background image

Spis treści

Strona 1

Spis treści

Z życia i działalności Karola Finneya

..............................................................................................................3

Jak przezwyciężyć grzech...............................................................................................................................13

Konieczność i skuteczność jedności

................................................................................................................17

Napełnienie Duchem Świętym........................................................................................................................23

Prawdziwe i fałszywe nawrócenie..................................................................................................................27

background image

Spis treści

Strona 2

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 3

„Z życia i działalności Karola Finney’a”

Nawrócenie Finney’a

Było to w sobotę, pewnego jesiennego wieczoru roku 1821, gdy Karol Finney postanowił uporządkować swoje 

sumienie   i   życie   przed   Bogiem.   Gdy   trwał   pogrążony   w   modlitwie   i   w   czytaniu   Biblii,   naraz   ogarnął   go   nigdy 
poprzednio nieznany strach przed ludźmi. Zdjęła go obawa przed tym, żeby ktoś nie zauważył jego duchowego stanu. 
Ze strachu, żeby go ktoś nie usłyszał, nie odważył się nawet na głos pomodlić. Jak tylko usłyszał czyjeś kroki, chował  
prędko Biblię między książki. Z duchownym, na którego zebrania ostatnio regularnie uczęszczał, nie odważył się nawet  
spotkać.

W tym upokarzającym go stanie przeżył Finney trzy dni. Wydawało mu się, że jego serce zupełnie skamieniało 

tak, że nie potrafił się więcej nawet modlić. We wtorek wieczorem opanowała jego serce przerażająca myśl, że zbliża 
się śmierć. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby zmarł w takim stanie ducha, to zostanie na wieki zgubiony.

Kiedy następnego dnia, stale miotany wewnętrznym niepokojem, zaczął się ubierać, by pójść do biura jak co 

dzień, odezwał się w jego sercu glos: „Na co czekasz? Czyś nie przyrzekł oddać serca Bogu? Czemu się sam ze sobą  
zmagasz? Czyż chciałbyś zostać usprawiedliwiony swoimi poczynaniami?” W tym momencie zajaśniało mu światło. 
Zrozumiał, że to, czego tak gwałtownie szuka, jest już od dawna przygotowane i darowane mu. On zaś powinien to 
jedynie przyjąć jako dar od Boga, i poddać się Jego prowadzeniu. Zrozumiał, że chodzi tutaj o zbawienie dokonane 
przez Pana Jezusa dla pokutującego człowieka.

Gdy ta prawda Boża dotarła do jego serca, Finney staną jak wryty, a po pewnej chwili zajaśniało w jego umyśle  

proste pytanie: „Czy chcesz przyjąć to zbawienie teraz? Dziś?” Finney odpowiedział: „Tak, ja chcę je przyjąć dzisiaj, w 
przeciwnym razie umrę!”

Zamiast  do kancelarii, skierował  swe kroki do lasu, gdzie lubił chodzić na przechadzkę. Przedarł się przez 

gęstwinę aż do miejsca, w którym się spodziewał, że mu nikt nie przeszkodzi. Tam padł na kolana. Lecz ledwie wyrzekł 
pierwsze słowa modlitwy, zerwał się na równe nogi i ze strachem zaczął się rozglądać, czy go kto nie widzi. Lecz zaraz  
znów   ukląkł   i   powiedział:   „Tutaj   się   oddam   Bogu,   lub  się   stąd   nie   ruszę!”   Ale   jakkolwiek   usiłował   modlić   się, 
stwierdził, że serce jego nie może się modlić. Albo nie znajdował słów, albo wymawiał słowa bez znaczenia, a przy 
każdym najmniejszym szeleście zrywał się z kolan, myśląc, że ktoś go widzi. Ta rzecz powtarzała się kilkakrotnie. 
Nareszcie wyrzekł z rozpaczą: „Nie mogę się modlić. Me serce jest martwe dla Boga, nie będę się modlił!” Już sobie 
zaczął robić wyrzuty, iż złożył Bogu obietnicę, że odda Mu serce przed opuszczeniem lasu.

Nareszcie będąc już mocno zmęczony, chciał powstać i wrócić do domu. W tym momencie odniósł wrażenie, że 

się ktoś zbliża. Otworzył oczy, lecz było to znów tylko przywidzenie pychy jego serca, którą zaraz wewnętrznie ocenił  
jako obrzydliwa przewrotność. W końcu zawołał silnym głosem: „Cóż to, taki mizerny grzesznik jak ja, nie godzien  
podnieść swych oczu w górę ku wielkiemu, świętemu Bogu, miałby się wstydzić przed innym grzesznym człowiekiem, 
żeby mnie nie zobaczył klęczącego i wołającego o zmiłowanie się nade mną? Nie! Chociażby mnie wszyscy ludzie i  
wszyscy diabli z piekieł otoczyli, nie ruszę się stąd!”

Nareszcie zostało jego pyszne serce przed Bogiem skruszone. Jak jasny promień oświeciło jego serce to słowo:  

„Jeżeli przychodząc, będziecie się do Mnie modlić, wysłucham  was. A szukając Mnie, znajdziecie - jeżeli całym  
sercem szukać będziecie”. Tutaj dopiero całym sercem uwierzył i zawołał będąc przekonany o Bożej wierności: „Panie! 
Chwytam się Twego słowa. Ty wiesz, że Cię z całego serca szukam, a Ty obiecałeś, że mnie wysłuchasz. Wszak to  
obiecałeś!” Słowa te powtarzał raz po raz.

Jedna obietnica za drugą, przy tym jedna kosztowniejsza od drugiej, napełniały jego serce. Przyjmował je jako 

oczywiste prawdy Boga, który nie kłamie. „Wydawało mi się” - opowiadał później - „że te obietnice wnikają raczej do  
serca, aniżeli do rozumu. Uchwyciłem się ich i spocząłem na nich z siłą tonącego człowieka”.

Na wszystkie jego prośby odpowiadał mu Pan słowami, które jak rosa niebieska odświeżały jego duszę. Tak  

spędził tam dłuższy czas. Modlił się ze wzrastająca gorliwością, aż w końcu powstał i począł iść w kierunku drogi,  
powtarzając w głos: „Gdy się wreszcie nawróciłem, będę głosił Słowo Boże.” Tak idąc przybliżył się do miasta. Lecz  
jakież teraz uczucie pokoju zawładnęło jego sercem! Wydawało mu się w tej chwili jakby i cała przyroda nabożnie się  
przysłuchiwała. Nawet słonko tak wspaniale mu nigdy jeszcze nie świeciło. „Lecz co to ma znaczyć - pytał sam siebie. 
- Cała świadomość grzechu oraz cała obawa o mą duszę naraz zniknęła! Jeszcze nigdy w życiu nie odczuwałem takiego 
stanu beztroski, jeśli chodzi o moje zbawienie. Może sobie za dużo pozwoliłem, będąc na kolanach, że przypominałem  
Bogu Jego obietnice? Czy nie krył się w tym brak bojaźni, lub po prostu bezczelność wobec Boga?” Lecz mimo tych  
nurtujących go myśli, zupełny spokój opanował jego serce; chociaż usiłował wywołać w swych myślach uczucie winy,  
nie potrafił tego dokonać. Jego myśli zostały skierowane w kierunku gorącego uwielbienia swego Boga. To źródło 
dziwnej radości zdawało się nie mieć końca. Było jakby niewyczerpalne.

Nastało południe i pora  obiadowa.  Finney jednak dzisiaj  nie pomyślał  o jedzeniu, lecz udał  się wprost  do 

kancelarii. Nie zastał tam nikogo. Zdjął więc wiolonczelę, żeby sobie, tak jak to często poprzednio praktykował, zagrać 
i pośpiewać kościelne pieśni. Głos mu jednak nie dopisał, a gdy tylko począł śpiewać słowa pieśni, łzy nie przestawały 
płynąć z jego oczu. Nic go nie potrafiło wyprowadzić z tego tak błogiego nastroju, nawet gdy jego szef, pan W.  
przyszedł i razem z nim poczęli przenosić książki i umeblowanie kancelarii do innego lokalu. A gdy wreszcie wszystko  
znalazło się na swoim miejscu, a pan W. poszedł do domu, życząc Finney’owi dobrej nocy, zapalił sobie ogień na  
kominku i zamknął drzwi, pragnąc być sam. Umysł jego wypełniły myśli, z których jedna napełniła całkowicie jego  
serce: „Pragnę oddać Panu całą mą duszę!”

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 4

W tym  stanie duchowym  przeszedł  do innego  pokoju biurowego,  w którym  nie było  światła ani  ognia na 

kominku. Zdawało się mu jednak, że pokój ten jest wspaniale oświetlony. Gdy wszedł tam zamknąwszy drzwi za sobą i 
począł się modlić, obraz Pana Jezusa stał jasno przed jego duchowym wzrokiem. Pan jakby spoglądał nań twarzą w 
twarz. Patrzył nań bez słowa, lecz takim wzrokiem, że Finney padł Mu do nóg. Tak przed Nim klęcząc płakał jak  
dziecię, a przerywanymi słowy wylewał przed Nim swe serce. Wydawało mu się, że zrasza w tej chwili nogi Pana 
Jezusa, chociaż nie miał świadomości, że się Go bezpośrednio dotyka.

O dniu tym Finney opowiadał później co następuje: „W tym położeniu musiałem się długo znajdować, bo kiedy 

spojrzałem na zegarek, była już późna pora. W pewnym momencie oparłem się o piec i w tej chwili dożyłem nowej fali 
łask. Zlało się to na mnie z góry w niesłychany i dziwny sposób. Nigdy poprzednio nie słyszałem o chrzcie Duchem  
Świętym, którym Pan napełnia swych świadków specjalną mocą z góry, a mniej jeszcze mogłem oczekiwać czegoś z 
tych rzeczy dla siebie. Obecnie jednak odczuwałem silny prąd Ducha napełniający moje jestestwo całkowicie, duszę i 
ciało. Byłem na wskroś przenikany jakby falami elektrycznymi, przepływającymi przez całą mą istotę, fala za falą. 
Czułem tchnienie Boże.

Było już późno wieczór, kiedy wstąpił do mnie członek miejscowego chóru, którym zazwyczaj dyrygowałem. 

Znalazł mnie płaczącego i zaczął pytać: „Panie Finney... cóż się z panem dzieje?” Nie mogłem mu zaraz odpowiedzieć. 
„Czy panu coś dolega?” Zebrałem siły i odpowiedziałem: „Nie, lecz jestem tak szczęśliwy, że nie mogę więcej żyć!”

Zdziwiony   gość   zaraz   odszedł,   lecz   wrócił   za   chwilę   z   jednym   ze   starszych   zboru,   który   był   dobrym  

chrześcijaninem. Wszedł także w tym momencie pewien młody nienawrócony przyjaciel Finney’a, którego dawniej 
miejscowy duchowny ostrzegał przed zawieraniem przyjaźni z niewierzącym Finney’em. Z chwilą kiedy ów przyjaciel 
wszedł do środka, zaczął mu Finney opowiadać o stanie swych przeżyć. Młody człowiek słuchał uważnie, aż naraz 
upadł na kolana i poprosił: „Módlcie się panowie za mnie!”

Finney i dwaj pozostali przyjaciele uklękli i modlili się zań, po czym  ci dwaj powrócili do swych domów.  

Finney także położył się spać, lecz ledwie zasnął, został znowu przebudzony tym samym prądem miłości Bożej, który 
został nań wylany przez Ducha Świętego. Kiedy po ponownym zaśnięciu znów się to powtórzyło, za trzecim razem 
dopiero mógł usnąć na dobre.

„Kiedy się następnego dnia obudziłem, wzeszło już słońce, a jego promienie wnikały do mego pokoju. Nie mogę  

opisać tego wrażenia” - odpowiada Finney - „jakie to światło zrobiło na mnie. Znowu dożyłem napełnienia Duchem  
Świętym o podobnym nasileniu, jak w dniu wczorajszym. Klęknąłem na łóżku i płakałem z radości, wylewając swe 
serce przed Panem. Wydawało mi się w tej chwili, jakbym słyszał łagodne, pełne miłości napomnienie: „Czy chcesz 
wątpić?” „Nie!” - zawołałem pełnym głosem. - „Tego nie chcę, nie mogę!”

„W tym momencie moje serce owiewała taka pełnia wewnętrznego pokoju i radości, że nigdy w późniejszym  

życiu nie miałem żadnej wątpliwości co do treści mego przeżycia, że to sam Duch Boży napełnił moje serce i duszę”.

„W ten sposób poznałem usprawiedliwienie przez wiarę, jako oczywisty fakt. Mogłem także w pełni zrozumieć 

słowa Pisma: „Będąc tedy usprawiedliwieni z wiary, pokój mamy z Bogiem”. „Zrozumiałem dobitnie, że w onym  
momencie, w lesie, w którym  uwierzyłem, zostało ze mnie zdjęte poczucie potępienia, dlatego też wszelkie moje 
usiłowania, żeby wywołać w swej duszy poczucie winy było daremne. Grzechy moje bezpowrotnie zniknęły. Zamiast 
zatruwać się myślą, że znów mogę popaść w grzech, moje serce było wypełnione uczuciem miłości”.

Skutki nawrócenia Finney’a

Kiedy w następnym dniu po nawróceniu Finney przyszedł do kancelarii, wkrótce po nim przyszedł także jego  

szef. Finney przemówił doń kilka słów na temat jego zbawienia. Ten, nie odpowiadając, popatrzył nań i ze spuszczoną  
głową wyszedł z pokoju. Słowa młodzieńca tak go wzruszyły, że się nawrócił.

Za chwilę wstąpił tam jeden starszy zboru, który się z kimś procesował, a w którego imieniu Finney,  jako 

adwokat  miał występować  na procesie następnego  dnia. Finney na wstępie oznajmił  mu, że odtąd nie będzie już 
występował w żadnym innym imieniu, jak tylko Pana Jezusa Chrystusa. Kiedy mu następnie opowiedział o swych  
wczorajszych przeżyciach, ten spuścił także głowę i wyszedł.

Kiedy go Finney spotkał w dniu następnym, jak szedł zamyślony ulicą, dowiedział się ku swojej radości, że ten  

swój proces odwołał. Wkrótce się także okazało, że krok ten miał dla niego błogosławione skutki.

Następnie udał się Finney do szewca, który piastował ważna funkcję w zborze. Znalazł go rozmawiającego z 

pewnym młodym człowiekiem na temat wiary. Finney położył koniec jego sprzeciwom w taki sposób, że ten wyszedł 
do pobliskiego lasku, skąd wrócił z jaśniejącym obliczem, jako nawrócony człowiek. 

Wiadomość o nawróceniu się młodego prawnika obiegła lotem błyskawicy i wywołała ogromne zdumienie. 

Wielu nie chciało dać wiary tej wieści. Wieczorem tego dnia, który został wypełniony tylu wydarzeniami, zgromadziło 
się do sali modlitwy wielu ludzi, chociaż nikt na ten dzień zgromadzenia nie zwoływał. Sala była przepełniona. Nikt z  
obecnych,   nawet   miejscowy   kaznodzieja,   nie   odważył   się   cokolwiek   powiedzieć.   Wtenczas   powstał   Finney. 
Opowiedział   zebranym   historię   swego   nawrócenia.   Kiedy   skończył,   jeden   stary   prawnik   pośpiesznie   podszedł   do 
wyjścia z sali, mówiąc: „Że mówi z przekonaniem, to nie ma wątpliwości, ale że zwariował, to jasne!”

Inny niewierzący mężczyzna opuścił zebranie w takim zdenerwowaniu, że zostawił nawet kapelusz. Finney’owe 

świadectwo wywołało takie poruszenie, że zebrania musiały się odbywać każdego wieczoru. Działo się to przez dłuższy 
czas, a nawróconych przybywało.

Po   swym   nawróceniu   Finney   wspominał   często   swych   rodziców,   którzy   byli   nienawróceni   i   żyli   tylko 

doczesnymi problemami. Wybrał się więc pewnego razu do nich. Ojciec, który mu wyszedł naprzeciw, powitał go  

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 5

słowami: „Jak ci się powodzi, Karolu?” „Dobrze - na duchu i na ciele. Ale ty, drogi ojcze, jesteś już w podeszłym  
wieku. Twoje dzieci już dorosły i opuściły dom, a ja jeszcze nie słyszałem w ojcowskim domu modlitwy”. Ojciec 
opuścił głowę i zaczął płakać. „Wiem o tym, Karolu, wejdź więc i pomódl się ty sam”. Weszli wiec i poczęli się  
modlić. Ojciec i matka byli bardzo poruszeni i w krótkim czasie nawrócili się oboje.

Po kilkudniowym pobycie z nimi wracał Finney z lekkim sercem do swego miejsca zamieszkania w Adams, 

ponieważ zostawił oboje rodziców jako głęboko wierzących  ludzi. Po swym  powrocie Finney stwierdził, że życie  
duchowe   we   zborze   znacznie   zletniało.   Zaczął   więc   zwracać   wielką   uwagę   na   modlitwę,   wprowadzając   zwyczaj  
codziennych   porannych   modlitw,   żeby   wszyscy   nowonawróceni   mogli   być   na   nich   obecni.   Wstawał   o   świcie, 
przechodził przez miasteczko budząc wszystkich, którzy by mogli zaspać i spóźnić się na nabożeństwo.

Te godziny stały się później dla ich uczestników wielce błogosławione Sam Finney żył w ciągłej społeczności z 

Bogiem i był wielce gorliwy w ciągłym duchowym boju o inne dusze, dlatego też osiągnął na tej drodze wielkie wyniki.

Finney - kaznodzieją i przełożonym zboru

Na wiosnę 1822 roku Finney zgłosił do konsystorza swoja kandydaturę na duchownego, gdyż pragnie poświęcić  

się służbie opowiadania Ewangelii. W związku z tym niektórzy z duchownych nakłaniali go do wstąpienia na studia  
teologiczne na uniwersytecie w Princenton. Finney nie przyjął tej rady, gdyż do studiowania na fakultecie teologicznym  
miał pewne zasadnicze zastrzeżenia. Wobec jego zdecydowanego stanowiska w tej sprawie, postanowiono, że może on 
potrzebne   wykształcenie   teologiczne   zdobywać   pod   kierunkiem   p.   Gale,   pastora   swego   zboru.   Po   dwóch   latach 
poddany został egzaminowi w konsystorzu, a chociaż nie ukrywał swoich poglądów i pewnych różnic w pojmowaniu 
Słowa, został jednomyślnie uznany za kompetentnego do prowadzenia reformowanych zborów i służenia im Ewangelią. 
Początkowo powierzono mu mały zborek w Ewans Mill. Wygłaszał tam kazania przepisowo - trzy razy w tygodniu i  
dwa   razy   w   niedzielę.   Wiedział,   że   posiada   pełne   zaufanie   u   członków   zboru,   i   spotkał   się   z   pojedynczymi  
nawróceniami. Lecz większego przebudzenia nie dało się zauważyć. Niezadowolony z tego stanu rzeczy, podkreślał 
kilkakrotnie w zakończeniu swych kazań, zarówno w niedziele, jak i w dnie powszednie, że przybył on tu, aby pomóc 
duszom do przyjęcia zbawienia; że wie również, że kazania jego podobają się, ale przybył tu przede wszystkim nie po 
to, aby się podobać, ale pomóc duszom do skruchy; i dlatego nie jest najważniejsze dla niego upodobanie słuchaczy do  
jego kazań, gdy pomimo wszystko odrzucają jego Pana. 

To   świadczyłoby,   iż   jest   coś   nieprawidłowego,   albo   w   nim   samym,   albo   w   słuchaczach...   I   przytaczając 

następnie   słowa   sługi   Abrahama:   „Przetoż   teraz,   jeśli   chcecie   potraktować   Pana   mego   uprzejmie   i   prawdziwie, 
powiedzcie mi, a jeśli nie - powiedzcie mi, abym się obrócił lub w prawo lub w lewo”, zwrócił się do słuchaczy w  
takich słowach: „Przyznajecie, że to co głoszę, jest Ewangelią. Wyznajecie, że wierzycie w to. Myślicie przyjąć to, czy 
też macie zamiar to odrzucić?... Jeśli macie zamiar przyjąć - powiedzcie mi; jeśli macie zamiar odrzucić - powiedzcie  
mi, abym wiedział, czy mam obrócić się na prawo, czy na lewo... Muszę znać wasze zdanie w tej sprawie, a mianowicie 
ci, którzy pragną stać się chrześcijanami i zawrzeć pokój z Bogiem zaraz, aby powstali; i przeciwnie, ci którzy decydują  
się nie być chrześcijanami i chcą to okazać Chrystusowi, a też i mnie, niech siedzą nadal...”. 

W odpowiedzi słuchacze patrzyli jeden na drugiego. Nie wstał nikt. „Tak więc zdecydowaliście... Odrzuciliście 

Chrystusa i Jego Ewangelię; świadczycie jeden wobec drugiego, a Bóg jest świadkiem wobec wszystkich was. Jest to 
jasne. Być może będziecie pamiętać przez całe życie, żeście w ten sposób jawnie przeciwstawili się Zbawicielowi i 
powiedzieli: „Nie chcemy, aby ten człowiek, Jezus Chrystus panował nad nami”. 

Przygnieceni   tymi   słowami   wszyscy   członkowie   poczęli   z   gniewem   opuszczać   swe   miejsca,   a   nie   słysząc 

Finney’a który zamilknął, zatrzymali się u drzwi. Wówczas powiedział on jeszcze: „Żal mi was! I dlatego - będzie-li to  
Pan chciał, będzie to wolą Bożą - będę przemawiał do was jeszcze raz jutro wieczorem”. 

Sala się wkrótce opróżniła. Finney pozostał w niej samotny z jednym starszym zboru, który do niego przystąpił i 

z uśmiechem podał mu rękę, mówiąc: „Bracie Finney, brat dziś ich zdobył. To nie da braciom spokoju. Brat zrobił to,  
co było konieczne i dlatego będziemy jeszcze oglądać rezultaty!” 

Obydwaj  bracia spędzili dzień następny w poście i modlitwie. Do południa każdy z osobna, a po południu 

razem. W ciągu tego dnia rozdrażnieni niektórzy członkowie zboru myśleli nawet o dotkliwym ukaraniu Finney’a oraz  
o   wymówieniu   mu   pracy.   Zarzucali   mu,   że   doprowadził   ich   do   publicznego   aktu   odrzucenia   Chrystusa   i   Jego 
Ewangelii. 

Wieczorem obaj mężowie modlitwy pośpieszyli do sali, wypełnionej do ostatniego miejsca. Obydwaj mężowie 

czuli, że Pan jest z nimi, że tego wieczoru moc Boża objawi się w zgromadzeniu. 

Finney, bez żadnego wstępu i śpiewu, rozpoczął zgromadzenie tymi słowami Izajasza proroka: „Powiedzcie 

sprawiedliwemu, że mu dobrze będzie; bo owoców uczynków swoich pożywać będzie Ale biada niepobożnemu! źle mu 
będzie; albowiem zaplata rąk jego dana mu będzie” (Izaj. 3, 10.11). 

Finney odczuwał w tej chwili nad sobą moc Bożą. Jak mocny prąd działały jego słowa, druzgocąc wszelkie  

przeszkody. Ze spuszczonymi głowami siedzieli słuchacze, będąc przekonani o swej winie. Mówił przeszło godzinę, po 
czym ogłosił przyszłe zebranie i prędko skończył. 

Tego wieczoru zaprosiło Finney’a kilku duchowo poruszonych członków zboru, żeby ich odwiedził, a przy 

dalszych odwiedzinach następnego dnia, mógł zobaczyć, jak potężne działanie miało poprzedniego dnia czytane Słowo 
Znajdował on zborowników do gruntu wstrząśniętych i pragnących zbawienia. Zaczęło się przebudzenie. 

Niektóre wypadki są zadziwiające. Pewien mężczyzna był tak wściekły z powodu nawrócenia się jego żony, że 

przyszedł na zebranie z nabitym pistoletem, zdecydowany, że Finney’a zastrzeli. Podczas kazania spadł z krzesła i 

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 6

zaczął krzyczeć: „Pójdę do piekła”. Musiano go wynieść. Następnego dnia przyszedł na zabranie jako nowo narodzony. 
Od tego momentu stał się jednym z najgorliwszych obrońców Ewangelii w Ewans-Mill. 

Pewien grubiański  oberżysta,  który złorzeczył  ewangeliście i stroił sobie z niego żarty,  a czynił  to jedynie 

dlatego, że przez przebudzenie zaczęło jego klientów gwałtownie ubywać, wyznał publicznie swój grzech, a w jego  
domu zaczęły się odbywać od tego dnia wieczorne nabożeństwa. 

Jednym z najskuteczniejszych środków, jakich Finney używał, żeby skłonić dusze do zdecydowanego oddania 

się Panu, były osobiste rozmowy. Dzięki temu miał możność wyjaśnienia wierzącym ludziom wielu problemów, które 
ich nękały. Panował podówczas zwyczaj, że wzywano wierzących, żeby prosili o nowe serca. Wychodziło się przy tym 
z założenia, że pragną oni być wierzącymi, ale że trzeba przy tym wiele usiłowań, żeby skłonić Boga do nawrócenia 
ich. Finney zaś starał się im wyjaśnić, iż to właśnie Bóg pragnie ich skłonić do natychmiastowej decyzji. Bóg jest 
zawsze gotowy pomóc im, lecz oni nie chcą. I dlatego starał się on nakłonić ich do natychmiastowej decyzji uwierzenia 
i nawrócenia się do Pana Jezusa, poddania się Mu i uchwycenia się Go. 

Chciał, żeby zrozumieli, że wszelka zwłoka oznacza groźne zaniedbanie swych powinności. Tłumaczył im, że 

prosząc o nowe serce, całą odpowiedzialność za swój los składają jakby na Boga, a przecież jeśli sami nie oddadzą 
swego serca Panu, to wszelkie ich dalsze usiłowania są próżne. 

Po sześciu miesiącach powstały na skutek działalności Finney’a w Ewans-Mill dwa zbory, których członkowie 

byli przeważnie nowo nawróconymi ludźmi. Finney odczuł jednak, że go Pan powołuje do innych zadań i dlatego nie 
może pozostać pastorem tylko w jednej miejscowości. Dlatego po pewnym  czasie Finney wyjechał do Antwerpii, 
małego miasteczka na północ od Ewans-Mill. 

Działalność Finney’a jako ewangelisty i kaznodziei przebudzeniowego

W Antwerpii sytuacja wyglądała niewesoło. Kościół był już od dłuższego czasu zamknięty Tylko trzy lub cztery 

osoby odważyły się oficjalnie uważać się za wierzących. Pijaństwo, prostytucja i inna bezbożność były na porządku 
dziennym do tego stopnia, że kiedy Finney przechodził ulicą i słyszał same złorzeczenia i przekleństwa, wydało mu się, 
że znajduje się w przedsionku piekła. Człowiek, w którego ręku znajdowały się klucze zamkniętego kościoła, odmówił 
otwarcia   sali   zgromadzeń.   Finney   osiągnął   jedynie   tyle,   że   mu   została   wypożyczona   szkolna   sala   na   niedzielne 
nabożeństwa. 

Sobotę spędził na duchowym bojowaniu i na gorących modlitwach, aż otrzymał od Pana odpowiedź: „Nie bój 

się, ale mów, i nie milcz; bom Ja jest z tobą i nikt nie targnie się na ciebie, aby ci miał co złego uczynić, albowiem Ja 
wiele ludu mam w tym mieście” (Dz. Ap. 18,10). 

Kiedy jednak usłyszał wybuchy szyderstw i pośmiewiska, jakie wywołało ogłoszenie o mającym  się odbyć 

nabożeństwie, szedł trzykrotnie do pobliskiego lasu, a pełnym głosem wołał do Boga o pomoc, i dopiero za trzecim 
razem otrzymał upragnione posilenie z góry. Zniknęło w jednej chwili uczucie rozpaczy, a serce zostało napełnione 
pokojem i radością. Gdy wszedł na salę, zobaczył, że jest przepełniona. „Trzymałem  moją małą Biblię w ręce” - 
opowiada Finney - i przeczytałem obecnym tekst: „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego  
dał, aby każdy, kto Weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”. 

„Jeszcze dziś pamiętam jak byłem  wewnętrznie pobudzony, aby jasno przedstawić, czym  odpłaca człowiek 

Bogu   za   taką   wielką   Jego   miłość.   Mówiłem   serdecznie   i   ze   łzami,   a   włożyłem   w   te   słowa   całą   swoją   duszę. 
Rozpoznałem przy tym niektórych mężczyzn, których wczoraj słyszałem okropnie przeklinających się wzajemnie i 
bluźniących Imię Boże, wskazałem wprost na nich, i upominałem ich, jak mogli imieniu Bożemu do tego stopnia 
złorzeczyć. Powiedziałem im, że wydało mi się, jakbym na ulicy słyszał bluźniercze wycie psów piekielnych i czułem 
się, jakbym zatrzymał się na progu piekła. Wszyscy wiedzieli, że to co mówię, jest prawdą. Wyczuwałem, że serca ich  
kruszeją pod mocą prawdy. Nie wyglądali na obrażonych, na odwrót, całe zgromadzenie zaczęło wraz ze mną płakać”. 

Po   skończonym   nabożeństwie,   kościelny,   ten   sam,   który   jeszcze   rano   odmówił   otwarcia   kościelnej   sali 

zgromadzeń, teraz ze wzruszeniem ogłosił, że na popołudniowe nabożeństwo otworzy ją. O tym drugim w tym mieście 
nabożeństwie Finney powiedział: „...Wszyscy mieszkańcy tej miejscowości byli obecni, a Pan dał mi szczególną moc”. 

Kazanie Finney’a było po prostu duchowa walką ze słuchaczami. „Karciłem ich, jak na to zasługiwali, lecz 

działo się to z prawdziwym współczuciem i litością, które słuchacze mogli odczytać w moich oczach”. 

Większość słuchaczy została doprowadzona do poznania swych grzechów, i nastał tam tak wielki głód Słowa 

Bożego, jakiego Finney przedtem nie widział. Każde zebranie było przepełnione zaniepokojonymi duszami, mimo że 
kazał  w niedzielę dwukrotnie, a ponadto prowadził  jeszcze kołka modlitwy oraz wieczorne zebrania w sąsiedniej 
miejscowości. 

Cała okolica została poruszona. Jeden staruszek zaprosił Finney’a do głoszenia Ewangelii w jego wiosce, leżącej 

w pobliżu. Finney z radością zaproszenie to przyjął. Gdy tam przybył, sala szkolna przepełniona była do tego stopnia,  
że  Finney  mógł   przedostać  się  jedynie  do  drzwi  i  był   zmuszony  tam  pozostać.   Opowiada  on  następująco  o  tym 
zgromadzeniu:   „Na   początku   przeczytałem   im   treść   pieśni   kościelnej,   lecz   nie   wzywałem   do   śpiewu,   gdyż   nie 
wyglądało na to, aby słyszano tu kiedykolwiek jakąś muzykę kościelną. Ale wszyscy śpiewać chcieli. I śpiewali, ale na 
swój sposób. Mój słuch ukształtowany został przez naukę muzyki religijnej i dlatego ten ich straszliwy dysharmonijny 
wrzask doprowadził mnie do takiej rozpaczy, że w pierwszej chwili chciałem stamtąd uciec, ale w końcu zasłoniłem  
rękami uszy, mocno je przyciskając. Nic jednak nie mogło mnie odgrodzić od tej kakafonii. Stałem póki to trwało, a 
gdy przestali uklęknąłem w tym stanie depresji i począłem modlić się. Pan otworzył okna niebios, duch modlitwy został 
wylany i modliłem się całym sercem. 

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 7

Nie zastanawiałem się zbyt uważnie nad tekstem przedtem, gdyż chciałem najpierw przyjrzeć się zgromadzeniu;  

i teraz gdy tylko skończyłem modlić się, powstałem z kolan i wypowiedziałem te słowa Pisma: „Wstańcie, uchodźcie z 
tego miejsca, gdyż Pan zniszczy to miasto”. Powiedziałem im, że nie mogę przypomnieć sobie, w którym miejscu ten  
tekst jest zapisany, powiedziałem im najbardziej dokładnie, gdzie będą mogli go znaleźć, a następnie przystąpiłem do  
wyłożenia jego treści”. 

Tutaj zaczął opowiadać Finney historię Lota i jego stryja Abrahama, wyraźnie przy tym charakteryzują ich i 

mówiąc jakim był i kim był każdy z nich. Opowiedział o osiedleniu się Lota w Sodomie, o postępowaniu sodomskich  
obywateli, mówił o Bożym sądzie nad tym bezbożnym miastem, o które Abraham nadaremnie prosił, gdyż nie było tam  
więcej sprawiedliwych, oprócz jednego jedynego Lota. 

„W trakcie opowiadania tej historii zauważyłem, że moi słuchacze gniewnie jeden na drugiego się oglądają, 

niektórzy nawet zakasywali rękawy, jakby chcieli się na mnie rzucić. Zauważyłem pełne gniewu ich spojrzenia, lecz nie 
umiałem sobie wytłumaczyć, czym mogłem ich tak bardzo urazić. Im więcej zagłębiałem się w ta historię, wydało mi  
się, że ten gniew rósł coraz bardziej. Kiedy już kończyłem, wspomniałem jeszcze, że musieli też żyć bez bojaźni Bożej, 
jeśli nie mieli w swojej wiosce nabożeństw. Z wielkim naciskiem wskazywałem na ten ich niedostatek nie dłużej chyba  
jak przez kwadrans, gdy nagle straszna powaga, zdawało się, ich ogarnia i ujrzałem, że zgromadzeni jeden po drugim  
klękali i prosili o miłosierdzie. Gdybym miał w każdej ręce miecz, nie mógłbym ich prędzej rzucić na kolana. Prawie  
wszyscy obecni padli na ziemie i kto tylko był  zdolny otworzyć  usta wołał w glos, każdy za siebie. Musiałem z  
konieczności skończyć kazanie, ponieważ mnie nikt już więcej nie słuchał. Staruszek, który mnie tu zaprosił, siedział  
na ziemi i patrzył zdumionym wzrokiem wokół siebie. 

Zawołałem do niego: „Nie możesz modlić się?” Zaraz ukląkł i głośno począł się modlić. Lecz panujące na sali 

poruszenie było tak wielkie, że nie mogłem niczego zrozumieć. Zawołałem więc z całej siły: „Jeszcze nie jesteście w 
piekle, więc pójdźcie do Jezusa!” 

Próbowałem dalej kazać, lecz wydawało się, że nikt z nich nie zwrócił na to uwagi. Me serce opływało radością 

z tego, że widziałem, że sam musiałem trzymać się całą siłą, aby nie krzyczeć na cały głos, chcąc oddać chwalę Bogu.  
Gdy w ten sposób się opanowałem, zobaczyłem młodzieńca, który klęcxał w pobliżu mnie i prosił Boga o zmiłowanie.  
Położyłem   mu   rękę   na   ramieniu,   a   natychmiast   jego   wzrok   się   rozjaśnił,   gdy   mu   do   ucha   zaświadczyłem   o  
Ukrzyżowanym Jezusie. Uwierzył, a w ciągu minuty lub dwóch ucieszył się, uspokoił i począł się modlić za innych. 
Potem zwróciłem się do innego, postąpiłem z nim jak i z tamtym, i z takim samym  rezultatem. I tak po kolei z  
następnymi”. 

Choć   Finney   musiał   ich   opuścić,   żeby   móc   kazać   w   Antwerpii,   zgromadzenie   trwało   nadal   w   modlitwie. 

Odwiedził ich znowu następnego dnia, i wtedy dopiero dowiedział się o przyczynie ich gniewu w dniu poprzednim. 
„Powiedziano mi - opowiada Finney - że ta wioska nazywa się Sodoma, a jedynym pobożnym człowiekiem jest właśnie 
ten staruszek, który mnie zaprosił, a którego  nazywano  Lotem.  I dlatego  myślano,  że specjalnie  taki  temat  sobie  
obrałem i w taki właśnie sposób przemawiałem pod ich adresem, iż są bardzo zepsuci, aby ich nazywano Sodomą. Był  
to oczywiście uderzający zbieg okoliczności, wcale przeze mnie niezamierzony”. 

Finney ożenił się gdy miał 32 lata. Było to w październiku 1824 roku. Swoją żonę bardzo miłował. Jednakże 

nowe, pilne zadanie skłoniło go do wyjazdu zaraz po ślubie i chwilowej rozłąki. Wzywało go wiele zborów, pragnących 
usłyszeć   z   jego   ust   Dobrą   Nowinę.   Głosił   wiec   Ewangelie   wszędzie,   gdzie   go   zapraszano,   i   wszędzie   w   tych  
miejscowościach zaczęło powstawać nowe życie. 

W Le Raywille nawróciła się po kilku tygodniach większość mieszkańców, a między innymi i miejscowy sędzia, 

najbardziej wpływowy człowiek w całej okolicy. Niedaleko od Le Raywille, w Ruthlandzie, mieście pełnym bardzo 
świeckiej próżności, miało miejsce następujące wydarzenie. Finney miał mieć kazanie w pewnym kościele. Wszedłszy 
tam zgrzany, usiadł na ławce, ponieważ przyszedł dosyć wcześnie. Powoli ławki zaczęły się napełniać słuchaczami. 
Wtem usłyszał za sobą szelest drogich szat niewieścich. Gdy się odwrócił, zobaczył młodą, pyszną damę, z której 
zachowania można było wyczytać, że chce zwrócić uwagę obecnych swoją osobą. Lecz Bóg ją sprowadził, żeby zajęła 
miejsce akurat za Finney’em. Finney się odwrócił i zapytał ją szeptem: „Czy przyszła pani po to, aby w domu Bożym  
zwrócić   całą   uwagę   na   siebie   i   przywłaszczyć   sobie   cześć,   która   należy  się   Bogu?”   Młoda  niewiasta   mocno   się 
zawstydziła,   a   zmieszanie   jej   było   jeszcze   większe,   kiedy  zobaczyła,   że   ten,   który  z   nią   rozmawiał,   wchodzi   na 
kazalnicę. 

Po kazaniu Finney zaprosił tych, którzy mieliby pragnienie oddania się, Panu, żeby poszli do przodu, a uczynił 

to po raz pierwszy w swoim życiu. Ta właśnie młoda niewiasta była pierwszą, która wystąpiła, uklękła i głośno płakała. 
I wiele innych wystąpiło, którzy znaleźli, podobnie jak ta niewiasta, pokój z Bogiem. Jeszcze po wielu latach miał  
Finney okazję zobaczyć, że ta kobieta, kiedyś tak zarozumiała, służyła później wiernie swojemu Panu Jezusowi. W 
Readingu   nawrócił   się   pewien   znany   adwokat,   jeden   z   najprzedniejszych   obywateli   miasta.   Przyszedł   on   na 
zgromadzenie, żeby rozmawiać z Finney’em. Na wstępie rzekł do niego: „Jestem zgubionym człowiekiem i nie mam 
nadziei, żeby jeszcze był dla mnie ratunek. Studiowałem w Princeston. Tam Bóg przebudził moje sumienie, a także 
dwom moim kolegom. Poszliśmy potem razem do dyrektora seminarium - Dr Ashoela Greena, żeby się poradzić, co 
mamy dalej czynić. Ucieszył się z naszego przyjścia i dał nam taka radę: „Po pierwsze, strzeżcie się wszelkiej złej  
społeczności; po drugie, czytajcie regularnie Pismo Święte, a po trzecie, proście Boga o nowe serce. Tak postępujcie, a 
Bóg was nawróci”. „A co dalej?” - zapytuje Finney. „Posłuchaliśmy tej rady, lecz wysłuchania nie dożyliśmy. Aż 
nareszcie zaniechaliśmy próśb, i później straciliśmy nawet pragnienie, aby stać się zbawionymi.” 

„Moi obaj koledzy stali się alkoholikami i leżą już w ziemi, także i ja, jeżeli nie podniesie mnie miłość Boga,  

bym dostąpił pokuty, pójdę za nimi”. Finney spostrzegał u rozmówcy oznaki pijaństwa, chociaż była to ranna pora i  

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 8

adwokat był jeszcze trzeźwy. „Wskazałem mu - opowiada Finney - że swoją postawą zasmuca Ducha Świętego dlatego, 
że   oczekuje   od   Boga   tego,   czego   Bóg   oczekuje   od   niego.   Bóg   nie   będzie   czynić   za   niego   tego,   co   jest   jego 
obowiązkiem. Bóg żąda od niego pokuty i nie może jej czynić za człowieka. Później starałem się wskazać mu, jak 
działa Duch Święty, żeby poznał samego siebie, to znaczy swój stan, i skłania go do zaniechania grzechu i uchronienia  
się przed przyszłym gniewem Pańskim, a nakłania go do przyjścia do Jezusa. 

Najtrudniej jest rozmawiać z ludźmi niewierzącymi. Lecz i z tymi umiał sobie Finney radzić. Pewien przykład z 

Rochester na to wskazuje. 

Pewien wybitny człowiek, który był owładnięty pesymizmem, rzekł do Finney’a: „Jestem niewierzący. Jeżeli mi 

pan udowodni, że Biblia jest Słowem Bożym, to będę panu wdzięczny”. „A czy wierzy pan w istnienie Boga?”- zapytał 
Finney. „Tak, w to wierzę, nie należę do ateistów”. 

„Czy myśli pan, że sobie tym sposobem Boga kupił, lub Go tym zadowolił? Jest On najwyższym Królem, jaką 

więc cześć Mu pan oddaje? Czy Go pan miłuje? Myślę, że zgodnie z pana wiarą jest Mu pan winien wdzięczność”. -  
„Przypuszczam, że tak”. - „Czy postępuje pan według swej wiary?” - „Nie, muszę przyznać, że nie postępowałem tak, 
jakbym był powinien postępować”. - „Tak więc widzi pan” - mówił Finney - „dlaczego miałbym pana wprowadzić do 
głębszego poznania, jeżeli nie postępuje pan według tego, co pan już rozumie!” A po chwili ciągnął dalej: „Jeżeli  
będzie pan z tego szczerze pokutować, że postępował pan niewłaściwie względem Boga, zdecyduje się czcić odtąd 
Boga według swego poznania, a będzie czynić Jego wolę, wtenczas mogę panu dowieść, że Biblia jest Słowem Bożym. 
Dopóki nie zdecyduje się pan, żeby spełnić pierwszy punkt, byłoby i to dla pana bez znaczenia”. 

Finney nie zaproponował gościowi krzesła. Było to dla niego wskazówką, że ma odejść. Odchodząc powiedział: 

„Nie żąda pan ode mnie niczego, co by nie było zgodne ze zdrowym rozumem”. Następnego dnia zapukał ktoś do drzwi 
Finney’a.  Przed nim  stał  ów pesymista.  „Panie Finney”  - zawołał  - „Bóg uczynił  cud!”  I opowiedział  jak został  
oświecony przez Boga, jak otrzeźwiał i postanowił służyć Jezusowi. 

Działalność pisarska

Po bardzo owocnej działalności we wspomnianych wielu innych miejscowościach, musiał ewangelista, którego 

zdrowie w miarę upływu czasu bardzo się pogorszyło, pomyśleć o zmianie pracy i życia z wędrownego, na bardziej 
osiadłe.   W   tym   też   czasie   przyszła   propozycja   objęcia   pracy   w   powstającym   w   Nowym   Yorku   wolnym   zborze 
reformowanym. 

Finney po zastanowieniu się zaproszenie przyjął i wraz z żoną i trojgiem dzieci przybył do Nowego Yorku. 
W   kwietniu   1832   roku   rozpoczął   Finney   pracę   w   Nowym   Yorku   w   zborze   znajdującym   się   w   dzielnicy 

zamieszkałej przez najbardziej niereligijnych ludzi w tym mieście. 

Po kilkumiesięcznej pracy liczebność zboru wzrosła do około pięciuset osób. Zbudowano więc salę zgromadzeń, 

a Finney stał się duchowym kierownikiem nowego zboru. W tym też czasie powstało około siedmiu zborów dzięki tej  
pracy w Nowym Yorku. Lecz jego podupadłe zdrowie nie mogło wytrzymać już nawet takiej względnie regularnej 
pracy, tym bardziej, że chorował ciężko zaraz po rozpoczęciu swojej pracy pastora. Był więc zmuszony udać się w roku 
1834 na sześciomiesięczną podróż po Morzu Śródziemnym, zatrzymując się na Sycylii i Malcie. 

W trakcie podróży przeżywał Finney wiele bojów i pokuszeń, kiedy rozmyślał o milionach dusz, tonących w 

ciemności   i   grzechu,   a   także   o   konieczności   przebudzenia   wielu   zborów,   które   wprawdzie   zostały   wierne,   lecz 
potrzebowały pogłębienia, żeby nie stały się łupem fałszywych nauk. 

Pewnego dnia - już po powrocie do Nowego Yorku - gdy nurtowały go powyższe problemy i gdy modlił się 

bardzo żarliwie, tym bardziej, że zdrowie jego nadal pozostawiało wiele do życzenia - w jednej chwili spadła ta troska z 
jego serca. Późnym wieczorem Duch Święty zapewnił go, że Pan ma jeszcze dla niego przygotowaną pracę; zapewnił  
go, że będzie rozpoczęte dzieło prowadził dalej i w tym celu wyposaży go Pan we wszystko, co będzie potrzebne. Nie  
rozumiał z początku, w jaki sposób to się stanie. 

Zostało   mu   to   objawione   zaraz   po   powrocie   do   ojczyzny.   Czasopismo   „Nowojorski   Ewangelista”,   które 

powstało   jeszcze   przed   jego   odjazdem   i   służyło   wydatnie   w   propagowaniu   przebudzenia   duchowego   chrześcijan, 
straciło   podczas   nieobecności   Finney’a   wielu   prenumeratorów,   ponieważ   zamieszczano   tam   artykuły   przeciwko 
niewolnictwu.   Redaktor   tego   czasopisma   zwrócił   się   do   Finney’a   z   prośbą   o   artykuły   na   temat   duchowego 
przebudzenia. Obiecywał on sobie, że w ten sposób pozyska z powrotem odbiorców pisma. Po kilkudniowym namyśle 
Finney zdecydował się dostarczać artykuły, a redaktor chętnie je umieszczał. 

„Zacząłem zaraz wygłaszać odczyty na ten temat, i robiłem to w ciągu zimy raz w tygodniu. Redaktor je notował 

i następnie umieszczał w gazecie. Otrzymywałem je dopiero po wydrukowaniu. Ma się rozumieć, że te odczyty nie były 
nigdy przeze mnie przygotowywane na papierze, lecz wygłaszane bez przygotowania. Przeczytanie zaś ostatniego mego 
odczytu w gazecie, dawało mi temat do wygłoszenia następnego. Moje odczyty przy nadawaniu im odpowiedniej formy 
dla umieszczenia w prasie musiały być mocno skrócone. Mój odczyt trwał zwykle około półtorej godziny, a przeczytać 
go można było w ciągu trzydziestu minut. 

Odczyty te zostały później wydane w formie książkowej pod tytułem: „Odczyty Finney’a na temat przebudzenia 

duchowego”. Pierwsze wydanie ukazało się w nakładzie 12.000 egz. i zostało w ciągu kilku dni rozchwytane. Następnie 
książka   ta   została   wydana   w   Anglii,   gdzie   pewien   wydawca   sprzedał   80.000   egzemplarzy.   Książka   została 
przetłumaczona na język walijski, niemiecki i francuski. Na konferencji Kościoła Walijskiego wybrano komitet, który 
by poinformował Finney’a listownie o wielkim przebudzeniu, które ta książka spowodowała. Nieco później przyszło do 

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 9

Nowego Yorku zawiadomienie, że jego książka była narzędziem przebudzenia w Szkocji, w Kanadzie i innych krajach. 
W ten sposób zostały jego gorące modlitwy wysłuchane, a obietnica Boża wypełniona. 

Finney - profesorem teologii

Wielu młodych ludzi zwróciło się do Finney’a z prośbą, by móc pod jego kierownictwem przygotowywać się do 

służby kaznodziejskiej. Finney długi czas namyślał się, czy przyjąć ofertę jednej z dwóch szkół teologicznych, które 
czyniły usilne starania, aby pozyskać Finney’a na stanowisko profesora praktycznej teologii. Po pewnym czasie uznał  
w tym wolę Bożą i zrozumiał, że go Pan wołał do przygotowania Mu prawdziwych kaznodziei dla różnych kościołów.  
Ponieważ   szkoła   w   Oberlin   znajdowała   się   dopiero   w   stadium   organizowania   i   posiadała   skromniejsze   środki, 
wydawało mu się, że jest w większej potrzebie, niż szkoła w Hudson. Przyjął więc jej ofertę, zastrzegając sobie jednak, 
że każdego roku będzie mieć kilka miesięcy dla siebie, dla działalności ewangelizacyjnej. 

W pierwszych latach swego pobytu w Oberlin czuł się dłużnikiem swego zboru w Nowym Yorku i postanowił w 

nim spędzić zimę, służąc jako ewangelista i kierownik zboru. Prowadził tam oprócz działalności kaznodziejskiej dla 
niewierzących także regularne zgromadzenia dla wierzących, dla pogłębienia ich życia duchowego i wprowadzenia ich 
do tajników prawdziwego życia chrześcijańskiego. Ta działalność została obficie pobłogosławiona. 

Do Oberlin przyjeżdżali przeważnie sami wierzący studenci. Tworzyli oni wraz z nauczycielami jeden organizm, 

w którym jeden członek starał się drugiemu „posiłku dodawać”. Jeżeli tam trafili inaczej myślący studenci, bywali 
przez nawróconych  już pobudzani do duchowego życia tak, że w uczelni wiadomości teologiczne szły w parze z 
praktycznymi. W całej okolicy w wyniku działalności Finney’a powstało wielkie przebudzenie. 

Swym studentom dawał on obok materiału naukowego jeszcze jedną radę: „Poleciłem wam do przeczytania 

wiele książek, które mogą przynieść wam wiele korzyści, lecz Biblia musi stanowić dla was najważniejsze studium. 
Uczyńmy ją najważniejszym naszym podręcznikiem, modląc się przy jej czytaniu i porównujmy przeczytane Słowo z 
własnym życiem, żyjmy jej treścią, aż napełni nas Duch Święty, Duch zupełnego poświęcenia. Jaka szkoda, że wielu  
absolwentów zna Biblię mniej od innych książek świeckich!” 

Po dwuletniej pracy w Oberlin, wygłosił Finney w Nowym Yorku szereg odczytów na temat: „Chrześcijanin z 

imienia”. Odczyty te zostały także wydane w formie książki. Nie zdobyły one prawdzie takiego rozgłosu, jak książka o  
„Duchowym przebudzeniu”, lecz osiągnęły także po kilka wydań. 

Dalszy rozwój życia wewnętrznego

Rok   1834   stanowi   niezapomnianą   datę   wżyciu   Finneya.   Z   nią   bowiem   jest   związany   dalszy   rozwój   jego 

wewnętrznego życia. Zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że jego żona wkrótce od niego odejdzie. Myśl, że ma ją  
utracić, wypełniała boleścią jego serce do głębi. Wewnętrzny spokój został zachwiany. Poprzednio, kiedy się poruczał  
Bogu, przynosił równocześnie swych umiłowanych, swoje i ich życie kładł na ołtarz Boży i poddawał się wraz z nimi 
woli Bożej. Lecz nigdy nie przyszło mu na myśl, żeby mogło dojść w jego życiu do takiej katastrofy. Na cichy glos  
Pana, żeby Mu wydać to, co miał najdroższego, nie mógł się zgodzić. Całymi godzinami trwał na kolanach, lecz nie 
mógł się pozbyć wrażenia, że sprzeciwia się woli Bożej. To go bardzo przestraszyło i zasmuciło, nigdy by nie był  
poprzednio pomyślał, że jego własna wola może do tego stopnia sprzeciwiać się Panu. 

Napisał więc do swej żony i opowiedział jej o swym bólu. W trakcie modlitwy nasunęły mu się myśli: „Cóż by 

to było, jeśliby twoje dobre chęci i przeżycia były tylko uczuciami, a twoje serce pozostało niepoddane całkowicie  
Bogu?” „Czy dobrze rozumiesz czego uczy Biblia? Czy twoja wola jest rzeczywiście podporządkowana woli Bożej?” 
Wtenczas nasuwały się mu wiersze, które mówiły o niebezpieczeństwie okłamywania samego siebie. Boleść, jaką mu 
to sprawiło, była nie do opisania. Owe straszne pokuszenia nie trwały długo. Finney traktował je jako piekielne strzały 
szatana. Wtedy poddał się Pańskiemu prowadzeniu całkowicie, jak nigdy dotąd: „Jakakolwiek by nie była wola Twoja  
względem mnie i moich najbliższych, czyń Panie, co Ci się podoba”. I w tej chwili wszystko, co tak gorąco miłował, 
żonę i dzieci, oddał z ufnością w ręce Boże. „Dopiero wtenczas mogłem w pełni zrozumieć, co to znaczy oddać się 
Bogu! Długo zostawałem w modlitwie na kolanach, rozważając wszystko na nowo, i jeszcze raz oddałem to wszystko  
Panu: losy Kościoła, rozwój religijności, nawrócenie świata, własne zbawienie lub zgubę”. Nie mogłem już inaczej, jak 
wszystko powiedzieć Jezusowi z całego serca, a On żeby ze mną postąpił, jak się tylko Jego świętej woli podoba. 

Z całego serca wierzę w Jego dobroć i miłość, i nie wierzę w to, żeby ze mną coś uczynił, czego bym nie mógł  

przyjąć z pełną wdzięcznością. 

Zostałem napełniony świętą mocą, światłem i miłością, gdy do Niego wołałem z prośbą, żeby ze mną postąpił 

według Swej woli. Wierzyłem głęboko, że On uczyni ze mną jedynie to, co będzie doskonałe, mądre i dobre, a ja 
otrzymałem już dosyć dowodów dobroci, żeby się móc z ufnością oddać Jego prowadzeniu. Tak radosnej i zupełnej  
ufności oddania się woli Bożej jeszcze nigdy poprzednio nie dożyłem. Przed ta radosną ufnością ustąpiło wszystko, na  
czym dotychczas budowałem. To, co poprzednio dożywałem z miłości i pocieszenia Bożego, zupełnie zniknęło wobec 
wielkości nowego przeżycia. Moje obcowanie z moim Panem spoczęło od tej chwili na nowym gruncie, a moja ufność 
do Jego dobroci, spoczywała odtąd na nowym fundamencie. 

Nie wiedziałem wprawdzie, co Pan ze mną postanowi, lecz było mi darowane w tej chwili, że się tym nie 

przejmowałem, lecz tylko ufnie czekałem”. 

Finney był napełniony zupełnym pokojem wewnętrznym, mimo, że chwilami nawiedzały go takie myśli: „Czy 

odpoczywasz na tym, w czym się z Panem zgodziłeś? Czy chcesz pozostać w tym poświęceniu i całkowitym poddaniu 
woli Bożej?” Odpowiadał bez wahania: „Tak! Nie cofnę się i nie chcę próbować nawet cofać się...”. 

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 10

W ten sposób otworzyło się dla Finney’a  źródło radości, trwającej  w ciągu  tygodni,  miesięcy a nawet  lat. 

Przeżywał znów nie tylko świeżość pierwszej miłości, ale jej ogrom. 

„Pan   przeniósł   mnie   wysoko   ponad   to   wszystko,   co   mogłem   dotychczas   przeżywać.   Otwierał   mi   nowe   i 

drogocenne myśli Słowa Bożego, odnoszące się do Chrystusowej mocy i pragnienia zbawienia, tak że musiałem sobie 
często powtarzać: „Nigdy bym nawet nie przypuszczał, że coś takiego jest możliwe. Najwięcej mnie dziwiło to, jak 
mało dotychczas mogłem poznać; w tym jednym słowie: „Dosyć masz na łasce mojej” (2 Kor. 12,9), wydawało się  
mieścić wszystko”. 

„Przedziwne!   Przedziwne!   -   powtarzałem.   Wszak   jest   napisane   o   Chrystusie,   że   będzie   nadane   Mu   imię:  

„Dziwny, Radny, Bóg mocny, Ojciec wieczności, Książę pokoju”. Kiedy wzruszenia minęły, a duch się uspokoił, mógł  
Finney obserwować rozwój swego wewnętrznego życia. Poznał, że Pan sam zgotował mu to przeżycie. Kiedy przeszedł 
przez fazę uniesienia i odnowienia, nic się później nie zmieniło w jego duchowym  stanie, nadal żył  w duchowej  
wolności,   przeżywał   dziecinną   radość   w   bogu   i   ufność   w   Słowie   Jego,   utwierdzenie   wiary,   i   stale   nowe   fale 
chrześcijańskiej miłości, podczas gdy dawniej dożywał tego raczej sporadycznie. 

Kilka   lat   po   tych   przeżyciach,   zmarła   mu   umiłowana   żona.   Nie   opierał   się   woli   Bożej.   Bez   szemrania, 

aczkolwiek boleść jego była niezmierna, mężnie zdał ten egzamin. I boleść nad stratą odjął Pan z jego serca. 

Gdy pewnego dnia trwał na kolanach, Pan mu objawił, że śmierć jej jest dla niej tylko zyskiem. 
Ten wewnętrzny przewrót i zbliżenie do Pana miały na Finney’a i jego kazania wielki wpływ. Mógł on teraz w  

nowy sposób świadczyć o pełności zbawienia przygotowanego dla wszystkich, którzy je z Jego ręki gotowi są przyjąć. 
Wielu chrześcijan brało z tego wielki pożytek, lecz dla wielu było to niezrozumiałe. Tylko niektórzy z wierzących 
mogli to pojąć, że można przeżyć w pełni miłość Jezusa i dożyć praktycznie jej wyzwalającej mocy. 

W niedługi czas po śmierci żony w 1847 r. ożenił się Finney po raz drugi, tak że jego dzieci otrzymały znowu  

matkę. Miał już wtedy 56 lat. Obok swych czynności w Oberlin prowadził ewangelizacje w różnych miejscowościach. 
Na ten czas przypada jego podróż do Anglii, gdzie odwiedził Houghton, Birmingham, Worcester, a w roku 1851 
Londyn. Tutaj prowadził zgromadzenia o rozmiarach podobnych, jak później jego wielki uczeń Moody. 

Z wielkim błogosławieństwem tak za granicą, jak i po powrocie do domu prowadził dalej swoje odczyty i 

ewangelizacje, w Hartwardzie, Syrakuzach, Western, w roku zaś 1856 - w Bostonie. 

Także jego druga wizyta w Anglii przyniosła wielkie błogosławieństwo. To samo działo się w Szkocji. Nie  

zapomniał on także o zgromadzeniach modlitewnych, gdzie tylko wyczuwał ich potrzebę. W 1860 roku wyruszył z 
powrotem do kraju. 

Ostatnie dni i odejście

Szkoła Teologiczna w Oberlin w tym czasie, po pierwotnych trudnościach organizacyjnych, rozwijała się bardzo 

dobrze. Została ona wyposażona bogato w pomoce naukowe i otrzymała bogate subsydia. Liczba studentów poważnie 
wzrosła. W Oberlin powstały liczne związki, a studenci tworzyli liczne kółka wśród siebie. Nastało tam ruchliwe życie,  
lecz wkradła się świeckość. To skłoniło Finney’a, by po powrocie do domu zacząć pracować na nowo nad duchowym 
ożywieniem  studentów. Aczkolwiek był  już starcem, miał kazania dwa razy w tygodniu, a oprócz tego prowadził 
specjalne zebrania o kierunku przebudzeniowym. Oprócz tego zaprowadził codzienne modlitwy, które odbywały się w 
kaplicy. 

Nastąpiło wkrótce znowu wielkie przebudzenie. Lecz w toku tej owocnej pracy, Finney zachorował na febrę.  

Miało to miejsce po jednym z najbardziej błogosławionych zebrań. Przez trzy miesiące musiał leżeć w łóżku. 

Przez ten wypadek tempo jego pracy zostało zahamowane. Lecz kiedy się podniósł z pościeli, zaczął pracę na  

nowo i rezultat był taki jak zawsze. Dla wielu nienawróconych ludzi ustawiczna jego działalność była nie na rękę. Tym 
bardziej cieszył się staruszek nauczyciel, kiedy widział jak ta praca zdobywa sobie teren, i jak grupa studentów bierze w 
niej udział. Wierzący studenci wywierali wielki wpływ na nienawróconych kolegów. Potworzyli między sobą różne 
kółka,   w   których   się   modlono   i   zapraszano   młodzież   również   z   miasteczka.   Na   tej   pracy   spoczywało   wielkie 
błogosławieństwo 

Chociaż Finney przekroczył  lat siedemdziesiąt, był  stale czynny;  zapraszano go do wielu miejscowości, dla 

urządzenia tam ewangelizacji. 

Widział on jeszcze wiele pracy w domu, a siły mu już brakowało, był więc zmuszony z wielu zaproszeń nie 

skorzystać. Lecz prośbie, którą mu przedłożyli profesorowie z Oberlin, po dłuższych wahaniach, odmówić nie mógł, 
mianowicie, żeby napisał swój życiorys. Zastrzegł sobie tylko to, że życiorys ten może zostać wydany dopiero po jego  
śmierci. W roku 1867, jako 75-letni staruszek zabrał się do tej pracy. Była mu w tym pomocą, zachowana bogata jego 
korespondencja.  W pozostałym  był  skazany na swoją pamięć,  która była  podziwu godna  i  żywa.  W przedmowie 
napisał: „Odczuwam, rzecz zrozumiała, wielką niechęć do pisania o sobie, lecz jestem do tego zmuszony, jeżeli miałby 
być   opowiedziany   prawdziwy   przebieg   wielu   przebudzeń.   Lecz   proszę   wziąć   pod   uwagę   fakt,   że   nie   jest   moim 
zamiarem opisywanie przygód mojego życia, i nie chcę się nim zajmować więcej, jak tylko tyle, ile wymaga historia 
wielkich nawróceń i mego stosunku względem tego zjawiska”. 

W styczniu 1868 r. miał Finney dzieło gotowe. Po jego śmierci w r. 1876 książka została wydana przez Fakultet  

Teologiczny   w   Oberlin.   Finney   mógł   aż   do   r.   1872   wykonywać   obowiązki   profesora   teologii   i   przełożonego 
tamtejszego kościoła. Pomagał mu wprawdzie jeszcze jeden kaznodzieja, lecz Finney starał się kazać przynajmniej raz 
w tygodniu. Niezależnie od tego, od długiego już czasu był profesorem praktycznej teologii. Rok za rokiem głosił o  
rozwoju życia duchowego, o chrześcijańskiej  praktyce  i o przebudzeniu. W roku 1872 musiał nareszcie zrzec się  

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 11

funkcji kaznodziei, ponieważ nie starczało mu już sił. Od czasu do czasu jeszcze wstąpił na kazalnicę, a w ostatnim  
miesiącu uczynił to dwukrotnie. 

Ostatni cykl  wykładów  skończył  około 9 miesięcy przed śmiercią,  w lipcu 1875 roku. Jego starość opisali 

koledzy   ze   szkoły   teologicznej   następująco:   „Mimo   wyczerpującej   pracy   jaką   wykonywał,   przez   całe   życie   było 
widoczne u niego, że brzemię lat mało mu dolega. Nosił się prosto, jak młodzieniec i do ostatniej chwili zachował siłę 
ducha. Jego życie i charakter nigdy może bardziej nie obfitowały w owoce, piękno i dobroć, jak w jego ostatnich latach  
i miesiącach. Jego działalność publiczna była oczywiście już bardzo ograniczona, ale cicha moc płynęła od niego jako  
błogosławieństwo na całą społeczność, którą w ciągu 40-tu lat prowadził, kształtował i błogosławił”. 

Krótko przed jego odejściem, odwiedził go jeden z jego kolegów, któremu rzekł: „Kiedy umrę, nie szukajcie mię 

między umarłymi. Odchodzę tam, gdzie będę bardziej żywy, niż wy tutaj na ziemi”. 

Przed zachodem słońca, kiedy zaczęło się wieczorowe nabożeństwo, wyszedł na chwilę przed dom, oparty na 

ramieniu swej żony. Na chwilę usiadł przed kościelnym oknem, żeby posłuchać śpiewu. Kiedy wrócił do domu, skarżył 
się na boleść serca. Położył się do łóżka, a jego żona usiadła obok niego. Na pół godziny przed śmiercią powiedział do  
niej:  „Wierz,  kochana,  że  długo  to  trwało,  nim   mogłem  poznać,   co  ze  mną  chce  Pan  uczynić.  Długo,  długo  się 
ociągałem”. 

Żona mu odpowiedziała, że były to drogi Boże, którymi był tak dziwnie prowadzony i przypomniała mu, jak 

długi czas mógł dla Pana pracować, co jest wielkim darem Bożej miłości. Uśmiechnął się szczęśliwie i rzekł cicho: „Ja  
Mu nie byłem niewierny, prawda?” Były to ostatnie jego słowa 

Zasnął cicho rankiem następnego dnia. Było to 16 kwietnia 1876 roku, na dwa tygodnie przed 83 rocznicą 

swych urodzin. 

„Ja Mu nie byłem niewiernym!” - ostatnie słowa umierającego są jasnym świadectwem wiernego wyznawcy 

Jezusa Chrystusa, którego życie i cierpienia wzywają i nas do naśladowania Go.

background image

Z życia i działalności Finney’a

Strona 12

background image

Jak przezwyciężyć grzech?

Strona 13

„Jak przezwyciężyć grzech?”

Karol Finney

Rzekli więc do niego „Cóż mamy czynić aby wykonywać dzieła Boże? odpowiedział Jezus i rzekł im „to jest  

dzieło Boże wierzyć w tego, którego on posłał” / Ew.Jn.6.28-29 /

Spotykam bardzo wielu zaniepokojonych chrześcijan, którzy zadają pytanie co mają robić aby przezwyciężyć 

świat, ciało i szatana. Oni nie dostrzegają faktu, „że zwycięstwo, które zwyciężyło świat, to wiara nasza” /1 Jan 5.4/, i 
że „tarczą wiary” mają „zgasić wszystkie ogniste pociski złego” /Ef.6.16/ Pytają „Czemu jestem zwyciężony przez  
grzech? Dlaczego nie mogę być ponad jego mocą? Dlaczego jestem niewolnikiem swoich pragnień i namiętności. Oni  
szukają wokół siebie powodu tej duchowej nędzy i śmierci. Czasami myślą, że odkryli odpowiedź w zaniedbaniu to 
jednego obowiązku to drugiego. Czasami wyobrażają sobie, że powodem ich nędzy jest poddanie się temu czy innemu 
grzechowi. Podejmują wysiłek w tym kierunku i łatają swoją sprawiedliwość w jednym miejscu czyniąc jednocześnie 
dziurę   w   innym.   W   takim   stanie   żyją   latami,   a   będąc   w   zamkniętym   kole,   stawiają   zapory   z   piasku   przeciwko  
strumieniowi   swego   własnego   zepsucia.   Zamiast   natychmiastowego   „oczyszczenia   swych   serc   wiarą”,   starają   się 
zatamować, wylewające się z nich strumienie gorzkich wód. 

„Dlaczego grzeszę” - pytają i szukając powodu dochodzą do tego samego wniosku, „Ponieważ zaniedbuję taki a 

taki obowiązek” Ale jak mam uwolnić się od grzechu? Zwykle udzielają sobie odpowiedzi. „Przez czynienie mego  
obowiązku tzn. zaniechanie grzechu”. Dobre pytanie w tym miejscu powinno brzmieć: Dlaczego zaniedbują swoje 
obowiązki?   Dlaczego   wciąż   dopuszczają   się   grzechu?   Co   jest   tego   główną   przyczyną?   Wszystko   to   z   powrotem 
prowadzi nas do sedna sprawy. Jak przezwyciężyć tą zepsutą naturę, tą nikczemność, te nasze grzeszne zwyczaje.  
Odpowiadam: „tylko przez wiarę”. Żadne uczynki prawa nie dają nam najmniejszej mocy do przezwyciężenia naszych 
grzechów, ale raczej wzmacniają dumę i powodują niewiarę. 

Wielkim podstawowym grzechem będącym fundamentem wszystkich innych grzechów jest niewiara. Pierwszą 

rzeczą, którą musimy uczynić to, odrzucić ją i uwierzyć Słowu Bożemu. Nie może być żadnego uwolnienia z grzechów  
bez wiary, „gdyż wszystko co nie jest z wiary jest grzechem” /Rzym.14.23/. „Bez wiary zaś nie można podobać się  
Bogu  /Hbr.11.6/.  W ten sposób widzimy,  że cofający się  i oskarżany chrześcijanin, który z  ledwością  opiera  się 
grzechowi, prawie zawsze próbuje przez uczynki prawa zdobyć wiarę. Pości, modli się, czyta, boryka się i pozornie się  
zmienia, i w ten sposób stara się zdobyć łaskę. Ale wszystko to czyni na próżno. Pytasz może: „Czy może nie mamy 
pościć, modlić się czytać i zmagać się? Czy mamy nic nie czynić, tylko siedzieć w płytkim poczuciu bezpieczeństwa i  
braku działania” Odpowiadam: Musicie wszystko czynić co Bóg wam przykazuje, ale musicie zacząć od tego na co On 
wskazuje i czynić to w sposób przez Niego przykazany. Ćwiczcie wiarę czynną w miłości /Gal.5.6/. Oczywiście swoje 
serca przez wiarę! Uwierzcie w Syna Bożego! /1Jana 5.10/.

Czym jest wiara?

Pierwszym krokiem do posiadania wiary, jest zrozumienie prawdy biblijnej. Ale samo to, jeszcze nie znaczy że,  

ją posiadamy, gdyż Szatan również ją ma i drży /Jak.2.19/ Drugim zaś krokiem do posiadania wiary, jest zgoda serca na 
prawdę zrozumianą przez umysł. Jest to szczere zaufanie lub odpoczynek umysłu w tej prawdzie i poddanie siebie pod 
jej   wpływ.   Łatwo   można   teraz   zobaczyć,   że   bez   zgody   woli   nic   nie   może   istnieć   oprócz   powierzchownego 
posłuszeństwa Bogu. Czyż uczynki prawa nie mogą być wykonywane bez wiary? Możemy czynić je ze strachu lub z 
nadziei, bądź jakiś egoistycznych motywów, nie mając jednocześnie zaufania iż możliwym jest służenie Bogu w sposób 
naturalny z miłości i posłuszeństwa serca. Oświadczam więc, że szukanie łaski wiary przez zwykłe ludzkie uczynki jest 
zupełną obrzydliwością. Jest to tak ohydne jak staranie się o kupno za pieniądze Ducha Świętego. /Dz.Ap.8.20/ Jest to  
odrzuceniem świadectwa Słowa Bożego mówiącego nam o naszej całkowitej nieprawości, bezradności a staraniem się o 
to by oddać w zastaw naszą niewiarę i uczynki bez serca Świętemu nieskończonemu Bogu. Jest to próba kupna Jego 
przychylności, zamiast zaakceptowania łaski jako Jego suwerennego daru. Udzielać innej odpowiedzi trwającemu w 
niewierze i zapewnianie go aby wykonywał jakąś pracę z oczekiwaniem, że przez nią zdobędzie wiarę, to utwierdzenie 
grzesznika w jego własnej sprawiedliwości. Równoznaczne jest to z przedłużeniem jego zbuntowanego stanu oraz 
doprowadzeniem go do zakotwiczenia w nadziei płynącej z własnej sprawiedliwości, co w końcowym efekcie daje 
zniechęcenie i złorzeczenie Bogu. Ponieważ upamiętanie, wiara, miłość i każde inne święte zadanie wymaga i wynika z 
wiary, więc niemożliwym jest upamiętanie się bez zaufania w naturę i żądania Boga. Gdyż, czym jest upamiętanie jeśli 
nie serdecznym  wywyższeniem  Boga  a potępieniem  siebie. To też niemożliwą rzeczą jest doświadczanie ufającej 
miłości do Boga bez wiary. Poddanie się Bogu wymaga ćwiczenia naszego zaufania do Niego i Jego żądań. Wiara jest 
jedynym stanem ludzkiej duszy, która przyjmuje Chrystusa do serca z wszystkimi Jego silnie uświęconymi wpływami. 
Biblia pokazuje nam, że stan uświęconej duszy wynika z faktu, iż znajduje się ona pod wpływem zamieszkującego w 
niej Chrystusa. Dlatego zadaniem wiary jest otwarcie drzwi, przez które Chrystus ma być przyjęty aby rządził w sercu.  
Jeśli znajdujemy się w takim stanie to właściwą rzeczą jest czynienie tego co akceptuje zamieszkujący w nas Chrystus.  
Jeśli to jest czynione, wszystko inne będzie także uczynione, lecz jeśli to jest zaniedbane, także wszystko inne będzie  
zaniedbane. 

background image

Jak przezwyciężyć grzech?

Strona 14

Kilka pomocnych uwag

1. Widzę dlaczego Kościół nie jest uświęcony. Jego członkowie nie dostrzegają funkcji i konieczności wiary, 

jako jedynie mogącej przynieść właściwe posłuszeństwo Bogu. Są zamieszani w starania zdobycia wiary przez uczynki  
prawa, zamiast doświadczenia tej wiary, która może uczynić w nich czyste serca. W ten sposób poszukują oni na 
próżno uświęcenia. Powszechną rzeczą, jaką można zobaczyć jest widok chrześcijan zajętych zewnętrznym staraniem i 
uczynkami: postem, modlitwą, dawaniem, robieniem i zmaganiem się, ale w tym wszystkim nie wydających owocu  
Ducha „miłości, radości, pokoju, cierpliwości uprzejmości, dobroci, wiary, łagodności, wstrzemięźliwości. Przeciwko 
takim nie ma prawa /Gal.5.22-23/. 

2. Widzę dlaczego Biblia kładzie tak duży nacisk na wiarę. 
3. Widzę jaką trudność mają ci którzy idą za Panem w ciągłym nastroju narzekania. Wydaje się że wiedzą, że się 

mylą, ale nie rozumieją gdzie tkwi główny powód ich pomyłki. Czasami uważają, że zaniedbanie pewnego obowiązku 
jest ich główną trudnością. Czasami skupiają swój umysł na czymś co według nich, jest ich główną trudnością. Oni  
postanawiają uwolnić się z tego czy innego grzechu i praktykują to samozaparcie i ten obowiązek a wszystko to bez 
wiary,  która wypełnia serce miłością. Kręcą się w około, nie wiedzą, że nie wiara jest ich wielkim potępiającym 
grzechem, bez którego usunięcia żaden inny grzech nie może być wybaczony, ani z żadnego innego grzechu nie można 
się upamiętać. Wszystkie ich uczynki są całkowicie obłudne i opierające się na prawie - próżne dopóki nie doświadczą 
wiary. 

4. Jeśli osoby bez wiary, nie uświęcone decydują się przestrzegać przykazań Bożych, ich uczynki będą oparte  

tylko na prawie, własnej prawości i spowodują zniszczenia. Dla nich wskazania Ewangelii tak samo jak przykazania  
prawa są strasznym dołem błotnistej gliny. A kiedy wrzucą człowieka w taką dziurę to im bardziej stara się on z niej  
wydostać, tym głębiej się w nią zapada, każdy wysiłek dążący do osiągnięcia posłuszeństwa bez wiary jest grzechem, 
ponieważ utwierdza on człowieka w własnej sprawiedliwości a to oddala go dalej i dalej od Boga i prawdziwej nadziei.  
A im bardziej stara się wydostać tym bardziej alarmującym staje się jego przypadek. Glina otacza go coraz silniej, dusi  
go  i  zabija.  Dla niewierzącego  serca,  przykazania  Boże  stają się taką  dziurą  i  pułapką.  Bez  wiary zaś jest  tylko  
zniszczenie, potępienie i grzech. 

5. Dla niedbałego, nieprzebudzonego grzesznika, który nic nie wie o swoim zgubieniu, mogłoby być ważną i 

właściwą rzeczą, skierowanie jego uwagi na Prawo Boże, ale nie po to by stał się świętym, ale by przekonać go o  
grzechu. W ten sposób Chrystus wymaga od bogatego młodego człowieka zachowywania przykazań, lecz wskazując 
mu zarazem jego wielką miłość do świata. 

6. Widzę jak dla Żydów i wszystkich niewierzących przykazania Boże są zawadzającą przeszkodą. Cała ich 

zewnętrzna na nie zgoda jest bezużyteczna i niszcząca. Miłość bez wiary jest niemożliwa. Konsekwentne miłosierne  
wskazówki   i   instrukcje   zawarte   w   biblijnych   zasadach   postępowania   są   dla   nich   pożywieniem   ich   własnej 
sprawiedliwości a zatem pułapką śmierci. Ale dla tych, których dusze są pełne wiary i miłości, przykazania Boże są 
wskazówką, której potrzebują gdy w swej niewiedzy usilnie starają się dowiedzieć co mają czynić aby chwalić Boga 
„Rób to i unikaj tego „ itp. są rzeczami, które serca przepełnione miłością będą używały jako koniecznej wskazówki ich 
Ojca Niebieskiego. 

7. Ktoś może zapytać „Czyż ludzie nie uczą się doświadczać wiarę przez to, co nazywasz wysiłkami opartymi na 

Prawie i przez posłuszeństwo do wskazówek w nim zawartych. Nie. Oni tylko uczą się na własnej skórze, że wszystkie  
takie wysiłki są bezwartościowe a sami oni są zupełnie zdeprawowani i zależni od tego, w co powinni uwierzyć na  
początku. Oni decydują się na modlitwę, czytanie, zmaganie się, oczekując w każdej modlitwie, którą zanoszą, na 
każdym spotkaniu w którym uczestniczą, uzyskać łaskę i wiarę. Ale oni nigdy nie wierzą, aż są zupełnie zniechęceni i  
zrozpaczeni   uzyskiwaniem   pomocy   w   ten   sposób.   Historia   nawrócenia   każdego,   „według   siebie   sprawiedliwego” 
grzesznika   i   uświęcenia   każdego   zaniepokojonego   chrześcijanina   rozwinęła   by   tę   prawdę,   że   uwolnienie   nie 
przychodzi,   aż   ich   własne   doświadczenie   nie   udowodni   im,   że  wysiłki   ich   oparte   na   własnej   sprawiedliwości   są 
zupełnie   próżne   i   należy  ocenić   je   jako   bezużyteczne   a   całą   sprawę   oddać   suwerennemu   miłosierdziu   Boga.   To 
poddanie się miłosierdziu Bożemu jest właśnie tym aktem wiary, który powinni oni przeżyć na samym początku, a 
którego nie doświadczyli aż każdy inny sposób stał się dla nich zawodny.

8. Być może powiesz: „Jeśli przez zmaganie się z grzechem, w swojej sprawiedliwości odkrywają oni swoją  

nieprawość i zależność od Boga i w ten sposób na podstawie własnego doświadczenia poznają prawdę Bożą, dlaczego  
nie zachęcać ich do podjęcia się tych zmagań jako przynajmniej okrężnej drogi do zdobycia wiary?  Odpowiadam: 
„Bluźnierstwo,   pijaństwo   i   jakiekolwiek   z   najbardziej   szokujących   grzechów   mogą   być   i   często   były   środkami 
osądzenia, które zaowocowało nawróceniem, ale dlaczego mamy popierać te rzeczy jako przynoszących niektórym  
zbawienie. Prawda jest taka, że gdy uwaga grzesznika jest obudzona i jest on osądzony, zadaje pytanie: „Co mam  
robić”, i gdy chrześcijanin zmagający się z pozostającym w nim zepsuciem, zadaje to samo pytanie to czy powinni oni  
być wrzuceni w tą straszną dziurę, o której mówiłem? Czy nie powinniśmy im odpowiedzieć słowami „To jest dzieło 
Boże: wierzyć w tego, którego On posłał. 

9. Pozwól mi powiedzieć do Ciebie, który zadałeś pytanie „Jak mogę przezwyciężyć grzech? Nie czekaj na post, 

czytanie, modlitwę - nie oczekuj bycia uwolnionym z jakiegoś grzechu w swojej niewierze. Możesz uwolnić się z 
jakiegoś  jego   zewnętrznego   przejawu   możesz  zastąpić  przeklinanie-modleniem,  czytanie  gazet   -  czytaniem  Biblii, 
kradzież i bezczynność - pracą i uczciwością, picie - trzeźwością, i cokolwiek jeszcze chcesz, ale w końcu to wszystko  
nie jest niczym innym jak zmianą jednej formy grzechu na drugą, różnicowaniem sposobu twojego buntu wobec Boga.  
Pamiętaj jeśli trwasz w niewierze, niezależnie od swojego zachowania, jesteś cały czas buntowniczo nastawiony wobec 

background image

Jak przezwyciężyć grzech?

Strona 15

Boga. Wiara bowiem uświęciłaby twoje serce i twoje uczynki, które byłyby dokonane w Jezusie i przyjęte przez Boga.  
Drogi przyjacielu pytasz czy zdobędziesz świętość przez czytanie Biblii lub przez modlitwę i post, albo może przez te  
wszystkie czyny razem. Teraz pozwól temu słowu odpowiedzieć Tobie czy jakieś z tych rzeczy, gdy nie masz wiary, 
sprawią że wzrośniesz lub znajdziesz ulgę. Mówisz o byciu w ciemnościach o zniechęceniu. Nic dziwnego, że tak jest,  
ponieważ szukałeś uświęcenia w zewnętrznych uczynkach. Potknąłeś się o „kamień obrazy”  /Rzym.9.32/  Jesteś w 
dziurze pełnej gliny. Natychmiast doświadcz wiary w Syna Bożego. Jest to pierwsza i jedyna rzecz jaką masz zrobić, 
aby twoje stopy spoczęły na Skale - a Bóg natychmiast włoży w twoje usta nową pieśń /Ps.40/.

background image

Jak przezwyciężyć grzech?

Strona 16

background image

Konieczność i skuteczność jedności

Strona 17

„Konieczność i skuteczność jedności”

Karol Finney

Tekst - „Nadto powiadam wam, jeśliby dwaj z was na ziemi uzgodnili swe prośby o jakąkolwiek rzecz, otrzymają  

ją od Ojca mojego, który jest w Niebiesiech” (Mat. 18,19)

W czasie jednego z poprzednich moich wykładów użyłem tego tekstu mówiąc na temat zebrań modlitewnych. 

Ale w tej chwili, chciałbym zająć się bardziej szczegółowo duchową stroną tego tekstu i jego znaczeniem. Najwyraźniej 
nasz Pan, mówiąc te słowa, miał zamiar wskazać na ogromne znaczenie i wpływ jedności w modlitwie i na to, jak  
wielkie   znaczenie   posiada   ona   dla   posuwania   naprzód   sprawy   religii.   Pan   nasz,   podając   nam   liczbę   dwóch   jako  
najmniejszą   liczbę   osób   pomiędzy   którymi   może   zajść   porozumienie,   powiada,   że   „jeśliby   dwaj   z   nas   na   ziemi 
uzgodnili   swe   prośby   o   jakąkolwiek   rzecz,   otrzymają   ją   od   Ojca   Jego,   który   jest   w   Niebiesiech.”   Pan   kładzie 
szczególny nacisk na ich porozumienie się, na uzgodnienie ich punktu widzenia. Pan nasz kładzie na to właśnie nacisk.  
A jeśli mówi o dwóch, to wydaje się, że pragnął przez to zachęcić nawet najmniejszą ilość osób, aby tylko uzgodniła w  
jedności swe pragnienia. Co mamy jednak rozumieć, jeśli jest mowa o uzgodnieniu swych próśb o jakąkolwiek rzecz?  
Na to pytanie będę chciał powiedzieć pod dwoma nagłówkami.

I. Wskazuje na to, że mamy być zgodni w modlitwie i 
II. Mamy być zgodni we wszystkim tym, co jest konieczne, aby otrzymać błogosławieństwo, którego szukamy i 

o które prosimy.

I.   Aby   osiągnąć   obietnicę,   daną   w   tych,   słowach   przez   Pana,   naszego   musimy   być   zgodni   w   naszej 

modlitwie. Nasz tekst uczy tej prawdy całkiem wyraźnie. 

1. Powinniśmy być zgodni w pragnieniu, aby otrzymać daną rzecz, aby osiągnąć dany cel. Jest rzeczą konieczną 

mieć pragnienie uzyskania tego, o co się prosi, aby zaistniała zgodność odnośnie do tych pragnień. Bardzo często  
poszczególne jednostki słowami modlą się pozornie o tę samą rzecz, ale nie są bynajmniej zgodni w pragnieniu tej 
rzeczy.   Nie,   wręcz   przeciwnie,   bywa   nawet   tak,   że   nie   którzy   z   nich   w   sercach   swoich   pragną   czegoś   wręcz 
przeciwnego. Wzywa się ludzi aby modlili się o daną rzecz i rzeczywiście, wargami modlą się oto, ale Bóg dobrze o  
tym wie, że często tej rzeczy bynajmniej nie pragną. A Pan także widzi, że cały czas kiedy wznosi się ta modlitwa,  
serca sprzeciwiają się temu, o co w modlitwach proszą. 

2. Musimy być zgodni w pobudkach, dla których pragniemy wysłuchania naszych modlitw. Nie wystarczy, aby 

pragnienia odnośnie do celu modlitwy były identyczne, również i przyczyna, dla której się o to modlimy, też musi być  
ta sama. Ktoś może pragnąć duchowego przebudzenia dla chwały Bożej i dla zbawienia grzeszników. Inny człowiek 
zboru   może   również   pragnąć   duchowego   przebudzenia,   ale   z   zupełnie   in   nych   pobudek.   Niektórzy  może   pragną 
duchowego   przebudze   nia,   aby   widzieć   zbór   wzmocniony   i   powiększony,   tak,   aby   sprawa   finansowania   zboru   i  
popierania ewangelizacji była łatwiejszą dla zrealizowania. Inny może pragnie duchowego przebudzenia zboru, aby był 
liczniejszy, a przez to bardziej szanowany. Inni znowuż pragną duchowego przebudzenia dla tego, ponieważ może 
sprzeciwiano im się, może o nich źle mówiono i dla tej przyczyny pragną, aby ich wrogowie o tym się przekonali, że 
jakkolwiek oni może o nich mówią, źle albo źle myślą, to mimo wszystko Bóg im błogosławi. Kiedy indziej znów  
ludzie pragną duchowego przebudzenia po prostu z na turalnego uczucia i miłości do swoich przyjaciół. Po prostu 
pragną, by ci się nawrócili i zostali zbawieni. Jeśli więc wszyscy ci ludzie pragną być połączeni w modlitwie tak, aby  
otrzymać błogosławieństwo, o które proszą, to nie tylko muszą pragnąć danego błogosławieństwa, ale muszą także być 
zgodni w tym, aby pragnąć tego błogosławieństwa dla tych samych powodów.

3. Musimy być zgodni w pragnieniu tego błogosławieństwa dla właściwych, dobrych przyczyn. A te pragnienia 

nie tylko muszą być połączone, uzgodnione i pochodzące z tych samych pobudek, ale muszą one płynąć z właściwych i  
dobrych, pobudek. Najwyższą pobudką musi być zawsze przyniesienie czci i chwały Bogu. Może nawet tak być, że 
ludzie   pragną   duchowego   przebudzenia   i   są   zgodni   w   pragnieniu   go   i   zgodni   w   przyczynach,   dla   których   tego  
duchowego przebudzenia pragną. A jednak jeśli pobudki te nie są dobre i właściwe, Bóg nie wysłucha ich próśb. Dla tej  
właśnie przyczyny rodzice mogą być zgodni w modlitwie o nawrócenie swoich dzieci i mogą mieć te same uczucia, te  
same prawdy, a jednak, jeśli nie mają wyższych pobudek, aniżeli tylko te, że chodzi tutaj o ich dzieci, to modlitwy ich  
nie zastaną wysłuchane. Oni wprawdzie zgodni są co do pobudki, ale pobudka ta nie jest właściwa.

Zupełnie podobnie nawet wielka liczba osób może być zgodna i w pragnieniach swoich i w pobudkach, ale jeśli 

te pobudki są egoistyczne, to sam fakt, że oni są zgodni w tych pobudkach, uczyni ich jeszcze bardziej obrzydliwymi  
Bogu.   „Dlaczego   zmówiliście   się,   by   kusić   Ducha   Pańskiego?”   powiedziała   kiedyś   Piotr   do   Safiry   (Dz.Ap.5,9).  
Widziałem bardzo wiele rzeczy tego rodzaju. Widziałem wiele razy, jak zbory modliły się o pewną sprawę, ale ich  
pobudki do tego były całkowicie samolubne. Niekiedy nawet zbory modlą się o duchowe przebudzenie. Wydałoby się 
komuś, kto przygląda się z jaką powagą i z jaką jednością oni się modlą, że Pan Bóg z całą pewnością użyczy im 
Swego błogosławieństwa. Ale zmienisz zdanie, jeśli dowiesz się, dla jakich przyczyn się modlą. A dlaczego się modlą?  
Bo, widzą, że ich zbór niemalże się rozpada, że jest rzeczą konieczną, aby coś się stało. Kiedy indziej zaś widzą, że  
jakaś inna grupa, jakaś inna denominacja zaczyna się rozwijać i pracować z powodzeniem i że nie ma innego sposobu,  
by im się przeciwstawić, jak tylko poprzez duchowe przebudzenie, które by miało miejsce w ich zboże. A tak cała ich 
modlitwa, to nic innego, jak tylko  próba, by nakłonić Wszechmocnego,  aby im pomógł  w ich trudnościach;  taka 
modlitwa jest całkowicie samolubną rzeczą i obrazą dla Boga. W Filadelfii pewna niewiasta została zaproszona na  

background image

Konieczność i skuteczność jedności

Strona 18

zebranie modlitewne niewiast do pewnej rodziny. Zaczęła dowiadywać się, jaki jest cel tego spotkania na tym miejscu i 
o co oni mają zamiar się modlić. Odpowiedziano jej, że celem modlitwy miało być błaganie o wylanie Ducha Świętego 
na miasto. Na to odpowiedziała tak: „Niestety, ja tam nie pójdę. Gdyby się modlili o nasz zbór, to bym poszła, ale nie 
pójdę modlić się za inne zbory”. Ach, co to za duch!

W zebraniach modlitewnych bardzo często słyszymy powody, dla których ludzie pragną otrzymać takie albo 

inne błogosławieństwo. Niestety bywa tak, że te powody nie są słuszne w oczach Bożych.

4. Jeśli pragniemy być w ten sposób zgodni, aby nasze modlitwy zastały wysłuchane, to musimy być zgodni i we 

wierze. To znaczy, że musimy oczekiwać, i to jedni przed drugimi otrzymania tego błogosławieństwa, o które się 
modlimy. Musimy rozumieć, dla. jakiej przyczyny mamy prawo spodziewać się, że otrzymamy to błogosławieństwo, o 
które prosimy. Musimy widzieć podstawy, na których wiara nasza mogłaby spocząć i bezwzględnie wierzyć w to, że to 
błogosławieństwo przyjdzie. W przeciwnym bowiem razie nie znajdziemy się w ramach skutecznego wypełnienia się 
danej  obietnicy.  Za każdym  razem, kiedy modlitwa nasza ma być  przemagająca  i skuteczna, by otrzymać  żądane 
błogosławieństwo, musi być mod1itwą wiary. To jest warunek, którego w żaden sposób nie można ominąć, a który jest 
zresztą warunkiem samym przez się zrozumiałym. Nawet wtedy, jeśli w poszczególnych wypadkach nie wspomina się 
o tym, jest to zawsze jednak zrozumiałe i zawsze przez wszystkich przyjęte. Albowiem żadna modlitwa nie może być  
skuteczna,   jeśli   nie   jest   ofiarowywana   z   wiarą.   A   jeśli   połączona   modlitwa   ma   być   skuteczna,   musi   także   być 
uzgodniona i połączona wiarą.

5.   Następnie   musimy   także   być   zgodni   jeśli   chodzi   o   czas,   w   którym   pragniemy,   aby   przyszło   dane  

błogosławieństwo. Jeśli dwóch lub więcej pragnie danego błogosławieństwa, ale jeden z nich chciałby je otrzymać 
teraz; gdy tymczasem inni nie są jeszcze gotowi do jego przyjęcia; to jest rzeczą oczywistą, że oni nie są zgodni. Nie są 
zgodni w stosunku do bardzo ważnego punktu. Jeśli błogosławieństwo ma przyjść w odpowiedzi na ich połączoną 
modlitwę, to musi ono przyjść tak, jak o nie prosili. A jeśli ono przychodzi, to musi się stać w jakimś konkretnym  
czasie. Ale jeśli modlący nie są zgodni odnośnie do czasu, w którym by chcieli je otrzymać, to jest rzeczą całkiem 
oczywistą, że błogosławieństwo to nigdy nie będzie mogło przyjść w odpowiedzi na ich modlitwy.

Przypuśćmy, że dany zbór postanawia modlić się o duchowe przebudzenie i że wszyscy są zgodni co do tego, że 

pragną duchowego przebudzenia, ale nie są zgodni co do czasu, w którym miałaby ono nastąpić. Może na przykład nie  
którzy pragną, aby przyszło natychmiast i są całkowicie na to przygotowani, a serca ich oczekują zstąpienia Ducha 
Bożego i są gotowi poświęcić czas, uwagę i pracę tej sprawie teraz. Ale może inni nie są całkiem gotowi - może mają 
inne sprawy, którymi muszą się w danej chwili zająć, jakiś świecki cel, który najpierw jeszcze chcą osiągnąć, jakąś 
sprawę handlową, którą mają właśnie w tej chwili w rękach i pragną jeszcze tę sprawę załatwić. Chcą, aby duchowe 
przebudzenie nastąpiło później, zaś w tej  chwili  w żaden sposób nie mogliby znaleźć czasu, aby się  tej  sprawie 
poświęcić, nie są gotowi, aby się upokorzyć, aby zbadać swoje serce i przeorać swoje odłogiem leżące pola. Tacy 
ludzie nie są we właściwym  stanie  ducha, aby móc otrzymać  błogosławieństwo.  Czyż  nie jest  tu rzeczą całkiem 
oczywistą, że w takim wypadku nie ma prawdziwej jedności, ponieważ ludzie nie są zgodni w sprawie, która i jest 
istotna?

Tak więc musimy nie tylko zgodzić się, jeśli chodzi o czas, ale musi to być czas obecny. W przeciwnym bowiem  

razie nie jesteśmy zgodni w tym, co jest bardzo istotne w naszym dziele. Jeśli nie będziemy zgodni w tym, aby pragnąć  
duchowego,  przebudzenia teraz, to nie będziemy teraz używać  właściwych  do tego środków. Wiemy bowiem, że 
duchowe przebudzenie nie będzie mogło nastąpić, jeśli nie będziemy używać danych środków. Stąd jest rzeczą jasną, że 
musimy być zgodni, aby modlić się o to, by przebudzenie przyszło obecnie. Albo innymi słowy: nie jesteśmy zgodni w 
sensie naszego tekstu, dopóki nie jesteśmy zgodni w tym, iż pragniemy, aby błogosławieństwo zostało nam darowane  
teraz. Jeśli nie będziemy zachowywać się robić to, co potrzeba zgodnie z naszą, prośbą i z oczekiwaniem utrzymania 
błogosławieństwa teraz, to nie ma sensu, byśmy się zgodzili o jakiś czas w przyszłości, gdyż gdy nadejdzie ten moment 
w przyszłości, to w tym  momencie właśnie też musimy zgodnie prosić o dane błogosławieństwo  teraz. Wówczas 
musimy także natychmiast zastosować posiadane do tego środki. Stąd więc widzimy, że nigdy nie jesteśmy właściwie  
jedno, dopóki nie będziemy zgodni, aby prosić o błogosławieństwo teraz.

II. Musimy więc być zgodni we wszystkim, co jest konieczne, aby otrzymać błogosławieństwo, o które  

prosimy.

Proszę zwrócić uwagę na słowa użyte w tym tekście. „Jeśliby dwaj z was na ziemi uzgodnili swe prośby o  

jakąkolwiek   rzecz”.   Wielu  ludzi   zdaje   się   czytać   to   miejsce   rozumiejąc   to   tylko   jako   porozumienie   odnośnie  do  
proszenia i rozumieją to jako obietnicę, że za każdym razem, gdy dwóch będzie zgodnych odnośnie do proszenia o 
jakieś błogosławieństwo, że wtedy to błogosławieństwo zostanie im dane. Ale Chrystus powiada tutaj, że muszą być 
zgodni o jakąkolwiek rzecz, czyli odnośnie do danej rzeczy, o którą się modlą. Oznacza to, że ich zgoda i jedność musi  
obejmować wszystko to, co jest koniecznym dla udzielenia i przyjęcia błogosławieństwa.

1.   Jeśli   wierzący   chrześcijanie   pragną   cieszyć   się   dobrodziejstwami   tej   obietnicy   w   modlitwie   o   duchowe 

przebudzenie, to muszą być zgodni w tym, aby wierzyć, że przebudzenia duchowe są konkretną rzeczywistością. Jest 
bowiem wiele jednostek nawet w zborach, które w sercach swoich nie wierzą, aby duchowe przebudzenia, które mają tu 
i tam miejsce, były dziełem Bożym: Niektórzy z tych ludzi słowami może modlą się o wylanie Ducha i o przebudzenie  
duchowe i pobudzenie religijne, podczas kiedy w sercach swoich wątpią, czy w obecnych nowożytnych czasach takie 
rzeczy w ogóle mają miejsce. Niech nie śmie mieć miejsca obłuda w połączonej modlitwie.

2. Muszą być zgodni w odczuwaniu konieczności duchowego przebudzenia. Są tacy, którzy wierzą w to, że 

duchowe przebudzenia są faktem, że rzeczywiście miewają miejsce jako dzieło Boże, a mimo to nie są całkowicie 
pewni, czy jest to rzeczą konieczną, aby mieć także duchowe przebudzenie, w celu zapewnienia powodzenia Ewangelii. 

background image

Konieczność i skuteczność jedności

Strona 19

Oni myślą, że faktycznie Bóg działa, jeśli gdzieś jest duchowe przebudzenie, ale że może byłoby to jednak również 
dobrym, gdyby grzesznicy się nawrócili i zostali wprowadzeni do zboru jakimś spokojniejszym sposobem, stopniowo i 
bez wielkiego podniecenia.

3.   Wszyscy   modlący   się   muszą   być   zgodni,   jeśli   chodzi   o   wielką   wagę   i   wielkie   znaczenie   duchowego  

przebudzenia. Nigdy ludziom nie zastanie udzielone błogosławieństwo duchowego przebudzenia, jeśli mod1itwy ich są 
tylko pół na pół poważne. Oni wszyscy muszą odczuwać nieskończenie wielkie znaczenie duchowego przebudzenia, za 
nim będą mogli się modlić tak, aby w modlitwie swojej przemóc, a to, o co proszą - otrzymać.

4.   Muszą   również   być   zgodni   jeśli   chodzi   o   poprawne   zrozumienie   następujących   podstaw   biblijnych, 

dotyczących duchowego przebudzenia:

(1) Że jest rzeczą konieczną, aby działał Bóg, jeśli pragniemy otrzymać duchowe przebudzenie. Nie wystarczy,  

jeśli modlący się, tylko teoretycznie w to wierzą modląc się o to słowami. Wszyscy oni muszą w pełni rozumieć i  
głęboko odczuwać tę konieczność. Muszą zdawać sobie sprawę z tego, że w całości są uzależnieni od Ducha Bożego, w 
przeciwnym bowiem razie cała sprawa się nie uda.

(2)

 

Oczywiście, że działanie ze strony Boga jest rzeczą konieczną. Ale musi być także zgoda, jeśli chodzi o  

poprawne zrozumienie przyczyny,  dla której Boże działanie jest konieczne. Jeśliby odnośnie do tego punktu mieli 
niewłaściwe pojęcia, wtedy będzie to przeszkodą. Jeśliby chrześcijanie powzięli taką myśl, że konieczność działania 
Bożego polega na niemożności działania ze strony grzeszników, albo jeśli odczuwają, że jest obowiązkiem Bożym  
udzielenie Ducha Świętego w tym celu, aby uzdolnić grzeszników do posłuszeństwa Ewangelii, obrażają wtedy Boga, a  
modlitwy ich nie zastaną wysłuchane. Albowiem w tym wypadku musieliby odczuwać, że jest to po prostu tylko  
kwestią zwyczajnej sprawiedliwości ze strony Bożej, aby wylał  swojego Ducha, zanim by miał podstawy i prawo 
żądać,   aby   chrześcijanie   pracowali   albo   grzesznicy   pokutowali.   Jakże   często   słyszymy,   jak   ludzie   modlą   się   a 
grzeszników w następujący sposób: „O Panie, dopomóż tej biednej duszy, aby mogła zrobić to, czego się od niej 
wymaga. O Panie; spraw, aby on stał się zdolnym do zrobienia tego czy tamtego”. Jeśli słyszymy, że ktoś w ten sposób 
się modli, bo możemy z tego wnosić wyraźnie, iż on staje po stronie grzesznika, a nie po stronie Boga. Gdyby modlący 
się w ten sposób rozumieli przynajmniej tę sprawę, jako iż bywa ona niekiedy wyraźnie wyjaśniona, i gdyby ludzie,  
mówiąc takie słowa, mieli to na myśli, co mieć na myśli powinni, kiedy modlą się za grzeszników, wtedy nie ganiłbym  
ich tak bardzo. Ale bardzo często ludzie w ten sposób mówiąc, mają na myśli to; co dane słowa już na pierwszy rzut  
oka faktycznie wyrażają. A jest to tak, jak gdyby oni modlili się w następujący sposób: „Panie, Ty rozkazałeś tym  
biednym grzesznikom pokutować, podczas kiedy Ty, o Panie, dobrze wiesz, że oni nie mogą pokutować, jeśli Ty sam 
nie dasz Twojego Ducha, aby ich w ten sposób uczynić zdolnymi do zrobienia tego, jakkolwiek Tyś oświadczył, że ich  
poślesz do piekła, jeśli tego nie uczynią, bez względu na to, czy otrzymają Ducha Twojego, czynie. Ale jeśli tak jest, 
Panie, wydaje się to bardzo okrutne. I dlatego prosimy Cię, abyś się zmiłował nad tymi biednymi stworzeniami i abyś 
dla zasług Chrystusa nie postępował z nimi tak surowo”. Czyż każdy z nas nie widzi tego wyraźnie, że taka modlitwa, 
która by to oznaczała, bez względu na to, jakimi słowami byłaby ona przyozdabiana, jest obrazą Boga, oskarżając Go o 
nieskończoną niesprawiedliwość, skoro w dalszym ciągu żąda od grzeszników wykazania obowiązków; których nie są 
w stanie wykonać bez Jego pomocy. W ten sposób 1udzie mogliby się modlić aż do dnia Sądu, a nigdy nie otrzymaliby  
błogosławieństwa, ponieważ stają po stronie grzesznika, a przeciwko Bogu. Nie mogą modlić się z powodzeniem, 
dopóki nie zrozumieją, że grzesznik jest buntownikiem i do tego buntownikiem, który uparcie tkwi w swoim buncie - 
tak upartym, że on nigdy ni: będzie chciał bez wpływu Ducha Świętego uczynić tego, co mógłby uczynić natychmiast, i  
że ten upór jest przyczyną i jedyną przyczyną, dla której potrzebuje nawrócenia się.

(3) Oni muszą być zgodni w zrozumieniu tego, iż duchowe przebudzenia nie są cudami, ale są spowodowane 

używaniem odpowiednich środków, podobnie jak i inne wydarzenia. Nic dziwnego, że dawniej przebudzenia duchowe 
miały miejsce tak rzadko i trwały tak krótko, skoro ludzie, ogólnie biorąc, uważali je za cuda, albo też uważali je za  
maleńki deszcz zaledwie, który nawiedza daną miejscowość i przez chwilę trwa, ale potem przychodzi  wiatr i tę  
chmurkę deszczową pędzi dalej. Takie podejście zdradza, że uważamy to za sprawę, na którą nie mamy żadnego 
wpływu. Cóż bowiem mogą zrobić ludzie, aby otrzymać deszcz? Albo inaczej jeszcze; jak mogą sprawić, aby deszcz 
padał dłużej, aniżeli pada? A tak jest rzeczą konieczną, aby ci, którzy się modlą, byli  zgodni w zrozumieniu, że  
duchowe przebudzenie sprowadza się przy pomocy odpowiednich środków. W przeciwnym bowiem razie nigdy nie 
będą zgodni w używaniu tychże środków.

(4)   Muszą   być   dalej   zgodni   w   zrozumieniu   tego,   że   strona   ludzka   jest   równie   konieczna   w   duchowym 

przebudzeniu jak i strona Boża. Ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że duchowe przebudzenie nigdy nie miało miejsca 
bez Bożego wpływu i działania, ale także nigdy nie było bez działania człowieka. Jakże często ludzie mówią tak: 
„Jeśliby Bóg zechciał, to może kontynuować dzieło bez żadnych środków”. Ale ja w to nie wierzę. Nie ma bowiem  
żadnych dowodów na to. Czym jest religia? Posłuszeństwem w stosunku do Bożego prawa. Ale w stosunku do prawa 
nie można być posłusznym  dopóki się go nie zna. W jaki sposób mógłby Bóg sprawić, żeby grzesznicy byli  Mu 
posłuszni? Tylko poprzez to, iż daje im Swoje przykazania. A czyż może objawiać je inaczej, jak tylko komunikując je  
nam samym, albo zaznajamiając nas z nimi przez innych - czyli innymi słowy - jeśliby nie podał prawdy i nie sprawił, 
aby ona tak głęboko oddziałała na umysł że serce człowieka, aż wreszcie człowiek prawdzie tej stanie się posłuszny?  
Bóg nigdy nie nawracał grzesznika, ani też nie może go nawrócić inaczej, jak tylko poprzez prawdę. Czym bowiem jest 
nawrócenie? Jest ono posłuszeństwem w stosunku do prawdy. Bóg może prawdę tę podać osobiście bezpośrednio 
grzesznikowi. Ale jeśli nawet tak się dzieje, to konieczną jest reakcja ze strony samego grzesznika, który sam jest w 
tym wypadku tą stroną ludzką. Nawrócenie się polega na tym, że grzesznik ze swojej strony wykonuje to, co do niego  
na1eży. Zazwyczaj Bóg używa także i działalności innych ludzi, np. w pracy drukarskiej, w pisaniu, w rozmowach i w 

background image

Konieczność i skuteczność jedności

Strona 20

głoszeniu Słowa Bożego. Bóg umieścił skarb Ewangelii w glinianych naczyniach. Upodabało Mu się; aby użyć ludzi do 
głoszenia Słowa. To znaczy, że upodobało się Bogu używać tego sposobu jako najlepszego i najskuteczniejszego dla 
zbawienia grzeszników.

(5)   Jest   rzeczą   ważną,   aby   istniała   zgodność,   jeśli   chodzi   o   środki,   konieczne   do   rozwoju   duchowego 

przebudzenia. Pojedynczy ludzie mogą być zgodni, że będą robić cokolwiek; ale jeśli nie są zgodni co do środków, 
które będą podejmowali, to efektem będzie tylko bałagan. Będzie jeden drugiemu stać w drodze. To tak, jakby ludzie 
chcieli żeglować na jachcie, a nie byli zgodni co do ruchów, które wykonują. Tak samo, jak gdyby usiłowali dokonać  
jakiejś transakcji handlowej jako kupcy, a nie byli  zgodni w podejmowanych  środkach. Co się wtedy stanie? Nic  
innego, jak tylko to, że popsują jeden drugiemu pracę i zrujnują cały swój wysiłek. To wszystko w szczególności 
odnosi się do pracy dotyczącej duchowego przebudzenia.. Jeśli nadal nie będzie w tym względzie zgody pomiędzy 
członkami zboru, to jeden drugiemu będzie tylko  przeszkadzał  i niechaj  ci ludzie nie spodziewają się, że nastąpi 
duchowe przebudzenie.

(6)   Oni   muszą   być   zgodni   w   sposobie   postępowania   z   grzesznikami   nie   chcącymi   pokutować.   To   jest 

niezmiernie ważna sprawa, aby członkowie zboru byli zgodni w postępowaniu z nimi. Przypuśćmy, że nie są zgodni w  
tym   i   jeden  zborownik  powiedziałby  grzesznikowi   taką  rzecz,  a   inny  znów  zupełnie  coś  innego.   Co  za  okropne  
zamieszanie! Jakżeż oni mogą być zgodni w modlitwie, jeśli jest rzeczą oczywistą, że nie zgadzają się w tych sprawach,  
o które mają się modlić?

(7) Muszą też, być zgodni w usuwaniu przeszkód, stojących na drodze do duchowego przebudzenia. Jeśli zbór 

spodziewa się duchowego przebudzenia, to musi przede wszystkim usunąć z drogi wszelkie kamienie obrazy.

1. Musi się to objawiać w przestrzeganiu dyscypliny. Jeśli w zborze znajdują się członkowie, którzy trwają w 

grzechu,   muszą  zostać   wyłączeni.   Cały  zbór   musi   być   zgodny  w   tym,   aby   ich  odciąć   od  siebie   i   wykluczyć   ze 
społeczności. Jeśli oni pozostają w zborze, są taką hańbą, że są przeszkodą dla duchowego przebudzenia. Niekiedy, gdy 
robi się próbę wyłączenia ich, powstaje w zborze rozerwanie. W ten sposób praca zostaje zahamowana. Niekiedy ci,  
którzy winni są przestępstwa, są wpływowymi ludźmi albo mają członków rodziny, którzy będą stali po ich stronie,  
stąd powstanie stronnictwo. W związku z tym zaś powstanie zły duch w zborze, co z kolei będzie przeszkodą dla 
duchowego przebudzenia.

2.   Musi   zaistnieć   obopólne   wyznawanie   grzechów.   W   każdym   wypadku,   gdy   komuś   została   wyrządzona 

krzywda, musi nastąpić pełne wyznanie. Nie mam tutaj na myśli takiego zimnego, wymuszonego przyznania się, gdy 
np. ktoś mówi: „Jeśli zrobiłem coś złego, to bardzo za to przepraszam”. Chodzi tutaj o takie serdeczne wyznanie, w 
którym w całej pełni przyznano by się do złego, przy czym jest rzeczą jasną, że wyznanie to płynie ze skruszonego  
serca.

3. Wybaczanie wrogom. Wielką przeszkodą w duchowym  przebudzeniu powodowana jest często faktem, że 

aktywni  i przodujący członkowie zboru jednak w sercach chowają uczucia odwetu i ducha braku przebaczenia w 
stosunku do tych, którzy ich skrzywdzili. A taka rzecz oczywiście niszczy ich życie duchowe. Powoduje to dalej, że 
stają się surowymi, nieprzyjemnymi w obejściu i stanowi to dla nich przeszkodę zarówno w modlitwie do Boga jak w 
błogosławieństwie ze strony Boga na ich pracę. Jeśli natomiast wszyscy członkowie zboru są całkowicie zgodni, że 
trzeba się upokorzyć i wyznać swoje winy i że trzeba tutaj objawić delikatnego, pełnego łaski i gotowości przebaczenia 
- Chrystusowego ducha w stosunku do tych, którzy im wyrządzi1i krzywdę, wtedy zostanie wylany na nich Duch i to 
nie pod miarą.

(8) Muszą być zgodni w poczynaniu wszelkich potrzebnych przygotowań dla duchowego przebudzenia. Muszą 

też być zgodni i w tym, aby ponosić swoją część zarówno pracy jak i kosztów, gdy zaistnieje taka potrzeba. Powinna 
tutaj być równość. Nie zaś tak, aby niektórzy robili wszystko, a inni bardzo mało albo nic. Każdy powinien wykonać  
swoją cząstkę - i to według danego mu daru i według swojego uzdolnienia. Wtedy nie będzie żadnej zazdrości zawiści,  
nie będzie żadnych wzajemnych wymówek ani nieprzyjaznych uwag o innych członkach zboru, które są tak sprzeczne z 
braterską miłością; a tak okropnym kamieniem obrazy dla grzeszników.

(9)   Muszą   by   zgodni   w   tym,   aby   wszystko   to,   co   jest   konieczne   do   wywołania   i   rozwoju   duchowego 

przebudzenia, było robione złego serca. Jeśli się pozwoli nawet drobnej jakiejś sprawie wedrzeć się pomiędzy braćmi i 
spowodować nieporozumienie, może to stać się przyczyną zniszczenia duchowego przebudzenia.

(10) Muszą być zgodni we współpracy w celu podtrzymania dzieła. To jeszcze nie wystarczy, że będą zgodni w 

tym, aby się modlić o duchowe przebudzenie. Ale powinni być także zgodni w pracy ku jego rozwojowi. Powinni do tej 
pracy zabrać się w sposób systematyczny, tak jak zajmuje się swoją pracą handlowiec czy przemysłowiec. Powinni 
odwiedzać i rozmawiać i modlić się ze swoimi sąsiadami. Powinni szukać sposobności do tego, aby czynić dobrze. 
Muszą śledzić jakie wrażenie wywiera na słuchaczach głoszone Słowo. A także powinni śledzić znaki czasów, aby  
wiedzieli, kiedy daną rzecz należy zrobić, a wiedząc to, niezwłocznie ją wykonać.

(1) Powinni więc być zgodni co do rodzaju pracy. 
(2) Powinni być zgodni w tym, jak pracować
(3) Powinni być zgodni w tym, aby stosownie do tego także żyć.
(11) Muszą być zgodni w tym, aby z całego serca wytrwać w tej pracy aż do końca. To absolutnie na nic się nie  

zda, jeśli, jak to czasami niestety bywa, jacyś członkowie zboru rozpoczynają robić coś - to tu, to tam, ale gdy tylko  
przyjdzie najmniejsza trudność, natychmiast tracą ducha, omdlewają i połowa z nich kapituluje. Ona wszyscy powinni 
być   zgodni   i   połączeni   w   tej   zgodzie,   aby   wytrwać   i   pracować   i   mod1ić   się   i   bojować   dalej,   aż   nareszcie 
błogosławieństwo przyjdzie.

background image

Konieczność i skuteczność jedności

Strona 21

Jednym, słowem, jeśli chrześcijanie pragną połączyć się w modlitwie i w wysiłkach swoich w ten sposób, aby 

przezwyciężyć, przemóc i uzyskać od Boga to błogosławieństwo, o które proszą, to muszą być zgodni zarówno w  
omówieniu jak i w czynieniu tych samych rzeczy, przestrzeganiu w swoim życiu i postępowaniu w tej samej zasady i 
kierowania się tymi samymi wytycznym. A przy tym muszą być tak wytrwali we wszystkim, aby nareszcie otrzymać  
błogosławieństwo.  Wszystko  to dlatego,  aby nie przeszkadzać  ani  nie  niweczyć  wzajemnie swoich  wysiłków.  To  
wszystko jasno wynika z tych słów naszego Zbawiciela, któreśmy już cytowali, a mianowicie: „Jeśliby dwaj z was na  
ziemi uzgodnili swe prośby o jakąkolwiek rzecz”.

Na   zakończenie   niechaj   mi   wolno   będzie   powiedzieć   następujące   uwagi.   W   świetle   otrzymanej   obietnicy 

widzimy,   jak   straszliwą   jest   odpowiedzialność   i   wina   zboru.   Bóg   dał   tę   obietnicę,   aby   się   stała   kosztownym  
dziedzictwem ludu Jego po wszystkie czasy na wszystkich miejscach. Jeśli lud Jego jest zgodny, modlitwy ich zostaną  
wysłuchane.   Widzimy   straszliwą   winę   tego   zboru,   który   przychodzi   i   przysłuchuje   się   tym   wykładom   na   temat 
duchowych   przebudzeń,   a  potem  odchodzi   do  domu  i  nie  ma   duchowego   przebudzenia.   A  także  winę   członków 
wszystkich innych zborów, które również tutaj są reprezentowane, którzy przysłuchują się niniejszym wykładom o 
duchowym   przebudzeniu,   a   potem   wracają   do   domu   i   nie   chcą   wypełnić   swoich   obowiązków.   A   jakżeż   będzie 
wyglądało to spotkanie przy sądowej stolicy Bożej, gdy będziecie musieli spotkać się z tysiącami grzeszników, którzy 
nie pokutowali, a którzy żyli wokoło was, gdy będziecie musieli patrzyć, jak oni toną w wiecznym płomieniu? Czy wy  
byliście połączeni w sercu, aby się o nich modlić? A jeśliście nie byli zgodni, to dla jakiej przyczyny? Dlaczegoście się  
nie modlili, opierając się o tę obietnicę i to tak długo, dopóki byście nie zosta1i wysłuchani?

A tak w tej chwili albo będziecie zgodni i będziecie modlić się o napełnienie Duchem Świętym i otrzymacie je 

za nim  opuścicie  ten dom, albo też  w  przeciwnym  razie Pan rozgniewa  się na was.  Ale gdybyście  w tej  chwili  
uzgodnili, aby się modlić według obietnicy w Mateusza 18,19 i gdy będziecie się modlić, aby Duch Boży zstąpił na to 
miasto, Niebiańska Gołębica przeleciałaby poprzez to miasto w środku nocy i pobudziłaby sumienia i pobudziłaby 
niegodziwych grzeszników z grzesznego snu. Czyż nie jest więc wina wszystkich wyznawców religii, którzy śpią w 
obliczu takiej obietnicy, jak gdyby okropną szkarłatną plamą? Wydaje się, że oni zupełnie przeszli ponad tą obietnicą 
do porządku dziennego, albo może zupełnie a niej zapomnieli. Całe mnóstwo grzeszników idzie do piekła i wszędzie to 
widzimy, a jednak ta błogosławiona obietnica jest zaniedbywana. Ba, co więcej, jest ona, praktycznie mówiąc, przez 
zbór znienawidzona. A oto ona wyraźnie stoi zapisana w Świętej Księdze i zbór mógłby się jej uchwycić, i to w taki  
sposób, aby wielkie rzesze zostały zbawione. Ale członkowie zboru nie są zgodni i dlatego dusze będą ginęły. A na kim 
spoczywa odpowiedzialność? Czyż może jakiś człowiek mieć tę obietnicę, a przy tym patrzyć obojętnie na ginących, w  
obliczu dnia Sądu?

Te wykłady były narzędziem ku przebudzeniu zborów, do których były skierowane. Ogłoszenie ich drukiem w 

tym kraju i w Europie stało się środkiem ku pobudzeniu duchowych przebudzeń w bardzo wielu miejscowościach. 

Wszelka chwała należy się Bogu.

Fragment książki „Duchowe przebudzenie” Karola Finneya

background image

Konieczność i skuteczność jedności

Strona 22

background image

Napełnienie Duchem Świętym

Strona 23

„Napełnienie Duchem Świętym”

Karol Finney

Bóg obiecał dać pełnię Ducha Świętego tym, którzy go o to będą prosić. Ale z drugiej strony Bóg rozkazał, abyś 

ją posiadał mówiąc: „Bądźcie pełni Ducha”. A jeśli sam Bóg rozkazuje nam, abyśmy jakąś rzecz zrobili, to jest to w 
najwyższym stopniu dowodem, że rzeczywiście jesteśmy w stanie to zrobić i jest to równoznaczne z przysięgą, że  
możemy to wykonać.

Posiadanie pełni Ducha jest twoim obowiązkiem, ponieważ:

masz obietnicę, 

Bóg to rozkazał, 

jest to rzeczą istotną dla twojego wzrostu w łasce, jest to równie ważną rzeczą jak i to, abyś był człowiekiem 
żyjącym świętobliwym życiem, 

jest to równie konieczną rzeczą jak to, abyś był pożytecznym i dobrym człowiekiem na tym świecie, 

jeśli nie będziesz miał w sobie pełni Ducha Bożego, będziesz tym obrażał Boga, będziesz hańbą dla Kościoła,  
umrzesz i pójdziesz do piekła. 

Chciałbym ci wskazać kilka przyczyn, które mogą ci przeszkadzać w napełnieniu Duchem. 
l. Być może prowadzisz obłudne życie. Twoje modlitwy nie są ani szczere, ani żarliwe. W takim wypadku twoja 

religia jest grą, udawaniem, czymś zewnętrznym, czymś nie posiadającym  serca. Dlatego czynisz tak wiele rzeczy 
zasmucających Ducha i On nie może mieszkać w twoim sercu. 

2. Inni ludzie są do tego stopnia lekkomyślni, że Duch nie może z powodu ich lekkomyślności mieszkać w ich  

sercach. Duch Boży jest poważny, jest pełen godności, w żaden sposób nie będzie mieszkał w sercach ludzi, którzy 
pozwalają sobie na bezmyślność. 

3. Niektórzy ludzie nie mogą posiadać pełni Ducha z powodu zamiłowania do spraw tego świata, takich jak 

wystawne życie, eleganckie samochody, moda i inne rzeczy. Takie właśnie osoby udają, że kompletnie nie wiedzą, z 
jakiego powodu nie mają żadnej radości ze swojej wiary. 

4. Inni znowu mają tak bardzo światowy zmysł, tak bardzo miłują majętności i tak usilnie starają się wzbogacić,  

że nie mogą posiadać pełni Ducha. Jakże może mieszkać w ich sercach, skoro ich myśli są skoncentrowane wyłącznie  
na sprawach tego świata, a wszystkie ich siły wytężone w kierunku zdobycia majątku? Sama myśl o tym, że powinni 
coś uczynić w kierunku nawrócenia świata, wprawia ich w niemałe zakłopotanie. Jak bardzo miłują ten świat okazuje  
się szczególnie w obcowaniu z innymi  ludźmi. Nawet drobiazgi wskazują na to wyraźnie. Bóg jednak wie o tym 
wszystkim i ma zanotowany każdy szczegół. On dobrze wie o tym, że są chciwi i nierzetelni w swoim postępowaniu, i 
że nie będą sprawiedliwie postępować, za wyjątkiem tych wypadków, kiedy jest to dla ich własnej korzyści. A tak 
mamy całe mnóstwo rzeczy, przez które Duch Boży bywa zasmucony. Ludzie może nazywają te rzeczy „drobnymi  
grzechami”, ale Bóg ich tak nie nazywa.

5. Ludzie, którzy nie wyznają w całej pełni i nie porzucają swoich grzechów, nie mogą cieszyć się obecnością 

Ducha. Być może skłonni są wyznawać swoje grzechy ogólnikowo, albo tylko częściowo i czynią to z pewną rezerwą, 
z pychą...  ostrożnie, jakby bojąc się, że powiedzą chociaż troszkę więcej  ponad to, co jest  absolutnie konieczne. 
Szczególnie wtedy, gdy wyznają ludziom wyrządzone im krzywdy. Czynią to w taki sposób, że zaraz można poznać, że 
nie płynie to ze szczerego, skruszonego serca, pragnącego pojednania, ale że to wyznanie jest niejako wyciśnięte z nich 
ręką gniotącego ich sumienia. Jeśli kogoś skrzywdzili, to tylko częściowo to wynagradzają. To jest połowicznym tylko  
załatwieniem sprawy, rzeczą okrutną i obłudną. Ale ja wam powiadam, że Bóg nie jest z was zadowolony! On dobrze 
wie, czy w całej pełni szczerze wszystko wyznałeś i czy wziąłeś na siebie wszystek wstyd i całą hańbę, która należała 
się tobie. Dlaczego myślisz, że jesteś w stanie oszukać Boga? /Przyp.28,l3, Łuk.l4,ll/. Jeśli się całkowicie nie uniżysz i  
nie wyznasz szczerze swoich grzechów, jeśli nie wynagrodzisz tym, którym wyrządziłeś krzywdę, nie masz prawa 
spodziewać się otrzymania ducha modlitwy. 

6. Człowiek który zaniedbuje dobrze sobie znany obowiązek nie będzie posiadał pełni Ducha. Ktoś na przykład  

nie modli się ze swoją rodzina, a usiłuje otrzymać ducha modlitwy. Niejeden młody człowiek, który czuje dokładnie w  
swoim sercu, że powinien całkowicie poświęcić się pracy dla Pana, nie ma ducha modlitwy, ponieważ ma jakiś świecki  
cel   przed  sobą.  Poznał  swój  obowiązek,  a  jednak  nie  chciał  go   wykonać,  a  teraz   modli   się,  by  Duch  Boży  nim 
pokierował! Takiego kierownictwa nie otrzyma! Ktoś inny znowu zaniedbał złożenia świadectwa przed innymi. Kiedyś  
posiadał ducha modlitwy, ale z chwilą, kiedy zaniedbał wypełnienia swego obowiązku, zasmucił Ducha, a wtedy Duch  
od niego odszedł. Taki człowiek będzie żył w ciemności i umrze bez oglądania Boga, jeśli odmówi wykonania swojego 
obowiązku! Jeżeli zaniedbałeś jakiś obowiązek, który jest ci znany i w ten sposób straciłeś ducha modlitwy, musisz 
najpierw się poddać. Bóg ma jakiś spór z tobą. Odmówiłeś Mu posłuszeństwa i musisz tę rzecz naprawić. Ty może o  
tym   zapomniałeś,   ale   Bóg   nie   zapomniał.   Musisz   przypomnieć   sobie   tę   rzecz,   musisz   nakłonić   swoje   serce   ku  
całkowitemu oczyszczeniu się z tego i ku pokucie. Dla zilustrowania przytoczę jako przykład pewną historię. Pewien 
zacny mąż, żyjący w zachodniej części tego kraju, przez długi czas był zaangażowany jako pracownik na niwie Bożej.  
Często napominał zbór, w którym miał społeczność, budząc go ze snu. Po jakimś czasie członkowie zboru zaczęli się 
obrażać,   tracić   cierpliwość   i   wielu   mu   powiedziało,   że   życzyliby   sobie,   aby   raczej   zostawił   ich   w   spokoju.   Ten 
kaznodzieja wziął ich za słowo. I cały zbór rzeczywiście głęboko zasnął. Taki stan trwał przez jakieś dwa albo trzy lata. 

background image

Napełnienie Duchem Świętym

Strona 24

Po jakimś czasie przybył  do zboru kaznodzieja, dzięki któremu rozpoczęło się duchowe przebudzenie. Jednak ten 
człowiek, który najpierw, jak pamiętamy,  innych upominał, teraz jak gdyby stracił swoją duchowość. Dawniej on 
pierwszy podchodził do wszelkiej dobrej pracy, ale teraz jakoś się wstrzymywał. Wszyscy się temu dziwili i nie mogli 
zrozumieć,   dlaczego   tak   się   dzieje.   Aż   wreszcie   pewnego   wieczoru,   gdy   wracał   do   domu,   w   umyśle   jego   nagle 
zaświeciła świadomość istoty jego  sytuacji. Przez kilka minut zapadł w głęboką  rozpacz, aż nareszcie myśli  jego  
zostały skierowane z powrotem do tego czasu, kiedy powziął tę grzeszną decyzję, ażeby zbór pozostawić w grzechach i 
więcej go nie tykać. Zrozumiał i odczuł, że żaden język nie mógłby opisać, jak strasznym i czarnym był ten grzech. W  
tym momencie uświadomił sobie, co to znaczy być zgubionym, stwierdziwszy, że Bóg miał coś przeciwko niemu! 
Natychmiast upokorzył się przed Panem, a Bóg wylał na niego pełnię Swego Ducha. 

7.   A   może   dałeś   odpór   Duchowi   Bożemu?   Może   masz   zwyczaj   sprzeciwiania   się   Duchowi?   Opierasz   się 

uświadomieniu sobie twojej grzeszności. Gdy coś było powiedziane w czasie głoszenia Słowa Bożego, co dotyczyło  
ciebie, odnosiło się do twojego stanu, serce twoje buntowało się i stawiało opór. Wielu chętnie słucha wyraźnego i 
wnikającego do serca Słowa Bożego, ale tylko tak długo, dopóki ono może się odnosić do wszystkich innych. Czy tak  
może jest z tobą? 

Teraz chciałbym wskazać jeszcze w kilku słowach, jak wielka jest wina tych, którzy nie są napełnieni 

Duchem Bożym. 

1. Twoja wina jest proporcjonalnie wielka do wielkości  autorytetu  Boga, który rozkazał ci być  napełniony 

Duchem. Bóg to rozkazał, a kto się temu rozkazowi nie podporządkowuje jest w równej  mierze nieposłuszny do 
Boskich rozkazów jak ten, który ordynarnie przeklina, kradnie czy cudzołoży. Jest wielu ludzi, którzy niczego sobie nie 
zarzucają i uważają się za całkiem pobożnych, ponieważ chodzą na nabożeństwa modlitewne, przystępują do stołu 
Pańskiego i tak dalej. A tu mija rok za rokiem, a oni żyją bez pełni Ducha Bożego. Wszyscy zgodnie potwierdzą jeśli 
powiemy,   że   człowiek,   który  morduje   lub   kradnie,   czy  przeklina,   nie   jest   chrześcijaninem.   A   dlaczego?   Dlatego 
ponieważ żyje w nieposłuszeństwie względem Boga. A co powiedzielibyśmy, gdyby grupka takich ludzi odważyła się 
nazywać samych siebie społecznością wierzących i Kościołem Chrystusa? A jednak tacy ludzie nie są ani odrobinkę  
bardziej nieposłuszni Bogu aniżeli ty, który żyjesz bez ducha modlitwy i bez obecności Boga! 

2. Twoją winę można zmierzyć miarą zła, jakiego dopuszczasz się w konsekwencji nie posiadania Ducha. Jesteś  

hańbą Kościoła. Jesteś kamieniem obrazy dla zboru i dla świata. Wina twoja powiększa się jeszcze w związku z 
wpływem, jaki masz na innych. A że tak jest naprawdę, przekonasz się, gdy nadejdzie dzień Sądu. 3. Twoją winę 
można również zmierzyć ogromną ilością dobrych rzeczy, które byłbyś zdolny wykonać, gdybyś miał pełnię Ducha  
Bożego. 

Starsi   zboru!   Nauczyciele   Szkoły   Niedzielnej!   Członkowie   zboru!   Gdybyście   byli   napełnieni   Duchem, 

moglibyście   wykonywać   rzeczy   wielkie   i   dobre.   A   tak   wasza   wina   jest   ogromna.   Oto   przed   wami   obiecane 
błogosławieństwo; możecie je mieć, jeśli tylko wykonacie swój obowiązek. 

Nie poznałem jeszcze człowieka napełnionego Duchem, który nie byłby przez innych nazywany ekscentrykiem, 

dziwakiem  albo oryginałem.  Przyczyna  takich reakcji  otoczenia jest całkiem prosta - ci  ludzie nie są podobni do 
innych!  Kierują nimi zupełnie inne bodźce,  mają zupełnie inne poglądy,  działają z zupełnie innych  pobudek i są 
prowadzeni   zupełnie   innym   Duchem.   Niejednokrotnie   słyszałem   uwagi   dotyczące   takich   osób:   „To   jest   bardzo 
porządny człowiek, ale trochę dziwak.” A kiedy zapytałem, na czym polega jego dziwactwo, wyrecytowano mi całą 
listę jego właściwości, których suma świadczyła jednoznacznie, że jest on człowiekiem duchowym. Zapewne i ciebie 
będą   nazywali  człowiekiem   ekscentrycznym,   jeżeli   zdecydujesz  się  żyć  w  pełni  Ducha.   Apostoł   Paweł   także  był  
oskarżony o to, że jest niespełna rozumu, przez tych, którzy nie rozumieli przesłanek kierujących jego działaniem.  
Zachowanie   się   Pawła,   było   takie   dziwne   i   tak   zupełnie   nowe,   że   Festusowi   wydawało   się,   że   Paweł   musi   być 
szaleńcem pozbawionym zdrowego rozsądku. W tym miejscu należy jednak zrobić drobną, ale istotną uwagę. Istnieje 
wytwarzana przez niektórych ludzi sztuczna ekscentryczność, a ta jest czymś wstrętnym. Jeśli zostaniesz napełniony 
Duchem Bożym, to będziesz odczuwał wielki smutek patrząc na poziom duchowego życia otaczającego cię świata. 

Niektórzy ludzie  w  swoim   rozumowaniu  przypominają   duchowych  epikurejczyków,   którym   wydaje  się,  że 

otrzymanie od Boga Ducha uczyni ich bardzo szczęśliwymi i całkowicie wolnymi od wszelkich smutków. To jest 
błędne przekonanie. Przeczytaj swoją Biblię i zobacz jak bardzo prorocy i apostołowie byli zmartwieni patrząc na stan 
zboru i świata. Apostoł Paweł mówił, że on zawsze śmierć Pana Jezusa na ciele swoim nosił (2 Kor. 4,10). Na innym  
miejscu czytamy: „Ja codziennie umieram, bracia” (1 Kor. 15,13). Niejednokrotnie będzie ci się wydawało, że nie 
potrafisz żyć patrząc na sytuację grzeszników. Ap. Paweł mówi tak w Liście do Rzymian: „Prawdę mówię, nie kłamię, 
a  poświadcza mi  to sumienie  moje w  Duchu Świętym,  że mam  wielki  smutek i  nieustanny ból  w sercu  swoim.  
Albowiem ja sam byłem gotów modlić się o to, aby być odłączonym od Chrystusa za braci moich, krewnych według  
ciała.” Musisz spodziewać się tego, że będziesz przechodził przez częste i bardzo bolesne konflikty z szatanem. Ten  
anioł ciemności ma bardzo mało kłopotów z tymi wierzącymi, którzy są letni, ospali, leniwi i miłują rzeczy tego świata. 
Tacy ludzie nie mają pojęcia, co to znaczy duchowy konflikt i duchowy bój. Być może, będą się tylko uśmiechać, kiedy 
ktoś o takich rzeczach będzie mówił. Oni nie mają kłopotów z diabłem, ponieważ diabeł nie ma kłopotów z nimi.  
Wygląda to tak, jak gdyby został zawarty pakt: ty nam nie przeszkadzaj, to i my tobie nie będziemy przeszkadzać. 
Jednak duchowi chrześcijanie nie zawierają kompromisów i nie oddają wrogowi ludzkich dusz zajmowanych pozycji. 
Wręcz przeciwnie, na całej rozciągłości linii frontu są w nie zatrzymanej ofensywie. Nie wszyscy ludzie to rozumieją, 
ale diabeł rozumie to znakomicie. Dlatego wierzący z linii frontu poddani są bardzo gwałtownym i silnym atakom ze 
strony anioła ciemności. Przychodzą  na nich takie pokusy,  o jakich przedtem w ogóle  nie myśleli:  nachodzą ich 
bluźniercze myśli, przypuszczenia, że nie ma Boga, przychodzą im myśli, aby uczynić jakieś wstrętne czyny,  aby 

background image

Napełnienie Duchem Świętym

Strona 25

popełnić samobójstwo i tym podobne rzeczy. Dlatego też, jeśli jesteś duchowym, przygotuj się na to, że i ciebie będą  
spotykały takie straszne konflikty. Niewątpliwie również twoje wewnętrzne problemy z samym sobą będą większe. 
Będą dni, w których będziesz popadał w rozterkę z powodu mocy postępującego w tobie zepsucia pomimo obecności  
Ducha. „Ciało pożąda przeciwko Duchowi, a Duch przeciwko ciału.” (Gal.5,17) A jednak w tym wszystkim będziesz 
miał pokój z Bogiem. Nawet  wtedy,  kiedy zbór, grzesznicy i sam diabeł przeciwstawią się. Niechaj ci, którzy są  
powołani do takich prób, konfliktów i pokus, ci którzy wzdychają, modlą się i płaczą, ci których serce pęka; niech  
wiedzą i pamiętają: wasz pokój będzie płynął jak rzeka (Izaj.66,12). Będziesz cieszyć się spokojem. Już więcej nie 
będziesz popychany ostrogą nieczystego sumienia, ani pędzony tu i tam jak chmura na niebie. Twoje sumienie będzie  
tak ciche i spokojne, jak spokojna i cicha jest tafla jeziora w bezwietrzny letni wieczór. Gdy będziesz napełniony  
Duchem, staniesz się pożyteczny. Nawet gdybyś był chory i niezdolny do wychodzenia ze swojego pokoju i nawet 
gdybyś  w ogóle z nikim się nie widywał, będziesz dziesięciokroć bardziej pożyteczny od setek tzw. zwyczajnych  
chrześcijan,   którzy   nie   posiadają   żadnej   duchowości.   Dla   zilustrowania   przytoczę   pewną   historię.   Pewien   ubogi 
bogobojny człowiek chorował  od lat na gruźlicę.  Jego znajomy nienawrócony kupiec mieszkający w tym  samym 
mieście był uprzejmym człowiekiem i od czasu do czasu posyłał jakiś prezent dla niego lub dla jego rodziny. Chory był  
wdzięczny za tę uprzejmość, ale nie potrafił w żaden sposób zrewanżować się. Przynajmniej nie tak, jak pragnąłby to 
uczynić. Wreszcie doszedł do wniosku, że najlepszym sposobem będzie modlitwa o zbawienie jego przyjaciela. Zaczął 
się modlić. Wtedy jego dusza zapłonęła a on sam bardzo mocno uchwycił się Boga. W tej miejscowości nie było  
żadnego duchowego przebudzenia, a jednak stopniowo, ku zdumieniu wszystkich ludzi, ten właśnie kupiec wyraźnie 
stanął po stronie Pana. I tak ogień zaczął rozniecać się w w całym mieście, w rezultacie nadeszło potężne duchowe  
przebudzenie i bardzo wielu ludzi nawróciło się do Boga. Ten biedny człowiek kilka lat później zmarł. Po jego śmierci  
odwiedziłem tę miejscowość, a wdowa po nim wręczyła mi jego pamiętnik. Przeczytałem tam następującą notatkę:  
„Znam około trzydziestu usługujących braci i zborów”. Dalej przeczytałem, że wyznaczył specjalne dni i specjalne  
godziny, aby modlić się za każdego z tych usługujących braci i za każdy zbór. Były również wyznaczone pory do 
modlitwy za rozmaitymi stacjami misyjnymi. W ten sposób ów człowiek modlił się o dużą ilość zborów i zanotował, iż 
modlił   się   o   nie   z   wiarą,   aby   w   krótkim   czasie   pomiędzy   członkami   zboru   powstało   duchowe   przebudzenie.   I  
rzeczywiście, w niedługim czasie w tych okolicach rozpoczęły się przebudzenia i to nawet jak mi się wydaje w takiej  
kolejności, w jakiej były wymienione w dzienniczku. Człowiek zbyt słaby, aby opuszczać swoje mieszkanie, był o 
wiele bardziej pożyteczny dla świata i dla zboru Bożego, aniżeli wszyscy pozbawieni serca chrześcijanie mieszkający w 
całym tym kraju. Wylewając swoje serce w modlitwie pełnej wiary stał przed Panem jak książe mający moc z Bogiem - 
i przezwyciężył. 

Jeśli będziesz napełniony Duchem Świętym, przestaniesz martwić się tym, że inni źle wyrażają się o tobie. 

Kiedykolwiek spotykam ludzi, którzy są zirytowani i denerwują się z powodu byle jakiego głupstwa, które dotyczy ich  
osobiście, jestem całkowicie pewny,  że tacy ludzie nie mają Ducha Chrystusowego. Wszak Jezus Chrystus zniósł  
najstraszliwsze obelgi i oszczerstwa zachowując spokój i pokorę. Osoby,  które są napełnione Duchem, zachowają  
spokój i radosny nastrój, nawet podczas bardzo ciężkich doświadczeń. Gdy przyjdą kłopoty i boleści, będziesz spokojny 
i nie ulegniesz zakłopotaniu, gdy zobaczysz, że nad twoją głową szaleje burza. A gdy będzie przychodzić śmierć, 
pogodzisz się z tym. Zawsze będziesz gotowy umrzeć i nie będziesz się tego lękał, a po śmierci będziesz jeszcze  
bardziej szczęśliwy i to już na zawsze w Niebie. 

Uwagi końcowe.
Wierzący chrześcijanie są w większej mierze winni z racji nie posiadania pełni Ducha, niż grzesznicy z racji 

odrzucenia pokuty, ponieważ mają o wiele większe poznanie prawd Słowa Bożego. Wszystkie stworzenia mają prawo  
żalić się na chrześcijan, którzy nie są napełnieni Duchem. Nie wykonują Bożej pracy i grzeszą przeciwko całemu 
Niebu. Powinni pomnażać szczęśliwe zastępy Niebian, a tymczasem są po prostu przeszkodą w pracy Pańskiej. Bywa 
nawet tak, że Duch Boży zostaje wylany, natomiast zbór go zasmuca i odstrasza. Dlatego grzesznicy, zbór, bracia 
usługujący mają prawo mieć żal do tych, którzy nie są pełni Ducha. 

Na podst. odczytów K. Finney’a pt: „Duchowe przebudzenie”

background image

Napełnienie Duchem Świętym

Strona 26

 

background image

Prawdziwe i fałszywe nawrócenie

Strona 27

„Prawdziwe i fałszywe nawrócenie”

Charles G. Finney

Tytuł oryginału: „Lectures to professing Christians”; Edition 1837; Sermon I - „True and false conversions”

(Tłumaczenie na podstawie pierwszego, oryginalnego wydania z roku 1837.)

„Oto wy wszyscy, którzy rozniecacie ogień i zapalacie strzały ogniste, wejdziecie w żar waszego ognia i na  
strzały ogniste, które zapaliliście. Spotka was to z mojej ręki, będziecie leżeć na miejscu kaźni”

Prorok zwraca się w tym  wersecie do tych, którzy uznawali się za religijnych  i schlebiali sobie niesłuszną 

pewnością Zbawienia. W rzeczywistości jednak, ich nadzieje były zwykłym płomieniem pochodni zapalonych przez 
nich   samych.   Zanim   zrobię   choćby   krok   ku   omówieniu   tematu  fałszywego   i   prawdziwego   nawrócenia,   pragnę 
powiedzieć, że będzie ono przydatne tylko dla tych, którzy będą uczciwi w zastosowaniu go do samych siebie. Jeśli  
masz   nadzieję   zyskać   cokolwiek   z   tego   co   mam   zamiar   powiedzieć,   musisz   zdecydować   się   na   wierne   tego  
zastosowanie do samego siebie ale musisz zrobić to tak uczciwie jakbyś stał przed samym Panem. Jeśli zechcesz to  
zrobić, będę mieć nadzieję pomóc ci odkryć prawdziwy obraz twojego z Nim związku. Jeśli jesteś teraz zwiedziony,  
mam nadzieję skierować cię na właściwą ścieżkę ku Zbawieniu. Jeśli jednak nie będziesz uczciwy, moje nauczanie 
będzie bezwartościowe a ty będziesz słuchać nadaremnie.

Zamierzam   odsłonić   prawdziwą   różnicę   między   fałszywym   i   prawdziwym   nawróceniem   w   następującym 

porządku:

I. Udowodnić, że natura człowieka jest naturą czysto samolubną.
II. Udowodnić, że natura Chrześcijanina jest naturą dobroczynną – wybierającą szczęście innych.
III.   Udowodnić,   że   Nowe   Narodzenie   w   Jezusie   Chrystusie   zawiera   się   w   przemianie   od   egoizmu   ku 

dobroczynności.

IV. Wskazać pewne strefy gdzie święci i grzesznicy, czy też prawdziwie i fałszywie nawróceni, są tacy sami i 

pewne strefy gdzie różnią się od siebie.

V. Odpowiedzieć na niektóre pytania.
VI. Zakończyć pewnymi uwagami.

I. Natura człowieka, czy też zwyczaje wszystkich ludzi przed nawróceniem są czystym, niezmąconym 

egoizmem.

Egoizm jest wysunięciem swojego własnego szczęścia na czoło i poszukiwaniem swojego dobra ponieważ jest 

to korzyścią. Ktokolwiek jest egoistą, przekłada swoje własne szczęście ponad inne rzeczy o wielkiej wartości, takie jak 
chwała Boga czy dobro całego świata. Jest niezaprzeczalnym faktem, że wszyscy ludzie przed nawróceniem tak właśnie 
postępują. Niemalże każdy wie, że człowiek działa wobec innych na zasadach egoizmu. Jeśli ktokolwiek tego nie  
zauważy i próbuje obcować z innymi tak, jak by nie byli oni samolubni, będzie uznany za głupca.

II. Natura chrześcijanina jest naturą czyniącą dobro

Czynienie  dobra jest ukochaniem  szczęścia innych,  czy raczej wyborem  szczęścia innych.  Jest ona Bożym  

stanem umysłu (Autor często używa w swych pracach terminu „umysł” w takim sensie jak my zazwyczaj używamy  
terminu „serce”, sugerując, że nasza wiara powinna być wiarą rozumną - świadomą. Przyp. tłum.). Powiedziano nam, 
że Bóg jest miłością. Znaczy to, że czyni On dobro (jest łaskawy, życzliwy - przyp. tłum.). Czynienie dobra tworzy  
całość Jego natury. Wszystkie Jego przymioty są tylko różnymi wyrazami Jego dobroczynności. Ktokolwiek, kto jest 
nawrócony jest pod tym względem jak Bóg. Nie mam na myśli tego, że nikt nie jest nawrócony dopóki nie czyni dobra 
tak czysto i doskonale jak Bóg. Twierdzę, że jego dominującym wyborem jest czynienia dobra. Szczerze szuka on 
dobra innych przez wzgląd na nich samych a nie dlatego, że ostatecznie uczyni to go szczęśliwym. 

Bóg czyni dobro z czystych i niesamolubnych pobudek. On nie czyni ludzi szczęśliwymi przez wzgląd na swoje  

własne szczęście ale dlatego, że kocha ich szczęście. Nie oznacza to, że nie cieszy Go błogosławienie ich. Bożym celem 
nie jest Jego własne szczęście. Człowiek, który nie jest samolubny znajduje radość w czynieniu dobra. Jeśli nie kocha 
on czynienia dobra, nie będzie miało ono dla niego żadnej wartości. Czynienie dobra jest świętością. Jest tym, czego  
wymaga prawo Boga: „Będziesz miłować Pana Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli  
swojej” i „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.” (Mat 22:37,39) Tak jak pewnym jest, że nawrócony  
człowiek przestrzega Bożego prawa, tak pewnym jest, że będzie on czynił dobro tak jak jego Bóg.

III. Prawdziwe nawrócenie jest przemianą od absolutnego egoizmu do ukochania dobra innych

Prawdziwe nawrócenie jest zmianą celu, którego poszukujesz a nie jedynie sposobu w jaki osiągasz ten cel. Nie 

jest prawdą, że nawróceni i nie nawróceni mają te same cele a różnią się jedynie metodami, których używają aby cel ten  
osiągnąć. To byłoby tak jakby powiedzieć, że anioł Gabriel i sam diabeł dążą do swojego własnego szczęścia, próbując 
jedynie  osiągnąć  go  dwiema  różnymi  metodami. Gabriel  nie  jest  posłuszny Bogu  przez  wzgląd  na swoje własne  
szczęście.

Człowiek może zmienić swoje metody a pomimo tego nadal stawiać swoje szczęście za swój cel. Może nie 

wierzyć w Jezusa albo w wieczność a mimo to może dostrzegać , że czynienie dobra będzie jego zyskiem na tym  

background image

Prawdziwe i fałszywe nawrócenie

Strona 28

świecie  i przynieść  mu może wiele (tymczasowych)  korzyści.  Przypuśćmy,  że człowiek dojrzy w końcu realność 
wieczności i przyjmie religię za sposób na znalezienie w niej szczęścia. Jednakże każdy wie, że nie ma w tym żadnych  
zalet. To nie służba Panu, która Mu błogosławi, a przyczyny dla których człowiek służy Bogu są ważne.

Prawdziwie nawrócony obiera za swój cel chwałę Boga i dobro Jego Królestwa. Wybiera te wartości dla nich  

samych ponieważ postrzega je jako większe dobro aniżeli swoje własne szczęście. Nie oznacza to, że nie dba o swoje  
własne   szczęście.  Wybiera   Bożą  chwałę   ponieważ  jest   to większe  dobro.  Patrzy  na szczęście  każdego   człowieka 
zgodnie z jego realną ważnością (na tyle na ile jest w stanie to ocenić) i wybiera największe dobro jako najwyższy cel.

IV. Pragnę teraz pokazać niektóre obszary gdzie prawdziwi święci i zwiedzione osoby mogą być tacy 

sami i niektóre obszary w których mogą się oni różnić

1.   Tak   święci   jak   i   zwiedzione   osoby   mogą   wieść   ściśle   moralne   życie.   Różnica   leży   w   ich   motywach.  

Prawdziwy święty wiedzie moralne życie ponieważ miłuje świętość a zwiedziona osoba ze względu na egoistyczne 
czynniki. Wykorzystuje on moralność jako sposób na koniec aby doprowadzić do swojej własnej szczęśliwości.

2. Mogą oni wydawać się być w równym  stopniu przepełnieni modlitwą, o ile tylko brać pod uwagę tylko 

zewnętrzne tego przejawy. Różnica leży w ich motywach. Prawdziwy święty kocha modlić się, zwiedziona osoba modli 
się ponieważ ma nadzieję uzyskania z tego pewnych korzyści dla samego siebie i nie kieruje się żadnymi innymi 
motywami. Prawdziwy święty spodziewa się pewnych korzyści z modlitwy ale nie są one głównym jej motywem.

3. Mogą być jednakowo religijnie gorliwi. Ktoś może być bardzo gorliwy ponieważ jest to zgodne z jego wiedzą 

i   szczerze   pragnie   służyć   Panu   z   tego   powodu.   Fałszywie   nawrócony   może   okazywać   jednakową   gorliwość   ale 
kierowany jest chęcią głębszego potwierdzenia swojego zbawienia i dlatego, że boi się pójścia do piekła jeśli nie będzie 
pracował dla Pana. Może on także służyć Bogu aby uciszyć swoje sumienie a nie dlatego, że prawdziwie Go kocha 

4.   Mogą   obydwaj   kochać   Boże   Prawo   -   prawdziwy   święty   dlatego,   że   jest   ono   tak   wspaniałe,   święte, 

sprawiedliwe i dobre; ten drugi zaś, ponieważ myśli, że uczyni to go szczęśliwym jeśli je umiłuje.

5. Obydwaj mogą zgadzać się co do konsekwencji nieprzestrzegania prawa. Prawdziwy święty przypasowuje je 

do siebie samego ponieważ uważa to za sprawiedliwe samo w sobie jeśli Bóg pośle go do piekła. Natomiast zwiedziona  
osoba  czuje  szacunek  dla Prawa  ponieważ  wie, że jest  ono sprawiedliwe  ale  nie  myśli,  że zawiera  ono w sobie  
jakiekolwiek zagrożenie dla niego samego.

6. Mogą oni w równym stopniu zapierać się pewnych rzeczy. Samozaparcie nie jest zarezerwowane tylko dla 

świętych. Spójrz na poświęcenie i samozaparcie Muzułmanów pielgrzymujących do Mekki. Spójrz na dyscyplinę i 
samozaparcie zagubionych w kultach i wschodnich religiach. Prawdziwie święty zapiera się samego siebie aby móc 
uczynić   jeszcze   więcej   dobra   dla   innych.   Jego   poświęcenie   nie   skupia   się   wokół   jego   własnej   satysfakcji   albo 
interesów. Zwiedziona osoba może wspiąć się na ten sam pułap ale tylko i wyłącznie z czysto egoistycznych pobudek.

7. Mogą obydwaj być gotowi na męczeństwo. Przeczytaj życiorysy męczenników a nie będziesz miał żadnych 

wątpliwości, że niektórzy z nich byli gotowi cierpieć z powodu złego zrozumienia nagrody za męczeństwo. Wielu 
pośpieszyło ku swojej własnej zagładzie ponieważ było przekonanych, że była to pewna droga do wiecznego życia.

8. Obydwaj mogą w jednakowym stopniu cenić to co jest słuszne. Prawdziwie nawrócony dlatego, że miłuje to, 

co jest prawe. Fałszywie nawrócony zaś dlatego, że wie, że nie może być zbawiony dopóki nie postępuje sprawiedliwie. 
Może być, na przykład uczciwy w transakcjach handlowych ale jeśli nie ma żadnego innego wyższego motywu nie  
otrzyma żadnej nagrody od Boga.

9.   Ich   pragnienia   mogą   pokrywać   się   pod   wieloma   względami.   Obydwaj   mogą   pragnąć   być   użytecznymi. 

Prawdziwie nawrócony pragnie tego dla samej idei bycia użytecznym, Zwiedziona osoba dlatego, że wie że jest to 
droga pozyskania Bożej przychylności. 

Obydwaj   mogą   pragnąć   nawrócenia   innych.   Prawdziwy   święty   -   dlatego,   że   to   uwielbi   Boga.   Motywem  

zwiedzionej osoby będzie chęć pozyskania Bożej przychylności. Będzie się również tym kierowała ofiarując pieniądze. 
Każdy wie, że można wspierać finansowo Towarzystwa Biblijne i Misyjne kierując się tylko i wyłącznie egoistycznymi  
pobudkami   -   aby   być   szczęśliwym   i   pozyskać   pochwałę   ludzi   i   przychylność   Boga.   Podobnie   można   pragnąć 
nawrócenia dusz i ciężko pracować dla tej idei będąc pobudzanym tylko i wyłącznie egoistycznymi motywami. 

Obydwaj mogą pragnąć uwielbienia Boga Prawdziwie święty - tylko dlatego, że uwielbia widzieć uwielbienie 

Boga a zwiedziony ponieważ wie, że jest to droga do Zbawienia. Szczerze nawrócony pragnie chwały Boga ze względu 
na Niego samego. Ten drugi pragnie tego ze względu na swoje własne korzyści. 

Obydwaj mogą pragnąć pokuty. Prawdziwie nawrócony nienawidzi grzechu ponieważ rani on i znieważa Boga i 

dlatego pragnie pokutować. Fałszywie nawrócony pobudzany jest świadomością bycia przeklętym jeśli pokutować nie 
będzie. 

Obydwaj mogą chcieć być posłusznymi Bogu. Prawdziwie nawrócony jest posłuszny dlatego, że przez to może 

wzrastać w świętości, fałszywie nawrócony dlatego, że pragnie być za to nagrodzony.

10. Mogą umiłować te same rzeczy. Obydwaj mogą kochać Pismo święte - prawdziwie nawrócony dlatego, że 

jest ono Bożą prawdą. Rozkoszuje się nim i karmi nim swą duszę. Zwiedziona osoba kocha Biblię ponieważ myśli, że  
leży to w jego własnym interesie i postrzega ją jako plan spełnienia jego nadziei. 

Obydwaj mogą kochać Boga. Jeden - dlatego, że postrzega Boży charakter jako piękny i wspaniały sam w sobie 

i kocha Boga dla Niego samego. Drugi - ponieważ uważa, że Bóg jest jego szczególnym przyjacielem, który uczyni go 
szczęśliwym na zawsze. Taka osoba łączy wyobrażenie o Bogu ze swoimi egoistycznymi interesami. 

background image

Prawdziwe i fałszywe nawrócenie

Strona 29

Obydwaj mogą kochać Chrystusa. Prawdziwie nawrócony kocha charakter Jezusa. Zwiedziony myśli, że Pan 

wybawi go od piekła i da mu wieczne życie” więc dlaczego miałby go nie kochać? 

Obydwaj mogą kochać Chrześcijan - prawdziwie nawrócony, ponieważ widzi w nich wyobrażenie Chrystusa i 

raduje się ich duchowym  dialogiem.  Zwiedziona  osoba kocha ich ponieważ  należą oni  do jego  denominacji  albo  
ponieważ są oni po jego stronie. Kocha również rozmawiać o swoim zainteresowaniu Chrześcijaństwem  i nadziei 
pójścia do nieba. 

Obydwaj   mogą   umiłować   uczęszczanie   na   spotkania   religijne.   Prawdziwie   święty   -   ponieważ   jego   serce 

rozkoszuje   się,   modlitwą,   czczeniem   i   uwielbianiem   Boga   oraz   słuchaniem   Jego   Słowa.   Fałszywie   nawrócony   - 
ponieważ myśli, że religijne spotkanie jest dobrym miejscem do pogłębienia swoich nadziei. 

Obydwaj mogą znajdywać przyjemność w osobistej modlitwie. Prawdziwy święty - ponieważ przybliża go ona 

do Boga   i  znajduje  rozkosz  w  społeczności  z  Nim. Zwiedziona   osoba  znajduje  pewien  rodzaj   satysfakcji,   rodzaj 
zaspokojenia własnej sprawiedliwości, ponieważ jest to jego obowiązkiem modlić się w skrytości. 

Obydwaj mogą kochać doktrynę Łaski. Prawdziwy święty - ponieważ jest tak wspaniała. Ten drugi - ponieważ  

myśli, że ona jest gwarancją jego Zbawienia.

11.   Mogą   również   nienawidzić   te   same   rzeczy.   Obydwaj   mogą   nienawidzić   niemoralności   seksualnej   i 

przeciwstawiać się jej zawzięcie. Prawdziwy święty - ponieważ jest obrzydliwością sama w sobie i przeciwstawia się 
ona Bogu. Drugi - ponieważ nie zgadza się ona z jego poglądami. 

Obydwaj mogą nienawidzić grzech. Prawdziwy wierzący ponieważ jest on odrażający dla Boga a zwiedziony 

dlatego, że rani go on osobiście. Jest to powszechne, że ludzie nienawidzą swoje grzechy a jednocześnie nie porzucają  
ich. 

Obydwaj mogą sprzeciwiać się grzesznikom. Sprzeciw świętego jest pełen miłości. Widzi on, że charakter i 

postępowanie  grzeszników jest  obliczone na zniszczenie Królestwa  Bożego.  Fałszywie  nawróceni  sprzeciwiają  się 
grzesznikom ponieważ występują oni przeciw ich religii i nie są po ich stronie. 

We wszystkich tych przypadkach, motywy jednej strony są przeciwnością motywów drugiej. Różnica leży w 

wyborze celów. Jedni wybierają swój własny interes, drudzy Boży interes jako swój najwyższy cel.

V. Odpowiem teraz na niektóre, najczęściej zadawane pytania

1. „Jeśli te dwa rodzaje ludzi są podobne do siebie w tak wielu rzeczach, jak możemy rozpoznać swój  

własny charakter albo też wiedzieć do którego rodzaju należymy. Wiemy, że pośród wszystkich innych rzeczy  
nasze serce jest rzeczą najbardziej zdradziecką i nieskończenie złą (Jer. 17:9). Skoro tak, to jak mamy wiedzieć 
czy   kochamy   Boga   ze   względu   na   Niego   samego,   podobnie   życie   w   świętości,   czy   też   po   prostu   szukamy 
przychylności Boga i kierujemy się ku Niebu wyłącznie dla własnych korzyści.”? 

Jeśli rzeczywiście czynimy dobro, ujawni się to w naszych codziennych transakcjach. Jeśli w naszych układach  

z innymi jesteśmy egoistyczni, będziemy również tacy sami w naszej społeczności z Bogiem. „Albowiem kto nie miłuje 
brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” (IJ 4:20). Bycie chrześcijaninem nie oznacza  
tylko umiłowania Boga ale również człowieka. Jeśli nasze codzienne interesy okazują się egoistyczne, nie jesteśmy 
nawróceni - bo inaczej człowiek mógłby być Chrześcijaninem nie kochając swego bliźniego jak siebie samego. 

Jeśli nie jesteś samolubny, twoje duchowe obowiązki nie będą dla ciebie przykrością. Niektórzy czynią to, co 

nakazuje   Bóg   z   takim   samym   nastawieniem   jak   chory   przyjmuje   swoje   lekarstwo   ponieważ   pragnie   jego  
dobroczynnego działania i wie, że musi je przyjmować bo inaczej zginie. To jest coś, czego nigdy by nie zrobił w  
żadnym innym przypadku. 

Jeśli jesteś samolubny, twoja wola uzależniona jest od mocy twoich nadziei na Niebo. Jeśli jesteś bardzo pewny 

pójścia do Nieba masz wielką radość z bycia Chrześcijaninem. Twoja radość uzależniona jest od nadziei a nie od 
umiłowania rzeczy w których nadzieję pokładasz. Nie twierdzę, że prawdziwi święci nie radują się swoją nadzieją - nie  
jest ona po prostu najważniejszą dla nich rzeczą. Myślą oni bardzo niewiele o swoich nadziejach ponieważ ich myśli  
zaprzątnięte są rzeczami o większej wartości. 

Jeśli jesteś samolubny, przyjemność czerpać będziesz głównie z rzeczy, których się spodziewasz. Prawdziwy 

święty cieszy się już teraz Bożym pokojem i ma zaczątek Nieba w swojej duszy. Nie musi czekać do swojej śmierci aby 
posmakować radości wiecznego życia. Ta radość jest proporcjonalna do jego świętości a nie do jego nadziei. 

Zwiedziony postrzega i ma tylko cel posłuszeństwa podczas gdy prawdziwy święty je wybiera. To jest bardzo 

ważna różnica i obawiam się, że niewiele ludzi zwraca na nią uwagę. Prawdziwie święty naprawdę preferuje a w swoim 
sercu wybiera posłuszeństwo. Nie jest ono zatem dla niego zbyt trudne. Fałszywie nawrócony jest zdeterminowany być  
świętym ponieważ wie, że jest to jedyny sposób na bycie szczęśliwym. Prawdziwy święty wybiera świętość przez 
wzgląd na nią samą i jest święty. 

Prawdziwie nawrócony i zwiedziona osoba różnią się też w swojej wierze. Prawdziwy święty pokłada nadzieję 

w charakterze Boga, który prowadzi go do całkowitego posłuszeństwa. Szczere zaufanie specjalnym obietnicom Boga  
uzależnione jest od nadziei pokładanych w Nim samym. Istnieją tylko dwie zasady dzięki którym każdy rząd, boski czy  
ludzki, zdobywa sobie posłuch - strach i zaufanie. Całe posłuszeństwo opiera się na tych dwóch zasadach. W jednym  
przypadku ludzie są posłuszni opierając się na nadziei na nagrodę i obawą przed karą. W drugim, podporządkowanie się 
wypływa z zaufania pokładanego w charakterze rządu działającego na zasadach miłości. Jedno dziecko jest posłuszne 
swoim rodzicom ponieważ ich kocha i ufa im. Drugie okazuje zewnętrzne posłuszeństwo motywowane nadziejami i 

background image

Prawdziwe i fałszywe nawrócenie

Strona 30

obawami.   Prawdziwie   nawrócony   ma   wiarę,   czy   też   zaufanie   pokładane   w   Bogu,   które   prowadzi   go   do   bycia 
posłusznym Bogu z miłości. Jest to posłuszeństwo wiary. 

Zwiedziona osoba jest posłuszna tylko częściowo. Diabeł ma również częściową wiarę. Wierzy i drży. Ktoś 

może   wierzyć,   że   Chrystus   przyszedł   zbawić   grzeszników   i   na   tym   gruncie   podporządkować   się   Mu   aby   zostać 
zbawionym. Ale nie podporządkowuje się całkowicie Jego monarszemu, absolutnemu autorytetowi ani też nie oddaje 
Mu kontroli nad całym swoim życiem. Jego podporządkowanie jest uzależnione tylko i wyłącznie od tego czy zostanie 
zbawiony.  Nigdy nie jest powiązane z owym  bezgranicznym  zaufaniem Bogu, która prowadzi go do powiedzenia 
„Niech się spełni Twoja wola.” Jego religia jest religią prawa. Inny posiada ewangeliczną wiarę. Jeden jest samolubny,  
drugi czyniącym dobro. Tu leży właściwa różnica pomiędzy tymi dwiema kategoriami ludzi. Religijność jednego jest 
zewnętrzna i powierzchowna. Drugiego, płynąca prawdziwie z serca - jest święta i pełna Bożej aprobaty. 

Jeśli jesteś samolubny, będziesz uradowany nawróceniem się innych tylko wtedy, gdy sam będziesz miał w tym  

udział. Będziesz miał bardzo mało satysfakcji kiedy stanie się to poprzez pracę innych. Egoista raduje się kiedy jest 
aktywny i odnosi sukcesy w nawracaniu grzeszników ponieważ spodziewa się wielkiej za to nagrody ale jego serce  
wypełni się po brzegi zazdrością kiedy inni przyprowadzą kogoś do Chrystusa. Prawdziwy święty szczerze rozkoszuje 
się widokiem grzeszników nawróconych poprzez innych tak samo jak by sam miał w tym swój udział.

2. „Czy nie powinienem absolutnie nie zważać na swoje własne szczęście”? Nie ma nic złego w troszczeniu 

się o szczęście własne zgodnie z jego relatywną wartością. Zmierz je miarą Chwały Bożej i dobra świata a następnie 
zadecyduj nadając mu wartość, która mu się właściwie należy. Jest to dokładnie to, co robi Bóg i dokładnie to, co ma na 
myśli nakazując ci kochać swego bliźniego jak siebie samego. 

Spójrz, im  mniej   skoncentrowany  jesteś  na  swoim  własnym   szczęściu  tym  szczęśliwszy jesteś.  Prawdziwe 

szczęście zawiera się głównie w wypełnianiu niesamolubnych pragnień. Jeśli kierujesz się ku czynieniu dobra przez 
wzgląd na nie samo, będziesz szczęśliwy proporcjonalnie do ilości dobra, które uczynisz. Jeśli jednak czynisz dobro  
aby zabezpieczyć swoje własne szczęście, wtedy nie powiedzie ci się. Będziesz jak małe dziecko goniące swój własny 
cień; nie może nigdy zwyciężyć ponieważ jest on zawsze tak daleko przed nim.

3. „Czy Chrystus nie przykładał uwagi na położoną przed Nim radość”? Jest prawdą, że Chrystus wzgardził 

hańbą i przecierpiał mękę krzyżową i nie wzgardził dawaną mu radością. Jednakże czym była radość mu dawana? Nie  
Jego własnym Zbawieniem, nie Jego własnym szczęściem ale wielkim dobrem, które mógłby uczynić dla Zbawienia 
świata. Szczęście innych było tym, ku czemu się kierował. To właśnie było radością przed Nim położoną i właśnie to 
osiągnął.

4. „Czy Mojżesz nie zwracał uwagi na nagrodę?” Tak, Mojżesz zwracał uwagę na nagrodę. Ale czy była to 

nagroda dla jego własnej korzyści? Absolutnie nie! Nagrodą było zbawienie Izraela. W pewnym momencie Bóg chciał  
zniszczyć Izraelitów i uczynić wielki naród z Mojżesza. Jeśliby Mojżesz był samolubny, powiedziałby: „Tak Panie. 
Niech się stanie twojemu słudze podług słowa Twego.” A co on powiedział? Dlaczego jego serce tak bardzo było  
zatroskane o zbawienie Jego ludzi i skupione na chwale Boga, że nie potrafił nawet przez moment o tym pomyśleć?  
Zamiast tego powiedział, „Jeśli taka Twoja wola, przebacz im ich grzech - a jeśli nie - wymaż moje imię z Księgi  
żywota, gdzie je zapisałeś! (II Moj. 32:32). To nie jest odpowiedź człowieka przepojonego egoizmem.

5. „Czy Biblia nie mówi, że kochamy Boga ponieważ On pierwszy nas umiłował?” W miejscu, gdzie Pismo 

mówi „Miłujemy Go ponieważ on pierwszy nas umiłował” (I J. 4:19) użyty język sugeruje nam dwa różne znaczenia: 
1)   Jego   miłość   do   nas   uczyniła   nam   możliwym   odwdzięczenie   się   Mu   tym   samym;   albo   2)   Kochamy   Go   za  
zainteresowanie i przychylność, którą nam okazuje. Drugie znaczenie jest całkowicie błędne ponieważ Jezus Chrystus  
sam przejrzyście podał tą zasadę w swoim Kazaniu na Górze: „A jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, na jakąż  
wdzięczność zasługujecie” Wszak i grzesznicy miłują tych, którzy ich miłują.” (Łk. 6:32). Jeśli kochamy Boga nie ze 
względu na Jego osobowość a przychylność nam przez Niego okazywaną, nie różnimy się niczym od nie nawróconych.

6. „Czy Biblia nie oferuje szczęścia jako nagrodę za cnoty?” Biblia mówi o szczęściu jako rezultacie życia 

cnotliwego ale nigdzie nie jest twoje własne szczęście określone jako przyczyna czynienia dobra.

7. „Dlaczego Biblia odwołuje się wciąż do nadziei i obaw ludzi jeśli martwienie się o szczęście własne nie  

jest właściwym motywem naszego działania?” Człowiek z natury obawia się zranienia i nie ma nic złego w unikaniu 
go. Możemy koncentrować się na własnym szczęściu ale tylko na tyle na ile jest ono tego warte. 

Ludzie   są   tak   bardzo   upojeni   grzechem,   że   Bóg   nie   może   nakłonić   ich   aby   rozważyli   Jego   prawdziwą 

osobowość i powody do kochania Go dopóki nie odwoła się On do ich obaw i nadziei. Ale kiedy wreszcie przebudzą  
się,   przedstawia   im   swoją   Ewangelię.   Kiedy   kaznodzieja   swoim   kazaniem   o   pomście   Bożej   doprowadził   swoich 
słuchaczy do strachu przed nią, powinien następnie roztoczyć przed nimi prawdę o Bożym sercu aby skierować ich  
serca ku umiłowaniu Go za Jego doskonałość.

8. „Czy Ewangelia nie oferuje przebaczenia jako motywu uległości?” Jeśli myślisz, że grzesznik powinien 

pokutować pod warunkiem, że jego grzechy zostaną mu przebaczone to powiem ci, że Biblia nie mówi nic w tym 
rodzaju. Ona nigdy nie upoważnia grzesznika do powiedzenia: „Będę pokutować jeżeli mi wybaczysz, i w żadnym  
miejscu nie oferuje przebaczenia jako motywu pokuty.

VI. Parę uwag na zakończenie

1. Niektórzy bardziej martwią się o nawracanie grzeszników aniżeli pragną ujrzeć Kościół uświęcony a Boga 

uwielbionego dobrymi dziełami Jego ludzi. 

background image

Prawdziwe i fałszywe nawrócenie

Strona 31

Wielu pragnie nawrócenia grzeszników nie dlatego, że ich życie i dzieła ranią i zniesławiają Boga a dlatego, że  

współczują im i pragną uchronić ich przed pójściem do piekła. Prawdziwi święci są zasmuceni grzechem ponieważ tak 
bardzo  ubliża  on  Bogu   ale   najbardziej   są  przygnębieni  kiedy  widzą  grzech   pośród  Chrześcijan  ponieważ  jeszcze 
bardziej hańbi on Boga. Niektórzy wydają  się niewiele przejmować się stanem  Kościoła tak długo jak widzą oni 
sukcesy w nawracaniu grzeszników. Dla nich „skuteczność” wysiłków ewangelizacyjnych równa się „skuteczności” 
Kościoła ale tak właściwie nie zależy im na wywyższeniu Boga. Ukazuje to, że nie są oni motywowani szlachetną  
miłością do Pana i świętością ale swoimi własnymi, ludzkimi uczuciami do grzeszników.

2. Na podstawie tego co ci powiedziałem, łatwo jest zrozumieć dlaczego tak wielu praktykujących Chrześcijan 

ma tak różne zrozumienie czym Ewangelia właściwie jest. Niektórzy ją postrzegają zaledwie jako wielkie udogodnienie  
dla ludzi. Bóg przestał być już tak surowy jak był w czasach Zakonu. Myślą, że mogą być tak światowi jak tylko tego  
zapragną a Ewangelia zakryje wszelkie ich niedostatki aby mogli zostać zbawieni. Inni postrzegają Ewangelię jako 
Bożą   klauzulę   mającą   za   swoje   główne   zadanie   zniszczenie   grzechu   i   wywyższenie   świętości.   Zatem   zamiast 
akceptować ją by być mniej świętym powinni oni być pod Prawem. Cała wartość Ewangelii zawiera się w jej mocy  
uczynienia ich świętymi

„Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie; czy nie wiecie o sobie, że 
Jezus Chrystus jest w was” Chyba, żeście próby nie przeszli.” (II Kor. 13:5)
(Wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii Warszawskiej)