background image

NORA ROBERTS 

KOLEJNA WYGRANA 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Przyglądał się, jak podjeżdża. Choć ubrana była w kurtkę i dżinsy, a na głowie miała 

maskujący  kask,  Katcha  uderzyła  jej  kobiecość.  Przyjechała  na  małym  motocyklu  marki 

Honda. Zaciągając się cygaretką, podziwiał, z jaką zręcznością zaparkowała. 

Powoli zsiadła z motocykla. Była bardzo wysoka i smukła. Katch oparł się o automat z 

napojami  i  z  bezmyślną  ciekawością  dalej  obserwował  nieznajomą.  Gdy  zdjęła  kask,  jego 

zainteresowanie wzrosło. 

Rozpuszczone  proste  włosy  sięgały  jej  do  ramion,  a  na  czoło  opadała  grzywka.  Była 

ciemną brunetką, choć w jej włosach lśniły czerwone i złote refleksy od słońca. Twarz miała 

szczupłą  o  ostrych,  wyrazistych  rysach,  a  jednocześnie  pełnych,  wydatnych  ustach.  Znał 

modelki, które głodziły się, by uzyskać taki wygląd. 

Katch,  znając  się  trochę  na  kosmetykach,  wiedział,  że  żadnego  nie  użyła  dla 

podkreślenia swej urody. Nie potrzebowała ich. Miała duże oczy, nawet z daleka zauważył, że 

były  ciemnobrązowe.  Przypominały  oczy  źrebaka  -  były  szeroko  rozstawione,  rozwarte  i 

czujne.  Poruszała  się  z  naturalnym  wdziękiem.  Musiała  być  bardzo  młoda.  Wyglądała 

najwyżej na dwadzieścia lat. 

Zaciągnął się znów cygarem. Tak, naprawdę była piękna. 

- Cześć, Megan! 

Dziewczyna odwróciła się, odgarniając włosy z czoła i uśmiechnęła do sióstr Bailey, 

bliźniaczek, które zatrzymały swojego dżipa przy krawężniku. 

- Cześć. - Megan podeszła do samochodu. Bardzo lubiła siostry Bailey. 

Tak  jak  ona  miały  dwadzieścia  trzy  lata.  Były  drobnymi  blondynkami  o  niebieskich 

oczach i długich, delikatnych włosach, potarganych teraz przez wiatr.  Obie pary niebieskich 

oczu  przesunęły  się  po  Megan  i  skupiły  na  mężczyźnie,  który  stał  oparty  o  automat.  Jak  na 

komendę  dziewczyny  wyprostowały  się  i  założyły  włosy  za  uszy,  świadome,  że  ich  prawy 

profil jest bardziej atrakcyjny. 

- Dawno cię nie widziałam! - Teri Bailey, zwracając się do Megan, zerkała z ukosa na 

Katcha. 

-  Miałam  sporo  spraw  do  załatwienia  przed  rozpoczęciem  nowego  sezonu.  -  Megan 

miała niski głos i mówiła z lekkim południowym akcentem. - Co u was słychać? 

- Świetnie! - odpowiedziała Jeri, poruszając się na siedzeniu kierowcy. - Mamy wolne 

popołudnie. Może pojedziesz z nami na zakupy? - Również ona zerkała na Katcha. 

- Chciałabym... - Megan pokręciła głową - ale muszę tu coś załatwić. 

background image

- Może z tym facetem o wspaniałych, szarych oczach? - wtrąciła Jeri. 

Megan wybuchnęła śmiechem. 

- I szerokich ramionach - dodała Teri. 

- On nie spuszcza z niej wzroku, prawda, Teri? - dodała Jeri. 

- O czym wy mówicie? - Megan była całkowicie zdezorientowana. 

-  Spójrz  za  siebie.  -  Teri  delikatnie  poruszyła  głową.  -  Na  tego  przystojniaka  przy 

automacie.  Olśniewający,  prawda?  -  Ale  gdy  Megan  zaczęła  odwracać  głowę,  Teri  dodała 

dramatycznym szeptem: - Nie obracaj się tak ostentacyjnie, na litość boską! 

- Przecież nic nie zobaczę, jeśli nie spojrzę - zauważyła rozsądnie Megan, odwracając 

jednak głowę. 

Mężczyzna miał gęste blond włosy, choć nie tak jasne jak bliźniaczki Teri i Jeri, lekko 

przydymione, z pasemkami rozjaśnionymi przez słońce. Był smukły, wysoki i miał na sobie 

sprane dżinsy. Stał oparty o automat do napojów, w niedbałej pozie, potargany, i pił z puszki. 

Ale wyraz jego twarzy jest skupiony, a nawet czujny, pomyślała Megan, gdy bez mrugnięcia 

okiem  wytrzymał  jej  spojrzenie.  Miał  regularne  rysy  twarzy,  rzec  można  -  doskonałe,  choć 

jego policzki wymagały ogolenia. Mały dołek w podbródku dodawał mu uroku. 

W  zwykłych  okolicznościach  Megan  uznałaby  tę  przystojną  twarz  za  fascynującą. 

Jednak spojrzenie szarych, nieprzeniknionych oczu było impertynenckie. Megan dobrze znała 

takie  typy  -  tajemniczy  samotnik,  który  nigdzie  nie  potrafi  zagrzać  miejsca,  szukający 

przelotnych znajomości  z kobietami. Ściągnęła brwi. Bezceremonialnie jej się przyglądał.  A 

nawet, o zgrozo, dotykając ustami puszki, mrugnął wesoło. 

Słysząc chichot jednej z bliźniaczek, Megan odwróciła głowę. 

- Fantastyczny facet - zdecydowała Jeri. 

-  Nie  bądź  idiotką!  -  Megan  energicznym  ruchem  głowy  odrzuciła  włosy  do  tyłu.  - 

Pospolity typ. Nawet prymitywny. 

Bliźniaczki wymieniły spojrzenia, po czym Jeri odpaliła dżipa. 

-  Jesteś  zbyt  wybredna  -  oświadczyła.  Uśmiechnęły  się  jednocześnie  do  Megan,  a 

potem ruszyły. 

- Na razie! 

Megan pomachała im na pożegnanie, a potem, świadomie ignorując mężczyznę, który 

spacerował po parkingu, weszła do sklepu. 

Skinieniem  głowy  odpowiedziała  na  powitanie  kasjera.  Dorastała  w  Myrtle  Beach  i 

znała  wszystkich  kupców  w  promieniu  pięciu  mil  od  wesołego  miasteczka,  które  było 

własnością jej dziadka. 

background image

Wzięła  wózek  i  zaczęła  prowadzić  go  wzdłuż  pierwszej  alejki.  Potrzebowała  tylko 

kilku  rzeczy.  Zresztą  na  motocyklu  miała  niewielką  torbę  na  zakupy.  Jeśli  nie  naprawią 

pikapa... Oderwała myśli od tego problemu. W tej chwili go nie rozwiąże. 

Wzięła już karton mleka, a potem zatrzymała się przy półce ze słodyczami. Nie jadła 

dziś  lunchu,  a  kolorowe  opakowania  ciasteczek  wyglądały  niezwykle  kusząco.  Może 

owsiane... 

- Te są lepsze. 

Megan  przestraszyła  się,  widząc  czyjąś  rękę  chwytającą  torbę  z  czekoladowymi 

chipsami. Odwróciła głowę, a wtedy spojrzała prosto w impertynenckie, szare oczy. 

- Weź te! - Mężczyzna uśmiechnął się bezceremonialnie. 

- Nie, dziękuję - odpowiedziała, znacząco spoglądając na jego rękę w swoim koszyku. 

Wzruszył ramionami i cofnął ją. Ale ku irytacji Megan nadal szedł obok niej. 

-  Co  masz  jeszcze  na  liście  zakupów,  Meg?  -  spytał  życzliwym  tonem,  otwierając 

torbę z ciasteczkami. 

-  Sama  dam  sobie  radę,  dziękuję.  -  Skręciła  w  następną  alejkę,  po  drodze  biorąc 

puszkę  tuńczyka.  Kątem  oka  zauważyła,  że  mężczyzna  szedł,  niczym  uzbrojony  bandyta, 

długimi, posuwistymi krokami, jednocześnie lekko się kołysząc. 

- Masz ładny motocykl. - Ugryzł kawałek ciasteczka. - Mieszkasz w pobliżu? 

Megan wybrała pudełko herbaty w torebkach. Oceniła je wzrokiem, po czym wrzuciła 

do koszyka. 

- Jestem zajęta - powiedziała i ruszyła energicznie do przodu. 

- Nie szkodzi - stwierdził wesoło i zaproponował jej ciasteczko. 

Zignorowała  propozycję  i  poszła  dalej.  Gdy  sięgnęła  po  chleb,  mężczyzna  położył 

rękę na jej dłoni. 

- Najlepszy będzie dla ciebie pełnoziarnisty. 

Jego  dłoń  wydawała  się  twarda  i  stanowcza.  Megan,  spojrzawszy  na  niego  z 

oburzeniem, usiłowała wyrwać rękę. 

- Posłuchaj... - zaczęła. 

- Brak obrączki - skonstatował, podnosząc jej dłoń, by się lepiej przyjrzeć. - Żadnych 

zobowiązań. Może zjemy razem kolację? 

- Wykluczone. - Potrząsnęła ręką, ale mężczyzna nadal ją trzymał. 

- Nie bądź taka niemiła, Meg. Masz piękne oczy. -  Uśmiechnął się. Patrzył na nią w 

takim skupieniu, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie. Jakiś klient, mrucząc coś pod nosem 

z irytacją, sięgnął ponad jej głową, by wziąć bochenek żytniego chleba. 

background image

-  Odejdź!  -  zażądała  przyciszonym  głosem.  Dziwiło  ją,  że  pozostawała  pod  jego 

urokiem, mimo że wiedziała, co kryje się pod tym uśmiechem. - Bo zrobię scenę! - zagroziła. 

- Nie mam nic przeciwko scenom - rzekł spokojnie i uśmiechnął się. 

To prawda, pomyślała, przyglądając mu się uważnie. Doskonale by się bawił. 

- Nie wiem, kim jesteś - zaczęła ze złością - ale... 

- David Katcherton - przedstawił się z sympatycznym uśmiechem. - O której po ciebie 

przyjechać? 

-  Nie  będziesz  po  mnie  przyjeżdżać  -  powiedziała  z  naciskiem.  -  Ani  dzisiaj,  ani 

nigdy.  -  Rozejrzała  się  po  sklepie.  Wokół  było  pusto.  Nawet  gdyby  urządziła  tu  scenę,  na 

nikim nie zrobiłaby wrażenia. - Puść moją rękę - nakazała stanowczo. 

-  Izba  Handlowa  uznała  Myrtle  Beach  za  przyjazne  miasto,  Meg.  -  Katch  puścił  jej 

rękę. - Zadajesz kłam tej opinii. 

- I przestań nazywać mnie Meg! - powiedziała z furią. - Nie znam cię! 

Ruszyła wściekle do przodu, popychając przed sobą wózek. 

- Ale poznasz - oświadczył cicho. 

Znów  skrzyżowali  spojrzenia.  Jej  oczy  pałały  złością,  jego  -  niezmąconą  pewnością 

siebie. Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem podążyła do kasy. 

- Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło w sklepie. Megan z łoskotem postawiła torbę z 

zakupami na kuchennym stole. 

Jej  dziadek  siedział  za  stołem  na  jednym  z  czterech  klonowych  krzeseł,  zajęty 

przypinaniem  do  haczyka  wędki  sztucznej  przynęty.  Mruknął  coś  pod  nosem.  Przed  nim 

piętrzyła się kupka drucików, piórek i ciężarków. 

-  Ten  mężczyzna  -  zaczęła,  wyjmując  z  torby  chleb  -  ten  niewiarygodnie 

impertynencki  mężczyzna  próbował  się  ze  mną  umówić.  Stałam  wtedy  przy  półce  z  cia-

steczkami. - Megan zmarszczyła brwi, chowając torebki herbaty do puszki. - Zaprosił mnie na 

kolację. 

Aha.  -  Jej  dziadek  z  wielką  precyzją  przywiązywał  żółte  piórko  do  muchy.  -  Miłego 

wieczoru. 

- Pop! - Megan pokręciła głową, a uśmiech wykrzywił jej usta. 

Timothy  Miller  był  niskim,  szczupłym  mężczyzną  po  sześćdziesiątce.  Jego  okrągłą, 

pomarszczoną  twarz  otaczała  gęsta,  siwa  czupryna  i  starannie  utrzymana  broda.  Niebieskie 

oczy,  które  mimo  upływu  lat  nie  straciły  blasku,  były  głęboko  osadzone  i  okolone 

zmarszczkami.  Niewiele  uchodziło  ich  uwadze.  Megan  wiedziała,  że  teraz  był  bardzo 

background image

skupiony  na  osadzaniu  przynęty.  To,  że  w  ogóle  ją  usłyszał,  wynikało  jedynie  z  głębokiego 

przywiązania do wnuczki. 

Megan pochyliła się i pocałowała dziadka w czoło. 

- Idziesz jutro na ryby? 

- Tak, wczesnym rankiem. - Pop policzył przynęty i jeszcze raz powtórzył w myślach 

strategię. Wędkowanie to poważna sprawa. - Muszę dziś wieczorem spakować wóz. Wrócę na 

kolację. 

Megan skinęła głową i raz jeszcze go pocałowała. Dziadek potrzebował odpoczynku. 

A  łapanie  ryb  to  była  jego  pasja.  Wesołe  miasteczko,  które  wspólnie  prowadzili,  jesienią  i 

wiosną było otwarte tylko w weekendy. Ale podczas trzech letnich miesięcy pracowali przez 

siedem dni w tygodniu. Przyjeżdżało wtedy mnóstwo turystów. Na te trzy miesiące lata liczba 

ludności nadmorskiego, trzynastotysięcznego Myrtle Beach wzrastała w porywach do trzystu 

tysięcy. Przyjeżdżały tu tłumy w poszukiwaniu rozrywki. 

Dziadek ciężko pracował, by dostarczyć im tej rozrywki oraz zarobić na życie. Zawsze 

ciężko pracował, zamyśliła się Megan. Byłoby to naprawdę uciążliwe,  gdyby  tak bardzo nie 

kochał swojego lunaparku. Odkąd pamiętała, to miejsce było również częścią jej życia. 

Megan  straciła  rodziców  w  wieku  pięciu  lat.  Od  tamtej  pory  Pop  był  dla  niej  matką, 

ojcem i przyjacielem. Dawno temu połączył ich wspólny ból. Dziś ich miłość była twarda jak 

skała.  Megan  cechowała  ostrożność  w  sprawach  uczuciowych,  ponieważ  gdy  już  się  anga-

ż

owała, to na całego. Gdy kochała, to na zabój. 

-  Z  przyjemnością  zjem  pstrąga  -  powiedziała,  mocno  ściskając  dziadka.  -  A  dziś 

wieczorem zjemy tuńczyka. 

- Myślałem, że wychodzisz? 

-  Pop!  -  Megan  oparła  się  o  kuchenkę  i  obiema  rękami  odgarnęła  włosy  z  twarzy.  - 

Czy  sądzisz,  że  spędzę  wieczór  z  mężczyzną,  który  próbował  mnie  poderwać  na  paczkę 

czekoladowych ciasteczek? 

-  To  zależy,  co  to  za  mężczyzna.  -  Gdy  na  nią  spojrzał,  dostrzegła  filuterny  błysk  w 

jego oczach. - Jak wyglądał? 

- Jak plażowy playboy - odparła, choć wiedziała, że nie była to prawda. - Z niewielką 

domieszką kowboja. 

-  Odpowiedziała  szerokim  uśmiechem  na  uśmiech  Popa.  -  Tak  naprawdę  ma 

wspaniałą twarz. Szczupłą, silną i bardzo atrakcyjną. Można ją wyrzeźbić. 

- Brzmi interesująco. Gdzie go spotkałaś? 

- W dziale ze słodyczami. 

background image

- I zamierzasz robić zapiekankę z tuńczyka zamiast zjeść kolację w restauracji? - Pop 

westchnął  ciężko  i  pokręcił  głową.  -  Nie  wiem,  co  się  z  tobą  dzieje,  dziewczyno  -  dodał, 

przyglądając się swojej ulubionej przynęcie. 

-  On  był  zbyt  pewny  siebie  -  oświadczyła  Megan,  krzyżując  ramiona.  -  I  patrzył  na 

mnie  tak  jakoś...  pożądliwie.  Czy  w  takich  przypadkach  porządni  dziadkowie  nie  wyciągają 

rewolweru, by wypłoszyć zalotnika? 

- Chcesz wziąć rewolwer na wszelki wypadek? Przenikliwy gwizd czajnika zagłuszył 

odpowiedź Megan. Pop patrzył, jak wstała i zaczęła przygotowywać herbatę. 

Była  dobrą  dziewczyną...  Może  czasami  zbyt  poważnie  podchodziła  do  pewnych 

spraw,  ale  była  dobrą  dziewczyną.  A  na  dodatek  piękną.  Wcale  go  nie  dziwiło,  że  jakiś 

mężczyzna chciał się z nią umówić. Zdziwiony był raczej, że nie zdarzało się to częściej. Ale 

Megan  samym  spojrzeniem  potrafiła  zmrozić  mężczyznę.  Wystarczyło,  że  spojrzała  w  taki 

sposób,  jakby  mówiła  „chyba  się  przesłyszałam"  i  większość  jej  adoratorów  rej  terowała. 

Wyglądało na to, że jeszcze żaden jej się nie spodobał. 

Zajęta  pracą  w  wesołym  miasteczku,  a  w  wolnych  chwilach  swoją  sztuką,  nie  miała 

czasu na życie towarzyskie. Albo nie chciała go mieć, poprawił się Pop w myślach. 

Teraz  jednak  nie  był  pewny,  czy  w  jej  stosunku  do  nieznajomego  nie  kryło  się  coś 

więcej poza rozdrażnieniem. Chyba była rozbawiona i on jej się trochę podobał. A ponieważ 

Pop dobrze znał wnuczkę, postanowił zostawić sprawę biegowi czasu. 

-  Pogoda  ma  być  ładna  przez  cały  weekend  -  zauważył,  starannie  umieszczając 

przynęty w pudełku. - W miasteczku powinno być sporo ludzi. Będziesz pracować w salonach 

gier? 

- Oczywiście. - Megan postawiła na stole filiżanki z herbatą i usiadła. - Czy siedzenia 

na karuzeli zostały już naprawione? 

-  Dopilnowałem  tego  dziś  rano.  -  Pop  dmuchając,  studził  herbatę,  a  potem  popijał  ją 

małymi łykami. 

Megan  zauważyła,  że  był  dziś  wypoczęty  i  w  dobrym  humorze.  Pop  był  prostym 

człowiekiem.  Zawsze  podziwiała  jego  skromny  sposób  bycia  i  subtelne  poczucie  humoru. 

Uwielbiał patrzeć, jak ludzie się bawią. Lubił to nawet bardziej, pomyślała z westchnieniem, 

niż  pobieranie  za  to  opłaty.  Joyland  przynosił  zaledwie  skromne  zyski.  Megan  już  dawno 

doszła do wniosku, że Pop był o wiele lepszym dziadkiem niż biznesmenem. 

To  ona  zajmowała  się  finansami  firmy.  I  choć  ten  obowiązek  pochłaniał  mnóstwo 

czasu,  który  mogłaby  poświęcić  na  rzeźbienie,  zdawała  sobie  doskonale  sprawę,  że  wesołe 

miasteczko stanowi ich podstawowe źródło utrzymania. A - co ważniejsze, Pop je kochał. 

background image

Ostatnio  ich  dochody  spadły  gwałtownie.  To  ją  zaniepokoiło,  ale  z  dziadkiem  nie 

rozmawiała  na  ten  temat.  Zaledwie  wspomniała  o  konieczności  wprowadzenia  pewnych 

zmian w nowym sezonie, zwłaszcza o zainwestowaniu w reklamę. 

Megan,  popijając  herbatę,  z  roztargnieniem  słuchała,  jak  Pop  rozwodził  się  na  temat 

konieczności zatrudnienia kogoś do pomocy na lato. Zajmie się tym sama, gdy przyjdzie pora. 

Pop  miał  tendencję  do  płacenia  zbyt  wysokich  wynagrodzeń  pracownikom,  którzy  na  to  nie 

zasługiwali. Megan była bardziej praktyczna. Z konieczności. 

Doszła do wniosku, że tego lata będzie musiała pracować w pełnym wymiarze godzin. 

Przelotnie  pomyślała  o  nie  dokończonej  rzeźbie  stojącej  w  pracowni  nad  garażem.  Trzeba 

będzie poczekać z tym do grudnia, pomyślała, tłumiąc westchnienie. Nie było innego sposobu 

na poprawę ich sytuacji finansowej. Może w przyszłym roku... Zawsze wszystko odkładała do 

przyszłego  roku.  Zawsze  było  coś  do  zrobienia,  do  załatwienia.  Wzruszyła  ramionami  i 

skupiła uwagę na monologu Popa. 

-  Przypuszczam,  że  jak  zwykle  zatrudnimy  kilku  studentów  oraz  sezonowych 

pracowników do obsługi urządzeń. 

-  Nie  będzie  z  tym  żadnego  problemu  -  mruknęła  Megan.  Gdy  Pop  wspominał  o 

sezonowych pracownikach, przyszedł jej na myśl David Katcherton. 

Katch... Przywołała w myślach jego twarz. Mogłaby wziąć go za plażowego playboya, 

ale musiała przyznać, że było w nim coś więcej. Była dumna ze swego zmysłu obserwacji i 

umiejętności charakteryzowania ludzi. Toteż złościło ją, że tym razem nie potrafi wydać osta-

tecznej  opinii.  A  jeszcze  bardziej  złościło  ją,  że  ciągle  wraca  myślami  do  tego  idiotycznego 

spotkania w sklepie. 

- Chcesz jeszcze herbaty? - Pop podszedł do kuchenki, ale Megan pokręciła głową. 

-  Nie,  dziękuję.  -  Zgromiła  się  w  duchu,  że  myśli  o  nieistotnych  sprawach,  podczas 

gdy  tyle  jest  do  zrobienia.  -  Zabieram  się  za  kolację.  Powinieneś  iść  wcześniej  spać,  skoro 

jutro wybierasz się na ryby. 

- Mam wspaniałą wnuczkę! - Pop zgasił płomień pod czajnikiem i wyjrzał przez okno, 

a  potem  obrzucił  Megan  przelotnym  spojrzeniem.  -  Mam  nadzieję,  że  i  tuńczyka  wystarczy 

dla trzech osób - rzekł obojętnie. 

- Wygląda na to, że twój kowboj z plaży odnalazł drogę na ranczo. 

- Co? - Megan gwałtownie wstała, ściągając brwi. 

-  Jak  zwykle  doskonałe  go  opisałaś  -  pochwalił  ją  Pop,  obserwując  zbliżającego  się 

zawadiackim  krokiem  mężczyznę  o  wyrazistej,  przystojnej  twarzy.  Popowi  spodobał  się  z 

wyglądu. Odwrócił się do Megan rozpromieniony. 

background image

Megan podeszła do okna i wyjrzała. Na widok wyrazu jej twarzy Pop stłumił chichot. 

- To on! - szepnęła, ledwo wierząc własnym oczom, podczas gdy Katch podchodził do 

kuchennych drzwi. 

- Domyśliłem się, że to on - rzekł Pop. 

- Co za tupet! - wymamrotała. - Co za niewiarygodny tupet! 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Zanim dziadek zdążył skomentować jej słowa, Megan podeszła do kuchennych drzwi i 

otworzyła  je  z  rozmachem  akurat  w  momencie,  gdy  Katch  stanął  w  progu.  Dostrzegła 

przebłysk, zaledwie przebłysk zaskoczenia w jego szarych oczach. 

- Ale masz tupet! - powitała go zimno. 

-  Już  mi  to  mówiono  -  zgodził  się  swobodnym  tonem.  -  Jesteś  jeszcze  ładniejsza  niż 

godzinę  temu.  -  Przesunął  palcem  po  jej  policzku.  -  Zaróżowiona.  Bardzo  twarzowo.  - 

Dotknął jej podbródka, potem opuścił rękę. - Tutaj mieszkasz? 

- Doskonale wiesz, że tak - odparowała. - Śledziłeś mnie! 

Katch uśmiechnął się szeroko. 

-  Przykro  mi,  ale  muszę  cię  rozczarować,  Meg.  Odnalezienie  cię  tutaj  to  dodatkowa 

premia. Szukam Timothy'ego Millera. Czy to twój przyjaciel? 

- To mój dziadek. - Przesunęła się prawie niedostrzegalnie i stanęła pośrodku drzwi. - 

Czego od niego chcesz? 

Katch  zauważył  tę  obronną  postawę,  ale  zanim  zdążył  skomentować,  dobiegł  ich  z 

tyłu głos Popa. 

- Dlaczego nie wpuścisz gościa do środka, Megan? Sam mi wszystko wyjaśni. 

Megan zerknęła przez ramię, potem odwróciła się z powrotem do Katcha. Rzuciła mu 

ostrzegawcze spojrzenie. 

- Tylko go nie zdenerwuj - syknęła. 

O dziwo, w jego oczach zauważyła łagodność. Tego się naprawdę nie spodziewała. I 

to ją zaniepokoiło. O wiele bardziej niż wcześniejsza arogancja. 

W końcu wycofała się do kuchni, pozostawiając otwarte drzwi. 

Katch znów się uśmiechnął, a przechodząc obok niej, pozwolił sobie na intymny gest. 

Odgarnął  kosmyk  włosów  z  jej  policzka.  Megan  na  moment  zastygła,  zastanawiając  się, 

dlaczego dotyk nieznajomego zrobił na niej aż takie wrażenie. 

-  Pan  Miller?  -  Usłyszała  naturalną  życzliwość  w  głosie  Katcha,  gdy  wyciągnął  rękę 

do jej dziadka. 

- Nazywam się David Katcherton. 

Pop skinął głową. 

-  To  pan  dzwonił  do  mnie  dwie  godziny  temu,  prawda?  -  Ponad  ramieniem  Katcha 

zerknął na Megan. 

- Widzę, że poznał już pan moją wnuczkę. W oczach Katcha pojawił się uśmiech. 

background image

- Tak, jest urocza. 

Pop zachichotał i podszedł do kuchenki. 

-  Właśnie  parzymy  herbatę.  Napije  się  pan?  Megan  zauważyła,  że  nieznajomy  lekko 

uniósł brew. 

Domyśliła się, że wolałby pewnie co innego. 

-  Chętnie,  dziękuję.  -  Podszedł  do  stołu  i  usiadł  ze  swobodą  człowieka 

zadomowionego. 

Megan, pohamowując niechęć, usiadła obok, zerkając na niego pytająco. 

-  Powiedziałem  ci  już,  że  masz  cudowne  oczy?  -  spytał  półgłosem.  Nie  czekając  na 

odpowiedź, skierował uwagę na pudełko ze sprzętem wędkarskim Popa. - Ma pan wspaniałe 

przynęty - zauważył, biorąc, do ręki kalmara wykonanego z kości, a potem drewnianą żabkę. 

- Sam je pan robi? 

-  To  połowa  zabawy  -  powiedział  Pop,  przynosząc  filiżankę  herbaty.  -  Dużo  pan 

wędkował? 

- Trochę. Przypuszczam, że zna pan najlepsze miejsca na Grand Strand. 

- Kilka znam - rzekł Pop skromnie. 

Megan  ze  złością  wpatrywała  się  w  swoją  herbatę.  Nieznajomy  podjął  temat 

wędkowania, domyślając się, że Pop potrafi rozwodzić się nad nim godzinami. 

- Pomyślałem, że podczas pobytu w tych stronach powędkuję trochę na plaży - rzucił 

Katch chytrze. 

- Mogę pokazać panu kilka dobrych miejsc - ożywił się Pop. - Ma pan sprzęt? 

- Nie, nie mam. 

Pop nie zwrócił uwagi na tę niekonsekwencję. 

- Skąd pan pochodzi, panie Katcherton? 

-  Katch,  po  prostu  Katch  -  poprawił  nieznajomy,  odchylając  się  na  krześle.  -  Z 

Kalifornii. 

Ach, to wiele wyjaśniało, pomyślała Megan. Przede wszystkim ten wygląd plażowego 

podrywacza. Popijała stygnącą herbatę, obserwując go ukradkiem. 

- Wypuściłeś się daleko od domu - zauważył Pop. Sięgnął po fajkę, którą zapalał tylko 

podczas  szczególnie  interesujących  rozmów.  -  Jak  długo  zamierzasz  zabawić  w  Myrtle 

Beach? 

- To zależy. Chcę pogadać o twoim wesołym miasteczku. 

Pop,  który  właśnie  zapalał  fajkę,  raptownie  wciągnął  powietrze.  Tytoń  zajął  się, 

roztaczając aromatyczny, wiśniowy dym. 

background image

-  Wspomniałeś  o  tym  przez  telefon.  Widzisz,  właśnie  rozmawialiśmy  z  Megan  o 

zatrudnieniu kogoś do pomocy na lato. Zostało zaledwie sześć tygodni do otwarcia sezonu. - 

Pyknął fajkę i dym leniwie poszybował w powietrze. - A tylko trzy tygodnie do Wielkanocy. 

Czy obsługiwałeś kiedyś urządzenia w lunaparku? 

- Nie. - Katch upił łyk herbaty. 

-  Łatwo  się  tego  nauczyć.  -  Pop  nie  przejął  się  jego  brakiem  doświadczenia.  - 

Wyglądasz na inteligentnego. 

Megan zauważyła zapowiedź uśmiechu w kącikach ust Katcha. Odstawiła filiżankę. 

-  Osobie  niedoświadczonej  nie  możemy  zapłacić  zbyt  dużo  -  wtrąciła  z  udawanym 

ż

alem. 

Katch  działał  jej  na  nerwy.  Miała  nadzieję,  że  go  zniechęci.  Niech  poszuka  sobie 

szczęścia gdzie indziej. 

Ale  coś  ją  niepokoiło.  Katch  nie  wyglądał  na  człowieka,  który  przyjąłby  pracę  przy 

obsłudze kolejki górskiej lub sprzedaży pamiątek. Jego twarz naznaczona była autorytetem, a 

cała  postawa  świadczyła  o  dużej  pewności  siebie.  Tylko  w  jego  naturalnym,  trochę  non-

szalanckim wdzięku kryło się coś podejrzanego... 

Odpowiedział na jej spojrzenie z zupełnym brakiem skrępowania. 

- To oczywiste - rzekł. - Pracujesz w wesołym miasteczku, Meg? 

Miała ochotę odparować mu ostro, by tak śmiało sobie nie poczynał, ale powstrzymała 

się od komentarza. 

- Często - powiedziała. 

- Megan ma głowę do interesów - wtrącił Pop. - Dba o moje sprawy. 

-  Naprawdę?  -  rzekł  Katch,  jakby  wyrwany  z  zadumy.  -  A  ja  zastanawiałem  się,  czy 

nie  jesteś  modelką.  Masz  bardzo  oryginalny  typ  urody.  -  Tym  razem  ton  jego  głosu  był 

poważny. 

- Megan jest artystką - powiedział Pop z zadowoleniem, pykając fajką. 

- Naprawdę? 

Obserwowała,  jak  Katch  mruży  oczy  i  przypatruje  jej  się  z  uwagą.  Zakłopotana 

poruszyła się na krześle. 

-  Chyba  odbiegliśmy  od  tematu  -  powiedziała  szorstko.  -  Jeśli  przyjechałeś  tu  w 

sprawie pracy... 

- Nie - padła krótka odpowiedź. 

- Ale... chyba powiedziałeś... 

background image

- Nie sądzę - znów jej przerwał i uśmiechnął się lekko. Potem zwrócił się do Popa: - 

Nie  chcę  pracować  w  waszym  wesołym  miasteczku.  Chcę  je  kupić.  Czy  możemy  o  tym 

porozmawiać? 

Mężczyźni  zmierzyli  się  wzrokiem.  Pop  był  niewątpliwie  zaskoczony,  ale  w  jego 

oczach pojawił się namysł. Żaden z nich nie zauważał teraz Megan. Wpatrywała się niemo w 

Katcha,  a  na  jej  otwartej  twarzy  malował  się  przestrach.  Miała  ochotę  roześmiać  się  i  po-

wiedzieć mu, by przestał żartować, ale instynktownie wiedziała, że Katch mówi poważnie. 

Dostrzegła  moc  i  siłę  pod  maską  chłopięcej  nonszalancji.  Chodziło  mu  o  interes. 

Czysty, uczciwy  biznes.  Nie miała  co do tego żadnych wątpliwości. Spojrzała na dziadka w 

przypływie paniki. 

- Pop? - Głos miała cichy, a Pop w żaden sposób nie zdradził się, że ją usłyszał. 

- A to dopiero niespodzianka! - powiedział. Potem znów pyknął z fajki. - Ale dlaczego 

właśnie moje wesołe miasteczko? 

- Rozejrzałem się już po tutejszych obiektach rozrywkowych. - Nie zamierzał wdawać 

się w szczegóły. - Podoba mi się właśnie ten. 

Pop westchnął i wypuścił dym prosto w sufit. 

-  Nie  mogę  powiedzieć,  bym  był  zainteresowany  sprzedażą,  synu  -  rzekł  wolno.  - 

Człowiek przywiązuje się do określonego stylu życia. 

- Gdy usłyszy pan moją propozycję, może pan zmieni zdanie. 

- Ile masz lat, Katch? - odpowiedział z uśmiechem Pop. 

- Trzydzieści jeden. 

-  Właśnie  od  tylu  lat  prowadzę  ten  interes.  A  co  ty  właściwie  wiesz  o  prowadzeniu 

wesołego miasteczka? 

- Oczywiście, nie tak dużo jak pan. - Katch uśmiechnął się szeroko i znów odchylił na 

oparcie krzesła. - Ale od dobrego nauczyciela mógłbym się wiele nauczyć. 

Megan spostrzegła, że dziadek uważnie przygląda się Katchowi. Czuła się wyłączona 

z rozmowy i bardzo jej się to nie podobało. Dziadek potrafił to robić bardzo subtelnie. David 

Katcherton, jak widać, miał taki sam talent. 

- Dlaczego chcesz zostać właścicielem parku rozrywki? - spytał nagle Pop. 

Megan  nabrała  przekonania,  że  David  Katcherton  wzbudził  jego  zainteresowanie.  W 

jej głowie zabrzęczał ostrzegawczy dzwonek. Naprawdę nie chciała, by jej dziadka połączyły 

z Katchem jakieś interesy. Przeczuwała zbliżające się kłopoty. 

- To dobry interes - odpowiedział Katch na pytanie Popa. -  I zabawny. - Uśmiechnął 

się. - Lubię rzeczy, które sprawiają radość. 

background image

Potrafił przemówić do Popa, pomyślała Megan z zazdrością, obserwując wyraz twarzy 

swego dziadka. 

- Byłbym zobowiązany, gdyby pan to sobie przemyślał, panie Miller - ciągnął Katch. - 

Możemy wrócić do tej rozmowy za kilka dni. 

I wiedział, kiedy dyplomatycznie się wycofać, pomyślała. 

-  Mogę  pomyśleć  -  zgodził  się  Pop,  choć  jednocześnie  kręcił  głową.  -  Ale  lepiej 

rozejrzyj  się  gdzie  indziej.  Prowadzimy  Joyland  od  wielu  lat.  Ja  i  Megan.  To  nasz  dom.  - 

Popatrzył przekornie na wnuczkę. - Czy przypadkiem nie wybieracie się na kolację? 

- Nie! - zaprzeczyła gwałtownie, rzucając mu rozzłoszczone spojrzenie. 

- Właśnie pomyślałem o tym samym - wtrącił gładko Katch. - Chodźmy, Meg. Kupię 

ci hamburgera. 

-  Ogromnie  mi  przykro,  że  muszę  odmówić  tak  uroczemu  zaproszeniu  -  powiedziała 

kwaśno. 

- A więc nie odmawiaj - powiedział Katch, a potem zwrócił się do Popa: - Pójdzie pan 

z nami? 

Pop zaśmiał się cicho i zbył ich machnięciem ręki. 

- Zmykajcie już. Muszę przygotować sprzęt na jutro. 

- Mogę wybrać się z panem? - spytał znienacka Katch. Pop przyjrzał mu się uważnie. 

- Wychodzę o piątej trzydzieści rano - powiedział po chwili. - Mam zapasowy sprzęt. 

- Przyjdę. 

Megan  była  tak  zaskoczona,  że  bez  słowa  protestu  pozwoliła  wyprowadzić  się  na 

zewnątrz.  Pop  nigdy  nikogo  nie  zapraszał  na  wspólne  wędkowanie.  Lubił  łowić  ryby  w 

samotności. W ten sposób się odprężał. 

- On nigdy nikogo ze sobą nie zabiera - powiedziała, głośno myśląc. 

- Bardzo mi to pochlebia. 

Megan dopiero teraz zauważyła, że Katch nadal trzymają za rękę, splatając jej palce ze 

swoimi. 

-  Nigdzie  z  tobą  nie  pójdę  -  oświadczyła  stanowczo,  przystając.  -  Mogłeś  zauroczyć 

Popa, ale... 

-  Naprawdę  uważasz,  że  jestem  uroczy?  -  Z  zuchwałym  uśmiechem  wziął  jej  drugą 

rękę. 

- Wcale nie - odparła twardo, ale musiała powstrzymywać uśmiech. 

- Dlaczego nie chcesz zjeść ze mną kolacji? 

- Ponieważ cię nie lubię - powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. 

background image

Uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

- Daj mi szansę, bym zdołał cię przekonać do zmiany zdania. 

- To niemożliwie. - Megan usiłowała wyrwać dłonie, ale Katch zacisnął na nich palce. 

-  Chcesz  się  założyć?  Ale  jeśli  uda  mi  się  skłonić  cię  do  zmiany  zdania,  obiecaj,  że 

pobawimy się razem w lunaparku w piątkowy wieczór. 

Znów musiała tłumić uśmiech. 

- A jeśli nie zmienię zdania? Co wtedy? 

-  Wtedy  nie  będę  ci  się  więcej  narzucać.  -  Uśmiechnął  się  tak  wymownie,  jakby  już 

był pewien swego. 

Uniosła  pytająco  brew.  Nieoczekiwanie  przyszło  jej  do  głowy,  że  może  warto  z  nim 

wyjść. 

- Musisz tylko zjeść ze mną dziś wieczorem kolację - przekonywał, wpatrując się w jej 

twarz. - Zajmie ci to najwyżej dwie godziny. 

- W porządku - zgodziła się impulsywnie. - Umowa stoi. - Wykręciła palce, ale on ich 

nie puszczał. 

- Moglibyśmy podać sobie ręce - powiedziała - ale ty nadal mi nie pozwalasz. 

- To prawda. A więc przypieczętujmy to inaczej. Tak szybko przyciągnął ją do siebie, 

ż

e uderzyła o jego klatkę piersiową. Wyczuła w nim ogromną siłę, choć ciało miał szczupłe i 

z pozoru kościste. Nim zdążyła zaprotestować, poczuła jego władcze usta na swoich. 

Był  zręczny  i  nieustępliwy.  Nie  pamiętała  potem,  czy  instynktownie  rozchyliła  usta, 

czy delikatnie dotykając jej języka, skłonił ją, by to zrobiła. 

Gdy  znalazła  się  w  jego  objęciach,  nagle  poczuła  pustkę  w  głowie.  Nie  potrafiła 

zebrać myśli, ulegając nieoczekiwanym potrzebom swego ciała. Stopiła się z nim, świadoma 

jego twardej klatki piersiowej, o którą się oparła, świadoma jego ust atakujących jej usta. Wo-

kół  panowała  pustka.  Odkryła,  że  nie  było  niczego,  na  czym  mogłaby  się  wesprzeć.  Żadnej 

kotwicy, która powstrzymałaby ją przed wypłynięciem na wzburzone wody. 

Nagle wydała cichy jęk protestu i odsunęła się od niego. 

Oczy miał pociemniałe i zbyt zamglone, by mogła cokolwiek z nich wyczytać. Nazbyt 

pochopnie  myślała,  że  łatwo  je  rozszyfrować.  Jak  mogła  naiwnie  sądzić,  że  łatwo  nim 

sterować! Wszystko wyglądało teraz inaczej niż kilka minut temu. Cała drżała, bezskutecznie 

usiłując zapanować nad sobą. 

- Jesteś podniecona - stwierdził łagodnie Katch. - Szkoda, że tak usilnie walczysz, by 

zachować chłód. 

- Ja nie... - Megan rozpaczliwie kręciła głową, pragnąc, by jej serce zwolniło. 

background image

-  Ależ  tak.  Nadal  to  robisz.  -  Katch  po  przyjacielsku  uścisnął  jej  dłonie,  a  w  końcu 

puścił  jedną  z  nich.  Drugą  nadal  mocno  trzymał  w  swojej  dłoni,  gdy  odwrócił  się  do 

samochodu. 

Megan  poczuła  przypływ  paniki.  Usiłowała  nad  sobą  zapanować.  Już  przecież 

całowała się z chłopakami... Katch po prostu ją zaskoczył. 

Ale wiedziała, że to nie było wytłumaczenie. Nigdy przedtem tak jej nie całowano. 

- Myślę jednak, że z tobą nie pojadę - powiedziała trochę spokojniejszym tonem. 

Ale Katch już otworzył drzwi samochodu. 

- Umowa stoi, Meg. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Katch  jeździł  czarnym  porsche.  Megan  to  nie  zdziwiło.  Łatwo  było  się  domyślić,  że 

David Katcherton może pozwolić sobie na wszystko co najlepsze. 

Opierając się o srebrnoszare poduszki siedzenia, doszła do wniosku, że swój majątek 

zapewne  odziedziczył.  Prawdopodobnie  nie  przepracował  w  życiu  ani  jednego  dnia. 

Przypominając sobie twardą skórę jego dłoni, pomyślała, że pewnie uprawia jakiś sport. Gra 

w  tenisa,  squasha  albo  żegluje.  Nigdy  nie  robi  niczego  użytecznego.  Szuka  wyłącznie 

przyjemności. I łatwo je znajduje. 

Megan  odrzuciła  włosy  na  ramiona  i  odwróciła  się  do  niego.  Miał  bardzo  atrakcyjny 

profil. Ciemnoblond włosy niesfornie wiły się za uchem. 

- Zobaczyłaś coś, co ci się spodobało? Przyłapana na podglądaniu, zarumieniła się ze 

złości. 

- Powinieneś się ogolić - powiedziała chłodno. Katch zerknął w lusterko. 

- Chyba masz rację. - Uśmiechnął się, gdy włączali się do ruchu. - Następnym razem, 

gdy po ciebie przyjadę, będę o tym pamiętał. - Tylko nic już nie mów - dodał szybko, czując, 

ż

e zesztywniała. - Czy twoja matka nigdy ci nie mówiła, że lepiej się w ogóle nie odzywać, 

jeśli nie można powiedzieć czegoś naprawdę przyjemnego? 

Megan przełknęła ostre słowa, jakie przyszły jej do głowy. 

- Jak długo tu mieszkasz? - zagadnął po chwili jak gdyby nigdy nic. 

-  Od  niepamiętnych  czasów.  -  Przez  otwarte  okno  dobiegała  muzyka  płynąca  z 

samochodowych  odbiorników.  Megan  podobała  się  ta  kakofonia  dźwięków.  Odprężyła  się, 

wyprostowała ramiona i znów odwróciła w stronę Katcha. 

- Czym się zajmujesz? - spytała. 

Zauważył cień lekceważenia w jej głosie, ale skwitował to uniesieniem brwi. 

- Posiadam pewne rzeczy. 

- Jakie rzeczy? 

Katch zatrzymał się na czerwonym świetle i spojrzał na nią badawczo. 

-  Wszystkie,  które  zechcę.  -  Gdy  światło  zmieniło  się,  zręcznie  wjechał  na  parking  i 

zatrzymał samochód. 

- Nie możemy tam pójść - powiedziała Megan, zerkając na elegancką restaurację. 

- Dlaczego nie? - Katch wyłączył silnik. - Można tu nieźle zjeść. 

- Wiem, ale nie jestem odpowiednio ubrana i... 

background image

-  Czy  zawsze  robisz  odpowiednie  rzeczy,  Meg?  To  pytanie  zbiło  ją  z  tropu. 

Przyglądała się przez chwilę jego twarzy, zastanawiając się, czy z niej kpił. 

- Pomyśl o tym przez chwilę. - Wysiadł z samochodu, a potem wystawił głowę przez 

okno. - Zaraz wracam. 

Megan  obserwowała,  jak  niespiesznym  krokiem  wchodzi  przez  eleganckie  drzwi  do 

restauracji. Pokręciła głową. Zaraz go wyproszą, pomyślała. Podziwiała jego pewność siebie. 

Skrzyżowała ramiona. Mimo wszystko nie lubię go, zapewniła się w duchu. 

Po  piętnastu  minutach  doszła  do  wniosku,  że  lubi  go  jeszcze  mniej.  Co  za 

nieuprzejmość! Nadąsana wysiadła z samochodu. Tyle czasu kazać jej czekać! 

Rozejrzała  się  za  najbliższą  budką  telefoniczną.  Zadzwoni  do  dziadka,  by  po  nią 

przyjechał.  Sięgnęła  do  kieszeni  kurtki,  a  potem  do  dżinsów.  Nie  miała  przy  sobie  nawet 

dziesięciu  centów.  Wzięła  głęboki  oddech  i  wpatrywała  się  w  drzwi  restauracji.  Za  chwilę 

będzie musiała pożyczyć jakieś drobne, albo prosić, by pozwolono jej skorzystać z telefonu. 

Upokarzające! Ale wszystko było lepsze, niż czekać tu na niego. 

W chwili, gdy otworzyła drzwi do restauracji, pojawił się w nich Katch. 

- Dzięki - powiedział uprzejmie, przechodząc ostrożnie obok niej. 

Patrzyła  za  nim  w  zdumieniu.  Niósł  największy  kosz  piknikowy,  jaki  w  życiu 

widziała. Otworzył bagażnik i wstawił kosz do środka. 

- Chodźmy - powiedział, zatrzaskując klapę bagażnika. - Umieram z głodu. 

- Co tam masz? - spytała podejrzliwie. 

- Kolację. - Ponaglił ją gestem ręki. 

Megan nadal stała przy zamkniętych drzwiach od strony pasażera. 

- W jaki sposób to załatwiłeś? 

- Poprosiłem. Nie jesteś głodna? 

- Owszem, jestem... Ale... 

- A więc jedźmy. - Katch usiadł za kierownicą i włączył silnik. Ledwie Megan zdążyła 

zająć miejsce, ruszył z parkingu. - Masz jakieś ulubione miejsce? - spytał po chwili. 

- Ulubione miejsce? - powtórzyła jak echo. 

-  Chyba  nie  chcesz  powiedzieć,  że  mieszkając  tu  całe  życie,  nie  masz  tu  swojego 

ulubionego miejsca? - Katch skręcił w stronę oceanu. - A więc dokąd jechać? 

- Na północny kraniec plaży - odpowiedziała. - Niewielu ludzi tam dociera, chyba że 

jest pełnia sezonu. 

-  To  świetnie.  Wolę  być  z  tobą  sam  na  sam.  Ta  szczerość  ją  poruszyła.  Powoli 

odwróciła się i spojrzała na niego z uwagą. 

background image

- Czy jest w tym coś złego? - Uśmiechnął się tak zuchwale, że Megan aż dech zaparło. 

- Prawdopodobnie - mruknęła pod nosem. 

Plaża była zupełnie pusta, nie licząc krążących nad nią krzykliwych mew. Megan stała 

przez chwilę z twarzą zwróconą ku zachodowi, napawając się urodą zachodzącego słońca. 

-  Uwielbiam  tę  porę  dnia  -  powiedziała  cicho.  -  Wszystko  jest  teraz  takie  spokojne. 

Jakby dzień wstrzymał oddech. - Katch położył ręce na jej ramionach. Megan drgnęła. 

-  Spokojnie  -  powiedział.  Stojąc  za  nią  i  obserwując  ponad  jej  głową  zachodzące 

słońce, niespodziewanie zaczął masować jej napięte mięśnie. - Ja najbardziej lubię tę chwilę 

przed  świtem,  gdy  ptaki  zaczynają  śpiewać,  a  światło  jest  nadal  rozproszone.  -  Przesuwał 

palcami w górę i dół jej szyi. - Powinnaś częściej się odprężać. 

- Gdy chciała się odsunąć, odwrócił jej twarz do siebie. 

- Nie! - zaprotestowała, opierając się rękami o jego klatkę piersiową. - Nie! 

-  W  porządku.  -  Zwolnił  uścisk,  ale  jeszcze  przez  chwilę  jej  nie  puszczał.  Potem 

pochylił się nad koszykiem piknikowym, wyjął z niego biały obrus i energicznie stwierdził: - 

Pora coś zjeść. Proszę. 

Megan  wzięła  serwetkę  z  jego  rąk,  nie  wychodząc  z  podziwu,  że  dano  mu 

adamaszkowy obrus. 

Kryształowe, pomyślała oszołomiona, gdy wręczył jej kieliszki. 

- Dlaczego dali ci to wszystko? - Patrzyła na porcelanową zastawę i srebra. 

- Zabrakło im papierowych talerzy. Szampan? 

- Chyba oszalałeś! 

- Co się stało? Nie lubisz szampana? 

- Lubię, ale do tej pory piłam tylko amerykański - powiedziała niepewnie. 

- Ten jest francuski - odpowiedział swobodnie, nalewając trunek. 

Megan wypiła mały łyk. 

- Cudowny - oceniła, zanim pociągnęła następny. 

- Ale nie musiałeś... - Bezradnie rozłożyła ręce. 

- Doszedłem do wniosku, że nie mam ochoty na hamburgera. - Katch wbił butelkę w 

piasek. Postawił mały pojemnik na obrusie, potem znów zaczął grzebać w koszyku. 

-  Co  to  jest?  -  spytała  Megan,  otwierając  pojemnik.  Zmarszczyła  brwi  na  widok 

lśniącej,  czarnej  masy.  -  Czy  to...?  -  Urwała  z  niedowierzaniem,  zerkając  na  Katcha,  który 

układał grzanki na talerzu. - Czy to naprawdę kawior? 

Tak  Pozwól,  że  coś  zjem,  dobrze?  Umieram  z  głodu.  -  Wyjął  jej  z  rąk  pudełko  i 

posmarował grzankę grubo kawiorem. - Nie masz ochoty? - spytał, gdy ugryzł kęs. 

background image

-  Nie  wiem...  -  Megan  przyglądała  się  grzance  krytycznym  wzrokiem.  -  Nigdy 

przedtem nie jadłam kawioru. 

-  Naprawdę?  -  Oddał  jej  swoją  grzankę.  -  A  więc  spróbuj.  -  A  gdy  się  zawahała, 

uśmiechnął się szerzej i przysunął grzankę do jej ust. - Odwagi, Meg, ugryź kawałek. 

-  Słony  -  mruknęła  zaskoczona.  Wyjęła  mu  grzankę  z  ręki  i  ugryzła  następny  kęs.  - 

Ale bardzo dobry - oceniła, przełykając. 

- Mogłaś mi trochę zostawić - pożalił się, gdy Megan skończyła grzankę. Roześmiała 

się,  po  czym  nałożyła  obficie  kawioru  na  następną  grzankę  i  podała  ją  Davidowi.  - 

Zastanawiałem się, jaki on będzie. - Katch przyjął grzankę, ale jego uwaga skupiona była na 

Megan. 

- Co takiego? - Uśmiechając się, oblizała kciuk. 

- Twój śmiech. Zastanawiałem się, czy będzie równie pociągający jak twoja twarz... - 

Nie spuszczając z niej wzroku, ugryzł kawałek grzanki. - I jest. 

Megan usiłowała zapanować nad swoim przyspieszonym pulsem. 

-  Nie  musiałeś  karmić  mnie  kawiorem  i  szampanem,  żeby  usłyszeć  mój  śmiech.  -  Z 

obojętnym wzruszeniem ramion odsunęła się od niego. - Śmieję się całkiem często. 

- Nie dość często. 

- Dlaczego tak mówisz? - Była zaskoczona. 

- Twoje oczy są takie poważne. Twoje usta też. - Przesunął wzrokiem po jej twarzy. - 

Być może dlatego poczułem wewnętrzny przymus, by skłonić cię do uśmiechu. 

- To niebywałe. - Megan przykucnęła i wpatrywała się w niego. - Ledwie mnie znasz. 

- Czy to ma znaczenie? 

-  Zawsze  myślałam,  że  powinno  -  wyszeptała,  podczas  gdy  Katch  znów  sięgnął  do 

koszyka. Już bez zdziwienia patrzyła, jak wyciąga sałatkę z homara i truskawki. Roześmiała 

się, odrzuciła włosy do tyłu i przysunęła bliżej do niego. 

- Dasz mi spróbować? - powiedziała. 

Zanim skończyli tę ucztę, słońce już zaszło i księżyc rzucał drżącą, białą poświatę na 

morze.  Megan  pomyślała,  że  wszystko  działo  się  jak  we  śnie.  Porcelana,  srebra  lśniące  w 

ś

wietle księżyca, wykwintne jedzenie, znajomy szum fal i ten nieznajomy obok niej, który z 

każdą minutę stawał się coraz mniej obcy. 

Megan  wyczuwała  już,  kiedy  Katch  się  uśmiecha,  poznała  modulację  jego  głosu, 

wyraz oczu, gdy się cieszy i gdy ironizuje. Zapamiętała również charakterystyczny sposób, w 

jaki  włosy  układały  mu  się  za  uchem.  Więcej  niż  raz,  oczarowana  szampanem  i  poświatą 

księżyca, musiała się powstrzymywać, by nie przygładzić ich palcami. 

background image

- Nie masz ochoty na kawałek sernika? - Katch machnął widelcem, a potem wsunął go 

jej do ust. 

- Już nie mogę. - Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i oparła na nich podbródek. 

Patrzyła, jak Katch delektuje się deserem. - Jak ty to robisz? 

-  Poświęcam  się  -  zażartował,  zjadając  ostatni  kęs.  -  Zawsze  staram  się  doprowadzić 

sprawy do końca. 

- Nigdy nie byłam na takim pikniku - powiedziała, wzdychając z zadowolenia. Oparła 

się na łokciach, wyciągnęła nogi i zapatrzyła się w gwiazdy. - Nigdy nie jadłam takich delicji. 

- Przekażę Ricardo twoje wyrazy uznania. - Katch zmienił pozycję i usiadł obok niej. 

-  Kto  to  jest  Ricardo?  -  spytała  machinalnie,  a  potem  bez  sprzeciwu  pozwoliła,  by 

Katch odgarnął jej włosy za ucho. 

- Szef kuchni. Uwielbia komplementy. 

Megan uśmiechnęła się, zachwycona tym, jak dźwięk jego głosu mieszał się z szumem 

fal. 

- Skąd wiesz? 

- W ten sposób ściągnąłem go z Chicago. 

- Ściągnąłeś go z Chicago? Co masz na myśli? - Po chwili się zreflektowała: - Jesteś 

właścicielem tej restauracji? 

- Tak. - Z uśmiechem przyjął niedowierzanie malujące się na jej twarzy. - Kupiłem ją 

dwa lata temu. 

Megan zerknęła na delikatną porcelanę i ciężkie srebra rozrzucone na białym obrusie. 

Przypomniała sobie, że ponad dwa lata temu ta restauracja była bliska bankructwa. Jedzenie 

było  za  drogie,  a  obsługa  beznadziejna.  Potem  lokal  został  zmodernizowany.  Słyszała,  że 

zmieniono wystrój wnętrza, a na suficie zamontowano lustra. Od czasu ponownego otwarcia 

restauracja zapracowała na miano najlepszej w mieście. 

- Kupiłeś ją? - powtórzyła. 

- To prawda. - Katch usiadł na piętach obok Megan, która leżała oparta na łokciach. - 

Czy to cię dziwi? 

Megan  dokładnie  mu  się  przyjrzała.  Potargane  nonszalancko  włosy,  wytarte  na 

kolanach dżinsy, podniszczone sportowe buty. Nie przypominał prosperującego biznesmena. 

A jednak... Jednak musiała przyznać, że w jego twarzy było coś takiego... 

- Nie - powiedziała w końcu. - Raczej nie. - Zmarszczyła brwi,  gdy zmienił pozycję. 

W jednej chwili znalazł się obok niej i patrzył na morze tak jak ona. - Kupiłeś ją w taki sam 

sposób, jak chcesz kupić Joyland - zawyrokowała. 

background image

- Mówiłem ci, że właśnie tym się zajmuję. 

- Ale to coś więcej niż samo posiadanie, prawda? 

- nalegała. - Ty jeszcze doprowadzasz swoje nabytki do stanu świetności. 

-  Na  tym  to  polega  -  zgodził  się.  -  Sukces  przysparza  mnóstwo  satysfakcji,  nie 

uważasz? 

Megan usiadła i odwróciła się do niego. 

- Ale nie możesz mieć Joylandu. Jest całym życiem Popa. Nie rozumiesz... 

- Wyjaśnisz mi to później, zgoda? - rzekł swobodnie. - Nie dziś wieczorem. - Nakrył 

jej dłoń swoją. - To nie jest biznesowa kolacja. 

- Katch, musisz... 

- Spójrz na gwiazdy, Meg - poprosił. - Czy kiedykolwiek próbowałaś je policzyć? 

- Gdy byłam mała - zaczęła. - Ale... 

-  Nie  tylko  dzieci  liczą  gwiazdy  -  powiedział  ciepłym  tonem.  -  Przychodzisz  tu 

czasami wieczorami? 

Gwiazdy nisko zawieszone nad morzem jasno lśniły. 

-  Czasami  -  powiedziała  cicho.  -  Gdy  praca  nie  idzie  mi  dobrze,  albo  gdy  chcę  coś 

przemyśleć, albo po prostu gdy chcę być sama. 

- Malujesz morskie pejzaże? Portrety? Uśmiechnęła się i pokręciła głową. 

- Rzeźbię. 

- Ach! - Uniósł jej rękę, a potem przyjrzał jej się uważnie z jednej i z drugiej strony. - 

Tak, teraz widzę. Twoje ręce są silne i zręczne. - Gdy przywarł ustami do jej dłoni, poczuła 

prąd elektryczny przeszywający całe jej ciało. 

Ostrożnie cofnęła rękę. Potem przyciągnęła kolana do piersi i objęła je ramionami. 

Nie patrząc na Katcha, wiedziała, że się uśmiechał. 

- W jakim materiale rzeźbisz? W glinie, drewnie, kamieniu? 

- We wszystkich trzech. - Odwróciła głowę i znów się uśmiechnęła. 

- Gdzie studiowałaś? 

- Skończyłam kursy w college'u. - Wzruszyła ramionami. - Nie miałam na studiowanie 

zbyt  dużo  czasu.  -  Znów  spojrzała  w  niebo.  -  Księżyc  tak  jasno  dziś  świeci.  Lubię  tu 

przychodzić, gdy jest pełnia. Wtedy wszystko tonie w srebrzystym blasku. 

Gdy musnął wargami jej ucho, chciała raptownie się odsunąć, ale on jej nie pozwolił. 

Objął ją za ramiona. 

- Odpręż się, Meg - szepnął prosto w jej policzek. - Jest tylko księżyc i ocean. Tylko to 

jest prócz nas. 

background image

Prawie  mu  uwierzyła,  zwłaszcza  że  jego  wargi  przyjemnie  drażniły  jej  skórę,  a  w 

całym ciele czuła słodką ociężałość po winie. Ale gdy Katch przesunął wargi w dół jej szyi, 

nagle puls jej podskoczył i jęknęła. 

- Katch, lepiej już pójdę... Proszę... 

-  Później  -  wymamrotał,  pokrywając  lekkimi  pocałunkami  jej  szyję,  potem  znów 

podbródek i wracając do ucha. - Później, znacznie później. 

Odwróciła głowę, chciała coś powiedzieć, ale głos zamarł jej w gardle. Jego usta były 

tak blisko. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi, czujnymi oczami, on zaś pochylał się 

coraz  bliżej  i  bliżej.  Nadal  jednak  nie  dotknął  ustami  jej  ust.  Krążyły  one  nad  nią,  wabiąc  i 

obiecując.  Gdy  wreszcie  dotknął  kącików  jej  ust,  jęknęła  znów  i  przymknęła  oczy.  Tym 

razem w ogóle nie dotykał jej rękami. Łączyły ich usta, języki i wymieszane oddechy. 

Megan czuła, że jej opór słabnie, warstwa po warstwie, aż pozostało nagie pożądanie. 

Zapomniała  o  niebezpieczeństwie,  o  konsekwencjach.  Zawładnęły  nią  zmysły.  Jej  usta 

szukały  jego  ust,  odpowiadały  na  pocałunki.  Porzuciła  wahanie,  nieśmiałość,  dotknięta 

szaleństwem  pożądania  i  pragnieniem,  by  doznać  znów  tego,  co  czuła  już  przedtem  - 

rozkosznego zawrotu głowy. 

Ponieważ nadal jej nie obejmował, sama oplotła go pożądliwie ramionami i mocno do 

siebie  przyciągnęła.  Pozwolił  jej  przejąć  inicjatywę,  jedynie  gładząc  palcami  jej  włosy. 

Megan ledwie słyszała szum fal poprzez głuche dudnienie swego serca. 

Wreszcie  oderwała  się  do  niego  z  głębokim  westchnieniem.  Ale  on  nie  chciał 

pozwolić jej odejść. 

-  Powtórzymy?  -  Mimo  że  pytanie  padło  cichym  głosem,  w  nocnej  ciszy  zabrzmiało 

jak krzyk. 

Miała  na  końcu  języka  odmowę.  Wiedziała,  że  traci  grunt  pod  nogami.  Katch, 

trzymając rękę na jej karku, przyciągnął ją bliżej. 

Tym razem był natarczywy. Pokazał jej wiele odmian pocałunku. Zarówno język, jak i 

wargi mogły dostarczyć przyjemności. 

Megan wsunęła palce we włosy Katcha, gdy całował ją coraz gwałtowniej i mocniej. 

Była gotowa, odpowiadała na jego pocałunki. Pragnęła go. 

Gdy  objął  dłonią  jej  nagą  pierś,  ledwie  wyszeptała  słowa  sprzeciwu.  Nie  czuła,  gdy 

rozpiął  suwak  jej  kurtki,  a  potem  guziki  bluzki.  Pieszczota  jego  ręki  była  delikatna,  a 

jednocześnie  zuchwała.  Opór  jej  powoli  topniał,  by  wreszcie  przeistoczyć  się  w  dzikie 

pożądanie, które tliło się pod jej skórą, w każdej chwili grożąc wybuchem. 

- Pragnę cię - szepnął Katch prosto w jej usta. - Pragnę się z tobą kochać. 

background image

Megan  czuła,  jak  pożądanie  ją  obezwładnia,  jak  ogarniają  nieposkromiony  apetyt  na 

miłość.  Toczyła  walkę,  by  wrócić  do  rzeczywistości,  przypomnieć  sobie  okoliczności, 

nazwiska,  miejsca,  obowiązki.  Było  przecież  coś  więcej  niż  tylko  księżyc  i  morze.  A  Katch 

był obcy, był mężczyzną, którego ledwie znała. 

-  Nie!  -  Udało  jej  się  wreszcie  wyzwolić  usta  ze  słodkiej  niewoli  jego  ust.  Z  trudem 

podniosła się z piasku. - Nie - powtórzyła, zapinając guziki. 

Katch również wstał i chwycił ją za połę koszuli. Megan popatrzyła ze zdziwieniem w 

jego oczy jaśniejące dziwnym blaskiem. 

- Dlaczego nie? 

Megan  przełknęła  ślinę.  W  jego  głosie  nie  było  teraz  leniwej  nonszalancji  lecz  jakaś 

oschła, bezwzględna nuta. 

- Nie chcę - powiedziała. 

- Kłamiesz! - rzucił jej w twarz. 

- Zgoda - przyznała. - Nie znam cię. 

-  Ale  poznasz  - zapewnił.  Potem  pocałował  ją  mocno,  jakby  chciał  sprawić  jej  ból.  - 

Ale zaczekamy, aż to nastąpi. 

- Zawsze osiągasz to, co chcesz? - spytała w przypływie zuchwałości. 

- Tak - odpowiedział i uśmiechnął się szeroko. - Oczywiście, że tak. 

-  Będziesz  więc  rozczarowany.  -  Wyrwała  mu  z  rąk  koszulę  i  zaczęła  znów  zapinać 

guziki. - Nie możesz mieć Joylandu i nie możesz mieć mnie. 

Katch przyglądał jej się przez chwilę, gdy stała odwrócona plecami do morza. Na jego 

twarzy znów zagościł arogancki uśmiech. 

- Będę miał i Joyland, i ciebie, Meg - obiecał cicho. - Zanim nadejdzie sezon. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Popołudniowe  słońce  zalewało  pracownię,  ale  Megan  nie  zwracała  na  nie  uwagi,  tak 

samo jak na śpiew ptaków za oknem. Była skupiona na glinie, nad którą pracowała, a raczej 

nad tym, co w tej chwili było częściowo uformowaną głową. 

Zrobiła  coś, co zdarzało jej się niezmiernie rzadko - odsunęła na bok aktualną pracę, 

ż

eby rozpocząć następną. Nowy temat ścigał ją przez całą noc i w końcu doszła do wniosku, 

ż

e uwolni się od myśli o Davidzie Katchertonie, wykonując jego popiersie. To wydawało się 

najlepszym sposobem. 

Megan miała bardzo wyraźną wizję, dokładnie wiedziała, co pragnie uchwycić: siłę i 

determinację tkwiącą pod powierzchnią uprzejmości i pewnej nonszalancji. 

Musiała  jednak  przyznać,  że  wczoraj  wieczorem  Katch  ją  nieco  przestraszył.  Nie 

fizycznie,  oczywiście  -  wiedziała,  że  był  mężczyzną  zbyt  inteligentnym,  by  zachować  się 

wobec niej brutalnie - ale siłą swej osobowości. 

Ze złością uderzyła w glinę. Wyglądał na człowieka, który osiąga to, co chce. Ale nie 

tym  razem.  Była  zdecydowana  zrobić  wszystko,  by  tym  razem  mu  się  nie  powiodło.  Katch 

wkrótce zrozumie, że nie można nią dyrygować. Nawet Popowi to się nie udawało. 

Wolno,  precyzyjnie  modelowała  rysy  jego  twarzy.  To  dawało  jej  uczucie  pewnej 

przewagi. 

Instynktownie,  jakby  w  natchnieniu,  nadała  kształt  niesfornemu  kosmykowi  włosów 

tuż  nad  uchem.  Cofnęła  się  o  krok,  by  lepiej  przyjrzeć  się  swemu  dziełu.  Udało  jej  się 

uchwycić pewien rys jego osobowości. Doszła do wniosku, że był typem słodkiego drania. To 

staroświeckie  określenie  bardzo  do  niego  pasowało.  Mogła  wyobrazić  go  sobie  w 

kowbojskich  butach  i  z  rewolwerem  za  pasem,  grającego  w  pokera  w  jakiejś  szulerni  w 

Tuscon; albo z szablą, gdy zdobywa statek. 

Bezwiednie  zaczęła  pieścić  palcami  uformowane  w  glinie  loki.  Taki  mężczyzna, 

prawdziwy  pirat,  nie  lękał  się  sztormu,  zdobywał  skarby  i  kobiety  wszędzie,  gdzie  tylko 

chciał. Kobiety... Myśli Megan wróciły do poprzedniego wieczoru. Do jego ust na jej ustach, 

do pieszczoty jego dłoni. Zapamiętała nawet strukturę piasku, na którym razem leżeli, zapach 

i  odgłos  oceanu  za  plecami.  Pamiętała,  jak  światło  księżyca  oświetlało  jego  włosy,  które 

przeczesywała  spragnionymi  palcami,  podczas  gdy  Katch  wędrował  ustami  po  jej  ciele. 

Wydały jej się miękkie, a zarazem szorstkie... Jak... 

Przerażona  odegnała  zdrożne  myśli.  Zerknęła  w  dół  na  własne  palce  błądzące  po 

glinianych  włosach  Katcha.  Zaklęła  pod  nosem,  o  mały  włos  nie  niszcząc  rodzącego  się 

background image

dzieła.  Wstała  i  odeszła  od  stołu.  Nie  powinna  dopuścić,  by  jakieś  drobne  zawirowania 

odrywały  ją  od  pracy.  Wczorajszy  wieczór  spędzony  w  towarzystwie  Katcha  należał  do  tej 

kategorii. Tylko drobne zawirowanie. Nic ważnego. 

A  jednak  intuicja  podpowiadała  jej,  że  Katch  był  ważny,  o  wiele  ważniejszy,  niżby 

sobie tego życzyła. 

Gdzie  podział  się  jej  zdrowy  rozsądek?  Zaczerpnąwszy  powietrza,  podeszła  do 

umywalki, by umyć ręce. Musi być rozsądna. Pop potrzebował kogoś, kto przypominałby mu 

o konieczności płacenia rachunków. Uśmiechnęła się, wycierając ręce. Przyszło jej do głowy, 

zresztą nie po raz pierwszy, że jest w takim samym stopniu potrzebna swemu dziadkowi, jak 

on jej. 

Dawno temu, gdy była jeszcze dzieckiem, a potem młodą dziewczyną, była od niego 

całkowicie  zależna.  I  on  jej  nie  zawiódł.  W  miarę  jak  dorastała,  stopniowo  przejmowała  od 

niego obowiązki, które sprawiały mu trudność, a więc księgowość czy pertraktacje z bankiem. 

Zdarzało  się,  że  rezygnowała  z  własnych  pragnień,  by  zrobić  to,  co  uważała  za  swój 

obowiązek.  Zajmowała  się  nudnymi,  mało  romantycznymi  rachunkami,  choć  wolała 

przebywać w zaczarowanym świecie sztuki. Bywały momenty,  gdy  pochłonięta swoją twór-

czością,  zapominała  o  codzienności.  Często  czuła  się  rozdarta  pomiędzy  tymi  dwoma 

ś

wiatami. 

Miała naprawdę dość życiowych rozterek nawet bez Davida Katchertona. 

Nie rozumiała, jak to się stało, że nieznajomy mężczyzna tak szybko i tak skutecznie 

naruszył delikatną równowagę jej świata. Pokręciła głową. Zamiast się nad tym zastanawiać, 

postanowiła wyładować złość, kończąc popiersie. 

Następna  godzina  szybko  minęła.  W  ferworze  pracy  zapomniała  o  irytacji,  z  jaką 

przyjęła wiadomość, że Katch wybiera się z jej dziadkiem na ryby. Rozzłościło ją, gdy o wpół 

do  szóstej  rano,  wyglądając  zza  firanki,  zobaczyła  go  wypoczętego  i  pełnego  zapału  do 

wędkowania. Rzuciła się z powrotem na łóżko i przez następną godzinę martwo wpatrywała 

się w sufit. Jakże pociągająco zabrzmiał o świcie jego śmiech... Wolałaby o tym zapomnieć. 

Rzeźbiona  twarz  zaczęła  nabierać  kształtu  pod  jej  palcami.  Po  chwili  Meg  usłyszała 

nadjeżdżający samochód. Śmiechowi Katcha towarzyszył szorstki, rubaszny głos jej dziadka. 

Z  pracowni  znajdującej  się  nad  garażem  Megan  miała  doskonały  widok  na  dom  i 

podjazd. Patrzyła, jak Katch wyciąga sprzęt i połów z pikapa, a potem z szerokim uśmiechem 

mówi coś do jej dziadka. Pop odrzucił do tyłu grzywę białych włosów i roześmiał się głośno, 

jakby zachwycony jakimś pomysłem. Po przyjacielsku poklepał Katcha po plecach. Dziwne, 

background image

ale  Megan  poczuła  się  urażona.  Czy  dlatego,  że,  jak  widać,  panowie  doskonale  czuli  się  w 

swoim towarzystwie? 

Przyglądała  się  Katchowi,  gdy  wyciągał  z  bagażnika  pudełka  z  przynętami.  Ubrany 

był,  tak  samo  jak  wczoraj,  w  jasnoniebieską,  spłowiała  koszulkę,  ozdobioną  jakimś 

nadrukiem na przodzie. Na  głowę włożył  czapkę z daszkiem, własność Popa, co dodatkowo 

zdenerwowało Megan. Musiała jednak przyznać, że obydwaj dobrze się prezentowali. Mimo 

różnicy  wieku  i  budowy  ciała  obaj  robili  bardzo  męskie  wrażenie.  Różnice  i  podobieństwa 

pomiędzy nimi zaabsorbowały ją na chwilę tak bardzo, że nawet gdy Katch spojrzał do góry i 

zauważył ją w oknie, nie zwróciła na to uwagi i nadal im się przyglądała. 

Katch  uśmiechnął  się,  przesuwając  do  tyłu  daszek  czapki,  by  miała  lepszy  widok. 

Okno  było  długie  i  wąskie,  a  parapet  sięgał  jej  do  kolan.  Wyglądała  jak  na  oprawionym  w 

ramy  obrazie.  Z  włosami  związanymi  do  tyłu  wstążką  wydawała  się  jeszcze  młodsza  i 

bardziej  niewinna,  a  jej  oczy  pełne  melancholii  przypominały  czarne  jeziora.  Stara  koszula 

Popa, którą założyła zamiast fartucha, szczelnie spowijała jej kruchą postać. 

Na chwilę skrzyżowali wzrok i Megan dojrzała w oczach Katcha ten sam wewnętrzny 

blask,  jaki  zauważyła  wczoraj  przez  moment  w  świetle  księżyca.  Zadrżała.  Po  chwili  jego 

usta znów wykrzywił arogancki uśmiech, a z oczu wyjrzało rozbawienie. 

-  Zejdź na dół, Meg!  -  Machnął do niej ręką. -  Przywieźliśmy ci prezent. - Odwrócił 

się, by podnieść lodówkę z połowem. 

- Wolałabym szmaragdy! - zawołała w odpowiedzi. 

- Następnym razem - obiecał, znikając z lodówką na tyłach domu. 

Znalazła  Katcha  w  kuchni,  skrobiącego  ryby.  Uśmiechnął  się  na  jej  widok,  odłożył 

nóż,  a  potem  wziął  ją  w  ramiona  i  ku  jej  ogromnemu  zdziwieniu  pocałował.  Mimo  że 

pocałunek  był  bardziej  przyjacielski  niż  namiętny,  wywołał  w  niej  reakcję,  której  siła  ją 

zdumiała. Zszokowana oderwała się od niego. 

- Nie możesz... 

-  Już  to  zrobiłem  -  podkreślił,  a  potem  dodał  obojętnym  tonem,  jakby  pocałunek  w 

ogóle nie miał miejsca: - Chciałbym zobaczyć twoją pracownię. 

W gruncie rzeczy była oczywiście zadowolona ze zmiany tematu. 

- Gdzie jest mój dziadek? - spytała, podchodząc do torby - lodówki i unosząc wieko. 

- Pop odkłada sprzęt. 

Wszyscy,  którzy  znali  Timothy'ego  Millera,  zwracali  się  do  niego  Pop.  Ale  Megan 

zmarszczyła brwi. 

- Szybko się zaprzyjaźniasz, prawda? 

background image

- To fakt. Polubiłem twojego dziadka, Meg. Ty najlepiej powinnaś wiedzieć dlaczego. 

Postąpiła krok w jego stronę. 

- Nie wiem, czy powinnam ci ufać - powiedziała. 

- Nie powinnaś. - Katch uśmiechnął się szeroko i przesunął palcem po jej nosie. - Ani 

przez sekundę. - Otworzył pokrywę lodówki, żeby pokazać złowione ryby. - Jesteś głodna? 

Megan uśmiechnęła się, ulegając jego urokowi, mimo ostrzeżeń płynących z bardziej 

rozsądnej strony swej natury. 

- Nie byłam. Ale mogę być. Zwłaszcza, jeśli nie muszę ich czyścić. 

- Pop powiedział mi, że masz delikatny żołądek. 

- Doprawdy? I co jeszcze ci powiedział? 

- Powiedział, że lubisz narcyzy i miałaś pluszowego słonia o imieniu Henry. 

- Powiedział ci to? - Megan nie była zadowolona. 

- I jeszcze, że lubisz oglądać horrory, a potem wchodzisz z głową pod kołdrę. 

Megan zmrużyła oczy, widząc coraz szerszy uśmiech Katcha. 

-  Przepraszam  -  rzuciła  ze  złością,  a  potem  odepchnęła  Katcha  na  bok  i  pobiegła  do 

kuchennych drzwi. Za plecami słyszała jego gromki śmiech. 

-  Pop!  -  Znalazła  dziadka  w  małym  pokoju  przylegającym  do  kuchni,  gdzie  trzymał 

swoje wędkarskie akcesoria. 

- Cześć, kochanie. - Na  widok Megan stojącej w drzwiach z rękami na biodrach Pop 

uśmiechnął  się  czule.  -  Muszę  ci  powiedzieć,  że  ten  chłopak  zna  się  na  łowieniu  ryb. 

Naprawdę wie, jak to się robi! 

Jego zachwyt nad Katchem był tak oczywisty, że Megan tylko zacisnęła zęby. 

- To najlepsza wiadomość, jaką usłyszałam dzisiejszego dnia - zadrwiła, wchodząc do 

pokoju.  -  Ale  dlaczego  uznałeś  za  konieczne  informowanie  tego  chłopaka,  że  miałam 

pluszowego słonia i śpię z głową pod kołdrą? 

Pop uniósł rękę, by podrapać się w  głowę. Nie zrobił tego jednak na tyle szybko, by 

ukryć uśmiech. 

-  Pop,  naprawdę...  -  Megan  ściągnęła  brwi.  -  Czy  musisz  pleść  o  mnie  takie  rzeczy, 

jakbym była małą dziewczynką? 

-  Zawsze  będziesz  moją  małą  dziewczynką  -  powiedział  Pop  i  pocałował  ją  w 

policzek. - Widziałaś nasze pstrągi? Dziś wieczór usmażymy mnóstwo ryb. 

- Przypuszczam - Megan skrzyżowała ramiona - że on zje z nami kolację? 

- Oczywiście. - Pop zamrugał oczami. - W końcu to on złowił połowę ryb. 

- To wspaniale. 

background image

- Pomyślałem, że mogłabyś upiec swoje ciasteczka, z jagodami... - Pop uśmiechnął się 

prostodusznie. 

Megan westchnęła, uznając swoją klęskę. 

Po  kilku  minutach  Pop  usłyszał  łoskot  wyjmowanych  foremek.  Uśmiechnął  się  pod 

nosem, a potem cicho prześlizgnął się przez dom i wyszedł frontowymi drzwiami. 

-  Upiecz  swoje  ciasteczka!  -  przedrzeźniała  Megan,  siekając  masło  z  mąką  -  Ci 

mężczyźni! 

Gdy  pochylała  się,  by  wsunąć  foremki  do  piekarnika,  usłyszała  za  sobą  dźwięk 

zamykanych szklanych drzwi. 

- Słyszałem już o ciasteczkach - powiedział Katch, kładąc na blacie oczyszczone ryby. 

- Pop jest zajęty w garażu. Prosił, by go zawołać, gdy kolacja będzie gotowa. 

Megan ze złością spojrzała przez szklane drzwi na sąsiedni budynek. 

-  Naprawdę?  -  Znów  odwróciła  się  do  Katcha.  -  Jeśli  myślisz,  że  będziesz  siedział  i 

czekał, to się grubo mylisz. 

- Chyba nie sądzisz, że pozwoliłbym ci smażyć moje ryby! 

Wpatrywała się w jego kamienną twarz. 

- Zawsze sam je smażę - dodał tonem wyjaśnienia. - Gdzie jest patelnia? 

Megan, obserwując go uważnie, w milczeniu pokazała właściwą szafkę. Patrzyła, jak 

przykucnął, by poszukać patelni. 

-  To  oczywiście  nie  znaczy,  że  uważam  cię  za  kiepską  kucharkę.  -  Wyjął  ciężką 

patelnię z nierdzewnej stali. - Po prostu lubię i umiem gotować. 

-  Czyżbyś  jednak  sugerował,  że  ja  nie  potrafię  usmażyć  tych  żałosnych,  małych 

sardynek? 

-  Powiedzmy,  że  w  sprawie  posiłków  nie  lubię  zdawać  się  na  przypadek.  -  Zaczął 

przeszukiwać szufladę. - Lepiej przygotuj sałatę - podpowiedział - a mnie zostaw ryby. 

Megan patrzyła, jak bez skrępowania buszuje w kuchennych szufladach. 

-  Dlaczego  nie  zabierzesz  swoich  pstrągów  i...  Przenikliwy  dzwonek  minutnika 

przerwał jej gniewną wypowiedź. 

- Twoje ciastka. - Katch podszedł do lodówki po jajka i mleko. 

Megan  najwyższym  wysiłkiem  opanowała  się  i  zajęła  wypiekiem.  Odstawiając 

ciasteczka,  żeby  wystygły,  postanowiła  zrobić  swoją  specjalną  sałatkę.  Miała  nadzieję,  że 

zakasuje nią smażonego pstrąga. 

background image

Na  dłuższą  chwilę  zapadła  cisza.  Rozgrzana  oliwa  syczała,  gdy  Katch  kładł  na  nią 

przyprawione ryby. Megan darła sałatę, potem kroiła warzywa. Zapach unoszący się z patelni 

był niezwykle kuszący. Megan obrała marchewkę i westchnęła. Katch uniósł pytająco brew. 

- Jesteś dobrym kucharzem, prawda? - Megan uśmiechnęła się niechętnie. 

Wzruszył ramionami, a potem wyrwał jej z ręki obraną marchewkę i schrupał. 

- Wolałabyś, aby było inaczej, prawda? 

-  Byłbyś  bardziej  uroczy,  gdybyś  kręcił  się  nieporadnie  po  kuchni  i  robił  bałagan  - 

stwierdziła. 

Katch sprawdził szpikulcem, czy ryba na patelni jest już gotowa. 

- Czy to komplement? 

Marszcząc brwi, w skupieniu nadal pedantycznie kroiła marchewkę. 

-  Nie  wiem...  Może  byłoby  łatwiej  się  z  tobą  porozumieć,  gdybyś  był  mniej 

kompetentny. 

Ku jej zaskoczeniu chwycił ją za ramiona i odwrócił twarzą do siebie. 

- Naprawdę chciałabyś tego? - Delikatnie masował palcami jej ciało. - Porozumieć się 

ze  mną?  -  Gdy  przyciągnął  ją  bliżej,  położyła  ręce  na  jego  klatce  piersiowej  w  obronnym 

geście. - Czy ja cię denerwuję? 

-  Nie.  -  Zaprzeczyła  ruchem  głowy.  -  Oczywiście,  że  nie.  -  Ale  gdy  Katch,  unosząc 

brew, przyciągnął ją jeszcze bliżej, przyznała pospiesznie: - Tak, jak diabli! 

- Odsunęła się od niego. Podeszła do lodówki, by wyjąć stamtąd jagodowe nadzienie 

do ciasteczek. - Nie musisz okazywać z tego powodu takiego zadowolenia. - Pożałowała, że 

nie  potrafi  okazać  zniecierpliwienia,  które  powinna  odczuwać.  -  Kilka  rzeczy  doprowadza 

mnie do złości - ciągnęła, napełniając babeczki nadzieniem. - Węże, próchnica zębów i małe 

ujadające pieski. 

- Gdy usłyszała, że zachichotał, odwróciła  głowę i sama się roześmiała. - Trudno cię 

nie lubić, ponieważ mnie rozśmieszasz. 

-  Naprawdę  nie  możesz  mnie  polubić?  -  Katch  zręcznie  wrzucił  następną  rybę  na 

skwierczący tłuszcz. 

- Taki miałam plan - przyznała Megan. - To wydawało się dobrym pomysłem. 

- Opracuj więc inny plan - poradził, wyjmując z szafki półmisek. - Co jeszcze lubisz 

oprócz narcyzów? - spytał niespodziewanie. 

- Roztopione lody - odparła spontanicznie. - Oskara Wilde'a i chodzenie na bosaka. 

- A baseball? 

Na chwilę przerwała napełnianie babeczek. 

background image

- O co ci chodzi? 

- Czy lubisz baseball? 

- Tak - rzekła po namyśle, uśmiechając się. - Właściwie to lubię. 

-  Wiedziałem,  że  coś  nas  łączy.  -  Katch  z  promiennym  uśmiechem  zgasił  ogień  pod 

patelnią. - Zawołamy Popa? Ryby gotowe. 

Megan  doszła  do  wniosku,  że  było  coś  zbyt  słodkiego  w  tym,  że  siedzieli  we  trójkę 

przy  posiłku,  który  wspólnie  przygotowali.  Wyczuwała  coraz  większą  sympatię  pomiędzy 

dwoma mężczyznami i to ją najbardziej niepokoiło. Była pewna, że Katch nadal jest zdecydo-

wany kupić Joyland. A Pop najwyraźniej dobrze czuł się w jego towarzystwie. Instynktownie 

nie ufała Katchowi. Musiała jednak przyznać, że ona również go polubiła. 

- Coś wam powiem... - Pop westchnął nad pustym talerzem i odchylił się na krześle. - 

Skoro we dwoje przygotowaliście ucztę, ja przynajmniej pozmywam. - Popatrzył na Megan, 

potem na Katcha. -  Dlaczego nie pójdziecie sobie na spacer? Megan bardzo lubi spacery  po 

plaży. 

- Pop! 

- Wiem, że młodzi ludzie wolą być sami - ciągnął Pop bezlitośnie. 

Megan otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Katch przemówił pierwszy. 

- Chętnie pójdę na spacer z piękną kobietą, zwłaszcza jeśli to oznacza uniknięcie prac 

domowych. 

- Bardzo wdzięcznie to ująłeś - skwitowała Megan. 

- Ale najpierw chciałbym zobaczyć twoją pracownię, dobrze? 

-  Zabierz  Katcha  na  górę,  Megan  -  nalegał  Pop.  -  Tak  pięknie  rzeźbisz.  Pozwól 

Katchowi zobaczyć twoje prace. 

Po chwili wahania Megan wyraziła zgodę. W gruncie rzeczy nie miała nic przeciwko 

pokazaniu  Katchowi  swoich  prac.  Zresztą  na  pewno  bezpieczniej  było  przebywać  z  nim  w 

pracowni, niż iść z nim na plażę. 

Ledwie opuścili kuchnię, Katch objął ją ramieniem. 

-  To  bardzo  miły  dom  -  zauważył,  rozglądając  się  po  zadbanym  trawniku  okolonym 

krzewami azalii. - Spokojny i przytulny. 

Ciężar jego ramienia był przyjemny. Gdy szli w stronę garażu, Megan nie uwolniła się 

z ramion Davida. 

- Nie sądziłam, że coś cichego i spokojnego będzie dla ciebie pociągające. 

-  Jest  czas  na  huśtanie  się  na  werandzie  i  czas  na  kolejki  górskie  -  odpowiedział, 

zerkając na nią, gdy zatrzymała się przy schodach. - Myślę, że o tym wiesz. 

background image

- Wiem - powiedziała, zdając sobie sprawę, że uczucia do niego wymykają jej się spod 

kontroli.  -  Ale  dziwię  się,  że  ty  wiesz.  -  W  zamyśleniu  wchodziła  po  schodach.  -  To  mała 

pracownia - uprzedziła. - Nie robi dużego wrażenia. Właściwe to tylko kąt do pracy, gdzie nie 

przeszkadzam Popowi, a on nie przeszkadza mnie. 

Otworzyła drzwi i zapaliła światło, ponieważ zaczynało się ściemniać. 

Panował  tu  artystyczny  nieład.  Na  taki  nieporządek  nie  pozwalała  sobie  w  innych 

dziedzinach  życia.  To  pomieszczenie  należało  tylko  do  niej,  bardziej  nawet  niż  sypialnia 

znajdująca się w sąsiednim domu. Tu i ówdzie leżały rozmaite narzędzia - imadła, dłuta, noże 

i pilniki. Z krzesła zwisał rzucony tam naprędce fartuch. Pod ścianami stały szkice przyszłych 

prac, nietknięte jeszcze kawałki piaskowca i drewna. Był też cenny kawałek marmuru, który 

chroniła  jak  największy  skarb.  Wszędzie  -  na  półkach,  stołach  oraz  na  podłodze,  stały  jej 

rzeźby. 

Katch  ominął  ją  w  drzwiach  i  wszedł  do  środka.  Poczuła  zdenerwowanie. 

Zastanawiała się, jak zareaguje, jeśli Katch wypowie się krytycznie lub, co gorsze, wystąpi z 

jakimiś banalnymi komplementami. Jej twórczość była dla niej sprawą bardzo ważną i bardzo 

osobistą.  Ku  swemu  niemałemu  zdziwieniu  doszła  do  wniosku,  że  zależy  jej  na  jego  opinii. 

Cicho zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. 

Katch podszedł do małego studium dziewczynki budującej zamek z piasku. Tę rzeźbę 

wykonała  w  drzewie  orzechowym  i  była  z  niej  bardzo  dumna,  ponieważ  osiągnęła  nastrój, 

jaki  chciała.  Na  twarzy  dziecka  malowało  się  coś  więcej  niż  tylko  młodość  i  niewinność. 

Dziewczynka  uważała  się  za  księżniczkę  zamkniętą  w  zamkowej  wieży.  Półuśmiech 

błąkający się na jej ustach świadczył, że wierzyła w szczęśliwe zakończenie. 

Rzeźba  była  misternie  wykończona,  począwszy  od  zwieńczonego  blankami  dachu  i 

wieżyczek  zamkowych,  aż  po  drobne  palce  dziewczynki.  Dziewczynka  miała  długie  włosy 

opadające  na  ramiona;  kilka  kosmyków  wiatr  rozwiewał  na  jej  twarzy.  Po  skończeniu  tej 

pracy Megan była ogromnie z siebie zadowolona; czuła, że odniosła sukces, ale teraz, widząc, 

jak Katch w skupieniu, z dziwnie ponurym wyrazem twarzy obraca rzeźbę w rękach, dopadły 

ją wątpliwości. 

- To twoja praca? 

Ponieważ cisza się przeciągała, Megan aż podskoczyła, słysząc pytanie. 

- Tak... - Gdy szukała w myślach czegoś stosownego, co mogłaby powiedzieć, Katch 

odwrócił  się  i  zaczął  chodzić  po  pracowni.  Słyszała  każde  skrzypnięcie  podłogi  pod  jego 

sportowymi butami. 

background image

W milczeniu oglądał kolejne rzeźby. W miarę jak cisza się przedłużała, Megan robiła 

się  coraz  bardziej  spięta.  Powinna  wreszcie  coś  powiedzieć...  Podniosła  niedbale  rzucony 

fartuch i złożyła go nerwowym ruchem, wygładzając fałdy. 

- Co ty tu jeszcze robisz? 

Szeroko  otworzyła  oczy.  Spodziewała  się  po  nim  każdej  reakcji,  ale  nie  gniewu.  Na 

jego zaś twarzy malowała się złość. Mocnej zacisnęła palce na starym, znoszonym fartuchu. 

- Co masz na myśli? - Głos miała spokojny, ale jej serce biło coraz szybciej. 

- Dlaczego się tu ukrywasz? - spytał. - Czego się boisz? 

Zdumiona pokręciła głową. 

- Wcale się nie ukrywam, Katch. Mówisz bez sensu. 

-  Ja  mówię  bez  sensu?  -  Zrobił  krok  w  jej  stronę,  potem  zatrzymał  się,  odwrócił  i 

zaczął  znów  maszerować  po  pracowni.  Obserwowała  go  zafascynowana.  -  Uważasz,  że 

tworzenie takich rzeczy, żeby je trzymać w zamknięciu, ma sens? - Podniósł wypolerowany 

piaskowiec,  przedstawiający  mężczyznę  i  kobietę  w  objęciach.  -  Gdy  ma  się  taki  talent,  ma 

się  również  pewne  zobowiązania.  Zamierzasz  upychać  tu  swoje  prace,  aż  nie  starczy  ci 

miejsca? 

Jego reakcja wytrąciła ją z równowagi. Rozejrzała się bezradnie po pracowni. 

- Od czasu do czasu zanoszę niektóre prace do galerii w centrum miasta - powiedziała. 

- Sprzedają się nieźle, zwłaszcza w sezonie i... 

Ostre  przekleństwo  Katcha  przerwało  jej  wypowiedź.  Spojrzała  na  niego  z  uwagą. 

Czyżby ten wściekły, naburmuszony człowiek był tym samym sympatycznym facetem, który 

niedawno smażył pstrągi w jej kuchni? 

- Nie rozumiem, dlaczego jesteś taki zły - powiedziała. 

-  Straty!  -  rzucił  ostro,  odstawiając  rzeźbę  z  piaskowca  na  półkę.  -  Straty  zawsze 

doprowadzają  mnie  do  furii.  -  Podszedł  do  niej  i  gwałtownie  chwycił  ją  za  ramiona.  - 

Dlaczego nic nie zrobiłaś ze swoim talentem, Megan? - Patrzył jej prosto w oczy, domagając 

się odpowiedzi. 

- To nie jest takie proste - zaczęła. - Mam pewne zobowiązania. 

- Masz zobowiązania wobec siebie i swego talentu. 

-  Mówisz  tak,  jakbyś  uważał,  że  dopuściłam  się  występku.  -  Zmieszana,  zaczęła 

uważnie  przyglądać  się  jego  twarzy.  -  Robię  to,  co  uważam  za  właściwe.  Nie  rozumiem, 

dlaczego jesteś taki zły. W grę wchodzą jeszcze inne sprawy - czas, pieniądze i interes, który 

trzeba prowadzić. I rzeczywistość, której trzeba stawić czoła. - Pokręciła głową. - Chyba nie 

wyobrażasz sobie, że zawiozę swoje rzeźby do galerii w Charlestonie i zażądam wystawy? 

background image

-  To  byłoby  na  pewno  bardziej  sensowne,  niż  trzymać  je  tu  pod  kluczem.  -  Puścił  ją 

nagle i znów zaczął przechadzać się po pracowni. 

Był bardziej impulsywny, niż osądziła na podstawie pierwszego wrażenia. Zerknęła na 

glinę owiniętą mokrym ręcznikiem. Zapragnęła poczuć ją pod swoimi palcami. 

- Kiedy ostatnio byłaś w Nowym Jorku? - spytał, zatrzymując się naprzeciwko niej. - 

Albo w Chicago czy Los Angeles? 

- Nie wszyscy możemy być obieżyświatami - powiedziała. - Niektórzy są stworzeni do 

czego innego. 

Podniósł  znów  dziewczynkę  z  zamkiem  z  piasku,  a  potem  musnął  palcem  parę 

zakochanych z piaskowca. 

- Chcę te dwie - oświadczył. - Sprzedasz mi? 

To były jej ulubione prace, choć tak odmienne w nastroju. 

- Dobrze... - zgodziła się z wahaniem. - Jeśli chcesz. 

- Dam pięćset dolarów. Za każdą. 

Oczy Megan rozszerzyły się ze zdumienia. 

- Och, nie są tyle warte... 

-  Są  warte  o  wiele  więcej,  jak  sadzę.  Masz  jakieś  pudełko,  w  które  mógłbym  je 

zapakować? 

- Tak, ale... - Megan przecierała oczy. - Tysiąc dolarów? 

Odstawił rzeźby na stół i podszedł do niej. Nadal był nachmurzony. 

- Uważasz, że bezpieczniej jest siebie nie doceniać, niż stanąć oko w oko z własnym 

talentem? 

Wytrącona  z  równowagi,  zrobiła  bezradny  gest  rękami.  Katch  odwrócił  się  i  zaczął 

szukać  pudełka.  Potem  przyglądała  się,  jak  zawijał  rzeźby  w  stare  gazety.  Czoło  miał  nadal 

zmarszczone, a w oczach złość. 

- Przyniosę ci czek - oświadczył, po czym bez słowa wyszedł. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Rozległ  się  długi,  przeraźliwy  krzyk.  Kolejka  górska  z  turkotem  pięła  się  w  górę, 

potem  wzięła  ostry  zakręt,  niebezpiecznie  przechylając  się  na  bok.  Wzdłuż  toru  kolejki 

migotały  światełka  i  było  głośno.  Bardzo  głośno.  Słychać  było  łoskot  i  jęki  maszynerii, 

gwizdy  i  brzęczenie  maszyn  elektronicznych  z  grami  wideo,  trzaski  korkowców  i 

nawoływania sprzedawców. 

Z  głośników  dobiegała  jazgotliwa  muzyka,  zagłuszana  przez  ludzkie  głosy.  Ludzie 

ś

miali  się,  nawoływali,  krzyczeli.  W  powietrzu  unosiły  się  zapachy  popcornu,  orzeszków 

ziemnych, hot dogów i smażonego oleju. 

Megan naładowała magazynek i podała pistolet przyszłemu Wyattowi Earpowi. 

-  Króliki  po  pięć  punktów,  kaczki  po  dziesięć,  jelenie  dwadzieścia  pięć,  a 

niedźwiedzie pięćdziesiąt. 

Szesnastoletni strzelec wyborowy wycelował i udało mu się ustrzelić kaczkę i królika. 

W  nagrodę  wybrał  gumowego  węża,  mimo  okrzyków  przerażenia  towarzyszącej  mu 

dziewczyny. 

Megan,  kręcąc  głową,  obserwowała  ich,  jak  odchodzili.  Chłopak  objął  dziewczynę 

ramieniem, a potem objawiał swe uczucia, machając wężem przy jej twarzy. Zarobił mocnego 

kuksańca w żebra. 

Dziś wieczorem nie było tłumu, jak zwykle przed sezonem. Poza tym, o czym Megan 

wiedziała,  w  okolicy  było  kilka  parków  rozrywki,  oferujących  więcej  atrakcji.  Megan  nie 

przeszkadzał ten luz. Od tamtego wieczoru,  gdy  Katch odwiedził jej pracownię, pochłonięta 

była własnymi myślami. 

Od  trzech  dni  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Z  początku  bardzo  chciała  się  z  nim 

zobaczyć,  porozmawiać  o  tym,  co  jej  powiedział.  Było  niewątpliwie  zasługą  Katcha,  że 

zaczęła  myśleć  o  tej  stronie  swej  natury,  którą  przez  większą  część  życia  ignorowała  lub 

tłumiła. 

Ale  w  miarę  upływu  czasu  to  pragnienie  słabło.  Ostatecznie,  czy  Katch  miał  prawo 

krytykować  jej  sposób  życia,  traktować  ją  tak,  jakby  popełniła  przestępstwo?  W  ciągu  paru 

minut oskarżył ją, osądził i skazał. A potem zniknął. 

Trzy  dni,  rozmyślała,  podając  kolejnemu  strzelcowi  pistolet.  Trzy  dni  i  ani  jednego 

słowa.  Czekała  na  niego,  mimo  że  czuła  do  siebie  z  tego  powodu  wewnętrzną  niechęć.  Po 

trzech dniach, tęsknota przerodziła się w gniew. Przypominała sobie, że nie tylko ją skrytyko-

wał  i  obraził,  ale  w  dodatku  wyszedł  z  jej  dwiema  ulubionym  rzeźbami.  Tysiąc  dolarów, 

background image

dobre  sobie!  Marszcząc  brwi,  wsunęła  nowy  magazynek  do  pistoletu.  Gadanina,  czcza 

gadanina, to wszystko! Przyznać trzeba, że robił to bardzo dobrze. Gadanie o prowadzeniu re-

stauracji pewnie też było kłamstwem. 

Ale  dlaczego?  Po  co?  Doszła  do  wniosku,  że  mężczyźni  tacy  jak  on  nie  muszą 

kierować się logicznymi powodami. To wszystko przez rozbuchane ego, uznała na koniec. 

- Ach, mężczyźni... - mruknęła, podając pistolet nowemu klientowi. 

-  Wiem,  co  masz  na  myśli,  moja  droga.  -  Pulchna  blondynka  wzięła  karabin  z  rąk 

Megan i puściła do niej oko. 

Megan mocniej zmarszczyła czoło. 

- Komu oni są potrzebni? - spytała. 

- Nam, kochanie. - Kobieta przyłożyła karabin do ramienia. - Na tym polega problem. 

Megan westchnęła, gdy kobieta zdobyła sto dwadzieścia punktów. 

- Niezły wynik - pogratulowała. - Może pani sobie wybrać nagrodę z drugiego rzędu. 

- Poproszę hipopotama. Odrobinę przypomina mojego drugiego męża. 

Megan ze śmiechem zdjęła hipopotama z półki. 

- Bardzo proszę. 

Kobieta  mrugnęła  porozumiewawczo,  wsadziła  hipopotama  pod  ramię  i  odeszła 

kołyszącym się krokiem. 

Megan  cofnęła  się,  gdy  znów  dwóch  nastolatków  próbowało  szczęścia.  Uśmiechnęła 

się,  przypominając  sobie  słowa  tamtej  kobiety.  W  jakiś  sposób  ją  rozbawiły  i  udobruchały. 

Chociaż,  pomyślała,  znów  podając  karabin  i  inkasując  ćwierć  dolara,  ona  przecież  nie  zna 

Katcha. 

I ja też go nie znam, przypomniała sobie. 

Automatycznie rozmieniła banknot jednodolarowy, który pojawił się na ladzie. 

- Dziesięć strzałów za ćwierć dolara - zaczęła jak zwykle. - Króliki za pięć, kaczki za 

dziesięć... - Popchnęła trzy ćwierćdolarówki po ladzie i sięgnęła po karabin. Nagle rozpoznała 

palce, które odsunęły resztę w jej stronę. 

-  Postrzelam  za  dolara  -  powiedział  Katch,  gdy  zaskoczona  podniosła  wzrok. 

Uśmiechnął  się,  a  potem  pochylił  i  przelotnie  pocałował  ją  w  usta.  -  To  na  szczęście  - 

oświadczył, gdy odskoczyła. 

Zanim Megan zdążyła zebrać ćwierćdolarówki, ustrzelił wszystkie niedźwiedzie. 

- Hej, proszę pana, może pan powtórzyć? - Dwóch chłopców stojących w pobliżu było 

pod wrażeniem. 

- Naładujesz? - Katch spojrzał na Megan. Megan w milczeniu podała mu karabin. 

background image

- Ładnie pachniesz - zauważył. - Co to jest? 

- Olej do karabinu. 

Wybuchnął  śmiechem,  a  potem  kolejno  zestrzelił  nieszczęsne  niedźwiedzie.  Dwaj 

chłopcy jednocześnie zagwizdali z podziwem. Wokół Katcha zebrał się tłum. 

- Hej, Megan! 

- Zerknęła do góry i zobaczyła bliźniaczki Bailey oparte o kontuar. Obie pary ich oczu 

patrzyły znacząco na Katcha. - Czy to nie jest... ? 

- Tak - ucięła Megan, nie wdając się w dalsze wyjaśnienia. 

-  Boski!  -  westchnęła  Teri  i  uśmiechnęła  się  zalotnie  do  Katcha,  gdy  ten  się 

wyprostował. 

Katch odwzajemnił uśmiech i znów sięgnął po karabin, który podała mu Megan. 

- Masz zamiar życzyć mi szczęścia? - spytał. 

Megan wytrzymała jego długie spojrzenie. 

- Dlaczego nie? 

- Meg, szaleję na twoim punkcie! 

Podczas  gdy  zestrzelił  czwarty  zestaw  niedźwiedzi,  Megan  starała  się  opanować  falę 

nagłego  uczucia,  którą  wywołały  jego  beztrosko  rzucone  słowa.  Zebrani  wokół  gapie 

zareagowali burzliwym aplauzem. Katch odłożył strzelbę na ladę, po czym znów zwrócił się 

do Meg: 

- Co wygrałem? 

- Wszystko, co zechcesz. 

Ani  na  chwilę  nie  spuszczając  wzroku  z  jej  twarzy,  błysnął  zębami  w  uśmiechu. 

Zarumieniła się, karcąc się za to w duchu. Wolno przeszedł na bok i pokazał nagrodę. 

-  Wezmę  Henry'ego  -  powiedział,  a  gdy  zaintrygowana  podniosła  wzrok,  wyjaśnił:  - 

Słonia. - A gdy Megan postawiła prawie metrowej wysokości słonia w kolorze lawendowym 

na ladzie, Katch ujął jej dłonie. - I ciebie - dodał cicho. 

- Możesz wybierać tylko spośród wystawionych nagród - powiedziała sztywno. 

- Uwielbiam, gdy tak mówisz - skomentował. 

- Przestań! - syknęła, słysząc chichot bliźniaczek. 

- Założyliśmy się, pamiętasz? - Katch uśmiechnął się znacząco. - Jest piątek wieczór. 

Megan próbowała wyrwać dłonie, ale jego palce splotły się z jej palcami. 

-  A  kto  mówi,  że  przegrałam  zakład?  -  spytała.  Starała  się  mówić  cicho,  ponieważ 

obok stoiska nadal kłębił się tłum. Katchowi najwyraźniej to nie przeszkadzało. 

background image

-  Daj  spokój,  Megan.  Wygrałem  bezdyskusyjnie.  Chyba  nie  zamierzasz  wystrychnąć 

mnie na dudka? 

- Nigdy nikogo nie wykiwałam - szepnęła, zerkając na zaciekawiony tłum. - Ale nawet 

jeśli  przegrałam,  czego  nie  powiedziałam,  nie  mogę  teraz  zostawić  strzelnicy.  Na  pewno 

znajdziesz kogoś, kto dotrzyma ci towarzystwa. 

- Chcę ciebie. 

Walczyła, by patrzeć mu prosto w oczy. 

- Naprawdę nie mogę stąd wyjść. Ktoś musi obsługiwać... 

- Megan... - Jeden z zatrudnionych na godziny pracowników stanął za ladą. - Pop mnie 

przysłał, bym cię zastąpił. 

-  Doskonała  koordynacja  czasowa  -  skomentowała,  patrząc  na  niego  z  niechęcią.  - 

Wielkie dzięki. 

- Ależ nie ma za co, Megan. 

-  Przechowaj  go  dla  mnie,  dobrze?  -  Katch  wcisnął  słonia  w  ręce  pracownika,  a  gdy 

Megan schyliła się nad ladą, chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. 

Pocałunek był długi i namiętny. Gdy odsunął ją od siebie, rękami oplatała jego szyję i 

wpatrywała się w jego twarz oczami pociemniałymi z pożądania. 

- Tęskniłem za tym od trzech dni - wyszeptał i lekko potarł jej nos swoim. 

- To dlaczego tego nie zrobiłeś? 

Katch  uniósł  brwi,  a  potem  uśmiechnął  się  szeroko.  Megan  zawstydzona  swą 

impulsywnością zarumieniła się. 

-  Och,  nie  miałam  tego  na  myśli  -  dodała  szybko,  próbując  wyswobodzić  się  z  jego 

ramion. 

- Ależ tak - odparował Katch. Puścił ją, ale zaraz po przyjacielsku objął ramieniem. - 

To  było  naprawdę  miłe.  Nie  psuj  efektu.  -  Powiódł  wzrokiem  po  lunaparku.  -  Może  się 

przejdziemy? 

- Nie wiem po co. My nie sprzedamy Joylandu. 

-  To  się  jeszcze  okaże  -  powiedział,  jak  zawsze  z  nieznośną  pewnością  siebie.  -  W 

każdym  razie  ja  nadal  jestem  zainteresowany.  Wiesz,  dlaczego  ludzie  tu  przychodzą?  - 

Gestem ręki omiótł cały park. 

- Żeby się zabawić - odpowiedziała Megan, podążając wzrokiem za jego ręką. 

-  Zapominasz  o  dwóch  najważniejszych  powodach.  Aby  pomarzyć  i  aby  się 

sprawdzić. 

background image

Zatrzymali  się  i  przyglądali  mężczyźnie  w  średnim  wieku,  który  zdjął  marynarkę  i 

próbował zadzwonić dzwonkiem. Młot opadł na dół z głośnym łoskotem, ale kula podniosła 

się zaledwie do połowy masztu. Mężczyzna potarł dłonie z zamiarem ponowienia próby. 

- Masz rację. - Megan odrzuciła włosy do tyłu, a potem uśmiechnęła się do Katcha. - 

Ty powinieneś to wiedzieć. 

Odchylił głowę i posłał jej szeroki uśmiech. 

- Chcesz, żebym zadzwonił? 

- Siła mięśni nie robi na mnie wrażenia - rzekła stanowczo. 

-  Naprawdę?  -  Nadal  ją  obejmując,  poprowadził  ją  dalej.  -  A  co  robi  na  tobie 

wrażenie? 

- Poezja - powiedziała bez namysłu. 

- Aha. - Katch, pocierając podbródek, zręcznie wyminął trójkę nastolatków. - A może 

limeryki? Znam kilka wspaniałych limeryków. 

- Nie wątpię. - Megan pokręciła głową. - Chyba zrezygnuję. 

- Tchórz! 

-  Przejedźmy  się  kolejką  górską,  a  wtedy  zobaczysz,  kto  tu  jest  tchórzem  - 

zaproponowała. 

- Chętnie. - Wziął ją za rękę i zaczął biec. 

Dopiero  przy  budce  z  biletami  zdołała  złapać  oddech.  Przypatrując  się  jego  twarzy, 

doszła do wniosku, że go naprawdę lubi. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej, pomyślała. 

- O czym myślisz? - spytał, gdy zapłacił za ich przejażdżkę. 

-  O  tym,  że  mogłabym  cię  polubić  za  jakieś  trzy  czy  cztery  lata.  A  może  w  trochę 

krótszym czasie - dodała z uśmiechem. 

Katch ujął jej dłonie i pocałował je, a Megan przeszył silny dreszcz. 

- Schlebiasz mi - mruknął pod nosem, a jego oczy rozjaśnił wesoły błysk. 

Megan  próbowała  wyrwać  ręce,  zaskoczona  siłą  swojej  reakcji.  Instynktownie  czuła, 

ż

e ich znajomość nie powinna wykroczyć poza pewne ramy. 

-  Będziesz  musiała  trzymać  mnie  za  rękę.  -  Katch  ruchem  głowy  pokazał  kolejkę 

górską. - Mam lęk wysokości. 

Wybuchnęła śmiechem. Pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia. Nie wycofała ręki. 

Katchowi nie wystarczyła przejażdżka górską kolejką. Potem zgubili się w labiryncie, 

przestraszyli w zamku duchów i pokręcili leniwie na diabelskim młynie. 

Z góry mogli podziwiać kolorowe światła lunaparku oraz ocean ciągnący się z prawej 

strony.  Wiatr  rozwiewał  włosy  Megan.  Katch  zebrał  je,  gdy  pięli  się  znów  w  górę,  i 

background image

przytrzymał  w  dłoni.  Gdy  ją  pocałował,  przyjęła  to  niezwykle  naturalnie,  jakby  ta  chwila 

należała tylko do nich. Hałas i ludzie tam na dole - to był inny świat. W ich świecie był tylko 

kręcący się młyn oraz lekki wietrzyk wiejący od oceanu. I dotyk ust. I przyjemność... 

Megan oparła się o Katcha; odkryła, że jej głowa doskonale pasuje do jego ramienia. 

Wtulona  w  nie,  obserwowała,  jak  kręci  się  świat.  Na  niebie  pulsowały  niezliczone  gwiazdy. 

Sierp  księżyca  pojawiał  się  i  znikał  za  chmurami.  W  powietrzu  czuło  się  morską  wilgoć  i 

lekki chłód. Westchnęła z rozkoszą. 

- Kiedy po raz ostatni to robiłaś? 

- Co takiego? - Pochyliła głowę, by na niego spojrzeć. Mimo że byli tak blisko siebie, 

nie czuła niebezpieczeństwa. 

-  Kiedy  po  raz  ostatni  bawiłaś  się  w  wesołym  miasteczku?  -  Katch  zauważył  wyraz 

zmieszania na jej twarzy. - Kiedy tak po prostu się tu bawiłaś? 

Diabelski młyn zwolnił, potem zatrzymał się. Wagoniki kołysały się lekko, gdy jedni 

pasażerowie wysiadali, inni wsiadali. Nagle wróciła myślami do dzieciństwa. Kiedy to było? 

- Nie wiem - powiedziała niepewnie, podnosząc się z ławki. 

Idąc u boku Katcha, rozglądała się wokół siebie. Zauważyła kilka znajomych osób, ale 

w większości byli to turyści, którzy wzięli urlop przed sezonem. 

-  Powinnaś  robić  to  częściej  -  zauważył  Katch,  kierując  się  w  stronę  wschodniej 

bramy.  -  Śmiać  się  -  ciągnął,  gdy  odwróciła  do  niego  głowę  -  odprężyć,  zapomnieć  o 

ograniczeniach, które na siebie nałożyłaś. 

Megan zesztywniała. 

- Jak na kogoś, kto ledwie mnie zna, zbyt dobrze się orientujesz, co dla mnie dobre. 

- To nic trudnego. -  Zatrzymał się przy budce z lodami i zamówił dla Megan lody  w 

waflu. - Nie masz żadnych tajemnic, Megan. 

- Dziękuję bardzo. 

Katch, śmiejąc się, podał jej lody. 

- Nie dąsaj się, to miał być komplement. 

- Przypuszczam, że znasz wiele bywałych w świecie kobiet. 

Gdy zaczęli iść, Katch znów objął ją ramieniem. 

- Owszem, znam taką - powiedział. - Nazywa się Jessica. To jedna z najpiękniejszych 

kobiet, jakie spotkałem. 

- Naprawdę? - Megan w roztargnieniu lizała lody. 

-  To  blondynka  o  klasycznych  rysach.  Jasna  skóra,  delikatnie  rzeźbione  rysy, 

niebieskie oczy. Cudowne niebieskie oczy. 

background image

- To interesujące - wtrąciła Megan. 

- I jeszcze coś - ciągnął Katch. - Jest bardzo inteligentna i ma poczucie humoru. 

- Wygląda na to, że ją lubisz. 

- Nawet więcej. Przez wiele lat razem mieszkaliśmy. - Nagle dodał obojętnym tonem: 

- Teraz jest już mężatką i ma dwoje dzieci, ale nadal często się spotykamy. 

Może uda jej się przyjechać tu na parę dni, wtedy ją poznasz. 

- Och, naprawdę? - Megan była nie na żarty zła. Przystanęła. - Jeśli myślisz, że marzę 

o tym, by poznać twoją... 

- Siostrę - dokończył Katch, chrupiąc wafel. - Polubiłabyś ją. Lód ci kapie, Meg! 

Podeszli do bramy wyjściowej. 

-  To  bardzo  ładny  lunapark  -  pochwalił  Katch.  -  Mały,  ale  dobrze  zorganizowany.  - 

Jakby od niechcenia sięgnął do kieszeni i wyciągnął kartkę papieru. - Och, zapomniałem dać 

ci czek. 

Megan, nie patrząc, wsunęła czek do kieszeni. Oczy miała utkwione w twarzy Katcha. 

Doskonale zdawała sobie sprawę, w którą stronę biegły jego myśli. 

- Mój dziadek poświęcił temu miasteczku całe swoje życie - przypomniała. 

- Ty również - powiedział Katch. 

- Dlaczego chcesz je kupić? Żeby na nim zarobić? Katch milczał przez długą chwilę. 

Jakby za obopólną zgodą zaczęli schodzić w dół po piasku ku oceanowi. 

-  Czy  to  taki  zdrożny  powód,  Megan?  -  odpowiedział.  -  Masz  coś  przeciwko 

zarabianiu pieniędzy? 

- Nie, oczywiście, że nie. To byłoby śmieszne. 

- Zastanawiałem się, czy dlatego nic nie zrobiłaś ze swoimi rzeźbami. 

- Robię to, co mogę i na co mam czas. Istnieją w życiu pewne priorytety. 

-  Być  może  źle  je  ustaliłaś.  -  Nim  zdążyła  odpowiedzieć,  znów  się  odezwał:  -  Jaki 

wpływ  na  zyski  z  lunaparku  miałoby  zainstalowanie  nowoczesnych  karuzeli  i  powiększenie 

pasażu handlowego? 

- Nie możemy sobie pozwolić... 

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. - Wziął ją za ramiona i poważnym wzrokiem 

spojrzał prosto w jej oczy. 

-  Naturalnie  zyski  byłyby  większe  -  odpowiedziała.  -  Ludzie  przychodzą  tu,  by  się 

rozerwać. Im więcej atrakcji, tym bardziej są zadowoleni i wydają więcej pieniędzy. 

Katch skinął głową ze zrozumieniem. 

- Czytasz w moich myślach - skwitował. 

background image

-  Ale,  jak  wiesz,  nie  mamy  pieniędzy  na  modernizację.  -  Nadal  na  nią  patrzył,  ale 

Megan zauważyła, że myślami błądził daleko stąd. - O czym myślisz? - spytała. 

Zwolnił uścisk na jej ramieniu i teraz delikatnie je gładził. 

- Jesteś niezwykle piękna - powiedział. 

- Nie, nie o tym myślałeś. - Odsunęła się od niego. 

-  Ale  teraz  myślę.  -  Oczy  mu  zabłysły,  gdy  obejmował  ją  w  talii.  -  To  właśnie 

pomyślałem, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. 

- Jesteś zabawny! - Próbowała się wyrwać, ale zdołał przyciągnąć ją bliżej. 

- Temu nie przeczę. Ale nie możesz mówić, że jestem zabawny, ponieważ twierdzę, że 

jesteś piękna. - Niespodziewanie pocałował ją w czoło. Megan poczuła, jak kolana się pod nią 

uginają.  Oparła  ręce  na  jego  klatce  piersiowej,  częściowo  by  się  na  nim  wesprzeć,  a 

częściowo  by  zaprotestować.  -  Jesteś  artystką  -  ciągnął  zniżonym  głosem.  -  Potrafisz 

rozpoznać piękno. 

- Przestań! - zaprotestowała bez przekonania. 

- Przestać cię całować? - Wolno, z namaszczeniem, jego usta zaczęły wędrować po jej 

skórze. - Ale ja muszę, Meg. 

Gdy  jego  usta  czule  dotknęły  jej  ust,  a  potem  wycofały  się,  Meg  wydawało  się,  że 

serce jej stanęło. Jęknęła z rozkoszy, a potem przyciągnęła  go do siebie.  Miała wrażenie, że 

coś  w  niej  eksploduje.  Oszołomiona,  przerażona  siłą  swej  reakcji,  przywarła  do  niego. 

Pożądanie,  nowe,  nieznane  wrażenia  i  emocje  kłębiły  się  w  niej  zbyt  szybko,  by  mogła  je 

analizować.  Nagle  ogarnięta  paniką  zaczęła  się  wyrywać.  Najchętniej  uciekłaby  na  oślep 

przed siebie, ale Katch nadal trzymał ją mocno w ramionach. 

-  Co  się  stało?  Cała  drżysz.  -  Uniósł  jej  podbródek,  by  spojrzała  mu  w  oczy.  -  Nie 

chciałem cię przestraszyć, przepraszam. 

Jego  delikatność  ją  obezwładniła.  Miłość,  nowo  odkryta,  gwałtownie  szukała  ujścia. 

Megan  nie  mogła  się  odezwać,  ponieważ  głos  miała  nabrzmiały  od  łez.  Zdołała  jedynie 

pokręcić głową. Potem przełknęła ślinę i modliła się, by się uspokoić. 

- Nie... - zająknęła się. - Muszę już wracać. Za chwilę zamykamy. - Widziała, jak za 

jego plecami gasną światła w miasteczku. 

- Meg... - Ton jego głosu zatrzymał ją w miejscu. Nie było to żądanie, lecz prośba. - 

Zjedz ze mną kolację. 

- Nie mogę... 

- Może w poniedziałek? 

- Nie. - Twardo obstawała przy swoim. 

background image

- Proszę. 

Jej stanowczość złagodziło lekkie westchnienie. 

- Nie grasz fair - wyszeptała. 

- Nigdy. O siódmej? 

- Ale żadnych pikników na plaży - zdecydowała się na kompromis. 

- Zjemy w środku, obiecuję. 

- Zgoda, ale tylko kolacja. - Odsunęła się od niego. - Teraz muszę już iść. 

- Odprowadzę cię. - Katch wziął jej rękę i, nim zdołała go powstrzymać, pocałował ją. 

- Muszę zabrać słonia. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Megan  trzymała  w  dłoniach  głowę  Katcha.  W  skupieniu  modelowała  jego  kości 

policzkowe. Gdy zaczynała pracę nad tym popiersiem, myślała, że będzie to dobra terapia. Do 

pewnego  stopnia  miała  rację.  Czas  mijał  spokojnie,  bez  niepokoju,  który  dręczył  ją  przez 

ostatnie  dwie  noce.  Umysł  miała  skoncentrowany  na  pracy,  nie  było  w  nim  miejsca  na 

niepokojące myśli, które męczyły ją przez cały weekend. 

Wolno otwierała i zamykała dłonie, ćwicząc mięśnie, aż zaczęły ją boleć. Zerknęła na 

zegarek.  Pracowała  dłużej,  niż  zamierzała.  Przez  okna  wlewało  się  popołudniowe  słońce. 

Masując palce, krytycznym wzrokiem przyglądała się swemu dziełu. 

Doszła  do  wniosku,  że  ma  powody  do  radości.  Udało  jej  się  uchwycić 

charakterystyczne  cechy  osobowości  Katcha:  pewną  twardość  oraz  inteligencję.  Usta  miał 

mocno  zarysowane  i  zmysłowe,  oczy  myślące,  przenikliwe.  Była  to  twarz  wzbudzająca 

zaufanie. 

Mrużąc  oczy,  przyglądała  się  glinianej  replice  Katcha.  Pomyślała,  że  są  mężczyźni, 

którzy robią karierę dzięki kobietom, inni zdobywają je, kochają i porzucają. Wreszcie są też 

tacy,  którzy  się  ustatkowują,  żenią  się,  zakładają  rodzinę.  Nie  miała  wątpliwości,  do  której 

kategorii należał Katch. 

Wstała, by umyć ręce. Zauroczenie, pomyślała. Po prostu zauroczenie. On jest inny i 

naprawdę  ekscytujący...  Nie  byłaby  kobietą,  gdyby  nie  schlebiało  jej  jego  zainteresowanie. 

Och, zbyt silnie zareagowała, to wszystko. Wytarła ręce. Człowiek nie zakochuje się tak szyb-

ko. A jeśli nawet, to nie może być nic trwałego. 

Gliniany model znów przykuł jej wzrok. Uśmiech Katcha zdawał się drwić z jej jakże 

rozsądnych argumentów. Cisnęła ręcznik na podłogę. 

- To nie mogło stać się tak szybko! - rzuciła mu w twarz z wściekłością. - Nie w ten 

sposób. Nie mogło przytrafić się właśnie mnie. - Odsunęła się, by nie widzieć jego pewnego 

siebie wyrazu twarzy. - Nie pozwolę na to! 

On tylko chce kupić wesołe miasteczko, przypomniała sobie. Gdy  w końcu przekona 

się,  że  nie  może  go  mieć,  odejdzie.  Ból,  jaki  ją  przeszył,  był  niespodziewanie  silny.  Tego 

właśnie pragnę, pomyślała stanowczo. Chcę, by wyjechał i zostawił nas w spokoju. Starała się 

nie pamiętać wzruszeń, jakich doświadczała, gdy była w jego ramionach. 

Potrząsając  głową,  zerwała  z  włosów  wstążkę.  Włosy  rozsypały  jej  się  na  ramiona. 

Jutro zacznę pracować w drewnie, postanowiła, zakrywając gliniany model. A dziś będzie się 

dobrze bawić na kolacji z atrakcyjnym mężczyzną. To takie proste. 

background image

Z udawanym spokojem Megan zdjęła roboczy fartuch i wyszła z pracowni. 

- Cześć, kochanie! - Pop podjechał furgonetką, akurat gdy Megan zeszła na dół. 

Gdy  wysiadł  z  samochodu,  Megan  zauważyła,  że  jest  zmęczony.  Podeszła  do  niego 

szybko i objęła go wpół ramieniem. 

- Cześć. Długo cię nie było. 

- Miałem kilka spraw w miasteczku - powiedział, gdy szli w stronę domu. 

To wyjaśniało, dlaczego jest zmęczony, pomyślała Megan, otwierając drzwi. 

- Jakieś problemy? - Poczekała, aż usiadł przy stole, a następnie podeszła do kuchenki, 

by zaparzyć herbatę. 

-  Naprawy,  Megan.  -  Westchnął.  -  Naprawy.  Kolejka  górska  i  ośmiornica  oraz  kilka 

mniejszych urządzeń. - Oparł się o krzesło, gdy Megan odwróciła się i spojrzała na niego. 

- Bardzo źle? 

Pop westchnął. Wiedział, że najlepiej od razu powiedzieć prawdę. 

- Dziesięć tysięcy, może piętnaście. 

-  Dziesięć  tysięcy  dolarów...  -  Megan  wzięła  długi  oddech.  Potarła  dłonią  czoło.  Nie 

było  sensu  dopytywać  się.  Gdyby  miał  jakieś  wątpliwości,  zatrzymałby  tę  wiadomość  dla 

siebie.  -  Możemy  wyłożyć  pięć  tysięcy  -  zaczęła,  dokładając  w  myślach  do  oszczędności 

sumę,  którą  dostała  właśnie  od  Katcha.  -  Musimy  znać  dokładną  kwotę,  by  wiedzieć,  jaką 

pożyczkę zaciągnąć w banku. 

- Banki niechętnie pożyczają duże sumy ludziom w moim wieku - mruknął Pop. 

- Nie bądź niemądry - starała się  go pocieszyć. -  I tak pożyczą pieniądze  pod zastaw 

parku, prawda? - Starała się nie myśleć o wysokich odsetkach od kredytu. 

- Jutro spróbuję porozmawiać z kilkoma osobami - obiecał, wyciągając rękę po fajkę i 

tym  gestem  kończąc  rozmowę  o  interesach.  -  Wychodzisz  dziś  na  kolację  z  Katchem, 

prawda? 

- Tak. - Megan wyjęła filiżanki i spodki. 

- Sympatyczny młody człowiek. - Pop pykał fajkę. 

- Lubię go. Ma klasę. 

-  To  prawda  -  bąknęła,  gdy  czajnik  zaczął  gwizdać.  Ostrożnie  nalała  wrzątek  do 

filiżanek. 

- I potrafi łowić ryby - podkreślił Pop. 

- Co, oczywiście, czyni go wcieleniem wszelkich cnót. 

- Nie mam mu tego za złe, to fakt. - Mówił miłym tonem, uśmiechając się do Megan 

szeroko. - Zauważyłem was wczoraj na diabelskim młynie. Ładnie razem wyglądaliście. 

background image

-  Pop,  naprawdę...  -  Czując,  że  się  rumieni,  Megan  podeszła  do  zlewu  i  zaczęła 

przestawiać naczynia. 

-  Wydaje  się,  że  trochę  go  lubisz  -  powiedział.  -  Nie  zauważyłem,  żebyś  się 

wzbraniała, gdy cię całował. 

-  Pop  rozradowany  popijał  herbatę.  -  Nawet  wydawało  mi  się,  że  bardzo  ci  się  to 

spodobało. 

- Pop! - jęknęła zaskoczona. 

-  Och,  Megan  wcale  cię  nie  szpiegowałem  -  wyjaśnił  uspokajająco.  I  zakaszlał,  by 

zamaskować chichot. 

-  To  się  działo  w  miejscu  publicznym,  wiesz  o  tym.  Założę  się,  że  wielu  ludzi  was 

widziało. Wyglądaliście razem naprawdę ładnie. 

Megan nie wiedziała, co powiedzieć. Podeszła i usiadła przy stole. 

- To był tylko pocałunek - wykrztusiła. - To jeszcze nic nie znaczy. 

Pop dwukrotnie skinął głową, drobnymi łykami popijając herbatę. 

- Zupełnie nic - powtórzyła Megan. 

Pop uśmiechnął się do niej jednym ze swoich pobłażliwych uśmiechów. 

- Ale ty go lubisz, prawda? Megan spuściła wzrok. 

- Czasami - powiedziała cicho. - Czasami tak. Pop przykrył jej dłoń swoją i poczekał, 

aż wnuczka podniesie wzrok. 

-  To  najbardziej  naturalna  rzecz  na  świecie  -  powiedział.  -  Trzeba  zostawić  sprawy 

własnemu biegowi. 

- Ledwie go znam - odparła pospiesznie. 

- Mam do niego zaufanie - wyznał szczerze Pop. Megan przyjrzała mu się uważnie. 

- Dlaczego? 

Pop wzruszył ramionami i znów pociągnął fajkę. 

-  Mam  takie  przeczucie,  a  poza  tym  dobrze  mu  z  oczu  patrzy.  Gdy  się  prowadzi 

interesy  z  ludźmi,  trzeba  umieć  właściwie  oceniać  charaktery.  To  uczciwy  człowiek.  Chce 

postawić na swoim, to fakt, ale nie jest oszustem. To ważne. 

Megan przez chwilę siedziała w milczeniu, nawet nie upiła swej stygnącej herbaty. 

- On chce mieć nasze wesołe miasteczko. Pop patrzył na nią poprzez obłok dymu. 

-  Wiem.  Powiedział  mi  to  wprost.  Nie  działa  podstępnie.  -  Wyraz  jego  twarzy 

złagodniał, gdy patrzył w oczy Megan. - W życiu zachodzą zmiany. Musisz to zaakceptować, 

Meg. 

- Nie rozumiem, co masz na myśli? Czy... czyżbyś myślał jednak o sprzedaży? 

background image

Pop dosłyszał w jej głosie panikę i znów poklepał ją po dłoni. 

-  Nie  martwmy  się  tym  teraz.  Przede  wszystkim  trzeba  nareperować  sprzęt  przed 

feriami  wielkanocnymi.  Może  dziś  wieczorem  założysz  tę  żółtą  sukienkę,  którą  tak  lubię, 

Meg? Tę z małym żakiecikiem. Gdy cię w niej widzę, od razu myślę o wiośnie. 

Megan zrezygnowała z dalszej indagacji. Dziadek to był twardy orzech do zgryzienia. 

Gdy postanowił zamknąć temat, nic go od tego nie odwiedzie. 

- Zgoda - powiedziała. - Pójdę teraz na górę i wezmę kąpiel. 

- Megan! - Odwróciła się od drzwi i popatrzyła na niego. - Baw się dobrze. Czasami 

lepiej jest popłynąć z prądem - dodał sentencjonalnie. 

Gdy wyszła, patrzył za nią w zamyśleniu gładząc się po brodzie. 

Godzinę później Megan przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. Żółta sukienka, o 

prostym  kroju  pasującym  do  jej  smukłej  figury,  miała  ciepły,  morelowy  odcień,  który 

podkreślał jej karnację. 

Megan  długimi  pociągnięciami  szczotki  rozczesała  włosy.  W  uszy  wpięła  maleńkie 

złote kółka. Stanowiły jej jedyną biżuterię. 

- Cześć, Megan! 

Szczotka znieruchomiała w powietrzu. Oczy, które Megan widziała w lustrze, zrobiły 

się okrągłe ze zdumienia. To niemożliwe, żeby to Katch stał pod jej oknem! 

- Meg! 

Kręcąc z niedowierzaniem głową, podeszła do okna. Katch istotnie stał pod jej oknem 

i machał do niej na powitanie. 

- Co tutaj robisz? 

- Otwórz! - poprosił. 

- Jeśli spodziewasz się, że wyskoczę przez okno, to się rozczarujesz. 

- Łap! 

Refleks  zadziałał,  nim  zdążyła  pomyśleć.  W  porę  wyciągnęła  rękę  i  złapała  bukiecik 

narcyzów. 

- Jakie piękne! - Jej oczy śmiały się do niego z góry. - Dziękuję. 

- Schodzisz już? 

- Tak. - Odrzuciła włosy do tyłu. - Za chwilę. 

Katch prowadził szybko i z wprawą. Nie pojechał jednak do swojej restauracji, czego 

się spodziewała, tylko skręcił w stronę oceanu i dalej jechał na północ. Megan odprężyła się, 

delektując się cichym zmierzchem i płynną, swobodną jazdą. 

background image

Rozpoznała  okolicę.  Domy  za  wysokimi  żywopłotami  były  tu  większe  i  bardziej 

eleganckie niż te na obrzeżach miasta. Katch zatrzymał się przed jednym z nich i zaparkował 

pod kwitnącym na czerwono krzewem. 

W  porównaniu  z  sąsiednimi  domami  ten  był  mniejszy,  jednopiętrowy,  zbudowany  z 

omszałych desek, ale Megan od razu przypadł do gustu. 

- Co tu się mieści? - spytała. 

- Tutaj mieszkam. - Katch otworzył furtkę i przepuścił Megan przed sobą. 

- Mieszkasz tutaj? 

Słysząc zaskoczenie w jej głosie, uśmiechnął się lekko. 

- Muszę gdzieś mieszkać, Megan. 

Szła kamienną ścieżką prowadzącą do domu. 

-  Nie  sądziłam,  że  kupisz  tu  dom  -  powiedziała.  To  by  świadczyło,  że  zapuszczasz 

korzenie. 

- Przenoszę je z łatwością - oświadczył. Spojrzała na dom i rozległy ogród. 

- Znalazłeś doskonałe miejsce. 

Katch wziął ją za rękę i oplótł jej palce swoimi. 

- Wejdź do środka - zaprosił. 

- Kiedy go kupiłeś? - dopytywała się, wchodząc po schodkach. 

- Kilka miesięcy temu, gdy tu przyjechałem. Przeprowadziłem się w zeszłym tygodniu 

i jeszcze nie miałem zbyt wiele czasu na poszukanie odpowiednich mebli. - Włożył klucz do 

zamka - Znalazłem kilka rzeczy, a resztę wkrótce sprowadzę z mojego mieszkania w Nowym 

Jorku. 

Umeblowanie  rzeczywiście  było  skąpe,  ale  stylowe.  W  salonie  stała  niska,  kremowa 

sofa, na której leżały barwne poduszki, oraz duży wiklinowy fotel, obok zaś stała ceramiczna 

donica  z  okazałym,  wijącym  się  bluszczem.  W  etażerkach  wykonanych  z  mosiądzu  i  szkła 

znajdowała się kolekcja muszli, a na dębowej podłodze leżał sizalowy dywan. 

Pokój  był  przestronny,  na  prawo  znajdowały  się  schody  wiodące  na  piętro,  na  lewo 

zaś  kamienny  kominek.  Megan  szybko  omiotła  wzrokiem  pokój  w  poszukiwaniu  swoich 

rzeźb. Ale ich nie znalazła. Zastanawiała się, co z nimi zrobił. 

- Jest tu bardzo pięknie, Katch - pochwaliła. - Podeszła do okna. Trawnik schodził w 

dół,  a  na  jego  końcu  stał  wysoki  żywopłot,  zapewniając  ogrodowi  intymność.  -  Czy  z  góry 

widać ocean? - spytała. 

Nie  odpowiedział.  Odwróciła  się  do  niego  i  uśmiech  jej  zamarł  na  widok 

intensywności  jego  spojrzenia.  Serce  zabiło  jej  szybciej.  Bała  się,  ale  mimo  lęku  odrzuciła 

background image

głowę do tyłu i patrzyła mu w oczy. Katch ujął jej twarz w dłonie, odgarnął włosy z jej twarzy 

i  przyciągnął  ją  do  siebie.  Pochylił  głowę,  ale  zanim  ją  pocałował,  wstrzymał  się  na  chwilę, 

by zobaczyć w jej oczach pożądanie. Pocałunek był od razu gorący i namiętny. 

Była głupia, jakże naiwna, myśląc, że uda jej się w nim nie zakochać! 

Gdy Katch odsunął ją od siebie, Megan przytuliła policzek do jego piersi, pozwalając 

mocno objąć się w talii. Z wahaniem, nie dłuższym jednak niż ułamek sekundy, przyciągnął 

ją znów do siebie. Gdy poczuła jego usta na swoich, westchnęła z rozkoszy. Słyszała szybkie, 

równomierne bicie jego serca. 

- Mówiłaś coś? 

- Kiedy? 

-  Przedtem.  -  Pomasował  palcami  jej  kark.  Megan  zadrżała  z  przyjemności, 

jednocześnie  usiłując  sobie  przypomnieć,  co  było  przedtem,  nim  znalazła  się  w  ramionach 

Katcha... 

- Chyba spytałam cię, czy z góry widać ocean - powiedziała. 

- Tak. - Objął rękami jej twarz i całował ją znów długo i namiętnie. - Widać. 

- Pokażesz mi? 

Zacisnął  mocniej  palce  na  jej  skórze,  aż  przymknęła  oczy,  czekając  na  następny 

pocałunek. Ale tym razem uwolnił ją z objęć. 

- Po kolacji - obiecał. 

- Będziemy jeść tutaj? Uśmiechnął się tajemniczo. 

- Nie lubię restauracji - powiedział i poprowadził ją do kuchni. 

- To dziwne, jak na właściciela jednej z nich. 

- Powiedzmy, że w pewnych okolicznościach wolę bardziej kameralny nastrój. 

-  Rozumiem.  -  Popchnął  drzwi  i  Megan  zobaczyła  nowoczesną  kuchnię  z  drewna  i 

nierdzewnej stali. - A kto dziś gotuje? 

- My - rzekł swobodnie. - Co powiesz na steki? 

Zjedli  wspaniały  posiłek  przy  stole  z  blatem  z  przydymionego  szkła,  popijając 

smakowite mięso wybornym czerwonym winem. Na bufecie w tle migotały płomienie tuzina 

ś

wiec oprawionych w małe mosiężne świeczniki. Megan poddała się intymnemu nastrojowi, 

czując  w  głowie  szum  wina.  Mężczyzna,  który  siedział  naprzeciwko  niej,  miał  ją  w  garści. 

Gdy podniosła się, by posprzątać ze stołu, chwycił ją za rękę. 

- Nie teraz. Chodźmy. Dzisiaj widać księżyc. Bez wahania poszła za nim. 

Weszli po szerokich, drewnianych schodach, które na podeście rozchodziły się w dwie 

strony.  Katch  poprowadził  Megan  przez  sypialnię  zdominowaną  przez  ogromne  łóżko  z 

background image

mosiężnym  wezgłowiem.  Wysokie,  szklane  drzwi  wiodły  na  korytarz,  skąd  po  schodach  w 

górę wchodziło się na taras widokowy na dachu. 

Megan  usłyszała  szum  fal  uderzających  o  brzeg,  jeszcze  zanim  podeszła  do  barierki. 

Poniżej  żywopłotu  przewalały  się  niespokojne  fale.  Białe  grzywy  lśniły  w  ciemnościach. 

Księżyc świecił słabo, ale pomagały mu niezliczone gwiazdy. 

Z głębokim westchnieniem szczęścia oparła się o barierkę. 

- Jak tu pięknie. Uwielbiam patrzeć na ocean. - Usłyszała trzask zapalniczki, a potem 

zapach tytoniu zmieszał się przyjemnie z zapachem morza. 

- Myślałaś kiedyś o podróżach? 

- Oczywiście, czasami. - Megan wzruszyła ramionami. - Ale teraz to nie jest możliwe. 

Katch zaciągnął się cienkim cygarem. 

- Dokąd chciałabyś pojechać? 

- Dokąd bym pojechała? - powtórzyła. 

-  Tak,  dokąd  byś  pojechała,  gdybyś  mogła?  -  Dym  z  cygara  szybował  do  góry  i 

rozpływał się w powietrzu. 

- Pofolguj wyobraźni, Megan. Przecież lubić marzyć, prawda? 

Przymknęła oczy, pozwalając, by fantazja pokierowała jej myślami. 

-  Do  Nowego  Orleanu  -  powiedziała  półgłosem.  -  Zawsze  chciałam  zobaczyć  Nowy 

Orlean.  I  Paryż.  Gdy  byłam  młodsza,  marzyłam  o  studiach  w  Paryżu,  śladami  wielkich 

artystów.  -  Otworzyła  oczy.  -  Przypuszczam,  że  ty  tam  już  byłeś?  W  Nowym  Orleanie  i 

Paryżu? 

- Tak, byłem. 

- I jak tam jest? 

Zanim odpowiedział, pogładził jej podbródek. 

- Latem Nowy Orlean pachnie rybami i potem. Przez całą dobę rozbrzmiewa muzyka 

grana  w  nocnych  klubach  i  przez  ulicznych  grajków.  Podobnie  jak  Nowy  Jork,  miasto 

nieustannie tętni życiem. 

- A Paryż? - dopytywała się, chcąc zobaczyć swoje marzenie jego oczami. - Opowiedz 

mi o Paryżu. 

- Jest staroświecki i dostojny, jak dama w podeszłym wieku. Nie jest zbyt czysty, ale 

to  nie  ma  znaczenia.  Najpiękniej  wygląda  wiosną;  nic  tak  nie  pachnie  jak  Paryż  wiosną. 

Chciałbym cię tam zabrać. - Niespodziewanie ujął pukiel jej włosów. Oczy wpatrzone w nią 

przybrały  intensywny  wyraz.  -  Chciałbym  zobaczyć,  jak  ulegasz  emocjom,  które  tutaj  tak 

skutecznie kontrolujesz. W Paryżu nie da się trzymać uczuć na wodzy. 

background image

- Wcale tego nie robię! - zaprzeczyła natychmiast z ożywieniem. 

Wyrzucił cygaro przez barierkę, a potem wolno objął ją wpół i przyciągnął do siebie. 

-  Naprawdę?  -  Ściągając  żakiet  z  jej  ramion,  dodał  z  lekkim  zniecierpliwieniem:  - 

Masz w sobie życiową pasję, którą stale tłumisz. Znajdujesz dla niej ujście w pracy, ale nawet 

swoje  rzeźby  trzymasz  zamknięte  w  pracowni.  Gdy  cię  całuję,  czuję,  jak  walczysz  z  na-

miętnością, by nie wydostała się na zewnątrz. 

Uwolnił  ją  od  żakietu  i  powiesił  go  na  barierce  tarasu.  Wolno,  zmysłowo  przesuwał 

palcami po jej nagiej skórze, czując, jak powoli rozbudza jej zmysły. 

- Pewnego dnia ona wybuchnie - dokończył. - Zamierzam to zobaczyć. 

Zsunął ramiączka, potem sukienkę z jej ramion i zaczął całować jej szyję. Megan nie 

protestowała,  gdy  poczuła  jego  dłoń  na  swojej  piersi.  A  gdy  jego  usta  znalazły  się  na  jej 

ustach, odpowiedziała mu z równą namiętnością. 

Katch mamrotał z zadowoleniem, czując, jak jej piersi twardnieją z pożądania. Megan 

pozwalała  mu  na  wszystko,  ponieważ  wezbraną  falą  ogarniało  ją  podniecenie.  Nie  miała 

wiedzy,  która  służyłaby  jej  za  przewodnika,  nie  miała  żadnego  doświadczenia.  Rządziło  nią 

pożądanie i instynkt. 

Przesuwała  palcami  po  jego  karku,  uciskając  ciepłą  skórę  i  rozkoszując  się  jego 

reakcją  na  swój  dotyk.  Tej  swojej  siły  jeszcze  nie  znała.  Wsunęła  ręce  pod  sweter  Katcha. 

Wolno,  z  namysłem  odnajdywała  zakamarki  jego  ciała.  Czuła  pod  palcami,  jak  tężeją  mu 

mięśnie. 

Całował ją coraz głębiej, coraz bardziej gorączkowo, jego namiętność ją  pochłaniała, 

mieszała się z jej namiętnością. Ból przyszedł nagle, znikąd. Rozprzestrzenił się po jej ciele z 

nienasyconą  gwałtownością.  Pożądanie  było  tak  ostre,  że  nie  mogła  mu  się  oprzeć.  Poddała 

się z nieznośnym wyczekiwaniem, przywierając do Katcha całym ciałem. 

- Katch... - Miała zduszony głos. - Chcę zostać u ciebie na noc... 

Na moment  gwałtownie  ją do siebie przycisnął i  trzymał w objęciach mocno, niemal 

nie pozwalając jej na oddech. 

Potem  poczuła,  że  zwalania  uścisk.  Wziął  ją  za  ramiona  i  popatrzył  na  nią  z  góry 

przenikliwymi  oczami.  Rwał  jej  się  oddech,  dreszcze  przeszywały  ciało.  Wolno,  prawie  jej 

nie dotykając, założył jej z powrotem sukienkę. 

- Odwiozę cię do domu. 

Szok z powodu odrzucenia był bolesny jak cios. Z drżeniem otworzyła usta, ale zaraz 

jej  zamknęła.  Szybko,  walcząc  z  napływającymi  do  oczu  łzami,  niezdarnymi  ruchami 

zakładała żakiet. 

background image

- Meg! - Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia, ale ona cofnęła się gwałtownie. 

- Nie, nie dotykaj mnie... - Głos miała nabrzmiały łzami. Przełknęła ślinę. - Nie musisz 

głaskać mnie po głowie. Chyba się źle zrozumieliśmy. 

- Nieprawda - odrzekł. - I nie płacz, do diabła! 

- Nie zamierzam płakać - powiedziała. - Chcę już wrócić do domu. W jej oczach czaił 

się ból, do którego nie chciała się przyznać. 

- Porozmawiajmy spokojnie. - Wziął ją za rękę, ale mu się wyrwała. 

- Nie będziemy rozmawiać. - Wyprostowała ramiona i popatrzyła mu prosto w oczy. - 

Zjedliśmy kolację, potem sprawy zaszły trochę za daleko. To proste. I już minęło. 

-  To  nie  jest  proste  i  wcale  nie  minęło,  Meg  -  zaoponował.  Popatrzył  jej  głęboko  w 

oczy. - Ale na razie to zostawmy. 

Megan odwróciła się i zaczęła schodzić po schodach. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

W  świetle  dnia  lunaparki  tracą  wiele  ze  swego  uroku.  Bród,  rdza  i  odrapana  farba 

wychodzą  na  wierzch.  To,  co  w  sztucznym  świetle  lśni  i  mieni  się  kolorami,  w  naturalnym 

wygląda  bardzo  pospolicie.  Tylko  bardzo  młodzi  ludzie,  a  przynajmniej  młodzi  duchem, 

mogą wierzyć w magię, gdy zderzają się z rzeczywistością. 

Pop  należał  do  tych  wiecznie  młodych.  Megan  kochała  go  za  to.  Ze  wzruszeniem 

obserwowała, jak nadzoruje naprawy w zamku duchów. Weszła do środka, odganiając własne 

upiory.  Minęło  dziesięć  dni  od  czasu  spotkania  z  Katchem.  Odsunęła  myśl  o  nim,  skupiając 

uwagę  na  rzeczywistości.  Myślała  o  dziadku  i  ich  wesołym  miasteczku.  Była  wystarczająco 

dorosła, by odróżniać realne życie od fantazji. 

- Jak leci? - zawołała za plecami Popa. 

Pop odwrócił się i uśmiechnął od ucha do ucha. 

- Doskonale, Megan. - Jego słowom towarzyszyły odgłosy prac remontowych. - Lepiej 

niż myślałem. Ruszymy jeszcze przed wielkanocną gorączką. - Objął ją ramieniem i uścisnął. 

- Wszystkie mniejsze urządzenia są w porządku. A co u ciebie? 

Nie  wzbraniała  się,  gdy  wyprowadził  ją  na  zewnątrz.  Hałas  był  taki,  że  trudno  było 

rozmawiać. 

- U mnie? - powtórzyła.  W ostrym świetle słonecznym zamrugała oczami. Wiosenny 

dzień był równie gorący jak w środku lata. 

- Masz takie smutny wyraz oczu. Już od tygodnia. 

- Pop poklepał ją po ramieniu, jakby mimo gorącego dnia chciał ją rozgrzać. - Wiesz, 

ż

e przede mną nic nie ukryjesz. Znam cię zbyt dobrze. 

Milczała przez chwilę, szukając odpowiednich słów. 

-  Niczego  nie  próbuję  ukryć,  Pop.  -  Wzruszyła  ramionami,  potem  odwróciła  się  i 

obserwowała  ludzi  pracujących  przy  górskiej  kolejce.  -  Po  prostu  sprawa  nie  jest  aż  tak 

ważna, by się nad nią rozwodzić. To wszystko. Kiedy kolejka ruszy? 

- To musi być ważna sprawa, ponieważ jesteś nieszczęśliwa - odpowiedział, ignorując 

próbę  zmiany  tematu.  -  Czyżbyś  już  była  za  dorosła,  by  rozmawiać  ze  mną  o  swoich 

problemach? 

Rzuciła mu przepraszające spojrzenie. 

- Ależ nie, Pop! Zawsze będę ci się zwierzać. 

- A więc słucham - rzekł po prostu. 

- Popełniłam błąd. To wszystko. 

background image

-  Megan.  -  Pop  położył  ręce  na  jej  ramionach.  Ich  oczy,  ponieważ  byli  tego  samego 

wzrostu,  znajdowały  się  na  tym  samym  poziomie.  -  Zapytam  cię  wprost.  Jesteś  w  nim 

zakochana? 

- Nie - zaprzeczyła pospiesznie. 

- Jak widzę, nie musiałem wymieniać jego imienia. 

- Pop uniósł brew. 

Jakże sprytny potrafił być jej dziadek! Nie powinna o tym zapominać. 

- Myślałam, że je wymieniłeś - powiedziała ostrożnie. - Ale się pomyliłam. 

- A więc dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa? - kontynuował przesłuchanie. 

- Proszę... - Chciała się cofnąć, ale duże ręce Popa znów ją powstrzymały. 

-  Zawsze  mówiłaś  mi  prawdę,  Meg.  Westchnęła,  wiedząc,  że  wszelkie  uniki  i 

półprawdy na nic się nie zdadzą, jeśli dziadek postanowił się czegoś dowiedzieć. 

- W porządku. Tak, jestem w nim zakochana, ale to już nie ma znaczenia. 

-  Niezbyt  to  inteligentne  stwierdzenie,  jak  na  tak  mądrą  dziewczynę  -  rzekł  z  pewną 

dezaprobatą w głosie. - Może wyjaśnisz, dlaczego to nie ma znaczenia? 

-  Nie  ma  znaczenia  -  powtórzyła,  wzruszając  ramionami  -  ponieważ  jest  to 

nieodwzajemnione uczucie. 

-  A  kto  to  powiedział?  -  dopytywał  się  Pop.  W  jego  głosie  słychać  było  lekkie 

oburzenie. 

-  Pop...  -  Wyraz  jej  twarzy  złagodniał.  -  To,  że  ty  mnie  kochasz,  nie  oznacza,  że 

wszyscy inni też muszą. 

- Dlaczego jesteś taka pewna, że on cię nie kocha? r upierał się dziadek. - Pytałaś go o 

to? 

- Nie! - Megan ze zdumienia niemal się roześmiała. 

-  Dlaczego  nie?  Wszystko  byłoby  wtedy  prostsze.  Megan  wzięła  głęboki  oddech. 

Miała nadzieję, że jednak go przekona. 

- David Katcherton nie należy do mężczyzn, którzy się zakochują. W każdym razie nie 

na  poważnie.  A  jeśli  nawet,  to  z  pewnością  nie  w  kimś  takim  jak  ja.  -  Podkreśliła  słowa 

energicznym machnięciem ręki. - On był w Paryżu, mieszka w Nowym Jorku... Ma siostrę o 

imieniu Jessica... 

- To rzeczywiście wszystko wyjaśnia - zgodził się Pop ironicznie. 

- Ja nigdy nigdzie nie byłam.  - Megan westchnęła, przeciągając dłonią po włosach.  - 

Latem  widuję  tu  tysiące  ludzi,  naprawdę  tysiące,  ale  to  tylko  turyści.  Najdalej  byłam  w 

Charlestonie. 

background image

Pop pocieszająco pogłaskał ją po głowie. 

- Zawsze trzymałem cię zbyt blisko siebie - wymamrotał. - Mówiłem sobie, że jeszcze 

będziesz mieć wiele okazji. 

- Och, nie, Pop, nie to miałam na myśli! - Objęła go i zatopiła twarz w jego ramieniu. - 

Nie  chciałam,  by  to  tak  zabrzmiało.  Kocham  cię!  I  kocham  to  miejsce.  Niczego  nie  chcę 

zmieniać. To było okropne z mojej strony. 

Pop roześmiał się i poklepał ją po plecach. Delikatny zapach jej perfum przypomniał 

mu, że Megan nie jest już małą dziewczynką. Jak szybko minęły te lata! 

-  Nigdy  w  życiu  nie  zrobiłaś  niczego  okropnego.  Obydwoje  wiemy,  że  chciałabyś 

zobaczyć kawałek świata, a ja wiem, że tkwisz tu ze mną, by się mną opiekować. - Ależ tak - 

powiedział  szybko,  przewidując  jej  protesty.  -  To  ja  byłem  samolubny,  że  ci  na  to 

pozwoliłem. 

-  Nigdy  nie  byłeś  egoistą  -  odrzekła  i  odsunęła  się  od  niego.  -  Chciałam  tylko 

powiedzieć, że ja i Katch mamy ze sobą tak niewiele wspólnego. On patrzy na świat inaczej 

niż ja. Przy nim tracę grunt pod nogami. 

- Przypominam sobie, że jesteś niezłą pływaczką. - Pop pokręcił głową, widząc wyraz 

jej twarzy i westchnął. - W porządku. Zostawmy to. Jesteś również uparta. 

- Stanowcza - poprawiła go z uśmiechem. - To ładniejsze określenie. 

- Jedynie bardziej elegancki sposób stwierdzenia, że ktoś jest uparty jak osioł - rzekł 

szczerze,  ale  nie  mógł  ukryć  uśmiechu  w  oczach.  -  Dlaczego  nie  popracujesz  nad  swoimi 

rzeźbami, zamiast kręcić się tutaj w środku dnia? 

-  Praca  nie  szła  mi  zbyt  dobrze  -  wyznała,  myśląc  o  niedokończonej  twarzy  Katcha, 

która ją prześladowała. - A zresztą lubię tu przychodzić. - Wzięła go pod ramię i zaczęli iść 

razem. 

- W przyszłym tygodniu już wszystko będzie gotowe - powiedział Pop, rozglądając się 

dookoła  z  zadowoleniem.  -  Przy  odrobinie  szczęścia,  jak  będzie  dobry  sezon,  spłacimy 

znaczną część z tych dziesięciu tysięcy. 

-  Może  bank  pójdzie  nam  na  rękę  i  dogodnie  rozłoży  spłaty  -  zasugerowała  Megan, 

wsłuchując się w stukot młotków, gdy zbliżali się do kolejki górskiej. 

- Nie pożyczyłem pieniędzy od banku... - Pop urwał w pół zdania. Potem chrząknął i 

pochylił się, by zawiązać but. 

- Nie pożyczyłeś pieniędzy od banku? - Megan zmarszczyła brwi i ze zdziwioną miną 

wpatrywała się w posiwiałą głowę dziadka. - Skąd więc, na Boga, je wziąłeś? 

Pop w odpowiedzi mruknął coś niezrozumiale. 

background image

- Nie znam nikogo z takimi pieniędzmi - podjęła z zastanowieniem i nagle zamilkła. - 

Nie! Nie zrobiłeś tego, prawda? Chyba nie wziąłeś od niego pieniędzy? 

- Och, Megan miałaś o tym nie wiedzieć! - W jego głosie pobrzmiewała niepewność, a 

w oczach pojawił się niepokój. - On bardzo prosił, by ci o tym nie mówić... Jak mogłem... 

- Dlaczego? - spytała. - Dlaczego to zrobiłeś, Pop? 

- Och, to był zwykły przypadek, Megan. - Pop wyciągnął rękę i w stary, wypróbowany 

sposób poklepał ją pocieszająco po dłoniach. - Akurat tu był. Gdy wspomniałem o naprawach 

i  konieczności  zaciągnięcia  kredytu,  od  razu  zaproponował  mi  pożyczkę.  Wydało  mi  się  to 

doskonałym  rozwiązaniem.  -  Bawił  się  sznurówkami.  -  Banki  tracą  mnóstwo  czasu  na 

papierkową  robotę,  a  on  bierze  zdecydowanie  mniejsze  odsetki.  Myślałem,  że  się  z  tego 

powodu ucieszysz... 

- Czy spisaliście umowę? - spytała ze śmiertelnym spokojem. 

-  Oczywiście.  Katch,  co  prawda,  nie  nalegał,  ale  ponieważ  wiem,  jaka  jesteś 

pedantyczna, jeśli chodzi o finanse, spisałem prawną umowę. 

- A co dałeś w zastaw? - spytała półgłosem. 

- Oczywiście, wesołe miasteczko. 

-  Oczywiście!  -  powtórzyła,  a  słowo  to  pulsowało  furią.  -  Założę  się,  że  zrobił  to  z 

wielkim zapałem. 

- Meg, nie martw się. Wszystko dobrze się układa, Naprawy idą sprawnie i otworzymy 

zgodnie  z  planem.  A  prócz  tego  -  dodał  z  westchnieniem  -  wcale  nie  miałaś  się  o  tym 

dowiedzieć. Katch tak chciał. 

- Och, tego jestem pewna - skomentowała z goryczą. - Absolutnie pewna. - Odwróciła 

się i uciekła. 

Pop obserwował, jak znika mu z pola widzenia. Potem wstał. Co za temperament ma 

ta  dziewczyna!  Z  szerokim  uśmiechem  otrzepał  dłonie.  Był  zadowolony  ze  swoich  działań. 

Naprawdę zadowolony. 

Megan  zatrzymała  motor  przed  domem  Katcha  i  zgasiła  silnik.  Zdjęła  kask  i 

przyczepiła go do siedzenia. 

Z mocnym postanowieniem, że nie ujdzie mu to na sucho, przeszła przez trawnik do 

frontowych drzwi. Zastukała, potem załomotała w drzwi, ale nikt nie otwierał. 

Ze złością wsadziła ręce do kieszeni. Jej motocykl stał zaparkowany za jego czarnym 

porsche.  Porzucając  zasady  dobrego  wychowania,  usiłowała  przekręcić  gałkę.  Gdy  ustąpiła, 

Megan bez wahania otworzyła drzwi i weszła do środka. 

background image

W  domu  panowała  cisza.  Instynktownie  czuła,  że  nikogo  nie  ma.  Weszła  do  salonu, 

mimo wszystko rozglądając się za gospodarzem. 

Złoty,  cienki  jak  opłatek  zegarek  leżał  na  jednej  ze  szklanych  półek  etażerki.  Na 

stoliku do kawy zobaczyła aparat fotograficzny, otwarty i bez filmu. Spod kanapy wystawała 

para używanych adidasów. Obok leżała otwarta książka Johna Cheevera. 

Nagle  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  co  zrobiła.  Wdarła  się  do  cudzego  domu!  Czuła 

zażenowanie, a zarazem podniecenie. Niedopałek cygara leżał w popielniczce... 

Po krótkiej walce z sumieniem weszła do kuchni. 

Powtarzała sobie w duchu, że wcale nie myszkuje, a jedynie upewnia się, czy Katcha 

nie ma w domu. W końcu jego samochód stał przed domem, a drzwi były otwarte. 

W zlewie stała filiżanka, na kuchence dzbanek z zimną kawą. Rozlał trochę kawy na 

blat  i  jej  nie  wytarł.  Megan  powstrzymała  się  przed  instynktownym  sięgnięciem  po  gąbkę. 

Gdy już się odwracała, by wyjść, jednostajny, mechaniczny dźwięk przykuł jej uwagę. Pode-

szła do okna i wtedy go zobaczyła. 

Nadchodził z południowego krańca ogrodu, pchając przed sobą elektryczną kosiarkę. 

Był nagi do pasa, dżinsy opadały mu nisko na biodra. Opalone na złoto ciało lśniło z powodu 

fizycznego wysiłku. Patrzyła z podziwem na grę mięśni na jego klatce piersiowej. 

Raptownie  odskoczyła  od  okna,  wypadła  przez  kuchenne  drzwi  i  pobiegła  przez 

trawnik. 

Nagły  ruch  i  błysk  czerwieni  przykuł  uwagę  Katcha.  Podniósł  głowę  i  zobaczył 

zmierzającą  ku  niemu  Megan,  ubraną  w  czerwoną,  dopasowaną  koszulę  i  białe  dżinsy. 

Mrużąc oczy  w słońcu,  wierzchem dłoni otarł pot z czoła. Następnie pochylił się i wyłączył 

kosiarkę. 

- Witaj, Meg - powiedział swobodnie, ale w jego oczach zabłysł niepokój. 

-  Jesteś  bezczelny,  Katcherton!  -  rzuciła.  -  Ale  mimo  wszystko  nie  sądziłam,  że 

wykorzystasz łatwowierność starego człowieka! 

Katch uniósł brew i oparł się o kosiarkę. 

- Jeszcze raz - poprosił. - Powiedz to trochę jaśniej. 

- Należysz do ludzi, którzy lubią mieszać się w cudze interesy - ciągnęła. - Po prostu 

musiałeś  przyjść  do  naszego  lunaparku  i  wysunąć  swoją  wspaniałomyślną  propozycję, 

posługując się starannie przygotowaną bajeczkę dla naiwnych! 

- Och, wreszcie snop światła. - Wyprostował plecy. 

- Podejrzewałem, że nie będziesz zachwycona, iż pieniądze pochodzą ode mnie. I, jak 

widać, miałem rację. 

background image

- Wiedziałeś, że nigdy bym na to nie pozwoliła! 

-  Nie  zastanawiałem  się  nad  tym.  -  Znów  oparł  się  o  kosiarkę,  ale  nie  wyglądał  na 

odprężonego. - Nie rządzisz życiem Popa, Meg, a już na pewno nie rządzisz mną. Mam rację? 

Rozpaczliwie starała się, by głos jej brzmiał spokojnie i zimno. 

- Bardzo interesuję się lunaparkiem i wszystkim, co go dotyczy. 

-  Doskonale,  a  więc  powinnaś  być  zadowolona,  że  szybko  otrzymałaś  pieniądze  na 

remont,  w  dodatku  płacąc  bardzo  niskie  odsetki.  -  Ton  jego  głosu  był  oschły,  niemal 

urzędowy. 

- Dlaczego? - spytała. - Dlaczego pożyczyłeś nam pieniądze? 

- Nie muszę ci niczego wyjaśniać - rzekł Katch po dłuższym milczeniu. 

- A więc ja zrobię to za ciebie - odparowała, gotując się ze złości. - Dostrzegłeś okazję 

i  ją  wykorzystałeś.  Przypuszczam, że  tak  postępują  ludzie  w  twoim  świecie.  Biorą,  co  chcą, 

nie myśląc o innych. 

- Może się mylę - powiedział bezosobowym głosem - ale miałem wrażenie, że ja coś 

dałem. 

- Pożyczyłeś - poprawiła go. - Pod zastaw... 

- Jeśli w tym leży problem, porozmawiaj ze swoim dziadkiem. - Pochylił się i sięgnął 

po sznur, by uruchomić kosiarkę. 

- Nie miałeś prawa go wykorzystywać! On ufa każdemu. 

Katch gwałtownie upuścił sznur. 

- Szkoda, że nie jest to u was cecha dziedziczna. 

- Nie mam powodu ci ufać. 

-  Wygląda  na  to,  że  nie ufasz  mi  od  pierwszej  chwili.  -  Zmrużył  oczy,  jakby  się  nad 

czymś zastanawiał. - Czy chodzi tu tylko o mnie, czy żywisz urazę do wszystkich mężczyzn? 

Nie zamierzała odpowiadać na tę prowokację. 

- Chcesz mieć nasze miasteczko - powtórzyła. 

-  Tak,  i  postawiłem  tę  sprawę  jasno  od  samego  początku.  -  Katch  odstawił  na  bok 

kosiarkę. Nie było teraz pomiędzy nimi przeszkody. - Nadal też mam zamiar zdobyć ciebie. - 

Cofnęła  się  o  krok,  ale  Katch  był  szybszy.  Lekko  chwycił  ją  za  ramię.  -  Może  popełniłem 

błąd, pozwalając ci tamtej nocy odejść. 

- Wcale mnie nie pragnąłeś. To tylko gra. 

-  Nie  pragnąłem  cię?  -  Zrobiła  kolejną  próbę,  by  się  odsunąć,  ale  jej  się  nie  udało.  - 

Tak, to prawda, nie chciałem cię. - Przyciągnął ją do siebie i wycisnął na jej ustach namiętny, 

nieco brutalny pocałunek. W głowie jej się zakręciło. - I teraz też cię nie chcę. - Nim zdążyła 

background image

odpowiedzieć,  znów  zaatakował  jej  usta.  -  Tak  samo  nie  chciałem  cię  od  kilku  dni.  - 

Pociągnął ją na ziemię. 

- Nie! - powiedziała wystraszona. - Nie... - Ale jego usta ją uciszyły. 

Nie  było  teraz  w  jego  zachowaniu  tej  łagodnej,  zniewalającej  siły  przekonywania, 

którą  demonstrował  do  tej  pory,  ani  też  śladu  arogancji.  Powodowało  nim  prymitywne 

pragnienie,  na  które  odpowiadała  tym  samym.  Jego  usta  zostawiły  na  chwilę  jej  usta  i 

powędrowały  na  szyję,  a  potem  niżej.  Megan  czuła,  jak  traci  oddech,  jak  niemal  dusi  się  z 

gorąca.  Powietrze  zatrzymało  się  w  jej  płucach,  wydostając  się  z  nich  krótkimi,  urywanymi 

spazmami. Tak długo przesuwał kciukiem po jej piersi, aż znalazła się poza strachem. Potem 

wrócił  gorącymi  ustami  do  jej  ust.  Mamrotała  coś  bez  sensu,  jęczała,  przywierając  do  niego 

ciałem, którym wstrząsały dreszcze. 

Katch  uniósł  głowę,  ciepłym,  urywanym  oddechem  omiatając  jej  twarz.  Megan 

zamrugała powiekami, otwierając oczy, zamglone namiętnością, ciężkie z pożądania. Gdyby 

była w stanie cokolwiek powiedzieć, powiedziałaby, że go kocha. Nie czuła w tej chwili ani 

upokorzenia,  ani  wstydu,  tylko  rosnącą  namiętność  i  miłość,  które  były  tak  silne,  że  aż 

bolesne. 

- To nie jest odpowiednie miejsce. - Głos miał chrapliwy, gdy przewracał się na plecy. 

Przez chwilę leżeli obok siebie, nawet się nie dotykając. - I nie jest to odpowiedni sposób. 

Umysł miała zamglony, krew szumiała jej w żyłach. 

- Katch - powiedziała z wysiłkiem i z trudem usiadła. 

Wolno  przesunął  wzrokiem  po  jej  ciele,  aż  zatrzymał  się  na  jej  twarzy.  Chciała  go 

dotknąć, ale się bała. Na chwilę ich oczy się spotkały. 

-  Czy...  sprawiłem  ci  ból?  -  zapytał.  Pokręciła  głową.  Owszem,  bolało  ją  ciało,  ale  z 

powodu niezaspokojonych pragnień. 

- A więc wracaj do domu. - Wstał i raz jeszcze spojrzał na nią przelotnie. - Ja już idę. - 

Odwrócił się i zostawił ją pośrodku ogrodu. 

Po chwili usłyszała trzask zamykanych kuchennych drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Przez  najbliższe  dwa  tygodnie  Megan  z  trudem  radziła  sobie  z  napływem  turystów. 

Zawsze  przyjeżdżali  tłumnie  na  każdą  Wielkanoc.  To  był  przedsmak  tego,  co  działo  się  w 

lecie.  Przybywali,  by  smażyć  się  na  plaży,  a  potem  imponować  wiosenną  opalenizną  tym, 

którzy pozostali w domach. Przyjeżdżali, by zażywać morskich kąpieli i surfować na falach. 

Przyjeżdżali wreszcie, by się zabawić. Jakie lepsze miejsce mogli znaleźć niż plażę z białym 

piaskiem i ocean ze spokojnymi prądami? Przyjeżdżali, by się pośmiać i szukali rozrywki na 

wodnych zjeżdżalniach, w hałaśliwych centrach handlowych lub zatłoczonych lunaparkach. 

Megan  po  raz  pierwszy  w  życiu  miała  ich  dosyć.  Traktowała  ich  jak  intruzów. 

Pragnęła  ciszy,  tęskniła  za  spokojem,  który  panował  tu  przed  sezonem.  Chciała  być  sama, 

chciała pracować, by ukoić ból. Tylko sztuka mogła ją pocieszyć. Nie potrafiła rozmawiać z 

dziadkiem  o  swoich  uczuciach.  Zbyt  wiele  spraw  musiała  jeszcze  sobie  ułożyć  w  myślach. 

Pop przez delikatność o nic nie pytał. 

Godziny  w  lunaparku  mijały  jedna  po  drugiej.  Przewijały  się  przed  jej  oczami  obce 

ludzkie  twarze.  Megan  czuła  do  nich  niechęć.  Denerwowało  ją,  że  inni  się  bawili,  gdy  jej 

ż

ycie stanęło w miejscu. Pociechę znajdowała tylko w swojej pracowni. Światło paliło się tam 

długo  po  północy.  Tutaj  nie  zauważała  upływu  czasu.  Kipiała  wprost  energią,  nerwową, 

gorączkową energią, która pozwalała jej żyć. 

Było  już  dobrze  po  południu.  Megan  sprawdzała  bilety  przy  wejściu  na  karuzelę  dla 

dzieci. A potem, gdy wozy strażackie, ambulanse, samochody wyścigowe i policyjne zostały 

załadowane,  naciskała  dźwignię,  wprawiając  maszynerię  w  ruch.  Dzieci  chwytały  się  kie-

rownicy, piszczały i śmiały się głośno. 

Chłopiec  siedzący  za  kierownicą  wozu  strażackiego  miał  szeroko  otwarte  oczy. 

Malował się w nich taki zachwyt, że Megan mimo zmęczenia uśmiechnęła się do siebie. 

-  Przepraszam.  -  Megan  podniosła  głowę,  by  odpowiedzieć  na  pytanie  jakiejś  matki. 

Kobieta była elegancką blondynką o gładko zaczesanych do tyłu włosach. - Pani ma na imię 

Megan? - spytała. - Megan Miller? 

- W czym mogę pani pomóc? 

- Jestem Jessica Delaney. 

- Siostra Katcha - powiedział Megan szybciej, niż zdążyła pomyśleć. 

- Tak.  - Jessica uśmiechnęła się.  - Katch wspominał, że jest pani bardzo inteligenta  i 

spostrzegawcza. Oczywiście, jest pomiędzy nami pewne rodzinne podobieństwo, ale niewielu 

ludzi je zauważa, chyba że stoimy obok siebie. 

background image

Megan patrzyła na ludzkie twarze okiem artystki. Zwracała uwagę na strukturę kości. 

Poza  tym  Jessica  miała  niebieskie  oczy  i  delikatniej  zarysowane  brwi,  ale  takie  same  jak 

Katch gęste rzęsy i ciężkie powieki. 

-  Cieszę  się,  że  panią  poznałam  -  powiedziała  Megan,  szukając  w  myślach  dalszych 

słów.  -  Przyjechała  pani  odwiedzić  Katcha?  -  Jessica  nie  wyglądała  na  stałą  bywalczynię 

lunaparków. 

- Na dzień lub dwa  - odpowiedziała. Gestem wskazała karuzelę, na której kręciły się 

dzieci. - Jestem tu z rodziną. To Rob, mój mąż. 

Megan  uśmiechnęła  się  do  wysokiego  mężczyzny  z  ciemnymi,  prostymi  włosami  i 

przystojną, kościstą twarzą. 

-  A  to  moje  dziewczynki  -  ciągnęła  Jessica.  -  Erin  i  Laura.  -  Skinęła  głową  w  stronę 

dwóch kilkuletnich dziewczynek o brązowych włosach, które razem szybowały w samolocie. 

-  Katch  nie  wiedział,  gdzie  mogę  panią  dziś  znaleźć,  ale  opisał  panią  bardzo  dokładnie  - 

dodała. 

-  On  tu  jest?  -  Megan  postarała  się,  by  głos  jej  zabrzmiał  obojętnie,  ale  wzrokiem 

zaczęła przeszukiwać tłum. 

-  Nie,  miał  spotkanie  w  interesach.  Zadźwięczał  dzwonek,  sygnalizując,  że 

przejażdżka skończona. 

-  Przepraszam  na  chwilę  -  bąknęła  Megan.  Zadowolona  z  tej  przerwy,  doglądała 

wysiadania  i  Wsiadania  malców  na  następną  karuzelę.  Miała  czas  na  uspokojenie.  Dwie 

ostatnie dziewczynki to były siostrzenice Katcha. Erin uśmiechnęła się do niej oczami, które 

były identyczne jak oczy jej wuja. 

- Ja prowadzę - rzekła Erin stanowczo, gdy jej siostra siadała obok niej. 

- Nieprawda! - Laura z energią chwyciła swoją kierownicę. 

-  To  cecha  rodzinna  -  oświadczyła  stojąca  za  nimi  Jessica.  -  Upór.  Pewnie  zdążyła 

pani zauważyć? 

Megan zapięła ostatni z pasów bezpieczeństwa i podeszła do tablicy z dźwignią. 

- Tak, raz czy dwa - przyznała z uśmiechem. 

- Wiem, że jest pani zajęta. - Jessica spojrzała na wypełnioną po brzegi karuzelę. 

- Muszę dopilnować przede wszystkim, by dzieci były zapięte pasami - powiedziała. 

- Czy możemy porozmawiać, gdy skończy pani pracę? 

- Tak, oczywiście. - Megan zmarszczyła brwi. - Powinnam być wolna za godzinę. 

background image

-  Świetnie.  -  Jessica  uśmiechnęła  się  tak  samo  uroczo,  jak  jej  brat.  -  Chciałabym 

przyjechać  do  pani  pracowni.  Oczywiście,  jeśli  się  pani  zgodzi.  Mogłybyśmy  się  spotkać  za 

półtorej godziny. 

- W mojej pracowni? 

- Świetnie! - powiedziała od razu Jessica i poklepała Megan po dłoni. - Katch objaśnił 

mi, jak dojechać. 

Znów  rozległ  się  dzwonek,  wzywając  Megan  do  jej  obowiązków.  Uruchamiając 

karuzelę, zastanawiała się, dlaczego Jessica chciała się z nią spotkać w pracowni. 

Megan  ściągnęła  brwi  i  przyglądała  się  swemu  odbiciu  w  lustrze.  Czy  mężczyźnie, 

który  zachwycał  się  delikatną,  eteryczną  Jessica,  mogła  się  spodobać  kobieta  o  tak 

wyrazistych,  ostrych  rysach?  Megan  wzruszyła  ramionami.  To  nie  miało  znaczenia. 

Bezwiednie zaczęła obracać szczotkę w ręce. Zapewne Katch, jak większość ludzi, którzy tu 

przyjeżdżali, po prostu szukał przelotnej rozrywki. 

- Jesteś głupia - powiedziała cicho do kobiety  w lustrze. Przymknęła powieki, by nie 

widzieć  potwierdzenia  we  własnych  oczach.  -  Dobrze  wiesz,  że  w  gruncie  rzeczy  nie  ma 

znaczenia,  dlaczego  cię  pragnął.  Ważne,  że  w  ogóle  cię  pragnął.  Bo  ty  nadal  go  pragniesz, 

pragniesz całym sercem. 

Potrząsnęła  głową,  niszcząc  fryzurę,  którą  przed  chwilą  ułożyła.  Musiała  wreszcie  z 

tym skończyć. Przestać o tym myśleć. Za chwilę zjawi się tu Jessica Delaney. 

Po  co  ona  tu  przyjeżdża?  Megan  odłożyła  szczotkę  i  zmarszczyła  brwi.  Czego  może 

chcieć? Megan nie mogła znaleźć sensownego wytłumaczenia. Katch nie  dawał znaku życia 

od dwóch tygodni. Dlaczego jego siostra nagle zapragnęła się z nią widzieć? 

Tok  jej  myśli  przerwał  szum  samochodowego  silnika.  Megan  podeszła  do  okna.  Z 

samochodu Katcha wysiadła Jessica. 

Megan wyszła jej naprzeciw na tylną werandę. 

- Witam. - Megan czuła się trochę niezręcznie. 

- Jakie urocze miejsce! - Jessica uśmiechnęła się, upodabniając się jeszcze bardziej do 

swego brata. - Jakże zazdroszczę wam tych azalii. 

- To Pop... mój dziadek je hoduje - wyjaśniła Megan. 

-  Tak.  -  Niebieskie  oczy  były  ciepłe  i  pogodne.  -  Słyszałam  wspaniałe  rzeczy  o  pani 

dziadku. Bardzo chciałabym go poznać. 

-  Pracuje  jeszcze  w  lunaparku.  -  Megan  czuła,  jak  jej  początkowe  skrępowanie  mija. 

Urok  osobisty  był  jak  widać  cechą  dziedziczna  u  Katchertonów.  -  Napije  się  pani  kawy? 

Herbaty? 

background image

- Może później. Chodźmy do pracowni, dobrze? 

- Jeśli nie ma pani nic przeciwko, pani Delaney... 

- Och, mówmy sobie wreszcie po imieniu. Jestem Jessica - dodała radośnie i zaczęła 

piąć się w górę po schodach. 

-  Jessico  -  poprawiła  się  szybko  Megan  -  skąd  wiesz,  że  moja  pracownia  jest  nad 

garażem? 

-  Katch  mi  powiedział  -  odparła  Jessica  beztrosko.  -  On  dużo  mi  opowiada.  - 

Zatrzymała się przed drzwiami, czekając, aż Megan je otworzy. - Nie mogę się doczekać, by 

zobaczyć twoje prace. Ja również maluję po amatorsku. 

- Naprawdę? - Teraz zainteresowanie Jessiki wydało jej się bardziej zrozumiałe. 

-  Niestety,  obawiam  się,  że  moje  prace  nie  są  zbyt  udane.  Stale  przyprawiają  mnie  o 

frustrację. - Znów uśmiech Katchertonów rozświetlił jej twarz. 

Megan, sięgając do klamki, podjęła temat: 

- Nigdy nie wychodziło mi malowanie na płótnie... - Potrzebowała słów, wielu słów, 

by pokryć to, co jak się obawiała, łatwo było zauważyć. - Zresztą nic mi nie wychodzi tak, jak 

zamierzałam - ciągnęła,  gdy weszły do pracowni. - To naprawdę frustrujące,  gdy nie można 

wyrazić  tego,  co  się  chce.  Latem,  podczas  sezonu,  wykonuję  trochę  kompozycji  techniką 

aerografii, ale... 

Jessica  jej  nie  słuchała.  Poruszała  się  po  pracowni  w  bardzo  podobny  sposób  jak  jej 

brat - wdzięcznie, w skupionym milczeniu. Jednych rzeźb dotykała palcami, inne unosiła do 

góry.  Tak  długo  przyglądała  się  małemu  jednorożcowi  z  kości  słoniowej,  że  Megan  zaczęła 

się kręcić nerwowo. 

Co  ona  robi?  -  rozmyślała.  Dlaczego?  Promienie  zachodzącego  słońca  wpadały  do 

pokoju,  rysując  desenie  na  podłodze.  Drobinki  kurzu  tańczyły  w  powietrzu.  Zbyt  późno 

Megan  przypomniała  sobie  o  popiersiu  Katcha.  Ukośny  promień  padł  na  nie,  wydobywając 

płaszczyzny  już  zaznaczone  dłutem.  Chociaż  popiersie  było  jeszcze  surowe  i  dalekie  od 

ukończenia,  łatwo  można  było  rozpoznać,  że  przedstawia  Katcha.  Megan,  czując 

zażenowanie, podeszła i stanęła przed nim w nadziei, że ukryje je przed Jessiką. 

-  Katch  miał  rację  -  powiedziała  Jessica  w  skupieniu.  Nadal  trzymała  w  ręce 

jednorożca  i  pieściła  go  palcami.  -  Bez  wątpienia.  Zwykle  mnie  to  denerwuje,  ale  nie  tym 

razem.  -  Jej  podobieństwo  do  Katcha  było  uderzające.  Nawet  teraz,  gdy  Megan  starała  się 

nadążyć za jej rozumowaniem, aż swędziały ją palce, by szybko ją naszkicować. 

- W jakiej sprawie? 

- Masz niezwykły talent. 

background image

- Co? - Megan szeroko otworzyła oczy. 

- Katch powiedział mi, że twoje prace są genialne - ciągnęła. Po raz ostatni obrzuciła 

zachwyconym  spojrzeniem  jednorożca,  po  czym  go  odstawiła.  -  Na  podstawie  tych  dwóch 

rzeźb,  które  mi  przysłał,  zgodziłam  się  z  nim.  Ale  to  były  zaledwie  dwie  prace.  -  Podniosła 

dłuto  i  zaczęła  nim  bezwiednie  uderzać  o  dłoń,  podczas  gdy  jej  oczy  nadal  wędrowały  po 

pracowni. - To zdumiewające! 

- Wysłał ci moje rzeźby? 

-  Tak,  kilka  tygodni  temu.  Zrobiły  na  mnie  duże  wrażenie.  -  Jessica  odłożyła  dłuto  i 

podeszła  do  niedokończonego  studium  kobiety  wyłaniającej  się  z  morza.  Megan  pracowała 

nad nim, zanim zajęła się popiersiem Katcha. 

- To jest wspaniałe! - powiedziała z zachwytem. - Wezmę je, jak również jednorożca. 

Dwie rzeźby, które przysłał mi Katch, zostały entuzjastycznie przyjęte. 

- Nie rozumiem, o czym mówisz. 

-  Przez  moich  klientów  -  wyjaśniła  Jessica.  -  W  mojej  galerii  w  Nowym  Jorku.  - 

Uśmiechnęła się do Megan. 

- Czy nie wspomniałam ci, że prowadzę galerię? 

- Nie. Nie wspomniałaś. 

- Och, pewnie myślałam, że zrobił to już Katch. Zacznę więc od początku. 

- Będę naprawdę zobowiązana - powiedziała Megan i poczekała, aż Jessica usiądzie na 

małym drewnianym krześle. 

- Dwa tygodnie temu Katch przysłał mi dwie twoje prace - rozpoczęła Jessica. - Chciał 

usłyszeć  moją  opinię.  Mimo  że  sama  słabo  maluję,  znam  się  na  sztuce.  -  Mówiła  z  dużą 

pewnością  siebie.  -  Gdy  zorientowałam  się,  że  nigdy  nie  będę  wielką  artystką,  poświęciłam 

się  studiowaniu  sztuki.  Potem  otworzyłam  galerię  na  Manhattanie.  Przez  ostatnie  sześć  lat 

wyrobiłam  sobie  dobrą  markę  i  pozyskałam  klientelę.  -  Uśmiechnęła  się  z  dumą.  -  A  więc 

naturalnie, gdy mój wiecznie podróżujący brat zobaczył twoje prace, przysłał mi je do oceny. 

On zawsze poddaje swoje instynktowne działania weryfikacji eksperta, a potem i tak robi to, 

co sam uważa za stosowne. - Westchnęła pobłażliwie. - W zeszłym roku na przykład eksperci 

odradzali mu budowę szpitala w Afryce, ale on i tak go wybudował. 

- Szpital? - Megan uchwyciła się nowego tematu. 

- Tak, szpital dziecięcy. Katch ma miękkie serce dla dzieci. - Jessica starała się mówić 

z nonszalancją, ale w jej głosie czuło się wzruszenie. - Katch zrobił zadziwiające rzeczy dla 

osieroconych dzieci z Wietnamu - ciągnęła. - I wreszcie ten fantastyczny park rozrywki, który 

zbudował w Nowej Południowej Walii. 

background image

Megan siedziała jak zamurowana. Czy naprawdę rozmawiały o tym samym Davidzie 

Katchertonie?  Czy  to  ten  sam  człowiek,  który  tak  bezczelnie  zaczepił  ją  w  sklepie 

spożywczym? 

Przypomniała sobie, jak oskarżyła go, że usiłował oszukać i wykorzystać jej dziadka. 

Zarumieniła  się  ze  wstydu.  Wmówiła  sobie,  że  był  oportunistą,  pyszałkiem  zepsutym  przez 

bogactwo,  zakochanym  w  sobie  narcyzem.  Próbowała  przekonać  samą  siebie,  że  był  nieod-

powiedzialny,  że  nie  można  było  na  nim  polegać  oraz  że  w  życiu  szukał  wyłącznie 

przyjemności. 

- Nie wiedziałam - wymamrotała. - Nic o tym nie wiedziałam. 

-  Och,  Katch  jest  bardzo  skromny  i  trzyma  się  w  cieniu  -  powiedziała  Jessica.  -  Nie 

szuka  rozgłosu.  Jest  niewiarygodnie  energiczny  i  pewny  siebie,  ale  jednocześnie  to  bardzo 

ciepły i wrażliwy człowiek. - Spojrzała gdzieś poza ramię Megan. - No, ale ty chyba dobrze 

go znasz. 

Przez moment Megan wpatrywała się w Jessicę nieobecnymi oczami. Gdy  odwróciła 

głowę, wzrok jej padł na popiersie Katcha. Na chwilę zapomniała, że chce je zasłonić. Powoli 

odwróciła głowę i powiedziała ze spokojem, starając się zachować obojętny wyraz twarzy: 

- Nie. Myślę, że tak naprawdę w ogóle  go nie znam. Wiem tylko, że ma fascynującą 

twarz. Nie mogłam się oprzeć pokusie, by go wyrzeźbić. 

Dostrzegła błysk zrozumienia w oczach Jessiki. 

- To w ogóle fascynujący człowiek - dodała Jessica. Megan odwróciła wzrok. 

-  Przepraszam  -  zreflektowała  się  Jessica.  -  Wtrąciłam  się  w  nie  swoje  sprawy.  Nie 

będziemy rozmawiać o Katchu. Porozmawiajmy o twojej wystawie. 

- O czym? - Megan znów podniosła wzrok. 

-  O  twojej  wystawie  -  powtórzyła  Jessica,  rzucając  się  pospiesznie  na  nowy  temat.  - 

Jak myślisz, czy  masz już dość gotowych prac? Katch wspomniał mi  coś o jakiejś galerii w 

mieście, gdzie wstawiałaś swoje rzeźby. Myślę, że można by urządzić ci wystawę na jesieni... 

Co o tym sądzisz? 

-  Jessico,  naprawdę  nie  wiem,  o  czym  mówisz.  -  W  głosie  Megan  pojawiła  się  nuta 

paniki.  Jessica  ją  zauważyła.  Wyciągnęła  dłoń  i  ujęła  ręce  Megan.  Ten  uścisk  był 

niespodziewanie stanowczy. 

-  Megan,  posiadasz  coś  specjalnego,  coś  potężnego.  Czas,  byś  się  tym  podzieliła  z 

innymi. - Wstała, pociągając Megan za sobą. - Może napijemy się teraz kawy? 

background image

Godzinę później Megan  siedziała samotnie w kuchni. Zapadała ciemność, ale Megan 

nie  wstała,  by  zapalić  światło.  Na  stole  nadal  stały  dwie  filiżanki.  Megan  starała  się 

uporządkować w myślach to wszystko, co usłyszała w ciągu ostatniej godziny. 

Wystawa  w  galerii  Jessiki  na  Manhattanie  w  Nowym  Jorku.  Publiczna  wystawa. 

Wystawa jej prac! 

To się nie mogło zdarzyć, myślała. To tylko wytwór mojej wyobraźni. Zerknęła znów 

na pustą filiżankę. W powietrzu nadal unosił się lekki, wytworny zapach perfum Jessiki. 

W  końcu,  nadal  oszołomiona,  zaniosła  filiżanki  do  zlewu  i  automatycznie  zaczęła  je 

myć. 

Jak  dała  się  namówić?  Uzgadniała  daty  i  szczegóły,  zanim  jeszcze  zgodziła  się  na 

wystawę...  Ale  czy  ktoś  potrafił  kiedyś  odmówić  czegoś  Katchertonom?  Westchnęła, 

spoglądając  na  swoje  mokre  ręce.  Musi  do  niego  zadzwonić.  Gdy  sobie  to  uzmysłowiła, 

ogarnęła ją jeszcze większa panika. Musi... 

Postawiła filiżanki i spodki na suszarce. Musi mu podziękować.  Ze zdenerwowania i 

tremy  dławiło  ją  w  gardle,  ale  aby  zachować  pozory  przed  samą  sobą,  metodycznie  wytarła 

ręce. Potem podeszła do telefonu wiszącego na ścianie obok kuchenki. 

-  To  przecież  proste  -  szepnęła  do  siebie,  a  potem  zagryzła  wargę.  Odchrząknęła.  - 

Muszę mu tylko podziękować. To zabierze minutę. - Sięgnęła po słuchawkę, ale zaraz cofnęła 

rękę. Myśli tłukły jej się po głowie w szalonej gonitwie. Tak samo biło jej serce. 

Wreszcie  podniosła  słuchawkę.  Znała  numer.  Czyż  przez  ostatnie  dwa  tygodnie  nie 

zaczynała  wykręcać  tego  numeru  co  najmniej  dziesięć  razy  dziennie?  Głęboko  wciągnęła 

powietrze,  zanim  wybrała  pierwszą  cyfrę.  To  zajmie  pięć  minut,  a  potem  nie  będzie  już 

ż

adnego  powodu,  by  się  z  nim  kontaktować.  Byłoby  lepiej,  gdyby  ich  znajomość  skończyła 

się w jakiś przyjemniejszy sposób. Nacisnęła ostatni klawisz i czekała. 

Zabrzmiały cztery dzwonki, cztery długie dzwonki, zanim Katch podniósł słuchawkę. 

- Katch? - Ledwie usłyszała własny głos. 

- Meg? 

- Tak, to ja... - Szukała odpowiednich słów. - Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam... 

- Jakie to wyświechtane. .. jakie banalne... 

- Wszystko w porządku? - W jego głosie zabrzmiał niepokój. 

-  Tak,  oczywiście.  -  Gorączkowo  szukała  prostych,  zwyczajnych  słów.  -  Katch, 

chciałabym z tobą porozmawiać. Była tu twoja siostra i... 

- Wiem, wróciła kilka minut temu - powiedział z lekkim zniecierpliwieniem. - Czy coś 

się stało? 

background image

- Nie, nic się nie stało. - Nadal nie mogła uspokoić głosu. 

- Jesteś sama? 

- Tak... 

- Przyjadę za dziesięć minut. 

- Nie! - Megan nerwowo przeczesała włosy palcami. - Proszę, nie przyjeżdżaj. 

- Za dziesięć minut - powtórzył i przerwał połączenie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Przez  dłuższą  chwilę  Megan  wpatrywała  się  w  głuchą  słuchawkę  telefonu.  Ale 

narobiła  zamieszania!  Wcale  nie  chciała,  by  przyjeżdżał.  W  ogóle  nie  chciała  go  widzieć. 

Och, to kłamstwo... 

Powoli odłożyła słuchawkę. Chciała go zobaczyć. Chciała go zobaczyć od wielu dni. 

Odwróciła  się  i  pustym  wzrokiem  rozejrzała  po  kuchni.  W  pomieszczeniu  panowała  prawie 

całkowita ciemność. Stół i krzesła wyglądały jak ponure cienie. Podeszła do kontaktu i włą-

czyła światło. 

Tak lepiej, pomyślała. Bezpieczniej. Kawa. Zaparzy kawę. Musiała czymś zająć ręce. 

Zaczęła się krzątać przy ekspresie. Czuła ogromne zdenerwowanie. Miała nadzieję, że 

za kilka minut zdoła się uspokoić. Gdy Katch przyjedzie, powie mu, co ma do powiedzenia, a 

potem się rozstaną. 

Zadzwonił telefon. Podskoczyła nerwowo. Usiadła i podniosła słuchawkę. 

- Cześć, Megan - zatrzeszczał w słuchawce jowialny głos Popa. 

-  Pop,  nadal  pracujesz  w  lunaparku?  Która  to  już  godzina?  -  zastanawiała  się 

nieprzytomnie, zerkając na zegarek. 

-  Właśnie  dlatego  dzwonię.  Wpadł  do  mnie  George.  Zjemy  kolację  w  mieście.  Nie 

chciałem, byś się martwiła. 

-  Nie  będę.  -  Uśmiechnęła  się.  Napięcie  powoli  mijało.  -  Przypuszczam,  że  macie 

sobie dużo do opowiedzenia o ostatnich wędkarskich przygodach. 

- A może wpadniesz do miasta, kochanie? Postawimy ci drinka. 

-  Och,  chcecie  mieć  po  prostu  wdzięcznego  słuchacza.  -  Uśmiechnęła  się  szerzej,  a 

Pop zachichotał. - Ale dziś wieczorem dziękuję. Mam w lodówce resztkę spaghetti, poradzę 

sobie. 

-  Przywiozę  ci  coś  dobrego  na  deser.  -  To  był  stary  zwyczaj.  Od  niepamiętnych 

czasów,  gdy  Pop  jadł  kolację  bez  niej,  zawsze  przywoził  jej  coś  słodkiego.  -  Na  co  masz 

ochotę? 

- Na tęczowy sorbet - zdecydowała natychmiast. - Baw się dobrze. 

- A ty nie pracuj za długo, kochanie. 

Gdy  odłożyła  słuchawkę,  zaczęła  się  zastanawiać,  dlaczego  nie  powiedziała 

dziadkowi,  że  Katch  złoży  jej  wizytę.  Nie  wspomniała  ani  o  Jessice,  ani  o  planowanej 

wystawie. 

To musi poczekać. Aż będą mogli spokojnie porozmawiać. 

background image

Tylko w ten sposób dowie się, co dziadek naprawdę czuje i myśli o jej planach. 

To nie był najlepszy pomysł. Megan zaczynała mieć wątpliwości. W zdenerwowaniu 

przeczesywała  włosy  palcami.  Szalony  pomysł.  Przecież  nie  może  wyjechać  do  Nowego 

Jorku i... 

Jej  myśli  przerwał  widoczny  w  oknie  blask  świateł  nadjeżdżającego  samochodu. 

Powoli,  starając  się  po  drodze  odzyskać  równowagę,  skierowała  się  do  szklanych, 

przesuwanych drzwi. 

Katch  wszedł  na  werandę  i  położył  dłoń  na  klamce.  Przez  chwilę  w  milczeniu 

przyglądali  się  sobie  przez  szybę.  Megan  słyszała  delikatny  trzepot  skrzydeł  owadów 

wpadających na lampę na zewnątrz. 

W  końcu  Katch  otworzył  drzwi.  Gdy  zamknął  je  cicho  za  sobą,  wyciągnął  rękę  i 

dotknął policzka Megan. Nie odrywając dłoni, oczami badał jej twarz. 

- Wydaje mi się, że jesteś zdenerwowana - powiedział cicho. 

Megan zwilżyła usta. 

-  Wszystko  w  porządku.  -  Cofnęła  się  o  krok.  Katch  wolno  opuścił  rękę.  - 

Przepraszam, że cię niepokoję... 

-  Megan,  przestań.  -  Głos  miał  cichy  i  opanowany.  Znów  spojrzała  na  niego,  trochę 

zaintrygowana. - Przestań przede mną uciekać. I przestań mnie przepraszać! 

-  Robię  kawę  -  powiedziała  sucho.  -  Za  chwilę  powinna  być  gotowa.  -  Już  miała  się 

odwrócić, by przygotować filiżanki, gdy Katch złapał ją za ramię. 

- Nie przyjechałem na kawę. - Opuścił rękę i objął ją wpół. 

-  Katch,  proszę,  nie  utrudniaj  mi  tego.  -  Pod  jego  dotykiem  puls  zaczął  jej 

przyspieszać. Zauważyła, jak coś zabłysło w jego oczach, a potem znikło. 

- Przepraszam - powiedział. - Przez ostatnie dwa tygodnie miałem pewne trudności z 

poradzeniem  sobie  z  tym,  co  zaszło  podczas  naszego  ostatniego  spotkania.  -  Zauważył,  że 

gwałtownie się zarumieniła, ale nie odwracała wzroku. Wsunął ręce do kieszeni. - Chciałbym 

to naprawić, Megan. 

Poruszona niezwykłą delikatnością w jego  głosie, pokręciła  głową i odwróciła się do 

ekspresu z kawą. 

- Nie wybaczysz mi? 

Gdy znów na niego spojrzała, oczy miała pociemniałe ze zmieszania. 

- Nie... - zająknęła się. - To znaczy, tak, oczywiście, ja... 

-  Oczywiście  nie  chcesz  mi  wybaczyć?  -  dopytywał  się.  W  jego  oczach  i  wokół  ust 

pojawił się cień uśmiechu. A wtedy poczuła, że tonie. 

background image

-  Oczywiście,  że  ci  przebaczam  -  poprawiła  się  i  znów  odwróciła  głowę,  by  nalać 

kawę. - Już o wszystkim zapomniałam, - Aż podskoczyła, gdy położył ręce na jej ramionach. 

- Naprawdę? - Obrócił ją do siebie. Uśmiech zniknął z jego oczu. - Mam wrażenie, że 

nie znosisz mojego dotyku. Myślę, że się mnie boisz. 

Uczyniła wysiłek, by odprężyć się pod jego delikatnym dotykiem. 

-  Nie  boję  się  ciebie,  Katch  -  powiedziała  półgłosem.  -  Wprawiasz  mnie  tylko  w 

zakłopotanie. Przez cały czas. 

Obserwowała, jak z namysłem unosi brwi. 

- Nie zamierzałem wprawiać cię w zakłopotanie. Przepraszam cię, Megan. 

- Wiem, że mówisz szczerze. - Uśmiechnęła się. 

Przyciągnął ją do siebie. 

- A więc możemy się pocałować na przeprosiny? Megan zaczęła protestować, ale jego 

usta, mimo że czułe i delikatne, były nieubłagane. Serce zaczęło jej walić. Katch nie próbował 

pogłębić  pocałunku.  Ręce  nadal  trzymał  swobodnie  na  jej  ramionach.  Wbrew  ostrzeżeniom 

zdrowego rozsądku przytuliła się do niego, przyzwalając na więcej. Ale on nie wziął więcej. 

Odsunął ją od siebie i poczekał, aż otworzy oczy. Następnie bez słowa odwrócił się i 

podszedł do okna. 

- Chciałam porozmawiać z tobą o twojej siostrze. 

- Za wszelką cenę starała się wypełnić ciszę. - A mówiąc dokładniej, o jej wizycie w 

mojej pracowni. 

Katch  odwrócił  głowę  i  obserwował,  jak  rozlewa  kawę  do  filiżanek.  Podszedł  do 

lodówki i wyjął mleko. 

- Zgoda. - Stojąc przy niej, nalał mleko do filiżanek. 

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że wysłałeś swojej siostrze moje rzeźby? 

- Wolałem poczekać, aż wypowie swoją opinię. - Katch usiadł obok Megan i podniósł 

filiżankę do ust. 

-  Mam  do  niej  zaufanie.  Pomyślałem,  że  ty  również  bardziej  zaufasz  jej  opinii  niż 

mojej.  Zamierzasz  urządzić  wystawę?  Jessica  nie  zdążyła  mi  wszystkiego  powiedzieć,  gdy 

zadzwoniłaś. 

Wpatrując się w kawę, lekko poruszyła się na krześle. Potem uniosła głowę i spojrzała 

mu prosto w oczy. 

-  Ona  ma  ogromną  siłę  perswazji.  Zgodziłam  się,  zanim  jeszcze zdałam  sobie  z  tego 

sprawę. 

- To świetnie - powiedział po prostu, popijając kawę. 

background image

- Chcę ci podziękować - dodała pewniejszym głosem - za załatwienie tej sprawy. 

-  Niczego  nie  załatwiałem  -  odparł.  -  Jessica  sama  podejmuje  decyzje, 

odpowiedzialnie i profesjonalnie. Ja tylko wysłałem jej twoje rzeźby z prośbą o opinię. 

-  A  więc  dziękuję  ci  za  wykonanie  tego  pierwszego  ruchu,  którego  ja  pewnie  nigdy 

bym  nie  zrobiła  z  tysiąca  powodów,  które  przyszły  mi  do  głowy  już  pięć  minut  po  wyjściu 

Jessiki. 

Katch wzruszył ramionami. 

- W porządku, skoro tak bardzo chcesz być mi wdzięczna. 

- Jestem ci wdzięczna - przyznała. - Ale boję się, naprawdę jestem przerażona, że moje 

prace  zostaną  wystawione  na  widok  publiczny.  -  Oddychała  z  drżeniem.  -  A  ponieważ  po 

otwarciu  wystawy  krytycy  sztuki  mogą  mnie  całkowicie  zmiażdżyć,  wtedy  będę  na  ciebie 

wściekła. Dlatego lepiej teraz przyjmij moją wdzięczność, zgoda? 

Gdy Katch podszedł do niej, poczuła zawrót głowy, ponieważ była absolutnie pewna, 

ż

e weźmie ją zaraz w ramiona. Ale on tylko wierzchem dłoni pogładził ją po policzku. 

-  Gdy  odniesiesz  olśniewający  sukces,  będziesz  znów  mogła  mi  ją  okazać.  - 

Uśmiechnął się, a wtedy cały świat nabrał barw i ostrości. Aż do tej chwili nie zdawała sobie 

sprawy, jak nudne i szare było jej życie bez niego. 

-  Cieszę  się,  że  przyjechałeś  -  wyszeptała  i,  nie  mogąc  się  powstrzymać,  objęła  go  i 

wtuliła twarz w jego ramię. Po chwili Katch delikatnie objął ją w talii. - Przepraszam za to, co 

powiedziałam... na temat pożyczki. Wcale nie miałam tego na myśli. Mówię okropne rzeczy, 

gdy jestem wściekła. 

- Czy teraz przyszła kolej na okazanie skruchy? Potrafił ją rozśmieszyć. 

- Tak. - Odchyliła głowę i uśmiechnęła się. Nadal go obejmowała. Pocałował ją lekko 

i wypuścił z objęć. Z niechęcią mu na to pozwoliła. Stał przez chwilę w milczeniu i patrzył na 

nią z góry. 

- Co robisz? - spytała trochę zażenowana. 

- Zapamiętuję twoją twarz. Jadłaś już kolację? Pokręciła głową, zastanawiając się, jak 

to się działo, że ciągle wprawiał ją w zakłopotanie. 

- Jeszcze nie. Miałam zamiar podgrzać sobie makaron. 

- To nie do przyjęcia. Co powiesz na pizzę? 

- Wspaniale, ale ty masz przecież gości. 

- Jessica i Rob zabrali dzieci na minigolfa. Nie będą za mną tęsknić. - Wyciągnął rękę. 

- Chodźmy! 

- Och, poczekaj - powiedziała, zanim podała mu dłoń. 

background image

Na tablicy obok szklanych drzwi napisała: „Wyszłam z Katchem". To wystarczyło. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Katch pojechał nadmorskim bulwarem. Poruszali się wolno w tłumie turystów. Radia 

w  samochodach  grały  na  cały  regulator.  Zewsząd  dobiegały  śmiechy  i  muzyka.  Ludzie 

siedzieli  na  hotelowych  balkonach  i  obserwowali  wolno  płynący  potok  samochodów  i 

pieszych. Z lewej strony pomiędzy budynkami raz po raz połyskiwało morze. 

Zadowolona  i  nieco  senna  po  zjedzeniu  olbrzymiej  pizzy  i  wypiciu  chianti  Megan 

zapadła się głęboko w miękki, skórzany fotel. 

- Po weekendzie wróci tu spokój - zauważyła. 

-  Czy  czasami  nie  macie  wrażenia,  że  jesteście  obiektem  inwazji?  -  spytał  Katch, 

gestem pokazując tłum. 

-  Lubię  tłok  i  gwar  -  odparła  natychmiast,  a  po  chwili  wybuchnęła  śmiechem.  -  Ale 

lubię  też  zimę,  gdy  plaże  są  puste.  Przypuszczam,  że  jest  coś  takiego  w  tym  zgiełku,  co  do 

mnie przemawia, zwłaszcza gdy sobie przypominam senne zimowe miesiące. 

- To przecież twój czas - powiedział Katch, zerkając na nią. - Czas, który poświęcasz 

swoim rzeźbom. 

Wzruszyła  ramionami,  czując  się  trochę  niezręcznie  pod  jego  intensywnym 

spojrzeniem. 

-  Rzeźbię  również  latem  -  powiedziała.  -  Gdy  mam  wolną  chwilę...  Właściwie 

zapomniałam o wolnym czasie, gdy Jessica mówiła o wystawie i robiłyśmy plany... - Urwała, 

marszcząc brwi. - Nie wiem, jak zdołam to wszystko przygotować. 

- Chyba się nie wycofasz? 

- Nie, ale... - Znów zawstydziło ją jego spojrzenie. - Nie - dodała bardziej stanowczo. 

Nie wycofam się. 

- Nad czym teraz pracujesz? 

Megan przeniosła wzrok za okno, myśląc o na wpół ukończonym popiersiu Katcha. 

- Nic wielkiego... - Wzruszyła ramionami i zaczęła bawić się gałkami radioodbiornika. 

- Mała rzeźba w drewnie. 

- Co przedstawia? 

Megan mruknęła coś niewyraźnie. Katch odwrócił się do niej z szerokim uśmiechem. 

- Pirata - powiedziała szybko, gdy światło latarni padło na twarz Katcha, uwydatniając 

jej płaszczyzny i cienie. - Głowę pirata. 

- Chciałbym ją zobaczyć - rzekł w skupieniu. 

background image

-  Nie  jest  jeszcze  skończona  -  odparła  pospiesznie.  To  zaledwie  gliniany  model. 

Możliwe, że odłożę ją na bok, jeśli mam przygotować resztę moich prac na wystawę. 

- Meg, dlaczego nie przestaniesz się martwić i nie zaczniesz wreszcie się cieszyć? 

- Cieszyć się? - Nieco zdezorientowana wpatrywała się w niego. 

- Z wystawy. 

- Och! - Walczyła, by uporządkować myśli. - Będę się cieszyć... gdy już wszystko się 

skończy - dodała z uśmiechem. - Będziesz wtedy w Nowym Jorku? 

- Zastanawiam się. 

-  Chciałabym,  byś  tam  był.  -  Gdy  się  roześmiał,  potrząsając  głową,  dodała  tonem 

wyjaśnienia: - Chodzi mi o to, że potrzebuję mieć obok siebie jakieś przyjazne twarze. 

-  Zobaczysz,  że  nie  będziesz  potrzebować  niczego  prócz  swoich  rzeźb  -  zapewnił  ją 

Katch nadal z rozbawieniem w oczach. - Nie sądzisz, że zechcę być obok ciebie na wernisażu, 

bym mógł się przechwalać, że cię odkryłem? 

-  Miejmy  nadzieję,  że  obydwoje  nie  będziemy  tego  żałować  -  bąknęła  Megan,  a  on 

znów się roześmiał. - Nie dopuszczasz do siebie myśli, że mogłeś się pomylić - oskarżyła go 

cierpko. 

- A ty nie dopuszczasz myśli, że możesz odnieść sukces - odparował. 

Megan otworzyła usta, a potem znów je zamknęła. 

-  Tak  -  odezwała  się  po  namyśle  -  obydwoje  mamy  rację.  -  Gdy  zatrzymali  się  w 

korku, dotknęła jego ramienia. - Katch? 

- Tak? 

- Dlaczego zbudowałeś szpital w Środkowej Afryce? 

Odwrócił się do niej, lekko marszcząc brwi. 

- Ponieważ był tam potrzebny. 

- Tylko tyle? - naciskała, choć czuła, że nie był zadowolony z tej indagacji. - Jessica 

wspomniała, że ci odradzano, ale ty... 

- Szczęśliwym trafem posiadam dość pieniędzy. - Niecierpliwie wzruszył ramionami. - 

I  mogę  robić  z  nimi,  co  zechcę.  Och,  są  pewne  rzeczy,  które  lubię  robić.  To  wszystko.  - 

Widząc wyraz jej twarzy, pokręcił głową. - Nie rób ze mnie świętego, Meg. 

Odprężona, bezwiednie pogłaskała go po włosach nad uchem. 

- Ani mi się śni. - Wolałby uchodzić za ekscentryka niż za dobroczyńcę, pomyślała z 

nagłą  czułością.  Jeszcze  łatwiej  było  go  kochać,  znając  ten  sekret.  -  O  wiele  łatwiej  cię 

polubić, niż myślałam wtedy w sklepie, gdy mi się naprzykrzałeś - powiedziała głośno. 

background image

-  Próbowałem  ci  tylko  coś  uświadomić  -  podkreślił.  -  Ale  ty  udawałaś,  że  nie  jesteś 

zainteresowana. 

- Nie byłam zainteresowana. W najmniejszym stopniu. - Jego uśmiech był zaraźliwy i 

stwierdziła, że sama się śmieje. - W każdym razie nie bardzo - dodała. Gdy raptownie skręcił 

w boczną uliczkę, spojrzała na niego pytająco: - Co robisz? 

-  Pospacerujemy  po  promenadzie.  -  Zaparkował  samochód  i  energicznie  wysiadł.  - 

Może kupię ci jakąś pamiątkę - obiecał. 

- Trzymam cię za słowo! - zawołała radośnie Megan, dołączając do niego. 

- Powiedziałem „może". 

- Umówmy się, że tego  nie dosłyszałam. -  I dodała, splatając palce z jego palcami:  - 

Liczę na coś ekstrawaganckiego. 

- Na przykład? - Przecinali nieprawidłowo jezdnię, lawirując między samochodami. 

- Gdy zobaczę, dam ci znad. 

Promenada  była  zatłoczona,  pełna  ludzi,  świateł  i  hałasu.  Wiatr  od  morza  przynosił 

orzeźwiający  zapach  soli,  który  mieszał  się  z  zapachem  smażonego  mięsa  dochodzącego  z 

barów. 

Zamiast  wejść  do  jednego  ze  sklepików  z  pamiątkami,  Katch  pociągnął  Megan  do 

salonu gier. 

-  Wielkie  słowa  o  prezencie,  a  potem  coś  takiego...  -  skomentowała,  gdy  wymieniał 

banknoty na żetony. 

-  Jeszcze  za  wcześnie  na  taką  opinię  -  powiedział,  wysypując  jej  kilka  żetonów  na 

rękę. - Może spróbujesz szczęścia i ocalisz naszą galaktykę przed najeźdźcami? 

Megan ze znaczącym uśmiechem wybrała maszynę i wsunęła do niej dwa żetony. 

-  Gram  pierwsza.  -  Nacisnęła  guzik  startowy,  a  potem  posługując  się  dźwignią, 

zaczęła  unieszkodliwiać  wroga.  Mocno  ściągając  brwi,  skręciła  swym  pojazdem  w  prawo,  a 

wtedy maszyna eksplodowała kolorami i hałasem. 

Katch rozbawiony włożył ręce do kieszeni i obserwował ożywioną mimikę jej twarzy. 

Podczas manewrów Megan marszczyła brwi, zagryzała  wargi,  a  gdy na ekranie pojawiał się 

laserowy wybuch, mrużyła oczy. Walczyła bardzo dzielnie, by uniknąć krzyżowego ognia, ale 

w końcu jej pojazd został unicestwiony. 

- Całkiem nieźle! - Katch pochwalił osiągnięty przez nią wynik. 

- Trzeba być dzielną, gdy jest się ostatnią nadzieją planety - odrzekła skromnie. 

Katch zaśmiał się, odsunął ją na bok i sam zmierzył się z maszyną. 

background image

Megan doceniła jego zręczność, gdy jeszcze szybciej niż ona niszczył przeciwników. 

Lubi ryzykować, pomyślała, gdy o mały włos nie został zestrzelony przez ogień laserowy w 

trakcie wysadzania trzech statków. Podeszła bliżej, by lepiej obserwować jego technikę. 

Przypadkowo musnęła ramieniem jego ramię, a wtedy zauważyła, że na krótką, ledwie 

dostrzegalną  chwilę  stracił  rytm.  Prowokacyjnie  przysunęła  się  jeszcze  bliżej.  Nastąpiło 

kolejne  krótkie  zakłócenie  jego  rytmu.  Delikatnie  dotknęła  wargami  jego  ramienia,  a  potem 

uśmiechnęła  się  mu  prosto  w  twarz.  Wtedy  usłyszała  eksplozję.  Jego  statek  wystrzelił  w 

powietrze. 

Katch  nie  patrzył  na  ekran,  tylko  na  nią.  Zauważyła  przelotny  błysk  w  jego  oczach, 

zanim zmierzwił ręką jej włosy. 

- Oszustka - wymamrotał. 

Na chwilę Megan zapomniała o panującym na sali zgiełku, zapomniała o tłumie ludzi, 

którzy  kręcili  się  wokół  nich.  Zatraciła  się  w  tych  zamglonych,  szarych  oczach  oraz  swym 

własnym, przyprawiającym o zawrót głowy poczuciu siły. 

- Oszustka? - powtórzyła, zostawiając lekko rozchylone usta. - Nie wiem, co masz na 

myśli. 

Zacisnął palce na jej włosach. 

-  Myślę,  że  dobrze  wiesz  -  wykrztusił  z  wysiłkiem,  jakby  zmagając  się  z  własnymi 

uczuciami. - I myślę, że muszę teraz być bardzo ostrożny, ponieważ zdałaś sobie sprawę, jaką 

masz nade mną władzę. 

- Katch... - Wzruszona przywarła wzrokiem do jego ust. - Może ja nie chcę, żebyś był 

dłużej ostrożny? 

Puścił jej włosy i pogłaskał ją po policzku. 

- Mam ku temu swoje powody - powiedział stłumionym głosem. - Chodźmy. - Wziął 

ją pod ramię i odciągnął od maszyny. - Zagramy w coś innego. 

Megan  nie  sprzeciwiała  się,  zadowolona,  że  spędza  z  nim  czas.  Wrzucali  żetony  do 

następnych automatów i rywalizowali zaciekle - zarówno ze sobą, jak i z maszynami. Megan 

czuła ten sam radosny nastrój, jak pamiętnego wieczoru w wesołym miasteczku. Przebywanie 

z Katchem przypominało jazdę na górskiej kolejce. Błyskawiczne zakręty, szybkie podjazdy i 

zjazdy na łeb na szyję, niespodziewane przeszkody i hamowanie. 

Z rękami na biodrach stała za nim, gdy wygrywał z kolejną maszyną. 

- Czy ty kiedykolwiek przegrywasz? - spytała wyzywająco. 

Katch rzucił kolejną piłkę za czterdzieści punktów. 

- Staram się, by nie weszło mi to w nawyk. Chcesz rzucić? 

background image

- Nie. Wspaniale się popisujesz. 

Ś

miejąc  się,  Katch  rzucił  dwie  ostatnie  piłki  za  dziewięćdziesiąt  punktów,  a  potem 

pochylił się, by oderwać kolejny wygrany kupon. 

- Uważaj, bo nie zamienię tego na prezent dla ciebie - ostrzegł. 

- Obiecałeś - powiedziała Megan z wyrzutem, patrząc na wygrany plik kuponów. 

- To prawda. - Z uśmiechem zwinął kupony, potem objął ją ramieniem i podszedł do 

stoiska z nagrodami. 

- Zaraz zobaczymy, co tu jest... Mam dwa tuziny. Co powiesz na przykład na jeden z 

tych wielofunkcyjnych scyzoryków? 

-  Jeśli  to  ma  być  dla  mnie  -  powiedziała  Megan,  przyglądając  się  asortymentowi  na 

półkach  -  to  podoba  mi się  ta  mała,  jedwabna  różyczka.  -  Postukała  palcem  w  szklaną  ladę, 

wskazując  szpilkę  do  wpinania  w  klapę.  -  Mam  wszystkie  narzędzia  -  dodała  z  figlarnym 

uśmiechem. 

-  W  porządku.  -  Katch  skinął  na  kobietę  stojącą  za  ladą,  a  potem  oderwał  kupony.  - 

Zostały jeszcze cztery - policzył, potem rozejrzał się po pólkach. - Poproszę jeszcze to. 

Megan  z  ciekawością  przyglądała  się  maleńkiej  figurce,  którą  podała  sprzedawczyni. 

Przedstawiała coś pośredniego między kaczką a pingwinem. 

- Co zamierzasz z tym zrobić? - spytała. 

- Podarować tobie. - Katch podał kobiecie resztę kuponów. - Mam szczodre serce. 

- Jestem do głębi poruszona - powiedziała Megan, obracając figurkę w dłoni, podczas 

gdy Katch przypinał jej do kołnierzyka koszuli spinkę z różyczką. - Co to właściwie jest? 

- Chyba jakiś mutant. - Objął ją ramieniem i wyprowadził z salonu gier. - Sądziłem, że 

jako artystka docenisz jego walory estetyczne. 

Megan uważnie przyjrzała się figurce, potem wsunęła ją do kieszeni. 

-  Dostrzegam  jej  urok.  I  -  dodała,  stając  na  palce,  by  pocałować  go  w  policzek  -  to 

było naprawdę miłe z twojej strony, że całą wygraną przeznaczyłeś dla mnie. 

Katch z uśmiechem przesunął palcem po jej nosie. 

- Czy pocałunek w policzek to jedyne twoje podziękowanie? 

Ś

miejąc  się,  Megan  obejmowała  go  w  pasie,  gdy  przechodzili  przez  promenadę,  a 

potem schodzili w dół na plażę. 

Księżyc w nowiu wyglądał jak cienki rogalik, ale gwiazdy błyszczały jasno i odbijały 

się w wodzie. Fale rozbijały się z szumem o brzeg. Zakochani spacerowali tam i z powrotem, 

ramię przy  ramieniu, cicho rozmawiając albo milcząc. Dzieci biegały z latarkami po piasku, 

poszukując skarbów. 

background image

Megan zdjęła buty i podwinęła nogawki dżinsów. W milczącym porozumieniu Katch 

zrobił to samo. Chłodna woda lizała im stopy, a oni szli i szli coraz dalej, aż śmiech i muzyka 

dobiegająca z promenady stała się tylko odległym echem. 

- Twoja siostra jest urocza - odezwała się  w końcu Megan.  -  I bardzo ładna. Tak jak 

mówiłeś. 

-  Jessica  zawsze  była  piękna  -  zgodził  się  w  zamyśleniu.  -  Realistka,  ale  zawsze 

piękna. 

- Widziałam w parku twoje siostrzenice. - Megan uniosła głowę; wiatr od morza targał 

jej włosami. - Buzie miały wysmarowane czekoladą. 

-  Typowe.  -  Śmiejąc  się,  gładził  ją  po  ramieniu.  Megan  czuła,  jak  krew  zaczyna 

pulsować w jej żyłach. - Dziś wieczorem poszły kopać robaki. Jutro mam zabrać je na ryby. 

- Lubisz dzieci - stwierdziła. 

Odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, ale Megan wpatrywała się w ocean. 

- Tak, dzieci to nieustanna przygoda, prawda? 

- Co roku w lunaparku widzę ich mnóstwo, ale nigdy nie przestają mnie zadziwiać. - 

Odwróciła  się;  słodki,  kobiecy  uśmiech  rozjaśniał  jej  twarz.  -  Widuję  z  nimi  również 

udręczonych rodziców. 

- Kiedy straciłaś swoich rodziców? 

Zauważył zaskoczenie w jej oczach, nim znów zapatrzyła się w przestrzeń. 

- Miałam pięć lat - powiedziała. 

- Pewnie słabo ich pamiętasz? 

-  Mam  tylko  niejasne  wspomnienia,  właściwie  impresje.  Pop  oczywiście  ma 

fotografie. Gdy je oglądam, zawsze dziwię się, jak bardzo byli młodzi. 

- To musiało być dla ciebie niezwykle trudne - powiedział Katch. - Dorastać bez nich. 

Współczucie w jego głosie ją ujęło. Odwróciła do niego głowę. Przeszli plażą już tak 

daleko,  że  teraz  oświetlały  im  drogę  tylko  gwiazdy.  Katch  zauważył  ich  odbicie  w  oczach 

Megan. 

- Byłoby nie do zniesienia, gdyby nie Pop - powiedziała. - Zrobił więcej, niż powinien. 

- Zatrzymała się i weszła głębiej do morza. Woda pieniła się i pluskała wokół jej stóp. - Nigdy 

nie  zapomnę,  jak  Pop  starał  się  uprasować  moją  odświętną,  organdynową  sukienkę.  Miałam 

wtedy  jakieś  osiem  lat...  -  Kręcąc  głową,  roześmiała  się,  rozpryskując  stopą  wodę.  -  Nadal 

mam  ten  obrazek  przed  oczami.  Stał  nad  deską  do  prasowania  i  walczył  z  falbankami  i 

zakładkami, a klął jak szewc. Oczywiście, nie wiedział, że tam byłam. Nadal kocham go za to 

- dodała. - Choćby tylko za to. 

background image

Katch  objął  ją  w  pasie  i  przyciągnął  plecami  do  siebie.  Musnął  ustami  czubek  jej 

głowy. 

-  Wyobrażam  sobie,  że  niedługo  potem  powiedziałaś  mu,  że  nie  lubisz  odświętnych 

sukienek. 

- Skąd wiesz? - Spojrzała na niego kompletnie zaskoczona. 

- Bo znam cię. - Pieszczotliwie powiódł palcem po jej twarzy. 

Megan ze zmarszczonymi brwiami patrzyła gdzieś ponad jego ramieniem. 

- Jestem aż tak nieskomplikowana? 

- Ależ nie. - Dotykając nadal palcem jej policzka, odwrócił ku sobie jej twarz. - Muszę 

przyznać, że dużo o tobie rozmyślałem. 

- Dlaczego? - Poczuła, że krew niemal zastyga jej w żyłach. 

Katch pokręcił głową i zatopił znów palce w jej puszystych włosach. 

- Dziś wieczorem żadnych pytań - rzekł cicho. - Nie znam jeszcze odpowiedzi. 

- Żadnych pytań - zgodziła się, a potem wspięła na palce i dotknęła ustami jego ust. 

Był  to  czuły,  ale  zarazem  zmysłowy  pocałunek.  Katch  obejmował  ją  tak  lekko  i 

delikatnie,  jakby  była  porcelanową  lalką,  która  może  się  stłuc.  Rozchyliła  usta  i  to  ona 

pierwsza  zawładnęła  jego  ustami,  zaczęła  drażnić  jego  język  swoim.  Chłodna,  aksamitna 

woda obmywała jej łydki. 

Przesuwała dłońmi po jego plecach, a następnie jej silne palce artystki wsunęły się w 

jego  włosy  i  pieściły  jego  kark.  Wyczuwała,  że  jest  spięty,  szeptała  więc  coś  prosto  w  jego 

usta,  jakby  chciała  go  tym  szeptem  ukoić.  Wyczuwała  jego  opór,  ale  jednocześnie  coraz 

mocniej  zaciskał  palce  na  jej  skórze.  Jej  zaś  ciało  coraz  bardziej  natarczywie  naciskało  na 

jego. 

Namiętność  narastała  z  każdą  chwilą.  Megan  czuła,  że  wzbudza  w  Katchu 

podniecenie, które wymyka mu się spod kontroli. Zdumienie z powodu własnej siły uderzyło 

ją  jak  błyskawica.  Powstrzymywał  się,  hamował,  pozwalał  jej  narzucać  tempo,  ale  czuła,  że 

jest  bliski  wybuchu.  Kusiło  ją,  jakże  kusiło  ją,  by  wytrącić  go  z  równowagi,  podkopać  jego 

samokontrolę.  Nie  mogła  zmusić  go  do  miłości,  ale  mogła  sprawić,  by  jej  pragnął  do 

szaleństwa. To powinno jej wystarczyć. 

Toczył walkę z ogarniającym go pożądaniem. Obejmował ją coraz mocniej, przytulał 

coraz gwałtowniej, aż stali się jedną sylwetką. W pewnej chwili złapał ją za włosy i odchylił 

jej głowę do tyłu, jakby zdecydował się przejąć przywództwo. Płonął teraz jasnym, gorącym 

ogniem. W niej też narastał żar, pulsowała krew. Złapała zębami jego wargę. Wtedy usłyszała 

jego cichy jęk i raptownie wypuścił ją z objęć. 

background image

- Meg... 

Z głową odrzuconą do tyłu, z włosami, którymi szarpał wiatr, czekała na dalsze słowa. 

Właściwie, co chciała usłyszeć? Czuła się niewiarygodnie silna. Wpatrzone w nią badawczo 

oczy Katcha była prawie czarne. Na wargach czuła jego oddech - gorący, ciężki, nierówny. 

- Meg - powtórzył jej imię, kładąc dłonie na jej ramionach. - Muszę iść. 

Ośmielając się na rzecz niemożliwą, Megan znów przycisnęła usta do jego ust. 

- Czy naprawdę tego chcesz? - wymamrotała. - Chcesz teraz mnie zostawić? 

Konwulsyjnie zacisnął palce na jej ramionach, by zaraz znów oderwać ją od siebie. 

-  Znasz  odpowiedź  -  rzekł  szorstko.  -  Co  chcesz  zrobić?  Doprowadzić  mnie  do 

szaleństwa? 

- Może... - Nadal czuła podniecenie rozchodzące się po ciele ciepłą falą. Odbijało się 

w jej oczach, gdy w nie spojrzał. - Może tak. 

Przycisnął ją do siebie, mocno i stanowczo. Czuła szaleńcze tempo, w jakim biło mu 

serce. Ich wargi znajdowały się znów tak blisko siebie... 

-  Przyjdzie  taka  chwila  -  powiedział  czule.  -  Przysięgam,  że  nadejdzie  czas,  gdy 

będziemy tylko ty i ja. Niedługo, Meg. Pamiętaj o tym. 

Patrzyła mu prosto w oczy. Poczucie siły nadal ją uskrzydlało. 

- To ma być obietnica? 

- Tak - powiedział. - Dokładnie tak. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Nad  popiersiem  Katcha  pracowała  jeszcze  dwa  dni.  Gdy  skończyła,  próbowała 

zdystansować się do swego dzieła i ocenić je obiektywnie. 

Miała rację, że wybrała drewno. Materiał był o wiele cieplejszy niż kamień. Zagryzła 

wargi i długo szukała niedociągnięć. W końcu jednak całkiem obiektywnie stwierdziła, że to 

jedna z jej lepszych prac. Może nawet najlepsza. 

Ta  twarz  nie  była  nienagannie  piękna,  ale  miała  w  sobie  siłę  i  przykuwała  uwagę. 

Poczucie  humoru  widoczne  było  w  wygięciu  brwi  i  ust.  Przesunęła  palcem  po  tych  ustach. 

Były  niewiarygodnie  zmysłowe.  Przypomniała  sobie  ich  smak,  ich  dotyk.  Widziała,  jak 

wyglądają, gdy jest rozbawiony, zły lub podniecony. A jego oczy... Te oczy zmieniały barwę 

i wyraz w zależności od jego nastroju. Bywały jasne, gdy się cieszył, zamglone złością, gdy 

wpadał w szał, pociemniałe z namiętności, gdy ją całował. 

Znała  tę  twarz  tak  dobrze  jak  swoją  własną.  Ale  nadal  nie  przeniknęła  jego  duszy. 

Nadal  jego  umysł  był  dla  niej  ziemią  nieznaną.  Z  westchnieniem  oparła  łokcie  na  stole  i 

położyła podbródek na dłoniach. 

Czy Katch kiedykolwiek pozwoli jej wniknąć do swego serca? Czule pogłaskała jego 

rozwichrzone  loki.  Jessica  zna  go  zapewne  lepiej  niż  ktokolwiek.  Jeśli  był  w  kimś 

zakochany... 

Jak  by  zareagował,  gdyby  wyznała  mu  miłość?  Co  by  się  stało,  gdyby  po  prostu 

powiedziała  mu  „kocham  cię"?  Niczego  od  niego  nie  żądając,  niczego  nie  oczekując.  Może 

powinna  to  zrobić?  Czyż  miłość  nie  była  uczuciem  zbyt  rzadkim,  zbyt  specjalnym,  by  ją 

ukrywać? 

Ale Meg wyobraziła sobie wyraz współczucia w jego oczach. 

-  Nie  zniosłabym  tego  -  szepnęła,  pochylając  się  i  dc  tykając  czołem  drewnianego 

czoła  Katcha.  -  Po  prostu  bym  nie  zniosła.  -  Jej  rozmyślania  przerwało  pukanie  do  drzwi. 

Megan przybrała obojętny wyraz twarzy i przekręciła się na obrotowym krześle. - Proszę! 

W drzwiach stanął Pop. Wędkarską czapkę z daszkiem miał zawadiacko nasadzoną na 

czubek siwej głowy. 

-  Co  powiesz  o  świeżej  rybie  na  kolację?  -  Szeroki  uśmiech  świadczył,  że  jego 

poranna wyprawa zakończyła się sukcesem. 

-  Chyba  dam  radę  przełknąć  kilka  kęsów.  -  Megan  przekornie  przechyliła  głowę. 

Uśmiechnęła się zadowolona, widząc błysk w oczach dziadka i rumieniec na jego policzkach. 

Wstała i, tak samo jak robiła to w dzieciństwie, objęła go za szyję. - Och, kocham cię, Pop! 

background image

-  Je też  cię  kocham,  Megan.  -  Zaskoczony,  ale  zadowolony  pogładził  ją po  głowie.  - 

Wygląda na to, że powinienem częściej przynosić pstrąga na kolację. 

Oderwała głowę od jego ramienia i uśmiechnęła się ciepło. 

- Nie trzeba wiele, by mnie uszczęśliwić. 

Pop przybrał poważny wyraz twarzy. Z czułością założył jej włosy za ucho. 

-  To  prawda.  Zawsze  tak  było.  -  Szorstką  dłonią  dotknął  jej  policzka.  -  Przez  te 

wszystkie lata to ty dałaś mi wiele szczęścia, Megan. Wiele radości. Będę za tobą tęsknił, gdy 

wyjedziesz do Nowego Jorku. 

- Och, Pop! - Znów ukryła twarz w jego ramieniu. - To tylko miesiąc lub dwa. Potem 

wrócę.  -  Czuła  zapach  tytoniu,  który  zawsze  nosił  w  kieszonce  na  piersi.  -  Może  zresztą 

wybierzesz się ze mną? Sezon już się skończy... 

-  Meg  -  przerwał  jej,  unosząc  głowę,  tak  by  ich  oczy  się  spotkały.  -  To  dla  ciebie 

początek nowego etapu w życiu. Nie narzucaj sobie ograniczeń. 

Kręcąc głową, Megan zaczęła nerwowo przechadzać się po pracowni. 

- Nie wiem, co masz na myśli. 

- Musisz zrobić coś dla siebie, coś bardzo ważnego. Masz talent, Meg. - Pop rozejrzał 

się  po  pomieszczeniu,  aż  jego  wzrok  spoczął  na  popiersiu  Katcha.  -  Masz  przed  sobą  całe 

ż

ycie. Chcę, byś od razu ruszyła pełną parą. 

-  Mówisz  to  tak,  jakbym  miała  tu  nie  wrócić.  -  Gdy  się  odwróciła,  zobaczyła,  co 

przykuło  uwagę  Popa.  -  Właśnie  ją  skończyłam  -  objaśniła,  walcząc,  by  je  głos  brzmiał 

normalnie. - Dość dobra, nie sądzisz? 

-  Myślę,  że  bardzo  dobra.  -  Spojrzał  na  nią  uważnie.  -  Usiądź,  Megan,  muszę  z  tobą 

porozmawiać. 

Wiedziała, że mówił poważnie. To ją nieco speszyło. Bez słowa podeszła do krzesła. 

Pop poczekał, aż usiadła i znów wbił uważny wzrok w jej twarz. 

- Jakiś czas temu - podjął - powiedziałem ci, że wszystko się zmienia. Przez większość 

twego życia byliśmy tylko we dwoje. Byliśmy sobie potrzebni, polegaliśmy na sobie. Dzięki 

wesołemu miasteczku mieliśmy dach nad głową i pracę. - Jego głos złagodniał. 

- Przez te osiemnaście lat ani przez chwilę nie byłaś dla mnie ciężarem. Dzięki tobie 

czułem  się  młody.  Obserwowałem,  jak  dorastasz  i  byłem  z  ciebie  ogromnie  dumny.  Teraz 

nadszedł czas na zmianę. 

Megan z trudem przełknęła ślinę. 

- Nie rozumiem, co próbujesz mi powiedzieć. 

background image

- Nadszedł czas, byś wyruszyła w świat, Megan. Czas, bym wypuścił cię spod swoich 

skrzydeł. - Sięgnął do kieszeni koszuli i wyjął starannie złożone papiery. Rozłożył jej i podał 

Megan. 

Patrząc mu prosto w oczy, wzięła je dopiero po chwili wahania. Od razu domyśliła się, 

co ma przed sobą. Mimo to przeczytała wszystko bardzo starannie, zdanie po zdaniu. 

- A więc sprzedałeś mu nasze wesołe miasteczko - skwitowała oschłym tonem. 

-  Musimy  jeszcze  podpisać  dokumenty  -  odpowiedział.  -  A  ty  będziesz  świadkiem.  - 

Klęska odmalowała się w jej oczach. - Megan, posłuchaj, wiele o tym myślałem. - Pop wyjął 

jej  z  dłoni  papiery,  odłożył  je  na  stół  i  chwycił  jej  dłonie.  -  Katch  nie  był  pierwszy,  który 

zwrócił  się  do  mnie  z  taką  propozycją.  I  nie  po  raz  pierwszy  się  nad  tym  zastanawiałem. 

Tylko przedtem nie wszystko pasowało do siebie tak, jak chciałem. 

- A teraz co pasuje? - spytała, czując, jak jej oczy wypełniają się łzami. 

- To jest właściwy człowiek, Megan. I odpowiedni moment. - Gładził ją po dłoniach, z 

bólem patrząc na malujące się w jej oczach cierpienie. - Wiedziałem to od chwili, gdy spadły 

na mnie te wszystkie naprawy. Jestem gotów oddać nasz lunapark komuś młodszemu, kto .go 

sprawnie poprowadzi, abym sam mógł iść na ryby. Teraz potrzebuję tylko łódki i wędki. A on 

jest takim człowiekiem, którego chętnie zobaczę na moim miejscu. - Przerwał i zaczął szukać 

w  kieszeni  chusteczki,  by  wytrzeć  jej  oczy.  -  Powiedziałem  ci,  że  mu  ufam  i  nie  zmieniłem 

zdania. - A ty - ciągnął, wycierając jej łzy z policzków - musisz pójść wreszcie swoją drogą. 

Nie możesz robić tego, co chcesz, ślęcząc nad księgowością czy listą płac. 

- Jeśli ty tego naprawdę chcesz... - zaczęła, ale Pop jej przerwał. 

-  Nie,  to  ty  musisz  chcieć.  Dlatego  ostatnie  linijki  kontraktu  są  ciągle  puste.  - 

Popatrzył  na  nią  swymi  poważnymi,  głęboko  osadzonymi  oczami.  -  Nie  podpiszę  tego, 

Megan, jeśli ty się nie zgodzisz. To musi być najlepsze dla nas obojga. 

Megan wstała, a Pop uwolnił jej ręce. Podeszła do okna. Nie rozumiała teraz swoich 

uczuć. Wiedziała tylko, że zgadzając się na wystawę w Nowym Jorku, zrobiła milowy krok, 

oddalający  ją  od  dotychczasowego  życia.  A  lunapark  był  tego  życia  istotnym  elementem. 

Wiedziała,  że  jeśli  chce  poświęcić  się  karierze  artystycznej,  nie  może  przywiązywać  się  do 

Joylandu. 

Lunapark  dawał  jej  poczucie  bezpieczeństwa,  był  jej  drugim  domem,  tak  samo  jak 

stojący za nią mężczyzna był dla niej i matką, i ojcem. Pamiętała to znużenie i zatroskanie na 

jego  twarzy,  gdy  przyszedł  do  domu  i  powiedział,  że  park  potrzebuje  pieniędzy.  Megan 

wiedziała, ile niekończących się problemów przyniesie najbliższe lato. 

background image

Pop miał prawo przeżyć starość w spokoju, poświęcając się swojemu hobby. Miał już 

w życiu wystarczająco dużo zmartwień i dużo odpowiedzialności. Miał prawo do  chodzenia 

na ryby, wysypiania się, do hodowania azalii. Czyż mogła mu tego odmawiać jedynie z lęku 

przed  przecięciem  ostatniej  nici,  jaka  łączyła  ją  z  dzieciństwem?  Pop  miał  rację.  Nadszedł 

czas na zmiany. 

Wolno podeszła do biurka i poszukała długopisu. 

- Podpisz to - zwróciła się do Popa. - Wypijemy szampana na kolację. 

Pop wziął długopis, ale nie spuszczał z niej wzroku. 

- Jesteś pewna, Meg? 

Skinęła głową bez najmniejszego wahania. 

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się na widok błysku w jego oczach, gdy pochylał się, by 

podpisać akt sprzedaży. 

Napisał  swoje  nazwisko  zamaszyście,  potem  podał  Megan  długopis,  by  mogła 

poświadczyć podpis. Megan podpisała się wyraźnymi, dużymi literami, nie pozwalając, by jej 

zadrżała ręka. 

-  Powinienem  zadzwonić  teraz  do  Katcha  -  powiedział  Pop  z  westchnieniem  ulgi, 

zupełnie jakby zdjęto mu z piersi ogromny ciężar. - Albo odwieźć mu te dokumenty. 

- Ja je zawiozę. - Megan starannie złożyła papiery. - Chciałabym z nim porozmawiać. 

- Doskonały pomysł. Weź pikapa - zasugerował, gdy odwracała się w stronę drzwi. - 

Zanosi się na deszcz. 

Gdy  dojeżdżała  do  domu  Katcha,  odzyskała  już  całkowity  spokój.  Dokumenty 

wsunęła bezpiecznie do tylnej kieszeni spodni. Zaparkowała pikapa za samochodem Katcha i 

wysiadła. 

Powietrze było śmiertelnie ciche i ciężkie, niemal drżało od zbierającego się deszczu. 

Na  niebie  kłębiły  się  czarne  chmury.  Tak  jak  poprzednim  razem,  podeszła  do  frontowych 

drzwi i zapukała. I tak samo jak przedtem nie było odpowiedzi. Odwróciła się i obeszła dom 

dookoła. 

Ale  nie  znalazła  Katcha  w  ogrodzie.  Nie  słyszała  żadnego  dźwięku  prócz  szumu 

morza stłumionego przez wysoki żywopłot. Zauważyła, że Katch posadził młodą wierzbę na 

zboczu,  które  schodziło  do  plaży.  Ziemia  pod  drzewem  była  jeszcze  ciemna,  świeżo  po-

ruszona.  Nie  mogąc  się  pohamować,  Megan  podeszła  do  drzewka,  by  dotknąć  jego 

delikatnych,  młodych  liści.  Dziś  nie  było  wyższe  od  niej,  ale  wyobraziła  je  sobie  w 

przyszłości  -  potężne,  rozłożyste,  latem  stanowiące  oazę  cienia.  Instynkt  nakazał  jej  pójść 

zboczem dalej ku morzu. 

background image

Katch  stał  z  rękami  w  kieszeniach,  obserwując  nadchodzący  przypływ.  Nagle 

odwrócił się, jakby wyczuł jej obecność. 

- Stałem tu i myślałem o tobie - powiedział. - Czyżbym cię tu ściągnął? 

Wyjęła dokumenty i podała mu zamaszystym gestem. 

-  Lunapark  jest  twój  -  powiedziała.  -  Tak  jak  chciałeś.  Nawet  nie  spojrzał  na 

dokumenty, ale dostrzegła przelotny błysk w jego oczach. 

- Chciałbym z tobą porozmawiać, Meg. Wejdźmy do domu. 

- Nie. - Cofnęła się o krok. - Naprawdę nie ma już nic do powiedzenia. 

-  To  twoja  opinia.  Ja  mam  ci  wiele  od  powiedzenia.  A  ty  mnie  wysłuchasz.  -  Jego 

głos,  w  którym  pojawiło  się  zniecierpliwienie,  dotarł  do  Megan  wraz  z  silnym  podmuchem 

wiatru. 

- Nie chcę cię słuchać, Katch! - Przy świetle pierwszej błyskawicy na niebie wcisnęła 

mu do ręki dokumenty. - Weź je! 

- Megan, poczekaj... - Gdy się odwróciła, chwycił ją za ramię. Grzmot zagłuszył jego 

dalsze słowa. 

- Nie będę czekać! - odparowała, wyrywając mu się. - Przestań mnie szarpać. Masz to, 

czego chciałeś. Nie jestem już ci potrzebna. 

Katch zaklął, wcisnął dokumenty do kieszeni i, zanim uszła dwa kroki, znów chwycił 

ją za ramię i obrócił w kółko. 

-  Nie  jesteś  chyba  taką  idiotką.  Musimy  porozmawiać.  Mam  ci  coś  do  powiedzenia. 

Coś ważnego. - Podmuchy wiatr smagały twarz Megan, targały jej włosami. 

-  Czy  ty  nie  rozumiesz  prostego  słowa  „nie"?  -  krzyknęła,  a  jej  głos  walczył  z 

narastającym  hukiem  fal  i  świstem  wiatru.  -  Nie  chcę  słuchać,  co  masz  mi  do  powiedzenia! 

Nic mnie to nie obchodzi! 

Z nieba lunął deszcz, tak silny, że zmoczył ich w okamgnieniu. 

-  A  szkoda  -  odpowiedział  równie  zły  jak  ona.  -  Ponieważ  i  tak  mnie  wysłuchasz. 

Chodźmy do środka! 

Zaczął ją ciągnąć przez plażę, ale udało jej się  wyrwać i skręcić  gwałtownie. Deszcz 

lał strugami, tworząc wokół nich ściany wody. 

- Nie! - krzyknęła. - Nie wejdę z tobą do środka! 

- Ależ wejdziesz - upierał się. 

- A co zrobisz? Zaciągniesz mnie za włosy? 

background image

- Nie podpuszczaj mnie. - Znów wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. - W porządku - 

powiedział wreszcie i jednym sprawnym ruchem, którym całkowicie ją zaskoczył, wziął ją na 

ręce. 

- Zostaw! - Oślepiona złością, kopała i rzucała się w powietrzu. Ale Katch, ignorując 

całkowicie  jej  opór,  bez  widocznego  wysiłku  wspinał  się  po  zboczu.  -  Nienawidzę  cię!  - 

krzyczała niemal histerycznie, gdy szybkim krokiem maszerował po trawniku. 

- Nie szkodzi. To dopiero początek. - Otworzył biodrem drzwi, a potem przez kuchnię 

wniósł  ją  do  salonu.  Pozostawili  za  sobą  na  podłodze  smugę  wody.  Bez  dalszych  ceremonii 

rzucił  ją  na  sofę.  -  Siedź  spokojnie  -  rozkazał,  nim  zdążyła  odzyskać  oddech.  -  Choć  przez 

chwilę  bądź  cicho!  -  Podszedł  do  kominka  i  długą  zapałką  podpalił  papier  wsadzony 

pomiędzy gałęzie i polana. Suche drewno zajęło się ogniem niemal natychmiast. 

Megan,  która  zdążyła  już  złapać  oddech,  wstała  i  skierowała  się  do  drzwi.  Katch 

powstrzymał ją, zanim palcami dotknęła klamki. Chwycił ją za ramiona i obrócił plecami do 

drzwi. 

-  Ostrzegam  cię,  Megan,  moja  cierpliwość  wisi  na  cienkim  włosku.  Nie  prowokuj 

mnie! 

-  Nie  przestraszysz  mnie  -  powiedziała  niecierpliwie,  potrząśnięciem  głowy 

odrzucając mokre włosy z czoła. 

-  Wcale  nie  próbuję  cię  przestraszyć.  Próbuję  rozsądnie  z  tobą  porozmawiać.  Ale  ty 

jesteś zbyt uparta, by zamilknąć na chwilę i posłuchać. 

Oczy jej się rozszerzyły w przypływie nowej fali gniewu. 

- Nie odzywaj się do mnie w ten sposób! Wcale nie muszę cię słuchać. 

-  Owszem,  musisz.  -  Zręcznie  sięgnął  do  jej  prawej  kieszeni  i  wyciągnął  stamtąd 

kluczyki od pikapa. Przynajmniej tak długo, jak mam to! 

- Mogę iść piechotą - odparowała, patrząc, jak jej kluczyki lądują w jego kieszeni. 

- W taką ulewę? 

- Oddaj mi kluczyki. - Potarła ramiona, ponieważ zaczynała trząść się z zimna. 

Zamiast odpowiedzi pociągnął ją bliżej kominka. 

- Musisz zdjąć te mokre ciuchy - poradził. 

- Jesteś szalony, jeśli myślisz, że się tutaj rozbiorę. 

- Jak chcesz. - Ostentacyjnie ściągnął z siebie przemoczony podkoszulek i odrzucił ją 

na bok. - Jesteś uparta jak osioł. 

-  Dzięki.  -  Ledwie  opanowała  kichnięcie.  -  To  wszystko,  co  miałeś  mi  do 

powiedzenia? 

background image

- Nie. - Podszedł do ognia. - To dopiero początek. Usiądź. 

-  A  więc  może  ja  najpierw  powiem,  co  mam  do  powiedzenia.  -  Ciało  przeszywały 

dreszcze;  musiała  walczyć,  by  opanować  drżenie.  -  Myliłam  się  co  do  ciebie.  Nie  jesteś  ani 

leniwy,  ani  niefrasobliwy,  ani  też  nie  szukasz  poklasku.  I  na  pewno  postępowałeś  ze  mną 

uczciwie. - Wytarła oczy mokre od deszczu i łez. - Powiedziałeś mi otwarcie, że zamierzasz 

kupić nasz park. Dochodzę do wniosku, że być może to najlepsze wyjście. To, co zdarzyło się 

między nami, to była moja wina, ponieważ pozwoliłam ci się do siebie zbliżyć. 

-  Przełknęła  ślinę;  chciałaby  ocalić  trochę  dumy,  ale  musiała  to  powiedzieć.  -  Ale  ty 

jesteś  mężczyzną,  którego  trudno  ignorować.  Teraz,  gdy  osiągnąłeś  swój  cel,  wszystko 

dobiegło końca. 

-  Mam  dopiero  część  tego,  czego  chciałem.  -  Podszedł  do  niej  i  wziął  do  ręki  jej 

ociekające wodą włosy. 

- Tylko mizerną część, Meg. 

Spojrzała na niego z rezygnacją. Była zbyt zmęczona, by się dalej z nim kłócić. 

- Czy nie możesz po prostu zostawić mnie w spokoju? - spytała trochę bezradnie. 

-  Zostawić  cię  w  spokoju?  Wiesz,  ile  razy  spacerowałem  po  tej  plaży  o  trzeciej  nad 

ranem, ponieważ pragnienie posiadania ciebie nie dawało mi spać? Czy wiesz, jak trudno mi 

było oderwać się od ciebie, gdy trzymałem cię w ramionach? - Zacisnął mocniej palce na jej 

włosach, przyciągając ją bliżej. 

Oczy miała teraz ogromne, a dreszcze nadal przeszywały jej skórę. Co on wygaduje? 

Nie mogła zaryzykować pytania, nie mogła zacząć się zastanawiać. Nagle zaklął i chwycił ją 

w ramiona. 

Cienkie,  mokre  ubranie  nie  stanowiło  wystarczającej  osłony  przed  jego  rękami.  Nie 

zaprotestowała, gdy pociągnął ją na podłogę, gdy jego palce pospiesznie rozpinały guziki jej 

bluzki,  a  usta,  chłodne  i  zarazem  gorące,  wędrowały  od  jej  szyi  w  dół  i  w  dół.  Jej  wychło-

dzona, mokra skóra zapłonęła ogniem pod pieszczotą tych palców, pod dotykiem ust. 

Ich  przyspieszonym  oddechom  towarzyszyło  dzwonienie  deszczu  o  szyby  i  trzaski 

polan w kominku. 

Megan usłyszała, jak Katch bierze długi, głęboki oddech, by się uspokoić. 

-  Przepraszam...  Chciałem  porozmawiać.  Jest  tyle  spraw,  o  których  muszę  ci 

powiedzieć. Ale tak cię pragnę... Zbyt długo to w sobie tłumiłem. 

Pragnę...  ?  „Pragnę"  brzmiało  trochę  lepiej  niż  zwykłe  „chcę"  -  mocniej  i  bardziej 

osobiście i, choć nadali nie wyrażało miłości, Megan uchwyciła się tego słowa z nadzieją. 

background image

- W porządku. - Chciała usiąść, ale Katch, pochylając się nad nią, znów przygwoździł 

ją do podłogi. 

- Proszę cię, Meg, wysłuchaj mnie. Przyglądała się bacznie jego twarzy i  zauważyła, 

ż

e jego oczy i wyraz ust były poważne. Naprawdę to, co chciał jej powiedzieć, musiało być 

dla niego bardzo istotne. 

- Zgoda - powiedziała już spokojnie. - Słucham. 

- Pragnę cię od pierwszej chwili, w której cię zobaczyłem, Meg. Od pierwszej minuty. 

Wiesz  o  tym.  -  Głos  miał  niski,  wyraźnie  podenerwowany.  -  Podczas  pierwszego  wieczoru, 

który  razem  spędziliśmy,  zaintrygowałaś  mnie  w  równym  stopniu,  jak  mi  się  spodobałaś.  Z 

początku  myślałem,  że  zdobycie  ciebie  będzie  proste...  Zwykły,  przyjemny  romans  na  parę 

tygodni. 

- Wiem - wtrąciła półgłosem, starając się nie okazać bólu. 

-  Nie  mów  tak.  -  Przytknął  palce  do  jej  ust.  -  Nic  nie  wiesz.  To  bardzo  szybko 

przestało  być  proste.  Gdy  przywiozłem  cię  tutaj  na  kolację,  a  ty  powiedziałaś,  że  chcesz 

zostać...  -  Zamilkł  na  chwilę  i  odsunął  kosmyki  mokrych  włosów  z  jej  policzków.  -  Nie 

mogłem  ci  na  to  pozwolić.  Choć  nie  byłem  do  końca  pewien  dlaczego.  Pragnąłem  cię, 

pragnąłem bardziej niż jakiejkolwiek kobiety w moim życiu. Ale nie mogłem cię wziąć... 

-  Katch...  -  Megan  pokręciła  głową.  Nie  była  pewna,  czy  potrafi  udźwignąć  prawdę. 

Przymknęła oczy. Katch poczekał, aż je otworzy, zanim znów się odezwał. 

-  Próbowałem  trzymać  się  z  dala  od  ciebie,  Meg.  Próbowałem  wmawiać  sobie,  że 

tylko  wyobrażam  sobie  swoje  uczucia  do  ciebie.  Ale  potem,  gdy  wściekła  pędziłaś  przez 

trawnik, wyglądałaś tak pięknie, że już nie mogłem myśleć o niczym innym. Sam twój widok 

odebrał mi oddech. - Uniósł jej dłoń i przycisnął do ust. Ten gest niezwykle ją poruszył. 

- Przestań - wyszeptała. - Przestań, proszę... Katch przez długą chwilę wpatrywał się w 

jej oczy, potem puścił jej rękę. 

- Pragnąłem cię - powtórzył spokojniejszym głosem. 

- Pragnąłem i byłem na ciebie z tego powodu wściekły. 

- Przyłożył  czoło do jej  czoła i zamknął oczy. -  Nigdy nie chciałem cię  zranić, Meg. 

Ani cię przestraszyć. 

Leżała  spokojnie,  jakby  bez  czucia.  Powoli,  bardzo  wolno  docierały  do  niej  jego 

słowa.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  był  podekscytowany  i  mówił  szczerze.  Płomyki  ognia 

połyskiwały na skórze jego ramion i pleców. 

- Nie mogłem uwierzyć, że się tak zaangażowałem - ciągnął. - Ale nie potrafiłem się 

wycofać. Byłaś stale obecna w moich myślach, w moich snach. Nie miałem odwrotu. I tamtej 

background image

nocy,  gdy  odwiozłem  cię  do  domu,  przyznałem  sam  przed  sobą,  że  wcale  nie  chcę  uciekać. 

Nie  tym  razem.  Nie  od  ciebie.  -  Uniósł  głowę  i  spojrzał  na  nią  z  góry.  -  Najpierw  musisz 

wiedzieć,  że  zrezygnowałem  z  kupna  waszego  lunaparku.  Ale  wczoraj  z  tą  propozycją 

wystąpił  twój  dziadek.  Nie  chciałem,  by  ta  sprawa  stanęła  między  nami,  ale  Pop  nalegał. 

Uważał,  że  to  i  dla  ciebie,  i  dla  niego  najlepsze  rozwiązanie.  Ale  jeśli  nie  chcesz  się  z  tym 

pogodzić, podrę te przeklęte dokumenty... 

- Nie! - zaprotestowała gwałtownie. - Wiem, że to najlepsze wyjście. Po prostu czuję 

pustkę,  jakbym  straciła  coś  bardzo  drogiego.  To  boli,  nawet  jeśli  zdaję  sobie  sprawę,  że  to 

najdogodniejsze  rozwiązanie.  Ale,  proszę,  nie  chcę,  byś  mnie  przepraszał.  Nie  powinnam  tu 

wpadać  z  krzykiem  i  mieć  do  ciebie  pretensji.  -  Czuła, że  uwalnia  się  od  wielkiego  ciężaru. 

Ból  ustąpił,  a  wszystkie  lęki  zaczęły  z  niej  opadać.  -  Pop  dobrze  robi,  sprzedając  park,  a  ty 

masz wszelkie prawo go kupić. 

-  Westchnęła,  chcąc  już  zakończyć  te  wyjaśnienia.  -  Przypuszczam,  że  w  pewnym 

sensie poczułam się zdradzona. I nie umiałam spokojnie tego przemyśleć. 

- A teraz? 

- A teraz wstydzę się, że zachowałam się jak idiotka. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem. - 

Chciałabym już jechać do domu. Pop będzie się martwić. 

- Jeszcze nie - poprosił. 

Gdy odchylił się, by wyjąć coś z kieszeni, Megan zdołała wreszcie usiąść. Zebrała do 

tyłu  mokre,  splątane  włosy.  Wtedy  zauważyła,  że  Katch  trzyma  w  dłoni  małe  pudełko.  Na 

moment zawahał się, zanim je jej ofiarował. Zaintrygowana zarówno prezentem, jak i bijącym 

od Katcha napięciem, uchyliła wieczko. I zaniemówiła. 

Był  tam  pierścionek  z  kwadratowym,  zielonym  szmaragdem,  wytworny  w  swej 

prostocie.  Megan  oszołomiona  wpatrywała  się  w  niego,  a  potem  w  Katcha.  W  milczeniu 

kręciła głową. 

- Katch... - wyjąkała. - Nie rozumiem... Nie mogę tego przyjąć. 

-  Nie  odmawiaj,  Meg.  -  Katch  przykrył  jej  dłoń  swoją.  -  Niezbyt  dobrze  znoszę 

odmowę. 

Mimo że ton jego głosu  był swobodny, zauważyła napięcie w jego twarzy. Przelotna 

myśl zadrżała w jej umyśle, a serce zatrzepotało. 

Próbowała zachować spokój i patrzeć mu prosto w oczy. 

- Nie wiem... nie rozumiem, o co mnie prosisz. 

- Wyjdź za mnie. - Uścisnął jej palce. - Kocham cię, Megan. 

background image

Zawładnęły  nią  gwałtowne  emocje.  Pomimo  że  jego  głos  brzmiał  śmiertelnie 

poważnie,  przeleciało  jej  przez  myśl,  że  Katch  żartuje.  Ale  nie,  on  nie  żartował.  Miał 

ś

ciągniętą twarz, był poruszony. Megan wstała, mocno ściskając w dłoni pudełko. Musiała to 

przemyśleć. Musiała zyskać na czasie. 

Małżeństwo... W najśmielszych snach nie oczekiwała, że poprosi ją o rękę. Że zechce 

spędzić z nią życie. Jakie byłoby to życie? Czy rozpędzone, pełne nieoczekiwanych zakrętów 

i nadspodziewanych wrażeń, podobne do jazdy na kolejce górskiej? Tego się spodziewała, ale 

pomyślała  również  o  cichych,  kameralnych  momentach,  ciepłych  chwilach  we  dwoje,  które 

na  pewno  ich  czekały.  O  takich  chwilach,  po  których  każdy  nowy  zwrot  czy  zakręt  byłby 

jeszcze bardziej podniecający. 

Być może oświadczył jej się tak otwarcie i prosto, bez ogródek i wybiegów, ponieważ 

był szczerze zdesperowany. Tak samo jak ona. Cóż za pomysł! Przycisnęła palce do skroni. A 

jednak... Megan przypomniała sobie ten błagalny wyraz jego oczu, gdy prosił ją o rękę. 

Kocham  cię.  Te  dwa  słowa,  słowa  wypowiadane  przez  ludzi  na  całym  świecie,  na 

zawsze  odmieniły  jej  życie.  Megan  odwróciła  się,  potem  podeszła  do  Katcha  i  uklękła.  Jej 

oczy  prześwietlał  wewnętrzny  blask.  Trzymając  pudełko  w  wyciągniętej  dłoni,  oświadczyła 

pospiesznie, widząc rozpacz na jego twarzy: 

-  Będę  go  nosić  na  serdecznym  palcu  lewej  dłoni.  Wtedy  chwycił  ją  w  ramiona  i 

zamknął jej usta gwałtownym pocałunkiem. 

- Och, Meg! - Obsypał pocałunkami jej twarz. - Tak się bałem, że mi odmówisz. 

-  Jak  bym  mogła!  -  Zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i  oddawała  mu  pocałunki.  - 

Kocham  cię,  Katch  -  wypowiedziała  prosto  w  jego  usta.  -  Rozpaczliwie,  bez  reszty. 

Przygotowywałam się na powolną śmierć, gdy już odejdziesz. 

- Nie miałem zamiaru odchodzić. - Leżeli znów na podłodze, a Katch zanurzył twarz 

w pachnących deszczem włosach Megan. - Pojedziemy do Nowego Orleanu w krótką podróż 

poślubną, żebyś zdążyła przygotować swoją wystawę. A na wiosnę polecimy do Paryża. 

-  Uniósł  głowę  i  spojrzał  na  nią  z  góry.  -  Wyobrażam  już  sobie,  jak  kochamy  się  w 

Paryżu. Chcę zobaczyć twoją twarz w miękkim świetle poranka. 

Dotknęła czule jego policzka. 

- Już wkrótce, kochany - powiedziała półgłosem. 

- Pobierzmy się jak najszybciej. Pragnę być z tobą. 

Podniósł pudełko, które leżało na podłodze obok nich, wyjął pierścionek  i wsunął jej 

na palec. 

background image

-  Jesteśmy  zaręczeni,  Meg  -  powiedział  stłumionym  głosem.  -  Nie  możesz  teraz 

odejść. 

- Nigdzie się nie wybieram - odparła, podając mu usta. 

background image

EPILOG 

Megan  nerwowym  ruchem  przekręciła  szmaragd  na  palcu.  Spróbowała  szampana, 

którego  Jessica  wcisnęła  jej  do  ręki.  Uśmiechała  się  niepewnie.  Nigdy  nie  spodziewała  się 

tylu ludzi. Takie tłumy! Co ona tutaj robi? W sławnej galerii na Manhattanie stała oto pośród 

podnieconych gości, udając artystkę! Najchętniej schowałaby się w jakimś zacisznym kąciku. 

-  Chodź  do  bufetu,  Meg!  -  Pop  wyglądał  nadzwyczaj  dystyngowanie  w  swym 

najlepszym  -  i  jedynym  -  czarnym  garniturze.  -  Powinnaś  skosztować  tych  smakołyków.  - 

Podsunął jej mikroskopijną kanapkę. 

-  Dziękuję.  -  Megan,  zżerana  przez  tremę,  nie  miała  wcale  apetytu.  -  Cieszę  się,  że 

przyleciałeś na weekend. 

- Jakże mógłbym przegapić wielki wieczór mojej wnuczki! - obruszył się Pop. Połknął 

kanapkę i uśmiechnął się jowialnie. - Co powiesz na ten tłum? 

- Czuję się jak oszustka - wymamrotała Megan, uśmiechając się bohatersko, gdy jakiś 

mężczyzna  w  kapeluszu  na  bakier  przystanął  nieopodal,  by  podziwiać  jedną  z  jej 

marmurowych rzeźb. 

-  Nie  pamiętam,  żebyś  kiedykolwiek  ładniej  wyglądała.  -  Pop  dotknął  rękawa  jej 

pastelowej jedwabnej sukni. - No, może z wyjątkiem dnia ślubu. 

-  Och,  dziś  jestem  o  wiele  bardziej  stremowana.  -  Omiotła  wzrokiem  tłum  gości.  - 

Gdzie się znowu podział Katch? 

-  Ostatnio  widziałem  go  w  towarzystwie  bardzo  eleganckiej  pary.  Ale  słyszałem,  jak 

Jessica mówiła, że ty masz teraz wmieszać się w tłum i rozmawiać z gośćmi. 

- Nie mogę się ruszyć. - Megan westchnęła zrozpaczona. 

- Nie sądziłem, że jesteś taka tchórzliwa, Meg - rzucił Pop prowokacyjnie. 

Z ustami na wpół otwartymi w proteście, Megan obserwowała, jak dziadek odchodzi. 

Tchórzliwa! - obruszyła się w duchu. Wyprostowała ramiona i upiła łyk szampana. Raz kozie 

ś

mierć. Nie będzie ukrywać się w kącie. Z dumnie podniesioną głową, wolno zaczęła iść do 

bufetu. 

- To pani wystawa? 

Odwróciła  głowę  i  zobaczyła  dostojną  starszą  kobietę  w  czarnej  jedwabnej  sukni 

ozdobionej brylantami. 

- Tak - przyznała Megan, nieznacznie unosząc podbródek. - To ja. 

Elegancka dama omiotła Megan długim, taksującym spojrzeniem. 

- Zauważyłam, że studium dziewczynki budującej zamek z piasku nie jest na sprzedaż. 

background image

-  Rzeźba  należy  do  mojego  męża.  -  Nawet  po  dwóch  miesiącach,  gdy  wymawiała  to 

słowo, robiło jej się cieplej na sercu, a krew zaczynała szybciej krążyć w jej żyłach. Katch... 

Jej mąż... Rozejrzała się wokół z lekkim roztargnieniem. 

- Szkoda - zauważyła kobieta w czerni. 

- Słucham panią? 

- Powiedziałam, szkoda. Chciałabym ją mieć. 

-  Pani...  -  Megan,  oszołomiona,  wbiła  wzrok  w  swą  rozmówczynię  -  pani  naprawdę 

chciałaby ją mieć? 

-  Kupiłam  już  „Kochanków"  -  ciągnęła  kobieta.  -  To  znakomita  rzeźba.  Chciałabym 

zamówić kolejny zamek z piasku. Skontaktuję się z panią przez Jessicę. 

-  Tak,  oczywiście  -  bąknęła  Megan,  automatycznie  podając  nieznajomej  dłoń. 

Zamówienie? - Dziękuję - dodała, gdy kobieta już odchodziła. 

-  Miriam  Tailor  Marcus  -  odezwał  się  obok  znajomy  głos.  -  Ciężki  orzech  do 

zgryzienia. 

Megan odwróciła się i chwyciła Katcha za ramię. 

- Katch, ta kobieta... Ona... 

- Miriam Tailor Marcus - powtórzył i pochylił się, by ją pocałować w usta. - Wszystko 

słyszałem.  Przed  chwilą  ze  skromną  miną  zbierałem  komplementy  za  mój  wkład  do  świata 

sztuki. - Stuknął kieliszkiem o jej kieliszek. - Moje gratulacje, kochanie! 

- Podobają im się moje prace? 

-  Gdybyś  nie  była  tak  zajęta  udawaniem,  że  cię  nie  ma,  wiedziałabyś,  że  odniosłaś 

ogromny  sukces.  Chodź  ze  mną.  -  Wziął  ją  za  rękę.  -  I  obejrzyj  te  wszystkie  maleńkie 

niebieskie znaczki przy twoich rzeźbach. One oznaczają „sprzedane". 

- Kupują je? - Megan roześmiała się z niedowierzaniem. - Naprawdę je kupują? 

- Jessica gorączkowo usiłuje zapanować nad sytuacją. Już trzy osoby próbowały kupić 

tę alabastrową rzeźbę, którą sama od  ciebie kupiła, i to za podwójną cenę. A jeśli za chwilę 

nie porozmawiasz z krytykami sztuki, Jessica naprawdę oszaleje. 

- Nie wierzę... 

- Uwierz. - Podniósł rękę Megan do ust. - Jestem z ciebie bardzo dumny, Meg. 

Oczy Megan wypełniły łzy. 

- Proszę... - zdołała wyszeptać. 

Bez  słowa  pociągnął  ją  przez  tłum  i  wyprowadził  do  magazynu  położonego  na 

zapleczu. 

background image

-  Jaka  jestem  głupia  -  powiedziała,  gdy  zamknął  za  nimi  drzwi.  Łzy  popłynęły 

strumieniami po jej policzkach. - Jestem idiotką... Mam wszystko, o czym w życiu marzyłam, 

a zamiast cieszyć się, płaczę na zapleczu. O wiele lepiej znosiłam porażki. 

- Kocham cię, Megan. - Śmiejąc się z cicha, przycisnął ją do piersi. 

- To wszystko jest takie nierealne - wyjąkała drżącym głosem. - Nie tylko wystawa... 

ale  wszystko.  Gdy  patrzę  na  ten  pierścionek  na  palcu,  zastanawiam  się,  kiedy  się  w  końcu 

obudzę. Nie mogę w to uwierzyć... 

Zamknął  jej  usta  pocałunkiem.  Bezradnie  westchnąwszy,  wtuliła  się  w  jego 

marynarkę.  Nadal,  po  tych  wszystkich  razem  spędzonych  dniach  i  szalonych  nocach, 

wystarczyło,  że  jej  dotknął,  że  ją  pocałował,  a  stawała  się  miękka  jak  wosk,  bezbronna  jak 

lalka. Przełknęła łzy, czując znów w żyłach pulsującą krew. Przytuliła się do niego mocniej, 

przesuwając dłońmi po jego twarzy, a potem po włosach. 

-  To  rzeczywistość  -  szeptał  prosto  do  jej  ucha.  -  Uwierz  w  nią  wreszcie.  Naprawdę 

każdej  nocy  jesteś  w  moich  ramionach  i  naprawdę  każdego  ranka  budzisz  się  przy  mnie.  - 

Wolno odsunął ją od siebie, a potem całował jej wilgotne policzki, aż zamrugała oczami. - A 

dziś wieczorem - dodał z łagodnym uśmiechem - zamierzam kochać się z najnowszą gwiazdą 

nowojorskiego świata artystycznego. A jutro rano, gdy będzie uszczęśliwiona po przeczytaniu 

recenzji w porannej prasie, zamierzam kochać się z nią znów. 

- O której możemy stąd wyjść? - spytała z nadzieją. Rozpromieniony szczęściem znów 

mocno i namiętnie ją pocałował. 

-  Nie  kuś  mnie.  Jessica  obedrze  nas  ze  skóry,  jeśli  nie  zostaniemy  tu  do  ostatniego 

gościa.  A  teraz,  popraw  makijaż  i  idź  na  salę  upajać  się  powszechnym  podziwem.  To 

wzmacnia ego. 

- Katch! - Megan powstrzymała go, zanim otworzył drzwi. - Mam jedną rzeźbę, której 

dziś wieczorem nie wystawiłam. 

- Tak? - Zaciekawiony uniósł brew. 

- Tak... - Zarumieniła się lekko. - Bałam się, że wystawa skończy się fiaskiem, ale od 

początku  uważałam,  że  jakoś  zniosę  krytykę.  Ale  ta  praca...  Nie  zniosłabym,  gdyby  ktoś 

powiedział, że jest słaba lub amatorska. 

- Widziałem ją? 

- Nie. - Ruchem głowy odrzuciła z czoła grzywkę. 

- Chciałam dać ci ją w prezencie ślubnym, ale wszystko wydarzyło się tak szybko, że 

nie  zdążyłam.  Ostatecznie  -  dodała  z  promiennym  uśmiechem  -  byliśmy  zaręczeni  zaledwie 

trzy dni. 

background image

- I tak byłem bardzo cierpliwy - podkreślił. 

-  A  potem  -  ciągnęła  -  byłam  zajęta  wystawą  i  zbyt  zdenerwowana,  by  ci  ją 

podarować. - Zaczerpnęła powietrza. - Chcę dać ci ją teraz, gdy czuję się, naprawdę czuję się 

artystką. 

- Ona jest tutaj? - spytał coraz bardziej zaciekawiony. 

Megan bez słowa sięgnęła na półkę, gdzie stało starannie przykryte płótnem popiersie. 

W milczeniu podała je Katchowi. 

Katch zdjął zasłonę, a potem długo wpatrywał się we własną twarz. 

Megan niezbyt dokładnie wypolerowała drewno, ponieważ chciała zachować tę nieco 

buntowniczą aurę, która  otaczała Davida. Rzeźba oddawała jego tupet, pewność siebie,  ale i 

wewnętrzne ciepło, które prędzej spostrzegła okiem artystki niż kobiety. Katch przyglądał się 

swemu popiersiu tak długo, że Megan zaczęła się niepokoić. Wreszcie podniósł wzrok i długą 

chwilę przeszywał ją pociemniałymi oczami. 

- Meg... - Jedynie tyle był w stanie powiedzieć. 

- Nie chcę jej wystawiać - rzekła pospiesznie. - Jest dla mnie zbyt osobista. Były takie 

chwile  podczas  pracy  nad  gipsowym  modelem  -  wyznała,  biorąc  od  niego  popiersie  i 

przesuwając palcem po wyrzeźbionych kościach policzkowych - gdy chciałam go roztrzaskać 

na  kawałki.  -  Odstawiła  rzeźbę  na  mały  stolik.  -  Ale  nie  mogłam.  Z  początku  wmawiałam 

sobie, że stale myślę o tobie tylko dlatego, że masz niezwykle plastyczną twarz. Twarz, którą 

chciałabym  rzeźbić.  -  Podniosła  głowę  i  napotkała  oczy  Katcha.  -  Zakochałam  się  w  tobie, 

siedząc w pracowni i modelując twoją głową. Myślałam, że nie mogę kochać cię bardziej niż 

wtedy. Ale się myliłam. 

- Meg... - Katch znów wziął ją za ręce i uścisnął. - Słów mi brakuje... 

- Po prostu mnie kochaj. 

- Zawsze będę cię kochać. 

Megan z westchnieniem położyła głowę na jego ramieniu. 

- Świadomość tego pozwoli mi lepiej znieść sukces. Katch objął ją i otworzył drzwi. 

- Chodźmy napić się szampana. To wyjątkowy wieczór. Trzeba go uczcić.