, że chciałbyś 

sznurowane, bardzo wysokie, długie buty z niebieskiego zamszu i 

czarnego lakieru. To są najdroższe damskie buty, jakie prowadzi „Saks”. 

Chodzi o to, że przedmiot musi być najdroższy, żeby suma, od której 

wyzwoliło się właściciela, była najwyższa. Musisz komuś oddać te buty, 

najlepiej komuś potrzebującemu, nie możesz ich zabrać dla siebie. 

Zapytam: „Jaki numer ona nosi?”, odpowiesz — jak? Szóstka, w 

porządku. Pokażę takie buty, obejrzysz je i zaakceptujesz. Zapytam, czy 

masz kartę kredytową, odpowiesz, że tak, i pokażesz byle jaką kartkę, ale 

tak, żeby nikt nie mógł zobaczyć, co pokazujesz. Wtedy ja będę udawała, 

że wpisuję na paragon numer twojej karty, to nie wzbudzi podejrzeń, że 

nie idziesz do kasy. Opakuję ci pięknie buciki. Wyjdziesz z nimi. Mnie za 

każdym razem poddają rewizji, nie mogę wyzwalać „Saksa” sama, ale 

znam sposób takiego prowadzenia dokumentacji, która jest tajemnicą 

rewolucyjną, która przy współdziałaniu klientów na to pozwala.

— Czy nie mylisz się? Nie boisz się, że oni mają sposób, o którym nie 

wiesz?

Wieczorem spotykamy się, żeby omówić wykonanie akcji. Catherine 

wytyka mi błędy: kiedy zapytała mnie o kartę kredytową, ja nic nie 

odpowiedziałem, szczęściem nie było nikogo w pobliżu. Mimo to w 

przyszłości zabierze mnie z grupą przyjaciół na wyzwolenie pewnej 

restauracji, z której grupa wyjdzie nie płacąc rachunku. Wzięcie udziału w 

małej akcji wyzwalającej było poddaniem mnie próbie. Przeszedłem ją, 

więc zostanę wprowadzony do rewolucyjnego centrum w kościele.

Kościół zbudowany w stylu wczesnego gotyku jest kopią pewnego 

background image

kościoła w Niemczech zniszczonego potem przez bomby alianckie. Na 

każdym pulpicie śpiewnik pt. „Na Teraz”: „Człowiek może zabić nożem 

ze stali, kulą z karabinu, lancetem. Człowiek może zabić spojrzeniem”. 

Pod śpiewnikami wsunięte ulotki „Wietnam Południowy w walce”. 

Sztandar amerykański, reszta dekoracji ze sztuki „Konspiracja”. 

Schodzimy do podziemi: ogromna sala jest powtórzeniem nawy głównej. 

Ale labirynt korytarzy i piwnic musi rozciągać się pod cmentarz 

przykościelny. Wprowadza nas młodziutki chłopak w indiańskim stroju i 

melduje nasze przybycie. Za chwilę zjawia się Walter. Na palcu ma 

pierścionek z duraluminium, zrobiony w Wietnamie z zestrzelonego 

samolotu amerykańskiego.

— Modły na górze są tak samo nielegalne, jak to dzieje się w 

podziemiach — mówi Walt F. Trzeci — pastora zawieszono w 

obowiązkach kapłana pod pozorem cudzołóstwa. Zarzucono mu, że ma 

dzieci z nie swoją żoną, i zesłano do Meksyku. Ale nowy ksiądz też 

przeszedł na naszą stronę. To miejsce nazywa się Kościół Pokoju. Stał się 

centrum rewolucyjnym, kiedy coraz więcej młodych przychodziło na 

nabożeństwa muzyczne. Potem młodzież rewolucyjna opanowała kościół: 

wszyscy, którzy są przeciw wszystkim. Ruch wyzwolenia kobiet, ruch 

poparcia Czarnych Panter, ruch przeciw karze śmierci, ruch wyzwolenia 

homoseksualistów i miłości lesbijskich, ośrodek pomocy w przerywaniu 

ciąży, hotel dla młodzieży, która uciekła z domu, i ośrodek porad dla tej 

młodzieży, przedszkola dla „dzieci dzieci”, czyli młodych rodziców, 

ośrodek jogi, pieśni antyamerykańskiej, podziemnego filmu, a przede 

wszystkim ruch przeciw wojnie. Staliśmy się żołnierzami Vietcongu. 

Jesteśmy jednym z jego oddziałów, który walczy w Stanach. Mamy tu 

background image

punkt porad, jak uniknąć powołania do wojska, kierowany przez młodych 

prawników i lekarzy. Dawniej mieliśmy też mały hotel przerzutowy dla 

dezerterów. Teraz jest to zbyt ryzykowne. Ale mamy pewną komórkę 

kierującą ich do melin, gdzie mogą się ukrywać, potem komórka przerzuca 

ich za granicę i pomaga dostać się do Szwecji. Szczegółów nie mogę 

powiedzieć; okryte są tajemnicą. W jednym z miast europejskich 

zorganizowaliśmy spotkania młodzieży amerykańskiej z żołnierzami 

Vietcongu. Żeby ci, co mieli walczyć ze sobą, przyjrzeli się sobie i 

stwierdzili, czy są wrogami. Gdy nie ma wroga, nie ma walki. Żołnierze 

Vietcongu zwrócili uwagę, że nam łatwiej tak mówić. W jednej z nowych 

ich pieśni znalazły się słowa: „Nienawiść pali się w naszych sercach”. Nie 

kryli, że ich bracia, rodzice, dzieci nienawidzą agresorów.

— Widzisz — przerywam — że ja notuję. Czy mogę to opublikować?

— Tak, tego, co jest tajemnicą, nie powiem, nawet dla Warszawy. 

Wszystko, o czym mówię, znane jest ogólnie. Samo to, że twierdzę coś 

takiego wobec ciebie, byłoby samooskarżeniem nie mającym wartości 

prawnej. Niepokoi nas tylko sprawa agentów FBI w naszym ruchu. Mamy 

pewne dane świadczące o tym, że ktoś wśród nas jest zdrajcą, ale nie 

wiemy kto. Nawet w recenzji ze sztuki „Konspiracja” pewne wolne pismo 

napisało: „Ilu szpiegów rząd wsadził do Kościoła Pokoju?” Wczoraj 

aresztowano siedmiu moich najbliższych towarzyszy pod zarzutem 

podpalenia rafinerii Esso. Siódma osoba była informatorem policji.

— Czy mogę zadać ci pytanie tej treści: czy wasza działalność jest 

akceptowana przez Vietcong?

— Możesz. Jest akceptowana w pełni.

background image

— Czy mogę zadać ci pytanie: skąd o tym wiesz?

— Możesz. Mamy kontakt telefoniczny z przedstawicielstwem Frontu 

Wyzwolenia Narodowego w jednym z krajów. Uzgadniamy z nimi 

niektóre akcje, wspólnie planujemy, nawzajem sugerujemy jednoczesność 

pewnych posunięć. Ostatnio omawialiśmy sprawę wymiany pilotów 

amerykańskich na amerykańskich więźniów politycznych.

— Czy mogę zadać ci następujące pytanie: czy akceptujesz rzucanie 

bomb?

— Bomby przenoszą wojnę wietnamską do Ameryki. Przez to obojętni 

biorą udział, widzą zagrożenie, które było przed nimi ukrywane. 

Zaczynają bać się. Mogą zginąć na Manhattanie jak w dżungli 

indochińskiej. Bomby uczą myśleć.

— Czy nie razi cię fakt, że Kościół Pokoju jest czymś w rodzaju 

amerykańskiego biurowca, tylko podziemnego, mieszczącego zamiast 

instytucji pozytywnych — negatywne? W proteście zachowujecie się tak 

perfekcjonistycznie i precyzyjnie, jak ci, przeciw którym protestujecie. 

Niszczycie ze zbytnią pracowitością.

— Jesteśmy dziećmi tego narodu. Bomby robione przez ruch 

rewolucyjny często nie wybuchają, bo ludzie są przyzwyczajeni wszystko 

kupować gotowe, a w pracy wykonywać cząstkę czegoś, czego kształtu nie 

znają. Powiem ci o sobie, żeby cię ucieszyć. Nazywają mnie „Trzecim”, 

mimo że zrzekłem się dynastycznego numeru. Mój dziadek był 

założycielem, ojciec jest na czele wielkiego towarzystwa budującego 

rakiety. Czyli, jeśli istnieje jakikolwiek ład, gdzie ja mam być? Nie 

widziałem się z ojcem czternaście lat. Nigdy nie było między nami kłótni, 

background image

bo nigdy dotąd nie rozmawialiśmy. Należeliśmy do dwu gatunków 

biologicznych: ja byłem dzieckiem, on człowiekiem interesu. Czytałem o 

nim w gazetach i stąd wiedziałem coś o nim. Kiedy opuściłem dom, ojciec 

zabronił w domu i w biurze wymawiać moje imię. Teraz, kiedy i o mnie 

piszą gazety, zakaz ten obwarowany jest najsurowszą karą. Pewien 

pracownik koncernu wyraził w spotkaniu z ojcem oburzenie na mnie jako 

na rewolucjonistę. Chwilę potem został wyrzucony z pracy.

— Jesteś szefem ruchu przeciw szefom?

— Jesteśmy solą Ameryki. Kiedyś rosyjscy rewolucjoniści sprzeciwiali 

się złu carskiej Rosji i byli wśród nich arystokraci i oni dali prapoczątek 

rewolucji. Ona przychodziła od strony Azji. My też stajemy się Azjatami. 

Sztandar amerykański powinien być czarno-czerwono-żółty. Ameryka 

wyrosła z trzech krzywd: Czerwonej — wymordowanie Indian, Czarnej — 

przywiezienie niewolników i Żółtej — bomba atomowa i Wietnam. 

Nadeszły czasy zmierzchu imperium jak zmierzchu Rzymu: wyzwolenie 

niewolników, hippies jak chrześcijanie rozkładają je, my niszczymy. 

Zniszczenie jest piękniejsze niż budowanie. Naszemu pokoleniu 

odpowiada estetyka zniszczenia. Chcemy zostawić Amerykę zniszczoną. 

Nie wiemy, jaka potem powstanie. Teraz możemy obejrzeć podziemny 

film „Spalenie Banku Ameryki”.

Bohaterem tego filmu jest ogień trawiący oddział Banku Ameryki, 

podpalony przez rewolucjonistów. Plemienny taniec radości wokół tego 

ognia wykonują tysiące młodych ludzi, śpiewają, klaszczą w dłonie. 

Operatorzy podziemnego kina musieli być w kontakcie z tymi, którzy ten 

spektakl przygotowywali, bo praca kamer jest bardzo sprawna. „25 

bilionów zrabowanych ludowi Ameryki. Największa własność prywatna 

background image

od czasu, gdy świat należał do cezarów rzymskich” — głosi komentarz.

Przeglądam plik gazet leżących na ołtarzu; dwutygodnik „Południowy 

Wietnam w walce” zamieszcza zdjęcia Ho Chi Minha: „Ukochany 

Prezydent żyje na zawsze w naszych sercach”. „W dziewiątą rocznicę 

Frontu Wyzwolenia Narodowego. Oni walczą też o nasze wyzwolenie 

spod władzy kapitału i armii”. „Tysiąc lat walki”. „Gra nazywa się siła i 

pieniądze. Duch ludu jest większy niż technologia człowieka”. „Uzbrojone 

ramię ludu wietnamskiego przebije ściany naszego więzienia”. „ŻYJECIE 

W BRZUCHU POTWORA”.

Zeschnięte, twarde liście palm miażdżone kołami samochodów — to 

zima w Kalifornii. W wąskich alejkach wiodących do rezydencji w górze 

Los Angeles kolce kaktusów trą o karoserię. Jakieś drzewo owocuje i 

kwitnie jednocześnie. Bulwarem Zachodzącego Słońca od brzegu oceanu 

ku Hollywood idzie samotny długowłosy. Na plecach ma zrolowane 

poncho, jest bosy, wystawia twarz na słońce świecące na przestrzał przez 

bulwar.

— Człowieku — wołam — zatrzymaj się. Dokąd idziesz?

— Na Hawaje. To znaczy do San Diego. Tam będę łapał żaglowce.

— Skąd?

— Nie pamiętam nazw.

— Kim jesteś?

— Nie mogę ci powiedzieć.

— Dlaczego?

background image

— Jeszcze tego nie wiem. A ty?

— Cudzoziemcem, który pisze książkę o tobie.

— Czyli też nie wiesz, kim jesteś. Ufam ci, że nie pozwalasz, aby twoje 

zmysły były rozdzielone, i nie wyróżniasz wzroku i słuchu, którymi wlewa 

się w nas nieprawda wymyślona przez innych w ich interesie. Połącz 

jednak zmysły, poznasz ten kraj, dotykając wszystkiego jak ślepy, rozwinie 

się w tobie nowe doświadczenie, „palcuj”, wąchaj, smakuj, dotykając 

ptaka przekonasz się, jaki on jest gorący, ale przedtem ten ptak musi ci się 

dać dotknąć. Dopiero wtedy słuchaj jego mowy.

— Jak tu doszedłeś?

— Mój ojciec porzucił moją matkę. Jedyny jego kontakt z innymi 

ludźmi to podawanie dolarów: albo oni jemu podają, albo on im. On nie 

żyje. Już nie żyje i jeszcze nie żyje. Powiedział mi, że to wszystko dla 

mnie. Mówię mu: „Zabijasz siebie, żebym i ja nie mógł żyć?” Pomagałem 

matce w gotowaniu, byliśmy tacy samotni. Przynosiłem i obierałem 

jarzyny, owoce. Matka kiedyś mówi mi: „Miałam cię, żeby mieć kogoś. 

Żeby nie być tak samotna z twoim ojcem”. „Mamo — odpowiedziałem — 

nie masz mnie. Nikt nikogo nie może mieć. Nawet ja sam siebie nie mam”. 

Zaczęła płakać: „Takie nadzieje na nic”. „Dostałem życie tylko dzięki 

temu, że przydałbym ci się? Jeszcze jeden przedmiot? Sprawiłaś sobie 

mnie?” Teraz od dwu lat jestem w drodze. Czuję się samotny, gdy 

opuszczam jakieś miasto, tęsknię za tym, które zostawiłem. Przychodzę do 

innego miasta, czuję jego obcość, tak dojmującą, że chcę uciekać. Po kilku 

godzinach uczucie obcości przechodzi w uczucie przyzwyczajenia, wydaje 

mi się, że zostanę tu na zawsze. Palma przed garażem, gdzie zatrzymałem 

background image

się na noc, wydaje mi się drzewem przeze mnie posadzonym, i tym, które 

zetnę za kilkanaście lat. Rankiem opuszczam miasto, przejmuje mnie żal, 

tęsknota za miejscem, do którego tak się przywiązałem, że chcę pobiec z 

powrotem.

— Jesteś trubadurem, pielgrzymem, błędnym rycerzem?

— Chodźmy jeść. Jest południe.

Prowadzi mnie do restauracji hippiesowskiej „Naturalne Pożywienie”. 

Łamiemy się chlebem, z rzeżuchą, jemy jarzyny, wybieramy wielkie i 

świeże owoce.

— Dokąd będzie zabijanie zwierząt, będzie się zabijać ludzi! Nie jem 

jajek, to przyszłe kurczaki, wyrzekam się mleka. Dojenie krów jest 

oszukiwaniem zwierząt, które powinny wykarmić tylko swoje dzieci. Nie 

wolno też jeść sztucznie pędzonych, trutych roślin. Są też oszukane, 

odbiera im się ich osobowość jak ludziom. Jak to jest możliwe, że ludzie 

otwierając sardynki nie widzą masowego grobu? Jeśli nie ma lęku przed 

jękiem zwierzęcia, żalu nad jego męką, nie ma litości dla ludzi. 

Prześladuje mnie nazwa potrawy: „dziecięcina”. Jemy zwierzęta, 

pożeramy ludzi. Mięso, alkohol, narkotyki, gniew, lęk i wypolerowana 

kultura, która okrywa chorobę. Zioła, owoce, poprzez nie słońce — to są 

pokarmy. Nie boję się, bo nie posiadam niczego, co mógłbym stracić. Jeśli 

ktoś mnie nienawidzi i gardzi mną, niepokoję się o niego: dlaczego traci 

energię, dlaczego przeżywa napięcie, zamiast przypuszczać, że jestem 

wszechświatem, który otworzy się dla niego. Nie ma zła poza tym. Nie ma 

diabła i Boga, nie ma dobra i zła, nie ma lewego i prawego, nie ma 

szczęścia i nieszczęścia, brzydkiego i pięknego.

background image

— A jeśliby ktoś chciał zabić twoją matkę? Jakakolwiek jest?

— Prosiłbym, żeby zabił mnie.

— A jeśli nie byłbyś wysłuchany?

— Wtedy zabiłbym siebie.

— Nie zapobiegając zbrodni, dopuściłbyś do tego, żeby ktoś jej dokonał 

na twojej matce, uczyniłbyś temu komuś straszliwą krzywdę, pomagając 

mu być mordercą?

— Nie myślę o tym. Kocham wszystkich, i ciebie. Uczę się od ciebie.

— Twój chleb to pole pszenicy, które nigdy nie wyrośnie, odebrałeś jej 

szansę istnienia. Tak samo pomarańcze: to drzewo, któremu 

uniemożliwiłeś byt. Nie masz poczucia winy wobec pestek?

— Masz rację, byłoby to piękne wyrzeczenie się życia, umrzeć z nie 

jedzenia, by ocalić wszystko, co nie dba, byśmy je ocalali, a co nas samo 

pożre.

Wychodzimy z restauracji i nie kończącym się bulwarem, na którym 

ludzie nie mający samochodów umierają na serce, odbywam z nim część 

jego wędrówki. Stajemy przed parterowym budynkiem, o szklanych 

ścianach przesłoniętych od środka. Muzyka bije potężnie jak beat, ale jest 

to melodia „Lili Marlene”.

— Oni nie słyszą dobrze — mówi pielgrzym.

Wchodzimy na salę i widzimy sto, a może dwieście par tańczących „Lili 

Marlene” w rytmie pasodoble. Przypomina to zabawy w klubach 

nastolatków, gdzie kryterium wieku jest decydujące; na tej sali nikt nie ma 

mniej niż sześćdziesiąt lat.

background image

— Widzisz, ci ludzie teraz są młodzi. To, co miało być na początku, 

dostają na końcu. Mają rok do dziesięciu lat czasu. Kiedy przeżyli całe 

życie, tańczą cały dzień, bo mają nieograniczony, w zbyt wielkiej dawce 

czas. Potem śmierć.

Podszedł do nas dyrektor klubu emerytów.

— Nasza działalność jest darmowa z wyjątkiem sobót. Mamy szkołę 

tańca. Większość osób, które panowie widzą, nauczyło się teraz tańczyć. 

Tu ludzie się poznają. Wybuchają miłości. Niektóre są pierwszymi w ich 

życiu. Przeszli przez małżeństwo, dwa, ale nie znali tego uczucia. 

Skojarzyło się wiele małżeństw. Niektórzy boleją, że nie mogą mieć ze 

sobą dzieci. „Dlaczego nie poznaliśmy się wcześniej?” — mówią do 

siebie. Chce pan porozmawiać z ciekawszymi osobami na sali? Mamy 

jednego, który od nędzy doszedł do bogactwa, potem wszystko stracił.

— Jak się zaczęło? — pytam niskiego starca, którego uwaga pochłonięta 

jest kontrastem między wyglądem moim i pielgrzyma.

— Mój ojciec był angielskim urzędnikiem kolonialnym w Afryce. 

Usunięty, przyjechał do Ameryki. Nie powiodło mu się. Ja w wieku 

dwudziestu trzech lat znalazłem się w Nowym Jorku pełen nadziei. Nie 

szło. Mieszkałem w maleńkim pokoiku na poddaszu na samym południu 

Manhattanu i zalegałem z czynszem za trzy miesiące. Bałem się 

wychodzić nawet ze śmieciami, jeśli wyjdę, to manager mnie już nie 

wpuści. Niektóre próbowałem spłukać w zlewie, tak że się zatkał. Nie 

mogłem się już myć, w dodatku kran był lekko uszkodzony i co kilka 

minut kapała z niego kropla. To było jak zegar odmierzający mi ostatnie 

godziny. Postanowiłem, jak się przepełni zlew, otworzyć gaz. Ale 

background image

uświadomiłem sobie, że przez nędzny strop woda natychmiast przecieknie 

i lokatorzy z dołu przybiegną do mnie. Czekał mnie bezsensowny wysiłek 

przetkania zlewu. Odkładałem to, odwlekając godzinę śmierci 

wylewaniem ukradkiem za okno wody ze zlewu. Aż wyczerpała mi się 

żywność, nie chciało mi się wylewać wody i gołymi rękami odkręciłem 

śrubę. Dotychczas nie wiem, jak tego dokonałem. W kolanku, wśród 

śmieci, włosów, zgnilizny, była złota obrączka. Pobiegłem do lombardu i 

zastawiłem ją. Pamiętam na całe życie litery: TB. To dodało mi nadziei, 

doszedłem do ośmiuset tysięcy kapitału. Opowiem dalszy ciąg, jeśli 

odwiedzi mnie pan w Passadenie. Wracam tańczyć.

— Tak. Każdego dnia trzeba się uczyć oddzielnie, poznawać go, jakby 

był osobnym życiem. Trzeba odrzucać naukę braną z zewnątrz, 

wymyśloną przez innych ludzi. Ona jest ich własnością. My musimy sami 

wymyślać coś nowego. Wiesz — mówi długowłosy — dam ci ten wycinek 

z gazety, jedyną rzecz, jaką cenię. Będzie bardziej mój, kiedy się go 

wyrzeknę.

Wyjmuje z małego woreczka na piersiach podarty strzępek:

„Po urodzeniu dziecka ojciec idzie sam w dżunglę afrykańską na siedem 

dni, starając się wymyślić najpiękniejsze i najwłaściwsze imię dla dziecka. 

Ósmego dnia ojciec wraca do wioski i wobec zaproszonych gości bierze w 

ramiona dziecko i szepce coś do jego uszka. To jest jego imię. Ojciec robi 

to, żeby pierwszą osobą na świecie, która poznaje imię dziecka, było ono 

samo”.

— Teraz rozstajemy się. Mój czas w Los Angeles wyczerpał się. Dobrze 

c z u l i ś m y się wzajemnie. Nigdy się nie spotkamy, ta świadomość jest 

background image

lepsza. Nie żałujmy, że się rozstajemy, bo jutro spotkamy lepszych ludzi 

niż ja i ty. Ja będę żył na wyspie, ty udaj się do Parku Griffitha.

Park Griffitha zajmuje ogromną przestrzeń północnego centrum miasta, 

które ma 100 kilometrów długości, na przedłużeniu wzgórz Świętej 

Moniki. Jest to już w pasie wzbronienia ognia, zagrożonym pożarem 

roślinności. Dnem Wąwozu Zachodniego płynie lodowata woda z górskich 

źródeł, rozpylająca się na wodospadach. Niedzielni malarze, którym 

psychiatrzy zalecili terapię artystyczną, odtwarzają urwiste ściany i 

szalejącą roślinność. W rozszerzeniu wąwozu ucztuje kilkuset ludzi. W 

górnej części Murzyni, w dolnej długowłosi. Na górze piecze się baraninę, 

na dole brukiew, w wielkich garnkach gotują się całe głowy kapusty, całe 

pory, które hippies potem wyjmują, maczają w gotującej się oliwie i 

siorbiąc pożerają na liściach sałaty.

— Nie dostaniesz odpowiedzi — odpowiada mi jeden z nich, może 

dwudziestoletni, z brodą patriarchy. — Milczenie jest językiem, którym 

porozumiewają się rozumiejący. Milcząc dowiadujesz się wszystkiego. 

Jeżeli z naszego milczenia nie wywnioskowałeś nic, to tym bardziej 

gdybym ci coś powiedział, oddaliłbym cię od zrozumienia. Dlaczego ja 

mówię? Bo niewiele mam do powiedzenia. Inaczej milczałbym. Usiądź 

przy nas na trawie, przy strumieniu. Dostaniesz trochę brukwi.

— On chce milczeć — mówi mi w kilka godzin potem inny hippie — 

ponieważ mówi cały tydzień. Jest urzędnikiem czy sprzedawcą jak ja. 

Wypowiada tylko słowa, które bogacą człowieka, który go gnębi. Wszyscy 

weekendowi hippies, którzy się tu zbieramy, mamy ten kompleks, że nasze 

życie zużywa ktoś dla siebie. Wiedz, większość tych ludzi jest w perukach. 

Patrz! — i ściągnął w tył jasne włosy pazia, odsłaniając krótką szczoteczkę 

background image

czarnych włosów, przystrzyżoną jak trawnik. Inna maska? Człowiek staje 

się rozdwojony. Ma dwa życia: poniedziałek do piątku i piątek do 

poniedziałku. Partyzanci szczęścia. Pół roku temu idąc tu w piątek po 

południu nagle zobaczyłem szefa. Siedział przy żonie prowadzącej wóz, 

przemknął po mnie nie widzącym wzrokiem i nagle podskoczył, 

powiedział coś do żony, ale nie mogli w tym miejscu się zatrzymać, 

musieli pojechać dalej, tylko że szef z odkręconą głową. W poniedziałek 

nie powiedział do mnie ani słowa. Pewnego dnia, jakby żartem, pociągnął 

mnie za włosy, mocno, aż boleśnie. Gdybym miał tzw. „perukę 

establishment”, czyli z krótkimi włosami, nałożoną na długie, byłoby po 

mnie. Następnego piątku z daleka zobaczyłem jego samochód 

zaparkowany przy Ericksonie, u wejścia do Zachodniego Wąwozu. 

Zawróciłem. To, na co czekałem cały tydzień, to też było mi wzbronione. 

Znienawidziłem szefa. Przez następne tygodnie przyglądał mi się uważnie. 

Tym bardziej że ma brata, który pracuje w biznesie fryzjerskim, który 

bankrutuje w całej Kalifornii, bo nikt się nie strzyże, i podobno musiał już 

mu pożyczać coś, żeby go ratować. Ale niedawno dama, kupując coś, 

powiedziała: „Co wy tacy wystrzyżeni jak policjanci. To niemodne”. Szef 

wyraźnie myśli o tym. Wyrzeknie się wiary, ojcostwa, ojczyzny, ale nie 

pieniędzy. Wiem, że niedługo pozwoli podrosnąć moim włosom. Spalę 

wtedy perukę.

Kiedy opuszczam park, jest ciemno, przy popiersiu Ericksona, 

udekorowanym wielkim wieńcem kwiatów na szyi, tłumek młodzieży, 

ktoś śpiewa balladę: „Erickson jest odkrywcą Ameryki, Kolumbie, 

plagiatorze, dlaczego nie zawróciłeś z drogi, dlaczego nie ukryłeś Ameryki 

przed Królową? Pierwsze zanieczyszczenie przyrody to było twoje 

background image

przybycie. Odkrycie Ericksona nie było szkodliwe i nie byłoby 

nieszczęścia zwanego Ameryką, gdyby nie ty. Murzyni zostaliby w Afryce. 

Indianie polowaliby, a ja byłbym Irlandczykiem albo nie byłoby mnie. Czy 

nie lepsze było nienarodzenie Ameryki, spędzenie tego płodu?” Obok 

sznur samochodów przed niklowym kranem doprowadzającym wodę 

akweduktem z gór. Ludzie nabierają do plastykowych pojemników zapas 

wody jak w bezwodnym Afganistanie, na weekend, nie skażonej; hippies 

piją wprost spod kranu. Nagle jakaś pani podchodzi do mnie z plastykową 

butlą po soku, pełną krystalicznego płynu, i daje mi ją: „niech pan nie 

zapomni wstawić do lodówki”.

Nazajutrz poznaję studenta akademii filmowej, autora scenariusza filmu 

o rewolucji: jest czas „interferencji” — rewolucje czarnych i młodzieży 

nałożyły się na siebie. Ale nie ma wodza. Sztab, zaprogramowawszy 

komputery cechami największych rewolucjonistów, zleca im oprcowanie 

optymalnych cech wodzowskich. Potem dają ogłoszenie do prasy w całych 

Stanach: „Wódz poszukiwany. Wymagane następujące kwalifikacje...” itd. 

— Sama rewolucja wymaga rewolucji — mówi student. — Jeśli jednak 

chcesz o tym pisać, mogę pożyczyć ci samochód, najtańszy w tym kraju. 

Zapłaciłem za niego 25 dolarów. Mam drugi, tego żal mi oddawać na 

złom, możesz go rozbić, co nie uda ci się, jest niezniszczalny.

Jest to ogromny Chevrolet z 1959 roku, pogięty, odrapany, z rozprutymi 

siedzeniami, ten sam model, którym jeździła banda Mansona. 

Przyozdabiam go kwiatami i napisem „I love Joanna”. Jeszcze tej samej 

nocy wyjeżdżam na Sunset i Wilshire. Jestem, w gwarze młodzieżowej, 

podziemnym-nocnym-wolnym (bezpłatnym) taksówkarzem. Zatrzymuję 

się, gdy widzę kogoś z palcem uniesionym w górę. Lokalny kurs. Jeśli stoi 

background image

ktoś z tabliczką, mijam, bo wiem, że będzie na niej napisana nazwa innego 

miasta lub stanu. Ludzie, którzy wsiadają, pachną często dymem 

marihuany. Prowadzą swoje rozmowy, nie okazują wdzięczności, 

uważając, że robię to nie dla nich, lecz dla idei, której służę. Czasem 

któryś pokaże palce rozłożone w „V” na wzór wojennej Victorii, co 

oznacza „Pokój — Miłość”. Raz dostałem papierosa z marihuaną, raz 

plastykową torebkę pełną jednocentówek. Jeżdżę „od przystanku do 

przystanku” — od skrzyżowania do skrzyżowania.

Raz podany przez dwoje młodych ludzi w zamszowych kamizelkach z 

frędzlami, dżinsach i długich butach adres: w górę Beverly Hills — 

odchylenie od norm, upoważnia mnie do pytań. Dziewczyna mówi:

— Chcesz wiedzieć, jak to było? Półtora roku temu jechałam do szkoły. 

Od siedziby moich rodziców do drogi prowadzącej do szkoły jest około 

dwóch mil, które przebywałam zawsze w pogodne dni sama na rowerze. 

Szosa, średnio uczęszczana, ma pobocza asfaltowe i jest bezpieczna. Tego 

dnia na poboczu zatrzymała się biała półciężarówka, pełna bardzo 

młodych ludzi. Ktoś zawołał: „chodź, podwieziemy cię”. Wciągnął rower i 

mnie. Dlaczego zgodziłam się na to? Dlaczego nic nie powiedziałam, gdy 

półciężarówka mijała drogę do szkoły? Jechaliśmy i jechaliśmy. W jakimś 

miasteczku z szoferki wysiadł brodacz, który powiedział: „Tu jest poczta. 

Zadzwoń do matki”. Weszłam posłusznie, wykręciłam numer kierunkowy, 

potem numer mojego domu. Usłyszałam głos matki. Nie mogłam wydać 

głosu, odłożyłam słuchawkę. W następnym mieście nadałam telegram: 

„Jestem w drodze. List niedługo”. Lubiłam szkołę, książki miałam przy 

sobie, lekcje odrobione. Książki i rower sprzedaliśmy, zeszyty 

wyrzuciłam, ale jeden, z wypracowaniem na ten dzień, mam.

background image

Wyciąga z torby zeszyt obłożony w papier w kwiatki.

— Tytuł brzmi: — czyta — „Czy Hamlet mógłby być Amerykaninem?” 

Napisałam: „Nie mógłby, bo w Ameryce nigdy nie było monarchii”. Potem 

widziałam parę takich nawróceń. Powiedziano panu, że matce świętego 

Franciszka też było ciężko? Ja za dwa, trzy lata porzucę to życie. Wrócę do 

rodziców, zrobię dyplom, ale nigdy nie będę taka, jak byłam wyjeżdżając 

wtedy do szkoły. To wypracowanie jest jakby czekiem, symbolem mojego 

powrotu, że to nie była ucieczka, bo byłam w porządku.

Nazajutrz jadę do podziemnej kliniki psychiatrycznej dla młodzieży. Jest 

to prywatne przedsięwzięcie pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który jest 

technologiem metali. Terapie grupowe odbywają się trzy razy w tygodniu 

wieczorem, w siedzibie znachora-psychiatry i są bezpłatne. W półmroku, 

przy lekkim parowaniu podgrzanego basenu i muzyce barokowej, 

dochodzącej przez półotwarte okna, należy mówić o sobie. Trzy wieczory 

słuchałem spowiedzi publicznych pt. „Mów o mnie, opowiadając swoje 

życie”.

Opowiada dziewczyna z tekturowym numerem 23 na piersiach:

— Notowałam w specjalnym zeszycie, co nakłamałam. Każda osoba 

mojego życia miała rubrykę. Największą matka, mniejszą ojciec, dużą 

najbliższa przyjaciółka. Pionowo szły rubryki poszczególnych faktów, 

które każdej osobie przedstawiałam inaczej, na przykład kiedyś nie było 

mnie cały dzień w domu. Mojemu chłopcu odpowiedziałam, że mam 

adoratora, przyjaciela ojca, z którym byłam nad morzem. Matce, że 

pojechałam sama w góry, żeby się wypłakać. To mi nasunęło myśl, żeby 

tak zrobić naprawdę, i pojechałam po trzech dniach, ale tam nie udało mi 

background image

się rozpłakać. Chłopcu powiedziałam, że uczyłam się, mamie, że byłam z 

moim chłopcem. Mama zaczęła się niepokoić, co z nim robię. Dała mi 

podręcznik zachowania dla młodych dziewcząt. Tam był rozdział, jak 

odmawiać, jeśli ludzie o coś cię proszą. Koleżanka prosi o pożyczenie 

sukienki. Odpowiadasz: „Pożyczyłabym ci z przyjemnością, ale niestety 

sama muszę ją włożyć dziś wieczór”. Osobny dział, jak odmawiać 

pożyczenia pieniędzy, inny, jak nie odpowiadać na pytania przyjaciółek: 

„ile za to dałaś?” Odpowiedź może brzmieć: „Absolutnie nie mogę sobie 

przypomnieć”. „To był prezent, więc nie wiem”. „Według papy za dużo”. 

Tam też jest rozdział, jak odmawiać pocałunków, itd. (Okrzyki 

uczestników: — Znamy, znamy tę książkę!). Jest to podręcznik, jak być 

„nice”, czyli jak kłamać. Moje kłamstwa były naiwne.

Równolegle psuło się między rodzicami. Wszyscy walczyli przeciw 

wszystkim (okrzyki: — Znamy, znamy!). Dwa lata temu była gorąca zima, 

spędziłam noc na plaży, w samochodzie. Matka nie powiedziała nic, ale na 

drugi dzień wyszła i nie wróciła na noc. „Ty nie wracasz, to i mnie wolno” 

— powiedziała. „Mamo, ty jesteś starsza i powinnaś zachowywać się 

inaczej” — odpowiedziałam jej. Czułam, że niszczę do końca ich 

małżeństwo: jakiś człowiek co wieczór podjeżdżał pod nasz dom i zabierał 

matkę. I ja wychodziłam na noc, ale żebym nie wiem jak późno wróciła, 

matka była po mnie. Raz przyjechała w południe, zalana, i mówi: „nie 

tylko ty będziesz się kurwić”. Przelicytowała mnie. Chciałam robić to, 

żeby słowa matki były prawdą, a nie kłamstwem. Uciekłam. Byłam 

prostytutką. Byłam tak naiwna, że oszukiwali mnie, udając, że nie wierzą, 

abym to robiła dla pieniędzy. Gość, który wyjął mnie z klubu nocnego, 

obiecał mi masę strojów. Miał siedzibę z fosą i mostem zwodzonym. 

background image

Pamiętam jeszcze, że jabłka gniły na drzewach, pies miał osobny pokój i 

facet powiedział, że czasem urządza psie party, na którym wszyscy jedzą z 

psami psie pożywienie. Zaprowadził mnie do garderoby. Jego przyjemność 

polegała na tym, że przyglądał się, jak mierzę sukienki. Najpierw 

wyjmował je pojedynczo, potem ogarnięty podnieceniem zaczął wyrzucać 

je z szaf, aż powstał stos. „Bierz, co chcesz”. Mnie też ogarnęła żądza 

posiadania tych sukienek. Nie wstydziłam się wcale, biegając do lustra i na 

nagie ciało przymierzając sukienki. Były trochę za szczupłe na mnie, 

niektóre młodzieńcze, mini, inne do ziemi.

— To są suknie mojej żony, która umarła miesiąc temu — powiedział 

gość. — Możesz brać, co chcesz. Ile masz par nóg, na tyle będzie butów. 

Sto, to sto. Dam ci trzysta par rękawiczek. Zapytałam, ile miała lat. 

„Sześćdziesiąt sześć” — odpowiedział. Zwróciłam uwagę na to, że nie 

podchodziliśmy do szaf z futrami. Chciał zobaczyć nagą dziewczynę i 

ożywić te suknie, może tęsknił za tą żoną, ale miałam dość rewii strojów 

umarłej, mówię, żeby to dał Murzynkom, a mnie zapłacił za pokaz.

Kazał szoferowi wyrzucić mnie za drzwi, szłam długo w dół Los 

Angeles. Idąc myślę tak: udawałam nędzarkę, a ten człowiek musiał znać 

mojego ojca, doszłam do punktu wyjścia. (Okrzyk: — A co na to ojciec?). 

Ojciec? „Frank Cunnigham jest wspaniałym facetem. Ma pięćdziesiąt dwa 

lata, prowadzi swoje trzy drogie i bardzo szybkie samochody, żyje w domu 

za 200 tysięcy, ma przepełnione konto, pływa i jeździ konno na swoim 

ulubionym siwym wierzchowcu i gra w golfa”. Ten życiorys znalazłam w 

reklamie ubezpieczeń na życie. Jest zmyślony przez panów od reklamy, ale 

to życiorys mojego ojca. On zna tylko ludzi znanych. Nie zna nieznanych. 

„Jeśli zapach ciętych kwiatów jest silniejszy od zapachu perfum, to 

background image

przyjęcie jest wytworne” — to złota myśl mojego ojca.

— Niedaleko uciekłaś — zabiera głos numer 18. — Kurwiłaś się i 

kłamiesz, bo brałaś pieniądze od klientów. Jesteś snobką. Imponują ci 

pieniądze. Nie pochodzisz z wyższych sfer. Znasz za dużo cytatów.

Potem pada zdanie, że źródłem jej dramatu jest pożądanie, jakie matka 

czuła podświadomie do córki. Zabiera głos terapeuta: nie chodzi o prawdę, 

tylko o własny portret nakreślony przez siebie. Nie ma cenniejszej prawdy 

o człowieku niż to, jak kłamie. Dziękuje za ostrość wypowiedzi 

uczestników dramy.

— Jesteśmy dla siebie w życiu codziennym grzeczni i fałszywi. Tu 

jesteśmy niegrzeczni i szczerzy. Niech okrutny obraz samego siebie ukaże 

drugi człowiek, a nie narkotyk.

Miałem znajomości w Parku Griffitha, wśród pasażerów mojej 

taksówki, ale nie miałem kontaktu z żadną komuną. Nie o adres chodziło. 

Wiedziałem, że siedzibę komuny można poznać po tym, że stoją przed nią 

zaparkowane nie trzy, cztery samochody, jak przed zwykłą rezydencją, ale 

dziesięć i więcej.

— Na wizytę obcego w komunie musi być zgoda kolektywu. Jak 

wejdziesz z ulicy wyrzucą cię. Będą się bali, czyś nie świnia czy szpieg. 

Teraz jest podobnie do czasów prohibicji: chodzi nawet o niewinną 

marihuanę. Jeśli palą, nikt obcy nie może wywęszyć dymku — powiedział 

mi chłopak w peruce z Parku Griffitha.

Ale to przyszło z nieoczekiwanej strony. Na przyjęciu w środowisku 

muzyczno-filmowym w Beverly Hills podeszła do mnie wytworna, jeszcze 

młoda pani i powiedziała :

background image

— Słyszałam, że pan na próżno szuka kontaktu z komuną. Moja córka 

jest w komunie. Jutro zadzwonię do niej i zapytam, czy zaakceptują pana 

wizytę.

Podała mi karteczkę ze swoim telefonem. Na drugi dzień w południe 

miałem decyzję: komuna pozwala mi przybyć, a o tym, czy będę mógł tam 

zostać dłużej, powezmą decyzję przyjrzawszy mi się. Komuna jest w Santa 

Barbara, sto pięćdziesiąt kilometrów na północ od Los Angeles. Taniej 

wyniesie, jeśli pojadę autobusem. Jej córka wyjedzie po mnie na dworzec. 

Będzie w długim szynelu khaki, przyjedzie małą Toyota.

Dziewiętnastoletnia Clara poznała mnie w jednej chwili. Po pół godzinie 

jazdy w górę znaleźliśmy się w utrzymanej w staroangielskim stylu 

rezydencji komuny. Zaproszono mnie do salonu, gdzie przed 

dwumetrowym kominkiem stały trzy trzymetrowe kanapy, ustawione w 

podkowę, mieszczące całą komunę. Było jeszcze wcześnie i nie wszyscy 

wstali. Przychodzili kolejno, witali się ze mną. Zjedliśmy po jajku, 

szklance soku pomarańczowego i grzance.

W komunie jest Mark, Pete, Tay, Alice, Nancy, Pen, Andy, Tudy, 

Anabello, Don, dziecko imieniem Małe i Pies. Na tablicy ogłoszeń 

komuny wiszą trzy listy: stałych wpływów komuny, pokrywania 

doraźnych kosztów spowodowanych przez poszczególne osoby — a wiec 

telefony zamiejscowe, taksówki itp. — oraz lista dyżurów. Na wzór 

skautowski podzieleni są na grupy, które w kolejnych tygodniach gotują, 

zmywają, sprzątają, pilnują ognia w kominku.

Mark mówi do mnie:

— Chcesz, mogę cię wprowadzić.

background image

— Jesteś guru?

— Nie. U nas jest kolektyw. Możesz raczej mnie nazwać komisarzem 

politycznym. Naszym ideałem jest Rosja w latach 1917—1921, czyli do 

Nepu.

— Jeśli możesz, opowiedz mi o finansach komuny.

— Koszt wyżywienia wynosi w naszej komunie 40 dolarów 

miesięcznie. Koszty utrzymania domu, podatki i spłata kredytu wynoszą 

62,50 dolara. Środki czyszczące i piorące 7,10. Razem 109,60 dolara.

— Czyj jest dom?

— Oficjalnie jest własnością pewnej osoby prywatnej. W rzeczywistości 

złożyli się na niego rodzice wszystkich prawie członków komuny, w 

nierównym stopniu.

— Ile kosztował dom?

— 53 000 dolarów. Udało się otrzymać wysoki kredyt, tak że wkład 

wszystkich rodziców nie przewyższał 12 000 dolarów. Mamy już kłopoty. 

Tu, w luksusowej dzielnicy, jest prawo, że w jednym domu może mieszkać 

jedna rodzina. Chodzi o to, żeby mieszkali tylko bogaci posiadacze, żeby 

nie wynajmowano mieszkań i nie powstawało zagęszczenie. Przeciętnie 

jest pięć osób na ogromną siedzibę. Nas jest jedenaścioro, nie ma 

zagęszczenia, jest pięć sypialni, pokój gościnny, ale złożono na nas donos, 

że jest nas ponad dziesięć osób obcych względem siebie, że tu są hippies, 

którzy nie wiadomo co robią, i że oni, nasi sąsiedzi, boją się, że ich 

wymordujemy. Wszyscy, którzy nie uznają gwałtu i zabijania — są dla 

nich „mordercami”. Mamy więc kłopoty z policją i nałożono na nas karę: 

50 dolarów miesięcznie za osobę, która nie należy do rodziny. 

background image

Musielibyśmy zatem płacić 550 dolarów miesięcznie za wszystkich. 

Wystosowałem pismo do rady miejskiej, tłumaczące zasady nowej 

rodziny.

— Powtórz mi.

— Rodzina biologiczna jest źródłem cierpień. Przypadkowość rządzi 

biologią: pozornie najbardziej konieczne jest tym, czym rzut kostką. Tak 

otrzymujemy rodziców, tak oni nas dostają. Komuna jest rodziną z 

wyboru. Rodziną rówieśną, w której funkcję ojca i matki spełniają 

wszyscy, a każdy jest dzieckiem. Jest rodziną przyjaciół. Zarazem jest to 

rodzina, w której wszyscy się uczą, studencka, jest plemieniem mającym 

jednolity cel, jak dawne plemiona polowały. Niezwykła jest dynamika 

integracji między jedenastoma osobami. Rodzina rozszerzona ma inną 

strukturę, więcej krewnych niż w biologicznej rodzinie i nie ma 

stopniowania. Wszyscy są krewnymi pierwszego stopnia, nie ma też 

zależności, tylko równe relacje: wszyscy wobec wszystkich, wszyscy z 

wszystkimi, intelektualnie i fizycznie. Ale ta ostatnia rzecz jest w teorii. 

Najtrudniej przełamać poczucie własności wobec drugich istot. Są u nas 

tylko pary, nierozdzielne, i to jest słaby punkt dezintegrujący strukturę 

komuny, przenoszący zalążek starej struktury, grożący jej odrodzeniem.

— Jak się zaczęło?

— Jako studenci socjologii otrzymaliśmy zadanie badań 

środowiskowych w biednych dzielnicach Los Angeles. Nigdy tam nie 

byliśmy. Potem mój ojciec przyznał się: przez całe życie nie był w 

dzielnicy nędzy. Tłumaczył się, że Los Angeles jest zbyt wielkie... że musi 

mieć busolę w samochodzie, żeby długa ulica, ponad 30 mil, mająca 

background image

zakrzywienie, nie wyprowadziła go tam, gdzie nie chce. Ten jeden ciężki 

weekend zmienił nasze życie. Układ osoba-rodzina-społeczeństwo 

postanowiliśmy zjednoczyć w komunę. Cóż to się dzieje z życiem ludzi w 

dzielnicach nędzy? Czy z naszym życiem nie dzieje się coś gorszego? 

Najpierw byliśmy ze sobą tylko przez weekendy. Potem zaczęły się 

pertraktacje z rodzicami. Byliśmy gotowi na zerwanie. Postawili warunek: 

jeśli będziecie się uczyć, zgodzimy się.

— Buntujecie się przeciw rodzicom za ich pieniądze?

— Choć część ich pieniędzy znajdzie właściwe zastosowanie. 

Większość naszych rodziców zarabia za dużo i chce zarabiać jeszcze 

bardziej za dużo. Uniwersytety finansowane przez business przygotowują 

nas na niewolników businessu. Przez głód posiadania Amerykanie są 

niewolnikami. Krzysztofie Kolumbsky, nie ty, ale przede wszystkim 

Amerykanie muszą odkryć Amerykę. Jest Ameryka białych i czarnych. 

Jest Ameryka biednych i bogatych, młodych i starszych, kobiet i 

mężczyzn, jest Ameryka stanów Południa i stanów Północy, stanów 

Zachodu i Wschodu. Jest ich tyle, że nie ma żadnej. Żyjemy w kraju, 

którego nie ma. Aby cokolwiek określić tutaj: adres czy telefon, musisz 

użyć co najmniej siedmiu cyfr, w społeczeństwie aż czterech 

współrzędnych: stan, klasa społeczna, rasa i wiek. Nowymi klasami 

rewolucyjnymi są: młodzież, czarni i kobiety. Jak zakwalifikujesz ruch 

rewolucyjnego, niezależnego od mężczyzn orgazmu u kobiet? Wyrastają 

jeszcze bardziej ekstremistyczne poglądy: USA trzeba rozwiązać, część 

stanów wydzielić według klas: Murzynom i kolorowym, część młodzieży. 

W Nowym Meksyku, w pewnym okręgu, w głosowaniu już doszło do 

przejęcia władzy przez młodzież, szeryfem został hippie. Dostali kredyty, 

background image

których miejscowi Indianie nie mogliby otrzymać. Hippies, nie wyrzekając 

się ich strojów, zaczęli ich rugować z ziemi. Wzbudziło to rozpacz i 

rozruchy antyhippiesowskie. Wyglądało to jak walka dwóch plemion 

indiańskich.

— Co będzie z młodymi starzejącymi się? Czy będą wypędzani z raju 

stanów młodych do czyśćca stanów starych? Czy kobiety otrzymają 

oddzielne stany?

— W łonie samej młodzieży są już podziały według wieku. My 

należymy do starych i konserwatywnych. Pojawiła się grupa 

„Rewolucyjny Raj”. Domaga się zastąpienia wszelkiej pracy ludzkiej 

przez automaty i przejście ludzkości w stan nieprzerwanego snu 

narkotycznego, zakończonego śmiercią. My przeciwnie; po studiach 

będziemy robotnikami.

— Na wzór rosyjskich narodników?

— Nie tylko. Przestudiowaliśmy wszystko. Ostatnio życiorys Kim 

Ir-Sena.

Mark wyjmuje z ogromnej, pedantycznie uporządkowanej biblioteki 

komuny gruby tom wydany w Japonii: „Wódz 40-milionowego narodu 

koreańskiego. Urodził się dla rewolucji, żeby uratować Koreę. Urodzony 

w słynnej rodzinie rewolucyjnej, rozpoczął długą swoją drogę rewolucyjną 

mając czternaście lat”.

— Chcesz, żeby taki był początek twojego życiorysu?

— Nie. Mao, Tito, Castro, Lenin, Guevara, giganty: ci, którzy 

przeprowadzili zwycięską rewolucję. Daruj, teraz zostawię cię na godzinę. 

Dokładaj polana do kominka. My będziemy mieli w domku dla służby 

background image

zebranie. Tam też zadecyduje się, czy będziesz mógł zostać.

Po godzinie zapada decyzja, że mogę zostać. Otrzymuję gościnny 

pokoik. Następnego dnia zwiedzamy Bank Ameryki, po spaleniu przez 

studentów odbudowany, większy i piękniejszy, „jak na urągowisko”. Na 

trzeci dzień część komunardów wyjeżdża na święta do domów. Zjawiają 

się rodzice. Niby po dzieci, ale jechali tu z San Francisco i Los Angeles, 

żeby zobaczyć to na własne oczy. Rozglądają się bojaźliwie, są 

skrępowani. Także komunardzi tracą nieco pewności siebie. Długie brody i 

wąsy ratują ich powagę.

— Jeszcze odbędzie się zebranie pożegnalne — mówi Mark. — Prosimy 

państwa o zaczekanie.

Tym razem mogę uczestniczyć. Zebranie odbywa się w salonie, przy 

kominku. Drzwi do hallu łączącego z jadalnią, gdzie czekają rodzice, 

zostają szczelnie zamknięte. Jedna z dziewcząt wybucha płaczem.

— Jestem zmęczona, zmęczona, zmęczona. Fizycznie chora od tego 

wszystkiego. Jestem udręczona wami, kochani. Nie wrócę do was. 

Traktujecie mnie jak szaloną. Uciekam do domu, od którego uciekłam.

Zebranie kończy się nagle, rodzice patrzą przerażeni na zapłakaną 

dziewczynę wychodzącą w pośpiechu. Nie godzi się, żeby ktoś z nich 

odwoził ją na lotnisko. Dojdzie piechotą, w dół, do taksówki. Pozwala mi, 

jako obcemu, nieść walizki.

Żegnam się z Markiem.

— Uważasz nas za dom utopii? — pyta.

— Przeciwnie, Marku, tu wykształci się warstwa rządząca Ameryki, 

lepsza niż kiedykolwiek. Tylko niepokoi mnie to, że wasz pies bezustannie 

background image

krąży od jednej do drugiej osoby, i to, że podobnie zachowuje się wasze 

dziecko.

Idziemy szybko, stromą ulicą, dziewczyna popłakuje bez przerwy.

— Pozwól mi coś zrozumieć.

— To jest nie dla każdego. Nie wierzę, że im jest dobrze. Ale byłabym 

tam, gdyby nie jeden z nich. Ten właśnie, do którego coś czułam, bo reszta 

była mi bezgranicznie obojętna, mówi: „Musimy stanowić prawdziwą 

komunę. Nie chcę cię dla siebie, ale dla wszystkich”. Odpowiedziałam: 

„Jak z obcymi ludźmi, to już wolę za forsę”. Ale on był dumny, że coś 

przezwyciężył w sobie.

Do Los Angeles wracałem z Clarą. Clara wsiadła do samochodu w 

przepasce na włosach, ale w „cywilnej” sukni, bardziej eleganckiej, i w 

lakierkach. W drodze niedbałym ruchem ściągnęła opaskę i włosy 

rozrzuciły się jej w najmodniejszą fryzurę.

— Clara, jakbyś prowadziła podwójne życie.

— Jedziemy oboje na przyjęcie. Rodzice kazali mi cię tam przywieźć.

Było to przyjęcie, na którym jeden z najsłynniejszych zespołów 

kameralnych Ameryki dawał koncert domowy dla przyjaciół. Około stu 

osób siadło w czterech rzędach krzeseł w salonie kalifornijskiego 

psychiatry doktora D. Od tria na naszych oczach rozwijał się zespół: coraz 

więcej gości ubywało i przenosiło się na estradę, aż późną nocą, kiedy 

było po równo muzyków i słuchaczy, koncert się skończył.

Podeszła do mnie matka Clary. Dziękowałem jej.

— Zrobi pan w zamian coś dla mnie. Pan E. chce z panem rozmawiać. 

background image

Niech pan spełni jego prośbę. Czy pan wie, jaki ja popełniłam błąd w 

stosunku do dzieci? Kiedy powiedziały, że chcą być samodzielne — dałam 

im samodzielność. Poczuły się osierocone i zbuntowały się. Clara odeszła 

do komuny. Ja teraz chodzę na uniwersytet do specjalnej Szkoły Czucia. 

Tematy wykładów: „Uczenie się siebie nawzajem”, „Kim jesteś teraz?”, 

„Uczenie się — to uczenie się zmiany”. „Jesteście jedyni, nigdy nikogo 

takiego nie było i nie będzie”. Zadają nam lektury, będzie egzamin. Ale co 

z tego, niech mi pan powie?

— Pani opanowała materiał?

— Niech pan zaprzyjaźni się też z doktorem D., jeśli pana interesuje 

zbrodnia w willi Polańskich.

Pan D. oprowadził mnie po swojej siedzibie — w słynnym Wąwozie 

Benedykta, pokazał oświetloną reflektorami górę: — Zbocze należy do 

mnie, kupiłem je przed laty za grosze. Tylko w ciągu dzisiejszego koncertu 

zdrożało o 20 dolarów.

Trzy wątki wysnułem z tego przyjęcia. Pierwszy to wątek pana E. 

Przyjąłem jego zaproszenie. Mapa klasowa Los Angeles jest pionowa i 

pozioma. Centrum Los Angeles, Hollywood, a przede wszystkim Beverly 

Hills i Bel Air są uważane za najlepsze, ale dopiero wysokości, stosunek 

do zboczy góry i wąwozów są miarą pionową, nakładającą się na 

parametry poziome. Są trzy warstwy: wysoka społecznie przy ulicy 

wiodącej dnem wąwozu, niższa społecznie, ale wyższa przestrzennie 

czepiająca się zbocza wąwozu, i najwyższa: na szczycie góry. Pan E., 

słynny artysta amerykański, dziś zapomniany, wycofał się u szczytu sławy 

z kapitałem, który ulokował w handlu nieruchomościami. Jego druga 

background image

kariera dała mu więcej. Ma szczyt jednej z najpiękniejszych gór, z jednym 

z najpiękniejszych widoków.

— Proszę pana — zaczął pan E. — pewnego dnia, rok temu, zadzwoniła 

do mnie sąsiadka. Jej podjazd do rezydencji jest naprzeciw naszego. 

„Panie E., tydzień temu zetknęłam się z pana synem i nie ukłonił mi się, 

mimo że patrzył mi w oczy. Dziś przed chwilą spotkało mnie to samo. 

Chciałabym wiedzieć: czy państwo macie do mnie jakieś pretensje, czy to 

jest coś, co mnie nie musi obchodzić?” To okrutne zdanie wydobyło z 

mojej podświadomości fakt, że mój syn od wielu dni nie odzywał się. 

Przeprosiłem sąsiadkę, pobiegłem do jego pokoju. Napisał kartkę: „ja 

milczę”. To był zwykły, w najlepszym tego słowa znaczeniu amerykański 

chłopak, radosny, mądry, utalentowany, wysportowany, podobał się 

wszystkim. Stał się niemową? Przestał też widzieć. Patrzył przez nas. 

Odpisałem: „dlaczego???” On: „dowiesz się we właściwym czasie”. Do 

dziś nie mam odpowiedzi. Wyprowadził się z domu. Z podobnymi jak on 

założyli wspólnotę. Nie chciałby pan zrobić dla mnie czegoś na uboczu 

swojej misji? Niech pan zbada: co grozi mojemu dziecku, jak to może 

długo trwać, co to w ogóle jest? Nie musi pan nigdzie jechać. Jego 

komunę prawie w pełnym składzie będę gościł w Nowy Rok.

Zamknięci w salonie milionera, w pięcioro, mówimy o Paramanahansa 

Yoganda. Ich guru, Norman, kiedy miał siedemnaście lat, poznał Go. 

Porzucił ciało. Było to, gdy zmienił technikę koncentracji. Wydobył siłę z 

siebie. Można ją narysować w formie promieni bijących z dłoni. Teraz 

Norman ich uczy w komunie nauki Paramanahansa.

— Musisz nas odwiedzić w domu medytacji, ma formę kuli z trójkątów. 

Nie ma czystszej i skrajniejszej struktury, jest przestrzenną kwadraturą 

background image

koła, jajem ssaka. Liczba boków: mistyczne liczby — minimum 24, 48, 

92. Materiałem mogą być dachy starych samochodów, worki pokryte 

specjalną emulsją. Mała kula jest protestem przeciw ogromnym 

sześcianom wieżowców. Za trzy lata będziemy całkowicie 

samowystarczalni. Wyeliminujemy pieniądze. Będziemy sami hodować 

len, bawełnę, prząść i tkać ubranie, bo nie będziemy hodować zwierząt, 

żeby je strzyc. Tymczasem nosimy ubrania zużyte przez kogoś innego. 

Będziemy jedli płody ziemi przez nas wyhodowane bez użycia narzędzi 

mechanicznych. Od zasadzenia ziemniaka, poprzez okopywanie go, 

podlewanie, aż do wykopania cały czas będziemy w kontakcie z nim, aż 

jedząc, wchłoniemy go w siebie. Jest to zunifikowanie procesu produkcji i 

spożycia — przyswajanie sobie najpierw psychiczne tego, co wchłonie 

nasze ciało. Jego wzrost jest łącznikiem między nami a ziemią, jak 

chodzenie boso. Sen, powietrze, woda i rośliny — to pokarmy człowieka. 

Wszystkie są zatrute: dalsze budowanie jest niszczeniem. Prymityw jest 

bliski miłości.

Pytam, jak daleko on już doszedł.

— Ciało jest jednym z czasowych miejsc pobytu Boga. On nie wzywany 

nie ujawnia się. Trzeba wiele czasu, żeby go przywołać. Nasz guru zna 

obraz Boga. Opisał go. Nie jest to Bóg z obrazów. Jest tylko światłem, 

potężnym, innym niż jakiekolwiek, które znamy. Jest to gwiazda, błysk, 

gorąco, a przede wszystkim obecność. Ja jeszcze nie dostąpiłem 

pojawienia się choćby lekkiego rozświetlenia świata. Co wieczór w czasie 

medytacji, gdy uspokoję oddech, ducha, czekam. I będę czekał, aż to się 

stanie.

— Jako nowo nawrócony jesteś fanatyczny. Czy nie jesteś w tym 

background image

bardziej purytaninem?

— Kiedyś nasi przodkowie nawrócili się na chrześcijaństwo i weszli na 

błędną drogę cywilizacji technicznej. Potem przez wieki wprowadzali w 

błąd buddystów i krisznaistów nawracając ich na chrystianizm. Teraz my, 

dzicy chrześcijanie, musimy przyjąć prawdę z podwójną pokorą, bo 

wywyższaliśmy się z naszymi fałszywymi bóstwami i płytkimi naukami.

— Czyli nie wierzysz w Chrystusa?

— Wierzę jako w jednego z tych, którym ukazało się światło, 

założyciela wiary, wierzymy w Chrystusa w jego lepszej postaci. 

Powinieneś wstąpić na pustynię Mohave i kontemplować choćby pół dnia. 

Odwiedź świątynię wszystkich wyznań — Bulwar Zachodzącego Słońca 

numer 17190.

Świątynia leży w kotlince nad małym jeziorem blisko Oceanu 

Spokojnego. Nabożeństwa odbywają się nocą. Ale już od późnego 

popołudnia tłumy młodych ludzi wychodzą na Bulwar, tamują ruch, 

zatrzymują samochody i narzucają dyskusje o wieczności. Wewnątrz 

świątyni dużo starych ludzi. Obok siebie na ołtarzu: Kriszna, Budda, 

Mojżesz, Chrystus, Mahomet. Zapach kadzidła, szepty dyskusji. Stosy 

pism: „Autostrada do nieskończoności”, „Towarzystwo Samorealizacji”, 

„Joga Opisana w Biblii”, „Technika Wyzwolenia”, „Nauka 

wyzwolenia: ...Jak medytować... Zjawisko snu... Uduchowienie Siły 

Twórczej... Historia Stworzenia... Jak rozwijać osobowość?”, „Życie po 

śmierci... Prawo Reinkarnacji”. „Czy istnieje diabeł?”, „Lista świąt: 5 

stycznia — dzień urodzin Paramanahansy”. Skrzynka Pytań do Jogi. 

„Duchowa Fontanna Życzeń”. Wrzucam 1 cent. Nasilam pewną myśl.

background image

Koniec Bulwaru Zachodzącego Słońca osiągam w chwili, gdy nad 

Pacyfikiem zachodzi słońce. Jestem na zachodzie Zachodu. Dalej zaczyna 

się wschód. Zgodnie z ceremoniałem zdejmuję but i maczam stopę w 

chłodnym Pacyfiku. Za moimi plecami ogromny blondyn w pozycji lotosu 

na piasku kontempluje zwrócony ku wschodowi, nad którym zachodzi 

słońce.

Znów poświęcam noc na wożenie hippies. Pierwszy Murzyn, jakiego 

widzę w uniformie hippies. Kiedy wsiada i zaczyna mówić ostentacyjnie 

murzyńskim językiem zbudowanym ze słów angielskich, dowiaduję się, że 

to strój jego plemienia. Proszę go, żeby opowiedział mi swoją historię.

— Kiedyś przez splot przypadków, o którym musiałbym mówić ci 

godzinę i nie uwierzyłbyś, dostał mi się w ręce numer szwajcarskiego 

tygodnika, gdzie był reportaż z Wybrzeża Kości Słoniowej. Na jednym ze 

zdjęć, przedstawiających wieś murzyńską w centrum kraju, zobaczyłem 

SIEBIE. Kogoś o identycznej twarzy jak ja. Znalazłem brata. Znalazłem 

kraj moich przodków. Zbieram pieniądze, żeby pojechać tam, do źródeł 

mojej przeszłości i rzeki Bandama i zostać tam albo zabrać do Ameryki 

mojego nieznanego brata. Kiedy go spotkam, połączą się nasze dusze, 

rozdzielone przez handlarzy niewolników: jedną wywieźli okrętami na 

obcy ląd, druga uciekła w dżunglę i została. Zmienię imię i nazwisko z 

amerykańskiego na to, które nosi mój brat.

Międzymiastowa autostrada numer 10 biegnie brzegiem pustyni 

Mohave. Po obu stronach czteropasowej jezdni bieleją w słońcu szkielety 

samochodów. Skrzenie się pustyni w słońcu, niebezpieczne dla oczu 

kierowców. To nowa warstwa geologiczna: szkło z miliardów rozbitych 

butelek, wyrzuconych przez okna pojazdów.

background image

Za górami Sodowymi, Srebrnym Jeziorem i odgałęzieniem drogi do 

Zzzyxz — widok na Suche Jezioro, którego piękno określa folder: „jakby 

chwilę po stworzeniu świata”. Nie wolno tu się zatrzymywać, żeby 

patrzeć. Inaczej łamię przepisy stanowe: dodaję gazu, przekraczam limit 

115 kilometrów na godzinę i zjeżdżam z przełęczy. Poznaję nowy sposób 

kontemplacji: przez wjeżdżanie z szybkością 220 kilometrów na godzinę 

w środek tego, co jest piękne, poznanie gwałtownego rozszerzenia się i 

znikania piękna.

Prowadzę sportowy wóz zawodowej gospodyni bogaczy. Sama nie umie 

prowadzić; poznałem ją jednocześnie ze studentem szkoły filmowej.

To, że Las Vegas jest miastem pustynnym, czuje się tylko po osadzie 

piasku na dnie wanny. Wszystko jest naelektryzowane, wiele sklepów ma 

stale otwarte drzwi, bo klienci boją się dotykać klamek. Jest to ostatnie 

miasto złota: prowizoryczne, sztuczne, zbudowane na pustyni. Złoto 

występuje w innej formie: żetonów w kasynach. Wystarczy, aby stan 

Nevada cofnął ustawę o zezwoleniu na hazard, a miasto umrze.

W pokoju motelowym są dwie książki: Biblia i książka telefoniczna Los 

Angeles, żeby dzwonić po pieniądze. W Biblii podkreślone jedyne słowo: 

„Aniołowi  F i l a d e l f i j s k i e g o  Kościoła napisane: To mówi... który 

ma klucz Dawidowy, który otwiera, a nikt nie zawiera, i zawiera, a nikt nie 

otwiera” (Apokalipsa III. 7). Lektura książki telefonicznej Los Angeles 

nasuwa myśl, że Ameryka jest jakby powtórzeniem, kopią starego świata 

w innej skali. Są wszyscy: Cervantes, Casanova, Camus, Dali, Dickens, 

ród Bourbonów, Goering, Freud, Kirkegaard, Kafka, Pawłow, Sienkiewicz, 

Tołstoj.

background image

— Może to są oni, a to jest czyściec czy piekło ta Ameryka? — mówi 

gospodyni milionerów, gdy jej to opowiadam. — Czasem wydaje mi się, 

że spotykam kogoś, kogo znałam w Europie. To jeden z symptomów 

amerykańskiej choroby. Zaczęło się, kiedy wysiadłam ze statku, który 

przywiózł mnie z Anglii. Upadłam. Nogi były bezwładne. Paraliż wziął się 

z lęku przed Ameryką. Potem powiedziano mi, że wystarczy umieć 

gotować, żeby się urządzić. Wróciła mi władza w nogach. Pracowałam u 

Kiepurów, u bilionerów Cuneo, którzy są tak wielcy, że nieznani, u 

producenta filmowego Warnera, u Lany Turner, której córka zabiła jej 

kochanka gangstera Stompanato, u Barbary Streisand, u Harolda Lloyda. 

Bilioner nazywał milionerów „biedotą sześciu zer”. Mówił, że tylko on 

jest prawdziwym hippie.

„Trzeba się wyzwolić z pieniędzy. Ja to czynię przez posiadanie ich w 

takiej ilości, że przestają być pieniędzmi”. Jego żona, jak nędzarze, nigdy 

nie widziała pieniędzy. Kiedy był strajk pracowników banku, musiałam im 

pożyczyć pieniędzy, bo umarliby z głodu. Na sekundę zarabia tysiąc 

dolarów. Należałam do czołówki 77-osobowej służby. Kucharka, która 

pracowała osiemnaście lat, jeszcze nigdy nie widziała pana z bliska, kiedy 

nadchodził, lokaje przekazywali sobie z ust do ust wiadomość, że wszyscy 

śmiertelni mają zniknąć, żeby nikogo nie dotknął jego wzrok. Sala kinowa 

dla 300 osób, gdzie wyświetlane były filmy przed premierą, basen z 

marmuru dla jego jednej stopy, bo nigdy w nim nie pływa, 5 tysięcy róż w 

oranżerii wokół basenu, przyjęcie dla 60 osób, bo tylko na tyle osób była 

szczerozłota zastawa. Dziesięć procent gości to detektywi o odpowiednim 

poziomie towarzyskim, śledzący śmietankę Stanów. Przygrywały dwie 

słynne orkiestry, z rozsuwanego dachu sypały się płatki róż, ale w tym 

background image

towarzystwie mało było osób poniżej siedemdziesięciu lat. Bawili się ze 

sobą ci, którzy od półwiecza się nienawidzili. Peruki, sztuczne zęby, 

chudzi.

Ze strasznej nudy, pustki pani przychodziła do kuchni. Wszystko to 

bowiem podszyte było bólem pani: monogramy na złotej zastawie były 

cudze i tak głęboko wyryte, że nie dawało się ich zatrzeć, a tak starożytne, 

że żal było przetapiać. Pani miała krzywe nogi: „Na co ci twoje piękne 

nogi — mówiła do mnie — daj mi je, ja ci dam miliony. Mam wszystko, to 

samo, co gdyby ktoś ci darował kosmos, i co z tego. W każdym kraju w 

zachodniej Europie mamy zamek albo dom, których nigdy nie widziałam, 

bo nie byłam w Europie. Przyjaciół nie mam, bo albo są za biedni, albo 

bogaci jak my, dzieci są wrogami — jedynymi drogo opłacanymi. Ty 

możesz każdej chwili zapakować walizkę i wyjść, a ja tu muszę być. 

Kiedy mąż umrze, podpalę ten grobowiec i wynajmę sobie małe 

24-pokojowe mieszkanie”. Nigdy nie wiedziałam, że można tak cierpieć z 

powodu przedmiotu. W angielskim piśmie ukazało się zdjęcie Rolls-

Royce'a królowej Elżbiety ze szklanym dachem. Pani Cuneo zamówiła 

taki natychmiast. Nadeszła odpowiedź, że tamten egzemplarz jest unikalny 

i nie będzie powtórzony. Upokorzenie i gniew pani Cuneo doprowadziły ją 

do szlochu: „Po to mamy biliony, żeby nas upokarzano? Trzeba być 

królem, żeby kimś być? Co za obelga! Trzeba jeszcze jednej rewolucji, 

żeby była równość?”

Dla zaznaczenia swojej rewolucyjności jadała w kuchni to co służba. 

Myślałam ciągle o nich, o obrazie Tycjana, na który od lat nikt nie 

spojrzał, o córce pani Cuneo, która cierpiała od dzieciństwa na niemotę, bo 

postanowiła ukarać matkę, o kardynale Montini, późniejszym Pawle VI, 

background image

który w ich prywatnym kościele w oficynie pałacu odprawił mszę, na 

której nikt się nie modlił, o synu. Syn mając trzydzieści dwa lata jeszcze 

nie umiał pisać, czytał sylabizując z największym trudem. Listy pisał mu 

stróż nocny. Kochał tylko zwierzęta, żółwie nawet. Uczył się sztuki 

cyrkowej. Podtrzymywał trzy cyrki alimentami dla cyrkówek, z którymi 

się rozwiódł. Kiedy były w domu, stawiano dla nich specjalny stół w hallu, 

przy którym jadły obiad, a teściowa z balkonu zabawiała je rozmową. 

Nigdy nie płacił rachunków, ciesząc się, że ściga go policja. Mój zawód — 

mawiał — to czekanie na spadek. Jak ojciec uważał się za prekursora 

hippies.

W kasynie Dunes gospodyni miliarderów proponuje mi, żebym za nią 

obstawiał ruletę. Przypominam sobie system dla początkujących 

przekazany mi przez Jadwigę, szefową gangu gier w Warszawie. Gdy trzy 

razy z rzędu pada kolor czerwony — postawić na czarny. Nawet jeśli znów 

będzie czerwony, potroić stawkę, jeśli jeszcze raz padnie czerwony, 

udziesięciokrotnić stawkę. Wygrywam.

Dzielę się wygraną z gospodynią miliarderów. Zwraca mi uwagę, że 

suma przypadająca mi — to bilet lotniczy tam i z powrotem do San 

Francisco i taksówki na lotnisko. Wygrałem więc jeszcze jeden rozdział tej 

historii.

W drodze powrotnej skręcam na stację benzynową na granicy pustyni 

Mohave. Zostawiam moją pasażerkę i idę w głąb. Znajduję strzelnicę, 

stosy potrzaskanych butelek i łusek. Widzę maleńki kiełek pustynnej 

rośliny. Wracam na stację i pytam, jak się nazywa ta roślina. Właściciel nie 

wie. Informuje mnie, że jeśli interesuję się tanimi obszarami pustyni, do 

których można doprowadzić wodę, może podać mi telefon agencji w Los 

background image

Angeles. Notuję: 212-449-5215. Nazajutrz dzwonię do komuny i 

opowiadam synowi pana E. o pobycie na pustyni, który mi zalecił. 

„Znalazłeś roślinkę: być kiełkiem na pustyni to odwaga. Uznaj, że on to 

mówił do ciebie swoim istnieniem: bądź odważny”.

Najpiękniejsza runda świata, przez trzy nie kończące się mosty wokół 

Zatoki Frisco. Na plażach ogromne czarne rzeźby z drewna i metalu 

oblanego ciemną mazią. Są to dzieła sztuki stworzone przez 

długowłosych, którzy zjechali się, żeby oczyszczać Zatokę z ropy 

wylewającej się z rozbitego tankowca. Mają ostrzegać przed skażeniem, 

ale nikt z jadących autostradą wzdłuż wybrzeża o tym nie wie. Oglądam za 

5 centów przez lunetę dawne więzienie Alcatraz okupowane teraz przez 

protestujących Indian. Muzeum „Wierz lub nie” z rzeźbą-kopią samego 

siebie wykonaną przez Masakichiego, robioną w lustrze z dwóch tysięcy 

części i wyposażoną przez rzeźbiarza we własne włosy, paznokcie, rzęsy i 

brwi. Ogromne przedmieście statków, barek, kryp, przycumowanych w 

porcie, w których mieszkają ludzie. Sieć pomostów w labiryncie pokładów 

i nadbudówek.

— To tańsze niż budowa domu — mówi członek komuny zajmującej 

przyciągnięty tu statek rzeczny „Virgo”. — Czyste powietrze, złudzenie, 

że się gdzieś płynie. Kiedyś odwiążemy statek i pozwolimy mu wejść w 

morze za odpływem, potem spojenia naszej łajby nie wytrzymają i powoli 

zatoniemy, rozpłyniemy się, może wtedy osiągniemy jakąś jasność, taka 

jest żegluga w jedną stronę.

— Można pójść dalej? — pytam dwudziestoletniego hippie siedzącego 

na trotuarze głównej ulicy Berkeley.

background image

— Moja komuna się rozpadła, było to

zbyt kosztowne, na szczęście, bo to było połowiczne. Komuny to tylko 

początek drogi. Dzięki temu znalazłem dalszy odcinek.

Po jego lewej ręce koszula na zmianę, sweter, koc z frędzlami, po 

prawej chleb, torebka z główką sałaty i puszka jarzyn. Otwiera ją i je na 

oczach wszystkich, rozmawiając ze mną. Czasem któryś z przechodniów 

zatrzymuje się i daje mu ćwierć dolara. Ostatnią ćwiartkę oddaje innemu 

przechodniowi: ma już za dużo.

— Mam zapas żywności na jeden dzień. Jeszcze niejeden ze mną zje. 

Może ty? Prześladuje mnie policja, od paru dni udają, że mnie nie widzą. 

Żyję na ulicy od nie wiem ilu miesięcy. Niektórym przeszkadza, gdy mam 

wyciągnięte nogi, muszą je omijać. Inni brzydzą się mną. Niektórzy 

zastanawiają się: jak mogę żyć na oczach wszystkich? Mnie nikt z idących 

nie przeszkadza. Nie sztuka być pustelnikiem na pustyni. Tu jestem z 

ludźmi. Po pewnym czasie przechodnie nie przeszkadzają ani nie budzą 

lęku, choć nieraz kopną mnie, ale nie mam im tego za złe. Czasem depczą 

po moich rzeczach, ale one nie mają dla mnie wartości. Zdeptane są 

cenniejsze, bo świadczą o mojej wspólnocie ze wszystkimi, którzy 

kiedykolwiek przeszli tą ulicą. Czasem sam podsuwam je, żeby deptali.

— Jak śpisz?

— Leżę wzdłuż muru, przykryty wszystkimi rzeczami. Od świtu na tej 

nieparzystej stronie jest słońce. Budzę się i grzeję się. Nazywają mnie Jaś 

Nieparzysty.

Siadam na tarasie kawiarni naprzeciwko grupy siedzących na chodniku 

hippies. Staram się wyczytać coś z gestów, z rodzaju nieruchomości. Nagle 

background image

jeden wydobywa żyletkę, zamierza się nią, ale nie uderza kolegi, tylko 

chwyta się za włosy i ciacha po nich, rzucając całe pukle na ziemię. Widać 

karze sam siebie za jakąś winę.

Wracam, trafiam na Jasia. Rozrzuca rzeczy, kopie je, ciska pod 

przejeżdżające samochody. Porywa puszkę z jarzynami i wbiega do 

sklepu.

— Niech pan mi ją ukryje — prosi sprzedawcę — o n i  chcą mi ją 

zabrać.

Wybiega i rzuca sweter pod nogi dwu tęgim mężczyznom opartym o 

maskę samochodu.

— Bierzcie wszystko, ja już nie mogę czekać, aż mi zabierzecie, błagam 

was, bierzcie.

Sprzedawca wynosi jarzyny i mówi:

— Chłopcze, zmień miejsce, zrujnujesz mnie. Przecież kochasz ludzi, 

zlituj się nade mną.

— Kim są ci mężczyźni? — pytam właściciela sklepu.

— Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? Czekają na kogoś.

U gospodyni miliarderów poznaję inżyniera C. W swojej siedzibie w 

Fernando Valley tłumaczy mi, dlaczego nazywają go Producentem Pokoju.

— To słowo stało się potęgą. Zrozumiałem, że w sferze dolara też musi 

się stać potęgą. Kupiłem wielką ilość miękkiej blachy. Wybiłem małe 

bransoletki z tym słowem. Ono jest na tyle magiczne, że cena blachy 

wzrosła 300-krotnie. Dalej inwestuję w znaki. Mam nadzieję, że dzięki 

fetyszom kopię sobie schody do nieba

*

. Teraz organizuję 

background image

sprzedawczyków

**

 w naszym stylu. Muszę to rozprowadzać wśród 

zbuntowanych, którzy nienawidzą businessu. To jest triumf businessu!

Kiedy zwiedzam jego dom, otwiera pancerną szafę. Trzy karabiny 

samopowtarzalne, sztucer, dwa rewolwery, pistolet — to jego arsenał. 

Żona producenta pokoju, młoda aktorka hollywoodzka, podaje obiad. Jest 

w najmodniejszym młodzieżowym stroju: szarym drelichu z napisem 

„Więzienie w Los Angeles” i drewniakach.

Historia rozrasta się przez rozszerzanie się znajomości, trzema nurtami: 

nurt przyjęć, wątek zapoczątkowany przez hippie — błędnego rycerza oraz 

przez pasażerów mojej podziemnej taksówki. Jedni poznają mnie z 

następnymi: w parku Griffitha zostaję zaproszony na uroczystość 

zakopania na wieki słowa „nice”, jako słowa establishmentu, które — 

zużyte — przestało cokolwiek znaczyć. Wypisane na wielkiej tekturze, 

włożono je do płytkiego grobu i przysypano, a potem tańcząc i śpiewając, 

zadeptano, pozostawiając bez mogiły. Potem zaczyna się druga część 

ceremonii: „wykopanie drzewa” — hołd dla drzew i idiomów, wcielenie w 

zdarzenie idiomatycznego zdania „my lubimy (wykopujemy) drzewo”. 

Jest to mały klon, który potem tryumfalnie niesie w dół parku pochód 

hippies i na zakończenie zasadza w innym miejscu. Następnym ogniwem 

tego łańcucha jest wizyta w pewnej rezydencji w Hollywood. Wejście 

przez wypowiedzenie do mikrofonu przy furtce hasła, słowa, którego nie 

zrozumiałem. Mój przewodnik popycha furtkę, wchodzimy, ale nikt nas 

nie wita. Wchodzimy do bocznego skrzydła domu, będącego rodzajem 

ogrodu pod szklanym dachem czy oranżerii. Duszno, parno, masa kolb, 

retort, fiolek. Tu kiełkują nasiona marihuany. Głośnik w ścianie przekazuje 

melodie Beatlesów z taśmy.

background image

— Przy tym lepiej rośnie — mówi mój przewodnik.

Ten sam przewodnik wprowadza mnie do podziemnego teatru-komuny, 

gdzie bilet kosztuje w zależności od tego, ile czasu widz pozostaje na 

przedstawieniu: l, 2, 3 i 5 dolarów (cały dzień). Jest to tak zwany teatr 

życia, ogląda się odsłonięte zwykłe, codzienne życie komuny. Aktorzy 

zobowiązani są nie grać, aby widzowie mieli gwarancję, że oglądają życie. 

W ten sposób komuna zarabia na życie po prostu żyjąc, a ludzie z klas 

średnich płacąc za bilety mają przeżycie, bo widzą  t o  na własne oczy. 

Guru-reżyser mówi, że dla nich to jeszcze jedna próba niewinności, 

naturalności i siły: żadnych tajemnic, nic osobistego, żadnego skrępowania 

wobec obcych nawet, a wszystko do oddania innym. Fragment sztuki za 

1 dolara: improwizacja muzyczna zespołu łączącego indyjskie, afrykańskie 

i meksykańskie instrumenty ludowe, picie herbaty ziołowej, którą aktorzy 

dzielą się z widzami, obieranie jarzyn do kolacji.

Telefonuje do mnie człowiek z tancbudy dla emerytów, zaprasza do 

siebie do Passadeny. Odwiedzam go. Wrócił do punktu wyjścia, mieszka w 

pokoju podobnym do tego, w którym znalazł obrączkę.

— Niepotrzebnie angażujesz się w rzeczy bezsensowne. To jest 

błazenada, karnawał. Kto postawił nogę na tej ziemi, powinien pozostać. 

Teraz można mieć pomoc w starcie, o jakiej nie mogłem marzyć. Nie 

myśl, że chcę na tobie zarobić. Jest tu ktoś, kto chce z tobą rozmawiać na 

bardzo poważny temat. Historia z obrączką? Wybrałem ją z mojego życia, 

kiedy cię zobaczyłem. Ale opowiem ci, jak byłem detektywem na zlecenie 

mężów podejrzewających żony o zdradę. Śledziłem taką jedną, która 

potem powiedziała mężowi, że ja sam ją zaczepiałem i usiłowałem uwieść. 

On w to uwierzył i pobił mnie. Im później ktoś przybywał tu, tym mocniej 

background image

się naginał, był jeszcze większym konformistą niż inni, przelicytowywał 

ich i podwajał stawkę. Ameryka jest konformistyczna, a zarazem 

przebogata. Tu co drugi jest konformistą i to jest sto milionów 

konformistów, ale pamiętaj, co drugi to wariat, a co najmniej dziwak. A 

nagle okaże się, że ten człowiek jest potężny. Amerykanie wydadzą ci się 

brutalni, ale zarazem są dobrzy. Wiesz, mnie nie zrujnował kryzys. Nie 

kupiłem czegoś, co potem nagle zdrożało. To odebrało mi odwagę. 

Poszedłem w dół. Teraz pójdziemy do pewnej pani.

U tej pani zaczyna się długa i zawiła rozmowa. Mówi mi o kobietach 

amerykańskich. Mówi, że życie zabija im mężczyzn. Ich sprawą jest 

samotność, rosnąca, coraz dłuższa i coraz bardziej masowa. Są na to 

skazane: jeśli kobieta ma męża rówieśnika, rzuca ją, gdy ona ma 

czterdzieści-pięćdziesiąt lat, jeśli jest starszy od niej, umiera, kiedy ona ma 

czterdzieści-pięćdziesiąt lat. Trzeba mężczyzn importować z Europy. 

Przebywanie oceanu, zdobywcze, ma inną treść. Jest moda na 

Europejczyków, wykształconych. Gra też rolę sylwetka, wzrost, zarost: 

jeśli nawet ktoś nie jest wolny, taką sprawę można rozwiązać. Nie 

poszukuje się mężczyzn bogatych, bo osoby poszukujące mają 

świadomość, że same nigdy nie zużyją swoich kapitałów. Można też 

powiedzieć, że różnicę wieku niweluje różnica kapitału.

Wychodzimy od tej pani. Stary nastolatek chce mi się zrewanżować za 

wizytę u niej. Opowiada historię przyjaciela. Przyjechał z Włoch do 

Stanów i stracił pamięć. Nie wiedział, jak się nazywa, skąd pochodzi i nie 

rozumiał, gdzie jest. Policja zatrzymawszy go wydobyła od niego tylko 

jedno włoskie słowo, które okazało się nazwiskiem. Policja włoska 

odnalazła osobę, która nosiła to nazwisko. Była to jego narzeczona, która 

background image

podała, jak się nazywa i jak na imię jej narzeczonemu. Przetelefonowano 

te dane do USA. Psychiatrzy, nagle zawiadomiwszy chorego, jak się 

nazywa, wyleczyli go. A jak jest teraz? Moja znajoma z dawnych czasów, 

jak wielu rodziców-poszukiwaczy, przejechała całe Stany w poszukiwaniu 

syna. To inna wersja ewangelicznego syna marnotrawnego: teraz rodzice 

go szukają. To nowy rozdział Biblii. Jechała po śladach, które on zostawiał 

w bankach, śladami czeków. Zawiadomiła wszystkie banki, żeby na jej 

koszt telefonowano, gdy zjawi się syn. Przejechała wszystkie komuny w 

Nowym Meksyku, Kolorado, Nowej Anglii, była w Kanadzie, dwa razy w 

Kalifornii. Trzy lata życia. Niedawno zatelefonowała, że zostaje tutaj w 

jednej z komun w górach, gdzie spodziewała się znaleźć syna, ale znalazła 

nareszcie spokój. Jest wśród tak młodych jak syn i nie będzie go już 

szukać.

— Czy mógłby mi pan podać, gdzie to jest? — mówię.

Melancholia Passadeny, dzielnicy starców, jakby przestrzennie 

umiejscowionej przeszłości: wielkie sklepy ze starzyzną ciągną się jak 

amfilada umarłych salonów Hollywoodu lat dwudziestych. Wiek antyku w 

USA określony jest na powyżej dwudziestu pięciu lat. Są tu wielopiętrowe 

etażerki, podstawki na kwiaty z bambusa, sztuczne kwiaty zwiędłe od 

kurzu, miniaturowe stoliczki nocne, koszyki wiszące dla psów, nesesery 

wypełnione tylko zapachem piżma, lustra pokreślone diamentami, makatki 

malowane tak grubo, że stały się płaskorzeźbami, sekretery pełne nie 

zapłaconych od pół wieku rachunków, książeczek czekowych nigdy nie 

wypełnionych. Paczka listów czarnej piastunki do swojej pani: „Dzieciątka 

ukochanej pani biją, szarpią mnie za nos i uszy, ja zaś najwyżej daję im 

dozwolonego przez panią klapsa”. Komplet fotografii dziewczyny: w 

background image

kostiumie kąpielowym, w długiej sukni, w krótkiej sukni, układam te 

zdjęcia, jak robił to pewnie hollywoodzki producent przed trzydziestu laty. 

Za 35 centów kupuję amerykańskie drzewo genealogiczne. Osoba, która je 

układała, nie znała formy drzewa, co zdradza jej pochodzenie. Momentem 

uszlachcenia jest przebycie Atlantyku. Tekst nie jest jasny.

„To jest najstarszy obraz twojego ojca. Ja miałam dany nakaz rodzinny 

zanotować: Julia Conrad (najstarsza) wyszła za Niego, Kristiana Brusse 

(Brunnse, Prusse, Brussis? — przyp. mój, K.K.) w Niemczech, przyjechała 

do tego Kraju w 1852 roku. Umarła w 1864 roku. Pan Brusse ożenił się 

powtórnie w 1866 roku. Malinde von Stassenski umarła w 1889 roku. Pan 

Brusse ożenił się raz jeszcze z panią Strause. Umarła w kwietniu 1891 

roku. Dzieci z ostatniego małżeństwa — następna rubryka, trzecia — 

dzieci ich dzieci: Ira, mężatka, 5 dzieci, Ludwik, 2 dzieci, Dalila w domu, 

Karol Otto — jego dzieci umarły w dzieciństwie”. Dalej — adresy, pewnie 

nieaktualne od siedemdziesięciu lat.

Kilka dni potem telefonuje psychiatra D.

— Jeśli chcesz, mogę cię zabrać na proces, o którym nie pisze prasa, jest 

sensacją tylko w kręgach psychiatrów. Może ci posłużyć za laboratorium 

dla twojego tematu.

— Policja — mówił mi na drugi dzień doktor D. w drodze do sądu — 

została zaalarmowana przez pewną starszą kobietę Ellen V., że znalazła 

swoją przyjaciółkę Iris T., również osobę starszą, zamordowaną. Tego 

samego dnia postawiono w stan oskarżenia Billa V., szesnastoletniego 

wnuka Ellen V., który nie umiał czy nie chciał podać motywów swojego 

czynu. Wnuk Ellen V. niczego nie zrabował; jedynym motywem, jaki 

background image

wykazały długie rozmowy, które przeprowadził z nim doktor D. jako 

psychiatra sądowy — było to, że Ellen V. była dla niego  z b y t  d o b r a.

— Nuta skargi na tę dobroć — zaczął swoją półgodzinną ekspertyzę 

przed sądem doktor D. — wydała mi się jedynym punktem uchwytnym w 

całej sprawie. Szesnastoletni Bill V. nosi to nazwisko po matce, osobie 

niezamężnej; nosił on jeszcze jedno nazwisko, kiedy został adoptowany, 

ale przybrani rodzice przeprowadzili rozwiązanie adopcji. Potem został 

przyjęty przez trzecią rodzinę. Chodził do sześciu szkół w czterech 

stanach, gdzie jego przyjaźnie z kolegami przybierały charakter 

gwałtowny, a potem nienormalny. Na koniec wzięła go do siebie babka 

Ellen V. i jego sytuacja unormowała się. Iris T., od dziecinnych lat 

przyjaciółka Ellen V., była starą panną, emerytowaną nauczycielką. 

Szczególnie polubiła wnuka przyjaciółki, któremu chciała wynagrodzić 

krzywdy. Dawała mu prezenty, można powiedzieć, obsypywała go nimi, 

przeznaczając na nie sporą część swojej emerytury. Nienawidził kobiet i 

zaczął czuć do nich wstręt: pocałunki starej kobiety budziły w nim 

obrzydzenie. Przekonała go, że zastępuje mu matkę i wtedy postanowił 

zabić ją — zabijając w ten sposób w jej osobie swoją matkę.

Pan Nixon najbardziej potrzebuje doradcy — psychiatry. Bunt 

młodzieży jest moim zdaniem niczym innym jak buntem zbiorowego syna 

przeciw kolektywnemu ojcu, którego widzi w społeczeństwie i państwie. 

Połączenie Freuda z Marksem, haseł ultrarewolucyjnych z seksualnymi 

tym się tłumaczy. Jest to bunt sierot porzuconych dla społeczeństwa. Ich 

rodzice bali się społeczeństwa, że wyrzuci ich na margines i rozwiązywali 

swoje problemy kosztem dzieci. Teraz są wzięci w dwa ognie, boją się 

także dzieci.

background image

Doktor D. skończył i uśmiechnął się w naszym kierunku: koło mnie 

siedział jego czternastoletni syn, poruszony do głębi pierwszą sprawą 

sądową, jaką widział w życiu. Umawiamy się z doktorem D. za trzy dni na 

ósmym piętrze sądu, w miejscu, gdzie odbywa się rewizja przed wejściem 

na proces Mansona.

Góry są bardzo blisko. Na śniegu świeży ślad nart. Autobus zatrzymał 

się w pustkowiu przy skrzynce na listy, na drewnianej nóżce. Stąd idzie 

polna droga. Zgodnie z instrukcją guru, przekazaną mi przez starego 

człowieka z Passadeny, mam tylko szczoteczkę do zębów i zeszyt. „Może 

zostać z nami, ile zechce, nawet do końca życia” — powiedział. Po 

godzinie marszu bezludną okolicą widzę na polanie otoczonej zdziczałym 

sadem morelowym drewniany budynek przypominający spichlerz. On 

tylko został z zabudowań farmy.

Odsuwam wrota na zardzewiałych rolkach. Wielkie wnętrze stodoły, 

górą biegnie galeryjka na wysokości pierwszego piętra. Żelazny piecyk 

jest tak czerwony od gorąca, że wygląda jak pomalowany. Na galerii 

podnosi się półnaga postać, u dołu w śpiworze. Spętany, woła do mnie z 

wysokości:

— To ty? Śmiesznie wyglądasz. My tu śpimy, bo w górze cieplej.

— Ty też śmiesznie wyglądasz.

— Chciałbyś jeszcze się przespać?

— Nie.

Rozmowa budzi członków komuny. Patrzą na mnie jak z balkonu 

teatralnego. Domyślam się, kto jest znajomą mojego znajomego z 

Passadeny, odróżnia ją wiek. Zostałem uprzedzony z góry, że nie będzie ze 

background image

mną rozmawiać. Tamten etap życia uważa za zamknięty. Teraz robi masaż 

pleców jednemu z członków komuny.

Ugotowano kocioł chińskiej herbaty. Nikt nie odzywał się do mnie, 

nawet guru. Czułem głód i nudę. Milczenie, błahe uwagi, powaga twarzy, 

przechodzenie z miejsca na miejsce, zmiana miejsc: z galerii na dół, ze 

śpiwora pod piecyk. Wchodzą, wychodzą, wstają, siadają, Podłożenie 

szczap do piecyka, zmiana pozycji, wpatrzenie się w jakiś punkt, przerwa 

w ruchu, wszyscy nieruchomi, jeden z nich bierze piszczałkę, gra kilka 

taktów, jeden na końcu przeraźliwie piskliwy, cisza, ktoś mówi: „Mój 

Boże”, jakby do kogoś nieobecnego, odległy dźwięk samolotu 

odrzutowego idącego na dużej wysokości, „przynieś mi wody” — mówi 

ktoś do kogoś, ten podaje mu wodę. Komuś jest zimno, zamyka się w 

śpiworze i usypia. Człowiek, który plecie pas z rafii, od czasu do czasu 

oznajmia nowy etap pracy: „mam węzeł”. Inni zmieniają tylko punkty, w 

które patrzą. Niektórzy usypiają, budzą się, patrzą w górę. Czasem ktoś 

puszcza wiatry, kto inny westchnie.

— Czas w naszej komunie będzie dla ciebie zawsze pusty — mówi guru 

— ty oglądasz tylko z zewnątrz. My osiągnęliśmy bezczasowość, 

dowiadujemy się, że czas się przesunął dla innych. Wiem o tobie, że teraz 

żyjesz w styczniu 1971 roku, że ten czas doprowadzi cię do jakiegoś 

pozornie oznaczonego dnia, w którym odlecisz do swojej ojczyzny. My 

najpierw zlikwidowaliśmy zegary, kalendarze, lustra. Przez pierwszy okres 

za kalendarze i zegary służyły nam drzewa i ptaki, lustra zastępowały 

twarze tu obecnych, w których widzieliśmy siebie samych. Dziś i to jest 

niepotrzebne, nawet podział na noc i dzień. Potem przyszła refleksja, że 

jakkolwiek by oznaczać, i tak będzie to fikcja, zmyślenie: jesteśmy w 

background image

niewiadomym punkcie czasu, nie oznaczonym, bo ani urodziny Chrystusa, 

ani uformowanie Ziemi nie są punktem odniesienia. Tak zagubieni 

poszliśmy dalej, rezygnując z odniesień nawet w obrębie naszego czasu. 

Dotknęliśmy czasu kosmicznego. Potem odrzuciliśmy nasze imiona, 

nazwiska i nazwy. Drzewo nie umie powiedzieć o sobie „ja”. I ty taki 

bądź, musisz przestać nazywać siebie nawet imieniem „ja”. Nie masz 

nazwy jak ptak przelotny, którego gdy zamknąć w klatce nazywa się 

„Filip” czy inaczej. Gdy urodzi ci się syn, uświadomisz sobie, że byłeś 

wehikułem życia, koniecznym po to, aby ten ktoś nieznajomy zaistniał. 

Gdy zedrzesz ze wszystkiego nazwy, zaczynając od siebie, zaczniesz 

poznawać. Możesz tylko powiedzieć do drugiego człowieka „ja”. Czczenie 

diabła uprawiane w Kalifornii to rozrywka głupców. Podejrzewają w 

Mansonie jego wcielenie, nazywają Los Angeles — Los Diabolos, wierzą, 

że świat zrodził się z kopulacji Boga i Diabła. Byłem w komunie, gdzie 

czczono jako parę bóstw — Marylin Monroe i Einsteina. Głupie, ale stąd 

wziął się trzeci etap. Jest to utożsamienie z jakąś rzeczą, a potem osobą. 

Tak długo w nią wchodzisz, aż na nieokreślenie długie — jak byś to 

określił — momenty stajesz się nim. Możesz stawać się ulubionym 

drzewem czy ojcem, którego prawie nie pamiętasz, a którego odbudujesz 

w sobie i przywrócisz mu pewien rodzaj bytu. Kiedy będziesz mógł być 

mną, zaczyna się najważniejszy etap: ubóstwienie. Każdy z nas ma w 

sobie kompleks Chrystusa. Iluż takich jest w szpitalach. Pod nim jest 

jeszcze głębszy kompleks, kompleks Boga: czy to nie ja? Otóż 

oświadczam ci, że TY JESTEŚ BOGIEM. Chrystus zwrócił nam uwagę, 

że można siebie kreować na Boga, ale nie dopowiedział nam, że zrobić to 

może każdy. Mógł być Bogiem święty Jan. Jezus był wybrany Bogiem, 

background image

tylko ukrył to nazywając się tylko synem Boga — czyli kogoś z zewnątrz, 

zewnętrznego Boga. Nie tylko nie ma Boga w wielkiej odległości w 

świecie zewnętrznym, ale ta odległość jest w nas, ku mikroświatowi. My 

wierzymy w Boga Wewnętrznego. Mamy bogów dyżurnych. Prawie każdy 

z nas już nim był. Ubóstwimy cię, będziesz nam musiał mówić wszystko o 

sobie, będziemy w ciebie wierzyć, badać ciebie, analizować, przebywać 

każdy twój krok. Będziemy się do ciebie modlić i składać ci ofiary aż do 

momentu, gdy przyjdzie ktoś. inny na twoje miejsce. Wtedy jako Bóg 

będziesz umiał go lepiej czcić. W Kalifornii nadszedł złoty wiek. 

Kalifornia jest Grecją, Judeą naszej ery, rodzącą bogów w każdym 

miejscu. Także z ciebie uczynilibyśmy ofiarę, jedlibyśmy twoje ciało i 

pilibyśmy twoją krew. Ale nie tak, żeby cię skrzywdzić. Jedzenie nie może 

przerwać życia spożywanej istoty. Wolno jeść mięso tylko tych istot, które 

mogą na to wyrazić zgodę, a mogą tylko ludzie. Tylko Jezus rozumiał 

kanibalizm. Jest to najgłębsze zbliżenie do drugiej istoty, wzięcie jej w 

siebie, przeniknięcie z nią, połączone z wyzwoleniem jej od jej części, 

wchłonięciem i wydaleniem. To więcej niż akt płciowy, dalej nie można 

pójść, bo dalej jest destrukcja człowieka, odebranie mu życia. Gdy ktoś z 

nas się na to zgodzi, nie wiadomo, jak będzie, tymczasem dbamy, aby nie 

uczynić mu krzywdy.

Było dobrze po północy, gdy zaczęło się zebranie-nabożeństwo. Było 

wino, dopuszczone przez guru, i na stosie śpiworów zasiadła Bóg okresu, 

w którym byłem. Inna dziewczyna usiadła u jej stóp, trzymała jej rękę, 

całowała i badała linie we wnętrzu dłoni. Podszedł chłopak ze świeżą 

strzykawką, zagłębił ją w żyłę bóstwa i wyciągnął z pięć centymetrów 

krwi. Uniósł, jakby naśladując moment podniesienia, do góry i wstrzyknął 

background image

do butelki kalifornijskiego wina. Potem wszyscy wypijaliśmy prosto z 

butelki po łyku, aż opróżniliśmy butelkę. Ofiara była spełniona. Teraz 

zaczęła się druga część: dowiadywanie się. Bóg wybrała jednego z 

chłopców jako medium prawdy, a guru dał mu do połknięcia tabletkę 

mescaliny. Oczekiwanie, aż narkotyk zacznie działać, wypełniła gra na 

flecie. Guru pokazuje mi blizny na dłoni.

— Kiedy byłem Bogiem, dozwalałem nawet na ścinanie skrawków 

mojego ciała. Potem zalepialiśmy plastrem i goiło się cudownie. Mamy 

jeszcze jeden obrzęd: dla tych, którzy zostają z nami, Ślub Adopcji, od 

którego stajemy się małżonkami, braćmi, siostrami, dziećmi, rodzicami 

sobie wzajem. Mam trzynaścioro rodziców — nieparzysta liczba, sześć 

żon i siedmiu mężów, trzynaścioro rodzeństwa i trzynaścioro dzieci. 

Jestem synem własnych dzieci i ojcem własnych rodziców, jestem bratem 

swoich żon. Czternaście razy w roku obchodzimy święto poczęcia każdego 

z nas. W Ameryce najwięcej stosunków odbywa się między dziewiątą a 

pierwszą w nocy, to są nasze godziny rytualne. „Począłeś się dla nas, nie z 

nas” — to słowa, które padają.

— Czy święto poczęcia przemienia się w coś, co byłoby momentem 

poczęcia?

— Nie. Każde z nas może stać się rodzicem biologicznym, by przekazać 

komunie — prawdziwym — matce i ojcu. Dlaczego nie jesteśmy piękni? 

Bo od pokoleń o małżeństwie decydowały pieniądze. Nie naturalny pociąg 

dwu piękności, ale skażona kalkulacja, dlatego nasze bogate prababki 

brzydule, skazane na bezpłodność, parzyły się i miały naszych dziadków.

Powstawaliśmy ze sztucznych krzyżówek.

background image

Nagle chłopak jakby budzi się.

— Pierwsze moje wizje — oznajmia spokojnym, relacjonującym głosem 

— są banalne: jakaś orientalność, wydaje mi się, że jesteście narkotyczną 

spelunką orientalną. Ale teraz meksykaniejecie. Jest w tym coś, z czego 

nie mogę się wycofać. Narkotyk jest narzucony mi z zewnątrz, całe życie 

jest mi obce, nie ma nic wspólnego ze mną takim, jakim jestem. Wy 

jesteście podszyci wręcz meksykańskością (zrzuca spodnie). O, moje 

spodnie są kuliste i toczą się (zrzuca koszulę), podobnie ołowiana koszula, 

łamliwa, piłkowata, wy jednak ciążycie ku pewnemu dolnemu 

zaokrągleniu, jesteście ósemkowato-gruszkowato-skrętni. Narkotyk 

wzbudza we mnie coś niemojego, niemojość. Teraz, wybaczcie, dzieje się 

z wami coś strasznego. Starzejecie się strasznie, ten pan i ta pani 

(wskazuje na guru i na Boga). Pół twarzy tego pana starzeje się szybciej, 

siwieje na moich oczach, zmarszczki, ach, jaki pan jest stary, jaki 

obrzydliwy, przepraszam za to, że mówię to tak szczerze: po prostu 

umieracie na moich oczach. Pan jest trupem, pan zaczyna się rozkładać, 

starsza część twarzy odpada panu od kości, a lewa daje znaki życia. Oko 

patrzy. Ale jak błagalnie! Ja panu nic nie robię, błagam pana, niech pan 

umiera. Nie umierajcie! Przecież wy jesteście opleceni jakąś grzybnią, 

korzonkami, przecież jesteście swoimi nagrobkami, błagam was, nie, to 

nie, błagam was, zlitujcie się, nie dajcie mi tego przeżywać (rzuca się do 

nich, szarpie ich z niezwykłą siłą), ach, z tych mumii, takich suchych, wy 

wychodzicie jednak. TO WY W DODATKU ISTNIEJECIE? (wybucha 

śmiechem). Wy jeszcze w dodatku istniejecie, czyli jesteście realiści. A 

byliście rzeźbami przyschłego sarkofagu. Drą się na strzępy wasze 

grobowce i przez dziury patrzycie na znak dodatkowego istnienia. Każda 

background image

rzecz jest zbyt oczywista, a wasze istnienie mnie zawstydza jako forma 

środowatości czy może czwartkowienia. Wypowiadam się w stylu obcym 

dla siebie, jak zawsze w życiu. Chcąc wam mówić, za bardzo kontroluję 

siebie, ale kontroluję także samokontrolę, są chwile, że jestem bliski 

całkowitego negatywnego, czysto teoretycznego odtworzenia 

rzeczywistości, bezbłędniejszego niż rzeczywiste. Teraz skierowuję wzrok 

na siebie w lustrze (żadnego lustra nie ma), jednak lustro to zastałem 

gotowe, stworzone przez innych ludzi. Jest formą z zewnątrz. Nie stłukę 

go, nie rozbiję, żeby się przebić dalej, ale odejdę od niego jako od 

narzędzia zbyt prymitywnego, przepraszam, ale dziękuję za lustro, weźcie 

je sobie, ono jest meblem. Pozbawiam się swojego odbicia i nie żałuję 

tego. Lustro ukazywało mi to, co było za moimi plecami, to, co jakby już 

było, zabierając mi przestrzeń przede mną, dając w zamian przestrzeń za 

mną. Pójdę w przeciwną stronę, chcę zobaczyć, co jest za nim. Trochę 

doktrynalnie odrzucam lustro. Zbyt kontroluję moją samokontrolę w 

narkotyku i aby wyzwolić się, muszę kontrolą samokontroli uzyskać zero 

wpływu na siebie. Jest to równanie mescalinowe różowe stopnia dwóch 

ptaków... Odrzuciłem lustro, a jeszcze w nim nic nie zobaczyłem. 

Odrzucenie odbicia to tylko chytry chwyt. Tak zwiewam przed sobą. Niby 

tak: ja o nic nie prosiłem, a macie mnie na świecie. Nawiasem mówiąc, w 

tej chwili słowo „hohoho” wyrasta bardzo wysoko, obok niego słowo „w 

ogóle” rośnie w oczach. Narkotyk jednoczy, ważę w tej chwili dwadzieścia 

jeden lat i mój lot jest wyrzeźbiony negatywnie w czarnym marmurze. 

Usuwając lustro chciałem usunąć siebie z widoku, to, że nie mam nic do 

powiedzenia. Dopiero to usunięcie, tę szczerbę opisać. Taką bajdę wam 

wymyśliła mama: Żeście się urodzili. Zmyśliła wam bajkę, że żyjecie, a 

background image

wy żyjecie, czyli wierzycie w nią. Ciąży mi ciężki zapach kolanowy, 

będący zwężeniem się na końcu harmonijki. Świat stwarza się na moich 

oczach: granatowo-kryształowy, albo teraz: wszechnapędzający się 

trybowy, składacie się z pędzących trybów i zaraz stajecie się 

drukarsko-reklamowi, jesteście napisani literami dużymi, a teraz małymi 

czcionkami, mrowią się wasze twarze czcionkami i zaraz precyzyjnie 

wzrasta w każde miejsce rozwidlony miliardy razy korzeń.

Proces, któremu jesteście poddani, jest czwartkowatą schodkowatością, 

jest śmiesznym, wszechogarniającym procesem gramatycznym, 

smakowatym, sraniowato-świetlistym, haftowanym z maleńkich 

krzyżyków, wyszywany wszędzie. Jest to deseń przenikający świat, znak 

firmowy wodnoświetlny, jest to samo co konsekwentne bycie stopą. 

Narkotyk jest zabawką strasznie poważną. Taka nieznośna radość. 

Narkotyk to jest: aniśpitotoaninieśpi. Nie śpię, ale nie mogę się obudzić, 

jakimś tunelem chcę do was wrócić, szarpię się. Jezu, nie mogę. W 

płynnym krysztale taflowym, lepkim, świetlistym, mocnym jak ręka draba. 

„To toto” — to ty. „Toto” — ja sam, to coś tylko toto. Jakaś 

bezosobowość.

Znów widzę siebie, mimo wysiłków usunięcia. Widzę siebie milion razy, 

wszystkie przejrzenia w lustrze, jedno po drugim, twarz jedzie w zamianie 

szalenie szybko. Gniję, ale oczy mam wołające. Wybaczcie, wybaczcie. 

Jest spiczasto i logicznie, jest bezbłędnie. Dwie wielkie liczby płyną 

oceanem. Głos unosi mnie i niesie do drugiego głosu, który ma małą 

kaleką rączkę sumienia (pada na klęczki): Jezu, to naświetlenie narasta, 

jakby lustro podświetlone od dołu i zalane światłem od przodu, jest tafla 

świetlista i zjawia się źródło światła, po prawej z dołu coraz mocniejsza. 

background image

Ono jedno jest z zewnątrz, wszystko, co wam mówiłem dotąd, było we 

mnie, tylko narkotyk zaczął obłędnie szybko to sumować jak sto maszyn, 

ale tego nie znam, jasność silna składająca się z pięciu rozjaśnień bije z 

dołu jakby z głębi świata, niedotykalnie, jedyna poza mną, co widziałem w 

życiu. (Podnosi się). A więc to jest faktem, widziałem światło. Mogę wam 

odpowiedzieć na wiele rzeczy. Mogę wam powiedzieć, że nigdzie nie ma 

waszych zmarłych. Przysięgam wam, wiem to w tej chwili. Chodzi o to, że 

tam gdzieś też ich nie ma. Byli tu i nie ma ich tam. Taki jest wynik. Trochę 

miałem nadziei, że z kimś się zobaczę. Ale nie mam odpowiedzi, więc 

tego kogoś nie ma.

Wiem teraz, jak wygląda Bóg. Widzę go dokładnie, ale jest to tylko jajo 

światła. Jest gruszkowato-zębowaty od dołu, zwężający się ku górze i 

zakończony jak cały świat, spiczasto. Jest prawidłowym i 

prawdopodobnym chytrym orłowaciejącym orłem, o teoretycznej budowie 

i dość wyszczerzono-zębnej dumie, czyli orłogruszką. Ptaczeje wszystko, 

produkuje się jednocześnie, ciągle i bez przerw. Tak świat powstaje.

Kto tu wchodzi (wchodzi jedna z dziewczyn). Przestraszyłem się, 

myślałem, że to ktoś obcy, a to tylko karaluch. A ty jesteś Murzynem o 

spalonej twarzy, w czarnym spalonym garniturze, sadzowej koszuli i 

siedzisz w szalenie niskiej, granatowej trawie (dotyka ziemi ręką). O, moja 

ręka też jest nisko, skoro dościga tak wielkiej niskości, czuję ohydny 

zachwyt.

background image

Jak umierają nieśmiertelni

część druga

Budzi mnie, że dom podskakuje, ściany jakby się rozchylają, sufit faluje, 

coś szarpie i targa nami, jest przedświt, słychać krzyki w sąsiedztwie, 

narasta niewytłumaczalny huk, fala uderza w ścianę jak w falochron, i 

rozpryskuje się na oknach. „To wychlusnęło basen, a huk to tysiące 

rozkołysanych basenów Los Angeles” — myślę.

Dzwoni telefon.

— Żyjecie? — pytają przyjaciele. — Jak dom? — i natychmiast 

rozłączają się i my dzwonimy do innych przyjaciół i zaraz jeszcze inni 

dzwonią do nas. Żyją wszyscy ludzie, których poznałem w Los Angeles. 

Potem, na parkingu w centrum Los Angeles, naprzeciw City Hall, pewien 

człowiek zaczepia wszystkich i pokazuje egzemplarz gazety sprzed kilku 

dni, wytarty od czytania, z zakreślonym jednym zdaniem w sprawozdaniu 

z procesu.

— Ona powiedziała w sądzie dzień przed trzęsieniem ziemi: „wierzę, że 

Manson jest tak potężny, że głos jego wstrząsnąłby tym budynkiem”. 

Trzęsienie ziemi to znak Mansona. Ostrzeżenie. Jeśli go skażą za czyny 

innych, potwierdzą jego nadludzką siłę. Przyznają mu boską władzę. To 

była jego wola, która nimi kierowała, jak może i panem, który przyjechał z 

daleka na ten proces. Gdyby kazał to zrobić mnie czy panu, musielibyśmy 

zabijać. Proces będzie ciągnął się przez całe życie Mansona, bo liczba jego 

zbrodni jest niezmierzona, on będzie je ujawniał kolejno i sprawiedliwość 

background image

będzie musiała go sądzić, aż zrujnuje to finanse stanu Kalifornia, bo już 

Manson kosztował miliony. Będzie to taka bajka jak Szeherezady, co 

wieczór dalszy ciąg nastąpi, aż Manson umrze i tak im ucieknie.

Kawałek dalej jest już skrzyżowanie ulic Spring i Tempie. Trzy 

dziewczyny, od pół roku mieszkające na tym rogu, u wejścia do pałacu 

sprawiedliwości Los Angeles, i które nie opuściły tego miejsca ani na 

chwilę, są.

— Można z wami rozmawiać? — pytam.

— Siądź przy nas i pytaj.

Siadam na krawężniku. Prawie piękna Sandy, dziewczyna o skórze 

spalonej, zgrubiałej od słońca, niemycia się, prawie wygarbowanej, na 

czole ma głęboko wyryty krzyż. Skóra goi się, boki krzyża są różowe, 

prześwieca kość.

— Czym to zrobiłaś? Dlaczego?

— Szpilką do włosów. Żeby utrwalić na całe życie.

— Samonapiętnowanie?

— Znak wyłączenia. Miejsce duchowej siły, które pozwala nam tu 

przetrwać. Ciągle go jątrzę.

— Czy prawdą jest, że uważacie, że Manson jest Chrystusem?

— Czyżbyś nie wiedział, kto to był Chrystus, i że on nie żyje od dawna 

czy też znajduje się w niebie?

— Wiem.

— Będziemy tu, dokąd nie skończy się proces i Charles Manson nie 

wyjdzie. Jesteśmy po to, żeby go przywitać. Czekamy na niego we dnie i 

background image

w nocy. Przyjdź i ty. Establishment nienawidzi młodzieży jako 

mniejszości. Manson nikogo nigdy nie zabił. Nigdy nie kazał nikogo 

zabić. To system zrobił z niego diabła, widowisko, bo Manson miał długie 

włosy, chodziło o to, żeby oskarżyć młodzież, żeby mieć broń przeciw 

niej.

— Kto zabił siedem osób w sierpniu w Kalifornii ?

— Nie wiemy. Skąd mamy wiedzieć? Nie naszą rzeczą jest znalezienie 

prawdziwych winnych. My oskarżamy oskarżycieli. Susan Atkins została 

wynaleziona przez policję. Chodziło o to, by zrobić wielką prowokację 

przeciw młodzieży. Rodzina Charliego się nadawała, bo Charlie był znany 

policji. Od dawna musiano go obserwować, nim dokonano wyboru. Potem 

nauczono Atkins przebiegu zbrodni, który zresztą przedtem widziała w TV, 

i wzbogacono o szczegóły, których nie wiedział nikt, a które policja znała, 

przez co jej zeznanie nabrało prawdopodobieństwa. Nauczyła się na 

pamięć i uwierzyła w to, wszystkie uwierzyły. Przedtem były przejęte 

tragedią Sharon, a teraz uwierzyły, że one tego dokonały i nigdy nikt ich 

nie przekona, samoobwiniają się pod wpływem histerii. I my po tylu 

miesiącach czasem szukamy w pamięci, czy nie zapomniałyśmy, że to my 

właśnie zrobiłyśmy, i czy nie trzeba zgłosić się, żeby je uwolniono.

— A przebieg procesu nie budzi w tobie obaw, że się mylisz?

— To wyreżyserowany kawałek teatru.

— Chodzisz tam?

— Moje miejsce jest tu. Czekam jedynej wieści: kiedy Charles ukaże się 

w tych drzwiach — pokazuje na wejście do pałacu sprawiedliwości.

— Zaśpiewacie mi swoją piosenkę?

background image

— Zanucimy i damy ci tekst. Mamy ostatni, musimy znów odbić.

Nucą łagodnymi głosami. Sandy wyjmuje z aktówki leżącej na chodniku 

skoroszyt, a z niego przedziurkowaną kartkę; kładzie swój autograf i 

podaje do podpisania Kitty. Brenda udziela akurat wywiadu 

przedstawicielowi telewizji.

CHARLEY

Niesprawiedliwość rządzi sprawiedliwością

Najostatniejszy z ludzi trzyma klucz

Piękno obróciło się w brzydotę

Jeśliby Bóg zdecydował się do Was przemówić

Wyobraź sobie co by powiedział:

Bez słów — hałasu — czy klątwy

zacząłby od zniszczenia Was

Wszystko jest kołem naokół którego kręci się

I wraca do ciebie tak szybko

Piekło naprawdę płonie

Szczyt jest dnem a pierwszy będzie ostatni

Księżyc i gwiazdy zawsze się równoważą

Krzyże zobaczycie niedługo

Jego miłość jest jedynym sprzymierzeniem

Jeśliby przeze mnie mogło przemówić

Słowa są wypowiadane i znikają

Czy jakieś wartości kiedykolwiek były

Z krzyża słuchaj piosenki

background image

Przyzywaj odwagę.

SANDY I KITTY

Wchodzę drzwiami, które wskazała Sandy. Czarna windziarka ma 

rakietowy styl prowadzenia windy. W kącie urzędnik ze skrzynią pełną 

dokumentów; to akta procesu Mansona i innych. Na ósmym piętrze 

wysiadamy. W lewo koniec korytarza zamknięty stołem, przy którym jest 

przejście dla jednej osoby. Pokazuję, jak co dzień, detektywowi paszport. 

Wpisuje moje nazwisko na listę i wydaje mi kartę nr 40 z tekstem: 

„Prosimy przeczytać przed wejściem na salę. Gdyby miejsce Panu 

wyznaczone było zajęte, prosimy nie mówić z osobą, która je zajęła, ale 

zwrócić się do służby porządkowej”. Za stołem opartych o ścianę sześciu 

umundurowanych policjantów. Jeden z nich podchodzi i wypowiada 

formułkę:

— Proszę stanąć w odległości metra od stołu i oprzeć się o niego płasko 

dłońmi. Przedtem proszę dokładnie opróżnić kieszenie.

Ogląda moje pióro, rozkręca, potem zaczyna rewizję: ramiona pod 

pachami, boki, wokół pasa, niżej, nogawki spodni. Jego ręce są delikatne i 

sprawne. Oddaje mi pióro.

Wchodzę do sali 816. Nie jest duża, 92 miejsca dla publiczności. Numer 

40 jest po prawej stronie, w środku. Uderza, że młodzi widzowie procesu 

zostali umiejscowieni w ostatnich trzech rzędach. Prasa siedzi w ławkach 

dla publiczności po lewej stronie. W pierwszym rzędzie rysowniczka 

telewizyjna. Za barierą po lewej: oskarżeni, adwokaci, stenotypistka, w 

środku sędzia, po prawej dwunastu przysięgłych, prokurator. Oskarżenie 

background image

popiera nie tylko stan Kalifornia, ale i rodzina Wojciecha F., która domaga 

się od Mansona miliona dolarów odszkodowania za śmierć Wojtka. Na 

ścianach ogromne plansze — to szkice sytuacyjne willi Polańskich i La 

Bianca. Na suficie wielkie wentylatory. Manson pochyla się w kierunku 

sędziego, wskazuje adwokata Kanarka, rozpartego w fotelu, i szepce coś 

niesłyszalnego, ale co usłyszały trzy dziewczyny, bo podnoszą wrzask; 

natychmiast strażnicy z pośpiechem wyprowadzają je. Jednocześnie wstają 

widzowie z ostatnich rzędów i gremialnie opuszczają salę; widowisko 

skończone. Kanarek układa się w fotelu, ostentacyjnie ziewając. To była 

scena należąca do codziennego rytuału procesu.

— Oskarżony wariat, obrońca klown, zbrodnia w nadmiarze nudna — 

powiedział mi jeden z widzów procesu, który przyjechał tu na urlop z 

Ohio do rodziny. Był w Disneylandzie, w teatrze i na procesie Mansona. 

Są na procesie dni, kiedy odtwarza się każdy gest morderców i ofiar. 

Umiem na pamięć wszystkie słowa, jakie padły. Są dni poświęcone 

filozofii Mansona. Nie chciał niczego powtórzyć, trzeba był odtwarzać z 

zeznań specjalnych świadków.

„W tej chwili — mówił Manson — wszyscy ludzie są kontrolowani, 

zaprogramowani przez ojca, żonę, państwo, dalszą rodzinę. Ja ich 

odprogramowuję, ścieram, aby byli kartką czystego papieru... Nie ma zła 

ani dobra. Nie ma słuszności ani niesłuszności. Śmierć nie istnieje. 

Człowiek tyle razy umiera, że nie ma nic złego w zabijaniu. Śmierć jest 

dziełem Boga, karą za urodzenie, zabijanie jest tylko przesunięciem w 

czasie czynu boskiego. Pojęcie człowieka nie istnieje”.

Dalej teoria nadczłowieka, którą w swoim pojęciu Manson zaczerpnął 

od Nietzschego i interpretował podobnie jak Hitler: że musi być rasa 

background image

wyższa. Jest nią według Mansona rasa czarna. Po wielkiej rzezi ma nastać 

w Ameryce prezydent czarny, ale on będzie białym służyć. Wytworzy się 

typ czarnych niewolników-kierowników. W czasie rzezi Manson ukryje się 

w czeluści pod pustynią i przeżyje. Usłyszał na płycie Beatlesów znak: 

można wyraźnie odczytać słowo „powstańcie”. Na pytanie, kim jest, 

Manson odpowiedział: „Mogę być Jezusem, mogę być diabłem”. „Jestem 

kimś o tysiącu twarzy. Ile ludzi znam, tyloma ludźmi jestem”.

Dzień, kiedy zeznawała Susan Atkins, obciążona przez swoje 

poprzednie zeznania („Kiedy Sharon prosiła: «Zostawcie mnie dla mojego 

dziecka» — odpowiedziałam: «Kurwo, za chwilę umrzesz. Gdzie mam cię 

uderzyć? W brzuch?» «Nie» — odpowiedziała Sharon. «W piersi?» — 

Uderzyłam. Sharon krzyknęła. Ile razy krzyknęła, tyle razy dostała 

uderzenie”). Ale tego dnia mówi:

— Nie znałam nikogo z nich. Nie wiedziałam, kto mieszka w tym domu. 

To nie miało znaczenia. Ktokolwiek by to był, musiał umrzeć. Ale ja nie 

miałam uczucia gniewu ani nienawiści do nikogo z tych nieznanych. JA 

ICH NAPRAWDĘ KOCHAŁAM. Byłam na szczycie mojej miłości. Czy 

śmierć, czy życie jest jednym ruchem. Nie czuję się winna, że to zrobiłam.

Potem wyjaśnia motyw, dlaczego zgłosiła się do policji:

— Żal mi było niewinnie podejrzanego o nasze zbrodnie człowieka. 

(„Piga” — przyp. mój). Ale zbrodnia nie dotyczy Mansona, bo to była zbyt 

mała rzecz jak na niego.

Prokurator Bugliosi pyta ją, czy uważała Mansona za Chrystusa, który 

po raz drugi wrócił na ziemię.

— Może tak, może nie — odpowiada — ale według mnie był bogiem.

background image

W tym momencie jakiś człowiek na sali, niedaleko mnie, zaczął 

zdradzać podniecenie, coś mówić coraz głośniej. Dwaj strażnicy podeszli 

do niego, wzięli go pod pachy, podnieśli z fotela i wyprowadzili. Na 

korytarzu przyznał, że jest Anty-Mansonem, czyli Anty-Antychrystem.

Tego dnia dostaję pismo od szefa więzienia odmawiające mi tymczasem, 

jak wszystkim, na mocy postanowienia sądu, aż do zapadnięcia 

prawomocnego wyroku, widzenia z Mansonem. Oznacza to, że nigdy, bo 

nie mogę czekać. Jeszcze kilka dni przedtem doszły mnie przez psychiatrę 

D., który pomagał mi starać się o widzenie, „przecieki”, że Manson, który 

do momentu decyzji sądu odrzucił kilka tysięcy próśb o rozmowę, 

chciałby rozmawiać, przekazać pewne nowe przemyślenia, poznać kogoś 

nowego. Była też nadzieja wobec faktu, że publikacja nie ukazałaby się w 

Ameryce ani w żadnym z krajów zachodnich, a więc nie miałaby 

znaczenia dla biegu procesu.

— Pewne rzeczy właściwie są ogólnie wiadome — mówi doktor D. — 

nie są tajemnicą. Nie zajmowano się tym, czy jest on hipnotyzerem. Moi 

znakomici koledzy orzekli, że tajemnica wpływu Mansona na dziewczęta 

polegała na tym, że był on substytutem ich ojców. Odczuwały kompleks 

sieroctwa, jaki pojawił się w nowoczesnej cywilizacji także u dzieci 

mających rodziców. Wobec chłopców uważały się za brzydkie, 

nieinteresujące. Manson rozładował oba kompleksy równocześnie, 

przywracając im poczucie pełnej wartości. Musiał zdwajać stawkę, aby 

zaspokoić ich głód ubóstwienia. Czy zetknął się pan z tym zjawiskiem w 

USA?

— Tak. Fanatycy Boba Dylana w Nowym Jorku w nocy analizujący po 

śmieciach przebieg jego dnia i zjadający resztki z ogryzionych przez niego 

background image

kości.

— Teraz, kiedy panu odmówiono, niech pan mi powie, o czym pan 

chciał mówić z Charliem?

— Miałem dla niego tylko jedno pytanie. Skoro zabijając wyzwala się 

duszę, dlaczego nie wyzwolił najpierw swoich wyznawców, a potem 

siebie? Jeszcze teraz w każdej chwili może się uwolnić wcześniej, niż 

wyzwoli go kat stanowy. Ale ja i tak wydedukowałem odpowiedź 

Mansona z tego, co głosił: „Najpierw starałem się wyzwolić możliwie 

wszystkich, a na końcu najbliższych i nas samych. Było to naszym 

obowiązkiem. Zabijając siebie odebralibyśmy tylu ludziom szansę 

śmierci”.

Dzwonię wielokrotnie na numer „dzień i noc” Irvinga Kanarka, 

sekretarka oddziela go od świata czterema słowami: „Pan rozumie? Teraz? 

Niemożliwe”. Dopiero psychiatra D. zapoznaje mnie z mecenasem L., 

swoim przyjacielem. Telefon mecenasa L., jego wstawiennictwo 

powoduje, że Kanarek wyraża zgodę na poświęcenie mi kwadransa. Jego 

biuro leży w pośledniej dzielnicy Los Angeles, za wzgórzami Świętej 

Moniki i mieści się w niedużym budynku. Wnętrze jest wręcz biedne. 

Biblioteka w korytarzu. Sekretariat maleńki, wejście prosto ze schodów. 

Bałagan. Kanarek zjawia się w brudnej koszuli i przeprasza, bo musi się 

umyć. Sekretarka wyjaśnia:

— Mój szef nie lubi odsiadywać. A właśnie dzisiejszą noc spędził w 

więzieniu skazany przez sędziego Oldera za niewłaściwe, jego zdaniem, 

odezwanie się.

— Pan Older powiedział, o ile nie mylę się, że niedługo panu 

background image

Kanarkowi będzie w równej mierze potrzebny obrońca jak Mansonowi. 

Czy nie uważa pani, że styl pana Kanarka jest wzorowany trochę na stylu 

dyrygenta Zubin Mechty? Noszą nawet takiego samego koloru niebieskie 

garnitury.

— My nie myślimy o tym. Ja trzymam palce na znak szczęścia — 

zakłada palec wskazujący na środkowy. — Jury obraduje tak długo, że 

mamy przeczucie, że to dobrze dla sprawy. Dodali jeszcze do tych 

miesięcy wielodniową debatę, czyli jest spór.

Wychodzi Kanarek. Nie zmienił koszuli, zaciąga pętelkę krawata. To 

inny człowiek niż ten w sądzie.

— Panie Kanarek, chciałbym wiedzieć, czy jest pan przekonany, że 

Manson podaje rzeczywiste motywy zbrodni w willi Polańskich.

— Ani słowa na ten temat. Obowiązuje mnie jak najsurowszy zakaz 

sądu, którego przestrzegam tym bardziej, że wszystko, co się pisze, obraca 

się przeciw mojemu klientowi.

— A o tym, jak doszło do tego, że pan jest jego obrońcą, a on nie uznaje 

pana?

— Ani słowa.

— A osobowość Mansona?

— Ani słowa. Dopóki nie uprawomocni się wyrok. Niech pan poczeka 

w Stanach, porozmawiamy. A teraz ja mam prośbę do pana. Jeśli pan jest 

samochodem, czy nie zawiózłby mnie pan kilka bloków dalej?

Jedziemy ze znajomym, który mi towarzyszy. Kanarek nie wie, że ów 

człowiek, Marek N., był jednym z najbliższych przyjaciół Wojtka 

background image

zamordowanego przez Mansona, którego Kanarek broni. Skąd też wie, czy 

nie jesteśmy przyjaciółmi Mansona i czy nie porwiemy go jako 

zakładnika? Takiego pytania nie można zadać, bo można narazić się na 

nieobliczalne konsekwencje. W czasie gdy czekamy pod biurowcem, gdzie 

wszedł Kanarek, obmyślam pytanie, dostatecznie ostrożne, a zarazem 

przejrzyste i konsultuję je z Markiem N.

— Panie mecenasie — pytam — niedawno zaginął jeden z adwokatów 

występujących obok pana w procesie. Dotąd nie wyjaśniła się przyczyna 

jego śmierci i nie znalazło się jego ciało. Czy nie czuje się pan również 

zagrożony osobiście, kiedy tak pan porusza się po Los Angeles? Zarówno 

przyjaciele, jak i wrogowie Mansona mogą być dla pana groźni.

— To jest fikcja, spekulacja. W okolicy, gdzie zginął ten adwokat, 

zginęło ostatnio dziewięć osób i tylko jedno ciało znaleziono. Trzeba znać 

pewne okolice Kalifornii, żeby sobie wyobrazić, jak to było. Tam są suche 

rzeki, które potwornie wzbierają w czasie deszczu, mają strome ściany i 

nie ma z nich ucieczki, a ciała znosi rzeka nie wiadomo gdzie.

— Panie Kanarek, ale przecież nie wszystko dzieje się, jak powinno. A 

bułeczka z LSD w Honolulu, czyli sprawa Rice'a?

— A tu już milczę.

— To może o sobie?

— Mój ojciec przywędrował z pana kraju. Pan daruję, ale nie wiem, z 

jakiej miejscowości. Mogę zapytać matki. Ja jestem inżynierem 

chemikiem. Potem skończyłem prawo i zająłem się prawami do 

wynalazków i odkryć, czyli business patentowy, to jest moja pierwsza 

sprawa w sądzie.

background image

W kilka dni potem mecenas L. podjeżdża pod dom, w którym 

mieszkam; to dzień rozprawy przeciwko Rice'owi. W drodze do sądu 

mecenas L. skarży się na psychiatrę D.: nie chodzi oczywiście o przyjaźń, 

bo przysięgali i w sądzie mogą być wrogami, ale Rice, który przysparza 

tak wielkich kłopotów także obronie, naprawdę jest chory. Jest chory na 

Mansona. Jego zbrodnia wynikła z utożsamienia z Mansonem, z urojenia, 

że jest Mansonem. Oświadczenie psychiatry D. jest jednoznaczne: idzie w 

kierunku, jakoby Rice był nieszczery, symulował.

Kiedy wprowadzają go na salę, też na ósmym piętrze, podobieństwo jest 

tak uderzające, że można pomyśleć, iż strażnicy pomylili więźniów. 

Skopiowany zarost, to samo spojrzenie, w którym skupiona jest ogromna 

siła woli, żeby to spojrzenie było pełne siły, ta sama chuderlawość ciała, na 

czole krzyż taki, jaki mają wycięte Sandy, Kitty i Brenda — znak związku 

z Mansonem. Mówi szeptem, nic nie słychać, przynoszą mu mikrofon. 

Okazuje się, że mówił, iż odrzuca obrońcę z urzędu, mecenasa L., i będzie 

bronił się sam, jak Manson.

— Adwokat — mówi — nawet jeśli subiektywnie jest uczciwy, jest 

zawodowcem, należy do zawodowego systemu sprawiedliwości, który 

odrzucam w całości.

— A pan uznaje tylko prywatny? — pyta go sędzia.

Sąd udaje się na naradę, w czasie której decyduje też pozwolić mi na 

wgląd w akta. Rice — to zawodowy pusher, czyli konik rozprowadzający 

narkotyki. Z. — była członkini rodziny Mansona, która zeznawała na 

procesie na jego niekorzyść, opisując życie w bandzie w Dolinie Śmierci. 

Jane — wspólniczka Rice'a — udaje miłość lesbijską do Z., obsypuje ją 

background image

prezentami, zaprasza na dwutygodniowy pobyt na Hawaje. Lecą 

samolotem, zamieszkują w ekskluzywnym i bardzo drogim hotelu w 

Honolulu. Towarzyszy im Rice. Rice i Jane codziennie prowadzą długie 

rozmowy telefoniczne z Kalifornią. Po tygodniu służba hotelowa znalazła 

Z. nieprzytomną w pokoju. Lekarze stwierdzili przedawkowanie LSD. 

Porcja była ogromna, ale chora zrzuciła część i to ją uratowało. Śledztwo 

wykazało, że kanapkę z szynką i śmiertelną porcją narkotyku podali Rice i 

Jane, licząc, że śmierć Z. będzie potraktowana jako śmierć narkomanki.

Akta są krótkie, lakoniczne, mówią tylko o zmowie i o czynie. Dlaczego 

jednak zawodowy przestępca nagle stał się wyznawcą Mansona, skąd wraz 

ze wspólniczką wzięli duże sumy pieniędzy na zorganizowanie zbrodni, do 

kogo dzwonili i z kim się porozumiewali w Kalifornii? Ci, którzy uważają, 

że sprawa jest jasna, mówią, że morderstwo było zemstą wyznawców 

Mansona, dokonaną po zeznaniach Z. Ale nie wiadomo, czy Z. zeznała 

wszystko, co wie. Najważniejszych dla kogoś rzeczy mogła nie 

powiedzieć, ale mogło to być przypadkowe — na przykład brak pytań na 

ten temat. Mogła budzić obawy, że przyciśnięta powie tę rzecz.

Gdy wyjeżdżamy z sądu, mecenas L. mówi, że odtrącenie go przez 

klienta jest dla niego bardzo cenne: klient postąpił identycznie jak 

Manson, potwierdzając swoją obsesję. W czasie jazdy dowiaduję się, że 

jeden ze znajomych mecenasa, producent filmowy z Hollywood, 

przeprowadził dwudziestodwugodzinny wywiad z Mansonem tuż przed 

wydaniem zakazu sądowego.

— Ten producent, Bob, robił to oficjalnie dlatego, że myślał o 

nakręceniu filmu. Ale nigdy to nie wyszło poza zamiary, nie było rozmów 

ze scenarzystami ani reżyserami. Czy Bob, że tak powiem, zawiódł się na 

background image

Mansonie — czy chodziło o coś innego: on zrobił to, żeby się przekonać, 

doświadczyć, bo nie mógł zrozumieć sprawy Mansona i nie mógł przeżyć 

absurdalności śmierci Sharon?

Na trzeci dzień, uzbrojony w magnetofon, zjawiam się w biurach Boba. 

Jest to ciąg salonów o srebrzonych ścianach lub ścianach będących 

obrazami malowanymi przez anonimowych twórców pod wpływem 

mescaliny i LSD.

— Odłóż — powiada Bob — ten magnetofon, nie ma co przegrywać. 

Takich rozmów jak z Mansonem nie wolno rejestrować. Manson chciałby 

od razu mówić do potomności. Początek sprawy był taki: piszę do 

Mansona list. Otrzymuję odpowiedź, której fotokopię ci dam: „Spośród 

tysięcy listów, w których ludzie proszą mnie o rozmowę, wybrałem pański, 

bo jest na miłym papierze” — tu Bob wyjmuje firmowy papier swojej 

wytwórni; rzeczywiście imponujący: wielki biały ekran na niebieskim tle 

to miejsce na adres, adres przedsiębiorstwa bije jak światło z projektora. 

— Miałem z nim jedenaście rozmów po dwie godziny.

„Dlaczego każdemu inaczej wszystko mówisz? — pytam na wstępie. — 

Mam nadzieję, że mnie powiesz całkiem inną wersję twojego życia”. On 

od razu startuje do opowieści o rancho i rodzinie. „Miałem tyle pięknych 

dziewcząt...” „Manson, ja jestem producentem filmowym i to ja ci mogę 

opowiadać o dziewczętach, ładniejszych niż twoje brzydule, zresztą dziś 

każdy w Ameryce może mieć dużo dziewcząt”. Zaczęliśmy się trochę 

kłócić, ale Manson ma naprawdę dużo wdzięku, daje się lubić, i jedną jego 

tajemnicą, którą na pewno odkryłem, jest to, że on wie, że trzeba się 

ludźmi interesować, trzeba im dać mówić o sobie, że trzeba pamiętać o 

nich, zaskakiwać ich wiedzą o nich. On mówił mi o mnie, powiedział: 

background image

„Bob, opowiedz mi o swoim synu, ja myślę o nim i o tobie, i o twojej 

cudownej żonie”. Na mnie stosował tę magię, przeciwstawiając ją w walce 

mojemu zainteresowaniu nim.

Mało jest ludzi na świecie, których pochodzenie byłoby tak niejasne, a 

osoba ojca rozproszona, rozdzielona na tyle możliwych postaci. Nazwisko 

MANSON zinterpretujemy na Syn Człowieka (co on interpretuje na Syn 

Człowieczy, by nasuwało podobieństwo z Chrystusem), czyli każdy 

mógłby być jego ojcem, jego matka była młodocianą prostytutką o 

ogromnej klienteli i powodzeniu. Jest też „czystsza” wersja jej przeszłości: 

że była w miejscowości Ashland przynętą dla bandy, która zwabiała 

mężczyzn do meliny, gdzie ich szantażowano i obrabowywano. Jednak nie 

to było zawęźleniem dramatu. Jego matka, panna Medox, mając piętnaście 

lat i nie wiedząc, że jest w ciąży, poznała trzydziestodziewięcioletniego 

pułkownika nazwiskiem Scott, który zaproponował jej małżeństwo. Była 

to ogromna szansa dla panny Medox. Ale ona zauważywszy, że jest w 

ciąży, zerwała z pułkownikiem, mylnie oceniając swoje szanse, sądząc, że 

ten syn mieszczańskiej rodziny odtrąci ją. Żeby uchronić się od posiadania 

nieślubnego dziecka, wychodzi za innego swojego wielbiciela, 

kryminalistę Mansona. Kiedy Scott dowiaduje się o tym, w kilka dni 

potem żeni się z inną kobietą. Nie zrywają jednak całkiem kontaktu. Scott 

darzy sympatią małego Charlesa do tego stopnia, że spędza on weekendy z 

jego dziećmi w jego rezydencji.

Charlie dotknął luksusu, dotknął nieziszczonej możliwości swojego 

życia i nie wyszło mu to na dobre. Jednak największym jego 

nieszczęściem było, że matka, nie mając odwagi przyznać się przed sobą, 

że to ona popełniła błąd, obsesyjnie obciąża winą Charlesa, który był 

background image

wtedy w jej łonie. Tu jest początek: obwiniony w nienarodzeniu, jakby 

nosił w sobie potrzebę „zasłużenia” na to, co przecierpiał.

Manson staje się „dzieckiem gangu”. Żyje wśród bandytów 

otaczających matkę. Ojczym, wuj, kochankowie wracają i idą do więzień, 

zmieniają profesje przestępcze, gusty erotyczne, uwodzą też Charliego, co 

zostawia w nim nienawiść do homoseksualizmu i czyni go podwójnie 

nieszczęśliwym w więzieniach, ponieważ całe jego życie przebiegnie w 

absolutnej izolacji od społeczeństwa. Przeklęty przez matkę, realizuje swój 

los jakby według jej mściwych życzeń, kiedy był jeszcze w brzuchu tego 

potwora, bo dziś ta pani wiedzie cnotliwy mieszczański żywot z trzecim 

mężem i córką z drugiego małżeństwa. Oddaje Charliego z domu. 

Najpierw błąka się po jej krewnych, ale oni go nie chcą, dostaje się więc 

do przytułku dla chłopców bez rodziców, w Saint Louis, mającego 

niezwykle surowy regulamin, nacechowany fanatyczną i skrupulatną 

religijnością. Z tego miejsca trafia, przekazany bezpośrednio z rąk do rąk, 

do domu poprawczego. Ale w domach poprawczych go nie chcą, za 

pomocą różnych kruczków pozbywają się go, wędruje pod eskortą ze 

stanu do stanu. Tylko wtedy i w czasie krótkich ucieczek ogląda świat: 

kobiety, samochody, lasy. Z poprawczaka zostaje przekazany za 

pokwitowaniem do więzienia. Od tej chwili prawie go nie opuszcza.

Proces o zabójstwo Tate — La Bianca był trzydziestym ósmym w jego 

życiu, a czeka go jeszcze jeden, może nie ostatni. Z trzydziestu siedmiu 

lat, które ma teraz, Manson spędził dwadzieścia cztery lata w zakładach 

zamkniętych. Był najdzikszym z ludzi: nie umiał telefonować, prowadzić 

samochodu, nie miał spotkań z innymi ludźmi niż ci, z którymi musiał żyć 

w celi. Nigdy o siebie się nie troszczył, bo robiły to administracje 

background image

więzienne, nigdy nie działał. Materiał, z którego konstruował w 

wyobrażeniach świat, to była ściana, prycza, kibel. „Zawsze byłem w 

pokoju tortur. Jestem małym człowiekiem, który nie chce brać nic z tego 

pokręconego świata, nie interesuje mnie, co świat myśli i robi” — 

powiedział. Jedynym jego działaniem były rozmowy. Na nich spędził 

życie. Mało kto umie tak rozmawiać jak Manson. Tylko ciągle odmienia 

słowo „krew”. Manson, wątły fizycznie, musiał wiele przecierpieć od 

współwięźniów i, być może, był odtrącony przez amerykańskie 

gangsterskie podziemie więzienne, ludzi najbrutalniejszych, jakich dotąd 

wydał świat. Te rzeczy są niejasne — według niektórych był ich zaufanym 

człowiekiem i na nich trenował instynkt wodzowski. Ta wersja ma cechy 

prawdopodobieństwa, ponieważ Manson był związany z gangiem, który 

kradzione luksusowe i nowe samochody marek amerykańskich przerzucał 

za granicę. Jednocześnie uderza ilość wpadek Mansona. Był jeszcze 

bardziej profesjonalnym więźniem niż złodziejem. Może dlatego tak łatwo 

wpadał przy kradzieżach i napadach, że podświadomie chciał być złapany 

i wrócić do więzienia, bo bał się być na zewnątrz. Doktor psychiatrii D. 

poszedłby dalej: było to odtworzenie lęku przed opuszczeniem łona matki, 

która go nienawidziła, i wyjście na zewnątrz — w jej jeszcze większą 

władzę.

W pewnym momencie zwrócił się ku religijności wyuczonej w 

zakładzie. Nie był jednak pilnym uczniem i jego wiedza o religii i mistyce 

pozostała powierzchowna. Manson mógł imponować w więzieniu czy 

swoim brzydulom. On nie hipnotyzował ich. On im dał wiele: „życie z 

Mansonem było grą”. „Po raz pierwszy w życiu znalazłam zadowolenie 

wewnętrzne i wewnętrzny spokój” — mówiły. Zastąpił im wszystko, 

background image

czego nie miały, i one mu zastąpiły to, czego nie miał. Był plagiatorem, 

onanistą i kiblarzem. Prasa kupiła go, żeby być sprzedawana. Gdyby raz 

wszedł na uniwersytet, byłby wyśmiany. Biorąc określenie ze słownika 

rasowego można go nazwać oktriointeligentem (jedna ósma inteligenta). 

Przywłaszczył sobie modny styl kontestatorów. To, co uważa za jedyną 

swoją własność, jest żałosnym zlepkiem myśli innych ludzi, myśli, których 

nie rozumiał, bo były wyrwane z kontekstu, którego nie znał. Przyznał, że 

jego ideologia była mieszaniną i d e o l o g i i  Beatlesów i Nietzschego. 

Zna piosenki, ale nie zna Nietzschego. Był w jakimś sensie podobny do 

Hitlera: kazał umierać ludziom za rzeczy, których znaczenie wynikało z 

łatwej do podważenia głupoty. To ja byłem człowiekiem, który powiedział 

mu o obozach koncentracyjnych. Dotąd o nich nie wiedział. Poczuł się 

jakby okradziony z pomysłu. „Manson, ty nie znasz świata do dziś, ani nie 

uczyłeś się, ani nie żyłeś. Odpowiadasz za morderstwa, ale nawet tego nie 

zrobiłeś, wysłałeś innych” — powiedziałem mu i sam byłem 

rozczarowany. Znikła magia, śmierć Sharon i innych ukazała się w świetle 

jeszcze bardziej żałosnym i absurdalnym, a prawda znana od siedmiu 

tysięcy lat z Biblii, że u źródeł zła był grzech pierworodny, cielesny, 

przekleństwo, które pociągnęło lawinę i innemu dziecku w łonie matki, 

dziecku, któremu śpiewano kołysanki, nim ujrzało świat, odebrało 

istnienie — kończy producent filmowy.

Kiedy rozmawiałem z rodziną jednego z sędziów przysięgłych, mówili:

— Jesteśmy ostatnimi ofiarami Mansona, rozdzieleni z najbliższymi. 

Wolno nam, żonom, odwiedzać mężów, a mężom żony w hotelu tylko raz 

w tygodniu. Mogę panu to powiedzieć: rodzą się zwykłe ludzkie 

pragnienia, których nie można zaspokoić. Oni są bardziej więźniami niż 

background image

Manson; jego wyrzucają z sali, kiedy zechce, prowokując sąd, oni muszą 

siedzieć cały czas, a potem są więzieni przez podobnych strażników, na 

szóstym piętrze Hotelu „Ambasador”. Odcięci od wszystkiego, nabijają 

sobie coraz bardziej głowę tą sprawą. Czy wyjdą normalni?

Pani, z którą rozmawiam, nie chce mi powiedzieć nic więcej.

— Naprawdę, mój mąż nigdy w czasie wizyt nic mi nie powiedział. 

Przestrzega przysięgi.

Już wiele dni obradują przysięgli i napięcie wzrasta. Pewnego wieczora 

u drzwi rezydencji, w której mieszkam, dzwonek: dwoje ludzi z komuny, 

w której często bywałem. Dziś dwanaścioro jej członków wcieli się w 

dwunastu przysięgłych i wyda swój wyrok na Mansona. W salonie 

ogołoconym ze wszystkich sprzętów zasiada sąd.

— Między wojną w Wietnamie a osobą Mansona istnieje ścisły związek. 

Zrobienie przez establishment z prawie czterdziestoletniego kryminalisty 

— młodzieżowego kontestatora było chwytem w walce z młodzieżą 

walczącą. Chodziło o to, aby obraz każdego protestującego czy 

długowłosego w świadomości klas średnich łączył się z Mansonem. Stąd 

podejrzana rola Mansona. Czy nie był na usługach policji? To 

prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego nieustanną zależność od władz. 

Czy nie dokonał zbrodni na zlecenie policji, która wybrała miejsce, gdzie 

aż trzy sławne osoby dawały gwarancję rozgłosu?

Stawiają dylemat: „Skazanie Mansona to przyznanie mu statusu Boga. 

Uniewinnienie to likwidacja wartości ludzkich”.

Scholastyczna dyskusja, abstrahująca od okoliczności, logiczna zabawa. 

Wszyscy, dwunastu, są przeciwnikami kary śmierci. Juror Luciano mówi:

background image

— Kara śmierci nie da się zastosować wobec Mansona, jest bowiem 

zbyt łagodna.

Zimowy dzień, kiedy zapada prawdziwy wyrok, jest upalniejszy niż 

jakikolwiek dzień lata w Polsce, wieje wiatr z pustyni zwany wiatrem 

świętej Anny. Tłumy gromadzą się u wejścia do pałacu sądów. 

Establishment oddzielony niewidoczną linią po prawej stronie wejścia, 

młodzież, hippies — po lewej, zwolennicy Mansona wokół trzech 

dziewcząt. Wchodzimy służbowym wejściem z mecenasem L. Rewidują 

nawet jego. Żadne inne sprawy się nie toczą. „Winien” — słyszymy i 

wychodzimy.

— Więc jest bogiem — mówi człowiek, który pokazywał mi gazetę.

Nadszedł czas mojego odjazdu z Kalifornii. Nim wyjadę, umawiam się z 

kilkoma osobami. Pierwszą z nich jest Marek N., z którym byłem u 

Kanarka, przyjaciel Marka Hłaski, Krzysztofa Komedy, Wojtka i Sharon. 

Marek N. jest człowiekiem, który żyje wyłącznie tą sprawą. Nie pracuje, 

rozpatruje bez końca wszystkie okoliczności, poszukując jakiejś 

prawidłowości. Z nim odbywam pielgrzymkę po wszystkich miejscach, 

gdzie bohaterowie historii żyli i umierali. Dzięki niemu oglądam film 

„Dolina lalek”, który stał się początkiem sławy Sharon Tate i w którym 

pierwszy raz ujrzał ją Polański. Akcja filmu toczy się w domu 

identycznym jak ten w Drodze do Nieba

*

 i kończy się śmiercią bohaterki 

granej przez Sharon. W ogrodzie zjawia się policja, karetki, ciało 

bohaterki, przykryte kocem, wywożą na wózeczku między krzewami róż.

— To jest dokładna projekcja sceny, która się miała wydarzyć za trzy 

lata. Nawet rozmieszczenie policjantów i kierunek jazdy wózka.

background image

Potem pokazuje mi muzeum pamiątek: kamizelkę Hłaski zostawioną 

przed śmiercią, a w niej paczkę papierosów Gaulois, słoik z liśćmi 

laurowymi, których nie zdążyła użyć Sharon Tate, a lubiła dodawać je do 

potraw, z małą aluzją do laurów ją zdobiących. Opowiada mi o 

pośmiertnych rękopisach Marka Hłaski, których zagłada była tak 

amerykańska: zostały zmiażdżone w maszynie robiącej z samochodu 

kostkę metalu, wraz z wozem Marka zabranym przez policję i oddanym na 

złom. Szuka prawidłowości, która wyjaśniłaby ciąg tych śmierci: Hłasko 

— biały Murzyn pije w Ameryce więcej niż kiedykolwiek. Wpycha Marka 

N. w środek lustra: „Nie wystarcza mi twoje odbicie, ty musisz być tam, za 

szkłem”. W kilka dni potem zwala się z Komedą ze zbocza wąwozu. „Jeśli 

Krzysio umrze, to i ja pójdę” — mówi Markowi N. Marek N. pokazuje mi 

15 stronę książki „Nawrócony w Jaffie”: „Każdy samobójca ma własną 

wizję śmierci... są tacy, którzy zabijają się w gniewie, to ludzie, którzy się 

wściekli albo których spotkało straszne nieszczęście” — i dodaje:

— Po śmierci Hłaski, Komedy Wojtek uważał, że nadeszła kolej na 

niego. „Oni są już wyzwoleni”. Uznał to za pretekst, aby próbować 

przekroczyć tę granicę bez śmierci, dzięki narkotykom. Był jakby 

pogodzony ze śmiercią jako następny w szeregu, rozbrojony, jakby już nie 

całkiem żyjący, trochę po tamtej stronie. Myślę tylko o nich — kończy 

Marek N. — których straciłem, i to tworzy prawidłowość: teraz ja upiję się 

i gdzieś na autostradzie rąbnę w kogoś i tak się skończy.

Dzięki Markowi N. poznaję innego przyjaciela Wojtka, który zażył 

mescaliny, żeby wcielić się w niego, odtworzyć sobie ostatnie chwile jego 

życia.

— Ale w chwili gdy już wydawało mi się, że powinni nadejść mordercy 

background image

— mówi — oni nie nadchodzili, a ja zapomniałem, o co mam ich zapytać, 

a raczej nie znałem już pojęcia, z którym związane było to pytanie, zegarki 

wydawały mi się maszynkami naręcznymi, kręcącymi się w kółko i bez 

sensu. Potem moi przewodnicy próbowali mnie namówić, żebym wcielał 

się w Mansona „na haju”, ale ja nie zapomniałem kto to, wtedy wszedłem 

w siebie.

Kilka dni potem w domu Marka N. dochodzi do spotkania z Witoldem 

K. W pierwszej części tego reportażu był podwójnie zaszyfrowany: pod 

literami S.L. i jako „polski pisarz”. Zażądały tego osoby, które udostępniły 

mi jego listy. Witold K. to polski malarz, którego wystawę w Paryżu 

otwierał Malraux, a wstęp do albumu z jego grafiką napisał Jacques 

Prévert. W swojej galerii w Beverly Hills mówi mi Witold K.:

— Sharon dręczyły koszmary: poduszka, którą wypychano suknie na 

brzuchu w czasie kręcenia „Rosemary's Baby” i scena, kiedy okazuje się, 

że bohaterka urodziła diabła. Bała się tego dziecka, żeby jej nie zrobiło 

najgorszego: że będzie nienormalne. W szóstym miesiącu ciąży prosiła, 

żeby ją już zabrać do szpitala. Chciała się tam schronić przed niewiadomą 

siłą. Każdy wynająłby detektywów, ale Polański miał Wojtka. Zawsze: w 

filmach Polańskiego i w życiu był ratownikiem i opiekunem. Na Drodze 

do Nieba, gdzie film niedostrzeżenie przechodził w życie, objął funkcję 

body-guarda. Wojtek zaczął jednocześnie realizować swoje marzenia, żeby 

zostać artystą. Zaczął konstruować wizje z narkotyków. Mescalinę, LSD, 

kokainę, heroinę, opium dozował, jakby były farbami. Jego sztuki nie znał 

nikt poza nim. Odcięty, nie opisywał świata, który tworzył. Raz tylko 

ujrzał w lustrze zamiast siebie mordercę, który wyciągał rękę, żeby go 

zabić. Wojtek zaczął uciekać z salonu przez ogród, do basenu i wskoczył 

background image

do wody.

Godzinami pływał, w przeciwną stronę niż wskazówki zegara, pijąc 

szampana. Obstawiał basen pustymi butelkami, które znaczyły ilość 

okrążeń. Zarazem jako gospodarz willi coraz bardziej utożsamiał się z 

nieobecnym Polańskim. Ludzie, z którymi zaprzyjaźnił się, zachowywali 

się niepokojąco. Byli to ludzie, którzy dostarczali Wojtkowi narkotyków. 

Jego poznanie z Gibi Folger, córką króla kawy, nie było przypadkowe, jak 

się sądzi. Wojtek wraz z kolegą u pokątnego adwokata będącego w spółce 

z autorem kronik towarzyskich zdobyli wgląd w kartotekę niezamężnych 

córek bardzo bogatych ludzi USA. Wybór padł na Gibi Folger. Z danych 

wynikało: jedna z najbogatszych, niebrzydka i niemieszczańska. Był 

„pierwszym mężczyzną o tak wielkim uroku, jakiego spotkała w życiu” — 

jak sama mówiła — który w dodatku zwrócił na nią uwagę. Gibi z 

wdzięczności pokochała go nieprawdopodobną miłością. Nie była 

brzydka, ale nie miała sex-appealu. Wojtek znienawidził ją, bił, a zarazem 

ulegał jej władzy. Gibi, która wzruszała się losem biednych, działała jako 

„pracownik socjalny” w biednych dzielnicach (największym jej 

osiągnięciem było obdarowanie całej dzielnicy murzyńskiej Los Angeles 

ojcowską kawą na święta). Z Wojtkiem rozgrywała sprawy w sposób 

bezlitosny. Wpychała go w narkomanię, uzależniając go w ten sposób od 

siebie, bo ona finansowała zakupy. Wojtek pogrążając się w swoich 

wizjach — choć nieobecny — był zawsze przy niej. Kupiła mu Pontiaca, 

bo jego ojciec w Polsce też miał Pontiaca. Z natury skąpa, mimo że żyła z 

odsetek kapitału, jaki ojciec rozwodząc się z jej matką wypłacił jej, 

żałowała pieniędzy. Ona sama też zaczęła brać. W tym czasie narkotyki 

bardzo zdrożały z powodu nasilenia działania policji. Wojtek potrzebował 

background image

ich więcej i różnorodnych, dla twórczości. Zaczął w tajemnicy przed Gibi 

zadłużać się u koników. Jednego z nich, „Piga”, Wojtek umieścił nawet w 

mieszkaniu swoim i Gibi, które zwolnili przenosząc się do willi 

Polańskich. Za konikami zaczęli się zjawiać, zachęceni bogactwem willi, 

szczodrością jej gospodarza, Wojtka, i tym, że willa była poza zasięgiem 

obserwacji policji — ludzie z wyższych szczebli gangu handlarzy 

narkotyków. Dużo się mówi w Kalifornii o strukturze i wpływach gangu 

handlarzy narkotyków wśród ludzi, którzy je kupują choćby od czasu do 

czasu. Według tego, co mówi się w Hollywood, struktury te są inne niż w 

czasie prohibicji, czterostopniowe o kształcie stożka. Mówi się też, że ci są 

doskonalsi w działaniu od gangsterów alkoholowych. Ale podobieństw z 

okresem prohibicji jest wiele: przede wszystkim nowa szansa dla 

przestępstw i gangsterów, by infiltrować środowisko ludzi wpływowych i 

bogatych. Zaczęło się w San Francisco od hippies: nareszcie mieli w łapie 

bogate, głupie dzieci. Teraz rozszerza się na Los Angeles. Wszyscy, którzy 

kupują choćby „trawę” — marihuanę, boją się wpadki i szantażu. Byłem 

kiedyś świadkiem, jak koniki „na haju” wkroczyli do eleganckiego domu i 

zażądali narkotyków z transportu, który kilka dni temu dostarczyli, 

odebrali go na oczach wszystkich, zażyli i bez słowa sprzeciwu 

gospodarzy wyszli. Natomiast trzeci i czwarty stopień rakiety gangu szuka 

kontaktów towarzyskich, żeby w miarę wzrostu narkomanii i zysków 

zadomowić się w najlepszych towarzystwach i zyskać możność lokaty 

kapitałów w uczciwych branżach — a potem kontrolować je. Badają oni 

grunt przez drugi stopień i tacy ludzie zaczęli bywać, a nawet nocować w 

willi Polańskich. Wojtek równocześnie z eksperymentami artystycznymi 

zaczął marzyć o businessie narkotycznym. W Kanadzie uzyskano nowy 

background image

środek odurzający. Wojtek chciał zostać jego głównym dystrybutorem na 

Kalifornię. Licząc, że wejdzie do gangu, poił, karmił i zabawiał dwóch 

gangsterów, którzy coraz częściej nocowali w willi Polańskich. Ci ludzie 

nawet nie kryli, że bywają w Indiach, w Bejrucie, w Tokio, i to trzema 

drogami, mówili o tym przy mnie. Wojtek dopowiedział mi, że na 

fałszywych paszportach. Prawdopodobnie ukrywali się przed policją, bo 

żaden z nich nie wyjeżdżał z willi przed 5.30 rano z obawy przed nocnymi 

patrolami. Jednak nie okazywali chęci przyjęcia Wojtka do gangu, udawali 

też, że zależy im na melinie, w gruncie rzeczy interesowały ich tylko 

osoby: córka miliardera, aktorka i słynny reżyser. Wojtek wypytywał ich, 

ile kosztuje wynajęcie mordercy. Odpowiedzieli: „zależy, kogo trzeba 

zabić. Dla małej rybki bierze się małego szczupaka, wtedy 400—500 

dolarów za łebka”.

Spotkanie w klubie francuskim Wojtka z Folgerem jr, którego rodzina 

wysłała, by wyperswadował Wojtkowi związek z Gibi, i zakończone 

zwycięstwem Wojtka, miało dalsze reperkusje. Wojtek ciągle „na haju”, 

ciągle „stone”, agresywny, zaczął myśleć o natychmiastowym zagarnięciu 

całej fortuny Folgerów. Na drodze stał Folger miliarder i Folger jr. Mówił 

o niecofaniu się przed niczym, o wyzwoleniu ich z bogactwa przez 

zapewnienie całego Gibi. Nie krył tego przed Gibi i Gibi zaczynała się 

bać, chyba tylko o siebie. Sam zaczynał nie przywiązywać wagi do 

swojego życia, mówił o „wyzwoleniu”, tworzyła się sytuacja groźna dla 

Wojtka, był zagrożony losem podobnym do tego, jaki spotkał Mansona. 

Wojtkowi Manson by imponował. Kto wie, czy dziewczęta, gdyby znały 

Wojtka, nie opuściłyby dla niego Mansona? W jakiś sposób w tym, co 

mówił, jak wyglądał ze swoim zarostem i spojrzeniem zmienionym od 

background image

narkotyków, był na drodze do upodobnienia się do niego. W zagadkowy 

sposób drogi ich zaczęły zbliżać się do siebie. Czy kiedykolwiek się 

zetknęli? Ja i wszyscy ci, którzy byli stałymi gośćmi na Drodze do Nieba, 

jesteśmy prawie pewni, że nigdy tam go nie widzieliśmy. Nie 

przypominamy sobie, żeby kiedykolwiek o nim była mowa.

— Jednak panna Kasabian zeznała przy mnie na sali sądowej, że 

Manson był dwa razy u Sharon Tate. „Nie może tu być zbiegu 

okoliczności” — dodała. Przed procesem „Los Angeles Times” podawał, 

że Sharon Tate odwiedzała farmę w Dolinie Śmierci.

— To nie było w jej stylu — odpowiada Witold K. — Poza przyjęciami 

hollywoodzkimi w ogóle nie bywała. Była to amerykańska dziewczyna, 

dobra, pracowita, świetnie gotująca. Nie szukała mocnych wrażeń, raczej 

bała się takich rzeczy. Zastanawia mnie jednak, i to jest bardzo ważny 

moment w moim rozumowaniu, dlaczego Wojtek tak bardzo nalegał na to, 

żebyśmy ja i Stanisław Wohl przyszli do nich wtedy wieczorem. Nie mogę 

darować sobie; gdybym był, wydarzenia musiałyby mieć choć trochę inny 

przebieg.

— To samo mówi Wohl.

— Co Wojtka ostatecznie zgubiło: pragnienie zostania milionerem — 

chęć naśladowania ojca — czy Polańskiego — bycia artystą? To, co stało 

się potem udziałem Wojtka, było zwycięstwem nad wyobraźnią 

Polańskiego, ponieważ on nie wymyśliłby Mansona, jak on wymyślił 

siebie, i nie połączyłby tej postaci z postacią Wojtka w tak zawęźlony 

dramat. Wojtek uważał Stany za kraj niezmiernie łatwy, stworzony dla 

niego. Nie widział różnicy między Łodzią i Hollywood, między 

background image

chuliganami z Bałut i gangiem narkotycznym. Osiem dni przed śmiercią 

przystąpił do tworzenia najważniejszego dzieła swojego życia: wielkiego 

panneau, gigantycznego fresku narkotycznego. Przez wiele dni był 

nieobecny, wewnątrz swojego dzieła. Moim zdaniem zjawienie się 

morderców było nieprzypadkowe, ale szansa ratunku była.

— Rozpatrywałem to, analizując materiały dowodowe — odpowiadam 

Witoldowi K. — W chwili gdy mordercy weszli do salonu Polańskich, 

Wojtek spał na kanapie. Obudził się i zapytał morderców: „która 

godzina?” Susan Atkins uważa, że wziął ich za przyjaciół. Tex (Watson) 

nie podaje mu godziny, tylko niedwuznacznie oznajmia, po co przyszli. 

Wojtek leży dalej na kanapie. Potem Atkins wiąże go ręcznikiem, ręce 

trzęsą się jej tak, że nie może zacisnąć węzła. „A on po prostu był tak 

osłupiały, że leżał i nie protestował” — zeznaje Atkins. Wojtek jakby nie 

wierzy w to, co widzi, i w kółko dopytuje Watsona, czego chce, aż ten, 

zniecierpliwiony, odpowiada słowami Mansona: „Jestem diabłem i mam 

diabelską sprawę”. Dopiero po zastrzeleniu Sebringa, po słowach Sharon: 

„Mój Boże, tylko nie to”, Wojtek zaczyna się wyswobadzać z ręcznika. 

Były chwile w czasie kwadransa walki, kiedy Abigall i Sharon, mimo że 

bezbronne, uzyskiwały przewagę nad morderczyniami, przerażonymi 

bardziej niż one. Dziwne niezdecydowanie cechowało zarówno 

napastników, jak ofiary. Dopiero gdy Atkins dostaje rozkaz zabicia Wojtka 

i waha się, on zaczyna walczyć, chwyta ją za włosy i mimo że ranny, bez 

trudu uwalnia się z ręcznika. Atkins traci głowę, zamiast zadawać mu 

ciosy nożem, uwieszą się na nim i krzyczy o pomoc. Przez chwilę Wojtek i 

Atkins, spleceni, oboje krzyczą o pomoc. Wojtek wyrywa się i ucieka 

trawnikiem ku basenowi tą samą drogą co kiedyś, gdy ujrzał w lustrze 

background image

swego mordercę. Może zdawało mu się, że to jest tylko halucynacja? 

Przez wszystkie zeznania Atkins przebija lęk przed „wielkim mężczyzną”, 

który „mógł mnie wykończyć jednym ciosem”. W pewnym momencie 

Atkins ma nadzieję, że do zbrodni nie dojdzie za sprawą Wojtka: 

„Chciałam, żeby się z tych więzów uwolnił”.

— Niedawno — mówi Witold K. — odwiedziło mnie dwóch 

adwokatów broniących w tej sprawie, prosząc, żebym stanął jako świadek 

obrony. Odmówiłem, bo cokolwiek wiem w tej sprawie, nie chcę, żeby 

działało na korzyść morderców Sharon, Gibi i Wojtka.

— To powiedz mnie.

— Wiesz coś na ten temat?

— Tylko tyle: współwłaścicielka pewnej restauracji w zachodniej części 

Los Angeles opowiedziała mi treść rozmowy między jej stałymi gośćmi, 

przyjaciółmi Sebringa, którą uznałem za rewelacyjną.

— Dotyczyło to płyty?

— Tak. Sprawa niewydania Mansonowi płyty przez syna Doris Day. 

Susan Atkins mówi: „Tex przyznał, że on i Charlie byli już przedtem w tej 

rezydencji i dlatego właśnie ją wybrali. Tex wyjaśnił, że dom ten kiedyś 

należał do Melchera, syna Doris Day. Ale — dodał — Melcher już tam nie 

mieszka”. To zdanie obala absolutnie twierdzenie, że mord był zemstą za 

płytę. Ci ludzie w knajpie mówili o tym. Mówili: jak można wierzyć, że 

Manson jest idealistą, prorokiem, który każe mordować dla idei (nigdy 

sam nie angażuje się osobiście, a swoim wykonawcom podaje takie 

właśnie powody, które łatwiej głupców zależnych od niego skłaniają do 

działania). Kiedy założył bandę morderców, nie miał jeszcze długich 

background image

włosów i był człowiekiem wypuszczonym z więzienia, z określonymi 

koneksjami.

— Po prostu ci ludzie mówili, że Manson był NASŁANYM 

MORDERCĄ?

— Tak.

— Ja myślę to samo. Na próżno szukamy połączeń między bandą 

Mansona a willą Polańskich. Było jedno: ten sam gang dostarczający 

narkotyki. Konik narkotyków wyrzucony przez Wojtka potem, kiedy 

Wojtek miał już lepsze koneksje, powiedział: „Wszystkich was pozabijam. 

Ty będziesz pierwszy” — wskazał na Wojtka i odszedł. Handlarze 

narkotyków nocujący w willi Polańskich odsunęli tę groźbę na dalszy 

plan. Odprężeni, w najwyższych z wysokich sfer Hollywood, i liczący, że 

mają tych ludzi w ręku, czasem zażywali narkotyki, przeważnie mescalinę. 

Koniki są często „na haju”. Nie wolno nigdy brać narkotyków ludziom 

drugiego, trzeciego i czwartego stopnia hierarchii. Za to natychmiast się 

zabija: wstrzykują wielokrotnie silniejszą dawkę narkotyku do żył. 

Dochodzę do kluczowej sceny. Tych dwóch ludzi, niezbyt rozmownych, 

nie rażących, raczej nijakich, których widywałem przeważnie z daleka, 

siedziało tym razem z nami. Wojtek „na haju”, półprzytomny, zaczął ich 

traktować gorzej, niż traktował Gibi. Mówił slangiem lepiej niż oni, lżył 

ich fachowo. Obrażał ich, a kiedy jeden z nich próbował to obrócić w żart, 

Wojtek powiedział mu: „Zamknij się. Mnie wolno. Tobie nie wolno brać. 

Pamiętaj”. To była groźba, szantaż, wywołany tym, że oni upomnieli się o 

dług u Wojtka. Albo może Wojtek chciał im pokazać, że potrafi być 

gangsterem. Oni milczeli pobłażliwie. Ale to milczenie moim zdaniem 

było zapowiedzią tragedii. Drugim dłużnikiem tego samego gangu 

background image

kontrolującego teren co najmniej południowej Kalifornii była banda 

Mansona. Banda Mansona, licząca czasem i po 20 osób, zużywała masę 

żywności, paliwa i narkotyków. Skąd Manson brał ogromne sumy na 

narkotyczny sen wszystkich członków bandy, ciągły i ciągle pogłębiający 

się? Jego zadłużenie rosło. Myślę, że już pierwsze jego zbrodnie były 

wykonane na rozkaz gangu. Jego legenda, którą stworzył wokół siebie, 

jego „filozofia” miała być zasłoną dymną dla zawodu konika zbrodni i, jak 

się okazało, stała się dobrym wykrętem wobec sądu, ponieważ sąd, inni 

podsądni — właściwi i bezpłatni wykonawcy (bo Manson jako 

doświadczony przestępca nigdy nie zabijał sam) i opinia publiczna wierzą 

w nią do dziś. Tak ma szansę apelacji, jako klasyczny zawodowy morderca 

nie miałby.

I żeby historia się zamknęła: kiedy brat Gibi przyjechał po jej śmierci, 

był pijany. Nie panował nad sobą, nie umiał ukryć swojej radości. Śmiał 

się, podśpiewywał, w euforii wynosił jej rzeczy i rozdawał, wręcz wpychał 

obecnym, jakby chciał ostatecznie zatrzeć ślad po niej. Był jedynym 

dziedzicem fortuny. W jego oczach Manson zapracował dla fortuny 

Folgerów, żeby się nie rozdrobniła.

Setki międzykontynentalnych odrzutowców sunie w kolejce ku pasom 

startowym. Płomienie silników rzucane w tył zderzają się ze światłami 

reflektorów bijącymi w przód. Tysiące ludzi zamkniętych w kadłubach 

olbrzymów uczestniczy w tym widowisku. Potem nasz Jumbo-Jet o 

kształcie pterodaktyla wzbija się nad Atlantyk. Notuję ostatnią historię 

usłyszaną na lądzie amerykańskim: „Nigdy nie latamy razem. Ja latam 

pierwsza i czekam na niego. Jeśli kiedyś się nie spotkamy — jedno z nas 

background image

zastąpi dzieciom oboje. Gdybyśmy zginęli jednocześnie, co one by 

robiły?”

lipiec 1971 r.