background image

tytuł: „Czarodziejska księga” 
autor: Janina Porazińska 
 

„CZARODZIEJSKA KSIĘGA” 

BAŚŃ KRAKOWSKA 
Za tą groblą staweczek, 
za staweczkiem młyneczek, 
Woda się tam potacza, 
młyńskie koła obraca. 
Koło małe i duże. 
Młynarzówny jak róże. 
Jak róże były młynarzowe córki, jedna piękniejsza od drugiej. A było ich trzy. 

Ta najstarsza włosy miała czarne jak krucze skrzydło, a buzię bielutką, jakby 
nigdy 
słonka nie widziała. Bo i gwoli tej białości słonku z drogi schodziła. 
Śmiano się z niej we wsi, piosenkę o niej ułożono: 

Popod las, popod las 
siwe wołki gnała. 
Bała się słoneczka, 
by nie ugorzała. 
Ta średnia włosy miała brunatne jak liść bukowy o jesieni i oczy zielone niby woda 
na głębinie. 
A ta trzecia złotowłosa była i oczy miała jako kwiatki lnowe, i różaność przez nią 

przebijała, właśnie jakby zbiegła z obłoku o wesołej pogodzie i błękitu nieba 
zarwała, 
i brzasku jutrzenki. 
Każda z nich odmienną miała urodę i każda o co innego się starała. 
Ta najstarsza o to jeno, aby pięknie wyglądać. Wciąż się przezierała to w 
zwierciadełku, 
to w stawowej wodzie, to w zachwyconych ludzkich oczach. I wciąż pytała i 
siebie, 
i innych: 

- Czy mi ładnie w tym wianeczku ? A może w chusteczce będzie piękniej? 

Czy uplotki[ 
Uplotki - warkocze. 
] nad czołem upiąć, czy po bokach zwinąć? 
A co lepiej na szyję włożyć: korale czy bursztyny? 

Ta średnia tylko by się bawiła, tylko by tańczyła. Ani jej robota w głowie, ani 
matczyne 
przestrogi. Aby jeno z wesela na wesele, z poprawin 

Poprawiny - ciąg dalszy zabawy weselnej. 
] na poprawiny, z wieczornicy na wieczornicę. 

Owczaryszek wyśmiewca ułożył o niej śpiewankę: 

Główka boli, nóżki bolą, 
aż nic robić nie mogę, 

nie mogę. 

Ale śpiewać i tańcować 
to wam wnetki pomogę, 

pomogę! 

A najmłodsza każdej roboty bardzo była ciekawa. 

background image

- Babusiu, jak to robicie, że wam się niteczka przędzie tak cieniutko, tak równiutko? 

Nauczcież tego i mnie! Matusiu, obudźcie mnie jutro na doświtku do chleba: 
niechże 
się nauczę od was rozczyniać ciasto. Tatuniu, pozwólcie mi samej jechać do grodu 
po sita do młyna. Syna nie macie, to córka musi umieć koniem powozić. 
Takie to były te trzy młynarzówny. 

Jesień to już była późna, szczery przedzimek. Ciężkie chmury bałwaniły się po 
niebie, 
wiatr gwizdał w suchych krzakach, a ziemia odarta z zieleni, rozmiękła, 
wszelkiej 

żywiznie zdawała się przeciwna. 
Do młyna zastukała babka proszalna. 
Chudziątko to było zziębnięte i głodne. 
Ulitowano się nad nią. 
Pod piecem posadzono, miskę gorącej polewki dano. 

Podjadła sobie babka i powiada: 

- A teraz, dobre ludzie, siadajcie, czytania posłuchajcie, jak to przed wiekami, przed dawnymi było 

na tej tu ziemi. 

Pogmerała babula w swym tobołku i wyciągnęła księgę na rzemyk zapiętą. 
Wszyscy okrutnie się zadziwili, że to babka proszalna, a na książkach się 
rozumie, 
niby bakałarz 

Bakałarz - dawna nazwa nauczyciela 


. Jeszcze tutaj, jak młyn młynem, takiej uczonej osoby nie widziano! 
Zaraz też najmłodsza córka skoczyła, ze skrzyni dobyła czysty ręcznik i babce go 
na kolanach pod księgę rozpostarła. 
A babulka zażyła tabaki, księgę roztworzyła i dalej z niej czytać. 
O tych bliźniakach, dwóch synaczkach leśniczyny, z wózka matce wykradzionych. 
Jednego 
uprowadziła wilczyca, drugiego niedźwiedzica. I chowali się bracia: jeden z 
wilczętami 
w borowej kniei, drugi z młodymi maruchami 

Maruch,  marucha - niedźwiedź. 
] w niedźwiedziej gawrze[ 
Gawra - zimowe legowisko niedźwiedzia. 

]. 
Tego pierwszego karmiła wilczyca wilczym mlekiem, tego drugiego karmiła 
niedźwiedzica 
niedźwiedzim mlekiem. 
I wyrosły z nich wielkoludy nie widziane, nie słyszane. 
Idzie taki lasem i mówi: 

- Jakoś latosie trawy niesilnie wyrosły, ani do kolan mi nie sięgają. 

O tych sosnach, o tych lipach, o tych brzozach tak mówi. 
Stanie takiemu chałupa na drodze, to mało co nogę uniesie i chałupę przekroczy. 
A chce się krowie przyjrzeć, to ją sobie na dłoni postawi i ku oczom podniesie 
jak 

małe kociątko. 
Takie to były olbrzymoludy. 
Jednemu było Wyrwidąb, drugiemu Łamiskała. 
Precz po ziemi naszej chodzili, porządki robili. 

Wyrwidąb z Puszczy Tucholskiej dęby i sosny wyrywał, na ramieniu je przenosił 
jak 

background image

wiązkę chrustu i Puszczę Niepołomicką drzewami tymi obsadzał. Jako że królowie, 
co 
na Wawelu siedzieli, chcieli mieć pod Krakowem wielgolasy dębowe, szumi-bory 
sosnowe, 

by grubą zwierzynę tam hodować: a to tury, a to żubry, a to łosie, a to jelenie, 
dziki... Łowy na nie urządzali. 
Zaś Łamiskała góry Tatry spod ziemi wydźwigał i doliny w nich przerąbywał, aby potoki 
swoje drogi miały. Turniczki 

turnia, turniczka - skalny szczyt góry. 
] ciupagą[ 
Ciupaga - góralska laska z siekierką. 


zaostrzał, aby się o nie chmury na strzępy darły, nad ziemią naszą nie 
gromadziły 

i srogimi potopami jej nie zalewały. 
O takich to dziwach niesłychanych babula z księgi czyta. 
Do izby napchało się ludzi - aż ciasno. 
Słuchają tych historii, słuchają, a nie wiedzieć, co im bardziej dziwne: czy ten 

Wyrwidąb, co wielkie rozrosłe drzewa niby lichą rzepę z ziemi wyciągał, czy ten 
Łamiskała, 
co góry Tatry siekierą przerąbywał, czy ta babusia, co z tych czarnych znaczków, 
malućkich jak krupki tatarczanej kaszy, takie dziwy potrafi wyczytać! 
Dobry zmierzch już się był uczynił, gdy słuchacze dopiero pomiarkowali, że 
robota 
na nich czeka, i do swych chat jęli się rozchodzić. 
A młynarka, że to kobieta była niegłupia, choć i na książce nie uczona, powiada 
do 
starej: 

- Co się, babko, będziecie włóczyli od wsi do wsi po tych szarugach, po tych kałużach. 

Zima się nabliża: śniegi, zawieje, mróz się nabliża. Wszelka w powietrzu srogość 
człowiekowi przeciwna. Ostańcie we młynie na zimę! Ciepłą izbę wam damy, 
pożywienie 

wam damy - a za to będziecie moje dziewczyny uczyli czytania na książce. 
Ano tak i tak, tak i tak... zmówiły się na jedno. 
Babka została. 

Na pierwszy tydzień poszła na naukę najstarsza córka. Ale nie nauka jej w 
głowie! 

Zakręciła się po światołce 

Światołka - mała izdebka. 
] babki i mówi: 

- Przyletę tu zarutko, babko, przyletę, jeno muszę świniaka ze szkody wygnać! 

Wybiegła z młyna i już do wieczora ani się pokazała. Poleciała do sąsiadek 
stroje 

oglądać. 
A babka pod piecem usnęła. A matka myślała, że córka na nauce. 
I tak było z tą najstarszą co dzień - od niedzieli do niedzieli. 

Nadchodzi drugi tydzień - poszła na naukę średnia córka. Ale i ta zakręciła się 
jeno 
po izdebce i woła: 

- Przyletę tu, babusiu, przyletę, jeno wypraną bieliznę na chruściaku 

Chruściak - płot upleciony z suchych gałązek. 

background image

] rozwieszę! 

Jak poszła, tak i nie wróciła do wieczora, bo u sołtysów za mostem muzykę 
posłyszała. 

A babka pod piecem usnęła. A matka myśli, że córka na nauce. 
I tak było i z tą średnią co dzień - od niedzieli do niedzieli. 
Nadchodzi trzeci tydzień - idzie na naukę najmłodsza córka. 

I dopokąd jej zmierzch od książki nie odegnał, to się od książki nie oderwała. 
Precz 
o literki pytała. 

- Powiedzcie, babusiu, jak się ten znaczek głosi? A ten jak kółeczko? A ten jak siekierka? 

A ten zakręcony jak świński ogonek? 
Kawałek gładkiego wosku sobie przyniosła i patyczkiem na tej gładziźnie literki 
pisze. 

A gdy minął tydzień, już coś niecoś przeczytać potrafiła. 
I tak przeszedł czas aż do wiosny. 
Starsze siostry niczego się od babki nie nauczyły, a najmłodsza czytać potrafi, aż 

dziw! I z góry na dół, i z dołu do góry, i jaki bądź wyraz jej pokazać, choćby 
najdłuższy, 

to migiem powie, co on znaczy. 
Poszła w świat sława o młynarzównach. Że piękne, że wesołe, że uczone. 
Doszła wieść o nich do czarownika. 

Myśli czarownik: 
,,Muszę się z jedną z młynarzówien ożenić! Każda z nich piękna jest - miło mi 
będzie 
na piękną patrzeć. Wesoła jest - miło mi będzie jej śmiechu i jej piosenek 
słuchać. 
Mądra jest - potrafi mi gospodarkę poprowadzić”. 
A z tego czarownika nieuroda był, że aż strach! 
Wielki i suchy jak tyka, brodzisko długie, uszy jak u nietoperza, nos jak 
purchawka. 
Przebrał się czarownik za wędrownego kramarza: kaftan krótki, zagranicznej mody, 
na nogach skórzniaki, na plecach skrzynka z towarem. 
Stanął przed młynem i woła: 

- Wstążki sprzedaję! Korale sprzedaję! Pachnidła sprzedaję! 

Wybiegła z domu najstarsza młynarzówna. 

- Chodźcie tu na ganek! Pokażcie towar, pokażcie! 

Podszedł kramarz, zdjął z pleców skrzynkę, otworzył ją i różności z niej dobywa, 
a na ławie rozkłada: chusteczki, wstążki, tasiemki, guziczki, koraliki, 
pierścionki, 
mydełka wonne. 
Tęczą wkoło pojaśniało, różą wkoło zapachniało. 
Młynarzównie aż oczy się świecą, aż ręce drżą do tych śliczności. Nakupiła 
błyskotek, 
ile mogła. 
Resztę kramarz do skrzynki schował, skrzynkę zamknął, do pleców ją przytroczył i 
mówi: 

- Panienko miła, doprowadź mnie do rozstajnych dróg, bo nie wiem, którędy tu będzie 

najbliżej. 
Wyszła młynarzówna z kramarzem, a gdy już do rozłącznych dróg doszli - czarownik 
wyjął z kieszeni złote jabłko i mówi: 

- Naści, dziewczyno, za twą przysługę złote jabłuszko. Ale je musisz sama sobie złapać. 

I rzucił jabłko na drogę. 
Potoczyło się jabłko - młynarzówna za nim. 
Już, już... miała je pochwycić, ale jabłko umknęło jej ręki i toczy się dalej. Toczy 

się drogą, drogą, polem, polem, lasem, lasem... aż zatrzymało się na brzegu 
przepaści. 

background image

Młynarzówna się nachyliła, jabłuszko złapała, ale sama się przy tym zważyła i 
zsunęła 
się w dół! Leciała, leciała... aż i spadła na dno przepaści. 
Ale się nie potłukła. 
Wstała, rozgląda się... widzi tuż zamek wspaniały! Ściany marmurowe, okna 
kryształowe, 
dach srebrny. A obok niej stoi ten sam kramarz, który był we młynie. 

- Nie jestem kramarzem, jeno czarownikiem. To mój zamek. Ja tu jestem panem. Zostaniesz 

tu u mnie i będziesz mi gospodarowała. A jeśli będziesz posłuszna, to się z tobą 
ożenię. Chodź, zobacz, jak będziesz pięknie mieszkała. 
Oprowadza czarownik młynarzównę po komnatach, a komnaty to paradne, jedna 
piękniejsza 
od drugiej: ściany malowane, podłogi niedźwiedzimi skórami zasłane, na ławach 
kobierce, 
na policach srebrne naczynia. 

- Wszędzie ci tu wolno chodzić, we wszystkich zwierciadłach się przeglądać, ze wszystkich 

skrzynek wyjmować stroje i ubierać się w nie.  Zaprowadził młynarzównę do izby jadalnej. 

- Co jeno rozkażesz mieć do jedzenia czy do picia, to się zaraz na tym stole pojawi. 

Zaprowadził ją na koniec korytarza. Przed zamkniętymi drzwiami stanął. 

- Za tymi drzwiami jest izba, a do tej izby wchodzić ci nie wolno. To sobie zapamiętaj. 

Nie usłuchasz - spotka cię kara. 
I czarownik zniknął, a młynarzówna została sama w pięknym zamku. 
Nigdy najstarsza młynarzówna do roboty nie była wyrywna, więc życie tu jej się 
podoba. 
Po komnatach biega, coraz w inne wełniaki się przebiera, coraz inną chusteczkę 
na 
głowie zawiązuje, przed zwierciadłami staje, urodę swoją podziwia. A jak jest 
głodna 

- to do jadalni idzie, za stołem siada, obrus rozkłada i jeno rozkazuje. A czego zażąda, to zaraz 

przed nią na stole się zjawia. 

Ale gdy minęło czasu niemało, naprzykrzyło się już wreszcie dziewczynie wciąż 
jeno 
się przebierać. Kto ją w tych strojach widzi? Przecie nikt. 
Staje w korytarzu przed zamkniętymi drzwiami i myśli sobie: 
„Co też może być w tamtej izbie? Dlaczego czarownik zakazywał tam zaglądać? E, 
zajrzę. 

Na chwileczkę jeno, ale zajrzę!” 
A to wam jeszcze powiem, że młynarzówna wciąż przy sobie nosiła podarowane jej przez 
czarownika złote jabłko. 
Zajrzała. 

A tam jeno klatka przy klatce, a w każdej ptaszek. 
Wszystkie ptaszki smutne: główki zwieszone, skrzydełka opuszczone. Pośrodku izby 
stołek, a na stołku wielka księga na siedem pieczęci zamknięta. 

- E, nic tu ciekawego. Co mi tam ptaszki. Co mi tam księga! 

I z izby wyszła, drzwi za sobą zamknęła. 

- Nie będzie wiedział, że tam byłam. 

Nie minęło czasu wiele, zaturkotały przed zamkiem koła, zajechała karoca, a z 
karocy 
wysiadł czarownik. 

- Powiadaj, dziewczyno, coś tu robiła? 
- Miło się zabawiałam: po komnatach biegałam, piosenki śpiewałam, koraliki na nić 

jedwabną nawlekałam. 

- A w zakazanej izbie byłaś? 
- Nie... nie byłam. 
- Pokaż jabłko! 

Wyjmuje młynarzówna z zanadrza złote jabłko, a ono całe w czarnych plamach, a 
ono 

background image

całe sparszywiałe. 

- Widzisz, jakie jabłko? Skłamałaś! Złote jabłko zawsze mi prawdę pokaże. Zakazu nie usłuchałaś, 

do izby zaglądałaś. Spotka cię za to kara.  I zamknął dziewczynę w komórce. 

A sam do siebie tak mówi: 

- Jeszcze się namyślę, w co by tu ją zamienić. A teraz pojadę po drugą młynarzównę, 

jeno się przebiorę. 
I przebrał się czarownik za bogatego pana. 
Brodę ogolił, wąsy podkręcił. Włożył żupan na złote guzy zapinany, na żupan kontusz 

jedwabny, niebieski, na głowę kołpak z czaplą kitą, a kita przypięta brylantową 
zapinką. 
Okręcił się czteroodmiennym pasem złotolitym i karabelę za pas zatknął. Na nogi 
wdział 
czerwone safianowe buty. 
Bo, jak to w piosence: 

Płynie woda do ogroda 
od samego krańca. 
Czarne buty do roboty, 
czerwone do tańca. 

Prawda, co nieuroda był z niego, to nieuroda. Ale i to prawda, że do tego stroju 
to aż oczy rwało. 
Wyszedł czarownik ze swego podziemnego państwa i do młyna! 
A właśnie średnia młynarzówna koło stawu stała i młode kaczęta zwoływała z wody, 
bo im jedzenie przyniosła. 
Włosy jej w zachodzącym słońcu połyskiwały jak miedź, a oczy takie były zielone 
i tajemnicze, jak woda, co przy jej małych nóżkach pluskała. 
Zachwycił się dziewczyną czarownik. 
A więc kołpak zerwał z głowy, nisko nad ziemią nim zatoczył i mówi: 

- Witaj, mościa panno! Jadę na wesele brata i oto stała mi się przygoda. Obręcz z 

koła mi spadła. Kowala mi trza do pomocy... Wskaż mi, panienko, gdzie tu kuźnia. 

- Zaprowadzę was, panie. 

I młynarzówna rada, że się z tak ustrojonym wielmożą we wsi pokaże, miskę na 
ziemię 
rzuciła, gospodarski fartuch odpasała i powiada: 

- Pójdźcież za mną. Tą groblą. 

Gdy minęli groblę, czarownik mówi: 

- Nie trudź się, waćpanno, dalej - jeno mi rączką ukaż, która to z tych wsiowych chat jest kuźnią... 

A gdy mu średnia ukazała, dobył z kieszeni żupana złote jabłko i mówi: 

- Weźże ode mnie, piękna panienko, to jabłko za grzeczność. O... upadło mi! O... 

toczy się z górki! Gońże za nim, dziewczyno! Bo do wody wpadnie! Złap je sobie, 
złap! 

I znów tak było, jak za pierwszym razem. 
Potoczyło się jabłko - młynarzówna za nim. 
Już, już... miała je pochwycić, ale jabłko uniknęło jej ręki i toczy się dalej. Toczy 

się drogą, drogą, polem, polem, lasem, lasem, aż zatrzymało się na brzegu 
przepaści. 
Młynarzówna się nachyliła, jabłuszko złapała, ale sama się przy tym zważyła i 
spadła 
na dno. 
Ujrzała przed sobą wspaniały zamek, a obok siebie pana w kontuszu, tegoż samego, 
którego groblą prowadziła. 
I tę młynarzównę czarownik po zamku oprowadził. 

- Wszędzie ci tu wolno chodzić, tylko nie do izby za tymi drzwiami. To sobie zapamiętaj. 

A potem pyta: 

- A cóż ty najbardziej lubisz? 
- Najbardziej to lubię tańczyć. 
- No, to masz tu skrzyneczkę-dziwotkę. Jak tą uchwytką pokręcisz, to ci skrzyneczka 

będzie grała a grała. A ty se tańcz. 

background image

I czarownik zniknął, a młynarzówna została w wielkim zamku. 
Nigdy i średnia młynarzówna nie była wyrywna do roboty, więc się jej tu życie 
podoba. 
Po komnatach biega, smaczne potrawy zajada, w piękne szatki się stroi, co i raz 
skrzyneczkę 

nakręca i tańczy, tańczy... 
Ale gdy się jej to wreszcie znudziło i ona do zakazanej izby zajrzała. 
Zobaczyła ptaszki, zobaczyła księgę. 
- E, co mi tam do tego... 

Z izby wyszła, drzwi za sobą zamknęła. 

- Nie będzie wiedział, że tam byłam. 

Minęło czasu niewiele, wraca czarownik i pyta: 

- Coś tu, dziewczyno, robiła? 
- Po komnatach biegałam, skrzyneczkę-dziwotkę nakręcałam, w taneczku się obertałam. 
- A do zakazanej izby zaglądałaś ? 
- Nie... nie zaglądałam. 
- Pokaż jabłko! 

Wyjmuje młynarzówna z zanadrza złote jabłko, a ono całe w czarnych plamach, a 
ono 
całe sparszywiałe. 

- Skłamałaś! Widzisz, jakie jabłko? Złote jabłko zawsze mi prawdę pokaże. Zakazu nie usłuchałaś, 

do izby zaglądałaś. Spotka cię za to kara.  I zamknął dziewczynę w komórce. 

A sam do siebie tak mówi: 

- Jeszcze się namyślę, w co by tu ją zamienić. A teraz zaraz pojadę po trzecią młynarzównę, 

jeno się przebiorę. 
Przebrał się czarownik za żebraka: na nogach łapcie łykiem sznurowane, siermięga 
ubłocona, na plecach torba na chleb, w ręku kij jeżową skórką owinięty na 
odpędzanie 

psów. 
I poszedł do młyna niby to dziadek po prośbie. 
Wyniosła mu najmłodsza młynarzówna kawałek razowca. 

Dziadek chleb do torby schował, podziękował i grzecznie prosi: 

- Panieneczko dobra, przeprowadź mnie przez podwórze, bo niedowidzę, boję się wpaść 

do studni. 
Nie wiedziała najmłodsza, jak starsze siostry przepadły. Nie wiedziała, że z czarownikiem 
gada. 

- Przeprowadzę was, dziadku. 

Aż tu zaraz za furtką na drodze dziadek niby niechcący złote jabłko upuszcza i 
woła: 

- Ach, moje jabłuszko! Takem się nim cieszył! Zatoczyło mi się w trawę! Zginie mi, 

przepadnie! 

- Nie lamentujcie, dziadku. Zaraz wam jabłuszko podniosę! 

I skoczyła młynarzówna za jabłkiem. 
A ono toczy się drogą, drogą, polem, polem, lasem, lasem, aż zatrzymało się na brzegu 
przepaści. 
Młynarzówna się nachyliła, jabłuszko złapała, ale sama się przy tym zważyła i zsunęła 
się w dół. 
Nie potłukła się, zaraz wstała. Widzi: przed nią zamek ogromny. 

- Co to znaczy? Gdzie ja jestem? 

Wtem za sobą śmiech słyszy. 

- He-he-he... dziwisz się... 

Obejrzała się dziewczyna. Widzi - chłopisko wysokie i chude jak tyka. Broda 
długa, 
uszy jak u nietoperza, nos jak purchawa. Kubek w kubek podobny do tego dziadka, 
któremu 

background image

kromkę chleba wyniosła, jeno że inaczej odziany. 

- Nie dziadek ja proszalny, jeno pan tego zamku. I to ci jeszcze powiem, że czarownikiem 

jestem. U mnie tu musisz zostać, w tym zamku musisz mieszkać. 
A młynarzówna aż się trzęsie ze strachu. 
„To on musi chwycił moje starsze siostry, a teraz i mnie. One nie wróciły i ja nie 
wrócę... Oh, dolo, dolo...” 

O ojcu i matce myśli. Ojciec i matka jej przed oczami. Po starszych córkach 
płakali, 
ręce łamali, po wsiach sąsiedzkich, po borach-lasach ich szukali - nie znaleźli. 
„A teraz i mnie utracili! Toż na nich uciśnienie przyszło... nie przeżyją tego, 
nie 

przeżyją...” 
Prowadzi czarownik młynarzównę do środka zamku, paradne komnaty jej ukazuje, wesołe 
życie jej obiecuje. 
Ale młynarzówna na nic nie patrzy, nic jej nie zachwyca, nic nie cieszy. 

O zakazanej izbie nic czarownik nie gada, bo se myśli: 
„Choćby i do tamtej izby zajrzała, ostawię ją sobie. Piękniejszej narzeczonej 
nigdzie, 

przenigdzie nie znajdę”. 
I czarownik poszedł sobie w świat nowe niegodziwości robić, a najmłodsza młynarzówna 
sama w wielkim zamku została. 

Nie do zabawy jej, nie do wesołości jak starszym siostrom. Po komnatach nie 
biega, 
w zwierciadłach się nie przegląda, grającej skrzyneczki nie nakręca. 
Ale białe rączki załamuje, siwe oczki zapłakuje nad dolą rodziców, nad dolą 
starszych 
sióstr, nad dolą własną. 
Z tej żałości, z tego umęczenia płaczem zasnęła. 
A gdy się zbudziła - myśli: 

„Nic płakanie nie pomoże. Trza mi jakiegoś wyjścia na świat szukać, trza mi stąd 
uciekać”. 
I od komnaty do komnaty chodzi, ale wszystkie drzwi na kłódki pozamykane, wszystkie 
okna na żelazne sztaby zaryglowane. 
Gdy tak chodziła, chodziła... do zakazanej izby weszła. 

Ujrzała smutne ptaszki w klatkach. A że była dobrego serca dla każdego 
stworzenia 

- to zaraz o własnym smutku zapomniała, nad ptaszkami się użaliła. 
- O biedne ptaszynki! Do ciasnych klatek was powsadzano, w drucianych więzieniach 

was pozamykano. Ani jedzenia wy nie macie, ani wody. 
A wtem ptaszki jakby ze snu się zbudziły. Główki podniosły, skrzydełkami 
poruszyły. 

Posłyszałyśmy użaleństwa słowo. 
Żyć nam na nowo! Żyć nam na nowo! 

Okrutnie się młynarzówna zdumiała. A toż to dziw nad dziwy! Ptaszki ludzką mową 
gadające! 
Więc woła: 

- Coście za takie ptaszki-dziwotki, że ludzką mową potraficie mówić? 

A ptaszki chórem wołają: 

Nie ptaszyny my, choć w piórkach. 
Każda z nas kmieciowa córka. 
Przez dziadoszka my chwycone, 
w małe ptaszki zamienione. 
Schodzą lata, schodzą zimy - 
my w klateczkach wciąż siedzimy. 
Schodzą wiosny i jesienie... 

background image

Kiedyż przyjdzie wybawienie? 

A z kąteczka odzywają się znajome głosy: 

I my tutaj, niebożyczki! 
My, rodzone twe siostrzyczki! 
Pobiegła młynarzówna do kącika, a tam w malutkiej klatce dwie sikorki trzepocą się 
i dziobki ku niej wyciągają. 

- Ratuj nas, ratuj! 

Młynarzówna rączki załamuje, oczy zapłakuje. 

- Jakże was wyratuję? Jakże was odczaruję? Klatki drzwiczek nie mają, wszystkie drzwi 

w zamku pozamykane. Nie ujdziemy stąd! Zginiemy tu wszystkie! 
A ptaszki na to chórem: 

Jak otworzyć drzwiczki klatek, 
jak powrócić nas do matek, 
o tym gruba księga prawi. 
Kto wyczyta, ten wybawi. 
Obejrzała się wokoło młynarzówna. Widzi, leży na stołku gruba księga na siedem klamer 
zamknięta! 
Skoczyła młynarzówna, klamry poodpinała, księgę rozłożyła. 
Szuka, szuka, znalazła! 

Na stronicy naznaczonej wyrysowaną kłódką napisane: 
„Jeśli chcesz otworzyć skrzynię, klatkę, drzwi albo co niebądź inne zawarte 

Zawarte - zamknięte. 

, weź trawkę-odmyczkę, przyłóż ją do zamknionego i powiedz te słowa: 
Jesteś harde - ukorz się. 
Jesteś zamknione - otwórz się. 
To ci rozkazuję po raz pierwszy i po raz drugi, i po raz trzeci. 
Na kracie leży zasuszona trawka. 
Może to trawka-odmyczka? 
Chwyciła ją młynarzówna. Do pierwszej klatki trawkę przyłożyła, czarodziejskie słowa 
powiedziała - klatka się otworzyła! 
Co za szczęście! Co za radość! 
Chybko[ 
Chybko - szybko, prędko. 


, chybko przyłożyła odmyczkę do drugiej klatki, do trzeciej... wszystkie 
pootwierała! 
Szczęśliwe ptaszki z klatek wyfrunęły, rządkiem na oknie usiadły. Główkami 
kręcą, 
skrzydełkami trzepocą. 

- Szukaj dalej! Czytaj dalej! 

Szuka, szuka w księdze młynarzówna. O, tu strona naznaczona sikorką. I tak na 
niej 
napisane: 
„Jeśli chcesz człowieka zamienić w ptaszka, stań twarzą do wschodu słońca, obróć 

się na pięcie trzy razy z lewej strony na prawą i powiedz te słowa: 
Edziu-bedziu czamuraj! 
Dwa zaklęcia słowa. 
Twa postać już nowa. 
Klań-rań - raszkiem, 
stań się ptaszkiem! 
A gdy ptaszka chcesz znów odkląć, zrób i powiedz to wszystko odwrotnie”. 

background image

Raz-dwa-trzy młynarzówna stanęła twarzą do zachodu słońca, obróciła się trzy 
razy 

na palcach z prawej strony na lewą i powiedziała: 
Ptaszkiem się stań, 
raszkiem - rań-klań! 
Nowa już postać twa. 
Słowa zaklęcia dwa. 
Czamuraj bedziu-edziu! 

I nowy dziw się staje! Już dwadzieścia ptaszków zniknęło. 
Już dwadzieścia dziewcząt kołem młynarzównę otacza! Dwadzieścia dziewcząt 
w ręce klaszcze, śmieje się, raduje! 
A młynarzówna przynagla: 

- Uciekajmy! Uciekajmy, póki czarownik nie powrócił! 

Chwyciła wielką księgę, chwyciła trawkę-odmyczkę i wybiegła. A dziewczęta za 
nią, 
za nią! 
Jedne po drugich drzwi młynarzówna trawką-odmyczką dotyka i czarodziejskie słowa 
wypowiada. Kłódki się kruszą, skoble odpadają, drzwi się same na rozcież 
otwierają. 
I tak dziewięcioro drzwi się otworzyło, dziewięć krat się pokruszyło, dziewięć 
bram 
się rozwarło. A za tą dziewiątą bramą - już był las na świecie, już były ich 
pola, 

ich wioski. 
Zaraz też dziewczęta w cztery strony świata do swych chat się rozbiegły. 
A trzy siostry młynarzówny do młyna spieszą. 

Spieszą, spieszą, już rozstajne drogi minęły, już groblę minęły, już we wrotka 
wchodzą. 

Nagle za sobą tupot słyszą! 
Czarownik je goni! 
Najmłodsza młynarzówna co prędzej ławy dopada, księgę rozkłada. Na stronicę z myszką 
trafiła, szybko oczkiem na nią rzuciła, trzy listki zerwała, czarodziejskie słowa 
przeczytała: 
Hokus-pokus szumigaj. 
Moim słowom posłuch daj. 
Trzy listki na krzyż. 
Niech się z czarownika stanie mysz! 
Czarownik już był na podwórzu! 
Ale na to zaklęcie zaczęło wielkie chłopisko maleć... maleć... maleć... aż zrobiła 
się z niego szara myszka. 
A wtedy młynarzowy Mruczek, co pod gankiem na słońcu się wygrzewał, skoczył, myszkę 
pochwycił, udusił i zjadł! 
I taki był koniec złego czarownika. 
Zaraz jego zamek zapadł się na siedemdziesiąt mil w głąb ziemi, ani śladu po nim 
nie zostało. 
A czarodziejską księgę młynarzówna, przez flisaków Wisłą od Gdańska płynących, królowi 
na Wawel posłała. 
Leży ta księga do dziś dnia w „zamku słowa drukowanego”, leży łańcuchem do stołu 
przybita. 
Ale swoją czarodziejską siłę już utraciła. 
Trawka-odmyczka przez siedem wieków na proch się skruszyła, a proch ten po świecie 
się rozwiał. 
 

* * * 

background image

Janina Porazińska 
„CIACHU, CIACHU, CIACH” 
Janicku, Janicku, 
cóż to mas na licku ? 
Cerwone lelije. 
Podarujze mi je. 
Śpiewa sobie pasterka Justysia. Śpiewa idąc za gąskami. A tych gąsek gromada bo to 
i swoje, i sąsiadowe. 

- E, czerwonej lelii to mi nie trzeba. Mam swoją na liczku. Ale co ładna spódniczyna 

a kaftanik, a zapaska - toby mi się zdały. 
Oj, zdałyby się! 

Bo ta Justysi kiecuszka to na rosach zszargana, na cierniach podarta, na rżysku 
wystrzępiona, 
a i od słońca spłowiała. Deszcz z barwistości do ostatka ją wyprał. Szary, 
szareńki 
kurz się w nią nabił. 
A tu na świecie tyle różności kolorów - co cud! 
Patrzy pasterka na niebo, a niebo jest modrzyste i obłoki po nim płyną srebrem 
obrzeżone 
albo i złotą nicią obdziergane. A pod zniżające się słonko ścielą się chmury 
czerwonopromienne: 
szparami tu i tam wyziera niebo to niebieskie, to zielone, to szmaragdowe, to 
mieniące 
się jak perły. 
Jak te perły na jarmarcznych straganach w Szczercowie. 

- Hej, takie ci mieć obleczenie! 

Idzie Justysia za gąskami po pastwisku nad rzeką. Młoda wiosna jest tu dopiero. 
Ale 
że słonko już od miesiąca mocno grzeje, a nocami ciepłe deszcze przechodzą - to 

trawy podrosły wysoko, stokrocie się już bielą, a tej drobnej żywizny pełno po 
ziemi 
biega, w powietrzu bzyka i furkoce. 
Idzie pasterka brzegiem rzeki, o tych modrościach, o tej czerwieni na niebie 
myśli, 
aż tu widzi - po trawie lezie rak. Wielkie raczysko. Lezie i nożycami tnie: 
ciachu-ciach-ciach. 
A z tym rakiem to tak było: Żył”on sobie w rzece, norę tam miał w gliniastym 
brzegu. 
Wielkie to było raczysko, to i szczypce miał wielkie. I wciąż przednie łapska z 
nory 
do rzeki wysuwał, i wciąż nożycami ciachał: ciach, ciach, ciach... 
Gniewało to rzekę, że ją tak nożycami kraje a kraje. 
I tak - raz nocą chce sobie woda śpiewać potoczyste, drobnofalisto: 

Jeden miesiączek na niebie, 
drugi miesiączek na wodzie. 

na wodzie... 

Oj, przypatrz ty się, noceńko, 
mojej srebrzystej urodzie, 

urodzie!... 

A tu rak jej piosenkę szczypcami kraje i kraje na kawałki. Ani z tego 
zrozumienia, 
ani z tego śpiewu. Jedno drugiego się nie trzyma: 
„Je...bul-bul-bul...den bul-bul-bul... miesią... bul-bul-bul... czek-czek-
czek...” 
E, do licha z tym krajaczem! 

background image

Rozgniewała się woda i jak tylko rak wylazł z nory, chwyciła go, zakołysała i 
fyrt! 
wyrzuciła na brzeg. 

- Siedźże se tam, nie psoć mi dłużej! 

I tu go Justysia ujrzała. A gdy go ujrzała, mówi: 

- Raku, krajesz a krajesz nożycami po próżnicy. Ukrajałbyś mi tej zachodowej czerwieni 

na spódniczkę, a tej niebieskości na kaftanik, a tej zieloniutkiej gładzizny na 
zapaskę. 
I żeby sreberko było na okolenie, i żeby złote cekiny były na naszycie... 
Oj, tobym cię za to kochała! 
A rak mówi: 

- Czemu nie! Moje nożyce potrafią wszystko naciąć. Idźże sobie za gąskami, a ja ci 

tu tych kolorów naszykuję. 
Poszła Justysia gąsek pilnować. 
Rak właśnie dopiero co dojrzał nieżywego kreta i chciał zabrać się do uczty - ale 

trudno. Mógł nie obiecywać. Ale jak obiecał, to musi zrobić. Musi Justysi 
naciąć. 
Wyciągnął więc nożyce ku zachodowi... ale gdzie tam! Do barwiczek na zachodzie 
dostać 
nie może. 

- Wlezę na tę górkę, to z wierzchołka, ani chybi, do nieba dosięgnę. 

Lezie raczysko po raczemu tyłem, tyłem się cofa pod górę, pod górę... Lazł całą 
godzinę, no i wreszcie wlazł na wierzchołek. Wyciągnął nożyce ku zachodowi. 

- Eeee... gdzie tam! 

Wspiął się na pazurki. 

- Ani myśleć, ani myśleć, żeby dostać. 

Złazi raczysko w dół, złazi po raczemu tyłem, tyłem i myśli: 
„Co też tam się dzieje z moim kretem? Czy go aby kto nie porwał? Czy go kto nie 
zjad 
? Czy go żuki grabarze w ziemi nie zagrzebały?” 
O Justysi zapomniał. 
Ale zaledwie swymi oczyskami, na słupkach, zakręcił w lewo i w prawo, dojrzał 
Justysię, 

że już gąski z pastwiska spędza. 
Przystanął, zadumał się, o krecie zapomniał. 

- Obiecałem, a nie nakrajałem. Co jej powiem? Co powiem? Aha! 

A Justysia już go dopadła. 

- Nakrajałeś, raku, dla mnie kolorów? 
- Nakrajałem, a jakże, nakrajałem. Niebieskiego na kaftanik, zielonego na zapaskę 

i jeszcze srebra na dziergotkę, i jeszcze złota na centusie. 

- Ojejej!... - skacze Justysia z radości. - A gdzież to masz? 
- Ano widzisz... zobaczyły ważki (co to je jeszcze nazywają panny albo świtezianki), 

żem nakrajał tych barwistych płatków, przyleciały i porwały mi wszystko dla 
siebie 
na sukienki. 

- A nie kłamiesz ty, raku ? 
- Prawdę szczerą mówię. Jak mi nie wierzysz, to pobiegnij tam, gdzie się trzciny 

kołyszą, popatrz. 
Pobiegła Justysia i widzi... prawdziwie! Latają tam ważki, świtezianki, panny. Te 

modro przybrane, te - złociście, te - niebiesko. A wszystkie mają skrzydełka 
srebrne. 

- Czemuście mi kolory zabrały? To były dla mnie! - krzyknęła Justysia. 

Ale ważki, świtezianki i panny kołysały się dalej spokojnie na trzcinach i nic a 
nic sobie nie robiły z Justysinego krzyku. 
Przypomniała sobie pasterka o spódniczce, więc biegnie z powrotem do raka i 
pyta: 

- A czerwieni mi nakrajałeś? 

background image

- A jakże, a jakże. 
- To gdzie ona jest? 
- Ano widzisz... jak zobaczyły tę czerwień kowaliki, to zaraz przybiegły i zabrały 

ją na swe żupany. 

- A nie kłamiesz ty, raku? 
- Szczerą prawdę mówię. Jak nie wierzysz, to pobiegnij do olszowego zagajnika, popatrz. 

Pobiegła Justysia i widzi... Po olszowych pniach łażą do góry i na dół, do góry 

na dół kowaliki, a każdy w czerwonym żupaniku, każdy wygląda jak koralik żywy. 

- Czemuście mi zabrały, co rak nakrajał? To było dla mnie na spódniczkę! - krzyknęła Justysia. 

Ale kowaliki ani przystanęły: wciąż to pięły się po pniu w górę, to zbiegały w 
dół. Nic sobie z Justysinego krzyku nie robiły. 

A tymczasem... słonko już zaszło, niebo już zszarzało, chmury już spopielały. 
Mrok snuje się ziemią, snuje się niebem - do reszty kolory ugasza. 
Wraca Justysia do raka, a zła, aż czerwona. 

Przeląkł się rak. O krecie już wcale nie myśli. Pragnie już tylko Justysię 
ułagodzić. 

- Jak chcesz, to ci nakraję... 
- Co? Tych szarości, tych mroczysków? Oszukałeś mnie! Kłamcą jesteś! 

Rak chciał zawołać: 
„Nie jestem kłamcą! Do nieba nie mogłem dostać! A że o tych pannach, o tych 
kowalikach 

- to co? Dziś jest przecież pierwszy kwietnia - prima aprilis, to wolno zwodzić”. 

Chciał tak zawołać, ale nie zdążył. 
Chwyciła go Justysia, podniosła w górę i machnęła. 
Rak poleciał w górę, jakby miał skrzydła. Od tego bystrego a niespodziewanego 
pędu 
wszystko, co chciał powiedzieć, poplątało się biedakowi w jego skorupiastej 
głowie. 
Więc krzyknął tylko: 

- Do nieba prima aprilis! 

I plums! - wpadł do rzeki. 
Zaburzyła się woda, rozeszły się po niej koła, zakołysały się trzciny. 
Rak oparł się o dno rzeczne. 
Jasność dnia zagasła. Zatliła się jasność nocy. Wielki, pyzaty księżyc wysunął się 
zza lasu i wydźwignął się w górę, i srebrniał, i drżał. 

Przeszedł przez oziminę, przez podorywkę, zamigotał w okienku Wojtaszkowej 
chałupy, 
przelazł przez chruśniak i powędrował orosiałym pastwiskiem ku wodzie. 
Jak olbrzymi, ze szczerego srebra ukuty talar położył się na rzece. 
Rzeka zapląsała z radości i chciała zaśpiewać: 

Jeden miesiączek na niebie, 
drugi miesiączek na wodzie, 

na wodzie. 

A przypatrz ty się, noceńko 
mojej srebrzystej urodzie, 

urodzie!... 

Ale że rak dolazł już do swej nory i wystawił nożyce, i zaczął swoją raczą 
robotę: 
ciachu-ciachu-ciach-ciach... to rzeka zaraz rozsypała nutki swej nocnej 
śpiewanki, 
bo ją rak pociął na kawałki. 
I wyszło z tego : 
„Je...bul-bul-bul... den... bul-bul-bul... miesią... bul-bul-bul... czek-czek-
czek...” 

background image

- Widzicie go! Znów ten krajacz mi tu psoci! 
 

* * *Janina Porazińska 
„DWIE DOROTKI” 
BAŚŃ WIELKOPOLSKA 

Daleko stąd, daleko... za górą wysoką, za rzeką szeroką była wioska, a w tej 
wiosce biała chata, a w tej chacie mieszkał kmieć Pazurek z żoną Pazurkową. 
I były w chacie dwie Dorotki. 
Jedna była córką starego, druga córką starej; z pierwszej żony, z pierwszego 
męża. 
Mówi raz stara do starego: 

- I moja Dorota, i twoja Dorota. Żeby nam się nie myliło, będziemy wołali na twoją 

sierota”, a na moją „córeczka”. 
Markotno się staremu zrobiło, ale że żona była kłótliwa, hałaśnica, to dla świętego 
spokoju powiada: 

- Niechże będzie i tak. 

No i tak zostało. 
Pazurek dobry był dla córeczki, ale Pazurkowa nie była dobra dla sieroty. 
Co najcięższą robotę na pasierbicę spycha i jeszcze dogaduje: 

- A pośpieszaj, niecnoto, uwiń mi się z robotą. 

Do swej córeczki zasię mówi: 

- Spocznij sobie, poleż sobie, ja za ciebie wszystko zrobię. 

I tak z jednej Doroty rośnie pracowitka, z drugiej Doroty rośnie leń. Jedna 
wszystko 
zrobić potrafi i robi ochotnie, drugiej wszystko i za ciężko, i za niemiło. 
A tej sierotce o każdej chwili nie schodzi z myśli jej matusia, jej rodzona. 
Plewi w polu len... a ten len teraz kwitnie niebieściutko, jakby kawałek 
zaobłocznego 
nieba spłynął z góry i od miedzy do miedzy smugą się położył... tak sierota, co 
spojrzy 
na ten len kwitnący, to sobie myśli: 
„Musi matusia takie błowe oczy mieli”. 
‘ Żnie w polu sierpem dojrzałą pszenicę, to myśli sobie: 
„Złociste-ci to pole, złociste, jakby je szczerymi dukatami nabił. Musi matusia 
takie 
włosy, taką złotą główeńkę mieli”. 
I te myśli o zmarłej matce ku dobremu sierotkę kierują. 
Ujrzy starą babkę, jak chrust w płachcie z lasu dźwiga, a pod ciężarem przygina 
się, 
to myśli sobie: 
„Jakby to matusia widzieli, toby pewnikiem tej babce pomogli. To i ja jej 
pomogę!” 
Widzi, że dziecko siedzi na środku gościńca i w piasku się babrze, a tu stado 
krów 
idzie z pastwiska - to sobie myśli: 
„Jakby matusia to widzieli, toby przecie dziecko złapali i sąsiadce odnieśli, bo 
je tu krowy mogą pobóść! To i ja tego babraka sąsiadce odniosę”. 
I tak, komu może, przysługę wyświadcza, do każdego się uśmiechnie, dla każdego 
ma 

dobre słowo. 
Toteż wszystkim sierotka jest miła, cała wieś ją chwali. 
A córeczka Pazurkowej na każdego wilkiem patrzy, każdemu niechętliwie odpowiada. 
To i nikt jej nie lubi. 

Nastała zima. Spadły wielkie śniegi, przyszły lute mrozy, przyszły srogie 
dujawice. 
Stanęły rzeki, zamarzły jeziora. Świat stał się biały, uciszony, w słońcu 
iskrzący, 
o księżycu martwy i bezlitosny. 

background image

W taki to wieczór księżycowy mówi macocha do sierotki: 

- Weźże wiadra i nanoś ze studni wody do stągwi. A zwijaj się, bo już trza chałupę 

zawrzeć i iść spać. 
Wybiega sierotka na dwór, a tu mróz, a tu ślizgawica, że ledwie do studni 
doszła. 

Ciągnie wiadro z wodą, a ręce tak jej grabieją, że wcale drąga w garści utrzymać 
nie może. 
Nachyla się, aby uchwycić za wiadro, a tu drewniaki jej się po lodzie obsunęły, a 
że cembrowina była niska, zważyła się dziewczyna ku głębi i w studnię wpadła! 
Świecie najmilszy! Aby tylko chodaki po niej przy studni zostały! 
Leci, leci w głąb, a w głowie ma taki szum, że ani pojmuje, co się z nią dzieje. 
I dopiero gdy o dno prasła - ocknęła się. 
Spojrzała i widzi - jako że księżyc prosto nad studnią wisiał - przed nią drzwi wielkie 
jak wierzeje przy stodole. 
Uchwyciła za skobel, pociągnęła... drzwi się otwarły. 
I sierotka przez próg przeszła. 
Hej!... Dziwy nad dziwami! Ani tu zimy, ani tu śniegu. Słońce świeci i grzeje, łąki 
kwitną, ptaki śpiewają. 
Weszła na ścieżkę i idzie nią, idzie, a nacudować dość się nie może, jaki tu piękny 
świat dokoła! Takie zapachy, takie kolory, takie w powietrzu muzyki - że słowo tego 
nie opowie, pióro tego nie opisze. 
Doszła do rozstajów, a tu widzi - grusza stoi, a na niej tyle gruszek, ile gwiazdek 

na niebie! Ani ich drzewina udźwignąć nie może. Gałęzie zwisły do samej ziemi, 
pie-niuszek 

się pochylił. I tak się grusza skarży: 
Doloż moja, ciężka dolo, 
gałązeczki-ręce bolą. 
Bujne wichry nie latają, 
gruszek ze mnie nie strząsają. 
Gałązeczki-ręce bolą. 
Doloż moja, ciężka dolo! 

- Skoczyła chyżo Dorotka, zaczęła gruszki obrywać. Rwie, rwie i na trawę składa, wielką ich 

górę uskładała, drzewinie ulżyła. 

Podniosły się gałązki w górę. Leciutko im, wesoło im. 
I grusza ludzkim głosem znów mówi: 

- Ulżyłaś mi, dobra dziewczynko... ulżyłaś mi. Znów mogę gałązkami kołysać, znów mogę 

radować się i wesołym szumem szumieć. Nabierz sobie mych gruszek na drogę.  Wzięła 
Dorotka trzy gruszki do fartuszka i poszła dalej. 

Doszła do drugich rozstajów. Patrzy, a tu stoi chlebowy piec i tak ludzkim 
głosem 

labidzi: 
Ile kropel płynie rzeką, 
tyle dni się chleby pieką. 
Kto zlituje się, zlituje, 
chleby ze mnie powyjmuje... 
Skoczyła sierotka, piec otworzyła, wszystkie bochenki wygarnęła. 

A piec znów ludzkim głosem mówi: 

- Dobra dziewczynko, niechaj ci się wszystko w życiu szczęści za to, żeś moje chleby 

uratowała. A to spaliłyby się na węgiel. Zabierz ich sobie, ile chcesz, na 
drogę. 
Wzięła Dorotka bochenek chleba do fartuszka i poszła dalej. 
I nadziwić się nie może, że choć gruszki je, choć chleb łamie - zawsze w 
fartuszku 

background image

leżą trzy gruszki i zawsze cały bochenek. 
A leciutkie to... ani czuje, że coś niesie. 
Idzie, idzie dalej, aż zaszła do jakiejś chaty. Na progu chaty stoi baba o wielkich 
zębach i tak pyta: 

- Dziewczynko, a dokąd wędrujesz? 
- A donikąd. Tak se idę i idę i po pięknym świecie popatruję. 
- To może byś do mnie na służbę przyszła? 
- Przy szłabym, ale nie wiem, dam to radę waszej robocie? 
- E, dasz radę, dasz, bo u mnie wielkiej pracy nie ma. Sprzątniesz mi izbę, zaścielesz 

łóżko i ugotujesz strawę dla moich domowników. A tych domowników to aby dwóch: 
kotek 
i piesek. 
Roześmiała się sierotka i mówi: 

- A toż to przecie żadna robota! 
- No, to u mnie ostań. Jak przesłużysz rok, to cię nagrodzę wedle miary i sprawiedliwości. 

I wrócisz sobie do domu. 
Weszła sierotka do izby. Czterem kątom się pokłoniła, kotka, pieska pogłaskała i 

na służbie została. 
Co dzień baba o wielkich zębach od rana idzie w świat i nie wraca aż o zachodzie 
słońca. 
Co dzień sierotka izbę wysprząta, że się od czystości aż świeci w każdym kątku. Poduchy 
i pierzyny wietrzy na płocie, a potem tak je strząsa, tak klepie, tak stroszy, że 
te poduchy i pierzyny pęcznieją, aż się zrobią jak banie. 

To jak je zacznie na łóżku układać jedne na drugich, to ułoży aż pod samą 
powałę. 
Aż musi drabinę do łóżka przystawiać, bo inaczej baba o wielkich zębach na łóżko 
by nie wlazła. 
I jedzenie gotuje. Jagły na mleku - przódzi kotkowi całą miseczkę, potem sama 
poje. 
Kluski z omastą - przódzi pieskowi całą miskę, potem sama poje. 
Wraca wieczorem baba o wielkich zębach, a tu w izbie czyściutko jak na gody. 
Pierzyny 
poukładane aż pod powałę, kotek na piecu mruczy, piesek pod piecem aż sapie, 
taki 
najedzony. 

- Widzę, dziewuszko, jak gospodarujesz. 

Ano, minął rok. Ani jednego dnia sierotka nie zaniedbała się, co dzień w izbie 
jak 
przed świętem. Kotek i piesek upasione, sierstka na nich gładka, błyszcząca, 
oczy 
wesołe. 
Baba o wielkich zębach woła swych domowników i pyta: 

- Kotku, piesku, jaką skrzyneczkę dać dziewczynce za pracę? Czarną czy zieloną? 

„Haw! haw! zieloną!” - szczeknął piesek. 
„Miau! miau! zieloną!” - miauknął kotek. 
Baba o wielkich zębach wyniosła zieloną skrzynkę, pożegnały się. Znów sierotka czterem 
kątom pokłoniła się, kotka, pieska pogłaskała i na drogę wyszła. 
Baba o wielkich zębach za nią i po plecach ją głasnęła. 
I tu nagle, co za odmiana! 

Już na sierotce nie licha spódniczyna, nie wyłatany kaftanik, ale strój paradny, 

szumny, że cud! 
Spódniczka suta w kwiaty, gorsecik aksamitny, koszula cieniutka, haftowana, na 
głowie jedwabna chusteczka, a buciki węgierskie czerwone i sznurowane! 

Aniście na obrazku takiej pięknej lali nie widzieli. 
Oj uradowała się sierotka, uradowała! 

background image

Podziękowała gospodyni, zieloną skrzyneczkę chwyciła i w drogę! Ale nie uszła ani 

dziesięciu kroków, jak coś dokoła zahuczało, zaszumiało, wielką wichrzycą 
powiało, 
dziewczyną trzy razy obróciło i oto widzi sierotka... Stoi na swym podwórku koło 
studni, a przed chatą ojciec i macocha, i córeczka przyglądają się, cudują się i 
rozeznać nie mogą, czy to ona, czy nie ona - ta ustrojona panna. 
Dopiero ku nim podskoczyła, obcaskami zastukała, wszystkich grzecznie 
przywitała. 
A potem do samego wieczora opowiadała, gdzie to była, co widziała, jaką służbę 
miała, co za służbę dostała. 
Otworzyli zieloną skrzynkę, a tam bogactwa niezliczone, śliczności nie widziane: 

korale, bursztyny, pierścienie diamentowe, wstążki szczerozłotą nicią haftowane! 
Rety, reteczki! 
Poszli spać, ale nikt zasnąć nie może. 
Stary nie śpi, bo myśli, jakiego by tu męża dla takiej pięknej, takiej bogatej córki 
znaleźć. 

Stara nie śpi, bo myśli, jak by tu takież śliczności i dla swojej córeczki 
zdobyć. 
Córeczka nie śpi, bo ją zazdrość aż po łóżku rzuca; czemu to nie moje! nie moje! 
A sierotka nie śpi, bo myśli, co z tym bogactwem zrobi. Ojczaszkowi kupi ciepły 
kożuch 
na zimę i buty z cholewami. 
I co jeszcze za te skarby? Coś by trzeba takiego, żeby stare babusie nie 
pracowały nad siły... żeby dzieci nie babrały się po drogach w kurzu... Ale jak 
by to... 

jak by to?... 
Nad ranem dopiero wszyscy zasnęli. 

Minęło kilka dni, aż stara mówi do swojej córeczki: 

- Musisz i ty w studnię wskoczyć, do baby o wielkich zębach iść na służbę. 
- Kiej się boję, mamo. 
- Czego się, głupia, boisz? Jeszcze większą skrzynię z bogactwami przyniesiesz! 

Poszły do studni. Stara córeczkę popchnęła. Dorotka w wodę wpadła, o dno 
prasnęła 
i wielkie drzwi przed sobą ujrzała. Pociągnęła za skobel, próg przestąpiła. 
I wszystko akuratnie tak było, jak i wprzód. Idzie córeczka dróżką, a tu wiosna 
dokoła, słońce świeci, łąki kwitną, ptaki śpiewają. 
Doszła do rozstajów, gruszę ujrzała. Na drzewinie gruszek, ile gwiazdek na 
niebie. 
Gałęzie zwisły do samej ziemi, pieniuszek się pochylił. I tak się grusza skarży: 

Doloż moja, ciężka dolo, 
gałązeczki-ręce bolą. 
Bujne wichry nie latają, 
gruszek ze mnie nie strząsają. 
Gałązeczki-ręce bolą. 
Doloż moja, ciężka dolo! 
Ale córeczkę wcale to nie obeszło. 

- A niech se tam! - wzruszyła ramionami. Zerwała kilka gruszek do fartuszka i poszła dalej. 

Idzie, idzie... doszła do drugich rozstajów. Patrzy, a tu stoi chlebowy piec i 
tak 

ludzkim głosem labidzi: 
Ile kropel płynie rzeką, 
tyle dni się chleby pieką. 
Kto zlituje się, zlituje, 
chleby ze mnie powyjmuje... 
Ale córeczkę wcale to nie obeszło. 

background image

- A niech se tam! - wzruszyła ramionami. Otworzyła piec, wybrała sobie najpiękniejszy bochen, 

resztę w piecu zostawiła i poszła dalej. 

Idzie, idzie... ale jej strasznie ten bochen cięży. 

- Siądę se, odpocznę i pojem trochę. 

Usiadła w cieniu, do chleba... a tu widzi, chleb w szczery kamień się zamienił! 
Do 

gruszek, a tu widzi... gruszki w pecynki gliny się zamieniły! Jakże to jeść! 
Wszystko musiała wyrzucić. Podniosła się i poszła dalej... a zła, a głodna! 
Ale wreszcie doszła do chaty. 

Przed chatą stoi baba o wielkich zębach i pyta: 

- Dziewczynko, dokąd wędrujesz? 
- Tak se idę, służby szukam. 
- To może do mnie się zgodzisz? 
- Przecie, że się zgodzę - mówi córeczka, bo tę skrzynkę z bogactwami ma na myśli. 
- Robota u mnie niewielka. Izbę sprzątniesz, łóżko zaścielesz, pieska i kotka nakarmisz. 

A jak przesłużysz rok, nagrodzę cię wedle miary i sprawiedliwości. I wrócisz 
sobie 

do domu. 
Weszły do izby. Córeczka kotka ręką odsunęła, pieska nogą odepchnęła. 
„Niedoczekanie wasze! Nie będę cudzej gadziny oprzątała” - pomyślała sobie. 
I tylko rozgląda się, gdzie tu stoi ta skrzynia, którą za zasługi dostanie. 
Baba o wielkich zębach poszła do roboty, a córeczka garnek kaszy sobie ugotowała 

najadła się sama, kotkowi i pieskowi nic nie dała, na głodno ich z izby 
wypędziła 
i po szła spać. 
Wraca wieczorem baba o wielkich zębach, a tu w izbie nic nie zrobione. Łóżko nie 
zasłane, podłoga nie umieciona, brudny garnek po kaszy na środku izby się wala, 
kotka 
ani pieska nie ma, a dziewczyna w ogródku pod jabłonką sobie śpi. 

- Widzę, dziewuszko, jak się sprawujesz... 

I tak szedł dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Córeczka 
tylko o sobie myśli. W izbie śmieci!... aż szura pod nogami. Poduszki i pierzyny 
zbrukane, a piesek z kotkiem wychudły, zjeżyły się, ogonki im wyłysiały, oczka 
im 
sparszywiały. Żywią się same, jak mogą, to w polu, to w lesie. 
Ano minął rok. 
Baba o wielkich zębach woła swych domowników i pyta: 

- Kotku, piesku, jaką skrzyneczkę dać dziewczynie za służbę? Czy zieloną, czy czarną? 

„Haw! haw! czarną!” - szczeknął piesek. 
,,Miau! miau! czarną!” - miauknął kotek. 
Baba o wielkich zębach wyniosła czarną skrzynkę, pożegnały się. Córeczka dobrego 

słowa ani kotkowi, ani pieskowi nie powiedziała, wzięła skrzynkę i wyszła na 
drogę. 

Baba o wielkich zębach za nią i po plecach ją głasnęła. 
Aż tu nagle co się nie stało! 
Po córeczce od góry do dołu jakasi maź się rozlała... Smoła, nie smoła? 
Dziewczyna skrzynkę chwyciła i w drogę! Ale nie uszła ani dziesięciu kroków, jak 
coś dokoła zahuczało, zaszumiało, wielką wichrzycą powiało, dziewczyną trzy razy 

obróciło i oto widzi córeczka... Stoi na swym podwórku koło studni, a przed 
chatą 
ojczym, matka i sierotka. 
Matka w ręce klasnęła, wielkim głosem krzyknęła: 

- A gdzieżeś, córeczko, tak się zwalała, gdzieżeś paradny strój podziała?! 

Chwyciły skrzynkę! Jakie tam bogactwa?! Otwierają!... A ze skrzynki smyrgu-
smyrgu... 

background image

żaby, ropuchy, węże, jaszczurki... Rozlazło się to po podwórzu, po krzakach 
pochowało. 

- Takieś to wiano przyniosła! 


Za górą wysoką, za rzeką szeroką wioska, a w tej wiosce biała chata, a w tej 
chacie 

muzyczkowie grają, druhenki śpiewają, starościny w ręce klaszczą... 
Jakież tam gody? 
Wesele sierotki z kowalczykiem! 
A macocha z córeczką patrzeć na to nie chciały, w świat poszły i kędyś w wielkim 
świecie przepadły. 
Baśniczka miła czy niemiła - 
już się skończyła. 
 

* * *  

Janina Porazińska 
„MIAŁA BABKA PSTRĄ KOKOSZKĘ” 
BAJKA ŁAŃCUSZKOWA 
Miała babka pstrą kokoszkę. Pstra kokoszka znosiła pstre jajka. Podkradł się lisek 
Wszędysek i jajka wypił. 

Usiadła babka i płacze. 
Przyszedł dziadek. 

   - Czego ty, babko, płaczesz? 
   - Jakże nie mam płakać! Miałam pstrą kokoszkę. Pstra kokoszka znosiła pstre jajka. 

Podkradł się lisek Wszędysek i jajka wypił. 

   - Kiedy tak, to i ja będę płakał. Usiadł dziadek i płacze. 

Przyszła do dziadka świnka i pyta: 

   - Czego wy, dziadku, płaczecie? 

Mówi dziadek: 

   - Miała babka pstrą kokoszkę. Pstra kokoszka znosiła pstre jajka. Podkradł się 

lisek Wszędysek i jajka wypił. Babka płacze i ja płaczę. 

   - Kiedy tak, to i ja będę kwiczała. 

Usiadła świnka pod płotem i kwiczy. 

A płot się pyta: 

   - Czego ty, świnko, kwiczysz? 

Mówi świnka: 

   - Miała babka pstrą kokoszkę. Pstra kokoszka znosiła pstre jajka Podkradł się lisek 

Wszędysek i jajka wypił. Babka płacze, dziadek płacze, a ja kwiczę. 

   - Kiedy tak, to ja będę się chwiał. 

I płot zaczął się chwiać. 

Przyleciała sroka, siadła na tym płocie i pyta: 

   - Czemu ty się, płocie, chwiejesz? 

Mówi płot: 

   - Miała babka pstrą kokoszkę. Pstra kokoszka znosiła pstre jajka. Podkradł się 

lisek Wszędysek i jajka wypił. Babka płacze, dziadek płacze, świnka kwiczy a ja 
się 
chwieję. 

   - Kiedy tak, to ja sobie wydrę ogon. 

I sroka wydarła sobie trzy pióra z ogona i poleciała do lasu. 

background image

W lesie zobaczyła ją wiewiórka i pyta: 

   - Co się stało, sroko, z twoim ogonem? 

Mówi sroka: 

   - Miała babka pstrą kokoszkę. Pstra kokoszka znosiła pstre jajka. Podkradł się 

lisek Wszędysek i jajka wypił. Babka płacze, dziadek płacze, świnka kwiczy, płot 
się chwieje, a ja sobie ogon wydarłam. 

   - Kiedy tak, to ja będę sobie tarła nosek. 

Siadła wiewiórka pod dębem i trze a trze łapkami nosek. 

A dąb pyta: 

   - Czemu ty, wiewiórko, tak ciągle trzesz sobie nosek? 

Mówi wiewiórka: 

   - Miała babka pstrą kokoszkę. Pstra kokoszka znosiła pstre jajka. Podkradł się 

lisek Wszędysek i jajka wypił. Babka płacze, dziadek płacze, świnka kwiczy, płot 
się chwieje, sroka wydarła sobie ogon, a ja trę nosek. 

   - Kiedy tak, to zapuszczę korzenie w rzekę. 

I dąb zanurzył korzenie w wodzie. 

Przypłynęła wysoka fala i pyta: 

   - Czemuś ty, dębie, zapuścił korzenie w wodę? 

Mówi dąb: 

   - Miała babka pstrą kokoszkę. Pstra kokoszka znosiła pstre jajka Podkradł się lisek Wszędysek 

i jajka wypił. Babka płacze, dziadek płacze, świnka kwiczy, płot 

się chwieje, sroka wydarła sobie ogon, wiewiórka trze nosek, a ja zapuściłem 
korzenie 
w wodę. 

   - Kiedy tak, to ja przemienię się w gorzałkę. 

I wszystka woda w rzece przemieniła się w gorzałkę. 

Przyszedł do rzeki lisek Wszędysek, aby się napić wody. Chłep-chłep-chłep... 

   - Brr, niedobre. Brr... pali mnie w środku jak ogień, jakbym gorzał. Ale strasznie 

chce mi się pić. 
Chłep-chłep-chłep... gorzalinę. Upił się lisek. A gdy się upił, to zaczął 
tańcować. 

Obraca się, obraca po brzegu rzeki - zatoczył się na łąkę. 
Obraca się, obraca po łące - zatoczył się na pole. 
Obraca się, obraca po polu - zatoczył się na drogę. 
Obraca się, obraca po drodze - zatoczył się na podwórko babki. 
Obraca się, obraca po podwórku - potknął się, wpadł do studni i utopił się. 

Poszedł dziadek po wodę do studni - wyłowił nieżywego lisa. Zaraz zdjął z niego 
futro i rozwiesił je na płocie, żeby wyschło. 

   - Widzisz, babko! Będziesz miała czapkę na zimę. 

Ucieszyła się babka i przestała płakać. 
Babka nie płacze, to i dziadek nie płacze. 
Dziadek nie płacze, to i świnka nie kwiczy. 
Świnka nie kwiczy, to i płot się nie chwieje. 
Płot się nie chwieje, to i sroka więcej piór nie wydziera sobie z ogona. 
Sroka nie wydziera sobie piór z ogona, to i wiewiórka nie trze sobie noska. 
Wiewiórka nie trze sobie noska, to i dąb nie zapuszcza korzeni w rzekę. 
Dąb nie zapuszcza korzeni w rzekę, to i rzeka gorzałkę znów zamieniła w wodę. 
I tak wszystko wróciło do swego porządku. 

background image

A babka mówi: 

   - Widzisz, dziadku, jak to źle pić gorzałkę! Gdyby lisek jej się nie napił, toby 

się nie utopił. 

   - Aha, aha. 

Tyle tylko dziadek powiedział, ale sobie babki słowa dobrze zapamiętał. 

 

* * * 

Janina Porazińska 
„OWCZARYSZEK” 
BAŚŃ KRAKOWSKA 

W krakowskiej ziemi się to zaczęło, gdzie płynie rzeka Wisła, gdzie stoi Wawel-
skała. Za Wisłą błonia szerokie, dalekie. Na błoniach trzy tysiące owiec. 
Spojrzysz z Wawelu-skały, to jakbyś widział pole białymi kamieniami usłane - a 
to owce się pasą. Rzeką Wisłą pod Wawelem płyniesz, to jakbyś słyszał muzykę 
zgłuszoną 

- a to owce kołatkami drewnianymi tak zbyrczą a zbyrczą. 

Przy owcach stary owczarz. 

Ciężko dla starego samemu owczego stada pilnować. Dziewięćdziesiąt lat już 
przeżył, osiemdziesiąt całolatowych pasionek już przeżył. Pora mu już w chałupie 
siedzieć, 
prawnuki piastować - nie za owcami się uganiać. 
Aż ci tu raz idzie krakowską ziemią chłopiec nieduży, Janek sierota. Za chlebem, 
za służbą się rozgląda. 

Zgodził się za owczaryszka do starego. 
Trzy tysiące owiec będzie pasał. Dostanie za to rano i wieczorem kawałek chleba 

z twarogiem. A obiad - żur z kaszą - to se we dwojakach na pole sam co dzień 
zabierze. 

Zimą też biedy mieć nie będzie. 
Drewniane pioruny na nogi dostanie 

Drewniane pioruny - obuwie z drewna, nazywane żartobliwie piorunami, bo głośno 
stukało przy stąpaniu. 
, a na grzbiet kożuszysko starego, potargane, co już staremu od pięćdziesięciu 
zim 
służy. 
Spać będzie latem i zimą w owczarni z owcami, a coby go w nocy nie zadeptały, 
se pod żłobem będzie legał. 
Ano, jak nie masz gdzie głowy przytulić, to i płot zdaje ci się dobrym uchronem. 

Został Janek sierota za owczaryszka u starego. 

Pędźże owce, owczaryszku, 
tą szeroką miedzą. 
Niech się z rana do wieczora 
traweczki najedzą. 
Pędźże owce, owczaryszku, 
tą miedzą niczyją. 
Niech na błoniu trawę skubią, 
w Wiśle wodę piją. 

Trzy tysiące owiec rankiem z zagrody wygania. Trzy tysiące przez cały dzień z 

kudłatym Burkiem obiega, od wilka strzeże. Trzy tysiące wieczorem do zagrody 
przypędza. 
I jeszcze ma czas na muzykę. Na wiosnę fujarkę sobie z wierzbiny ulinił  
Ulinić fujarkę - wykręcić fujarkę. 
i całe lato na niej wygrywa. 

A była w tym stadzie owca jedna taka, co Jaśkowego grania słuchać lubiła. 

background image

Owca ta była inna niż wszystkie. 
Bieluchna cały rok, jakby ją śnieg dopieruśko posypał - kurz jej się wcale nie 

imał. Zawsze szła w przodku, całe stado prowadziła. A zacznie Jasio grać, to 
choć 
by na drugim końcu pastwiska była, do owczaryszka przybieży i stanie, i grania 
jego 
słucha. 

Lubił też ją Janek, lubił - nie do pojęcia! 
Już i sieroctwo nie wydaje mu się teraz takie gorzkie, jak wprzódy. Już i samotność 

nie wydaje mu się taka ciężka, jak wprzódy. Jakby siostra, jakby przyjaciel 
serdeczny 

do niego się przygarnął, na dolę jego wejrzał, serce jego zrozumiał. 

Było tak i było, aż się jednego dnia odmieniło. 
Tego dnia nie każe owczarz rankiem owiec na błonie wyganiać. Na progu owczarz 

se usiadł, wiaderko ze smołą postawił przed sobą, zajęczą łapkę położył i do 
Jaśka 
powiada: 

   - Po jednej owcy z owczarni przez dźwirki wypuszczaj, po jednej. A ja będę owce 

znakował 
Znakować - znaczyć, robić znaki. 
. Jak jedną pałkę na grzbiecie naznaczę - to owca na chowanie; jak dwie pałki - to 
na sprzedaż; jak trzy pałki - to na rzeź. 

Ano, wypuszcza Jasiek owce, a stary zajęczą łapkę w smole macza i pałki owcom 
na grzbiecie pisze. 
Wypuszcza Jasiek owce, a tę bieluśką do kąta zapędza, bo o zły znak dla niej się 
boi. Może stary o niej zapomni. Może się uda jej nie znakować. 

Ale stary dobrze swoje owce pamięta. - To już wszyćkie - mówi Jasiek. 

A owczarz wrzeszczy: 

   - Jeszcze tej bieluśkiej nie było! Jeszcze tej nie było, co zawdy stado prowadzi! 

I stary rozwiera szeroko drzwi. 

   - Widzisz tę weredę? W kątku się przytaiła! Dawaj ją tutaj! 

I musiał owczaryszek swoją ukochaną owieczkę na naznaczenie wyprowadzić. 

Niespokojnością bije serce w Jaśku. Ile pałek na grzbiecie owieczki owczarz 
naznaczy? 
A stary zmaczał zajęczą łapkę w smole raz - jedną pałkę namazał. Zmaczał drugi 
raz - drugą pałkę namazał. 
Trzepoce się serce w Jaśku, jak ptaszek do klatki schwytany. Zmaczał stary 
trzeci 
raz łapkę i powiada: 

   - Nicpoto owca, jagnięcia nigdy nie ma. 
   - Ale runo 

Runo - wełna owcza. 
piękne daje! Takie bieluśkie, takie mięciuśkie jak żadna! - woła owczaryszek i owcę 
sobą zasłania. 

Eh, nie obronisz jej, sieroto, nie obronisz ! Stary siłą owczaryszka odepchnął. 

   - Jak powiadam, że nicpoto, to nicpoto ! I trzecią krechę na białej wełnie naznaczył. Na rzeź. 

Przyszła noc ciemna, bez miesiąca i bez gwiazd! Niebo chmurami zasnuła. 

Słychać, jak Wisła bełkocze, ale się jej woda nie srebrzy, ale okiem nie 
rozeznasz, 
gdzie jej droga biegnie. 
Z wieży wawelskiego dworzyszcza co godzina straż w cztery strony świata miarę 
czasu otrębuje. Surmę słychać, ale grodziszcza nie dojrzysz. 

Ciemność a ciemność. 

background image

Ze świata wicher nadleciał. 
W Puszczy Niepołomickiej, co aż pod Kraków podchodzi, harcuje i hałasi. Stare 

dęby za bary chwyta i baruje się z nimi w prawo i w lewo, próbuje, kto kogo, 
przemoże. 
Uderza i w buki, ale buki stoją w gromadzie, zwartą ścianą wiatrowe szturmy 
odbijają. 

Trwoga w lesie nastała. 
Jakie zwierzę na żer wyszło - czy to borsuk, czy to lis, czy to jeż - to spiesznie 

do swej nory powraca. 

Przytaiły się na konarach żbiki i rysie. 

Krzaki przywierają do pni drzewnych. Jawory gałązkami na trwogę dzwonią. Smukłe 
brzozy przed wichurą pokornie się gną i szumią szumem płaczliwym. 

Jasiek spać nie może. 
Wygrzebał się spod żłobu, przed owczarnię wyszedł i usiadł na progu. Hej, miły 

świecie, jakże mu spać! 
Toć jutro przyjdą gospodarze a to z Bronowic, a to z Prądnika, a to z Mogiły, 
a to z Grzegórzek i owce naznaczone dwoma pałkami rozkupią. 
Toć jutro przyjdą z podegrodzia rzeźnicy i owce naznaczone trzema pałkami na 
strawę 

dla drużyny książęcej zabiorą. 

I jego bieluchną... 
Nie, nie ! Jeszcze owieczka żyje, jeszcze ją można uratować ! 

Noc litościwie ciemna, noc litościwie wiatrem hucząca i szumiąca. Nikt nie 
zobaczy, 
nikt nie posłyszy... 
Pod skałami jest grota kolącą jeżyną opleciona. Tam owieczkę uprowadzi, schowa, 
zatai... 
Wydobył z zanadrza fujarkę, niegłośno na niej zatiurlikał. A już łebek 
podniosła, już na nogi wstała. 
Sto owieczek przeskoczyła, na progu stanęła i muzyki słucha. Owczaryszek za 
szyję 
ją objął, do ucha szepcze: 

   - Chodź ! Do groty. Uchronię cię, nie dam na zabicie. Co świeżej trawy i świeżej 

wody. Ocalejesz. Chodź ! 

I poszli. Idą, idą, a... 

Nasłuchuje ciemna nocka 
Kto tu idzie w czas północka ? 

Minęli podworzec, wyszli na drogę, a... 

Wicher pędem ich dogania: 

- Spać! Nie czas do wędrowania! 

Z drogi weszli w pierwsze zarośla, a tu... 

Sowa chwieje mądrą głową: 

- W taką ciemną noc wichrową... 

Przedarli się przez las, już są blisko groty. Tu znów dziwią się im ostrężyny: 

- Nie wchodź w gęstwę! Na co! Po co! 

Nie nazbierasz jeżyn nocą! 

Nic nie wiecie, nie rozumiecie. 
Bo ty, nocko, za zmierzchem przychodzisz, a przed świtaniem uchodzisz nie wiedzieć 

gdzie. A ty, wichrze, tu jesteś, tu cię nie ma - wciąż światami gonisz. A ty, 
sowo, 
z gąszczu w gąszcz przelatujesz nocami, świata we dnie nie widzisz. A wy, 
ostrężyny, 
o wiośnie się zazielenicie, a zimą zamrzecie. 

Krótkie was tu wszystkich bytowanie. 

background image

Tylko grota stoi i stoi wciąż na jednym miejscu, wciąż jednaka. Czy w dzień, czy 

w nocy, czy w lato, czy w zimę. Wciąż ku wschodowi słońca zapatrzona. 
Widziała, jak szły stamtąd hordy tatarskie, dzikie hordy Dżyngis-chana. Wsie i 
miasta paliły. Ludność tej ziemi mordowały. A co nie zabiły, to uprowadziły w 
jasyr 

- niewole. 

Ziemia jęczała od tętentu tatarskich koni. Powietrze drżało od wrzasku 
tatarskich 
piersi. Dzień mroczniał od chmury tatarskiej pożogi. 
Przerażeni ludzie uciekali w moczary nieustępliwe, w trzciny nieobeszłe, w 
puszcze 
nieprzebyte. 

I po grotach się przytajali. 
Niejedną matkę z niemowlęciem, niejedną gromadkę dzieci ukryła grota, dzika grota 

kolącą ostrężyną zarosła. 

Tylko grota nie dziwi się wędrownikom i nie pyta. 
Nie pierwszyzna jej, że w noc ciemną i wichrową ktoś ku niej się skrada, ktoś 

w niej przytajonku szuka. 

Skała nie wyda. Skała od wiek wieków milczy i na wiek wieków milczeć będzie. 


Minął dzień jeden, minął drugi. Przyjechali kmiecie z dookolnych wsi, rozkupili 
owce na przychówek. 

Minął dzień trzeci. Przyjechali rzeźnicy z podegrodzia. 

Stary owczarz owieczki im wydaje, na kiju, kozikiem pokarbowanym, sprawdza. 
Jeszcze 
jedna karba została, jeszcze jednej owieczki brakuje. 

   - Dyć przecie nie ma tej białej ! Tej, co zawdy stado prowadzi ! Kaj się podziała? Co się z nią 

stało? 
Ale Janek za nic jej nie wyda. Więc woła: 

   - Nie wiem, kaj mi przepadła. Może na moczarach utonęła, może ją wilki porwały! 

Okrutnie się stary rozeźlił, schwycił batog. 

   - To tak mi stada pilnujesz? 

I nuże owczaryszka batem okładać ! 
Wyrwał mu się Jasiek i jak stał, boso, w koszuli jeno i w potarganych porciętach 

uciekł. 

Pędził błoniem, pędził przez moczary, przez grzęzawy 

Grzęzawa - grząska ziemia, bagna, moczary 
, przez zarośla olszowe, przez kłujący gąszcz jałowcowy, aby cięższą drogą, aby pogoń 
utrudnić, aż dopadł skałek. 

   - Już ja do starego nie wrócę, bo mnie za tę owieczkę zakatuje. A owieczki na 

śmierć nie wydam. Niech się jeno zmierzchnie, to ją z groty zabiorę i w świat 
sobie 

precz z nią pójdę... 

Ano, jagodami się pożywił i mroku czeka. A gdy mrok nastał, do groty poszedł. 
Ale próżno szukał, próżno wołał i przyzywał - owieczka z groty nie wyszła. 

   - Co się z nią stało? 

Usiadł owczaryszek przed grotą i gorzko zapłakał. 

   - Na próżnom chciał owieczkę ocalić. Musi wilki ją wytropiły i pożarły. Oj, dolo-niedolo! 

Napłakał się Janek, nawyrzekał... aż gdy się uspokoił, zaczął się przysłuchiwać 
wodzie, co z groty wypływała i w świat szła, i po kamykach dźwięczała. 

Słucha Janek, słucha... i coraz wyraźniej mowę źródełka rozumie. 

background image

A ta woda po drobnych kamyczkach ciurlika i tak Janka pociesza: 

Wilczaszkowie w boru siedzą, 
o owieczce nic nie wiedzą, 

szem-szem-szem... 

Poszła owca precz przez pola, 
poszła sobie kędy wola, 

szem-szem-szem... 

Słucha owczaryszek i to płakać mu się chce, to śmiać się i weselić. 

Smutno mu, bo owieczkę stracił już na zawsze. Wesoło mu, bo owieczka ocalała i 
po swej woli w świat poszła. 
Hej, świecie, świecie, takie to już na tobie bytowanie. Smutkiem zasmucisz, 
radością 
uweselisz. 
Ile tej radości? Ile smutku? Na wadze nie zważysz, garncem 
Garniec - dawna miara objętości, ok 4 litrów. 
nie przemierzysz. Tylko w sobie serca poruszeniem przeliczysz. 
Myśli Jasiek: 
„To i ja przed siebie pójdę. Świat daleki i szeroki, toć przecie i dla mnie 
chyba 
tam kawałek chleba się znajdzie”. 

Przespał się w grocie i o świtaniu w drogę wyruszył. 


Heeej, ani piórem nie opisać, ani słowem nie opowiedzieć, jakie to było 
wędrowanie. 
Ile dróg przeszedł, ile rzek przebrodził, ile moczarów przebrnął, przez ile 
borów 
i lasów się przedarł. 
Słońce go paliło, deszcze go siekły, wichry nim szarpały. Źli ludzie od proga 
z gniewem odganiali, dobrzy ludzie do pospólnego stołu zapraszali. 

Rozmaicie bywało. 
I tak idący a idący, zaszedł owczaryszek aż nad morze. 
Morze! 
Zdumiał się Jasiek wielkim zdumieniem, gdy zobaczył tę wodę nieprzemierzoną i 

groźną. 

Falami ku brzegowi szła, jakby chciała całą ziemię zatopić. 

Ni to konie białogrzywe po niej cwałują, na skały się wspinają. Ni to dziwożony 
po niej pląsają, srebrne włosy po wodzie rozwłóczą, srebrnymi palcami brzegowych 
piasków się chwytają. 
Wodo nieobeszła! I strach przed tobą człowieka od brzegów odgania, i ciekawość 
ku tobie przynęca. 

Myśli owczaryszek: 

„Uciec czy zostać?” 
Na wodzie statki się kołyszą. A wielkie jak domy ! Wiatr ogromne żagle wydyma 

i płótnem łopocze, jakby wielkoludy w olbrzymie dłonie klaskali. 
Stada mew ze skwirem kołują w górze, przekrzykują się z tym huczącym morzem. 

Strach odpędza, ciekawość przynęca. 

Myśli owczaryszek: 

„Uciec czy zostać?” 

Aż tu podchodzi do niego flisak i pyta: 

   - Ej, chłopcze! Zgodziłbyś się do nas na służbę? Na ten statek. Zdałbyś się nam 

do pomocy w kuchni. Jutro o świcie w daleki świat odpływamy. 

background image

Słońce w tę porę zza chmury wyszło, wiatr się uciszył. Morze stanęło w złotym 
blasku i w złotych migotach. Wysoka fala uspokoiła się. Rozciągnęła się po morzu 
i rozsypała w drobne, wesołe zmarszczynki. 

Myśli owczaryszek: 

„Ciekawość taką złotą wodą popłynąć...” 

I odpowiada: 

   - A zgodziłbym się, czemu nie. 

Już dziesięć dni i dziesięć nocy płynie okręt po morzu. 

Nad nim to dzionek od słońca złoty, to noc gwiazdami rozsrebmiona. To błękit 
niebieściuchny, to chmury ciężkie i skłębione. A pod nim wciąż woda. Woda 
szumiąca, woda niezmierzona. 

Tak było przez dziesięć dni, aż jedenastego dnia przyszła burza. 

Błyskawice srebrnymi sznurami niebo biczują, gromy dookoła huczą, wichrzyce po 
morzu cwałem pędzą, jakby stado żubrów z jednego końca w drugi przeganiały. 
Rozhukane fale w wysokie góry się wydźwigują, okręt pod chmury wynoszą i w dół 
go spychają. 
Okręt jęczy i skrzypi, i trzeszczy. Maszty mu wicher połamał, ster mu fale 
rozmiotły. 
Aż zaczęły fale statek ponosić. Same gnały jak spłoszone konie, wicher je 
jeszcze 
popychał, deszcz je jeszcze przynaglał, biczami smagał. 
Na grzbietach fal leciał okręt, leciał w tę ciemność, w tę wodę ryczącą, w ten 
świat zestrachany, leciał jak zwierzę ślepe, głuche, przerażeniem gnane. Aż i 
grzmotnął 
o skałę i cały się w drzazgi rozsypał. 

Ludzie poszli na dno. 

Leci, leci i Jasiek w wodną przepaść i tak sobie myśli: 

„Albo jeszcze żyję, albo już pomarłem”. 

Aż tu nadpływa wielka ryba mówi: 

   - Nie zginiesz, boś innych od śmierci ratował. 

I wzięła ryba Jaśka na grzbiet i poniosła go ku wyspie szczęśliwości. 

Płyną, płyną, aż do brzegu dopłynęli. 

Powiada ryba: 

   - Zsiadaj, Jasiu, ze mnie. Tu se ostaniesz. 
   - Niechaj będzie. Ostanę. 

Powiada jeszcze ryba: 

   - Idź, Jasiu, ku temu drzewu nad ruczajem, fujarkę sobie z niego wykręć i idź wyspą, i graj. A 

wszystko ci się stanie, jako się stać ma. 
I ryba poszła wodą w głębinę, a owczaryszek na brzegu został. 

Poszedł Jaś ku drzewu nad ruczajem, aby fujarkę sobie ulinić. 

I choć nie wierzba to, wiedźma kudłata, przy krakowskich drogach rosnąca, ale 

drzewo mahoń, jakby przez malarza we wzory porysowane, przecie Jasio fujarkę z 
niego 
ulinił, jakby z tej polskiej przydrożnej staruchy. 
Zadmuchał. Z fujarki poszło granie jak śpiew człowieczy: i miękkie, i dźwięczne, 

i serdeczne. 

background image

Poszedł Jaś z tą fujarką precz od morza w dolinę. 
Na prawo, na lewo wysoczą się góry. 
U podnóża gór drzewa kwitnące, drzewa przerozmaite pachnące: a to białowonne, 

a to modrowonne, a to krasnowonne. Wyżej bukowe lasy szumią. Jeszcze wyżej naga 
skała świecąca, jarząca, jakby z płomienia wykuta. 
A przed owczaryszkiem dolina srebrnym powietrzem omglona i zieloną łąką wysłana. 
Środkiem potok płynie, świeżością na boki paruje. Z góry słońce niepaląco 
dogrzewa. 

W powietrzu śmiga ptactwo rączolotne. 
Pięknie tu a pięknie... 
I co to za kraina? 
Idzie Jaś, gra i myśli sobie: 

„Ciekawe, jakbym tak wylazł na ten najwyszejszy wirszek, czybym m zobaczył z 
niego 
mój Kraków i Wisłę, i stary Tyniec, i lesiste Bielany? Ciekawe !” 
Nie wie Jasiek, że on o tysiące mil od Krakowa, na wyspie szczęśliwości, gdzie 
inny świat; gdzie nikt nie jest głodny i nie choruje, i nie umiera. 

Idzie Jaś, gra i myśli sobie: 

„Z chęcią zjadłbym co”. 

Aż tu nagle drzewo przed nim wyrasta. Drzewo niebywałe! Tak jak w krakowskiej 

ziemi polna grusza drobnym owocem jest obwieszona, tak ono tu rumianymi 
bułeczkami. 
Zerwał owczaryszek jedną i drugą bułeczkę, zjadł je, a smaczne były, jakby je 
wawelski piekarz na stół samego króla jegomości upiekł. 

Idzie Jaś, gra i myśli sobie: 

„Z chęcią te bułeczki popiłbym czymś”. 

Aż tu nagle drzewo przed nim wyrasta. Drzewo niebywałe! Całe złotymi kulami 
obwieszone. 
Kule kołyszą się i pachną. 
Zerwał Jaś kilka kul, obłupił je ze skóry i zjadł. Słodziuśkie były i soczyste, 
i pachnące nie do pojęcia. 

Idzie Jaś, gra i myśli sobie: 

„Że też tu nijakiej chałupy ani nijakiego gazdostwa nie widzę! Aby tam nad 
potokiem 

pięć owieczek się pasie”. 

Podchodzi Jaś bliżej. 
Cztery owieczki mają siwe runa, a jedna białe, bieluśkie. 

   - Takusieńka, jak ta moja u starego owczarza. 

A gdy wspomniał sobie Jaś owieczkę swoją to fujarkę do ust przyłożył i na 
krakowską 
nutkę zatiurlikał. 

Na tę samą, jaką grywał na Błoniach. Aż tu, co się nie dzieje ! 

Biała owieczka głowę nagle podnosi, słucha, słucha... jakby sobie coś 
przypomina... 
i ku owczaryszkowi bieży. A za nią cztery siwe. 

I przed Jasiem stanęły, i runa ze siebie strzepnęły. 

Ta biała runo przed Jasiem rozkłada, a ono zamienia się na złoty kobierzec. Te 
siwe runo ze siebie przed Jasiem rozkładają, a ono zamienia się na srebrne 
kobierce. 

I już owieczek nie ma. Już na każdym kobierczyku cud-panna stoi. 

Zdumiał się owczaryszek zdumieniem wielkim. A toż mu się chyba jeno wydaje, że 
to widzi ! 

background image

Więc zawołał: 

Oczyczki, moje oczyczki, 
wielkie z was łżyczki! 
Łżyczki - kłamczuchy, od słowa łżeć - kłamać 

Ale panna ze złotego kobierca powiada: 

   - Prawda to, Jasiu, szczera prawda. Oczyczki twoje nie kłamią. Jam jest ta, którąś 

od śmierci uratował. A teraz jesteś w moim królestwie. Wszystko, co jest moje, 
to 
i do ciebie należy. 
I zaprowadziła owczaryszka do swego zamku, i wyprawili tam wesele. A cztery 
panny 
ze srebrnych kobierców drużenkami im były. 

Tak to sobie owczaryszek piękną żonę nutą krakowską na fujarce wygrał. 

 

* * * 

Janina Porazińska 
„Pasterz tysiąca zajęcy” 
BAŚŃ MAŁOPOLSKA 

Było to w dawnych, bardzo dawnych czasach. Było to wtedy, gdy jeszcze na Polskę 
napadali Tatarzy. 
Ze wschodnich stepów wynurzała się ta dzicz i szła jak powódź na ziemię naszą. 
Pali 
a wsie i miasta; rabowała, co się dało; starych i dzieci wybijała, młodych 
uprowadzała w jasyr, w niewolę. 
Król z niewoli wykupywał rycerzy, bogate mieszczaństwo wykupywało swych 
krewnych, 
a chłop w niewoli tatarskiej tkwił aż do śmierci, do końca życia na Tatarzyna 
pracował. Chyba że udało mu się zbiec. 
Tak właśnie udało się Wszemiłowi. Uciekł Tatarom. 
Hej, niezliczone już dni i noce wędrował ku ojczyźnie. Deszcz go moczył, słońce 
go 
prażyło, wichry nim szarpały, mróz i głód się nad nim znęcał. 
A przecie wszystko wytrzymał i szedł, i szedł, bo go tęsknota gnała ku swojej 
ziemi, 
ku Małopolsce. Nigdzie zboża nie widziały mu się tak złote, nigdzie wzgórza tak 
wesołe, potoki tak srebrzyste jak tam, w tej krainie Wisłą przeciętej. 
Wędrował teraz właśnie wielką puszczą podkarpacką. Na plecach miał siermięgę 
zakurzoną 
i podartą, na ramieniu torbę z wyłysiałej, zajęczej skórki, a w tej torbie cały 
majątek: 
kawałek chleba i macherzynę z mlekiem przez dobrych ludzi podarowane, a i ten 
grosik, 

co go na gościńcu znalazł. 
Idzie, idzie, po drodze jagodami się żywi, chleba i mleka nie rusza, na cięższą godzinę 
je chowa. 
Idzie, idzie... aż tu niespodzianie tuż przed nim wychodzi zza drzewa staruszek. 
Przygarbiony, z siwą brodą, kosturem się podpiera - jak to stary. 

- Witaj mi, wędrowniku! - mówi dziadoszek. 
- Witajcie, dziadku! 
- Dobry człowieku, może macie chleb? Podzielcie się ze mną. Ledwie już na nogach trzymam 

się z głodu. 

- A czemu się, dziadku, jagodami nie pożywicie? 
- Nie takie to łatwe, jako się młodemu wydaje. Oj, nie! Po jagodę trzeba się schylić. 

A ja jakbym się schylił, tobym już nie miał mocy sprostować się. 
„Smutna to rzecz starość - pomyślał Wszemił. - Trzeba starowinę poratować. Ja 
się 

background image

ta jakoś jagodami przeżywię”. 
I wyjął z torby kromkę chleba, tę swoją kromkę pierwszą i ostatnią. 

- Weźcie to sobie, dziadku. Zjedzcie na zdrowie. 

Stary bardzo się uradował. Jedną ręką wziął chleb, a drugą zaraz sięgnął za 
pazuchę, 
wydobył ukrytą na piersiach fujarkę i podał ją wędrownikowi. 

- A wy, miłosierny człowieku, weźcie se to na wspominkę o mnie. Może się wam kiedy 

ta fujarka przyda. 
I rozstali się. 

Jeden skierował się na wschód, drugi na zachód. 
Nie uszedł Wszemił ani dziesięciu kroków, obejrzał się, jak to tam dziadkowi się 
lezie, a tu z dziadka ani śladu, jakby go wiatr zdmuchnął. 
„Pewnie mi go jakaś sosna zasłoniła” - pomyślał Wszemił i powędrował dalej. 
Wyszedł z puszczy na ugór przez słońce spalony, twardy a kamienisty. Aby licha 
trawka, 
sucha kostrzewa na nim rosła, aby rozchodnik tu i tam się zazłocił, aby czasami 
kępka 

macierzanki zabarwiła się i zapachniała. 
Jak daleko było spojrzeć - nigdzie domostwa ludzkiego, nigdzie dymu od ogniska, tego 
znaku człowieka. 
Mijała godzina za godziną. Słońce wciąż prażyło. Ugorowi końca nie było widać. 
„Muszę odpocząć i pokrzepić się mlekiem”. 

Właśnie rozglądał się za jakąś przechylinką gruntu, gdzie byłoby mu wygodniej 
przy-siąść, 
gdy raptem nad głową mu zaszumiało - zerwał się wiatr. 
Z góry wiatr skoczył na ziemię i zakręcił tak wielkim tumanem piasku, że aż 
świat 
na chwilę przesłonił. A gdy piasek opadł, widzi Wszemił: prościutko ku niemu 
drepcze 
dziadzina jeszcze chyba starszy, jeszcze chyba niedołężniejszy od tamtego 
spotkanego 
w puszczy. 

- Dobry człowieku, daj mi choć kropelkę wody, wody... - chrypi staruszek. - Umieram z pragnienia.  

Wszemił podrapał się w głowę. 

Co tu robić? Starego mu żal... ale i mleko niesporo mu oddawać. 

- Poratuj, chłopcze, jeśli możesz. Poratuj! 

Juści, skłamałby, gdyby powiedział: „Nie mogę”. 
Tak więc myśli sobie: 
„Jeszczem do znaku nie osłabł. Może przecie dolecę do jakiej wsi, a choćby do 
strumienia, 
to się napiję”. 
Wyjął więc z torby macherzynę z mlekiem. Nić konopną, którą była u góry 
zamotana, 
odpłatał i podał staremu. 

- Wypijcie se, dziadku. Mleko tu jest. 

Uradował się stary. Macherzynkę ku ustom przechylił i mleko do ostatniej kropli 
wypił. 

- Dobry człowieku, pokrzepiliście mnie. Oj, pokrzepiliście cudownie. Biedaczyna jestem, 

nie mam czym się wam odwdzięczyć. Ale choć podaruję wam ten bat, co go noszę za 
paskiem. 

Może wam się kiedy w życiu przyda. 
I zza paska wyciągnął zwykły jałowcowy pręt, do którego przywiązany był konopny sznurek 
z pukawką z końskiego włosia na końcu. 

- Weźcie to sobie na wspominkę o mnie. 

I znów nagle podniósł się wicher i zawirował tumanem piasku. A gdy piasek opadł 

ugór jak okiem sięgnąć znów był pusty. 

background image

Z dziadka nie zostało ani śladu. 
Ano, nie ma starego, to i nie ma. Wcale sobie tym Wszemił głowy nie zaprzątał. Pospiesza 

teraz z całych sił, aby przed wieczorem minąć nareszcie ugór, jakoś się pożywić, 
w jakimś zacisznym miejscu zanocować. 
Jakoż przed wieczorem ujrzał kępy drzew i bure dymy wałęsające się między 
gałęziami, 
i gościniec koleinami kół poznaczony. 

- Niedaleczko mam już do jakiejś wioski! 

Przydało mu to siły. 
Niezadługo wyszedł na gościniec. Żwawo maszeruje i cieszy się, że już niedługo razem 
z ludźmi usiądzie w izbie przy ognisku, przy wspólnym stole. 
Aż tu naraz widzi: pod przydrożnym drzewem siedzi stary chłopowina i płacze. 

- Cóż to wam się stało, dziadku, co płaczecie jak dziecko? 
- Oj, człowieku-wędrowniku, wielka niedola mi się stała! Przedał syn w grodzie prosiaka, 

szeroki grosz za niego dostał, kazał mi ten grosz do chałupy odnieść, a ja go 
zgubiłem!... Ani wiem kiej, ani wiem kaj - ale zgubiłem. I tera straśnie boję 
się synowej. 
Piekielnica z niej je a piekielnica! Za tę zgubę to mnie, ani chybi, z chałupy 
wygna. 
To i gdzie się podzieję... kto mnie weźmie, takiego starotę? 
I dalej dziadek płacze, aż się trzęsie. 
Myśli Wszemił: 
„Toć mam w torbie grosz. Nie napracowałem się na niego, bom go przecie znalazł 
na 
tatarskim gościńcu. Lekko mi przyszedł, niech lekko pójdzie. Oddam go staremu”. 
I wyjął z torbeczki grosz, i starkowi do garści go wcisnął. 

- Naści, dziadoszku. Grosz to rzetelny, jeno baczcie, cobyście i tego nie zgubili. 

Stary z radości objął chłopaka za nogi, w kolana go ucałował. 

- Anim się spodział takiego szczęścia, anim się spodział! Jakże wam się, miłosierny 

człowieku, za to odwdzięczę? Weźcie chociaż ten kostur. Weźcie go sobie na 
wspominkę 

o mnie. 
Nie chciał Wszemił dziadkowi odmawiać. Wziął kij i ruszył dalej. Ale zaledwie uszedł 
kilka kroków, myśli: 
„Trza się wrócić, trza pomóc staremu dźwignąć się z ziemi”. 
Odwrócił się, a tu z dziadoszka ani śladu. 

- Ho-ho... to się dziadowina uwinął! - zaśmiał się Wszemił i znów pomaszerował gościńcem. 

A idąc, bacznie rozglądał się po zagrodach. Do której pośmiałkuje się zastukać? 
Chyba 
do tej. Upodobała mu się. Przed chatą było czysto umiecione i wysypane żółtym 
piaskiem. 
W ogródku barwiły się kwiatki, a na przyzbie siedział kotek i mył się prawą 
łapką. 
Zastukał do drzwi. Na dobrych ludzi trafił. Wieczerzą go ugościli, w stodole na 
sianie 

przenocowali. 
Zawędrował Wszemił do wsi, z której był rodem. Ale tam po tatarskim najeździe z dawnej 
wsi już ani śladu. Nowe zagrody, nowi ludzie. 

Myśli chłopak: 
„Gdzie bądź na służbę się zgodzę. Do najbliższego grodu pójdę, ponoć tam 
kasztelan 

pasterza potrzebuje”. 
I poszedł do Tyńca. 
O tym pasterstwie to już mu ludzie gadali. Jeno zawsze przy tym uśmiechali się. Nie 
do bydła pasterza tam trzeba ani do stadniny końskiej. Nie do owiec, nie do trzody 
ani nawet nie do gęsi czy indyków. 

background image

To jaki pasterz na kasztelami potrzebny? 
Poszedł. Zaszedł. 
Przez most zwodzony, przez bramę na podwórzec go wpuścili, na kasztelańskie pokoje 
prowadzą. 

Wyszedł do niego sam kasztelan i tak mówi: 

- Takiego mi pasterza potrzeba, co spotrafi upilnować na łące tysiąc zajęcy. Musi 

paść je przez miesiąc. Jeżeli przez ten czas żaden zając mu nie ubędzie i jeżeli 
potem spotrafi mi cały worek bajek naopowiadać - to pasterz ten dostanie córkę 
moją 

za żonę i dziesięć wiosek w jej wianie. 
Ale jeżeli mu przez ten czas chociaż jeden zając zginie - to będzie musiał już do 
końca życia darmo na kasztelańskiej ziemi pracować. 
No, namyśl się. W południe mi odpowiesz. 
Pokłonił się Wszemił i z kasztelańskich komnat na podwórzec wyszedł. Zaraz go tam 
kilkoro ludzi obstąpiło. A skąd jest? A po co tu przybył? - wypytują. 

Nic o sobie Wszemił nie wspomniał, jeno mówi, co przyszedł na pasterza się 
zgodzić, 
do tych zajęcy... 

- Oj, nie bądź głupi - szepcą mu ludzie, a oglądają się, czy karbowy ich nie słyszy. 
- Pomyśl jeno, jakże ci zajęcy na wolności upilnować? 
- Toć to ci wszystkie w jednej chwili rozbiegną się w świat. Już tu wielu takich głupich było. Tera 

do końca życia niewolnikami kasztelana ostali. 

- Widzisz ich tam? Kamienie dźwigają, drugie ogrodzenie dookoła zamku murują. 

Popatrzył Wszemił na niewolników, ale myśli: 
i „Cały worek bajek nagadać to przecie spotrafię, bom się niemało w tatarskiej 
niewoli 
przy wspólnym ognisku nasłuchał. A z tymi zającami... może mi się poszczęści? 
Może mi żaden nie ucieknie?” 
I mówi: 

- Juścić to prawda, ale spróbuję. 
- E, nie leź wilkowi w gardło. Idź se do jakiej niebądź królewskiej wsi. Na kró-lewszczyźnie 

łan ziemi dostaniesz albo i kilka, ożenisz się, wolnym kmieciem se będziesz. 
A Wszemił na to: 

- Co robić... kiej mi się chce spróbować z tymi zającami. 

Ludzie dalej mu odradzają. Żal im chłopaka. Młody jest, śmigły i pięknej urody. 
Ale Wszemił się uparł: będzie pasł zające i będzie. 
Słonko na niebie wspięło się na najwyższą godzinę. Południe. W podwórzu dzwonią 
na 

obiad. 
Idzie chłopak na kasztelańskie pokoje. 

- Ostanę tu, miłościwy panie. Będę zające pasał. 

Rad kasztelan, że sobie zdobędzie nowego niewolnika. Uśmiechnął się i powiada: 

- No, to idźże se do czeladniej kuchni na obiad. A po południu karbowy ci zające wyda.  Tak się i 

stało. 

Po południu karbowy kazał stodołę otworzyć. Myk, myk, myk... tysiąc zajączków 
wyskoczyło na podwórzec. 
Ludzie się przyglądają. Jedni zafrasowani, bo im chłopaka żal, inni się śmieją, 

wszyscy ciekawi. 
„Ano, skorożem pastuch, to mi trza na fujarce grać”. 
Wydobył z torby fujarkę podarowaną mu przez pierwszego dziadoszka i zatiurlikał 
na niej. 
Aż tu co za dziw! 
Zajączki, co po całym podwórcu rozbiegły się były i urządzały gonitwy a kicanki 

teraz zbiegły się do kupki, ustawiły się czwórkami jak wojsko i czekają. 

background image

Ruszył Wszemił ku otwartym wrotom na most, ruszyły za nim zajączki kic-kic-kic, 
a baczą, coby czwórki były równe, coby jeden zając drugiego nie wyprzedzał. 
Ludzie aż usta pootwierali z tego dziwu. Karbowy do roboty ich nie zagania, bo 
sam 

się zacudował, stoi jak słup i oczy wytrzeszcza na to zajączkowe wojsko. 
Dopiero się ludzie przecknęli, gdy ostatnia czwórka za mostem im zniknęła. 
Przyszedł Wszemił z zajączkami na wyznaczone pastwisko. 
Wesoło mu. 

„No, z wyprowadzeniem zajęcy to mi dobrze poszło, ale co tera, żeby mi się nie 
rozbiegły?” 

Wbił w ziemię kostur, ten kostur, który dostał od trzeciego dziadka. 
„Niechże mi kij nie przeszkadza, kiej będę musiał zająca gonić”. 
Aż tu nowy dziw! 
Zajączki dookoła kostura się gromadzą, jakby je sznurkami przyciągał. Na boki nie 
uciekają, pasą się spokojnie. 
Co w jednym miejscu trawę wyjedzą, to Wszemił dalej kostur przenosi, a zajączki za 
nim i znów na tej innej części łąki dookoła kija pięknie się pasą. 

Ale się zdarzyło, że ku łące nadleciało od lasu kilka wron z wielkim krakaniem. 
Trzy 
małe zajączki zlękły się glap i kic-kic-kic uciekły na boki. 

- Ej, wy małe Kubusie, nie bójcie się ! Do gromady ! 

I nie myśląc nawet, co robi, Wszemił strzelił z bata, z tego bata, który mu 
podarował 

dziadoszek spotkany na ugorze. 
Zajączki w tej chwili zawróciły i do stada przybiegły. 
Wielkie zdumienie ogarnęło Wszemiła. 
„Kiej na fujarce gram, zajączki za tym głosem idą. Kiej kostur w ziemię wbiję, zajączki 

dokoła niego się pasą. A z bata strzelę, to który Kuba od stada odszedł - za-
rutko 

wraca. To ci dary, to ci czarodziejskie dary od dziadoszków dostałem!” 
Tego dnia wieczorem karbowy zajączki liczy. Wszystkie są. 
Na drugi dzień wieczorem karbowy zajączki liczy - żadnego nie brakuje. 
I trzeciego dnia nie brakuje, i czwartego. 
Wielki strach padł na kasztelański zamek. 
„Co? Ten chłop, ten pasiszarak córkę mi za żonę weźmie! Dziesięć wsi mu będę musiał 
podarować ! Trzeba szukać ratunku, póki czas, póki czas !” 
Rada w radę, rada w radę - uradzili. 

Na drugi dzień pasie Wszemił zajączki na łące. Aż tu widzi, coś się ku niemu od 

zamku toczy. Gości malutkie, grubiutkie jak beczułka, na nóżkach jak pieniuszki. 
A cóż to? A któż to? 
Kasztelańska kucharcia. 

Przytoczyła się ku łące i do Wszemiła: 

- Pasturku miły, poratujcie mnie, poratujcie! 

I udaje, że płacze. Zapaską trze oczy, coby były czerwone. 

- Dla jegomości pana kasztelana piekłam comber zajęczy. I spalił on mi się, spalił 

na węgiel! Co ja, nieszczęsna, tera zrobię! To był już ostatni szarak, ostatni z 
tych upolowanych. Kasztelan mnie wypędzi, zasług nie da, psami wyszczuje. 
Poratujcie 

mnie! Przedajcie mi jednego zająca na nowy comber. 
I pasterzowi do garści talarka wciska. 
Pomiarkował się Wszemił. To sidła na niego. To jeno po to, aby jednego zajączka w 
stadzie brakowało. 

Ale mówi : 

- Bierzcie sobie tego talarka z powrotem. Przedawać nie mogę, bo to nie moje. Ale 

background image

was poratuję, zajączka dam. Jeno mi za to zatańcujcie, bo mi się tu przecie cni 

cni samemu na pastwisku. 
Kucharcia rada, że jej się tak łatwo uda kasztelańskie przykazanie spełnić, ujęła 
prawą ręką prawy brzeg fałdzistego wełniaczka, lewą lewy i nuż obertać się, grubymi 

nóżkami drobić, hołubczyki wycinać, jak piłeczka podskakiwać, wyginać się, 
przeginać, 
koła i kółka zataczać. 
Ubawił się Wszemił, uśmiał się, aż w końcu mówi: 

- No, będzie już, będzie dość, boście się zadychali. Tera wam zajączka złapię. 

I pierwszego z brzegu zająca chwycił, kucharci go podał. 
Baba zająca w zapasce utaiła i wielce rada ku zamkowi podyrdała. 
A gdy już wchodziła na zwodzony most, Wszemił z czarodziejskiego bata puknął! 
Na ten przyzyw zajączek smyrg! z zapaski i galopem do stada przybieżał. 
I znów cały ich tysiąc dookoła kosturka się pasie. 
Hej, na łące wesoło, na zamku ponuro. 
Kasztelan klnie, kasztelanka płacze, kucharcia owiązała głowę chustką, że to niby 

zęby bardzo ją bolą, ale to k’temu, aby się do nikogo nie odzywać. A zła, a 
hałasi! 

Garnkami tłucze, rożnami smyrga, patelniami zbyrczy - aż huczy. 
Co robić? Co robić? 
I znów rada w radę, rada w radę - uradzili. 
Minęło kilka dni. 

Idzie teraz na łąkę kasztelanka. Przebrała się za wiejską dziewczynę: spłowiały 
wełniaczek, wianek kwiatów na głowie, drewniane paciorki na szyi, wiklinowy 
koszyk w 
ręku. 
Przyszła, uśmiechnęła się do Wszemiła i kłamie: 

- Chciałabym kupić zajączka na chowanie. Ojciec chcą, coby mu się w gaju zajączki 

rozmnożyły, bo musi do klasztoru co roku daninę dwudziestu zajęcy składać. 
Zająca 
już mamy, samiczka nam potrzebna. 

- A jakże to ojciec im wytłumaczy, coby w las nie uszły, coby po kasztelańskich polach 

nie skakały? Łacno je tam mogą na łowach ustrzelić. 

- A to... a to... - namyśla się dziewczyna, jak by się wykręcić. - Ojciec nasz za- 

gajnik ogrodzili. 
Poznał Wszemił od razu, co to nowa na niego pułapka, ale mówi : 

- E, takiej urodnej dziewczynie nie będę zajączki przedawał, jeno jej którąś ze stada 

podaruję. Ale trza, cobyś mi się dziesięć razy ukłoniła. 
Ano, dobrze. 
Kasztelanka dyga przed Wszemiłem i tak, i owak, i jeszcze inaczej, coraz niżej, coraz 
pokorniej. 
Chwycił Wszemił zajączkę i do wiklinowego koszyczka ją wsadził. 

- No, niechże się wam zdrowo w tym gaju chowa i co roku dwanaścioro drobiazgu rodzi 
- roześmiał się. 

Kasztelanka rada, koszyk chusteczką nakryła i niby to do wsi odchodzi. Ale 
zaledwie 
do pierwszej kmieciej zagrody doszła, zaraz ku zamkowi skręciła. 
Wszemił bacznie ją wypatruje, a gdy zobaczył, że już do zamkowej bramy dochodzi 

z bata strzelił. 
Zajączka smyrg! i galopem do stada wróciła. 

Znów na zamku zmartwienie, znów narady i narady, jak by zajęcze stado 
umniejszyć! 
Przeszedł tydzień, przeszedł drugi. Myśli kasztelan: 

background image

„Teraz ja do niego pojadę. Przecie mnie się szarak nie wymknie jak babom. 
Niechaj 

tylko nikt o tym nie wie”. 
Kazał córce iść na strych i tam w skrzyniach ze starą odzieżą wyszukać jakiś najbardziej 
przez mole zjedzony żupanik. Wdział go, powrósłem się opasał. Sam cichcem wyprowadził 
ze stajni najlichszą szkapinę, zamiast siodła założył na konia parciany worek i pojechał 
na łąkę. 

Pozdrowił grzecznie Wszemiła i zbiedzonym głosem mówi : 

- Dobry człowieku, przedajcie mi, ale niedrogo, jednego zajączka- Niechże choć raz w życiu 

poznam, jak zajęcze mięso smakuje. 

Wszemił od razu poznał kasztelana, ale udaje, co nie wie, z kim gada. 

- Jakże mógłbym brać od was pieniądze! Toć widzę, żeście biedota a biedota. Bez pieniędzy 

zajączka wam dam, jeno mi musicie jedną rzecz wykonać. 

- Chętnie zrobię, chętnie... 
- Widzicie tego wsiowego Burka, co po miedzy biegnie i ogonem macha? 
- Juści widzę, widzę... 
- No to bieżcie chyżo i trzy razy pocałujcie go w nos. 

Kasztelan strasznie zajątrzył się w sobie. Co ten chłop sobie myśli? Ale... 
trudna 
rada. Jeśli przez to dziesięć folwarków ocali, od zięcia-chłopa się ocali... 
Nie ma innej rady. Trza tego kundla... 
Aż się skurczył w sobie, ale pyta: 

- A można przez listek? 
- Niechże będzie przez listek. 

Kasztelan puścił się na piechotę za psem. 

- Buruś, Buruś, na tu, na... Dobry piesek, ładny piesek. Nie uciekaj, zaczekaj... 

Buruś, Buruś... 
Tak przymilnie Burkowi słodzi, że piesek stanął. 
A wtedy kasztelan przykląkł na miedzy, zerwał listek babki, przyłożył go do 
kundlowego 

nosa i kundlowy niuchacz posłusznie ucałował. 
Wrócił do pasterza zły - aż czerwony. 

- No, zrobiłem, coście chcieli. 
- Widziałem, widziałem. Spełniliście moją wolę, to i ja waszą spełnię. 

Złapał Wszemił pierwszego z brzegu zająca i kasztelanowi go podał. 
Kasztelan mocno uchwycił szaraka za uszy i za skórę na karku, po kamieniu na 
szkapinę 
się wdrapał i na swej chudej trzęsikostce ku wsi odjechał. 
I znów tak samo, jak jego córeczka, od pierwszej zagrody w brzozową aleję 
skręcił i do zamku truchcikiem jedzie. 
Gdy już był blisko zwodzonego mostu, Wszemił z bata strzelił. 
A wtedy w zajączku ocknęła się niepojęta siła, niepojęta śmiałość. Z garści się 
wyszarpnął, z konia hul! na ziemię! Tylko się za nim zakurzyło, tak pocwałował 
do swych braci. 
I cała komedia pana kasztelana na nic się nie zdała. 
Kończy się czwarty tydzień. Karbowy co wieczór zające liczy i co wieczór 
kasztelanowi 
melduje: 

- Żadnego zająca pasterz nie stracił. Jak był tysiąc, tak jest tysiąc. 

Co tu robić? Co tu robić? 
Kazał kasztelan do kolaski cztery konie założyć i po innych kasztelanach, po 
woje- 
wodach, po starostach jeździ, o swym strapieniu opowiada. 
A wszyscy jednakową dają mu pociechę: 

- Toć jeszcze, jak waszmość powiadacie, worek bajek musi nagadać. Tu go złapiecie 

! Choćby całą noc opowiadał, wołajcie, co jeszcze worek niepełny. Nie da rady, 
niewolnikiem 

background image

waszym ostanie. 
Wrócił kasztelan do Tyńca i kazał na drugą niedzielę przygotować wielką ucztę. Wszystkich 
kasztelanów, starostów, wojewodów z żonami, z córkami na tę ucztę zaprosił. 

A gdy się już wszyscy pozjeżdżali, kazał na zamkowe pokoje przynieść wielki wań-
tuch 
od wełny i zapowiedział, żeby w czasie wieczerzy pastucha od zajęcy zawołać na 
opowiadanie gadek. 
Dowiedział się o tym Wszemił, do zarządcy zamku pobiegł i powiada: 

- Miłościwy panie, każcież mi ze szatni pańskiej wydać należyty strój, cobym przecie 

na zamkowe pokoje poszedł odziany jak przystoi. 
Popatrzył zarządca na siermiężynę Wszemiła i mówi: 

- Juścić, co prawda, to prawda. W takich łachmanach nie możesz się pokazać na pańskich 

pokojach. 
Dali Wszemiłowi piękny żupan, szeroki pas, żółte buty, czapkę z pawimi piórami. 
Wyszorował się Wszemił w rzece, zamkowy kędziornik równo, pięknie mu włosy na 
czole 
zrównał, na ramionach przyciął. A potem, jak się zaodział w ten bogaty strój, to 
się w czeladniej kuchni ludzie nie mogli nacudować, jaki to z niego piękny 
chłopak 
się okazał. 
W zamkowej jadalni goście dookoła stoły poobsiadali. Jedzą, piją, weselą się. 

- Zawołać pastucha! - przykazuje kasztelan. 

Ano, wszedł Wszemił - wysoki, zgrabny, urodny. 
Wszystkim pannom oczy się ku niemu zaśmiały. Wszystkie panny zazdrośnie na kasztelankę 
spojrzały. Wszystkie szepnęły: 

- Jakby tak o mnie... Wnetki zaczęłabym pacierze odmawiać, coby mu się udało pełniuśki worek 

nagadać. 

A kasztelanka westchnęła: 

- Okrutnie wielkie wańtuszysko pan ojciec kazali przynieść. 

Stanął Wszemił na wyznaczonym miejscu, worek przed nim na drewnianych kozłach 
zawiesili. 

Zaczął opowiadać. 
Owe gadki, owe byle-niebyle, owe zdarzenia, to przy ognisku w dalekim tatarskim stepie 
zasłyszane, to na własne oczy widziane. 
Jedna opowiadka straszniejsza od drugiej, jedna dziksza od drugiej... 
Opowiadał, opowiadał całą godzinę. 
Zasłuchali się goście. Jeść przestali, pić przestali... po dzikim stepie myślami 

błądzą. 
Zdaje im się, że na dzikich koniach cwałują, że surowe końskie mięso jak wilcy 
szarpią. 
Dziwności, dziwności są na tym wielkim świecie! 
Kasztelanka na pana ojca mruga. 

- Zajrzyjcie do wora, panie ojcze, wiela ta już nagadane? 

Zajrzał kasztelan. 

- Gdzie zaś, gdzie zaś... ani dno wora jeszcze nie zakryte. 

Aż nagle Wszemił powiada: 

- No, będzie już tych straszności, tera cosik weselszego: 

Siedzę se raz w polu, zające pasę, aż tu przyjeżdża do mnie biedaczyna. 
Żupanisko 
bez mole zjedzone, na szkapinie worek, strzemiona ze słomianych powróseł... 
A ten biedaczyna był akuratnie tej miary, co nasz miłościwy pan kasztelan, i 
oczy 
miał siwe akuratnie jak nasz miłościwy pan kasztelan. I włosy miał siwiejące 
akuratnie... 
Kasztelan na ławie kręci się niespokojnie. 
„Co on gada, co on gada! A jeśli się goście domyślą?!” 

- I ten biedaczyna chce ode mnie zajączka. A ja powiadam... 

background image

„Rety, rety, wszystko wygada! O tym całowaniu kundla w nos wygada!...” 
Aż poty na kasztelana biją! 
Więc zerwał się i do wora przyskoczył. 

- Będzie dość, będzie dość! - woła. - Już wór pełniuśki! 

A kasztelanka za nim: 
I - Już i z czubem nagadane! Już się z wora wysypuje! 
I tak Wszemił został kasztelańskim zięciem. 

 

* * * 

Janina Porazińska 
„PRZYJACIELSKA POMOC” 

Pewnego razu spotkał się pies z wilkiem Wilczysko było chude i takie słabe, że 
ledwie 
nogami powłóczyło. 

   - Cóż ci to, leśny bracie? - pyta pies. 
   - Oj, dolo niedolo. Długo chorowałem. A choć wylizałem się z choróbska, widzę, 

że teraz muszę zdechnąć z głodu. Jakżeż sobie cośkolwiek upoluję? Ledwie łażę... 

Pies pomyślał, pomyślał chwilę, aż mówi: 

   - Pomogę ci, boś przecie moim krewniakiem. Dzisiaj mój gospodarz wydaje córkę 

za mąż. Jest tam u nas a jest tego jedzenia na weselną ucztę ! Gdy się ściemni, 
przyjdę 
po ciebie. Poczekaj tu na mnie w krzakach. 

Wilczysko majtnęło ogonem. 

   - Przyjdź, przyjdź, bracie! Poratuj mnie. Nie zapomnij. 
   - Na pewno nie zapomnę. Ale teraz już muszę lecieć do domu. Weselnicy się zjeżdżają, 

trzeba każdy wóz obszczekać. 

I rozstali się. 

Wieczorem pies przyszedł po wilka. Zaprowadził go chyłkiem do zagrody swego 
gospodarza, utaił w ogródku pod jabłonką i uczęstował, czym tylko mógł. 
Wilk najadł się doskonale i jeszcze sobie kości na zapas do krzaków powynosił. 

Minął rok, minął drugi. 
Znów się spotkali ze sobą: ten sam wilk z tym samym psem. 
Ale jakaż odmiana! Wilczek raźny, boki ma gładkie. A pies! Smutno spojrzeć... 

sama skóra i kości. 

Wilk się szczerze zafrasował. 

   - Cóż ci to, wsiowy bracie? Ledwiem cię poznał. Czyś chory? 
   - E, nie chory, ale stary, stary i bezdomny. Moi gospodarze wzięli sobie teraz 

młodego pieska, żeby im podwórza pilnował. A mnie, że to niedowidzę, nie 
dosłyszę 
to wygonili, jeść nie dają... 

I biedne psisko zapłakało. 

   - Nie płacz, nie płacz, przyjacielu. Tyś mnie wtedy poratował, to teraz ja postaram 

się ciebie wyciągnąć z biedy. Pomyślę, jak by tu... 

Usiadł wilk, łeb zwiesił i myśli, myśli... Aż pyta... 

   - Czy twoi gospodarze mają małe dziecko? 
   - A mają, mają takiego maluśkiego Kacperka, co mu dopiero jutro miesiąc minie. 
   - A gdzież ten Kacperek sypia? 
   - Ano, jak pogoda, to w ogródku. I teraz tam śpi sobie w kolebeczce. 
   - To doskonale. Widzisz, zrobimy tak: ja się podkradnę, złapię w pysk poduszkę 

z dzieckiem i będę uciekał... 

   - A nie zrobisz mu krzywdy? - zatroskało się psisko. 
   - E, nie ! Przecież chcę ci dopomóc. No, to będę z tym dzieckiem uciekał, a ty 

background image

mnie goń i strasznie hałasuj. Pod lasem poduszkę położę, a ty ją wtedy w pysk 
weźmiesz 
i dzieciaka gospodarzowi odniesiesz... 
Wilk nie czekał, co mu pies na to odpowie. Pomknął do ogrodu, chwycił kraciastą 
poduszkę z Kacperkiem i zaczął biec ku lasowi. A pies z okrutnym jazgotem za 
nim, 
za nim... 

Wybiegła gospodyni z chaty. 

   - Laboga rety, dziecka nie ma ! 

Wypadła na drogę, pędzi przez wieś i krzyczy: 

   - Ludzie kochani! Kto widział Kacperka w kraciastej podusi? Kto widział? Aż tu 

biegnie sąsiadka z pola i woła: 

   - Ja widziałam, ja! Wilk wam dziecko porwał! Do lasu z nim uciekał! 

Zaczął się we wsi straszny rozruch. Łapią chłopi widły, cepy, drągi... i na 
wilka! 

Aż tu... co za dziw! 
Od lasu biegnie cości nieduże i kraciastą poduchnę ciągnie po ziemi. A w poduszce 

dzieciak wrzeszczy. 

   - Toć to nasz Łatek! 
   - Pies odebrał dziecko wilkowi! - Łatek Kacperka uratował ! 
   - Łatuś, Łatuchna, kochane psisko ! 

No i Łatkowi teraz dobrze a dobrze u gospodarza. I buda ciepła, i miska pełna. 

 

* * * 

Janina Porazińska 
„PTAK CEZARIUSZ” 
BAŚŃ MAZURSKA 

Król był ślepy. Miał piękne, rozległe królestwo, a nigdy ziemi swojej nie 
widział. 
W młodości ożenił się był i przeżył z żoną piętnaście lat. Królowa już umarła. A 
jak wyglądała? Tyle wiedział o jej urodzie, ile mógł sądzić z wodzenia ręką po 
jej 
twarzy. 
Miał trzech synów i poznawał ich tylko po stąpaniu i po głosie. 
Nigdy nie dosiadł konia, aby przewodzić swemu rycerstwu w obronie ojczyzny. 
Nigdy 
nie przeżył wzruszeń łowcy wypatrującego w puszczy grubego zwierza ani uciechy 
współzawodnictwa w rycerskich zapasach, ani radości cwału na stepowym koniu. 
A miał nieschodzone głuchobory i szumilasy pełne turów, łosi, niedźwiedzi, sarn 

miał konie szybkie a niewstrzymane jak wichry. 
Król był ślepy. 
Nie dziesięć i nie sto razy przyjeżdżali do króla uczeni medycy z kraju jego i z 

krajów zamorskich. Przyjeżdżali czarnoksiężnicy i biegli w czytaniu z gwiazd 
astrologowie. 
Przychodziły baby-mądruchy, baby-szeptuchy umiejące tajemniczymi słowami zakląć 
chorobę, aby poszła sobie precz na głuche piaski, na puste pola. 
Mnodzy, mnodzy ludzie próbowali uleczyć ślepotę króla. Toć kto by mu widzenie 
przywrócił, ten byłby obsypany złotem! Ale nikt tego uczynić nie potrafił. 

Król miał trzech synów. 
O tym trzecim, o tym najmłodszym dziwne przed latami chodziły wieści szeptane tylko 
na ucho. 
Ponoć najmłodszy królewicz zaraz po urodzeniu umarł. 
Królowa leżała ciężko chora. 

background image

Babka wsiowa, co ją doglądała w chorobie, zaczęła jakieś szepty, zamknięta samo-
wtór 
z najstarszą dworką. Potem zamknęły się samotrzeć z królem i szeptały tak do 
północy. 
O północy babka wyszła z zamku. O trzecich kurach do zamku wracała. 
Niosła zawiniątko. Cości z niego popiskiwało. 

- A co wy, babko, za muzykę niesiecie? - pytała ją ze śmiechem straż z czuwalni nad 

bramą. 

- Kocura dźwigam, bo strasznie myszy hałasują po komnacie miłościwej pani. Chora 

leży, a spokoju nie ma. 
I babka chybko podreptała do zamku. * 
A we wsi poprzedniej nocy urodziło się dziecko w chałupie drwala. Kobieta przy tym 
umarła. Drwala przed miesiącem przygniotła na śmierć ścinana w puszczy jodła. 

O maluśkiego sierotę nikt się nie troszczył. Babka wsiowa aby po chałupie się 
tam 
krzątała. 
Różnie o tym najmłodszym królewiczu ludzie z początku szeptali - potem 
zapomnieli. 
Dość miał każdy swoich trosk i swoich kłopotów. 
Królowa, choć wyzdrowiała, nigdy już do dobrych sił nie wróciła i w kilka lat 
potem 

umarła. 
W wielkim zamku został ślepy król z trzema synami. 
Król kochał synów jednako, ale bracia niejednako mieli się ku sobie. 

Dwaj starsi trzymali się zawsze razem, najmłodszego zawsze poszturchiwali i 
nazywali 

go głupim. 
Głupim? Dlaczego? 
Może dlatego, że nie lubił ich bezmyślnych i hałaśliwych zabaw. Może dlatego, że 

wypuszczał z sideł łapane przez braci słowiki. Może dlatego, że prowadząc króla 
po 
ogrodzie między rzędami kwitnących róż i goździków, wołał: 

- Pachnijcie, kwiaty! Bystro pachnijcie! Miłościwy ociec was nie widzą, niechże się 

chociaż waszą wonnością nalubują! 

Pewnego dnia na zamek królewski przyszedł pielgrzym. 
Miał na sobie szarą płótniankę, na nogach skórzane postoły, w ręku kij ponad 
głowę 
wysoki, na szyi różaniec do ziemi prawie sięgający, a siwą brodę aż do kolan. 
I pielgrzym mówi: 

- Miłościwy królu, półtory stówki roków dźwigam już na grzbiecie. Pół świata już 

zeszedłem, na dziwy przedziwy się napatrzyłem, dziwów przedziwów się 
nasłuchałem. 
I to wam, miłościwy panie, powiem: 
Jest w północnej krainie ptak Cezariusz. W zamku czarnej królewny, w trzeciej 
komnacie 
między mnogim ptactwem się uwija. Pióra ma złote, nóżki ma koralowe, dziób ma 
brylantowy. 
Niechże ci kto, miłościwy panie, tego ptaka zdobędzie i tu przywiezie. Gdy śpiew 
jego usłyszysz - przewidzisz i będziesz odtąd patrzył na świat szeroko, bystro i 
daleko. 
A kto po ptaka pojedzie, nie ma mieć przy sobie ani drużyny, ani brata, ani 
przyjaciela. 
Samowtór jeno z chęcią pomocy dla ciebie być ma. 
Nic więcej stary nie powiedział. 
Zaraz potem kostur garścią uchwycił i poszedł w dalszą drogę, jako że miał już 
półtory stówki roków i czuł zbliżającą się śmierć. A chciał dojść do ziemi 
swojej, 

background image

aby kości złożyć na grzebalniku, gdzie leżeli wszyscy z jego rodu. 
Słyszeli słowa pielgrzyma synowie królewscy. 
Tak najstarszy zaraz mówi: 

- Miłościwy ojcze, mnie się należy po ptaka Cezariusza jechać. Jutro o dodniu wyruszę. 

I pojechał. 
Był paradnie odziany, jak na królewicza przystało. Trzos miał pełen złotych 
dukatów. 
Obok swego pięknego wierzchowca prowadził na powódkach drugiego konia 
objuczonego 

we wszystko, co w drodze mogło mu być przydatne. 
Wiózł też złotą klatkę na ptaka. 
Jedzie, jedzie królewicz za rzeki, za lasy, a wciąż tak, aby po prawym boku mieć 

słońce wstające rankiem, po lewym - słońce uchodzące za ziemię wieczorem. 
Na piąty dzień dojechał do oberży na rozstajach. 
W oberży wesoło. Muzyka gra, przy dużym stole siedzą ludzie. Jedzą, piją, w 
kości 

grają. 
Bardzo się nowemu przybyszowi ucieszyli. 
Za stołem go sadzają, piwem częstują, do gry zapraszają. 

Rad królewicz, że się zabawi. Szablę odpiął, buty zzuł, kołpak z głowy zdjął i 
dalej 

kości na stół rzucać. 
Grał przez pierwszą noc - trzos dukatów złotych przegrał. 
Grał przez drugą noc - wszystkie juki przegrał i klatkę złotą też. 
Grał przez trzecią noc - oba konie przegrał. 

Grał przez czwartą noc - przegrał swój paradny żupan i buty safianowe, i szablę 
damascenkę, i kołpak z czaplą kitą, brylantem spiętą. 
Grał przez piątą noc, bo chciał się odegrać, ale znów przegrał. 
A że nie miał królewicz już czym płacić, to wrzucono go, w koszulę aby 
odzianego, 

do piwnicy. Niechże tam na wiązce słomy o chlebie i wodzie na wykup czeka! 
Minął miesiąc, minął drugi. 
Syn najstarszy nie wraca. 

Tak mówi syn średni: 

- Ojcze miłościwy! Nie wiadomo, co się z bratem stało. Teraz ja pojadę. 

I nazajutrz o dodniu wyruszył. 
Był tak samo jak brat paradnie odziany. Trzos miał pełen złota. Obok swego pięknego 

wierzchowca prowadził na powódkach drugiego konia objuczonego we wszystko, co w 
drodze mogło mu być przydatne. Tylko nie wiózł klatki złotej, bo drugiej złotej 
w zamku 

nie było - jeno wziął srebrną. 
Jedzie, jedzie młodszy królewicz za rzeki, za lasy, a wciąż tak, aby po prawym boku 
mieć słońce wstające rankiem, po lewym - słońce uchodzące za ziemię wieczorem. 
Na piąty dzień dojechał do oberży na rozstaju. 

I dzisiaj w oberży wesoło. Muzyka rzępoli, przy dużym stole siedzą ludzie. 
Jedzą, 

piją, w kości grają. 
Bardzo się nowemu przybyszowi ucieszyli. 
Za stołem go sadzają, piwem częstują, do gry zapraszają. 

I ten królewicz rad, że się zabawi. Szablę, odpiął, buty zzuł, kołpak z głowy 
zdjął - i dalej kości na stół rzucać. 

Poszło mu wszystko tak, jak starszemu bratu. 
Grał przez pierwszą noc - trzos ze złotem przegrał. 
Grał przez drugą noc - wszystkie juki przegrał i klatkę srebrną też. 
Grał przez trzecią noc - oba konie przegrał. 

background image

Grał przez czwartą noc - przegrał swój paradny żupan i buty safianowe, i szablę 
damascenkę, i kołpak z czaplą kitą, wielkim rubinem spiętą. 
Grał przez piątą noc, bo chciał się odegrać, ale znów przegrał. 
A że nie miał królewicz już czym płacić, to wrzucono go, w koszulę aby 
odzianego, 
do piwnicy. Niechże tam na wiązce słomy o chlebie i wodzie na wykup czeka! 
Tak to obaj bracia spotkali się w piwnicznym lochu. 

Minął miesiąc, minął drugi. I średni syn nie wrócił. 
Mówi najmłodszy: 

- Teraz ja, ojcze, pojadę. Może mnie się lepiej powiedzie, może ja ci ptaka Cezariusza 

przywiozę. 
Biedny król aż zapłakał. 

- Synu, synu ukochany, nie opuszczaj mnie! Tyś moją największą radością, tyś jedynym 

blaskiem moich ślepych oczu. Skoro starsi zginęli, możesz zginąć i ty. Samotny 
zostanę 
na ostatek dni moich. A koronę komu oddam? 

- Nie myślcie tak źle, miłościwy ojcze. Głos jakiś w sobie słyszę, że powrócę do 

was szczęśliwie, że i braci po drodze odnajdę. A od tej wyprawy mnie nie 
odwodźcie. 
I podjął króla pod kolana, w ręce go ucałował i w drogę wyruszył. 
A nie jechał paradnie, bogato, jak na królewicza przystało. Szary żupanik 
przywdział, na nogi zwykłe skórznie, a i konia ze stadniny wybierając nie baczył 
na jego rasę 

ni wspaniałość, jeno na nogi mocne, na siłę wytrzymałą. 
Klatkę na ptaka Cezariusza też wziął zwyczajną, wiklinową. 
Kierował się ku północy. Wciąż baczył, by wstające słońce mieć po prawym boku, a 
zachodzące - po lewym. 
Jakoż na piąty dzień późnym wieczorem przybył do gospody. Ale nie znęciła go tu ani 
muzyka, ani weseli biesiadnicy, ani gra w kości. 

Popasł konia, sam się posilił i co prędzej ruszył dalej. Wolał nocować w polu 
przy 

ognisku aniżeli w karczmie. 
Siódmego dnia wjechał w puszczę. 
A były to bory-lasy! 

Od samego już skraju drzewa wynosiły się aż pod obłoki, jałowce widziały się 
tak, 
jak gdzie indziej świerki, a mchy i jagodziny sięgały koniowi do boków. 
Gałęzie leszczyny nisko zwisły obciążone kulami brunatnych orzechów, a z 
przejrzałych gron ostrężyny ściekały na ziemię smużki czarnego i gęstego od 
słodyczy soku. 

Storczyki leśne pachniały aż do zawrotu głowy. 
Dojechał syn do pierwszej polany i tu ujrzał chatkę. A ta chatka na trzech kurzych 
nóżkach stoi. A te kurze nóżki obracają się wciąż w kółko. 

Zaraz sobie syn pomyślał: 

„W takiej budce to  nikt inszy, jeno «mądra baba» mieszkać musi”. 
I uradował się. 
„Mądrucha potrafi mi drogę wskazać. A i o braciach będzie może co wiedziała?” 

Wiadomo, kręcącą się chatkę można tylko czarodziejskim zaklęciem zatrzymać - to 

zawołał: 
Budko, moja budko, 
nie kręć się tak chutko! 
Nie kręć się tak szumnie, 
a stań licem ku mnie. 
I uchyl swych drzwiczek, 

background image

bom ja wędrowniczek. 
Budka się zatrzymała. Drzwiczki się uchyliły. 
Wszedł syn najmłodszy do chatki. 

Widzi: na ławie siedzi starucha, na głowie ma aby dwa kosmyczki włosów, 
paznokcie u rąk ma do samych kolan. 
I pierwsza woła: 

- Witaj mi, młodzieńcze! Wiem, coś jest najmłodszym synem ślepego króla, co jedziesz 

po ptaka Cezariusza. Weź sobie z pieca jedzenie, prześpij się na brzegu polany w 
lipowej dziupli, a jutro ci powiem o dalszej drodze. 
I na drugi dzień „mądra baba” mówi: 

- Nie potrafiłbyś sam przez te bory-lasy przebić się, koń by ci się zabłąkał w tej 

nieschodzonej puszczy, do końca życia byś z niej nie wyjechał. Konia mi tu 
ostawisz, 
a pojedziesz na wilku. Wilk cię zaniesie do mojej starszej siostry. 
Myśli sobie syn: 
„Jakaż to będzie dla mnie jazda na wilku? Nogi będą mi się po ziemi wlokły. 
Niedaleko 

na takim wierzchowcu ujadę”. 
Ale nie śmie się „mądrej” sprzeciwiać. 

A stara dalej prawi: 

- Ja żyję na świecie jeno dwieście lat, starsza moja siostra żyje czterysta lat, lepiej ona ode mnie 

zna drogę do ptaka Cezariusza.  Podziękował syn „mądrej babie”, przed chatkę wyszedł, a tam 
już wilk na niego czeka. 

Ale wilk! Łeb jak ceber, nogi jak dębczaki, ogon jak chojar. Nikt nigdy jeszcze 
takiego 
wielkiego konia nie widział, jak było to wilczysko! Po konarze lipowym musiał 
syn 
na niego wchodzić. 
A ledwie królewicz na wilku usiadł, za wilcze kudły złapał, wilk jak wichrem 
poszedł, to aby drzewa po bokach migały, aby wiatr w uszach szumiał, aby oczy od 
pędu powietrza 
się mrużyły! 
Na wieczór przycwałował wilk do środka puszczy. We środku puszczy wielka polana. 
Na wielkiej polanie mała chatka. A ta chatka na dwóch kurzych nóżkach stoi. A te 
kurze nóżki obracają się wciąż w kółko. 
Tu koniec drogi. 
Syn zsunął się z wilka jak ze stogu siana, pięknie mu podziękował, przed chatką 
stanął, czarodziejskie słowa wyrzekł: 

Budko, moja budko, 
nie kręć się tak chutko! 
Nie kręć się tak szumnie, 
a stań licem ku mnie. 
I uchyl swych drzwiczek, 
bom ja wędrowniczek. 
Budka się zatrzymała. Drzwiczki się uchyliły. 
Wchodzi do chatki syn najmłodszy. Widzi: na ławie siedzi starucha, na głowie ma aby 
jeden kosmyczek włosów, a paznokcie do samej ziemi. Podpiera się nimi jak dziesięcioma 
kijami. 

I pierwsza woła: 

- Witaj mi, młodzieńcze! Wiem, coś jest najmłodszym synem ślepego króla, co jedziesz 

po ptaka Cezariusza. Weź sobie z pieca jedzenie, prześpij się na brzegu polany w 
bukowej dziupli, a jutro ci powiem o dalszej drodze. 
I na drugi dzień „mądra baba” mówi: 

- Wilka tu ostawisz, a pojedziesz teraz na niedźwiedziu. Zaniesie cię on do najstarszej 

siostry. Ja żyję na świecie jeno czterysta lat, a najstarsza siostra żyje 
sześćset 
lat, lepiej ona ode mnie zna drogę do ptaka Cezariusza. 

background image

Syn „mądrej babie” podziękował, przed chatkę wyszedł, patrzy - a tam już na 
niego 
marucha czeka. 
Ale niedźwiedź ci to był, niedźwiedź! Trzy razy większy od największego, jakiego 
udało się kiedy myśliwemu w puszczy mazurskiej upolować. 
Syn po konarze bukowym na niedźwiedzia wsiadł, a ten jak z miejsca ruszył, jak 
wichrem 
poszedł, to aby drzewa po bokach migały, aby wiatr w uszach szumiał, aby oczy od 
pędu powietrza się mrużyły! 
Na wieczór przycwałował niedźwiedź do północnego skraju puszczy. 
A na północnym skraju puszczy na polanie chatka. Na kurzej nóżce chatka stoi. A 
ta 

kurza nóżka wciąż obraca się w kółko. 
Syn z niedźwiedzia jak z dachu domu na mech się zsunął, przed chatką stanął i czarodziejskie 
słowa wymawia: 
Budko, moja budko, 
nie kręć się tak chutko! 
Nie kręć się tak szumnie, 
a stań licem ku mnie. 
I uchyl swych drzwiczek, 
bom ja wędrowniczek. 
Budka się zatrzymała. Drzwiczki się uchyliły. 
Wchodzi do chatki syn najmłodszy. 

Widzi: na ławie siedzi starucha, głowa łysa jak bochenek, ani jednego włoseczka, 
a paznokcie rąk na łokieć wrośnięte w ziemię. Wcale się „mądra” z miejsca ruszyć 
nie może. Kruk i sowa przy niej się uwijają, jako służkowie jej posługują. 
I babula woła: 

- Witaj mi, młodzieńcze! Wiem, coś jest najmłodszym synem ślepego króla, co jedziesz 

po ptaka Cezariusza. Weź sobie z pieca jedzenie, prześpij się na brzegu polany w 
dębowej dziupli, a jutro ci powiem o dalszej drodze. 
I na drugi dzień „mądra” mówi: 

- Niedźwiedzia tu ostawisz, polecisz na orle. Przeniesie cię orzeł przez dziewięć 

gór i przez dziewięć rzek do zamku czarnej królewny. 
Przez paradne drzwi wejdziesz. 
Miniesz pierwszą komnatę zamkową - będzie bursztynowa. Miniesz drugą komnatę 
zamkową - będzie kryształowa. Wejdziesz do trzeciej komnaty - będzie 
zwierciadlana. W tej trzeciej komnacie ptactwa a ptactwa jak pszczółek w ulu. I 
ptak Ce-zariusz między 
nimi. Łacno’go poznasz - pióra ma złote, nóżki ma koralowe, dziobek ma 
brylantowy. 
A jak ptaka Cezariusza złapiesz, to chyżo uciekaj, bo inaczej zginiesz! 
Wysoko, wysoko pod chmurami leci orzeł z najmłodszym królewiczem. Dziewięć gór 
już 

minęli, dziewięć rzek już za sobą zostawili. 
Nad rozległą równiną teraz lecą, a na równinie czy to jezioro tak się srebrzy? 
Nie. To tak błyszczy zamek czarnej królewny, zamek cały ze srebra wykuty. 

Kołuje orzeł nad doliną, kołuje coraz niżej i niżej, aż siadł na kamieniu przed 
zamkową 

bramą. 
Zeskoczył z orła królewicz i do zamku spieszy. A nadziwić się nie może, co tu ani 

murów obronnych nie ma, ani wody dookoła zaniku, ani wałów, ani mostów 
zwodzonych, 
ani straży czuwającej. 
Człowiek tu nigdzie nie przemknie, pies tu nigdzie nie zaszczeka. 
Otworzył syn drzwi i przez sień pustą, przez sień mroczną, wysoko sklepioną 
wszedł do pierwszej komnaty. 

background image

A ta pierwsza komnata bursztynowa. Cała jak słońcem wyłożona, cała blaskiem 
złotym 
ze ścian, z powały świecąca. 
Wszedł do drugiej komnaty. A ta komnata kryształowa. Iskrzy się kolorami, 
migotami, 
jak zmarzłym śniegiem w słoneczne południe. 
Wszedł do trzeciej komnaty. A ta trzecia komnata zwierciadlana. 
A ta trzecia komnata cała w ruchu, w śpiewach, w trzepotach. Tysiąc ptaków po 
niej 
fruwa, tysiąc ptaków w lustrzanych ścianach, w lustrzanej powale, w lustrzanej 
podłodze tysiąckrotnie się odbija, to i zdaje ci się - milion ptaków kłębi się w 
powietrzu, 
obsiada zwierciadlane drzewa i na zwierciadlanych gałązkach się kołysze. 
W lustrzanym fotelu dzieweczka śpi. Królewna musi, bo w koronie, a choć czarną 
ma 
skórę, taka jest piękna, że syn w zachwyceniu na nią patrzy. 
Ale trzeba się śpieszyć! Królewna obudzić się może. Zawoła! Sługi wpadną, 
śmiałka 
pochwycą! 
Bystro się syn po ptakach rozejrzał. Cezariusza zaraz poznał. Na niskiej gałązce 
na koralowych nóżkach siedział, brylantowym dziobkiem złote pióra czesał. 
Prędko królewicz na karteczce napisał: 
„Ja, syn ślepego króla z nadmorskiej krainy, ptaka Cezariusza zabrałem”. 
Kartkę za brzeżek lustra zatknął, ptaka pochwycił, w klatce go zamknął i z zamku 
co tchu wybiegł. Jak „mądra baba” mu kazała. 
Dobrze mu kazała. Bo oto... 
Ptak Cezariusz krzyknął pierwszy raz - odpowiedział mu daleki, głuchy ryk. 
Ptak Cezariusz krzyknął drugi raz - odpowiedział mu ryk bliski a mocny, aż 
ściany 
zamkowe zadrżały. 
Ptak Cezariusz krzyknął trzeci raz. Na podzamcze wyskoczyło dziesięć lwów i 
rzuciło się Cezariuszowi na pomoc. 
Ale syn już wskoczył na orła, już się orzeł z nim podniósł wysoko i choć lwy 
skakały w górę, żaden już orła nie dosięgnął!. 
Leci orzeł z powrotem. Minął dziewięć rzek, minął dziewięć gór, doleciał do 
północnej 
chatki na kurzej nóżce. 
„Mądra”, co sześćset lat miała, do królewicza powiada: 

- Weź dla siebie wieczerzę z pieca, a dla ptaka Cezariusza weź złotego prosa i krynicznej 

wody. Prześpij się w dębowej dziupli. Jutro pojedziesz dalej. Na drugi dzień 
„mądra” 
mówi: 

- Orła ostawisz, na niedźwiedzia wsiądziesz, on cię do mojej młodszej siostry doniesie. 

A tu masz bułkę-odrostkę. 
Przyjechał królewicz do chatki na dwóch kurzych nóżkach. 
„Mądra”, co czterysta lat miała, powiada: 

- Weź sobie wieczerzę z pieca, a dla ptaka Cezariusza weź złotego jęczmienia i krynicznej wody. 

Prześpij się w bukowej dziupli. Jutro pojedziesz dalej. 

Na drugi dzień „mądra” mówi: 

- Niedźwiedzia ostawisz, na wilka wsiądziesz. On cię do mojej młodszej siostry odniesie. A tu 

masz mydła grudkę - urody przywrótkę.  Przyjechał królewicz do chatki na trzech kurzych 
nóżkach. 

„Mądra”, co dwieście lat miała, powiada: 

- Weź sobie wieczerzę z pieca, a dla ptaka Cezariusza weź złotej pszenicy i krynicznej wody. 

Prześpij się w lipowej dziupli. Jutro pojedziesz dalej. 

Na drugi dzień „mądra” mówi: 

- Wilka ostawisz, na swego konia wsiądziesz. Zaniesie cię on-do gospody na rozstajach. 

Tam spotkasz swoich braci. Ale ich nie wykupuj, pokiel ptaka Cezariusza ojcu nie 
odwieziesz. 

background image

Wyjechał syn najmłodszy z puszczy. 
Ptaka Cezariusza złotym ziarnem karmi, kryniczną wodą poi. Konia po drodze na trawie 
pasie. A sam się bułką-odrostką żywi. 

Czarodziejska to bułka! Co jej kęs odgryziesz, to ten kęs zaraz odrośnie, nigdy 
bułki nie ubywa. 
Na siódmy dzień przyjechał do gospody na rozstajach. Przez okienko w lochu 
bracia 
go zobaczyli. Krat się czepiają, proszą, skamlą: 

- Zlituj się nad nami! 
- Wykup nas, wykup! 
- Na zgniłej słomie leżymy! 
- Spleśniały chleb jemy! 
- Ratuj nas, ratuj! 

Pamiętał brat słowa „mądrej”, ale jak spojrzał na twarze braci sczerniałe, 
wygłodzone, 
na ich ręce wyschnięte, do ptasich szponów podobne... Z konia zeskoczył, do 
gospodniego 
poszedł, pas odpiął, dukaty z trzosa na stół wysypał, odliczył i braci z 
więzienia 
wykupił. A także wykupił ich przyodziewek i ich wierzchowce. 
Bracia, uszczęśliwieni, zaraz w swe paradne żupany się odzieli, na konie 
wsiedli. 
I wszyscy trzej ku ojcowskiemu zamkowi ruszyli. 

Woda szeroka ku morzu się toczy. 
Po wodzie płyną szkuty i komięgi ze zbożem, z wełną, z solą... Wiatr w żagle 
dmucha, 
fala z biegiem rzeki niesie. Płyną i długie tratwy zbite z bali dębowych, 
sosnowych, 

jodłowych, bukowych... bogactwo puszczy. 
Na tratwach ogniska. Światła ogniowe znaczą nocą bieg rzeki, jej zakręty, jej drogę 
nierówną, pogiętą, zabiegającą to w prawo, to w lewo. 

Nad szeroką rzeką chaty rybackie, przed chatami suszą się na żerdziach długie 
sieci. 
Nad szeroką wodę trzej bracia przyjechali. 

- Tu, przy ognisku, zanocujemy. 

Suty ogień rozpalili, spętane konie puścili na trawę i pokładli się na ziemi. 
Najmłodszy brat zaraz zasnął. Dwaj starsi nie śpią. Szepczą, szepczą... 
naradzają 

się... 
Narada to ohydna, narada to zbrodnicza. 

- Czemu on ma być bohaterem! On, najmłodszy i głupi! Pozbędziemy się go. My ojcu 

zawieziemy ptaka Cezariusza, dla nas niech będzie wdzięczność, dla nas podziw i 
chwała. 
Z trzosu brata ostatni dukat wyciągnęli, do rybaków z nim poszli i mówią: 

- Złego człowieka z sobą tu mamy. Złego i niebezpiecznego. Pozbyć się go trzeba. 

Macie tu dukata, zabierzcie tego człowieka ze sobą na morze i niechaj głęboka 
woda 

go pochłonie. 
Za czym na wierzchowce swoje wsiedli, bratowego konia zabrali, klatkę ze złotym ptakiem 
zabrali i ciszkiem pomknęli do zamku. 

A najmłodszy brat, przemocą zabrany, w rybackiej chacie siedzi. Ręce mu 
związano, 
nogi mu związano - uciec nie może. 
Wyjechali rybacy na połów na morze, zabrali najmłodszego królewicza ze sobą. 
Płyną, płyną ku miejscu, gdzie wczorajszego dnia sieć na ryby zaciągnęli. Ale do 
siebie szepczą: 

background image

- Po co mamy tracić tego człowieka! Przecie nam krzywdy żadnej nie sprawił. 
- Nie wiemy, kto on, skąd on. Nic o sobie mówić nie chce. Ale nie widzi się złym człowiekiem. 
- Nie złorzeczył tym, co go porzucili, jeno gorzko na nich zapłakał. 
- Tak nie płacze człowiek zły. Tak płacze nieszczęśliwy. 
- Nie traćmy go. Zawieźmy go na morskie skałki i tam go zostawmy. 

I zawieźli najmłodszego brata na bezludną wyspę. 
Odjechali rybacy, a królewicz na wyspie został. 
Przeszedł jej dłużynę i szerzynę. Aby tam nagie skały, aby tam - gdzie ziemi 
kawałek - brusznice i żurawiny drobnym liściem się zielenią, dojrzewającą jagodą 
nieśmiało różowieją. Aby tam ptactwo morskie się gnieździ. 
Spod jednej ze skał mały strumyk wypływa i szybko zbiega ku morzu. Brzegi jego 
karłowata wierzba porasta. 
Smutno tu, zimno i pusto. Jeno morze tu króluje. Na skalne brzegi wspina się, 
bryzga, 

pianą chlusta. Pospołu z wichrem swoje dzikie pieśni śpiewa. 
W jednej z pomniejszych skałek znalazł królewicz pieczarę ku południowi otwartą. 
Tutaj choć od zimnych wichrów będzie miał uchroń. 
Nałamał wierzbowych gałązek, posłanie sobie z nich usłał. 

„No, z głodu tu przeciek nie umrę - myśli. - Bułkę-odrostkę i jagody będę jadł, 
wodę 
strumienia będę pił. Może się dola moja odmieni”. 
Od świtu do nocy syn najmłodszy nad brzegiem morza siedzi, pilnie statków 
wygląda. 
Niech no jaki zobaczy, to żupan zdejmie i będzie nim nad głową machał - może go 
zauważą, może stąd zabiorą... 
Ale mijają dni za dniami, a nikt w bliskości samotnej wyspy nie przepływa. Aby 
mewy 
na falach się kołyszą, aby białe żagielki ich skrzydełek nad wodą się trzepoczą. 
I tak powoli tu królewicz od słonych wichrów schnie i czernieje, a od samotności 
dziczeje. 
Aby mowy ludzkiej nie zapomnieć, gada do skał, do ptaków, do wichrów i do morza. 
Skały milczą. Mewy odpowiadają mu zawsze jednakim skwirleniem, morze hukiem, 
wichry 
północne dzikim gwizdem, szumem i skowytem. 
Smutno mijają samotne dni królewicza na wyspie granitowych skał. 

Przyjechali starsi bracia z ptakiem Cezariuszem na zamek. Dopieroż tam radość, 
że 

powrócili, że ptaka przywieźli. 
Tylko ludzie się dziwią, czemu tacy są wychudzeni i zmarnowani. 
Ale na to starsi bracia mają odpowiedź. 
- Hej, dobrzy ludzie, ani wam pojęciem ogarnąć, jaka to ciężka była wyprawa! Przez 

puszcze, przez stepy, przez pustynie... bez kęsa jadła, bez kropli wody. 

- A jakie musieliśmy staczać boje! To z olbrzymoludami, to z dziwozwierzem, co ma 

pazury jak lew, skrzydła jak orzeł, paszczę jak smok. A ogromniasty! Jak 
dziesięć 
wołów razem wziętych! 

- Nie dziwota, cośmy schudli i sczernieli. 

Kłamią a kłamią, a poczciwi ludzie wszystkiemu dają wiarę. I nadziwić się nie 
mogą, 
jacy to starsi królewicze odważni, jacy silni i mężni. A jak kochają ojca! Toć 
przecie 
dla zratowania go ze ślepoty te pustynie przebyli, z tym smokiem walczyli, te 
głody-trudy 

znosili. 
I cieszą się ludzie, że takich bohaterów mają w swym rodzie królewskim. 
Tylko sam król jest cięgiem smutny. 

background image

Najukochańszy syn nie wrócił. 
Co dzień każe król pacholęciu prowadzić się na wzgórze w północnej stronie zamkowego 
drzewieńca i tam godzinami stoi wsłuchany w szum dalekich borów-lasów. 

Wierzy - niechaj syn jeno się z nich ukaże, on stęsknionym sercem go odczuje, 
pozna, 
posłyszy. Stoi tak godzinę, dwie, trzy... zwątpienie do serca się zakrada. 

- Pacholę, pacholę, masz oczy sokole. Wpatrz się w daleką drogę, czy nikt od północnej 

strony nie jedzie ? 

- Nikogo nie widać, miłościwy panie. 

Powraca król do zamczyska. Na drugi dzień znów nadzieja w sercu odżywa, znów 
każe 

pacholęciu prowadzić się na wzgórze, może dziś posłyszy... 
A ptak Cezariusz? 
Czarodziejski ptak nie śpiewa. 
Najpiękniejsze ziarno mu dają, najczystszą wodę mu przynoszą. Największą zamkową 

izbę oddano mu na mieszkanie. Co dzień świeżo ścięte drzewo do izby tej 
wstawiają. 
Może tu ptak Cezariusz na gałązkach się huśtać i z jednej na drugą przefruwać, i 
kryć się w liściach przestronnie, swobodnie jak w żywym ogrodzie. 
Ale ptak siedzi w kącie smutny i nastroszony. Śpiewać nie chce. 
Jedna za drugą mijają odmiany księżyca. Czas uchodzi. 
Już królewicze nabrali dawnych sił i urody. Już nadworny pisarz gęsim piórem na 
dziesięciu 
wołowych skórach opisał ich szaloną wyprawę. Już tysiące drumlistów z pieśnią o 
królewiczach bohaterach po całym kraju krąży, wielkość nieustraszonych głosi. 
Już pieśni o królewiczach śpiewają ludzie przy pracy i przy zabawie. Już matki 
kołysanką o dwóch junakach nad junakami usypiają dzieci. 
Aż dnia pewnego co się nie staje! 
O świcie z dalekich borów wyjawia się na pole przedzamkowe wielkie wojsko. 
Dziesiątki, 
setki, tysiące rycerstwa. A wszystko chłopy jak dęby, na wspaniałych koniach, w 
zbroi 

wspaniałej. 
Wiedzie ich rycerz w srebrnym pancerzu i w szyszaku srebrnym, na koniu białym jak 
mleko. Grzywa konia do kolan spada, ogon konia sięga do ziemi. Uździenica jego brylantami 
nabita, podkowy jego - złoto szczere. 

Ludzie, co bystre oczy mają, nadziwić się owemu wodzowi nie mogą. Nie mąż to 
poważny, 
brodaty, jeno młodzieńczyk o liczku ciemnym niby skóra na bochnie razowca, ale 
tak 
nadobnym jak u najpiękniejszej dziewczyny. 
Skąd to wojsko? Czemu najechało ziemię ślepego króla? Jakie ma zamierzenia? 
Od szeregu wojska oderwało się pięciu konnych i galopem ruszyło ku zamkowi. A 
gdy 
byli już przy zwodzonym moście, odpasali broń i rzucili ją na ziemię na znak, że 
przybyli tu nie na bój wyzywać, jeno w pokojowym poselstwie gadać. 
„Zasiadł ślepy król w tronowej sali, po obu jego bokach dwaj synowie. Na posłów 
czekają. 
Weszli obcy, pokłonili się i najstarszy mówi: 

- Miłościwy panie, przybyliśmy tu z północnej krainy, przywiodła nas chwalebnie nam 

panująca królewna. Jeden z twoich synów, miłościwy panie, zabrał z zamku krainy 
północnej ptaka Cezariusza. Królewna pragnie ujrzeć owego śmiałka, a potem z rąk 
jego 
ptaka swego odebrać. Jeśli syn twój tego nie uczyni, wojsko nasze spustoszy twą 
ziemię 
i wszystek twój lud zagna do niewoli. 
Zatrwożył się król o swoją krainę, więc mówi: 

- Niepotrzebnie nam grozi jej królewska mość. Stanie się według jej woli. Synowie 

background image

mili, który z was dwóch ptaka Cezariusza ujął, ten niechaj jedzie królewnie się 
pokłonić. 
Wysunął się od prawej strony króla najstarszy syn, przykląkł przed ojcem i 
powiada: 

- Ja, miłościwy ojcze, ptaka Cezariusza ująłem. Ja przed królewną stanę. 

I niecierpliwym krokiem wybiegł z komnaty. 
Nadworny kronikarz wnet rozpostarł na stole wołową skórę, wysunął zza ucha gęsie 
pióro, zmaczał je w inkauście i zaczął pisać nową bohaterską opowieść. 
„A stało się to w trzecim dniu letniej pełni księżyca. Mnogie wojska wyszły z 
północnych borów...” 
Nadworny pieśniarz zaś, cicho pobrzękując w struny drumli, zaczął układać nową 
pieśń 

o nieustraszonym najstarszym królewiczu i zakochanej w nim królewnie: 
W kalinowym gaju 
ptaszeczkowie leśni 
o królewskim synu 
nowe głoszą pieśni. 
Wichrem pędź, mój koniu, 
wichrem ku północy. 
Tam królewna-rycerz 
wypłakuje oczy... 
Kronikarz nadworny, pieśniarz nadworny na dalsze zdarzenia czekają. A te dalsze zdarzenia 
są takie: 
Syn najstarszy na wierzchowca wskoczył, za bramę wypadł. 
A tam dziw nad dziwy! 

Od zamku królewskiego aż pod bór daleki, gdzie królewna północy na białym koniu 
czeka, 
ściele się złoty gościniec. Błyszczy on, jaśnieje, mieni się, jakby cały 
brylantami 
był wysypany. 
Królewiczowi wichrem przelatuje myśl przez głowę: 
„Gościńcem tym nie trza jechać. A może królewna u siebie widziała »głupiego«? 
Może 
pozna, że to nie ja? Na złotym gościńcu każdą nitkę w żupanie jasno widać. 
Pojadę 

brzegiem”. 
I skierował konia na ścieżkę przy gościńcu i pod drzewami cieniem, chyłkiem ku królewnie 
pędzi. 

A królewna myśli: 
„Jakżeby on miał śmiałość porwać z mego zamku ptaka Cezariusza, skoro nie ma 
śmiałości jasnym gościńcem jechać!” 
I skoro syn najstarszy konia przed nią osadził, mówi: 

- Wracaj, królewiczu, do swego zamku. To nie ty porwałeś ptaka Cezariusza. 

Wrócił najstarszy syn zawstydzony. A wtedy od lewej strony tronu wysunął się syn 
średni i powiada: 

- Miłościwy ojcze, ja pierwszy ptaka Cezariusza ujrzałem, mnie się należy przed królewną 

stanąć. 
I niecierpliwym krokiem wybiegł z komnaty. 
Nadworny kronikarz nową skórę wołową na stole rozłożył. Nadworny pieśniarz do nowej 
pieśni drumlę nastroił. 

Średni królewicz na wierzchowca wskoczył, za bramę wypadł, jasny gościniec 
ujrzał, jasnego gościńca się przeląkł, ścieżką obok pod cieniem drzew chyłkiem 
ku królewnie 
pędzi. 
A królewna myśli : 

background image

„I ten nie miałby śmiałości porwać z mego zamku ptaka Cezariusza, skoro nie ma 
śmiałości gościńcem jasnym jechać”. 
I skoro syn średni konia przed nią osadził, mówi: 

- Wracaj, królewiczu, do swego zamku. To nie ty porwałeś ptaka Cezariusza. 

Na zamku popłoch, na zamku narada. Co robić dalej? Co robić? 

Do królewny-rycerza wysłano posłów. Niechaj zechce zaczekać do drugiej odmiany 
księżyca. 
Jeszcze jeden królewicz powinien przed nią stanąć. 
Starsi bracia, szepczą pomiędzy sobą: 

- Musimy jechać, brata szukać, może go nie stracono, może jeszcze żyje? 
- Tak, on jeden tylko może nas uratować. 
- Tylko on. Bo inaczej co? Czyż damy radę tak wspaniałemu wojsku? Albo nas w zamku 

wytracą, albo nas do niewoli popędzą. 
Wymknęli się królewicze ciemną nocą. Nad szeroką rzekę popędzili, do chaty rybackiej 
zastukali. 

- Rybacy, rybaczkowie! Potrzebny nam jest człowiek, którego mieliście stracić. 

Co się z nim stało? Nie pożałujemy złota, jeśli go nam żyjącego wrócicie. 
Rybacy mieli serca ludzkie, serca bliźniemu szczerze przychętne, to i rzekli: 

- Człowiek ten żyje. Aleście go chcieli stracić, to go wam nie oddamy. 
- Rybacy, rybaczkowie, pokażcie go nam jeno. A puścicie go wtedy, jeśli z dobra -woli 

zechce z nami pojechać. 
Zgodzili się rybacy. 
Na wielkiej łodzi rozpięli żagle i gdy zadął wiatr od północy, popłynęli z braćmi 
na bezludną wyspę. 
Patrzy najmłodszy brat z brzegu - łódź się na morzu ukazuje, łódź się ku jego wyspie 
przybliża. Serce zabiło nadzieją. Ale skoro dojrzał na czółnie braci, serce w nim 
omdlało. 

- I tu mnie ścigają! I tu im wadzę! 

Bracia z łodzi wyskoczyli, do nóg najmłodszemu upadli. Jeden przez drugiego 
błagają: 

- Przebacz nam, przebacz! Zbrodnię chcieliśmy uczynić, ciebie stracić, ale ta zbrodnia 

przeciwko nam się obróciła. Ptak Cezariusz nie śpiewa, oczy ojcowe nie widzą! 

- Ratuj nas! Królewna północy z wielkim wojskiem pod zamkiem naszym stoi, żąda ujrzeć 

tego, kto jej ptaka porwał. Jeśli przed nią nie staniesz, ziemię naszą zniszczy, 
lud nasz w niewolę popędzi. 

- Pójdziemy wtedy na tułaczkę i my! Ślepy król bez korony, królewicze bez ziemi. 
- Bracie, ratuj nas! Jeno do pierwszej odmiany księżyca królewna zgodziła się czekać. 

Mówią tak bracia, ale patrzą na najmłodszego i myślą z trwogą: 
„Czyż ona uwierzy, że to jest królewicz, gdy stanie przed nią ten człowiek 
wychudzony, 
czarny, zniszczony, ze skórą popękaną od wichrów, jak zwierzę obrośnięty, cały 
pokręcony 
od wilgotnej nory, w której mieszka?” 
Myśli najmłodszy: 
„Obmierzli są mi bracia, haniebnie zdradzili mnie, ale ojca muszę ratować, lud 
swój 
muszę ratować”. 
Tak powiada: 

- Pojadę z wami, coby przed królewną stanąć. 

Wziął dar „mądrej baby” - mydła grudkę - urody przywrótkę, ubranie zrzucił, w 
morskiej 
fali stanął i cały czarodziejskim mydełkiem się umył. 
I nagle co za odmiana! Znów stał się prosty i gibki, piękny i gładki, znów 
jaśnieje 

background image

młodością i zdrowiem. 

- Weźcie mnie stąd, rybacy. Z dobrawoli pojadę. A waszego zlitunku nade mną nigdy 

nie zapomnę. 
Wsiedli do łodzi. Morze przebyli, na szeroką rzekę wypłynęli, w przystani 
wysiedli. 
I poniosły ich konie szybkim cwałem, jako że księżyc ku nowej odmianie już się 
zbliżał i chwile czekania królewny były policzone. 

I znów nowy dziw! 
Ledwie syn najmłodszy bramę zamkową przejechał, śpiew przepiękny, śpiew nieziemski 
rozległ się z zamkowej komnaty. 
Wszystkie ptaki w drzewieńcu nagle ucięły swe szczebioty, świergoty, swe ubożuchne 
piosenki. Wszystkie drzewa przestały szumieć, wiatr przypadł do ziemi, woda w jeziorze 
stanęła cicha jak zaśnięta. 
Wszystko zasłuchało się w pieśni ptaka Cezariusza. 
A gdy ptak umilkł, bracia wjechali na podwórzec. 

W podcieniu zamkowym stary król stoi. Z oczu dotąd ślepych toczą się łzy 
szczęścia. 
Wyciąga ręce i woła: 

- Widzę cię, widzę, piękna kraino moich ojców! Widzę cię, synu umiłowany! 


Wskoczył królewicz na pięknego źrebca, klatkę z ptakiem Cezariuszem pochwycił, 
wypadł 
na złoty gościniec i pędzi nim do północnej królewny. Pędzi w blasku, w 
jasności, 
śmiało i junacko! 

- Darujcie mi, miłościwa królewno, com wam ptaka pochwycił, alem chciał ślepego ojca 

ratować. 
Serce królewny mocno bije. Nie gniewem bije, nie chęcią zemsty. 

- Ten ci jest śmiałkiem nad śmiałkami. Ten ci porwał mi ptaka Cezariusza. 

I wojska, które chciały krainę spustoszyć, z tej krainy odchodzą spokojnie. 
Na czele królewna-rycerz. 
Ta sama na niej zbroja, ten sam ją niesie wierzchowiec, ale ona sama inna. Jak 
strzała z cięciwy, tak serce jej zerwało się ku młodemu bohaterowi. I teraz bije 
odmiennie 
i odmiennie patrzą jej oczy, odmienne dumy pod srebrnym szyszakiem błądzą. 
A do zamku płynie fala, płynie okiem nieogarnięta mnogość ludu. 

- Żyj nam, królewiczu, któryś nas uratował! 
- Królu, jego naznacz następcą po sobie! 
- Starszych twych synów nie chcemy! 
- Nie chcemy! 

Naród wyuczoną pieśń wygnał z pamięci. Sam teraz pieśni o prawdziwym junaku 
układa. 

 

* * * 

Janina Porazińska 
„SIOSTRA SIEDMIU KRUKÓW” 
BAŚŃ MAZOWIECKA 

Żyła, była matka. Siedmiu synów miała, córkę miała. Gospodarkę miała. A przy tej 
gospodarce 

- toć wiadomo - uwijaczka od zorzy do zorzy. 

Przyszedł dzień przedtargowy, roboty huk! 
Uwija się matka. Krząta się córka. A z chłopaków wyręki nie ma żadnej. A chłopaki 

jeno po zagrodzie szumią. 
Wyszła matka do komory po miód. Wraca, a tu dzieża z kozłów obalona! A tu 
rozczyn 
chleba po podłodze cieknie! 

background image

Chłopaki po izbie szumią. 
Tak matka rozsrożyła się. Ku chłopakom poskoczy i za włosy ich chyci, i głosem 

wielkim zawoła: 

   - A bodajeście czarnymi krukami we świat polecieli! 

Matko, wielka twoja wina. 
Idzie drogą Zła Godzina. 
Idzie, idzie przy twej ścianie... 
Coś wyrzekła, to się stanie. 

Zaszumiało po kątach. Izbą wiatr poszedł zimny. Siedmiu czarnych kruków 
zakrakało. Siedmiu czarnych kruków poderwało się z ziemi w otwarte drzwi. 

Aby matce po nich krucze pióra w obu garściach zostały. 
Przyszedł zmierzch. Czeka matka synów. 
Nie wracają o zmierzchu. 
Przyszła noc. Czeka matka synów. 
Nie wracają o nocy. 
Przyszedł świt. Czeka matka synów. 
Nie wracają o świcie. 
I przyszedł świt drugi... i przyszedł świt trzeci... Nie wracają... 


Przy piecu matka siedzi, nić lnianą matka przędzie. Przędzie i serce urzewnia. 
Synów wspomina: 
„A ten pierwszy urodził się pod słońce w znaku Byka. Silny był ponad miarę lat 
swoich. Ramiona miał rozłożyste jako buk konary. W grzbiecie miał siłę 
niepomierną. 
Kamień młyński sam sobie na bary zadawał i niósł go pod górę, śpiewający. Było 
mu 
Krzepimir. 
A drugi z trzecim urodzili się pod słońce w znaku Bliźniąt. Podobniuteńcy byli 
ze sobą na dziwo. Ani ich mogła rozeznać ona, matka rodzona. Wołkami siwymi, 
wołkami 
bliźniętami oborywali granice pól kmiecych. Wiadomo, takiego pola grady bić nie 
śmieją. 
Było im Mścisław i Mścigniew. 
A ten czwarty urodził się pod słońce w znaku Lwa. Ten nie znał, co to 
truchliwość. 
Sam jeden z paliczką w garści szedł w głuchobory. Samowtór z niedźwiedziem się 
mocował. Samowtór odyńca ubijał. Było mu Władybój. 
A ten piąty urodził się, gdy słońce było w znaku Panny. Ten-ci urody był 
panieńskiej. 

Lico miał gładkie, zróżowione jak owoc moreli. Miłownik gędźby 

Gędźba - śpiew przy muzyce 
był wielki. Skrzypki sobie z lipiny strugał i grał, a śpiewał, aże się sercu lubo 
czyniło. Było mu Radosław. 

A ten szósty urodził się, gdy słońce było w znaku Koziorożca. Ten-ci najradziej 
brał łuk i szedł w góry, i uganiał się za stadami kozic. Sam jak kozica skakał 
ze 
skałki na skałkę i zawisał na granitowych iglicach, i wspinał się ku pustaciom, 
gdzie 
aby orły skwirczały, a wiatr chmury przeganiał. Było mu Wróciwój. 
A ten siódmy urodził się, gdy słońce było w znaku Wodnika. Ku wodzie go nęciło. 
Niestraszne mu były ciemne topiele ni bystre nurty, ni chwytliwe wiry. Rzucał 
się 
śmiało w każdą wodę, a ona go brała jak swego i kołysała na fali, i niosła bez 
urazy. 
Było mu Miłosz”. 
Przy piecu matka siedzi, nić lnianą matka przędzie. Przędzie i serce urzewnia. 

background image

Synów wspomina. 

„A ten pierwszy urodził się...” 
I tak matka urzewniała się siedem dni i siedem nocy. Aż jej ten smętek przegryzł 

serce do znaku. 

Ósmego dnia o świcie wyszła córka w sad. 
Barcie 

Barć - kłoda drzewa z dziuplą, w której mieszka rój pszczeli. 
tam stały, rojami brzęczały. 

Zastukała w kłodę, kędy rój mieszkał. 

   - Pszczółki, pszczółki, a to wasza gaździna pomarli! 

Wynieśli matkę na grzebalnik 
Grzebalnik - cmentarz. 
A siostra płachetkę na piersiach skrzyżowała, chatę kołkiem zaparła i poszła w 
świat braci szukać. 

Nad polem - nie nad polem, nad lasem - nie nad lasem, nad wodą - nie nad wodą 
leci siedmiu kruków. Czarnym skrzydłem wieją, chrypłym głosem kraczą. 
Nie kruki to czarne kruczego rodu, junaków to siedmiu, braci rodzonych pomiędzy 
sobą, w kruki zamienionych. 

Kracze kruk do kruka: 

   - Gdzie będziemy nocowali? Nijakiego kruczego gniazda my dzieci. 

Kracze kruk do kruka: 

   - Co będziemy jedli? Padło jest nam obmierzłe, a słabe ptaszyny dziobem zakuwać 

to rzecz nie junacka. 

Kracze kruk do kruka: 

   - Z kim będziemy się stowarzyszali? Ludzie nas przegnają, kruki nas nie przyjmą. 

Nad polem - nie nad polem, nad lasem - nie nad lasem, nad wodą - nie nad wodą 
leci 
siedmiu kruków. Czarnym skrzydłem wieją, chrypłym głosem kraczą. 

Wysunął się przed innych kruk najmniejszy. 

   - Bracia, wzrok mam bystry. Widzę ogromną wodę: morze to zielone i morze niebieskie, 

i morze żółte. Przylegają do siebie, a wody ich ze sobą nie pomącone. Między 
tymi 
morzami ostrów leży. A na ostrowie góra jakaś dziwna, niby ze stężałej wody pod 
samo 
niebo wydźwignięta. Tam lećmy. Tam człowiek nas nie dosięgnie, tam kruki nas nie 
dofruną. 
I poleciało siedmiu kruków, siedmiu junaków, braci rodzonych pomiędzy sobą, na 
ostrów lodowej góry. 

Idzie siostra, idzie, aż na brzeg strumienia zaszła. Tu nad wodą stanęła. Tu nad 

wodą zapłakała: 
Strumieniu, wartki strumieniu, 
ulituj się memu strapieniu. 
Idę, szukam w tej pustaci 
siedmiu kruków, siedmiu braci. 
Może górą tu lecieli, 
kruczym skrzydłem tu szumieli? 
Może tu nad brzegiem stali, 
chłodną wodę popijali? 

Zamruczał brzeg skalisty, brzeg twardy: 

Stoję tutaj od wiek wieka, 
nie widziałem kruka człowieka. 

background image

Stój tu ze mną... 
stój tu ze mną... 
może nadlecą. 

Zaszepleniły trzciny kołychliwe, trzciny zielone: 

Kłaniamy się chmurom od wiek wieka, 
nie widziałyśmy tam kruka człowieka. 
Chwiej się z nami... chwiej się z nami... 
może zobaczysz. 

Zakipiała woda bystra, woda szumiąca: 

Płynę a płynę od wiek wieka, 
Nie poiłam kruka człowieka. 
Bieżaj ze mną... 
bieżaj ze mną... 
może ich znajdziesz. 

I siostra poszła za wodą. A woda spieszy się, spieszy się... a woda dzień i noc 
mamrocze, 
mamrocze... 

Długo, długo szła siostra, aż zaszła na bogaty dwór. We dworze izba przestronna. 
Stara matka chleb piecze, trzech synów na ławie pod piecem siedzi. 

Na tym pierwszym synu kaftan łosiowy. 
Na tym drugim synu świta konopna. 
Na tym trzecim synu pancerz ze srebra. 
Pierwszy syn niedźwiedziowi kudły czesze. 
Drugi syn ziarno pszeniczne z plew czyści. 
Trzeci syn srebro, złoto w szkatułach liczy. 

Zadziwiła się stara matka, zadziwili się trzej synowie, bo nigdy jeszcze 
człowieka 
ze świata na dworze swym nie widzieli. 

I stara matka pyta: 

   - A dokąd tak wędrujesz, sieroto, bożym światem, żeś aż na nasz dwór zaszła? 

Siostra odpowiada: 

Dokąd? Idę nie wiedząca, 
braci swoich szukająca. 
Bracia moi nie zwyczajni, 
bracia moi krucy czarni. 
Siedmiu w chacie ich siedziało, 
siedmiu krukiem w świat pognało. 
Czyście ich tu nie widzieli? 
Czy tu górą nie lecieli? 

Zamyśliła się stara myśleniem głębokim i tak powiada: 

Siedmiu kruków tu leciało, 
czarnym skrzydłem tu szumiało, 
ludzką mową tu gadało. 
Posiedźże w gościnie z nami. 
Jutro pójdziesz za krukami. 

I stara matka siostrze jeść, pić dała. Na policy nad piecem ją przenocowała i 
na drugi dzień tak mówi: 

   - Idźże, wędrowniczko, na wschód słonka, aż zajdziesz nad wielką wodę. 

Zobaczysz morze żółte, morze zielone i morze niebieskie, jak legły obok siebie, 
a wody ich ze sobą nie pomącone. A pośrodku tych mórz bieleje ostrów 
Ostrów - wyspa 
, a na ostrowie wydźwiga się pod niebo góra szklana. Tam braci znajdziesz. 

background image

Wygarnęła stara matka z chlebowego pieca kukiełki 
Kukiełka - bułeczka 
, rzędzikiem je na stole położyła i pyta: 

   - Jakież to kukiełki twoja matka piekła? 
   - O, takie, takusieńkie! - zawołała siostra i ukazała na kukiełkę otoczoną dookoła plecionką. 
   - To naści siedem takich kukiełek. Położysz je braciom, aby poznali, żeś do nich 

przyszła. 

A zaś obróciła się ku trzem junakom. 

   - Pomóżcie i wy jej, synkowie. 

Tak podniósł się z ławy syn pierwszy, poszedł do komory i wyniósł stamtąd 
siostrze 
kożuszek z ptasiego puchu. 

   - Naści, mała dzieweńko. Zaodziejesz się tym, byś nie zakrzepła z zimna na górze 

lodowej . 

Podniósł się z ławy drugi syn, do komory poszedł i wyniósł wianuszek grzybów. 

   - Naści, mała wędrowniczko. Będziesz się tym suszem w drodze żywiła, a nie zaznasz 

nigdy głodu . 

Sięgnął trzeci syn do szkatuły, wyjął pazury złote. 

   - Naści, kruków siostrzeńko. Przytroczysz sobie pazury do rąk, byś się na szczyt 

lodowej góry mogła dostać. 
Zaodziała się siostra w kożuszek z ptasiego puchu. Na szyi zawiesiła wianuszek 
grzybów. Złote pazury schowała za pazuszkę. Kukiełki związała w płachetkę. 
Zaś pokłoniła się do ziemi starej matce, pokłoniła się trzem synom junakom i na 
wschód słonka poszła. 

Idzie, idzie siostra stroną daleką, stroną rozmaitą. 

To gaikiem wesołym, zielonym, gdzie słońce dukaty rozgarnia i zgarnia, gdzie 
ptaszki 
przerozmaite nutki wywodzą, gdzie wiewiórki gonią się w zielonych szumach. 

To ugorem pustym, aby kamieniem zasłanym, aby płoną trawką zarosłym. 

To borem głuchym, odwiecznym. Ziemia tam szara, suszem zasłana. Nic tam innego 
nie słychać, jeno jak sucha kora trzaska, a martwe gałązki odkruszają się od pni 
i spadają na ziemię. Drzewa dościgły tam obłoków, a szumy po nich kędyś górą pod 
samym niebem chodzą. 

Idzie siostra stroną daleką, stroną rozmaitą, aż i zaszła nad wodę ogromną. 

Widzi: morze to zielone i morze żółte, i morze niebieskie. Przylegają do siebie, 
a wody ich ze sobą nie pomącone. Między tymi morzami ostrów leży, a na nim góra 
ze 
stężałej wody ponad chmury wydźwignięta i w słońcu srebrniejąca. 

Stanęła siostra nad morzem nieobjętym, myśli: 

„Jakże ja tę wodę przepłynę? Toćżem nie rybka. Jakże ja na ten ostrów dolecę? 
Toćżem 
nie ptaszek”. 

Siadła nad brzegiem, duma... duma... 

Aż tu widzi - łódź płynie. Nad łodzią żagiel się chwieje, a po bokach wiosła 
pluszczą. 
Skoczyła siostra za skałę, przytaiła się tam, szczelinką spoziera. Przybiła łódź 
do brzegu. 
Dwunastu wojów z niej wysiadło. Dwunastu z dalekiej północy Wikingów. Kędziory 
jasne na ramiona im spadają. Brody jasne piersi im zakrywają. W skóry 
niedźwiedzie 
zaszyci, łbami niedźwiedzimi głowy mają nakryte. 

Wciągnęli łódź na brzeg: 

Mówi ich konung: 

background image

Konung - książę skandynawski 

- Spalcie łódź, byśmy powrotu do ojczyzny swej nie mieli. Wtedy nogi nasze staną 

się tu bystrzejsze, ręce nasze staną się tu chwytliwsze, serca nasze staną się 
tu 

okrutniejsze.. 

Naznosili wiatrołomu, gałęzi suchych, podpalili łódź i w las poszli. 
Siostra przytajona za skałą wciąż siedzi, przez szczelinkę spogląda. 
Aż tu co się nie dzieje! 

Chmura czarna, chmura burzowa niebem się toczy. Uderzył z nagła wicher i 
wiatrołom rozrzucił po piasku. Lunął deszcz potokiem i ogień zagasił. Podniosła 
się fala, 
na brzeg wpadła. 
A wtedy wybiegła siostra zza skały i do łodzi wskoczyła. W to oczymgnienie fala 
łódź porwała i na morze ją zniosła. 

I zaraz uczyniła się pogoda. 

Rozeszły się chmury. Jeden błękit zabłysnął w górze, drugi położył się na 
wodzie. 
Wiatr odbrzeżny w żagiel uderzył. Fala za falą wartko pogoniła i łódź na ostrów 
lodowej 
góry uniosła. 

Przypłynęła siostra na ostrów. Z łodzi wyszła, pod górą stanęła, ku chmurom 
spoziera. 

Hej, góra ci to, góra! Oko takiej nie widziało, ucho o takiej nie słyszało. 
Pod obłoki bystro śmiga, a od słonka srebrnieje, a od wiatru dzwoni. 
Przytroczyła sobie siostra złote pazury do rąk i po lodowej równi się wspina. 
Wyżej... wyżej... wyżej... aż i zniknęła za obłokami. 
Na szczycie lodowej góry zamek stoi. 
Wchodzi siostra śmiało przez otwartą bramę, przez próg wysoki do zamkowej świetlicy 

wchodzi. 
W świetlicy pusto, aby ogień na piecu trzaska. Pośrodku tu stół, przy stole 
pniaki 
do siedzenia. W trzech ścianach trzy wyglądki na trzy świata strony. 
Pozdrowiła siostra ogień na piecu, odczepiła od rąk złote pazury, zdjęła 
płachetkę 
z kukiełkami i przez pierwszy wyglądek ciekawie na świat wyjrzy. 
Widzi - tam w dole morze żółte huczy, o lodową górę się rozbija, wysokimi falami 
na lodową górę skacze. 
Wyjrzy siostra przez drugi wyglądek - a tam morze zielone jako łąka nie objęta 
okiem za wiatrem kołysze się a buja. 
Wyjrzy siostra przez trzeci wyglądek - a tam morze niebieskie niezmącone leży, 

jakby łan kwitnącego lnu o cichej pogodzie. 

A przy brzegu... 
Siostra z radości w białe rączki zaklaskała. 
Przy brzegu siedmiu braci, siedmiu junaków się kąpie. 

Tak zaraz zaczęła się dziewczyna krzątać. Na ogień drzewa przyrzuciła, zapaską 
stół starła. Płachetkę rozwiązała, dobyła z niej kukiełki i na stole je 
rozłożyła. 
Aż tu słyszy - góra dzwoni, góra dźwięka, idą bracia z kąpieli. Przytaiła się 
siostra 
w kąteczku za piecem i patrzy. 
Przez wysoki próg wchodzi do świetlicy mocarny Krzepimir, za nim bliźniaki 
Mścigniew 
i Mścisław, za bliźniakami nieulękły Władybój, za nim nadobny Radosław, zasie 
łowca 
kozic Wróciwój, a na końcu wody piastunek Miłosz. 

background image

Patrzą bracia zadziwieni: na stole kukiełki! Takusieńkie, jakie to matusia w 
chacie 
piekli ! Skądże to? ! 
Dopieroż z kąteczka siostra wyskoczy ! Dopieroż się zaczną witać a radować, a 
śmiać się i płakać ze szczęścia! 

   - Jakże się tu, siostro, do nas dostałaś ? 

Opowiada siostra, jak to za biegiem strumienia na jasny dwór zaszła, jak potem 
na wschód słonka wędrowała, jak ją łódź porzucona przez morze niosła. 

   - A wam, bracia, jakże się tu żyje ? 
   - E, nędzne tu nasze życie ! Po brzegu chodzimy, robaków a ślimaków na strawę 

szukamy. O każdym północku krucze pióra z nas opadają. Od północka do świtania 
ludźmi 
jesteśmy, w morzu się kąpiemy. Od świtania znów z nas kruki czarne, kruczym 
głosem 
kraczące. 
Usiedli razem do stołu. Musiała siostra z każdej kukiełki rożek odłamać i zjeść. 
Gwarzą. Opowiada siostra, jak matka z żałości pomarła. Jakie we wsi urodzaje 
były. W czyjej chacie wesele wyprawiono. 
Siedzą, gwarzą, a tu i nocka zaczyna omdlewać, a od wschodowej strony 
przedświtek 
zaczyna na niebo się wspinać. 

Więc siostra nagle zawoła: 

   - Bracia, bracia, już dzionek idzie ! Już zaraz znów się krukami staniecie. Powiadajcież, 

a wartko, co mam czynić, aby was odczarować ! 

   - My tego, siostro, nie wiemy. Ale poniesiemy cię przez morze zielone na brzeg. 

Jest tam starucha-mądrucha, ona ci powie, co i jako masz czynić. 
Legli bracia pod piecem i zasnęli. Siostra nie śpi. Siostra szczapy na ogień 
podrzuca, 
by w izbie jasno było. Chce widzieć, jak się bracia krukami będą stawali. 
Ale ją senność zmorzyła. A gdy zbudziła się, dzień był już duży. Junaków pod 
piecem 
nie było. Siedmiu kruków na progu rzędzikiem siedziało, kruczym głosem krakało. 
Chwyciły kruki siostrę pazurami za kaftan, za spódniczkę i przez morze zielone 
na brzeg ją poniosły. 

Lecą kruki wysoko, 
niosą skrzydła szeroko. 
A nad nimi żarkie słońce, 
a nad nimi wichrów gońce. 
A pod nimi wody boże, 
a pod nimi bez dna morze. 

Leciały, leciały, aż i do brzegu dofrunęły. 
A na brzegu stoi chatynka samotna. Przed chatynką starucha-mądrucha siedzi, siemię 

lniane przebiera. 
Siedem razy siostra zapłakała, siedmiu kruków pożegnała. I do staruchy poszła. 
Nisko się mądrusze pokłoniła. 

   - Mówże, mów, dziecko, z czym tu przyszłaś? Więc siostra opowiada o matki złym 

słowie, o braci junaków niedoli, o tułaczce swojej. 

Wysłuchała wszystkiego starucha i pyta: 

   - Maszli pragnienie mocne braci odczarować? 
   - Mam. 
   - Nie ulękniesz się ciężkiego okupu? 
   - Nie. 
   - Okup to nie ze srebra ani nie ze złota. Okup to z twojej woli. Musisz, siostro, 

milczeć, jak milczą gwiazdy na niebie, jak milczą kamienie w polu. Musisz 
milczeć 

background image

siedem lat i siedem miesięcy, i siedem tygodni, i siedem dni, i siedem godzin. 
Nie 
ulękniesz się takiego okupu? 

   - Nie. 
   - A pod tę porę len posiejesz, len wyrwiesz, len wysuszysz, len pokruszysz. I 

uprzędziesz z kądzieli nici, a z nich utkasz płótno: I uszyjesz z płótna siedem 
koszul. 
Bracia te koszule obłóczą, bracia się w to oczymgnienie odkruczą. 

I jeszcze mądrucha powtórzyła: 

   - Zapamiętaj se to dobrze: siedem lat, siedem miesięcy, siedem tygodni, siedem 

dni i siedem godzin. 

Zgarnęła starucha rosę wieczorną z kwiatów lilii, z kwiatów głogu i umyła nią 

liczko siostry. Zdjęła starucha z palca pierścień brylantowy i potarła nim oczy 
siostry. 
Wyjęła starucha ze szkatuły grzebień złoty i długo czesała nim włosy siostry. 

Ugasł żar na piecowisku. Poszły spać. 
Zaszło słonko mgławe - wstało słonko wyiskrzone. Poszła spać dziewczyna nieurodna 

- wstała krasawica nad krasawice. Cała kwiatu wonnemu podobna. Oczy jej jako gwiazdy 

płonące, włosy jej złociste jak promienie słoneczne. 

Nadobniejszej oko nie widziało, o nadobniejszej ucho nie słyszało. 

Dała babula siostrze garsteczkę siemienia lnianego i mówi: 

   - Idźże ku zachodowej stronie. Napotkasz trzy góry. Nad tą pierwszą górą ptaszkowie 

z pieśniami się unoszą. Nad tą drugą górą wesołe obłoczki żeglują. Nad tą 
trzecią 
górą gradowa chmura wisi. A za tą trzecią górą bór wiecznolaty, bór 
nieschodzony. 
Pójdziesz tym wielkim borem. Dojdziesz do polany okolonej dziewięciu bukami. Tam 
zostaniesz, tam len posiejesz, tam swą ofiarę zaczniesz czynić. A pomnij, 
wyrzekniesz 
choć jedno słowo, to wszystko przepadnie ! 
Pokłoniła się siostra starusze do ziemi, garsteczkę siemienia w róg chusteczki 

zawiązała i poszła. 
Czy to ciężka skała 
sięga tak pod chmury? 
Nie. To zamek w Czersku - 
granitowe mury. 
Czy to siedmiotęcza 
padła na ostrowy? 
Nie. To rycerz z zamku 
wyjeżdża na łowy. 
Czy to burza huczy? 
Czy to burza dzwoni? 
Nie. To w ziemię bije 
dwasta kopyt koni. 
Czy to na wyraje 
ptactwo leci górą? 
Nie. Sokoły łowne 
mkną tak ciemną chmurą. 

Jadą na łowy do puszczy mazowieckiej. Jadą szumno, strojno i zbrojno. Za drużyną 
konną ciągną wozy na ładowane ubitego zwierza. 
Dojechali do chaty w dębinowym gaju. Tu wróż stary mieszka, wróż uczony w 
czytaniu 
z gwiazd i z żywej wody. 

background image

Przyzywa rycerz dziada i mówi: 

   - Stary wróżu, powiadaj mi, kędy mam się na łów obrócić. I powiadaj mi, co złowię, 

a czego strzec mi się należy. 
Wyniósł stary misę glinianą, dziewięciu promieniami naznaczoną. Zaczerpnął w nią 
żywej wody ze źródła. Na otwartym miejscu misę postawił, by się w niej słońce i 
obłoki przeglądały. W misę pilnie patrzy i mówi 

-    Jechać ci, jasny rycerzu, w południową stronę twej ziemi. Dzień i noc będziesz 

podróżował, aż napotkasz trzy góry. Nad tą pierwszą górą ptaszkowie z pieśniami 
się 
noszą. Nad tą drugą górą wesołe obłoczki żeglują. Nad tą trzecią górą gradowa 
chmura 
wisi. A za tą trzecią górą głuchoborze nieschodzone. 
Borem tym dojedziesz, rycerzu, do polany dziewięciu bukami okolonej. Na bukowej 
polanie zobaczysz sarnę - nie sarnę, złowisz ją nie strzałą, powieziesz ją nie 
wozem. 
A masz się strzec, abyś się w niczym owej złowionej nie sprzeciwił. 
Tyle wróż powiedział i odstąpił od misy. A rycerz w wodzie wróżebnej umoczył 
palce, 
dotknął nimi czoła i piersi, by na łowach złej przygody nie doznał. 

Jedzie na łowy rycerz z drużyną. 

Jedzie szumno, strojno i zbrojno. A dokoła jesień od mrących liści złota i 
gorejąca, 
od rozmnożonego zwierza tłumna, od bogactwa urodzaju ociężała i senna. 
Jechał rycerz dzień i noc i napotkał, jako wróż mówił, trzy góry, a za trzecią 
górą głuchoborze nieschodzone. 
Przedzierał się rycerz tą puszczą od zorzy do zorzy, aż napotkał polanę 
dziewięciu 
bukami otoczoną. Patrzy: na polanie siedzi dziewczyna i len przędzie. 

Hej, znał-ci ten rycerz wszystko, co najpiękniejsze na ziemi, bo wiele wypraw 

odbył, ale takiej nadobności dziewczyny jako żyw nie widział. Więc krzyknął ze 
zdumienia. 

Spłoszyła się dziewczyna, porwała się i w krzaki uskoczyła. 

Dogonił ją rycerz, za rękę chwycił. A siostra z lęku drży niby ten słaby 
listeczek 
na wietrze . 

   - Powiadaj, dziewczę, czyjaś ty? 

Dziewczyna milczy jak kamień. 

   - Powiadaj, skądeś ty? 

Dziewczyna milczy jak kamień. 
A rycerz patrzy na jej nadobność, na włosy jako złoto szczere, na oczy jak gwiazdy 

płonące, na liczko podobne do kwiatu róży polnej, patrzy i napatrzeć się nie 
może. 

   - Pójdziesz na mój dwór? Będziesz mi żoną? 

Dziewczyna milczy jak kamień. 

Więc zakrzyknął: 

   - Ja, pan tej ziemi, to ci rozkazuję ! Pojedziesz na mój dwór i będziesz mi żoną! 

A siostra na ziemi klęka, ręce składa, na len ukazuje, o cości błaga. 

Wspomniał rycerz na słowa wróża, puścił rękę dziewczyny i mówi: 

   - Nie będę się sprzeciwiał twej woli, ale jakże cię tu ostawię? Zimą wilki głodne 

chodzą stadami po puszczy. Znajdą cię tu, zagryzą. 
Wtedy siostra podniosła się z klęczek, ogarnęła wszystek len, związała go w 
płachtę i piersiami do tej płachty przywarła. 

background image

Zrozumiał rycerz, że lnu nie chce za nic porzucić. 

Kazał więc pachołkowi len na wóz zabrać. 

   - Pójdź z dobrej woli. Przecieć zima się nabliża. Zginiesz tu. 

I siostra już bez oporu poszła. I powiózł rycerz siostrę siedmiu kruków na zamek 
czerski nad Wisłą. 
Na wieżach trębacze stoją, w trąby witalne dują. Pachołki most zwodzony 
spuszczają. 

Szerokie wrota rozwierają. 

Wraca rycerz z łowów. 
Wychodzi na dziedziniec rycerzowa matka. A ustrojona, a kokoszna 

Kokoszna- nadęta jak kokosz, pyszna, zarozumiała 

! Dwórki przed nią, służebne za nią. Pawimi piórami wieją, żary słońca od niej 
odgarniają. 

   - Witaj mi, miły synu, w junackim zdrowiu! Siła zwierza 

Siła zwierza - dużo zwierzyny 
pewnikiem ubiłeś. Każ z niedźwiedzi skóry zdejmać - ściany w komnacie twej rycerskiej 
nimić obwieszę. 

Każ z turów poroże zdejmać - stropy w komnacie twej rycerskiej nimić przystroję. 
Na ubitych odyńców wielinożów każ zapraszać. 

A rycerz mówi do matki swojej: 

   - Matko, matko, nie ubiłem ani niedźwiedzia, ani tura, ani odyńca. Pojmałem w 

puszczy jedną aby zdobycz. Nie zwierz to dziki, nie strzałą go zdobyłem, nie na 
wozie 
go przywiozłem. 

I łosiowy płaszcz odwinął, i pojmankę swą ukazał. 

   - Matko, synową ci przywiozłem. 

Nie widzi matka krasy dziewczyny. Widzi jej nogi bose, po leśnych drogach 
utrudzone. 
Widzi jej ręce od przędzenia lnu spracowane. Widzi jej szatki od deszczu i 
słońca, 

i wichrów zetlałe. 

Więc gniewem wielkim zapłonęła. 
A gdy jej dwórki na drugi dzień szepnęły, że dziewczyna jest niemową, królowa 

syna przyzwała. 

   - Jest tam w świronku 

Świronek - spichlerz 
pusta izba, do sprawiania ubitych wieprzów przydatna. 
W sam raz będzie to komnata dla twej żony. A niechże nigdy moje oko jej postaci 
nie 
obaczy, moje ucho jej kroków nie posłyszy. 
Poślubił rycerz siostrę siedmiu kruków. W świronku, w pustej izbie wraz z nią 
zamieszkał. 

Minął rok, minął drugi. 
Młoda żona aby nici z kądzieli przędzie. 
Aż tu co się nie dzieje - Tatarzy na ziemię polską ciągną. 

Zbiera rycerz drużynę, z królewskimi wojskami na wojnę daleką jedzie. Na wojnie 
dalekiej rycerz wojuje, w świronku synaczek mu się rodzi. 
Usłyszała stara matka płacz dziecka. Nocy czeka. Zapiały pierwsze kury - matka 
ciszkiem z łoża wstaje, do świronka się zakrada. 
Zapiały drugie kury - matka cości pod delią 
Delia - dawny rodzaj zwierzchniej, luźnej szaty. 
skrywa, w gaj olszynowy bieży. 

Zapiały trzecie kury - matka w gąszczu synaczka na zatracenie zostawia. 

background image

A o słonka wschodzie za stołem siada, do syna list układa: 

„Wojujesz, mój synu, na szerokim świecie, a twoja porwanka porzuciła dziecię. 

Nie litować ci się, mój synu, niemowie! Każ, aby co prędzej ścięli ją katowie”. 

Matka list układa, a tymczasem w olszynniku co się nie dzieje! 

Siedmiu kruków przyleciało, 
siedmiu kruków zakrakało 

nad dzieciątkiem, 
nad paniątkiem, 
porzuconym niebożątkiem. 

- Jest tam w gawrze niedźwiedziowa, 

to siostrzanka nam wychowa. 

Mija miesiąc, mija drugi. Odpisuje rycerz z wojenki dalekiej: 

„Serce moje w smutku, serce me w żałobie. Nim to przeczytałem, bogdaj ległem w 
grobie. Nie każ, matko, ścinać. Jak wojenka minie, jak powrócę do dom, sąd nad 
nią 
uczynię”. 
Pobił rycerz Tatarów, do zamku wraca. Wita żonę swoją, krasawicę nad 
krasawicami: 

   - Żonko, żonko, mogłaś ty rzecz taką uczynić? 

I patrzy rycerz na jej oczy łzami zalane, na jej rączki w żałości załamane. 

   - Idźcie, katowie, precz! Schowajcie karzący miecz ! 

Minął rok, minął drugi. 
Młoda żona od zaranka do nocy, co dnia, co dnia z lnianych nici na krosnach tka 

płótno. 

Aż tu co się nie dzieje! Jadźwingowie na ziemię polską napadają. 
Zbiera rycerz drużynę, na wojenkę daleką jedzie. 
Na wojence dalekiej rycerz wojuje - w świronku drugi synaczek mu się rodzi. 
Matka rycerza drugiego synaczka wykrada. 
Drugiego synaczka w olszynowym gaju na zatracenie zostawia. 

A do syna pisze: 

„Wojujesz, mój synu, na szerokim świecie, a twoja porwanka rzuca drugie dziecię. 
Nie litować ci się, mój synu, niemowie! Każ, aby co prędzej ścięli ją katowie”. 

Matka list pisze, a tymczasem w olszynniku co się nie dzieje! 

Siedmiu kruków przyleciało, 
siedmiu kruków zakrakało 

nad dzieciątkiem, 
nad paniątkiem, 
porzuconym niebożątkiem. 

- Jest sarenka, co ma sarnię, 

to siostrzanka też przygarnie. 

Mija miesiąc, mija drugi... Odpisuje rycerz z wojenki dalekiej: 

„Ledwo pióro zdzierżę, gdy te słowa piszę.  

Wielkim gniewem płonę, wielkim gniewem dyszę.  
Jak powrócę z wojny, zaraz ściąć ją każę.  
Niech wyrodną matkę pilnuj ą wciąż straże”. 

Pobił rycerz wroga, do zamku wraca. Nie wita żony swojej. Za rączki jej nie 
ujmuje 
i liczka jej nie całuje. Ponurkiem patrzy, chodzi po izbie a wzdycha. Serce w 
sobie 

background image

żałosnym żalem łamie. 

   - Żono, żono, mogłaś ty rzecz taką uczynić? 

I patrzy rycerz na jej oczy ze smutku przygasłe, na jej ręce jak ptaki pojmane 
drżące. 

   - Czekajcie jeszcze, katowie... nim słowo to straszne wypowiem... 

Minął rok, minął drugi. 

Młoda żona od zorzy do zorzy z płótna koszule szyje. 

Aż tu co się nie dzieje - Turcy muzułmanie na chrześcijańskie narody idą. Zbiera 
więc rycerz drużynę, na daleką wojnę jedzie. 

Na dalekiej wojnie rycerz wojuje, w świronku trzeci synaczek mu się rodzi. 

Stara matka trzecie dzieciątko wykrada, w olszynowym gaju porzuca, a do syna 
list 
układa: 
„Wojujesz, mój synu, na szerokim świecie, a twoja porwanka rzuca trzecie 
dziecię. 

Nie litować ci się, synu mój, niemowie! Każ, aby co prędzej ścięli ją katowie”. 
Układa matka list, a tymczasem w olszynowym zagaju co się nie dzieje! 
Siedmiu kruków przyleciało, 
siedmiu kruków zakrakało 

nad dzieciątkiem, 
nad paniątkiem, 
porzuconym niebożątkiem. 

- Ma łaniątko łania płowa, 

to siostrzanka nam wychowa. 

Mija miesiąc, mija drugi... Odpisuje rycerz z wojenki dalekiej: 

„Niechaj już nie ujrzą jej więcej me oczy, niechaj jej główeńka ziemią się 
potoczy”. 

Siostra siedmiu kruków w lochu więziennym siedzi, koszule braciom szyje. Obok 
niej kij stoi. Na kiju tym siostra czas milczenia swego znaczy. 
Już na nim siedem karbów wielkich - to siedem lat. Siedem karbów mniejszych to 
siedem miesięcy. Siedem karbów małych - to siedem tygodni. Siedem karbów jeszcze 
mniejszych - to siedem dni. I sześć karbów malutkich - to sześć godzin. Siedzi 
siostra 
w lochu, koszule szyje. 
A loch ciemny, noc w nim wieczna. A loch wilgotny, woda po ścianie spływa. A 
loch 
głęboki, nijaki głos ze świata tu nie dochodzi. 
Siedzi siostra w lochu na kamieniu, koszule szyje. Sześć już uszyła, siódmą już 
kończy. Do siódmej lewy rękaw przyszyła, po prawy sięga. 

Aż tu na schodach brzęk-brzęku... Pachołki idą. Loch otwierają. 

   - Pójdź, skazana! Katowie czekają. 

Zbiera siostra koszule. Po wysokich schodach idzie, na świat boży wychodzi. A 

na świecie słońce jarkie świeci, pogoda cichuchna, ani osinowy listek się nie 
zakołysze. Podniosła siostra ręce w górę i siedem koszul z rąk wypuściła... 

Nie tak prędko baśń się baje, 
jak się prędko dziw ten staje! 

Porwał się z nagła wicher ogromny, aż drzewa ku ziemi przygiął, aż ludzi o 
ziemię 
cisnął. Koszule chybką strzałą ku morzu poniósł. I przepadł. 

Wyprostowały się drzewa, wstali ludzie. 

background image

Idzie siostra, kędy katowie czekają. Na dziedzińcu stos stoi, dokoła lud się 
ciśnie. 
Uderzyli pachołcy w kotły. Lud na dwie strony się rozstępuje. Idzie siostra 
między 
sercami ludzkimi, a serca te żalem się ściskają. 

   - Litości dla niej... litości... - szepczą ludzie, bo nikt nie wierzy, aby była winna. Dosłyszała to 

matka i wielkim głosem na cały dziedziniec zawołała: 

   - Nie może być litości dla zabójczyni swych dzieci ! Siostra na stos wchodzi, na stosie klęka. 
   - Powiedz ostatnie słowo. Daj znak - winnaś czy niewinna? 

Siostra milczy, jak milczą gwiazdy na niebie, jak milczą kamienie w polu. 

Złożyła ręce, modli się. 

A wtem ziemia się na siedem mil zatrzęsła!... A wtem powietrze tętentem 
zahuczało ! A wtem tuman kurzawy obłokiem się potoczył!... 

Z kurzawy siedmiu junaków się wychyliło, pędzą pędem niepojętym! Wodę szeroką 

przeskoczyli, bramę wysoką przesadzili, na skrzydlatych koniach na dziedziniec 
wpadli 
! Lewą ręką cugle ściągają, w prawej ręce miecze dzierżą. 
A przed tym pierwszym junakiem na siodle chłopaczek nieduży. A przed tym drugim 
na siodle chłopaczek mniejszy. A przed tym trzecim na siodle chłopaczek malusi. 

Jeno ten ostatni junak w prawej ręce miecza nie dzierży. Do ostatniej koszuli 

siostra nie zdążyła prawego rękawa przyszyć. Ostatni junak zamiast prawej ręki 
kruczym 
skrzydłem wieje. 
Struchlała stara matka. Oniemiał lud wszystek. Siostra z klęczek się zerwała, 
ku junakom bieży. 

   - Bracia rodzeni ! Synkowie maleńcy ! 

Aż tu na wałach surmy 
Surmy - rodzaj trąb 
powitalne się ozwą. 

Rycerz z dalekiej wojny powraca! Rycerz na dziedziniec wjeżdża! 

   - Witaj nam, witaj, panie, w szczęśliwej godzinie! 

Rzucił się lud i stos do ostatniego bierwiona po dziedzińcu rozmiótł. 

Hej, ani słowo nie opowie, ani pióro nie opisze, jaka radość zapanowała na zamku 
czerskim! 

Wielka trójradość. 

Ta pierwsza, że synaczkowie żyją. Ta druga, że młoda żona mowę odzyskała. Ta 
trzecia, 

że siedmiu braci kruków znów junakami się stało. 

Jedli, pili, wiwatowali, odzyskane dzieciny do siebie tulili do białego rana. 

A stara matka? 
A stara matka w świronku na marach leży. Własna złość ją ubiła. 
 

* * * 

Janina Porazińska 
„SZEWCZYK DRATEWKA” 
BAŚŃ LUBELSKA 

Żył sobie raz szewczyk Dratewka. Biedak był z niego a biedak! Aby liche odzienie 
na 

grzbiecie, aby podarte skórzniaki 
Skórzaki - obuwie skórzane 
na nogach, aby torba, a w niej kromka chleba - cały to był jego majątek. 

Od wsi do wsi wędrował i stare obuwie łatał. 

background image

Szedł raz Dratewka wielkim lasem, zobaczył pod sosną rozrzucone mrowisko. Musi 
niedźwiedź, który na wiosnę rad mrówcze jaja wyjada, taką im psotę uczynił. 
Biedne mrówki biegały na wszystkie strony, znosiły po ziarnku piasku, po igiełce 
sosnowej i mrowisko na nowo narządzały. 
Użalił się nad nimi Dratewka, zdjął z głowy czapkę i jako mógł - to rozrzucone 
mrowisko na jedną kupę czapką zgarnął. 

Wtedy na wierzchołek mrowiska wyszła mrówcowa matka i powiedziała: 

   - Dziękuję ci, dobry człowieku. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przyjdziemy 

ci z pomocą. 
Uśmiechnął się szewczyk, bo jakąż pomoc mogłyby mu dać nędzne mrówki, pokłonił 
się im i poszedł w dalszą drogę. 
Minęło dni mało-wiele. Szedł znów Dratewka puszczą zieloną, puszczą szumiącą i 
znów zobaczył wielką krzywdę. 
W dziupli starej sosny była barć i ktoś tę barć zniszczył. Plastry wosku leżały 
na ziemi, miód ściekał po drzewie. 

Musi i tutaj niedźwiedź gospodarował. 

Zaczął Dratewka pszczołom pomagać. Pownosił plastry na drzewo i w dziupli je 
umocował, woskiem otwór oblepił, miód ciekący zatamował. 

Wyszła na brzeg barci pszczela królowa i powiedziała: 

   - Dziękujemy ci, dobry człowieku. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przyjdę ci 

z pomocą. 

Znów się Dratewka aby uśmiechnął, pokłonił się pszczołom i poszedł dalej. 

Minęło dni mało-wiele. Szedł raz Dratewka długą groblą między wielkimi stawami. 
Po stawach pływały dzikie kaczki. Jak Dratewkę zobaczyły, wielkim głosem 
zakwakały, po trzcinach się pochowały. Wiedziały dzikie kaczki, że po grobli 
myśliwi chodzą, 
do kaczek mierzą, bystre strzały na nie z łuków wypuszczają. 

Stanął szewczyk na grobli i zawołał: 

   - Nie bójcie się, cyraneczki 

Cyranka - gatunek dzikiej kaczki 
. Nie chcę do was mierzyć, a chcę się waszą urodą ucieszyć. Nie chcę was 
zabijać, 
a chcę was chlebem uczęstować! 

I zaczął chleb kruszyć i do wody go wrzucać. 

Wypłynęły kaczki z trzciny, wszystkie okruchy z wody wyzbierały i bardzo się tej 
smakowitości dziwiły, bo nigdy jeszcze chleba nie jadły. 

Aż najstarszy kaczor, piękny, z modrym lusterkiem na skrzydłach powiada: 

   - Dziękujemy ci, dobry człowieku, żeś nie przyszedł nas mordować, aleś przyszed 

nas uczęstować. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przybędziemy ci z pomocą. 

Uśmiechnął się Dratewka, pomyślał: 

„Jakąż ja mogę mieć z was pomoc? Przyszwy za mnie nie przyszyjecie, obcaska za 
mnie nie przybijecie”. 

Ale ładnie, pięknie im się ukłonił i poszedł dalej. 

Idzie, idzie... aż zaszedł do takiej krainy, gdzie był zamek, a przy zamku 
wieża, 
a w tej wieży zamknięta była panna, a tej panny pilnowała czarownica. 

Koło zamku ludzie stoją i tak sobie rozmawiają: 

   - Kto by się z tą panną ożenił, toby ją z niewoli czarownicy wybawił. 
   - Ale tylko ten się z nią może ożenić, kto dwie roboty odrobi i zagadkę odgadnie. 
   - To może ja bym spróbował - mówi Dratewka. 
   - Nie wyrywaj się, głupi! Życie ci niemiłe czy co? Kto pójdzie na ochotnika, a 

nie zrobi, to temu czarownica głowę urywa. 

background image

A Dratewka swoje: 

   - Ale może ja bym spróbował. 
   - Nie tacy, jak ty, tu próbowali. Rycerze przyjeżdżali i królewicze, i książęta. 

Nikt nie potrafił tych robót zrobić, tej zagadki odgadnąć. Nikomu czarownica nie 
darowała, wszystkim pourywała głowy! 

Ale Dratewka swoje: 

   - A ja pójdę i spróbuję. 

I szewczyk zastukał do bramy zamku. 

Wyszła zaraz czarownica i pyta się: 

Czyś ty człowiek? Czyś ty zwierz? 
Czemu pukasz? Czego chcesz? 

- Chcę się z tą panną, co siedzi na wieży, ożenić. 

Jak zrobisz niedługo 
robotę pierwszą i drugą, 
a potem składnie 
zagadkę odgadniesz, 
to się ożenisz. 

   - Ano, popróbuję- mówi Dratewka. 

Tak czarownica wpuściła go na zamek, zaprowadziła do komnaty, co się na 
siedmioro 

drzwi zamykała, co w oknie żelazną kratę miała, i powiada: 
Masz tu piasku z makiem korzec. 
Przebierz, zanim błysną zorze. 
Jak nie zrobisz 
do poranku, 
to ci, panku, 
urwę głowę, i gotowe ! 

I czarownica wyszła, i szewczyka w komnacie na siedmioro drzwi zamknęła. Siedzi 
Dratewka, w głowę się drapie i myśli: 
„Tylachny wór przebrać! Piasek osobno... mak osobno... Toż tu roboty jest na 
rok, 
od wiosny do wiosny, a ona mi każe do świtania to zrobić ! 
Oj, źle z tobą, Dratewka, źle !” 
Wtem słyszy... za oknem po ścianie coś szura. Nabliża się ten szmer od okna, 
nabliża... 
i przez żelazną kratę zaczynają do izby wbiegać mrówki. Tysiące i tysiące... 
mnogość 
nieprzeliczona! 
Skoczył Dratewka, mak z piaskiem z wora na podłogę wysypał. A mrówki, jak się do 
roboty wzięły, jak zaczęły zwijać się, a jedna drugą poganiać, a ziarenka nosić 
mak 
na prawo, piasek na lewo... Do północka wszystko przebrały. 
Znów po ścianie zaszurało... Mrówki przez kratę przelazły i w las poszły. 
Ucieszył 
się Dratewka, pusty worek zwinął, pod głowę go sobie podłożył i zasnął. O 
pierwszej 
zorzy czarownica siedmioro drzwi odmyka i już cieszy się, że i temu zalotnikowi 
głowę urwie. 
Wchodzi i widzi : mak na jednej kupce, piasek na drugiej, a szewczyk na ziemi 
siedzi 
i przeciąga się, bo się doskonale wyspał. 
Wielce się czarownica zdumiała, ale nie daje o tym poznaki po sobie, tylko 
powiada: 
Dzisiaj to masz do roboty:  

background image

miała panna kluczyk złoty  
i jak poszła do kąpieli,  
upuściła go w topieli.  
Uwiń mi się składnie 
i znajdź kluczyk na dnie. 
Jak nie znajdziesz do poranku, 
to ci, panku,  
urwę głowę,  
i gotowe ! 
Poszedł Dratewka nad stawy. Stanął na grobli i zadumał się głębokim zadumaniem, i 
zafrasował się wielkim zafrasowaniem. 
Jakże mu ten kluczyk znaleźć? Czy to wie, gdzie go panna upuściła? W którym stawie 
się kąpała? Czy wie, jakie tam w wodzie głębiny przepastliwe? Jakie tam w wodzie 
wiry zdradliwe? 
Stoi, duma, sumuje 
Sumować - rozmyślać, martwić się. 

... 
Aż tu wypływa z trzciny kaczor i pyta: 

- Czego ci potrzeba, znajomku nasz, dobry człowieku ? 
- Trzeba mi znaleźć złoty kluczyk, co go panna w kąpieli zgubiła. Jak kluczyka do 

poranku nie znajdę, to mi czarownica głowę urwie. 

- Nie frasuj się, dobry człowieku. Wszystkie cyranki będą nurkowały, wszystkie rybki 

będą szukały - kluczyk ci przyniesiemy. 
Zaszurały trzciny, cyranki wypłynęły na staw. Zaburzyła się woda, rybki poszły na 
głębinę. 

Minęło czasu mało-wiele, znalazła rybka kluczyk na dnie. Jak go znalazła, to go 
oddała kaczce, a kaczka oddała go kaczorowi, a kaczor wyniósł go na brzeg i 
powiada - 
Już się nie frasuj, dobry człowieku. Jużeśmy złoty kluczyk znaleźli. 
Dratewka kluczyk chwycił, kaczorowi podziękował i do czarownicy pogonił. Wielce 
się 

czarownica zdumiała, ale nie daje o tym poznaki po sobie, tylko powiada: 
Złoty kluczyk, złote drzwi,  
czy ja zginę, czyli ty? 
I kazała Dratewce iść za sobą. 
Przeszli siedemset siedemdziesiąt siedem schodów i stanęli na szczycie wieży. Czarownie 

złotym kluczem złote drzwi otworzyła i weszli do komnaty. A w tej komnacie na 
ławie siedzi 
dziewięć panien. Wszystkie są jednakowo biało ubrane i wszystkie mają płócienne 
zasłony na głowach. 
A czarownica powiada: 

A teraz jest trzecia próba. 
Albo gody, albo zguba. 
Za chwileczkę już świtanie, 
za chwileczkę ranek wstanie. 
Musisz zgadnąć jak należy, 
która z nich jest panną z wieży. 
Jak nie zgadniesz 
do poranku, 
to ci, panku, 
urwę głowę, 
i gotowe ! 
Przygląda się Dratewka pannom, przygląda, która z nich jest inna, która może być 

background image

panną uwięzioną, ale one wszystkie jednakowiuteńkie, jako te białe gąski na 
łące. 
Jak tu poznać? Jak tu zgadnąć? 
Myśli szewczyk: 

„Teraz to już przyjdzie mi zginąć”. 
A wtem przez otwarte okno złote pszczoły wleciały, izbę okrążyły. A potem nad ostatnią 
w rzędzie panną zatrzymały się, złotą i szumiącą obręczą nad jej głową zawisły. 

- Ta ci jest! - zawołał Dratewka. 

I do ostatniej panny podbiegł. 
Panna się zerwała, zasłonę odrzuciła i szewczyka obłapiła za szyję. 

- O mój ty najmilszy! Z niewoli mnie wybawiłeś! 

Jak to czarownica zobaczyła, raz-dwa-trzy! przemieniła się w jakieś ptaszysko, 
skrzydłami załopotała, przez okno w świat daleki poszła. 
I tyle ją widzieli. 
A Dratewka z panną z wieży zaraz huczne wesele wyprawili i w czarownicy zamku 
zamieszkali. 
Żyją tam szczęśliwie do dziś dnia. 

 

* * * 

Janina Porazińska 
„Szklana Góra” 
BAŚŃ MAZOWIECKA 

Za górami, za lasami, za bystrymi dunajami, w pewnej wiosce, na uboczu stała 
zagroda. 
Zwykła ona była, jak wszystkie zagrody we wsi, jeno że przychacie miała 
ocienione 

lipą. 
A lipa to była, lipa! 
Mało w którym przyzamkowym drzewieńcu u króla taką lipę można było znaleźć. 
Jeszcze ojcowy pradziad na swej właściźnie ją zasadził. 

Pień miała grubachny, pięciu chłopów wziąwszy się za ręce ledwie ją obejmowało. 

tych konarów, tych gałęzi, gałązek... to mnogość a mnogość niezliczona. 
Gdy latem zakwitła - z całej wsi pszczoły z niej miody brały. 
Ile się tam na niej ptactwa gnieździło! Jakie szły z jej zielonych szumów 
gwizdy, 
pogwizdy, ćwierkania, szczebioty, ciurlikania, podśpiewki, głoseczki i głosiki - 
to jakby cała królewska kapela, cały chór królewski tam siedział. 
Wszystkie w rodzinie wesela i wszystkie chrzciny pod tą lipą się odbywały. Bo 
przecież 
w jej cieniu trzydzieści par w tańcu się obracało, a jedna drugiej nie wadziła. 
W zagrodzie tej mieszkało z ojcem trzech synów, braci rodzonych pomiędzy sobą. 
Ten najstarszy ździebko lubił ojca, maluśko braci, ale ogromniście kochał samego 
siebie. I wielce był w sobie zadufany. 

- Ja jestem najmądrzejszy! 

Ja jestem najlepszy! 
Ja jestem najwięcej wart ze wszystkich ludzi na świecie! 
Ten średni najbardziej kochał ciepły piec i pełną miskę. Ani go można było 
wyciągnąć 
do roboty. 
Jak przychodzi czas kosowicy siana, to wtedy obwiązuje sobie nogę szmatą i 
stęka, 
że ani stąpnąć nie może, tak go boli. We żniwa boli go znów ręka, a jak 
przyjdzie 
drzewo rąbać w lesie, to akuracik cości mu włazi w krzyże, ani się ruszyć nie 
może. 
Leń to był a leń - aż mierziło patrzeć! 
A najmłodszy był cichy, dobry i zalatany w pracy. 

background image

Ale że ten najstarszy cięgiem na niego jeno warczał: ty głuptaku!, a ten średni 
fyrkał: ty leniu!, to już on sam nie wiedział, czy ma rozum w głowie, czy nie, 
czy zwija 

się w robocie, czy czas marnotrawi. 
Głuptak i głuptak! Leń i leń! 
A stare ojczysko takie już było niedołężne, że nie bardzo chłopowina rozumiał, co 
się koło niego dzieje. 
Aż tu jednego dnia zebrało się ojcu na umieranie. 

Zawołał synów i tyle aby do nich powiedział: 

- Żyjta, synkowie, w zgodzie. A kiedy oczy zawrę, postawcie moją domowinę pod lipą 

i bez trzy puste noce kolejno przy niej stróżujcie. Potem wynieśta mnie na 
żalnik. 
Tyle aby starowina synom na rozłąkę powiedział i umarł. 

Włożono ojca do trumny i postawiono pod lipą. 
Zbliża się pierwsza noc. Powinien stróżować przy ojcu syn najstarszy. Ale ten 
powiada: 

- Strasznie dużo mądrych pomyślunków po głowie mi się kołowało. Przez cały dzień mi się 

kołowało. To tera muszę się przespać. Idź ty, głuptaku, za mnie przy ojcu 
stróżować. 
Najmłodszy nic na to nie odpowiedział. Ale po wieczerzy zaodział się w kożuch, bo 
już październikowe noce zimnem straszyły, i poszedł pod lipę. 

Stara się nie zasnąć, choć się cały dzień dobrze upracował - wszystką koniczynę 
sam 

zwiózł z pola do stodoły. 
Ale że ojciec przykazał stróżować, to stróżować będzie. Usiadł na kamieniu i w noc 
się zapatrzył, w nocy się zasłuchał. 
Niebo wysrebrzone było gwiazdami. Wiatr ledwie nieledwie gałązkami ruszał, derkacze 
na dalekich łąkach derkały, a z ogrodu woniała maciejka. 
Pięknie było. 
Zapiały pierwsze koguty, potem drugie i trzecie. 

Na wschodzie zaczęło niebo blednąć, a od lasu nadleciał ni to szum, ni to 
westchnienie. 
Zdawało się synowi, że o tej chwili brzasku coś się musi stać. Że coś się 
zbliża, 
coś z lekka szeleści, coś się z tego przedranku wyłania... Ale niestraszne to 
było ani przeciwne człowiekowi, nie. Dobre było i miłościwe. 

I oto lipa odemknęła się. 
Wyszło z niej leśne stworzenie: małe, kudłate, brodate. Prowadziło to na powódkach 
konia, a koń był srebrem srebrzysty, jak miesiąc na niebie. 

I leśne stworzenie powiada: 

- To koń dla tego syna, który miał w dzisiejszą noc stróżować. 

I stworzenie cofnęło się, lipa się za nim zawarła i znów tylko pobladłe gwiazdy 
mrugały na niebie, mały wiatr liśćmi kołysał, a świt szedł coraz jaśniejszy i 
chłodem dmuchał. 
Syn przetarł oczy. 

- Sen taki miałem czy co? 

Ale nie sen to był. Przecie niedaleczko lipy stał koń srebrny i patrzył w 
jaśniejącą 
dalekość wschodu. 
Nie zbladł jak gwiazdy, srebrzył się jednako, aż światło od niego biło. 
Gdy słońce nad ziemią się ukazało, syn wstał z kamienia, na którym całą noc 
przesiedział, pokłonił się ojcu z nowym dniem, konia zabrał do stajni, podsypał 
mu owsa i poszedł do chaty. 

- Bracie, hej, bracie, wstawaj! Idźże do stajni i obacz, jakiego konia ci pan ociec 
przysłali. Szczerym srebrem błyszczy jak miesiąc. 

background image

Zerwał się najstarszy, zerwał się i piecuch i pobiegli do stajni konia oglądać. 
Dziwu też to było, dziwu - na całą wieś. 


Nastała druga pusta noc. 
Powinien teraz przy trumnie ojca stróżować syn średni, ale ten średni powiada: 

- Okrutnej ograszki dziś dostałem. Trzęsie mnie i trzęsie, dechu złapać nie mogę. 

Co prędzej trza mi za piec włazić. Ani gadania, cobym zdolił tę noc na zimnie 
przesiedzieć. 

Idź ty, leniu, za mnie pod lipę. 
I najmłodszy znów poszedł. 
I znów się zacudował w tej nocy cichej a niespokojnej. Zbałwanione obłoki płynęły 
niebem, raz zatulając gwiazdom srebrne oczy, raz odkrywając je. 

A po ziemi od obłoków płynęły cienie rozlotne: to pierzchały na boki, to znów 
się 
jawiły i znów przepadały, niby w jakiejś trwożnej ucieczce czy swawolnej 
zabawie. 

W dalekich siołach poszczekiwały psy. 
A podniebiem, nad głową syna, raz w raz przepływała chmura odmienna od innych. By 
a cała drżąca od trzepotu i była szumiąca od pracy skrzydeł, i dźwięczała potłumionym 
krzykiem. 
Ku południowi płynęła.  
Chmura ptaszkowa. Na wyraj. 
Gdy trzecie kury przepiały, na wschodzie niebo zaczęło blednąć z mroków i powoli 

różanością nasiąkać. Znów od lasu przeciągał wiew, ni to pocieszenie, ni to 
użaleństwo 

niosący. Zaszeleściło tajemniczo tysiąclistowie na lipie. 
I drzewo cichuśko rozwarło się. 
Z wnętrza wybłysnął złoty blask. 
W blasku tym wygramoliło się ono leśne stworzenie maluśkie, kudłate i brodate. 
Za powódki prowadziło ono konia. 
Koń był złotem złocisty. 

I ono powiada: 

- To koń dla tego syna, który miał przez drugą noc stróżować. 

I leśne stworzenie cofnęło się. Weszło do środka lipy i lipa się za nim zawarła. 
A złoty koń został. Świecił i błyszczał, że zdało się - ognisko pod lipą płonie. 
Uderzyła złota łuna od konia w otwarty wyglądek. Obudził się leń, doskoczył do 
wyglądka i woła: 

- Widzita, narody, i mnie ociec dali konia! Złotego! Barzej mnie lubili jak ciebie, 

boś ty jeno srebrnego dostał! 
Na te słowa i starszy zerwał się z posłania. 

Doskoczył do okienka i hałasi: 

- Niedoczekanie twoje, cobyś miał piękniejszego konia dostać niżeli ja. Przecie-żem starszy, 

przecieżem pierworodny, dla mnie co najlepsze! 

Wyskoczyli obaj na dwór. I do najmłodszego: 

- Dla kogo ten koń? Gadaj prawdę! 
- Dla tego, kto miał drugą noc stróżować. 
- A któż konia przyprowadził? 
- Leśne stworzenie, taki-ci dziadek. 
- Jakiż on był? 
- Malućki, kudłaty, brodaty. 
- Zarutko polecę do lasu go szukać! A niech go znajdę - to nabiję! Dla mnie należny 

jest złoty koń, bom najstarszy, bo na dziedzictwie tu ostanę! 

- A nieprawda! Dla mnie, bom ja go dostał! 

background image

Jeden brat złapał za powódki z lewej strony, drugi z prawej i nuż się tarmosić, 

odpychać, i kułakować. 
W tejże chwili ukazało się słońce - świeże było, czerwone, rosą obmyte. 
Najmłodszy syn wstał z kamienia, pokłonił się ojcu w domowinie z nowym dniem i 
poszedł 
na strych w sianie się tam ździebko przespać. 

Nadeszła trzecia noc - ostatnia. 
Starsi bracia mówią: 

- No, ta noc przypada na ciebie, głuptasie. 
- Na ciebie, leniu. 
- Jakiego też konia tobie ociec podaruje? Pierwszy był srebrny, drugi złoty. To musi ten trzeci 

będzie brylantowy. 

Najmłodszy nic się na to nie ozwał, zabrał kożuch i poszedł pod lipę. 
A najstarszy brat do średniego mówi: 

- Jeśli będzie brylantowy, to będzie dla mnie. Ty se weźmiesz złotego, no, a srebrny 

będzie dla głuptaka. 

- Szkoda dla lenia i tego. 
- Szkoda bo szkoda, ale skoro taka wola ojca, coby każdy z nas od niego konia miał, no, to - niech 

se go ma! 

- Ano, niech se go ma - westchnął średni i wlazł za piec. 

I stamtąd już powiada: 

- Ale włosie z grzywy i ogona srebrnego obetnę dla siebie. 
- O... o... wszyćko dla ciebie! Ty se bierz ogon, a ja grzywę. 

Średni chciał się jeszcze targować, ale już nie poradził, bo okrutnie był 
śpiący. 

Zaraz też zachrapał. A i najstarszy mu do wtóru. 
I tak se oba lenie śpią, a najmłodszy przy domowinie ojca siedzi 
Zmęczony jest, boć to przecie trzecia noc nie spana, a w dzień mało co ma czasu, 

by się dorwać do odpoczynku. Ale rad, że wolę ojca wypełnił. 
Ta noc była ostra, jakby wszelkiej żywiźnie chciała przypomnieć: 

- Bądź gotów! Wyszłam już ze swego legowiska i idę ku tobie - ta, co niesie mróz, 

lód i dujawice. 
Niebo się iskrzyło, jakby je kto brylantami nabił. A miesiąc od wschodu podnosi 
się i szedł ku gwiazdom. Promienisty był i błyszczący, niby ze szczerego srebra 
ukuty. 
Przypomniały się chłopcu dziecińskie zagadki: 

Jest jedna matka, 
co ma dwoje dzieci. 
Syn błyszczący złotem, 
córka srebrem świeci. 

- Juści. Takaś ty, nocko, taka. Srebrem świecisz. 

A i ta zagadka o niebie gwiaździstym a księżycowym: 

Leży bochen między grochem. 
Choćbyś ten groch liczył całe życie, 
nie zliczysz go należycie. 

- Hej, nie zliczyć was, gwiazdeczki, nie zliczyć. Ten by was jeno zrachował, kto by was tam 

kładł. 

Spojrzy chłopiec po łące a tam już każde ździebełko trawy rosy obwiesiły. Iskrzą 
się tam one niezgorzej od gwiazd. Aż się w oczach mieni. Nade dniem każda w 
lodową 
krupkę się zetnie. Toć to przecie już połowa października, do Urszuli niedaleko. 
I znów mu się przypomniała dziecińska zagadka: 

Szła Urszula po łące, 

background image

rozsuła pereł tysiące. 
Miesiąc wiedział - 
nie powiedział. 
Słonko wstało - 
wy zbierało. 

- Powyzbiera was słonko po jednej rosience, po jednej. Powyzbiera do czysta. 

I trzecia noc minęła. 
Ku dniowi się miało. Zorza powoluśku rozpłomieniała się na wschodzie. W blasku jej 
każda kropla rosy stała się migotliwym rubinem. 
Pobudzili się bracia. 

Dalejże obaj do wyglądka i patrzą, czy też leśny dziadek i dla głuptaka konia 
przywiedzie. 
I jaki ten koń będzie? 
Wychylają się, jeden przez drugiego wykrzykuje: 

- O rety! Patrzaj, patrzaj, lipa się odmyka! 
- Wyłazi... maluśki, kudłaty, brodaty! 
- Na powódku coś prowadzi! 
- Mierzynka.. Białą płachtą go nakrył czy jak? Koń wcale nie błyszczy się. 
- A co ma błyszczeć! Zwyczajna szkapa. 
- Siwy... boki jakiesi ma opuchłe. Świeżej koniczyny objadł się czy co? 
- Nie pożyje on ta długo, rozpuknie się. 
- Trza by go wziąć do galopu, coby się zgrzał, toby mu może te boki opadły. 
- Prawie podjezdek dla głuptaka. 
- Prawie dla niego. 
- To ci się dosłużył! Cha - cha - cha... 

Naśmiali się, naśmiali z bratowego wierzchowca i poszli dalej spać. Co tam leśny 
dziadek bratu prawił - wcale nie byli ciekawi słuchać. 
A leśne stworzenie przyprowadziło chłopcu mierzynka i mówi: 

- To konik dla tego, który miał trzecią noc stróżować. 
- To znaczy się dla mnie! 
- Dla ciebie. A to bat. Jak na konia wsiądziesz, a zamyślisz sobie, co chcesz, a z tego bata strzelisz i 

powiesz: 
Na moje rozkazanie 
niech się ta rzecz stanie - 
to ci się zaraz zamyślenie spełni. 

- Prawdę to mówicie? Nie dworujecie sobie ze mnie? 
- Szczerą prawdę mówię. Masz to powiadać ku wschodowi słońca obrócony i żeby cię nikt nie 

słyszał. 
I leśny dziadek wrócił do lipy, a mierzynek został. 
Postał chłopak, podumał... westchnął. 
Prawda to czy nieprawda? 

- Ano, obaczym. Ale to dobrze, com przy domowinie oćca trzy noce stróżował, jako ociec żądali.  

Przyjrzał się konisiowi. 

Nieduży był, siwek, grzywa bujna, ogon do samej ziemi. Zaprowadził mierzynka do 
stajni, 
wsypał mu do żłobu owsa, za drabinę nałożył siana, napoił go. 
Bat utaił w stodole pod snopkami, a sam poszedł na strych przespać się. 
Na odwieczerz synowie pochowali ojca na żalniku, dla rodziny i sąsiadów 
wyprawili 
pogrzebiny i zaczęło się dawne życie: najstarszy chwalił się, średni jadł i 
spał, 
najmłodszy pracował. 

background image

Daleko, daleko od zagrody trzech braci było królestwo, a królestwem tym rządził 
stary 

król. 
Niedobry to był pan, nie dbał o swój naród. 
Wszystkie sprawy prowadzili urzędnicy, jako chcieli. 
Gdzie się trafił starosta ludzki - tam i chłopi mieli dobrze, mieszczaństwo było 

zamożne i drogi były w porządku, i o rozbojach nie wiedziano. Ale gdzie się 
trafił 

starosta nicpoto - tam dla narodu wielkie było uciemiężenie. 
A króla nic to nie obchodziło. A król jeno pił, jeno z gośćmi się zabawiał, jeno 
uczty i wyprawy łowieckie urządzał. 
Dla własnego dziecka nawet był okrutny. 
Miał córkę piękną, młodą, dobrą, dla narodu miłościwą - to ją umyślił wydać za mąż 
za starego księcia, pijaka i hulakę, przyjaciela swego, jako że był bogaty i miał 
piwnice pełne beczek przedniego wina. 
Biedna królewna podaremnie błagała, prosiła, do nóg ojcu upadała, by jej tak haniebnie 
nie sprzedawał. 
Król upierał się przy swoim. I postanowił upór królewny złamać. 

Zwołał z całego kraju garncarzy i kazał im z gliny ulepić, a potem ogniem na 
skorupę 

wypalić górę wysoką, aż hen... hen... pod same obłoki. 
Ulepili, wypalili. Skorupa błyszczała w słońcu jak szkło. 
Na górze kazał cieślom zbudować dla królewny zamek-więzienie. 
. Praca to była a praca! 
Im góra wznosiła się wyżej, tym więcej drabin trzeba było ze sobą wiązać, by glinę 
na wierzch wynosić, by drzewo na budulec zameczku wciągać. 
Na końcu to już tysiąc drabin stało jedna nad drugą. 

I po tym tysiącu drabin weszła królewna na ową szklaną górę do swego więzienia. 

na rozłącznym z córką król powiedział: 

- Będziesz tam siedziała dotąd, dopokąd się nie namyślisz. A gdy się już z dobrej 

woli zgodzisz księcia poślubić, to dasz znak: ześlesz przez orła pierścień. 
I jeszcze dorzekł urągliwie: 

- A jak chcesz męża młodego i serca rycerskiego, to niechaj rycerstwo cię dobywa. 

Kto na górę do ciebie czy własną mocą wlezie, czy na koniu wyjedzie - ten może 
cię 
poślubić. 
Sam klucznik królewski odprowadził królewnę na szczyt szklanej góry i na złoty 
klucz w zameczku ją zamknął. 
A gdy zszedł, wszystkie drabiny ściągnięto w dół i spalono. 
I została królewna samotna w zamku na szklanej górze pod obłokami. 
Wichry ją jeno odwiedzały, gromy jedynie do niej gadały, obłoki jeno zaglądały 
do 

jej okienek, a miłosierne słońce ją ogrzewało. 
Każdego poranku wyuczony orzeł zanosił królewnie pożywienie. 
Mijały dni, tygodnie i miesiące... 
Orzeł powracał zawsze z pustym dziobem. 


Hej, ani sokołowe skrzydła tak prędko by w cztery strony świata nie zaleciały, 
jak 
zaleciała wieść o przyrzeczeniu króla. 
Kto na szczyt szklanej góry bądź dojdzie, bądź dojedzie, ten królewnę za żonę 
dostanie! 
Dopieroż ze wszystkich krain ruszyli ochotnicy. 

background image

Jechali królewicze z całym dworem, z namiotami, ze służbą i wozami żywności dla 
ludzi 
i koni. Jechały bogate drużyny książęce i skromniejsze poczty rycerskie. Jechali 
rycerze samotrzeć, jechali samowtór z pachołkiem jeno. Jechali i w pojedynkę. 
Prowadzili 
zapasowe konie, że to jak jeden wierzchowiec ze szklanej góry stoczy się i 
zabije, 

to drugiego śmiałek dosiędzie. 
Za rycerzem Jaśkiem z Boguradowa stu pachołków sto luźnych koni wiodło, a każdy koń 

miał złote podkowy, by zdolen na szklanej ścianie góry sam sobie stopnie 
wyrąbywać. 
Poszła o nim w świat piosenka: 

Sto konisiów Jaśko miał, 
sto konisiów kować dał. 
Dla każdziutkiej podkowy 
złoty dukat gotowy. 
Gdy po moście stąpały, 
szczerym złotem brząkały. 
Tak to jechano przeróżnie. 

Bogato i ubogo, zadzierzysto i skromnie, wesoło i w zadumie. Jedni tętnili 
gwarno, 
hucznie, z kapelą - inni sunęli cicho niby cienie. Jak weselnicy i jak 
pielgrzymi. 
Ruszyli też bracia z zagrody pod lipą, ci starsi. Ruszyli ciszkiem, utajonkiem, 
żeby 
się najmłodszy z nimi nie wybrał Bo jakżeż! Jeden na srebrnym koniu, drugi na 
złotym, a ten się będzie za nimi wlók 
na mierzynie i „bracie” do nich gadał! Niech ta gospodarki pilnuje! 
Wiedział i najmłodszy o tych wyprawach, ale się w drogę nie naglił. Przody pola 
chciał 

obrobić. 
I dopiero gdy zagony zaorał, zabronował i obsiał, dopiero gdy nad zasiewami już jeno 
słonku i deszczowi zdał gazdowanie - dopieroż wtedy do drogi się zebrał. 

O świtku umył się i ubrał ochędożnie w białą siermięgę. Mierzyna ze stajni 
wyprowadził 
i jako siodło worek mu na grzbiecie powrózkiem przytroczył, czarodziejski bat 
spod 
słomy wygrzebał i, obrócony ku wschodowi, czekał. 
A gdy się słonko zza ziemi ukazało, na konia wskoczył, z bata strzelił i te 
słowa 

wyrzekł: 
Na moje rozkazanie 
niechaj się ta rzecz stanie! 
Żeby mi się wywinęła ścieżka 
do królewny, 
co na szklanej górze mieszka. 
Zaraz się też przed nim rozciągnęła drożyna równa i biała, jakby kto kawał płótna 
rozwlókł. 

A dłużachna! Hen... hen... hen... Biegła łąką zieloną i rolą czarną, i ugorem 
płowym, 
i puszczą szumiącą, i stepem szerokim... w dalekość daleką, aniś jej końca 
dowidział. 
Nie błądził najmłodszy, ludzi o drogę nie pytał, jego własna drożyna go wiodła. 
Jechał, jechał, mierzyna po rowach i miedzach popasał, sam się ubogo czarnym 
chlebem 

z domu zabranym pożywiał. 
Aż do szklanej góry dojechał. 

background image


Szklana góra w słońcu błyska jak słup ognisty. Zameczek na szczycie to jawi się 
oczom, 

to znika, bo raz w raz obłoki bądź zakrywają go, bądź odsłaniają. 
A pod szklaną górą ludzi jak mrowia! 
Jedni w namiotach mieszkają, drudzy w skleconych z gałęzi kleciach przed spiekotą 
się kryją, a inni jeszcze wprost pod gołym niebem koczują. 

Hej, niejedna tu już mogiłka wyrosła! Nad niejedną młodą główką śmiałka murawka 
już 
tu się chwieje. 
Nie tak łatwo na szklaną górę wyjechać, nie tak łatwo królewnę uwolnić! 
W powietrzu kruki i wrony krążą, kraczą: 

- Na żer! Na żer! 

Zlatują się na padlinę końską. Wiele wierzchowców już sobie głowy roztrzaskało, 
ze 
szklanej góry spadając. I co dzień nowego padła przybywa. 
Ale to innych śmiałków nie przestrasza. 
Każdy myśli: 

„Może ja dojadę?” 
„Może mnie się poszczęści?” 
„Może dla mnie ta królewna przeznaczona?” 
Kusi ich, nęci obietnica króla, obietnica ożenku. Król syna nie ma. I koronę, i wszystką 
ziemię córce musi zostawić. 
A któż by nie chciał być mężem królowej? 
A któż by nie chciał nad wielkim krajem panować? 

Ale są i tacy, których nie bogactwa królewny skusiły. Są i tacy, którzy z 
pożałunku 
nad królewną tu przybyli. 
Sama jedna pod chmurami... Głosu ludzkiego nie słyszy, zieloności ziemi nie 
widzi. 
A jest młoda i dobra. Niejeden z mieszkańców tego kraju wspomina, jak się za 
skazańcem 

do ojca wstawiała, jak więźniom ciszkiem słała pożywienie i słowo pociechy. 
Jakże jej tu nie żałować? 
Jakże nie pragnąć jej wybawić z okrutnego więzienia i od okrutnego ojca! 
Nie wszyscy na koniach wspinają się w górę. 
Są tu i tacy, co sobie jeno ufają. Są i tacy, co śmiałkują się własną mocą wyleźć 
na szklaną górę. Przytraczają sobie do rąk i nóg pazury z ubitych orłów i na nich 
pną się w górę. 
Ale nikt jeszcze nawet do połowy góry nie doszedł, nie dojechał. 

Co dnia dziesięciu dzielnych młodzieńców kolejno na górę się wspina. Każdemu z 
nich 
król daje złoty klucz i urągliwie mówi: 

- Jak już będziesz na wierzchowinie góry, to se tym kluczem bramę zameczku otworzysz 

i podasz królewnie zrękowinowy pierścień. 
I co dnia dziesięć razy klucz z żywej lub, co częściej, z martwej ręki odbiera. 
Próbował już najstarszy brat wjechać. 
Srebrny koń na sto prętów w górę szklaną ścianę srebrnymi nogami porąbał - ale wyżej 
nie dał rady. Zesunął się. Zaraz się przecie zerwał i ku zachodzącemu księżycowi 
pocwałował. 
A brat pognał za nim, by mu nie zginął. 
Próbował i średni brat wjechać. 
Złoty koń na dwa sta prętów w górę szklaną ścianę złotymi nogami porąbał - ale wyżej 

nie dał rady. Zesunął się. Zaraz się przecie zerwał i ku wschodzącemu słońcu 
pocwałował. 

background image

A brat pognał za nim, by mu nie zginął. 

Pewnego dnia na odwieczerzu przyjechał pod szklaną górę najmłodszy brat. 
Przyjechał 
na swym mierzynie siwku-białogrzywku, na worku parcianym, w siermiędze 
chłopskiej. 

Takiego tu jeszcze nie widziano! 
Jedni patrzą na niego ze zdziwieniem, drudzy śmieją się i drwinkują, a jeszcze inni 
wołają: 

- Laboga, chłopaku, po coś się tu przycłapał! I ty myślisz szklaną górę dobywać? 
- Ano, myślę. 
- A toż nie bądź szalony! Patrz, jakie tu wspaniałe konie: a to dzianety tureckie, 

a to pustynne araby, a to ze stepów madziarskich konie jak wichry - a przecie 
żaden 
z nich dotychczas szklanej górze nie dał rady, a ty, na tym podjezdku!... 

- A spojrzyj, jakie tu rycerstwo! Przy namiotach pozatykane żerdzie, a na nich wiszą 

tarcze. Na tarczach wymalowane godła. To znaki herbowe. To Ciołek, a to 
Koźlarogi, 
a to Rawa - panna na niedźwiedziu, a to Trąby, a to Szreniawa... Tyle starych 
rodów 
rycerskich synów tu swoich przysłało i żaden z nich szklanej górze rady dać nie 
może, 
a ty chłop od pługa, myślisz... 

- Ano, myślę. 
- Był tu taki, co miał srebrnego konia, i był taki, co miał złotego... 

„Pewnie to moi bracia” - miarkuje najmłodszy, więc pyta: 

- A co się z nimi stało? 
- I oni pospadali. 
- Zabili się? 
- E, nie. Telo co konie im uciekły, to pognali za nimi. 
- Widzisz: srebrny koń, złoty koń na górę nie wylazł, a ty chcesz na tym konisiu... 
- Ano, chcę. 
- E, co tu z głupim gadać. 

Został najmłodszy i na posługach przy koniach rycerskich się krząta. Wyręczają 
się 
nim dworzanie. A to konie do wodopoju zaprowadzi, a to je w rzece wypławi, a to 
zgrzebłem do blasku wyczyści, a to im wstążki czerwone od uroku w grzywę 
powplata. 
Ma za to pożywienie i ciepłe miejsce przy ognisku do spania. A dla siwka ma 
owies 

i siano. 
Minął dzień jeden, drugi i trzeci... 
Aż nadeszła kolej najmłodszego. 
Przed nim dwóch rycerzy na górę się wdzierało. Heroldowie na trąbach trąbili, wyjazd 
ich na górę oznajmiali. Złoty klucz sam król im podawał. 
I sam z ich zaciśniętych, martwych garści potem go zabierał... 
Teraz kolej na chłopka. 
Najmłodszy mierzyna pod górę przyprowadził i przed królem się skłonił, że to niby 
i on o klucz prosi. 
Roześmiał się król. 

- To ci zalotnik dla królewny! Ale coby nie mówili, żem niesprawiedliwy - naści klucz 

i tobie. 
Wylegli ludzie ze wszystkich szałasów, pozrywali się od ognisk, porzucili misy z 
nie do jedzonym śniadaniem i pod szklaną górę! 
Jakże sobie ten podjezdek będzie poczynał?! 

background image

Poszły nawet zakłady. 

- Więcej jak trzy pręty nie sforsuje. 
- No, stawiam na pięć. 
- Niechaj będzie. Jak do pięciu dojdzie - dostaniesz ode mnie kwartę wina, jak nie 

dojdzie - pięć batów. 

- Ale na kobierczyku! 
- To się wie. Szlachcica nie godzi się bić inaczej. 

Wszyscy się już zbiegli. Uciszyła się ciżba. Powyciągali szyje, patrzą, 
patrzą... 
Najmłodszy brat na siwka wskoczył, ku wstającemu słońcu się obrócił, z 
czarodziejskiego 

bata strzelił i niegłośnym głosem mówi: 
Na moje rozkazanie 
niechaj się ta rzecz stanie! 
Żebym zajechał na szklaną górę, 
żebym uwolnił królewską córę. 
I patrzcie. Staje się dziw nad dziwy! 
Od boków siwka podnoszą się skrzydła. Rosną na lewo i na prawo, rosną w górę. Już 

są tyle, co skrzydła bocianowe, już tyle, co orłowe... już tyle, co śmigi 
wiatraczne. 
Zamachnął siwek skrzydłami raz - czapki ludziom z głów pospadały. 
Zamachnął drugi raz - kurzawa się podniosła, żeś przez chwilę świata nie 
widział. 
Zamachnął trzeci raz - lasy zaszumiały, sosny jako trzciny się przygięły, 
świerki 
z korzeniami z ziemi powywierały. 
I oderwał się siwek ze swym jeźdźcem od ziemi, i podniósł się na skrzydłach w 
górę... 
w górę... hen... Zmniejszał się ludzkim oczom, zmniejszał. Już nieduży się widzi 

- jak łabędź, już mały - jak skowronek, już maluśki - jak muszka... 
Aż i zginął do cna w obłokach. 
Stanął junak na szczycie szklanej góry, złotym kluczem zamkową bramę otworzył, królewnie 
się pokłonił. 

- Zbieraj się, królewno, ze mną na ziemię, boś już wolna! 

Dopieroż królewna w białe rączki zaklaskała, z radości aż zapłakała i rzuciła 
się 
chłopcu na szyję. 

- O, mój ty najmilejszy! Żoną twoją zostanę. Królestwo ci pod panowanie oddam, boś 

musi największy z największych śmiałków, skoroś ty tylko na szklaną górę 
dojechał. 
I siadła królewna na skrzydlatego siwka, i na ziemię oboje sfrunęli. 
A na ziemi stali precz jeszcze ludzie z rozdziawionymi gębusiami, bo od tego 
dziwu 

jakby skamienieli. 
Zaś stare, okrutne królisko, że to od rana już antałek mocnego wina wyżłopał - nie 

podniósł się więcej z tronu. Jak zobaczył, co chłop siermiężny do królewny 
doleciał - tak go zła krew na śmierć zalała. 
Ale nikt go nie żałował. 

 

* * * 
*  

Janina Porazińska 
„TYDYRYM” 

Była sobie wieś, nazywała się Żurawica. 
W tej to Żurawicy na miedzy obok Maćkowej gruszy spotkała się Wiosna z Latem. 
Mówi brat Lato: 

background image

- Idźże, siostro, do alkierza i odpocznij, boś przecie roboty miała a miała. 
- Ohoho, było tego, było nieskąpo. A to trawy, a to kwiaty z ziemi wydźwignąć, oziminę 

na wysokość płotu podpędzić, drzewa w zieleń ubrać, ptaki posprowadzać, rozmaitą 

żywiznę rozmnożyć. Tu wysuszyć, tam przydeszczyć. Było roboty, było... 
Więc teraz brat Lato zabrał się do rządów. 
Słońcem niezgorzej dopieka. 
Cieszą się ludziska, że to już wkrótce będzie nowy chleb z nowego żyta i że ziemniaki 
pod krzakami rosną... bo to, co było zeszłoroczne, skończyło się. Przed nowym - ciężka 
pora. 
Tylko staremu Marcelkowi nieciężko. 
Ziemniaków ma jeszcze pełną piwnicę. Ale to przed ludźmi kryje. Wiechciem ze słomy 

okienko w piwnicy zatkał - niech mu tam nikt nie zagląda. Drzwi na mocny skobel 
zamknął. A w sieni, na widoku aby małą kupeczkę ziemniaków trzyma, że to niby 
wszystko, 

co ma. 
W komorze ma wory mąki i kaszy, ma wielkie połcie słoniny. Ale w izbie nad kominem 
jeno skórkę od szperki zawiesił i biadoli przy ludziach. 

- Tyle aby całej parady. Piwnica pusta. Komora pusta Choćby mi talara za jedną krupkę 

kaszy dawali, tobym nawet tej jednej nie znalazł. 
I na paseczek szperki pokazuje. 

- Tą skórką to jeno ziemniaki potrę - cała to moja okrasa. 

Ma dwadzieścia kur, które mu jajka znoszą, ale mówi: 

- Żebym to choć jajeczko widział! Ale te próżniaki aby jeść chcą, aby po słonku spacerować. 

Żadnej pociechy z tego gałgaństwa. 
I tak się kuli, tak drepcze, tak wzdycha, że aż się ludzie nad nim litują. 
A tu tymczasem... 
Stara Walentkowa, ta, co ma przy sobie wnuczkę Urszulkę, nie ma już z czego obiadu 

ugotować. Zjedzone już nie tylko ostatnie ziemniaki, ale i ostatnie obierki 
ziemniaczane. 
Przychodzi więc do Marcelka Walentkowa i prosi o pożyczenie koszyka ziemniaków. 
Odda, 
gdy zaczną kopać. 
A dziadek Marcelek prowadzi ją do sieni, na kupeczkę - co tam może z dziesięć 
ziemniaków było - pokazuje i mówi zbiedzonym głosem: 

- Widzicie, to wszystko, co mam. Jakże mogę wam dać... sam nawet nie przeżyję. 

A tu tymczasem... 
W sąsiedniej chacie gospodyni Matuska zachorowała. Zabrano ją do szpitala. Chatę 
na kłódkę zamknięto. Tylko piesek Jadłbyś w obejściu został. Biega biedny psina, 
domostwa pilnuje, szczeka. 
Ale głodny. Boki mu zapadły, sierść się zjeżyła. Któż mu jeść da? 
Przydreptał więc Jadłbyś po sąsiedzkiej znajomości do starego Marcelka. Na dwóch 
łapkach stanął. Służy, o pożywienie prosi. 

- Wynoś się! Nie mam dla przybłędów! 

Nie przybłęda jest to przecie, a sąsiad. Sąsiad w ciężkiej potrzebie. 
Ale stary udaje, że nie poznał Jadłbysia. 
A tu tymczasem... 

Z dziesiątej chałupy ludzie wyjechali do miasta. 
Wszystko z sobą zabrali, kotkę zostawili. W mieście będzie małe mieszkanie, dla 
kota nie ma miejsca. 
Przychodzi więc kocina do starego Marcelka, siada pode drzwiami, prosi: 

Ulituj się nad matką, 
bezdomną Popielatką. 

Mam ja 
kotki dwa, 
szare-bure obydwa. 

background image

Niechaj tu próżno nie czekam. 
Troszkę mleka, mleka, mleka... 

 - A psik! Patrzcie ją! I ta do mnie! Nic nie mam! 

Nikt nie wiedział, jak to tam jest naprawdę u starego Marcelka, tylko wiedział 
dym. 
Co wieczór, o późnej godzinie, gdy już wszyscy we wsi poszli spać, Marcelek 
warzy 

sobie strawę na cały następny dzień. 
I to jaką strawę! 
Na wielkiej patelni topił kawał słoniny i smażył na niej dziesięć jaj. W jednym garnku 
grochówka na tłustym boczku. W drugim dwa litry mleka, które co dzień cichcem sobie 

w koneweczce - że to niby woda - z drugiej wsi przynosił. W popiele piekł 
ziemniaki, 

a na blasze podpłomyki. 
Ogień trzaskał, dym walił a walił z komina. 
Smakowite zapachy rozchodziły się po całej wsi. Ale że to ludzie - utrudzeni - mocno 
spali, to i nikt nic o tym kucharowaniu starego nie wiedział. 


A z tym dymem to było tak: 
Wszystkie dymy w Żurawicy trzymały się gromadą. 
Spotykały się trzy razy dziennie. Najpierw zaraz po wschodzie słonka, potem o 
wysokiej 
godzinie - gdy słonko najwyżej na niebie stoi - i przed samym zachodem. 
To po chatach gotowano śniadanie, obiad, wieczerzę. 
Szły więc dymy z kominów w jednym czasie, szły całą gromadą. Jeden na drugiego 
się 

oglądał, jeden drugiemu czapkował. 
I wszystko robiły po jednej myśli. 
Ma być pogoda, to wszystkie jednakowo wyciągały się w prościutkie, chude słupki. 

Ma być deszcz, to wszystkie kłębiły się, po dachu jak koty pełzały, jeden do 
drugiego 
obłoczyste łapy wyciągał. Razem rozwłóczyły się po drzewach, po krzakach i jak 
piłki kulgały się po drogach. 
Ludzie wtedy mówili: 

- Zepsuje się pogoda. Jak się to dymy tłuką po ziemi. 

I wszystko dymy o sobie wiedziały. 
Który z brzozowego drzewa, który z sośniny czy też z bukowca. Który z suchych 
szczap, 
a który z mokrych. Gdzie więcej gotują, a gdzie skąpiej. Któremu drogę w kominie 
miotłą przetarto, a który przez gardziel z sadzami ledwie się może przecisnąć. 
Wesoło więc im było, towarzysko. 
Tylko ten jeden z Marcelkowej chałupy jest samiuteńki. 
Idzie z komina wtedy, gdy już po żadnym dymie ani znaku nie zostało. Samiutki 
waguje 
się nad swą strzechą i smutno rozmyśla: 
„Czy to kto popatrzy na mnie - jaki jestem: na pogodę czy na deszcz? A czy kto 
widzi 
moją urodę, że jestem srebrzysty, że jestem z suchego jaworu, że układam się w 
mięciutkie, 
puchate obłoczki, a gwiazdy mnie oprószają światełkami?... 
To chowam się za topolowe gałęzie, to wytaczam się zza nich... Ale... ma się to 
kto ze mną pobawić w skrywanki-szukanki, srebro z burością pomieszać, w gonitwie 
ze mną pomykać?... 
E, ech... sierota jestem, chudzina z komina!” 
Pewnego późnego wieczoru, gdy to ludzie już po chatach spali, Marcelkowy dym 
na niepogodę rozwlókł się nisko, niziutko. 
Jakoż i rozpadał się deszcz gęsty. Krople biły duże, ciężkie. Skakały bąblami po 
kałużach. 

background image

Pełzał, pełzał dym po ziemi, przepełzał do Jadłbysiowej budy. Wlazł do środka. 
Jadłbyś leżał tam skulony, a że brzuszek miał pusty, to mu zimno było w tę nocną 
niepogodę. 

- Dymie, ciepły dymie, dobrze, żeś się tu przybłąkał. Ogrzej mnie trochę, ogrzej... 

Inny obłoczek dymu zakulał się jeszcze dalej, do tej sionki, gdzie na podartej 
szmatce, 
przyciągniętej w pyszczku ze śmietnika, leżała kotka, a przy niej kotki dwa, 
szare-bure 
obydwa. 

Kotka pociągnęła noskiem i zamruczała: 

- Ach, jak miło pachnie dym... Jak wtedy, gdy tu mieszkali moi gospodarze. Warzyli, 

gotowali, mnie na miseczce zawsze coś dobrego podsunęli. Jak miło pachnie dym... 
Pokulał się dym dalej. Przez nie domknięte okienko wcisnął się do izby 
Walentkowej. 
Urszulka śpi, stara babka na stołku przed pustym piecem siedzi, duma, wzdycha. 
Obudziła się Urszulka. 

- Babusiu, nie śpicie? Babusiu, sumujecie? A mnie Walerka nauczyła piosenki. Zaśpiewam 

wam, to się rozweselicie. 
Tydyrym, tydyrym... 
weź koszyczek, wynieś dym. 
A nakryj go sitkiem, 
by nie uciekł z wszystkiem. 
Nie wpuść go na huśtawkę, 
bo zepsuje zabawkę, 
jak kołychnie się do góry, 
poobrywa oba sznury. 
Weselej się babusi zrobiło. A dym się uradował, że ojej. 
„Słuchajcie, narody! O mnie pieśniczka! Są piosenki różne, przeróżne, ale żeby 
o dymie!... 
Nie słyszane, nie słyszane!!” 
Pokłębił się dym z powrotem do chaty starego. 
Dymowe serce pełne jest radości, pełne wzruszenia. Jadłbyś mu się ucieszył, kotka 

mu się ucieszyła, Urszulka o nim zaśpiewała. Że to niby taki ciężki, że pozrywa 
sznury. 
Hi-hi-hi... 
Wesoło dymowi, rad by coś komu dobrego zrobić, żeby i inni radowali się tak, jak 
on. 
A tu deszcz leje, a tu woda strużkami płynie, po kamykach bełkoce, na spadkach 
ciurkoli. 
W ogródku Marcelka w jamce pod płotem zebrało się wody po brzegi. I wciąż jei 
przybywa. 

- Gdzie się podzieję... gdzie się podzieję? - kręci się po kałuży woda. 

A dym woła: 

- Wodo, wodo, nie trap się! Ścieknij tu sobie niedaleczko do piwnicy Marcelka. Mój 

mały brat, dymek z fajki, słyszał, jak gospodarz mówił do Walentkowej, że tam 
puściutko. 
Będziesz miała przestronne. Cały stawek tam zmieścisz. Uradowała się woda. 
Najpierw 
cienkim strumyczkiem przez wiecheć się przecisnęła, zabrała go z sobą, a potem 
już 
wartko z wesołym gwarem do piwnicy ciur-ciur-ciur... plusk-plusk... 
Po ogrodzie biega myszka zakłopotana. 

- Co za nieszczęście! Jamki nam deszcz zalewa... Gdzie się podziejemy? 

A dym woła: 

- O, tu, tu, w komorze Marcelka! Komora puściutka, sam gospodarz to mówił. 

Dużo was tam się zmieści. O, tędy, tędy... widzisz tę szparkę? 

background image

Pobiegła myszka przez szparkę do komory. Po chwili pyszczek wystawiła, radośnie 
pisnęła: 

- Do mnie tu, do mnie! Prędzej! 

Rzuciło się zaraz ku szparce czterech myszki synów z żonami, z dziećmi i córki, 

zięciowie, i wnuczęta, ciotki, wujkowie, stryjenki, szwagrowie i bratowe, i 
znajomi, 
i przyjaciele znajomych, i znajomi przyjaciół... Myszy, myszki, myszęta... 
Kula się dym dalej po wiejskiej drodze, a tu widzi - zbliża się lisek od lasu. 
Skrada 
się, węszy... i chciałby dalej, i boi się. 
A dym woła: 

- Lisku, lisku, pewnie byś się chętnie pożywił. U mego gospodarza jest dwadzieścia 

kokoszek, wyrzeka na nie Marcelek, mówi, że nic niewarte, samo gałgaństwo. 
Zróbże 
z nimi porządek. Trzecia chałupa stąd, jak dym idzie z komina Kury siedzą w 
przybudówce. 

Łatwo się podkopiesz, bo tam belki zmurszałe. 
Zapomniał dym, że jest z niego biedaczyna z komina, że jest samotny, bo o tej porze 
żadna chałupa nie dymi. 
Wesoło kulga się po ziemi, przeciska przez krzaki, czepia się płotów, wiesza się 
na gałązkach i huśta w powietrzu. 
Hej, tydyrym, tydyrym... 
weź koszyczek, wynieś dym!... 

Gdy się już dość wydokazywał na dworze, zachciało mu się z Marcelkiem pofiglo-
wać. 
I zamiast nad dach, zaczął się pchać z powrotem do komina i kominem do izby. 
W jednej chwili zakłębiło się w izbie, zamroczniało. Nic nie widać! Nie ma czym 
oddychać! 
Dym, dym, dym! W oczy szczypie, aż łzy lecą. W gardle dusi, w nosie wierci... I 
wciąż 
go przybywa. Nowe i nowe kłęby wtaczają się do izby, obtoczą się pod powałą, 
pełzają 
po ścianach, rozwłóczą się po podłodze. I wciąż gęstnieją, gęstnieją... 
Stary biega po izbie, krztusi się, sapie, kaszle. 

- Pali się gdzieś, pali! Laboga, wszystko mi się spali! 

Może ogień w piwnicy? 
Może ogień w komorze? 
Może ogień w przybudówce? 
Zapalił świeczkę. Tuput, tuput po schodach na dół do piwnicy. Otwiera kłódkę... 
Labogarety! 
W piwnicy powódź! Woda strumieniem wali przez okienko, wypchnięty wiecheć po wierzchu 
pływa, ziemniaki w wodzie się kąpią! 
Ale gdzie się pali? Gdzie się pali? 
Biegnie dziadek do komory, otwiera. A tam szur-szur-szur... po kątach. 
Laboga rety! 
Dwieście myszy po komorze harcuje! Worki poprzegryzane. Kaszy, mąki wszędzie, aż 

biało na podłodze! Słonina objedzona, w serze powygryzane dziury, w misce 
utopiona 
mysz po mleku pływa, z przewróconego koszyka wszystek groch wsypał się do bańki 

naftą! 
Ale gdzie się pali? Gdzie się pali? 

Biegnie dziadek do przybudówki. A tam z trzech kokoszek już ani śladu nie ma, 
a trzy inne leżą na ziemi uduszone. 
Laboga rety! 

background image


Przez całą noc dziadek Marcelek odprowadzał wodę spod okienka piwnicy i 
zasypywał 
podkop do kurnika. A gdy się zrobił już jasny dzień, pobiegł do babki 
Walentkowej. 

- Proszę was, Walentkowo, chodźcie zaraz do mnie! Straszna mi się stała szkoda! Woda 

mi się wdarła do piwnicy! Ziemniaki w wodzie leżą! Trzeba je wynosić, na słonku 
rozkładać, suszyć!... Pogniją mi, wszystkie ziemniaki mi pogniją! 

- Jakie ziemniaki? Przecie piwnicę macie pustą. 
- No... no... tak... tak... nie... ale... ale... Obiad co południe ugotujecie dla 

mnie, dla siebie, dla wnuczki. Wieczerzę co wieczór ugotujecie dla mnie, dla 
siebie, 
dla wnuczki. Kraście, ile chcecie... czy jajecznicę, czy kaszę, czy kluski... 

- Jakże to? Z czego gotować? Czym krasić? Przecie komorę macie pustą! 
- No... no... tak... tak... nie... ale... ale... Koniecznie przychodźcie zarutko, 

zarutko... 
Od Walentkowej podreptał Marcelek do pustego domu. 

- Kotko Popielatko, prędzej do mnie! Jak najprędzej do mnie, bo mnie myszy zjedzą! 

Mleka co dzień dostaniesz, ile wypijesz; ziemniaków z omastą co dzień 
dostaniesz, 
ile zjesz, tylko wartko do mnie! Dzieci przeniosę ci... 
Chwycił do czapki kotki dwa, szare-bure obydwa. 

- Chodź, chodź za mną! Chybko, chybko!... 

Przy dreptał do chaty sąsiadki. 

- Jadłbysiu, Jadłbysiu! Budkę ci słomą wyścielę, jeść ci dam do syta - tylko mi chatę 

obiegaj, bo się lisek do moich kokoszek zwiedział! Obiegaj, przyjacielu, po 
sąsiedzku. 
Dobrze teraz wszystkim. 
Ale najbardziej - to chyba dymowi. Raduje się a raduje. 
Idzie z komina w południe, idzie na odwieczerz. Wali kłębiasty, puchaty, 
obłoczysty. 
Kosmate łapy wyciąga na prawo, na lewo. 

- Witajcie, druhowie, witajcie! Oto jestem z wami, jestem z gromadą. Prościutka nam droga w 

górę. Na kopanie ziemniaków potrzebna pogoda.  Na progu chaty siedzi dziadek Marce lek, 
fajkę kurzy, po polach popatruje. 

- Hej, przeszła wiosna i lato... jesień się nabliża, a za nią zima. Wszystko zaśnie. 

Takoż i mnie się ma ku zaśnięciu. Potrzebne mi to ku sobie tylko garnąć, skąpić, 
ciułać... Zabiorę ze sobą chudobę na plecy w tę drogę daleką, daleką?... 
Na miedzy obok Maćkowej gruszy spotkało się Lato z Jesienią. 
Mówi brat Lato: 

- Rządź tu teraz ty, siostro. A ja pójdę odpocząć. Miałem pracy a miałem. Tylachna 

pól posprzątać. 
Została siostra. 
Żurawica jęła osnuwać się w łąkowe mgły, w dymy pastusze, w babie lato 

 

* * * 

 

KONIEC