background image

The Eleventh of October | 1 

 

 

“The Eleventh of October” 

 

Autor:  anotherday_ Beta: Goochaa_ 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

The Eleventh of October | 2 

 

Spis treści: 

Prolog: str.3 

Rozdział pierwszy: str. 4 

Rozdział drugi: str. 14 

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 

background image

The Eleventh of October | 3 

 

Prolog 

 

„Każde głębsze uczucie prowadzi do cierpienia. Miłość bez cierpienia 

nie jest miłością” – Jan Twardowski 

 

Usiadłam  na  sofie,  na  ramiona  narzuciłam  koc  i 

podciągnęłam kolana pod brodę. Potrzebowałam chwili, aby się 
skupić  i  zacząć  opowiadać.  Najpierw  utkwiłam  wzrok  w 
swoich  dłoniach.  Potem  skierowałam  go  za  okno.  Na  dworze 
panował  chłód,  a  niekończące  się  pokłady  śniegu  sypały  się  z 
nieba. Zamknęłam oczy, policzyłam w myślach do dziesięciu i 
zaczęłam mówić. 

-  Nazywam się Isabella  Swan, ale  wolę,  gdy mówi  się na 

mnie Bella. Mam dwadzieścia sześć lat i mieszkam w Nowym 
Jorku. Od zawsze uwielbiałam dramaty. Obojętne czy książka, 
czy  film.  Ważne,  żeby  można  byłoby  się  przy  tym  porządnie 
wypłakać. Wiesz, jakie są moje ulubione? Takie o nieszczęśliwej 
miłości.  Wszystko  jest  idealnie  i  pięknie,  jak  w  bajce.  Nie 
potrzebne  ci  jedzenie,  picie,  tlen.  Nic  nie  jest  ci  potrzebne, 
ponieważ masz Jego. Nic i nikt was nie rozdzieli. Aż pewnego 
dnia twoje niewyobrażalne szczęście zmienia się w koszmar. I 
nic  nie  możesz  na  to  poradzić,  choćbyś  niewiadomo  jak  się 
starała – powiedziałam jednym tchem, tłumiąc w sobie wybuch 
płaczu. - Chciałabym ci coś opowiedzieć, Rosalie. 

Dziewczyna  usadowiła  się  wygodnie  w  fotelu.  Wie,  że 

będzie  to  długa  historia.  Rose  to  od  niedawna  moja 
„terapeutka” jeśli można to tak nazwać. Kiedy nie mogę zasnąć, 
lub po prostu nie mam siły na nic, prócz zalewaniem się łzami, 
dzwonię  do  niej,  a  ona  od  razu  siada  w  samochód  i  po  kilku 

background image

The Eleventh of October | 4 

 

minutach  siedzimy  w  moim  salonie.  Ona  z  kubkiem  kawy  w 
ręku,  a  ja  paczką  chusteczek.  Każdą  rozmowę  zaczynamy  tak 
samo.  Jak  zawszę  biorę  głęboki  oddech  i  zamykam  oczy,  po 
czym  wracam  pamięcią  do  jedenastego  października 
dwutysięcznego ósmego roku. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 

background image

The Eleventh of October | 5 

 

Rozdział Pierwszy 

 

Czasami  człowiek  jest  w  takiej  sytuacji,  gdzie  naprawdę 

nie  ma  pojęcia  czy  ma  się  śmiać,  czy  płakać.  A  ja,  siedząc  w 
mojej  kuchni,  właśnie  tak  się  czułam.  Za  to  Alice  bawiła  się 
doskonale…

 

Przez  uchylone  drzwi  sypialni  widziałam,  jak  co  kilka 

sekund  na  podłodze  ląduje  kolejna  część  garderoby.  Kiedy 
usłyszałam pisk przerażenia chochlicy, postanowiłam przerwać 
przemeblowanie mojej szafy. 

- Bello, powinnaś wyrzucić te czarne spodnie! One wyszły 

z mody… - zawahała się na chwilę, po czym wychyliła głowę z 
pomieszczenia i dodała: - One nigdy nie były modne. 

-  Alice  Mary  Brandon,  ile  razy  mam  ci  powtarzać,  że 

nigdzie się nie wybieram?! – krzyknęłam dosyć stanowczo, ale 
wiedziałam, że szanse na wygranie z moją przyjaciółką są nikłe. 
Jeśli ta dziewczyna coś sobie postanowi, to nawet sam Johnny 
Deep  –  którego  ona  wręcz  ubóstwia  –  nie  jest  w  stanie 
przekonać ją do zmiany zdania. 

-  Przecież  dzisiaj  piątek,  musisz  się  trochę  rozerwać!  – 

pisnęła, chowając się z powrotem w sypialni. – Oj, Bello, Bello. 
Co  z  ciebie  wyrośnie?  -  Oczami  wyobraźni  widziałam,  jak 
teatralnie unosi wzrok ku górze. 

Prychnęłam,  udając  obrażoną  i  kątem  oka  zerknęłam  na 

kalendarz  przypięty  magnesami  do  lodówki.  Jedenasty 
października, piątek. Alice jednak nie blefowała. Westchnęłam 
ciężko i postanowiłam stawić czoło bestii. Weszłam do sypialni, 
a to co tam zobaczyłam utwierdziło mnie tylko w tym, że chcąc 
nie  chcąc,  pójdę  na  tą  cholerną  dyskotekę.  W  pomieszczeniu 

background image

The Eleventh of October | 6 

 

panował  totalny  chaos.  Dosłownie  wszędzie  walały  się  moje 
ubrania. 

-  Alice  Mary  Brandon,  ja  naprawdę  nigdzie  się  nie 

wybieram! – wykrzyknęłam i tupnęłam nogą jak małe, urażone 
dziecko.  Dziewczyna  zerknęła  na  mnie  rozbawiona,  nic  nie 
mówiąc. 

Isabello Marie Swan, właśnie przegrałaś. 

* * * 

Około godziny dwudziestej trzeciej trzydzieści siedziałam 

przy barze, pijąc trzeciego, lub czwartego drinka. Sama się już 
pogubiłam się w tym liczeniu. W każdym razie nieźle szumiało 
mi w głowie i, ani mi się śniło ruszać tyłka z tego wygodnego 
krzesełka, które grzałam sobie przez półtorej godziny. Właśnie 
mniej  więcej  wtedy  zniknęła  Alice,  która  „całkiem 
przypadkiem”  spotkała  Jaspera  Whitlocka.  Chłopak  studiował 
kiedyś z jej bratem, Jamesem. Dzisiaj akurat grał tu koncert ze 
swoim  zespołem.  Moja  przyjaciółka  szaleje  za  nim  odkąd  go 
zobaczyła,  czyli  od  jakiś  dwóch  miesięcy.  Ona  też  nie  jest  mu 
obojętna.  Ta  dwójka  ma  się  ku  sobie,  ale  żadne  z  nich  nie  ma 
odwagi  zrobić  kroku  naprzód,  więc  na  razie  pozostają  tylko 
przy  flircie.  Trochę  mnie  to  bawi,  a  jednocześnie  dziwi.  Nie 
znam  Jaspera,  więc  nie  mogę  o  nim  nic  powiedzieć,  ale  Alice 
Brandon  to  wulkan  energii,  najbardziej  rozgadana,  śmiała, 
pewna  siebie  i  pyskata  osoba  jaką  znam.  A  ona  boi  się 
powiedzieć  niejakiemu  Whitlockowi,  że  jest  gorący  i  ma  na 
niego chrapkę. 

-  Jeszcze  jednego?  –  zagadnął  barman,  widząc  że 

opróżniłam  swoją  szklankę.  Posłałam  mu  słodki  uśmiech  i 
skinęłam głową. 

background image

The Eleventh of October | 7 

 

-  Ale  tym  razem  Malibu,  kochanie!  –  pisnęłam  i  zalotnie 

zatrzepotałam  rzęsami.  Biedak,  od  półtorej  godziny  próbuje 
ode  mnie  wyciągnąć  numer  telefonu,  ale  ja  pozostawałam 
nieugięta.  Mój  plan  polegał  na  tym,  aby  uchlać  się  do 
nieprzytomności  w  międzyczasie  potorturować  go,  a  potem 
odprawić z kwitkiem. Nagle usłyszałam, że ktoś woła mnie po 
imieniu. 

-  Bello!  Bellaaaa!  –  był  to  głos  Chochlicy,  jednak  nie 

wiedziałam  skąd  dochodzi.  Rozejrzałam  się  dookoła,  ale 
nigdzie  jej  nie  widziałam.  Widać  alkohol  nie  służy  mojemu 
mózgowi,  bo  po  zaledwie  trzech  drinkach    dostawałam 
omamów słuchowych. 

- Bells! Tu jestem! – dziewczyna warknęła mi nad uchem. 

Odwróciłam się w jej stronę. 

- Nie krzycz, Chochliku! – mruknęłam i pociągnęłam przez 

słomkę  łyk  mojego  Malibu.  –  A  tak  w  ogóle,  to  jak  tam 
Whitlock.  Gdzie  on  jest?  –  zapytałam.  W  tej  samej  chwili 
usłyszałam chrząknięcie, dobiegające gdzieś z góry. Podążyłam 
wzrokiem za źródłem dźwięku i zobaczyłam obiekt westchnień 
mojej przyjaciółki tuż obok niej. 

- Część Isabello. – uśmiechnął się blondyn, wyciągając do 

mnie rękę. 

-  Bello  –  poprawiłam  automatycznie,  ściskając  jego  dłoń. 

Stwierdziłam, że mogło to zabrzmieć trochę niegrzecznie, więc 
chcąc wyjść cało z tej sytuacji wyszczerzyłam się głupkowato. 

-  Ona  nienawidzi  swojego  pełnego  imienia,  dlatego 

strasznie  się  wkurza,  kiedy  ktoś  świadomie  się  tak  do  niej 
zwraca, a każdą nowo poznaną osobę zawsze poprawia. – Alice 
pokrótce wyjaśniła chłopakowi moje zachowanie. 

background image

The Eleventh of October | 8 

 

-  Ah,  w  takim  razie  przepraszam,  Bello.  –  Jasper 

uśmiechnął  się  przyjaźnie.  Wydawał  się  sympatycznym 
gościem w sam raz dla narwanego Chochlika. 

- Aaa! Byłabym zapomniała. Wybacz Edwardzie. – pisnęła 

moja  przyjaciółka.  Spojrzałam na  nią  zdziwiona.  Do  kogo ona 
mówiła? 

- Bello, to jest Edward Cullen, przyjaciel Jaspera. – Dopiero 

teraz  dostrzegłam    wysokiego,  miedzianowłosego  chłopaka 
stojącego  za  Jasperem.  Nie,  nie  –  stop!  Wróć.  To  nie  był  jakiś 
tam chłopak. To był super-mega-hiper-ekstra bardzo przystojny 
chłopak.  Zlustrowałam  go  spojrzeniem  od  stóp  do  głów  i 
dokonałam  szybkiej  oceny.  Miał  na  sobie  granatową  koszulę. 
Trzy  ostatnie  guziki  zostawił  odpięte,  ukazując  jego  szerokie 
barki  i  kawałek  nieźle  umięśnionego  torsu.  Jak  dla  mnie, 
prezentował się idealnie. Wiem, że może trochę wyolbrzymiam, 
ale wtedy dokładnie tak pomyślałam. Gdyby nie Jasper, pewnie 
bym się na niego rzuciła. 

-  Hej,  Cullen,  gdzie  twoje  maniery.  Przywitaj  się.  – 

blondyn szturchnął go żartobliwie w bok. Edward nie wyglądał 
na  zainteresowanego  bliższym  poznaniem  mojej  osoby.  Był 
wyraźnie  podirytowany  i  znudzony.  Chyba  też  został 
zaciągnięty na tą dyskotekę mimo woli. 

- Edward Cullen – mruknął, jednocześnie podając mi dłoń. 

Postanowiłam 

zachować 

się 

bardziej 

przyjaźnie 

odpowiedziałam mu uśmiechem. 

- Bella Swan, miło mi. 

* * * 

Kilka  godzin  i  drinków  później, atmosfera  stała  się  mniej 

napięta. Edward trochę się rozchmurzył. Zdołałam się od niego 
dowiedzieć,  że  ma  dwadzieścia  trzy  lata  i  mieszka  ze  swoim 

background image

The Eleventh of October | 9 

 

kumplem  Emmettem.  Poza tym, kiedy  Jasper opowiadał jakąś 
zabawną  historię  z  wakacji,  Edward  wtrącił,  że  wcale  nie  był 
nawalony  w  trzy  dupy  i,  gdy  Chochlica  zapytała  go,  czy  ma 
może przy sobie tusz do rzęs o mało nie oblał się drinkiem i z 
rozbawieniem  pokręcił  przecząco  głową,  na  co  dziewczyna 
wydała z siebie jęk zawodu. 

Alice  i  Jasper  chyba  w  końcu  zrozumieli,  że  są  dla  siebie 

stworzeni.  Siedzieli,  tuląc  się  do  siebie  i  szepcząc  słodkie 
słówka.  Ja z kolei zastanawiałam się, czy jutro, gdy alkohol już 
wyparuje,  nadal  będą  tacy  śmiali  lub  czy  w  ogóle  będą 
pamiętać co się wydarzyło tego wieczoru. 

-  Ooo,  to  moja  ulubiona  piosenka!  Kocham  ją!  –  pisnęła 

moja  przyjaciółka.  –  Jasper,  zatańczysz  ze  mną?  –  posłała 
chłopakowi  jeden  z  najpiękniejszych  swoich  uśmiechów.  I  jak 
tu  odmówić  takiemu  małemu,  słodko  trzepoczącemu  rzęsami 
Chochlikowi?  Wszystko  byłoby  dobrze,  gdyby  nie  fakt,  że 
zostałam z Edwardem sam na sam. 

Kiedy  nasze  gołąbeczki  zniknęły  na  parkiecie,  wśród 

tańczących  par  zapadła  krępująca  cisza.  Przez  kilka  minut 
siedzieliśmy nic nie mówiąc, aż wreszcie postanowiłam się, że 
na  chwilę  ulotnię  się do łazienki,  a  kiedy  wrócę  może  zastanę 
przy stoliku Al i Jaspera. 

-  Przepraszam  na  chwilę.  Muszę  iść…  do  WC  – 

mruknęłam  zakłopotana.  Miedzianowłosy  zerknął  na  mnie 
znad  szklanki  i  skinął  głową.  Wstałam  z  miejsca  i  szybkim 
krokiem  skierowałam  się  w  stronę  łazienek.  Jednak  zrobiłam 
zaledwie  parę  kroków,  a  poczułam  na  ramieniu  czyjąś  dłoń. 
Odwróciłam się i zobaczyłam Edwarda. 

-  Może  lepiej,  jeśli  pójdę  z  tobą,  co?  Kręci  się  tu  kilku 

nieciekawych typów. – powiedział. 

background image

The Eleventh of October | 10 

 

- Dam sobie ra… - nie zdążyłam dokończyć, bo pociągnął 

mnie za łokieć w stronę męskiego WC. 

- Nie gadaj tyle, tylko chodź.  – mruknął. – I nie patrz tak 

na mnie. Tu jest tylko jedna, wspólna łazienka. Dla kobiet i dla 
mężczyzn. – dodał, widząc moją zdezorientowaną minę. 

Weszłam  do  jednej  z  kabin  i  oparłam  się  o  ścianę. 

Spojrzałam  na  zegarek  w  telefonie.  Było  trochę  po  północy. 
Alice  i  Jasper  dobrze  się  bawili,  a  ja  siedzę  w  jakimś 
podrzędnym klubie, gdzie jest tylko jedno WC. No i w dodatku 
czeka  na  mnie  chłopak,  który  ma  chyba  rozdwojenie  jaźni. 
Najpierw  traktuje  mnie  jak  powietrze,  a  potem  nagle  zaczyna 
się o mnie martwić. 

- Długo jeszcze? – Tak… o wilku mowa. 
- Zaraz. Muszę się trochę… ogarnąć – odpowiedziałam. 

Wzięłam  głęboki  oddech  i  wyszłam  z  kabiny.  Podeszłam  do 
lustra  wiszącego  nad  umywalką.  Poprawiłam  włosy  i 
westchnęłam ciężko. Chyba czas wracać do domu. 

- Wszystko w porządku? -  usłyszałam głos Cullena tuż za 

sobą. Był blisko. Czułam jego oddech na moich nieosłoniętych 
ramionach.  Po  plecach  przeszedł  mi  zimny  dreszcz,  a  twarz 
spłonęła  rumieńcem.  Spojrzałam  w  jego  odbicie  w  lustrze. 
Patrzył na mnie odrobinę zmartwiony. Skąd u niego do cholery 
taka zmiana? 
Potrząsnęłam głową, jakby miało mi to pomóc w skupieniu się. 
Strasznie ciężko było mi myśleć i było mi odrobinę niedobrze. 

- To nic takiego, po prostu za dużo alkoholu na dziś. Będę 

się  już  zbierać  do  domu.  Przeproś  ode  mnie  Alice  i  Jaspera, 
okej? - mruknęłam, kierując się do drzwi. 

- Zaczekaj. Przecież nie będziesz wracać do domu sama, w 

nocy! – powiedział, zawzięcie szukając czegoś w kieszeniach. – 

background image

The Eleventh of October | 11 

 

Nie mam przy sobie już ani centa, więc chyba będziemy musieli 
się  przejść.  Ewentualnie  weźmiemy  jakiegoś  taksówkarza  na 
litość. – dodał po chwili, uśmiechając się przepraszająco. 
Skinęłam głową, również siląc się na uśmiech, zamiast którego 
wyszedł grymas. Z moim żołądkiem było coraz gorzej. Zbierało 
mi  się  na  wymioty  i  kręciło  się  w  głowie.  Ruszyłam  w  stronę 
drzwi, ale po kilku krokach zatoczyłam się i gdyby nie Edward, 
pewnie leżałabym teraz na ziemi. 

-  Dzięki.  –  wymamrotałam  i  z  jego  pomocą  wróciłam  do 

pionu. – Chodźmy już. 

* * * 

Czterdzieści  pięć  minut  później  staliśmy  na  klatce 

schodowej  przed  drzwiami  do  mojego  mieszkania.  Po  tak 
długim spacerze poczułam się trochę lepiej. Przez całą drogę z 
klubu  Edward  nie  odezwał  się  do  mnie  ani  słowem.  Dopiero 
kiedy byliśmy na miejscu, zagadnął: 

- To tutaj? To co, chyba dasz już sobie radę? 
- Chyba raczej tak. – uśmiechnęłam się. Nastała niezręczna 

cisza. Nie wiedziałam, czy mam zaprosić go do środka, czy po 
prostu  się  pożegnać.  To  wszystko  przez  te  jego  zmiany 
nastroju.  Najpierw  był  dla  mnie  niemiły,  potem  nagle  stał  się 
troskliwy niczym kochana babunia, a jeszcze potem nie odzywa 
się ani słowem. 

-  To  ja  już  pójdę.  –  Chłopak  przerwał  ciszę.  Zszedł  parę 

schodów niżej, po czym rzucił jeszcze przez ramię: - Dobranoc. 

- Czekaj! – zawołałam za nim. Zatrzymał się i spojrzał na 

mnie z uśmiechem. Chyba wiedział, o co mi chodzi. 

* * * 

Zegar na ścianie wskazywał godzinę trzecią piętnaście. Ja i 

Edward  siedzieliśmy,  a  raczej  na  wpół  leżeliśmy  na  mojej 

background image

The Eleventh of October | 12 

 

kanapie w salonie. Na podłodze stało kilka pustych butelek po 
piwie oraz dwie paczki papierosów. Trzymałam jednego w nich 
w  dłoni  co  chwila,  zaciągając  się  dymem,  a  potem  probując 
wydmuchać  z  niego  różne,  ciekawe  kształty.  Edward  z  kolei 
popijał swoje piwo, spoglądając na mnie z uśmiechem.  

-  Ładnie  wyglądasz  z  fajką.  Tak  seksownie.  –  zagadnął, 

puszczając mi oczko.  

-  Nie  wypowiadaj  przy  mnie  słowa  zawierające 

przedrostek „seks”,  bo  rzucę  się na ziemię  i zgwałcę dywan  – 
jęknęłam,  wywracając  oczami.  –  Nie  uprawiałam  seksu  do 
trzech miesięcy. 

-  Żartujesz?  –  chłopak  parsknął  śmiechem,  omal  się  nie 

krztusząc.  –  Taka  laska  jak  ty?  Trzy  miesiące  i  zero  seksu?  – 
mruknął, unosząc brwi.  

-  Mój  ostatni  chłopak  okazał  się  strasznym  dupkiem  i 

postanowiłam sobie odpuścić, na jakiś czas – odparłam, gasząc 
papierosa.  

Edward nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się zadziornie 

i  przysunął  w  moją  stronę.  Wiedziałam do  czego  zmierza,  ale 
nie  byłam  pewna,  czy  tego  chcę.  Znałam  go  tylko  od  kilku 
godzin! 
 

Jednak  wszystkie  moje  wątpliwości  rozwiał  jego  dotyk. 

Przejechał palcem od mojego ramienia, aż po dłoń. 
 

-  Kochaj  się  ze  mną,  Bello.  Bez  żadnych  zobowiązań,  tak 

dla przyjemności – szepnął mi do ucha, przygryzając je lekko. 
Moje serce biło jak oszalałe. Bałam się, że zaraz wyskoczy mi z 
piersi.  Moja  intuicja  podpowiadała  mi, żebym mu  nie  ulegała, 
ale  ciało  żyło  już  własnym  życiem.  Być  może  podjęłam 
najgłupszą  i  najbardziej  nieodpowiedzialną  decyzję  mojego 
życia, ale postanowiłam zdać się na to drugie. 

background image

The Eleventh of October | 13 

 

 

Nic  nie  mówiąc,  po  prostu  przyciągnęłam  Edwarda  do 

siebie  i  usiadłam  na  nim  okrakiem.  Chłopak  uśmiechnął  się 
nonszalancko  i  wpił  się  w  moje  usta.  Smakował  alkoholem  i 
papierosami, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało.  
 

Wplątałam  dłonie  w  jego  włosy,  jednocześnie  bawiąc  się 

jego językiem. On tymczasem błądził dłońmi po moich udach.  
 

-  Kochaj  się  ze  mną,  Edwardzie!  –  wysapałam  między 

pocałunkami. 
 

- Z przyjemnością. – szepnął tuż przy moich ustach. 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

The Eleventh of October | 14 

 

Rozdział Drugi 

 
Obudziły 

mnie 

promienie 

porannego 

słońca, 

przedzierające  się  przez  zasłony.  Zmrużyłam  oczy  i 
przekręciłam się na drugi bok. Za nic w świecie nie chciało mi 
się  wstawać.  Po  kilku  minutach  robienia  szybkiej  listy  „za”  i 
„przeciw” w mojej głowie, podjęłam decyzję.  

Z trudem wygramoliłam się z łóżka i od razu podążyłam 

do  kuchni.  Po  drodze zerknęłam w  lustro, co  spowodowało  u 
mnie stan przedzawałowy. Wyglądałam jak postać z nędznego 
komedio-horroru.  

Gdy  w  końcu  dotarłam  do  mojej  „Ziemi  Obiecanej”, 

dziękowałam  Bogu,  że  dał  mi  taką  możliwość.  Miałam 
wrażenie,  że  nie  mam  w  organizmie  ani  kropelki  wody.  Moje 
gardło  było  zaschnięte  niczym  Sahara,  a  żołądek  też  dawał  o 
sobie znać. Do tego ten okropny ból rozrywający moją czaszkę 
od  środka.  Przez  niego  cichutkie  tykanie  wskazówek  zegara 
doprowadzało mnie do szału. Byłam pewna, że zaraz pękną mi 
bębenki w uszach.  

Gdy chciałam otworzyć lodówkę i wygrzebać coś do picia 

zauważyłam  kartkę  leżącą  na  stole.  Wzięłam  ją  do  ręki  i 
przeczytałam.  Była  na  niej  krótka  wiadomość,  napisana 
odrobinę nieestetycznym, lecz czytelnym pismem.  
 

Wybacz, że tak bez pożegnania, ale musiałem zjawić się w pracy. Nie 

chciałem Cię budzić, bo tak słodko spałaś. Spisałem sobie Twój numer, 

zadzwonię wieczorem, ewentualnie jutro. 

To była bardzo udana noc… 

Edward 

background image

The Eleventh of October | 15 

 

 
 

Uśmiechnęłam się pod nosem i odłożyłam kartkę. Tak, to 

zdecydowanie była bardzo udana noc… 

*** 

 

Usłyszałam  dźwięk  dzwonka  do  drzwi.  Leżałam  w  tym 

czasie  na  kanapie,  z  zimnym  okładem  na  czole.  Nie  miałam 
najmniejszej ochoty wstać, więc postanowiłam udawać,  że nie 
ma mnie w domu. Dźwięk dzwonka rozniósł się po mieszkaniu 
jeszcze kilka razy, po czym osoba dobijająca się do drzwi chyba 
sobie poszła.  

Niestety,  po  chwili  usłyszałam  głos  Adele  wykonującej 

Rolling In The Deep, sygnalizujący przychodzące połączenie.  
 

Zerknęłam  na  wyświetlacz  i  postanowiłam,  że  lepiej 

będzie, żebym odebrała - dla mojego zdrowia psychicznego, jak 
i fizycznego. 
 

-  Jesteś  w  domu,  słyszałam  jak  twój  telefon  dzwoni. 

Chciałaś  się  mnie  pozbyć,  co?  Wiesz,  że  ze  mną  nie  jest  tak 
łatwo,  koleżanko.  Musimy  sobie  poważnie  porozmawiać.  – 
Alice  krzyknęła  do  telefonu  i  rozłączyła  się.  Podeszłam  do 
drzwi i otworzyłam je, po czym od razu zeszłam jej z drogi. 

Dziewczyna  wpadła  do  mieszkania  z  impetem  i  nie 

zawracając  sobie  głowy zdjęciem kurtki,  czy  butów weszła  do 
salonu  i  usiadła  na  kapie.  Teatralnie  założyła  nogę  na  nogę  i 
oparła na kolanach splecione dłonie.  
 

-  Mamy  coś  bardzo  ważnego  do  obgadania  –  mruknęła, 

mrożąc  mnie  wzrokiem.  Zmarszczyłam  brwi  i  usiadłam 
naprzeciwko niej. 
 

-  Okej,  słucham  cię  Alice.  Coś  się  stało?  –  powiedziałam, 

krzyżując ręce na piersi. Przeczuwałam, że to nie będzie nasza 
najprzyjemniejsza rozmowa. 

background image

The Eleventh of October | 16 

 

 

-  Edward  Cullen  się  stał,  Bello.  Spałaś  z  nim  dzisiejszej 

nocy, prawda?  
 

Nim  brunetka  dokończyła  zdanie,  poderwałam  się 

gwałtownie z miejsca. Wymachując rękami i grożąc jej palcem 
wykrzyknęłam: 
 

-  Ty...  Ty  nie  masz  prawa  ingerować  w  moje  prywatne 

sprawy! 
 

Ze  złości,  aż  się  we  mnie  zagotowało.  Alice  była  moją 

najlepszą  przyjaciółką  i  dobrze  wiedziała,  że  nienawidzę,  gdy 
ktoś wtrąca się w moje życie. To co robię mój problem. Jeśli coś 
pójdzie  źle,  to  ja  będę za  to  odpowiadać,  nikt  inny.  Każdemu 
łatwo jest gadać, upominać, ale jeśli potrzeba pomocy, to nagle 
wszyscy  od  początku  wiedzieli,  że  tak  będzie  i  nie  mają 
zamiaru się w to mieszać. 
 

- Bella, nie krzycz. Ja nie chcę ci tu prawić kazań na temat 

twoich przygód na jedną noc z obcymi facetami, chociaż dobrze 
wiesz,  że  tego  nie  popieram  –  powiedziała,  dokładnie 
akcentując  ostatnie  słowa.  –  Ale  chcę  ci  tylko  powiedzieć,  że 
Cullen  jest  graczem.  Bawi  się  dziewczynami.  Przelatuje  je, 
zalicza, kolekcjonuje a potem wyrzuca jak zużyty przedmiot. A 
ty  już  jesteś  jedną  z    wielu,  które  spędziły  z  nim  noc.  Więc 
błagam  cię,  Bello.  Nie  kontaktuj  się  z  nim  i  nie  spotykaj.  – 
Dziewczyna  zakończyła  swój  monolog.  Wzięłam  głęboki 
oddech,  policzyłam  w  myślach  do  dziesięciu  i  ponownie 
zajęłam swoje miejsce.  
 

-  Przepraszam,  Alice.  Ja  tylko  nie  mogę  znieść,  gdy  ktoś 

wpieprza  się  w  moje interesy. Zresztą,  dobrze  o  tym wiesz. A 
Edward to całkiem fajny facet. Nasłuchałaś się za dużo plotek, 
Al  –  powiedziałam  najspokojniej,  jak  tylko  potrafiłam. 
Dziewczyna zmarszczyła czoło i pokręciła przecząco głową.  

background image

The Eleventh of October | 17 

 

 

- Posłuchaj mnie. Ja się o ciebie po prostu martwię. Jesteś 

dla  mnie  jak  siostra,  a  nawet  jesteś  moją  siostrą,  do  cholery 
jasnej.  Wiem, że  i  tak  zrobisz  jak  uważasz,  więc  moje  gadanie 
jest  na  nic  –  mruknęła,  jednocześnie  wstając  i  kierując  się  do 
wyjścia. Odprowadziłam ją i oparłam się o futrynę drzwi. Alice 
stała  na  klatce  schodowej  i  patrzyła  na  mnie  wyczekująco. 
Kiedy  zorientowała  się,  że  nie  mam  zamiaru  przyznawać  jej 
racji, sama zabrała głos. 
 

- Bello, tylko żeby potem nie było, że cię nie ostrzegałam. 

Jesteś  uparta  jak  osioł  –  mruknęła  i  spojrzała  na  mnie  z 
wyrzutem.  –  Muszę  już  lecieć,  bo  jutro  prowadzę  wykład  na 
temat 

najwybitniejszej 

dziennikarki 

lub  dziennikarza 

współczesnego.  Wpadniesz?  Muszę  wybrać,  kto  według  mnie 
zasługuje  na  to  miano  i  jakoś  ciekawie  i  sensownie  to 
uzasadnić. Po cholerę ja szłam na to dziennikarstwo, możesz mi 
wyjaśnić?  Mogłam  studiować  z  tobą  architekturę.  Jestem 
przecież  kreatywna,  nie?  Zaprojektowałabym  na  przykład 
ratusz w kształcie Yorka, bo przecież sama nazwa miasta mówi 
Nowy-Jork.  Mielibyśmy  ratusz  w  kształcie  małego  pieska.  To 
byłoby takie słodkie, co nie? Ale no tak, ja poszłam studiować 
dziennikarstwo, 

bo 

podobno 

jestem 

nadzwyczaj 

komunikatywna  i  wygadana.  –  Spokojnie  przeczekałam 
słowotok  Chochlika,  po  czym  cmoknęłam  ją  w  policzek  i 
pożegnałam się z nią.  
 

Kiedy z  powrotem  położyłam się  na  kanapie, a  na  moim 

czole znalazł się zimny okład. Przypomniało mi się, że przez to 
wszystko  zapomniałam  zapytać  Alice  o  to,  jak  potoczyły  się 
sprawy  z  Jasperem.  Postanowiłam  jednak  się  tym  nie 
przejmować i odpocząć jeszcze kilka minut. 

*** 

background image

The Eleventh of October | 18 

 

Wieczorem, siedząc nad książkami co chwila nerwowo 

zerkałam na telefon. Edward wspomniał, że zadzwoni, jednak 
zegar wskazywał już niemal północ i zaczynałam w to wątpić. 

Pocieszałam się za to faktem, że na pewno odezwie się jutro.  

Kilkanaście minut później, gdy było grubo po dwudziestej 

czwartej  stwierdziłam,  że  i  tak  już  więcej  się  nie  nauczę,  więc 
odłożyłam  notatki  i  wskoczyłam  po  kołdrę.  Przed  snem 
postanowiłam napisać jeszcze do Alice. 
 

Hej Chochlico, przez te twoje kazanie na temat Cullena zapomniałam 

zapytać jak poszło z Jasperem? 

Bella 

 
 

Po chwili otrzymałam odpowiedź: 

 

Ah, po tym kiedy się ulotniliście z panem E. było wspaniale. On jest 

taki słodki i kochany, wiesz? I nie chce mnie tylko wykorzystać i 

rzucić, jak ten twój Cullen. Mówię Ci dziewczyno, zapomnij o nim. A 

resztę o Jazzy’m opowiem Ci jutro. Wpadniesz na mój wykład o 

15.00? 

Chochlik ;* 

 
 

Zaśmiałam się, czytając SMS-a przyjaciółki i odpisałam jej 

szybko. 
 

Dobra, dobra. Zostawmy temat Edwarda. Wykład o 15.00? To 

świetnie, bo o 14.50 kończę zajęcia, więc akurat się wyrobię. Jutro chcę 

się dowiedzieć 

wszystkich 

szczegółów. A teraz idę już spać, bo 

dosłownie padam na twarz. Nawet nie wiesz przez co dzisiaj 

przechodziłam. Miałam potwornego kaca. 

Dobranoc Chochlico ;* Wiesz że Cię kocham, nie? ;*  

background image

The Eleventh of October | 19 

 

*** 

 

Niestety, moje nocne zdobywanie wiedzy nie wychodzi mi 

na dobre. Podczas zajęć z całych sił starałam się, aby nie zasnąć. 
Całkiem  dobrze  mi  to  wychodziło.  Minusem  było  to,  że  nie 
dochodziło do mnie nic z tego, co mówił pan Harris.  
 

Szturchnęłam  siedzącą  obok  mnie  Angelę  Weber.  Była 

przykładną  studentką,  zawsze  miała  wszystkie  materiały, 
uczyła się chyba dwadzieścia cztery na dobę.  
 

-  Angela,  skserujesz  mi  potem  notatki?  Zarwałam  noc, 

jestem nieprzytomna i nie dam rady nic napisać – wyszeptałam, 
robiąc  przy  tym  maślane  oczy.  Dziewczyna  skinęła  głową 
twierdząco,  nie  przestając  notować.  Chciałam  jeszcze  coś 
powiedzieć,  ale  pomyślałam,  że  nie  będę  jej  przeszkadzać  w 
pisaniu. 
 

Po  dwóch  godzinach  mojego  spania  z  otwartymi  oczami 

wreszcie skończyłam zajęcia. Od razu skierowałam się na aulę, 
w  której  miał  się  odbyć  wykład  Alice.  Wpadłam  na  nią  w 
drzwiach. 
 

-  O,  Bella!  Jesteś,  już  się  bałam  że  cię  nie  będzie.  Idę  po 

kawę do automatu, pójdziesz ze mną?  
 

- Jasne, chodź – uśmiechnęłam się i ruszyłam za Chochlicą. 

–  Czy  nie  miałaś  mi  czasem  opowiedzieć  o  Jasperze?  – 
zagadnęłam, przyglądając się jak przyjaciółka wrzuca drobniaki 
do automatu. 
 

-  Ah…,  chyba  ci  coś  takiego  obiecałam  –  zachichotała  i 

odebrała  napój.  –  No,  więc…  Kiedy  wyszliście,  zrobił  się 
odważniejszy.  Najpierw  prawił  mi  komplementy.  Wiesz,  że 
jestem  śliczna,  zabawna  i  takie  tam.  Nie  powiem  –  kolana  mi 
miękły, kiedy go słuchałam. Potem postanowiliśmy, że pora już 

background image

The Eleventh of October | 20 

 

wracać. Jasper zamówił taksówkę, za którą oczywiście zapłacił. 
Pojechał ze mną do domu, a sam wrócił na piechotę. 
 

Uniosłam brwi ze zdziwieniem. 

 

- I to tyle? Koniec historii? Nawet cię nie…  - nie dane mi 

było dokończyć, bo Alice wyprzedziła moje pytanie. 
 

-  Pocałował  mnie  na  pożegnanie  w  policzek  i  tylko  tyle. 

Bello,  znamy  się  tylko  kilka  tygodni.  On  nie  jest  Edwardem 
Cullenem…  -  powiedziała  z  wyrzutem  i  zostawiła  mnie  na 
środku  auli,  kierując  się  do  mównicy.  Rozłożyła  na  niej  swoje 
notatki, poprawiła spódnicę i zaczęła wykład. 
 

Ja natomiast zajęłam pierwsze lepsze miejsce i starałam się 

wsłuchać w słowa przyjaciółki, jednak nie potrafiłam się skupić. 
Rozdrażniła  mnie  swoim  zachowaniem.  Kiedy  porównała 
Jaspera  z  Edwardem  poczułam  się,  jakbym  była  w  jej  oczach 
jakąś  łatwą  panienką  do  zaliczania.  Pewnie  gdybym  tyle  nie 
wypiła,  nie  zachowałabym  się  tak  tamtej  nocy.  Dopiero  kiedy 
moje  myśli  zbiegły  się  do  Edwarda,  przypomniało  mi  się,  że 
miał  zadzwonić.  Szybko  wygrzebałam  z  torebki  komórkę,  ale 
niestety rozczarowałam się. 
 

Ogarnęła  mnie  złość  pomieszana  z  żalem.  Może  jednak 

Alice miała rację? Był graczem i chciał się tylko ze mną zabawić. 
Przez  przypadek  trafił  do  tego  klubu  i  skorzystał  z  okazji. 
Zauważył zalaną, zdesperowaną laskę i po prostu umilił sobie 
wieczór. Świetnie Bello, dałaś się zaliczyć.