background image

Paweł „DarkAraghel” Rejdak 

♦ 

Oko Węża 

Opowieści z Borgaanu tom I 

♦ 

background image

Słowo Honoru 

Nad  doliną  Andanu  królował  amarantowy  zmierzch.  Słoneczny  żar  powoli  dogasał, 

rozlewając  na  zachodzie  kałuże  purpury  i  granatu.  Jeszcze  nim  zapadły  ciemności,  nad 

Borgaanem 

zapłonęły rozsypane gwiazdy, a srebrzysty księżycowy sierp zalśnił wysoko pośród 

nich. 

Wieczorny  wiatr  omiatał  ciepłem  urodziwą  twarz,  rozdmuchując  jasne  włosy.  Nivia, 

okuta  w  pancerz  smoczego  rycerza,  spoglądała  na  artyzm  matki  natury  z  nieskrywanym 

zachw

ytem.  Jako  Smoczy  Lansjer  z  bractwa  Czarnej  Orchidei  przybyła  tutaj,  na  południowy 

archipelag,  by  chronić  morskie  terytoria  Imperium  przed  zakusami  Sułtanatu  i  barbarzyńskimi 
najazdami piratów. Jednak dziś wieczór wbijała w niebiosa swe daktylowe oczy i pełna podziwu 
chłonęła teatr, jakim było nadejście zmierzchu i nastanie nocy. Zawsze była wrażliwa, a teraz, 
kiedy jej serce płonęło z miłości, emocje wprost targały całym jej jestestwem. Spokój i piękno 
natury roztaczały aurę wzniosłego majestatu. 

Choć dowodziła chorągwią blisko stu kamiennych smoków i mogła wymazać z annałów 

niejedną piracką legendę, to tak naprawdę nie rwała się do tego, by walczyć. Po części dlatego, 
że nie było z kim. Od kilku lat na Diabelskim Jęzorze – jak nazywano ten archipelag wysp – było 
bardzo spokojnie. Poza tym w pewnym stanie nawet rycerzom nie wypada walczyć. Nivia była 
bowiem  brzemienna.  Biorąc  pod  uwagę  to,  że  była  kobietą  rasy  ludzkiej,  jej  zachowanie 
zaskakiwało – była w ósmym miesiącu ciąży, a wyglądała i poruszała się tak, jakby kompletnie 
jej to nie dotyczyło. 

Ktoś zbliżył się do niej, nie wzbudzając uwagi. Stanął tuż za nią, a silne, choć delikatne 

dłonie zakryły jej oczy. 

Drgnęła lekko zaskoczona. 

– 

Ile  jeszcze  zajdzie  słońc,  zanim  powiesz,  że  mnie  kochasz?  –  Ciepły  męski  głos 

przywołał uśmiech na jej twarz. 

– Desturiussie… – 

szepnęła, odchylając głowę do pocałunku. – Tęskniłam. 

– 

Ja także. 

– 

Musisz jechać? – spytała, chowając mu głowę w ramionach. 

– 

Przecież znasz odpowiedź… 

– Przepraszam – 

odparła, wtulając się jeszcze mocnej. – Wolałabym, abyś został. 

background image

– 

Nie mogę. 

– 

Przecież wkrótce rodzi się twój syn… 

– 

Wy, Smoczy Lansjerzy, nigdy nie będziecie paladynami. – Desturiuss wypowiedział te 

słowa z dumą, a jednak uśmiechnął się pod nosem. 

–  O phi! – 

Odwróciła się z nadąsaną miną. – Ty znowu o tej swojej „misji”. Lepiej mi 

powiedz, kiedy mnie opuszczasz… 

– 

O świcie. 

– 

Kogo podkusiło, żeby porywać mało dziecko z orczej wioski? To bez sensu. 

– 

Nie tak całkiem bez sensu. To wybraniec. 

– 

O ile mi wiadomo, to nie należy do twoich obowiązków. Ochrona tej wsi. – Westchnęła. 

Desturiuss objął ją ramieniem. 

– 

Ale przyszli do mnie, a do mnie należy czynienie dobra. 

– 

Twoje słowa napełniają me serce smutkiem i dumą… jednako. 

Desturiuss tylko się uśmiechnął. Zakutą w stal rękawicą odgarnął tak typowe dla każdego 

srebrnego  elfa  platynowe  włosy  i  zatopił  wzrok  w  palecie  gasnącego  zmierzchu.  W 
stalowoszarych oczach karmazyn powoli zamieniał się w purpurę, a złoto rozlane pośród chmur 
na zachodzie bledło, obracając się w szarzejący popiół. 

Na  boskim  półplanie  Zdarzeń  coś  właśnie  miało  się  wydarzyć.  Meleghorn  –  Pan  zła  i 

wszelkiej nieprawości (a także wielu innych paskudztw) – międlił w palcach tajemniczą figurkę. 
Niby  przyglądał  się  Boskiej  Mapie  Światów  i  rozległym  krainom  Borgaanu,  niby  to  z  uwagą 
oglądał  figurki  przedstawiające  siły  dobra,  prawa  i  neutralności,  niby  wiedziony  czystym 
zainteresowaniem  wtykał  swój  kościany,  haczykowaty  nos  w  skupisko  sił  zła,  co  jakiś  czas 
znacząco  zerkając  w  stronę  Szal  Równowagi,  ale  tak  naprawdę  cały  czas  uważnie  łypał  na 
wszystkie strony, „patrząc, czy nikt nie patrzy”. 

Już miał drżącą ręką dostawić wymiętoloną w palcach figurkę i cichaczem prysnąć przez 

tylne wyjście, gdy poczuł na sobie czyjś palący wzrok… 

Niewiele  trzeba  było,  by  Bóg-Paladyn,  zwany  Jedynym  Sprawiedliwym,  zoczył  swego 

największego  rywala,  jak  ten  na  paluszkach  zakrada  się  do  Mapy  i  próbuje  przemycić  jakieś 
świństewko. 

background image

Crus-

Haddor  ryknął  z  oburzenia  i  skoczył  ze  swego  niebiańskiego  tronu  prosto  w  dół. 

Pruł  niebo  niczym  kometa,  przedzierał  się  przez  czas  i  światy,  kierując  w  stronę  boskiego 
półplanu Zdarzeń, gdzie emisariusze bogów tworzyli rzeczywistość przy zachowaniu równowagi 
pomiędzy siłami światła i ciemności. 

Bóg-Paladyn u

derzył w ziemię niczym naładowany energią meteor. Fala mocy rozeszła 

się na boki, zmiatając głazy i wiekowe skały daleko poza horyzont. Jedyny Sprawiedliwy stanął 
wyprostowany  i  rozłożył  swe  dziewięcioramienne  skrzydła.  Ulepione  z  gwiazd  i  celestialnego 

bl

asku skrywały w sobie wszystkie konstelacje, które nocami migotały nad światem Borgaanu. 

Crus-

Haddor był srogi i piękny. 

Panoszące  się  wkoło  ciemności  pierzchły  przytłoczone  niebiańskim  blaskiem,  by  skryć 

się za plecami swego pana – Meleghorna. Teraz nawet i on sam lekko mrużył oczy na widok 
mocy, jaką władał jego przeciwnik. 

Crus-

Haddor przeszył go srogim spojrzeniem, po czym odezwał się, a jego głos można 

było porównać do tysiąca grzmotów i ryku rozszalałego, burzowego wichru. 

– Czego tu chcesz?! 

– Och, j

a? Yyy… nic. Tylko coś sprawdzam. 

– Sprawdzasz?! Majstrujesz przy Szalach Równowagi! 

– 

Ja? Co? Skąd! Przecież to zakazane. Jak możesz, Crus-Haddorze? Ranisz moje uczucia 

tym fałszywym osądem. 

– 

Po twoich rozbieganych oczkach widzę, że coś kombinujesz… 

Bóg-

Paladyn podszedł do Mapy i omiótł całość wzrokiem, jednak wszystko wydawało się 

być w należytym porządku. Nawet Szale Równowagi pozostały nietknięte od ostatniej narady. 

– Crus-Haddorze – 

odparł po chwili Meleghorn – tylko wietrzysz wszędzie podstęp, a jak 

sam widzisz, tylko się przyglądałem. 

– 

Napatrzyłeś się już? 

– No w sumie… 

– 

To do widzenia! Jak wiesz, żaden z nas nie może tutaj przebywać sam. 

– 

Ale teraz jesteśmy razem, a nasze wpływy się równoważą, toteż możemy jeszcze chwilę 

zostać, prawda? 

– 

Ja  już  wychodzę,  więc  ty  też.  Proszę,  pozwól,  że  puszczę  cię  pierwszego.  –  Crus-

Haddor wykonał gest dłonią. 

background image

– 

Mam cię tu niby samego zostawić? – żachnął się Meleghorn. – Nigdy! Kto wie, co się 

tu stanie, jak mnie nie będzie. 

– 

CO?! Wątpisz w moją uczciwość? Ależ ty potrafisz być bezczelny, Meleghornie… 

– 

Ja się stąd nie ruszam bez ciebie – rzucił Meleghorn. 

– 

Więc razem – wysyczał przez zęby Crus-Haddor. 

Bóg zła kiwnął głową na zgodę i zrobił pierwszy krok. Crus-Haddor odwrócił się w stronę 

portalu i w tym momenc

ie Meleghorn błyskawicznym ruchem dłoni postawił figurkę czarnego 

kruka gdzieś na Mapie Borgaanu. 

Obaj  Bogowie  oddalili  się,  zostawiając  półplan,  gdzie  tkano  rzeczywistość,  całkowicie 

pusty. Szala Równowagi nieznacznie przechyliła się na stronę zła. 

Chmury, jak gęste białe pióropusze, dumnie wędrowały po lazurowym niebie. Choć od 

drugiego postoju minęło wiele godzin, to słońce wciąż wisiało wysoko, lejąc niemiłosierny żar na 
opancerzonych rycerzy. Okolica nie należała do przyjaznych, a nastrojów pośród zbrojnych nie 
poprawiał fakt, że zbliżali się do Doliny Łez, owianej złą sławą niecki, gdzie Umarły rycerz, lord 
Shandor, wzniósł niegdyś swój ostatni bastion, broniąc się przed atakiem barona Texa – paladyna 
w służbie Świątyni Słońca. Tex pokonał nieumarłego lorda, jednak tak on, jak i jego ludzie padli 
ofiarą straszliwej klątwy, która od setek lat nie straciła swojej mocy. Każdy, kto chciał skrócić 
sobie  drogę  z  ziem  Andanu  do  Czerwonej  Puszczy,  musiał  liczyć  się  z  ryzykiem,  że 

nieprzewidywalna magia z 

domeny  chaosu  nagle  się  przebudzi,  by  uwięzić  podróżnych  w 

kamiennych słupach, skazując ich na niemal nieskończoną udrękę. 

Zmierzchało, kiedy orszak biskupa Desturiussa, paladyna Crus-Haddora, zatrzymał się na 

wzniesieniu. Pod kopytami koni znana z podań i legend posępna dolina otwierała swą paszczę. W 
dole, jak na wyciągnięcie ręki, dziesiątki milczących menhirów tonęło w jeziorze mgły. 

Przyroda ucichła, jakby bała się nadszarpnąć delikatną tkaninę ciszy. Wokoło zapanował 

nienaturalny spokój. Wydawało się, że coś przyczaiło się nieopodal i tylko czeka na właściwy 
moment, by zaatakować. 

Desturiuss zrównał konia z przednią strażą. 

–  Odradzam  – 

odezwała  się  Sharii,  młoda  magini,  która  kilka  lat  temu  dołączyła  do 

pocztu Desturiussa i od czasów bitwy pod Narra’D

ur nie odstępowała biskupa na krok. 

background image

– 

Zaryzykujemy, zjeżdżamy – rzucił niedbale i, dając przykład swoim rycerzom, ruszył 

stępa w dół zbocza. 

Szmer niedowierzania przebiegł pośród zbrojnych, ale żaden z wojowników światła nie 

śmiał sprzeciwić się rozkazom biskupa. Żaden paladyn Crus-Haddora nie znał przecież uczucia 

strachu. 

Ostrożnie, prawie jak na szpilkach, naprężeni i gotowi do walki rycerze poczęli zjeżdżać 

w  stronę  wijącego  się  na  dole  traktu.  Wjechali  na  polanę  powoli,  niemal  jeden  za  drugim.  W 

ciszy 

i skupieniu zanurzyli się w oparach mgły, jaka unosiła się pośród menhirów. 

Mówią, że nawet głazy czasami potrafią płakać. Cóż, te na pewno płakały. Poznaczone 

dziwnymi symbolami zdawały się wytwarzać dziwny wibrujący dźwięk, podobny do ludzkiego 

szlochu. 

Większość kamiennych słupów milczała, jednakże jeden z nich zdawał się aż krzyczeć 

za pozostałe. 

Desturiuss położył dłoń na kamieniu. W błysku wspomnień przed oczami przemknęły mu 

straszliwe sceny. Biskup Crus-

Haddora  nagle  zrozumiał  znaczenie  głazów.  To  były  więzienia. 

Trzymały  w  kamiennych  trzewiach  swe  ofiary,  by  nocami  straszliwe  nieumarłe  bestie  mogły 
chłeptać  ich  energię  życiową.  A  te  bestie  były  tutaj.  Magia  menhirów  potrafiła  utrzymywać 
nieszczęśliwców  przy  życiu  przez  dziesiątki  lat,  dając  tym  samym pokarm wiecznie 
nienasyconym martwiakom. Wyglądało na to, że wiele więzień stoi pustych i czeka właśnie na 

nowych „dawców”. 

Desturiuss odwrócił się do swoich i krzyknął. 

– 

To pułapka! 

Nagle zerwał się wściekły wiatr i rozlał w dolinie przenikliwe zimno. Po krótkiej chwili 

Dolina  Szlochu  zatonęła  w  zimnym  i  odpychającym  półmroku.  Wilgoć,  jaka  osiadła  na 
pancerzach,  błyskawicznie  zmieniła  się  w  szron,  a  spod  hełmów  buchnęły  parujące  oddechy. 
Wirujące opary mgły podniosły się, otaczając poczet Desturiussa ciężkim i lepkim pierścieniem. 
Wzmagający się wiatr tłumił i ucinał głosy, a ogarnięte paniką konie nie chciały ustać w miejscu. 

To  właśnie  wtedy  Desturiuss  dostrzegł  je  jako  pierwszy.  Dzikie  purpurowe  ślepia 

zapłonęły  wokoło  i  otoczyły  ich  ciasnym  kordonem.  Potem  przez  wiatr  przedarł  się  nieludzki 
skowyt,  jakby  stado  umarłych  ruszało  na  rzeź.  I  faktycznie  ruszało.  Zmrocze.  Jedne  z 
najgroźniejszych nieumarłych. Półmaterialne niczym mgliste cienie rzucały się na wszystko, co 
żywe, pożerając witalność swych ofiar, póki nie pozostało już nic. 

background image

Martwiacze bestie były wściekłe, mordercze i poruszały się z nadludzką prędkością. W 

czasie,  gdy  paladyni  Desturiussa  robili  jeden  krok,  zmrocz  robił  ich  dziesięć.  Na  nieszczęście 
rycerzy nie było mowy o uczciwej walce. Wystarczyło bowiem, że martwiak przeniknął przez 
ciało  nieuważnej  ofiary,  która  nie  zdołała  się  osłonić  lub  uchylić.  Taki  atak  wykradał  siły 
życiowe, przeszywając paladynów porażającym ruchy zimnem i błyskawicznie postarzając ich o 

kilka lat. 

– 

Dawać,  panowie,  bo  czeka  nas  randka  z  kostuchą!  –  ryknął  Desturiuss  i  chwycił  za 

miecz. 

Biskup stanął naprzeciwko zmrocza. Nieumarły był ledwie wspomnieniem swej dawnej 

postaci. Ohydne kły i szpony dymiły od przenikliwego mrozu, a wykręcone martwiczym głodem 
ślepia zdradzały nienawiść do wszystkiego, co żywe. Zmrocz zaskowyczał i rzucił się na łatwy 
łup.  Desturiuss  tylko  na  to  czekał.  W  ostatniej  chwili  wykonał  półobrót  i  wirując  z  mieczem 
niczym baletnica, przechlastał pędzącego potwora na dwoje. Tuż obok był drugi. Paladyn wybił 
się z obu nóg i w locie rozpłatał nieumarłego, poczynając od dołu. 

Wylądował kilka kroków dalej. Wokoło było pusto, miał więc chwilę, aby rzucić okiem 

na  pole  bitwy.  Było  źle.  Większość  jego  rycerzy  została  już  wielokrotnie  zraniona  przez 

rozszal

ałe martwaki. Kilku porażonych martwiczym dotykiem ledwo trzymało się na nogach. 

Biskup  Desturiuss  próbował  zaprowadzić  porządek  w  szeregach,  wykrzykiwał  rozkazy, 

unikając  atakujących  umarłych,  ale  wydawało  się,  że  nic  nie  jest  w  stanie  opanować  zamętu 

wyw

ołanego  przez  nagły  atak  zmroczy.  Wtem  kątem  oka  dostrzegł,  jak  jeden  z  martwych 

próbuje podejść tkającą czary dziewczynę. 

Desturiuss mimo płyt pancerza był nadal niesłychanie zwinny. Skoczył w stronę Sharii i 

mocnym  szarpnięciem  ściągnął  ją  z  konia.  Oboje  upadli  na  ziemię.  Rozwścieczony  martwiak 
rozpruł powietrze szponami. 

Madar  Gorn, jeden z młodych paladynów, nie miał niestety  tyle szczęścia. Oszalały ze 

strachu  rumak  zrzucił  go  przed  chwilą  na  ziemię.  Paladyn  próbował  wstać.  Już  wspiął  się  na 

jedno kola

no, gdy nagle na oczach Desturiussa i Sharii kilkanaście zmroczy uderzyło w niego, 

przenikając  na  wylot.  Paladyn  zadrgał,  a  spod  płyt  pancerza  zaczął  wysypywać  się  popiół.  Po 
chwili cała zbroja runęła na ziemię z głuchym chrzęstem. 

– 

Kurwa jego mać. – Sharii zadrżała. – Dest, zrób coś, bo nas zapierdolą! 

background image

Paladyn  zwinął  się  w  kłębek,  unikając  ciosu  szarżującego  zmrocza.  Eteralne  szpony 

smagnęły  go  po  włosach.  Desturiuss  poczuł  nieziemski  chłód.  Przyklęknął  na  jedno  kolano  i 
wyprowadził pchnięcie. Martwiak zawył i z paskudnym skowytem rozpłynął się we mgle. 

– 

Pamiętasz, jak pod Narra’Dur ratowałeś mi życie? – spytała magini, podnosząc się z 

ziemi. 

– 

Pamiętam. Dolicz dzisiejsze do rachunku. 

– 

Mówiąc wtedy, że pójdę za tobą wszędzie, nie sądziłam, że wdepnę w takie gówno. 

Desturiuss  potoczył  wzrokiem  po  polanie.  Kilku  jego  rycerzy  zdążyło  już  odejść  na 

wcześniejszą emeryturę, zamieniając się w popiół. Choć część martwiaków zginęła w walce z 
paladynami, to wciąż było ich bardzo wiele. Właśnie teraz kilka z nich zaczęło otaczać biskupa i 
jego czarodziejkę, skowycząc niczym wygłodniałe psy. 

Desturiuss  zaklął  pod  nosem.  Póki  co  udało  mu  się  położyć  dwóch  czy  trzech 

nieumarłych, a wymagało to dzikiej zwinności i diabelnego refleksu. Raz czy dwa można było 
mieć szczęście, ale teraz wszystko zapowiadało, że oboje wyjdą z tej imprezy nogami do przodu. 

Sharii,  choć  ubóstwiała  magię  żywiołów  i  była  zwolenniczką  domeny  Życia,  nie  miała 

wielkiego wyboru. Nie zamierzała zdechnąć w imię ideałów, koniec końców nie była paladynem. 
Sięgnęła do woreczka przytroczonego przy pasie i wydobyła zeń duży, perlisty kryształ. Uniosła 
go wysoko w dłoni i wykrzyczała słowa antycznego zaklęcia. 

Krew  buchnęła  jej  z  nosa,  a  z  oczu  polały  się  łzy.  Magia  Śmierci  przynosiła  szybkie 

efekty, ale za 

konkretną cenę. Sharii przygryzła język, gdy strumień mocy przepłynął przez nią, 

gruchocząc  jej  kości.  Fala  energii  napełniła  kryształ,  budząc  go  do  życia.  Wraz  ze  słowami 
pradawnego zaklęcia z serca klejnotu buchnęło palące, słoneczne światło. 

Półmrok  zawył  i  zasyczał.  Zwinął  się  w  kłębek  i  rozpłynął  w  złocistym  blasku 

wylewającego się z kryształu słońca. Martwiacze bestie ledwo zdążyły wrzasnąć, nim roztopiły 
się w promieniach magicznego światła. Wystarczyło kilka chwil, by wszystkie zmrocze odeszły 

w zapomnienie. 

Światło  w  krysztale  zgasło,  a  wyczerpana  czarodziejka  upadła  wpół  żywa  na  ziemię. 

Desturiuss  syknął,  gdy  spojrzał  na  jej  rękę.  Spopielony  kikut  sięgał  daleko  poza  łokieć,  wiele 
powstałych w dziwnych miejscach sińców wskazywało na liczne podskórne wylewy i złamania. 
Sharii była w fatalnym stanie. 

background image

Desturiuss wiedział, że w leczeniu obrażeń magii Śmierci potrzeba czasu, czasu i jeszcze 

raz  czasu  i  nawet  najsilniejsza  magia  kleryczna  niewiele  tu  pomoże.  Nie  zaszkodzi  jednak 
spróbować.  Biskup  wykreślił  w  powietrzu  kilka  znaków  i  po  chwili  z  jego  ust  wypłynęły 
kolorowe symbole. Runy zawirowały nad ciałem czarodziejki i spadły na nią niczym świetlisty 

deszcz. 

Obraz po walce nie przedstawiał się zbyt imponująco.  Zginęło aż pięciu z siedemnastu 

rycerzy, któ

rzy wyruszyli z Desturiussem z Andanu, a wielu innych znacznie się postarzało. Na 

szczęście dla nich był jeszcze ratunek. Silne zaklęcie, znane jako regeneracja witalności, potrafiło 
przywrócić zaatakowanym przez zmrocze rycerzom utracone siły i młodość. Niestety dla tych, 
którzy w ten sposób umarli, nie było już ratunku. 

Choć  niebezpieczeństwo  minęło,  biskup  rozkazał  wycofać  się  z  doliny  i  na  skraju 

pomarańczowego gaju urządził swym braciom należyty pochówek. 

Zmierzch  przegnał  światło  dnia  daleko  poza  horyzont,  pozwalając  rozpanoszyć  się 

wszędobylskim  ciemnościom.  Na  tle  fioletowego  nieba  gwiazdy  zapłonęły  ostrym,  zimnym 
blaskiem. Desturiuss modlił się wiele godzin, prosząc o łaskę dla tych, którzy oddali dziś życie w 
starciu  ze  śmiertelnym  wrogiem  jasności.  Gdy  skończył,  usiadł  na  chwilę  obok  posłania 
czarodziejki i z zadowoleniem odkrył, że odzyskała już przytomność. 

– 

Dlaczego aż tak ryzykowałaś? Przecież mogłaś spróbować innych czarów. 

– Nie ma za co. 

Desturiuss uśmiechnął się i położył dłoń na jej zmierzwionych włosach. 

– 

Dziś nie tylko ja, ale my wszyscy jesteśmy twoim dłużnikami. 

– 

Zapamiętam to sobie – zażartowała. 

– 

Mimo wszystko powiedz, czemu akurat magia Śmierci? Nie było innego wyjścia? 

– 

Mogłam użyć czarów z innych szkół, ale one przywołałyby tylko światło, ale nie blask 

słońca.  Pramagia,  czyli  domeny  Życia  i  Śmierci,  to  filary,  na  których  wyrosły  wszelkie  znane 
dziś  szkoły  magii.  Były  na  długo  przed  nowoczesnymi  czarami  i  będą  na  długo  po  nich.  Po 
prostu te dwie siły są najpotężniejsze, choć mało kto pamięta dziś, jak ich używać. 

– 

Zawsze mnie to ciekawiło. – Desturiuss spojrzał w rozgwieżdżone niebo. 

– Co takiego? 

– 

Ta cała magia. Jak to się dzieje, że możesz stworzyć blask słońca. 

background image

– 

Niczego  nie  stworzyłam.  Ten  kryształ  był  kiedyś  przez  wiele  lat wystawiony na 

działanie słońca. Ja nie wyczarowuję światła. Po prostu tkając zaklęcie, proszę kryształ, aby je 
sobie przypomniał. 

– 

Ładnie powiedziane. 

Świt wstawał za horyzontem. Pierwsze promienie rozlały bursztynowy blask po zielonych 

wzgórzach i 

spłynęły w dół, wypełniając dolinę. Wiatr szeptał cichutko pośród traw, a po niebie 

leniwie płynęły welony białych chmur. Orszak biskupa był gotów, by ruszyć w dalszą podróż, 
która miała potrwać jeszcze wiele dni. 

Słońce  ozłociło  właśnie  posępne  i  zimne  menhiry,  kiedy  do  uszu  podróżnych  dobiegł 

silny, wibrujący dźwięk. 

– 

Znów  płacze  –  odezwała  się  Sharii,  która  po  wydarzeniach  wczorajszej  nocy  ledwo 

trzymała się w siodle. 

– 

Jeśli tego nie sprawdzę, do końca swoich dni będę żałował. 

– Odradzam. 

– Mam 

wrażenie, że już to gdzieś słyszałem. 

– 

Aha, i miałam rację. 

– 

Ano miałaś, ale mimo wszystko spróbuję. 

– 

Uparty jesteś jak osioł. 

– 

Jest dzień. Martwe tak łatwo nie wypełznie z nory, gdy stoi za nami potęga słońca. 

– Naiwniak. 

– Defetystka. 

Desturiuss wstr

zymał  swoich  ludzi,  a  sam  zjechał  w  głąb  doliny.  Gdy  stanął  pod 

menhirami, nie było tam już ani śladu mgły, która oblepiała je wczorajszego wieczora. Biskup 
zeskoczył z konia, który dziś wydawał się nadzwyczaj spokojny. Ostrożnym krokiem zbliżył się 

do kam

iennego słupa i położył na nim dłoń. 
Był zimny i lekko wilgotny. Szorstka faktura ocierała się o jego rękę. Nagle Desturiuss 

poczuł dziwne ukłucie, a wibracje głazu zwiększyły się, przechodząc w upiorny szloch. Na skraju 

doliny rycerze biskupa wskoczyli na 

konie  i  dobyli  broni,  by  przyjść  z  pomocą  swojemu 

dowódcy, biskup jednak zatrzymał ich gestem. 

background image

W pamięci szybko przywołał kolejne fazy starego zaklęcia i przystąpił do inkantacji. Na 

polanie  kamieni  znów  zbudził  się  zimny  wiatr.  Wraz  ze  słowami  zaklęcia,  które  wypowiadał 
Desturiuss,  wkoło  głazu  trysnęły  fontanny  srebrnozłotych  iskier.  Dłonie  biskupa  kreśliły  w 
powietrzu kolorowe znaki. Runy wirowały przez chwilę w mistycznym tańcu, by nagle uderzyć 
w kamień i w kolorowej eksplozji barw wsiąknąć w jego wnętrze. 

Głos  rzucającego  zaklęcie  Desturiussa  wznosił  się  i  opadał,  aż  w  końcu  stał  się  tak 

donośny  i  potężny,  że  wypełnił  po  brzegi  całą  dolinę.  Wtedy  nagle  zapadła  śmiertelna  cisza. 
Wszystko zamarło. Z czystego, bezchmurnego nieba prosto w nasączony magią menhir runęły 
błyskawice. 

Gromy, jeden po drugim, uderzały w głaz, odłupując jego kawałki, aż nie pozostało nic, a 

wielki kamienny słup zamienił się w gruz i popiół. Gdy odpadł kurz, w miejscu kamienia stała 
niezwykła postać. 

Królewski minotaur przywitał wolność donośnym, basowym rykiem. „Olbrzym” to było 

dla  niego  odpowiednie  słowo,  szczególnie,  że  mógł  poszczycić  się  muskulaturą  gladiatora. 
Potężne  ciało  oplatały  sznury  grubych  ścięgien  i  żylaste  mięśnie.  Szerokie  plecy  i  ramiona 
formowały jego sylwetkę w trójkąt, nogi zaś były tak masywne, że wyglądały niczym antyczne 
kolumny  podtrzymujące  jakieś  wielkie  sklepienie.  Gdy  spojrzał  na  Desturiussa  spod  swoich 
skręconych  w  dół,  naostrzonych  rogów,  ten  nie  miał  wątpliwości,  że  minotaur  ma  ponad  trzy 

krady wzrostu. 

– 

Komu zawdzięczam swoją wolność? – zadudnił głęboki bas. 

– 

Desturiuss Stormbringer, paladyn w randze biskupa Kościoła Jedynego Sprawiedliwego 

Crus-Haddora – 

odrzekł rycerz. 

– 

Wreszcie rycerzyki pokazały, że się do czegoś nadają. 

– 

Rad jestem, żeś taki szczęśliwy – odparł Desturiuss, z lekka się uśmiechając. – Jak ty 

się zwiesz, wojowniku? 

– 

Drhun Vorglath. I nie jestem wojownikiem, jestem gwardzistą. 

– 

Aaa, w takim razie, chyba będę miał dla ciebie robotę. 

Drhun nie miał się dokąd udać. Jak zdążył biskupowi opowiedzieć, uwięziono go w tych 

głazach  ponad  rok  temu  wraz  z  kupiecką  karawaną  zmierzającą  na  zachodnie  wybrzeże.  Z 
karawany i kontraktu za jej ochronę nie pozostało oczywiście nic, toteż minotaur chętnie przyjął 
propozycję  Desturiussa,  aby  podróżować  razem,  przynajmniej  do  uwolnienia  chłopca  z  rąk 

background image

Łowców Skalpów. Kościół Crus-Haddora nie płacił zbyt wiele, ale lepsze to niż skubać trawę na 
wzgórzach niczym krowa. Póki co praca dla Kościoła, a potem się zobaczy. 

Nad  lasem  Taga’nnor  wstawał  krzepiący  świt.  Powoli  otwierał  swoje  świetliste  oczy  i 

rozlewał bursztynowy blask po całej okolicy. Natura właśnie budziła się ze snu. 

Polana tonęła w półmroku. Kilkanaście namiotów dzikiego klanu ogrów trwało w nocnym 

odrętwieniu,  niczego  nie  podejrzewając.  Prawie  każdy  namiot  i  każda  żerdź  ozdobione  były 
garściami  górskich  kryształów  i  pękami  kolorowych  piór.  Na  północy,  obok  wielkiego 
czerwonego ołtarza poświęconego półbogowi ludojadowi – Sarr’Katechowi – stał naszpikowany 
ziołami kocioł. 

– Co to za badziew? – 

spytał Drhun. 

– Zaprawka. 

– Jaka zaprawka? 

– No marynata. – 

Sharii nie odrywała czujnych oczu od namiotu wodza-szamana. 

– Po co? 

– 

Żeby ugotować małego. 

– Co? – 

Drhun wybałuszył gały. 

Sharii zachichotała. 

– Ano – 

odpowiedziała – to plemię wierzy, że jak kogoś zeżre, to zyskuje jego moce. Na 

tę okoliczność przygotowuje się cały rytuał. W tych rejonach to wielkie wydarzenie. 

– 

Chcą wszamać tego małego huncwota? 

– 

No. Szaman chce mieć jego wizje. 

– 

Jak mu przykrochmalę kamsztorem w czerep, to zaraz będzie miał wizje. 

– 

Hi, hi. Będziesz miał okazję. Zobacz tam. – Czarodziejka wskazała na ozdobny namiot. 

– To jego chawira. 

Gramolącemu  się  właśnie  z  bambetli  szamanowi  plemienia  Łowców  Skalpów  nie 

przeszło nawet przez myśl, że będzie to jego ostatni poranek. Ziewnął pełną gębą i wychylił swój 
wielki  niczym  wiadro  łeb  na  zewnątrz.  Choć  miał  już  na  karku  wiele  wiosen  i zeżarł  całkiem 
sporo ludzi, to na widok zamachującego się Desturiussa postawił oczy w słup. 

background image

Dwuręczny miecz runął na niego ze świstem, odrąbując głowę i posyłając ją wysoko w 

górę. Zdziwiona gęba uzbrojona w dziesiątki kolczyków i ozdób wirowała w powietrzu, ciągnąc 
za sobą strumień krwi. 

W tym samym czasie magia konwersji zamieniła namiot wodza w parę wodną, a zaklęcie 

piorunów, które wystrzeliło z palców czarodziejki, spopieliło więzy pętające młodego chłopca. 

Sharii  chichotała,  kreśląc  w  powietrzu  znaki,  które  wypluwały  trzeszczące  kule  ognia. 

Gdy taka kula trafiła w namiot śpiących wojowników, to po krótkiej chwili i głośnej eksplozji ze 
środka wypadały dobrze wypieczone kotlety. 

Drhun Vorglath też był w swoim żywiole. Jako że ważył tyle, co spora wiejska stodoła, 

skakał, ryjąc kopytami w sam środek namiotów. Jęk bólu i chrupot kości oznajmiał wyraźnie, 
którzy z wojowników klanu już dziś nie powalczą. Drhun bił też pięściami, na które uprzednio 
zapiął ciężkie żelazne kastety. Trafiło się paru, którzy się na to nadziali. Niestety nie przeżyli, by 
móc o tym opowiedzieć. Zęby wyleciały im tyłem głowy. 

Potem do akcji wkroczyli paladyni, posiłkując się kapłańską magią. 
Wystarczyło kilka chwil i klan ludojadów, wyznawców Sarr’Katecha, dosłownie przestał 

istnieć. 

Desturiuss  podszedł  do małego  orkowego  chłopca,  który  jak  na  taką  jatkę  zachowywał 

całkowity  i  wręcz  nienaturalny  spokój.  Mały  miał  dwa  lekko  koślawe uszka i nieco zadarty 
nosek, który przy sporej głowie wyglądał jak ziarenko pieprzu. 

– 

Jesteś odważny, młodzieńcze. 

– 

Wiedziałem, że mnie uratujesz. Widziałem to w ogniu. 

– 

To ciekawe. Czasem sam chciałbym cię zapytać, co jeszcze tam widziałeś. Życie byłoby 

łatwiejsze. 

– Wcale nie. 

– 

Kto wie, być może, jednak czasem po prostu chce się wiedzieć. 

– 

Ty nie chciałbyś wiedzieć. 

– 

Teraz to mnie zaintrygowałeś – odparł biskup Desturiuss. 

– 

Niepotrzebnie moja matka prosiła cię o ocalenie. 

– Dlaczego… Ale czekaj, 

skąd wiesz, że… Zaraz, zaraz, to proste. Jak matka mogłaby nie 

prosić o uratowanie syna? To naturalne. A prawie dałem ci się nabrać. 

– 

Nie prosi się o przysługi u diabła. 

background image

– 

Słucham??? – Desturiuss, mimo zdziwienia, wybuchnął radosnym śmiechem. – Chyba z 

ki

mś mnie pomyliłeś. 

– Zatem sprawdzimy. 

– Dobrze, czekam. 

– 

Zawsze dotrzymujesz danego słowa, rycerzu? 

– 

Oczywiście, tak nakazuje mi rycerska tradycja i honor. 

– Zawsze? 

– Zawsze. 

– 

Niezależnie od okoliczności, tak? 

– 

Niezależnie, zawsze, choćby świat miał się zawalić. Słowo rycerza to świętość. Dlatego 

dziś tu jestem – uśmiechnął się biskup. – Dałem słowo. 

– 

Dlatego umrzesz, aby narodzić się dla ciemności – odpowiedział chłopiec. 

Kamienna powaga, z jaką wypowiadał słowa ten mały wróżbita, zgromadziła wszystkich. 

Zapanowała  krótka  cisza,  jednak  każdy  dopatrywał  się  w  tym  dziwacznego  żartu.  Desturiuss 
Stormbringer był bowiem znanym od dziesiątek lat sługą Crus-Haddora, paladynem o czystym i 
cnotliwym sercu, który w pełni oddany był służbie w imię dobra i prawości. 

– 

Jak cię zwą, fatalisto? – spytał w końcu biskup. 

– Dreghor. 

– 

Te,  mały  –  odezwał  się  Drhun,  wychodząc  naprzód  –  a  może  ja  też,  tak  jak  biskup, 

jestem przeznaczony ciemności? – Minotaur uśmiechnął się kącikiem pyska. 

–  Nie  – 

odrzekł  chłopiec.  –  Ty  jesteś  przeznaczony  śmierci.  Strzeż  się  dwóch  noży, 

minotaurze, bo to one zgubę ci przyniosą. 

– Hah! – 

ryknął Drhun. – Nożami to ja se dłubię w zębach, dzieciaku. Coś ci się chyba 

klepki poprzestawiały, jak zobaczyłeś, że cię mają w tym garze ugotować. 

Słońce  tonęło  w  ciemnościach  tuż  za  krawędzią  dnia,  rozmazując  na  linii  horyzontu 

bursztynowe  światło.  Orszak  biskupa  był  w  drodze  do  domu.  Zbliżali  się  właśnie  do  starego 
druidowego gaju, kiedy Desturiuss zarządził postój i rozbicie obozowiska. 

Wszyscy  zajęci  byli  przygotowywaniem  obozu,  kiedy  do  samotnie  siedzącego  biskupa 

zbliżył się zwalisty minotaur. Drhun rozejrzał się wokoło, na czym by tu usiąść, aby przypadkiem 

background image

niczego nie zepsuć, po czym zdecydował się oprzeć o starą, ognistą sosnę. Biskup uśmiechnął się 
i gestem zaprosił minotaura, aby się do niego przyłączył. 

Zachód słońca był urzekający i przez chwilę w milczeniu podziwiali go obaj. Drhun miał 

się już odzywać i zagadnąć do paladyna na temat jakichś ploteczek. Sposobił się też, aby zbliżyć 
się nieco do skały szczerzącej swe zimne zębiska, na której przysiadł Desturiuss. Jedną ręką zza 
pleców wyjął manierkę i dwa kubki i, robiąc głupie oczy, zapytał: 

– 

Wy, ten, no, rycerze Kościoła, możecie sobie czasem żłopnąć? 

Desturiuss buchnął śmiechem i wystawił dłoń po kubek. 

–  No to po „bombie” – 

rzucił zadowolony minotaur i nalał wódki po brzegi. Drhun po 

prostu kochał się ostro nawalić. 

– 

Nieźle kopie… – skrzywił się biskup. 

Wtem  zaszeleściły  chaszcze  i  z  zarośli  wyłoniła  się  postać  czarodziejki.  Zawsze 

uśmiechnięta i lekko wesoła tym razem miała szarą, wręcz kamienną twarz. 

– 

Co się stało, Sharii? – spytał Desturiuss. 

– 

Przyszła magiczna depesza z Andanu. Z kwatery Smoczych Lansjerów. 

W oczach Desturiussa pojawiło się nieme pytanie. 

– 

To są bardzo złe wieści, Desturiussie… 

Desturiuss  czuł  się  tak,  jakby  był  martwy.  Strzępki  wspomnień  majaczyły  gdzieś  na 

skraju świadomości sparaliżowanej przez rozpacz. Nie pamiętał wiele z tego, jak się tutaj znalazł, 

ledwo bowiem 

postrzegał  otoczenie.  Odrętwiały,  niczym  stara  zjawa,  przemierzał  korytarze 

siedziby bractwa Orchidei. Ledwo dostrzegł główny hol, gdzie przez strzeliste okna do środka 
zaglądał  miedziany  zmierzch.  Przeciął  zimne,  kamienne  korytarze,  przeszedł  przez 

rozpro

mienioną  barwami  witraży  bibliotekę,  przemknął  obok  dormitorium  i  wyszedł  na 

krużganek, gdzie zachodzące słońce zostawiło po sobie jeszcze kilka kałuż światła. 

Siłą ramion pchnął okute żelazem wrota i zatonął w korytarzu, który zwijał się niczym 

wąż, prowadząc biskupa prosto do podziemi. 

W  sali  namaszczeń  stało  kilku  zakapturzonych  braci,  którzy  pod  ozdobnymi 

półpancerzami, tak jak wszyscy Smoczy Lansjerzy, mieli czerwone mnisie habity – typowy strój 
dla czasu żałoby w ich bractwie. Srebrzone naramienniki z dystynkcjami ozdobiono symbolami 

background image

smoków i stopniami starszeństwa. Byli tu Bracia, Emisariusze, Niszczyciele i sam Mistrz. Dla 
Desturiussa nie miało to jednak żadnego znaczenia. Liczyło się tylko jedno. 

Jego  wzrok  spoczął  na  runicznym  stole,  gdzie  złożono  ciało  kobiety  okryte  czarnym, 

żałobnym suknem. 

Desturiuss podszedł do ciała. Zdecydowanym ruchem ręki, jakby chciał odegnać zły sen, 

zerwał zasłaniający twarz czarny jedwab. Teraz uwierzył. Nivia nie żyła. 

W  serce  paladyna  uderzył  straszliwy  grom,  przynosząc  ból  i  strach.  Poczuł,  jak  coś 

chwyta go za gardło i wciąga na samo dno otchłani, gdzie nie ma już nadziei. Żal, jaki skrywał za 
stalową maską swej wytrenowanej woli, zamienił się w rozpacz i wybuchł w kawalkadzie łez i 

niewypowiedzianego bólu, w jakim p

ogrążył się Desturiuss. 

Minęło  wiele  czasu,  nim  zdołał  dojść  do  siebie  na  tyle,  by  móc  usłyszeć  ciepły  i 

wyważony głos Mistrza Aratmana. 

– 

Czy możemy coś dla ciebie zrobić, biskupie? 

– 

Tak. Powiedz mi, jak to się stało – wyjęczał przez załzawione oczy. 

– 

Nie  wiemy.  Nagle  pogorszył  się  jej  stan,  sprowadziliśmy  szpitalnika,  a  następnie 

kapłanów, ale i oni rozłożyli bezradnie ręce. Wydaje mi się, że była to potężna klątwa o dziwnym 
pochodzeniu. Tylko tak mogę to wyjaśnić. Wybacz nam, zrobiliśmy, co było w naszej mocy, ale 
byliśmy bezradni. 

– 

W depeszy wspomnieliście, że mój syn… 

– 

Tak. Urodził się naznaczony klątwą. Musi to być jednakie źródło. Niestety nie wiemy, 

co to jest. Z każdą chwilą ucieka z niego życie. Mimo wysiłków, jakie podejmują nasi kapłani. 

– 

Muszę go zobaczyć – rzekł Desturiuss. – Zaprowadź mnie tam. 

– 

Oczywiście. 

Ołtarz  Jedynego  Sprawiedliwego  błyszczał  od  świec.  Miedziany  płomień  pływał  po 

ostrzu pięknego skrzydlatego miecza, który jako symbol wiary Crus-Haddora został umieszczony 

w centrum. 

Desturiuss  nie  odrywał  od  niego  wzroku  już  od  wielu  dni.  Będąc  paladynem  w  randze 

biskupa traktował częste modlitwy niczym oddychanie, ale to było coś innego. Już pięć dni pościł 
i  tonął  w  kontemplacji,  szukając  wsparcia  u  Boga  Światłości.  Od  świtu  do  zmierzchu  i,  jeśli 

background image

udało  mu  się  przezwyciężyć  słabość,  to  również  od  zmierzchu  do  świtu.  W  ciszy  i  skupieniu 
tonął  w  modlitwie,  słuchając  szmeru  anielskich  skrzydeł,  które  zwiastowały  nadejście 
wysłanników Crus-Haddora, jednak ani oni, ani On sam nie przybyli do wznoszącego błagania 

paladyna. 

Sharii  stanęła  na  linii  pierwszych  ław.  W  kaplicy  panował  przyjemny  chłód.  Słupy 

bursztynowego  blasku  wpadały  ukośnie  przez  zawieszone  pod  sufitem  okna.  Desturiuss  nie 
życzył  sobie  widzieć  nikogo,  a  nawet  gdy  ktoś  przybył,  to  paladyn  traktował  gościa  jak 
powietrze. Nic nie miało takiej rangi, jak życie jego jedynego syna. 

Sharii nie odzywała się ani słowem. Postawiła niedaleko klęczącego biskupa nowy dzban 

wody, która to od kilku dni stanowiła jego jedyne pożywienie. Sharii także widziała niemowlę. 
To był straszny widok. Dziecko leżało w podziemiach należących do bractwa, w sali run, które 
próbowały  bronić  maleńkiego  chłopca  przed  wpływem  straszliwej  klątwy.  Magiczne  znaki  aż 
wykrzywiały się od mocy, jaka próbowała się przez nie przecisnąć, jakby cała otchłań rzuciła się 
na  dziecko  niczym  wygłodniały  ogar.  Inskrypcje  i  glify  płonęły  kolorami  purpury,  ognia  i 
szkarłatu, zdradzając najpodlejsze połączenie magii  Zła i Chaosu. Choć  wysiłkami kapłanów i 
potęgą ochronnych run udało się osłabić jej wpływ, to nie było mowy o całkowitym odgrodzeniu 
dziecka  od  tej  paskudnej  energii.  Każdego  dnia  niemowlę  było  coraz  słabsze,  a  jego  skóra 
ciemniała i otwierała się w żywe jątrzące  rany.  Wszyscy wiedzieli, że nie ma ratunku. Pomóc 

mogli 

tylko  bogowie.  Ci  jednak  pozostawiali  obojętni  na  rozpaczliwe  wołanie  swego 

najwierniejszego sługi. 

Desturiuss słyszał, jak Sharii wypowiada kilka zdań, ale był tak pogrążony w modlitwie, 

że  słowa  czarodziejki  zdawały  się  dobiegać  z  wielkiej  odległości.  Biskup  skończył  modlitwę. 
Tysięczną z kolei, a może było ich dużo więcej. Sięgnął po dzban, by napić się wody, i wtedy do 
jego  uszu  dobiegł  trzepot  skrzydeł.  Spękane  wagi  uśmiechnęły  się,  obnażając  zęby  w  nieco 
diabolicznym uśmiechu. Twarz wykrzywił ból i troska, a głód i brak snu poznaczył ją wyraźnymi 
bruzdami, jednak to wszystko nagle zniknęło z oblicza Desturiussa, który z nadzieją i uśmiechem 
radości odwrócił się za siebie, wypatrując wysłannika niebios. 

Czyżbym  miał  zwidy?  – spytał  sam  siebie,  kiedy  za  plecami  ujrzał  jedynie  opustoszały, 

zimny hol. Trzepotanie rozległo się ponownie i przez półotwarte drzwi do środka wleciał duży, 
czarny  kruk.  Skrzecząc,  przeleciał  przez  cały  hol  i  przysiadł  na  modlitewnej  ławie  tuż  obok 

background image

zaskoczonego Desturiussa. Zdziwien

ie  było  tym  większe,  że  ptaszysko  miało  przywiązaną  do 

jednej z łapek zwiniętą w rulon wiadomość. 

Niewielkie miasteczko tonęło w ciepłym, wieczornym świetle. Ulice szybko pustoszały, a 

nadchodząca  noc  rozciągała  cienie  do  granic  absurdu.  Mrok  wypełzł  z  zakamarków i chciwie 
spijał z ulic resztki słonecznego blasku. 

Po  tej  stronie  Borgaanu  noc  zapadała  nadzwyczaj  szybko,  toteż  Desturiuss, 

przemierzający  w  pośpiechu  ulice,  ledwo  minął  główny  targowy  plac,  a  już  niewielkie 
miasteczko zaczęło pogrążać się w ciemnościach. 

Biskup  skręcił  w  prawo  z  ulicy  Piorunów  i  szybkim  krokiem  wszedł  na  promenadę 

prowadzącą wzdłuż urokliwego brzegu. Noc szybko wzięła w objęcia dolinę Andanu, budząc na 
niebie srebrzysty księżyc i migotliwe gwiazdy. Spienione fale z przyjemnym szumem uderzały 
się  o  kamienisty  brzeg.  Chłodna  bryza  zrzuciła  kaptur  biskupa  i  rozdmuchała  jego  platynowe 
włosy. Desturiuss spojrzał na horyzont. W oddali, w zimnej księżycowej poświacie przesuwał się 
samotny statek. Północny wiatr napełniał jego żagle i pchał go do portu. 

Paladyn  wyjął  zwitek  z  kieszeni  i  przyjrzał  się  skreślonej  wprawną  ręką  wiadomości. 

Mogę ci pomóc. Jeśli naprawdę pragniesz uratować swego syna, przybądź na promenadę tuż po 
zapadnięciu zmroku. Odszukaj zaułek Ślepych Wron. Będę tam.
 

Osch

łych zdań nie wieńczył żaden podpis. Desturiuss domyślał się, że może to być jakaś 

paskudna podpucha,  ale  gdy na szali ważyło się  życie jego dziecka,  gotów był zaryzykować i 
sprawdzić, co się kryje za tajemniczym listem. 

Zaułek  Ślepych  Wron  wyglądał  wyjątkowo  nieprzyjaźnie.  Pusta  aleja  biegła  prosto, 

oddzielając  od  siebie  dwie  wysokie  kamienice.  Kamienne  mury  obrośnięte  dziką  winoroślą 
niknęły w mroku, sprawiając wrażenie ginącego w nicości tunelu. 

Ktoś głośno się zaśmiał. Gdzieś skrzypnął zawieszony na łańcuchu szyld starej oberży. 

Kilka ulic dalej właśnie zapalano zdobne, uliczne latarnie. Tutaj jednak panowała martwa cisza. 
Desturiuss  zdecydował  się  i  dał  jeden  krok.  Wtedy  usłyszał  znajomy  trzepot  skrzydeł  i  nagle 
otoczyła  go  prawdziwa  ciemność.  Spomiędzy  atłasowej  czerni  do  jego  uszu  dotarł  ciepły, 
przyjemny głos. 

background image

– 

Bądź  pozdrowiony,  paladynie  Desturiussie.  Wybacz  środki  ostrożności,  jednak  nie 

chciałbym,  aby  ktoś  nas  razem  widział.  To  mogłoby  mocno  mi  zaszkodzić.  Tobie  zapewne 
również. 

– 

Sądząc po efektach wizualnych, domyślam się, że nie jesteś sługą światła. 

– 

Lubię określenie „indywidualista”. 

– 

Jakąkolwiek pułapkę przygotowałeś, wiedz, że ci się nie powiedzie. 

– 

To żadna pułapka, to uczciwa oferta. 

– 

Jak każda oferta wypowiedziana ustami sług zła i nieprawości. 

– 

Czy wszyscy noszący czerń muszą być padalcami? 

– 

Faktycznie  nie,  ale  ty  chyba  nie  należysz  do  grona  tych,  z  którymi  chciałbym 

rozmawiać. 

– 

Mogę cię jeszcze zadziwić, Desturiussie. Poprosiłem cię o spotkanie – głos odezwał się 

po chwili przerwy – 

gdyż możemy sobie nawzajem pomóc. Widzisz, ja wiem, co za cholerstwo 

dopadło twojego małego i… 

– 

A skąd to niby wiesz?! – warknął biskup, wchodząc rozmówcy w pół zdania. 

– 

Wiele jest w tym miasteczku kruków, więc i ja mam uszy wszędzie. Chciałbym złożyć 

ci ofertę.. 

– 

Zgoda.  Pozwolę  ci  się  wygadać,  zanim  rozpruję  cię  na  kawałki…  –  wysyczał 

Desturiuss. 

– 

Hmm… Zasmuca mnie twoje podejście, choć częściowo je rozumiem. Pozwól zatem, 

że powiem, co mam do powiedzenia, a jeśli ci się to nie spodoba, każdy z nas będzie mógł odejść 
w swoją stronę i obiecuję ci, że nigdy nie będę cię nagabywał. 

Desturiuss tkał już w pamięci zaklęcie, które obok widowiskowych efektów świetlnych 

potrafiło  tak  konkretnie  przypiździć  sługusom  ciemności,  że  tamci  tylko  podkulali  ogon i 
spierdzielali, gdzie pieprz rośnie. Jednak, aby zyskać na czasie, paladyn kiwnął głową, by móc 
dokończyć inkantację. 

– 

Potrzebuję  paladyna  –  rzekł  tajemniczy  głos.  –  Kogoś,  kto  nigdy  nie  złamie  danego 

słowa i kto bezpiecznie pomoże mi dostać się na granicę z północą. Ktoś taki potrafiłby ominąć 
wiele  niebezpieczeństw.  Potrzebny  mi  ktoś  wysokiej  rangi,  aby  nikt  nam  po  drodze  nie 
przeszkadzał. To proste, że potrzebuję ciebie. W zamian za twoją pomoc powiedziałbym ci, jak 

background image

uleczyć twego syna i, co więcej, pomógłbym ci w tym aż do samego końca. Jednak ostateczna 
decyzja należy do ciebie, Desturiussie. 

– Owszem! – 

ryknął paladyn i wypchnął ręce przed siebie, składając je w kapłański znak. 

Rozległ  się  straszliwy  huk  i  promień  światła  rozdarł  magiczną  ciemność  na  strzępy. 

Sypnęło  złotymi  iskrami,  gdy  podmuch  mocy  huknął  nieznajomym  o  ścianę.  Biskup  skreślił 
kolejny  znak.  Mentalny  Młot  spadł  z  niebios,  paraliżując  wolę  nieznajomego.  Dla  pewności 
chwilę  potem  Desturiuss  splótł  palce,  szepcząc  coś  pod  nosem,  a  gdy  wkoło  jego  dłoni 
zamanifestowało się błyszczące zimnym srebrem zaklęcie Okowów, pchnął je w kierunku ofiary, 
zamykając ją w potrójnym splocie wiary oraz magii. 

Na ziemi, opleciony łańcuchem srebrnych run, leżał młody mężczyzna.  W jego oczach 

wciąż  migotały  resztki  Mentalnego  Młota,  a  spalona  klatka  piersiowa  świadczyła  o  tym,  że 
promień trafił w cel. 

Nieznajomy  był  niczym  czarny  anioł.  Piękny,  dostojny,  wręcz  majestatyczny. 

Kredowobiała cera kontrastowała z kaskadami atramentowoczarnych włosów, które sięgały mu 
do pasa. Dłonie. Smukłe i zgrabne niczym dłonie pianisty świadczyły wyraźnie o szlacheckim 

pochodzeniu. 

Desturiuss nie poczuł tego wcześniej, ale teraz był już prawie pewien. Choć nieznajomy 

nie emanował energią zła, biskup wiedział, z kim ma do czynienia. Przyklęknął i nachylił się nad 
skrępowaną  ofiarą.  Kciukiem  odchylił  mu  wargi.  Wtedy  spomiędzy  zębów  wystrzeliły 
błyszczące wampirze kły. 

Księżyc kładł na krużganku srebrzysty blask. W siedzibie bractwa Czarnej Orchidei mimo 

później  pory  panował  ożywiony ruch. Kilku odzianych w stal paladynów Crus-Haddora 
prowadziło  zakutego  w  runiczne  kajdany  więźnia.  Biskup  wiedział,  że  bractwo  Smoczych 
Lansjerów ma doskonale przygotowane „pokoje” dla specjalnych gości, a ten jegomość był z całą 
pewnością znaczącą personą. 

Paladyni  zniknęli  za  drzwiami  prowadzącymi  do  wieży,  gdzie  na  jednym  z  pięter 

znajdowała się Cela Światła – wypełniona magią i wolą kapłanów sala, w której przetrzymywano 
najgroźniejszych  nieumarłych.  Odkąd  martwiacze  hordy  przegnano  wieki  temu  za  północną 
granicę, Cele Światła, jak ta tutaj, stały puste i częściowo zapomniane. Desturiuss cieszył się, że 
było coś takiego w pobliżu, miał bowiem zamiar ciepło i otwarcie porozmawiać sobie z młodym 

background image

wampirem na różne tematy, a biskup Desturiuss znany był jak Borgaan długi i szeroki z tego, że 
bardzo lubił „rozmawiać”. 

Paladyn miał właśnie wracać do kaplicy, by znów zanurzyć się w modłach, prosząc swego 

Boga, Jedynego Sprawiedliwego Crus-

Haddora,  o  wsparcie  i  łaskę,  gdy  nagle  wpadł  na  niego 

lekko podchmielony Mistrz Orchidei Revan-Grun. 

–  Och, wybacz! – 

krzyknął.  –  Dobrze,  że  cię  widzę,  Desturiussie.  Przyszła  właśnie 

magiczna depesza z twierdzy Hasar-

Dur.  Z  jej  mitycznych  lochów  uciekł  znany  książę 

wampirów Malveran Zeliarach, zwany popularnie „Krukiem”. P

roszę cię, Desturiussie, abyś miał 

na wszystko baczenie, szczególnie, jeśli masz zamiar wychodzić gdzieś po zmroku. To bardzo 
niebezpieczny wampir, niemal legenda. Kto wie, może już tutaj jest. 

–  Co ty nie powiesz… – 

Biskup  zostawił  zaskoczonego  Revana,  odchodząc  w  stronę 

kaplicy. 

Za oknami wstawał rześki, złocisty świt. Szum zbudzonego ptactwa wpadał przez okna 

kaplicy wraz ze smugami porannego światła. Desturiuss układał właśnie posłanie, na którym miał 
spocząć po całonocnych modłach. Tuż pod samym ołtarzem. 

Skrzypnęły stare drzwi. W progu stanął Mistrz bractwa Revan-Grun. 

– 

Dzień dobry, biskupie. 

– 

Dzień dobry, Mistrzu. 

– Wystarczy „Revanie”. 

– Wystarczy „Desturiussie”. 

Revan-

Grun uśmiechnął się lekko. 

– 

Wczoraj zaskoczyłeś mnie swoim wyczynem. Moje ostrzeżenie zabrzmiało chyba dość 

komicznie. 

– 

Nie. To moja wina. Powinienem był ci powiedzieć, ale byłeś zajęty. Tak mi przekazano. 

– 

Każdy ma jakieś swoje słabości – odparł zawstydzony Revan. – Ja czasem lubię sobie 

wypić. 

– Bractwo to bractwo, nie zako

n. Nie oczekuje się od was tyle, co od paladynów. 

Revan z trudem przegryzł tę jawną obelgę. 

– 

Przyjmij moje gratulacje, Desturiussie. Schwytałeś wampira-legendę, który ma prawie 

siedem tysięcy lat. 

background image

– 

Możliwe. 

– 

Ponoć  jest  najbieglejszym  z  alchemików,  jaki  kiedykolwiek  stąpał  po  ziemiach 

Borgaanu. 

– 

Nie  zapominaj  o  tym,  że  jesteś  rycerzem.  My,  bracia  w  stali,  nie  wywyższamy 

nieumarłych. 

– Nie zapominam – 

Revan lekko syknął. – Po prostu dokonałeś wielkiej rzeczy. 

– 

Łatwo poszło – odrzekł lekceważąco Desturiuss. 

– 

Właśnie. – Revan łapał ciśnienie. – Czy nie uważasz czasem, że zbyt łatwo? 

– 

Nie. Nie uważam. 

– 

Czy to przemawia Desturiuss Stormbringer, czy też jego pycha? 

– 

Licz  się  ze  słowami,  Revan-Grunie.  Kto  obraża  paladyna,  ten  obraża  samego  Crus-

Haddora. 

–  Z

nany  jest  mi  ten  zapis  w  waszej  Świętej  Księdze.  Jest  ich  tam  wiele  –  odgryzł  się 

Revan paladynowi – 

ale nie przyszedłem tu po to, aby się kłócić. Pragnę cię zawiadomić, że stan 

twojego syna znów się pogorszył. Sama Sharii przyłączyła się do kręgu i zasila go swoją mocą, 

ale… 

– 

Dziękuję ci. Dziękuję i jej, ale teraz pomóc może jedynie modlitwa. 

– 

Widzę, że zdecydowałeś się odpocząć. 

– 

Wiara jest dobra, a modlitwa słuszna. Jednak aby się modlić, potrzebuję pozostać przy 

życiu. Niczego nie uczynię, jeśli będę martwy. 

– 

Słuszna  uwaga.  Zostawię  cię  zatem,  Desturiussie,  z twoją  modlitwą  i  odpoczynkiem. 

Sam na sam. 

Revan-

Grun wyszedł, przymykając za sobą drzwi. Przez szparę do środka wpadała smuga 

światła. W jej blasku wirowały drobiny świątynnego kurzu. 

Desturiuss był nie tylko przemęczony. Gorzej – był na krawędzi. W duchu zganił się za 

obcesowe  potraktowanie  Mistrza  bractwa  i  obiecał  sobie  sowicie  mu  to  wynagrodzić.  Ledwo 
dotknął głową posłania, a już zapadł w sen. 

Paladyn nagle otworzył oczy. Sklepienie kaplicy zniknęło, a na jego miejscu pojawiło się 

piękne,  rozgwieżdżone  niebo.  Soczysty  granat  zmieszany  z  odrobiną  królewskiej  purpury 
wyglądał  wprost  bajecznie,  a  wiszący  na  tym  tle  księżyc  odcinał  się  odeń  wyraźnym  zimnym 
blaskiem. Nagle nad głową rycerza coś się pojawiło. 

background image

Wielki  kruk,  czarniejszy  niż  węgiel  i  atrament,  zawirował  nad  leżącym  Desturiussem  i 

sfrunął w dół, przemieniając się w postać. Malveran Zeliarach usiadł w jednej z ław. 

– 

Nawet  nie  pamiętam,  ile  to  już  lat,  odkąd  siedziałem  w  ławie  przeznaczonej do 

modlitwy. 

– 

Odejdź, maro, to sen, ty nie możesz tu być, to niemożliwe… 

– 

Niemożliwe. Chroni cię potęga tego miejsca, chronią cię runy w mojej celi, a jednak tu 

jestem. 

– 

Przybyłeś  pożywić  się  śpiącym?  Co,  bestio?  W  mieście  odnaleziono  podobno dwie 

twoje ofiary. 

– 

To możliwe, polowałem dwukrotnie. Ale chyba nie zarzucasz mi morderstwa? 

– 

Morderstwo  postawiłoby  na  nogi  gwardię  i  Smoczych  Lansjerów.  Wzięliby  cię  w 

kleszcze. 

– 

Sam sobie nie wierzysz. Nie znajduję radości w mordowaniu. Pożywiam się tylko po to, 

by  przetrwać.  Dla  mnie  to  nie  zabawa.  Zostawiam  swoje  ofiary  przy  życiu.  Uważam,  że  tak 
należy. 

– 

Wierzę, bo muszę… 

– 

Nie interesuje mnie, czy mi wierzysz. Prawda i tak pozostanie prawdą, więc skończmy 

tę jałową dyskusję. 

Desturiuss zbudził się z krzykiem na ustach. Była późna, gwieździsta noc. Paladyn zdał 

sobie sprawę, że przespał cały dzień, ale teraz nic nie mogło go już powstrzymać. Wierzył, że 

Crus-

Haddor go wysłucha. 

Przygotował  się  do  modlitwy  i  rozpoczął  ją  zgodnie  ze  wszelkimi  prawidłami  sztuki  i 

nauki  kapłańskiej.  Całą  noc,  aż  do  samego  świtu  wzywał  imię  Jedynego  Sprawiedliwego  i 
powtarzał  setki,  tysiące  razy  kleryczne  zaśpiewy  i  zwroty.  Jednak  jego  Bóg  wciąż  się  nie 
pojawiał… 

Minęło wiele dni, a może tygodni. Desturiuss wyglądał niczym upiór.  Post odebrał mu 

siły i sparaliżował umysł. Biskup ledwo funkcjonował i wszyscy zaczynali się o niego poważnie 
obawiać. Odprawiał modły, śpiewał psalmy i tkał kapłańskie zawezwania po kilkanaście godzin 
dziennie, co jakiś czas odwiedzając tylko swojego syna. 

background image

Sharii, najbliższa przyjaciółka Desturiussa, widziała, że życie ich obu stacza się w otchłań 

i jeśli coś się nie wydarzy, to wszystko zakończy się ogromną tragedią. Nic jednak nie mogło 
przerwać rutyny zdeterminowanego paladyna. Aż przyszedł ten jeden dzień… 

Zaalarmowany przez szpitalnika Desturiuss wpadł do komnaty. Ropne wrzody wykwitły 

na ciele malucha i sączyły dziwny płyn. Niemowlę co chwila zanosiło się krwawym kaszlem, a 
jego  skóra  sczerniała,  jakby  ją  pokryto  sadzą.  Biskup  ukrył  twarz  w  dłoniach  i  zaniósł  się 
szlochem. Każdy ma swoje granice. Desturiuss Stormbringer był twardy niczym stal, ale nie był 
potworem. Miał serce. Płakał głośno i długo, nie pozwalając nikomu na protekcjonalne objęcie 
ani słowa pocieszenia. 

Sharii  medytowała  pośród  run.  Była  wyczerpana  i  bliska  omdlenia.  Z  nosa  ciekła  jej 

strużka krwi, ale wystarczyło jej sił, aby obdarować biskupa przyjacielskim spojrzeniem, kiedy 
tylko ich oczy spotkały się na chwilę. 

– 

Dziękuję  za  wszystko,  co  zrobiłaś.  Dziękuję  wam  wszystkim. To niczyja wina. 

Zrobiliście, co w waszej mocy, widać Crus-Haddor oczekiwał ode mnie takiego poświęcenia… 

Nie rozumiem tylko, DLACZEGO. 

Trzasnęły drzwi. 
Desturiuss  wyszedł  na  dziedziniec.  Słońce,  niczym  złoty  dukat,  płonęło  na  zachodzie 

czerwienią  i  pomarańczem.  Skłębione  chmury,  jak  białe  puszyste  dywany,  zanurzały  się  w 
barwach  otulającego  dolinę  zmierzchu.  Noc  nadchodziła  szybko  i  zaciągała  nad  Borgaanem 
ciemne,  granatowe  sukno.  Zapłonęły  właśnie  pierwsze  konstelacje,  rozrzucone  niedbale  po 

satynowym 

niebie,  gdy  Desturiuss  Stormbringer,  paladyn  w  randze  biskupa  Kościoła  Crus-

Haddora, postawił stopę na schodach prowadzących do wieży. 

– 

Jest aż tak źle? – spytał wampir. – Naprawdę przykro mi to słyszeć. Bardzo chciałem ci 

pomóc. 

– 

Przyszedłem,  żeby  cię  rozerwać  na  strzępy!  Wiem,  że  to  wszystko  to  podstęp.  Twój 

podstęp! I dowiem się, po co i DLACZEGO. 

– 

Rób, co musisz i co uważasz za słuszne. Może jestem nieumarłym, ale nie jestem bestią. 

Nie mam z tym nic wspólnego. Nie wszyscy jesteśmy tacy sami, Desturiussie. 

Biskup złapał wampira za gardło i przycisnął do świetlistych krat, aż smród oznajmił mu, 

że przypiekł go odpowiednio. Tamten jednak nawet nie pisnął. 

background image

Paladyn miał w sobie tyle żalu, że mógłby nim napełnić ocean. Ten żal zaś łatwo obracał 

się  we  wściekłość,  którą  trudno  powstrzymać.  Nikt  by  zresztą  nie  próbował,  bo  nikogo  tu  nie 
było. 

Bojowe glify, Słowa Mocy, Zaklęcia ze szkoły Młotów i Święte Znaki stanowiły potężny 

oręż tak do walki, jak i do tortur. Dziś wieczór Desturiuss wybrał to drugie. 

Tr

ochę  to  trwało  i  chwilami  samemu  biskupowi  wydawało  się,  że  zaraz  jego  magia 

rozerwie  Malverana  na  strzępy.  Kaleczył  go  zaklęciami,  szarpał  i  palił  Znakami,  wwiercał  w 
niego Słowa Mocy, a nawet wybebeszył wampira całkowicie. I nic. 

Cały czas Kruk patrzył na niego smutnym, pełnym współczucia wzrokiem. Nie bronił się 

i nie krzyczał, choć przy tym, co robił mu biskup, płakałby nawet smok. Kiedy Desturiussowi 
zabrakło już pomysłów, jak zadać nieumarłemu nowy ból, cisnął skatowanym ciałem o ścianę i 
pełen rezygnacji upadł na kolana. 

Nie  trwało  to  długo,  może  kilka,  kilkanaście  minut.  Wampiry  są  potężne  i  potrafią  się 

błyskawicznie  regenerować.  Malveran  Zeliarach  usiadł  pod  ścianą  i  spojrzał  na  łkającego 
biskupa, który już od wielu dni ślizgał się na krawędzi szaleństwa. 

– 

Czy teraz możemy już porozmawiać, czy chcesz wrócić do tego, co ze mną robiłeś? 

Biskup oprócz rezygnacji poczuł palący wstyd. 

– 

Odkąd cię tu sprowadziłem, co noc włazisz do mojej głowy i zatruwasz mi sen swoją 

podstępną trucizną… 

– 

To nie ja cię dręczę. Tylko rozmawialiśmy. Za obecny stan rzeczy możesz podziękować 

swojemu Bogu. 

– 

Nie masz prawa osądzać! – ryknął Desturiuss, wbijając w wampira palec. – Nikt z nas 

nie ma prawa osądzać Crus-Haddora. Jesteśmy tylko sługami… 

– 

Czyli jesteśmy trzodą idącą na rzeź, bo tak każe wielki pan? 

– 

Wy zawsze idealnie potraficie wypaczyć prawdę i nadać kłamstwu nowy sens. 

– 

Każda istota zasługuje na szacunek, Desturiussie, każda. Choć zapewne patrząc na mnie 

myślisz, że jest odwrotnie. 

– 

To się nazywa odwracanie kota ogonem. 

– 

Wiem, że nigdy cię nie przekonam – odrzekł wampir. – Poza tym uwierz mi, nie mam 

takiego zamiaru. Chcę tylko zaoferować ci pomoc, w zamian za twoją. To uczciwa oferta. 

background image

Biskup  przygryzł  sobie  język.  Przed  oczami  zamajaczył  mu  obraz  pożeranego  przez 

klątwę niemowlęcia. „Panie, wybacz mi” – wyszeptał. 

– Czego chcesz? – 

spytał, nie patrząc nawet w stronę wampira. 

– Prostej rzeczy. Jak brzmi wasze motto? 

– 

Słucham? 

– Motto rycerzy Crus-Haddora. Jak ono brzmi? 

– 

Prawość. Honor. Męstwo. 

– 

Do tych świętych słów jest też pewna przysięga, prawda? 

– Jest – 

syknął Desturiuss. 

– 

Jeśli dasz mi swoje słowo, Słowo Honoru rycerza Crus-Haddora, i ślubować będziesz 

na swoje motto, że pomożesz mi we wszystkim, w każdy znany ci sposób, aby tylko bezpiecznie 

odtrans

portować mnie przez ziemie Imperium aż do granicy z północą i nie zawahasz się użyć 

wszelkich dostępnych środków, aby wyprawa ta się powiodła, wtedy, drogi Desturiussie, wtedy 
mamy umowę. 

– 

Nie będę się mógł wycofać, wiesz o tym. 

– 

Wiem i właśnie na to liczę. 

– 

Oczekujesz  ode  mnie  zdrady.  Zdrady  przyjaciół,  braci  i  mojej  zakonnej  rodziny.  Nie 

wspominając o honorze paladyna, który ma pomagać nieumarłemu plugastwu! 

– 

Patrząc na to, co spotkało twoją niewinną żonę i dziecko, wydaje mi się, że nie jesteś 

już nikomu nic winny. 

– A ty wystawisz mnie do wiatru? 

– 

Nie.  Zanim  wyruszymy,  dostaniesz  ode  mnie  coś  w  rodzaju  antidotum.  To  zamknie 

twoje chore dziecko w magicznym krysztale, odcinając je od wrogich wpływów i upływu czasu – 
ale  na  krótko,  więc  musimy  się  spieszyć.  Potem  powiem  ci,  jak  je  uratować,  i  jeśli  będziesz 
chciał, pomogę ci w tym. 

– Zatem mam ci pomóc w ucieczce? 

– 

Masz mi służyć, aż dotrzemy do granicy z północą, i zadbać o moje bezpieczeństwo. 

To było straszne. Biskup trawił słowa wampira w milczeniu. Po kilku chwilach wbił w 

niego swoje stalowe ocz

y  i  skinął  głową  na  znak  zgody.  Wstał,  odrzucił  swój  płaszcz  i 

przyklęknął na jedno kolano. 

background image

– 

Ja,  Desturiuss  Stormbringer,  paladyn  w  randze  biskupa  Kościoła  Crus-Haddora, 

składam tobie, Malveranie, przysięgę na Prawość, Honor i Męstwo, którą to pieczętuję swoim 
Słowem  Honoru.  Odtąd  żadna  siła  ani  moc  nie  powstrzyma  mnie  od  wypełnienia 

przyrzeczenia… 

Nocne niebo lśniło urzekającymi okruchami gwiazd. Zajazd „Zielony Smok” wznosił się 

nieopodal traktu, jakąś godzinę drogi od portu, w którym pod osłoną nocy wylądowali Desturiuss 
i  Malveran.  Podróż  nie  należała  do  łatwych,  a  misji  mógł  się  podjąć  tylko  szaleniec.  Biskup 
udawał prostego mieszczucha i przemycał księcia wampirów w beczce po winie, starym wozem 
zaprzężonym  w  dwa  konie.  Dla  niepoznaki  dorzucił  do  ładunku  kilka  beczek  południowej 
gorzałki i skrzynie z egzotycznymi owocami, które to miał niby sprzedać kupcom w miastach na 
północy. Ta bujda ledwo trzymała się kupy, ale ktoś doprowadzony do ostateczności jest gotów 
zgodzić się na wszystko. 

Nocami podróżowali razem, zaś przez całe dnie skryty pod kapturem Desturiuss powoził 

bryczką  i  wypatrywał  albo  pogoni,  albo  oddziału  paladynów,  zaalarmowanych  nagłym 
zachwianiem równowagi na korzyść zła, którzy to dość często podróżowali w sprawach Kościoła 

po ziemiach 

Imperium. Desturiuss wiedział, że jedno takie spotkanie i koniec trasy. Opuszczając 

siedzibę bractwa, ułożył naprędce mało wiarygodną historię o uzdrowicielu żyjącym na dalekim 
południu,  głęboko  za  granicami  Sułtanatu,  który  ponoć  mógł  pomóc  dziecku.  Nikt  nie 
podejrzewałby biskupa Crus-Haddora o uwolnienie wampira, ale ten chciał być mimo wszystko 
pewien i w razie czego mieć szansę, aby zmylić pogoń. 

Mikstura faktycznie zadziałała, zamykając niemowlę w przepięknym górskim krysztale o 

barwie akwamaryny. Dest

uriuss  nie  miał  wyboru  –  musiał  też  okłamać  swoją  najlepszą 

przyjaciółkę Sharii, wciskając jej kit, że kryształ to dar od Jedynego Sprawiedliwego. Ale Sharii 
była doświadczonym magiem, poza tym nie była głupia. Gdy Desturiuss odchodził, prosząc, by 

na czas 

poszukiwań zajęła się dzieckiem, zgodziła się, a na odchodne powiedziała mu tylko jedno 

– „odradzam”. 

– 

Powinniśmy się tu zatrzymać, Desturiussie. 

– 

Przed  nami  cała  noc,  szkoda  tracić  cenny  czas  –  odrzekł  biskup  siedzącemu  obok 

wampirowi. 

– 

Muszę zapolować, a raczej się pożywić. 

background image

Biskup pokręcił tylko z niedowierzaniem głową. Nie spodziewał się, że upadnie tak nisko. 

– 

Widzę, że ci to nie w smak – rzekł wampir. 

– 

A co mam powiedzieć? Idź i baw się dobrze? 

– 

Zrozum, biskupie, że nie pożywiałem się, odkąd opuściliśmy gościnę u twych braci w 

dolinie Andanu. Minęło wiele dni. Lecę już na resztkach tkanki tłuszczowej. 

– 

To nie było śmieszne. 

– 

Nie miało być. Ty musisz jeść. Zrozum i mnie. 

– 

Dobrze, zaprowadzę wóz do stajni i przyjdę za chwilę, tylko bądź ostrożny, bo jeśli coś 

pójdzie nie tak, kariera nas obydwu drastycznie szybko się zakończy. 

– 

Rozmawiasz z mistrzem subtelności i podstępu. 

– 

Tego się właśnie obawiam. 

Pewnie poza urażoną dumą i zdeptaną  ambicją  Desturiussa, który pozwalał wampirowi 

zaszaleć, nie stałoby się nic takiego. Ot, może trup jakiegoś wieśniaka czy dwóch. Nic wielkiego 
w skali wieczności. Niestety nie był to szczęśliwy dzień. Los chciał, żeby w środku bawili się 
podróżujący  akurat  na  południe  trzej  rycerze  bractwa  Srebrnego  Gryfa,  specjalizujący  się  w 
polowaniu  na  nieumarłych.  Biskup  tylko  wszedł  do  stajni,  spojrzał  po  pozostawionych  tam 
koniach i od razu rozpoznał symbole bractwa, wyszyte ozdobną nicią na eleganckich derkach. 

Kiedy wybiegł na dziedziniec, w środku już wrzało, jakby ktoś wrzucił diabła do kotła z 

wodą  święconą.  Jeden  z  rycerzy  właśnie  wypadł  przez  okno,  drugi  rzucił  przez  salę  stołem, 
celując  w wampira, ale  tylko skutecznie zatarasował wyście. Przypadkowi podróżni, krzycząc, 
próbowali  uciekać  oknami  i  tylnym  wyjściem.  Kruk,  widząc,  że  ma  zdrowo  przesrane, 
zdecydował  się  wziąć  zakładników.  To  też  się  nie  udało.  Ithat  –  przywódca w randze 

Niszczyciela bractwa Srebrnego Gryfa – 

widząc,  do  czego  sposobi  się  przeklęty  nieumarły, 

wyszeptał słowa zaklęcia i nagle podmuch energii huknął w wampira, rzucając nim o ścianę. 

Desturiuss  stał  na  dziedzińcu,  przypatrując  się,  jak  czereda  ogarniętych  paniką  ludzi 

ucieka konno byle dalej od przeklętej karczmy. Czuł, jak wątpliwości rozdzierają jego serce na 
pół.  Jeśli  pomoże  tym  młodym  rycerzom,  może  jeszcze  uda  mu  się  wyjść  z  tej  całej  draki 
obronną ręką, kto wie, może zostanie nawet bohaterem. Ale jeśli nie uratuje wampira od pewnej 

zguby, to jego syn… 

Telekinetyczny cios Malverana odbił spadający miecz, wyrywając go z dłoni jednemu z 

atakujących.  Broń  poszybowała  w  górę,  przecinając  linę,  na  której  wisiał  opasły  kandelabr. 

background image

Wampir  zarechotał,  obnażając  kły.  Płonący  dziesiątkiem  świec  kandelabr  z  hukiem  spadł  na 
ziemię. Złocisty płomień natychmiast polizał drewnianą podłogę. 

Kruk  zamachnął  się  szponami.  Magiczna  zbroja  zgięła  się  i  podarła  jak  papier. 

Pozbawiony broni rycerz jęknął i chwycił się za gardło. Świeża krew bryznęła na podłogę. W 
chrzęście pancerza wraz z ostatnim tchnieniem jeden z bractwa runął na ziemię. 

Pozostali krzyknęli z wściekłości. Zaatakowali razem, szepcząc to samo zaklęcie. Magia 

Okowów oplotła księcia wampirów, powalając go na kolana. 

Wtedy  jęknęły  drewniane  wrota  i  w  chmurze  drzazg  do  środka  wpadł  Desturiuss  z 

obnażonym mieczem. Gdy w powietrzu świstał już oręż Ithata, pędząc w kierunku nieumarłego, 
biskup zmiótł jego druha, wpadając w niego barkiem, i w ostatniej chwili odbił spadający miecz. 

Ogień  z  kandelabru  rozprzestrzeniał  się  szybko.  Gdy  Desturiuss  i  dwaj  łowcy 

nieumarłych skrzyżowali miecze, płonęła już większość przybytku. 

Biskup walczył zakapturzony. Przynajmniej w ten sposób mógł ocalić honor. Oczywiście 

w oczach innych, bo przed samym sobą był już całkowicie przegrany. 

Rycerze  tańczyli  taniec  wojny  pośród  strzelających  płomieni.  W  brzęku  stali,  chrzęście 

zbroi 

i urywanych oddechach krzyżowały się miecze. Desturiuss był wspaniałym szermierzem, 

ale dwóch świetnie wyszkolonych przeciwników i szalejący wkoło pożar nie szły mu z pomocą. 
Do  tego  wyrzuty  sumienia.  To  one  obciążały  jego  serce  i  ciało,  czyniąc  ruchy  powolnymi i 
niezbyt celnymi. Niezdecydowanie mogło kosztować go życie i Desturiuss sam się zastanawiał, 
czy może nie jest to dobry moment, by odejść z tego świata. 

Nagle klingi skrzyżowały się, krzesząc złociste iskry. Metal zatrzeszczał przy głowniach, 

gdy po

tężne  ramiona  naparły  na  siebie  w  walce.  W  polerowanej  stali  Ithat,  mimo  kaptura, 

dostrzegł odbicie przeciwnika. Choć oblicze zamajaczyło w klindze tylko przez chwilę, to rycerz 
był pewien. Rozpoznał Desturiussa – elfa-legendę w zakonie Crus-Haddora. 

Zasko

czony otworzył ze zdziwienia usta, poluźnił uścisk. Stracił czujność. Ta chwila go 

zgubiła. 

Ostatnie, czego chciał Desturiuss, to śmierć tych rycerzy, ale broń sama ześlizgnęła się po 

słabnącej gardzie i dosłownie odrąbała Ithatowi pół twarzy. Biskup usłyszał wtedy świst. Kątem 
oka dostrzegł spadające na niego ostrze. Wyszkolone przez lata ciało zareagowało błyskawicznie. 
Nim  biskup  zdążył  pomyśleć  i  wyważyć  swój  uczynek,  ciało  już  go  dokonało.  Desturiuss 
wpakował przeciwnikowi sztych w pierś, przebijając serce. 

background image

Bryznęły  strumienie  krwi.  Mózg  Ithata  rozchlapał  się  na  ziemi.  Łowcy  Nieumarłych 

właśnie przechodzili na drugą stronę. 

Desturiuss  opuścił  miecz  i  ryknął  z  wściekłości.  Wkoło  buchały  czerwone  płomienie. 

Chciał  skończyć  ze  sobą  w  ich  objęciach.  Wiedział,  że  stał  się  potworem.  Nie  chciał  śmierci 
niewinnych, ale z drugiej strony nie potrafił sobie wyobrazić śmierci swojego dziecka. Czuł, że 
spada w otchłań szaleństwa, a stamtąd nie ma już odwrotu. 

Gdy ogień zaczął lizać jego ciało, a trzeszczące belki stropu miały się właśnie zawalić, 

czyjeś silne ramię chwyciło go i wyciągnęło na zewnątrz. 

– 

Musisz jeszcze trochę pożyć, biskupie – rzekł wampir. – W końcu mamy umowę. 

– 

Nie nazywaj mnie tak, nie jestem już biskupem Crus-Haddora, jestem nikim. 

– 

Mylisz się, jesteś biskupem. I będziesz nim tak długo, póki nikt się nie dowie, co się tu 

dziś stało, a to już zależy od ciebie. Ja będę milczał jak grób – uśmiechnął się Malveran. 

Rozległ się wieki huk. Wybuch karczmy poznaczył niebo czerwonym żarem. Eksplozja 

wyrzuc

iła  w  nocne  niebo  ogniste  jęzory.  Jeszcze  długo  po  tym,  jak  obaj,  książę  wampirów  i 

Desturiuss  Stormbringer,  odjechali  w  kierunku  północy,  na  horyzoncie  widać  było  majaczące 
warkocze pomarańczowych płomieni. 

Wiał  zimny  wiatr,  a  noc  przemknęła  po  niebie,  naciągając  na  nie  woal  utkany  z 

ciemności.  Z  zachodu  nadpłynęły  posępne,  burzowe  chmury.  Natura  przycichła,  tuż  przed 
nadchodzącą burzą. 

Desturiuss  ściągnął  uzdę.  Wraz  z  Malveranem  zatrzymali  wierzchowce  na  najeżonym 

skałami urwisku. Przed nimi jak okiem sięgnąć rozpościerała się mroczna panorama północnych 
rubieży.  Spękana  ziemia,  rachityczna  roślinność,  powykręcane  erozją  skały,  wyjący  upiornie 
wiatr i ani żywej duszy. Nic dziwnego. Rubieże były ziemiami należącymi do umarłych. To na 
tej granicy siły dobra walczyły z potęgą zła. To tutaj światłość ścierała się z mrokiem w swej 
odwiecznej walce o dominację nad światem Borgaanu. 

Desturiuss, paladyn w randze biskupa, wojownik światła, eskortował dziś istotę mroku, 

by dobić z nią targu. Paladyn wiedział, że zaprzedał wszystko, w co kiedykolwiek wierzył i o co 
kiedykolwiek walczył. 

– 

Uznaję  umowę  za  wypełnioną,  a  twoje  słowo  za  dotrzymane  –  rzekł  wampir, 

rozglądając się po okolicy. 

background image

Nawet teraz Desturiuss czuł, jak jego moc maleje, a potęga wampira drastycznie wzrasta. 

Jego głos stał się donośny i tubalny, a ciemności spłynęły do niego, by uformować się w lejące 

szaty. 

– 

Widzę smutek na twojej twarzy i w twoim sercu. Im szybciej zrozumiesz, że ci na górze 

grają nami jak pionkami na szachownicy, tym lepiej dla ciebie. Inaczej się wykończysz. 

– 

Więc  nie  dość,  że  zrobiłeś  ze  mnie  bydlę,  to  jeszcze  próbujesz  wykrzesać  z  mojej 

rezygnacji nienawiść do mojego Boga? 

– 

Nic od ciebie nie chcę, po prostu mi ciebie żal. Gdybyś wiedział… 

– 

Więc mi powiedz. 

– 

Dobrze, chociaż to pewnie nic nie zmieni. Nie zadawałeś sobie nigdy pytania, dlaczego 

cię to spotkało? Żona, syn? 

– 

Zadawanie sobie takich pytań prowadzi do potępienia. 

– 

Ależ cię zindoktrynowali… Nie masz za grosz rozsądku, jesteś bezmyślną maszyną w 

rękach zaślepionego własną jasnością Crus-Haddora. 

– 

Licz się ze słowami. Nasza umowa nie toleruje bluźnierstw. 

– 

Byłeś wzorem dla innych, o krok od zostania czempionem światłości, a jednak mrok 

wkradł się gdzieś w twoje życie. Mam naprawdę uwierzyć, że nigdy nie spytałeś się w duchu, 

dlaczego? 

– 

Spytałem, niejeden raz, i nic z tego nie rozumiem. 

– 

No właśnie. Ty i ja jesteśmy tylko zabawkami. Kartą przetargową w grze toczącej się 

pomiędzy bogami od eonów. Myślisz, że coś dla niego znaczysz? 

– 

Zdeptałem wszystko, co dla mnie święte. Zniszczyłem samego siebie w imię ojcowskiej 

miłości, której ty nigdy nie zrozumiesz, potworze! – warknął Desturiuss. – Zabieraj się już stąd i 
wsadź sobie w dupę te swoje gierki! 

– 

Jak sobie życzysz, ale umowa to umowa, a ja słowa dotrzymuję. 

Malve

ran wręczył biskupowi kościaną tubę na pergaminy, zalaną lakową pieczęcią. 

– 

W środku znajdziesz zaklęcie. Nie zrozumiesz go, bo to antyczny język, ale nie obawiaj 

się – pergamin jest tak umagiczniony, że zdołasz je odczytać bez znajomości treści. 

– Kolejn

a pułapka? 

– 

Żadna pułapka. Magia na klątwę, po prostu. Jak plaster. 

– Co? 

background image

– 

Nie ma innego sposobu. Klątwa, która spadła na twoją żonę, zdołała dokonać tego, do 

czego ją stworzono, ale możesz jeszcze uratować syna. Decyzja należy do ciebie. Aby ci się to 

u

dało, musisz magią tego zaklęcia odepchnąć tamto. Nie masz wiele czasu. Na twoim miejscu już 

bym wyruszał. 

Desturiuss miał w głowie wiele pytań, ale wszystkie wydały mu się bezcelowe. 

– 

Żegnaj, Malveranie – rzekł Desturiuss. – Obyśmy się już nigdy nie spotkali. 

– 

Oby tak było, Desturiussie. 

Wampir zawrócił konia na ścieżkę i ruszył prosto w kierunku przeklętej ziemi. 

– 

Nie spodziewałem się, że dotrzymasz słowa – rzucił z oddali Desturiuss. 

– Wiem – 

odparł wampir. 

Biskup spoglądał jeszcze długo na odjeżdżającego Kruka. Nie usłyszał, jak ktoś do niego 

podjechał.  Drgnął,  gdy  obok  na  koniu  pojawiła  się  postać  znajomej  czarodziejki.  Miał  coś 
powiedzieć,  ale  to  nie  miało  sensu.  Spojrzał  na  nią  tylko  jeden  raz  i  zrozumiał,  że  ona  o 

wszystkim wie. 

– 

Czy ktoś jeszcze zdaje sobie z tego sprawę? – spytał po dłuższej chwili milczenia. 

– 

Przeceniasz  tamte  zakute  łby.  Co  dzień  odwalają  modlitwę  za  to,  żeby  Crus-Haddor 

uchronił twoje dziecko od klątwy. Widzą cud w tym diabelskim kamieniu. 

– 

To straszne, co mówisz. Stałem się potworem. 

– Jakim znowu potworem? 

– 

Wprowadziłem mrok do domu Pana. 

– 

Gówno prawda. Jesteś paladynem, ale jesteś też ojcem. Zrobiłeś, co musiałeś, ja jakoś 

nigdy nie wierzyłam zbyt mocno w bogów. Wierzę raczej w swój umysł i to, co mogę dzięki 

niemu zdzi

ałać. Bogowie mają nas w dupie. 

– 

Jestem skończony. 

– 

Nie zamartwiaj się. To, co dźwigasz, to zbyt ciężkie brzemię. 

– 

Dlatego przepraszam, że cię tym obarczyłem. Proszę, wybacz mi. 

– 

Daj spokój. Nie ma czego wybaczać. 

–  Jest  – 

odrzekł  Desturiuss  i  położył  dłoń  na  mieczu…  Wampir  był  daleko,  ale  mimo 

wszystko  lekko  się  uśmiechnął.  Sharii  drgnęła.  Przez  chwilę  poczuła  się  tak,  jakby  ostrze 
Desturiussa było przeznaczone dla niej. 

Biskup wyciągnął broń i skierował ostrze w stronę odjeżdżającego. 

background image

– 

Jeśli  mnie  oszukasz,  znajdę  cię  wszędzie,  choćbym  miał  zejść  do  samego  piekła!  – 

krzyknął, a jego głos zimny wiatr poniósł daleko po rozległych wzgórzach. 

– 

Nie pękaj. Jakby co, dorwiemy chuja. – Sharii uśmiechnęła się do siebie w myślach i 

zganiła za głupie pomysły. 

– 

Oby nie było potrzeby. Teraz wracajmy. Mam lekarstwo. 

– Wierzysz mu? 

– 

Nie, ale nie mam wyjścia. To jedyne, co mi pozostało. 

– Odradzam. 

– 

Albo to, albo śmierć. 

– Kto wie, co lepsze. 

– Nadzieja. 

– 

Zatem w drogę. 

Sharii nie wiedziała, że Desturiuss Stormbringer całą drogę katował się myślami o niej. 

Pokuta dyktowana przez sumienie była straszliwa. Co chwila odtwarzał w myślach tamtą chwilę, 
gdy sięgał po broń, a przez myśl przemknęło mu, że może powinien się pozbyć niewygodnego 
świadka… 

Desturiuss użył tajemniczego zaklęcia i choć w momencie inwokacji poczuł jego mroczne 

i  odpychające  korzenie,  nie  zrezygnował  i  doczytał  inskrypcję  do  końca.  Chłopiec  cudownie 
ozdrowiał, a jego ocalenie poczytano za wpływ  potęgi światłości. Biskup jednak czuł, że było 

ina

czej i każdego dnia wypatrywał ceny, jaką przyjdzie mu zapłacić za to, co uczynił. Przyszedł 

taki dzień. 

To  było  niczym  scena  rodem  z  najgorszego  koszmaru.  Gdy  młodzieniec  dojrzewał, 

zaczęły objawiać się pierwsze symptomy spaczenia. Biskup sam zbadał  syna i z przerażeniem 
odkrył,  że  klątwę  zastąpiono  klątwą.  Wraz  z  antycznym  zaklęciem  do  ciała  niemowlęcia 
przeniknęło  wilkołactwo,  odpychając  automatycznie  wszelkie  uprzednie  złe  wpływy.  Niewiele 
mogło być gorsze od domeny Chaosu i klątwy Barona Azgharona, zwanego Srebrnym Diabłem. 
Moc  praojca  wilkołaczego  rodu  biegła  teraz  w  żyłach  młodego,  niczego  nierozumiejącego 
chłopca. 

Desturiuss nie potrafił zabić własnego syna, choć jako paladyn powinien był to uczynić. 

Prawo  Zakonu  było  surowe  i  stanowiło  jasno.  Jego  syn  musiał  zginąć  i  zginęliby  wszyscy  ci, 

background image

którzy próbowaliby temu przeciwdziałać. Zasada Czystości obowiązywała każdego. Przebiegły 
wampir dał biskupowi czas na to, by mógł posmakować szczęścia, ale nie dość, by zachować je 
na  zawsze.  Taki  żal  łamał  serce  i  rozpruwał  duszę.  Biskup  wiedział,  że  choćby  czynił  cuda, 
okrutne prawo Zakonu nie pozostawia mu wyboru. Musi wydać swego syna. To była jego kara, 
kara za wszystko, czego się dopuścił. 

Sharii weszła do pokoju, w którym Desturiuss klęczał na rozpalonych węglach. 

– 

Ta pokuta nic nie pomoże – rzuciła ostro. 

– 

Kto wie, może masz i rację. Już za późno na wszystko. 

– 

Może spróbujemy jakiegoś fortelu? 

– 

Już próbowałem fortelu parę ładnych lat temu, zobacz, do czego mnie to doprowadziło! 

Ta  kara  powinna  spotkać  mnie,  a  nie  moje  dziecko.  Czym  ono  komukolwiek  zawiniło?!  – 
wrzasnął i natychmiast zamilkł, czując że zbliża się do bluźnierstwa. 

– 

Powiedz, co mam zrobić? – spytała Sharii. – Uczynię wszystko, aby ci pomóc. 

– 

Nie jestem mordercą, nie jestem bestią! 

– Wiem. 

– 

Przecież nie wydam inkwizytorom własnego syna! 

– Wiem. 

– 

Nie potrafiłbym go skrzywdzić, nawet pomimo tego, że jest tym, kim jest. To akurat jest 

moją i tylko moją winą. 

– Co robimy? 

– 

Jesteś moją ostatnią deską ratunku – rzekł paladyn, wstając z rozpalonych węgli. 

Sharii zrobiła dziwny grymas, widząc wypalone rany na nogach paladyna. 

– 

Nim  klątwa  zawładnie  nim  całkowicie,  minie  wiele  miesięcy.  Chcę,  abyś  do  tego 

momentu go chroniła. To pozwoli mi kupić czas, czas na zdjęcie tego paskudnego zaklęcia. Mam 
nadzieję, że mi w tym pomożesz. 

– 

Możesz na mnie liczyć. 

– 

Wywieziesz go na południe. Głęboko za granicę sułtanatu. Jak najdalej od każącej ręki 

Zakonu… – 

wysyczał z niechęcią. 

– Kiedy ruszamy? 

– 

O świcie, nie ma co tracić czasu. Przygotuję wszystko, a ty bądź gotowa do wyjazdu 

jeszcze przed brzaskiem. 

background image

– 

Dobrze, ale wiesz, że oni się dowiedzą. Będziesz na widelcu. Będą cię ścigać wszędzie. 

– Wiem. Nie mam wyboru. 

Przed  drzwiami  do  kwatery  Desturiussa  zadźwięczały  zbroje.  Okuta  w  stal  pięść 

załomotała mocno. 

– 

Wejść. 

Czterech  gwardzistów  zakonnych  weszło  do  kwatery  biskupa,  oddając  mu  wszelkie 

honory. Ich posępne twarze zdradzały jednak, że stało się coś złego. 

– Biskupie – 

zaczął dowódca. – Twój syn został zatrzymany z rozkazu Inkwizytorów pod 

zarzutem posia

dania oznak spaczenia i piętna ciemności. 

Desturiuss wciągnął głośno powietrze. Sharii zrozumiała, że to koniec. 

Słońce znikało powoli za ostrym horyzontem, zabierając ze sobą ciepły, złocisty blask. 

Desturiuss stał w swej komnacie niczym posąg, z twarzą pooraną cierpieniem, i wbijał nieobecny 
wzrok w linie falujących wzgórz. 

Sharii weszła do środka cicho i niepostrzeżenie. Chwilę przyglądała się okaleczonej przez 

nieszczęście postaci i choć coś ściskało ją w gardle, zdecydowała się powiedzieć to, co miała na 
myśli. 

– 

Wiesz, co się teraz stanie? – spytała. 

– 

Wiem. Jak tylko słońce zajdzie, będą go torturować w imię prawa i sprawiedliwości. 

Wystarczy kilka prostych zaklęć i rozpoznają ciążącą na nim klątwę, a wtedy jego mękom nie 
będzie końca. 

– 

Aż tak źle? 

– 

Znaki, pokuty i egzorcyzmy zrobią z jego ciała i umysłu sieczkę, a wszystko po to, by 

dotrzeć do tego, co nasz wspaniały Zakon nazywa PRAWDĄ! – Desturiuss zacisnął pięści. 

– 

Czy  jeśli  użyją  tego  całego  arsenału,  o  którym  mówisz,  to  mogą  przeczesać  mu  tak 

dogłębnie umysł, że odkryją, kto przed laty rzucił na niego feralne zaklęcie? 

– 

Jest to możliwe. 

– 

Przerażasz mnie, Desturiussie. Możecie obaj skończyć na inkwizytorskim stosie. 

– 

Mnie się to należy. Powinienem tak skończyć. Może pójdę tam i wszystko im powiem. 

– 

Odradzam. Zginiesz, a to nie pomoże twojemu dziecku. 

– 

A co mu teraz pomoże?! – ryknął w bezsilności Desturiuss. 

background image

– 

Czy  jest  jakaś  szansa,  by  go  uratować?  –  spytała  Sharii,  gdy  biskup  nieco  się  już 

uspokoił. 

– 

Żadnych. 

– Porwanie i uprowadzenie? 

– 

Z lochów Zakonu? Nie bądź śmieszna. Nie ujechalibyśmy dnia drogi. 

– 

Czy znasz sposób, aby skrócić jego męki? – spytała i pożałowała tego. 

– 

Wiesz  w  ogóle,  o  czym  mówisz?!  Nie  jestem  bestią,  jak  ten  skurwysyński  wampir, 

który zgotował nam ten los! 

– Wiem, 

że nie… – odrzekła i wyszła z komnaty. – …Ale masz mnie – dodała cicho. 

Czas  był  nieubłagany.  Klasztorne  dzwony  wybiły  godzinę  dziewiątą  i  wraz  z 

zapadającym zmierzchem inkwizytorzy udali się do celi przesłuchań, by egzaminować piętno i 
naturę spaczenia, jakie nosił w sobie nastoletni chłopiec. 

Desturiuss nieraz uczestniczył w takim przesłuchaniu i choć sam nie był inkwizytorem, to 

zdarzało się, że wraz z nimi niejedno prowadził. Wiedział, jaka kaźń czeka jego jedynego syna, i 
nie mógł powstrzymać napływających do oczu łez. Nie chciał dopuścić do siebie słów Sharii, ale 
nie  miał  żadnych  złudzeń.  Jeśli  ktoś  nie  skróci chłopcu  cierpień,  czekać  go  będzie  prawdziwe 
piekło. 

Sharii  miała  łzy  w  oczach,  kiedy  schodziła  do  podziemi.  Młodzieniec  był  naprawdę 

przer

ażony. Jego szeroko otwarte oczy zdradzały, że nic z tego nie rozumie. Nie wiedział, czemu 

zamknięto go w śmierdzącym lochu jak pospolitego zbira i nie wiedział też (na szczęście), co dla 

niego szykowano. 

Czarodziejka  uwielbiała  tego  chłopaka,  niestety  nie  było  innego  wyboru.  Zawczasu 

przygotowała  magiczny  wywar  z  wilczomleczu,  który  z  licznymi  magicznymi  dodatkami 
stanowił  śmiertelną,  acz  bezbolesną  truciznę  dla  wszystkich  z  klątwą  wilkołactwa.  Ufny 
młodzieniec wypił przygotowany napar i szybko poczuł się senny. Kiedy kładł się na posłaniu, 
obdarzył  jeszcze  Sharii  uroczym,  chłopięcym  uśmiechem,  którego  nie  zapomniała  do  końca 
swoich  dni.  Z  trudem  tłumiła  w  sobie  płacz.  Jedynie  kilka  łez  wyślizgnęło  się  z  uchwytu  jej 
stalowych nerwów i spłynęło po policzkach. Chłopiec zasnął. Już nigdy się nie obudził. 

background image

Pochowano go na zielonych wzgórzach na cmentarzu dla rodzin zakonnych. Padał wtedy 

silny, gorący deszcz. Na trumnę rzucano wiele białych i czerwonych kwiatów. To właśnie tego 
dnia Desturiuss zwątpił w swego Boga po raz pierwszy. Wtedy też, stojąc nad trumną swojego 
jedynego dziecka, poprzysiągł księciu wampirów krwawą i okrutną zemstę. 

Desturiuss i Sharii nigdy o tym nie rozmawiali, ale oboje wiedzieli. Gdyby przyszło do 

tortur,  Desturiuss  prędzej  odebrałby  sobie  życie,  niż  pozwolił  skrzywdzić  swojego  chłopca. 
Kochał Sharii i dziękował jej w duchu za to, co uczyniła, tak samo mocno jak nienawidził cały 
świat za to, że należało tak postąpić. Przesłuchanie oddalono, a Zakon nigdy się o niczym nie 
dowiedział. 

Choć  życie  rodzinne  biskupa  zakończyło  się  tragicznie,  to  jego  nowy  cel  –  prywatna 

wojna – 

dopiero nabierał rozpędu. Walki na północy trwały kilkanaście miesięcy. Paladyni Crus-

Haddora toczyli nierówny bój z istotami mroku. Szał, wściekłość i determinacja Desturiussa nie 
miały jednak sobie równych i już wtedy swoją walecznością i męstwem położył podwaliny dla 
swej własnej legendy. 

Biskup, gdyby go zapytać, sam nie wiedział, przeciwko komu walczy. Czy przeciwko złu, 

czy po to, by coś udowodnić swojemu Bogu, czy może toczył tę batalię przeciw samemu sobie? 
To nie miało znaczenia. Liczyła się tylko zemsta. 

Paladyni przeczesywali przeklęte ziemie w poszukiwaniu Kruka, aż w końcu go dopadli. 

Daleko od granicy, gdzie potworne bestie szalały na diabelskiej smyczy, a demony tylko czekały, 
by  pożreć  dusze  nierozważnych.  Na  wzgórzach  Dal-Aran,  gdzie  niegdyś  było  cmentarzysko 
smoków, wznosiła się pokraczna i straszliwa wieżyca zbudowana z kości tych mitycznych bestii. 

Biskup wydał rozkaz ataku. Mimo wsparcia mrocznych energii i potężnej mocy, pomimo 

setek sług i emanacji przeklętej ziemi, książę wampirów, Malveran Kruk Zeliarach, nie mógł się 
mierzyć z potęgą Desturiussa. Napędzany nienawiścią i zemstą biskup spadł na wroga niczym 
grom.  Zaklęciami  wyrywał  dziury  w  szeregach  jego  sług,  chłostał  ich  spaczone  dusze  biczem 
pokuty, a jego Słowa Mocy obracały w popiół przybywające z otchłani demony. 

Kiedy stanęli oko w oko, Desturiuss nie tracił czasu na umoralniające wywody. 

– 

Nie różnimy się jednak od siebie tak bardzo, Desturiussie… – rzekł Kruk, nim biskup w 

szale nienawiści rozerwał go na strzępy. 

background image

Mijał  czas.  Desturiuss  dokonał  zemsty,  ale  jego  serce  pozostało  nienasycone.  Każdego 

dnia biskup pogrążał się we własnych myślach i coraz częściej przyłapywał się na tym, że zgadza 
się z filozoficznym podejściem Kruka do spraw, które niegdyś uważał za bezdyskusyjne. Coraz 
częściej  niewzruszony  rycerz  światła  miewał  wątpliwości.  Choćby  nie  wiem,  co  uczynił,  nie 
potrafił pozbyć się ze swojego serca żalu i poczucia krzywdy. Raz po raz wracał myślami do tego 
feralnego  dnia,  kiedy  wszedł  w  układ  ze  starym  wampirem,  i  przetrawiał  to  od  początku  do 
końca, szukając potwierdzenia swej winy. Coraz częściej dostrzegał, że jej tam nie było. 

Opłakiwał  żonę  i  syna  przez  wiele  długich  lat.  Dzień  po  dniu,  miesiąc  po  miesiącu  do 

jego serca powoli wdzierało się przekonanie, że światłość nie miała prawa wymagać od niego tak 

wielkiej ofiary. 

Źli  bogowie  i  ich  sługi  zawsze  postępowali  nikczemnie  i  podle,  taka  była  bowiem  ich 

natura.  Desturiuss  nie  mógł  mieć  do  nich  o  to  pretensji,  choć  żaden  paladyn  nie  powinien  się 
głośno przyznawać do takich konkluzji. Co innego stać po ciemnej stronie barykady i być łotrem, 
a  co  innego  być  uosobieniem  cnót  i  pozwolić  na  to,  by  nieszczęścia  deptały  wiernego  sługę 
światłości.  Tego  Desturiuss  nie  mógł  wybaczyć  swojemu  Bogu.  Nigdy  nie  uważał  się  za 
świętego, ale wiedział, że niczym sobie nie zasłużył na to, aby czyjś kaprys niszczył jego życie, a 
marzenia obracał w gruzy. 

Desturiuss już nigdy nie czuł się ikoną wiary. Czas jednak goi rany, a srebrny elf miał go 

bardzo, ale to bardzo wiele. Nigdy nie wybaczył swojemu Bogu, ale też nie potrafił wyrzucić go 
z myśli i serca. Kiedy więc nad Imperium zawisły ciemne chmury i nadeszła wojna z północą, 
Desturiuss  stanął  na  czele  wojsk,  pragnąc  w  szaleńczej  i  wyniszczającej  walce  znaleźć  tylko 

jedno  – 

własną  śmierć.  Paladyn  wierzył,  że  to  przyniesie  mu  prawdziwe  ukojenie.  To  właśnie 

drwina z niebezpieczeństw i nieopisana wręcz, szaleńcza odwaga odziały go w bardowskie pieśni 

i pancerz 

nieśmiertelnej  sławy.  Zakon  widział  w  nim  siłę  i  potęgę,  choć  on  sam  dostrzegał  w 

sobie jedynie smutek i gorzki popiół. 

Zmierzchało,  a  zimny  wiatr  trzepotał  flagą  wywieszoną  na  blankach  niewielkiego 

kasztelu. Valyghar przysiadł obok zapatrzonego w horyzont Desturiussa. 

– 

Czego szukają twe oczy, panie? 

– 

Śmierci. 

– 

Myślisz, że właśnie stamtąd przybędzie? 

background image

– Oby. 

– 

Dziwią mnie twoje słowa, panie. 

– 

Mnie już nie. Po czasie wszystko wydaje się nic niewarte. 

– 

Pamiętasz, panie, Garamora? – spytał Valyghar, zmieniając temat rozmowy. 

– 

Tego idiotę, co po wódce wyskoczył przez okno magowskiej wieży, bo myślał, że jest 

na parterze? 

– Tak. 

– 

Oczywiście, że pamiętam durnia. Kiepski koniec jak na paladyna. 

– Jego kuz

ynka kocha się w tobie od blisko stulecia, jeszcze jak byłeś żona… wybacz, nie 

chciałem cię dotknąć. 

– 

Nie dotknąłeś, to było tak dawno… 

Obaj zamilkli na kilka chwil. 

– 

Jak ma na imię ta desperatka? – Desturiuss przerwał ciszę. 

– Luna. 

– 

Ładne imię. 

–  Pono

ć  imię  nie  dorównuje  jej  bajecznej  urodzie.  Może  powinieneś  o  tym  pomyśleć, 

panie? 

– 

Może… 

*** 

background image

W Paszczę Złodzieja Światła 

Był  piękny,  złocisty  świt.  Szum  niewielkiego  wodospadu  mieszał  się  z  muzyką 

zbudzonego ptactwa, a wschodzące słońce rozlewało ciepłe, świetliste kałuże po wystudzonych 
nocą  skałach.  Mogador  Allantre  przykucnął,  wpatrując  się  w  taflę  kryształowego  jeziorka  i 
falujące w nim jego własne odbicie. Poranny zefir rozdmuchiwał drobinki perlistej wilgoci, które 
lekką  mgiełką  osiadały  na  jego  posępnej,  wręcz  posągowej  twarzy.  Oblicze  miał  szorstkie  i 
drapieżne. Pozbawionych wyrazu ust nie znaczył choćby ślad emocji, a mocno zaznaczony orli 
nos  nadawał  twarzy  dumny,  podniosły  charakter.  Hebanowa  skóra,  liczne  rytualne  blizny  i 

meandry runicznych t

atuaży zdawały się tętnić własnym, złowróżbnym życiem. 

Kapłan miał wyłupione lewe oko. Za młodu złożone w ofierze Setowi, teraz zastąpione 

magicznym klejnotem o barwie obsydianu, który czasem, w chwilach eskalacji klerycznych 

mocy właściciela, nabierał barwy płonącego złota. 

Mnich  poprawił  kaptur,  jakby  w  jego  czarnym  jedwabiu  chciał  ukryć  nie  tylko  swoją 

twarz, ale i całego siebie. Przymknął powieki, a jego niezmącone dotąd myśli przeszyły głosy i 
obrazy, budząc gorzki grymas na niewzruszonym obliczu. 

Najw

yższy  Inkwizytor  Wężowego  Oka  był  kimś,  kogo  bali  się  wszyscy  i  kto  zawsze 

pozostawał tajemnicą dla tych, po których przyszedł. Najżarliwszy kapłan i perfekcyjny zabójca, 
niezmącony umysł i nadludzko wyszkolone ciało, a do tego moc magii Cienia, Szeptów i Śmierci 
przekazana w darze od samego Seta. Tym kimś był Mogador Allantre. Był nim jeszcze całkiem 

niedawno… 

Przybył znikąd jako jedyne ocalałe dziecko ze spustoszonej, barbarzyńskiej wioski. Był 

sierotą z pustyni i nie posiadał niczego, co mogłoby mu zapewnić dach nad głową i miskę strawy 
w stolicy takiej jak orientalny Xhar’haddhir. Chłopca, tak jak i wielu bezdomnych oraz wszelkiej 
maści sieroty, porwano  pod osłoną nocy i na postronkach, niczym bydło, wleczono do Katedr 
Krwi i Strachu, jak zwano wówczas świątynie Węża. Jednak pewnej nocy ofiary nie złożono… 

Młody,  czarnoskóry  chłopiec  z  dumnym  wzrokiem  przemówił  do  zgromadzonych 

językiem znanym tylko wtajemniczonym i tegoż samego dnia, jako żywy przykład naznaczonego 
łaską  wybrańca,  został  przyjęty  w  szeregi  akolitów  i  oddany  pod  bezpośredni  nadzór  samego 
arcykapłana. 

background image

Odtąd każdy dzień był dla chłopca-nowicjusza dniem żarliwej modlitwy, kontemplacji i 

ćwiczeń,  dniem,  kiedy  to  z  radością  ducha  i  poczuciem  wypełniającego  się  przeznaczenia 
spełniał swe powołanie. I tak było przez blisko trzydzieści lat. Trzydzieści długich, mierzonych 
kalendarzem ludzi lat, które zawierały czterysta siedemdziesiąt trzy borgaańskie dni, a w każdym 
z tych dni nic nie płonęło jaśniej niż ogień prawdziwej wiary wypełniającej serce Mogadora. W 
owym czasie był już dorosłym i gruntownie wykształconym mężczyzną, a mierząc ponad dwa 
kije  wzrostu  był  monumentem  siły  i  symbolem  strachu,  jakże  przydatnym  w  czekających  go 

misjach. 

Każde zadanie spełniał z fanatycznym oddaniem i niezrównaną precyzją. Mogador czuł 

się  wybrańcem  i  to  przeświadczenie  zamieniało  go  w  fanatyczną  maszynę,  gotową  na  każde 
poświęcenie  i  zdolną  sprostać  żądaniom  bóstwa,  które  jak  żadne  inne  łaknęło  niemożliwości. 
Jeszcze wtedy tak właśnie było… 

Vellerus Nekhtere, 

arcykapłan,  zwany  „Ustami  Seta”,  był  jedyną  osobą,  której  poleceń 

musiałby wysłuchać, choć rzadko się zdarzało, by ktoś rozkazywał Mogadorowi. Wtedy jednak, 
po raz pierwszy i zarazem ostatni, tak się właśnie wydarzyło. 

Usta Seta, mimo iż sam przez większość czasu dryfował po królestwach marzeń, wizji i 

snów, teraz mówił dość jasno i precyzyjnie. Mogador miał odnaleźć relikwię należącą do jego 
Kościoła.  Święty  przedmiot  zaginął  wieki  temu,  a  jego  mroczny  blask  i  siła  były  potrzebne 
wyznawcom.  Zadanie  było  proste  –  odnaleźć  świątynię  zapomnianego  smoczego  kultu,  który 
niegdyś, podczas wojny ras ze smoczymi królestwami, podstępnie najechał ziemie należące do 
Kościoła Seta i skradł bezcenną relikwię. Wiadomo było, że artefakt skryto gdzieś na wydmach 
Pustyni Łez – miejsca, gdzie dni są piekłem, a noce potrafią zmrozić najgorętszą krew. Cóż to 
jednak  znaczyło  dla  Inkwizytora,  który  dla  swego  Boga  uczyniłby  wszystko,  bo  tak  właśnie 
wtedy by postąpił. Jeszcze wtedy… 

Durgar  Krull  był  już  mocno  wstawiony.  Siedział  przy  karczmianym  stole  i  z  głupawą 

miną wydłubywał kozy z nosa, wycierając je o poplamiony winem kaftan. Małe, przekrwione z 
braku  snu  oczka  zmieniały  się  w  wąskie  kreski  skreślone  nad  spasionymi  policzkami.  Długie, 
rude  włosy,  spięte  wysoko  w  kuc,  zwisały  luźnym  ogonem,  sięgając  daleko  za  połowę 
atletycznych  pleców.  Włosy  te,  jak  i  pleciona  na  krasnoludzką  modłę  w  warkoczyki  broda, 
rzadko obcowały z mydłem, a nader często z powidłem i wieloma innymi resztkami pokarmów, 

background image

które  Durgar  po  prostu  kochał.  Olbrzymi  tors  mógłby  należeć  nawet  i  do  samego  mistrza 
gladiatorów, gdyby nie pokrywała go tak kolosalna warstwa tłuszczu, który fałdami układał się w 
opasające tułów zwały. 

Mimo to Durgar dbał o wizerunek „prawdziwego barbarzyńcy”. Klatkę zawsze, nawet i 

teraz, 

nacierał dla połysku błyszczącą oliwką. To, że było jej daleko do tych, jakimi smarowali 

swe ciała baśniowi herosi, a jakże blisko do tej kuchennej, wielokrotnie używanej do obsmażania 
mięsa lub nasączania pochodni, było o wiele mniej istotne. Grunt, że wyglądał okazale. Szkoda, 
że głównie w swoim własnym mniemaniu, aczkolwiek wciąż okazale. 

Mierzący ponad dwa kije i dwa łokcie ogr, przepasany lamparcią skórą i noszący ze sobą 

ogromny, dwuręczny miecz, mógł sprawiać wrażenie kolosa zdolnego skręcić kark bawołu tak 
łatwo,  jak  i  przeciąć  go  na  dwoje  jednym  machnięciem  swojego  oręża.  Każdy,  kto  by  tak 
pomyślał, bardzo minąłby się z prawdą. 

Durgar nie znosił się bić, do tego zupełnie nie umiał. Już od najmłodszych lat zdradzał 

zainteresowania budzące troskę przywódcy szczepu. Podczas gdy jego pobratymcy trenowali w 
dziczy  sztukę  zabijania  wszystkiego,  co  żyje,  za  pomocą  ogromnej  maczugi,  jego  ciągnęło  do 
miast, karczm, wina, tańca i śpiewu. W szczególności tańca i śpiewu. Widok krwi przyprawiał 

Durgara o zawroty 

głowy i mdłości. Zrodzony z iście gołębim sercem był zawsze ostatnim, kto 

mógłby  kogokolwiek  skrzywdzić.  Pod  płaszczykiem  ogromnej  postury  i  skradzionego  swemu 
przywódcy dwuręcznego miecza skrzętnie skrywał swą największą słabość – tchórzostwo. 

Kilka lat w

stecz podróżująca z płomiennej stolicy  Xhar’haddhir elfia piękność Ellenae, 

widząc ogromny zapał Durgara do sztuki trubadurskiej, zdecydowała nauczyć go co nieco o tej 
profesji.  Ogr  chłonął  ciałem  i  duszą  każdą  nutę  i  pieśń.  Choć  jego  śpiew  przypominał  ryk 
rannego  bawołu,  a  niezdarne  łapska  nie  potrafiły  się  obchodzić  z  żadnym  instrumentem  (te 
bowiem wymagały finezji), to jednak jego patronka nie mogła odmówić mu poświęcenia. Tylko 
dlatego  została  z  nim  tak  długo,  sama  będąc  pod  wrażeniem  determinacji  swego  ogrowego 
ucznia.  To  ona  podarowała  mu  jego  pierwszy  i  jedyny  instrument,  który  stał  się  jedną  z 
najcenniejszych rzeczy Durgara. Była nim zdobna, elficka mandolina. 

Wnętrze  karczmy  pustoszało,  a  odchodzący  goście  zostawiali  po  sobie  smród 

alkoholowych wyzi

ewów  i  spoconych  ciał,  który  mieszał  się  ze  swądem  oliwy  przypalanej  w 

kuchni. „Kis”, zwany winem, jaki tu serwowano, zalatywał utopionym szczurem i wyraźną nutą 
pleśni, ale to akurat odpowiadało tutejszej klienteli. Karczma Pod Czerwonym Psem była jedną z 

background image

najtańszych  i  zarazem  najgorszych  nor,  w  której  wyśmienicie  czuł  się  miejscowy  margines. 
Podawano tu najgorsze jadło, po którym łatwo było o zatrucie, oraz równie podłej jakości trunki, 
ale tak jak noclegi wśród pcheł i niepewność przebudzenia bez noża pod żebrem, miały jeden 
ogromny  plus. Były tanie. Bardzo tanie. Tak tanie, że nawet Durgar Krull i jego banda mogli 
sobie tutaj pohulać. 

Ogr-

artysta z wielką niechęcią zwlókł się z wygodnego zydla i z ponurą miną, jakby szedł 

na ścięcie, skierował się krętymi schodami na górę, do apartamentów. 

W  zapyziałym  i  niewietrzonym  od  rana  pokoju  trwała  burza  mózgów.  Trzy  postacie 

wlepiały  nosy  w  rozłożoną  na  stole  mapę,  gardłując  o  „najlepszej  drodze  prowadzącej  do 
skarbu”. Oczywiście każdy z osobna miał inny, własny i o dziwo jedyny słuszny punkt widzenia 
na tę sprawę. Z całej trójki najgłośniejszy był jednak rachityczny, garbaty gnom o skundlonych, 
czarnych włosach i chochlikowatych ślepkach. Bez przerwy przechadzał się wkoło stołu, lekko 
utykając  na  prawą  nogę,  i  głaskał  się  po  wydatnie  wzdętym  brzuszysku,  zabawnie  skrzecząc 
swym  chłopięcym  głosikiem.  Gormak  Rufus  Aremer,  bo  tak  nazywał  podający  się  za 
mieszczanina  gnom,  był  miejscowym  złodziejaszkiem  i  kanalią  gotową  zapakować  kosę  w 
bebechy każdemu, jeśli tylko mógłby z tego wyciągnąć jakieś osobiste korzyści. 

– 

Ruiny te być na północny wschód – wycharczał gardłowym głosem Myrloh. – Ja tam 

być,  to  złe  miejsce  i  zły  duch.  Dżungla  zjeść  nasze  serca  i  więcej  nie  oddać.  –  Chwycił 
szponiastymi dłońmi kawałek pergaminu, na którym skreślono mapę i postukał w nią pazurem. – 
To być na pewno w Puszcza Cieni. – Odłożył mapę i wyprostował się. 

Żaden  hobgoblin  nie  grzeszył  urodą,  ale  Myrloh  należał  do  tych  najpaskudniejszych. 

Ostre,  głęboko  osadzone,  czerwone  ślepia,  uniesione  kości  policzkowe,  łysy,  jajowaty  łeb  i 
wielkie, spiczaste uszy upodabniały go do diabła, którym z powodzeniem straszy się małe elfie 
dzieci. Skórę miał czarną jak węgiel, a z pyska sterczały dwie, śnieżnobiałe, prawie dotykające 
oczu  szable.  Nosił  się  na  typowo  plemienną  i  zabobonną  modłę.  Przepasany  skórami 
własnoręcznie  zabitych  zwierząt  i  obwieszony  gradem  talizmanów  i  koralików  bardziej 
przypominał  ucznia  szamana  niż  wytrawnego  łowcę,  za  którego  się  zresztą  uważał.  Sterczące 
uszy poprzekłuwane były mnóstwem świecidełek, a z nosa wystawała zakrzywiona kość jakiegoś 
zwierza, którą ubarwił tandetnymi farbkami. 

Najmniej  odzywał  się  Vorth  –  dziecko  rasy  mieszanej,  będące  owocem  nagłej  miłości 

między najeżdżającą wioskę bandą olbrzymów z pustyni Kuru a ludzką kobietą, która nie miała, 

background image

w  wypadku  tego  nagłego  przypływu  uczuć,  zbyt  wiele  do  powiedzenia.  Ogromna,  zwalista 
sylwetka  i  tępy  wyraz  twarzy  idealnie  komponowały  się  z  dziesiątkami  więziennych  tatuaży, 
które to zdobył jako wieloletni bywalec lochów pod basztą Czterech Gargulców – najpodlejszego 
więzienia dla największych wykolejeńców w tym mieście. 

Durgar,  umęczony  całonocnym  porykiwaniem  do  mandoliny  i  piciem  z  przekupnymi 

gwardzistami  z  pobliskiego  posterunku,  sążniście  beknął  i  ostentacyjnie  rzucił  się  w  barłóg  z 
przepoconą pościelą, pragnąc zaznać nieco wypoczynku przed zbliżającą się wyprawą. 

Pod zamroczone winem powieki sen wkradł się łatwo i szybko, rozmywając tonące w tle 

odgłosy  cichych  rozmów  i  gardłowych  kłótni.  Nim  zasnął,  przez  brodatą  twarz  przemknął 
chochlikowaty  uśmieszek  zwiastujący  jakiegoś  przykrego  psikusa,  którego  sidła  zostały  już 

zastawione. 

Zbudził  go  świdrujący  w  głowie  skrzek.  To  był  doprowadzony  do  furii  tubalny  głos 

małego gnoma, który zbliżał się do temperatury wrzenia. Ogr leniwie podniósł jedną powiekę, by 
broń  Boże  nie  tracić  rozkosznego,  sennego  otępienia,  i  spojrzał  przez  rozchylone  okiennice. 
Dochodziło południe. Radośnie zachichotał i nakrył głowę pierzyną. 

Podczas gdy jego rozjuszona drużyna próbowała dojść, jakim cudem karczmarz, zamiast 

zbudzić ich o świcie, uczynił to dopiero w południe, Durgar w myślach powrócił do wydarzeń 

wczorajszego wieczora… 

  Karczmarzu!  – 

ryknął,  po  czym  rzucił  na  stół  srebrną  monetę  i  ściszył  nieco  głos.  – 

Zapomnij o rozkazach tego małego przykurcza, zbudzisz nas w… południe! 

 

Jakże  to,  Durgarze  –  zdziwił  się  oberżysta.  –  Przecież  oni  mnie  gotowi  ze  skóry 

obedrzeć. 

 

No, ja cię obronię, poza tym, wszyscy jesteśmy pijani. – Ogr posłał mu złośliwy uśmiech. 

– 

Jak będą mówić, że miałeś nas zbudzić o świcie, to ty mówisz „NIE”! Proste, prawda? A przy 

okazji  będę  potrzebował  trochę  sadzy  i  najczarniejszego  atramentu,  jaki  masz.  Muszę  hennę 
przygotować.
 

 

No, jak sobie życzysz, Durgarze… 

Rozjuszony, wypierdek wpadł do izby i powiódł oczami po wnętrzu, jakby szukał ujścia 

dla swojego wzburzenia. 

background image

–  A ten, kurwa, jak zwykle – 

zaskrzeczał.  –  Śpi  w  najlepsze!  –  Wskazał  małym, 

serdelkowatym palcem na wielki kołtun pościeli, pod którą ukrywał się Durgar. 

–  Narzekasz  – 

ospale  przeciągnął  ogr.  –  Zawsze  możemy  wyruszyć  wieczorem.  A  i 

wyspać, i wypocząć, no i co najważniejsze, wyekwipować się zdążymy, bo co nagle, to po diable. 

Gormak spąsowiał, wyrzucił z siebie stek przekleństw i wyszedł, trzaskając drzwiami. 

Na  placu  targowym  praca  wrzała,  a  interes  się  kręcił.  Kramy  pękały  w  szwach  od 

najróżniejszych towarów, przywiezionych przez kupców z okolicznych ziem, księstw ościennych 
i  dalekiej  północy.  Kolorowe  dywany  i  puszyste  arrasy  przyprawiały  o  oczopląs.  Sterty  ziół  i 
sypkich przypraw piętrzyły się dumnie w kolorowych stosach. Egzotyczne owoce kusiły rajskim 
smakiem, a liczne wonie pachnideł przywodziły na myśl sceny wycięte prosto z baśni. Można tu 
było  spędzić  cały  dzień,  a  i  tak  nie  zdołałoby  się  obejrzeć  wszystkich sklepów i kramów, w 
których  kupcy  zdzierali  sobie  gardła,  zachwalając  swoje  towary.  Chodziły  też  plotki,  że  za 
odpowiednią  sumę  wypłacaną  w  złocie  bazar  Igna’thuru  potrafił  zaspokoić  wszelkie  potrzeby 
nawet  najbardziej  wybrednego  i  kapryśnego  klienta. Morderstwa na zlecenie, dzikie orgie z 
uczestnictwem  olśniewająco  pięknych  kurtyzan,  niewolnictwo,  narkotyczne  zioła,  usługi 
półświatka. Jednym słowem wszystko. Wystarczyło, że dobrze zapłacisz. 

Zegar  słoneczny  przy  południowej  bramie  wskazywał  godzinę  trzynastą,  gdy  ogr- 

trubadur  skierował  swe  kroki  w  stronę  wyszynku  U  Kulawego  Frycka.  Rozklekotana  buda 
mieściła  się  tuż  przy  suku,  na  rogu  ulicy  Dżinów  i  Księżycowej,  i  miała  naprawdę  paskudną 
opinię.  Na  mieście  mówiło  się,  że  jeśli  lubisz  codzienne  bijatyki, towarzystwo szulerów i 
kieszonkowców oraz jeśli odpowiadają ci tanie, podłe kurewki, a przy okazji nie obawiasz się 
ciężko zatruć serwowanym jadłem i napitkiem, to jest to miejsce dla ciebie. I tak właśnie było, 
może nawet nieco gorzej, niż mówili. 

A

le  nie  dla  tych  uroków  Durgar  przedzierał  się  przez  tłuszczę,  odganiając  od 

złodziejaszków bardziej niźli od much. Szynk U Kulawego Frycka, w osobie samego właściciela, 
ogłosił zapisy na konkurs „Mistrza Żelaznej Ręki”, przeto każdy, kto miał dość krzepy i odwagi, 
by to udowodnić, ciągnął do tej paskudnej nory, aby zmierzyć się w męskim pojedynku „na rękę” 
o główną nagrodę konkursu. Jaka ona była, Durgar nie wiedział, grunt, że była główna. Tylko to 
się liczyło. 

background image

Fryc Neregos, zwany w skrócie Fryckiem, był przysadzistym krasnoludem o paskudnej 

gębie i wydatnym, kartoflanym nochalu. Obficie zapuszczaną, ognistą brodę wiązał w trzy grube 
warkocze,  zdobiąc  je  na  starą  modłę  złoconymi  dzwoneczkami.  Ogromne  barki  i  łapska 
świadczyły o sile nie ustępującej ogrom i złotym olbrzymom. Miał też drewnianą nogę, której to 
dorobił  się  podczas  długich  i  owocnych  lat  korsarskiego  rzemiosła  na  pokładzie  Czerwonego 
Diabła,  u  boku  kapitana  Guara  „Ludojada”  –  dzikiego  hobgoblina,  siejącego  postrach  na 

wschodnich morzach przez pr

awie  osiem  lat.  Choć  potężny  i,  można  rzec,  w  sile  wieku, 

krasnolud  mocno  łysiał,  zasłaniając  środek  głowy  przyklepaną  na  cukier  „pożyczką”.  Resztki 
niegdyś bujnych rudych włosów spinał z tyłu w kitkę, używając do tego jedynie złotych, z rzadka 

srebrnych nitek. 

Na stole zaplamionym resztkami wina i tłuszczu piętrzyły się misy z indyczym mięsem i 

suszonymi owocami – 

ulubionym  przysmakiem  Frycka.  Nie  brakło  tu  też  miejsca  na  „złotego 

sikacza”,  zwanego  przez  miejscowych  górnolotnie  piwem.  Frycek  kochał  te  szczyny, a 
szczególnie schłodzoną pianę, którą zwykł spijać, głośno siorbiąc i oblizując jęzorem sumiaste 
wąsiska. 

Od rana ciągnęły tu tłumy, które około południa zdążyły już nieco przerzednąć. Każdy 

stojący w kolejce robił wszystko, by tylko zaprezentować się jak najlepiej i zdeprymować tym 
obserwującą wszystko konkurencję. Cała kolejka była długa niczym wąż i szeroka jak wzburzona 
rzeka.  Groźne  spojrzenia,  prężenie  mięśni  i  głośne  popisy  krasomówcze  o  „wielkich 
dokonaniach” stanowiły chleb powszedni na tego typu imprezach, a kulawy Frycek organizował 
taki konkurs co rok. Mimo że był on przeznaczony dla uczestników wywodzących się z nizin 
społecznych  i  pospólstwa,  to  jednak  częstym  było,  że  szlachta,  a  nawet  i  przedstawiciele 
magnaterii z okolicznych miast ściągali obejrzeć widowisko. Każdemu przyda się para silnych 
rąk, a trudno było o lepsze miejsce do takowego „castingu”. Zwycięzcy mogli liczyć na nagrody 
pieniężne i rzeczowe, a także na oferty dobrze popłatnych zajęć – a to do ochrony karawany, a to 

do ucisz

enia kogoś, kto za dużo mówił, a to do świątynnej straży lub osobistej eskorty jakiegoś 

szlachetki.  Zdarzało  się  nawet,  że  miejscowa  gwardia  szukała  tu  obiecujących  dowódców.  To 
właśnie w tym celu przybył tu dziś Drhun Vorglath. 

Królewski  minotaur  miał  grubo ponad trzy kije wzrostu i bicepsy jak górskie szczyty 

Allenoru. Potężna klatka piersiowa unosiła się rytmicznie w takt dudniącego serca, które – jak 
zarzekali się rozmawiający z minotaurem ludzie – było słychać niczym dudnienie kowalskiego 

background image

młota.  Wizerunku  dopełniały  zaostrzone,  skierowane  ku  dołowi  rogi  i  ogromne  złote  kółko  w 
nosie, które Drhun traktował jako świadczącą o statusie ozdobę. 

Nie tylko jego porażające rozmiary, jakimi mogła się pochwalić jedynie magiczna istota, 

przysparzały mu popularności i respektu. Były też dystynkcje. Już od wielu lat, kiedy to powrócił 
z południowych ziem Andanu, był kapitanem książęcej  gwardii i sprawował w mieście pieczę 
nad  dwoma  garnizonami,  a  także  osobiście  dowodził  elitarną  jednostką,  mającą  za  zadanie 
ochronę księcia Al’Indaar-hana – ognistego władcy pustyni, księcia czerwonych Ifrytów. 

– 

Następny!  –  warknął  Fryc,  machając  udźcem  indyczym,  by  poprzednik  już  przestał 

prężyć bicepsy i jak najszybciej się oddalił. 

– 

Imię? – spytał, gdy wielki cień zasłonił popołudniowe słońce. 

– Durgar Krull. 

– Wiek i waga ? – 

Krasnal chwycił pióro i zabrał się za opasłą księgę zgłoszeń. 

– 

Pięćdziesiąt osiem lat i siedemnaście głazów – odparł dumnie pretendent. 

Szmery  niedowierzania  rozeszły  się  wśród  oczekujących.  Frycek  podniósł  wzrok znad 

stronicy. Wyłupione ślepie, zasłonięte piracką chustą, lekko drgało, podczas gdy drugie, zdrowe, 
było stalowej barwy i nie zdradzało żadnych emocji. 

– 

Więc jesteś ogrem – rzekł, jakby na usprawiedliwienie wieku i rozmiarów uczestnika. – 

Dobrze, a twoja profesja? 

– Bard. 

Cisza  przed  burzą  była  krótka.  Potem  rozerwał  ją  rubaszny  śmiech  wszystkich,  którzy 

słyszeli odpowiedź, a że Durgar wypowiadał słowa głośno i z dumą, zaś wkoło było jak makiem 
zasiał, to mało kto nie usłyszał tejże odpowiedzi. 

–  Bar-ba-

rzyń-ca  –  zapisał,  chichocząc,  Frycek  i  siorbnął  nieco  piany  z  kufla.  –  Skąd 

pochodzisz, żartownisiu? 

– 

Z Przełęczy. 

Te słowa szybko uciszyły rozhukany tłum. Wszystkie spojrzenia powędrowały znów na 

ogra,  a  ciekawskie  oczy  zaczęły  szukać  znaków  świadczących  o  plemiennej  przynależności 
tajemniczego barbarzyńcy. 

Drhun  Vorglath  z  lekkim  pomrukiem zaciekawienia  skierował  swe  onyksowe  ślepia  na 

Durgara.  Sylwetka  zapaśnika,  bujne  włosy  w  barwie  ognia  i  krwi,  mnóstwo  koralików, 

medalionów i talizmanów, zdobn

y  płaszcz  z  pawich  piór  i  miecz  przewieszony  przez  plecy. 

background image

Miecz o ostrzu tak długim i szerokim, że trzeba by nie tylko siły konia, ale i wzrostu olbrzyma, 
by  móc  nim  w  miarę  sprawnie  władać.  Tak  oto  łowca  talentów  znalazł  w  miejskim  brudzie 
obiecujący  samorodek.  Niestety  kapitan  gwardii  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  że  Durgar 
podwędził ten miecz parę lat temu z namiotu swojego wodza i nie miał zielonego pojęcia, jak go 
używać. 

– 

Z Przełęczy Upiorów? – spytał z niedowierzaniem Frycek. 

Durgar tylko skinął głową. 

– 

Jesteś z Czarnych Śmierci? – spytał karczmarz, ściszając w szacunku głos. 

Masywne dłonie ogra rozwiązały kaftan, obnażając pierś.  Oczom patrzących ukazał się 

tatuaż trzech czarnych czaszek, wyrastających z jednego punktu, lecz patrzących w różne strony. 
Tym  razem  nie  było  nawet  szmerów,  tylko  cisza.  Czarne  Śmierci  były  dzikim  plemieniem 
barbarzyńców  –  kanibali  zamieszkujących  pełną  niebezpieczeństw  Przełęcz  Upiorów.  Znani  z 
niewyobrażalnego okrucieństwa i braku litości potrafili mordować i pożerać tak kobiety i dzieci, 
jak i czarnych rycerzy i paladynów. Dla nich nie było różnicy. Napędzani narkotycznymi ziołami 
wpadali  w  nieokiełznaną  furię,  w  której  nie  czuli  strachu,  bólu,  a  czasem  nawet,  jak  mówili 
niektórzy,  unikali  szponów  śmierci,  wciąż  walcząc  na  przekór  wielokrotnym,  śmiertelnym 
ranom. Podczas rytualnego spożywania tajemniczych ziół ich skora, włosy, a nawet paznokcie i 
języki przybierały barwę węgli, stąd nazwano ich Czarnymi Śmierciami. 

– 

Dziś  wieczór  są  eliminacje,  jak  co  roku  mamy  odsiać  ziarna od plew. Pretendenci 

zmierzą  się  z  miejskimi  gwardzistami  i  tylko  ci,  którzy  zwyciężą,  będą  mogli  wziąć  udział  w 
zasadniczej części konkursu. Zapewne o tym wiesz. 

– Wiem – 

odrzekł ogr. 

– 

Dziś o godzinie ósmej to miejsce zamieni się w ubitą, turniejową ziemię, choć może nie 

uświadczysz tu rycerzy. Ale jest o co walczyć. Główna nagroda to dwieście złotych monet i nie 
byle jakie towarzystwo nie byle jakich kobietek spod „Błękitnej Orchidei”. 

Durgar uśmiechnął się promiennie. Choć daleko było jeszcze do eliminacji, o finale nie 

wspominając, on oczami wyobraźni już wydawał owe złote monety, cieszył się towarzystwem 
pięknych kobiet, łechtał  podniebienie doskonałym różowym winem oraz pysznymi potrawami, 
które były dostępne tylko dla tych z potężną sakiewką. Ach, żyć nie umierać! 

– 

Z kim mam się zmierzyć? – spytał rozochocony. 

background image

– 

Normalnie przydzieliłbym ci kogoś według standardowego losowania. Jednak, jako że 

jesteś tak niezwykłą osobistością – Fryc lekko się ukłonił – pragnąłbym cię uhonorować godnym 
przeciwnikiem, nawet jeśli to tylko eliminacje. 

– 

Obejdzie  się  –  odrzekł  ogr,  czując,  jak  grunt  pali  mu  się  pod  stopami.  –  Nie jestem 

nikim szczególnym, mogę walczyć jak każdy, bez specjalnego traktowania. 

– Fryc ma sporo racji, ogrze – 

zadudnił mroczny bas nieznajomego. Durgar odwrócił się i 

jego spojrzenie utkwiło w okolicach klatki piersiowej ogromnego minotaura. – Dziś nie jestem 
przedstawicielem prawa, a ty, mimo żeś z Czarnych Śmierci, nie popełniłeś tu żadnego występku. 
O to zatem się nie troskaj. Jednak nie darowałbym sobie – byk nieco pochylił się nad Durgarem – 
gdybym nie skorzystał z takiej okazji… 

– 

Yyy, nie rozumiem… Coo taaakiego szaaanowny kapitan ma naaa myśli? 

– 

Durgarze Krull, ja Drhun Vorglath, kapitan książęcej gwardii Al’Indaar-hana, rzucam ci 

to eliminacyjne – 

wycedził – wyzwanie. Przyjmujesz czy…? 

– Ho ho ho ! – 

wykrzyczał Fryc. – Drodzy goście i wszyscy zawodnicy, tego jeszcze nie 

było! Tylko u mnie, tylko dziś wieczorem, starcie dwóch tytanów! Karczma U Kulawego Frycka 

serdecznie zapr

asza i gwarantuje doskonałe widowisko! 

Durgar miał język jak kołek. Strach zrosił mu perlistym potem czoło, a oczy zamienił w 

spodki.  Pot  i  suchość  w  ustach  można  by  jeszcze  zgonić  na  lejący  się  z  nieba  upał,  ale  tych 
przejętych strachem oczu – już nie. 

Ws

zyscy  patrzyli  na  Durgara  i  czekali  w  napięciu  na  jego  odpowiedź.  Nikt  więc  nie 

zwrócił uwagi na stojącą w tłumie postać. Pomimo nieznośnego upału nieznajomy nosił czarny, 
mnisi  habit,  skrywający  dokładnie  ciało  i  twarz.  Nikt  nie  widział  ukrytych  pod  habitem 
dystynkcji ani znaków. Nikt nie dostrzegł też delikatnego ruchu rąk i szeptu ledwo poruszających 
się warg, które tkały pewne ciekawe zaklęcie. 

Nagle Durgar przemówił, a mówił dokładnie to, co szeptem wypowiadał nieznajomy w 

oddali. 

– 

Będę tu o ósmej. I lepiej dobrze się przygotuj, minotaurze, bo zmielę cię na nawóz. – 

Durgar przeciągnął pauzę, patrząc, jak zdziwienie, a potem gniew wzbiera w oczach gwardzisty 
niczym rozszalały sztorm. 

– 

Aha,  i  zabierz  też  jakichś  cyrulików,  żeby  od  razu  mogli  cię  opatrzyć. 

Najprawdopodobniej zwichniesz sobie mocno nadgarstek. Może jak cię nauczę manier, krowo, 

background image

następnym razem nie wychylisz mordy z obory. – Pogardliwie splunął, po czym odwrócił się na 
pięcie  do  Fryca  i  rzekł:  –  A  te  twoje  kurewki  lepiej  niech  okażą  się  dobre,  bo  jak  nie,  mogę 
nabrać ochoty na twoją żonkę. 

Tajemniczy  nieznajomy  zerwał  więź  umysłu  z  Durgarem,  gdy  ten  znikał  za  rogiem, 

zostawiając rozwścieczonego  Vorglatha i Frycka wśród pohukującego rubasznie tłumu. Tak to 

bard-

barbarzyńca  zrobił  sobie  dwóch  największych  wrogów,  jakich  można  było  mieć  w  tym 

mieście, i to po obu stronach barykady. 

Ciemna  noc  rozlała  swój  granatowy  inkaust  po  zachmurzonym  niebie  i  jedynie 

trupioblady,  wchodzący  w  nów  księżyc  był  jego  jedynym  towarzyszem.  Mroczna,  pulsująca 

run

ami  szata  zdradzała  najwyższą  rangę  pośród  kapłanów.  Mogador  kroczył  teraz  po 

pogrążonym  we  śnie  mieście.  Ciężki  talizman  z  symbolem  kobry  chłodził  mu  piersi.  Dłoń 
Inkwizytora, czyli magiczna rękawica lewej dłoni, służąca za soczewkę dla woli, i wyciosany z 
obsydianu  dwuręczny  miecz,  przewieszony  między  łopatkami,  były  jego  jedynym,  lecz 
wystarczającym  uzbrojeniem.  Miecz  ten  dla  innowiercy  był  bardzo  trudnym  do  uniesienia, 
kamiennym  orężem,  nieprzedstawiającym  żadnej  bojowej  wartości.  Jednakże  dla  ludzi  wiary, 
którzy życie swe poświęcili służbie ku chwale Węża, stawał się śmiertelnym narzędziem mordu. 
Tym skuteczniejszym, im silniejsza była wiara tego, kto go dzierżył. 

Wnętrze,  do  którego  wszedł,  tonęło  w  przepychu  i  baśniowych  dodatkach.  W  okna 

wprawiono  złocone, zdobnie wyginane kraty, a pozawieszane na nich drewniane patyki i 
muszelki wydzwaniały na wietrze uroczą melodię. Puszyste dywany kosztować musiały majątek, 
podobnie  jak  porozkładane  na  gustownych  szafeczkach  kryształowe  i  porcelanowe  bibeloty. 

Cent

rum  zajmowało  łoże  z  jedwabną,  różową  pościelą,  gdzie  ukryta  za  półprzezroczystym 

baldachimem klęczała najpiękniejsza kobieta, jaką kapłan kiedykolwiek widział… 

Uchylił  baldachim,  a  ona  skryła  pod  ponętnymi  rzęsami  swój  zawstydzony  wzrok.  W 

czarne,  opadające  na  ramiona  włosy  wpleciono  jej  pióra  kolorowych,  egzotycznych  ptaków  i 
kilkadziesiąt  połyskliwych,  maluteńkich  pereł.  Orzechowe  oczy  mogły  utopić  każdego 
patrzącego w świecie wyobraźni, a karminowe usta zepchnęłyby anioła pod wrota samego piekła. 

Jej głos był ciepły jak aksamit, gdy powitała go i zaprosiła do swego łoża. 

– 

Chodź ze mną – rzekł, wyciągając do niej dłoń. Usłuchała. Dlaczegóż miałaby tego nie 

zrobić,  był  jedynym  mężczyzną  w  jej  życiu,  dla  którego  zrobiłaby  wszystko.  I  tak  wyszli  w 

background image

ciemną i pochmurną noc. Mogador Allantre i Azzrah Abbani, księżniczka Ih Surrimu, królowa 
nocy, jedyna dama jego wyprutego z emocji serca, mroczna elfka z rodu władców pustyni. 

Kochał  ją.  A  może  tylko  była  dla  niego  w  jakiś  sposób  ważna,  może  tylko  czasem 

pozwalał sobie na  chwile słabości,  gdy leżała wtulona w niego, pachnąc kadzidłem i kwiatem 
wanilii.  Nieistotne.  Czymże  bowiem  były  jego  osobiste  uczucia  i  pragnienia  wobec  woli  jego 
Pana, Seta? Niczym. One po prostu nie istniały. Tak jak nie istniał on, bez miłości do Seta był 
niczym.  Potrafił  zabić  w  sobie  ostatnią  resztkę  samego  siebie  i  czyniło  go  to  najsilniejszym 
spośród wężowych braci. Jeszcze wtedy… 

Gdy byli już na miejscu, Mogador beznamiętnie przystąpił do ceremonii. Taka była wola 

Węża,  którą  przekazały  mu  Usta  Seta.  Tę  kobietę  należało  poświęcić  mrocznemu  Bogu,  aby 
wybłagać  u  niego  łaskę  i  przychylność  w  czekającej  go  misji.  Księżyc  był  w  nowiu,  a  każda 
ceremonia  nowiu  cechować  się  musiała  wyjątkowym  okrucieństwem,  by  móc  zaspokoić  głód 

Tego, Który Oplata 

Ziemię. 

Rytuał  trwał  do  samego  świtu.  Potworności,  jaka  go  cechowała,  nie  sposób  było 

porównać z niczym innym. Nawet najbardziej zdziczałe plemiona nie zarzynają tak zwierzyny. 
Bóstwo  było  zadowolone  i  tylko  to  się  liczyło.  Inkwizytor  pamiętał  każdą  sekundę  rytuału  i 

straszliwe krzyki – 

już nie jego kobiety, lecz po prostu ofiary – i jej pełne straszliwego bólu i 

błagania oczy, które żebrały, by skończył jej żywot. Nie mógł jednak tego uczynić, nim jego Bóg 
nie zaspokoił się jej potworną agonią. A Set był nienasycony… 

Po tym, co uczynił, Mogador nie czuł się skrzywdzony, czuł się wybrańcem. Tym, który 

dostąpił  najwyższego  sprawdzianu  i  wyszedł  z  niego  silniejszy  niż  kiedykolwiek.  Był  więc 
dumny  i  faktycznie  silniejszy  aniżeli  przedtem.  W  jego  sercu  płonęły  bowiem  żarliwe  ognie 
wiary.  Wierzył,  że  spełnił  wolę  swojego  Boga  i  że  służba,  jaka  go  spotkała,  jest  najwyższą 
możliwą nagrodą. Właśnie tak było, a było to jeszcze całkiem niedawno… 

– 

Czy  moglibyśmy  choć  jeden,  jedyny,  kurwa,  raz  zdążyć  na  czas  z  wyjazdem z tego 

śmierdzącego miasta?! – Durgar ofuknął pakującego manatki Vortha. Ten zdębiał. 

Gormak  zakrztusił  się  winem.  Nie  to,  że  było  ono  podłe,  bo  oczywiście  było,  tylko 

jeszcze nigdy nie widział, przez wszystkie długie lata owocnej znajomości z Durgarem, aby ten 
gdzieś się spieszył, a szczególnie do wyjazdu z jego ukochanego miasta. 

background image

– 

Co cię ugryzło? – Gnom otarł rękawem wino z tłustego podbródka. – Nie dość, że nosi 

cię cały dzień w tę i z powrotem, to nagle chcesz wyjeżdżać i coś zbyt ostrożnie, jak na mój gust, 
wyglądasz non stop przez okno, jakbyś się spodziewał ducha tam zobaczyć. Co ci się stało? 

– 

Gówno. Nie twój zasrany interes, mała pokrako. 

Porozumiewawcze spojrzenia obiegły całą drużynę, gdy obruszony Durgar układał się na 

posłaniu, sprawdzając wcześniej, czy ktoś nie czai się za oknem lub pod drzwiami. Co jakiś czas 
ślinił też palce i dziwnie wkładał je pod kaftan, trąc skórę z całej siły. 

– 

Pospieszcie  się,  już  się  ściemnia.  Kto  to  widział,  żeby  wyjeżdżać  w  nocy!  –  rzucił. 

Odpowiedziała  mu  cisza i dziwne spojrzenia, ale towarzysze mimo wszystko przyspieszyli 
pakowanie manatków. W cokolwiek wplątał się Durgar, mógł tym samym umoczyć całą drużynę, 
przeto nikt się już go o nic nie dopytywał. 

Opuszczając  ukochane  przybytki  Czerwonego  Psa,  Durgar  zerknął  nerwowo  na  wodny 

zegar,  który  wskazywał,  że  zbliża  się  godzina  ósma.  Okolica  była  w  większości  opustoszała, 
wszyscy bowiem spieszyli na konkurs „Żelaznej Ręki”. Wieczór był ciepły i nieco zbyt duszny, 
mimo  tego  bard  założył  aż  pod  samą  szyję  wiązany  skórzany  kaftan,  a  twarz  skrył  pod 

obszernym kapturem. 

Odjeżdżając  w  kierunku  portu,  obrócił  się  jeszcze  do  światła  i  zerknął  pod  kaftan. 

Namalowany henną tatuaż trzech czaszek wciąż tam był… 

Zmierzchało już i pierwsze gwiazdy rozbłysły na ciemniejącym niebie. Wyłoniwszy się 

zza  puchatych  chmur,  pachnący  orientem  półksiężyc  osrebrzył  spokojne  wody  Myrmiganu  – 
jeziora otaczającego Igna’thur, miasto wyrzutków i odszczepieńców. 

Za dnia doki tonęły w ptasich odchodach, smrodzie ryb i pokostu, w nocy jednak było 

jeszcze gorzej. Portowej dzielnicy nie patrolowały żadne oddziały miejskiej gwardii, mało który 
dowódca baszty by się na to odważył. W ciemnych zaułkach kwitły nielegalne interesy, przemyt i 
handel ludzkim towarem. W tawernach, gdzie zęby wynoszono w koszach, można było za złote 
monety kupić dosłownie wszystko, czego tylko zapragnęła dusza, jednak tych mniej rozważnych 
czekał nóż pod żeberkiem i randka z kostuchą. 

Nic szczególnego nie przykułoby  uwagi postronnego obserwatora, który nawykł już do 

harców, j

akie  tu  wyprawiano.  Nic  interesującego  nie  było  w  zmierzającej  na  nocną  barkę 

drużynie  czterech  śmiałków,  wyekwipowanych  na  dłuższą  podróż.  Nic,  gdyby  nie  ten  wóz. 

background image

Zaprzęgnięty  w  dwa  rosłe,  pociągowe  konie  został  przebudowany  tak,  aby  stanowić  wielki 
barłóg,  w  którym  mógł  do  woli  mościć  się  woźnica.  Masa  poduszek,  miękkich  koców, 
„niezbędnik”  z  winem  i  przekąskami  z  Czerwonego  Psa  plus  zapasy  słodyczy  dopełniały 
wizerunku tejże karocy, którą dumnie powoził sam Durgar. 

– 

Po  kiego  grzyba  żeś  zabrał  ten  wóz?  –  zapytał  ogra  Vorth,  zrównując  się  z  nim  na 

rumaku. 

– 

Jak  mam  jeździć  na  czymś,  od  czego  sam  jestem  dużo  większy?  –  odparł  tamten,  a 

Vorth tylko wzruszył ramionami i wyjechał naprzód. 

Opłata za pasażerów z końmi była stała i z góry ustalona, ale kapitan barki – jednooki 

krasnolud o pobliźnionej twarzy – na widok wtaczającego się powozu postawił oczy w słup. 

– Cztery srebra za wóz i tego olbrzyma. – 

Pociągnął z piersiówki nieco trunku. 

–  Jak to?! – 

żachnął  się  uchodzący  za  barbarzyńcę  ogr.  –  Toż  to  rozbój,  jestem 

miejscowym artystą i muszę podróżować z wygodami. 

– Ha! – 

parsknął kapitan. – Ten chłop ma gadane. Ale cena to cena, a jak mówił mój dziad 

i ojciec, kupiectwo płynie w naszych żyłach wartką rzeką, ogrze. Cztery srebrniki. 

–  Cztery sztuki srebra to zbyt wygórowana cena. Ja i mój powóz nie zajmujemy tyle 

miejsca. 

– 

Ale sporo ważycie, panie artysto – zarechotał krasnolud. 

– Dobrze  – 

rzekł ze spokojem Durgar. – Twój kupiecki trud nie pozostanie bez zapłaty, 

jednakże pozwól, że zaoferuję ci, w zamian za tę niezwykle zawyżoną cenę, coś w zastępstwie. 
Będzie to coś, co nie tylko cię usatysfakcjonuje jako kupca, ale i ucieszy jako krasnoluda. 

Jednooki kapitan podniósł brew ze zdziwieniem. 

– 

Dobrze,  mów.  Jednak  pamiętaj,  że  mój  czas  jest  cenny  i  jeśli  go  zmarnujesz, 

przedstawię ci mojego wspólnika… – To rzekłszy, położył krępą dłoń na ostrzu księżycowego 
topora, który błyszczał za jego pasem. 

–  Eee, no dobrze – 

wybełkotał zmieszany Durgar. – Niech będą te trzy srebrniki, skoro 

wytaczasz tak ciężką artylerię. Ale wiedz, że obdzierasz biednego z ostatnich groszy! 

–  Hahahaha! – 

zaryczał krasnoludzki kapitan. – Podobasz mi się, niech cię sto diabłów! 

Zatem trzy srebrniki. – 

Uścisnął ogrowi rękę. – To w razie, gdybyśmy się już nigdy nie spotkali. 

Mówią mi Szalony Beorn. 

background image

Syreni  Śpiew  odbiła  od  portu  Igna’thuru  około  północy.  Pieniste  fale  uderzały  z 

chlupotem  o  porośnięte  glonami  burty,  gdy  barka  leniwie  płynęła  po  wodach  Myrmiganu. 
Myrloh nie mógł spać. Na łajbie, na której mieli spędzić czas do świtu, nieprzyjemnie bujało i 
trzeszczały  wszystkie  deski.  Wszedł  więc  na  rufę  i  oparty  o  barierkę  śledził  niknące  w  oddali 
światła  miasta,  które  za  sobą  zostawiali.  Otulony  płaszczem  nocy  i  dzięki  barwie  swej  skóry 
stawał  się  całkiem  niewidoczny.  Nawykły  do  ciemności,  sięgnął  jeszcze  raz  po  mapę,  by 
przyjrzeć  się  jej  w  spokoju  i  samotności.  Czerwone  ślepia  bez  trudu  czytały  w  ciemnościach, 
jarząc się upiornym blaskiem, a pazur ślizgał się po ścieżkach, które na niej zaznaczono. Była 
stara, choć dość wyraźna. Może zbyt wyraźna. Może to kopia? Ktokolwiek znał drogę do ruin i 
wiedział  o  ukrytych  w  nich  skarbach,  musiał  też  znać  czyhające  tam  niebezpieczeństwo. 
Dlaczego ich nie zaznaczył? 

Myrloh westchnął i zwinął mapę, pakując ją do skórzanej tuby. Rozejrzał się wkoło. Ptaki 

już ich opuszczały, zawracając z powrotem do portu. W głowie łowcy kłębiło się wiele myśli, a 
dziki  instynkt,  z  którym  wychował  się  w  dziczy,  dawał  mu  właśnie  znać  o  czekającym  ich 
niebezpieczeństwie. 

W porcie było dość głośno, szczególnie przy ulicy Węgorzy, gdzie tawerna Pod Diabłem 

Morskim  pękała  w  szwach.  W  zaułku  przy  alei  Mew,  daleko  od  miejsca  zabaw  marynarzy  i 
przestępców, panował niczym niezmącony spokój. Stąd było dobrze widać światła oddalającej 
się barki, niknące gdzieś powoli na nocnych wodach jeziora. 

–  Kupili to, panie. – 

Bezzębny  rzezimieszek  o  zezowatym  spojrzeniu  łapczywie  zatarł 

brudne łapska. 

– 

Na to wygląda – zadudnił tubalny bas rozmówcy. 

– 

Panie, wykonałem swą pracę, jak kazałeś – rzekł stary pirat, wręcz płonąc chciwością. – 

Obiecałeś, że już nigdy więcej nie będę potrzebować złota! 

– 

Tak było, a ja zawszę dotrzymuję słowa. 

Portowy  lump  rozpromienił  się  na  chwilę,  jednak  błyskawiczny  cios  sięgnął  szyi  i 

zmiażdżył mu krtań. Ciało upadło na ziemię, drgając i dławiąc się krwią. Po chwili było już po 
wszystkim. Trup zachował grymas zdziwienia, przemieszany z bólem i uchodzącą radością. Spod 
mnisiego  kaptura  błysnęły  śnieżnobiałe  zęby,  a  wiatr  uchylił  poły  szaty,  obnażając  pokryte 
runami ciało. 

background image

–  Kupili to… – 

Mogador  uśmiechnął  się  do  siebie.  –  To  dobrze,  są  idealni,  dokładnie 

tacy, jakich potrzebuję. 

Wnętrze komnaty grobowej bezimiennej piramidy tonęło w półmroku. Migotliwe kaganki 

syczały  zjełczałym  olejem  i  wprawiały  cienie  w  nieustanny,  nieco  upiorny  taniec.  Siny  dym, 
unoszący się ze starej kadzielnicy, niósł ze sobą ostry zapach sandałowego kadzidła. 

Pochylona  nad  leżącą  na  ziemi  zdobyczą  postać  była  odziana  w  powłóczystą  czerń 

mnisiego habitu i wyglądała niczym pozbawiony ciała upiór, który zamieszkał gdzieś w fałdach 
tej  połyskliwej  szaty.  Na  ziemi  leżała  niezwykła  broń.  Oręż  wykonano  z  antycznej, 
uszlachetnianej mithrilem stali, na której szkliły się zimnym blaskiem starożytne runy. Kosa była 
stworzona dla kogoś, kto miał posturę olbrzyma, samo bowiem jej zakrzywione i postrzępione 

ostrze 

mierzyło blisko półtora kija. 

W komnacie panowała przejmująca cisza, nie mącił jej ni żaden dźwięk, ni żaden szept. 

Mogador czuł bezmierny, rozlewający się po jego ciele i umyśle spokój, gdy spojrzeniem badał 
aurę leżącego przed nim artefaktu. Nie czuł tu obecności swego Pana i to była jedyna rzecz, jaka 
go  przerażała,  ale  też  i  ciekawiła.  Relikwia  była  na  wyciągnięcie  dłoni,  a  wraz  z  nią 
nieśmiertelność i zaszczyty, o jakich zawsze skrycie marzył. Oto on, Najwyższy Inkwizytor, był 
o  krok  od  objęcia  legendarnego  stanowiska  w  kościelnej  hierarchii  Węża.  Mroczny  Kardynał. 
Półbóg i wykonawca Jego woli. Już za chwilę te marzenia staną się rzeczywistością. 

Wyciągnął dłoń i zawahał się. Dlaczego w obliczu takiego odkrycia dla wiary nie czuje 

obecności  Węża?  Gdzie  jest  syk  i  szept  Tego,  Który  Oplata  Borgaan?  Nigdy  przecież  go  nie 
opuszczał. Dlaczego moc przedmiotu, po który tu przybył, tchnie taką niezwykłą tajemnicą i nie 
ma w niej ni krzty znajomej siły mrocznych relikwii, z którymi już obcował? Do tego te dziwne 
rękawice… Sięgnął w głąb szaty, wyjmując cienkie rękawiczki z surowo obrobionej skóry. To 
przez  nie  miał  chwycić  relikwię  i  dostarczyć  ją  do  siedziby  arcykapłana.  Takie  były  słowa 
Vellerusa,  a  zatem  takie  musiały  być  Seta.  Ale  czy  na  pewno?  Dlaczego  nie  wolno  mu  było 
dotknąć esencji mocy jego umiłowanego Pana? Czyżby uznali, że nie jest tego godny? 

A może podstępni kapłani, ogarnięci zazdrością, chcą oddzielić go od łaski Węża i skraść 

zaszczyty dla siebie? O nigdy! On na to nie pozwoli! 

Rękawice z głuchym klapnięciem spadły na kamienną podłogę, a pewna i mocarna dłoń 

chwyciła stylisko antycznej broni. Palce Mogadora przesunęły się po ostrzu, a pod ich dotykiem 

background image

rozbłysły  mistycznym  blaskiem  starożytne  glify  i  znaki.  Wtedy  inkwizytor  poczuł,  jak 
największa  siła  świata,  coś,  czego  mają  prawo  obawiać  się  nawet  bogowie,  sięgnęło  w  jego 
kierunku i dotknęło serca. Broń przemówiła… 

Dżungla okazała się mniej gościnna, niż przypuszczali. Ogromne liany i pnącza tworzyły 

wraz z gęstwiną dzicz prawie nie do przebycia. Myrloh, mimo, że często zmieniał się z Vorthem 
przy przerąbywaniu ścieżek, miał już zdrętwiałe i popuchnięte od wysiłku ręce. Hobgoblińskie 
maczety  obficie  ociekały  zieloną  posoką  z  lian  i  palmowych  liści,  które  póki  co  okazały  się 
groźniejszym przeciwnikiem niż atakujący znienacka jaguar. Ukąszenienia tutejszych moskitów i 
innego cholerstwa jątrzyły się, a drapane – często ropiały. Kolczaste rośliny kaleczyły ramiona i 
twarze, a panująca wszędzie duchota i wilgoć bezlitośnie wyciskały z drużyny resztki sił i potu. 

Trzy  dni  przedzierali  się  przez  piekło,  wysłuchując  biadolenia  Durgara  i  jego 

nieustannych  narzekań.  Ogr  non  stop  był  zmęczony,  śpiący,  obolały  z  wysiłku  lub  głodny,  a 
średnio  raz  dziennie  odnajdywał  u  siebie  niepokojące  objawy  jakiejś  tropikalnej  zarazy, która 
zagrażała jego życiu. Na jego nieszczęście nie udało mu się przekonać reszty grupy, by zawrócili 
ratować go w najbliższej karczmie. 

–  O cudne niebiosa – 

biadolił  pod  nosem.  –  Czymże  ja,  panie,  twój  skromny  sługa, 

zasłużyłem  sobie  na  te  katusze  za  życia?  Bród,  smród,  owady,  brak  łoża,  wina  i  wygodnych 
karczm… A do tego nie mogłem nawet wprowadzić tu swojego powozu! 

– 

Zamknij już tę gębę, Durgar, bo uszy mi więdną – wyskrzeczał gnom. 

– 

A jeśli coś stanie się naszym rumakom? Mądrze byłoby zawrócić i sprawdzić, jak się 

sprawy  mają.  Ja  mógłbym  to  dla  dobra  drużyny  uczynić  i  pilnując  tam  naszych  powozów, 
oczekiwać na wasz bezpieczny powrót. 

– Dawno temu – 

wtrącił się prowadzący pochód Myrloh – wielki szaman z nasza wioska 

powiedział  słowo  wielka  mądrość.  –  Wszyscy  zatrzymali  się,  nadstawiając  z  zaciekawieniem 
uszu, bo Myrloh z rzadka się odzywał. Raz, bo nie bardzo umiał mówić w języku, którym na co 
dzień  posługiwali  się  jego  towarzysze,  dwa,  nie  był  zbyt  skory  do  jakichkolwiek  dyskusji  i 
przemyśleń. Toteż cała trójka z zaciekawieniem spoglądała na dzikusa. 

– 

Szaman mówić – przetarł palmowym liściem pot z czoła i odezwał się po chwili: – że 

każda zmiana być dobra. Jeśli tylko być właściwa! – Pokiwał głową, udając wielkie zrozumienie, 
i zabrał się do rąbania gąszczu, zostawiając osłupiałych kolegów w lekkim odrętwieniu. 

background image

– Eee – 

podjął po chwili Gormak, powoli idąc za Myrlohem. – Jak się nazywał ten wasz, 

hm…mędrzec? 

– Wielki Szi-Kaka – 

odparł z namaszczeniem łowca, przyklękając mechanicznie na jedno 

kolano. 

Gormak  dziwacznie  się  skrzywił,  a  po  chwili  na  kąciki  jego  ust  wpełzł  szyderczy 

uśmieszek. Z politowaniem pokiwał głową i wtedy na tę krótką chwilę zapomniał o marudzeniu 
Durgara, który właśnie znów się rozkręcał. 

–  Pssst!  – 

syknął  Myrloh,  podnosząc  w  górę  zaciśniętą  pięść.  Nauczona  tego  gestu 

drużyna zamarła w ciszy i bezruchu. Nawet Durgar przestał narzekać i z głupawą miną przyczaił 
swe  zwaliste  cielsko  za  pobliskim  krzakiem.  Do  uszu  podróżników  docierał  rytmiczny  szum  i 

chlupot pobliskiego potoku, 

który  musiał  przepływać  nieopodal.  Łowca  rozchylał  chaszcze  z 

ledwo dosłyszalnym szelestem i skradał się w tamtym kierunku. Przyczajeni za nim towarzysze 
powoli i z dużą ostrożnością ruszyli gęsiego. 

Krystaliczne  wody  niezbyt  głębokiej,  acz  szerokiej  w  korycie  rzeki,  odbijały  złociste 

promienie zachodzącego słońca niczym lustro. Drobinki wody i kolorowe motyle tańczyły wśród 
złocistych  smug,  którym  udało  się  przebić  przez  gęstwinę.  Czułe  na  każdy  dźwięk  uszy 
hobgoblina  badały  panującą  wkoło  ciszę,  szukając  wśród  odgłosów  dżungli  choćby  jednego 
szmeru niepochodzącego od matki natury. Niczego jednak nie wychwyciły. 

Pazurzaste  łapska  rozchyliły  lekko  szerokie,  zielone  liście,  pośród  których  zamajaczył 

diabelski łeb przyczajonego hobgoblina. Rzeka nieznacznie pobłyskiwała złocistymi refleksami. 
Myrloh przymrużył ślepia i wtedy go zobaczył. 

Rosła  postać  stanęła  w  wodach  strumienia.  Wysoki,  żylasty,  zdradzał  dziką  zwinność  i 

koci  refleks.  Ledwo  odziany  w  skóry,  pokryty  szczeciną  rudobrązowych  włosów,  nosił  wiele 

oz

dób  z  kłów  bestii  i  czerwonych  piór.  Choć  Myrloh  sam  miał  bardzo  specyficzną  urodę,  to 

przeraził  go  ten  pysk.  Pysk,  nie  twarz.  Zniekształcona  na  wzór  wilczej  morda  obnażała 
wyszczerzone  kły.  Małe,  wąskie  ślepka  zdradzały  mizerną  inteligencję  i  prostotę  w  działaniu. 

Gnoll. 

Cały pysk znaczyły białe malunki trupiej czaszki i klekoczących wkoło piszczeli. Szczep 

Łowców Głów. Myrloh zaczął żegnać się z życiem. Machnął dłonią w stronę swoich i wykonał 
serię gestów w języku Ashru. 

background image

Dawno  temu  ten  system  ruchów  rąk  i  kompozycji  gestów  został  stworzony  przez 

więźniów lochów Al’Udharra, którym za rozmowy w celach obżynano języki. Choć prymitywny 
i  niezbyt  obfity,  stał  się  szybko  bardzo  praktycznym  narzędziem  wśród  różnej  maści 
rzezimieszków  i  łotrów  spod  ciemnej  gwiazdy,  a  w  szczególności  złodziei  i  zabójców,  którzy 
musieli pracować w warunkach błogiej ciszy. Wszyscy w grupie znali ten język, nawet Durgar. 

Zrozumieli. Każdy sięgnął po broń. Myrloh zdecydował się na tasakowate maczety. Vorth 

z uśmiechem dzikiej radości odpiął przytroczony do pleców młot, który mógłby z powodzeniem 
służyć za „burzyciela domostw”. Gnom przesunął myślami po zapamiętanych zaklęciach. Nawet 
Durgar, choć dupsko już mu się marszczyło ze strachu, zacisnął mocno pięści i wyszarpnął zza 

pasa sztyle

t wielkości jednoręcznego miecza. 

Wkoło  panowała  niezmącona  cisza.  Gnolle  miały  doskonały  węch  i  kto  wie,  może  już 

zdążyły zwietrzyć zapach chłopaków. Myrloh, przyczajony w gęstwinie, lekko wychylił łeb, by 
zobaczyć,  co  się  święci,  ale  to  Vorth  pierwszy  nie  wytrzymał  napięcia.  Z  dzikim  okrzykiem 
wypadł z krzaków, licząc na przewagę z zaskoczenia. Grubo się pomylił. 

Rycząc  jak  ranny  niedźwiedź  i  rozchlapując  wodę,  skoczył  na  czekającego  nieopodal 

zwierzoluda. Nagle zawył i zaskamlał jak pies, a ogromny młot z głuchym pluskiem wpadł do 
zimnego strumienia. Krwawa smuga popłynęła z prądem, barwiąc wodę soczystym szkarłatem. 
Półomdlały  Vorth  próbował  dłońmi  otworzyć  zębate  sidła,  które  zatrzasnęły  mu  się  na  nodze, 
tnąc  mięśnie  i  gruchocząc  piszczel.  Wtedy  wyrósł  nad  nim  cień.  Powarkujący  pół  wilk,  pół 
człowiek zamachnął się morgensternem, celując w głowę barbarzyńcy. 

–  Narak Aral! – 

Słowa  gnoma,  chwytającego  za  skryty  pod  ubraniem  amulet,  nabrały 

niezwykłej  mocy,  gdy  z  jego  dłoni  wystrzelił  zielony,  jadowity  piorun  i  pomknął  w  kierunku 
zdezorientowanego gnolla. Czar sięgnął celu i porażony śmiertelnym jadem stwór runął do wody 
w przedśmiertnych drgawkach. 

W tym samym czasie świszcząca strzała wbiła się w Gormaka od tyłu, przeszywając mu 

lewe  ramię,  a  niewielka,  pierzasta  lotka  wkłuła  się  w  jego  szyję.  Gnom  czarownik  zrobił  dwa 
ociężałe  kroki  w  stronę  chaszczy  i  odurzony  trucizną  wpadł  do  wody  na  wznak,  tocząc  z  ust 
pieniste bąble. 

Dla Durgara to było za wiele. Jego barbarzyńskie serce waliło niczym kowalski młot, a 

przed oczami miał już sceny z uczty, jaką urządzało sobie to plemię kanibali na nim i na jego 
przyjaciołach. W sumie nie wiedział, czy to są kanibale, ale na pewno nimi byli! Nie czekał więc 

background image

długo. Rzucił się do ucieczki, wzywając przez łzy niebiańskiej pomocy. Pędził jak oszalały, nie 
zważając  na  to,  gdzie  dokładnie  się  udaje,  lecz  gnany  dzikim  zewem  przetrwania  wciąż  parł 
dalej, byleby przed siebie. Przerażony, zlany potem, ciężko dysząc, nie zauważył nawet błysku 
światła, które go objęło. Ogromna siła wpłynęła w jego członki i przegnała strach z serca, kładąc 
w  to  miejsce  chęć  zaciekłego  odwetu.  Olbrzymie,  ogrowe  pięści  zatrzeszczały  w  uścisku,  a 
masywna sylwetka napięła się niczym szykujący się do ataku tygrys. Durgar zawrócił. 

Szarżujący  gnoll  coś  zobaczył  i  skoczył  w  stronę  zarośli.  Nie  wiedział,  co  to  było,  ale 

wyglądało tak, jakby wziąć najpaskudniejszego w piekle diabła i pomalować go gównem. To był 
akurat Myrloh. Rozwścieczony zwierzolud wpadł z impetem w gęstwinę i nagle ryknął z bólu, 
wymiotując krwią. Myrloh nadział go na włócznię i zostawił, by powoli dogorywał w zaroślach. 
Złapał  za  łuk  i  wypuścił  dwie  strzały.  Już  po  chwili  kolejny  przeciwnik  wpadł  do  wody  z 
przestrzelonym gardłem. Myrloh był szybki, ale nie wystarczająco. Dwa rozjuszone zwierzoludy, 
skowycząc  jak  demony,  skoczyły  na  niego  z  tyłu,  tnąc  nożami  i  pazurami.  Krzyk  hobgoblina 
poniósł się echem, aż dzikie ptactwo zerwało się do lotu. 

Sztylet Durgara pruł powietrze z taką siłą, że w locie wydawał z siebie wiercący świst. 

Sztylet, a rac

zej mały miecz, wbił się po jelec w gruby kark gnolla, wychodząc z łatwością po 

drugiej stronie. Siła ciosu odrzuciła bestię w pobliskie krzaki. Okrwawiony oprawca, ostatni przy 
życiu  zwierzolud  z  drużyny  łowców  głów,  odwrócił  się  do  biegnącego  przez  wodę  Durgara i 
splunął potokiem nieznanych przekleństw. Nie uciekał jednak. Gnolle ponoć nie znają strachu. 
Chwycił  swój  zakrzywiony  rzeźnicki  nóż  i  stanął  naprzeciw  dyszącego  ogra  o  atletycznej 
sylwetce. Dumny i wyprostowany, w promieniach chylącego się do snu słońca, Durgar wyglądał 
niczym  prawdziwy  tytan.  Zgrabnie  uchylił  się  przed  ciosem  noża  i  błyskawicznym  sierpem 
zmiażdżył szakalowi pysk. Chrzęst kości karku oznajmił, że gnolle zjedzą dzisiejszą kolację nie 
w domu, lecz w piekle. Durgar powoli rozluźnił pięść. 

Gdzieś  w  bezpiecznej  odległości,  całkowicie  niezauważona,  kryła  swą  obecność 

zakapturzona  postać.  Skryta  pośród  palmowych  liści  i  kolorowych  kwiatów  mogła  swobodnie 
obserwować  całe  zajście,  a  wspomagana  magią  z  domeny  Szeptów  była  całkowicie 

niewykry

walna, nawet gdyby walka rozgrywała obok niej, na wyciągnięcie ramienia. 

Śnieżnobiałe  zęby  obnażyły  się  w  złowieszczym  uśmiechu,  kontrastując  z  hebanem 

południowej  skóry  i  czarnym  habitem,  jaki  skrywał  sylwetkę  nieznajomego.  Mogador  zdjął 
zaklęcie z Durgara, który nagle otrzeźwiał, kompletnie nie rozumiejąc, co się właśnie stało. 

background image

Szczypta  leczniczej  magii  pozwoliła  ustabilizować  umierających  członków  drużyny  i 

przyspieszyć ich zdrowienie, jednak nie na tyle, by wydało się to podejrzane. 

–  Sztafeta…–  Mogador 

znów  obnażył  zęby  w  uśmiechu.  Mocarna  dłoń  dotknęła  lekko 

amuletu,  który  nosić  mógł  tylko  Najwyższy  Inkwizytor  Wężowego  Oka.  Gorzki  grymas 
przebiegł  mu  przez  twarz,  gdy  przed  oczami  przemknęły  mu  lata  fanatycznej  służby.  –  Już 
niedługo – wyszeptał do siebie i zniknął w kładącej się do snu dżungli. 

Nec’hra  Daar,  moja  piękna  Nec’hra  Daar.  Czymże  jest  twe  imię,  jeśli  nie  strachem  i 

zapomnieniem dla wszystkich bogów? Stworzona przez zapomniane smocze bóstwa potrafi ranić 
i  obracać  w  nicość  jestestwa  najwyższych  bytów.  Topi  w  śmierci  i  zapomnieniu  bogów  i  ich 
wyznawców, pozbawiając ich mocy i pamięci potomnych. Śmierć bogów, tak, to twoje imię… 

Mogador  z  ekstatycznym  wyrazem  twarzy  i  półprzymkniętymi  oczami  chłonął  moc 

artefaktu i słuchał jego nieziemskiego głosu. Słuchał i zaczynał rozumieć, jak skończonym był 
głupcem.  Czuł,  jak  jego  fanatyzm  zaślepił  go  na  prawdę,  która  nie  miała  nic  wspólnego  ze 
słowami kapłanów i, co gorsza, słowami samego Węża. Został oszukany, a jego oddanie uczyniło 
zeń doskonałe narzędzie w rękach egoistycznego Boga i jego urzędników. 

Nec’hra Daar, antyczna kosa dusz ze smoczych legend, spoczywała teraz w jego dłoniach. 

Ostrze,  mieniące  się  setkami  zawiłych  i  iskrzących  potęgą  glifów,  skrywało  miejsca  na  pięć 

klejnotów: diament, rubin, s

zafir, szmaragd i czarny opal. Każdy z nich, poszarzały i przygasły, 

zdawał się być uśpionym rezerwuarem niezmierzonej potęgi, czekającej tylko właściwego czasu, 
aby znów się obudzić. Duch Nec’hra Daar tchnął w Mogadora całą potrzebną wiedzę. Niczym 
ktoś, kto otarł się o śmierć, wynurzając się z przepastnych głębin, inkwizytor zadławił się tym 
haustem myśli, dźwięków i obrazów. Leżał na kamiennej podłodze godzinami, a może i całymi 
dniami, dryfując po światach magii i niezwykłych opowieści, gdzie powoli przyswajał wiedzę, 
jaką przekazywał mu antyczny artefakt. 

W końcu nadszedł czas wyrównania rachunków. Nadszedł czas zemsty… JEGO CZAS. 

Całe swe życie służył Wężowi, znając najwyższą i największą prawdę, a jednak jej nie rozumiał 

– 

aż do dziś. Siła bóstwa bierze się z wiary i poświęcenia jego kapłanów. Zadowolony ze swych 

sług  Set,  jak  i  wielu  innych  jego  boskich  braci  i  sióstr,  obdarzał  swych  najwierniejszych  i 
najgorliwszych  wyznawców  potęgą  zaklęć  i  boskimi  darami.  Wszystko  jednak  brało  swój 
początek i swą moc z wiary kapłana, płonącej żarliwością w głębinach jego serca. Skoro więc ta 

background image

moc, którą władał, brała się z jego własnej wiary, to czyż nie on sam ją sobie ofiarował? Czyż to 

nie on sam jest bogiem? O tak… JEST! 

Mijały dni i tygodnie, a moc kapłańskich czarów ulatniała się z Mogadora, tak jak gasła 

jego wiara w Seta. Zyskał jednak coś więcej. Zyskał wiedzę i miał cel. Kapłani wszystkich bóstw 
legną  u  jego  stóp,  pozbawieni  wsparcia,  gdy  już  upora  się  z  ich  tchórzliwymi  bóstwami,  ale 

najpierw zacznie od swo

jego  Kościoła.  Znajdzie  sposób,  by  wskrzesić  swą  ukochaną  i 

wynagrodzić jej wszelkie krzywdy, jakich odeń doznała, a za te krzywdy zapłaci Set i wszyscy 
pozostali, bo na niebie jest tylko miejsce dla nowego boga i dla nikogo innego. To, co się stało, to 

je

go wina, ale uśmiercona wybranka nie musi wszystkiego wiedzieć, bo koniec końców to on jest 

teraz wschodzącym na panteon bogiem. I może wszystko. 

Stara pochodnia prychnęła płomieniami, zalewając kamienną posadzkę kałużami światła. 

Uciekające przed nimi cienie, poganiane wyobraźnią, gdzieś na skraju pola widzenia przybierały 
przerażające  kształty.  Wkoło  rozchodził  się  zapach  piwnicznej  stęchlizny,  a  rdzawe  plamy 
zakrzepłej na podłodze i ścianach krwi nie wróżyły niczego dobrego. 

Myrloh widział w ciemnościach jak za dnia, jednak jego towarzysze potrzebowali światła 

pochodni,  toteż  poza  obnażoną  bronią,  Vorth  i  Durgar  nieśli  płonące  żagwie,  oświetlając 

kamienny korytarz. 

Ciemność  przed  nimi  zdawała  się  hipnotyzować  i  wciągać  niczym  wir  w  odmęty 

niepewności.  Ruiny  starej,  smoczej  świątyni,  choć  w  rozsypce,  nadal  sprawiały  nieprzyjemne, 
mroczne wrażenie, a resztki obłupanych posągów ciskały wkoło groźne i złowróżbne spojrzenia. 
Poszukiwanie  zejścia  do  podziemi  zajęło  drużynie  wiele  czasu  i  dopiero  wraz  ze  zmierzchem 
buszujący w starej spiżarni Durgar odnalazł przypadkiem uchylny regał, prowadzący prosto do 

podziemnych korytarzy. 

– Aaa! – 

krzyknął Durgar, gdy jego stopa zgruchotała piszczel leżącego szkieletu. 

– 

Cisza być, bo my umrzeć jak ten szkielet. – Łowca przystawił palec do ust. 

– 

Mam tego dość! Mogliśmy zostać w mieście! Po kiego grzyba wybraliśmy się do tych 

lochów?! Cała droga to pasmo udręki, która w dodatku spada głównie na moje barki! Wracam na 
tyły, będę ubezpieczać pochód. 

– 

A jasne, najchętniej to byś wygrzewał dupę w pościeli! – wysyczał mały czarownik. 

background image

– 

Lepsze to niż włóczenie się po lochach, gdzie z ciemności patrzą na nas niewidzialne 

ślepia. 

– 

Jakie ślepia? – zdziwił się Vorth. – Nic tu nie widzę. 

– 

Przecież mówiłem, że są niewidzialne! 

Durgar 

wyjął jedwabną chusteczkę, którą otarł cisnące się do oczu łzy. Nie miał już sił 

tłumić  wzbierającego  w  nim  strachu,  który  przeszywał  go  na  wskroś,  dosłownie  paraliżując 
myśli. Nie mógł też zawrócić, nie miał bowiem za bardzo dokąd wracać. 

–  Wspomnicie 

moje słowa, ta przygoda źle się  zakończy. Poza tym tu,  w lochach, jest 

zimno i są przeciągi, można bardzo łatwo się przeziębić. A kapłana z nami nie ma. 

– 

Zaraz  będziesz  potrzebować  ostatniego  namaszczenia,  jak  nie  zamkniesz  pyska!  – 

Gormak szarpnął ogra za pas. – Stul dziób, bo nawet nie usłyszymy, gdyby stado upiorów, wyjąc, 
pędziło w naszą stronę. 

Durgar  stropił  się  nieco,  po  czym,  zrobiwszy  obrażoną  minę,  w  milczeniu  ruszył  za 

przyjaciółmi. Co jakiś czas jednak oglądał się za siebie, czy przypadkiem jakiś ohydny stwór nie 
ma zamiaru wskoczyć mu na plecy. 

Gormak  Aremer  tłustymi  paluchami  o  wiecznie  brudnych  pazurach  kreślił  mapę, 

przygryzając  przy  tym  głupawo  język,  jakby  jego  umysł  pasował  się  z  niezwykle  trudnym 

zadaniem. Po kilkunastu minutach kluczenia w podziemnych korytarzach, na karcie pergaminu 

widniał już całkiem pokaźny bohomaz. 

–  Cholera  – 

rzekł  Gormak  –  chyba  gdzieś  się  pomyliłem.  Zdaje  się,  że  tu  jeszcze  nie 

byliśmy  –  dodał,  a  drużyna  obrzuciła  go  pytającymi  spojrzeniami,  stając  na  dziwacznym, 

promienistym rozwidleniu. 

– 

Oho, zaczyna się. A nie mówiłem, że będziemy mieli kłopoty? 

– 

Zamknij się choć na chwilę, Durgar – wyjęczał zmęczonym głosem Vorth. 

– 

Według  mapy  –  Gormak  przysiadł  na  ziemi  –  powinniśmy  być  dokładnie  tutaj.  – 

Wskazał  coś  małym  „serdelkiem”.  –  Ale  tu  nie  ma  żadnego  rozwidlenia,  tylko  powinien  być 
ślepy zaułek. 

– 

Słyszycie to? 

– Durgar, zamknij dziób – 

syknął gnom. – Próbuję coś wydedukować. 

– 

Ale słyszycie to? 

– 

Słyszymy ciebie i naprawdę mamy już tego dość! – Vorth pokręcił tylko głową. 

background image

–  Cii…  – 

Myrloh zasłonił usta czarownikowi, wskazując innym, by milczeli. Jego ruch 

głową w stronę jednego z trzech niknących w ciemnościach korytarzy znaczył, że faktycznie coś 
było stamtąd słychać. 

Przez  lata  wspólnych  wypadów  i  przygód  drużyna  nauczyła  się  ufać  wyczulonym 

zmysłom  hobgoblina.  Wszyscy  w  ciszy  i  maksymalnym  skupieniu  ruszyli  w  stronę  coraz 
wyraźniej dochodzących do ich uszu hałasów. 

Pomruk  mieszany  z  szeptem  i  szuranie  przerywane  rytmicznymi  krokami  pobudzało 

wyobraźnię. Drużyna szła pogrążona w ciemności. Po kilkunastu krokach zza załomu korytarza 
ich oczom ukazała się łuna złocistego światła, obficie goszczącego w obszernej komnacie. 

Ściany  były  inne  niż  w  kamiennych,  nieociosanych  korytarzach.  Tutaj  wyłożono  je 

czarnym marmurem, 

zdobnym w złote i karminowe, choć lekko przygasłe już znaki. Co kilka 

kroków złocisty płomień pływał w sercu zdobionych kaganków, zraszając komnatę migotliwym 
blaskiem.  Słodki  zapach  darshanu  i  sandałowego  drzewa  wyciekał  ze  srebrnej  kadzielnicy 
sinoszarą  wstęgą,  nasycając  wnętrze  atmosferą  podniosłej  tajemnicy.  Wkoło,  na  ziemi, 
wyrysowano  tętniące  magią,  kolorowe,  magiczne  znaki  i  runy.  W  ich  centrum  stał  opasły 
sarkofag wykuty z oleistego obsydianu przypominającego czarne, demoniczne lustro. Skruszone 

progu głazy świadczyły o tym, że wejście do sekretnego grobowca zostało niedawno odkryte. 

Kreślący  coś  na  ziemi  magiczną  kredą  nieznajomy  wstał  i  odwrócił  się.  Choć  miał 

naprzeciw siebie drużynę czterech poszukiwaczy, mierzących do niego ze wszystkiego, co tylko 
może zadać śmierć, jego oblicze pozostało niewzruszone. 

– 

Jestem  Mogador  Allantre.  Najwyższy  Inkwizytor  Seta.  –  Odczekał,  aż  to  przełkną.  – 

Jestem tu na świętej misji, a wy, zdaje się, jesteście rabusiami grobów zakłócającymi mój spokój. 
Mylę się? – Odrzucił kaptur, a jego mroczne, pokryte runami oblicze i zastąpione klejnotem oko 
rzuciły blady strach na patrzących. 

– P-p-panie – 

zaczął gnom. 

–  Stul dziób, przykurczu – 

wszedł  mu  w  słowo  Durgar.  –  Przeprosimy szlachetnego 

inkwizytora i grzecznie wyjdz

iemy. Prawda?! I już nigdy, nigdy, przenigdy nie wyruszymy na 

tak podejrzaną wyprawę! 

Mogador uśmiechnął się w duchu. 

– 

W jakim celu tu przybyliście? 

background image

– Nooo… – 

Gormak podrapał się po głowie. – Mamy mapęęę. – Wyszarpnął zza pazuchy 

stary pergamin, lekko go 

rozdzierając. 

– 

Pytałem  dowódcę  –  przerwał  mu  stanowczo  Mogador,  wskazując  głową  na  Durgara. 

Barbarzyńca dostał skrzydeł. Rozpromienił się i z jego ust słowa popłynęły szeroką rzeką, tak że 
po chwili Mogador wiedział wszystko o zaczątkach wyprawy, kupnie mapy na czarnym rynku, 
imprezach  w  karczmach,  podłym  winie  pitym  przed  wyjazdem,  tanich  kurewkach  i 
leniuchowaniu. Nie obeszło się bez opowieści o konkursie „Żelaznej Ręki”, ostro ubarwionym 
przez rozochoconego gawędziarza, w której przeraził swą siłą nawet kapitana książęcej gwardii, 
a także o tym, jakim to bohaterstwem wykazał się podczas walki z hordą żądnych krwi gnolli, 
ratując całą drużynę od niechybnej śmierci. 

Nikt  się  nie  odzywał,  Mogador  bowiem  uważnie  słuchał.  Któż  śmiałby  przerwać,  gdy 

inkwizytor 

Seta  słucha,  nawet  gdy  słucha  tak  żałosnego  bełkotu,  jaki  rwącym  potokiem 

wypływał z ust ogra-mitomana. 

– 

Chyba  sam  wszechmocny  Set  zsyła  mi  kogoś  tak  odważnego  i  biegłego  w 

awanturniczych wyprawach – 

rzekł mroczny kapłan, gdy Durgar skończył swą opowieść. 

Gormak zmrużył tylko oczy. Był pewny, że za bezczelną zuchwałość on i jego drużyna 

poczuje ciepły i czuły uścisk Seta, który skradnie im ostatnie tchnienie. Tak się jednak nie stało. 

– 

Potrzebuję pomocy kilku śmiałków – kontynuował kapłan – którzy wzmocnią owe kręgi 

swą energią życiową. Dzięki temu będę mógł otworzyć stary sarkofag, który tu widzicie. Moim 
zadaniem jest zabrać coś, co dla Kościoła Seta stanowi wielką wartość, jednakże nie będzie to 
nic, z czego wy, jako awanturnicy, skorzystać byście mogli. Przeto wszelkie kosztowności, które 
znajdziemy  w  środku,  będą  wasze,  jako  podziękowanie  za  nieocenioną  pomoc  dla  Kościoła 
Węża. 

– Yyy… – 

ożywił się milczący dotychczas Gormak. – Znaczy się skarby i złoto? 

Mogador skinął tylko głową. 

– 

A jeśli tam w środku, poza tym, czego szukasz, nie będzie już nic więcej? – chciwość 

Gormaka nie znała granic. 

– 

W  takim  razie,  Set  zadba  o  tych,  którzy  mu  pomagają  w  inny  sposób.  –  Mogador 

podszedł do drużyny i chociaż Durgar był od niego o dwie głosy wyższy, nie mógł zwalczyć w 
sobie uczucia, które mówiło mu, że wobec inkwizytora jest tylko marnym śmierdzącym gównem. 
Wszyscy się tak poczuli. Aura majestatu, jaką promieniował kapłan, była nie do odparcia. 

background image

– 

Proszę – rzekł,  a z jego sakwy  posypały się  brzęczące, platynowe monety, wprost w 

chciwie  rozłożone,  serdelkowate  rączki  Gormaka.  Małe,  świńskie  oczka  rozbłysły,  a  lód,  jaki 
nosił w sercu dla kapłanów wężowego kultu, natychmiast się stopił. 

– 

Co  mamy  czynić,  panie?  –  spytał,  zahipnotyzowany  iskrzącym  w  jego  dłoni 

bogactwem. 

– Wiecie, kto tam spoczywa? 

– 

Nie, kupiliśmy tylko mapę starej świątyni, tak jak powiedział Durgar – odrzekł Vorth. 

–  To grobowiec barona Nerevara Stalagosa, jak mówi legenda, praojca wszystkich 

wampirów, zwanego Złodziejem Światła. 

– O kurrrwa – 

jęknął Durgar – Nerevar Stalagos. To koniec, już po nas. Mówiłem, żeby 

zostać w domu! 

– 

Znasz historię tego antycznego władcy, niegdyś sprawującego władzę nad siedmioma 

księstwami skalistej północy, gdzie, jak mówią, nigdy nie wschodzi słońce? 

– No, yyy, nie

, ale jakoś samo jego imię tak groźnie brzmi… 

Mogador pozwolił sobie na prywatny uśmiech, który na sekundę zagościł w kącikach jego 

ust. 

Cóż  za  ignoranci  –  pomyślał.  Aczkolwiek  właśnie  z  tego  powodu  byli  wręcz  idealni. 

Inkwizytor  pominął  więc  historię  „Czarnego Barona” i jego niezdobytej magicznej twierdzy – 
„Katedry  Bólu”.  Opowiadać  ciekawostki  takiej  zgrai  tumanów  było  czystą  profanacją  historii. 
Pogrążeni w strachu bądź zaaferowani majątkiem w platynie, jaki miał przypaść im w udziale, 

nie zwracali uwagi 

na nic, co działo się wkoło. I tak właśnie miało być. 

Mogador  zabrał  się  do  pracy.  Rozstawił  członków  drużyny  na  runicznych  kręgach, 

znacząc ich ciała świetlistą, krwawą kredą. Sam zajął miejsce na największym znaku – trzonie 
pięcioramiennej gwiazdy, w którą wpisał tajemne znaki – i rozpoczął inkantację. 

Mroczne słowa modlitwy wypełniły komnatę grobową dziwacznym, dudniącym echem. 

Płomienie kaganków strzeliły wysoko w górę, co rusz zmieniając swe barwy. Kadzidlany dym 
nabrał koloru jadu i przypominał szykującą się do ataku kobrę. 

Szata  kapłana  zmieniła  się  w  lepką,  gęstą  ciecz  i  spłynęła  z  niego  jak  woda,  ukazując 

pulsujące runami ciało. Mroczne dotąd oko zapłonęło złocistym światłem. 

Wystarczył  jeden  gest.  Ciała  czwórki  podróżników  wyrwała  w  powietrze  niewidzialna 

siła, wyprężając je i naciągając kości do granicy pęknięcia. Krzyk trwogi i bólu wypełnił salę, 
lecz  Mogador  nie  przestał  snuć  zaklęcia.  Płomienie  kaganków  trysnęły  soczystą  czerwienią  i 

background image

sięgnęły  sufitu,  gdy  z  ciał  pojmanych  buchnęły  strumienie  krwi.  Sarkofag  wsysał  pędzące  ku 
niemu rzeki szkarłatu, zdając się żyć własnym, ohydnym życiem. 

Wyschnięte  na  wiór  ciała  głucho  upadły  na  ziemię.  Skóra  zaczęła  się  kruszyć  i  sypać, 

niczym  pergamin  spalony  na  popiół  bezlitosnym,  pustynnym  słońcem.  Kaganki  przygasły, 
chowając w sobie z wolna dogasający żar. Mogador beznamiętnie minął cztery ciała rozsypujące 
się na podłodze. Trzeba było być niezwykłym kretynem i ostatnim naiwniakiem, aby na to pójść i 
nie zwęszyć, choć odrobinę, czającego się podstępu. Świat jednak jest pełen idiotów, a Mogador 
dobrze o tym wiedział. 

Powolnym  krokiem  zbliżył  się  do  sarkofagu.  Wieko  zniknęło,  pozostawiając  otwarte 

wnętrze,  gdzie  na  królewskich  szkarłatach  spoczywał  budzący  się  do  życia  stary  wampirzy 
władca. Król nocy. 

Nie było sensu czekać. Lepiej było działać i skończyć króla wampirów, póki jeszcze było 

łatwo, bo po cóż ma być trudno. Trudy były już drogą, którą Mogador przebył niejeden raz, teraz 
jednak liczył się cel, nie zaś sama droga. 

Była  piękna,  gwieździsta  noc.  Sierp  księżyca  patrzył  blado  na  tonące  w  ciemnościach 

ruiny starej świątyni. Mogador wyszedł z dusznych korytarzy na zewnątrz i zaczerpnął świeżego 
powietrza. Spadająca gwiazda przecięła iskrzące płótno nocnego nieba. Wszystko wkoło tonęło 
w ciszy i ciemności. 

Cz

ując w sobie potęgę nowej domeny, domeny Nocy, Mogador się uśmiechnął. Na nagim 

ciele pojawił się jeszcze jeden tatuaż. Przejechał po nim palcami, mrużąc oczy w ekstatycznym 
uwielbieniu.  Nagle  chwycił  go  i  szarpnął,  jakby  sięgał  dłonią  w  głąb  ciała.  Jasny  błysk  trwał 
zaledwie chwilę, po której kapłan stał dumnie, dzierżąc w dłoni Nec’hra Daar – Śmierć Bogów. 
Artefakt  powoli  się  przebudzał,  a  nasączony  nową  mocą  potrafił  wtopić  się  w  ciało  swego 
właściciela  i  dać  się  dobyć  niczym  sztylet  wyjmowany  z  pochwy  u  pasa.  Księżyc  zalśnił  na 
starożytnym  ostrzu  zimnym,  tajemniczym  blaskiem.  Wśród  śpiących  klejnotów  nagle  ognistą 
barwą zapłonął królewski rubin. Mogador ryknął gromkim śmiechem. 

Kosa zniknęła, znów kryjąc się we wzorze magicznego tatuażu. Ciało kapłana naprężyło 

się, gdy jego wzrok przebijał rozgwieżdżony nieboskłon. Gdyby ktoś obserwował go z oddali, 
zobaczyłby, jak stojąca na wzgórzu postać zamienia się w atramentową ciemność, by następnie 
trysnąć fontanną nietoperzy i wzlecieć z upiornym piskiem w ciche, nocne niebo… 

background image

Dziecię Gorzkich Popiołów 

Rozwścieczona zamieć nie ustępowała, bezlitośnie gnając puszysty śnieg na skrzydłach 

ryczącego, lodowego wichru. W nawałnicy nie sposób było dostrzec czegokolwiek w odległości 
dwóch kroków, a jakakolwiek podróż równała się samobójstwu. 

Desturiuss  podszedł  do  wyjścia  jaskini,  gdzie  na  półce  skalnej,  osłoniętej  od  wiatrów 

przez górski załom, zalegała metrowa warstwa bielutkiego śniegu. Stara trollowa grota stanowiła 

teraz schronienie dla niego i garstki rycerzy, którz

y mieli szczęście wracać do domu w jednym 

kawałku – oraz pecha oglądać straszliwą śmierć swoich towarzyszy. Szlaki północnych królestw 
Borgaanu roiły się bowiem od potworów wymykających się wyobraźni. Najgorsze było to, iż te 
bezrozumne bestie, rodzące się w zapomnianych odmętach otchłani, miały swych demonicznych 
panów,  którzy,  choć  również  nie  grzeszyli  urodą,  dysponowali  iście  piekielną  przebiegłością  i 
inteligencją. To z nimi zawsze był największy problem. 

Odkąd  Kościół  Crus-Haddora  podjął  się  krucjaty  przeciw  plugastwu  północnych  krain, 

zginęło  wielu  rycerzy.  Rozszarpani  na  strzępy  przez  piekielne  behemoty,  oszaleli  z  nadmiaru 
koszmarów,  jakie  ścigały  ich  za  dnia  i  w  nocy,  czy  też  spopieleni  na  proch  oddechem 
arcydiabłów. Ci właśnie mogli uważać się za szczęśliwców, mogli bowiem trafić dużo  gorzej. 
Mający mniej szczęścia padali ofiarami zdeprawowanych sukkub, nie mających dla swych ofiar 
krzty  poważania  czy  litości.  Pod  butem  piekielnej  pani,  spętany  klątwą  pożądania,  rycerz 
Kościoła  plugawił  swe  śluby,  wiarę  i  rycerski  kodeks,  a  nie  mogąc  wyrwać  się  spod  wpływu 
zaklęcia, stawał się niemym świadkiem swych własnych, jakże haniebnych czynów. Gorzej mieli 
tylko  ci  schwytani  przez  Łowców  Dusz.  Stwory  przypominające  obłok  czarnej  mgły, 

naszpikowany setkami krw

awych ślepi, spływały na zaskoczonych niczym nagły, ulewny deszcz, 

wyrywając ofiarom dusze i uprowadzając je do królestwa otchłannych krain, gdzie demoniczni 
panowie już czekali, by się nimi „pobawić”. Istne piekło na ziemi. 

Na północnych rubieżach, w księstwach,  gdzie  nigdy nie wschodziło słońce, panoszyło 

się  zło  i  chaos.  Na  tych  ziemiach  nieumarli  książęta  i  demoniczni  baronowie  łączyli  swe  siły, 
knując przeciw wszelkiemu życiu i planując zagładę dla świata. Pewnie by im się udało, gdyby 
nie to, że byli takimi skurwysynami, a w swojej dwulicowości i perfidii co rusz podkładali sobie 
„świnie” i zbrojnie występowali przeciw własnym sojusznikom, mordując się w niekończących, 

bratobójczych walkach. 

background image

Jednak  zło  wciąż  narastało,  a  im  bardziej  stawało  się  odczuwalne,  tym  bardziej  też 

stawało się rzeczywiste. Raz na jakiś czas, długi czas, pojawiał się tak potężny i charyzmatyczny 
diabeł lub tak silny i przebiegły demon, że potrafił zapanować nad tonącym w chaosie „państwie” 
i  zjednoczyć  stwory  zła  pod  jedną  banderą,  kierując  ich  gniew  i  nienawiść  przeciw  jednemu 

celowi. 

Przeważnie  takich  dowódców  musiało  być  trzech.  Jeden  przewodził  wszystkim 

nieumarłym,  drugi  reprezentował  piekielne  legiony,  trzeci  zaś  był  panem  otchłani.  Ci  trzej 
zawsze  potrafili  znaleźć  wspólny  język  i  to  stanowiło  największe  zagrożenie  dla  świata.  Póki 
panował  chaos,  póty  Święty  Poczet  rycerzy  Crus-Haddora  utrzymywał  plugastwo  na  granicy 
dwóch  światów,  bezlitośnie  miażdżąc  świetlistymi  młotami  wszystko,  co  tylko  próbowało  się 
przedrzeć na „stronę Dnia”. 

Astrologowie i wieszcze miłościwie panującego Imperatora Leandera Voltara Saladrexa, 

potomka  czerwonych  smoków,  obwieścili,  że  zbliża  się  czas,  w  którym  pojawić  się  ma 
najpotężniejszy  ze  wszystkich  dotychczas  upadłych  władców.  Jak  mówiła  przepowiednia 
najznamienitszego z orkowych szamanów, Dreghora „Sędziwego”, będzie nosić w sobie więcej 
sprzeczności i bólu niż ktokolwiek przed nim, nie będzie ni żywy, ni martwy, nie będzie diabłem, 
choć całe piekło będzie w nim mieszkać, a jego siła i udręka sprawią, że sam chaos go pokocha. 

To przerażało Imperatora i najwyższych przedstawicieli Kościoła Crus-Haddora. Podjęto 

więc  odpowiednie  kroki  i  przygotowania  do  krucjaty.  Doskonale  przeszkoleni  rycerze-kapłani 
wyświęceni  na  paladynów  mieli  orężem  i  siłą  swej  niezłomnej  wiary  kawałek  po  kawałku 
wydzierać  splugawione  ziemie  północnych  rubieży.  Płacili  jednak  za  to  najwyższą  cenę. 
Zdobytych  ziem  prawie  nie  dało  się  utrzymać  ani  konsekrować,  jakby  plugastwo  wypływało 
gdzieś  z  ich  głębi,  skutecznie  odpychając  świetliste  moce.  Rycerze  stali  się  więc  obywatelami 
półmroku, gotowymi w każdej chwili na kontratak mrocznych sił, nie znających strachu, bólu ani 
zmęczenia. Jeden paladyn potrafił unicestwić nawet i stu nieumarłych, jednakże w rubieży nigdy 
nie brakowało wojowników, którzy zdawali się rodzić z samego zła i nieprawości, jakimi tchnęła 
ta kraina. Z paladynami tak niestety nie było. 

Wicher  przeszył  Desturiussa  łupiącym  kości  zimnem.  Przywódca  chorągwi  Stalowych 

Gryfonów,  paladyn  w  randze  Kardynała,  pozostawał  jednak  niewzruszony.  Dokładnie  tak,  jak 
nakazywał  mu  kodeks,  jednak  za  kurtyną  stalowoszarych  oczu  kryło  się  potworne  zmęczenie. 
Platynowe, sięgające pasa włosy – dumę każdego srebrnego elfa – zmierzwił i splątał szalejący 

background image

wiatr, lecz mimo tego nadal z gra

cją i wrodzonym szykiem opadały połyskliwą kaskadą na okute 

w adamandyt ramiona. Paladyn prezentował się jak jeden z posągów, które dumnie wznosiły się 
na alejach sław miasta Verlaos – stolicy rycerstwa. Piękna twarz o delikatnych rysach nadawała 

mu uroku 

chłopca,  jednak  w  oczach  czaił  się  cień  bolesnych  doświadczeń  ponad  trzystu  lat 

służby w szeregach zbrojnej armii Crus-Haddora. 

Desturiuss odwrócił się, spoglądając w głąb jaskini, gdzie Valyghar – jego prawa ręka – 

wciąż próbował wykrzesać ogień. Ich spojrzenia spotkały się. 

– 

Drwa zawilgły, panie. – Desturiuss tylko kiwnął głową. 

– 

Przeżyliśmy  w  piekle  cztery  lata,  przeżyjemy  i  kolejny  dzień  zamieci  –  rzekł,  jakby 

odgadywał myśli swoich ludzi. 

Z  chorągwi  trzystu  zbrojnych  rycerzy,  jakimi  dowodził  w  wojnie  na  północnych 

rubieżach, zaledwie piętnastu powracało do domu. Nie było  fanfarów, blasku chwały  ani echa 
glorii. Zamiast nich okrutne realia przyniosły paladynom ból, cierpienie i śmierć. Na steranych 
wojną twarzach determinacja walczyła z przygnębieniem i rezygnacją, a powygniatane pancerze i 
pokiereszowane oblicza mówiły o gorzkim smaku zwycięstwa. 

Kardynał usiadł przy martwym palenisku, oparł głowę o skałę i przymknął powieki, tonąc 

w  rozmyślaniach.  Podczas  gdy  lodowaty  wiatr  upiornie  zawodził  wśród  gradowej zamieci, 
Desturiuss Stormbringer, pieczętujący się herbem uskrzydlonego serca, myślami gnał ku swojej 
pięknej żonie,  Lunie – srebrnej  elfce z wysokiego rodu czarodziei. Oczami wyobraźni widział 

rodziców, którzy zapewne byliby z niego dumni, gdyby tyl

ko dane im było go oglądać, a także 

ściskał swego ukochanego, młodszego brata, Atarkisa, który, tak jak on, wstąpił do zakonu Crus-
Haddora, poświęcając całe swe życie służbie Niebiosom. 

Wydawało mu się, że nie stracił kontaktu z rzeczywistością, że wciąż słyszy krzątających 

się  po  grocie  rycerzy  –  ot,  przecież  tylko  na  chwilę  przymknął  lekko  oczy.  Ktoś  przysiadł  na 
ziemi  nieopodal.  Świszczący,  lekko  gulgoczący  oddech  nie  mógł  należeć  do  żadnego  z  jego 

ludzi. 

Desturiuss otworzył oczy i potoczył wkoło nerwowym wzrokiem. Grota była całkowicie 

pusta  – 

poza  jednym  małym  wyjątkiem.  Minęło  tak  wiele  lat  od  dnia,  kiedy  uratował  go  z 

niewoli, i choć ork zdołał się już znacznie podstarzeć, to kardynał bez trudu rozpoznał w nim 
małego wieszczącego mu ciemność chłopca. 

Dreghor, stary szaman, zakasłał i wbił w kardynała swoje przenikliwe oczy. 

background image

– 

Słyszę  twoje  myśli,  Desturiussie.  Twoje  sumienie  krzyczy  wyrzutami  tak  głośno,  że 

nawet głuchy by to usłyszał. 

– Mam zwidy… Ciebie tu nie ma. 

– 

Jestem w twoich snach. Pytania kołaczą ci się po głowie, więc przybyłem, aby na nie 

odpowiedzieć. Wiesz, czemu przegrywacie na północnej granicy? Bo nie masz już w sobie dość 
wiary.  Stałeś  się  pusty  w  środku.  Przeszłość  kroczy  w  twoim  cieniu  i  w  końcu  cię  dopadnie. 
Kiedy ktoś jest do cna przeżarty wyrzutami sumienia, kiedy zło, jakie wyrządził, zaćmiewa mu 
duszę, nie sposób już, by dojrzał światło. 

– 

Odejdź, fatalisto. Nie chcę cię tutaj! Wynoś się! 

– 

Pamiętaj, Desturiussie, czasem wystarczy impuls, żeby uwolnić diabła. 

Lekki dotyk i ciche s

łowa, przebijające się przez mgły snu, wyrwały go z odrętwienia. 

–  Panie…  – 

Zobaczył  nad  sobą  twarz  Valyghara.  –  Już  świta.  Jest  piękny,  pogodny 

poranek – 

dodał z uśmiechem. – Cieszę się, że udało ci się zmrużyć oczy. 

Płaskowyż,  otulony  śnieżnobiałym  puchem,  skrzył  się  w  promieniach  wschodzącego 

słońca miriadami złocistych refleksów. Wiatr uspokoił się i teraz milczał jak zaklęty. Gdzieś w 
oddali, na skraju pola widzenia, przechadzał się majestatyczny irbis. Na zmrożonej ziemi, wkoło 
jaskini,  pojawiły  się  kolorowe  dzwoneczki.  Hiacynty  zakwitły  nocą,  rozlewając  teraz  swój 
urzekający zapach i rosząc białe tło kolorami różu i purpury. 

Desturiuss Stormbringer schylił się po kwiat. Kucając, zerwał go i przystawił do nosa. 

– 

Faktycznie, piękny to dzień – rzekł. 

Śnieżna  pantera  zniknęła  gdzieś  pośród  skał,  pozostawiając  w  pamięci  kardynała  obraz 

dumy i piękna natury. 

– 

Czas nam do domu, chłopcy – rzekł kardynał. – To już tylko rzut kamieniem. 

Był  wczesny,  letni  poranek.  Młody  paladyn  Kościoła  Crus-Haddora  klęczał  z 

przymkniętymi  oczami,  pogrążony  w  żarliwej  modlitwie.  Katedra  pod  wezwaniem  Świętego 
Triumwiratu królowała w centrum królewskich ogrodów miasta Verlaos, wznosząc się w niebo 
dumną,  acz  przytłaczającą  fasadą.  Strzeliste  wieżyce  i  zdobne  archiwolty  zdawały  się  srogo 
spoglądać na przechodniów, przypominając im, że sędziowie Boga sprawiedliwości stale patrzą 
na nich swym uważnym okiem. 

background image

W oddali, na placu targowym, budziły się do życia orientalne sklepy i kolorowe kramy, 

tryskając  wśród  naręczy  kuszących  towarów  fontannami  zapachów  i  dźwięków.  Znani  kupcy, 
pospołu z ulicznymi przekupkami, rozpoczynali swój codzienny rytuał, mający nakłonić klientów 
do zbędnych i jak najdroższych zakupów. Miasto budziło się ze snu. Gdzieś w oddali przejechał 

szlachecki powó

z, gdzieś znów przeszedł patrol zakutej w stal gwardii. Raz po raz, pośród ulic, 

słychać  było  nieznające  zmęczenia,  rozwrzeszczane  dzieci,  lecz  tu,  w  samym  sercu  dzielnicy 

klasztornej, za wrotami katedry Crus-

Haddora, panował niczym niezmącony spokój. 

Złociste promienie, niczym lance, biły w okna nawy głównej, nadając osadzonym w nich 

witrażom niezwykłego blasku. Zamknięte w nich celestialne motywy ożywały,  rosząc szklistą, 
marmurową  posadzkę  bajkowymi  kolorami.  Zapach  mirry  i  kadzidła  oraz  liczne  freski,  które 
wyszły spod dłoni najbieglejszych mistrzów, wnosiły do chłodnych wnętrz kościoła egzaltyczny 

nastrój. 

Atarkis  tonął  w  kontemplacji  i  cichej  modlitwie.  Dystynkcje  na  jego  pancerzu  uczyły 

innych  rycerzy  głębokiego  doń  szacunku.  Mimo  iż  dopiero  co  oficjalnie  wstąpił  w  szeregi 
kościelnej hierarchii i otrzymał święcenia paladyńskie, to był tam pewien symbol, który mówił 
wtajemniczonym,  że  mają  do  czynienia  z  rycerzem  z  Kręgu  Światła.  Ci  najsilniejsi  w  wierze, 
którzy  przetrwali  lata  szkoleń  w  odosobnieniu,  znaleźli  w  sobie  tyle  sił,  by  służba  Crus-
Haddorowi  była  ich  jedynym  celem  i  zarazem  największą  nagrodą.  Była  ich  powołaniem.  Ci 
wybrańcy wyrzekli się wszystkiego, co tylko mogłoby zakłócić ich wewnętrzny spokój i odsunąć 
od ich ukochanego Boga. Nie było dla nich upojnych zabaw, nie było napojów mącących umysł, 
nie było rozkoszy hazardu ni tańca, ni śpiewu. Wyrzekli się miłości do kobiet, czyniąc ze swych 
ciał  sanktuaria  czystości  i  duchowości.  Pogrążeni  w  stałych  modlitwach  „Serafini”,  jak  ich 
nazywano,  słuchali  głosu  swego  Pana  i  pozostawali  niezwykle  czujni  względem  otoczenia. 
Mówiono,  że  nie  sposób,  by  jakiekolwiek  kłamstwo  umknęło  ich  uwadze.  Mówiono  też,  że 
potrafią, spoglądając w oczy rozmówcy, odczytać wszystkie jego grzechy, które niczym mroczne 

plam

y  zalegają  na  nieśmiertelnej  duszy.  Cokolwiek  było  mniej  lub  bardziej  prawdziwe,  jedno 

pozostawało faktem. Rycerze Kręgu Światła byli najstraszliwszymi pogromcami zła, jakich znała 
ta  ziemia.  Doskonale  wyszkoleni  i  biegli  w  wojennym  rzemiośle  dysponowali  zaklęciami 
kapłańskimi  i  mocą  niezrównanej  potęgi  –  mocą  prawdziwej  wiary.  „Czempioni  Jasności” 
bezwzględnie rozprawiali się z każdym przejawem upadku lub nieprawości, stanowiąc doskonały 
dowód na to, że piekło można zgotować sobie jeszcze na ziemi. 

background image

Stary p

rezbiter  poruszał  się  cicho,  wręcz  bezszelestnie.  Szary  habit  był  symbolem, 

świadczącym  o  dążeniu  do  najwyższego  światła,  lecz  zarazem  mówił  o  marności  i 
przyziemności, z jakiej wywodził się aspirant tej duchowej ścieżki. Każdy ze sług Crus-Haddora 
był bowiem człowiekiem skromnym i oddanym służbie innym. Szedł, stąpając cicho i delikatnie, 
jakby nie chciał skruszyć delikatnej materii ciszy i poświęcenia, jaką tkał tutaj każdy modlący. 
Przemierzając  nawę  główną,  zastanawiał  się,  jakich  użyć  słów,  by  oderwanie paladyna od 
modłów nie było uznane za niegrzeczność. W Kościele Crus-Haddora surowo bowiem potępiało 
się  przerywanie  obcowania  z  Bogiem,  niezależnie  od  wagi  powodu,  jaki  tej  profanacji 
przyświecał. 

Idąc,  podziwiał  podniosłość  malowideł  wieńczących  sklepienie,  jakie  zamykało  się  nad 

nimi. Uważnie i z nabożnością gładził wzrokiem ołtarz, na którym płonął ogromny, srebrzysto-
złoty  miecz  o  pierzastych,  anielskich  skrzydłach,  wyrastających  z  miejsc,  gdzie  powinny 
znajdować się jelce. Płonący Skrzydlaty Miecz – Symbol ich świętej wiary. 

Duchowny stanął bezgłośnie, pół kroku za klęczącym paladynem. Śnieżnobiały płaszcz 

spływał po muskularnych plecach Atarkisa, rozlewając się na posadzce długą, świetlistą wstęgą. 
Stary ksiądz otworzył usta, by zwrócić się do kontemplującego paladyna. 

–  Ojcze?  – 

ubiegł  go  młody  rycerz,  otwierając  oczy,  lecz  nie  odwracając  wzroku  od 

ołtarza. 

–  Wybacz mi, synu – 

sumitował  się  starzec.  –  Ktoś  czeka  na  ciebie  w  kruchcie. 

Poproszono mnie, bym cię zawiadomił. 

–  Czy owo indywiduum nie ma p

oszanowania dla prywatnej modlitwy skromnego sługi 

Kościoła? 

– Wybacz mi raz jeszcze, synu. – 

Prezbiter lekko skłonił głowę. – To… – szamotanina i 

chrobot otwieranych na oścież wrót przerwały mu w pół zdania. 

– 

Co  to  ma  być?!  –  zaryczał  donośny  bas  nieznajomego.  –  Nie  wpuścicie  starca  do 

kościoła?! 

Na te słowa Atarkis Stormbringer odwrócił się w stronę portyku, skąd dobiegały hałasy. 

Będąc pogrążonym w głębokiej kontemplacji, nie zauważył, jak wiele czasu minęło, gdy o świcie 
zasiadał tutaj do modłów, ani jak wielu innych rycerzy Kościoła przybyło tu w tym samym co on 
celu. Wśród kilkunastu zgromadzonych, których uwagę przykuł próbujący wtargnąć do Kościoła 
innowierca, młody paladyn rozpoznał znajome twarze. 

background image

Zwalisty  ork  wyrwał  się  ogłupiałym  odźwiernym  i  rozejrzał  dookoła.  Zaawansowany 

wiek nie pozwolił mu się wyprostować, a podzwaniający grzechotkami, drewniany kostur trochę 
tuszował wyraźne utykanie. Mimo wszystko widać było, że to staruszek. Siwiutka i przerzedzona 
broda pozostała miękka i puchata, a że nigdy nie posmakowała zimnego dotyku brzytwy, sięgała 
teraz  orkowi  blisko  samych  kolan.  W  porytej  bruzdami  i  zmarszczkami  twarzy  jarzyły  się 
zdradzające mądrość, migdałowe oczy. Ork mlasnął przeciągle i poruszał swoim malutkim jak 

ziarnko pieprzu noskiem. J

ego spojrzenie ugodziło najmłodszego z rycerzy. 

–  Atarkisie…  – 

odezwał  się,  ruszając  człapowatym  krokiem  w  stronę  zdziwionego 

młodzieńca. – Atarkisie, Ręko Boga. Ogień obdarzył mnie wielką wizją… 

Słowa starego szamana obudziły zdumienie na twarzach wszystkich obecnych. Nikt, kto 

nie należy do Kościoła Crus-Haddora i nikt, kto nie jest jego rycerzem bądź kapłanem, nie ma 
prawa  wstępu  do  Katedry  Świętego  Triumwiratu.  Nikt  też  nigdy  nie  ośmielił  się  nadawać 
przydomków żadnemu z sług Kościoła, poza kapitułą, a już na pewno nikt nigdy nie nosił tak 
„odważnego”,  wręcz  boskiego  przydomku.  Ten  bowiem  mógłby  być  nadany  jedynie  przez 
samego anioła i to w niezwykłych okolicznościach. 

Nikt jednak nie zaprotestował, choć krzyk oburzenia cisnął się na języki zgromadzonych 

rycerzy, jako że słowa orkowego szamana zakrawały na bluźnierstwo, zaś Kościół Crus-Haddora 
i jego zakonna reguła słynęły z zasad i surowości. Ten, kto wymówił te słowa, nie był jednak 
byle  kim.  Stąd  rycerze  milczeli,  nie  wiedząc,  do  jakich  granic  mogliby  się  posunąć.  Dreghor, 
zwany Sędziwym, był jednym z najwybitniejszych, a już na pewno umiłowanym i ubóstwianym 
przez  imperatora  wróżem,  który  przepowiadał  losy  rodziny  królewskiej  od  ponad 
siedemdziesięciu  lat.  I  to  z  powodzeniem.  Choć  wiele  jego  przepowiedni  bywało  mglistych  i 
niejasnych,  to  większość  okazywała  się  na  tyle  obrazowa,  by  móc  je  na  czas  właściwie 
zinterpretować  i  ocalić  idące  na  śmierć  oddziały  imperatorskie,  schwytać  szpiega  lub  zdrajcę 
dworu czy też ubiec wyszkolonego zabójcę, wysłanego przez niegodziwych sąsiadów z państw 
ościennych, ot, choćby z południowych pustyń Sułtanatu Indaharii. 

Gdy stary szaman podszedł do osłupiałego elfiego młodzieńca, ten wyczuł, że ork pachnie 

lasem  i  dymnymi  wonnościami.  Na  jego  szyi  i  nadgarstkach  podzwaniały  ozdoby  z  zębów  i 
ususzonych zwierzęcych oczu, a także kolorowe szkiełka i półszlachetne kamienie. 

Dreghor bezceremonialnie położył dłoń na ramieniu młodego, srebrnego elfa, a gdy ich 

spojrzenia  spotkały  się,  paladyn  dostrzegł  w  oczach  szamana  ocean  żalu  i  głębokiego  smutku. 

background image

Stary  szaman  podsunął  paladynowi  pod  nos  dziwny  kwiat.  Zapach  był  ostry,  wiercący,  by  po 
chwili zmienić się w ciepły i przyjemny. Wtedy fala wizji wpłynęła, w  jakiś sposób, do serca 
młodego  rycerza,  zatapiając  jego  spokój  i  burząc  porządek  myśli.  Poczuł,  jak  cała  wieczność 
wejrzała w jego duszę. Czuł przeszłość, czuł to, co teraz i dziś, lecz czuł także, jak oplatają go 
duchy przyszłości. Wtedy zdławił go straszliwy żal. Próbował coś powiedzieć, lecz głos mu się 
załamał, a w oczach zalśniły kryształowe łzy. Przed oczami stanęło mu całe piekło. A wszelkie 
zło i potworności miały twarz rycerza. Rycerza Crus-Haddora. Atarkis zakrztusił się i po chwili 
złapał głęboki oddech. Skrył twarz w dłoniach, odpędzając potworne wizje, ale gdzieś tam pod 
powiekami czaiło się ich ohydne wspomnienie. 

– 

Przykro mi, Ręko Boga – odrzekł stary szaman, obejmując oszołomionego rycerza. 

Choć  ta  chwila  nie  trwała  długo  i  stary  wieszcz  szybko  się  oddalił,  to  oniemiali 

zaskoczeniem  paladyni  i  księża  widzieli,  jak  Dreghor,  zwany  Sędziwym,  szepcze  coś  do  ucha 
Atarkisa i całuje go po ojcowsku w czoło. Czasem wystarczy impuls, żeby uwolnić diabla. 

Łzy i smutek opuściły Atarkisa równie szybko, jak się pojawiły, pozostawiając po sobie 

masę nieodgadnionych tajemnic i pytań bez odpowiedzi. 

– 

Bracie, czy wszystko w porządku? – spytał zatroskanym głosem prezbiter, gdy Atarkis 

usiadł w jednej z ław, by opanować emocje. 

– 

Tak,  ojcze.  Dziękuję  ci.  Nie  wiem,  co  mi  się  stało.  Miałem  dziwaczne  wrażenie… 

Widziałem… Nie, nie wiem, co widziałem. 

– 

Zapomniałem wspomnieć o jednej rzeczy. Wybacz mi, proszę, w natłoku tych nagłych 

odwiedzin 

zupełnie straciłem rezon. 

– 

Zdaje się, jak my wszyscy – odparł z gorzkim uśmiechem paladyn. 

– 

Twój brat, Atarkisie, kardynał Desturiuss… – Spojrzenie Atarkisa przeszyło księdza na 

wylot. – 

On powraca. Otrzymaliśmy wiadomość, że będzie tu przed wieczorem. 

Młody paladyn rozpromienił się i pozwolił sobie na okrzyk radości. Rzucił się staremu 

księdzu w ramiona, ściskając go mocno i serdecznie, aż tamten zaczął pojękiwać. 

– 

Pamiętaj – rzekł rozradowany Atarkis – nikomu więcej ani słowa, zrobimy mu wielką 

niespodziankę!  –  Prezbiter  kiwnął  tylko  głową  i  z  lekka  się  uśmiechnął.  Wiedział,  że  choć 
Rycerze  Światła  nie  uczestniczą  w  zabawach  i  uroczystościach,  to  ich  bracia owszem, a to 
oznaczało  tęgą  balangę  w  karczmie,  suto  zakrapianą  nie  byle  jakim  alkoholem  i 

„dziewczynkami”. 

background image

Desturiuss nie pamiętał, żeby ktoś dał mu taki wycisk, no chyba, że ta banda upiorów pod 

dowództwem  arcydiabła,  co  prowadzał  na  smyczy  obmierzłego  behemota.  A  przecież  teraz 
ściskał go tylko jego brat. Atarkis szalał z radości, a po policzkach spływały mu łzy szczęścia. 
Sam kardynał też pozwolił sobie na chwilę wzruszenia, bracia nie widzieli się bowiem od chwili, 
gdy Atarkis wyjeżdżał na nauki do klasztoru na wschodzie Imperium wiele, wiele lat temu. 

– 

Nawet nie wiesz, jak się cieszę! – wykrzyknął młody. 

– 

Widać  to  dość  wyraźnie  –  odrzekł  z  uśmiechem  Desturiuss.  –  Ale  wiedz,  że  twoja 

radość  w  niczym  nie  ustępuje  mojej.  Wyrosłeś  na  pięknego  mężczyznę,  a  twoje  dystynkcje 
przysparzają  mi  ogromnej  dumy.  Wiesz,  ja,  mimo  niewątpliwej  miłości  do  Jedynego 
Sprawiedliwego,  nie  miałbym  w  sobie  tyle  sił,  by  kroczyć  twoją  ścieżką.  –  Poklepał  go  po 
ramieniu i przytulił, a przez myśli przebiegły mu bolesne sceny z przeszłości. – Wiedz, że jesteś i 
zawsze byłeś moją wielką dumą. 

Atarkis  zaniemówił.  Kochał  brata  nad  życie  i  zawsze  upatrywał  w  nim  wzór  cnót  i 

ideałów.  Brat  kardynał,  paladyn  wielkiej  sławy,  który  od  ponad  trzystu  lat  walczył  ze  złem  w 

najgors

zych norach tego świata, teraz mówił o nim z takim uznaniem i dumą, że młody rycerz nie 

mógł powstrzymać wzruszenia. 

– 

No  już  –  rzekł  Desturiuss.  –  Bądź  duży  i  przestań  się  smarkać  –  zażartował.  –  Na 

uściski i opowiadania przyjdzie jeszcze czas, a my przecież nie możemy stać tak na środku ulicy. 

– 

Racja.  Pozwoliłem  sobie  przygotować  małą  niespodziankę  dla  ciebie.  Jak  tylko 

przywitasz  się  z  Luną,  która  oczywiście  nic  nie  wie  o  twoim  powrocie,  przyszykujcie  się  i 
przyjdźcie, proszę, do Kryształowego Pucharu. 

Desturiuss spojrzał na brata z ukosa. 

– 

Mam  zacząć  żałować  tego,  co  powiedziałem?  –  spytał  z  przekąsem.  –  Ty, ostoja 

prawości, urządzasz mi powitalną bibę w znanym przybytku, niegrzeszącym dobrą reputacją? 

– 

Och, daj spokój. Z tego, co mi wiadomo, są już tam Ragnar, Derlos, Forlorn i pół całej 

kurii. Na pewno odprawili stosowne egzorcyzmy i konsekrowali to miejsce, by na dziś wieczór 
pozbyć się mieszkającego tam diabła. – Atarkis przykleił sobie głupawy uśmieszek. 

– Dobra – 

zaśmiał się Desturiuss. – Będziemy. 

– 

To  super,  Dest,  przywitam  was,  ale,  jak  wiesz,  długo  tam  nie  zostanę,  więc  bądźcie 

gotowi na moje jutrzejsze odwiedziny. 

background image

– Dobrze, dobrze. – 

ucałował brata. – Luna upiecze swoje sławne rajskie jabłka. Musisz 

spróbować. – Poklepał Atarkisa i wskoczył na siodło. 

Już po chwili znikał w barwach zapadającego zmierzchu. Atarkis odprowadzał go pełnym 

szczęścia  i  miłości  spojrzeniem.  Głęboko  westchnął  i  ruszył  spokojnym  krokiem  w  stronę 
luksusowej karczmy, gdzie dziś w nocy dziać się miało niezwykłe widowisko i iście szampańska 
zabawa.  A  było  co  świętować.  Oto  Desturiuss  Stormbringer,  najsławniejszy  paladyn  Verlaos, 
jego brat, powrócił do domu. 

Hadrius  był  z  rodzaju  tych  „groźnych  piratów”,  o  których  mówiono,  iż  są  najsilniejsi, 

najstraszniejsi  i  najgroźniejsi  i  dosłownie  przerąbane  jest  ich  spotkać  na  swej  drodze.  Takie 
słuchy chodziły o Hadriusie. Szkoda tylko, że te wieści można było usłyszeć głównie od niego 

samego. 

Chudy  jak  szczapa  ork  o  szarozielonej  skórze  miał  blisko  dwa  kije  wzrostu  i  nigdy  w 

swym  długim  życiu  nie  postawił  stopy  na  pokładzie  żadnego  statku  –  nawet tych, które 
wychodziły rankiem w morze, by popołudniem wrócić z tuńczykiem i krewetkami. Jednak wśród 
bywalców tawerny Pod Wężem Morskim uchodził za wytrawnego korsarza, który z niejednego 

j

uż  pieca  jadł  piracki  chleb.  W  gruncie  rzeczy  znajomość  morza  i  korsarskiego  rzemiosła 

zaczynała  się  i  kończyła,  w  jego  przypadku,  na  dogłębnej  znajomości  rumu,  który  to  trunek 
zwykł żłopać litrami w okolicznych wyszynkach. 

Wieczór był ciepły i przyjemny, a noc zapowiadała się pięknie. Hadrius, po opędzlowaniu 

na porannym targowisku dwóch półolbrzymów z opasłych sakiewek, mógł śmiało zaliczyć ten 
dzień do udanych. Poczekał z tym jednak do zachodu słońca, gdyż, jak każdy pirat z krwi i kości, 
był  niezwykle  przesądny,  szczególnie  gdy  przebywał  na  lądzie. Dobrze ustawiony i pewny 
ciekawie zapowiadającego się wieczoru, skierował swe kroki do szulerni Diabeł Morski, gdzie 
stare wilki z błękitnego  szlaku, pospołu z okolicznym kryminogennym  marginesem, oddawały 
się rozkoszom hazardu i taniego seksu. 

Na wnętrze karczmy składały się jedno główne i dwa skrzydłowe pomieszczenia, a także 

kilka  prywatnych  loży,  gdzie  zacni  goście  mogli  zaznać  nieco  prywatności.  Gdyby  komuś  to 
jednak  nie  wystarczało,  Diabeł  Morski  oferował  na  przytulnym  pięterku  szeroki  wachlarz 
jednoosobowych  pokoi.  Każde,  ma  się  rozumieć,  z  pięknym,  królewskim  łożem.  W  środku 
karczmy, ozłoconej tańczącymi jęzorami pochodni i kandelabrów, bawił się rozpasany motłoch. 

background image

Przy prostych stołach i jeszcze prostszych ławach dzicz żarła indycze udźce, słodzone placki z 
agawy i bigosy na świńskim ryju, popijając wszystko obficie krasnoludzką gorzałką. Podpici i 
trzeźwi  goście  tegoż  przybytku  pospołu  zaczepiali  przedzierające  się  między  nimi  półnagie 
karczmarki i służebnice, które swoimi wywalonymi na wierzch obfitymi cycorami i wystającymi 
spod miniówek pośladkami miały przyciągać klientelę. 

Podczas  gdy  w  sercu  karczmy  trwała  niekończąca  się  impreza,  w  jej  skrzydłowych 

częściach, skryci za ciemnymi kurtynami, miejscowi gamblerzy i cwaniaczkowie obstawiali w 
ruletkę, oczko, siedem szóstek, śmierć i demona, a także w zwykłe i jakże popularne siłowanie 
się  na  rękę.  Dla  koneserów  wciąż  jednak  pozostawał  główny  stół,  gdzie  niepodzielnie  rządził 

ostry pokerek, suto zakrapian

y złociszami, tymi (jak zwykle) z mocno podejrzanego źródła. 

Piękna  (jak  na  gust  Hadriusa)  ludzka  kobieta  o  wychudzonym  ciele  i  przerzedzonych 

kasztanowych  włosach  oraz  przednich  zębach  siedziała  na  kolanach  dumnego  korsarza,  który 
postanowił spróbować szczęścia w pokerowej rozgrywce. Z rozchylonym kaftanem i kwaśnym 
grymasem na orkowej twarzy naprawdę wyglądał na stałego bywalca, a ufny w swą pozycję i 
opinię mierzył wszystkich wkoło groźnym, korsarskim spojrzeniem. Tania kurewka, która na ten 

wieczór przy

brała imię Nelia, nie opuszczała Hadriusa na krok, non stop szepcząc mu do ucha o 

niezaprzeczalnych  walorach  jego  urody  i  niepodważalnej  męskości.  Z  udawanym  mruczeniem 
namiętnie głaskała jego naprężoną, choć chudą jak szczapa klatkę piersiową, raz po raz jednak 
zerkając na obfitość Hadriusowej sakiewki. 

– 

Bywasz  czasem  Pod  Wężem  Morskim,  mała?  –  Hadrius  złapał  swą  wybrankę  za 

małego, nieforemnego cycka. 

– 

Nie, kochanie, mój dom jest tutaj niedaleko. Dla damy niebezpiecznie jest oddalać się 

od domostwa. 

– Z

e mną nic by ci nie groziło – parsknął. – Żałuj, że cię nie było wczoraj, był tam taki 

Gudrun, ksywa Rzeźnia, rozrabiaka z mojej dzielnicy. Wiesz, taki „fifa-rafa”, co to nie on. Ale 
trafiła kosa na kamień. – klepnął ją w zadek. 

– 

Pokazałeś mu klasę, co, mój ty słodki piracie? – mruknęła mu do ucha. 

– 

Żebyś ty to widziała, jak go dopadłem! I trach i strzał, i jeden, i drugi, i trzeci. Padł w 

końcu na dechy, ale nie popuściłem mu, nędznemu ścierwu, o nie! – Hadrius łyknął nieco rumu, 
by nawilżyć gardło. – Jak się czołgał do wyjścia, to ja mu kopa i kopa. W sam środek dupy, jak 

background image

tylko  się  podnosił!  Skakałem  mu  po  łbie  i  krzesłem  go,  i  krzesłem!  Piszczał  śmierdziel  jak 

pospolity szczur! 

– 

Och, ty mój siłaczu! – Liznęła go po koślawym uchu. 

– Ej no, nie dekoncentruj mnie tu – 

oburzył się. – Widzisz przecież, dupencjo, że gra idzie 

o dużą stawkę. Nie?! 

Hadrius odepchnął dziewczynę i zajrzał w karty. Trójka. Całkiem nieźle. Po chwili dobrał 

dwie  nowe,  uważnie  patrząc  przy  tym  dwóm  przeciwnikom  na  ręce,  i  już  po  chwili, pewny 
zwycięstwa dzięki parze waletów, przebił krasnoludzkich braci kowali o  kolejne trzy złocisze. 
Rzemieślnicy, jako że mieli dużo większy talent i wyczucie do podków i toporów niż subtelnych 

pokerowych niuansów, przegrali z kretesem i odeszli od 

stołu, zostawiając w  rękach Hadriusa 

siedemnaście  złotych  monet,  co  stanowiło  całkiem  pokaźną  sumkę,  jak  na  kilka  pierwszych 
rozdań. 

Rozochocony i podekscytowany, lądowy korsarz przyjął ofertę pokerowego pojedynku od 

rosłego półolbrzyma, zwanego przez tutejszych bywalców grubym Mobanem. Faktycznie, trudno 
było  znaleźć  trafniejsze  określenie  na  tego  jegomościa.  Spod  nieogolonej  brody  zwisało  mu 
podwójne podgardle, a spodnie noszone pod pasem uwalniały ohydny, trzęsący się kałdun, który 
zdawał się dławić każdy oddech właściciela tak, że ten łapał powietrze jak wyrzucona na brzeg 
ryba.  Z  palców  zerkały  wkoło  kolorowymi  oczkami  złote  pierścienie,  a  łysiejącą  czuprynę 
zdobiła zsuwająca się czarna chusta z wizerunkiem trupiej czaszki. 

Gdy  gruby  Moban  zaproponował  stawkę  trzech  złotych  monet,  Hadrius  ochoczo  się 

zgodził. Kiedy jednak cena wzrosła do pięciu, a następnie do siedmiu, ork obdarzył półolbrzyma 
badawczym spojrzeniem. Zwłaszcza, że cały czas wygrywał. 

–  Kochanie  – 

szepnęła  Nelia  –  to miejscowy szuler, znam go. Nikt z nim nie grywa, 

chyba  że  przyjezdni.  Zaraz  stracisz  wszystko,  chodźmy  stąd,  dopóki  jeszcze  masz  swoje 
pieniądze. 

Hadrius  spojrzał  z  niedowierzaniem  na  panienkę  lekkich  obyczajów,  po  czym  jednym 

ruchem  zawinął  złoto  ze  stołu  i  dziękując  za  grę,  zniknął  w  drzwiach  karczmy,  by  po  chwili 
rozpłynąć się w ciemnościach ciepłej, letniej nocy. 

Buzujący  w  żyłach  rum  i  dzikie  pocałunki,  jakimi  zasypywała  go  Nelia,  odebrały 

Hadriusowi  trzeźwość  myślenia.  W  tej  sztuce  uwodzenia  prym  wiodła  sprawna,  kobieca  dłoń, 
która bezpruderyjnie dobierała się do Hadriusowych klejnotów. 

background image

– 

Chodźmy do mnie – rzuciła, gdy ich języki rozplątały się na chwilę. – To niedaleko, nie 

wezmę pieniędzy. Za bardzo mi się podobasz. 

Podła  dziwka  była  sprytna.  To  zgubiło  Hadriusa,  który,  nadęty  dumą  jak  paw,  nie 

zauważył nawet, kiedy znalazł się w nieznanej okolicy, gdzie wkoło nie było ani żywej duszy. 
Dziwną  oznaką  wydały  się  też  zabarykadowane  okna  i  opuszczone  kamienice,  ziejące  czernią 
powybijanych  szyb.  Najgorszym  okazał  się  jednak  ten  ciemny  zaułek,  w  którym  nieopatrznie 
wciągnęła  go Nelia. Od  zalegających wkoło cieni odkleiły się cztery masywne postacie. Dużo 
bardziej  realne  niż  ciemności,  z  których  się  wyłoniły.  Miały  też  w  rękach  bardzo  realnie 
wyglądające drągi i pały, a na twarzach wyraźne oznaki nietolerancji. 

– 

Co to, kurwa, mały śmierdzielu?! – warknął jeden. – Kobietkę mi zaczepiasz? 

–  Yyy…  – 

Nim  zdążył  cokolwiek  rzec,  Nelia  ze  śmiechem  uciekła,  zostawiając  go  z 

nieciekawym towarzystwem. 

– 

Idę po następnego – rzuciła. – Dziś obrodziło w takich. 

Hadrius  patrzył  w  oczy  śmierci.  Gdy  mroczne  postacie  zbirów  zbliżały  się  do  niego, 

sekundy  zdawały  się  obracać  w  minuty,  a  te  zaś  w  godziny.  Cała  odwaga  i  pewność  siebie, 
typowa dla korsarskiego ducha, obecnego w ciele każdego morskiego wilka, gdzieś się ulotniła. 
Próbował jeszcze coś powiedzieć, jakby wierząc, że słowa wyratują go od tej gardłowej sytuacji, 
jednak nie był magiem i mógł co najwyżej porzucać pod nosem „kurwami”, przeklinając swój 
podły piracki los. Niestety, nawet nie zdążył. 

Silny cios w twarz rzucił go na ścianę, a kolejne posypały się jak gromy z jasnego nieba, 

pozbawiając go tchu i sił do utrzymania się na nogach. Gdy upadł, czuł w ustach smak ścieków i 
palące dumę wyzwiska, jakimi go obrzucali. Kopniaki i ciosy pałek pokrywały go opuchlizną i 
toczyły krew z ust. Młody pirat nie zwracał już uwagi na ból, czuł tylko wstyd. 

Gdyby  mógł  wstać  i  spojrzeć  w  światło  zaułka,  tam,  gdzie  wychodził  on  na  ulicę, 

zobaczyłby zakutą w stal postać, która w milczeniu przyglądała się jego kaźni. Do czasu… 

– 

A cóż my tu mamy? – rzekł nieznajomy, wchodząc spokojnym krokiem w zaułek. 

Ciemności skryły go niemal zupełnie, a uliczne światło latarni, która znajdowała się za 

nim, sprawiało, że nie sposób było go rozpoznać. 

– Czego tu, kurwa? – Sp

lunął na ziemię herszt bandy. – Nie widzi, żeśmy zajęci?! 

– Widzi – 

odrzekł, nie zwalniając kroku. – Dlatego idzie. 

background image

– To niech lepiej idzie w pizdu! – 

Herszt wystąpił kilka kroków. – Bo może skończyć jak 

ten tutaj. Nie wpieprzaj się w nie swój interes, bo możesz zaraz swój interes stracić. Jasne?! 

Odpowiedziała mu tylko cisza, wśród której rozchodził się chrzęst metalowej zbroi. 
Chrupot  kości  miażdżonej  twarzy  i  jęk  umierającego  bandyty  otrzeźwiły  pozostałych. 

Hersztowi szczęka wbiła się w mózg, a upadając na ziemię, mężczyzna  zdążył ostro zmoczyć 
gacie.  Bandyci  natychmiast  odskoczyli  od  swej  ofiary  i  obrócili  się  ku  nowemu 
niebezpieczeństwu. 

Lecąca  ze  świstem  drewniana  pała  poszła  w  drzazgi,  gdy  nieznajomy  zablokował 

spadający  cios  opancerzonym  ramieniem.  Kontratak  łokciem  oderwał  nos  atakującego, 
otwierając  w  środku  jego  twarzy  tryskającą  krwią  dziurę.  Ten  padł,  wyjąc  i  bryzgając 

strumieniem posoki na prawo i lewo. 

– 

Na bogów, kim ty jesteś?! – wyryczał jeden z próbujących ucieczki bandziorów. 

–  Sprawiedliw

ością – odrzekł nieznajomy  rycerz, gdy jego ręka zaciskała się na  gardle 

trzeciego bandziora, miażdżąc mu z chrupotem krtań. 

– 

Litości  –  ryknął  ostatni  żyjący  łobuz.  –  Litości,  panieee!  –  Nie  przestał  się  jednak 

rozglądać, jak by tu czmychnąć ze ślepego zaułka albo wpakować znienacka rycerzowi kosę pod 
żebro. 

– 

A  czy  ty  posłuchałbyś  takich  próśb?  Gdyby  ten,  nad  którym  się  pastwiliście,  je 

wygłaszał? Gdyby tak jak ty wzywał wszystkich bogów na pomoc? Posłuchałbyś? 

Czując nieuchronny koniec, niegodziwiec wpadł w furię i chwytając zatknięty za pasem 

nóż, natarł na stojącego w ciemnościach rycerza. Czuł zbliżającą się śmierć i postawił wszystko 
na jedną kartę. Nie czekał na nią długo… 

– 

Jak się zwiesz? – spytał rycerz, podnosząc silnym ramieniem pobitego orka. 

– Hadrius – 

zasyczał, czując ból w całym ciele. – Komu dziękować? 

–  Crus-

Haddorowi. To jego oczy widziały nieprawość, której ofiarą padłeś, i jego wola 

mnie tu przywiodła. 

– 

Aaa, ale jak cię zwą, panie? – wykrztusił uratowany, chwytając się za puchnącą nogę, 

na której nie mógł ustać. 

– Atarkis – 

odrzekł rycerz. – Atarkis Stormbringer. 

– 

Dzięki ci zatem, panie. Zginąłbym, gdyby nie ty. 

background image

–  Gdyby nie wola Crus-Haddora  – 

przypomniał  mu  łagodnie  rycerz.  –  Ja  byłem  tylko 

ucieleśnieniem tej woli. Ale cieszę się, że Pan pozwolił mi ciebie ocalić i wymierzyć karę tym, 
którzy na nią zasłużyli. 

– 

Strasznie  mnie  stłukli  –  wysyczał  przez  zęby  Hadrius.  –  Nie  wiem,  czy  dam  radę 

dowlec się do domu. 

Atarkis dotknął jego piersi okutą w stal dłonią i zaczął recytować cichą, pełną oddania 

modlitwę.  Hadrius  poczuł  ciepło  i  mrowienie,  a  gdy  spod  przymkniętych  powiek  paladyna 
rozbłysło złote światło, korsarz wydał okrzyk zdumienia. Ból minął, podobnie jak wszelkie ślady 

pobicia. 

– 

Dziękuj Jedynemu Sprawiedliwemu – rzekł uśmiechnięty paladyn. – Dziś zdecydował, 

że  wyjdziesz  z  tego  bez  szwanku.  –  Poklepał  Hadriusa  po  ozdrowiałych  plecach,  po  czym 
wcisnął mu w dłonie sakiewkę, którą zdążyli odebrać mu złodzieje. 

Oniemiały ork patrzył, jak jego wybawiciel oddala się, znikając powoli za rogiem. Gdy 

księżyc osrebrzył jego włosy i paladyński pancerz, Hadrius mógłby przysiąc, że jego sylwetka 
rzuciła na uliczny bruk cień skrzydlatej postaci… 

Atarkisa od Kryształowego Pucharu dzieliły jeszcze dobre dwie przecznice, a już do jego 

uszu doch

odziły  dźwięki  charakterystyczne  dla  szampańskiej  zabawy.  W  duchu  modlił  się,  by 

zdążyć  tam  przed  bratem  i  bratową,  wstyd  byłby  się  bowiem  spóźnić.  Tak  bardzo  chciał  ich 
osobiście przywitać. 

Stare,  dębowe  wrota  otworzyli  przed  nim  wieczorowo  ubrani  ochroniarze o posturach 

gladiatorów.  Wnętrze  prezentowało  się  naprawdę  imponująco.  Szynkwas,  zwany  tutaj  barem, 
lśnił  wypolerowanym  drewnem  o  ciepłej  orzechowej  barwie  i  wlewał  się,  niczym  łza,  w  głąb 
karczmianej sali. Za ladą, wśród kryształowych dodatków, uśmiechały się półelfie piękności, a 
niewielkie, błyszczące i wypolerowane stoliki ozdobiono świeżymi kwiatami. Goście siadali tu 
jak  w  amfiteatrze,  mając  dzięki  temu  widok  na  całą  ozdobioną  szlachetnymi  marmurami  salę. 
Prywatne loże nurzały się w zapachu kadzideł i klimatycznym półmroku, oferując gościom nie 
tylko  najwyższy  w  mieście  standard,  ale  i  niezwykle  cenną  prywatność.  To  tu  na  srebrnych 
półmiskach  wjeżdżały  na  stół  najprzedniejsze  mięsiwa,  a  w  inkrustowanych  kością  słoniową 
dzbanach czy ciętych kryształowych karafkach podawano najszlachetniejsze trunki. 

background image

To  w  jednej  z  tych  lóż,  zwanej  od  obfitych  szkarłatów  i  purpury  „królewską”,  Atarkis 

dostrzegł swoich przyjaciół i towarzyszy. Na szczęście nie było jeszcze Desta i Luny. Gdy ruszył 
w  ich  stronę,  poczuł  coś  dziwnego.  Jakby  niepewność,  która  od  razu  odmalowała  się  na  jego 
obliczu. Przed oczami przemknęły mu dziwne i budzące trwogę obrazy, których doświadczył w 
obecności starego szamana. To przez to narkotyczne zielsko! Stary ork pewnie non stop je ćpa, a 

p

otem gada takie bełkoty. Po kiego on to wąchał?! Był już ledwie kilka kroków od loży,  gdy 

zauważył,  że  w  środku  stoi  jeszcze  ktoś.  Był  to  Kyrian  Neveleth.  Młody  paladyn  nosił  barwy 
Kościoła Crus-Haddora, lecz tym, co wyróżniało jego niecodzienny strój, była czarna róża i tegoż 
samego koloru wstęga przypięta do okutej w stal piersi – symbol złej nowiny. 

Atarkis stanął w wejściu, a twarze zgromadzonych obróciły się ku niemu. Wszyscy byli 

milczący i bladzi. W ich twarzach młody rycerz Kościoła wyczytał smutek i tragedię. 

– 

Co się stało? – zapytał, obawiając się najgorszego. 

–  Bracie Atarkisie – 

zaczął  Kyrian  –  w  domu  twego  brata  wydarzyła  się  straszna 

tragedia… Wszyscy nie żyją. 

Rozpacz zalśniła łzami w oczach młodego rycerza, a do jego mężnego serca wdarła się 

trwoga i bolesne pytanie. 

– Co?! Jak?! Wszyscy…? – 

wykrztusił. 

– 

Luna,  mój  bracie,  i  ich  dziecko…  Okazało  się,  że  była  brzemienna  –  odpowiedział 

Kyrian.  –  To nie wszystko – 

kontynuował.  –  Oddział  gwardii  miejskiej,  który  akurat  była  na 

patrolu, przypłacił interwencję życiem. 

– Gwardia? 

– 

Przybyli tam zaalarmowani pożarem. 

– 

Pożar? – wyjęczał paladyn. – Więc pochłonęła ich pożoga?! Mówże, co się stało! 

–  Nie  – 

odrzekł  Kyrian,  szukając  w  oczach  towarzyszy  jakiegoś  wsparcia.  –  To on to 

uczynił, mój bracie. 

At

arkis ryknął, a jego głos przemienił się w tubalny grzmot. 

– Kto?! – 

ryknął, nachylając się nad oniemiałym Kyrianem. – Kto to uczynił?! 

Desturiuss był już niedaleko. Zostawił wierzchowca przed ogrodzeniem i spojrzał na swój 

dom.  W  blasku  gwiazd  wyglądał  naprawdę  urzekająco.  To  tutaj  spędzał  z  Luną  i  swoim 
młodszym bratem najpiękniejsze chwile swego życia, póki wojna i służba Crus-Haddorowi nie 

background image

wygnała go na pogrążone w mrozach i ciemnościach północne rubieże. Teraz wreszcie powrócił 

do domu. Tak dawno tu 

nie był. 

Skierował  swe  kroki  w  stronę  drzwi,  obserwując  ciepłe  światło  migoczące  w  oknach. 

Powąchał  zapach  otaczającej  go  letniej  nocy,  który  tak,  jak  podejrzewał,  był  naprawdę 
urzekający. Cichym, lecz pewnym krokiem podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. 

Krzątanina na piętrze zwróciła jego uwagę, toteż od razu skierował się w tamtą stronę. 

Lata wojny i nawyki noszenia ciężkiego pancerza nie odebrały mu elfiej giętkości i płynności 
ruchów, szedł przeto cicho jak drapieżny kot. Po chwili popchnął półprzymknięte drzwi sypialni i 
jego oczom ukazała się straszliwa scena. Godna boskiego osądu. 

Ogromne łoże z różowo-białym baldachimem otaczały płonące, migotliwe świece. Przez 

otwarte okiennice do środka wpływała ciepła, nocna bryza, a srebrzysty dotyk księżyca spowijał 
niezwykłym blaskiem nadmuchane zasłony i atłasową pościel. 

Piękna Luna, jego druga wielka miłość, nie była jednak sama. Gdy wszedł, leżała na łożu, 

wciągając do siebie za rękę przystojnego elfa, znanego Desturiussowi jako wnuk Mistrza Gildii 

Czarodzi

ei. Gdy zobaczyła swego męża, zamurowało ją, podobnie też jej amanta, który stanął jak 

rażony spojrzeniem bazyliszka. 

Desturiuss  długo  stał  w  milczeniu.  Cóż  było  mówić,  gdy  słowa  okazały  się  zbyteczne, 

szczególnie  teraz,  gdy  jego  wiara  i  godność  toczyła  zawziętą  walkę  z  miłością  i  kodeksem 
każdego prawdziwego rycerza. 

W  końcu  wściekłość  i  rozpacz  wzięły  górę.  Kardynał,  który  latami  mierzył  się  z 

najstraszniejszymi stworami tak tego, jak i innych światów, i wychodził z nich zwycięsko, dziś 
legł pod gruzami swej utraconej miłości. Wracał do domu z wojny, jako zwycięzca wielu bitew, 
lecz ta chwila uczyniła go przegranym. Jakaś siła znów zabawiła się jego kosztem. Gorzki smak 
klęski  w  najważniejszych  zmaganiach  o  własne  szczęście  niósł  w  sobie  okrutną  woń  zdrady, 
czegoś, czego rycerz Crus-Haddora nigdy nie wybacza. 

Powietrze  napełniło  się  gniewem  i  elektrycznym  zapachem  budzącej  się  ze  snu  burzy. 

Desturiuss  dobył  Skrzydło  Anioła  Śmierci  –  swój  ukochany  miecz.  Odrzucił  głowę  w  tył  i, 
rycząc z wściekłości i żalu, wymierzył niebiosom bluźnierczy cios. 

– 

Czym  ci  zawiniłem,  Crus-Haddorze?!  Cóżem  uczynił,  że  odebrałeś  mi  wszystko,  co 

miałem,  i  wszystko,  dla  czego  żyłem!  Zniszczyłeś  moje  szczęście  wiele  lat  temu,  a  gdy 
próbowałem je znów odnaleźć, przypomniałeś mi, że nie mam do tego prawa! Czy za mało Ci 

background image

dałem?!  Swe  serce,  swe  ciało  i  duszę,  walcząc  w  imię  Twoje  na  krańcach  tego  świata  i 
przemierzając  otchłanne  i  piekielne  rubieże.  Czy  tak  mi  się  odwdzięczasz  za  mój  hołd  i 
poświęcenie?! 

Przerażony elfi kochanek, który nie widział świata poza śliczną dupką Luny, teraz pragnął 

tylko  znaleźć  się  jak  najdalej  stąd.  Złapał  swe  szaty  i  chybcikiem  zaczął  wciągać  spodnie, 
sposobiąc się tym samym do wyjścia. Desturiuss tylko spojrzał na niego, a ten z miejsca stracił 
ku temu chęci. Upuścił zwinięte w kołtun odzienie i czekał, wpatrując się w oczy rycerza. Oczy, 
w których właśnie zamieszkała pustka i szaleństwo. 

Cios metalową rękawicą był dla młodego, delikatnego elfa niczym kopnięcie behemota. 

Padł  na  drewniany  stół  z  hukiem,  zamieniając  go  w  drzazgi.  Z  jego  twarzy  została  mokra, 
mięsista miazga, obficie spływająca juchą. 

– 

Podły, samolubny i okrutny Boże! – ryknął rycerz. – Twoja prawda i Twoje nauki to 

wszystko nędzne oszustwo. Karmisz nas kłamstwem, od zarania dziejów czerpiąc siłę do swego 
marnego istnienia z wiary i dewocji naszych braci, a jesteś tylko marną kupą łajna! Służyłem Ci 
wiernie przez blisko trzysta lat! Ale teraz z tym koniec! Od dziś nie jestem Twoim Kardynałem 
Światła, od dziś jestem Twoim największym wrogiem i wiedz, że poczuje, czym jest prawdziwe 
piekło,  każdy,  ktokolwiek  mnie  spotka!  Nie  spocznę,  póki  będzie  żył  choć  jeden  Twój 
wyznawca,  a  gdy  już  ich  zabraknie  i  staniesz  się  tylko  wspomnieniem,  to  ja  prowadzić  będę 
armię, która zapuka do  wrót twojego niebiańskiego domu i zmyje go niczym zamek z piasku. 
Nadszedł Twój koniec! 

Płacz  Luny  nie  wywarł  na  oszalałym  z  rozpaczy  Desturiussie  najmniejszego  wrażenia. 

Beznamiętnym,  metodycznym  ruchem  skręcił  kark  jej  kochanka,  który  jeszcze  żył,  pojękując 
wśród szkieł i resztek strzaskanego stołu. Rycerz odwrócił się ku swojej żonie. 

– 

Błagam  cię!  –  wykrzyczała  przez  łzy.  –  Oszczędź  choć  moje  dziecko!  Desturiussie, 

zaklinam cię! 

Jeśli w sercu Desturiussa pozostały jakieś ludzkie odruchy, to te słowa rozwiały je niczym 

szaleńczy wiatr. 

–  Twoje dziecko… – 

jego głos zabrzmiał, jakby całe piekło przemawiało przez niego. – 

Nie było mnie w domu ledwie kilka lat, a ty, szmato, zdążyłaś już założyć sobie rodzinę?! Gdzie 
się podziały obietnice wiecznej miłości, które mi składałaś? No, gdzie one są?! – Odpowiedział 

mu tylko szloch. 

background image

– 

Żałosne – rzekł. – Trzeba się było nie kurwić. – Dobył swojego miecza i ruszył w stronę 

żony. – Obejrzyjmy tego malucha. 

Zapadał  zmierzch.  Chylące  się  za  horyzont  słońce  rozlewało  swe  złociste  łzy  po 

ciem

niejącym  niebie.  Pasma  lekko  puchatych  chmur  chwytały  je,  łapczywie  rozszczepiając 

strumienie złota w poszczególne pasma. Im głębiej złocisty tytan nurkował za odległymi skałami, 
tym bardziej jego tarcza nabierała barwy krwi, jakby kaleczył się o wystające, skalne zębiska. 
Atarkis wiedział jednak, że było inaczej. Dziś w nocy poleje się krew. To mówiło mu słońce. Był 

gotowy. 

Spiął konia i ruszył stępa w stronę podnóża skał, gdzie czerniło się wejście do niewielkiej 

groty. Niegdyś, za młodu, bawił się tam z Destem i innymi chłopcami w chowanego lub rycerzy i 
złego smoka. Dziś przeczuwał, że tam właśnie spotka swego brata. 

Gdy stanął u progu, wyczuł jego obecność. Był pełen wątpliwości. Jego wiara, kodeks i 

reguła zakonna nakazywały mu, jak ma postąpić, lecz serce stanowiło inaczej. Wszedł jednak do 
środka, znikając w ciemności. 

Desturiuss  stał  w  skalnej  komnacie,  obrócony  tyłem  do  wejścia.  Kilka  pełgających 

jęzorów pochodni dawało tu skromny, lekko mdławy blask. 

– 

Wiedziałem, że przyjdziesz – rzekł po chwili oczekiwania. 

– 

Wiedziałem, że cię tu zastanę – odrzekł młodszy brat. – Desturiussie, co się stało, że 

dopuściłeś  się  tak  strasznych  czynów?  Do  dziś  nie  mogę…  –  przerwał,  gdy  jego  brat  się 
odwrócił, a w jego oczach widać było pulsujące szaleństwo. To nie był już ten sam Desturiuss, 
nie ten sam kardynał Crus-Haddora, pogromca zła i nieprawości. To już nie był jego brat. To była 
ciemność. 

–  Na Crus-Haddora!  – 

wyjęczał prawie bezgłośnie Atarkis. – Ciemność zamieszkała w 

tobie! 

–  O tak, mój drogi bracie. Teraz ni

e  jestem  już  sanktuarium  podłego  Boga,  którego 

imienia wzywasz, jakże daremnie. Teraz są ze mną ci, po których przynajmniej wiem, czego się 
spodziewać! 

– 

Ogarnęło  cię  szaleństwo,  ale  są  jeszcze  siły,  które  mogą  ocalić  twą  duszę  przed 

zatraceniem. 

background image

– Co mi p

roponujesz? Poddanie się egzorcyzmom? Sam wybrałem tę drogę, nikt mnie do 

niej nie zmuszał. Poza tym, obaj wiemy, po co tu przyszedłeś. 

– 

Ciąży  na  tobie  krew  niewinnych!  –  krzyknął  wściekle  Atarkis.  –  Luna, Alestres, 

nienarodzone niemowlę, które wydarłeś z jej łona i przykułeś do drzwi, pozwalając mu się palić! 
Istnienia gwardzistów, które bezprawnie im odebrałeś! 

– 

Niewinnych?!  Wciąż  jest  w  tobie  tyle  wiary  w  słuszność  tychże  osądów  i  własnego 

postępowania. – Desturiuss zamyślił się, spuszczając głowę. – Wiedz tylko, że On mnie opuścił. 

Twój wielki Crus-

Haddor,  niegdyś  i  mój  Bóg,  zakpił  sobie  ze  mnie  i  mego  poświęcenia, 

odbierając  mi  wszystko,  co  kiedykolwiek  miałem.  Czyż  to  nie  wymaga  sprawiedliwości?  A 
bestialstwo,  którym  śmiesz  mnie  piętnować,  nie  różni  się  chyba  zbyt  wiele  od  tego,  czego  ty 
dokonujesz w imieniu wiary, czyż nie, krzyżowcu? Wygodnie jest mordować w imię prawa, nie 
sądzisz?  Na  wojnie  odbieramy  setki  istnień,  a  w  zamian  za  to  nagradzają  nas  tytułami, 
godnościami i nieśmiertelną sławą, gdy jednak uczynimy to na własnym podwórku, stajemy się 
mordercami godnymi potępienia. 

– 

Widzę, że już nawet mówisz jak diabeł – wysyczał Atarkis. 

– 

Sam kiedyś rzekłem tak do kogoś. Dawno temu. Nie rozumiałem wtedy, że miał rację. 

Teraz rozumiem. 

–  Czas z tym 

skończyć.  Dziecko  było  niewinne,  podobnie  jak  jedenastu  gwardzistów, 

których zamordowałeś! 

– Ofiary wojny. – 

Desturiuss machnął ręką. – Nie pierwsze i nie ostatnie. 

– 

Nie będzie żadnej wojny, czas twoich okrucieństw i twego szaleństwa kończy się tutaj! 

I w

iedz, że czynię to, by oswobodzić twą nieśmiertelną duszę z okowów zepsucia, jakiemu uległ 

twój słabowity umysł! 

Desturiuss dobył miecza i błyskawicznie runął na brata. Zaskoczony Atarkis w ostatniej 

chwili uniknął dekapitacji. Potężne miecze skrzyżowały się na chwilę, sypiąc garściami iskier. 

– 

Kiedy patrzę na ciebie, Atarkisie, widzę samego siebie sprzed wielu, wielu lat. 

– 

Zatem musiało to być bardzo dawno, bo dla mnie dziś umarłeś! 

– 

Fanatyczny. Bezkrytyczny. Lojalny. Jak ja. Ale pamiętaj. – Desturiuss zaczął obchodzić 

brata, szykując się do kolejnego ciosu. – Zakon jest dobry, póki niczego nie masz, bo wtedy nie 
sposób ci czegokolwiek zabrać. Ale poczekaj, aż coś osiągniesz, aż znajdziesz w swoim sercu 
miejsce dla własnego prywatnego szczęścia. 

background image

– Nie zw

iedziesz mnie swoim jadem. To nie ty przemawiasz, to zło! 

– 

Światłość jest zazdrosna i zdepcze twoje szczęście, obróci marzenia w gruzy i zostawi z 

niczym, tylko po to, by przekornie sprawdzić, czy jest dla ciebie najważniejsza! 

Desturiuss zaatakował z szybkością błyskawicy. Ciął w szyję i lewy bark. Atarkis zawył, 

gdy uderzenie wygięło naramiennik, obijając mu ramię. Ledwie pół palca i młody paladyn byłby 
już  bez  głowy.  Jednak  Desturiuss  nie  zamierzał  go  zabić.  Dziesiątki  lat  walki  nauczyły  go 

idealnie wyp

rowadzać atak. Jeśli nie trafił, to po prostu dlatego, że nie chciał. 

Sprytnie i niezwykle sugestywnie zamarkował kolejny śmiercionośny cios, by przekonać 

Atarkisa  do  prawdziwej  walki.  Ten  nie  czekał  długo.  Gdy  niemal  cudem  sparował  podstępne 
niskie  cięcie  swego  brata,  wyprowadził  kontratak.  Potężne  pchnięcie  Egzekutora  –  jego 

ukochanego miecza – 

przeszyło Desturiussa na wylot. 

Starszy brat wypuścił broń, która z głuchym brzękiem upadła na podłogę. Kilkukrotnie 

szarpnął nim przedśmiertny dreszcz. Z ust popłynął strumień ciepłego szkarłatu. 

– 

Dziękuję  ci  –  wyszeptał.  –  Szukałem  tego  od  dziesiątek  lat  na  krańcach  wszystkich 

światów. Nie spodziewałem się, że znajdę to w domu… 

– Wybacz mi, Desturiussie. – 

Łzy popłynęły paladynowi po policzkach. – Kocham cię. – 

C

hwycił dłoń umierającego brata. – Powiedz, co mam teraz zrobić? 

– 

Pamiętasz  stary  dąb,  nieopodal  młynów  wioski  Tarur?  Gdzie  pomieszkiwała  nasza 

babka?  – 

zakrztusił się. Atarkis tylko skinął głową. – To dobre miejsce dla mnie – powiedział 

umierający  rycerz.  –  Przegrałem,  Atarkisie,  przegrałem  wszystko,  co  w  życiu  nas,  istot 
śmiertelnych, jest najważniejsze. Weź zatem moją radę do serca, ostatnią radę, jaką mogę ci dać, 
nim odejdę. 

– 

Daję  ci  me  słowo  honoru,  że  twoja  wola  stanie  się  światłem  prowadzącym  mnie  w 

ciemności.  –  Atarkis  położył  umierającego  brata  i  ukląkł  przy  nim.  Czuł,  jak  z  każda  chwilą 
uchodzi z niego życie i widząc to, nie mógł powstrzymać się od łez. 

– 

Jeśli choć raz zboczysz ze swej ścieżki, sumienie zniszczy twoją duszę. Co noc będzie 

smagać twoje myśli pokutą ukręconą ze wspomnień i wyrzutów, aż zostanie z ciebie wrak, który 
pragnąć  będzie  już  tylko  śmierci.  Nasza  wiara  to  jedyne,  co  mamy  w  tym  naszym  szarym  i 
samotnym życiu. – Desturiuss ścisnął dłoń Atarkisa i wydał ostatnie tchnienie. 

background image

B

yła  jeszcze  wczesna  pora,  jednak  nadchodząca  jesień  zrobiła  swoje,  czyniąc  każde 

popołudnie nieco mrocznym i pozbawionym słońca. Wiele z liści okolicznych drzew zabarwiło 
się na złoto-czerwony kolor, oczekując silniejszych wiatrów, by móc niczym ptaki zerwać się do 
lotu. Grzmiało, a niebo poczęło zasnuwać się smugami ciężkich, oleistych chmur, spod których 
przebłyskiwały świetliste pioruny. 

Atarkis stał nad niewielkim, acz schludnym grobem, który sam wykopał tuż pod starym, 

rozłożystym dębem. W listowiu świergotały ptaki, a w powietrzu unosił się zapach nadchodzącej 
ulewy.  Rozpędzony  wiatr  przygnał  tu  z  równin  pierwsze  kropelki  deszczu,  które  zadzwoniły 
zimnem o pancerz paladyna. Stalowa rękawica ściskała naręcze świeżych, polnych kwiatów. 

Dziesiątki lat przyniosły Atarkisowi masę zmarszczek i bitewnych ran, a także utwardziły 

jego ciało i ducha na stal. Jednak tu, każdego roku, w ten jeden jedyny dzień, Kardynał Crus-
Haddora  i  zarazem  Wielki  Mistrz  Zakonu  Aniołów  i  Miecza,  Atarkis  Stormbringer,  nie  mógł 

pows

trzymać cisnących się do oczu łez. 

– 

Panie, Ręko Boga. – Valyghar w randze Infułata pokłonił się przed swym dowódcą. – 

Musimy już ruszać – rzekł cicho, nie chcąc przerywać chwili prywatności. 

Atarkis skinął mu lekko, obracając głowę, po czym wrócił do swoich myśli. Przyklęknął, 

składając kwiaty na kamiennym grobie, i ucałował jego zimną, szorstką fakturę. 

– Dla ciebie – 

wyszeptał. – Zawsze lubiłeś polne kwiaty. 

Poczet prezentował się imponująco. Kilkunastu rycerzy w złocie i gwiezdnych błękitach 

dosiadło  gryfonów  najczystszej  krwi.  Tarcze,  proporce  na  lancach  i  gryfonie  czapraki  z  dumą 
nosiły symbole wiary Crus-Haddora. Jedynego Sprawiedliwego Boga. 

– 

Jakie wieści? – spytał Atarkis. 

– 

Najechali  od  północnego  wschodu  królestwo  orków,  Onagharię  –  odrzekł  Kyrian.  – 

Zwiadowcy donoszą, że dowodzi nimi jedna istota. Najprawdopodobniej ten sam, który obrócił w 
perzynę księstewko Mythrarii i tamtejszy zakon rycerzy Białego Smoka. 

– 

Zabójca  Aniołów?  –  spytał  w  powietrze  kardynał.  Odpowiedziało  mu  przytakujące 

milczenie. – 

Za każdym razem, gdy o nim słyszę, mam wrażenie, jakbym gdzieś już widział te 

metody. 

– 

Doskonale dedukujesz jego posunięcia taktyczne, panie – rzekł Valyghar. – To daje nam 

ogromną przewagę. 

background image

– Do czasu – 

odrzekł zamyślony Atarkis. – Być może spotkaliśmy go już kiedyś i wiemy, 

jak postąpi, lub też po prostu mamy szczęście. 

– 

Ty,  Ręko  Boga,  nie  my.  To  na  pewno  łaska  naszego  Pana.  Za  jej  przyczyną  znasz 

posunięcia naszego wroga. – Kyrian pochylił głowę w hołdzie. 

– 

Nie różnię się niczym od was – odparł paladyn. – Jestem rycerzem, tak jak wy. Pyłkiem 

na wietrze Jego woli. Kto wie, dokąd nas to zaniesie… – zamyślił się. 

Po chwili, wskoczył na grzbiet perlistego gryfona. 

– Ruszajmy – 

rzekł. – Do stolicy, bo zmokniemy jak kury! 

Pierzaste skrzydła z furkotem poderwały się do lotu, niosąc na swym grzbiecie zakutych 

w  stal  rycerzy  światła.  Po  chwili  spadła  ulewa,  topiąc  w  szumie  odgłosy  tętniącej  życiem 

przyrody. 

Na  wzgórzu  nieopodal  zza  masywnego  głazu  wyłoniła  się  postać.  Desturiuss,  choć 

zachował  srebrzystoperłowe  włosy,  w  darze  od  śmierci  otrzymał  grafitową  twarz.  Spośród 
wyostrzonych rysów i wystających kości policzkowych przebijały się lejące upiorny blask oczy, 
całkowicie  pozbawione  tęczówek  i  źrenic.  Czarno-złoty  pancerz  płonął  krwawymi  runami  i 

rytam

i  czaszek,  a  wszystko  wieńczyły  kolcowate  wyrostki,  zdobiące  zbroję  na  ramionach, 

kolanach  i  łokciach.  Te  tak  zwane  „ozdoby”  potrafiłyby  obedrzeć  ze  skóry  behemota,  a  co 
dopiero człowieka. Spomiędzy płyt pancerza nieustannie wypływał czarny dym, niosący w sobie 
odrobinę popiołu. Ów całun otaczał rycerza ciemności mrocznym, sypkim woalem, który niósł ze 
sobą śmierć dla każdego życia, jakie tylko napotkał. Wkoło Desturiussa zwiędła trawa i wyschły 
wszystkie kwiaty, a przelatujący obok ptak padł na ziemię martwy. 

Co rok kardynał Atarkis przybywał tu na grób swojego brata i co rok jego nieumarły brat 

Desturiuss pojawiał się tu także, by z oddali, skryty tajemnicą, obserwować to, co niegdyś było 
jego życiem. 

Desturiuss  uśmiechnął  się,  obnażając  diabelskie  kły.  Śmierć  jest  dobra  –  odziera 

człowieka  ze  złudzeń.  Daje  władzę  bez  cienia  wątpliwości  i  pozwala  czynić  swą  wolę  bez 
poczucia winy. Śmierć jest słodka – to życie bywa często zbyt gorzkie. Śmierć zrywa kajdany 
konwenansów  i  pozwala  bez  wyrzutów  sumienia  robić  wszystko  to,  co  za  życia  było 
niedozwolone.  Jednym  słowem  śmierć  daje  wolność,  a  będąc  prawdziwie  wolnym  można 
przecież robić WSZYSTKO. 

background image

Mroczny rycerz wydał z siebie okrutny wrzask, jakby pisk, przeszywając ciszę, która go 

otaczała, dreszczem zbliżającej się śmierci. Z zaległego pod kamieniem cienia odkleił się upiorny 
kształt. Mroczny wierzchowiec miał skórę jak smoła, kopyta z piekielnych ogni i grzywę płonącą 
otchłanną purpurą. Całości rumaka z koszmaru dopełniały kłęby siarkowego dymu, buchającego 

mu z n

ozdrzy, i wyłupione ślepia w oczodołach, w których płonęły błędne ogniki. 

Desturiuss dosiadł Apokalipsy. 

–  No, kochanie. – 

Poklepał piekielnego konia, wskakując na grzbiet. – Czas wracać do 

domu  i  przygotować  armię.  Może  tym  razem,  podczas  topienia  w  nicości  kolejnego  świata, 
spotkam się ze swym bratem oko w oko. I będzie tak, jak kiedyś, za naszych dawnych lat. W 
końcu grunt to rodzina. – Zaniósł się złowieszczym śmiechem. 

*** 

background image

Oko Węża 

Dochodziło  południe.  Złociste,  letnie  słońce  pieściło  ciemnogranatowe  kopuły  i 

śnieżnobiałe wieżyce tętniącego życiem miasta Lal’vellon – stolicy magów. Elficka metropolia 
liczyła  sobie  ponad  pół  miliona  dusz  i  była  rozsławioną  na  wszystkie  strony  świata  kuźnią 
magicznych  talentów.  Odkąd  władzę  sprawowała  elfia  Wielka  Księżna Vheidra Sellaemenor, 
księstwo  El’vellal  przeżywało  złoty  wiek  swego  rozkwitu.  Zajmujące  niewielką  powierzchnię 
księstewko  graniczyło  od  południa  z  sułtanatem  Indaharii,  od  północy  zaś  dysponowało 
dostępem do morza Błękitnych Sylfów, co w połączeniu z licznymi wyspami rozsianymi wśród 
ciepłych  wód  podzwrotnikowego  archipelagu  uczyniły  z  małego  elfickiego  państewka  potęgę 
handlową  i  żeglarską.  Znane  i  podziwiane  wyroby  elfich  artystów  osiągały  zawrotne  ceny  na 
targach  w  różnych  częściach  świata,  a  ich  niezwykle  bogata  kultura  roztaczała  coraz  szersze 
kręgi i przyciągała w swe granice wszelkie istoty kochające piękno. 

Lal’vellon  zbudowano  w  większości  z  białego  kamienia  i  różnych  gatunków  marmuru, 

przy zachowaniu dominacji barw stonowanych i pastelowych. Róż, błękit, seledyn i turkus stały 
się więc  wizytówką tego niezwykłego miasta i  podobnie jak delikatna  domieszka szkarłatów i 
purpury,  mieszały  się  z  wonnymi  olejkami,  szlachetnością  noszonych  ozdób  i  perlistym 
śmiechem tutejszych piękności. Nic dziwnego, że każdy kochał to miejsce. 

Kilkadziesiąt  lat  temu  arcymag  Vesper  Sarrakin  przeprowadził  się  tu  w  poszukiwaniu 

łagodniej  odmiany  od  ostrego  pustynnego  klimatu  południa  i  niewiele  trzeba  było  czasu,  by 
stolica  elfów  zawładnęła  jego  sercem.  Wkrótce  przeniósł  tu  też  swe  alchemiczne  laboratoria  i 
rozpoczął studia nad siłami transmutacji i przywołań. Wraz z grupą zaprzyjaźnionych czarodziei, 
iluzjonistów  i  alchemików  założył  w  centrum  Akademię  Prawdziwej  Magii,  gdzie  pod 
patronatem samej księżnej studenci z różnych stron świata zjeżdżali, by pobierać nauki i kształcić 
swe umysły pod okiem największych mistrzów. Jego apetyt na tutejsze przysmaki i dobrą zabawę 
przejawiał się również w innym wymiarze. Karczma Pod Szmaragdową Kobrą była w mieście 

elfów synonimem elegan

cji i wysublimowanego luksusu. Mistrz zakupił ją jakiś  czas temu od 

lokalnego  kupca,  a  dzięki  wysiłkom  tutejszych  artystów  i  dekoratorów  niemal  całkowicie  ją 
przebudował,  tworząc  tryskającą  przepychem  enklawę  dla  tych,  którzy  nigdy  nie  liczyli  się  z 

wydawanym groszem. 

background image

Południowa brama, zwana na cześć tytana słońca Łukiem Solarisa, była monumentalnym 

łukiem  triumfalnym,  wykutym  w  seledynowym  marmurze.  Pięcioprzęsłowa,  arkadowa 
konstrukcja  wspierała  się  na  zdobnych  w  antyczne  motywy  impostach,  zaś  liczne,  anielskie w 
swym charakterze reliefy wyszły spod dłut tak genialnych w swym fachu mistrzów, iż każdego 
patrzącego potrafiły wprawić w osłupienie, sprawiając wrażenie żywych. Ze wznoszącej się na 
ponad dwadzieścia kijów bramy na wkraczających do miasta spoglądała połyskująca od zdobień 
attyka. A tuż za bramą, pośrodku rozległej brukowanej drogi, stała dumna i posępna kwadryga 
wraz z dostojną sylwetką księcia  Lunariona „Strażnika Niebios”, pierwszego elfiego paladyna, 
który  zginął  w  legendarnym  boju  na  pustkowiach  u  progu  otchłani,  powstrzymując  inwazję 
władcy demonów na zewnętrzny świat. 

Delikatne promienie wschodzącego słońca muskały ukrytą częściowo pod habitem twarz, 

gdy dnia dziewiątego miesiąca Ibn-shahaari, roku siedem tysięcy osiemset trzydziestego piątego, 
Mogador Allantre przekroczył bramę Solarisa, tytana słońca. 

Na  placu  targowym,  w  dzielnicy  kupieckiej,  panował  umiarkowany  ruch.  Ogromna, 

marmurowa  fontanna  Myrmeid  tryskała  dziesiątkami  prężnych  strumieni  i  wilgotnych  perełek, 
wpadając z orzeźwiającym pluskiem do wężowych wyżłobień, zasilających kryształowo-błękitny 
wodny zegar, poświęcony smoczemu bogu mórz i oceanów, Levenarnnowi. 

Woda  szemrała,  odbijając  refleksy  słonecznej  pieszczoty  w  kawalkadzie  oślepiających 

błysków.  Rozpylona  mgiełka  niosła  ze  sobą  orzeźwiający  chłód  i  wytchnienie  od  słonecznego 
żaru, lejącego się obficie z niebieskiego firmamentu. Taugador „Tarcza  Imperium” siedział na 
kamiennym  murku,  tonąc  w  zadumie,  i  leniwym  ruchem  ręki  raczył  się  garściami  mięsistych, 

suszonych morelek. D

elikatne,  gładkie  rysy  twarzy,  odziedziczone  po  matce,  przydawały  mu 

niemal  dziewczęcej  urody.  Cała  reszta  jednak  była  już  dziedzictwem  krwi  ojca,  księcia 
pustynnych  barbarzyńskich  plemion.  Grube,  lśniące  kruczą  czernią  włosy  nosił  zaczesane  do 
tyłu,  gdzie  spinał  je  w  schludną  i  zadbaną  kitkę.  Ogromne  barki  i  ramiona  zmieniały  jego 
sylwetkę  w  trójkąt,  a  rozrośnięte  mięśnie  pleców  i  ud  świadczyły  o  sile  dzikiego  tura.  Jako 
dziecko, oddany pod opiekę przyjaciela ojca, antycznego orka z rodu Khor, Hasgurna Margotha, 
młodziutki  Taugador  całe  dnie  spędzał  na  bieganiu  po  lesie,  podnoszeniu  ciężkich  kamieni  i 
rąbaniu  drwa,  nawet  gdy  nie  było  wcale  takiej  potrzeby.  Stary  ork  wpychał  w  młodzieńca 
obłędne  ilości  mięsa  i  owoców,  zmuszając  go  co  dzień  do  pokonywania  granic swych 

background image

możliwości.  Gdy  ten  osiągnął  piętnaście  lat,  stary  barbarzyńca  uznał,  że  nadszedł  czas  nauki 
walki. Treningi siłowe i wytrzymałościowe stały się więc rozgrzewką przed batalią walki wręcz, 
na  noże,  dwuręcznym  mieczem  i  oczywiście  toporem,  wśród  których  Taugador  osiągnął 
niedoścignione  mistrzostwo.  W  wieku  dwudziestu  dziewięciu  lat  potrafił  doskonale  władać 
każdym  rodzajem  siekier,  toporów  księżycowych,  berdyszy,  ogromnych  toporów  kolistych  i 
rzecz jasna obusiecznych, z czego te ostatnie stanowiły jego ulubiony oręż. Posiadał siłę kilku 
dorosłych  mężczyzn  i  wytrzymałość  dzikiego  zwierza,  tak  na  ból  i  głód,  jak  i  na  wszelkie 
niespodzianki, jakie mógł płatać nieznośny i kapryśny klimat. Przypłacił to jednak niewielkim 

wzrostem, bolesnymi stawami i apet

ytem,  przez  który  zdolny  był  pochłonąć  tyle,  co  dorosły 

tygrys.  Ta  ostatnia  przypadłość  wydatnie  wpływała  na  jego  sakiewkę,  toteż  rola  świetnie 
opłacanego  najemnika  prędzej  czy  później  stała  się  koniecznością  na  drodze  do  własnego 
utrzymania. Mając trzydzieści siedem lat był już po wieloletniej służbie w szeregach imperialnej 
gwardii  samego  najjaśniejszego  Leandera  Voltara  Saladrexa,  która  przyniosła  mu  zasłużone 
przywileje, ordery, a także nieśmiertelną sławę, która po dziś dzień objawiała się tym, iż chociaż 
odszedł ze służby, w każdym imperialnym mieście słowo Taugadora, zwanego Tarczą Imperium, 
wciąż było prawem, a do jego zdania przychylały się tak posterunki gwardii i ich dowódcy, jak i 
sędziowie i kaci całego imperium. 

– 

Znowu czymś się gryziesz? – zapytał tubalny głos przyjaciela. Taugador tylko kwaśno 

się skrzywił, machając białą, skórzaną rękawicą, jakby odganiał się od much. 

– 

Nie  frasuj  się,  praca  jak  każda  inna  –  kontynuował  przyjaciel.  –  Sam  wybrałeś  takie 

życie,  poza  tym  nie  wiadomo,  czy  faktycznie  misja  ma  służyć  jakimś  podłym  celom,  o  jakie 
zwykliśmy posądzać kapłanów Seta. 

–  I kto to mówi? – 

odezwał się wreszcie wojownik. – Rycerz zakonu Białego Smoka o 

tradycji sięgającej starożytnych czasów. 

– 

Być ślepym krzyżowcem jest łatwo – odrzekł rycerz. – Nie trzeba patrzeć bowiem na 

szereg  popełnianych  błędów,  gdyż  wszystko  usprawiedliwia  święta  wiara.  Nasz  zakon  uczył 
myśleć i to na długo przed podjęciem jakichkolwiek działań. 

– 

I to przez te cudowne metody okrzyknięto was heretykami? – Taugador wrzucił do ust 

kolejną morelkę. 

– 

Być  może  –  odpowiedział  jego  przyjaciel  spokojnie.  –  Raczej  uczyniła  to  zazdrość  i 

zawiść, dominująca w zakonach ościennych państw. Zła nie da się wytrzebić, Taugadorze, jest 

background image

bowiem  wszechobecne,  a  poza  tym  dzięki  niemu  istnieje  przecież  kontrast,  tak  potrzebny  do 
odróżniania ziarna od plew i do czynienia dobra. 

– 

Nic dziwnego, że was ścigano. 

– 

Mówisz jak ci otępiali wieloletnią indoktrynacją krzyżowcy Crus-Haddora. 

– 

Dobrze,  że  żaden  nas  nie  słyszy  –  odrzekł  wojownik.  –  Mogłoby  się  okazać,  że  oto 

nadeszła chwila na wypróbowanie topora. – Dziko się uśmiechnął. Taugadorowi zawsze bowiem 
wracał humor, gdy tylko przychodziło komuś przykrochmalić bądź gdy w powietrzu unosił się 
zapach zbliżającej się rzezi. 

Przyjaciel  usiadł  koło  niego.  Olbrzym  wyglądał  niezwykle  imponująco  w  czarno-

złocistym  smoczym  pancerzu.  Mierzył  niemal  trzy  kije  i  ważył  blisko  dwadzieścia  siedem 
głazów. Nadludzka muskulatura i grube, iście smocze kości były wrodzonym darem rasy złotych 

olbrzymów z Czerwon

ych  Pustkowi,  piętrzących  swe  karmazynowe  wzgórza  na  dalekim 

południowym wschodzie. 

Rycerz zdjął hełm, ukazując masywne i lekko toporne rysy wyraźnie elipsoidalnej twarzy 

– 

kolejnej cechy typowej dla jego rasy. Oczywiście, jak u każdego złotego olbrzyma, skórę miał 

w  barwie  mahoniu,  pokrytą  setkami  mieniących  się,  złocistych  drobinek.  I  jak  każdy  złoty 
olbrzym  miał  łysą  głowę,  podobnie  jak  całe  ciało,  które  nie  nosiło  żadnych  śladów 
jakiegokolwiek owłosienia. 

Wielki  Lord  Dardan  Horn,  gdyż  tak  brzmiało  jego  imię,  był  tytularnym  władcą 

zrujnowanej  niedawno  przez  najazd  sił  ciemności  Mythrarii,  niewielkiego,  acz  malowniczego 
państewka,  mieszczącego  się  na  archipelagu  tropikalnych  wysp.  Teraz  żył  jako  najemnik, 
czepiając się strzępów  wspomnień, stojąc wśród zgliszczy swojego świata jako jedyny ocalały 

pomnik dumy i ambicji. 

– Gdzie Seneth? – 

spytał pancerny. 

– 

Nie  wiem, zgubiłem  go  gdzieś w tłumie. – Taugador zmarszczył brwi. – O ile sobie 

dobrze przypominam, było to nieopodal burdelu U Mamy Tessy. 

– Starych nawy

ków nie sposób się pozbyć – westchnął Horn. – Szczególnie tych złych. 

– 

Chcesz  morelkę?  –  spytał  Taugador,  podsuwając  rycerzowi  pod  nos  torebkę  z 

pachnącymi owocami. 

– 

Nieee, dziękuję. Jestem ciekaw tego spotkania, wiesz? 

background image

– 

No, ja także. Czuję w tym jakiś smród, ale spotkać się spotkam. Bądź co bądź ich oferta 

była ciekawa. 

– 

Cóż,  mój  przyjacielu.  –  Rycerz  poklepał  go  protekcjonalnie.  –  Choć  nigdy  nie  byłeś 

jednym z nas

, zawsze widziałem w twoim sercu prawość. Wszakże bliżej ci do nas – rycerzy – 

niż do tych dzikusów z plemienia twojego ojca. 

Wśród gęstniejącej przy kramach ciżby przeciskał się Seneth Ling. Mierzący dwa kije i 

łokieć iluzjonista, obeznany też ze złodziejskim rzemiosłem, nie szczędził wyzwisk i kuksańców 
panoszącemu  się  na  placu  motłochowi.  Choć  nosił  połyskliwą,  czarodziejską  szatę  w  barwie 
srebra  i  konwalii,  to  nie  sposób  było  nie  zauważyć  jego  magicznego  pochodzenia.  Seneth  był 
bowiem kobronem. Jego ciało pokrywały połyskliwe łuski, mieniące się w świetle dnia kolorami 
rdzy i ciemniejącego złota. Większa część ciała należała do humanoida, lecz sama głowa była już 
ogromnym  kapturem  szykującej  się  do  ataku  kobry,  tak  też  i  twarz  Senetha  była  całkowicie 
wężowa. Małe i czarne niczym węgle oczy nie posiadały źrenic ani tęczówek, a wysuwający się 
raz  po  raz  rozdwojony  język  oblizywał  kilkunastocentymetrowe,  jadowe  kły.  Kobrony  były 
uznawane za potomków złych bogów, a konkretnie chodziło tu o pakt Meleghorna i C’aranthli – 
bogini  zdrady,  podstępu  i  wszelakiego  oszustwa.  Wielu  bogów  cichaczem  plotkowało  o 
rzekomym  i  tkliwym  romansie  tych  dwojga,  ale  większość  uważała,  że  nie  było  żadnego 
romansu,  co  najwyżej  jeden  ostry  numerek.  Miało  to  ręce  i  nogi,  bo  raz,  Meleghorn  był 
wiecznym kawalerem i raczej nie nadawał się do związków, a dwa, sama C’aranthla, jak głosiła 
plotka,  miała  więcej  chłopów  między  nogami  niż  niejeden  kucharz  makaronu  w  gębie.  Nic 
poważnego zatem z tego wyjść nie mogło, no, może poza kobronami. Ale to podobno był czysty 

interes. 

Żaden z Kościołów nigdy nie przyznał się publicznie, aby jego bóstwo miało cokolwiek 

wspólnego  z  powstaniem  owej  rasy.  Tak  czy  inaczej,  mało  kto  lubił  kobrona,  a  jeszcze  mniej 
chętnie z nimi podróżowano. Nic dziwnego, kobrony miały niezwykle paskudny charakter, a w 
żyłach płynęło im dążenie do celu po trupach. Jednak gdy tylko chcieli, potrafili być cennymi 
nabytkami.  Ogromy  intelekt,  wrodzona  przebiegłość,  a  do  tego  nadludzka  zwinność  i  refleks 
czyniły z nich idealnych złodziei i zabójców. Jednak kobrony upodobały sobie magiczne kasty, 

gdzie jedynie czarne elfy 

mogły dorównać im wiedzą oraz siłą woli na polu nauki magii i potęgi 

umysłu. 

– 

Przeklęte chłopssstwo. Iść nie sssposób. 

background image

– Mhm – 

mruknął Taugador. – Jak tam było w burdeliku? Zakochałeś się znów w jakiejś 

damie? 

Seneth tylko spiorunował Taugadora wzrokiem. 

– 

Lepiej ssskoncentrujmy się na wieczornym ssspotkaniu. 

– 

Będzie tak, jak nam zapisane – rzekł rycerz, wstając. – Czas na mnie, mam jeszcze do 

zrobienia kilka rzeczy, nim będę gotów na wieczór. Spotkajmy się przed ósmą Pod Gryfonem. 

Wyruszymy razem. 

Skinął głową towarzyszom i zniknął w jednej z przyległych ulic. 

– Fatalisssta – 

wysyczał Seneth. 

Wieczór  zapadał  nad  miastem,  biorąc  w  ramiona  tętniące  życiem  ulice.  Na  dzielnicy 

Świątyń  królowała  cisza  i  urzekający  spokój.  Gęsty  zapach  kadzidła  i  licznych  wonności 
rozpędzał  smagający  gorącem  południowy  wiatr.  Na  granacie  nocnego  firmamentu  zajaśniały 
setki  rozsypanych  diamencików,  a  srebrzysty  półksiężyc  spoglądał  na  maszerujących  ulicą 
towarzyszy wyjątkowo przyjaznym okiem. 

Rycerz na wieczorne spotkanie 

wypolerował  smoczą  zbroję  tak,  że  wyglądała  niczym 

czarne  lustro.  Wdział  też  atłasowy  płaszcz  zdobiony  złotą  nicią  i  ognistymi  perłami, 
wyławianymi  tylko  w  niebezpiecznych  głębinach  Stalowego  Morza.  Taugador  szedł  po  jego 
prawicy  i  jego  strój  również  był  częściowo  paradny.  Adamandytowy  pancerz  miał  ozdobne 
wstawki kolcze i łuskowe, wykonane ze polerowanego srebra. Na ogromnych naramiennikach i 
piersi  iskrzyły  się  dumne  symbole  wiary  w  Infernusa  –  Boga Ognia i Zniszczenia. Taugador 
nigdy nie rozstawał się też ze swym orężem niezależnie od tego, jak bardzo miałby tym kogoś 
urazić. Wykuty właśnie wolą boga Infernusa obusieczny topór, zwany Cięciem Azaghala, odbijał 
księżycową poświatę starożytną stalą i setkami runicznych znaków. Podarowany niegdyś królowi 

czer

wonych krasnoludów do walki z demonicznym pomiotem otchłani, stanowił straszliwą broń. 

Jednak  nosił  w  sobie  okrutną  skazę.  Jeden  z  synów  Infernusa,  co  to  zadłużył  się  w  jakiejś 
otchłannej dziwce, na wieść o tym, co planuje tatuś, postanowił działać, a jako że bardzo lubił 
wykręcać figle i psikusy, skalał oręż straszliwą klątwą czasu i rozkładu. Oczywiście po kryjomu, 

cichaczem i w wielkiej tajemnicy. 

Ktokolwiek władał toporem, mógł czuć się bezpieczny, póki nie wezwał potęgi broni do 

wykonania specjalnego a

taku, zwanego właśnie Cięciem Azaghala. A po to była ta moc, żeby jej 

background image

używać,  bo  nie  dość,  że  dawała  niezwykle  widowiskowe  efekty,  to  jeszcze  była  bardzo 
efektywna.  Przecinała  mianowicie  dorosłe  smoki  na  pół.  Każde  wezwanie  tej  uśpionej  potęgi 
mogło jednak obrócić właściciela w proch, postarzając go nagle o tysiąc lat. Czy tak się miało 
stać, czy nie, zależało tylko od kapryśnego losu. W ten właśnie sposób zginął król czerwonych 
krasnoludów w swojej pierwszej potyczce z siłami ciemności na Krwawych Polach, ponad trzy 
tysiące  lat  temu.  Taugador  wiedział  o  tym  i  kompletnie  nie  przywiązywał  do  tego  wagi. 
Wojownik miał wiele rzeczy totalnie w dupie. 

Za  chłopakami  ostrożnie  kroczył  Seneth  Ling,  odziany  na  ten  wieczór  w  wytworną, 

świetlistą  szatę  o  rozłożystym,  szerokim  granatowym  kołnierzu,  którego  wnętrze  ozdobiono 
setkami migotliwych drobinek. Cały strój sprawiał więc wrażenie, jakby skrzył się rozsypanymi 

gwiazdami. 

– To tutaj – 

rzekł Horn. – Jesteśmy na miejscu. 

Willa prezentowała się naprawdę okazale. Miała ogromny, tonący w zieleni i kolorowych 

krzewach  ogród  z  ćwierkającym  ptactwem  i  brukowane  uliczki,  które  wiodły  wśród  tuj  i 
porozstawianych latarni o zdobnych, rzeźbionych kloszach. Gdzieniegdzie szemrały marmurowe 
fontanny,  zasilane  kolorową  wodą,  a  oplatające  ściany  altanki  orchidee  i  dzikie  róże  nasycały 
ciepłe, wieczorne powietrze niezwykłymi zapachami. 

Mogador Allantre powitał gości grzecznie i elegancko, po czym zaprowadził wszystkich 

do  altanki,  gdzie  w  blasku  wąskich,  acz  wysokich  świec  ustawiono  duży,  hebanowy  stół.  Na 
klaśnięcie dłoni właściciela pojawiły się urzekająco piękne elfie służki, przynosząc na zdobnych 
półmiskach różnorakie przysmaki i dzbany przedniego wina. Po chwili, gdy stół mienił się już 
barwami  najróżniejszych  potraw,  a  w  kryształowe  puchary  wpłynęło  chłodne  różowe  wino, 
Mogador nonszalanckim gestem odprawił służbę i położył na stół talizman Wężowego Oka, jako 
insygnium swej inkwizytorskiej władzy. 

– 

Dziękuję  wam  raz  jeszcze  za  przybycie  –  rzekł.  –  Moje  imię  nie  musiało  wam  zbyt 

wie

le  mówić,  jednak  ów  talizman  już  powinien.  Jestem  Najwyższym  Inkwizytorem  Kościoła 

Seta  i  jak  się  zapewne  domyślacie,  nie  spotykamy  się  tu  dziś  wieczór  jedynie  w  celach 

towarzyskich. – 

Gdy skinęli głowami, kontynuował. – Nasz Kościół pilnie poszukuje skradzionej 

niedawno  relikwii.  Jako  że  kradzieży  dokonano  w  niezwykle  precyzyjny  i,  co  z  przykrością 
stwierdzam, skuteczny sposób, Kościół mniema, iż stoją za tym pokaźne siły. Ujawnienie faktu 
utraty  jednej  z  najcenniejszych  relikwii  naszej  wiary  byłoby  dla  wiernych i dla nas samych 

background image

ogromnym  ciosem,  toteż  zdecydowaliśmy  się  działać  błyskawicznie,  skutecznie  i  w  ścisłej 
tajemnicy. Ta tajemnica obowiązuje także i was. Nawet jeśli nie zgodzilibyście się podjąć tegoż 

zadania. 

–  Rozumiemy  – 

odrzekł  Horn.  –  Masz  słowo  nas  trzech,  że  nic,  co  tu  usłyszymy,  nie 

wydostanie się poza ten krąg. – Pozostali przytaknęli. 

– 

Dobrze  więc  –  powiedział  kapłan.  –  Oto,  jak  wygląda  sprawa.  Z  pomocą  czarów 

najwyższego kręgu magii i kapłańskich objawień udało się nam ustalić, iż Święte Oko Węża, bo 
taką  nazwę  nosi  nasza  relikwia,  zostało  sprowadzone  do  tego  miasta  i  nigdy  go  nie  opuściło. 
Magiczny ślad urywa się w pewien specyficzny i nagły sposób, co oznaczać może, że do ukrycia 
relikwii użyto bardzo selektywnej formy antymagii, która dzięki swemu wybiórczemu działaniu 
nie  może  zostać  zidentyfikowana.  Nasz  Pan  milczy.  Wiemy,  że  tą  próbą  wiary  i  wytrwałości 
doświadcza  nas  –  swoje  wierne  sługi  –  toteż  nie  możemy  go  zawieść.  Nie  możemy  też  sami 
zaangażować się w poszukiwania, gdyż to wywołałoby znaczne poruszenie i mogłoby utrudnić 
działania,  z  którymi  łatwo  poradzi  sobie  niewielka  grupa  doświadczonych  poszukiwaczy 
przygód. Wiemy, że relikwia jest tutaj, w mieście. To wystarczy. Pamiętajcie, że zbyt otwarte 
działania  mogłyby  spowodować,  że  natychmiast  by  ją  przeniesiono,  a  tego  oczywiście  nie 

chcemy. 

– 

Streszczając twe słowa, inkwizytorze – zaczął Taugador – mamy szukać igły w stogu 

siana, którą to igłę najprawdopodobniej skradły nieznane siły o ogromnej, przekraczającej waszą 

mocy i do tego 

nikt nie może się o tych poszukiwaniach dowiedzieć, a jeśli by się tak stało, to my 

mamy przesrane, bo wy całkowicie umywacie od tego ręce. Czy dobrze cię zrozumiałem? 

– 

Jesteś  niezwykle  bystry,  jak  na  wojownika  o  takiej  przysadzistej  posturze  –  odparł  z 

d

rapieżnym uśmiechem Mogador. – Porozmawiajmy o zapłacie… 

Burdel U Mamy Tessy, podobnie jak karczma Pod Skrzydłami Nietoperza, był miejscem, 

gdzie  można  było  dowiedzieć  się  bardzo  wiele  i  na  każdy  temat,  o  ile  tylko  posiadało  się 
odpowiednie znajomości i pękatą sakiewkę. Seneth był niezmiernie zawiedziony, że wytypowano 
go,  aby  to  właśnie  on  udał  się  Pod  Skrzydła  w  celu  zdobycia  informacji.  Gardłowali  się  z 
Taugadorem  blisko  godzinę,  po  czym  siła  argumentów  wojownika  i  tubalny  głos  rycerza 
zadecydowały o tym, że Seneth jest jedynym, który może niepostrzeżenie wejść do mrocznych 

background image

komnat karczmy, jako że wstęp mieli tam tylko ci o zbrukanych ciemnością duszach i niezwykle 
podłych charakterach. 

– 

Och, Taugadorze, mój ty śliczny misiaczku! Wieki cię u nas nie było, jakże się cieszę! – 

Piskliwy  głos  mamy  Tessy  świdrował  Taugadorowi  w  uszach  i  powodował  mdłości,  jednak 
nagroda, jaka tliła mu się wśród myśli, była bardzo wysoka i wojownik, nawet gdyby chciał, to 
nie mógł się zbyt długo opierać. 

Mama Tessa była półelfką w karłowatej odmianie, bo na obcasie miała ledwo półtora kija, 

a ważyła do tego tyle, co zdrowo utuczony słoń. Spasiona i wzdęta jak balon, kołyszący się na 
dwóch  graślawych  nóżkach,  była  ucieleśnieniem  bajek  o  burdelowych  potworach,  którymi 
przykładne matki z powodzeniem straszyły swoich młodych synów. 

– 

I ja się cieszę, Tesso. Jak zwykle wyglądasz uroczo, czas chyba nie ima się ciebie tak, 

jak reszty kobiet. Gdzie tkwi twoja tajemnica? 

Stara  burdelmama  oblała  się  soczystym  rumieńcem  i  zdecydowanym  gestem  wzięła 

Taugadora pod ramię, prowadząc go do prywatnych apartamentów. 

– 

Zaraz zdradzę ci wszystkie sekrety, ty mój mały misiaczku – szepnęła mu na ucho. – 

No, a wy, dziewczyny, na co się tak patrzycie? Do pracy, do pracy! 

Taugador z trudem przełknął ślinę przez zaciśnięte  gardło,  gdy jego oczom ukazała się 

tonąca  w różach sypialnia z łóżkiem w kształcie ogromnego serca. Już po chwili trzęsący  się, 
galaretowaty  stwór,  który  bardziej  przywodził  na  myśl  ohydny  żywo-śluz  grasujący  w 

zapomnianych podziemiach 

niż  uwodzicielską  kobietę,  wyłonił  się  zza  ozdobnego  parawanu. 

Tessa nosiła bielutki, puchaty biustonosz, na głowie parę króliczych uszu, a stringi odziewające 
jej ogromne dupsko kończyły się małym, bielutkim pomponem. Ten potworny królik, jaki zbliżał 
się  do  wojownika,  miał  też  kontrastujące  z  resztą  ubioru  kozaki  z  ostrogami,  a  w  rękach 
błyszczały stalowe kajdanki i dość spory skórzany pejcz. 

– No mój wojaku… – 

wymruczała. – Słyszałam, że byłeś baaardzo niegrzeczny… 

Taugadora oblał zimny pot. 

Seneth nie 

zabawił zbyt długo Pod Skrzydłami Nietoperza. Tamtejszy karczmarz, gnom 

Mallak von Ekhree, należał do tych, którzy mają krótki i nie rozdwojony język, co oznaczało, że 
nie papla o wszystkim na prawo i lewo i nie gra nigdy na dwa fronty. Choć wiedział wiele, mówił 
mało  i  nie  węszył  wszędzie  interesu,  preferując  ostrożność  i  zaufanie  ponad  wysokie  zyski, 

background image

dlatego żył tak długo i cieszył się powszechnym uznaniem. Pięćdziesiąt złotych monet było sporą 
sumą  za  informacje,  ale  stanowczo  za  małą  za  dyskrecję  i  następujące  po  niej  głębokie 
zapomnienie,  toteż  wspólnie  ustalili  kwotę  stu  pięćdziesięciu  złotych  monet  i  Seneth  uzyskał 
pożądany  cynk.  Tawerna  Czarny  Kruk,  a  konkretniej  jej  stały  bywalec  –  półolbrzym  o 
oberżniętym  lewym  uchu,  znany  wszystkim  tamtejszym  pod  pseudonimem Banan –  miał 
dostarczyć  Senethowi  żądanych  informacji.  Banan  był  znanym  werbownikiem  i  skrzynką 
kontaktową  między  zleceniodawcami  a  półświatkiem  i,  jak  się  po  cichu  mówiło,  dysponował 
szerokimi znajomościami, nawet w gildii Tancerzy Cienia – znanej, choć bardzo hermetycznej 
gildii zabójców i złodziei. 

Czarny  Kruk  był  podłym  wyszynkiem  na  skraju  przedmieść  i  dzielnicy  biedoty, 

zaadaptowanym na tancbudę ze starego magazynu drewna, który spłonął jakieś trzy lata temu. 

Miejscowy szuler i rozrabiaka

, Urgak Twarda Czacha, wykupił sfajczoną ruderę i wyremontował 

ją za niespłacone karciane weksle, którymi to mógł nabijać sobie poduchy. Wkrótce po otwarciu 
lokal zaczął tętnić życiem i przyciągać hołotę najróżniejszej maści. Każdy wieczór był sowicie 

zakr

apiany  kradzionym  bądź  oszukanym  spirytusem  i  okraszany  kaszanką  i  mortadelą,  które 

również pochodziły z podejrzanego źródła. Co noc bito tam kogoś do nieprzytomności. Łamano 
na sobie tak pięści, jak zydle, lub podtapiano na zewnątrz w korytach z wodą dla koni. Nie raz, 
nie dwa zdarzyło się znaleźć zasztyletowaną postać utopioną w wychodku, ale takie sceny nie 
odstraszały  miejscowej  klienteli,  przeciwnie  –  przyciągając  jak  magnes  cały  miejscowy 

margines. 

Wnętrze  sali  uderzało  w  nozdrza  smrodem  potu  i  nieopisaną  duchotą.  Naszpikowane 

świecami kandelabry kopciły starym łojem, oczerniając i tak osmolony już sufit. Seneth siedział 
wraz z kompaniją tutejszych bywalców i co chwila wybuchał głośnym, histerycznym śmiechem, 
wyraźnie  dając  do  zrozumienia,  jak  gustuje  w dowcipach i opowiastkach snutych przez 
tutejszych chłopaków. Po brudnym stole walały się resztki kości i bigosu, który wyglądał jak pies 
zmielony wraz z budą. Nawet Seneth, który był znany z tego, że pożarłby wszystko, odmówił 
chłopakom skorzystania z poczęstunku. 

Banan był wielki, gruby i brzydki jak noc. Tak brzydki, że owo oberżnięte ucho wcale nie 

ujmowało mu urody, trudno bowiem ująć coś, czego nigdy nie było. Oddech Banana zwalał z 
nóg  straszliwym  smrodem.  Przebywanie  w  jego  zasięgu  było  jak  upajanie  się  wyziewami  z 

background image

gnijącego od miesięcy wychodka. Banan wieszał się na szyi Senetha i ochrypniętym od wódki i 
krzyków głosem opowiadał mu niekończące się kawały. 

– 

Ty, wężuś, a słyszałeś to? – Nie czekał nawet na odpowiedź i od razu przechodził do 

rzeczy.  – 

Pewien  stary  ogrodnik  zauważył,  że  nocą  ktoś  podkrada  mu  z  sadu  brzoskwinie. 

Przyjrzał się temu uważnie i ocenił, że każdej nocy ubywa kilka owoców. Zdecydował, że zaczai 
się w nocy i da nauczkę temu złodziejaszkowi, nie? E, ty mnie w ogóle, kurwa, słuchasz, wężuś?! 

– 

ryknął, gdy Seneth rzucił tylko okiem po sali. 

– 

Jassssne. Dawaj, nie mogę się doczekać puenty. 

– 

Że co? Czego? Jakiej kurwa płetwy?! To jest kawał o brzoskwiniach! Nie wymądrzaj 

się, wężuś, i słuchaj! 

– 

Słucham, szefie. 

– O, widzisz, jak 

trzeba, potrafisz mówić do rzeczy. Bo wiesz, ja jestem tu nie byle kto. 

– 

Słyszałem. 

– 

Jak to słyszałeś? Od kogo? Ktoś sobie mną mordę wyciera? Mów mi tu zaraz, wężuś, 

kurwa, kto to! Wtedy inaczej pogadam z tym szczurem, co taki twardy jest! 

– 

Źle mnie zrozumiałeś, szefie – sumitował się Seneth, tracąc już powoli cierpliwość. – 

Chodziło o to, że mówi się o tobie, żeś znaczny ktoś. 

– 

Co?! Jeszcze tego mi brakowało! Że jeden z drugim nie umie mordy na kłódkę trzymać! 

Gwardia mi się może dobrać do dupy, jak tak będzie, i nici z moich interesów. Gadaj, kto i co 

mówi. Raz! 

– 

To jak z tymi brzoskwiniami w końcu było? 

– 

Co?! Aaa, no właśnie, bo mnie tu głupotami zagadujesz, wężuś, i tracę to, no, jak to się 

zwie  – 

zaczął pstrykać palcami – natchnienie. O właśnie, natchnienie. Tak mówimy, jak kogoś 

trzeba przycisnąć mocno, rozumiesz, nie, wężuś? Ciśniemy  go, aż ma natchnienie. – Głupawo 
zarechotał. 

– Brzoskwinie – 

przypomniał się Seneth. 

– 

Aaa właśnie, więc słuchaj i mi już nie przerywaj, bo przestaniemy być kolegami, czaisz 

to, wężuś? No. – Banan podłubał chwilę w nosie, jakby szukał tam resztek zaginionego mózgu. 
Wydłubał jednak tylko wielką, czarną kozę i po chwili namysłu pstryknął nią w głąb sali. – A 
więc, facet czai się w nocy i nagle widzi, jak z krzaków wychyla się ręka i cap-cap brzoskwinie! 

background image

No to on wściekły, skacze w gęste krzaki i chaps złodzieja za fraki. Ale jak złapał, tak złapał, 
tylko, że za jaja. Nie widzi gościa, ale trzyma go za jaja, nie? Nadążasz, wężuś? 

– Jak najbardziej. 

– 

No to słuchaj i nie memłaj tą gębą już, tylko słuchaj. Ogrodnik ściska gościa za jaja i 

mówi  wściekle:  „Gadaj,  kto  jesteś!”.  A  tu  cisza.  No  to  sobie  myśli,  twardziel  z  tego 
złodziejaszka, nie? Ściska jeszcze mocniej: „Gadaj, kto jesteś!”. Znów cisza. Ogrodnik wściekł 
się  nie  na  żarty  i  ścisnął  gościowi  klejnoty  tak  mocno,  że  wyszły  mu  między  palcami  jak 
pasztetowa. „Gadaj, ktoś ty!!!”, ryczy ogrodnik, a tu z krzaków dobiega go cichutki pisk: „Jaś… 
niemowa”. Dobre, nie, wężuś? 

Seneth  buchnął  śmiechem  i  wpadł  pod  stół,  prosto  w  resztki bigosu, który obficie tam 

zalegał. 

– 

Ohohoho, śśświetne! – syczał, puszczając rozdwojony jęzor na prawo i lewo. 

– 

No widzisz, u nas jest miło i wesoło i kultura jest, rozumiesz, nie, wężuś? 

Seneth wygramolił się po chwili spod ławy, strzepnął z siebie reszki podłogowego żarcia, 

po czym zajął honorowe miejsce przy Bananie. 

– 

Jak tam w ogóle się żyje, Banan, dobrze? 

– 

Co, że co? A co ma być, dobrze jest, kurna, nie? 

– 

No tak pytam, wiesz, z troski, bo cię bardzo polubiłem. 

Na te słowa Banan objął go tłustym ramieniem i ucałował prosto w wężowe usta. 

– 

Kocham cię, wężuś, jesteś dla mnie, kurwa, jak brat. – Seneth zaniemówił. 

– 

Nooo ten, dzięki – wykrztusił. – Wiesz, tak sobie pomyślałem, bo wiesz, jestem całkiem 

obrotny gość i pomyślałem, że może masz dla mnie jakąś robotę? 

– 

Co, że ja? Nieee, coś  ty, wężuś, ja nic z tych  rzeczy, jestem uczciwym obywatelem, 

wiesz, żyję w zgodzie z prawem, jestem biznesmenem. Handluję drobiem. – Po chwili klepnął 

Senetha po plecach. – 

No, czas się, zbierać chłopaki – warknął do swoich zbirów. – Spływamy, 

późno już, trza się pierdolnąć w żyto. Znaczy się iść spać. Dobranoc, wężuś. 

–  Yyy, jasne – 

odrzekł Seneth, udając, jaki to jest zaznajomiony z żargonem tutejszego 

elementu. – 

Dobrej nocy, chłopaki. 

Już po chwili Banan i jego czterech oprychów, którzy w każdej baszcie miejskiej gwardii 

mieli  kartotekę  aresztowań  rozmiarów  sporej  biblioteczki,  zniknęli  w  ciemnych  uliczkach 
pogrążonego we śnie miasta. 

background image

Nie  uszli  jednak  daleko.  Okuty  w  stal  patrol  sześciu  gwardzistów  zatrzymał 

p

okrzykujących oprychów. 

– 

A dokąd to tak późno, panie Banan? – spytał elfi porucznik. – Co to, nie wiesz, że nie 

wolno hałasować po nocy? 

– 

A wam co do tego? Nie robimy nic złego. Razem z kolegami-wspólnikami wracamy 

grzecznie do domu, po grzecznej zabawie w przyzwoitej karczmie. 

– A nam do tego – 

odparł porucznik – że niedawno dokonano bardzo zuchwałej kradzieży 

i bardzo chcemy wiedzieć wszystko na ten temat. 

– Ty tu chyba nowy – 

zarechotał Banan, patrząc na swoich pobratymców. – Twój kapitan 

siedzi mi w kieszeni, więc spieprzaj, kundlu, do swoich i naucz się reguł, bo następnym razem 
nie będę taki uprzejmy. 

Gwardziści  równo,  jak  na  jeden  sygnał,  dobyli  szabli,  mierząc  chłodną  stalą  w  szyję 

herszta bandy. Śmiech i radość szybko zniknęły z twarzy Banana. 

– 

Chcę gadać z kapitanem! – wrzasnął. 

– 

Pogadasz, na posterunku. To właśnie kapitan nas przysłał. Tak bardzo chciał się z tobą 

widzieć, że nie mógł wysiedzieć do rana. – Uśmiechnął się porucznik. 

Eskortowani przez uzbrojonych i gotowych do ataku gwardzistów opryszkowie Banana, 

tak jak i sam herszt, szli grzecznie i potulnie tam, gdzie im wskazano. Po kilku minutach jednak 

Banan, mimo zamroczenia alkoholem, zauważył, że nie tylko nie zbliżają się do baszty, ale wręcz 
od niej oddalają. 

– 

E, ty, porucznik. Gdzie ty nas ciągniesz, co? Baszta w tamtą stronę. 

– Baszta tak – 

odrzekł spokojnie – ale my nie idziemy do baszty. 

– Jak to? 

– Tak to. Nie idziemy nigdzie. 

– Jak to nigdzie? 

– 

No nigdzie, bo jesteśmy już na miejscu, Banan – rzekł porucznik, a bandziory nerwowo 

zaczęły się rozglądać wkoło siebie. 

Banan  zaklął  pod  nosem.  Byli  w  ciemnym,  ślepym  zaułku  i  to  bardzo  daleko  od 

jakiegokolwiek zamieszkanego domu, wkoło zaś nie było ani żywej duszy. 

Z  dłoni  porucznika  trysnął  strumień  kolorowych  barw,  pokrywając  twarze  pięciu 

pojmanych plątaniną pryzmatycznych wzorów. Otumanieni czarem bandyci głucho zwalili się na 

background image

ziemię. Ich ciała jeszcze drgały w padaczkowym ataku. Iluzja gwardzistów rozmyła się wraz z 
silniejszym podmuchem wiatru, pozostawiając Senetha sam na sam z bandą Banana. Przebiegły 
iluzjonista wiedział, że może być ciężko, i choć nie lubił zabijać bez potrzeby, dziś mogło się to 
okazać  konieczne.  Im  ktoś  bardziej  prymitywny,  tym  bardziej  odporny  na  magię  iluzji  – 
najpotężniejszą  domenę  Senetha  –  a  jak  wiadomo,  Bananek  i  jego  ludzie  nie  należeli  do  tych 
wybitnie błyskotliwych. 

Seneth skoncentrował swą wolę wkoło wątłego umysłu Banana i już po chwili potężny 

psioniczny 

cios  wdarł  się  w  jego  głąb  niczym  rozszalała  bestia.  Banan  otworzył  oczy,  a  gdy 

zobaczył nachylającego się nad nim Senetha, zerwał się na równe nogi. 

–  Mamo!  – 

wykrzyknął.  –  Mamo! Och, mamo! –  Rzucił  się  na  szyję  czarodzieja, 

zalewając się łzami. 

– 

Już  dobrze,  mój  kochany  Bananku,  już  dobrze  –  rzekł  protekcjonalnie  Seneth, 

przytulając  łkającego  bandziora  do  piersi.  –  Mamusia  już  jest  z  tobą,  już  nic  ci  nie  grozi.  – 
Pogłaskał go po łysej głowie i ucałował, jak na troskliwą matkę przystało. – A teraz, kochanie 

powiesz mamusi wszystko, o co mamusia zapyta… 

Taugador i Horn czekali na Senetha aż do następnego wieczora. Obaj obstawiali, że był w 

burdelu,  i  nie  pomylili  się.  Seneth,  nim  usiadł,  obłożył  pokój  zaklęciem  ochronnym,  które  dla 
każdego  podsłuchującego  zdawało  się  być  odgłosami  ostrej  popijawy.  Zajmując  miejsce  przy 
stole,  czujnym  okiem  zmierzył  Taugadora,  który  wciąż  nosił  wyraźnie  odciśnięte  na  sumieniu 
ślady wydarzeń z wczorajszego wieczora. 

–  Jak tam, Taugadorze? – 

zagaił. – Widzę, że ona nadal bardzo cię kocha. – Nie mógł 

powstrzymać się od kpiarskich nut. – Chyba sporo się działo w gniazdku rozkoszy mamy Tessy, 

prawda? 

– 

Zamknij psyk, bo cię przeszwarcuje na portfel – warknął wojownik. 

–  Wybacz  – 

zakpił  Seneth.  –  Nie  powinienem  nigdy  dworować  z  prawdziwych  uczuć. 

Jednak skoro już jesteśmy w naszym męskim gronie, to możesz chyba uchylić rąbka tajemnicy. 
No wiesz, ona faktycznie ma taki żar pod sukienką? – Oblizał się obmierźle. 

Horn,  mimo  że  nie  wypadało  mu  zachowywać  się  nagannie,  z  trudem  zachowywał 

powagę. 

background image

– 

Dużo się dowiedziałem – odparł Taugador, lekceważąc przytyki. – A ty zrobiłeś choć 

raz coś produktywnego? 

– 

Ha! Dużo, mówisz – wykrzyknął Seneth. – Toż to musiała być prawdziwa jazda bez 

trzymanki i to na sto fajerek! Powiedz, znów był ten „mały, niewinny króliczek”? – zarechotał. 

Ledwo zdążył się zaśmiać, a już ten śmiech ugrzązł mu w gardle. Taugador błyskawicznie 

zeskoczył  z  posłania,  odrzucił  masywny,  drewniany  stół  i  zacisnął  stalowy  chwyt  na  wężowej 
szyi. Seneth z wysiłku wybałuszył oczy. Zaczął wierzgać i szarpać, próbując oswobodzić się ze 
straszliwego uścisku, lecz wojownik z dziką wściekłością tylko go pogłębił. 

–  Zdychaj!  – 

wysyczał  przez  zęby,  gdy  Seneth  rozpaczliwie  machał  jęzorem  w 

poszukiwaniu powietrza. 

– Taugadorze… – 

zabrzmiał bas rycerza. 

– 

Lubi obrażać przyjaciół, to poniesie karę – warknął Taugador, zaciskając zęby. 

– Taugadorze, zabijesz go! – 

Horn zerwał się na równe nogi. 

– 

Przecież po to to robię. 

Taugador  czuł,  jak  tchawica  Senetha  gnie  się  pod  siłą  jego  chwytu.  Nacisnął  jeszcze 

troszkę, aż Seneth zaczął puchnąć i rzęzić. 

– 

Taugadorze, dość! – ryknął Horn, chwytając wojownika za ramiona. – Dość! 

Taugador  puścił  kobrona,  pozwalając  mu  ze  świstem  nabrać  tchu,  i  wtedy  dopiero 

zacisnął pięść i strzelił go prosto między oczy. Seneth z łoskotem łamanego zydla zwalił się jak 
długi na ziemię. 

– 

Czy  kiedyś  cię  obraziłem?  Czy  kiedyś  z  ciebie  kpiłem?  Czy  kiedyś  uchybiłem  ci  w 

jakikolwiek sposób, ty podstępny gadzie? Odpowiedz! 

– Nieee… Przepraszam… – 

wydusił z siebie Seneth. 

– 

Poświęcam się dla dobra nas wszystkich, również twojego. Robię wiele wbrew samemu 

sobie, tak teraz, jak i od zawsze, gdy jesteśmy drużyną! Nigdy się na mnie nie zawiodłeś. Nie każ 
mi zawieść się na tobie, Senethcie Ling. Jeśli jeszcze raz potraktujesz mnie bez szacunku, Horn 
już cię nie uratuje. Pamiętaj! 

–  Przeprasssszam  – 

odpowiedział mu gardłowy syk. Taugador wrócił na swoje miejsce, 

pozwalając Senethowi pozbierać się z ziemi. 

– 

Czego się dowiedziałeś? – zaczął rycerz, wracając do rzeczy. – Udało ci się coś od niej 

wyrwać? 

background image

–  Tak  – 

odparł  wojownik.  –  Sporo.  To  dość  ciekawa  i  zawiła  sprawa.  Moim  zdaniem 

zamieszane jest w nią wiele osób i możemy sobie napytać sporo biedy,  ale słowo się  rzekło i 
klamka zapadła. – Rycerz tylko kiwnął głową. – Zaangażowane są w to najwyższe kręgi cechu 
Tancerzy Cienia, dokładnie rzecz ujmując, „kręgi” w osobie Xantii Czarnej Strzały. 

– Viceszefowej? – 

spytał z niedowierzaniem rycerz, a Taugador mu przytaknął. 

– 

Podjęła się misji odnalezienia klejnotu, nie wiem, dla kogo, ani co i jak dokładnie, ale 

chodzi plotka, że gildia wycofała się z tego przedsięwzięcia z uwagi na zbyt duże ryzyko. Prawda 
jednak jest nieco inna. Tessa z pewnego nieznanego mi źródła wie, iż Xantia podjęła się zadania 
wbrew  wewnętrznym  ustaleniom  i  regułom  cechu.  Nie  dość,  że  narobiła  sobie  smrodu  i 
wykluczono  ją  z  szeregów  Tancerzy,  to  jeszcze  wpadła  na  robocie.  Na  pewno  gości  teraz  w 
jakimś  przytulnym  loszku  na  torturach  i  na  pewno  właśnie  nad  nią  pracują.  –  Taugador 
uśmiechnął  się,  sięgając  po  suszoną  morelkę.  –  Nawet  najtwardsi  pękają,  a  wtedy  zacznie 
śpiewać jak kanarek. 

– 

Wiemy, kto i gdzie ją trzyma? – spytał Horn. 

–  Niestety  – 

pokręcił  głową  wojownik.  –  Tego  właśnie  nie  wiemy.  Jednakże  miała  się 

kontaktować z niejakim Bananem z Czarnego Kruka, a ponieważ się nie kontaktowała, znaczy, 
że umoczyła i to na sto procent. 

– A ty? – 

spytał Senetha Horn. – Co wiesz? 

Seneth odszedł od lustra, gdzie masował sobie zgniecione gardło. 

– 

Rozmawiałem  z  Bananem,  to  bardzo  przyzwoity  człowiek.  –  Dwaj pozostali 

uśmiechnęli się tylko. Każdy z nich wiedział, co oznacza ten zwrot w ustach Senetha. – Banan 
twierdzi niezbicie, że zleceniodawcą jest nikt inny, jak sam Zeloran Promiennooki. 

– 

Mag i Druid z kręgu Światła i Życia, czy dobrze rozumiem? – Taugador zrobił wielkie 

oczy.  –  Znany wszystkim radny miejski, mistrz gildii czarodziejów, obrzydliwie dobry pod 

każdym względem, tak? On zlecił tę zuchwałą kradzież? 

– Tak. Nie inaczej. 

– 

A czy nie przesadziłeś z faszerowaniem czarami umysłów twoich rozmówców? 

Seneth tylko pokręcił głową. 

–  Nie  – 

odparł. – Sprawa wygląda tak, że ten klejnot to ponoć nie jest żadna relikwia, 

tylko  artefakt  ogromnej  mocy.  Banan  usłyszał  to  pokątnie  od  jednego  z  czarodziei,  w  których 
eskorcie przybył Zeloran, aby porozmawiać z Czarną Strzałą. Ten nasz dobrotliwy starzec uciekł 

background image

się do podstępu i kradzieży, wyobraźcie sobie, nie w imię własnego zysku, lecz w imię ogólnie 
pojętego dobra! – zachichotał. – Poważnie. Klejnot dysponuje ogromną mocą i to ponoć bardzo, 
bardzo złą mocą, dlatego Zeloran zrobiłby wszystko, by nie dostał się on w niepowołane ręce. 

– 

Coś mi tu nie gra – wtrącił się rycerz. – Elf o takich cechach charakteru nie zniża się do 

tego typu działań. 

– Tak czy owak – 

zaczął Taugador – jeśli tak naprawdę się stało, a wiele na to wskazuje, 

to nie ma co p

o próżnicy roztrząsać dylematów moralnych starego czarodzieja, tylko powinniśmy 

się zastanowić nad tym, czy ta sprawa naprawdę czasem nie za bardzo śmierdzi. 

– Ssss racja – 

wysyczał Seneth. – Może pora sssię wycofać? 

– 

Ja mimo wszystko bym został. Nie uważam się za chciwca, ale nagroda mi się podoba – 

rzekł Taugador. – A wy? 

– 

Może – ciągnął Seneth – ale nie wiemy nawet, gdzie iść, kogo pytać i kogo szukać. 

– 

Ależ  wiemy  –  odparł  dotąd  mocno  zamyślony  Horn.  Odpowiedziały  mu  pytające 

spojrzenia. 

– Podczas gdy 

wy wysilaliście się, zdobywając cenne dla nas informacje, ja również nie 

pozostawałem  bezczynny.  Zadziwiające,  jak  ciekawą  wiedzą  dysponują  żebracy  ze  skwerku 
Czterech  Psów,  a  szczególnie  ci,  którzy  godzinami  włóczą  się  za  groszem  po  okolicy.  Mają 

bardzo 

wyczulony  zmysł  obserwacji.  Są  też  niezwykle  pomocni,  jeśli  okaże  im  się  odrobinę 

serca. Jak mniemam, wy pewnie przeszlibyście obojętnie obok tragedii takiego bezdomnego? 

– Do rzeczy, Dardanie – 

odparł ze skwaszona miną Taugador. 

– 

Tak myślałem, ni krzty w was dobroci, a dobrzy bogowie wynagradzają swoje wierne 

sługi – ciągnął niestrudzenie rycerz. – No już dobrze, a więc tak. Przed dwoma dniami na ulicy 
Katedralnej,  gdzie,  jak  wiecie,  mieszczą  się  dość  rozległe  działki,  miał  miejsce  rozładunek 

beczek z oli

wą  bądź  winem.  Spory  wóz  podjechał  pod  jedną  z  tamtejszych  willi  i  kilku 

barczystych chłopków zaczęło wtaszczać baryłki do piwnic. Nagle tragarze, zapewne umęczeni 
robotą, chwycili jedną z beczek, a ta o mało nie wypadła im z rąk. Była o wiele, wiele lżejsza od 
poprzednich.  Ich  nadzorca  ryknął  na  nich,  wykrzykując  coś  w  stylu  „Ostroż…!”  i  zamilkł, 
rozglądając  się  uważnie,  czy  aby  ktoś  czegoś  nie  zaobserwował.  Podobno  w  beczce  coś 
zadudniło i jęknęło, jakby żywa istota. Wnieśli to ostrożnie do środka nie turlając już, jak reszty 
beczek,  tylko  niosąc  na  sztorc.  Beczki  z  winem by  tak  nie  nieśli.  –  Rycerz  uśmiechnął  się  do 

towarzyszy. – I co, dalej nic nie wiemy? 

background image

– 

Czemu nic nie mówiłeś? – zapytał Taugador. 

– 

Ha! Nie pytałeś – odparł pyszałkowato Horn, wprawiając wojownika w zdumienie. 

– 

To mogą być jedynie  possszlaki – rzekł nieufnie Seneth. – Nie wiemy  dokładnie, co 

nieśli, kogo nieśli i dlaczego nieśli, a twój żebrak-informator z głodu i blasku złota mógł dostać 

owocnych halucynacji. 

– 

Nie zaszkodzi sprawdzić. – rzekł Taugador. – A teraz, najważniejsze. Czyj to dom? 

– Apokalipsusa – 

odparł z uśmiechem Horn. 

–  Mistrza katowskiej, nikczemnej profesji… – 

zawiesił głos Taugador. – A więc Xantia 

jest u niego na gościnnych występach. 

– Co o nim wiemy? – 

spytał Seneth. – Poza tym, że lubi dupczyć U Mamy Tessy. 

– Hmmm – 

zamyślił się wojownik – to chyba aż nadto. – Na jego twarzy wykwitł radosny 

uśmiech. – Bywa tam często? Nie jestem dość biegły w burdelowych niuansach. 

– 

Częsssto,  zdaje  się,  że  co  weekend,  wtedy  ochrona  jego posesji jest znacznie 

uszczuplona. Zwykł zabierać ze sobą co najmniej czterech zbirów. 

– 

To  nie  wchodzi  w  grę!  –  twardo  zaoponował  Horn.  –  Żadne  włamanie  czy  rozbój. 

Muszą być inne sposoby. 

– Spokojnie – 

rzekł Taugador. – Oficjalnie nic o tym nie wiesz. 

Mama Tessa, jak na zakochaną po uszy kobietę przystało, spisała się na medal. Znacznie 

pomogły  tu  częste  wizyty  Taugadora,  bukiet  pokrytych  poranną  rosą  róż  i  wielkie  pudełko 
czekoladek  od  miejscowego  mistrza  cukiernika.  Impreza  odbyła  się  z  wielką  pompą.  Tessa 
ściągnęła  najlepsze  dziewczyny  z  całego  miasta  i  urządziła  dla  mistrza  Apokalipsusa  małe 
przedstawienie. On sam, odziany w strój nikczemnego wilka, zakradał się do kurnika, w którym 
to już czekały palące się z żaru kokoszki. Wcześniej jednak musiał pozbyć się psów pilnujących 
obejścia.  W  tę  rolę  przymusowo  wcielono  jego  czterech  głupawych,  orkowych  ochroniarzy. 

Mocno spojeni winem, leciutko zaprawianym tajemniczym, alchemicznym ekstraktem, padli jak 

rażeni piorunem i zatonęli w objęciach narkotycznego snu na wiele długich godzin. Sam wilczek 
hasał z kokoszkami w najlepsze przez dobre pół nocy, wyjąc jak rozochocony demon, pławiący 
się  w  swoim  żywiole.  Gdy  już  wyczerpały  się  zapasy  jego  żądzy,  nie  odmówiono  mu 
relaksujących masaży i obfitego posiłku, podczas którego również nie zabrakło wina z pewnym 
tajemniczym,  alchemicznym  ekstraktem.  To  dało  czas  Taugadorowi  i  grupie  jego  dzielnych 

background image

towarzyszy w planowanej akcji, zaś mamie Tessie przysporzyło sporego dochodu. Wszyscy byli 
więc zadowoleni. 

Zbliżała się północ, gdy od strony bramy, gdzie mieścił się posterunek ochroniarzy domu 

Apokalipsusa, nadszedł młody, półelfi fircyk z mandoliną w dłoni. Jak każdy prawdziwy artysta, 
miał nieco dziwaczny wygląd i zapatrzone w nieznaną dal oczy. Trzech trzymających posterunek 
orków obróciło się ku niemu, gdy stało się jasne, że idzie właśnie w ich stronę. 

– 

Witajcie, mości panowie! – wykrzyknął, kurtuazyjnie kłaniając się w pas. 

– Czego tu?! – 

warknął jeden. – Pan dziś zajęty i nie przyjmuje nikogo. Poszedł stąd, bo 

kijem pogonię! 

– 

Aaa, nie chciałem szanownym panom w pracy, bogowie uchowajcie, przeszkadzać. – 

Elf  znów  się  ukłonił.  –  Chciałem  tylko  zapytać,  czy  bywacie  w  Stalowym  Szyszaku,  bo  tacy 
znaczni i mężni gwardziści na pewno mają tam wstęp. 

– E, nooo… 

– Tak 

myślałem! Czyli dobrze trafiłem! – wykrzyknął, udając rozradowanie. – Bo wiecie, 

szlachetni panowie, ja od jutra zaczynam tam występy i bardzo bym był wdzięczny za drobne 
wskazówki, jakiej tam muzyki najczęściej się słucha. 

– Eee… 

– 

No, jak się domyślacie, mam szeroki repertuar, aczkolwiek chciałbym jutro zabłysnąć 

wśród tamtejszych gości czymś niezwykłym. Czujcie się więc upoważnieni do oceniania mnie, a 
ja z chęcią zagram wam na próbę kilka kawałków. 

– 

Eee,  no…  ten,  nie  możemy,  w  pracy  znaczy  się  jesteśmy –  rzekł  twardo  najtęższy  z 

nich. 

– 

Ach  tak,  rozumiem.  No  cóż,  wielka  szkoda.  –  Elf  wyraźnie  posmutniał.  –  W sumie, 

chciałem  panom  przekazać  te  specjalne  zaproszenia,  które  gwarantują  jedzenie  i  napitek  za 
darmo, aż do białego rana… Ale skoro nie jesteście zainteresowani… 

Elf skłonił się pięknie i zawrócił w stronę miasta. 

– Ej! – 

dobiegł go głos. – Panie grajek, czekaj pan! 

Bard  Zelar  z  uśmiechem  powrócił  do  swych  nowych  przyjaciół.  Po  chwili  w 

przybudówce  gwardii  pojawiło  się  jeszcze  trzech  napakowanych  mięśniami  orków,  którzy, 
zachęceni  wizją  balangi  w  Stalowym  Szyszaku,  bezgranicznie  oddali  się  rolom  sędziów 
bardowskiej muzyki. Wraz z wieczornym wiatrem popłynęły magiczne nuty różnorakich pieśni, a 

background image

to radosnych, a to kpiarskich, a to tak 

skocznych i tanecznych, że aż wzywających do podrygów. 

W każdą z nich bard wplótł subtelne zaklęcie sprawiające, że słuchacze nie widzieli świata poza 
nim i jego muzyką. 

Taugador  tylko  na  to  czekał.  Gdy  zabrzmiały  pierwsze  nuty  urzekającej  muzyki,  lina 

pof

runęła  w  powietrze,  a  stalowa  kotwiczka  chwyciła  mocno  mur.  Taugador  sprawdził  linę 

kilkukrotnie  i  wskazał,  że  można  już  iść.  Pierwszy  wpełzł  Seneth.  Gracja  i  płynność  ruchów, 
które były charakterystyczne dla jego rasy, wciąż zadziwiały Taugadora. Chwilę później na mury 
wdrapał się Horn, a na sam koniec Taugador. 

Wylądowali w rozległym ogrodzie, gdzie skoszona za dnia trawa zdążyła już nasiąknąć 

wieczorną  rosą  i  uwolniła  urzekający  aromat.  Wkoło  kwitły  kolorowe  krzaczki  i  krzewy,  zaś 

sama willa o ogromnych, 

strzelistych  oknach  tonęła  pogrążona  w  ciemności  wygaszonych 

świateł.  Cisza  wkoło  była  przejmująca,  lecz  mimo  nerwowej  atmosfery  powietrze  zdawało  się 
tchnąć jakże pożądanym spokojem. 

– 

Zamknięte na amen – syknął Seneth, wskazując na zapieczętowane wejście do piwnic 

od strony podwórza. 

– 

Sprawdźmy  z  tyłu  budynku,  muszą  być  jakieś  kuchenne  wrota.  –  Uśmiechnął  się 

Taugador. 

Po chwili przekradli się sprawnie i niepostrzeżenie na tyły przepastnej willi. Zakratowane 

okna,  prowadzące  zapewne  do  kuchni  i  magazynów,  były  szczelnie  zamknięte,  jednak  to 
otwierające się na jadalnię pozostało lekko uchylone. 

– Nie wejdziemy – 

oświadczył Horn. 

– 

Mogę to roztrzaskać toporem – odparł Taugador. 

– 

Po co nam ten problem? Póki co, nikt nie wie, że tu jesteśmy i niech tak pozostanie dla 

dobra nas wszystkich – 

rzekł kobron. 

– 

Ty, Seneth, mam lepsze rozwiązanie – wtrącił Horn. 

Kobron rzucił mu pytające spojrzenie. 

– 

Przepoczwarzaj się. Wpełzniesz do środka – dodał rycerz. 

– 

CO? Odbiło ci? Nie ma mowy! 

–  Wszyscy ponosimy ryzyko, t

y  też  musisz.  To  jest  akurat  rozsądna  prośba  i  rozsądne 

rozwiązanie. 

– Ty wiesz, jak to boli? 

background image

– 

Słyszałem. 

– 

Ta, słyszałeś! A wychodziło ci kiedyś gówno uszami z bólu?! Pocałuj mnie w dupę, nie 

będę się przemieniał. 

– Nie masz wyboru. Tracimy tylko czas, w

ięc do roboty! – rzucił twardo Horn. 

–  Ale jak to? – 

Seneth  błagalnie  spojrzał  na  Taugadora,  ten  jednak  tylko  wzruszył 

ramionami. 

– Tak to – 

odparł zimno Horn. – Potrzebujemy cię. Ruszaj i nie maż się. 

Seneth zaniemówił. Nie pozostało mu jednak zbyt wiele argumentów. Po chwili rozebrał 

się  do  naga  i  usiadł  w  medytacyjnej  pozie,  rozpoczynając  głębokie  i  bardzo  dynamiczne,  acz 
rytmiczne  oddychanie.  Rycerz  się  odwrócił.  Mimo  wszystko  nie  mógł  na  to  patrzeć.  Zawsze 
uważał, że to jakiś przejaw diabelstwa, ale w tym wypadku cel uświęcał środki. 

Tego, na co Horn nie chciał patrzeć, Taugador sobie nie odmówił. Z nie lada podziwem 

obserwował, jak ciało towarzysza zwija się i skręca, rodząc z fałd skórnych gęstą, wężową łuskę. 
Śluz,  jakim  się  pokrywał,  sprawiał  odpychające  wrażenie  szarej,  glutowatej  galarety.  Ręce 
cofnęły  się  w  głąb  tułowia,  zaś  jego  nogi  zlepiły  i  uformowały  w  masywny  ogon.  Kawałek 
szmaty, który rycerz wsadził mu w usta, tłumił pisk bólu i powoli nasiąkał bordową krwią. Po 

kilku chwilach ogromna kobr

a wpełzła z sykiem przez okno willi mistrza Apokalipsusa. 

– 

Możesz się już odwrócić – rzekł wojownik. – Odpełzł już. – Lekko się uśmiechnął. 

– 

Bardzo śmieszne. Raz tylko to widziałem i do tej pory zbiera mnie na wymioty. 

– 

A jednak kazałeś mu to zrobić, mimo tego, przez co musiał przejść. 

– 

Nie  udawaj  świętoszka  –  rzekł  Horn.  –  Ani  ty,  ani  ja  tacy  nie  jesteśmy.  Nic  mu  nie 

będzie,  a  misja  jest  zbyt  ważna.  Każdy  z  nas  się  poświęca.  To  nie  Kościół  paladynów  Crus-
Haddora. To życie. 

– 

Ładnie powiedziane. 

Po kilk

u  minutach  oczekiwania,  gdy  towarzysze  zaczynali  się  już  niecierpliwić,  Seneth 

wystawił przez szparę swój wężowy pysk. 

– Gotowe, zapraszam – 

syknął i okno otwierające się na jadalnię stanęło otworem. 

Wnętrze  pogrążone  było  w  półmroku.  Bufiaste,  spięte  w  ozdobne festony draperie z 

trudem  przepuszczały  do  środka  srebrzysty  księżycowy  blask.  Całość  nosiła  barwę  brudnego 
piasku  i  gościła  przybyłych  prostymi  plecionymi,  acz  wygodnymi  meblami.  Ze  ścian  obficie 
kapały zwierzęce trofea, przywiezione przez wprawnego myśliwego z dalekiego południa. Kość 

background image

słoniowa,  łeb  bawołu,  róg  nosorożca  i  skóra  geparda  świadczyły  o  upodobaniach  właściciela 
domu. Rozlokowane, zdobne kuferki, stare mapy i cyrkle, a także ratanowe parawany nadawały 

jadalni kolonialny charakter. 

– 

Ładnie tu. Szkoda, że nie zostajemy na obiedzie – mruknął Taugador. – Gdzie teraz? 

– 

Za mną, do piwnic już nie daleko – odparł Seneth Ling. 

Masywny, potrójny zamek ustąpił pod zaklęciem Senetha dopiero za siedemnastą próbą, 

wyciskając z czarodzieja ostatnie poty. 

– Kurwa! – 

syknął. – Ten dom to jakaś forteca. Aż mnie zemdliło. 

– 

Będzie dobrze, no już, ruszajmy. – Taugador poklepał go po ramieniu i wszyscy weszli 

do piwnicy. 

To nie była zwykła piwnica. To tu druga twarz Apokalipsusa ujawniała się w całej pełni. 

Przebudowane, kamienne wnętrza zamieniały ją w loch pełen wymyślnych narzędzi tortur, wśród 
których szczerzyły się kraty kilku niszowych cel. Lico ściennych ciosów było lodowato zimne i 
posiadało  ostrą,  nieprzyjemną  fakturę.  Wilgotne,  kamienne  ściany  pachniały  strachem  i 
przelanymi tu łzami, a każde z narzędzi mistrza krzyczało bólem swoich ofiar. 

Po  chwili  nieprzyjemnej  obserwacji  Taugador  rozpalił  znajdujące  się  na  ścianach 

pochodnie,  ujawniając  tym  samym  postać  uwięzioną  na  „łożu  sprawiedliwości”.  Więzień,  a 
raczej  to,  co  z  niego  zostało,  wzdrygnął  się  i  jęknął  na  sam  widok  złocistego  światła. 
Rozciągnięta  na  łańcuchach  istota  kiedyś  z  pewnością  była  kobietą,  teraz  już  tylko  strzępem 
sztucznie  utrzymywanym  przy  życiu.  Porwane  obcęgami  ciało  nosiło  liczne  ślady  biczowania, 
prób  rozpalonego  żelaza  i  nabijania  na  kozła.  Bestialsko  oberżnięte  piersi  przypalano 
pochodniami, aż do silnego owrzodzenia. Kobiecie spalono też skórę twarzy i głowy, doszczętnie 
pozbawiając  ją  bezcennej  urody,  którą  niegdyś  posiadała,  a  z  wyłupionego  oczodołu  wciąż 
sączyły  się  ropa  i  różne  nieczystości.  Więźniarka  miała  gorączkę  i  silne  dreszcze,  a  w  jej 
zdrowym oku zamieszkało szaleństwo i nieopisany ból. 

–  Xantia…  – 

Horn  opuścił  głowę,  lecz  pięści  samoczynnie  mu  się  zacisnęły.  –  Ten 

skurwiel dziś umrze. Cokolwiek by to dla nas nie znaczyło. 

– 

Przessstań – syknął Seneth. – Nie czas nam się teraz rozczulać. Co się stało, już się nie 

odstanie. A my potrzebujemy informacji. 

background image

– 

Ty pieprzony, nieczuły skurwielu! – ryknął Horn, wymierzając Senethowi cios okutą w 

stal rękawicą. Ten jednak był przygotowany. 

Błysk oślepiającego światła wystrzelił mu z dłoni i poraził oczy rycerza, zwalając go na 

kolana. Krzyk gniewu targnął ciszą piwnicznego lochu i wsiąkł weń, znikając bez śladu. Horn 
tarł oczy, wrzeszcząc z wściekłości, ale oślepiony nie mógł nic zdziałać. 

– 

Posłuchaj  mnie,  zwalista  krowo  –  zaczął  Seneth.  – Jesteś  nędznym  i  podłym  gadem, 

gorszym niż ten, którym to ja sam jestem w twoim mniemaniu. Ile to czasu minęło od chwili, gdy 
bez zająknięcia skazywałeś mnie na nieludzkie cierpienia, żeby tylko się tu dostać?! Teraz nagle 
stałeś się taki szlachetny i rycerski? Ta kobieta to trup. Trzeba jej ulżyć w cierpieniach, a ty na to 
grzecznie pozwolisz, bo dla kogoś takiego jak ona śmierć jest aktem łaski. 

Telekinetyczną siłą podniósł rycerza wysoko, pod sam sufit, i mówił dalej. 

– 

Nie będziemy też na nikogo czekać i go tu zabijać, bo to tajna misja i nie mam zamiaru 

dołączać  do  grona  martwych,  do  jakich  zalicza  się  już  ta  kobieta.  Weszliśmy  cicho  i 

n

iepostrzeżenie i tak też wyjdziemy. 

Zdjął oba zaklęcia, pozwalając pancernemu spaść z głuchym hukiem na podłogę. 

– A teraz do rzeczy – 

syknął. 

Xantia, niegdyś zastępczyni wielkiego mistrza cechu złodziei i zabójców, patrzyła na nich 

obłąkanym wzrokiem okaleczonego kadłubka. 

– Zabij mnie – 

wyszeptała do nachylającego się nad nią Taugadora. 

– 

Powiedz nam, czego szukałaś. Czy oni wyciągnęli z ciebie wszystko? – zaczął Seneth. 

– 

Nie wiem… nie pamiętam… Byłam w wieży, szukałam klejnotu dla Zelorana, ale oni 

nie 

wiedzą chyba, dla kogo… Pewnie dlatego jeszcze mnie tu trzymają. – Jej głos zamieniał się 

w charkot. 

– 

Jaka  wieża?  Skoncentruj  się  i  postaraj  sobie  przypomnieć.  Masz  nasze  słowo,  że  cię 

pomścimy – rzekł Seneth. 

– 

Wieża Adal’hunu… Tam coś ukrywają… Wielki mistrz nie ma wiele czasu… Boi się, 

że komuś powiedziałam jeszcze przed pojmaniem… Boi się, że nie zdąży tego przenieść… 

– 

Jesteś pewna, że włamałaś się do tego miejsca? – spytał z niedowierzaniem Seneth. 

– Nevelanaar itch Mallanae… – 

wyszeptała. 

– Nie znamy elfickiego, Xantio. 

– 

To hasło… uspokajające duchy strzegące wieży, bez niego zginiecie… 

background image

– 

Mogli już je zmienić. Skąd je masz? – spytał Taugador. 

– 

Uwiodłam jego ucznia… najlepszego… Lunarissa… To jego hasło, on się nie przyzna 

mistrzowi,  że  komuś  je  zdradził…  Leżałby  tu  wtedy  obok  mnie.  –  Jej  oko  spoczęło  na 

Taugadorze. – 

Zabij mnie i obiecaj mi, że ten, co mi to uczynił, będzie błagał o śmierć… 

Taugador spojrzał na Senetha. Kobron dał mu znak. 

– 

Obiecuję ci. – Taugador odszedł od łoża tortur, słysząc pomruk zaklęć Senetha. 

Ogromne  psioniczne  ostrze  wdarło  się  w  osłabiony  i  niestawiający  sprzeciwu  umysł 

Xantii, rozpruwając go na strzępy i pogrążając jej udręczone ciało w błogich objęciach śmierci. 

– 

Do  świtu  jeszcze  daleko,  co  robimy?  –  spytał  przyjaciół  Taugador,  spoglądając  w 

rozgwieżdżone niebo. 

– 

No  jak  to  co?  Jak  już  tak  zabrnęliśmy,  to  lepiej  iść  za  ciosem  –  odrzekł  rycerz.  – 

Idziemy, szkoda czasu. W końcu raz kozie śmierć, a asekuracją w postępowaniu do niczego nie 

dojdziemy. 

– 

Dobra.  Chodźmy.  –  Taugador  wyjął  przygotowaną  sakiewkę.  –  Dobrze  się  spisałeś, 

Zelar. Jesteśmy ci winni przysługę. – Wepchnął w dłonie starego znajomego sakwę i poklepał go 

po plecach. 

– 

Daj spokój, Taugi, nigdy nie odmówiłbym przyjacielowi w potrzebie. Poza tym nie raz 

r

atowałeś mi dupę. Gdyby coś, wal do mnie jak w dym. 

Taugador skinął głową i wraz z przyjaciółmi ruszył w stronę mrocznej wieży Adal’hun. 

Adal’hun miała złą sławę i budziła słuszny respekt. Jako jedna z pięciu wież należących 

do arcymaga Vespera Sarrakina 

była  miejscem  zakazanych  magicznych  praktyk,  które 

wystawiały umysły kursantów na nieznane wpływy potężnych energii, pochodzących z innych 
stref egzystencji. Cokolwiek się tam mieściło, było bardzo pilnie strzeżone i nawet najwybitniejsi 

studenci Akademii 

nie wiedzieli, co dokładnie znajduje się w tych owianych legendami murach. 

Wieżyca strzelała w niebo, drapiąc nieboskłon drapieżnymi pinaklami. Czerń obsydianu, 

z jakiego ją wykonano, hipnotyzowała swą urzekającą i zwodniczą głębią. Była jak czarne lustro, 
w które im dłużej się spogląda, tym większa jest szansa, iż coś mieszkającego w jego odmętach 
zacznie  przyglądać  się  patrzącemu.  Umieszczona  nad  portykiem  ozdobna  wimperga  otwierała 
swą trójkątną onyksową paszczę, przywodząc na myśl bezrozumnego potwora. 

background image

Drużyna  postąpiła  ledwo  kilka  kroków  za  ogrodzenie,  gdy  lodowaty  powiew  strachu 

osmagał  im  oblicza  piekącym  biczem  magicznego  wiatru.  To  duchowi  strażnicy  Akademii 
nadchodzili, by nauczyć manier nieproszonych gości. 

Taugador miał już słowa zaklęcia na końcu języka, ale strach, jaki wkradł mu się w serce, 

przegnał je gdzieś na peryferie pamięci, nie pozwalając ich tak łatwo odszukać. Upiory były już 
coraz bliżej i ich lodowate szpony powoli chwytały go za gardło, wysysając zeń ciepłe, kolorowe 
życie. 

–  Nevelanaar itch Mallanae.  – 

Seneth  nie  stracił  zimnej  krwi.  Po  wypowiedzeniu  tych 

słów  powietrze  nabrało  atmosfery  mocy  i  podniosłego  oczyszczenia.  Nieśmiertelni  strażnicy 
ustąpili, otwierając śmiałkom drogę do serca tajemniczej wieży. 

Gdy drużynie trzech śmiałków ukazała się siódma z kolei kondygnacja rosnącej w niebo 

wieżycy, wszystkich ogarnęło zdumienie. Komnata nie była w niczym podobna do tych, jakie już 
widzieli podczas swych licznych wypraw i przygód. Choć powinna mieć około piętnastu kijów 
średnicy, to specyficzne pomieszczenie nie posiadało żadnych ścian. Zamiast kamiennych murów 
zabudowań biblioteki czy laboratorium, jakich się spodziewali, wrota otwierały się na przepastną, 
pogrążoną w barwach nocy pustynię. 

Rozległe wydmy piętrzyły się, gdzie tylko okiem sięgnąć, a rozpędzony wiatr gnał przed 

sobą zimne, naszpikowane drobinami pustynnego piasku powietrze. Nad oniemiałymi z wrażenia 
towarzyszami rozciągało się piękne, gwieździste niebo, którego atramentowej barwy nie mąciła 

ani jedna chmurka. 

–  Strz

eżcie  się  –  wysyczał  Seneth  Ling.  –  To  półsfera.  Inny  świat.  Nie  jesteśmy  już  u 

siebie, tu zaś wszystko jest możliwe… Wchodzimy? 

Taugador pewnie postawił stopę za progiem i nagle wrota, przez które przeszedł, zniknęły 

za jego plecami, pozostawiając go samego na otulonej w noc nieznanej pustyni. Nie czekał długo 
na  towarzyszy,  pojawili  się  tuż  za  nim.  Wtedy  stała  się  nieoczekiwana  rzecz.  Na  pobliskiej 
wydmie zamigotała błękitna, jakby stworzona z wody i lodu sfera. Miała blisko piętnaście kijów 
średnicy i obiegały ją iskrzące łańcuchy świetlistej mocy. Wewnątrz znajdowała się niezwykła 
istota.  Duma  i  majestat  przybysza  porażały  każdego  patrzącego  tak,  że  mimo  woli  cała  trójka 
uklękła  na  widok  odwiecznego  władcy  pustyni.  Olbrzym  miał  blisko  dziesięć  kijów  wzrostu i 
iście boską muskulaturę. Dolną połowę ciała stanowił jęzor falujących płomieni, który od pasa 

background image

przeistaczał się w pokryty rubinową skórą tułów. Czerwone, tętniące magmą ciało znaczyły setki 
tajemniczych  znaków  płonących  złotem  i  kolorami  ognia.  Ifryt  miał  piękne  i  szlachetnie  rysy 
twarzy,  pośród  których  jarzyły  się  lejące  blask  białe,  świetliste  oczy.  Głowę  zdobił  mu 
wysadzany klejnotami turban, utkany ze złocistych nici. 

– Na bogów… – 

wyjęczał Seneth. – Toż to nikt inny, jak Khan Dakhla. 

– 

Widzimy, głupcze – warknął Taugador. – Jak widać, nie jest tu najmilszym gościem, a 

my jesteśmy między młotem a kowadłem, bo ktokolwiek był w stanie uwięzić legendę, będzie 
mógł nas zdeptać jak robaki. 

–  Taugadorze, Dardanie Horn, Senethcie Ling… – 

usłyszeli  wewnątrz  swych  głów 

mroczny, donośny głos, a jego niezwykła głębia wibrowała baśniowymi nutami. – Widzę, co was 
tu  przywiodło…  Poszukujecie  klejnotu…  Oka  Węża.  Każdy  z  was  przybył,  by  go  odnaleźć, 
wiedziony pragnieniem spełnienia najskrytszych marzeń. Ja je widzę… 

Oczy Ifryta błysnęły. 

– 

Taugadorze, przywiodła cię tu obietnica nieśmiertelności, lękasz się bowiem śmierci i 

zapomnienia, a twój topór, którego rzekomo się nie obawiasz, nie miałby już nad tobą władzy, 
gdyby tylko Czas o tobie zapomniał… 

–  Dardanie Horn – 

ciągnał  Ifryt  –  wbrew  temu,  co  myślą  i  mówią  inni,  nie  szukasz 

powrotu  do  czasów  świetności  królestwa,  które  upadło,  i  nie  grzebiesz  się  w  jego  ruinach. 
Pragniesz  tylko,  aby  twoja  królowa,  olśniewająco  piękna  Casyopeya,  nie  zginęła  z  rąk 
najeźdźców i mogła z tobą dzielić życie… A ty, Senethcie Ling, ty nie stawiasz nic ponad moce 
umysłu  i  wiedzę  o  magii.  Pragniesz  zatem  ukończyć  jeden  z  najniebezpieczniejszych  kursów 
magicznych, jakie tylko dostępne są czarodziejom waszego świata… Pragniesz odwiedzić Pałace 
Umysłu. 

Ifryt spojrzał dumnie na przyklękające postacie. 

– 

Powstańcie – rzekł, a oni posłuchali go niczym marionetki. 

– 

Abyście mogli spełnić swe marzenia, musicie odszukać Oko Węża – zaczął. – Pomogę 

wam je odnaleźć w zamian za moją wolność. 

– Co mamy 

uczynić? Jeśli ty sam nie potrafisz się uwolnić, jak my możemy to zrobić? – 

spytał Horn. 

– 

To  proste,  rycerzu,  prostsze  niż  myślisz.  Wystarczy,  że  jeden  z  was  z  własnej  i 

całkowicie  nieprzymuszonej  woli  zamieni  się  ze  mną  miejscami.  –  Ifryt,  widząc  pytające 

background image

spojrzenia, mówił dalej: – Wystarczy  tylko chęć i wola.  Dotknięcie tej sfery i decyzja z  głębi 
serca,  że  poświęcacie  się  za  mnie.  Nie  będę  was  oszukiwał  i  mamił  mirażami  nieskończonej 
chwały, choć mógłbym. Z tego więzienia nie ma wyjścia, to jedyny sposób. Mojej mocy starczy 
mi  na  tyle,  by  na  czas  krótszy  niż  mrugnięcie  okiem  nagiąć  sferę  i  przecisnąć  się  przez  jej 
bariery, kiedy jeden z was będzie tutaj wchodził. Zatem droga wolna, jeśli tylko oczywiście… 

starczy wam odwagi. 

Taugador  i  Seneth  zatonęli  w  żarliwych  sporach,  wytaczając  na  pola  dyskusji  coraz 

cięższe działa swych argumentów. Horn stanął na uboczu i zagłębił się w rozmyślaniach. Gdy 
rozejrzał się wkoło, zrozumiał, że gorszego więzienia niż to chyba raczej nie ma, a jeden z nich 
może  wyzwolić  resztę.  Nadszedł  czas  sprawdzianu  dla  jego  honoru  i  sumienia,  dla  rycerskiej 
dumy, za którą tak kochała go Casyopeya. 

– Co ty, kurwa, robisz?! – 

krzyknął Taugador, gdy zobaczył, jak rycerz dotyka sfery. 

– 

Zgadzam się – powiedział pancerny i wyszeptał w myślach dodatkowe warunki. Ifryt 

tylko skinął głową. 

Ogromny  błysk  zalał  pustynny  krajobraz,  nurzając  w  bielutkim  świetle  setki 

piaszczystych  wydm  i  przeganiając  mieszkające  w  ciemnościach  stwory  zrodzone  z  ludzkiej 
wyobraźni.  Gdy  zelżał  blask,  Seneth  i  Taugador  otworzyli  oczy.  Unosili  się  w  nieznanej, 
mrocznej  przestrzeni,  wypełnionej  zewsząd  blaskiem  klejnotów  jakby  światłem  kolorowych 
gwiazd. Po chwili w ciemności pojawiły się oczy Khana. 

– 

Choć nie muszę – rzekł – to dotrzymam danego rycerzowi słowa. Jego odwaga, mimo 

wszystko,  mnie  urzekła.  Jak  na  takiego  marnego  śmiertelnika  zachował  się  jak  jeden  z 
najprawdziwszych aniołów. Miał honor. Towar niezwykle deficytowy w obecnych przegnitych 

czasach. 

– 

Co się z nim stało?! – krzyknął wojownik. 

– 

On podjął decyzję, Taugadorze. Ofiarował swe istnienie za moją i waszą wolność. Do 

wieży, w której byliśmy, już zbliżał się jej władca, arcymag Sarrakin, z którym to bynajmniej nie 
łączą mnie więzy prawdziwej przyjaźni ani miłości. Gdyby nie Horn – ciągnął Ifryt – czekałby 
was los gorszy od śmierci. 

– 

Ale co się z nim stało?! 

background image

– 

Dołączył  do  swojej  miłości,  tyle  że  w  zaświatach.  A  jeśli  wolisz,  bym  opisał  ci  to 

bardziej obrazowo – 

to  rozerwało  go  na  strzępy.  Jego  pancerz  ugotował  się  i  stopił,  po  czym 

wyparował, a po twoim przyjacielu, wielkim rycerzu Mythrarii, nie pozostał nawet cień. 

– Tyyy! 

– 

Oszczędź  swój  gniew  dla  kogoś,  komu  może  on  zaszkodzić,  wojowniku.  A  teraz  do 

rzeczy. Obiecałem przenieść was w bezpieczne miejsce i pomóc w poszukiwaniach. 

Przestrzeń  zawirowała,  wykręcając  żołądki  Taugadora  i  Senetha  na  drugą  stronę.  Po 

chwili,  odurzeni  zawrotami  głowy  i  nudnościami,  stali  w  zaułku  nieopodal  głównego  skweru. 
Wschodzące słońce rozmazywało po śmietanowych pasmach chmur farby złota i czerwieni. 

– 

Oko  Węża  jest  przebiegle ukryte –  odezwał  się  w  ich  głowach  głos.  –  Wetknięto  je 

bowiem  w  wizerunek  węża  umieszczony  w  szyldzie  karczmy  Pod  Szmaragdową  Kobrą,  która 
należy do arcymaga. 

Te słowa raziły piorunem w dwóch ocalałych towarzyszy. 

–  Zaraz  – 

wysyczał  Seneth.  –  Przecież  to  niedorzeczne.  Jeśli  wielki  artefakt  czy  też 

relikwia o niezwykle potężnej mocy znajdowałaby się w szyldzie karczmy, to nie dość, że można 
by  ją  bezproblemowo,  magicznie  wyśledzić,  to  jeszcze  z  łatwością  zobaczyć  bądź  poczuć  jej 
obecność, ledwo zbliżając się do gospody. Ponadto nie muszę chyba dodawać, że każdy mógłby 
ją po prostu zwinąć. W co ty nas wkręcasz? 

– 

To,  co  mówisz,  jest  prawdą  –  odpowiedział  mu  spokojny  głos  Khana.  –  Wszystko 

zapewne  tak  by  się  potoczyło,  gdyby  nie  jeden  drobny  szczegół,  o  istnieniu którego nie masz 
pojęcia.  Szyld  karczmy  wykonano  z  magicznego  drzewa  Nhur’,  rosnącego  w  Zaświatach, 
którego korzenie czerpią wodę z pobliskiego źródła Zapomnienia. Jak się zapewne domyślasz, 
woda  ta  powoduje  całkowitą  utratę  pamięci.  Samo  zaś  drewno,  choć  zdaje  się  być  dziełem 
natury, emanuje tak silną i wybiórczą antymagią, że wycisza wibracje wszystkiego, co magiczne, 
a  będąc  zarazem  czymś  naturalnym,  pozostaje  nie  do  wykrycia  jako  źródło  antymagii. 
Ktokolwiek  wszedłby  w  posiadanie  tej  wiedzy  i  spróbował  mimo  wszystko  zdobyć  klejnot, 
zapomniałby  zupełnie  tak  o  nim,  jak  i  o  tym,  po  co  tu  przyszedł,  gdy  tylko  dotknąłby  owego 
szyldu. Teraz rozumiesz? Najciemniej, jak mówią, jest pod latarnią. Nigdy nie lekceważ umysłu 

arcymaga Sarrakina, Senethcie Ling… 

– O kurwa – 

wyszeptał Taugador, ukrywając twarz w dłoniach. – Nigdy byśmy tego nie 

znaleźli… 

background image

– No… tak – 

potwierdził Seneth. – Ale jak uda nam się go zdobyć, skoro nie możemy go 

nawet dotknąć? I po tym, co się stało w wieży, arcymag na pewno już depcze nam po piętach. 

Niewielki błysk pojawił się na ziemi i kilka kroków przed nimi ukazała się mała, skórzana 

torba. W jej wnętrzu Seneth znalazł parę skórzanych, zimnych w dotyku rękawic, opatrzonych 
runiczną wyściółką. 

– 

To wam pomoże – rzekł dudniący w głowach głos. – Na mnie już czas. Dziękuję wam, 

śmiertelnicy, i może kiedyś znów uda nam się spotkać. Oby jednak okoliczności były ku temu 
bardziej sprzyjające… 

Lochy  pod  wieżą  Adal’hun  były  jeszcze  gorsze  niż  te  w  domu  mistrza  Apokalipsusa. 

Należy nadmienić, że znacznej grozy dodawało im to, iż tym razem Seneth i Taugador wystąpili 
w roli gości, a nie obserwatorów. 

Mistrz  Apokalipsus  z  bestialskim  błyskiem  w  oku  szykował  już  swoje  ukochane 

„zabawki”,  na  widok  których  Taugadorowi  robiło  się  niedobrze.  Arcymag  Vesper Sarrakin, 
ubrany  w  runiczną,  lejącą  szkarłatną  szatę,  w  posępnym  zamyśleniu  spacerował  w  tę  i  z 
powrotem  ze  splecionymi  na  plecach  dłońmi.  Z  owalu  przystojnej  twarzy  i  elegancko 
przystrzyżonej  bródki  wybijały  się  kryształowe  oczy  w  barwie  bursztynu  i  migdałów,  które 
mistrz  implantował  sobie,  by  rozszerzyć  swe  magiczne  wpływy.  Całe  jego  ciało  zdawało  się 
tętnić zaklęciami i magią, stanowiąc jakoby żywą fortecę mistycznych energii. Świadczyły o tym 
pewne  szczególne  cechy  jego  ciała  –  światło  pędzące  w  żyłach  zamiast  krwi  i  rozłożyste, 
płomienne skrzydła, którymi raz po raz trzepotał, rozważając jakieś dręczące go kwestie. 

– Gotowe, panie. – 

Apokalipsus wyszczerzył zęby w dzikim uśmiechu. 

– 

Zaczynaj więc. Nie mogę się doczekać tego, co nasi goście mają nam do powiedzenia. 

Nie! – 

warknął, gdy tylko Apokalipsus ruszył w stronę Taugadora. – Kobron pierwszy. 

Rozżarzone  żelazo  zbliżyło  się  do  oczu  Senetha  i  wtedy  pękły  jego  wszelkie  bariery. 

Krzyczał, płakał i prosił o litość jak malutkie, zahukane dziecko. Jednocześnie nagle rozwiązał 
mu  się  język  i  Seneth  odnalazł  w  sobie  nieznane  mu  dotychczas  talenty  krasomówcze. 
Wyśpiewał  wszystko.  Nawet  to,  czego  nie  było  trzeba  i  od  czego  mistrz  Sarrakin  czasem  ze 
znudzoną miną poziewywał. Zesrany ze strachu kobron wypaplał wszystko – jak dostali się do 
wieży, jak ich kolega rycerz uwolnił Khana, jak ów Khan im pomógł, opowiadając całą historię. 
Wyśpiewał też każdy detal o rękawiczkach i o tym, jak przebrali się za miejskich żołdaków, co to 

background image

wieczorem  w  mieście  zapalają  latarnie,  a  nad  ranem  je  gaszą.  No  i  jak  w  końcu,  uzbrojeni  w 
drabinę, niby to majstrując przy pobliskich latarniach oliwnych, wdrapali się bladym świtem na 
najwyższe szczeble i podwędzili szyld karczmy, w którym zatopiono rzeczony kryształ. Potem, 

rozradowa

ni,  chyłkiem  przemknęli  do  dzielnicy  Świątyń,  gdzie  umówieni  już  byli  z  pewnym 

inkwizytorem,  i  wręczyli  mu  klejnot.  Najgorsze  było  to,  że  on  im  nie  zapłacił,  tylko  zniknął, 
zostawiając ich z niczym. 

Reszta  była  już  dziecinnie  prosta  –  szczególnie,  jak  się  jest arcymagiem i posiada 

magiczną kulę z zaklęciem Obserwatora, która sama co jakiś czas „rzuca okiem” na to, kto się 
kręci wkoło karczmy… 

–  Zostaw ich, Apo – 

rzekł  arcymag,  gdy  Seneth  już  skończył.  –  Dowiedziałem  się  już 

wszystkiego, co mogłoby mnie interesować. 

Wielce  zawiedzony  mistrz  bólu  i  cierpienia  wrócił  do  łańcuchowego  łoża  z  wyraźnie 

kwaśną miną i zaczął zwijać swoje szpargały. 

– 

A  więc  tak…  –  rzekł  mistrz  Sarrakin.  –  Rycerz  jako  jedyny  spełnił  swoje  marzenie, 

choć w dość wątpliwy sposób, a wy, biedni najemnicy, wylądowaliście w moim lochu narażeni 
na mój gniew… Jakże złym byłbym gospodarzem, gdybym choć odrobinę nie spróbował wyjść 

naprzeciw waszym oczekiwaniom. – 

To  rzekłszy,  zbliżył  się  do  Taugadora,  kładąc  dłoń  na 

środku jego piersi. – Już nigdy się nie zestarzejesz, Taugadorze, i nigdy nie umrzesz, masz moje 
słowo. 

Krzyk  wojownika  zamarł  po  krótkiej  chwili,  gdy  dotyk  arcymaga,  mistrza  alchemii, 

obrócił go w kamienny posąg. 

– Drogi Senethcie – 

ciągnął czarodziej, ruszając w jego stronę – Wiesz, że Pałace Umysłu 

są nawiedzane przez nieznane siły, a przez to i umysły kursantów wystawiane na próby wielkiej 
niewiadomej?  Wiesz  o  tym,  prawda?  Nie  sposób  przewidzieć,  co  może  się  stać…  –  Palce 
Vespera Sarrakin ucisnęły czoło przerażonego kobrona. 

– Niee

e, mistrzu… Błagam… – wyjęczał. 

Po chwili ogromna siła zerwała wszelkie blokady, na jakie było stać Senetha i jakimi był 

w stanie się chronić. Niczym pędząca, rozszalała powódź, rwąca na swej drodze wszelkie tamy, 
psioniczna  magia  Sarrakina  zmiotła  z  powierzchni  umysłu  kobrona  jego  świadomość, 
umieszczając na tym miejscu jaźń pięcioletniej dziewczynki. 

– 

No i proszę… – rzekł czarodziej. – Waszym marzeniom i prośbom stało się zadość. 

background image

Nagle  drzwi  lochu  otworzyły  się  i  do  środka  wkroczył  mierzący  ponad  trzy  i  pół  kija 

cyklop. Dystynkcje i herb, który nosił na pancerzu, świadczyły o tym, że dowodził przyboczną 
gwardią arcymaga i miał dzięki temu bardzo rozległą władzę. 

– Panie… – 

zaczął. 

– 

Mów śmiało, Dugharonie, właśnie skończyłem zabawiać naszych gości. 

– Mamy go. 

– Kogo? – 

spytał ze zdziwieniem mag. 

– 

Kapłana,  który  ośmielił  się  skraść  klejnot,  panie.  Wyśledziliśmy  go  po  wibracjach 

kryształu, nie uszedł daleko. Dotykał go gołymi dłońmi, więc nie było trudno. 

– 

Ahh, no tak, racja. Gdzie jest ów głupiec? 

– Tutaj! 

Nec’hra Daar błysnęła w dłoni Mogadora Allantre, po którym spłynęła iluzja cyklopiego 

gwardzisty. Magowie, a szczególnie arcymagowie, mają niezwykle potężne umysły, lecz jakże 
śmiertelne ciała. Już po chwili na kamienną posadzkę spadły dwie połowy przerąbanego na pół 
korpusu zaskoczonego czarodzieja. Świetlista krew chlusnęła na podłogę, zalewając ją kałużami 
gasnącego światła. 

Apokalipsus próbował krzyczeć, ale kto zwróciłby uwagę na krzyki dochodzące z lochów 

mistrza  magów?  Nikt.  Po  chwili  kat  dołączył  do  rzeszy  swych  ofiar,  czekających  na  niego  w 

piekle. 

Mogador  podszedł  do  dwóch  najemników,  dzięki  którym  na  starożytnym  ostrzu 

połyskiwał  już  kolejny  obudzony  ze  snu  kryształ.  Faktura  posągu  była  cierpka  i  pełna  krzyku 
niegdyś wspaniałego wojownika, a z mistrza podstępu i iluzji, kobrona Senetha Ling, pozostało 

jedynie wspomnienie. 

– 

Oto żniwo prawdziwej wojny – pomyślał Mogador. – Ostatnim razem były cztery trupy, 

dziś  już  tylko  trzy.  Chyba  popracuję  nad  etosem  i  stanę  się  dobrym  bogiem.  –  Zachichotał  w 

duchu… 

Po kilku chwilach pośród ścian lochu, gdzie gościły tylko ból, śmierć i łzy, nie było już 

nikogo.  Tylko  chmara  skrzeczących  nietoperzy  przemknęła  tonącymi  w  mroku  korytarzami, 
pędząc wprost do światła… 

*** 

background image

Serce Bennu 

Pogoda  była  paskudna.  Od  rana  siąpił  zimny,  nieprzyjemny  deszcz,  a  sinoszare  niebo 

smagane  ostrym,  północnym  wiatrem  nie  zapowiadało  uroczego  popołudnia.  Znacznie  się 
ochłodziło, choć duchota wciąż dawała się ostro we znaki, toteż w baszcie, podobnie jak i we 
wszystkich  domach  w  mieście,  rozwarto  szeroko  okiennice.  Senna  aura  otępiała,  kładąc  na 
powieki ołów, i nawet tu, w baszcie Czterech Gargulców, bezkarnie podkradała się do książęcych 
gwardzistów, usypiając ich refleks i wyszkoloną czujność. 

Than Barkhu

n, zastępca głównodowodzącego, był rosłym orkiem o dumnym i wyniosłym 

obliczu. Nic w tym dziwnego, bo, jak niewielu orków, należał do antycznej, orkowej szlachty z 
linii Khor. Rasa ta charakteryzowała się przede wszystkim siłą dzikiej bestii, muskulaturą dzikiej 
bestii, wytrzymałością dzikiej bestii, sprytem dzikiej bestii i rozumem cywilizowanego orka, co 
czyniło  ich  jakże  wyjątkowymi.  Ogromny,  łuskowo-metalowy pancerz, który specjalnie 
poszerzono,  by  dopasować  go  do  rozmiarów  klatki  porucznika,  teraz  rytmicznie  wznosił  się  i 
opadał,  okalając  imponującą  muskulaturę.  Trzy  czarne  pasma  włosów  spięte  w  kuce  zwane 
„bułami” przypominały smoliste węgle, ułożone w wianek dookoła poznaczonej bliznami głowy. 
Wizerunek  zamykał  się  obrazem  dwóch  śmiercionośnych,  zakrzywionych szabli o mocno 
postrzępionych krawędziach, tak, by łatwiej pruć ciała i rozwłóczać wnętrzności wrogów. 

Porucznik  popijał  słodzoną  lemoniadę  i,  wciskając  nos  w  raport  z  ostatniego 

przesłuchania, głupawo chichotał pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Nie minęło kilka 
chwil,  gdy  drzwi  do  kwatery  oficerskiej  stanęły  otworem  i  ogromny  cień  minotaura  zaległ  w 

przytulnej, drewnianej komnacie. 

–  Witaj, kapitanie – 

rzekł Barkhun, nie odrywając wzroku od raportu. – Jak tam, dalej 

siąpi? 

– 

Możesz mi, kurwa, powiedzieć, Barkhun, na jakiej podstawie wypuściłeś podejrzanego 

numer jeden, którego wczoraj przyskrzyniliśmy?! 

–  Kapitanie  – 

porucznik  odwrócił  się  do  rozjuszonego  minotaura  –  chciałem 

zameldować… 

– Zamknij pysk! – 

ryknął Vorglath, dmuchając przez zakolczykowane nozdrza. – Kapłani 

nie darują nam tak zuchwałej kradzieży, a ja odpowiadam osobiście przed Al’ Indaar-hanem! 

– 

Kapitanie, pragnę zauważyć… 

background image

– 

Może to ciebie powinienem wcisnąć do paki zamiast tego półorka?! 

– Kapitanie! – 

krzyknął Barkhun. – Ten jełop nie mógłby okraść straganu z pomidorami, 

nawet  gdyby  ten  stał  samopas.  –  Wyciągnął  w  stronę  kapitana  dłoń  z  raportem.  –  Proszę  to 
przeczytać. 

Zwalisty  minotaur  rzucił  niechętnym  okiem  na  urzędowe  pismo,  rozpoznając  pieczęcie 

interrogatora książęcego oraz podpisy świadków, którymi byli dwaj gwardziści z jego oddziału. 
Skrzywił  się  niechętnie  i  podstawił  sobie  pieniek  –  jedyną  rzecz,  na  której  mógł  spocząć  bez 
obaw o dokonanie zniszczeń. Zmrużył czarne jak obsydian ślepia i zagłębił się w lekturze… 

N

azywam  się  Berrik  Arus.  Pochodzę  z  nieprawego  łoża,  jestem  owocem  zdrady  mojej 

ludzkiej matki z orkowym poborcą podatków. W domu zawsze była bieda, więc każdy robił, co 
mógł, żeby dorzucić coś od siebie do gara, toteż i matka nie próżnowała. Mój przybrany ojciec 
jest rzeźnikiem od ponad trzydziestu lat, a to spowodowało, że w naszym domu zagościły rządy 
podobne  do  tych,  jakie  sprawowano  w  rzeźni.  Ojciec  zwykł  wracać  z  roboty  pijany.  Ziejąc
 

krasnoludzkim spirem, 

łapał  za  nóż  i  traktował  mnie  instrumentalnie    stąd  liczne  blizny  i 

zadrapania. Pamiętam, że jak miałem dziesięć lat, ojciec wrócił do domu, kitrając pod pazuchą 
sakwę  pełną  srebrnych  monet,  pochodzącą  z  podejrzanego  źródła.  Wraz  ze  stryjkiem  Wulfem
 
dawali za to w szyję przez czterdzieści  dni, zagryzając od czasu do czasu czerstwym  chlebem, 
który stryjek podobno znalazł. Pamiętam jak dziś, gdy po tej libacji
 znów próbowali się upić, aby 
utopić kaca. Ponieważ nie mieli już nawet miedziaka, ojciec sprzedał schody. Miejscowy kupiec 
wziął je i porąbał na opał, a my od tej pory musieliśmy się wdrapywać na próg.
 

Rok później ojciec zabrał mnie do rzeźni, by pokazać, czym jest prawdziwa, ciężka praca, 

jednak ja poznałem tam jedynie smak łatwego pieniądza.  W południe do rzeźni przybył opasły 

gnom w eskorcie dwó

ch gwardzistów. Zamówił kilka kilogramów wołu i całą świnię, którą już 

wcześniej  sobie  upatrzył,  gdy  babrała  się  w  błocie.  Korzystając  z  zamieszania  powstałego 
podczas polowania na wieprza, zachachmęciłem mu wypchaną po brzegi sakwę i puściłem się 

biegiem 

przez dzielnice, jakby sam diabeł mnie gonił. Ojca wylali na zbity pysk. Wściekły wrócił 

do domu i póty okładał mnie batogiem, póki nie spąsowiałem jak wiosenna róża. Minęło wiele 
dni, podczas których zmieniałem kolory jak tęcza i łagodziłem opuchliznę, nurzając się w korycie 
z  wodą  dla  bydła.  Musiało  być  źle,  bo  rodzona  matka  mnie  nie  poznawała.  To  zdarzenie 
pozostawiło na mym ciele wiele blizn. Patrząc
 w lustro czuję, jakby to było wczoraj. 

background image

Nie  chodziłem  już  więcej  do  pracy  do  rzeźni.  Ojciec  też  nie.  Znalazł  sobie  robotę  w 

dokach przy rozładowywaniu makreli, a ja całymi dniami ganiałem się po podwórku z dwoma 
przyrodnimi braćmi, Dragorem i Bragorem. Wtedy to, pewnego wieczoru, postanowiłem obrać 
złodziejską  profesję
  i  szkolić  się  do  mistrzostwa  w  tym  zacnym fachu, a obaj ludzcy bracia 
zdecydowanie  się  ze  mną  zgodzili.  Tak  to,  przez  kilka  następnych  lat,  nabierałem  wprawy,
 
wałęsając się po targowisku lub tnąc w karty przy stołach U Kulawego Frycka. 

Gdy  osiągnąłem  pełnoletniość,  począłem  od  czasu  do  czasu  bijać  matkę.  Co  jakiś  czas 

okradałem też domowych gości i w końcu, jak obrobiłem ciotkę Sirię i jej kolejnego kochanka z 
marnych  paru  groszy,  matka  okrutnie  potraktowała  mnie  wałkiem.  Patrząc,  jak  robią  to 
przesiadujący w karczmie barbarzyńcy, wpadłem w furię i tak przywaliłem jej pięścią na odlew, 
że jeszcze tego samego dnia pochowaliśmy ją w dołach za miastem. Wtedy to znajomki ochrzcili 
mnie „Rzeźnikiem”.
 

Sztuki  fryzjerskiej  nauczyłem  się  w  lochu  baszty  Czerwonego  Księżyca,  gdzie 

odsiadywałem  cztery  miechy  za  przywłaszczenie  sobie  ośmiu  kilogramów  kiełbasy  z  wędzarni 
masarza Zdziśka „Bawole Oko”. Nawiasem mówiąc, nie mogło tego być aż tyle, bo bardzo łatwo 
mi się z nimi biegło…
 

Drhun Vorglath ciężko westchnął i odłożył pismo na stół. Nie dobrnął do końca, zostało 

mu jeszcze jakieś dwie i pół stronicy. Pokiwał z niedowierzaniem łbem i podrapał się za prawym 

uchem. 

– 

Na  Infernusa,  toż  to  jakiś  idiota.  Dobrze,  że  go  wypuściłeś,  nie  chce  mi  się  nawet 

myśleć, jakiego nażarłbym się wstydu, gdyby te brednie wyszły na jaw podczas rozprawy. 

– 

Kapłani świątyni Seta muszą szukać swego złodzieja gdzie indziej – odparł Barkhun. 

– No tak, on nim na pewno nie jest. – 

Kapitan ciężko westchnął. – Bogowie, ale bym miał 

przesrane. Mogliby mnie nawet zdjąć ze stanowiska, gdybym przyprowadził tę kalekę na proces. 

– 

Drhun podpalił swą ukochaną fajkę ze śliwkowym tytoniem. – W sumie, sam nie wiem, jak 

żeśmy go znaleźli. 

– 

Głupia łapanka, kapitanie, byle szybko kogoś dorwać. Tośmy dorwali. 

– 

Fakt, masz rację. Niepotrzebnie tak się spieszyłem. Nie wiem zresztą, skąd przyszło mi 

do głowy szukać złodzieja liturgicznych płaskorzeźb pośród tej hołoty z Czarciego Bagna. 

– 

Nazwa tej dzielnicy mówi już sama za siebie. 

background image

– 

No  taaak,  ale  co  było  robić.  Ci  nagle  podnoszą  rwetes,  bo  im  ktoś  te  bohomazy 

podpierdolił i o dziwo, nagle przesiąknięci złem i kłamstwem ojczulkowie Seta wznoszą okrzyki 
o sprawiedliwość! – kolejne westchnienie. –  I jeszcze na dodatek te stare, sklerotyczne antyki 
wytykają  mi  niekompetencję  mojego  garnizonu.  Czy  to  moja  wina,  że  przyszło  mi  zarządzać 
strażą miasta właśnie na terenie dzielnicy biedoty? 

– 

Masz też drugi garnizon, kapitanie. 

– 

No,  mam.  Tam  na  szczęście  jest  spokój.  Nie  należy  jednak  zapominać,  że  moim 

głównym zadaniem jest dbać o bezpieczeństwo naszego ognistego księcia. Trudno mi pogodzić 
tak odpowiedzialną i reprezentacyjną funkcję z babraniem się w szambie, jakim jest to miasto. 

Barkhun  pokiwał  tylko  głową  be  zrozumieniem,  kapitan  bowiem  miał  czasem  te  „złe 

dni”, kiedy to żalił się na cały świat, i jeden z tych dni wypadł właśnie dziś. 

– 

Rozkażę  wznowić  poszukiwania,  kapitanie.  –  Barkhun  wstał  i  zasalutował,  po  czym 

spokojnym krokiem wyszedł z oficerskiego pokoju. 

Drhun Vorglath pociągnął nosem z gorzkim wyrazem pyska. Już po chwili z zamkniętej 

na dwa klucze 

szafki wyciągał litrową butlę swego ukochanego koniaczku. 

–  Mmmmuuuah. Ty mój kochany, bursztynowy cukiereczku. – 

Pocałował  butelkę.  – 

Tylko ty mnie rozumiesz. Twój byczek nigdy cię nie zdradzi… 

W karczmie U Wrót Piekła było tłoczno i gwarno. Rozwrzeszczane stado miejscowych 

rzezimieszków o zakazanych mordach i półnagie służki o wątpliwej urodzie dali Berrikowi znać, 
że  właśnie  wrócił  do  siebie.  Prostokątna  sala  tonęła  w  barwach  najróżniejszych  wyzwisk  i 
pogróżek,  które  –  jako  odprawiany  między  tutejszymi  gośćmi  rytuał  –  tworzyły  niezwykle 
specyficzny  koloryt.  Co  dla  jednych  było  nie  do  zniesienia,  dla  innych  stawało  się  wręcz 
wymarzonym miejscem do spędzania wolnego czasu. 

Spośród  ciżby,  jaka  przelewała  się  pomiędzy  karczmianymi  stołami,  Berrik  wyłowił 

sw

ych  podchmielonych  towarzyszy.  Już  na  pierwszy  rzut  oka  można  było  stwierdzić,  że  od 

wczesnego popołudnia niezmordowanie walczą z dzbanami wódki i taniego bimbru i, co więcej, 
nie zamierzają się poddać. 

–  Berrik! Ty zafajdany kryminalisto! – 

ryknął  Dragor,  który  posturą  przypominał  nad 

wyraz wyrośniętego krasnoluda. – Chodź do nas, imprezka jest! 

background image

Półork, nie skrywając zdziwienia, powiódł po karczmianej ławie wyłupiastymi oczyma, 

które upodobniały go do głębinowej ryby. 

– 

Widzę, że czym chata bogata… Witajcie – dodał po chwili. 

Jeszcze  całkiem  niedawno  spoglądały  na  niego  ślepia  piskliwych  szczurów,  które 

gnieździły się w lochach baszty. Teraz patrzył  na zaczerwienione od wódki, roześmiane pyski 
swych  przyjaciół,  którym  w  ciągu  niecałego  tygodnia  znacznie  podniosła  się  tak  zwana  stopa 
życiowa.  Byli tu dziś wszyscy, między innymi  Dragor i  Bragor – dwaj bracia, których jedyną 
cechą wspólną była nieokiełznana furia, w którą wpadali natychmiast, gdy tylko ktoś próbował 
zakwestionować ich wspólne korzenie. 

Dragor m

iał  około  kija  i  dwóch  łokci  wzrostu,  za  to  ważył  grubo  ponad  dwanaście 

głazów. Całe życie pracował w kamieniołomach, czy to jako wolny człowiek, czy też będąc w 
dybach  na  zesłaniu,  bo  okresy,  kiedy  przebywał  na  wolności  lub  odsiadywał  jakiś  wyrok, 

niezmie

rnie  często  się  u  niego  przeplatały.  To  dzięki  tej  harówce  zyskał  krzepę,  jakiej  nie 

powstydziłby się nawet wzgórzowy gigant. Skundlony zarost i obfita grzywa, jakie nosił, były 
koloru kruczej czerni, a ciało miał zawsze osmagane słońcem, aż do barwy głębokiego mahoniu. 
Jego  przyrodni  brat  był  za  to  blady  jak  świeżo  bielona  ściana,  a  mierząc  blisko  dwa  kije, 
wyraźnie górował nad Dragorem wzrostem. Na tym różnice się nie kończyły. Bragor był chudy 
jak  szczapa,  a  na  jego  kościstym  ciele  kapłani  Nannhey  –  bogini  uzdrowień  –  mogli  się 
swobodnie uczyć ludzkiej anatomii. Taki był wychudzony. Bragor w przeciwieństwie do brata 
bardzo  rzadko  się  odzywał,  a  jak  już  coś  powiedział,  to  swoimi  prymitywnymi  wywodami 
potrafił wprawić w osłupienie każdego słuchającego. 

Wśród  towarzyszy  Berrika  był  także  pieśniarz  i  awanturnik,  zawadiaka,  mistrz  celnego 

dowcipu  i  szermierki  na  słowa,  bard  Tamney.  Rozczochrana  czupryna  w  barwie  jesiennego 
miodu opadała mu na ramiona i przysłaniała radosne orzechowe oczy. Lekko haczykowaty nos i 
wydatny  podbródek  rysowały  na  jego  obliczu  wyraźną  buńczuczność  charakteru.  Nosił  się 
schludnie. Wręcz kochał znakomite szaty, podobnie też i perfumowane wody, jakich namiętnie 
używał.  Wciąż  żuł  liście  świeżej  mięty  i  oczyszczał  sztyletem  paznokcie  z  brudu,  o  jaki  dość 
łatwo  było  w  tego  typu  przybytkach.  Berrik,  choć  nie  grzeszył  bystrością,  nigdy  nie  mógł 
zrozumieć, co ten elegancik robi w takiej norze, z takimi typkami jak on i jemu podobni. Sam 
Tamney szybko zbywał takie pytania prostymi odpowiedziami, w których najważniejszymi dlań 
była serdeczna kompanija, miska strawy i niespożyte ilości alkoholu, no i oczywiście wszelakie 

background image

„atrakcje”.  Jeśli  zaś  o  nie  chodzi,  to  zarówno  jego  towarzysze,  jak  i  miejsca,  które  zwykli 
odwiedzać, były żelazną gwarancją nietypowych rozrywek. 

– 

No, no. Nie ma mnie ledwie tydzień, a wy już zostaliście chyba lordami, czy jak? 

–  Siadaj, nie gadaj, Berrik – 

odparł  Dragor,  który  sam  siebie  uważał  za  przywódcę 

drużyny. – Jest interes do zrobienia, właśnie balujemy za zaliczkę. 

– Aha! – 

rzekł. – Jeśli ten „interes” może nas równie łatwo zaprowadzić tam, skąd właśnie 

wyszedłem, to dziękuję bardzo. 

– 

Nie  kręć  ryjem,  ino  słuchaj,  o  co  się  rozchodzi.  –  Tym  razem,  o  dziwo,  odezwał  się 

Bragor i, o dziwo, całkiem do rzeczy. 

Berrik tylko ski

nął głową i usiadł wraz z kamratami, zamieniając się w słuch. 

– Ano, idzie to tak – 

zaczął Dragor. – Nie dalej jak pięć dni temu byliśmy z Bragorem na 

targu  po  świeże  owoce  i  cynamon  do  tego  deseru  z  kuskusu,  co  go  tak  bajecznie  przyrządza 

Tamney. Przecisk

aliśmy się ostro, bo ludzi nawaliło jak w jakie święto, aż tu nagle patrzymy, a 

na słupach ktoś właśnie rozwiesza ogłoszenie. 

– He he, no to my je chaps! – 

zaryczał Bragor. 

– Stul dziób! – 

musztrował go brat. – Ja mówię, nie?! No. – Dragor podrapał się chwilę 

po  rozwichrzonej  czuprynie,  jakby  poszukiwał  tam  resztek  myśli,  gasnących  gdzieś  pośród 
przepastnych  plam  głupoty.  –  A  właśnie!  Mam.  Więc  tak,  my  chaps  to  ogłoszenie  i  to  gibko, 
coby nikt tego nie zwąchał. Kroiła się świeża robótka. Czuć to było. 

–  Mog

li  równie  dobrze  wytargać  anons  o  sianokosach  albo  o  wakacie  na  stanowisko 

praczki – 

zadrwił Tamney. 

– 

Nikt cię nie pyta, to cicho siedź – ofuknął go Dragor. – Na glejcie pieczęcie zacne były i 

pismo nie jak kura pazurem, ino takie szlacheckie zawijasy. Wi

dać zrazu, że pisał znaczny ktoś. 

Tośmy zabrali. 

– 

A jak ktosik znaczny, to i piniądze niemałe, hej! – wtrącił Bragor. 

– 

Powiedz lepiej Berrikowi, co byłeś łaskaw w tym glejcie przeczytać – odrzekł Tamney, 

zajmując się dłubaniem w paznokciach. 

– Eee, no te

n, nieważne. Bośmy już wiedzieli, że to nie byle co, ino niezła gratka! – rzucił 

Dragor. 

– Jak dla turkucia podjadka – 

dorzucił Bragor. 

– 

Zamkniesz tę durną mordę?! – krzyknął Dragor, grożąc bratu pięścią. 

background image

– 

No dalej, Dragor, nie krępuj się, tak pięknie opowiadasz – zachęcał kpiarsko Tamney. 

– 

No więc, wzięliśmy to pismo i duchem do Tamneya, bo ten bialekt czy jakoś tak się to 

mówi, no wiesz, zupełnie nie szło tego czytać. Pewnikiem pisany po krasnoludzku, bo inaczej to 
byśmy pewnikiem przeczytali. 

Tamney 

tylko z politowaniem pokiwał głową i wrócił do swoich paznokci. 

– 

Więc  ów  kupiec  zwie  się  El’  Imgram  Caylay  i  jest  elfickim  handlarzem.  Jakieś 

płócienne szmaty i diabełki strugane z drewna opycha takim durniom, co to je kupują. Do tego 
cenne wazy i na stół te, no… – Dragor zamulił się na chwilę, a jego rozbiegane oczy wyraźnie 
poszukiwały rozumu. – Mam! Zastawę, czy jak to tam idzie. 

– 

Zastawę to się robi w lombardzie – wtrącił Bragor. 

– Zamkniesz tego ryja?! 

– No i? – 

nieśmiało spytał Berrik. 

– Spoko, spoko, robota jest – 

zaśmiał się Dragor. – Jużeśmy zaliczkę wzięli, w sumie ci 

się należy coś niecoś, chyba nie przechlaliśmy wszystkiego – zachichotał. 

– Co? Ale jak to, jaka zaliczka, za co, na co? 

– 

No ten elf wyrusza w podróż i potrzebuje najemników do ochrony karawany. 

– 

Zaraz, zaraz. Zwykle do obstawy zatrudnia się gwardzistów, a nie najemników. 

– 

W mieście zrobiło się gorąco. Wielu gwardzistów jest zajętych szukaniem tego, za co ty 

siedziałeś. Poza tym kupiec chce się czuć pewnie i bezpiecznie, więc potrzeba mu więcej luda. 

– 

Aż taka wielka ta karawana? 

– 

Nie aż tak… 

– To dlaczego? – 

zdziwił się Berrik. – Po co mu gwardziści i jeszcze my? To ich ulubiona 

robota, te wypady za miasto. Mało kto odważa się napadać na karawany, odkąd trakty patrolują 

szwadrony 

salamander księcia Al’ Indaar-hana. Po co mu aż tyle ochrony? 

Pozostali  trzej  towarzysze  popatrzyli  po  sobie,  wymieniając  porozumiewawczo 

spojrzenia. 

– O co biega? – 

spytał podirytowany Berrik. – W coście nas wpakowali? 

– 

Dragor  pragnie  ci  powiedzieć  –  zaczął  Tamney  –  że  ta  karawana  wcale  nie  będzie 

zmierzać  zwykłym  szlakiem  handlowym  ani  traktem,  a  konkretniej  żadnym  z  nich.  –  Widząc 
pytające spojrzenie Berrika, mówił dalej. – Karawana wyruszy przez Dolinę Zagubionych Dusz i 
Przełęcz Upiorów. To najlepsza i najszybsza trasa stąd do miasta zielonych smoków Nerenthii. 

background image

– 

Że co?! Jaka? Naj… Co? Bo zemdleję. Jak mogliście się na to zgodzić?! 

– 

Pieniądze, Berrik, pieniądze. One czynią cuda, możesz mi wierzyć. – Tamney obnażył 

zęby w złowieszczym uśmiechu. 

–  A il

e to pieniędzy trzeba, żeby tak zamydlić wam te głupie gały i tępe łby? Hę?! No 

pytam się, ile?! – Walnął pięścią w stół. – Ile trzeba, coby tak zgłupieć i wybrać się w podróż, 
skąd nie wracają święci  rycerze i kapłani,  gdzie pełno dzikiego zwierza i kanibali zżerających 
wszystko, co popadnie? A i na sam koniec karawana z imperium czerwonych smoków wjeżdża 
jak gdyby nigdy nic do kupieckiej metropolii zielonego rodu. Tak? Bo przecież smoki rozumieją, 
że  to  tylko  czysty  interes,  i  nas  nie  zeżrą,  co  nie?  Mówta  mi,  ile  trzeba,  żeby  z  was  takich 
durniów zrobić?! 

– 

Sto sztuk złota na głowę, plus dwadzieścia pięć za każdą wygraną potyczkę, w której 

nie ucierpią towary kupca. 

Spokojny  głos  barda  spłynął  na  Berrika  niczym  tropikalna  noc,  która  nagle  wykrada 

światłość dniu, by pogrążyć go w ciemności. Berrik zamilkł. Usiadł, nawet nie zorientował się 
bowiem, że wstał. 

– 

Bożesz  ty  mój…  –  wyjęczał.  –  Toż  to  straaaszne  pieniądze.  Za  nie  mógłbym… 

mógłbym… 

– Wszystko – 

rzucił Dragor, a cała reszta skwapliwie pokiwała mu głowami. Przy takim 

trybie życia, jaki prowadzili czterej towarzysze, i na takim poziomie, jak dotychczas, sto sztuk 
złota stanowiłoby majątek, jaki wystarczyłby im na pięć lat balangi i to z dużą nawiązką. 

Berrik, nie pytając o pozwolenie, chwycił kufel Bragora i pociągnął zeń kilka sążnistych 

łyków. Tutejsze piwsko typu szczyny należało do ulubionych przysmaków Berrika. 

– To kiedy wyruszamy? – 

spytał ochoczo, ocierając usta z piany. 

Słońce  tonęło  gdzieś  za  łukiem  horyzontu,  zmieniając  mleczne  pasma  podniebnych 

stratusów w płonące szkarłatem smugi. Złocista tarcza znikała za wydmami niezwykle szybko, 
pozostawiając Xhar’haddhir opiece zimnych, wieczornych cieni. Ich mroczne ręce, dotąd skryte 
w zaułkach, teraz pożądliwie wyciągały swe pazury, kładąc na murach mrok i rysując miejskie 
wieże  i  daktylowe  palmy  czarnym,  jakby  atramentowym  węglem.  Idylliczny  obraz  zachodu 
słońca na ognistym niebie dopełniła orientalna muzyka, płynąca prosto z serca miasta, gdzie wraz 
z  nadejściem  zmierzchu  rozpalały  się  czerwone  ognie  latarń  i  pląsające  pochodnie,  gęsto 

background image

otaczające rozkrzyczane suki i skwery. Na ulicach pachniało nieznanymi przyprawami, a gdzie 
okiem  sięgnąć  pojawiali  się  zaklinacze  kobr,  uliczni  czarownicy  i  tancerki  o  zmysłowych 
kształtach. Taki był Xhar’haddhir, miasto-forteca, unoszone łagodnymi falami ognistego jeziora 
Ifrytów,  ze  swą  niedoścignioną  architekturą,  gdzie  prawie  każdy  budynek  stanowił  nieopisane 
dzieło  sztuki,  a  bogactwo  i  baśniowe  piękno  dzielnicy  pałacowej  zapierało  dech  w  piersiach. 

Opiewane w pie

śniach  trubadurów  i  opowieściach  podróżników  miasto  stanowiło  istną  dumę 

sułtana  Ra’Aziza.  Taka  właśnie  była  stolica  sułtanatu  Indaharii  –  Xhar’haddhir,  zwany  Różą 

Pustyni. 

W dzielnicy Południowej, gdzie rozkwitał handel i gdzie mieściło się najwięcej karczm, w 

zaułku noszącym urzekającą nazwę alei Gwiazd wznosił się owiany dość ponurą sławą budynek. 
Gospoda U Braci Nożowników była elegancką, dwuskrzydłową budowlą, wtopioną częściowo w 
potężne  mury  miasta.  Choć  posiadała  niejedną  kondygnację,  nie  oferowała  gościom  żadnych 
noclegów  ani  też  dziennych  pokoi,  a  jedynymi  pomieszczeniami  tego  typu  były,  jak  po  cichu 
mówiono,  rozległe  i  luksusowe  antresole  należące  do  właścicieli  tegoż  przybytku.  Nikt  ich 
jednak nigdy nie  widział, bo bracia Stilmar i Ashan niezwykle cenili sobie swoją prywatność. 
Jedyne, co z zewnątrz rzucało się przechodniom w oczy, to zdobne, złocone kraty, spomiędzy 
których spływały girlandy kolorowych kwiatów wplecionych w bufiaste zasłony. 

U Braci Nożowników bawiła klientela tutejszego półświatka. Nie było to jednak miejsce 

dla  tanich  złodziejaszków,  pseudorabusiów  czy  podłych  morderców.  Tu  balowała  elita. 
Szefostwo  wielorakich  organizacji,  które  wolały  pozostawać  w  cieniu,  mistrzowie  gildii 
zabójców  czy  niedoścignieni  w  złodziejskim  rzemiośle wolni strzelcy mieli tu istny raj. Do 
gospody  nie  zaglądała  gwardia,  a  żadne  rozmowy  nie  były  podsłuchiwane.  Każdy  mógł 
swobodnie  załatwiać  interesy,  a  przy  okazji  dobrze  się  zabawić.  To  wszystko  jednak  nie 
przychodziło tanio, karczma była bowiem okrutnie droga i samo bywanie w niej świadczyło już 
niezbicie o stosownej pozycji. Stanowiła ona również pewnego rodzaju „skrzynkę kontaktową”, 
łączącą  jakże  zasobny  w  bogactwa  świat  tutejszej  szlachty  z  eleganckimi,  a  zarazem  zabójczo 
skutecznymi przestępcami. Wszystko funkcjonowało na zasadzie „polecenia przez przyjaciela”. 
Jeśli  ktoś  niepowołany  zjawił  się  w  karczmie,  szukając  kontaktu,  to  niezależnie  od  objętości 
sakwy mógł się liczyć jedynie z nagłą utratą życia. Takie sytuacje nie zdarzały się zatem zbyt 

cz

ęsto. 

background image

Piwnice, choć urządzone w ciepłym klimacie drewnianych, stylowych mebli, puszystych 

dywanów i kryształowych bibelotów, pachniały niepewnością i strachem, a jakiekolwiek światła 
rzucane przez tańczące, płomienne ogarki zdawały się tylko pogłębiać grasujące po komnatach 
cienie. Stilmar i Ashan byli nie do odróżnienia i gdyby nie to, że jeden rzadko kiedy się odzywał, 
pozostawiając bratu kwestie negocjacji, to nie sposób byłoby ich rozpoznać. Ale nawet to zbytnio 
nie  pomagało,  gdyż  rozmówcy  i  tak  ciągle  się  mylili,  zaś  bliźniacy  celowo  nigdy  nie 
wyprowadzali ich z błędu. Do końca zatem nikt nigdy nie wiedział, który to jest Stilmar, a który 
Ashan. Obaj jednakże byli ludźmi, mierzyli około kija i nieco ponad dwa łokcie, byli szczupli i 
żylaści.  W  przeciwieństwie  do  tutejszych,  nie  nosili  turbanów,  a  szpakowate  czupryny  lekko 
zachodziły  im  na  oczy.  Obaj  mieli  jednakowo  ciemną,  wręcz  czekoladową  karnację  i 
haczykowate nosy, upodobniające ich oblicza do jastrzębi. Czasem ktoś mówił o nich Stilmar i 

Ashan, ale 

równie często wiele osób, z uwagi na ich wygląd, używało określenia „Kurhanniki”. 

Arcymag Vesper Sarrakin przechadzał się po mrocznej izbie, co rusz rozpościerając swe 

magiczne  skrzydła.  Duma  i  pogarda,  jaką  żywił  do  wszystkiego  wkoło,  znikała z  jego  oblicza 
tylko  wtedy,  gdy  rozmawiał  z  kimś  dorównującym  mu  potęgą  i  układami.  Spotkanie  z 
bliźniakami nie miało jednak tego jakże rzadkiego charakteru. 

Obaj weszli do pokoju cicho i niepostrzeżenie, niczym drapieżne koty, czekające tylko na 

właściwy moment do ataku. Arcymag wiedział o tym, tak jak i oni wiedzieli. Gra na najwyższych 

akordach szachów tylko z pozoru jest stonowana, bo zawsze przyprawia o dreszczyk emocji. 

Jeden błąd może tu kosztować nie tylko pozycję, ale i życie. 

–  Wielki Mistrzu… –  Obaj bracia p

owitali czarodzieja głębokim ukłonem. – Czy twoja 

podróż była dobra? Czy też może nasza gościnność jest nie na miejscu? – zapytał jeden z nich, 
kierując wzrok na hebanowy stolik, gdzie na polerowanych nogach ze słoniowych kłów piętrzyły 
się nietknięte egzotyczne owoce i schłodzone różowe wino. 

– 

Doceniam, jednak powinniście wiedzieć, że nie jadam i nie pijam prawie nic i prawie 

nigdy – 

odparł przebiegle czarodziej. – Ograniczam się do treningu umysłowego, moje ciało to 

tylko naczynie dla woli. 

– 

Oczywiście. – Raz jeszcze bracia skłonili się, choć tym razem zdawkowo. 

– 

Po  waszej  wizycie  w  Igna’thurze  zrobiło  się  nieco  gorąco,  zaginęły  bowiem  pewne 

bezcenne dla świątyni Seta płaskorzeźby. Mówi się, że mają wielką, kleryczną wartość. 

background image

– 

Zaginęły – odparł jeden z braci. – A teraz ty, panie, jesteś ich właścicielem. Tak, jak 

sobie tego życzyłeś. 

Kurhannik odwinął obszerne poły czarnego aksamitu, ukazując trzy złociste płaskorzeźby 

przedstawiające szykującą się do ataku kobrę. Całość nigdy nie została wykonana przez żadną 
żywą  istotę,  były  bowiem  zbyt  doskonałe.  Utworzone  z  najcenniejszych  kruszców  i  zdobne  w 
najszlachetniejsze  z  kamieni,  stanowiły  nie  tylko  nieopisaną  wartość  duchową  dla  samych 
wyznawców Węża, ale i ogromny majątek dla tych, którzy nie znajdowali w sobie aż tak wiele 

wiary. 

– 

Doskonale,  jak  zwykle  jestem  z  was  więcej  niż  zadowolony  –  rzekł  czarodziej, 

przesuwając  dłońmi  po  bezcennych  dziełach.  –  I  pomyśleć,  że  nie  interesuje  was  żadna 

finansowa gratyfikacja… 

– 

Gdy  mijają  lata,  a  miało  się  już  w  swoich  dłoniach  największe  bogactwa  świata  i 

zdobyło  się  ogromny  majątek,  a  także  pozycję…  nic  nie  spędza  snu  z  powiek  bardziej  niż 
uciekający  czas.  –  Jeden  z  braci  przez  chwilę  ważył  słowa.  –  Myślę,  panie,  że  będąc 
niedoścignionym w swej sztuce, sam wiesz to najlepiej. 

–  Taaak.  – 

Uśmiechnął  się  arcymag.  –  Słusznie  prawisz.  Nie  ma  nic  cenniejszego  niż 

czas. Głupcy jednak dostrzegają jego znaczenie dopiero na łożu śmierci. 

Bracia kiwnęli potakująco głowami. 

–  Ekstrakt z serca czerwonego smoka. – 

Czarodziej  wyjął  z kieszeni szaty dwie fiolki 

mieniącego się krwawym blaskiem płynu. – W przeciągu miesiąca jest w stanie odmłodzić o pięć 
lat.  Jednak  w  tym  czasie  żaden  wysiłek  nie  jest  wskazany,  radzę  przeto  bardzo  o  siebie  dbać, 
dobrze  się  odżywiać,  nie  stronić  od  snu,  nie  korzystać  z  uciech  cielesnych  i  alkoholu,  a  efekt 
będzie piorunujący. 

Błysk pożądania w oczach bliźniaków powiedział magowi wszystko. Po chwili skłonili 

się głęboko, z namaszczeniem chowając fiolki za pasem. 

– 

Jeśli w czymś jeszcze możemy… 

– Owszem, mo

żecie – uciął czarodziej. 

– 

Zatem zamieniamy się w słuch – odrzekł kurhannik, nieco zaskoczony. 

– 

Chciałbym,  byście  jeszcze  raz  odwiedzili  Igna’thur  i  to  najlepiej  natychmiast.  – 

Dostrzegł pytające spojrzenia braci. – Chcę, abyście złożyli komuś wizytę. Interesuje mnie tak 
efektywność, jak i efektowność tego zadania. 

background image

Bracia w lot zrozumieli, na czym ma ono polegać. Po prostu trzeba było komuś zgasić 

światło, a jak przychodziło do mokrej roboty, to oni byli po prostu najlepsi. 

– 

Kto to ma być, mistrzu? – zapytał jeden z nich. 

– 

Kapitan książęcej gwardii. Drhun Vorglath. 

Rzadko kiedy cokolwiek dziwiło kurhanników, ale tym razem zatkało ich na dobre kilka 

sekund. 

– 

Ależ, panie, ta misja to… 

– Macie trzy dni. – 

Ton arcymaga nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. 

–  To zadanie… – 

spróbował  znów  podjąć  Ashan,  Vesper  Sarrakin  uciszył  go  jednak 

gestem  dłoni.  Po  chwili  z  kieszeni  szat  wyjął  sakiewkę  z  migotliwym,  błękitnym  proszkiem, 
którego nieziemska barwa rozświetliła pomieszczenie. 

–  To jest sproszkowana dusza Lother

a  Nen’verrtha  „Spadającej  Gwiazdy”,  króla 

błękitnych  smoków.  Wystarczy  na  dwie  porcje.  Wdychanie  tego  proszku  spowoduje 
dziesięciokrotne  spowolnienie  procesu  starzenia  każdego  organizmu.  Efekt  jest  trwały  i 
utrzymywać się będzie przez całą długość nowego życia. 

Cisza, jaka zapanowała między pertraktującymi, była iście przejmująca. Zdawała się aż 

krzyczeć setkami pytań, które musiały jednak pozostać bez odpowiedzi. Po kilku ciągnących się 
w nieskończoność chwilach milczenie przerwał drugi z braci. 

–  Ten dar, 

mistrzu,  to  coś  niezwykłego,  nawet  jak  na  nagrodę  za  takie  zlecenie.  Gdzie 

tkwi haczyk? Bo on tam jest, nieprawdaż? 

– 

Jesteś,  widzę,  niezwykle  bystry,  mimo  że  niezwykle  rzadko  uczestniczysz  w 

rozmowach, Stilmar. Owszem, jest haczyk. – 

To  rzekłszy,  czarodziej  wyjął  pogniecioną  kartę 

pergaminu  i  podał  ją  kurhannikom.  Obaj  bracia  zerknęli  na  zapisane  nań  słowa  i  choć  w 
komnacie panował półmrok, czarodziej był niemal pewien, że nieco zbledli. 

– 

Ma mieć to w ustach, jak już z nim skończycie. 

– Jak bardzo widowi

skowo mamy załatwić sprawę? – spytał znów Stilmar. 

– 

Bardzo. Ma wiedzieć każdy w mieście. 

Ciężki  tabor  posuwał  się  na  południe  powolnym,  nudnym  tempem,  a  odkąd  karawana 

wjechała na  wzgórza Til’ Quannanu, podróż stała się jeszcze bardziej uciążliwa. Opasłe wozy 
musiały poruszać się wężowym zygzakiem, aby uniknąć stoczenia w dół, a masa spękanych skał 

background image

i  omszałych  głazów,  które  były  pozostałością  po  wielkiej  bitwie  armii  księcia  Indaar-hana z 
siłami kamiennych gigantów, wcale nie czyniły jej łatwiejszą. Wśród obsługi i ochrony taboru 
panowały ponure nastroje. Podróżowali bez wytchnienia już ponad tydzień, a dopiero co zdążyli 
dotrzeć  na  wzgórza,  choć  planowali  przekraczać  już  Przełęcz  Upiorów.  Na  dodatek  od  rana 
zanosiło się na burzę i zarówno po kolorze, jak i po pomrukach sczerniałego nieba można było 
wnioskować, że nie będzie to lekki i przyjemny deszczyk. To tylko pogarszało samopoczucie i 
tak  już  mocno  zirytowanego  kupca.  Mierzący  niewiele,  bo  półtora  kija  elf  o  ostrym  nosie  i 
pociągłych oczach miał powody do stresu, karawana bowiem miała nie lada opóźnienie. 

– Niech to szlag jasny trafi! – 

Elfi kupiec splunął siarczyście na ziemię i pociągnął spory 

łyk  cytrynówki.  –  Wszystko  zaczęło  się  od tej  zuchwałej  kradzieży  ze  świątyni  Seta.  Od  tego 
momentu, jakbyś nożem uciął, żadnych wolnych gwardzistów. Sami najemnicy, a z nimi to sam 

wiesz, jak bywa. 

Powożący jednym z wozów Tamney pokiwał tylko ze zrozumieniem głową. 

– 

Nie to, żebym miał coś do was, chłopcy, ale towaru trzeba strzec. Najemnicy służą za 

pieniądze, więc nigdy nie wiadomo, co im do łba nagle strzeli. Gwardziści są za to dużo bardziej 
przewidywalni, no i mają ten swój kodeks

Tamney znów pokiwał głową i zgrabnie wyminął kolejny zagradzający drogę głaz. 

– 

I mało tego! – ciągnął zirytowany elf. – Każdy dzień postoju kosztuje, więc wziąłem 

was i tych sześciu z baszty, aż tu nagle, psia kość, ktoś morduje kapitana! I to nie byle jakiego, o 
nie! Tylko samego Drhuna Vorglatha, dowódcę przybocznych ognistego księcia. O bogowie, czy 
nade mną zawisło jakieś przekleństwo? 

– 

Mało kto wie, co się tam wtedy dokładnie stało – odrzekł bard. 

–  Jak to, to nie wiesz?! – 

zdziwił  się  Imgram.  –  Znaleziono  go  w  kwaterze,  w  środku 

baszty, zarżniętego jak wieprza. Siedział tam bez głowy, a wkoło było mnóstwo zakrzepłej krwi. 

N

ajgorsze, że nikt nic nie zauważył. Po tej tragedii wszystkich z baszty wzięto na przymusowe, 

magiczne  przesłuchanie,  wiem  to  od  zaprzyjaźnionego  porucznika,  Thana  Barkhuna.  Jego 
oberżnięty łeb… – zaczął po chwili, lecz Tamney mu przerwał. 

–  Tak, tak –  wtr

ącił  bard  –  to  wiedzą  akurat  wszyscy.  Nabili  go  na  szczyt  dzwonnicy 

katedry Infernusa, bóstwa, któremu hołduje nasz książę. Plotki mówią, że minotaur miał w ustach 
kartę papieru, coś ŕ la listę. Wiadomo ci coś o tym? 

background image

– 

A  pewnie,  że  tak  –  obruszył  się  Imgram.  –  Kto  jak  kto,  ale  ja  zawsze  byłem  w  tym 

mieście dobrze poinformowany. – Po chwili rozejrzał się i wyraźnie ściszył głos, nachylając się 

ku Tamneyowi. – 

To,  co  odkryto,  przepełniło  strachem  wielu  możnych  tego  miasta,  była  to 

bowiem lista, na której widn

iały nazwiska tych, którzy mają zginąć w następnej kolejności. 

– 

Biorąc  po  uwagę  taki  początek,  to  owa  kartka  papieru  musiała  nabrać  sił 

niepodważalnego argumentu. 

– 

I tu masz rację! I tu masz rację! – wykrzyknął Imgram, chowając twarz w dłoniach. – 

Co prz

yszło  mi  począć,  tabor  nie  mógł  już  dłużej  stać,  a  z  uwagi  na  poszukiwania  mordercy 

książę  rozkazał  wznieść  blokady  bram  miejskich.  Wierz  mi,  on  to  wyjaśni,  oj,  wyjaśni. 
Zabójstwo tego kalibru, i to dokonane na jednym z jego najlepszych ludzi, nie może przejść bez 
echa i na pewno nie przejdzie. Ale problem się zrobił ogromny, w całym mieście zmobilizowano 
wszystkich  zdolnych  do  pracy  gwardzistów,  nawet  tych  w  stanie  spoczynku.  Zbrojne  ramię 
księcia  tak  mocno  przycisnęło  półświatek,  że  gildie  złodziei  i  zabójców  srały  ze  strachu  po 
nogach, bo nie było litości. 

Tamney znów pokiwał głową. 

–  A efekt znasz – 

elf znów  zanurzył  nos  w  wódce  –  Nie  było  kogo  wziąć  do  ochrony 

karawany.  Wyjechałem  w  tę  podróż  z  odsłoniętym  brzuchem!  Tak  się  boję,  że  nie  uwierzysz. 

Jakby 

się teraz co stało!… 

– Masz nas. 

– 

Tak, ale sam zobacz. Wleczemy się jak te ślimaki na początku podróży, choć od kilku 

dni powinniśmy być w drodze! Cholerna blokada miasta! Wiesz, ile tyłków musiałem wylizać, 
żeby załatwić pozwolenie na wyjazd? A niech się tak teraz co stanie… Bogowie, co ja biedny 
pocznę? 

– 

Dramatyzujesz,  mogliśmy  już  paść  łupem  rabusiów  nieopodal  Trzech  Studni  albo 

nomadów  z  plemienia  Krwawych  Sztyletów.  Nie  stało  się  tak.  Jak  więc  widać,  póki  co  jest 
nieźle. 

– 

No tak. Póki co, ale co będzie za dzień lub dwa? – zastanowił się elf. – Nie pomyślałeś 

o tym? 

– 

Nie, ale ty, jak widzę, nie dasz mi zapomnieć. Toteż nie mam się czym martwić. 

– Bardzo zabawne – 

odparł kupiec. – Moim zdaniem ta ironia jest nie na miejscu. Wiozę 

towary warte  wór złota, a czeladnicy i stajenni  to takie wojsko, jak z cyny  złoto. Do ochrony 

background image

dobytku mam ciebie, twoich kompanów i tych trzech krasnoludów, których w ostatniej chwili 

jakimś cudem złapałem na ostatnie złocisze, jakie mi zostały. 

– 

Moje  chłopaki  dadzą  sobie  radę,  sam  zobacz.  –  Tamney  wskazał  na  jadącego  w  ich 

stronę  Dragora.  Ogromna,  spalona  słońcem  muskulatura  wypełzła  spod  lamparciej  skóry, 
imponując  masywnością  i  wyrzeźbionym  kształtem.  Mocarne  ramiona  dzierżyły  ogromny, 
kamienny morgenstern o stylisku długim na ponad kij i wadze blisko dwóch głazów. Trzeba było 
siły  giganta, żeby  walczyć takim orężem, a jeśli już miało się takową krzepę, to z pomocą tej 
broni  można  było  sprowadzić  zagładę  na  każdą  żywą  istotę,  choćby  i  trzy  razy  większą  i 
opancerzoną w adamandyt od stóp do głów. 

– 

Nooo taaak. On jest naprawdę wielki. – rzekł z uznaniem elf. 

– 

Przed nami czysto, widać już zarys wąwozu – krzyknął Dragor i zrównał z nimi rumaka. 

– 

Jeśli nie zatrzyma nas ulewa, to dotrzemy do gór jeszcze przed zmierzchem, a tam już żadna 

burza nam nie zaszkodzi. 

Tamney kiwnął towarzyszowi głową, a Dragor puścił do niego oko i odjechał sprawdzić, 

co dzieje się na tyłach. 

– 

Chyba masz rację – dodał po chwili Imgram. – Za bardzo się martwię, na pewno damy 

sobie radę. 

Kąciki ust barda tylko drgnęły w przelotnym, szelmowskim uśmiechu. 

O tak, masz ku temu powody – 

pomyślał. 

Zmierzchało,  kiedy  wjeżdżające  do  wąwozu  konie  zrobiły  się  niespokojne.  Tamney  od 

razu  to  zauważył.  Na  początku  tylko  lekko  strzygły  uszami  i  rozwierały  chrapy,  później  już 
wyraźnie  zaczęły  się  płoszyć.  Bard  gwizdnął  na  Dragora,  dając  mu  znaki  o  zbliżającej  się 
zasadzce, ten zaś chwycił w lot, na co się zanosi, i ruszył wzdłuż taboru, by przygotować resztę. 
Niestety, nie zdążył. 

Zza  skalnych  występów  i  olbrzymich  głazów  wyłoniły  się  ohydne  pyski  ogrów  i 

prymitywnych morogów. Nim Tamney zdążył mrugnąć okiem, olbrzymi głaz z hukiem stoczył 
się  z  urwiska,  tarasując  przejście  w  lawinie  drobnych  kamyków  i  tumanów  duszącego  pyłu. 
Ogrowi łucznicy wypuścili strzały, które z furkotem powaliły kilka koni i paru woźniców oraz 
podziurawiły  plandeki  jadących  przodem  wozów.  Zza  skał  wyskoczyły  morogi,  znane  też  z 

background image

bardowskich  opowieści  jako  „Psy  Szału”.  Jeden  z  wielu  nieudanych  alchemicznych 
eksperymentów mających na celu połączenie ogra i hobgoblina. 

Ohydne, prymitywne pyski zmutowanych dzikusów ciskały przekleństwa i toczyły pianę, 

a  wymalowane  na  ogolonych  łbach  czarne  trupie  czaszki  krzyczały  głodem  krwi  i  ludzkiego 
mięsa. 

– Na bogów! – 

jęknął przerażony Imgram. – Czarne Śmierci! Ratujcie mnie! – wrzasnął i 

rzucił się na tyły swego wozu. 

Nim Tamney zdołał się zorientować w sytuacji, kupiec już zamykał za sobą wzmacniane 

skoblami i żelaznymi guzami wrota. Jak się okazało, pod plandeką jednego z wozów mieścił się 
mały bunkier. Tak na wszelki wypadek. 

Bard  omiótł  wzrokiem  pole  bitwy,  które  zaczęło  przybierać  znamiona  rzezi.  Minęła 

ledwie chwila, a już prawie wszyscy woźnice nie żyli, zaś większość czeladników została wybita 
i  rozpruta  stalowymi  szponami,  w  jakie  zakuto  bojowe  rękawice  morogów.  Wśród  krzyków 
przerażenia i jęku mordowanej służby bard z zaciętą, pełną determinacji miną przedzierał się na 
tyły  opancerzonego  wozu.  Wkoło  niego  powietrze  świstało  od  przelatujących  strzał,  a  bryzgi 
krwi ochlapywały mu twarz. Już prawie sięgał zabarykadowanych drzwiczek, gdy spostrzegł go 
samotny morog. Dziki stwór właśnie skończył patroszyć jednego z krasnoludów, którzy jeszcze 
przed godziną stanowili solidną obstawę tej karawany. Ohydny czarny jęzor przejechał po ostrzu 

okrwawionej szabli, s

makując  cierpkiej,  karminowej  śmierci.  Stalowa  rękawica,  zakończona 

trzema  szponami,  trzymała  oderwaną  od  ciała  krasnoludzką  głowę,  a  szyję  berserkera  zdobiły 
jeszcze dymiące jelita zarżniętych woźniców. Dzikus ryknął i ruszył w stronę barda. 

Tamneya coś ścisnęło w gardle. Czas wokół niego zwolnił na tyle, by trubadur mógł w 

spokoju  obejrzeć  wspomnienia  swego  życia,  które  zalały  mu  oczy  lawiną  błysków  i 
zniekształconych dźwięków. Nie było mu jednak dane umrzeć, a przynajmniej nie dziś. Potężny 

cios kamienne

go morgensterna oderwał pędzącemu morogowi łeb. Tryskający krwią kadłub biegł 

jeszcze przez chwilę, drgając w koszmarnej agonii, nim upadł u stóp Tamneya. Sparaliżowany 
strachem  grajek  uchwycił  tylko  pozdrawiające  mrugnięcie  oka  Dragora,  nim  ten  rzucił  się  na 
kolejnych nacierających. Dragor kochał to, co robił, i robił to z pasją. Już po chwili, wywijając 
swoją „gwiazdką”, niczym huragan wpadł w szeregi wrzeszczących berserkerów, wyrywając w 
nich głębokie, krwawe bruzdy. 

background image

Tamney ochłonął, ale bitwa źle im wróżyła. Z wnętrza wozu dochodził go dławiony łzami 

rozpaczy  głos  elfa,  który  zanosił  swe  modlitwy  i  prośby  o  ocalenie  do  wszystkich  znanych 
bogów, jakich można było spotkać na ziemiach Borgaanu. El’ Imgram Caylay wzywał kolejno 

sprawiedliwego Crus-Haddora, 

władczynię równin chaosu, świętą panienkę uzdrowień Nannhey, 

nie zapominając również o straszliwym pożeraczu dusz i władcy umarłych, czyli Meleghornie. 

– Otwórz, to ja, Tamney! – 

krzyczał, dobijając się do wrót. 

– 

Nie ma mowy! Zabiją mnie i pożrą te ohydne czarcie pokraki. Czuję już swąd siarki 

spod drzwi. Odejdź, demonie, bo użyję wody święconej! 

Za jakie grzechy… Tamney pokiwał głową z zażenowaniem. 

– 

Otwórz, to ja, do cholery! Jestem twoim ochroniarzem, uratuję cię! – Uderzył kilka razy 

pięścią,  aż  zabolała  go  dłoń. Jednak  o  dziwo  to  pomogło,  bo  po  chwili  kupiec  zdjął  skoble, a 
żelazne zasuwy odskoczyły. Tamney wskoczył do środka. 

– Uff – 

wysapał. – No to teraz… – rzekł, chwytając sztylet. – Ob-ser-wa-cja

Zbliżył się do szczeliny w drewnianym pancerzu i począł sztyletem wycinać dziurkę w 

plandece, przystawiając doń oko. 

–  Ale co ty najlepszego robisz? – 

zdziwił  się  elf.  –  Przecież  miałeś  mnie  osłaniać,  a 

tymczasem dziurawisz mój wóz! 

– 

Zapuszczam żurawia, nie widzisz? – Bard nie odklejał się od dziurki. – No no, żebyś ty 

widział, co tam się dzieje – zachichotał. 

Przed  najeżonymi  od  strzał  wozami  walały  się  trupy.  Jedne  zesztywniały  w  pozie 

ucieczki, gdy sięgnął ich śmiertelny cios, inne leżały ze wzniesionymi rękami, jakby próbowały 
zasłonić  się  przed  spojrzeniem  w  bezduszną  twarz  kostuchy.  Wszystkie  jednak  nosiły  na 
twarzach ból i strach, które to śmierć uwieczniła w zastygłych grymasach. 

Dragor i Bragor walczyli dzielnie, broniąc ostatnich skrawków pola przed naporem ogrów 

i morogowych berserkerów. Gdyby 

nie zacięta furia ogarniętych żądzą krwi morogów, plemienni 

łucznicy już dawno zamieniliby dwóch braci w jeże. Jednak dzikie stwory chciały dorwać ich we 
własne  łapy,  wydrzeć  im  serca  i  patrzeć,  jak  uchodzi  z  nich  życie.  Nie  odstępowały  więc 
walczących nawet na krok, nie dając szans do strzału swym własnym łucznikom. Póki co żaden z 
dzikich  nie  był  w  stanie  zmierzyć  się  z  potęgą  złączonych  plecami  braci,  Tamney  jednak 
wiedział, że to tylko kwestia czasu. Gniew odejdzie, a wraz z nim siły pompujące wytrwałość w 
ramiona  Dragora  i  jego  brata.  Gdy  ich  członki  staną  się  drętwe  i  słabe,  te  rozjuszone  ścierwa 

background image

znajdą lukę w ich obronie i nadejdzie czas zemsty za tych, których dziś ludzcy bracia posłali do 
piekła.  To  będzie  zemsta  stokroć  gorsza  od  śmierci.  Ta  zaś  i  tak  spotka  ich  na  końcu  mąk  i 
cierpień, jakie już dla nich szykują. Póki co wciąż jednak walczyli, raz po raz posyłając jednego z 
rozwścieczonych wojowników do wszystkich diabłów. 

Wkoło,  poza  walczącymi  braćmi,  nie  było  już  żywej  duszy.  Nikt  nie  ocalał  z  ochrony 

karawany. Nie było też ani śladu po Berriku. Chyba miał szczęście, ginąc szybką śmiercią. Dzika 
horda odniosła dziś kolejne zwycięstwo. Łucznicy opuścili swą broń. Rozkaz wydał im stojący 
na wzgórzach półogr. Rosły na ponad dwa kije czarnoskóry olbrzym był istną górą piętrzących 
się  muskułów.  Mnóstwo  kolczyków  w  nosie,  brwiach  i  uszach  oraz  ogromny  stalowoszary 
irokez,  zdobiący  wygoloną  głowę,  nie  pozostawiał  wątpliwości.  Był  to  Grugran,  przywódca 
bandy  tej  wykolejeńców,  która  rabowała  nie  dla  zysku,  ale dla widoku krwi i krzyku 
umierających.  Jego  ludzie  pożerali  pojmanych  żywcem,  z  dziką  pasją  gwałcili  tak  ludzi,  jak 
zwierzęta,  a  bezmiaru  tortur,  jakie  zadawali  jeńcom,  nie  sposób  było  określić  żadną 
cywilizowaną  miarą.  Trzy  czarne  wyrastające  z  jednego  punktu  czaszki  były  ich  strasznym, 
rozpoznawalnym  wszędzie  symbolem.  Tamney  poczuł  żal  dla  swych  towarzyszy.  Zdążył  ich 
nawet nieco polubić, a los, jaki miał stać się ich udziałem, nie należał do najprzyjemniejszych. 

–  Imgramie  – 

zaczął Tamney, czując, już jak niewiele pozostało im czasu. – Czy mogę 

zobaczyć twój medalion? 

– 

Proszę? – zdziwił się kupiec. 

– 

Twój medalion. Ten, który nosisz na szyi, ten w kształcie półkola zdobionego perłą z 

Morza Syren. Masz go przy sobie? 

– 

Mam, nigdy się z nim nie rozstaję, to pamiątka po ojcu żeglarzu. Dlaczego o to pytasz i 

to w takiej chwili? 

– 

Bo nie pozostało nam już wiele czasu. 

– 

Co  chcesz  powiedzieć?  Przecież  jesteśmy  tu  bezpieczni,  poza  tym  możemy 

pertraktować… Możemy, prawda?! – Tamney pokręcił tylko głową. 

– 

Nie mamy żadnych szans. Przykro mi. Jednak nie lękaj się tych dzikusów, przynoszę 

dla ciebie ratunek. 

Pytające spojrzenie kupca zaszło mgłą, a z ust wypłynęła szkarłatna strużka, gdy sztylet 

Tamneya przebił kupcowi wątrobę. 

background image

– 

Wiedz,  że  w  ten  sposób  cię  wybawiłem…  –  rzekł  Tamney,  kładąc  umierającego  na 

ziemi. – Od losu, jaki zaraz spotka tych dwóch. 

Nie  był  to  śmiertelny  cios.  Tamney  pozwolił  kupcowi  patrzeć.  Z  jego  szyi  ściągnął 

amulet, który idealnie wpasował się w stary, srebrny sekstans, jaki Tamney wyciągnął z ukrytego 
za  pazuchą  pudełka.  Gdy  wszystkie  części  urządzenia  zostały  połączone,  sekstans  rozbłysnął 
błękitnym światłem, rysując w powietrzu urzekającą, półmaterialną różę wiatrów. Umieszczone 
wkoło czarne perły objawiły skrywane dotychczas runy i mistyczne znaki, a osadzony w środku 
wskaźnik zaczął się obracać, by po chwili wskazać jakiś nieznany, tajemniczy kierunek. 

– 

Twój  ojciec  miał  wiele  tajemnic  –  zaczął  bard,  widząc  pytające  spojrzenie  kupca.  – 

Między innymi odkrył wraz z przyjaciółmi wyspę, na której skarby są tak niezwykłe, a potwory 
ich  strzegące  tak  straszliwe,  że  obiecali  sobie  zapomnieć  o  niej  dla  dobra  ich  wszystkich. 
Sporządzili jednak ten sekstans – Tamney uniósł go w górę – dzieląc go uprzednio na siedem 
części.  Mieli  po  latach,  gdy  już  znajdą  sposób  ochrony  przed  istotami  zamieszkującymi  ową 
wyspę,  powrócić  w  owo  miejsce,  by  zagarnąć  niewyobrażalne  skarby.  Jest  tam  bowiem  stara 
świątynia,  należąca  do  zapomnianego  boga  świtu  i  ponownych  narodzin.  Uosabiał  on  potęgę 
słońca i nieśmiertelność. Legendy mówią, że był kolosalnym, ognistym ptakiem, tak pięknym i 
tak świetlistym, że sama jego obecność wypalała oczy i porażała niebiańskim majestatem. Tylko 
jego  kapłani  i  najgorliwsi  wyznawcy  mogli  spoglądać  na  to  piękno.  Ci  jednak,  którzy  tego 
dokonali, nie potrafili już patrzeć na otaczający ich szary codzienny świat. Piękne, prawda? 

Tamney zamyślił się na chwilę i pozwolił swym marzeniom dryfować. 

– 

Legenda mówi, że gdy anioły ujrzały piękno ognistego boga, zapłakały, porażone jego 

doskona

łością.  Te  najszlachetniejsze  łzy,  spadając  z  niebios,  zapłonęły  w  piórach  jego  ogona, 

rodząc najdoskonalszą w dziejach Borgaanu tęczę. Uosabiała ona nieziemskie piękno i dążenie 
do doskonałości. To była pierwsza tęcza Borgaanu i jak mówi legenda, do dziś łączy ona nasz 
świat ze światem bogów, tylko żaden śmiertelnik nie wie, jak ów most odnaleźć. Dzisiejsze tęcze 
są  jedynie  marną  próbą  doścignięcia  tego  nieuchwytnego  ideału…  –  Tamney  uśmiechnął  się 

lekko. 

Imgram  próbował  coś  powiedzieć,  ale  z  jego  ust  wypłynął  tylko  nabrzmiały,  krwawy 

bąbel, który pękł zmieciony jękiem wysiłku i bólu. 

– Tak, wiem – 

odparł bard. – Mogłem ci o tym powiedzieć i mogliśmy przecież wyruszyć 

tam razem, no i oczywiście nie musiałoby do tego dojść… 

background image

Tamney westchnął. 

–  Wiesz, kocham 

przygody,  jestem  przecież  bardem,  ale  też  jestem  i  tym  –  podwinął 

rękaw. 

Oczom  umierającego  ukazał  się  pełznący  po  ramieniu  cień  jakiejś  strasznej  istoty. 

Magiczny  tatuaż  żył,  a  w  ostatnich  blaskach  dnia  przedstawiał  pierzastego,  zielonego  smoka, 
który wężowym ruchem oplatał całe ramię barda. 

– Genris Ghandor… – 

wycharczał Caylay. 

– 

Tak… Mówią, że jesteśmy najstraszliwszymi zabójcami, jacy chodzą po ziemi, ale jak 

widzisz,  to  nieprawda.  Nasza  sekta  to  nie  bezmyślni  mordercy.  Wśród  nas  takich  nie 
uświadczysz.  Istniejemy  w  cieniu  od  zarania  dziejów  tego  świata,  a  będąc  wciąż  na  granicy 
plotek i nienamacalności, staliśmy się mitem, który jednak niezwykle dobrze funkcjonuje i, jak 
widzisz,  jest  całkiem  realny.  Wzniecaliśmy  i  tłumiliśmy  każdą  rewolucję,  dotykaliśmy  każdej 
sensacji, przy nas wzrastały i upadały królestwa, a władcy imperiów, w każdym regionie świata, 
nadstawiają ucha dla rad naszych braci. Przeniknęliśmy wszędzie i nasze wpływy sięgają dalej 
niż wzrok wieszczy i astrologów. Współtworzyliśmy historię, tak więc można by oczekiwać, że 
będziemy stanowić zbieraninę szumowin pozbawionych jakichkolwiek zasad? – Tamney położył 
dłoń na ramieniu Imgrama. – Mamy je i one mówią, że każde przyjęte zlecenie wykonujemy co 
do joty. Nie miej mi tego za złe, proszę, to nic osobistego. 

Gdy sztylet barda-

zabójcy  przebił  serce  kupca,  z  zewnątrz  dobiegł  krzyk  ranionego 

Dragora.  Bitwa  właśnie  dobiegała  końca.  Tamney  wolał  nie  ryzykować,  bo  choć  dobrze  im 
zapłacił, Grugran i jego banda to nie solidni kontraktowi najemnicy, ale dzicz, i nigdy nie można 
było  przewidzieć,  jak  za  chwilę  postąpią.  Zabójca  zdecydował  się  na  bezpieczny  odwrót.  Oko 
Nocy i Powiew Szeptu, czyli czarny, runiczny obsydian i szklana kula wypełniona alchemicznym 
dymem. Otworzył drzwi wozu i cisnął oba przedmioty na ziemię, wypowiadając słowa zaklęcia. 
Ciemność skrzesana przez klejnot i zasłona dymna dały zabójcy cenne sekundy wystarczające, by 
ten wprost rozpłynął się w powietrzu. 

Kamienne wrota były jednolite i nie nosiły żadnej skazy, jaką można by wykorzystać do 

rozpoczęcia kucia. Nie sposób było ich również podważyć, bo nie dość, że ważyły na oko jakieś 
kilkaset lub nawet i tysiąc  głazów, to jeszcze weszły w posadzkę na dobre dwa palce.  Użycie 
dźwigni więc całkowicie odpadało. Tamney był w kropce. Mimo jakże licznych umiejętności nie 

background image

posiadał siły  giganta ani też żadnego magicznego przedmiotu, który by taką krzepę dawał. To 
pomogłoby  mu  uporać  się  z  trudnościami.  Największym  problemem  mogła  jednak  okazać  się 
magiczna  formuła  zabezpieczająca  drzwi  –  gdyby  je  wtedy  naruszyć,  mogłoby  to  zakończyć 
karierę  Tamneya  w  niezwykle  huczny  i  efektowny  sposób.  Nie  wiadomo  bowiem,  jakimi 
magicznymi pieczęciami obłożono te wrota. 

Każdy głupiec wie, że nie należy zanadto zbliżać się do niczego, co może być natchnione 

ni

eznaną  magią,  toteż  Tamney  wstrzymywał  się  przez  dotknięciem  wrót,  jednak  wiele  godzin 

rozmyślań  nad  rozwiązaniem  nie  przyniosło  rezultatu  i  zabójca  postanowił  mimo  wszystko 
zaryzykować. 

Gdy tylko dotknął ich szorstkiej kamiennej faktury, przeszył go dreszcz, a w jego głowie 

rozbrzmiał huk podobny do tych, jakie przetaczają się po niebiosach na chwilę przed straszliwą 
burzą. Wrota zapłonęły palącym blaskiem, jakby Tamney spoglądał naraz na tysiąc słońc. 

– 

Do Komnaty Snu mają prawo wstąpić jedynie kapłani lub paladyni najwyższej rangi – 

zaryczał nieznany głos. – Kim jesteś? 

Tamney wiedział, że jeśli choć raz się pomyli, nie zostanie z niego nawet popiół. 

–  Paladynem – 

odparł, wierząc, że ścieżka rycerza musi być mniej zawiła od meandrów 

kapłańskich dylematów. 

– 

Każdy Święty mąż winien mieć silne ramiona i mężne serce. Jednakże paladyn Pana 

Świtu musi posiadać wielką mądrość. Kimże bowiem jest paladyn bez swej mądrości, jeśli nie 
zwykłym, prostym wojownikiem? – spytał głos. 

– Nikim. 

– 

I nikim się staniesz, jeśli tej próby nie przejdziesz – odparł głos. – Słuchaj uważnie… 

paladynie. 

Tamney z trudem przełknął ślinę. Otaczał go całun złocistego światła i żar niebios, który 

palił mu oczy nawet poprzez zaciśnięte powieki. 

– 

Gdy  złocisty  tytan  na  drogę  błękitną  wstępuje,  kto  demonom  do  otchłani  odejść 

nakazuje? – 

zabrzmiał głos w jego głowie. 

O 

Boże – pomyślał Tamney – już po mnie

– Kur – 

odparł, czekając na śmierć. Ta jednak nie przybyła. 

background image

–  Dobrze, paladynie, a teraz druga zagadka. Jestem wichrem dni minionych, w

ątłych 

wspomnień  szeptem,  gorzkich  marzeń  nieskończonych  szarym,  pustym  echem.  Cierpki  smak 
fanfarów oraz zemsty goni, bez nich jednak bym utonął w zapomnienia toni… Kim jestem? 

– Upiorem. 

– 

Gaszę ciemność, płonę z gniewu, tonę, by wzejść znowu, wzrokiem swym, pieszczotą 

blasku spalam swoich wrogów. Kim jestem? 

– 

Słońcem. 

– 

Wejdź, paladynie… 

Arcymag Vesper Sarrakin odrzucił jedwabny kaptur karminowej szaty i spojrzał w głąb 

Komnaty  Snu.  Wnętrze  skrzyło  się  szlachetnym  kruszcem  cennych  monet,  usypanym  w 

no

nszalanckie  stosy.  Srebro,  złoto,  platyna  i  inne  cenne  metale  połyskiwały  z  każdego  kąta 

blaskiem chciwości i rozpustnego życia. Płaskorzeźby, drogocenne ikony, ręcznie tkane gobeliny 
były  tylko  wstępem  do  wypływających  z  przepastnych  kufrów,  ornamentowanych mis i 
pucharów,  które  szeroką  kałużą  zalewały  podłogi  skarbca.  Niedbale  porozrzucane  gwiezdne 
szafiry,  rzeczne  szmaragdy,  ogniste  rubiny  i  krwawe  opale  płonęły  szlachetnym  blaskiem  na 
zimnym marmurze posadzki. Wszystkie te skarby były jednak niczym popiół w porównaniu do 
tego, co mieściło się na stojącym w centrum postumencie. Sfera w kształcie elipsy  rytmicznie 
pulsowała,  kąpiąc  komnatę  w  bursztynie  i  rubinach.  Ten  blask  wywołał  zachwyt  w  oczach 
czarodzieja. Ruszył do przodu, jednak jego wyćwiczony w kontakcie z magicznymi energiami 
umysł kazał mu zatrzymać się w pół kroku tak, by nie przekroczyć progu. 

– Serce Bennu… – 

wyszeptał ekstatycznie czarodziej. 

– 

Pewnie  myślisz,  że  przybywasz  w  samą  porę  –  odezwał  się  znajomy  głos  z  głębi 

komnaty.  – 

Są  jednak  tacy,  którzy  uważają  zgoła  odmiennie.  Jakbyś  wręcz  przychodził  na 

gotowe. Myślisz, że mają rację? 

Tamney wyszedł zza stosu złota, żonglując diamentami wielkości kurzych jajek. 

– 

No  cóż  –  odparł  mag.  –  Ja  zawsze  miałem  odpowiednie  podejście  do  istot  mnie 

ota

czających. Możesz to nazwać pogardą, ale ja po prostu każdemu daję szansę zarobić na swe 

utrzymanie. 

– 

Zastanawiało mnie, czy ktoś taki jak ty potrafiłby żyć, nie wykorzystując nikogo? 

background image

– 

Twoje  drwiny  na  nic  się  nie  zdadzą  –  odparł  spokojnie  czarodziej.  –  Świat, jak sam 

dobrze wiesz, opiera się na oszustwie i wyzysku. Każdy z nas kłamie i każdy z nas nosi maskę 
aktora,  udając  tego,  kim  w  rzeczywistości  nie  jest.  To  gra,  którą  wielkie  figury  rozgrywają 
pionkami,  a  efekt  jest  tym  lepszy,  im  umiejętniej  to  czynią.  Ja  tak  robię  od  zawsze  i  póki  co 

wychodzi mi to na dobre. 

– Do czasu. 

– 

Sztuka  malwersacji  i  manipulacji  polega  na  tym,  żeby  otwarcie  się  do  niej  nie 

przyznawać. Gdyby ofiary naszych zabiegów wiedziały, że są wykorzystywane, zrodziłby się w 

nich bunt. 

Ten  bunt  zaś,  w  połączeniu z  pierwotnym  lękiem  o  stratę  własnego  zdania,  szybko 

przerodziłby się w zawziętą zemstę, a to uniemożliwiłby już kolejne podchody. Dla wszystkich 
zatem jestem zawsze bardzo, bardzo miły i jakże usłużny. Nigdy też nie palę za sobą mostów. 

– 

Zgubi cię to, Vesper. Pewnego dnia ktoś się dowie, jak go wydmuchałeś, a to będzie 

znaczny ktoś. Właśnie to cię zabije. 

– 

Cóż za poufałość! I to z ust takiego profesjonalisty, jak jeden z siedmiu mistrzów Genris 

Ghandor, sekty zabójców spod szta

ndaru  zielonego  smoka.  Jesteś  hipokrytą  Nox.  Sam  bez 

mrugnięcia okiem posłałeś na śmierć grupkę swoich towarzyszy, którym od miesięcy wmawiałeś 
swoją dozgonną przyjaźń. Popraw mnie, proszę, jeżeli się mylę. – Uśmiechnął się drwiąco. 

– 

Takie było moje zadanie, a ja, wykonując swoje zadanie, nie upatruję w nim rozkoszy 

ani  radości.  Nie  popuszczam  na  tym  polu  wodzy  swemu  rozdmuchanemu  ego,  tudzież 

socjopatyczno-

despotycznym skłonnościom, jakże typowym dla kasty czarodziei. 

–  Tak, wybacz. Faktycznie, to tylko t

woja  praca.  Wykonujesz  to,  za  co  ci  się  zapłaci, 

niezależnie od tego, czy ci się to podoba, czy nie. Nie ma też żadnego znaczenia, kim lub czym 
jest twój klient, liczą się bowiem jedynie zyski. 

Jak tylko Tamney skinął głową, czarodziej kontynuował. 

–  Gdy t

ak sobie nad tym dumam, na usta ciśnie mi się dość dosadne, choć jakże celne 

określenie. Jest już bowiem na świecie profesja  o bardzo zbliżonych priorytetach i, co więcej, 
istnieje w tradycji równie długo, co wasza wspaniała sekta. Jest to mianowicie prostytutka

Nox „Kobra” Vergho aka bard Tamney zgrzytnął z wściekłości zębami. 

– 

Kończmy to już, magu, bo może się to odbić na naszym zdrowiu… 

– 

No  cóż  –  czarodziej  rozłożył  ręce  w  ironicznym  geście  –  ryzyko  zawodowe.  Jak  się 

pieprzysz z każdym, kto zapłaci, prędzej czy później wytargasz trypla. 

background image

Nox chwycił ogromny brylant i wrzucił go do torby. 

–  Jeden dowolny przedmiot, wedle umowy i naszego zwyczajowego prawa – 

rzekł. 

Vesper Sarrakin tylko skinął mu głową. 

– Jest twój – 

dodał. 

– 

Reszta do podziału po równo, w zależności od rangi i zasług w sekcie. Idę zawiadomić 

swoich. 

– 

Chwileczkę.  Gdybyś  był  tak  uprzejmy  i  wyniósł  mi  to  piękne  złote  jajko,  byłbym  ci 

niezmiernie wdzięczny. 

– Tego 

nie było w umowie, magu. 

– 

Hmm, mogę dopłacić… jak kurwie za nadgodziny – zakpił czarodziej. 

Tamney minął go z wściekłym wyrazem twarzy. Po kilku krokach zatrzymał jednak się na 

chwilę. 

– 

Jeśli  ktoś  kiedyś  złoży  na  ciebie  zlecenie,  zrobię  to  nie  tylko  za  darmo,  ale  i  z 

przyjemnością… – rzucił przez ramię i skierował się do wyjścia. 

– Och, wiem… – 

wyszeptał mag. – Jestem przecież nieziemsko przystojny. 

Wieczorne  niebo  nad  zapomnianą  wyspą,  znaną  tylko  garstce  wybrańców  jako  Strzała 

Azula, pachniało atramentem i elektrycznością nadpływającej ulewy. Mroczne, oleiste bałwany 
sunęły  po  niebie,  złowrogo  pomrukując,  i  z  każdą  chwilą  wykradały  gwieździstemu  niebu 
cząstkę bezchmurnego piękna. 

Nox Vergho nie na darmo nosił przydomek „Kobra”, ale roztrzęsiony potyczką słowną z 

czarodziejem i zajęty przetrząsaniem torby  w poszukiwaniu kryształu służącego do kontaktu z 
innymi członkami sekty, niczego nie zauważył. To go drogo kosztowało. 

Zakrzywiony  orkowy  kindżał  rozpruł  mu  gardło,  a  silne  ramiona  popchnęły  go  w  dół 

kamiennego zbocza. Gdy buchająca z rany krew mieszała się z kurzem, a jego bezwładne ciało 
spadało  w  dół,  powoli  sztywniejąc,  w  osuwającej  się  w  nicość  świadomości  płonęło  jedno, 
ostatnie pytanie. Pytanie, na które nigdy nie poznał odpowiedzi. 

– 

Zdradziłeś  nas,  skurwysynu…  –  Berrik  otarł  kindżał  z  krwi  i  splunął  z  pogardą  na 

ziemię. – Zdychaj, wraz ze swoją zapłatą, którą moi przyjaciele okupili życiem. 

Berrik stanął obok czarodzieja, który właśnie wyszedł z krypty. 

background image

– 

Obiecałem  ci  zemstę,  nieprawdaż?  –  arcymag  nie  odwracał  głowy,  czuł  jednak,  jak 

Berrik przytaknął. – Obiecałem również nagrodę. Czyż nie jest niezwykła? – znów przytaknięcie. 

– 

Stanęła jednak między nami umowa. Otrzymasz to wszystko, jednak musisz wykonać dla mnie 

jedno zadanie. Oto ono: przynieś mi to jajo, Berriku… TERAZ. 

Elipsa  utkana  z  mocy  wieków  tryskała  kolorami  z  baśni  i  legend.  Na  zewnątrz,  wśród 

gołych skał, gniew burzy huczał świetlistymi grzmotami i krzykiem ulewnego deszczu. Mogador 
Allantre pozwolił, by  wraz z nim spłynęła zeń iluzja niedawno zabitego  czarodzieja. Mroczny 
mnich chwycił za tatuaż, uwalniając straszliwą „Śmierć Bogów” w blasku krwi i niezwykłego 
światła.  Ból  przy  dobywaniu  broni  był  dlań  prawdziwą  pieszczotą.  Ostatni  raz  spojrzał  na 
artefakt, noszący w sobie ducha wielkiego, zapomnianego już boga. 

Zapatrzył się w piękne i pryzmatyczne wzory, jakimi mieniła się niezwykła sfera. Ścisnął 

mocno stylisko antycznej kosy i uderzył. 

Ryk  umierającego  bóstwa  wstrząsnął  niebiosami.  Burza  krzyczała  gniewem  wszystkich 

bogów,  którzy  dostrzegli  tę  zbrodnię.  Morze  wezbrało  i  po  chwili  ogromne  fale  zaczęły 

poch

łaniać tajemniczą wyspę, a wraz z nią wszelkie jej sekrety. Wśród budzącej się nawałnicy i 

wyjącego wichru w stronę kontynentu pędził rój czarnych, złowieszczych nietoperzy i choć ich 
mroczne  skrzydła  zawstydziłyby  swą  barwą  najczarniejszy  obsydian,  to  można  było  dostrzec 
migotliwe, złociste pasma, jakby blask słonecznego światła, ciągnące się tuż, tuż za nimi w tę 
ciemną, bezksiężycową noc… 


Document Outline