background image

Patricia Cabot

Spadek

Prolog

Londyn, maj 1832

Hrabia się spóźniał.

To zupełnie nie było w jego stylu. Hrabia Denham 

słynął   przecież   z   punktualności.   Swój   kupiony   w 
Zurychu,   dokładny   co   do   sekundy   złoty   zegarek 
kieszonkowy,   który   -   jak   sądziła   Emma   -   musiał 
kosztować   majątek,   nastawiał   według   niezawodnego 
zegara na opactwie Westminster.

Poza tym James Marbury po podwieczorku zawsze 

wstępował do biblioteki, aby przejrzeć korespondencję.

Gidzie więc się podziewał?

background image

Jego spóźnienie mogło oznaczać tylko jedno - ktoś 

zakłócił   mu   ustalony   porządek   dnia.   Emma   dobrze 
wiedziała, kto to mógł być tym razem. Penelope, która 
narzucała hrabiemu swoje towarzystwo tak często, jak 
tylko mogła, zwierzyła się Emmie  przy śniadaniu, że 
przedstawi mu całą sprawę bez ogródek.

-   Jeśli   on   nie   myśli   jeszcze   o   małżeństwie,   to 

postaram się, żeby już dziś  się nad tym zastanowił  - 
stwierdziła, nie zwracając uwagi na rodziców zajętych 
jedzeniem jajek na szynce i cierpiących na migrenę po 
wypiciu   zbyt   dużej   ilości   szampana   na   balu   u   lady 
Ashforth.

Emma nie miała wątpliwości, że Penelope potrafi 

skłonić   do   małżeństwa   każdego   mężczyznę.   Kuzynka 
była piękną dziewczyną - miała kruczoczarne, proste jak 
u Indianki włosy i ciemne oczy. Emma zaś, uważana 
tylko za ładną, obdarzona była pospolitymi, niebieskimi 
oczami   i   kręconymi,   jasnymi   puklami.   Poza   tym 
Penelope była wysoka - miała ponad metr sześćdziesiąt 
wzrostu,   a   Emma   była   niższa   od   niej   aż   o   dziesięć 
centymetrów. Filigranowa Emma, ze swoimi loczkami i 
błękitnymi   oczami,   wyglądała   jak   laleczka.   Nic   więc 
dziwnego, że traktowano ją jak dziecko.

Ale   teraz   wszystko   powinno   się   zmienić.   Musi 

tylko przeprowadzić rozmowę z Jamesem.

Nie potępiała kuzynki Penelope za narzucanie się 

hrabiemu. Doskonale ją rozumiała. James Marbury był 
najlepszą   partią   w   Londynie   -   bardzo   przystojny, 

background image

niesłychanie bogaty i, na razie przynajmniej, unikający 
małżeńskich więzów.

Ale   to   akurat   nie   potrwa   już   długo,   pomyślała 

Emma. Jej kuzynka postanowiła zostać lady Denham, a 
żaden mężczyzna, nawet tak zatwardziały kawaler jak 
James, nie potrafi się oprzeć wdziękom Penelope van 
Court.

Emma   wolałaby   jednak,   aby   wdzięki   panny   van 

Court przyniosły szybszy efekt. Obie zbyt pospiesznie 
opuściły bawialnię, a w dodatku tuż po wyjściu z niej 
hrabiego.   Lady   Denham   i   Stuart   mogli   uznać   to   za 
nietakt, ale Emma była pewna, że Stuart jej wybaczy, 
gdy się dowie, dlaczego tak postąpiła… i co osiągnęła. 
Wierzyła, że wszystko się uda.

Usłyszała,   jak   otwierają   się   drzwi   biblioteki. 

Zerwała się z kanapy, wygładzając niebieską spódnicę. 
Dziwne,   że   nie   była   zdenerwowana   czekającą   ją 
rozmową. Zresztą, nie miała się czego obawiać. Tyle 
tylko   że   zdradzając   Jamesowi   plany,   działała   wbrew 
intencjom Stuarta.

Emma   uważała,   że   Stuart   nie   potrafi   być 

obiektywny, jeśli chodzi o hrabiego. Twierdził on, że 
James,   którego   zresztą   kochał,   jest   cynicznym 
utracjuszem.   Hrabia   Denham   rzeczywiście   wydawał 
ogromne   kwoty   na   zakup   koni   czy   na   wytworne 
drobiazgi,   na   przykład   szwajcarskie   zegarki 
kieszonkowe.

background image

Niemniej jednak Emma sądziła, że James ma prawo 

wydawać swoje pieniądze, jak mu się podoba. Nie był 
przecież   obojętny   na   potrzeby   innych.   Kiedy   tylko 
poprosiła   go   o   wsparcie   organizacji   charytatywnych, 
chętnie to czynił. Co prawda, zawsze trochę ponarzekał, 
ale robił to żartobliwie. Emma nigdy nic wychodziła z 
jego gabinetu z pustymi rękami.

Nie   można   też   powiedzieć,   że   nie   był   hojny   dla 

krewnych.   Matka   Jamesa   mieszkała   w   luksusowych 
warunkach   w   jego   domu   w   Mayfair   -   ekskluzywnej 
dzielnicy   Londynu.   Kiedy   zaś   Stuart   został   sierotą, 
hrabia zajął się nim jak własnym brałem, mimo że byli 
tylko kuzynami. Również dzięki Jamesowi Stuart mógł 
ukończyć wymarzone seminarium duchowne.

Biorąc to wszystko pod uwagę, Emma była zdania, 

iż   to,   co   chciał   zrobić   Stuart,   nie   było   stosowne. 
Okropnie   zabolałoby   Jamesa,   nie   mówiąc   już   o   jego 
matce. A jak poczuliby się Penelope i jej rodzice, którzy 
byli stryjostwem Emmy? Przecież Emma tak wiele im 
zawdzięczała…   O   wiele   lepszym   rozwiązaniem   jest 
otwarte   postępowanie   i   nieukrywanie   niczego   przed 
rodziną.

Emma   wyjawi   Jamesowi   tajemnicę   i   udowodni 

Stuartowi, że szczerość popłaca. Gdy Stuart się dowie, z 
jaką radością hrabia przyjął nowinę, a co do tego nie 
miała najmniejszych wątpliwości, zrozumie wreszcie, że 
było to słuszne postępowanie.

background image

Kiedy   jednak   usłyszała   ton   głosu   hrabiego, 

rozmawiającego z kimś w holu, nie była już tak bardzo 
pewna, czy wybrała dobry moment.

-   To   jest   bardzo   interesujące,   panno   van  Court   - 

mówił James, nie ukrywając zniecierpliwienia. - Jednak 
teraz mam ważne sprawy do załatwienia, więc będzie 
mi pani musiała wybaczyć…

-   Ale   -   Emma   usłyszała   głos   Penelope   -   muszę 

koniecznie   teraz   z   panem   porozmawiać,   milordzie. 
Gdybym tylko mogła…

- Może innym razem, panno van Court - powiedział 

hrabia. 

Po chwili wszedł do biblioteki z wyrazem ulgi na 

przystojnej twarzy.

Kiedy jednak zobaczył w swoim gabinecie Emmę, 

nie mógł ukryć zdziwienia.

-   Och,   lord   Denham…   -   zdenerwowana   Emma 

zaciskała   dłonie.   -   Bardzo   przepraszam.   Chciałam 
zamienić   z   panem   kilka   słów,   ale   nie   jest   to   chyba 
odpowiedni moment…

Bo też istotnie wszystko na to wskazywało. Emma 

była pewna, że biedna Penelope, której zaloty zostały 
tak   stanowczo   odrzucone,   wypłakuje   teraz   oczy   w 
schowku   na   bieliznę,   gdzie   obie,   gdy   były   dziećmi, 
często   się   chowały,   gdy   bawiły   z   wizytą   u   lady 

background image

Denham.   Czy   kuzynka   zdoła   dojść   do   siebie   przed 
dzisiejszym balem u lorda i lady Chittenhouse?

Tymczasem   mogło   się   wydawać,   że 

niespodziewana   obecność   Emmy   w   gabinecie   nie 
sprawiła   hrabiemu   przykrości.   Wykonał   gest,   jakby 
chciał strząsnąć z siebie jakieś niemiłe wspomnienie, i 
zwrócił się do niej z uśmiechem:

- Na twoją wizytę, Emmo, zawsze jest odpowiedni 

moment.   Czemu   tym   razem   zawdzięczam   tę 
przyjemność? Czy to ma być pomoc dla więźniarek w 
Newgate, czy znowu chodzi o bractwo misyjne?

James   usiadł   za   swym   mahoniowym   biurkiem   i 

sięgał   już   po   pióro,   żeby   polecić   sekretarzowi 
wystawienie czeku, kiedy Emma zaprotestowała.

- Tym razem nie o to chodzi.

- Nie o to? Chyba nie wstąpiłaś do jakiegoś nowego 

stowarzyszenia,   Emmo?   Nie   powinnaś   pozwalać 
ludziom, aby wykorzystywali twoje dobre serce aż do 
tego stopnia. W końcu doprowadzą cię do ruiny.

- Nie przyszłam prosić o datki na dobroczynność, 

milordzie - powiedziała Emma.

Nie było to takie łatwe, jak myślała. Coś ją ściskało 

za gardło. Z trudem przełknęła ślinę. Układając plany, 
nie pamiętała o oczach hrabiego, które zmieniały kolor: 
to były piwne, to złote, to ciemnozielone. Jednak bez 
względu na odcień, jego spojrzenie zawsze było bardzo 

background image

przenikliwe. Emma straciła nagle całą pewność siebie. 
Stała   przed   nim   z   pochyloną   głową   i   opuszczonymi 
rękami.

Hrabia odłożył pióro i odchylił się w fotelu.

- No dobrze, Emmo, co tym razem przeskrobałaś?

- Ja? - pisnęła.

To było okropne, że reagowała, jakby była małym 

dzieckiem. On nawet nie był jej prawnym opiekunem. 
To, że Regina van Court, która wychowywała Emmę, i 
lady   Denham,   matka   Jamesa,   były   przyjaciółkami, 
wcale   nie   oznaczało,   że   stanowią   rodzinę.   Nie   byli 
spokrewnieni, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Emma 
była   przekonana,   że   marzeniem   obu   dam   było 
połączenie   rodzin   przez   małżeństwo.   Nie   wiedziały 
nawet, że to wkrótce nastąpi. Tak się jednak złożyło, iż 
przed ołtarzem miał stanąć nie ten, o którym myślały.

-   Ja   niczego   nie   zrobiłam   -   powiedziała   szybko 

Emma. - Chciałam… porozmawiać o Stuarcie.

- O Stuarcie? - James uniósł brwi.

Los   kuzyna   nie   był   mu,   oczywiście,   obojętny. 

Dowiódł   tego,   opłacając   mu   studia   i   nie   szczędząc 
pieniędzy   na   jego   liczne   akcje   charytatywne.   Nie 
musiało   to   jednak   oznaczać,   że   powinien   aprobować 
wszystkie   jego   poczynania.   W   gruncie   rzeczy   Stuart 
często doprowadzał go do rozpaczy. James nie był w 
stanie   zrozumieć   jego   filozofii   życiowej.   Dobrze   jest 

background image

pomagać   ubogim,   tłumaczył   mu,   ale   czy   nie   byłoby 
lepiej   nauczyć   ich,   w   jaki   sposób   sami   mogą   sobie 
pomóc?

Stuart   upierał   się,   że   właśnie   to   czyni, 

wprowadzając ich na boże ścieżki. Hrabia był jednak 
przekonany,   czego   nie   omieszkał   podkreślać   w 
rozmowach z kuzynem, że nauczenie ubogich higieny i 
zyskownego rzemiosła odniosłoby dużo lepszy skutek. 

Trudno przemawiać do duszy ludziom, którzy mają 

pusty żołądek.

-   Jeśli   ci   chodzi   o   jego   szalony   pomysł   -   zaczął 

surowo James - żeby objąć stanowisko wikarego na tych 
dzikich   wyspach,   to   możesz   być   pewna,   Emmo,   że 
nawet pod wpływem twoich próśb nie zmienię zdania. 
Nie po to wydałem masę pieniędzy na jego edukację w 
Oksfordzie,   żeby   marnował   swoje   zdolności   na 
Szetlandach,   wśród   bezzębnych   Szkotów.   Zostanie 
wikarym w Londynie albo nawet pastorem w opactwie 
Denham, jeśli tylko wykaże się zdrowym rozsądkiem. A 
jeśli nie, no cóż, nie jestem w stanie go powstrzymać. 
Nie  potrafiłbym go również  wstrzymać,  gdyby nawet 
chciał   opuścić   Kościół   anglikański   dla   Kościoła 
prezbiteriańskiego.   Jednak   bardzo   łatwo   mogę   mu   to 
wszystko   utrudnić,   odmawiając   finansowania   jego 
poczynań.   Zobaczymy,   jak   się   poczuje,   gdy   będzie 
musiał utrzymać się z pensji wikarego. Zapewniam cię, 
że za kilka miesięcy będzie tu z powrotem.

background image

Emma była oburzona jego wypowiedzią, jednak nie 

pozwoliła   sobie   na   żadną   ripostę.   To   nie   był   dobry 
moment, żeby wdawać się w sprzeczkę z dobroczyńcą 
jej przyszłego męża.

- Nie o to chodzi - odezwała się. - Chciałam tylko 

powiedzieć, że…

Urwała, zastanawiając się, czy Stuart nie miał racji, 

ostrzegając ją przed rozmową z hrabią. James nie był 
zachwycony projektem wyjazdu na Szetlandy. Trudno 
było   się   spodziewać,   żeby   mile   przyjął   wiadomość, 
którą miała mu przekazać.

Jednak z drugiej strony, hrabia Denham zawsze był 

dla   niej   dobry,   począwszy   od   czasu,   kiedy   jako 
czteroletnia   dziewczynka   zamieszkała   z   rodziną   van 
Courtów po śmierci swoich rodziców. Wydawało się jej 
także,   że   jest   bardzo   mądry   i   dorosły,   kiedy   juko 
czternastolatek   tłumaczył   jej,   że   nie   należy   głaskać 
pszczół. Odnosiła nawet wrażenie, że jest wyniosły, ale 
to akurat dodawało mu romantyzmu.

Właściwie to nie był aż tak wyniosły, jak myślała, a 

ostatnio   był   dla   niej   niesłychanie   serdeczny.   Na   jej 
pierwszym balu, podczas którego zabłysła wśród innych 
debiutantek, James uznał ją za dorosłą osobę, mimo że 
cała rodzina nadal traktowała ją jak uczennicę. Potem 
na każdym balu była zapraszana przez niego do tańca.

Kiedy   Emma   zaczęła   już   otwarcie   okazywać 

uwielbienie   dla   starszego   od   niej   o   sześć   lat   Stuarta, 

background image

hrabia nigdy się z niej nie wyśmiewał, chociaż nie był tą 
sytuacją zachwycony. Nie zabronił im widywać się ze 
sobą,   a   nawet   mogło   się   wydawać,   że   bawi   go   fakt 
bałwochwalczego stosunku Emmy do jego kuzyna.

Nie sądziła jednak, aby mógł przewidzieć, do czego 

ta tolerancja może doprowadzić.

Mimo   wszystko   miała   nadzieję,   że   James   będzie 

zadowolony. Nawet była tego pewna. Stuart źle oceniał 
swojego kuzyna. Hrabia miał wielkie serce, tylko nie 
zawsze było to widoczne, jak na przykład teraz z biedną 
Penelope.

- Stuart i ja… - Emma z trudem przełknęła ślinę. 

Już prawie powiedziała, o co chodzi, ale okazało się to o 
wiele trudniejsze, niż przewidywała. Zawsze uważała, 
że   z   hrabią   łatwo   się   rozmawia,   że   nie   był   takim 
potworem, jakiego robił z niego Stuart. Gdyby taki był, 
czy   płaciłby   za   studia   kuzyna   w   seminarium 
duchownym, mimo że całą naukę Kościoła uważał za 
jedną   wielką   bzdurę?   Mógłby   przecież   nalegać,   żeby 
Stuart wybrał prawo. Ale tego nie zrobił.

Nie,   Stuart   na   pewno   nie   miał   racji.   James   był 

gwałtowny   w   słowach,   a   umiarkowany   w   czynach. 
Ucieszy   się   z   wiadomości,   którą   ona   mu   przekaże, 
ponieważ ich dwie rodziny zostaną wreszcie połączone. 
Lady Denham także będzie szczęśliwa, a przecież on 
zrobiłby wszystko dla matki.

background image

Poza   jednym   wyjątkiem   -   jeszcze   się   nie   ożenił. 

Widocznie uważał, że ma na to czas. Jeśli będzie dłużej 
się   zastanawiał,   to   może   doczekać   do   czterdziestki, 
trzymając   w   dręczącej   niepewności   matki   córek   na 
wydaniu.

- Stuart i ty co? - zapytał hrabia. Emma zauważyła, 

że jego oczy nabrały czujnego wyrazu.

- Stuart i ja - powiedziała pospiesznie, chcąc to jak 

naj¬zybciej   z   siebie   wyrzucić   -   mamy   zamiar   wziąć 
ślub. Musi pan z nim porozmawiać, milordzie, bo jemu 
się   wydaje,   że   pan   się   na   to   nie   zgodzi   i   będziemy 
musieli po prostu uciec. Mówiłam mu, że na pewno nie 
będzie miał pan nic przeciwko temu, ale sam pan wie, 
jaki on jest uparty. Mam nadzieję, że zechce pan z nim 
porozmawiać. Tak bardzo zależy mi na tym, aby mieć 
prawdziwy   ślub,   na   którym   będzie   pan   i   Penny,   i 
stryjenka   Regina,   i   pana   matka…   Czy   mógłby   pan 
przemówić Stuartowi do rozsądku, milordzie? Byłabym 
panu niesłychanie wdzięczna.

Nareszcie. Udało się jej to wypowiedzieć i teraz już 

będzie; dobrze. James zajmie się tym, on zawsze umiał 
rozwiązywać problemy. Nie było takiej sprawy, z którą 
nie   potrafiłby   sobie   poradzić.   Kłopoty   w   szkole? 
Obecność   Jamesa   Marbury'ego   likwidowała   je 
natychmiast.   Emma   chciała   wynająć   salę   na   bal 
charytatywny,   a   właściciel   piętrzył   przeszkody   - 
wystarczył jeden krótki  list od hrabiego, sprawa  była 
załatwiona.

background image

  Zawsze można  było na  nim polegać. Na  pewno 

trochę   ponarzeka,   ale   w   końcu   sam   się   tym   zajmie. 
Emma była tego pewna. Tak przecież było za każdym 
razem. Poczuła się o wiele lepiej.

Dopóki nie przyjrzała się twarzy hrabiego.

-   Ślub?!   -   krzyknął   James.   Emma   stwierdziła   z 

przykrością,   że   jego   głos   nie   brzmiał   radośnie.   -   To 
nonsens.   Chcecie   wziąć   ślub?   Chyba   nie   mówisz 
poważnie, Emmo?

-   Przykro   mi,   milordzie   -   powiedziała   lekko 

oburzona. - ale mówię najzupełniej poważnie.

- Ale… jesteś na to zbyt młoda - oświadczył hrabia. 

- Jesteś jeszcze dzieckiem!

-   Nie   jestem   dzieckiem,   milordzie!   Właśnie 

skończyłam   osiemnaście   lat.   Miesiąc   temu   był   pan 
przecież na moim przyjęciu urodzinowym.

- Osiemnaście? - powtórzył. To dziwne, pomyślała. 

Nigdy   nic   miał   kłopotów   z   doborem   odpowiednich 
słów.   -   Osiemnaście   lat   to   o   wiele   za   mało   na 
małżeństwo. Chcesz wyjść za Stuarta? Teraz? Czy twoi 
stryjostwo o tym wiedzą? 

Emma uniosła oczy w niebo.

-   Oczywiście,   że   nie.   Nikt   o   tym   nie   wie. 

Powiedziałam tylko panu. Stuart chce zachować to w 

background image

tajemnicy.   Chce,   żebyśmy   uciekli.   Chce   też,   żebym 
pojechała z nim do Szko…

Głos zamarł jej w gardle, kiedy James zerwał się na 

równe nogi.

Był tak wysoki, że Emma musiała zadzierać głowę, 

kiedy chciała spojrzeć mu w twarz. Teraz omal się go 
nie   przestraszyła.   Już   przedtem   widywała   hrabiego 
zagniewanego. Zawsze się wściekał na powolną obsługę 
w   restauracjach   i   na   złe   traktowanie   koni,   które 
uwielbiał.   Tak   wzburzonego   Jamesa   Emma   jednak 
jeszcze nie widziała. 

Wyglądał…   mogła   to   określić   tylko   w   jeden 

sposób: miał mord w oczach.

- Czy chcesz mi powiedzieć - powiedział sztucznie 

spokojnym   głosem,   nie   mogąc   jednak   opanować 
drgania  mięśnia  w policzku - że  mój  kuzyn chce  cię 
zabrać na Szetlandy?

Emma już wiedziała, jak źle oceniła sytuację. Stuart 

miał całkowitą rację - sądząc po reakcji Jamesa na tę 
wiadomość - kiedy mówił, że ich ślub powinien odbyć 
się w tajemnicy.

- Nie będzie nam tam źle - zapewniała hrabiego. - 

Jestem   przekonana,   że   Stuart   szybko   znajdzie   posadę 
pastora. Nie będzie długo wikarym…

- Mówiłem mu - krzyknął James tak głośno, że aż 

się wzdrygnęła - że w ogóle nie powinien tracić czasu, 

background image

pracując jako wikary! Tym cholernym wikarym mógł 
zostać w opactwie Denham. Powtarzałem mu to tysiąc 
razy.

-   No   tak   -   wyjąkała   Emma.   -   Zaręczam,   że   jest 

wdzięczny   za   tę   propozycję.   Jednak   on   bardzo   chce 
jechać   tam,   i   ja   się   zupełnie   z   nim   zgadzam,   gdzie 
naprawdę   będzie   mógł   pomagać;   ludziom 
potrzebującym duchowego wsparcia. Obawiam się, że 
opactwo Denham nie spełnia tych warunków…

- A więc on chce przyjąć stanowisko setki mil stąd, 

na   wyspie   pośrodku   Morza   Północnego?   Stanowisko, 
które   nie   przyniesie   mu   żadnych   dochodów,   a 
najprawdopodobniej go zabije? Na pewno umrze tam z 
głodu   albo   od   chorób.   I   jeszcze   zamierza   ciebie   tam 
zabrać?

Jego   piwne   oczy   pociemniały.   Emma   bała   się 

spojrzeć mu w twarz. Co ja narobiłam, pomyślała. Nie 
trzeba było o tym' mówić. Niestety, zbyt późno się o 
tym przekonała.

Strach przed tym, co hrabia może zrobić, dodał jej 

sił. Już kiedyś widziała bójkę kuzynów - poszło o konia, 
którego Stuart, według Jamesa, zanadto zmęczył. To nie 
był ładny widok. Trzeba uniknąć podobnej sytuacji za 
wszelką cenę.

Chciała zademonstrować mu  oburzenie, ale w jej 

głosie zabrzmiała nuta rozpaczy.

background image

- Nie powinien pan na mnie krzyczeć, milordzie. 

Jesteśmy   oboje   dorosłymi   ludźmi   i   odpowiadamy   za 
swoje decyzje. Zwróciłam się do pana, mając nadzieję, 
że właśnie pan potrafi nas zrozumieć. Niestety, widzę 
teraz, że się omyliłam.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo się omyliłaś - zaśmiał 

się   nieprzyjemnie   James.   -   Jeśli   myślisz,   że   pozwolę 
wam przeprowadzić ten idiotyczny plan…

Emma wiedziała, że nie powinna się teraz odzywać, 

była jednak zbyt wzburzona.

- Bardzo bym chciała zobaczyć, w jaki sposób nas 

pan   powstrzyma   -   powiedziała   wyniosłym   tonem, 
potrząsając   złotymi   lokami.   -   Stuart   i   ja,   w 
przeciwieństwie   do   pana,   milordzie,   nie   potrafimy 
siedzieć bezczynnie, kiedy inni cierpią. Oboje chcemy 
nieść pomoc tym, którzy są w o wiele gorszej sytuacji 
niż my. Dlatego też zamierzamy pojechać na Szetlandy, 
aby wspierać naprawdę potrzebujących…

- Jedyną osobą, która naprawdę czegoś potrzebuje - 

powiedział   złowrogo   hrabia   -   jest   mój   kuzyn   Stuart. 
Przydałoby mu wic porządne lanie.

Emma gwałtownie złapała oddech.

-   Niech   tylko   pan   się   ośmieli   go   tknąć!   - 

wykrzyknęła. - Jeśli pan to zrobi… jeśli pan to zrobi, to 
już nigdy w życiu się do pana nie odezwę!

background image

-   To,   Emmo   -   skwitował   hrabia   -   nie   będzie 

szczególnie dotkliwe.

James ominął biurko, podszedł do drzwi i otworzył 

je gwałtownym ruchem. W holu głośno zawołał Stuarta. 
Emma pobiegła za hrabią.

- Nie, milordzie - zawołała. - Proszę, nie…

Ale było już za późno. Usłyszała tylko jakiś łomot i 

krzyk lady Denham.

-   Dobry   Boże!   -   zapłakana   Penelope   wyszła   ze 

schowka na bieliznę. - Czy to był lord Denham? Co ty 
mu powiedziałaś, Emmo?

-   Powiedziałam   mu   o   wiele   za   dużo   - 

poinformowała kuzynkę Emma. Pobiegła, aby ocalić, o 
ile się jej to uda, życie swojemu narzeczonemu.

 

1

 

Szetlandy, maj 1833

background image

Emma van Court Chesterton miała zły dzień.

Co   prawda,   nie   był   on   gorszy   niż   którykolwiek 

inny, i to już prawie od roku. Zdarzały się, owszem, 
lepsze dni, ale niestety niezmiernie rzadko.

Sama   nie   wiedziała,   co   takiego   kiedyś   w   życiu 

zrobiła,   by   sprowadzić   na   siebie   tak   feralne   pasmo 
wydarzeń.   Zbierała   przecież   wszystkie   półpensówki, 
które   leżały   na   drodze,   i   nigdy   nie   przechodziła   pod 
drabinami.

Oczywiście,  nie  wierzyła  w   tak  zwane   szczęście. 

Nie była przesądna.

Jednak   dla   pewności   przybiła   domowe   pantofle 

Stuarta do Drzewa Życzeń. Niestety, Emma nie mogła 
wykorzystać swoich butów - nie miała zapasowych, ale 
Stuart niczego przecież już nie potrzebował.

Jednak   kiedy   się   obudziła   następnego   dnia, 

zorientowała   się,   że   Drzewo…   nie   przyniosło   jej 
szczęścia.

Wyjrzała   przez   okno.   Przebłyski   światła   na 

ołowianym   niebie   oznaczały,   że   minęła   już 
przynajmniej godzina od świtu.

background image

Nie obudziło jej pianie koguta, który pewnie po raz 

kolejny uciekł. To była zła wróżba.

Znowu się spóźni.

Nie   miała   ochoty   witać   nowego   dnia.   Leżała 

jeszcze   chwilę   zastanawiając   się,   czy   w   ogóle   warto 
wstawać.   Dopiero   popiskiwanie   jej   małej   kundelki, 
którą przed tygodniem uratowali od śmierci, zmusiło ją 
do opuszczenia łóżka. Trzeba byłe wypuścić ją na dwór.

Szybko włożyła szlafrok i ranne pantofle, a suczka, 

która niewątpliwie była szczenna i bliska rozwiązania, 
skakała dokoła niej, radośnie machając ogonem.

Kiedy Emma otworzyła drzwi chaty, zobaczyła, że 

wszystko   przedstawia   się   jeszcze   gorzej,   niż   sobie 
wyobrażała. Pada gęsty deszcz, wiał wiatr od morza, a 
podwórko tonęło w błocie.

Po   jesiennych   i   zimowych   śnieżycach   wiosenny 

deszcz   sprawił   jej   przyjemność.   Szybko   sobie   jednak 
przypomniała, że będzie musiała brnąć w strugach wody 
i przez kałuże aż do wioski, gdzie czekali na nią jej mali 
uczniowie.

Ulewa   zaskoczyła   również   małą   współlokatorkę 

Emmy. Suczka dotknęła łapką błota, patrząc niepewnie 
na swoją nową panią, jakby pytając, czy rzeczywiście 
musi   wychodzić   na   dwór.   Emma,   usłyszawszy 
ostrzegawcze   warknięcie,   zorientowała   się,   że   to   nie 
była   tylko   sprawa   deszczu.   Piesek   czujni   wypatrzył 

background image

jakąś   skuloną   postać,   stojącą   bez   ruchu   pod   okapem 
słomianego dachu.

- Dobry Boże - szepnęła Emma, przyciskając dłoń 

do piersi. Serce biło jej mocno.

Tego   już   za   wiele,   pomyślała.   Nie   mogła   nawet 

wyjść wczesnym rankiem przed własną chatę w nocnej 
koszuli. I nie zdarzyło się to po raz pierwszy. Tak być 
nie może.

Przymknęła   oczy,   odmawiając   w   duchu 

dziękczynną   modlitwę,   że   przynajmniej   zna   tego 
intruza.

-   Ależ,   panie   MacEwan   -   powiedziała   jeszcze   z 

lekka ochrypłym głosem. - Co pan robi w takim deszczu 
przed moją chatą? Śmiertelnie mnie pan przestraszył!

Skarcony przez nią olbrzym pochylił nisko głowę, a 

z ronda  jego kapelusza zaczęły spływać  strugi  wody. 
MacEwan   mieszkał   nu   sąsiedniej   farmie   ze   swoją 
matką,   miał   prawie   metr   dziewięćdziesiąt   wzrostu   i 
rzeczywiście był ogromny.

- Dzień dobry, pani Chesterton - powiedział. Był 

wyraźnie speszony. - Nie chciałem pani przestraszyć. 
Ja… przyniosłem tylko koguta.

Dopiero   teraz   Emma   zauważyła,   że   Cletus 

MacEwan trzyma pod pachą chudego, przemokniętego 
ptaka.

background image

- Och! Czy on znowu dobrał się do pana kur, panie 

MacEwan? Tak mi przykro...

- Chyba zapomniał, że już tam nie mieszka. - Cletus 

postawił   koguta   na   ziemi.   -   Ale   pewnie   więcej   nie 
przyjdzie. Nasz Charlie nieźle go podziobał. Dziwne, że 
nie słyszała pani odgłosów tej walki.

-   Niczego   nie   słyszałam   i   dlatego   jestem   już 

spóźniona - odrzekła Emma. - Jestem panu ogromnie 
wdzięczna, panie MacEwan, że mi go pan odniósł.

-   Teraz   już   na   pewno   będzie   się   trzymał   domu. 

Nasz   kogut   nieźle   go   pogonił.   Byłbym   zapomniał.   - 
Cletus   wyciągnął   nieśmiało   zza   pleców   rękę   z 
koszykiem,   przykrytym   ściereczką   w   biało-niebieską 
kratkę.   -   Moja   mama   właśnie   je   upiekła.   Świeże 
bułeczki. Prosto z pieca.

Emma   wyjęła   koszyk   z   jego   spracowanych   i 

zaczerwienionych   z   zimna   rąk   -   nie   włożył   nawet 
rękawiczek. Cletus MacEwan zapomniał, że pogoda na 
Szetlandach   ma   niewiele   wspólnego   z   normalnymi 
porami roku. W środku zimy było czasem tak ciepło jak 
w lecie, a w środku maja zimno jak w lutym. Właśnie 
tak było dzisiaj.

-   Och,   panie   MacEwan!   -   Emma   starała   się 

przekrzyczeć   szum   deszczu.   -   Bardzo   dziękuję.   Ale 
naprawdę nie powinien pan…

background image

To   nie   był   zwrot   grzecznościowy.   Naprawdę 

wolałaby   nie;   otrzymywać   tych   podarunków.   Lepsze 
jednak były bułeczki pani MacEwan od prezentu, który 
otrzymała od nich w zeszłymi  tygodniu - zarżniętego 
świniaka.   Ale   i   tak   było   już   tego   za   wiele.   Cletus 
MacEwan   był   najbardziej   oddanym   i   najczęściej 
narzucającym   swoją   obecność   wielbicielem   Emmy. 
Miał również najmniej zdrowego rozsądku.

-   Zaniedbuje   pan   swoją   pracę,   przynosząc   mi 

codziennie śniadanie - skarciła go delikatnie.

Cletus   uśmiechnął   się   do   niej   ufnym   uśmiechem 

dziecka Był rzeczywiście bardzo młodym chłopcem. O 
rok młodszy od Emmy, miał dopiero osiemnaście lat.

- Moja mama mówi, że musimy dopilnować, żeby 

pani jadła jak trzeba - stwierdził. - Mówi, że okropnie 
pani schudła i niedługo całkiem zmarnieje…

- Tak, tak - przerwała mu Emma.

Już   dość   się   nasłuchała   ponurych   przepowiedni 

pani MacEwan. Emma nie miała żadnych kłopotów ze 
zdrowiem,   natomiast   matka   Cletusa   bardzo   lubiła 
opowiadać   swoim   przyjaciółkom,   jak   się   stara,   żeby 
odżywić   tę   "biedną   wdowę   Chesterton".   Nie   ulegało 
jednak   wątpliwości,   że   nie   robiła   tego   wyłącznie   z 
sąsiedzkiej sympatii. Jeszcze inny powód skłania ją do 
tego działania. Stał on właśnie przed Emmą, trzęsąc się 
z zimna.

background image

Przeważnie Emma nie była zbyt wyrozumiała dla 

swoich   licznych   wielbicieli.   Jednak   tego   dnia 
postanowiła zachować się inaczej. Może skłonił ją do 
tego widok spierzchniętych rąk Cletusa MacEwana. A 
może wspaniały zapach bułeczek jego matki. Tak czy 
inaczej, postanowiła zaprosić go do środka.

-   Może   pan   wejdzie,   panie   MacEwan   - 

zaproponowała uprzejmie, odsuwając się od drzwi.

Nie   musiała   go   dłużej   namawiać.   Przecisnął   się 

szybko   przez   niskie   wejście   do   chaty.   Jego   potężna 
postać zdominowała niewielkie pomieszczenie.

-   Bardzo   dziękuję   za   zaproszenie   -   powiedział, 

wzmacniając   ulowa   energicznym   skinięciem   głowy   i 
tym   samym   rozpryskując   wodę   na   czystą   podłogę   z 
desek. - Jeśli można, to chętnie napiłbym się z panią 
herbaty.

Na   twarzy   Emmy   ukazał   się   uśmiech,   kiedy 

zobaczyła,   że   już   się   zabiera   do   rozpalania   ognia   w 
piecyku.   Cletus   MacEwan   nie   był   zbyt   bystry,   za   to 
szalenie   użyteczny,   szczególnie   wtedy,   kiedy   trzeba 
było   uczynić   coś   praktycznego,   na   przykład   zabić 
kurczaka, czego Emma nie zrobiłaby za nic na świecie.

Jednak   nawet   taka   umiejętność   nie   skłoniłaby 

Emmy do wyjścia za niego za mąż. Nie miała zresztą 
ochoty nikogo poślubiać.

background image

Właśnie   to   było   przyczyną   prawie   wszystkich 

kłopotów, w które ostatnio popadała.

Brązowa   suczka,   którą   Emma   poprzedniego 

wieczoru   nazwała   Uną,   ponieważ   takie   imię   nosiła 
bohaterka czytanej przez nią powieści, wróciła już do 
chaty, otrząsając się z deszczu.

Emma   poszła   do   sypialni,   żeby   uczesać   swoje 

gęste, jasne loki, co wcale nie było łatwym zadaniem. 
Kiedy   zwijała   włosy   w   węzeł,   przypadkiem   wyjrzała 
przez   okno.   To,   co   zobaczyła,   było   naprawdę 
niezwykłe: karawan na grządkach jarzyn. Na ten widok 
omal nie połknęła trzymanych w ustach szpilek.

W jej ogródku stał sfatygowany karawan - jedyny 

pojazd   w   tej   wyspiarskiej   wiosce,   który   miał   dach   - 
ciągnięty przez dwa wynędzniałe konie, które zaczęły 
już   wykazywać   zainteresowanie   młodymi   sadzonkami 
kapusty.

Emma   osłupiała.   Co   robi   wiejski   karawan   w   jej 

ogródku?

Nie słyszała, żeby ktoś umarł w okolicy. Jej chata 

stał samotnie nad urwistym brzegiem morza, a najbliżsi 
sąsiedzi;   Cletus   MacEwan   i   jego   matka,   mieszkali   w 
odległości półtora kilometra w dół zbocza. Właściciel 
karawanu, pan Murphy musiał  więc  przejeżdżać  koło 
domu MacEwanów i dobrze wie| że nikt tam nie umarł. 
Ona z pewnością też nie była martwa.

background image

Od czasu śmierci jej męża, Stuarta, zdążyło upłynąć 

całe sześć  miesięcy. Chociaż pan Murphy lubił  sobie 
wypić, nie mógłby chyba zapomnieć, że już raz odbył 
ten kurs.

Chyba że - na tę myśl przeniknął ją zimny dreszcz - 

Samuel Murphy przybył tu z innego powodu. Nie po to, 
żeby zabrać czyjeś ciało, tylko po to, żeby dołączyć do 
grona starających się o jej rękę mężczyzn - takich jak 
Cletus MacEwan, który wytrwale jej asystuje, od kiedy 
rozniosła   się   po   wyspie   sensacyjna   wiadomość   o 
otrzymanym przez nią spadku.

-   Och,   nie   -   powiedziała   głośno   Emma.   Una 

pomachała ogonem, myśląc, że jej nowa pani mówi do 
niej. Tylko nie on Nie pan Murphy.

Nie dość, że Cletus MacEwan każdego ranka stał 

przed   je   domem,   to   jeszcze   za   każdym   razem,   kiedy 
schodziła do wsi oblegał ją tłum zalotników, wszelkiego 
wieku   i   autoramentu.   Wielu   z   nich   było   rybakami, 
którzy   zabiegali   o   jej   względy   demonstrując   udany 
połów.

To wszystko jednak byłoby niczym w porównaniu 

z sytuacją, gdyby codziennie miał jeździć za nią czarny 
karawan.

Nie mogła  do tego dopuścić. Narzuciła  na  siebie 

gruby, wełniany szal, szybko wyszła z sypialni, kierując 
się   wproś   do   wyjścia,   nie   spojrzawszy   nawet   na 
skulonego przy wesoło trzaskającym ogniu wielkoluda.

background image

Drzwi   wejściowe   jej   chaty   były   podzielone   -   w 

holenderskie   stylu   -   na   cztery   skrzydła.   Można   było 
otwierać tylko górne żeby móc korzystać z ożywczego 
powietrza morskiego, a dolne trzymać zamknięte przed 
zwierzętami,   które   czasem   odwiedzały   ci   podwórko, 
mimo sporej odległości domu Emmy od innych farm. 
Otworzyła   teraz   górne   skrzydła   drzwi   -   za   ścianą 
deszczu majaczył czarny karawan i siedzący na koźle 
mężczyzna,   któremu   widocznie   nie   przeszkadzała 
ulewa.

Emma wzięła głęboki oddech.

-   Samuelu   Murphy!   -   zawołała,   usiłując 

przekrzyczeć szum deszczu. - Co pan wyprawia? Nie 
daruję panu, jeśli zniszczy pan moje warzywa!

Usłyszała, że Cletus MacEwan nagle się poruszył.

- Murphy! - wybuchnął. - A co on tu robi? 

Chociaż   pan   Murphy   mógł   nie   dosłyszeć   tego 

pytania, uchylił uprzejmie mokrego kapelusza.

-   Przywiozłem   pani   gościa,   pani   Chesterton!   - 

zawołał. 

Dopiero teraz Emma zauważyła, że ktoś siedział we 

wnętrzu   karawanu.   Zrozumiałe,   że   ten   widok   ją 
zaskoczył. Nikt na Pares nie jeździł tym wehikułem z 
własnej woli, chyba że złożono go do trumny, ale wtedy 
nie miał już nic do powiedzenia na ten temat. Jednak z 
drugiej strony, gdyby ktoś chciał ją odwiedzić w taką 

background image

ulewę   i   nie   przemoknąć   przy   tym   do   suchej   nitki, 
musiałby skorzystać z jedynego krytego pojazdu, jaki 
był we wsi.

Tym   pojazdem   był   właśnie   karawan   Samuela 

Murphy'ego.

- To MacCreigh. - Emma usłyszała, jak MacEwan 

zrywa się na nogi.

Nisko   zawieszone   belki   sufitu   w   chacie   Emmy 

zmuszały   olbrzyma   do   stałego   pochylania   głowy.   W 
obawie o swoją porcelanę, którą trzymała w narożnym 
kredensie, a która zawsze niepokojąco brzęczała, kiedy 
Cletus   poruszał   się   po   kuchni,   Emma   wyciągnęła   do 
niego obie ręce.

- Panie MacEwan - uspokajała go. - Proszę usiąść. 

Nie ma powodu, żeby myśleć…

Nie zdziwił jej chmurny wyraz twarzy Cletusa, a 

nawet to, że przerwał jej w pół zdania. Wiedziała, że nie 
żywi on w stosunku do MacCreigha przyjaznych uczuć. 
Lord MacCreigh odwiedził ją już kiedyś, może nawet 
dwa razy, nigdy jednak tak wczesnym rankiem.

- To MacCreigh, mówię pani! - upierał się Cletus. 

Zastosował   się   jednak   do   jej   prośby   i   nie   ruszał   z 
miejsca. - Jestem tego pewny. Za wielki elegant, żeby 
jak   zwykły   człowiek   wsiąść   na   konia,   kiedy   pada 
deszcz. Musiał sobie wynająć karawan…

background image

Emma   postanowiła   uprzedzić   bieg   wypadków   w 

nadziei, że zdoła uchronić swoją porcelanę. Przy pechu, 
jaki   ją   prześladował,   nie   mogła   liczyć   na   żaden 
szczęśliwy   przypadek.   Wychyliła   głowę   na   zewnątrz, 
tym   razem   kierując   swoje   okrzyki   do   siedzącego   w 
karawanie pasażera.

-   Lordzie   MacCreigh,   dziwię   się   pana   wizycie. 

Chyba wyraźnie dałam panu do zrozumienia, że moja 
odpowiedź…

Nie zdążyła dokończyć zdania, bo drzwi pojazdu 

się otworzyły i wysiadł z niego wysoki mężczyzna, w 
obramowanej   futrem   pelerynie.   Poruszał   się   dość 
sztywno, co nie dziwiło, zważywszy na to, że wnętrze 
pojazdu Samuela Murphy'ego nie było zaprojektowane 
z   myślą   o   wygodzie   żyjących,   tylko   o   bezpiecznym 
transporcie zmarłych.

Emma   zobaczyła,   że   jej   gościem   nie   jest   lord 

MacCreigh.

Pomijając   już   fakt,   że   wbrew   temu,   co   mówił 

Cletus, lord MacCreigh wcale nie był takim dandysem, 
żeby z powodu deszczu posuwać się do wynajmowania 
karawanu,   gdyż   był   dobrym   jeźdźcem   i   nigdy   nie 
zwracał uwagi na kaprysy pogody - to ten mężczyzna 
zupełnie   nie   był   podobny   do   jej   najbardziej 
nieustępliwego   wielbiciela.   Miał   ciemne   włosy,   a 
Geoffrey   Bain,   baron   MacCreigh   -   rude;   był   gładko 
ogolony, a Geoffrey Bain nosił wąsy. Mężczyzna ten 
miał   na   sobie   beżowe   bryczesy   i   zieloną   jedwabną 

background image

kamizelkę, a Geoffrey Bain już od kilku miesięcy, czyli 
od   czasu,   kiedy   opuściła   go   narzeczona,   ubierał   się 
wyłącznie na czarno. Ci dwaj mężczyźni byli jedynie 
podobnego wzrostu - powyżej metra osiemdziesięciu, i 
w   podobnym   wieku   -   około   trzydziestki.   Poza   tym 
całkowicie się różnili.

To   był   jakiś   obcy   mężczyzna,   co   było   tym 

dziwniejsze, że obcy nigdy się nie pojawiali na Faires.

A już na pewno nie przychodzili do niej z wizytą.

To musi być jakaś pomyłka, pomyślała Emma. Tak, 

to na pewno pomyłka. Jeśli wiadomość o otrzymanym 
przez   nią   spadku   nie   przedostała   się   poza   wyspę   - 
modliła się żarliwie, by do tego nie doszło - nie było 
najmniejszego   powodu,   żeby   miał   ją   odwiedzać   jakiś 
obcy mężczyzna.

Przybysz był już blisko chaty i mogła mu się lepiej 

przyjrzeć. Serce jej zamarło. Już wiedziała, że ten dzień 
może być najgorszym dniem jej życia.

To nie był obcy mężczyzna.

2

background image

- Och, Boże - szepnęła Emma, zaciskając kurczowo 

dłonie na dolnym skrzydle swoich drzwi.

Gdy   nieznajomy   podszedł   bliżej,   natychmiast   go 

poznała.   Był   niezwykle   podobny   do   jej   niedawno 
zmarłego męża błyszczące piwne oczy, ciemne włosy, 
trochę dłuższe, niż to było modne, przynajmniej wtedy, 
kiedy Emma była po raz ostatni w Londynie, wysokie 
czoło, dołek w brodzie, zdecydowany zarys szczęki - to 
wszystko,   co   według   obiegowej   opinii 
charakteryzowało bardzo przystojnego mężczyznę.

Różnili się tylko tym, że James był o głowę wyższy 

o Stuarta i miał o wiele szersze ramiona, ale za to Stuart 
by obdarzony większą siłą ducha. Przynajmniej Emma 
zawsze ta uważała.

- Och, mój Boże - powtórzyła, czując, że ma sucho 

w ustach.

Emma usłyszała brzęk porcelany, co świadczyło o 

tym, że Cletus ruszył w kierunku drzwi.

- Już po nim - stwierdził. - Czy to baron, czy nie 

baron.

Emma zorientowała się poniewczasie, że odezwała 

się zbyt głośno. Co prawda, nie miałaby nic przeciwko 

background image

temu,   żeby   młody   sąsiad   sprawił   Jamesowi 
Marbury'emu porządne lanie,

Jednak trudno by jej było wytłumaczyć lokalnym 

władzom sprawę zabójstwa lorda w jej własnej chacie. 
Nie   chciała   przecież,   żeby   nękała   ją   później   myśl   o 
jeszcze jednym martwym 

k«..

Szybko się odwróciła, wyciągając ręce przed siebie, 

żeby powstrzymać Cletusa, który już zmierzał do drzwi, 
ale   miała   w   tej   sytuacji   takie   same   szanse   jak   przy 
poskramianiu szalejącego byka. Mimo wszystko Emma 
zmobilizowała wszystkie siły.

- Nie, nie, panie MacEwan - powiedziała szybko, 

nie ruszając się z miejsca. - To nie jest lord MacCreigh. 
To wcale nie on.

- Nie on? - Cletus ściągnął brwi. Był przekonany, 

że ona chce go zmylić. - Jeśli to nie MacCreigh, to w 
takim razie kto? 

- Nikt - powiedziała. - Dla pana jest on nikim. 

Dobry   Boże,   jaki   on   był   silny!   Omal   jej   nie 

przewrócił.   Cleus   MacEwan   był   dżentelmenem   i   nie 
ośmieliłby   się   jej   dotknąć   bez   przyzwolenia,   jednak 
teraz, widząc w nadchodzącym   mężczyźnie   swojego 
rywala, chwycił ją za ramiona, usiłując usunąć z drogi. 
Emma zaparła się jeszcze bardziej, Cletus nie mógł użyć 
całej swojej siły, żeby nie zrobić jej krzywdy. 

background image

- Ależ, panie MacEwan - protestowała Emma. Ręce 

jej drżały z wysiłku, musiała jednak zrobić wszystko, 
żeby   go   powstrzymać;   mógł   przecież   zabić   hrabiego, 
kiedy ten tylko przekroczy próg. - Czy nie powinien pan 
już   iść   do   domu?   Matka   na   pewno   potrzebuje   pana 
pomocy…

Nagle   usłyszała   głęboki   męski   głos,   niższy,   niż 

zapamiętała. Basowy głos, którego rozkazów nie można 
było   nie   usłuchać.   Wprawiał   w   równie   silne   drganie 
deski podłogi jak wielkie stopy Cletusa MacEwana.

- Co to ma znaczyć? - zagrzmiał James Marbury.

Emma podniosła głowę. Przez spadające jej na oczy 

loki   dojrzała   hrabiego   Denham,   który   stał   za   jej 
drzwiami,   z   wyrazem   zdumienia   na   twarzy.   Cicho 
jęknęła   i   znowu   pochyliła   głowę   starając   się   ze 
wszystkich   sił   zatrzymać   Cletusa   w   miejscu.   Una 
zajadle szczekała na obu mężczyzn.

Zanim Emma zdołała się zorientować, co się dzieje, 

została   uwolniona   z   uchwytu   Cletusa   MacEwana   i 
posadzona n drewnianej ławie.

Jeszcze   przed   chwilą   usiłowała   powstrzymać 

olbrzyma   przed   zabójstwem   krewnego   jej   męża.   A 
Cletus MacEwan, czterokrotny mistrz Faires w rzucie 
polanem,   najsilniejszy   mężczyzn   na   wyspie,   po 
otrzymaniu ciosu w twarz chwiał się na nogach i coraz 
bardziej przechylał…

background image

Na kredens Emmy.

- Nie! - Emma zerwała się na równe nogi i rzuciła 

do przodu w momencie, kiedy hrabia Denham szykował 
się do zadania kolejnego ciosu. Zatrzymał  rękę, żeby 
przesłać   jej   czarujący   uśmiech   i   obdarzyć   ją   ciepłym 
spojrzeniem swoich piwnych oczu.

- Bądź spokojna, Emmo - powiedział uprzejmie. - 

Postaram   się   nauczyć   tego   nachalnego   młodego 
człowieka, żeby trzymał ręce przy sobie.

- Ale…

Było   już   za   późno.   Oszołomiony   pierwszym 

uderzenie   Cletus   nie   zauważył,   że   zbliża   się   kolejny 
cios.   Emma   patrzy   ze   zgrozą,   jak   pod   ciężarem   jego 
ciała   rozpada   się   jej   kredens.   Porcelanowe   naczynia 
przesunęły   się   na   półce,   zachwiały   i   powoli   -   a 
przynajmniej tak się wydawało Emmie - zaczęły spadać 
na nieszczęsnego farmera.

Najpierw   pospadały   talerze   do   zupy,   po   nich 

pojemniki   i   soli   i   pieprzu,   potem   płaskie   talerze,   a 
wreszcie posypały i filiżanki i spodeczki.

Emma   mogłaby   przysiąc,   że   dewastacja   jej 

kredensu   trwała   długie   godziny,   ale   to   były   przecież 
sekundy.   W   innym   wypadku   hrabiemu   udałoby   się 
ocalić coś więcej niż tylko jedną filiżankę, chwytając ją, 
zanim sięgnęła podłogi, na której wśród potłuczonych 

background image

skorup   serwisu   Emmy   leżał   nieruchomo   Cletus 
MacEwan.

Kiedy roztrzaskała się obok niego ostatnia sztuka, 

oszołomiony Cletus uniósł się na łokciach.

- Co się stało? - spytał, strzepując z koszuli szczątki 

porcelany.

Emma patrzyła na pobojowisko. Na podłodze leżała 

w kawałkach zastawa na osiem osób z cienkiej, białej 
porcelany, zdobionej na krawędziach girlandami ręcznie 
malowanych  różyczek.  Poza   trzymaną   przez  hrabiego 
filiżanką   nic   z   niej   nie   zostało.   Una   usiadła   u   stóp 
Emmy, spoglądając z niechęcią na obu mężczyzn.

Hrabia   Denham   przerwał   milczenie.   Obrócił 

filiżankę   i   uniósł   ze   zdziwienia   brwi,   kiedy   zobaczył 
nazwę firmy. 

- Limoges - przeczytał głośno. - Ładna robota.

To   wystarczyło.   Jedna   zwykła   uwaga.   I   wtedy 

Emma straciła panowanie nad sobą. To było dokładnie 
w   jego   stylu.   Typowe   w   wstępowanie   Jamesa 
Marbury'ego, dziewiątego hrabiego Denham - zniszczyć 
jedyną rzecz, jaka przedstawiała dla niej wartość, jak to 
już zrobił rok temu.

Podeszła do niego i wyrwała mu filiżankę z ręki. 

background image

- Tak! - wrzasnęła. - To była ładna robota, prawda? 

- Wydzierała się, ile sił w płucach. - Dopóki pan tu nie 
wtargnął i nie roztrzaskał wszystkiego na kawałki!

Hrabia   gwałtownie   zamrugał.   Emma   miała 

wrażenie, że był zdumiony jej wybuchem gniewu, ale 
była tak wściekła, że nic jej nie obchodziło.

-   Wtargnąłem   tu?   -   powtórzył   urażony.   - 

Przepraszam   cię,   Emmo,   ale   kiedy   podszedłem   do 
twoich   drzwi,   wydawało   mi   się,   że   padłaś   ofiarą 
napaści. Musisz mi wybaczyć, że zachowałem się jak 
dżentelmen i usiłowałem cię chronić!

-   To   ja   usiłowałam   pana   chronić,   tępy 

dżentelmenie! - Emma obrzuciła hrabiego wzburzonym 
spojrzeniem. - On chciał napaść na pana, a nie na mnie.

- Na mnie? - James uniósł brwi i rzucił okiem na 

Cletusa, który metodycznie usuwał odłamki porcelany z 
rękawa swoje kurtki, krzywiąc się, kiedy wbijały się w 
jego   popękane   dłonie.   -   Dlaczego   chciałeś   mnie 
zaatakować?   -   zagrzmiał   hrabia.   -   Ja   cię   nawet   nie 
znam.

Zdumiony Cletus podniósł wzrok.

- Ccco?- wyjąkał. Nie przyszedł jeszcze do siebie 

po otrzymanych ciosach, potrząsał głową, jakby chciał 
wytrzepać wodę z uszu. - Ja… ja nie wiedziałem, że to 
pan. Myślałeś że to lord MacCreigh.

background image

-   Lord   MacCreigh?   -   James   zwrócił   się   teraz   do 

wdowy p swoim kuzynie. - Co to za MacCreigh?

Emma   potrząsnęła   tylko   głową,   wpatrując   się 

ponurym wzrokiem w rozsypane po podłodze skorupy.

-   Ten   serwis   był   naszym   prezentem   ślubnym   - 

wyznała ze smutkiem. - Jedynym prezentem ślubnym, 
jaki   otrzymaliśmy   ze   Stuartem,   chciałabym   dodać.   A 
teraz jest rozbity, przez pana tępotę…

-   Tępotę!   -   przerwał   jej   hrabia.   -   Posłuchaj, 

Emmo…

Chociaż Emma nie należna do osób, które płaczą po 

utracie   porcelany,   jednak   tym   razem   zaszkliły   się   jej 
oczy,   kiedy   spojrzała   na   trzymaną   w   ręku   filiżankę. 
Wyraźnie   pamiętała   dzień,   kiedy   przywieziono   ten 
serwis   w   drewnianej   skrzyw   z   napisem:   Limoges, 
France   i   swoją   radość   przy   odpakowywaniu   każdej 
delikatnej, pięknej sztuki.

Oczywiście,   Stuart   złajał   ją   za   to.   Nigdy   nie 

przywiązywał wagi do rzeczy. To również był powód, 
dla którego Emma się w nim zakochała, jedna z cech, 
która   stawiała   go   ponad   wszystkimi   mężczyznami, 
jakich   znała.   Stuart   żył   tylko   duchem.   Emma   nie 
spotkała nikogo, kto tak by się troszczył o biednych i 
postępował według nakazów Boga, jak Stuart. Starała 
się   go   naśladować,   przedkładać   sprawy   ducha   nad 
materialne…

background image

Jednak   jej   usiłowania   nie   zostały   uwieńczone 

sukcesem, zawiodła również w wielu innych sprawach, 
kiedy chodziło o Stuarta.

Serwis z Limoges był tego najlepszym przykładem. 

Emma   uwielbiała   podnosić   swoje   nowe   talerze   ku 
niebu,   żeby   mogło   przeświecać   przez   nie   słońce.   To 
było,   według   niej,   magiczne   zjawisko.   Kiedy   Stuart 
zaczynał   jej   tłumaczyć,   w   jaki   sposób   uzyskuje   się 
przezroczystość  porcelany, zatykała  uszy -  naturalnie, 
kiedy tego nie widział - i wolała wierzyć w magiczne 
zjawiska.

Tyle że teraz James Marbury pozbawił ją nawet i tej 

magii. 

- Powiedz mi, Emmo, jaką nazwę nosi ten wzór - 

odezwał   się   hrabia   Denham   -   a   ja   dopilnuję,   żebyś 
dostała taki sam serwis.

Emma   była   zła   na   siebie   za   to,   że   tak   bardzo 

przejęła   się   utratą   jakichś   głupich   talerzy,   a   jeszcze 
bardziej za to, że ujawniła tę słabość przed Jamesem, 
człowiekiem,   do   którego,   jak   sobie   dopiero   teraz 
przypomniała,   przysięgła   nie   odzywać   się   do   końca 
życia. Otarła kąciki oczu koronką przy rękawie. 

- Proszę się tym nie martwić - powiedziała. - To nie 

ma znaczenia.

- To ma znaczenie - upierał się James. - Gdybyś 

tylko… 

background image

- Nie, nie ma o czym mówić. - Emma podniosła na 

niego oczy, w których nie było już śladu łez. - Co pan tu 
robi? Myślałam…

Przerwał jej jęk Cletusa, który już zdołał oczyścić 

swoje ubranie ze szczątków porcelany i usiłował wstać. 
Emma postawiła ocalałą filiżankę na gzymsie kominka i 
podeszła, żeby mu pomóc.

- Nic się panu nie stało, panie MacEwan? - spytała. 

- Nie zrobił panu krzywdy?

-   Nie,   nie   -   odrzekł   Cletus,   którego   duma 

najbardziej w tym wszystkim ucierpiała. Odwrócił się, 
patrząc zdziwiony na rumowisko, gdzie stał przedtem 
kredens Emmy. - Pani Chesterton! - wykrzyknął. - Czy 
ja to zrobiłem?

- Wcale nie. On to zrobił. - Emma rzuciła Jamesowi 

jadowite   spojrzenie,   które   uszło   uwagi   Cletusa, 
wpatrzonego w pobojowisko.

- A niech to - szepnął. - Zrobię pani nowy kredens, 

pani   Chesterton,   obiecuję.   Lepszy   niż   ten   stary, 
przysięgam.

-   Dziękuję   panu,   panie   MacEwan.   -   Emma 

podniosła jego kapelusz z podłogi, otrzepała go z kurzu 
i dała mu do ręki. A teraz powinien już pan pójść.

Cletus   wziął   kapelusz,   ale   jej   nie   podziękował. 

Wpatrywał się złowrogim wzrokiem w hrabiego.

background image

- A co z nim? - zapytał obcesowo.

- Co z nim, panie MacEwan? - powtórzyła Emma, 

krzyżują ręce na piersi.

-   No   dobra.   -   Cletus   MacEwan   zaszurał   swoimi 

ogromnymi stopami. - To w takim razie kim on jest?

-   On   jest   kuzynem   mojego   zmarłego   męża   - 

wyjaśnij Emma. - Hrabia Denham.

- A niech to! - Olbrzym był oszołomiony. Grubymi 

paluchami tłamsił rondo kapelusza. - Chciałem uderzyć 
hrabiego

-   Tak.   -   Emma   popchnęła   go   w   stronę   drzwi.   - 

Niech   pan   teraz   idzie   do   domu,   panie   MacEwan,   i 
opowie o tym wszystkie swojej mamie.

Żeby zaraz pognała do wsi i poinformowała o tym  

każdego,   kogo   tylko   spotka,   dodała   w   duchu.   Emma 
wiedziała, że w takiej małej wiosce niczego nie uda się 
utrzymać   w   tajemnicy,   lepiej   było   natychmiast 
wszystkich zawiadomić, a matka Cletusa, jak się Emma 
zdołała przekonać, najlepiej się do tego nadawała.

-   Hrabia   -   mruczał   jeszcze   Cletus,   kiedy   Emma 

wypychała go za drzwi.

-   Hrabia   -   mruczał   jeszcze   Cletus,   kiedy   Emma 

wypychała go za drzwi.

background image

W trakcie rozmowy nie odrywał wzroku od Jamesa, 

a  teraz  zapomniał  nawet  włożyć  kapelusza. Otrząsnął 
się   dopiero,   kiedy   Emma   zamknęła   za   nim   drzwi. 
Zobaczyła   przez   okno,   że   Cletus   człapie   powoli   w 
kierunku   karawanu.   Zauważyła   też,   że   pan   Murphy 
wszedł do środka wehikułu, gdzie niewątpliwie raczył 
się whisky z podręcznej flaszki, umilając sobie w ten 
sposób   oczekiwanie   na   bogatego   klienta.   Obaj 
wyspiarze,   pan   Murphy   i   pan   MacEwan,   będą 
niewątpliwie   przez   wiele   miesięcy   wymieniać   się 
opowieściami o tym niezwykłym gościu.

Natomiast Emma chętnie oddałaby ostatnią ocalałą 

sztukę   porcelany   z   Limoges,   żeby   się   tego   gościa 
natychmiast  pozbyć  z  domu.  Tymczasem zerknęła  na 
Jamesa - wyglądało na to, że nigdzie się nie wybierał. 
Ściągał   właśnie   rękawiczki   z   koźlej   skórki,   jak 
zauważyła, i ciekawie rozglądał się dokoła. Była pewna, 
że   przede   wszystkim   zwrócił   uwagę   na   niewielkie 
rozmiary chaty. Mając pensję wikarego, Stuart na nic 
innego   nie   mógł   sobie   pozwolić.   Chata   była 
rzeczywiście   bardzo   mała,   ale   Emma   była   dumna   z 
tego,   że   jest   utrzymana   w   niezwykłej   czystości   i   ma 
swoisty urok. Domek rzeczywiście był pełen wdzięku - 
ze   swoim   słomianym   dachem,   zielonymi   drzwiami   i 
takimi   samymi   okiennicami.   W   zimie   było   tu   dość 
chłodno, ale za to wyglądał niesłychanie malowniczo. 
Jeśli na jego lordowskiej mości nie robił równie miłego 
wrażenia, to nie jej problem.

background image

Widocznie   jej   stół   -   zwykły   drewniany   blat   z 

przymocowanymi   do   niego   nogami   -   spełnił   wysokie 
wymagania lorda gdyż położył na nim swój cylinder, do 
którego wrzucił rękawiczki.

Jeszcze chwila, pomyślała Emma, a zdejmie buty i 

zacznie ogrzewać sobie nogi przy ogniu. Ale ona na to 
nie   pozwoli.   Nie   będzie   odgrywać   roli   uprzejmej 
gospodyń w stosunku do człowieka, który tak okropnie 
potraktował Stuarta.

- Jeśli przyjechał pan po rzeczy Stuarta - zauważyła 

chłodnym   tonem   -   to   niepotrzebnie   odbył   pan   taką 
podróż.   -   Wzięła   szczotkę   i   zaczęła   zamiatać   resztki 
serwisu. - Wszystkie jego ubrania i inne rzeczy oddałam 
do kościoła.

Nie   odzywał   się   przez   chwilę,   jakby   jej   nie 

rozumiał.

- Do kościoła? - powtórzył wreszcie. - Mówiłaś, że 

oddałaś rzeczy Stuarta do kościoła?

- Tak - odrzekła Emma, zbierając na śmietniczkę 

kawałki porcelany. - Tak właśnie zrobiłam.

- Czy chcesz przez to powiedzieć - spytał, jakby 

ważąc słowa - że jakiś kacyk w Czarnej Afryce paraduje 
w spodniach mojego kuzyna?

- Ależ nie. - Zdobyła się na skąpy uśmiech. - Tutaj, 

na Faires, jest wielu biednych, którzy potrzebują ubrań.

background image

James   zerknął   w   kierunku   okna.   Poznał   więc 

kamizelkę   w   kratkę,   którą   miał   na   sobie   Samuel 
Murphy, pomyślała z zadowoleniem Emma.

- Rozumiem - powiedział James. Wydawało się, że 

jest z lekka zażenowany.  Może, pomyślała z nadzieją 
Emma, rozzłości się na mnie i zaraz sobie pójdzie!

Jednak   nic   na   to   nie   wskazywało.   Cokolwiek 

skłoniło go do przyjazdu - dlaczego on w ogóle musiał 
tu przyjechać? - To widać było, że nie odjedzie, dopóki 
nie osiągnie celu. 

- Zostaw sprzątanie, Emmo. - James obrócił jedno z 

czterech przystawionych do stołu drewnianych krzeseł. 
-   Mamy   wiele   spraw   do   omówienia.   Przecież   nie 
widzieliśmy się od roku.

Emma wpatrywała się w niego bez słowa.

Teraz,   kiedy   przyglądała   mu   się   z   bliska, 

przekonała się, że podobieństwo pomiędzy jej mężem a 
jego kuzynem było tylko pozorne. Lord Denham był o 
wiele   przystojniejszy.   Miał   ciemniejsze   włosy, 
jaśniejsze oczy, wyraźniej zarysowaną szczękę. Emmie 
wydawało   się   teraz,   że   Stuart,   chociaż   młodszy   od 
swojego kuzyna, był jego wstępnym zarysem… jakby 
jej   mąż   miał   tylko   posłużyć   Panu   Bogu   za   szkic   do 
stworzenia hrabiego.

background image

Wydawało się, że James sam uważa się za Boga. 

Kto inny pojawiłby się bez uprzedzenia, oczekując, że 
ona rzuci wszystko, żeby się nim zająć?

- Przykro mi, ale teraz nie mam czasu na rozmowę, 

lordzie Denham - powiedziała Emma.

Starała się mówić lekkim tonem, mając nadzieję, że 

on nie słyszy łomotania serca, które aż dudniło jej w 
uszach   od   chwili,   kiedy   zobaczyła   go   na   swoich 
grządkach.

- Już i tak jestem spóźniona - dodała. - Jeśli nie 

przyjechał pan po rzeczy Stuarta, to jaki jest cel pana 
wizyty?

Wyglądał   na   zdziwionego,   co   zresztą   było 

zrozumiałe.   Chyba   rzadko   się   zdarzało,   żeby   jakaś 
kobieta odrzuciła zaproszenie do rozmowy z hrabią.

Jednak   większość   kobiet,   stwierdziła   Emma   w 

duchu, nie zna go tak dobrze jak ja.

-   Przykro   mi,   Emmo   -   powiedział   James.   Jego 

głęboki głos miał zwodniczo neutralne brzmienie. - Nie 
miałem pojęcia, że szykujesz się do wyjścia. Kiedy tu 
wszedłem, wydawało mi się, że przyjmujesz gościa.

Emma zarumieniła się. Wiedziała, co się kryło za 

tymi   słowami.   Zdradzał   to   ton   jego   głosu   i   wyraz 
twarzy.   Wrzuciła   zawartość   śmietniczki   do   jednej   z 
nielicznych szuflad, które ocalały po katastrofie.

background image

- To był mój sąsiad, pan MacEwan - powiedziała z 

naciskiem. - Przyszedł, żeby odnieść mojego koguta.

-   Twojego   koguta   -   powtórzył   hrabia   obojętnym 

tonem.

- Tak - stwierdziła Emma. - On mi uciekł.

- Twój kogut uciekł?

-   Tak.   -  On   mi   nie   wierzy,   pomyślała.   -   Często 

ucieka.   Dostałam   go   w   prezencie,   chyba   tęskni   za 
swoim starym, kurnikiem, bo stale do niego wraca.

-   Prezent   od   pana   MacEwana?   -   spytał   ciekawie 

hrabia.

-   Oczywiście,   że   nie.   Dostałam   tego   koguta   od 

matki pana MacEwana. - Widząc jego uniesione brwi, 
wskazała obronnym gestem stojący na stole koszyk. - 
Dzisiaj   upiekła   dla   mnie;   bułeczki.   Może   pan 
spróbować, jeśli ma pan ochotę. Powinny być jeszcze 
ciepłe.

Lord Denham zignorował  koszyk z  bułkami.  Nie 

odrywał   od   niej   wzroku,   co   wyprowadzało   ją   z 
równowagi.   Emma   pamiętała,   że   jego   oczy   zawsze 
miały   dziwny   kolor,   nie   były   ani   zielone,   ani   też 
brązowe. Były jakby złote, koloru jej obrączki, którą już 
dawno zdjęła z palca i dała komuś - nawet zapomniała 
już   komu,   po   prostu   komuś,   kto   był   w   większej 
potrzebie niż ona. Tylko tyle pamiętała.

background image

- Masz bardzo… troskliwych sąsiadów - powiedział 

James.

W jego głosie było coś, czego Emma nie potrafiła 

nawet określić, coś takiego… Pewnie nic pochlebnego
stwierdziła. Nie mogła się tego spodziewać po hrabim.

- Tak - przyznała. -  Pan MacEwan i jego matka 

serdecznie się mną opiekują od czasu śmierci Stuarta.

Odebrał   tę   wypowiedź   jak   skierowaną   do   siebie 

krytykę - hrabia i jego matka nic dla niej nie zrobili po 
śmierci męża - chociaż Emma nie miała tego na myśli. 
Biorąc pod uwagę okoliczności, podkreślanie tego faktu 
nie było właściwe. Jednak hrabia Denham natychmiast 
na to zareagował.

- Musisz wziąć pod uwagę, że twój pan MacEwan i 

jego matka dowiedzieli się o śmierci twojego męża o 
wiele  wcześniej   niż   moja   matka   i  ja.  Ja   posiadam  tę 
wiedzę dopiero od tygodnia. Nie mogłaś nas wcześniej 
zawiadomić, Emmo?

- Nie mogłam. Przecież pan wie, że cały nasz okręg 

był objęty kwarantanną. Zniesiono ją dopiero miesiąc 
temu. - To tłumaczenie brzmiało rozsądnie, chociaż ona 
sama niezbyt pewnie się czuła.

- Mimo to mogłaś przesłać jakąś wiadomość.

- A wtedy pan by tu przyjechał - powiedziała. - I 

miałabym pana śmierć na sumieniu. - Omal nie dodała: 
pana   i   Stuarta.   Odwróciła   się   od   niego   i   zdjęła   z 

background image

wieszaka swój kapelusz. - Skoro mnie już pan widział, 
może pan powiedzieć znajomym, że wszystko u mnie w 
porządku. A teraz, proszę mi wybaczyć, milordzie, ale 
już naprawdę muszę iść.

-   Iść?   -   zdumiał   się.   To   było   zresztą   do   niego 

podobne.   On   dopiero   co   przyjechał.   A   przyjazd 
hrabiego, gdziekolwiek by to było, zwykle wywoływał 
duże wrażenie. To był taki typ człowieka. - Iść? Dokąd?

-   Do   szkoły   -   powiedziała   Emma   zaczepnym 

tonem. Wiedziała już, czego się ma spodziewać, kiedy 
on   się   dowie   prawdy.   W   najlepszym   wypadku   ją 
wyśmieje.

- Do szkoły? - powtórzył. - Po co? Chyba nie na 

spotkanie towarzystwa misyjnego o tak wczesnej porze?

Mimo   zdenerwowania,   Emma   nie   mogła 

powstrzymać uśmiechu,

-   Nie.   Mogę   pana   zapewnić,   że   miejscowe 

towarzystwo   misyjne   jest   bardzo   oddane   swojej 
sprawie, jednak nie aż do tego stopnia. Muszę iść do 
szkoły, ponieważ jestem nauczycielką.

-   Nauczycielką?   -   James   wpatrywał   się   w   nią, 

zdumiony. - Ty uczysz, Emmo? Czego uczysz? Kogo?

Przynajmniej nie zaczął się z niej wyśmiewać.

- Uczę dzieci - powiedziała. - Proszę mi wybaczyć, 

ale jestem już bardzo spóźniona. Naturalnie, może pan 

background image

tu   zostać,   jeśli   pan   chce   -   chociaż   nie   bardzo   sobie 
wyobrażam, dlaczego miałby pan na to ochotę - ale ja 
muszę iść. Pan to rozumie, prawda?

Nie wydawało się jej, że lord Denham cokolwiek z 

tego rozumiał. Od chwili kiedy przestąpił próg jej chaty, 
nie potrafił ochłonąć z oszołomienia. Mimo to szybko 
znalazł wyjście z sytuacji.

- W takim razie zawiozę cię do miasteczka, Emmo - 

powiedział, biorąc swój kapelusz.

-   Och,   to   nie   jest…   -   Patrzyła   na   niego 

rozszerzonymi oczami. - Chcę tylko powiedzieć, że to 
wcale nie jest konieczne.

James   uniósł   brwi,   naciągając   jednocześnie 

rękawiczki.

- Czy mam przez to rozumieć, że wolałabyś pójść 

piechotą? Przeszło trzy kilometry? W takim deszczu?

Emma  wyjrzała na dwór. Nadal lało jak z cebra. 

Una,   której   Emma   nie   zostawiała   samej   z   powodu 
zaawansowanej  ciąży, popiskiwała  z  cicha, nie  mając 
ochoty wychodzić na deszcz, tak samo jak jej pani.

Hrabia proponował jej podwiezienie do miasteczka. 

A tam, jeśli szczęście jej dopisze, to zdoła go namówić, 
żeby wsiadł w południe na prom i wrócił do domu, nie 
poznawszy całej prawdy o sytuacji Emmy.

background image

Czemu nie spróbować? Przecież pech nie będzie jej 

stale   prześladował.   Coś   się   musi   zmienić.   Dlaczego 
właśnie nie teraz?

 

3

James myślał początkowo, że to złudzenie - trudno 

mu było cokolwiek dojrzeć przez ścianę deszczu.

To   było   prawdziwe   oberwanie   chmury, 

nieporównywalne do londyńskiej mżawki i przelotnych 
opadów w jego rodzinnym hrabstwie Devon. Zrobił się 
taki   potop,   że   zamienił   to   coś,   co   najwidoczniej 
spełniało   w   tych   stronach   funkcję   drogi,   w   błotnistą 
rzekę, głęboką na kilkanaście centymetrów. James był 
przekonany, że mogliby pokonać tę odległość w o wiele 
krótszym czasie, gdyby jechali po bruku. Jednak, jak się 
wydawało,   na   Szetlandach   nie   słyszano   jeszcze   o 
utwardzonych drogach, tak samo jak o kanalizacji czy o 
dobrej kawie.

background image

Kiedy   dojeżdżali   do   celu,   ulewa   trochę   zelżała, 

więc   James   mógł   się   wreszcie   przyjrzeć   stojącej   w 
drzwiach   chaty   kobiecie.   To   nie   było   przywidzenie. 
Patrzył na nią w osłupieniu.

Nie   przewidywał   takiej   sytuacji.   Nie   spodziewał 

się,   że   zastanie   Emmę   na   wyspie.   Dopiero   teraz 
zrozumiał, że był głupcem, sądząc, że ona wróciła do 
Anglii.

Jednak   z   drugiej   strony,   czego   innego   mógł   się 

spodziewać?   Stuart   nie   żył   już   od   prawie   sześciu 
miesięcy…   a   przynajmniej   taką   wiadomość   zawierał 
krótki list, który ktoś przyniósł w zeszłym tygodniu do 
jego   domu   w   Londynie.   Emma   tłumaczyła   w   nim, 
dlaczego tak późno zawiadamia ich o śmierci męża; po 
epidemii   tyfusu   Faires   zostało   objęte   kwarantanną,   a 
ona, Emma, nie chciała, żeby rodzina ryzykowała życie, 
przyjeżdżając na pogrzeb…

Chociaż   lady   Denham   była   bardzo   dotknięta 

opieszałością Emmy w przekazywaniu złych nowin, ta 
zwłoka   była   korzystna   dla   Jamesa.   Gdyby   Emma 
wysłała   swój   list   jesienią,   zamiast   przed   miesiącem, 
James pojechałby na Faires bez względu na ryzyko - 
przede wszystkim dlatego, że  żona  Stuarta  nadal tam 
przebywała. Nie wyobrażał sobie, że mógłby nie pomóc 
samotnej   kobiecie,   która   znalazła   się   w   tak   trudnych 
warunkach, do tego w czasie epidemii. Nie mógłby się 
uważać za człowieka honoru, gdyby nic w tej sytuacji 
nie uczynił.

background image

A do tego to nie była tylko samotna kobieta. To 

była Emma. Niemożliwe, żeby pozwolił jej tam zostać. 
Pojechałby   natychmiast   na   Faires   i   starał   się   ją 
przekonać, żeby wróciła z nim do Anglii…

Zrobiłby   to,   na   co,   jak   się   dopiero   teraz 

zorientował, nie było stać jej własnej rodziny.

Co prawda, nie powinien się zbytnio temu dziwić. 

Rodzina van Courtów, podobnie jak jego własna, nie 
była zachwycona faktem, że Stuart i Emma postanowili 
się   pobrać.   Stryjostwo   Emmy   podjęli   nawet   dość 
drastyczne kroki, żeby rozdzielić młodych kochanków. 
Kiedy się dowiedzieli od Jamesa o planowanej ucieczce, 
zamknęli Emmę w pokoju. On sam, gdy tylko zdradziła 
mu   tę   nowinę,   spróbował   tylko   przekonać   Stuarta   o 
głupocie jego planu i powiadomił jej opiekunów. To był 
jego obowiązek.

Niestety,   van   Courtowie   nie   potrafili   dopilnować 

Emmy, która uciekła po kilku dniach. Ona i jego kuzyn 
przekroczyli w nocy granicę i pobrali się jeszcze przed 
upływem doby.

Wtedy   van   Courtowie   przestali   się   interesować 

dziewczyną,   którą   przedtem   tak   uwielbiali,   a   teraz 
uznali   za   niewdzięcznicę.   Ucierpiała   na   tym   również 
przyjaźń pomiędzy Reginą van Court a matką Jamesa. 
Domyślał   się,   że   jego   matka   dopatrywała   się   w   tej 
ucieczce   pewnego   romantyzmu,   podczas   gdy   Regina 
van Court - całkiem słusznie według Jamesa - czuła się 
głęboko urażona zachowaniem młodych kochanków.

background image

Z listu Emmy nie wynikało, że ona nadal mieszka 

na   Faires.   Ponieważ   wiadomość   od   niej   została 
doręczona przez posłańca, James miał prawo sądzić, że 
nadawca przebywa w Londynie. Miał ochotę odwiedzić 
Emmę w domu jej stryjostwa, zakładając, że nawet van 
Courtowie,   chociaż   głęboko   urażeni   postępowaniem 
bratanicy, nie zamknęliby drzwi przed wdową, która nie 
ma   ani   grosza…   Stuart   nie   dysponował   przecież 
żadnymi   własnymi   pieniędzmi,   poza   skromnym 
zarobkiem,   więc   niewątpliwie   zostawił   ją   w   stanie 
ubóstwa.   James   dobrze   wiedział,   że   pensja   wikarego 
była   zwykłą   jałmużną   w   porównaniu   z   pieniędzmi, 
których nie szczędził  w Londynie  swojemu  upartemu 
kuzynowi.

Odłożył   jednak   odwiedziny   u   Emmy   na   później, 

ponieważ matka delikatnie mu przypomniała, że rozstał 
się   ze   Stuartem   i   jego   narzeczoną   w   niezbyt 
przyjacielski   sposób   i   że   jego   widok   może   sprawić 
wdowie dodatkowy ból. Postanowiono, że lady Denham 
złoży   jej   kondolencyjną   wizytę,   a   James   pojedzie   do 
Szkocji,   żeby   odnaleźć   grób   Stuarta   i   załatwić 
natychmiastowe   przewiezienie   zwłok   do   Anglii.   Było 
nie do pomyślenia, żeby ktoś, w czyich żyłach płynęła 
krew rodu Marburych, mógł  być złożony na wieczny 
odpoczynek   gdziekolwiek   indziej   niż   w   rodzinnym 
grobowcu przy opactwie Denham.

James odczuł nawet ulgę, że sprawy przybrały taki 

obrót.

background image

Wolał swoje, chociaż niezbyt miłe, zadanie od roli, 

jaka przypadła w udziale jego matce. Nie był pewny, 
czy   potrafiłby   zachować   właściwy   dystans,   gdyby 
zobaczył   Emmę,   która   niewątpliwie   nadal   opłakuje 
swojego męża. Jej niebieskie oczy, których James nie 
potrafił   zapomnieć,   miały   nad   nim   dziwną   władzę, 
szczególnie wtedy kiedy błyszczały w nich łzy…

Jak się okazało, jego komfort psychiczny nie trwał 

zbyt  długo.  Wizyta   lady  Denham  u  krewnych  Emmy 
była bezcelowa - wdowa nie szukała pociechy na łonie 
niezbyt   kochającej   rodziny.   Została   na   Faires,   a   list 
wysłała   przez   jakiegoś   jadącego   do   Londynu   Szkota, 
który   wyruszył   do   wielkiego   miasta   w   poszukiwaniu 
pracy.

Teraz James będzie musiał przejść przez tę próbę. 

Stanąć   przed   nią   i   spojrzeć   w   jej   błękitne   oczy. 
Wytrzymać   jej   wzrok   i   znosić   niechęć,   jaką 
niewątpliwie jeszcze do niego czuje.

Usiłował   sobie   jednak   tłumaczyć,   że   ona   nie 

mogłaby tak długo chować do niego urazy. Emma van 
Court   zawsze   była   serdeczną,   otwartą,   pozbawioną 
obłudy dziewczyną. Na pewno nie była już na niego zła 
za to, co się zdarzyło dwanaście miesięcy temu.

A może jednak? Mimo całej swojej serdeczności i 

prostodusznego   charakteru   Emma   potrafiła   być 
niesłychanie   uparta.   James   uważał,   że   to   właśnie   jej 
upór był źródłem wszystkich późniejszych kłopotów.

background image

Patrzył   teraz   na   nią,   kiedy   siedziała   naprzeciwko 

niego   w   tym   okropnym   pojeździe,   i   nie   potrafił 
odgadnąć,   jaka   była   jej   prawdziwa   reakcja   na   jego 
widok. To oczywiste, że to wszystko, co wydarzyło się 
w chacie, nie mogło sprawić jej przyjemności. Trudno 
ją o to winić. Od chwili kiedy James przekroczył próg 
tej   śmiesznie   małej   chatynki,   w   której   jego   kuzyn 
zamieszkał   z   Emmą,   wszystko   stanęło   na   głowie   i 
uległo   rozsypce   -   nie   tylko   jej   serwis   z   Limoges. 
Najpierw wydawało mu się, że jakiś ogromny wieśniak 
napastuje   piękną   kobietę,   więc   zachował   się   jak 
dżentelmen,   ponieważ   zawsze   uczono   go,   że   należy 
osłaniać słabą płeć. Okazało się jednak, że Emma nie 
tylko nie potrzebuje jego pomocy, ale nie jest mu za nią 
ani odrobinę wdzięczna.

Nie   usłyszał   słowa   podziękowania,   zostały   mu 

tylko na pamiątkę otarte nadgarstki.

Zresztą i ten fakt nie powinien go dziwić. Emma 

zawsze   mówiła,   co   myśli,   a   to   go   irytowało.   Musiał 
jednak przyznać, że również ta cecha charakteru miała 
dla   niego   duży   urok   -   Emma   różniła   się   pod   tym 
względem   od   panienek   z   towarzystwa,   podsuwanych 
mu bezustannie przez ich zdesperowane mamusie.

Zadziwiający   był   jednak   fakt,   że   po   tak   wielkiej 

stracie - James nie miał na myśli serwisu z Limoges - 
potrafiła zachować spokój, a nawet robić mu cierpkie 
uwagi. Prędzej spodziewałby się łez.

background image

Ale   czy   kiedykolwiek   Emma   van   Court   - 

Chesterton, poprawił się w myślach - zrobiła to, czego 
się po niej spodziewano?

Nie   nosiła   nawet   żałoby.   Szara   sukienka,   którą 

miała pod peleryną, była już bardzo znoszona, koronki 
przy   rękawach   wystrzępione,   a   bufiaste   rękawy   były 
niemodne od roku. Jednak bez względu na to, co Emma 
Chesterton   by   na   siebie   włożyła,   nic   nie   mogło 
przyćmić jej urody. Nawet habit zakonnicy.

James westchnął i zaczął oglądać krajobraz przez 

popękane szybki pojazdu. Nie rozumiał, jak można było 
zamieszkać tak blisko morza. Urwisty brzeg, na którym 
stała chata Stuarta, na pewno tonął we mgle każdego 
ranka, a przez resztę dnia był palony słońcem, zalewany 
deszczem   lub   zasypywany   śniegiem.   Wokół   nie   było 
nawet drzew. Nieosłonięte, trudno dostępne miejsce - 
niczego gorszego nie mógł sobie nawet wyobrazić.

Nie było tam również żadnego nagrobka. James nie 

znalazł   grobu   kuzyna   na   cmentarzu   za   miasteczkiem, 
więc   sądził,   że   znajduje   się   on   gdzieś   na   urwisku. 
Przełożony   Stuarta,   wielebny   Peck,   nie   miał   pojęcia, 
gdzie   pochowano   ziemskie   szczątki   jego   własnego 
wikarego. Twierdził, że podczas epidemii tyfusu, czyli 
w   tym   samym   czasie,   kiedy   umarł   Stuart,   była   tak 
wielka śmiertelność, że nikt nie był w stanie spamiętać 
miejsc pochówku. Kiedy w wiosce umierało codziennie 
po kilka osób, zaczęto kopać zbiorowe mogiły. James 
był   jednak   pewny,   że   Emma   nie   złożyłaby   ciała 

background image

swojego męża do takiego grobu. Ten fakt był jednym z 
niewielu, za które mógł być wdzięczny losowi od czasu, 
kiedy wyruszył w tę niezwykłą podróż.

Teraz musiał sobie odpowiedzieć na pytanie - co 

robić? Wszystko potoczyło się zupełnie innym trybem, 
niż to sobie zaprojektował, zresztą nie miał czasu na 
układanie   nowych   planów:   zobaczył   Emmę   przez 
szybkę karawanu i już po chwili przestępował próg jej 
chaty. Zdołał się jedynie zorientować, że odnalezienie 
grobu Stuarta nie będzie łatwym zadaniem i że sam nie 
zdoła wypełnić swojej misji.

Teraz   zauważył,   że   ma   o   wiele   ważniejsze   i 

pilniejsze zadanie do spełnienia niż to, które przywiodło 
go   na   wyspę.   James   postanowił,   że   przynajmniej   to 
wypełni do końca.

Siedząca   naprzeciwko   hrabiego   Emma   nie   miała 

takich problemów. Wręcz przeciwnie, wydawało się jej, 
że  wreszcie  szczęście  zaczyna  się do niej uśmiechać. 
Dzięki Bogu, hrabia nie zadawał jej żadnych pytań na 
temat   śmierci   Stuarta,   nawet   odstąpił   jej   miejsce   w 
kierunku jazdy, a sam usiadł tyłem do koni - co było o 
tyle istotne, że Emma nie znosiła jazdy do tyłu.

Wkrótce jednak okazało się, że ta szczęśliwa passa 

nie trwała zbyt długo. Najpierw koła karawanu ugrzęzły 
w głębokiej koleinie, więc hrabia Denham został prawie 
wyrzucony z siedzenia i omal nie upadł na Emmę. Ta 
możliwość   całkowicie   wyprowadziła   ją   z   równowagi, 
chociaż nie potrafiłaby powiedzieć dlaczego. Może się 

background image

obawiała, że zrobiłby jej krzywdę, gdyby upadł na nią 
całym ciężarem.

Na   szczęście   złapał   równowagę   i   przechylił   się 

bardziej do tyłu na swojej twardej ławce, żeby zapobiec 
następnej katastrofie.

- Przepraszam cię, Emmo - powiedział.

Obserwowała go spod opuszczonych powiek, żeby 

nie   mógł   się   zorientować,   że   na   niego   patrzy.   W 
towarzystwie   hrabiego   usiłowała   zachować   chłodny 
dystans, chociaż prawda  była taka, że kiedy tylko na 
niego   spojrzała,   krew   zaczynała   jej   żywiej   pulsować. 
Oczywiście   tylko   dlatego,   że   doprowadzał   ją   do 
wściekłości. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.

- Nic nie szkodzi - odparła, siląc się na niedbały 

ton. - Będzie pan musiał znosić moje towarzystwo tylko 
do   czasu,   kiedy   dojedziemy   do   szkoły,   potem   pan 
Murphy zawiezie pana do przystani.

Obdarzyła   go   przy   tym   niesłychanie   słodkim 

uśmiechem.

Było oczywiste, że chce się go pozbyć, nie będąc 

jednocześnie niegrzeczną. James zdawał sobie sprawę, 
że   miała   do   tego   wystarczający   powód.   Ich   ostatnie 
spotkanie nie należało do przyjemnych. Kiedy go wtedy 
widziała, uderzył jej narzeczonego w twarz.

Mimo to ona się go tak łatwo nie pozbędzie. Lepiej, 

żeby się od razu o tym dowiedziała.

background image

-   Muszę   przyznać,   Emmo,   że   ogromnie   się 

zdziwiłem,   że   zastałem   cię   jeszcze   na   Faires   - 
powiedział. - Kiedy moja matka i ja dostaliśmy  twój 
list, zakładaliśmy, że mieszkasz już w Londynie.

Emma miała na końcu języka pytanie, gdzie według 

niego   miałaby   mieszkać,   jeśli   rodzina   zerwała   z   nią 
stosunki,   pozostawiając   ją   bez   grosza,   o   czym 
doskonale   wiedział.   Opanowała   się   jednak   i 
odpowiedziała   mu   z   niesłychanym,   jak   uważała, 
spokojem.

- Tak?

- Spodziewałem się - powiedział - że przyjedziesz 

do domu stryjostwa.

Oczy się jej zwęziły, ale on, niestety, nie zauważył 

tego, ponieważ cały czas wyglądał przez okno. Mógł 
jednak wyczuć gniew w jej głosie.

- Kto jak kto, ale pan powinien wiedzieć, że nie ma 

już dla mnie miejsca w domu stryjostwa.

Spojrzał na nią, ściągając brwi.

- Emmo - powiedział surowym tonem - nie możesz 

wciąż mieć do mnie pretensji o to, że powiedziałem im 
o   wszystkim.   Chyba   zdajesz   sobie   teraz   sprawę,   że 
byłaś zbyt młoda…

Emma patrzyła na niego rozszerzonymi oczami.

background image

- Nie byłam zbyt młoda i nie mogę uwierzyć, że 

pan się nadal upiera…

Podniósł dłoń, przerywając potok jej słów.

-   Ja   natomiast   nie   mogę   uwierzyć   -   powiedział 

łagodnie karcącym tonem - że nadal żywisz urazę do 
swojej   rodziny   za   to,   że   nie   aprobowali   Stuarta. 
Przyznasz chyba, że to było szaleństwo z jego strony, że 
się z tobą ożenił, nie mając ustabilizowanej przyszłości. 
Nie miał ani grosza. Nic dziwnego, że twoja rodzina nie 
mogła tego zaakceptować. Emmo, jak możesz myśleć, 
że  nie  przyjęliby cię  z  otwartymi  ramionami?  Jestem 
przekonany, że szaleją z niepokoju, nie wiedząc, co się 
z tobą dzieje.

Emma   zamrugała.   Szaleją   z   niepokoju?   To   było 

mało   prawdopodobne.   Wiedziała   już,   że   uczucie   jej 
krewnych miało swoją cenę, a było nią oczekiwanie, że 
Emma   poślubi   bogatego,   lub   przynajmniej 
utytułowanego, człowieka, co doda prestiżu szacownej 
rodzinie   van   Courtów.   Ponieważ   tego   nie   zrobiła, 
natychmiast zapomniano o jej istnieniu.

-   Jeżeli   -   mówił   dalej   James   -   nie   masz   ochoty 

zamieszkać ze swoją rodziną, może… - Przerwał, żeby 
odchrząknąć.   -   Może   mogłabyś…   zechciałabyś… 
przyjąć   zaproszenie,   aby   zamieszkać   w   Londynie   z 
moją matką.

Emmie  wydawało się, że się przesłyszała. Mówił 

cicho i tak od razu przeszedł do rzeczy, że na pewno źle 

background image

go zrozumiała. Jednak wyraz jego twarzy świadczył o 
tym, że się nie myliła.

- Słucham? - Nie mogła się powstrzymać od tego 

niemądrego pytania.

-   Mam   nadzieję,  że  wyrazisz   zgodę  -   powiedział 

James   swobodnym   tonem,   na   który   zdobył   się   z 
wyraźnym trudem.

Zdumienie widoczne na twarzy Emmy niesłychanie 

go zabolało. Wyraźnie widział, że nigdy jej nawet nie 
przyszło   do   głowy,   że   rodzina   Stuarta   mogłaby 
zaoferować   jej   jakąkolwiek   pomoc.   Czy   ona   zawsze 
uważała go za jakiegoś potwora?

Zdawał   sobie   sprawę   z   faktu,   że   w   ocenie 

zakochanej osiemnastolatki popełnił najgorszą zbrodnię 
- usiłował rozdzielić ją z ukochanym.

Również   jego   późniejsze   zachowanie   -   kiedy 

odmówił posyłania Stuartowi jakichkolwiek pieniędzy, 
mając nadzieję, że utrzymywanie się z nędznej pensji 
wikarego ostudzi słomiany zapał młodej pary do życia 
na odludziu - nie mogło zapewnić mu ich sympatii.

-   Moja   matka   byłaby   szczęśliwa,   gdybyś   z   nią 

zamieszkała - przekonywał ją James.

Nie było to prawdą, ale nie było też kłamstwem. 

Owdowiała   lady   Denham   szalenie   lubiła   Emmę   i 
niewątpliwie entuzjastycznie przyjęłaby wiadomość, że 
dziewczyna   przeprowadzi   się   do   niej.   Lady   Denham 

background image

mieszkała razem z Jamesem w jego londyńskim domu, 
ponieważ   syn,   ze   względu   na   jej   słabe   zdrowie,   nie 
chciał, żeby była sama.

- Powinnaś była od razu do nas napisać, Emmo - 

skarcił   ją   hrabia.   -   Ta   sytuacja   jest   nie   do   przyjęcia. 
Chyba zdajesz sobie z tego sprawę.

Emma   nie   miała   pojęcia,   o   czym   on   mówi. 

Ogarnęła ją panika, że James dowiedział się już o panu 
O'Malleyu i jego okropnym testamencie.

- Jaka sytuacja? - spytała.

-   Cała   sytuacja.   -   Hrabia   Denham   był   szczerze 

zdumiony. - To wszystko. Ta chata, w której mieszkasz 
całkiem sama, tak daleko od miasteczka! - Potrząsnął 
głową.   -   A   do   tego   ta   szkoła.   Chyba   nie   zamierzasz 
spędzić tu całego życia?

Emma otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć, ale 

zamiast tego zdążyła tylko krzyknąć:

- Uwaga!

James został wyrzucony z siedzenia i zanim zdołał 

złapać równowagę, znalazł się w szalenie żenującej, a 
jednocześnie   godnej   pozazdroszczenia   sytuacji   -   z 
głową między nogami Emmy van Court Chesterton.

 

background image

4

Oczywiście, były całe warstwy materiału - wełniana 

spódnica,   bawełniane   i   koronkowe   halki   -   pomiędzy 
jego   twarzą   a   wewnętrzną   stroną   jej   ud,   co   ratowało 
sytuację.   A   gdyby   doliczyć   do   tego   poczucie 
zażenowania, to Emmę chroniłaby zbroja.

Mimo   to   hrabia   był,   po   raz   pierwszy   w   życiu, 

potwornie   zmieszany.   Na   domiar   wszystkiego   Emma 
wcale   nie   poczuła   się   skrępowana,   ten   incydent 
niesłychanie ją rozbawił.

- Och! - Zaśmiewała się, opierając mu dłonie na 

ramionach.   Młode   wdowy   chyba   nie   powinny   ulegać 
napadom   aż   takiej   wesołości,   pomyślał   James,   który, 
szukając jakiegoś oparcia, uchwycił się jej talii. Klęczał 
teraz   na   podłodze,   między   jej   nogami,   z   twarzą   na 
wysokości  jej  pasa, ponieważ  natychmiast  po upadku 
podniósł głowę z jej spódnicy. - Och, coś takiego!

background image

Karawan  gwałtownie   się   zatrzymał.   Słychać   było 

tylko   śmiech   Emmy   i   uderzenia   deszczu   o   dach 
pojazdu.   James   był   w   rozterce.   Chociaż   była   to 
niesłychanie   krępująca   sytuacja,   fascynował   go 
unoszący  się   ze  spódnic  Emmy  zapach  lawendy.  Nie 
miał również ochoty odrywać rąk od jej ciepłego ciała.

Było   mu   zimno,   mimo   peleryny   podbitej   futrem 

bobra.   Zdał   sobie   z   tego   sprawę,   dotykając   jej 
rozgrzanego ciała, i pragnął trochę dłużej przytrzymać 
przy nim ręce, mimo że była wdową po jego kuzynie.

Podniósł wzrok - uśmiechnięta twarz Emmy była 

bardzo blisko. Popatrzył na jej pełne, wilgotne wargi. Z 
łatwością   mógłby   ująć   jej   roześmianą   twarzyczkę   w 
dłonie i przycisnąć usta do jej warg…

Usłyszał   jakieś   skrzypienie.   To   pan   Murphy 

odkrywał klapę w dachu karawanu. Służyło mu to do 
kontaktu z pasażerami.

- Chciałem przeprosić! - zawołał. - Zapomniałem 

pana   uprzedzić.   Jesteśmy,   rzecz   jasna,   przy   Drzewie 
Życzeń.

Czar   prysł.   James   oderwał   wzrok   od   kuszących 

warg Emmy Chesterton.

- Emmo - spytał, usiłując wstać i wyzwolić się z 

tych wszystkich spódnic i halek. - Nic ci nie jest?

background image

Było  oczywiste,  że  nic  się  jej  nie  stało,  przecież 

zanosiła   się   od   śmiechu.   James   uznał   jednak,   że 
powinien zadać to pytanie.

- Och! - zawołała, ocierając łzy. - Przykro mi, że się 

śmiałam, ale miał pan taką zdziwioną minę…

James   usiadł   na   wyściełanym   siedzeniu   obok 

Emmy.   Nie   chciał   ryzykować  i   wracać   na  drewnianą 
ławeczkę po przeciwnej stronie.

- Hm - mruknął. - Pewnie dlatego, że to się stało 

nagle, bez żadnego ostrzeżenia.

-  Każdy wie  o głębokich koleinach koło Drzewa 

Życzeń - odezwał się sarkastycznie pan Murphy.

- Ale nie ja - odrzekł James. Ta uwaga rozgniewała 

go,   ale   nawet   był   z   tego   zadowolony,   bo   gniew 
przytłumił w nim inne emocje - silny pociąg, który, jak 
się okazało, nadal odczuwał do Emmy. - Na przykład ja 
nic nie wiedziałem o koleinach przy Drzewie Życzeń. - 
Z niezadowoleniem zauważył, że Emma nadal usiłuje 
powstrzymać śmiech. - Wybacz mi moją ignorancję - 
zwrócił się do niej - ale chciałbym spytać, co to jest 
Drzewo Życzeń?

- Nie widział pan nigdy Drzewa Życzeń? - Samuel 

Murphy   potrząsnął   głową.   -   Niech   pan   wyjrzy   przez 
okno. Gdyby to był rekin, to już zdążyłby pana pogryźć.

Ta   uwaga   wywołała   kolejny   atak   nerwowego 

śmiechu   Emmy,   która   pochyliła   się,   kryjąc   twarz   w 

background image

dłoniach.   James   nie   wiedział,   co   ją   tak   rozbawiło. 
Spojrzał przez popękaną szybę karawanu i jego oczom 
ukazał się niezwykły widok. Przy drodze, która w tym 
miejscu   miała   głębokie   wyżłobienie,   stał   samotny 
jawor,   na   jego   powyginanych   gałęziach   widać   było 
pierwsze listki. James widział już takie drzewa na lej 
wyspie, ale żadne na miało na pniu tego, co to - całe 
tuziny butów.

Nie   dowierzał   własnym   oczom.   Ludzie   przybijali 

buty do drzewa! Ciężkie buty wieśniaków, sznurowane 
buciki kobiece, drewniane saboty, dziecinne pantofelki, 
sandałki, nawet malutkie damskie pantofelki - wszystkie 
przytwierdzone   do   drzewa.   Wiele   butów   było   już 
sfatygowanych, poszarzałych - musiały tam wisieć od 
dawna   -   niektóre   jednak   były   zupełnie   nowe.   Uwagę 
Jamesa   zwróciła   para   męskich   rannych   pantofli. 
Podobną parę ofiarował kiedyś na gwiazdkę swojemu 
kuzynowi.

Szkoci to dziwny naród, pomyślał.

- To szalenie interesujące - mruknął.

Emma   odjęła   dłonie   od   twarzy,   ale   wciąż   nie 

potrafiła powstrzymać śmiechu.

-  Och!  - zawołała. - Przepraszam.  Tylko… tylko 

pana   twarz,   kiedy   pan   Murphy   powiedział   o   tym 
rekinie…

background image

James również zaczynał dostrzegać śmieszną stronę 

tej sytuacji, nie był jednak tak rozbawiony jak Emma. 
Czuł tylko gwałtowne uderzenia serca, kiedy wdowa po 
jego kuzynie znalazła się w jego ramionach. Zdobył się 
na   lekki   uśmiech,   żeby   pokazać,   że   też   się   zna   na 
żartach.

- Tak - powiedział. - Rzeczywiście.

- To przynosi szczęście. - Podpity stangret wciąż 

zaglądał do środka pojazdu. - Szczególnie nowożeńcom.

-   Tak   -   wtrąciła   Emma.   Opanowała   już   swoje 

wybuchy   wesołości.   -   Ja   i   Stuart   też   przybiliśmy   tu 
swoje buty, zaraz po przyjeździe na wyspę. To bardzo 
piękny zwyczaj.

Może to piękny zwyczaj, jednak Emmie van Court 

szczęścia nie przyniósł, zauważył w duchu James. Jej 
mąż   umarł   i   została   sama,   odcięta   od   całej   rodziny. 
Może powinna zdjąć te buty z Drzewa Życzeń, które, 
jak   do   tej   pory,   obdarzyło   ją   czymś   zupełnie 
przeciwnym niż dobry los.

Po   chwili   pojazd   szarpnął,   chociaż   nie   tak 

gwałtownie jak przedtem, i ruszyli dalej. Zjechali już z 
tej fatalnej drogi, która łączyła chatę Emmy z Drzewem 
Życzeń,   i   karawan   potoczył   się   po   dość   równej 
nawierzchni.   James   zauważył,   że   wjeżdżają   do   tak 
zwanego miasta Faires; tak zwanego, ponieważ według 
niego   status   miasta   nie   zależał   od   pubu,   karczmy, 

background image

sklepu, kuźni i kościoła, stojących zresztą wzdłuż jednej 
jedynej ulicy.

Jednak na Szetlandach zgromadzenie tylu instytucji 

wystarczało, żeby to miejsce stanowiło tętniącą życiem 
metropolię,   szczególnie,   że   było   tu   molo,   na   którym 
rybacy   składali   swój   dzienny   połów.   Żony   i   dzieci 
rybaków   mieszkały   w   jego   sąsiedztwie   i,   jak 
przypuszczał   James,   właśnie   te   dzieci   były   uczniami 
Emmy   Chesterton.   Co   prawda,   nie   zauważył   w 
miasteczku   żadnej   szkoły,   ale   nie   było   w   tym   nic 
dziwnego.   Kiedy   Murphy   przeprowadził   swój   pojazd 
przez wąską ulicę i zatrzymał się przy wrzynającym się 
w   morze   długim   paśmie   skał,   James   zorientował   się 
wreszcie,  że   szkoła  mieściła  się  na  dolnym  poziomie 
jedynej na tym wybrzeżu latarni morskiej.

James   nie   potrafiłby   w   to   uwierzyć,   gdyby   nie 

zobaczył tego na własne oczy. Kilkanaścioro obdartych 
dzieci biegało po wysuniętej w morze skale, na której 
stała latarnia. Mimo paskudnej pogody zajęte były grą, 
do której służyła im szmaciana piłka. O ile mógł  się 
zorientować, chodziło o to, żeby piłka nie ześlizgnęła 
się   do   morza,   co   wcale   nie   było   łatwym   zadaniem   - 
skała miała najwyżej kilka metrów szerokości. Podczas 
sztormu na pewno była pod wodą.

- Jesteśmy na miejscu - powiedziała Emma, kiedy 

Murphy   zatrzymał   swój   pojazd,   nie   szczędząc   im 
ostrego szarpnięcia.

background image

James   oderwał   wreszcie   wzrok   od   tego 

przedziwnego boiska. Emma też patrzyła przez okienko, 
chyba   liczyła   dzieci.   Nie   dziwił   się   jej.   Przecież   tak 
łatwo któreś z nich mogło wpaść do morza.

- Rzeczywiście - przyznał James.

Teraz   musiał   działać   rozważnie.   Emma,   co   było 

widoczne, chciała się go jak najszybciej pozbyć, ale on 
nie mógł wyjechać - nie wyjedzie bez niej.

Nie   wyjedzie   również   bez   Stuarta,   przypomniał 

sobie   nagle.   Przyjechał   przecież   po   Stuarta,   nie   po 
Emmę.

Teraz, kiedy już wiedział, że ona tu jest, nie mógł 

zostawić żadnego z nich na tej odludnej wyspie.

Zdawał   sobie   jednak   sprawę,   że   szalenie   trudno 

będzie mu namówić Emmę do wyjazdu.

- To bardzo miło z pana strony, że odbył pan tak 

daleką   podróż,   żeby   mnie   zobaczyć   -   odezwała   się 
Emma.

Zastanawiała się przez całą drogę, co powinna mu 

powiedzieć na pożegnanie. Była zadowolona, że udało 
się jej znaleźć uprzejmą formułkę.

- Żegnam pana, lordzie Denham. - Wyciągnęła do 

niego   rękę.   -   Mam   nadzieję,   że   mimo   dawnych 
nieporozumień rozstajemy się jak przyjaciele.

background image

James ujął jej dłoń, zanim zorientował się, że ona 

już   się   żegna.   Nie   miał   zamiaru   wyjeżdżać,   więc   się 
wahał, co powiedzieć. A kiedy się odezwał, stwierdził 
ze zdumieniem, że prosi ją o przebaczenie.

- Emmo - usłyszał swój głos. - Przepraszam cię. Za 

Stuarta.   Za   to,   co   mu   zrobiłem,   kiedy   ty…   kiedy 
powiedziałaś   mi   o   waszych   planach.   Nie   mówię,   że 
Stuart   postąpił   właściwie,   ponieważ   nadal   tak   nie 
uważam.   Chcę   jednak,   żebyś   wiedziała,   że   naprawdę 
jest mi przykro. Przepraszam cię za wszystko.

Emma   patrzyła   na   niego   rozszerzonymi   ze 

zdumienia   oczami.   Mogła   oczekiwać   różnych 
odpowiedzi  na  swoją  pożegnalną  formułkę, ale  nigdy 
przeprosin. Przeprosiny? Ze strony hrabiego? Czy taka 
rzecz   jest   w   ogóle   możliwa?   James   Marbury   nigdy 
nikogo nie przepraszał.

Chyba   nie   mówił   poważnie…   Ale   jego   twarz 

wzbudzała zaufanie.

Tak, ale ona już raz dała się na to nabrać. Tamtego 

popołudnia   w   bibliotece   miał   również   wygląd   osoby 
godnej zaufania, kiedy mówiła mu o sobie i Stuarcie. A 
co on zrobił? Uderzył Stuarta w twarz. Może tak nie 
było?

Nie, ona nie może wierzyć szczerym oczom lorda, 

chociaż   musiała   przyznać,   że   on   sam   był   również 
bardzo   poważny.   To   bardzo   przystojny   mężczyzna. 
Postara się nie być dla niego zbyt niemiła.

background image

- Przebaczam panu - usłyszała swoje słowa.

Miała ochotę odgryźć sobie język. Przebaczyć mu? 

Przebaczyć hrabiemu? Nigdy!

Nie   chciała   jednak   cofnąć   tych   słów,   przede 

wszystkim dlatego, żeby nie przedłużać rozmowy.

- Proszę pozdrowić matkę - powiedziała tylko - i 

podziękować jej za zaproszenie. Obawiam się jednak, 
że nigdy nie będę mogła wyjechać z Faires. Jestem tu 
potrzebna. - Wyciągnęła rękę, żeby otworzyć drzwi. - 
Do widzenia.

James   chciał   przytrzymać   jej   dłoń,   ale   ona   już 

otwierała drzwi pojazdu. Słyszał teraz wyraźnie szum 
fal,   które   rozbijały   się   o   skały,   i   przekrzykujące   ten 
odgłos   dzieci,   uradowane   widokiem   swojej 
nauczycielki.   Głosy   dzieci   zlewały   się   z   piskiem 
krążących wokół latarni mew.

Emma   zamknęła   drzwi,   do   wnętrza   karawanu 

dochodził już tylko szum morza. James poczuł się nagle 
samotny. Przesunął się na siedzeniu, żeby móc jeszcze 
na   nią   popatrzeć   przez   szybkę.   Mniejsze   dzieci 
natychmiast porzuciły grę i podbiegły do niej. Każde 
chciało chwycić ją za rękę, a te, którym się nie udało, 
trzymały się jej spódnicy. Starsze wodziły tylko za nią 
wzrokiem,   podobnie   jak   James,   kiedy   szła   do   drzwi 
latarni,   nad   którymi   zawieszony   był   miedziany 
dzwonek. Emma chwyciła za zwisający z niego sznur i 
silnie pociągnęła. Starsze dzieci ruszyły z miejsca na ten 

background image

sygnał, któreś z nich złapało piłkę i kolejno wchodziły 
do   środka.   Emma   przytrzymywała   dla   nich   drzwi, 
pomalowane na taki sam żywy zielony kolor jak te w jej 
chacie.

Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za Emmą i jej 

podopiecznymi,   James   zorientował   się,   że   przez   cały 
czas   wstrzymywał   oddech.   Zaczął   głęboko   oddychać, 
nie   rozumiejąc   swojej   reakcji.   To   na   skutek   szoku, 
tłumaczył sobie. Była dopiero dziewiąta rano, a on czuł 
się tak zmęczony, jakby to była już dziewiąta wieczór, 
jakby spędził cały dzień przy swoim biurku, załatwiając 
pilną   korespondencję.   To   musiał   być   efekt 
niespodziewanego   spotkania   z   dawno   utraconą 
powinowatą.   Szczególnie   jeśli   tą   powinowatą   była 
Emma van Court.

Usłyszał, że klapa w dachu znowu się otwiera. Pan 

Murphy patrzył na niego ciekawie z wysokości swojego 
kozła.

-   A   więc,   milordzie   -   odezwał   się   przyjaznym 

tonem - czy mam zawieźć pana do gospody, żeby mógł 
pan zabrać swoje rzeczy i chycić w południe prom?

James podniósł wzrok.

- Oczywiście, może mnie pan zawieźć do gospody - 

odrzekł.   -   Nie   mam   jednak   zamiaru   "chytać"   dzisiaj 
żadnego promu.

background image

-   Co?   -   Oczy   stangreta   rozszerzyły   się   ze 

zdumienia. - Przecież pani Chesterton mówiła…

- Dobrze wiem, co mówiła pani Chesterton, dobry 

człowieku.   Ja   jednak   sam   podejmuję   decyzje,   nie 
stosując   się   do  wskazówek   waszej   pani   Chesterton.  - 
James rozparł się na niewygodnej ławce.

Kawa. To mu teraz przyszło na myśl. Potrzebował 

filiżanki mocnej kawy. W porze lunchu zamówi zimne 
mięso z musztardą. Zanim Emma skończy lekcje, on już 
obmyśli, jak się zachować w tej niezręcznej sytuacji.

- No, nie wiem - mruczał do siebie pan Murphy. - 

To się nie spodoba pani Chesterton. Na pewno się nie 
spodoba.

-   Tak   -   odrzekł   z   uśmiechem   James.   -   Jestem 

przekonany, że to się jej nie spodoba.

Emma patrzyła przez grubą szybę okna latarni na 

odjeżdżający   karawan.   Ledwie   w   to   mogła   uwierzyć. 
Okazało się jednak, że jej starania zostały uwieńczone 
powodzeniem.   Ten   koszmarny   pojazd   wreszcie 
odjechał.

background image

To znaczy, że James opuszcza wyspę.

Nie   mogła   uwierzyć   w   swoje   szczęście.   Zły   los 

prześladował   ją   przez   cały   rok,   teraz   karty   się 
odwróciły. James odjeżdżał i nigdy się już nie dowie o 
testamencie pana O'Malleya. To było zbyt piękne, aby 
mogło być prawdziwe...

Nie, nie powinna tak myśleć, skarciła się w duchu. 

Już najwyższy czas, żeby szczęście wreszcie się do niej 
uśmiechnęło. Jeśli teraz nie zacznie iść ku lepszemu, to 
już   nie   ma   się   czego   spodziewać.   James   odjeżdżał   i 
tylko   to   było   ważne.   Jeśli   los   będzie   nadal   dla   niej 
łaskawy, to już hrabiego nigdy więcej nie zobaczy.

I bardzo dobrze.

Tylko że… tylko że wcale tak nie było. Emma nie 

potrafiła   żywić   nienawiści   do   Jamesa   Marbury'ego, 
chociaż bardzo się starała wzbudzić w sobie to uczucie 
tamtego pamiętnego dnia w jego bibliotece. Nie mogła 
jednak   nienawidzić   człowieka,   który   był   dla   niej   tak 
dobry, kiedy była dzieckiem. James zawsze zdejmował 
jej latawce, kiedy zawisły na drzewie, przynosił jej po 
kryjomu słodycze, kiedy stryjenka pozbawiała ją za karę 
deseru. Emma  zawsze biegła do niego ze stłuczonym 
kolanem czy innymi kłopotami. Hrabia zawsze miał dla 
niej czas, a Stuart ciągle był pogrążony w książkach.

I   właśnie   dlatego   Emma   była   zafascynowana 

niedostępnym   młodzieńcem.   Cicha   woda   brzegi   rwie, 
jak   to   się   mówi,   a   Emma,   od  czasu   kiedy  skończyła 

background image

czternaście lat, zastanawiała się usilnie, jak zwrócić na 
siebie   uwagę   Stuarta   Chestertona.   Okazało   się,   że 
wystarczy okazać zainteresowanie tym, co interesowało 
jego - pomocą dla biednych. Od tej chwili Stuart zawsze 
porzucał   czytaną   przez   siebie   książkę,   kiedy   tylko 
Emma weszła do pokoju.

Penelope nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Emmę 

fascynowała osoba Stuarta. Twierdziła, że James jest od 
niego dużo przystojniejszy. O wiele lepiej prezentował 
się na sali balowej i był obiektem westchnień młodych 
dam, łącznie z Penelope.

Kuzynkę Emmy nie tylko pociągał jego wygląd, nie 

wspominając   już   o   majątku.   James   był   również 
wykształcony,   interesował   się   tym,   co   się   dzieje   w 
świecie,   czytał   nawet   powieści,   co   było   niezwykłe   u 
londyńskiego   dżentelmena.   Potrafił   rozmawiać   na 
wszystkie tematy, a także był dowcipny, natomiast jego 
kuzyn bardzo rzadko przejawiał poczucie humoru.

Jest   zbyt   wiele   cierpienia   na   świecie,   powiedział 

kiedyś Stuart Emmie, żeby pozwalać sobie na żarty, jak 
to zwykle  robił  hrabia. To smutne,  mówił, że  można 
posiadać bogactwo i władzę i wykorzystywać je tylko 
dla zaspokojenia własnych kaprysów.

Emma,   która   przedtem   nie   zauważała   tej   wady, 

teraz, kiedy Stuart jej to uświadomił, szybko doszła do 
wniosku,   że   James   ma   niewłaściwy   system   wartości. 
Mimo swojego ogromnego majątku - należał przecież 
do   najbogatszych   ludzi   w   Anglii   -   gdyby   nie   prośby 

background image

Emmy,   James   Marbury   nie   ofiarowałby   nawet 
miedziaka   na   najbardziej   szczytny   cel.   Twierdził,   że 
wiele   zdobył   swoją   ciężką   pracą,   więc   nie   widzi 
powodu,   żeby   cokolwiek   komuś   rozdawać.   Jeśli 
biednym są tak bardzo potrzebne pieniądze, to czemu 
nie znajdą jakiegoś zatrudnienia i ich nie zarobią, tak 
jak   on   to   zrobił?   A   przecież   on   nawet   nie   musiał 
pracować.   Miał   już   wystarczająco   dużo.   Powiedział 
jednak Emmie, że mężczyzna, który nie pracuje, nie jest 
w ogóle mężczyzną.

Emma   upierała   się,   że   w   Londynie   nie   ma   tylu 

miejsc pracy, żeby zatrudnić wszystkich biedaków - o 
czym poinformował ją Stuart - a dostępna im praca jest 
tak źle płatna, że nie są w stanie wyżywić z niej swoich 
rodzin.   Zawsze   wtedy   słyszała   od   hrabiego,   że   jeśli 
biedacy nie potrafią wyżywić swoich najbliższych, to 
przede wszystkim nie powinni mieć tylu dzieci.

W   ten   sposób   Emma   zmieniła   swoją   opinię   o 

Jamesie   -   z   pozytywnej   na   krytyczną.   Jej   punktem 
honoru było przekonanie hrabiego, że jego poglądy są 
niesłuszne. Gdyby tylko zechciał jej wysłuchać, zamiast 
się z niej wyśmiewać! Tak bardzo chciała sprowadzić 
go   na   dobrą   drogę,   ale   James   okazał   się 
niereformowalny.   Stuart   twierdził,   że   Emma   marnuje 
tylko   czas,   i   pewnie   miał   rację   -   lepiej   niż   ona   znał 
swojego kuzyna. Było jednak dziwne - a przynajmniej 
wydawało się dziwne Emmie - że uczucie Stuarta do 
Jamesa   nigdy   nie   zostało   zachwiane.   Nawet   kiedy 
James   próbował   go   zamordować   -   no,   może   nie 

background image

zamordować, ale przecież tak silnie go uderzył tamtego 
okropnego dnia - Stuart nie zdobył się na najmniejszą 
nawet krytykę swojego kuzyna; mówił tylko, że James 
nie ma natury filantropa. 

Stuart, stwierdziła Emma zresztą nie pierwszy raz, 

trochę   zbyt   dosłownie   traktował   swoje   religijne 
posłannictwo.

Ale to wszystko nie miało już żadnego znaczenia. 

Ku jej radości, James opuszczał wyspę. Pozbyła się go 
bez   kłopotu.   A   potrafił,   kiedy   zechciał,   sprawiać 
kłopoty… Dobrze o tym wiedziała. Emma była pewna, 
kiedy   tak   pospiesznie   się   z   nim   żegnała,   że   on   nie 
wypuści   jej   z   pojazdu,   że   zmusi   ją,   żeby   pojechała 
razem z  nim  do Londynu, ponieważ  właśnie  tego by 
chciał.

A lord Denham zawsze dostawał to, czego chciał.

Mimo   to   pozwolił   jej   odejść.   Zaproszenie   do 

zamieszkania   w   Londynie   z   lady   Denham   było 
prawdopodobnie   tylko   grzecznościowym   gestem   ze 
strony   jego   matki.   Jamesowi   na   pewno   na   tym   nie 
zależało. Jaki mężczyzna chciałby przyjąć do swojego 
domu   biedną   wdowę   po   świątobliwym   kuzynie? 
Szczególnie   jeśli   Penelope   skłoniła   go   wreszcie   do 
małżeństwa. Emma zapomniała go spytać, czy już się 
ożenił. To jej zresztą zbytnio nie obchodziło. Pomyślała 
tylko, że żona - a tym bardziej żona typu Penelope - 
mogłaby patrzeć niechętnym okiem na ubogą krewną w 
swoim domu.

background image

James, żonaty czy też kawaler, odczuł niewątpliwie 

ogromną j ulgę, kiedy Emma nie przyjęła zaproszenia 
jego matki.

To   było   jedyne   rozsądne   wytłumaczenie.   Gdyby 

było inaczej, starałby się przeforsować ten projekt. Był 
przecież   najbardziej   stanowczym   mężczyzną,   jakiego 
znała. Gdyby koniecznie chciał ją zabrać do Londynu, 
to   Emma   musiałaby   stoczyć   ciężką   walkę,   żeby   móc 
stać teraz w swojej klasie i słuchać skrzypienia rysików 
na   tabliczkach.   Mogłaby   równie   dobrzej   być   już   w 
drodze do Londynu.

Następnym   szczęśliwym   zbiegiem   okoliczności 

było   to,   iż   Jamesowi   na   pewno   nie   zależało   na   tym, 
żeby zabrać ją ze sobą. Emma była wszak zdecydowana 
podjąć z nim walkę, bez względu na jego argumenty i 
wyniosły   sposób   bycia,   gotowa   użyć   wszelkich 
środków, nie zważając na to, czy przystają one damie. 
Nie potrafiłaby opuścić swoich dzieci. Wiele z nich, tak 
naprawdę, nie miało poza nią nikogo… Również ona 
nie miała nikogo poza nimi. Opuścić ich? Tak samo nie 
zostawiłaby   Uny   samej   w   domu,   zamiast   pod   opieką 
pani   MacEwan,   jak   to   zrobiła   dzisiejszego   ranka, 
zmuszając pana Murphy'ego, żeby zajechał na farmę jej 
sąsiadów.

Nie, Emma zostaje, James odjeżdża. Co za radość - 

jego wizyta nie pozostawiła żadnych śladów.

Prawie   żadnych,   dodała   w   duchu.   Nie   mogła 

jeszcze   zapomnieć   tej   chwili,   kiedy   upadł   na   nią   w 

background image

pojeździe   i   uchwycił   się   jej   talii.   To   było   raczej 
żenujące   wspomnienie,   ale   doświadczyła   wtedy   tak 
niespodziewanych   emocji,   że   musiała   pokryć   je 
śmiechem.   James   wydawał   się   zirytowany   jej 
rozbawieniem,   co   pobudziło   ją   do   jeszcze   większego 
śmiechu.

Cóż innego mogła zrobić? Już od wielu miesięcy 

nie zaznała dotyku męskich ramion, nie poczuła męskiej 
bliskości. Co prawda, to był tylko James, ale właśnie ten 
fakt był najbardziej zadziwiający! Wiedziała, że to on, 
mężczyzna, którego nie cierpiała, a mimo to odczuła tę 
nagłą tęsknotę…

Jak to się mogło stać? Uścisk ramion Jamesa był 

zupełnie   inny   niż   uścisk   Stuarta.   Kiedy   hrabia   został 
wyrzucony   ze   swojego   siedzenia,   złapał   się   jej   tak 
silnie, że prawie pozbawił ją tchu. Chyba sam się tego 
domyślił,   bo   zaraz   rozluźnił   chwyt…   a   jednak   nie 
cofnął rąk z jej talii. Czyżby był tak jak ona zdziwiony 
emocjami, które wyzwoliło to zdarzenie?

Pachniał również inaczej niż Stuart. Jej mąż zawsze 

roztaczał   woń   cedru;   był   to   zapach   szafy,   w   której 
Emma   trzymała   jego   kamizelki.   James   pachniał 
zupełnie inaczej - mydłem do golenia i… domem.

Sama nie wiedziała, skąd jej to przyszło do głowy, 

ale   tak   właśnie   było.   James   Marbury   pachniał 
Londynem   -   dobrym   mydłem,   pomarańczami   i 
markowym tytoniem. Emma rzadko stykała się z takimi 

background image

produktami   na   Faires,   a   wspomnienia   o   nich   już   się 
prawie zatarły.

To dobrze, pomyślała, kiedy hrabia wyzwolił ją ze 

swojego   uścisku,   że   on   wraca   już   do   Anglii.   Nawet 
bardzo   dobrze.   Żaden   mężczyzna   -   a   szczególnie   tak 
zdradliwy   typ   jak   lord   Denham   -   nie   powinien   tak 
ładnie   pachnieć.   Taki   zapach   pasowałby   do   jakiejś 
dziewczyny. A nawet wdowy.

- Pani Chesterton? - odezwał się jakiś cichy głosik. 

Ten głos i szarpnięcie za spódnicę przywróciło Emmę 
do rzeczywistości. Stała przed nią mała Flora Mackay, 
ściskając w rączce swoją tabliczkę.

-   Dlaczego   wstałaś   ze   swojego   miejsca,   Floro?   - 

spytała   Emma.   -   Myślałam,   że   pracujesz   nad 
arytmetyką.

- Właśnie to robiłam - odrzekła Flora, zniżając głos 

do szeptu. - Chciałam tylko powiedzieć, że odpowiedź, 
którą   pani   napisała,   dziewięćset   sześćdziesiąt   siedem 
podzielone przez dwadzieścia cztery, jest zła.

Emma wzdrygnęła się i popatrzyła na dużą tablicę, 

którą Samuel Murphy, złota rączka wioski, powiesił na 
świeżo pobielonej ścianie. Wpatrywała się w wypisane 
Przez siebie wyniki działań. Hrabia Denham wytrącił ją 
z   równowagi   i   nie   była   dość   uważna   przy   tak 
skomplikowanym dzieleniu.

background image

- Och - szepnęła Emma. - Mogłabyś to poprawić, 

Floro?

Mała   dziewczynka   skinęła   tylko   głową,   wzięła 

kredę i podeszła do tablicy. Emmę, nie po raz pierwszy, 
ogarnęło poczucie  winy. Wiedziała, że  nie  jest  dobrą 
nauczycielką. Może po prostu nie nadawała się do tego 
zawodu?

Ale   co   mogła   zrobić?   Często   zadawała   sobie   to 

pytanie. Dzieci z Faires miały do wyboru szkołę Emmy 
albo   brak   szkoły.   Nikt   nie   chciał   tu   uczyć,   a   jedyny 
nauczyciel na Faires padł ofiarą tyfusu.

Musiała jednak przyznać, że dzieciom, szczególnie 

tym   bardziej   zdolnym,   przydałby   się   ktoś   lepszy   niż 
ona.   Ich   lekcje   powinien   prowadzić   prawdziwy 
nauczyciel,   a   nie   biedna   wdowa   po   miejscowym 
wikarym.   Powinny   uczyć   się   francuskiego,   nauk 
ścisłych, historii i geografii oraz siedzieć przy pulpitach, 
a   nie   na   długich   drewnianych   ławach,   skulone   nad 
swoimi   tabliczkami.   Powinny   mieć   też   prawdziwą 
szkołę, a nie uczyć się w przeraźliwie zimnej, wilgotnej 
latarni   morskiej,   wyposażonej   w   piecyk   na   drewno, 
który stale gasł. Emma zauważyła, że teraz też się już 
nie palił.

Niech   licho   porwie   piecyk,   pomyślała.   I   tak   nie 

potrafił ogrzać tego pomieszczenia, tylko stale dymił. 
Powinna była poprosić hrabiego o pieniądze na kupno 
nowego pieca…

background image

Było jednak bardzo wątpliwe, czy James chciałby 

nadal wspierać jej dobroczynne cele. Po tym, co zaszło 
między   nimi,   nie   mogłaby   nawet   mieć   do   niego 
pretensji.

Musiała   jednak   przyznać,   że   ładnie   się   teraz 

zachował, przyjeżdżając aż z Londynu tylko po to, żeby 
zaproponować jej, by zamieszkała u jego matki. Mógł 
nim   kierować   również   ukryty   motyw   -   Emma   była 
przekonana, że zrobił to, żeby pozbyć się poczucia winy 
po tej strasznej awanturze ze Stuartem - ale bez względu 
na wszystko, to było bardzo miłe z jego strony.

Nawet gdyby Emma nie miała szkoły, jak mogłaby 

przyjąć propozycję lady Denham? To było niemożliwe. 
Na przeszkodzie stał testament pana O'Malleya. Gdyby 
pojechała   do   Londynu,   a   to   wszystko   się   wydało? 
Stałaby się pośmiewiskiem całego Mayfair.

-   John   -   powiedziała   Emma,   po   raz   ostatni 

spojrzawszy   w   okno,   żeby   się   upewnić,   że   James 
naprawdę odjechał - pomóż mi przy rozpalaniu piecyka, 
dobrze? Znowu wygasł.

- Tak, pani Chesterton. - Chłopiec odłożył tabliczkę 

i podszedł do kapryśnego pieca.

To hańba, pomyślała Emma, patrząc na Johna, że 

nie ma pieniędzy na to, żeby posłać go do normalnej 
szkoły.   Chłopak   był   wyjątkowo   zdolny,   za   parę 
miesięcy   ona   już   nie   będzie   w   stanie   niczego   go 
nauczyć.

background image

Powinnam   była,   wyrzucała   sobie   Emma,   zapytać 

hrabiego,   czy   nie   zechciałby   utworzyć   funduszu 
stypendialnego   imienia   Stuarta,   żeby   umożliwić 
najzdolniejszym   chłopcom   naukę   w   college'u. 
Wiedziała,   że   nie   dałby   się   łatwo   przekonać.   "Niech 
pracują i płacą za swoją naukę
", jakby słyszała jego 
słowa.   "Jeśli   tak   bardzo   pragną   się   uczyć,   to   znajdą 
sposób, żeby na to zarobić
".

Istniała jednak szansa, że on się zmienił. Przyjechał 

przecież z Londynu, żeby się osobiście przekonać, jak 
jej   się   powodzi,   a   Emma   dobrze   wiedziała,   że   nie 
cierpiał Szkocji. Może teraz byłby bardziej otwarty na 
jej sugestie niż niegdyś. Śmierć Stuarta mogła hrabiego 
złagodzić; Emma też się zmieniła, zahartowała. A przy 
okazji odkryła w sobie cechy, o których przedtem nie 
miała pojęcia. To było bolesne doświadczenie.

Mogłaby   napisać   do   Jamesa.   Tak,   to   świetny 

pomysł. Zwykły, miły list…

No tak, ale list, który wysłała do jego matki, też był 

"zwykłym" listem, a jakiego narobił zamieszania.

- A niech to - szepnęła, ale zaraz jedno z dzieci 

podniosło   rękę,   żeby   spytać,   dlaczego   napisała,   że 
trzydzieści   podzielone   przez   pięć   jest   siedem,   kiedy 
powinno być sześć, więc Emma od razu zapomniała o 
lordzie Jamesie Marburym.

background image

6

Ale   lord   Denham   nie   zapomniał   o   Emmie.   Jak 

mógłby o niej zapomnieć?

O ich porannym spotkaniu przypomina mu boląca 

ręka, którą mu wreszcie obandażował pozostawiony w 
gospodzie lokaj.

Hrabia   siedział   przy   najlepszym   stoliku   w 

gospodzie,   tak   przynajmniej   twierdziła   usługująca. 
Mary,   młoda   kobieta   o   wydatnym   biuście,   przetarła 
również   szmatą   krzesło,   na   którym   miał   usiąść.   Ten 
"najlepszy" stolik stał blisko drzwi do kuchni, ale nie 
miał ochoty się z nią sprzeczać. Przynajmniej znajdował 
się blisko kominka.

Nie otrzymał karty dań. Mary poinformowała go, 

że dzisiejszy lunch farmera jest doskonały, i spytała, czy 
podać   mu   piwo   czy   jabłecznik.   James   postanowił 
zaryzykować i poprosił o whisky. Mary uśmiechnęła się 
szeroko, chociaż z powodu braków w uzębieniu wcale 
nie było jej z tym do twarzy, i zaczęła wymieniać długą 

background image

listę   trunków.   James   zdał   się   na   przypadek   i   bez 
namysłu wybrał jeden z nich, chcąc się jak najszybciej 
pozbyć bezzębnej dziewczyny. Po chwili przyniosła mu 
małą szklaneczkę trunku…

Było   południe,   dzień   pracy,   więc   James   był 

jedynym klientem w gospodzie "Pod Krową Morską". 
Siedział zamyślony, patrząc w ogień. Był w rozterce. 
Nie   wiedział,   co   powinien   teraz   zrobić.   Miał   równie 
małe szanse zarówno na wywiezienie stąd wdowy po 
swoim   kuzynie,   jak   i   na   znalezienie   miejsca   jego 
wiecznego spoczynku.

To był kolejny problem. Co mógł jeszcze zrobić w 

sprawie Stuarta? Gdzie Emma mogła go pogrzebać, jeśli 
jego   grobu   nie   było   na   miejscowym   cmentarzu? 
Dlaczego ludzie, których pytał, gdzie został pochowany 
wikary,   tak   dziwnie   na   niego   patrzyli?   Powinien   był 
zapytać o to Emmę wprost, ale, do licha, takich pytań 
nie   powinno   się   zadawać   zrozpaczonej   wdowie. 
Szczególnie   że   nie   pytał   o   to,   by   położyć   na   grobie 
wiązankę kwiatów, ale dlatego że chciał ekshumować 
ciało   kuzyna.   Był   przekonany,   że   Emma   miałaby 
własne zdanie na ten temat.

Słowa pastora, kiedy pytał go o miejsce wiecznego 

spoczynku Stuarta, również nie podniosły go na duchu.

- Ciężko mi było - powiedział mu wielebny Peck - 

odmówić   pani   Chesterton,   żonie   mojego   własnego 
wikarego, miejsca na grób dla męża, ale cóż mogłem 
zrobić? Na cmentarzu nie było żadnych wolnych miejsc. 

background image

Obawiam   się   też   -   zwierzał   się   Jamesowi   -   że   pan 
Chesterton nie został pochowany w poświęconej ziemi. 
Pani Chesterton, jak zauważyłem, ma dziwne poglądy. 
Twierdzi między innymi, że każda ziemia jest ziemią 
Boga. Nie możemy przecież na to pozwolić, prawda? 
Ludzie   zaczęliby   wtedy   chować   bliskich   w   swoich 
ogródkach…

Pozostała mu tylko jedna możliwość - spytać żonę 

zmarłego, gdzie pochowała swojego męża, ale on tego 
nie   zrobił.   Od   samego   początku   zachowywał   się   jak 
głupiec   -   najpierw   z   powodu   tego   ogromnego 
wieśniaka,   a   potem   z   powodu   Emmy.   Kto   mógłby 
pomyśleć,   że   stanie   się   taka…   inna?   Przed   rokiem, 
kiedy ją ostatni raz widział, nigdy by nie przypuszczał, 
że   zmieni   się   w…   sam   nie   mógł   określić,   w   co   się 
zmieniła.   Co   się   stało   z   tą   słodką,   pełną   wzniosłych 
ideałów dziewczyną, która tak nieustępliwie domagała 
się od niego pieniędzy na swoje charytatywne cele i z 
którą   tańczył   na   tak   wielu   balach   tamtej   zimy,   w 
trzydziestym   drugim   roku?   Dziewczyną,   która 
zauroczyła wszystkich wdziękiem porcelanowej laleczki 
i   roześmianymi   niebieskimi   oczami?   Jeśli   miał   być 
szczery,   to   widywał   w   jej   oczach   częściej   ogień 
świętego oburzenia. Stale prawiła mu kazania na temat 
jego egoizmu i niewłaściwego postępowania, a on jej na 
to pozwalał, chociaż nie zniósłby takiego zachowania ze 
strony kogoś innego.

background image

Podobało mu się nawet, że Emma tak usilnie stara 

się   go   nawrócić.   To   było   o   wiele   zabawniejsze   niż 
obłuda większości znajomych kobiet.

Może,   pomyślał   James,   wpatrując   się   w   ogień, 

może nic się nie stało z Emmą. Może tylko… dorosła.

Stała się kobietą.

Podniósł   szklaneczkę   whisky   do   ust,   wypił   jej 

zawartość jednym haustem i postawił ją na stoliku…

Zatrzęsło nim.

Dobry Boże! Czy ktoś chciał go zabić?

Ze   łzami   w   oczach   i   płonącym   gardłem   James 

rozglądał   się   rozpaczliwie   dokoła,   przekonany,   że 
umiera.   Ktoś   go   otruł,   ktoś,   kto   wiedział,   że   on 
przyjedzie   na   Faires,   i   nie   chciał   do   tego   dopuścić. 
Kiedy   odwrócił   głowę   w   stronę   szynkwasu,   zobaczył 
stojącego za ladą wysokiego mężczyznę, który krztusił 
się ze śmiechu. Śmiał się z niego.

- Czy mogę spytać - wychrypiał James - co tak pana 

rozbawiło?

-   Pan.   -   Mężczyzna   śmiał   się   głośno.   Odkręcił 

kurek i napełnił kufel jakimś płynem, wyszedł zza baru i 
postawił pokryty pianą napój przed Jamesem. - Niech 
pan to wypije. To pomoże.

background image

James,   którego   palił   piekielny   ogień,   posłuchał 

szynkarza.   Drożdżowy   napój   natychmiast   ugasił 
płomień. Hrabia odzyskał również głos.

- Co to było? - spytał.

- To, co pan zamówił - odparł szynkarz, podnosząc 

szklaneczkę   z   resztką   zabójczego   płynu   do   światła.   - 
Pochodzi z miejscowej destylarni. Trochę ostra, co?

- Ostra? - James potrząsnął głową. Musiał jednak 

przyznać,   że   płyn   podziałał   znieczulająco,   nawet 
stłuczona ręka już go teraz mniej bolała.

- Jeszcze jedną?

- Nie, dziękuję - odrzekł James i znowu zapatrzył 

się w ogień. O czym on myślał? Ach tak, o Emmie. Co 
zrobić z Emmą?

Ta   sprawa   nie   powinna   być   aż   tak   trudna   i   na 

pewno by nie była, gdyby w grę wchodziła inna kobieta. 
James potrafił być czarujący, kiedy tylko zechciał. Co 
prawda,   wszystkie   jego   osiągnięcia   w   romantycznych 
podbojach były zupełnie zwyczajne. Jak w biznesie, tyle 
że o wiele mniej skomplikowane, po prostu rozsądne 
załatwienie sprawy. O wiele bardziej rozsądne niż to, co 
ludzie nazywają miłością.

Naturalnie, przychodziło mu już do głowy, że na 

dalszą   metę   ożenek   byłby   bardziej   opłacalny.   Gdyby 
wybrał sobie odpowiednią narzeczoną, mógłby odnieść 
zysk   z   tego   kontraktu.   Było   wiele   niezamężnych 

background image

młodych   dam,   które   chętnie   przybrałyby   tytuł   lady 
Denham,   wnosząc   mu   jednocześnie   duży   posag.   W 
ciągu   ostatnich   lat   matka   próbowała   niestrudzenie 
zainteresować   go   którąś   z   tych   dam   -   Penelope   van 
Court była na początku listy.

Ten plan miał jednak swoje złe strony. Kiedy ma 

się  dość  żony, nie  można  ofiarować  jej bransoletki  z 
brylantami   i   uprzejmie   się   z   nią   rozstać.   James   nie 
spotkał jeszcze kobiety - z wyjątkiem jednej - która po 
pewnym czasie nie znudziłaby go. Penelope van Court 
była piękna i miała dziesięć tysięcy funtów rocznego 
dochodu,   jednak   według   niego   była   dziewczyną   bez 
wyrazu.   Najstarsza   córka   hrabiego   Derby   miała 
pięćdziesiąt tysięcy funtów i majątek w Shropshire, ale 
James szybko zrezygnował z jej towarzystwa, ponieważ 
nie   potrafiła   mówić   o   niczym   innym   tylko   o   psach 
myśliwskich. Miałby tego wysłuchiwać do końca życia? 
Za żadne pieniądze!

- Proszę. To jest "lunch farmera", jedzenie godne 

samego króla.

James spojrzał na talerz, który postawiła przed nim 

Mary.  Kawał   sera,  kromka  chleba,  kwaszony  ogórek, 
coś   trudnego   do   zidentyfikowania   i   cebula.   To 
niewątpliwie stanowiło główne pożywienie farmerów.

Widząc   niepewny   wzrok   Jamesa,   Mary   zrobiła 

wojowniczą minę.

background image

- To przecież jest haggis - powiedziała, wskazując 

na   parującą   brązową   potrawę   na   talerzu   hrabiego.   - 
Szkocki pudding z podrobów baranich.

- Dziękuję  - powiedział James, zmuszając się  do 

uśmiechu.

I to był błąd. Mary też się do niego uśmiechnęła, 

znów   odsłaniając   bezzębne   dziąsła.   Na   szczęście, 
podeszła do następnego gościa, który właśnie wszedł do 
gospody.

MacTavish,   bo   takie   było   nazwisko   szynkarza, 

obserwował   z   rozbawieniem,   jak   James   ostrożnie 
zabiera się do jedzenia.

-   Przyjechał   pan   tutaj   w   interesach?   -   spytał 

przyjacielskim tonem.

-   Mniej   więcej   -   odrzekł   James,   trzymając   na 

widelcu kawałek rozgotowanej kapusty.

- Tak myślałem. Nie wziąłem pana za jednego z 

przyjaciół   MacCreigha,   mimo   eleganckiego   ubrania. 
Oni nie przyjeżdżają tutaj, tylko siedzą w zamku. Nie 
zadają się z takimi jak my.

James podniósł wzrok. Szybko przełknął kawałek 

sera, który był zresztą całkiem dobry. Miał teraz okazję 
czegoś się dowiedzieć.

- A co to za jeden, ten lord MacCreigh? - spytał.

background image

-   Nie   słyszał   pan   o   zamku   MacCreigh?   -   James 

potrząsnął   głową.   -   Stoi   na   końcu   drogi.   Można   go 
zobaczyć z King's Crag. Zbudowany w siedemnastym 
wieku   i   tak   też   wygląda.   Należy   do   ósmego   barona 
MacCreigh, Geoffreya Baina. Baron nie ma ani grosza, 
ale ma zamek. Często przyjmuje gości, on i jego siostra, 
panna Bain. Moja mama dla nich gotuje. Nie za bardzo 
chcę, żeby sama  tam chodziła, więc robi to tylko od 
czasu do czasu.

- Dlaczego nie chce pan, żeby pana matka chodziła 

do zamku MacCreigh?

- To nic takiego. - MacTavish był zażenowany. - 

Pewnie   tylko   takie   gadanie.   O   złośliwych   duchach   i 
takich   innych,   które   tam   mieszkają.   Po   tym,   jak 
zniknęła narzeczona lorda…

- Zniknęła? - powtórzył James. Rozmowa stawała 

się coraz bardziej interesująca.

- Uciekła, jak mówi MacCreigh. W zeszłym roku. Z 

jego lokajem. Może to prawda, a może i nie. Nikt tego 
nie   wie,   tylko   sam   MacCreigh.   Więc   ludzie   gadają. 
Mówią, że wcale A nie uciekła, tylko że złapał ją na 
gorącym   uczynku   z   innym   mężczyzną   i   zabił   oboje. 
Sam   MacCreigh   niewiele   robi,   żeby   uciąć   te   plotki, 
rozumie pan, co mam na myśli. Zaczął jeździć na koniu, 
który jest czarny jak smoła, w równie czarnej pelerynie. 
Ostatnio częściej przyjeżdża do Faires, od czasu kiedy 
dowiedział się o testamencie O'Malleya.

background image

James położył kawałek sera na chleb i popił piwem. 

Było to nadspodziewanie smaczne.

- Testament O'Malleya?

- Jeszcze pan o tym nie słyszał? - MacTavish wziął 

kufel z lady i zaczął go wycierać. - Facet, który nazywał 
się   O'Malley,   zabił   człowieka   jakieś   sześć   miesięcy 
temu. Oczywiście, nie miał takiego zamiaru. O'Malley 
był   wielkim   chłopem,   wie   pan,   to   był   wielorybnik. 
Wybuchowy,   nie   znał   własnej   siły.   No   i   ten   facet, 
któremu   przywalił,   zaraz   wyzionął   ducha.   Za   to   go 
powiesili, to znaczy O'Malleya. Bardzo żałował tego, co 
się   stało.   Tak   żałował,   że   prosił   sędziego,   który   tu 
przyjechał,   żeby   go   osądzić,   by   pomógł   mu   napisać 
testament,   w   którym   zostawił   wszystko,   co   miał, 
wdowie po zabitym.

MacTavish odstawił kufel i sięgnął po następny.

-   Nikt   nie   wiedział,   że   O'Malley   miał   tyle 

pieniędzy.   Wszystkiego   razem   było   dziesięć   tysięcy 
funtów.   -   Szynkarz   roześmiał   się   głośno.   -   Nic 
dziwnego,   że   kiedy   lord   MacCreigh   się   o   tym 
dowiedział, zaczął częściej przyjeżdżać do miasteczka. - 
Mrugnął   porozumiewawczo   do   Jamesa.   -   Wdowa   po 
wikarym,   on   był   wikarym,   mówiłem   to   panu?   Ten 
mężczyzna, który umarł. No więc ta wdowa… jest na co 
popatrzeć, a do tego jest bogata, jeśli pan wie, co mam 
na myśli?

background image

7

James   nie   miał   pojęcia,   co   MacTavish   miał   na 

myśli. Wiedział tylko, że kawałek chleba z serem utknął 
mu   nagle   w   przełyku.   Sięgnął   po   kufel.   Piwo 
przepchnęło chleb, nie zniosło jednak uczucia grozy.

Odstawił pusty kufel i spojrzał na szynkarza.

- Czy chce mi pan powiedzieć - spytał zduszonym 

głosem   -   że   wikary,   Stuart   Chesterton,   został 
zamordowany?

-   Tak.   -   MacTavish   obrzucił   go   ciekawym 

spojrzeniem.

- Przecież… przecież to niemożliwe - powiedział 

James.   -   On   umarł   podczas   epidemii   tyfusu,   sześć 
miesięcy temu.

- Tak było - przyznał szynkarz. - Ale nie tyfus go 

zabił, tylko ten facet, O'Malley.

James   gwałtownie   zamrugał.   Próbował   sobie 

przypomnieć, jak Emma sformułowała zawiadomienie o 
śmierci męża. Nie podała dokładnej przyczyny, pisała 
tylko,   że   Stuart   umarł,   a   z   powodu   kwarantanny   nie 

background image

mogła ich wcześniej zawiadomić. James i jego matka 
pomyśleli więc, że Stuart umarł na tyfus.

Ale   morderstwo?   Dlaczego   ktoś   miałby   odczuć 

absurdalną   chęć   zabicia   Stuarta?   Poza   Jamesem, 
oczywiście,   który   miał   ochotę   zamordować   swojego 
kuzyna… ale tylko ten jeden jedyny raz.

- Ten O'Malley - powiedział James - dlaczego on to 

zrobił? To znaczy zabił pana Chestertona?

-   Nikt   tego   nie   wie   na   pewno.   -   MacTavish 

wzruszył   ramionami.   -   Miał   całkiem   źle   w   głowie, 
znaczy   ten   O'Malley.   Wiem   tylko   tyle,   że   wikary 
poszedł do jego żony z ostatnim namaszczeniem i zaraz 
potem   były   trzy   trupy:   wikary,   żona   O'Malleya   i   on 
sam, kiedy go za to powiesili…

Oszołomiony tymi nowinami James nie zauważył 

nawet,   że   MacTavish   ponownie   napełnił   jego   kufel. 
Wypił kilka łyków, zanim zadał mu następne pytanie.

-   Mówi   pan,   że   żona   wikarego,   pani   Chesterton, 

odziedziczyła dziesięć tysięcy funtów po mordercy jej 
męża?

-   To   znaczy   ona   je   dostanie   -   powiedział 

MacTavish - kiedy ponownie wyjdzie za mąż.

-   Kiedy   ponownie   wyjdzie   za   mąż?   -   James 

wpatrywał   się   w   niego   w   osłupieniu.   -   O   czym   pan 
mówi?   Czy   Emma   Chesterton   ma   dziesięć   tysięcy 
funtów, czy ich nie ma?

background image

- Nie ma ich - rozległ się z lekka zniecierpliwiony 

głos   za   ich   plecami.   James   odwrócił   się   i   zobaczył 
mężczyznę   w   średnim   wieku,   tego   samego,   który 
niedawno   wszedł   do   gospody.   Siedział   teraz   przy 
stoliku   obok   okna,   odłożył   serwetkę,   obrzucając 
rozmawiających niechętnym spojrzeniem.

- Dziękuję ci, Sean, że poruszyłeś ten temat, kiedy 

miałem ochotę zjeść w spokoju lunch. Dobrze wiesz, że 
to mnie zaraz odrzuca od puddingu twojej matki.

-   Przepraszam   Waszą   Ekscelencję.   -   Szynkarz   z 

trudem powstrzymał uśmiech.

- Lord MacCreigh? - spytał James, przyglądając się 

nieznajomemu.   Według   tego,   co   mówił   szynkarz, 
MacCreigh   nie   powinien   być   tym   zażywnym   typem, 
który tak bardzo lubił haggis.

- Nie MacCreigh - burknął obcy dżentelmen;  ten 

mężczyzna   niewątpliwie   był   dżentelmenem,   jedynym, 
jakiego   James   spotkał   na   Szetlandach.   -   Tylko 
przewodniczący Ławy Królewskiej Sądu Najwyższego i 
prezes Sądu Apelacyjnego, Wydział Kryminalny. Moje 
nazwisko Reardon. Jestem tym sędzią, który pół roku 
temu,   podczas   ostatniej   bytności   na   wyspie,   skazał 
O'Malleya na śmierć. - Pociągnął duży łyk ze swojego 
kufla, odbeknął i westchnął z zadowoleniem.

James   przeniósł   wzrok   z   sędziego   na   szynkarza, 

zastanowił   się   chwilę,   odsunął   krzesło   i   podszedł   do 

background image

stolika   sędziego.   Reardon   obrzucił   go   podejrzliwym 
spojrzeniem.

- Przepraszam, Wasza Ekscelencjo - powiedział - 

czy mógłbym zamienić z panem kilka słów? Ja również 
jestem zamieszany w tę sprawę…

-   Sprawę?   -   Reardon   spojrzał   na   niego 

nieprzychylnie.   Był   postawnym   mężczyzną,   ze 
skłonnościami do tycia, ale widać było również, że nie 
jest pozbawiony poczucia humoru. - Jaka sprawa? Nie 
ma  żadnej   sprawy.  Ona  jest   już  zamknięta.  O'Malley 
zabił   Chestertona,   wdowa   po   Chestertonie   dostanie 
pieniądze O'Malleya, kiedy tylko wyjdzie powtórnie za 
mąż. Jeśli myśli pan o tym, żeby ją poślubić, to niech 
pan   ustawi   się   w   kolejce.   Przed   panem   jest   już   ze 
dwudziestu facetów, młody człowieku.

James,   nie   czekając   zaproszenia,   żeby   usiadł   - 

podejrzewał, że może ono nie nastąpić - szybko zajął 
krzesło naprzeciwko sędziego.

- Proszę mi wybaczyć, sir. Nazywam się Denham, a 

mówiąc   dokładnie   James   Marbury,   dziewiąty   hrabia 
Denham.   Stuart   Chesterton   był   moim   ciotecznym 
bratem.

Reardon   uniósł   brwi   tak   wysoko,   że   omal   nie 

zniknęły pod jego staroświecką, pokrytą pudrem peruką.

background image

-   Hrabia   Denham?   -   powtórzył.   -   Rozumiem… 

Wiedziałem, że Chesteron jest spokrewniony z jakimś 
ważniakiem, ale wszyscy mówili, że to książę.

James zachował milczenie. Nie okazał urazy za to, 

że   został   nazwany   ważniakiem.   Nareszcie   spotkał 
kogoś, kto potrafi mu wyjaśnić okoliczności śmierci i 
pochówku   kuzyna   oraz   dziwną   niechęć   Emmy   do 
wyjazdu.   Patrzył   na   sędziego   spokojnie,   chociaż   z 
trudem panował nad sobą.

- No tak - zaczął Reardon - zaczynam rozumieć, że 

ta sprawa może  pana interesować. - Odsunął krzesło, 
żeby   zrobić   miejsce   dla   swojego   brzucha,   opiętego 
kamizelką w złoto-zielone paski. - Sean, jeszcze jedno 
piwo! - zawołał do szynkarza. - Niech się zastanowię. 
Cioteczny   brat   wikarego,   hę?   Teraz   widzę 
podobieństwo - coś takiego w oczach. Pan jest wyższy i 
silniejszy niż on. O'Malley by pana nie zabił.

- Chyba nie - zgodził się James. - Jeśli mogę spytać, 

sir, skąd się wziął ten warunek?

-   Jaki   warunek?   -   Reardon   podniósł   widelec, 

wracając do swojego puddingu.

-   No…   ten   dziwny   warunek,   o   którym   pan 

wspominał,   że   Emma…   to   znaczy   pani   Chesterton… 
musi ponownie wyjść za mąż, żeby otrzymać dziesięć 
tysięcy funtów O'Malleya.

background image

- Aha. - Sędzia popił haggis piwem. - O to chodzi. 

Niech się pan nad tym zastanowi przez chwilę. Przecież 
ją   pan   zna.   W   końcu   wyszła   za   mąż   za   pańskiego 
kuzyna.

- Tak - przytaknął poważnie James. - Znam ją.

- Czy powierzyłby pan tej kobiecie dziesięć tysięcy 

funtów? - James otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale 
sędzia mówił dalej. - Oczywiście, że nie. Wzięłaby te 
dziesięć   tysięcy   i   podarowała   je   zaraz   towarzystwu 
misyjnemu   albo   wydała   na   to   beznadziejne 
przedsięwzięcie, które nazywa szkołą. Nikt nie wie, co 
by z tymi pieniędzmi zrobiła. Na pewno nic rozsądnego. 
Tego jestem pewny.

James   też   napił   się   piwa.   Chyba   tego   bardzo 

potrzebował.

- Więc tak - powiedział. - Postawił pan warunek, że 

ona nie dostanie ani grosza z fortuny O'Malleya, dopóki 
nie   wyjdzie   za   mąż,   co   ma   być   gwarancją,   że   te 
pieniądze zostaną wydane… hm… mądrze.

- Właśnie tak. - Reardon uderzył dłonią w stół tak 

głośno,   aż   James   podskoczył   na   krześle.   -   Dokładnie 
tak. Dla jej własnego dobra, rozumie pan. Nie ma nic 
gorszego jak dama o czułym sercu i do tego z workiem 
pieniędzy. Chociaż z punktu widzenia naciągacza to nie 
ma nic lepszego. Przypuszczam, że gdybym dał jej te 
dziesięć   tysięcy   w   grudniu   zeszłego   roku,   dzisiaj   nie 
miałaby   już   ani   szylinga.   A   tak   te   pieniądze   są 

background image

bezpieczne i przynoszą niezłe odsetki z konta, które dla 
niej   założyłem.   Kiedy   pani   Chesterton   zdecyduje   się 
wyjść   za   mąż,   przekażę   to   konto   jej   mężowi,   który 
może, według swojego uznania, pozwalać jej z niego 
korzystać.   Nie   wierzę   jednak,   żeby   to   miało   szybko 
nastąpić.   Wdowa   Chesterton   nie   spieszy   się   ani   do 
małżeństwa, ani, jak widać, do pieniędzy.

Podszedł   do   nich   MacTavish   z   dwoma   pełnymi 

kuflami.

-   Sam   jej   to   proponowałem   -   powiedział   ze 

śmiechem. - W zeszłym miesiącu zaczepiłem ją przed 
kościołem.   Podziękowała   mi,   ale   powiedziała,   że   nie 
wybiera się jeszcze za mąż, ponieważ jest w żałobie po 
Stuarcie Chestertonie.

Reardon podniósł  swój  kufel, jakby chciał  wypić 

toast za młodego szynkarza. James zauważył teraz, że 
ten   był   wysokim,   pięknie   zbudowanym   mężczyzną, 
człowiekiem,   który   zaskarbia   sobie   natychmiastową 
sympatię... chociaż to, co powiedział, wzbudziło nagłą 
antypatię Jamesa.

-   Jestem   po   twojej   stronie,   młody   człowieku   - 

powiedział   sędzia   do   MacTavisha.   -   Jeśli   ktoś   jest 
godny naszej pani Chesterton, to właśnie ty, Sean.

- Zbyt często widywała mnie z Myrą MacAllister. - 

Szynkarz   potrząsnął   głową.   -   Powiedziała,   że   jestem 
głupi, chcąc się żenić dla pieniędzy, a nie z miłości, i 
poradziła,   żebym   trzymał   się   Myry.   -   Zmarszczył 

background image

gniewnie brwi, kiedy sędzia serdecznie się roześmiał. - 
Strasznie   śmieszne   -   mruknął.   -   Myra   też   mnie   nie 
zechce, dopóki nie będę miał swojego domu. Nie chce 
zamieszkać z moją mamą.

- Widzi pan? - Reardon zwrócił się do Jamesa. - 

Tak to wygląda na Faires. Przyjeżdżam tu tylko dwa 
razy do roku, na wyjazdowe sesje sądu, ale dobrze znam 
tych ludzi. Znam ich od podszewki.

-   To  niedorzeczne   -  powiedział  z  irytacją  James. 

Sam   nie   wiedział,   czy   bardziej   go   rozzłościła 
pompatyczna przemowa sędziego, czy też stwierdzenie 
szynkarza,   że   oświadczył   się   Emmie.   -   Mówimy 
przecież o wdowie, biednej wdowie, którą pan…

- Opiekuję się - zakończył spokojnie Reardon.

- Pozwoli pan, że się z nim nie zgodzę, sir. - James 

potrząsnął   głową.   -   Jestem   przekonany,   że   nigdzie   w 
Anglii   nie   istnieje   taki   precedens   w   orzecznictwie 
sądowym.  Gdyby  pani  Chesterton zechciała, mogłaby 
wystąpić przeciwko tej śmiesznej, ustanowionej przez 
pana klauzuli, i w każdym sądzie z łatwością wygrałaby 
sprawę.

Reardon   obserwował   go   uważnie,   nie   był   już 

rozbawiony.

-   Mogłaby,   ale   tego   nie   zrobi.   Zapomina   pan, 

milordzie, że ja sprawuję opiekę nad panią Chesterton. 
Ona nie ma ojca, brata ani męża, nie ma nikogo. Jest 

background image

sama   na   świecie,   więc   ja   postanowiłem   dopilnować, 
żeby nikt jej nie oszukał, wykorzystując jej naiwność. 
To dobra kobieta, której jedyną wadą jest to, że zbyt 
szybko   otwiera   swoje   serce…   i   swoją   sakiewkę.   - 
Reardon   odstawił   kufel   i   zmierzył   Jamesa   stalowym 
spojrzeniem.   -   Nie   wiem,   kim   pan   dla   niej   jest, 
milordzie, wiem tylko, że widzę pana po raz pierwszy. 
Jeśli tak panu zależy na tej dziewczynie i tak się pan 
troszczy   o   jej   dobro,   to   gdzie   pan   był   przez   tyle 
miesięcy, które upłynęły od śmierci jej męża? Właśnie 
tego chciałbym się dowiedzieć. 

James popatrzył na niego ze zdumieniem.

-   Nie   wiem,   co   pan   sugeruje,   chcę   tylko   pana 

poinformować,   że   wiadomość   o   śmierci   kuzyna 
dostałem dopiero przed tygodniem. Przyjechałem tu tak 
szybko,   jak   mogłem.   Proponowałem   już   pani 
Chesterton,   żeby   zamieszkała   z   moją   matką,   ale 
odrzuciła tę ofertę…

- To zrozumiałe - przerwał mu sędzia. - Ona nie 

opuści tych dzieci, które uczy albo uważa, że uczy. To 
jest przedmiot do dyskusji. Te dzieciaki wydają mi się 
tak samo niedouczone, jak były, tylko trochę bardziej 
obeznane z twórczością Waltera Scotta. Trzeba jednak 
zrozumieć   przywiązanie   pani   Chesterton   do   swoich 
uczniów,   biorąc   pod   uwagę,   że   ona   i   jej   mąż   nie 
doczekali się własnego potomstwa.

James poruszył się na krześle. Własne potomstwo! 

To było dziwne, ale nigdy mu nie przyszło do głowy, że 

background image

jego kuzyn i Emma mogliby pragnąć dzieci, nie mówiąc 
już   o   tym,   że   mogliby   czynić   wysiłki   w   celu   ich 
posiadania.

Przecież   jest   to   naturalna   konsekwencja 

małżeństwa. James nie miał pojęcia, dlaczego myśl o 
dzieciach   Emmy   i   Stuarta   wyprowadziła   go   z 
równowagi. Tylko że on nigdy - co było jawną głupotą 
z jego strony - nie brał pod uwagę faktu, że Stuart, który 
przede   wszystkim   skłaniał   się   ku   sprawom   ducha, 
mógłby   rzeczywiście…   I   to   z   Emmą,   ze   wszystkich 
kobiet świata!

Dobry   Boże!   Ta   myśl   go   przygnębiła   do   reszty. 

Czuł,   jak   krew   odpływa   mu   z   twarzy,   Wiedział,   że 
zachowuje   się   śmiesznie.   Przecież   oni   byli   mężem   i 
żoną. Jak mógł przypuszczać, że się pobrali i nie…

Nie chciał nawet o tym myśleć. Nie mógł o tym 

myśleć.

Sędzia   Reardon   przyglądał   się   Jamesowi   i 

stopniowo   odzyskiwał   humor.   Rozbawiła   go   reakcja 
hrabiego na wzmiankę o łożu małżeńskim jego kuzyna.

- Kim pan mówił, że pan jest, sir? - zapytał wesoło 

sędzia. - Kuzynem jej męża?

- Tak - powiedział James. - Wie pan, pomiędzy mną 

a Stuartem wynikło pewne nieporozumienie, na krótko 
przed   jego   ślubem   z   Emmą.   Od   tego   czasu   nie 

background image

rozmawialiśmy   ze   sobą.   Przyjechałem   zaraz   po 
otrzymaniu wiadomości o jego śmierci…

-   Żeby   złożyć   uszanowanie   wdowie?   -   spytał 

podstępnie Reardon.

- Hm,  tak - odrzekł James. Nie widział potrzeby 

zdradzania   prawdziwego   powodu   swojej   podróży   na 
Faires. Sędzia Reardon nie wydawał się człowiekiem, 
który przykłada wagę do rodzinnych grobowców. - Tak, 
oczywiście   -   dodał.   -   Chciałem   ją   też   prosić,   żeby 
zamieszkała ze mną, to znaczy z moją matką.

Reardon uśmiechnął się. To był dziwny uśmiech. 

Niezbyt podobał się Jamesowi.

- Rozumiem - powiedział tylko. - A ona odrzuciła 

pana propozycję.

- Tak.

-   Wraca   więc   pan   na   stały   ląd?   -   Sędzia   rzucił 

okiem na wiszący nad szynkwasem zegar. - Wie pan, że 
dzisiaj uciekł już panu jedyny prom.

- Nie, nie wracam. Sądziłem, że…

Nagle wszystko się stało dla niego jasne. Jeszcze 

przed chwilą siedział załamany, nie mając pojęcia, jaki 
będzie jego następny krok, a teraz już wiedział, co ma 
zrobić.

background image

-   Zostaję   tu   -   powiedział   stanowczo.   -   Zostanę   i 

ponownie jej to zaproponuję, kiedy będzie miała trochę 
więcej czasu do namysłu.

- Niesłychanie szarmanckie zachowanie - zauważył 

sędzia. - I nawet nie wiedział pan o dziesięciu tysiącach 
funtów…

-   Oczywiście,   że   nie.   -   James   obrzucił   go 

oburzonym   spojrzeniem.   -   Nie   potrzebuję   dziesięciu 
tysięcy   funtów,   które   kiedyś   należały   do   mordercy 
mojego kuzyna. - Widząc, że sędzia patrzy na niego z 
powątpiewaniem,   James   poczuł   się   urażony.   - 
Uważałem,   że   przyjazd   na   Faires   jest   moim 
obowiązkiem.   Chciałem   zaoferować   pani   Chesterton 
swoją opiekę …

- Którą ona odrzuciła.

- Tak. Na razie. - James zacisnął wargi. Irytował go 

zwyczaj sędziego stawiania kropki nad i.

- Interesujące. - Sędzia obserwował teraz Jamesa z 

ciekawością.   -   Bardzo   interesujące.   Mówił   pan,   że 
mieliście   małe   nieporozumienie   z   kuzynem.   Mam 
nadzieję, że nie chodziło o panią Chesterton?

James   czuł,   że   nadszedł   czas,   żeby   zakończyć   tę 

rozmowę.

- Myślę, że już zbyt długo się panu naprzykrzam - 

powiedział,   odsuwając   krzesło.   -   Wrócę   do   swojego 
stolika.

background image

Reardon   skrzyżował   ręce   na   swoim   wydatnym 

brzuchu;   i   popatrzył   na   Jamesa   nieodgadnionym 
wzrokiem.

- Denham - powiedział zamyślony. - Powinien pan 

być w herbarzu.

Ten stary nudziarz chce sprawdzić jego nazwisko w 

herbarzu!   Niech   mu   będzie.   Znajdzie   tam   tylko 
informację,   że   rodzina   Marburych   należy   do 
najstarszych   i   najbardziej   szacownych   angielskich 
rodzin.

- Niewątpliwie, sir - powiedział James, obciągając 

kamizelkę.

- Dziękuję. - Reardon pochylił głowę z uśmiechem 

zadowolenia. - Bardzo mi było miło.

James   wrócił   do   swojego   stolika   i   do   swojego 

szkockiego puddingu. Nigdy się jeszcze nie spotkał z 
tak   niedorzeczną,   wręcz   absurdalną   sytuacją,   jak 
postanowienie   sędziego   w   sprawie   testamentu 
O'Malleya. To było postępowanie wręcz barbarzyńskie. 
Jak mógł zamrozić majątek Emmy tylko dlatego, że ta 
była z natury zbyt hojna? To było groteskowe. To było 
uwłaczające. To było… to było…

W   gruncie   rzeczy   to   było   uczciwe   załatwienie 

sprawy. Reardon miał świętą rację. Emma nie potrafiła 
zarządzać pieniędzmi. Niby skąd miała się na tym znać? 
Nigdy   nie   posiadała   własnych   funduszy.   Została 

background image

wychowana wśród bogactwa, ale w wieku osiemnastu 
lat wyszła za mąż za człowieka, który nie miał grosza 
przy   duszy.   Od   tamtej   pory   była   biedna   jak   mysz 
kościelna.

James   musiał   przyznać   sędziemu,   że   doskonale 

rozwiązał ten problem, poza tym że…

Emma nie chwyciła przynęty. Tak samo jak James, 

nie miała ochoty wstępować w związek małżeński.

Jedyna różnica między nimi polegała na tym, że nie 

tak   dawno   temu   był   ktoś,   kogo   James   chętnie   by 
poślubił.

Ale ubiegł go kuzyn.

8

Emma   Chesterton   podniosła   pierwszą   tabliczkę   i 

zaczęła czytać: "Kiedy dorosnę, chcę być rybakiem jak 

background image

mój tata i pływać po możu. Zobaczę inne światy i będę  
chytać dużo ryb. Potem wrócę do domu i ożenię się z 
panią, pani Chesterton
".

Emma  poprawiła błędy ortograficzne, napisała na 

marginesie "Dziękuję ci, Robbie" i odłożyła tabliczkę. 
Dobry   Boże,   pomyślała,   już   dziewięcioletni   chłopcy 
składają   mi   propozycje   małżeńskie.
  Musiała   jednak 
przyznać, że oświadczyny Robbiego były najszczersze 
ze wszystkich, z którymi się do tej pory spotkała.

Na   następnej   tabliczce   Bridget   Donahue   napisała 

dużymi   literami,   "Kiedy   dorosnę,   chcę   mieć   kręcone 
włosy,   takie   jak   pani,   pani   Chesterton
".   Emma 
machinalnie dotknęła włosów. Jej gęste loki wysunęły 
się   już   z   podtrzymujących   je   szpilek   i   swobodnie 
opadały   na   ramiona.   Dlaczego   została   pokarana   tymi 
niesfornymi kręconymi włosami? Wiele by dała za to, 
żeby mieć proste włosy, jak Bridget, z którymi łatwo 
było dać sobie radę. 

Właśnie pisała to na tabliczce, kiedy usłyszała, że 

ktoś   gwałtownie   otwiera   drzwi   latarni.   Spojrzała   na 
przywieszony do paska zegarek, nie podnosząc głowy.

-   Znowu   się   spóźniłeś,   Fergus.   Jeśli   musisz 

codziennie wracać po lekcjach do domu, żeby nakarmić 
kota,   to   przynajmniej   nie   powinieneś   się   przy   tym 
guzdrać. Ja też, po naszej lekcji, muszę szybko wracać 
do domu, żeby nakarmić swoje zwierzęta.

background image

-   Bardzo   panią   przepraszam,   pani   Chesterton.   - 

Usłyszała jakiś głęboki głos. - Ja na pewno nie będę się 
guzdrać.

Zaskoczona   Emma   podskoczyła   na   krześle,   omal 

nie zrzucając na podłogę uczniowskich tabliczek.

- Och! - wykrzyknęła. - Baron MacCreigh. To pan! 

Lord MacCreigh uśmiechał się szeroko, idąc do niej 

pomiędzy dwoma rzędami ławek. Emma szybko wstała 
od stolika, przytrzymując ręką chwiejące się tabliczki.

-   Nie   chciałem   pani   przestraszyć,   Emmo   - 

powiedział   baron,   zbliżając   się   do   niej   szybkim 
krokiem, omiatając po drodze ławki swoją długą, czarną 
peleryną.   -   Wstąpiłem   tylko,   bo   byłem   ciekaw,   czy 
słyszała już pani tę nowinę.

Emma   zaczęła   się   cofać   i   teraz   stała   tak   blisko 

piecyka, że żar przenikał przez jej wełnianą spódnicę i 
liczne halki.

- Nowinę, milordzie? - spytała słabym głosem.

Miała   nadzieję,   że   to   nie   ma   nic   wspólnego   z 

poranną   wizytą   hrabiego.   Nie   życzyła   sobie   dalszych 
komplikacji;   jej   stosunki   z   lordem   MacCreighem 
przysparzały jej i tak dużo kłopotów. Wiedziała, że dąży 
on do tego, żeby ją poślubić.

- Tak - powiedział.

background image

Lord   MacCreigh   ubrany   był   w   czarny   kostium 

jeździecki, równie czarny jak maść jego konia, który był 
pewnie przywiązany na zewnątrz. Zbyt sobie wziął do 
serca fakt, że został porzucony przez narzeczoną, Clare 
McLellen,   i   przyjął   wręcz   teatralny   sposób   ubierania 
się,   który   pasował   do   roli   opuszczonego   kochanka. 
Postawił nogę na ławce i oparł na niej łokieć. Emma 
chwyciła tabliczki swoich uczniów, chroniąc je przed 
upadkiem.

- Sędzia Reardon przyjechał na sesję wyjazdową - 

powiedział   od   niechcenia.   -   Kiedy   jechałem   do 
miasteczka,   zauważyłem,   że   zamienił   kuźnię   na   salę 
sądową. Wie pani, co to oznacza, prawda, Emmo?

Emma   zaczęła   układać   tabliczki,   przekonana,   że 

prędzej   czy   później   lord   MacCreigh   zrzuciłby   je   ze 
stołu.

-   Nie   -   odrzekła,   starając   się   nie   patrzeć   mu   w 

twarz.

Usiłowania barona, żeby wyglądać na mężczyznę, 

którego   spotkała   okropna   tragedia   -   czarny   strój   i 
ponury   wyraz   twarzy   -   nie   szły   w   parze   z   jego 
płomiennorudymi   włosami,   skręconymi   w   drobne 
loczki, prawie jak włosy Emmy. Nie dość tego, zamiast 
szlachetnej,   pobrużdżonej   troskami   twarzy 
romantycznego   bohatera,   fizjonomia   barona 
przypominała raczej obsypaną piegami dziecinną buzię.

background image

Ratowały   go   jasnoniebieskie   oczy,   ale   i   one,   ku 

zgryzocie   barona,   nie   miały   niepokojącego   wyrazu; 
przypominały   raczej   blady   błękit   nieba   podczas 
upalnych dni lata.

- Hm. -  mruknęła Emma. Dzieliła teraz tabliczki na 

trzy   kupki,   na   jednym   miejscu   kładła   te,   które   już 
poprawiła,   a   niepoprawione   ułożyła   w   dwa   równe 
stosiki.

- Nie, nie wiem, co to może oznaczać, milordzie - 

powiedziała wreszcie.

Lord MacCreigh wykonał niecierpliwy gest ręką.

- Ależ Emmo! Przecież teraz nadarza się doskonała 

okazja, żeby ogłosić publicznie tę intencję.

Emma spojrzała na drzwi. Niestety, były zamknięte. 

Wszystkie dzieci poszły już do domu i żadne nie miało 
tu wrócić, z wyjątkiem Fergusa, któremu Emma dawała 
dodatkowe lekcje trzy razy w tygodniu. Chłopiec miał 
słaby wzrok i w związku z tym trudności z czytaniem.

-   Intencję?   -   powtórzyła   Emma,   udając,   że   nie 

rozumie.

Może, pomyślała,  jeśli uda mi się przeciągnąć tę 

rozmowę, to doczekam się  Fergusa. Lord MacCreigh 
nie ośmieli się niczego zrobić, jeśli będzie tu chłopiec.

-   Emmo   -   powiedział   z   uśmiechem   lord.   Na 

szczęście jego łokieć nadal spoczywał na kolanie i nic 

background image

nie wskazywało na to, że ma zamiar wyciągnąć rękę, 
żeby   chwycić   Emmę,   chociaż   stała   bardzo   blisko.   - 
Doskonale   pani   wie,   co   chcę   przez   to   powiedzieć. 
Uważam,   że   powinniśmy   zawiadomić   sędziego,   iż 
mamy   zamiar   się   pobrać,   żeby   mógł   już   poczynić 
odpowiednie kroki w sprawie pani spadku.

Emma potrząsnęła głową.

-   To   tylko   pana   zamiar,   lordzie   MacCreigh   - 

powiedziała. - Ale nie mój. Dobrze pan wie, że nie mam 
zamiaru powtórnie wychodzić za mąż.

- Niech pani nie będzie śmieszna, Emmo - odrzekł 

baron. - To oczywiste, że znowu wyjdzie pani za mąż. 
Nic   innego   pani   nie   pozostało.   Czy   chciałaby   pani 
uczyć w tej nędznej imitacji szkoły do późnej starości?

- Zrobię to, jeśli będę chciała - odrzekła spokojnie 

Emma.

Lord   MacCreigh   nadąsał   się   jak   mały   chłopiec. 

Emma miała dla niego więcej pobłażania niż dla innych 
swoich   adoratorów,   może   tylko   z   wyjątkiem   Cletusa. 
Tajemnicze   zniknięcie   narzeczonej   barona   wywołało 
wiele plotek. Ludzie nie chcieli wierzyć, że ona uciekła, 
jak twierdził lord MacCreigh, z jego lokajem. A może 
nakrył ich na gorącym uczynku, zabił i wrzucił ciała do 
zamkowych lochów?

Chociaż Emma niezbyt lubiła barona, była jedyną 

osobą   na   wyspie,   która   wiedziała,   że   on   nie   jest 

background image

mordercą. Gdyby zachowywał się z większym umiarem, 
mogłaby   mu   nawet   współczuć;   mieszkał   w 
rozpadającym się zamku, nawiedzanym podobno przez 
złe duchy, a jego jedynym towarzystwem była okropna 
siostra.

To jednak nie oznaczało, że Emma miałaby ochotę 

wyjść za niego za mąż. Nawet gdyby nie wiedziała, że 
baron   chce   się   z   nią   ożenić   tylko   po   to,   żeby   móc 
przeznaczyć   dziesięć   tysięcy   funtów   O'Malleya   na 
remont zamku, nie mogłaby poślubić mężczyzny, który 
rozsiewał wokół siebie tak silny zapach stajni.

Baron zdjął nogę z ławki i przeczesał dłonią swoje 

rude loki.

-   Po   co   ta   niemądra   sprzeczka?   Jesteśmy   sobie 

przeznaczeni, Emmo, a ja nie mam ochoty czekać na te 
pieniądze do kolejnej sesji sądu, skoro równie dobrze 
możesz   je   otrzymać   jutro.   -   Chwycił   ją   za   ramię.   - 
Idziemy.

Tym   razem   głos   barona   zabrzmiał   stanowczo   i 

Emma  wiedziała, że  jest zdecydowany przeprowadzić 
swoją wolę. Starała się jeszcze obrócić wszystko w żart, 
chociaż   nie   widziała   nic   zabawnego   w   tej   sytuacji. 
Sędzia Reardon myślał pewnie, że odda jej przysługę, 
kiedy obwarował testament O'Maleya dziwną klauzulą, 
ale te pieniądze stały się przekleństwem Emmy.

- Doprawdy, milordzie - roześmiała się, próbując 

odsunąć się od niego. - Pana zapał pozbawia mnie tchu.

background image

Lord   MacCreigh   nie   puścił   jej   ramienia,   chociaż 

usiłowała mu się wyrwać. Miał zacięty wyraz twarzy i 
Emma nawet trochę się przestraszyła. Oczywiście, nie 
miała się czego bać, wystarczy, że powie "nie", kiedy 
staną przed sędzią.

Bała   się   jednak   tego,   co   nastąpi   po   jej   "nie", 

chociaż   dobrze   wiedziała,   że   Geoffrey   Bain   nie 
zamordował swojej narzeczonej…

Co wcale nie  musiało oznaczać, że  nie  byłby do 

tego zdolny.

-   Doprawdy,   lordzie   MacCreigh   -   powiedziała 

Emma   zbyt   nerwowo.   Próbowała   zapanować   nad 
głosem. - Ja… ja czekam na Fergusa MacPhersona.

-   Na   tego   małego   ślepca?   -   Lord   MacCreigh 

podniósł oczy do góry. - Emmo,  pani zbyt  poważnie 
traktuje swoje obowiązki.

- Powinien już tu być - powiedziała, niespokojnie 

zerkając w stronę drzwi. - Nie chciałabym sprawić mu 
zawodu. I tak ma wystarczająco ciężkie życie…

Lord mruknął coś pod nosem i popchnął ją w stronę 

ściany, gdzie na wbitym w ścianę haczyku wisiała jej 
peleryna i kapelusz.

- Chodźmy - powiedział. - Ten chłopak może odbyć 

swoją lekcję innego dnia. Reardon będzie tu tylko do 
jutra albo do pojutrza. Nie mamy czasu do stracenia.

background image

Emma   wytężała   wzrok,   żeby   przez   grube   szyby 

okna   latarni   zobaczyć,  czy  Fergus   nie   nadchodzi.  Co 
prawda, nie miała pojęcia, jak mógłby jedenastoletni, na 
wpół ślepy chłopak obronić swoją nauczycielkę przed 
wysokim, dorosłym mężczyzną.

Jej   modlitwy   zostały   jednak   wysłuchane,   chociaż 

odbyło   się   to   inaczej,   niż   przewidywała.   Fergus 
MacPherson,   którego   wzrok   nigdy   nie   był   dobry,   a 
jeszcze stale się pogarszał, zauważył jednak, że ogier 
lorda   jest   przywiązany   przed   latarnią.   Dostrzegł   też 
bardzo   wysokiego   mężczyznę   w   cylindrze,   który 
nadchodził   od   strony   miasteczka,   wywijając   laską. 
Mimo złego wzroku Fergus spostrzegł również, że ten 
mężczyzna   zaskoczony   był   widokiem   konia.   Przestał 
wymachiwać laską i szybko podszedł do Fergusa.

- Wiesz, czyj to koń?

Chłopiec   przechylił   głowę,   żeby   się   przyjrzeć 

nieznajomemu. Robił tak, żeby móc lepiej widzieć, ale 
ludzie   często   się   wtedy   peszyli.   Wysoki   dżentelmen 
wydawał się niczego nie zauważać. Wpatrywał się w 
blask   ognia,   widoczny   za   oknem,   co,   jak   wiedział 
Fergus,   dowodziło,   że   pani   Chesterton   jeszcze   tam 
była… tak samo jak koń wskazywał na to, że nie była 
tam sama.

- Wydaje mi się - powiedział wolno Fergus - że to 

koń lorda MacCreigh.

background image

- Lorda MacCreigh? - Wysoki dżentelmen nie był 

zachwycony tą informacją. - Z zamku MacCreigh?

Fergus ściągnął brwi.

- Tak, sir. Tylko jeden lord MacCreigh mieszka na 

Faires. On jest…

Nieznajomy   ruszył   zdecydowanym   krokiem   do 

latarni. Mignął tylko Fergusowi przed oczami.

-   Panie!   Niech   pan   zaczeka!   Panie!   -   krzyczał 

chłopak.

Morze   głośno   szumiało,   więc   obcy   mężczyzna 

pewnie go nie dosłyszał. Fergus pobiegł za nim. Pani 
Chesterton   zawsze   mówiła,   że   ich   obowiązkiem   jest 
opiekowanie się ludźmi, którzy są chorzy albo mają źle 
w głowie. Ten dżentelmen musiał mieć źle w głowie, 
jeśli   uważał,   że   nic   się   nie   stanie,   gdy   przeszkodzi 
baronowi,   kiedy   ten   się   ponownie   oświadcza   pani 
Chesterton.   Wszyscy   przecież   wiedzieli,   że   lord 
MacCreigh zamordował swoją narzeczoną.

Fergus uznał, że powinien zawiadomić o tym tego 

obcego   mężczyznę,   więc   biegł   co   sił   w   nogach, 
przytrzymując czapkę, żeby wiatr jej nie zerwał.

- Panie! - krzyczał. - Panie, na pana miejscu nie 

wchodziłbym tam.

Obcy dżentelmen, który miał bardzo długie nogi, 

nie zwolnił kroku.

background image

- Idź do domu, chłopcze - powiedział tylko.

- Naprawdę, proszę pana - dyszał zmęczony Fergus, 

biegnąc obok niego. - Mówię poważnie. Pan nie zna 
lorda MacCreigh. To morderca. Mówią, że zabił własną 
narzeczoną, kiedy przyłapał ją z innym mężczyzną. On 
jest niebezpieczny.

-   W   takim   razie   powinieneś   stąd   odejść, 

młodzieńcze - powiedział nieznajomy, stojąc już przy 
drzwiach   latarni.   Zaczął   zdejmować   skórzane 
rękawiczki, jakby szykując się do walki. - Zostaw lorda 
mnie.

Fergus   nachmurzył   się.   Jeśli   ten   wariat   szuka 

śmierci,   to   już   jego   sprawa.   Trzeba   mu   jednak   coś 
poradzić.

-   Jeśli   chce   go   pan   uderzyć   -   powiedział 

swobodnym tonem - to niech pan bije nisko. Poniżej 
pasa. Tylko wtedy może go pan zwalić z nóg.

-   Na   pewno   nie   uderzę   lorda   poniżej   pasa   - 

powiedział   nieznajomy,   rozluźniając   węzeł   krawata.   - 
Dziwię   się,   że   możesz   sugerować   taką   rzecz. 
Dżentelmeni nie biją poniżej pasa.

- Nie powinni też zabijać swoich narzeczonych - 

stwierdził   Fergus,   trzymając   cylinder   i   ozdobioną 
srebrną   gałką   laskę,   które   wcisnął   mu   do   rąk 
nieznajomy.   -   Ale   to   wcale   nie   powstrzymało   lorda 
MacCreigh.

background image

Obcy mężczyzna wrzucił rękawiczki do cylindra i 

położył dłoń na ryglu.

-   Zobaczymy.   A   ty   tu   czekaj   -   polecił.   -   Jeśli 

usłyszysz strzały, pobiegnij po sędziego pokoju.

- Sędzia pokoju? Na Faires? - prychnął Fergus. 

9

James   nie   był   pewny,   kto   z   nich   miał   bardziej 

zdumioną   minę,   kiedy   otworzył   drzwi   latarni:   Emma 
czy ten mężczyzna, który ściskał ją za ramię i dosłownie 
wlókł   po   podłodze,   trzymając   w   drugiej   ręce   jej 
pelerynę i kapelusz.

- Halo - powiedział James dość spokojnym tonem. 

Oczywiście,   bynajmniej   nie   był   spokojny.   Na   widok 
poniewieranej   w   ten   sposób   Emmy   ogarnęła   go 
mordercza furia.

To   uczucie   pewnie   odbiło   się   na   jego   twarzy, 

ponieważ baron natychmiast puścił ramię Emmy, która 

background image

zachwiała   się   na   nogach.   Po   chwili,   ku   zdumieniu 
Jamesa i, jak musiał przyznać, ku jego wielkiej radości - 
Emma   podbiegła   do   niego,   uchwyciła   się   dwiema 
rękami jego ramienia i trzymała z całej siły.

- James! - wykrzyknęła radosnym głosem. - James, 

jaka miła niespodzianka!

Teraz   dopiero   zorientował   się,   jak   bardzo   Emma 

musiała być zaniepokojona: nigdy w życiu nie zwracała 
się   do   niego   po   imieniu.   Mówiła   zawsze   "lordzie 
Denham"   albo   "milordzie",   ale   nigdy,   przenigdy 
"James". Nigdy go tak nie nazwała. Przez te wszystkie 
lata.

Nigdy też jego widok tak jej nie uradował.

-   Myślałam,   że   odpłynąłeś   już   promem   - 

powiedziała.   Czuł,   jak   mocno   bije   jej   serce,   kiedy 
przytulała się do jego ramienia. Była trochę zdyszana, 
mówiła zbyt szybko i zbyt wiele. - Co się stało? Chyba 
się   nie   spóźniłeś?   Ale   to   nic   nie   szkodzi.   Na   pewno 
znajdzie   się   jakiś   pokój   w   gospodzie.   A   jeśli   pani 
MacTavish   ma   komplet,   to   jest   przecież   rozkładana 
ława w mojej chacie. Może niezbyt wygodna, ale nie 
miałbyś   chyba   nic   przeciwko   temu,   prawda,   James? 
Przecież jesteśmy rodziną!

James   poczuł,   że   Emma   drży,   objął   ją   więc 

ramieniem. Kiedy nie zaprotestowała, tylko przylgnęła 
do niego i oparła policzek na jego piersi, już wszystko 
wiedział.

background image

MacCreigh   będzie   musiał   umrzeć.   To 

postanowione.

Baron zorientował się chyba, że jego życie jest w 

niebezpieczeństwie,   bo   ostrożnie   odłożył   pelerynę   i 
kapelusz Emmy na ławkę, i stanął tak, jakby nie śmiał 
się wyprostować.

Zadrgał mu mięsień w policzku, co nie uszło uwagi 

Jamesa.  MacCreigh  domyślił  się,  że   tamten   wszystko 
widział, ale żaden z nich się nie odezwał. W gruncie 
rzeczy nie było po co.

Za to Emma miała wiele do powiedzenia. Zresztą 

zawsze tak było.

- Lordzie MacCreigh, nie zna pan jeszcze kuzyna 

Stuarta,   a   dokładnie   jego   ciotecznego   brata,   Jamesa 
Marbury,   hrabiego   Denham.   Lordzie   Denham,   to   jest 
Geoffrey Bain, baron MacCreigh. Na pewno widziałeś 
zamek MacCreigh z promu, James. Nie mogłeś go nie 
zauważyć. Wznosi się nad King's Crag, zasłania prawie 
cały horyzont…

Emma   mówiła   bardzo   szybko,   co   świadczyło   o 

tym,   że   jest   wyprowadzona   z   równowagi.   James 
wiedział, że paplała w ten sposób tylko wtedy, kiedy 
była   bardzo   szczęśliwa   albo   bardzo   zdenerwowana. 
Fakt, nie była milczkiem, ale nigdy nie mówiła lak jak 
teraz, bez ładu i składu.

background image

  -   Wyobraź   sobie,   James,   że   zamek   MacCreigh 

został   zbudowany   w   tysiąc   sześćset   osiemdziesiątym 
czwartym   roku.   Jest   niesłychanie   starożytny.   Ma 
podziemne   lochy,   wieże,   po   prostu   ma   wszystko, 
prawda, lordzie MacCreigh?

Baron   uśmiechnął   się.   Robił   wrażenie   pewnego 

siebie,   o   wiele   bardziej   pewnego,   jak   przypuszczał 
James,   niż   się   rzeczywiście   czuł.   A   przynajmniej 
powinien się czuć, gdyby lepiej znał Jamesa.

-   Prawie   wszystko   -   przyznał.   -   Powinna   pani 

przyprowadzić   swojego   kuzyna,   żeby   mógł   obejrzeć 
zamek, pani Chesterton. Obawiam się jednak, że to się 
nie   uda.   Chyba   pani   kuzyn   nie   zostanie   tu   dłużej.   - 
Baron uniósł swoje gęste rude brwi, ale jego niebieskie 
oczy   nie   wyrażały   pytania,   tylko   wrogość.   - 
Nieprawdaż, sir?

- Właśnie postanowiłem przedłużyć swój pobyt na 

jakiś czas - poinformował go chłodno James. - Bardzo 
chciałbym zobaczyć zamek, sir. Szczególnie o świcie. - 
Uśmiechnął się uprzejmie do barona. - Może jutro rano?

MacCreigh dobrze wiedział, o co hrabiemu chodzi. 

James   był   przekonany,   że   jego   słowa   zostały   dobrze 
zrozumiane.

Jednak   MacCreigh,   zamiast   zachować   się   jak 

dżentelmen,   któremu   rzucono   wyzwanie,   usiłował 
obrócić wszystko w żart.

background image

- O świcie? Chyba pan żartuje. To dla mnie o wiele 

za wcześnie. Powiedzmy w południe. Może pan przyjść 
na lunch, pozna pan moją siostrę, Fionę.

- Niestety, nie - odrzekł James. Nie miał zwyczaju 

siadania   do   posiłków   z   mężczyznami,   których   chciał 
zabić, a tym bardziej z ich siostrami.

- Zatem w południe - powiedział baron, jakby nie 

słyszał słów Jamesa. - A więc, pani Chesterton - zwrócił 
się   do   Emmy   -   wydaje   mi   się,   że   w   związku   z 
przybyciem   pani   kuzyna   będziemy   musieli   odłożyć 
naszą wizytę u sędziego Reardona.

-   Och   -   szepnęła   Emma.   James   zauważył,   że 

gwałtownie się zaczerwieniła. - Och tak, obawiam się, 
że tak. Przykro mi, lordzie MacCreigh.

Baron   usiłował   się   prześlizgnąć   koło   nich,   ale 

zimny głos Jamesa zatrzymał go w miejscu.

- Jutro w południe - powiedział swobodnym tonem, 

ze względu na Emmę.

Zauważył   z   zadowoleniem,   że   szerokie   ramiona 

barona zadrgały.

-   Oczywiście   -   powiedział   Bain   z   szerokim 

uśmiechem. - Będę pana oczekiwał, sir.

Do   fatami   wdarł   się   nagle   podmuch   wiatru, 

MacCreigh wyszedł.

background image

James czuł, że Emma osuwa się w jego ramionach, 

jakby tylko siłą woli utrzymywała się na nogach, nie 
chcąc okazać słabości przy Bainie. Teraz, kiedy go już 
nie było, uginały się pod nią kolana.

-   No   dobrze,   Emmo   -   powiedział   James, 

przytrzymując ją silniej, żeby nie upadła. Popatrzył na 
jej spłonioną twarz  i nienaturalnie  błyszczące  oczy. - 
Czy powiesz mi, co tu się działo?

Emma, chociaż wyraźnie wstrząśnięta tym, co się 

wydarzyło,   zaczęła   wymyślać   niestworzone   historie. 
Gdyby miał wolne ręce, nagrodziłby to przedstawienie 
oklaskami. Musiał ją jednak podtrzymywać.

-   O   czym   pan   mówi?   -   zdziwiła   się   niewinnym 

tonem, patrząc na niego szeroko otwartymi  oczami. - 
Naprawdę,  milordzie,  czasem   trudno  pana  zrozumieć. 
Rozmawialiśmy   z   baronem,   to   wszystko.   Czasem 
wstępuje do latarni, kiedy kończę lekcje, i rozmawiamy 
o… literaturze i różnych innych rzeczach…

- Rozumiem. - James skinął głową. - I to właśnie 

podczas jednej z tych literackich dyskusji wpadło mu 
nagle do głowy, żeby zaciągnąć cię do miasteczka, na 
spotkanie z sędzią Reardonem?

W niebieskich oczach pojawił się wyraz niepokoju, 

policzki   jeszcze   mocniej   poczerwieniały   i   Emma 
opuściła wzrok.

- Ja… ja nie wiem, o czym pan mówi - wyjąkała.

background image

- Nie - odrzekł James. - Jestem pewny, że wiesz. - 

Westchnął,   ale   nadal   ją   podtrzymywał.   -   Emmo, 
uważam,   że   już   najwyższy   czas,   żebyśmy 
przeprowadzili   rozmowę,   ty   i   ja.   I   to   nie   będzie 
dyskusja o literaturze.

Zerknęła   na   niego,   jakby   chciała   sprawdzić,   czy 

mówi poważnie. Zobaczyła, że hrabia ma zdecydowany 
wyraz   twarzy,   więc   szybko   opuściła   wzrok,   nie 
przestając bawić się złotymi guzikami jego kamizelki, z 
czego nawet nie zdawała sobie sprawy.

- Czy to jest konieczne, James? - spytała cichym 

głosem.-Wolałabym nie.

-   Zdaję   sobie   sprawę,   że   wolałabyś   nie   - 

powiedział.   Nie   chciał   przyznać,   jak   wielką 
przyjemność sprawia mu słyszeć swoje imię z jej ust. 
Przytrzymał   ją   mocniej,   zdecydowany   przeprowadzić 
swój zamiar. - Emmo, czy ci się wydaje, że mogłabyś 
długo utrzymać to wszystko przede mną w tajemnicy?

Podniosła   na   niego   pełen   urażonej   niewinności 

wzrok.

- Co trzymać przed tobą w tajemnicy, James?

- Nie próbuj tego ze mną - powiedział surowo. - 

Takim   tonem   mówiłaś   zawsze   do   ciotki,   kiedy 
przyłapywała cię na wyjadaniu budyniu, gdy wszyscy 
myśleli, że już od dawna leżysz w łóżku. Dobrze wiesz, 

background image

o   czym   mówię.   Mówię   o   Stuarcie.   Czy   myślisz,   że 
udałoby ci się utrzymać to w sekrecie? Jak długo?

Wyraz twarzy Emmy wskazywał na poczucie winy, 

ale w tonie jej głosu zupełnie się tego nie słyszało.

-   Gdybyś   odpłynął   promem   w   południe   tak,   jak 

miałaś   zamiar,   musiałabym   to   na   zawsze   utrzymać 
przed tobą w tajemnicy, prawda?

-   A   gdybym   odpłynął   tym   promem   -   powiedział 

James - co by wynikło z tej sytuacji z lordem, jeśli w 
porę bym tu nie wszedł?

- Nic - odparła bez przekonania.

- Nic? Nie sądzę, Emmo. Myślę…

Nie dane mu było jednak powiedzieć, co myślał - 

przynajmniej nie wtedy - ponieważ drzwi latarni znowu 
się otworzyły. Tym razem nie był to lord MacCreigh, 
tylko chłopak, któremu James powierzył swój kapelusz i 
laskę.

- Pani Chesterton?! - zawołał, rozglądając się  po 

klasie. Zauważył Emmę i przekrzywił głowę. - Aha, tu 
pani jest. Chyba wszystko w porządku?

Z ust Emmy wydobyło się głębokie westchnienie i, 

ku rozczarowaniu Jamesa, wydostała się z jego objęcia.

background image

-   Och,   Fergus   -   powiedziała,   siadając   na   ławce 

naprzeciwko miejsca, gdzie stał chłopiec. - Oczywiście, 
że wszystko jest w porządku. Co ty trzymasz w ręku? 

Fergus podniósł do góry laskę i kapelusz Jamesa.

- To są rzeczy tego dżentelmena. - Skinął głową w 

kierunku hrabiego. - Kazał mi je potrzymać, zanim tu 
wszedł, żeby dać lordowi MacCreigh…

- Tak, tak - przerwał mu  James. Przeszedł  przez 

salę,   wziął   swoje   rzeczy   z   rąk   chłopaka,   które,   jak 
zauważył   z   pewną   odrazą,   były   bardzo   brudne.   - 
Dziękuję ci, synu. Masz tu suwerena za fatygę.

I   trzymaj   buzię   na   kłódkę,   dodał   w   duchu.   Nie 

musiał   tego   głośno   powtarzać,   ponieważ   chłopak, 
oszołomiony, bez słowa wpatrywał się w trzymaną w 
ręku monetę.

-   Niech   mnie   -   wyjąkał   wreszcie,   podnosząc 

suwerena do światła. - Czy to jest to, co mi się wydaje, 
pani Chesterton?

- Tak, Fergus - powiedziała Emma. - To jest funt. 

Schowaj go dobrze, żeby ci go nie zabrali duzi chłopcy. 
Pamiętasz, cośmy ostatnio czytali? Czy doszliśmy już 
do tego miejsca, kiedy Rip Van Winkle się budzi?

James patrzył na nią z rozbawieniem.

- Chociaż rozumiem twój zapał, Emmo, w kwestii 

douczania tego, hm, obiecującego młodzieńca, obawiam 

background image

się, że mamy teraz pilniejsze sprawy do załatwienia. Nie 
uważasz?

Emma   spojrzała   na   niego.   Miała   niefrasobliwy 

wyraz twarzy.

-  To na  pewno może  poczekać, lordzie  Denham. 

Fergus musi mieć lekcję czytania…

Znowu był lordem. Nie będzie się tym przejmował. 

Zawsze był dla niej lordem, to się zmieniło tylko na 
kilka minut. Więc znowu może nim być. Tymczasem.

-   Twoja   ofiarność   mnie   wzrusza,   Emmo   - 

powiedział   sucho   James   -   jednak   wydaje   mi   się,   że 
panicz   Fergus   powinien   już   iść   do   domu.   Pani 
MacTavish   przygotowała   mi   koszyk   z   jedzeniem, 
odwiozę   cię   teraz   do   twojej   chaty,   gdzie   będziemy 
mogli spokojnie porozmawiać przy obiedzie. Może uda 
się   nam   wyjaśnić   te   drobne   kłopoty,   w   które   się 
wpakowałaś. Dobrze? - Włożył cylinder i rękawiczki, 
zdjął   z   haczyka   pelerynę   Emmy   i   przytrzymał   ją   dla 
niej. - Idziemy, pani Chesterton. Proszę się nie ociągać. 
Płacę Murphy'emu za godziny, a nie za kurs. On czeka 
na nas przed gospodą.

Twarz   Emmy   straciła   swój   niefrasobliwy   wyraz; 

teraz była zakłopotana.

-   Pani   MacTavish   przygotowała   koszyk   z 

jedzeniem? - spytała cichym głosem.

- Tak, włożyła tam mnóstwo pysznych rzeczy.

background image

James potrząsnął trzymaną w ręku peleryną, Emma 

wstała z ławki i podeszła do niego wolnym krokiem. 
Odwróciła się, żeby mógł zarzucić jej na plecy bardzo 
już znoszone okrycie.

- W koszyku jest śledź w śmietanie - mówił James, 

obracając   ją,   żeby   zawiązać   tasiemki   peleryny.   -   Jest 
tam też placek z mięsem, z jagnięcina, jeśli się nie mylę. 
Duszone   ostrygi.   Świeżo   upieczony   chleb   i   butelka 
wina. - Zdjął kapelusz ze ściany i zgrabnie włożył na jej 
gęste loki. - Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tego za 
złe,   pomyślałem   jednak,   że   po   całym   dniu   uczenia 
możesz  nie  mieć  ochoty, żeby sobie  coś  ugotować. - 
Zawiązał jej kapelusz na kokardkę pod brodą. - A na 
deser są bezy. Chociaż pani MacTavish twierdziła, że 
powietrze   jest   zbyt   wilgotne   i   bezy   się   nie   udadzą, 
potrafiłem ją jednak przekonać.

James obrzucił Emmę, która nie odrywała od niego 

zdumionego wzroku, uważnym spojrzeniem.

-   Więc   jesteśmy   gotowi.   Masz   rękawiczki?   - 

Sięgnął do kieszeni jej peleryny i wyjął stamtąd grube 
skórzane   rękawiczki.   -   No   to   świetnie   -   powiedział, 
podając   jej   ramię.   -   Pani   Chesterton,   proszę   mi 
pozwolić,   żebym   odprowadził   panią   do   powozu   pana 
Murphy'ego…

Emma ujęła go pod ramię, poruszając się jak we 

śnie.   Oprzytomniała   dopiero,   kiedy   znaleźli   się   w 
drzwiach.

background image

- Fergus! - zawołała, szybko się odwracając. - Zgaś 

lampę, dobrze? Wiesz, że pan McGillicutty bardzo się 
złości, kiedy zostawiamy ją zapaloną.

- Zrobię to - zapewnił ją Fergus.

-   Pamiętaj   też   o   piecyku,   sprawdź,   czy   ogień 

wygasł.

- Zrobię to. - James zauważył, że Fergus wznosi 

oczy do góry.

- I ławki! - wołała Emma, przytrzymując targany 

wiatrem kapelusz. - Kiedy przyjdzie pan McGillicutty, 
poproś,   żeby   ci   pomógł   odsunąć   ławki   od   pieca. 
Czasami,   przy   silnym   wietrze,   zaczynają   łatać   iskry, 
nawet po wygaszeniu pieca, i ławki mogą się zapalić.

- Dosyć tego, pani Chesterton - przerwał jej James, 

wyprowadzając ją na zewnątrz. - Zwlekałaś, jak tylko 
mogłaś. Nie przypuszczam, żebyś potrafiła cokolwiek 
jeszcze wymyślić, żeby opóźnić wyjście.

Emma zarumieniła się.

- Nie wiem, o czym pan mówi, lordzie Denham - 

powiedziała z udawanym oburzeniem.

- Za to ja dobrze wiem. Pożegnaj się z chłopcem.

Emma pomachała mu ręką zza drzwi.

- Do widzenia Fergus. Jutro będziemy mieli lekcję. 

Obiecuję…

background image

- Do widzenia pani! - zawołał wesoło chłopak.

Jeśli   nawet   zaniepokoił   go   fakt,   że   jego 

nauczycielka   tak   niechętnie   opuszczała   szkołę   w 
towarzystwie   tego   wysokiego   dżentelmena,   to   ten 
niepokój nie trwał długo. Lord Denham, jak stwierdził 
Fergus, był porządnym facetem. Najlepszym dowodem 
był ten funt w dłoni. Jeszcze nigdy w życiu nie był taki 
bogaty,   był   nawet   bogatszy   niż   jego   własny   ojciec, 
ponieważ   każda   moneta,   która   trafiała   do   rąk   pana 
MacPhersona,   natychmiast   znajdowała   się   na   ladzie 
gospody "Pod Morską Krową".

Fergus   nie   wiedział   jeszcze,   na   co   wyda   swój 

ogromny majątek, wiedział natomiast jedno: to źródło 
dochodów jeszcze dla niego nie wyschło. Będzie miał 
na   oku   lorda,   przyjaciela   pani   Chesterton.   O   tak,  nie 
będzie go spuszczać z oka.

 

10

background image

Emma siedziała sztywno wyprostowana na swojej 

rozkładanej, wyściełanej ławie. Nie mogła i nie chciała 
się   odprężyć.   Kiedy   były   małe,   ciotka   pouczała   ją   i 
Penelope,   że   damom   nie   wypada   rozpierać   się   na 
krzesłach. Kręgosłup, tłumaczyła im Regina van Court, 
nie może dotykać oparcia.

Emma już dawno doszła do wniosku, że większość 

tego,   co   mówiła   ciotka,   była   nieprawdziwa   lub   po 
prostu śmieszna. Dama, jak się przekonała Emma, może 
spoczywać, jak się jej tylko podoba, i nadal pozostać 
damą.   Sposób   siedzenia   nie   był   miernikiem   dobrego 
wychowania.   Tu   chodziło   o   coś   zupełnie   innego,   o 
umiejętność nieokazywania słabości, o hart ducha. Pod 
tym względem Emma niewątpliwie była damą.

Tkwiła   sztywno   na   lawie   nie   dlatego,   żeby 

udowodnić Jamesowi, że jest prawdziwą damą. Ani to 
jej było w głowie. Nie mogła się odprężyć, ponieważ 
wiedziała,   że   James   w   każdej   chwili   może   spytać   o 
Stuarta, o to, jak umarł, co z kolei sprowadzi rozmowę 
na pana O'Malleya i jego okropny testament.

Sama   nie   wiedziała,   który   temat   budził   w   niej 

większą odrazę - zamordowanie jej męża czy majątek, 
który   zostawił   jej   morderca.   Oba   były   równie 
odpychające. Czy James tego nie rozumie? Czy chociaż 
raz nie może się zdobyć na odrobinę litości i zostawić ją 
w   spokoju?   Nie,   Emma   nie   może   sobie   pozwolić   na 
chwilę   odprężenia.   Nie   da   się   zwieść   fałszywemu 
poczuciu bezpieczeństwa, chociaż grzeje się przy ogniu 

background image

na   swojej   wygodnej   ławie,   a   przed   sobą   ma   pyszne 
jedzenie. Musi być czujna, bo w każdej chwili James 
może zaskoczyć ją jakimś pytaniem.

Mimo   wszystko   odczuwała   wobec   niego   trochę 

wdzięczności. Uratował ją przed baronem MacCreigh. 
Kiedy pytał ją wtedy w latarni, co mogłoby się zdarzyć, 
gdyby się w samą porę nie zjawił, Emma powiedziała, 
że   nic.   Oczywiście,   skłamała.   Wcale   nie   była 
przekonana, że nic by się nie wydarzyło.

Dobrze   wiedziała,   że   pogłoski,   jakoby   lord 

MacCreigh zabił swoją narzeczoną, są nieprawdziwe - 
wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek na całej wyspie z 
wyjątkiem samego lorda MacCreigh.

Wiedziała jednak, że lord miał bardzo wybuchowy 

temperament.   Jego   narzeczona,   Clara,   opowiadała 
kiedyś Emmie, jak podczas rodzinnej kolacji rzucił o 
ścianę   talerzem   pełnym   węgorzy,   ponieważ   nie   były 
umarynowane tak, jak on lubił.

Poza tym baron desperacko potrzebował pieniędzy. 

Zamek   pokryty   był   drewnianym   dachem,   który   już 
zaczął   przeciekać.   MacCreigh   musiał   albo   całkowicie 
wymienić   dach,   co   wiązało   się   z   położeniem   nowej 
dachówki, albo stracić cenne pamiątki rodowe, między 
innymi   piękne,   choć   trochę   uszkodzone   przez   mole, 
czternastowieczne gobeliny…

Emma wiedziała, że baron jej nie zabije, nie była 

jednak pewna, czy nie zechce zastosować wobec niej 

background image

przymusu. Nie miał jednak ku temu okazji, bo wszedł 
James i położył kres całej sprawie.

Emma była mu szczerze wdzięczna i to nie tylko za 

to,   że   powstrzymał   lorda   MacCreigh.   Zadał   sobie 
również dużo trudu, nie mówiąc już o wydatkach, żeby 
zaaranżować tę kolację, która rzeczywiście była pyszna. 
Pani MacTavish była najlepszą kucharką na wyspie, a 
Emma   rzadko   miała   sposobność,   żeby   móc   to 
stwierdzić.   Co   prawda,   przez   kilka   dni   po   śmierci 
Stuarta   właścicielka   gospody   częstowała   Emmę 
gorącymi posiłkami, ale nie mogła przecież robić tego 
bez końca.

- Jeszcze trochę wina, Emmo? - spytał James.

Nie czekając na odpowiedź, dolał do jej kieliszka, 

chociaż   Emma   niewiele   piła.   Jeszcze   by   tego 
brakowało,   żeby   teraz   miało   zacząć   się   jej   kręcić   w 
głowie.

James   nie   miał   takich   obaw.   Sam   wypił   trzecią 

część butelki. Emma nigdy jeszcze nie widziała go w 
tak   dobrym   humorze,   co   było   o   tyle   dziwne,   że   już 
wczesnym rankiem zdołał sobie uszkodzić nadgarstki na 
szczęce   farmera.   Wydawał   się   o   tym   nie   pamiętać, 
pochłaniając z glinianej miski duszone ostrygi. Emma 
nie miała innych naczyń, po tym kiedy hrabia stłukł jej 
serwis   z   Limoges.   Tę   miskę   trzymał   zresztą   na 
kolanach, porzuciwszy stół dla bliskości ognia.

background image

Bez względu na to, czego już mógł się dowiedzieć 

o okolicznościach zgonu swojego kuzyna, James był w 
świetnym humorze od chwili, kiedy wsiedli do pojazdu 
pana Murphy'ego. Tym razem posłuchał rady Emmy i 
usiadł   obok   niej,   twarzą   do   kierunku   jazdy.   Nie 
narzekał,   kiedy   karawan   chwiał   się   na   koleinach,   bo 
chociaż deszcz już nie padał, droga była jeszcze bardziej 
śliska i błotnista niż przedtem.

James nie robił jednak na ten temat żadnych uwag. 

Wypytywał Emmę z zainteresowaniem o szkołę i ona, 
która   początkowo   zachowywała   rezerwę,   zaczęła 
opowiadać mu z zapałem o Johnie McAdamsie, Florze i 
Fergusie,  i  o swoich kłopotach z  piecykiem,   o braku 
ławek   i   książek,   papieru   i   atramentu.   James   słuchał 
uważnie i nie zganił jej, jakby to zrobił przed rokiem, za 
to,   że   marnuje   czas   na   doskonalenie   umysłów 
"niewartych   uwagi".   Emma   pamiętała,   że   tak   zwykle 
mówił o dzieciach ludzi z niższych klas.

Raz tylko przybrał surowy wyraz twarzy, kiedy na 

jego  uprzejme   pytanie  Emma  wyjawiła  mu   niewielką 
sumę,   jaką   płaciło   jej   miasteczko   za   pracę   w   szkole. 
Jednak   kiedy   zaczęła   mu   szybko   tłumaczyć,   że   po 
epidemii tyfusu zostało niewiele pieniędzy w miejskiej 
kasie,   skinął   głową,   jakby   to   rozumiał.   Emma   nie 
wspominała   o   lordzie   MacCreigh,   ale   ku   jej 
niezadowoleniu,   kiedy   przejeżdżali   koło   Drzewa 
Życzeń, James spytał ją zdawkowym tonem, czy po raz 
pierwszy baron złożył jej wizytę, kiedy była sama  w 
latarni.   Wyraźnie   był   niezadowolony,   kiedy   mu 

background image

powiedziała, że baron odwiedzał ją tam dwa lub trzy 
razy   w   miesiącu,   nigdy   więcej,   i   że   dzisiaj   po   raz 
pierwszy   "stracił   głowę",   jak   to   dyplomatycznie   -   w 
swoim przekonaniu - określiła.

Potem   omal   wszystkiego   nie   zepsuła,   dodając 

lekkim tonem:

-   Ale   to   się   zdarzyło   tylko   dlatego,   że   sędzia 

Reardon przyjechał do miasteczka.

A   przecież   poprzysięgła   sobie,   że   nie   będzie 

poruszać tego tematu. Było całkiem możliwe, że James, 
chociaż   mógł   się   już   dowiedzieć   prawdy   na   temat 
śmierci   swojego   kuzyna,   nie   słyszał   jeszcze   o 
testamencie pana O'Malleya.

Stwierdziła   z   ulgą,   że   nic   o   tym   nie   wiedział. 

Przynajmniej   robił   takie   wrażenie.   Nie   poruszył   tego 
tematu   podczas   jazdy.   Przez   cały   czas   był   dla   niej 
niezwykle uprzejmy.

Zatrzymali   się   tylko   przed   farmą   gadatliwej   pani 

MacEwan, żeby zabrać od niej Unę. Matka Cletusa na 
widok   lorda   Denhama   natychmiast   przerwała   swój 
potok mowy. Emma była pewna, że wkrótce całe Faires 
będzie   wiedziało,   że   jadła?   kolację   w   towarzystwie 
mężczyzny   -   nieważne,   że   ten   mężczyzna   był   jej 
krewnym,   co   prawda   tylko   przez   małżeństwo,   ale 
jednak…

background image

Kiedy pan Murphy zatrzymał się wreszcie przed jej 

chatą,   James   pierwszy   wyskoczył   z   pojazdu   i   podał 
Emmie rękę tak eleganckim gestem, jakby przybyli do 
St. James Palące, a nie do skromnej chaty. Wykazał też 
ogromną   cierpliwość,   kiedy   Emma   zajmowała   się 
gospodarstwem,   rozniecała   ogień,   zapalała   lampy   i 
karmiła zwierzęta - psa, kotkę z małymi, kury i kozę. 
Trudno było uwierzyć, że ten James, który jest w jej 
chacie, i ten, którego przedtem znała, to jedna i ta sama 
osoba.

Teraz częstował ją bezami i opowiadał o wspólnych 

znajomych, o ludziach poznanych zimą ubiegłego roku. 
James   potrafił   być   niesłychanie   czarujący,   jeśli   tylko 
chciał. Emma czuła się przy nim zupełnie swobodnie, 
kiedy siedzieli razem na szerokiej, przysuniętej blisko 
ognia   ławie.   Wysokie   oparcie   chroniło   ich   przed 
wiatrem, który czasem przenikał do chaty przez niezbyt 
szczelne   drzwi,   i   dawało   poczucie   bezpieczeństwa. 
Emma   obawiała   się,   że   w   tej   przyjemnej   atmosferze 
może stracić czujność. Łatwo mogłaby zapomnieć, że 
znajdują się w stojącej na urwistym wybrzeżu chacie, o 
której szyby bije wiatr od wzburzonego morza. Równie 
dobrze mogliby być w Londynie, na późnej kolacji w 
domu Jamesa, jak to wielokrotnie robili poprzedniego 
roku, po powrocie z tańców.

Była tylko jedna zasadnicza różnica: teraz zabrakło 

Stuarta.

background image

Słuchając opowieści Jamesa o nowej sukni, którą 

Penelope   miała   ostatnio   na   sobie   w   operze   -   jak   się 
okazało,   hrabia   nie   ożenił   się   z   nią,   nie   byli   nawet 
zaręczeni   -   Emma   zastanawiała   się,   czy   James, 
podobnie jak ona, odczuwa brak Stuarta. Czy, zadała 
sobie w duchu pytanie, brakuje mu kuzyna? Co prawda, 
od czasu wyjazdu Stuarta na Szetlandy nie zamienili ze 
sobą   ani   słowa,   ale   mimo   dzielących   ich   różnic   byli 
sobie bliscy jak bracia. 

Dopóki   Emma   w   to   nie   wkroczyła,   tamtego 

pamiętnego dnia w bibliotece Jamesa.

Tak   bardzo   chciałaby   się   trochę   odprężyć!   Może 

zachowuje   się   głupio.   Hrabia   nic   przecież   nie   wie   o 
panu   O'Malleyu.   Skąd   miałby   o   tym   wiedzieć?   To 
śmieszne z jej strony, że…

- A więc Emmo - odezwał się James swobodnym 

tonem, biorąc bezę z koszyczka.

Powiedział to jakby od niechcenia, zachowywał się 

tak naturalnie, że Emma była przekonana, że zrobi jakąś 
uwagę o pogodzie, a w najgorszym wypadku o złym 
stanie zdrowia króla.

Była zupełnie nieprzygotowana na to, co usłyszała.

- Co się naprawdę stało Stuartowi?

Och, tylko nie to…

background image

 

11

James   wcale   nie   myślał   o   Stuarcie,   kiedy   Emma 

zastanawiała   się,   czy   hrabia   nie   przeżywa   śmierci 
kuzyna.

Może   powinien   odczuwać   tę   stratę.   To   byłaby 

zupełnie naturalna reakcja. Siedział przecież na ławie 
Stuarta   w   chacie,   w   której   on   mieszkał   w   ostatnich 
miesiącach   swojego   krótkiego   życia.   Na   gzymsie 
kominka   leżała   fajka   kuzyna,   na   półkach   stały   jego 
książki, w sąsiednim pokoju zaś była jego sypialnia. W 
powietrzu,   którym   oddychał   James,   unosiły   się 
wspomnienia po Stuarcie Chestertonie…

Ponadto   siedziała   przy   Jamesie,   wyglądając 

niezwykle   powabnie   ze   swoimi   jasnymi   włosami, 
niebieskimi   oczami   i   zaróżowionymi   policzkami, 
wdowa po Stuarcie Chestertonie.

Mimo   to,   w   tym   szczególnym   momencie,   hrabia 

zupełnie nie pamiętał o kuzynie. Może dlatego, że w tej 
właśnie chwili mógł myśleć wyłącznie o Emmie, a ta 
Emma,   która   siedziała   obok   niego,   była   całkowicie 
odmienna od tamtej, zauroczonej Stuartem dziewczyny. 

background image

Tamta   Emma,   podobnie   jak   Stuart,   usiłowałaby 
uzmysłowić Jamesowi, jak bardzo niewłaściwe jest jego 
rozrzutne wydawanie pieniędzy. Tamta starałaby się dać 
mu   do   zrozumienia,   że   potępia   jego   niemoralny   tryb 
życia, chociaż robiłaby to w czarujący sposób. Tamtą 
Emmę pokochał Stuart i z tamtą się ożenił.

Ale to nie była ta dziewczyna, obok której siedział 

teraz   James.   Tamta   Emma   nie   otworzyłaby   swojej 
własnej szkoły, chociaż mogłaby wpaść na taki pomysł, 
nie potrafiłaby wcielić go w życie, a tym bardziej tak 
długo w nim wytrwać. Tamta bałaby się pozostać w tej 
maleńkiej chatce, na odludnej wyspie, z dala od rodziny 
i   przyjaciół,   a   ta   Emma   zbudowała   tu   swoje   własne, 
niezależne   od   nikogo   życie,   wydawała   się   z   niego 
zadowolona i nie zamierzała rezygnować, pomimo tylu 
piętrzących się przed nią trudności.

Kobieta, która obok niego siedziała, była zupełnie 

inna od tamtej sprzed roku… a zarazem dziwnie do niej 
podobna.   Chociaż   teraz   wydawała   się   silniejsza   i 
bardziej pewna siebie, nadal była krucha i delikatna - 
czy mógłby zapomnieć, jak kurczowo się go trzymała w 
latarni  morskiej?  - miała  również  ten sam  urok, była 
ciepła i bardzo kobieca.

Ciekaw był, czy Emma zmieniła się jeszcze przed 

śmiercią Stuarta, czy też później. A jeśli ta metamorfoza 
nastąpiła wcześniej, to jak się na to zapatrywał Stuart? 
Czy   ich   małżeństwo   było   szczęśliwe?   James   nie   był 
tego   pewien.   Czy   Emma   odczuwała   brak   męża?   Na 

background image

pewno tak. Kobieta, która była gotowa poświęcić tyle 
dla mężczyzny, musiała to zrobić z wielkiej miłości.

Ale kiedy już wywalczyła Stuarta dla siebie, czy on 

potrafił ją uszczęśliwić? James był ciekaw, czy się tego 
kiedykolwiek   dowie.   Nie   mógł   jej   zadawać   takich 
pytań. Nie wprost, tak jak spytał o okoliczności śmierci 
jej męża.

Hrabia   robił   wszystko,   żeby   Emma   poczuła   się 

swobodnie.

Widział   przecież,   że   jest   niesłychanie   spięta   - 

wiedziała zapewne, że jej tajemnice, które tak gorliwie 
przed nim ukrywała, muszą teraz zostać ujawnione. Nie 
miał pojęcia, dlaczego chciała to wszystko utrzymać w 
sekrecie.   Przecież   to   nie   jej   wina,   że   Stuart   został 
zamordowany,   tak   samo   jak   nie   z   jej   winy   sędzia 
Reardon postawił ten śmieszny warunek, że musi wyjść 
za mąż, by otrzymać należny jej spadek.

Jednak teraz, kiedy podjął ten temat, przekonał się, 

że  rozmowa  będzie  o wiele  trudniejsza, niż  mógł  się 
spodziewać. Emma miała już dość czasu, żeby opłakać 
śmierć męża - zresztą James nie zauważył, żeby nadal 
boleśnie   odczuwała   jego   brak.   To   znaczy,   aż   do   tej 
chwili.   Teraz,   kiedy   zadał   pytanie   o   okoliczności 
śmierci Stuarta, Emmę ogarnął ponury nastrój. Opuściła 
głowę, a jej włosy, z których już dawno powypadały 
szpilki, połyskiwały złociście w blasku ognia.

background image

- Och, James - szepnęła. - Nie chcę o tym mówić. 

Nie zmuszaj mnie do tego, proszę.

-   Emmo,   ja   muszę   wiedzieć   -   powiedział 

stanowczo. - I na pewno zdajesz sobie z tego sprawę. 
Jeśli   nie   chcesz,   to   nikomu   w   Londynie   o   tym   nie 
powiem, ale muszę znać prawdę. Chyba to rozumiesz?

Zakryła oczy dłonią, więc nie widział jej reakcji.

- Chyba rozumiem - powiedziała wreszcie.

- Więc - nalegał łagodnie James - jak umarł Stuart?

Emma  westchnęła i opuściła głowę jeszcze niżej, 

wbijając wzrok w ogień.

-   Został   zabity.   Rybak,   O'Malley…   oni   się 

posprzeczali, on i Stuart. Wtedy O'Malley uderzył go. 
Wcale   nie   chciał   go   zabić.   Tylko   Stuart…   nie 
spodziewał   się   ciosu,   upadł,  uderzył   głową   o  kamień 
przy palenisku i…

- I umarł - dokończył cicho James.

-   Tak.   -   Emma   podniosła   głowę,   na   jej   długich, 

ciemnych rzęsach lśniły łzy. - Przykro mi, James.

- To nie była twoja wina - powiedział. - Czy mi 

powiesz,   czy   możesz   mi   powiedzieć,   o   co   się 
posprzeczali?

Emma potrząsnęła głową. Jej oczy miały nieobecny 

wyraz.

background image

- Nie jestem tego pewna. To się stało tak szybko - 

dodała   po   chwili.   -   James,   jestem   pewna,   że   on   nie 
cierpiał. Nie tak… nie tak jak pan O'Malley później.

- Emmo - powiedział tylko.

Zapragnął otoczyć ją ramieniem, pocieszyć, jak to 

robił, kiedy była dzieckiem. Ale teraz nie ośmielił się 
tak postąpić. I to nie dlatego, że była wdową po jego 
kuzynie…   Nie   ośmielił   się,   ponieważ   byli   tylko   we 
dwoje, w samotnej chacie, i cóż by go powstrzymało, 
gdyby   nie   wystarczył   mu   fakt,   że   mógł   otoczyć   ją 
ramieniem... Gdyby zapragnął, a dobrze wiedział, że tak 
by się stało, przywrzeć wargami do jej gładkiego czoła 
albo jeszcze niżej, do jej słodkich ust…

Nie. Nie wolno mu poddawać się takim myślom. 

Musi   wykonać   swoje   zadanie.   Musi   się   wreszcie 
otrząsnąć,   chociaż   ona   zawsze   tak   bardzo   go 
pociągała…

-   A   co   z   pieniędzmi,   Emmo?   -   spytał.   -   Z 

testamentem?

Podniosła   głowę,   patrząc   na   niego   szeroko 

otwartymi oczami. Było jasne, że ze wszystkich pytań, 
jakie mógł jej zadać, to i było najmniej pożądane.

-   Jak   się   o   tym   dowiedziałeś?   -   Emma   była 

wstrząśnięta.

- Zadziwiasz mnie - powiedział James, obrzucając 

ją   surowym   spojrzeniem.   -   Przecież   Faires   jest   małą 

background image

mieściną.   Dziwię   się   tylko,   że   nikt   nie   zdążył   mnie 
wcześniej   o   tym   poinformować.   -   Uśmiechnął   się   do 
niej. - Teraz pozostaje tylko pytanie, co masz zamiar z 
tym zrobić?

Emma potrząsnęła głową, jej długie loki opadły na 

ramiona.

- Zrobić? - powtórzyła słabym głosem.

- Tak. Ta klauzula, że musisz wyjść za mąż, żeby 

otrzymać   ten…   ten   spadek,   jest   po   prostu   śmieszna. 
Jeśli pozwolisz, przekonsultuję to z moim przyjacielem, 
który   zajmuje   się   tego   typu   sprawami   w   sądzie   Izby 
Skarbowej.   Wierzę,   że   istnieje   duża   szansa,   żeby 
wygrać   apelację   od   tej   groteskowej   decyzji   sędziego 
Reardona.

-   Nie   chcę   tego  -   powiedziała   stanowczo  Emma, 

kręcąc głową.

-   To   mi   nie   sprawi   najmniejszego   kłopotu   - 

zapewnił   ją   z   uśmiechem.   -   Prawie   żadnego  kłopotu. 
Mój   adwokat   złoży   apelację,   a   ty   będziesz   musiała 
stawić się przed… - Emma tak gwałtownie poruszyła 
się na ławie, nie przestając potrząsać głową, że poczuł 
zapach   lawendy.   Był   zdumiony   jej   reakcją.   -   Emmo, 
dlaczego ten pomysł budzi w tobie opór? Nie chcesz 
tych pieniędzy?

-   Oczywiście,   że   chcę!   -   Patrzyła   teraz   na   niego 

takim wzrokiem, jakby był z lekka niedorozwinięty. - 

background image

Ale ja nie mogę opuścić Faires, żeby się stawić przed 
jakimś sądem.

-   Nie   możesz   opuścić…   -   James   nie   wierzył 

własnym uszom. - Ależ Emmo…

Poczuła   nagle,   że   już   dłużej   tego   nie   zniesie. 

Siedziała na tej ławie przez dwie godziny, czekając na 
to, co właśnie nastąpiło. Teraz nie potrafiła usiedzieć 
ani minuty dłużej. Wstała, odeszła od ognia i zaczęła 
przemierzać   swoją   izbę,   która   służyła   jej   za   salon   i 
jadalnię, szybkimi krokami.

Dobry Boże, co ona teraz zrobi? Jej modlitwy nie 

zostały   wysłuchane   -   to,   co   się   nie   miało   zdarzyć, 
właśnie   się   zdarzyło.   James   dowiedział   się   o 
pieniądzach,   poznał   prawdę   o   śmierci   Stuarta   - 
przynajmniej większą część prawdy - czy zła passa już 
nigdy nie minie?

- Emmo. - James również wstał z ławy i patrzył na 

nią, jak się miota po izbie. - Emmo, powinnaś zachować 
się rozsądnie. Rozumiem, że ta rozmowa  nie jest dla 
ciebie   przyjemna,   ale   tu   chodzi   o   dziesięć   tysięcy 
funtów. Ta suma wystarczyłaby ci na całe życie, które 
mogłabyś spędzać wygodnie i beztrosko.

-   Wiem   o   tym   -   powiedziała,   idąc   w   stronę 

umywalki,   ale   zaraz   się   odwróciła,   żeby   ruszyć   w 
przeciwnym kierunku. - Myślisz, że o tym nie wiem?

background image

-   Więc   dlaczego   nie   chcesz   złożyć   apelacji   od 

decyzji Reardona? - James potrząsnął głową. - Chyba 
nie uważasz, że to jest w porządku, że musisz najpierw 
wyjść za mąż, żeby dostać te pieniądze?

- Nie - odrzekła Emma. - Wcale tak nie uważam.

Nie   przestawała   krążyć   po   kuchni,   ze 

skrzyżowanymi na piersi rękami, jakby zrobiło się jej 
nagle chłodno.

- Bądź rozsądna, Emmo - nalegał. - To jest o wiele 

więcej pieniędzy, niż uda ci się zgromadzić przez całe 
życie.   Nie   wyobrażam   sobie,   żeby   Stuart   mógł   ci 
cokolwiek zostawić…

- Zostawił. - Zatrzymała się na środku izby, patrząc 

na niego płonącym z oburzenia wzrokiem. - Stoisz w 
tym, co mi zostawił.

-   Więc   dobrze.   Ale   ta   chata   to   wszystko,   co   ci 

zostawił, Emmo. Stuart umarł bez grosza przy duszy, a 
więc w takiej samej sytuacji, w jakiej był, kiedy się z 
tobą żenił. A przecież twoja rodzina nie pomoże…

- Oczywiście, że nie. - Emma zaczęła znowu krążyć 

po kuchni, kiedy zawracała, jej długa spódnica omiatała 
podłogę.   -   Pan   najlepiej   powinien   o   tym   wiedzieć, 
milordzie.

James postanowił zignorować tę uwagę.

background image

- Nie masz pieniędzy, Emmo - powiedział, siląc się 

na   spokojny   i   serdeczny   ton   głosu.   -   Nie   przyjęłaś 
mojego   zaproszenia,   żeby   zamieszkać   w   Londynie   z 
moją   matką.   Pensja,   którą   dostajesz   za   uczenie   w 
szkole, nie wystarcza, żeby…

- Dam sobie radę - stwierdziła, nie patrząc na niego.

- Dasz sobie radę? Jak to sobie wyobrażasz?

Irytowało go, że Emma tak się miota, więc zastąpił 

jej   drogę,   gdy   obok   niego   przechodziła,   kierując   się 
znów w stronę umywalki.

- Czy coś jeszcze ukrywasz przede mną, Emmo? - 

Spojrzał   jej   w   twarz   -   była   zmieszana.   -   Może   jest 
ktoś…

Jej   niebieskie   oczy   były   szeroko   otwarte   i   miały 

równie   szczery   wyraz   jak   przed   rokiem,   kiedy 
informowała go, że jego kuzyn i ona chcą się pobrać.

- Ktoś? - powtórzyła.

- Tak. - James odchrząknął. - Ktoś, za kogo może 

chcesz wyjść za mąż, żeby móc dostać pieniądze? Może 
to ten farmer, Cletus?

Emma wzniosła tylko oczy do nieba, żeby wyrazić 

swoją   niechęć   do   tego   projektu.   Chciała   wyminąć 
hrabiego, ale chwycił ją za ramię.

background image

- No więc? - spytał. - Jeśli nie on, to może jest ktoś 

inny, Emmo? Czy jest ktoś taki?

- Oczywiście, że nie! - Emma wyrwała się z jego 

uścisku.   Stanęła   z   dala   od   niego,   wygładzając 
zgnieciony jego palcami bufiasty rękaw sukni i usiłując, 
bez   widocznych   rezultatów,   upiąć   w   węzeł   swoje 
niesforne   loki.   -   Ależ   lordzie   Denham,   nie   minęło 
jeszcze   sześć   miesięcy   od   śmierci   mojego   męża.   Za 
kogo mnie pan uważa?

James odetchnął głęboko. Miał uczucie, jakby jakiś 

ogromny   ciężar   spadł   mu   z   piersi.   Nie   zdawał   sobie 
nawet   sprawy,   z   jaką   niecierpliwością   oczekiwał   jej 
odpowiedzi. Udało mu się na szczęście nie okazać tych 
emocji.

- Przebacz mi, Emmo - powiedział. - Musisz jednak 

przyznać, że moja ciekawość była usprawiedliwiona. Z 
jakiego   innego   powodu   mogłabyś   nie   chcieć   składać 
apelacji od decyzji sędziego Reardona?

-   Już   ci   mówiłam.   Takie   apelacje   mogą   trwać 

całymi latami. Ja nie mogę opuścić Faires na tak długi 
czas.

- Na  litość  boską, Emmo,  dlaczego nie?  - James 

ściągnął brwi.

Popatrzyła na niego, jakby był niespełna rozumu.

- Dzieci - powiedziała tylko.

background image

- Dzieci? - powtórzył. Po chwili przypomniał sobie 

rozmowę,   jaką   przeprowadził   z   sędzią   Reardonem.   - 
Aha, chodzi o twoich uczniów.

-   Tak,   o   moich   uczniów.   -   Emma   przeszła   obok 

niego, aby wziąć szal wiszący na kołku obok kominka. 
Zarzuciła go sobie na ramiona i popatrzyła na Jamesa 
wyzywającym wzrokiem. - Nie mogę ich opuścić.

-   Dlaczego   nie?   -   dopytywał   się   James.   - 

Prowadzisz szkołę czy sierociniec? Czy one nie mają 
rodziców?

-   Nie   wszystkie.   Wiele   z   nich   straciło   rodziny 

podczas epidemii tyfusu. Szkoła - moja szkoła - jest dla 
nich jedynym miejscem na wyspie, gdzie czują, że są 
coś warte, gdzie mogą poczuć się bezpieczne. Nie mogę 
jeździć   do   Londynu   i   tracić   czasu   na   sądy,   żądając 
pieniędzy,   które   mi   się   nie   należą,   kiedy   jestem 
potrzebna - i to bardzo - gdzie indziej.

- To prawda, ale, Emmo… - James nie rozumiał, 

dlaczego mówiła teraz zupełnie innym tonem. - Przecież 
to   nie   jest   twój   obowiązek.   Dlaczego   właśnie   ty 
miałabyś się starać, żeby dzieci z Faires nauczyły się 
czytać?

- Och, to nie mój obowiązek? - Szczelniej okryła 

się szalem. - A więc czyj?

-   Nie   wiem   -   przyznał   James.   -   Chyba   pastora. 

Niech on je uczy. - James zdążył już poznać pastora i 

background image

niezbyt wierzył, żeby ten duchowny zechciał wykazać 
jakiekolwiek zainteresowanie swoimi ubogimi braćmi. 
To należałoby raczej do obowiązków wikarego… gdyby 
on   nadal   miał   wikarego.   Wielebny   Peck   napotkał 
zapewne   trudności   ze   sprowadzeniem   nowego 
pomocnika,   wieści   o   losie   jego   ostatniego   wikarego 
dotarły   już   niewątpliwie   do   wszystkich   seminariów 
duchownych w Szkocji.

- To nie twoja sprawa, Emmo - stwierdził James. - 

Nie powinnaś się w to mieszać.

-   To   typowe   dla   pana,   lordzie   Denham   - 

powiedziała z goryczą. - Żadna sprawa nigdy nie była 
pana sprawą. Nigdy nie pomyślał pan o ludziach, którzy 
mieli   tak   niefortunny   pomysł,   żeby   się   urodzić   w 
biedzie?   Chociaż   mając   tyle   pieniędzy,   że   nawet   ich 
drobnej części pan nie potrzebuje, właśnie pan mógłby 
zrobić dla nich tak wiele.

James   westchnął   z   rezygnacją.   Nie   tak   to   sobie 

wyobrażał.   1'rzewidywał   co   prawda,   że   Emma   nie 
będzie miała ochoty rozmawiać o sytuacji, w jakiej się 
znalazła,   nie   przypuszczał   jednak,   że   ożyje   dawno 
zapomniany temat ich stałych dyskusji.

Patrzył teraz na nią i trudno mu było uwierzyć, że 

istota o tak anielskim wyglądzie może być zdolna do 
równie   irytującego   zachowania.   Pomimo   ciężkich 
przejść   i   znojnej   pracy   Emma   van   Court   nadal   była 
piękną kobietą. Każda dama w Londynie mogłaby jej 
pozazdrościć wspaniałych włosów i pięknych oczu, ale 

background image

przede   wszystkim   Emma   wzbudzała   podziw   czymś 
trudno uchwytnym w swoim wyglądzie. Czyżby to była 
kwestia,   zastanawiał   się   w   duchu   James,   zdumiony 
własnym   sentymentalizmem,   wewnętrznego   ognia, 
nieugiętego ducha?

Dobry   Boże,   pomyślał,  muszę   jak   najszybciej 

wyjechać ze Szkocji. Staję się obrzydliwie romantyczny.

- Zgoda, Emmo - powiedział, krzyżując ramiona na 

piersi i ostrożnie dobierając słowa. Wiedział, że czujnie 
go   obserwuje.   -   Rozumiem,   że   w   tej   kwestii   nie 
zmienisz zdania.

Nie był tego pewien, ale wydawało mu się, że na jej 

twarzy pojawił się wyraz ulgi.

- Nie zmienię, milordzie - odrzekła poważnie.

A zatem utknęli na martwym punkcie. Przynajmniej 

w   tej   kwestii.   Ale   była   jeszcze   inna   sprawa.   James 
wzdragał się przed tym, ale musiał to zrobić. Nie miał 
wyboru.

- Emmo - powiedział. - Chodzi o Stuarta.

- Tak? - Zerknęła na niego z ciekawością. - Co ze 

Stuartem? - Po chwili przybrała chłodny wyraz twarzy. 
- Powiedziałam panu, milordzie, tyle, ile…

- Nie. - James podniósł rękę, żeby ją powstrzymać. 

- Nie chodzi mi o okoliczności jego śmierci. Chcę cię 
spytać… o jego pochówek.

background image

- Jego pochówek? - Emma szeroko otworzyła oczy.

- Tak. Jego grób. Rozmawiałem z pastorem i on nie 

potrafił mi powiedzieć, gdzie Stuart został pochowany. 
Byłem ciekaw…

- Wielebny Peck tego nie wie - powiedziała szybko 

Emma.   Zbyt   szybko.   -   W   tym   czasie,   kiedy   umarł 
Stuart, umarło mnóstwo innych ludzi. Pastor nie mógł 
nawet   odprawić   modłów   na   jego   pogrzebie.   Nie 
mogłam nawet…

-   Pochować   go   na   cmentarzu   przy   kościele   - 

dokończył James. - Wiem o tym, Emmo. I jestem ci za 
to wdzięczny, że nie zgodziłaś się na wspólną mogiłę. 
Wcale nie jestem na ciebie zły za to, że pochowałaś go, 
jak przypuszczam, w nie poświęconej ziemi. To nie ma 
najmniejszego znaczenia,  bo uważam - i jestem pewny, 
że podzielasz moje zdanie - że on będzie szczęśliwszy, 
kiedy powróci do opactwa Denham.

- Powróci do opactwa Denham? - nachmurzyła się 

Emma. - Nie wiem, o czym pan mówi.

- Mówię o tym - powiedział powoli - że chciałbym 

zabrać stąd Stuarta.

Emma ściągnęła brwi.

- Zabrać Stuarta? Co pan przez to rozumie?

- Chcę go ekshumować - wytłumaczył jej James. - 

Żeby pochować jego zwłoki w rodzinnym grobowcu w 

background image

opactwie   Denham.   Musisz   zrozumieć,   Emmo,   że   to 
jedyne   właściwe   dla   niego   miejsce.   Miejsce   jego 
wiecznego   spoczynku   powinno   się   znajdować   tam, 
gdzie   są   pochowani   jego   rodzice.   Oni   na   pewno   by 
chcieli…

- Nie!

Ten dźwięk był raczej westchnieniem niż słowem, 

ale James łatwo go zrozumiał. Zauważył również, że jej 
twarz pokryła się śmiertelną bladością.

- Emmo - spytał, zaszokowany jej wyglądem. - Czy 

źle się czujesz? Może ci coś podać? Napij się wina…

Emma, która tak silnie uchwyciła oparcie krzesła, 

że zbielały jej nadgarstki, chyba nie słyszała tego, co 
mówił.

- Nie możesz - powiedziała, potrząsając gwałtownie 

głową. - Nie możesz tego zrobić. Nie. Nie.

- Emmo…

- Ja na to nie pozwolę - dodała z pewnością siebie, 

nieco   sztuczną,   jak   zauważył   James.   Trudno   być 
pewnym   siebie,   pomyślał,   kiedy   jest   się   bliskim 
zemdlenia. Obawiał się, że właśnie tak było z Emmą. - 
Słyszysz, ja na to nie pozwolę!

-   Emmo   -   powiedział.   -   Jesteś   bardzo 

zdenerwowana. Proszę cię, usiądź. Naleję ci wina…

background image

-   Nie   chcę   siadać.   -   James   stwierdził   z   ulgą,   że 

rumieńce   powoli   wracają   na   jej   policzki.   -   Nie   chcę 
wina. Nie będziesz go wykopywał, James. Rozumiesz? 
On zostanie tam, gdzie jest.

- Emmo…

-   On   jest   moim   mężem   -   powiedziała   drżącym 

głosem.

-   Wcale   tego   nie   kwestionuję.   Chcę   tylko 

powiedzieć, że w rodzinnym grobowcu czeka na niego 
miejsce, tam gdzie spoczywa reszta jego rodziny, gdzie 
grób będzie otoczony opieką…

- On zostanie tutaj - stwierdziła Emma. - Razem ze 

mną,   tutaj,   na   Faires.   Rozumiesz?   Nie   wolno   ci   go 
tykać!

 

12

 

background image

Emma   wstrząsnęła   powygniataną   poduszkę   i 

przewróciła   się   na   drugi   bok.   Nie   mogła   spać.   Nic 
zresztą dziwnego.

Powinna się była tego spodziewać. Była naiwna, że 

wcześniej o tym nie pomyślała. Przecież to zrozumiałe, 
że   hrabia   chciał   pochować   swojego   kuzyna   w 
rodzinnym   grobowcu.   Chociaż   Stuart   zawiódł 
oczekiwania   rodziny,   nie   oznaczało   to   jednak,   że 
przestał   do   niej   należeć.   Pragną,   żeby   spoczął   obok 
swoich rodziców - i prawdopodobnie, pomyślała ponuro 
Emma, kiedy na nią przyjdzie czas, będą chcieli położyć 
ją obok Stuarta.

Jednak nie dojdzie do tego. Nie dojdzie, jeśli ona 

temu zapobiegnie.

A   to   akurat   może   zrobić;   po   prostu   nie   powie 

hrabiemu, gdzie jest pochowany jego kuzyn.

Była   przekonana,   że   James   uznał   ją   za   okropnie 

sentymentalną   osobę,   a   może   nawet   przesądną, 
ponieważ   nie   chciała   zdradzić   miejsca   wiecznego 
spoczynku Stuarta. Ale to nie interesowało jej. To, co 
mógł pomyśleć hrabia, zupełnie jej nie obchodziło. On 
na pewno nie przejmował się tym, o czym ona myślała. 
Gdyby   miał   jakiś   wzgląd   na   jej   uczucia,   czy   spałby 
teraz na rozkładanej ławie w jej własnej chacie, zamiast 
w gospodzie "Pod Krową Morską", gdzie sobie wynajął 
pokój?   To   prawda,   że   zaoferowała   mu   nocleg,   kiedy 
byli   w   latarni,   nie   przypuszczała   jednak,   że   on 
potraktuje   poważnie   jej   propozycję.   Powiedziała   to 

background image

zresztą,   mając   na   uwadze   przede   wszystkim   lorda 
MacCreigh.

Jeszcze   nie   zdołała   dojść   do   siebie   po   szoku, 

jakiego doznała, gdy nagle zobaczyła go stojącego na 
grządkach   warzyw,   kiedy   się   dowiedziała,   że   on   jest 
dokładnie   poinformowany   o   testamencie   O'Malleya. 
Chwilę potem oddał do niej następny strzał z biodra w 
sprawie Stuarta… i zaraz wynikła kwestia nocowania w 
jej chacie. Jak kobieta mogła dać sobie z tym wszystkim 
radę? Tego było za wiele. Tego już naprawdę było za 
wiele.

- Uważam, że powinniśmy udać się na spoczynek - 

stwierdził.   -   Z   pewnością   jesteś   bardzo   zmęczona,   ja 
zresztą też. Jeśli mi pokażesz, gdzie trzymasz zapasową 
pościel, nie będę ci sprawiał więcej kłopotu.

Emma oniemiała. On chciał tu spać?! W jej chacie? 

Chyba oszalał!

-   Może   nie   zauważyłaś   -   powiedział   -   ale   pan 

Murphy   już   dawno   odjechał.   Nie   mam   żadnej 
możliwości powrotu do miasteczka.

-   Och!   -   Westchnęła   głęboko.   -   Och,   przecież 

możesz śmiało iść pieszo. Pójdę z tobą, żeby ci pokazać 
drogę. Tam jest stromo…

James uniósł czarną brew.

background image

- Emmo, zachowujesz się jak stara panna. Ja już na 

dzisiaj   mam   dosyć,   to   pewnie   wpływ   morskiego 
powietrza. Spędzę noc na ławie.

-   Ale   co   na   to   powie   pani   MacTavish?!   - 

wykrzyknęła   Emma.   -   Zauważy,   że   nie   spałeś   w 
gospodzie. Będzie ciekawa, gdzie spędziłeś tę noc…

- Pani MacTavish w ogóle nie zwróci na to uwagi, 

Emmo. - James wykonał lekceważący gest.

Emma   usiłowała   go   przekonać,   jak   bardzo   się 

mylił.   Kiedy   mówiła,   że   jutro   dowie   się   o   tym   cała 
wyspa, James spojrzał na nią karcącym wzrokiem.

-   Ależ   Emmo,   przecież   nie   jesteśmy   sobie   obcy. 

Jesteśmy rodziną.

Rodziną! Też pomysł! Przewracała się niespokojnie 

na łóżku, a Una patrzyła na nią, jakby się zastanawiała, 
kiedy jej pani wreszcie się uspokoi i da jej spać.

Są rodziną! Co za bezczelność! Po tym, co zrobił…

Prawda,   że   to   wszystko   miało   miejsce   przed 

rokiem, tego okropnego dnia w jego bibliotece. No i co 
z tego?! Rodzina! Co to za rodzina, kiedy jeden rzuca 
się z pięściami na drugiego, tylko dlatego że ten drugi 
chce się ożenić?

Cóż jednak mogła zrobić? Nie wypadało przecież 

wyrzucić go z domu. A może powinna powiedzieć mu, 

background image

żeby   poszedł   spać   do   stodoły,   razem   z   Tressidą,   jej 
kozą?

Tego jednak Emma nie zrobiła. Podeszła bez słowa 

do kufra i wyjęła z niego pościel. Zdziwiła się, kiedy 
James   chwycił   za   róg   kołdry,   żeby   pomóc   jej   ją 
rozprostować,   i   sam   ułożył   ją   na   wyściełanej   ławie. 
Zgłosił również chęć pomocy w sprzątaniu po kolacji i, 
ku   zdumieniu   Emmy,   przyjął   na   siebie   niezbyt   miłe 
zmywanie,   jej   zostawiając   wycieranie   naczyń.   Widok 
Jamesa   zanurzającego   dłonie   w   lodowatej   wodzie 
wyzwolił w niej nawet wiele przychylnych uczuć. Nie 
wyobrażała   sobie,   żeby   hrabia   Denham   chciał 
komukolwiek myć naczynia.

Szybko   jednak   przywołała   się   do   porządku.   Przy 

tym mężczyźnie  należało stale zachowywać  czujność. 
Nie powinna zapominać o tym, co się wydarzyło, kiedy 
mu po raz ostatni zaufała… Omal nie zabił Stuarta!

A   teraz   chciał   zrobić   coś,   co   nie   tylko   będzie 

przykre, ale doprowadzi do skandalu…

Nie. Nie pozwoli sobie na żadne ciepłe uczucia w 

stosunku   do   hrabiego.   Gdyby   tak   się   stało,   o   wiele 
trudniej przyszłaby jej odmowa, kiedy znowu ją poprosi 
- a była przekonana, że tak się stanie - o pozwolenie 
ekshumacji Stuarta. A na to nie mogła pozwolić.

Problem polegał na tym, że Emma nie była zdolna 

do   nienawiści.   Poza   tym   nie   miała   w   tym   żadnej 
wprawy. Hrabia Denham był jedyną osobą, której nie 

background image

cierpiała, ale to uczucie nie trwało nigdy dłużej niż kilka 
minut   i   wybuchało   raz   na   kilka   tygodni,   a   nawet 
miesięcy. Trudno jej było naprawdę kogoś nienawidzić. 
Będzie musiała się bardzo starać, żeby w tym wytrwać, 
dopóki on nie opuści wyspy… kiedykolwiek to nastąpi.

A co się stanie, pomyślała, jeśli on nadal będzie dla 

niej dobry, tak jak był do tej pory, broniąc jej przed 
lordem   MacCreigh,   przynosząc   jedzenie   z   gospody, 
zmywając naczynia? Jak będzie mogła go nienawidzić?

Jednak   bez   względu   na   wszystko,   nie   wolno   jej 

wyzbyć się wrogich uczuć.

Emma leżała w łóżku, nadsłuchując, czy James już 

zasnął. A może, tak samo jak ona, leży, patrząc w sufit? 
Z pierwszej izby nie dochodził żaden dźwięk. Słyszała 
oddech   Uny,   która   leżała   obok   niej   na   łóżku,   i   za 
oknami szum wiatru, który przedostawał się do środka i 
wyziębiał sypialnię.

Chata Emmy miała zasadniczą wadę - był tam tylko 

jeden   kominek,   i   to   w   pierwszej   izbie,   zamiast   w 
sypialni, gdzie by się bardzo przydał w nocy. Kiedy żył 
Stuart, nie odczuwała tego zbyt dotkliwie. Teraz, kiedy 
go zabrakło, a do tego drzwi I były zamknięte - musiała 
je   zamknąć,   żeby   James   nie   zobaczył   jej   w   nocnej 
koszuli - w sypialni Emmy było zimno jak w grobowcu.

Myślała   jeszcze   przez   chwilę   o   swojej 

wychłodzonej   izbie,   potem   o   tym,   co  ma   powiedzieć 
pani MacEwan następnego ranka, kiedy ją spyta - a na 

background image

pewno to zrobi, na Faires niczego nie dało się utrzymać 
w tajemnicy - o Jamesa, który spędził noc w jej chacie, 
kiedy usłyszała jakiś dziwny dźwięk. To nie był wiatr 
ani też Una. Ktoś szarpał frontowymi drzwiami.

Emma   nie   wiedziała,   która   mogła   być   godzina. 

Wydawało   się   jej,   że   leżała   w   łóżku   już   od   wielu 
godzin,   rozmyślając   o   Jamesie   i   jego   nieoczekiwanej 
wizycie. Równie dobrze mogła lo być północ, jak i świt 
-   niebo   i   tak   było   pokryte   ciemnymi   chmurami.   Nie 
mogła też liczyć na swojego koguta, czasem zapominał 
budzić ją pianiem o świcie.

Uznała jednak, że jest bliżej północy niż świtu. Kto 

mógłby plątać się koło jej domku tak późno? Za życia 
Stuarta często była wyrywana ze snu w środku nocy. 
Podczas epidemii tyfusu musiała czasem wstawać dwa, 
a   nawet   trzy   razy,   budzona   przez   parafian,   którzy 
chcieli,   żeby   wikary   odczytał   modlitwy   przy   łożu 
umierających bliskich.

Ale Stuarta już nie było. Ktokolwiek to był, musiał 

mieć ważny powód, żeby niepokoić ją o takiej godzinie.

Ważny albo bandycki powód…

Niewiele   myśląc,   Emma   wyskoczyła   z   łóżka, 

otworzyła drzwi sypialni i podbiegła do kominka. Słabo 
już żarzące się polana promieniowały na pokój dziwną 
poświatą. Nie miała czasu tego podziwiać. Podwinęła 
rąbek koszuli, wspięła się na kamień kominka i zdjęła 
strzelbę   myśliwską   ze   ściany.   Emma   niezbyt   dobrze 

background image

umiała   obchodzić   się   z   bronią   i   nie   miałaby   serca 
zastrzelić jakiegoś zwierzęcia. Gdyby nie hojność pani 
MacEwan, żywiłaby się wyłącznie jarzynami i chlebem.

Jednak, chociaż Stuart byłby przerażony, gdyby o 

tym wiedział, Emma nie miała specjalnych oporów w 
strzelaniu do ludzi, gdyby wynikła taka konieczność.

Wzięła   strzelbę   pod   pachę   i   podeszła   do   drzwi. 

Wieczorem dobrze je zamknęła nie tyle z obawy przed 
złodziejami, ale dlatego, że silny wiatr od morza często 
je   otwierał.   Kiedy   drzwi   były   zaryglowane,   do   chaty 
można było wejść jedynie sposobem. Należało odsunąć 
zasuwkę, wkładając rękę przez jedno z wielu okienek, w 
których   łatwo   wypchnąć   szybę.   Wszystkie   okienka 
otwierały się na zewnątrz, przytrzymywane metalowymi 
haczykami.

Emma nie zauważyła żadnej ręki na szybie, drzwi 

nadal były zamknięte. Ktokolwiek to był, nie udało mu 
się sforsować wejścia. Usłyszała jakiś hałas za plecami, 
odwróciła się szybko, przykładając strzelbę do ramienia. 
Serce podeszło jej do gardła…

Nagle ktoś wytrącił jej broń z ręki.

- Na  litość  boską, Emmo!  - krzyknął  zduszonym 

szeptem lord Denham.

Z   gardła   Emmy   wydobył   się   tylko   niewyraźny 

dźwięk.

background image

Przerażona, że ktoś się stara dostać do jej domu, 

zupełnie   zapomniała   o   obecności   Jamesa.   Na   widok 
ogromnego   mężczyzny,   w   samej   tylko   koszuli, 
całkowicie   straciła   panowanie   nad   sobą   i   zaczęła 
przeraźliwie piszczeć. James szybko położył dłoń na jej 
ustach.   Zorientowała   się   dopiero   po   chwili,   że   on   ją 
trzyma   przy   sobie,   że   wyczuwa   jego   muskuły   przez 
cienki   materiał   swej   koszuli   -   pod   którą   niczego   nie 
miała - i nie wiedząc, co robić, ugryzła go w palec.

-  Och!   -  James   odsunął  dłoń od  jej  ust.  -  Co  ty 

wyprawiasz?'

-  Puść  mnie  -  zażądała  Emma,  ale  hrabia  syknął 

tylko, żeby była cicho. On też usłyszał ten łomot. Stał 
nieruchomo, nadsłuchując.

Emma   była   pewna,   że   właśnie   na   tej   czynności 

skupia on całą swoją uwagę. Przecież nie przyciskał jej 
tak   mocno   do   siebie   dlatego,   że   sprawiał   mu 
przyjemność dotyk jej prawie nagiego ciała. W żadnym 
wypadku!   Nie   zauważył   pewnie   nawet,   że   jego   udo 
znalazło   się   w   jakiś   dziwny   sposób   pomiędzy   jej 
nogami.   Oczywiście,   że   nie!   Przecież   nie   tylko 
obejmował ją w pasie, ale trzymał też strzelbę w ręku. 
Mężczyzna, który trzyma strzelbę, nie mógłby myśleć o 
niczym innym, jak tylko tym, co będzie jego celem.

Ale Emma nie trzymała strzelby. Emma nie miała 

na   czym   skupić   uwagi,   czuła   tylko   dotyk   jego   ciała, 
muskularne udo pomiędzy nogami i jego palce, które 
wpijały się w jej biodro. Co więcej, czuła również jego 

background image

zapach.   Ten   sam   męski   zapach,   który   tego   ranka 
wypełniał   pojazd   pana   Murphy'ego,   mydło   i   woń 
Londynu. A do tego był równie gorący jak Una, która z 
nią spała w łóżku, tylko o wiele przyjemniej pachniał.

- Ja już niczego nie słyszę - szepnął. - A ty?

Emma   nie   odpowiedziała,   myślała   tylko   o   tym, 

żeby   zapomnieć   o   jego   zapachu,   zapomnieć   o   udzie 
między jej nogami.

Dopiero   po   chwili   zaczęła   nadsłuchiwać,   ale 

wszędzie panowała cisza. I znowu ktoś zaczął szarpać 
drzwiami…

James   też   to   usłyszał.   Wypuścił   Emmę   z   objęć, 

położył dłoń na jej ramieniu i popchnął ją na ławę.

- Zostań tu - polecił, nie patrząc na nią, i szybko 

okrył ją kołdrą. - Zobaczę, kto tam jest.

Emma,   która   znalazła   się   w   pościeli   nagrzanej 

ciepłem jego ciała, zaprotestowała.

- Ja powinnam pójść. To może być któreś z dzieci.

-   Dzieci?   -   James   obrzucił   ją   zdumionym 

spojrzeniem.

-   Albo   ktoś   z   rodziców   -   powiedziała   Emma.   - 

Czasem przychodzą do mnie, żeby im coś przeczytać…

- O pierwszej w nocy?!

background image

- Obiecaj mi tylko, że ich nie zastrzelisz.

- Dlaczego miałbym to zrobić? - James usiadł obok 

niej na ławie, żeby wciągnąć buty. - To ty miałaś ten 
zamiar.

-   Ale   najpierw   chciałam   zapytać,   kto   tam   jest,   i 

strzelać tylko gdyby to był…

- Gdyby to był kto?

- Nikt. - Emma spuściła wzrok.

- Hm. Tak podejrzewałem.

James podniósł się z ławy, złamał strzelbę i zajrzał 

do lufy.

- Emmo - rzucił gniewnym głosem. - Ta strzelba 

nawet nie jest nabita.

Emma   podciągnęła   kołdrę   pod   brodę.   Powłoczka 

pachniała Jamesem.

- To byłoby głupie, żeby zawiesić nabitą strzelbę 

nad kominkiem, prawda? - odpowiedziała szeptem.

James westchnął teatralnie.

- Gdzie Stuart trzymał naboje?

- W kredensie przy umywalce. To znaczy, w tym, 

co   jeszcze   zostało   z   kredensu.   -   Odrzuciła   kołdrę.   - 
Pokażę ci…

background image

- Nie ruszaj się z ławy, sam je znajdę.

- Ale…

- Na litość boską, Emmo. Zostań tam albo… - Nie 

mogąc widocznie znaleźć odpowiedniej groźby, dodał 
tylko: - Albo się rozgniewam.

Emma, otulona w ciepłą pościel, zastanawiała się, 

kto   mógłby   składać   jej   wizytę   o   północy. 
Niewykluczone,   że   był   to   ktoś   zupełnie   niegroźny. 
Emma miewała już takie wizyty… chociaż dość dawno. 
Możliwe   jednak,   że   za   drzwiami   stał   ktoś,   kto   miał 
rzeczywisty powód, żeby się tu zjawić.

A   gdyby   to   był   lord   MacCreigh   i   James   by   go 

zastrzelił! Och, Boże, westchnęła.

Ta   sama   myśl   przyszła   hrabiemu   do   głowy   w 

chwili,   kiedy   usłyszał   ruch   przy   drzwiach.   Przecież 
tylko   dlatego   postanowił   spędzić   tę   noc   w   domku 
Emmy,   z   czego   ona,   naturalnie,   me   zdawała   sobie 
sprawy. Bóg  jeden wie, o co go mogła  podejrzewać, 
kiedy się upierał, że zostanie u niej na noc.

Chociaż James przypuszczał, że po baronie można 

się spodziewać prawie wszystkiego, nie wierzył jednak, 
że MacCreigh mógłby być aż tak głupi albo tak podły. 
Hrabia   nie   wyobrażał   sobie,   żeby   jakikolwiek 
mężczyzna   mógł   w   ten   sposób   terroryzować   kobietę. 
Jaki łajdak ośmieliłby się nachodzić niewinną wdowę w 
środku nocy?

background image

Był jednak świadomy, że czasem trudno zrozumieć 

pokrętne   zamysły   niektórych   osób.   Wiedział   też,   z 
czego Emma zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że na 
świecie   było   więcej   zła   niż   dobra.   Teraz   miał   tego 
najlepszy przykład. Mimo wszystko nie uważał barona 
MacCreigh za wariata.

A   to,   co   się   działo,   niewątpliwie   było   aktem 

szaleństwa.

Nie zapalał świecy, szukał naboi po omacku. Jeśli 

MacCreigh nie usłyszał pisku Emmy - a mógł go nie 
usłyszeć   z   powodu   wycia   wiatru   -   to   na   pewno 
zobaczyłby   światło   i   domyślił   się,,   że   jego   obecność 
została zauważona. Należało go zaskoczyć. MacCreigh 
nie powinien podejrzewać, że Emma nie jest sama. Miał 
myśleć, że nikt go nie usłyszał. Jamesowi zależało tylko 
na jednym: żeby oddać celny strzał.

Wzrok hrabiego już się przyzwyczaił do ciemności 

panującej w chacie. Ciemność i chłód. Przedtem jakoś 
tego nie zauważył, ale w tym domku było przeraźliwie 
zimno.

Znalazł   naboje,   nabił   strzelbę,   nie   spuszczając   z 

oczu okienek, rozmieszczonych po bokach drzwi.

Najpierw widział tylko smugi deszczu. Znowu się 

rozpadało, i to na dobre. Po chwili jakiś cień przesunął 
się obok jednego okienka. Za chwilę MacCreigh znowu 
zacznie szarpać drzwiami. 

background image

Teraz albo nigdy, pomyślał James.

Szybko   podszedł   do   drzwi.     Odsunął   drewniany 

skobel,   podnosząc   jednocześnie   strzelbę   do   ramienia. 
Podmuch wiatru otworzył drzwi na oścież.

Za drzwiami stała, patrząc smutnym wzrokiem w 

lufę wymierzonej w nią strzelby, bardzo mokra i bardzo 
nieszczęśliwa krowa.

 

13

 

- Och - usłyszał za plecami  okrzyk Emmy.  - To 

Louise!

James   wolno   opuścił   strzelbę.   Nie   dowierzał 

własnym   oczom.   To   nie   był   Geoffrey   Bain,   to   była 
krowa. Biało-czarna krowa. Wpatrywał się w nią, a ona 
podniosła łeb i zaryczała żałośnie.

Emma odepchnęła go i podeszła do bydlęcia.

background image

-   Biedna   Louise   -   zaszczebiotała.   Przytuliła 

policzek do krowiego pyska, przykrywając go swoimi 
złotymi lokami. - Znowu uciekłaś? Pani MacEwan na 
pewno się martwi o ciebie. Dobrze zrobiłaś, że do mnie 
przyszłaś.

Po chwili, ku zdumieniu Jamesa, Emma podniosła 

głowę,   chwyciła   krowę   za   sznur   na   szyi   i   zaczęła 
ciągnąć ją do środka.

Wciągała ją do chaty.

- Emmo - odezwał się James. Nie był pewny, czy 

jego głos przebije się przez szum deszczu, ale się nie 
poddawał. - Emmo, co ty robisz?

- Hm - mruknęła Emma.

Zwierzę   początkowo   się   opierało,   ale   teraz   już 

wchodziło   do   chaty,   racice   dudniły   po   drewnianej 
podłodze.

- Nie możemy zostawić Louise na dworze. Leje jak 

z cebra. Przetrzymamy ją przez noc, a pan MacEwan 
rano ją zabierze.

James patrzył z niedowierzaniem na przechodzącą 

obok niego krowę.

- Emmo - powiedział, kiedy zwierzę uderzyło go 

ogonem w nogę. - Czyś ty zwariowała?

background image

Ale Emma nie zwracała na niego uwagi. Odsunęła 

ławę   i   zaczęła   rozniecać   ogień   na   kominku,   wydając 
jednocześnie jakieś uspokajające, skierowane do krowy, 
pomruki.

- Emmo! - James nie mógł już tego znieść. Ruszył 

do   przodu,   żeby   złapać   ją   za   ramiona   i   mocno 
potrząsnąć. Niestety, na jego drodze stała krowa, zza 
której Emma patrzyła na niego zdumionym wzrokiem.

-   O   co   chodzi,   milordzie?   -   spytała   niewinnym 

tonem.

- Emmo. - James odłożył strzelbę. Był tak wściekły, 

że mógł  jej użyć przeciwko Emmie… albo krowie. - 
Emmo   -   powtórzył   z   wyduszonym   spokojem.   -   Nie 
możesz trzymać krowy w izbie.

Emma   szturchała   właśnie   pogrzebaczem   polano, 

które położyła na palenisku.

- Nie rozumiem dlaczego nie - powiedziała w głąb 

kominka.

- Dlatego, że ona może… ona może… - James nie 

potrafił dokończyć tego zdania.

- To ja wtedy posprzątam. - Potrząsnęła głową. - 

Doprawdy,   lordzie   Denham,   ma   pan   o   wiele   więcej 
wspólnych cech ze Stuartem, niż przypuszczałam. On 
też był niedobry dla biednej Louise, kiedy się zgubiła, 
tak jak dzisiaj.

background image

Słysząc   to,   James   zmienił   stosunek   do   nocnego 

gościa. Nie można było przecież zostawić tego biednego 
zwierzęcia na dworze, w takim deszczu.

- Hm jeśli topiko na jedną noc… - powiedział z 

wahaniem,   nie   chcąc,   by   wyglądało   na   to,   że   zbyt 
szybko się poddaje.

Dopiero   teraz   spostrzegł,   że   ciało   stojącej   przy 

kominku Emmy prześwituje w blasku ognia przez jej 
cienką   nocną   koszulę.   Widział   wyraźnie   każdą 
wypukłość,   każde   wgłębienie,   widział…   wszystko. 
Zauważył, jak naprężone z  zimna  brodawki jej  piersi 
unoszą materiał koszuli.

James   wiedział,   że   nie   powinien   na   to   wszystko 

patrzeć.   Wiedział,   że   obowiązkiem   dżentelmena   było 
odwrócić   natychmiast   wzrok.   To   żona   jego   kuzyna, 
która teraz jest pozbawioną opieki wdową.

Nie   potrafił   jednak   oderwać   od   niej   oczu.   Kiedy 

odwróciła   się   tyłem,   prezentując   mu   równie   uroczy, 
mniej   jednak   urozmaicony   widok,   z   trudem   złapał 
oddech.

Tego   już   było   za   wiele.   Został   wyrwany   z 

głębokiego snu, myśląc, że ktoś usiłuje się dostać do 
domu. Okazało się, że ma spędzić resztę nocy w jednym 
pomieszczeniu z krową.

Jakby   jeszcze   tego   było   mało,   musiał   zobaczyć 

piersi swojej gospodyni. Nie prosił się o to. Nie miał 

background image

takiego zamiaru, kiedy się upierał, że spędzi noc w jej 
chacie.

Zresztą widział sutki Emmy nie po raz pierwszy. 

Widywał  je już  przedtem,  i to o wiele  wyraźniej  niż 
teraz.   Poprzedniego   roku   Emma   nosiła   niesłychanie 
głęboko   wycięte   suknie   balowe   i   dzięki   swojemu 
wzrostowi,   przy   wykonywaniu   figur   kadryla,   James 
mógł oglądać jej piersi do woli.

- Daj mi  to - powiedział ze złością i wyrwał jej 

pogrzebacz   z   ręki.   Emma   spojrzała   na   niego   ze 
zdumieniem, a James uczynił wysiłek, żeby na nią nie 
patrzeć, gdyż z bliska jej nocna koszula była jeszcze 
bardziej przezroczysta, i zabrał się do rozniecania ognia. 
- Wracaj do łóżka, jeśli nie chcesz się przeziębić.

- Och! - wykrzyknęła wesoło. - Wcale nie muszę. 

Jeszcze nigdy nie byłam chora. Jestem naprawdę bardzo 
wytrzymała. 

-   Emmo   -   powiedział,   patrząc   na   nią   surowym 

wzrokiem. - Zrób, jak ci mówiłem.

Mówił   tak   stanowczym   tonem,   że   Emma   pisnęła 

tylko:

- Tak, milordzie. - Odeszła od kominka i zniknęła 

w sypialni.

James,   kiedy   wreszcie   został   sam,   popatrzył   na 

stojące   przy   nim   zwierzę.   Nie   miał   żadnego 
doświadczenia   w   tym   względzie,   uznał   jednak,   że 

background image

Louise była dość przyjemną krową. Musiała chyba się 
trochę rozgrzać, bo przestała się już trząść. Patrzyła na 
niego swoimi wielkimi brązowymi oczami, poruszając 
jednocześnie pyskiem.

- Nie wejdzie ci to w zwyczaj, prawda, Louise? - 

odezwał się łagodnie James.

-   Słucham?   -   Z   sypialni   wyszła   Emma,   usiłując 

wyciągnąć koronkowy mankiecik swojej koszuli ze zbyt 
szerokiego rękawa bordowego szlafroka. - Mówił pan 
do mnie, milordzie?

- Nie - odrzekł James, przypatrując się uważnie jej 

szlafrokowi.   -   Słuchaj   Emmo,   czy   to   nie   szlafrok 
Stuarta?

- Oczywiście - przyznała, wiążąc bordowy pasek na 

kokardkę.|

-   Wydawało   mi   się,   że   oddałaś   wszystkie   jego 

rzeczy. - James zmrużył oczy.

-   No,   niezupełnie   wszystkie.   -   Słaby   rumieniec 

wystąpił jej na twarz.

- Jak widać. - Widok Emmy w szlafroku kuzyna 

zrobił   mu   przykrość.   I   to   nie   taką   przykrość,   jaką 
miałby prawo odczuwać. - Sama rozumiesz, że tak dalej 
być nie może - dodał niespodziewanie.

- Co być nie może? - Emma zamrugała oczami.

background image

- To, żebyś dalej mieszkała tu sama. Przypuśćmy, 

że   pod   drzwiami   nie   stałaby   Louise.   Przypuśćmy,   że 
byłby to MacCreigh.

-   Och,   on   nigdy   by…   -   Emma   zaśmiała   się 

sztucznie.

- Czyżby? - James potrząsnął głową. - Słyszałem, 

co   mówią   we   wsi.   Mówią,   że   on   zabił   swoją 
narzeczoną…

-   Przecież   on   tego   nie   zrobił   -   zaprotestowała 

Emma… i natychmiast zamilkła. James spojrzał na nią z 
ciekawością.

-   Jesteś   tego   bardzo   pewna   -   zauważył   James.   - 

Słyszałem, że ta kobieta zniknęła bez śladu. Skąd wiesz, 
że MacCreigh nie miał w tym żadnego udziału?

-   Och!   -   wykrzyknęła   Emma.   Była   znów 

zdenerwowana. - Ponieważ ja… po prostu znam lorda 
MacCreigh. On by nigdy…

- Nigdy co? - spytał James. - Nie próbował wziąć 

kobiety siłą? Czy nie to właśnie robił, kiedy zastałem 
was we dwoje w latarni morskiej?

- Ach, o to chodzi - powiedziała Emma. - On tylko 

chciał, żebym z nim poszła do sędziego Reardona. To 
wcale nie znaczy, że chciał mnie zabić.

-   Tak   czy   owak,   zniknęła   kobieta   -   stwierdził 

James. - Mówi się, że zabił ją MacCreigh…

background image

- Doprawdy, lordzie Denham - oburzyła się Emma. 

- Baron nie miał nic wspólnego ze zniknięciem Clary. 
Ona uciekła z lokajem lorda.

- Skąd o tym wiesz? - zdziwił się James. - Wszyscy 

mówią, że on ją zabił.

-   Wiem,   że   tak   mówią.   -   Emma   nie   patrzyła   na 

niego, tylko na swoje stopy. - Nic na to nie poradzę. 
Wiem jednak, że Clara uciekła, żeby wyjść za mąż za 
człowieka, którego kochała. Jej ojciec nigdy by się nie 
zgodził   na   to   małżeństwo,   więc   nie   miała   innego 
wyjścia…

- Podobnie jak ktoś, kogo znam - powiedział sucho 

James, kładąc pogrzebacz przy palenisku.

- Tak. - Emma zarumieniła się. - Tylko że ja nie 

byłam zaręczona z innym mężczyzną jak Clara.

- Nie. Nie byłaś. Zrobiłem tylko to, co uznałem za 

najlepsze   dla   was   dwojga   -   wyznał   James.   -   Dobrze 
wiesz,   że   Stuart   nie   był   przygotowany   do   założenia 
rodziny.   Nie   zaczął   jeszcze   pracować.   Nie   miał 
pieniędzy.

Emma patrzyła na niego równie tępym wzrokiem 

jak krowa. Tyle że krowa się nie rumieniła.

-   Mówił,   że   nie   potrzebujemy   pieniędzy   - 

powiedziała zdławionym głosem. - Że nie potrzebujemy 
niczego poza miłością.

background image

- To bardzo do niego podobne - zauważył James. - 

To   musiało   się   wydawać   bardzo   romantyczne…   jego 
pierwszą   praca   i   tak   dalej.   Co   z   tego,   że   musieliście 
zamieszkać   w   dzikiej   północnej   Szkocji   i   znosić 
warunki, do jakich nie byłaś przyzwyczajona? Mieliście 
przecież siebie nawzajem.

-   Przyjechaliśmy   tutaj   -   powiedziała   Emma, 

oburzona   jego   sarkastycznym   tonem   -   żeby   pomagać 
tym, którym było o wiele gorzej niż nam. Ale pan nie 
może mieć o tym pojęcia.

- To możliwe - przyznał James. - Jednak, jak widać, 

jeden z tych pokrzywdzonych biedaków nie okazał zbyt 
wiele   wdzięczności   za   tę   pomoc.   Biorąc   pod   uwagę 
fakt, jak potraktował Stuarta…

-   To   nie   była   wina   pana   O'Malleya   -   przerwała 

Emma. Tak samo jak nie było winą lorda MacCreigh, że 
Clara… Emma zamilkła nagle, jakby jakaś niewidzialna 
ręka zakryła jej usta. Zapanowała długa cisza, słychać 
było tylko wycie wiatru.

- Nie było winą lorda MacCreigh, że Clara co? - 

spytał łagodnie James.

Wydawało   mu   się,   że   to,   co   Emma   miała 

powiedzieć, było czymś niezwykle ważnym. Świadczył 
o tym wyraz jej twarzy.

background image

-   Emmo,   co   się   stało   z   narzeczoną   lorda 

MacCreigh? - nalegał. Powiedziałaś, że uciekła z jego 
lokajem. Czy to wszystko? Czy jest coś jeszcze?

Niewątpliwie było coś jeszcze. Widział, jak krew 

odpływa z jej twarzy. Emma doskonale wiedziała, że to 
nie   była   tylko   sprawa   zwykłej   ucieczki.   Nie   chciała 
jednak podzielić się z nim tą wiedzą. Przynajmniej nie 
teraz.   Emma   już   się   nie   rumieniła,   była   śmiertelnie 
blada. Spojrzała na niego wyzywającym wzrokiem.

-   Nie   mam   zamiaru   teraz   o   tym   mówić.   Jestem 

zmęczona,   pan   pewnie   też.   Powinniśmy   wrócić   do 
łóżek.

Zobaczyła,   że   uniósł   brwi,   jakby   zdziwiony   jej 

ripostą.   Hrabia   Denham   nie   był,   oczywiście, 
przyzwyczajony do tego, że ktoś go zbywa. Tym razem 
przyjął to ze zrozumieniem.

- Chyba masz rację, Emmo. Noc nie jest dobrą porą 

na   zwierzenia.   Może   doprowadzić   do…   -   Emma 
zauważyła, że wbija wzrok w wycięcie jej koszuli, gdyż 
poły   szlafroka   Stuarta   rozsunęły   się   -   różnych 
komplikacji.

-   Tutaj   nie   musi   się   pan   obawiać   żadnych 

komplikacji, lordzie Denham - odparła sucho, zbierając 
szlafrok na piersi. - Dobranoc panu.

- Emmo? - James patrzył zdumiony na zamknięte 

drzwi   sypialni.   Co   on   takiego   zrobił?   Czym   ją 

background image

rozgniewał?   Dobry   Hoże,   ta   kobieta   miała   równie 
wybuchowy temperament jak on sam. - Emmo?

Nie   było   odpowiedzi.   Emma   słyszała   jego 

nawoływania,   ale   postanowiła   je   zignorować. 
Komplikacje, prychnęła, wchodząc do swojego zimnego 
łóżka,   nie   zdejmując   nawet   szlafroka   Stuarta. 
Komplikacje, też coś!  Jakby był przekonany, że ona… 
przecież nie mógł myśleć, żeby ona…

Nie   przypuszczała,   żeby   Jamesa   Marbury'ego 

kiedykolwiek spotkały jakieś komplikacje w związku z 
kobietą. Czy jest taka, która mogłaby być jego warta? 
Tak doskonała istota chyba nie istnieje.

Emma   mogła   mieć   tylko   nadzieję,   że   James 

Marbury szybko opuści Faires. Zły los prześladował ją 
przez cały rok. Chyba może liczyć, że jej nadzieje się 
spełnią. To przecież tylko jedna drobna rzecz.

Emma nie tylko dlatego chciała się pozbyć Jamesa 

Marbury'ego,   że   irytowało   ją   jego   apodyktyczne 
zachowanie.   Przede   wszystkim   chciała   zapomnieć   o 
tym, jak się czuła, kiedy trzymał ją tak blisko siebie, 
kiedy nie mogła złapać tchu, jakby przebiegła całą milę 
i   drżała   jak   w   gorączce.   To   okropne,   że   mężczyzna 
może   być   tak   irytujący   i   jednocześnie   tak   bardzo 
atrakcyjny!

background image

Modlitwy   Emmy   nie   miały   zostać   jednak 

wysłuchane.   James   nie   miał   najmniejszego   zamiaru 
wyjeżdżać   z   Faires.   Przynajmniej   do   czasu,   aż   się 
upewni,   że   wdowa   po   jego   kuzynie   znalazła   się   w 
odpowiednich warunkach.

To ciężka sprawa, pomyślał,  kiedy człowiek chce 

się zaopiekować kimś, kto stanowczo twierdzi, że tego 
nie   potrzebuje.
  James   westchnął   i   sprawdził,   czy   nie 
powinien dołożyć do kominka. Nie chciał, żeby Louise 
zmarzła.   Już   i   tak   nie   będzie   mógł   przez   to   zwierzę 
dobrze się wyspać. A czeka go długi dzień.

Musi przecież jutro zabić barona.

 

14

Przy ładnej pogodzie zamek MacCreigh wyraźnie 

było widać z miasteczka. Nastał piękny, ciepły poranek, 

background image

tak   bardzo   różny   od   ponurego   wczorajszego   dnia. 
Zamek górował nad okolicą, a jego wieże rysowały się 
ostro na tle błękitnego nieba. W słoneczny dzień Faires 
było   zupełnie   inną   wyspą.   James,   wyglądając   przez 
okno   chaty   Emmy,   patrzył   ze   zdumieniem   na 
pozieleniałą po deszczu bujną trawę, na której pasły się 
siada białych owiec.

Mogło się wydawać, że znalazł się nagle w jakiejś 

krainie   baśni.   Jedynie   strome   podejście   do   zamku 
MacCreigh wcale nie wyglądało malowniczo.

Dzień dobrze się rozpoczął. Jamesa obudziły jasne 

promienie   słońca   i   głos   Emmy,   która   nuciła   cicho  w 
swoim pokoju. Pomyślał, że to jest jeden z najmilszych 
poranków w jego życiu.

Hrabia czuł się wspaniale, dopóki coś nie zaczęło 

łaskotać   mu   stóp.   Uniósł   się   na   ławie   i   zobaczył,   że 
krowa obwąchuje mu nogi.

Chyba jednak nie w ten sposób powinien zaczynać 

dzień. Kiedy otworzył drzwi, żeby wyprowadzić Louise 
na   podwórze,   i   zobaczył   Cletusa   MacEwana,   który   z 
jakiegoś   powodu   trzymał   pod   pachą   koguta,   wiedział 
już,   że   ten   dzień   nie   będzie   należał   do   najlepszych. 
Jednak z nich dwóch farmer doznał o wiele większego 
szoku.   Na   widok   Jamesa   na   jego   twarzy   pojawił   się 
trudny do opisania wyraz.

MacEwan   nawet   nie   spojrzał   na   swoją   krowę. 

Widocznie fakt, że jego zwierzę spędziło noc w izbie 

background image

Emmy, nic dla niego nie znaczył. Ważne natomiast było 
to, że również James spędził tam noc. Cletus wpatrywał 
się tylko w hrabiego. Nawet kiedy wybiegła Emma  i 
zaczęła   mu   pospiesznie   tłumaczyć,   że   hrabia   musiał 
spędzić noc na ławie, bo zrobiło się zbyt późno, żeby 
mógł   wrócić   do   miasteczka,   MacEwan   nie   spuścił   z 
niego wzroku. Nadal ściskał koguta pod pachą, a drugą 
rękę trzymał na grzbiecie Louise. Jamesowi zrobiło się 
go   nawet   żal…   chociaż   nie   za   bardzo.   Zbyt   dobrze 
pamiętał strwożoną twarz Emmy, gdy nagle wybiegła z 
sypialni,   chwytając   ciężką   strzelbę   i   z   przerażenia 
zapominając nawet o jego obecności w chacie. Dobrze 
wiedział,  chociaż  usiłowała   temu  zaprzeczyć,  że   była 
równie przekonana jak on sam, że to baron usiłuje się 
wedrzeć do jej domku. Złościło go, że MacEwan, który 
najwyraźniej   rościł   sobie   pewne   prawa   do   pani 
Chesterton, nie podjął żadnych kroków, żeby zapewnić 
jej bezpieczeństwo.

Kiedy Emma poszła po kapelusz i pelerynę, James 

zapomniał o irytacji i spytał MacEwana cichym głosem, 
czy nie zgodziłby się zostać jego sekundantem.

- Pana czym? - usłyszał w odpowiedzi.

James westchnął ciężko. Dokładnie przemyślał całą 

sprawę   i   postanowił,   że   przy   pojedynku   z   baronem 
MacCreigh   jego   lokaj   będzie   musiał   wystąpić   w   roli 
chirurga, ponieważ w okolicy nie było lekarza. Roberts 
był już świadkiem wielu pojedynków swojego pana i 
dobrze umiał tamować krew i bandażować rany.

background image

Oznaczało to jednak, że Jamesowi potrzebny będzie 

jeszcze   ktoś,   kto   będzie   pełnił   rolę   sekundanta.   Ten 
farmer, podobnie jak James, miał niechętny stosunek do 
barona, a James zawsze uważał, że nieprzyjaciele jego 
nieprzyjaciół są jego przyjaciółmi.

-   Nic   ważnego   -   odpowiedział   tylko   na   pytanie 

MacEwana. - Przyjdź do gospody o wpół do dwunastej, 
potem   pójdziesz   ze   mną   do   zamku   MacCreigh   i 
dostaniesz za to gwineę.

Tym razem MacEwan dobrze go zrozumiał, bo na 

jego   i   warzy   pojawił   się   szeroki   uśmiech   -   pierwsza 
oznaka   zadowolenia   od   chwili,   kiedy   zobaczył   swoją 
drogocenną   panią   Chesterton   w   towarzystwie 
mężczyzny, który go poprzedniego dnia uderzył.

-   Dobrze,   milordzie   -   powiedział   stanowczym 

tonem.

Natomiast Emma, od kiedy James się obudził, była 

speszona i zażenowana. Wiedział, że ona czuje do niego 
urazę, która się jeszcze zwiększyła, kiedy wyjawił jej 
prawdziwy powód swojej podróży na Faires.

Potrafił to zrozumieć. Dla młodej wdowy miejsce 

wiecznego spoczynku męża mogło być bardzo ważną 
sprawą. Emma kochała Stuarta i chciała być blisko jego 
grobu.

A jednak…

background image

James nie do końca wierzył, że tylko z tego powodu 

nie chciała mu pozwolić na przewiezienie zwłok Stuarta 
do   opactwa   Denham.   Emma   była   przywiązana   do 
Faires, to było oczywiste. Wydawało mu się jednak, że 
to przywiązanie odnosiło się do żyjących mieszkańców 
wyspy, do jej małych uczniów, a nie dotyczyło pamięci 
zmarłego męża. Nie potrafił powiedzieć, dlaczego tak 
myślał. To była tylko hipoteza, a jednak…

Ta myśl nie opuszczała go w drodze do miasteczka. 

James umówił się z panem Murphym, że ten przyjedzie 
po niego o ósmej rano, i karawan stawił się punktualnie. 
Emma   przyjęła   zaproszenie   hrabiego   i   pozwoliła   się 
odwieźć do szkoły, ale przez całą drogę była milcząca i 
zamyślona. James nie był pewien, czy drażniła ją jego 
bezustanna   obecność,   czy   też   rozgniewało   ją   to,   że 
przyjechał   na   Faires   po   ciało   Stuarta.   Wreszcie   pan 
Murphy podjechał pod latarnię morską, gdzie już po raz 
drugi w ciągu dwóch dni przywoził Emmę, co nie uszło 
uwagi jej uczniów, którzy znacząco trącali się łokciami, 
kiedy James pomagał jej wysiąść z pojazdu.

- Czy dzisiaj wraca pan do Anglii, lordzie Denham? 

-   usłyszał   i   miał   już   gotową   odpowiedź   na   swoje 
pytania.

James   patrzył   na   jej   zaróżowione   od   morskiego 

wiatru policzki - wczorajsza wichura ustąpiła łagodnym 
powiewom od morza - i dał jej grzeczną, wymijającą 
odpowiedź.

background image

- Jeszcze nie wiem. Zobaczę, co przyniesie dzień - 

powiedział i natychmiast ujrzał wyraz niezadowolenia 
na jej twarzy.

-   Och   -   westchnęła   tylko   Emma,   ale   zaraz 

przywołała na usta z lekka drżący uśmiech. - Wie pan, 
gdzie można mnie znaleźć. Do widzenia - dodała.

Skierowała się do latarni morskiej, a jej złote loki 

wymknęły się spod kapelusza i powiewały na wietrze.

James postanowił zjeść śniadanie w gospodzie. To 

była rozsądna decyzja, ponieważ nawet jego kucharz w 
Londynie   nie   potrafiłby   zrobić   takich   kiełbas,   jakie 
robiła   pani   MacTavish.   Jak   słusznie   przewidziała 
Emma, pani MacTavish nie omieszkała powiedzieć, że 
wieczorem,   kiedy   wstąpiła   do   jego   pokoju   z   butelką 
gorącej wody, żeby ogrzać mu łóżko, nikogo tam nie 
zastała.

Właścicielka gospody była jednak świadoma jego 

pozycji   i   nie   ośmieliła   się   zadać   pytania,   gdzie   był. 
James odparł tylko, że to był miły gest i przyjemnie jest 
mieć ogrzane łóżko podczas deszczowej nocy. Poszedł 
zaraz   do   swojego   pokoju,   gdzie   Roberts   przygotował 
gorącą   kąpiel,   spodziewając   się   nadejścia   jego 
lordowskiej   mości.   Lokaj   Jamesa   wiadomość   o 
mającym   nastąpić   pojedynku   przyjął   ze   stoickim 
spokojem.

- Szable czy pistolety, milordzie? - spytał tylko.

background image

James rozwiązał zbyt silnie ściągnięty krawat - w 

chacie Emmy nie miał do pomocy lokaja. Mruknął, że 
baron nie wybrał jeszcze rodzaju broni i najlepiej będzie 
na   wszelki   wypadek   zabrać   wszystko.   Roberts 
zapakował   więc   pistolety   do   skórzanych   futerałów   i 
włożył   do   pochwy   świeżo   naoliwioną,   błyszczącą 
szablę.

O wpół do dwunastej James opuścił gospodę, przed 

którą   czekał   już   Cletus   MacEwan.   Kiedy   hrabia 
poinformował go, że nie pójdą pieszo do zamku, tylko 
pojadą karawanem pana Murphy'ego, MacEwan był tym 
pomysłem   bardzo   ubawiony.   James   zrozumiał   go 
dopiero, kiedy karawan z trudem się wspinał na strome 
wzniesienie. Droga do zamku MacCreigh była chyba w 
gorszym stanie niż ta, która prowadziła do chaty Emmy. 
W kilku miejscach musieli  wysiadać  z pojazdu, żeby 
odciążyć   konie.   MacEwan   pokonywał   stromiznę   bez 
najmniejszego wysiłku i zręcznie jak kozica, a James i 
jego lokaj wlekli się z tyłu, nieprzyzwyczajeni do takiej 
wspinaczki.

Dotarli   wreszcie   do   rozwalającej   się   bramy 

wejściowej.   Zamek   MacCreigh   okazał   się   prawdziwą 
twierdzą, z wieżami, murami obronnymi i, jak domyślał 
się   James,   musiał   również   mieć   lochy.  Zbudowany   z 
kamienia przez przodka obecnego barona miał wygląd 
ponurej, brzydkiej warowni. Hrabia wyobrażał sobie, że 
jego   mieszkańcy   muszą   znosić   wiele   niewygód.   Nic 
dziwnego, że baron robił wszystko, żeby się ożenić z 

background image

Emmą,   za   jej   pieniądze   bowiem   mógłby   odnowić 
zamek.

Wprowadziwszy   pojazd   w   głęboki   cień,   Murphy 

otworzył klapę w dachu i zerknął z góry na Jamesa.

- Chyba ktoś powinien zastukać - powiedział.

- Ja pójdę, milordzie - odezwał się Roberts, wstając 

i   usiłując   przecisnąć   się   koło   olbrzymich   stóp 
MacEwana, co nie było zadaniem łatwym.

- Zostań. Sam to zrobię - odrzekł James.

Wysiadł   z   pojazdu   i   zbliżył   się   do   wrót   zamku, 

zrobionych'} z grubego ciemnego drewna i nabijanych 
metalowymi ćwiekami. Zaczął się rozglądać za sznurem 
od dzwonka, ale niczego takiego nie było. Podnosił już 
rękę,   żeby   uderzyć   w   odrzwia,   gdy   te   właśnie   się 
otworzyły.

- Lord Denham? - usłyszał melodyjny kobiecy głos.

James   zmrużył   oczy.   Trudno   mu   było   cokolwiek 

zobaczyć w ciemnym przedsionku, oświetlonym jedynie 
świecą, którą nieznajoma trzymała w ręku. Nie potrafił 
powiedzieć, czy kobieta była młoda czy stara, gruba czy 
chuda, służąca czy też dama. Było na to zbyt ciemno.

- Nie wejdzie pan? - odezwał się znowu ten sam 

głos. Rozległ się cichy śmiech i James wiedział już, że 
głos należał do młodej, atrakcyjnej kobiety.

background image

- Hm - mruknął. Nie spodziewał się, że pierwszą 

osobą, jaką spotka w zamku, będzie młoda kobieta. - 
Nie jestem sam…

- Och - usłyszał. - Czyżby towarzyszyła panu pani 

Chesterton? - Głos nagle przestał być melodyjny.

- Nie - odrzekł zdumiony James. - Tylko mój lokaj, 

Roberts, który ma pewne doświadczenie w opatrywaniu 
ran,   i   mój   sekundant,   Cletus   MacEwan.   Roberts! 
MacEwan! - zawołał James i obaj mężczyźni wysiedli z 
pojazdu, który przechylił się znacznie, kiedy opuszczał 
go olbrzym.

Kobieta   roześmiała   się   znowu,   tym   razem   z 

wyraźną ulgą.

- Och, pan MacEwan, jak mi miło! - wykrzyknęła. - 

Proszę,   wchodźcie   panowie.   Pan   też,   panie   Murphy. 
Niech pan wejdzie, żeby się rozgrzać. Maura właśnie 
szykuje herbatę w kuchni.

Oszołomiony   James   szedł   za   migotliwym 

płomykiem świecy przez labirynt ciemnych korytarzy i 
nagle   znalazł   się   w   ogromnej,   jasnej   sali.   Promienie 
słońca   wpadały   przez   wysokie,   łukowato   zwieńczone 
okna, które na każdej ze ścian sięgały aż do sklepionego 
sufitu. Z belek zwieszały się podniszczone proporce z 
herbem rodziny MacCreigh, złotą kozą na zielonym tle. 
Nieliczne   meble   były   zupełnie   przypadkowo 
poustawiane. Długi  stół  nakryty do lunchu znajdował 

background image

się   tak   blisko   ogromnego   kominka,   jak   tylko   było 
możliwe bez obawy, że się zapali.

Dopiero teraz James mógł się przyjrzeć kobiecie, 

która go tu przyprowadziła. Stwierdził z zadowoleniem, 
że jego przypuszczenie było słuszne. Rzeczywiście była 
młoda i atrakcyjna. Miała rude włosy, nie tak delikatną 
budowę   ciała   jak   Emma,   ale   jej   obfitsze   kobiece 
kształty były równie miłe dla oka. Była mniej więcej w 
wieku   Emmy,   mogła   mieć   osiemnaście   albo 
dziewiętnaście lat.

Zdmuchnęła płomień świecy, stawiając lichtarz na 

antycznym kredensie.

-   Tak   jest   o   wiele   lepiej.   Teraz   wreszcie   pana 

widzę.

Przesunęła po nim wzrokiem, a w jej niebieskich 

oczach,   których   kolor   przypominał   barwę   nieba   za 
oknami, ukazał się wyraz aprobaty. Potrząsnęła długimi 
miedzianymi włosami.

- Jest pan podobny do pana Chestertona, milordzie. 

Ale   nie   za   bardzo.   Jest   pan   od   niego   wyższy,   lepiej 
zbudowany i, oczywiście, o wiele przystojniejszy.

- Dziękuję - odparł sucho James. To pochlebstwo 

nie   zrobiło   na   nim   żadnego   wrażenia.   -   Jestem 
wdzięczny   zarówno   za   komplement,   jak   i   za 
gościnność. Czy mogę wiedzieć, komu je zawdzięczam?

background image

Dziewczyna, ubrana w białą muślinową sukienkę, 

która była zbyt dziecinnym strojem, jak na jej wiek, i 
zbyt   cienka,   jak   na   tę   porę   roku,   złożyła   mu   piękny 
ukłon.

-   Szlachetnie   urodzona   panna   Fiona   Bain, 

milordzie. Jestem zaszczycona, że zechciał pan złożyć 
wizytę w naszym odludnym zamku.

James   zacisnął   zęby.   Niech   to   diabli!   To   siostra 

barona MacCreigh. Powinien był się tego domyślić. Nie 
wolno mu bratać się z nieprzyjacielem i jego rodziną. 
Czyżby brat nie powiedział jej, że James przychodzi tu 
tylko po to, żeby go zabić? A może zrobił to i dlatego ta 
dziewczyna   obsypywała   go   pochlebstwami?   Tak   czy 
inaczej, ta sytuacja mu się nie podobała.

Jego   towarzysze   mieli   na   ten   temat   zupełnie 

odmienne zdanie. Murphy i MacEwan stali z szeroko 
otwartymi ustami, trzymając kapelusze w rękach. Tam, 
gdzie   James   widział   jedynie   minioną   świetność   i 
niedostatek, oni zobaczyli przepych, z jakim się jeszcze 
nigdy w swoim życiu nie zetknęli.

-   Niech   mnie   -   westchnął   MacEwan,   patrząc   na 

wystrzępione   proporce,   które   się   wolno   kołysały   w 
pełnej   przeciągów   sali.   -   To   jest   nawet   większe   niż 
kościół.

-  A to jest  tylko jeden pokój  - szepnął  nabożnie 

Murphy. Obaj mężczyźni nie mogli wyjść z podziwu.

background image

Widząc, że jego sekundant zaczyna przechodzić na 

stronę   nieprzyjaciela,   James   postanowił   przerwać   tę 
scenę.

-   Gdzie   mogę   znaleźć   pani   brata,   madame?   - 

zwrócił się do Fiony Bain. - Jesteśmy umówieni i nie 
chciałbym sprawić mu zawodu…

- Ach, Denham, jak miło…

Ten głos, który rozlegał się wyraźnie w ogromnej 

sali, dochodził gdzieś z okolic kominka. James zobaczył 
tam   Geoffreya   Baina,   który   właśnie   podnosił   się   z 
krzesła z wysokim oparciem. Był, jak zwykle, ubrany 
na czarno, trzymał w ręku szklankę z jakimś  płynem 
koloru bursztynu, którą wzniósł w kierunku Jamesa.

-   Proszę   tutaj,   proszę   tutaj,   milordzie   -   wołał, 

wykonując zapraszające gesty. - Niech pan nie stoi w 
przeciągu.   Po   wczorajszym   deszczu   jest   tu   okropnie 
wilgotno i zimno, właśnie dlatego kazałem przysunąć 
stół   do   ognia.   Nie   bawmy   się   w   ceremonie,   proszę, 
proszę.

James   był   wściekły.   Zerknął   na   siostrę   barona, 

która   obdarzyła   go   słodkim   uśmiechem.   Albo   nie 
wiedziała,   po   co   tu   przyszedł,   albo   dobrze   udawała. 
James skłaniał się raczej ku tej drugiej możliwości. Była 
pewnie   równie   przebiegła   jak   jej   brat.   Utwierdził   się 
jeszcze w tym przekonaniu, kiedy podeszła do niego, 
wzięła   go   pod   ramię   i   zaczęła   prowadzić   w   stronę 

background image

kominka, przytulając bez żenady swoją jędrną pierś do 
jego muskularnej ręki.

-   Chodźmy,   lordzie   Denham   -   zaszczebiotała.   - 

Ostatnio tak rzadko miewamy gości. Często bywał u nas 
pana kuzyn ze swoją żoną, kiedy… kiedy narzeczona 
mojego brata była jeszcze z nami, no i oczywiście przed 
tragiczną   śmiercią   pana   Chestertona.   Teraz   prawie 
nikogo   nie   widujemy.   Bardzo   jestem   ciekawa,   jak 
będzie   panu   smakować   zupa   grzybowa,   którą   Maura 
zaczęła gotować już wczoraj wieczorem, kiedy Geoffrey 
powiedział nam, że zaprosił pana na lunch. Ta zupa to 
specjalność jej rodziny. Maura tak bardzo się cieszy, że 
gość będzie mógł ocenić jej smak. Przykro mi, że nie 
mogła również przyjść pani Chesterton. - Ta uwaga w 
uszach   hrabiego   zabrzmiała   fałszywie.   -   Ale   ona 
zajmuje się przecież tą swoją szkółką, prawda?

Zanim   dotarli   do   kominka,   wściekłość   Jamesa 

zamieniła się w prawdziwą furię. Dorosły mężczyzna 
chował się za spódnicą młodej dziewczyny! W gruncie 
rzeczy nie ma się czemu dziwić. Ktoś, kto posuwa się 
do   zastraszania   kobiety,   nie   będzie   się   wahał   szukać 
opieki u innej przedstawicielki słabszej płci.

MacCreigh, jak zauważył James, pił whisky. Hrabia 

był przekonany, że pędzono ją w zamku.

- Ach, Denham. Tak się cieszę, że udało się panu do 

nas   dotrzeć.   -   Na   twarzy   barona   pojawił   się   szeroki 
uśmiech. Chyba droga nie była zbyt straszna? Czasami, 
po   takim   deszczu   jak   wczoraj,   jest   tak   błotnista,   że 

background image

przez całe tygodnie nikt się tu nie pokazuje, prawda, 
Fiono? Poznał pan już moją siostrę Fionę, Denham? Co 
panu podać? Whisky? A może porto?

James   mógł   zignorować   poufałość   barona.   Mógł 

sobie nawet darować to, że MacCreigh zwracał się do 
niego jak do przyjaciela, chociaż James na pewno nim 
nie   był.   Nie   mógł   jednak   zaakceptować   faktu,   że 
Geoffrey Bain zupełnie nie był przygotowany do walki. 
Nie   było   przy   nim   pudła   z   pistoletami,   szabli   ani 
sekundanta,   chyba   że   tę   funkcję   miałaby   pełnić   jego 
siostra!

- Byliśmy umówieni na dwunastą, sir - warknął z 

wściekłością.

-   Tak,   tak.   -   MacCreigh   machnął   ręką.   -   Lunch 

zostanie podany w południe. Ja zawsze przed posiłkiem 
lubię się napić whisky. Proszę się do mnie przyłączyć.

-   Nie   byliśmy   umówieni   na   lunch   -   powiedział 

James   cichym   głosem,   żeby   nie   mogła   go   dosłyszeć 
siostra   barona.   -   Dobrze   pan   o   tym   wie,   MacCreigh. 
Niech   pan   będzie   mężczyzną   i   wyjmie   szablę.   Mam 
zamiar pana zabić i zaraz stąd wyjść. Lunch czeka na 
mnie w gospodzie.

- Aha, lunch pani MacTavish. - MacCreigh skinął 

głową z uznaniem. - Doskonale pana rozumiem. Ona 
świetnie gotuje. Ale nasza Maura też się stara jak może. 
A co pan mówił o zabijaniu mnie? - Baron nie zniżał 

background image

głosu. Mówił bardzo głośno, z wyraźną brawurą. - Nie 
mam pojęcia, o co panu chodzi.

- Dobrze pan wie, o co mi chodzi - wycedził James 

lodowatym   tonem.   -   Wczoraj   wieczorem   wyzwałem 
pana   na   pojedynek,   kiedy   zobaczyłem,   że   chce   pan 
skompromitować wdowę po moim kuzynie.

- Skompromitować ją? - roześmiał się MacCreigh. - 

Niech   pan   da   spokój.   Chciałem   jej   tylko   coś 
wyperswadować,   nie   miałem   zamiaru   jej 
kompromitować.

-   Odniosłem   zupełnie   inne   wrażenie.   Wyglądało, 

jakby pan używał wobec niej siły. Niech pan weźmie 
szablę i zacznie się zachowywać  jak mężczyzna albo 
ja…

- Pan co? - spytał MacCreigh. - Przecież to czysta 

głupota,   Denham.   Możemy   załatwić   tę   sprawę,   nie 
narażając się na rany lub utratę życia.

- Jest tylko jeden sposób - zapewnił go James. - 

Musi mi pan dać słowo honoru, że już nigdy nie zbliży 
się pan do pani Chesterton. - Hrabia nie wierzył zresztą, 
że MacCreigh potrafiłby dotrzymać takiej obietnicy.

- Dobrze pan wie, Denham - skrzywił się Geoffrey 

Bain - że nie mogę  tego zrobić. Mówimy  przecież o 
dziesięciu tysiącach funtów.

- Mówimy - krzyknął James, nie panując już nad 

sobą - o żonie mojego kuzyna!

background image

-   O   wdowie   po   pana   kuzynie   -   poprawił   baron, 

dopijając whisky i odstawiając szklankę. - Dopóki jest 
osobą   samotną,   każdy   mężczyzna   ma   prawo   na   nią 
polować, Denham. Musi się pan z tym pogodzić. Może 
pan temu zapobiec tylko w jeden sposób: żeniąc się z 
nią samemu. - MacCreigh wzruszył ramionami. - Gdyby 
ona w ogóle pana zechciała!

James   nie   mógł   oczywiście   wiedzieć,   co   Stuart 

mówił   baronowi   na   temat   relacji   pomiędzy   nim   a 
Emmą. Jeśli było prawdą, że kuzyn i jego żona często 
bywali   w   zamku,   jak   twierdziła   Fiona   Bain,   to 
oznaczałoby to, że ci dwaj mężczyźni byli w przyjaźni.

Może baron chciał tylko powiedzieć, że znana ze 

swoich idealistycznych poglądów Emma mogłaby mieć 
opory   przed   związaniem   się   z   mężczyzną,   który 
hołdował bardziej praktycznym celom. 

To, co MacCreigh chciał wyrazić, wcale nie było 

istotne.   Ważny   był   ton,   w   jakim   to   zostało 
wypowiedziane, i drwiący wyraz jego twarzy. To tylko 
sprowokowało   Jamesa   do   wymierzenia   silnego   ciosu 
pięścią prosto w twarz barona.

MacCreigh,   który   się   tego   nie   spodziewał,   upadł 

plecami na stół, przewracając krzesła i zrzucając talerze. 
James, widząc, że nie stracił on jeszcze przytomności, 
podszedł bliżej, żeby wymierzyć następny cios.

- James, przestań, James! - usłyszał znajomy głos.

background image

Dopiero wtedy zauważył, że siostra barona nie była 

jedyną kobietą w tym pomieszczeniu.

 

15

 

 

Emma nie wierzyła własnym oczom.

Bardzo   sceptycznie   potraktowała   przyniesioną 

przez panią MacTavish nowinę - właścicielka gospody 
przerwała   Emmie   lekcję   historii   -   że   hrabia   Denham 
udał   się   do   zamku   MacCreigh,   żeby   zabić   Geoffreya 
Baina. Z jakiego powodu, spytała, miałby lord Denham 
coś takiego robić? Przecież to absurd. Wiedziała, że on 
nie lubi barona, ale żeby go zaraz zabijać? Po co? To po 
prostu śmieszne.

background image

Kiedy jednak pani MacTavish odciągnęła ją na bok 

i   zaznajomiła   ze   szczegółami   tej   sprawy   -   że   lokaj, 
którego   hrabia   zabrał   ze   sobą,   miał   szablę   i   pudło   z 
pistoletami,   że   hrabia   zamówił   lunch   na   pierwszą,   a 
więc nie został zaproszony do zamku na posiłek, oraz że 
był również z nimi  Cletus MacEwan -Emma  musiała 
przyznać, że to wyglądało podejrzanie.

Nie była jednak w pełni przekonana. Nie wierzyła, 

że istnieje prawdziwy powód do zmartwienia, dopóki 
nie   poszła   z   panią   MacTavish,   chociaż   zrobiła   to 
niezbyt   chętnie,   żeby   zasięgnąć   porady   sędziego 
Reardona. Sędzia, który korzystał właśnie z przerwy w 
osądzaniu   sporu   o   prawo   własności,   wysłuchał 
wszystkiego z poważną miną, odsunął z westchnieniem 
talerz   haggis   i   sięgnął   po   kapelusz.   Dopiero   wtedy 
Emma   rzeczywiści   się   przestraszyła.   Sędzia   Reardon 
nigdy by nie odszedł od stół podczas posiłku…

Gdyby czyjeś życie nie było w niebezpieczeństwie.

Teraz,   stojąc   w   drzwiach   wielkiej   sali   zamku, 

Emma wie działa już, że obawy pani MacTavish wcale 
nie   były   bezpodstawne.   Życie   barona   było   w 
niebezpieczeństwie.  James  uderzy  go  jeszcze   mocniej 
niż Cletusa MacEwana poprzedniego ranka mocniej niż 
Stuarta tamtego dnia w salonie lady Denham!

A   hrabia   stał,   jakby   nic   się   nie   wydarzyło,   z 

uniesiony   rękami,   próbując   rozruszać   swoje 
nadwerężone nadgarstki.

background image

- O, Emma - powiedział, kiedy zobaczył ją w progu 

razem   z   sędzią   Reardonem,   panią   MacTavish   i   jej 
synem Seanemi który ich tu wszystkich przywiózł. - Jak 
się masz, Emmo?

Podniosła   dłoń   do   ust.   Osłupiała.   Jeszcze   nigdy 

James   Marbury   tak   dziwacznie   się   nie   zachowywał. 
Przestał być sobą od chwili, kiedy wylądował na Faires 
- zapraszał wdowy do swego londyńskiego domu, mył 
naczynia, rzucał monety mały chłopcom…

A teraz broni jej honoru, już po raz drugi w ciągu 

dwóch   dni!   Ten   sam   lord   Denham,   który   zawsze 
traktował Emmę  ja małą dziewczynkę, zachowuje się 
teraz tak, jakby dostrzegł, że ona jest już kobietą.

Trudno było w to wszystko uwierzyć.

- Najwyraźniej pani obawy były uzasadnione, pani 

MacTavish - powiedział sędzia Reardon beznamiętnym 
tonem.   -   Tu   się   szykuje   pojedynek,   chociaż 
pojedynkowanie się jest prawnie zabronione. - Prychnął 
z   dezaprobatą.   -I   to   pomiędzy   prawdziwymi 
dżentelmenami!   Jestem   zdumiony.   Naprawdę   jestem 
zdumiony.   Co   ma   pan   do   powiedzenia   na   ten   temat, 
lordzie Denham?

- Tylko to, że gdyby nie pana przedziwna decyzja, 

że   pani   Chesterton   nie   może   podjąć   należnych   jej 
pieniędzy,   dopóki   nie   wyjdzie   za   mąż,   do   tego 
wszystkiego by nie doszło. - Baines obrzucił sędziego 
chłodnym spojrzeniem.

background image

- Ho, ho - powiedział tylko Reardon, na którym to 

oskarżenie nie zrobiło żadnego wrażenia. - Więc o to 
idzie.   -   Podszedł   do   stołu,   podniósł   jedno   z 
przewróconych   krzeseł   i   usiadł   na   nim.   -   Nie 
przeszkadzajcie sobie. Niech zwycięży najlepszy i tak 
dalej.

- Co?! - wykrzyknęła Emma.

- Przepraszam, pani Chesterton. - Sędzia Reardon 

odwrócił się, żeby spojrzeć na Emmę, i szybko wstał z 
krzesła. - Powinienem to krzesło zaproponować pani. 
Proszę usiąść. Powinna pani usiąść.

Emmie   wydawało   się,   że   znalazła   się   w   domu 

wariatów.

-   Nie   -   potrząsnęła   gwałtownie   głową.   -   Wasza 

Ekscelencjo,   pan   nie   może   na   to   pozwolić.   Oni   się 
pozabijają!

- To się może zdarzyć - przyznał sędzia Reardon, 

siadając z powrotem na krześle. - To rzeczywiście może 
się zdarzyć.

- Ale nie może  pan im na to pozwolić! - Emma 

wysunęła   się   do   przodu   i   stanęła   pomiędzy   dwoma 
przeciwnikami,   którzy   patrzyli   na   nią   z 
zainteresowaniem.   James   z   miejsca,   w   którym   siał,   i 
Geoffrey Bain z miejsca, na którym leżał, czyli ze stołu. 
- To absurdalne! Nie może pan na to pozwolić. Ktoś 
musi ich powstrzymać!

background image

Przewodniczący Ławy Królewskiej wyjął z kieszeni 

kapciuch z tytoniem i zaczął powoli nabijać fajkę.

- Można by to zrobić, moja droga - powiedział - ale 

ja nie będę nawet próbować. Wiem z doświadczenia, że 
nie ma  sensu powstrzymywać  mężczyzny, który chce 
kogoś zabić. Jeśli ktoś naprawdę chce to zrobić, to nic i 
nikt nie jest w stanie mu w tym przeszkodzić.

Emma   patrzyła   na   sędziego   niepewna,   czy   go 

dobrze   zrozumiała.   Dopiero   kiedy   zobaczyła,   jak 
spokojnie zapala fajkę przeraziła się nie na żarty.

-   To   dlaczego   zgodził   się   pan,   żeby   tu   ze   mną 

przyjść, jeśli nie po to, żeby ich powstrzymać?

- Po to, żeby popatrzeć na walkę. - Sędzia Reardon 

spojrzał   na   nią   ze   zdumieniem.   -   Ja   stawiam   na 
hrabiego. A ty, MacTavish?

Sean   MacTavish,   który   nadal   stał   w   drzwiach 

wielkiej sali, zamyślony, pocierał brodę.

- Stawiam na barona - powiedział wreszcie. - Jest 

mniejszy,   ale   żeby   to   nadrobić,   nie   będzie   walczył 
czysto.

Emma potrząsnęła głową. Tego było już stanowczo 

za wiele.

- Doprawdy, James, dosyć tego! Co chcesz przez to 

osiągnąć?

background image

-   Co   ja   chcę   przez   to   osiągnąć?   -   powtórzył   ze 

zdziwieniem hrabia. - Emmo, ten człowiek obrażał cię i 
zastraszał. Mam zamiar dać mu za to porządną nauczkę. 
Bądź   grzeczna   i   wracaj   do   miasteczka.   -   Rzucił 
niechętne   spojrzenie   sędziemu   i   mruknął:   -   Nie 
rozumiem, dlaczego komuś przyszło do głowy, żeby cię 
tu   przyprowadzić.   Gdyby   mnie   ktoś   spytał,   to   na   tej 
wyspie mieszkają sami wariaci. - Widząc, że Emma nie 
rusza   się   z   miejsca,   James   podniósł   głos.   -   Odejdź, 
Emmo! Nie mam czasu na takie głupstwa. Odwlekasz 
tylko to, co jest nieuniknione.

- Nieuniknione? Zobaczymy. - Baron uniósł się na 

łokciu wśród potłuczonych talerzy, patrząc ze złością na 
Jamesa. - Dość już mam tych przewidywań, że zostanę 
pokonany w tej walce. A tak przy okazji, nigdy pana 
kuzynki   nie   obraziłem.   Mogłem   ją   zastraszać,   to 
prawda, ale nigdy jej nie obraziłem.

- Wystarczy, że taki typ jak pan z nią rozmawia. 

Dla mnie to jest obraza. - James popatrzył obojętnym 
wzrokiem na leżącego na stole mężczyznę.

- Taki typ jak ja? - powtórzył baron. - Co pan przez 

to rozumie?

- Sam pan powinien wiedzieć. Wszyscy w okolicy 

mówią o pana narzeczonej.

-   Clara?   O   nią   chodzi?   -   Geoffrey   Bain   szeroko 

otworzył oczy.

background image

-   Ma   pan   inną   narzeczoną?   -   spytał   uprzejmie 

James.

- Do diabła! - Baron szybko podniósł się ze stołu. - 

Ile razy mam to powtarzać? Ja nie zabiłem Clary!

James chwycił Emmę za ramiona i odsunął ją na 

bok, szykując się do starcia z baronem.

Jednak   tym   razem   lord   MacCreigh   był 

przygotowany na atak hrabiego. Gdy tylko pięść Jamesa 
wylądowała na żebrach barona, ten chwycił go w pasie i 
przewrócił na podłogę.

Fiona Bain zapiszczała przeraźliwie i dopiero teraz 

podbiegła   do   stołu,   żeby   się   przekonać   o   rozmiarach 
wyrządzonych szkód.

- Moja zastawa! - wykrzyknęła. - Podgrzewacz do 

potraw mojej matki! Jeśli któryś z was go stłukł, to was 
zabiję!

Emma   wydała   zduszony   okrzyk,   kiedy   obaj 

mężczyźni, którzy na nowo podjęli walkę, uderzyli o 
antyczny kredens.

-   Jest   pan   chyba   szalony,   że   nie   chce   ich   pan 

powstrzymać! - krzyknęła, patrząc błagalnym wzrokiem 
na sędziego.

-  Szalony?  - Sędzia  spokojnie  pykał  fajkę. - Nie 

przypuszczam.   -   Kiedy   zobaczył,   że   hrabia   traci 
przewagę, a baron trzyma go za gardło, wyjął fajkę z ust 

background image

i wychylił się do przodu. - Denham! - huknął. - Mówię 
do pana, Denham. Niech pan teraz użyje pięści. Dobrze! 
- Oparł się znowu wygodnie i popatrzył na Emmę.  - 
Przepraszam cię, moja droga. Co mówiłaś?

-   Jeśli   pan   nie   przerwie   tej   walki,   sama   będę 

musiała   to   zrobić.   -   Emma   popatrzyła   na   sędziego   z 
rozpaczą.

I po chwili, jak to często robiła w swojej szkole, 

weszła pomiędzy walczących, by ich rozdzielić.

Zapomniała   tylko,   że   tym   razem   nie   ma   do 

czynienia   z   małymi   chłopcami.   Kiedy   zauważyła 
skierowaną na siebie pięść, nie było już czasu na to, 
żeby się odsunąć czy też uchylić. A baron, do którego 
należała ta pięść, włożył w swój cios zbyt wiele siły, 
żeby móc zatrzymać rękę w powietrzu.

Na szczęście hrabia Denham miał niezwykle szybki 

refleks.   Kiedy   Emma   zamknęła   oczy,   oczekując 
uderzenia, ręka Jamesa wystrzeliła nagle w powietrze. 
Chwycił barona tak, że jego pięść zatrzymała  się tuż 
przy twarzy dziewczyny. Emma czuł teraz zapach obu 
mężczyzn   -   woń   drogiego   mydła   James   i   duszący 
zapach stajni, którym przesiąknięty był baron.

Kiedy   ośmieliła   się   otworzyć   oczy,   zobaczyła 

hrabiego   i   barona,   którzy   stali   jak   wryci.   Z 
nieruchomymi, wzniesionym nad nią rękami, wyglądali 
jak zastygli w jakiejś figurze kadryla. Tylko ich piersi 
wznosiły się ciężkim oddechem. Emma od mówiła w 

background image

duchu   modlitwę   -   po   raz   pierwszy   była   wdzięczna 
losowi za to, że był na świecie James Marbury.

- Dość już tego - powiedziała. - Nie wstyd wam? 

To wszystko jest zabawne, dopóki komuś nie stanie się 
krzywda. Wtedy śmiech zamienia się w łzy.

Taką   przemowę   wygłaszała   zawsze   do   małych 

łobuziaków w swojej szkole. Tak samo przemawiała jej 
stryjenka   do   niej   i   do   Penelope,   kiedy   ich   zabawy 
stawały   się   zbyt   gwałtowne.   Wydawało   się,   że   na 
dorosłych   mężczyznach   te   słowa   wywierają   podobne 
wrażenie jak na małych chłopcach i dziewczynkach. W 
każdym razie obaj opuścili ręce.

-   Teraz   -   powiedziała   surowo   Emma   -   podajcie 

sobie ręce i powiedzcie "przepraszam".

Widząc   upór   na   twarzy   obu   mężczyzn,   ujęła   ich 

prawe dłonie.

- Nie słyszeliście, co mówiłam? Podajcie sobie ręce 

i powiedzcie "przepraszam".

James wiedział, że Emma nie ustąpi, nie zważając 

więc   na   niebezpieczeństwo,   chwycił   dłoń   Geoffreya 
Baina i ścisnął ją.

- Przykro mi - powiedział bez cienia skruchy. - Nie 

chciałem  stłuc   naczynia  pana   matki  do  podgrzewania 
potraw.

background image

- A ja - stwierdził równie nieszczerze MacCreigh - 

nie chciałem pana udusić.

-   No   właśnie   -   podsumowała   z   zadowoleniem 

Emma.

Spojrzała na sędziego, który, wygodnie rozparty na 

krześle,   sprawiał   wrażenie   niezwykle   z   siebie 
zadowolonego.

- Widzi pan? - spytała z lekka ironicznym tonem. - 

Takie sprawy można rozwiązać bez…

W tej samej chwili MacCreigh chwycił hrabiego za 

szyję   obiema   rękami,   unieruchamiając   go   w   tym 
uścisku.

-   Ja   się   z   nią   ożenię!   -   krzyknął   baron   do   ucha 

Jamesa. - I nikt mnie przed tym nie powstrzyma.

Emma odwróciła się szybko w stronę sędziego.

-   Musi   pan   położyć   temu   kres!   -   zażądała.   -   Na 

Faires i tak jest za dużo przemocy i rozlewu krwi. Jeśli 
pan   temu   nie   przeszkodzi,   to   oni   się   pozabijają,   tak 
samo jak O'Malley zabił mojego męża!

- Jeśli ja temu nie przeszkodzę? - Sędzia wyjął fajkę 

z ust i popatrzył na Emmę ze zdziwieniem. - Wydaje mi 
się,   że   jedyną   osobą,   która   może   temu   przeszkodzić, 
jesteś ty, moja droga.

background image

- Ja? - Emma była oszołomiona. - Jak ja mogę temu 

przeszkodzić?

- Poślubiając jednego z nich - powiedział spokojnie 

sędzia.

 

16

Mężczyźni   natychmiast   przerwali   walkę.   Dwie 

głowy   -   jedna   ciemna,   a   druga   koloru   świeżo 
wypolerowanej miedzi - obróciły się w kierunku Emmy.

Wpatrywali   się   w   nią   tak   uporczywie,   że 

zażenowana Emma cofnęła się o parę kroków.

- Och, nie - powiedziała stanowczym tonem. - Nie.

- Bardzo słusznie. - Cletus wysunął się do przodu, z 

dumnie wypiętą piersią. - Pani Chesterton wyjdzie za 
mnie, a nie za żadnego z tych dwóch.

Sędzia   Reardon   obserwował   tę   scenę   z 

zainteresowaniem.

background image

- Widzisz - zwrócił się do Emmy, wyciągając fajkę 

w stronę Cłetusa - to się nigdy nie skończy, dopóki nie 
dokonasz wyboru.

- Wyboru! - wykrzyknęła Emma, nie wierząc już 

nie tylko własnym uszom, ale i własnym oczom. Hrabia 
i   baron   stali   teraz   sztywno   wyprostowani, 
doprowadzając   ubrania   do   porządku.   -   Jaki   ja   mam 
wybór?   Muszę   wyjść   za   mąż,   żeby   nie   dopuścić   do 
morderstwa? To jest całkowicie…

-   Wyjdź   za   Geoffa.   -   Fiona   Bain   podeszła   do 

Emmy.   -   On   się   dobrze   tobą   zaopiekuje   -   dodała 
chytrze. - Już ja tego dopilnuję.

- Za lorda MacCreigh! - prychnęła pogardliwie pani 

MacTavish, która nie należała do wielbicielek barona. - 
Człowieka, który zamordował własną narzeczoną?

- Po raz ostatni powtarzam - odezwał się baron ze 

znużeniem   -   że   nie   zamordowałem   Clary.   Uciekła   z 
moim lokajem i ślad po niej zaginął.

- To pan tak mówi, milordzie. - Pani MacTavish nie 

wyglądała na przekonaną. - I niech się pan tego trzyma. 
A   pani,   Emmo,   jeśli   ma   pani   poślubić   kogokolwiek 
poza moim Seanem, to powinien to być lord Denham. - 
Właścicielka gospody zmrużyła znacząco oczy. - Czy 
on nie spędził wczorajszej nocy w pani chacie?

Słysząc to, baron aż podskoczył.

- Emmo! To nie może być prawda! - wykrzyknął.

background image

-   Oczywiście,   że   to   prawda   -   stwierdziła   z 

zadowoleniem pani MacTavish. - A kiedy pastor się o 
tym   dowie,   też   będzie   miał   coś   do   powiedzenia. 
Zapamiętajcie moje słowa.

- Chyba pani oszalała - mruknęła Emma.

Potem zerknęła na Jamesa i na lorda MacCreigh. 

Zobaczyła, że wpatrują się w nią dwie pary oczu, jedne 
koloru bursztynu, a drugie letniego nieba.

- Wszyscy oszaleli! - zawołała. - A jeśli myślicie, 

że pozwolę się wmanewrować w małżeństwo z którymś 
z was, to jesteście w błędzie.

Szybko   się   odwróciła,   żeby   uciec   z   tej   okropnej 

sali. Serce jej waliło jak oszalałe. Nie wiedziała, gdzie 
iść, chciała tylko ukryć się przed tymi spojrzeniami… 
Szczególnie   jedno   z   nich   wyprowadzało   ją   z 
równowagi,   chociaż   nie   potrafiłaby   powiedzieć 
dlaczego.   Było   to   spojrzenie   lorda   Jamesa,   którego 
kiedyś lak bardzo nienawidziła. Teraz to uczucie już w 
niej osłabło.

Jak   mogłaby   go   nienawidzić,   pamiętając 

jednocześnie  o tym jak trzymał  ją w objęciach, a jej 
zdradliwe   ciało   tak   chętnie   przyjmowało   jego   dotyk. 
Mimo   to   był   on   człowiekiem,   który   zrobił   wszystko, 
żeby   rozdzielić   ją   z   kimś,   kogo   kochała…   albo   też 
wydawało się jej, że kocha.

background image

Miała właśnie wyślizgnąć się z sali, kiedy poczuła 

czyjąś rękę na ramieniu.

- Emmo, zaczekaj!

Zanim zdołała zaprotestować, hrabia ciągnął ją już 

za sobą, ale nie z powrotem do sali, z której uciekła, 
tylko do drzwi, w stronę których się kierowała.

- Milordzie - powiedziała, próbując się wyzwolić z 

jego rąk.

Ale on objął ją w pasie i dosłownie przeniósł przez 

drzwi,   zamykając   je   za   sobą   kopnięciem.   Postawił   ją 
pod ścianą, o którą oparł ręce, uniemożliwiając jej w ten 
sposób ucieczkę.

- Nie mam zamiaru rozmawiać… - Emma usiłowała 

zachować pozory godności.

- Zamilknij, Emmo - rzucił krótko James. - Słuchaj, 

co ci powiem.

Zamilkła,   ale   nie   dlatego,   że   on   tego   żądał. 

Zamilkła, ponieważ osłupiała, słysząc te słowa. Co się 
stało, pomyślała, z uprzejmym, sarkastycznym hrabią? 
Jeszcze   nigdy   tak   do   niej   nie   mówił.   Zawsze   był 
spokojny   i   opanowany,   gotów   służyć   jej   pomocą   i 
ocierać   łzy.   Teraz   był   nawet   bardziej   wzburzony   niż 
ona. To było szokujące!

- Reardon ma rację - usłyszała jego głęboki, ciepły 

głos. 

background image

Widziała   teraz   wyraźnie,   co   baron   zrobił   z   jego 

twarzą:   jedna   z   jego   ciemnych   brwi   była   lekko 
skaleczona, na szczęce wystąpiła czerwona plama. Czy 
to   możliwe,   zastanawiała   się   Emma,   że   ten   sam 
mężczyzna uchodził w Londynie za wzór dżentelmena?

- To jest nieznośna sytuacja, Emmo - powiedział. - 

Można ją jednak łatwo zmienić, co powinno mi było od 
razu   przyjść   do   głowy,   jeśli   się   zgodzisz,   to   takie 
rozwiązanie wszystkich zadowoli.

Emma otworzyła usta, żeby mu powiedzieć, że jej 

na pewno nie zadowoli. Oczywiście, nie miała zamiaru 
mu mówić, że miał rację, kiedy usiłował przeszkodzić 
jej małżeństwu ze Stuartem, że ten związek okazał się 
katastrofą właściwie od samego początku. Chciała mu 
tylko   dać   do   zrozumienia,   że   już   raz   spróbowała 
małżeństwa i ten raz zupełnie jej wystarczy.

Nie mogła jednak tego zakomunikować, ponieważ 

James szybko mówił dalej.

-   Pomyśl   tylko,   Emmo   -   przekonywał   ją.   - 

Dostaniesz swoje pieniądze i będziesz mogła zrobić z 
nimi, co tylko zechcesz. Oddać je sierotom i bractwom 
misyjnym,   jeśli   będziesz   miała   na   to   ochotę.   Jedyna 
rzecz, o którą cię poproszę, to żebyś zachowała pewną 
sumę dla siebie. Jeśli będziesz chciała, to zainwestuję ją, 
żebyś   mogła   żyć   z   procentów.   W   ten   sposób   twoje 
pieniądze nie zostaną wydane na nowy dach w czyimś 
rodzinnym zamku…

background image

Jakby na zawołanie, usłyszeli szczęk zasuwy i głos 

lorda MacCreigh.

- Emmo? Czy pani jest…

James błyskawicznie zasunął rygiel.

- Co u… - dotarło do nich przez grube, drewniane 

drzwi. - Kto to zamknął?! - krzyczał lord MacCreigh. - 
Denham? Czy to pan? Niech pan natychmiast otwiera!

- Widzisz, Emmo? - W złocistych oczach Jamesa 

Emma dojrzała niemą prośbę. - Te pieniądze zapewnią 
ci dostatnie życie na wiele, wiele lat, nawet jeśli rozdasz 
połowę,   a   jestem   pewny,   że   tak   zrobisz.   A   jeśli 
poślubisz jednego z nich… - James zerknął na drzwi, do 
których   dobijał   się   baron,   niewątpliwie   z   pomocą 
Cletusa… - to oni użyją twoich pieniędzy do własnych 
celów.   Nie   będziesz   miała   tego   problemu   ze   mną, 
ponieważ ja nie potrzebuję twoich dziesięciu tysięcy.

Teraz   dopiero   Emma   w   pełni   zrozumiała   jego 

słowa.   Nie   mogła   jednak   w   nie   uwierzyć.   Hrabia 
Denham - kuzyn Stuarta - prosi, żeby wyszła za niego 
za mąż?!

Jej   zdumienie   musiało   być   widoczne,   ponieważ 

hrabia szybko dodał:

-   Oczywiście   możemy   rozwiązać   nasze 

małżeństwo,   kiedy   już   dostaniesz   pieniądze,   jeśli 
będziesz tego chciała. Nie powinno być z tym żadnego 
problemu.

background image

Teraz Emma od razu zrozumiała, co mówił.

- Rozwód?! - wybuchnęła.

Nie wiedziała już, co ją bardziej zaszokowało, czy 

fakt, że hrabia Denham chce  ją  poślubić, czy też, że 
jednocześnie proponuje jej rozwód.

-   Nie   rozwód,   Emmo   -   tłumaczył   James   -   tylko 

unieważnienie małżeństwa. To znaczy stwierdzenie, że 
małżeństwo   w   ogóle   nie   zaistniało.   Oczywiście,   nie 
będziemy   o   to   występować,   dopóki   nie   dostaniesz 
swoich pieniędzy.

To z kolei jeszcze bardziej zdumiało Emmę. I to nie 

tylko   dlatego,   że   hrabia   był   gotów   naznaczyć   swoje 
nazwisko, z   którego miał   prawo  być  dumny,  i  swoją 
dobrą   reputację   piętnem   nieudanego   małżeństwa. 
Zdumiała ją nonszalancja, z jaką to wszystko traktował, 
zupełnie jakby mówił o jakiejś nieważnej transakcji w 
interesach!

Nie miał zresztą powodu, żeby inaczej o tym myśleć

tłumaczyła   sobie   w  duchu  Emma.   Nie   przyszłoby  jej 
nawet do głowy, że hrabia Denham mógłby być w niej 
zakochany.   James   nigdy   by   nie   zapałał   miłością   do 
takiej   dziewczynie   jak   ona   -   sieroty   bez   grosza   przy 
duszy, której ocierał łzy, kiedy była małą dziewczynką; 
kimś, kto nawet nie miał tytułu i przez całe życie był 
zależny   od   bogatych   krewnych.   Hrabia   Denham 
przebywał   tylko   w   towarzystwie   najpiękniejszych   i 
najbogatszych dziewcząt w Londynie - i one wszystkie, 

background image

jak zauważyła Emma podczas sezonu towarzyskiego w 
minionym roku - miały proste, błyszczące włosy, a nie 
ciasno skręcone loczki jak Emma.

James   nigdy   by   się   też   nie   wdawał   w   jakieś 

romantyczne   historie   z   ubogą   wdową   po   swoim 
kuzynie. To wykluczone!

Ale jeśli nie był w niej zakochany, to…

-   Dlaczego?   -   spytała.   Była   jeszcze   zbyt 

oszołomiona, żeby sensownie sformułować pytanie.

- Dlaczego co? - zainteresował się James.

-   Dlaczego…   -   Zdała   sobie   nagle   sprawę   z   jego 

bliskości.   Był   o   wiele   wyższy   od   Stuarta   i   bardziej 
muskularny. Czuła się przy nim bardzo mała.

- Dlaczego chcesz to zrobić? - spytała wreszcie.

"Dla   mnie"   chciała   dodać,   ale   na   te   słowa   już 

zabrakło   jej   odwagi.   Jego   bliskość,   podobnie   jak 
poprzedniej   nocy   w   chacie,   działała   na   nią   dziwnie 
oszałamiająco. Zaczęło się jej kręcić w głowie. To tylko 
dlatego, tłumaczyła sobie w duchu, że już dawno nie 
stała   tak   blisko   mężczyzny   -   to   znaczy   mężczyzny, 
który się regularnie kąpał. Hrabia Denham, chociaż był 
bardzo   przystojny,   nie   mógł   pociągać   Emmy.   Zbyt 
wiele   rzeczy   musiała   przed   nim   zataić,   żeby   sobie 
pozwolić na jakieś żywsze uczucia.

background image

-   Jak   to,   Emmo?   -   James   spojrzał   na   nią   ze 

zdziwieniem.   -   Dlaczego   miałbym   tego   nie   zrobić? 
Należysz   przecież   do   rodziny.   Opieka   nad   tobą   jest 
moim obowiązkiem.

- Obowiązkiem? - wykrztusiła.

Łzy   nabiegły   jej   do   oczu,   sama   nie   wiedziała 

dlaczego. Może to przez te słowa, te same słowa, które 
wypowiedział poprzedniego wieczoru, że ona należy do 
rodziny.   Do   rodziny!   Nie   słyszała   zbyt   często   tego 
słowa. Do rodziny? Ona teraz już nie miała rodziny.

-   Wydaje   mi   się,   że   poślubienie   mnie   daleko 

wykracza   poza   pana   powinność,   milordzie. 
Nadszarpywanie   swojej   doskonałej   reputacji   przez 
unieważnienie małżeństwa na pewno może źle wpłynąć 
na pana późniejsze plany matrymonialne.

-   Specjalnie   mnie   to   nie   martwi   -   odparł   z 

uśmiechem   James.   -   Ty   też   nie   powinnaś   się   tym 
przejmować.

Emma  potrząsnęła tylko głową. Wciąż nie mogła 

go   zrozumieć.   Chciał   ją   poślubić,   nie   oczekując 
żadnego   udziału   w   jej   spadku,   potem   narażać   się   na 
kłopoty   i   koszty   związane   z   unieważnieniem 
małżeństwa,   nie   mając   z   tego   żadnego   pożytku   -   to 
wszystko było bezsensowne, zwłaszcza że James miał 
świetną   głowę   do   interesów.   Dlaczego   on   chce   to 
zrobić?

background image

- Emmo - powiedział, jakby czytając w jej myślach. 

- Bardzo cię kiedyś skrzywdziłem. Pozwól mi teraz to 
naprawić. 

Mówiąc to, ujął jej dłoń. Tylko tyle. Ujął jej dłoń i 

przytrzymał w swojej. Poczuł niewątpliwie, że nie jest 
to   już   ta   sama   ręka,   której   rok   wcześniej   dotykał   w 
kadrylu. Teraz pokryta była odciskami, stwardniała od 
prania w lodowato zimnej wodzie z ługiem. Poza tym 
Emma już od wielu miesięcy nie tańczyła kadryla.

Jeśli jednak James zauważył tę różnicę, nie dał tego 

po sobie poznać, stał, trzymając jej dłoń i patrząc na 
Emmę nieprzeniknionymi, niepokojąco złotymi oczami, 
nie   zwracając   uwagi   na   głośne   okrzyki   i   walenie   w 
drzwi.

Nagle Emmie przestało się kręcić w głowie. Minął 

sta oszołomienia, w jakim się  znajdowała. Doskonale 
teraz rozumiała, co robi hrabia. Było to zadziwiające - 
tak zadziwiające, że trudno jej było w to uwierzyć. A 
jednak było prawdą.

Hrabia Denham prosił o wybaczenie.

Nie były to zdawkowe przeprosiny, jakimi ją zbył 

poprzedniego dnia przed szkołą. Tym razem naprawdę 
prosił, żeby wybaczyła mu to, co przez rokiem uczynił 
jej… i Stuartowi.

To nie do wiary!

background image

Był to również dowód - wbrew temu, co zawsze 

twierdził   James,   kiedy   Emma   przekonywała   go,   że 
złodziei i pijaków można sprowadzić na prostą drogę - 
że ludzie naprawdę potrafią się zmienić.

Zaskoczona   tak   niezwykłym   odkryciem,   nie 

słyszała już, jak baron i Cletus walą do drzwi, nie czuła 
wilgoci,   którą   przesiąknięte   były   ściany   zamku 
MacCreigh.   Była   tylko   świadoma   bliskości   Jamesa, 
zapachu   jego   czystej   koszuli,   dotyku   jego   palców   i 
emanującego   z   jego   ciała   ciepła,   tak   jak   poprzedniej 
nocy.

Nagle,   na   ułamek   sekundy,   ogarnęła   ją   trwoga, 

choć nie mogła zrozumieć, czego się bała. To prawda, 
że   hrabia   był   silnym   mężczyzną.   Ale   dlaczego   to 
miałoby ją napawać lękiem?

Tego   nie   wiedziała.   Ten   niespodziewany   napad 

strachu   był   śmieszny.   James   wreszcie   próbował 
naprawić   to,   co   kiedyś   zepsuł.   Czyż   Stuart   jej   nie 
pouczał, że należy wybaczać tym, którzy uczynili nam 
krzywdę?   Że   błądzić   jest   rzeczą   ludzką,   a   wybaczać 
rzeczą boską? Że należy nadstawić drugi policzek?

Stuart na pewno chciałby, żeby tak postąpiła. Była 

to winna jego pamięci.

Emma nie potrafiła powiedzieć, w jakim stopniu na 

jej   decyzję   wpłynęła   myśl   o   Stuarcie,   a   w   jakim 
wspomnienie muskularnego uda, które poprzedniej nocy 
znalazło się pomiędzy jej nogami. Ale to na pewno był 

background image

ten pierwszy powód, wmawiała sobie. Oczywiście, że 
tak. Z trudem uświadomiła sobie, że w ogóle pomyślała 
o innej przyczynie.

Zdusiła wspomnienie tego dotyku i zacisnęła palce 

na dłoni Jamesa.

-   Dobrze,   James.   Wyjdę   za   ciebie   za   mąż   - 

powiedziała.

 

17

 

James, który stał teraz przed sędzią Reardonem, nie 

mógł   jeszcze   uwierzyć,   że   to   wszystko   dzieje   się 
naprawdę…   również   to,   co   się   wydarzyło   w   ciągu 
ostatniej   pół   godziny,   wydawało   mu   się   mało 
rzeczywiste.   Przecież   zaproponował   Emmie,   żeby 
wyszła za niego za mąż - tak właśnie było.

A co jeszcze bardziej zdumiewające, ona wyraziła 

zgodę.

background image

Najlepszym potwierdzeniem tego stanu rzeczy był 

fakt, że Emma stała teraz obok niego w swojej szarej 
sukience z koronkowymi mankiecikami, wpatrując się 
w   sędziego   Reardona,   który   odczytywał   formułę 
przysięgi małżeńskiej.

W   przeciwieństwie   do   Jamesa,   wydawała   się   nie 

zauważać lorda MacCreigh i jego siostry, którzy stali 
przy ogromnym, buchającym żarem kominku, wyraźnie 
zdegustowani. Nie widziała też chyba pani MacTavish, 
znajdującej   się   po   przeciwnej   stronie   kominka,   która 
zalewała się rzewnymi łzami, słuchając suchego tekstu 
cywilnej ceremonii. Sean, który został wyznaczony na 
świadka, był wyraźnie znudzony. Pan Murphy również 
nie   wykazywał   zbytniego   zainteresowania   tym 
wydarzeniem.

Natomiast Cletus MacEwan robił wrażenie, jakby 

za chwilę miał się rozpłakać. James jeszcze nigdy nie 
widział tak żałosnej miny.

Rozumiał go. James nie wątpił, że Cletus szczerze 

uwielbiał   Emmę   i   byłby   dla   niej   może   niezbyt 
odpowiednim, ale za to bardzo oddanym mężem.

Obok   Cletusa   stał   lokaj   Jamesa,   Roberts,   z 

niewzruszonym   wyrazem   twarzy.   Służył   Jamesowi 
wiernie,   nigdy   niczemu   się   nie   dziwić.   Równie 
spokojnie   mógł   odgrywać   rolę   chirurga   podczas 
pojedynku, jak i świadka na ślubie swojego pana. James 
zazdrościł mu tego spokoju, którego sam zupełnie nie 
odczuwał. Jak mógł być teraz opanowany? Brał ślub z 

background image

Emmą   van   Court,   najbardziej   atrakcyjną   debiutantką 
zeszłorocznego sezonu towarzyskiego, z kobietą, którą 
wbrew wszelkim przewidywaniom poślubił jego kuzyn 
Stuart.

Teraz Emma należała do niego.

Przynajmniej na jakiś czas. Był zły na siebie, że 

wspomniał o unieważnieniu małżeństwa. Jednak widząc 
wtedy wyraz jej twarzy był przekonany, że w innym 
wypadku   nie   zaakceptowałaby   jego   planu.   Jego 
propozycja  musiała  się  wydawać  Emmie  niesłychanie 
osobliwa. Hrabia sam się sobie dziwił.

Kiedy sędzia Reardon zrobił tę niekonwencjonalną 

uwagę,   James   wiedział   już,   że   wreszcie   okoliczności 
zaczęły mu sprzyjać. Zrozumiał, jak ma postąpić, gdy 
tylko usłyszał słowa sędziego - "Poślubiając jednego z 
nich". Może wiedział o tym już przedtem. Może dlatego 
chciał spędzić ostatnią noc w chacie Emmy.

Wreszcie miał okazję, żeby udowodnić Emmie, że 

nie  jest już takim zatwardziałym egoistą  jak niegdyś. 
Jego życie zmieniło się tego dnia, kiedy ona uciekła ze 
Stuartem.   Emma   nauczyła   Jamesa,   że   za   żadne 
pieniądze nie kupi tego, czego naprawdę pragnie, i nie 
powstrzyma   tego,   przed   czym   się   wzdraga.   Nastąpił 
sprzyjający moment, żeby naprawić to, co jej uczynił - 
chociaż nadal uważał, że poślubienie jego kuzyna nie 
było dobrym pomysłem.

background image

Żałował tylko, że wtedy dał jej to zbyt wyraźnie do 

zrozumienia,   bo   u   takiej   dziewczyny   jak   Emma   jego 
słowa   musiały   jedynie   wzbudzić   współczucie   dla 
Stuarta. Biedny Stuart. Nawet własna rodzina nie chce, 
żeby był szczęśliwy! - tak sobie mogła pomyśleć. Ale to 
przyszło mu do głowy zbyt późno.

Teraz   jednak   był   szczęśliwy,   że   Emma   nie 

posłuchała jego rady. Gdyby rok temu zaproponował jej 
małżeństwo,   w   żadnym   wypadku   nie   zgodziłaby   się 
zostać jego żoną. Dopiero teraz widział, że nie potrafił 
zrozumieć   nie   tylko   cudzych   uczuć,   ale   nawet 
własnych.   Dla   tak   idealistycznie   nastawionej 
dziewczyny,   jaką   była   Emma,   on   był   ucieleśnieniem 
wszystkiego,   czym   ona   w   głębi   duszy   pogardzała: 
bogatym człowiekiem interesów, który dbał jedynie o 
powiększanie   swojego   majątku   i   hołdował   wyłącznie 
własnym przyjemnościom.

Stał się innym człowiekiem. Dwanaście miesięcy to 

wystarczająco   długi   okres,   żeby   się   pozbyć   dawnych 
fałszywych poglądów i przeobrazić w kogoś, kim był 
teraz - mężczyzną, który chciał naprawić swoje błędy i 
udowodnić stojącej obok niego kobiecie, że całkowicie 
się zmienił.

Nie   znaczyło   to,   że   zapomniał   o   złożonej   jej 

obietnicy unieważnienia małżeństwa. Jeśli tylko Emma 
będzie chciała, on na pewno tę sprawę przeprowadzi.

Na   szczęście,   to   nie   było   takie   proste.   Proces 

unieważnienia   małżeństwa   był   niezwykle   żmudny,   a 

background image

dodatkowo   mogły   się   pojawić   różne   niespodziewane 
komplikacje.

Na   przykład   żona   mogła   się   zakochać   w   swoim 

mężu.

Jednak   widząc   błękitne,     świetliste   oczy   Emmy, 

ocienionej   długimi   rzęsami,   czuł,   że   warto   podjąć   to 
ryzyko.   Nawet   bardzo.   Nagle   usłyszał   głos   sędziego 
Reardona.

- Proszę się zdecydować, milordzie. Rozumiem, że 

to się stało zbyt pospiesznie i mężczyzna mógłby chcieć 
mieć   więcej   czasu   do   namysłu,   ale   ja   zostawiłem   w 
gospodzie pyszny lunch i chciałbym do niego powrócić 
jeszcze w tym tygodniu. Proszę powiedzieć "tak" albo 
"nie".

Dopiero teraz James zdał sobie sprawę, że zostało 

mu zadane to najważniejsze pytanie.

- Tak - powiedział szybko i zerknął na Emmę, która 

patrzyła na niego lekko zdziwiona.

Po   ledwo   dosłyszalnej   odpowiedzi   Emmy   sędzia 

ogłosił   ich   z   mocy   swojego   urzędu,   mężem   i   żoną. 
James był zdumiony faktem, jak szybko może nastąpić 
odmiana ludzkiego losu jeszcze wczoraj nie pozwoliłby 
sobie na tak fantastyczną myśl, że mógłby ożenić się z 
Emmą, a dzisiaj był już jej prawowitym mężem.

background image

- Denham - usłyszał znowu głos sędziego. - Długo 

jeszcze   będzie   pan   tak   stał?   Nie   pocałuje   pan   panny 
młodej?

Zaskoczony James odwrócił się do Emmy, która się 

zaraz cofnęła.

- To nie jest konieczne - powiedziała.

Jednak   pani   MacTavish,   pozbawiona   nadziei   na 

ślub swojego syna z wdową po wikarym, chciała być 
chociaż   świadkiem   pierwszego   pocałunku   państwa 
młodych - nie zdając sobie pewnie sprawy, że to będzie 
ich   pierwszy   i   prawdopodobnie   ostatni   pocałunek. 
Chwyciła Emmę  za ramiona  i pchnęła ją w kierunku 
hrabiego.

- Musicie przypieczętować ten układ - powiedziała. 

Zaskoczona   Emma   upadłaby   na   podłogę,   gdyby 

James nie chwycił jej w ramiona. 

Nowo   poślubiona   żona   patrzyła   teraz   na   niego 

szeroko   otwartymi   oczami.   Hrabia   widział,   że   jest 
zażenowana.   Z   jakiegoś   powodu   Emma   czuła   się 
onieśmielona.

Z jego powodu.

- Milordzie, niechże pan pocałuje pannę młodą  - 

nalegała pani MacTavish.

background image

James nie wahał się ani chwili. Cóż miał robić? Nie 

mógł jej nie pocałować… kiedy Geoffrey Bain patrzył 
na   nich   z   taką   nienawiścią   w   oczach.   Baron   mógłby 
pomyśleć, że dla niego jeszcze nie wszystko stracone.

Pochylił   głowę   z   zamiarem   jedynie   dotknięcia 

wargami jej ust. Sądząc po wyrazie jej oczu i czując, jak 
sztywnieje   w   jego   ramionach,   uznał,   że   to   będzie 
wystarczający wyraz małżeńskich uczuć.

Kiedy jednak jego wargi dotknęły jej ust, stało się 

coś  zupełnie nieoczekiwanego… coś, co niewątpliwie 
jeszcze   bardziej   wstrząsnęło   Emmą   niż   nim.   On,   ze 
swojej   strony,   zawsze   podejrzewał,   że   pocałunek 
złożony na ustach Emmy mógłby okazać się zupełnie 
niezwykłym doświadczeniem.

Był pewien, że Emma nigdy nawet nie pomyślała, 

by się z nim całować. Dlaczego miałaby o tym myśleć? 
Przecież to on sprawił, że rodzina się od niej odwróciła, 
i  on  uderzył   jej   narzeczonego.  Mało  prawdopodobne, 
żeby Emma kiedykolwiek zastanawiała się nad tym, jak 
mogą smakować pocałunki Jamesa.

Lord Denham był jednak przekonany, że kiedy ich 

usta   się   zetknęły,   nie   tylko   on   doznał   trudnych   do 
wytłumaczenia   uczuć.   James   mógł   się   zresztą   tego 
spodziewać   -   tak   często   myślał   o   ustach   Emmy,   że 
musiał   coś   odczuć,   kiedy   te   marzenia   stały   się 
rzeczywistością.   To   przeżycie   było   jednak   o   wiele 
silniejsze, niż mógł przewidzieć.

background image

Natomiast   dla   Emmy,   nie   wyobrażającej   sobie 

nigdy przed

tem, że hrabia Denham mógłby ją całować, 

iskra, która przebiegła pomiędzy nimi, była jak grom z 
jasnego   nieba.   Odczucie   okazało   się   aż   tak 
nieoczekiwane, że kiedy hrabia uniósł głowę, kończąc 
ten delikatny, stosowny do sytuacji pocałunek, Emma, 
której wargi jeszcze drżały, zarzuciła mu ręce na szyję i 
przyciągnęła   go   do   siebie…   zupełnie   nieświadoma 
wpatrujących się w nich zdumionych zebranych.

Czy można się jej dziwić? Jeszcze nigdy w życiu 

Emma   nie   doznała   takich   emocji   jak   teraz.   Chociaż 
sześć   miesięcy   wdowieństwa   mogło   przytępić   jej 
zmysły,   była   jednak   przekonana,   że   gdyby   Stuart 
kiedykolwiek pocałował ją tak, jak przed chwilą zrobił 
to jego kuzyn, długo by o tym pamiętała.

Uzyskała całkowitą pewność, kiedy wargi Jamesa 

znalazły się ponownie na jej ustach. Żaden mężczyzna 
jeszcze jej tak nie całował. Nie znaczyło to, oczywiście, 
że Emma miała duże doświadczenie w tej dziedzinie. 
Mogła   jedynie   porównywać   z   pocałunkami   swego 
męża.   Jednak   do   całowania   -   jak   również   do   wielu 
innych tego typu spraw - Stuart nigdy nie przykładał 
wagi. Często mówił, że żonie wikarego nie wypada w 
ten sposób uzewnętrzniać uczuć, do czego Emma miała 
skłonności.   Starała   się   więc   zwracać   swoje   myśli   ku 
wyższym rzeczom.

Teraz,   w   ramionach   hrabiego,   Emma   odkryła,   że 

niełatwo jest myśleć o wyższych sprawach, kiedy jest 

background image

się   tak   cudownie   całowanym   przez   Jamesa 
Marbury'ego, prawdziwego mistrza w tej dziedzinie. Co 
do tego nie można było mieć żadnych wątpliwości. Jego 
wargi przesuwały się po jej ustach z nadspodziewaną 
zachłannością - były zadziwiająco zaborcze, jeśli wziąć 
pod uwagę, że byli małżeństwem od jakichś trzydziestu 
sekund.

Pocałunki   Stuarta   nie   były   ani   zaborcze,   ani 

zachłanne.   Ile   razy   Stuart   całował   Emmę,   miała 
wrażenie, że on jednocześnie myśli o czymś innym - o 
kazaniu,   które   ma   wygłosić,   o   błędnym   wywodzie 
Williama   Paleysa   na   temat   bożej   łaski,   o   tym,   jak 
skłonić   O'Malleyów,   którzy   starym   szkockim 
zwyczajem   sami   przed   sobą   składali   małżeńską 
przysięgę, żeby wzięli ślub w kościele.

Zupełnie   inaczej   było   z   kuzynem   Stuarta.   James 

całował Emmę, jakby myślał tylko… o Emmie.

To było wspaniałe. Szczególnie biorąc pod uwagę 

fakt, że przez ostatnie kilka miesięcy nieliczne osoby 
myślały   wyłącznie   o   niej.   Poświęcano   natomiast 
niesłychanie  wiele   uwagi   dziesięciu  tysiącom   funtów, 
które   miała   odziedziczyć   w   dniu   swojego   ślubu. 
Natomiast   James   skupiał   swoje   zainteresowanie   tylko 
na   niej   samej.   Do   tego   stopnia,   że   prawie   mogłaby 
przysiąc, że coś do niej czuł…

Było   to   coś   więcej   niż   zwykła   chęć   naprawienia 

krzywdy, jaką jej wyrządził. Czyż nie objął jej mocno i 
nie przyciągnął do siebie, kiedy tylko zarzuciła mu ręce 

background image

na szyję? Czyż nie czuła, jak szybko bije mu serce? A 
ten zaborczy pocałunek, jak gdyby uważał, że ona jest 
jego   własnością.   To   było   szalenie   ekscytujące,   jakby 
James był zwycięskim wodzem, a ona jego branką…

Nie   znaczyło   to,   że   Emma   dawała   się   ponosić 

wyobraźni   i   że   miała   skłonności   do   fantazjowania. 
Tylko… tylko że wszystko mogłoby być inaczej, gdyby 
Stuart chociaż raz tak ją pocałował!

Czar   prysł,   kiedy   usłyszała   głośne   chrząknięcie   i 

została   nagle   przywrócona   do   rzeczywistości.   Dobry 
Boże, była w zamku lorda MacCreigha i tyle osób na 
nią   patrzyło!   Jak   łatwo   się   zatracić   w   ramionach 
Jamesa!   Jakie   to   cudowne   uczucie,   kiedy   się   jest   w 
silnych ramionach mężczyzny, czuje się bijące od niego 
ciepło i wdycha zapach świeżo wypranej koszuli!

Emma   oderwała   wargi   od   ust   Jamesa   i   zerknęła, 

zażenowana, na sędziego Reardona. Na szczęście on nie 
patrzył   na   nią   z   wściekłością   jak   stojący   obok   lord 
MacCreigh. Wydawało się, że sędzia Reardon świetnie 
się bawił.

-   Załatwione   -   powiedział   z   zadowoleniem, 

zamykając   zbiór   tekstów   używanych   przy   cywilnych 
ceremoniach zaślubin. - Wszystko dobre, co się dobrze 
kończy.   Doskonale   dobrana   para.   On   jej   zapewni 
stabilizację, której ona potrzebuje, a jemu przydałoby 
się   trochę   ciepła,   którego   ona,   jak   wierzę,   mu   nie 
poskąpi. A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko temu, 
wrócę, żeby dokończyć swój pudding.

background image

James,   ku   wielkiemu   niezadowoleniu   Emmy, 

wyprostował   się   i   wypuścił   ją   z   objęć.   Ale   ten 
nieoczekiwanie namiętny pocałunek dosłownie zwalił ją 
z nóg. Jeszcze nigdy w życiu nie najadła się takiego 
wstydu. Kiedy się zachwiała, hrabia czule objął ją w 
pasie.

-   Tak   -   powiedział   całkowicie   spokojnym,   jak 

zauważyła  Emma,  głosem - nadużywamy  gościnności 
lorda MacCreigha. 

- Nonsens! - zawołała Fiona Bain.

W   jej   słodkim   głosiku   zabrzmiała   ledwie 

wyczuwalna ostra nuta, natomiast pogrążony w smutku 
baron usiadł znowu przy kominku.

- Musicie zostać na lunch. Ślubny lunch.

Pani   MacTavish   i   jej   syn   znacznie   się   ożywili. 

Nawet   Cletus   trochę   się   rozchmurzył.   Ślubny   lunch? 
Taka okazja nie trafiała się często, a do tego na stole 
pojawią się jeszcze wina z piwnic lorda.

Emma nie miała najmniejszej ochoty zostawać na 

takim poczęstunku, nawet jeśli miało być podane wino. 
Przecież   to   nie   był   prawdziwy   ślub…   ale   o   tym 
wiedziała tylko ona i lord Denham. Odczuła ulgę, kiedy 
usłyszała głos Jamesa.

- Bardzo dziękujemy, panno Bain, ale musimy to 

przełożyć   na   jakąś   inną   okazję.   Roberts,   podaj   mi 
pelerynę.

background image

Zanim Emma zdążyła się zorientować, już siedziała 

w   karawanie   pana   Murphy'ego,   pomiędzy   swoim 
mężem - jej mężem!  - a jego lokajem, odjeżdżając z 
zamku MacCreigh.

Teraz jednak było zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy 

przed niecałą godziną jechała przerażona, spodziewając 
się,   że   zastanie   tam   scenę   mordu.   Opuszczała   teraz 
siedzibę   Geoffreya   Baina   z   zupełnie   innym   rodzajem 
niepokoju. Tym razem nie obawiała się morderstwa, ale 
czegoś mniej przewidywalnego.

Jej   niepokój   stał   się   większy,   kiedy   dojechali   do 

wioski.

- Do chaty lady Denham, proszę! - zawołał James 

do pana Murphy'ego.

Lady   Denham?   Czyżby   ona   tutaj   się   zjawiła? 

Emma nie wyobrażała sobie, co matka Jamesa mogłaby 
robić   na   Faires.   Elegancka   lady   Denham   zaszczycała 
swoją   obecnością   jedynie   wytworne,   modne 
miejscowości   i   była   ostatnią   osobą,   którą   Emma 
spodziewałaby się tutaj ujrzeć.

Dopiero   kiedy   pan   Murphy   skręcił   na   drogę 

prowadzącą   do   jej   własnej   chaty,   Emma   zdała   sobie 
nagle sprawę, że James mówił nie o swojej matce, tylko 
o niej. Ona była lady Denham… nową lady Denham.

background image

Nie   ślubna   ceremonia,   nie   zwalający   z   nóg 

pocałunek, tylko te słowa dopiero jej uświadomiły, co 
zrobiła.

Wyszła za mąż za hrabiego Denhama! Ona wyszła 

za mąż za hrabiego Denhama! To nieważne, że ich ślub 
był tylko formalnością. To nieważne, że on się z nią 
ożenił   tylko   dlatego,   że   chciał   odkupić   swoje   winy 
wobec   niej   i   Stuarta.   Wyszła   za   mąż   za   hrabiego 
Denhama,   mężczyznę,   całkowicie   pozbawionego,   jak 
była niegdyś przekonana, miłosierdzia i sumienia.

Dobry Boże! Co ona zrobiła? Serce podeszło jej do 

gardła, wychyliła się do przodu.

-   Panie   Murphy!   -   zawołała.   -   Panie   Murphy! 

Proszę się tu zatrzymać.

James popatrzył na nią jak na szaloną. Faktycznie, 

nie   mogła   być   przy   zdrowych   zmysłach,   kiedy 
pomyślała,   że   małżeństwo   z   Jamesem   jest   niezłym 
pomysłem.

-   Emmo   -   powiedział,   gdy   starała   się   przecisnąć 

koło   Robertsa,   żeby   wyjść,   bo   James   zajmował   zbyt 
dużo miejsca w karawanie. - Nic ci nie jest?

- Dobrze się czuję, milordzie - odparła sucho. - Ale 

już zbyt długo dzieci są same. Muszę do nich wrócić.

Przecisnęła się wreszcie koło zdumionego lokaja, 

otworzyła   drzwi   pojazdu,   zeskoczyła   ze   stopnia   i 
wreszcie znalazła się na powietrzu i w słońcu.

background image

Z daleka od złotych oczu Jamesa Marbury'ego.

Emma   spojrzała   na   siedzących   w   karawanie 

mężczyzn.

- Bardzo panu dziękuję za to, że mnie pan poślubił, 

milordzie   -   powiedziała,   uznając,   że   powinna   to 
powiedzieć.

Po chwili, może dlatego, że James patrzył na nią 

oniemiały, szybko się odwróciła i pobiegła w kierunku 
latarni morskiej.

Patrząc, jak biegnie, a słońce ozłaca jej jasne włosy, 

James zastanawiał się, za jakie grzechy, które popełnił 
w swoim poprzednim wcieleniu, ma teraz ponosić karę. 
To nie  było w porządku, żeby natychmiast  po ślubie 
małżonka dziewiątego hrabiego Denhama udała się do 
szkoły.   Mogła   przynajmniej   wypić   z   nim   kieliszek 
szampana.

Jak   się   okazało,   James   nie   był   jedyną   osobą, 

oczywiście poza Robertsem i panem Murphym,  która 
była   świadkiem   dziwacznego   zachowania   Emmy.   W 
pobliżu   pojazdu   stał   młody   Fergus,   przechylając   pod 
dziwnym   kątem   głowę,   kiedy   patrzył   na   Emmę 
biegnącą   do   szkoły,   z   której   on,   co   było   oczywiste, 
zwagarował.

Chłopak skierował spojrzenie na Jamesa.

background image

-   Czy   dobrze   usłyszałem,   że   pani   Chesterton 

dziękowała za to, że się pan z nią ożenił? - spytał z 
niedowierzaniem w głosie.

James   był   zanadto   zmęczony,   a   właściwie   zbyt 

upokorzony, żeby zaprzeczać.

- Dobrze słyszałeś.

Chłopak przeciągle zagwizdał.

- To jest dobra metoda na lorda MacCreigh, żeby 

się jej nie narzucał - powiedział swobodnym tonem. - 
To znaczy, jeśli uda się panu to zlepić.

James   usiłował   przybrać   pogodniejszy   wyraz 

twarzy,   ale   nie   bardzo   pojmował,   o   czym   chłopak 
mówi.

- Zlepić?

- Tak - odrzekł Fergus. - To znaczy tę całą sprawę 

małżeńską.

- Oczywiście, że mi się uda - odparł z oburzeniem 

James.

-   W   takim   razie   życzę   panu   powodzenia   - 

powiedział Fergus ze zbyt znaczącym, jak na takiego 
dzieciaka, uśmiechem.

Włożył ręce do kieszeni spodni i skierował się do 

latarni.

background image

- Zaczekaj! - zawołał za nim James. - Co przez to 

rozumiesz?

Młody   MacPherson   spojrzał   na   niego   ze 

zdumieniem. W każdym razie Jamesowi wydawało się, 
że chłopak na niego patrzy, gdyż trudno było zgadnąć, 
w którym kierunku biegnie wzrok Fergusa.

-   To,   co   zawsze   mówi   moja   mama.   -   Wzruszył 

ramionami.   -   Jeśli   naprawdę   chce   ją   pan   zdobyć,   a 
myślę, że tak, to musi się pan starać o jej względy.

Odszedł nadspodziewanie szybkim krokiem jak na 

kogoś,   kto   niewiele   widzi,   zostawiając   zdumionego 
Jamesa,   który   nadał   siedział   w   karawanie.   Jakie   to 
dziwne, pomyślał, że trzeba było odbyć podróż na te 
dzikie   wyspy,   żeby   usłyszeć   jedyną   dobrą   radę,   jaką 
kiedykolwiek otrzymał w życiu.

 

18

background image

Wystarczyło kilka  minut,  by wiadomość  o ślubie 

Emmy obiegła całe miasteczko. Pani MacTavish już się 
o   to   postarała,   kiedy   tylko   zdążyła   wrócić   z   zamku. 
Natychmiast  zaczęła  się  dzielić  tym,  co widziała, nie 
pomijając   niesłychanie   czułego   pocałunku,   z   ludźmi 
spotkanymi   po   drodze.   Po   krótkim   czasie   wszyscy 
wiedzieli, że wdowa Chesterton wyszła wreszcie za mąż 
i że  dziesięć tysięcy funtów, które miała  z tej okazji 
otrzymać,   nie   znajdzie   się   w   kieszeni   żadnego 
miejscowego   mężczyzny,   jak   przewidywano,   tylko 
weźmie je ktoś obcy.

Czy rzeczywiście obcy? Niewątpliwie lord Denham 

był kimś; obcym na Faires, ale czy był obcy dla Emmy? 
Mówiono, że jest krewnym zmarłego wikarego, męża 
pani  Chesterton. Chociaż  widać  było pewne  rodzinne 
podobieństwo, byli całkowicie różnymi ludźmi. Stuart 
Chesterton znany był ze swojej pobożności i ubóstwa. 
Lord Denham zdążył już zaszokować całe miasteczko, 
wynajmując   karawan   pana   Murphy'ego   za 
oszałamiającą   cenę   dwóch   suwerenów   dziennie   i 
wyzywając barona MacCreigha na pojedynek.

Jakby   tego   było   jeszcze   mało,   pani   MacTavish 

przekazywała przyciszonym głosem, zerkając na boki, 
czy ktoś jej nie podsłuchuje, jeszcze jedną niesłychaną 
wiadomość…   Do   wieczora   wszyscy   na   Faires   już 
wiedzieli,   że   lord   Denham   nie   spał   ostatniej   nocy   w 
wynajętym   pokoju   w   gospodzie.   Tamtego   wieczoru 
Murphy zawiózł hrabiego do chaty wdowy Chesterton I 
przyjechał po niego następnego ranka, jak mu polecono.

background image

Innymi słowy, hrabia Denham i wdowa Chesterton 

spędzili razem noc. Jeszcze przed ślubem.

Mieszkanki Faires znalazły na to wytłumaczenie - 

hrabia   Denham   i   Emma   byli   przez   długi   czas 
kochankami,   nim   ona   poślubiła   jego   kuzyna   i 
przyjechała na wyspę.

Wszystko   się   zgadzało.   Czyż   Emma,   jako   żona 

wikarego,   nie   sprawiła   im   zawodu?   Naturalnie, 
wypełniała   wszystkie   związane   z   tą   rolą   obowiązki   - 
odwiedzała   starców   i   chorych,   piekła   placki   na 
kościelne kiermasze, pomagała żonie pastora dekorować 
kościół na różne uroczystości.

Ale jak często słuchała kazań swojego męża? Tylko 

raz w ciągu dnia. Jej mąż przywiązywał wielką wagę do 
rytuału, u ona wręcz przeciwnie, choć nazywała siebie 
osobą praktykującą.

Jednak   największe   zdumienie   wywołał   pomysł 

Emmy,   żeby   uczyć   dzieci   w   szkole   po   śmierci   ich 
nauczyciela.   Kobieta   będzie   uczyć?   To   byłoby 
zrozumiałe po śmierci męża - bezdzietna wdowa rzuca 
się w wir pracy, żeby zapomnieć o swojej stracie. Ale 
Emma   zaczęła   snuć   plany   założenia   szkoły   na   długo 
przed   jego   śmiercią…   a   jak   mówili   niektórzy,   te 
projekty   spotykały   się   ze   zdecydowanym   sprzeciwem 
wikarego.   Poza   tym   w   szkole   Emmy   chłopcy   i 
dziewczynki siedzieli razem, nawet nie po przeciwnych 
stronach   klasy,   tylko   w   grupach   łączonych   według 

background image

wieku i umiejętności - pan Chesterton nigdy by się na to 
nie zgodził.

Kiedy   się   o   tym   dowiedziano,   większość 

mieszkańców Faires, a wśród nich, jak mówiono, nawet 
pastorowa Peck, zaczęła odnosić się chłodno do Emmy. 
Pani Peck opiekowała się teraz własnym maleństwem i 
nie miała czasu na spory z młodą żoną wikarego. Mimo 
to   nikt   nie   zabrał   swojego   dziecka   ze   szkoły   pani 
Chesterton,   a   niektórzy   głośno   się   nawet   chwalili 
szkolnymi postępami swoich pociech.

Wdowa Chesterton była ośrodkiem zainteresowania 

przed przyjazdem przystojnego i niesłychanie bogatego 
hrabiego Denhama, który znał Emmę jeszcze z Londynu 
i   miał   czelność   sprzątnąć   ją   -   i   jej   dziesięć   tysięcy 
funtów - sprzed nosa uczciwych, poważnych szkockich 
mężczyzn, którzy się o nie starali.

Ten   fakt   można   było   tłumaczyć   tylko   jednym   - 

Emma i lord Denham byli kiedyś kochankami, których 
rozdzielił   zły   los,   a   zrozpaczona   Emma   musiała 
poślubić biednego i bardzo pobożnego kuzyna hrabiego. 
Natomiast sam hrabia -jak twierdziła Mary, pomocnica 
kuchenna   w   gospodzie,   gorąca   wielbicielka 
romantycznych   opowieści   -   szukał   ukojenia   w 
ramionach   paryskiej   modelki.   Teraz,   kiedy   hrabia   się 
dowiedział,   że   Emma   jest   wolna   -   informowała 
podekscytowana   Mary   -   przyjechał   na   Faires,   żeby 
zabrać ją do domu. Losy paryskiej tancerki pozostały 
nieznane.

background image

Zanim upłynął wieczór, wszyscy mieszkańcy Faires 

uznali   rewelacje   Mary   za   doskonałe   wytłumaczenie 
dziwnych wydarzeń dnia. Wszyscy, z wyjątkiem dwóch 
osób. Pierwszą z nich był baron, który ani przez chwilę 
nie wierzył, że Emma mogłaby pokochać kogoś innego 
niż on. A drugą - jego siostra, która nie wierzyła, że 
James mógłby pokochać kogoś innego niż ona.

Fakt, że znajomość panny Bain z hrabią była bardzo 

krótka, nie stanowił żadnej przeszkody. Wystarczyło, że 
Fiona uważała się za królową piękności na Faires. Jej 
jedynymi   rywalkami   do   tego   tytułu   były:   narzeczona 
brata, która na szczęście zniknęła z horyzontu (i bardzo 
dobrze, że już nie ma tej ladacznicy), oraz Emma, która, 
jak   każdy   widzi,   jest   zasuszoną   starą   wdową.   Zatem 
teraz Fiona była najpiękniejsza na Faires.

Byłoby więc naturalne, żeby tak bogaty i przystojny 

mężczyzna,   jakim   był   lord   Denham,   zakochał   się 
właśnie w niej.

Fiona   słuchała   z   niesmakiem   opowieści   Mary   o 

rozdzielonych kochankach. Nie uwierzyła ani jednemu 
słowu. Przecież była na tym ślubie i widziała na własne 
oczy, że wdowa Chesterton niechętnie przystała na ten 
związek.   Zresztą   Fiona   zawsze   uważała   Emmę   za 
idiotkę.   Fiona   przez   całe   życie   czekała   na   takiego 
mężczyznę,   jakim   był   James   Marbury,   wyobrażając 
sobie, że któregoś dnia on przekroczy jej próg. A kiedy 
to się siało, właśnie tego ranka, serce podskoczyło jej z 
radości. Minęło tylko kilka chwil od momentu, kiedy 

background image

lord Denham wszedł  do jej  domu,  a ona już  zdążyła 
ułożyć   plany   ich   wspólnego   szczęścia,   z   dala   od   tej 
nędznej   wyspy,   na   której   się   urodziła   i   której   nie 
cierpiała.

Po wysłuchaniu od Mary krążących po miasteczku 

plotek Fionę ogarnęła wściekłość. Emma Chesterton - 
teraz lady Denham - zawsze wydawała się jej dziwną 
osobą. Czyż pani Chesterton, po swoim przyjeździe na 
Faires, nie wybrała Clary McLellen, zamiast Fiony, na 
swoją   najbliższą   przyjaciółkę?   Co   prawda,   to   raczej 
Clara   wybrała   Emmę,   ale   ona   wcale   nie   próbowała 
unikać z nią kontaktu, jak to zawsze robiła panna Bain. 
Co z tego, że Clara była narzeczoną jej brata, kiedy w 
jej   żyłach   nie   płynęła   ani   kropla   szlachetnej   krwi,   a 
Fiona   mogłaby   przecież   poszczycić   się   przodkami, 
począwszy od piętnastego wieku.

Ale   czy   to   skłoniło   Emmę   Chesterton,   żeby   się 

choć trochę nią zainteresowała? Jak często widywała w 
różnych   miejscach   zamku   Clarę   i   Emmę,   które 
konspiracyjnym   szeptem   wymieniały   zwierzenia?   Ile 
razy, kiedy spacerowała samotnie, spotykała je, jak szły 
obok siebie, prowadząc ożywioną rozmowę? Bóg jeden 
wie,   co   Clara   mogła   naopowiadać   żonie   wikarego. 
Prawdopodobnie mówiła, że nie jest dobrze traktowana 
w zamku MacCreigh i że nie cierpi Fiony.

No cóż, panna Bain była świadoma swojej pozycji 

w   świecie,   chociaż   jej   brat   wydawał   się   o   tym 

background image

zapominać.   Przecież   ojciec   Clary   zajmował   się   tylko 
handlem.

Fiona   mogłaby   się   założyć,   że   Emma   doskonale 

wiedziała, co się działo tej nocy, kiedy zniknęła Clara. 
Było również bardzo prawdopodobne, że żona wikarego 
wiedziała,   gdzie   ona   uciekła.   Można   było   także 
przypuszczać,   że   sama   zachęcała   tę   ladacznicę   do 
ucieczki ze Stevensem, lokajem Geoffreya. A Stevens 
mógł się podobać, nawet Fiona była pod jego urokiem. 
To prawda, że pochodził z gminu, ale te uwodzicielskie 
błyski w jego czarnych oczach! Fiona nie dziwiła się, że 
Clara straciła dla niego głowę, chociaż jej zdrada tak 
bardzo dotknęła Geoffreya.

Oczywiście, Fiona nie byłaby aż tak głupia, żeby 

poświęcić   wszystko   dla   zwykłego   lokaja.   O   tym   nie 
było nawet mowy. Ona czekała na kogoś takiego jak 
lord Denham.

A teraz jej jedyna szansa na dobre małżeństwo legła 

w   gruzach…   Tak   samo   Emma   zniszczyła   jej   jedyną 
szansę   na   prawdziwą   przyjaźń,   kiedy   wybrała 
towarzystwo   Clary,   nie   Fiony.   Od   czasu   swojego 
przyjazdu   na   Faires   Emma   nie   robiła   niczego  innego 
poza przysparzaniem kłopotów Fionie.

Oczywiście,   było   trochę   głupich   kobiet,   jak   pani 

MacTavish,   a   nawet   pani   Peck,   które   usiłowały 
powiedzieć   o   niej   coś   dobrego:   że   pani   Chesterton 
podczas epidemii tyfusu z niesłychanym poświęceniem 
opiekowała   się   chorymi,   nawet   m   stracie   własnego 

background image

męża; że była bardzo dobra dla dzieci, zawsze chętnie 
wysłuchiwała cudzych kłopotów. I tak dalej, i tak dalej.

Fiona   nigdy   nie   miała   okazji,   żeby   móc   się 

zwierzyć   ze   swoich   zmartwień   pani   Chesterton.   Co 
prawda,   nigdy   o   to   nie   prosiła,   ale   jako   jedyna 
arystokratka na wyspie mogła się spodziewać, że Emma 
uczyni   przynajmniej   jakiś   wysiłek,   żeby   mogły   się 
lepiej poznać. Clara uważała, że to ona ma  wyniosły 
sposób   bycia,   ale   to   nieprawda.   Ona   była   tylko 
nieśmiała. Mężczyźni lubią, kiedy damy są nieśmiałe.

Ale tym razem, sprzątając Fionie hrabiego sprzed 

nosa,   Emma   posunęła   się   już   za   daleko.   Ta   kropla 
przepełniła   czarę   i   siostra   barona   postanowiła   dłużej 
tego nie ukrywać. Jeśli chodzi o Jamesa Marbury'ego, to 
Fiona nie miała już żadnego pola manewru. Na zawsze 
go utraciła, ale za to potrafi strącić Emmę z piedestału. 
Na pewno to zrobi.

Panna   Bain   nie   przejęła   się   faktem,   że   był   już 

wieczór, kiedy ruszyła w stronę latarni morskiej. Jej brat 
będzie musiał zaczekać z kolacją albo zjeść ją samotnie. 
Na pewno nie będzie tym zachwycony, ale od chwili 
zniknięcia Clary i tak stale chodził zły. A teraz jej brat 
był w tak strasznym humorze, w jakim go jeszcze nigdy 
nie widziała. Ogarnęła go wściekłość, bo stracił coś, co 
od kilku miesięcy stanowiło jego ostatnią nadzieję, czyli 
wdowę Chesterton i jej dziesięć tysięcy funtów.

Fiona   dobrze   rozumiała   brata.   Bądźmy 

sprawiedliwi,   te   pieniądze   -   i   wdowa   Chesterton   - 

background image

należały się jemu. Tak samo jak przystojny, elegancki 
lord Denham należał się jej.

Zamierzała   to   wszystko   powiedzieć   Emmie,   nie 

przebierając w słowach.

Jeśli   jednak,   przekraczając   próg   latarni   morskiej, 

panna   Bain   spodziewała   się   zastać   niedawną   pannę 
młodą   w   doskonałym   nastroju,   który   by   z 
przyjemnością zepsuła, spotkał ją srogi zawód. Emma 
siedziała   nad   stosem   uczniowskim   tabliczek   z   twarzą 
zwróconą do okna, chociaż zdawała się nie zauważać 
zaglądających   tam   złotych   promieni   zachodzącego 
słońca. Na jej ślicznej twarzy - chociaż Fiona zawsze 
odmawiała   Emmie   prawa   do   wyjątkowej   urody   - 
malowała   się   rozpacz.   Zobaczywszy   to,   panna   Bain 
odczuła nagłą satysfakcję.

- Pani Chesterton - odezwała się donośnym głosem, 

nic przytrzymując za sobą drzwi, które zamknęły się z 
hukiem - a może powinnam powiedzieć lady Denham, 
całe miasteczko mówi o pani. Nie przypuszczam, żeby 
się pani chciała dowiedzieć tego, co mówią?

Emma   odwróciła   głowę.   Jej   niebieskie,   zwykle 

radosne oczy były pełne niepokoju.

- Nie - odrzekła. - Sądzę jednak, że i tak dowiem się 

tego od pani.

- Racja - roześmiała się Fiona. - Ma pani rację. Na 

pani  miejscu pożegnałabym  się  już  z  tą  szkółką. Nie 

background image

wydaje mi się, żeby dłużej pozwolono pani tu zostać po 
tym skandalu, jaki pani wywołała.

Emma, ku wielkiemu niezadowoleniu Fiony, nawet 

nie drgnęła. Rozejrzała się tylko dokoła, popatrzyła na 
ławki i stos leżących przed nią tabliczek.

- Myślę, że tak się stanie - przyznała.

Fiona, która nigdy nie lubiła Emmy i uważała, że 

kobieta,   która   z   własnej   woli   wychodzi   za   mąż   za 
kogoś, kto chce zamieszkać w takim miejscu jak Faires i 
na   dodatek   jest   wikarym,   nie   może   mieć   dobrze   w 
głowie,   już   zupełnie   nic   mogła   niczego   zrozumieć. 
Emma   powinna   teraz   triumfować   i   zachowywać   się 
wyniośle. To przecież ona zwyciężył wyjedzie z tego 
okropnego miejsca, a Fionie nie wiadomo kiedy się to 
uda.

A ona była taka… smutna. Niespokojna i smutna.

Fiona przeraziła się nagle, że mogłoby ją ogarnąć 

współczucie - i to dla kogo? - dla zaprzysięgłego wroga.

- O co chodzi? Proszę mi tylko nie wmawiać, że 

obchodzą panią plotki, jakie rozsiewa pani MacTavish i 
reszta tych starych wiedźm z miasteczka.

Emma   opuściła   nisko   głowę.   Dopiero   po   chwili 

panna Bain usłyszała jej cichy, pełen rozpaczy głos.

- Co ja takiego zrobiłam?

background image

To spotkanie nie przebiegało tak, jak sobie Fiona 

wyobrażała. Jakim sposobem mogłaby zepsuć  Emmie 
dobre samopoczucie, kiedy ta już była w rozpaczy? O 
co   mogło   jej   chodzić?   Poślubiła   przecież 
najprzystojniejszego - nie mówiąc już o tym, te również 
najbogatszego - mężczyznę, jakiego Fiona kiedykolwiek 
spotkała.

Emma   nie   miała   zamiaru   nikogo   informować   o 

tym, że rzeczywiście poślubiła niezwykle przystojnego i 
bogatego   mężczyznę,   ale   to   było   tylko   formalne 
małżeństwo.   Wdowa   Chesterton   dzięki   temu   będzie 
mogła otrzymać swoje dziesięć tysięcy funtów, a James 
Marbury   pozbyć   się   poczucia   winy   w   stosunku   do 
swojego nieżyjącego kuzyna.

Nie   mogła   tego   powiedzieć   Fionie,   która 

natychmiast   podzieliłaby   się   wiadomością   o 
planowanym   unieważnieniu   małżeństwa   z   sędzią 
Reardonem… co wcale by mu się nie spodobało i nie 
wiadomo   jak   w   świetle   tych   faktów   potraktowałby 
sprawę udostępnienia Emmie należnych jej pieniędzy.

A   Emma   bardzo   ich   potrzebowała.   Teraz,   kiedy 

były   już   w   zasięgu   jej   ręki,   wiedziała,   jak   wspaniale 
mogłaby je wykorzystać. Posłać Johna MacAddamsa do 
college'u.   Zbudować   prawdziwą   szkołę   -   i   wynająć 
prawdziwego   nauczyciela   -   dla   dzieci   z   Faires.   Był 
jeszcze   Fergus,   którego   oczu,   o   ile   Emma   się 
orientowała,   nigdy   żaden   lekarz   nie   badał.   Może 
udałoby się je wyleczyć?

background image

Dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że była teraz 

na   językach   całego   miasteczka   -   wątpliwe   więc,   czy 
zezwolą   jej   na   dalsze   nauczanie.   Poza   tym   palił   ją 
jeszcze   wstyd   n   wspomnienie   swojego   zachowania, 
kiedy   lord   Denham   j   pocałował.   Czy   jakaś   kobieta 
zareagowałaby   na   pocałunek   w   bardziej   wyuzdany 
sposób?   Emma   nie   mogła   sobie   tego   wyobrazić. 
Zachowała   się   jak   ladacznica,   prawdziwa   Maria 
Magdalena.   Co   sobie   o   niej   pomyślał   James?   Była 
przecie   wdową   po   jego   kuzynie…   na   dodatek 
wikarym…   który   umarł   przed   niespełna   sześcioma 
miesiącami!

Panna Fiona Bain nie miała, oczywiście, pojęcia o 

ty   co   dręczyło   Emmę.   Wiedziała   tylko,   że   dziesięć 
tysięcy funtów  Emmy  Chesterton,  zamiast dostać  się 
jej bratu, który mógłby użyczyć jej cząstkę tej sumy na 
nowy   kapelusz,   a   może   nawet   na   dwa,   dostaje   się 
człowiekowi, który tych pieniędzy nie potrzebuje i który 
będzie   stale   kupował   Emmie   nowe   kapelusze,   nie 
mówiąc już o wachlarzach. A Fiona od lat nie miała 
nawet nowej wstążki do włosów.

Siostra barona już otwierała usta, żeby powiedzieć 

Emmie   coś   szczególnie   zjadliwego,   na   przykład: 
"Mogła pani chociaż poczekać, aż ciało ostygnie", czy 
coś   w   tym   rodzaju,   kiedy   otworzyły   się   drzwi   i   do 
latarni wdarło się słone morskie powietrze.

Te okrutne słowa zamarły Fionie na ustach, kiedy 

się   odwróciła.   W   drzwiach   stał   hrabia   we   własnej 

background image

osobie, równie przystojny jak wtedy, kiedy go widziała 
na   zamku.   Jego   wysoka   sylwetka   i   szerokie   ramiona 
rysowały   się   wyraźnie   na   tle   promieni   zachodzącego 
słońca.

- Panno Bain - powiedział  dość  suchym tonem i 

skinął jej głową.

Jego   wzrok   prześlizgnął   się   po   niej   obojętnie, 

zupełnie jakby nie była najładniejszą dziewczyną w tym 
pomieszczeniu, i zatrzymał na Emmie.

- Emmo, przyjechałem, żeby cię zabrać do domu. 

Chyba już skończyłaś?

Jak wspaniale zabrzmiały te słowa w uszach Fiony! 

Tak   bardzo   pragnęła,   żeby   jakiś   wysoki,   przystojny 
hrabia wszedł do jej pokoju i powiedział, że przyjechał, 
by   zabrać   ją   do   domu.   Fiona   na   pewno   nie 
odpowiedziałaby mu tak jak Emma.

- Jeszcze nie skończyłam poprawiać wypracowań - 

powiedziała uprzejmym tonem świeżo poślubiona żona 
hrabiego.

W   jej   głosie   nie   było   już   ani   śladu   niedawnej 

rozpaczy.

Lord   Denham,   zamiast   rozbić   kopniakiem   kilka 

ławek, jakby to uczynił w tej sytuacji każdy miejscowy 
mężczyzna,   zamknął   tylko   drzwi   i   oparł   się   o   nie, 
krzyżując ręce na piersi.

background image

-   W   takim   razie   zaczekam   -   odparł   lekko 

rozbawiony - dopóki nie skończysz.

Emma, zamiast zostawić te przeklęte wypracowania 

i   rzucić   mu   się   w   ramiona,   jakby   to   zrobiła   Fiona, 
podniosła kolejną tabliczkę i zaczęła ją poprawiać.

Panna   Fiona   Bain   nie   potrafiła   już   dłużej   tego 

znieść. Przecież  i  tak uznała  Emmę  za  głupią  przede 
wszystkim   dlatego,   że   wyszła   za   mąż   za   Stuarta 
Chestertona. Stuart, choć niewątpliwie był przystojnym 
mężczyzną, zbyt wiele, według Fiony, mówił o religii, 
poza   tym   był   tylko   wikarym.   Jaka   kobieta   przy 
zdrowych   zmysłach   wyszłaby   za   mąż   za   wikarego? 
Nawet   wielebny   Peck   poślubił   panią   Peck   dopiero 
wtedy, kiedy miał własną parafię.

Teraz jednak szczęście uśmiechnęło się do Emmy. 

Wyszła   za   mąż   za   człowieka,   który   był   nie   tylko 
arystokratą   i   pięknym   mężczyzną,   ale   do   tego   nie 
wykazywał   zainteresowania   religią.   Ta   kobieta   już 
nigdy nie będzie musiała niczego haftować na kościelne 
kiermasze, jeśli nie będzie miała na to ochoty.

A jak się ona zachowuje? Jakby jej mąż był jakimś 

potworem! To wyglądało prawie tak, jakby… jakby coś 
z tej całej gadaniny Mary mogło być bliskie prawdy. 
Jakby ci dwoje znali się jeszcze w swoich poprzednich 
wcieleniach. Ale nie byli wtedy kochankami, byli…

Nieprzyjaciółmi.

background image

Fiona   wiedziała   jednak,   że   takie   myśli   były   po 

prostu   śmieszne.   Przecież   żadna   kobieta   nie   mogłaby 
czuć   do   hrabiego   niczego   innego   poza   uwielbieniem. 
Ten   mężczyzna   nosił   piękne   kremowe   bryczesy, 
wysokie kołnierzyki i nie akcentował tak silnie "r", jak 
to   robili   Szkoci,   tylko   mówił   z   pięknym   angielskie 
akcentem. Niestety, Fiona miała akcent szkocki, którego 
nie cierpiała i którego starała się bezskutecznie pozbyć.

Panna Bain nie była już w stanie dłużej patrzeć na 

taką  niesprawiedliwość  losu. Serce  pękało jej  z bólu. 
Emmie nie, powinno to wszystko ujść na sucho. Fiona 
nie   potrafiła   zapomnieć,   że   pani   Chesterton   wolała 
spacerować z tą wredną Clarą McLellen niż z nią. Jeśli 
na świecie istnieje sprawiedliwość to Emma na pewno 
za to wszystko musi odpokutować.

- Powiem już dobranoc, lordzie i lady Denham - 

pożegnał   się   Fiona,   zawiązując   pelerynę.   Trzeba 
przyznać, że ostatni dwa słowa wypowiedziała z pewną 
złośliwością.

Lord   Denham   otworzył   i   przytrzymał   dla   niej 

drzwi.   Fion   przeszła   obok   niego   i   doznała   nowej 
przykrości. Poczuła bowiem słaby, ale wyraźny zapach 
mydła.

On nawet się kąpie, pomyślała.

Emma van Court Chesterton Marbury wzbudzała w 

niej teraz jeszcze większą zawiść.

background image

 

19

Szczęśliwie się złożyło, że panna Fiona Bain nie 

była  świadkiem  sceny  w   chacie  Emmy,   zaledwie   pół 
godziny po jej wyjściu z latarni. Gdyby zobaczyła to, co 
ujrzała   Emma,   kiedy   James   otworzył   drzwi,   by 
przepuścić   ją   przed   sobą,   niechybnie   zzieleniałaby   z 
zazdrości.

Chata   Emmy   uległa   przeobrażeniu,   brakowało 

jedynie serwisu z Limoges. Ale nawet James Marbury, 
którego   rozkazy   zawsze   były   wykonywane,   nie   mógł 
nakazać porcelanie, żeby się sama posklejała.

Ale stół nakryty był tak śnieżnobiałym obrusem, że 

Emma natychmiast się domyśliła, że nigdy przedtem nie 
był   on   używany,   i   zastawiony   lśniącą   porcelaną   z 
insygniami   hrabiego.   Talerze,   filiżanki   i   spodki, 
półmiski i dzbanki do herbaty, cała zastawa z kremowej 
porcelany   oznaczona   była   czerwono-złotym   herbem 
lorda   Denhama.   Kryształowe   kieliszki   migotały   w 
blasku   ognia,   przy   dwóch   nakryciach   lśniły   srebrne 
sztućce. W ozdobnej karafce czekało ciemnoczerwone 

background image

wino, na małym półmisku stały wiórki świeżego masła, 
a przyrumienione na złoty kolor bułeczki były jeszcze 
gorące.

Ale to nie wszystko. Zawieszone na belce u sufitu 

miedziane garnki były tak błyszczące i wypolerowane, 
że Emma nic wiedziała nawet, że mogą tak wyglądać, 
kiedy kupowała je od pani Peck. Były wtedy okropnie 
brudne. Ogień wesoło trzaskał na palenisku i nie było 
nawet śladu dymu. Emma domyśliły się, że ktoś - na 
pewno   nie   sam   lord   Denham   -   poradził   sobie   z   jej 
nieszczęsnym   przewodem   kominowym.   Nad   ogniem 
wisiał kociołek, w którym coś się gotowało, i cała chata 
Emmy przesycona była wspaniałym zapachem.

Lokaj   lorda   Denhama,   który   uważnie   mieszał 

zawartość kociołka, na widok Emmy odłożył drewnianą 
łyżkę.

- Dobry wieczór, lady Denham - powiedział. - Czy 

mogę wziąć pani pelerynę?

Emma   stała   w   drzwiach,   nie   wierząc   własnym 

oczom. Właściwie nie powinna się temu dziwić. Lord 
Denham   był   amatorem   dobrego   jedzenia   i   dobrego 
wina.   W   końcu   to   przecież   ich   kolacja   ślubna.   Tego 
wieczoru   nie   mogli   jeść   osobno,   jeśli   chcieli,   żeby 
sędzia Reardon i mieszkańcy wyspy uwierzyli, że ich 
małżeństwo   będzie   trwało   dużo   dłużej   niż   czas,   jaki 
będzie   potrzebny   Emmie   na   odebranie   swoich 
dziesięciu tysięcy funtów.

background image

Ale   błyszczące   garnki?   Odetkany   przewód 

kominowy?   Ta   piękna   porcelana,   która   niewątpliwie 
stanowiła część składową podróżnego bagażu lorda, ale 
żeby   zadał   sobie   trud   przewiezienia   jej   tutaj   po 
wyboistej drodze?

Tego nie mogła się spodziewać.

-   Ccco?   -   wyjąkała,   nie   wiedząc,   jak   powinna 

zareagować. Był tu Roberts, który gotował coś na jej 
własnym palenisku, i był James, zamykający teraz za 
nią drzwi. Hrabia, który był na dobre albo na złe - na 
dobre   i   na   złe,   jak   powiedział   sędzia   Reardon   -   jej 
mężem.

-   Głowa   do   góry,   Emmo   -   odezwał   się   James. 

Rozwiązał wstążki jej kapelusza, zdjął go jej z głowy i 
podał   Robertsowi   razem   z   peleryną.   -   Musisz   być 
bardzo zmęczona. Usiądź i napij się trochę wina.

Zaprowadził   ją   do   stołu   i   podał   kryształowy 

kieliszek z winem. Emma podniosła go do ust i piła, nie 
czując   nawet   smaku.   Znała   hrabiego   na   tyle   dobrze, 
żeby wiedzieć, że jest to niewątpliwe jakieś rzadkie i 
nieprzyzwoicie drogie wino. Jej myśli zaprzątnięte były 
innymi   sprawami.   Miedziane   garnki!   Przewód 
kominowy!   Ile   czasu   to   im   musiało   zabrać!   James 
niewątpliwie   też   przyłożył   do   tego   rękę,   Roberts   nie 
mógłby wszystkiego zrobić sam.

-   Teraz,   Emmo   -   powiedział   James,   kiedy   lokaj 

nakładał Emmie na talerz zapiekane z serem kartofle, 

background image

które   były   specjalnością   pani   MacTavish   -   musimy 
znowu odbyć poważną rozmowę.

Emma patrzyła na górę kartofli na swoim talerzu. 

Wspaniale pachniały.

- Nie będzie ci się podobało to, co zaraz usłyszysz - 

mówił   dalej   James   -jednak   muszę   ci   to   powiedzieć. 
Wiem,   że   jesteś   bardzo   przywiązana   do   swoich… 
dzieci. Wydaje mi się jednak, że przydałby ci się mały 
urlop   od   nauczycielskich   obowiązków.   Proszę,   żebyś 
mnie wysłuchała, zanim zaczniesz mówić.

Emma  miała zamiar powiedzieć tylko "dziękuję", 

bo   Roberts   kładł   właśnie   na   jej   talerzu   pięknie 
upieczonego   gołąbka,   Emmie   nigdy   jeszcze   się   nie 
udało przygotować tak smakowitego posiłku.

-   Jeśli   chcemy   otrzymać   unieważnienie   -   ciągnął 

James - będziemy musieli zrobić to w Londynie. Mój 
prawnik   będzie   wiedział,   jak   tę   sprawę   załatwić. 
Będziesz musiała podpisywać rożne dokumenty i zajmie 
to o wiele mniej czasu, jeśli będziesz tam osobiście, niż 
gdyby   musiał   wysyłać   je   do   ciebie   pocztą,   jeszcze 
mogłyby zaginąć po drodze. Nie mam zbyt wielkiego 
zaufania   do   działania   poczty   pomiędzy   wyspami   a 
Anglia,   Rozumiem,   że   przy   złej   pogodzie   prom   nie 
kursuje przez długie tygodnie.

Emma skinęła głową, ale ledwo go słuchała. Działo 

się z nią coś dziwnego. Zamiast skupić się na słowach 
Jamesa,   myślała   o   tym,   że   kiedy   razem   ze   Stuartem 

background image

przyjechali   na   Faires,   pani   Peck   zaproponowała   im 
usługi   swojej   sprzątaczki   "do   ciężkich   robót",   jak   to 
określiła.   Jednak   Emma   nie   mogła   skorzystać   z   tej 
oferty   -   po   prostu   nie   miała   pieniędzy   na   opłacenie 
pomocy domowej. Poza tym, jak mówił Stuart, dobrze 
było wyciągać samemu wodę ze studni i rąbać drewno. 
Praca dawała bliższy kontakt z Bogiem.

Emma   nie   miała   na   ten   temat   własnego   zdania. 

Wiedziała   tylko,   że   przez   tę   pracę   na   jej   dłoniach 
pojawiły się odciski i pęcherze.

Dzisiaj   po   raz   pierwszy   od   czasu,   kiedy   się   tu 

wprowadziła   jej   chata   została   dokładnie   wysprzątana 
przez inne ręce niż jej.

-   Proponuję   -   kontynuował   James   -   żebyśmy 

natychmiast   wyjechali   do   Londynu.   To   znaczy   jutro. 
Zaplanowałbym   przynajmniej   trzymiesięczny   pobyt. 
Tyle czasu zajmie sprawa odzyskania twoich funduszy i 
rozpoczęcie procedury unieważnienia małżeństwa. Nie 
musisz   martwić   się   o   dzieci.   Łatwo   znajdziemy 
nauczyciela, który… Emmo?

Emma   oderwała   wzrok   od   talerza   i   spojrzała   na 

Jamesa.

- Milordzie?

- Dobrze się czujesz?

Otrząsnęła się z zamyślenia, ale nadal wpatrywała 

się w Jamesa… swojego męża. On teraz był jej mężem.

background image

Ale nie tak naprawdę.

Jednak trudno było o tym pamiętać, kiedy patrzyła 

na   jego   twarz   i   widziała   te   same   wargi,   które   tak 
zaborczo ją całowały.

Kto   by   pomyślał,   że   James   Marbury   potrafi   tak 

wspaniale całować? Oczywiście, nigdy nie narzekał na 
brak   kobiecego   towarzystwa,   ale   Emma   zawsze 
przypisywała ten fakt jego wspaniałej prezencji i jeszcze 
wspanialszemu kontu w banku. Skąd mogła wiedzieć, 
że pod tą pozornie chłodną powłoką kryje się namiętny 
kochanek?

Może dlatego to odczuła, że sama, jak to jej często 

wytykał Stuart, była skłonna do uzewnętrzniania swoich 
emocji.

Wreszcie słowa, wypowiadane przez usta, których 

dotyk wywołał w Emmie tak szokujący odzew, zaczęły 
powoli   do   niej   docierać.  Wyjechać   do   Londynu.  On 
chce, żeby wyjechała do Londynu.

Z nim.

Jutro.

- Nie ma mowy - wybuchnęła, zanim zdążyła się 

powstrzymać. Pochylony nad kociołkiem Roberts, który 
właśnie   chciał   coś   tam   zamieszać,   zatrzymał   rękę   z 
łyżką w połowie gestu, James uniósł tylko brew.

background image

- Posłuchaj, Emmo - powiedział spokojnym tonem. 

- Jeśli się nad tym chwilę zastanowisz, zobaczysz, że 
jest to jedyne rozsądne wyjście…

- A kto będzie w tym czasie uczył dzieci? - spytała.

Sama nie wiedziała, czy wino rozjaśniło jej umysł, 

czy też otrząsnęła się już z wrażenia, jakie wywarł na 
niej   widok   wysprzątanej   chaty,   w   każdym   razie 
odzyskała   rozsądek.   Nie   wiedziała   tylko,   jakie   są 
prawdziwe zamiary Jamesa.

- Wiem, jak bardzo się troszczysz o… swoje dzieci, 

jak   je   nazywasz   -   tłumaczył   cierpliwie.   -   Proponuję, 
żeby   wynająć   nauczyciela,   wykwalifikowanego 
nauczyciela,   który   się   nimi   zajmie   podczas   twojej 
nieobecności.

- To może trwać miesiącami - odrzekła Emma. - 

Nie   jesteśmy   w   takiej   sytuacji,   żeby   nauczyciele 
zasypywali nas podaniami o pracę. Faires nie przyciąga 
ludzi z kwalifikacjami. A ja nie mogę wyjechać, dopóki 
nie znajdzie się odpowiednie zastępstwo.

Ogarnęło   ją   dziwne   uczucie.   Czy   to   był   strach? 

Czego   miałaby   się   bać?   Na   pewno   nie   obawiała   się 
hrabiego i nie obawiała się Londynu.

Nie, to nie był strach. To była tylko troska o dzieci, 

one jej potrzebowały. Oprócz niej nikogo nie miały.

- Nie rozumiesz tego - powiedziała z rozpacza w 

głosie. - Dzieci potrzebują tej szkoły. Dla wielu z nich 

background image

jest   to   jedyne   miejsce,   gdzie   czują,  

że   ktoś   się   nimi 

naprawdę interesuje…

-   Zdaję   sobie   z   tego   sprawę.   Właśnie   dlatego 

Roberts zaoferował swoje usługi, do czasu znalezienia 
zastępstwa.

Lokaj   upuścił   łyżkę.   Jeśli   słowa   jego   pana 

zaskoczyły go, to poza tym incydentem nie dał tego po 
sobie poznać

- Zrobię to z przyjemnością, milady - powiedział i 

poszedł po drugą łyżkę

Emma   była   oszołomiona.   Teraz   już   nie   musiała 

niczego udawać. Faktem było, że się bała i wcale nie 
chodziło jej w tym wypadku o dzieci. Czy James zdawał 
sobie sprawę, czego od niej żąda? Ona ma wrócić do 
Londynu?   Nie   wiedział   nawet,   co   się   z   tym   dla   niej 
wiąże.

A może jednak wiedział? Może wskutek zmiany, 

jaka w nim nastąpiła, ten nowy James chciał oddać jej 
przysługę. Na pewno tak było.

Ale jeśli tą przysługą miało być pogodzenie jej z 

rodziną, to mógł o tym od razu zapomnieć. Emma nie 
mogłaby   do   tego   dopuścić.   Kiedy   przed   rokiem 
wyjeżdżali ze Stuartem z Londynu, wiedzieli, że raczej 
tam   nie   powrócą.   Przecież   wyrzekły   się   ich   obie 
rodziny. Emma przysięgła sobie, że wróci tylko wtedy, 
kiedy   potrafi   udowodnić   rodzinie,   że   ich   ponure 

background image

przepowiednie   na   temat   losów   jej   małżeństwa   były 
całkowicie   bezpodstawne.   Obiecała   sobie,   że   może 
wrócić   tylko   jako   szczęśliwa   żona   pastora…   z   całą 
gromadką   dzieci,   na   dowód   jej   udanego   pożycia   ze 
Stuartem.

Teraz   wracałaby   jako   wdowa   po   wikarym   -   co 

gorsza,   bezdzietna   wdowa.   A   nawet   jeszcze   gorzej   - 
bezdzietna   wdowa,   która   poślubiła   kuzyna   swojego 
męża… jego bardzo bogatego i cieszącego się wysoką 
pozycją   towarzyską   kuzyna,   człowieka,   jakiego   jej 
rodzina zawsze pragnęła dla niej na męża. Emma nawet 
sobie nie wyobrażała, że mogłaby poślubić mężczyznę 
tego   typu,   ponieważ   upierała   się,   że   wyjdzie   za   mąż 
jedynie  z miłości i tylko za  kogoś  podzielającego jej 
żarliwą chęć niesienia pomocy tym, dla których los nie 
był   zbyt   łaskawy.   Nie   potrafiłaby   więc   wytłumaczyć 
bliskim,   dlaczego   wyszła   za   mąż   za   Jamesa.   Gdyby 
powiedziała, że zrobiła to w celu odzyskania należnych 
jej pieniędzy - które miała zamiar przeznaczyć na cele 
dobroczynne - chcieliby się dowiedzieć o pochodzenie 
tych funduszy.  Później  zapytaliby ją,  dlaczego zabójca 
jej męża czuł się zobowiązany pozostawić jej spadek, i 
zaraz padłoby pytanie o przyczynę śmierci Stuarta.

A Emma nie miała zamiaru z nikim na ten temat 

rozmawiać.

- Och! - zawołała. - Och, James. Nie mogę wrócić 

do Londynu. To byłoby straszne.

background image

Hrabia   Denham   nie   okazał   zdziwienia, 

niewątpliwie spodziewając się oporu.

- Emmo, ja w żadnym wypadku nie mogę tu zostać. 

Mam w Londynie pilne interesy do załatwienia.

Emma zmrużyła oczy. Ma pilne interesy, więc musi 

wrócić do Londynu, pomyślała. Przecież przyjechał na 
Faires tylko po to, żeby ekshumować zwłoki swojego 
kuzyna.   Ona   uniemożliwiła   mu   ten   zamiar,   więc   nie 
miał powodu, żeby przedłużać pobyt.

- Naturalnie - odrzekła, opanowując niezrozumiałą 

przykrość. - To oczywiste, że musisz jechać.

To   było   absurdalne,   ale   odczuła   ogromne 

rozczarowanie.   To   dobrze,   że   jedzie!   Nie   będzie   już 
musiała dłużej się martwiej że on odkryje całą prawdę, 
dowie   się   o   wydarzeniach   tej   okropnej   nocy,   kiedy 
umarł Stuart…

Poza   tym,   kiedy   odjedzie,   ona   nie   będzie   już 

widzieć jego ust i przypominać sobie, jak ją całował w 
zamku   MacCreigh.   Przestanie   się   zastanawiać,   czy 
wyzwoliłby   w   niej   tę   samą   reakcję,   gdyby   ją   znowu 
pocałował…

Tak było o wiele  lepiej. On powinien wrócić  do 

Londynu, a ona do swego samotnego trybu życia.

Ale to było lepsze, niż gdyby on miał dowiedzieć 

się   wszystkiego,   co   niewątpliwie   nastąpiłoby,   gdyby 
został tu dłużej.

background image

- Nie musisz się o mnie troszczyć - powiedziała z 

udawaną   brawurą,   ponieważ   James   zwlekał   z 
odpowiedzią - Dam sobie radę.

-   Nie   bądź   śmieszna   -   odezwał   się   wreszcie, 

zdumiony, że Emma tak bardzo chce się go pozbyć. - 
Moja żona, bez względu na charakter tego związku, nie 
będzie mieszkać sama. Jedziesz ze mną do Londynu i 
koniec dyskusji.

Emmę   znowu   ogarnął   strach.   Jechać   z   nim   do 

Londynu?! Będą przez długie godziny sami w powozie, 
a   co   gorsza,   będą   spędzać   noce   w   przytulnych 
gospodach   po   drodze.   Jak   długo   potrafi   poskromić 
swoją ciekawość, żeby nie powtórzyć eksperymentu z 
pocałunkiem?

- Ale…

-   Poza   tym   -   mówił   dalej   James,   nie   pozwalając 

sobie przerwać - gdybyś tu została, to sędzia Reardon 
dowie   się,   że   my…   nie   żyjemy   jak   prawdziwe 
małżeństwo. To mu się nie będzie podobało. On może 
nawet…

-   Nie   wydać   mi   pieniędzy   -   dokończyła   Emma. 

James   miał   rację.   Sędzia   Reardon   na   pewno   by   tak 
zrobił. - Ale, James, gdzie miałabym się zatrzymać w 
Londynie?   Moja   rodzina…   obawiam   się,   że   moja 
rodzina… Rozstaliśmy się…

background image

- Rozumiem, że twoje stosunki ze stryjostwem są 

obecnie   napięte   -   przyznał   James,   nie   wspominając 
taktownie,   jak   zauważyła   Emma,   swojego   w   tym 
udziału.   -   Przemyślałem   tę   sprawę   i   doszedłem   do 
wniosku, że powinniśmy zamieszkać w moim domu na 
Park Lane…

- Z lady Denham? - wybuchnęła Emma. - Och, nie! 

Ja bym tego nie zniosła! 

Hrabia   okazał   zdziwienie.   Emma   stwierdziła,   że 

było mu z tym do twarzy.

- Czy moja matka była niedobra dla ciebie? - spytał 

zdumiony. - Wydawało mi się, że się raczej lubiłyście.

- No właśnie - przyznała Emma. - Lady Denham 

zawsze była dla mnie taka dobra. -  Nawet zbyt dobra
pomyślała.  Przecież   Emma  właściwie   nie  zrobiła  nic, 
żeby   powstrzymać   bratanka   hrabiny   przed   pomysłem 
zamieszkania   na   dzikich   Szetlandach.   -   Nie 
potrafiłabym   jej   oszukiwać   co   do…   hm…   rodzaju 
naszego…

- Związku - dokończył James. - Rozumiem cię. Jej 

radość na wieść, że się wreszcie ożeniłem, może być 
nieco   kłopotliwa.   Poza   tym   ona   zawsze   bardzo   cię 
lubiła…

Łzy napłynęły jej do oczu. Zbierało się jej na płacz, 

chociaż   nie   wiedziała   dlaczego.   Była   zawsze   bardzo 
przywiązana   do  matki   Jamesa,   a   ciotki   Stuarta.  Lady 

background image

Denham, którą Emma znała prawie od urodzenia, miała 
wielkie serce i była taka wielkoduszna…

Czy   byłaby   jednak   na   tyle   wielkoduszna,   żeby 

wybaczyć   synowej   zbrodnię,   którą   ta   popełniła   przed 
sześcioma miesiącami?

-   Może   -   zaczęła,   szybko   ocierając   łzy   i   mając 

nadzieję, że James nie zauważył tej oznaki słabości. - 
Może gdybyśmy nie powiedzieli jej o… małżeństwie. 
Nie chciałabym jej oszukiwać, ale nie chciałabym też, 
żeby twoja matka źle mnie oceniła. - Już i tak ma prawo 
źle o mnie myśleć
, dodała w duchu.

-   Oczywiście   -   powiedział   James.   Emma   nie 

wysuwała   już   dalszych   przeszkód,   więc   tylko   skinął 
energicznie   głową.   -   A   więc   wszystko   ustalone. 
Wyruszamy jutro rano.

Sięgnął   po   karafkę,   żeby   dolać   jej   wina. 

Zachowywał się tak, jakby właśnie ustalili, że zjedzą na 
śniadanie jajka n bekonie zamiast jajek na szynce.

Oszołomiona   Emma   zerknęła   na   Robertsa.   Lokaj 

stał przy kredensie, usuwając resztki jedzenia z talerzy. 
Robił wrażenie, jakby nic nadzwyczajnego się tego dnia 
nie wydarzyło… jakby poślubianie ubogich wdów było 
stałym zwyczajem jego pana.

Jakżeż Emma zazdrościła mu zimnej krwi! Gdyby 

ona potrafiła  zdobyć  się na taki  chłodny dystans! To 
było jednak niemożliwe. Jeszcze wczoraj jej największą 

background image

troską było to, jak oduczyć koguta od stałych ucieczek. 
Teraz jej zła passa przybrała takie rozmiary i namnożyło 
się tyle problemów, że sama  nie wiedziała, od czego 
zacząć. Fakt, że następnego ranka miała wyjechać do 
Londynu, był jeszcze najmniejszym kłopotem.

Teraz ważna była inna sprawa - jak przebrnąć przez 

noc poślubną.

Zrobiło się już bardzo późno, a James nie wybierał 

się do gospody pani MacTavish. Emma nie pamiętała 
też, czy zatrzymał pana Murphy'ego. Gdyby czekał na 
dworze,   to   powinni   byli   poczęstować   go   filiżanką 
herbaty. Jak można było o tym zapomnieć?

A   jeśli   nie   czekał   na   dworze,   to   co   to   miałoby 

oznaczać?

-  Czy nie  powinniśmy  - spytała  Emma  sztucznie 

swobodnym tonem - zaprosić pana Murphy'ego, żeby 
napił   się   herbaty,   zanim   odwiezie   obu   panów   do 
gospody?

Pogratulowała   sobie   w   duchu   tego   zdania.   Było 

uprzejme, a zarazem znaczące.

Jednak odpowiedź, którą otrzymała, spowodowała 

gwałtowne przyspieszenie rytmu jej serca.

-   Posłałem   pana   Murphy'ego   na   kolację   do   pani 

MacEwan - powiedział lord Denham, wyjmując fajkę z 
kieszonki kamizelki i napełniając ją tytoniem z małego 

background image

kapciucha.   -   Kiedy   Roberts   upora   się   z   pracą,   obaj 
wrócą do miasteczka.

- Ale… - Emma  spojrzała na niego przerażonym 

wzrokiem.   -   Chyba   nie   zamierzasz   zostać   tu   na   noc, 
prawda, James?

Odchylił   się   na   krześle   i   spokojnie   zapalił   fajkę. 

Było oczywiste, że właśnie ma taki zamiar.

-   Chyba   nie   myślisz,   że   mógłbym   wrócić   do 

gospody,   Emmo   -   powiedział   rozbawiony.   -   Sędzia 
Reardon   ma   tam   pokój.   Nie   sądzisz,   że   mógłby   się 
zdziwić,   że   państwo   młodzi   oddzielnie   spędzają   noc 
poślubną? Nie przeszkadza ci, że palę?

W   odpowiedzi   na   ostatnie   pytanie   Emma 

potrząsnęła szybko hłową, skupiona na czymś innym. 
James zamierza znów nocować w jej chacie? Chyba nie 
myśli… nie sądzi, że…

Zerknęła na jego muskularną postać, rozciągniętą 

niezbyt   wygodnie   -   był   o   wiele   masywniejszy   od 
swojego kuzyna - w fotelu Stuarta, i stwierdziła, że jej 
obawy są śmieszne. Na pewno James postanowił spać 
na   rozkładanej   ławie.   Nic   innego   nie   przyszłoby   mu 
nawet   do   głowy.   Ich   związek   jest   tylko   zwykłą 
formalnością.   Przecież   sam   zaproponował 
unieważnienie   małżeństwa,   prawie   jednocześnie   ze 
złożeniem jej propozycji zaślubin.

background image

Na pewno ma zamiar spać na ławie. Oczywiście, że 

tak.

Kiedy   Emma   już   się   całkowicie   co   do   tego 

upewniła, przyszedł jej znowu na myśl ten nieszczęsny 
pocałunek. Przypuśćmy, że on pocałuje ją na dobranoc? 
Przypuśćmy, że z jakiegoś powodu pocałuje ją znowu w 
usta, nie w policzek? To jest możliwe. Przypuśćmy, że 
to, co się zdarzyło w zamku, powtórzy się w jej chacie? 
Że   ona   się   całkowicie   zatraci   w   jego   ramionach?   Że 
jego   pocałunek   wyzwoli   w   niej   nagłe,   nieodparte 
pragnienie, żeby… żeby…

Emma nie była pewna, jakie pragnienia wyzwolił w 

niej   pocałunek   Jamesa,   a   jeśli   nawet   wiedziała,   to 
wstydziła   się   do   tego   przyznać.   Stuart   miał   rację, 
mówiąc,   że   jest   rozwiązła.   Powinna   zacząć   myśleć   o 
wyższych   sprawach   zamiast   o   przyjemnościach 
fizycznych.

To było przerażające, że na pocałunek mężczyzny - 

a tym bardziej takiego mężczyzny jak James Marbury - 
tak gorąco odpowiedziała.

Przyszło jej do głowy, że najlepiej będzie, jeśli od 

razu uda się na spoczynek, dopóki jest jeszcze Roberts. 
Przy lokaju nie mogło być mowy o niczym innym, jak 
tylko o zdawkowym pocałunku na dobranoc. Emma nie 
pozwoli już sobie na to, żeby się zachować jak w zamku 
MacCreigh… tego byłoby za wiele!

background image

Wstała   tak   szybko,   że   omal   nie   przewróciła 

swojego kieliszku z winem, ale na szczęście Roberts był 
obok i nie dopuścił do rozlania trunku.

-   Ponieważ   jutrzejszy   dzień   na   pewno   będzie 

męczący,   chciałabym   się   już   położyć.   Dobranoc, 
milordzie.

Wyciągnęła dłoń do hrabiego, który szybko zerwał 

się na nogi.

- Jest jeszcze dość wcześnie - powiedział.

-   Tak,   ale   na   wsi   wstajemy   razem   z   kurami   - 

odrzekła. O ile kogut nie ucieknie, dodała w duchu. - 
Dobranoc, milordzie. Dziękuję za wspaniałą kolację i za 
to… że się pan ze mną ożenił.

Te słowa dziwnie brzmiały w jej uszach, chociaż 

wypowiedziała   je   z   pełnym   przekonaniem.   To   był 
naprawdę   piękny   gest   ze   strony   lorda   Denhama,   że 
zdecydował się z nią ożenić. 

Narażał się przecież na utratę dobrego imienia przy 

unieważnianiu   tego   małżeństwa,   więc   powinien 
wiedzieć, że ona to docenia… a jednocześnie pragnie 
utrzymać pewien dystans. Musi go utrzymać, bo później 
trudno się jej będzie wyzwolić spod uroku, który już 
zaczyna   na   nią   działać.   Dlaczego   nie   potrafi   zwrócić 
myśli   ku   wyższym   sprawom,   co   z   taką   łatwością 
przychodziło Stuartowi?

background image

James   popatrzył   ze   zdziwieniem   na   wyciągniętą 

dłoń. Przytrzymał ją, ale zamiast potrząsnąć, podniósł 
jej   palce   do   ust.   To   dziwnie   romantyczny   gest, 
pomyślała Emma, u człowieka, który zawsze kierował 
się   rozumem,   nigdy   sercem.   Tylko   jej   serce   biło 
przyspieszonym   rytmem,   kiedy   poczuła   dotyk   jego 
ciepłych warg na swojej skórze.

- Dobranoc, Emmo - powiedział.

W   świetle   płomieni   tańczących   w   palenisku 

kominka twarz Jamesa była jeszcze bardziej urodziwa 
niż kiedykolwiek. Wydawało się, że coś złagodziło jego 
rysy, nadało miękkie kontury jego zaciętym, twardym 
ustom i wyraz czułości surowemu przedtem spojrzeniu.

Teraz twarz hrabiego wyrażała tylko jedno - szczerą 

troskę, Emma nie potrafiła inaczej tego określić - o nią.

-   Śpij   dobrze   -   powiedział,   owiewając   jej   palce 

swoim ciepłym oddechem.

W tym świetle jego oczy miały kolor bursztynu jak 

oczy kota. A raczej… tygrysa. Emma widziała kiedyś 
tygrysa w prywatnym zoo, do którego zabrał ją James. 
Była wtedy zafascynowana, dziwnie zafascynowana jak 
teraz, kiedy dotykał jej dłoni.

-   Przepraszam   -   wyjąkała,   wyrywając   mu   rękę. 

Szybko wybiegła z izby, w której zrobiło się nagle zbyt 
gorąco.

background image

Jeśli jednak spodziewała się, że w swojej sypialni 

zazna   rozkoszy   samotności   i   spokoju,   to   bardzo   się 
myliła. Był tam spokój, ale nie można było mówić o 
samotności.

Na   środku   łóżka   leżała   Una,   machając   radośnie 

ogonem.   Chciała   pokazać   Emmie   ośmioro   świeżo 
narodzonych szczeniąt poruszających się niezdarnie po 
przemoczonej doszczętnie pościeli Emmy.

Jednak Emma nie podzielała radości Uny. Z dłonią 

przyłożoną do ust patrzyła na swoje zrujnowane łóżko, 
zastanawiając się gdzie będzie teraz spała.

 

20

 

James nie przypuszczał nawet, że sprawy przybiorą 

tak korzystny obrót.

Nie   mógł   oczywiście   przewidzieć,   że   suczka 

oszczeni się akurat tej nocy, i do tego na łóżku Emmy. 
To było zrządzenie losu.

background image

Natomiast cała reszta była wyłącznie jego zasługą.

Kiedy Emma niespodziewanie pobiegła do szkoły, 

James usiadł w swoim pokoju w gospodzie "Pod Krową 
Morską", rozmyślając nad słowami Fergusa: "Jeśli chce 
pan ją zdobyć, to musi się pan starać o jej względy". To 
niebywałe - trzydziestoletni hrabia słucha rad chłopca, 
który   jest   od   niego   więcej   niż   o   połowę   młodszy. 
Niewątpliwie jednak w tych słowach roś się kryło.

A   rok   temu,   kiedy   kierował   się   tylko   własnym 

sądem,   czy   dobrze   postąpił?   Nie,   skończyło   się   to 
katastrofą.   Wszystkie   jego   wysiłki,   żeby   wykazać 
Emmie,   jak   niemądre   są   jej   pomysły   na   zbawianie 
świata,   utwierdziły   ją   tylko   w   tym   zamiarze.   Można 
było   nawet   powiedzieć,   że   on   sam   w   jakiś   sposób 
popchnął   Emmę   do   małżeństwa   ze   swoim   kuzynem. 
Jego gwałtowny sprzeciw odniósł tylko taki skutek, że 
szybciej padli sobie w ramiona.

Teraz   nie   popełni   żadnego   błędu.   Tym   razem 

będzie postępował właściwie.

Patrzył na jej delikatny profil w migotliwym blasku 

świecy,   kiedy   stała   w   jego   pokoju   w   gospodzie, 
przysięgając sobie, że już nie będzie powtarzał starych 
błędów.   Emma   van   Court   Chesterton   była   zupełnie 
niepodobna do innych znanych mu kobiet.

Jak, na przykład, zareagowała na fakt, że jej łóżko 

nie nadaje się do użytku, i to nie tylko na tę noc, ale na 

background image

wszystkie,   ponieważ   materac   jest   całkowicie 
zniszczony?

- Nic wielkiego się nie stało - powiedziała. - Ty i 

pan   Roberts   możecie   wrócić   do   gospody,   a   ja   się 
prześpię na ławie,

Upierała   się,   ale   James   stanowczo   się   na   to   nie 

zgodził,   Kiedy   jej   przypomniał,   że   sędzia   Reardon 
będzie   zdumiony,   że   spędzają   oddzielnie   swoją   noc 
poślubną,   między   brwiami   Emmy   ukazała   się 
zmarszczka,   która   teraz   też   się   tam   pojawiła.   Miała 
nowy powód do zmartwienia. Patrzyła na białe łóżko, ze 
świeżą   pościelą,   według   pani   MacTavish   lepszego 
posłania nie było w całej gospodzie, i jak się wydawało, 
tylko jedno z nich miało z niego skorzystać.

-   Ja   się   prześpię   na   ławie   -   postanowiła   Emma, 

trzymając   się   kurczowo   oparcia   małej   ławy   w   rogu 
pokoju. - Zupełnie mi to nie przeszkadza.

- Nie, Emmo - zaprotestował James już chyba setny 

raz, jak mu się wydawało. - Oboje jesteśmy dorosłymi 
ludźmi, Uważam, że możemy spać na jednym łóżku bez 
żadnych dodatkowych konsekwencji.

Emma,   która   zaraz   po   przybyciu   do   gospody 

(James   wysłał   Robertsa,   żeby   sprowadził   pana 
Murphy'ego od pani MacEwan) zniknęła w przebieralni 
hrabiego, skąd wyszła w nocnej koszuli i tak grubym 
szlafroku, że mógłby stanowić zbroję, prychnęła tylko 
w odpowiedzi.

background image

- Doskonale o tym wiem - oznajmiła po chwili. - 

Czy nie myślisz jednak, że byłoby lepiej…

- Nie, nie myślę - przerwał jej James, udając,   że 

jest niecierpliwiony i bardzo zmęczony.

Co prawda, zniecierpliwienie nie było udawane, za 

to wcale nie był zmęczony.

- Twoja dziewicza skromność  robi się męcząca - 

dodał - Szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że 
jesteś   wdową   i   powinnaś   być   przyzwyczajona   do 
sypiania   z   mężczyzną   w   jednym   łóżku.   A   może   się 
mylę?

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała.

-   Domniemywam   tylko,   że   spaliście   ze   Stuartem 

razem.

- Tak - przyznała Emma, patrząc na niego szeroko 

otwartymi oczami. - Ale on był moim mężem.

- Tak samo jak ja - zauważył James.

- Tak, ale… - Emma była speszona. - Wiesz, o co 

mi chodzi. Nie jesteś przecież…

- Ale nie chcemy też, żeby się o tym dowiedział 

sędzia Reardon, prawda?

Emma nie odzywała się, nie odrywając wzroku od 

wysoko ułożonych puchowych poduszek.

background image

-   Myślałem,   że   zawarliśmy   partnerską   umowę   - 

dodał James.

-   Tak.   -   Emma   była   niemile   zaskoczona.   -   Nie 

przyszło   mi   jednak   do   głowy,   że   to   będzie   oznaczać 
spanie w jednym łóżku.

-   Jak   widać,   teraz   oznacza.   Mamy   jeszcze   inne 

wyjście.   Możemy   zejść   na   dół,   zastukać   do   drzwi 
sędziego   Reardona   i   powiedzieć   mu,   że   nasze 
małżeństwo było pomyłką. Wtedy ja sam pojadę rano 
do Londynu, a ty możesz wrócić do swojej szkoły - pod 
warunkiem, że te kobiety z miasteczka pozwolą ci nadal 
tam   uczyć.   One   już   wiedzą,   że   nocowałem   w   twojej 
chacie,   kiedy   nie   byliśmy   jeszcze   mężem   i   żoną. 
Będziesz   mogła   odrzucać   zaloty   lorda   MacCreigha   i 
innych gorących wielbicieli. To wszystko zależy tylko 
od ciebie.

Emma zadrżała, mimo że w pokoju nie było bardzo 

zimno… Chociaż nie ulegało wątpliwości, że byłoby jej 
o wiele cieplej w łóżku. Wydawało się jednak, że drżała 
nie z zimna, tylko z powodu jego słów.

- Nie - powiedziała słabym głosem. - Wolałabym 

nie.

- Tak też myślałem - skwitował James.

Uznając, że był już najwyższy czas, żeby wykonać 

jakiś ruch, podszedł do łóżka, odsunął kołdrę i położył 

background image

się,   zawiązując   mocno   pasek   szlafroka.   Miał   złe 
przeczucie, iż pozostanie on związany.

Emma   nadal   stała,   patrząc   na   niego   szeroko 

otwartymi oczami. Wyglądała jak jakaś istota ze świata 
baśni,   filigranowa   z   rozpuszczonymi   złotymi   lokami. 
Na ten widok James poczuł dziwny ucisk w piersiach…

Dobrze znał to uczucie. Bez względu na to, czy tak 

jak   teraz,  stała   obok   łóżka   w   zniszczonym   szlafroku, 
czy   kiedy   schodziła   ze   schodów   w   swojej   pierwszej 
sukni   balowej   (stryjenka   ubierała   ją   w   muślinowe 
sukienki  i   zabawne  pantalety  -   ozdobione   falbankami 
nogawki, które wystawały spod krótkiej spódniczki - aż 
do   szesnastego   roku   życia),   odczucie   było   podobne. 
Nigdy   nie   zapomni   szoku,   jakiego   doznał   na   widok 
schodzącej   ze   schodów   Emmy,   w   sukni   z   dekoltem, 
wysoko   upiętymi   włosami   i   z   zadowolonym   z 
wywołanego przez nią wrażenia uśmiechem.

Ale to nie jego reakcja sprawiła jej przyjemność. 

Zależało jej, by wywrzeć wrażenie na Stuarcie, który na 
jej widok omal nie wypuścił z ręki szklanki ponczu.

Stuart   rzeczywiście   ją   podziwiał,   chociaż   James 

później   słyszał,   jak   jego   kuzyn   przestrzegał   Emmę 
przed   niebezpieczeństwem   przywiązywania   się   do 
rzeczy materialnych, takich jak głęboko wycięte suknie 
i koronkowe wachlarze. James zastanawiał się, dlaczego 
Emma   znosiła   tak   cierpliwie   bezustanne   kazania 
Stuarta. Tłumaczył to sobie tym, że wpatrzona w niego 
od dzieciństwa, pewnie nic złego w tym nie widziała. A 

background image

jeśli nawet zauważała, to fakt, że on w ogóle zwraca na 
nią uwagę, musiał sprawiać jej ogromną przyjemność. 
Była przecież w nim bardzo zakochana.

Patrząc   teraz   na   nią   w   świetle   świecy,   James 

stwierdził, że nie ma żadnej różnicy pomiędzy Emmą w 
sukni balowej a Emmą w szlafroku. W barchanach czy 
w   jedwabiach   była   najpiękniejszą   kobietą,   jaką 
kiedykolwiek spotkał.

Nadal   stała   przy   łóżku,   zmarszczka   między   jej 

brwiami była dobrze widoczna nawet w słabym świetle.

- To tylko kwestia jednej nocy, Emmo. W domu 

mojej matki będziemy mieli oddzielne pokoje. Kładź się 
już do łóżka. Czeka nas długa, kilkudniowa podróż.

Przesunął się na bok i zdusił palcami jedyną palącą 

się w pokoju świecę.

Emma poruszyła się dopiero wtedy, kiedy było już 

całkowicie ciemno. Zbliżając się do łóżka pod osłoną 
ciemności, nie zdjęła szlafroka, tylko wślizgnęła się pod 
kołdrę. Materac  nawet  się  pod nią  nie  ugiął, a  kiedy 
złożyła głowę na poduszce, James poczuł słaby zapach 
lawendy.

I   to   wszystko,   nawet   jej   oddech   był   ledwie 

dosłyszalny, James czuł tylko ciepło bijące od jej ciała, 
które było tak blisko niego.

Emma   leżała   sztywno,   nie   bardzo   jeszcze 

rozumiejąc, jak to się wszystko stało. Dlaczego dzieli 

background image

teraz   łóżko   z   Jamesem   Marburym?   Nie   mogła   tego 
pojąć.

Jednak tak się stało i nie było na to żadnej rady. 

Emma nie miała zamiaru urządzać histerycznych scen. 
Musi   traktować   tę   sytuację,   ich   partnerski   układ   tak 
samo,   jak   to   robił   James,   Nie   chciała   też,   żeby 
pomyślał, że jest jakąś pruderyjną bigotką. Należy się 
więc zachowywać jak odpowiedzialna dorosła osoba.

Był   tylko   pewien   kłopot.   On   niesłychanie 

atrakcyjnie   wyglądał   w   jedwabnym   szlafroku!   Emma 
poczuła ulgę, kiedy wreszcie zgasił świecę i nie musiała 
już   dłużej   patrzeć   na   jego   urodziwą   twarz.   Dlaczego 
hrabia nie mógł być przeciętnej urody albo nawet tak 
przystojny   jak   Stuart?   Dlaczego   James   musiał   być 
najbardziej   pociągającym   mężczyzną,   jakiego 
kiedykolwiek   widziała?   Dlaczego   nie   mogła   oderwać 
wzroku   od   wycięcia   jego   szlafroka,   który   odsłaniał 
kawałek pokrytej ciemnymi włosami piersi? Dlaczego 
była   ciekawa,   czy   on   ma   pod   szlafrokiem   nocną 
koszulę?

Jednak   najważniejsze   było   inne   pytanie.   Skąd   ta 

nagła   fascynacja   Jamesem   Marburym?   Czyżby   z 
powodu   pamiętnego   pocałunku?   Emma   nigdy   nie 
myślała   o   Jamesie   w   ten   sposób   do   czasu 
oszałamiającego   pocałunku   po   ich   ceremonii   ślubnej. 
Przedtem był dla niej po prostu… Jamesem, starszym 
kuzynem Stuarta, który co prawda prowadził naganny 

background image

tryb życia, ale dla niej zawsze miał czas i mogła mi 
niego liczyć.

Teraz jednak James stał się dla niej kimś o wiele 

ważniejszym, Przyjechał na Faires, żeby odnaleźć grób 
kuzyna, a znalazł jedynie ubogą wdowę po nim.

Czy   odwrócił   się   wtedy   na   pięcie   i   pojechał   z 

powrotem   do   Londynu?   Nie,   wręcz   przeciwnie.   Nie 
tylko wyratował ją z opresji, kiedy zaczął ją napastować 
lord   MacCreigh,   ale   również   robił   dla   niej   rzeczy,   o 
których nigdy by nie pomyślał nie mający praktycznego 
zmysłu Stuart. Emma nie potrzebowała pomocy Jamesa 
ani w ogóle pomocy mężczyzny… Może tylko wtedy, 
kiedy   chodziło   o   lorda   MacCreigha,   a   jednak   James 
postanowił się nią zaopiekować, nie zważając na to, że 
przydarza sobie kłopotów. I była mu za to niesłychanie 
wdzięczna. Dlaczego jednak nie potrafiła zastanawiać 
się   nad   tym   wszystkim,   co   zrobił   dla   niej   James,   a 
myślała tylko o dotyku jego warg na swoich ustach? 
Dlaczego nie wspominała niezwykłej kolacji, jaką dla 
niej   urządził,   tylko   to,   jak   wspaniale   wyglądał   w 
szlafroku? Może Stuart miał rację? Może rzeczywiście 
była rozwiązła?

Gdyby tak nie było, to nie musiałaby zaciskać rąk 

pod   kołdrą,     żeby   się   powstrzymywać   od   wsunięcia 
dłoni   pod   szlafrok   Jamesa.   Nie   byłaby   tak   boleśnie 
świadoma ciepła promieniującego z jego ciała. Dobry 
Boże! Co się z nią dzieje?

background image

Ale czy to nie jest lepsze, perswadowała sobie w 

duchu,   niż   te   samotne   noce,   kiedy   leżała   w   łóżku, 
słuchając wycia wiatru i ryku fal, kiedy czuła się tak 
bardzo   opuszczona   i   przez   wszystkich   zapomniana? 
Tak, to jest tysiąc razy lepsze.

Ogarnęło ją nagle przemożne uczucie wdzięczności 

dla leżącego obok niej mężczyzny. 

- James? - szepnęła. Nie odezwał się, pewnie już 

spał. Jak to dobrze, pomyślała, móc tak zasnąć, a nie 
leżeć w ciemnościach, jak to się jej zwykle zdarzało, 
rozmyślając   o   swoim   braku   szczęścia   i   uciekającym 
stale   kogucie.   Była   zaskoczona,   słysząc   jego   głęboki 
głos. Jednak nie spał.

- Tak, Emmo? 

Natychmiast pożałowała tego, że w ogóle otworzyła 

usta. Chciała mu powiedzieć, jak bardzo jest wdzięczna 
za   to   wszystko,   co   dla   niej   zrobił,   ale   noc   nie   była 
odpowiednią porą na zwierzenia. Pod osłoną ciemności 
wszystko się może zdarzyć Co jej przyszło do głowy?

Ale   już   było   za   późno.   Musiała   jakoś   z   tego 

wybrnąć. Powinna mu coś powiedzieć.

-   Dobranoc   -   szepnęła   i   lekko   pocałowała   go   w 

policzek.

A on szybko obrócił głowę i przylgnął wargami do 

jej ust.

background image

 

21

 

Emma   zesztywniała   nagle,   kiedy   poczuła   usta 

Jamesa na swoich wargach. Odsunęłaby się od niego, 
gdyby nie to, że…

Po pierwsze, otoczył ją ramieniem i jego uścisk był 

tak silny, że pewnie by jej nie wypuścił. A po drugie…

Nie chciała tego zrobić.

To   było   szokujące,   lecz   prawdziwe.   Doskonale 

zdawała   sobie   sprawę   z   konsekwencji   swojego 
postępowania.   Znajdowała   się   w   łóżku   ze   zdrowym, 
silnym mężczyzną, który w przeciwieństwie do Stuarta, 
me   miał   żadnych   zastrzeżeń   moralnych   co   do 
fizycznego aspektu wyrażania uczuć. Dobrze wiedziała 
do czego to wszystko może doprowadzić.

I zupełnie o to nie dbała…

Nie   mogła   go   odepchnąć,   bo   jego   pocałunki 

dostarczały   jej   niebiańskiej   rozkoszy.   Nie   potrafiłaby 

background image

inaczej   tego   określić.   Dotyk   jego   warg   był   równie 
cudowny jak w zamku MacCreigh.

Kto by przypuszczał, że James Marbury potrafi tak 

całować?   Gdyby   Emma   o   tym   wiedziała,   to   sprawy 
mogłyby się potoczyć inaczej podczas tamtego sezonu 
towarzyskiego.   Bez   względu   na   to,   co   mówił   Stuart, 
fizyczne przejawy uczuć odgrywały bardzo ważną rolę. 
Nie   wyobrażała   sobie,   że   James   mógłby   być   w   niej 
zakochany, wiedziała jednak, że ją lubi. Lubi ją na tyle, 
że nawet ją poślubił, aby mogła dostać swoje pieniądze 
Na   tyle,   żeby   całować   tak   namiętnie,   że   dreszcz 
przenika jej ciało…

Może jednak Stuart miał trochę racji, kiedy mówił o 

fizycznych   przejawach   uczuć,   ponieważ   Emma   czuła 
coś grzesznego w tym, że James tak silnie przytula ją do 
siebie, iż węzeł paska jego szlafroka uciska jej brzuch.

I   jak   zwykle   to,   co   najbardziej   grzeszne,   było 

również   najbardziej   pożądane.   Kiedy   więc   po   chwili 
James otoczył ją drugim ramieniem, odwrócił na plecy i 
przygniótł   swoim   torsem,   Emma   wcale   nie 
protestowała.   Jego   pocałunki   pozbawiły   ją   zdolności 
myślenia.

Całował jej szyję, jego usta przesuwały się po jej 

skórze,   jakby   nie   mógł   się   nią   nasycić,   a   co 
najdziwniejsze,   jakby   całował   ją   nie   pierwszy,   a 
tysięczny   raz.   Emma   nie   wiedziała,   skąd   taka   myśl 
przyszła   jej   do   głowy,   ale   tak   właśnie   było.   Czyżby 

background image

całował ją tak kiedyś we śnie? Czy to był jego sen? A 
może jej?

A jeszcze dziwniejsze było to, że reagowała na jego 

pocałunki tak, jakby dobrze je znała, a przecież James 
Marbury i jeśli chodzi o ścisłość, żaden inny mężczyzna 
- nigdy nie przesuwał wargami po jej obojczyku ani nie 
całował jej za uchem. Przecież pocałowali się po raz 
pierwszy dopiero tego popołudnia!

Ale jej ciało, wyginając się bezwstydnie ku niemu, 

nic nie chciało o tym wiedzieć. Nawet dłonie Emmy, 
bez udziału jej woli, jakby kierowała nimi jakaś obca 
siła, wykonywały różne szokujące gesty… Rozwiązując 
pasek jego szlafroka i gładząc nagie ciało.

Nieprzyzwoite   zachowanie!   Mimo   to   wszystko 

wydawało się właściwe, słuszne i stosowne… Jak dotyk 
jego warg na szyi. A jeśli nawet niezbyt stosowne, to na 
pewno   właściwe.   Jego   ręce,   które   przesuwały   się 
wzdłuż jej ciała, również były na właściwym miejscu… 
Nawet wtedy, kiedy zniknął gdzieś jej szlafrok i nocna 
koszula i poczuła jego nagie ciało na swoim.

To na pewno było słuszne, bo sprowokowało ich do 

tak głębokich pocałunków, że nie byli w stanie się od 
siebie oderwać. Kiedy jego dłoń dotknęła jej obnażonej 
piersi,   wiedziała,   że   to   również   był   właściwy   gest. 
Więcej niż właściwy, to było boskie uczucie…

Nieporównywalne jednak z tym, kiedy usta Jamesa 

dotknęły jej wrażliwego sutka. Emma zanurzyła dłonie 

background image

w jego gęstych, czarnych włosach i wydawało się jej 
przez chwilę, że znalazła się w niebie…

Dopóki   silna   dłoń   Jamesa   nie   dotknęła   jeszcze 

bardziej   wrażliwego   miejsca   na   jej   ciele.   Emma 
otworzyła nagle oczy i patrząc w ciemność pomyślała, 
że to jest grzeszne zachowanie.

Cudownie grzeszne.

Jedna dłoń Emmy przesuwała się po jego karku, a 

druga drżała na jego ramieniu, jakby chciała przyciągać 
go do siebie i zarazem odpychać. Nie mogła go widzieć, 
ale   czuła   dotyk   jego   twardego,   muskularnego   ciała, 
piersi pokrytej czarnymi włosami. Był potężny, o wiele 
większy niż Stuart… Pod każdym względem.

Ale to nie była jedyna różnica. James był o wiele 

odważniejszym   kochankiem   od   swego   kuzyna.   Może 
miał   więcej   doświadczenia   z   kobietami   albo   myślał 
również   o   tym,   żeby   dawać   rozkosz,   a   nie   tylko   ją 
otrzymywać.   Zanim   się   zorientowała,   do   czego   on 
zmierza, poczuła jego palec w sobie i ogarnęła ją fala 
upojenia,   jakiego   istnienia   nawet   nie   przeczuwała.   Z 
trudem łapała oddech, a kiedy James wsunął drugi palec 
w   wąską   szczelinę   pomiędzy   jej   udami,   myślała,   że 
serce wyskoczy jej z piersi… Szczególnie wtedy, kiedy 
zamiast palców poczuła dotyk tego, czego najbardziej 
pragnęła   i   trochę   się   obawiała.   Jego   męskość   była 
gładka jak aksamit i twarda jak głaz. Emma wczepiła 
dłonie w jego silne ramiona i nie mając najmniejszych 
wątpliwości, że jest wyuzdaną istotą, zaczęła ocierać się 

background image

o jego napierającą męskość i powoli przyjmować go w 
siebie.

Kiedy zaczął w nią  wchodzić, bardzo ostrożnie i 

powoli   pierwszą   reakcją   Emmy   było   odsunąć   się   od 
niego, ponieważ coś wydawało się jej nie w porządku… 
Wiedziała   jednak,   że   wszystko   jest   w   porządku.   Ze 
Stuartem wyglądało to zupełnie inaczej. Stuart nigdy nie 
wypełniał jej tak szczelnie, nie poruszał się tak pewnie i 
z taką finezją jak James. Wydawać się mogło, że hrabia 
już tysiąc razy wyobrażał sobie tę scenę. Emma była o 
tym przekonana.

A   przecież   to  niemożliwe.   James  nie  mógł  sobie 

wyobrażać,   że   oni   kiedyś…   Nigdy   nie   dał   jej   do 
zrozumienia, że…

James   poruszył   się   w   niej,   a   ją   znowu   ogarnęła 

panika.   Usiłowała   się   spod   niego   wydostać,   był 
przerażająco duży ciężki, pachniał inaczej…

Wystarczyła jednak chwila, żeby już nie chciała się 

od niego uwolnić. James wchodził w nią i z wolna się 
wycofywał, a jej ciało wibrowało z trudną do opisania 
rozkoszą. Poddawała mu się teraz tak skwapliwie, że 
pogrążał się w niej coraz głębiej.

Emma   wygięła   biodra   i   zadrżała   konwulsyjnie. 

Oboje dążyli do spełnienia. James szeptał coś do niej, 
ale ona niczego już nie rozumiała i chociaż nie stawiała 
żadnego oporu, chwycił jej ręce i przytrzymał nad jej 
głową, jakby się bał, że mu się wymknie.

background image

Emma   wcale   nie   myślała   o   ucieczce. 

Skoncentrowana była wyłącznie na Jamesie, na dotyku 
jego   szorstkiej   szczęki   na   swoim   policzku,   a   przede 
wszystkim na jego twardym członku.

Jego ruchy były tak namiętne, że zaczęła się bać o 

całość łóżka. Przy jej pechu mogłoby się nagle rozlecieć 
i   cała   gospoda   dowiedziałaby   się   o   ich   nocnych 
wyczynach.

Kiedy osiągnęła orgazm, było to uczucie, jakiego 

jeszcze nigdy nie zaznała. Wydawało się jej, że została 
wyzwolona   z   własnego   ciała,   otoczona   morzem 
ognistych barw, które napawały ją niesłychaną radością. 
Nie wiedząc nawet o tym, wydała głośny jęk, a wtedy 
James już całkowicie się zatracił.

Nawet w najśmielszych snach, kiedy po tysiąc razy 

wyobrażał sobie, jak się kochają, nie przypuszczał, że to 
mogłoby być aż tak doskonałe, tak naturalne…

Wbił się w nią tak głęboko, jak tylko zdołał, nie 

myśląc już o tym, że mógłby ją przestraszyć, pragnąc 
tylko osiągnąć w niej spełnienie.

Wstrząsnął nim spazm rozkoszy tak silny, że nie 

mógł   powstrzymać   głośnego   okrzyku,   który,   jak   się 
obawiała Emma, mógł postawić na nogi całą gospodę.

Kiedy   opadł   na   nią,   Emma   czuła   tylko 

przyspieszony  rytm  jego  serca,  jego  ciężar  na  swoim 
ciele i powiew z nieszczelnego okna, który chłodził jej 

background image

rozgorączkowaną   skórę.   Dopiero   po   kilku   minutach 
dotarło do niej znaczenie tego, co się stało.

Zrozumiała   wtedy,   że   buty,   które   przybiła   do 

Drzewa Życzeń, nie przyniosły jej ani trochę szczęścia. 
Nie przełamały złej passy.

Jak   będą   mogli   teraz   wystąpić   o   unieważnienie 

małżeństwa?

 

22

- Emmo! - Lady Denham rozłożyła ramiona. - Moja 

kochana!

Emma znalazła się w silnym uścisku starszej damy. 

Matka Jamesa lubiła wylewne powitania.

Ta korpulentna, nie wyróżniająca się urodą kobieta 

była   zupełnie   niepodobna   do   swojego   syna.   Potrafiła 
jednak świetnie się ubierać, miała zmysł piękna, a jej 

background image

przyjęcia należały do najpopularniejszych w Londynie, 
nie   tylko   ze   względu   na   doskonałe   jedzenie,   lecz 
również na jej wspaniałe poczucie humoru.

Wypuściła wreszcie Emmę z uścisku i zlustrowała 

ją uważnym spojrzeniem.

-   Jest   za   chuda   -   stwierdziła,   obrzucając 

krytycznym wzrokiem drobną postać Emmy w prostej 
sukience w kratkę i takim samym kapelusiku; taki strój 
już w zeszłym sezonie wyszedł z mody. - James, nie 
uważasz,   że   ona   jest   za   szczupła?   Czym   cię   tam 
karmiono,   Emmo?   Chyba   samym   powietrzem.   Jesteś 
chuda jak patyk. Ale to nic. Mój kucharz postara się, 
żeby przytyła. Pysznie gotuje. Na litość, a kto to jest? - 
Lad   Denham   dopiero   teraz   zauważyła   stojącego   za 
Emmą chłopca.

Fergus   zerkał   nieśmiało   na   matkę   Jamesa, 

trzymając czapkę w ręku.

- Fergus MacPherson, proszę pani.

Lady Denham nie wydawała się zdziwiona, że jej 

syn przywiózł ze Szkocji nie tylko wdowę po swoim 
kuzynie,   ale   i   na   wpół   ślepego   małego   obdartusa. 
Wyciągnęła do chłopca pulchną dłoń.

- Miło mi pana poznać, panie MacPherson.

Zadowolony   z   tak   sympatycznego   powitania 

chłopiec   znowu   stanął   za   Emmą.   Nie   wynikało   to   z 
nieśmiałości.   Emma   Wiedziała,   że   o   Fergusie   można 

background image

wszystko   powiedzieć,   tylko   nie   to,   że   jest   nieśmiały. 
Był oszołomiony wspaniałością rezydencji na Park Lane 
- wysokimi sufitami, lokajami w liberii, błyszczącymi 
podłogami   z   marmuru   i   obrazami   w   kunsztownych 
ramach.   W   porównaniu   z   krytą   słomą   chatynką,   w 
której  Fergus  mieszkał  na  Faires, dom  Jamesa  i jego 
matki   był   królewskim   pałacem.   Nawet   Emma,   która 
przecież   dobrze   tę   rezydencję   znała,   była   pod 
wrażeniem. Od dawna już nie mieszkała w takim domu, 
gdzie nie ma przeciągów, a są czyste szyby, przez które 
wszystko było wyraźnie widać.

Emma nie dziwiła się Fergusowi. Sama chętnie by 

się za kogoś schowała… Chociaż niekoniecznie z tego 
samego   powodu.   Od   chwili,   kiedy   się   przebudziła   w 
gospodzie pani MacTavish i przypomniała sobie, co się 
działo w nocy, miała ochotę naciągnąć kołdrę na głowę 
i tak już pozostać.

Spała   ze   swoim   mężem.   Gdyby   jakiś   kronikarz 

obyczajów zajął się wyspą Faires, to pewnie nie uznałby 
tego   faktu   za   szczególny   występek,   jednak   Emma 
uważała   to   za   niesłychanie   gor

szący   czyn.   Pr

zecież 

James tak naprawdę nie był jej mężem. Mógł być jej 
mężem   w   świetle   prawa,   ale   oni,   w   myśl   umowy 
pomiędzy sobą, zawarli tylko formalny związek. Co się 
więc wydarzyło tamtej nocy w gospodzie? Nie potrafiła 
sobie te wytłumaczyć.

Nie miała również okazji, żeby porozmawiać o tym 

z   Jamesem.   Ani   przez   chwilę   nie   byli   później   sami. 

background image

Następnego ranka, po tej namiętnej nocy, Jamesa  nie 
było już w pokoku, gdy się obudziła. Kiedy zeszła do 
jadalni, znalazła tam swojego męża - męża! - siedzącego 
przy stole w towarzystwie Fergusa MacPhersona, który, 
jak   poinformował   ją   z   uśmiechem   James   nie   czyniąc 
żadnych aluzji do ich nocnych szaleństw, jedzie z nimi 
do   Londynu,   żeby   wybitny   okulista,   znajomy   Jamesa 
obejrzał jego oczy.

Emmę   to   oczywiście   zdumiało,   ale   już   nie   tak 

bardzo, jak mogło zaskoczyć ją niegdyś. To już nie był 
ten sam James Marbury, który w salonie swojej matki 
wymierzył   kuzynowi   zwalający   z   nóg   cios.   To   był 
zupełnie   inny   James   Marbury   pragnął   nieść   pomoc 
innym,   nie   robiąc   dokoła   tego   faktu   niepotrzebnej 
wrzawy. Ta zmiana nastąpiła w nim podczas ostatniego 
roku i była coraz bardziej widoczna.

Emma nie mogła tego zrozumieć. Tacy mężczyźni 

jak hrabia Denham niełatwo się zmieniali. Z Jamesem 
stało   się   dziwnego,   co   spowodowało,   że   chciał 
poślubiać ubogie wdowy i pomagać małym chłopcom, 
którzy mieli kłopoty z oczami.

Emma nie miała pojęcia, co to mogło być.

Podróż   do   Londynu   odbyli   we   trójkę   -   Emma, 

James   i   Fergus,   Emma   nie   miała   okazji,   żeby   zadać 
Jamesowi choć jedno pytanie, to najważniejsze: Co my 
teraz zrobimy?

background image

Chyba nie wyobrażał sobie, że mogliby udawać, że 

nic   się   nie   stało?   Coś   się   wydarzyło,   i   to,   według 
Emmy, coś wielkiej wagi.

Może jednak dla światowca, jakim był James, ten 

fakt miał żadnego znaczenia. Zachowywał się tak, jakby 
to była błahostka.

Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że to, co dla 

niego mogło być zwykłą, nic nie znaczącą przygodą, dla 
Emmy   było   niesłychanie   ważnym   wydarzeniem. 
Typowo męskie zachowanie.

Zaczynała   podejrzewać,   że   coś   musi   być   nie   w 

porządku z Jamesem Marburym. To prawda, że przez 
cały   rok   go   nie   widziała,   ale   przez   ten   czas   stał   się 
zupełnie inną osobą…

Ta   osoba   podnosiła   właśnie   Fergusa,   żeby   mógł 

obejrzeć szable, wiszące nad kominkiem we wschodnim 
salonie, szable, które należały do dziadka Jamesa. 

Co się z nim stało? - pomyślała znowu Emma. To 

nie   był   ten   James,   który   uderzył   jej   narzeczonego   i 
poszedł   do   stryjostwa   Emmy,   żeby   ich   ostrzec   przed 
planowaną ucieczką młodej pary.

Będzie   musiała   spytać   o   to   lady   Denham.   Kiedy 

będą same, natychmiast ją spyta, co się przydarzyło jej 
synowi w ostatnim roku. Może doznał jakiegoś urazu 
głowy? A może spotkał go poważny wypadek? Coś się 

background image

musiało   wydarzyć.   Coś,   co   tłumaczyłoby   jego 
niezwykłe zachowanie.

Kiedy już się dowie, wtedy - jak miała nadzieję - 

zrozumie, co się wydarzyło pomiędzy nimi tamtej nocy. 
Czasem się jej wydawało, że to wszystko było snem, 
dziwnym,  cudownym snem.  Od tamtego czasu James 
nie dotknął jej ani razu - podawał jej tylko ramię, kiedy 
wysiadała   z   powozu,   albo   wyciągał   pomocną   dłoń. 
Może   tego   miłosnego   szaleństwa   w   ogóle   nie   było. 
Może oni się nie kochali tak długo w noc, tak namiętnie, 
jakby   byli   stęsknieni   za   sobą   po   zbyt   długim 
rozstaniu…

Oczywiście! A jutro świnie będą miały skrzydła!

Ale Emma nawet temu by się nie dziwiła. Już nic 

nie było stanie jej zadziwić. Była teraz w Londynie, a 
przysięgła   sobie   przecież,   że   jej   noga   nigdy   tam   nie 
postanie.   Zatrzymała   się   w   rezydencji   hrabiego 
Denhama, tuż obok domu, w którym się wychowywała - 
obok rodziny, która wyrzekła się jej za to, że poślubiła 
człowieka   uznanego   za   nieodpowiedniego   męża   dla 
panny   van   Court.   A   do   tego   wyszła   za   mąż   po   rum 
drugi… Za człowieka, którego niegdyś najbardziej nie 
cierpiała.

Pocieszał ją jedynie fakt, że to małżeństwo zostało 

zawarte w tajemnicy.

Jak się jednak wkrótce okazało, ta nadzieja także 

była złudna

background image

- Emmo. - Matka Jamesa serdecznie uścisnęła jej 

dłoń.

Stały   przed   ogromnym   lustrem   w   złoconych 

ramach,   w   pokoju,   który   Emma   miała   zajmować 
podczas swojego pobytu w Londynie. - Tak się cieszę.

Emma, poprawiając swoje niesforne loki, które się 

rozsypały, kiedy zdejmowała kapelusz, uśmiechnęła się 
do lady Denha,. Była przekonana, że matka Jamesa chce 
powiedzieć, że cieszy się ze spotkania po tak długiej 
nieobecności Emmy w Londynie.

-   Ja   też   się   cieszę,   że   panią   widzę,   milady   - 

powiedziała.   Mówiła   to   zupełnie   szczerze.   Zawsze 
bardzo   lubiła   ciotkę   Stuarta.   -   Nie   widziałyśmy   się 
bardzo długo. 

Lady   Denham   usiadła   w   jednym   z   głębokich, 

wybitych   adamaszkiem   foteli,   które   stały   przy 
ogromnym,   marmurowym   kominku   w   elegancko 
urządzonej sypialni. James poszedł do biblioteki, żeby 
przejrzeć   nagromadzoną   w   czasie   jego   nieobecności 
pocztę, a Fergus został zaprowadzony do dziecinnego 
pokoju.   Chłopca   oszołomiły   znajdujące   się   tam 
zabawki, które dawniej należały do Jamesa.

- To dla moich wnuków - wyjaśniła lady Denham, 

rzucając

Emmie znaczące spojrzenie.

background image

Teraz,   kiedy   znalazły   się   same,   Emma   miała 

doskonałą okazję, żeby dowiedzieć się od matki Jamesa, 
czy on ostatnimi czasy zachowywał się jak zwykle, czy 
przypadkiem nie spadł z konia… 

Odwróciła   się   do   lady   Denham   i   stwierdziła   ze 

zdziwieniem,   że   starsza   dama   trzyma   koronkową 
chusteczkę przy oczach. Matka Jamesa płakała.

- Lady Denham! - zawołała Emma, klękając przy 

fotelu.   -   Co   się   stało?   Źle   się   pani   czuje?   Czy   mam 
zawołać pokojówkę?

- Och, nie - uśmiechnęła się starsza pani, chociaż 

łzy nadal pływały jej po policzkach. - Nie jestem chora, 
moje dziecko, tylko… Tylko taka jestem szczęśliwa, że 
znowu   cię   widzę.   Wiem,   że   w   zeszłym   roku   nie 
rozstałyśmy   w   zbyt   serdecznej   atmosferze,   Musisz 
zrozumieć, moja droga, że tak się stało tylko dlatego, 
że… Przecież ty byłaś taka młoda! Nie mogłam nieść 
myśli,   że   będziecie   mieszkać   gdzieś   daleko,   na   tych 
dalekich wyspach.

-   Rozumiem   to   -   pocieszała   ją   Emma.   -   Lady 

Denham, proszę, niech się pani nie denerwuje.

- Honoria. - Lady Denham pogładziła dłoń Emmy. - 

Musisz teraz mówić do mnie Honoria, moja droga. Nie 
wolno ci też myśleć, że mogłabym cię winić za to, co 
spotkało Stuarta. Kiedy on coś sobie postanowił, nikt 
nie  był   w  stanie  go  od  tego  odwieść.  I  umarł…   Ale 

background image

umarł   szczęśliwy,   prawda,   Emmo?   Byliście   ze   sobą 
szczęśliwi na Faires, jak myślę? 

Emma   przygryzła   wargę,   ale   zaraz   pospieszyła   z 

odpowiedzią. 

- Tak, oczywiście, byliśmy szczęśliwi. 

- Byłam o tym przekonana. - Jasnoniebieskie oczy 

lady Denham, tak niepodobne do zmieniających kolor 
oczu   jej   syna,   wyrażały   czułość.   -   Jak   mogłoby   być 
inaczej? Muszę jednak przyznać, że bardzo się cieszę, iż 
jesteś już w domu.

- Ja też się cieszę. - Emma była wzruszona. - Nie 

przypuszczałam,  że  tak będzie, ale  ja również  jestem 
szczęśliwa,   że   wróciłam.   Proszę   mi   powiedzieć,   lady 
Denham… - Widząc karcące spojrzenie matki Jamesa, 
szybko się poprawiła: - Powiedz mi, Honorio, czy masz 
jakieś   wiadomości   o   mojej   rodzinie?   Czy   Penelope 
wyszła już za mąż? A moi stryjostwo? Czy są zdrowi?

-   Świetnie   się   czują.   -   Lady   Denham   ocierała 

jeszcze łzy. - Chociaż mam wrażenie, że spodziewali 
się,   że   nasza   długoletnia   zażyłość   doprowadzi   do 
skojarzenia zupełnie innej pary, to teraz są niesłychanie 
szczęśliwi. Przychodzą dziś wieczór nu kolację. Kiedy 
usłyszeli tę nowinę, nic ich nie mogło po wstrzymać.

-   To   znaczy…   Powiedziałaś   im,   że   tu   jestem?   - 

Emma   nie   bardzo   rozumiała,   o   czym   mówiła   starsza 
pani.

background image

- Ja? O nie, moja droga. Nie ja…

Ktoś zastukał do drzwi. Emma wstała z klęczek.

-   Proszę   wejść!   -   zawołała.   Pojawiło   się   dwóch 

służących   oraz   Burroughs,   kamerdyner   lady   Denham. 
Lokaje   taszczyli   ogromny   kufer.   Emma   natychmiast 
rozpoznała monogram, którym był oznaczony.

- To jest - powiedziała ze zdziwieniem - kufer lorda 

Denhama.

- Naturalnie, milady - odrzekł Burroughs.

Emma,   zbita   z   tropu,   słysząc   "milady",   szybko 

sobie wytłumaczyła, że Burroughs, który służył jeszcze 
u   dziadku   Jamesa,   robi   się   trochę   nieprzytomny   z 
wiekiem, więc po stanowiła zaprotestować.

-  Czy w takim  razie  nie  powinien znaleźć  się  w 

pokoju lorda? - spytała.

- Och, naprawdę. - Matka Jamesa wstała z fotela i 

zerknęła na kamerdynera z widocznym zażenowaniem. 
-   Widzę,   że   oni   to   naprawdę   chcieli   utrzymać   w 
tajemnicy, Burroughs.

- Na to wygląda, madame - odparł kamerdyner z 

ledwie powstrzymywanym uśmiechem.

Emma patrzyła na nich zdezorientowana i czuła, że 

narasta w niej podejrzenie.

background image

-   Co   utrzymać   w   tajemnicy?   -   spytała,   zanim 

usłyszała odpowiedź, w holu rozległy się szybkie kroki i 
w drzwiach pojawił się James.

- Tu jesteś - zwrócił się do matki. Potrząsnął dużą, 

białą kopertą. - Przed chwilą otrzymałem tę przedziwną 
przesyłkę.   Mam   nadzieję,   że   potrafisz   mi   to 
wytłumaczyć.

- Może to zaproszenie od lorda i lady Cartwright na 

bal, który wydają specjalnie  dla  ciebie?- spytała lady 
Denham, promieniejąc z radości.

- Tak. - James zerknął na kartonik. - Ale nie tylko 

dla mnie.

-   Nie   -   przyznała   lady   Denham.   Nie   mogąc   się 

opanować,   wykrzyknęła:   -   Nie,   to   jest   bal   na   twoją 
cześć…   I   twojej   żony!   -   Obrzuciła   Emmę   i   swojego 
syna promiennym spojrzeniem. - Moi drodzy! My już 
wszystko   wiemy!   Znamy   waszą   tajemnicę!   Sędzia 
Reardon   powiadomił   nas   o   wszystkim.   Najlepsze 
życzenia,   moje   dzieci.   Wszyscy   jesteśmy   tacy 
szczęśliwi!

 

background image

 

23

Emma   czuła,   że   ziemia   usuwa   się   jej   spod   stóp. 

Była   o   tym   przekonana.   Musiało   tak   być,   przecież 
kolana nie odmówiłby jej tak nagle posłuszeństwa.

Opadła na fotel, zwolniony przez lady Denham. Nie 

potrafiła utrzymać się na nogach.

- Sędzia Reardon napisał do ciebie? - James był rów 

zaszokowany jak Emma. - Kiedy?

- Otrzymaliśmy jego list przed kilkoma dniami. - 

Uśmiech   lady   Denham   już   nieco   przygasł.   -   Nie 
powinieneś się złościć, James. Sędzia pisał, że chcecie, 
żeby   to   była   niespodzianka.   Rozumiem,   że   w   tych 
okolicznościach   należy   zachować   pewną   dyskrecję. 
Przecież   nie   będziemy   tego   rozgłaszać.   Może   damy 
tylko   kilka   wierszy   do   kroniki   towarzyskiej.   Na 
przykład: W ostatnich dniach dziewiąty hrabia Denham 
i   pani   Stuartowa   Chesterton…   Coś   w   tym   rodzaju. 
Prawie nikt nie będzie się orientował, mój drogi. Stuart 
nie   był…   -   Lady   Denham   zerknęła   na   Emmę.   - 
Chciałam   powiedzieć,   że   znało   go   niewiele   osób   z 
naszego towarzystwa. Cały czas siedział w książkach.

background image

Wydawało się, że James nie słyszał tego, co mówiła 

matka, wpatrywał się niezbyt przytomnym wzrokiem w 
trzymane ręku zaproszenie.

-   To   stary   wścibski…   -   powiedział   tylko.   Było 

oczywiste, przynajmniej dla Emmy, że te słowa odnoszą 
się do sędziego Reardona, ale lady Denham inaczej je 
zrozumiała.

- Nie wolno ci oskarżać Cartwrighta, mój kochany. 

To  jest   mój   stary  przyjaciel.   Wszyscy   tak   bardzo  się 
cieszą. Trzeba było słyszeć van Courtów, kiedy tu byli 
któregoś   wieczoru.   Przybiegli   natychmiast   po 
otrzymaniu listu…

-   Moi   stryjostwo?   On   też   do   nich   napisał?!   - 

wykrzyknęła   Huna,   zaciskając   dłonie   na   poręczach 
fotela.

-   Oczywiście   -   odpowiedziała   speszona   lady 

Denham, zerkając na Emmę, żeby po chwili przenieść 
wzrok   na   syna.   -   Nie   jesteście   chyba   o   to   źli?   Ja 
uważam, że to było niezwykle miłe z jego strony. To 
znaczy sędziego Reardona. Wydaje mi się, że jest on 
bardzo sumiennym i serdecznym człowiekiem. 

W odpowiedzi na to stwierdzenie James roześmiał 

się   tylko.   Emma   również   pragnęłaby   dojrzeć   coś 
śmiesznego   w   tej     sytuacji.   Teraz   jednak   jej   piękne 
marzenie senne - co z tego, że było tylko snem, jeśli w 
tym śnie, chociaż przez jedną noc Emma czuła, po raz 

background image

pierwszy   w   życiu,   że   jest   kochana   i   pożądana   - 
zamieniło się w przerażający koszmar. 

A poranek po nocy poślubnej, czy również nie był 

koszmarem? Mężczyzna, który w nocy tak namiętnie ją 
kochał, ledwie zauważał jej istnienie w świetle dnia.

- To nieładnie z waszej strony - mówiła dalej lady 

Denham   -   nawet   bardzo   nieładnie   utrzymywać   taką 
rzecz w tajemnicy. Potajemne małżeństwo! Rozumiem, 
że   nie   chcecie,   żeby   wszyscy   się   dowiedzieli,   że 
pobraliście się tak szybko po śmierci biednego Stuarta, 
ale   żeby   nawet   mnie   nie   powiedzieć   słowa! 
Wiedzieliście przecież, że ja bym was zrozumiała.

- Mamo… - zaczął James, ale lady Denham mówiła 

dalej, z wielkim ożywieniem.

- Przecież każdy, kto widział, jak skakaliście sobie 

do oczu podczas zeszłorocznego sezonu towarzyskiego, 
mógł   przewidzieć,   że   pewnego   dnia   staniecie   przed 
ołtarzem…

-   Mamo!   -   Emma   zauważyła,   że   twarz   Jamesa 

pokrywa   ciemny   rumieniec.   Zresztą   to   się   jej   mogło 
tylko   wydawać,   to   był   pewnie   tylko   odblask 
wiosennego słońca. Dlaczego miałby się czerwienić?

- No i co? - Niezadowolenie syna nie zrobiło na 

lady Denham najmniejszego wrażenia. - Widziałam, jak 
rzucaliście sobie wymowne spojrzenia na sali balowej…

background image

Emma zapragnęła nagle zapaść się pod ziemię. To 

prawdo, że często jej sprzeczki z Jamesem odbywały się 
publicznie,   nie   zdawała   sobie   jednak   sprawy,   żeby 
ktokolwiek, poza Stuartem - nie mówiąc już o jej nowej 
teściowej - zwracał mi to uwagę. A już na pewno nie 
oznaczały niczego innego, jak to sobie wyobrażała lady 
Denham,   poza   ostrą   wymianą   poglądów   pomiędzy 
dwiema   tak   bardzo   odmiennymi   osobami   Nie   było 
również żadnej wymiany tęsknych spojrzeń na salach 
balowych… Przynajmniej z jej strony.

Również James nie wykazywał żadnych oznak, że 

żywi   dla   niej   jakieś   inne   uczucia   poza   braterskim 
pobłażaniem…

… To znaczy do niedawna.

Emma   była   przekonana,   że   to,   co   się   pomiędzy 

nimi wydarzyło, wynikło wyłącznie z jej winy. To ona 
dała wszystkiemu początek tym swoim pocałunkiem na 
dobranoc. Zwykłym pocałunkiem. Widocznie była zbyt 
zmysłową istotą, żeby oprzeć się swoim prymitywnym 
popędom, a tamtej nocy tak bardzo chciała zobaczyć, co 
się   kryje   pod   jedwabnym   szlaflokiem   Jamesa 
Marbury'ego.

No i zobaczyła - nic dziwnego, że teraz on na nią 

prawie nie patrzy. Co też musi o niej myśleć!

-   Mamy   zostawić   tu   kufer,  milordzie?   -   To  było 

pytanie,   ale   w   tonie   głosu   kamerdynera   brzmiała 

background image

pewność,   że   otrzyma   twierdzącą   odpowiedź.   I 
rzeczywiście tak się stało - ku zdziwieniu Emmy.

-   Oczywiście   -   powiedział   James   i   dodał,   nie 

patrząc nawet na Emmę: - Muszę teraz napisać list, by 
załatwić   chłopcu   wizytę   u   doktora   Stonelettera…   - 
Odwrócił się i wyszedł i pokoju, nie mówiąc już ani 
słowa.

Emma nie mogła tak tego zostawić. Bez względu na 

to, czy James był zaszokowany jej rozwiązłością, czy 
też nie, musi nią porozmawiać. Zerwała się z fotela.

-   Przepraszam   na   chwilę,   milady   -   powiedziała   i 

pobiegła za Jamesem. A służących, którzy patrzyli na 
nią ze zdumieniem, niech diabli porwą!

Słysząc   stukot   jej   obcasów   na   parkiecie,   James 

zatrzymał  się na szczycie schodów i przybrał surową 
minę.

-   Posłuchaj,   Emmo   -   zaczął,     zanim   zdążyła 

cokolwiek   powiedzieć.   Ale   Emma   nie   miała   zamiaru 
słuchać.   Chwyciła   go   za   ramię   wepchnęła   do 
najbliższego pokoju - który okazał się salonikiem lady 
Denham,  ale  to nie  miało żadnego znaczenia. Można 
było tu zamknąć za sobą drzwi, co Emma natychmiast 
zrobiła.

-   Nie,   to   ty   posłuchaj,   James   -   powiedziała,   z 

trudem panując nad głosem. - Nie możemy przejść nad 
tym   do   porządku.   Musimy   porozmawiać.   Wiem,   że 

background image

masz mi wiele do zarzucenia. Jeden Bóg wie, że ja też 
dużo sobie wyrzucam, ale nie wyjdziesz z tego pokoju, 
dopóki nie postanowimy, co mamy teraz robić. 

James   skrzyżował   ręce   na   piersi,   na   twarzy   miał 

wyraz   lekkiego   rozbawienia.   Emma   starała   się   nie 
patrzeć   na   naprężone   muskuły   jego   ramion,   które 
uwydatnił ten gest, chociaż był to bardzo pociągający 
widok. Jednak wdowa po wikarym nie powinna na takie 
rzeczy zwracać uwagi, nawet jeśli to muskuły należały 
do mężczyzny, który przypadkiem był jej mężem.

-   A   cóż   takiego   zrobiłaś,   Emmo   -   spytał   James 

swoim niemiłym, ironicznym tonem - żeby myśleć, że 
mam ci coś do zarzucenia?

-   Chcesz   mnie   zmusić,   żebym   to   powiedziała?   - 

zarumieniła się ze wstydu. - Sam dobrze o tym wiesz. 
Przyznaję, że to była moja wina. Nie powinnam była cię 
pocałować. Ale ty nie możesz winić tylko mnie.

- Emmo, ja cię o nic nie obwiniam - powiedział 

James tym samym suchym tonem. - Wręcz przeciwnie.

Była tak zażenowana, że nie rozumiała, co chciał 

przez tu powiedzieć. Potrząsnęła tylko głową.

- Co my teraz zrobimy? - spytała.

- Nie mam pojęcia. - James uniósł brew. - A co ty 

proponujesz, Emmo?

background image

- Co ja proponuję? To był wyłącznie twój pomysł. 

A więc jaka jest twoja propozycja?

- Ja myślę - James zerknął na zegarek, który wyjął z 

kieszonki   kamizelki   -   że   możemy   teraz   zjeść 
podwieczorek Jestem bardzo głodny. Po podwieczorku 
powinniśmy trochę odpocząć. Rozumiem, że cała twoja 
rodzina przychodzi dzisiaj na kolację z okazji naszych 
zaślubin.

Emma tupnęła nogą tak energicznie, że zabrzęczały 

stojące na półkach szklane bibeloty.

- Jak możesz z tego żartować?! - wykrzyknęła. - 

Nie rozumiesz, że sędzia Reardon wszystko zepsuł? To 
małżeństwo   miało   być   utrzymane   przed   nimi   w 
tajemnicy, a oni wszystko już wiedzą!

-   Tak   -   przyznał   James,   chowając   zegarek   i 

pocierając w zamyśleniu brodę. - Rzeczywiście, wiedzą.

Nie   wykazywał   jednak   wściekłości,   jaką   według 

Emmy   powinny   wywołać   zdradzieckie   działania 
sędziego.

-   Jak   my   teraz   dostaniemy   unieważnienie 

małżeństwa?   Twoja   matka   wszystkim   rozpowiada,   że 
się   pobraliśmy!   Jest   niezwykle   podekscytowana. 
Prosiła,   żebym   nazywała   ją   Honorią!   Wspominała 
nawet o wnukach!

background image

James   odjął   dłoń   od   twarzy.   Wydawał   się 

zdziwiony, ale, jak się okazało, nie z powodu nadziei 
jego matki na posiadanie wnuków.

- Och - powiedział. - Ty nadal chcesz występować 

o unieważnienie małżeństwa?

Miał opuszczone oczy, więc Emma nic nie mogła z 

nich wyczytać. Oniemiała.

-   James,  czyś   ty  oszalał?   Oczywiście,  że   chcę!   - 

Zerknęła na niego spod oka. - A ty nie? Taki był nasz 
plan, prawda?

- Musisz mi wybaczyć, ale wydawało mi się, że ten 

plan uległ zmianie. - James mówił takim tonem, jakby 
się zastanawiał, jakim powozem pojechać na spacer. - 
Wydawało mi się tamtej nocy, że… podobało ci się, że 
jestem twoim mężem.

Emma czuła, że znów oblewa się rumieńcem. Jak 

on może mówić o tym, co się między nimi wydarzyło, 
tak nonszalanckim tonem… Nic dziwnego, że ma już 
trzydzieści lat i jeszcze się nie ożenił!

Tyle   że,   oczywiście,   był   już   żonaty.   I   na   tym 

polegał cały problem.

- To, co się wydarzyło tamtej nocy - wykrztusiła 

Emma,   która   była   tak   zażenowana,   że   zaczynało 
brakować   jej   tchu   -   było   pomyłką.   Już   ci   to 
tłumaczyłam.   Nie   miałam   zamiaru…   Nie   myślałam, 
że…

background image

James nie robił wrażenia, że jest zakłopotany. Jak 

zwykle, zachowywał chłodny dystans, który opuszczał 
go   tylko   wtedy,   o   czym   Emma   miała   okazję   się 
przekonać, kiedy ogarniało go pożądanie.

- Przykro mi, że tak uważasz. Wydawało mi się… 

Widzę jednak, że musiałem się mylić.

Emma   poczuła,   że   jej   serce   zabiło   szybszym 

rytmem   (zupełnie   nie   wiedziała,   dlaczego   się   tak 
dzieje).

- Co ci się wydawało? - spytała.

Ale   James   nie   odpowiedział   na   to   pytanie   -   w 

każdym razie nie na temat swoich osobistych odczuć.

-   List   sędziego   Reardona   -   powiedział   - 

rzeczywiście   wprowadził   pewne   zamieszanie,   ale   to 
jeszcze nie powód, żeby wpadać w panikę, Emmo. Nie 
wiem, dlaczego nie mielibyśmy przeprowadzić naszego 
planu,   jeśli   tak   sobie   życzysz.   Moju   matka   będzie, 
oczywiście, bardzo rozczarowana, ale w końcu się z tym 
pogodzi,   tak   samo   jak   twoja   rodzina.   Jeśli   jesteś 
przekonana,   że   nasz   związek   nie   przyniesie…   hm… 
żadnych nieoczekiwanych owoców…

Emma gwałtownie nabrała powietrza. Chociaż nie 

przypuszczała, żeby to było możliwe, ale poczuła się 
jeszcze bardziej zażenowana.

- Rozumiem. - James obserwował ją z uniesionymi 

brwiami,   ale   nie   okazując   żadnych   szczególnych 

background image

emocji. - Może poczekamy z decyzją do czasu, kiedy ta 
kwestia zostanie rozwiązana.

-   Ja…   -   Emma   nie   wiedziała,   co   powiedzieć, 

chociaż   uważała,   że   powinna   to   zrobić.   -   Nie   chcę, 
żebyś czuł, że powinieneś…

Dopiero teraz James stracił zimną krew. Popatrzył 

na nią z dezaprobatą.

-   Emmo   -   powiedział   surowym   tonem.   -   Czy   ty 

naprawdę   myślisz,   że   gdybyś   nosiła   moje   dziecko   w 
łonie, to ja bym nie…

-   Nie   chciałabym,   żebyś   czuł   się   zobowiązany   - 

przerwała mu. - Ja…

-   Nie   musisz   się   o  to  troszczyć   -   przerwał   jej.   - 

Zawsze pociągała mnie myśl, żeby zostać ojcem. Jeśli 
okaże się jednak, że tak się nie stanie, będziesz miała 
unieważnienie małżeństwa, o ile nie przeraża cię myśl, 
że obarczysz krzywoprzysięstwem swoją nieśmiertelną 
duszę.

To   było   typowe   dla   Jamesa   -   lekkim   tonem 

podkreślał, że to, co miało miejsce w gospodzie pani 
MacTavish,   czyni   przysięgę   o   nieskonsumowanym 
małżeństwie wierutnym kłamstwem.

- Ja, osobiście - ciągnął James - nigdy się specjalnie 

nie  martwiłem,  dokąd  trafi   moja  nieśmiertelna  dusza. 
Czy to już wszystko, Emmo? Muszę jeszcze dokończyć 
list   w   sprawie   młodego   Fergusa,   trzeba   się   też 

background image

porozumieć z twoim bankiem, by sędzia Reardon mógł 
przekazać ci pieniądze…

Emma stała na dywanie w kwiaty w saloniku lady 

Denham,   czując   rozczarowanie.   Dlaczego   tak   było, 
otrzymała przecież wszystko, czego tylko chciała? Nie 
mogła tego zrozumieć.

Pzecież   nie   oburzał   jej   fakt,   że   James   nie 

sprzeciwiał się unieważnieniu małżeństwa.

Jednak…   Jednak   on   był   teraz   zupełnie   innym 

człowiekiem. Tak bardzo się zmienił od tego fatalnego 
dnia,   kiedy   mu   powiedziała,   że   ona   i   Stuart   planują 
ucieczkę…

Emma  otrząsnęła  się  z tych myśli. Co ona  sobie 

wyobraża?   Całkowicie   zmienia   swoją   opinię   o 
mężczyźnie tylko dlatego, że załatwił wizytę u lekarza 
dla   jednego   z   jej   uczniów?   A   może   jej   stosunek   do 
niego uległ tak gwałtownej zmianie, ponieważ wykazał 
się sprawnością w innej dziedzinie?

Tak   dalej   być   nie   może.   Tego   była   pewna. 

Powiedział jej żeby się zachowywała jak dorosła osoba. 
Będzie   więc   dorosła,   będzie   równie   chłodna   i 
wyrachowana jak on.

-   To   wszystko,   lordzie   Denham.   Dziękuję   - 

powiedziała prostując ramiona.

Kiedy James skinął jej uprzejmie głową i wyszedł z 

pokoju, mimo wszystko Emma musiała usiąść, żeby się 

background image

opanować. Powtarzała sobie, że to wszystko nie będzie 
trwało dług zakładając, czego dowiodło jej poprzednie 
małżeństwo,   że   na   nie   zachodzi   w   ciążę.   Wkrótce 
będzie mogła powrócić do swojego spokojnego życia na 
Faires i nigdy, jeśli nie będzie miała na to ochoty, nie 
zobaczy już Jamesa Marbury'ego. 

Przynajmniej tak sobie powtarzała. 

I przez chwilę udało się jej nawet w to uwierzyć.

24

James   doszedł   do   wniosku,   że   wszystko   jest   na 

dobrej drodze.

Sędzia   Reardon,   prawdopodobnie   nic   o   tym   nie 

wiedząc, okazał się szalenie pomocny. Im więcej osób 
będzie wiedziało o ich małżeństwie, tym trudniej będzie 
je rozwiązać.

A   ostatnią   rzeczą,   jakiej   by   sobie   życzył   James, 

było…   rozwiązanie   jego   małżeństwa   z   Emmą   van 
Court.

background image

Nawet teraz, siedząc w salonie matki i obserwując 

swoją świeżo poślubioną małżonkę, która witała się z 
rodziną, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie wyszła 
za mąż wbrew ich woli - nie mógł do końca uwierzyć 
swojemu   szczęściu.   Pojechał   do   Szkocji   w 
poszukiwaniu zwłok, a przywiózł do domu młodą żonę.

Tą żoną była kobieta, która przez długie miesiące 

nawiedzała go w snach i do której wyrywało się jego 
serce.   Sam   nie   wiedział,   czym   sobie   zasłużył   na   tak 
wspaniałą nagrodę. Wiedział tylko, że ją zdobył i musi 
utrzymać.

Nawet wbrew Emmie, która, jak podejrzewał, nie 

znała tak dobrze własnego serca, jak się jej wydawało. 

Emma   rozmawiała   właśnie   z   Penelope.   Jakaś   jej 

uwagi   i   wywołała   wybuch   śmiechu   kuzynki.   James 
widział wyraźnie, że Penelope robi wszystko, żeby nikt 
nie   zauważył,   jak   przygnębia   ją   fakt,   że   jej   młodsza 
kuzynka   już   dwukrotnie   wyszła   za   mąż,   a   ona   nie 
znalazła jeszcze męża. Zastanawiał się też, zresztą nie 
pierwszy raz, jak to było możliwe, że van Courtowie, 
którzy   należeli   do   kulturalnej   elity   Londynu   i   byli 
bardzo bogatymi ludźmi, chociaż nie mieli skłonności 
do filantropii, mogli wychować taką dziewczynę, jaką 
była Emma. Emma i Penelope były tak różne, jak dzień 
różni się od nocy.

Nie tylko dlatego, że zwykłą, szarą sukienkę Emmy 

-   jutro   James   sprowadzi   krawcową   matki   i   zamówi 
wyprawę dla żony, chociaż i w tej starej sukience była 

background image

najpiękniejszą   kobiet   w   salonie   -   przyćmiewał   blask 
złocistych jedwabi i biżuterii Penelope.

Nie   o   to   chodziło.   Emma   zawsze   była   inna   niż 

reszta jej rodziny. Może dlatego, że wcześnie straciła 
rodziców,   a   może   po   prostu   taka   była   -   okazywała 
wyjątkową   wrażliwość   na   cudze   troski   i   kłopoty   - 
począwszy od piskląt, które wypadły z gniazda (zawsze 
błagała Jamesa, żeby je tam włożył), a skończywszy na 
głodujących   tubylcach   w   Papui-Nowej   Gwinei,   dla 
których   również   wypraszała   u   Jamesa   pieniądze.   Nic 
więc dziwnego, że uwielbiała Stuarta. Emmie nie tylko 
podobała się jego blada, melancholijna twarz - James 
wiedział,   że   taki   wygląd   przyciąga   młodziutkie 
dziewczyny.   Stuart,   podobnie   jak   Emma,   pragnął 
pomagać   wszystkim,   dla   których   los   nie   był   zbyt 
łaskawy.

Jednak   James,   podobnie   jak   jej   stryjostwo,   nie 

traktował   poważnie   zadurzenia   Emmy   w   swoim 
kuzynie.   Sądził,   że   ta   fascynacja   umrze   śmiercią 
naturalną, kiedy dziewczyna odkryje, że Stuarta bardziej 
interesują duchowe niż cielesne związki

Niestety,   jak   się   wydaje,   to   odkrycie   nigdy   nie 

nastąpiło.

Dokładnie   w   tym   samym   czasie,   kiedy   James 

spodziewał się, że będzie zajęty ocieraniem łez Emmy, 
którą Stuart porzuci dla kościoła i zostawi ze złamanym 
sercem,   został   poinformowany   o   planach   ucieczki 
kochanków.

background image

Jak on mógł sobie wyobrażać, że Emma w pewnym 

momencie   dojdzie   do   wniosku,   że   jest   on   bardziej 
odpowiednim kandydatem na męża  niż Stuart? Kiedy 
przekonywał   ją,   że   ubodzy   powinni   sami   o   siebie 
zadbać,   jego   kuzyn   zdobywał   jej   serce   niewzruszoną 
wiarą w Boga i działalnością charytatywną. Nic więc 
dziwnego,   że   wybrała   Stuarta.   Dla   takiej   dziewczyny 
jak Emma o wiele bardziej pociągające było życie w 
niedostatku   na   Szetlandach   niż   wygodna   egzystencja 
hrabiowskiej żony!

Jednak   hrabiowie,   co   postanowił   udowodnić   jej 

James,   mają   o  wiele   większe   możliwości,  żeby  nieść 
pomoc ubogim, niż niewiele zarabiający wikarzy.

Osiągnął już pierwszy sukces - a przynajmniej taką 

miał   nadzieję   -   udowadniając   jej,   że   hrabiowie   są 
lepszymi   kochankami.   Chociaż   nie   wiedział,   co  o   tej 
sprawie myślała Emma, nie sądził, żeby w tej dziedzinie 
miała powody do narzekań - pomimo jej stałych nalegań 
na unieważnienie małżeństwa. James żałował teraz, że 
podsunął jej taką możliwość.

Ale jak inaczej miał ją przekonać, żeby za niego 

wyszła?   Obawiał   się,   że   Emma   jeszcze   mu   nie 
przebaczyła tego, co zrobił jej narzeczonemu. Nie miała 
również pojęcia, że darzył ją potajemną miłością. Ona 
wzdychała do jego kuzyna, a James skrycie wzdychał 
do niej…

Ale   Stuarta   już   nie   było,   a   Emma   potrzebowała 

miłości,   do   której   miała   prawo.   Jak   się   przekonał, 

background image

całując   ją   w   zamku   MacCreigh   -   zresztą   zawsze   to 
przeczuwał   -   była   niezwykle   namiętną   dziewczyną, 
która uwielbiała pocałunki i… inne zabawy. Lubiła je 
tak bardzo, że bez trudu można ją było nakłonić do tego, 
żeby   zapomniała   o   wszystkim   innym,   tak   bardzo 
pragnęła   być…   zabawiana.  Ta   cecha,   jak   wynikało  z 
doświadczenia   Jamesa,   była   niezwykle   rzadka   u 
eleganckich dam, chociaż tak bardzo pożądana. Fakt, że 
Emma była obdarzona tą zaletą, wcale go nie zdziwił, 
spowodował tylko, że miał do siebie jeszcze większą 
pretensję   o   to,   jak   się   kiedyś   w   stosunku   do   niej 
zachowywał.   Niewybaczalne,   że   pozwolił   takiej 
kobiecie zniknąć ze swojego życia. Ale to się już nie 
powtórzy.

James   wiedział,   że   droga   do   szczęścia 

małżeńskiego z Emmą van Court Chesterton nie będzie 
łatwa.   Przekonał   się   o   tym   ponownie   po   uroczystej 
kolacji z rodziną van Courtów, chociaż dla nich nie było 
to   zbyt   radosne   spotkanie.   Stryjostwo   Emmy   chętnie 
przyjęli   zaproszenie   matki   Jamesa,   jednak   nadal 
wydawali się zaskoczeni faktem, że to Emma  została 
lady   Denham,   a   nie   Penelope,   którą   podsuwali 
Jamesowi   od   chwili,   kiedy   ta   opuściła   mury   szkoły. 
Kiedy młodzi małżonkowie wreszcie znaleźli się sami, 
Emma wyszła z garderoby w swoim grubym szlafroku i 
wskazała hrabiemu stojące przy kominku fotele.

- Ty je zajmiesz czy ja?

background image

James rzucił tęskne spojrzenie w kierunku łóżka, co 

Emma zauważyła.

- James, co ci przychodzi do głowy?! - zawołała. - 

Nie możemy razem spać w tym łóżku. Wiesz, co się 
zdarzyło   ostatnim   razem.   Jeśli   mamy   dostać 
unieważnienie   małżeństwa,   to   nie   możemy…   nie 
możemy tego dalej ciągnąć.

James, który również miał na sobie szlafrok - teraz 

sam  musiał  zajmować  się  swoją  garderobą, ponieważ 
Roberts   był   na   Faires,   sprawując   opiekę   nad   szkołą 
Emmy   i   potomstwem   jej   suczki   -   usiadł   na   brzegu 
łóżka, zdejmując ranne pantofle.

-   Nie   widzę   powodu,   dla   którego   miałbym   się 

nabawić  bólu karku, śpiąc  na  fotelach -  powiedział  - 
kiedy obok stoi wygodne łóżko.

Wiedział,   że   prowadząc   taką   grę,   podejmuje 

ryzyko, ale mężczyzna powinien walczyć o to, co chce 
zdobyć.

- Poza tym co to za różnica? Już raz popełniliśmy 

ten   grzech.   Kilka   następnych   razy   nie   wtrąci   nas   do 
bardziej gorącego piekła.

Emma nie roześmiała się. Wyglądała na zmęczoną. 

Na   pewno   wyczerpało   ją   przybieranie   radosnej   miny 
szczęśliwej mężatki i beztroska rozmowa o wspólnych 
znajomych, która zaczęła się już przy zupie i trwała aż 
do podania serów.

background image

James nie wątpił, że Emma czuła się zobowiązana 

do zademonstrowania stryjostwu radosnej miny. Po raz 
ostatni   widziała   Arthura   i   Reginę   van   Court   w   ich 
bibliotece, gdzie wuj ostrzegał ją przed nieodpowiednim 
małżeństwem,   a   stryjenka   zamartwiała   się   tym,   co 
hrabia Denham o niej pomyślał, kiedy powiedziała mu o 
swoich   szalonych   zamiarach.   Jeśli   któreś   z   nich 
dostrzegło   ironię   faktu,   że   po   upływie   roku   ich 
marnotrawna   bratanica   została   żoną   tego   samego 
hrabiego,   to   nie   wspomnieli   o   tym   ani   słowa.   Byli 
niesłychanie serdeczni. i chociaż James nie dał się na to 
nabrać i wiedział, że Emma również nie. Gdyby zjawiła 
się   w   Londynie   jako   wdowa   po   Stuarcie,   a   nie   żona 
hrabiego Denhama, rodzina nie okazałaby radości z jej 
powrotu.

Wylewne   powitanie,   jakie   jej   zgotowali,   trochę 

nadszarpnęło siły Emmy, nadwątlone długą podróżą ze 
Szkocji.   James   zauważył   cienie   pod   jej   błękitnymi 
oczami. Miała bardzo ciężki dzień.

Mimo to nie wycofywała się z pola walki.

- To nie jest w porządku. Sam o tym wiesz. Ale 

jeśli   tak   się   na   to   zapatrujesz,   to   ja   będę   spać   na 
fotelach.

Podeszła   do   łóżka   i   chwyciła   jedwabną   kołdrę. 

James   patrzył,   jak   usiłowała   z   dwóch   foteli   zrobić 
posłanie.

background image

-   Twoje   zachowanie   jest   śmieszne,   Emmo   - 

powiedział.   -   Jesteśmy   dorosłymi   ludźmi   i   chyba 
potrafimy   spać   w   jednym   łóżku…   bez   żadnych 
nieprzewidzianych zdarzeń.

- Gdzie ja to już słyszałam? - mruknęła.

- Wtedy ty sama zaczęłaś - przypomniał jej James.

Zauważył   z   satysfakcją,   że   oblała   się   nagłym 

rumieńcem.

- Teraz  nie  musisz się  martwić, że to się  znowu 

zdarzy   -   powiedziała   sucho,   kładąc   się   na   swoim 
małym, wyraźnie niewygodnym łóżku. - Dzisiaj będę 
się od ciebie trzymać z daleka.

- Doceniam twoją troskę o los mojej nieśmiertelnej 

duszy - zauważył James. - Myślę jednak, że jest już na 
to za późno, Emmo. Ryzyko zostało podjęte. Wszystko 
więc jedno, jeśli i tak mamy się smażyć w piekle, czy 
zgrzeszymy raz, czy też tysiąc razy.

Od strony foteli nie dobiegał żaden dźwięk. Emma 

naciągnęła   kołdrę   na   głowę   niewątpliwie   w   celu 
zakończenia tej rozmowy. James wzruszył ramionami i 
położył się na łóżku.

- Może masz rację - przyznał.

Znowu brak odpowiedzi. Hrabia podłożył ręce pod 

głowę i patrzył na kobaltowy błękit baldachimu.

background image

- Rzeczywiście - powiedział - istnieją szanse, że im 

dłużej   będziemy…   jak   to   określiłaś?   Aha,   dalej   to 
ciągnąć…   tym   większe   jest   prawdopodobieństwo,   że 
wreszcie   zostaniemy   złapani.   Potomstwo   byłoby 
niepodważalnym dowodem naszego grzechu.

Tym razem spod kołdry wydobył się nikły pomruk. 

James   patrzył   na   to   prowizoryczne   łóżko,   nie   mając 
pewności, gdzie jest jej głowa.

- Co mówiłaś, kochanie?

Emma   odrzuciła   kołdrę.   W   świetle   padającym   z 

kominku jej blond włosy tworzyły prawdziwą aureolę.

- To nie ma nic do rzeczy - oświadczyła surowym 

tonem.

- Jesteś tego pewna? - spytał, unosząc brwi.

- Absolutnie pewna - odrzekła.

James bawił się tą sytuacją, chociaż wiedział, że nie 

powinien. Ale jej oburzenie - a Emma bardzo często się 
im niego gniewała - ogromnie go bawiło. Było tak różne 
od   pochlebstw,   jakimi   obsypywały   go   różne   Fiony   i 
Penelopy.

- Rozumiem twoje święte oburzenie - powiedział - 

istnieje   jednak   możliwość,   że   szkoda   już   została 
wyrządzona. Jestem zmuszony ci uświadomić, że spanie 
na fotelach wcale nie jest dobre dla niego.

background image

- Dobre dla kogo? - Emma ściągnęła brwi.

-   Mojego   syna   i   następcy   -   stwierdził   James.   - 

Wiesz   o   tym,   Emmo,   że   możesz   już   nosić   w   łonie 
dziecko.

Zarumieniła się, ale wyraz jej twarzy - świadczący 

o tym, że zbyt wysoko Jamesa nie ceni - pozostał bez 
zmian.

- Twoja troska zasługuje na uwagę - odrzekła. - Ale 

gdybym   była   zdolna   do   posiadania   dzieci,   to   nie 
uważasz, że dałabym już tego dowody? Nie zapominaj, 
że jestem wdową.

- Ale byłaś ze Stuartem tylko przez krótki czas - 

zauważył.

Jakaś nuta w tonie jej głosu ostrzegła go, że na tym 

terytorium należy poruszać się bardzo ostrożnie. James 
dostrzegł   też   reakcję   Emmy   na   uwagę   Penelope   van 
Court, kiedy ta zobaczyła w jadalni Fergusa.

-   On   nie   może   być   twój,   prawda,   Emmo?   - 

roześmiała się. - Jest na to o wiele za duży.

Emma,   która   podczas   kolacji   często   się   śmiała   - 

chociaż niezbyt szczerze - tym razem miała poważną 
minę. Hrabia wyczuł, że jest to temat, na który żona nie 
potrafi żartować.

- Ty i Stuart mieliście dla siebie niecałe pół roku - 

dodał.   -   Oczywiście,   będąc   od   niedawna   żonaty,   nie 

background image

jestem   biegły   w   takich   sprawach,   wiem   jednak,   że 
czasem   to   zajmuje   niektórym   kobietom   cały   rok,   a 
nawet jeszcze dłużej. To nie są rzadkie przypadki.

- Tym bardziej - odparła Emma - powinnam zostać 

na fotelach i trzymać się od ciebie z daleka.

James   zorientował   się   poniewczasie,   że   zamiast 

zabliźniać  jej ranę, której istnienia  dopiero zaczął się 
domyślać,   sprawił   jej   jeszcze   większy   ból.   Leżał   w 
półmroku,   słuchając   trzaskania   ognia   na   kominku,   a 
jego   myśli   skierowały   się   na   niebezpieczna,   ścieżkę, 
której unikał przez ostatnie dwanaście miesięcy. Zaczął 
się   zastanawiać   nad   tym,   co   się   działo   w   sypialni 
pomiędzy Stuartem a Emmą.

Emma nie była, o czym już dobrze wiedział, bierną 

kochanka.   Miała,   jak   mu   się   wydawało,   naturalny, 
zrozumiały pociąg do grzechu.

A Stuart? James nie posądzał o to swojego kuzyna. 

Nie potrafił nawet wyobrazić ich sobie w łóżku - i to nie 
tylko   dlatego,   że   nie   miał   na   to   chęci,   co   było 
oczywiste,   ale   Stuart   i   Emma…   Wiedząc,   że   Emma 
wykazuje   ogromne   zainteresowanie   tą   dziedziną   i 
znając  również  Stuarta, James  nie  przypuszczał, żeby 
ich związek mógł być szczęśliwy i udany.

Nie   dziwił   się   jednak   Emmie,   że   była 

zafascynowana   jego   kuzynem.   Nie   mogła   przecież 
wiedzieć,   co   ją   czekało   pod   tym   względem.   Ledwie 
wtedy   wyszła   ze   szkoły,   w   stanie   błogosławionej 

background image

nieświadomości   na   temat   małżeńskiego   łoża,   jak 
większość   dziewcząt   w   jej   wieku.   Obowiązkiem 
stryjostwa   było   uchronić   ją   przed   niefortunnym 
związkiem. A oni, mimo wysiłków Jamesa, nie stanęli 
na wysokości zadania.

Położenie, w jakim się teraz znalazła ich bratanica, 

było wyłącznie ich winą.

Jednak ta sytuacja, w odczuciu Jamesa, nie była tak 

ponura, jak się  mogło  wydawać  Emmie.  Ona  pewnie 
uważała,   że   jej   położenie   jest   żałosne   -   musiała 
pozostawać w formalnym związku z mężczyzną, który 
niegdyś zawiódł jej zaufanie, żeby otrzymać spadek po 
mordercy   swojego   męża   -   jednak   James   miał   inną 
opinię   na   ten   temat.   Emma   nie   zdawała   sobie   nawet 
sprawy z tego, jak bardzo jest kochana. Niedługo James 
uświadomi jej to, ponieważ, jak się wydaje, jego czyny 
jej u tym nie przekonały.

Ale jeszcze nie teraz. Wiedział już, że ona nosi w 

sercu otwartą ranę, którą do tej pory skrzętnie skrywała. 
Musi jeszcze upłynąć trochę czasu, zanim będzie mogła 
spojrzeć na świat radosnym wzrokiem. Ostatni rok nie 
przyniósł jej niczego oprócz bólu. James był pewien, że 
Emma   nie   chciałaby   słyszeć   żadnych   miłosnych 
deklaracji ani od niego, ani od nikogo innego, dopóki 
nie nabierze wiary w siebie. Do tej pory nosiła tylko 
maskę na użytek swojej rodziny i tych wszystkich, od 
których   mogłaby   usłyszeć   te   okropne   słowa:   A   nie 
mówiłem!

background image

James   zaczeka…   tym   razem.   Co   prawda,   rok 

wcześniej też postanowił zaczekać, i oto do czego to 
doprowadziło:   wielka   miłość   jego   życia   poślubiła 
innego mężczyznę.

Sytuacja nie była jednak tak ponura. Po dwunastu 

miesiącach Emma wyszła za mąż za niego.

James może sobie pozwolić na przeczekanie. Jego 

cierpliwość   na   pewno   zostanie   wynagrodzona.   Nie 
minie wiele czasu, a ona zrozumie, że się diametralnie 
zmienił.

Wtedy, miał nadzieję, połączy ich coś więcej niż 

przyjaźń,   już   teraz   łączyła   ich   przyjaźń   i   wzajemny 
pociąg. James wiedział, chociaż Emma usiłowała temu 
zaprzeczać, że ona go pragnie. Jej wargi mogły kłamać, 
ale ciało mówiło prawdę. Nie minie wiele czasu, a ona 
wszystko zrozumie.

Tymczasem znajdowała się kilka metrów od niego, 

a nie na drugim końcu kraju.

Jednak   ten   fakt,   wraz   z   upływem   czasu,   coraz 

bardziej gnębił Jamesa. To było zupełnie bez sensu, że 
ona spała na tych fotelach. On nie położyłby się tam za 
żadne skarby, ale co mógł zrobić poza przeniesieniem 
się do innego pokoju, co w ogóle nie wchodziło w grę? 
Co by na to powiedziała jego matka?

Dochodziła   już   północ,   kiedy   wstał   z   łóżka   i 

podszedł do stojących przed kominkiem foteli.

background image

Emma   spała,   hrabia   nie   miał   pojęcia,   jak   się   jej 

udało   zasnąć   na   tym   niewygodnym   posłaniu.   Pewnie 
była bardzo wyczerpana. Jej głowa była przekrzywiona 
pod tak dziwnym kątem, że gdyby pozostała dłużej w 
tej pozycji, bolałby ją rano kark.

James   pochylił   się   i   wziął   ją   na   ręce,   razem   z 

jedwabną kołdrą.

Emma natychmiast się obudziła.

- Połóż mnie - zażądała z lekka ochrypłym głosem.

- Położę cię - powiedział - ale do łóżka, gdzie jest 

twoje miejsce.

- James… - zaczęła, ale on ją uciszył.

-   Bądź   cicho   -   przerwał   jej   -   bo   obudzisz   moją 

matkę, która zaraz tu wpadnie z całą czeredą służby. 
Odkryją   całą   prawdę,   poinformują   o   tym   sędziego 
Reardona   i   już   nigdy   nie   zobaczysz   ani   swoich 
dziesięciu tysięcy funtów, ani tej pięknej szkoły, którą 
masz zamiar zbudować.

To ją otrzeźwiło.

- Skąd wiesz o szkole? - spytała.

- Mówisz przez sen.

- To nieprawda!

background image

- Prawda - powiedział. - Ale mimo to nadal chcę 

dzielić z tobą moje łóżko.

Emma obdarzyła go nieufnym spojrzeniem.

-   Dobrze   -   powiedziała   wreszcie.   -   Ale   bez 

całowania…

To była myśl nie do pogardzenia i już po chwili 

James całował ją tak zapamiętale, jak tylko potrafił - a 
zważywszy na jego długie i różnorodne doświadczenie 
w tej dziedzinie - jego pocałunki nie mogły być bardziej 
żarliwe.   Emma   zareagowała   tak,   jak   mógł   się   tego 
spodziewać.   Początkowo   zesztywniała   w   jego 
ramionach, ale po chwili zarzuciła mu ręce na szyję i 
rozchyliła wargi. Wtedy łatwo już było położyć ją na 
łóżku, odrzucić kołdrę i przykryć ją własnym ciałem.

Trochę oprzytomniała, kiedy poczuła na sobie jego 

ciężar   i   zaczęła   coś   szeptać.   Ale   wtedy   jego   dłoń 
znalazła się pod jej koszulą, palce odnalazły jej gładką, 
pełną pierś i cokolwiek Emma  miała do powiedzenia 
rozpłynęło   się   w   cichym   westchnieniu   rozkoszy.   A 
kiedy   kolanem   rozchylił   jej   nogi   i   jego   twarde   udo 
dotknęło   wilgotnego   zagłębienia   jej   łona,   Emmą 
zawładnęła   fala   pożądania   i   nie   zdołała   powstrzymać 
jęku.

Już się nie broniła. Wydawało się jej, że James ma 

jakiś   magiczny   dotyk,   który   czyni   ją   powolną 
wszystkim jego zachciankom. Było jej wszystko jedno, 

background image

czy   pozostaną   małżeństwem,   czy   też   nie,   dopóki   jej 
dotykał, a jej ciało przenikały rozkoszne dreszcze.

James czuł, że mu się całkowicie poddała, i w pełni 

to   wykorzystał.   Może   to   nie   było   w   porządku,   robić 
użytek   z   władzy,   jaką   nad   nią   posiadał,   ale   nie   miał 
żadnego poczucia winy… kiedy była tam, gdzie pragnął 
ją   mieć.   Uniósł   jej   koszulę,   pieszcząc   teraz   ręką   to 
miejsce, którego przedtem dotykał udem. Emma jęczała 
z   rozkoszy,   chociaż   przeszło   jej   przez   myśl,   że   nie 
powinna się kochać z innym mężczyzną w domu, który 
niegdyś   był   domem   jej   męża.   Przypomniała   sobie 
jednak, że teraz jej mężem jest James. Poza tym było jej 
wszystko jedno, gdzie byli, dopóki James jej pragnął. A 
hrabia   zawsze   potrafił   sprawić,   żeby   również   ona   go 
pragnęła.

James zdążył już zrzucić szlafrok i poczuła nagle, 

że jej uda dotyka już inna część jego ciała - ta, która 
początkowo przerażała ją swoim rozmiarem, a później 
zdobyła jej ogromne uznanie. Ze śmiałością, o którą się 
nawet nie podejrzewała, ujęła w dłoń jego męskość i 
wprowadziła ją w siebie, gwałtownie łapiąc oddech.

Ich   intymny   kontakt   odznaczał   się   niezwykłą 

harmonia   z   czego   Emma,   nie   mając   takiego 
doświadczenia   jak   James,   nie   zdawała   sobie   w   pełni 
sprawy.   On   wiedział,   że   to   jest   niezwykle   rzadkie 
zjawisko.

Emma z kolei w pełni doceniała rozkosz, jaką sobie 

wzajemnie   dawali.   Oddawała   mu   się   z   pełnym 

background image

zapamiętaniem, dopóki nie doprowadził jej tam, gdzie 
mogła się znaleźć tylko z nim.

James również doznał zaspokojenia i opadł na nią, 

ciężko   oddychając.   Ogień   już   wygasł   na   kominku, 
prawie   się   nie  widzieli,  słyszeli  tylko  swoje   urywane 
oddechy. Ześlizgnął się z niej wreszcie i udało mu się 
dostrzec jej rozpaloną twarz.

- Czy teraz będziesz już grzeczna i zostaniesz w 

łóżku? - spytał.

W   odpowiedzi   Emma   ukryła   twarz   na   jego 

ramieniu.

To go całkowicie zadowoliło.

 

25

-   W   niebieskim   jest   ci   do   twarzy   -   stwierdziła 

Regina van Court. - To był zawsze odpowiedni kolor 
dla Emmy, prawda, Penny?

Penelope van Court zerknęła na stos sukienek, które 

leżały mi sofie, i zacisnęła usta. Emma, która stała na 

background image

niskim   stołeczku   pośrodku   pokoju,   wiedziała,   że   jej 
nowe   suknie   nie   mogą   sprawiać   kuzynce   żadnej 
przyjemności. Penelope zawsze interesowała się modą i 
chociaż  rodzice   niczego  jej  nie  odmawiali,  nie   mogli 
dać jej tego, czego najbardziej pragnęła.

To znaczy męża. Penelope marzyła tylko o jednym 

- żeby już nie musiała występować na balach w białych 
i   jasnoróżowych   muślinowych   sukienkach, 
obowiązkowym stroju młodych, niezamężnych kobiet. 
Widok   o   dwa   lata   młodszej   Emmy,   która   mierzyła 
szafirową   suknię   wieczorową,   nie   poprawiał   nastroju 
panny van Court.

- Chyba tak - mruknęła Penelope, wstając z krzesła.

Podeszła   do   okna,   odwracając   się   plecami   od 

rozrzuconych   po   całym   pokoju   czerwonych, 
szafirowych i złocistych strojów.

Emma rzuciła kuzynce zatroskane spojrzenie. Nie 

mogła   przecież   powiedzieć   Penelope,   która   tak   wiele 
uwagi poświęcała ubraniu i podobnym błahostkom, że 
to jest tylko gra pozorów. Że jej małżeństwo jest fikcją, 
że jest nierzeczywiste pozorowane.

Chociaż   czy   rzeczywiście   tak?   Wszystko   zaczęło 

się przecież dobrze układać i jej stosunki z Jamesem 
nabierały cech normalnego małżeństwa - przynajmniej 
wydawało   się   jej,   że   na   tym   polega   normalne 
małżeństwo, gdyż jej pierwszy związek był całkowicie 
odmienny.

background image

Emma nie przypuszczała jednak, że udałoby się jej 

po prawić humor Penelope. Zbyt trudno byłoby zmienić 
jej ponury nastrój, zresztą nie monża się temu dziwić. 
Emma   nigdy   nie   widziała   tylu   sukien,   kapeluszy, 
gorsetów,   halek   i   pantofelków,   które   krawcowa   lady 
Denham nagromadziła w tym pokoju. Wyglądało to tak, 
jakby hrabia wykupił cały sklep.

Pewnie zresztą tak było. Kiedy Emma weszła rano 

do pokoju, spodziewając się zastać tam jedynie swoją 
stryjenkę i kuzynkę, które obiecały ją odwiedzić, oraz 
matkę Jamesa, stanęła w progu, osłupiała.

- No, nie - powiedział James, kładąc jej dłoń na 

ramieniu   i   popychając   delikatnie   do   środka.   -   Jesteś 
moją żoną, Emmo, i nie mogę na to pozwolić, żebyś 
nosiła sukienki z zeszłego sezonu, mimo że wyglądasz 
w nich czarująco. Wszyscy uznaliby mnie za skąpca.

Emma, doskonale wiedząc, ile kosztuje rozłożona 

w pokoju garderoba, nie potrafiła powstrzymać się od 
uwagi.

-   Gdybyś   pieniądze,   które   wydałeś   na   te   stroje, 

przekazał   biednym,   nikt   nie   mógłby   nazwać   cię 
skąpcem.

- Gdybyś tylko przez jeden poranek zachowywała 

się   jak   żona   hrabiego,   mógłbym   ci   to   wynagrodzić, 
wystawiając   czek   na   rzecz   Stowarzyszenia   dla 
Polepszenia Jakości Życia Tubylców na Hawajach czy 
też na inne organizacje, które popierasz.

background image

Emma spojrzała na niego zdumiona.

-   Nie   mam   nic   przeciwko   temu,   żeby   pomagać 

biednym   -   dodał.   -   Zresztą   sama   o   tym   wiesz. 
Wolałbym tylko dopomóc im, żeby potem sami sobie 
radzili.   Daj   ludziom   palec…   na   pewno   znasz   to 
powiedzenie.

Pocałował ją w czoło, zostawiając w towarzystwie 

madame Delanges i swojej matki, ponieważ sam miał 
zaprowadzić  młodego Fergusa na pierwszą  wizytę do 
słynnego doktora Stonelettera.

Biorąc   pod   uwagę   tę   wymianę   informacji   -   oraz 

tamtą, o wiele gorętszą (i bardziej cielesną) z ostatniej 
nocy - Emma  stwierdziła, że James  zachowuje się w 
zdumiewający sposób… jakby był zakochany. Trudno 
to było inaczej określić.

Ale taka myśl była absurdalna. James Marbury nie 

był w niej zakochany. Okazywał jej, przez cały czas, 
kiedy   się   znali,   jedynie   dezaprobatę.   Co   prawda,   nie 
potrafiła sobie wytłumaczyć tego, co się działo, kiedy 
się   całowali.   Ale   to   na   pewno   nie   była   miłość.   To 
musiała   być   namiętność,   ale   namiętność   nie   ma   nic 
wspólnego z miłością.

Nie potrafiła jednak zrozumieć, dlaczego był taki 

dobry dla niej, jak również dla Fergusa. Nie mogła już 
dłużej   zaprzeczać   faktom.   James   Marbury,   którego 
niegdyś uważała za człowieka o wyjątkowo nieczułym 
sercu, bardzo się zmienił w ciągu ostatniego roku.

background image

Jak   to   się   stało   i   dlaczego,   pozostawało   dla   niej 

tajemnicą. Ona na pewno się do tego nie przyczyniła. 
Od momentu, kiedy wyjrzała przez okno i zobaczyła go 
na   swojej   warzywnej   grządce,   ciągle   mu   się 
przeciwstawiała. Nie robiła tego tylko wtedy, kiedy byli 
razem w łóżku. Ale, jak się szybko przekonała, trudno 
jej było oponować, kiedy James był tylko w szlafroku… 
albo i bez szlafroka.

- Och! - wykrzyknęła lady Denham, klaszcząc w 

dłonie i odrywając Emmę od jej myśli. - Właśnie ta! 
Musisz ją dziś włożyć na bal u Cartwrightów!

- Tak, ta suknia pięknie podkreśla kolor jej oczu - 

przyznała   stryjenka   Emmy.   -   Czy   zdąży   pani   ją 
wykończyć   do   ósmej?   zwróciła   się   do   madame 
Delanges.

-   Naturalnie   -   powiedziała   pulchna   Francuzka.   - 

Agnes, Mary. Allez, allez.

Do   Emmy   podbiegły   dwie   szwaczki,   żeby 

wyswobodzić   ją   z   sukni,   która   była   ledwie 
sfastrygowana.

-   Znowu   coś   przywieźli,   lady   Denham   - 

wykrzyknęła nagle stojąca przy oknie Penelope.

- Coś takiego - roześmiała się matka Jamesa. - Nie 

wiedziałam,   że   mój   syn   jest   aż   tak   popularny.   Nie 
daliśmy jeszcze żadnego oficjalnego zawiadomienia, a 

background image

już napływają prezenty ślubne. Wręcz nie wiem, gdzie 
je ustawiać.

Emma, która dostała tylko jeden prezent na swój 

pierwszy ślub - serwis z Limoges, doszczętnie rozbity 
przez Jamesa nie mogła powstrzymać odruchu radości. 
Jednak czy będzie musiała zwrócić wszystkie prezenty 
ofiarodawcom,   kiedy   uzyska   unieważnienie 
małżeństwa? Pewnie tak.

Przypomniała sobie nagle zdziwienie Jamesa, kiedy 

podjęła ten temat poprzedniego dnia. "Nadal chcesz się 
starać   o   unieważnienie   małżeństwa?"   -   spytał.   Emma 
zastanawiała się, dlaczego w ogóle o tym wspominała. 
Nie chciała unieważniać ich małżeństwa. Teraz była już 
tego pewna.

Co   nie   oznaczało,   że   nie   musiała   tego   zrobić. 

Gdyby wyszła na jaw cała prawda o Stuarcie… Gdyby 
James się tego dowiedział, na pewno nie chciałby nadal 
być jej mężem. To było zbyt okropne.

Poza tym hrabiowie potrzebowali potomstwa. A w 

tej dziedzinie Emma zawiodła na całej linii - to znaczy 
w sprowadzaniu na świat potomków. James starał się ją 
pocieszać,   ale   ona   wiedziała   swoje.   Trzeba   będzie 
przeprowadzić unieważnienie małżeństwa. Nie byłoby 
w porządku wobec Jamesa, gdyby go nie zrobiła.

-   Chwileczkę   -   zawołała   Penelope.   -   To   nie 

posłaniec. To… sama nie wiem, co to jest.

background image

- Odejdź od okna, kochanie - powiedziała stryjenka 

Emmy.   -   Stoisz   w   przeciągu.   Chyba   nie   chcesz   się 
znowu nabawić bólu gardła i nie móc pójść na bal.

-   Emmo   -   zawołała   Penelope,   nie   zważając   na 

słowa maki. - To chyba do ciebie. Ty zawsze miałaś 
przedziwnych   znajomych.   Idzie   tu   jakiś   wysoki 
rudzielec w szkockiej spódniczce i czarnej pelerynie.

Emma, która wkładała swoją starą szarą sukienkę, 

zatrzymała się w pół gestu, nie włożywszy jeszcze ręki 
do rękawa.

- Co?

- Znasz kogoś takiego? Właśnie wysiedli z powozu, 

on   i   ruda   kobieta.   Jest   też   z   nimi   jakiś   niechlujnie 
wyglądający chłopak. Zaraz będą dzwonić.

Rzeczywiście,  po  chwili   rozległ  się  przytłumiony 

dźwięk dzwonka.

-   Na   litość!   Emmo,   czy   to   twoi   przyjaciele?   - 

wykrzyknęła lady Denham. - Czy mamy ich przyjąć?

-   Nie   możecie   ich   trzymać   na   progu   -   zawołała 

Penelope, która odzyskała już trochę dawnego humoru. 
Była   tak   ożywiona   po   raz   pierwszy   od   czasu,   kiedy 
Emma popełniła ten niewybaczalny grzech, wychodząc 
za   mąż,   zanim   ona   zdążyła   to   zrobić.   -   Nigdy   nie 
widziałam   mężczyzny,   który   potrafi   nosić   szkocką 
spódniczkę,   a   ten   na   takiego   wygląda.   -   Można   było 
łatwo się domyślić, że spódniczka Geoffreya Baina nie 

background image

była  głównym punktem jej zainteresowania. Chodziło 
raczej   o   to,   że   był   wysoki   i   muskularny.   Penelope 
wiedziała, że w poważnym wieku dwudziestu jeden lat 
nie   może   być   wybredna,   kiedy   w   grę   wchodzą 
potencjalni mężowie. - Niech pani pozwoli go wpuścić, 
lady Denham. To będzie niesłychanie zabawne.

Emma  wcale tak nie uważała. Wręcz przeciwnie. 

Skąd lord MacCreigh wziął się nagle w Londynie? Jego 
przyjazd mógł oznaczać jedynie dalsze kłopoty. A tego 
Emma wcale nie potrzebowała.

Lady Denham, zauważywszy, że na twarzy Emmy 

pojawił się wyraz przykrości i zakłopotania, przyłożyła 
dłoń do policzka,

- Naprawdę, nie wydaje mi się…

Jednak   kiedy   Burroughs   otworzył   drzwi   i 

zaanonsował   przybycie   barona   MacCreigha   i   jego 
siostry,   panny   Fiony   Bain,   Penelope   natychmiast 
powiedziała, że z przyjemnością spotkają się z baronem 
i   jego   siostrą   i   poleciła   kamerdynerowi,   żeby 
wprowadził gości do salonu, gdzie wszystkie przyjdą, 
jak tylko Emma się przebierze.

I już nic nie można było zrobić. Emma nie mogła 

odmówić spotkania, kiedy rodzeństwo Bain wiedziało, 
że ona jest w domu.

Miała   dziwne   uczucie,   widząc   tu   swoich   starych 

znajomy   z   Faires   -   czy   odważyłaby   się   nazwać   ich 

background image

przyjaciółmi? - a zdumiała się jeszcze bardziej, kiedy 
zauważyła stojącego w kącie salonu Johna McAddamsa. 
Chłopiec,   który   należał   do   jej   najlepszych   uczniów   i 
którego   pragnęła   posłać   do   college'u,   miął   nerwowo 
trzymaną w ręku czapkę.

Kiedy   wymieniono   wymuszone   słowa   powitania, 

Emma dowiedziała się wreszcie, dlaczego John znalazł 
się niespodzianie w salonie hrabiego.

- Przyjechałem na polecenie lorda Denham, proszę 

pani   odezwał   się   nieśmiało   chłopiec.   -   To   znaczy, 
chciałem powiedzieć, milady. Przysłał wiadomość, że 
załatwił dla mnie egzamin w Oksfordzie i zapłacił za 
przejazd.

Emma   nie   zdążyła   jeszcze   ochłonąć   z   wrażenia, 

kiedy usłyszała aksamitny głos Fiony.

- A my nie mogliśmy przecież pozwolić na to, żeby 

samotnie wyruszył w podróż, więc postanowiliśmy mu 
towarzyszyć.   Już   od   bardzo   dawna   nie   byliśmy   w 
Londynie.

Niebieskie oczy Fiony przesuwały się po pokrytych 

jedwabiem   ścianach   i   aksamitnych   zasłonach.   Emma 
nie miała najmniejszych wątpliwości, że ten salon był 
najwspanialszym pokojem, jaki kiedykolwiek widziała 
Fiona Bain - chociaż nigdy by się do tego nie przyznała, 
tak samo jak do prawdziwego celu ich wizyty. Emma 
dobrze   wiedziała,   że   Fiona   przyjechała   do   Londynu 

background image

wyłącznie   dla   Jamesa,   tak   jak   baron   MacCreigh 
przyjechał tu dla niej.

Jacy   oni   byli   męczący!   Emma   była   ciekawa,   co 

baron zaniósł do lombardu, żeby zapłacić za przejazd. 
Niewątpliwie   jedną   z   rodzinnych   pamiątek.   Zrobił   to 
wszystko   w   nadziei,   że   jej   małżeństwo   okaże   się 
nieudane i że będą mogli coś na tym skorzystać.

- Przyjechaliśmy zrobić zakupy - powiedziała Fiona 

zdawkowym tonem.

Emma   nie   uwierzyła,   nie   czuła   jednak   dawnej 

niechęci   do   siostry   barona.   Myślała   tylko   o   Johnie 
McAddamsie, który tak nieoczekiwanie pojawił się na 
Park   Lane.   To   zasługa   Jamesa.   On   to   wszystko 
zaaranżował. A przecież Emma nigdy nie wspominała 
mu o tym chłopcu. Skąd on wiedział?

A co ważniejsze, dlaczego to zrobił? Emma czuła, 

że   ogarnia   ją   dziwnie   ciepłe   uczucie   do   męża   - 
człowieka, którego kiedyś podejrzewała, że tam, gdzie 
powinien mieć serce, znajdują się tylko liczydła.

Zastanawiała   się   też   w   głębi   duszy,   czy   to   było 

możliwe - czy istniało jakieś małe prawdopodobieństwo 
- że on zrobił to dla niej. Fiona szybko wytrąciła ją z 
zamyślenia.

-   Przyjechaliśmy   również,   żeby   zobaczyć   - 

powiedziała   -   jak   życie   małżeńskie   służy   nowej   lady 
Denham.

background image

- Trudno mi powiedzieć, wyszłam za mąż dopiero 

niedawno - odrzekła wymijająco Emma.

- Ja wam powiem - odezwała się lady Denham ze 

swoim zwykłym entuzjazmem. - Młodzi małżonkowie 
są   w   sobie   nieprzytomnie   zakochani.   Jeszcze   nigdy 
czegoś podobnego nie widziałam. Lordzie MacCreigh, 
czy mogę zaproponować panu kieliszek sherry?

Geoffrey   Bain,   który   prawdopodobnie   nigdy 

jeszcze   nie   pił   sherry,   był   oszołomiony,   chociaż   z 
zupełnie   innego   powodu   niż   Emma.   Oni   są 
nieprzytomnie   w   sobie   zakochani?!   Lady   Denham 
widziała   tylko   to,   co   pragnęła   zobaczyć…   albo   też 
chciała, żeby goście Emmy poczuli się swobodnie. To 
byłoby zrozumiałe, ponieważ zarówno lord MacCreigh, 
jak i jego siostra - nie mówiąc już o biednym Johnie 
McAddamsie - wydawali się okropnie skrępowani.

James jest w niej zakochany? Oczywiście, że nie. 

Na pewno nie.

Ale   w   takim   razie,   jak   wytłumaczyć   sprawę 

Fergusa?   A   teraz   Johna?   Nie   mówiąc   już   o   ich 
małżeństwie,   które   niczego,   oprócz   problemów, 
Jamesowi nie przysporzyło.

"Nadal   chcesz   się   starać   o   unieważnienie  

małżeństwa?"   Emma   była   tak   pogrążona   w   swoich 
myślach, że z trudem podtrzymywała rozmowę, w czym 
Penelope   chętnie   ją   wyręczała.   Jej   zainteresowanie 
Geoffreyem   Bainem   wyraźnie   wzrosło,   kiedy   mu   się 

background image

bliżej   przyjrzała.   Uznała   go   za   o   wiele   bardziej 
interesującego mężczyznę, jak przypuszczała Emma, od 
cherlawych, anemicznych wielbicieli, którzy ją otaczali. 
Penelope zainteresowała się ciężkim nożem w bogato 
zdobionej pochwie, który wisiał u pasa barona, i zaczęła 
zadawać mu tyle pytań, że się trochę rozchmurzył. Lord 
MacCreigh   popadł   w   widoczne   przygnębienie,   kiedy 
dowiedział się od lady Denham, że małżeństwo Emmy 
nie  okazało się  totalną  katastrofą, z  której  mógłby  ją 
wyratować, na co zresztą liczył.

Emma,   ze   swojej   strony,   podziwiała   nawet   to 

rodzeństwo.   Niełatwo   rezygnowali   z   raz   powziętego 
zamiaru.   Chociaż   była   żoną   innego,   istniała   jeszcze 
szansa,   żeby   się   przekonała   do   barona.   Dlaczego   nie 
mieliby   próbować?   Dziesięć   tysięcy   funtów,   z   czego 
Emma   doskonale   zdawała   sobie   sprawę,   pozostawało 
sumą nie do pogardzenia.

Jej   mężowi,   czemu   się   wcale   nie   dziwiła,   nagłe 

przybycie barona i jego siostry do Londynu nie sprawiło 
żadnej przyjemności. Kiedy wrócił do domu i zobaczył 
tych   szacownych   gości   w   swoim   salonie,   jego   twarz 
przybrała   ponury   wyraz.   Miło   powitał   młodego 
McAddamsa, ale nie odnosił się przyjacielsko do panny 
Fiony   Bain,   która   tak   mu   się   narzucała,   aż   Emma 
poczuła się zakłopotana.

Brat panny Bain nie usłyszał od Jamesa ani jednego 

względnie   uprzejmego   słowa.   Kiedy   nadarzyła   się 

background image

okazja, że zostali przez chwilę sami, James natychmiast 
zwrócił się do Emmy ściszonym głosem:

- Co oni tu robią? Chyba ty ich nie zaprosiłaś?

Emma,   zaszokowana   sugestią,   że   mogłaby 

podsycać   nadzieje   lorda   MacCreigha,   natychmiast 
zapewniła Jamesa, że nie tylko ich nie zapraszała, ale 
również   się   nie   spodziewała,   że   on   weźmie   Johna 
McAddamsa pod swoją opiekę. Ale to nie ułagodziło 
męża. Nie odniosły także skutku podziękowania Emmy 
za   to,   że   zechciał   zająć   się   chłopcem.   Jej   serce 
przepełniała głęboka wdzięczność i pragnęła ją wyrazić. 
Jego   gniew   wzrósł   jeszcze,   kiedy   Penelope,   pod 
wrażeniem męskiej powierzchowności barona, który nie 
recytował Byrona, jak to robili jej znajomi, a także nie 
wyglądał na mężczyznę cytującego poetów, zwróciła się 
do niego z propozycją.

- A jakie plany na wieczór ma pan i panna Bain, mi 

lordzie? - spytała niewinnym głosem. - Proszę tylko nie 
mówić,   że   jest   pan   gdzieś   już   umówiony.   Ponieważ 
idziemy   dziś   wszyscy   na   bal,   wydawany   na   cześć 
młodej   pary,   myślę,   że   byłoby   wspaniale,   gdyby 
państwo mogli nam towarzyszyć.

Zarówno Regina van Court, jak i lady Denham były 

przerażone, ale kiedy padły te słowa, już nic nie mogły 
zrobić,   poza   wysłaniem   bileciku   do   Cartwrightów   z 
przeprosinami   za   zwiększoną   liczbę   gości.   Natomiast 
James wpadł w taką furię, że musiał wyjść z salonu. 
Emma,   nie   mogąc   patrzeć   na   chełpliwy   uśmieszek 

background image

barona, chętnie poszłaby w ślady męża, choćby tylko po 
to,   żeby   go   powstrzymać,   gdyby   chciał   wyładować 
złość   na   przedmiotach,   ale   wtedy   do   salonu   wpadł 
Fergus   MacPherson   w   swoich   nowych   okularach,   z 
których   był   niesłychanie   dumny.   Doktor   Stoneletter, 
poinformował   chłopi   zebranych,   nie   miał   wielkiej 
nadziei, że Fergusowi uda się w pełni odzyskać dobry 
wzrok,   ale   obecny   stan   da   się   utrzymać   jeśli   będzie 
wykonywał

 

"ćwiczenia" i nosił stale okulary.

To była  dobra  wiadomość,  którą należało uczcić. 

Pojawiły   się   grubo   lukrowane   ciasteczka   -   jak   widać 
Fergus   zaprzyjaźnił   się   na   dobre   z   kucharzem   lady 
Denham.   James   wrócił   do   salonu   i   był   pozornie 
spokojny, chociaż Emma nie mogła się powstrzymać, 
żeby nie zerkać na niego z niepokojem, zastanawiając 
się   jednocześnie,   czy   nie   ma   przy   sobie   pistoletów. 
Przecież   już   raz   wyzwał   lorda   MacCreigha   na 
pojedynek.   Co   mogłoby   go   powstrzymać   przed 
powtórzeniem tej propozycji?

Szczęśliwie   wizyta   przybyszy   z   Faires   dobiegła 

końca bez rozlewu krwi. Lord MacCreigh i jego siostra 
zorientowali się wreszcie, że powinni wrócić do hotelu i 
przebrać się na bal. John McAddams nie miał zamiaru 
skorzystać   z   zaproszenia   Cartwrightów,   uznając 
bibliotekę hrabiego za bardziej interesujące miejsce niż 
sala balowa.

background image

Jeśli lord MacCreigh miał nadzieję, że uda mu się 

przy   pożegnaniu   przytrzymać   dłoń   Emmy   o   ułamek 
sekundy   dłużej   czy   też   podać   jej   liścik   miłosny   - 
chociaż to było mało prawdopodobne, ponieważ baron 
miał wstręt do pisania, to James, który stał przy Emmie, 
obejmując ją ramieniem i zachowując się jak typowo 
zaborczy   mąż,   rozwiał   te   nadzieje.   Gdyby   nie   to,   że 
ostatnie wypadki całkowicie wytrąciły ją z równowagi, 
Emma   zażartowałaby,   że   stał   się   nagle   szalenie 
zazdrosny.

Ale   to   nie   był   czas   na   żarty.   Miała   zbyt   wiele 

rzeczy   do   przemyślenia.   Chętnie   poszłaby   na   spacer, 
szybki spacer morskim brzegiem, jak to robiła na Faires.

Ale nie była na tej małej wyspie. W Londynie nie 

było   morskiego   brzegu.   A   żony   hrabiów   nie 
spacerowały samotnie.

Została więc w domu i stanęła przy oknie na pustej 

klatce schodowej z tyłu domu, żeby się spokojnie nad 
wszystkim zastanowić.

Wiele  czasu minęło, od kiedy ostatnio stała  przy 

oknie   i   wyglądała   na   Park   Lane,   ulicę,   na   której   się 
wychowała. Prawie nic się tu nie zmieniło. Tak samo 
jak   wtedy,   z   eleganckich   powozów   wysiadali   równie 
eleganccy ludzie. Konie, które je ciągnęły, były lepiej 
odżywione - i pewnie lepiej traktowane - niż większość 
jej uczniów na Faires. Niegdyś taka myśl przepełniłaby 
ją   rozpaczą.   Teraz   zastanawiała   się   tylko,   dlaczego 
mieszkańcy   Faires   nie   starają   się   poprawić   swojego 

background image

losu.   Ignorancja   była   prawdopodobnie   główną 
przyczyną   ich   ciężkiego   losu.   Na   przykład   tak   wiele 
osób sprzeciwiało się jej szkole tylko dlatego, że była 
koedukacyjna.   Upierali   się   też,   że   Biblia   jest   jedyną 
książką  wartą  czytania, więc  jeśli  idą  w niedzielę  do 
kościoła,   gdzie   mogą   wysłuchać   ewangelii,   to   po   co 
sami   mają   uczyć   się   czytać?   Nie   mówiąc   już   o   ich 
przekonaniu,   że   whisky   to   lekarstwo   na   wszystko. 
Dobry Boże, Emma bywała przy porodach, gdzie matka 
piła więcej niż ojciec dziecka!

Czy   udało   się   jej,   zastanawiała   się   Emma,   choć 

trochę   zmienić   życie   tych   ludzi,   o   co   tak   usilnie 
walczyli   ze   Stuartem?   Niewątpliwie   John   McAddams 
miał   zapewniony   lepszy   start   -   ale   to   było   zasługa 
Jamesa. A Fergus? Podobnie.

Nie,   jedynym   wynikiem   ich   decyzji   wyjazdu   na 

Faires   była   śmierć   Stuarta.   To   smutne,   ale   taka   jest 
prawda. Jako misjonarka Emma zawiodła całkowicie.

Nawet   gdyby   podjęła   dziesięć   tysięcy   funtów   i 

utopiła je w budowie szkoły, a może nawet i szpitala na 
Faires, czy to przyniosłoby jakiś efekt? Czy wieśniacy 
mogliby się wtedy zmienić? Nie wierzyła już w to. Na 
pewno nie ci starsi. Ale młodzi… dla młodych mogła 
jeszcze być nadzieja.

Jakby czytając jej myśli, pojawił się obok niej jeden 

z tych młodych.

- Pani Chesterton? Co pani robi?

background image

Emma  zobaczyła Fergusa, który spoglądał na nią 

pytającym wzrokiem przez swoje nowe okulary.

- Rozmyślam - powiedziała.

- O lordzie Denham? - spytał chłopak.

Emma   roześmiała   się   nerwowo.   Ostatnio   James 

ciągle zaprzątał jej myśli. To dziwne, że Fergus o nim 
wspomniał. 

- Nie, nie o lordzie Denham. - Emma starała się 

mówić   wesołym   tonem.   -   Czy   powinnam   myśleć   o 
lordzie Denham?

-   Jestem   pewny,   że   on   ma   taką   nadzieję   - 

poinformował ją chłopak obojętnym tonem. - Po tym, 
jak starał się o pani względy.

- Starał się o moje względy? - Emma popatrzyła na 

niego ze zdumieniem. - O czym ty mówisz?

- Powiedziałem mu, że jeśli chce panią zdobyć, to 

musi się starać o pani względy. - Fergus nie odrywał 
wzroku   od   stopni   schodów.   Tak   długo   nie   potrafił 
niczego   wyraźnie   zobaczyć,   że   teraz   nawet   klatka 
schodowa  miała  dla   niego  urok.  Zeskoczył  na   niższy 
stopień   na   jednej   nodze.   -   Jeśli   chce   tę   całą   sprawę 
małżeńską zlepić.

- Ty i lord Denham rozmawialiście na mój temat?

background image

-   Naturalnie.   -   Fergus   wzruszył   ramionami.   - 

Powiedziałem mu: jeśli naprawdę chce ją pan zdobyć, 
to musi się pan starać o jej względy.

Emma czuła, że ciarki przechodzą jej po skórze.

-   A   czy   on   chce?   Czy   chce   to   zlepić?   -   spytała 

ochrypłym głosem.

Fergus tylko westchnął wymownie.

- Pani Chesterton, chyba pani potrzebuje okularów. 

Pożyczyłbym   pani   swoich,   ale   doktor   Stoneletter   nie 
pozwolił   mi   ich   zdejmować.   Mogę   je   zdjąć   dopiero 
wtedy, kiedy kładę się spać.

Emma   patrzyła   na   niego,   nie   mogąc   wymówić 

słowa.

- Myślę, że starał się jak mógł. - Fergus stwierdził, 

że   ta   sprawa   wymaga   wyjaśnienia.   -   To   znaczy 
sprowadził tu Johna, załatwił mi okulary i tak dalej. - 
Znowu   zeskoczył   o   jeden   stopień.   -   Wiem,   że   pani 
kochała   pana   Chestertona.   -Kolejny   skok.   -   Ale   on 
zawsze na nas wrzeszczał, że gramy w piłkę za blisko 
kościoła. - Skok. - Nie myślę, żeby on panią naprawdę 
kochał, tak jak trzeba. A na pewno nie  tak, jak jego 
lordowska mość. - Ostatni skok i Fergus, który wydawał 
się teraz bardzo mały, a jednocześnie dziwnie dojrzały, 
odwrócił się jeszcze do Emmy.

-   Nigdy   jeszcze   nie   widziałam   tak   zakochanego 

mężczyzny, powiedziała moja mama - dodał. - A ona 

background image

się na tym zna. Miała trzech mężów. Idę do kucharza po 
ciastka. Do widzenia. 

I już go nie było.

A   co   miała   zrobić   Emma   po   tej   niezwykłej 

rozmowie?

Usiadła   i   wypłakiwała   sobie   oczy   przez   całe   pół 

godziny.

 

26

To   nieprawda.   To   nie   mogła   być   prawda.   James 

Marbury jest w niej zakochany?

Nie. To niemożliwe. Fergus źle go zrozumiał.

A jednak…

A jednak tyle zrobił dla Fergusa. Dla Johna. Zmusił 

własnego lokaja, żeby zajął się jej szkołą oraz Uną. A 

background image

nawet…   Emma   zarumieniła   się   na   to   wspomnienie. 
James   zniósł   nawet   towarzystwo   tej   nieszczęsnej 
krowy!

Robił to wszystko, a ona nawet przez chwilę nie 

pomyślała   dlaczego.   Przyjmowała   to,   jakby   się   jej 
wszystko należało. Przecież ją skrzywdził. Powinien jej 
to wynagrodzić.

Ale   co   właściwie   miał   jej   wynagrodzić?   Jaką 

krzywdę jej wyrządził? Zawiadomił jej rodzinę, kiedy 
miała   podjąć   decyzję,   która   okazała   się   w   efekcie 
pochopna i nieprzemyślana. Stuart umarł na Faires.

James, co teraz już wiedziała, miał prawo iść do jej 

stryja. Miał  prawo ją powstrzymać.  Gdyby  została  w 
Londynie - gdyby zaczekała - może Stuart by jeszcze 
żył.

A już na pewno nie znalazłaby się w takiej sytuacji 

jak   teraz   -   nie   byłaby   jedyną   spadkobierczynią 
mordercy jej męża.

Ale   czy   James   robił   to   wszystko   dlatego,   że   ją 

kochał? Nie. James nigdy nie zdradzał innych uczuć dla 
niej poza żartobliwą tolerancją. Nigdy nie usłyszała od 
niego   żadnego   czułego   słowa.   Wręcz   przeciwnie. 
Zawsze   się   z   nią   sprzeczał,   a   nawet   często   ją 
krytykował.

Z   wyjątkiem   łóżka.   Ta   myśl   zadźwięczała   jak 

dzwonek alarmowy. Z wyjątkiem łóżka.

background image

Dlaczego,   kiedy   ją   całował,   potrafił   natychmiast 

pozbawić ją oddechu i zdolności myślenia? Dlaczego, 
kiedy się do niej zbliżał, jej serce zamierało w piersi? 
Czy   chciał   wyrazić   jej   miłość,   posługując   się   swym 
ciałem, bo nie mógł z jakiegoś powodu zdobyć się na to, 
żeby wyrazić ją słowami?

A   może   był   tak   zręcznym   i   doświadczonym 

kochankiem, że potrafił to wszystko w niej wzbudzić, 
sam niczego nie odczuwając? Emma nie uważała się za 
kobietę światową - dawne kochanki Jamesa na pewno 
były o wiele bardziej biegłe w sztuce miłosnej niż ona - 
ale nawet niewinna kobieta zobaczy różnicę pomiędzy 
kochaniem… a udawaniem.

A w tym, co się między nimi działo w sypialni, nie 

było nic udawanego.

Czy   ona   rzeczywiście   była   tak   głupia   -   takim 

zakutym   łbem,   jak   jej   to   często   powtarzała   stryjenka 
Regina - że dopiero dziecko musiało jej wytłumaczyć, 
dlaczego się tak działo?

Niestety,   odpowiedź   na   to   pytanie   brzmiała:   tak, 

była aż tak głupia.

Co ma teraz zrobić? Nie była zdolna do żadnych 

odczuć poza ogromnym zdziwieniem wywołanym nie 
tylko rewelacjami Fergusa, ale jej własną reakcją. James 
Marbury, dziewiąty hrabia Denham kocha ją… kochał 
ją zapewne już od dłuższego czasu. Niczym innym nie 

background image

można wytłumaczyć, co dopiero teraz spostrzegła, jego 
zachowania.

Ale dlaczego nic nie mówił?

Pewnie dlatego, że myślał, że ona go nie cierpi.

To wszystko było niesłychane. Mogło doprowadzić 

do szaleństwa. Nie będzie już o tym myśleć. Fergus sam 
nie wiedział, co mówi.

Tyle tylko że Emma już dawno się przekonała, że 

Fergus zawsze doskonale wiedział, co mówi - był jedną 
z niewielu znanych jej osób, o których można to było 
powiedzieć, drugi był…

James.

"Nadal   chcesz   się   starać   o   unieważnienie  

małżeństwa?"   Te   słowa   znowu   zadźwięczały   jej   w 
uszach. Może to pytanie nie odnosiło się do tego, co 
zrobili, ale do jego uczuć?

Emma   siedziała   zamyślona   przy   toaletce. 

Pokojówka   lady   Denham   układała   jej   włosy,   kiedy 
otworzyły się drzwi i wszedł James.

Miał na sobie czarny frak, jego włosy były wilgotne 

po kąpieli. Był zabójczo przystojny.

Nie mogła już dłużej się okłamywać.

Kochała go.

background image

On   z   niej   żartował,   często   ją   irytował,   a   nawet 

czasami doprowadzał do wściekłości. Ale zawsze mogła 
na niego liczyć. Nigdy się jeszcze nie zdarzyło - poza 
tym jednym wypadkiem, kiedy oświadczyła mu, że chce 
poślubić innego - żeby James nie zrobił wszystkiego, co 
było w jego mocy, żeby ją uszczęśliwić.

- Już kończę, milordzie. - Pamela, pokojówka lady 

Denham,   wsuwała   ostatnie   szpilki   w   bujne   włosy 
Emmy. Popatrzyła w ogromne lustro w złotych ramach i 
uśmiechnęła   się   z   zadowoleniem.   -   Pięknie   pani 
wygląda, milady. - Po chwili na jej twarzy pojawił się 
wyraz troski. - Ale jest pani bardzo blada. Może się pani 
zaziębiła? 

To pytanie nie było pozbawione podstaw. Madame 

Delanges dołożyła starań, żeby odsłonić ramiona i biust 
Emmy na tyle, na ile pozwalał dobry smak. Dekolt był 
tak śmiały, że trudno było uwierzyć, że niebieska suknia 
Emmy może się utrzymać na ramionach.

Jednak   głęboko   wycięta   suknia   nie   miała   nic 

wspólnego   z   faktem,   że   Emma   nagle   zbladła. 
Spowodował to widok jej męża, mężczyzny, w którym, 
jak   sobie   wreszcie   uświadomiła,   była   beznadziejnie 
zakochana.

- Przyniosę pani szal - powiedziała pokojówka. Po 

chwili dodała konspiracyjnym szeptem: - Jej lordowska 
mość ma słoik różu, on przywróci kolor pani policzkom.

background image

Ale James miał tak dobry słuch, że potrafił usłyszeć 

nawet najcichszy szept.

-   To   nie   będzie   potrzebne   -   powiedział   sucho.   - 

Moja żona nie będzie się malować.

- Oczywiście, milordzie. - Pamela dygnęła, zerknęła 

na   Emmę   i   wyszła   z   pokoju.   Widać   była,   że   miała 
wielką ochotę się roześmiać.

Natomiast Emmie daleko było do śmiechu. Jeszcze 

nigdy w życiu nie była tak śmiertelnie poważna.

- Miejmy nadzieję, że to przywróci rumieniec na 

twoje policzki - powiedział James  równie neutralnym 
tonem,   jakim   zwracał   się   do   służby.   Podszedł   do 
toaletki   i   położył   na   kolanach   Emmy   długie,   czarne 
puzderko.

Była   tak   zaabsorbowana   swoimi   myślami,   że   nie 

zauważyła   nawet,   że   na   jej   kolanach   leży   kasetka   z 
biżuterią.   Patrzyła   na   Jamesa   uważnym   wzrokiem, 
szukając na jego twarzy dowodu na to, że słowa Fergusa 
były prawdziwe.

-   Nie   jesteś   zaziębiona,   Emmo?   -   James   uniósł 

brew, zdumiony jej badawczym wzrokiem. - Wyglądasz 
nieswojo.

Co   mogła   zrobić?   Co   powiedzieć?   Przecież   nie 

mogła  zapytać go wprost: "James, czy to prawda, że 
mnie kochasz?
"

background image

Byłaby   zdruzgotana,   gdyby   roześmiał   się   w 

odpowiedzi lub kategorycznie zaprzeczył.

Otrząsnęła się i spojrzała na puzderko.

-   Nie.   Czuję   się   dobrze   -   powiedziała,   nie 

podnosząc wzroku.

Dopiero teraz otworzyła kasetkę.

Zobaczyła   lśniące   szafiry,   które   były   równie 

intensywnie niebieskie, jak jej  suknia i, chociaż o tym 
nie wiedziała, odzwierciedlały kolor jej oczu. Ta kolia i 
należące   do   kompletu   kolczyki   były   najpiękniejszą 
rzeczą, jaką kiedykolwiek widziała.

-   Zanim   zaczniesz   mnie   pouczać   -   powiedział 

James, wyjmując naszyjnik z puzderka i wkładając go 
jej   na   szyję   -   że   te   pieniądze   można   byłoby   o   wiele 
lepiej   wykorzystać,   posyłając   je   jakiemuś   biednemu 
misjonarzowi z afrykańskiej wioski, pozwól zauważyć, 
że   te   klejnoty   należały   do   mojej   rodziny   już   wtedy, 
kiedy   ani   mnie,   ani   ciebie   nie   było   na   świecie.   Nie 
miałem   więc   nic   wspólnego   z   ich   zakupem.   Muszę 
jednak przyznać - dodał, patrząc na odbicie Emmy w 
lustrze - że ja, ze swojej strony, popieram ten wydatek.

Emma nie rozumiała, jak on mógł się tak beztrosko 

zachowywać,   jeśli   czuł   to   samo   co   ona.   Jeśli   to,   co 
mówił   Fergus   było   prawdą,   to   James   już   od   dawna, 
świadomy swoich uczuć, nauczył się je ukrywać.

background image

Zarumieniona   ponownie   Emma   opuściła   wzrok, 

dotykając końcami palców gładkich, chłodnym kamieni 
kolii.

- Dziękuję ci, James. - To było wszystko, co zdołała 

z siebie wydobyć.

- Ślicznie wyglądasz - zapewnił ją mąż, sięgając po 

jej   nowe   wieczorowe   okrycie,   białą   pelerynkę, 
lamowaną   gronostajami.   -   Podobnie   jak   ty,   nie   mam 
ochoty   uczestniczyć   w   tym   upiornym   balu,   ale   poza 
udawaniem choroby, nie widzę innego wyjścia, by się z 
tego   wyplątać.   Tylko   się   tam   pokażemy   i   jak 
najszybciej wrócimy do domu.

Emma   wstała   od   toaletki,   a   on   narzucił   jej 

pelerynkę   na   ramiona,   muskając   końcami   palców   jej 
nagą skórę. Czy to jest miłość? - pomyślała. To, czego 
teraz   doświadczała,   było   dla   niej   zupełnie   nowe, 
niepodobne do tego, co czuła do Stuarta. Były nawet 
takie okresy, że unikała pocałunków Stuarta, którymi i 
tak bardzo rzadko ją obdarowywał. A teraz była pewna, 
że   przeszłaby   boso   przez   ogień,   żeby   poczuć   usta 
Jamesa na swoich wargach.

-   Cudownie   wyglądasz!   -   Okrzyk   lady   Denham 

wytrącił Emmę z zamyślenia. James sprowadził ją już 
ze schodów, a w holu czekała na nich jego matka. - 
Moja droga, jesteś niezwykle urodziwą kobietą. James, 
w   całym   Londynie   nie   mógłbyś   znaleźć   piękniejszej 
żony.

background image

-   To   prawda   -   odrzekł   James   suchym   tonem.   - 

Musiałem pojechać aż na Szetlandy, żeby ją znaleźć.

Lady Denham serdecznie się roześmiała. Była we 

wspaniałym   humorze.   Bawiło   ją   nawet   to,   że   lokaj, 
który   pomagał   jej   wsiąść   do   powozu,   omal   nie 
wepchnął   jej   w   kałużę.   Śmiała   się   z   pokojówki 
Cartwrightów, która nastąpiła na brzeg jej sukni, kiedy 
pomagała jej zdjąć pelerynkę. Śmiała się też z Emmy, 
której policzki były tak czerwone, że nie musiała stać w 
damskiej   garderobie   i   szczypaniem   przywracać   im 
rumieńce, jak to właśnie robiły Penelope van Court i 
Fiona Bain. Lady Denham żartowała nawet z własnego 
syna, który nie mógł służyć ramieniem czterem damom 
naraz, kiedy wszystkie wyszły z garderoby.

Na   szczęście   panna   Bain,   ubrana   w   prostą   białą 

suknię,   która,   chociaż   już   od   dawna   niemodna, 
podkreślała jej zgrabną figurę i płomiennorude włosy, 
została natychmiast porwana do tańca, i to przez syna i 
dziedzica   księcia   Rutherforda.   Fiona,   co   jej   zapewne 
wyszło   na   dobre,   nie   miała   pojęcia,   że   jej   partner 
pochodzi z tak wielkiego rodu. Chociaż rozczarowana, 
że   tak   szybko   pozbawiono   ją   towarzystwa   Jamesa, 
zachwycała się salą balową, z której sufitu nie kapała 
woda jak w jej rodzinnym zamku.

Z   kolei   Penelope   van   Court,   kiedy   się   tylko 

pojawiła na sali balowej, dostała się zaraz pod opiekę 
Geoffreya Baina, który nie spuszczał co prawda wzroku 
z Emmy, nie był jednak na tyle głupi, żeby tracić czas 

background image

dla kobiety, której ręka - nie mówiąc już o pieniądzach - 
należała do innego.

Emma   patrzyła   na   tańczące   pary   nieobecnym 

wzrokiem. Nie potrafiła jeszcze ogarnąć umysłem tych 
wszystkich przemian, które dokonały się w niej w ciągu 
ostatnich   godzin.   Podawała   dłoń   i   uśmiechała   się 
automatycznie, słysząc, jak życzono jej szczęścia. Ale 
jej uwaga skupiona była wyłącznie na stojącym obok 
mężczyźnie, który również stale ściskał dłonie.  Co on 
teraz   myśli?
  -   zastanawiała   się   w   duchu.   Jeśli   to,   co 
mówił Fergus, było prawdą, to musiał wysłuchiwać tych 
gratulacji z goryczą w sercu, wiedząc, że unieważnienie 
małżeństwa szybko położy kres rzekomemu szczęściu.

A   co   gorsza,   jeśli   jej   nie   kochał,   to   te   życzenia 

mogły w nim budzić tylko śmiech!

Chociaż   Emma   nie   potrafiła   wzbudzić   w   sobie 

wesołości i nie przypuszczała, żeby James czuł się tak 
swobodnie, jak udawał, nie ulegało wątpliwości, że lady 
Denham była w swoim żywiole. Jeszcze nigdy Emma 
nie   widziała   matki   Jamesa   w   tak   radosnym   nastroju. 
Podając dłoń gościom Cartwrightów, którzy kolejno do 
nich   podchodzili,   matka   Jamesa   udzielała   im   coraz 
bardziej   wylewnych   odpowiedzi.   "Nie   mógłby   być 
bardziej   szczęśliwy
",   tym   zwrotem   lady   Denham 
opisywała  stan ducha swojego syna. Nie mógłby być 
bardziej szczęśliwy, bo wreszcie poślubił kobietę, którą 
kochał? - zastanawia się Emma. Czy też nie mógłby być 
bardziej  szczęśliwy,  bo chciał, żeby tak myślała  jego 

background image

matka? James świetnie odgrywał rolę dumnego męża, 
otaczał   ramieniem   kibić   Emmy   i   uśmiechał   się   tak 
radośnie jak nigdy.

Tylko   raz,   jak   zauważyła   Emma,   ten   uśmiech   z 

lekka przygasł. Było to wtedy, gdy usłyszał odpowiedź 
matki  na  czyjeś  pytanie, w jaki  sposób ta  szczęśliwa 
para została parą.

-   To   niesłychana   historia!   -   wykrzyknęła   lady 

Denham. - James pojechał do Szkocji, żeby przywieźć 
zwłoki Stuarta, ale zamiast tego wrócił z żoną. To była 
niewesoła podróż, ale miała szczęśliwe zakończenie. - 
Nieoczekiwanie matka Jamesa odwróciła się do młodej 
pary.   -   Moi   drodzy,   kiedy   mamy   się   spodziewać 
sprowadzenia Stuarta? Czy Roberts się tym zajmuje?

Emma poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. 

Była  znowu bardzo blada. Nie  mogąc  wykrztusić ani 
słowa,   patrzyła   tylko   na   matkę   Jamesa   przerażonym 
wzrokiem.

- Mamo - usłyszała szept Jamesa. - Nie teraz!

Ale   lady   Denham   była   tak   ożywiona,   że   nie 

zdawała sobie sprawy, że ten temat może być niemiły 
dla jej syna i nowej synowej.

-   Kazałam   Billingsowi   zrobić   napis   -   ciągnęła.   - 

Niewielki, ale bardzo znaczący.

Wydawało się Emmie, że cała sala balowa dziwnie 

się   przechyliła   -   jak   pokład   statku.   Zastanawiało   ją 

background image

tylko,   że   wszyscy   utrzymują   równowagę,   którą   ona 
coraz bardziej traciła.

- Mamo - powiedział James, tym razem nie był to 

szept. - Dosyć tego!

Lady   Denham,   która   była   niesłychanie   poczciwą 

istotą i nie zamierzała nikomu sprawiać bólu, przeniosła 
wzrok z syna na synową i uśmiech zniknął z jej twarzy.

-   Och,   tak   mi   przykro.   To   rzeczywiście   nie   jest 

odpowiedni temat do rozmowy na sali balowej. Ja się 
tylko martwię, że Stuart jest tak daleko. Wiem, że byłby 
bardzo   usatysfakcjonowany,   że   wy   dwoje   -   którzy 
byliście   mu   tak   drodzy,   jesteście   ze   sobą   szczęśliwi. 
Czy nie sądzicie, że chciałby być blisko was?

Jeśli lady Denham zamierzała pocieszyć Emmę, to 

jej wysiłki odniosły odwrotny skutek. Sala balowa nadal 
się   kołysała,  a   teraz   jeszcze   Emma   nie   mogła   złapać 
oddechu. Łzy błyszczały w jej oczach, chociaż starała 
się je powstrzymać.

James   zauważył   to.   Już   prawie   wszyscy   zdążyli 

złożyć im gratulacje, tańczyli albo gromadzili się przy 
stołach  z   przekąskami.  Widział   jej   bladą   twarz   i,  jak 
przypuszczała Emma, nieładnie zaczerwienione oczy.

- Emmo - powiedział tylko, mocniej podtrzymując 

ją ramieniem.

On nie mógł tego zrozumieć. Emma wiedziała, co 

myślał… że ona płacze z powodu Stuarta, że nadal go 

background image

kocha   i   dlatego   każda   wzmianka   o   nim   albo   o   jego 
grobie doprowadzają do łez.

Gdyby   znał   prawdę!   Prawdę,   której   nigdy   nie 

ośmieliła się mu wyjawić…

- Muszę - odezwała się Emma, siląc się na beztroski 

ton i mając nadzieję, że za chwilę nie rozpłacze się w 
głos - iść na chwilę do garderoby. Rozwiązały mi się 
tasiemki przy pantofelku.

Szczęśliwie   udało   się   jej   wymknąć.   Było   to 

możliwe, ponieważ właśnie jakiś spóźniony gość, który 
okazał się partnerem Jamesa w interesach, podszedł do 
niego   z   gratulacjami.   Emma   wyślizgnęła   się   z   objęć 
hrabiego i wybiegła z sali balowej do holu, w którym 
nie było nikogo.

Usiadła na najbliżej stojącej kanapce i ukryła twarz 

w   dłoniach,   modląc   się,   żeby   podłoga   przestała   się 
kołysać   i,   kiedy   odejmie   ręce   od   twarzy,   mogła 
zobaczyć,   że   jest   z   powrotem   na   Faires…   gdzie   co 
prawda była najbardziej nieszczęśliwą istotą na ziemi, 
ale   przynajmniej   tam   nie   musiałaby   wyznać 
człowiekowi,   którego   kocha,   tego,   co   teraz   będzie 
musiała wyznać Jamesowi.

 

background image

 

27

Kiedy   Emma   powtarzała   to   sobie   w   duchu, 

usłyszała   jakiś   okrzyk   i   uniósłszy   głowę   zobaczyła 
ciemnowłosą dziewczynę w pięknej aksamitnej sukni, 
która przebiegła obok niej i zniknęła w głębi korytarza. 
Po   chwili   rozległy   się   szybkie   kroki   i   oczom 
zaszokowanej Emmy ukazał się baron MacCreigh, który 
biegł za dziewczyną.

Na   widok   Emmy   zatrzymał   się   gwałtownie.   Na 

jego twarzy malował się niepokój; ustąpił z niej wyraz 
wyższości,   którą   Geoffrey   Bain   bezustannie 
demonstrował.

- To była Clara - powiedział nieswoim głosem.

Zdumiona   Emma   zapomniała   tymczasem   o 

własnych kłopotach i spojrzała w kierunku, w którym 
uciekła dziewczyna. Ale tamta zdążyła już się ukryć w 
damskiej garderobie.

-   Milordzie   -   powiedziało   cicho   Emma,   żeby   go 

uspokoić.

Szczęśliwie   podłoga   się   już   wyprostowała   i   nie 

wydawało   się   jej,   że   stoi   na   pokładzie   miotanego 

background image

wichrem statku. Teraz, z kolei, odczuła nagły ucisk w 
żołądku.

-   Proszę   mi   tylko   nie   mówić,   że   to   nie   ona   - 

powiedział gwałtownie lord MacCreigh. - Wiem, że to 
ona! Wszędzie rozpoznałbym jej włosy.

- Widział pan jej włosy, ale czy widział pan twarz, 

milordzie? - spytała Emma.

- Nie muszę oglądać jej twarzy. To figura Clary, jej 

chód,   jej   włosy…   Niech   pan   tam   idzie,   Emmo. 
Wyprowadzi ją z garderoby. Ona panią lubiła. Posłucha 
pani. Niech jej  pani  powie, że  nie  powinna  się  mnie 
obawiać.   Proszę   jej   powiedzieć,   że   chcę   się   tylko 
upewnić, że żyje i dobrze się czuje…

- Milordzie - powiedziała Emma  cichym głosem, 

nie ruszając się z miejsca. - To nie była Clara.

- Oczywiście, że tak - upierał się lord MacCreigh. - 

Gdyby   to   nie   była   ona,   to   dlaczego   by   przede   mną 
uciekała?

Emma już mu chciała powiedzieć, że nie powinien 

się dziwić, że dziewczyna przed nim uciekła. Na pewno 
przeraziła się rudego mężczyzny, który biegł do niej, 
wykrzykując   nieznane   jej   imię.   Emma   lepiej   niż 
ktokolwiek   inny   wiedziała   że   Clary   już   nikt   nie 
zobaczy.

-   Traci   pani   czas,   Emmo   -   powiedział   baron, 

podchodząc do kanapki, na której siedziała. - To była 

background image

ona,   mówię   pani.   Zawsze   wiedziałem,   że   ona   i   ten 
łajdak   Stevens   pojechali   do   Londynu.   W   tak   dużym 
mieście łatwo jest zniknąć bez śladu. Niech pani idzie i 
spyta, dlaczego ona nie chce ze mną rozmawiać. Ona 
pani powie. Zawsze pani wszystko mówiła…

- Lordzie MacCreigh - powiedziała Emma,  nadal 

nie ruszając się z miejsca. - Nie wydaje mi się…

- To ona! - Baron zaczął krążyć nerwowo po holu,, 

nie odrywając wzroku od drzwi damskiej garderoby. - 
Emmo   dlaczego   pani   mi   nie   wierzy?   To   była   Clara, 
przysięgam.

- Nie - stwierdziła Emma ze smutkiem w głosie. - 

Przykro mi, milordzie, ale to nie ona.

Lord   MacCreigh   westchnął   tylko   i   odwrócił   się, 

żeby udać się do sali balowej.

-   Dobrze   -   powiedział.   -   Jeśli   pani   nie   chce   jej 

stamtąd   wyprowadzić,   zrobi   to   Fiona.   Proszę   tylko 
zostać na miejscu i patrzeć, czy nie wyjdzie stamtąd, 
zanim wrócę…

- Lordzie MacCreigh - zawołała Emma. - Geoffreyu 

- dodała po chwili.

To go powstrzymało. Odwrócił się do niej nie tyle 

zaciekawiony, co zdumiony, że po raz pierwszy usłyszał 
swoje imię z jej ust.

background image

- Proszę koło mnie usiąść - powiedziała. - Muszę 

panu   coś   powiedzieć.   Powinnam   była   już   to   zrobić 
dawno   temu,   ale…   musiałam   przyrzec,   że   tego   nie 
wyjawię. Lepiej jednak będzie… uważam, że powinien 
pan poznać prawdę.

Baron,   którego   piegowata   twarz   była   i   tak   dość 

blada, teraz zbladł jeszcze bardziej.

-   Zaskoczyła   mnie   pani,   Emmo   -   powiedział 

niespokojnym   głosem,   siadając   obok   niej.   -   Wygląda 
pani… niezbyt dobrze pani wygląda.

Pan też nie, przemknęło jej przez głowę. A kiedy 

już   mu   wszystko   powie,   baron   MacCreigh   będzie 
wyglądał   jeszcze   gorzej.   Ale   nic   na   to   nie   mogła 
poradzić.

-   Lordzie   MacCreigh   -   powiedziała   poważnym 

tonem. - Nie mógł pan widzieć Clary, ponieważ ona nie 
żyje.

Baron wydawał się zaszokowany, ale natychmiast 

spochmurniał.

- Emmo! - wykrzyknął. - Nie wyobrażałem sobie, 

że  pani  da  posłuch wiejskim plotkom!  Proszę  mi  nie 
mówić, że pani' wierzy w to, że  ich oboje zabiłem i 
wrzuciłem ciała…

- Nie  - zapewniła  go Emma.  -  Nie  wierzę  w to, 

milordzie,   i   nigdy   nie   wierzyłam,   ponieważ   znam 

background image

prawdę.   A   prawdą   jest,   że   biedna   Clara   naprawdę 
umarła…

- Emmo! - Lord MacCreigh potrząsnął tylko głową. 

- To zupełnie do pani niepodobne! Wiem, że chce mnie 
pani   powstrzymać   przed   wywołaniem   skandalu   na 
przyjęciu, które zostało wydane na pani cześć, ale żeby 
posuwać się do opowiadania takich historyjek…

-   To   nie   jest   historyjka   -   przerwała   mu   Emma. 

Mówiła   do   niego   tak   samo   łagodnym   głosem,   jakim 
przemawiała   do   swoich   uczniów,   kiedy   miała   im 
przekazać złe nowiny. - Clara, milordzie, zmarła sześć 
miesięcy temu, podczas epidemii tyfusu. Przykro mi, ale 
prosiła, żeby pana o tym nie zawiadamiać. Nie chciała, 
żeby pan…

Lord   MacCreigh   zerwał   się   na   nogi,   omal   nie 

przewracając   sofy,   na   której   siedzieli.   Stanął   przed 
Emmą, szary na twarzy.

- Pani kłamie - powiedział.

Miał   taki   wyraz   twarzy,   że   nadchodząca   para 

natychmiast zawróciła na jego widok. Baron nawet ich 
nie zauważył.

-   Nie   mogła   jej   pani   widzieć   przed   sześcioma 

miesiącami   -   powiedział.   -   Ona   uciekła   o   wiele 
wcześniej…

- Wiem - przyznała Emma. - Ale potem wróciła.

background image

-   To   niemożliwe!   -   krzyknął   baron.   -   Gdyby 

wróciła, ja bym o tym wiedział!

-   Miała   powód,   żeby   swój   powrót   utrzymać   w 

tajemnicy. - W oczach Emmy zaszkliły się łzy. - Och, 
Geoffreyu, tak mi przykro. Ale ona nie chciała, żeby 
pan się dowiedział…

Kiedy   zamilkła,   lord   MacCreigh   obrzucił   ją 

smutnym spojrzeniem.

- Czego?

- Nie mogę panu powiedzieć. - Emma potrząsnęła 

głową.   -   Przysięgłam   jej,   że   nie   powiem…   ona   tak 
bardzo chciała utrzymać to przed panem w tajemnicy.

Lord   MacCreigh   przeczesał   drżącymi   palcami 

swoje rude włosy.

-   Czy   chce   mi   pani   powiedzieć…   -   Nie   zdawał 

sobie chyba nawet sprawy, że jak szaleniec krąży wokół 
Emmy. - Emmo, czy chce mi pani powiedzieć, że przez 
cały czas - przez tyle miesięcy - wiedziała pani, że Clara 
nie   żyje,   że   nie   zginęła   z   mojej   ręki,   jak   wszyscy 
mówili… i zachowała pani tę wiadomość dla siebie?

Mogła   tylko   skinąć   potakująco   głową.   To,   co 

mówił, było prawdą.

- Mogła pani - powiedział baron, zatrzymując się 

przed nią - jednym słowem oczyścić mnie z zarzutów i 
wybrała pani milczenie?

background image

- Nie wybrałam - powiedziała szybko. - Mówiłam 

panu, że kazała mi przysiąc…

-   Wiedziała   pani   i   niczego   nie   powiedziała?   - 

krzyknął głośno baron.

Nieszczęśliwym   trafem   lord   Denham,   który 

wyruszył   na   poszukiwanie   żony,   wyszedł   w   tym 
momencie   zza   rogu.   Akurat   wtedy,   kiedy   baron 
pochylał   się  w  groźnej  pozie   nad jego  żoną,  a  przed 
chwilą   krzyczał   wręcz   na   nią   w   sposób   niegodny 
dżentelmena.

Na widok hrabiego Geoffrey Bain szybko odsunął 

się od Emmy.

- To nie to, co pan sobie wyobraża - wymamrotał. 

Emma zerwała się z sofy.

-   Och,   James,   nie!   -   krzyknęła.   Ale   już   było   za 

późno.

 

28

background image

-   Nie   powinieneś   był   tak   mocno   go   uderzyć   - 

powiedziała Emma, siadając przy toaletce.

- On ci groził - upierał się James. - Wyglądało na 

to, że chciał cię zaatakować.

- Lord MacCreigh? - Emma potrząsnęła głową. - Na 

balu u Cartwrightów?

- Nadal uważam, że to było możliwe. Mówiono już 

o nim o wiele gorsze rzeczy.

- On był tylko wytrącony z równowagi. - Emma 

zaczęła   wyjmować   szpilki   z   włosów.   -   Właśnie 
dowiedział się o czymś strasznym.

- Skąd miałem o tym wiedzieć? Widziałem tylko, 

że Geoffrey Bain, mężczyzna, który kiedyś chciał cię 
poślubić, wyraźnie ci groził. - James oparł się łokciem o 
gzyms kominka, starając się nie zwracać uwagi na ból 
prawej ręki i nie odrywając wzroku od żony. - A co to 
były za złe nowiny?

Emma zerknęła na jego odbicie w lustrze i szybko 

odwróciła wzrok. 

background image

- Wydawało mu się, że widział Clarę - powiedziała. 

Wzięła szczotkę do włosów, mocno zaciskając na niej 
palce.

- Clarę? - James ściągnął brwi. - Swoją narzeczoną?

- Tak - przyznała Emma, nie odrywając wzroku od 

trzymanej w ręku szczotki.

-   Jak   to   możliwe?   Przecież   ona   uciekła   z   jego 

lokajem, a on ją potem zamordował. Czy tak nie było? - 
James zaczął okazywać zniecierpliwienie.

- Nie - odrzekła Emma. - Nie zamordował jej. To 

fałszywa, od początku do końca zmyślona plotka. To 
znaczy, ta część, która dotyczy morderstwa.

- Rzeczywiście? - James uniósł brwi.

Niezbyt   interesowała   go   rozmowa   o   miłosnych 

perypetiach   Geoffreya   Baina.   Wolałby   mówić   o 
własnych. Nie sądził jednak, żeby Emma zechciała teraz 
na ten temat dyskutować.

Nie   dziwił   się   temu.   Widział   wyraz   jej   twarzy, 

kiedy   jego   matka   wspomniała   o   sprowadzeniu   ciała 
Stuarta.   Żałował,   że   nie   uprzedził   matki,   żeby   nie 
poruszała   tego   tematu.   Ale   od   ich   przyjazdu   do 
Londynu   tyle   rzeczy   się   wydarzyło,   że   wszyscy 
chwilowo   zapomnieli   o   jego   prawdziwej   przyczynie 
wyjazdu na Faires.

background image

Fatalna pomyłka! Było oczywiste, że temat śmierci 

Stuarta nadal sprawiał Emmie ból…

Siedziała  teraz  z   opuszczoną   głową,  trzymając   w 

ręce oprawną w srebro szczotkę. Zegar wybił godzinę. 
Było   jeszcze   wcześnie.   Wyszli   od   Cartwrightów 
natychmiast   po   awanturze   Jamesa   z   baronem,   nie 
żegnając   się   z   nikim.   Nawet   matka   Jamesa, 
nieświadoma   tego,   co   wydarzyło   się   w   holu,   była 
jeszcze na balu. Baron znalazł pociechę w ramionach 
Penelope,   która   była   przypadkowym   świadkiem   tej 
sceny.   Kuzynka   była   przerażona   i   pełna   współczucia 
dla, jak uważał James, niewłaściwej osoby.

Dla lorda Denham tego już było trochę za wiele. 

Musiał walczyć o uczucie Emmy nie tylko z duchem jej 
pierwszego męża, ale jak się okazało, również z jakimiś 
rudym baronem.

- Czy to w końcu była Clara - spytał - ta osoba, 

którą zobaczył MacCreigh?

- Nie - powiedziała cicho Emma, nadal nie patrząc 

mu w oczy. - Clara nie żyje.

-   Wydawało   mi   się,   że   mówiłaś…   -   James   był 

zdumiony.

- Nie zabił jej lord MacCreigh - powiedziała Emma. 

- Zabił ją tyfus.

- Tak? To dlaczego wszyscy…

background image

- Bo ja nikomu tego nie powiedziałam. - Emma nie 

odrywała   wzroku   od   szczotki.   -   Tego,   co   się   stało   z 
Clarą.   Prosiła   mnie   o   to.   Zmusiła   mnie,   żebym 
przysięgła, że tego nie zrobię. Ale teraz… Teraz muszę 
to powiedzieć, ponieważ… Och, James. - Spojrzała na 
niego   błyszczącymi   od   łez   oczami.   -   Muszę   ci 
powiedzieć o Stuarcie i Clarze.

James   osłupiał.   Ostatnią   rzeczą,   jakiej   mógł   się 

spodziewać,   była   wiadomość   o   powiązaniach   jego 
kuzyna   z   narzeczoną   lorda.   Był   tak   zaskoczony,   że 
zaczął podejrzewać, że się przesłyszał.

- Co mówiłaś?

-   Musimy   porozmawiać   o   Stuarcie   -   stwierdziła 

Emma, odkładając szczotkę. - To ładnie z twojej strony, 
że   mnie   o   to   nie   pytałeś,   ale   uważam   że…   że   teraz 
należy o tym mówić.

- Wydawało mi się - powiedział James, który nagle 

zapragnął wziąć ją w ramiona i scałować wyraz troski z 
jej twarzy - że nie chciałaś rozmawiać o Stuarcie.

- To prawda. Ale teraz chcę.

James zdjął łokieć z gzymsu. Chętnie zadzwoniłby 

teraz po kamerdynera. Przydałaby mu się szklaneczka 
whisky. Nie miał odwagi wysłuchać na trzeźwo tego, co 
zaraz   usłyszy.   Narzeczona   MacCreigha   i   jego   kuzyn 
Stuart? To niemożliwe. Absolutnie niemożliwe. Ale z 
drugiej strony, to mogłoby… wyjaśnić kilka spraw.

background image

- Słucham cię, Emmo.

Siedziała   na   stołeczku   przed   toaletką   z   nisko 

opuszczoną   głową.   Jej   ciemnoniebieskie   oczy,   koloru 
kolii,   którą   miała   na   szyi,   były   wpatrzone   w 
niewidzialne dla Jamesa obrazy.

- Został zabity - powiedziała.

Jej matowy głos, tak różny od piskliwych głosików 

innych   kobiet,   z   lekka   drżał.   James   wiedział,   że 
cokolwiek Emma  miała do powiedzenia, będzie ją  to 
wiele kosztować. O wiele  więcej niż  dziesięć tysięcy 
funtów.

- Wiem o tym - powiedział łagodnie. - Przez tego 

faceta, O'Malleya.

- Wiesz jak zginął, ale nie wiesz dlaczego. To się 

zdarzyło podczas szczytu epidemii tyfusu. - Emma nie 
odrywała wzroku od swoich rąk. - Pani O'Malley - bo 
tak o niej mówiliśmy, oni nie mieli prawdziwego ślubu - 
była   umierająca.   Tom   O'Malley   przyszedł   do   nas, 
ponieważ wielebny Peck był wtedy w innym domu - nie 
pamiętam już gdzie - bo czuł, że już nadszedł czas na 
ostatnie   namaszczenie.   Pan   O'Malley   był   wprost 
nieprzytomny   z   rozpaczy.   Chociaż   on   i   Ginnie,   tak 
miała   na   imię,   nie   wzięli   nigdy   ślubu,   jednak   przez 
wiele lat byli ze sobą i on ją szczerze kochał, na swój 
sposób. Ale Ginnie… ona zawsze była dziwna. Rzadko 
chodziła   do   kościoła.   Stuart   prosił   ją,   żeby   robiła   to 
częściej - albo przynajmniej zgodziła się, żeby wielebny 

background image

Peck   udzielił   jej   i   Tomowi   ślubu.   Ale   ona   tylko   się 
śmiała.   Po   prostu   była   dziwna.   Bardzo   kochała 
przyrodę.   Zawsze   pytała   Stuarta,   dlaczego   Bóg   nie 
mógłby usłyszeć jej modlitwy, kiedy ona jest z owcami 
na   łące,   równie   wyraźnie,   jakby   była   w   kościele. 
Przecież sam stworzył ziemię i to wszystko, co na niej 
jest.

Emma   zamilkła   i   odwróciła   głowę   w   kierunku 

Jamesa.

- Kiedy dotarliśmy do domu O'Malleyów - ja też 

poszłam, żeby w czymś pomóc, jeśli będzie potrzeba - 
Ginnie była całkowicie przytomna. Ledwie ją poznałam, 
taka była szara i wychudzona, ale jej umysł był równie 
bystry   jak   zawsze.   Stuart   zaczął   mówić   o   żalu   za 
grzechy, ale ona powiedziała, że nie odczuwa żadnego 
żalu,   ponieważ   nie   przypomina   sobie,   żeby 
kiedykolwiek grzeszyła. Kiedy powiedział, że jej życie 
z   panem   O'Malleyem   było   grzechem,   roześmiała   się 
tylko…

Łzy spływały Emmie po policzkach, ale wydawało 

się, że nawet o tym nie wie.

- Stuart powiedział wtedy, że jeśli ona nie będzie 

prosić   Boga   o   wybaczenie,   to   on   nie   może   dać   jej 
rozgrzeszenia. Zaczął… zaczął pakować swoje rzeczy. 
Był bardzo zmęczony. Wszyscy mieli umierających w 
rodzinie. To było… to było okropne. Ale mimo to… 
Mimo   to   powinien   był   starać   się   zrozumieć   panią 
O'Malley. Powinien był… ale tego nie zrobił. Kiedy pan 

background image

0'Malley zobaczył, że Stuart naprawdę zamierza wyjść, 
on… on…

Emma urwała. James zrobił krok do przodu, chcąc 

powstrzymać, jeśli mu się uda, płynące jej z oczu łzy. 

- Emmo - powiedział, wyciągając do niej ręce.

- Nie - powstrzymała go gestem. - Nie. Muszę to 

powiedzieć.   -   Jej   głos   był   nabrzmiały   łzami.   -   Pan 
O'Malley   uderzył   go.   Tylko   raz.   Ale   Stuart   walnął 
głową o palenisko i… stracił życie. A najgorsze jest to, 
James,   że   kiedy   pan   O'Malley   to   zrobił,   ja   byłam 
zadowolona. - Emma roześmiała się przez łzy. - Byłam 
naprawdę zadowolona. Lubiłam Ginnie i chętnie bym 
Stuarta sama uderzyła za to, że był taki świętoszkowaty.

Emma już nie płakała. Łzy błyszczały jej jeszcze na 

policzkach, ale jej oczy były już jasne, a głos czysty.

-   Nigdy   nie   chciałam,   żeby   umarł.   To   było… 

straszne.   Pan   O'Malley   od   razu   oddał   się   w   ręce 
sprawiedliwości. To on sprowadził  pomoc.  Kiedy już 
zabrakło Ginnie - umarła kilka minut po Stuarcie - on 
sam też już nie chciał dłużej żyć, Mieszkańcy Faires, 
pani   MacTavish   z   synem   i   MacEwanowie,   zaraz   się 
zjawili   i   zabrali   mnie   oraz   Stuarta   do   naszej   chaty. 
Następnego dnia… następnego dnia dowiedziałam się, 
że   były   kłopoty   ze   znalezieniem   miejsca   na   grób 
Stuarta.   Pan   Pect   powiedział,   że   na   parafialnym 
cmentarzu zostało tylko miejsc i na groby zbiorowe, tak 
wiele osób umarło na tyfus. Ja… ja nie wiedziałam, co 

background image

robić. Byłam zresztą na wpół przytomna, Wiedziałam, 
że Stuart chciałby być pochowany w poświęconej ziemi, 
ale…

-   Emmo   -   powiedział   James,   ale   znowu 

powstrzymała go gestem.

- Ona wróciła tej samej nocy, kiedy zginął Stuart. - 

Wzrok   Emmy   skierowany   był   w   przestrzeń,   James 
wiedział, że ona ma przed oczami obrazy z przeszłości. 
- To znaczy Clara. Zniknęła kilka miesięcy wcześniej, 
wiedziałam,   gdzie   pojechała,   ponieważ   mi   się 
zwierzyła.   Byłyśmy   przyjaciółkami.   Ona…   ona   była 
moją   jedyną   przyjaciółką   na   wyspie.   Sprawy   ze 
Stuartem… nie były łatwe, jak możesz sobie wyobrazić. 
Nie   mieliśmy   niczego   poza   tym,   co   dostaliśmy   od 
państwa Peck. Ja… nie byłam dobrze przygotowana do 
życia małżeńskiego. Nie, nic nie mów. - James zamknął 
usta. - To było… to nie było to, czego oczekiwałam. To 
znaczy, małżeństwo ze Stuartem. - Przerwała na chwilę. 
-   Ale   miałam   chociaż   Clarę.   Zawsze   mogłam   na   nią 
liczyć. To od niej dostaliśmy serwis z Limoges. Clara 
nie miała kłopotów z pieniędzmi, ale jej ojciec na nic jej 
nie pozwalał. Kiedy lord MacCreigh zaczął się o nią 
starać,   to   było   wielkie   wydarzenie   jej   życia. 
Oczywiście, że zgodziła się zostać jego żoną. Zrobiłaby 
wszystko, żeby się wydostać spod kurateli ojca. Ale w 
zamku   MacCreigh   spotkała   Seana   Stevensa,   lokaja 
barona.   Był   bardzo   przystojny   i   czarujący. 
Przypuszczam,   że   podobnie   jak   lord   MacCreigh, 
zapragnął   bogatej   żony.   Chciałabym   wierzyć,   że 

background image

Stevenś   choć   trochę   lubił   Clarę…   Ona   na   pewno   go 
kochała. Kiedy poprosił ją, żeby z nim uciekła, zgodziła 
się.   Powiedziała   mi,   gdzie   jadą,   ale   musiałam   jej 
przysiąc, że nikomu tego nie zdradzę, nawet Stuartowi. 
Nie   mogli   dłużej   czekać,   bo   ona   spodziewała   się 
dziecka.   Kiedy   się   pobiorą,   mówiła   Clara,   wrócą   do 
domu jej ojca jak przykładna para małżeńska…

James   wiedział   już,   co   dalej   nastąpi.   Była   to 

banalna historia…

-   Później   nie   miałam   już   od   niej   żadnych 

wiadomości. - ciągnęła Emma. - Tej nocy, kiedy zginął 
Stuart, siedziałam w mojej chacie… przy jego trumnie. 
Był   sztorm…   padał   ulewny   deszcz.   Następnego   dnia 
miałam go pochować w oddzielnym grobie, za zgodą 
pastora   Pecka   lub   bez   jego   zgody.   Omówiłam   już 
wszystko   z   panem   MacEwanem   i   panem   Murphym, 
którzy obiecali mi pomoc.

Emma głęboko zaczerpnęła powietrza.

- Usłyszałam stukanie do drzwi i pomyślałam, że to 

pewnie przyszedł pan MacEwan albo jego matka, żeby 
dotrzymać mi towarzystwa. Byłam zaszokowana, kiedy 
zobaczyłam kompletnie przemoczoną Clarę, bladą jak 
śmierć i z wielkim brzuchem. Była chora. Nie dlatego, 
że dziecko się miało urodzić, ale dlatego, że miała tyfus. 
Wiedziałam to od razu.

- Emmo - powiedział przerażony James - ty nie…

background image

- Co mogłam zrobić? - spytała, patrząc na  niego 

załzawionymi   oczami.   -   Ona   była   moją   przyjaciółką. 
Moją jedyną przyjaciółką. Oczywiście, że wzięłam ją do 
chaty. Stevens, ten niegodziwiec, porzucił ją. Clara się 
wstydziła   wrócić   do   domu.   Jak   żyła,   tego   mi   nie 
powiedziała, ale mogłam łatwo zgadnąć, że wiodło się 
jej   bardzo   źle.   Położyłam   ją   do   swojego   łóżka,   do 
naszego   małżeńskiego   łóżka.   Urodziła   tam   dziecko… 
dziewczynkę, z takimi samymi czarnymi włosami, jakie 
miała Clara. Dziecko było zdrowe, ale ona… - Oczy jej 
pociemniały.   -   Ona   wiedziała,   że   umrze.   Walczyła   z 
chorobą,   żeby   doczekać   chwili,   kiedy   będzie   mogła 
urodzić   dziecko.   Nic   miała   już   siły   na   dalszą   walkę. 
Była zbyt wyczerpana. Prosiła mnie tylko o to, żebym 
znalazła   dobry   dom   dla   jej   dziecka   i   utrzymała   w 
tajemnicy to, co się stało. Sądziła, że gdyby jej ojciec 
poznał prawdę, sprawiłoby mu to - jak również lordowi 
MacCreigh - zbyt wielki ból. Nie mogła przewidzieć, że 
ludzie będą myśleli, że baron ją zamordował.

James   usiadł   na   skraju   łóżka.   Nie   był   w   stanie 

utrzymać się na nogach po tej przerażającej opowieści 
Emmy. Huczało mu w głowie.

- A co z dzieckiem? - spytał.

-   Och   -   powiedziała   Emma   z   ożywieniem.   - 

Zawinęłam   je   w   koc   i   zaniosłam   do   państwa   Peck. 
Położyłam maleństwo na progu, mocno zastukałam do 
drzwi   i   uciekłam.   Schowałam   się   w   stodole,   żeby 
zobaczyć, co się stanie. Wielebny Peck otworzył drzwi i 

background image

znalazł   zawiniątko.   Pani   Peck   wzięła   niemowlę   pod 
opiekę.   Marzyła   o   własnym   dziecku.   Wszyscy 
uwierzyli, że Olivia - oni nazwali ją Olivią - jest ich 
dzieckiem. - Emma uśmiechnęła się smutno. - Tylko ja 
znam prawdę. - Oczywiście, państwo Peck nic o tym nie 
wiedzą   -   nie   zdają   sobie   równico   sprawy,   kim   była 
matka Olivii.

James   z   trudem   przełknął   ślinę.   Nie   miał   ochoty 

zadawać tego pytania, ale musiał to zrobić. Powiązanie 
jego   kuzyna   z   Clarą   McLellen   zaczęło   się   powoli 
wyjaśniać.

-   A   co   z   jej   ciałem,   Emmo?   -   spytał   łagodnym 

tonem. - Co zrobiłaś z jej ciałem?

Emma spojrzała na niego z niepokojem.

-   Co   mogłam   zrobić?   Była   zima.   Ziemia   była 

całkowicie   zamarznięta.   Sama   nie   mogłabym   jej 
pochować. - Emma była tak przygnębiona, że jej widok 
wzbudzał litość. - Ona nie żądała zbyt wiele. Chciała 
mieć   tylko   moje   słowo   honoru,   że   nie   zdradzę   jej 
tajemnicy,   dom   dla   swojej   córeczki…   i   przyzwoity 
grób.

James   starał   się   powstrzymać   uśmiech,   jednak 

kąciki jego ust zadrgały. Zrozpaczona Emma obrzuciła 
go szybkim spojrzeniem.

- Och, James, jak możesz - powiedziała. - Przecież 

ja   zrobiłam   okropną   rzecz.   Ale   co   innego   mogłam 

background image

zrobić?   Pomyślałam,   że   dla   Stuarta   to   już   nie   ma 
żadnego znaczenia…

-   Że   musi   zrobić   miejsce   w   swojej   trumnie   dla 

niezamężnej matki? - James  już nie krył uśmiechu. - 
Też powiedziałbym, że nie. Czy Murphy albo MacEwan 
coś podejrzewali?

W przeciwieństwie do Jamesa, Emma nie widziała 

w tym nic zabawnego.

- Nie. Nie wyglądało na to, żeby poczuli dodatkowy 

ciężar.

- Emmo - powiedział tylko James.

Po   wysłuchaniu   takiej   historii   jego   serca   nie 

powinno przepełniać uczucie radości. Jednak tak było. 
Odczuł ogromną ulgę, kiedy poznał prawdziwy powód 
oporu   Emmy   przed   ekshumacją   zwłok   jej   męża. 
Wyobrażał sobie przecież, że Emma tak bardzo kochała 
Stuarta, że nie mogła  znieść myśli o zakłóceniu jego 
wiecznego odpoczynku.

Miał   ochotę   śpiewać   na   całe   gardło,   co   w   tej 

sytuacji byłoby wysoce niestosownym zachowaniem.

-   To   prawda   -   powiedział   -   że   przedsiębiorca 

pogrzebowy mógłby doznać szoku na widok dwóch ciał 
w jednej trumnie. Ale, na litość boską, Emmo, dlaczego 
mi po prostu nie powiedziałaś?

background image

-   Obiecałam,   że   tego   nie   zrobię.   To   znaczy 

obiecałam   Clarze.   Poza   tym…   nie   potraktowałam 
Stuarta z należnym szacunkiem. Myślałam… naprawdę 
myślałam,   że   będziesz   bardzo   zły.   Tak,   jak   tamtego 
dnia, kiedy ci powiedział…

-   Aha   -   mruknął   James,   kiedy   Emma   nie 

dokończyła   zdania.-   Tamtego   dnia.   To  chyba   nie   był 
mój najlepszy dzień.

- To nie tak było. - Emma popatrzyła na niego ze 

zdziwieniem.   -   Nie,   to   ty   miałeś   rację.   Tylko   nie 
powinien uderzyć Stuarta. To nie było potrzebne. Ale 
słusznie   chciałeś   powstrzymać   nas   przed   ucieczką. 
Potem cię za to nienawidziłam. Teraz widzę, że miałeś 
całkowitą   rację.   Gdybyśmy   cię   posłuchali,   Stuart 
mógłby nadał żyć.

- Myślisz, że ja to zrobiłem dla Stuarta? - James 

popatrzył na nią z niedowierzaniem.

Te   słowa   znalazły   natychmiastowy   oddźwięk. 

Emma   spojrzała   na   niego,   mrugając   powiekami   jak 
zbudzona ze snu.

- Nnnie dla niego? - wyjąkała. - To znaczy…

- Kochałem Stuarta - przyznał James. - Kochałem 

jak brata, ale widziałem jego wady. Miał  szczęście, że 
udało mu się przeżyć ten wieczór, kiedy powiedziałaś 
mi, że planujecie ucieczkę. Ale to nie jego bałem się 
utracić. Nie jego.

background image

Niebieskie   jak   niezapominajki,   rozszerzone   ze 

zdumienia   oczy   Emmy   uporczywie   się   w   niego 
wpatrywały.

-   To   dlaczego…   Nie   rozumiem.   W   takim   razie 

dlaczego…

James podszedł do niej i ukląkł przy jej taboreciku. 

Ujął   jej   lewą   dłoń,   na   której   nosiła   jego   sygnet,   nie 
mając jeszcze obrączki.

- Czy tak trudno jest ci w to uwierzyć? - spytał, 

usiłując mówić lekkim tonem, chociaż serce waliło mu 
jak oszalałe. Teraz nie mógł się cofnąć. Musi zachować 
się jak mężczyzna. 

-   Bałem   się   stracić   ciebie,   Emmo   -   powiedział, 

zaciskając rękę na jej dłoni, jakby jeszcze teraz mogła 
mu się wyślizgnąć. - Dlatego to zrobiłem. 

-   To   niemożliwe!   -   Emma   wyszarpnęła   rękę, 

zerwała   się   z   taborecika   i   popatrzyła   na   niego   z 
oburzeniem. - Teraz ty jesteś… sama nie wiem co. Ale 
ty mnie nie kochałeś, James, ja to wiem.

-   Nic   nie   wiesz   -   powiedział.   Nie   był   zły   ani 

rozgoryczony,   tylko   bardzo   zmęczony.   Myślał,   że 
odczuje   ulgę,   wyjawiając   jej   najgłębszą   tajemnicę 
swojego serca. Ale teraz odczuwał tylko znużenie.

- Kochałem cię od chwili, kiedy skończyłaś szkołę. 

Ale Stuart był pierwszy.

background image

- To jest… to jest… Sama nie wiem, co to jest - 

stwierdziła Emma.  - Ale ty nie mogłeś mnie  kochać, 
James. Gdyby tak było, to przyjechałbyś po mnie, a nie 
po   Stuarta,   kiedy   dostałeś   już   wiadomość   o   jego 
śmierci. 

James wstał z klęczek i podszedł do niej. 

-   Jak  mógłbym   po  tym   wszystkim  spojrzeć  ci  w 

oczy?   Myślałem,   że   jesteś   w   Londynie.   Nigdy   nie 
przyszło   mi   do   głowy,   że   mogłabyś   jeszcze   być   na 
Faires. Chciałem spokojnie zastanowić się nad tym, w 
jaki sposób mam się do ciebie zbliżyć.

- Więc było ci tak bardzo trudno przyznać, że masz 

dla mnie trochę uczucia? - spytała Emma łamiącym się 
głosem. 

-   Przyznać,   że   jestem   zakochany   w   żonie 

mężczyzny,   którego   traktowałem   jak   własnego   brata? 
Poza   tym,   Emmo   -   James   mówił   łagodnym   tonem, 
chociaż coś go ściskało za gardło - nigdy nie dałaś mi 
choćby   cienia   nadziei.   Nie   ukrywałaś,   jakie   budzę   w 
tobie uczucia.

- Ty też - odparowała Emma.

-   Naprawdę?   -   Na   twarzy   Jamesa   pojawił   się 

smutny uśmiech. - Kiedy mężczyzna, który przez całe 
życie miał wszystko, co tylko zechciał, dowiaduje się, 
że nie może mieć tego, czego najbardziej pragnie, powie 
wszystko, żeby tylko przekonać siebie samego, iż wcale 

background image

mu  na  tym nie  zależy, Uwierz  mi  jednak, że zawsze 
pragnąłem, abyś była moją żoną.

Emma uniosła rękę, żeby zetrzeć łzy, które znowu 

zabłysły na jej długich rzęsach.

- To niemożliwe - powiedziała, wcale nie łzawym, 

a raczej wzgardliwym tonem. - Gdyby to była prawda, 
to   dlaczego   mówiłeś   o   unieważnieniu   małżeństwa   na 
zamku MacCreigh?

- Czy wyszłabyś za mnie, Emmo, gdybym tego nie 

zrobił?

Zmrużyła oczy. Robiła wrażenie zamyślonej.

Po chwili spojrzała na niego, jednak z jej oczu nie 

można   było   niczego   wyczytać.   Ale   jej   twarz   miała 
zdecydowany wyraz.

-   A   co   teraz?   -   spytała.   -   Czy   chcesz   dostać   to 

unieważnienie?

-   Nigdy   tego   nie   chciałem   -   powiedział   James, 

zbliżaj, się do niej, ale powstrzymała go gestem. Nadal 
miała zdecydowany wyraz twarzy, ale jej oczy wyrażały 
ból.

-   Chcesz   nadal   być   moim   mężem   -   spytała 

łamiącym   się   głosem   -   po   tym   wszystkim,   co   ci 
powiedziałam? Sprofanowałam trumnę twojego kuzyna. 
Nie  powstrzymałam człowieku, który go zabił. Stuart 
zginął z mojej winy.

background image

- Stuart zginął - oświadczył zdecydowanie James - 

bo nie miał za grosz rozumu. Przestań płakać i chodź tu 
do mnie.

-   Ja   będę   okropną   żoną   -   zapewniła   go   Emma, 

cofając   się   na   widok   jego   wyciągniętej   dłoni.   -   Nie 
umiem być prawdziwą żoną. Nawet nie jestem w stanie 
wydać na świat dzieci. Nie będziesz miał dziedzica.

-   Zawsze   można   ustanowić   innego   sukcesora.   A 

teraz chodź. 

Chwycił ją za rękę i z wolna przyciągał ją do siebie.

- James - powiedziała ostrzegawczo Emma.

Przed czym go ostrzegam?  - pomyślała. Wiedział 

już o niej wszystko, co najgorsze, i nadal jej pragnął. A 
ona też go pożądała. Fergus miał rację - James, jak się 
okazało,   zawsze   ją   kochał   i   kocha   ją   nadal   -   ta 
świadomość sprawiła, że serce trzepotało jej w piersiach 
i nie mogła złapać tchu. I to na pewno nie była wina 
zbyt ciasno zasznurowanego gorsetu.

Kiedy   James,   nie   odrywając   od   niej   wzroku, 

poniósł   jej   dłoń   do   ust,   jej   kłopoty   z   oddychaniem 
jeszcze bardziej się nasiliły.

- James - wyszeptała.

Jego   wargi   przesunęły   się   teraz   w   wygięcie   jej 

łokcia.   Emma   patrzyła   na   jego   pochyloną   głowę,   na 
rozwichrzone czarne włosy, czując, jak jego rozpalona 

background image

twarz   przesuwa   się   coraz   wyżej,   a   kiedy   była   już 
przekonana, że za chwilę serce wyskoczy jej z piersi, 
ich usta połączyły się w pocałunku.

Całowali się w blasku padającym z kominka. Język 

Jamesa   błądził   we   wnętrzu   jej   ust.   Ich   wargi   nie 
odrywały się od siebie. Wreszcie Emma  odsunęła się 
trochę i ujęła jego twarz w dłonie.

-   Czy   to   nie   sen?   -   spytała,   znając   doskonale 

odpowiedź.   Czuła   przecież   pod   palcami   zarys   jego 
policzków i ślad zarostu.

-   Właśnie   o   to   samo   chciałem   cię   spytać   - 

powiedział James. - Musimy to dokładnie zbadać, żeby 
się upewnić, że to nie jest sen.

Już po chwili niebieska balowa suknia i elegancki 

frak   Jamesa   leżały   na   podłodze.   Emma   napawała   się 
widokiem jego muskularnego torsu, szerokich ramion i 
płaskiego brzucha.  On ma ciało anioła, stwierdziła w 
duchu.

Po chwili poczuła to ciało przy swoim ciele, czuła, 

jak jego palce szarpały sznurówki jej gorsetu.

Ciało anioła, a umysł diabła, dodała w duchu.

- Jak to się zdejmuje? - spytał James, walcząc ze 

stawiającą   opór   sznurówką.   Zanim   Emma   zdążyła 
odpowiedzieć, zerwał ją i odsłonił jej piersi. Pochylił 
głowę, drażniąc jej sutki językiem, dopóki nie stały się 

background image

napięte   i   stwardniałe,   popychając   ją   jednocześnie   w 
stronę łóżka.

Emma z westchnieniem opadła na miękką kołdrę. 

To   na   tym   polega   małżeństwo,   pomyślała.   James   był 
zbyt   delikatny,  żeby  ją   o  to  pytać,   ale   na   pewno   się 
domyślał, że jej związek ze Stuartem wyglądał zupełnie 
inaczej.   Stuart   nigdy,   jak   to   teraz   robił   James   -   jego 
zarost   drażnił   jej   delikatną   skórę   -   nie   przesuwał 
wargami po jej brzuchu. Emma nie wiedziała, do czego 
on zmierza, dopóki nie poczuła, że jego język dotyka 
intymnego   wgłębienia   między   jej   nogami.   Jej   ciało 
wygięło się tak gwałtownie, że omal nie spadła z łóżka.

- Co ty robisz? - wyjąkała.

Odpowiedziało   jej   milczenie.   To,   co   robił,   było 

oczywiste.   Sposób,   w   jaki   ją   pieścił,   na   pewno   nie 
uzyskałby   aprobaty   kościoła.   Emma   była   o   tym 
przekonana.

Kiedy wydawało się jej, że już dłużej nie zniesie tej 

rozkosznej męki, James uniósł głowę.

Po chwili był już w niej, szczelnie ją wypełniając. 

Chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy, tak żarliwie 
się do niego tuliła, że James zapragnął natychmiast się 
w niej zatracić. Opanował się jednak i dopiero kiedy 
Emma   ze   zduszonym   okrzykiem   uniosła   biodra   i 
poczuł,   jak   pulsuje   wokół   jego   męskości,   on   też 
osiągnął zaspokojenie.

background image

Ostatnią   myślą   Emmy,   zanim   porwała   ją   ta 

wszechogarniająca   fala,   było,   że   powinna   zakryć 
Jamesowi dłonią usta, żeby zdusić jego głośny okrzyk 
rozkoszy. Nie wiedziała nawet, czy to się jej udało, tak 
się zatraciła we własnej ekstazie.

Upłynęło kilka minut i usłyszeli stukanie do drzwi.

- James? Emmo? - rozległ się głos lady Denham. - 

Jesteście   tam?   Słyszałam   jakiś   głos.   Czy   to   nie   był 
cudowny bal? - Emma wiedziała już, że próba uciszenia 
Jamesa się nie powiodła.

James, który jeszcze na tyle nie doszedł do siebie, 

żeby   móc   odpowiedzieć   matce   normalnym   głosem, 
rzucił Emmie błagalne spojrzenie.

- Tak, lady Denham - zawołała Emma, z trudem 

powstrzymując   się   od   śmiechu.   -   To   było   naprawdę 
cudowne.

 

29

background image

- Witam was wszystkich - zaczął przewodniczący 

Ławy Królewskiej Sądu Najwyższego, Reardon, który 
przy tej okazji wystąpił w okazałej peruce - w szkole 
imienia   Stuarta   Chestertona.   Z   wielką   radością 
ogłaszam, że szkoła jest już oficjalnie otwarta.

Sędzia uderzył butelką szampana o ceglaną ścianę. 

Grube,   zielone   szkło   rozprysło   się   natychmiast   na 
kawałki   i   biała   piana   zaczęła   spływać   po   budynku. 
James   nie   był   jedyną   osobą   wśród   zgromadzonych, 
która uznała ten gest za marnotrawienie dobrego trunku. 
Jednak klaskał razem ze wszystkimi - to znaczy zaczął 
klaskać, kiedy trąciła go żona.

Natychmiast   otoczyli   ich   mieszkańcy   wioski, 

którzy   chcieli   im   podziękować   za   tak   hojny   dar   (ta 
szkoła będzie dostępna dla każdego dziecka na wyspie), 
życzyć   im   szczęścia   albo   tylko   na   nich   popatrzeć. 
Mieszkańcy   Faires   nieczęsto   mieli   okazję   zobaczyć 
prawdziwego hrabiego i jego żonę. Za to bardzo często 
widywali   baronów   z   żonami.   Lord   i   lady   MacCreigh 
spędzali teraz sporo czasu w wiosce - trwały właśnie 
prace na zamkowym dachu, a lady MacCreigh - dawna 
Penelope van Court - nie mogła znieść tego hałasu.

Widywano   również   często   pannę   Fionę   Bain   - 

obecnie lady Harold, żonę dziedzica księcia Rutheforda 
-   ponieważ   największą   przyjemność   sprawiało   jej 
paradowanie   po   uliczkach   miasteczka   w   nowych 
strojach z Londynu.

background image

Jednak   lord   i   lady   Denham   rzadko   tu   bywali, 

chociaż stale przysyłali pieniądze. Szkoła była dopiero 
pierwszą   placówką   imienia   Stuarta   Chestertona.   Miał 
powstać jeszcze szpital, w którym znajdzie pracę jedyny 
absolwent Oxfordu z wyspy Faires, John McAddams, 
jak również izba położnicza, której otwarcie dziwnym 
zbiegiem   okoliczności   miało   nastąpić   w   tym   samym 
okresie,   kiedy   lady   Denham   sama   spodziewała   się 
rozwiązania.

Jednak   nie   wszyscy   byli   zadowoleni   z   ulepszeń, 

które lord i lady Denham zaprowadzali na tej ubogiej 
wyspie   rybackiej.   Pan   Murphy   był   poważnie 
zaniepokojony, ponieważ w związku z prowadzonymi 
pracami   pojawiło   się   wiele   nowych   pojazdów   i   jego 
karawan   stał   się   bezużyteczny   -   służył   teraz   tylko 
swojemu   pierwotnemu   przeznaczeniu.   Ponieważ   w 
okolicy   nie   wybuchła   żadna   nowa   epidemia,   jego 
interesy stały źle. Nic się nie działo od czasu, kiedy lord 
i   lady   Denham   poprosili   go   o   wydobycie   trumny 
młodego pana Chestertona, którą on i Cletus MacEwan 
zakopali   przed   wieloma   miesiącami   pod   Drzewem 
Życzeń, gdy zabrakło miejsca na cmentarzu.

Lord i lady Denham hojnie go wtedy wynagrodzili - 

za   wydobycie   trumny   i   za   przewiezienie   jej   do 
przedsiębiorcy   pogrzebowego.   Jednak   do   dzisiaj   nie 
mógł zrozumieć, dlaczego, kiedy zgłosił się po pewnym 
czasie do tego przedsiębiorcy, żeby się zorientować, czy 
nie   ma   jakiegoś   ciała   do   przewiezienia,   zobaczył   aż 

background image

dwie nowe trumny - bardziej odpowiednie dla księcia 
niż dla wikarego - a powinna być tylko jedna.

Obie   trumny   zostały   załadowane   na   prom   i,   jak 

przypuszczał Murphy, dotarły szczęśliwie do opactwa 
Denham.   Wydawało   mu   się   to   niesłychanym 
trwonieniem   pieniędzy,   zamawianie   dwóch   trumien, 
kiedy wystarczyłaby jedna, ale w końcu to nie było jego 
sprawa. Bogacze byli zupełnie innym gatunkiem ludzi i 
nie próbował nawet ich zrozumieć.

Pan   Murphy   nie   był   tego   dnia   jedynym 

mieszkańcem   Faires,   którego   dziwiły   ekstrawagancje 
hrabiego Denham. Młody Fergus MacPherson uważał, 
że   budowanie   nowej   szkoły   było   skandaliczną 
rozrzutnością.   Teraz,   kiedy   miał   okulary   i   widział 
wszystko, czego przedtem nie dostrzegał, nikt by go nie 
zwabił   do   żadnej   szkolnej   klasy,   choćby   nowej   i 
pięknej.   Miał   zbyt   wiele   rzeczy   do   zbadania   na 
okolicznych   pagórkach,   po   których   stale   wędrował   z 
brązowym   kundelkiem,   szczeniakiem   Uny,   którego 
nazwał Roberts Drugi, na cześć lokaja, który przejął po 
Emmie  nauczycielskie   obowiązki.  Roberts   z   ogromną 
ulgą   przyjął   wiadomość,   że   lord   Denham   zatrudnił 
stałego nauczyciela, i z radością wrócił do Londynu.

Podczas   jednej   z   takich   wędrówek   z   Robertsem 

Drugim, Fergus zobaczył lorda i lady Denham, którzy 
stali pod Drzewem Życzeń i wieszali na nim swoje buty. 
Zachowywali   się   tak,   jakby   nie   byli   członkami 
angielskiej arystokracji, ale  zwykłą młodą  parą, która 

background image

ma   zacząć   nowe   życie   i   chciałaby   zaznać   trochę 
szczęścia.   To   wszystko,   jak   uznał   Fergus,   było   tylko 
marnowaniem   dobrego   obuwia,   ponieważ   sądząc   po 
tym, jak hrabia całował swoją żonę, myśląc, że nikt tego 
nie widzi, los już wystarczająco hojnie obdarzył tę parę.