background image

Zygmunt Zonik

W SZPONACH PRZYMUSU

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1984

Okładkę projektował: Zygmunt Zaradkiewicz

Redaktor: Wiesława Zaniewska-Orchowska

Redaktor techniczny: Janusz Festur

background image

Przykra niespodzianka

Adolf Hitler nerwowo odmierzał kroki spacerując po dość wygodnie, choć w porównaniu z wystrojem 

Kancelarii Rzeszy iście purytańsko umeblowanym bunkrze w „Wolfschanze”. Tutaj mieściła się Kwatera 
Główna Niemieckich Sił Zbrojnych. Był wyraźnie w złym humorze i nawet jego pierwszy adiutant, generał 
Rudolf Schmudt, dyskretnie trzymał się w cieniu. W kącikach oczu kanclerza czaiły się, jeszcze nie stopione, 
resztki strachu. Dopiero teraz, kiedy już było „po wszystkim”, uzmysłowił sobie z całą jasnością, co by się 
stało, jeszcze tak niedawno, tej właśnie zimy 1941—1942 roku, gdyby nie zadziałał szybko i bezwzględnie.

Wspomnienie radzieckiej kontrofensywy rozpoczętej 6 grudnia 1941 roku, która postawiła Wehrmacht 

w   obliczu   dotkliwego   kryzysu,   przez  długi   czas   przewijało   się   w   wypowiedziach   führera   przy   stole 
konferencyjnym. Zwłaszcza to, co o nastrojach w armii doniósł jeden z generałów frontowej dywizji. Nagle 
żołnierze przypomnieli sobie odwrót Napoleona spod Moskwy...  Gdyby historia się powtórzyła,  odwrót 
mógłby zamienić się w paniczną ucieczkę i katastrofalną klęskę.

Do tego nie doszło. Odrzucił sugestie generałów „planowego wycofania się” i zatrzymał front, dalej od 

stolicy   Związku   Radzieckiego,   ale   jednak.   Pozbawił   dowództwa   swoich   najlepszych   z   najlepszych: 
feldmarszałka Gerda Rundstedta, Heinza Guderiana i Ericha Hopnera, a ich następcom rozkazał trwać i bić 
się nieustępliwie.

Powstrzymał odwrót, ale jakim kosztem! Tysiące niemieckich żołnierzy zamarzło na śmierć, dziesiątki 

tysięcy   cierpiało   na   odmrożenia   i   trzeba   ich   było   wycofać   na   zaplecze,   zapełniając   nimi   szpitale   w 
Generalnym Gubernatorstwie i w Rzeszy.

Rozpoczęły  się   dyskusje   w  łonie   Oberkommando  der   Wehrmacht.   Temat  był  jeden:   jak   przełamać 

rosyjski front. W trakcie tych krzyżujących się zdań i opinii feldmarszałek Walter von Brauchitsch podał się 
do dymisji, a Hitler oznajmił, że sam obejmuje dowództwo nad armią niemiecką.

Na 6 i 7 lutego 1942 roku władca „Wilczego Legowiska” zwołał w trybie pilnym konferencję. Miały 

zapaść daleko idące decyzje, w kwestii starań, jakich należy dołożyć, aby niemiecka gospodarka sprostała 
zrnienionym   wymaganiom   wojennym.   Z   Berlina   przylecieli:   minister   uzbrojenia   i   amunicji   Fritz   Todt, 
minister gospodarki Walter Funk i kilku innych. Marszałek Rzeszy i minister lotnictwa Hermann Göring był 
na miejscu.

Hitler   nie   krył,   że   jest   zaskoczony  jak   nigdy  dotąd.   Zaatakował   Związek   Radziecki   z   lądu   oraz   z 

powietrza,   i   chełpił   się,   że   sześćdziesiąt   procent   z   użytych   czterech   tysięcy   maszyn   jego   Luftwaffe 
wystarczy, żeby blitzkrieg na Wschodzie zakończył się po czterech tygodniach.

Wprawdzie Göring, jako dowódca sił powietrznych, proponował, żeby do napaści na „bolszewickiego 

kolosa na glinianych nogach” — jak oceniali wtedy ZSRR — rzucić od razu cały niemal sprzęt latający i 
skończyć ze Stalinem „w krótkich abcugach”, ale führer ostudził go w tym zamiarze.

— Nie, Göring — powiedział przybierając ton wyższości, jakim nauczyciel przemawia do ucznia. — 

Nasze lotnictwo musi operować w rejonie Morza Śródziemnego z przyległymi basenami. Zwłaszcza teraz, 
gdy   okupujemy   Jugosławię,   Grecję   i   Kretę.   Musimy   z   powietrza   kontrolować   całe   wybrzeże   Afryki 
Północnej. Churchill panuje, niestety, na tamtych wodach, a i Rommla nie mogę pozostawić z jego Afrika 
Korps bez lotnictwa. Nie chcę ogołocić z samolotów Norwegii, Zachodu i Kriegsmarine. W Anglię trzeba 
bić dalej, sterroryzujemy ludność, a potem pójdzie nam już łatwiej, zwłaszcza, że pracujemy nad  „bronią 
odwetową...”. Wszystko to wymaga dużego potencjału lotnictwa, nie mówiąc już o obronie Rzeszy.

Przywódca NSDAP, dyktator i głównodowodzący sił zbrojnych w jednej osobie, dufny był w potęgę 

swej armii, nie doceniał Kraju Rad, jego zasobów i ludzi.

Już  9  grudnia  „zmył”  Göringowi  głowę  i  nazwał  jego  lotników  tchórzami  za  to,  że  Luftwaffe  nie 

wyrąbała armii drogi do Moskwy.

— Co pan zrobił z naszym lotnictwem? — krzyknął na niego podczas odprawy. — Dlaczego ponosimy 

takie straty? Produkcja rośnie, a samolotów brak, ciągle za mało!

—   Warunki   atmosferyczne   —   próbował   tłumaczyć   dowódca   Luftwaffe.  —   To   jest   nasz   główny 

przeciwnik. Utrudnione dostawy paliwa też dają się we znaki, transport lądowy utknął, powietrzny jest zbyt 
słaby...

— To pana wina — uciął Hitler.
Złego   zdania   o  Luftwaffe   i   jej   dowódcy  byli   również   generałowie:   Franz   Halder,   Wilhelm  Keitel, 

Brauchitsch i inni. Marszałkowie tego w oczy nie mówili, ale przed Hitlerem nie kryli swych opinii.

Wkrótce miało się okazać, że w samej tylko  drugiej  połowie 1942 roku Niemcy stracą na froncie 

wschodnim   ponad   cztery   tysiące   osiemset   samolotów.   Zmusiło   to   agresora   do   wydatnego   zwiększenia 
produkcji, zwłaszcza myśliwców.

Hitler dostrzegł to jako absolutną konieczność właśnie teraz, na początku lutego 1942 roku. Długą, 

background image

poufną rozmowę w tej sprawie odbył z ministrem uzbrojenia, zarazem szefem organizacji Todt prowadzącej 
roboty budowlane o znaczeniu wojennym. Nie była to bynajmniej rozmowa pogodna.

Nic dziwnego. Krótkotrwała przewaga hitlerowskiego lotnictwa zdawała się kończyć, a teraz Hitler, 

bijąc pięścią w stół, mówił, że Luftwaffe musi odzyskać panowanie w powietrzu, zarówno na wschodzie jak 
i na zachodzie. Główny nacisk należało, jego zdaniem, położyć obecnie, nie jak dawniej, na atakowaniu 
lotnisk   lecz   na   zwalczaniu   przeciwnika   w   powietrzu.   Zmuszał   do   takiej   zmiany   zadziwiająco   rosnący 
potencjał woskowy, w tym i lotniczy Armii Czerwonej.

W Kętrzynie zjawił się tego dnia, 6 lutego 1942 roku, naczelny architekt Berlina i ulubieniec Hitlera, 

Albert Speer. Chciał uzyskać widzenie się z „wodzem” w sprawie programu wystawienia monumentalnych 
budowli III Rzeszy. Znalazł się w „Wilczym Szańcu” po raz pierwszy i z ciekawością obserwował dosłownie 
ceremoniał przepuszczania przez gęste sito każdego przybysza — przybywający musieli przejść przez kilka 
posterunków   doborowych   SS-manów  z   pułku   Leibstandarte   AH,  w  każdym   sprawdzano   dokumenty  od 
początku. Pełno tu było ogrodzeń z drutu zwyczajniego i kolczastego, specjalna bocznica kolejowa z wysoką 
rampą i budynek stacyjny wyglądający raczej na bunkier. W pobliżu — lotnisko. I najważniejsze: ogromne 
żelbetowe   pudła  —   bunkry,   największy  dla   führera,   odrębne   dla   generalicji   i   dla   gości.   W   sumie  — 
osiemdziesiąt budowli naziemnych i podziemnych, w tym pięćdziesiąt bunkrów. Wszystko w przemyślany 
sposób zamaskowane w lesie Gierłoży pod Rastenburgiem, upiększone. Pod ziemią kilka kondygnacji w dół, 
między nimi funkcjonujące windy.

Gdy   Speer   dotarł   do   pokoju   adiutantów,   zwrócił   się   do   Schmundta,   prosząc   go   o   zameldowanie 

führerowi o swoim przybyciu.  Zakwaterowano go, potem zjadł kolację w większym gronie, z udziałem 
Hitlera. Nastrój był ponury, kanclerz rozmawiał właściwie tylko z Todtem. Od czasu do czasu zwracał się do 
Göringa, o ile rozmowa schodziła na temat lotnictwa.

Przed północą Todt pożegnał się i odleciał samolotem do Berlina, żeby wydać polecenia stosowne do 

rozkazów „wodza”.

Gdy posiłek dobiegł końca i wszyscy rozeszli się, do pokoju Speera przyszedł admtant i poprosił go do 

führera.

Nazajutrz wczesnym rankiem ostry terkot  telefonu  wyrwał Speera z  głębokiego  snu.  Usłyszał głos 

osobistego lekarza Hitlera, dr Brandta.

— Samolot doktora Todta rozbił się! — poinformował z wielkim przejęciem. — Doktor Todt zginął.
Po   południu,   ku   zaskoczeniu   wszystkich,   a   zwłaszcza   Göringa,   Hitler   mianował   Speera   następcą 

tragicznie zmarłego Todta na stanowisku kierownika resortu.

Nowy minister uzbrojenia po dwóch dniach wypełnionych  rozmowami z kanclerzem i naradami w 

większym gronie pożegnał się i przyleciał do Berlina, aby objąć swe nowe obowiązki. Z miejsca nawiązał 
współpracę   z   feldmarszałkiem   Erhardem  Milchem,   sekretarzem   stanu   w   ministerstwie   lotnictwa   i 
generalnym inspektoratem Luftwaffe. Czekało ich wspólne zadanie — bo takie były plany — uczynienia z 
niej siły nie do pokonania.

Jeszcze tego samego dnia spotkał się Speer z przedstawicielami największych koncernów wojennych w 

Rzeszy, takich jak: Krupp, Steyer-Daimler-Puch, Messerschmitt, Junkers, Focke-Wulf, Heinkel, Dornier, a 
także Siemens, AEG, Flic, IG-Farben i kilku innych. Jedne dawały surowce, inne agregaty, a jeszcze inne 
gotowy sprzęt.

Temat   konferencji:   niezbędne   uwarunkowania   do   wzrostu   produkcji.   Dyskutowano   również   nad 

potrzebami i bilansem sił roboczych — dyrektorzy zażądali ogromnych dostaw rąk do pracy.

Nikt z obecnych nie nazwał tego po imieniu, ale każdy doskonale wiedział, o jakie to ręce chodzi: o 

jeńców   wojennych   i   więźniów   obozów   koncentracyjnych;   ale   w   pierwszym   rzędzie   o   przymusowych 
robotników — obcokrajowców. Oni to mieli zastąpić powoływanych do wojska Niemców.

Speer   obiecał   zrealizować   te   postulaty,   a   podsumowując   naradę,   postawił   sprawę   tak:   nie   może 

powtórzyć się sytuacja z końca 1941 roku, kiedy to zużycie broni, amunicji i sprzętu wojennego po stronie 
niemieckiej, zwłaszcza samolotów i czołgów, przewyższyło po raz pierwszy bieżącą produkcję przemysłu 
zbrojeniowego.

Polowanie na narody

Jechały   pociągi   pod   na   pozór   zwyczajnym   nadzorem,   a   w   nich   stłamszeni,   zatroskani   ludzie   z 

węzełkami, kuferkami, albo i bez bagażu, zagarnięci tak jak stali. Biegły wagony po szynach ze wszystkich 
kierunków Europy — z północy i wschodu, z południa i zachodu — kończąc swój bieg na którejś z kilku 
tysięcy niemieckich stacji kolejowych. Potem tych siłą wyrwanych z ognisk domowych obcokrajowców 

background image

rozdzielano; jedni szli do majątków ziemskich, inni do fabryk lub kopalń — dla tych tworzono obozy pracy. 
Pracowali   z   rozpaczą   w   sercu,   a   historia   życia   każdego   z   nich   to   oddzielna   tragedia.   Ojcowie   musieli 
pozostawić rodziny często bez elementarnych środków do życia, mężów oderwano od żon, które zostały bez 
pieniędzy i opieki.

Jak się potem okazało, do tej niewolniczej, przymusowej pracy zapędzono dziesięć procent polskiego 

narodu,   nie   licząc   skierowanych   do   niej   jeńców   wojennych   i   więźniów   obozów   koncentracyjnych,   i, 
oczywiście, ich rodzin.

Tak   zaczęły  się   masowe   polowania   na   ludność   kilkunastu   narodów,   głównie   narodów   radzieckich, 

narodu polskiego i francuskiego; miały one trwać niemal do końca 1944 roku. Wprawdzie proceder ten 
uprawiali   hitlerowcy  już   w   latach   1940—1941,   ale   to,   co   nastało   teraz,   po   nominacji   Alberta   Speera, 
przewyższało rozmiarem wszystkie dotychczasowe łapanki i transporty.

Władze III Rzeszy odłożyły do lamusa dawną teorię Hitlera, w myśl której obcokrajowiec, głównie 

słowiańskiego   pochodzenia,   nadawał   się   jedynie   do   robót   nie   wymagających   kwalifikacji.   Teraz,   gdy 
„Wielkim Niemcom” zagrażało widmo dalszego pogorszenia się bilansu: prodiikcja zbrojeniowa — straty w 
broni  i sprzęcie  — stało się, ze względu na rosnącą potęgę militarną, koniecznością masowe zatrudnianie 
robotników cudzoziemskich. Ausländer * albo inaczej zwangsarbeiter ** stawał się jedną z centralnych 
postaci   zaplecza   gospodarczego   i   siły   wojennej   Niemiec.   Urosły   w   cenie   fachowe   kwalifikacje 
obcokrajowców, rozpoczął się nowy etap ich eksploatacji.

Wydarzenia potoczyły się w tempie lawinowym. Pierwszego marca 1942 roku Göring, jako generalny 

pełnomocnik do spraw planu czteroletniego, podpisał, na wyraźny rozkaz Hitlera, dekret mianujący Speera 
generalnym pełnomocnikiem do spraw zbrojeń. Nastąpiła tym samym rzecz niespotykana: dyktator wyłączył 
planowanie   i   koordynację   najważniejszej   gałęzi,   a   to   przemysłu   zbrojeniowego,   z   gestii   swego 
nieoficjalnego   zastępcy,   drugiej   po   nim   samym   postaci   Rzeszy,   i   przekazał   te   uprawnienia   swojemu 
architektowi, którego uczynił ministrem. Niezwykłości, a nawet pikanterii dodawało temu faktowi to, że jako 
minister lotnictwa, Göring był w znacznym stopniu uzależniony od Speera.

Dwudziestego   pierwszego   marca   kanclerz   podpisał   dokument,   który   stwierdzał,   że   interesy   całej 

gospodarki   zostają   podporządkowane   potrzebom   przemysłu   zbrojeniowego.   Jednocześnie   nastąpiło 
ściślejsze   zespolenie   personalne   zarządów   koncernów   z   ministerstwem   Speera,   co   umożliwiło   lepszą 
koncentrację produkcji i wzrost wydajności.

Drugiego kwietnia tego roku z inicjatywy Speera powstał Komitet Centralnego Planowania — „Zentrale 

Planung”, z kierownictwem w składzie: Speer, Milch i Billy Körner, podsekretarz stanu, prawa ręka Göringa. 
Była to jedyna instytucja w Rzeszy, mająca prawo rozdziału surowców i siły roboczej dla poszczególnych 
branż   i   koncernów.   Minister   uzbrojenia   mógł   więc   sterować   dostawą   robotników   przymusowych   do 
interesujących   go   zakładów   produkcji   wojennej.   A   był   to   problem   numer   jeden.   W   wielu   fabrykach 
brakowało robotników na drugą zmianę. W tej sytuacji jeszcze w marcu minister zasugerował Hitlerowi 
konieczność powołania kogoś ze specjalnymi pełnomocnictwami, kto zagwarantowałby dopływ brakujących 
rąk do pracy.

Pod   koniec   tego   miesiąca   kanclerz   mianował   gauleitera   i   namiestnika   Rzeszy   w   Turyngii,   Fritza 

Sauckela,   brutalnego   hitlerowca,   starego   członka   NSDAP,   generalnym   pełnomocnikiem   do   spraw 
zatrudnienia — „Generalbevollmächtiger für den Arbeitseinsatz”. Tajnym zarządzeniem Hitlera otrzymał on 
szerokie kompetencje, właściwie uprawnienia dyktatorskie. Mógł według uznania stosować, przy pomocy 
aparatu władz cywilnych i wojskowych, wszystkie środki w celu zaopatrzenia w siłę roboczą niemieckiej 
gospodarki   wojennej.   W   pierwszym   rzędzie  —   w   krajach   podbitych.   Korzystał   też   w   pełni   ze   swoich 
pełnomocnictw i to z całą bezwzględnością, zwłaszcza że znał pewną wcześniejszą wypowiedź  „wodza”. 
Dziewiątego listopada 1941 roku na naradzie w Kwaterze Głównej Hitler stwierdził:

— Terytorium, które bezpośrednio dla nas pracuje, obejmuje ponad dwieście pięćdziesiąt milionów 

ludzi; nie może ulegać wątpliwości, że musi się nam udać zaprząc tych ludzi bez reszty do pracy.

Speer również pamiętał tamte słowa swego „mistrza” i stale ponaglał Sauckela, aby przysyłał mu coraz 

więcej ausländerów.

Na kolejnej naradzie u Hitlera, w obecności Speera, gauleiter obiecał, że zlikwiduje wszystkie wąskie 

gardła w zakresie siły roboczej.

— Znajdę zastępców na miejsce wszystkich wcielonych do Wehrmachtu niemieckich robotników w 

resorcie uzbrojenia!

* Cudzoziemiec.
** Robotnik przymusowy.

background image

— A ilu ich brakuje nam na dzień dzisiejszy? — zapytał zaciekawiony „wódz”.
— Pół miliona — odpowiedzieli chórem obaj podwładni, jakby się umówili.
Rozbawiony Hitler roześmiał się na cały głos.
— A ponieważ rozkręcam spiralę zbrojeń w coraz szybszym tempie, w następnym roku będzie mi 

potrzeba milion  — uzupełnił minister. — Przed towarzyszem partyjnym Sauckelem stoi ogromne zadanie, 
bo również inne gałęzie przemysłu, a także budownictwo są w niewiele lepszej sytuacji.

— Tak, tak. Trzeba się uporać z zadaniami wojennymi. Ja nigdy nie kapituluję! — zakończył gospodarz 

niemal krzycząc. Gdy się uspokoił, dodał:

— Nie wolno nam robić więcej takich błędów, jak z niedostateczną produkcją samolotów. Tę wojnę 

przegra ten, kto popełnia większe omyłki. Opracujcie plan totalnej mobilizacji w zakresie przymusowego 
zatrudnienia.

Gauleiter   Turyngii   od   dawna   w   kręgach   władców   III   Rzeszy   miał   opinię   człowieka   niezwykle 

energicznego   i   konsekwentnego.   Swoich   niespożytych   sił   użył   teraz   z   wielkim   rozmachem   dla 
usatysfakcjonowania w pełni Hitlera.

Nie omieszkał odwiedzić niektórych krajów okupowanych, zwłaszcza Francji i Generalnej Guberni. U 

Hansa Franka zjawił się 18 sierpnia. Generalny gubernator prosił, żeby Sauckel użył swoich wpływów u 
Hitlera, aby zelżała nieco dyskryminacja polskich robotników. Gdy wyjaśnił mu, dlaczego mu na tym zależy, 
Sauckel z jego wywodami zasadniczo zgodził się.

— Miło mi, Sauckel, że jest pan gotów pomóc mi i że jako pełnomocnik do spraw zatrudnienia zgadza 

się pan na wydanie przeze mnie oficjalnego obwieszczenia, w myśl którego wszyscy Polacy, nienagannie 
pełniący swe obowiązki w Rzeszy, mają być przyzwoiciej traktowani. Wydaje mi się, że na przyszłość ułatwi 
nam to ogromnie zdobywanie sił roboczych.

W dalszym ciągu tej rozmowy Frank oświadczył jednak, że akcję dostarczania robotników z Generalnej 

Guberni prowadzi przy pomocy policji.

Sam, popadając w sprzeczność, potrafił wykazać brak konsekwencji innym, konkretnie rządowi Rzeszy, 

który raz traktował obszar Generalnej Guberni jako rezerwuar siły roboczej, a dwa — jako część składową 
niemieckiej gospodarki wojennej, gdzie tworzono nowe zakłady przemysłowe.

— Trzeba się zdecydować na coś, na jeden z tych wariantów. Nie można jednak robić obu rzeczy naraz: 

zabierać   stąd   siłę   roboczą,   a   jednocześnie   rozbudowywać   tu   przemysł   Rzeszy  —   wywodził.  — 
Przypominam tylko o tym, że mamy tu zrealizować gigantyczny program inwestycji Rzeszy, między innymi 
rozbudowę sieci kolejowej. Fakt, że dwie trzecie ogólnego zaopatrzenia dla frontu wschodniego przechodzi 
przez teren Generalnej Guberni, tłumaczy dlaczego rozbudowa tutejszych linii kolejowych została na rozkaz 
führera włączona w zakres zadań równie ważnych, jak budowa okrętów podwodnych czy inne, najpilniejsze 
przedsięwzięcia. Program rozbudowy sieci kolejowej wymaga zatrudnienia niesłychanej liczby tutejszych 
wykwalifikowanych robotników. Zapotrzebowanie na metalowców jest ogromne — tu położył mocny akcent 
na dalszych słowach. — Całkowicie błędne jest twierdzenie, że przemysł Generalnej Guberni w porównaniu 
z Rzeszą posiada nadmiar wykwalifikowanych robotników.

Tym niemniej zapewnił  „drogiego gościa”, że postulowane przez niego dostarczenie stu czterdziestu 

tysięcy ludzi do pracy w Rzeszy będzie spełnione.

Już wkrótce nie zadawano sobie trudu maskowania porywania ludzi pozorami werbowania ochotników i 

przestano zwracać uwagę na zagraniczną opinię publiczną. Metody i środki przemocy, które już zresztą od 
dłuższego   czasu   stosowano   w   krajach   okupowanych,   przede   wszystkim   w   Polsce,   stały   się   jawnie 
usankcjonowaną polityką. Sauckel otrzymał 27 marca prawo udzielania dyrektyw dowódcom wojskowym i 
rządom okupacyjnym w zagadnieniach dotyczących siły roboczej. Trzydziestego września tego samego roku 
Hitler upoważnił go do stosowania według uznania takich środków w Rzeszy, Protektoracie, w Generalnym 
Gubernatorstwie   i   gdzie   indziej,   które   zagwarantują   niemieckiej   gospodarce   wojennej   niezbędną   liczbę 
robotników.

Nie ociągając się, wysłał Sauckel do szefa głównego dowództwa sił zbrojnych, feldmarszałka Keitla, 

pismo,   w   którym,   mając   na   uwadze   potrzeby   gospodarki   wojennej   i   przemysłu   zbrojeniowego,   żądał 
przeprowadzenia   werbunku   sił   roboczych   nie   tylko   od   administracji   okupacyjnej,   ale   i   od   komend 
wojskowych, zarówno miejscowych, jak i polowych.

W   rozkazie   wydanym   na   tej   podstawie   przez   Oberkommando   bez   osłonek   kładzie   się   wprost   na 

dowódców   armii   obowiązek   uczestniczenia   w   werbunku   i   to   przy   użyciu   najostrzejszych   środków. 
Wyznaczono do tego celu specjalnych oficerów. Mieszkańców, którzy nie zgłaszali się na wezwanie do 
wyjazdu, traktowano jak sabotażystów i sądzono według praw wojennych. Tysiące ludzi uchylających się od 
transportu zastrzelono. Uprowadzeni do Rzeszy cywile z oznakowaniem OST byli traktowani jako jeńcy 
wojenni i kierowani do pracy przymusowej.

background image

Generalny   pełnomocnik   wyznaczał   kontyngenty   niewolników   pracy,   które   musiały  ściągać   władze 

okupowanych krajów.  Powstała  gęsta   sieć  urzędów  zatrudnienia  —  „Arbeitsamt”,   wspomaganych przez 
policję.   Z   ich   pomocą   urzeczywistniał   się   potworny   program   deportacji.   Najbrutalniejszymi   metodami 
chwytano   ludzi   nawet   młodocianych.   Łapanki   stały   się   nieodłącznym   elementem   krajobrazu   krajów 
okupowanych.

Sauckel, który już po swej nominacji dostał rozkaz od Hitlera natychmiastowego dostarczona miliona 

robotników z ZSRR, wykonał polecanie z nadwyżką, ku pełnemu zadowoleniu  „wodza”. Od kwietnia do 
grudnia   1942   roku   „zwerbował”   dwa   miliony   siedemset   pięćdziesiąt   tysięcy   ze   wszystkich   stref 
okupowanych, więcej niż zobowiązał się. Jeden milion czterysta tysięcy tych ludzi pochodziło z terenów 
radzieckich,   a   czterysta   tysięcy  z   Generalnego   Gubernatorstwa.   W   ogólnej   liczbie   mieściło   się   kilkaset 
tysięcy skierowanych do pracy jeńców wojennych — Rosjan, Polaków i Francuzów.

Trzeciego października tego samego roku gauleiter wystosował list do Alfreda Rosenberga, komisarza 

Rzeszy na Ukrainie. Żądał  „zwerbowania” dalszych dwóch milionów robotników. A 31 grudnia „złożył 
zamówienie” na dalsze 225 tysięcy. Potem jeszcze raz, 1 maja 1943 roku, na taką samą liczbę.

Na cały rok założył „mobilizację” następnych cudzoziemców w ilości miliona stu piętnastu tysięcy.
Nieludzkie   praktyki   pędzenia   siły   roboczej   do   Niemiec   rzeczywiście   odbywały  się   pod   nadzorem 

generałów   niemieckich.   Uwidoczniały   to   raporty   do   generalnego   kwatermistrza   Wehrmachtu.   A   raport 
znacznie późniejszy, z datą 28 lipca 1944 roku, podsumował sprawę, wykazując, że z ogólnej liczby dwóch 
milionów   siedmiuset   dziewięćdziesięciu   trzech   tysięcy   robotników   wschodnich  —   OST,   dwa   miliony 
wysłano z rejonów tyłów różnych grup armii.

„Werbunek po niemiecku” trwał. Jednocześnie zaostrzało się nieludzkie traktowanie obcych robotników 

— fremdarbeiter.

Kiedy Sauckel na  życzenie Hitlera złożył mu 30 listopada 1942 roku pierwsze większe i źródłowe 

sprawozdanie   ze   swej   działalności,   dyktator   patrzył   i   oczom   nie   wierzył,   że   w   ciągu   niespełna   ośmiu 
miesięcy, do końca tego właśnie miesiąca, przywieziono do Rzeszy wspomniane 2 miliony 750 tysięcy ludzi, 
z czego połowę stanowili obywatele radzieccy.

— Oznacza to trzykrotny wzrost w porównaniu z analogicznym okresem w zeszłym roku — gauleiter 

był z siebie zadowolony.

—   Trzymać   tak   dalej  —   „wódz”   uniósł   prawą   rękę   z   wyciągniętym   w   górę   kciukiem,   spoglądał 

łaskawym okiem na swego pełnomocnika.  — Będzie siła robocza i będzie broń  — padnie Stalingrad i 
dojdziemy do Baku. Po co aż tam, to pan sam wie... Zasługi pańskie będą sowicie wynagrodzone. Ale czy 
nie napotyka pan większych trudności?

Rozmówca zawahał się, wyglądało na to, że pytanie zaskoczyło go.
— Największy kłopot z Polakami...
Nie   przyznał   się,   że   zastosowanie   drastycznie   zaostrzonych   środków   akurat   w   Generalnym 

Gubernatorstwie   dało   rezultat   odwrotny   do   oczekiwań,   i   że   liczba   wysłanych   stamtąd   do   Niemiec   w 
ostatnich trzech miesiącach była najniższą z dotychczasowych. Nie mógł jednak powiedzieć kanclerzowi, 
nie wzbudzając jego niepohamowanego gniewu, że ani urzędy pracy, ani policja i SS, ni wojsko nie są w 
stanie złamać oporu narodu polskiego. Takim bowiem językiem rozmawiać z Hitlerem nie ośmielił się nikt.

W listopadzie 1942 roku Niemcy skończyli z fikcją wolnej południowej strefy Francji i powiadomili 

rząd   marszałka   Pétaina   o   rozciągnięciu   okupacji   na   cały  kraj.   Wkrótce   premierem  został   Pierre   Laval. 
Dziewiętnastego grudnia 1942 r. Hitler zaprosił go do swej kwatery „Wilczy Szaniec” i przyjął w obecności 
Göringa, Ribbentropa i hrabiego Ciano, ministra spraw zagranicznych Włoch. Kanclerz oznajmił mu wtedy z 
całą brutalnością,  że we Francji należy przeprowadzić  nową, zakrojoną na szeroką skalę,  wybiórkę rąk 
roboczych dla Rzeszy.

W kilka dni później Speer zatelefonował do Sauckela, że zgodnie z decyzją führera nie trzeba mieć 

żadnych szczególnych względów dla Francuzów.

Otrzymawszy   taką   carte   blanche,   Sauckel   zjawił   się   11   stycznia   1943   roku   w   Paryżu   i   zwołał 

konferencję   wszystkich   szefów   służby   zatrudnienia.   Tutaj   wyznaczył   dla   nich   limity  „rekwizycji” 
robotników: 150 tysięcy specjalistów i 100 tysięcy niewykwalifikowanych, mężczyzn i kobiet. Na razie.

Laval  wahał  się  pomiędzy dwiema   postawami:  pozwolić  Sauckelowi  na  rekrutację  ćwierci  miliona 

robotników francuskich,  czy wziąć tę sprawę we własne ręce. Wybrał tę drugą jako dającą  możliwości 
prowadzenia   gry  opóźniającej   proces   wysyłki   ludzi   do   Niemiec,   a   przede   wszystkim   wynegocjowanie 
pewnych ustępstw ze strony gauleitera.

Po miesiącu pertraktacji i przetargów Laval wydał 17 lutego zarządzenie ustalające obowiązek pracy dla 

wszystkich młodych Francuzów, urodzonych w okresie 1 stycznia 1920 — 31 grudnia 1922. Służba ta miała 
trwać przez dwa lata, a przydział pracy należał do niemieckich Arbeitsamtów.

background image

W zamian rząd francuski wytargował pewne koncesje. Hitlerowcy zgodzili się na powołanie komisji 

lekarskich w składzie dwóch Francuzów i jeden Niemiec; wszyscy młodzi ludzie byli poddawani badaniom, 
po czym zdrowych kwalifikowano do Rzeszy, podpisywali kontrakt, a chorych pozostawiano na miejscu.

W marcu i kwietniu wysłano do Rzeszy 500 tysięcy Francuzów i Francuzek, a już w maju Sauckel 

zażądał dalszych 220 tysięcy, zrealizowano 170 tysięcy.

Kiedy tuż po wojnie zrobiono dokładny rachunek za cały okres 1940—1944, okazało się, że okupant 

żądał z Francji 1 miliona 575 tysięcy ludzi, w rzeczywistości otrzymał „tylko” 785 tysięcy osób.

Była to w pierwszym rzędzie zasługa francuskiego ruchu oporu.
Tymczasem   za   plecami   Speera   i   Sauckela   rozgorzała   zakulisowa   walka   konkurencyjna   pomiędzy 

koncernami  o   nowych   robotników.   Niektórzy,   jak   Alfred   Krupp,   starali   się   wpływać   dość   natrętnie   na 
generalnego   pełnomocnika,   by   zapewnić   swym   zakładom   pierwszeństwo   w   pozyskaniu   sił   roboczych 
obcokrajowców, jeńców i więźniów, ponadto nie stronili oni od przekupstwa. Wszystkie chwyty na tym polu 
były dozwolone i wkrótce całe niemal kierownictwo III Rzeszy zostało skorumpowane. Rady nadzorcze 
gigantów przemysłu faszerowały reichsführera SS potężnymi łapówkami, krociowymi sumami na fundusz 
SS, a Himmler przez  gruppenführerów ze swojego sztabu i z Głównego Urzędu Administracyjnego SS 
wywierał  „boczny” nacisk na Sauckela. Również Göring był obiektem manipulacji przemysłowców, rzecz 
prosta nie za darmo.

Speer   zgrzytał   zębami   na   te   praktyki;   psuły   mu   niejedno   zamierzenie   inwestycyjno-produkcyjne, 

zainicjowane   w interesie  armii,   ale  w systemie  „wodzowskim”   nieraz  był bezsilny.  Od  czasu  do czasu 
interweniował u Hitlera i wygrywał spór, ale zarobił sobie przy tym na niechęć Himmlera.

Współzawodnictwo,   jakie   rozpętały   koncerny,   wpłynęło   tragicznie   na   położenie   ausländerów. 

Prześcigano się w ich wyzysku, aby osiągnąć maksymalne dywidendy.

Przyczynił się do tego również i Speer. Zamawiał zwiększone kontyngenty fremdarbeiterów, domagał 

się ich natarczywie, gwałtownie.

Wiedział zresztą, że Sauckel dwoi się i troi. Orientował się, że są to ludzie wyrwani siłą z rodzinnych 

domów, ze stron ojczystych, zabrani w łapankach ulicznych, z kin, a bywało, że i po wyjściu z kościoła po 
nabożeństwie, nierzadko w trakcie pacyfikacji i masakr.

Ponaglał stale generalnego pełnomocnika, rozdzielał hojnie pochwały pod adresem SS i policji za ich 

„sprawne” działanie w interesie podległego mu przemysłu.

Więc  Sauckel  raz  po  raz  pisał   do  Hitlera  listy,  takie  jak  wystosowany 3 czerwca   1943  w  sprawie 

dostarczenia dla zakładów zbrojeniowych 850 tysięcy jeńców wojennych. Jak wysłany 27 tegoż miesiąca 
następującej treści:

„Mein führer! Proszę o zgodę, żeby do końca tego roku przetransportować do Rzeszy dalsze 500 tysięcy 

Francuzów i Francuzek”.

Hitler zaaprobował i ten wniosek.

Gniazdo szerszeni

Osiemnastego   lutego   minister   propagandy  Joseph   Goebbels   wygłosił   przemówienie   nawołujące   do 

„wojny  totalnej”.   Było   to   w   szesnaście   dni   po   kapitulacji   6   armii   feldmarszałka   Friedricha   Paulusa   w 
Stalingradzie.

Najbardziej tę zmienioną sytuację miały odczuć narody jęczące pod butem okupanta — nastąpiło dalsze 

rabowanie   setek   tysięcy  ich   ojców,   synów,   matek   i   córek,   zawleczono   ich   do   Niemiec,   żeby  ratowali 
zagrożoną „Tysiącletnią Rzeszę”.

Jeszcze bardziej wzmożony nacisk, wręcz atak koncernów i mniejszych przedsiębiorstw na siłę roboczą 

obcokrajowców, zmusił Centralne Planowanie do skrupulatnych wyliczeń, komu dostali się ausländerzy w 
ostatnich   kilku   miesiącach.   I   tu   przyszło   niemiłe   odkrycie.   Liczba   robotników,   których   Sauckel   winien 
przekazać przemysłowi zbrojeniowemu, głównie lotniczemu, nie zgadzała się z rachunkiem, dokonanym 
przez same zakłady. Różnica była poważna — pięćset, sześćset tysięcy ludzi.

Speer, chcąc zmusić Sauckela do wyjaśnień tej rozbieżności, poprosił telefonicznie Hitlera o zwołanie 

konferencji.

Minister, jadąc do Berchtesgaden, bo tam, nad taflą wodną Obersee, chwilowo zażywał odpoczynku 

kanclerz, zacierał ręce. Już widział siebie egzekwującego ustalenia, jakich dokonał wespół z Milchem, jak 
też z Göringiem, było to w interesie ich Luftwaffe. Przypuszczali, że „król Turyngii”, ulegając presji innych 
ministrów,   skierował   do   kontrolowanych   przez   nich   przedsiębiorstw   część   kontyngentu,   przydzielonego 
formalnie ministerstwu uzbrojenia.

background image

Sądzili,   że  za  tą  roszadą   stał   Martin   Bormann,  szef  kancelarii  partii,   osobisty  doradca   Hitlera.  On 

również forsował własną politykę zatrudnienia i w tym celu sprzymierzył się z Sauckelem. Poza tym bał się 
wpływów Speera i chętnie intrygował przeciwko niemu. Ten zaś, poszukując możnych sprzymierzeńców, 
zbliżył się do Goebbelsa, zazdrosnego o wpływy Bormanna na führera.

W   czwórkę   wystąpili   przeciwko  gauleiterowi.  Marszałkowi  Rzeszy było  to  na   rękę,  gdyż  atakując 

Sauckela, pośrednio dotykało się „cień Hitlera”, jak nazywano reichsleitera NSDAP. Göring wiedział, że ten 
jest mu niechętny.

Czarny Mercedes podwiózł Speera ze stacji do „Orlego Gniazda”. Pierwsza wiadomość, jaką usłyszał z 

ust adiutanta Hitlera, Juliusa Schauba, zdetonowała go nieco. Nadeszło usprawiedliwienie od Goebbelsa. Już 
w pobliżu Berchtesgaden ściął go jakoby z nóg ból nerek i podobno leżał chory w swej salonce kolejowej.

Gdy w dodatku Speer ujrzał na sali konferencyjnej Himmlera i Keitla, sprzymierzeńców Bormanna, 

zrozumiał wszystko. Sauckel ściągnął posiłki, a ,,doktor kuternoga” wycofał się dyplomatycznie.

Minister z trudem ukrył niezadowolenie na widok reichsführera. Nie mógł mu zapomnieć, że ten zawarł 

porozumienie z ministrem sprawiedliwości Otto Thierackiem  — 18 września 1942 roku przeprowadzili 
rozmowę w kwaterze polowej Himmlera w Żytomierzu  — i w ciągu sześciu miesięcy następnego roku 
sprzątnął mu sprzed nosa dwieście tysięcy cudzoziemskich robotników, każąc ich aresztować za niewielkie 
lub   nawet   sfingowane   wykroczenia   i   przeznaczając   do   pracy   w   przedsiębiorstwach   SS   w   obozach 
koncentracyjnych.

Kanclerz   rozpoczął   obrady   i   oddał   głos   pełnomocnikowi   do   spraw   Arbeitseinsatzu.   Ten   przyjął 

nieoczekiwaną   taktykę:   podważył   ostatnie   ustalenia   Centralnego   Planowania,   twierdząc,   że   aktualnie 
postulowane „zwerbowanie” dalszych ausländerów dla przemysłu zbrojeniowego w liczbie dwa miliony sto 
tysięcy jest zbyt wyśrubowane.

Speer, początkowo zaszokowany tym tupetem, zreferował swój punkt widzenia i zarzucił generalnemu 

pełnomocnikowi, że podane liczby skierowanych do przemysłu fremdarbeiterów są niezgodne z prawdą.

Milch   i   Speer   oczekiwali,   że   teraz   wystąpi   Göring   i   jako   generalny  pełnomocnik   do   spraw   planu 

czteroletniego i dowódca lotnictwa zażąda tak, jak było umówione, od Sauckela konkretnych wyjaśnień. 
Zamiast tego, słuchali z przerażeniem, jak „gruby Hermann” gwałtownie zaatakował... Milcha.

— To rzecz niebywała, że feldmarszałek Milch robi takie trudności, komplikuje sprawy i rozszczepia 

włos na czworo! — grzmiał na całą salę, patrząc wiernopoddańczo w oczy führerowi. — Towarzysz partyjny 
Sauckel wkłada przecież tyle wysiłku, osiąga wielkie sukcesy. Wbrew nastrojom Milcha ja osobiście jestem 
wielce zobowiązany i wdzięczny pełnomocnikowi do spraw Arbeitseinsatzu. Wielka szkoda, że Milch nie 
docenia wysiłków Sauckela.

Generalny inspektor zagryzł wargi do krwi, rozsadzała go wściekłość.
— Podlizuje się Sauckelowi, bo tego akcje u führera rosną. No i zależy mu na dostawach robotników do 

jego koncernu  „Reichswerke Hermann Göring” — szepnął Speer cicho, ale tak, żeby usłyszeli najbliżej 
siedzący.

Jednak Hitler polecił kontynuować dyskusję. Zabrało głos kilku ministrów resortowych, ale widać było, 

że nie orientują się w skomplikowanych niuansach polityki zatrudnienia.

Posiedzenie   nie   przyniosło   wyjaśnienia   zagadki  „zniknięcia”   sześciuset   tysięcy   ludzi.   Kiedy   już 

wszyscy mieli się rozejść, doszło do uszu niektórych, jak Sauckel mówił do Göringa coś w tym rodzaju: cóż 
to   znaczy   kilkaset   tysięcy   przy   milionach   obcokrajowców   zwerbowanych   od   początku   wojny   i   kilku 
milionach dalszych, których się jeszcze pochwyci.

Po upływie miesiąca Speer już wiedział, w jaki sposób powstała tamta rozbieżność. Posłał do Górnej 

Bawarii   swego   inspektora   do   spraw   zbrojeń   i   łącznika   z   Wehrmachtem,   generała   Roescha,   aby   przy 
sposobności   rozpoznał   i   tę   sprawę.   Rozwiązanie   zagadki   było   proste.   Sauckel   rejestrował   w   urzędach 
zatrudnienia jako pracującego każdego robotnika, kierowanego do określonej fabryki. Tymczasem wielu z 
nich nie nadawało się do pracy w danej specjalności, więc odsyłano ich. Zakłady rejestrowały tylko te osoby, 
które rzeczywiście zostały przyjęte.

Jednakże Milch powątpiewał, czy fakt ten tłumaczy aż tak ogromne armie „martwych dusz”.
—   Może   Himmler   częściowo   ma   rację,   mój   drogi  —   zastanawiał   się   głośno   na   przyjacielskiej 

pogawędce w prywatnym mieszkaniu Speera.

Nawiązywał do konferencji w Berchtesgaden, gdzie reichsführer SS wyraził przypuszczenie, że brak w 

bilansie sił roboczych kilkuset tysięcy ausländerów można wytłumaczyć ich śmiercią.

— Nie, Erhardzie — zaoponował gospodarz.  — Należy tu odróżnić trzy rachunki. Jeden, to bilans 

owych sześciuset tysięcy, a z nim jest tak, jak cię poinformowałem telefonicznie: robi go różnica pomiędzy 

background image

ewidencją urzędów zatrudnienia a stanem rzeczywistym w przedsiębiorstwach. Drugie, odrębne zjawisko, to 
masowe ucieczki obcokrajowców z pracy, idą one w tysiące, dziesiątki tysięcy każdego miesiąca. Prym tu 
wiodą Polacy. Rzecz w tym, że nie wszystkich policja chwyta i sprowadza z powrotem. Wszystko to razem 
dezorganizuje nam trochę rytm produkcji.

Minister miał dobre rozeznanie. Wiedział, że polscy robotnicy stanowią  najliczniejszą  grupę wśród 

ausländerów.   Jeszcze   zanim   Sauckel   objął   urząd   generalnego   pełnomocnika,   gubernator   Hans   Frank 
dostarczył Rzeszy ponad milion Polaków. W piśmie do Göringa z dnia 25 stycznia 1941 roku tak właśnie 
sprecyzował to zadanie. A na posiedzeniu rządu Generalnego Gubernatorstwa, jakie miało miejsce 10 maja 
tegoż roku, ustalił zasadę przymusowego „werbunku”. Jak gdyby zabieranie ludzi pod policyjnym naciskiem 
nie miało miejsca już wcześniej.

Z kolei Sauckel przyrzekł Hitlerowi dalsze półtora miliona robotników z „kraju Wisły”.
Speer   miał   zamiar   przedstawić   swemu   gościowi   ów   obiecany  trzeci   bilans   strat   siły  roboczej,   ale 

rozmyślił   się   i   przemilczał   sprawę,   a   bystry   feldmarszałek   nie   nalegał.   Domyślił   się,   co   mógłby   mu 
powiedzieć jego przyjaciel Speer i podobnie jak tamten wolał uprawiać strusią politykę chowania głowy w 
piasek.

Bo był to problem najbardziej żenujący, wręcz haniebny, dyskredytujący kompletnie rząd niemiecki i 

dowództwo armii. Nic dziwnego, że i oni dwaj woleli udawać, że nie wiedzą o potwornych warunkach 
bytowania fremdarbeiterów. Odpychali myśl  o setkach tysięcy tych, którzy utracili  zdolność do pracy i 
zmarli z wycieńczenia pracą lub w wyniku maltretowania przez strażników i nadzór w kontrolowanych przez 
nich, generała i ministra, kombinatach produkcji wojennej.

Speera   interesowało   tylko   jedno:   zwycięstwo   Niemiec   za   wszelką   cenę.   Dlatego   w   swoim   piśmie 

okólnym do naczelnych dyrektorów w zakładach przemysłu zbrojeniowego przekazał, co następuje: „Führer 
żąda:   kto   z   obcokrajowców   nie   podporządkuje   się,   ten   uprawia   sabotaż   w   stosunku   do   dowództwa 
wojennego”.

Po   to,   aby  zmusić   robotników   do  przykładnej   pracy  dla   potrzeb   wojny,   władze   Rzeszy  zaostrzyły 

zarządzenia   o   ich   traktowaniu.   Wszelkie,   nawet   najdrobniejsze   uchybienia   były  karane   w   bezwzględny 
sposób   i   surowo.   Chodziło   o   to,   aby   doprowadzić   do   tego,   żeby   niewolnicy   ci   zachowywali   się 
„przyzwoicie” i chętnie pracowali, oduczyli się „krnąbrności” i opuszczania miejsca pracy.

Pod koniec listopada 1943 roku Sauckel siedział w fotelu na tle portretu Hitlera naturalnej wielkości, w 

swoim gabinecie w pałacyku w Weimarze, i z nie ukrywaną satysfakcją przebiegał wzrokiem adresowany do 
niego tasiemcowy memoriał Hansa Franka w sprawie traktowania polskich robotników przymusowych w 
Rzeszy.

— To jest to... — z zadowoleniem pstryknął palcem w urzędowe pismo z Krakowa.
Frank nawiązywał do wizyty generalnego pełnomocnika u niego na Wawelu w sierpniu poprzedniego 

roku. Sauckel do dziś nie zapomniał, jak wracał stamtąd obładowany kosztownymi prezentami — generalny 
gubernator był hojny... z cudzej kieszeni, a był nią narodowy majątek Polaków.

W miarę czytania namiestnik Hitlera krzywił się na twarzy. Tylko sto czterdzieści tysięcy... Ten krętacz 

Frank... No, i ci polscy bandyci, ich przeklęty ruch oporu... Udaremnili jego dalej jeszcze sięgające plany...

Jeszcze raz przeczytał uważnie list od początku. Niedawny zachwyt opadł całkowicie. Cóż stąd, że 

sprawiło   mu   przyjemność   wyliczenie   przez   autora   listu,   punkt   po   punkcie,   wszystkiego   tego,   co   było 
zabronione   polskim   robotnikom   w   Niemczech   i   jakie   kary   należało   zastosować   dla   ujarzmienia   tego 
„krnąbrnego” narodu — umiał to zresztą na pamięć. Jednak tego, co go naprawdę interesowało, nie znalazł 
w   elaboracie.   Było   tam   wiele   pochwał   i   uznania,   wręcz   podzięki   dla   niego,   ale   poza   deklaracjami 
współdziałania w werbunku siły roboczej nie znalazł w memoriale żadnych konkretów.

— Tak, Frank ma, trzeba przyznać, duże trudności — mruknął. — Ci Polacy nie dają mu żyć.

Przeciwko deportacji

Hitlerowski program wywózki setek tysięcy Francuzów na roboty przymusowe do Rzeszy zjednoczył 

wszelkie odłamy ruchu oporu w tym kraju. Wypowiedziano walkę nie tylko afiszom propagandowym rządu 
Vichy, które zachęcały robotników do wyjazdu takimi między innymi sloganami: „Ja pracuję w Niemczech. 
Dla podniesienia swoich zarobków. Dla rodziny. Dla Francji. Postąp tak jak ja!”

Jednym ze stosowanych przez ruch oporu sposobów było działanie uprzedzające zgłoszenie się danego 

Francuza, najczęściej całej grupy z danej wsi lub miasteczka, do podpisania umowy o pracę w Rzeszy. 

background image

Awansem wręczano im lub ich rodzinom określoną sumę pieniędzy, z reguły tysiąc franków na osobę, co 
zapewniało na jakiś czas byt tym ludziom — i odwodziło od wyjazdu.

Środki  na   ten  cel  zbierała   zarówno  organizacja  „Forces   Françaises   Combattantes”  —  Siły Zbrojne 

Francji Walczącej, podległa generałowi de Gaulle'owi, jak i „Francs-Tireurs et Partisans Français” — Wolni 
Strzelcy i Partyzanci Francuscy, pod patronatem Francuskiej Partii Komunistycznej.

Tam,   gdzie   agenci   władz   hitlerowskich,   zwłaszcza   Sauckela,   naciskali,   zamierzając   użyć   siły, 

niedoszłych robotników wciągano do oddziałów partyzanckich.

Akcja ta, której patronował Charles de Gaulle, przyniosła liczące się rezultaty.
Inne metody zastosował polski ruch oporu. Na szeroką skalę rozwinęła się żywiołowa akcja sprzeciwu 

wobec przymusowej deportacji robotników do Rzeszy, urzędy werbunkowe były bojkotowane, młodzież 
ukrywała się i uciekała do lasów, pomocą okazały się „lewe dokumenty”, w tym także świadectwa lekarskie. 
W licznych akcjach na urzędy gminne i placówki Arbeitsamtu niszczono listy imienne osób wyznaczonych 
na wyjazd do Niemiec. Częstokroć z bronią w ręku odbijano ludzi wiezionych do punktów zbornych pod 
strażą policjantów i żandarmów. Uczestniczyły w tych akcjach wszystkie organizacje antyhitlerowskiego 
podziemia.

Za   przykład   udanego   odbicia   transportu   robotników   przymusowych   może   posłużyć   akcja 

przeprowadzona 9 marca 1943 roku przez oddział dywersyjny konspiracyjnej organizacji wojskowej Kadra 
Polski   Niepodległej,   we  wsi   Samsonów,   powiat   kielecki.   Trzynastu   partyzantów   pod  dowództwern   por. 
Pawła   Stępnia-„Gryfa”   urządziło   zasadzkę   na   kolumnę  samochodów   niemieckich,  którymi   wieziono   do 
Kielc   schwytanych   młodych   Polaków   przeznaczonych   do   robót   przymusowych   w   III   Rzeszy.   Jeden   z 
żandarmów zginął, pozostali — dziesięciu z „Feldgeendarmerie” i trzech funkcjonariuszy z „Arbeitsamtu” 
— poddali się. Pojmanych puszczono wolno, aby nie narazić ludności.

Podobną akcję przeprowadził ten sam oddział dywersyjny 10 czerwca tegoż roku w pobliżu Świniej 

Góry. Hitlerowcy nie chcieli się poddać i zostali w liczbie kilkunastu wybici do nogi — jednemu darowano 
życie po to, żeby zameldował swoim przełożonym o przebiegu starcia.

Jäger to nie nazwisko

Bezprawne   i   masowe   kierowanie   robotników   przymusowych,   jeńców   i   więźniów   obozów 

koncentracyjnych   do   pracy   w   gospodarce   wojennej   Rzeszy   pozwoliło   hitlerowcom   utrzymać   wysokie 
wskaźniki produkcji we wszystkich gałęziach przemysłu zbrojeniowego, ale zarazem nie uchroniło ich od 
klęsk na frontach. Po pogromie stalingradzkim był łuk kurski. Hitler wiązał z tą bitwą wielkie nadzieje, 
rzucił do niej swe najlepsze wojska, masę uzbrojenia i sprzętu, nowe czołgi i samoloty. Zamiast sukcesu 
spotkał go jeszcze jeden zawód. Od tej pory Wehrmacht nigdy już nie odzyskał inicjatywy strategicznej na 
wschodzie.

W tym samym roku Niemcy musieli ostatecznie pożegnać się z Afryką Północną, przegrali bitwę o 

Atlantyk, oddali aliantom zachodnim Sycylię, po ciężkich wprawdzie walkach, i nie zdołali przeszkodzić im 
w desancie na południowym cyplu Włoch. Dochodziła do tego jeszcze wojna powietrzna, działania w strefie 
dwóch jakże odległych frontów i nad samą Rzeszą. Największe straty ponosiła Luftwaffe na wschodzie w 
walkach z lotnictwem radzieckim. Ku zaskoczeniu Niemców w jego składzie pojawiały się z każdym rokiem 
nowe typy samolotów o polepszanych osiągach. Nad Stalingradem wszedł do działań Jak-9 i świetny Ła-5
w rejonie Kurska pojawił się Jak-1M i zmodyfikowany Ła-5FN. Tam również zaliczył sobie udany debiut 
zmodernizowany szturmowiec Ił-2m3 z silniejszym uzbrojeniem od poprzednika. Walka z tymi samolotami 
stawała się dla pilotów Luftwaffe coraz trudniejsza. Okres jakościowej  przewagi  ich sprzętu już minął, 
przeszedł w ręce tych spod znaku czerwonej gwiazdy.

Nad   samą   Rzeszą   też   zaczynało   być   gorąco.   Ataki   bombowców   brytyjskich   i   amerykańskich 

przybierały na sile od połowy 1943 roku. W wysokich sztabach alianckich dojrzewał nawet pogląd, że bez 
otwierania  „drugiego frontu”, a tylko w drodze rosnącej częstotliwości uderzeń z powietrza można będzie 
rzucić   Niemców   na   kolana.   Pogląd,   niestety,   pochopny,   oparty   na   wskaźnikach   zrzucanych   bomb   i 
lotniczych   zdjęciach   rujnowanych   niemieckich   miast.   Odczuwała   te   ciosy   na   pewno   ludność,   ale   do 
całkowitego rozbicia wszystkich ogniw i sprężyn gospodarki wojennej było jeszcze daleko. Z tysięcy ton 
bomb tylko część spadała na obiekty przemysłu zbrojeniowego, tylko nieliczne trafiały w ich najbardziej 
newralgiczne punkty.

Koncepcja   ofensywy   powietrznej   wywoływała   ciągłe   różnice   zdań   wśród   aliantów.   Brakowało 

jednomyślności, co, w jakich odstępach czasu i jakimi siłami należy atakować. Naziemne cele były zatem 
ciągle   zmieniane,   z   czego   skwapliwie   korzystali   Niemcy.   Każda   pauza   to   atut   dla   nich.   Rękami 

background image

przymusowych   robotników   i   specjalnie   powołanych   własnych   ekip   awaryjnych   usuwali   zniszczenia   i 
wznawiali przerwaną produkcję. Dla zdezorientowania  lotników alianckich naprawione lub odbudowane 
budynki fabryczne okładano stertami gruzu i zwałami ziemi, co miało sprawiać wrażenie, że stoją nieczynne.

Na koniec 1943 roku alianci mogli odnotować 330 000 ton bomb zrzuconych w Niemczech przy stracie 

około tysiąca własnych bombowców, bardzo dotkliwej, ponieważ załogi tych samolotów liczyły przeciętnie 
6—9 ludzi. W większości ratowali się ze spadochronami, ale do końca wojny byli już wyłączeni z latania 
operacyjnego, dzieląc los jeńców.

Ładunek bomb był ogromny, a faktyczny skutek tych uderzeń dla potencjału militarnego Rzeszy w 

istocie nieznaczny. W tym samym roku Speer jako minister uzbrojenia i produkcji wojennej zdołał zaliczyć 
na   konto   swego   resortu   wyniki   wyższe   niż   w   roku   poprzednim.   Obejmowały   one   nawet   wytwórnie 
przemysłu   lotniczego,   chociaż   właśnie   te   były   wielokrotnie   bombardowane.   W   1942   roku   produkcja 
wszystkich typów samolotów i szybowców wojskowych zamknęła się w liczbie 15 556 egz., w rok później 
wyniosła   już   25   527   w   typach   analogicznych   i   zmodernizowanych.   Ponad   dwukrotnie   zwiększyła   się 
produkcja samolotów myśliwskich z 5 565 do 11 198 maszyn, w tym nadal pierwszeństwo miał Me-109G.

Wskaźniki zatem wysokie, ale w bilansie zysków Speer i Milch musieli także widzieć rosnące straty. Od 

stycznia do grudnia 1943 roku Luftwaffe skreśliła ze swej ewidencji 17 495 samolotów. Tak więc za dobrze 
nie było. Hitler znał te liczby, domagał się dalszego zwiększenia produkcji. Naciskany Speer sądził, że 
rozczłonkowanie przemysłu i szybki remont niszczonych bądź uszkodzonych zakładów będą najlepszym 
sposobem   rozwiązania   piętrzących   się   problemów   w   jego   resorcie.   Licząc   się   jednak   z   postępującym 
wzrostem aktywności lotnictwa bombowego aliantów, wpadł na inny pomysł. Postanowił część wytwórni 
oraz wybranych linii montażowych przenieść do pomieszczeń podziemnych. Kanclerz zgodził się z tym 
projektem i podpisał przedstawione mu wytyczne.

Czwartego   stycznia   1944   roku   Hitler   polecił   Sauckelowi   dostarczenie   czterech   milionów   ludzi   ze 

wszystkich krajów okupowanych na potrzeby gospodarki wojennej Rzeszy. Speer ze sceptycyzmem odniósł 
się do realności tego gigantycznego zamierzenia. Wtedy kanclerz zwołał jeszcze tego samego dnia naradę. 
Zwłaszcza   że   z   udziałem   ministrów   najważniejszych   resortów   miano   ustalić   program   działalności 
gospodarczej na ten rok.

Hitler był w złym nastroju. Przywitał zebranych ozięble. Przerywał przemawiającym, używał ostrego 

tonu. Nikt mu się zresztą nie sprzeciwiał.

Wypytywał ministrów o ich zapotrzebowanie na siłę roboczą, po czym zwrócił się do pełnomocnika.
— Czy wy, Sauckel, możecie zapewnić w tym roku cztery miliony nowych zagranicznych robotników? 

Tak albo nie.

Gauleiter stanął na baczność i uderzył się w pierś.
— Naturalnie. Przyrzekam uroczyście. Ale muszę mieć całkowicie wolną rękę na zajętych terenach.
Speer nie wytrzymał. Postanowił przeprowadzić szkolenie dla gauleitera i pozostałych obecnych na 

temat możliwości, a raczej niemożliwości wykonania tego zadania w wytworzonej sytuacji militarnej w 
Europie. Zaczął jednak trochę od końca.

— Potrzebuję, w tej chwili, dodatkowo milion trzysta tysięcy ludzi do pracy, i nie jest dla mnie ważne, 

skąd  towarzysz   partyjny  Sauckel  ich  zabierze.  Na masowe  deportacje  liczyć   więcej  nie  może.  Kilkaset 
tysięcy   rąk   roboczych   moglibyśmy   uzyskać   drogą   wewnętrznych   przerzutów,   choćby   z   budownictwa 
regionalnego: gauleiterzy ze względów ambicjonalnych trzymają ogromne ilości zbędnych ludzi. Proponuję 
przestawienie tych robotników do koncernów zbrojeniowych. Chciałbym przypomnieć, że...

Hitler przerwał mu i zareagował ostro. Nie lubił, gdy ktoś naciskał gauleiterów.
— Czy za siłę roboczą odpowiedzialny jest pan, czy też Sauckel?!
Po czym zwrócił się do Himmlera i Keitla.
—   Proszę   zaangażować   podległy   panom   aparat   do   pomocy   w   realizacji   programu   dostarczania 

robotników.

—   Jawohl   —   feldmarszałek   stuknął   obcasami.   Reichsführer   przyjął   rozkaz   w   dyplomatycznym 

milczeniu. Zdawał się myśleć to samo co i Speer, że plan Sauckela jest absurdalny, zwłaszcza że w świetle 
ostatnich  układów z rządem francuskim, ośmielonym klęskami Niemiec na polach bitew premier Laval 
zapowiedział zdecydowanie zmniejszenie kontyngentów robotników dla Rzeszy.

Nie odezwał się już i Speer.
Po upływie trzech dni znowu gościli u Hitlera, tyle że w zmniejszonym składzie. Führer podniecony 

potrząsał jakąś notatką.

Okazało się, że była w niej mowa o informacji, zamieszczonej w prasie angielskiej, na temat prób 

nowego myśliwca z napędem odrzutowym.

— Jak u nas przedstawia się ta sprawa? — rzucił pytanie pod adresem Milcha i Speera. Na ich twarzach 

background image

odbiło się zdziwienie, wszak od dawna referowali mu, że należałoby przyspieszyć cykl badań już latającego 
prototypu dwusilnikowego odrzutowca Me-262, który zdaniem fachowców rokował największe nadzieje w 
porównaniu z innymi projektami, opracowanymi w biurze konstrukcyjnym Messerschmitta i konkurującego 
z nim Heinkla. Kanclerz nie podzielał tej opinii, z niezrozumiałym dla nich uporem odrzucał myśl wdrożenia 
tego samolotu do produkcji seryjnej. Wykazywał przy tym zupełną nieznajomość zalet napędu odrzutowego. 
Więcej obiecywał sobie po już rozpoczętej produkcji bomb latających  V-1  i pocisków rakietowych  V-2
natomiast w obronie powietrznej obszaru Rzeszy pierwszeństwo dawał artylerii przeciwlotniczej. „Oni boją 
się naszych armat — powtarzał wielokrotnie, mówiąc o alianckich lotnikach. — Samoloty myśliwskie nie 
stanowią dla nich głównego zagrożenia, od kiedy wzmocnili osłonę bombowców”. Jakaś racja w tym była, 
ale to przerzucanie  się z  jednej  skrajności  w drugą  jeszcze  bardziej obnażało  dyletantyzm kanclerza  w 
kwestiach ściśle technicznych i taktycznych.

I oto teraz, zafascynowany artykułem z londyńskiej gazety, nagle zmienił zdanie. Trzeba niezwłocznie 

zakończyć próby i skierować Me-262 do produkcji seryjnej. Speer obiecał 60 nowych samolotów dopiero na 
lipiec   i   sukcesywnie   więcej   w   każdym   następnym   miesiącu,   przewidując   wskaźnik   210   od   stycznia 
następnego   roku.   Hitler   nie   sprawiał   wrażenia   zadowolonego,   żądał   wyższej   wydajności.   Trudności 
technologiczne z wprowadzeniem tego odrzutowca na taśmę montażową w ogóle do niego nie docierały. 
Gdy   przedstawiono   mu   dokładniej   pełną   charakterystykę   samolotu,   z   wyraźnym   podkreśleniem   jego 
prędkości i wysokiego pułapu, Hitler uznał, że Me-262 powinien być niezwłocznie przekonstruowany do roli 
bombowca. Niedorzeczność kompletna, jak przyznał Speer po konsultacji z fachowcami — ale dla wywiadu 
alianckiego rzecz bardzo pocieszająca. Nikt w gronie paladynów führera nie orientował się, z jaką ulgą 
przyjęto w Londynie tę wiadomość...

Dwudziestego   lutego   odwiedził   Speera,   leżącego   od   kilku   tygodni   w   szpitalu,   generał   Milch.   Z 

zatroskaną twarzą przekazał mu wiadomość, że amerykańska 8 armia powietrzna znowu skoncentrowała swe 
ataki bombowe na niemieckim przemyśle lotniczym.

— Nasza produkcja samolotów w marcu będzie w stanie osiągnąć zaledwie jedną trzecią styczniowej. 

Co   robić?   Zastanawiałem   się   nad   tym   z   naszymi   specjalistami   i   doszedłem   do   wniosku,   że   dla 
przezwyciężenia trudności w dziedzinie uzbrojenia lotniczego należy powołać do życia „sztab myśliwców”. 
Co o tym sądzisz?

Minister nie namyślał się długo. Był wyraźnie ożywiony.
— Bardzo dobry pomysł. Taki sztab byłby pierwszym krokiem do jak najściślejszej współpracy, do 

przymierza Luftwaffe z moim ministerstwem.

— Jak najbardziej. Zatem działajmy.
— Zgoda. Biorę na siebie Göringa i Hitlera, ty spróbuj urobić Himmlera.
Feldmarszałek pożegnał się i opuścił klinikę, a rekonwalescent, leżąc w łóżku, połączył się telefonicznie 

z marszałkiem Rzeszy. Ku swemu głębokiemu rozczarowaniu usłyszał, że wkracza w nieswoje kompetencje. 
Wobec tego zadzwonił do kanclerza. Temu projekt podobał się i zaakceptował go z miejsca.

Wkrótce  „sztab   myśliwców”   otrzymał   od  „wodza”   najwyższe   uprzywilejowanie   dla   przemysłu 

lotniczego oraz 550 milionów marek dotacji na budowę nowych podziemnych fabryk samolotów.

Kierownictwo „sztabu myśliwców” spoczywało w rękach Speera i Milcha, szefem operacyjnym został 

dyrektor Karl Otto Saur, prawa ręka ministra. W skład zespołu weszło ośmiu dyrektorów  — fachowców, 
wśród nich SS-gruppenführer dr Hans Kammler, delegat Himmlera.

Już czwartego dnia po akceptacji Hitlera  Speer i Milch  byli zmuszeni referować swój program na 

zwołanej pospiesznie konferencji w „wilczej jamie” pod Kętrzynem.

Ustalono w wyniku dyskusji, której częścią panującą były monologi kanclerza, że będzie to największe 

ze wszystkich posunięć na zapleczu wojny i że zapewni ono decydujący wzrost produkcji. Przeniesienie 
fabryk   pod   ziemię   ma   nastąpić   natychmiast,   bez   biurokratycznej   mitręgi;   sztab   otrzymuje   w   tym   celu 
wszelkie pełnomocnictwa. Bezwzględne pierwszeństwo ma odtąd produkcja samolotów myśliwskich, ale 
także bombowców...

Z przeniesieniem było związane dostosowanie wszelkich istniejących sztolni pokopalnianych i innych 

do   wymagań   produkcji,   jak   też   budowa   kilku   nowych   systemów   korytarzy   podziemnych.   Zaistniała 
konieczność skierowania do tych prac robotników, techników i inżynierów budowlanych z całych Niemiec, 
bez prawa odwołania się od tego nakazu. Do budowy miał zostać włączony, obok organizacji Todt, potencjał 
budowlany SS, a z nim więźniowie obozów koncentracynych. Angażuje się też — ustalono — odpowiednią 
liczbę firm prywatnych.

— SS weźmie w tym dziele udział wszystkimi możliwymi siłami — zapewnił uroczyście Himmler. — 

background image

Przewiduję skierowanie na te budowy dalszych  stu tysięcy więźniów. Dotychczas  dla potrzeb lotnictwa 
zatrudniamy dziewięćdziesiąt tysięcy przestępców politycznych.

Jednak podstawową siłą roboczą mieli być robotnicy przymusowi. Dwudziestego piątego marca Milch 

ujawnił na szerszej naradzie resortu lotnictwa zadania sztabu myśliwców. Rozdał nominacje i ustalił imienną 
odpowiedzialność za poszczególne służby.

Ujawnił   też,   że   przemieszczony   pod   ziemię   kompleks   zakładów   zajmie   się   seryjną   produkcją 

najnowszego samolotu  Me-262, nie precyzując,  w jakim wariancie. Brak jasności  w tej istotnej kwestii 
świadczył,   że   spór   z   Hitlerem   nie   został   rozstrzygnięty.   Inne   przeznaczenie   tego   odrzutowca   musiało 
oczywiście przedłużyć cykl prób. Milch wspomniał również o nowym myśliwcu He-162, któremu rokowano 
dobrą przyszłość. Był prostszy i dużo tańszy od Me-262, zastosowano w nim niedeficytowe materiały: stal i 
drewno,   a   także   plastyk.   Miał   być   produkowany   masowo   tuż   po   zakończeniu   wszystkich   prac   przy 
prototypie. W nim właśnie Hitler widział skuteczne narzędzie do zwalczania alianckich bombowców, ze 
wstępnej kalkulacji kosztów i nakładu pracy wynikało, że za jednego Me-262 może mieć co najmniej trzy 
lub cztery takie samoloty i to znacznie szybciej. Problem tkwił jednak w tym, że rewelacyjnie zapowiadający 
się  „Volksjäger”   —   czyli   „myśliwiec   ludowy”,   jak   go   nazwano  —   ciągle   nie   mógł   uzyskać   pełnej 
sprawności technicznej. Podobne kłopoty miał także Messerschmitt z innym swoim myśliwcem  Me-163 
„Komet”
, w niektórych samolotach przy lądowaniu następowała eksplozja.

Milch   nie   wnikał   w   te   szczegóły.   Akcentował   natomiast   potrzebę   niezwłocznego   przerzucenia 

wybranych wytwórni pod ziemię do miejsc objętych ścisłą tajemnicą. Zakładano, że takich obiektów będzie 
5274 na obszarze całych Niemiec.

Na odprawie „sztabu myśliwców” w dniu 8 lipca obliczono, że miesięczna produkcja wszystkich typów 

samolotów winna osiągnąć 6400 maszyn z przyszłościowym powiększeniem do 7400. Był to program-kolos, 
nigdy zresztą w takich wskaźnikach nie zrealizowany. W ostrej rywalizacji tylko z przemysłem lotniczym 
Kraju Rad Niemcy zostawali w tyle, w jeszcze większym stopniu zdystansowali ich Amerykanie.

Ambicje rosły,   a sprawa  Me-262  nadal  tkwiła  w  miejscu.   Miał   być produkowany także  i  w nowo 

urządzanych zakładach REIMAHG, ale nikt nie wiedział, jaki w końcu model wejdzie na taśmę. Speer i 
kilku   generałów   Luftwaffe   chcieli,   aby  ten  nowoczesny  Me-262  był   myśliwcem.  Prędkością   i   pułapem 
przewyższałby na pewno wszystkie dotąd znane samoloty alianckie. Hitler trwał przy innym stanowisku, 
odpowiadało   mu   dostosowanie   tego   płatowca   do   zadań   bombowych,   choć   jego   udźwig   był   niewielki, 
zaledwie pół tony. Göring wolał w tej kwestii nie zabierać głosu.

Speer w porozumieniu z Milchem poszli na kompromis. W tajemnicy przed kanclerzem wdrożyli do 

produkcji   wariant   myśliwski,   opatrując   ten   program   kryptonimem  „225”,   natomiast   Messerschmitta 
zobowiązali do szybkiego zaprojektowania  bombowej odmiany tego samolotu. Pochopnie zakładano, że 
pierwsze seryjne egzemplarze będą zmontowane już w kwietniu, a docelowa produkcja miesięczna osiągnie 
800 maszyn, ale dopiero w październiku 1945 roku.

Okazać się miało, że resort Speera przecenił swoje możliwości. Rosła produkcja samolotów z napędem 

tłokowym,   odrzutowy  Me-262  stwarzał   jednak   bariery   znacznie   trudniejsze   do   pokonania.   Główny 
konstruktor odrzucił koncepcję przystosowania maszyny wyłącznie do roli bombowca. Pogodził strony w 
sporze, przedstawiając wariant myśliwsko-bombowy. Hitler uznał to rozwiązanie za słuszne, domagając się 
zarazem niezwłocznego uruchomienia produkcji. Już widział chmary tych samolotów nad Rzeszą, podczas 
gdy nie było jeszcze ani jednego. Latały tylko prototypy, seria informacyjna miała pójść do szkół w maju. 
Wbrew   zapewnieniom   Speera   nie   poszła,   bo   stwierdzono   usterki   w   silniku.   Łopatki   turbiny   nie 
wytrzymywały wysokich temperatur. Były także kłopoty z klejeniem blach pokrycia. Tych trudności nie dało 
się pokonać żadnym poleceniem „sztabu myśliwców”, potrzebny był czas, ale tego hitlerowcom brakowało.

Na konferencji w polowej kwaterze Hitlera, jaka odbyła się 3 i 5 czerwca tegoż roku, gospodarz zwrócił 

uwagę, że każdego miesiąca ucieka z pracy trzydzieści do czterdziestu tysięcy robotników cudzoziemskich 
lub jeńców wojennych. Są oni łapani przez policję, po czym jako karni więźniowie zatrudniani w zakładach 
przy obozach koncentracyjnych.

— Co pan o tym sądzi, Speer?
— Znam to od dawna i jest to dla mnie nie do zniesienia, gdyż nie są to już lata czterdziesty pierwszy i 

drugi, kiedy deportacje miały charakter masowy. Dziś liczy się każda siła robocza. Wśród tych uciekinierów 
jest niemało wyuczonych fachowych robotników i powinni oni jak najszybciej znowu podjąć pracę w ich 
pierwotnym zakładzie. Taki jest mój pogląd i postulat. Nie byłbym w stanie wytrzymać spadku w ciągu roku 
pół miliona siły roboczej i dlatego musi być dokonany podział tych ludzi, przeze mnie albo przez towarzysza 
partyjnego Sauckela.

background image

—   Chyba   ma   pan   rację  —   zgodził   się  „wódz”.   —   Rozstrzygnę   tę   kwestię   po   omówieniu   jej   z 

reichsführerem, a o wyniku powiadomię pana.

Te   i   inne   kłopoty  ministra   zbrojeń   i   produkcji   wojennej   związane   także   z   budową   dróg   i   lotnisk 

wojskowych oraz umocnień Wału Atlantyckiego  — spowodowały nowe wędrówki setek tysięcy ludzi z 
różnych stron Europy. Jako że nie odzyskał, mimo obietnic Hitlera,  „swoich"' ausländerów: kogo SS raz 
chwyciło w swe macki i wpakowało do kacetu, tego już nie zwracało.

Nic dziwnego, że na posiedzeniu Zentrale Planung biedzili się wspólnie z Sauckelem, skąd by tu wziąć 

brakujące   setki   tysięcy   fremdarbeiterów.   Generalny   pełnomocnik   przedstawił   trudności,   jakie   obecnie 
napotyka nie tylko na wschodzie, ale i we Francji, i we Włoszech.

— Sytuacja staje się krytyczna, wszelkie gwałtowne środki postępowania zawodzą — asekurował się na 

wyrost.

— Powinien pan to przedstawić führerowi...  — uśmiechnął się złośliwie Speer. Milch nie był taki 

elegancki i zarzucił Sauckelowi opieszałość.

—   Proponuję   zastosować   bardziej   bezwzględne   metody   przymusu   przy   werbowaniu   do   pracy  — 

oświadczył gromko; chciał przebić kartę gauleitera i zaimponować oddaniem sprawie „Wielkich Niemiec”. 
Miał nadzieję, że ktoś doniesie o jego postawie Hitlerowi.

Namiestnik z Turyngii z ukosa obserwował te manewry ambitnego feldmarszałka. Zwłaszcza wściekły 

był na Milcha za to, że ten bezpośrednio, pomijając jego urząd pełnomocnika, zajmował się werbowaniem 
robotników.

Gauleitera nękały niepłonne obawy, że kiedy tacy jak Milch i inni zaczną  „mądrzyć się” i na własną 

rękę prowadzić werbunek, to jego generalne pełnomocnictwa mogą stanąć pod znakiem zapytania.

Stało   się   oczywiste,   że   Speer   i   Milch   są   kluczowymi   postaciami   w   rozkręcaniu   spirali   deportacji 

ludności cywilnej z terenów jak dotąd jeszcze okupowanych przez Niemcy.

Po kłótni, w której omal nie doszło do wyzwisk, dygnitarze pogodzili się, podejmujnc dwie decyzje. 

Zażądali   solidarnie   dostarczenia   robotników  —  Żydów  i   tak   zwanych  Imis  —  Italienische   Militärische 
Internirte, do wielkich budów podziemnych.

Ponadto uchwalili sprowadzenie do Rzeszy 50 tysięcy włoskich robotników cywilnych, i to wprost do 

zakładów lotniczych. Uciekających z transportów — zadecydowali — rozstrzeliwać.

Dzięki dojściu do porozumienia, Sauckel i Milch mogli sobie podać ręce. To przesądziło o tym, że we 

Włoszech od 1 maja rozpoczęło się wielkie polowanie na ludzi z nagonką.

„Ochotnicy” do Niemiec

Agostino Cingolani został pochwycony podczas łapanki w dużej wsi Matelia. Miało to miejsce 2 maja 

1944 roku, gdy młody Włoch pracował w polu. Dostarczono go do obozu zbiorczego w Macerata, a po 
upływie dwóch tygodni odtransportowano samochodem ciężarowym do Florencji. Nocą załadowano go wraz 
z tysiącem innych ludzi do bydlęcych wagonów i powieziono do Niemiec. Stacją docelową dla Agostino 
było miasto Kahla w Turyngii. Tu oświadczono mu, że jest na statusie robotnika przymusowego.

Remo   Veronese   odbył   swoją   przymusową   drogę   w   czerwcu   tego   samego   roku,   wraz   z 

sześćdziesięcioma rodakami. Najpierw wieziono ich pociągiem towarowym. Potem było kilka dni pieszego, 
uciążliwego marszu  — i znowu zaduch i  ścisk towarniaka. Hitlerowcy przyczepili ich wagon na samym 
przodzie, w obawie przed partyzantami. Wagon wjechał na minę, byli zabici i ranni. Veronese trafił do 
szpitala. Ale jego pobyt tam trwał niedługo, przyszedł rozkaz wyjazdu i tak dojechał do obozu pracy w 
Kahla.

Silvio Angiola, piętnastolatek, znalazł się w grupie sześćdziesięciu ośmiu mieszkańców wsi: Garessio, 

Priola,   Bognasco   i   Nucetto.   Pod   pretekstem,   że   pomagali   partyzantom,  wyznaczono   ich   na   wyjazd   do 
Rzeszy.   Dwudziestego   dziewiątego   lipca   ruszyli   pociągiem   w   drogę.   Od   Ceva   do   Sale   musieli   iść   na 
piechotę, bo partyzanci wysadzili odcinek toru. Po dwóch dniach doszli do Celle Ligure i tu kazano im 
podpisać   umowę   o  pracę   jako  „ochotnikom”  do  Niemiec.  Odmowa  groziła   rozstrzelaniem.  Z  Sesto   St. 
Giovanni poprowadzono ich do więzienia w St. Vittore w Mediolanie. W ciasnych celach tłoczyli się przez 
dwanaście dni. Dwunastego sierpnia upchano  „ochotników” do wagonów i pod strażą powieziono ku ich 
przeznaczeniu. Poprzez przełęcz Brenneru jechali do Monachium. Stąd droga wiodła do Weimaru i dalej do 
Kahla.

Nie tylko ze słonecznej Italii szły ponure pociągi do Turyngii.
Armand Lemoine z Charleroi został zagarnięty momencie, gdy siadał na rower, by z miejsca pracy udać 

się w drogę do domu. W tym czasie, był środek lata, żandarmeria zorganizowała wielką łapankę w mieście i 

background image

okolicy. Schwytano siedmiuset Belgów. Dwudziestego czwartego lipca przyjechali transportem do Kahla. Na 
wagonach rzucał się w oczy napis wielkimi literami: „Ochotnicy do Niemiec”.

Gastona Risselin schwytano 15 sierpnia wraz z tysiącem dwustoma obywatelami belgijskimi i po dwóch 

dniach dostarczono do Kahla.

Hendrika   Quaka,   holenderskiego   studenta,   zatrzymała   policja   w   Hadze   15   kwietnia   1944   roku. 

Trzynastego listopada, po kilkumiesięcznym pobycie w Buchenwaldzie wraz z wieloma rodakami, wyszedł z 
pociągu na stacji w Kahla.

Tadeusz Dackiewicz, pułkownik WP w stanie spoczynku, lat 56, przybył do Kahla w październiku, w 

transporcie z Warszawy po upadku powstania.

Do tego samego punktu na mapie Niemiec wieziono tysiące ausländerów. Nazywał się — Kahle.

REIMAHG znaczy reichsmarschall Hermann Göring

W Turyngii istniał z siedzibą w Weimarze wielki państwowy koncern zbrojeniowy „Gustloff-Werke”, 

produkujący   broń   i   amunicję.   W   skład   jego   wchodziły:   fabryka   w   Suhl   wraz   z   filią   w   Berlinie, 
przedsiębiorstwo w samym Weimarze i kilku innych miejscowościach, a także duże zakłady pobudowane 
przy obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.

Zwyczajem praktykowanym w III Rzeszy patronat i honorowe kierownictwo koncernu objął z urzędu 

gauleiter i namiestnik. Rozsadzała go ambicja. Kiedy więc powołany został do życia  „sztab Jägera”, szef 
prowincji skorzystał z okazji, aby rozszerzyć zakres swego dominium.

Nadzorując ogromny koncern zbrojeniowy Gustloff-Werke Fritz Sauckel ubiegał się o to, żeby znaczna 

część   programu   budowy   i   produkcji   podziemnej   przypadła   do   realizacji   jemu.   Starania   rozpoczął   od 
pozyskania   dla   swoich   planów   samego   Göringa.   Z   tym   dogadał   się   szybko.   Zwłaszcza   kiedy  gauleiter 
oświadczył:

— Pańskim imieniem, reichsmarschall, nazwiemy całe to przedsięwzięcie. REIMAHG, to brzmi klasa, 

nieprawdaż?   Należy   się   to   panu   jako   dowódcy   Luftwaffe  —   pogłaskał   powszechnie   znaną   próżność 
„Wielkiego Łowczego” Rzeszy, paradującego w coraz to innym strojnym mundurze.

„Gruby Hermann” sapnął z zadowolenia. Istniał już jeden koncern nazwany jego imieniem, ale jemu 

było tego za mało. Ciągle, mimo przegranej bitwy o Anglię, o Moskwę, o Stalingrad i Kursk, a także o 
Normandię, uważał się za kogoś lepszego w hitlerowskiej elicie władzy.

Wyraził zgodę bez mrugnięcia okiem.
— Bierzcie się do dzieła, mój drogi parteigenosse Sauckel. Musi to być jeden zakład-olbrzym, godny 

mego nazwiska. Czy macie już lokalizację? Porozumcie się ze Speerem, jego organizacja Todt musi podjąć 
się tej budowy.

— „Jägerstab” ustalił, że roboty u nas poprowadzi służba budowlana SS gruppenführera Kammlera — 

objaśnił gauleiter, dziwiąc się w duchu, że generalny pełnomocnik do spraw planu czteroletniego i szef 
lotnictwa nie orientuje się w tak zasadniczej sprawie.

Sauckel   upatrzył   sobie   górę   o   nazwie   Walpersberg   w   pobliżu   miasta   Kahla.   Znajdowały   się   tam 

sztolnie, w których miejscowa fabryka porcelany wybierała piasek kwarcowy. Wymarzone miejsce na ukrytą 
pod ziemią fabrykę samolotów.

Po północno-zachodniej stronie rzeki Saale, na płaskowyżu stanowiącym obszerne podgórze pasma Las 

Turyński,   kilka   kilometrów   na   południowy   zachód   od   Kahla,   przyciągała   wzrok   góra   Walpersberg, 
pokaźnych rozmiarów, aczkolwiek niezbyt wysoka. W jej wnętrzu były już wykute w skale sztolnie w liczbie 
dziesięciu, połączone dookolnie dwoma pasmami korytarzy, bliższym wejścia i dalszym. Rozmieszczono 
tam maszyny, wytwarzające wszelkie części sprzętu, niezbędnego do montażu samolotów. Robota szła nie 
tylko w samych sztolniach, ale i w korytarzach.

Do wnętrza prowadziły cztery wejścia, ale czynne było tylko jedno; subkoncern, pomimo wysiłków, nie 

zdołał ich uruchomić.

Montaż maszyn latających odbywał się w dwóch specjalnych, betonowych halach, wybudowanych tuż 

obok czynnego wejścia do tunelu. Między tunelem a tymi halami kursowały wózki, na których przewożono 
ze sztolni gotowe części do Focke-Wulfa, a wkrótce i do Me-262.

Z hal tych gotowe samoloty posuwały się na wyciągu szynowym naziemnym; prowadził on na sam 

szczyt góry. Tam rozłożyło się, ciągle rozbudowywane, lotnisko.

Zaledwie  jeden  system sztolni  był od lat  gotowy.  Pozostałe  wymagały poważnej  „kosmetyki”,  aby 

mogły przyjąć park maszynowy. Dochodziły stamtąd odgłosy detonacji — użyto materiałów wybuchowych. 
Spieszono się  — Sauckel ponaglał, dyrektorzy i majstrowie REIMAHG popędzali robotników i jeńców. 

background image

Jeszcze tej jesieni chciano ustawić tam maszyny, urządzić transport wewnętrzny, zorganizować magazyny 
sprzętu i narzędzi.

Na razie jednak funkcjonowało tylko wejście pierwsze. W pobliżu niego rozłożyły się baraki służące za 

pomieszczenia biurowe i dla załogi SS.

Obóz   dla   robotników   przymusowych   był   zatem   najdziwniejszym   ze   wszystkich   lagrów   ery 

hitlerowskiej. Rozmieszczono go w dziesięciu miejscowościach okolicznych i składało się nań czternaście 
podobozów. Jego centrala, jako obóz nr 1, mieściła się u stóp Walpersbergu.

W   mieście   Oschersleben   niedaleko   Magdeburga   znajdowała   się   siedziba   dużego   przedsiębiorstwa 

produkcji samolotów, zwanego w skrócie AGO, przedmiot pożądań oberszefa Gustloff-Werke. Bo kiedy już 
Sauckel dostał w swoje ręce wymarzony REIMAHG, zaświtała mu myśl stworzenia największego koncernu 
lotniczego w Niemczech. Postanowił przejąć tę firmę.

W tym celu musiał mieć zgodę i pomoc ze strony Milcha. Generalny inspektor Luftwaffe nie oponował. 

Jedenastego maja 1944 roku podyktował teleks do generalnego dyrektora koncernu AEG, Büchera, który 
kontrolował AGO. Powiadomił go, że na terenie Turyngii powstają wielkie podziemne zakłady lotnicze, z 
początkowym programem 500 samolotów typu Focke-Wulf FW-190 miesięcznie. Dotychczasowa wydolność 
AGO nie przekraczała  100—120 maszyn,  a zatem już na samym początku miał  nastąpić wzrost o 400 
maszyn.

Milch w swoim dalekopisie zaznaczył też, że chciałby, żeby w sprawie przeniesienia produkcji AGO 

pod ziemię nastąpiło porozumienie pomiędzy radą nadzorczą AEG i Gustloff-Werke.

Jeszcze tego samego dnia feldmarszałek otrzymał odpowiedź. Bücher oferował gotowość pomocy, a to 

przez odstąpienie części akcji AEG koncernowi Sauckela na sumę 6 milionów 625 tysięcy marek.

W taki sposób gauleiter mógł zrealizować swój plan zakupu AGO; przy sposobności utrącił nie bez 

satysfakcji konkurencję Junkersa, który również ostrzył sobie zęby na zakład w Oschersleben. Nadmierna 
ambicja i chęć błyśnięcia przed Hitlerem przesłoniła nieco horyzont myślowy Sauckela i nie dostrzegł, że 
„jego” samoloty na razie istnieją dopiero na papierze, tworzony koncern jest w proszku, a potok sprzętu 
płynie z innych wytwórni, z zakładów Messerschmitta, Junkersa, Heinkla i Dorniera. O przeniesieniu całej 
produkcji pod ziemię nikt poważnie nie myślał, była to czysta utopia.

Sauckel chciał koniecznie przejąć najnowszy samolot Messerschmitta. Nie pojmował jednak, że nawet 

w zakładach podziemnych, z takim pośpiechem urządzanych, nie uruchomi od razu tej produkcji z przyczyn 
technicznych.

Tymczasem w Kahla prace posuwały się szybko naprzód. Już 8 marca Sauckel wystosował list do 

Göringa,   w   którym   potwierdzał   przyjęte   ustalenia   i   informował   go   o  przebiegu   montowania   fabryki   w 
sztolni.

Pertraktacje   z   AGO   również   zmierzały   do   finału.   Kiedy   13   czerwca   gauleiter,   zdenerwowany   do 

najwyższego,   jako   że   tydzień   wcześniej   armie   inwazyjne   przełamały  umocnienia   Wału   Atlantyckiego   i 
rozpoczęły ofensywę w Normandii, zadał pytanie dyrektorowi AGO Schöbelowi, czy gwarantuje pięćset 
samolotów miesięcznie, ten odparł, że to żaden problem, w przyszłości dostarczenie tysiąca maszyn jest 
osiągalne.

— Tysiąc samolotów każdego miesiąca, to już byłoby coś — dygnitarz skwitował z zadowoleniem to 

oświadczenie.

Plany planami, program programem, a rzeczywistość stawiała opór. Nie po raz pierwszy przekonano 

się, że od pomysłu do przemysłu droga daleka, a życzenia pędzą na innym torze niż fakty. Jeżeli sztab 
myśliwców chciał „wyciągnąć” z tutejszego zakładu 1250 maszyn miesięcznie, to trzeba było przeprowadzić 
niezwłocznie zakrojone na szeroką skalę roboty budowlane. W tym celu powstało w ramach REIMAHG 
duże przedsiębiorstwo z siedzibą w Weimarze. Do robót tych przystąpiono wcześnie, bo już 11 kwietnia, a 
wzięło w nich udział 95 specjalistycznych przedsiębiorstw kooperujących.

Göring   naciskał   energicznie   na   przyspieszenie   tempa   prac   nad   trzema   ciągle   jeszcze   nieczynnymi 

kompleksami korytarzy podziemnych. Sauckel również nie był zadowolony z przebiegu robót minerskich, 
jak i z montażu maszyn w czynnej sztolni. Piątego lipca zwołał zebranie kierowników całego subkoncernu i 
wytknął im po kolei opóźnienia w robotach. Po czym dodał:

— Nasze przedsięwzięcie ma sens tylko wtedy, jeżeli szybciej niż jakikolwiek inny podziemny zakład 

rozpoczniemy produkcję.

To trochę na pozór enigmatyczne oświadczenie zostało przez zebranych odczytane prawidłowo: szefowi 

chodziło nie tylko o to, żeby byli lepsi od innych, ale również i o to, że od powodzenia tutejszej taśmy 
produkcyjnej zależał, w jego rozumieniu, dalszy przebieg wojny.

background image

Następnie, w wielkim skrócie, gauleiter przedstawił postulaty, jakie wynikły z omówienia problemu 

REIMAHG z Hitlerem, Göringiem i Speerem.

— Panowie! — natężył patetycznie głos. — Towarzysze partyjni! Rzesza walczy na śmierć i życie na 

dwóch frontach. Wierzymy Adolfowi Hitlerowi, że końcowe zwycięstwo będzie należeć do nas. Ale samo 
ono nie przyjdzie. Los nasz zależy teraz od Wunderwaffe führera i od cudownej broni... naszej. Tak, również 
naszej! Bo stoi przed nami twarde zadanie: odbudować przewagę Luftwaffe w powietrzu. Od tego zależy 
wszystko.

Sauckel, podobnie jak w Gustloff-Werke, tak i w REIMAHG posiadał nieograniczone pełnomocnictwa, 

i   nawet   członkowie   sztabu   myśliwców   uprawomocnieni   do   nadzoru   przez   Speera   i   Milcha,   niechętnie 
odwiedzali „królestwo gauleitera”; nie mieli tu wiele do powiedzenia.

Sprawował niepodzielny „rząd dusz” i sam ustalił, co jest tu prawem. Ciągle podkreślał, że tutaj będzie 

się tylko rozkazywać... Wyrażanie przez personel zakładów własnych poglądów było gruntownie zakazane. 
Do nich, inżynierów, techników i robotników, należało wybudowanie najnowocześniejszej w świecie taśmy 
produkcyjnej dla samolotów...

Sauckel myślał oczywiście o Me-262, ale spotkał go zawód. Do produkcji miał być wdrożony FW-190

myśliwiec   tłokowy,   nieco   lepszy   od   standardowego  Me-109G-6.   Personel   AGO   obiecywał   pierwsze 
egzemplarze najdalej do sierpnia.

Zapędzeni pod ziemię

Cała gospodarka wojenna Rzeszy, mimo milionów przywleczonych tu siłą obcokrajowców, a ponadto 

jeńców wojennych i więźniów, zapędzonych przemocą do pracy, odczuwała dotkliwy brak rąk roboczych; 
ale nie zabrakło ich nigdy w REIMAHG. Dla generalnego pełnomocnika do spraw Arbeitseinsatzu problem 
niedostatku fremdarbeiterów nie istniał; przydzielał sobie tylu, ilu mu było potrzeba, i nie kwestionowali 
tego ani Göring, ani Speer. Spośród pięciu milionów ludzi, którzy jemu zawdzięczali los tułaczy i status 
niewolników — kilkadziesiąt tysięcy trafiło do jego koncernu.

Blisko  milion   robotników  przymusowych,  około  200 tysięcy więźniów  obozów koncentracyjnych  i 

tyluż jeńców wojennych zaprzęgnięto do realizacji planu sztabu myśliwców.

Przez sam tylko REIMAHG przeszło od 15 do 16 tysięcy deportowanych — mężczyzn, kobiet i dzieci 

dziesięciu narodowości. Już 11 kwietnia stanęli tu jako pierwsi — Włosi; po nich przyszli jeńcy radzieccy i 
cywilni obywatele ZSRR, Belgowie, Francuzi, Holendrzy. Nieco później przywieziono Polaków. Wreszcie 
— dwa tysiące więźniów z Buchenwaldu.

Każdemu   ze  „zwerbowanych”   wręczono  „Książkę   pracy  ausländera”,   do   której   wstęp   napisał   sam 

gauleiter, pan na Gustloff-Werke i REIMAHG, w jednej osobie.

„Podobnie jak niemiecki, tak i zagraniczny robotnik swoją pracą, fizyczną bądź umysłową, w Wielkiej 

Rzeszy służy budowie nowego ładu w Europie. Walczy o szczęśliwą przyszłość i dobrobyt ludów wspólnoty 
europejskiej. Robotnik-obcokrajowiec musi być w pełni świadomy tego zadania. Jest to wielkie wyróżnienie. 
Od tego zależy jego wydajność pracy i osobista postawa”.

Ausländerzy   czytając   to  „wyróżnienie”   zaciskali   pięści   z   bezsilną   wściekłością.  „Szczęśliwą 

przyszłość” widzieli zwłaszcza wtedy, gdy ich zmuszano do wstawania o godzinie 4.30 nad ranem — przy 
akompaniamencie wyzwisk i poszturchiwań  — i pokonywania dzień w dzień pięciu—sześciu kilometrów 
drogi do pracy, w tamtą i z powrotem. „Wysoką wydajność” wymuszano z nich w ten sposób, że zajmowali 
stanowiska na zwykłych miejscach roboczych ponaglani wrzaskiem cywilnych dozorców i SS-manów i że 
zmiana trwała od dziesięciu do dwunastu godzin, często nawet do czternastu. Po fajrancie odbywał się apel, 
już drugi każdego dnia, po czym urzeczywistniano ich „dobrobyt” wręczeniem bonów na posiłek. Kto nie 
zdążył, ten musiał głodować do następnego dnia.

Za kwity żywnościowe potrącano im z zarobków  — wynosił on od 22 do 43 fenigów dziennie  — a 

wypłacano do ręki jedynie niewielką część reszty należności. Pozostałą sumę kierownictwo fabryki wpłacało 
do kasy oszczędności na ich rachunek. W rezultacie nie byli dysponentami własnych, ciężko zapracowanych 
pieniędzy. Nigdy ich zresztą nie ujrzeli.

Kiedy ten i ów upomniał się o urlop, odpowiadano mu, że otrzyma go po wojnie.
Wykańczali   gotowe   i   budowali   nowe   sztolnie,   bunkry,   ulice,   stawiali   baraki,   kładli   tory   kolei 

wąskotorowej,   rury  wodociągowe   i   ciągnęli   przewody  elektryczne.   Zajęci   byli   przy  budowie   lotniska   i 
produkcji części samolotowych. Zostało po nich 75 sztolni o szerokości od 9 do 15 metrów i łącznej długości 
32 kilometry. Tyrali od wschodu do zachodu słońca, którego zresztą niemal nigdy nie widzieli, towarzyszyło 
im   brutalne   zachowanie   personelu.   Jego   bestialstwo   pokazało   się   w   jaskrawym   świetle   podczas   świąt 

background image

Wielkanocy. Jeden z robotników, Belg, dostał się w tryby betoniarki. Konieczna była amputacja obu nóg. 
Kierownik robót tej firmy, niejaki Rehring, żeby nie uszkodzić sprzętu, polecił obciąć nieszczęsnemu nogi, 
po   prostu   tak,   jak   tamten   tkwił   w   maszynie.   Dokonano   tego   zwykłą   piłą   do   cięcia   drewna   i   dłutem 
ciesielskim. Ofiara zmarła wkrótce w stanie nieprzytomnym.

Celem ujęcia odległego źródła wody dwudziestu pięciu Rosjan musiało  dzień w dzień maszerować 

dziewiętnaście kilometrów z obozu do pracy i z powrotem.

Pewien majster niemiecki rozkazał maszyniście lokomotywy, którym był Polak, załadować ponad miarę 

małe wagoniki. Przy skręcaniu na tor boczny pociąg wykoleił się. Robotnik został tak pobity, że musiał iść 
do szpitala.

Inny Niemiec zakatował na śmierć pewnego Francuza. Tłukł go jeszcze wtedy, gdy tamten już nie żył.
Firma Kobecke zajmowała się rozładunkiem wagonów z cegłą i żwirem. Zatrudniony w niej Niemiec 

nazwiskiem Ebel znany był z sadyzmu. Zabierał robotnika do baraku na terenie budowy stacji kolejowej i tu 
„obrabiał” do krwi swoją ofiarę, posługując się trzonkiem od łopaty.

W tej samej firmie kierownik polityczny zabił pewnego Włocha strzałem w potylicę, gdyż ten „poruszał 

się zbyt wolno”. Wydarzyło się to w biały dzień na oczach wielu ludzi.

Policja   lub   straż   przemysłowa   przeprowadzała   częste   rewizje   podejrzewając,   że   robotnicy   kradną 

ziemniaki.   Nadzorcy   i   żołdacy   zachowywali   się   cynicznie,   poniżając   przy   tej   sposobności   godność 
rewidowanych kobiet i szydząc z nich. Jeśli ktoś czynił na ten temat uwagi, był bity, z ostrzeżeniem, że jak 
się to powtórzy, zostanie rozstrzelany.

Niejeden cudzoziemiec załamywał się i umierał. Niektórzy popełnili samobójstwo. Po każdym fajrancie 

niesiono do obozów całe tuziny martwych.

Gdy zmaltretowani ludzie wracali po pracy do swoich baraków, czekały na nich nowe szykany. Tym 

razem od kierowników i SS-manów.

Pomieszczenia   te   były   na   ogół   straszne.   Pierwsi   z   przybywających   tu   zwangsarbeiterów   nie   taili 

przerażenia.   Początkowo   rozmieszczono   ich   w   lokalach   użyteczności  publicznej   i   innych   budynkach   w 
pobliskich wsiach i osadach. Dopiero po wielu miesiącach, w listopadzie, zostali przeniesieni do jeszcze nie 
wykończonych, nie oszklonych baraków. Brak było stołów, wiader i miednic. Spali na gołej podłodze i 
dopiero w grudniu otrzymali słomę i wióry do sienników.

Nic dziwnego, że 7 września, w czasie narady produkcyjnej, na szczeblu dyrekcji subkoncernu znowu 

padły  stwierdzenia,   iż   tempo   robót   pozostawia   wiele   do   życzenia.   Hitlerowcy   nie   byliby   sobą,   gdyby 
dostrzegali,   w   czym   tkwią   źródła   niskiej   wydajności.   Oni   znali   tylko   jeden   sposób:   dalsze   zaostrzenie 
dyscypliny. Kierownictwo musi być twarde — powiadali jeden przez drugiego.

—   Obowiązuje   maksymalna   efektywność   przy  możliwie   oszczędnym   wysiłku  —   powtórzył   swoją 

ulubioną „złotą myśl” Pritz Sauckel.

Bezpośredni   rezultat   tego   posiedzenia  „góry”   był   taki,   że   rozstrzelano   za   mało   wydajną   pracę   co 

dziesiątego robotnika ze Słowacji. Wszystkim pozostałym dosłownie patrzono od tej pory na palce.

Podzielono obcokrajowców na grupy po dwieście pięćdziesiąt osób, przydzielając każdej kierownika 

politycznego. Miał on obowiązek meldowania o każdym cudzoziemcu, który przejawiał „lenistwo”.

Dziesiątego   lipca   rozpoczęto   produkcję   samolotu  Focke-Wulf   FW-190,   a   już   1   sierpnia   pierwsza 

maszyna  była  gotowa. Sauckel zapewnił  „sztab  myśliwców”, że tylko patrzeć, jak dojdzie do piętnastu 
samolotów dziennie i więcej, zgodnie z zamierzeniami. Trwał przy swoim  zdaniu nawet po zamachu na 
führera 20 lipca. Jednak program ten, jego realizacja, były uzależnione od oddania do użytku drugiej z kolei 
sztolni.   Tymczasem   niewielki   postęp   prac   w   niej   wskazywał   niedwuznacznie   na   sprytny   sabotaż 
cudzoziemskich robotników.

Poganiał   więc   robotników   na   wszelkie   sposoby   i   dawano   im   nawet   do   zrozumienia,   że   szybsze 

wykończenie   pomieszczeń   pod   ziemią   leży  w   ich   interesie,   za   czym   kryła   się   niedwuznaczna   groźba. 
Bezskutecznie.

Choć więc aż dziesięć tysięcy ludzi, mężczyzn i kobiet, z oskardami, kilofami i łopatami, postawiono, 

obok  brygad   minerskich,   do  samych   tylko  robót   ziemnych  oraz   do  rozładunku   wagonów  z   materiałów 
budowlanych i ładowania odstrzelonych i wywalonych z korytarzy kamieni na lory, prace posuwały się 
naprzód w wolnym tempie. Głodni, wyczerpani niewolnicy coraz częściej zapadali na zdrowiu; dwadzieścia 
procent cudzoziemskich robotników cierpiało na różnego typu niedomagania i choroby. Pewien francuski 
lekarz próbował potajemnie ratować swoich rodaków lekami ze szpitala, ale rzecz się wydała i poszedł do 
bunkra, z którego mógł wyjść tylko martwy.

Miejsce tych, którzy szli do szpitala lub chorowali w barakach, zajmowali nowi przybysze. Oni także 

background image

szybko opadali z sił przy nędznym wyżywieniu, na które składały się: rano — lura z żołędzi nazywana kawą 
i ćwiartka chleba z maleńką  porcją margaryny,  a wieczorem litr zupy,  w której pływał kartofel. Nieraz 
musieli obyć się bez gorącej strawy: a to zabrakło wody, to znowu nie starczyło dla wszystkich.

Okradani, szykanowani i bici „ochotnicy do Niemiec” jednak trwali, mimo wszystko. A nawet stawiali 

cichy opór.

Śladem żółwia

Niewolnicy   z   Walpersbergu   mieli  oczy szeroko otwarte  i widzieli,  o co idzie gra.  A czego  nie 

wiedzieli, tego się domyślali. Problem był jeden: jak szkodzić wrogowi, aby i samemu przeżyć, doczekać 
niedalekiego już przecież końca wojny, a co za tym szło — wytęsknionej wolności. Bo choć oficjalnie nie 
byli   więźniami,   to   bez   przepustki   nie   wolno   było   wyjść   poza   obóz.   Polakom   nawet   i   tej   satysfakcji 
wzbroniono.

Coraz   śmielej   prowadzili   rozmowy   między   sobą   w   kręgach   zaufanych.   Zawiązywały  się   stosunki 

koleżeństwa,   a   nawet   przyjaźni,   opartej   na   wzajemnym   zaufaniu.   Najpierw   w   poszczególnych   grupach 
narodowościowych,   potem   poza   ich   obrębem.   Podobnie   bywało   w   miejscach   pracy.   Wspólny,   ciężki   i 
niepewny los musiał łączyć ludzi.

W brygadach roboczych zajmowali miejsce pracy obok siebie: „laboratore Italiano” tuż przy profesorze 

Polaku,   pieśniarz   z   Montparnasu   przy   adwokacie   z   kraju   tulipanów,   Iwan   z   Ukrainy   obok   pasterza 
jugosłowiańskiego. Pomimo ostrego oka dozorców, niemieckich majstrów i strażników, których nazywali 
policjantami, upatrywali moment, dogodny do nawiązania rozmowy, najczęściej łamaną niemczyzną.

Opór drzemał w nich, u jednych instynktowny, u drugich w pełni świadomy, i musiał znaleźć takie czy 

inne ujście, objawić się w jakiejś formie działania, zwłaszcza że przed schwytaniem widzieli go w swoich 
krajach, jak narastał i przybierał formy sabotażu i dywersji. Irena i Zdzisław Koperowie, Zofia Skubała i 
Franciszek Stemler, zawleczeni do Kahla z Polski, opowiadali poufnie, ściszonym głosem, jak to w wielu 
gminach   uczestnicy  ruchu   oporu   spalili   listy  mieszkańców,   kiedy   się   rozeszła   wiadomość,   że   okupant 
zapowiada  „werbunek”   na   roboty   w   tamtych   właśnie   miejscowościach.   A   także   o   wypadkach   ataku 
partyzantów   na   transporty  samochodowe,   a   nawet   kolejowe   z   robotnikami   wiezionymi   do   Rzeszy,   i   o 
odbijaniu tychże. Takie opowieści dodawały ducha, ale i dawały wiele do myślenia, pobudzały do czynu — 
mimo wszystko.

Początkowo, niezauważalnie dla dozoru, zaczęli pracować źle i coraz wolniej. Pracowali dobrze tylko 

wtedy, kiedy biegł ku nim wrzask hitlerowca. Wyniki nie dały na siebie długo czekać.

Kierownictwo nadzorujące pracę odczuło to dotkliwie niejeden raz. Choćby w przypadku budowy w 

dolinie Dehna betonowych filarów mostu, niezmiernie ważnego dla transportu. Zapędzono tam do roboty 
dwie brygady Rosjan i jedną brygadę Polaków. Gdy nadszedł czas zdjęcia szalunku, pokazały się rysy i 
dziury w betonie; powstały zaraz szpary i beton rozkruszył się.

Był to oczywisty dla każdego fachowca sabotaż. Po prostu ausländerzy nie ubijali tak, jakś należało, 

betonu za pomocą ręcznych słupków.

Dwóm  niemieckim  majstrom  —  polerownikom,  na   których   tak   samo   mogło   paść   podejrzenie,   nie 

pozostało nic innego, jak zacząć całą budowę od początku, nie meldując o tym fakcie władzom. Rzecz 
zachowano w tajemnicy.

Był to przykład dobrze obmyślanej, co najważniejsze skutecznej, walki fremdarbeiterów z programem 

sztabu myśliwców. Nie pierwszy i nie ostatni.

Bo   zanim   wysechł   beton   na   tamtej   budowie,   nastąpiło   nowe   zdarzenie.   Hauptsturmführer   Kern   z 

miejscowej załogi SS otrzymał polecenie, aby wyciąg do pasa startowego lotniska był przez całą dobę bez 
przerwy  strzeżony przez  dwóch  wachmanów-esesmanów.  Wydarzyło   się  bowiem  parokrotnie,  że  ktoś  z 
zewnątrz nalał wody do silnika dźwigu, powodując jego unieruchomienie.

Hitlerowcy nie wiedzieli, że tym sabotażystą był  stale jeden i ten sam holenderski zwangsarbeiter, 

Hendrik Quak.

Powoli,   ale   systematycznie   narastała   fala   sabotażu   obcokrajowców   w   REIMAHG,   ku   wściekłości 

szefostwa   zakładów.   Gniew   tych   bonzów   zwiększał   fakt,   że   ani   jeden   z   robotników   nie   został 
zdemaskowany. Siłą cudzoziemskich robotników było to, że stanowili osiemdziesiąt trzy procent wszystkich 
zatrudnionych w REIMAHG.

Siłą motoryczną sabotażu były grupy polska i radziecka. W łonie tej pierwszej powstała niewielka, ale 

dość ruchliwa tajna organizacja. Jej członkowie kolportowali wiadomości z frontów wojny, podnosząc setki, 
a może i tysiące robotników na duchu. Organizacja ta rozprzestrzeniała hasła w rodzaju:  „Wytrzymać!”, 

background image

„Wolno pracować, źle pracować!”, „Miej oczy otwarte!”, „Zapamiętaj nazwisko »twojego« SS-mana!”.

Polska grupa konspiracyjna doprowadziła do powstania tajnego porozumienia między największymi 

skupiskami   narodowościowymi:   powstało   coś   na   kształt   Komitetu   Międzynarodowego.   W   skład 
kierownictwa weszli delegaci grup: polskiej, francuskiej i belgijskiej.

Stało się to możliwe dopiero wówczas, gdy przywieziono Polaków z powstańczej Warszawy. Znaleźli 

się wśród nich ludzie z przeszłością konspiracyjną i ci prędko doszli do porozumienia między sobą. Byli to 
między  innymi:   płk   Tadeusz   Dackiewicz,   Franciszek   Stemler  i   Zofia   Skubała.   Oni   też   weszli   w   skład 
kierownictwa, obok takiego towarzysza niedoli jak Gaston Risselin i kilku innych. Postawiono sobie za cel, 
obok sabotażu, nawiązanie łączności z wojskami alianckimi, gdy te wejdą na teren Turyngii i zbliżą się do 
Kahla. Dyskutowano możliwości i sposoby samoobrony, gdy nadejdą ostatnie dni REIMAHG.

Bomby na koncern gauleitera

Ciepłe i słoneczne popołudnie 24 sierpnia 1944 roku było całkiem inne od pozostałych, ale nie warunki 

atmosferyczne były tego powodem. Cały REIMAHG był jak podminowany, zarówno w sztolniach, jak i 
obozach. Niemcy chodzili z ponurymi, zatroskanymi twarzami i nawet przestali czepiać się na ten jeden 
dzień cudzoziemców. Ci zaś z trudem hamowali rozsadzającą ich radość. Bo oto nastała wielkie święto...

Początkowo nic nie wiedzieli o tym, co się stało, tyle że z niepomiernym zdziwieniem obserwowali 

nagłą   zmianę   w   zachowaniu   się   personelu   technicznego,   wachmanów   i  „czarnej   policji”.   Robotnicy 
zastanawiali się, spoglądali na siebie pytającym wzrokiem, wprost nie dowierzali oczom. Co też mogło się 
wydarzyć? Jakiś wielki desant aliantów w okolicy? Nie, to niemożliwe...

Dopiero przed syreną kończącą dzień pracy rozeszła się lotem błyskawicy wiadomość, zapierająca dech 

w piersi. Gustloff-Werke w Buchenwaldzie — zbombardowane! Wszystkie trzynaście hal produkujące broń 
poszły  w   drzazgi   i   z   dymem.   Amerykańska   grupa  Flying   Fortress  odłączyła   się   od   większej   formacji 
powietrznej, wracającej z głębi Rzeszy do Anglii, i rzuciła bomby burzące i zapalające na obiekty fabryczne 
oraz na liczne budynki komendantury esesmańskiej. Na obóz więżniarski nie padła ani jedna bomba. W 
ciągu   dziesięciu   minut   całe   dominium   SS   i   gauleitera   stanęło   w   płomieniach,   zostało   spowite   gęstymi 
chmurami dymu. Dostało się także fabryce Mi-Bau i Zakładom im. Fritza Sauckela w samym Weimarze.

Z trudem tłumili radość, ale ich błyszczące oczy mówiły wszystko. Unikając strażników i badawczych 

spojrzeń majstrów  — członków partii hitlerowskiej, wymieniali między sobą po cichu słowa najwyższego 
uznania dla aliantów.

W   barakach   rozmowy   stały   się   śmielsze.   Teraz   już   wszyscy   prorokowali   bliski   koniec   Rzeszy. 

Niektórzy wierzyli bardzo mocno, że już na Boże Narodzenie będą w domu. Oby tak rzucili bomby na 
REIMAHG,   wzdychali   inni.   Wspominali   pierwsze   dni   sierpniowe,   kiedy   amerykańskie   samoloty 
nadlatywały kilkakrotnie nad Walpersberg i okolice, ale nie rzucały bomb. Ausländerzy nie wiedzieli, że 
były to maszyny zwiadowcze,  a ich załogi interesowały się głównie wejściami do tunelów, bunkrami i 
lotniskiem i że fotografowały te obiekty.

Po kilku dniach nadleciały inne i padło kilka bomb, ale nie wywarły większego wrażenia ani skutku: bo 

jak   zbombardować   fabrykę   ukrytą   głęboko   pod   ziemią,   w   skalnym   otoczeniu?   Tu   nawet   obozy   dla 
robotników były świetnie zamaskowane.

Następne   dni   przyniosły   dalsze   wiadomości   o   zniszczeniach   fabryk   Sauckela.   Podobno   gauleiter 

odgrażał   się,   że   odbuduje   subkoncern   buchenwaldzki   w   całości,   ale   mało   kto   w   to   wierzył.   Wśród 
robotników panowało przekonanie, że nie zdąży.

—   Prędzej   zobaczy   własne   ucho  —   powiedział   Gaston   Risselin   do   swego   przyjaciela   Armanda 

Lemoine.

Pod koniec sierpnia życzeniu ausländerów stało się zadość: rzucono te kilka wytęsknionych bomb u 

podnóża Walpersbergu, nie wyrządzając jednak większych szkód.

Humor gauleitera zepsuło powtórne bombardowanie zakładów lotniczych w Oschersleben, Magdeburgu 

i w Bleiche.

Po   raz   drugi   padły   amerykańskie   bomby   na   AGO   w   listopadzie.   Przyspieszyło   to   przeniesienie 

dalszych brygad produkcji lotniczej do REIMAHG. Z jedną z nich przyjechał młody polski ślusarz-blacharz 
Eugeniusz Baran. Przed czterema laty, jako dziewiętnastoletni uczeń, odbył „podróż na koszt III Rzeszy” z 
Grybowa na Nowosądecczyźnie aż za Magdeburg.

background image

Przeprowadzić z bezwzględną energią...

Pomimo wytężonych starań Sauckela i jego personelu oraz funkcjonariuszy bezpieczeństwa i porządku, 

REIMAHG  —  AGO nie  osiągały zaplanowanej   produkcji.  Do przewidzianej  na  październik  1944 roku 
wielkości   350   maszyn  FW-190  zabrakło   66   sztuk,   a   sytuacja   taka   trwała   już   od   lipca.   Nawet   przy 
najwyższym   priorytecie   dla   tych   zakładów,   ustawicznie   dawał   się   odczuć   brak   materiałów,   części   i 
podzespołów, pogłębiany coraz ostrzejszym kryzysem w transporcie kolejowym, który był systematycznie 
atakowany przez bombowce aliantów.

We   wrześniu   rozpoczęto   energiczne   przygotowanie   do   montażu   myśliwca  Ta-152,   który   był 

zmodyfikowaną odmianą FW-190D. Zanim jednak zdążono rozkręcić jego produkcję, zapadła inna decyzja. 
„Sztab   myśliwców”   polecił   pod   koniec   października   wykorzystać   park   maszynowy,   oprzyrządowanie   i 
wolną powierzchnię do uruchomienia montażu Me-262.

Ku zadowoleniu Speera i Milcha samolot ten doczekał się wreszcie uznania na kierowniczych szczytach 

Rzeszy.  Miał  być  produkowany w dwóch wersjach  i równolegle  w dwóch wytwórniach.  Główną część 
zamówienia   zagarnął   Messerschmitt,   dokąd   osobiście   wybrał   się   Göring,   aby   zapoznać   się   ze   stanem 
przygotowań w tamtejszych zakładach. Drugim dostawcą był REIMAHG, na razie tylko w teorii.

Nowa  „cudowna”   broń   spowodowała   ustalenie   normy   roboczej   do   72   godzin   tygodniowo   dla 

wszystkich ausländerów, przy czym była to wielkość oficjalna, na papierze. W rzeczywistości wydłużano 
czas pracy do 14 godzin na dobę i w dodatku okradano ludzi z większości niedziel.

Dla personelu subkoncernu istniało obecnie jedno, najważniejsze hasło:  „W jak najkrótszym czasie 

wykonać maksymalną liczbę samolotów”. Tym „leiterom”, „führerom” i majstrom wmawiano sugestywnie, 
że nowy płatowiec będzie posiadał decydujące znaczenie, że rozstrzygnie o wojnie. Dlatego celowi temu 
muszą podporządkować wszystkie reguły stosunków i postępowania z ludźmi.

W   rezultacie   decyzji   najwyższych   czynników   dla   produkcji   odrzutowca   miało   kooperować   z 

subkoncernem, mieszcząc się w jego ramach organizacyjnych, piętnaście specjalistycznych przedsiębiorstw. 
W centrali AGO-Oschersleben miał się odbywać, podobnie jak w REIMAHG, końcowy montaż. Pozostałe 
zakłady   przewidziano   dla   wytwarzania   części.   Mieściły   się   one   w   Bleiche,   Hamersleben,   Auerbach, 
Halberstadt, Ilsenburg, Wegeleben, Quedlinburg, Wolmirstadt i Zerbst — wszystkie w sztolniach górskich.

Dużą pomoc okazała firma Messerschmitt. Jej dyrektor Schmidt przeszkolił w swoich zakładach w 

Augsburgu 50 fachowców dla REIMAHG. Dostarczył też cztery gotowe Me-262 dla zapoznania się z tym 
typem samolotu odpowiedniej części załogi z Walpersberg. Dzięki temu pomyślnie dokonano wstępnego 
montażu.

Produkcja Me-262, oznaczona kryptonimem „709”, miała się rozpocząć w błyskawicznym tempie.
A jednak wyszło inaczej.

Sabotaż niejedno ma imię

We wrześniu 1940 roku, żeby uchronić się przed wywózką do Niemiec, Eugeniusz Baran wstąpił do 

szkoły   kowalsko-mechanicznej   w   Grybowie.   W   tym   czasie   władze   okupacyjne   zezwalały   jeszcze   na 
szkolnictwo zawodowe, likwidując już wcześniej średnie i wyższe. Gdzieś w połowie miesiąca przyjechali z 
Nowego Sącza trzej Niemcy, cywilni werbownicy, urzędnicy Arbeitsamtu. Agitowali chłopców do wyjazdu 
na roboty w głąb Rzeszy.

Był to okres, kiedy aparat gubernatora generalnego Hansa Franka rozpoczął kolejną turę propagandową 

w celu dostarczenia sił roboczych przemysłowi, przede wszystkim zbrojeniowemu.

Akcja ta była konsekwencją nikłych rezultatów, jakie przyniosły poprzednie fale werbunkowe. Wroga 

postawa narodu polskiego wobec deportacji była powszechna. W dniach 17 i 18 stycznia 1940 roku Frank 
nałożył na poszczególne dystrykty kontyngenty robotników i przeznaczonych do „dobrowolnego” wyjazdu 
do Niemiec.

Na   naradzie   w   kwietniu   tegoż   roku,   która   odbyła   się   u   generalnego   gubernatora   w   Krakowie, 

postanowiono   jeszcze   raz   zwrócić   się   do   ludności   z   apelem   o   ochotnicze   zgłaszanie   się   na   roboty. 
Wyznaczono dla każdego powiatu — Kreis — limit osób, które w ciągu dwóch tygodni miały objąć pracę w 
Rzeszy. Zagrożono przeprowadzeniem w czterdziestu powiatach akcji „werbunkowej” przez SS.

Agitatorzy  powtórnie  przyjechali   do  Grybowa  i  opowiadali  cuda,  jak  to  dobrze  jest  robotnikom w 

zakładach   lotniczych   AGO-Oschersleben,   konkretnie   w   filii   Bleiche   pod   Magdeburgiem.   Obiecywali 
wysokie zarobki, ubrania robocze i dobre wyżywienie, nawet ubezpieczenie społeczne i prawo do urlopu po 
trzech miesiącach pracy.

background image

Mimo   to   ochotników   nie   było.   Wtedy   wygarnęli   dwudziestu   uczniów   z   grybowskiej   zawodówki, 

wywieźli do Nowego Sącza, stąd na punkt zborny w Krakowie przy ulicy Długiej, odpowiednika słynnej już 
wtedy ulicy Skaryszewskiej w Warszawie.

Nazajutrz załadowano ich do pociągu i znaleźli się w drodze do Niemiec. Przez Magdeburg dojechali do 

Bleiche. Pierwszą osobą, jaka ich powitała obok werkszuca z tamtejszego przedsiębiorstwa, był tłumacz 
Kubica, volksdeutsch ze Śląska. Na miejscu zastali sporo Polaków, wcześniej przywiezionych z Łodzi i 
Warszawy. Przybyszów wchłonęła fabryka. Produkowano w niej części do samolotów Focke-Wulf i Dornier
po trosze dla kilku typów Messerschmitta.

Dwudziestkę uczniów kowalskich z nowosądeckiego zatrudniono przy montażu sterów, lotek, części 

skrzydeł i kadłuba, jednym słowem — robili całą „blacharkę”.

Gienek   Baran   jeździł   z   paru   kolegami,   od   czasu   do   czasu,   pod   nadzorem   majstra   i   strażnika 

zakładowego, do centrali w Oschersleben. Pobierali tam niektóre materiały i narzędzia do produkcji.

Miał oczy i uszy otwarte na wszystko. Poznawał ludzi, spędzonych z różnych stron Europy — Belgów, 

Holendrów,   Duńczyków.   Uważnie   obserwował   personel   niemiecki   i   nauczył   się   oddzielać   ludzi   od 
„nadludzi”.

Doszedł do przekonania, że jego majster Walter Mandke, śląski Niemiec, jest w gruncie rzeczy niezłym 

człowiekiem. Nie prześladował Polaków; miał w sobie zakodowane poczucie sprawiedliwości. Mówił trochę 
po polsku, co było wielkim szczęściem dla chłopców.

Przyszywany narodowy socjalista — sklasyfikował go Baran, i poczuł ogromną ulgę. Już wkrótce miał 

się przekonać, że przeczucie nie omyliło go.

Przeciwieństwem spokojnego, rozważnego Mandke był inny Niemiec, magazynier Paul. Ten potrafił z 

zimną krwią zatłuc człowieka na śmierć.

Był tam niejaki Lembas, krakowianin. Miał jakiś spór z hitlerowcem-sadystą, a poszło o jakiś drobiazg. 

Paul skatował go do nieprzytomności.

W baraku mieszkalnym Eugeniusz nawiązał nici przyjaźni z Janem Grońskim, Antonim Główczykiem i 

Mieczysławem Bełdowskim. Żyli na tej samej sztubie.

Poznał ciekawego człowieka. Fritz Geist, cywilny robotnik, był jedynym Niemcem spośród znanych 

grybowianinowi o poglądach radykalnych.

Pierwsze tygodnie w Bleiche ausländerzy przeżyli w całkiem znośnych warunkach. Ale po nalotach 

amerykańskiej  8 armii  powietrznej na  ośrodek  przemysłu  lotniczego  Magdeburg-Oschersleben  wszystko 
uległo pogorszeniu.

Był to dla tutejszych zakładów lotniczych „dzień trwogi”, ów 28 lipca 1943 roku. Na AGO zrzucono 

150 bomb burzących  i 4000 bomb zapalających. Nie wszyscy zdążyli zbiec do schronu, były ofiary w 
ludziach:   49  zabitych i  148  rannych;  w większości  robotników  cudzoziemskich.  Amerykanie  zniszczyli 
wtedy 40 samolotów, a straty w rozbitych budynkach, rozerwanych urządzeniach wodno-kanalizacyjnych i 
elektrycznych oraz wyprodukowanych częściach, przekroczyły sumę 9 milionów marek.

Sprowadzono wielką grupę jeńców włoskich, po buncie oddziałów „Armiry” w Jugosławii. W barakach 

nastąpił okropny ścisk. Jedzenie stało się jeszcze bardziej marne niż było. Z kierownika obozu Mowesa, 
członka  NSDAP, choć cywila,  ale chadzającego  w mundurze  SA-mana  z odznaką partyjną  i opaską ze 
swastyką, wyszedł teraz z całą jaskrawością kawał drania; zarządzał nocne apele i rewizje.

Nastał grudzień 1943 roku, dokuczliwy mróz dawał się we znaki. Była pilna robota, pracowali już 

trzecią dobę bez przerwy i prawie bez snu. W wysokiej hali o przeszklonym dachu było zimno. Kiedy więc 
rozdano im zupę, zdążyła już wystygnąć a wkrótce niemal zamarzła.

Trzeba ją podgrzać — mówili między sobą. Ba, ale jak? Oczy wszystkich zwróciły się na Barana.
— Gienek, trzeba podgrzać  — powiedział Groński. Inni, choć nie mówili o tym głośno, byli tego 

samego zdania.

Młody Polak miał pomysł. Już wtedy, gdy jako dyżurny kalefaktor rozlewał wystygłą zupę z kotła do 

misek, jego bystre spojrzenie padło na pierwszy z brzegu piec do hartowania części stalowych. Stały one na 
sąsiadującym z brygadą Mandkego oddziale.

Wziął po misce w każdą z rąk, przekroczył barierę, zbliżył się do pieca, otworzył stalowe drzwiczki, 

wsunął strawę do środka i włączył prąd. Wrócił po następne naczynia i skończył swój tor z przeszkodami, 
kiedy ostatnia miska zniknęła w gorącym pomieszczeniu.

Obok   otworu   stał   przyrząd   do   pomiaru   wysokich   temperatur.   Kiedy  Eugeniusz   wyjmował   ostatnią 

miskę z dobrze już ciepłą zupą, niechcący zawadził nią o ten przyrząd, aż stuknęło, ale nie zwrócił na to 
specjalnej uwagi.

Cała zmiana spożyła posiłek z apetytem.
Nazajutrz była niedziela, ale w myśl zarządzenia musieli z samego rana stawić się na szychtę. Nagle 

background image

rozległ się wrzask:

— Piec uszkodzony! Verdamut!
Początkowo nie obeszło to Barana, nie kojarzył tego faktu z wczorajszą  „operacją gorąca zupa”, jak 

żartobliwie ochrzcił jego „przestępstwo” Mietek Bełdowski. Podeszli bliżej i okazało się, że mowa o „jego” 
piecu.

Robotnicy od Mandkego udawali, że o niczym nie wiedzą. Majster solidaryzował się z nimi.
Upłynęły może dwie godziny, gdy przyjechała z Magdeburga ekipa policyjna — jeden z gestapo, drugi 

z policji kryminalnej, trzeci miejscowy z Schutzpolizei. Zaczęły się dochodzenia i przesłuchania. Przybysze 
z góry ustalili, nie ukrywając swego zdania, że zaszedł tu przypadek celowego sabotażu.

Wszyscy ze zmiany Barana po cichu mówili:
— Gienek, nie przyznawaj się. Nic nie wiesz.
Tak też i oni zeznali. Wszyscy. Czy jednak na pewno wszyscy?
Koło południa podszedł do Gienka Mandke z zafrasowaną twarzą:
— Baran, pierunie, powiedeł jeden, coś ty tam beł.
Komisja po raz wtóry poprosiła młodego Polaka do oddzielnego pokoju.
— Czy tam byłeś? — rzucił pytanie tęgi Niemiec w randze inspektora.
— Nie, nie byłem — zaprzeczył.
Drugi z przybyłych Niemców żachnął się.
— Ty go nie pytaj, czy on tam był, bo to dowiedzione, tylko niech wyzna, z kim był w spółce.
— No więc, kto jeszcze należał do spisku? Mów!
Podejrzenie   o   sabotaż   i   nie   tylko   w   związku   z   piecem   miało   o   tyle   podstawy,   że   z   rzeczki   Ore, 

przepływającej tuż obok fabryki, hitlerowcy wyciągnęli mnóstwo wybrakowanych części do samolotów.

— Co to jest za organizacja? Będziesz mówił wreszcie? Kto do niej należy? Nazwiska, jazda, hopla, 

jazda!

Gienek milczał, bo zresztą niewiele wiedział.
Widząc,   że  „ten   bezczelny,   mały   Polak”  —   był   niskiego   wzrostu   i   drobnej   budowy  —   utrudnia 

śledztwo, położyli go na ławie, kazali objąć ją i związali ręce od spodu. Jeden z hitlerowców usiadł mu na 
nogach, drugi ściągnął pas z napisem na klamrze: „Gott mit uns”, i zaczął go bić. Odmierzał cios po ciosie. 
Gienek Baran otrzymał kilkadziesiąt potężnych uderzeń i dwa razy tracił przytomność. Potem zamknęli go w 
bunkrze.

Siedział tam kilka dni o kromce chleba i kubku wody, a w tym czasie dochodzeniowcy „maglowali” 

pozostałych. Ale że o organizacji nie mogli wyciągnąć żadnych informacji, a w dodatku wyjaśniło się, że to 
nie piec jest uszkodzony, lecz tylko przyrząd pomiarowy, wypuścili go z ostrego aresztu. Na pożegnanie 
dostał tak silnie w twarz, że miał rozciętą wargę, a blizna pozostała mu na całe życie.

Kiedy wychodził stamtąd, wyglądał jak zbity pies.
Po powrocie na oddział dowiedział się, że uwolnienie zawdzięczał również Mandkemu i lewicowcowi 

Geistowi.

Był   znowu  „wolnym”   przymusowym   robotnikiem,   ale   tamtą   historię   odnotowano   w   jego   aktach. 

Podpadł więc na dobre i był kierowany do gorszych, cięższych prac.

Tak było aż do pierwszych dni października 1944 roku, kiedy to z całą brygadą Mandtkego przeniesiono 

go do REIMAHG.

Zanim do tego doszło, Oschersleben było  jeszcze dwukrotnie  bombardowane. Jedenastego stycznia 

nadleciały 663 czterosilnikowe Latające Fortece. Dwudziestego lutego zakłady lotnicze przeżyły podobny 
nalot.

Już wtedy Göring i Milch myśleli o przerzuceniu tutejszego potencjału do podziemi pod Kahla.

Głęboki zwiad

Porównując i analizując rozmaite zdjęcia lotnicze terenów Niemiec, specjaliści ze sztabów lotnictwa 

RAF i USAF odkryli budowę nowego obiektu. Także i nawigatorzy, którzy latali w głąb Rzeszy, zauważyli 
już pod koniec 1943 roku — bo już wtedy Sauckel i Göring, zanim ukonstytuował się „sztab myśliwców”, 
porozumieli się co do idei podziemnego obiektu na obszarze Turyngii, dla produkcji  Me-262  —  że coś 
nadzwyczajnego   dzieje   się   w   pobliżu   Kahla   i   Grosseutersdorf,   wokół   góry  Walpersberg.   Jednakże   nie 
wyciągnęli z tego wniosku.

Dopiero 15 sierpnia następnego roku okolice te zostały dokładnie sfotografowane z lotu ptaka. Odkryto 

tą drogą wejścia do tuneli, wiodących w głąb góry i ożywioną działalność wokół nich. Zidentyfikowano 

background image

również rozległy obóz dla robotników. Stwierdzono na fotogramach istnienie nowych, nie uwidocznionych 
na wcześniejszych zdjęciach, czterech torów kolei wąskotorowej z Kahla do Grosseutersdorf oraz świeżo 
zbudowanej szosy. Ruch panował na niej ożywiony. Wkrótce nawet lotnicy na zwiadowczych  Mosquito 
dojrzeli wąskie pasemka kolejki wiodącej do tunelu.

Walter Mandke przywiózł całą swoją brygadę osprzętową z Bleiche do Walpersberg w komplecie. Było 

to   na   początku   października,   a   już   w   pierwszych   dniach   listopada   Eugeniusz   Baran   był   świadkiem 
bombardowania REIMAHG przez lotnictwo amerykańskie. Zasadniczych szkód, co prawda, bomby te nie 
wyrządziły, ale nielicho uprzykrzyły hitlerowcom życie. Poniszczone drogi, przerwany dopływ prądu i inne 
uszkodzone obiekty wymagały napraw.

Nalot trwał piętnaście minut. Pracy w podziemiu nie przerywano, bo nie było konieczności: znajdowali 

się w najlepszym schronie, jaki można było urządzić. Słyszeli wybuchy i czuli drgania, ale nic poza tym. 
Bombowce nic tu nie mogły zdziałać, bo sztolnie chroniła z góry kilkudziesięciometrowa warstwa skały. 
Tylko jedna bomba spadła nieco bliżej głównego wejścia do tunelu.

Po fajrancie, kiedy wyszli na światło dzienne, Gienek Baran nie krył przed kolegami swego ogromnego 

rozczarowania. Powodem tego były stojące cało, nienaruszone obie hale montażowe.

Przez cały wieczór w barakach i nazajutrz na wszystkich budowach i w sztolni nie mówiono o niczym 

innym, jak o bombardowaniu. Szeptali wszyscy, oglądając się na majstrów i  „czarną policję”. Pod ziemią 
brzęczało jak w ulu, aż wdał się w to abteilungsleiter, niemiecki inżynier. Zły jak sto nieszczęść krzyknął, że 
niech sobie za wiele nie obiecują, wojna trwa,  „führer” ma już nową  „Wunderwaffe”, która razi potężnie 
Anglię i Francję. My tutaj, także...  — Urwał, przekonany, że za dużo powiedział. Zawsze miał na myśli 
ostatnią „cudowną broń”, którą już produkowano w REIMAHG — odrzutowca ME-262.

Więc zmienił temat i powiedział:
— Zamiast rozsiewać plotki, przykładajcie się lepiej do roboty. Nie zapominajcie, że za najdrobniejsze 

uchybienie można łatwo trafić do Buchenwaldu. To niedaleko stąd, marne trzydzieści kilometrów. Stamtąd 
się już nie wyjdzie... — położył akcent na ostatnie zdanie.

— Czy on naprawdę wierzy w zwycięstwo Niemiec? — mruknął młodziutki Ponte Remo z Aleksandrii. 

Pokręcił głową z niedowierzaniem. On i jego rodak Gildo Defendi byli w jednej brygadzie z Eugeniuszem.

Pracowali w tym samym korytarzu, razem, jak w Bleiche. Defendi był kierowcą w Wenecji, kiedy 

zabrano go do wojska. Najpierw wojna w Albanii, potem oddział ich przerzucono do Jugosławii. Po puczu 
generała   Badoglio   zbuntowali   się,   a   Niemcy   rozbroili   ich   i   posłali   na   roboty   do   Rzeszy.   Gildo   klął 
Mussoliniego i wszystkich faszystów na czym świat stoi. Włoscy jeńcy  — teraz robotnicy przymusowi, 
pracowali w produkcji, w odróżnieniu od jeńców radzieckich, których zmuszano do robót budowlanych przy 
wykańczaniu nieczynnych  jeszcze sztolni; w tych nigdy zresztą nie zmontowano maszyn, po prostu nie 
zdążono. W odróżnieniu od Polaków, nie byli oznakowani. Chadzali w swoich mundurach wojskowych, a do 
pracy wciągali, jak wszyscy, odzież roboczą. Tymczasem wszyscy Polacy mieli naszyte na własne ubrania 
fioletowo-żółte kwadraty materiału z literą P, a na odzieży roboczej blaszki z wybitą nazwą firmy i numerem 
ewidencyjnym ausländera. Przybyłym z Bleiche pozostawiono dawne znamiona i w ten sposób na blaszce 
Eugeniusza Barana stało: AGO  — Flugzeugwerke, a pod tym numer 85 122. Poniżej  — druga blaszka, 
kolorowa; każdy „abteilung” — oddział miał inną barwę.

Fakt, że jedynie Polaków oznakowano i że inni — Francuzi, Belgowie, Holendrzy, Włosi — nie nosili 

naszywek z literą, która by wskazywała na ich narodowość  —  świadczył aż nadto wymownie o stosunku 
władz III Rzeszy do narodu polskiego.

Brygada Mandkego wykonywała te same prace, co w Bleiche. Spawając skrzydło samolotu  — nie 

używano tu nitów — i obserwując zajętych przy budowie silnika, Gienek Baran był niezmiernie ciekawy, co 
też dzieje się w głównej hali montażowej. Tam pracowali sami Niemcy, cudzoziemców nie dopuszczano. 
„Żeby  się   tam   dostać   i   wsypać   trochę   opiłków   tam,   gdzie   należy...”  —   wzdychał   po   cichu.   Niestety, 
pozostawało to wyłącznie w sferze marzeń. Tyle wiedział, że te nowe maszyny, te  Me-262, są na jakimś 
ekstra paliwie i że prędkość mają fantastyczną.

Korytarz, w którym pracowała ich brygada, był wpleciony w cały system sztolni o nieregularnym, 

łukowatym sklepieniu. Miały one różne wymiary, od pięćdziesięciu do dwustu metrów długości, ponad trzy 
metry wysokości i więcej niż cztery metry szerokości. Ogrzewano je prądem elektrycznym: na ścianach 
wisiały potężne zwoje drutów podłączonych do sieci.

Drugiego grudnia  — właśnie spadł wtedy pierwszy śnieg, majster Mandke posłał Barana do dyrekcji 

background image

AGO,  do  „Zaichnungsausgabe”   —  wypożyczalni   rysunków  technicznych,   mieszczącej   się   w  odległej   o 
kilkaset metrów sztolni. Lawirując pomiędzy ścianą i parkiem maszyn z obsługującymi ich robotnikami, 
dotarł do jednej z nieczynnych sztolni, w których pracowali radzieccy jeńcy wojenni. Rozlegały się tu raz po 
raz   wybuchy  —   rozsadzano   występy   skalne   i   większe   odłamki,   przygotowując   miejsce   pod   następne 
pomieszczenia fabryczne. Wszędzie unosił się kredowoszary pył, osiadał na ubraniach i twarzach.

W   pewnej   chwili   zza   załomu   pobliskiego   korytarza   wyszła   grupa   pięciu   mężczyzn   w   brązowych 

mundurach z opaskami, ze swastyką na rękawach i odznakami NSDAP na bluzach. Prowadzili ożywioną 
rozmowę w języku niemieckim, byli wręcz rozgadani. W momencie gdy Eugeniusz miał ich, przyciskając 
się do ściany, wyminąć, jeden z nich zerknął na wyglądającą spod bluzy ochronnej tarczę z literą P, spojrzał 
bystro w oczy ausländera i zapytał:

— A gdzie tu jest najbliższe wyjście do Kahla?
Pytał nie o główne wejście do tunelu, niejako oficjalne, jak na razie jedyne czynne, prowadzące do 

fabryki — lecz o jedno z nie funkcjonujących.

Barana zastanowiło na moment, że ci nieznajomi Niemcy, których nigdy nie widział na oczy, szukają 

„dzikiego” wyjścia z podziemi. Pomyślał sobie jednak, że jest to widocznie jakaś komisja po lustracji nie 
gotowego jeszcze systemu sztolni, która właśnie zakończyła wizytację i chce jak najszybciej, najkrótszą 
drogą, dojść do Kahla. ,,Może spieszą się na stację, do pociągu. Zresztą, nie moja sprawa. Co mnie obchodzą 
te wredne hitlerowskie mordy...”

Może był trochę speszony, bo niezbyt jasno tłumaczył im łamańce drogi w tych zakamarkach, przez 

zwaliska gruzów i kilka skrzyżowań, a może z im tylko znanych powodów poprosili, żeby poprowadził ich 
ku żądanemu wyjściu.

Zawrócił we właściwym kierunku i ruszył pierwszy, a grupa za nim. Szli po niedawno położonych 

szynach kolejki wąskotorowej. Kiedy już stanęli w otworze, z którego widać było jak na dłoni całe miasto, 
leżące w dole, jeden z nich wręczył mu małą paczkę.

Mężczyźni zniknęli mu z oczu, a on podszedł do najbliższej lampy; spojrzał i oczy zrobiły mu się 

okrągłe. W ręku trzymał amerykańskie papierosy „Camele”.

— Skąd Niemiec do „Cameli”?... — mruknął zaintrygowany.
Stał  przez   dobrą  chwilę  zdezorientowany.  Nagle  przypomniał   sobie,   gdzie  się  znajduje   i po co  go 

posłano i przyspieszył, chcąc nadrobić stracony czas. Nie uszedł daleko, gdy nagle w pobliżu rozległ się 
hałas, jakby kroki biegnących i wrzask. Z poprzecznego korytarza wypadł nie znany mu SS-man.

— Czy nie widziałeś, żeby ktoś tędy przechodził? — rzucił pod adresem Polaka pytanie.
— Tylko... robotników — odparł ten bez namysłu.
— A takich w mundurach nie zauważyłeś?
— Nie... Nikogo takiego nie widziałem — nie opuścił go refleks, zorientował się, że coś jest nie tak.
Hitlerowiec machnął pogardliwie ręką i puścił się biegiem w drugą stronę.
Kiedy Eugeniusz wrócił  ze zwitkiem rysunków pod pachą  na swój  oddział, zbliżał  się  już  fajrant. 

Pomimo naturalnego ożywienia tłumu w takiej chwili, nie mógł nie zauważyć, że ludzie komentują coś 
niezwykle podnieceni.

— Panie majster, co tu się dzieje? — zapytał.
— Byli tu amerykańscy szpiedzy — poinformował Mandke — ścigano ich, ale jak dotąd bez skutku.
Gienek rozmyślał  o tym wydarzeniu, które zresztą zelektryzowało wszystkich,  przez całą drogę do 

obozu, znajdującego się we wsi Leubengrund; leżała w odległości  czterech kilometrów od fabryki. Nie 
prowadzono ich przez wieś, lecz leśną drogą. Przecięli tor kolejowy, przeszli wiszący na linach most-kładkę, 
pod którym płynęła rzeka. Dolina nieledwie goła, skalisty grunt porośnięty rzadko trawą, teraz leżał pod 
śniegiem.   Dopiero   przed  zabudowaniami,  jak   i  za  nimi,  widniała  płacheć   ornego   pola,   dziś   skryta  pod 
powłoką białego puchu.

W   wąwozie   górskim,   ciągnącym   się   wzdłuż   wsi,   rozłożyły   się   cztery   podobozy.   W   jednym, 

oznaczonym numerem 4, mieszkali polscy robotnicy przymusowi. Sąsiadował z nim obóz nr 7 dla jeńców-
-Włochów,   zwany   „wykańczalnią”  —   umierano   tam   masowo.   W   pobliżu   stały   baraki   dla   ludności 
przywiezionej z Warszawy, dla mężczyzn i dla kobiet oraz obóz radzieckich jeńców wojennych.

Dopiero od warszawianek Eugeniusz dowiedział się, że w Warszawie wybuchło powstanie.
W każdym z podobozów stało od siedmiu do piętnastu baraków. Na każdej z dwóch sztub mieściło się 

około stu osób, sypiających na trzech piętrach łóżek.

Pobierając   tego   pamiętnego  dnia   zupę   w   baraku   kantyny,   grybowianin   doszedł   do   wniosku,   że   ci, 

których spotkał, mieli  zapewne zorientować się, jakim sposobem dobrać się do podziemnych  zakładów 
lotniczych,   skoro   nie   można   tego   celu   osiągnąć   przez   bombardowanie.   Domyślał   się,   że   lotnictwo 
amerykańskie ma już od dawna sfotografowaną z lotu ptaka całą zewnętrzną stronę subkoncernu i dąży 

background image

planowo do jego zniszczenia.

Rozumowanie to bliskie było prawdziwego stanu rzeczy. Aliancki sztab w Londynie zdobył informacje, 

że REIMAHG przygotowywany jest na główne centrum produkcji samolotów odrzutowych.

Zima 1944/1945 dla dziesięciu tysięcy trzystu ausländerów — w tym tysiąc ośmiuset Polaków — była 

najgorsza ze wszystkich, wręcz straszna. W grudniu nadszedł nowy, duży transport Włochów, z miejsca 
pogorszyło się wyżywienie oraz wytworzył się ścisk w barakach.

Na domiar złego Eugeniusz podpadł na samym początku miesiąca i został przeniesiony karnie do robót 

wykończeniowych na lotnisku. W ostatnią niedzielę, po przebudzeniu, poczuł łomot w czaszce; dotknął 
czoła dłonią — rozpalone, bez wątpienia miał wysoką temperaturę. Zaryzykował i nie poszedł z innymi do 
pracy.

Nazajutrz przy porannym apelu lagerführer zidentyfikował  „bumelanta” — doliczył się, że nie był w 

sztolni  — a funkcyjni wyciągnęli go z szeregu. Dostał parę razy w twarz, a do dyrekcji przedsiębiorstwa 
poszedł meldunek. Potem droga na najwyższe miejsce Walpersbergu była już prosta. Kierownik ruchu dr 
Keller nie znał się na żartach.

Lotnisko mieściło się właśnie tam, na samym wierzchołku. Szczyt góry ścięto i splantowano. Wejście 

do czynnej sztolni leżało na wysokości około stu metrów od podstawy Walpersbergu, a różnica poziomów, 
między  tunelem   i   szczytem  wynosiła   około   130   metrów.   Łączna   wysokość   góry  oscylowała   wokół   co 
najmniej 250 metrów. Od podstawy, od poziomu morza, chyba z 500 metrów.

Praca na lotnisku była katorgą. Wyrównywanie terenu odbywało się ręcznie, kilofem i łopatą, gdyż nie 

sposób   było   windować   koparkę   na   sam   szczyt.   Nie   istniejące   buldożery   zastępowali   ludzie,   ich   ręce. 
Wyplantowaną ziemię z kamieniami ładowało się na taczki, podjeżdżało nad sam brzeg i zsypywało się z 
góry na zbocze.

Grudzień był wyjątkowo dokuczliwy. Nie dość, że zaciskał pętlę mrozu na wszystkim, co żywe, to na 

domiar złego zimne wiatry hulały ze wszystkich stron, przewiewały ubranie, atakowały ciało.

— Straszny tu wygwizdów — skrzywił się niemiłosiernie młody Polak. Wiało potężnie, a schować się 

nie było gdzie. Stąd zaś, z tego lotniska, przetransportowywano jedynie samoloty, najczęściej wprost do baz 
Luftwaffe. Dlatego nie wystawiono żadnych budowli.

Pustka aż straszyła. Tylko część zbocza była zalesiona, sam szczyt widniał goły. Lotnisko wypełniało 

całą niemal płaszczyznę.

— Ma chyba ze siedemset metrów - ocenił na oko.
Pod   koniec   stycznia   był   mimowolnym   świadkiem   wciągnięcia   na   lotnisko   i   startu   pierwszego 

Messerschmitta-262,  zmontowanego pod nadzorem dyrektora technicznego inż. Roloffa.

Dopiero   po   styczniowej   ofensywie   Armii   Radzieckiaj   ausländerzy  z   REIMAHG   dowiedzieli   się   o 

zdobyciu Lublina i o Manifeście Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Przez długie miesiące byli 
odcięci od wszelkiej informacji. Tak szczelny mur pomiędzy nimi i światem postawiło szefostwo koncernu. 
Mieli być wyłącznie automatami w służbie przemysłu lotniczego III Rzeszy.

— Moje strony są już oswobodzone — cieszył się Gienek Baran.

Los ausländera

Niemcy hitlerowskie znalazły się nad krawędzią przepaści, a cudzoziemskim robotnikom rosły skrzydła 

nadziei na bliską wolność i stały się wielkie, ale przesłaniał je cień również wzrastającej obawy: „Co oni z 
nami   zrobią?...”   Niektórzy  nie   wytrzymywali   nerwowo,   a   stojąc   na   granicy  kompletnego   wyczerpania, 
ważyli się na śmiały krok. Chcąc pomóc losowi wyzywali go na różne sposoby; niejeden nie miał nic do 
stracenia.

Holenderski student, od 1944 roku robotnik przymusowy, Hendrik Quak, wcześniej był więźniem obozu 

koncentracyjnego Buchenwald z numerem 47 219. Początkowo wydawało mu się, że wraz z transportem do 
Kahla szczęśliwie uszedł z piekła świata koncentracyjnego. Okrutnie prędko wyprowadzony został z błędu. 
Przekonał   się   na   własnej   i   kolegów   skórze,   że   warunki   w   REIMAHG   niewiele   się   różniły   od 
buchenwaldzkich, a pod pewnymi względami były gorsze.

Kiedy był już tak wyczerpany pracą na lotnisku, że sterczały mu żebra i słaniał się z głodu, pewnego 

wieczora, schodząc z placu budowy, zamiast stawić się na apel i wrócić do podobozu 2b, dokąd został przed 

background image

niedawnym czasem przeniesiony z obozu A4, zrzucił z siebie i ukrył w rozpadlinie skalnej bluzę ochronną, a 
sam   powlókł   się   przez   zaśnieżone   wertepy  przed   siebie.   W   drodze   udało   mu   się   uniknąć   spotkania   z 
umundurowanymi Niemcami. Szedł do pobliskiego miasteczka Orlamünde.

W jednym z pierwszych z brzegu domków na przedmieściu poprosił o chleb. Był 28 stycznia 1945 r.
Miał ogromne szczęście, że trafił tutaj właśnie. Pani domu nazywała się Toni Hoya i okazała się być 

kobietą   dobrą.   Serdecznie   współczuła   umęczonym,   wygłodniałym   robotnikom,   gasnącym   w   oczach   w 
szponach przymusu. Widywała niektórych z nich czasami. Nie tylko nakarmiła  „gościa”, ale ukryła go i 
przetrzymała aż do północy.

Hendrik nie mógł zostać w Orlamünde, musiał przebijać się dalej, na północny zachód. Wyznał swej 

opiekunce,   że   opanowało   go   przemożne   pragnienie   powrotu   do   ojczyzny,   do   Holandii.   Wtedy  dzielna 
niewiasta, nie zważając na nic, przeprowadziła go za miasto, do osady Hütten, do zagrody swego ojca. Tutaj 
uciekinier miał się ukrywać. Gdy wracała do domu, myśli jej krążyły wokół biednego młodzieńca. Z natury 
pogodna, pełna była dobrych nadziei.

Niestety. Po sześciu dniach wolności w czterech ścianach Quak został wytropiony w chlewie świńskim, 

gdzie   miał   urządzone   legowisko.   Zadenuncjował   go   pewien   tutejszy   Niemiec,   który   przypadkowym 
zbiegiem okoliczności wytropił go.

Hendrik ponownie znalazł się w Orlamünde, ale tym razem pod strażą miejscowego policjanta i w ręku 

gestapowca. W jednej celi z towarzyszem cierpień, młodym Rosjaninem, musiał stać w lodowato zimnej 
wodzie.

Gdy Holendra wyprowadzano z aresztu, żeby, jak sądził, doprowadzić go z powrotem pod Walpersberg, 

Rosjanin powiedział:

— Nie wolno ci wracać do obozu. Tam czeka cię pewna śmierć.
— Dokąd mogę iść? — wzruszył ramionami.
A jednak stał się ten „cud”. Poprzez znajomości, a także dobrze „smarując”, Toni Hoya, przy cichym 

wsparciu   rodziny,  „wykupiła”   Hendrika  na   zasadzie   cichej   umowy z   komendantem  małego   posterunku, 
zarazem urzędnikiem gestapo, która brzmiała: „Nigdy go tutaj nie było”.

W szeregi funkcjonariuszy pękającego reżimu zaczynało się wkradać rozprzężenie, a niejeden z nich, 

nie obarczony większego rozmiaru zbrodniami, kombinował, jakie by znaleźć dla siebie alibi na czas po 
wojnie. Mieć kogoś, kto przemówi za nim, kiedy przyjdzie stanąć przed wojskową władzą aliantów. Wielu 
zdawało sobie sprawę, że to już niezbyt odległe i stanowiło zmorę tych „uczciwych” Niemców.

Tylko dzięki temu zawdzięczał młody Holender życie. Na razie. Tego dnia, gdy go wypuszczono i 

oddano pod „nadzór” pani Toni Hoya. Bo co mogło zdarzyć się w najbliższej przyszłości, tego ani on, ani 
ona nie wiedzieli. Tym razem opiekunka schowała go tak, że ciekawski nadgorliwiec daremnie by go szukał.

Młodzieniec   nie   wytrzymał   bezczynności.   Trzynastego   marca   podjął   decyzję   zakrawającą   na 

szaleństwo: powrotu do Holandii. W pojedynkę. Na nic zdały się perswazje wdowy.

— W jaki sposób chcesz pokonać prawie czterysta kilometrów drogi? — załamała ręce Toni Hoya. — 

Bez dokumentów, Heinrich? Trafisz na pierwszego lepszego żandarma i koniec wędrówki. Kartą z fabryki 
nie możesz się przecież legitymować, bo cię do niej odeślą.

— Wezmę grabie i będę udawał robotnika rolnego  — odpowiedział po chwili namysłu.  — Nie, nie 

zmienię swego postanowienia.

O trzeciej nad  ranem Quak dosiadł  roweru,  podarowanego  mu  przez  gościnną panią domu,  swego 

opiekuńczego anioła, i nacisnął pedały.

Zdumiewające, wprost nie do uwierzenia, ale prawdziwe. Po siedmiu dniach wędrówki, wypełnionych 

nieustającym kluczeniem, omijając miasta, udając wszędzie robotnika przymusowego na roli, przebił się do 
kraju, w którym się urodził.

Przez całą drogę pamiętał słowa siedemnastoletniego  „Ruskiego” ze wspólnej celi: „Tobie nie wolno 

wrócić do lagru, bo tam czeka cię śmierć”.

I jeszcze jednego zdarzenia nie zapomniał Hendrik do końca życia. Grupa holenderskich robotników, 

których   dostarczono   do   REIMAHG   z   Buchenwaldu,   już   następnego   dnia   po   przybyciu   zorganizowała 
mityng, na którym uchwalono zwrócenie się do władz koncernu z żądaniem odesłania ich z powrotem do 
obozu koncentracyjnego. Ponieważ tam — o ironio losu! — przynajmniej pomieszczenia były znośniejsze 
niż tutaj.

Życzeniu ich nie stało się zadość.

Nie   miał   tyle   szczęścia   w   nieszczęściu,   co   student   holenderski,   słynny   belgijski   sprinter   lat 

międzywojennych, Julien Saelens, z zawodu stolarz artystycznych mebli.

background image

W   kwietniu   1935   roku   wstąpił   do   klubu   sportowego   w   Brugii   i   już   w   krótkim   czasie   miał   duże 

osiągnięcia.   W   rok   później   zdobył   mistrzostwo   Belgii   na   dystansach   100   i   200   metrów,   wyczyn   nie 
notowany   w   kronikach   sportu   światowego   w   krótkich   biegach.   Ustanowił   rekord   krajowy   na   tych 
dystansach. Szczytem jego kariery zawodniczej, przerwanej wybuchem wojny, był udział w mistrzostwach 
Europy w 1938 roku. Zajął tu jedno z pierwszych miejsc, a prasa sportowa całego świata widziała w nim 
przyszłego mistrza i rekordzistę starego kontynentu. Uważano go za jedynego, który mógł rywalizować z 
amerykańskim czarnoskórym fenomenem bieżni i skoczni Jessie Owensem  — tym, który popsuł humor 
kanclerzowi   III   Rzeszy  podczas   Olimpiady  1936   roku   w   Berlinie,   kiedy  to   pokonał   Niemców   w   obu 
sprintach i skoku w dal. Hitler, który zwyczajem przyjętym w olimpijskiej tradycji, jako głowa państwa 
gratulował osobiście mistrzom-zwycięzcom, tym razem nie podał ręki supermistrzowi — Murzynowi.

Dla Juliena czarny Jessie był wzorem, a nie Hitler i jego banda — jak mawiał. Nie tęsknił do spotkania 

z „führerem”, co też zostało mu zaoszczędzone. Za to został zmuszony do zetknięcia się z jego przemysłem 
lotniczym. Nastąpiło to 11 maja 1944 roku. Podczas obławy na ludzi nie pomogły jednemu z najszybszych 
ludzi świata jego rącze nogi; schwytanego, deportowano do Kahla.

Trafił   do   najcięższych   robót,   a   jego   dniówka   trwała   12   godzin.   Nie   stracił   jednak   swego   morale 

wybitnego sportowca. Był nieustraszony i życzliwy ludziom, zawsze gotów pomagać słabszym kolegom. 
Lubiano go i szanowano.

Nadszedł 7 kwietnia 1945 roku. Saelens stał wraz z kilkuset fremdarbeiterami w długim rzędzie do 

jedynego   okienka,   z   którego   robotnikom  podawano   kolejno   zupę.   Długie   oczekiwanie   wywołało   wśród 
wygłodniałych oznaki niepokoju. Znali to z praktyki: nieraz trzeba było czekać kilka godzin na otrzymanie 
posiłku, a bywało, że dla ostatnich już nie starczało.

Widząc   to,   wysportowany   Belg,   trzymający   się   jako   tako,   chciał   zrobić   miejsce   innym,   bardziej 

wycieńczonym kolegom. Wysunął się z kolejki, w zamiarze wycofania się na sam koniec węża. W tym 
momencie strzegący porządku SS-man pchnął go z całej siły kolbą karabinu, aż Saelens potknął się i upadł. 
Wtedy esesowiec strzelił. Kula trafiła leżącego w plecy.

Gromada   robotników   rozbiegła   się   na   wszystkie   strony,   jak   spłoszone   stado   kuropatw,   ale   kilku 

rodaków sprintera zostało. Zanieśli go do szpitala. Lekarz stwierdził stan agonalny.

Julien wiedział, że musi umrzeć. Przyjął ten fakt niemal ze spokojem, choć czuł żal, że musiało to się 

stać teraz, kiedy koniec wojny tak blisko. Przyjaciele zaciskali pięści i klęli niemieckiego sadystę, ale 24-
-letniemu koledze nie mogli już pomóc.

— Powiedzcie moim rodzicom, że zawsze o nich myślałem i że moje ostatnie myśli były przy nich.
Pod wieczór zgasł na zawsze. Jego ostatnie słowa były:
— Niech żyje Belgia!
Ciało   mistrza   sportu   spoczęło   w   masowym   grobie   na   miejscowym   cmentarzu.   Osiemdziesiąt   pięć 

radzieckich   kobiet   i   mężczyzn   było   tu   stale   zatrudnionych   przy  grzebaniu   zmarłych   i   zamordowanych. 
Każdego dnia nadjeżdżały samochody ciężarowe pełne trupów.

Ewangelicki   pastor   i   burmistrz   protestowali   przeciwko   tak   barbarzyńskiemu   grzebaniu   ciał,   ale 

bezskutecznie.

U wejścia na to pole masowych mogił stała tablica z napisem  „Wstęp na cmentarz REIMAHG jest 

wzbroniony”.

Pewnego dnia ktoś z tutejszych mieszkańców dopisał na niej: „Nasza hańba!”

Cyjankali dla dziesięciu tysięcy

Tracili siły i tylko niezłomna wiara w bliski koniec wojny podtrzymywała w nich wolę życia. Eugeniusz 

Baran, ciągnąc w kolumnie Polaków pod górę do sztolni, choć sam ważył zaledwie trzydzieści dziewięć kilo, 
spoglądał z troską na wlokących się tuż za nimi Włochów z podobozu nr 7. Widok był smutny: mało odporni 
na   tutejszy  klimat,   z   kocami   zarzuconymi   na   głowy,   nucili   smętnie   pieśni   religijne.   Wyglądali   bardzo 
nędznie.

Przychodząc wcześnie rano do podziemnej fabryki, patrzył Baran na „pobojowisko” po nocnej zmianie: 

leżały   trupy   zmarłych   ausländerów,   nierzadko   znajomych,   położone   na   stołach   roboczych,   przykryte 
workami po cemencie, zamarznięte na kość.

Piątego kwietnia, nad ranem, obudził ich alarm.
— Pakować manatki! — polecił kierownik obozu. — Przenosimy się do dwójki. Chorych złożyć pod 

background image

kantyną, a zdrowi powoli szykować się do odejścia. Ewakuacja.

Chodziło   o   koncentrację   wszystkich   czterech   podobozów   z   Leubengrund   na   obiekcie   nr   2   w 

Grosseutersdorf.

Zewsząd rozlegały się wrzaski i przekleństwa. Dotychczas mieli nadzieję, że nie ruszą się ze swoich 

kwater i tutaj powitają Amerykanów, a tu taki pasztet... Kiedy opadły pierwsze emocje, zaczęli zastanawiać 
się, co kryje się za tym krokiem hitlerowców.

Nadbiegł zadyszany Gildo i niemal płacząc, powiedział, że w obozie włoskim Niemcy rozstrzeliwują 

wszystkich chorych.

Była   to   prawda.   Szykowano   się   do   drogi.   Eugeniusz   był   tak   osłabiony,   że   koledzy   wzięli   go   na 

„stołeczek” — przeplecione ręce, i zanieśli na punkt zbiórki.

Tam go odnalazł po raz drugi tego dnia Gildo wraz z Ponte Remo i obaj wręczyli mu na pamiątkę swoje 

fotografie z adresami. Zapraszali do Włoch po wojnie.

W samo południe alarm odwołano. O ewakuacji na razie nie było mowy. Ale żyli teraz w nieludzkiej 

ciasnocie, ponad trzy tysiące ludzi ściśniętych w kilku barakach.

Nastał okres ciszy przed burzą.

Trzydziestego   marca   Hitler,   przekonany   argumentacją   Speera,   podpisał   rozkaz   odnoszący   się   do 

przemysłu   zbrojeniowego,   w   którym,   nawiązując   do   poprzedniego   swego,   znacznie   dalej   idącego 
zarządzenia z 19 marca, powiedział między innymi:

„Nakazane   zniszczenia   urządzeń   przemysłowych   służą   wyłącznie   temu,   aby   uniemożliwić 

przeciwnikowi wykorzystanie tych urządzeń i zakładów do zwiększenia jego siły bojowej.

W   żadnym   wypadku   powzięte   środki   nie   mogą   osłabiać   własnej   siły   bojowej.   Produkcję   należy 

utrzymać   do   absolutnie   ostatniego   momentu,   gdyby  nawet   groziło   niebezpieczeństwo,   że   w   przypadku 
szybkich   ruchów   nieprzyjaciela   zakład   wpadnie   w   jego   ręce   nie   zniszczony.   Urządzenia   przemysłowe 
wszelkiego   rodzaju,   łącznie   z   zakładami   zaopatrzeniowymi,   wolno   zatem   niszczyć   dopiero   wtedy,   gdy 
zostały bezpośrednio zagrożone przez wroga”.

Kiedy szyfrant wręczył Sauckelowi depeszę z powyższym tekstem, gauleiter odetchnął z ulgą: Nie 

musiał jeszcze wydawać polecenia demontażu tego, co było na chodzie w sztolniach Walpersbergu.

Postanowił ponadto, że na wypadek ostateczności nie zniszczy jednak maszyn, samolotów i agregatów 

do nich, lecz wywiezie je i ukryje w bezpiecznym miejscu.

— Jeszcze kiedyś będą nam potrzebne — oświadczył, zaciskając wydatne szczęki.
Telefonicznie polecił sekretarce, żeby go połączyła z generalnym dyrektorem Gustloff-Werke, Karlem 

Beckurtsem, któremu podlegał również REIMAHG.

Dopiero po upływie kilku dni, kiedy już było wiadomo, że Amerykanie zmierzają do Turyngii, na 

wyraźny  rozkaz   Sauckela   fabrykę   zaczęto   powoli   likwidować.   Wywieziono   gotowe   części   samolotów   i 
większość maszyn oraz wszystkie plany i dokumentację techniczną. Trwało to cały tydzień. Kilkanaście 
samochodów ciężarowych załadowano, ładunek przykryto plandekami. Kolumnie towarzyszyli konwojenci z 
SS na motocyklach, uzbrojeni w pistolety maszynowe i erkaemy. Na czele kawalkady jechał wóz pancerny, z 
jego wieżyczki wystawały lufy sprzężonych kaemów.

Pojazdy ruszyły na południe.

Mimo ciągłych nalotów alianckiego lotnictwa bombowego niemiecki przemysł zbrojeniowy osiągnął w 

1944 roku najwyższe wskaźniki produkcji. Zmontowano 40 593 samoloty różnych typów, w tym aż 25 285 
myśliwców, z tego ponad połowę stanowiły jednosilnikowe  Me-109G. Czołgów wyprodukowano 8466, w 
tym 633  Tygrysy  i 377  Królewskich Tygrysów, ponadto 10 760 dział pancernych i 18 834 transportery i 
samochody pancerne. W tysiące sztuk szła broń odwetowa — rakiety V-2 i samoloty-pociski V-1.

Wskaźniki były zaskakujące, ale agresor wojnę przegrał. Stawka na odrzutowy Me-262 była spóźniona i 

praktycznie   okazała  się  niewypałem.   Łącznie  zbudowano  1433 samoloty tego  typu,   w  tym  tylko  22  w 
koncernie   REIMAHG.   Wskutek   bombardowań   alianci   zniszczyli   na   ziemi   497   maszyn,   w   działaniach 
bojowych wzięło udział około 200. Cztery Me-262 zestrzelili Polacy z 306 i 309 dywizjonu myśliwskiego. 
Po raz ostatni wystąpiły one pod koniec kwietnia 1945 roku nad Westfalią w walce z bombowcami  B-17
Miesiąc wcześniej przypisano im pierwszeństwo produkcji, ale był to już akt bez znaczenia. Brakowało 
pilotów do tych  Messerschmittów, w samej konstrukcji występowały usterki. Nie spełnił również nadziei 
myśliwiec rakietowy M-163 „Komet”, typowany także do masowej produkcji. Seria stanęła po zbudowaniu 
350   maszyn.   Nie   doszło   również   do   przyspieszonej   budowy   uproszczonych   myśliwców   odrzutowych

background image

He-162   „Volksjäger”.   Speer   obiecywał   Göringowi   aż   4000   tych   samolotów   miesięcznie,   do   kapitulacji 
wyprodukowano zaledwie 200 i udziału w walkach już nie wzięły. Nie zakończył prób myśliwiec pionowego 
startu i jednorazowego użytku  Ba-349  „Natter”, tak jak utknął program budowy pocisków rakietowych 
„ziemia-powietrze” zainicjowany pod kryptonimem „Wasserfall”. Na realizację tych szeroko zakrojonych 
planów Niemcy nie mieli możliwości. Atakowana z dwóch kierunków Rzesza chwiała się w posadach. Front 
wschodni   ściągnął   trzon   ich   sił   i   tam   straty   były   najbardziej   dotkliwe.   Na   kierunku   zachodnim   po 
krótkotrwałym i ostatnim zrywie w Ardenach przeszli do obrony. Lotnictwo alianckie całkowicie opanowało 
przestrzeń nad Niemcami, choć miało się okazać, że jego ciosy nie załamały produkcji zbrojeniowej.

Gdy amerykańskie wojska 3 armii pancernej generała George'a S. Pattona zbliżyły się 9 kwietnia do 

Kahla, funkcjonariusze z REIMAHG przemyśliwali, jakby stąd się ulotnić. Niektórzy nie znajdowali innego 
wyjścia jak samobójstwo. SS-brigadeführer Pflomm, główny odpowiedzialny za bezpieczeństwo, zastrzelił 
najpierw żonę, sześciono dzieci i służącą, po czym strzelił sobie w łeb.

Wielu oprawców i sadystów, wyższych i niższych rangą esesmanów i urzędników po prostu uciekło i 

ukryło się przed odpowiedzialnością.

Robotników   cudzoziemskich   czekał   los   najgorszy;   dla   nich   wszystkich   przewidziano   jeden   tylko 

wariant: śmierć.

W pierwszych dniach kwietnia u kierownika apteki „Pod Lwem” w Kahla, Joachima Karstena, zjawił 

się kreisleiter Schau z pytaniem, jak dużo trucizny jest na składzie i zażądał większych ilości cyjanku potasu.

Był już bowiem opracowany przez szefostwo SS plan wsypania tej trucizny do kotłów z kawą i zupą dla 

aüslanderów.

Zamiar ten udaremnił w zarodku ostrożny farmaceuta, oświadczając, ku niezadowoleniu hitlerowca, że 

w ogóle nie posiada cyjanku, mijało się to oczywiście z prawdą.

Postanowiono „skończyć” z obcokrajowcami w inny sposób. Na kilka dni przed tym, zanim wjechały 

czołgi   do   miasta,   komendant   batalionu   Volkssturmu   otrzymał   rozkaz   z   Jeny   od   szefa   bezpieczeństwa, 
zarazem komisarza obrony, aby unieszkodliwić fremdarbeiterów. Mieli oni zostać zapędzeni do sztolni, po 
czym chciano przy użyciu materiałów wybuchowych zawalić wszystkie cztery wejścia. Mieli być żywcem 
pogrzebani.

Komendant Volkssturmu, major Georg Potzler, z rozbitego pod Monachium IX korpusu 3 Luftflotte, 

wysłuchał rozkazu, powiedział sakramentalne:  „Jawohl! Zum Befehl!”, ale myślał swoje. Nie miał cienia 
wątpliwości, że za to  „rozwiązanie problemu” czekały go sąd i szubienica, dlatego zwłóczył, zasłaniał się 
trudnościami. Patrzył trzeźwo na rozwój wydarzeń i nie miał, jak niektórzy fanatycy, złudzeń co do tego, że 
wojna jest już przegrana.

W tej sytuacji, kiedy Amerykanie byli już blisko, władze w Jenie, po uzgodnieniu z gauleiterem w 

Weimarze, którym był Sauckel, zarządziły ewakuację dziesięciu tysięcy robotników. Na transportführera 
wyznaczono oficera SS, zastępcę nieżyjącego już brigadeführera Karla Alberta Pflomma.

Do pracy, na rozkaz kierownika obozu, nie chodzili już od trzech dni, całe szczęście dla blacharza 

Eugeniusza Barana, który rozchorował się ciężko na krwawą biegunkę. Już w ostatnich dniach marca z 
osłabienia nie mógł utrzymać się na nogach i koledzy ukrywali go w baraku. Zajęła się nim troskliwie, w 
tajemnicy przed lagerwachą, pielęgniarka z punktu sanitarnego, powstaniec warszawski. Gdy padł rozkaz 
koncentracji w obozie nr 2, Deneusz i Krzakowski zanieśli go tam. Powoli choroba zaczęła ustępować i 
Gienek zaczął wychodzić na świeże powietrze.

Dziewiątego kwietnia gruchnęła wiadomość:
— Pędzą więźniów Buchenwaldu!
Wybiegli i wlepili wzrok w maszerujące kolumny pasiaków. Transport ewakuacyjny!... Szli od strony 

Kahla w kierunku południowym na Pösseneck. Mogło ich być około tysiąca sześciuset.

Robotnicy żegnali ich w ponurym milczeniu, ale niejeden pomyślał: „Czy to samo i nas nie czeka?”
Dobrze po południu rozbiegli się pomocnicy lagerführera i zaczęli nawoływać.
— Przygotować się do wymarszu! Zabrać jak najmniej rzeczy ze sobą.
Robiło się już szaro, gdy zarządzono zbiórkę wszystkich na placu. Każdemu dano w nieznaną drogę 

kawałek chleba i margaryny.

Ustawiono się piątkami. Lada chwila mogła paść komenda do wymarszu.
Nikt się nie spodziewał, że eskorcie konwojującej zechce się jeszcze liczyć stan osobowy. A jednak. 

Przeprowadzono szczegółowy apel.

SS-mani, wściekając się, doliczyli się zaledwie siedmiu tysięcy.  Wrzeszczeli, zachodzili w głowę  i 

pytali   się   wzajemnie,   co   się   właściwie   stało.   Jak   to   możliwe,   żeby  trzy  tysiące   ludzi   wyparowało   jak 

background image

kamfora.

Stało się to wskutek tego, że zaraz na początku kwietnia członkinie organizacji, przygotowującej się do 

akcji opóźniania ewakuacji, Maria Sawicka i Zofia Skubała, podsłuchały rozmowy prowadzone przez SS-
-manów, z których wynikało, że ewakuacja odbędzie się w dwóch etapach. Najpierw wszyscy robotnicy 
zostaną skoncentrowani według narodowości po lewej stronie rzeki Saale, blisko sztolni — i był to właśnie 
ów obóz w Grosseutersdorf. Potem, z nadejściem Amerykanów, miała ruszyć kolumna piesza na Pösseneck.

Dzięki   rozpowszechnieniu   tej   wiadomości   wśród   ausländerów,   masa   ludzi   zbiegła   skrycie   podczas 

pierwszej  fazy koncentracji. Wtedy,  w ogromnym zamieszaniu,  gdy wszystkie podobozy były w ruchu, 
robotników nie liczono, traktując przemieszczanie ich jako przeprowadzkę wewnątrzobozową. Zbiegowie 
ukryli się w okolicznych lasach i tam doczekali wyzwolicieli.

Wśród wrzasku SS-manów, stękania bitych ludzi i ujadania tresowanych psów ruszały kolumny jedna 

za drugą, pędzone początkowo ku Orlamünde. W drodze rozgrywały się sceny, od których jeżył się włos. 
Kto wyszedł z szeregu, zatoczył się, został nieco w tyle, był atakowany przez wilczury i owczarki, a na 
dodatek otrzymywał cios kolbą karabinu.

Kiedy tragiczna procesja minęła miasto, esesmani zaczęli strzelać do outsiderów.
W pewnym momencie nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Motocyklista przyjechał z rozkazem wycofania 

strażników.   Mieli   oni   dołączyć   do   większego   zgrupowania   SS   i   Wehrmachtu   na   linii   Halle-Hof,   gdzie 
rzekomo  zamierzano   stawić   opór   Amerykanom.   Straż   nad   transportem   przejęli   volkssturmiści   Potzlera. 
Dopiero z tą chwilą zarządzono postój dla odpoczynku.

Nagle rozeszła się wieść, że czołówka Pattona zajęła miasto Kahla, ale okazało się to plotką.
Transport brnął dalej. Szli całą noc, by 10 kwietnia dotrzeć do wsi Knau. Okazało się, że i w szeregach 

Volkssturmu   znajdują   się   zażarci   hitlerowcy.   Ci   zaczęli   wywierać   nacisk   na   transportleitera,   aby 
obcokrajowców wystrzelać i ulotnić się. Dotarła wiadomość, trochę zresztą przedwczesna, że Amerykanie 
zajęli już Jenę.

Major   Potzler   był  raczej   przeciwny  masakrze,   wahał   się,   bądź   udawał,   że   się   namyśla,   przeciągał 

sprawę.

Potzler uznał za najsłuszniejsze trzymać się rozkazu generalnego, w myśl którego należało prowadzić 

kolumny na południe, w kierunku Bawarii. Tak też uczyniono. Po krótkim postoju ruszono w dalszą drogę. 
Dziesięć ciał zwangsarbeiterów spoczęło na miejscowym cmentarzu, pochowanych przez wieśniaków.

Nazajutrz  jeden  z  zagonów  3  armii  Pattona   minął   Kahla,   a  jedna   ze   szpic  pancernych  skręciła   na 

południe.

Transport   późnym   wieczorem,   12   kwietnia,   dotarł   do   jakiejś   wsi,   gdzie   rozłożono   się   na   nocleg. 

Kolumnę, w której szedł Baran z przyjaciółmi, zamknięto w ogromnej stodole.

Eugeniusz   obudził   się   wcześnie   rano,   a   tu   przychodzi   jak   gdyby  nic   kolega   z   sąsiedniej   kwatery, 

Bełdowski, i woła.

— Gienek, wstawaj! Wojna skończona. Nie ma ani jednego strażnika.
— Jak to nie ma? Pewnie zadekowali się w gospodzie i jedzą śniadanie. Volkssturmista, esesman, czy 

inna niemiecka cholera, dla nich żarcie zawsze najważniejsze.

— Nie, żadnego nie ma nawet na lekarstwo. Chodzę od godziny i rozglądam się za nimi, a tu, bracie 

kochany, ani widu, ani słychu. Prysnęli! Wstawaj, chłopie!

Tak przyszła wolność. Nieefektownie, ale skutecznie.
Wyszli razem na rekonesans.
— Masz rację, Mietek, ani śladu esesmana, volkssturmisty czy wehrmachtowca. Ale —-obejrzał się na 

wszystkie strony — gdzie są Amerykanie? Przed kim tamci bandyci nawiali?

Istotnie, oddział amerykański zjawił się we wsi dopiero po dwóch dniach. Przez dwie doby była to 

ziemia pod względem wojskowym niczyja. Tamta szpica pancerna poszła wprost na południe, gdy oni, ich 
transport, skręcił boczną drogą — i tak minęli się.

Baran chciał od razu zabierać się w drogę z przyjaciółmi, ale popatrzyli z politowaniem i troską na to 

chuchro, ledwie stojące na nogach, i odradzili to.

— Iść nie możesz, Gienek. Zostań. Gdzie będziesz szedł. Dobijesz do wiary, jak wypoczniesz.
— Zadekuj się u jakiejś bauerki, to cię podkarmi, wykuruje i będziesz znowu gieroj.
— Dobra, zostaję — odparł zrezygnowany.
Przejeżdżał drogą jednoręki niemiecki listonosz. Zatrzymał rower przed grupką Polaków.
— Wojna się kończy, czy by któryś nie chciał iść do bauerki do roboty?

background image

— Widzisz? Los czuwa nad tobą, Gieniu. Dalej, szoruj za nim, póki miejsce wolne  — zażartował 

Kazimierz Deneusz.

Pożegnali się, oni poszli w swoją drogę, na Kahla, a on pociągnął za doręczycielem.
Nie mógł lepiej trafić. Cztery kobiety w domu, w polu robotnik rolny  — Ukrainiec, i on, niedawny 

zwangsarbeiter. Jadł, spał w czystej bieliźnie i pościeli, wygrzewał się na słoneczku w ogrodzie. Gospodyni 
nie   pozwoliła   mu   nic   robić   w  obejściu,   póki   nie   wydobrzeje.   Znikły  obozowe  wszy  z   ubrania,   minęła 
choroba.

Czasem   tylko   błogi   spokój   zakłócała   nagła   myśl:  „Co   będzie,   jak   esesmani   mnie   stąd   wygarną?” 

Amerykanie ciągle nie przyjeżdżali.

Wałęsając się tu i tam, w szopie spichrza odkrył nieznajomego mężczyznę.
— To nasz lejtnant — poinformował go Ukrainiec Taras.  — Radziecki oficer, Sybirak. Jako jeniec 

pracował tu ze mną u tej Niemki, dochodził z obozu, a jak ich ewakuowali, uciekł z transportu i ona go 
ukrywała.

— To przyzwoita rodzina, żadni hitlerowcy — zapewnił Taras.
Wreszcie trzeciego dnia nadjechały czołgi amerykańskie. Baran poczuł się raźniej.
Dziesiątego maja, po miesiącu odpoczynku, uznał, że czas ruszyć w drogę. Obaj Rosjanie wyjechali 

wcześniej.

W   Leubengrund   zastał   niektórych   kolegów,   którzy   tak   jak   i   on   podjęli   decyzję   natychmiastowej 

wędrówki do kraju. Sprzyjającą ich zamiarom okolicznością było wkroczenie do Turyngii Rosjan i od tej 
pory była to strefa okupacyjna radziecka.

Dziesiątego czerwca sześciu Polaków, w tej liczbie Baran, wybrało się do Kahla. Raz po raz mijali 

transparenty z napisem: „Witamy wojska radzieckie”. Zaczęli rozglądać się za jakimś środkiem transportu, 
ale bez skutku. Udali się na stację kolejową i zarekwirowali dwukołowy wózek peronowy, wrzucili nań swój 
nędzny dobytek i poszli na wschód. Szli przez Gerę, na Muldzie była granica stref, stał posterunek radziecki; 
jakoś   ich   przepuszczono.   Przez   Drezno   dotarli   do  Zgorzelca.   Po  drodze   mijali   uciekających  na   zachód 
Niemców, jechali i szli całymi rodzinami, gromadami. Na granicznym punkcie repatriacyjnym nasza szóstka 
dostała kwaterę i posiłek. Nie szły jeszcze transporty w głąb kraju, więc nie czekali; poszli przez Węgliniec i 
Bolesławiec do Legnicy, a stamtąd do Wrocławia.

I   to   był   koniec   pieszej   wędrówki.   Załapali   się   na   pociąg   idący   do   Krakowa   i   tu   się   rozstali. 

Dwudziestego czerwca Eugeniusz wrócił przez Suchą i Nowy Sącz do rodzinnego Grybowa.

Po wojnie

Sześć tysięcy ofiar śmiertelnycli pochłonął moloch subkoncemu REIMAHG. Sześć tysięcy zgonów w 

ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy istnienia tajnego obiektu — podziemnej fabryki samolotów odrzutowych, 
który w planach architektów zbrojeń w III Rzeszy miał przywrócić potęgę lotniczą Niemiec  — ale nie 
zdążył. Za to pobił wskaźnikiem śmiertelności niejeden obóz koncentracyjny.

Po   wojnie   wrzucone   do   masowych   grobów   ciała   ausländerów   ekshumowano   i   rozmieszczono   na 

okolicznych  cmentarzach. Ósmego maja  1965 roku, w kolejną rocznicę wyzwolenia,  dla uczczenia ich, 
odsłonięto   na   terenie   obozu   w   Hummelshain   tablicę   pamiątkową.   Czynności   tej   dokonał   Polak,   dawny 
zwangsarbeiter, Franciszek Stemler. Ze wzruszeniem czytał:  „Sześć tysięcy obywateli dziewięciu krajów 
zamęczono tutaj w latach 1944—1945. Cześć i chwała ofiarom faszyzmu”.

Uczestniczyło w tym akcie pięć tysięcy gości. Spotkali się tu starzy znajomi: Hendrik Quak, Franciszek 

Stemler, Gaston Risselin, Zofia Skubała-Tokarska i inni.

Piękny  czyn   zainicjowała   młodzież   z   NRD.   W   miejscu,   gdzie   stał   szpital   obozu   REIMAHG,   175 

chłopców i dziewcząt ułożyło 175 kamieni na kształt obelisku. Kamienie wzięto z dawnego bunkra, a ich 
liczba odpowiadała liczbie zmarłych w tamtym szpitalu, zewidencjonowanych w krótkim okresie czasu. 
Ufundowana z czarnego marmuru tablica nosi napis: „W kamieniach tych tkwi pot i krew 16 000 robotników 
przymusowych. Kamienie te upominają nas wszystkich, że podobne zbrodnie nie mogą się nigdy powtórzyć. 
Dlatego musimy być czujni i ze wszystkich sił walczyć o pokojową przyszłość”.

Przybyli   z   tej   okazji   dawni   robotnicy   przymusowi   z   kilku   krajów   opublikowali   następujące 

oświadczenie:  „Przekonaliśmy   się,   że   Niemiecka   Republika   Demokratyczna   zerwała   z   faszystowską 
przeszłością. Powstały nowe, socjalistyczne Niemcy.

Czujemy i myślimy tak samo, jak miłujący pokój ludzie w NRD i na świecie.
Dlatego   protestujemy   przeciwko   agresji   USA   w   Wietnamie   i   solidaryzujemy   się   z   bojownikami 

wolności.

background image

Jesteśmy   oburzeni   z   powodu   faszystowskiego   barbarzyństwa   w   Hiszpanii   i   oznajmiamy   naszą 

solidarność z uciskanymi.

Potępiamy zbrojenia w RFN i żądamy Europy wolnej od broni atomowej.
W solidarnej wspólnocie walczymy o zachowanie pokoju i o przyjaźń między ludźmi świata”.
Na   konferencji   prasowej   w   dniu   24   stycznia   1966   roku,   prof.   dr   Albert   Norden,   członek   Biura 

Politycznego KC SED, ogłosił pewne informacje na temat REIMAHG.

„Zachowane dokumenty dowodzą, że sztab Jägera zarządził nie tylko liczne przeniesienia obiektów 

przemysłowych   o   wielkim   znaczeniu   dla   prowadzenia   wojny,   ale   również   zainicjował   dostarczenie 
niewolniczych   sił   roboczych   dla   realizacji   tego   programu.   Przeprowadzenie   tajnych   przedsięwzięć 
budowlanych   objęła   grupa   budowlana   Schlemppa,   członka   sztabu   myśliwców.   Można   udowodnić   jego 
czynną działalność niemal przy wszystkich obiektach programu Jägera”.

Szczególne znaczenie dla tak zwanych przedsięwzięć „A”, to jest tajnych budów podziemnych, miały 

sztolnie   wapienne   w   Sachsen-Anhalt   i   w   Turyngii,   gdyż   w   tamtym   czasie   były   to   jedyne   gotowe   i 
nienaruszone   systemy   pomieszczeń   utworzonych   w   skale.   Dlatego   gauleiter   NSDAP,   Fritz   Sauckel, 
doprowadził   do   połączenia   różnych   zakładów   produkcji   samolotów   w   jednym   obiekcie   o   nazwie 
REIMAHG. Zaprzęgnięto tam do pracy ponad 15 000 robotników przemysłowych, z których więcej niż 
5000 stało się ofiarami śmiertelnymi „programu Jägera”.

W   dwa   lata   później,   8   maja,   zorganizowano   w   Jenie   wielki   mityng   lekkoatletyczny   na   cześć 

zamordowanego w REIMAHG belgijskiego sprintera światowej sławy, Juliena Saelensa. Memoriał odbywa 
się każdego roku w Dzień Zwycięstwa.

Wreszcie, 8 maja 1974 roku, na terenie dawnego obozu nr 6 w Leubengrund odsłonięto pomnik. Wśród 

zaproszonych   na   tę   uroczystość   znalazł   się   Eugeniusz   Baran.   Polskiej   delegacji   przewodniczył  generał 
Zygmunt Huszcza.

Do  dawnego  obozu  ausländerów  pod  Kahla  jakże  często  przybywają  goście   z wielu  stron  Europy. 

Każdy z nich szuka tutaj drogich mu śladów przeszłości. Prowadzi ich pamięć o osobach bliskich, które 
pozostały tu, w turyngeńskiej ziemi, w dominium REIMAHG — na zawsze. Przybywają tu w poszukiwaniu 
grobów swych ojców i braci.

Dwudziestego października 1962 roku docent dr Włodzimierz Berutowicz, późniejszy minister zdrowia 

i opieki społecznej w PRL, wraz z polskim ministrem sprawiedliwości i kilku specjalistami odwiedził szkołę 
zawodową w Hummelshain. Eksperci studiowali w NRD problem i metody wychowawcze młodzieży.

Lecz W. Berutowicza zajmowało jeszcze coś innego. On szukał grobu swego ojca, który zmarł pod 

Kahla 17 listopada 1944 roku. Tak się złożyło, że do tej pory nie zdołano zidentyfikować grobu Józefa 
Berutowicza. Nie posiadano żadnej podkładki, na której figurowałoby to nazwisko.

A   jednak   był   on   wśród   robotników   przymusowych   REIMAHG.   Pamiętali   go:   Eugeniusz   Baran, 

Franciszek Stemler i inni Polacy.

Zaprowadzono gości z Polski na cmentarz w Kahla, na miejsce, gdzie 650 zwangsarbeiterów znalazło 

miejsce ostatniego spoczynku. Byli tu świadkami wzruszających i wstrząsających scen. Przyjezdni z Francji, 
Belgii, Włoch i Holandii odnajdywali tu groby swoich najbliższych. Tu i tam rozlegał się płacz. Wszędzie 
pełno kwiatów.

...Otto  Koschig  mieszka  przy głównej  ulicy w  Kahla,  obok jego domu przejeżdża  wiele   aut.  Tego 

czwartku lipcowego dnia 1964 roku jedno z nich zatrzymuje się przed bramą. Któż to może być  — myśli 
stary robotnik. — Pewnie znajomy ze starostwa. Rzeczywiście tak było. Ale za tym gościem kroczy inny, 
niskiego wzrostu, śniady, czarnowłosy. Chyba go skądś znam  — zastanawia się gospodarz. Nagle tamten 
rzuca się w jego stronę: „Padre! Son io Bubi!”

—   Ojcze,   to   ja,   Bubi!   —   Padają   sobie   w   ramiona,   Remo   Veronese,   dawny   fremdarbeiter   i   stary 

poczciwy   Niemiec,   także   zatrudniony   ongiś   w   REIMAHG,   który   uratował   mu   życie,   wtedy   przed 
dwudziestu laty.

A jakie były dalsze koleje losu sprawców tych tragedii, animatorów i kreatorów wielkich polowań na 

siłę roboczą w krajach podbitych?

Historia   samobójstwa   Adolfa   Hitlera   jest   powszechnie   znana.   Hermann   Göring,   skazany   przez 

Międzynarodowy   Trybunał   Wojskowy   w   Norymberdze   na   karę   śmierci   przez   powieszenie,   uniknął 
szubienicy   zażywając   przemycony   przez   usłużną   osobę   i   ukryty   w   bucie   cyjanek   potasu   w   celi 
norymberskiego Pałacu Sprawiedliwości. Powieszeni zostali na mocy wyroku tegoż MTW: Fritz Sauckel i 

background image

Hans Frank.

Generał   N.   Rudenko,   prokurator   radziecki,   tak   powiedział   między  innymi   w   swym   przemówieniu 

oskarżyciela:

—   Sauckel   i   jego   agenci   chwytali   się   wszelkich   środków   nacisku   i   terroru,   żeby  wykonać   plany 

rekrutacji. Głodnych mieszkańców ściągano na dworce kolejowe obiecując przydział chleba, tu zaś otaczał 
ich oddział żandarmerii lub wojska i pod groźbą zastrzelenia ładowali  ludzi do pociągów i posyłali  do 
Rzeszy.

Trybunał   uznał   deportację   do   pracy   przymusowej   osób   cywilnych   pochodzących   z   okupowanych 

krajów   za   zbrodnię   wojenną,   a   nieludzkie   obchodzenie   się   z   robotnikami   przymusowymi   za   zbrodnię 
przeciwko   ludzkości.   Stanowisko   to   zgodne   było   z   Konwencją   Haską.   Oczywiście   doszły  do  rachunku 
wystawionego czołowym przywódcom III Rzeszy inne jeszcze zbrodnie.

Rozwinął tę sprawę radziecki prokurator posiłkowy, generał major N. D. Zorya. Przedstawił dokumenty, 

charakteryzujące   udział   niemieckiej   armii   w   łapankach   i   wśród   innych  —   rozkaz   Oberkommando   der 
Wehrmacht, zatytułowany: „Werbunek rosyjskiej siły roboczej dla Rzeszy”.

Hansowi Frankowi udowodniono deportację blisko trzech milionów Polaków.
Albert Speer wyrokiem tegoż Sądu został skazany na 20 lat więzienia. Oskarżyciele radzieccy zasadnie 

żądali kary śmierci dla niego, ale zostali przegłosowani.

Generał   lotnictwa   Erhard   Milch   odpowiadał   przed   Amerykańskim   Trybunałem   Wojskowym   w 

Norymberdze. Zarzuty przeciwko niemu, zawarte w akcie oskarżenia, obejmowały między innymi, jak w 
przypadku Sauckela i Speera, deportację robotników z okupowanych krajów Europy do pracy przymusowej. 
Miliony ludzi pozbawiono wolności, maltretowano, torturowano i mordowano. Trybunał udowodnił mu, jak 
i tamtym zbrodniarzom, że wiedział o tym, iż robotnicy są chwytani i pod przymusem kierowani do fabryk 
broni   i   sprzętu   wojennego.   Wiadomo   mu   było,   jak   i   tamtym,   że   robotnicy  pozbawieni   byli   wolności, 
zamknięci w obozach pracy, źle wyposażeni w kwatery mieszkalne, wodę, jedzenie i urządzenia higieniczne; 
na skutek czego, jak i na skutek nadmiernej pracy, umierali tysiącami.

Milchowi udowodniono, że na Posiedzeniu Komisji Centralnego Planowania oświadczył, iż skoro nie 

udaje się zachęcić obcokrajowców-robotników do dobrowolnej pracy w Rzeszy, należy ich dostawiać siłą. 
Trybunał uznał go za winnego udziału w tej i w innej działalności, skazując na dożywotnie więzienie.

Zwolniony przedterminowo przez amerykańskie  władze okupacyjne,  zażywał spokoju i dostatku na 

intratnej posadzie w jednym z koncernów w RFN.

Za wykorzystanie  na szeroką  skalę niewolniczej  pracy deportowanych  do Niemiec cudzoziemskich 

robotników   oraz   więźniów   obozów   koncentracyjnych   i   jeńców   wojennych   skazani   zostali   szefowie 
niektórych   koncernów:   Friedrich   Flick   na   7   lat   więzienia,   Alfred   Krupp   na   12   lat   więzienia.   Ponadto 
otrzymali kary więzienia w różnych wysokościach ich dyrektorzy jak też menadżerowie IG-Farbenindustrie.

Żaden z nich nie odsiedział wyroku do końca — wszystkich zwolniono przedterminowo.
Udział w deportacji do robót przymusowych był jednym z punktów oskarżenia w procesie naczelnego 

dowództwa   Wehrmachtu.  Zapadło  dziesięć   wyroków,  od  kary  3 lat   pozbawienia  wolności   do więzienia 
dożywotniego.

Procesy te i wyroki stanowiły zaledwie symboliczne zadośćuczynienie za upokorzenia i mękę milionów 

ausländerów i za śmierć setek tysięcy spośród niewolników tej armii pracy.