background image

 

 

Myrna Mackenzie 

                            

 

Wiele hałasu o miłość 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

PROLOG 

 

Gilbert Messmer odłożył egzemplarz „Wiele hałasu o nic" i spojrzał za 

okno. Jego siostrzenica Emma Carstairs zbierała właśnie zioła w herbarium. 

Jutro mijało dokładnie dwadzieścia pięć lat od dnia, gdy jego umierająca siostra 

Danielle poprosiła go, by zajął się Emmą jak własnym dzieckiem. I 

rzeczywiście zajmował się nią przez ostatnie ćwierć wieku, jakby była jego 

córką. Dlaczego akurat teraz zaczął odczuwać niepokój o jej los? 

Emma miała dwadzieścia dziewięć lat, była dorosłą kobietą. Ostatnio 

jednak wydarzyło się coś, co sprawiło, że nieustannie się zastanawiał, czy 

należycie wypełnił obietnicę daną Danielle. 

Oczywiście, że wypełniłem, pomyślał. Dałem jej wikt i opierunek, dach 

nad głową. Dbałem o nią. 

Gilbert się skrzywił. Czy aby na pewno zrobił wszystko, co w jego mocy? 

Czy rzeczywiście niczego nie zaniedbał? Jego żona umarła przy porodzie małej 

Holly wkrótce potem, gdy w domu zamieszkała Emma. Gilbert zmienił się 

radykalnie po śmierci żony, wycofał się zupełnie z życia, szukając ucieczki, a 

zarazem zapomnienia w pracy. 

Był zdolnym, rzutkim biznesmenem, ale od śmierci żony emocjonalnym 

wrakiem. Tą resztką uczuć, która mu została, obdarowywał Holly, dla Emmy 

nic już nie zostało. Tak było od początku. Dlaczego zaczął martwić się tym 

akurat teraz? 

- Wiesz dlaczego - szepnął do siebie. Holly zakochała się w człowieku, z 

którym Gilbert prowadził interesy. Zaręczyła się. Promieniała szczęściem. 

Gilbert doskonale rozumiał ten stan, bo sam bardzo kochał żonę i jego Lila też 

kiedyś była szczęśliwa. Uśmiech niemal nie opuszczał jej twarzy. 

R S

background image

 

Kiedy Holly się zakochała, sam odżył, wydobył się z mgły, w której żył 

przez ostatnich dwadzieścia pięć lat. Szczęście córki było dla niego 

prawdziwym darem od losu. 

Holly chodziła z głową w chmurach i z roziskrzonymi oczami, a Emma 

pochylała się nad grządkami w ogrodzie. Gilbert po raz pierwszy zadał sobie 

pytanie, czy jego siostrzenica rzeczywiście lubi pracę w ogrodzie. 

Nigdy jej o to nie pytał. Po prostu pozwalał, by zajmowała się rezydencją 

Messmerów. Miała też swoje zadania do spełnienia w jego hotelu. I Emma albo 

pracowała, albo chodziła na kursy i szkolenia zawodowe. Czy przeżyła kiedyś 

taką radość, jaką przeżywała teraz Holly? Gdyby nawiedził go dzisiaj duch 

Danielle, czy mógłby z czystym sumieniem powiedzieć, że uczynił dla jej córki 

wszystko, co powinien? 

Nie, ale co mógł teraz zrobić? 

- Coś jednak zrobię. Przyrzekam ci, Danielle. Naprawię wszelkie szkody. 

- Tylko jak? 

Gilbert spojrzał na odłożoną przed chwilą książkę. Może Szekspir 

podsunie mu pomysł, jak niedbały wuj może zadośćuczynić za swoje winy i 

zadbać o szczęście siostrzenicy? W końcu nikt lepiej nie znał natury ludzkiej niż 

ten wielki dramaturg. 

Gilbert wpatrywał się w złocone litery tytułu. Kochał tę komedię, czytał 

dziesiątki razy, znał ją prawie na pamięć. Romantyczni bohaterowie wracający z 

wojen, młoda para poznająca pierwsze porywy miłości, podstępny 

niegodziwiec, jeszcze jedna para, tocząca ze sobą wieczne słowne potyczki, i 

mnóstwo swatania, kojarzenia samotnych serc, romantycznych porywów. 

- Hmm - mruknął i ponownie spojrzał za okno. Emma podniosła akurat 

głowę, uśmiechnęła się, pomachała mu i wróciła do swojego zajęcia. 

Bardzo przypominała matkę: te same czarne włosy, poważne, szare oczy. 

- Dwadzieścia pięć lat - szepnął. - Jakiż byłeś samolubny. Jak ślepy. 

R S

background image

 

Teraz jednak oczy mu się otworzyły. Spróbuje jeszcze raz. O ile nie jest 

za późno. Musiał tylko ułożyć sobie plan działania. Powinien koniecznie 

postawić potrzeby córki i siostrzenicy na pierwszym planie, zamiast uciekać w 

pracę. 

Od czego zacząć? Co robić? Co uczyniłoby Emmę szczęśliwą? 

- Może... - mruknął. Może to samo, co opromieniało w ostatnich 

tygodniach Holly... 

Głupia, desperacka myśl. Emma dawno i wyraźnie powiedziała, że nie 

chce wychodzić za mąż. Gilbert nie wiedział nawet dlaczego. A właśnie, czy to 

nie wstyd, że nie miał pojęcia o takich rzeczach? 

Z drugiej strony Holly przecież też nie planowała małżeństwa, a teraz jest 

zaręczona i nie posiada się ze szczęścia. 

To samo mogłoby się przydarzyć Emmie. 

Może i tak... Ale jak do tego doprowadzić, skoro dawno zdecydowała, że 

nie dla niej porywy serca? 

Gilbert wziął książkę do ręki i przesunął czule dłonią po oprawie z 

zielonej skóry. Kartkując wolumin, wdychał zapach papieru i przypominał sobie 

losy bohaterów. 

Swaty... 

Nie. Przecież to szekspirowski teatr. Kraina fantazji. 

Tymczasem Emma, pochłonięta pracą, była samotna. Jeszcze bardziej 

samotna poczuje się po ślubie Holly. Jeśli jednak wyszłaby szczęśliwie za mąż, 

Gilbert zyskałby poczucie, że zadośćuczynił za swoje dotychczasowe winy. 

Westchnął ciężko. 

- Gdybym tylko mógł znaleźć właściwego kandydata... Na pewno gdzieś 

tam jest mężczyzna wprost stworzony dla Emmy. 

Myśl zapadła głęboko w umysł, napełniając Gilberta radością i nadzieją. 

Miał ochotę roześmiać się w głos. Poczuł się znowu młody. Od wieków nie miał 

tak dobrego humoru. 

R S

background image

 

Jeśli rzeczywiście gdzieś istniał mężczyzna stworzony dla Emmy, on go 

znajdzie. Był niemal pewien, że wie, kto by się nadał. Emma znała tego 

człowieka. Były żołnierz, zupełnie jak jeden z bohaterów komedii Szekspira. 

Jeśli istniał cień szansy, by Emma odnalazła miłość, Gilbert był zdecydowany 

go wykorzystać. 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

- Czy naprawdę dobrze się czujesz, Emmo? Nie wyglądasz najlepiej. 

- Wszystko w porządku. - Emma zesztywniała i wbiła wzrok w książkę. 

Wcale nie czuła się dobrze. Ogarniała ją panika. Miała nadzieję, że Holly tego 

nie widzi. 

Odłożyła lekturę. 

- Jesteś pewna, że Chris przywiezie ze sobą Ryana Benedicta? - zapytała 

kuzynkę. 

Oczy Holly rozjaśniły się na dźwięk imienia Chrisa. 

- Absolutnie pewna - przytaknęła. - Chris i Ryan prowadzą wspólne 

interesy. Dlaczego nie miałby zaprosić go do nas? To zupełnie naturalny gest. 

Ponieważ nie chcę widzieć tego faceta, odpowiedziała w myślach Emma. 

Ponieważ kiedy go widziałam po raz ostatni, wymieniliśmy niewinny 

pocałunek, a ja zachowałam się jak głupia gęś, naiwna pensjonarka. Żenująca 

reakcja i lepiej do tego nie wracać. Rzeczywiście zareagowała jak panna z 

dziewiętnastowiecznej powieści, dla której sama myśl o pocałunku jest 

grzechem. Na szczęście rodzina wiedziała, że Emma nie chce wychodzić za 

mąż, w przeciwnym razie mogliby uznać, że interesuje się Ryanem. 

- Po prostu się zdziwiłam - wyjaśniła. - Chris przyjeżdża omówić 

przygotowania do ślubu, a Ryan spotkać się z wujem w interesach. Skoro tak, 

wydawało mi się logiczne, że zatrzyma się w naszym hotelu. 

R S

background image

 

Holly przewróciła oczami. 

- Daj spokój, Em. Ryan jest najlepszym przyjacielem Chrisa, więc 

zatrzyma się u nas. Tata bardzo serdecznie go zapraszał. Nie lubisz go? 

Uważaj, powiedziała sobie Emma. 

- Prawie go nie znam. Widziałam go raz, kilka tygodni temu, i to 

wszystko. Nic o nim nie wiem. 

Wuj poprosił ją wtedy do salonu, gdzie zebrało się już całe towarzystwo, 

by wznieść toast za umowę o zawiązaniu spółki między firmą Gilberta oraz 

firmą Chrisa i Ryana. Pierwszą osobą, na którą padł jej wzrok, był właśnie 

Ryan. Ciemnowłosy, o wojskowej postawie i sylwetce, którą zachował, mimo iż 

dawno odszedł ze służby. Spojrzał na nią ciemnoniebieskimi oczami, a jej aż 

dech zaparło. Co natychmiast bardzo ją zirytowało. 

Nie ulegała męskim wdziękom, wiedząc, jakie to może być 

niebezpieczne. Po co lekkomyślnie ryzykować? Nigdy tak nie postępowała. 

Tego samego popołudnia Holly i Chris ogłosili swoje zaręczyny. Holly 

dwa miesiące wcześniej pojechała z Gilbertem do St. Louis na spotkanie w 

C&R Technologies, i tak poznała Chrisa.  

Od tego czasu spędzała wiele czasu w St. Louis. Emma prawie jej nie 

widywała, raz czy dwa spotkała Chrisa. Nieważne. 

Chris właśnie uścisnął dłoń wuja Gilberta, potem go objął i wszyscy w 

salonie zaczęli klepać się po plecach i ściskać. Emma, która nigdy nie lubiła 

kontaktu fizycznego, stała akurat obok Ryana. Ten uśmiechnął się i zapytał: 

- Pozwoli pani, panno Carstairs? - Głos miał niski, leciutko zachrypły i 

bardzo niebezpieczny. W każdym razie pytanie zabrzmiało tak, jakby pytał 

Emmę, czy może ją rozebrać, a przecież chciał tylko uczcić święto Holly i 

Chrisa. Zanim się zorientowała, nachylił się i pocałował ją lekko w policzek. A 

ona, speszona, szarpnęła się jak idiotka, i jego wargi musnęły kącik jej ust. 

Salon nagle zniknął. Czuła, jak pali ją skóra. Chciała... nie potrafiła 

powiedzieć, czego właściwie chce, ale na pewno chodziło o poczucie bliskości. 

R S

background image

 

W każdym razie nie była w stanie ująć tego racjonalnie, a tym bardziej - 

zrozumieć. 

Później tłumaczyła sobie, że był to tylko pocałunek z okazji zaręczyn 

Holly, nic więcej. Gest bez większego znaczenia, jeden z tych, jakie ludzie 

wymieniają codziennie. Ale ta interpretacja powstała o wiele później. 

W tamtym momencie natomiast poczuła kompletny chaos w głowie, 

zaparło jej dech. 

A potem, kiedy Ryan już się odsunął, pomyślała, że mogłaby mieć z nim 

śliczne dzieci, a ona przecież chciała je mieć. 

Natychmiast wróciła na ziemię. O czym ona w ogóle myśli, do diabła? 

Przez tyle lat walczyła, by panować nad emocjami, więc teraz nie pozwoli sobie 

na nieodpowiedzialne zachowanie i jakieś głupie uniesienia. 

Kiedyś to zrobiła. Spotkała na zjeździe hotelarzy faceta, zaczęła się z nim 

spotykać i zakochała się. On twierdził, że zależy mu na niej, ale naprawdę 

zależało mu na dojściach do firmy wuja Gilberta. Sparzyła się boleśnie. Jej 

matka też się sparzyła, bo ojciec Emmy odszedł. Nie chciała powtarzać 

podobnych błędów. Nie musiała koniecznie iść do łóżka z Ryanem, który 

wyglądał jej na kobieciarza, żeby mieć dziecko. Istniały inne sposoby. 

- Em? 

Zdała sobie sprawę, że zaciska dłonie i przygryza wargę. 

- Słucham, Holly? - zapytała, siląc się na możliwie swobodny ton. 

- Naprawdę dobrze się czujesz? Zapytałam, czy nie lubisz Ryana, a ty 

dosłownie odpłynęłaś. Widziałam, jak cię pocałował w czasie naszych zaręczyn 

i zauważyłam twoją reakcję... 

Emma pokręciła głową. 

- To bez znaczenia. 

- Em... - Holly nie wydawała się przekonana. 

R S

background image

 

- Nawet nie próbuj tego roztrząsać, Holly. Przestałam interesować się 

facetami, tak jak inne dziewczyny przestają nosić kucyki. Wyrosłam z tego. 

Dyskusję na ten temat uważam za zakończoną. 

- Mówisz, jakbyś była Bóg wie jak wiekową damą. Emma się zaśmiała. 

- Jeśli chodzi o facetów, jestem. A mówiąc serio, przepraszam, że 

odpłynęłam, jak to określiłaś, ale zastanawiam się właśnie nad koncepcjami 

nowego wystroju naszego hotelu. W końcu między innymi po to zdecy-

dowaliśmy się na remont, a wuj właśnie podrzucił mi ciekawą rzecz - wskazała 

na leżącą obok niej książkę - no i sama rozumiesz... 

Kłamała, ale nie chciała, żeby Holly się o nią martwiła. Dziecko... Teraz, 

kiedy Holly zacznie nowe życie, ona zostanie sama i powinna skupić się na 

własnych celach. Chciała mieć kogoś bliskiego, być kimś bliskim dla innej 

ludzkiej istoty. Zaraz po ślubie Holly zamierzała się rozejrzeć i dowiedzieć, 

jakie ma szanse na adopcję. 

- Jeśli coś cię drażni w Ryanie... - podjęła jeszcze raz Holly. 

Emma pokręciła energicznie głową. 

- Nie, skądże. Może jest trochę zbyt wylewny, jak na mój gust, ale 

potrafię się dostosować. Mam w tym dużą wprawę, przecież wiesz. 

Wbrew tym zapewnieniom dręczyły ją oczywiście wątpliwości. Ryan 

musiał dostrzec, że zrobił na niej wrażenie, a to niezbyt wygodna sytuacja. John, 

jej były chłopak, od samego początku ich znajomości grał właśnie na jej 

emocjach i zauroczeniu jego osobą. Jej matka w swoich dziennikach pisała, jak 

ślepo była zapatrzona w męża.  

Pozwoliła się ponieść uczuciu do mężczyzny, a on manipulował nią, 

zmuszał, by robiła, co chciał. W końcu, prawdopodobnie znudzony, spakował 

walizki i odszedł. Emma miała powody, żeby omijać Ryana szerokim łukiem. 

Natomiast Holly i wuj Gilbert mieli wszelkie powody, żeby przyjmować 

go w rezydencji Messmerów. 

Holly spojrzała na zegarek. 

R S

background image

 

- Powinni tu być lada chwila. Muszę się pospieszyć. Przebrać, uczesać. 

Chris dzwonił zaraz po wyjeździe z St. Louis i mówił, że będą wcześniej, niż 

planowali. - I wybiegła z pokoju, zostawiając Emmę samą z ponurymi myślami. 

- Lada chwila - szepnęła do siebie przerażona, zupełnie nieprzygotowana 

psychicznie do tak szybkiego spotkania z Ryanem. I w ślad za Holly ruszyła na 

górę do swojego pokoju. 

Kochany wuj Gilbert miał słabość do Szekspira, ona też. Nie wiedzieć 

czemu wydawało jej się, że Bard byłby ubawiony jej sytuacją. 

Powinnam całą sprawę potraktować lekko, myślała. Będę jak wytrawna 

aktorka w komedii Szekspira, która bawi się odgrywaniem własnej roli. 

Postanowiła udawać, że absolutnie nie pamięta tamtego niefortunnego 

pocałunku. 

Ryan powtórzył sobie, że to wizyta wyłącznie służbowa i skręcił w aleję 

prowadzącą do rezydencji Messmerów położonej w pobliżu wioski Avon Lake 

w stanie 

Teksas, niedaleko wybrzeża. To, że aż zbyt wyraziście pamiętał różowe 

usta Emmy Carstairs, niczego nie zmieniało. 

- Cholera - mruknął. 

- Co się stało? - zapytał Chris. 

Ryan mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. 

- Coś sobie właśnie przypomniałem. Drobiazg. Nieważne. 

I to była prawda, ponieważ Emma Carstairs była nieważna. Spotykał się z 

kobietami, które interesowały się jego portfelem, no i chętnie wskakiwały mu do 

łóżka. To mu odpowiadało. Benedictowie zawsze wybierali takie kobiety, bo 

Benedictowie byli pozbawieni serca. Mieli swoje ambicje, spryt, tupet - 

kombinacja, dzięki której na ogół osiągali zamierzone cele. 

Uczucia nie wchodziły w grę, bo tam gdzie się pojawiały, sprawy 

zaczynały przybierać paskudny obrót, a ludzie wychodzili z takich doświadczeń 

poobijani. A on nie chciał nikogo krzywdzić, nie był przecież zimnym draniem. 

R S

background image

 

10 

Szczególnie starał się unikać takich poważnych ludzi jak Emma. 

Sprawiała wrażenie osoby, która jeśli zainteresuje się mężczyzną, będzie 

oczekiwała od niego zaangażowania, którego Ryan nie mógł jej dać. 

Nie wyglądało zresztą, żeby się nim zainteresowała. Po tym pocałunku w 

salonie spojrzała na niego tak, jakby go szczerze nie lubiła. To dlaczego 

chodziło mu po głowie, że tym razem pocałuje ją naprawdę, łamiąc swoje 

żelazne zasady dotyczące kobiet? 

Zapowiadał się naprawdę długi miesiąc. 

- Nie wiem, o czym myślisz, ale wysiadaj już z wozu - odezwał się Chris. 

- Stęskniłem się za Holly. Tych kilka tygodni bez niej ciągnęło się w 

nieskończoność.  

Ryan się uśmiechnął. 

- Oto słowa zakochanego. - Wysiadł z samochodu i roztarł kolano, żeby 

nie utykać. Stara rana ciągle dokuczała, kiedy zbyt długo prowadził. 

- Nic nie mów, bo sam nigdy nie byłeś zakochany - przyciął mu Chris. 

- Ale nie mam nic przeciwko zakochanym. Ja rzeczywiście nie jestem 

szczególnie uczuciowy, chociaż cieszę się, że spotkałeś swoje szczęście. 

- Wiem. I trochę mi przykro, że ty będziesz musiał pracować, kiedy ja w 

tym czasie nie będę robił nic innego, tylko cieszył się swoim szczęściem, 

planując ślub oraz wesele. 

Ryan pokręcił głową. 

- To żaden problem. Wiesz, że lubię pracować.  

Rzeczywiście, pracował bez wytchnienia, tworząc z Chrisem, 

przyjacielem z armii, ich firmę. C&R Technologies było jego dzieckiem, całym 

jego życiem. Wcale mu nie przeszkadzało, że będzie pracował, kiedy jego 

przyjaciel będzie przeżywał romantyczne chwile. 

W sekundę później Ryan zapomniał, co sobie właśnie obiecał, bo oto 

przed domem pojawili się Holly, Gilbert i Emma. Słońce połyskiwało na jej 

ciemnych włosach, rozświetlało jasną skórę i opromieniało ją całą pomimo 

R S

background image

 

11 

czarnej sukni. Uśmiechnęła się do Chrisa, a ciepły uśmiech odmienił na moment 

jej zwykle poważną twarz. Przywitała się bardzo uprzejmie i oficjalnie z 

Ryanem, po czym utkwiła wzrok w przestrzeni nad jego lewym ramieniem. 

Jeśli się zastanawiał, czy Emma zapomniała o ich pocałunku, to właśnie 

poznał odpowiedź. 

Nie zapomniała i była wyraźnie niezadowolona z ich ponownego 

spotkania. Hm, bardzo ciekawe... 

Właściwie powinien ją ignorować, ale wiedział, że nie zdoła, bo zbyt 

dobrze pamiętał słodki smak jej ust. Jeśli chciał zapomnieć, musiał podejść do 

sprawy rzeczowo i wdrożyć określoną logistykę, jak to robił w pracy. 

Fantazjował na temat Emmy, bo jej nie znał, a zakazany owoc lepiej smakuje. 

Może odnosiła się do niego z niechęcią, bo się bała, że będzie ją podrywał. 

Przejął inicjatywę. Uznał, że najlepszą taktyką będzie żartobliwy, lekko 

kpiący ton. Pozwoli im zacząć znajomość raz jeszcze, od nowa. Może nawet 

zostaną przyjaciółmi, co byłoby nie od rzeczy, zważywszy, że jego najlepszy 

przyjaciel żenił się z jej kuzynką. 

- Początek rundy pierwszej - mruknął pod nosem. Emma zamrugała, 

zmarszczyła brwi i zapytała: 

- Co pan powiedział, panie Benedict? 

Żartem w nią, żartem. Dziewczyna na pewno ma poczucie humoru. 

- Powiedziałem, że ta szminka ma śliczny odcień, Emmo. Jak się nazywa? 

Różowy Całus? 

Emma szeroko otworzyła oczy, zdumiona, ale też chyba zirytowana. 

Potem zacisnęła usta i założyła ręce na piersiach. 

- Pomyłka. Ten odcień nazywa się Wyzywający Róż - uśmiechnęła się 

lekko, unosząc jedną brew. 

- Co za nazwa dla szminki - zdumiał się Gilbert. - Naprawdę tak się 

nazywa? Nigdy się nie znałem na dziewczyńskich sprawach, chociaż pewnie 

powinienem, bo przecież mieszkam z dwoma pannami. 

R S

background image

 

12 

Tyle było smutku w jego głosie, że Ryanowi zrobiło się go żal. 

- Wychował pan dwie świetne dziewczyny, sir - powiedział. - Może pan 

być naprawdę dumny. To wiele znaczy. 

- Oczywiście, wujku - przytaknęła Emma. - Nie zwracaj uwagi na moją 

paplaninę. Ja i pan Benedict tylko tak... - tu utknęła z braku dobrego określenia. 

Tak bardzo chciała wyjaśnić wujowi, co się dzieje, że Ryan był bliski 

parsknięcia śmiechem. 

- Nie znamy się prawie wcale, więc wymieniliśmy kilka zdań o niczym - 

pomógł jej Ryan. - Chris chce, żebyśmy razem drużbowali na ślubie. 

Nic o tym nie wiedziała. 

- Holly? - zwróciła wielkie szare oczy na kuzynkę. Holly wzruszyła 

ramionami. 

- Musisz być moją pierwszą druhną. Jakżeby inaczej? Zakładałam, że to 

oczywiste, ale przepraszam, powinnam była już dawno uzgodnić to z tobą. 

Nikogo innego bym nie wybrała. Chris też, bo Ryan jest jego najlepszym 

przyjacielem. 

- Nie wybiegałam tak daleko myślami - powiedziała Emma. - W każdym 

razie dziękuję, Holly. 

- To przecież nieważne, że posprzeczaliście się o odcień szminki - zwrócił 

się Gilbert do Ryana. - Będziecie mieli okazję naprawdę dobrze się poznać, 

ściśle z sobą współpracując. 

Współpraca? Ścisła? W jego głowie zadźwięczał dzwonek ostrzegawczy, 

ale mimo to Ryan znowu pomyślał o tamtym pocałunku. Zerknął na Emmę, na 

której twarzy malował się szok. Na szczęście Ryan potrafił starannie ukryć 

równie wielkie zdziwienie. 

- Mamy współpracować? - zapytała cicho. 

- Właśnie, w jakim zakresie, panie Messmer? - podjął Ryan.  

Dręczyły go coraz gorsze przeczucia. 

R S

background image

 

13 

- Mów mi Gilbert, Ryanie, proszę. Zapomnijmy o oficjalnych formach. A 

w jakim zakresie będziesz współpracować z Emmą? To proste. W hotelu. - Tu 

zwrócił się do Emmy: - C&R specjalizuje się w technologicznej modernizacji 

starych budynków, szczególnie hoteli. Zajmują się wszystkim, i tym, co ukryte, i 

tym, co widoczne, a co sprawia, że budynek żyje i funkcjonuje. Ty znasz nasz 

„Texas Lights" od podszewki, wiesz o tym hotelu wszystko, pomożesz więc 

Ryanowi, a on będzie mógł się z tobą konsultować w każdej sprawie. 

Wyzwanie, pomyślał Ryan. 

- Z pewnością będę potrzebował twojej pomocy - odezwał się, zanim 

Emma zdążyła cokolwiek powiedzieć. - „Texas Lights" to historyczny hotel, 

prawie zabytek, a my chcemy tam zainstalować najnowocześniejsze 

technologie. Ta robota to prawdziwe wyzwanie - zakończył, nie bardzo wiedząc, 

czy ma w tej chwili na myśli wyzwanie zawodowe, czy też myśli o wyzwaniu, 

jakim będzie perspektywa codziennych spotkań i utarczek z Emmą. 

Widząc, że Emma jest naprawdę nieszczęśliwa, dodał: 

- Poradzimy sobie. 

Spojrzała na niego tymi swoimi szarymi oczami, jakby mu mówiła, że nie 

chce słyszeć o tym, że oni dwoje będą razem radzić sobie z czymkolwiek. 

Najchętniej zostawiłaby towarzystwo i odeszła. 

Interesujące. 

- Widziałam wstępny grafik. Prace zajmą kilka tygodni, tak? 

- Trzy, cztery. Od jak dawna jesteś związana z „Texas Lights"? - zapytał 

Ryan. Może zmiana tematu sprawi, że Emma przestanie patrzeć na niego jak na 

czarci pomiot. 

Zamrugała, jakby nie mogła się nadziwić, że zadał jej takie banalne 

pytanie. 

Ciekawe, co też o nim słyszała. Ryan miał niestety nie najlepszą 

reputację. 

- Od... dwudziestu pięciu. 

R S

background image

 

14 

Teraz on zamrugał. Nie mogła być aż tak stara. 

Holly parsknęła śmiechem, na co Chris przyciągnął ją do siebie i objął w 

pasie. Posłała mu pełne miłości spojrzenie i zwróciła się do Ryana: 

- Emma nie kłamie. Jej matka zmarła krótko przed moimi narodzinami. 

Tata został z niemowlęciem, czterolatką i hotelem, który musiał prowadzić. Ja 

miałam w „Texas Lights" kołyskę, a Emma po prostu towarzyszyła ojcu na 

każdym kroku. Obie się tam wychowałyśmy, ale tylko w Emmie obudziła się 

miłość do tego miejsca. Zaczynała swoją karierę od polerowania mosiężnych 

okuć i biegania na posyłki, jak tylko tata jej pozwolił. 

- Rozumiem - mruknął Ryan. W każdym razie wydawało mu się, że 

rozumie. - Musisz być bardzo przywiązana do hotelu. 

Emma wzruszyła ramionami. 

- Prowadzę go. 

Holly przewróciła oczami. 

- Ona go kocha. I nie jest zwolenniczką zmian. 

- A ja zamierzam wprowadzić ich wiele. - Tu Ryan odkrył jeszcze jedną 

przyczynę, dla której ta dziewczyna może go nie lubić. 

- Modernizacja wyjdzie hotelowi na dobre - odezwał się Gilbert. - Sama 

się o tym przekonasz, Emmo. 

- Ryan ci pomoże. Wszystko wyjaśni, bo jest ekspertem w wyjaśnianiu, 

na czym polega nasza praca - wtrącił Chris, opierając policzek na głowie Holly. 

- Jest też ekspertem w tym, żeby wszystko szło po jego myśli. 

Po tym stwierdzeniu zapadła głucha cisza. Czy miłość kompletnie 

odebrała Chrisowi rozum? Ryan przypuszczał, że tak. W każdym razie Emma 

jeszcze bardziej spochmurniała. 

- Sama wiesz najlepiej, kochanie, że „Texas Lights" jest coraz mniej 

rentowny - pospieszył na ratunek Gilbert. 

- Musimy coś zrobić. Modernizacja to jedyne rozwiązanie. 

Emma skinęła powoli głową. Dyskutowała o tym wcześniej z wujem. 

R S

background image

 

15 

- Wiem, że musieliśmy zamknąć hotel, przygotować go do modernizacji, i 

tak dalej, ale nie chcę, żeby w efekcie wszystkich tych unowocześnień stracił 

swój charakter. To piękny hotel. Wyjątkowy - powiedziała i spojrzała niemal 

wyzywająco na Ryana. Widać było, że nie ufa mu za grosz. 

Co dziwne, poczuł irytację i zawód. Nie oczekiwał, że każda kobieta na 

świecie musi się w nim zakochać od pierwszego wejrzenia. Po prostu bardzo 

niewiele było takich, w których budził uczucie niechęci. Jawna antypatia Emmy 

raniła jego dumę osobistą. Budził się w nim prymitywny męski instynkt: podbić, 

zdobyć, zwyciężyć. Głupi i bardzo prymitywny, sam to przyznawał. Wiedział 

dobrze, że może tylko zranić Emmę, jeśli spróbuje ją zdobyć. 

Emma przygryzła wargę i Ryan z trudem powstrzymał się, by nie 

wyciągnąć dłoni i nie dotknąć miękkich, różowych ust. 

- Będziemy musieli wszystko omówić - powiedział, starając się, żeby 

brzmiało to jak najbardziej pokojowo. 

Gilbert uśmiechnął się na te słowa. 

- Koniecznie. Jeśli coś cię niepokoi, mów o tym Ryanowi. 

On zaś starał się nie myśleć o jej ustach. Jeśli miałby mówić Emmie, co 

go niepokoi, na pierwszy plan wysunęłyby się straszne skutki niewinnego 

pocałunku, a hotel odsunąłby się na bardzo, bardzo daleki. 

Tak być nie powinno. Przyjechał tu przecież pracować, ale fakt, że jego 

konsultantką i doradczynią będzie właśnie Emma, poważnie komplikował 

sprawę. 

- Porozmawiamy przy kolacji - powiedział. 

- Porozmawiamy przy kolacji - powtórzyła najuprzejmiejszym tonem, 

lecz minę miała taką, jakby przy kolacji zamierzała nadziać go na widelec. 

 

 

 

 

R S

background image

 

16 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Kiedy Emma weszła wieczorem do jadalni, stwierdziła ku swemu 

najwyższemu niezadowoleniu, że Holly wyznaczyła jej miejsce przy stole koło 

Ryana. 

- Skoro macie tyle do omówienia, uznałam, że powinnam posadzić was 

obok siebie - wyjaśniła. 

A Emma? Co miała odpowiedzieć? Że nie życzy sobie siedzieć koło tego 

faceta, bo jego pocałunek był jak wstrząs elektryczny? Coś jednak zamierzała 

powiedzieć i już otwierała usta, ale Holly zajęła się uwielbianiem Chrisa i nie 

oczekiwała żadnych odpowiedzi. 

Pojawili się Gilbert i Ryan. Ten ostatni, wysoki w czarnym garniturze i 

śnieżnobiałej koszuli, prezentował się imponująco. Kiedy stwierdził, że siedzą 

obok siebie, spojrzał na Emmę pytająco. To miało być wyzwanie? 

Chciała odsunąć swoje krzesło, ale ją uprzedził. Przy okazji mimo woli 

dotknął jej dłoni; cofnęła się natychmiast i dech jej prawie zaparło na ten 

przelotny kontakt, a i teraz miała kłopoty z oddychaniem, czując za plecami jego 

bliskość. Zadziwiające, jak ktoś, kogo nie chciała lubić, mógł wywoływać w 

niej takie reakcje. I niepokojące. 

Co wuj Gilbert mówił jej o nim? Że jest ekspertem od komputerów, a 

kiedyś był żołnierzem. 

Usiadła i wygładziła suknię. Ten drobny gest trochę ją uspokoił. W 

każdym razie miała nadzieję, że sprawi na zajmującym właśnie swoje miejsce 

Ryanie wrażenie opanowanej. 

Ryan zachichotał. 

- Odpręż się, Emmo. Przysięgam, że nikogo nie atakuję przy stole. - 

Nachylił się ku niej. - Chris twierdzi, że maniery mam całkiem poprawne. 

Emma z trudem powstrzymała uśmiech. 

R S

background image

 

17 

- Powinnam się bać, że coś wyląduje na serwecie? 

- Naprawdę się tego obawiałaś? - Zrobił minę człowieka niewinnie 

posądzonego i Emma musiała przyznać, choć niechętnie, że te jego niebieskie 

oczy są bardzo seksowne. 

- Nie, nie. Jestem pewna, że wiesz, jak posługiwać się nożem i widelcem. 

Jeśli się czegoś obawiam... to tej modernizacji hotelu. 

Przyglądał się jej przez chwilę uważnie. 

- Pozwól, że będę szczery, Emmo - zniżył głos tak, że nikt poza nią nie 

mógł go słyszeć. - Moim zdaniem obawiasz się czegoś znacznie więcej niż tylko 

modernizacji hotelu. Wybacz, ale... nie chodzi chyba o to, co wydarzyło się 

tamtego dnia? 

Emma wciągnęła haust powietrza. 

- Nie może chodzić, bo tamtego dnia nie wydarzyło się nic 

nadzwyczajnego. 

Ryan uniósł brew niedowierzająco, ale skinął głową. 

- W porządku. Zatem dlaczego niepokoi cię modernizacja? 

Wyjątkowo łatwo ustąpił, pomyślała z ulgą. 

- Zamierzacie wprowadzić do hotelu najnowsze technologie. Jest to 

konieczne, ale łączy się z ryzykiem. Obawiam się, że w ani jednym punkcie nie 

będziemy zgodni. Ty reprezentujesz najnowsze rozwiązania, ja mam w swojej 

pieczy dziewiętnastowieczne cacko. Ogień i woda. 

- Niezupełnie - sprzeciwił się Ryan. - Holly mówi, że praca to całe twoje 

życie, mamy więc ze sobą coś wspólnego. Praca nas pochłania i praca nam 

wystarcza, żadne z nas nie myśli o małżeństwie i założeniu rodziny. 

Ten uwodzicielski, przekonujący ton... Pewnie żeby ją rozbroić. Czy 

właśnie tak Benedict skłaniał klientów do podejmowania trudnych decyzji? 

- Ja chcę mieć rodzinę - oznajmiła niespodziewanie dla samej siebie. - Nie 

potrzebuję męża, ale marzę o dzieciach. - Dlaczego to powiedziała? Co ją 

napadło? Nigdy nie zwierzała się z tak intymnych planów obcym ludziom. 

R S

background image

 

18 

Wiedziała jednak dlaczego. To była reakcja na oświadczenie Ryana. 

Powiedział przed chwilą, że nie chce mieć dzieci. Tu powstawała bariera. 

Tworzył się dystans. Niech on wie, że dzieli ich przepaść. Nie będzie marzyła o 

jego dotyku, i on też zachowa powściągliwość. W ten sposób będą mogli razem 

pracować, bez zbędnych komplikacji i obciążeń. 

Ryan skinął głową. 

- W porządku. Zgadzamy się zatem co do jednego: pracując razem, 

zamienimy „Texas Lights" w hotel z bajki, perełkę Avon Lake. Mamy jednak 

wiele wspólnego, Emmo. 

Ten jego niski, melodyjny głos, który zdawał się dotykać skóry, 

rozchodzić się po niej, wprawiając w leciutką wibrację. Emma nie umiałaby 

nazwać inaczej tego, co się z nią dzieje. 

- To się okaże - powiedziała z niejakim trudem. - Ja ze swojej strony 

zrobię wszystko, żeby „Texas Lights" przetrwał bez szwanku głęboką ingerencję 

technologiczną. 

- Przetrwa, Emmo. - Wymawiał jej imię w taki sposób, że zaczynała 

rozumieć, dlaczego kobiety tak łatwo tracą dla niego głowę. Do tego świetna 

sylwetka, ciemne włosy i błękitne oczy. - Powiedz, za co tak kochasz „Texas 

Lights"? - tu podniósł głos, jakby chciał włączyć pozostałych biesiadników do 

ich dialogu. Bardzo dobrze, pomyślała Emma, bo ich rozmowa stawała się dla 

niej zbyt intymna. On prawdopodobnie czuł to samo. 

- Tak, Emmo, ty spośród nas znasz „Texas Lights" najlepiej - powiedział 

Gilbert. - Nawet lepiej niż ja. A ja nigdy cię nie zapytałem, dlaczego jest ci taki 

drogi. 

Emma spojrzała na Holly i Chrisa, którzy trzymali się za ręce, jakby już 

byli jedną osobą. Odniosła wrażenie, że bije od nich światło i rozświetla ich 

jakaś wewnętrzna jasność. Potem zwróciła wzrok na wuja, który czekał z 

uśmiechem na jej odpowiedź.  

R S

background image

 

19 

Chciała powiedzieć coś miłego, coś, co wszyscy pragnęliby usłyszeć. Ona 

naprawdę kochała „Texas Lights". Tam mogła przepadać na całe godziny jako 

dziecko i cieszyć się samotnością, kiedy okazało się, że to Holly jest w szkole tą 

śliczną i przez wszystkich lubianą. W hotelu czuła się bezpieczna, chronił ją 

przed życiem i światem. To było jej miejsce, dom i prawdziwy azyl. Wuj Gilbert 

był kochany i bardzo dobry, lecz Holly zawsze zajmowała pierwsze miejsce w 

jego życiu i sercu, a ona pozostawała osieroconą siostrzenicą. Ale tego nie 

mogła przecież powiedzieć, nie zadając bólu najbliższym. 

- Nie chciałem kierować na ciebie reflektorów - szepnął Ryan i Emma 

zdała sobie sprawę, że zbyt długo się zastanawia. 

- Podoba mi się jego staroświecki urok i różne niedoskonałości - zaczęła z 

pasją, której wcale nie myślała ukrywać. - Lubię stare parkiety, po których 

widać lata, ściany, które były świadkami wielu najrozmaitszych zdarzeń. „Texas 

Lights" ma wprawdzie swoje wady, które każdy może dostrzec, ale to dodaje mu 

uroku i mnie się podoba. Trochę nie pasuje do współczesnych czasów, jest... 

inny. 

Przez chwilę nikt się nie odzywał. 

- Nigdy mi o tym nie mówiłaś, Emmo - odezwała się w końcu Holly. 

Emma wzruszyła ramionami. Miała nadzieję, że nie wprawiła nikogo w 

zakłopotanie swoimi wyznaniami.  

A teraz niestety wszystko się zmieni: Holly wychodzi za mąż, „Texas 

Lights" trzeba poddać modernizacji. Obawiała się tego, bo to tak, jakby traciła 

wszystko, co było dla niej ważne. Holly wyjedzie, hotel nie będzie już ten sam - 

może piękniejszy, bardziej luksusowy, ale już nie jej. 

- Tyle rzeczy ukrywasz głęboko na dnie duszy, Emmo - powiedział 

Gilbert cicho. - Szkoda, że wcześniej cię nie zapytałem. 

- Ten hotel musi być wyjątkowy - odezwał się Chris. - Obie się w nim 

wychowałyście i proszę, jakie jesteście wspaniałe - mówiąc to, wpatrywał się w 

Holly. 

R S

background image

 

20 

Wszyscy wrócili do jedzenia. Ryan, choć to on zadał pytanie, jako jedyny 

nie zareagował na zwierzenia Emmy. 

- Powiedz to - zwróciła się do niego. 

- To znaczy co? Masz jakieś wyobrażenie tego, co powinienem 

powiedzieć? - Pytanie było postawione niemal od niechcenia, ale spojrzenie 

Ryana przypominało spojrzenie artysty, który napotkał niezwykle interesujący 

temat. 

- Powiedz, że jestem idiotką. Że jeśli nie dokonamy drastycznych zmian, 

likwidując to, za co kocham „Texas Lights", hotel umrze. 

- Nie powiem żadnej z tych rzeczy. 

- Dlaczego? 

Przechylił głowę, wysuwając nieco do przodu brodę, jednak nadal 

milczał. 

- Dlaczego nie? - powtórzyła. 

- Ponieważ sama przyznałaś, że widzisz konieczność zmian, nawet jeśli 

cię nie cieszą. Poza tym to ja zapytałem cię o opinię, ty natomiast wydajesz się 

osobą, która zna ten hotel lepiej niż ktokolwiek. Mogę się z tobą nie zgadzać, 

ale twoje wrażenia są ważne. Teraz, kiedy wiem, że lubisz odmienność „Texas 

Lights", mam punkt wyjścia. I stąd zaczniemy. Nie martw się, nie zrobię nic 

wbrew twojej woli. 

Emma kiwnęła sztywno głową. 

- W porządku. 

Bała się jednak, że jeśli zbyt długo i często będzie przebywać w jego 

pobliżu, może zapragnąć, żeby coś zrobił. Wbrew jej woli... albo nie. 

Po kolacji, kiedy Emma poszła do siebie, Ryan też wycofał się do 

swojego pokoju, Gilbert udał się na poszukiwanie Holly. Znalazł ją w bibliotece, 

oczywiście w towarzystwie Chrisa. Gilbert co prawda zdążył szczerze polubić 

młodego człowieka, który świata nie widział poza jego córką, nie był jednak 

R S

background image

 

21 

pewien, czy Chris powinien brać udział w rozmowie, którą zamierzał 

przeprowadzić. 

- Pozwolisz, że porwę na chwilę Holly? - zapytał. - Obiecuję, że za kilka 

minut wróci do ciebie. 

- Jest pan jej ojcem, sir, i pan przede wszystkim ma prawo do jej czasu - 

odparł Chris. 

Gilbert zachichotał. 

- Mówiłem ci już, jak bardzo cię lubię? Postaram się nie zatrzymywać jej 

zbyt długo. 

Przeszli do salonu i Gilbert starannie zamknął drzwi. 

- Coś nie tak, tato? - zaniepokoiła się Holly. - Mówiłeś prawdę? 

Rzeczywiście lubisz Chrisa? 

- Lubię. Chcę natomiast wiedzieć, co ty myślisz o jego przyjacielu. 

Holly otworzyła szeroko oczy. 

- W jakim sensie? Gilbert potarł brodę. 

- W sensie Emmy. 

- Przepraszam, tato, dobrze się czujesz? Gilbert się uśmiechnął. 

- Wiesz, że bardzo przypominasz twoją matkę? Szkoda, że nie może 

widzieć, jak wychodzisz za mąż. Tak się cieszę twoim szczęściem. Przykro mi, 

że czasami cię zaniedbywałem. Chyba nie byłem zbyt dobrym ojcem. 

- Daj spokój, tato. Miałeś zawsze mnóstwo pracy, ale byłeś dobrym 

ojcem. Wiedziałam, że mnie kochasz i czułam twoją miłość, nawet kiedy nie 

było cię w domu. 

Gilbert skinął nieznacznie głową. Trochę się bał, że oczy mu wilgotnieją. 

- Jak myślisz, czy Emma wie, że ją też zawsze bardzo kochałem? 

Holly wyciągnęła ręce. 

- Myślę, że nie czuła się nieszczęśliwa. Dlaczego pytasz? 

Gilbert szybko wprowadził Holly w swój plan. 

R S

background image

 

22 

- Dlatego chcę, żeby to Emma właśnie asystowała Ryanowi. W innym 

przypadku ja bym to robił. Chcę, żeby Emma poznała, co to jest miłość. Taka, 

jaka była udziałem moim i twojej matki, jaka jest udziałem twoim i Chrisa. 

- Tato, nie myślisz chyba o tym, o czym ja myślę, że myślisz? 

Gilbert spojrzał na niewielki stolik i Holly poszła za jego wzrokiem. 

- Tak - odpowiedział. 

- Nie. Tylko nie „Wiele hałasu o nic". Wiem, że uwielbiasz tę komedię, 

ale to nic innego jak swatanie. Emma się wścieknie. 

- Nie dowie się o niczym. 

- Domyśli się. 

- Na pewno nie. A jeśli w efekcie będzie szczęśliwa... 

- Wcale nie jest powiedziane, że będzie. Nie proś mnie... 

- Nie wciągam cię w to. W każdym razie jeszcze nie. Po prostu mówię ci, 

jaki mam plan i proszę, żebyś pozwoliła mi przynajmniej spróbować. Będzie się 

czuła bardzo samotna bez ciebie. 

- To jest nieczysta gra, tato. 

- Wiem. 

Holly westchnęła. 

- Uparłeś się, prawda? Chcesz wiedzieć, co myślę o Ryanie? 

- Tak. 

Holly uśmiechnęła się szeroko. 

- Myślę, że reprezentuje wszystko, co może doprowadzać Emmę do białej 

gorączki. Jest zabójczo przystojny, ma świetną sylwetkę, wojskową postawę, 

jest czarujący i błyskotliwy. Emmie może się spodobać jego umysł, resztę jego 

przymiotów będzie lekceważyła. W najlepszym razie. Co prawda jestem 

przeciwna twojej intrydze, niemniej uważam, że Emma mogłaby czasami trochę 

wyluzować. Gilbert się zaśmiał. 

- Pomożesz? 

R S

background image

 

23 

- Tego nie powiedziałam. Ryan jest najlepszym przyjacielem Chrisa. 

Mogę tylko obiecać, że nie będę ci przeszkadzać. Chcę, żeby Emma zaznała 

trochę radości. 

- Dziękuję, kochanie. 

- Myślisz, że naprawdę mogłaby się zakochać? Ona tego wcale nie chce. 

Wiem, że nie. 

- Nie zmuszę jej do miłości. Ale mogę stworzyć warunki, żeby zmieniła 

zdanie. A poza tym odrobina emocji nikomu jeszcze nie zaszkodziła, prawda? 

Następnego dnia Gilbert, Chris i Ryan zebrali się przy laptopie 

ustawionym na stole w jednym z salonów. Brakowało tylko Emmy. Kiedy 

wreszcie weszła do pokoju, Ryan podniósł głowę. Objęła scenę jednym 

szybkim, bystrym spojrzeniem swoich szarych oczu. Widział w nich lęk i 

namiętność. I coś jeszcze. Dostrzegł w nich tęsknotę i smutek, kiedy 

wspomniała o dziecku. 

Dobrze, że powiedziała o tym. On nie chciał dzieci, nigdy by się na nie 

nie zdecydował. Benedictowie byli egoistami. Zdawał sobie z tego sprawę, żył z 

tym. Kiedyś podjął ryzyko i próbował odgrywać rolę ojca. Poniewczasie zdał 

sobie sprawę, jaką krzywdę wyrządził temu dziecku, rezygnując z odgrywanej 

roli. Od tego czasu wystrzegał się wszelkich prób ojcostwa. Teraz miał jasną 

sytuację. Od Emmy, tej kuszącej dziewczyny o poważnych, smutnych oczach, 

oddzielała go bariera nie do przebycia. 

- Chodź, Emmo - powiedział Gilbert. - Chris pokaże nam DVD z 

wizualizacjami projektu modernizacji... 

Chris uśmiechnął się dumnie i zaczął prezentację. Na płytce było 

wszystko: rysunki, rzuty i co najważniejsze, wizualizacje trójwymiarowe 

różnych hotelowych przestrzeni. Chris jednym ruchem myszki zdejmował na 

przykład ścianę w jakimś wnętrzu, pokazywał, co znajduje się pod nią, mógł 

obracać obraz, tak by zebrani widzieli pomieszczenie z różnych stron, 

R S

background image

 

24 

perspektyw i ujęć. Kiedy Emmę zainteresowały windy w holu, dostała na-

tychmiast ich powiększenia. 

Przez dobre pół godziny oglądali nowe „Texas Lights". 

- Rzeczywiście robi wrażenie - powiedziała w końcu. Co było prawdą, ale 

nic nie wnosiło, zauważył w myślach Ryan. 

- Podobno jesteś geniuszem - zwróciła się do Chrisa. 

- Kto ci tak powiedział? 

- Holly. 

Gilbert się zaśmiał. 

- Dla mojej córki każdy projekt Chrisa będzie genialny. Co nie znaczy, że 

ten nie jest - dodał sprawiedliwie. 

Ryan widział, że Emma nie tego się spodziewała. Nie było tu nic 

staroświeckiego, nic charakterystycznego i nietypowego. Stanął za jej plecami. 

- To tylko wstępny projekt - powiedział. - Nagrany na DVD. Po 

przerzuceniu z powrotem na dysk można go dowolnie modyfikować. 

- Wiem. Zrobiony z prawdziwą inwencją - spróbowała raz jeszcze 

wykrzesać z siebie aprobatę dla pracy Chrisa, któremu ta opinia zdawała się w 

zupełności wystarczać. 

W drzwiach pojawiła się Holly i wyciągnęła ręce do narzeczonego. 

- Chodźmy na spacer do ogrodu - powiedziała. - Strasznie się za tobą 

stęskniłam. 

Chris spojrzał na Gilberta i Ryana. 

- Idź - odpowiedzieli obaj chórem.  

Gilbert się zaśmiał. 

- Ty też idź, Emmo. Ja mam robotę, a widzę, że ty masz spore 

wątpliwości co do projektu. Przedyskutuj wszystko z Ryanem. Zabierz go na 

miejsce zbrodni i pokaż mu swoje cacko. - Uśmiechnął się do siostrzenicy, po 

czym poklepał ją po ramieniu i szybko wyszedł z pokoju. 

R S

background image

 

25 

Emma odprowadziła go wzrokiem, a w jej oczach pojawiło się coś jak 

zatroskanie. 

- Wszystko w porządku, Emmo? - zapytał Ryan. 

- Ostatnio wydaje się taki smutny. Chyba już teraz brak mu Holly. W 

końcu to jego jedyne dziecko. 

Ryan chciał zaprzeczyć i powiedzieć, że Emma też jest jego dzieckiem, 

ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie miał prawa wchodzić w tak 

delikatną materię. Co on w końcu wiedział o rodzinie? Wychowany przez po-

chłoniętego sobą ojca i cały łańcuszek równie pochłoniętych sobą żon ojca... 

- Zostaliśmy sami. Możesz teraz powiedzieć, co naprawdę myślisz? - 

Wskazał na laptop. 

- Wiem, że powinniśmy omówić projekt, ale ja potrzebuję czasu. Nie 

umiem inaczej pracować. Muszę się zastanowić, zrobić notatki, spojrzeć na 

każdą rzecz z różnych punktów widzenia, potem wrócić do notatek. Nie chcę 

wydawać pochopnych opinii. 

Rzeczywiście lubiła pracować w sposób nieco staroświecki, powoli. 

Wolał nie zastanawiać się, czy tak samo jest, gdy chodzi o mężczyzn. 

- Emmo? 

Spojrzała na niego czujnie tymi swoimi wielkimi szarymi oczami. 

- Odwlekanie spraw nic nie da. Musimy przeprowadzić modernizację. 

Hotel się zmieni. 

Emma skinęła głową. 

- Wiem, ale chcę, żeby to były dobre zmiany. Wyobrażałam sobie, że 

ingerencję technologiczną da się ukryć, teraz widzę, że nie. Muszę się 

zastanowić. Jeśli będziemy decydować zbyt pospiesznie... 

- Nie będziemy. 

- Jeśli popełnię błąd albo ty go popełnisz... 

- Staram się nie popełniać błędów. Pokręciła głową. 

- „Texas Lights" to dla mnie najważniejsze miejsce na świecie. 

R S

background image

 

26 

Ale mieszkała tutaj, w domu swojego wuja. Ryan się zastanawiał, 

dlaczego hotel był dla niej ważniejszy. Przyglądał się jej, próbując odgadnąć, o 

czym myśli. Fascynowała go, tylu nowych rzeczy się o niej dowiedział. Chociaż 

oczywiście to nie miało dla niego w gruncie rzeczy większego znaczenia. 

- Dam ci taki „Texas Lights", jaki chcesz, Emmo. Zrobię to dla ciebie. - 

Mówił w sensie ściśle profesjonalnym, wyłącznie o hotelu, bez podtekstów i 

przenośni, ale w powietrzu coś zaiskrzyło, a słowa niespodziewanie nabrały 

zupełnie innego znaczenia. 

- Zabiorę się zaraz do sporządzania uwag - powiedziała lekko spiętym 

głosem. - Muszę tylko zrobić coś dla Holly. Obiecałam, że zajrzę do kuchni i 

ustalę z naszą kucharką, Mary Beth, menu. Mają być same ulubione dania 

Chrisa. - Emma odwróciła się do wyjścia. 

Ryan pokręcił głową. Dlaczego wyręcza Holly w tym, czym ona sama 

powinna się zająć? 

Wyjaśniła, jakby odgadywała jego myśli: 

- Mary Beth bywa czasami trudna, trzeba umieć ją podejść. 

To nie była żadna odpowiedź. Raczej mnożyła wątpliwości, niż je 

rozwiewała. Poza tym jeszcze coś ważnego należało wyjaśnić: 

- Jeśli chcesz, żebym wprowadził takie zmiany, o jakich ty myślisz, 

musimy więcej czasu spędzać razem. To konieczne. 

Posłała mu długie spojrzenie. 

- Ja zawsze robię to, co konieczne, Ryan. Uśmiechnął się. 

- Nawet wtedy, kiedy najchętniej posłałabyś mnie do diabła? 

- Nie mam powodów, żeby cię nie lubić - powiedziała poważnym głosem. 

- Nie masz również powodów, żeby mnie lubić. Zastanawiam się, co też 

musiałaś o mnie usłyszeć, że tak mnie traktujesz. 

- To znaczy jak? 

- Jakbyś sądziła, że cały czas myślę tylko o jednym.  

Emma znieruchomiała i odwróciła głowę. 

R S

background image

 

27 

- Nawet mi nie przeszło przez myśl takie posądzenie. Naprawdę. 

- A szkoda. Zapewniam cię jednak, że to, co mi się czasem roi, nie 

przeszkodzi nam w pracy. Hotel jest na pierwszym miejscu, chyba żeby... 

- Żeby co? 

- Nic. Zajmijmy się najpierw modernizacją. 

- A potem? 

- Potem będzie kolejny projekt. Praca jest dla mnie najważniejsza. 

Emma się uśmiechnęła i tym razem był to ciepły, promienny uśmiech. 

- Dla mnie też. Obejrzę dokładnie DVD Chrisa i powiem ci, co myślę. 

- Powiedz, co myślisz teraz. Pokręciła głową. 

- Potrzebuję czasu. 

- Pierwsze wrażenie jest czasami ważniejsze niż opinie wydawane po 

długim zastanowieniu. Obejrzysz DVD później, a teraz powiedz mi, co 

myślałaś, kiedy je oglądałaś. 

Emma przygryzła wargę i Ryan omal nie jęknął, tak bardzo chciałby ją 

żarliwie pocałować. Sama chyba nie zdawała sobie sprawy, jaki ponętny widok 

teraz sobą przedstawia. 

- Emmo - ponaglił ją, żeby wreszcie coś powiedziała, zamiast zajmować 

się przygryzaniem wargi. 

- Myślę. 

- Nie myśl, tylko mów. 

Spojrzała na niego z nowym zainteresowaniem. 

- Zawsze tak poganiasz ludzi? 

- Tak. A ty zawsze jesteś taka ostrożna? 

- Zawsze - odpowiedziała i Ryan był pewien, że mówi prawdę. Gdyby 

spróbował jej dotknąć, jak by się zachowała? 

Nie miał jednak zamiaru się przekonywać. 

- Powiedz - zakomenderował raz jeszcze. 

R S

background image

 

28 

- Dobrze. - Emma spojrzała w stronę laptopa. - Projekt jest piękny, 

zaskakująco piękny, ale to nie jest „Texas Lights". 

- Co sprawia, że jest inny? 

- Chociażby stanowiska z rzędami komputerów. Wyglądają zbyt 

nowocześnie i zbyt funkcjonalnie. 

- Ludzie oczekują, że zostaną obsłużeni szybko i efektywnie - próbował 

argumentować Ryan. 

- Wiem. Powinni. Ale komputery można ukryć. 

- W porządku. Co jeszcze? 

- Windy. Samo szkło. „Texas Lights" jest może trochę staroświecki, ale 

taki właśnie ma być. Ludzie przyjeżdżają tam dla atmosfery, niekoniecznie 

wygody. 

- Jakoś coraz rzadziej przyjeżdżają, Emmo - przypomniał jej. 

- Wiem, masz rację, ale ja też. Czuję to w głębi serca. Co facet z 

wielkiego miasta może wiedzieć o atmosferze takiej mieściny jak Avon Lake? 

- Facet z wielkiego miasta? - powtórzył powoli. 

- A nie? 

- Urodzony i wychowany w Chicago. Od kilku lat mieszkam w St. Louis. 

- Otóż właśnie. Nie znasz prowincji. 

- Może nie, ale wiem kilka innych rzeczy, Emmo. 

- Mianowicie? Ryan się uśmiechnął. 

- Wiem, że musimy dojść do porozumienia, jeśli chodzi o projekt, i wiem, 

że twoje usta cudownie smakują. 

Zaszokował tym stwierdzeniem nie tylko Emmę, która wpatrywała się w 

niego bez słowa szeroko otwartymi oczami, ale również samego siebie. Nie miał 

zamiaru wyznawać jej, że ten przypadkowy pocałunek sprawił mu tak ogromną 

przyjemność. 

- Pierwsze wrażenia, Emmo. Najważniejsze są pierwsze wrażenia. 

Zachowam w pamięci wszystko, co mi powiedziałaś. Kiedy już spiszesz swoje 

R S

background image

 

29 

uwagi, pojedziemy do „Texas Lights" i zaczniemy pracować na miejscu, 

szukając krok po kroku rozwiązania, które zadowoli nas oboje. 

Emma pokręciła głową. 

- Pierwsze wrażenie nie ma dla mnie Wielkiego znaczenia. Często jest 

mylne, kompletnie chybione. 

- To prawda, ale jeśli już sięga tarczy, to trafia prosto dziesiątkę. Nie 

lekceważyłbym spontaniczności. 

Była innego zdania. Pożegnała się z nim i wyszła z pokoju. 

Miał ochotę iść za nią, ale się powstrzymał. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Emma noc przespała niespokojnie. Kiedy się obudziła, nie pamiętała, co 

jej się śniło poza tym, że Ryan odgrywał w tym śnie główną rolę. 

Wstała w kiepskim humorze i kiedy nieco później odezwał się dzwonek 

do drzwi, otworzyła od razu usposobiona niechętnie do tego, kto za nimi stał. 

A stał dwudziestokilkuletni mężczyzna z przylizanymi włosami, o 

wyglądzie akwizytora. 

- Nic nie kupujemy - oznajmiła, nie czekając, i chciała zamknąć drzwi. 

Mężczyzna je przytrzymał. 

- Powoli. Ja nic nie sprzedaję. Jestem spokrewniony. Emma zamrugała. 

- Słucham? 

- Powiedziałem, że jestem spokrewniony. 

- Niemożliwe. Nigdy pana nie widziałam. - Ponownie próbowała 

zamknąć, ale młodzieniec wsunął nogę w szparę i usiłował wcisnąć się do holu. 

Emmę ogarnęła panika. Chciała krzyczeć. 

- Jestem bratem przyrodnim Ryana Benedicta. Franklin Benedict - 

przedstawił się młodzieniec. - Proszę go zapytać. 

R S

background image

 

30 

W tej chwili w holu pojawili się właśnie Gilbert, Chris i Ryan. Ten ostatni 

na widok przybysza dosłownie zamarł. 

- Cześć, braciszku - odezwał się Franklin. Ryan zawahał się, po czym 

podszedł bliżej. 

- Co tu robisz, Franklin? - W jego głosie słychać było wyraźną niechęć. 

- Słyszałem, że jesteś w Teksasie, i pomyślałem, że moja pomoc może ci 

się przydać. 

- A ja myślałem, że pracujesz w St. Louis, w Justaco. Franklin wzruszył 

ramionami. 

- Och, wiem, załatwiłeś mi tę robotę, ale to nie dla mnie. Rozumiesz... 

Z twarzy Ryana trudno było cokolwiek wyczytać. 

- Rozumiem. Porozmawiamy później. Zamówię ci pokój w miasteczku - 

powiedział zmęczonym głosem. 

- Wykluczone. Mamy dość miejsca dla gości. Twój brat może zatrzymać 

się tutaj - odezwał się Gilbert. 

Ryan nie był zachwycony, za to Franklin uśmiechnął się szeroko. 

- Bardzo pan miły, panie Messmer. Z pewnością rozumie pan, co to 

znaczy braterska więź. Zawsze staram się pomagać Ryanowi. Nie będzie pan 

żałował, że zaprosił mnie do swojego domu. 

Emma, widząc sztywną postawę Ryana, nie była wcale taka pewna, czy 

rzeczywiście wuj nie będzie żałował. Coś tu było nie w porządku, ale Ryan 

ostatecznie uśmiechnął się z przymusem i skinął głową. 

- Dziękuję ci bardzo, Gilbercie. 

- Ryanie, rodzina jest bardzo ważna, a my spotkaliśmy się przecież tutaj 

nie tylko w interesach. Moja córka wkrótce wychodzi za Chrisa. Poznała go w 

czasie naszych rozmów biznesowych. Kiedy modernizacja „Texas Lights" 

zostanie ukończona, moja siostrzenica też zapewne będzie szczęśliwa, że nasze 

firmy nawiązały współpracę. W pewnym sensie celebrujemy tu szczęście 

rodzinne i zapraszam twojego brata, by się do nas przyłączył. 

R S

background image

 

31 

- Celebracja szczęścia rodzinnego? - powtórzył Franklin. - Wygląda na to, 

że trafiłem w samą porę. 

Ale Ryan nie sprawiał wrażenia człowieka, który chce cokolwiek 

celebrować. Emma zastanawiała się, w czym tkwi problem, ale w końcu Ryan i 

jego sprawy rodzinne nie powinny jej obchodzić. 

- O co ci chodzi, Franklin? Po co tu przyjechałeś? - zagadnął Ryan, kiedy 

znalazł się wreszcie sam na sam w pokoju przydzielonym jego bratu. 

- Coś ty taki podejrzliwy, Ryan? Czy człowiek nie może bezinteresownie 

odwiedzić jedynego żyjącego krewnego? 

Rzeczywiście zostało ich na świecie tylko dwóch. Matka Ryana zmarła 

wkrótce po tym, jak ojciec się z nią rozwiódł. Matka Franklina, piąta pani 

Benedict, i jej mąż zginęli w wypadku samochodowym przed kilku laty. 

Ryan, siedem lat starszy od Franklina, wziął na siebie odpowiedzialność 

za los brata i trzeba powiedzieć, że często serdecznie tego żałował. Nie zostawił 

Franklina samemu sobie tylko dlatego, żeby nie upodobnić się do ojca, który 

nigdy nie dbał o nikogo i potrafił być absolutnie obojętny. A Ryan raczej nie 

chciał być taki jak tatuś. Nie chodziło o postawę moralną czy wyrzuty sumienia. 

Po prostu z całego serca nie lubił rodziciela i nie zamierzał iść w jego ślady. 

- Moje drzwi są zawsze dla ciebie otwarte, Franklin, ale musisz pracować. 

- Przecież ty masz pieniądze - odparł braciszek. 

- Zapracowałem na nie. 

Franklin puścił uwagę Ryana mimo uszu. 

- Miły dom - stwierdził, przesuwając dłonią po blacie zabytkowego 

stolika. 

- Owszem. Chciałbym wiedzieć, co cię tu sprowadza, Franklin. 

- Wywalili mnie. Nie miałem się gdzie podziać. Wiesz, co to za uczucie? 

Ryan musiał przyznać, że nie. W każdym razie nie ostatnio. Wstąpił do 

armii, bo w domu nie dało się wytrzymać. Wiedział, że może polegać tylko na 

sobie i że musi mu się udać. Tak się też stało. Ale nie do końca. Zawiódł w 

R S

background image

 

32 

przypadku Franklina, nie potrafił do niego dotrzeć. A przecież Franklin go 

potrzebował. 

Westchnął. 

- I co zamierzasz tu robić? 

- Chyba w końcu zrozumiałem, czym zajmuje się twoja firma. Może się 

na coś przydam. 

- Jak to sobie wyobrażasz? - Franklin nigdy nie interesował się tym, co 

robi Ryan. Teraz zaczęło go to obchodzić, kiedy potrzebował pieniędzy i dachu 

nad głową! Luksusowa rezydencja Messmerów musiała zrobić na nim wrażenie. 

Wspaniałe schronienie. Ryan powstrzymał się, żeby znowu nie westchnąć. 

- Nie wiem jak, ale kiedy straciłem ostatnią pracę, pomyślałem, że nie 

chcę więcej przez to przechodzić. Mam dwadzieścia trzy lata. Chyba wreszcie 

trochę zmądrzałem. 

Podobne słowa w ustach lekkomyślnego Franklina? Ryan nie wierzył 

własnym uszom. Ale w końcu ludzie się zmieniają, dojrzewają z wiekiem. 

- Dobrze - przystał. - Dam ci na początek materiały informacyjne na temat 

naszej firmy. Od tego zaczniesz. 

- Natychmiast. 

Kiedy Ryan mu je wręczył i zostawił samego, Franklin nie zajrzał nawet 

do nich. 

- Pomagać ci w firmie? - mruknął do siebie. - Niedoczekanie twoje, 

braciszku. Nie pomógłbym ci przejść przez ulicę, nawet gdybyś miał złamane 

obie nogi. 

Bo niby dlaczego? Ryanowi zawsze wszystko przychodziło łatwo. Miał 

pieniądze, kobiety, odniósł sukces. On natomiast bez przerwy był przez 

wszystkich krytykowany. Rodzice mieli go w nosie. Ryan załatwiał mu jakieś 

nędzne robótki, a sam zażywał luksusów w takich domach, jak chociażby ten. 

Ryan miał wszystko, a on nic. 

R S

background image

 

33 

Ta ostatnia robota, w Justaco... miał już dość wiecznych peanów 

wyśpiewywanych pod adresem Ryana, kiedy tylko ktoś się dowiedział, że jest 

jego bratem, choćby i przyrodnim. Nawet dziewczyna, którą chciał zaciągnąć do 

łóżka, zachwycała się zdjęciem Ryana w jakieś gazecie, opublikowanym z 

okazji podpisania kontraktu, zamiast okazać cień zainteresowania Franklinem. 

To przepełniło czarę goryczy. Miał już dość bycia młodszym, nieudanym 

braciszkiem. Wzbierała w nim wściekłość. Dlaczego wszystko, co dobre, trafia 

się Ryanowi? Dlaczego i on nie miałby zaznać trochę rozczarowań i upokorzeń, 

przekonać się, jakie życie potrafi być niesprawiedliwe? 

Kontrakt z Messmerem został podpisany, ale kontrakty można zrywać. A 

Franklin był dobry w niszczeniu. Dlaczego nie miałby zniszczyć reputacji brata? 

Jeśli się przyczaję, myślał, znajdę sposób, jak go wykończyć. Każdy ma 

swoje słabe punkty. Także Gilbert Messmer i Ryan Benedict. Znajdę je. 

Kontrakt diabli wezmą. Zdjęcia Ryana w gazetach znajdą się pod sensacyjnymi 

nagłówkami. Wtedy zobaczymy, który z braci przyrodnich jest górą i który jest 

tym lepszym. Nie będzie to jednak Ryan. Już ja się postaram, żeby do jego 

imienia przylepił się brud. Może nawet sprzątnę mu sprzed nosa dziewczynę. 

Jeśli się nie mylił, Ryan patrzył na Emmę Carstairs z wyraźnym błyskiem w 

oku... 

Następnego ranka Ryan miał właśnie przejrzeć notatki Emmy przed 

wyjazdem do „Texas Lights", kiedy przyszedł do niego Chris. 

- Co myślisz? - zagadnął. 

- Czekasz na komplementy? Twoje projekty są zawsze doskonałe. Mam ci 

to powtarzać? 

Chris zaśmiał się i skłonił głowę. 

- Tak jest. I jestem geniuszem. Nie, nie to chciałem usłyszeć. 

- A co? 

- Pytałem, co myślisz o Emmie. Będziesz z nią współpracował. Co 

prawda jest zupełnie inna niż Holly, ale też śliczna. 

R S

background image

 

34 

Ryan jakby się nieco zachmurzył. 

- Czy Holly wie, że przyglądasz się jej kuzynce? - przyciął przyjacielowi, 

bo nie wiedzieć czemu poczuł zazdrość na myśl, że jakiś inny mężczyzna 

podziwia Emmę. 

- Doskonale wiesz, o czym mówię. To ty się jej przyglądasz. W normalnej 

sytuacji nigdy bym się nie wtrącał w twoje prywatne sprawy, ale... 

- I nie wtrącaj się - przerwał Ryan sucho. - Między mną i Emmą nic nie 

ma. I nic nie będzie. Nie skrzywdzę jej. Nasze relacje są i pozostaną czysto 

zawodowe. Znasz mnie. 

Ryan nie lubił się zwierzać, toteż Chris wiedział tylko tyle, że jego 

przyjaciel raz na zawsze zrezygnował z poważnych związków emocjonalnych. 

A jednak kiedy ów przeciwnik poważniejszych związków emocjonalnych 

szedł kilka minut później z Emmą do samochodu, co chwila zerkał na jej 

ciemne, lśniące w słońcu włosy i wdychał zapach fiołków, który zawsze jej 

towarzyszył i który od początku mu się z nią kojarzył. 

- Hotel - mruknął pod nosem. - Chodzi wyłącznie o hotel. 

Emma odwróciła głowę. 

- Mówiłeś coś? 

- Zastanawiam się, czy hotelowa klimatyzacja będzie działać - powiedział 

lekko schrypniętym głosem. 

Uśmiechnęła się pobłażliwie. - Dokucza ci nasz teksański upał? Nie 

martw się, chłopcze z Chicago. Będzie działać. 

Cóż, w obecności Emmy potrzebował ochłody. 

Emma starała się nie zwracać uwagi na obecność Ryana. Wspólna 

wyprawa do „Texas Lights" była dla niej prawdziwą katorgą, większą, niż 

sądziła, a przecież wiedziała, że nie będzie lekko. 

- Patrzy na ciebie jak kot na śmietankę - powiedział wuj Gilbert 

wcześniej, co nie brzmiało zbyt dobrze. 

R S

background image

 

35 

Aczkolwiek zdziwiło Emmę, bo wuj Gilbert nigdy nie interesował się, czy 

jego droga siostrzenica ma jakieś życie intymne, czy też jest go całkowicie 

pozbawiona.  

Sama istota stwierdzenia też zabrzmiała nieco absurdalnie, bo Ryan 

sprawiał wrażenie kogoś, kogo pociągają zupełnie inne kobiety - swobodne, 

akceptujące seks bez zobowiązań. 

- Zejdźmy wreszcie z tego żaru - powiedział Ryan, ujmując ją pod łokieć. 

Miała ochotę szarpnąć się i uciec. Pod wpływem lekkiego, niewinnego 

dotknięcia wyobraziła sobie, że Ryan rozpina jej bluzkę. Sam zdejmuje koszulę, 

zrzuca ubranie. A potem ona prosi go, by przeszli czym prędzej do zajęć 

koniecznych, by począć dzieciątko. Chociaż być może poczęcie dziecka byłoby 

dla Emmy akurat w tej sytuacji mniej ważne. Znacznie ważniejsze byłyby do-

znania, jakie nigdy wcześniej nie stały się jej udziałem. 

- Owszem, straszny upał. Wchodźmy do środka i zabierajmy się do pracy 

- powiedziała trochę niepewnym głosem. 

To absurdalna uwaga wuja Gilberta o kocie tak na nią podziałała, kierując 

myśli w określonym kierunku. Holly było łatwo zbliżyć się do Chrisa, bo 

zawsze była otwarta, bezpośrednia i radosna. Emma była zupełnie inna i taka 

zamierzała pozostać. 

Zaraz po wejściu poszła do tablicy kontrolnej na zapleczu recepcji, 

włączyła prąd i klimatyzację. Wnętrze rozświetlił blask żyrandoli i setek 

kinkietów. Zdawało się, że wypełniły je setki świetlików, mnożących się jeszcze 

refleksami w lustrach i lśniących mahoniowych ścianach. Efekt był doprawdy 

magiczny. 

Ryan gwizdnął przeciągle. 

- Miałaś rację, Emmo. Nigdy jeszcze nie widziałem takiego miejsca. Chris 

co prawda sporo mi opowiadał, widziałem wizualizacje, zdjęcia, wideo, ale nie 

spodziewałem się, że w rzeczywistości to może wywierać taki efekt. Tak, 

zdecydowanie „Texas Lights" jest wyjątkowy. 

R S

background image

 

36 

- Przyjmuję to jako komplement - powiedziała trochę zbyt zasadniczym 

głosem. Ciągle czuła się nieswojo sam na sam z Ryanem. 

- Nie jesteś przypadkiem odrobinę przewrażliwiona na punkcie tego 

miejsca? - zaśmiał się. 

Miał rację. 

- Przyznaję, czasami jestem. Przykro mi, że ludzie wybierają 

nowocześniejsze hotele i zapominają o „Texas Lights". Myślisz, że uda nam się 

ich tu jeszcze przyciągnąć? 

Ryan podniósł ręce w geście kapitulacji. 

- Nie znam się na marketingu i reklamie, ale wiem, że „unowocześniony", 

„rewaloryzowany", „w nowej szacie" mogą mieć magiczne działanie. Oprowadź 

mnie i pokaż to, co tu jest najbardziej godne uwagi. - Głos Ryana, a zniżył go 

nieco, zabrzmiał teraz tak, jakby mówił o kobiecie, a nie o budynku. 

- To ma być skrócona czy pełna tura? Ryan się uśmiechnął. 

- Pełna oczywiście. Wiem, że mi nie podarujesz, skądinąd powinienem 

przecież zobaczyć wszystko - zamilkł na moment. - Musisz bardzo kochać to 

miejsce. Kiedy o nim mówisz, widać to w twoich oczach, słychać w głosie. 

Zatem pełna tura - powtórzył. 

Emma zastanowiła się, czy wszystkie jej emocje są tak czytelne i 

widoczne. 

- Zacznijmy od tego, że pierwszym właścicielem „Texas Lights" był 

krewny mojego wuja, niejaki Roger Medlen. Kochał historię Teksasu i kochał, 

tak samo jak wujek, Szekspira. Uważał, że Szekspir i Stan Samotnej Gwiazdy to 

niezłe połączenie. Trochę oburzające, ale bardzo zabawne. Oto i sam Will, tu na 

ścianie, z miną o-nic-nie-dbam-co-mi-tam spogląda na mapę okolicy wiszącą na 

przeciwnej ścianie. Jakby chciał powiedzieć gościom „Texas Lights": spróbujcie 

no tylko źle się tutaj bawić. Widzisz? 

Emma się uśmiechnęła. Portret Szekspira zawsze wywoływał uśmiech na 

jej twarzy. 

R S

background image

 

37 

- Z Willa był niezły numer. Sam lubił tęgo pohulać - powiedział Ryan. 

- Właśnie - przytaknęła, rada, że zrozumiał zamierzone przesłanie. 

- Co oznaczają te lampeczki na mapie? Emma znowu się uśmiechnęła. 

- Roger kazał zaznaczyć nimi wszystkie okoliczne gospody i domy 

publiczne. Najwyraźniej go to bawiło, ale później ktoś uznał, że to 

nieprzyzwoite. I teraz na mapie świecą się teksańskie teatry. 

- Nie jest ci smutno? Emma przechyliła głowę. 

- Nie rozumiem. 

- Nie lubisz zmian, a tutaj... - Ryan wskazał na mapę. 

- Pokłóciłam się strasznie z wujem Gilbertem. Czasami bywam 

zasadnicza, ale lubiłam tamtę mapę. Willowi też przypadłaby do gustu, ale wuj 

uznał, że część gości może się poczuć dotknięta. 

Ryan wyszczerzył zęby. 

- Will wygląda na trochę zbitego z tropu. Jakby się zastanawiał, jak na tej 

nowej mapie ma znaleźć dzban przedniego piwa, no i chętną niewiastę... 

Ryan, mówiąc to, wyglądał tak seksy, że Emma przez sekundę marzyła, 

żeby ją pocałował. Chętnie zamieniłaby się w hożą dziewkę z szekspirowskich 

czasów, co to bierze od mężczyzny, na co sama ma oskomę. Kompletne 

szaleństwo. 

- Dzięki za zrozumienie - bąknęła, obiecując sobie nie folgować takim 

myślom w przyszłości. Ruszyli na obchód. 

Pokazała Ryanowi restaurację i ogromny, barwny kobierzec w zachodnim 

salonie przedstawiający dum postaci z różnych sztuk Szekspira. 

- A oto wschodni salon - powiedziała, przechodząc dalej. - I kobierzec 

przedstawiający postacie z historii Teksasu. - Byli tu pokazani Stephen Austin, 

Lorenzo de Zavala, który podpisał deklarację teksańskiej niepodległości, kiedy 

stan oderwał się od Meksyku, obok przy pianinie siedział Scott Joplin, król 

ragtime'u.  Historia nowsza i starsza przemieszana bez ładu i składu w prze-

mawiającym do wyobraźni kolażu. 

R S

background image

 

38 

- Człowiek, który projektował ten hotel, wiedział, jak potęgować efekty. - 

Ryan wskazał na ogromne okna wpuszczające do wnętrza salonu mnóstwo 

złotego światła. 

- Poczekaj, aż zobaczysz pokoje. Te w zachodnim skrzydle to tak zwane 

„szekspirowskie", zaś te we wschodnim, jak się już zapewne domyślasz, 

„teksańskie". Można tu mieszkać przez cały miesiąc i co noc spać w innej 

atmosferze. 

- Kochasz każdy kąt tego hotelu, prawda? - zapytał Ryan. 

Emma przymrużyła powieki. 

- Każdy. Bo to miejsce ma swój czar. - Czekała, żeby Ryan spróbował 

zaprzeczyć jej słowom. 

- To prawda, zgadzam się - przytaknął. - I jest absolutnie wyjątkowe. - 

Ryan nie patrzył na tkaniny, obrazy czy meble, tylko na Emmę: poczuła się tak, 

jakby jej mózg wziął sobie nagle urlop i wyjechał bez zapowiedzi na Jamajkę. 

- Nie będzie już taki sam, kiedy skończycie modernizację - powtórzyła po 

raz nie wiadomo który. 

- Może nie będzie tak źle. Chodzi o to, żeby zachować najważniejsze 

elementy i dobrze wyeksponować: niech wibrują życiem. 

No właśnie. Takiej odpowiedzi mogła się spodziewać po Ryanie. Kobiety, 

z którymi się umawiał, z pewnością były piękne, namiętne i wibrowały życiem. 

Ona nie była namiętna. Raczej nieporadna w kontaktach z ludźmi. 

Ruszyła, gotowa pokazać mu resztę hotelu. 

- Emmo - odezwał się Ryan, więc stanęła. - Nie zniszczę twojego hotelu. 

Spojrzała w jego ciemnoniebieskie, pełne namysłu oczy. 

- Dziękuję. Chcę, żeby „Texas Lights" wrócił do życia i żeby znowu 

zaczęły zjeżdżać tu tłumy ludzi, jak kiedyś. 

- Oboje tego pragniemy i z tą myślą zabieramy się do pracy. Ludzie chcą 

udogodnień i nowoczesności, nawet jeśli ukrytej. 

- Zdołasz ukryć zmiany? 

R S

background image

 

39 

- Zrobię, co w mojej mocy. Zgoda? Emma się uśmiechnęła. 

- Tak. To, że „Texas Lights" jest trochę dziwnym hotelem, nie znaczy, że 

nie zasługuje na pieczę. 

Emma miała wrażenie, że powiedziała za dużo, zbyt wiele zdradziła. On 

nie zrozumie... albo gorzej, zrozumie zbyt wiele. 

- Odmienność może być atutem, rzeczą pożądaną - powiedział Ryan. 

Emma kiwnęła głową, ale nie do końca mu uwierzyła. Nie należy wierzyć 

słowom mężczyzny. Najlepszym dowodem historia jej rodziców zapisana w 

dziennikach matki; ojciec przysięgał dozgonną miłość, po czym szybko zniknął, 

pozostawiając jedynie lakoniczny liścik.  

Albo jej własne doświadczenie z Johnem Truentem, który ją okłamywał 

tylko po to, by zyskać dojście do wuja Gilberta, a kiedy wuj nie okazał 

zainteresowania jego propozycjami, po prostu powiedział Emmie do widzenia, a 

właściwie, jak jej ojciec, zostawił liścik. Zachowała go na dowód, jak 

niewiarygodni potrafię być mężczyźni. Chciała wierzyć, że Ryan jest inny. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Ryan doszedł do wniosku, że coś jest na rzeczy. Kiedy wrócili z Emmą z 

„Texas Lights", Gilbert przywitał ich długim, badawczym spojrzeniem, jakby 

szukał dowodów. 

Ryan miał już ochotę powiedzieć, że nie dotknął Emmy. Co byłoby 

śmieszne i nazbyt dosłowne. Kiedy Emma opowiadała mu o hotelu, jej oczy 

rozświetlał blask, w głosie pojawiała się jakaś zmysłowa radość, nabierał życia. 

Ryan słuchał jej i miał ochotę przygarnąć do siebie. Tak, chciał jej dotknąć. 

Na szczęście wiedział, że ona tego nie chciała, ale to wcale nie czyniło 

walki z przemożnym pragnieniem łatwiejszą. 

R S

background image

 

40 

- Jak minął ranek, Ryanie? - zagadnął Gilbert, nie przestając wpatrywać 

się w oboje badawczo. Ryan nie wiedział, co to ma znaczyć, lecz szybko uznał, 

że analizowanie zachowań Gilberta to nie jego sprawa. 

- Emma okazała się wspaniałą przewodniczką - powiedział, nie patrząc na 

stojącą obok niego dziewczynę.  

Te jej poważne oczy...  

Ryan wystrzegał się poważnych kobiet, ponieważ oczekiwały od niego 

tego, czego nie mógł im dać. Ale Emma? Emma niczego od niego nie 

oczekiwała. Wręcz ucieszyłaby się, gdyby zaraz spakował walizki i wrócił do 

St. Louis. 

- Tak, Emma zawsze lubiła pokazywać „Texas Lights". Teraz robi kurs 

historii Teksasu na uniwersytecie, więc będzie mogła jeszcze bardziej 

wyczerpująco odpowiadać na pytania gości. Zatem powiadasz, że rozpoznanie 

terenu powiodło się? 

- Tak. Pozostaje przystąpić do pracy - powiedział Ryan. 

- W międzyczasie mam dla was jeszcze inne zajęcie. Chciałbym, żebyście 

jako pierwszy drużba i pierwsza druhna pomogli Holly i Chrisowi zorganizować 

przyjęcie zaręczynowe, które urządzamy w tym tygodniu. 

Emma otworzyła szeroko oczy. 

- Przyjęcie zaręczynowe? Ja nie mam pojęcia o organizowaniu przyjęć - 

zastrzegła się. 

- Ja tym bardziej - zawtórował jej Ryan. Gilbert machnął ręką. 

- Nie bądźcie śmieszni. Chodzi o drobiazgi. To, co najważniejsze, zostało 

już zrobione. 

Co mieli powiedzieć? 

- Skoro sobie życzysz - zgodził się Ryan. 

- Oczywiście wujku Gilbercie, chętnie pomogę - powiedziała Emma, ale 

w jej głosie nie słychać było zapału ani gotowości. Czy nie chciała zajmować się 

R S

background image

 

41 

detalami przyjęcia, czy może mierziła ją perspektywa kolejnych godzin 

spędzonych z nim, Ryanem? 

- No to już dzieci, zabierajcie się do roboty - ponaglił ich Gilbert. 

Emma spojrzała na niego tak, jakby wysyłał ją na herbatkę do jaskini 

smoka konsumującego dziewice.  

Wzięła się pod boki. 

- Przepraszam, wuju, ale teraz nie mogę. Obiecałam Holly, że zetnę w 

ogrodzie trochę kwiatów. Dzisiaj wieczorem wydaje kolację dla przyjaciółek i 

będą potrzebne kwiaty do bukietów na stół. Mam ją też uczesać, i tak dalej. 

Przyjęciem zaręczynowym zajmę się później. - I zniknęła, zanim Gilbert zdążył 

zaoponować. 

- Oto cała nasza Emma, wiecznie zabiegana. Cóż, musisz poczekać, 

Ryanie, wkrótce zajmie się i przyjęciem. Prawdziwa z niej pszczółka robotnica. 

Gilbert powiedział to z czułością, Ryan jednak nie po raz pierwszy zadał 

sobie pytanie, czy rodzina nie wymaga za dużo od Emmy i nie zrzuca na jej 

barki zbyt wielu obowiązków. 

W końcu to nie twoja sprawa, Benedict, powiedział sobie. Trzymaj się z 

daleka od jej życia. Tak też zamierzał uczynić... jak tylko upora się z realizacją 

projektu. 

Kiedy Ryan wszedł do pokoju, Emma układała kwiaty w wazonie. 

- Piękny bukiet - powiedział. Wzruszyła ramionami. 

- Nic wielkiego. Uwielbiam kwiaty. Lubię aranżować kompozycje 

kwiatowe. 

- Ale to nie twoje przyjęcie. 

- To nie ma znaczenia. Holly nie znosi układać kwiatów. Brakuje jej do 

tego cierpliwości. Chętnie jej pomagam. Ona pomaga mi w inny sposób. 

Ryan patrzył na nią, jakby była nadzwyczaj interesującym stworzeniem 

jakiegoś egzotycznego, nieznanego dotąd gatunku. 

R S

background image

 

42 

- W jaki sposób? - niemal syknął i Emma złamała łodyżkę wkładanego 

właśnie do wazonu kwiatka. 

- Wie, jak się ubrać, co do czego pasuje. Ja nie mam do tego głowy, ale 

ona mnie pilnuje. 

- Holly pomaga ci dobierać stroje? - Ryan z uśmiechem spojrzał na 

granatową spódniczkę opinającą zgrabne biodra i nie sięgającą krągłych kolan. - 

Ma wyczucie. Dobrze ci w granatowym. 

Co to miało znaczyć? Czyżby z nią flirtował? Niemożliwe. Inni 

mężczyźni tego nie robili. Nie chciała, żeby Ryan z nią flirtował, bo... bo to 

mogło oznaczać tylko jedno. Po prostu się nudził i szukał chwilowej rozrywki. 

Upuściła kwiat. Ryan nachylił się równocześnie z nią, spoglądając jej 

głęboko w oczy. 

- Ale ze mnie niezgraba - wykrztusiła i zaraz skarciła się w myślach za 

głupie słowa. 

- Uspokój się, Emmo, jesteś bezpieczna - powiedział tym swoim 

zmysłowym, niskim głosem. 

- Oczywiście, że jestem bezpieczna. Dlaczego nie miałabym być? 

- Ponieważ jesteś atrakcyjną kobietą, a ja jestem mężczyzną, który nie ma 

reputacji mnicha. 

- Bzdura. W ogóle nie jestem w twoim typie. Ryan się zaśmiał. 

- Ciekawe. A co jest w moim typie? Na Boga! Powiesz mi? Proszę... 

W jej oczach pojawił się jakiś gniewny błysk. On się z niej wyśmiewa. 

Całe zdenerwowanie minęło w jednej chwili. 

- Myślę, że lubisz kobiety wysokie, bo sam jesteś wysoki. Piękne, 

prawdopodobnie blondynki, bo mężczyźni wolą blondynki. Trochę 

lekkomyślne, towarzyskie i... nie wiem. Namiętne? Tak, chyba tak. 

- Zawsze to robisz? - zapytał. 

- Co takiego? 

R S

background image

 

43 

- Analizujesz każdego mężczyznę, który ci mówi, że jesteś atrakcyjna? 

Mówisz mu, że nie jesteś w jego typie? Jeśli mnie nie lubisz, to po prostu 

powiedz i pójdę sobie. 

Już miała odpowiedzieć, kiedy Ryan podsunął jej świetny pretekst. Mogła 

przestać się denerwować, łamać łodyżki, upuszczać kwiatki... czuć się 

niezręcznie. Niestety należała do osób chorobliwie prawdomównych. 

- To nie jest tak, że ja cię nie lubię - oznajmiła, zła sama na siebie za to 

wyznanie. - Po prostu nie przywykłam do komplementów. Poza tym mamy 

pracować razem. Oboje zgodziliśmy się, że nic innego nie wchodzi w grę. 

- Zgodziliśmy się tylko co do tego, że żadne z nas nie chce małżeństwa - 

przypomniał jej Ryan. 

- Tak. 

- Źle się czujesz w moim towarzystwie? Pokiwała poważnie głową. 

- Dlaczego? 

Nie wiedziała co powiedzieć, więc rzuciła pierwsze, co przyszło jej do 

głowy: 

- Jesteś... zbyt męski. Uniósł lekko brew. 

- Rozumiem, że to coś złego. 

- Dla mnie tak. Mężczyźni generalnie mnie peszą. Nie potrafię z nimi 

rozmawiać. 

On się uśmiechnął. 

- Nie powiedziałbym. Ona się zachmurzyła. 

- Ale ja mówię. 

- Nie lubisz mężczyzn? 

- Czasami lubię. Mężczyźni są... potrzebni.  

Ryan przestał się uśmiechać i wyszczerzył zęby. 

- Do wbijania gwoździ? - zapytał. 

- Do robienia dzieci - fuknęła. 

- Pamiętam. Chcesz adoptować dziecko. 

R S

background image

 

44 

- To takie straszne? Na świecie jest tyle niechcianych dzieci, które 

potrzebują miłości. 

Ryan przestał się uśmiechać. 

- Nie, to wcale nie jest straszne. To nawet piękne i godne pochwały. 

- Przepraszam. Przyparłam cię do ściany. Nieładnie z mojej strony, bo 

przecież wiem, że nie chcesz mieć dzieci. 

- Masz prawo do własnej opinii. 

- Ty też. To nie moja sprawa i nie powinnam się wtrącać. 

- Może twoja. Po ślubie Holly i Chrisa będziemy się prawdopodobnie 

często widywać. I nie w tym rzecz, że nie lubię dzieci. Ja po prostu... w mojej 

rodzinie nie dbało się o nie. Dziw prawdziwy, że mnie i Franklinowi udało się 

jakoś przeżyć i osiągnąć dojrzałość. - Ryan zamilkł na chwilę. - Lubię dzieci, ale 

nie chcę ich mieć. 

Emma kiwnęła głową. 

- Przepraszam, że poruszyłam ten temat. 

- Ja też przepraszam. Nie chcę wydać się zbyt śmiały, ale jestem 

człowiekiem bezpośrednim, armia to chyba we mnie wyrobiła. Pozwolisz, że 

zapytam. Powiedziałaś, że źle się czujesz w moim towarzystwie, ponieważ 

jestem zbyt męski. Czy to chodzi o tamten niefortunny pocałunek? 

- Trochę tak. 

- Przykro mi to słyszeć. - Wziął do ręki różę i zbliżył się do Emmy na 

odległość kroku. - Być może nie mamy ze sobą wiele wspólnego i każde z nas 

chce czegoś innego od życia, ale to nie zmienia faktu, że bardzo mnie pociągasz 

- powiedział, przesuwając różą po jej policzku. - Ja też pamiętam ten pocałunek, 

Emmo. I powiem ci, że chcę cię pocałować znowu. Najlepiej będzie zatem, jeśli 

dokończymy tę rozmowę jutro. 

Wetknął jej różę w dłoń i wyszedł z pokoju. 

R S

background image

 

45 

Kiedy zniknął, Emma przez długą chwilę stała zasępiona. W co wuj 

Gilbert i Holly ją wpakowali i jak ona przez to przebrnie, nie popełniając 

jakiegoś piramidalnego głupstwa? 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Emma przed czymś uciekała. 

Gdyby Ryan miał powiedzieć przed czym lub przed kim, stwierdziłby, że 

przed nim. Nie dziwił się jej. W końcu oświadczył jej bez ogródek, że chciałby 

ją pocałować. Co więcej, w jakiś sposób obnażyła się przed nim, zwierzając się 

z pragnienia zaadoptowania dziecka, które mogłaby obdarzyć miłością. 

Jego zaś sama myśl o posiadaniu dziecka napełniała śmiertelnym 

przerażeniem. W jego rodzinie dzieci wychowywały się same i tylko ślepy los 

decydował, czy wyrastały na porządnych ludzi, czy na drani. No i był Arnie... 

jedyna próba i kompletna klęska Ryana na polu ojcostwa. 

Potarł kolano, starając się nie myśleć o dniu, kiedy je strzaskał. Uratował 

co prawda małemu życie, ale złamał mu serce. Nie, nie zamierzał już więcej 

eksperymentować, nie nadawał się na ojca. 

Ale Emma? Wszystko wskazywało na to, że będzie bardzo dobrą matką. 

Drobna, krucha, ale silna wewnętrznie, była w stanie wiele ofiarować swojemu 

dziecku. Tak sądził. 

Powinien trzymać się od niej z daleka, ale nie mógł patrzyć spokojnie, jak 

cały wieczór biega, pilnując, by przyjęcie zaręczynowe Holly i Chrisa 

przebiegało sprawnie. 

Zabawiała gości, dyrygowała służbą, biegała do kuchni. Porozmawiała z 

jakimś pryszczatym młodzieńcem, który od dłuższego czasu samotnie podpierał 

ścianę i po chwili podprowadziła do grupki gości mniej więcej w jego wieku. 

R S

background image

 

46 

Zajęła się dziewczyną, która skaleczyła się w palec, i oczywiście przybiegła 

szukać pomocy u Emmy. 

- Czy ona tu jest jedyną osobą, która potrafi działać? - mruknął Ryan do 

siebie. 

- Słucham? - zapytał jakiś pan stojący obok. Ryan pokręcił głową. 

- Przepraszam, nic takiego. - Odszukał Emmę wzrokiem w tłumie gości. 

- Dość tego - oznajmił, stając za jej plecami, kiedy po raz dwudziesty 

siódmy tego wieczoru kierowała się do kuchni. 

- Dość czego? 

- Dość tego biegania. To nie hotel, gdzie cała odpowiedzialność za 

powodzenie albo niepowodzenie spoczywa na twoich barkach. Wszystko w 

porządku. Holly i Chris wyszli, Bóg wie, gdzie się podziali. 

- Pewnie poszli do ogrodu. Holly prosiła, żebym zajmowała się gośćmi. 

Nie chciała, żeby ktoś zauważył, że narzeczeni zniknęli. Poczuli się zmęczeni i 

zamierzali przez chwilę odetchnąć. 

- A ty nie czujesz się zmęczona? 

- Czym? Tym? - Wskazała w kierunku kuchni. - To przecież nic takiego. 

- Widziałem, jak kilka minut temu zbierałaś puste kieliszki, chociaż od 

tego są ludzie z firmy cateringowej. 

- Tak, ale Holly nie była pewna, czy można na nich polegać. Chciała, 

żeby przyjęcie przebiegało bez zarzutu. Obiecałam, że wszystkiego osobiście 

dopilnuję. - Odwróciła głowę. 

- Przejdźmy się po ogrodzie - zaproponował Ryan z uśmiechem. 

Posłała mu takie spojrzenie, jakby chciała powiedzieć: „Oszalałeś?". 

- Możesz przecież wyjść na chwilę. Proszę cię. Chyba że znowu czujesz 

dyskomfort w moim towarzystwie. 

Teraz w jej oczach zabłysł gniew. 

- Oczywiście, że nie. Jestem po prostu zajęta. Poza tym wcale nie czuję 

się zmęczona. 

R S

background image

 

47 

Mógłby się założyć, że kłamie, nawet jeśli tylko trochę. Dłonie zaciskała 

kurczowo na biodrach, ale nie mógł jej przecież tego powiedzieć. 

- W porządku. - W porządku?  

- Cieszę się, że nie denerwuje cię moje towarzystwo. Zaraz znajdę kogoś, 

kto wszystkiego dopilnuje, a my wymkniemy się do ogrodu. - Co rzekłszy, 

skinął na Davida, jednego z domowych lokai, poprosił, żeby ten przejął na 

siebie chwilowo obowiązek nadzorowania całości przyjęcia i pociągnął Emmę 

do ogrodu. 

- Wuj Gilbert nas prosił o pomoc, nie Davida - mruknęła jeszcze Emma. 

- Już pomogliśmy. Mnie od powitań boli ręka, ty zagadnęłaś osobiście 

prawie każdego z gości, a potem zamieniłaś się w pannę służącą kredensową. 

Przyjęcie toczy się wspaniale, ludzie świetnie się bawią. Nikomu nie jesteśmy 

już potrzebni. Przespacerujemy się. 

- To wszystko? 

Ryan uśmiechnął się szeroko. 

- Nie, nie wszystko. Porozmawiamy. Może o „Texas Lights" i C&R 

Technologies, a może o czymś innym. W każdym razie przezwyciężymy tę 

resztkę dyskomfortu, która jest jeszcze między nami. Mamy razem pracować, 

nie możemy więc cały czas wykonywać wokół siebie dziwnych kontredansów, 

Emma skinęła głową. 

- Zgoda. Lubię takie stawianie spraw wprost, to bardzo praktyczne. 

- Zatem dalszy ciąg spodoba ci się jeszcze bardziej, bo na zakończenie 

rozmowy cmoknę cię w policzek. Zostaniemy kolegami. Będzie nas łączyć 

czyste koleżeństwo, którego nic nie powinno zakłócać. 

Emma ponownie skinęła głową, całkiem zadowolona z takiego 

rozwiązania. 

A jednak pojawiło się zakłócenie - w postaci Franklina. 

- Cześć, bracie. - Spojrzał na złączone dłonie Ryana i Emmy. - Co 

słychać? 

R S

background image

 

48 

Ryan mógłby zapytać go o to samo, może tylko mniej obcesowo. Od 

kilku dni Franklin korzystał z gościnności Gilberta, trwając w zawieszeniu. Obaj 

powinni poważnie porozmawiać, ale z pewnością nie teraz. 

- Emma chciała odetchnąć świeżym powietrzem - poinformował brata 

sucho. 

Franklin posłał mu obleśny uśmiech, jakby chciał powiedzieć, że on już 

dobrze wie, o jakie to odetchnięcie świeżym powietrzem chodzi. 

- Świetne przyjęcie - Franklin cmoknął. - Gilbert się postawił. Ciekawe, 

ile go to kosztowało. 

- Nie twoja sprawa. 

- Wiesz może, gdzie jest Chris? - ciągnął niezrażony Franklin. 

- Nie mam pojęcia - odparł Ryan i wydało mu się, że Emma mocniej 

zaciska palce na jego dłoni. Skinął głową Franklinowi i wyszedł z Emmą do 

ogrodu. 

- Przepraszam za tę uwagę Franklina o Gilbercie. 

- Nic się nie stało. Wuj Gilbert rzeczywiście jest bogaty. 

Ryan widział niemal, jak Emma radzi sobie z trudnymi gośćmi w hotelu. 

Jak przemawia tym swoim spokojnym głosem, który na innych działał kojąco, a 

jego rozpalał. 

- Nie martw się. Franklin i ja niedługo wyjedziemy i znowu będziesz 

mogła żyć normalnie. 

- Ty też. 

- Pewnie tak. Chociaż ja jestem tak zajęty, że moje życie nigdy nie jest 

normalne. Przenoszę się z miejsca na miejsce. Jadę tam, gdzie akurat 

realizujemy kolejny projekt. Odpowiada mi to. A ty, jakie życie lubisz? 

- Spokojne - powiedziała Emma po długiej chwili milczenia. 

Ryan się zaśmiał. 

- To życie nie dla faceta. 

R S

background image

 

49 

- Być może. Dlatego jest tak wiele nieudanych związków. I dlatego 

dobrze jest z góry wiedzieć, czego kto oczekuje od życia. Też tak uważasz, 

prawda? 

- Zdecydowanie. Dlatego powinno nam się dobrze pracować. Oboje 

jesteśmy dojrzałymi ludźmi. - Ryan się zatrzymał. - Zawrzyjmy układ. Ja będę 

dawał ci moje propozycje dla hotelu, a ty postarasz się oceniać je możliwie jak 

najbardziej obiektywnie. 

- Zgoda. Mogę przystać na taką propozycję. 

- To dobrze, bo potem będziemy musieli się targować. 

- Targować? - Emma położyła dłoń na gardle. 

- Targować, kłócić, negocjować. Nie zawsze będziesz się ze mną zgadzać, 

trzeba będzie szukać kompromisów. 

- Zatem będziemy szukać kompromisów - przytaknęła Emma. - W imię 

wspólnego dobra. 

- Absolutnie. 

Emma się uśmiechnęła. 

- O co chodzi? - zapytał. - Nie wierzysz mi? 

- Wierzę, tylko że... byłeś porucznikiem w armii jak rozumiem, odniosłeś 

sukces w interesach. Nawykłeś rządzić, rozkazywać. Oczekiwałam, że ze mną 

będziesz usiłował postępować podobnie. Przejedziesz po mnie jak walec. 

Ryan uśmiechnął się głupkowato. 

- Taki miałem zamiar. 

- Ale potrafiłeś się powstrzymać. Godne pochwały. Ryan pokręcił głową. 

- Nie ma w tym nic godnego pochwały. Rozważyłem sytuację. To 

pragmatyczna decyzja. - Bo świat Ryana był światem pragmatycznym. Ja daję, 

ty dajesz. Ty zrobisz coś dla mnie, ja zrobię coś dla ciebie. Po prostu wzajemne 

zobowiązania. Uczciwa wymiana. W biznesie była to najlepsza, najbardziej 

skuteczna metoda, w relacjach prywatnych jedna z najpaskudniejszych. Bo w re-

lacjach prywatnych zawsze ktoś w końcu czuł się oszukany. Skrzywdzony. W 

R S

background image

 

50 

tym przypadku Ryan nie chciał nikogo skrzywdzić. Doszedł do wniosku, że jeśli 

ma pracować z Emmą, zachować zdrowe zmysły i nie ulec chuci, musi 

traktować ją jak partnerkę w interesach. Proste, jasne, czyste. 

- W tym przypadku to najlepsza postawa - powiedział na wpół do siebie, 

na wpół do niej. 

Emma odetchnęła z ulgą. 

- Cieszę się, że mamy plan postępowania. Lubię wiedzieć, jaki będzie 

następny krok. A zatem? 

- Przypieczętujemy nasz układ. - Ryan nachylił się i pocałował ją w 

policzek. 

Emma natychmiast cofnęła się o krok. 

- Nie zawieramy układu? 

- Nie o to chodzi. Oczywiście, zawieramy. - Teraz ona cmoknęła go w 

policzek. 

Ryan natychmiast zapomniał o wszelkich planach, układach, 

pragmatycznych ocenach sytuacji. Zastanawiał się natomiast, jak gładka musi 

być skóra Emmy i jak chętnie przesuwałby po niej dłonią. 

- Odprowadzę cię do domu - mruknął. 

- Nie musisz. Mieszkam tutaj od dziecka. 

- A jednak cię odprowadzę. 

- Upierasz się? 

- Pozwól mi na ten kaprys. 

- Czy człowiek pozwala na kaprysy swoim wspólnikom w interesach? - 

Pytanie brzmiało absurdalnie. Oczywiście, że nie. 

- Ja pozwalam. Zawsze - skłamał Ryan i podał jej ramię. Starał się nie 

myśleć o jej palcach i o tym, jak by mogły go pieścić. 

Ramię mu drgnęło. 

- Wszystko w porządku?  

Nie. 

R S

background image

 

51 

- Tak - powiedział lekko nieswoim głosem. 

- A ja już chciałem posyłać ekipę ratunkową za wami - zawołał Gilbert, 

kiedy zbliżyli się do domu. - Rozumiem, że poznajecie się bliżej? 

- Rozmawialiśmy o naszej współpracy, wujku - poprawiła go Emma. 

- Nuda. 

W innym przypadku Ryan zgodziłby się natychmiast, ale z Emmą nic nie 

było nudne. 

- Bardzo ciekawa rozmowa. Emma to prawdziwy skarb dla „Texas 

Lights". 

Gilbert się rozpromienił. 

- Wiedziałem, że się na niej poznasz. 

- Wujku Gilbercie - zaprotestowała Emma, nieco zakłopotana. 

- Nie musisz się tak obruszać. - Gilbert machnął ręką. - Dobrze, że was 

znalazłem, bo mam plan, który chciałem z wami omówić. 

Aha, kolejna okazja do przebywania w pobliżu Emmy. Ryan mógł mieć 

tylko nadzieję, że te kolejne okazje nie zamienią się w jedną wielką udrękę 

walki z samym sobą i własnym pożądaniem. 

- Jaki plan? - zapytał. 

- Otóż przypomniałem sobie, jak mówiliście mi przed podpisaniem 

kontraktu, że C&R Technologies modernizowała już kiedyś taki historyczny 

hotel. Może pokazałbyś Emmie tamtą realizację. To pozwoli jej się zorientować, 

co jesteście w stanie zrobić w „Texas Lights". Taka mała wizja lokalna - 

wyjaśnił niewinnie. - Zamówiłem już dla was prywatny samolot. Lećcie. Jutro 

wieczorem będziecie z powrotem. 

Ryan czuł, jak w Emmie narasta protest. 

- Zrób to dla mnie, Emmo. Bardzo cię proszę. W końcu takie informacje 

będą miały dla ciebie ogromne znaczenie. Zobaczysz na własne oczy stary hotel 

po modernizacji. 

Emma westchnęła z rezygnacją. 

R S

background image

 

52 

- Jestem pewna, że ta podróż wiele wniesie. 

- Polecisz z nią, Ryanie, prawda? Nie mogę przecież prosić Chrisa... 

- Polecę - przerwał mu Ryan. Może przy odrobinie szczęścia uda mu się 

jakoś skrócić tę wyprawę, ponieważ myśl o całym dniu sam na sam z Emmą 

była... 

Ekscytująca. 

I niech go diabli, jeśli nadal będzie myślał w ten sposób. Zapuszczał się w 

niebezpieczne regiony. Zaczynał się zastanawiać, czy niezwykle zasadnicze 

zachowanie Emmy nie jest jednak trochę zwodnicze, dlatego że wszystko, co 

robili we dwójkę, było w gruncie rzeczy niebezpieczne. 

Jutrzejszy dzień będzie... trudny. 

Znamy już słabość Ryana, pomyślał Franklin z satysfakcją. Szpiegowanie 

okazało się niezłą zabawą, szczególnie teraz, kiedy wiedział już, że braciszka 

ciągnie do małej brunetki. 

- Mogę to wykorzystać - monologował. - Szczególnie że drogi Gilbert 

wydaje się czułym i bardzo opiekuńczym wujem. Ciekawe, co myśli o 

zainteresowaniu sobą tych dwojga. I czy uda się zbudować plan wokół osoby tej 

dziewczyny. 

Coś mu się obiło o uszy, że jakoby w ogóle nie zamierzała wychodzić za 

mąż, ale nie było chyba kobiety, która nie chciałaby mieć Ryana w swoim 

łóżku. 

Należało zatem przygotować plan, uderzyć i patrzyć, jak braciszek się 

pogrąża. 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

53 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Emma nie pamiętała, by kiedykolwiek w życiu czuła się równie spięta, w 

każdym razie nie w ten sposób. Przebywała z Ryanem od wielu godzin. 

Najpierw w samolocie, który Gilbert wynajął specjalnie na tę podróż, a teraz w 

„Waterfall Edge Hotel", ślicznym, małym hoteliku na zachód od Austin, w 

pobliżu, jak sama nazwa mówiła, pięknego wodospadu, który można było 

podziwiać przez panoramiczne okna hotelowego holu. 

- Jak tu pięknie! - zachwyciła się, po czym zapytała, jakiego rodzaju prace 

C&R Technologies wykonała w malowniczym hotelu. 

Ryan zaśmiał się na to pytanie. 

- Ani śladu technologii, prawda? Żadnych robotów, mrugających 

światełek, komputerów. 

- Nie twierdziłam, że wprowadzicie roboty do „Texas Lights". Nigdy tak 

nie uważałam. Po prostu nie lubię być zaskakiwana. 

- Nawet kiedy to są miłe niespodzianki? Przypomniała sobie, jak bardzo 

była zaskoczona, kiedy jego wargi dotknęły kącika jej ust. 

Spojrzała na niego czujnie. 

- Co ty knujesz? 

Ryan znowu się zaśmiał i twarz mu się rozświetliła od tego uśmiechu. 

- Cały czas mnie kontrolujesz. Przysięgam, że nic nie knuję. Odpręż się. 

Jasne. Tak jakby to było możliwe w jego obecności. Zmarszczyła nos i 

uśmiechnęła się. 

- Jakie zmiany wprowadziliście? Ja nie widzę tu nic uderzającego. 

Ryan odpowiedział uśmiechem. 

- Oświetlenie jest skomputeryzowane, ale to teraz standardowe 

rozwiązanie. Programujesz światło tak, by uzależnić je od pory dnia i natężenia 

światła zewnętrznego. W dni deszczowe zmienia się ilość punktów świetlnych i 

R S

background image

 

54 

kąt padania, tak żeby nie było ani zbyt ciemno, ani zbyt jasno. Właściciel chciał 

mieć w holu cały czas złocistą poświatę, niezależnie od pory roku i dnia, więc 

wymyśliliśmy obracane ściany. 

Emma zmarszczyła czoło. 

- Nie rozumiem. 

Ryan podszedł do recepcji. 

- Penny, zademonstruj nam „Pana Portera efekt zmultiplikowanego 

wnętrza", jak go nazwaliśmy trochę żartem. 

Kobieta podniosła wzrok na Emmę. 

- Pan Porter jest właścicielem. Spodoba się to pani. Najfajniejsza rzecz w 

całym hotelu. - Nacisnęła jakiś przycisk na niewielkiej konsoli. 

Powoli jeden po drugim kwadratowe panele z drewna wiśniowego zaczęły 

się obracać i wkrótce ściany holu były wyłożone sosną. 

Emma szeroko otworzyła oczy. 

- Jak to zrobiliście? 

- Musieliśmy odsunąć boazerię od właściwych ścian, żeby dać panelom 

miejsce na obrót. Sosnowe ściany mają przypominać gościom, jak hotel 

wyglądał kiedyś. Tutaj trochę zaszaleliśmy, ale generalnie ograniczyliśmy się do 

zmian, które mają służyć wygodzie gości i ułatwiać życie, nie rzucając się w 

oczy. Penny, możesz mi dać klucze do jednego lub dwóch pustych pokoi? 

- Ryan, kochaneczku, możesz mieć wszystko, co chcesz. Wszystko... 

- Jesteś aniołem, Penny. Wystarczą klucze. 

- Zawsze mnie zbywa, ale chyba wolno sobie pomarzyć, prawda? - 

zwróciła się Penny z uśmiechem do Emmy. 

Emma mogłaby jej opowiedzieć kilka swoich marzeń sennych z Ryanem 

w roli głównej, ale uśmiechnęła się tylko i podziękowała za pomoc. 

- Pokażę ci, co mniej więcej możemy zrobić w „Texas Lights" - 

powiedział Ryan, ruszając w stronę pokoi usytuowanych w drugim końcu 

hotelu. W dłoni trzymał duże mosiężne klucze, które wyglądały bardzo 

R S

background image

 

55 

staroświecko, ale miały zainstalowane wewnątrz chipy z możliwością 

każdorazowej zmiany kodu, ze względów bezpieczeństwa. Czujniki 

przeciwpożarowe były niewidoczne, ale w razie zagrożenia odzywał się alarm, a 

potem instrukcje słowne kierujące gości do najbliższego wyjścia. W ścianach 

pokoi, łazienek, a nawet w garderobach, ukryte były głośniki odtwarzaczy: 

goście mieli ogromny wybór różnych gatunków muzyki. Stary, szlachetnie 

wyglądający tom, leżący na stoliku w jednym z pokoi, okazał się po otwarciu 

niewielkim laptopem. 

- Bezprzewodowe połączenie z Internetem - powiedział Ryan. - Pan 

Porter chciał zapewnić swoim gościom wszystkie możliwe udogodnienia. 

- To z pewnością wymagało trochę pracy koncepcyjnej - mruknęła Emma 

prawie do siebie. 

- Ja i Chris to lubimy. Oryginał tej książki znajdziesz na półce. Na 

wypadek gdyby któryś z gości poczuł się rozczarowany, widząc monitor i 

klawiaturę zamiast tekstu. 

Emma podeszła do półki, zdjęła książkę w skórzanej oprawie i spojrzała 

ponownie na komputer. 

- Że też chciało ci się robić replikę oryginału. Niezwykłe. - Trudził się nad 

detalami, na które większość ludzi i tak nie zwróci uwagi. 

- Nie musiałem nic robić. Wystarczyło spojrzeć na książkę, by dostrzec jej 

piękno. - Kiedy to mówił i patrzył na nią tymi ciemnoniebieskimi oczami, czuła 

się jak zahipnotyzowana. Podszedł bliżej i dotknął lekko jej ramienia, a ona 

przeżyła coś, co do tej pory wydawało jej się fantazjami, gdy słuchała zwierzeń 

innych kobiet. Przecież... to tylko stara książka na moment nas połączyła, 

próbowała tłumaczyć sobie trzeźwo. 

- Rozumiem teraz, dlaczego wuj Gilbert chciał, żebym tu przyjechała - 

wykrztusiła wreszcie. - Możemy chyba wracać do domu. 

Ryan skłonił głowę. 

- Jak sobie życzysz. 

R S

background image

 

56 

Nie ufała sobie na tyle, by zostawać z nim dłużej w tym pokoju. Gdyby 

znowu jej dotknął, kto wie, co mogłoby się wydarzyć. Znowu popełniłaby jakieś 

głupstwo, jak z Johnem Truentem. Zapomniałaby, że zawarli układ. I że chodzi 

tylko o modernizację „Texas Lights". 

Mniej więcej dwie godziny później podjechali pod dom. 

- Zobaczyłaś jedną z moich realizacji. Jakie wrażenia? Uważasz, że 

możemy pracować razem? - zapytał, gasząc silnik. 

Nie, chciała odpowiedzieć. Zaczynała za bardzo go lubić, a to nie wróżyło 

nic dobrego. 

- Tak - powiedziała, i to też była prawda, bo przekonała się, że Ryan jest 

naprawdę dobry w tym, co robi. 

Znała już nie tylko jego realizacje: także smak ust i dotyk palców. 

Wiedziała, że ludzkie uczucia są dla niego tak samo ważne jak budynki. 

Wszystko to razem tworzyło naprawdę niebezpieczną kombinację. 

A więc tak, będzie z nim pracowała, a poza pracą będzie się starała 

trzymać od niego jak najdalej. 

Co mu przyszło do głowy, żeby kłaść jej dłoń na ramieniu? Zwariował 

kompletnie? 

- Być może - mruknął pod nosem, przebierając się do kolacji. Ale tyle 

radości było w jej twarzy, kiedy przyglądała się książce. Taka prosta rzecz 

potrafiła tak ją poruszyć. Światło sączące się przez okno rozświetlało jej oczy, 

ale kiedy się uśmiechnęła, cały pokój pojaśniał od tego uśmiechu. 

Miał wrażenie, że widzi małą, cichą, poważną dziewczynkę myszkującą 

po „Texas Lights" i w zachwycie odkrywającą magiczne zakamarki hotelu. 

Formalnie właścicielem hotelu był Gilbert, ale tak naprawdę to miejsce 

należało do Emmy. Kochała je jak nikt inny; kochała jego staroświecki urok, 

historię, zapach starego drewna, połysk dębowych parkietów i dwie tkaniny 

wypełnione postaciami z historii i ze sztuk starego Willa. 

Pewnego dnia pokaże całą tę magię swojemu dziecku. 

R S

background image

 

57 

Gdyby on w jakikolwiek sposób skaził tę przyszłość... żaden człowiek 

honoru nie ważyłby się uczynić czegoś podobnego. Napłynęło wspomnienie 

innej kobiety, innego dziecka, a potem przeniknął go nieznośny ból. 

Czy mógł się nazwać człowiekiem honoru? Czy którykolwiek z 

Benedictów był człowiekiem honoru? Honor oznacza trwanie przy zasadach, a 

nie krzywdzenie innych. 

Nie, nie zacznie przecież nagle, ni stąd, ni zowąd kierować się w swoim 

życiu uczuciami. 

- Zbyt wielkie ryzyko - szepnął. - Wykonaj tę robotę dla Emmy i wykonaj 

ją porządnie. Postaraj się, żeby zachowała swój hotel. Jeśli coś spaprzesz i 

goście nie wrócą, to... 

To Emma straci wszystko, co najbardziej ukochała. A on nie będzie mógł 

jej pomóc. Historia się nie powtarza. Emma nie może stracić hotelu. On wykona 

swoje zadanie najlepiej jak potrafi i będzie trzymał się od Emmy z daleka. 

Może przecież przez kilka tygodni zapanować nad pokusą. 

W dzień po powrocie z Waterfall Emma i Ryan pojechali do „Texas 

Lights". Ryan poszedł przeprowadzić własne rozpoznanie, Emma zaś zaczęła 

spisywać wszystkie drobiazgi wymagające naprawy lub wymiany. Utknęła 

właśnie w magazynku z pościelą, postanawiając, że w zasadzie należałoby 

wymienić całość, bo była szkaradna. Robert Medlen był co prawda człowiekiem 

pełnym fantazji, ale nie miał za grosz wyczucia koloru i wzoru. Jego już nie 

było, lecz pościel pozostała. Wierna tradycji Emma po prostu zamawiała zawsze 

taką samą - żeby było autentycznie. Teraz gotowa była kupić zupełnie nową. 

Dlaczego? 

- Nawet nie próbuj odpowiadać sobie na to pytanie. To przez tego 

przeklętego faceta. 

- Hm... Mam nadzieję, że mówisz o facecie, który zaprojektował te 

paskudne kapy na łóżka, a nie o mnie - odezwał się rozbawiony głos za jej 

plecami. 

R S

background image

 

58 

Emma odwróciła się gwałtownie. 

- Wiedz, że te kapy to kopie oryginalnych narzut. 

- Dziw, że ktokolwiek chciał mieszkać w „Texas Lights". Co przedstawia 

ten wzór? Smoki pożerające klopsiki? 

- To bizony - poinformowała Ryana. - I nie jedzą żadnych klopsików 

tylko... Nie wiem co. - Spojrzała na niego i zobaczyła, że szczerzy zęby. - Po co 

ja ci tłumaczę, kiedy ciebie i tak nic nie obchodzą kapy. 

- Ani trochę - przyznał Ryan. - Obchodzi mnie natomiast, dlaczego tkwisz 

tutaj, kiedy dawno minęła już pora lunchu. 

Spojrzała na zegarek. Rzeczywiście było późno. 

- Mam tyle do zrobienia. Muszę zajrzeć do każdego pokoju, sprawdzić, co 

należy wymienić, zabrać się do ustalania nowego menu, które zaproponujemy 

gościom po otwarciu i upewnić się, czy wszyscy pracownicy otrzymali wypłaty 

za przymusowy urlop. Zobaczyć, kto jest na zwolnieniu chorobowym... - 

wyliczała na palcach. 

- I ty jako dyrektorka zajmujesz się tym wszystkim? 

- Oczywiście. 

- Wydawało mi się, że Holly też tu pracowała? 

- Owszem. Holly witała gości. Zabierała panie na zakupy. Generalnie 

dbała, żeby wszyscy byli zadowoleni. 

- Czyli takie sobie miłe zajęcie. Emma wypuściła powietrze z płuc. 

- Tak to może wyglądać. Ale ona naprawdę potrafiła to robić. Ja nie 

nawiązuję szybko kontaktów. 

- Ty dbasz o całość.  

- Tak. 

- I nie potrafisz rozmawiać z gośćmi? 

- Tego bym nie powiedziała, ale Holly jest lepsza.  

Ryan się uśmiechnął. 

R S

background image

 

59 

- To dobrze, bo prawdziwy powód, dla którego po ciebie przyszedłem, 

jest taki, że jakaś kobieta z dzieckiem chciałaby wynająć pokój. Tłumaczyłem 

jej, że hotel jest zamknięty, ale ona koniecznie chce się z tobą widzieć. 

Emma natychmiast odłożyła notatki i ruszyła w kierunku holu. Na jej 

widok kobieta pisnęła głośno i rzuciła się Emmie na szyję. 

- Jak cudownie cię widzieć! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że masz tu 

takiego przystojniaka? 

Marcy Jessup przyjaciółka Emmy z college'u, była jej przeciwieństwem: 

impulsywna, ogromnie żywa, zawsze zainteresowana mężczyznami. Ema 

spojrzała na Ryana, który obserwował małego chłopca towarzyszącego Marcy. 

- To Charlie - powiedziała Marcy. - Charlie, to moja przyjaciółka Emma i 

jej przyjaciel... 

- Ryan Benedict - uzupełniła Emma. - Ryan będzie modernizował nasz 

hotel. 

- To dobrze. „Texas Lights" od dawna potrzebował liftingu. 

Emma wzruszyła ramionami. 

- Ona ci pozwala tak mówić? - Ryan zwrócił się do Marcy. 

- A co ma zrobić? Jestem jej przyjaciółką. Pamiętam wszystkie głupoty, 

jakie popełniała w college'u i wzajemnie. Mamy zbyt wiele wspólnych 

sekretów. 

Ryan bardzo się ożywił, kiedy Marcy wspomniała o sekretach, ale 

niczego więcej nie mógł się dowiedzieć. 

- Charlie? - Emma przykucnęła przy chłopcu, ujęła go za rączkę, a on 

uśmiechnął się do niej. 

Zerknęła na Ryana i miała wrażenie, że widzi w jego oczach ból. 

Najwyraźniej miał ochotę uciec. Charlie patrzył na niego podejrzliwie i nic 

dziwnego, bo takiemu maluchowi jak Charlie ten obcy pan musiał wydawać się 

wielkoludem. 

R S

background image

 

60 

- Charlie ma już trzy lata i za dużo czasu spędza z kobietami. Jest trochę 

nieufny wobec mężczyzn - próbowała tłumaczyć Marcy. 

- Rozumiem. Mam robotę - powiedział Ryan, ciągle z tym samym bólem 

w oczach. 

Marcy skinęła głową. 

- Usiądź sobie, Charlie, na chwilę, dobrze? 

Malec wdrapał się posłusznie na fotel i znieruchomiał z kciukiem w buzi, 

jakby był gotów przesiedzieć tak cały dzień. 

Emmie omal serce nie pękło. Była pewna, że Marcy jest dobrą matką, ale 

zbyt dobrze pamiętała takie momenty ze swojego dzieciństwa, kiedy czuła się 

nikomu niepotrzebna. 

Ryan zrezygnował z ucieczki. Przyglądał się chłopcu. Emma miała 

wrażenie, że zaklął pod nosem. A potem podszedł, przyklęknął obok chłopca i 

wyciągnął rękę. 

- Cześć, Charlie. 

Charlie dotknął jego dłoni łapką, ale się nie odezwał. 

- Jak się masz? - zagadywał Ryan. - Podoba ci się tutaj? Malec skinął 

głową. 

- Wygląda na to, że mama i Emma chcą sobie pogadać. Może być nudno. 

Pójdziemy poszukać lodów? A potem może zagramy w piłkę? Widziałem tu 

gdzieś piłkę. 

Charlie po chwili zastanowienia zsunął się z fotela. Ryan zerknął na 

Marcy, Marcy z kolei spojrzała na Emmę. 

- Ryan jest przyjacielem domu - powiedziała Emma, trochę na wyrost, ale 

nie była wcale pewna, czy „przyjaciel domu" poradzi sobie z małym chłopcem. 

- Dasz sobie radę? - zapytała na wszelki wypadek. Ryan uśmiechnął się 

pod nosem. 

- My, faceci, powinniśmy trzymać się razem, prawda, Charlie? Lody i 

piłka czy siedzenie w fotelu? Wybór jest prosty. 

R S

background image

 

61 

- Lody - oznajmił malec i wsunął łapkę w dłoń Ryana. 

- Wspaniale. Opiekun do dziecka i wzór męskiej urody w jednym - 

stwierdziła Marcy, kiedy panowie odeszli. 

- Zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Emma gotowa była się z nią zgodzić. 

- Jest tu tymczasowo - wyjaśniła, myśląc równocześnie, że sytuacja z 

Ryanem staje się nie do zniesienia. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Kiedy Ryan przyprowadził z powrotem uszczęśliwionego, najedzonego 

lodami Charliego, przyjaciółki zdążyły się porządnie nagadać. 

- Zbieramy się - powiedziała Marcy. - Byliśmy w okolicy, więc 

pomyślałam, że zatrzymam się u ciebie w „Texas Lights". Nie wiedziałam, że 

przeprowadzacie modernizację. Może to i lepiej, że wrócimy na noc do domu. 

Tata Charliego będzie na nas czekał. Jeśli zdecyduje się pan kiedyś pracować 

jako babysitter, chętnie skorzystam z pana usług. 

Ryan wzruszył ramionami. 

- Nieźle się bawiliśmy - stwierdził lakonicznie.  

Mały Charlie objął go za nogę. 

- Pa, pa, Ray. 

Ryan zesztywniał na ten dziecięcy uścisk. 

Emma nie wiedziała, co się z nią dzieje, tyle różnych emocji kłębiło się jej 

głowie. Ryan mówił, że nie planuje dzieci. Są ludzie, którzy mają świetny stosu-

nek do dzieci, potrafią nawiązać z nimi kontakt, ale nie decydują się na własne. 

Ryan musiał do nich należeć. Ciekawe... 

- Będziemy w kontakcie - zwróciła się do Marcy. - Bardzo mi brakuje 

spotkań z tobą. Musimy to nadrobić. Cieszę się, że zajrzałaś. 

R S

background image

 

62 

- Ja też. - Marcy uściskała Emmę i ruszyła do drzwi, prowadząc synka za 

rękę. On coś do niej mówił z ożywieniem, ona odpowiadała z takim samym. 

Kiedy wyszli, w holu zaległa cisza. 

- Dziękuję - powiedziała w końcu Emma. 

- Za to, że zająłem się Charliem? Drobiazg. Bardzo miły dzieciak. 

- Wiesz, o czym mówię. Nie musiałeś tego robić. Świetnie sobie dałeś 

radę. 

- Mówiłem ci, że nie mam nic przeciwko dzieciom. Nie mogę powiedzieć, 

że ich nie lubię. Po prostu... - Pokręcił głową i spojrzał jej prosto w oczy. - Tak 

naprawdę, bardzo lubię dzieci, ale jestem zbyt pochłonięty własnym życiem, 

żeby być ojcem. 

- Rozumiem. 

- Nie rozumiesz. - Cały czas patrzył jej prosto w oczy. - Wszyscy myślą, 

że kontuzja kolana zdarzyła mi się w czasie służby w armii. Rzeczywiście, ale 

wyglądało to zupełnie inaczej, niż mogłabyś sobie wyobrażać. 

Emma przygryzła wargę. 

- Nie musisz mi opowiadać. 

- Wiem, mimo to opowiem. Zawsze marzyłem o armii. Dlatego, że życie 

w domu było nie do wytrzymania i dlatego, że chciałem się wykazać. 

Zaciągnąłem się zaraz po szkole. To było to, co chciałem robić. Wszystko 

układało się dobrze. Stacjonowałem w bazie w Niemczech, powoli 

awansowałem. Poznałem kobietę. Leisel miała synka, Arniego. Nie 

pomyślałem, że mogę go skrzywdzić. Facet pojawia się w życiu dziecka w 

charakterze prawie tatusia, a potem znika. O takich rzeczach trzeba pomyśleć, 

zanim zrobi się pierwszy krok. W każdym razie związałem się z Leisel. Arnie 

był cudownym dzieciakiem. Miał sześć lat i nie rozumiał, że w jakimś 

momencie odejdę. Przywiązał się do mnie. I wtedy dostałem przeniesienie. Nie 

wiem, czego oczekiwała Leisel. Powiedziałem jej od razu na wstępie, że z mojej 

R S

background image

 

63 

strony nie może na nic liczyć. I rzeczywiście, przyszedł moment rozstania. 

Arnie... 

Przerwał wzruszony i Emma położyła mu dłoń na ramieniu. 

- Nie współczuj mi. Nie zasługuję na to. Kiedy się żegnaliśmy, czułem się 

paskudnie. Próbowałem żartować, coś tam zagadywałem, ale wiedziałem, że go 

ranię. W końcu go uściskałem, wyszedłem na ulicę i przeszedłem przez jezdnię, 

kierując się do bazy. Usłyszałem za plecami, że Leisel go woła ile sił w płucach. 

Obejrzałem się. Biegł za mną, płakał, błagał, żebym został. Zobaczyłem, że 

nadjeżdża samochód. 

Emma wciągnęła powietrze. Nie była w stanie wykrztusić słowa, ale Ryan 

mówił dalej. 

- Rzuciłem się do Arniego, przeturlaliśmy się razem po jezdni i wtedy 

uderzyłem o coś kolanem tak mocno, że je roztrzaskałem. Arnie wyszedł z tego 

z kilkoma siniakami. Był śmiertelnie przerażony. Wiesz, co zrobiłem? - Ryan 

potarł brodę, jakby chciał pozbyć się bolesnego wspomnienia.  

Emma pokręciła głową. 

- Powiedziałem mu, że jest mi przykro. To wszystko. Powtórzyłem to 

chyba tuzin razy, ale jakie to ma znaczenie, skoro i tak zniknąłem z jego życia. 

Kiedy zabierali mnie do szpitala, łkał w ramionach matki. Leisel pożegnała 

mnie kilkoma obelgami. 

- Uratowałeś mu życie. 

- Do diabła. Nie wbiegłby prosto pod samochód, gdyby nie chciał mnie 

zatrzymać. A chciał, bo mnie z kolei zachciało się spotykać z jego matką. 

Powinienem był przynajmniej wymóc na niej, żeby nie przedstawiała mnie 

synkowi. Nie pomyślałem, co to może dla niego znaczyć. Zatem nie wychwalaj 

mnie za to, że poświęciłem pół godziny Charliemu i napasłem go lodami. Nie 

przypinaj mi medali. Medale daje się tym, którzy zostają. Nie należał do nich 

ani mój pradziadek, ani dziadek, ani ojciec. Benedictowie trzy rzeczy robią 

dobrze: potrafią wszystko przetrwać, odnosić sukcesy i odchodzić. 

R S

background image

 

64 

Emma pokiwała głową. Nie była pewna dlaczego. Żeby zapewnić Ryana, 

że rozumie? 

- Dziękuję, że mi opowiedziałeś. Przynajmniej wiem, że nie jesteś kimś, 

komu jest wszystko jedno. - Ryan otworzył usta, chcąc chyba powiedzieć, że 

właśnie jest takim facetem, ale w końcu się nie odezwał, pocierał tylko kolano. - 

Jakimi lodami poczęstowałeś Charliego? 

- Słucham? To ja zwierzam ci się z najstraszniejszych sekretów swojego 

życia, a ty mnie pytasz, jakimi lodami poczęstowałem Charliego? - Na twarzy 

Ryana pojawił się cień uśmiechu. - Dziękuję. Jesteś naprawdę zdumiewającą 

kobietą. 

Zdumiewająca to niekoniecznie romantyczne określenie. Emma wysunęła 

brodę. 

- Lody są bardzo ważne. Ja lubię malinowe polane gorącą czekoladą. 

- Zapamiętam. Rzeczywiście byłaś taka szalona w college'u? 

Emma wybuchnęła śmiechem. 

- Marcy była szalona. A ja na tyle głupia, że czasami brałam udział w jej 

szaleństwach. 

- Nie wyobrażam sobie. Co takiego wyczyniałyście? 

- Nic wielkiego. Jakieś dzikie tańce na trawniku przed stołówką o trzeciej 

nad ranem. Tego rodzaju wygłupy. Ale dość gadania. Muszę wracać do pracy. 

Ryan skinął głową. 

- Dziękuję, Emmo. Za to, kim jesteś. Za to, że mnie wysłuchałaś. Zaraz 

pozwolę ci wrócić do twojego magazynku z bielizną pościelową, ale zanim 

odejdziesz, chciałem ci coś pokazać. - Ryan wziął ją za rękę i poprowadził do 

windy. 

Kiedy drzwi się zamknęły, usłyszała kobiecy głos z brytyjskim akcentem: 

 

Bo moja miłość równie jest głęboka 

Jak morze, równie jak ono bez końca: 

R S

background image

 

65 

Im więcej ci jej udzielam, tym więcej 

Czuję jej w sercu. 

 

Odwróciła się. Na małym monitorze wmontowanym w ścianę windy Julia 

wypowiadała te często cytowane słowa. 

- To tylko prototyp. Może rzecz zbyt nowoczesna jak na twój gust, ale 

trzyma się chyba w klimacie, który chciał tu stworzyć pan Medlen. 

- Jakim sposobem to zrobiłeś? - zapytała Emma, śledząc na monitorze 

scenę drugiego aktu „Romea i Julii". 

- Przy pomocy lokalnych talentów. Studenci tutejszego college'u wykonali 

robotę za grosze, dla zabawy i „sławy imienia". Wgrali kilka scen. Można 

dodawać inne. Szekspir z windzie zachodniej, Stephen Austin we wschodniej. 

- Pamiętałeś, które skrzydło komu jest poświęcone... 

- Słuchałem cię, to wszystko. 

- Może - powiedziała Emma z uśmiechem. - Ale zabawne. Rogerowi 

Medlenowi chyba by się spodobało. 

- Nie obchodzi mnie, czyby mu się spodobało czy nie - powiedział Ryan, 

nachylił się i pocałował ją. - Roger 

Medlen się nie liczy. Emma dotknęła warg. 

- Czy to... pocałunek dla uczczenia faktu, że w czymś się w końcu 

zgodziliśmy? 

Ryan pokręcił głową. 

- Pocałowałem cię, bo dzisiaj żyję emocjami, a twoje usta od wielu dni 

doprowadzają mnie do szaleństwa. Chciałem się przekonać, czy smakujesz tak 

dobrze, jak zapamiętałem. 

- I jak? - Skąd na Boga wzięło się jej to pytanie? Zakłopotana własną 

odwagą przesunęła dłonią po wargach, spoglądając na Ryana. 

- Smakujesz jeszcze lepiej. Pójdę już, bo w przeciwnym razie będę musiał 

pocałować cię jeszcze raz. 

R S

background image

 

66 

Otworzył drzwi kabiny, zostawił Emmę samą i zniknął w zakamarkach 

hotelu. 

Emma odprowadziła go wzrokiem, po czym z jękiem osunęła się po 

ścianie na podłogę windy. 

Ten facet był zbyt skomplikowany. Wszystko wskazywało na to, że 

doprowadzi ją do obłędu. 

Jeśli mu na to pozwoli. 

Niech to wszyscy diabli! Następnego dnia podczas kolacji Franklin 

uważnie przysłuchiwał się, jak Emma, Chris i Ryan rozmawiają o hotelu. Prace 

najwyraźniej posuwały się do przodu, zgodnie z kontraktem. Gilbert promieniał. 

Co oznaczało, że Ryan znowu jest górą. 

Czy uczynił coś dla swojego brata przyrodniego? 

Nie. Miał za to czelność zapytać poprzedniego dnia, czy Franklin 

przeczytał materiały, które dostał, i czy jest gotów wykonywać proste prace dla 

C&R Technologies. Akurat! 

- Jeszcze się zapoznaję - mruknął i Ryan nie drążył dalej tematu. 

- Jak stoją sprawy w hotelu, Emmo? - zagadnął Gilbert. 

- Jestem pod wrażeniem tego, co Ryan zdziałał do tej pory... - zaczęła 

Emma i wdała się w szczegóły. Nie patrzyła na Ryana, ale kiedy o nim mówiła, 

lekko jej drżała dłoń. To mogło oznaczać tylko jedno. 

A Ryan? 

Franklin udawał, że jest całkowicie pochłonięty jedzeniem, ale 

obserwował spod oka brata, który właściwie nie spuszczał oczu z Emmy. 

Czy dlatego, że jej negatywna opinia mogłaby, na przykład, oznaczać 

zerwanie kontraktu? A może chodziło o coś innego? 

Poprzedniego dnia Franklin pojechał za bratem do hotelu. Usłyszał 

przedziwną opowieść o jakimś dzieciaku. Może usłyszałby coś jeszcze, ale 

Emma zaczęła się rozglądać, jakby wyczuła czyjąś obecność, wolał więc 

R S

background image

 

67 

czmychnąć. I teraz nie wiedział, czy po jego zniknięciu między tymi dwojgiem 

nie wydarzyło się coś interesującego. 

Emma i Ryan? Niemożliwe! Ale różne niemożliwe rzeczy zdarzają się na 

świecie. Jeśli Ryan skrzywdziłby Emmę, to Gilbert by mu tego nie wybaczył. 

Franklin uśmiechnął się pod nosem. Należało się tym zająć. 

- Chciałem was prosić o przysługę - zwrócił się dwa dni później Gilbert 

do Emmy i Ryana, zawoławszy ich do swojego gabinetu. 

W Emmie natychmiast obudziła się czujność. Od tamtego pocałunku w 

windzie starała się unikać Ryana. Nie powinien był chyba jej dotykać, ale w 

Emmie było coś takiego... 

Zerknął na nią, lecz miała odwrócony wzrok. 

- Kamery monitorujące - oznajmił Gilbert. - Nigdy ich nie mieliśmy w 

„Texas Lights", a dzisiaj to już standard. Ustalcie oboje, w których miejscach 

należy je umieścić. 

Trudno będzie coś ustalić, skoro Emma nie chce z nim w ogóle 

rozmawiać. 

- W porządku - zgodził się Ryan. 

- Zrobimy to - zawtórowała mu Emma. Ryan nie próbował nawet ukryć 

uśmiechu. 

- O co chodzi? - zapytała chmurnie, kiedy wyszli od Gilberta. 

- Masz taką minę, jakbyś przygotowywała plan bitwy. Wątpię, żebyśmy 

mieli przed sobą zadanie batalistyczne. 

- Wiem. - Emma robiła wszystko, żeby się odprężyć. Tak bardzo się 

starała, że Ryan ujął ją za rękę. 

Spojrzała na ich splecione palce. 

- Proponuję rozejm. 

- Nie wiedziałam, że jesteśmy w stanie wojny. 

- Unikasz mnie od chwili, kiedy cię pocałowałem. Przepraszam, jeśli w 

jakikolwiek sposób ci uchybiłem. 

R S

background image

 

68 

- Nie uchybiłeś. Ja po prostu... nie jestem dobra w całowaniu i takich tam. 

Ryan zatrzymał się i spojrzał na nią z niedowierzaniem. Pamiętał smak jej 

ust, zapach fiołków, który doprowadzał go do szaleństwa. 

- I tu się bardzo mylisz, droga pani - powiedział i oboje podeszli do 

swoich samochodów. 

Emma spojrzała jeszcze na niego tak, jakby chciała go dotknąć. Jakby 

pragnęła tego równie mocno jak on. 

Być może się mylił, ale zapalając silnik, cicho pogwizdywał. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Spędzili cały dzień w „Texas Lights", wyznaczając newralgiczne miejsca 

i szukając w nich dogodnych punktów do zainstalowania kamer. Zadanie 

okazało się bardziej czasochłonne, niż Emma sądziła, a korytarze znacznie 

węższe, niż powinny. 

- Przepraszam - bąknęła, obijając się o Ryana po raz sto dwudziesty 

siódmy. 

- Przestań mnie przepraszać, Emmo. - Ryan dotknął jej ramienia. - 

Pracujemy, to normalne, że się co chwila o siebie obijamy. 

- Wiem. 

- Ale tobie się to nie podoba. 

Błąd. Podobało się jej, lecz nie zamierzała prostować stwierdzenia Ryana. 

Nawet gdyby chciała, jej uwagę zajął jakiś hałas dochodzący z drugiej strony 

hotelu. 

Natychmiast ruszyła w tamtą stronę. Ryan dotknął jej ramienia. 

- Nie wiesz przecież, co to może być. 

- To mój hotel. Powinien być pusty. 

Ryan ruszył za nią.  

R S

background image

 

69 

Emma weszła do holu i znieruchomiała. Na środku stała zapłakana 

Jocelyn, jedna z hotelowych pokojówek. 

- Co ty tutaj robisz, Jocelyn? 

Dziewczyna spojrzała na Emmę pełnymi łez oczami. 

- Słyszałam, że można tu panią czasami zastać, panno Carstairs. Miałam 

nadzieję, że dzisiaj pani będzie. Ja... przepraszam, że pytam, ale czy mogłabym 

dostać jakieś zajęcie na ten czas, kiedy hotel jest zamknięty? Moja córeczka jest 

chora, a mój chłopak ukradł mi wszystkie pieniądze, jakie miałam, i teraz nie 

stać mnie na lekarstwa. Wiem, że w tej chwili nie jestem pani potrzebna, ale 

pomyślałam, że może znajdzie się jakaś robota. Cokolwiek. Choćby najcięższa. 

Maisie ma astmę, muszę kupić jej lekarstwa. 

Emma objęła zapłakaną dziewczynę. 

- Wszyscy macie płacone za przymusowy urlop. Powinnaś o tym 

wiedzieć. Przecież informowałam was przed zamknięciem hotelu, że tak będzie. 

Taka jest zasada. - Emma współczuła Jocelyn, ale była zła, że dorosła i rozsądna 

zdawałoby się kobieta robi z siebie dziewczynkę z zapałkami. - Za dwa dni 

dostaniesz czek z kolejną wypłatą. A lekarstwo dla Maisie opłacasz z 

ubezpieczenia. Przecież do tej pory musiałaś tak robić. Obudź się, kobieto. Ta 

kradzież wprawiła cię w szok. Dam ci zaraz jakieś pieniądze na przeżycie tych 

dwóch dni, sumę potrącę z kolejnej wypłaty. Chodźmy do mojego biura. - Cała 

trójka przeszła do gabinetu. - A teraz zmiataj do domu - powiedziała Emma, 

zaopatrzywszy pokojówkę. 

- Ja wiem... ale - Jocelyn przygryzła wargę. 

- Jak wrócisz do pracy po otwarciu hotelu, będziesz mogła wziąć 

dodatkowe dni, jeśli potrzebujesz pieniędzy. A teraz zajmij się Maisie - dodała 

Emma, kiedy dziewczyna odwróciła się, żeby odejść. 

- Nie wpuszczę już Aarona do domu. To łajdak. Wszyscy mężczyźni to 

łajdaki. Z wyjątkiem pana Messmera - oznajmiła z przekonaniem Jocelyn, 

posłała Ryanowi pełne wrogości spojrzenie i wyszła. 

R S

background image

 

70 

Emma się przygarbiła, ale przypomniała sobie, że nie jest sama i 

wyprostowała plecy. Ryan stanął przed nią i ujął pod brodę. 

- Dobrze się czujesz? - zapytał cicho. Emma pokiwała głową. 

- Tak, ale zmartwiła mnie ta dziewczyna. Kompletna sierota. Już kilka 

razy wyrzucała tego swojego chłopaka. 

- Mogę z nim pogadać - zaofiarował się Ryan. 

- Doceniam twoje dobre chęci, ale to się zemści na Jocelyn. 

- Masz dobre podejście do ludzi. Dziewczyna się uspokoiła, jak tylko 

zaczęłaś do niej mówić. Czuła, że chcesz jej pomóc. 

Emma przypomniała sobie, co Ryan opowiadał o swojej rodzinie i 

panujących tam stosunkach. Zastanawiała się, jak musiało wyglądać jego 

dzieciństwo. Wuj Gilbert nie należał do wylewnych, ale wiedziała, że jest dla 

niego kimś ważnym. Czy Ryan był ważny dla kogokolwiek? Z tego, co mówił, 

on i nieodpowiedzialny 

Franklin raczej nie mieli kochającego domu. Nic dziwnego, że nie marzył 

o dzieciach. 

Stał teraz naprzeciwko i wpatrywał się w nią tym swoim przenikliwym, 

gorącym spojrzeniem. Mogłaby go w tej chwili pocałować. Ale wtedy byłaby 

jak dziesiątki innych kobiet, które szaleją za Ryanem Benedictem, a potem 

znikają. 

Cofnęła się o krok, spojrzała na zegarek i zrobiła wielkie oczy. 

- Nie przypuszczałam, że jest aż tak późno. Muszę iść - powiedziała, 

odwracając się raptownie.  

Wiedziała, że zabrzmiało to jak kłamstwo. 

- Dokąd? 

- Za godzinę zaczynają się wykłady. 

Kiedy wyszli przed hotel, okoliczne sklepy właśnie zamykano. 

- Emmo, powinnaś coś zjeść. Pracowałaś tyle godzin bez przerwy... 

Siedzieć przy jednym stoliku z Ryanem? Raczej nie. 

R S

background image

 

71 

- Nie jestem głodna i nie czuję się zmęczona. Ryan uniósł jedną brew. 

- Zawsze jest pani taka uparta, panno Carstairs? Emma wbrew własnej 

woli parsknęła śmiechem. 

- Dobrze, poddaję się. 

Usiedli w ogródku jakiejś pobliskiej restauracji i Emma pozwoliła zadbać 

o siebie. 

- Dziękuję ci - powiedziała, kiedy skończyli jeść, i podała Ryanowi dłoń. 

- Pozbędziesz się mnie, jak tylko odprowadzę cię do samochodu. 

- Nie trzeba. Jestem przyzwyczajona poruszać się samodzielnie po 

ulicach, również wieczorem. 

- Ale ja nie jestem przyzwyczajony zostawiać cię samą na środku 

chodnika. Pozwól mi. 

Pozwoliła. 

- Dziękuję - powiedział Ryan, kiedy stanęli przy jej samochodzie. 

- Za co? Że w końcu się zgodziłam i pozwoliłam odprowadzić? 

- Tak. I za to, że masz tyle pasji dla swojej pracy. I że troszczysz się o 

swoich pracowników. 

- Niektórzy mówią, że jestem po prostu uparta. Ryan dotknął palcami jej 

warg. 

- Upór może być bardzo seksy. - Tu otoczył ją ramionami i pocałował. 

Był to zupełnie inny pocałunek niż wcześniejsze: długi, gorący, namiętny. 

Emma na chwilę zapomniała, że nie chce mieć nic wspólnego z 

mężczyznami i że Ryana nie interesowała wspólna przyszłość. Poddała się 

nastrojowi. Zatopiła palce we włosach Ryana i odwzajemniła pocałunek. 

Oderwała się od Ryana, dopiero kiedy zatrąbił klakson jakiegoś 

przejeżdżającego samochodu. Chciała coś powiedzieć, wytłumaczyć jakoś 

swoje zachowanie, ale co właściwie miała powiedzieć? Że kompletnie straciła 

panowanie nad sobą? Na przyszłość postara się trzymać porywy namiętności na 

wodzy. 

R S

background image

 

72 

- Emmo - odezwał się Ryan, kiedy wsiadała do samochodu. 

- Muszę już jechać. Proszę. 

Ryan się cofnął, pozwalając jej odjechać. 

Z wykładu nic nie zapamiętała. Wszystkie postacie historyczne, o których 

była mowa, miały rysy Ryana Benedicta. 

Ryan obudził się następnego ranka z obrazem Emmy w głowie i 

przemożnym pragnieniem wzięcia jej znowu w ramiona. 

Kiedy ją pocałował, całkowicie poddała się rozkoszy. Dzisiaj gdzieś się 

schowała. Szukał jej, co było głupotą, bo Emma miała rację. Skończy 

modernizację i wyjedzie. Nie chce mieć dzieci. Nie powinien o niej myśleć. 

Mogło się to równać zawodowemu samobójstwu. Praca była dla niego 

wszystkim. Psując sobie dobre stosunki z Gilbertem, narażał C&R Technologies 

na niebezpieczeństwo. Być może ryzykował nawet przyjaźń z Chrisem. 

Powinienem zapomnieć o Emmie, powtarzał sobie i nie przestawał o niej 

myśleć. Kiedy w salonie natknął się na Franklina, a liczył, że zobaczy Emmę, 

ogarnęło go rozczarowanie. 

- Szukasz kogoś? - zapytał Franklin z uśmiechem. 

- Owszem. Nie widziałeś Emmy? 

- Widziałem ją chyba w ogrodzie, jak rozmawiała z Chrisem. - Franklin 

nie przestawał się uśmiechać. - Wyglądało na to, że mają sobie wiele do 

powiedzenia. 

- Nic dziwnego. Chris żeni się z kuzynką Emmy. Holly to prawie jej 

siostra. 

- Oczywiście, oczywiście. 

Co on insynuuje? Ryan nie zamierzał wdawać się w tego typu 

konwersację. 

- Jeśli ją zobaczysz, powiedz jej, że pracuję w gabinecie nad planami i 

chciałbym ją zobaczyć. 

- Nie jestem twoim służącym, Ryan. 

R S

background image

 

73 

- Nie, nie jesteś. Sam znajdę Emmę. 

Wydawało mu się, że Franklin zaklął pod nosem, ale to nie miałoby 

żadnego sensu. 

- Spójrz na niego, dobrze? - poprosił Franklin. Emma, która czytała 

właśnie o pierwszych osadniczkach w Teksasie, podniosła głowę znad książki. 

- Przepraszam. Mówiłeś do mnie? 

- Mówiłem o Ryanie. Martwię się o niego. Emma zmarszczyła czoło. 

- Nie rozumiem, o co ci chodzi. 

- To oczywiste, że nie rozumiesz. Nie znasz go tak jak ja. Kocha swoją 

firmę, ale jest lekkomyślny i nie rozumie, że jego wizerunek może zniszczyć 

C&R. Powinien się ożenić, ale jaka kobieta zechce się z nim związać? 

Rozmowa zaczynała schodzić na tematy osobiste, które jej nie dotyczyły. 

Emma wstała, chcąc ją skończyć i wtedy przypomniała sobie, jak Ryan zajął się 

Charliem i jak wspaniale czuła się w jego ramionach. 

- Jestem pewna, że jest wiele kobiet, które chętnie wyszłyby za Ryana. - 

Słowa same wypłynęły z jej ust. Nie miała zamiaru nic takiego powiedzieć. 

- Ciekawe. Czyżbyś mówiła o sobie, Emmo? - Franklin uśmiechnął się 

pobłażliwie. 

- Jesteś taki zabawny, Franklinie - rzuciła na to z udaną nonszalancją. - 

Chciałam tylko powiedzieć, że Ryan jest przystojny, inteligentny, a to 

wystarczające zalety jak na potencjalnego męża. - A że nie chce się żenić, to już 

inna sprawa. Nie będzie przecież o tym rozmawiała z Franklinem. Zresztą wcale 

jej nie obchodzi, co on myśli o Ryanie. 

Franklin pokręcił głową. 

- Chciałbym, żeby tak było. Ale on żadnej nie przepuści. 

Emma już zamierzała zaprzeczyć, lecz po chwili zastanowienia uznała, że 

nie ma podstaw. Natomiast plotkować o Ryanie nie chciała. 

- Wybacz, Franklinie, ale nie będę rozmawiała z tobą o prywatnym życiu 

Ryana. Jeśli martwią cię jego sprawy zawodowe, to zapewniam, że wuj Gilbert 

R S

background image

 

74 

dokładnie sprawdza każdą firmę, zanim zawrze jakikolwiek kontrakt. Uznał, że 

oferta Ryana i Chrisa to najlepsza propozycja. Czy Ryan jest dobrym 

materiałem na męża, czy złym, to już nie nasza sprawa. Dla nas liczy się tylko 

to, że jest doskonałym profesjonalistą. - Wyszła z pokoju, czując na plecach 

wściekłe spojrzenie Franklina. Ale zapewne był to tylko wytwór jej imaginacji. 

Emma i Ryan cały dzień przepracowali nad planami modernizacji. Kiedy 

skończyli, Ryan nie mógł przestać o niej myśleć. Co oznaczało, że nie był w 

stanie myśleć o hotelu. 

- Zajmij się czymś - mruknął do siebie, próbując skupić się na projekcie, 

który sobie wymarzył, choć nie miał jeszcze na niego zamówienia. 

Tak zastała go Emma. 

- Przepraszam - zaczęła - ale Holly zostawiła chyba gdzieś tutaj listę gości 

weselnych. Prosiła, żebym ją odnalazła. 

Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, pogroziła mu palcem. 

- I nie rób mi proszę wykładów, że znowu pomagam Holly. Gdybym to ja 

wychodziła za mąż, ona pomagałaby mnie. 

Oboje wiedzieli, że taka sytuacja nigdy się nie zdarzy, jako że Emma nie 

zamierzała przecież wychodzić za mąż. 

- Przykro mi. Nie widziałem tu żadnej listy gości. - Ryan zaczął 

przekładać rysunki, nad którymi pracował. 

- Nie, nie, nie rób sobie bałaganu. To „Texas Lights"? - zainteresowała 

się. 

- Nie. To... taki mój projekt. - Ryan czuł się trochę zakłopotany, że Emma 

widzi jego surowe szkice. - Też hotel. Wszystko będzie sterowane głosem albo 

dotykiem. W pełni adaptowalne. Żeby każdy mógł się czuć dobrze. Przede 

wszystkim niepełnosprawni. 

- To... niezwykłe - powiedziała Emma, patrząc na rysunki. - I piękne. 

Myślisz o ludziach, chcesz im pomagać swoimi realizacjami. Możesz być z 

siebie dumny. 

R S

background image

 

75 

Hipnotyzowała go. Patrzyła z zachwytem na jego pracę, a jemu robiło się 

z tego powodu głupio. Nie zasługiwał na taki podziw. 

Ujął jej dłoń. 

- To ty jesteś niezwykła. 

- Dlaczego tak mówisz? 

- Ponieważ - odwrócił jej dłoń wnętrzem do góry 

- początkowo nie chciałaś pracować ze mną nad modernizacją „Texas 

Lights". Bałaś się, że zniszczę to, co najbardziej ukochałaś. Uwielbiasz historię. 

Mogłaś zignorować to, co właśnie ci pokazałem, wyjść z pokoju - wskazał na 

najnowsze rysunki - a jednak zrozumiałaś ideę. - Podniósł jej dłoń do ust. 

- Nie uczyniłeś krzywdy mojemu hotelowi, jesteś genialny w tym, co 

robisz. Może nie ma to nic wspólnego z historią, ale potrafię docenić twój 

najnowszy projekt. 

Ryan ucałował jej nadgarstek. Miał wrażenie, że jakiś cień przesunął się 

w sąsiednim pokoju. Kiedy uniósł głowę, nie dojrzał nikogo. 

Emma też chyba coś zauważyła, bo wyrwała dłoń. 

- Znowu spóźnię się na wykłady. Muszę już iść. 

- To kurs historii Teksasu, prawda? 

- Tak. Dzisiaj mamy kolejny wykład o pierwszych osadniczkach. 

- Zabierz mnie ze sobą. Myślę, że taki wykład przyda mi się do czegoś, co 

akurat zamyślam w „Texas Lights". 

Emma wahała się przez chwilę. 

- Dobrze - powiedziała w końcu. - Jedź ze mną. Louis, nasz wykładowca, 

ucieszy się, widząc nową twarz. Ty może będziesz żałował, ale on się ożywi. 

Emma miała rację. Zapuszczał się coraz dalej na ścieżkę, na którą w ogóle 

nie powinien wchodzić. Mógł później tego żałować. 

 

 

 

R S

background image

 

76 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Po wykładzie zostali jeszcze przez moment sami w sali. Ryan był pod 

wrażeniem, bo w drugiej części zajęć Emma, poproszona przez Louisa, z pasją 

opowiadała o Susan Newcomb, młodej kobiecie z Throckmorton County, która 

w połowie dziewiętnastego wieku prowadziła dziennik, opisując swój świat. 

Kiedy Emma skończyła, siedziała przez chwilę z rozświetlonymi oczami i 

pałającymi policzkami. 

- To była prawdziwa magia - powiedział Ryan. 

- Raczej historia - odparła Emma, bawiąc się książką, którą zamierzała 

schować do torby. 

- Nie, to coś więcej - sprzeciwił się Ryan. - To była żywa historia. Czy 

gościom w hotelu też w ten sposób opowiadasz o Teksasie? 

Emma wzruszyła ramionami. Wyszli z budynku i ruszyli w kierunku 

parkingu. 

- Czasami. Jeśli proszą. Ryan się zaśmiał. 

- Gilbert powinien cię reklamować. 

- Gilbert o niczym nie wie. Wuja interesuje to, że posiada hotele i że one 

przynoszą mu zysk. Szczegóły go nie zajmują. 

- Naprawdę? - Jak Gilbert mógł nie wiedzieć tak ważnej rzeczy o swojej 

siostrzenicy. Kochał ją, to pewne, a jednak... 

Emma prawdopodobnie nie zdradzała się przed nim, uważając, że uzna 

takie historyczne opowieści prowadzone w hotelu za niepoważne. 

Po raz drugi tego dnia Ryan czuł się zaszczycony, że mógł poznać tę 

kobietę. Nieustannie go zadziwiała, chociaż miał grubą skorupę i trudno go było 

czymkolwiek zaskoczyć. Nie umiał zrozumieć, jak mógł oceniać ją w tak 

prostacki sposób, jako osobę cichą i poważną. Okazał się strasznym głupcem. 

R S

background image

 

77 

- Gilberta na pewno by to zainteresowało, gdyby wiedział. Nie 

zobowiązujesz mnie chyba do zachowania tajemnicy? - zapytał, otwierając 

drzwiczki samochodu. 

- Nie. Nie mam prawa dyktować ci, co powinieneś robić, ale to trochę 

żenujące wyznawać, że w moim wieku odgrywam przed ludźmi fragmenty 

historii Teksasu. 

- Ty ożywiasz dla nich historię w najwspanialszy sposób. 

Otworzyła usta, żeby zaprzeczyć, więc cóż innego mógł zrobić? Zamknął 

jej usta pocałunkiem. 

Emma jęknęła cicho, zatrzepotała nieporadnie dłońmi. Ta niewinna 

reakcja doprowadziła go do szaleństwa. Położył rękę na jej plecach i przygarnął 

ją do siebie. 

- Nie kłam, Ryan - szepnęła bez tchu. 

- Nie kłamię. Mógłbym słuchać cię cały dzień. I całować całą noc. - 

Pocałował ją znowu. 

Emma podniosła ręce i zatopiła palce, w jego włosach. Oddała pocałunek. 

Ryanem wstrząsnął dreszcz. Pragnął jej, chciał pieścić każdy centymetr 

jej ciała. Odchyliwszy głowę, całował jej brodę, szyję. Emma drżała pod jego 

pocałunkami. Położył dłoń na jej piersi. Czuł, jak pod jego palcami twardnieje 

sutek 

- Ryan - wyszeptała. 

Wiedział, że powinien przestać. Jeszcze chwila i nie będzie miał siły, by 

się od niej oderwać. 

- Ryan - powtórzyła mocniejszym głosem i próbowała go odepchnąć. 

Puścił ją natychmiast, spojrzał w jej zamglone jeszcze oczy. Emma 

wskazała postać idącą przez parking i Ryan rozpoznał jej wykładowcę, Louisa. 

Pojawiło się też kilka innych osób. Parking był dobrze oświetlony, a oni wy-

stawieni na widok publiczny, gdyby ktoś akurat zechciał spojrzeć w stronę ich 

samochodu. 

R S

background image

 

78 

Ryan usiadł prosto, starając się zapanować nad sobą. 

- Do diabła, przepraszam. 

- To ja przepraszam. Chciałam, żebyś mnie pocałował. Ryan uderzył 

dłonią w kierownicę. Oto cała Emma. 

Odpowiedzialna Emma. 

- A więc to twoja wina, tak? Sprowokowałaś mnie? I uszło twojej 

uwadze, że nie pierwszy raz cię całowałem? Coś takiego... 

- Tak, ale tym razem... 

Tym razem było inaczej: niewiarygodnie, podniecająco, szaleńczo. 

Więcej nie powinno się to zdarzyć. Nie wolno mu tego robić. Wykorzystywał 

chwilową słabość Emmy. Nie była przecież panienką, z którą mógł uprawiać 

seks na tylnym siedzeniu samochodu. To dobre dla nastolatków. Poza tym 

Emma nie chciała w swoim życiu mężczyzny. 

- Tym razem posunąłem się za daleko - przyznał. - Postaram się, żeby się 

to nie powtórzyło. Nie powinno się powtórzyć. 

Przyglądała mu się przez chwilę. Miał wrażenie, że widzi ból w jej 

oczach. 

- Wiesz, że cię pragnę - powiedział. Do diabła. Nie tylko jej pragnął. 

Szalał za nią. Łaknął jej. Chciał wejść w jej ciało, przeniknąć myśli, poznać ją, 

jak tylko jeden człowiek jest w stanie poznać drugiego człowieka. - Ale ty i ja... 

- Masz rację. Narobimy sobie tylko niezłego bałaganu, jeśli znowu 

zbliżymy się do siebie - stwierdziła Emma cichym głosem. 

On z pewnością namiesza. Ostatnio jakby zupełnie przestał myśleć. 

- Jedźmy już - ponagliła. 

Powinien się pilnować, skończyć modernizację „Texas Lights" i trzymać 

się z dala od Emmy. 

- Tak. Jedźmy. Masz na pewno mnóstwo roboty w domu. 

R S

background image

 

79 

On też. Przede wszystkim czekało go ważne zadanie. Jeszcze dzisiaj musi 

ułożyć sobie plan, który pozwoli mu zachować wstrzemięźliwość. Przy 

odrobinie kreatywnego wysiłku powinno mu się udać. 

Emma starała się robić wszystko, by nie myśleć o tym, co zaszło na 

parkingu. Bez większego sukcesu. 

Ryan całował ją już wcześniej, znała swoje reakcje na niego, ale tym 

razem gwałtowność i intensywność doznania poraziły ją. Pierwszy raz w życiu 

nie wiedziała, co się z nią dzieje. 

Miała ochotę robić rzeczy, których nie robiła nigdy dotąd: rwać na nim 

ubranie, gryźć, błagać, pieścić jego nagą pierś. W tamtej chwili poszłaby za 

Ryanem wszędzie, dokądkolwiek by ją zawiódł. 

Nadal tak czuła. Jaki inny mężczyzna słuchałby z taką uwagą opowieści o 

jednej z pierwszych teksańskich osadniczek: o jej samotności, codziennej walce 

z przyrodą, o życiu na pustkowiu. Jaki inny mężczyzna spędzałby wolny czas, 

projektując w pełni adaptowalny hotel, w którym każdy czułby się dobrze, gdzie 

nie istniałyby żadne fizyczne bariery? Krótko mówiąc, nie spotkała dotąd 

nikogo takiego jak on. 

A przecież nie mogła wiązać z nim żadnych planów na przyszłość. 

- Daj sobie spokój - mruknęła pod nosem. 

- Mówisz do siebie, droga Emmo? - usłyszała głos Franklina. 

Nie wiedzieć czemu miała ochotę okryć się szczelnie jakąś chustą czy 

szalem, chociaż nie była wcale ubrana prowokacyjnie. 

Co za bzdurny odruch. Franklin był przecież bratem przyrodnim Ryana. 

Mieszkał w rezydencji Messmerów z błogosławieństwem wuja. Może należał do 

tych ludzi, którzy dają się poznać dopiero z czasem. Ona sama taka była. 

Wzruszyła ramionami. 

- Czasami lepiej pogadać z samą sobą, niż narażać ludzi na 

wysłuchiwanie naszych monologów. 

- Coś cię dręczy? 

R S

background image

 

80 

Pokręciła głową, ale nie wyszło to zbyt przekonująco.  

- Nic. 

- Widziałem, jak wracaliście. Ryan miał dość ponurą minę. 

- Ryan ma mnóstwo spraw na głowie. Prace nad modernizacją hotelu to 

spora odpowiedzialność. 

- Miałem na myśli, że może zaprząta go ktoś, a nie coś. No wiesz... 

Nie powinna pytać, co Franklin ma na myśli. W końcu sprawy Ryana, w 

dodatku przekazywane przez Franklina, nic jej nie powinny obchodzić. 

- Wiesz, Ryan dostaje mnóstwo listów od kobiet. To może być bardzo 

uciążliwe - sączył kolejne informacje Franklin. 

- Listów? Franklin uniósł dłoń. 

- On nie lubi o tym mówić. To dość kłopotliwe. Rzucił jakąś uwagę, kiedy 

był w wyjątkowo paskudnym humorze. Spotykał się z wieloma pięknymi 

kobietami w swoim życiu. 

Nie wiedziała, co powiedzieć. Owszem, sama przypuszczała, że Ryan 

musiał mieć wiele pięknych kochanek, ale... 

- To nie moja sprawa - starała się uciąć rozmowę. 

- Wybacz. Nie chciałem sugerować, że kieruje tobą niezdrowa ciekawość, 

ale skoro współpracujesz z nim tak blisko... 

 - To relacje zawodowe, Franklin. 

- Wiem. Nie jesteś taka jak inne. One były z Ryanem w bliskich 

stosunkach. Nie zdawały sobie sprawy, że kiedy realizacja projektu dobiega 

końca, kończy się też wszystko inne. Mówię o tym na wypadek, gdyby któraś 

się tu pojawiła albo gdybyś natrafiła na jakiś dziwny list... 

- Dziwny list? Pokręcił głową. 

- Kobiety wysyłają czasami dziwne listy. 

- Mówisz o kobietach, dla których Ryan realizował zamówienia? 

Wydawało się jej, że dojrzała błysk w oczach Franklina, ale był to chyba 

tylko refleks światła, bo na jego twarzy malowała się najprawdziwsza troska. 

R S

background image

 

81 

- Tak. Widzisz? - Podszedł do stołu, przy którym wcześniej pracował 

Ryan, i na którym leżała sterta magazynów. Nie zauważyła ich wcześniej, ale 

była pochłonięta omawianiem projektu, więc mogła je przeoczyć. 

Franklin wziął do ręki jeden z nich, właściwie było to fachowe 

czasopismo, nie magazyn. 

- Zobacz - powiedział. - Maya Drake, właścicielka potężnej sieci hoteli. 

Ryan pracował dla niej w zeszłym roku. A tu jeszcze jedna. - Otworzył następne 

czasopismo, specjalnie nawet nie szukając strony, jakby miał wszystko starannie 

przygotowane. - Aimee Gardener, właścicielka kilkunastu malowniczych 

pensjonatów. Półtora roku temu Ryan wykonywał dla niej zlecenie. No i jest 

jeszcze Marie: kierowała projektem korporacyjnym, który Ryan niedawno 

ukończył. 

Franklin zostawił pisma otwarte. Emma wpatrywała się w zdjęcia 

pięknych kobiet: wszystkie one były zleceniodawczyniami Ryana. I pewnie 

wszystkie się nim interesowały. 

Zbita z tropu spojrzała na Franklina. 

- Chcesz powiedzieć, że te kobiety tropią cały czas Ryana? 

Franklin zrobił przerażoną minę. 

- Mam nadzieję, że nie powiedziałem nic takiego. Nie wiem, czy łączy je 

coś z Ryanem i jakie jest ich miejsce w jego życiu. Wiem tylko, że kobiety, z 

którymi pracował, chciały potem kontynuować znajomość na płaszczyźnie 

prywatnej. Że to się zdarzało. Czasem. Kiedy zobaczyłem dzisiaj, jaką ma 

ponurą minę, pomyślałem, że znowu mu się przytrafiło coś podobnego. 

Franklin sugerował, nie, mówił wprost, że Emma przekroczyła granicę. 

Że pomyliła relacje zawodowe z prywatnymi. Miał czelność stać na wprost niej 

i opowiadać takie rzeczy. 

Poczuła, że robi się jej niedobrze. 

- Nie powinnam była w ogóle zaczynać tej rozmowy - oznajmiła sucho. - 

Prywatne życie pana Benedicta to nie moja sprawa. 

R S

background image

 

82 

Franklin położył dłoń na sercu, a na jego twarzy ponownie odmalowała 

się troska. 

- Najmocniej przepraszam, Emmo. Nie chciałem wciągać cię w problemy 

rodzinne. Przestraszyłem się, że Ryan znowu ma kłopoty z kobietami, i że może 

to źle wpłynąć na jego pracę. Chciałem cię tylko ostrzec, żebyś uważała. Nie 

możemy dopuścić żadnej kobiety do Ryana... 

Tak naprawdę to zadanie dla wuja Gilberta. On jest gospodarzem domu i 

zleceniodawcą Ryana, pomyślała Emma, obserwując wyraz twarzy Franklina. O 

co mu chodzi? Nie podobał jej się ten chłopak. Nie podobało jej się, że tak 

nachalnie usiłuje z nią rozmawiać o prywatnym życiu Ryana. Mogła się przecież 

domyślić, że kobiety uganiają się za nim, nie potrzebowała więcej szczegółów. 

- Doceniam twoją troskę, ale jestem pewna, że Ryan sam potrafi dbać o 

swoje sprawy - powiedziała oficjalnym tonem. - A teraz pozwolisz, że cię 

zostawię. 

Była oburzona nielojalnością Franklina wobec brata i nie chciała myśleć o 

tym, co jej opowiedział. 

A jednak twarz Mayi Drake utkwiła jej w pamięci. Maya trzymała za rękę 

kogoś, kto znalazł się poza kadrem i wyglądała na nieziemsko wprost 

szczęśliwą. Czyżby tym człowiekiem spoza kadru był Ryan? 

- A jeśli nawet? - szepnęła. - To nie twoja sprawa. 

Ona powinna myśleć o swojej pracy. I o tym, żeby trzymać się z dala od 

Ryana. Rewelacje Franklina nie miały żadnego znaczenia. Zapewne było sporo 

kobiet, którym Ryan złamał serce. Ona nie zamierzała zostać jedną z nich. 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

83 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Minęły dwa dni. Ryan starał się omijać Emmę szerokim łukiem. 

Szczęśliwie wykonywał akurat prace, przy których nie potrzebował jej 

konsultacji. W każdym razie, tak czy inaczej, wolał jej unikać, bo nie ufał sobie. 

Widział, jak tego dnia wieczorem wychodziła z domu na wykłady i miał 

przemożną chęć pobiec za nią, dotknąć jej, porozmawiać. Bardzo mu brakowało 

godzin spędzanych razem, ciągłych słownych utarczek na temat hotelu. 

Emma miała na każdy temat własne zdanie, była inteligentna i 

utalentowana. A kiedy zaczynała przywoływać opowieści z historii Teksasu, 

stawała się zachwycająco piękna. Jak to możliwe, że tak niewiele osób znało ją 

naprawdę? 

Ponieważ ona nie zamierza się ujawniać, odpowiadał sam sobie. Dlatego 

powinien milczeć i trzymać się z daleka. Emma nie chciała w swoim życiu 

faceta. 

Ale facet chciał jej. Z każdym dniem coraz bardziej. 

Emma wysiadła z samochodu i ruszyła zmęczonym krokiem przez 

kampus uniwersytecki w stronę budynku, w którym odbywały się wykłady z 

historii Teksasu. Miała za sobą kilka ciężkich dni. 

Następne godziny też nie było łatwe. Tego dnia opowiadała o pierwszych 

sufrażystkach, ale w jej relacji brakowało życia. Myślała cały czas o Ryanie, 

chociaż doskonale wiedziała, że ta znajomość nie ma żadnych szans na 

przyszłość i że może skończyć się tylko bólem i upokorzeniem. 

Po zajęciach powoli wracała do samochodu, kiedy natknęła się na 

profesora Willa Stratforda. Lubiła serdecznie tego dziwaka i zwierzyła mu się 

już wcześniej ze swoich wątpliwości co do Ryana. Odpowiedział jej wtedy: 

„Miłość, tylko miłość, dziewczyno. Jeśli nie ma miłości, uciekaj". 

- Coś nie tak, Emmo? - zagadnął z troską. 

R S

background image

 

84 

- Nie, wszystko w porządku - odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem. 

Profesor zaczął obmacywać kieszenie, jakby coś zgubił. Zapewne tak 

było. 

- Mogę być roztargnionym dziwakiem, ale znam się na ludziach. W 

literaturze mamy bez liku bohaterów, którzy czują jedno, a mówią drugie. Ty 

jesteś taka sama. Gdzie ja podziałem, u licha, swoje okulary? 

Smutno się jej zrobiło, że dotąd nie opanowała sztuki udawania, ale 

poczuła też ulgę. 

- Ma pan rację. Nie jest w porządku. Pogubiłam się. 

- Chodzi o tego twojego młodego człowieka, o którym mi opowiadałaś? 

- Nie nazwałabym go moim. Ani młodym. 

- Ale chciałabyś, żeby był twój? 

- Nie. To nie ma sensu. Jesteśmy zbyt różni. Oczekujemy od życia 

zupełnie różnych rzeczy i... 

- Emmo - przerwał jej profesor - nie próbuj przekonywać ani mnie, ani 

siebie. Przecież widzę, że ta sytuacja cię dręczy. Może niepotrzebnie ją 

analizujesz ze wszystkich stron. Czasami lepiej jest posłuchać własnych uczuć i 

przestać się zastanawiać. 

- Ja akurat mam z tym kłopoty. Will poklepał ją po dłoni. 

- Bądź dzielna, Emmo. Odważ się żyć. Zdarzyć się mogą wtedy cudowne 

rzeczy. 

Will posmutniał i zapatrzył się w przestrzeń. Być może wspominał swoją 

własną wielką miłość. Chwilę, kiedy powinien był przestać się zastanawiać. 

Emma westchnęła. 

- Obawiam się, że sytuacja jest zbyt skomplikowana. Nie mogę. Ale 

dziękuję, że zechciał pan ze mną porozmawiać. To pomaga. 

Will wzruszył ramionami. 

- Słyszałem, że patrzył na ciebie jak na kieliszek najprzedniejszego wina. 

A nie ma lepszej rzeczy na świecie niż dobre wino. 

R S

background image

 

85 

Emma otworzyła szeroko oczy. 

- Kto panu to powiedział? 

Profesor Stanford zaśmiał się i poprawił muszkę, całkiem ją 

przekrzywiając. 

- To niewielki kampus, Emmo. Wieści szybko się rozchodzą. Rób to, co 

ci serce dyktuje. 

Ba! A jeśli serce okaże się złym doradcą? 

- I co o tym myślisz? - zapytał Gilbert córkę. Tym razem Chris był obecny 

przy rozmowie, bo Holly uznała, że nie należy czynić przed nim sekretu z tak 

ważnej sprawy. 

- W ostatnich dniach omijają się z daleka. Na nic twoje swatanie, tato, 

jeśli nawet nie spojrzą na siebie. 

- Może po prostu nie są sobą zainteresowani? - podsunął Chris. 

Holly przewróciła oczami. 

- Chris, kocham cię nad życie, ale jesteś beznadziejny. Oczywiście, że są. 

Fakt, że się unikają, może oznaczać tylko jedno. 

Gilbert pokiwał głową. 

- Ja też myślę, że ciągnie ich do siebie, ale obydwoje uważają, że nic z 

tego nie będzie, bo jedno i drugie twierdzi, że nie chce małżeństwa. Boją się 

wyjść z tego poturbowani. 

- Albo postawić to drugie w kłopotliwej sytuacji - dodała Holly. 

- Skąd wiesz, że tak właśnie jest? - W głosie Chrisa zabrzmiał 

sceptycyzm. 

Holly przechyliła głowę. 

- Znam Emmę od dziecka. Przegadałyśmy wiele nocy. Jest dumna. Raz 

już została zraniona i teraz boi się oddać serce. Myśl o tym, że mogłaby 

zakochać się w Ryanie, z pewnością ją przeraża. 

- A Ryan ma własne upiory, z którymi musi sobie radzić. Nigdy nie 

zaangażuje się emocjonalnie. Nie zaryzykuje - mówił Chris. 

R S

background image

 

86 

- Wygląda na to, że oboje są przerażeni - westchnął Gilbert. - Musimy im 

pomóc. 

Holly się zachmurzyła. 

- Jak, tato? 

- Musimy ich okłamać - wyjaśnił. - Może nie dokładnie okłamać. Raczej 

uświadomić im, że coś do siebie nawzajem czują. Będę potrzebował twojej 

pomocy, Holly. 

- Chcesz, żebym powiedziała Emmie, że Ryan coś do niej czuje? 

Gilbert posłał córce pełne pobłażliwości spojrzenie. 

- Masz rację - przyznała. - Emma nigdy mi nie uwierzy. Pomyśli, że 

próbuję ją pocieszyć, bo ostatnio była przygnębiona. 

- Jeśli chodzi o Ryana - odezwał się Chris - to można mu powiedzieć, że 

się Emmie podoba, ale nie że Emma go kocha. Benedictowie nie potrafią 

przyjąć miłości od swoich kobiet, dlatego Ryan nigdy się nie angażował. 

- Musimy go przekonać, że Emma go kocha, wbrew sobie, z oporami. 

Może to otworzy mu oczy i każe zastanowić się nad własnymi uczuciami - 

powiedziała Holly. 

- O to ci chodzi, tato? 

- Twoja przyszła żona jest genialna - oznajmił Gilbert Chrisowi. - No, ale 

ja nie jestem obiektywny. 

- Ja też nie. 

Gilbert się rozpromienił. 

- Mam pewien plan. Trochę diabelski. Będziemy potrzebowali 

dodatkowych graczy, ale może się powieść. 

- Mówiąc o dodatkowych graczach, nie masz chyba na myśli Franklina? - 

Na twarzy Chrisa odmalowało się zatroskanie. 

- Ograniczmy się do tych, których jesteśmy pewni - uspokoił go Gilbert. - 

Przyrodniego brata Ryana dotąd nie rozgryzłem. 

Chris pokiwał głową. 

R S

background image

 

87 

- Jestem wspólnikiem Ryana od kilku dobrych lat i też nie udało mi się 

rozgryźć tego chłopaka. Masz więc rację, żeby nie włączać go do gry. 

Cała trójka nachyliła głowy ku sobie. 

Następnego dnia, wchodząc do jadalni przed kolacją, Emma zobaczyła, że 

Holly i Chris szepczą o czymś w wielkim podnieceniu. Wcześniej Gilbert prosił, 

żeby nikogo tego wieczoru nie zabrakło przy stole i żeby wszyscy ubrali się 

wieczorowo. Jakby chciał zaanonsować jakąś uroczystą nowinę. W domu coś 

się działo, Emma nie wiedziała tylko co. Kiedy podeszła do Holly, ta 

natychmiast zamilkła, dając Emmie powód do kolejnych pytań. 

- Siadaj obok mnie. - Holly pociągnęła ją za rękę. - Strasznie dawno nie 

rozmawiałyśmy ze sobą. Obydwie jesteśmy takie zabiegane. 

Emma usiadła i w tej samej chwili do jadalni wszedł Ryan i zajął 

wskazane przez Gilberta miejsce naprzeciwko Emmy. Od kilku dni uporczywie 

i skutecznie siebie unikali, a teraz patrzyli sobie prosto w oczy. 

I dobrze, że się unikali, pomyślała Emma z bólem. To jedyna słuszna 

decyzja. 

Tylko że pod spojrzeniem tych błękitnych oczu Emma nie była w stanie 

myśleć, ledwie mogła oddychać. Oparła dłonie o brzeg stołu, chcąc 

powstrzymać ich drżenie. 

Gilbert, który siedział u szczytu stołu, sięgnął po kieliszek i wstał. 

- Wszyscy ciężko pracowaliśmy - zaczął. - Może zbyt ciężko. Ten projekt 

zaczął się jako zwykła umowa biznesowa, a dał mi więcej niż perspektywę 

rewitalizacji moich hoteli. Wniósł radość do mojej rodziny, dał okazję do 

zawarcia nowych przyjaźni, zaowocował trwałym związkiem. Wkrótce 

przejdziemy do jego następnej fazy. Dzisiaj natomiast chciałem wam 

powiedzieć, jaki jestem szczęśliwy, że mieliśmy szansę się spotkać i pracować 

razem. Za więcej takich wspaniałych okazji, kiedy znów będziemy wszyscy 

razem. - Gilbert uniósł kieliszek, a za nim reszta siedzących przy stole, po czym 

wszyscy, w serdecznej atmosferze, zabrali się do jedzenia. 

R S

background image

 

88 

Emma usiłowała ignorować siedzącego naprzeciwko niej Ryana, ale nie 

było to łatwe.  

Odwrócił głowę, a ona przypomniała sobie, jak zatapiała palce w jego 

ciemnych, jedwabistych włosach. Ujął widelec, i niemal poczuła jego dłonie na 

swoich ciele. Zaśmiał się z jakiejś uwagi Chrisa, i w pamięci stanął jej żywo 

tamten dzień, kiedy Ryan zajął się serdecznie małym Charliem, przemagając 

dawne lęki i urazy. Nie sposób było ignorować tego człowieka. 

Wpatrywała się w niego tak długo, że w końcu Holly musiała trącić ją w 

bok, żeby wróciła na ziemię. 

A niech to, czyżby wszyscy spostrzegli jej zapatrzenie? 

- Ocknij się, Em. Albo tak się zamyśliłaś, albo zahipnotyzował cię szew 

na marynarce Ryana - powiedziała Holly ze śmiechem. - A propos, co myślisz o 

garniturze Ryana? Namawiam Chrisa, żeby nosił czarne garnitury, ale on 

twierdzi, że dla niego są za poważne. Ryan natomiast prezentuje się świetnie w 

czarnym garniturze, prawda?  

Emma nie mogła oddychać. Wszyscy patrzyli na nią, czekając w napięciu, 

co powie, jakby miała wyjaśnić sens życia, a nie wypowiedzieć opinię na temat 

ubrania. 

- Ryan wygląda bardzo dobrze w czarnym garniturze - powiedziała w 

końcu nieporadnie, po czym posłała Holly wściekłe spojrzenie. 

- Tak jest, Emmo. Powinnaś coś powiedzieć Holly, bo postawiła cię w 

głupiej sytuacji - odezwał się Chris i zwrócił do przyjaciela: - Zwróciłeś uwagę, 

Ryanie, ile ekspresji jest w oczach Emmy, kiedy wpada w gniew? Absolutnie 

niezwykłe. 

- To prawda - przytaknął Ryan. Teraz on wpatrywał się w Emmę jak 

zahipnotyzowany. - Emma ma najbardziej niezwykłe oczy, jakie kiedykolwiek 

widziałem. 

Tego już było nadto. 

R S

background image

 

89 

Emma podniosła się od stołu z najmilszym uśmiechem, na jaki było ją 

stać. 

- Wybaczcie, ale jutro mam mnóstwo pracy. Muszę położyć się wcześnie 

spać. 

- Dobrze się czujesz, Emmo? - zatroskał się Gilbert, a reszta dała 

zbiorowy wyraz swojemu żalowi, że Emma opuszcza już towarzystwo. 

- Dobrze, dziękuję - odpowiedziała. I uciekła. Własny pokój 

niekoniecznie był idealnym schronieniem, bo nadal dręczyły ją własne myśli, 

ale lepsze to niż horror, jaki przeżyła podczas kolacji. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

- Skoro Emma poszła, ja też idę - powiedziała Holly, starając się nie 

patrzyć na Ryana. Miał taką zmartwioną minę. Chciała go pocieszyć, ale nie 

mogła, bo zepsułaby intrygę. Kiedy podniosła się od stołu, kolacja praktycznie 

dobiegła końca. 

- Gotowa? - zwróciła się kilka minut później do swojej asystentki, Janelle. 

- Gotowa, chociaż nigdy w życiu nie robiłam czegoś takiego - westchnęła 

Janelle i w tym momencie w pokoju pojawili się Gilbert i Chris. 

- Wszystko gotowe? - jak echo powtórzył Chris. Holly skinęła głową. 

Emma próbowała czytać, ale myślała cały czas o tym, jak wyglądał Ryan, 

kiedy nazwał jej oczy niezwykłymi. 

Został do tego praktycznie zmuszony, mówiła sobie. Oczekiwano, że 

powie coś takiego. Ona, ze swojej strony, nie oczekiwała niczego. Pragnęła 

tylko Ryana. 

Książka zsunęła się na podłogę. Nachyliła się, żeby ją podnieść i usłyszała 

za oknem głos Holly dobiegający z ogrodu. 

- Nie wiem, co mam powiedzieć Emmie, Janelle. 

R S

background image

 

90 

- Może nic nie powinnaś mówić. Ona nie wierzy w miłość. 

- Wiem, ale Ryan jest najlepszym przyjacielem Chrisa. Zakochał się w 

Emmie, widzę, jak cierpi. Jeśli jest jakaś szansa, że ona zwróci na niego uwagę, 

to... 

- Doskonale wiesz, że nie ma żadnej szansy - odparła Janelle. - Ona na 

pewno zdaje sobie sprawę, że on się w niej kocha. Wszyscy to widzą. Nawet ja, 

chociaż nie należę do osób spostrzegawczych. 

- Uważasz więc, że nie powinnam jej nic mówić? 

- Tak uważam. Ona wie i bez tego. Zaczniesz z nią rozmawiać, to 

pomyśli, że namawiasz ją do wzajemności. 

Zapadło milczenie, wreszcie Holly powiedziała: 

- Masz chyba rację. Nic jej nie powiem. Emma przyciskała książkę do 

serca. 

Ryan ją kocha? Skąd Holly o tym wie? Chris jej powiedział? 

Czyżby to była prawda? 

Tak powiedziała Holly. Janelle twierdziła to samo. Emma się zasępiła. 

Coś tu było nie tak 

Ryan to człowiek odważny. Bezpośredni i otwarty. Gdyby coś do niej 

czuł, powiedziałby jej to wprost. Nie, Ryan wystrzegał się miłości. Podobnie jak 

ona. Czy Ryan ją kocha wbrew sobie? 

Bo ona z pewnością pokochała jego. Wreszcie przyznała to sama przed 

sobą. Serce ją zdradziło. Zamknęła oczy i leżała bez ruchu, usiłując o niczym 

nie myśleć. Jutro nadal będzie udawała, że Ryan nic jej nie obchodzi. W każdym 

razie będzie się starała. 

Ryan próbował pracować, ale nie mógł przestać myśleć o Emmie. 

- Muszę ci powiedzieć, Chris, że bardzo się martwię o Emmę - doszedł go 

z sąsiedniego pokoju głos Gilberta i Ryan znieruchomiał. - Myślisz, że Ryan 

wie? 

R S

background image

 

91 

- Że Emma się w nim kocha? Nic nie mówił na ten temat. Ale on już taki 

jest, zamknięty. 

- A ty zauważyłeś coś niezwykłego? Myślisz, że on coś do niej czuje? 

- Przykro mi to mówić, Gilbercie, ale bardzo wątpię. Ryan zawsze 

twierdził, że miłość to nie dla niego. 

- Tego właśnie się obawiałem. Lubię Ryana, Emma jednak jest moją 

siostrzenicą. Ona też nie wierzy w miłość, ale najwyraźniej zakochała się w 

Ryanie. Mam nadzieję, że on jej nie skrzywdzi. 

- Czy... chcesz, żebym z nim porozmawiał? 

- Absolutnie nie. Jedna rzecz, którą mogę z całą pewnością powiedzieć o 

Emmie, to że jest bardzo skryta i konsekwentnie strzeże swojej prywatności. 

Chyba że nie jest Ryanowi obojętna, wtedy mógłbyś go popchnąć we 

właściwym kierunku. Emma to prawdziwy skarb. Każdy facet byłby szczęśliwy, 

zdobywając serce kogoś takiego jak ona. 

Kroki się oddaliły i Ryan potarł w zamyśleniu brodę. Gilbert mówił 

prawdę, każdy facet byłby szczęśliwy... 

Miał też rację jeszcze w jednej kwestii: Ryan łatwo mógł zranić Emmę. 

Cokolwiek do niej czuł, a zaczynał czuć więcej, niż powinien, nie miał prawa 

narażać Emmy na niebezpieczeństwo. On nie mógł dać jej żadnych gwarancji. 

Jeśli ją zawiedzie, Emma być może nikogo już nigdy nie pokocha. 

Gilbert twierdził, że Emma go kocha. Nawet jeśli tak, to uciekała przed 

tym uczuciem, nie chciała go. 

- Musisz to uszanować - szepnął do siebie. - Nie waż się jej skrzywdzić. 

Z pewnością tego nie zrobi, chociażby sam miał cierpieć najgorsze męki. 

Od tamtego wieczoru, kiedy usłyszała rozmowę Holly z Janelle, Emma 

unikała Ryana jeszcze bardziej skrupulatnie. 

Któregoś dnia poszła na strych, przejrzeć pudła ze starymi sukniami 

Holly. Kuzynka przed wyniesieniem się z domu chciała uporządkować swoje 

rzeczy, zdecydować, co wyrzucić, co oddać, a co zabrać ze sobą. 

R S

background image

 

92 

Otwierała właśnie kolejne pudło, gdy usłyszała kroki, za ciężkie, by 

mogły być krokami Holly, i zaraz potem głos Ryana: 

- Emmo? 

Odwróciła się zaskoczona. 

- Co ty tutaj robisz? 

- Holly mnie przysłała, żebym ci pomógł. 

- To naprawdę zbyteczne. Sortuję jej rzeczy. Strasznie dużo tych pudeł. 

- Niektóre wyglądają na bardzo ciężkie. Ja będę ci je podawał, a ty 

sprawdzaj zawartość. 

Chciała zaprotestować, bo obecność Ryana była dla niej zbyt bolesna, 

ale... czyżby dojrzała miłość w jego oczach? 

Niemożliwe. Szybko zanurkowała w wielkim pudle, a potem wskazała 

mu, gdzie ma je odstawić. Po jednej stronie stały pudła z rzeczami Holly, po 

drugiej te z jej ciuchami. 

- Czy Holly przechowuje więcej swoich starych rzeczy niż ty? - zapytał 

Ryan, kiedy różnica między obydwoma stertami pudeł zaczęła bić w oczy. 

- Nie jest zbyt sentymentalna - odpowiedziała Emma z westchnieniem. Co 

było po części prawdą. Przechowywała tylko to, co miało dla niej znaczenie. 

Dopiero po chwili dotarł do niej sens pytania. - Holly jest córką wuja Gilberta. - 

Zdarzały się chwile, kiedy była zazdrosna, ale dawno już z tego wyrosła. 

Nachyliła się i położyła palce na ustach Ryana. - Wuj Gilbert naprawdę mnie 

kocha. Nic nie mów. Nie krytykuj go. 

Dotykała koniuszkami palców jego warg, patrzyła mu w oczy i serce 

waliło jej jak oszalałe. Powinna cofnąć rękę, ale zanim zdążyła to zrobić, Ryan 

objął ją i ucałował koniuszki jej palców. 

- Jestem cała w kurzu - zdołała wykrztusić. 

- Jesteś piękna - szepnął i zamknął jej usta pocałunkiem. 

- Ryan - szepnęła, kiedy odsunął się po długiej chwili. 

- Powiedz mi - odszepnął zdławionym głosem.  

R S

background image

 

93 

Spojrzała mu w oczy. Chciała powiedzieć „kocham cię". Mogła jednak się 

mylić. Holly i Janelle też mogły się mylić. Nie chciała dzielić losu swojej matki, 

być jak te kobiety, które pokazał jej Franklin. 

Co więc powinna powiedzieć? Co zrobić? 

Co ja wyprawiam? Co sobie myślę? - zastanawiał się Ryan, trzymając 

Emmę w ramionach. 

Od chwili kiedy usłyszał rozmowę Gilberta z Chrisem, starał się nie 

narzucać Emmie ze swoją osobą. Gdy jednak Holly go poprosiła, żeby jej 

pomógł, ogarnęła go najzwyczajniej w świecie radość i natychmiast pobiegł na 

strych. 

Obserwował jej wyraz twarzy, kiedy przeglądała stare rzeczy swoje i 

Holly, porównywał, ile która z nich zgromadziła i zachowała... Kiedy dotknęła 

jego warg, nie wytrzymał i pocałował ją. Pragnął jej, potrzebował, coraz więcej 

dla niego znaczyła. 

Widział w jej oczach ból, niepewność, może nawet lęk. To wszystko z 

jego powodu. Jak mógł się tak zachować! Opuścił ręce i cofnął się o krok. 

- Nie powinienem był cię dotykać. Wierz mi, Emmo, nie przyszedłem 

tutaj, żeby wykorzystać sytuację, chociaż bardzo cię pragnę. Wybacz. - 

Powiedział, że jej pragnie. To prawda, od dawna, teraz było to jednak znacznie 

głębsze uczucie. - Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Skończyliśmy? 

Skinęła głową i spojrzała na niego ze smutkiem w oczach. 

- Tak. 

- Zatem chodźmy na dół. 

Emma zbiegła pierwsza. Praktycznie uciekła, a on został sam ze swoimi 

wyrzutami sumienia. Mógł mieć tylko nadzieję, że po tych kilku tygodniach 

spędzonych razem nie będzie za nią tęsknił przez resztę życia. 

Franklin zobaczył Emmę zbiegającą ze strychu. Interesujące. 

Zaróżowione usta, potargane włosy. 

R S

background image

 

94 

W chwilę później pojawił się Ryan. Z ponurą miną człowieka 

nieszczęśliwie zakochanego. Co do tego Franklin nie miał najmniejszych 

wątpliwości. 

Bardzo dobrze, pomyślał. Teraz już wiedział, jak zranić Ryana, jak zadać 

cios. Należało tylko obmyślić sposób i wybrać odpowiedni moment. Ułożył 

plan. Przeszukał dokładnie pokoje obojga, znalazł listy Emmy, dziennik jej 

matki... dowiedział się wielu ciekawych rzeczy i postanowił je wykorzystać. 

Czarny atrament czy niebieski? 

Bez znaczenia. Emma nie zwróci uwagi na taki drobiazg. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Minęły dwa dni. Emma ukryła się w swoim pokoju targana sprzecznymi 

uczuciami. W jednej chwili pragnęła, by modernizacja hotelu wreszcie dobiegła 

końca i Ryan wyjechał, w następnej umierała na myśl, że więcej go nie zobaczy. 

Jak bardzo człowiek może się zaplątać? 

Głupie pytanie. Szalejesz za nim, dziewczyno, i zachowujesz się 

kompletnie irracjonalnie. Czy nie dotknęła go pierwsza tam na strychu i czy nie 

poczuła smutku, kiedy zaczął ją przepraszać? 

Innej by nie przepraszał. Kochałby się z nią. Jeśli rzeczywiście coś do niej 

czuł, to z pewnością nie było to chciane uczucie. 

A ona? Ona była nieszczęśliwa i nie wiedziała, co robić. 

Zajmij się czymś, mówiła sobie. Czymkolwiek, i przestań wreszcie o nim 

myśleć. Odwróciła się i zobaczyła na podłodze kopertę. Ktoś wsunął ją przez 

szparę pod drzwiami. 

Bardzo dziwne. 

Nachyliła się, żeby ją podnieść. Była zaadresowana, oczywiście, do niej: 

mocnym, męskim charakterem pisma. 

R S

background image

 

95 

Oddychała z trudem. List, podrzucony chyłkiem, budził w niej niepokój. 

Nie lubiła takich listów. Dostała w życiu kilka podobnych i nigdy nie wynikało 

z nich nic dobrego. Otworzyła kopertę i od razu rzuciło się jej w oczy logo C&R 

Technologies. Firmowy papier. Zaczęła czytać: 

 

Droga Emmo! 

Jest coś, co mnie martwi, a ponieważ wiem, jaka jesteś skryta, uznałem, że 

będzie lepiej, jeśli sprawę przedstawię w liście. Mam nadzieję, że nie 

zinterpretowałaś niewłaściwie tamtego pocałunku. Źle postąpiłem, 

wykorzystując sytuację i fakt, że mieszkamy pod jednym dachem. Jesteś bardzo 

pociągającą kobietą, ale z latami nauczyłem się, że nie należy mieszać spraw 

zawodowych i prywatnych. Rozumiesz chyba, że nie mogę ryzykować 

powodzenia własnej firmy i własnych interesów dla przelotnej przygody. Proszę, 

wybacz, jeśli zachowałem się niewłaściwie lub wprowadziłem cię w błąd. 

Oszczędźmy sobie zakłopotania i więcej o tym nie mówmy. 

Ryan 

 

 

Emma wpatrywała się tępo w list. Nie mogła oddychać, myśleć, nie była 

w stanie się poruszyć. A więc znowu trafiła na niewłaściwego mężczyznę. 

Znowu wszystko zakończyło się upokorzeniem. Chciała wierzyć, że 

Ryan jest lepszy. Lecz nie był. Jak ma dalej żyć z podniesioną głową? Nie 

powiedziała mu, jaki jest jej bliski, ale musiał domyślić się prawdy. Dlatego tak 

ją przepraszał po ostatnim pocałunku. Zdradziła się ze swoimi uczuciami. 

Powiedział jej przecież wprost, że Benedictowie są skupieni wyłącznie na sobie, 

a ona pomimo to zakochała się w nim. Co teraz? 

Ryan od kilku godzin udawał, że pracuje, kiedy pod stertą papierów 

odkrył list zaadresowany do niego, pachnący Emmą i fiołkami. 

R S

background image

 

96 

Uszczęśliwiony otworzył kopertę. Emma chciała mu coś przekazać. Jest 

nieśmiała, więc wybrała taką formę. Czyżby chciała mu wyznać to, o czym 

mówili Gilbert i Chris? 

 

Drogi Ryanie! 

Nie jestem pewna, czy list to najlepszy sposób zmierzenia się z 

problemem. Piszę, bo sprawa jest delikatna. Martwi mnie, że mogłeś źle 

zrozumieć to, co zdarzyło się między nami przed kilku dniami. 

Zdajesz sobie sprawę, że nie jestem nawet w części tak doświadczona jak 

ty, ale jak każda kobieta bywam ciekawa. Przyznaję, że mnie zainteresowałeś, 

ale to wszystko. Zbyt się od siebie różnimy. Wybacz, jeśli dałam ci chociaż cień 

nadziei. Nie chcę się w nic angażować. Mam nadzieję, że uszanujesz moje 

życzenie i nie będziesz próbował rozmawiać na ten temat. 

Emma 

 

Ryan zaklął pod nosem. „Jak każda kobieta bywam ciekawa"? Co to do 

diabła ma znaczyć? 

Wiedział co. Emma usiłuje go ostrzec, w jedyny sposób, w jaki może to 

uczynić. 

Wyłożyła ci wreszcie jasno, żebyś trzymał ręce przy sobie, ty idioto. 

Więcej jej nie dotkniesz i nie będziesz z nią o tym rozmawiał, jeśli nie chcesz jej 

zranić. Już samo napisanie tego listu musiało być dla niej niezwykle trudne, ale 

uznała, że list sprawi mu najmniej bólu. Nie będzie jej teraz zmuszał, żeby 

powtórzyła mu to samo prosto w oczy. 

Będę się trzymał z daleka od ciebie, Emmo, obiecał, choć serce mu się 

krajało. Był chyba pierwszym Benedictem, którego bolało serce. Czy to jednak 

ważne? Nic nie było ważne poza faktem, że kochał Emmę i nie mógł jej mieć. 

Tych kilka ostatnich dni, jakie mieli spędzić pod jednym dachem, 

zapowiadało się na prawdziwą torturę. 

R S

background image

 

97 

Coś jest nie tak, pomyślała Emma, kiedy Franklin wszedł do pokoju. 

- Emmo, skąd ta ponura mina? Stało się coś? - Jego głos ociekał 

zatroskaniem, ale oczka strzelały w stronę listu, który Emma czytała po raz 

kolejny. 

Najspokojniej jak mogła, złożyła kartkę. 

- Zdaje ci się, że mam ponurą minę - odpowiedziała z uśmiechem. 

Franklin pokiwał głową. 

- Nie widziałaś mojego brata? 

Na coś przydały się lata skrywania własnych uczuć. 

- Widziałam. Pojechał do hotelu. Jeśli chcesz, mogę go wydzwonić. - 

Ponownie się uśmiechnęła. 

- Nie, nie trzeba. Był sam? - Franklin uniósł brew. 

- Nie widziałam, żeby ktoś mu towarzyszył. Franklin wyszedł z pokoju. 

Emma mogła wreszcie przestać się uśmiechać. Nie była w stanie 

wykrzesać w sobie sympatii do tego chłopaka. Kiedy na niego patrzyła, 

uświadamiała sobie... Pokręciła głową i spojrzała na list. Uświadamiała sobie, że 

Ryan zawsze był dobry, serdeczny, troskliwy, nigdy okrutny, a takim pokazał 

się w liście. 

Wzięła głęboki oddech. Miała wrażenie, że ktoś inny napisał ten list. 

Przygryzła wargę. Nieważne. Ktokolwiek go napisał, list ją ocucił. 

Zakochała się w Ryanie, chociaż zdawała sobie sprawę, że nigdy nie będą 

razem. 

Wiedziała już, co powinna zrobić. Podniosła się i poszła szukać Gilberta. 

Znalazła go w bibliotece. 

- Wujku, muszę z tobą porozmawiać, tylko się nie denerwuj, proszę - 

zaczęła z determinacją. - Wiem, że mamy teraz mnóstwo pracy, ale muszę wziąć 

kilka tygodni urlopu. Pojadę odwiedzić Marcy. 

Gilbert zastygł ze szklanką w dłoni. 

- Chcesz wziąć urlop, teraz? Emmo... 

R S

background image

 

98 

Nie pozwoliła mu skończyć. Wiedziała, że dałaby się przekonać jego 

argumentom i została. 

- Przykro mi. Muszę wyjechać. Proszę cię - powiedziała zdławionym 

głosem. 

- Stało się coś złego. - Gilbert nie musiał się silić na przenikliwość, żeby 

to dostrzec. - Możesz mi powiedzieć, o co chodzi? 

Emma pokręciła głową. 

- Nie. Po prostu muszę wyjechać. Przepraszam, że zostawiam cię z całym 

tym bałaganem na głowie. 

- To ja powinienem przepraszać - oznajmił Gilbert nieoczekiwanie. - 

Obawiam się, że to wszystko moja wina. 

Emma otworzyła szeroko oczy. 

- Co masz na myśli? 

- Zauważyłem, że ty i Ryan ostatnio się unikaliście. Niepotrzebnie 

próbowałem zbliżyć was do siebie. 

- O czym ty mówisz, wujku. Chyba nie... - Przypomniała sobie, jak prosił, 

żeby we dwoje pomagali przy organizowaniu przyjęcia, jak wysłał ich do 

„Waterfall Edge Hotel", przede wszystkim zaś, jak nalegał, by wspólnie 

przeprowadzili modernizację „Texas Lights". - Przez cały czas? - zapytała cicho. 

Gilbert pokiwał głową. 

- Popełniłem wobec ciebie tyle błędów przez te wszystkie lata, że... Tym 

razem chciałem, żebyś znalazła szczęście. 

Emma poczuła, że robi się jej niedobrze. Miała wrażenie, że głowa zaraz 

jej pęknie. 

- Czy Ryan wiedział o twoich planach? 

- Ryan o niczym nie wiedział, przysięgam ci. Chciałem tylko twojego 

dobra, twojego szczęścia. Żebyś nie była samotna... 

Emma podniosła dłonie do twarzy. 

R S

background image

 

99 

- Nie mów już nic więcej. - Ruszyła do wyjścia, ale odwróciła się jeszcze 

i dodała: - Zawsze cię kochałam. Nie przypuszczałam, że postawisz mnie kiedyś 

w tak upokarzającej sytuacji. 

Gilbert zwiesił ramiona. Nagle wydał się strasznie stary i zmęczony. 

- Przykro mi - szepnął albo tak się Emmie wydawało. 

- Mnie również - powiedziała i wyszła z biblioteki z wysoko uniesioną 

głową. 

Po kwadransie opuszczała rezydencję Messmerów, jedyny dom, jaki 

miała w życiu. 

Ryan nie zabawił długo w hotelu. Nie mógł jasno myśleć. Nie mógł 

pracować. Po raz pierwszy w życiu kogoś kochał. I ten ktoś nie odwzajemniał 

jego miłości. 

Czuł się tak, jakby ktoś wbił mu nóż prosto w trzewia. 

To wszystko nie miało sensu. Od początku powtarzał sobie przecież, że 

między nim i Emmą do niczego nie dojdzie. Dlaczego w takim razie tak to 

bolało? 

Bo w głębi serca łudziłeś się, że nie masz racji, ty idioto. 

Nie był na to zupełnie przygotowany. Nie był przygotowany na taki list. 

Emma miała dość odwagi, by powiedzieć mu w twarz, co czuje, nie musiała 

uciekać się do listu. 

Wybrała jednak taką formę komunikacji i musisz się z tym pogodzić, 

mówił sobie, wchodząc do domu. Z biblioteki dochodziły podniesione głosy. 

- Co takiego? - wołała Holly. - Bez pożegnania? Żartujesz chyba. 

- Cicho, kochanie, pozwól tacie wszystko wyjaśnić. - Zrównoważony jak 

zawsze, spokojny głos Chrisa. 

Ryanowi zabiło mocniej serce. Coś się wydarzyło. Oni mówią o Emmie. 

Zrozumiał wszystko w jednym przebłysku. 

Wpadł do biblioteki i wbił spojrzenie w twarz Gilberta. 

- Dokąd pojechała? 

R S

background image

 

100 

- Mówiła, że jedzie do swojej przyjaciółki, Marcy. Nie wiem, czy to 

dobry pomysł, żebyś jechał tam za nią. 

Ryan też nie był tego wcale pewien, ale... 

- To przeze mnie uciekła. Gilbert uniósł brwi. 

- Dlaczego przez ciebie? 

- Pocałowałem ją. Nie była tym zachwycona. Napisała do mnie list, w 

którym prosiła, żeby trzymał się z dala od niej. 

- Nie wierzę. Emma nie posłużyłaby się listem - powiedziała Holly. - 

Nienawidzi listów. Jej ojciec zostawił list, kiedy odszedł od jej matki. Facet, z 

którym się kiedyś związała, postąpił identycznie. Zostawił list i prysnął. Emma 

powiedziałaby ci prosto w twarz, co czuje i co myśli. 

Ryan zamknął oczy. W sercu obudził się mały promyk nadziei. A z 

nadzieją wściekłość. 

- A jednak dostałem list. - Wyjął go z kieszeni i podał Holly. 

Holly przebiegła wzrokiem kartkę i zwróciła ją Ryanowi z niesmakiem. 

- To nie jest jej charakter pisma. Trochę podobny, ale tak mogła pisać, 

kiedy była nastolatką: okrągłe litery, kółka nad „i", te wszystkie śmieszne, 

infantylne ozdobniki... Naprawdę uwierzyłeś, że to Emma napisała? 

Kiedy czytał list, nie zwracał uwagi na charakter pisma. Holly miała rację. 

Niezależnie od tego, Emma nie posłużyłaby się listem. A zapach fiołków miał 

zasugerować, że to list od niej, i uprawdopodobnić oszustwo. 

- Kto mógł to zrobić? - zapytał Gilbert. 

- Znam tylko jedną osobę w tym domu zdolną z rozmysłem zadać komuś 

ból - oznajmił Ryan z zimnym spokojem. - Zajmę się nim, Gilbercie. A potem 

pojadę po Emmę. Musisz mi tylko dać adres Marcy. 

- Ja mam jej adres - odezwała się Holly. - Spieszmy się. Nie chcę, żeby 

była teraz sama i zadręczała się ponurymi myślami. 

Ale Ryan wybiegł już z pokoju. 

 

R S

background image

 

101 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

Ryan pchnął drzwi do pokoju Franklina z takim impetem, że odbiły się od 

ściany. 

- Wygląda na to, że masz mi coś do powiedzenia, bracie - stwierdził 

Franklin. 

- Kilka rzeczy. Muszę się jednak upewnić, zanim zrobię z ciebie miazgę. - 

Ryan krążył po pokoju, jakby gotował się do ataku. 

Franklin poderwał się łóżka, na którym siedział, i rzucił ku drzwiom. 

Ryan chwycił go za koszulę na grzbiecie, błyskawicznie zmienił chwyt i 

przyparł brata do ściany. 

- Za co mnie tak nienawidzisz, mały braciszku? - wycedził przez 

zaciśnięte zęby. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- Świetnie. W takim razie daruję sobie przesłuchanie i przejdę od razu do 

rękoczynów. 

- Nie! - Franklin podniósł obie ręce. Później Ryan pytał sam siebie, czy 

rzeczywiście uderzyłby Franklina, ale w danej chwili nie zastanawiał się nad 

tym. 

- Napisałeś do mnie list, który miał być niby listem od Emmy. 

Franklin nie próbował zaprzeczać, nawet się szeroko uśmiechnął. 

- A ty uwierzyłeś. I Emma uwierzyła. 

- Coś ty powiedział? 

- Powiedziałem, że napisałem też do Emmy. Uwierzyła w każde słowo. 

Teraz cię nienawidzi. Wyjechała dokądś. Przez ciebie. 

Ryan nawet nie pytał, co było w liście do Emmy. Zapewne coś wstrętnego 

i podłego, ale musiał zawierać dość prawdy, by uwierzyła. Teraz z pewnością 

sobie wyrzuca, że pozwoliła mu się do siebie zbliżyć. 

R S

background image

 

102 

- Jesteś ostatnim łajdakiem. - Ryan uderzył Franklinem o ścianę. 

- Świetnie. Skoro tak mówisz, to znaczy, że udało mi się ci dopiec. 

Wreszcie. Zawsze wszystko ci się udawało. Zawsze byłeś ten dobry. 

- Próbowałem się z tobą zaprzyjaźnić. 

- Rzucałeś mi ochłapy. 

- Miałeś wszystko, czego chciałeś. Każdy z nas musi nauczyć się 

pracować. Ty nie zamierzałeś. 

- A po co? Ty miałeś pieniądze. Ja nigdy nic nie miałem. Coś mi się 

należało od rodziny. 

Ryan nie mógł się nadziwić, ile we Franklinie jest egoizmu, podłości. 

Chłopak nie miał honoru i za grosz szacunku dla życia. Ryan był żołnierzem, 

nauczono go reagować na zagrożenia fizyczne. Nie wiedział jednak, jak 

traktować przeciwnika, który używa słów jako broni i zadaje nimi niewidzialne, 

ale bolesne rany. 

- Mogłeś mieć honor, szacunek i godność. Mogłeś zostać, kim chciałeś - 

powiedział Ryan powoli. - Wyciągnąłem do ciebie dłoń, ale ty się odwróciłeś 

plecami. I oto, kim dzisiaj jesteś. Brzydzę się tobą. Nie chcę cię więcej widzieć. 

A jeśli kiedykolwiek zbliżysz się do Emmy, to wierz mi, że rozerwę cię na 

strzępy. 

Puścił Franklina i ruszył ku drzwiom. 

- Za późno - odezwał się braciszek. - Ona cię nienawidzi. Opowiedziałem 

jej różne historyjki. Uwierzyła. Nie jesteś już złotym chłopcem. Jesteś nędznym 

dupkiem, którego ona nie chce. 

Co jest bardzo bliskie prawdy, pomyślał Ryan z bólem. 

Ale to on pozwolił zostać Franklinowi w domu Gilberta i on wystawił 

Emmę na cios. Teraz gotów był poruszyć niebo i ziemię, żeby zadośćuczynić jej 

za zło wyrządzone przez łajdaka. 

Emma siedziała w niewielkiej służbówce obok kuchni Marcy i 

wpatrywała się w telefon. Chciała zadzwonić do Ryana. 

R S

background image

 

103 

Nie mogła sobie jednak na to pozwolić ani też porozmawiać z Marcy, bo 

ta układała Charliego do popołudniowej drzemki. Ale aparat aż się prosił, żeby z 

niego skorzystać. Podniosła słuchawkę i wystukała numer. 

- Will Stratford - odezwał się głos po drugiej stronie. 

- Panie profesorze... 

- To ty, Emmo? Słabo cię słyszę, mówisz tak cichutko. Nigdy do mnie nie 

dzwonisz. Stało się coś złego? 

Zamknęła oczy. 

- Chciałam powiedzieć, że nie będzie mnie dzisiaj na zajęciach. 

Wyjechałam z miasta. 

- Chodzi o tego twojego młodego człowieka, tak? 

- On nie jest moim młodym człowiekiem - zaprzeczyła gwałtownie. - I nie 

chce być. 

- To znaczy, że jest kompletnie nierozgarniętym osobnikiem. 

Cokolwiek Emma czuła, uznała, że musi bronić Ryana. 

- Nie, nie. Po prostu nie chce się z nikim wiązać. Napisał mi to w liście. 

- W dodatku nie potrafi powiedzieć głośno, jasno i wyraźnie co myśli, 

tylko pisze listy. 

- Nie wiem. Do tej pory mówił mi zawsze wszystko wprost. 

- Ale przestał. I wysyła do ciebie listy, chociaż mieszkacie w jednym 

domu. 

- Dokładnie mówiąc, wsunął list pod drzwi. 

- Jak sztubak. 

- Ryan nie jest żadnym sztubakiem. Jest mądry, wrażliwy i delikatny. 

- Kochasz go?  

- Nie! 

- Emmo - przemówił łagodnie profesor Will. - Zastanów się, co mówisz. 

Zastanów się i nie zaprzeczaj własnym uczuciom. 

R S

background image

 

104 

- Nie kocham go. W każdym razie nie chcę go kochać. Chcę zapomnieć o 

jego istnieniu i być jak najdalej od niego, ale... 

- To nie pomaga - dokończył profesor Will za nią. - Może nie powinnaś 

uciekać. La Rochefoucauld mówił, że nieobecność gasi małe uczucia, a rozpala 

wielkie. Innymi słowy, może ten młody człowiek jest twoją wielką miłością, 

przed którą nie uciekniesz. Przyznaj przed sobą, co czujesz. Zdobądź się na 

odwagę. Nie jesteś typem człowieka, który ucieka. Dotąd zawsze stawiałaś 

czoło wszelkim problemom. Zmierz się teraz z własnym uczuciem. To ci powin-

no przynieść ukojenie. Przynajmniej w jakiejś mierze. 

- Myśli pan, że jestem tchórzem? 

- Absolutnie nie - padła odpowiedź. - Boisz się, ale to zrozumiałe. 

Poczujesz się lepiej, jeśli spróbujesz zapanować nad sytuacją. Pamiętaj, jesteś 

kowalem własnego losu. 

- Jest pan mądrym człowiekiem, profesorze. Może ma pan rację. Ostatnio 

odnosiłam wrażenie, że nad niczym nie panuję. Nie mogę odmienić moich 

uczuć, ale mogę zmienić swój stosunek do nich. Dziękuję bardzo. Jestem pana 

dłużniczką. 

- W żadnym razie. Wysłuchałaś starego gaduły. Rozmawiać z tobą to dla 

mnie radość. A teraz postaraj się sama ją znaleźć. 

Cóż, nie znajdę radości, ale może znajdę odrobinę spokoju, pomyślała, 

odkładając słuchawkę. Może rzeczywiście powinna zastanowić się nad sytuacją 

i stawić jej czoło. 

Co profesor powiedział o wsuwaniu listów pod drzwi? Że to sztubackie? 

Coś się tu nie zgadzało. Nie wiedziała co, ale postanowiła, że nie będzie 

się zachowywać jak wystraszona ofiara. Wróci do domu i porozmawia z 

Ryanem. 

Jechała cały czas z maksymalną dozwoloną szybkością. Nie wiedziała 

jeszcze dokładnie, jak powie Ryanowi to, co ma do powiedzenia, w każdym 

R S

background image

 

105 

razie zamierzała powiedzieć mu wszystko. Jeśli ją później znienawidzi, trudno. 

Przynajmniej będzie miała poczucie, że postąpiła uczciwie i godnie. 

Kiedy zwolniła na skrzyżowaniu, usłyszała, że ktoś woła ją ile sił w 

płucach. Ryan! To głos Ryana. Zjechała na bok i wyskoczyła z samochodu. 

Ryan biegł już w jej stronę. 

- Ryan, ja...  

Przygarnął ją do siebie. 

- Emmo... Emmo... Tylko nie płacz, proszę. - Otarł łzę, która spływała jej 

po policzku. 

Odsunęła się i spojrzała mu w oczy. 

- Ryanie, dostałam list... 

- Nie pisałem do ciebie. Ty też nie pisałaś do mnie. 

- Dostałeś list ode mnie? 

- Tak jak ty ode mnie. To sprawka Franklina. Nienawidzi mnie. Chciał 

nas poróżnić. 

- Co... co było w tym liście? - wyszeptała. 

- Że mnie nie chcesz. Że nie byłabyś w stanie mnie pokochać. 

Wiedziałem o tym od początku, ale list sprawił mi potworny ból. 

Ryan mówi, że list sprawił mu ból? Co to oznacza? Nigdy nie potrafiła 

podejmować ryzyka. Jeśli teraz pierwsza wypowie te słowa... Jeśli źle 

zrozumiała Ryana... 

- Ja cię chcę - szepnęła. 

Ryan znieruchomiał, a potem odsunął się i spojrzał jej w oczy. 

- Powtórz to, Emmo. 

- Chcę cię - powtórzyła. 

- Co było w moim liście? - zapytał. 

- Że pragniesz zapomnieć o mnie.  

Ryan zaklął. 

R S

background image

 

106 

- Nigdy. Kocham cię. Pragnąłem cię od pierwszej chwili. I niemal od razu 

pokochałem. A ty? Powiedziałaś, że mnie chcesz... Tylko chcesz. To znaczy, że 

nie kochasz. Wszystko poplątałem. 

Emma się uśmiechnęła. 

- Nic nie poplątałeś. Ja też cię kocham. 

Ryan chwycił ją wpół, zakręcił na środku szosy, a potem pocałował. 

- Wracajmy do domu, zanim spowodujemy wypadek - sapnęła Emma, 

kiedy udało jej się wreszcie złapać oddech. - Zobacz, samochody zaczynają się 

zatrzymywać. Ludzie się nam przyglądają... 

- Wracajmy. 

- Ryanie... Muszę ci coś powiedzieć. „Wiele hałasu o nic" to ulubiona 

sztuka wuja Gilberta. 

- Wiem o jego intrydze i jestem mu wdzięczny. Nasz pierwszy syn będzie 

miał na imię Gilbert. Tak, chcę mieć dzieci, mnóstwo - mówił Ryan, patrząc w 

zdumione oczy Emmy. - Odmieniłaś moje życie. Wiem już, że potrafię dbać o 

najbliższych, potrafię kochać. Wracajmy do domu powiedzieć Gilbertowi, że 

jest geniuszem i że jego intryga się udała. Znalazłem kobietę moich marzeń. 

Emma spojrzała na niego z lekką kpiną. 

- Franklin mówił, że miałeś wiele kobiet. 

- Może. Ale nigdy żadnej nie powiedziałem, że ją kocham. Ty jesteś dla 

mnie tą jedną jedyną. 

- Profesorowi Willowi to się spodoba. On już cię lubi. Powiedział mi, 

żebym nie uciekała, tylko porozmawiała z tobą szczerze i otwarcie. 

- Musi być koniecznie na naszym ślubie. Drugiemu synowi dam na imię 

Will. 

- Ryanie, ile ty właściwie chcesz mieć dzieci? 

- Nie wiem jeszcze. Ustalimy to wspólnie. 

- Wspólnie? Wspaniały pomysł. 

 

R S

background image

 

107 

EPILOG 

 

Ceremonia była piękna. Tak w każdym razie twierdził profesor Will, bo 

Emma nic nie widziała, zapatrzona w Ryana. Czego kobieta może pragnąć 

więcej, jak patrzyć w oczy mężczyzny, którego kocha nade wszystko i który ją 

kocha równie mocno. 

- Emmo, wuj cię szuka. - Ryan objął Emmę i pociągnął ze sobą. 

- Zupełnie oszołomiłeś mnie pocałunkiem tamtego dnia, kiedy się 

poznaliśmy - powiedziała Emma. 

- Miałem ochotę natychmiast pocałować cię po raz drugi, ale bałem się, że 

przyprawię cię o szok. 

Emma się zaśmiała. 

- Najpewniej, ale byłby to miły szok. Zaskocz mnie znowu. - Zatrzymała 

się i uniosła głowę, gotowa na pocałunek. 

- Masz wspaniałe usta - szepnął Ryan, i tu usłyszeli chrząknięcie. 

- Bardzo się cieszę, że jesteście szczęśliwi, ale powstrzymajcie się na 

chwilę. Chcę wam coś dać. – Wuj podał Emmie paczkę. - Wiem, że nie jest to 

nowa rzecz. Może się wam nie spodobać... 

- „Wiele hałasu o nic" - szepnęła Emma. 

Ryan położył dłonie na dłoniach Emmy, tak że teraz razem trzymali 

oprawny w skórę wolumin. 

- To nasza książka - powiedział trochę nieswoim głosem. - Od tego się 

zaczęło. 

- Zobaczyłem, jak tamtego dnia pocałowałeś Emmę. Tak zrodził się 

pomysł. 

- Dziękujemy ci, wuju Gilbercie - powiedziała Emma. - Nawet nie wiesz, 

jak bardzo cię kocham. 

Gilbert otarł oczy. 

R S

background image

 

108 

- Ja też cię kocham. Więc... nie jesteś już na mnie ani trochę zła? 

- Zła? Dałeś mi Ryana. Może zaplanujesz nasze kolejne kroki? - zapytała 

półżartem. 

Gilbert się uśmiechnął. 

- Mam dzieła wszystkie Szekspira. Może będę proponował imiona dla 

waszych dzieci. Julia to bardzo piękne imię. Lubię Ofelię, choć była dość 

kłopotliwą osobą. 

- Wujku, na razie jeszcze nie ma w perspektywie żadnych dzieci. 

- To na co czekacie? Wszystko ja muszę planować? 

- Nie, Gilbercie. Myślę, że od tego momentu to ja powinienem przejąć 

inicjatywę. - Tu Ryan wziął Emmę na ręce i ruszył ku schodom. 

- Czy to właściwy krok? 

- Bardzo właściwy - szepnęła Emma. - Nie mogę się doczekać dalszego 

ciągu. 

- Będzie bardzo dramatyczny, romantyczny, zabawny i... absolutnie 

nieprawdopodobny, najdroższa - zapowiedział. 

I tak właśnie było. 

R S


Document Outline