background image

 

Linda Howard 

 
 
 

Odważni, męscy, 

wspaniali 

 

 

Sunny, dziewczyna 

słoneczna

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

2

 

 
PROLOG 
 
Za  każdym  razem,  gdy  Chance  Mackenzie  zjawiał  się  w 

domu, targały nim uczucia najrozmaitsze i nie zawsze łatwe do 
określenia. Dwa spośród nich można było jednak śmiało uznać 
za  dominujące.  Wielka  radość,  której  towarzyszyło  jednak 
pewne  skrępowanie,  nie  pozwalające  na  szczery,  otwarty 
entuzjazm.  Powód był  prosty. Mimo  przywiązania do rodziny 
Chance  Mackenzie  najbardziej  lubił  być  sam.  Upodobanie  do 
samotności  wyrobiło  w  nim  życie,  jego  jedyny  nauczyciel  do 
czternastego  roku  życia.  Jeśli  życie  Chance'a  pracowało  nad 
tym usilnie przez czternaście lat, no to już tak musiało zostać. 
Własne  towarzystwo  odpowiadało  mu  najbardziej,  no  i  miał 
swoje  zasady:  Nie  przejmować  się  nikim,  nikogo  nie 
absorbować  swoją  osobą,  nie  dać  się  rozpieszczać  słodkimi 
pytaniami typu: 

- Jak się czujesz ? Nie potrzebujesz czegoś? 
Pracę  wybrał  dla  siebie  aż  nadto  odpowiednią.  Tajny  agent 

siłą  rzeczy    musi    być    człowiekiem  zamkniętym  w  sobie, 
zawsze  czujnym  i  nieufnym.  Jednym  słowem  -  wszyscy  na 
odległość. 

Wszyscy?-  Tak,  choć  jednak  z  pewnym  wyjątkiem.  Chance 

od lat kilkunastu miał przecież rodzinę. Taki dziwny, wiecznie 
kłębiący  się,  pokrzykujący  i  radosny  tłumek,  wsysający  w 
siebie.  Jedna  wielka  udręka.  Tłumek  namolny,  zupełnie  nie 
liczący się z Chance'em Mackenziem, facetem, którego bała się 
jak  ognia  -  i  całkiem  słusznie  -  większość  najgorszych  drani 
grasujących po świecie. 

Oni,  ta  cała  rodzina,  nie  czuli  wobec  Chance'a  żadnego 

respektu. Obściskiwali go, klepali po ramieniu, pokrzykiwali i 
stroili  sobie  z  niego  żarty.  Po  prostu  kochali  go,  jakby  był 
jednym z nich. A on nie był, i ten fakt nigdy nie znikał z jego 
świadomości. 

Jego dzieciństwo było dalekie od standardów. Przez pierwsze 

czternaście lat swego życia był sam. Nie wiedział, gdzie i kiedy 

background image

 

3

 

się  urodził,  czy  w  ogóle  dano  mu  jakieś  imię.  Nie  pamiętał, 
żeby kiedykolwiek ktoś się nim opiekował. Pamiętał za to, jak 
kradł jabłka w supermarkecie, ledwo wtedy sięgał do skrzynki. 
Ile  miał  lat?-  Może  trzy  albo  i  mniej.  Pamiętał,  gdzie  sypiał. 
Najczęściej kładł się w jakimś płytkim  rowie, a w deszcz czy 
chłód  wkradał  się  do  czyjejś  stodoły,  magazynu,  baraku  - 
wszystko  jedno,  byle  było  sucho  i  ciepło.  Ubranie  kradł. 
Napadał na chłopców, bawiących się samotnie przed domem, i 
ściągał z nich wszystko, co mogło mu się przydać. Na ogół nie 
miał z tym problemu, był nadzwyczaj silny, jak na swój wiek. 
Z  bardzo  prostej  przyczyny:  on  zawsze  wszystko  musiał 
zdobywać sam. 

 Raz tylko, bardzo krótko, towarzyszyła mu inna żywa istota. 

Kiedy  miał  z  pięć  lat,  jakiś  bezpański  czarno-biały  kundel 
zaczął  chodzić  za  nim  jak  cień.  W  nocy  Chance  po  raz 
pierwszy  w  życiu  mógł  przytulić  się  do  czyjegoś  ciepłego 
boku. Po tym psie ma do dziś na dłoni pamiątkę. Kundel ugryzł 
go, bo sam miał ochotę na resztki steku, które Chance znalazł 
wśród odpadków na tyłach jakiejś restauracji. Chance nie miał 
do niego pretensji, pies był tak samo głodny jak on. Musieli się 
jednak rozstać, bo trudno zdobyć jedzenie dla jednej osoby, a 
co dopiero kraść i dla siebie, i dla psa. Ale Chance zrozumiał 
nauczkę. Jeśli chcesz przeżyć, musisz być taki, jak ten pies. 

Prawdziwe  życie  Chance'a  zaczęło  się  w  dniu,  kiedy  Mary 

Mackenzie  znalazła  w  przydrożnym  rowie  nieprzytomnego, 
trawionego  gorączką  chłopca,  balansującego  już  na  granicy 
życia  i  śmierci.  To,  co  działo  się  przez  kilka  następnych  dni 
Chance  pamiętał  jak  przez  mgłę,  ponieważ  większość  czasu 
był nieprzytomny. Obustronne zapalenie płuc miało wyjątkowo 
ciężki przebieg. Chance zdawał sobie jednak sprawę, że leży w 
szpitalu  i  to  napawało  go  wielkim  lękiem.  Niepełnoletni, 
bezdomny i bez żadnej tożsamości, czyli idealny przypadek dla 
opieki społecznej, a on, odkąd zrozumiał, o co w tym  chodzi, 
skutecznie  wymykał  się  tej  właśnie  instytucji.  Dlatego  teraz, 
kiedy  na  krótko  wracał  do  przytomności,  myślał  tylko  o 

background image

 

4

 

jednym.  Uciekać, uciekać jak najprędzej.  Ale jego myśli były 
mętne, a ciało zbyt słabe, żeby poddać się jego rozkazom. 

 W  tym  szpitalu  opiekował  się  nim  anioł  o  łagodnych 

szaroniebieskich oczach i brązowych włosach, przyprószonych 
siwizną.  Anioł  miał  chłodne  dłonie  i  głos  pełen  słodyczy. 
Oprócz  anioła  był  tam  jeszcze  mężczyzna,  bardzo  wysoki, 
barczysty,  o  ciemnej,  surowej  twarzy.  Pół-Indianin.  Ten 
mężczyzna  wielokrotnie  powtarzał  jedno  jedyne  zdanie,  które 
miało odpędzić od Chance'a strach. 

- Nie pozwolimy, żeby oni ciebie zabrali. 
Powtarzał  to,  głośno  i  wyraźnie,  za  każdym  razem,  kiedy 

Chance  miał  przebłysk  świadomości.  Chance  nie  wierzył. 
Owszem, od dawna już podejrzewał, że sam ma w sobie krew 
indiańską,  ale  to  nie  powód,  żeby  temu  pół-Indianinowi  ufać 
bardziej  niż  przeklętemu  kundlowi,  przez  którego  głodował 
cały dzień. 

Nienawidził, kiedy go dotykali. To oznaczało atak, a on był 

zbyt  słaby,  żeby  stanąć  do  walki  i  pokonać  tych  wszystkich 
lekarzy  i  pielęgniarki,  którzy  bez  przerwy  szarpali  go,  kłuli, 
przewracali  na  bok,  jakby  był  kawałkiem  bezwolnego  mięsa. 
Dlatego  zaciskał  tylko  zęby.  Wiedział,  że  teraz,  póki  jest  bez 
sił,  nie  wolno  mu  się  przeciwstawiać.  Bo  jeszcze  go  zwiążą  i 
gdzieś zamkną. Lepiej przeczekać. 

Ta pani, ten anioł, była przy nim przez cały czas. Chociaż, na 

logikę,  musiała  od  czasu  do  czasu  wyjść  z  tego  szpitala.  W 
każdym  razie,  kiedy  otwierał  oczy,  ona  była  zawsze. 
Przemywała  mu  rozpaloną  twarz  ręcznikiem  zmoczonym  w 
chłodnej  wodzie  i  wkładała  do  ust  malusieńkie  kawałeczki 
lodu. Kiedy ból  rozsadzał mu głowę,  głaskała go po włosach i 
po  czole.  Pierwszy  raz  umyła  Chance'a  pielęgniarka.  Był 
przerażony.  Od  tej  chwili  myła  go  pani-anioł  i  on  znosił  to  o 
wiele  lepiej.  Krzątała  się  koło  niego  bez  przerwy  i  zawsze 
wiedziała,  co  należy  zrobić.  Poprawiała  poduszki,  zanim 
zdążył  pomyśleć,  że  jest  mu  niewygodnie.  Regulowała 
ogrzewanie, a on jeszcze nie poczuł, czy jest za gorąco czy za 
zimno.  Masowała  mu  nogi,  kiedy  w  tej  gorączce  bolało  go 

background image

 

5

 

dosłownie wszystko.  Nie spoczęła ani  na minutę, wlewając w 
niego  całe  morze  ciepła  i  troskliwości.  Jakby  w  ciągu  tych 
kilku dni chciała mu dać jak najwięcej matczynej opieki, której 
on nigdy nie miał. 

Któregoś  dnia  to  polubił.  Chłód  dłoni  na  rozpalonym  czole, 

cichy,  melodyjny  głos,  którego  nasłuchiwał,  kiedy  nie  był  w 
stanie  unieść  ciężkich  powiek.  Kiedyś  przyśniło  mu  się  coś 
niedobrego.  Obudził  się  z  krzykiem,  a  ta  pani  przytuliła  go  i 
głaskała, jakby był jej małym dzieckiem. Cały czas mówiła, tak 
cichutko,  on  powoli  uspokajał  się  i  zapadał  w  sen.  Po  raz 
pierwszy w życiu poczuł się tak jakby... bezpiecznie. 

Był zdumiony - i dziwi się do dziś - że Mary Mackenzie jest 

osobą filigranową. Ktoś o tak potężnej sile woli powinien mieć 
dwa  metry  wzrostu  i  ponad  sto  kilo  mięśni.  Wtedy  łatwiej 
byłoby  zrozumieć,  jakim  sposobem  Mary  udało  się  omotać 
cały  personel  szpitalny,  no  i  Chance'a.  Przewyższał  ją  już 
wtedy  co  najmniej  o  głowę,  ale  to  nie  miało  żadnego 
znaczenia. Coraz bardziej się poddawał, coraz bardziej miękł w 
środku  -  przerażony,  wyczuwał  bowiem  instynktownie,  że 
oddanie się pod czyjąś opiekę oznacza uległość. Zanim jednak 
odzyskał  siły  na  tyle,  żeby  zwiać  ze  szpitala,  zdążył  już 
pokochać tę kobietę, która sama zdecydowała, że zostanie jego 
matką.  Pokochał  ślepą,  ufną,  bezradną  miłością  małego 
dziecka. 

Prosto  ze  szpitala  Wolf  i  Mary  zawieźli  go  na  wzgórze 

Mackenziech,  zwane  przez  nich  Wzgórzem  Spełnionych 
Nadziei.  Otworzyli  przed  nim  drzwi  swego  domu,  swoje 
ramiona  i  serca.  Na  zawsze.  Bezimienny  chłopiec  umarł 
tamtego  dnia,  w  przydrożnym  rowie,  a  narodził  się  Chance 
Mackenzie. Ten dzień bowiem Chance wybrał sobie jako dzień 
swoich urodzin. 

Od  chwili,  gdy  przestąpił  próg  domu  na  Wzgórzu  Nadziei 

Mackenziech,  zmieniło  się  wszystko.  Przedtem  nie  miał  nic, 
teraz nie brakowało mu niczego. Zawsze chodził głodny, teraz 
jadł, ile dusza zapragnie. Zawsze mu się wydawało, że on wie 
bardzo mało, a tu,  w tym  domu,  wszędzie były  książki.  Mary 

background image

 

6

 

Mackenzie  była  belferką  do  szpiku  swoich  drobnych  kości  i 
niemal od pierwszego dnia zaczęła wlewać w niego wiedzę, jak 
najwięcej, ile tylko dał rady wchłonąć. 

Chance  dotychczas  sypiał,  kiedy  chciał,  byle  tylko  miał  się 

gdzie  położyć.  Teraz  dostał  swój  pokój,  sypiał  w  swoim 
własnym  łóżku.  Dostał  również  ubranie,  nowe,  kupione 
specjalnie dla niego. Nikt  przedtem tych ubrań  nie nosił,  i  on 
wcale nie musiał ich ukraść. 

Nastąpiła jeszcze jedna zmiana, najistotniejsza. 
 Nagle  został  otoczony  rodziną.  Miał  matkę,  ojca  i  braci,  ni 

mniej  ni  więcej  -  czterech,  poza  tym  młodszą  siostrę,  jedną 
bratową i malutkiego bratanka. Wszyscy, od pierwszego dnia, 
traktowali go tak, jakby był wśród nich zawsze. Nikt nie bał się 
go dotknąć. Mary, teraz jego mama, robiła to niezliczoną ilość 
razy w ciągu dnia. Głaskała go, poklepywała, odgarniała włosy 
z  czoła,  wieczorem  przychodziła  pocałować  go  na  dobranoc. 
Maris,  siostra,  drażniła  się  z  nim,  jak  ze  wszystkimi  braćmi, 
potem  nagle  chudymi  rączkami  obejmowała  go  wpół  i 
oznajmiała radośnie: 

- Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że jesteś nasz! 
Przez  pierwsze  czternaście  lat  swego  życia  Chance  nauczył 

się, że nikomu nie należy ufać, a przywiązanie do kogoś czyni 
człowieka  bezbronnym.  Tej  prawdy  nie  zapomniał,  mimo  to 
nie  był  w  stanie  powstrzymać  się  od  kroku  bardzo 
nierozważnego, choć do dziś traktował to jako oznakę słabości. 
Wszystkich  Mackenziech  obdarzył  miłością.  Kochał  ich, 
potrzebował i tylko wśród nich czuł się naprawdę rozluźniony i 
bezpieczny.  A  obiektów  do  kochania  przybywało,  jego 
przybrani  bracia  żenili  się  i  nowe  pokolenie  Mackenziech  w 
zastraszającym  tempie  zwiększało  swoją  liczebność.  Pierwszy 
był  John,  pierworodny  syn  Joego  i  Caroline,  prawie  osesek, 
kiedy Chance przybył do domu na wzgórzu. Wkrótce jednak na 
świecie pojawiły się kolejne maleństwa i Chance, nie wiadomo 
kiedy, nauczył się sprawnie zmieniać pieluszki, karmić butelką 
i  wzruszać,  ściskając  w  dłoni  tłuściutkie  paluszki,  których 
właściciel z przejęciem ćwiczył pierwsze kroki. Teraz w sumie 

background image

 

7

 

miał  dwunastu  bratanków  i  jedną  małą  bratanicę,  która,  ku 
uciesze całej rodziny, wchodziła mu po prostu na głowę. 

Tym niemniej, każdy przyjazd do domu kosztował go trochę 

nerwów. Choć tęsknił za rodziną, to jednocześnie okropnie się 
bał...  O,  tak.  Bał  się  panicznie,  żeby  ich  nie  stracić,  bo  nie 
potrafiłby już żyć bez tego ciepła, którym rodzina Mackenziech 
otuliła go kilkanaście lat temu. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  

background image

 

8

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
  
Chance  kochał  motory,  a  najbardziej  swoją  własną,  ryczącą 

bestię,  która  niosła  go  teraz  wąską  drogą,  wijącą  się  wśród 
wzgórz. Uwielbiał wiatr, rozwiewający włosy, uwielbiał pęd i 
przechylanie się na zakrętach, tak zgodne, jakby on i maszyna 
stanowili  nierozerwalną  całość.  Upajał  się  głębokim 
dudnieniem, czasami leciutko pokasłującym i wysyłającym do 
jego ciała rozkoszne wibracje. 

Żaden motocykl na świecie nie brzmi tak jak Harley. 
Jeszcze  jeden  zakręt  i  zobaczył  przed  sobą  cel  swojej 

podróży. Dom Zane'a, raczej nietypowy. Duży - pięć sypialni i 
cztery łazienki - ale sprawiający pozory mniejszego, ponieważ 
część pomieszczeń ukryto pod ziemią. Z okien - szyby ze szkła 
bezodpryskowego - widać było dokładnie całą okolicę, podjazd 
tylko  z  jednej  strony.  Drzwi  wejściowe  pancerne,  zamki 
najnowocześniejsze, 

ściany 

zewnętrzne 

wzmocnione 

specjalnymi  płytami,  w  suterenie  zapasowy  generator  i  wiele 
jeszcze innych rozwiązań, na  wypadek,  gdyby trzeba było się 
ukryć  albo  uciekać.  Naokoło  domu  czujniki,  wychwytujące 
najmniejszy ruch. 

Zane,  naturalnie,  nie  więził  swojej  rodziny,  ale  środki 

ostrożności uważał  za niezbędne. Poza tym  Zane taki właśnie 
był.  Zawsze  przezorny,  przygotowany  na  każdą  krytyczną 
sytuację i z planem alternatywnym na podorędziu. 

Chance  wyłączył  silnik  i  powoli  przejechał  ręką  po 

potarganych  włosach,  dając  sobie  sekundę  na  wyciszenie. 
Potem  energicznie  kopnął  podpórkę,  Harley  stanął  stabilnie  i 
Chance zeskoczył, bardziej jak z konia niż z motocykla. Wyjął 
z kufra  cienką teczkę i szybkim krokiem  wszedł  na obszerną, 
zacienioną werandę. 

Była  dopiero  połowa  sierpnia,  dzień  bardzo  ciepły,  niebo 

błękitne,  bez  jednej  chmurki.  Na  zielonym  pastwisku  konie 
leniwie poszczypywały trawę. Kilka z nich podeszło dostojnie 
do  ogrodzenia,  ich  wielkie  czarne  oczy  wlepione  były  w 
hałaśliwy  stwór,  który  przed  chwilą  wtoczył  się  na  podjazd. 

background image

 

9

 

Wśród  kwiatów  Barrie  uwijały  się  pracowite  pszczoły,  z  dala 
dobiegał śpiew ptaków. Piękne, zielone wzgórza Wyoming. To 
strony rodzinne, bo niedaleko stąd, na Wzgórzu Mackenziech, 
stoi  inny  dom,  rozłożysty,  w  którym  podarowano  Chance'owi 
normalne  życie  i  wszystko,  co  miało  teraz  dla  niego  jakieś 
znaczenie. 

– Cześć! Wchodź! - rozległ się w domofonie niski, spokojny 

głos Zane'a. - Jestem w gabinecie. 

Chance  wszedł  do  środka.  Jego  nogi  w  solidnych  butach 

prawie  bezszelestnie  sunęły  korytarzem.  Cisza  panowała  w 
domu  idealna,  a  więc  Barrie  z  dzieciakami  musiała  dokądś 
pojechać, bo inaczej Nick biegłaby już do niego w podskokach. 

Drzwi  do  gabinetu,  o  dziwo,  były  zamknięte.  Chance 

przystanął, posłuchał chwilę i nie pukając, otworzył drzwi. 

Zane  siedział  za  biurkiem.  Komputer  był  włączony,  przez 

otwarte  okno  wpadało  do  pokoju  świeże,  nagrzane  słońcem 
powietrze.  Powitał  brata  ciepłym  uśmiechem,  nieczęsto 
pojawiającym się na jego marsowym obliczu. 

-Uwaga – mruknął. - Oni tu są! 
Chance  odruchowo  spojrzał  w  dół,  sprawdzając  podłogę. 

Teren był czysty. 

-Są pod biurkiem - wyjaśnił Zane. - Ukryli się przed tobą. 
Chance  ze  zdziwieniem  uniósł  brwi.  Z  tego,  co  wiedział, 

dziesięciomiesięczne bliźniaki nie miały zwyczaju  chować się 
przed nikim i przed niczym. Spojrzał jeszcze raz w dół, jeszcze 
bardziej uważnie i dojrzał dziesięć pulchnych paluszków. 

-No,  niestety,  nie  są  jeszcze  w  tym  dobrzy  -  stwierdził  z 

uśmiechem. - Widzę ich. 

-Stary, oni dopiero zaczęli trenować! Ćwiczą od tygodnia. A 

najpilniej atak. 

-Atak! 
-Zgadza  się.  Ty  stój  i  nie  ruszaj  się  z  miejsca.  Zaraz  ciebie 

zaatakują, a dokładniej, twoje nogi. 

-Czy program szkolenia obejmuje gryzienie? 
-Na razie nie. 

background image

 

10

 

-Całe  szczęście.  Powiedz  jeszcze  tylko,  co  będzie,  jeśli  atak 

się powiedzie 

-Chłopaki  zwykle  tylko  atakują.  Potem  wycofują  się  i 

naturalnie ryczą ze śmiechu. Chociaż... 

Zane w zamyśleniu potarł brodę. 
-Jest  jeszcze  jeden  wariant.  Siądą  na  twoich  stopach.  Żeby 

ciebie  unieruchomić,  rozumiesz?-  Chociaż  nie  jestem  tego 
pewien, oni stanowczo wolą stać, niż siedzieć... 

W  tym  momencie  nastąpił  atak.  Chance,  mimo  że  Zane  go 

uprzedził,  był  nieco  zdumiony.  Oba  berbecie  poruszały  się 
wyjątkowo  cicho  i  trudno  było  nie  podziwiać  ich  precyzji. 
Wysunęli się spod biurka jednocześnie, przemknęli po dywanie 
jak  dwie  jaszczurki  i  z  triumfalnym  okrzykiem  zaatakowali 
wuja.  Malec  z  lewej  ciężko  klapnął  na  jego  stopie,  malec  z 
prawej  wczepił  się  rączkami  w  dżinsy  i  zaczął  się  podciągać. 
Naturalnie,  obaj  napastnicy  przez  cały  czas  zanosili  się  od 
śmiechu. 

-Jak młode wilczki - stwierdził z pełnym uznaniem Chance i 

rzuciwszy teczkę na biurko, pochylił się, aby obu wojowników 
przetransportować w górę. Pousadzał ich sobie na obu rękach, 
prawej  i  lewej,  i  z  rozczuleniem  spoglądał  na  identyczne 
pucołowate  buzie,  uśmiechające  się  do  niego  radośnie. 
Cameron  i  Zack  natychmiast  przystąpili  do  realizacji  nowych 
zadań,  to  znaczy  rewizji,  czyli  sprawdzania  zawartości 
kieszonek  koszuli  tudzież  szarpania  wuja  za  uszy  i 
poklepywania go po twarzy. 

-Ależ  oni  wyrośli!  -  z  podziwem  powiedział  Chance,  kręcąc 

głową na wszystkie strony. - A ważą już chyba tonę! 

-Prawdziwe  chłopaki  -  oświadczył  z  dumą  Zane.  -  Prawie 

dogonili  Nick. Mała  waży trochę więcej,  ale oni i  tak wydają 
się ciężsi. 

Bliźniacy  już  teraz  wyglądali  jak  mężczyźni  z  rodu 

Mackenziech. Wysocy i  mocno zbudowani.  A Nick wdała się 
w filigranową babcię Mary. 

background image

 

11

 

-Gdzie  Barrie  i  Nicki  -  spytał  Chance,  któremu  do  pełnego 

szczęścia  brakowało  pięknej  bratowej  i  żywej  jak  srebro 
bratanicy. 

Zane westchnął ciężko. 
-Lepiej nie pytaj! Mieliśmy kryzys obuwniczy. 
-Co?  Jaki  kryzys?  -  dopytywał  się  zaciekawiony  Chance, 

rozsiadając się na krześle. Każdy z bliźniaków dostał do swej 
dyspozycji  jedno  z  kolan  wuja.  Znudzeni  ciąganiem  go  za 
uszy,  malcy  zajęli  się  teraz  sobą.  Pogadywali  coś  w  języku 
zrozumiałym  tylko  dla  siebie,  łapali  się  za  rączki.  Chance 
głaskał  ich  bez  przerwy,  ale  malcom  nie  przeszkadzało  to  w 
zabawie. 

Wszystkie 

dzieci 

rodzinie 

Mackenziech 

przyzwyczajone były do czułego dotyku dorosłych rąk. 

Zane  znów  westchnął  i  usiadłszy  w  krześle  wygodniej, 

założył sobie ręce za głowę. 

-No, to posłuchaj. Wyobraź sobie, że masz w domu trzyletnią 

pannę, a ona, z kolei, ma lakierki. Czarne, błyszczące, uwielbia 
zadawać  nimi  szyku  w  niedzielę.  I  wszystko  jest  dobrze, 
dopóki nie popełnisz poważnego błędu taktycznego. Pozwalasz 
jej, i to właśnie w niedzielę, obejrzeć w telewizji „Czarownika 
z krainy Oz”. 

Bystry  umysł  Chance'a  natychmiast  połączył  oba  fakty  i 

wysnuł  logiczny  wniosek.  Nick  zapragnęła  mieć  butki 
czerwone. 

-Czym załatwiła te lakierki? 
-  No, jak to? Wiadomo, że szminką. 
Tego też mógł się domyśleć. Tak się jakoś złożyło, że prawie 

każdy  z  nowego  pokolenia  Mackenziech  miał  wpadkę  ze 
szminką.  Coś  w  rodzaju  nowej  rodzinnej  tradycji, 
zapoczątkowanej  przez  Johna,  który  ulubioną  szminką  matki 
namalował  na  ojcowskim  mundurze  dodatkową  baretkę. 
Caroline  się  wściekła.  Szminka  była  do  wyrzucenia,  a 
znalezienie nowej,  identycznej,  wymagało  więcej  zachodu niż 
starcie kilku plamek z munduru męża. 

background image

 

12

 

-A  nie  mogliście  po  prostu  zetrzeć  tej  szminki?  -  spytał 

Chance,  zestawiając  trochę  już  za  bardzo  rozbrykanych 
chłopców na podłogę. 

-Jasne, że mogliśmy, ale było za późno, ponieważ Nick sama 

zastosowała środki zaradcze i wsadziła lakierki do zmywarki. 

Spojrzał  na  brata,  brat  na  niego  i  obaj  wybuchnęli  głośnym 

śmiechem. 

-Wczoraj  Barrie  kupiła  nowe  lakierki.  Niestety,  Nick 

spojrzała  na  nie  tylko  raz,  nie  chciała  nawet  przymierzyć. 
Powiedziała, że są bardzo brzydkie. 

-Raczej „baldzo bzydkie" - poprawił z uśmiechem Chance. 
-Zgadza się. Ale z jej wymową jest coraz lepiej. Nick ćwiczy 

wymowę „r" bardzo gorliwie, powtarza w kółko różne wyrazy, 
rozumiesz,  te,  które  dla  niej  są  najważniejsze.  Cukierek, 
rowerek i tak dalej. 

-Rozumiem. A teraz obie panie są na zakupach? 
-Tak. Trzeba kupić małej czerwone lakierki. - Zane czujnym 

wzrokiem omiótł pokój. Chłopcy byli na zwiadach, czyli sunęli 
na  czworakach  po  dywanie.  Musieli  jednak  być  spragnieni 
ojcowskiej  uwagi,  bo  gdy  tylko  Zane  spojrzał,  obaj,  jak  na 
komendę,  klapnęli  pupami  o  podłogę  i  zapłakali.  Krótko,  po 
męsku i ostrzegawczo. A potem wlepili oczy w swego tatę. 

-Pora karmienia - zakomunikował Zane i przekręciwszy się w 

obrotowym  krześle,  sięgnął  po  butelki  z  podgrzewacza, 
ustawionego na stoliku za biurkiem. 

-Łap, którego chcesz - rzucił do brata, podając mu butelkę. 
-Jak zwykle. Przygotowany na każdą ewentualność - mruknął 

Chance  i  zgarnął  z  podłogi  jednego  z  bliźniaków.  Zanim 
wetknął mu do ust smoczek, spojrzał uważnie na nachmurzoną 
buzię.  Tak,  to  Zack.  Czyli  ten,  którego  chciał  złapać.  Chance 
rozpoznawał  bliźniaków  bez  trudu,  jak  zresztą  i  wszyscy 
pozostali członkowie rodziny. A chłopcy podobni byli jak dwie 
krople wody. Pediatra sugerował, że może nałożyć im na nóżki 
znaki identyfikacyjne, co było zupełnie niepotrzebne. Chłopcy, 
choć  pod  względem  fizycznym  identyczni,  różnili  się  nieco 
charakterami. I dla rodziny była to wystarczająca  wskazówka. 

background image

 

13

 

Chance  patrzył  z  rozczuleniem  na  małego,  cieplutkiego 

żarłoka  na  swoim  ręku,  na  okrągłą  główkę  pokrytą  ciemnymi 
jedwabistymi włoskami. Czysta przyjemność, a przecież kiedyś 
był  zupełnie  innego  zdania.  Pierwszym  niemowlęciem,  które 
wziął na ręce, był John, i to John w sytuacji bardzo krytycznej, 
ponieważ wyrzynały mu się zęby. Chance był u Mackenziech 
zaledwie  od  kilku  miesięcy,  nadal  był  czujny,  nieufny,  choć 
zwalczył  już  w  sobie  tę  przemożną  chęć,  aby  rzucać  się  na 
każdego,  kto  go  dotknął.  A  Joe  i  Caroline  przyjechali  do 
rodziców z wizytą. Kiedy stanęli w drzwiach, z ich min od razu 
można było wywnioskować, że podróży nie mieli przyjemnej. 
Nawet  Joe,  zwykle  tak  opanowany,  nie  ukrywał  frustracji,  a 
piękna, szykowna Caroline  - tym  razem  w stroju zmiętym  i  z 
potarganymi włosami - była kompletnie roztrzęsiona. Przecież 
działała według swoich zwykłych zasad. Nie tracić zimnej krwi 
i logika przede wszystkim. A John wrzeszczał nadal. 

Półprzytomne spojrzenie Caroline przemknęło po obecnych i 

spoczęło na twarzy nowego członka rodziny Mackenziech. 

-  Weź  go,  błagam  -  powiedziała,  składając  dziecko  w 

ramionach Chance'a. - Ty na pewno go uspokoisz. 

Naturalnie  spanikował  i  omal  nie  upuścił  Johna.  Nigdy 

przedtem  czegoś  takiego  nawet  nie  dotknął,  a  co  dopiero 
trzymać  w  rękach.  Był  przerażony  i  zdumiony,  że  ta  dama 
swego  wypieszczonego  synka  zdecydowała  się  powierzyć 
właśnie  jemu,  półdzikiemu,  bezdomnemu  chłopakowi  z 
domieszką krwi indiańskiej. Stał nieruchomo, trzymając Johna 
w  wyciągniętych  przed  sobą  rękach.  I  nagle  zapadła 
błogosławiona  cisza.  Prawdopodobnie  dlatego,  że  Chance  po 
prostu zaciekawił Johna. Malec zamilkł więc i wpatrywał się w 
niego okrągłymi oczkami, dodatkowo kopiąc nóżką. 

Chance  doskonale  wiedział,  że  takie  maleństwa  ludzie 

sadzają  sobie  na  ręku.  Zrobił  więc  to  samo,  powolutku, 
ostrożnie i zachęcony sukcesem, spróbował wytrzeć ślimakiem 
obślinioną  buzię  malca.  John  jakby  tylko  na  to  czekał.  Jego 
umęczone szczęki z całej siły zacisnęły się na kciuku Chance'a. 
Dwa słodkie ząbeczki,  które zdążyły już przebić dziąsła, były 

background image

 

14

 

ostre  jak  u  wiewiórki.  Chance  aż  podskoczył.  Z  odsieczą 
pospieszyła Mary. Uwolniła palec Chance'a, a John - w zamian 
za  palec,  który  tak  świetnie  zastępował  gryzaczek  -  dostał  do 
żucia  ręcznik,  zmoczony  w  wodzie.  Chance  miał  cichą 
nadzieję, że jego przygoda z Johnem dobiegła końca. Niestety, 
wszyscy  dziwnie  byli  przekonani,  że  nikt  tak  nie  zajmie  się 
Johnem jak właśnie on. Skończyło się na tym, że Chance nosił 
Johna  i  nosił,  pokazując  mu  w  pokoju  różne  rzeczy,  które 
wydawały  mu  się  godne  uwagi.  A  Johna  interesowało 
wszystko i każdy obiekt oglądał z wielką uwagą, nie przestając 
ani na chwilę żuć ręcznika. 

To  było  pierwsze  szkolenie  Chance'a,  jeśli  chodzi  o 

niemowlęta.  Od  tej  chwili  wykorzystywany  był  bezwstydnie  i 
właściwie  na  bieżąco,  ponieważ  jego  bardzo  męscy  bracia  i 
płodne  bratowe  byli  niezmordowani  w  produkowaniu 
malutkich  słodkich  istotek.  A  ostatni  rzut,  czyli  trójka  dzieci 
Zane'a i Barrie, zawojowała Chance'a bez reszty. 

 -Wiesz, że Maris jest przy nadziei?- - spytał Zane. 
-Nie może być! 
Chance  uśmiechnął  się  z  zadowoleniem.  Nareszcie!  Ich 

młodsza siostra wyszła za mąż równo dziewięć miesięcy temu i 
zaczynała  się  już  zastanawiać,  czy  Pan  Bóg  w  ogóle  zechce 
obdarzyć ją potomstwem. 

-Kiedy ma termin? 
-  W  marcu.  Maris  mówi,  że  do  tego  czasu  zdąży  oszaleć. 

Podobno Mac ani na minutę nie spuszcza jej z oczu. 

Mac  MacNeil  był  jedynym  mężczyzną  na  świecie,  który  od 

samego  początku  w  towarzystwie  Maris  czuł  się  pewny  i 
swobodny.  I  to  był  jeden  z  powodów,  dla  którego  Maris 
pokochała  go  tak  bardzo  i  pozwoliła  się  poskromić.  Dla  niej 
sprawa była jasna. Jeśli Mac zdecydował, że ciężarna Maris nie 
będzie jeździła teraz za bydłem - a Maris przecież gotowa była 
i jeść, i spać w siodle - to po prostu tak będzie. 

-Chance?  Może  powiesz  mi  teraz,  o  co  tu  chodzić  -  Zane 

spojrzał wymownie na teczkę, rzuconą na biurko. 

background image

 

15

 

Chance  wiedział,  że  brat  nie  pyta  tylko  o  zawartość  teczki. 

Zane  doskonale  się  orientował,  że  Chance  teoretycznie 
powinien być teraz we Francji, chciał więc wiedzieć, dlaczego 
Chance  przyjechał  niespodziewanie,  nie  wykonując  przedtem 
nawet zwykłego telefonu. 

-Nie  chciałem  ryzykować  -  powiedział  Chance.  -  Boję  się 

przecieków. 

-Podejrzewasz  kogoś? 
-Nie.  Ale  wolę  dmuchać  na  gorące.  Bo  nikt,  oprócz  ciebie  i 

mnie, nie powinien o tym wiedzieć. 

-O czym? 
-O tym, że Crispin Hauer ma córkę. 
Zane nie zmienił wygodnej pozycji w krześle, ale jego twarz 

stężała. Crispin Hauer od lat zajmował pierwsze miejsce na ich 
liście  najbardziej  niebezpiecznych  terrorystów  i  od  lat  cały 
sztab  najlepszych  ludzi  próbował  go  rozpracować.  Jak 
dotychczas,  bez  rezultatu.  Hauer  nadal  był  w  tym  samym 
stopniu niebezpieczny, co nieuchwytny. 

Wiadomo było, że trzydzieści pięć lat temu Hauer ożenił się z 

Pamelą  Vickery,  ślub  brał  w  Londynie.  Jego  żona  jednak  w 
pewnym  momencie  po  prostu  znikła,  przepadła  bez  śladu  i 
Chance,  jak  zresztą  wszyscy,  przypuszczał,  że  umarła  - 
śmiercią  naturalną  albo  też  pomógł  jej  w  tym  małżonek  lub 
któryś z jego wrogów. 

-Kto to jest  - spytał krótko Zane. 
-Sonia Miller. Jest tutaj, w Stanach. 
-Słyszałem niedawno to nazwisko. 
-Zgadza  się.  Ona  jest  tym  kurierem,  któremu  w  Chicago 

rzekomo  zrabowano  przesyłkę.  Pamiętasz,  te  ważne 
dokumenty na temat przestrzeni powietrznej. 

Zane, kiedy słuchał, słyszał każde słowo. 
-Rzekomo - powtórzył. - Sądzisz, że to było ukartowane? 
-Bardzo możliwe, że była w zmowie z ojcem. 
-Myślisz, że Hauer poszedłby na takie ryzyko? 
Przecież  wiadomo,  że  po  zaginięciu  tak  ważnych 

dokumentów kurier sprawdzany jest bardzo dokładnie. 

background image

 

16

 

-Prawdopodobnie  sądził,  że  do  niczego  nie  dojdziemy.  Ale 

stało  się  inaczej.  Najpierw  wszystko  było  niby  cacy.  Sonia 
Miller,  córka  Hala  i  Eleonor,  oboje  rodzice  czyściutcy.  Ale 
kiedy  usiłowałem  ściągnąć  metrykę  urodzenia  Soni,  okazało 
się,  że  takowa  metryka  jest  niedostępna,  bo  dziecko  zostało 
zaadoptowane. Hal  i  Eleonor  własnych dzieci nigdy nie mieli. 
No to pozwoliłem sobie sprawdzić, kim byli prawdziwi rodzice 
ich przybranej córki. 

-Udało ci się ? - No, no... 
Zane    nie    krył    podziwu.    Plików  adopcyjnych  strzeżono 

teraz  bardzo  gorliwie  ze  względu  na  ochronę  danych 
osobowych. Otwarcie takiego pliku było nie lada wyczynem, i 
to wyczynem raczej ryzykownym. 

-Mam nadzieję, że nie zostawiłeś żadnych śladów? 
-Bez  obaw,  nikt  nie  będzie  miał  o  nic  pretensji.  Najpierw 

przeszedłem  przez  kilka  stacji  przekaźnikowych,  a  potem 
włamałem  się  do  urzędu  skarbowego  i  dopiero  z  ich  systemu 
wszedłem do pliku adopcyjnego. 

-Chytrze.  Nikt  nie  będzie  chciał  zadzierać  z  ludźmi  od 

podatków. 

-Otóż  to.  W  każdym  razie  wiem  już  teraz  na  pewno.  Sonia 

Miller jest córką Hauera. 

Tymczasem  Zack  zdążył  wypić  swoje  mleko  i,  spracowany 

bardzo,  złożył  główkę  na  ramieniu  wuja.  Chance  podniósł 
dziecko  i  poklepując  delikatnie  po  pleckach,  dalej  wyłuszczał 
sprawę bratu. 

-Panna  Miller  pracuje  jako  kurier  od  ponad  pięciu  lat.  Ma 

mieszkanie  w  Chicago,  ale  bywa  tam  bardzo  rzadko,  tak 
przynajmniej  mówią  sąsiedzi.  A  ja  jestem  prawie  pewien,  że 
ona współpracuje z ojcem. 

-Rozumiem. 
Zane  w  zamyśleniu  pokiwał  głową.  Tak,  ten  wariant  należy 

uznać za najbardziej prawdopodobny. W ich zawodzie zawsze 
trzeba zakładać najgorsze, tylko wtedy można przygotować się 
odpowiednio do działania. 

background image

 

17

 

-Masz  jakiś  pomysł?-  -  spytał,  odstawiając  pustą  butelkę  na 

biurko i zabierając się za poklepywanie małego Camerona. 

-Jasne.  Po  nitce  do  kłębka.  Trzeba  zawrzeć  znajomość  z 

panną Miller i zdobyć jej zaufanie. 

-Podejrzewam,  że  nie  jest  to  osoba  skłonna  do  zawierania 

znajomości. O zdobyciu zaufania nie wspomnę. 

-Mam pewien plan - oświadczył Chance, uśmiechając się pod 

nosem. Bo to zdanie zwykle mówił Zane. 

Zane chyba też chciał się uśmiechnąć, ale w tym momencie 

zapiszczał alarm i Zane szybko spojrzał na mały monitor. 

-Trzymaj się, bracie. Barrie i Nick wchodzą już do domu. 
Faktycznie. W sekundę później trzasnęły frontowe drzwi i w 

całym domu rozległ się radosny krzyk: 

-Ujek Dance! Ujek Dance! 
Małe nóżki nieuchronnie zbliżały się do gabinetu. 
Chance  zapobiegawczo  oparł  się  mocniej  w  krześle.  Nick 

zwykle  witała  go  nieco  gwałtownie.  Tym  razem  też,  ale  na 
szczęście  zanim  został  zmiażdżony,  zdążył  chwycić  ją  wolną 
ręką i wciągnąć na kolana. 

-Ujek 

Dance, 

ujek 

szczebiotała  rozpromieniona 

dziewczynka, kiedy całował jej pulchny policzek. 

- Zostaniesz u nas długo, plawda? 
- Niestety, nie. Tylko kilka dni. 
Nick  była  już  wystarczająco  duża,  aby  zauważyć,  że  wujek 

znika  z  jej  życia  na  bardzo  długo,  a  pojawia  się,  niestety,  na 
krótko.  Tym  razem  też  tak  miało  być  i  dlatego  Nick 
posmutniała. Ale tylko na sekundę. 

-Ujku? Dasz mi pojeździć na twoim moto...moto...moto...ru? 
Ta  prośba  natychmiast  obudziła  w  wujku  największą  

czujność. 

-Nie,  skarbie.  To  znaczy,  możesz  wsiąść  na  mój  motor, 

oprzeć  się  o  niego,  posadzić  na  siodełku  swojego  misia.  Ale 
tylko wtedy, kiedy wujek będzie razem z tobą. Rozumiesz? 

Małej  Nick  zawsze  trzeba  było  stawiać  sprawę  jasno.  Ta 

dziewczynka,  mały  diabełek,  o  dziwo,  rzadko  kiedy  nie 
stosowała się do wyraźnie wydanych poleceń. 

background image

 

18

 

A Chance przypomniał sobie o jeszcze jednej pokusie. 
-Aha,  i  nie  wolno  sadzać  na  motorze  ani  Zacka,  ani 

Camerona. 

Nie sądził, żeby Nick dała radę podnieść któregoś ze swoich 

mocarnych  braciszków,  wolał  jednak  nie  ryzykować.  Jego 
przezorność spotkała się z uznaniem. 

-Dzięki  -  powiedziała  Barrie,  posyłając  mu  od  progu 

promienny uśmiech. - Witaj, Chance! 

Pocałowała go serdecznie w policzek i wyjęła z jego ramion 

już zasypiającego Zacka. 

-Misja  zakończona?-  -  spytał  Zane,  nie  odrywając  oczu  od 

rudowłosej żony. A wyraz tych oczu był jednoznaczny. To, co 
te oczy widziały, podobało mu się bardzo. 

-Tak,  i  można  powiedzieć,  że  z  powodzeniem  -  mówiła 

wesoło Barrie. - Panienka troszkę grymasiła, ale udało nam się 
dojść do porozumienia. 

-Ujku... Ciepłe rączki Nick objęły twarz Chance'a. 
-A może ty pojeździsz na moim lowelku, a ja... 
-To  bardzo  miło  z  twojej  strony,  kotku  -  powiedział  Chance 

najcieplej,  jak  potrafił.  -  Ale  ja  nie  zmieszczę  się  na  twoim 
rowerku,  jestem  za  duży.  A  ty  za  mała,  żeby  jeździć  na 
Harleyu. 

-A kiedy będę mogła? 
-Kiedy dostaniesz prawo jazdy. 
Nick    posmutniała    i    wsadziwszy    paluszek  do  buzi,  nie 

odzywała  się  ani  słowem,  zastanawiając  się  prawdopodobnie, 
co to jest to prawo jazdy. 

-Nick ? - Co ja widzę? Ty masz nowe buciki! 
Nick rozpromieniła się i natychmiast zademonstrowała jeden 

z nowych bucików, omal nie kopiąc Chance'a w nos. 

-Ładne, plawda ? 
-Śliczne. I takie błyszczące, można w nich się przejrzeć. 
Chance pochylił się na butkiem i zaczął stroić zabawne miny. 

Nick zachichotała. 

-Chance, zostaniesz tu chwilę z Nick? – spytał Zane, wstając 

z krzesła. - A my z Barrie położymy chłopaków spać. 

background image

 

19

 

-Jasne. 
Nick  nietrudno  było  czymś  zająć,  zawsze  była  chętna  do 

zabawy albo pogawędki. Teraz też buzia jej się nie zamykała. 
Przekazała wujkowi jeszcze garść informacji na temat nowych 
bucików,  i  nowych  koni  dziadka,  powtórzyła  również,  co 
powiedział tatuś, kiedy uderzył się młotkiem. 

-Mówił baldzo bzydkie wylazy. Do diabła, cholela, du...  
-Nick! Przestań! 
-To jak powiedzieć, co tatuś powiedział-Chance westchnął. 
-A  czy  tatuś  wie,  że  to  brzydkie  wyrazy?  Nick  energicznie 

pokiwała główką. 

-Wie. Tatuś zna wszystkie. 
-Rozumiem. Poproszę, żeby mi powiedział, jakie to wyrazy. I 

będę wiedział, których nie mówić. Zgoda? 

-Zgoda. Ale nie bij go mocno. 
-Bić? A dlaczego? 
-Bo  tatuś  mówił  tak  tylko  wtedy,  kiedy  młotek  go  udezył. 

Wtedy tatuś je powiedział. 

Chance  zakasłał  nerwowo,  dzięki  czemu  udało  mu  się  nie 

roześmiać.  Język  Zane'a,  faceta  z  SEAL-u,  był  jędrny  i  słony 
jak  morze,  ale  takiego  języka  Zane  używał  wyłącznie  w 
męskim gronie. Nie na  darmo Mary włożyła wiele wysiłku w 
wychowanie  swoich  dzieci.  I  kiedy  ten  cholerny  młotek  omal 
nie zmiażdżył mu palca, Zane na pewno był przekonany, że w 
pobliżu  nie  ma  ani  kobiet,  ani  dzieci.  Niestety,  gdzieś  w 
okolicy znajdowała się Nick i teraz należy tylko mieć nadzieję, 
że  mała,  zanim  pójdzie  do  przedszkola,  zapomni,  co  mówi 
tatuś, kiedy bije go młotek. 

-No,  jak  tam?  -  pytał  Zane,  stając  w  progu.  -  Zabawiałaś 

wujka? 

-Tak!  -  radośnie  pisnęła  Nick.  -  Powtórzyłam  mu  wszystkie 

twoje  bzydkie  wyrazy.  Te,  co  je  powiedziałeś,  jak  udezył  cię 
młotek. 

-Co?! 

background image

 

20

 

Na  zwykle  opanowanej  twarzy  Zane'a  malował  się  wyraz 

prawdziwej  rozpaczy.  A  Nick  wsadziła  paluszek  do  buzi  i 
milczała dyplomatycznie, spoglądając w sufit. 

-Nick! Chodź tu do mnie. 
Wziął ją na ręce i spytał bardzo poważnym głosem: 
-Nick? Naprawdę powtórzyłaś wujkowi te brzydkie  wyrazy? 
Bródka  nieco  zadrżała,  ale  dziewczynka  bohatersko  skinęła 

główką. 

-A  więc  trudno.  Dziś  wieczorem  nie  będzie  opowiadania 

bajek  -  oświadczył  Zane  surowym  głosem.  -  I  obiecaj,  że 
nikomu więcej nie będziesz takich wyrazów powtarzać. 

-Pseplasam  -  szepnęła  skruszona  Nick  i  objąwszy  ojca  za 

szyję, ukryła główkę na jego ramieniu. 

-Już  dobrze,  córeńko.  Wiem,  że  jest  ci  przykro  i  wierzę,  że 

dotrzymasz obietnicy. 

Pogłaskał małą po pleckach, pocałował w główkę i postawił 

na podłodze. 

-Biegnij teraz do mamy! 
Nick, już rozpogodzona, wybiegła w podskokach na korytarz. 
-Szlaban  na  opowiadanie  bajek?  -  spytał  zaciekawiony 

Chance.  -  Zwykle  rodzice  zabraniają  dzieciom  oglądać 
telewizję. 

-A my nie. Specjalnie staramy się nie traktować telewizji jak 

czegoś  szczególnie  cennego.  Dzięki  temu  może  dzieciaki  nie 
zapadną  na  „chorobę  telewizyjną".  A  co  ciebie  to  tak 
interesuje? Szykujesz się do roli ojca? 

-Ojca? Nigdy! Chyba że w przyszłym życiu. 
-Ej że! Każdego kiedyś dopadnie. 
-Spokojna głowa! A teraz... 
Chance spojrzał wymownie na teczkę leżącą na biurku. 
-A teraz, bracie, zabierajmy się do roboty! 
 
 
 
 
  

background image

 

21

 

ROZDZIAŁ  DRUGI 
 
Dokładnie  według  zwariowanych  zasad  z  książeczki  pana 

Murphy'ego.  Tylko  on  mógłby  coś  takiego  wymyślić.  Sunny, 
pełna  gorzkich  myśli,  po  raz  setny  poprawiła  się  na 
plastikowym  krzesełku  w  poczekalni  na  lotnisku  w  Salt  Lakę 
City.  Już  piątym  lotnisku  tego  dnia.  Naturalnie,  że  z  Atlanty 
miała  lecieć  prosto  do  Seattle.  Lot  odwołano,  ponoć  ze 
względów  technicznych.  Pasażerom  zaproponowano  inne 
połączenia,  niestety,  żaden  z  samolotów  nie  zamierzał 
wylądować  w  Seattle.  W  rezultacie  Sunny  najpierw  poleciała 
do Cincinnati, z Cincinnati do Chicago, z Chicago do Denver i 
z  Denver  do  Salt  Lakę  City.  No,  cóż....  przynajmniej 
konsekwentnie  przemieszczała  się  w  kierunku  zachodnim  i 
zawsze jest nadzieja, że ten ostatni z rzędu samolot dowiezie ją 
na miejsce przeznaczenia, od którego dzieliło ją jeszcze ponad 
tysiąc  kilometrów.  Chociaż,  zważywszy  wypadki  dzisiejszego 
dnia, prędzej należałoby się spodziewać katastrofy lotniczej. 

 Była  zmęczona,  była  zła  i  bardzo  głodna.  Cały  dzień 

pogryzała tylko orzeszki i teraz, teoretycznie, powinna wstać i 
poszukać  jakiegoś  barku.  Ale  w  każdej  chwili  mogą  przecież 
wezwać pasażerów do samolotu, załadować ich w rekordowym 
tempie  i  odlecieć.  W  świecie  według  Murphy'ego  wszystko 
może  się  zdarzyć.  Dlatego  lepiej  warować  na  krzesełku  i  nie 
tracić  dobrego  humoru,  który  zwykle  przecież  jej  nie 
opuszczał.  A  gdyby  się  zdarzyło,  że  spotka  pana  o  nazwisku 
Murphy, walnie go prosto w nos. I tyle. 

Sunny,  w  nastroju  już  nieco  lepszym,  jeszcze  raz  poprawiła 

się w krzesełku i sięgnęła do torby po książkę. A jakże! Głodna 
i  zmęczona  Sunny  Miller  potrafi  przezwyciężyć  stres  i,  jakby 
nigdy  nic,  zagłębić  się  w  lekturze.  Ona  zawsze,  w  każdej 
sytuacji,  umiała  znaleźć  coś  pozytywnego.  Wiadomo,  że  w 
życiu jest i dobrze, i źle, trzeba się tylko postarać, żeby to, co 
dobre przeważało. 

Dlatego zadbała o swój komfort  psychiczny i  dłuższy pasek 

od  teczki  przerzuciła  sobie  przez  głowę.  Niektórzy  kurierzy 

background image

 

22

 

przykuwali  sobie  teczkę  kajdankami  do  ręki.  Jej  firma  była 
jednak przekonana, że kajdanki zawsze ktoś może zauważyć i 
wzbudzą  niepotrzebną  sensację.  Przecież  wiadomo,  że  takie 
kajdanki aż krzyczą: 

- Ludzie kochani! A wy wiecie, co jest w tej teczce?  
Dlatego  najlepiej  niczym  się  nie  wyróżniać.  Po  prostu 

wyglądać  jak  co  najmniej  połowa  pasażerów  samolotu,  czyli 
osoba podróżująca w interesach. 

 Tym  niemniej,  po  tym  niefortunnym  zdarzeniu  w  Chicago 

Sunny  podwoiła  czujność  i  dlatego  jedną  rękę  bez  przerwy 
trzymała opartą na teczce. Nie miała najmniejszego pojęcia, co 
jest w środku. Jej praca polegała wyłącznie na tym, aby kolejną 
teczkę bezpiecznie przewieźć z punktu A do punktu B. Zawsze 
była nadzwyczaj ostrożna i kiedy w Chicago ten zielonowłosy 
punk wyrwał jej teczkę z ręki, czuła się wściekła i upokorzona. 
I  przerażona,  ale  nie  tym,  że  w  jej  dokumentach  w  firmie 
zrobiono  niezbyt  przyjemną  adnotację.  Była  przerażona,  że  ta 
wpadka przydarzyła się właśnie jej, Sunny Miller, którą niemal 
od kołyski uczono ostrożności i powtarzano bez końca, że oczy 
ma  mieć  z  tyłu  głowy,  bo  jeden  najmniejszy  błąd  może 
kosztować ją życie. 

Wspomnienie  wpadki  w  Chicago  ponownie  zepsuło  jej 

humor. Wsunęła książkę z powrotem do torby i postanowiła, że 
teraz,  zamiast  pogrążać  się  w  fikcyjnym  świecie,  lepiej  zająć 
się  obserwacją  najbliższego  otoczenia.  W  brzuchu  nadal  jej 
burczało. W torbie miała, co prawda, jakieś tam zapasy, ale to 
była porcja na czarną godzinę, a ta godzina, miejmy nadzieję, 
jeszcze nie nadeszła. 

Popatrzyła  więc  na  bramkę,  gdzie  dwie  stewardesy 

wyjątkowo 

cierpliwie 

tłumaczyły 

coś 

wyjątkowo 

niecierpliwym pasażerom. Z niezadowolonych min pasażerów, 
kiedy  wracali  na  swoje  krzesełka,  bez  trudu  można  się  było 
zorientować, że nie uzyskali pomyślnej wiadomości. Czyli ma 
dość czasu, aby spokojnie pójść do barku i coś przekąsić. 

Spojrzała  na  zegarek.  Według  czasu  miejscowego  za 

piętnaście  druga,  a  według  czasu  obowiązującego  w  rejonie 

background image

 

23

 

Pacyfiku przesyłka powinna dotrzeć do rąk adresata w Seattle 
o dziewiątej wieczorem, co powoli się staje marzeniem ściętej 
głowy  i  kto  wie,  czy  nie  trzeba  będzie  dzwonić  do  firmy  i 
informować o kolejnej wpadce. Na myśl o tym Sunny czuła, że 
robi  jej  się  niedobrze.  Na  pewno  również  z  głodu.  Dlatego 
pójdzie  teraz  coś  zjeść,  a  jeśli  lot  nadal  będzie  opóźniony, 
przeprowadzi  rekonesans  na  temat  połączeń  innych  linii 
lotniczych.  Poruszy  niebo  i  ziemię,  byleby  tylko  nie  musiała 
dzwonić do firmy. 

Wstała - jedna ręka czujnie oparta na teczce, w drugiej torba 

podróżna  -  i  ruszyła  przed  siebie  w  poszukiwaniu  miejsca, 
gdzie jedzenie serwują ludzie, a nie automaty. Szła pod prąd, z 
bramki  bowiem  zaczęli  wylewać  się  pasażerowie  samolotu, 
który  przed  chwilą  wylądował.  Opływali  Sunny  z  obu  stron. 
Starała się trzymać prawej strony, żeby uniknąć zderzenia. Ale 
ten manewr nie okazał się skuteczny, bo ktoś jednak trącił ją w 
ramię, i to dość boleśnie. 

Odwróciła  się  odruchowo  i  również  odruchowo  jej  ręka 

zacisnęła  się  jeszcze  mocniej  na  torbie.  Dokładnie  w  chwili, 
gdy ktoś mocno szarpnął za skórzany pasek, i pasek ten zaczął 
ześlizgiwać się z jej ramienia. 

Do cholery! Czyżby znowu?! 
Zamachnęła  się  tą  swoją  ciężką  torbą  podróżną.  Walnęła  z 

całej siły. Zobaczyła nieogoloną mordę i złe, ciemne oczy. W 
ręku nóż, którym właśnie przeciął pasek jej teczki. I ten drań, 
mimo  że  porządnie  dostał  torbą  po  ramieniu,  drugą  ręką 
właśnie chwytał za jej teczkę. 

Sunny  nawet  nie  przemknęła  przez  głowę  myśl,  żeby 

krzyknąć  lub  poczuć  lęk.  Te  reakcje  były  jak  najbardziej 
niepożądane,  przecież  źle  wpłynęłyby  na  jej  koncentrację.  A 
musiała  być  precyzyjna,  bowiem  po  raz  drugi  zamachnęła  się 
torbą  i  walnęła  prosto  w  łapsko,  przyklejone  do  jej  teczki. 
Walnęła z całej siły. A ten kretyn wcale nie miał  zamiaru się 
odkleić. 

-Suka - warknął. Nóż błysnął srebrzyście. 

background image

 

24

 

Odskoczyła, jej palce ześlizgnęły się z teczki. Na zarośniętej 

gębie  pojawił  się  triumfujący  uśmieszek.  Teczka  była  jego. 
Sunny zdążyła jeszcze, co prawda, złapać za zwisający pasek. 
Znów  błysk  noża...  i  pasek  został  jej  w  ręku.  A  złodziej, 
przyciskając teczkę do piersi, już gnał przed siebie, roztrącając 
ludzi. 

-Ty łobuzie! - wrzasnęła, ruszając w pogoń. 
- Ludzie! To złodziej! Zatrzymajcie go! 
Długa spódnica miała z lewej strony rozcięcie, nie krępowała 

więc  ruchów.  Ale  ten  drań  wystartował  wcześniej  i  miał 
dłuższe nogi.  A jej torba podróżna, z którą nie  rozstawała się 
nigdy, obijała się o nogi. Ale biegła i biegła, choć wiedziała, że 
to  na  nic.  Czuła,  że  ogarnia  ją  rozpacz,  a  w  głowie  kołatała 
jedna tylko myśl. Na miłość boską, niech ktoś się zlituje i tego 
drania zatrzyma... 

Zlitował  się.  Jakiś  mężczyzna,  wysoki,  barczysty.    Właśnie  

się    odwrócił,    spojrzał    obojętnym  wzrokiem,  a  złodziej  był 
przy  nim  tuż,  tuż...  Sunny  nabrała  powietrza,  żeby  znów 
krzyknąć. Ten mężczyzna absolutnie wyglądał na kogoś, kto da 
radę zatrzymać tego drania. Jednak żadne słowa nie wyszły z 
jej  gardła,  bo  ten  mężczyzna  zrozumiał  ją  bez  słów.  Sekundę 
jeszcze  patrzył,  jakby  oceniał  sytuację,  a  potem  wykonał... 
piruet.  Lekko,  zwinnie  i  z  niebywałą  gracją,  jak  prawdziwa 
baletnica.  Solidny  but  trafił  prosto  w  kolano  złodzieja.  Noga 
odskoczyła dziwnie w tył, złodziej zatoczył się i rąbnął plecami 
o  posadzkę.  Teczka  wykonała  krótki  lot  do  ściany,  odbiła  się 
od niej, wróciła jak bumerang i również spoczęła na posadzce. 
Jakiś mężczyzna przeskoczył przez nią, inny obszedł w kółko. 
Sunny, jak tygrysica, jednym  skokiem  przypadła do teczki.  O 
ułamek sekundy wcześniej niż czyjeś pożądliwe ręce. Potężny 
cios  w  żołądek  unieruchomił  złodzieja  skutecznie.  Wysoki 
mężczyzna siedział mu już na plecach i wykręcał ręce do tyłu. 

-Aua! -  ryczał  złodziej.  -  Uważaj,  ty palancie!  Połamiesz mi 

ręce! 

Niemiłe określenie miało jeden skutek. 

background image

 

25

 

-Uważaj,  co  mówisz  -  warknął  wysoki  mężczyzna, 

wykręcając mu ręce jeszcze mocniej. Złodziej znów wrzasnął, 
ale  nie  było  już  żadnych  epitetów,  tylko  dźwięki  raczej 
nieartykułowane. 

-On ma nóż! - krzyknęła ostrzegawczo Sunny. 
-Już nie ma - padła spokojna odpowiedź. - Wypadł mu z ręki 

podczas lądowania. 

Jednocześnie mężczyzna nie tracił czasu. Wyciągnął pasek ze 

spodni złodzieja i związał mu ręce nieskomplikowanym, ale na 
pewno skutecznym sposobem. 

-Idź  po  ten  nóż,  dobrze?  -  rzucił  przez  ramię.  -  Zanim 

zniknie. 

Wyglądało  na  to,  że  ten  człowiek  dobrze  wie,  co  robi  i  co 

mówi.  Sunny  posłusznie  wykonała  polecenie,  mało  tego, 
wzięła  nóż  przez  chusteczkę,  żeby  nie  zostawiać  swoich 
śladów. 

-I co mam z nim zrobić?- - spytała. 
-Trzymaj, dopóki nie zjawi się ochrona. 
Rozejrzał się po ludziach i wyłowił wzrokiem 
jednego z pracowników lotniska, chyba jakiegoś konwojenta. 
-Ochrona wezwana? - spytał krótko. 
-Tak, oczywiście - przytaknął gorliwie bardzo 
przejęty konwojent. - Zaraz tu będą. 
Sunny,  tuląc  teczkę  do  piersi  jak  dziecko,  przykucnęła  koło 

swego wybawcy. 

-Dziękuję  -  powiedziała.  -  Ten  drań  przeciął  nożem  pasek  i 

wyrwał mi ją. 

-Zawsze  do  usług  -  odparł  wybawca  i  spojrzał  na  nią  z 

uśmiechem. 

To  wystarczyło.  Zabrakło  jej  tchu  w  piersiach,  w  dołku 

ścisnęło,  a  serce  podskoczyło.  Prawdopodobnie  nigdy 
przedtem nie widziała równie przystojnego mężczyzny. Był nie 
tylko  nadzwyczaj  przystojny,  był  również  porywający  i 
zniewalający.  Szybko  skontrolowała  szczegóły.  Czarne  gęste 
włosy,  trochę  przydługie,  opadały  na  kołnierz  podniszczonej 
skórzanej  kurtki.  Cera  na  pociągłej  twarzy  gładziutka,  koloru 

background image

 

26

 

ciemnego  miodu.  Brąz  oczu  jasny,  bardzo  jasny.  Te  oczy 
świeciły  wśród czarnych rzęs jak dwa złociste krążki.  I jakby 
tych  nadzwyczajności  było  jeszcze  mało,  nos  i  usta  również 
prosiły  o  pochwałę.  Nos  wąski,  bardzo  zgrabny,  usta  pięknie 
wykrojone,  stworzone  do...  No,  jasne,  do  pocałunku.  Trudno 
było nie zauważyć, nawet w tych przykrych okolicznościach. 

Ten  mężczyzna  o  niezwykle  pięknej  twarzy  zbudowany  był 

perfekcyjnie. Zdążyła już zauważyć i wzrost, i barczyste plecy, 
i  długość  jego  nóg,  teraz  dostrzegła  jeszcze  płaski  brzuch  i 
wąskie  biodra.  Matka  natura  musiała  być  w  znakomitym 
nastroju,  tworząc  tak  idealne  ciało.  Chyba  zbyt  idealne,  aby 
było realne... Ale było  realne jak najbardziej, i w dodatku ten 
przystojny  facet  na  pewno  nie  był  mięczakiem.  Emanowała  z 
niego siła i zdecydowanie. To wrażenie potęgowała sierpowata 
blizna  na  kości  policzkowej  z  lewej  strony  i  białe  kreski, 
wyraźnie  odcinające  się  od  opalonej  skóry  prawej  dłoni.  Te 
blizny jednak zupełnie nie umniejszały jego atrakcyjności. 

Dopiero  po  kilku  sekundach  do  Sunny  dotarło,  że  jej 

wybawca  wpatruje  się  w  nią.  W  jego  oczach  dostrzegła 
zainteresowanie  i  rozbawienie.  Naturalnie,  że  poczuła  się 
speszona i musiało to być widoczne. Nie miała wątpliwości, że 
jej  twarz  oblała  się  rumieńcem.  Tym  niemniej  należało  wziąć 
się  w  garść  i  skoncentrować  na  sprawcy  zamieszania.  Drań 
leżał  bez  ruchu,  wydając  z  siebie  ciche  jęki,  które  miały 
ostrzegać,  że  on  zaraz  skona  od  tych  męczarni.  Sunny 
absolutnie była pewna, że ból jest do wytrzymania. Miał tylko 
związane ręce, a plecy unieruchomione kolanem jej wybawcy. 
Gorzej,  że  tej  nędznej  kreaturze  powinna  poświęcić  jeszcze 
trochę czasu i,  jak nakazywało sumienie obywatelskie, złożyć 
przeciwko  niemu  zeznanie.  Czyli,  kiedy  ona  będzie 
odpowiadać  na  dziesiątki  pytań  i  wypełniać  formularze, 
samolot do Seattle spokojnie wzbije się w powietrze. 

-A niech to - mruknęła. - Jeśli nie zdążę na ten samolot... 
-O której odlatuje?- spytał jej wybawca. 
-Dokładnie  nie  wiem.  Opóźnia  się.  W  każdej  chwili  mogą 

wezwać pasażerów na pokład. Pójdę się dowiedzieć, dobrze? 

background image

 

27

 

-Dobrze. A ja przytrzymam twojego przyjaciela i pogadam z 

ochroną, zanim wrócisz. 

-Wrócę  za  chwilę  -  obiecała  Sunny  i  szybkim  krokiem 

ruszyła  w  kierunku  bramki.  Przed  kontuarem  kłębił  się  tłum 
pasażerów,  jeszcze  bardziej  rozjuszonych  niż  przed 
kwadransem.  Napis  „Opóźniony"  znikł  z  tablicy.  Pojawił  się 
inny. „Lot odwołany". 

-Szlag  by  to  trafił  -  powiedziała  Sunny  na  jakimś  dziwnym 

bezdechu. - Szlag! 

Jej  ostatni  promyk  nadziei,  że  stawi  się  w  Seattle  o 

wyznaczonej  godzinie,  zgasł  właśnie  i  pomóc  jej  może  już 
tylko cud. A prosić o drugi cud tego samego dnia jest naprawdę 
lekką  przesadą.  Telefon  do  firmy  będzie  zdaje  się  konieczny, 
choć  myśl  o  tym  napawa  ją  obrzydzeniem.  Jednak  przedtem 
trzeba będzie zakończyć sprawę z tym kretynem, co połakomił 
się na jej teczkę. 

Kiedy wróciła do swojego przystojnego wybawcy, zobaczyła, 

że  złodziej  już  wstał  i  eskortowany  przez  dwóch  ochroniarzy 
przemieszczał  się  na  nieco  ugiętych  nogach  w  stronę  biura, 
czyli  tam,  gdzie  można  się  ukryć  przed  ciekawskimi 
spojrzeniami. A ciemnowłosy bohater na jej widok powiedział 
coś  do  facetów  z  ochrony  i  wyszedł  jej  naprzeciw.  Poczuła 
lekkie drżenie serca. Mój Ty Boże wielki, jaka to rozkosz dla 
kobiety patrzeć na takiego mężczyznę! Mimo że strój jego był 
raczej  niedbały.  Czarny  T-shirt  pod  brązową  podniszczoną 
kurtką,  wystrzępione  dżinsy  i  solidne  buty,  w  których  szedł 
zwinnie  i  lekko  jak  w  baletkach.  Nie  ma  co  się  oszukiwać. 
Szkoda,  naprawdę  szkoda,  że  po  wyjaśnieniu  okoliczności 
niemiłego zajścia ona już nigdy więcej go nie zobaczy. 

Te  refleksje  zajęły  jej  jednak  tylko  sekundę,  bowiem  takie 

myśli  u  Sunny  Miller  są  czystym  absurdem.  Przecież  Sunny 
Miller  nie  może  sobie  pozwolić  na  żadne  bliższe  znajomości, 
ani z nim , ani z kimkolwiek. Wobec faceta nie byłoby to fair, a 
ona nie powinna fundować sobie jeszcze jakichś dodatkowych 
rozterek i zawirowań emocjonalnych. Może kiedyś Bóg da, że 
będzie  mogła  się  ustatkować.  Będzie  chodzić  na  randki, 

background image

 

28

 

ewentualnie  pozna  kogoś  i  pokocha,  nawet  wyjdzie  za  mąż  i 
będzie miała dzieci. Ale jeszcze nie teraz. O, nie. Teraz byłoby 
to zbyt niebezpieczne. 

- No i jak tam twój  samolot? - zapytał jej wybawca, biorąc ją 

tak  jakoś  po  staroświecku  pod  ramię  i  prowadząc  w  stronę 
biura. - Wszystko w porządku? 

-Zależy, jak dla kogo - odparła ponurym głosem. - Lot został 

odwołany, a ja dziś wieczorem powinnam być w Seattle. I nie 
sądzę,  żeby  mi  się  to  udało.  Mam  cholernego  pecha.  Każdy 
samolot,  do  którego  dziś  wsiadam,  jest  albo  opóźniony,  albo 
ma  zmienioną  trasę.  A  teraz  nie  ma  żadnego,  którym 
mogłabym dolecieć do Seattle na czas. 

-To wynajmij samolot. 
Sunny pozwoliła sobie zachichotać. 
-Nie wiem, czy mój szef byłby tym zachwycony, przecież to 

dodatkowe koszty. Ale pomysł niezły. Zresztą i tak, z powodu 
tej afery, muszę zadzwonić do firmy. 

-Jestem do twojej dyspozycji. Miałem teraz lecieć z klientem 

do Dallas, ale on się nie zgłosił. 

-Czy to znaczy, że ty... ty jesteś pilotem czarterowym? 
Jej  zdumienie  nie  miało  granic.  To  było  stanowczo  zbyt 

piękne, aby było prawdziwe, albo po prostu ona kwalifikuje się 
do tego, żeby już zawsze prosić o dwa cuda jednego dnia. 

-Zgadza się - przytaknął i uśmiechnął się, a na jego policzku 

pojawił się dołek. 

Nieprawdopodobne!  Czyli  on  do  tego  wszystkiego  ma 

jeszcze w policzku dołek! Odlot, po prostu odlot! 

Odlotowy facet uśmiechnął się jeszcze raz i wyciągnął rękę. 
 -Chance MacCall, pilot. Poza tym łowca złodziei i właściwie 

facet do wszystkiego. 

Sunny  zaśmiała  się  i  podała  mu  rękę.  Z  przyjemnością 

zauważyła,  że  ten  silny  mężczyzna  wcale  nie  starał  się 
zmiażdżyć  jej  palców.  A  u  takich  siłaczy  było  to  prawie 
powszechne. 

-Sunny  Miller,  kurier  opieszały  i  cel  dla  złodziei.  Miło  mi 

pana poznać, panie MacCall. 

background image

 

29

 

-Chance, tylko Chance, jeśli ci to, oczywiście, odpowiada. 
-Naturalnie... Chance. 
-Świetnie. A teraz zakończmy tę aferę, potem zadzwonisz do 

firmy  i  upewnisz  się,  czy  lot  czarterowy  to  jest  to,  co  zaleca 
pan doktor. 

Otworzył  przed  nią  drzwi,  na  których  nie  było  żadnej 

tabliczki.  W  środku  siedziało  dwóch  facetów  z  ochrony 
lotniska,  jakaś  pani  ubrana  w  szary  kostium  o  wyjątkowo 
surowym kroju, no i ten drań, teraz już przykuty kajdankami do 
krzesła. Na powitanie drań obdarzył Sunny spojrzeniem bardzo 
wymownym. Jakby to ona była winna całemu zamieszaniu. Bo 
on na pewno nie. 

-Ty  wredna suko,  łżesz jak...  -  zawarczał  przez zęby, umilkł 

jednak prawie natychmiast, czując niewątpliwie dotkliwy ból. 

-Zapomniałeś,  koleś?-  -  spytał  Chance,  mocno  zaciskając 

dłoń na jego ramieniu. - Masz uważać na to, co mówisz, jasne? 

Nie  była  to  groźba,  po  prostu  rozkaz.  Złodziej  drgnął  i 

spojrzał  na  Chance'a  z  ukosa,  prawdopodobnie  od  razu 
przypominając  sobie,  jak  łatwo  ten  mężczyzna  powalił  go  na 
ziemię. Potem spojrzał na ochronę, jakby spodziewając się, że 
podejmą  jakąś  interwencję.  Nadzieje  płonne.  Obaj  mężczyźni 
skrzyżowali  ramiona  na  piersiach  i  obaj  uśmiechali  się 
drwiąco.  I  drań,  widząc,  że  nie  znajdzie  żadnych 
sprzymierzeńców,  wybrał  milczenie.  Tym  bardziej  że  pani  w 
szarym  kostiumie  również  nie  reagowała,  choć  sprawiała 
wrażenie  osoby,  która  nie  popiera  brutalnego  traktowania 
więźnia. Ale ta pani przede wszystkim chciała mieć tę sprawę 
jak najszybciej z głowy. 

-Jestem  Margaret  Fayne,  kierownik  ochrony  lotniska.  Pani 

zapewne chce złożyć zeznanie? 

-Tak - potwierdziła Sunny. 
-Potrzebne mi będą zeznania obojga państwa. 
-A  ile  czasu  to  zajmie?  -  spytał  Chance.  -  Panna  Miller  i  ja 

kiepsko stoimy z czasem. 

-Postaramy  się  załatwić  to  jak  najszybciej  -  obiecała  pani 

Fayne. 

background image

 

30

 

I  faktycznie  tak  się  stało.  Można  by  więc  rozważyć  dwie 

możliwości. Albo pani Fayne była osobą nadzwyczaj wydajną 
w pracy, albo zdarzył się kolejny mały cud. W każdym razie z 
robotą  papierkową  uporano  się  w  tempie,  które  można  by 
określić tylko i wyłącznie jako rekordowe. Pół godzinki i było 
już  po  wszystkim.  Sporządzono  odpowiednie  dokumenty, 
podpisano,  ochrona  wyprowadziła  złodzieja  w  kajdankach. 
Sunny  i  Chance  spełnili  swój  obywatelski  obowiązek  i  teraz 
można  było  przystąpić  do  kolejnego  punktu  programu,  czyli 
dzwonić do firmy. 

Chance  stał  obok,  kiedy  Sunny  wyłuszczała  całą  sprawę 

swemu  kierownikowi.  Pan  Wayne  Beesham  nie  był 
zachwycony, musiał się jednak nagiąć do rzeczywistości. 

-A jak nazwisko tego pilota- MacCall. Chance MacCall. 
-Chwileczkę.  Sprawdzę  w  komputerze.  Sunny  czekała 

cierpliwie.  W  firmie  mieli  bazę  danych  na  temat  czarterów, 
zarówno  prywatnych,  jak  i  linii  komercyjnych.  A  trzeba  było 
być ostrożnym, bo w czarterowym biznesie nie brakło różnych 
typków  spod  ciemnej  gwiazdy,  nierzadko  zamieszanych  w 
handel narkotykami. 

-Gdzie  jest  jego  baza  macierzysta?  -  spytał  po  chwili  pan 

Beesham. 

Sunny powtórzyła głośno pytanie i Chance odpowiedział: 
-Phoenix. 
-Phoenix - rzuciła Sunny do słuchawki. 
-W  porządku,  mam  go  -  oznajmił  pan  Beesham.  -  Wygląda 

na to, że facet jest w porządku. A ile on bierze za jeden lot? 

-Ile  bierzesz  za  lot?  -  spytała  Sunny,  a  kiedy  Chance 

wymienił kwotę, powtórzyła ją szefowi. 

Pan Beesham chrząknął. 
-Trochę dużo. 
-Ale on jest tu, na miejscu. I zaraz możemy lecieć. 
-A  jaki  to  samolot?-  Nie  mam  zamiaru  dawać  forsy  na  lot 

jakimś złomem do obsiewania pól, którym i tak nie dolecisz na 
czas. 

Sunny westchnęła. 

background image

 

31

 

 -To może pilot sam powie, co to za samolot. Chance odebrał 

od niej słuchawkę. 

-MacCall,  dzień  dobry  panu.  Słuchał  przez  chwilę,  a  potem 

zaraportował. 

-Cessna  Skylane,  zasięg  około  tysiąca  dwustu  kilometrów 

przy  wykorzystaniu  siedemdziesięciu  pięciu  procent  mocy,  w 
powietrzu mogę być nie przerwanie przez sześć godzin. Gdzieś 
w  połowie  drogi  będę  musiał  nabrać  paliwa,  na  przykład  na 
Roberts  Field  w  Redmond,  w  Oregonie.  Zapowiem  się  przez 
radio,  a  oni  już  tam  wszystko  przygotują,  nie  stracimy  więc 
dużo czasu. Kiedy znajdziemy się w rejonie Pacyfiku, zyskamy 
godzinę. Panna Miller doleci do Seattle co prawda w ostatniej 
chwili, ale zdąży doręczyć przesyłkę na czas. Rozumiem. Tak. 

Już oddaję słuchawkę. 
Teraz Sunny przyłożyła słuchawkę do ucha. 
-No i jaka decyzja? 
-Zgoda - powiedział pan Beesham. - Lećcie z Bogiem. 
Sunny odwiesiła słuchawkę i uśmiechnęła się do Chance'a. 
-Kiedy możemy wzbić się w powietrze? 
-Za  kwadrans  będziemy  przy  samolocie.  Jeśli,  oczywiście, 

pozwolisz mi nieść swoją torbę. 

Bardzo niezręcznie jest odmawiać komuś, kto po prostu chce 

być wobec nas uprzejmy. Ale ona swojej torby nie powierzała 
nikomu. Nigdy. 

-Dziękuję,  ale  ta  torba  wcale  nie  jest  ciężka  -  powiedziała, 

jeszcze mocniej zaciskając palce na rączce. - Prowadź! 

Jasne, że się zdziwił, bo jedna z ciemnych brwi podjechała do 

góry. Ale przynajmniej nie dyskutował, tylko ruszył przodem, 
torując drogę przez tłum pasażerów. Pokonali kilka korytarzy, 
zeszli  po  jakichś  schodach  i  w  końcu  wyszli  z  terminalu. 
Samoloty prywatne stały nieco dalej niż samoloty komercyjne. 
Gorące  popołudniowe  słońce  paliło  w  głowę.  Chance  nałożył 
ciemne okulary, zdjął kurtkę, przewiesił ją przez ramię i ruszył 
pierwszy  po  gigantycznej  betonowej  płycie.  Sunny  szła 
posłusznie  za  nim  i  po  chwili  zatrzymali  się  oboje  przed 
jednym  z  samolotów.  Niewielkim,  jednosilnikowym,  z  szaro-

background image

 

32

 

czerwonym pasem. Chance wstawił do samolotu bagaż Sunny, 
zabezpieczył  siatką,  potem  ulokował  swoją  pasażerkę  na 
miejscu  drugiego  pilota.  Sunny  samodzielnie  zapięła  pasy  i  z 
ciekawością  rozejrzała  się  po  kabinie.  Nigdy  jeszcze  nie 
siedziała w samolocie prywatnym, i to w takim maleństwie, ale 
zadziwiająco  wygodnym  i  przytulnym.  Fotele  kryte  popielatą 
skórą,  metalowa  podłoga  wyścielona  dywanikami.  Były  też 
dodatkowe  szyby  przeciwsłoneczne,  jak  w  samochodzie. 
Sunny,  zachwycona,  opuściła  jedną  z  nich  i  uśmiechnęła  się 
pod  nosem.  Do  jednej  z  szyb  przymocowane  było  małe 
lusterko. 

Chance  obszedł  samolot,  sprawdzając  po  raz  ostatni,  czy 

wszystko  w  porządku.  Zajął  miejsce  za  sterami,  zapiął  pasy  i 
nałożywszy na głowę hełmofon, porozumiał się z wieżą. Potem 
silnik  zakaszlał, zapalił,  śmigło  na nosie samolotu zaczęło  się 
kręcić,  szybko,  coraz  szybciej,  póki  nie  stało  się  prawie 
niewidoczną plamą. 

Chance  wskazał  palcem  na  drugi  hełmofon.  Sunny  nałożyła 

go i natychmiast usłyszała w słuchawkach głos Chance'a: 

-Tak  będzie  nam  się  lepiej  rozmawiało.  Ale  poczekaj,  aż 

będziemy w górze. 

-Tak  jest!  -  krzyknęła,  coraz  bardziej  zachwycona,  bo  przy 

okazji pilot obdarzył ją przelotnym uśmiechem. 

Po  kilku  minutach  Chance  wyprowadził  samolot  na 

odpowiednią wysokość. Trwało to o wiele krócej niż w dużych 
samolotach pasażerskich, którymi zwykle latała Sunny. W tym 
maluchu  prędkość  była  o  wiele  bardziej  wyczuwalna.  Sunny 
miała wrażenie, jakby sama rozwinęła skrzydła i wzbiła się w 
powietrze.  Ziemia  uciekała  szybciutko,  a  przed  nią  niebo,  jak 
niekończące  się  niebieskie  jezioro,  a  w  dali,  na  horyzoncie, 
postrzępione szczyty gór. 

Osłoniła  oczy  ręką  i  z  zachwytem  chłonęła  przepiękny 

widok. 

-Sunny? W schowku przed tobą są zapasowe okulary. 
Znalazła  w  schowku  okulary  przeciwsłoneczne,  niedrogie, 

ale  markowe.  Marka  Foster  Grants  w  ciemnoczerwonych 

background image

 

33

 

oprawkach,  okulary  zdecydowanie  damskie...  Nagle  Sunny 
zapragnęła  dowiedzieć  się,  czy  Chance  MacCall  jest  żonaty. 
Koniecznie chciała to  wiedzieć. Bo oprócz tego, że nieludzko 
przystojny,  jest  również  bardzo  miłym,  uprzejmym 
człowiekiem.  A  taki  zestaw  zalet  spotyka  się  nader  rzadko  i 
trudno, żeby nie robił na niej piorunującego wrażenia. 

-Okulary  twojej  żony?  -  spytała,  niby  mimochodem,  zajęta 

nakładaniem okularów. 

-Nie. Zostawiła je jedna z pasażerek. 
Czyli  informacji  istotnej  nie  przekazał.  Nie  ma  rady,  trzeba 

spytać wprost. Nawet jeśli sama jest zdziwiona, że ta sprawa aż 
tak bardzo ją interesuje. 

-Jesteś żonaty? 
-Nie - odparł krótko i spojrzał na nią. Przelotnie, i choć jego 

oczy  osłonięte  były  ciemnymi  okularami,  czuła,  że  to 
spojrzenie jest bardzo intensywne. – A ty? 

- Ja? Nie. 
-Aha... To dobrze. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

  

background image

 

34

 

ROZDZIAŁ TRZECI 
 
Chance  obserwował  Sunny  zza  ciemnych  szkieł,  ciekaw 

reakcji  na  jego  króciutki,  lecz  wymowny  komentarz.  Był 
zadowolony.  Wszystko  przebiegało  zgodnie  z  planem,  lepiej 
niż się spodziewał, i bez fałszywej skromności mógł śmiało już 
stwierdzić, że podoba się dziewczynie i ona wcale nie stara się 
tego  ukryć.  Tak  więc  droga  otwarta,  teraz  tylko  trzeba 
zaprzyjaźnić  się  z  Sunny  i  zdobyć  jej  zaufanie.  Będzie  to 
wymagało nieco zachodu, ale rzecz jest do zrobienia. Zgodnie 
z jego planem, Sunny znajdzie się w sytuacji podbramkowej, a 
jej  życie  i  bezpieczeństwo  zależeć  będzie  wyłącznie  od 
Chance'a MacCalla. 

Tak,  na  pewno  jej  się  spodobał.  Dlaczego  więc  ten  jego 

komentarz  zignorowała  całkowicie?  Hm...  Może  on  dla  niej 
wcale nie jest taki znów pociągający? Czyżby się przeliczył?- 
Nie,  to  niemożliwe.  Przed  chwilą  patrzyła  na  niego  niemal 
natarczywie, a kobieta nigdy nie gapi się tak na faceta, który jej 
nie pociąga. 

Jedna  jednak  rzecz  w  tym  wszystkim  jest niespodzianką. 

Bo jeśli ktoś tu ma być atrakcyjny, to na pewno Sunny Miller, 
a tego Chance w swoim planie jakoś nie uwzględnił. Nie wziął 
pod uwagę faktu, że chemia może zadziałać w obie strony, i to 
z  pominięciem  wszelkich  zasad  logiki.  Z  fotografii  w  teczce, 
którą sam założył, dowiedział się już wcześniej, że dziewczyna 
jest  śliczna.  Jasnowłosa,  o  oczach  szarych,  ale  nie  smutnych 
szarych,  tylko  srebrzystych  i  pełnych  blasku.  Jasne  włosy 
natomiast  są  złociste  i  opadają  miękko  na  ramiona.  Te 
szczegóły już znał, ale fotografia nie powiedziała, jak bardzo ta 
dziewczyna jest ponętna i ujmująca. Znów zerknął na nią. Tym 
razem  zdecydowanie  oczami  mężczyzny.  Wzrost  przeciętny  i 
jak  na  jego  gust,  chyba  trochę  za  szczupła  i  delikatna. 
Chociaż...  Mięśnie  na  odsłoniętych,  opalonych  rękach  są 
wyraźnie zarysowane. No, cóż, córeczka terrorysty musi dbać o 
kondycję.  Ona  na  pewno  jest  o  wiele  silniejsza,  niż  na  to 
wygląda  i  ten  jej  delikatny  wygląd  pewnie  zmylił  już 

background image

 

35

 

niejednego.  Chociażby  Wilkinsa...  Chance  z  trudem  stłumił 
śmiech. Kiedy Sunny odeszła na chwilę, żeby dowiedzieć się o 
swój  lot  -  odwołany  zresztą,  zgodnie  z  tym,  co  zaaranżował 
Chance  -  biedny  Wilkins  zdążył  się  pożalić.  Walnęła  go 
nielicho,  a  ta  torba  ważyła  chyba  tonę.  Psioczył  zresztą  nie 
tylko na Sunny. Chance podobno kolanem omal nie złamał mu 
kręgosłupa.  Wilkins  i  pozostali  trzej  agenci,  czyli 
„ochroniarze"  i  „pani  Fayne",  prawdopodobnie  już  opuścili 
lotnisko.  Prawdziwa  ochrona  lotniska  otrzymała  polecenie, 
żeby do niczego się nie mieszać. 

 A  z  tą  torbą  faktycznie  jest  coś  nie  tak.  Sunny  trzymała  ją 

kurczowo,  jakby  w  środku  były  klejnoty  królewskie.  Nie 
pozwoliła mu  nawet  nieść jej do samolotu,  choć śpieszyło  im 
się bardzo. A kiedy wkładał torbę do samolotu, nie spuszczała 
z niej oka. Ta torba jest rzeczywiście podejrzanie ciężka, waży 
grubo  ponad  dwadzieścia  kilo.  Co  ona  w  niej  ma?-  Bo  na 
pewno  nie  tylko  przybory  toaletowe  i  ubranie  na  zmianę. 
Trzeba będzie to przy okazji sprawdzić... 

-A  co  byś  zrobiła,  gdyby  udało  ci  się  samej  złapać  tego 

złodzieja?-  spytał,  głównie  po  to,  aby  sprowokować  ją  do 
rozmowy. 

Chociaż 

był 

też 

ciekaw. 

Pamiętał 

jej 

zdeterminowaną twarz, kiedy goniła Wilkinsa i był pewien, że 
gdyby Wilkins nie został powalony, ona i tak by go dopadła. 

-Nie  wiem  -  odparła  ponurym  głosem.  -  Ale  nie  mogłam 

dopuścić, żeby to zdarzyło się po raz drugi. 

-Po  raz  drugi-  Niemożliwe!  Ona  sama,  z  własnej  woli, 

opowie o Chicago! 

-W zeszłym miesiącu jakiś inny dupek, taki punk z zielonymi 

włosami, ukradł mi teczkę na lotnisku w Chicago. 

Sunny ze złością uderzyła ręką w poręcz fotela. 
-Byłam  wściekła.  Nigdy  przedtem  nic  takiego  mi  się  nie 

zdarzyło.  I  gdyby  dziś  ta  historia  miała  się  powtórzyć,  na 
pewno by mnie wywalili z pracy. Ja sama bym siebie zwolniła, 
gdybym była swoim szefem! 

-A tego złodzieja w Chicago udało ci się złapać? 

background image

 

36

 

-A  skąd!  Kiedy  odbierałam  swój  bagaż,  on  podkradł  się  z 

tyłu, chwycił teczkę i w nogi. 

Zobaczyłam  tylko  z  daleka  te  jego  cholerne  włosy  jak 

szczypiorek. 

-A ochrona?- Nie próbowali go łapać? 
Spojrzenie  znad  ciemnoczerwonych  oprawek  było  bardzo 

wymowne. 

-Chyba żartujesz! 
-Chyba tak - przyznał z uśmiechem Chance. 
-Rozumiesz  więc,  że  utrata  kolejnej  teczki  byłaby  dla  mnie 

gwoździem do trumny. I firma też ucierpiałaby na tym. 

-Ty w ogóle wiesz, co wozisz w tych teczkach? 
-  Nie.  I  wcale  nie  chcę  wiedzieć.  Mogę  wieźć  kilogram 

salami  dla  umierającego  wuja  Freda  albo  diamenty  warte 
miliard dolarów, choć nie sądzę, żeby ktoś przesyłał diamenty 
za pośrednictwem firmy kurierskiej. 

-A co było potem, jak ci ukradli tę teczkę w Chicago? 
-Moja  firma  straciła  mnóstwo  kasy,  tak  samo  firma 

ubezpieczeniowa. I ten klient na pewno już nigdy nie skorzysta 
z usług naszej firmy. Nikomu też nas nie poleci. 

-Były jakieś sankcje wobec ciebie? 
Doskonale wiedział, że nie. Sam przecież sprawdzał. Ale co 

szkodzi popytać. 

-Nie,  nie  było.  Chociaż  szkoda,  bo  czułabym  się  o  wiele 

lepiej,  gdybym  musiała  zapłacić  jakąś  grzywnę.  To  byłoby  w 
porządku. 

Ona jest dobra w te klocki, pomyślał Chance. 
 Kłamie  jak  z  nut.  Albo...  albo  rzeczywiście  jest  czysta,  i 

wcale nie przyczyniła się do tego, że dokumenty o przestrzeni 
powietrznej  dostały  się  w  niepowołane  ręce.  Niezależnie 
jednak,  co  się  za  tym  kryje,  gdyby  nie  wpadka  w  Chicago, 
nikomu  by  do  głowy  nie  przyszło,  żeby  sprawdzić  Sunny 
Miller,  osobę,  jak  się  okazało,  bezcenną,  która  może 
zaprowadzić do samego Crispina Hauera. I Chance był jednak 
przekonany, że ta ślicznotka tkwi  w bagnie po szyję. Ale jest 
lepsza,  niż  się  spodziewał.  Aktorsko  super,  godna  Oskara. 

background image

 

37

 

Naprawdę można by  sądzić, że ona o  rodzonym  ojcu niczego 
nie  wie.  Gdyby  nie  to,  że  pewne  szczegóły  już  są 
zastanawiające.  Przede  wszystkim  torba,  ciężka  jak  diabli, 
której  Sunny  wręcz  obsesyjnie  nie  wypuszcza  z  rąk. 
Podejrzana  jest  i  torba,  i  fakt,  że  jej  nieduża,  delikatna 
właścicielka jest nadspodziewanie silna. 

Chance'a uczono, jak zwracać uwagę na szczegóły i łączyć je 

w  logiczną  całość.  A  przykre  doświadczenia  nauczyły  go 
cynizmu.  Przekonał  się  bowiem,  że  bardzo  niewiele  osób  jest 
naprawdę  tak  uczciwych,  za  jakie  chcą  uchodzić.  A  najmniej 
uczciwi  są  ci,  którzy  ostentacyjnie  promują  swoją 
nieskazitelność. 

On  sam  też  daleki  jest  od  doskonałości.  Bo  co  można 

powiedzieć  o  facecie,  który  gotów  jest  przespać  się  z  kobietą 
tylko  po  to,  żeby  zdobyć  jej  zaufanie  i  wyciągnąć  z  niej 
informacje. Jego plan zakłada przecież taki wariant. Ale lepiej 
się nad tym nie zastanawiać. Trudno, taki jest jego zawód. Ktoś 
musi  robić  rzeczy,  o    których  zwykły  człowiek  nawet  by  nie 
pomyślał.  Robić  je  po  to,  żeby  ten  zwykły  człowiek  mógł 
spokojnie  żyć.  A  czysty  seks  to...  no,  właśnie,  to  po  prostu 
tylko  seks,  nic  więcej.  Jeszcze  jedno  zadanie  służbowe,  i 
realizując to zadanie, można wyłączyć wszystkie emocje. 

Wyłączyć emocje.... W tym przypadku to kompletna bzdura. 

Przecież on aż się pali, żeby dotknąć tej dziewczyny. Niestety. 
Cały  czas  intryguje  go,  a  jej  szczupłe  sprężyste  ciało  pociąga 
go  jak  diabli,  poza  tym  od  pierwszej  chwili  zachwyca  się  jej 
szarymi  oczami,  uważa  je  za  niezwykłe.  Błyszczą  i  skrzą  się, 
jak  brylanty.  Tyle  w  nich  tego  migotliwego  blasku,  jakby 
Sunny nieustannie cieszyła się i zachwycała wszystkim, całym 
światem. 

I  jak  to  możliwe,  że  dziewczyna,  słodka  jak  szarlotka, 

współpracuje  z  jednym  z  najgroźniejszych  terrorystów? 
Zasługuje więc tylko na pogardę. On gardził nią, owszem, ale 
jednocześnie nie miał złudzeń co do swojej osoby. Jeśli dojdzie 
do  tego,  że  razem  z  tą  blondyneczką  legną  na  jednym 
prześcieradle,  on  natychmiast  zapomni,  że  to  córka  faceta, 

background image

 

38

 

który wymordował setki niewinnych ludzi. Chociaż właściwie 
to  tak  powinno  być.  Musi  zapomnieć.  Kobiety  są  bardzo 
spostrzegawcze  i  dla  dobra  sprawy  tak  właśnie  powinien  się 
zachowywać. Niemal jak zakochany kundel. To jedyny sposób, 
żeby uśpić jej czujność. 

Był  pewien,  że  spodoba  się  jej.  A  że  zignorowała  jego 

króciutką  aluzję?-  Nie  szkodzi.  Długo  jego  osoby  ignorować 
nie będzie... 

- Zjesz ze mną kolację? - spytał. 
 Sunny, zagłębiona w swoich myślach, aż drgnęła. 
-Przepraszam?- Co mówiłeś?- 
-  Pytałem,  czy  dasz  się  namówić  na  wspólną  kolację.  Dziś 

wieczorem.  Doręczysz  przesyłkę,  a  potem  pójdziemy  razem 
coś zjeść. 

-Jestem umówiona na dziewiątą. Będzie już późno. 
-I  co  z  tego?  Oboje  nie  mamy  towarzystwa  i  niby  dlaczego 

każde  z  nas  ma  jeść  kolację  samotnie?  Zjemy  razem,  a  ja 
obiecuję, że cię nie ugryzę. Przeciwnie, będę służyć na dwóch 
łapach. 

-Oho! 
Ku  jego  zdumieniu,  Sunny  roześmiała  się.  Takiej  reakcji  w 

ogóle  się  nie  spodziewał,  a  także  tego,  że  ten  śmiech  będzie 
taki wyjątkowy. Dźwięczny, perlisty, rozkoszny. 

-Dobrze,  dobrze,  zapamiętam  to  sobie.  Będziesz  służył  na 

dwóch łapach - powiedziała, jeszcze chichocząc, a potem nagle 
znów  zamilkła.  I  znów  miał  wrażenie,  że  ona  go  kompletnie 
ignoruje. 

-To działa na facetów - spytał po dłuższej chwili. 
-Niby co? 
-Ta twoja obojętność. 
-Nie zauważyłam. 
-No to jak? Zjesz ze mną kolację? 
-Jesteś uparty jak muł, wiesz o tym? 
-Wiem. Dlatego proszę, odpowiedz. 
-W  porządku,  już  udzielam  odpowiedzi.  Brzmi  ona 

zdecydowanie przecząco. 

background image

 

39

 

-W    takim  razie    jest    to    błędna    odpowiedź.  Postaraj  się 

znaleźć  inną.  Wiem,  że  jesteś  zmęczona,  to  też  z  powodu 
różnicy  w czasie. Dziewiąta będzie dla ciebie jak północ. Ale 
ja,  Sunny,  chcę  tylko  posiedzieć  z  tobą  przy  jednym  stoliku  i 
zjeść coś, potańczyć pójdziemy sobie kiedy indziej. 

-Nic z tego, Chance. Odpowiedź nadal  jest  przecząca, i  jeśli 

chodzi  o  ten  stolik,  i  o  tańce.  Ja  w  ogóle  z  nikim  się  nie 
umawiam. 

Zaskoczenie to mało. Tym razem Sunny po prostu go zażyła. 

Takiej informacji absolutnie się nie spodziewał. 

-W ogóle? Czy chodzi tylko o mężczyzn?. 
-W  ogóle!  W  ogóle  z  nikim  się  nie  umawiam.  I  między 

innym  dlatego  staram  się  cię  ignorować.  Żebym  nie  musiała 
niczego ci wyjaśniać. Choć jedno mogę ci wyjaśnić. Na pewno 
nie jestem lesbijką. Koniec wyjaśnień. 

Poczuł  niewysłowioną  ulgę.  Ale  nie  zadowalającą.  Dlatego 

drążył dalej. 

-Jeśli  faceci  ci  się  podobają,  to  dlaczego  się  z  nimi  nie 

umawiasz? 

Sunny niecierpliwie machnęła ręką. A potem westchnęła. 
-A dlaczego ciebie tak to wszystko ciekawi? 
-Jak  to  „dlaczego"  Sama  przecież  widzisz,  że  coś  między 

nami zaiskrzyło. 

-Może. Ale ja zamierzam to zignorować. 
Hm...  Faktycznie, orzech był  trudniejszy do zgryzienia, niż 

myślał. 

-Sunny? Czy ciebie ktoś kiedyś zgwałcił? 
-Nie! 
Zdecydowanie  traciła  już  nad  sobą  panowanie.  A  on 

uśmiechnął się i stwierdził bardzo pogodnie: 

-Ładnie wyglądasz, jak się złościsz. 
Mruknęła coś pod nosem, ale chyba ją trochę rozbroił. 
-No  to  nie  będę  się  już  złościć  -  powiedziała  tonem  nieco 

pogodniejszym. 

-A więc nie złość się. 

background image

 

40

 

-Dobrze.  Ale  ty  powinieneś  w  końcu  zrozumieć.  Nie 

umawiam  się,  bo  mam  swoje  powody.  To  wszystko.  I 
przestańmy już o tym mówić. 

-Zgoda. A po chwili dodał: 
-Odłożymy  to  na  później.  Aż  jęknęła  z  rozpaczy.  A  on, 

zgodnie z obietnicą, przeszedł do innej kwestii. 

-Może  się  trochę  zdrzemniesz?  Jesteś  zmęczona,  a  droga 

przed nami daleka. 

-Świetny pomysł. Jak zasnę, przestaniesz mnie dręczyć. 
Oparła  się  wygodniej  w  fotelu,  a  Chance  wyciągnął  rękę, 

poszperał  za  oparciem  jej  fotela  i  podał  jej  koc  złożony  w 
kostkę. 

-Proszę,  podłóż  sobie  pod  głowę.  Żeby  ci  kark  nie 

zesztywniał. 

-Dzięki. 
Zdjęła hełmofon i zwinięty koc wsunęła sobie między głowę 

i  ramię.  Mościła  się  jeszcze  przez  chwilę,  szukając 
najwygodniejszej  pozycji.  Potem  znieruchomiała.  Chance  nie 
odzywał  się,    tylko  zerkał  na  nią  co  jakiś  czas.  Zasnęła  po 
kwadransie.  Nie  ruszała  się,  tylko  jej  pierś  falowała,  powoli  i 
rytmicznie. 

Chance  uśmiechnął  się  i  skręcił  samolot  prosto  ku 

zachodzącemu słońcu. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

41

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 
 
-Sunny! 
Głos  był  dziwny,  niby  wyraźny  i  zdecydowany,  a  jednak 

jakby dochodził z daleka. Towarzyszyła mu dłoń, ciepła, duża, 
potrząsająca ją za ramię. 

-Sunny! Obudź się! 
Otworzyła  oczy,  przeciągnęła  się  troszkę,  na  ile  pozwalały 

pasy i spytała sennym głosem: 

-Już dolecieliśmy? 
Chance  wskazał  palcem  na  hełmofon,  spoczywający  na  jej 

podołku.  Nałożyła  posłusznie,  usłyszała  w  słuchawkach 
spokojny głos: 

-Mamy problem. 
Serce Sunny natychmiast podskoczyło do gardła. 
Podczas  podróży  samolotem  niczego  gorszego  usłyszeć  nie 

można.  Dlatego,  żeby  choć  trochę  opanować  panikę,  wzięła 
oddech głęboki, jak najgłębszy. 

-Co się dzieje? 
Jej głos, o dziwo, zabrzmiał prawie normalnie. 
Odruchowo spojrzała na lśniące tarcze i zegary, jakby chciała 

się zorientować, co nie gra. Ale dla niej przecież przyrządy w 
kokpicie były czarną magią. Spojrzała więc w dół,  na ziemię, 
rozpłomienioną zachodzącym słońcem, na czarny gigantyczny 
cień postrzępionych skał. 

-Gdzie jesteśmy?- 
- W południowo-wschodnim Oregonie. 
-Aha. 
 Silnik  kaszlał  i  dławił  się  czymś,  z  jej  sercem  działo  się 

dokładnie  to  samo  .  I  uzmysłowiła  sobie,  że  kiedy  zasypiała, 
silnik  zamilkł  parokrotnie.  Jej  podświadomość  zarejestrowała 
ten fakt, ale nie przekazała do świadomości żadnego kontekstu. 
Teraz ten kontekst był jasny jak słońce. 

-Chyba  pompa  paliwowa  -  powiedział  Chance,  uprzejmie 

odpowiadając na jej pierwsze pytanie. 

background image

 

42

 

Spokój,  tylko  spokój  może  ich  uratować.  A  więc  znów 

głęboki oddech, ale płuca wydały się jakoś dziwnie ściśnięte. 

-Co robimy, Chance?- 

Siadamy.  Zanim...  spadniemy.  Trzeba  poszukać 

odpowiedniego miejsca do lądowania. 

Sunny  znów  spojrzała  w  dół.  Bardzo  wnikliwie.  Zobaczyła 

szczyty  gór,  olbrzymie  głazy,  rozrzucone  po  zboczach, 
kamieniste dna wyschniętych strumieni... 

-Boże wielki... 
-Bez  paniki.  Wystarczy  mi  pół  godzinki.  Na  pewno  znajdę 

jakieś lądowisko. 

Nie  była  to  dobra  sytuacja,  na  pewno  nie  była  dobra.  I  nie 

było  co  rozważać  złych  stron  i  dobrych.  Szalka  ze  złymi 
opadała na łeb na szyję. 

 Silnik  znów  się  zakrztusił  i  samolot  na  chwilę  zastygł  w 

miejscu. 

Sunny spytała prawie bez tchu: 
- Wezwałeś pomoc przez radio? 
-  Próbowałem, ale nie mogę nikogo złapać. 
Szalka ze złem już niżej opaść nie mogła. 
-Wiedziałam, ja to wiedziałam - oświadczyła 
Sunny głosem pełnym goryczy i zniechęcenia. 
-  Dziś  od  samego  rana  mam  pecha.  Cały  czas  miałam 

przeczucie,  że  kolejny  samolot,  do  którego  wsiądę,  na  pewno 
się  rozbije.  A  potem  aż  dwa  razy  zdarzył  się  cud,  a  więc  na 
trzeci cud nie mam już co liczyć... 

-Hej, Sunny! 
Duża, ciepła dłoń delikatnie pogłaskała ją po karku. 
-Nic się jeszcze nie rozbiło, a ja zamierzam się postarać, żeby 

do tego nie doszło. Przygotuj się tylko, że lądowanie nie będzie 
przyjemne. 

Ciepła dłoń jeszcze przez sekundę spoczywała na jej karku. I 

było  to  zadziwiająco  przyjemne,  choć  jak  ognia  unikała 
kontaktu  fizycznego  z  innymi  ludźmi.  Nie  znosiła,  kiedy 
ktokolwiek jej dotykał. Ale nie teraz. Teraz dotyk tej dłoni był 
przyjemny do tego stopnia, że jakby trochę pomniejszył grozę 

background image

 

43

 

sytuacji. Niestety, tylko  trochę i  tylko  do momentu,  w którym 
znów spojrzała w dół, na bezlitosny krajobraz. 

-Powiedz mi, na czym polega różnica między nieprzyjemnym 

lądowaniem a katastrofą? 

-Na  tym,  że  po  lądowaniu  nieprzyjemnym  wyjdziemy  z 

samolotu. 

 - Aha. 
Cofnął  dłoń i  z powrotem  położył  na drążku. A  Sunny tego 

ciepłego,  kojącego  dotknięcia  bardzo  zabrakło,  jej  wzrok 
bowiem,  lustrujący  ziemię,  napotykał  wciąż  to  samo,  czyli 
strzeliste  szczyty  gór.  Szanse  na  wyjście  z  samolotu  były 
zatrważająco nikłe. 

Boże  wielki,  jak  długo  będą  szukać  ich  ciał?  Czy  w  ogóle 

znajdą... 

Spojrzała na mocne dłonie Chance'a, oparte na drążkach, na 

jego  wyrazisty  profil  na  tle  perłowocynobrowego  nieba. 
Ostatni  zachód  słońca  w  jej  życiu,  ostatni  mężczyzna,  na 
którego patrzy, ostatni, który jej dotknął... 

Lęk  jakby  zaczął  znikać,  pojawił  się  gniew.  Dlaczego? 

Dlaczego, na litość boską, dlaczego w jej życiu nie będzie już 
niczego,  absolutnie  niczego  -  oprócz  tej  jednej  straszliwej 
chwili-  A  mogło  tyle  się  jeszcze  wydarzyć...  Na  przykład  ta 
wspólna  kolacja...  Blask  świec,  ona  czekałaby  niecierpliwie, 
kiedy  on  zacznie  ją  uwodzić...  Na  pewno  by  ją  uwodził  tym 
złotem swoich oczu... Jej całe dotychczasowe życie wydało jej 
się  nagle  przerażająco  ubogie.  Cóż  w  nim  było?-  Nic,  tylko 
wyrzeczenia.  Odmówiła  sobie  nawet  stworzenia  możliwości 
odmiany. To było złe życie. I ona tego swemu ojcu nigdy nie 
wybaczy. 

Silnik  jakby  splunął,  zakaszlał,  znów  splunął.  I  jednostajny, 

dodający  otuchy  szum  -  nie  powrócił.  Sunny  czuła,  jak  jej 
żołądek odkleja się od reszty ciała. To koniec... Spadają...  Czy 
będzie bardzo bolało... Zacisnęła pięści, paznokcie wbiły się w 
dłoń,  resztką  sił  starała  się  zapanować  nad  okropnym, 
paraliżującym  strachem.  Nigdy  jeszcze  nie  czuła  się  tak 
bezsilna,  nic  nie  znacząca.  Bo  czymże  ona  w  końcu  jest£ 

background image

 

44

 

Trochę miękkiego ciała i kruchych kości, które nie wytrzymają 
potężnej siły uderzenia. 

Samolot nagle się ożywił. Silnik zaszumiał, ale samolot drżał 

spazmatycznie, jakby opierając się jakiejś potężnej sile, potem 
rzuciło nim w bok, w jedną stronę, i w drugą. 

-Cholera  -  mruknął  Chance,  kiedy  udało  mu  się  trochę 

uspokoić  maszynę.  -  Musimy  zaraz  siadać,  nie  za  bardzo  już 
panuję nad sytuacją. Szukaj jakiegoś dobrego miejsca. 

Dobrego  miejsca?!  Tam  w  dole  nie  ma  żadnego  dobrego 

miejsca. Im potrzebny jest kawałek ziemi, stosunkowo płaski i 
stosunkowo pusty. Coś takiego po raz ostatni widziała chyba w 
Utah. 

Chance  podniósł  końcówkę  prawego  skrzydła  i  przechylił 

trochę samolot, żeby mieć lepszy widok na ziemię. 

-Widzisz coś? - spytała Sunny drżącym głosem. 
-Nic. Niech to szlag! 
-Nie  przeklinaj.  Ostatnie  słowa  pilota  powinny  być  raczej 

wzniosłe! 

Udało  jej  się  zażartować.  Sunny  Miller  zawsze  starała  się  z 

humorem pokonywać trudne sytuacje. I, nie do wiary, Chance 
się uśmiechnął. 

-Spokojnie,  skarbie!  To  jeszcze  nie  koniec.  Ale  obiecuję,  że 

znajdę  jakieś  odpowiednie  słowa,  jeśli  w  najbliższym  czasie 
nie uda  mi  się wypatrzeć w dole jakiejś jaśniejszej plamki. 

-No to możesz już zacząć mówić, bo i tak żadnej plamki nie 

znajdziesz. 

Przelecieli  nad  kolejnym  skalistym  szczytem  i  nagle  Sunny 

zobaczyła tuż pod nimi coś długiego, rozdziawionego. Czarna 
czeluść, przypominająca bramę do piekła. 

-Schodzimy - powiedział Chance. 
Dziób samolotu zdecydowanie się obniżył. 
-Co...  gdzie  -  szeptała  oszołomiona  Sunny,  czując,  jak  w  jej 

sercu  budzi  się  nadzieja.  Ale  przecież  tam,  w  dole,  było  tak 
czarno... 

-To kanion - wyjaśnił Chance. - Najlepsze miejsce dla nas! 

background image

 

45

 

Więc  ten  długi  czarny  rów  to  kanion.  Ale  czy  kaniony 

przypadkiem nie są większe?- I jak Chance ma zamiar wlecieć 
do  tego  dołu?-  Nie,  nie,  teraz  nie  ma  co  się  nad  tym 
zastanawiać, oni i tak nie mają wyboru. 

Samolot  zszedł  niżej  i  nagle  silnik  zamilkł,  czyli  samolot 

miał zamiar zabawić się w szybowiec. Serce Sunny ostatecznie 
ulokowało  się  gdzieś  w  okolicy  gardła,  ręce  kurczowo 
zacisnęły  się  na  oparciu  fotela  pilota.  Słyszała  swoje  serce, 
dudniące w piersi, słyszała oddech, szybki i płytki. 

A  Chance,  wykorzystując  prądy  powietrzne,  konsekwentnie 

schodził  w  dół.  Sunny  widziała  z  boku  czerwonawą  skalistą 
ścianą.  Była  pewna,  że  już  się  rozbiją,  kiedy  samolot  nagle 
zakołysał  się  jak  liść.  Zagryzła  wargi  aż  do  krwi,  przecież  w 
takiej  chwili  nie  wolno  jej  krzyknąć.  Nic,  absolutnie  nic  nie 
powinno rozpraszać uwagi Chance'a. Nie zamknęła oczu. Nie. 
Jeśli  ma  umrzeć,  nie  będzie  umierać  z  zamkniętymi  oczami, 
targana nikczemnym strachem. Będzie patrzeć na zbliżającą się 
śmierć,  i  na  Chance'a,  który  stara  się  tej  głupiej  śmierci 
zagrodzić drogę. 

Światło słońca zostawili za sobą. Wsunęli się już w chłodny 

cień, przed oczyma robiło się jej coraz ciemniej. Przypomniała 
sobie  o  okularach  i  zdjęła  je  szybko.  Zauważyła,  że  Chance 
również  nie  ma  na  nosie  okularów.  Jego  twarz  była  napięta, 
oczy skupione, wpatrzone w to, co czekało ich na dole. Ziemia 
pod  nimi,  zarzucona  kamieniami  i  wyboista,  choć  nie 
gwarantowała miękkiego lądowania - była dostatecznie płaska. 

Sunny  wparła  się  nogami  w  podłogę,  czując  w  ciele  nagle 

irracjonalny opór, gwałtowne pragnienie, aby samolot pozostał 
jednak w powietrzu. 

-Trzymaj się! 
Głos Chance'a był mocny, stanowczy, jego słowa zabrzmiały 

jak rozkaz. 

-Spróbuję wylądować w korycie strumienia. 
Tam  jest  piach,  samolot  wyhamuje,  zanim  rąbnie  o  jakąś 

skałkę. 

background image

 

46

 

A  gdzież  on  widzi  to  koryto  strumienia?  No  tak,  przecież 

zawodowy  pilot  z  tej  wysokości  dostrzega  o  wiele  więcej  niż 
ona.  Po  chwili  ona  też  dostrzegła  jaśniejszą,  wijącą  się 
wstążkę. O szerokości przeciętnego samochodu... 

Chciała  powiedzieć  „Powodzenia",  ale  nie  wydało  jej  się  to 

odpowiednie,  tak  samo  jak  formułka  „Miło  było  ciebie 
poznać". Mruknęła więc tylko: 

-Dobra. 
A potem... potem to był już tylko moment. 
Upiorne  ślizganie  się  w  powietrzu  skończyło  się  nagle  i 

ziemia  była  tuż  pod  nimi.  Samolot  uderzył  bardzo  mocno. 
Rzuciło  ich  w  przód,  w  tył,  po  czym  samolot  podskoczył,  na 
ułamek sekundy zawisł w powietrzu i znów rąbnął o ziemię. Z 
jeszcze  większą  siłą  niż  poprzednio.  Sunny  usłyszała,  jak 
metalowy kadłub protestuje, wydając z siebie ogłuszający pisk. 
Jej głowa poleciała w kierunku bocznej ściany, przez sekundę 
nie słyszała już niczego, niczego też nie widziała. Czuła tylko, 
jak  samolotem  ciągle  rzuca  spazmatycznie,  a  ona,  niezdolna 
złapać  się  czegokolwiek,  podskakuje  i  opada  jak  koszula  w 
suszarce na ubranie... 

Potem  nastąpiło  uderzenie  najsilniejsze.  Samolot  okręcił  się 

wokół  swojej  osi,  Sunny  usłyszała  zgrzyt  swoich  zębów.  I 
nagle świat znieruchomiał, a w jej głowie, dziwnie pustej teraz, 
nie  było  niczego,  ani  jednej  myśli,  ani  jednego  odczucia,  ani 
szczypty wiedzy o tym, co się stało i gdzie oni są teraz. 

Jednak po chwili dotarły do niej słowa wypowiedziane przez 

siedzącego obok mężczyznę. 

-Sunny?- Sunny?- Jak z tobą? Wszystko w porządku ? 
Naturalnie,  że  chciała  odpowiedzieć,  ale  to  ciągle  jeszcze 

przekraczało  jej  siły.  Oszołomiona,  poobijana,  powoli 
uświadamiała  sobie,  że  choć  przypięta  pasami,  siedzi  teraz 
tyłem  do  Chance'a,  z  twarzą  przyciśnięta  do  bocznej  ściany 
samolotu.  Czuła,  jak  Chance,  klnąc  cicho,  rozpina  jej  pasy, 
opierając jej rozdygotane plecy o swoją pierś. 

Przełknęła, raz, drugi, i odzyskała głos. 
-Już... już dobrze. 

background image

 

47

 

Ten głos zabrzmiał dziwnie słabo, taki niby pisk, niby skrzek. 

Ale przynosił ulgę, był bowiem dowodem, że ona żyje, że żyją 
oboje.  Poczuła,  jak  jej  pierś  zaczyna  rozpierać  dzika, 
niepohamowana  radość.  Chance  dał  radę  sprowadzić  samolot 
na ziemię. 

-Teraz  wysiadamy,  migiem  -  mówił,  odsuwając  drzwi.  - 

Może być wyciek paliwa. 

Wyskoczył  pierwszy,  pociągając  ją  za  sobą,  jakby  była 

workiem z mąką. A ona tak się  właśnie  czuła. Rozdygotana i 
bezwolna jak worek. 

Wyciek paliwa. Silnik nie działa, ale działa przecież bateria. 

Jedna  iskierka  i  cały  samolot  plus  wszystko,  co  w  nim  jest, 
zmieni  się  w  ognistą  kulę.  Wszystko.  To  słowo  jeszcze  raz 
zaklekotało  w  jej  mózgu.  Wszystko,  a  więc  i  jej  torba,  i 
kurierska przesyłka w niej schowana... Wszystko! 

-Zaczekaj!  -  krzyknęła  przeraźliwie,  kurczowo  chwytając  za 

klamkę. Raptem znów poczuła, że ma kości, być może miękkie 
i  kruche,  ale  całe,  i  na  myśl  o  tym  natychmiast  odzyskała 
władzę w rękach i nogach. - Moja torba! Moja torba! 

-Sunny! 
Zaklął, chwycił ją mocno wpół i odstawił na bok. 
-Wezmę ją! Słyszysz? Ja wezmę tę twoją torbę. A ty uciekaj! 

Uciekaj! 

Wskoczył  do samolotu,  błyskawicznie wyciągnął torbę i  już 

po kilku sekundach stał na ziemi z torbą Sunny w ręku. 

Sunny oczywiście próbowała mu  ją odebrać,  ale spojrzał  na 

nią  tylko  raz  i  ochota  na  szarpanie  się  z  nim  natychmiast  jej 
przeszła.  Chwycił  ją  za  rękę  i  pociągnął  za  sobą.  Stopy 
zapadały się w piachu, jakieś kolczaste krzaki drapały boleśnie, 
posłusznie  jednak  starała  się  dotrzymać  mu  kroku.  Pokonali 
jakieś  pięćdziesiąt  metrów  i  Chance,  uznając  widocznie  tę 
odległość  za  bezpieczną,  rzucił  torbę  na  ziemię  i  spojrzał  na 
Sunny. Bardzo nieprzychylnie. 

-No  i  co  ty  sobie  właściwie  wyobrażasz?!  -  huknął, 

potrząsając nią za ramiona. - Czy ty... 

background image

 

48

 

Nagle  zamilkł,  wpatrując  się  uważnie  w  jej  twarz. 

Złocistobrązowe oczy przestały miotać błyskawice. 

-Krew! 
Szybko wyjął chusteczkę z kieszonki i przyłożył jej do brody. 
-Dlaczego nie powiedziałaś, że jesteś ranna? 
-Bo  nie  jestem.  Drżącą  ręką  odebrała  od  niego  chusteczkę  i 

sama otarła sobie brodę i usta. Krwi było bardzo niewiele, mała 
czerwona plamka na białej chusteczce. 

-Trochę za mocno zagryzłam wargi. Przed lądowaniem. Żeby 

nie krzyknąć. 

Jego twarz była kompletnie pozbawiona wyrazu. 
-A dlaczego nie chciałaś krzyknąć? 
-Nie... nie chciałam cię rozpraszać. 
Jej głos drżał, drżała zresztą cała, ręce i nogi, każda jakby z 

osobna. Kości znów nie było, tylko galareta. A Chance zaklął, 
cichutko, choć bardzo dosadnie, pochylił ciemną głowę i nagle 
przyłożył  usta  do  jej  ust.  Absolutnie  nie  był  to  gorący, 
namiętny pocałunek, tylko pocałunek-nagroda. Pełne aprobaty 
muśnięcie,  co  wystarczyło,  aby  poczuć  miękkość  i  smak  jego 
ust. 

-Za to, że byłaś grzeczna - powiedział Chance cicho, unosząc 

głowę.  -  Jeśli  katastrofa  lotnicza,  to  tylko  z  tobą.  Jesteś 
idealnym kompanem. 

-To nie była katastrofa, tylko trudne lądowanie - sprostowała 

drżącym  głosem,  za  co  została  nagrodzona  następnym 
pocałunkiem,  tym  razem  w  skroń.  Jęknęła.  I  całym  drżącym 
ciałem oparła się o niego, to drżenie teraz było jednak zupełnie 
innego rodzaju. 

Chance ujął jej twarz w swoje dłonie, jego kciuki delikatnie 

pogłaskały  kąciki  jej  ust,  naturalnie,  też  rozdygotanych. 
Dotknął  ranki,  którą  zrobiła  sobie  własnymi  zębami.  I  znów 
pocałował, tym razem zupełnie inaczej. 

Ten  pocałunek  wstrząsnął  nią  do  głębi.  Żadne  muśnięcie, 

żadna  nagroda.  Był  to  pocałunek  pełen  pożądania,  brutalny, 
głęboki.  Istniało  wiele  powodów,  dla  których  powinna 
pozostać  teraz  jak  głaz.  Ale  nie  była  nawet  w  stanie 

background image

 

49

 

przypomnieć  sobie,  co  to  za  powody,  a  co  dopiero  je 
roztrząsać. Ten mężczyzna był powalający, cudowny, bardziej 
oszałamiający  niż  najmocniejsza  whisky.  Czuła  żar  w 
piersiach, nogach, żar domagający się spełnienia, dlatego z jej 
ust wydobył się jęk, a ręce bezwiednie oplotły jego szyję... 

 Nagle Chance szarpnął głową. 
-Nie do  wiary  - mruknął, zdejmując jej ręce z szyi. Odsunął 

się  i  wydawał  się  jeszcze  bardziej  wściekły  niż  przed  ich 
gorącym pocałunkiem. 

-Stój tutaj - powiedział szorstko. - Nie ruszaj się ani na krok. 

Pójdę sprawdzić, co z samolotem. 

Odszedł szybkim krokiem, zabierając ze sobą swoje ciepło i 

siłę. Sunny zadrżała i powoli osunęła się na ziemię. 

A Chance, chodząc dookoła samolotu,  klął, klął siarczyście, 

bez żadnych zahamowań. Jakoś tak chciało mu  się kląć, choć 
wyglądało  na  to,  że  z  samolotem  wszystko  w  porządku. 
Zabezpieczenia  sprawdziły  się  na  medal,  nie  było  żadnych 
uszkodzeń,  ani  śladu  wycieku,  mimo  że  w  rezultacie  lądował 
ostrzej niż zamierzał. Ale sprawdzić trzeba, żaden dobry pilot 
tego  nie  zaniedba.  Poza  tym  chciał  oderwać  się  od  tej 
dziewczyny,  bo  zaczynało  się  robić  naprawdę  gorąco,  a  on 
jednak powinien zachować twarz. 

Tak  naprawdę,  oczywiście,  wcale  nie  chciał  się  od  niej 

oderwać. Najchętniej oparłby ją o któryś z większych głazów i 
zadarł  jej  spódnicę.  Po  prostu.  Dlatego  nie  rozumiał,  co  się  z 
nim  dzieje.  W  ciągu  ostatnich  piętnastu  lat  trzymał  w 
ramionach mnóstwo pięknych i ponętnych kobiecych ciał i bez 
oporu  poddawał  się  zmysłom.  Tylko  zmysłom,  bo  serce  i 
umysł  jakby  były  od  tego  oderwane.  Skąd  więc  teraz  ta 
gorączka  w  środku....  Sunny  Miller  była  śliczna  i  promienna, 
ale daleko jej do oszałamiającej klasycznej piękności. Drobna, 
szczupła,  jasnowłosa  była  zaprzeczeniem  bogini  zwalającej  z 
nóg.  Jej  świetliste  oczy  zapraszały  do  uśmiechu,  wcale  nie 
kusiły. No, właśnie. Więc dlaczego tak go wzięłoś! Zresztą, ją 
też... 

background image

 

50

 

Po  prostu  obojgu  puściły  nerwy  i  to  był  dobry  sposób  na 

odreagowanie. W pierwszym lepszym podręczniku psychologii 
można o czymś takim przeczytać. Jeśli kobieta i mężczyzna w 
obliczu  niebezpieczeństwa  są  sami,  zdani  tylko  na  siebie, 
bardzo szybko wytwarza się miedzy  nimi  więź emocjonalna i 
pociąg  seksualny.  Sunny  przeżyła  chwile  wielkiej  grozy.  Ale 
on...  No,  właśnie.  Co  on  miał  odreagowywać,  skoro  od 
początku wiedział, że wylądują szczęśliwiec A teraz wystarczy, 
żeby  nadał  odpowiedni  sygnał  do  Zane'a  i  natychmiast  ktoś 
przyleci na ratunek. 

Ale  on,  naturalnie,  żadnego  sygnału  nadawać  nie  będzie, 

dopóki  Sunny  nie  puści  pary  z  ust  na  temat  swojego    tatusia-
terrorysty. 

Było  coraz  ciemniej  i  Chance  już  niewiele  mógł  dojrzeć. 

Jedno  wiedział  jednak  na  blachę.  Gdyby  samolot  zamierzał 
eksplodować, zrobiłby to już dawno. 

Sunny siedziała na piachu, dokładnie w tym samym miejscu, 

w którym ją zostawił. A obok leżała ta jej cholerna torba. 

-No i jak? - spytała, podnosząc się z ziemi. 
-W porządku. Nic nie wyciekło. 
-Świetnie  -  powiedziała,  zdobywając  się  nawet  na  nikły 

uśmiech. - To teraz możesz naprawić tę pompę i... 

 -Niestety,  trzeba  będzie  wszystko  porządnie  sprawdzić.  Za 

dnia. Bo to wcale nie musi być pompa. Równie dobrze mogły 
zatkać się przewody paliwowe. 

Było  już  zimno,  bardzo  zimno.  Po  zachodzie  słońca 

temperatura  wśród  skał  opada  błyskawicznie.  Dlatego  zresztą 
wybrał  to  właśnie  miejsce.  Będzie  zimno,  trzeba  się  będzie 
przytulić, no i panienka szybko zmięknie. 

Podniósł jej torbę, nie po raz pierwszy zadając sobie w duchu 

pytanie,  co  u  diabła  w  tej  torbie  może  być.  Potem  chwycił 
Sunny za łokieć i poprowadził w kierunku samolotu. 

-Mam  nadzieję,  że  masz  w  torbie  jakieś  ciepłe  okrycie  - 

zaczął, niby tak troskliwie. - A ta twoja torba to w ogóle jakaś 
bardzo drogocenna. Gotowa byłaś dla niej narazić swoje życie. 

background image

 

51

 

-Sweter  -  odparła  Sunny  głosem  trochę  nieprzytomnym. 

Spojrzała  w  górę,  na  granatowe  niebo  usiane  gwiazdami. 
Potem w lewo i w prawo, na strome ściany skał. I potrząsnęła 
głową. Wielki Boże! Oni siedzą w dziurze, w dziurze w ziemi, 
gigantycznej  co  prawda,  ale  po  prostu  dziurze.  -  Będzie 
dobrze...  wszystko  będzie  dobrze  -  powiedziała  głośno, 
ponieważ  bardzo  pragnęła  usłyszeć  jakieś  słowa  otuchy.  -  Na 
szczęście mam ze sobą prowiant i... 

-Prowiant  -  powtórzył  ze  zdumieniem  Chance.  -  Wozisz  ze 

sobą jedzenie? 

-Tak. Żelazny zapas. 
Wśród  wszystkich  rzeczy,  jakich  się  spodziewał,  jedzenie 

zdecydowanie  znajdowało  się  na  ostatnim  miejscu.  Nie. 
Jedzenia w ogóle nie było na jego liście. 

-Wyjmę parę rzeczy - powiedział, kiedy doszli do samolotu. - 

Trzeba będzie poszukać jakiegoś miejsca, gdzie rozłożymy się 
obozem. A powiedz, co ty masz jeszcze w tej torbie? 

Postawił  torbę  na  ziemi,  ale  Sunny  wcale  się  nie  kwapiła, 

żeby ją otworzyć. Wzruszył więc ramionami i wyjął z samolotu 
swoją  torbę,  w  której  nie  było  żadnych  tajemnic.  Po  prostu 
przybory toaletowe i coś na grzbiet, na zmianę. 

-A nie możemy zostać tutaj? - spytała Sunny. 
-Nie.  Jesteśmy  w  korycie  strumienia.  W  każdej  chwili  może 

zacząć padać, a wtedy popłyniemy. 

Wyjął  jeszcze  z  samolotu  latarkę,  wyciągnął  zza  oparcia 

fotela koc, złożony w kostkę, a z bocznej kieszeni na drzwiach 
- pistolet. Pistolet wetknął z tyłu, za pas spodni, a koc zarzucił 
Sunny na ramiona. 

-Mam  wodę,  parę  litrów  -  powiedział,  wyjmując  jeszcze  z 

samolotu plastikowy pojemnik. 

- Wystarczy na jedną noc. 
On  i  Zane  z  wodą  mieli  największy  problem.  Znaleźli  kilka 

kanionów, gdzie można było wylądować, ale ten był jedyny, w 
którym była woda. Źródło, bijące ze skalnej ściany na samym 
końcu kanionu. Jutro Chance, penetrując okolicę, szczęśliwym 
trafem „natknie się" na to źródełko. 

background image

 

52

 

Podał jej latarkę, a sam chwycił za obie torby. 
-Idziesz pierwsza - zarządził. - Pójdziemy... tam! 
Ruszyła  pierwsza  we  wskazanym  kierunku,  czyli  w  stronę 

skalnej ściany. Piach zalegał tylko w korycie rzeki. Teraz szli 
już po twardej ziemi, unoszącej się wyraźnie ku górze, usłanej 
kamieniami.  Sunny  szła  ostrożnie,  ale  szybko  i  zręcznie, 
starannie oświetlając przed nim drogę. 

A  Chance  aż  wzdychał  w  duchu  z  zachwytu.  Ona  jest  po 

prostu  niesamowita.  Bo  nawet  chciałby,  żeby  pożaliła  się 
trochę  albo  zezłościła.  A  ona  nic,  zero  histerii  czy  głupich 
pytań. Ona po prostu współpracuje. Tak jak współpracowała na 
lotnisku, prawie nie dając znać po sobie, że jest zdenerwowana. 
Teraz  wygląda  na  całkowicie  opanowaną.  A  w  samolocie 
pogryzła sobie usta do krwi, żeby nie krzyczeć. Nie chciała mu 
przeszkadzać... 

Kanion  był  wąski,  ich  droga  pod  skalną  ścianę  nie  trwała 

długo. Chance, postawiwszy na ziemi  torby, chwilę poświecił 
latarką i wybrał piaszczysty kawałek ziemi, otoczony z trzech 
stron głazami. 

-Osłonią nas przed wiatrem. 
-A... co ze żmijami? – spytała Sunny, spoglądając na głazy. 
-Wszystko może się zdarzyć. Boisz się ich? 
-No...  nie.  Tylko  takich,  co  są  rodzaju  ludzkiego  -  odparła, 

niby ze śmiechem, ale jej głos nie zabrzmiał pewnie. 

-No  to  rozkładamy  się  tutaj.  A  jeśli  masz  ze  sobą 

rzeczywiście jakiś prowiant, to nie odmówię. Jestem piekielnie 
głodny. 

Upragniona chwila nadeszła. Sunny przykucnęła przy swojej  

torbie    i    nareszcie  miała    zamiar  ją  otworzyć.  Chwilkę 
majstrowała przy zamku, potem rozpięła suwak. 

-A co masz do jedzenia?- spytał Chance, niby mimochodem. 

- Na pewno jakieś słodkie batoniki? 

Sunny roześmiała się. 
-Niestety,  niczego  słodkiego  nie  mam  –  odparła  -  Poświeć 

mi, dobrze? 

background image

 

53

 

Skwapliwie  skierował  snop  światła  prosto  do  wnętrza 

tajemniczej  torby.  W  środku  panował  wzorowy  porządek, 
jakby była to torba z próbkami towarów jakiegoś akwizytora. 

Najpierw  Sunny  wyjęła  kilka  plastikowych  torebek, 

zamkniętych bardzo szczelnie. 

-To  są  batoniki,  ale  specjalne,  taki  koncentrat  odżywczy. 

Jeden baton pozwala przeżyć jeden dzień. Mam ich dwanaście. 

Potem  wyjęła  telefon  komórkowy.  I  znieruchomiała.  W  jej 

wyrazistych oczach pojawił się jakiś błysk nadziei, który zaraz 
potem zgasł. No, cóż, po prostu uświadomiła sobie, że tutaj nie 
ma zasięgu. 

-No,  trudno  -  mruknęła  i  wyjęła  małe  białe  pudełko  ze 

znanym wszystkim czerwonym krzyżem. Mimo to wyjaśniła: 

-Apteczka podręczna. 
A  potem  już  wyliczała  coraz  szybciej,  wyjmując  po  kolei 

wszystkie przedmioty i układając je w mały stosik. 

-Tabletki  dezynfekujące  wodę...  butelki  z  wodą...  jedna 

butelka z sokiem pomarańczowym... zaraz... tak, jest. Zapałki, 
pałeczki  świecące,  pasta  do  zębów  i  szczoteczka,  chusteczki 
higieniczne, dezodorant, szczotka do włosów, lokówka, spray i 
suszarka, dwa koce i... 

Włożyła  rękę  głębiej  i  zaczęła  wyciągać  coś  zdecydowanie 

większego niż zademonstrowane już przedmioty. 

- Namiot. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

  

background image

 

54

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 
 
Namiot. Hm... Chance spojrzał bacznie. To nie był taki sobie 

zwykły namiot, lecz specjalny rodzaj namiotu dla tych, którzy 
chcą  przetrwać  w  ekstremalnych  warunkach.  Ludzie  chowają 
takie  namioty  w  podziemnych  schronach,  na  wypadek  wojny 
albo  epidemii.  Taki  namiot  kupi  sobie  ktoś,  kto  na  jakiś  czas 
chce  skryć  się  w  jakiejś  głuszy,  jak  najdalej  od  siedzib 
ludzkich. 

-  Niestety,  to  namiot  jednoosobowy  -  powiedziała  Sunny, 

jakby  za  coś  przepraszała.  -  Ale  ja  potrzebowałam  czegoś 
lekkiego. Sądzę jednak, że zmieścimy się w nim oboje. O ile, 
oczywiście, nie będziesz miał nic przeciwko temu, że będziesz 
trochę... ściśnięty. 

Niepojęte. Po co ona taszczy ze sobą taki ciężar, skoro miała 

spędzić  w  Seattle  tylko  jedną  noc  -  naturalnie  w  hotelu  -  i 
następnego  ranka  wracać  do  Atlanty?  A  jeśli  już  załadowała 
coś  takiego  do  torby,  to  po  co  ciągnęła  ją  ze  sobą,  zamiast 
nadać  na  bagaże  Odpowiedź  prosta.  Nie  chciała  się  z  nią 
rozstawać ani na minutę. A więc kolejne pytanie: dlaczego nie 
chciała się z nią rozstawać? Odpowiedzi brak, a dobrze byłoby 
ją uzyskać. 

Jego milczenie było wkurzające. Sunny spojrzała na ten może 

i  absurdalny  stosik  swoich  rzeczy,  po  czym  wyjęła  z  torby 
ostatnią  rzecz.  Ciepły  sweter.  Nałożyła  go  pospiesznie,  po 
czym  usiadła  i  naciągnęła  na  nogi  ciepłe  skarpety,  znów 
przykucnęła  i  wszystkie  swoje  skarby  zaczęła  wkładać  z 
powrotem do torby. 

Jej  umysł  pracował  gorączkowo. Chance miał  taką minę, że 

ciarki  przechodziły  jej  po  plecach.  Spojrzenie  było  ponure, 
groźne,  nic  dziwnego,  że  migiem  sobie  przypomniała,  z  jaką 
łatwością  powalił  tamtego  złodziejaszka  na  lotnisku.  A  poza 
tym  ta  nieprawdopodobna  zwinność  i  szybkość  u  wysokiego 
postawnego  mężczyzny  jest  także  zastanawiająca.  Jednym 
słowem, nie jest to ot, taki sobie zwyczajny pilot czarterowy. I 
ona z kimś takim uwięziona jest na całkowitym odludziu... 

background image

 

55

 

A może... może on działa na zlecenie jej ojca... 
Znów  poczuła  zimny  dreszcz  na  plecach,  ale  zdrowy 

rozsądek przeważył. Nie, to niemożliwe. Ojciec, gdyby wpadł 
na jej ślad i chciał ją zgarnąć, mógł nasłać na nią kogoś tylko w 
Atlancie.  Bo  wszystko,  co  zdarzyło  się  potem,  było  dziełem 
przypadku.  Jej  podróż  zygzakiem  przez  całe  niemal  Stany,  i 
fakt, że właśnie o tej godzinie siedziała na lotnisku w Salt Lake 
City... 

 Chwila  paniki  minęła  i  myśli  Sunny  pobiegły  w  innym 

kierunku. Przypomniała sobie, jak Chance osobiście wyciągnął 
ją  z  samolotu,  jak  otulił  ją  kocem.  I  z  jaką  uprzejmością 
traktował  ją  przedtem,  jeszcze  na  lotnisku  w  Salt  Lake  City. 
Był  to  silny,  niezwykle  sprawny  mężczyzna,  przyzwyczajony 
do trudnych sytuacji i podejmowania decyzji. I nagle olśniło ją. 
Przecież  to  na  pewno  wojskowy,  po  odpowiednim  szkoleniu. 
Jak  mogła  tego  wcześniej  nie  zauważyć?  I  fatalnie,  że  nie 
zauważyła.  Przecież  jej  życie  i  życie  Margrety  w  dużym 
stopniu zależało od tego, czy Sunny umie szybko rozszyfrować 
innych ludzi i czy potrafi być czujna. A przy tym mężczyźnie 
na  chwilę  zapomniała  o  czujności,  oddając  się  po  prostu  bez 
reszty  rozkoszy  jego  pocałunku.  Ten  mężczyzna  pociągał  ją 
niebywale,  a odkrycie, że on doświadcza  czegoś podobnego  - 
szokowało. 

–A po co ci ten namiot ? – spytał nagle Chance, przykucając 

obok  niej.  -  Chyba  nie  miałaś  zamiaru  rozbijać  go  w  holu 
hotelowymi 

Naturalnie,  natychmiast  oczyma  wyobraźni  zobaczyła  swój 

namiocik  ustawiony  gdzieś  pod  palmą  w  doniczce,  obok 
recepcji.  Nie  było  siły,  musiała  wybuchnąć  śmiechem.  A 
Sunny Miller śmiała się bardzo często i bardzo głośno. Z byle 
czego.  Dzięki  temu  przecież  pozostała  jeszcze  przy  zdrowych 
zmysłach. 

Poczuła na karku ciepłą dłoń. 
-Sunny? Może mi jednak powiesz, po co ci ten namiot . 
 Nie przestając się śmiać, potrząsnęła głową. 

background image

 

56

 

-Po co, Chance-?- Znaleźliśmy się tu przypadkiem i kiedy ta 

przygoda  się  skończy,  nigdy  już  się  nie  zobaczymy.  Lepiej 
więc ty zachowaj dla siebie swoje sekrety, a ja z moimi zrobię 
to samo. 

Chance  milczał  przez  chwilę.  W  świetle  latarki  jego  twarz 

wydała się Sunny bardzo surowa i chyba napięta. 

-No,  dobrze  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Nie  wiem,  dlaczego 

jesteś taka skryta, ale teraz to zupełnie nie ma znaczenia. A w 
sumie to i dobrze, że masz ten namiot. Nie wiadomo przecież, 
jak długo będziemy tu uziemieni. 

-Dlaczego tak mówisz? Przecież będą nas szukać, a poza tym 

ty masz w samolocie radio. 

-Tak. Ale jesteśmy w kanionie. 
Nie  musiał  jej  niczego  wyjaśniać.  Wysokie,  skaliste  ściany 

skutecznie zablokują fale. Sygnał pójdzie tylko w górę i trzeba 
mieć  wielkie  szczęście,  żeby  ktoś  akurat  tędy  przelatywał  i 
sygnał odebrał. 

Namiot  rozstawili  razem.  Sunny  mogła  zrobić  to  sama, 

ćwiczyła  przecież  tyle  razy,  ale  we  dwójkę  zrobili  to 
błyskawicznie.  Spoglądała  na  namiot  z  obawą,  zastanawiając 
się, czy Chance w ogóle się w nim zmieści. Na długość - może, 
gorzej - wszerz, tym bardziej że przecież obok miała ułożyć się 
jeszcze  ona.  Jej  serce  zabiło  żywiej.  W  tym  ciaśniutkim 
namiocie będą musieli ułożyć się tuż obok siebie, bliziusieńko, 
kto wie, czy Chance nie będzie zmuszony objąć jej ramieniem. 

Chance również popatrywał na namiot i zapewne doszedł do 

podobnych wniosków. A przede wszystkim był głodny, bo nie 
pytając, wyciągnął z torebki jeden z jej batonów. 

-No i co, Sunny?- Mówiłem, że dziś wieczorem zjemy razem 

kolację! 

Uśmiechnął się, błysnęły białe zęby, a w policzku pojawił się 

ten  cudowny  dołeczek...  Sunny  już  nie  miała  wątpliwości.  Na 
pewno  zakochała  się  w  nim,  ot  tak,  troszeczkę.  Trudno. 
Widocznie  koniecznie  potrzebowała  teraz  gdzieś  zakotwiczyć 
swoje roztrzęsione jeszcze emocje. 

background image

 

57

 

Postanowiła,  że  na  razie  nie  będzie  się  przejmowała  stanem 

swoich  emocji  i  pozwoliła  sobie  na  cudowny  luksus 
rozkoszowania  się  chwilą.  Każde  z  nich  zjadło  po  batonie, 
jadalnym,  owszem,  co  wcale  nie  oznaczało,  że  smacznym. 
Potem napili się wody i wszystko, oprócz koców, zapakowali z 
powrotem  do  torby.  Bo  na  te  batony,  jakie  są  takie  są,  ktoś 
jednak  może  się  połaszczyć,  na  przykład  zabłąkany  kojot.  A 
torba, z braku miejsca w namiocie, miała nocować na dworze. 

-Jeszcze  wcześnie  -  powiedział  Chance,  spoglądając  na 

zegarek.  -  Ale  może  schowajmy  się  już  do  namiotu,  zanim 
zrobi  się  prawdziwy  ziąb.  Wtedy  trudno  się  będzie  rozgrzać. 
Proponuję rozłożyć mój koc, a przykryjemy się twoimi kocami. 

Szybko ściągnął swoje mocne buty, chwycił za koc i wsunął 

się z nim do środka. 

-W porządku! - krzyknął. - Wchodź! Nogami do przodu! 
Podała mu swoje buty, potem usiadła, wysunęła nogi i w ten 

nietypowy sposób znalazła się w środku namiotu. Chance leżał 
już,  dzięki  temu  wiedziała,  gdzie  ma  się  ulokować.  Manewr 
wcale nie był łatwy i nie udało się, niestety, uniknąć drobnych 
potknięć. Spódnica zadarła się do góry, poza tym ściągnęła koc 
w  jednym  rogu  i  z  trudem  udało  się  go  znowu  wygładzić. 
Kiedy umościła się już jako tako, Chance wyciągnął zza paska 
pistolet  i  położył  go  sobie  za  głową.  Duży  czarny  pistolet 
automatyczny,  kaliber  45  albo  9  mm,  czyli  jeden  z 
największych.  Taki  pistolet  Sunny  też  wypróbowała,  był  dla 
niej jednak zbyt  ciężki  i nie mogła nim operować swobodnie. 
Dlatego zdecydowała się na kaliber mniejszy. 

Chance  nakrył  ją  kocem.  Przez  chwilę  oboje  układali  się 

jeszcze,  próbując  znaleźć  możliwie  najdogodniejszą  pozycję. 
Sunny starała się skurczyć jak najbardziej, w rezultacie ułożyła 
się na boku, z ręką podłożoną pod głowę. 

-Gotowa? - spytał Chance. 
-No...  powiedzmy.  Zgasił  latarkę  i  w  namiocie  zapadła 

ciemność, gęsta, jak w jakiejś pieczarze. 

-Chwała Bogu, że nie mam klaustrofobii - stwierdziła Sunny. 

background image

 

58

 

-Ciemność  jest  dobra,  Sunny.  Ona  czasami  daje  poczucie 

bezpieczeństwa. 

Rzeczywiście. Tak było, ale nie z powodu ciemności. Czuła 

się  bezpieczna,  bo  po  raz  pierwszy  w  swoim  życiu  miała 
pewność,  że  -  oprócz  tego  mężczyzny  obok  -  nikt  nie  wie, 
gdzie  ona  teraz  jest.  Nie  musiała  sprawdzać  zamków  w 
drzwiach ani upewniać się, czy jest tu jakieś zapasowe wyjście. 
Będzie  mogła  spać  głęboko,  a  nie  jak  zając,  tak  lekko,  że 
czasami miała wrażenie, jakby całą noc nie zmrużyła oka. Nie 
musiała się martwić, czy ktoś nie idzie za nią albo czy telefon 
nie  jest  na  podsłuchu.  Owszem,  jak  zawsze,  niepokojąca  była 
każda  myśl  na  temat  Margrety.  Ale  teraz,  w  tej  niebywale 
komfortowej  chwili,  starała  się  myśleć  tylko  pozytywnie.  A 
więc jutro Chance naprawi samolot i będą mogli stąd odlecieć. 
Przesyłka do Seattle nie dotrze, co prawda, w terminie, ale tym 
naprawdę  nie  warto  się  przejmować,  zważywszy  fakt,  że 
zamiast  rozbić  się  o  skały,  wylądowali  szczęśliwie  w  wąskim 
kanionie. Mogło skończyć się tragicznie, dlatego była głęboko 
wdzięczna, że los pozwolił jej pozostać w jednym kawałku, a 
warunki, w jakich nagle się znalazła, są całkiem znośne. 

Całkiem, ale nie do końca. Bo jednak nie udało jej się znaleźć 

w miarę wygodnej pozycji. Ziemia była twarda jak skała. Bo i 
była to skala, przykryta cienką warstwą ziemi. A jednak, mimo 
dyskomfortu,  poczuła,  że  jej  powieki  robią  się  ciężkie.  Ten 
dzień, nie ma co się oszukiwać, był wykańczający... Ziewnęła i 
już  prawie  półprzytomna  spróbowała  podłożyć  sobie  drugą 
rękę  pod  głowę,  przy  okazji  zupełnie  niechcący  wymierzając 
Chance'owi potężną sójkę w bok. 

-Prze... przepraszam. 
Próbowała  zwinąć  się  w  maleńki  kłębuszek. 
Znów niefortunnie. Bo rezultat był taki, że rąbnęła Chance'a 

kolanem. 

-A niech to... jaki tłok. Chyba położę się na tobie. 
 Jasność  umysłu  wróciła  natychmiast.  Ten  drewniany, 

półprzytomny  głos  był  jej,  jej  własny.  Co  ona  plecie... 

background image

 

59

 

Otworzyła  usta,  żeby  przeprosić,  ale  w  ciszy  namiotu  rozległ 
się męski głos, niski i głęboki. 

-A może odwrotnie?- Ja... na tobie? 
Oprzytomniała  jeszcze  bardziej.  Nagle,  w  jednej  sekundzie, 

stała  się  nieprawdopodobnie  świadoma  obecności  tego 
mężczyzny. Każdego skrawka jego ciała. I tej jakby obietnicy, 
która zadźwięczała w jego głosie. Przecież oni już się całowali, 
choć to można określić jako nerwową reakcję, nieprzemyślaną 
i  gwałtowną,  po  pełnych  grozy  chwilach.  Podobno 
niebezpieczeństwo działa również jak afrodyzjak. Ale teraz to 
co  innego.  Nie  ma  żadnego  niebezpieczeństwa,  nikt  niczego 
nie  musi  odreagowywać.  Teraz  ona  leży  w  ciemności,  słucha 
głosu Chance'a, czuje jego bliskość, ciepło i zapach. I pragnie 
go... Bardzo go pragnie... 

-Sunny? 
-Ja... niczego nie mówiłam. 
-Hm... szkoda. Czyli nabijał się z niej. 
-A więc tej nocy szczęście mi nie dopisze. I chwała Bogu, że 

on  sobie  żartuje,  bo  na  tym  gruncie  Sunny  czuła  się 
zdecydowanie pewniejsza. 

-Chance?-  Myślę,  że  twój  limit  szczęścia  jak  na  razie  został 

wyczerpany. 

-Trudno.  Ale  jutro  jest  nowy  dzień.  I  znów  można 

popróbować. 

-Phi... 
-Czy to lekceważące prychnięcie ma świadczyć, że wcale nie 

drżysz ze strachu? 

-Wcale nie drżę. 
-To dobrze. 
Słyszała, jak ziewnął. Szeroko, serdecznie. 
-Sunny?  Może  zdejmiesz  sweter?  Podłożę  go  sobie  pod 

głowę,  a  ty  zrobisz  sobie  ze  mnie  poduszkę.  Będzie  nam 
obojgu wygodniej. 

-Jesteś  pewien,  że  cię  nie  uszkodzę?  -  spytała  żartobliwym 

tonem. - Chance, przepraszam, już prawie zasypiałam i tak mi 
się wymknęło... o tym spaniu na tobie.... 

background image

 

60

 

-Jeśli  zaczniesz  mnie  atakować,  potrafię  się  obronić.  Poza 

tym i tak na pewno zaraz zaśniesz. 

Ściągnięcie swetra w tych warunkach wcale nie było sprawą 

prostą. Przez dłuższą chwilę Sunny walczyła samotnie, dopóki 
Chance nie wkroczył do akcji. Potem słyszała, jak zwija sweter 
i układa sobie pod głową. A potem... potem bardzo ostrożnie, 
jakby  bał  się  ją  uszkodzić,  objął  Sunny  ramieniem.  Głowa 
Sunny  spoczęła  w  zagłębieniu  tego  ramienia.  Była  to  pozycja 
cudownie wygodna i cudownie uspokajająca. Sunny zmuszona 
była nawet położyć rękę na jego piersi, ta ręka nie mieściła się 
gdzie  indziej.  Czuła  pod  dłonią  bicie  jego  serca,  mocne, 
miarowe. A w swoim sercu coś na kształt wielkiej satysfakcji. 
Jest  noc,  a  Sunny  Miller,  o  dziwo,  tej  nocy  nie  spędza 
samotnie. 

-Zadowolona? - mruknął Chance, naciągając koc na jej nagie 

ramiona. 

-No... 
  
Sunny  zwykle  budziła  się  natychmiast.  Każdy  podejrzany 

dźwięk  błyskawicznie  doprowadzał  ją  do  przytomności,  ręka 
sama  sięgała  pod  poduszkę,  gdzie  zawsze  leżał  pistolet. 
Potrafiła zasypiać na żądanie, ponieważ nigdy nie była pewna, 
czy  później  jeszcze  kiedykolwiek  dane  jej  będzie  zasnąć.  A 
odkąd  przestała  być  dzieckiem,  na  palcach  jednej  ręki  mogła 
zliczyć noce, które udało jej się przespać spokojnie. 

Tym razem obudziła się inaczej. Niespiesznie, z poczuciem, 

że  ma  za  sobą  noc  wprost  niebywałą.  Głęboki,  nieprzerwany 
sen  w  ramionach  Chance'a.  Było  ciepło  i  bezpiecznie,  ona  - 
cudownie wypoczęta, a ręka Chance'a delikatnie głaskała ją po 
plecach. 

Usłyszała zaspany głos: 
-Dzień dobry! 
-Dzień  dobry...  Wcale  nie  chciało  jej  się  wychodzić  z 

namiotu. 

A  słońce  pewnie  już  dawno  wstało,  bo  jego  promienie 

rozjaśniały brązowy brezent namiotu na kolor złocisty. Chance 

background image

 

61

 

też nie kwapił się ze wstawaniem. Nadal  głaskał jej plecy, po 
czym delikatnie dotknął jej włosów. 

-Do  takiego  spania  chyba  dość  chętnie  mógłbym  się 

przyzwyczaić - mruknął. - Całą noc obok ciepłej kobiety... 

-Nie powiesz, że nigdy nie spałeś obok kobiety! 
-Ale nie przy tobie. 
Kusiło ją, żeby spytać, na czym polega różnica między nią a 

innymi  kobietami,  ale  milczała,  jednocześnie  podejmując  w 
duchu niezłomną decyzję. 

Nie dopuści, żeby ten ogromny pociąg, jaki wzbudza w niej 

ten  mężczyzna,  miał  jakiekolwiek  następstwa.  Musi  wierzyć 
twardo,  że  Chance  naprawi  samolot,  odlecą  stąd  i  za  kilka 
godzin  rozstaną  się  na  zawsze.  Tak.  Trzeba  wierzyć  w  to,  bo 
wiara  daje  siłę.  Gdy  tak  pomyślała,  nareszcie  była  w  stanie 
oderwać  się  od  Chance'a,  odgarnąć  włosy  z  czoła,  obciągnąć 
spódnicę i rozpiąć płachtę u wejścia do namiotu. 

W jednej chwili chłodne powietrze wygnało całe ciepło z ich 

przytuliska. 

-Teraz człowiek napiłby się gorącej kawy - stwierdziła lekko 

rozmarzonym  głosem.  -  Ale  nie  sądzę,  żebyś  woził  w 
samolocie słoik neski. 

-Ja  też  nie  zauważyłem  takiego  skarbu  w  twojej  przepastnej 

torbie. 

-Niestety... 
Wyczołgała  się  z  namiotu,  Chance  podał  jej  buty  i  sweter. 

Chwyciła sweter skwapliwie, błogosławiąc w duchu znakomity 
pomysł,  aby  zamiast  jakiejś  lekkiej  kurteczki  zapakować  do 
torby porządny, ciepły kardigan. 

Potem z namiotu wysunęły się buty Chance'a, a za nimi jego 

cała okazała postać. 

-Brr! Ale zimno! 
Nałożył szybko buty i natychmiast zerwał się z ziemi. 
-Idę do samolotu po kurtkę. A ty, jeśli chcesz poszukać sobie 

jakiegoś  ustronnego  miejsca,  możesz  iść  za  te  głazy.  Żmije 
powinny jeszcze spać, ale lepiej uważaj. 

background image

 

62

 

Sunny,  z  duszą  na  ramieniu,  wiedziona  jednak  bardzo  pilną 

potrzebą, na chwilę znikła za szarą kamienną ścianą, po czym z 
ulgą powróciła do skromnego obozowiska i zajęła się poranną 
toaletą.  Przetarła  twarz  i  ręce  chusteczką  higieniczną,  umyła 
zęby  i  wyszczotkowała  włosy.  Te  drobne  zabiegi  dawały  jej 
poczucie przynależności od istot ucywilizowanych, mało tego, 
zdolnych do zmagania się z przeciwnościami losu. 

Odświeżona i pełna optymizmu, z ciekawością rozejrzała się 

dookoła. No cóż, rzeczywiście wpadli do dołka. Sporego, bo w 
miejscu,  gdzie  stał  samolot,  kanion  musiał  mieć  co  najmniej 
pięćdziesiąt metrów szerokości. Dalej kanion rozszerzał się i w 
pewnym  momencie  skręcał  w  lewo.  Piaszczyste  koryto 
strumienia  było  jedynym  miejscem,  gdzie  samolot  mógł 
wylądować  bezpiecznie.  Bo  poza  tym  korytem  całe  dno 
kanionu  było  nierówne,  pełne  dołów,  zasypane  kamieniami 
różnej  wielkości.  Z  lewej  i  prawej  strony  skaliste  nierówne 
ściany,  poorane  przez  deszcz.  1  skały,  i  ziemia  były  jednego 
koloru.  Czerwień,  we  wszystkich  swoich  odcieniach,  od 
rdzawego,  poprzez  cynobrowy,  aż  po  różowy,  bardzo  jasny, 
niemal  piaskowy.  Gdzieniegdzie,  z  rzadka,  rosły  krzewy,  ale 
ich zieleń była wypalona słońcem, niemal srebrzysta. 

I  cisza,  niczym  nie  zmącona.  Nie  słychać  śpiewu  ptaków, 

cichutkiego  bzykania  owadów,  nic  się  nie  ruszało,  nic  nie 
szeleściło.  Jakby  w  tym  gigantycznym  dole,  oprócz  Sunny  i 
Chance'a, nie było żadnych żywych istot. 

Schowała  zziębnięte  ręce  do  kieszeni  kardigana  i  wolnym 

krokiem  podeszła  do  samolotu.  Chance,  zaaferowany,  grzebał 
dalej w silniku. 

-Chance? Chcesz coś zjeść? 
-Co? Nie, dziękuję - odparł z krzywym uśmiechem. - Sunny, 

nie  obraź  się,  ale  sama  wiesz,  że  twoje  batoniki  smakują  jak 
siano. 

Podeszła bliżej i z ciekawością zerknęła do wnętrza nieznanej 

jej maszyny. 

-Ja  też  nie  zjadłam  ani  jednego  –  wyznała  szczerze.  -  Są 

obrzydliwe. 

background image

 

63

 

Postała  jeszcze  chwilę,  z  każdą  sekundą  czując  się  osobą 

coraz  bardziej  niepożądaną.  Każdy  mężczyzna,  pochłonięty 
młotkiem czy śrubkami, staje się dziwnie odporny na wszelkie 
bodźce zewnętrzne. 

Dla porządku jednak spytała: 
-Może ci w czymś pomóc? 
-  Nie  -  mruknął,  nie  odrywając  oczu  od  wnętrzności  swego 

samolotu. - Sprawdzam teraz przewody, to trochę potrwa. 

-To może ja się przejdę. 
-Dobra.  Ale  nie  odchodź  za  daleko.  W  razie  czego  chcę  cię 

usłyszeć. 

Robiło  się  coraz  cieplej.  Słońce  przygrzewało  już  nielicho. 

Sunny szła przed siebie, uważnie patrząc pod nogi. Boże! Ona 
nawet nie mogła sobie pozwolić na to, żeby skręcić nogę. Dla 
niej mogła być to kwestia życia i śmierci, ona zawsze musiała 
być  gotowa  do  ucieczki.  Ale  może...  Spojrzała  w  górę,  na 
błękitne  niebo,  wciągnęła  głęboko  w  płuca  suche  pustynne 
powietrze.  Może  pewnego  dnia  będzie  inaczej,  może  będzie 
mogła  pozwolić  sobie  na  ten  luksus  i,  jak  każdy  zwykły 
śmiertelnik, skręcić sobie nogę w kostce. Trzeba wierzyć i nie 
wpadać w melancholię.  To była jej  recepta. Poczucie humoru 
zapewnia zdrowie psychiczne. A to życie jest takie niewesołe i 
samotne.  Ileż  to  już  lat  Sunny  nie  widziała  swojej  siostry? 
Mieszkają przecież osobno, bo tak jest bezpieczniej, bo ten, kto 
szuka,  szuka  dwóch  sióstr.  Sunny  nie  miała  pojęcia,  gdzie 
mieszka  Margreta,  nie  znała  nawet  jej  numeru  telefonu.  To 
Margreta  dzwoniła  do  Sunny  na  komórkę,  raz  w  tygodniu,  o 
umówionej godzinie. Dawała znak, że żyje, i była szczęśliwa, 
że Sunny odebrała telefon. 

Margreta ma dzwonić za cztery dni. Jeśli Sunny nie odbierze 

telefonu, Margreta oszaleje z niepokoju, przekonana, że Sunny 
schwytano.  Zmuszona  będzie  opuścić  miejsce,  w  którym 
dotychczas udawało  jej  się przeżyć bezpiecznie.  I kto  wie, co 
dalej zrobi Margreta... Czy chore serce siostry nie podpowie jej 
jakiegoś  głupstwa,  każe  zapomnieć  o  własnej  bezsilności  i 
szukać bezsensownej zemsty... 

background image

 

64

 

Jeszcze cztery dni.  I o wszystkim, do diabła, decyduje kilka 

głupich przewodów, którym zachciało się zatkać. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

65

 

 ROZDZIAŁ  SZÓSTY 
 
Sunny,  pomna  przestróg  Chance'a,  nie  odchodziła  zbyt 

daleko.  Do  oglądania  było  zresztą  niewiele,  tylko  piach, 
kamienie i umęczone słońcem krzaki. Robiło się coraz cieplej i 
niektórzy  mieszkańcy  kanionu  zaczęli  dawać  oznaki  życia. 
Obok  Sunny  przemknęła  szybciutko  brązowa  jaszczurka, 
kryjąc  się  w  szczelinie  skalnej.  Potem  jakiś  ptak,  którego 
nazwy  nie  znała,  przypikował  do  ziemi.  Co  dojrzały  jego 
bystre  oczy?  Zapewne  smakowitego  robaka.  Porwał  swoją 
zdobycz  i  znów  wzbił  się  wysoko  w  niebieskie  przestworza. 
Wolny.  Wolny  jak  ptak...  Cóż  dla  niego  te  metry  skalne, 
ciągnące ku niebu... 

Czuła, że powoli robi się głodna. Spojrzała na zegarek. I kto 

by pomyślał, że ona po tym kanionie krąży już ponad godzinę! 

Zaczęła wracać po swoich śladach. Widziała z daleka wysoką 

postać  Chance'a,  dalej  dłubiącego  przy  silniku.  Czyli  niczego 
jeszcze  nie  naprawił.  Kiedy  podeszła  bliżej,  uniósł  głowę  na 
znak,  że  świadomy  jest  jej  obecności,  po  czym  znów  wbił 
wzrok w silnik. Natomiast Sunny wbiła wzrok, pełen aprobaty, 
w  czarny  T-shirt  opięty  na  szerokich  barach.  Stare  dżinsy  też 
okrywały kształty godne uwagi. Wąskie biodra, jędrne pośladki 
i długie zgrabne nogi. I nagle w piasku, tuż koło tych nóg, coś 
się poruszyło. 

Zmartwiała. Czuła, że robi jej się słabo, a serce zaczyna walić 

jak młot, który ma zamiar rozwalić jej żebra. Bo tam, w piasku, 
wiła  się  wstążka,  brunatna,  błyszcząca  wstążka.  Wstrętna, 
niebezpieczna. 

Nie  wiedziała,  że  wykonała  ruch,  ani  jak  długo  ten  ruch 

trwał.  Zegar  tykał  inaczej,  jakby  świat  zanurzono  w  gęstym 
syropie.  Jej  świadomość  odbierała  tylko  jedną  informację.  Ta 
żmija była coraz większa, a więc była coraz bliżej. 

Chance  obejrzał  się.  Zobaczył  jej  uniesioną  rękę,  palce 

kurczowo  zaciśnięte  na  żywym  kawałku  mięsa,  zwiniętym  w 
pętlę.  Zobaczył,  jak  odrzuca  żmiję  jak  najdalej,  jak  ciemna 
kreska przesuwa się po głazie i znika wśród krzewów. 

background image

 

66

 

-Sunny! Nie ukąsiła cię? 
-Nie!  Ale...  Przypadła  do  jego  nóg,  osunęła  się  na  kolana  i 

drżącymi  palcami  zaczęła  przesuwać  po  zniszczonych 
nogawkach,  badając,  czy  nie  ma  tam  jakichś  dziurek  czy 
kropelek krwi, czegokolwiek, co potwierdziłoby jej straszliwe 
przypuszczenia. 

-Mnie  też  nic  się  nie  stało,  Sunny.  Zapewniam  cię,  proszę, 

nie denerwuj się... 

Pochylił się i chwyciwszy ją za ramiona, zmusił, aby wstała. 
-Wszystko w porządku, naprawdę. 
Ta żmija, na logikę, nie zdążyła go ukąsić. Ale strach przed 

chwilą  miał  oczy  tak  wielkie,  że  nie  mogła  się  uspokoić.  Jej 
drżące  palce  błądziły  nerwowo  po  piersi  Chance'a,  po  jego 
policzkach... 

-Chance, ja... ja okropnie ich się boję - wyjąkała. 
- A ta była tuż koło twojej nogi, omal na nią nie nastąpiłeś. 
-Och, Sunny... 
Objął  ją  ramionami,  przytulił  do  serca.  I  zakołysał  się 

leciutko. 

-Już dobrze, już dobrze... 
Wczepiła  się  palcami  kurczowo  w  czarny  T-shirt,  wtuliła 

twarz  w  szeroką  pierś  i  wdychała  zapach,  zapach  już  tak 
znajomy.  Zapach  Chance'a,  teraz  leciutko  zmieszany  z 
zapachem  paliwa.  Nie  było  na  świecie  bardziej  kojącej 
mieszanki. Nagle podniosła twarz. 

-Fuj! Przecież ja jej dotknęłam. O, nie! 
Wysunęła  się  z  jego  objęć  i  jak  strzała  pomknęła  do 

obozowiska. Widział, jak wyjmuje z torby chusteczki i z pasją 
wyciera każdy palec z osobna. Potem wącha i znów trze i trze, 
jakby chciała zedrzeć skórę. 

-Sunny, spokojnie! - śmiał się Chance, podchodząc do niej. - 

Bo  stracisz  palce!  Ale  dzielna  jesteś,  rzuciłaś  się  na  nią  jak 
jastrząb. Ale dlaczego nie krzyknęłaś?- Wtedy ja... 

-Ja... ja prawie nigdy... nie krzyczę. 
Ćwiczyła  to  przez  całe  życie.  W  chwili  największego 

napięcia  zachować  milczenie.  Choćby  ją  rozrywało,  choćby 

background image

 

67

 

umierała  ze  strachu.  Nie  wolno  nawet  pisnąć,  bo  nie  wolno 
zdradzić się ze swoją obecnością. Normalni ludzie wrzeszczą. 
A  ona  nie.  Ona  nie  może  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  być 
normalna. 

Chance  podszedł  jeszcze  bliżej.  Dotknął  dłonią  jej  brody  i 

obrócił  jej  twarz  ku  słońcu.  Spojrzał  w  oczy,  w  tę  świetlistą 
srebrzystość. Po jego twarzy przemknął cień.  I nagle objął ją. 
Już nie po przyjacielsku, nie po to, aby złagodzić jej lęk. Jego 
usta były zachłanne. Usta Sunny - też. Może nawet bardziej niż 
zachłanne.  Było  tak,  jakby  pościła  całe  życie,  jakby  dopiero 
teraz ktoś chciał ją nakarmić. 

Dłonie  Chance'a  były  wszędzie,  na  jej  szyi,  piersiach, 

pośladkach. Pragnął jej, a to wzmagało jeszcze jej pragnienie. 
Chciała nie tylko objęć, pieszczot i pocałunków. Zapragnęła tej 
kropki nad „i", której odmawiała sobie przez tyle lat... 

I  tak,  jak  przy  pierwszym  ich  pocałunku,  on  pierwszy 

poderwał  głowę.  Zamknął  oczy,  zaklął,  bardzo  dobitnie.  I 
otworzył oczy. 

Przez chwilę jeszcze oddychał ciężko. 
-  No,  więc  -  zaczął,  dziwnie  chrapliwym  głosem.  -  Sytuacja 

nie  jest  najciekawsza.  Przewody  mógłbym  przeczyścić  bez 
problemu. Ale, niestety, one wcale nie są zatkane. To jednak ta 
pompa. Rozumiesz, o co chodzić 

Rozumiała.  I  zagryzła  wargi,  żeby  stłumić  jęk.  Z  pompą 

Chance sobie nie poradzi. I nadzieja, że samolot wyniesie ich z 
tego  kanionu,  prysła.  A  Margreta  będzie  dzwonić  za  cztery 
dni... 

 Nie,  nie  wolno  się  poddawać.  Cztery  dni  to  nie  jeden.  To 

całe cztery dni. 

-Chance?  A  może  damy  radę  jakoś  się  stąd  wydostać?-  I 

pójdziemy dalej na piechotę? 

-Przez pustynię? W sierpniu? To szaleństwo. Moglibyśmy iść 

tylko  nocą,  w  dzień  temperatura  dochodzi  do  czterdziestu 
stopni albo i więcej. 

background image

 

68

 

A  teraz  jest  już  na  pewno  ze  trzydzieści,  pomyślała  Sunny. 

Gotowała się w swoim grubym swetrze. Ściągnęła go szybko i 
rzuciła na torbę. 

-W takim razie, co robimy, Chance? 
Dzielna Sunny Miller, zawsze gotowa do czynu. 
Chance uśmiechnął się i objął ją w pół. 
-Pójdę na zwiady. Wiem już, że z tej strony nie ma wyjścia. 

Ale  spróbuję  dotrzeć  do  drugiego  końca  kanionu,  może  tam 
wygląda to inaczej. 

-A ja? Co ja mam robić? 
-A  ty,  skarbie,  nazbierasz  patyków  i  liści.  Kiedy  wrócę, 

rozpalimy ognisko. 

Ruszył  przed  siebie,  tam,  gdzie  ona  rankiem  zrobiła  sobie 

wycieczkę.  A  Sunny  powędrowała  w  drugą  stronę,  na  drugi 
koniec  kanionu,  gdzie  rosło  więcej  krzaków.  Zbierała  patyki  i 
patyczki i myślała z przerażeniem, co będzie, jeśli nie zdołają 
się stąd wydostać. Ich zapasy żywności są bardzo skąpe. Kilka 
batonów. Zjedzą je. I co potem? Potem po prostu... umrą. 

Chance  z  ponurą  miną  maszerował  przed  siebie.  Był 

wściekły. W swoim życiu kłamał nieraz, terrorystom  i  innego  
rodzaju  draniom,  dla  dobra sprawy czasami trzeba było pleść 
androny  wysoko  postawionym  osobom.  Był  profesjonalistą, 
jego  profesja  wymagała  robienia  wielu  dziwnych  rzeczy,  co 
wcale,  naturalnie,  nie  oznaczało,  że  on  nie  ma  pojęcia,  co  to 
zwykła  ludzka  uczciwość,  prawdomówność  i  tak  dalej.  On  to 
wszystko starannie przechowywał w głębi duszy, chociażby ze 
względu na rodzinę. 

Oszukiwanie Sunny Miller przychodziło mu z coraz większą 

trudnością. Bo choć ta misja była cholernie ważna, a stawka, o 
którą  grał,  wysoka  -  on  po  prostu  wolałby  być  wobec  Sunny 
Miller  uczciwy.  Bo  Sunny  była  zupełnie  inna,  niż  się 
spodziewał, a on coraz mniej przekonany, że Sunny może być 
zamieszana w zbrodniczą działalność swego ojca. Terroryści to 
zupełnie  inny  gatunek  ludzi,  to  męty  -  podstępne,  złe, 
amoralne. A Sunny wydaje się w środku taka jakaś... czysta. I 
jest dzielna, bardzo dzielna. 

background image

 

69

 

Ta  historia  ze  żmiją.  Nie  dał  poznać  po  sobie,  jak  nim 

wstrząsnęła. Naturalnie, że się nie bał, miał przecież na nogach 
solidne buty, a poza tym tak na sto procent nie był przekonany, 
czy  stworzonko  było  jadowite.  Ale  Sunny  była  o  tym 
przekonana i chwyciła je gołą ręką. 

A potem... Jak ona na niego patrzyła i głaskała go, po twarzy, 

po  piersi.  Wytrzymał,  choć  nie  znosi  przecież,  żeby  ktoś  go 
dotykał.  Co  innego  relacje  z  rodziną,  co  innego  seks,  tu  bez 
wzajemnego dotykania się nie obejdzie. Ale generalnie dotyku 
obcych ludzi nie tolerował. 

 Sunny  dotykała  go  i  on  wcale  nie  musiał  toczyć  ze  sobą 

żadnej walki. Przeciwnie. Pozwolił sobie na luksus odczuwania 
zwykłej przyjemności, kiedy jej palce delikatnie przesuwały się 
po jego nodze, potem piersi, policzku. Było to jednak niczym 
w  porównaniu  z  tym,  co  zdarzyło  się  wcześniej.  Ich  wspólne 
spanie  w  namiociku.  A  to  już  spodobało  mu  się  niebywale. 
Cieplutkie,  szczupłe  ciało,  przytulone  do  jego  boku.  W  nocy 
zdarzyło  mu  się  położyć  dłoń  na  jej  miękkiej,  a  jednocześnie 
jędrnej  piersi.  Od  razu  zachciało  mu  się  pojeździć  ręką  po 
całym  jej  ciele,  najlepiej  niczym  nie  osłoniętym.  W  ogóle 
zachciało  mu  się  wynieść  ją  gdzieś  i  kochać  się  z  nią,  ale  w 
pełnym  słońcu.  W  pełnym  słońcu  jej  oczy  zmieniały  się  w 
brylanty. 

I on tę dziewczynę musi oszukiwać. Bo niezależnie od tego, 

czy  Sunny  współdziała  ze  swoim  ojcem,  czy  nie,  jest  jedyną 
osobą,  która  może  do  niego  zaprowadzić.  Planu  zmieniać  nie 
wolno, stawka jest bardzo wysoka. Jak na razie, wszystko idzie 
jak  po  maśle,  łącznie  z  tym,  że  Sunny  Miller  nie  zna  się  na 
samolotach i uwierzyła w jego gadki o zatkanych przewodach i 
zepsutej  pompie.  A  wcale  niełatwo  było  to  wszystko 
wykombinować,  on  i  Zane  musieli  się  porządnie  nagłowić. 
Trzeba  było  wymyślić  sytuację  nie  do  końca  tragiczną,  ale 
zdecydowanie niewesołą. Jedzenie, owszem, ale trzeba będzie 
je zdobyć, woda w ilości ograniczonej. On nie zabierał ze sobą 
żadnych zapasów, tylko koc, jeden pojemnik z wodą i pistolet, 
plus  to,  co  zwykle  ma  się  w  samolocie,  na  przykład  latarkę. 

background image

 

70

 

Jednym  słowem,  miało  być  to  coś  w  rodzaju  szkoły 
przetrwania.  I  okazało  się,  że  Sunny  ma  ze  sobą  ekwipunek, 
idealnie pasujący do takiej właśnie sytuacji. Od razu obudziło 
to  jego  czujność,  Sunny  jednak  wcale  nie  kwapiła  się  z 
wyjaśnieniami. 

Doszedł  do  końca  kanionu,  o,  tak  dla  porządku,  żeby 

sprawdzić, czy nic tu się nie zmieniło. Razem z Zanem oglądali 
przecież  to  miejsce  dokładnie.  Cienka  struga  wody  nadal 
spływała  po  ścianie.  Na  ziemi  ślady  królików,  jakiś  ptak 
przeleciał - nadal więc ciągną do wody istoty, które Sunny i on 
będą mogli skonsumować. Amunicję lepiej jednak oszczędzać, 
wszystko się przecież może zdarzyć. Lepiej zastawić sidła. 

Tak.  Nie  ma  co  narzekać.  Wszystko  rozwija  się  według 

planu.  Między  nim  a  Sunny  wytworzył  się  silny  pociąg 
fizyczny,  Sunny  długo  opierać  się  nie  będzie,  o  ile  w  ogóle. 
Przecież  już  się  całowali  i  ona  zmiękła  zupełnie.  A  kiedy 
zostanie  już  jej  kochankiem...  O,  on  już  wiedział,  jak  pieścić 
kobietę, żeby oddała mu się i ciałem, i duszą. 

Spojrzał  na  zegarek.  W  porządku,  można  wracać.  Minęło 

sporo  czasu,  dokładnie  tyle,  ile  zajęłyby  oględziny  kanionu, 
gdyby  był  tu  pierwszy  raz.  Wracał  krokiem  niespiesznym. 
Sunny  nadal  kręciła  się  wśród  krzewów,  zbierając  suche 
gałązki  i  liście.  Koło  namiotu  leżał  już  całkiem  spory  stosik. 
Na  widok  Chance'a  podniosła  szybko  głowę,  w  jej  oczach 
dojrzał promyk nadziei. 

Od razu więc przystąpił do rzeczy: 
-  Ten    kanion    jest    zamknięty    ze    wszystkich  stron  - 

poinformował  sucho.  -  Ale  mam  jedną  dobrą  wiadomość. 
Znalazłem źródło. Oczy Sunny straciły cały blask. 

-Zamknięty 

ze 

wszystkich 

stroni 

powtórzyła 

przygnębionym  głosem.  -  A  nie  moglibyśmy  wspiąć  się  po 
tych skałach ? 

-Nie  da  rady,  to  pionowe  skały.  Jedyne,  co  możemy  teraz 

zrobić, to przenieść się bliżej wody. Znalazłem tam też nawis 
skalny, będzie nas chronił przed słońcem. I poza tym jest tam 
więcej piachu, bardziej miękko i w nocy będzie wygodniej. 

background image

 

71

 

Sunny  skinęła  głową  i  zabrała  się  za  składanie  namiotu. 

Zrobiła to błyskawicznie, bez jednego zbędnego ruchu. Chance 
doskonale jednak wiedział, że Sunny całą siłą woli stara się nie 
rozkleić. 

Podszedł i pogłaskał ją po opalonym ramieniu. 
-Nie  martw  się,  Sunny.  Damy  sobie  radę.  I  będziemy  cały 

czas palić ognisko. Ktoś na pewno zobaczy dym. 

-Ale  my  jesteśmy  na  takim  odludziu  -  powiedziała  drżącym 

głosem. -A ja mam tylko cztery dni. Bo potem... 

-Co potem? 
-Nie... nic. To nieważne. 
Spojrzała na niebo,  białe prawie od palącego słońca. Chance 

nie odrywał od niej wzroku. Co ona powiedziała?- Cztery dni?- 
Dlaczego  to  takie  ważne?  Do  diabła,  czyżby  te  dranie 
planowały  jakiś  nowy  zamach?  I  panienka  się  martwi,  że  nie 
weźmie w tym udziału?! 

Chance  i  Sunny  za  jednym  razem  przenieśli  cały  swój 

skromny dobytek. Chance niósł rzeczy ciężkie, Sunny lżejsze, 
cały  czas  powtarzając  sobie  w  duchu,  żeby  nie  wpadać  w 
panikę,  nie  martwić  się  nieustannie  o  telefon  od  Margrety, 
tylko skupić się na tym, co dzieje się tu i teraz. 

Było  samo  południe,  słońce  rozgrzane  do  białości.  Upał 

niemiłosierny,  a  cień  pod  skałami  jak  najbardziej  pożądany. 
Nawis  był  większy,  niż  się  spodziewała,  prawie  cztery  metry 
szerokości  i  słońce  tu  nie  docierało.  Sama  nisza  miała 
głębokość  prawie  trzech  metrów,  tylna  ściana  -  półtora,  ale 
podłoże  było  spadziste  i  u  wejścia  skalny  dach  wisiał  jakieś 
dwa metry nad ziemią. 

-Nie  wiem,  jak  ty,  ale  ja  jestem  piekielnie  głodny  - 

oświadczył Chance zaraz po przenosinach. 

-  Może  zjemy  razem  jednego  z  tych  twoich  wspaniałych 

batonów, a na kolację spróbuję upolować królika. 

Sunny spojrzała na niego z wielką dezaprobatą: 
 
 
 

background image

 

72

 

-Chcesz zjeść Petera Cottontaila*? 
-Tak.  Zjadłbym  nawet  samego  Eastera  Bunny'ego**,  gdyby 

nawinął mi się pod rękę. 

Wyraźnie chciał ją rozśmieszyć. Doceniała jego wysiłki, ale i 

tak  nie  była  w  stanie  pozbyć  się  uczucia  przygnębienia. 
Apatycznie  pogrzebała  w  swojej  torbie,  wyciągnęła  jeden 
batonik i przełamała na pół, starając się, aby połówka Chance'a 
była  zdecydowanie  większa.  Chance  był  większy,  więc 
potrzebował  więcej.  Swój  spartański  posiłek  spożyli  w 
milczeniu, kontemplując zbielałe w słońcu kolory kanionu. 

-Wody nie musimy oszczędzać – powiedział Chance. - Pij, ile 

chcesz.  Podczas  takiego  upału  trzeba  dużo  pić.  Organizm 
odwadnia  się  bardzo  szybko,  nawet  jeśli  człowiek  siedzi  w 
cieniu. 

Posłusznie  sięgnęła  po  butelkę  i  wytrąbiła  prawie  do  dna. 

Przede  wszystkim  dlatego,  że  chciała,  aby  ten  obrzydliwy 
batonik jak najszybciej spłynął do żołądka. 

Chance nazbierał kamieni, ułożył z nich krąg, w środku kręgu 

ułożył  patyki  i  nasypał  liści,  zeschniętych  i  tych  świeżych, 
zielonych.  Przytknął  zapałkę  i  za  chwilę  ukazała  się  wąska 
wstążka  dymu.  Krzątał  się  przy  tym  ognisku  niedługo,  kilka 
minut,  ale  kiedy  wrócił  pod  nawis,  jego  podkoszulek  był 
mokry od potu. 

-Gorąco, jak diabli - mruknął. 
Podała mu  butelkę, wypił niemal  jednym  haustem,  po czym 

objął  Sunny  wpół  i  przyciągnął  do  siebie.  I  pocałował,  tak 
leciutko,  żeby  po  prostu  poprawić  jej  nastrój.  A  ona  od  razu 
objęła go za szyję i przykleiła się, dosłownie, do przepoconego 
T-shirta.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  był  obok  niej  ktoś,  na  kim 
mogła  się  oprzeć.  Zawsze  musiała  być  dzielna,  radzić  sobie 
sama we wszystkim, na wszystko być przygotowana. 

-Chodź, Sunny, usiądziemy sobie.  
Usiąść można było tylko na gołej ziemi. Tak też uczynili. 
 

* Peter Cottontail - znana postać z kreskówek amerykańskich z lat siedemdziesiątych. 

** Easter Bunny - zajączek wielkanocny, również znana postać z kreskówek amerykańskich 

z lat siedemdziesiątych. 

background image

 

73

 

-Po  południu  wymontuję  fotele  z  samolotu,  będziemy  mieli 

trochę komfortu - obiecał Chance. 

- Sunny, powiedz, masz jakąś rodzinę?- Czy ktoś będzie się o 

ciebie niepokoić? 

-Nie. 
Boże  wielki,  jasne,  że  ma.  Margretę.  Siostra  nie  tylko,  że 

będzie się niepokoić, ona będzie wprost szalała z niepokoju. 

-A ty, Chance? 
-Też nie mam. Moi rodzice umarli, byłem jedynakiem. 
-A z jakich stron pochodzisz? Gdzie się wychowałeś? 
-A... tu i tam - odparł ze śmiechem. - Ojciec znany był z tego, 

że nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca. A twoi rodzice? 

Przez moment była cicho, potem westchnęła. 
-Zostałam zaadoptowana. Moi przybrani rodzice nie żyją. To 

byli bardzo dobrzy ludzie, bardzo mi ich brakuje. 

Znów  zamilkła,  pochyliła  głowę,  coś  rysowała  palcem  po 

ziemi. 

-Chance,  a  powiedz  mi,  jak  to  jest,  gdy  zdarza  się  takie 

przymusowe  lądowanie,  jak  to  nasze.  Nie  dolecieliśmy  do 
Seattle,  więc  na  pewno  ktoś  powiadomił  o  tym  Federalną 
Agencję Lotniczą? 

-Jasne. Na pewno już nas szukają. Problem jednak polega na 

tym, że szukają nas według trasy, którą podałem przed startem. 

-Co?  Czy  to  znaczy,  że...  że  zboczyliśmy  z  kursu?  -  spytała 

Sunny zamierającym głosem. Bo to wszystko stawało się coraz 
gorsze. 

-Tak.  Zboczyliśmy, kiedy  szukaliśmy  miejsca do lądowania. 

Ale  jestem  pewien,  że  jeśli  ktoś  będzie  tędy  przelatywał,  na 
pewno zauważy dym. 

-Jak długo będą nas szukać? 
Nie  odpowiedział  od  razu.  Zmrużył  swoje  złociste  oczy  i 

spojrzał w niebo. 

-Będą szukać tak długo, dopóki będą wierzyć, że żyjemy. 
-A jeśli... jeśli pomyślą, że nas samolot się rozbił... 
-To  odwołają  poszukiwania.  Będą  szukać  tydzień,  może 

dłużej. Potem przestaną. 

background image

 

74

 

-Czyli  jeśli  w  ciągu,  przypuśćmy,  dziesięciu  dni  nikt  nie 

natrafi na nasz ślad, to... 

Tego zdania nie była w stanie dokończyć. 
-Sunny,  my  i  tak  się  nie  poddamy  –  powiedział  Chance 

twardym  głosem.  -  A  samoloty  prywatne  szwendają  się 
wszędzie. 

Choć  jest  raczej  mało  prawdopodobne,  że  któryś  z  nich 

będzie przelatywał akurat tutaj. Tego jednak nie powiedział na 
głos.  Ale  Sunny  i  tak  to  wiedziała.  Widziała  przecież,  że 
dookoła  okolica  jest  niebezpieczna  dla  samolotów,  a  kanion 
wąziutki, nie zwracający  uwagi. 

Zadrżała. Podciągnęła nogi, objęła rękoma kolana i oparłszy 

na nich  głowę, spoglądała z zadumą na ciężkie  kłęby  szarego 
dymu. 

-Mój  ty  Boże  -  westchnęła  po  chwili.  -  A  ja  zawsze  tak 

bardzo chciałam się znaleźć w miejscu, w którym nikt mnie nie 
odnajdzie.  No  i  proszę!  Marzenie  spełnione.  Jedyna  wada,  że 
nie przynoszą śniadania do pokoju. 

Chance zaśmiał się, wyciągnął przed siebie swoje długie nogi 

i oparł się na jednym łokciu. 

-Sunny, zdaje się, że ty nigdy nie załamujesz się na długo. 
-Staram  się.  Nasza  sytuacja  nie  należy  do  najlepszych,  ale 

przeżyliśmy.  Mamy  jedzenie,  wodę  i  kryjówkę.  Zawsze 
mogłoby być gorzej... 

Nagle, sama zaskoczona, ziewnęła szeroko. 
-Też coś! Spać mi się chce. A tak dobrze spałam tej nocy. 
-To  z  tego  upału.  Zdrzemnij  się  trochę,  ja  będę  pilnował 

ogniska. 

Nie  czuła  się  na  siłach  rozstawiać  namiotu,  dlatego 

przyciągnęła tylko trochę bliżej swoją torbę i oparła się o nią. 
Chance,  bez  słowa,  rzucił  jej  na  podołek  sweter.  Zwinęła 
sweter,  wsunęła  go  sobie  pod  głowę  i  w  ciągu  dwóch  minut 
zasnęła. Nie był to jednak spokojny, głęboki sen, raczej płytka 
drzemka, podczas której była świadoma wszystkiego, co dzieje 
się dookoła. Że jest gorąco, że Chance chodzi  tu i  tam, a ona 
nieustannie martwi się o Margretę. 

background image

 

75

 

Obudziła  się  rozbita,  wcale  nie  wypoczęta.  Chance  siedział 

pod  nawisem.  Nogi  skrzyżowane,  ciemna  twarz  skupiona, 
długie  palce  zręcznie  majstrowały  coś  z  patyków  i  sznurka.  I 
nagle Sunny doznała olśnienia. 

-Chance? Ty nie jesteś rodowitym Amerykaninem, prawda? 
-Jestem - odparł obojętnym tonem. - Każdy, kto urodził się w 

tym kraju, jest rodowitym Amerykaninem. 

Po chwili uśmiechnął się i spojrzał na nią. 
-No, dobrze. Zgadza się. Mam w sobie krew indiańską. 
-I na pewno byłeś w wojsku. 
-Dlaczego tak sądzisz? 
-    Nie  wiem.  Ale  jakoś  mi  to  do  ciebie  pasuje.  Jesteś 

przyzwyczajony  do  pistoletu,  poza  tym  mówisz  „iść  na 
zwiady",  „broń",  a  ludzie  raczej  powiedzą  „pistolet",  albo 
„strzelba". 

Znów została nagrodzona promiennym uśmiechem. 
-Dobra, wygrałaś. Nosiłem mundur przez jakiś czas. 
-A dokładnie jaki? 
-Byłem  w  rangerach,  to  taka  specjalna  jednostka,  w  której 

szkoli się żołnierzy do walki z partyzantami. 

No tak, to by wyjaśniało, dlaczego on tak świetnie umie sobie 

radzić w terenie. Sunny nie wiedziała zbyt wiele o wojsku, ale 
o tej konkretnie jednostce słyszała. 

Chance  skończył  wiązać  sidła,  potem  wziął  się za  następne. 

Sunny przez chwilę przyglądała mu się, nie mogąc pozbyć się 
poczucia  własnej  bezużyteczności.  Nie,  nawet  nie  zaofiaruje 
swojej  pomocy.  Znów  bardziej  by  mu  przeszkadzała,  niż 
pomogła.  Westchnęła  i  niemal  ze  złością  strzepnęła  jakieś 
pyłki ze spódnicy. Też coś... Jeden dzień na odludziu i już się 
okazuje, że ona jest głupim kobieciątkiem, które nic nie potrafi. 
Stereotyp z dawnych, dobrych czasów... 

W takim razie trzeba znaleźć sobie zajęcie typowo kobiece. 
-A  jak  to  jest  naprawdę  z  tą  wodą?  Wystarczy,  żeby  zrobić 

pranie?-  Chodzę  już  drugi  dzień  w  moim  ubraniu  i  mam  go 
serdecznie dość. 

background image

 

76

 

-Wody  jest  dosyć,  nie  trzeba  oszczędzać  -  powiedział 

Chance, podnosząc się z ziemi. - Chodź, pokażę ci. 

Wyszli  spod  nawisu.  Nadal  było  nieludzko  gorąco,  Sunny 

czuła przez buty żar nagrzanej słońcem ziemi. Szli jednak tylko 
kilka  chwil.  Chance  zatrzymał  się  przed  jedną  z  pionowych 
skalistych skał. 

-Tutaj. Źródło bije ze skały. 
Sunny nieco  sceptycznie spojrzała  na  cienką strugę wody, 

spływającą  po  skale.  Jak  prać?  Na  dole  nie  było  żadnego 
jeziorka,  nawet  kałuży.  Woda  spływała  ze  skały  i  wsiąkała  w 
spragnioną  ziemię.  No  cóż,  trzeba  będzie  nabierać  wodę  do 
butelki i polewać nią ubranie. 

-W tych warunkach to moje pranie będzie trwało wieczność - 

mruknęła. 

Chance skwapliwie zaczął ściągać swój T-shirt. 
-Proszę - powiedział, podając jej podkoszulek z promiennym 

uśmiechem. - Na szczęście, czasu mamy dosyć, prawda? 

Miała  ochotę  cisnąć  w  niego  tym  przepoconym 

podkoszulkiem.  I  zażądać,  aby  natychmiast  ubrał  się  z 
powrotem. I wcale nie chodziło o jego komentarz. 

Nigdy  nie  była  głupio  pruderyjna,  widziała  niejeden  nagi 

męski tors, jednak nie widziała jeszcze nagiego torsu Chance'a. 
Był  gładki,  wspaniale  umięśniony,  opalony  na  brąz.  Tors, 
którego  pragnęłaby  dotknąć  każda  kobieta.  Palce  Sunny 
kurczowo zacisnęły się na czarnym T-shircie. 

Uśmiech znikł z twarzy Chance'a, złociste oczy pociemniały. 

Pochylił się, jego dłoń delikatnie wsunęła się pod brodę Sunny. 

Uniosła powoli twarz, napotkała wzrok pełen pożądania. 
-Sunny?  Zdajesz  sobie  sprawę,  co  może  się  między  nami 

zdarzyć? 

Jego  głos  wcale  nie  był  miły  ani  uwodzicielski.  Był  bardzo 

szorstki. 

-Tak. 
To króciutkie słowo z trudem wydobyło się z jej ściśniętego 

gardła. 

-Chcesz tego, Sunny? 

background image

 

77

 

Pragnęła tego rozpaczliwie, boleśnie. Spojrzała mu prosto w 

oczy,  teraz  znów  złocistobrązowe,  i  drżąc  już  teraz  na  myśl  o 
tym, co zdarzy się na pewno, wyszeptała: 

-Tak. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

78

 

 
ROZDZIAŁ  SIÓDMY 
 
Sunny, pełna zadumy, rozłożyła świeżo uprany czarny T-shirt 

na nagrzanej słońcem skale. Jakże jej życie zmieniło się teraz 
zupełnie...  Nie  chodzi  już  nawet  o  sam  fakt,  że  oboje  z 
Chansem są więźniami kanionu i prawdopodobnie utknęli tu na 
dłużej.  Na  całe  tygodnie,  miesiące,  a  może...  może  nigdy  już 
stąd nie wyjdą? Trudno wymyślić bardziej diametralną zmianę 
w  czyimś  życiu.  Ale  u  niej,  oprócz  tego,  zmieniło  się  coś 
jeszcze. Dotychczas żyła tak, jakby nie do końca zakotwiczono 
ją  na  tej  ziemi,  wszystko  było  ulotne  i  naznaczone  lękiem  o 
Margretę. A teraz, po raz pierwszy w życiu poczuła, że Sunny 
Miller  istnieje  naprawdę  i  musi  przemyśleć  tylko  swoje 
sprawy.  To  znaczy  jedną,  teraz  najważniejszą:  czy  ona  chce 
Chance'a. 

Tak, chce, i nie ma zamiaru nadal kurczowo się czepiać tych 

swoich  argumentów,  które  nie  pozwalały  jej  dotąd  na  żaden 
związek  z  mężczyzną.  Miała  wiele  powodów,  być  może 
słusznych,  ale  w  innym,  odległym  stąd  o  setki  kilometrów 
świecie, określanym jako normalny. 

Oboje  stoją  w  obliczu  śmierci,  a  ona  nie  chce  umierać,  nie 

poznawszy smaku miłości tego właśnie mężczyzny. Chce, żeby 
ją  wziął,  chce  powiedzieć  mu,  że  go  kocha.  Ma  przecież  w 
sobie wiele czułości, ściśniętej gdzieś w sercu, skurczonej, bo 
komuż  dotychczas  mogła  ją  ofiarować?-  Poza  tym  czuje,  że 
podoba  się  Chance'owi.  A  on  w  ogóle  sprawia  wrażenie 
mężczyzny, który od seksu nie stroni i okazji nie przepuszcza. 
Ten  przystojny,  zmysłowy  i  pewny  siebie  mężczyzna  ma 
zapewne  takich  okazji  co  niemiara.  A  teraz...  Sunny  jest  pod 
ręką, więc czemu nie skorzystać... 

Trywialne to i trochę przykre. Ale może i tak do końca wcale 

nieprawdziwe.  Czuła  przecież,  że  spodobali  się  sobie 
właściwie  od  pierwszego  wejrzenia.  I  chciała  bardzo,  aby  to 
odczucie  nie  mijało  się  z  prawdą.  Bo  jej  Chance  MacCall 
podobał się coraz bardziej. W ciągu tej doby dowiedziała się o 

background image

 

79

 

nim  wiele,  i  nie  dostrzegła  niczego,  co  nie  zyskałoby  jej 
aprobaty.  Był  mężczyzną  odważnym,  nie  wahającym  się 
podjąć  ryzyka,  człowiekiem  bardzo  zdolnym,  posiadającym 
wiele  umiejętności,  a  poza  tym,  co  też  bardzo  ważne,  Sunny 
nie  znała  dotychczas  nikogo,  kto  byłby  wobec  niej  bardziej 
uprzejmy i opiekuńczy. 

uwieńczeniem 

jego 

zalet 

było 

to, 

że 

jest 

nieprawdopodobnie  seksowny,  tak  bardzo,  że  jej  po  prostu 
ślinka cieknie z ust. Głupie wyrażenie, ale inaczej tego określić 
nie sposób. 

 Większość  mężczyzn,  po  uzyskaniu  odpowiedzi,  jaką  dała 

przed godziną, natychmiast przystąpiłoby do rzeczy. A Chance, 
usłyszawszy  z  jej  ust  „tak",  pocałował  ją,  bardzo  słodko,  i 
oświadczył: 

-Idę do samolotu, mam tam ubranie na zmianę. 
Przebiorę się i podrzucę ci jeszcze coś niecoś do prania. 
I wtedy ona błysnęła ironią: 
-Dziękuję, jak to miło z twojej strony... 
A on puścił do niej oko i powiedział z uroczym uśmiechem: 
-Staram się, jak mogę! 
W rezultacie, zamiast rozkwitać w jego ramionach, siedziała 

przy  źródełku  i  prała  męską  bieliznę.  Nie  było  to  zajęcie 
szczególnie  romantyczne,  dawało  jednak  miłe  poczucie,  że 
wytwarza  się  między  nimi  zażyłość.  Poza  tym  jakiś  taki 
szalenie  naturalny  podział  obowiązków.  On,  mężczyzna,  stara 
się  o  pożywienie  -  patrz:  robi  sidła  -  a  ona,  kobieta,  dba  o 
czyste ubrania. 

Uprała  najpierw  jego  rzeczy,  potem,  po  chwili  wahania, 

ściągnęła  z  siebie  wszystkie  bez  wyjątku  części  garderoby. 
Wszyściutko, bo ani sekundy dłużej nie mogła już wytrzymać 
w  nieświeżym  ubraniu.  Nigdy  jeszcze  nie  paradowała  po 
dworze  w  stroju  Ewy.  Czuła  się  trochę  dziwnie,  co  nie 
znaczyło,  że  źle.  Była  w  tym  nutka  dekadencji,  ale  nutka 
absolutnie pozytywna, choć naznaczona lekkim niepokojem. A 
co będzie, jeśli Chance ją zobaczy- Uśmiechnęła się na myśl o 
tym. No cóż, na pewno nie wzbudzi w nim dzikiej, gwałtownej 

background image

 

80

 

żądzy,  ponieważ  jej  ciało  nie  ma  jakichś  szczególnie 
efektownych zaokrągleń. Z drugiej jednak strony, wcale tak źle 
nie  jest.  A  poza  tym  na  tym  pustkowiu  nie  ma  innych  kobiet 
oprócz Sunny Miller. Więc kto wie, kto wie... 

A  przede  wszystkim,  zamiast  myśleć  głupio,  trzeba  się 

wreszcie porządnie umyć. Napełniła wodą butelkę, polała się, 
po  czym  zabrała  się  za  szorowanie.  Po  prostu  -  piaskiem. 
Spłukanie piasku wymagało kilkakrotnego napełniania butelki. 
Ale  skóra  po  tych  ablucjach  była  nadspodziewanie  świeża  i 
gładka.  Ciekawe,  dlaczego  przemysł  kosmetyczny  nie 
zaprzestanie mielenia tych różnych skorupek i nie przestawi się 
po prostu na produkcję peelingu z piasku. 

Nie  wycierała  się.  Po  co?-  Cudownie  jest  schnąć  w 

rozgrzanym  powietrzu,  czując  na  sobie  łagodny  ciepły 
wietrzyk  A  poza  tym  nie  miała  żadnego  ręcznika.  Schła  więc 
sobie  w  sposób  naturalny,  piorąc  jednocześnie  swoje  własne 
szmatki.  Potem  ubrała  się  w  beżowe  dżinsy  i  zielony  T-shirt. 
Nigdy  nie  ubierała  się  na  niebiesko  czy  czerwono,  zawsze 
kupowała ubrania w kolorach ziemi. Dlaczegóż Bo one stapiają 
się z przyrodą, w nich można dobrze się ukryć. 

Staniczka nie nałożyła, miała tylko jeden, a ten został właśnie 

uprany. Bawełniany T-shirt przylegał do piersi, podkreślał ich 
kształt. Ciekawe, czy Chance zauważy, że jak ona idzie, to te 
piersi tak falują... 

- Hej, hej! 
Odwróciła  się.  Stał  kilka  metrów  za  nią,  jego  wzrok 

natychmiast spoczął na jej piersiach. No tak... 

-Długo... długo tu tak stoisz?- 
- A... no... już dobrą chwilę. 
Zamarła. 
-Czekałem,  aż  się  odwrócisz,  ale  niestety.  Choć  i  tak  widok 

był  całkiem,  całkiem...  Trzeba  przyznać,  że  tyłeczek  masz 
wyjątkowy. W życiu słodszego nie widziałem. 

Poczuła,  że  robi  jej  się  gorąco,  zbyt  gorąco  nawet  na  taki 

upał. Ale stanęła do walki. 

background image

 

81

 

-Proszę,  proszę,  czyli  zdobyłam  twoje  uznanie!  I  co,  może 

jeszcze  chcesz,  żebym  zafundowała  ci  taniec  erotyczny? 
Kiedyś-  W  każdej  chwili,  skarbie,  choć  teraz  właśnie  nie. 
Trzeba zabrać stąd ubrania. Chcę zastawić tu  sidła, może uda 
się złapać coś na kolację... 

A więc proszę. Nie można powiedzieć, żeby go nie ruszyło, 

ale  obowiązek  przede  wszystkim.  I  bardzo  dobrze,  zawsze 
lepiej  mieć  u  swego  boku  mężczyznę  odpowiedzialnego  niż 
zmysłowego lekkoducha. 

Zgodnie zaczęli zbierać porozkładane na kamieniach ubranie. 
-A więc tak - zaczęła Sunny. - Zwierzyna ciągnie do wody... 
-Zgadza się. 
-Ubrania,  choć  prałam  je  z  takim  poświęceniem,  pachną 

jednak człowiekiem... 

-No,  właśnie.  Zwierzyna  może  wyczuć  ten  zapach,  a  poza 

tym  tych  ubrań  tutaj  nigdy  nie  było.  A  dzikie  zwierzęta  są 
nadzwyczaj płochliwe. 

Kiedy  dochodzili  już  do  swego  tymczasowego  domu  pod 

nawisem skalnym, Sunny zapragnęła jeszcze jednej informacji: 

-A jak długo trzeba czekać, zanim coś złapie się w sidła? 
-Różnie  bywa.  Kiedyś  złapałem  już  coś  po  dziesięciu 

minutach, innym razem czekałem dzień, drugi i nic. 

Znów porozkładali rzeczy na kamieniach, niektóre prawie już 

suche.  Gorące,  pustynne  powietrze  było  prawie  tak  samo 
skuteczne jak elektryczna suszarka do ubrań. 

A  potem  była  niespodzianka.  Chance  przykucnął  koło 

wielkiego  dzieła  swych  rąk,  czyli  sideł,  sięgnął  do  tylnej 
kieszeni  spodni  i  wyciągnął  z  niej,  ni  mniej  ni  więcej,  tylko 
pognieciony  batonik  „Baby  Ruth".  Spokojnie  rozwinął  go  z 
papierka i wetknął do sideł. 

Sunny dopiero po chwili była w stanie wydobyć z siebie głos. 

Pełen oburzenia. 

-No wiesz! Słodki baton jako przynęta! Dlaczego nie włożysz 

tam jednego z moich batonów? A ten mi oddaj, natychmiast! 

-Nie  mogę  ci  go  dać,  Sunny  -  protestował  ze  śmiechem, 

zasłaniając  sidła  przed  jej  zachłannymi  rękami.  -  Żaden 

background image

 

82

 

szanujący  się  królik  nie  połakomi  się  na  twoje  nadzwyczajne 
batony odżywcze! 

-Ale  jak  mogłeś!  Jak  mogłeś  chować  przede  mną  słodziutki 

„Baby Ruth"?! 

-Wcale  nie  chowałem.  Znalazłem  go  teraz  w  samolocie,  ale 

rozpuścił się na tym upale. Nie nadawał się do jedzenia. 

-Rozpuścił! Dobrze wiesz, że czekoladzie to nie szkodzi! 
Chance z politowaniem pokiwał głową. 
-No tak, teraz już wiem. Jesteś jedną z nich. 
-Jedną z nich? A o kogo ci chodzi? 
-Jesteś czekoladoholiczką. 
-Absolutnie  nie  -  zaprotestowała,  dumnie  unosząc  głowę.  -

Jestem czymś więcej. Jestem słodyczoholiczką. 

-To  dlaczego  do  tej  swojej  wspaniałej  torby,  zamiast 

obrzydliwych batonów, nie zapakowałaś po prostu cukierków? 

Teraz ona spojrzała z politowaniem. 
-Przecież  to  proste.  Zawartość  mojej  torby  ma  pomóc  mi 

przetrwać. A te cukierki zjadłabym zaraz pierwszego dnia. 

Wcale  się  nie  roześmiał.  Przeciwnie,  jakby  spoważniał,  a  w 

jego złocistobrązowych oczach błysnęło coś ponurego. 

-Chyba  nie  powiesz,  że  zawartość  tej  torby  miała  pomóc  ci 

przetrwać noc w pokoju hotelowym w  Seattle? 

Niby  dowcipne,  głos  Chance'a  niby  spokojny,  ale  czuła  w 

nim napięcie. 

-Ach!  Sam  wiesz,  ludziom  różne  rzeczy  przychodzą  do 

głowy.  Zwłaszcza  kobietom  -  odparła  lekkim,  żartobliwym 
tonem.  -  Mnie,  na  przykład,  wydaje  się,  że  powinnam  być 
przygotowana na każdą ewentualność. 

-Bzdura! Próbujesz mi wcisnąć jakiś... 
-Nie,  Chance!  Nie  wciskam  ci  kitu,  próbuję  tylko  grzecznie 

dać ci do zrozumienia, że to nie twój interes. 

-Ale mnie chodzi o coś innego, Sunny. 
-A o co? 
-O  szczerość.  Jeśli  nie  chcesz  mi  powiedzieć,  w  porządku, 

przeżyję.  Ale  to  niedobrze,  że  nie  chcesz  być  wobec  mnie 
szczera. Nasza sytuacja tutaj jest raczej nietypowa. I nie będzie 

background image

 

83

 

łatwo,  dlatego  powinniśmy  mieć  do  siebie  bezwzględne 
zaufanie. Mówić sobie  wszystko  otwarcie, nawet  jeśli  prawda 
zakłuje w oczy. 

Wygłosił to z wielką powagą i wszystko, co powiedział, było 

słuszne. Ale Sunny była nieugięta, jak zwykle, kiedy chodziło 
o  torbę  i  jej  zawartość.  Skrzyżowała  ramiona  na  piersiach  i 
patrzyła  z  góry,  drwiąco,  w  stylu:  „Ja  i  tak  tego,  koleś,  nie 
kupię!". 

-Szczerość  -  prychnęła.  -  Ciebie  po  prostu  aż  skręca,  żebym 

ci  powiedziała,  po  co  mi  ta  torba!  A  ja  powtarzam,  że  to  nie 
twój zakichany interes! Chociaż... 

-Chociaż... 
-Przez  moment  czułam  coś  w  rodzaju  poczucia  winy,  ale  to 

przecież przeczyłoby wszelkim zasadom logiki. 

Powaga  nadal  gościła  na  jego  twarzy,  ale  już  tylko  przez 

sekundę.  Kąciki  ust  zadrżały.  Chance  uśmiechnął  się  i 
bezradnie potrząsnął głową. 

-Ej, mała! Zdaje się, że będę miał z tobą poważny problem! 
Wsunął  sidła  pod  pachę  i  szybkim  krokiem  ruszył  w  stronę 

źródła, o ile tak można było nazwać tę dziurkę w skale, z której 
ledwo sączyła się wąska strużka wody. 

-Ej, duży! - wrzasnęła za nim. -A niby co? Jaki problem? 
-A  taki  jeden!  -  zawołał,  nie  odwracając  nawet  głowy.  - 

Chyba się w tobie zakocham! 

Znikł  za  załomem  skalnym,  a  pod  nią  ugięły  się  kolana. 

Zakocham  się...  No,  nie...  On  naprawdę  tak  powiedział?- 
Takich słów nikt nie rzuca na wiatr, zwłaszcza mężczyźni. Oni 
podchodzą do tego bardzo poważnie. 

Jej  serce  biło  tak  szybko,  jakby  przed  chwilą  przebiegła  co 

najmniej  sto  metrów.  I  to  poczucie  bezradności,  jeszcze 
bardziej ścinające z nóg. Odważna, zorganizowana, przebiegła, 
czujna  Sunny  Miller  w  obliczu  sprawy  natury,  powiedzmy, 
romantycznej,  zupełnie  traciła  kontenans.  Nigdy  jeszcze  nie 
pozwoliła,  aby  jakikolwiek  mężczyzna  poruszył  jej  serce. 
Musiała  być  przecież  wolna,  w  każdej  chwili  gotowa  odejść, 
zawsze gotowa do ucieczki. 

background image

 

84

 

Tyle lat zaklinała się, że nigdy, przenigdy... A to już się stało, 

zakiełkowało  niedawno,  rozwinęło  się  błyskawicznie  i  teraz 
było  w  pełnym  rozkwicie.  I  w  dodatku  on  jej  nie  kocha.  Bo 
choć  użył  tego  czarodziejskiego  słowa,  co  wzruszyło  ją  tak 
bardzo, dodał jednak „chyba". A to już istotna różnica. Szkoda, 
wielka szkoda, bo jakiś pierwotny instynkt podpowiadał jej, że 
ten  mężczyzna  pasowałby  do  Sunny  Miller.  Na  zawsze.  Miał 
wszystko, o czym marzyła w tych swoich półsennych wizjach, 
zawsze niedokończonych. Bo czy warto w ogóle marzyć, skoro 
i tak nic się nie spełni... 

Ale  tu  wszystko  było  inaczej,  w  tej  zalanej  słońcem 

gigantycznej bruździe. Było tak, jakby palące słońce roztopiło 
powłokę  ochronną,  którą  starannie  oklejała  swoje  emocje. 
Niczego  już  nie  potrafiła  utrzymać  na  wodzy.  Jej  uczucia,  jej 
odczucia, jej pragnienia, wszystko wydostało się na zewnątrz i 
porywa ją ze sobą, unosząc w krainę zupełnie nieznaną... 

Bo to stanie się na pewno. Dziś w nocy ona i Chance zostaną 

kochankami.  I  każdy  problem  rodził  następny,  wiadomo 
przecież,  jakie  mogą  być  tego  następstwa.  A  ona  w  swojej 
cudownej  torbie  nie  miała  żadnych  środków,  które  by  tym 
następstwom  potrafiły  zapobiec.  Jedyna  nadzieja,  że  Chance 
jest  przezorny,  ale  wszystko  może  się  zdarzyć.  Co  się  stanie, 
jeśli  ona  zajdzie  w  ciążę,  a  ich  nie  uratują?  Logicznie  rzecz 
biorąc, jest to bardzo możliwe. I wtedy ona w tym kanionie... 
Nie,  o  tym  nawet  strach  pomyśleć.  Więc  może  o  innym 
wariancie.  Co  się  stanie,  jeśli  ona  zajdzie  w  ciążę  -  i  uratują 
ich?  Ona,  Chance  i  dziecko,  dwa  plus  jeden,  zwyczajna 
niewielka amerykańska rodzina. Nie, tego w ogóle nie potrafiła 
sobie wyobrazić. A poza tym, jeśli ich uratują, to przecież w jej 
życiu  nadal  nic  się  nie  zmieni.  Znów  będzie  uciekać,  tylko 
uciekać... 

Po  powrocie  Chance  zastał  Sunny  dokładnie  w  tym  samym 

miejscu, w którym ją zostawił. Stała nieruchomo, ze ściągniętą 
twarzą, a to od razu obudziło w nim największą czujność. 

-Sunny!  Co  się  dzieje?  -  spytał,  odruchowo  sięgając  po 

pistolet. 

background image

 

85

 

Pytanie było dość zaskakujące. 
-A co będzie, jeśli zajdę w ciąże? 
-A ty... nie masz ze sobą żadnych pigułek?-  
- Nie. 
Chance w zamyśleniu podrapał się w szczękę. Hm... dziwne. 

Nie spotkał jeszcze kobiety, która by pewnych rzeczy nie miała 
pod ręką. 

-Nie szkodzi, Sunny. Ja mam odpowiedni... sprzęt. 
-A ile ty tego możesz mieć? 
- Nie martw się. Wystarczy. 
Objął  Sunny  i  pocałował.  Jak  najgoręcej,  żeby  wywietrzały 

jej  z  głowy  wszystkie  wątpliwości.  Dłonie  Sunny  błądziły  w 
okolicy jego piersi, jakby chciały go odepchnąć. Usta mówiły 
jednak  coś  innego,  były  żarliwe  i  takie  słodkie.  Przez  cienką 
bawełnę  podkoszulka  czuł  jej  piersi,  już  obrzmiałe,  kuszące. 
Zapragnął  je  dotknąć,  nagie.  Jednym  ruchem  zadarł 
podkoszulek,  położył  gorącą  dłoń  na  miękkim  pagórku. 
Usłyszał cichutki jęk. Do diabła, on chciał tylko wycałować z 
niej wątpliwości, a jej natychmiast zakręciło się w głowie. 

Jemu zresztą też. Pochylił głowę i zaczął pieścić ustami jedną 

z  tych  rozkosznych  różowości    na    szczycie    piersi.    I    nagle  
usłyszał  krzyk, krzyk podnieconej kobiety, krzyk przenikający 
do jego lędźwi. Palce Sunny wczepiły się w jego ramię... 

Do  diabła!  A  na  cóż  on  właściwie  ma  czekać?  Jedną  ręką 

zgarnął koc, drugą - Sunny. Usiadła mu po prostu na tym ręku, 
obejmując za szyję. I wyniósł ją na pełne słońce. 

Złociste promienie rozjaśniły jej włosy, rozświetliły skórę, a 

oczy Sunny zajaśniały jak brylanty. 

-Jesteś śliczna, Sunny. 
Postawił  ją  na  ziemi.  Szybko  rozłożył  koc  i  wyciągnął  do 

Sunny obie ręce. Bo taką właśnie chciał ją mieć. Oszołomioną, 
spragnioną. 

-Tu? Teraz? 
-Tak, tak, Sunny. 
Nie  chciał  czekać,  aż  zapadnie  noc,  oboje  wpełzną  do 

ciasnego namiotu i wszystko stanie się, jakby według jakiegoś 

background image

 

86

 

scenariusza. Chciał mieć ją teraz, w pełnym świetle dnia, nagą, 
wygrzaną słońcem i spontaniczną. 

Ułożył  ją  na  kocu.  Kilka  pospiesznych  ruchów,  i  już 

wszystko  było  obok,  ich  podkoszulki,  jej  dżinsy.  A  słońce 
pieściło Sunny całą, taką smukłą i kremową. 

-Jesteś śliczna, Sunny. 
Teraz  pieścił  on,  całował  wszędzie,  dotykał,  głaskał,  czując 

narastającą  namiętność.  Potem  już  tylko  dyskretny  ruch  ręką, 
do kieszeni dżinsów, po ten cały... sprzęt. 

Ona,  w  pewnym  momencie,  krzyknęła  cicho,  ale  on  nie 

pomyślał, dlaczego. Nie miał czasu na zastanawianie się, był w 
niewoli ogromnej, żywiołowej namiętności. 

Sunny, dziewczyna słoneczna, była jego. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
 
 
 
 

background image

 

87

 

ROZDZIAŁ  ÓSMY 
 
Sunny  Miller  po  raz  pierwszy  oddała  się  mężczyźnie  w 

pełnym  świetle  dnia,  na  kocu  rozłożonym  na  ziemi. 
Mężczyźnie,  który  nawet  nie  zdjął  butów.  Taka  była  jego 
pierwsza myśl, kiedy był już zdolny cokolwiek pomyśleć. 

Leżała  teraz  na  boku,  odwrócona  plecami,  zwinięta  w 

nieduży  kłębek.  Przez  szczupłe  plecy  przebiegał  jeszcze 
dreszcz.  Ona  też  przed  chwilą  przeżywała  rozkosz,  przecież 
czuł. A kiedy kładła się z nim na kocu, była jeszcze nietknięta. 
I  musiał  istnieć  ku  temu  naprawdę  ważny  powód,  skoro 
czekała  tak  długo.  Sunny  Miller  miała  już  dwadzieścia 
dziewięć  lat.  Był  jej  pierwszym  mężczyzną,  oddała  mu  się  z 
własnej  woli.  To  dawało  mu  satysfakcję,  ale  cała  sytuacja 
wcale nie była komfortowa, i to dla obu stron. 

Ostrożnie  położył  dłoń  na  szczupłym  ramieniu,  zmusił,  aby 

odwróciła  się  ku  niemu  twarzą.  Nie  opierała  się,  ale  była 
sztywna,  ruchy  miała  nieskoordynowane.  Była  bardzo  blada, 
oczy podejrzanie błyszczące. A więc walczyła ze łzami. 

Wsunął rękę pod jej głowę i nachylił się. Chciał, żeby czuła 

jego  obecność,  wiedział,  że  ona  teraz  bardzo  tego  potrzebuje. 
Udało  mu  się  przechwycić  jej  spojrzenie,  ale  natychmiast 
odwróciła  głowę  na  bok,  a  jej  policzki  pokrył  ciemny 
rumieniec. 

Rumieniec  był  uroczy.  Pogłaskał  więc  policzki,  potem  jego 

dłoń przesunęła się niżej, musnęła piersi. Na kremowej skórze 
dojrzał  zaczerwienienia,  ślady  po  jego  świeżym  zaroście. 
Pocałował te ślady, notując jednocześnie w pamięci, że jednak 
powinien  się  dziś  ogolić.  A  teraz  koniecznie  należało  coś 
powiedzieć. Tylko co? 

Na  co  dzień  gadał  z  wieloma  ludźmi.  To  jasne.  Z 

wojskowymi  z  różnych  baz,  meliniarzami,  narkomanami, 
ludźmi z biur rządowych i tak dalej. Umiał podejść każdego i 
wyciągnąć z niego to, co chciał. Ale z Sunny było inaczej, jego 
nadzwyczajne  umiejętności  zawodziły  na  całej  linii.  Bo  ona 
rozbrajała go zupełnie. Na żadnym szkoleniu nie mówiono, jak 

background image

 

88

 

oprzeć  się  srebrzystym,  migotliwym  oczom  i  nie  poddać  się 
urokowi  słonecznej  osobowości.  Bo  ona  taka  jest.  Sunny, 
słoneczna dziewczyna. 

Teraz to pogodne stworzenie przycichło, jakby żałowała tego, 

co  się  stało.  I  nie  garnęła  się  do  niego.  A  kobiety,  z  którymi 
był,  zawsze,  po  chwili  zbliżenia,  próbowały  się  do  niego 
przytulić.  To  on  odsuwał  się,  nie  potrzebował  już  żadnego 
kontaktu,  ani  fizycznego,  ani  duchowego.  Teraz  Sunny  robiła 
dokładnie  to  samo.  Leżała  obok  niego,  ale  starała  się  go  nie 
dotknąć, i milczała. 

Czuł, że wzbiera w nim gniew. Gwałtowny, prymitywny. Tej 

kobiecie nie wolno się od niego odsuwać. Należy do niego. Jest 
jego  kobietą.  A  on  jest  jej  pierwszym  mężczyzną.  Czuł,  jak 
znów budzi się w nim pożądanie. 

Pochylił się jeszcze bardziej i jego ciemne muskularne ciało 

znów  odgrodziło  Sunny  od  słońca.  Drgnęła,  jej  paznokcie 
wpiły się w jego pierś. Ale nie próbowała go odepchnąć. 

Znów  kochał  się  z  nią.  Ale  teraz  inaczej.  Nie  było  dzikiej, 

niepohamowanej  namiętności,  ani  nie  chodziło  mu  o  to,  żeby 
zabłysnąć kunsztem, wyćwiczonym w objęciach innych kobiet. 
Chciał,  żeby  Sunny  dostała  wszystko,  co  najpiękniejsze, 
najczulsze,  najsłodsze.  Kochał  ją,  a  potem  ucięli  sobie 
króciutką, krzepiącą drzemkę. A kiedy dno kanionu skryło się 
w  cieniu,  Chance  wziął  Sunny  na  ręce  i  wolnym  krokiem 
zaniósł pod skalny dach. 

Posadził  ją  na  ziemi  u  wejścia  do  niszy  i  przykazał 

stanowczym tonem: 

- Nie ruszaj się stąd. Jest jeszcze jasno, pójdę sprawdzić sidła. 
Nie  ruszała  się  z  miejsca,  dopóki  nie  zniknął  jej  z  oczu. 

Wtedy zerwała się na równe nogi. Chwyciła butelkę z wodą i 
umyła się błyskawicznie, nałożyła ubranie i znów przysiadła w 
cieniu  nawisu,  nieruchomo,  wpatrzona  w  dal,  czując  w  sercu 
wielki niepokój. 

Zdawała sobie sprawę, co ją czeka, kiedy Chance wziął ją na 

ręce  i  wyniósł  na  słońce.  Nie  liczyła  się  jednak  z  takim 
wybuchem  namiętności,  z  takim  frontalnym  atakiem  na 

background image

 

89

 

zmysły.  Spodziewała  się  przyjemności,  ale  to,  co  odczuwała, 
było  potężne  i  wszechogarniające.  Pierwszy  raz  w  życiu 
zdarzyło jej się doznać czegoś, co było silniejsze od niej. I ona, 
i  Chance  byli  ludźmi,  którzy  przywykli  panować  nad  sobą,  a 
tam,  na  tym  kocu,  było  tak,  jakby  ktoś  inny  przejął  nad  nimi 
władzę.  W  tych  obcych  rękach  oboje  byli  zatrważająco 
bezsilni. 

I  pokochała  go  jeszcze  bardziej.  Ten  mężczyzna  o  duszy 

wojownika,  nieustępliwy,  trochę  dziki,  stał  jej  się  najbliższy. 
Na jak długo? W dotychczasowym życiu  Sunny najbliższe jej 
osoby  po  prostu  ją  opuszczały.  Matka,  żeby  chronić  córki, 
oddała je  do adopcji obcym ludziom. Nadal  jednak istniała w 
ich  życiu.  Widywała  się  z  nimi,  a  jej  wizyty  miały  jeden 
podstawowy  cel.  Pamela  Vickery  Hauer,  z  biegiem  lat 
prawdziwy  spec  od  ukrywania  się  i  samoobrony,  pragnęła 
wszystkie  swoje  umiejętności  przekazać  córkom.  Wizyty 
urwały  się,  kiedy  Sunny  skończyła  lat  szesnaście.  Crispin 
Hauer miał  do dyspozycji nieporównywalnie większe środki i 
możliwości  niż  zbiegła  żona.  Jego  zwycięstwo  było  jednak 
pyrrusowe,  bo  Pamela  i  tak  znów  mu  uciekła.  Zadając  sobie 
śmierć. 

Dla  Sunny  jedyna  spuścizna  po  matce,  to  pamięć  o  jej 

wielkim  poświęceniu  oraz  życie,  jakie  zmuszona  była 
prowadzić.  Zycie  w  cieniu.  Nikt  nie  pytał,  czy  jej  to 
odpowiada. Po prostu tak żyć trzeba i starać się nawet z takiego 
życia wydobyć to, co najlepsze. 

Margreta też odeszła, to ona zadecydowała, że siostry muszą 

się rozdzielić. Potem zmarli oboje Millerowie i  Sunny została 
zupełnie  sama.  Cotygodniowa  króciutka  rozmowa  przez 
komórkę był to jedyny kontakt z Margreta, i wyglądało na to, 
że siostra bardzo chce poprzestać tylko na tym. 

Teraz  pojawił  się  Chance  i  Sunny  była  przerażona,  czy 

znajdzie dość siły, aby zrezygnować z jego obecności w swoim 
życiu. Zdawała sobie sprawę, z jakim wiąże się to zagrożeniem 
dla niego. Jedyną pociechą był fakt, że Chance jest mężczyzną, 
który potrafi się obronić... 

background image

 

90

 

Nadchodziła  noc.  Dookoła  było  już  prawie  czarno,  jakby 

matka  natura  całą  Ziemię  owinęła  czarnym  szalem.  Zewsząd 
słychać  było  cichutki  szmer  przemykających  się  nocnych 
żyjątek,  zaaferowanych  swoimi  sprawami.  Lekki  wiatr 
potrząsał gałązkami krzewów. Skrzypiały, nie, one gruchotały 
cichutko jak suche kosteczki. 

Nagle  przypomniała  sobie,  że  Chance  nie  wziął  ze  sobą 

latarki,  może  w  tych  ciemnościach  zabłądzić.  Podeszła  do 
ogniska  i  dorzuciła  kilka  większych  patyków.  Jasny  płomień 
posłuży Chance'owi jako drogowskaz. Potem weszła do niszy, 
rozświetlonej blaskiem ognia, i bez trudu udało jej się odnaleźć 
latarkę. 

- Chance? 
Brak odpowiedzi. Zaklęła cicho i zapaliwszy latarkę, ruszyła 

w  stronę  tego  drugiego  końca  kanionu,  gdzie  ze  skał  spływa 
strużka  życiodajnej  wody.  Szła  bardzo  ostrożnie,  za  każdym 
razem starannie oświetlając miejsce, gdzie zamierzała postawić 
stopę. Drugie spotkanie ze żmiją tego samego dnia to naprawdę 
byłby już nadmiar przyjemności. 

I  nagle  omal  nie  umarła  ze  strachu.  Bo  ktoś  chwycił  ją 

znienacka  wpół  i  wycisnął  na  jej  ustach  pocałunek.  Gorący  i 
mocny,  ale  ona  i  tak  czuła  się  zobligowana  wyrazić  swoje 
niezadowolenie. 

-Chance! Przestraszyłeś mnie śmiertelnie! 
-Niestety,  musiałem  cię  ukarać  za  niesubordynację.  Miałaś 

nie ruszać się z miejsca. 

Znów ją pocałował. 
-Czy...  czy  to  również  jest  kara-?  –  wymruczała  Sunny,  gdy 

głowa Chance'a znów powędrowała 

w górę, w ciemność. 
-Tak. 
I na pewno się uśmiechnął, była pewna. 
-No to możesz mnie jeszcze raz ukarać. 
Wcale się nie wzbraniał, można nawet powiedzieć, że ukarał 

ją bardzo gorliwie. A potem roześmiał się i powiedział: 

background image

 

91

 

-Chyba  nie  sądzone  mi  skonać  z  głodu.  Raczej  umrę  z 

przemęczenia. 

Słowo  „głód"  przypomniało  jej  o  sidłach  i  uświadomiło,  że 

już od dłuższego czasu jest potwornie głodna. 

-Złapałeś królika? 
-Ptaka. Niestety, jest dość mizerny. 
Podniósł rękę,  zauważyła, że  trzyma w niej oskubanego już 

ptaka, nieco mniejszego niż przeciętny kurczak. 

-Ale to chyba nie jest Roadrunner? 
-Nie,  to  nie  on.  A  co  ty  tak  ciągle  się  boisz,  że  to  któryś  z 

bohaterów kreskówki? I mogłabyś okazać trochę wdzięczności. 

-A więc co to jest za ptak? 
-Hm... Po prostu ptak. A jak biedaczek zawiśnie nad ogniem, 

będzie to ptak upieczony. 

Sunny  usłyszała,  jak  jej  żołądek  głośno  poprosił,  żeby  go 

napełnić. 

-Dobrze,  możesz  go  upiec  -  przyzwoliła  łaskawie.  -  O  ile, 

naturalnie,  na  sto  procent  nie  jest  to  Roadrunner.  Bo  ja  go 
kocham, na drugim miejscu jest Bullwinkle. 

Chance wybuchnął głośnym śmiechem. 
-Chyba  nie  powiesz,  że  gdzieś  puszczają  jeszcze  te  stare 

kreskówki? 

-Nie,  już  nie.  Ale  zawsze  można  pożyczyć  sobie  kasetę  z 

wypożyczalni. 

-Och, Sunny, Sunny... 
Wziął  ją  za    rękę    i  poszli  sobie  dalej    razem,  niespiesznie, 

nadal  pogadując  o  starych  kreskówkach  i  zgodnie  dochodząc 
do  wniosku,  że  te  nowe  nie  umywają  się  do  nich.  Sunny 
jednocześnie dalej pilnie oświetlała drogę, na wypadek, gdyby 
jakiejś żmii przyszło do głowy udać się na nocną przechadzkę. 

-Sunny? A dlaczego nie czekałaś na mnie? - spytał Chance. 
-Przecież jest  ciemno, a  ty nie wziąłeś latarki. Bałam się, że 

zabłądzisz. 

Chance  wydał  z  siebie  jakiś  nietypowy  dźwięk,  ni  to 

zakaszlał, ni to chrząknął. 

-Czyli wyruszyłaś na ratunek? 

background image

 

92

 

Sunny  zrobiło  się  głupio.  W  końcu  były  ranger  nie 

potrzebował  pomocy,  sam  potrafi  w  ciemnościach  odnaleźć 
drogę do obozowiska. 

-Przepraszam,  Chance,  nie  pomyślałam,  że  dla  ciebie  to 

żaden problem. 

-Nie  przepraszaj  -  powiedział  i  przyciągnął  ją  do  siebie 

jeszcze bliżej. 

Po  kilku  chwilach  wkraczali  już  na  teren  swego  małego 

obozowiska.  Ogień,  podsycony  przez  Sunny,  nadal  tlił  się. 
Małe płomyczki pełzały jeszcze po resztkach patyków. Chance 
położył  ptaka  na  skale  i  zabrał  się  do  roboty.  Z  czterech 
grubszych  patyków,  skrzyżowanych  po  dwa,  skonstruował 
dwie  podpórki.  Potem  wziął  jeszcze  jeden  długi  patyk, 
naostrzył  go  na  końcu,  nadział  na  niego  martwego  ptaka  i 
ułożył  na  prowizorycznym  rożnie.  Dorzucił  do  ognia  kilka 
gałązek  i  po  kilku  minutach  zaskwierczało.  Z  ptaka  zaczęły 
skapywać  do  ognia  kropelki  tłuszczu,  a  dookoła  rozszedł  się 
cudowny  zapach  pieczonego  mięsa.  Sunny  natychmiast 
poczuła, jak jej ślinka napływa do ust. 

Chłód  był  przejmujący.  Trudno  było  uwierzyć,  że  jeszcze 

niedawno panował upał nie do wytrzymania. Sunny podsunęła 
sobie  do  ogniska  płaski  kamień,  usiadła  i  rozkoszując  się 
ciepłem,  popatrywała  na  Chance'a.  Zauważyła,  że  zdążył  się 
umyć,  ciemne  włosy  były  mokre.  No  i  ogolił  się.  Sunny 
uśmiechnęła się do siebie. 

Musiał  wyczuć,  że  go  obserwuje.  Podniósł  na  nią  wzrok  i 

było jasne, że oboje myślą o tym samym. 

 -Jak się czujesz, Sunny? 
-Dziękuję,  wszystko w porządku. 
-Krwawisz? 
-Przedtem... ale tylko trochę. Teraz już nie. 
-Aha. Chance ostrożnie przekręcił ptaka na drugą stronę. 
-Wolałbym to wiedzieć przedtem - mruknął. A ona życzyłaby 

sobie,  żeby  on  w  ogóle  niczego  nie  wiedział,  a  przede 
wszystkim  nie  znał  powodów,  dla  których  Sunny  Miller 

background image

 

93

 

straciła  dziewictwo  dopiero  w  wieku  dwudziestu  dziewięciu 
lat. 

-A dlaczegóż - spytała zaczepnie. – Wycofałbyś się wtedy? 
-Nie.  Ale  wszystko  wyglądałoby  inaczej.  Hm...  To  było 

nawet ciekawe. 

-To znaczy... jak? 
-No... byłbym ostrożniejszy, nie taki gwałtowny. 
-Ale naprawdę wszystko jest w porządku. 
 Chance znów skupił się na pieczystym. 
-Jeszcze  jedno - mruknął.  - Wiesz,  że  nie zabezpieczyłem 

się za drugim razem. 

-Zauważyłam. 
Przez  kilka  sekund  patrzyli  na  siebie  w  milczeniu,  po  czym 

Sunny opuściła głowę i z wielką uwagą zaczęła przyglądać się 
swoim dłoniom. 

-A  powiedz,  Sunny,  czy  to  może  są  właśnie  te  dni,  kiedy  ty 

możesz... 

-No... tak jakby na granicy. 
Chance  nie  odzywał  się  przez  chwilę,  poprawił  coś  przy 

rożnie. 

-Gdybyśmy nie utknęli w tej dziurze... 
-To co  - spytała skwapliwie Sunny. 
-To  nie  miałbym  nic  przeciwko  temu.  Nie  do  wiary!    Czy 

dobrze  słyszałaś  Chance  wyraźnie  dawał  do  zrozumienia,  że 
nie  miałby  nic  przeciwko  temu,  gdyby  ona  zaszła  w  ciążę. 
Omal nie podskoczyła na tym swoim kamieniu. A wokół serca 
zrobiło się jej dziwnie cieplutko. 

-Ani ja, Chance. 
Ptak  został  upieczony.  Tak  przynajmniej  stwierdził  Chance. 

Zdjął  szpikulec  z  rożna  i  kopiąc  jeden  z  płaskich  kamieni, 
przesunął  go  bliżej  Sunny.  Rozsiadł  się,  wyciągnął  z  kieszeni 
nóż i odkroił spory kawałek pachnącego mięsa. 

-Proszę  -  powiedział,  podając  mięso  Sunny.-  Tylko  uważaj, 

jest bardzo gorące. 

Sunny,  zgodnie  z  instrukcją,  podmuchała  przez  chwilę,  po 

czym  odgryzła  kawałeczek,  przeżuła  i  aż  jęknęła  z  zachwytu. 

background image

 

94

 

W tym mięsie było wszystko, smak pieczonego drobiu, i dym, i 
zapach  palonego  drewna.  Nigdy  jeszcze  nie  jadła  czegoś 
bardziej smakowitego. 

-Chance! Pyszne! 
Swój kawałek żuła bardzo powoli, rozkoszując się smakiem. 

Chance  odkroił  dla  siebie  spory  kawałek,  jadł  powoli  i 
prawdopodobnie  jego  podniebienie  również  przeżywało 
rozkosze. Potem już sprawiedliwie obdzielał każdego z nich po 
jednym  kawałku.  W  pewnym  momencie  Sunny,  choć  wcale 
jeszcze nie syta, zdecydowanie odmówiła. 

-Bierz!  -  nalegał  Chance  .  -  Przecież  wiem  ,  że  się  nie 

najadłaś. 

-Nieprawda, nie przełknę już ani kęsa. A ty jesteś ode mnie o 

wiele większy i musisz zjeść więcej. 

-Sunny, jedz! I nie przejmuj się tak moją osobą. I nie martw 

się,  z  głodu  nie  zginiemy,  ja  zawsze  coś  tam  złapię.  A  jutro 
rozejrzę się, czy nie rośnie tu coś jadalnego. 

-Ptaki,  krzaki...  Czegóż  to  głodny  człowiek  nie  weźmie  do 

ust! 

Roześmiała się tym swoim wysokim, zaraźliwym śmiechem, 

Chance  zawtórował,  po  czym  znów  ją  poprosił,  żeby  jadła  i 
Sunny  w końcu uległa i  z wielką przyjemnością spałaszowała 
jeszcze  jeden  kawałek  smakowitego  mięsa.  Na  deser  każde  z 
nich przeżuło po połowie odżywczego batona. Z entuzjazmem, 
co  prawda,  mniejszym,  ale  dzięki  temu  głód  został 
zaspokojony do końca. 

Chance  zgasił  ognisko,  Sunny  rozstawiła  namiocik.  Umyli 

zęby, po czym każde z nich udało się za inny załomek skalny, 
na najbardziej osobistą wycieczkę. Jak stare dobre małżeństwo, 
śmiała się w duchu Sunny. Ich „dom", ta nisza w skałach, ich 
cały  dobytek  -  to  było  tak  niewiele,  ale  te  wspólne 
przygotowania  stworzyły  prawdziwie  domową  atmosferę. 
Pełną spokoju. Dopóki Chance nie spytał: 

-Może  nałożysz  mój  T-shirt?  Będziesz  miała  taką  jakby 

nocną koszulę. 

background image

 

95

 

W  jego  głosie  nie  było  nic  szczególnego,  ale  Sunny  już 

poczuła  żar,  rozlewający  się  po  całym  ciele.  A  więc 
wystarczyło jedno jego spojrzenie, a jej ciało już płonie. Zbyt 
wiele  zdążyła  się  już  nauczyć,  na  tym  kocu,  na  ziemi  zalanej 
słońcem.  Pamiętała  ten  moment  oślepiający,  paraliżujący.  I 
była pewna, absolutnie pewna, że żaden mężczyzna na świecie 
nie byłby w stanie dać jej takiej rozkoszy. Tylko on. 

-Ale tobie będzie zimno, Chance. 
-Żartujesz,  prawda?  Jak  zwykle,  spoglądał  na  nią  z  góry.  I 

uśmiechał się. 

-Chyba  nie  przypuszczałaś,  że  zaśniemy  od  razu?  Nie  było 

siły, ona też musiała się uśmiechnąć. 

-Ależ skąd! To byłby wielki błąd! Ale pomyślałam, że ten T-

shirt przyda ci się... potem... 

-Chyba nie. 
W  rekordowym  tempie  pozbyli  się  odzienia i wślizgnęli 

do  namiotu.  Chance  zgasił  latarkę,  jego  niecierpliwe  ręce 
sięgnęły  po  Sunny.  A  ona,  pieszczona,  całowana,  pomyślała 
półprzytomnie, 

że 

to 

kochanie 

ciemnościach 

nieprawdopodobnie wyostrza zmysły. Teraz wyczuwała każde 
stwardnienie  na  jego  silnych  dłoniach,  Intensywny  zapach 
męskiej  skóry  odurzał,  jej  ręce  były  coraz  śmielsze,  coraz 
bardziej pożądliwe... 

Potem Chance wciągnął jej przez głowę swój czarny T-shirt. 

Wielki, ale Chance go skrócił, owijając dolny brzeg wokół talii 
Sunny.  Wtuliła  się  w  jego  ramiona,  duża  dłoń  Chance'a 
przyjemnie grzała ją w pośladki. On miał pod głową zwinięty 
w  kłębek  sweter,  ona  szeroką  męską  pierś.  Było  jak  w  raju. 
Zasypiała  z  cudownym  poczuciem,  że  nigdy  jeszcze  w  życiu 
nie była tak szczęśliwa. 

 
  
 
 
 
 

background image

 

96

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Następnego  ranka  sidła  były  puste  i  Sunny  nie  kryła 

rozczarowania.  Po  takiej  nocy,  prawdziwej  idylli,  dzień 
powinien  zacząć  się  miło,  czyli  od  obfitego  śniadania  na 
ciepło. 

-Może  byś  coś  ustrzelił?  -  spytała,  kiedy  oboje,  siedząc  na 

ziemi,  apatycznie  przeżuwali  batonowe  paskudztwo.  -  Mam, 
niestety, jeszcze tylko osiem tych batonów. 

-A  ja  nie  mam  zapasowych  naboi  -  oznajmił  Chance.  -W 

magazynku  jest  piętnaście  serii.  Wolałbym  zachować  je  na 
jakąś  szczególną  okazję.  A  poza  tym  kula  o  średnicy 
dziewięciu milimetrów rozerwie królika na strzępy. Z ptaka nie 
zostanie  prawie  nic.  O  ile  w  ogóle  z  tego  pistoletu  da  się  go 
ustrzelić. 

Nie wątpiła w jego umiejętności, w końcu służył w wojsku. I 

na pewno radził sobie równie dobrze ze swoim automatem, jak 
i z pistoletem innego rodzaju. 

Opuściła głowę i dokładnie obejrzała swoje dłonie. 
-Chance? A kaliber 38 byłby dobry? 
-Na pewno lepszy, chociaż nie idealny. 
-No... to ja taki mam. 
-Co!  Sunny  uniosła  głowę    i  spojrzała  w  kierunku  swojej 

drogocennej torby. 

-Tam. Kaliber 38. 
Zerwał  się  na  równe  nogi,  spojrzał  na  torbę,  po  czym  wbił 

wzrok w Sunny. Jego twarz była kamienna, a głos lodowaty. 

-Czy  byłabyś  tak  uprzejma  i  zechciała  mi  wyjaśnić,  po 

cholerę  wozisz  ze  sobą  pistolet?  Podróżujesz  przecież 
służbowo.  I  jak  ci  się  udaje  przejść  z  tym  pistoletem  przez 
kontrolę na lotnisku? 

Sunny  nikomu  nie  zdradzała  swoich  sekretów.  Przez  całe 

życie ukrywała się, przemieszczając się z miejsca na miejsce, i 
to  wyrobiło  w  niej  największą  ostrożność.  Ale  temu 
mężczyźnie  zdążyła  już  dać  z  siebie  o  wiele  więcej  niż 
komukolwiek innemu. A poza tym, było nie było, połączeni są 
teraz wspólną  sprawą. 

background image

 

97

 

-Mam specjalny schowek. 
-Jaki?  -  warknął.  -  Przecież  widziałem,  jak  rozpakowywałaś 

swoją torbę. A może ty chowasz pistolet w sprayu do włosów, 
co ! 

-Tak. I w suszarce. 
-Czyli  szmuglujesz  broń  na  pokład  samolotu,  tak?-  Od  jak 

dawna to robisz? 

-Za każdym razem, kiedy lecę samolotem - odparła chłodno, 

podnosząc się z ziemi. Nie, nie może pozwolić, żeby on stał tak 
nad nią, jak wieża, i darł się, jak na krnąbrne dziecko. Niestety, 
choć  wstała,  znaczna  różnica  wzrostu  nadal  była  widoczna.  - 
Wsiadłam  do  samolotu  po  raz  pierwszy,  kiedy  miałam 
szesnaście lat. 

Wolnym krokiem podeszła do torby i wyjęła oba wymienione 

przedmioty.  Najpierw  spray  do  włosów,  który  Chance 
natychmiast  wyrwał  jej  z  ręki.  Zdjął  nakrętkę,  przyjrzał  się 
końcówce, potem odsunął pojemnik od siebie. Nacisnął. Spray 
zasyczał  cichutko  i  wypuścił  z  siebie  mgiełkę  pachnącej 
substancji. 

-To  naprawdę  spray  -  wyjaśniła  Sunny.  -  Zostało  już 

niewiele. 

Wyjęła  mu  pojemnik  z  rąk  i  zręcznym  ruchem  odkręciła 

denko.  Z  pojemnika,  prosto  na  jej  dłoń,  wysunęła  się  mała 
kolba. Przykucnęła, położyła ją na ziemi i sięgnęła po suszarkę. 
Kilka  zręcznych  ruchów  i  na  ziemi,  obok  kolby,  leżały 
pozostałe  części  pistoletu.  Złożyła  je  błyskawicznie,  jak  ktoś, 
kto  ćwiczył  tak  często,  że  mógłby  to  zrobić  przez  sen. 
Załadowała magazynek i wręczyła pistolet Chance'owi. 

Mały pistolet prawie zginął w jego dużej dłoni. 
-No,  nie...  -  wysapał  Chance  gniewnie.  -I  co  ty  właściwie 

robisz z tym pistoletem? 

-Prawdopodobnie to samo, co ty. Dla obrony własnej. 
-Ja  wożę  różnych  ludzi,  większości  z  nich  nie  znam,  poza 

tym często ląduję na odludziu. No i mam licencję. A ty? 

-Nie  -  odparła  zgodnie  z  prawdą.  -  Ale  jestem  samotną 

kobietą,  podróżuję  bez  obstawy  i  przewożę  przesyłki  o 

background image

 

98

 

wartości  wystarczająco  dużej,  aby  klient  zdecydował  się  na 
wynajęcie  kuriera.  Poza  tym  te  przesyłki  doręczam  ludziom 
zupełnie  mi  nie  znanym.  Wystarczyć  Byłabym  idiotką, 
gdybym nie zabezpieczyła się w żaden sposób. 

Wszystko było przekonywujące i słuszne. Oprócz jednego. 
-A  dlaczego  nie  masz  licencji?  -  spytał  twardym  głosem 

Chance. - Masz uzasadnione powody, żeby ją otrzymać. 

Czuła się jak na przesłuchaniu. I wcale jej się nie podobało, 

że  czuły  kochanek  o  złocistobrązowych  oczach  zmienił  się 
nagle  w  bezwzględnego  oskarżyciela.  A  ona  wcale  nie  miała 
zamiaru  mu  tłumaczyć,  że  nie  chce  figurować  w  żadnej 
krajowej bazie danych. 

-Mam powody, żeby o nią nie występować. 
-I  to  nie  jest  mój  biznes.  Już  to  słyszałem.  Nie  musisz  się 

powtarzać. Rozumiem. 

Odwrócił się i ruszył w stronę źródełka, zapewne sprawdzić 

sidła.  Przedtem  jednak  obdarzył  ją  spojrzeniem  pełnym 
wściekłości. 

Naturalnie, że musiała się za nim wydrzeć: 
-Ej,  ty,  panie  przemądrzały!  Ciekawość  to  pierwszy  stopień 

do piekła! 

Głupie,  ale  ulżyło.  Lekarze  zresztą  zalecają,  żeby  czasami 

pozwolić sobie na spontaniczną, dziecinną reakcję. 

Jednak  nadal  była  trochę  podminowana.  Ruszyła  więc  w 

odwrotnym  kierunku  niż  Chance.  Szła  szybko,  pomrukując 
gniewnie pod nosem i pochylając się co chwila, aby podnieść z 
ziemi  drogocenną  suchą  gałązkę.  Co  mu  tak  nagle  odbiłoś 
Jeszcze gotów zarekwirować jej pistolet, kiedy wydostaną się z 
tego kanionu! Bo na pewno się stąd wydostaną, wierzyła w to 
święcie. A on... Niech no tylko spróbuje zabrać jej ten pistolet. 
To będzie oznaczało prawdziwą wojnę! 

Chance z wielką uwagą studiował mały kompaktowy pistolet, 

leżący na jego dłoni. Takiego cacka nigdy jeszcze nie oglądał, i 
to  z  bardzo  prostej  przyczyny  -  było  to  dzieło  anonimowego 
rusznikarza.  Na  pistolecie  nie  było  ani  numeru  seryjnego,  ani 
nazwy, 

żadnej 

wskazówki, 

gdzie 

kiedy 

został 

background image

 

99

 

wyprodukowany.  Był  to  egzemplarz  absolutnie  nie  do 
zidentyfikowania.  Czyli,  jednym  słowem,  sprawa  raczej 
śmierdząca. 

Szkoda,  wielka  szkoda.  Bo  on  już  w  pięćdziesięciu 

procentach  był  przekonany,  że  Sunny  Miller  nie  ma  nic 
wspólnego ze swoim tatusiem - terrorystą. A niestety ma. Musi 
mieć,  i  o  tym  świadczy  ten  trefny  pistolecik.  I  nawet  fakt,  że 
Sunny  nie  sypia  z  facetami  na  prawo  i  na  lewo  -  a  na  to  miał 
dowód  niezbity  -  wcale  nie  przyczynia  się  do  stworzenia 
wizerunku  kobiety  uczciwej.  Po  prostu,  widocznie  dotychczas 
nie trafił się jej żaden facet do spania. 

Tak. Niestety. Złotowłosa istota o promiennych oczach wcale 

nie musi być aniołem. Już Szekspir ostrzegał przed łotrzykiem, 
mamiącym uśmiechem poczciwca... 

Cholera!  Wyrolowała  go,  normalnie  go  wyrolowała!  Uśpiła 

jego czujność tymi słodkimi oczętami i kremowym tyłkiem, no 
i wzięło go jak diabli. Po prostu odleciał. I prawie uwierzył, że 
ona jest czysta jak łza. 

Ale  nie  do  końca...  O,  nie.  Bo  mu  ciągle  coś  jednak  nie 

pasowało.  No  i  proszę,  teraz  mamy  pistolet  z  nielegalnego 
źródła, ukrywany tak skutecznie, że przez kilkanaście lat żaden 
czujnik  na  lotnisku  nie  zdołał  go  wykryć.  Sprawa  jasna.  One 
wyłapują  metal,  więc  ta  spryciara  chowa  pistolet  w 
metalowych  pojemnikach.  A  w  torbie  podróżnej  każdej 
kobiety,  dbającej  o  swój  wygląd,  mogą  znajdować  się 
akcesoria  do  układania  włosów.  Spray  działa  bez  zarzutu,  co 
do suszarki Chance również nie miał wątpliwości. 

Na  razie  nie  ma  co  się  wściekać.  To  tylko  rozprasza, 

przeszkadza  skoncentrować  się  na  tym,  co  dzieje  się  na 
bieżąco. Miał nadzieję, że nie spaprał niczego, reagując trochę 
zbyt  ostro.  Niestety,  rozstanie  się  ze  złudzeniami  jest  zawsze 
nieco bolesne. Tym niemniej, powinien był się opanować, nie 
psuć  słodkich  wrażeń  z  ich  wspólnej  nocy.  Sunny  nie  ma 
przecież  doświadczenia  z  mężczyznami,  łatwiej  nią 
manipulować  niż  kobietą,  dla  której  przespać  się  z  prawie 

background image

 

100

 

nieznajomym  facetem  to  nic  nadzwyczajnego.  A  więc  źle  nie 
jest. 

Doszedł  do  umówionego  miejsca  w  kanionie  i  skrył  się  w 

cieniu, gdzie był prawie niewidoczny. Tu nie da się zaskoczyć 
Sunny,  a  poza  tym  stąd  dobrze  widać  pewną  skałkę  na 
krawędzi  kanionu.  Wyjął  z  kieszeni  laser  -  tubkę  cienką  jak 
ołówek, o długości pięciu centymetrów  - i  wycelował.  Zaczął 
klikać,  wysyłając  nienaturalnie  jasny  promień  światła  w 
określonych  odstępach  czasu.  Według  kodu  uzgodnionego  z 
Zanem. Porozumiewali się codziennie, i dzisiejsza wiadomość 
podobna  była  do  poprzedniej.  Wszystko  w  porządku,  ratować 
jeszcze nie trzeba. 

Wykonawszy  swoje  zadanie,  Chance  usadowił  się  za 

załomkiem skalnym, skąd mógł dobrze obserwować źródełko. 
Sidła  tej  nocy  okazały  się  nieskuteczne,  trzeba  będzie  jednak 
coś  ustrzelić,  aby  mieli  czym  napełnić  wieczorem  żołądki. 
Wiedział to o sobie, że jest bardzo wytrzymały na głód, ale po 
co głodować, skoro nie przyświeca temu żaden konkretny cel. 
Dlatego  królik,  który  teraz  nieopatrznie  wychyli  skądś  swoją 
mordkę, niestety, nie pożyje już dłużej. 

Sunny  szła  przed  siebie,  zbierając  po  drodze  patyczki, 

jednocześnie  uważnie  przyglądając  się  skalnym  ścianom, 
szukając  w  nich  jakiejś  szczeliny,  jakichś  śladów  zwierząt, 
czegokolwiek, co mogłoby oznaczać drogę do wolności.  Och, 
Boże,  gdyby  mieli  ze  sobą  jakiś  sprzęt  do  wspinaczki.  Linę, 
kołki, cokolwiek... 

Ściany  skalne  były  prostopadłe,  tylko  miejscami  odchylały 

się do tyłu, niestety minimalnie, o kilka zaledwie stopni. I nie 
były  gładkie,  deszcz  i  wiatr  pracowały  nad  tym  miliony  lat, 
żłobiąc  w  skale  głębokie  bruzdy.  Co  pewien  czas  Sunny 
natrafiała  na  niewielkie  rumowiska,  przy  którymś  z  kolei 
przystanęła  i  nagle  w  jej  sercu  zapalił  się  promyk  nadziei. 
Przykucnęła,  podniosła  jeden  z  odłamków,  wielkości  pięści,  i 
potarła  kciukiem  o  jego  powierzchnię.  Szorstka  jak  papier 
ścierny. Piaskowiec, stąd ten piękny różowawy kolor. I jest to 
skała miękka! Żeby się upewnić, walnęła odłamkiem o ścianę. 

background image

 

101

 

Stuknęło,  na  ziemię  poleciało  kilkanaście  odłamków.  A  więc 
piaskowiec,  ale  w  tym  miejscu  zbyt  miękki  i  trzeba  szukać 
dalej. I znaleźć koniecznie skałę, która będzie odchylała się do 
tyłu. 

Jest.  O,  tutaj.  Jedno  z  żeber  wyraźnie  odchylało  się  w  tył. 

Podeszła bliżej, przejechała po skale ręką. Szorstka, znów jak 
ten papier ścierny... A więc może jednak, może... 

Biegła do obozowiska jak na skrzydłach. Drżącymi z emocji 

rękami  otworzyła  torbę  i  wyciągnęła  lokówkę.  Chance  wcale 
nie pytał, czy pistolet to jej jedyna broń. A ona w tej lokówce 
miała  schowany  nóż.  Nieduży,  wąski,  raczej  stworzony  do 
tego,  aby  wbić  go,  a  nie  -  ciąć.  I  był  to  nóż  prawie 
niezniszczalny. 

Bez rękawiczek się nie  obejdzie. Boże, czemu  ona do torby 

nie  włożyła  rękawiczek!  Ale  zaraz...  Sięgnęła  po  apteczkę, 
wyjęła  z  niej  biały  bandaż  z  gazy.  Kiedyś  miała  okazję 
zobaczyć  rękawiczki  alpinistów.  Nie  miały  palców,  chroniły 
same dłonie. Coś takiego można z tego bandaża wyczarować. 
Samo owijanie dłoni trwało nieco dłużej, niż się spodziewała, i 
efekt był raczej mizerny. Nie szkodzi. Ta namiastka też się na 
coś przyda. A zresztą, co tam bąble i zadrapania, najważniejsze 
jest to, co dzięki nim można osiągnąć. 

Dzierżąc nóż w ręku, pomaszerowała z powrotem do miejsca, 

z  którego  zamierzała  przypuścić  szturm.  Przypomniała  sobie, 
że  oprócz  noża,  powinna  mieć  jeszcze  jakiś  kamień,  bardziej 
twardy niż piaskowiec.  Rozejrzała się bacznie, jej  wzrok padł 
na  ciemnoszary  kamień  o  nierównej  powierzchni,  wielkości 
grejpfruta. A więc w sam raz. 

Z nożem w lewym ręku i kamieniem w prawej stanęła przed 

ścianą.  Wybrała  miejsce,  przystawiła  ostrze  noża  i  zaczęła 
walić  kamieniem  w  rękojeść.  Kiedy  nóż  wszedł  w  skałę, 
wysunęła  go  trochę,  zmieniła  kąt  nachylenia  i  znów  zaczęła 
mocno  uderzać  kamieniem.  Powtarzała  to  kilkakrotnie  i  w 
końcu  się  udało.  Kawałek  skały  spadł  na  ziemię,  a  w  ścianie 
powstało  wyżłobienie,  dostatecznie  duże,  aby  oprzeć  w  nim 
stopę. 

background image

 

102

 

-  O  rany,  to  działa  -  szepnęła  zachwycona,  ochoczo 

zabierając  się  dalej  do  roboty.  Nie  miała  pojęcia,  ile  czasu 
zabierze jej wykucie stopni aż po samą krawędź kanionu. O ile 
to w ogóle będzie możliwe. Ale spróbować trzeba. Winna jest 
to Margrecie i sobie samej. Zrobić wszystko, aby wydostać się 
z kanionu. 

Jakieś  dwie  godziny  później  huknął  strzał,  znienacka, 

odbijając  się  szerokim  echem  po  całym  kanionie.  Sunny 
zatrzęsło,  cudowne  moce  sprawiły  jednak,  że  nie  spadła. 
Zszokowana,  przylgnęła  do  ściany  z  całej  siły.  Nie  była  zbyt 
wysoko  nad  ziemią,  jakieś  trzy  i  pół  metra  zaledwie,  ale  dno 
kanionu  usłane  było  kamieniami.  I  każdy  upadek  mógł 
zakończyć się tragicznie. 

Powoli  oderwała  policzek  od  ściany  i  otarła  pot  z  czoła. 

Temperatura  rosła  z  minuty  na  minutę.  Skała  robiła  się  coraz 
bardziej gorąca, ale Sunny Miller konsekwentnie zabrała się do 
dzieła. Stopy oparte w wyrąbanych stopniach, brzuch wparty w 
ścianę.  Tylko  dzięki  temu  utrzymywała  się  nad  ziemią.  I 
musiała  bardzo  uważać,  żeby  nie  uderzać  kamieniem  zbyt 
mocno.  Siła  odrzutu  mogłaby  ją  z  powrotem  na  tę  ziemię 
sprowadzić. 

Ostrożnie uniosła rękę nad głową, przystawiła nóż i uderzyła 

kamieniem.  Właściwie  na  oślep.  Dlatego  czasami  trafiała  w 
nóż, a czasami we własną rękę. Fachowcy na pewno wyrąbują 
takie stopnie trochę inaczej. Trudno. Ona z kolei była specem 
od  wykorzystywania  tego,  co  pod  ręką.  Tym  razem  też  sobie 
poradzi, na pewno, musi być tylko bardzo ostrożna i cierpliwa. 

Tymczasem  Chance  maszerował  już  do  obozowiska, 

zadowolony  ze  zdobyczy.  Królik  stracił  życie,  a  poza  tym 
udało się znaleźć coś jeszcze na ząb. Chodząc wśród krzewów 
natrafił  przypadkiem  na  jadalny  kaktus.  Pokłuł  się 
niemiłosiernie, ale w końcu udało mu się odciąć dwie odnogi. 
Był  zadowolony,  wiedział,  że  ten  rodzaj  kaktusa  jest  bardzo 
pożywny, zwykle go się podsmaża, ale może podpieczony nad 
ogniem też będzie niezły. 

background image

 

103

 

Gniew minął. Trudno, Sunny Miller pogrywa z nim w kotka i 

myszkę,  ale  on  i  tak  planu  nie  położył.  Wszystko  posuwa  się 
do  przodu,  nie  wolno  tylko  dać  się  zwieść  tej    rozkosznej, 
promiennej twarzyczce, którą Sunny prezentuje światu. A swój 
plan  będzie  realizował  konsekwentnie.  Cel  uświęca  środki. 
Doprowadzi  do  tego,  że  Sunny,  nawet  jeśli  się  w  nim  nie 
zakocha, będzie pewna, że tak się stało. I w końcu zmięknie. A 
wtedy on dowie się, co trzeba, i sprawa załatwiona. 

Z  ulgą  wkroczył  w  cień  pod  nawisem  skalnym  i  zdjął 

okulary.  Odwrócił  się  i  spojrzał  na  kanion.  Skały,  krzewy, 
wszystko  stało karnie na swoim miejscu, tylko  Sunny nigdzie 
nie  było  widać.  Nigdzie  nie  mignęły  mu  beżowe  dżinsy  i 
zielony  T-shirt.  Brązowy  i  zielony...  Nagle  tknęło  go.  Zaraz, 
zaraz,  przecież  te  kolory  to  regularny  kamuflaż  w  terenie. 
Czyżby Sunny dobierała sobie te kolory z rozmysłem-?- Chyba 
tak,  zważywszy,  że  wszystko,  co  taszczyła  w  tej  cholernej 
torbie,  było  dobrane  pod  jednym  kątem.  Żeby  przetrwać 
właśnie w terenie. 

- Sunny! 
Jego  głos  odbił  się  szerokim  echem,  echo  umilkło  i  zapadła 

kompletna cisza. 

Do diabła! Gdzie ona może być? - Ogień wygasał, a więc nie 

odeszła  stąd  przed  chwilą.  Dorzucił  kilka  patyków,  nadział 
królika na szpikulec i ułożył na prowizorycznym rożnie, przede 
wszystkim po to, żeby królika nie zaatakowały robaki, a poza 
tym  nie  zaszkodzi,  jak  przyszłe  pieczyste  przesiąknie  już 
dymem.  Kawałki  kaktusa  zawinął  starannie  w  chustkę  i  z 
powrotem wszedł do niszy, żeby schować go w cieniu. I nagle 
jego  serce  zabiło  na  alarm.  Zobaczył  otwartą  apteczkę,  na 
wieczku  resztki  bandaża.  Mały  kawałek,  czyli  większa  część 
została zużyta. 

I  dojrzał  jeszcze  coś  bardzo  interesującego  -  elektryczną 

lokówkę, rozłożoną na części, dokładniej na dwie, walające się 
w piasku. 

Zaklął.  Bardzo  dosadnie.  Był  idiotą,  sądząc,  że  pistolet  to 

jedyna broń Sunny. Teraz wydało  mu  się oczywiste, że miała 

background image

 

104

 

coś  jeszcze.  Drugi  pistolet  w  tej  lokówce  raczej  by  się  nie 
zmieścił. Ale nóż - na pewno. 

Nigdzie nie widział śladów krwi. Wyglądało jednak na to, że 

Sunny  musiała  się  skaleczyć.  I  gdzie  ona,  u  diabła,  teraz  się 
podziewa? 

- Sunny! - ryknął, wychodząc z niszy na pełne słońce. Jedyną 

odpowiedzią  była  niczym  nie  zmącona  cisza.  Spojrzał  na 
ziemię.  Ślady  Sunny  były  wszędzie.  O,  tędy  szła  do  niszy, 
zapewne do tej apteczki. Te ślady prowadzą znów na zewnątrz, 
i dalej, wyraźnie w kierunku samolotu. 

Wyciągnął  zza  pasa  pistolet,  odruchowo,  był  tak  do  niego 

przyzwyczajony,  że  w  ogóle  nie  czuł  jego  ciężaru  w  dłoni.  I 
ruszył po śladach Sunny. 

Gdyby  tych  śladów  nie  było,  prawdopodobnie  by  jej  nie 

zauważył. Wisiała bowiem prawie cztery metry nad ziemią. Na 
końcu  kanionu,  za  samolotem,  smażącym  się  na  słońcu. 
Przyklejona  do  ściany,  poznaczonej  ścieżką  z  dziesiątków 
wykutych stopni. 

Zdumienie,  ulga,  niepokój  i  gniew.  Wszystkie  te  uczucia 

ogarnęły  go  w  jednym  momencie.  Ale  przede  wszystkim  był 
wściekły.  I  zaciskając  zęby,  patrzył,  jak  ręka  Sunny  unosi  się 
nad głowę i przystawia do skały nóż, śmiesznie cienki. Potem 
Sunny, z twarzą nadal przyciśniętą do skały, unosi drugą rękę i 
zamiast  w  rękojeść,  wali  we  własną  dłoń.  Przekleństwo  nie 
zostało  wypowiedziane  cichym  głosem  i  Chance  usłyszał  je 
bardzo wyraźnie. 

Jej dłonie owinięte były białym bandażem, prawdopodobnie, 

żeby  się  nie  pokaleczyć,  ale  do  diabła  z  tym  bandażem,  teraz 
najważniejsze,  jak  ściągnąć  ją  na  dół,  zanim  spadnie  sama  i 
skręci sobie kark. Tak, wpierw sprowadzi ją na ziemię, a potem 
stłucze na kwaśne jabłko. 

Siłą woli stłumił przeogromną chęć, aby po prostu ryknąć na 

nią.  Byłby  to  idiotyzm,  teraz  absolutnie  nie  wolno  jej 
przestraszyć.  Z  powrotem  więc  wetknął  pistolet  za  pas  i 
bezszelestnie  podszedł  do  skały,  do  miejsca,  gdzie  zaczynała 

background image

 

105

 

się  ta  cholerna  ścieżka  w  górę.  I  choć  go  rozrywało,  postarał 
się, aby jego głos zabrzmiał wręcz słodko. 

-Sunny?- A co ty tam robisz, skarbie? 
-Wykuwam stopnie, żebyśmy w końcu stąd wyszli. 
Głos Sunny brzmiał  niewesoło,  jakby świadoma była, że jej 

wysiłki są jednak bezowocne. Chance spojrzał w górę. Cztery 
metry, które Sunny zdążyła pokonać, stanowiły zaledwie jedną 
dziesiątą  odległości  dzielącej  ją  od  krawędzi  kanionu. 
Przypuśćmy, że jedną dziesiątą, bo być może jeszcze mniej. 

-Kochanie!  Ta  skała  jest  bardzo  gorąca.  Może  zeszłabyś  na 

dół, zanim spłoniesz? 

Roześmiała  się,  nie  był  to  jednak  jej  zwykły,  żywiołowy 

śmiech. Raczej coś smutnawego i przyduszonego. 

-Nie zejdę. Jestem już za daleko. 
 Nie, nie zdzierżył. 
-Do  cholery!  -  ryknął.  -  Rzucaj  nóż  i  natychmiast  złaź  z  tej 

przeklętej skały, słyszysz?! 

Ku  jego  zdumieniu,  nóż  prawie  natychmiast  poleciał  na 

ziemię, potem kamień. Była na tyle przytomna, że celowała w 
bok,  aby  narzędzia  pracy  nie  spadły  na  jego  głowę.  Potem 
zaczęła  schodzić  w  dół,  widział,  jak  jest  spięta,  jak  ostrożnie 
maca skałę stopą, żeby trafić do następnego stopnia. 

Nadal  był  na  nią  wściekły,  ale  teraz  niepokój  przytłumił 

gniew.  Sunny,  szorując  policzkiem  po  skale,  pokonywała 
kolejne  centymetry  drogi  powrotnej.  Powolutku,  ostrożnie,  a 
on milczał, żeby jej nie rozpraszać. Czekał cicho, co wcale nie 
znaczyło,  że  cierpliwie.  I  kiedy  mógł  już  dosięgnąć  jej  małej 
stopy, złapał skwapliwie i wsunął w stopień. 

-Dzięki - wysapała Sunny, 
Jeszcze jeden krok w dół i nareszcie, chwyciwszy ją za nogi, 

mógł  oderwać  ją  od  skały,  przerzucić  przez  ramię  i  długimi, 
gniewnymi  krokami  zacząć  oddalać  się  od  tego  przeklętego 
miejsca. 

Z tyłu, gdzieś z okolicy pleców, dobiegł go zduszony protest. 
-Ej, ty! Trochę delikatniej... 

background image

 

106

 

-Zamknij się! Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak mnie 

przestraszyłaś? 

-I  ba...  bardzo  dobrze  -  wydyszała  i  starając  się  uspokoić 

rozkołysane  ciało,  gorączkowo  łapała  go  za  T-shirt,  gdzieś  w 
okolicy jego talii. 

Cholera!  Jeszcze  przyjdzie  jej  do  głowy  wyciągnąć  mu 

pistolet zza paska! 

-Tylko bez głupich żartów! - ryknął zapobiegawczo. Pośladki 

Sunny,  wypięte  efektownie,  były  niebezpiecznie  blisko  jego 
dłoni. Pokusa wielka, aby teraz wymierzyć jej sprawiedliwość. 

Dłoń  spoczęła  na  pośladkach,  dziwnie  jednak  łagodnie,  bo 

raptem  przypomniał  sobie  tę  kremową,  cieplutką  pupę  w 
zupełnie innych okolicznościach, bardzo, bardzo przyjemnych. 
Jego  dłoń  bezwiednie  zaczęła  głaskać  beżowe  dżinsy  i  gdy 
uzmysłowił  to  sobie  po  chwili,  znów  w  nim  zawrzało. 
Niepojęte. Ona wycina mu taki numer, a on jeszcze ją głaszcze 
i zamiast ją sprać, to tak naprawdę ma ochotę karać ją w inny 
sposób.  Czyli  odbiło  mu,  totalnie  odbiło.  Plan  zakładał 
działanie z zimną krwią, a nie jakieś tam amory. A jego ciągnie 
do niej jak diabli, jak tak dalej będzie, to ta córeczka terrorysty 
stanie się jego obsesją. 

Kiedy  podchodzili  już  do  obozowiska,  usłyszał,  jak  Sunny 

zaczyna podejrzanie pociągać nosem. 

-Sunny? Co jest? Płaczesz? - spytał z niedowierzaniem. 
Usłyszał prychnięcie pełne największej pogardy. 
-Płaczę?  Też  coś  !  Powiedz  lepiej,  co  tak  pachnie.  Bo,  o  ile 

się nie mylę, to jest coś, co można zjeść. 

Narozrabiało, to i zgłodniało, biedactwo! Chance uśmiechnął 

się mimo woli i oświadczył z dumą: 

-Ustrzeliłem królika. 
Coś  zakotłowało  się  w  okolicy  jego  ramienia  i  zorientował 

się, że Sunny nagle zapragnęła koniecznie spojrzeć mu prosto 
w twarz. A jej radosny pisk omal nie przebił mu bębenków w 
uszach. 

Uśmiech  Chance'a  był  coraz  szerszy.  Pomyślał,  że  dotąd 

nigdy jeszcze nie spotkał stworzenia, które by wykazywało tyle 

background image

 

107

 

entuzjazmu  wobec  prostych  czynności,  z  których  składa  się 
zwyczajne  życie.  Ale  dość  szybko  ten  jego  uśmiech  znikł, 
kiedy  uświadomił  sobie,  że  ktoś  taki  jak  Sunny  może  być 
związany z ludźmi, którzy to zwyczajne życie innym odbierają. 

Kiedy  weszli  do  niszy,  posadził  ją  na  ziemi,  przykucnął  i 

obejrzał  jej  ręce.  Aż  jęknął.  Poobijane,  podrapane  palce 
wyglądały tragicznie. I znów w nim się zagotowało. 

-No,  pięknie  -  warknął,  zrywając  się  na  równe  nogi.  -  Ty 

chyba  zupełnie  straciłaś  rozum.  Jak  mogłaś  tak  się  narażać, 
sama wiesz, że to był głupi, szalony pomysł... 

-Wcale  nie  głupi!  -  krzyknęła  ze  złością,  również  zrywając 

się z ziemi. - Dobrze wiedziałam, czym to pachnie! Ale to była 
moja  ostatnia  nadzieja,  że  wydostaniemy  się  stąd,  dopóki... 
dopóki nie będzie za późno! 

-Za późno! Dobre sobie, a może umówiłaś się z kimś na ten 

weekend? 

-A tak! Umówiłam się! Dysząc ciężko, spojrzała mu prosto w 

twarz. 

-Z siostrą. Ma dzwonić do mnie w sobotę. 
  
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

108

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
 
Siostra - Chance w milczeniu wpatrywał się w Sunny. Hm... 

Jego śledztwo nie wykazało istnienia jakiejkolwiek siostry. Hal 
i Eleonor Millerowie własnych dzieci nie mieli. I zaadoptowali 
jedno dziecko. Sunny. 

-Mówiłaś, że nie masz żadnej rodziny. 
-Mówiłam. Ale ja mam rodzinę. Siostrę. 
-I co? Ryzykujesz życiem, żeby pogadać z nią przez telefon? 
To  jakaś  bzdura  z  tą  siostrą.  Na  pewno  planuje  z  tatuśkiem 

jakiś nowy, sympatyczny zamach i dlatego taszczy ze sobą ten 
namiot. Miała zamiar narozrabiać, a potem zniknąć... 

-Tak, ryzykowałam  -  rozległ  się spokojny  głos  Sunny.  -  Dla 

tej jednej rozmowy... 

Odwróciła  się  do  niego  plecami.  I  każda  linia  jej  ciała 

mówiła, że jej nerwy napięte są do granic możliwości. 

 -Musiałam  przynajmniej  spróbować.  Margreta  dzwoni  do 

mnie na komórkę raz w tygodniu, zawsze tego samego dnia, o 
umówionej  godzinie.  Dzięki  temu  obie  wiemy,  że...  obie 
jeszcze żyjemy. 

Odwróciła się, jej oczy płonęły: 
-Nie  rozumiesz?!  -  krzyknęła  mu  prosto  w  twarz.  -  Jeśli  nie 

odbiorę telefonu, ona będzie myślała, że umarłam! 

A  niech  to  szlag...  Jakby  ktoś  jednym  machnięciem  ręki 

rozrzucił układankę o nazwie „Sunny", którą zdążył  już sobie 
jako tako poukładać. Margreta... Może to jakieś hasło?- Chance 
gorączkowo  zrobił  przegląd  w  swojej  naszpikowanej 
informacjami głowie. Nie. Żadnej Margrety tam nie było. 

Ale Sunny zachowywała się dziwnie przekonywująco... 
-A  niby  dlaczego  ona  ma  od  razu  myśleć,  że  ty  nie  żyjesz? 

Zawsze przecież możesz znaleźć się w takim miejscu, gdzie nie 
ma  zasięgu,  no...  tak  jak  teraz.  A  może  z  tą  twoją  siostrą  jest 
coś nie tak? Może ona jest trochę zakręcona? 

-Zawsze jestem tam, gdzie jest zasięg! - krzyknęła. Jej twarz 

pobladła z gniewu. -I tak się składa, że moja siostra wcale nie 

background image

 

109

 

jest  zakręcona!  My  obie  po  prostu  mamy  ten  sam  problem. 
Mamy tego samego ojca, rozumiesz?! 

Chance czuł, że jego serce zaczyna bić co najmniej dwa razy 

szybciej.  Niemożliwe!  Chyba  panienka  będzie  sypać  tatusia. 
Po  co  więc  ten  cały  cyrk,  po  co  on  się  do  niej  dobierało 
Wystarczyło od razu, na początku, porządnie huknąć. 

 -Ojca? 
-A  tak.  Ojca.  Spokojnie,  Chance,  spokojnie.  Układanka 

składa  się  z  powrotem.  Nie  zapominaj  jednak,  do  cholery,  że 
nie możesz dziewczyny spłoszyć. 

Nagle  zobaczył  łzy,  pierwsze  łzy  Sunny,  spływające  po  jej 

policzkach. 

-My... my obie przez całe życie ukrywamy się przed nim. 
-Ukrywacie się? Przed własnym ojcem? 
-Tak. 
Otarła łzy, ale one płynęły dalej. 
-Mój  ojciec  jest...  terrorystą  -  powiedziała  załamującym  się 

głosem.  -  Prawdziwym  terrorystą,  rozumiesz?  Chce  złapać 
mnie i Margretę. I nas zabić. 

Prowizoryczne rękawiczki z gazy ochroniły dłonie Sunny, ale 

z  palcami  było  fatalnie.  Chance  ostrożnie  przemył  je 
spirytusem,  potem  na  obtarte,  zaczerwienione  miejsca  nałożył 
maść kojącą, a na zadrapania maść z antybiotykiem. A Sunny 
przede wszystkim była nieco oszołomiona zmiennością reakcji 
Chance'a.  Najpierw  wrzeszczał,  a  potem  w  mgnieniu  oka 
znalazła się w kołysce jego ramion. Bo to  była  kołyska. Tulił 
ją, głaskał, ocierał jej łzy i właśnie tak leciutko kołysał. A teraz 
zajmuje się nią jak najczulsza matka. 

Ona  była  całkowicie  bierna,  jakby  odrętwiała  po  nagłym 

wybuchu  emocji.  Pozwalała  robić  ze  sobą  wszystko,    bez  
jednego    słowa    protestu.    Bo    czy  można  protestować,  jeśli 
człowiekowi nagle tak dobrze jest na świecie? 

Chance  rzucił  jeszcze  jedno  baczne  spojrzenie  na  swoje 

samarytańskie  dzieło,  potem  odszedł  na  chwilę  do  ogniska, 
sprawdzić,  jak  się  mają  sprawy  z  królikiem.  Podrzucił  kilka 

background image

 

110

 

patyków,  obrócił  pieczyste  i  wrócił  do  Sunny,  siedzącej  bez 
ruchu na swoim kamieniu. 

Wziął  koc  i  rozłożył  go  pod  ścianą  skalną.  Usiedli  oboje. 

Chance oparł się plecami o ścianę, a Sunny o jego ramię. Przez 
chwilę nie odzywali się do siebie, po czym Chance pocałował 
Sunny, bardzo czule i delikatnie. 

Zmusiła się do lekkiego uśmiechu. 
-Pocałunek pojednania? - spytała cicho. 
-No... coś w tym rodzaju. 
-Przepraszam,  że  tak  na  ciebie  krzyczałam.  Ja  zwykle 

zachowuję się... spokojnie. 

-Przestań,  Sunny.  Ja  chyba  krzyczałem  głośniej.  Powiedz 

lepiej, o co tu właściwie chodzi. No, z tym twoim ojcem. 

Sunny  westchnęła  i  mocniej  oparła  głowę  na  jego  ramieniu. 

Jakże była zadowolona, że to ramię jest takie silne... 

-Trudno uwierzyć, prawda- Ale tak jest, niestety... Mój ojciec 

jest terrorystą, przywódcą grupy ludzi nadzwyczaj okrutnych i 
bezwzględnych.  Robią  straszliwe  rzeczy.  Mój  ojciec  nazywa 
się Crispin Hauer. 

A Chance skłamał bez zmrużenia powiek. 
-Hauer? Nigdy o nim nie słyszałem. 
-On działa przede wszystkim w Europie, ale swoich ludzi ma 

wszędzie, w Stanach też. Podobno ma wtyczkę  nawet  w FBI. 
Rozumiesz teraz, dlaczego nie mam licencji na broń. Nie mogę 
figurować w żadnej bazie danych, ludzie z FBI  mają przecież 
praktycznie  wszędzie  dostęp.  Ta  jego  wtyka  mogłaby  dojść, 
jakie nazwisko nosiła pewna dziewczynka, zanim zaadoptowali 
ją Hal i Eleonor Millerowie. 

-Czyli twój ojciec nie zna twojego obecnego nazwiska ? 
Sunny  w  milczeniu  potrząsnęła  głową.  Niełatwo  jej  było 

opowiadać  o  tych  sprawach.  Przez  całe  życie  swój  lęk 
ukrywała  głęboko  w  sercu.  Ale  zebrała  się  w  sobie  i 
opowiadała dalej smutnym, pełnym goryczy głosem. 

-Nigdy nie widziałam  Hauera na oczy. Matka, kiedy uciekła 

od  niego,  była  w  piątym  miesiącu  ciąży...  ze  mną.  Zabrała 
moją siostrę Margretę i po prostu od niego uciekła. 

background image

 

111

 

-Jak jej się to udało? 
-Stany  są  wielkim  krajem.  Matka  nieustannie  zmieniała 

miejsce  pobytu,  za  każdym  razem  zmieniała  też  nazwisko. 
Nigdy nie używała kart kredytowych, płaciła tylko gotówką. Ja 
miałam  się  urodzić  w  jakimś  podrzędnym  motelu.  Matka 
wynajęła  pokój,  chciała  sama  mnie  odebrać.  Ale  bolało  ją 
strasznie,  a  Margreta  miała  dopiero  cztery  lata.  Płakała,  była 
głodna.  Matka  czuła  się  coraz  gorzej,  przestraszyła  się  i 
zadzwoniła  po  pogotowie.  Całe  szczęście,  bo  szykował  się 
poród pośladkowy. W rezultacie zrobili jej cesarskie cięcie. A 
kiedy  podali  jej  już  te  różne  środki  znieczulające,  spytali  o 
nazwisko.  Półprzytomna,  odruchowo  podała  nazwisko 
„Hauer". W ten sposób dostałam się do bazy danych jako Sonia 
Hauer. I ojciec dowiedział się o moim istnieniu. 

-A skąd wiesz, że się dowiedział? 
-Bo już kiedyś omal nas nie złapał. Zadrżała, Chance mocniej 

objął ją ramieniem. 

-Wysłał  za  nami  trzech  ludzi.  Byłyśmy  wtedy  w... 

Indianapolis,  tak,  na  pewno  tam.  Miałam  chyba  z  pięć  lat. 
Mama  kupiła  jakiś  używany  samochód,  jak  zwykle,  i 
jechałyśmy  po  prostu  przed  siebie.  Stałyśmy  w  korku  i  nagle 
mama zobaczyła, że oni wysiadają ze swojego samochodu. Od 
razu  wiedziała,  że  to  oni...  Ludzie  pracujący  dla  jej  męża... 
Otworzyła  natychmiast  drzwi,  wypchnęła  nas  z  samochodu  i 
kazała  uciekać.  Ja  pobiegłam,  co  sił,  ale  Margreta  zaczęła 
płakać, czepiać się mamy. Mama chwyciła ją za rękę i pobiegły 
razem,  w  drugą  stronę.Za  nimi  ruszyło  dwóch  mężczyzn,  za 
mną  jeden.  Pamiętam,  że  biegłam  jakąś  aleją,  biegłam  i  w 
końcu  przykucnęłam  za stertą  śmieci.  Ten  mężczyzna  chodził 
tą aleją i wołał, tak niby miło: „Soniu! Soniu!". Ja, oczywiście, 
ani pisnęłam. W końcu poszedł, ale ja dalej tam siedziałam, bo 
mama wbijała nam do głowy, że z kryjówki nie wolno od razu 
wychodzić,  zły  człowiek  może  jeszcze  czatować  gdzieś  w 
pobliżu.  Siedziałam  cichusieńko,  wydawało  mi  się,  że  całe 
wieki, dopóki nie usłyszałam głosu mamy. Szła aleją i wołała 
mnie.  Jaka  ja  byłam  wtedy  szczęśliwa!  Ale  mama    przeraziła 

background image

 

112

 

się  tym wydarzeniem i zdecydowała, że nie możemy być już 
razem. Wtedy zaczęła szukać kogoś, kto by nas zaadoptował. 

Chance  bezwiednie  zmarszczył  brwi.  Chwileczkę...  Obie? 

Przecież on odszukał dokumenty tylko o adopcji Sunny. 

-Trafiłyście obie do jednej rodziny? 
-Tak.  Ale  tylko  ja  zostałam  zaadoptowana  oficjalnie. 

Margreta nie chciała. Ona jest ode mnie starsza, była dłużej z 
mamą, pamiętała, jak mama ją przytulała, nosiła, bawiła się z 
nią, no, rozumiesz... 

Rozumiał. Bo kiedy Sunny się urodziła, był już tylko strach. I 

Sunny bardzo wcześnie musiała się nauczyć, jak sobie radzić. 
Dlatego, jak mało kto, potrafi się cieszyć byle drobiazgiem. A 
on już najlepiej wiedział, co to spaprane dzieciństwo... 

Przygarnął  Sunny  mocniej  do  siebie,  jeszcze  mocniej,  żeby 

cała mogła wtulić się w niego. 

-Sunny? A dlaczego on chce was zabić? 
-On  chce  mieć  Margretę.  A  ściga  nas  obie,  bo  ja  przecież 

mogę  znać  miejsce  pobytu  Margrety.  A  on  ma  już  swoje 
sposoby, jak to ze mnie wyciągnąć... 

Zadrżała,  ale  na  jej  ustach  pojawił  się  uśmiech,  choć  był  to 

bardzo gorzki uśmiech. 

-I na nic by to się nie zdało, bo ja naprawdę nie wiem, gdzie 

jest Margreta. 

-Nie wiesz? 
-Nie, Chance. Nie widziałam jej od wielu lat, nie znam nawet 

numeru  jej  telefonu.  To  Margreta  do  mnie  dzwoni,  raz  na 
tydzień. I tak jest najlepiej.  Ja  po  prostu  nie  jestem w stanie  
jej  wydać.  A  komórka  jest  najlepsza,  bo  stale  jestem  w 
rozjazdach.  Mam,  co  prawda,  mieszkanie  w  Chicago,  taką 
klitkę,  ale  praktycznie  tam  nie  zaglądam.  Po  prostu  boję  się. 
Oni  mogą  przecież  wyśledzić  to  mieszkanie  i  zrobić  na  mnie 
zasadzkę.  Dlatego  biorę  każde  zlecenie,  i  na  ogół  w  jednym 
mieście zatrzymuję się tylko na jedną noc. 

-Sunny, a może nie trzeba się tak bać? Może Hauer nigdy nie 

dojdzie, że to właśnie ty jesteś jego córką? 

background image

 

113

 

-Chance, ja wiem tylko jedno. Dopóki Hauer żyje, nigdy nie 

będę bezpieczna. 

-A co się teraz dzieje z twoją matką?- I z Margretą? 
-Mama nie żyje. 
Zamilkła,  Chance  słyszał,  jak  Sunny  oddycha  ciężko.  Nie 

odzywał się, wiedząc, że dziewczyna zmaga się teraz z wielkim 
bólem. 

-Załapali  ją,  Chance.  Złapali  i  moja  matka  popełniła 

samobójstwo. Zabiła się ze strachu, bała się, że nie wytrzyma i 
wyda Margretę. 

Ona  nam  wcześniej  mówiła,  że  tak  zrobi.  I  zrobiła...  A 

Margreta ma teraz nowe imię i nazwisko, nie wiem, jakie. Ona 
ma duże kłopoty z sercem, powinna żyć w spokoju, w jednym 
miejscu... 

Chance  westchnął  w  duchu.  Gorzka  refleksja  nasuwała  się 

sama.  W  rezultacie  Margreta  wiedzie  względnie  normalne 
życie,  a  Sunny  żyje  jak  dzikie  zwierzątko.  Wiecznie  ucieka, 
kryje się, zaciera za sobą ślady.  I przy tym  wszystkim  potrafi 
się  jeszcze  śmiać,  bardziej  radośnie  niż  inni.  Sunny  przecież 
innego życia nie zna... 

Ale  u  Millerów  miała  chyba  chociaż  jakąś  namiastkę 

normalnego domu. 

-Moi  przybrani  rodzice  byli  dla  mnie  bardzo  dobrzy  - 

odezwała  się  nagle  Sunny,  jakby  czytając  w  jego  myślach.  - 
Bardzo  za  nimi  tęsknię.  Chciałabym  jeszcze  kiedyś  w  życiu 
mieć  swój  dom,  takie  swoje  miejsce,  i  mieć  własną  rodzinę. 
Ale mi nie wolno wyjść za mąż ani mieć dzieci. Gdyby Hauer 
się o tym dowiedział... 

Wiadomo,  pomyślał  z  goryczą  Chance.  Po  prostu 

zwiększyłoby  się  grono  osób,  które  temu  draniowi  mogłyby 
być przydatne. 

-Sunny?  A  dlaczego  Hauer  tak  się  uparł,  żeby  schwytać 

Margretę? 

-Nie domyślasz się? 
Głos Sunny zabrzmiał nagle nienaturalnie ostro. 
I znów zaczęła drżeć. 

background image

 

114

 

-To dlatego mama zabrała Margretę i uciekła od niego. Bo on 

robił  Margrecie  te...  te  rzeczy,  rozumiesz?  Miała  cztery  lata. 
Mama przyłapała go i wyglądało na to, że to nie pierwszy raz, 
prawdopodobnie  wykorzystywał  Margretę  od  dawna.  Mama 
przedtem już przeżyła szok, kiedy dowiedziała się, czym on się 
zajmuje.  Nie  znalazła  w  sobie  jednak  dość  odwagi,  żeby  go 
porzucić. Ale kiedy zobaczyła, jak ten potwór krzywdzi własne 
dziecko,  nie  zastanawiała    się  ani  minuty.  A  Margreta...  -
Zamilkła,  a  potem  dodała  zduszonym  szeptem:  -Ona  to 
wszystko pamięta. 

Dłonie  Chance'a  mimo  woli  zacisnęły  się  w  pięści.  A  to 

sukinsyn! Nie dość, że wymordował tylu niewinnych ludzi, to 
jeszcze okazuje się, że to śmierdzący pedofil. Gwałcił  własną 
córkę. Taki człowiek zasługuje na śmierć powolną, żadne tam 
zastrzyki  czy  krzesło.  Powinien  konać  długo,  żeby  miał  czas 
jeszcze pewne rzeczy przemyśleć. 

A  Sunny,  utrudzona  wspinaczką  i  pierwszym  szczerym 

wyznaniem  w  swoim  życiu,  nagle  zasnęła.  Chance  siedział 
nieruchomo,  nie  wypuszczając  jej  z  objęć.  Ogień  dogasał,  ale 
on  nie  ruszał  się  z  miejsca.  Najważniejsze  jest  siedzieć  tu  i 
strzec snu Sunny. 

Uwierzył  każdemu  jej  słowu.  Jej  reakcje  były  zbyt 

prawdziwe,  zbyt  spontaniczne,  aby  mogła  kłamać.  Układanka 
była  gotowa,  wszystkie  części  pasowały  do  siebie  idealnie.  A 
on czuł ulgę, przeogromną ulgę. Sunny posądzono niesłusznie. 
Ta  biedna  dziewczyna  sama  jest  ofiarą.  Ucieka,  ukrywa  się 
przez całe życie, to dlatego taszczy ze sobą namiot w tej torbie, 
gotowa w każdej chwili zniknąć, zaszyć się w jakiejś głuszy i 
przeczekać. Wrócić do ludzi, kiedy znów będzie bezpiecznie. 

Sunny nie wie, gdzie jest Hauer. I boi się go panicznie, tego 

monstrum, które prześladuje ją przez całe życie. Dlatego Sunny 
nie  zgodzi  się  uczestniczyć  w  żadnej  akcji,  która  pomogłaby 
wywabić tego drania. 

Nie  zgodzi  się,  ale  i  tak  będzie  uczestniczyć.  Nie  wolno 

przerywać gry, stawka jest zbyt wysoka. Nie wolno pozwolić, 
aby Hauer dalej zabijał. 

background image

 

115

 

I  nie  ma  już  powodu,  żeby  nadal  tkwić  w  tym  kanionie. 

Dowiedział  się  już  wszystkiego,  co  chciał  wiedzieć.  Teraz 
trzeba tylko zawiadomić Zane'a. A ponieważ Zane zjawi się w 
umówionym miejscu dopiero jutro rano, więc on i Sunny mają 
przed sobą jeszcze jedną noc. Chance pomyślał, że postara się 
wykorzystać tę noc do maksimum... 

-Zabieraj  te  łapy!  Wynocha!  -  warczała  następnego  ranka 

rozjuszona  Sunny.  -  Ty  potworze,  przez  ciebie  nie  będę  w 
stanie utrzymać się na nogach! 

Chance,  naturalnie,  śmiał  się,  przystąpiła  więc  do 

wymierzenia kary. Włoski na szerokiej piersi same się prosiły. 
Pociągnęła  z  całej  siły  i  było  jej  bardzo  miło  usłyszeć,  jak 
krzyczał  „  aua!"  i  jego  wielkie  ciało  starało  się  umknąć  jak 
najdalej,  ale  zważywszy  rozmiary  tego  namiotu-giganta,  nie 
miało żadnych szans. 

-Przestań, Sunny, to boli! 
-Musisz ponieść zasłużoną karę! A masz, a masz, a masz! 
Złośliwa  rączka  skubnęła  go  jeszcze  parę  razy,  po  czym 

Sunny  zdecydowanie  zaczęła  się  przemieszczać  w  kierunku 
wyjścia  z  namiotu.  Próbował  ją  złapać,  dotknął  przy  tym 
niechcący miejsca dość wrażliwego. 

-O,  nie!  -  wrzasnęła.  -  Tylko  nie  to!  Jestem  wykończona, 

słyszysz?! Wykończona! 

Wypadła z namiotu jak wicher, wróciła za sekundę z butelką 

pełną lodowatej wody. Wylała na niego wszystko, co do jednej 
kropli. 

-To  ostudzi  twoje  niewczesne  zapały  -  stwierdziła  z 

satysfakcją. I natychmiast, naturalnie, zaczęła uciekać. 

Zdążyła odbiec kilkanaście metrów, gdy dopadł ją, zgarniając 

po drodze następną butelkę z wodą. 

-Oj,  oj,  oj!  -  piszczała  Sunny,  wyrywając  się  i  zanosząc  się 

śmiechem. Nie puścił, dopóki cała zimna zawartość butelki nie 
spłynęła po jej głowie. 

Oparła się o niego, ciężko dysząc, a on zauważył: 
-Och, rzeczywiście komuś trudno utrzymać się na nogach! 

background image

 

116

 

-Nie  jest  tak  źle,  parę  metrów  przebiegłam  -  broniła  się 

Sunny i znów zaczęła chichotać. 

Odgarnął  jej  mokre  włosy  z  czoła,  parę  zimnych  kropli 

spadło na jego nagą pierś. 

-Brr!  Jak  zimno!  Słońce  dopiero  wzeszło,  na  pewno  jest  nie 

więcej niż dwadzieścia stopni... Aua! 

Mała silna dłoń Sunny wymierzyła mu porządnego klapsa. 
-No to ubieraj się, kochany! Nie wstyd ci tak latać na golasa i 

A co to, plaża dla nudystów?! 

Chwycił  ją  za  ramię  i  przygarnął.  Objęci  wpół,  i  nadzy  jak 

ich  Pan  Bóg  stworzył,  ruszyli  z  powrotem  do  obozowiska. 
Chance  był  zachwycony.  Uwielbiał,  kiedy  Sunny  żartowała  i 
śmiała  się,  tak  dźwięcznie,  perliście.  A  ta  noc...  Ta  noc  była 
magiczna i jeśli ktoś był wykończony, to na pewno on. Ale nie 
fizycznie. To na duszy było mu ciężko. Bo już wiedział, że on 
tej nocy, i tej słonecznej dziewczyny nigdy nie zapomni. 

-Jak  twoje  ręce?  -  spytał,  ot,  tak,  dla  porządku,  bo  skoro 

szarpała go za włosy i walnęła po tyłku, to wiadomo było, że z 
rękami nie jest źle. 

Wyciągnęła posłusznie obie dłonie. Zaczerwienienia znikły i 

oprócz  kilku  zadrapań  te  smukłe  ładne  palce  nie  nosiły  już 
żadnych śladów walki ze skałą. 

-Tym razem okleję sobie ręce plastrem. 
-Co? 
-Plastrem- powtórzyła. - Okleję sobie plastrem i zabieram się 

do roboty. 

Nie wierzył własnym uszom. 
-Masz zamiar znów wspinać się po tej cholernej skale? 
Cienkie brwi Sunny powędrowały nieco wyżej, czyli była to 

mina typu: „Gadaj sobie, co chcesz, ja i tak mam to gdzieś". 

-A tak. Mam taki zamiar. 
Zacisnął zęby. Przecież nie powie jej, że po co się mordować, 

skoro  i  tak  dziś  zostaną  uratowani.  Z  drugiej  strony,  nie  ma 
sensu, żeby niepotrzebnie traciła siły, wyrąbując te stopnie, nie 
mówiąc już o tym, na jakie niebezpieczeństwo znów będzie się 
narażać. 

background image

 

117

 

-Ja to zrobię - burknął. 
-Nie.  Ja  to  zrobię  -  zaoponowała  natychmiast  Sunny.  -  Dla 

ciebie to zbyt niebezpieczne, jesteś za duży i za ciężki. 

Ta  kobieta  jest  niepoprawna.  Waży  tyle  co  piórko,  do 

ramienia mu nie sięga, a ciągle chce go przed czymś chronić. 

-Niech  cię  głowa  o  to  nie  boli,  dam  sobie  radę.  Ty  jesteś  za 

słaba.  Ile  zrobiłaś  wczoraj?-  Jakieś  cztery  metry,  i  byłaś  już 
wykończona.  W  takim  tempie  do  krawędzi  dojdziesz  za 
tydzień,  o  ile  wcześniej  nie  spadniesz  i  nie  pogruchoczesz 
sobie kości. 

-No to co mam robić? Siedzieć tu z założonymi rękami ? 
-A tak! Powiedziałem już, że będę rąbał te cholerne stopnie. 

A  ty  masz  trzymać  się  od  tego  z  daleka,  zrozumiano?  I  nie 
ruszać  się  z  obozowiska  nawet  na  krok.  Obiecaj,  bo  inaczej 
przywiążę cię do kamienia! 

Rzuciła  mu  jeszcze  jedno  wojownicze  spojrzenie,  ale  nie 

dyskutowała więcej. Niestety, różnica w posturze skłaniała do 
złożenia broni. 

-No dobrze - mruknęła. - Ale tylko dzisiaj. 
Oboje, drżąc już z zimna, wciągnęli ubranie, zjedli śniadanie 

- niestety, batony, bo królika skonsumowali wczoraj w całości. 
Myśli Chance'a były jednak bardzo pogodne. Nic nie szkodzi, 
jutro śniadanko będzie już jak trzeba, jajka na bekonie, do tego 
dodatkowo  górka  mięska,  pokrojonego  w  kostkę  i  porządnie 
wysmażonego, no i obowiązkowo kubek gorącej kawy. 

Kiedy  skończyli  przeżuwać  obrzydliwe  batony,  Chance 

oświadczył: 

-Najpierw  pójdę  sprawdzić  sidła.  Zaraz  wracam.  A  ty  pilnuj 

ogniska. 

Sunny,  naturalnie,  nie  zauważyła  wczoraj,  że  on  te  sidła 

praktycznie zdemontował. Bo skoro oni i tak dziś opuszczają to 
miejsce,  to  po  co  pozbawiać  życia  czworonożnych  czy  też 
skrzydlatych przyjaciół. 

Do umówionego miejsca było dziesięć minut marszu, ale on 

biegł,  bo  między  Bogiem  a  prawdą,  najrozsądniej  byłoby  w 
ogóle  nie  spuszczać  z  oka  niejakiej  Sunny  Miller. 

background image

 

118

 

Błyskawicznie  dotarł  na  miejsce,  wyjął  laser  i  przekazał 
wiadomość.  Zane  potwierdził  odbiór  i  poprosił,  żeby  Chance 
jeszcze  raz  przekazał  wiadomość.  Jasne,  oni  przecież  nie 
spodziewali  się,  że  to  pójdzie  tak  szybko.  Chance  jeszcze  raz 
przekazał swoją wiadomość. I Zane odpowiedział: O.K. 

Chance schował  laser do kieszeni.  Ciekawe, jak długo  Zane 

będzie  organizował  tę  „akcję  ratunkową".  Znając  Zane'a, 
wypadki potoczą się błyskawicznie. 

Faktycznie.  Kiedy  wracał  do  obozowiska,  do  jego  uszu 

dobiegł charakterystyczny dźwięk. Jeszcze cichutki, jeszcze ten 
ciemny  kształt  na  niebie  był  niewielki.  Ale  widać  już  było 
wyraźnie. To samolot. Nieduży, dwusilnikowy samolot. 

Zaczął  biec.  Sunny  tam,  przy  ognisku,  na  pewno  jest  już 

nieprzytomna  z  radości.  Tak  też  było.  Z  daleka  słyszał  już 
radosne piski i okrzyki. 

-Chance! 
Biegła  ku  niemu  jak  strzała,  krzycząc  i  śmiejąc  się  na 

przemian. 

-Chance!  On  mnie  zobaczył!  I  zakołysał  skrzydłami!  O, 

Chance, powiedz, że on wróci! 

Jedyne,  co  mógł  zrobić,  to  przyciągnąć  ją  do  siebie  i 

pocałować te śmiejące się usta. 

-Wróci, na pewno. O ile... 
Wiedział,  że  zachowa  się  teraz  wstrętnie,  ale  pokusa,  żeby 

odpłacić się za szarpanie włosków i zimny prysznic, była zbyt 
wielka. 

-O ile nie pomyślał, że machasz do niego ot, tak, dla zabawy, 

bo spodobał ci się kolor jego samolotu. 

-Chance, co ty... 
W  jej  oczach  pojawiło  się  tyle  smutku,  że  natychmiast 

pożałował głupiego żartu. 

-Oj,  Sunny,  Sunny,  przecież  to  jasne  jak  słońce,  że  wróci. 

Zakołysał  skrzydłami,  tak?  Czyli  dał  znak,  że  widział  cię  i 
zorganizuje pomoc. 

-Jesteś pewien? - spytała, połykając łzy. 
-Na sto procent. Pakujemy się, Sunny! 

background image

 

119

 

Migiem  spakowali  swój  skromny  dobytek.  Chance  oddał 

Sunny  pistolet  i  przyglądał  się,  kręcąc  głową,  jak  Sunny 
chytrze  ukrywa  swoją  broń  w  sprayu  i  suszarce.  A  potem 
chwycili za swoje tobołki i pomaszerowali do samolotu. 

I czekali. 
Na  ratunek  przyleciał  helikopter.  Potężne  śmigło  z  głuchym 

warkotem  siekło  suche  pustynne  powietrze.  Przez  chwilę 
gigantyczny  moskit  wisiał  nad  nimi,  potem  opadł  na  ziemię, 
wzniecając kłęby piachu. 

Z kabiny wyskoczył starszy mężczyzna z siwą bródką. 
-Hej,  przyjaciele!  -  krzyknął  wesoło.  -  Ktoś  tu  podobno 

potrzebuje pomocy? 

-A  no  tak  się  złożyło!  -  odkrzyknął  Chance,  idąc  mu  na 

spotkanie. Uścisnęli sobie dłonie i starszy pan przedstawił się: 

-Charlie Jones z Cywilnego Patrolu Powietrznego.  Szukamy 

was  od  kilku  dni.    Nikt  się  nie  spodziewał,  że  zagna  was  tak 
daleko na południe. 

-Musiałem  zboczyć  z  kursu,  kiedy  szukałem  odpowiedniego 

miejsca do lądowania. Wysiadła mi pompa paliwowa. 

-No  to  mieliście  cholerne  szczęście  z  tym  kanionem.  To 

niedobra  okolica,  kamienista,  nierówna,  ten  kanion  to  jedyne 
miejsce do lądowania w promieniu co najmniej stu kilometrów. 
Ale  proszę,  wsiadajcie!  Na  pewno  marzy  wam  się  ciepły 
prysznic i dobra kolacja. 

Chance  wyciągnął  rękę,  Sunny  uśmiechnęła  się  promiennie, 

jak  to  słońce  w  zenicie,  podała  mu  swoją  dłoń  i  zgodnym 
krokiem ruszyli do helikoptera. 
 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

120

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 
 
Sunny targały teraz sprzeczne uczucia. Z jednej  strony ulga, 

że z odebraniem telefonu od Margrety nie będzie już problemu. 
Z drugiej - żal, ogromny żal, bo czas, jaki było jej dane spędzić 
z Chancem, dobiegał końca. Te dni, podczas których czuła się 
szczęśliwa  i  spełniona,  jak  nigdy  jeszcze  w  swoim  całym 
dotychczasowym życiu. 

Od samego początku wiedziała, że ich czas jest ograniczony i 

kiedy wrócą do normalnego świata, znów zaczną obowiązywać 
dawne reguły. Nie mogła narażać życia Chance'a, pozwalając, 
aby  stał  się  częścią  jej  życia.  Chance  dał  jej  dwie  noce  pełne 
rozkoszy  i  wspomnienia  na  całe  życie.  To  musi  wystarczyć, 
niezależnie od tego, jakby teraz nie cierpiała na samą myśl, że 
będzie  musiała  od  niego  odejść.  Teraz  jednak  przynajmniej 
wiedziała, co znaczy kochać mężczyznę i delektować się jego 
istnieniem.  Tych  kilku  dni  nie  oddałaby  za  żadne  pieniądze 
świata.  Choć  wiedziała,  że  jej  samotność  będzie  teraz  jeszcze 
bardziej gorzka. 

Dlatego  przez  całą  drogę  nie  puszczała  jego  ręki,  ani  na 

chwilę, dopóki nie wylądowali na jakimś zaniedbanym lotnisku 
na  odludziu.  Stał  tu  tylko  jeden  samotny  budynek  z  falistej 
blachy, z drewnianą przybudówką, w której zapewne mieściło 
się  biuro.  Na  brzegu  prowizorycznego  pasa  startowego 
odpoczywało w równiutkim szeregu siedem samolotów, każdy 
innego typu i wyprodukowany w innym roku. 

Kiedy Charlie Jones lądował na betonowym pasie, z hangaru 

wybiegło  trzech  mężczyzn,  jeden  z  nich  pośpiesznie  ocierał 
ręce w poplamioną, czerwoną szmatę. 

-Znalazłem  ich!  -  krzyczał  triumfalnie  Charlie,  wyskakując 

pierwszy  z  kabiny.  Chance  i  Sunny  wysiedli  za  nim  i  Charlie 
szybko dokonał prezentacji: 

-Ci dwaj z lewej, Saul  Osgood i  Fed  Lynch, też są z patrolu 

powietrznego,  a  facet  ze  szmatą  to  Rabbit  Warren,  mechanik. 
To  Saul  zauważył  dym,  wydobywający  się  z  kanionu  i  podał 
nam przez radio waszą pozycję. 

background image

 

121

 

Po  serdecznym  powitaniu  Chance  opowiedział  pokrótce  o 

awaryjnym lądowaniu w kanionie. 

-Nie  wierzyłem  własnym  oczom,  kiedy  w  tym  wąskim 

kanionie  nagle  zobaczyłem  samolot  -  mówił  Saul,  z 
niedowierzaniem  kręcąc  głową.  -  To  cud,  że  dałeś  radę  tam 
wylądować. 

-Jesteś  pewien,  że  to  pompa  paliwowa?-  -  dopytywał  się 

Warren, kiedy szli już w stronę hangaru. 

-Tak. Wszystko sprawdziłem. 
 -To Skylane? 
-Tak.  Chance  podał  dokładną  nazwę  modelu  i  Warren  w 

zamyśleniu potarł szczękę. 

-Hm... W zeszłym roku przyleciał tu kiedyś taki  jeden facet, 

też na Skylane. Zamówił u mnie kilka części, potem odleciał i 
nigdy  się  już  nie  pojawił.  Poszukam  tych  części,  a  wy 
tymczasem na pewno będziecie chcieli się odświeżyć. 

Odświeżyć! Jeśli ta czynność będzie miała coś wspólnego z 

prawdziwą łazienką, to Sunny była nadzwyczaj chętna. Chance 
uprzejmie  puścił  ją  pierwszą,  a  ona  siłą  powstrzymała  się  od 
okrzyków radości na widok obfitości wody tryskającej z kranu 
oraz  na  widok  drugiego  cudownego  urządzenia,  mianowicie 
sedesu ze spłuczką. 

Po  niej  łazienkę  zajął  Chance  i  kiedy  oboje  byli  już 

odświeżeni, zafundowali sobie zimne drinki z automatu. Obok 
automatu  z  napojami  głodne  oczy  Sunny  dojrzały  automat 
serwujący  jedzenie.  Szybciutko  wrzuciła  monetę,  nacisnęła 
guzik, na tackę spadł kawałek żółtego sera w folii i krakersy. 

-Niemożliwe!  -  dziwował  się  Chance.  -  Myślałem,  że 

weźmiesz coś słodkiego. 

-Naturalnie! Na deser! 
Drzwi biura uchyliły się. 
-Chcecie pogadać z kimś przez telefon ? – pytał Fed Lynch. - 

Federalną  Agencję  Lotniczą  już  powiadomiłem  i  odwołałem 
poszukiwania.  Ale  może  chcecie  zadzwonić  do  kogoś  z 
rodziny? Nie krępujcie się, telefon jest do waszej dyspozycji. 

background image

 

122

 

-Muszę zadzwonić do firmy  – oświadczyła Sunny, z niezbyt 

zadowoloną miną. Wiadomo było, że jest usprawiedliwiona, co 
do tego nie miała wątpliwości. Nikt nie będzie miał pretensji, 
że  nie  doręczyła  przesyłki.  Ale  klient,  w  końcu  osoba 
najważniejsza, na pewno nie będzie zadowolony. 

Chance  odczekał,  aż  Sunny  wejdzie  za  przeszklone  drzwi  i 

podejmie  słuchawkę  telefonu,  po  czym  dyskretnie  przemknął 
do  Rabbita,  który  przekładał  różne  przedmioty  z  jednego 
miejsca na drugie, udając, że szuka części do pompy. 

Chance  popatrzył  na  niego  z  prawdziwym  rozczuleniem. 

Musiał  przyznać,  że  ludzie  udali  mu  się,  ze  świecą  takich 
szukać. Odgrywają swoje role jak zawodowi aktorzy. 

-Wszystko w porządku - mruknął Chance. 
-  Kiedy  polecimy  z  Charliem  z  powrotem  do  kanionu  z  tą 

całą pompą, możecie stąd się zwijać. 

Rabbit,  zdejmując  z  półki  kolejne  pudełko,  zerknął  na 

szczupłą  postać  Sunny  widoczną  za  szybą  i  uśmiechnął  się  z 
aprobatą. 

-Nie  miał  pan  łatwej  randki,  szefie!  Ale  trzeba  przyznać,  że 

dziewczyna całkiem do rzeczy! 

-Najważniejsze,  że  czysta  -  odparł  Chance,  odbierając  od 

niego pudełko. – Nie ma nic wspólnego z tymi bandziorami. 

-Czyli koniec akcji, szefie? 
-Ależ  skąd!  Działamy  dalej.  Zmieniamy  tylko  rolę  Sunny. 

Nie będzie już kluczem do skrytki tatusia, ale przynętą. Hauer 
ściga ją właściwie od chwili jej narodzin. Trzeba więc pokazać 
mu córkę, wtedy na pewno się ujawni. Tylko zawiadom, kogo 
trzeba,  że  włos  z  głowy  nie  może  jej  spaść.  To  biedna 
dziewczyna, ten Hauer spaprał jej całe życie. 

Niestety, on, osobiście, też coś jej w życiu spaprze. Przecież 

ona panicznie boi się Hauera. Będzie w szoku, kiedy się dowie, 
że  Chance  z  rozmysłem  zdradził  Hauserowi  jej  tożsamość. 
Nigdy mu tego nie wybaczy i to będzie oznaczało definitywny 
koniec ich znajomości... 

Spokojnie,  przecież  tak  właśnie  miało  być.  Od  początku 

zakładał, że będzie to znajomość przelotna, bliższa, bo bliższa, 

background image

 

123

 

ale nawiązana tylko w celu, powiedzmy, służbowym. Zresztą i 
on,  i  ona  nie  mogą  sobie  pozwolić  na  żaden  stały  związek. 
Chociaż  nie...  Sytuacja  Sunny  ulegnie  diametralnej  zmianie, 
kiedy Hauer w końcu przestanie jej zagrażać. Ale u niego nie 
będzie  żadnych  zmian,  po  prostu  wyślą  go  na  kolejną 
niebezpieczną  akcję.  A  Sunny  na  pewno  spotka  jakiegoś 
porządnego  faceta,  z  którym  będzie  mogła  wieść  spokojne  i 
szczęśliwe życie. W końcu, komu jak komu, ale Sunny Miller 
coś dobrego od tego życia się należy. 

Jednak  perspektywa  szczęścia  Sunny  w  objęciach  innego 

mężczyzny  niezbyt  go  cieszyła.  Bo  po  co  się  oszukiwać... 
Chciał  mieć  ją  dla  siebie.  Jej  radosny  śmiech,  czułość  i 
namiętność. Bez tego wszystkiego w jego życiu będzie pusto. 
No i dobrze... Niech tak będzie. Bo po co Sunny taki człowiek 
jak Chance, kundel nie człowiek, i to z taką przeszłością... 

Stuknęły drzwi.  Sunny skończyła rozmawiać przez telefon i 

właśnie wyszła przez te przeszklone drzwi. 

-No,  cudnie!  -  mówiła,  zabawnie  marszcząc  nosek.  - 

Wszyscy są uradowani, że samolot się nie rozbił. Niestety, fakt 
że  omal  nie  umarłam  nie  ma  wpływu  na  inny  fakt, 
podstawowy. Przesyłka  nie została doręczona, a klient  bardzo 
za nią tęskni. 

Dlatego koniecznie muszę lecieć do Seattle. 
Podeszła  do  Chance'a,  tak  naturalnie,  jakby  tam  było  jej 

miejsce.  A  on,  po  prostu  odruchowo,  objął  ją  wpół.  I 
zademonstrował pudełko. 

-Zgadnij, co tu mamy! Twarz Sunny rozpromieniła się. 
-Klucz do królestwa! 
-No...  prawie.  A  już  na  pewno  do  pompy  paliwowej.  Lecę 

teraz z Charliem z powrotem do kanionu. Zabierzesz się z nami 
czy wolisz tu poczekać? 

-Lecę  z  tobą!  Naturalnie,  że  w  niczym  ci  nie  pomogę,  ale 

dotrzymam ci towarzystwa. A potem jak? Wracamy tutaj? 

-Tak. Będę musiał nabrać paliwa. 
-To może ja zostawię tu swoją torbę? Po co wozić ją tam i z 

powrotem?. 

background image

 

124

 

-Ależ naturalnie - włączył się Rabbit. - Torba może zostać w 

biurze. Będzie tam bezpieczna, jak dziecko w łonie matki. 

Sunny  poszła  po  torbę,  a  Chance  pomyślał,  że  Sunny  musi 

czuć się już naprawdę bezpieczna, skoro decyduje się zostawić 
swój  drogocenny  ekwipunek.  I  niezależnie  od  ciągłej  troski  o 
Margretę, przez te kilka dni w kanionie na pewno poczuła się 
wolna. Wolna, bo nie musiała bez przerwy oglądać się czujnie 
za siebie... 

Kiedy  podchodzili  już  do  lądowania,  Charlie  z  niepokojem 

spojrzał na niebo. 

-Chance?- Myślisz, że zdążysz naprawić przed zmrokiem? 
-Bez problemu - zaręczył, uśmiechając się w duchu. Pewnie, 

że  zdąży,  tym  bardziej  że  ta  pompa  była  w  najlepszym 
porządku.  Charlie  doskonale  o  tym  wiedział.  Chance  dla 
pozoru  podłubie  przy  niej  trochę,  a  Sunny  prawdopodobnie 
pójdzie się przejść, żeby nie przeszkadzać mu w robocie. 

Chance  i  Sunny  rączo  wyskoczyli  z  kabiny,  Chance  sięgnął 

po swoją torbę. 

-Dzięki, Charlie. Za parę godzin będę u was z powrotem. 
Helikopter  wzbił  się  w  powietrze.  Sunny  odgarnęła  włosy  z 

czoła i spojrzała na kanion... 

-Witaj w domu, Chance ! – powiedziała wesoło. 
-Dziwne, ale wszystko wygląda o wiele bardziej pociągająco, 

kiedy wiadomo, że nie będziemy tu tkwić do końca świata! 

-Jeszcze  zatęsknimy  za  tym  uroczym  miejscem  –odparł 

Chance,  mrugając  do  niej  wesoło.  –  Ale  dziś  wieczorem  w 
normalnym  łóżku  może  być  ciekawiej  niż  w  tym  maleńkim 
namiocie. 

Sunny, zamiast odpowiedzieć żartem, nagle posmutniała. 
-Dziś  wieczorem...  -  powtórzyła.  -  Nie,  Chance.  Kiedy  stąd 

odlecimy, to potem... Nie, Chance... 

-Co? 
Postawił  torbę  i  spojrzał  na  Sunny  okiem  bardzo 

nieprzychylnym. 

-Chance, musimy się pożegnać. Nie wolno mi ciebie narażać. 
-Nie ma mowy. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. 

background image

 

125

 

-Chance, dobrze wiesz, że nie mam wyboru. 
-Ale ja mam. Ty nie jesteś dziewczyną na jedną noc, Sunny. 

A  ja  nie  jestem  tchórzem  i  mięczakiem.  Będę  cię  pilnował.  I 
kiedy obejrzysz się za siebie, to zobaczysz tylko mnie. Musisz 
do tego przywyknąć. 

-Och, Chance... 
Oczy Sunny napełniły się łzami.. 
-Ja  naprawdę  nie  mogę  -  szepnęła.  -  Ja...  ja...  kocham  cię, 

Chance, nie mogę pozwolić, żeby coś ci się stało. 

Chance  poczuł,  jak  mu  serce  zakłuło.  Niby  dlaczego. 

Przecież  zaplanował,  że  uwiedzie  tę  dziewczynę  i  ona  go 
pokocha,  a  przynajmniej  będzie  zachwycona  krótkim 
romansem.  Tak,  to  wszystko  było  w  planie.  Więc  dlaczego 
teraz,  słysząc  wyznanie  Sunny,  czuł  radość,  a  jednocześnie 
robiło mu się niedobrze na samą myśl, że dalej będzie musiał ją 
oszukiwać? 

Zanim sobie to uświadomił, już trzymał ją w ramionach. Jego 

usta pragnęły jej ust tak bardzo, jakby nie całował jej od wielu 
miesięcy. A przecież całowali się zaledwie kilka godzin temu. 
Sunny  odpowiedziała  mu  żarliwie  i  słodko,  aż  stając  na 
palcach, żeby jej usta jeszcze mocniej przywarły do jego ust. 

Starł  palcami  z  policzków  łzy,  pochylił  się  i  oparł  swoje 

czoło o czoło Sunny. 

-Zapomniałaś  o  czymś.  Pociągnęła  głośno  nosem,  a  potem 

szepnęła: 

-O  czym. 
-O  tym,  że  byłem  w  rangerach,  jednostce  specjalnej. 

Zabijanie  przychodzi  mi  trochę  łatwiej  niż  przeciętnemu 
facetowi.  A  tobie  potrzebny  jest  właśnie  ktoś,  kto  będzie 
pilnował twoich pleców. Potrafię to robić. Poza tym sądzę, że o 
naszym  awaryjnym  lądowaniu  w  kanionie  na  pewno  zrobi  się 
głośno. Nie zdziwię się, jeśli na lotnisku w Seattle czatować na 
nas  będą  reporterzy  z  prasy,  radia  i  telewizji.  Przecież  o 
naszym  zaginięciu  poinformowano  Federalną  Agencję 
Lotniczą,  a  więc  jednostkę  federalną.  Będą  sprawdzać  nas 
oboje.  I  przy  okazji  ten  ktoś  z  FBI,  kto  pracuje  dla  twojego 

background image

 

126

 

ojca,  może  dokopać  się  do  informacji  o  tobie  i  powiadomi 
twojego  ojca.  A  twój  ojciec  natychmiast  spuści  ze  smyczy 
swoje  psy.  Dowiedzą  się,  że  byłem  z  tobą,  więc  ja  już  i  tak 
mam przechlapane, Sunny. 

-O, Boże... Twarz Sunny była blada jak papier. 
-Chance, co ty mówisz! Telewizja? Nie... 
 Sunny była bardzo podobna do swojej matki. 
Chance widział przecież stare zdjęcie Pameli Vickery Hauer. 

Ktoś,  kto  znał  Pamelę,  na  pewno  zauważy  podobieństwo. 
Sunny doskonale zdawała sobie z tego sprawę, dlatego bała się 
telewizji jak ognia. 

Podniósł  jej  dłoń,  pocałował  smukłe  palce  i  dokończył  z 

uśmiechem: 

-  Nie  martw  się,  skarbie,  jeśli  trzeba,  potrafię  być  niezłym 

sukinsynem.  Ludzie  twojego  ojca  mogą  się  na  mnie  zdrowo 
przejechać. 

Naturalnie, zawsze musi być tak, jak on to sobie postanowi, 

myślała  gorzko  Sunny,  stojąc  późnym  wieczorem  w  strugach 
gorącej wody w hotelowej łazience. Oczywiście wcale się nie 
rozstali,  tylko  razem  pojechali  do  hotelu,  gdzie  Chance 
osobiście  wybrał  apartament  z  dwoma  wyjściami.  A  co  do 
ekipy telewizyjnej - a ściślej, nawet kilku - też oczywiście miał 
rację. Tego dnia w Stanach nie wydarzyło się nic szczególnego 
i  dziennikarze  telewizyjni  jak  wyposzczone  piranie  rzucili  się 
na  tę  interesującą  historię.  Problem  był  tym  większy,  że  nie 
były to tylko telewizje lokalne, lecz także dwa kanały o zasięgu 
ogólnokrajowym. 

Sunny  starała  się  jak  najskuteczniej  unikać  kamer,  odnosiła 

jednak  wrażenie,  że  wszyscy  byli  przede  wszystkim  skupieni 
na  jej  osobie,  i  to  głównie  do  niej  kierowano  pytania.  Miała 
cichą  nadzieję,  że  przynajmniej  dziennikarki  zainteresują  się 
Chancem, ale on miał minę tak posępną i odpychającą, że jakoś 
nikt nie ośmielał się do niego przystąpić. Sunny przed kamerą 
nie  udzieliła  żadnej  wypowiedzi  -  tak,  jak  podszepnął  jej 
Chance.  Dopiero  kiedy  kamery  wyłączono,  przekazała  krótki 

background image

 

127

 

komentarz,  który  dziennikarze  będą  mogli  wykorzystać  w 
swoich programach. 

Było  już  za  późno,  żeby  informacja  o  ich  przygodzie  w 

kanionie  podana  została  w  wiadomościach  wieczornych.  Jeśli 
jednak  w  nocy  nie  zdarzy  się  nic  bardziej  godnego  uwagi,  za 
kilka  godzin  będzie  to  główna  sensacja,  którą  telewizja 
zaserwuje  do  porannej  kawy  kilku  milionom  obywateli  tego 
kraju.  Tym  sposobem  Sunny  Miller  zostanie  przedstawiona 
wszystkim  wszem  i  wobec.  A  to  oznacza,  że  trzeba  będzie 
natychmiast  rzucić  pracę  i  przeprowadzić  się,  z  czym  kłopot 
będzie najmniejszy, bo jej dobytek był prawie zerowy. Trzeba 
będzie też zmienić nazwisko. Jednym słowem, stworzyć sobie 
całkiem  nową  tożsamość.  W  sumie  to  wszystko  nie  będzie 
żadną  wielką  tragedią,  bowiem  z  taką  ewentualnością  liczyła 
się zawsze. 

Prawdziwym  problemem  był  Chance.  Mimo  najszczerszych 

chęci  nie  mogła  się  go  pozbyć.  Próbowała  umknąć  mu  na 
lotnisku. Kiedy odwrócił się plecami, ona, skulona, po cichutku 
wsunęła  się  do  taksówki,  która  jakimś  cudem  właśnie 
podjechała.  Zanim  zdążyła  podać  taksówkarzowi  adres,  pod 
który  miała  doręczyć  przesyłkę,  Chance  otwierał  już  drzwi  z 
drugiej strony. Pojechał, naturalnie, razem z nią, szedł za nią w 
odpowiedniej odległości i nie odstępował jej na krok. 

I  tak  już  zostało.  Teraz  też  była  pewna,  że  kiedy  otworzy 

drzwi łazienki, napotka od razu wzrok Chance'a, rozwalonego 
na łóżku. 

Nie doceniała go. Nie musiała otwierać drzwi, bo on sam je 

otworzył. W chwili, kiedy chciała spłukać szampon z włosów, 
odsunął zasłonkę i nagusieńki wkroczył pod prysznic. 

-Pomyślałem, że nie musimy zużywać tyle wody i umyjemy 

się razem. 

Prychnęła z wielką pogardą i pokazała mu swoje plecy. 
-Nie  udawaj!  Po  prostu  boisz  się,  że  ci  zwieję,  kiedy  ty 

będziesz brał prysznic solo. 

W  dowód  uznania  została  obdarzona  solidnym  klapsem  w 

nagie, mokre pośladki, tudzież pochwałą: 

background image

 

128

 

-Skarbie! Jak ty już mnie dobrze znasz! 
Potem  ona  koniecznie  chciała  stać  pod  strumieniem  wody, 

żeby  spłukać  porządnie  szampon,  ale  on  zaczął  się  wpychać, 
wiec skierowała strumień wody prosto w jego twarz. Omal się 
nie zakrztusił, trudno więc, żeby nie była zachwycona. 

-Dobrze ci tak, ty dzikusie - naśmiewała się bezlitośnie. - Ja 

pierwsza zajęłam sobie prysznic i teraz ja tu rządzę. 

-Ej, mała, nie zaczepiaj... 
Za  karę  chciał  ją  złapać,  ona  naturalnie  wyrywała  się  i 

piszczała,  jak  rozbrykana  dziewczynka.  Udało  jej  się  znów 
puścić  strumień  wody  na  jego  twarz,  wyskoczyła  spod 
prysznica, chwyciła ręcznik i rzuciła się ku drzwiom. Niestety, 
on już te drzwi zamykał jej przed nosem. 

-Ejże!  -  krzyknęła.  -  Skończyłeś?  A  zakręcić  wodę  to  nie 

łaska? 

-Ktoś inny rządzi tym prysznicem - przypomniał, zdzierając z 

niej ręcznik. - Zapomniałaś?  

-Chance, zalejemy łazienkę. 
-Już i tak jest cała zachlapana. Gorzej być nie może. 
-Zalejemy łazienkę piętro niżej i będzie awantura! 
-Dobra. 
Chwycił ją za ramiona i odwrócił twarzą do prysznica. 
-Zakręcaj. 
Zakręciła. Bo ona naprawdę nie lubiła marnować wody. 
-No, już po wszystkim. 
-Wcale  nie  -  zaprotestował,  odwracając  ją  twarzą  ku  sobie. 

Jego  usta  były  tuż  przy  jej  ustach,  głos  miał  bardzo  cichy.  - 
Mówiłem ci już dziś, skarbie, że działasz mi na zmysły. 

-Nie, dziś jeszcze tego nie mówiłeś. 
-Mówiłem. 
-A kiedyś 
-W nocy. Kilka razy. 
Kropelki wody tak cudownie skapywały z jego gęstych rzęs... 
-Ach,  takie  tam  gadanie  -  powiedziała  lekceważąco.  - 

Mężczyźni w takich momentach mówią różne rzeczy. 

-W jakich momentach? 

background image

 

129

 

-No... ekstremalnych... 
Spojrzał  w  dół,  na  jej  piersi.  Uśmiech  znikł  z  jego  twarzy, 

ciemna  głowa  pochyliła  się,  a  usta  i  dłonie  zaczęły  słodko 
dręczyć.... 

-Działasz  na  mnie  -  mruczał.  -  Masz  cudowne  ciało,  jak 

krem, a najpiękniejszy jest twój tyłeczek. 

 Odwrócił  ją,  aby  móc  podręczyć  tę  właśnie  część  ciała. 

Sunny  drżała  jak  w  febrze.  Tuż  przed  sobą  miała  lustro, 
wielkie,  zajmujące  całą  ścianę.  Nie  poznawała  siebie.  To  ona 
Sunny?- Ta kobieta, naga, roznamiętniona, z mokrych włosów 
kapie woda, oczy półprzytomne, usta rozchylone... 

Jęknęła. 
Ciemna  dłoń  mężczyzny  na  jej  brzuchu  i  cichy  szept, 

zapowiedź największej rozkoszy: 

- Już, skarbie, już... 
  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

130

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 
 
Minęło  dziesięć dni  i  sytuacja nie uległa zmianie, to  znaczy 

Sunny nadal  nie udawało się pozbyć Chance'a.  I w końcu już 
nie wiedziała, czy to ona stała się nagle tak niesprawna, czy też 
wszyscy  rangerzy,  nawet  ci,  którzy  zakończyli  już  służbę,  są 
tak dobrzy, że nie można się ich pozbyć. 

Z  Seattle  wyjechali  zaraz  następnego  dnia.  Sunny  bała  się 

wracać  do  siebie,  bo  niestety  stało  się  to,  czego  się  obawiała. 
Poranne dzienniki w telewizji skupiły się przede wszystkim na 
romantycznej  historii  z  życia  wziętej,  którą  przeżyli  ona  i 
Chance. Wymieniono, co prawda, jego nazwisko, ale twarzy, z 
jakichś  niezrozumiałych  powodów,  ani  razu  wyraźnie  nie 
pokazano.  Kamera  co  najwyżej  złapała  tył  jego  głowy  albo 
jedną czwartą profilu. A twarz Sunny zajmowała cały ekran. 

Dlatego  najlepiej  było  po  prostu  zniknąć.  Zgasili  telewizor, 

zwolnili pokój i taksówką pojechali na lotnisko. A kiedy słońce 
ozłociło  szczyty  pięknych  Gór  Kaskadowych,  oni  byli  już  w 
powietrzu.  Chance  nie  zgłosił  lotu,  nikt  więc  nie  wiedział, 
dokąd lecą. Wylądowali w Boise, w stanie Idaho, tu też zrobili 
drobne  zakupy,  przede  wszystkim  uzupełniając  nieco  swoją 
garderobę. 

Z  automatu  w  Boise  zadzwoniła  do  firmy,  oznajmiła,  że 

rezygnuje  z  pracy,  a  ponieważ  należały  jej  się  jeszcze  jakieś 
tam  pieniądze,  poprosiła,  żeby  czek  na  jej  nazwisko  złożyć 
jako  depozyt  w  takim  a  takim  banku.  Potem  sama  się 
zastanawiała,  czy  aby  nie  przesadza  z  tą  ostrożnością. 
Prawdopodobieństwo,  że  ktoś  ją  w  telewizji  rozpoznał,  było 
naprawdę  niewielkie.  Matka  nie  żyła  od  ponad  dziesięciu  lat, 
na  całym  świecie  zapewne  tylko  mała  garstka  ludzi  byłaby  w 
stanie  zauważyć  podobieństwo.  A  poza  tym  twarz  Sunny  w 
zbliżeniu  pokazano tylko raz, w jednym porannym dzienniku, 
więc czy naprawdę jest sens tak panikować? 

Z  drugiej  jednak  strony  matka  uczyła,  że  niczego,  nawet 

najmniejszego  prawdopodobieństwa,  nie  wolno  lekceważyć.  I 

background image

 

131

 

być  może  dzięki  temu,  że  słuchała  się  matki  -  żyje.  A  teraz, 
niestety, kwestia prawdopodobieństwa dotyczyła ciąży. 

Tylko  dwa  razy  postąpili  nierozsądnie,  raz  na  tym  kocu  w 

kanionie  i  drugi  raz  w  hotelowej  łazience.  No  i  proszę... 
menstruacja  opóźnia  się  już  drugi  dzień,  a  Sunny  zwykle 
miesiączkowała  bardzo  regularnie.  Nie  wspomniała  o  tym 
Chance'owi,  w  końcu  dwa  dni  to  jeszcze  nic  pewnego,  a  jej 
takie  opóźnienie  już  kilka  razy  się  przytrafiło  z  powodu 
przeżywania nadmiernego  stresu. Teraz też był istotny powód. 
Awaria samolotu w powietrzu jest dla kobiety wystarczającym 
szokiem, żeby rozregulować nieco jej gospodarkę hormonalną. 

No  i  po  co  się  oszukiwać...  Przecież  wiadomo,  że  jest  w 

ciąży.  Mimo  że  jedyną  oznaką,  jak  na  razie,  było  to 
dwudniowe  opóźnienie,  Sunny  instynktownie  czuła,  że  jej 
organizm  nosi  już  w  sobie  mikroskopijny  embrion.  I  jakie  to 
wszystko  byłoby  łatwe  i  proste,  gdyby  Chance  mógł  i  teraz 
wziąć sprawy w swoje ręce. Bo dla niej to było  już po prostu 
dużo  za  dużo,  ona  w  ogóle  chyba  przestała  być  zaradna  i 
efektywna. 

Z Margretą rozmawiała dwa razy. Zawiadomiła ją, że schodzi 

do  podziemia,  zmienia  nazwisko,  numer  komórki  też  będzie 
inny.  Ale,  jak  na  razie,  stary  jest  jeszcze  aktualny.  Próbowała 
powiedzieć Margrecie krótko, co się w ogóle dzieje, ale siostra, 
jak  zwykle,  chciała  rozmowę  skończyć  jak  najprędzej.  Sunny 
nie miała do niej  żalu.  Rozumiała, że dla Margrety  wszystko, 
co łączy się z ojcem, jest sprawą niezmiernie trudną. 

Teraz  zresztą  najważniejszy  był  Chance,  który  wniósł  do 

życia  Sunny  prawdziwy  promień  słońca.  Jej  świat  w 
przeszłości,  czyli  zanim  spotkała  Chance  był  smutny  i 
bezbarwny,  a  teraz  był  w  technikolorze,  i  to  najostrzejszym. 
Teraz  Sunny  co  noc  zasypiała  w  ramionach  Chance'a, 
wszystkie  posiłki  jadała  w  jego  towarzystwie,  gadali  ze  sobą 
godzinami,  żartowali,  kłócili  się  i  godzili.  I  z  każdym  dniem 
Sunny czuła, że kocha go coraz bardziej. Czasami wszystko to 
razem  wydawało  jej  się  mało  prawdopodobne.  I  wtedy,  w 
takich  chwilach  zdumienia,  zdarzało  jej  się  siebie  samą 

background image

 

132

 

uszczypnąć, żeby z ulgą stwierdzić, że to wszystko prawda, że 
to rzeczywistość, że ona wcale nie śni. 

Ona i Chance przemieszczali się bez celu, z jednego lotniska 

na odludziu na drugie. Taki stan rzeczy nie mógł jednak trwać 
wiecznie,  po  prostu  był  zbyt  kosztowny.  Chance  nie  zarabiał 
ani centa, teraz przecież woził tylko Sunny, a ona nie miała co 
myśleć  o  nowej  pracy  dopóki  nie  załatwi  sobie  nowego  
nazwiska. 

I  marzyła,  marzyła,  żeby  stał  się  cud,  żeby  nikt  jej  nie 

rozpoznał.  Wtedy  będzie  mogła  spokojnie  urodzić  dziecko, 
zdrowe  i  śliczne,  Chance  oszaleje  z  radości  i  będzie  się  nimi 
opiekował. Tak jak to było teraz. 

Nigdy  nie  powiedział,  że  ją  kocha,  ale  ona  czuła,  że  tak 

właśnie  jest.  Ta  miłość  była  w  jego  głosie,  ruchach,  w  jego 
złocistobrązowych oczach. Kiedy jej dotykał, kiedy kochał się 
z nią. 

I wszystko będzie dobrze, bo musi być dobrze. Teraz stawka 

jest niezmiernie wysoka. 

Kiedy  Chance  lądował  w  Des  Moines,  Sunny  spała,  nawet 

nie  drgnęła.  Był  zadowolony,  że  śpi.  Niech  wypocznie. 
Przecież wiedział, co dalej ma się wydarzyć. 

Plan  przebiegał  cudownie.  Twarz  Sunny  pokazana  została 

praktycznie  na  całym  świecie.  Przynęta  chwyciła  od  razu.  Za 
Sunny  i  Chancem  szły  już  dwa  psy,  ludzie  Chance'a  nie  
spuszczali z nich oka. 

A  Chance  z  rozmysłem  wcale  nie  ułatwiał  psom  życia, 

inaczej  wszystko  wydawałoby  się  zbyt  oczywiste.  Zawsze 
zostawiał za sobą jakiś ślad, bardzo nikły. Jeśli psy są dobre, to 
zwęszą. A psy Hauera były naprawdę dobre, po tygodniu miały 
zaledwie dzień opóźnienia. 

Ale same psy to za mało. 
Wiadomość,  na  którą  czekał,  nadeszła  wczoraj.  Z  Europy. 

Hauer  zniknął  i  rozeszła  się  pogłoska,  że  jest  w  Stanach  i 
planuje coś większego. 

background image

 

133

 

Jak udało  mu  się niepostrzeżenie wślizgnąć do  Stanów?- O, 

to  dla  Chance'a  nie  było  żadną  zagadką.  Gwarantowane,  że 
Hauserowi pomagał ten jego człowiek z FBI. 

Hauer  jest  za  sprytny,  żeby  otwarcie  dołączyć  do  swoich 

ludzi.  Na  pewno  jest  jednak  gdzieś  w  pobliżu,  nie  odmówi 
sobie przyjemności i osobiście będzie chciał przesłuchać swoją 
córkę.  Tak,  na  pewno  gdzieś  krąży,  rzecz  w  tym,  żeby  ta 
kreatura wylazła w końcu na światło dzienne. Żeby można było 
w końcu ją dopaść. 

Może  być  gorąco.  Chance  mógł  mieć  tylko  nadzieję,  że  nie 

zastrzelą go od razu, już na samym  początku.  Chyba tego nie 
zrobią, są zbyt przebiegli i zdają sobie sprawę, że Chance może 
im się przydać jako dodatkowe narzędzie nacisku na Sunny. 

A  jego  przygoda  z  Sunny  Miller,  tak  czy  inaczej,  dziś 

wieczorem  dobiegnie  końca.  Jeśli  wszystko  pójdzie  dobrze  i 
oboje  przeżyją,  Sunny,  nareszcie  wolna,  będzie  mogła  żyć 
normalnie,  wśród  ludzi.  I  pozostaje  nadzieja,  że  nie 
znienawidzi  Chance,  kiedy  dowie  się,  że  ta  przygoda  miała 
jeden tylko cel Schwytać Crispina Hauera. 

Bo... Kto wie?- Może on jeszcze kiedyś spotka Sunny Miller? 
Wjechał  Cessną  na  oznakowane  stanowisko  i  delikatnie 

potrząsnął Sunny za ramię. Otworzyła oczy, spojrzała na niego, 
a  on  poczuł  ukłucie  w  sercu.  Bo  w  tych  oczach  było  tyle 
ufności  i  miłości.  Wyprostowała  się  w  fotelu,  przeciągnęła 
słodko i rozejrzała dookoła zaspanymi oczami. 

-Gdzie jesteśmy?-  zapytała, ziewając. 
-W Des Moines. Mówiłem ci, że będziemy tu lądować. 
-A...  tak,  tak,  mówiłeś  -  potwierdziła  i  znów  ziewnęła 

szeroko.  -  Chyba  się  jeszcze  nie  obudziłam.  Ale  sobie 
pospałam!  Zwykle  nie  sypiam  w  dzień,  ale  tej  nocy  miałam 
kłopot z zaśnięciem, sama nie wiem dlaczego... 

Spojrzała na niego pytająco, zatrzepotała ślicznie rzęsami. 
-Ja  też  nie  mam  pojęcia  -  oświadczył  Chance,  mrugając  do 

niej wesoło i wyskoczył z samolotu. 

Sunny wstała z fotela, Chance wyciągnął obie ręce, chwycił 

Sunny i postawił ją na ziemi. 

background image

 

134

 

-Piękny  dziś  dzień,  prawda?  zauważył,  spoglądając  na 

błękitne, bezchmurne niebo. - Masz ochotę na piknik? 

-Co? 
-Piknik.  Rozumiesz,  obrus  w  kratkę,  smażone  kurczaki  i  tak 

dalej.  

-Świetnie!  A  gdzie  dokładnie  zrobimy  sobie  ten  piknik?  Na 

trawce za pasem startowym? 

-Nie,  trochę  dalej.  Wynajmiemy  samochód  i  zrobimy  sobie 

wycieczkę. 

Jej oczy rozbłysły, kiedy zdała sobie sprawę, że on mówi to 

serio. 

-Cudownie!  Chance,  a  ile  mamy  czasu  ?  Kiedy  stąd 

odlatujemy? 

-Zatrzymamy  się  tu  kilka  dni.  Iowa  to  miłe  miejsce,  a  moje 

siedzenie trochę odpocznie od fotela w samolocie. 

Szybko  załatwił  sprawy  w  biurze  lotniska,  potem  przy 

stanowisku,  gdzie  wypożyczano  samochody  i  już  po  chwili 
podjeżdżał dużym zielonym fordem explorerem. 

-Prawdziwa ciężarówka  -  stwierdziła Sunny z niesmakiem.  - 

Wolałabym  coś  bardziej  szykownego.  Jakiś  mały  sportowy 
wóz, koniecznie czerwoniutki. 

-Moje  nogi,  niestety,  nie  mieszczą  się  w  czerwoniutkich 

sportowych wozach. 

W  wypożyczalni  samochodów  sprezentowano  Chance'owi 

mapę okolicy. Doskonale wiedział, dokąd jechać i  jak jechać, 
mimo  to  szczegółowo  przedyskutował  trasę  z  urzędniczką. 
Niech  panienka  zapamięta  to  dokładnie,  kiedy  dwóch  miłych 
panów  zacznie  ją  podpytywać.  Chance  był  tu  wcześniej, 
przygotowując plan. Zapoznał się dokładnie z okolicą i wybrał 
odpowiednie  miejsce.  Z  dala  od  jakichkolwiek  zabudowań, 
żeby  nie  narażać  przypadkowych  ludzi  i  nie  narobić  nikomu 
żadnych szkód. 

  
Ludzie  Hauera  pilnowani  są  bez  przerwy.  A  na  miejscu, 

gdzie odbędzie się ich mały piknik, czatują już ludzie Chance. 
I, co najważniejsze, gdzieś w pobliżu będzie Zane. Od dawna 

background image

 

135

 

nie  brał  udziału  w  akcjach  w  terenie,  tym  razem  jednak 
osobiście chciał ubezpieczać brata. A kiedy ubezpieczał Zane, 
Chance  czuł  się  pewniej,  niż  gdyby  go  chroniła  cała  armia 
Stanów Zjednoczonych. 

Po  drodze  wpadli  na  chwilę  do  supermarketu,  żeby 

zaopatrzyć  się  w  wiktuały.  Były  tam  nawet  specjalne  grube 
obrusy  na  piknik,  naturalnie  w  czerwoną  kratkę.  Kupili,  jak 
należy,  smażone  kurczaki,  sałatkę  ziemniaczaną  i  sałatkę  z 
kapusty,  paszteciki,  troszkę  zieleniny  i  na  deser  szarlotkę. 
Chance  kupił  jeszcze  malutką,  podręczną  lodówkę,  do  której 
zapakowali  puszki  z  napojami.  Po  godzinie  udało  mu  się 
wyciągnąć Sunny z supermarketu na świeże powietrze, a jego 
portfel był lżejszy o ponad siedemdziesiąt dolców. 

-Sunny, przecież mamy szarlotkę! Po co jeszcze jabłka? 
-Będę nimi w ciebie rzucać - stwierdziła radośnie. - Albo nie, 

będę ci kładła po jednym na głowie i próbowała zestrzelić. 

-No  to  uważaj,  bo  jak  zobaczę  jabłko  w  twoim  ręku,  strzelę 

pierwszy.  I jeszcze jedno mi wyjaśnij. Te buraczki.  Czy takie 
świństwo w ogóle ktoś bierze do ust? 

-Jasne.  Gdyby  ludzie  nie  jedli  buraczków,  nie  stałyby  na 

półce. 

-A ty jadłaś już je kiedyś? 
-Raz. Były obrzydliwe. 
-To po co je kupiłaś? 
-Chcę spróbować, czy będą równie niejadalne, jak tamte. 
Właściwie  to  miał  czas  przyzwyczaić  się  do  różnych 

pomysłów  Sunny.  Ale  ona  zadziwiała  go  nadal.  Mrucząc 
gniewnie  pod  nosem,  ładował  wszystko  do  samochodu. 
Najostrożniej, naturalnie, szklany słoik z buraczkami. 

Boże wielki, jak mu będzie brakować tej dziewczyny! 
W  samochodzie  Sunny  opuściła  szybę.  Wiatr  rozwiewał 

jasne włosy, twarz rozpromieniona. Zachwycała się wszystkim, 
nawet stacje obsługi samochodów były bardzo interesujące, nie 
wspominając  o  pewnej  leciwej  damie  z  równie  leciwym 
pieskiem rasy chihuahua. Egzotyczny piesek był tak gruby, że 

background image

 

136

 

szorował  niemal  brzuszkiem  po  chodniku.  I  z  tego  biednego 
zwierzaka Sunny śmiała się bezlitośnie przez dobre pięć minut. 

A śmiała się tak radośnie... Jeśliby to również miało wprawić 

ją  w  taki  zachwyt,  to,  pal  sześć,  zaryzykuje  i  spróbuje  tych 
wstrętnych  buraczków.  Ale  potem  koniecznie  czymś  jeszcze 
przegryzie.  Bo  jeśli  go  zastrzelą,  to  nie  chce  umierać  ze 
smakiem buraków w ustach. 

Był  koniec  sierpnia,  wczesne  popołudnie  i  słońce  paliło 

niemiłosiernie.  Chance  zjechał  z  drogi  na  szeroką  równinę 
porośniętą drzewami i zatrzymał samochód. 

-Pójdziemy sobie... o tam, pod tamte drzewa - zadecydował, 

wskazując  na  równy  szereg  drzew  w  odległości  około  stu 
metrów. - Widzisz, jak równo rosną?- Kto wie, czy za nimi nie 
płynie jakiś strumień. 

Sunny niepewnym okiem spoglądała dookoła. 
-Chance?  A  jeśli  to  teren  prywatny?  Może  lepiej  najpierw 

kogoś się spytać. Potem będziemy mieli nieprzyjemności... 

-A kogo chcesz pytać'? Widzisz tu jakieś domy? 
-Nie. 
-No więc! Idziemy! 
-Ale jeśli będzie awantura, to przez ciebie. 
Chance  wziął  lodówkę  i  poza  tym  prawie  wszystko,  bo 

Sunny oprócz plecaka niosła tylko obrus i słoik z buraczkami. 

-Będę to sama nieść. Jeszcze upuścisz. 
-Mogłabyś łaskawie coś jeszcze wziąć. To naprawdę nie jest 

lekkie. 

Sunny  zajrzała  do  wielkiej  torby  z  wiktuałami  i  roześmiała 

się serdecznie. Na samym wierzchu leżała szarlotka. 

-Nie muszę! Ciasta na pewno nie upuścisz. 
I  znów  się  śmiała,  i  to  miał  być  ostatni  dzień, kiedy  słyszał 

ten śmiech... 

-Zobacz!  Zobacz!  -  wołała,  zachwycona,  gdy  doszli  już  do 

drzew. - Miałeś rację, jesteśmy nad wodą! 

Wybrali miejsce. Sunny ostrożnie, niemal z namaszczeniem, 

postawiła  słoik  z  buraczkami  na  trawie  i  jednym  zręcznym 
ruchem,  znanym  chyba  wszystkim  kobietom  na  świecie, 

background image

 

137

 

rozłożyła  obrus.  Czerwona  kratka  miękko  osiadła  na  gęstej, 
wysokiej trawie. Wiał lekki wiatr, dlatego Sunny zdecydowała 
się nieco ubezpieczyć obrus, przyciskając jeden róg plecakiem, 
a drugi słoikiem z buraczkami. 

Chance postawił lodówkę i torbę z jedzeniem, i sam rzucił się 

na trawę. 

-Jestem wykończony! - poskarżył się- Nie wiem, czy potrafię 

cię dziś zabawić! 

-Ty? - Sunny roześmiała się w głos. Przysiadła obok niego i 

czule  pogłaskała  po  głowie.  -  Nie  oszukuj,  do  zabawy  to  ty 
zawsze  jesteś  chętny.  Najpierw  powiesz,  że,  ojej,  coś  wpadło 
mi  do  oka,  będę  musiała  zajrzeć,  tak  bliziutko,  no  to  mnie 
pocałujesz.  A  potem  plecy  cię  zaswędzą,  zdejmiesz 
podkoszulek, ktoś będzie musiał podrapać. Podrapię, a ty przez 
ten  czas  zedrzesz  ze  mnie  bluzkę.  I  skończy  się  na  tym,  że 
trzeba będzie wracać, a my nie zdążymy niczego skosztować. 

-Hm. Nieźle to sobie wykombinowałaś. Akceptuję twój plan 

całkowicie. 

Już  wyciągał  po  nią  obie  ręce,  ale  Sunny  umknęła  mu, 

usiadła  w  bezpiecznej  odległości  i  chwyciła  za  słoik  z 
buraczkami. Podała mu z niemą prośbą w oczach. 

-O, nie - jęknął. - Nie zmusisz mnie! 
-Chcę tylko, żebyś pomógł otworzyć. 
Odebrał z jej rąk słoik, poluzował wieczko i wręczył jej słoik 

z  powrotem.  Sunny  nieopatrznie  chwyciła  za  wieczko,  słoik 
zaczął lecieć w dół. Chance wyciągnął błyskawicznie rękę. No, 
nie! 

Skończy  się  na  tym,  że  będą  siedzieć  w  marynowanych 

buraczkach. 

I  dokładnie  w  tym  momencie,  kiedy,  nachylony  lekko,  miał 

za ten słoik złapać - padł strzał. Jeden, ogłuszający. 

 
 
 
 
 

background image

 

138

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 
 
Słyszała zachrypnięty głos Chance'a: 
-Nie ruszaj się! 
Jakże  mogła  się  poruszyć,  skoro  do  ziemi  przygniatało  ją 

ponad sto kilo. Kiedy rozległ się ten przerażający huk, Chance 
wykonał  półobrót,  tak  błyskawiczny,  że  właściwie 
niezauważalny, padł na nią i przeturlali się kilka metrów dalej, 
pod osłonę drzewa. 

Teraz  leżała  pod  Chancem,  sparaliżowana  strachem.  Krew 

przestała  krążyć  w  żyłach,  pracowało  tylko  serce,  biło  jak 
oszalałe.  Bo  spełniło  się.  Koszmar  najgorszy  z  najgorszych, 
prześladujący ją przez całe życie. Jej ojciec ją odnalazł. 

Odnalazł,  ale  ta  kula  była  przeznaczona  dla  Chance'a,  to 

jasne,  był  przecież  dla  nich  zawadą.  Gdyby  Chance  się  nie 
pochylił, kula roztrzaskałaby mu czaszkę. 

-Sukinsyn - mruknął Chance. - To snajper. 
Znów huk. Teraz ziemią zatrzęsło tuż koło jej głowy. Grudki 

ziemi  poleciały  jej  w  twarz,  małe  kamyczki  bzyknęły  jak 
pszczoły.  Na  ułamek  sekundy  Chance  jakby  oderwał  się  od 
niej,  poczuła  potężne  pchnięcie,  potem  znów  padł  na  nią,  i 
znów toczyli się... wyraźnie w dół. 

Stoczyli  się  do  płytkiego  strumienia.  Czuła,  jak  Chance 

zsuwa  się  z  niej,  potem  zobaczyła  jego  wyciągniętą  rękę  z 
pistoletem.  Ostrożnie  przesunął  się  po  dnie  strumienia  i 
znieruchomiał  tuż  przed  brzegiem.  Sunny  podczołgała  się 
powolutku, opadła na ziemię przy jego boku i zamknęła oczy. 
Boże, Boże wielki, czy istnieje jakiś sposób, aby opanować tak 
wielki strach? 

Dygotała  jak  w  febrze.  Już  nieraz  stawała  oko  w  oko  z 

wielkim niebezpieczeństwem i jakoś umiała sobie poradzić ze 
swoimi nerwami. Ale po raz pierwszy dane jej było zobaczyć, 
że mężczyzna, którego kocha, omal nie stracił życia. 

Zapadła  cisza.  Było  cicho,  cichusieńko,  jakby  robaki  w 

trawie  zamarły,  ptaki  przestały  śpiewać,  nawet  wiatr  ucichł. 
Cała natura oniemiała od huku wystrzałów. 

background image

 

139

 

Ktoś  strzelał  od  strony  drogi.  Kiedy  siedzieli  na  trawie,  nie 

słyszeli, żeby ktoś tu podjeżdżał. Ten ktoś już tu był, i czekał. 
Ale przecież ten piknik to był nagły pomysł... i miejsce wybrali 
przypadkowo.  Więc  może  ten,  kto  strzela,  wcale  nie  został 
nasłany  przez  Crispina  Hauera.  Może  to  właściciel  tych 
gruntów,  jakiś  wariat,  który  chce  przegonić  nieproszonych 
gości. 

Chance nie strzelał, wiedział przecież, że to bez sensu. Jego 

ciemne  oczy  badały  każdy  szczegół  terenu,  szukając 
czegokolwiek,  co  zdradziłoby  pozycję  napastnika.  Jakiś  ruch, 
kawałek  ubrania,  błysk  lufy.  Ale  na  próżno,  choć  promienie 
zachodzącego słońca tak starannie oświetlały ziemię, ukazując 
każdy szczegół. 

Głowa  Sunny  pracowała  gorączkowo.  Noc...  Będzie  lepiej, 

kiedy  nadejdzie  noc.  O  ile  oni  do  tego  czasu  wytrzymają. 
Kiedy  zacznie  zapadać  zmroki  Za  godzinę?  Dwie?  Mogliby 
wtedy  stąd  uciec,  czołgając  się  po  dnie  strumienia.  O  ile  w 
ogóle  dożyją  do  zmierzchu.  Ten,  kto  strzelał,  ma  nad  nimi 
przewagę. Kryje się wśród drzew, a ich jedyną osłoną są niskie 
brzegi strumienia. 

Znów poczuła, że zaczyna dygotać, zęby  dzwoniły o siebie, 

choć starała się jak najmocniej zaciskać szczęki. 

-Sunny? Jak tam? - mruknął Chance. 
-Bo... boję się. 
-Ja też. 
 Nie, on się nie boi. On wygląda, jakby był w zimnej furii. 
Nagle wyciągnął rękę i szybciutko pogłaskał ją po ramieniu. 
-Dzięki za te buraczki! 
Omal  się  nie  rozpłakała.  Buraczki...  Jej  naprawdę  tak 

strasznie  zachciało  się  tych  buraczków,  mogłaby  pożreć  cały 
słoik. Chyba z powodu tej ciąży. Chance powinien dziękować 
nie za buraczki, a za to, że Sunny nosi jego dziecko. 

Szkoda,  że  mu  o  tym  nie  powiedziała.  Trzeba  było 

powiedzieć od razu, kiedy okres zaczął się spóźniać. A teraz... 
Jakże mu mówić o tym teraz... O, Boże wielki i wszechmocny! 

background image

 

140

 

Jeśli  pozwolisz  nam  przeżyć,  ani  sekundy  dłużej  nie  będę 
trzymać tego w tajemnicy. 

–Chance,  to  nie  mogą  być  ludzie  Hauera!  -  zaszeptała 

gorączkowo.  -  Jakim  cudem  mogli  się  dowiedzieć,  że  my 
akurat dziś wpadniemy na pomysł, żeby zrobić sobie tu piknik! 
To na pewno jakiś farmer, idiota, który lubi sobie postrzelać do 

ludzi! 
-Żaden farmer, Sunny, to strzela snajper, profesjonalista. 
Serce Sunny prawie przestało bić. Snajper. A Chance wie to 

najlepiej, przecież on sam uczył się strzelać tak celnie. 

Przycisnęła twarz do mokrej trawy, modląc się w duchu, aby 

zdołała  wykrzesać  z  siebie  choć  odrobinę  odwagi.  Jej  matka 
oddała  swoje  życie  za  życie  córek.  Czy  ona  potrafi  być  tak 
samo  odważna? Czy potrafi też...  oddać za kogoś życie?  Jeśli 
to  jedyny  sposób,  żeby  ocalić  Chance'a,  to  może  warto 
umrzeć? 

Wtedy  dziecko  umrze  razem  z  nią.  Boże,  nie  każ  mi 

wybierać! Dziecko albo ojciec dziecka. Nie, kobieta nie jest w 
stanie dokonać takiego wyboru. 

Chance  musi  żyć.  Chance...  Czy  to  możliwe,  żeby  znali  się 

zaledwie  dwa  tygodnie?  Zdążył  dać  jej  tyle  szczęścia  i 
miłości... Bogatej, przebogatej, najpiękniejszej miłości. Dał jej 
też  nowe  życie,  choć  to  jeszcze  tylko  kłębuszek  komórek, 
dziecko  nie  ma  jeszcze  ani  rączek,  ani  nóżek,  nic,  co 
przypominałoby człowieka, ale ona już kochała tę maciupeńką 
kuleczkę,  już  ją  powitała  na  tym  świecie,  z  wielką,  wielką  
radością... 

Dziecko albo ojciec dziecka... Ojciec dziecka albo dziecko... 
-Daj mi swój pistolet. To były jej słowa. Ale głos - nie jej. 
-Co?  Oszalałaś? 
-Daj mi swój pistolet. Oni nie wiedzą, że mamy broń. Ty nie 

strzelałeś. Schowam  pistolet za paskiem i  pójdę. Do mnie nie 
będą  strzelać,  bo  on  chce  mieć  mnie  żywą.  I  kiedy  Hauer  do 
mnie się zbliży, to ja szybko wyciągnę pistolet i... 

-Nie! 

background image

 

141

 

Złapał  ją  za  podkoszulek  i  przyciągnął,  prawie  wcisnął  w 

siebie. 

-Rusz się tylko, a przyłożę, zrozumiano? 
Puścił ją, z powrotem opadła w płytką wodę. 
Wiedziała,  że  się  nie  ruszy.  Przecież  jemu  nie  da  rady  się 

wymknąć. 

-Chance, ale my musimy coś zrobić. 
-Już  robimy  -  warknął.  -  Czekamy.  Prędzej  czy  później  ten 

sukinsyn się pokaże. 

Czekać.  Ona  też  pomyślała  o  tym.  Czekać,  aż  zapadnie 

ciemność. Ale Hauer na pewno ma ze sobą wielu ludzi. Snajper 
ma tylko przykuć uwagę Sunny i Chance'a. A reszta podejdzie 
od tyłu... 

-Chance?  A  nie  możemy  stąd  uciech  Już  teraz.  Czołgać  się 

cicho tym strumieniem... 

 -Nie, strumień jest bardzo płytki, na pewno nas zauważą. 
-Myślisz, że ich jest więcej? 
-Na pewno. Co najmniej czterech, o ile nie pięciu. Tak, chyba 

pięciu. 

Jego  głos  zabrzmiał  dziwnie  entuzjastycznie.  Sunny 

potrząsnęła  głową,  nie  pojmując  tego  zupełnie.  Pięciu!  Pięciu 
na ich dwoje. 

-Chance!  Nie  mamy  żadnych  szans!  I  to  ciebie  tak 

uszczęśliwia? 

-A  tak,  skarbie.  I  głowa  do  góry!  Czas  pracuje  na  naszą 

korzyść. 

Nic  więcej  nie  mógł  jej  powiedzieć,  zresztą  teraz  nie  była 

pora  na  żadne  wyjaśnienia.  Oboje  byli  podminowani,  trudno 
zresztą,  żeby  było  inaczej.  A  on  nie  mógł  się  rozpraszać, 
musiał być czujny maksymalnie. Jego bystre oczy zdążyły już 
wyśledzić  coś,  co  spowodowało,  że  podminowany  jest 
cholernie. Bo coś tu nie gra, i to nie gra porządnie. Tych drani 
jest pięciu, na pewno. I cała ta piątka poluje na nich. 

Ale dlaczego, do cholery, oprócz tej piątki, nikogo więcej tu 

nie ma? 

background image

 

142

 

Po  prostu  ktoś  zdradził.  Ktoś?  Była  tylko  jedna  możliwość. 

Któryś z jego ludzi. Podał Hauerowi dokładnie miejsce, gdzie 
miał  odbyć  się  piknik,  mogli  więc  trafić  tu  na  ślepo.  I  teraz 
zamierzają złapać Sunny i Chance'a w kleszcze. 

Ma tylko jeden pistolet, u boku umierającą ze strachu Sunny. 

W  tej  sytuacji  będzie w stanie odpierać atak tylko z dwóch 
stron.  Oni  oczywiście  zaatakują  i  z  tej  trzeciej  strony. 
Wykończą  go.  Sunny  najprawdopodobniej  też  nie  ujdzie  z 
życiem. W ogniu walki kule fruwają jak rozjuszone szerszenie. 
We wszystkie strony, nie oszczędzając nikogo. 

A  jego  ludzi  tu  nie  ma,  to  jasne,  dlatego  po  strzale  snajpera 

zapadła  cisza.  Nikt  nie  strzelał.  Jego  ludzi  po  prostu  wysłano 
gdzie indziej... Czyli ten, co zdradził, to nie jakaś płotka, może 
nawet  i  któryś  z  dowódców,  skoro  był  w  stanie  zmienić 
rozkazy. 

I ten drań na pewno jest tutaj. Zabić Chance'a Mackenziego, 

to  gratka  nie  lada.  A  poza  tym  woli  być  na  miejscu,  żeby 
dopilnować  wszystkiego.  On  plus  dwa  psy  Hauera,  czyli 
trzech, i sam Hauer, czyli czterech. Hauer nie mógłby poruszać 
się  swobodnie  po  Stanach,  gdyby  nie  jego  przyjaciel  z  FBI.  I 
jeśli  Chance  ma  szczęście,  to  ta  wtyka  jest  teraz  tutaj.  Czyli 
pięciu. 

Oni  jednak  nie  wiedzą,  że  Chance  ma  jeden  wielki  atut  w 

ręku.  Zane'a.  Bo  Zane  tu  jest.  Nikt  o  tym  nie  wie,  absolutnie 
nikt,  uzgodnili  to  tylko  między  sobą.  A  Zane,  najlepszy  z 
najlepszych, jest znakomitym strategiem, zawsze ma jakiś plan 
alternatywny. Zane na pewno wie już, co się stało i przystąpił 
do  działania.  Zbiera  ludzi  Chance'a,  wysłanych  stąd  na 
niewłaściwe pozycje. 

Jeśli  odesłano  ich  bardzo  daleko,  Zane'owi  nie  uda  się  ich 

zebrać. 

Wtedy  można  liczyć  tylko  na  Zane'a.  Zane,  wysławszy 

odpowiednie informacje, wróci tu i będzie czaić się jak duch za 
każdym z tych drani. 

Trzeba  czekać,  teraz  każda  minuta  naprawdę  pracuje  na  ich 

korzyść.  Ale  on  tego  wszystkiego  nie  mógł  wyjaśnić  Sunny. 

background image

 

143

 

Teraz nie, chociaż bardzo pragnął uspokoić to blade, drżące ze 
strachu  stworzenie  o  rozbieganych  oczach,  jak  u  zaszczutego 
zwierzątka. 

Czuł  gorycz  w  ustach.  Ona  drży  ze  strachu  przed  tym 

potworem,  który  prześladuje  ją  przez  całe  życie,  a  mimo  to 
gotowa była wyjść i złożyć swoje życie w ofierze. Ileż to razy 
w  ciągu  tych  dwóch  tygodni  Sunny  Miller,  niższa  od  niego  o 
głowę,  próbowała  go  chronić.  Pierwszy  raz,  kiedy  ta  żmija 
skradała się koło jego nogi. Potem nie chciała, żeby kuł stopnie 
w skale, bo jest za ciężki i dla niego to niebezpieczne. A teraz 
umierała  ze  strachu,  ale  wiedział,  że  gdyby  się  zgodził, 
zrobiłaby to, co zamierzała. Oddałaby życie za niego. I czuł się 
upokorzony. 

Jego  głowa  była  ciągle  w  ruchu,  obserwował  teren  jak 

najuważniej,  minuty  mijały.  Słońce  było  już  nisko,  ale  jest 
jeszcze  jasno,  zmierzch  zacznie  zapadać  za  jakiś  kwadrans, 
może  dwadzieścia  minut.  Im  ciemniej,  tym  Zane'owi  będzie 
łatwiej. A przedtem może uda mu się załatwić jednego z tych 
drani, a może nawet dwóch... 

I  nagle  zza  drzewa,  pod  którym  Chance  i  Sunny  zamierzali 

zrobić sobie piknik, wyszedł mężczyzna. Wysoki, z automatem 
9  milimetrów,  wycelowanym  prosto  w  głowę  Sunny.  Nie 
odezwał  się,  nie  warknął  czegoś  w  stylu  „Rzuć  broń!”.  Po 
prostu uśmiechał się i patrzył Chance'owi prosto w oczy.  

Chance  powoli  położył  swój  pistolet  na  trawie.  Gdyby 

automat  wycelowany  był  w  jego  głowę,  podjąłby  ryzyko. 
Potrafił  reagować  błyskawicznie,  na  pewno  szybciej  niż  ten 
drań. Ale nie wolno mu narażać życia Sunny. 

Kiedy dłoń Chance'a oderwała się od pistoletu, czarny otwór 

lufy  przemieścił  się,  teraz  był  wycelowany  dokładnie  między 
jego oczy. 

-Zaskoczony? - spytał mężczyzna bardzo łagodnym głosem. 
Sunny  nagle  poruszyła  się,  jej  stopy  dziwnie  bezradnie 

ślizgały  się  po  dnie  strumienia.  Chance  pomógł  jej  wstać, 
podtrzymał. 

background image

 

144

 

-Nie,  wcale  nie  -  odparł,  nie  patrząc  na  człowieka,  którego 

znał bardzo dobrze. - Domyśliłem się, że ktoś sypnął. 

Przerażone  spojrzenie  Sunny  prześlizgnęło  się  po  twarzach 

obu mężczyzn. 

-Wy... wy się znacie... - wyjąkała. - Ale jak... 
-Pracowaliśmy  razem  -  wyjaśnił  uprzejmym  tonem  Melvin 

Darnell. 

Melvin Darnell, gorliwy Darnell, który na ochotnika zgłaszał 

się  do  każdej  misji,  nawet  tych  najbardziej  niebezpiecznych. 
Zdobył  uznanie  kolegów,  a  on  po  prostu  chciał  mieć  jak 
najwięcej informacji. 

-Sprzedałeś się, Darnell - warknął Chance. - To draństwo. 
-Nie,  to  bardzo  intratny  interes.  Hauer  ma  swoich  ludzi  w 

FBI, CIA, Ministerstwie Sprawiedliwości, wszędzie, a jednego 
z  nich masz  przed  sobą.  I  co  w  tym  dziwnego? On  po  prostu 
bardzo dobrze płaci. 

-Ale  nie  sądziłem,  że  masz  zadatki  na  sadystę.  Wiesz,  co 

stanie  się  z  tą  dziewczyną,  kiedy  wpadnie  w  ręce  Hauerowi 
Oczywiście,  że  wiesz,  ale  dla  ciebie  ważniejsze  są  jakieś 
śmierdzące dolce. 

-Spokojnie,  Mackenzie!  Ja  wiem  tylko,  że  tatuś  chce 

zobaczyć się z córeczką, reszta mnie nie obchodzi. 

-A nie sądzisz, że gdyby on chciał się tylko z nią zobaczyć, to 

ona byłaby trochę spokojniejsza? 

Twarz  Sunny  była  biała  jak  płótno,  nawet  usta  były 

bezbarwną kreską. Co do jej przerażenia nie można było mieć 
żadnych wątpliwości. Ale Mel wzruszył tylko ramionami. 

-No  to  może  się  trochę  pomyliłem.  Ale  to  i  tak  nie  moja 

sprawa. 

-Mel,  zastanów  się  trochę.  To  skończony  drań,  i  do  tego 

pedofil. 

Trzeba mówić, mówić... dużo mówić, żeby dać Zane'owi jak 

najwięcej czasu. 

-A mnie to  zwisa,  Chance  - powiedział pogodnie Mel.  - Dla 

mnie  to  on  może  być  nawet  wcieleniem  Hitlera,  to  i  tak  nie 

background image

 

145

 

zmieni koloru jego dolców. I to ty się zastanów, czy warto się 
wysilać, żeby ruszyć moim sumieniem... 

Trzej  mężczyźni  pojawili  się  tak  samo  niespodziewanie  jak 

Melvin  Darnell.  Szli  spokojnie,  nie  rozglądając  się  na  boki. 
Jakby  byli  całkowicie  pewni,  że  nic  im  nie  grozi.  Dwóch 
ubranych  w  garnitury,  trzeci  w  sportowych  spodniach, 
rozpiętej koszuli i z automatem w ręku, a więc to jeden z psów. 
A ci w garniturach to na pewno informator z FBI, też z bronią, 
no i sam Hauer. Tak, to Hauer. Garnitur bardzo elegancki, bez 
wątpienia  włoski.  Pięknie  opalony,  czarne  włosy  zaczesane 
gładko do tyłu, na twarzy obleśny uśmiech. 

-Witaj,  drogie  dziecko  -  zaczął  grzecznym  tonem.  -  Jak  się 

cieszę, że w końcu mogę cię ujrzeć. Przecież ojciec powinien 
znać swoje dzieci, prawda? 

Sunny milczała. Patrzyła tylko na niego,  a w jej  oczach był 

strach  pomieszany  z  odrazą  i  nienawiścią.  Nie  poruszyła  się, 
chociażby dlatego, że silna dłoń Chance'a przygważdżała ją do 
miejsca. A on bał się o nią. Wiedział, że strach Sunny nie jest 
paraliżujący i zmusza ją do działania. Teraz, kiedy wydaje się, 
że Sunny nie ma nic do stracenia, na pewno będzie chciała coś 
zrobić. 

I nagle Sunny odezwała się, głosem bardzo spokojnym: 
-A ja myślałam, że jesteś wyższy. 
Trafiła. Twarz Crispina Hauera zrobiła się purpurowa. Bo on 

naprawdę  swoim  wzrostem  nie  mógł  się  pochwalić. 
Towarzyszący mu mężczyźni przerastali go o głowę. 

-Nie mędrkuj,  tylko  wyłaź z tego błota - wycedził.  -  Zostaw 

tego  swojego  kochasia.  I  pospiesz  się,  bo  poczęstujemy  go 
kulką.  Chyba  nie  chcesz  ubabrać  się  jego  mózgiem?  Takie 
plamy podobno w ogóle nie schodzą. 

Sunny nie ruszyła się z miejsca. 
-Nie wiem,  gdzie jest  Margreta  -  powiedziała.  -  Lepiej  zabij 

mnie zaraz. Ja i tak nie mogę ci niczego powiedzieć. 

A  Hauer  potrząsnął  głową,  uśmiechając  się  niemal  z 

rozczuleniem. 

background image

 

146

 

-Myślisz, że w to uwierzę?- Dlaczego tak brzydko kłamiesz?- 

No, chodź do tatusia! 

Wyciągnął do niej rękę. 
-Wyjdziesz sama?- Czy panowie mają ci pomóc? 
Chance  czuł,  że  jego  niepokój  z  sekundy  na  sekundę  jest 

coraz  większy.  Czas  mija  nieubłaganie.  Gdyby  tylko  Sunny 
mogła jeszcze przez kilka minut  zająć uwagę tego drania, nie 
prowokując go do ostateczności... Zane na pewno niebawem tu 
się  zjawi.  A  Hauer  stoi  na  otwartej  przestrzeni,  niczym  nie 
osłonięty.  Zane  musi  zająć  taką  pozycję,  żeby  mieć  ich 
wszystkich na oku. Czterech jest, a gdzie jest ten drugi pies... 

-A gdzie jeszcze jeden? - spytał. - Bo was jest pięciu, zgadza 

się? 

Facet  z  FBI  i  pies  spojrzeli  szybko  po  sobie,  potem  obaj 

spojrzeli w stronę drogi. I jakby byli trochę zdziwieni, że tam 
nikogo nie widać. 

A Mel czujnie wpatrywał się w Chance'a. 
-Nie dajcie się zagadać. Lepiej kończcie. 
-Więc nie jesteś ciekawy, gdzie twój koleś? - spytał Chance. 
-Nie - warknął Mel. - Mam to gdzieś. Może spadł z drzewa i 

skręcił sobie kark. 

-Spokojnie,  panowie,  spokojnie  -  powiedział  z  wyraźnym 

niesmakiem  Hauer.  -  Sonia!  A  ty  wyłaź  już  z  tej  rzeczki. 
Ostrzegam,  jak  panowie  do  ciebie  zejdą,  nie  będzie  to  wcale 
przyjemne! 

Zapadła  cisza.  Sunny  nie  ruszała  się  z  miejsca.  Zrobiła  coś 

innego. Zmierzyła Hauera pełnym pogardy wzrokiem. Omiotła 
go od stóp do głów i nagle zaczęła śpiewać. Nucić pod nosem 
głupiutką,  okrutną  piosenkę,  którą  dzieci  w  przedszkolu 
śpiewają nie lubianym kolegom. 

-Małpa  głupia,  małpa  brzydka,  i  taka  mała,  przynieś  jej 

drabinę, żeby do tyłka dostała, bo się nie podrapie... 

Piosenka  w  wykonaniu  Sunny  okazała  się  nadzwyczaj  

skuteczna. 

background image

 

147

 

Mel  Darnell  prychnął,  zapewne  tłumiąc  śmiech.  Twarze 

faceta z FBI i psa były kamienne, a więc zamarli w środku. A 
twarz Hauera z purpurowej stała się sina. 

-Ty suko! 
Nie  zdążył  wyrwać  pistoletu  facetowi  z  FBI.  Nagle 

znieruchomiał,  jakby  uderzył  o  szklaną  ścianę.  I  w  tej  samej 
chwili,  kiedy  rozległ  się  charakterystyczny  przytłumiony 
dźwięk,  na  eleganckiej  włoskiej  marynarce  zakwitła  róża. 
Wielka, czerwona. 

Mel  zareagował  błyskawicznie,  nic  dziwnego,  miał  za  sobą 

najlepsze szkolenia. Chance zobaczył jego palce, zaciśnięte już 
na  cynglu,  jeszcze  zanim  odgłos  wystrzału  dobiegł  do  uszu 
wszystkich.  Chance  chwycił  za  swój  pistolet  z  rozpaczliwym 
przebłyskiem  świadomości,  że  i  tak  nie  będzie  dostatecznie 
szybki. 

Nagle jakaś siła powaliła go na ziemię. 
Sunny.  Sunny,  która  całe  życie  pracowała  nad  tym,  aby  jej 

drobne ciało nie było takie słabe, na jakie wygląda. Pchnęła go, 
wydając z siebie straszliwy krzyk, prawie zagłuszający odgłos 
wystrzału. A potem, z tą samą szybkością, rzuciła się na Mela, 
żeby nie wystrzelił drugi raz. 

Mel nie mógł już drugi raz pociągnąć za cyngiel. Kula Zane'a 

trafiła go w samo serce. Zaraz też rozległy się strzały. Zane nie 
był  sam.  Ludzie  Chance’a  wrócili  i  otworzyli  ogień.  Sunny, 
rozpłaszczona  w  płytkiej  wodzie,  osłonięta  szczelnie  wielkim 
ciałem Chance'a, liczyła ostatnie sekundy grozy. 

Potem  ktoś  krzyczał,  bardzo  głośno  krzyczał,  że  to  już 

koniec, żeby już nie strzelać. I nagle zapadła cisza. 

Sunny siedziała z boku i szeroko otwartymi oczami wodziła 

za światłem potężnych reflektorów, oświetlających koszmarne 
widowisko.  To  światło,  niezwykle  ostre,  przesuwało  się 
powoli,  ukazując  każdy  szczegół.  A  kawałki  ziemi,  które 
zostawiało  za  sobą,  wydawały  się  jeszcze  bardziej  czarne  niż 
poprzednio. 

Jakiś mężczyzna przyniósł wiaderko, odwrócił do góry dnem 

i  Sunny  miała  na  czym  usiąść.  Była  przemoczona  do  suchej 

background image

 

148

 

nitki,  szczękała  zębami  z  zimna,  choć  ta  sierpniowa  noc  była 
bardzo ciepła. Koc na jej ramionach wcale nie grzał, mimo że 
zdrętwiałymi  palcami  próbowała  otulić  się  nim  jak 
najszczelniej. 

Bolało  ją,  bolało  straszliwie,  z  tego  bólu  trudno  jej  było 

wysiedzieć,  ale  siłą  woli  pozostawała  na  wiaderku.  Nawet 
udawało jej się siedzieć prosto. 

Ci mężczyźni dookoła to byli profesjonaliści. Ze spokojem i 

fachowo zajmowali się pięcioma ciałami, ułożonymi na trawie 
w  równiutkim  rządku.  Byli  bardzo  uprzejmi,  także  wobec 
miejscowej  policji,  która  zajechała  z  głośnym  wyciem  syren, 
chociaż  i  tak  było  wiadomo,  że  to  nie  oni  będą  tu  wydawać 
dyspozycje. 

Chance był dowódcą. Był dowódcą tych ludzi, którzy wyszli 

zza drzew. 

Ten  mężczyzna,  który  pierwszy  strzelił  do  Chance’a, 

powiedział  do  niego  „Mackenzie”,  a  teraz  też  słyszała,  jak  ci 
miejscowi  zwracają  się  do  Chance'a  „panie  Mackenzie”.  On 
odpowiadał, czyli nie było tu żadnej pomyłki. 

Jeszcze  nie  zdążyła  poukładać  sobie  w  głowie  wszystkiego, 

co  wydarzyło  się  dziś  nad  tym  strumieniem.  Jeden  tylko  fakt 
był już dla niej jak najbardziej oczywisty. To była zasadzka. A 
jej wyznaczono rolę podstawową. Rolę przynęty. 

Nic,  absolutnie  nic  nie  zdarzyło  się  przypadkiem.  Chance 

wykonywał swoje zadanie, a dookoła wszędzie czatowali jego 
ludzie.  Wśród  tych  ludzi  rozpoznała  nawet  tego  opryszka, 
który  chciał  ukraść  jej  teczkę  na  lotnisku  w  Salt  Lake  City. 
Teraz, schludny, gładko wygolony, krzątał się razem z innymi. 
Jedna  wielka  mistyfikacja.  Nie,  nie  miała  pojęcia,  jak  on  to 
wszystko zorganizował, jej umysł nie był w stanie jeszcze tego 
ogarnąć. Ale to on musiał spowodować, że za Boga nie mogła 
dolecieć  do  Seattle  i  o  oznaczonej  godzinie  znalazła  się  na 
lotnisku  w  Salt  Lake  City.  Po  to,  aby  napadł  na  nią  fałszywy 
złodziej  i  Chance  mógł  wybawić  ją  z  opresji.  To  był  plan 
wymagający  wielkich  nakładów  i  opracowany  szczegółowo 
przez  najlepszych  profesjonalistów.  Plan,  w  którym  założono, 

background image

 

149

 

że  ona  jest  w  zmowie  ze  swoim  ojcem.  Po  tej  wpadce  w 
Chicago sprawdzali na pewno wszystkich, no i doszli, kim ona 
jest  naprawdę.  Chance,  zgodnie  z  planem,  miał  ją  w  sobie 
rozkochać,  żeby  pomogła  mu  w  infiltracji  organizacji  ojca. 
Niestety,  pomylił  się.  Ona  nie  tylko  nie  współpracowała  ze 
swoim  ojcem,  ona  drżała  ze  strachu  przed  nim  i  nienawidziła 
go.  Chance  usłyszał  o  tym  z  jej  własnych  ust.  Wtedy 
wprowadził  do  planu  korektę  i  wyznaczył  jej  inną  rolę.  Rolę 
przynęty. 

Teraz  stał,  kilkanaście  metrów  dalej,  zajęty  rozmową  z 

jakimś  mężczyzną,  wysokim  i  barczystym,  wyglądającym 
bardzo groźnie. 

Patrzyła na Chance'a, patrzyła, a w jej obolałym, cierpiącym 

ciele pojawił jeszcze jeden ból. 

Jej światło, jasne światło, zgasło. 
Chance popatrywał na Sunny co chwilę, właściwe to prawie 

nie  spuszczał  jej  z  oka.  Siedziała  na  tym  wiaderku  otulona 
kocem  i  przeraźliwie  blada.  A  on  nie  miał  czasu,  żeby  ją 
przytulić,  dodać  otuchy.  Miał  pełne  ręce  roboty.  Trzeba 
uzmysłowić  miejscowym,  że  to  on  ma  tu  wszystko  pod 
kontrolą, a nie oni, dopilnować ciał, i przekazać, gdzie trzeba, 
to co mówił Mel o wtykach Hauera. 

Sunny  jest  bardzo  inteligentna  i  bystra.  Zauważył,  jak 

dokładnie  obserwuje  wszystko,  co  dzieje  się  teraz  dookoła,  i 
widział,  jak  jej  twarz  coraz  bardziej  jest  ściągnięta,  coraz 
bledsza.  Jakby  powoli  dochodziła  do  wniosku,  jedynego,  do 
jakiego mogła dojść. 

Poza tym słyszała, że dla wszystkich jest Mackenziem. 
Przechwycił jej spojrzenie. Przez kilka sekund wpatrywali się 

w  siebie,  dzieliło  ich  kilka  metrów.  Przepaść,  nad  którą  nie 
przerzucono  żadnego  mostu.  Postarał  się,  aby  jego  twarz  nie 
wyrażała niczego. Wiedział, że ona już rozważyła wszystko, co 
mogłoby  go  usprawiedliwić.  Wiedział  też,  że  miał  słuszne 
powody, aby postępować tak, a nie inaczej. Ale jeden fakt był 
niezbity.  Wykorzystał  Sunny,  narażał  jej  życie.  To  jednak 

background image

 

150

 

Sunny pewnie zdolna byłaby mu  wybaczyć. Nie  wybaczy mu 
czego innego - sposobu, w jaki ją wykorzystał. 

Widział,  jak  jej  oczy  gasną,  znika  ten  jej  świetlisty, 

brylantowy  blask,  zostaje  smutna,  mdła  szarość.  Odwróciła 
głowę.  Ale  przedtem  pokazała  mu.  Pokazała  ręką,  że  on  ma 
się... 

Odwrócił  szybko  głowę  i  napotkał  wzrok  brata.  Jasne  oczy 

Zane'a, pełne mądrości. On już wszystkiego się domyślił. 

- Chance, jeśli chcesz, żeby była twoja, nie pozwól jej odejść. 
Proste. I jednocześnie bardzo trudne. Nie pozwól jej odejść... 

Czy on w ogóle ma do tego prawo?- Ta dziewczyna zasługuje 
na  kogoś  lepszego,  nie  na  takiego  jak  on.  Ale  słowa  Zane'a 
zasiały  już  ziarno  wątpliwości.  Może  jednak...  Może 
zatrzymać... 

Odwrócił się, żeby znów spojrzeć na Sunny. 
Wiaderko,  odwrócone  do  góry  nogami,  stało  na  swoim 

miejscu, ale już nikt na nim nie siedział. Podszedł natychmiast 
do  tego  miejsca,  zaczął  rozglądać  się  dookoła.  Jego  ludzie 
rozstawieni byli po kilku na całym terenie. Część z nich miała 
jakieś  zadania,  część  po  prostu  obserwowała  teren.  I  nigdzie 
nie zauważył Sunny. 

Pochylił  się,  zaczął  wpatrywać  się  w  trawę,  w  nadziei,  że 

znajdzie jakiś ślad, mówiący, w którą stronę poszła Sunny. Ale 
trawa  była  zdeptana  stopami  wielu  ludzi.  Jego  wzrok 
przemknął  po  wiaderku.  Dziwnie  ciemnym,  mokrym. 
Przejechał  dłonią  po  blaszanej  powierzchni,  podniósł  dłoń  do 
oczu. Czerwona. I dłoń, i palce. Krew Sunny. 

Poczuł,  jakby  cała  jego  krew  nagle  odpłynęła  z  ciała. 

Postrzelili  ją,  a  w  tym  mroku  nikt  nie  dostrzegł  krwi  na  jej 
mokrym, ubrudzonym mułem ubraniu. Siedziała tu, krwawiła i 
nikomu nic nie powiedziała. Dlaczego? 

Bo podjęła decyzję. Gdyby zdradziła, że jest ranna, opatrzono 

by ją i przewieziono do szpitala. Byłaby więc nadal uchwytna, 
Chance mógłby się z nią jeszcze zobaczyć.  A ona nie chciała 
go  już  widzieć.  Więc  odeszła,  bez  żadnych  scen,  przeprosin 
czy wyjaśnień. Po prostu znikła. 

background image

 

151

 

Od  samego  początku  wiedział,  że  rozstanie  będzie  bolało. 

Ale nie spodziewał się, że to będzie taki cios. Potężny cios w 
samo serce. I ten strach, przemieniający ciało w lód. 

- Chłopaki! - ryknął. Wszystkie twarze natychmiast zwróciły 

się  ku  niemu.  -  Szukać  jej!  Zostawić  wszystko  i  szukać  jej! 
Natychmiast! Szukać Sunny Miller! Ona jest ranna! 

Spojrzał w ciemność za ciepłym kręgiem świateł reflektorów. 

Ona musi tam być, to przecież zaledwie kilka minut, nie mogła 
odejść daleko. 

Znajdą ją. Nic innego nie wchodziło w grę. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
 
 

background image

 

152

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 
 
Chance bez końca przemierzał korytarz, z którego wchodziło 

się do poczekalni, gdzie znajdował się gabinet chirurga. Musiał 
chodzić,  bez  przerwy.  Bał  się,  że  jeśli  zatrzyma  się  choć  na 
chwilę, to upadnie i nie będzie miał siły się podnieść. 

Nie  wiedział,  że  w  ogóle  można  odczuwać  tak  paniczny 

strach.  O  siebie  nie  bał  się  nigdy,  nawet  kiedy  widział  lufę, 
wycelowaną  prosto  w  jego  twarz.  Mel  nie  był  przecież 
pierwszy, który trzymał go na muszce. Ale teraz Chance bał się 
o Sunny. Znalazł ją w trawie, nieprzytomną, jej puls był ledwo  
wyczuwalny. 

Chwała  Bogu,  że  na  akcję  pojechał  i  lekarz.  Gdyby  go  nie 

było... Ale był. Udało mu się częściowo powstrzymać krwotok, 
podłączył kroplówkę i dowiózł Sunny do szpitala żywą. 

Tam  Sunny  natychmiast  otoczyła  grupa  lekarzy  i 

pielęgniarek. 

-Czy  pan  jest  jej  krewnymi  -  zapytała  jedna  z  pielęgniarek, 

wypychając Chance'a za drzwi. 

Usłyszał swój głos: 
-Tak. Jestem jej mężem. 
Nie,  on  nie  mógł  dopuścić,  żeby  ktokolwiek  inny 

podejmował decyzje dotyczące zdrowia Sunny. Zane, który nie 
opuszczał go ani na chwilę, nie okazał żadnego zdziwienia. 

-Jaką grupę krwi ma pana małżonka? 
Naturalnie,  że  nie  wiedział,  tak  samo,  jak  nie  znał 

odpowiedzi  na  żadne  z  następnych  pytań.  Ale  nawet  gdyby 
znał,  to  i  tak  nie  był  w  stanie  udzielić  jakiejś  logicznej 
odpowiedzi.  Jego  cała  uwaga  skupiona  była  na  postaciach  w 
seledynowych 

fartuchach, 

pochylonych 

nad 

Sunny. 

Pielęgniarka  dała  mu  w  końcu  spokój.  Poklepała  go  po 
ramieniu  i  powiedziała,  że  wróci  za  chwilę,  kiedy  stan  jego 
żony  będzie  już  stabilny.  Był  jej  wdzięczny  za  optymizm. 
Tymczasem Zane, z typowym dla niego refleksem, zlecił, aby 
do  jego  podręcznego  komputera  natychmiast  wysłano  kopię 
pliku  z  danymi  o  Sunny.  Dzięki  temu  Chance  będzie  miał 

background image

 

153

 

wszystkie  potrzebne  informacje,  kiedy  pielęgniarka  wróci  i 
zada mu następną serię pytań. Ale przedtem czekał go jeszcze 
jeden szok, kiedy z gabinetu wyszedł chirurg w seledynowym 
fartuchu poplamionym krwią. 

-Pańska  żona  na  moment  odzyskała  przytomność  - 

powiedział. - Pytała o dziecko. Czy pan wie, od kiedy pańska 
żona jest w ciąży? 

Chance zachwiał się, dobrze, że obok była zbawienna ściana, 

o którą mógł oprzeć głowę. 

-Ona jest w ciąży? - spytał ochrypłym głosem. 
-Aha  -  mruknął  lekarz.  -  Rozumiem.  No  cóż,  być  może 

dopiero teraz taka możliwość przyszła jej do głowy. W każdym 
razie  zrobimy  kilka  testów,  no  i  podejmiemy  odpowiednie 
środki  ostrożności.  Teraz  zabieramy  ją  na  blok  operacyjny. 
Pielęgniarka pokaże panu, gdzie czekać. 

I  odpłynął,  powiewając  tasiemkami  nie  zapiętego  z  tyłu 

seledynowego fartucha. 

-Twoje-  -  spytał  krótko  Zane,  wbijając  w  niego  przenikliwe 

jasne oczy o sile lasera. 

-Tak. 
W  ciąży.-  Ale  kiedy Chance  w  zamyśleniu pocierał czoło. 

No, jasne. Już wiedział, gdzie i kiedy zdarzyło mu się pójść na 
całość. Pamiętał to z zadziwiającą ostrością. Tylko dwa razy. A 
przecież wystarczy i jeden raz. 

Natychmiast  zaczął  kojarzyć  pewne  fakty.  Przecież  on  dość 

często miał okazję obserwować kobiety w ciąży, jego bratowe 
bez  przerwy  rodziły  nowych  Mackenziech.  Teraz  rozumiał, 
skąd się wzięła ta senność Sunny przed południem i gwałtowny 
apetyt właśnie na buraczki. I wiedział dokładnie, kiedy Sunny 
mogła zajść w ciążę. To stało się na tym kocu, w słońcu, kiedy 
kochali  się  po  raz  drugi.  Dziecko  urodzi  się  więc  w  połowie 
maja. O ile Sunny przeżyje... 

Musi  żyć.  Nie  dopuszczał  innej  możliwości.  Za  bardzo 

kochał  Sunny,  żeby  w  ogóle  o  czymś  takim  pomyśleć.  Ale 
widział tę cholerną ranę w jej prawym boku i był przerażony. 

  

background image

 

154

 

Chodził tam i z powrotem, a Zane chodził razem z nim. Zane 

widział  wiele  ran  postrzałowych,  sam  miał  po  nich  niejedną 
bliznę.  A  Chance  miał  szczęście.  Kilka  razy  pchnięto  go 
nożem, ale kula nigdy go nie dosięgła. 

Boże, a tam  było tyle  krwi... Jak ona to  wytrzymała?- Stała 

tak  długo.  Odpowiedziała  na  wszystkie  pytania,  powiedziała, 
że z nią wszystko  w najlepszym  porządku, nawet  przeszła się 
kawałek,  dopóki  jeden  z  jego  ludzi  nie  skombinował  tego 
kubełka,  żeby  miała  na  czym  usiąść.  Było  ciemno,  była 
owinięta  kocem.  Nikt  niczego  nie  zauważył.  A  ona  powinna 
była leżeć na ziemi i wić się z bólu... 

Chirurg  wyszedł  do  nich  dopiero  po  sześciu  godzinach. 

Ledwo trzymał się na nogach. 

-Myślę,  że  pańska  żona  da  radę  -  powiedział  lekarz  i  jego 

twarz rozjaśnił uśmiech. Uśmiech pełen osobistej satysfakcji. - 
Musieliśmy  usunąć  kawałek  wątroby,  uszkodzony  przez  kulę. 
Poza  tym  trzeba  było  dokonać  resekcji  kawałka  jelita. 
Przetoczyliśmy  prawie  całą  krew  i  wydawało  się,  że  mamy 
wszystko pod kontrolą... - Urwał i potarł dłonią twarz. - Wtedy 
stanęło  serce.  Ale  odzyskaliśmy  ją.  Teraz  stan  pańskiej  żony 
jest stabilny. Miała dużo szczęścia. 

-Szczęścia...  -  powtórzył  Chance,  uzmysławiając  sobie, 

jakiego spustoszenia dokonano w organizmie Sunny. 

-To  musiał  być  rykoszet  -  ciągnął  chirurg.  -  Została  trafiona 

tylko odłamkiem. 

A  Chance  już  domyślił  się,  kiedy  Sunny  została  trafiona. 

Kiedy go pchnęła i powaliła na ziemię, a Darnell już nacisnął 
na  spust.  Chybił,  kula  musiała  trafić  w  jakiś  kamień.  I  Sunny 
dostała  odłamkiem.  Sunny  znów  go  chciała  ochronić.  Nie  po 
raz pierwszy. 

-Na  intensywnej  terapii  potrzymamy  ją  co  najmniej  dobę  - 

poinformował  lekarz.  –  Musimy  być  pewni,  że  nie  wdała  się 
żadna infekcja. Ale myślę, że wszystko będzie w porządku i... 

Znów miły, zmęczony uśmiech. 
-I za tydzień będziemy mogli ją wypisać. 

background image

 

155

 

Sunny  wracała  do  przytomności  stopniowo.  Tak  jakby  była 

zanurzona w głębokiej wodzie, i pływała, w górę i w dół, a na 
powierzchnię wydostawała się na bardzo krótko. Za pierwszym 
razem usłyszała przytłumione głosy, jakby dochodziły z bardzo 
daleka.  Słyszała  jakiś  szum,  brzęczenie,  i  była  świadoma,  że 
coś  tkwi  w  jej  gardle.  Za  drugim  razem,  kiedy  znów 
wypłynęła,  uświadomiła  sobie,  że  leży  na  czymś  gładkim, 
bawełnianym i to musi być prześcieradło. A za trzecim razem 
udało  jej  się  otworzyć  oczy.  Wszystko  było  zamazane, 
niewyraźne,  ale  zdecydowanie  przypominało  jakieś  maszyny, 
jakąś  aparaturę.  Wtedy  udało  jej  się  nawet  trochę  pomyśleć. 
Jest  w szpitalu, tak... i wszystko  ją boli, ale ten ból  jakby był 
daleko. I w gardle nie ma już tej rury. 

Pamiętała, jak przez mgłę, kiedy przenosili ją gdzieś indziej. 

I to wcale nie było przyjemne. A poza tym wciąż ktoś do niej 
podchodził, zapalał bardzo jasne, ostre światło, i dotykał jej.  

Stopniowo  jednak  odzyskiwała  władzę  nad  swoim  ciałem. 

Nawet udało jej się z wielkim wysiłkiem unieść rękę i wskazać 
na swój brzuch. I wypowiedzieć jedno słowo. 

-Dziecko... 
-Wszystko  w  porządku,  proszę  się  nie  martwić  –  uspokoiła 

pielęgniarka, uśmiechając się do niej serdecznie. 

Sunny  poczuła,  że  chce  jej  się  pić.  Była  nieludzko 

spragniona. Dlatego następny wyraz brzmiał: 

-Wody... 
I pielęgniarka włożyła jej do ust malutki kawałek lodu. 
Razem  ze  świadomością  wracał  ból.  Był  coraz  silniejszy,  w 

miarę jak ustępowało oszołomienie po narkozie. Bolało bardzo, 
a  to  oznaczało,  że  ona  żyje.  A  była  już  taka  chwila,  kiedy 
myślała, że umarła... 

Na  oddziale  intensywnej  terapii  bardzo  często  dyżurował 

przy  niej  młody  pielęgniarz  Jerry,  bardzo  wesoły,  miły 
chłopak. 

-Ktoś  koniecznie  chce  się  z  panią  zobaczyć.  Poprosić?- 

spytał,  a  ona  gwałtownie  potrząsnęła  głową,  co  było  błędem 

background image

 

156

 

niewybaczalnym,  bo  znów  odezwał  się  ból,  już  jako  tako 
przytłumiony środkiem znieczulającym. 

Wydawało jej się, że na tym oddziale spędziła wiele dni, ale 

Jerry wyprowadził ją z błędu. 

-Trzydzieści  sześć  godzin,  równiutko.  A  teraz  przeniesiemy 

panią  do  pokoju,  oczywiście  jednoosobowego.  Już  tam 
wszystko szykują.  

Te  przenosiny  były  prawie  jak  druga  operacja.  Dwóch 

sanitariuszy,  trzy  pielęgniarki  i  pół  godziny  czasu.  Kiedy  już 
wszystko  zostało  przeniesione  i  podłączone,  Sunny  była 
wykończona, potem jednak bardzo zadowolona. Świeża pościel 
była  taka  przyjemna,  górna  połowa  łóżka  podniesiona  nieco 
wyżej,  a  dodatkowo  poduszka  pod  głową.  I  ta  półsiedząca 
pozycja dawała jej poczucie, że wraca do normalności. 

W pokoju stały kwiaty. Piękne róże w kolorze brzoskwini, ze 

zbrązowiałymi listkami. Róże rozsiewały wokół siebie upojny 
zapach,  przytłumiający  zapachy  szpitalne,  czyli  tych 
wszystkich  środków  dezynfekujących  i  środków  czystości. 
Sunny patrzyła na te róże, ale nie zapytała, od kogo te kwiaty. 

–  Żadnych  odwiedzin  -  powtarzała  z  uporem  każdej 

pielęgniarce. - Chcę odpocząć. 

Pozwolono jej jeść już galaretkę i pić słabą herbatę. Drugiego 

dnia wypiła trochę bulionu i na jakiś kwadrans posadzono ją na 
krześle.  Było  miło  znów  stanąć  na  własnych  nogach,  nawet 
jeśli  tylko  na  kilka  sekund.  Tyle  bowiem  zajęło 
przemieszczenie  się  z  łóżka  na  krzesło.  Ale  najmilej  było, 
kiedy z tego krzesła wróciła do łóżka. 

Trzeciego  dnia  znów  doręczono  kwiaty,  a  właściwie  jeden, 

wielki,  różowy,  wynurzający  się  z  szarawych  liści.  Sunny  nie 
wiedziała,  jak  ten  kwiat  się  nazywa.  W  ogóle  bardzo  słabo 
znała się na roślinach, nigdy ich nie hodowała, z tego samego 
zresztą powodu również nigdy nie miała psa czy kota. Przecież 
jej w domu właściwie  nigdy nie było. 

  
A kiedy popatrywała na prześliczny kwiat, dotarło do niej, że 

teraz  będzie  inaczej.  Będzie  mogła  hodować  sobie  wszystkie 

background image

 

157

 

rośliny,  jakich  tylko  dusza  zapragnie.  Crispin  Hauer  nie  żyje. 
Ona i Margreta są wolne. 

Margreta... Sunny natychmiast zaczęła się zastanawiać, który 

to może być dzień tygodnia, i gdzie jest jej komórka. 

Czwartego dnia, po południu, do pokoju wszedł Chance. 
Sunny  natychmiast  odwróciła  głowę  i  spojrzała  w  okno. 

Chociaż tak naprawdę była zdumiona, że on dał jej tyle czasu, 
żeby  doszła  do  siebie.  Teraz  przyszedł.  A  ona...  no  cóż,  to 
będzie ostatni akt tej sztuki i kurtyna opadnie. 

Swój  ból  psychiczny  trzymała  dotychczas  na  wodzy, 

koncentrując się na bólu fizycznym. Teraz jednak ten pierwszy 
ból  zdecydowanie  stał  się  silniejszy.  Starała  się  jednak  go 
opanować, zdecydowana, że nie będzie robić żadnych scen. Bo 
wtedy straci szacunek do samej siebie. 

-Twoją  komórkę  miałem  stale  przy  sobie  -  powiedział 

Chance, stając na tle okna, dzięki czemu i tak musiała na niego 
spojrzeć. - Margreta dzwoniła wczoraj. 

Ręce  Sunny  kurczowo  zacisnęły  się  na  kołdrze.  Boże!  Co 

przeżyła  Margreta,  kiedy  usłyszała  w  słuchawce  obcy,  męski 
głos! 

-Mówiłem 

bardzo  szybko 

powiedział  Chance.- 

Powiedziałem,  że  jesteś  ranna,  ale  wszystko  będzie  okey,  że 
Hauer  nie  żyje,  a  ja  dziś  przyniosę  ci  komórkę  do  szpitala. 
Będzie  mogła  do  ciebie  zadzwonić  i  upewnić  się,  że  to 
wszystko  prawda.  Margreta  nie  odzywała  się,  ale  wysłuchała 
mnie. I rozłączyła się bez słowa. 

-Dzięki - powiedziała Sunny z wielką ulgą. 
Chance zrobił to perfekcyjnie. 
Wyglądał  trochę  inaczej.  Nie  tylko  ubranie  -  teraz  miał  na 

sobie  czarne  eleganckie  spodnie  i  białą  jedwabną  koszulę. 
Zachowywał  się  inaczej.  On  zawsze  szpanował.  Niby  taki 
dzielny,  wesoły  pilot  czarterowy,  troszkę  uwodziciel.  A  teraz 
był  sobą.  Dojrzałym,  poważnym  mężczyzną,  który  kieruje 
wieloma  ludźmi  i  skutecznie  nagina  rzeczywistość  do  swoich 
zamierzeń. 

background image

 

158

 

Podszedł do łóżka, bliziutko, pochylił się i bardzo delikatnie - 

jego palce były leciutkie jak pajęczyna - dotknął jej brzucha. 

-Nasze dziecko ma się dobrze. 
A więc już wiedział. I to był szok, chociaż powinna domyślić 

się, że lekarze mogli mu powiedzieć. 

-Miałaś zamiar mi o tym powiedzieć? 
Złocistobrązowe  oczy  utkwione  były  w  jej  twarzy.  Jakby 

chciały dojrzeć każde drgnienie mięśni. 

-Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam - wyznała, zgodnie z 

prawdą. 

Przecież ona jeszcze sama tak do końca nie przyzwyczaiła się 

do myśli, że jest w ciąży. 

-To wszystko zmienia, Sunny. 
-Mam  uwierzyć?  Tobie  ?  Czy  ty  w  ogóle  powiedziałeś  mi 

kiedyś cokolwiek, co było prawdą? 

Zawahał się. 
-Chyba... nie. 
-Pompa paliwowa była w porządku? 
-Tak. 
-Z tego kanionu mogliśmy wydostać się w każdej chwili 
-  Tak. 
-Nie nazywasz się Chance MacCall. 
-Nie. Chance Mackenzie. 
-No, tak. Przynajmniej imię się zgadza. 
-Sunny, proszę... 
-Co  „proszę”?  Lepiej,  żebym  nie  dociekała,  do  jakiego 

stopnia  byłam  idiotką?  I  czy  ty  w  ogóle  byłeś  w  tych 
rangerach. 

-Nie, w Marynarce Wojennej. Teraz jestem w  wywiadzie. 
-Dlatego  udało  ci  się  zablokować  wszystkie  moje  loty 

tamtego dnia. 

Chance skrzywił się, potem jednak skinął głową. 
-Ten złodziej na lotnisku to jeden z twoich ludzi. 
-Tak. Jeden z najlepszych. I ochrona to też byli moi ludzie. 
Dłoń Sunny nerwowo szarpała brzeg kołdry. 

background image

 

159

 

-A potem... potem zorganizowałeś wszystko tak, żeby zwabić 

mojego ojca. 

-Tak. I udało się. Po tych wiadomościach w telewizji zaczęło 

nas śledzić dwóch jego ludzi. 

-A  dlaczego  lataliśmy  potem  z  lotniska  na  lotnisko?-  Nie 

lepiej było zostać w Seattle? Po co tyle zachodu? 

-Żeby  wszystko  wyglądało  naturalnie.  I  żeby  Hauer  nie  bał 

się dołączyć do swoich ludzi.  

Sunny zamilkła na chwilę. Wzięła głęboki oddech. 
-A ten piknik?  Czy kochałbyś się ze mną na trawie, żeby to 

też wyglądało naturalniej 

-Nie. Romans z tobą był konieczny do realizacji planu. Ale ja 

to, co było między nami, potraktowałem bardzo... osobiście. 

-Rozumiem.  I  w  sumie  powinnam  ci  za  to  jeszcze  pięknie 

podziękować. A więc dziękuję. I teraz wynoś się. 

-Nie. 
Rozsiadł się na krześle przy łóżku i powtórzył: 
-Nie.  Nigdzie  nie  pójdę.  I  jeśli  skończyłaś  już  z  tą  analizą, 

przejdźmy teraz do podejmowania decyzji. 

-Ja już podjęłam. Więcej nie chcę cię oglądać. 
-Nie  pozbędziesz  się  mnie.  Bo  to  dziecko,  które  nosisz,  jest 

moje. Moje, skarbie. 

  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

160

 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 
 
Po  ośmiu  dniach  Sunny  wypisano  ze  szpitala,  mimo  że 

ledwo, ledwo chodziła. Sił wcale nie odzyskała, zapewniono ją 
jednak solennie, że z czasem wrócą. O normalnym ubraniu nie 
było  mowy,  tylko  koszula  nocna  i  szlafrok-  prezent  od 
Chance'a  -  ponieważ  nadal  nie  tolerowała  najmniejszego 
ucisku w okolicy talii. 

Słaba  kondycja  nie  pozwalała  na  samodzielną  podróż  do 

Atlanty,  nie  mówiąc  o  tym,  że  w  koszuli  nocnej  trochę 
niezręcznie  wkraczać  na  pokład  samolotu.  Jakieś  rozwiązanie 
jednak  znalazła.  Zarezerwowała  pokój  w  hotelu,  upewniwszy 
się,  że  można  tam  jedzenie  zamawiać  do  pokoju.  W  tym  to 
pokoju Sunny zamierzała odzyskać siły, no i zastanowić się, co 
dalej. 

Miała  cichą  nadzieję,  że  Margreta  zjawi  się  w  szpitalu  i 

ofiaruje swoją pomoc. Ale Margreta, choć w jej głosie słychać 
było wielką radość i ulgę, skutecznie się oparła sugestii Sunny, 
że  może  by  jednak  wpadła  do  Des  Moines.  W  rezultacie 
wymieniły  tylko  numery  telefonów  i  Margreta  już  się  nie 
odezwała.  Sunny  starała  się  to  zrozumieć.  Margreta  zawsze 
stroniła  od  ludzi  i  prawdopodobnie  luźny  kontakt  z  siostrą 
zadowalał  ją  całkowicie.  Tym  niemniej  Sunny  trudno  było 
pozbyć  się  uczucia  przygnębienia,  kiedy  dotarło  do  niej,  że 
nigdy nie będzie miała takiej siostry, jakiej by pragnęła. 

Teraz  zresztą  bardzo  często  wpadała  w  melancholię, 

prawdopodobnie  miało  to  związek  z  burzą  hormonów  w 
pierwszym okresie ciąży. Jedna z pielęgniarek pocieszyła ją, że 
depresja  bardzo  często  występuje  także  w  okresie 
rekonwalescencji.  Kiedy  człowiek  dochodzi  do  pełni  sił, 
depresja mija. 

Niestety,  jednym  z  powodów  depresji  Sunny  był  Chance. 

Odwiedzał ją codziennie, raz nawet przyprowadził ze sobą tego 
bardzo  wysokiego  mężczyznę,  z  którym  rozmawiał  zaraz  po 
strzelaninie.  Ku  zdumieniu  Sunny  ten  mężczyzna  był  bratem 
Chance’a.  Miał  na  imię  Zane,  uścisnął  jej  dłoń  wyjątkowo 

background image

 

161

 

delikatnie  i  pokazał  zdjęcia  swojej  rodziny,  ślicznej  żony  i 
trójki rozkosznych dzieci. Potem przez pół godziny opowiadał 
zabawne historyjki o wyczynach swej córeczki Nick. 

Kiedy  Zane  i  Chance  wyszli,  Sunny  wpadła  w  straszliwą 

depresję. Taki Zane to ma wszystko, pracę i kochającą rodzinę, 
którą  on  również  darzy  wielką  miłością.  A  ojciec  jej  dziecka, 
Chance,  tematu  rodziny  w  ogóle  nie  tykał,  choć  ten  temat  po 
prostu wił się między nimi jak pustynna żmijka. Chance jakby  
niczym    się    nie    przejmował    i    Sunny    nie  pozostawało  nic 
innego,  jak  zaakceptować  tę  jego  niechęć  do  jakichkolwiek 
wyjaśnień  czy  planów  na  przyszłość.  Zamiast  tego  Chance 
raczył  ją  opowieściami  o  swojej  rodzinie,  która  mieszka  w 
stanie Wyoming i o domu na wzgórzu, nadal przez wszystkich 
nazywanym ich domem, choć mieszkają tam już tylko rodzice. 
Chance  miał  ponoć  czterech  braci  i  jedną  siostrę,  dwunastu 
bratanków i jedną bratanicę, ową Nick, którą uwielbiał. Siostra 
układała konie, stosunkowo niedawno wyszła za mąż, jeden  z 
braci  był  ranczerem,  a  ożenił  się  z  wnuczką  długoletniego 
wroga  rodziny  Mackenziech.  Inny  znów  był  kiedyś  pilotem, 
latał  na  myśliwcach  i  ożenił  się  ze  specjalistką  od  chirurgii 
twardej. Zane ożenił się z córką ambasadora, a Joe, najstarszy z 
braci,  był  to,  ni  mniej  nie  więcej,  tylko  sam  generał  Joseph 
Mackenzie z Pentagonu. 

Trudno  było  w  to  uwierzyć,  ale  podobno  nawet  w  bajkach 

tkwi  źdźbło  prawdy.  Potem  jednak  przypomniała  sobie  o 
zdolnościach  aktorskich  Chance'a  i  znów  wpadła  w  depresję, 
przesiąkniętą wielką goryczą. 

Zdawało  się,  że  dawna  słoneczna  Sunny  odeszła 

bezpowrotnie. Kiedyś śmiała się często i z byle czego, śmiała 
się  długo  i  serdecznie.  Teraz  nie  miała  nawet  ochoty  się 
uśmiechnąć.  Bo  niezależnie  od  tego,  że  usilnie  próbowała  o 
tym właśnie nie myśleć, ta myśl powracała nieustannie. 

Chance jej nie pokochał. 
Wydawało  jej się, że coś w niej umarło,  czuła się w środku 

zimna  i  pusta.  Próbowała  to  ukryć  przed  sobą,  zignorować, 

background image

 

162

 

skoncentrować  się  całkowicie  na  swoim  zdrowiu.  Na  próżno. 
Pusta szarość coraz bardziej rozprzestrzeniała się w jej duszy. 

W  dniu,  w  którym  ją  wypisano,  usadzono  ją  w  fotelu  na 

kółkach  i  zwieziono  do  holu.  Stąd  Sunny  zadzwoniła  po 
taksówkę,  prosząc,  aby  za  kwadrans  podjechała  pod  wejście 
główne. 

Przysiadła  jeszcze  na  chwilę  w  tym  fotelu,  pracownica 

szpitala postawiła jej na kolanach małą torebkę, w której było 
trochę  ubrań  Sunny,  dodała  plecaczek  i  na  koniec  różowy 
kwiat w doniczce. 

-Chyba  powinnam  coś  podpisać,  skoro  wychodzę  ze 

szpitala?- - spytała Sunny. 

-Nie,  wszystko  już  jest  w  porządku  -  odparła  kobieta, 

zerkając  do  dokumentacji  Sunny.  -  Pani  mąż  wypełnił 
wszystkie formularze. 

Sunny omal nie rzuciła jej w twarz, że ona żadnego męża nie 

ma. Zmilczała jednak, z przyczyny bardzo prozaicznej. Bo i z 
czego  niby  miała  zapłacić  za  kosztowny  pobyt  w  szpitalu? 
Chance prawdopodobnie już to  załatwił.  No cóż, sumienie  go 
ruszyło i postanowił przynajmniej uregulować jej rachunki. 

Dziwne jednak, że dziś tu się nie zjawił. Przecież wydawało 

się,  że  jest  bardzo  przejęty  dzieckiem  i  odwiedzał  ją 
codziennie. Prawdopodobnie wysłali go na kolejną misję.... 

Nie,  wcale  nie  wysłali.  Kiedy  miła  pani  wywoziła  ją  przez 

drzwi,  już  przez  szybę  dojrzała  znajomą  sylwetkę  zielonego 
forda  explorera.  Z  samochodu  wysunęły  się  najpierw  długie 
nogi, potem reszta Chance'a. 

Sunny powitała go chłodno. 
-Zamówiłam taksówkę. 
Wiedziała jednak, że szkoda słów. 
-Aha  -  mruknął,  odbierając  od  niej  cały  skromny  dobytek  i 

umieszczając na tylnym siedzeniu. 

Potem  otworzył  drzwi  z  prawej  strony.  A  Sunny  zaczęła 

powolutku,  centymetr  po  centymetrze,  przesuwać  się  do 
przodu  w  tym  fotelu,  szykując  się  do  wstania.  Opracowała 
sobie  tę  metodę  na  zwykłym  krześle,  niestety,  ten  fotel  na 

background image

 

163

 

kółkach  okazał  się  wyzwaniem  nieco  śmielszym.  Chance 
odczekał  tylko  minutę,  potem  podniósł  ją  i  wsadził  do 
explorera. 

-Dziękuję  -  powiedziała.  Co  szkodzi  być  uprzejmą,  tym 

bardziej  że  jego  metoda  była  znacznie  mniej  bolesna  i 
czasochłonna. 

-Drobiazg. 
Zapiął  jej  pasy,  upewnił  się,  czy  nie  uwierają  w  bolesne 

miejsca i zajął miejsce za kierownicą. 

-Zarezerwowałam  pokój  w  hotelu  -  odezwała  się  Sunny.  - 

Niestety, nie bardzo wiem, jak tam dojechać. 

-Nie jedziemy do żadnego hotelu. 
-Jak  to?  Przecież  muszę  dokądś  pojechać,  a  nie  jestem 

jeszcze w stanie wsiąść do samolotu. 

-Zabieram cię do domu. Do mnie. 
-Nie! 
-Nie  masz  wyboru.  Dowiozę  cię,  choćbyś  kopała  i  darła  się 

przez całą drogę. 

Chyba chciał ją sprowokować. Ale nie kopnęła, naturalnie, ze 

względu  na  bolesne  następstwa,  jakie  mógł  mieć  każdy  jej 
gwałtowniejszy ruch. 

 -  A  dokąd  to  dokładniej  mamy  jechać?-  Teraz  na  lotnisko. 

Stamtąd polecimy do Wyoming. Do domu, Sunny. 

W  samolocie  Sunny  była  wyjątkowo  cicha,  starała  się  też 

robić  jak  najmniej  zamieszania  wokół  swojej  osoby.  Nie 
skarżyła się na nic, ale Chance i tak się domyślał, że ta podróż 
kosztuje ją dużo wysiłku. Wyglądała bardzo mizernie, policzki 
i usta bledziutkie, na pewno schudła dobre pięć kilo. A osoba 
tak  szczupła  w  ogóle  nie  powinna  tracić  na  wadze.  Lekarz 
zapewniał,  że komplikacji nie ma żadnych, wszystko  idzie ku 
dobremu.  Ciąża jest w bardzo wczesnym  stadium  i żaden test 
nie  udzieli  teraz  informacji  o  stanie  dziecka.  Lekarze  jednak 
zastosowali  odpowiednie  środki  ostrożności  i  są  pewni,  że 
dziecko nie ucierpiało. 

Chance  niepokoił  się  i  o  dziecko,  i  o  to,  czy  ciąża  nie 

wydłuży  okresu  rekonwalescencji.  Wiadomo  przecież,  że 

background image

 

164

 

organizm Sunny nastawia się teraz głównie na macierzyństwo. 
A  w  sumie  to  chodzi  teraz  o  jedno.  Sunny  powinna  mieć  jak 
najlepszą  opiekę.  Nie  wolno  jej  spuszczać  z  oczu,  ma  być 
rozpieszczana,  psuta  do  niemożliwości.  Czyli  jedynym 
miejscem, gdzie takie warunki można jej stworzyć, jest dom na 
Wzgórzu Mackenziech. 

Dziś rano zadzwonił do domu i zapowiedział, że przywozi ze 

sobą  Sunny  i  wyjaśnił  pokrótce  całą  sytuację.  Sunny  jest  w 
ciąży, on chce się z nią ożenić, ale ona jest na niego wściekła. 
Ale kiedy będzie w domu na wzgórzu, może łatwiej będzie im 
się dogadać. 

Mary,  jak  to  Mary,  od  razu  wpadła  w  zachwyt  i  zakładała 

tylko  jeden  możliwy  wariant  wydarzeń.  Sunny  na  pewno  mu 
przebaczy, po czym wezmą ślub i urodzi się kolejny potomek 
w  rodzinie  Mackenziech.  I  dlatego  Mary  była  bardzo 
szczęśliwa, jako że miało się spełnić jej największe marzenie: 
Chance się wreszcie ożeni, a ona i Wolf znów będą mieli nową 
synową i nowe wnuki. A to był dla nich zawsze wielki powód 
do szczęścia. 

Chance miał zamiar zrobić dokładnie to, czego pragnęła jego 

matka. Kiedyś, co prawda, zaklinał się, że nigdy się nie ożeni, 
a  o  dzieciach  też  nie  było  mowy.  Teraz  jednak  wszystko 
wyglądało  inaczej,  tym  niemniej  temat  małżeństwa  w  jego 
rozmowach  z  Sunny  nadal  był  tabu.  Po  prostu  ciągle  bał  się 
powiedzieć  jej  całą  prawdę  o  sobie.  Bał  się,  jak  Sunny 
przyjmie to, o czym, jego zdaniem, powinna się dowiedzieć. O 
pierwszych czternastu latach życia Chance'a Mackenziego. 

Wylądowali  na  prowizorycznym  pasie  startowym  na  terenie 

posiadłości  Zane'a.  Serce  Chance'a  zabiło  gwałtownie,  kiedy 
zobaczył,  któż  to  taki  wyszedł  na  powitanie.  Ożywiła  się 
również Sunny. 

-Chance? A ci ludzie... to kto to? 
-A... to taki rodzaj kampanii honorowej. 
W dole czekał  cały klan Mackenziech. W komplecie. Josh i 

Loren przybyli z Seattle, razem  z trójką swoich  synów. Obok 
Mike  i  Shea,  ze  swoją  dwójką.  Dalej  Zane  i  Barrie,  każde  z 

background image

 

165

 

nich  z  jednym  z  bliźniaków  na  ręku.  Zjawił  się  nawet  Joe,  w 
galowym mundurze Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, 
przyozdobionym  nieprzyzwoitą  ilością  baretek.  Na  pewno 
niełatwo  było  mu  się  oderwać  od  obowiązków,  z  drugiej 
jednak  strony  taki  Joe  teoretycznie  może  robić,  co  dusza 
zapragnie,  skoro  w  całym  kraju  nie  ma  już  w  jego  formacji 
wojskowego  starszego  od  niego  rangą.  Obok  niego  stała 
Caroline,  jeden  z  czołowych  fizyków  na  świecie,  niezwykle 
szykowna  w  turkusowych  spodniach  i  białych  sandałkach. 
Zabrali  ze  sobą,  naturalnie,  swoich  pięciu  synów,    i    tym  
razem  nie    tylko    najstarszy  John  przywiózł  swoją  aktualną 
dziewczynę.  Maris  i  Mac  stali  bliziutko  siebie,  Mac  władczo 
obejmujący  ramieniem  drobną  postać  żony.  A  w  środku  tej 
całej bandy matka i ojciec. Aha, i jeszcze Nick, usadowiona na 
ręku Wolfa. 

Każdy, nawet bliźniacy, trzymał w ręku kolorowy balon. 
-  Ojej  -  szepnęła  zachwycona  Sunny.  Kąciki  jej  bladych  ust 

uniosły  się  leciutko  i  to  był  pierwszy  uśmiech  Sunny,  jaki 
zobaczył od ośmiu dni. 

Chance  zgasił  silnik,  wyskoczył  z  samolotu.  Podszedł  do 

drugich drzwi i po prostu wyjął Sunny z samolotu. Bez oporu 
pozwoliła wziąć się na ręce, a nawet objęła go za szyję. 

I to było jak sygnał. Wolf postawił Nick na ziemi i mała, jak 

zwykle  w  podskokach,  powiewając  balonem,  pobiegła  do 
ukochanego wujka. 

-Ujek Dance! 
Za  Nick  ruszyła  ławą  reszta  Mackenziech.  Sunny  i  Chance 

zostali  otoczeni.  Chance  próbował  wszystkich  elegancko 
przedstawić, ale wśród tej wrzawy i radosnych okrzyków było 
to po prostu niemożliwe. Jego bratowe, kochane, nieocenione, 
witały  Sunny  jak  największą  przyjaciółkę,  mężczyźni  rzucali 
jej  pełne  aprobaty  spojrzenia.  Mary  promieniała,  a  radosne 
piski Nick zagłuszały wszystkich. 

-Baldzo  ładna  sukienka  -  zachwycała  się  mała,  ściskając 

paluszkami poły jedwabnego szlafroka. 

Wolf nachylił się i szepnął jej coś do uszka. 

background image

 

166

 

-Barrrdzo ładna! - wykrzyknęła Nick. - Barrrdzo! 
Wszyscy  śmieli  się  radośnie,  Nick  patrzyła  dumnie,  a 

Sunny...  Sunny  też  się  śmiała.  Nareszcie.  Tak.  Śmiała  się 
głośno.  I  Chance  poczuł,  że  serce  mu  skacze  ze  szczęścia,  a 
oczy podejrzanie wilgotnieją. Musiał je na chwilkę zamknąć, a 
kiedy otworzył, pałeczkę przejęła Mary. 

-Sunny, 

kochanie 

mówiła  ze  swoim  śpiewnym 

południowym  akcentem.  -  Ta  podróż  na  pewno  bardzo  cię 
zmęczyła.  Zaraz  sobie  odpoczniesz  i  wszystko  będzie  dobrze, 
pamiętaj,  kochanie,  teraz  niczym  nie  wolno  ci  się  martwić. 
Przygotowałam ci już łóżko, zaraz się położysz i odpoczniesz. 
Chance,  nieś  ją  do  samochodu.  Chance,  tylko  ostrożnie! 
Ostrożnie! 

-Nie! - krzyknęła rozpaczliwie Nick, gorączkowo szperając w 

kieszonce czerwonych szortów. - Ja mam tlanspalent! 

Wyciągnęła z kieszeni zmiętą kartkę i wręczyła Sunny. 
-Sama zlobiłam - oznajmiła dumnie. – Babcia pomogła. 
Sunny rozprostowała kartkę. 
-Czelwoną  kledką  -  wyjaśniła  przejęta  bardzo  Nick.  - 

Najładniejsza. 

-O, tak, masz rację - przytaknęła Sunny, czując dziwny ucisk 

w  gardle.  Nick  napracowała  się  bardzo.  Literki  były  jeszcze 
nieporadne,  powykręcane  we  wszystkie  strony,  ale  napis  był 
absolutnie czytelny. 

-Witaj w domu, Sunny! - przeczytała Sunny drżącym głosem 

i już dłużej nie mogła powstrzymać łez. 

Ukryła twarz na ramieniu Chance'a, a Michael mruknął: 
-Nic dziwnego, że beczy, przecież ona jest w ciąży. 
Trudno  powiedzieć,  kto  w  kim  bardziej  się  zakochał,  czy 

Sunny  w  Mackenziech,  czy  klan  Mackenziech  w  jasnowłosej 
Sunny. 

Chance  położył  Sunny  na  ogromnym  łóżku,  już  posłanym 

przez  troskliwą  Mary,  ale  nie  zdradził  Sunny,  że  to  jest  jego 
dawny  pokój  i  jego  łóżko.  Sunny  leżała  wysoko  na 
poduszkach,  jak  królowa,  przyjmująca  swoich  dworzan.  A 
dwór  się  kłębił.  Wielkie  łoże  okazało  się  wspaniałym  polem 

background image

 

167

 

manewrowym dla bliźniaków. Przemierzali je wzdłuż i wszerz, 
starając się ukryć pod kołdrą. Cały czas pogadywali ze sobą w 
języku  tylko  dla  siebie  zrozumiałym,  czyli  w  „języku 
bliźniaków",  jak  to  określiła  Barrie.  Shea  z  Benjym  siedziała 
na podłodze i łaskotała go. Mały zanosił się śmiechem i kiedy 
przestawała,  piszczał:  „Jeszcze!  Jeszcze!".  Nick  również 
usadowiła się na łóżku i posapując, pracowała nad następnym 
„tlanspalentem".  Skoro  ten  pierwszy  zrobił  furorę,  to  drugi, 
przeznaczony  dla  mamy  czyli  Barrie,  też  na  pewno  będzie 
oszałamiający.  Loren,  było  nie  było,  pani  doktor,  chciała 
koniecznie poznać wszystkie szczegóły na temat rany i obecnej 
kondycji  Sunny.  Caroline,  wzór  elegancji,  zajęła  się  fryzurą 
chorej. Zebrała jasne włosy Sunny, zwinęła je w węzeł i upięła 
na  czubku  głowy.  A  na  karczku  zostawiła  kilka  zalotnych 
kosmyków. Wszyscy orzekli, że Sunny wygląda uroczo. Maris, 
z błyskiem w oku, zdawała Sunny dokładny raport z przebiegu 
swojej  ciąży.  A  Mary  przemykała  to  tu,  to  tam  i,  jak  zwykle, 
miała oko na wszystko. 

Chance,  upewniwszy  się,  że  rodzina  spisuje  się znakomicie, 

usunął się w cień. To znaczy wyszedł na dwór i ruszył w stronę 
stajni. Przed ważną rozmową przyda się chwila samotności. Bo 
on  już  postanowił.  Kiedy  skończy  się  ten  rozgardiasz,  musi 
koniecznie porozmawiać z Sunny. Nie można tego odkładać w 
nieskończoność. 

Podszedł do drzwi stajni, położył ręce na ich górnej krawędzi 

i oparł o nie głowę. 

-  Wzięło  cię,  coś-  -  spytał  cicho  Wolf,  niespodzianie  stając 

obok. - Pokochać kobietę, to najlepsze, co może przytrafić się 
mężczyźnie. 

-Nie  wiedziałem,  że  mnie  też  dopadnie  -  wyznał  Chance.  - 

Ona po prostu mnie ogłuszyła. Zakochałem się błyskawicznie, 
nie  było  możliwości  się  wycofać.  A  zawsze  byłem  taki 
ostrożny,  nigdy  nie  myślałem  ani  o  małżeństwie,  ani  o 
dzieciach. 

-O dzieciach też nie?- Przecież widzę, jak je lubisz, a one za 

tobą przepadają. 

background image

 

168

 

-Ale to są dzieci Mackenziech. 
-Chance! 
Głos Wolfa był bardzo twardy, a ton bardzo stanowczy. 
-Ty też jesteś Mackenziem, synu! 
Chance  westchnął,  oderwał  ręce  od  drzwi  i  potarł  sobie 

dłonią kark. 

-Nie  -  powiedział  przygnębionym  głosem.  -  Ja  nie  jestem 

prawdziwy Mackenzie. 

-Tak? Masz zamiar iść teraz do domu i powiedzieć tej malej 

kobiecie, że nie jesteś jej synem? 

-Do diabła! Pewnie, że nie! 
Nic bardziej nie mogłoby zranić Mary. 
-Jesteś moim synem, Chance. Moim. Rozumiesz? 
-Tak, ale... 
Chance westchnął. I znów oparł ręce o krawędź drzwi. 
-Nigdy  nie  mogłem  zrozumieć,  dlaczego  wtedy  zabraliście 

mnie  do  siebie  -  powiedział  zdławionym  głosem.  -  Przecież 
wiem,  że  byłem  jak  dzikie  zwierzę.  Matka  może  nie  zdawała 
sobie z tego sprawy, ale ty wiedziałeś. Mimo to pozwoliłeś mi 

zamieszkać pod jednym dachem z mamą i z Maris...  
-A czy nie miałem prawa okazać ci zaufanie? 
-Ale  wszystko  mogło  się  zdarzyć!  Skąd  mogłeś  wiedzieć, 

czy...?- 

Chance  zamilkł,  jakby  nagle  spojrzał  w  najciemniejsze 

zakamarki swojej duszy. 

-Ja...  ja  zabiłem  człowieka,  kiedy  miałem  dziesięć  lat,  może 

jedenaście.  Wziąłeś  sobie  do  domu  mordercę.  Kradłem, 
oszukiwałem,  napadałem  na  inne  dzieci,  biłem  je,  zabierałem 
im wszystko, co mi się spodobało. Taki byłem. I ten dziki, zły 
dzieciak zawsze będzie we mnie siedział. 

-Chance!  Jeśli  zabiłeś  kogoś,  kiedy  miałeś  dziesięć  lat,  to 

znaczy, że ten drań zasłużył sobie na to. 

-O,  tak.  Dzieci  ulicy  są  bezbronne...  i  tak  często  narażone 

na... Ten zboczeniec... 

Dłonie  Chance'a  zacisnęły  się  w  pięści,  uderzyły  głucho  o 

drewniane drzwi. 

background image

 

169

 

-Muszę  wyznać  Sunny,  kim  jestem.  Nie  mogę  prosić,  żeby 

została  moją  żoną,  nie  uprzedzając  jej,  że  nasze  dzieci  mogą 
odziedziczyć bardzo podejrzane geny.  Przecież ja sam niczego 
nie  wiem  o  swoim  pochodzeniu!  Może  moja  matka  była 
dziwką albo ćpunką, a ojciec jakimś psychopatą? 

-Przestań, Chance!  I posłuchaj.  Ja nie wiem,  kto cię urodził, 

ale jedno wiem. Jesteś najlepszy, jak rasowy koń pełnej krwi. 
A ja się na tym znam. 

I  wiesz,  czego  najbardziej  w  życiu  żałuję?  Że  nie  zostałeś 

moim  synem  wcześniej.  Nie  patrzyłem,  jak  rośniesz,  nie 
pomagałem ci stawiać pierwszych kroków, nie  wstawałem do 
ciebie  w  nocy,  kiedy  wyrzynały  ci  się  pierwsze  zęby.  Nie 
brałem  cię  na  ręce.  Kiedy  zjawiłeś  się  u  nas,  byłeś  już 
wyrostkiem,  płochliwym  jak  dzikie  źrebię,  które  boi  się 
panicznie  dotyku  ludzkich  rąk.  Musieliśmy  to  uszanować  i 
czekać,  aż  nam  zaufasz.  Tak  było,  Chance.  A  teraz...  Teraz 
jesteś  moją  wielką  dumą.  Wyrosłeś  na  świetnego  faceta, 
niewielu znam takich, co mogliby ci dorównać. A wiem, ile to 
cię  kosztowało.  Chance,  gdyby  wtedy  dawali  mi  wszystkie 
dzieciaki świata, ja zawsze wybrałbym ciebie. 

Oczy  Chance'a  zwilgotniały.  A  Wolf  otworzył  ramiona  i 

swego dorosłego syna przygarnął do serca. Tak, jak to mu się 
marzyło od lat. 

-Zawsze bym ciebie wybrał, synu, zawsze. 
 
Chance  wrócił  do  sypialni  i  cicho  zamknął  za  sobą  drzwi. 

Dziki tłum już się rozszedł. Sunny wyglądała na zmęczoną, ale 
i bardzo zadowoloną. 

-Jak się czujesz, Sunny?- 
-    Ledwo  żywa  -  odparła  z  westchnieniem,  nie  patrząc  na 

niego. -Ale tak w ogóle, to o wiele lepiej. Przysiadł na brzegu 
łóżka, ostrożnie, żeby jej nie trącić. 

-Sunny, chciałbym ci coś powiedzieć. 
-Jeśli  chcesz  się  usprawiedliwiać,  to  daruj  sobie! 

Wykorzystałeś  mnie.  Po  prostu.  I,  do  diabła,  nie  powinieneś 
był posuwać się tak daleko! Czy ty rozumiesz, jak ja się teraz 

background image

 

170

 

czuję?  Jak  skończona  idiotka!  Zakochałam  się  w  tobie,  kiedy 
ty... ty po prostu pogrywałeś ze mną! Ty... 

Duża  dłoń  zatkała  jej  usta.  Szare  oczy  nad  tą  dłonią  znów 

zamigotały jak brylanty. Ze złości. 

-Sunny!  Przede  wszystkim,  to  ja  cię  kocham.  I  to,  co  było 

między nami, to żadne pogrywanie. Zakochałem się w tobie od 
razu, od pierwszego wejrzenia. Ale ja... ja nie wiem, czy jestem 
ciebie wart. 

-Co?! 
Sunny zdecydowanym ruchem odepchnęła jego dłoń. 
-Co?!  Ja  rozumiem,  że  po  tym  wszystkim  możesz  mieć 

wyrzuty sumienia... Ale o co ci właściwie chodzi? 

Wziął  ją  za  rękę  i  poczuł  ulgę,  że  ona  tej  ręki  wcale  nie 

próbuje wyrwać. 

-Posłuchaj  mnie  uważnie,  Sunny.  Nie  jestem  prawdziwym 

Mackenziem.  Mary  i  Wolf  zaadoptowali  mnie  i  to  jest  jedyna 
konkretna informacja o mnie. Bo poza tym... ja niczego o sobie 
nie wiem. Nie wiem, kim byli moi rodzice... Podejrzewam, że 
to  musieli być jacyś  wykolejeńcy.  Zostawili  mnie na ulicy, w 
jakichś śmieciach, pewnie po to, żebym umarł z głodu. Ale ja 
przeżyłem,  wychowałem  się  sam,  na  ulicy.  I  dopiero  kiedy 
miałem czternaście lat,  Mary i  Wolf zabrali mnie do swojego 
domu.  Sunny,  kocham  cię,  chcę  spędzić  resztę  życia  z  tobą, 
tylko  z  tobą.  Ale  jeśli  zgodzisz  się  wyjść  za  mnie,  musisz 
wiedzieć, kogo bierzesz sobie za męża. 

-Co? - spytała półprzytomnie, jakby w ogóle nie rozumiała, o 

co mu chodzi. 

-Już  wcześniej  powinienem  był  poprosić  cię  o  rękę.  Ale,  do 

diabła,  bałem  się!  Przecież  ja  jestem  jak  biała  kartka,  nie 
zapisana,  nikt  nie  wie,  co  we  mnie  siedzi.  Dlatego  myślałem, 
że lepiej będzie dla ciebie, jeśli się rozstaniemy. Ale teraz jest i 
dziecko...  Sunny,  kocham  cię,  chcę  mieć  wszystko,  ciebie  i 
nasze dziecko. Jeśli uważasz, że możesz podjąć takie ryzyko... 

Sunny odsunęła się, w jej oczach było niedowierzanie, ale już 

zapalał się gniewny błysk. 

-Ja... ja nie mogę w to uwierzyć! 

background image

 

171

 

Uderzyła go w twarz. 
Nie  odzyskała  jeszcze  wszystkich  sił,  tym  niemniej  walnęła 

porządnie.  Chance  siedział  jak  sparaliżowany,  nawet  nie 
próbując  rozetrzeć  obolałej  szczęki.  Jego  serce  też  zamarło. 
Tak.  Jeśli  ona  zechce  uderzyć  jeszcze  raz,  niech  uderzy.  Ma 
prawo, on na to zasłużył. Bo jak on w ogóle śmiał ją tknąć, on, 
dziecko ulicy, porzucony na śmietniku.... 

-Ty  głupcze!  -  krzyknęła  w  pasji.  -  Jak  mogłeś  w  ogóle  tak 

pomyśleć?  Na  litość  boską,  Chance!  A  ja?  Mój  ojciec  był 
terrorystą!  I  ja  noszę  w  sobie  jego  geny!  Boże!  Ty  się 
zamartwiasz,  że  nie  wiesz,  kim  byli  twoi  rodzice,  a  ja 
marzyłabym  o  tym,  żeby  nie  wiedzieć,  kim  był  mój  ojciec! 
Nie! Ja nie mogę w to uwierzyć! Ja myślałam, że ty po prostu 
mnie  nie  kochasz!  Gdybym  wiedziała,  że  jest  inaczej,  to...  to 
po prostu byłoby inaczej! 

A Chance nie był w stanie niczego innego zrobić, jak zakląć, 

użyć jednego z bardzo „brzydkich” wyrazów małej Nick. Może 
zabrzmiało  to  trywialnie,  ale  nie  mógł  się  powstrzymać,  bo 
kiedy  patrzył  na  tę  mizerną  twarz  płonącą  świętym 
oburzeniem,  czuł,  jak  ogromny  ciężar  nareszcie  spada  mu  z 
serca. 

-Sunny! Ja po prostu szaleję za tobą. Wyjdziesz za mnie? 
- A co mam robić?- Muszę - powiedziała gderliwym tonem. - 

Beze  mnie  nie  dasz  sobie  rady.  Aha,  tylko  jedna  sprawa,  od 
razu.  Jeśli  spodziewasz  się,  że  nadal  będziesz  sobie  latał  po 
świecie z jednej akcji na drugą, żeby poczuć adrenalinę, a przy 
okazji  dać  się  zakłuć  nożem  albo  zastrzelić,  to  się  grubo 
mylisz.  Będziesz  siedział  w  domu,  ze  mną  i  z  dzieckiem. 
Jasne? 

-Jasne. 
Przecież  on  był  Mackenziem.  A  mężczyźni  z  rodu 

Mackenziech  są  odważni,  męscy,  wspaniali  i  zawsze  gotowi 
zrobić wszystko, aby ich kobiety były szczęśliwe. 

 
 
  

background image

 

172

 

EPILOG 
 
Sunny  spała,  wyczerpana  długim  porodem,  strachem  i 

stresem, kiedy okazało się, że nie obejdzie się bez interwencji 
chirurgicznej.  Pod  oczami  miała  sińce,  ale  dla  Chance'a  i  tak 
wyglądała  najpiękniej,  z  nowo  narodzonym  dzieckiem  w 
ramionach.  I  on  nigdy  tej  chwili  nie  zapomni.  Lekarze  i 
pielęgniarki wyszli. On, Chance Mackenzie, siedzi tu sobie ze 
swoją najbliższą rodziną. To jego żona, a to jego syn... 

Maluch  spał,  jakby  miał  za  sobą  bieg  maratoński.  Malutkie 

rączki  zwinięte  w  piąstki,  ciemne  włoski.  Chance  miał 
nadzieję, że oczy synka będą srebrzyste, jak oczy Sunny. 

-Chance? - W drzwiach ukazała się głowa Zane'a. 
-Cześć, przyszedłem na zwiady. Śpi jeszcze? -Chance kiwnął 

głową. 

-Swoje przeszła - powiedział cicho. 
-Nic dziwnego, że musieli jej pomóc. Ponad pięć kilo! 
Zane  wsunął  się  do  pokoju  i  z  rozczuleniem  spojrzał  na 

nowego Mackenziego. 

-Daj go tutaj - poprosił. - Niech powoli poznaje rodzinę. 
Odebrał małego od Chance'a pewnym  ruchem,  jak ktoś,  kto 

kołysał już niejedną swoją pociechę. 

-Cześć,  mały  -  wymruczał.  -  Jestem  twój  wuj,  wuj  Zane. 

Będziesz mnie często widywał. A w domu mam jeszcze dwóch 
chłopaków,  kiedyś  będziecie  szaleć  razem.  I  jeszcze  jeden 
urwis  czeka  na  ciebie  u  ciotki  Maris,  jest  niewiele  starszy  od 
ciebie.  No,  kochany,  może  otworzysz  oczka  i  popatrzysz  na 
wujka? 

Ale oczka nadal były zamknięte. 
-Człowiek  tak  szybko  zapomina,  jakie  to  maleństwa  na 

początku  -  stwierdził  melancholijnie.  Nagle  uśmiechnął  się.  - 
Ej,  bracie!  Zdaje  się,  że  w  naszym  pokoleniu  tylko  ja  mam 
patent na produkowanie córek! 

-Spokojnie! To było pierwsze podejście! 
-I ostatnie! – rozległ się dźwięczny głos Sunny. - Bo jeśli one 

wszystkie mają ważyć po pięć kilo... 

background image

 

173

 

Westchnęła, ale kiedy jej wzrok padł na synka, mizerna twarz 

natychmiast pojaśniała. 

-Oddaj mi go! 
Powrót  odbywał  się  zgodnie  z  protokołem.  Zane  podał 

małego Chance'owi, a Chance ułożył synka w ramionach żony. 

-A  jak  go  nazwiecie?  -  spytał  Zane.  –  Trzymaliście  to  w 

tajemnicy. Ale teraz możecie już chyba zdradzić. 

Chance  delikatnie  pogłaskał  policzek  synka,  po  czym  objął 

ramieniem ich oboje, Sunny i syna, i przytulił ich mocno. 

Zycie nie może być lepsze. 
-  Wolf - powiedział. - To mały Wolf.