HEATHER MACALLISTER
OGŁOSZENIE
MATRYMONIALNE
ROZDZIAŁ 1
- Trent, mój chłopcze, czas dać się zaprząc. Trent Davis
Creighton spodziewał się tego typu uwagi, lecz
miał nadzieję, Ŝe skoro jego wizyta na ranczu wujków
dobiegała końca, jakoś uniknie dyskusji na temat jego planów
matrymonialnych. Ranczo nazywało się Triple D, poniewaŜ
jej właścicielami było trzech braci Davisów.
Kończył
właśnie
podpisywać
dokumenty,
które
upowaŜniały go do wykupienia świadectwa eksploatacji
znajdującego się na ranczu złoŜa ropy naftowej, ustalającego
wysokość kwartalnych opłat z tego tytułu. Uniósł głowę i
napotkał przenikliwe spojrzenie wujka Clarence'a.
- Czy to znaczy, Ŝe podoba ci się Miranda? - spytał.
Spojrzał przez okno na podwórze, gdzie koło samochodu stała
wysoka blondynka, czekająca niecierpliwie na powrót do
Dallas.
- Nie ma znaczenia, czy ona mi się podoba, czy nie. -
Skórzany fotel zaskrzypiał, gdy Clarence zmienił pozycję, by
ulŜyć swemu zaatakowanemu przez artretyzm biodru. -
Chodzi o to, Ŝe powinieneś szukać Ŝony. Nie znajdziesz jej,
rozglądając się po dziedzińcu.
Trent nie zamierzał w ogóle rozglądać się za Ŝoną, a
Mirandę przywiózł ze sobą w nadziei, Ŝe uśpi czujność
wujków.
- Miranda mogłaby być świetną Ŝoną dla kaŜdego
męŜczyzny. - Trent doskonale wiedział, Ŝe nie zamierzała
wychodzić za mąŜ. Musiał uczciwie przyznać, Ŝe brak
zainteresowania trwałym związkiem w znacznej mierze
stanowił o jej atrakcyjności.
- I będzie - zgodził się Clarence. - Ale to nie jest kobieta
dla ciebie.
- Dlaczego? - Był jak najdalszy od rozwaŜania sprawy
małŜeństwa, ale gdyby miał wybierać... Połączenie klasy i
seksu było niewątpliwie pociągające. Nie wiedział, jakie
zarzuty mogliby przeciw niej wysunąć wujkowie, w kaŜdym
razie był pewien, Ŝe jeŜeli Clarence będzie miał coś przeciwko
niej, to pozostali bracia - Harvey i Doc - takŜe.
- Ona jest jak dobrze utrzymany koń na krótki, dystans.
Efekciarstwo, szybki start, ale całkowity brak wytrzymałości.
Trent wybuchnął śmiechem. Clarence zmierzył go
wzrokiem.
- JuŜ rozmawialiśmy o twoich blondynkach. Odgłos
kroków na drewnianej podłodze zapowiadał drugiego wujka.
Do gabinetu wszedł Doc.
- Co mam ci na to odpowiedzieć? - Trent podał najmniej
rozmownemu z braci plik papierów. - Lubię blondynki.
Wysokie blondynki. - Pokazał, gdzie Doc ma podpisać. - A
ona - skierował kciuk w stronę okna - jest świetną blondynką.
Doc nagryzmolił swój podpis, sapnął i podszedł do okna.
- Ma wąską miednicę. Mogą być trudności z porodem.
Trent był naprawdę zadowolony, Ŝe Miranda nie słyszy tej
rozmowy.
- Nie da ci więcej niŜ jedno, góra dwoje dzieci -
podsumował Doc.
Trent uśmiechnął się krzywo.
- Zakładasz, Ŝe chciałbym mieć więcej. A poza tym jesteś
weterynarzem, a nie połoŜnikiem. - Po co on przedłuŜa tę
dyskusję?
- Wąska miednica to wąska miednica - stwierdził Doc.
- Musisz brać pod uwagę takie sprawy, Trent - dodał
Clarence, ułoŜywszy splecione dłonie na zaokrąglonym
brzuchu. - I lepiej zacznij wychowywać potomstwo, zanim
będziesz za stary, Ŝeby się nim cieszyć.
- Rozumiem. - Spieranie się nie miało sensu. - Gdzie
wujek Harvey? Brakuje jeszcze jego podpisu.
- Szuka pióra - odparł Clarence.
- Ja mam pióro - rzekł Trent. - Nawet kilka i on z
pewnością o tym wie. - Podszedł do drzwi. - Wujku Harveyu?
Musimy z Mirandą wracać do Dallas. Nie chcemy utknąć w
niedzielnym, popołudniowym korku.
Z głębi domu doszła go niewyraźna odpowiedź. Clarence
pogrąŜył się w myślach. Doc nadal wyglądał przez okno,
zapewne wciąŜ oceniając budowę Mirandy.
- Szerokie ramiona. Biorąc pod uwagę twoje, wasi
synowie, choć pewno nieliczni, będą naprawdę barczyści.
Powiem ci na ten temat więcej - spojrzał na Trenta - jak
poznam jej rodziców.
Nikt nie będzie poznawał niczyich rodziców. Trent nie
czuł najmniejszej potrzeby zawarcia małŜeństwa. Miał na
głowie zarządzanie sprawami majątkowymi rancza Triple D, a
takŜe własne interesy. Był bliski osiągnięcia znaczącej pozycji
w świecie biznesu w Dallas, i to bez Ŝadnego wsparcia
kapitałem z zysków, jakie przynosiło ranczo. MałŜeństwo nie
mieściło się w jego planach. Niestety, wujkowie byli
odmiennego zdania.
- Wujku Harveyu! - zawołał znowu i speszył się, słysząc
nutę zniecierpliwienia we własnym głosie. Kochał swych
wujków wraz z ich fanaberiami. Ale są pewne granice.
- To mogłyby być dziewczynki - oznajmił Clarence,
myślami nadal przy przyszłym potomstwie Trenta.
- Jest taka moŜliwość - zgodził się ponuro Doc. Od
dalszej dyskusji wybawiło Trenta pojawienie się Harveya,
ostatniego z braci Davisów.
- Znalazłem je! - wykrzyknął, unosząc triumfalnie
srebrne, kanciaste pióro. - Chłopcze, takich samych uŜywają
astronauci NASA w przestrzeni kosmicznej.
Trent z uśmiechem podsunął mu trzeci plik dokumentów.
- Wujku, mógłbyś to podpisać?
- Patrz, jak działa. Chcesz spróbować? Trent, przystępując
do złoŜenia swego podpisu, pokręcił przecząco głową.
- Dzięki, uŜywam Dyrektorskiego NajwyŜszej Klasy,
które podarowałeś mi na przedostatnią gwiazdkę.
Twarz Harveya pojaśniała.
- I jak ci się nim pisze? Przypominam sobie - roczna
gwarancja albo zwrot ceny.
- Bardzo dobrze. - Działało przy pierwszych literach
nazwiska. Przycisnął mocniej, lecz w Dyrektorskim Piórze
NajwyŜszej Klasy ze szczypczykami i wykałaczką skończył
się wkład. Potrząsnął piórem ze złością.
- Minął juŜ rok od zakupu? - spytał Clarence.
- Tak, ale produkt wysokiej jakości powinien wytrzymać
dłuŜej - rzekł Harvey ze zmarszczonymi brwiami. - Rok to
minimum.
- Nie ma sprawy - przerwał Trent. Wiedział z
doświadczenia, Ŝe taka dyskusja mogłaby jeszcze długo
potrwać. - Piszę więcej niŜ inni.
- Weź to z NASA. - Harvey podał mu swoje. - Polegają
na nim astronauci, sam wiesz.
Trent skończył podpisywać papiery i szybko je zgarnął,
zanim zdąŜyła rozgorzeć dalsza debata. A ze spojrzeń wujków
wyczytał, Ŝe szykuje się następna.
- Ja... hm... będę tu we wrześniu, jeŜeli wcześniej się nie
zobaczymy. - Miał dziwne poczucie winy, gdy trzy pary
piwnych, identycznych oczu wpatrywały się w niego spod
nastroszonych brwi. Dlaczego oni go ciągle zachęcali do
małŜeństwa? Wziął teczkę i wyszedł zza ogromnego, starego
biurka, przy którym załatwiano interesy na ranczu Triple D
jeszcze za czasów dziadka.
Clarence uniósł się przy akompaniamencie skrzypienia
fotela. Trent podał wujowi rękę. Zwykle Clarence odmawiał
przyjęcia takiej pomocy, lecz dzisiaj się nie wzbraniał.
Oni się starzeją, pomyślał Trent, choć podejrzewał, Ŝe
Clarence wyolbrzymiał swe niedołęstwo, To miał być sygnał,
Ŝ
e szukanie Ŝony jest pilną sprawą. Ale fakt faktem - Trent
wyczuwał zapach końskiego mazidła, które prawdopodobnie
Doc zaordynował Clarence'owi na jego chory staw.
- Muszę lecieć. Miranda i tak juŜ za długo czeka.
- Rozglądaj się chłopcze, ona nie jest tą właściwą. Trent
zamierzał skwitować uwagę uśmiechem. A tymczasem dał się
sprowokować.
- Skąd wiesz, Ŝe nie jest tą właściwą? Co jej zarzucasz?
Poza wąską miednicą - dodał, uprzedzając Doca.
- Nie jest jedną z tych spokojnych kobiet.
- Koścista - wdał się w szczegóły Doc.
- To teŜ - przyznał Clarence, zanim podjął swą myśl. Siła
uścisku jego dłoni przeczyła trudnościom z podźwignięciem
się z fotela. - Nie byłaby szczęśliwa tutaj, w Triple D.
- Mieszkalibyśmy w Dallas - przypomniał mu Trent.
Chodziło mu o przyszłą Ŝonę, niekoniecznie Mirandę, ale nie
było sensu tego rozwijać.
- Nie zawsze będziesz mieszkał w Dallas. My się
starzejemy. - Clarence jeszcze mocniej ścisnął rękę Trenta,
zanim ją uwolnił.
- Ale bardzo dbamy o siebie - wtrącił się Harvey. -
Bierzemy
multiwitaminy.
Wykonujemy
ć
wiczenia
na
pobudzenie pracy serca trzy razy dziennie po dwadzieścia
minut według programu doktora Pritcharda...
- Harvey, chłopiec to wie.
Starszy pan natychmiast zamilkł. Clarence rzadko mu
przerywał.
- Usiłujemy ci powiedzieć, Ŝe czas zacząć szukać Ŝony. I
zabrać się do tego powaŜnie. Musisz znaleźć kobietę gotową
dzielić z tobą Ŝycie, nie obawiającą się pracy. Dobrą matkę dla
dzieci, którymi cię uszczęśliwi. Powinna dbać o ich ciała i
dusze i dmuchać w domowe ognisko, kiedy ty będziesz
zarabiał na utrzymanie rodziny.
- A takŜe nosić pantofle na wysokich obcasach i perły,
prawda? - Trent zaraz poŜałował tych słów. Wujkowie mieli
dobre intencje, tyle Ŝe temat był draŜliwy. - Z twojego opisu
wyłania się taka gospodarna kura domowa ze starych seriali
telewizyjnych.
- A co w tym złego?
- To styl sprzed czterdziestu lat. Nowoczesne kobiety są
inne.
- Tobie nie jest potrzebna nowoczesna. Powinieneś
znaleźć sobie taką jak ciocia Emma, Panie, świeć nad jej
duszą.
I jak sobie poradzić z takim argumentem? Clarence i jego
Ŝ
ona Emma nie mieli własnych dzieci, lecz ona matkowała
Trentowi od dzieciństwa, od chwili gdy jako siedmiolatek
zamieszkał na ranczu Triple D. Doc i Harvey nigdy się nie
oŜenili, więc ciocia troszczyła się o nich wszystkich.
- Ciocia Emma była wyjątkowa - powiedział Trent cicho.
- To prawda - przyznał Clarence przy potakujących
pomrukach pozostałych braci. - Co nie znaczy, Ŝe ty nie masz
podobnej szansy.
- Czego wy ode mnie oczekujecie? Mam zamówić Ŝonę z
jednego z waszych katalogów?
- Czemu nie? - Doc pomasował brodę. - Katalogi
obejmują Ŝywy inwentarz.
- Mam taki katalog. - Harvey wybiegł pędem z pokoju.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? - mruknął pod nosem
Trent.
- Cieszę się, Ŝe sam o tym pomyślałeś. - Clarence włoŜył
okulary i właśnie sięgał do kieszeni, gdy Harvey wpadł z
powrotem do gabinetu.
- Ale tempo - zauwaŜył Trent zimno, podejrzewając, Ŝe
wujek trzymał coś w zanadrzu.
- Noszę specjalne wyścigowe obuwie. - Harvey uniósł
podeszwę. - Trzymają się asfaltu o sześćdziesiąt siedem
procent lepiej niŜ najlepsze, oferowane w sklepach.
Nie było sensu zwracać uwagi, Ŝe na ranczu nie ma
asfaltu. Bardziej zainteresowało go czasopismo.
- „MęŜczyźni Teksasu"? Co to jest? - Przerzucił kilka
lśniących stron magazynu i westchnął wymownie. - To są
stosy ogłoszeń matrymonialnych. Chyba nie myślicie
powaŜnie, Ŝe ja...
- „Farmer poszukuje Ŝony" - przeczytał Clarence z
pomiętej kartki.
- Jaki farmer? - spytał Trent. Przewidywał, Ŝe odpowiedź
nie będzie mu się podobała.
- Ty, Trent.
- Chyba Ŝartujesz. Nie jestem farmerem - stwierdził
stanowczo.
Clarence spojrzał na niego badawczo znad okularów.
- Masz to we krwi, chłopcze. - Odchrząknąwszy, czytał
dalej: - „Choć obecnie mieszkam w Dallas, moje serce zostało
pośród wzgórz Teksasu, na ranczu Triple D, którego jestem
jedynym spadkobiercą".
- Och, proszę. Wy nie... Clarence powstrzymał go gestem
dłoni.
- „Pobyt w mieście nauczył mnie, co liczy się w Ŝyciu -
rodzina, ziemia i miłość dobrej kobiety. Nie pierwszej lepszej,
lecz wyjątkowej kobiety, która będzie podzielała moje
poglądy, zwłaszcza na znaczenie domowego ogniska. Jestem
prostym człowiekiem, cenię uczciwość i cięŜką pracę.
Chciałbym, Ŝeby Ŝona, z którą dzieliłbym Ŝycie, była gotowa
pracować razem ze mną, wychowywać nasze dzieci i
utrzymywać nasz dom w szczęściu i zdrowiu".
- Opisaliście pionierów! - Poza tym Trent miał zasadnicze
wątpliwości, czy moŜna go nazwać prostym człowiekiem,
kochającym ziemię.
- Czytaj dalej. - Doc wskazał palcem projekt ogłoszenia.
- „Zdaję sobie sprawę, Ŝe taki styl Ŝycia nie jest dziś
modny, ale obecnie ludzie pracują za cięŜko i osiągają w
zamian zbyt mało. Rodzice powierzają wychowanie dzieci
obcym ludziom, na czym cierpi szczęście rodzin. Dlatego
chciałbym wrócić do naturalnego porządku rzeczy -
męŜczyzna zaopatruje rodzinę, kobieta wychowuje dzieci i
prowadzi dom".
- A moŜe ja nie chcę utrzymywać kobiety, która by
całymi dniami przesiadywała w domu?
Clarence, niewzruszony, przeszedł do zakończenia.
- „Moja Ŝona nie będzie musiała się zamęczać, łącząc
pracę zawodową i domową. Jeśli ci to odpowiada i jesteś w
wieku pomiędzy osiemnastym..."
- Wujku Clarence, wykluczam randkę z osiemnastolatką!
- zaprotestował Trent, choć sam nie wiedział, dlaczego
zakwestionował właśnie ten punkt.
Harvey wręczył Clarence'owi pióro NASA. Clarence
wprowadził poprawkę.
- „Pomiędzy dwudziestym pierwszym a trzydziestym
pierwszym rokiem Ŝycia..." Jak sądzisz, Doc? MoŜemy
podwyŜszyć do trzydziestu pięciu?
Doc pomasował kark.
- Młodszym kobietom łatwiej rodzić, ale przy obecnym
stanie medycyny... - Wzruszył ramionami. - Niech będzie i
dodaj, Ŝe mile widziana byłaby taka przy kości.
Nawet przy całej tolerancji dla wujków, płynącej z
czułości dla nich, Trent zaniemówił. Słuchał więc juŜ tylko,
jak Clarence wymienia przymioty, którym mogłaby
odpowiadać chyba tylko córka Betty Crocker i Normana
Rockwella.
- „PomóŜ mi stworzyć dawno zapomniany nastrój
prawdziwych, wiejskich świąt BoŜego Narodzenia tu, na
ranczu Triple D..."
- Zaraz, zaraz...
- To był mój pomysł - pochwalił się Harvey.
- „Przybądź rozwijać swą kulinarną fantazję, mniejsza o
cholesterol..."
- To był pomysł Clarence'a - rzekł Harvey.
- „Grające na pianinie mają pierwszeństwo..."
- Na miłość...
- „W Triple D mamy nowoczesną, świetnie wyposaŜoną
kuchnię..."
- Łącznie z włoskim ekspresem do kawy, nie zapomnij
tego zaznaczyć. - Harvey pokazał, gdzie Clarence powinien
umieścić to zdanie. - Napisz teŜ o telewizji satelitarnej -
polecił.
- Szalone atrakcje - mruknął Trent. Clarence zanotował.
- No i co o tym sądzisz, Trent? Pomyślał, Ŝe Ŝadna
kobieta przy zdrowych zmysłach nie odpowie na to
ogłoszenie.
MoŜna
spodziewać
się
jedynie
listów
rozwścieczonych feministek. Z drugiej strony moŜe to było
wyjście z sytuacji. Poszukiwanie odpowiedniej kandydatki
pochłonęłoby wujków i nabraliby przekonania, Ŝe zbliŜają się
do celu. Kiedy nie uda im się zainteresować Ŝadnej kobiety
powrotem do średniowiecza, dadzą Trentowi spokój. A on
tymczasem będzie mógł skupić się na pracy.
Nagle zobaczył zmierzającą w stronę domu Mirandę. Nie
dziwił się, Ŝe straciła cierpliwość. Nie chciał, Ŝeby usłyszała
ich rozmowę.
- Chyba napisaliście juŜ o wszystkim, a ja naprawdę
muszę jechać. - Skierował się ku drzwiom. - Trzymajcie się.
- A co będzie, jak przyjdą odpowiedzi?
- Spotkam się z jedną, zdając się na wasz wybór. -
Zakładając, Ŝe znajdzie się choć jedna odwaŜna, dodał w
duchu.
- Trent, synu...
- Z jedną. - Podniósł do góry palec. Clarence,
doświadczony handlarz końmi, wiedział, kiedy się wycofać.
- Przyrzekasz, Ŝe przyjedziesz i ją poznasz?
- Tak.
- Na dwa tygodnie w grudniu łącznie ze świętami? -
spytał Harvey.
- Przyjadę w połowie grudnia - przyrzekł Trent.
- Na dwa tygodnie?
- Wujku Harveyu, nie mogę sobie pozwolić na dwa
tygodnie urlopu w końcu roku.
Wyraz oczu Harveya był nieustępliwy.
- To nie za duŜo czasu na poznanie przyszłej Ŝony. -
Clarence pomasował biodro. Trent powstrzymał się od
wzniesienia oczu do nieba.
- Dobrze, w porządku. Dwa tygodnie przed świętami
BoŜego Narodzenia. - Poczuł się winny, gdyŜ wiedział, Ŝe tej
obietnicy nie dotrzyma.
Rusty Romero otworzyła drzwi swego mieszkania w
Chicago i z lubością pociągnęła nosem. Jedzenie. Pachniało
jedzeniem.
- Babciu, to ty? - spytała, zrzucając z ulgą Ŝakiet i
pantofle.
Nobliwa pani o siwych włosach, upiętych w kok, stanęła
w progu kuchni.
- A któŜ inny mógłby przygrzewać zapiekankę w twojej
kuchni.
- Zapiekanka? Prawdziwie domowe danie. Sama zrobiłaś?
- Oczywiście. - Agnes Romero uśmiechnęła się do
wnuczki.
- Muszę to zobaczyć. - Rusty podąŜyła za babcią,
odłoŜywszy przedtem na kanapę teczkę.
- Gdzie byłaś? - spytała Agnes. - JuŜ wpół do dziesiątej.
- W pracy. - Zawadziła o futrynę. We wzroku babci
wyczytała wyrzut: za duŜo pracujesz.
- Z czego jest tym razem?
Agnes włoŜyła kuchenne rękawice i zdjęła z ognia
naczynie z zapiekanką.
- Tuńczyk z makaronem.
- Na Święto Dziękczynienia? - Babcia od tygodni
wypróbowywała dania, które zamierzała tego dnia podać. To
miało być ich pierwsze wspólne święto, przygotowane
całkowicie w domu, łącznie z pieczeniem indyka.
- Oczywiście, Ŝe nie. To takie małe odstępstwo. Usiądź
sobie wygodnie, przyniosę talerz.
Rusty opadła na kanapę w salonie zbyt zmęczona, by
zaprotestować. W kuchni szczękały sztućce.
- Jak idą przygotowania do kampanii reklamowej?
- Przeglądam stosowne czasopisma.
- Ciągle chodzi o ten płyn po goleniu?
- Babciu, proszę - powiedziała Rusty z Ŝartobliwym
oburzeniem. - Nie tylko o płyn. O cały zestaw rzeczy
potrzebnych przyszłym oblubieńcom, a wszystko wyłącznie z
naturalnych składników.
- A ileŜ jest tych rzeczy? - Agnes Romero wychyliła
głowę z kuchni. - MęŜczyźni nie potrzebują niczego poza
płynem po goleniu, dezodorantem i pomadą do włosów.
- To się teraz juŜ nie nazywa pomada, tylko bioaktywny
utrwalacz.
- Niech zgadnę. Jest jeszcze barwiący nawilŜacz i samo -
opalacz w Ŝelu.
- Nie Ŝaden samoopalacz. Nazywa się teraz "konserwator
stałej opalenizny". I są jeszcze inne róŜne specyfiki. - Rusty
otworzyła teczkę i wyjęła z niej plik publikacji.
Zjawiła się Agnes z tacą.
- OdłóŜ to i trochę odpocznij. - Odsunęła czasopisma,
ustawiła tacę na stoliku i usiadła na kanapie obok wnuczki.
- Dzięki, babciu. - Rusty sięgnęła po talerz. LeŜała na nim
beŜowa, galaretowata bryła.
- Czytałam chyba ze sto przepisów - odezwała się Agnes,
zmarszczywszy brwi. - Wszystkie właściwie takie same,
polecają tę zapiekankę jako niesłychanie odŜywczą.
Pomyślałam, Ŝe sprawdzę, dlaczego to tak reklamują.
- A ty juŜ jadłaś? - Rusty wiedziała z doświadczenia, Ŝe
kulinarne eksperymenty Agnes w najlepszym razie dawały
wątpliwe rezultaty.
- Tak. - Agnes patrzyła, jak Rusty nabiera zapiekankę na
widelec. - MoŜe nie wygląda zbyt apetycznie. Dwie godziny
temu nie było tak źle.
-
Przepraszam,
gdybym
wiedziała,
Ŝ
e
dzisiaj
eksperymentujesz, zatelefonowałabym. - Spróbowała. - Hmm.
- Tak myślałam. - Agnes wyciągnęła rękę po talerz.
- Nie, nie. - Rusty go przytrzymała. - Zjem to. Nie jest
takie złe. - Umierała z głodu.
- Ale nie jest to coś, czego by ci brakowało we wczesnej
młodości, prawda?
Rusty wiedziała, Ŝe za tym Ŝartobliwym pytaniem kryje
się autentyczny niepokój. Od kiedy dwa lata temu Agnes
Romero sprzedała swą agencję obrotu nieruchomościami i
przeszła na emeryturę, usiłowała przeistoczyć się w kapłankę
domowego
ogniska,
najwyraźniej
chcąc
wynagrodzić
wnuczce, Ŝe me była nią w okresie jej dzieciństwa.
- Nie. Niczego mi nie brakowało. - Serdecznie ścisnęła
dłoń babci.
- Co za ulga. JuŜ nigdy nie zrobię tej zapiekanki.
Roześmiały się obie.
- A jak postępują prace doświadczalne w związku ze
Ś
więtem Dziękczynienia? - Rusty z rozrzewnieniem
wspominała wspaniałe dwa tygodnie, w czasie których babcia
uczyła się piec ciasto.
- Och, ciągle jeszcze opracowuję ostateczne menu.
Natknęłam się na tego tuńczyka w dziale "Przysmaki
rodziny", gdy przeglądałam „Świąteczne Ognisko Domowe", i
po prostu... - urwała, wzruszając z zakłopotaniem ramionami.
- I poczułaś się winna, Ŝe w dzieciństwie nie piekłaś dla
mnie szarlotki. - Rusty odstawiła talerz i uścisnęła babcię. -
Miałam wspaniałe dzieciństwo. Ty mnie nauczyłaś sztuki
przetrwania w wielkim mieście. Ilu siedmiolatków potrafi
zamówić odpowiednio kaloryczny posiłek dla dwóch osób i
do tego właściwie wyliczyć napiwek?
- A ile musi to robić? - Agnes zachichotała, po czym
dodała powaŜnym tonem: - Odkąd przeszłam na emeryturę,
mam czas zastanowić się nad swoim Ŝyciem. I przyznaję, Ŝe
paru rzeczy Ŝałuję. Kiedy widzę, jakie Ŝycie prowadzisz, to
jakbym patrzyła na siebie sprzed lat.
Rusty wiedziała, co babcię gnębi.
- Nie chcesz, Ŝebym i ja Ŝałowała, prawda? Agnes
pokiwała głową.
- Bez obawy. Uwielbiam swe Ŝycie. Doskonale mi się
układa. Utrzymuję idealną wagę i nie mam zmarszczek. Ile
osób moŜe to o sobie powiedzieć?
- Ale za cięŜko pracujesz.
- Ty byłaś taka sama. Ja przynajmniej w weekendy nie
muszę pokazywać nieruchomości klientom. - Rusty wróciła do
zapiekanki.
- Powinnam była więcej przebywać z tobą w domu.
- AleŜ skąd. Dokonałaś po prostu wyboru.
- Czasami - powiedziała Agnes w zamyśleniu -
zastanawiam się, czy to był dobry wybór.
- Nonsens. - Rusty skończyła jeść. - Zaparzę kawę.
Chcesz?
- JuŜ późno, więc zrób bezkofeinową. Kiedy Rusty
wróciła do pokoju z kawą, babcia z zainteresowaniem czytała
jedno z czasopism.
- To jest nawet pouczające. - Podniosła wzrok na
wnuczkę.
- Które?
- To. - Agnes uniosła egzemplarz pisma „MęŜczyźni
Teksasu".
- A, ta reklama męskiego wigoru. Nie do wiary.
MęŜczyźni umawiający się na randki za pośrednictwem
pisma. TeŜ mi coś - prychnęła Rusty.
- Czy ja wiem... - Babcia z zainteresowaniem czytała
jedno z ogłoszeń. - Rusty, kochanie, nie zastanawiałaś się
nigdy, czyby nie napisać do któregoś z tych męŜczyzn?
- Och, babciu, proszę...
- Nie tak szybko. Widzę tu wysokiego, ciemnookiego
bruneta...
- Czego mu brakuje?
- Niczego. Napisano, Ŝe realizuje pewien projekt
budowlany i nie ma czasu na umawianie się z kobietami.
- Tak, na pewno.
- Rusty, powaŜnie, spójrz, czy nie wydaje ci się
atrakcyjny? - Agnes podsunęła jej zdjęcie.
- Nie.
- CięŜka praca zakłóca działalność twoich hormonów. To
dość małe zdjęcie, ale on wygląda na przystojnego i
interesującego męŜczyznę.
- Babciu, zastanów się, jaki męŜczyzna musi się ogłaszać,
Ŝ
eby poznać kobietę.
- Okazuje się, Ŝe robią to zapracowani, odnoszący
sukcesy i pełni nadziei na nowe Ŝycie. - Wskazała fotografię
przyciągającego uwagę męŜczyzny.
Zdjęcie przedstawiało typowego biznesmena, lecz Rusty
zauwaŜyła coś szczególnego w wyrazie jego oczu. Jakby
mówiły: „Tego się po mnie oczekuje, ale to nie jest moje
prawdziwe ja". Musiała przyznać, Ŝe było w nich zaproszenie
do poznania tego „prawdziwego ja". I zastanowiło ją, jakie
ono jest.
- Widzisz? - uśmiechnęła się chytrze babcia.
-
Rzeczywiście,
wygląda
sympatycznie.
Całkiem
atrakcyjny. Wart uwagi. Czego mu brakuje?
- Rusty!
Odstawiła kawę i chwyciła czasopismo. Agnes dała je
sobie wyrwać.
- „Farmer poszukuje Ŝony". Według mnie wcale nie
wygląda na farmera. - Choć właściwie Ŝadnego nie znała. W
miarę czytania ogłoszenia ogarniało ją coraz większe
zdumienie. - Widziałaś to? On jest neandertalczykiem!
Brakującym ogniwem w łańcuchu ewolucji!
- Rusty, kochanie...
- Posłuchaj. „Dlatego chciałbym wrócić do naturalnego
porządku rzeczy - męŜczyzna zaopatruje rodzinę, kobieta
wychowuje dzieci i prowadzi dom". Nic dziwnego, Ŝe facet
jest kawalerem. A moŜe by tak prosto z mostu: proponuję
domowe niewolnictwo? - Rusty oddała magazyn babci i
zebrała ze stolika filiŜanki.
- No tak, przyznaję, Ŝe jego poglądy odbiegają od
nowoczesnych...
- Ha! On cofa kobietę o sto lat! O dwieście!
- Przeczytaj tę część o odwiedzeniu rancza i spędzeniu na
wsi nastrojowych świąt BoŜego Narodzenia.
- Nastrojowych w tym przypadku oznacza, Ŝe kobiety
będą musiały wziąć na siebie całą pracę. - Rusty wyszła do
kuchni.
Dalszej części ogłoszenia, o wycinaniu z lasu choinki,
jeździe saniami i śpiewaniu kolęd, słuchała juŜ jednym uchem.
- Och, on chciałby kobietę grającą na pianinie.
- Ciekawe, kiedy by miała na to czas. - Rusty wróciła do
salonu, pomrukując gniewnie pod nosem.
- I taką przy kości - dodała Agnes, spoglądając na
wnuczkę. Co za protekcjonalność, co za tupet! Rusty pokręciła
głową.
- Współczuję tej, która się na to nabierze! - Nie ukrywając
złości, dodała: - Tak naprawdę to na tego króla
neandertalczyków naleŜałoby donieść do kogoś zajmującego
się prawami człowieka. Gdzieś musi być taki komitet. Czy
moŜna czemuś takiemu dać wiarę? - Spojrzała na zdjęcie
męŜczyzny. Ten bufon ma jednak urok. Szkoda dla niego
takich oczu. Kobieta, która odpowie na to ogłoszenie,
potrzebuje sesji u psychoterapeuty.
ROZDZIAŁ 2
- Ty odpowiedziałaś temu szowinistycznemu farmerowi?
- Rusty popatrzyła zdumiona na babcię. Siedziały w Święto
Dziękczynienia nad złotobrązowym, nadmiernie spieczonym
indykiem, - Coś podobnego. Czemu mi nie powiedziałaś?
Chętnie wzięłabym udział w tym Ŝarcie.
- To nie był Ŝart. - Niebieskie oczy babci wpatrywały się
w nią powaŜnie.
- Daj spokój, babciu, nie nabierzesz mnie.
- I nie ja jedna mu odpisałam. Wiele kobiet było
gotowych do współzawodnictwa, ale tylko mnie, a właściwie
ciebie, bracia Davisowie zaprosili na BoŜe Narodzenie.
Oczywiście pojadę z tobą jako przyzwoitka.
Spędzić święta na ranczu z obcymi ludźmi, którzy będą
oceniać, czy jest dobrym materiałem na Ŝonę? Babcia z
pewnością Ŝartuje.
- Oczywiście odmówiłaś? Agnes potrząsnęła przecząco
głową.
- Nie miałam takiego zamiaru.
- Wyjaśnijmy to sobie od razu. Odpowiedziałaś na
ogłoszenie w moim imieniu i chcesz, Ŝebym się spotkała z tym
męŜczyzną?
- Tak, choć wiem, Ŝe powinnam najpierw z tobą
porozmawiać.
- Właśnie!
- Właścicielami rancza są trzej bracia Davisowie -
Clarence, Harvey i William, ale na niego wszyscy mówią Doc.
- Nie chcę tego słuchać.
- Trent jest ich siostrzeńcem.
- PrzekaŜ im moje wyrazy współczucia.
- Rusty!
- Przepraszam, babciu, ale to do ciebie niepodobne i nie
rozumiem, jak mogłaś tak postąpić.
Agnes zaczęła zbierać pozostałości po obfitej, świątecznej
kolacji. Przygotowała o wiele za duŜo jedzenia jak dla nich
dwóch i Rusty bardzo się szykowała na te resztki.
- To, co pisali o świętach na wsi, przypomniało mi własne
dzieciństwo na farmie.
- Nie mogłaś się doczekać, kiedy stamtąd wyjedziesz -
przypomniała jej wnuczka. Rozejrzała się po eleganckim,
nowocześnie urządzonym mieszkaniu babci. - Nawet nie
potrafię sobie wyobrazić ciebie na farmie.
- A jednak wieś ma swoje dobre strony. I to będziemy
miały na ranczu. Prawdziwą choinkę, którą sami zetniemy;
praŜoną kukurydzę, kolędy, gorącą czekoladę... i rodzinę. - Z
uśmiechem zapatrzyła się gdzieś w przestrzeń.
- Chwileczkę. Nie jesteśmy spokrewnione z tymi ludźmi.
Ku przeraŜeniu Rusty oczy babci zaszły łzami.
- Rusty, ja muszę tam pojechać. Chcę przeŜyć święta w
dawnym stylu. Razem z tobą.
Nagle Rusty wydało się, Ŝe ta sentymentalna kobieta nie
jest juŜ babcią, która ją wychowywała. Roześmiała się
niepewnie.
- Wyrzucę wszystkie poradniki domowe, które tu
trzymasz. Mają na ciebie zły wpływ.
Agnes zignorowała tę uwagę.
- Nie moŜesz wygospodarować dwóch wolnych tygodni?
Tak sformułowane pytanie zabrzmiało jak skromna prośba.
Z pozoru.
- Tu nie chodzi o zwykłe dwa tygodnie. Waśnie wtedy
pan Dearsing ocenia projekty reklamowe pod hasłem „Blisko
natury". - Rusty rozłoŜyła bezradnie ręce. - Muszę być w
agencji i zrobić wszystko, Ŝeby moje okazały się najbardziej
dynamiczne. Ta kampania moŜe objąć cały kraj, i mnie,
babciu, ogromnie na niej zaleŜy. Nie mogę zniknąć na dwa
tygodnie.
- Oczywiście, Ŝe nie moŜesz. - Spojrzenie Agnes
przygasło. - To była głupia propozycja.
Rusty poczuła się podle. Miała dług wdzięczności za te
wszystkie lata, które Agnes poświęciła jej wychowaniu.
Przysięgła sobie, Ŝe teraz, kiedy babcia przeszła na emeryturę,
nie zabraknie jej niczego do końca Ŝycia. Uzyskanie zlecenia
na tę kampanię oznaczałoby awans i podwyŜkę. Nie mogła
zlekcewaŜyć takiej sposobności.
- Nie, nie głupia, tylko nierealistyczna. Nie umiem
gotować.
- On nie musi tego wiedzieć.
- Wyszłoby na jaw bardzo szybko.
- Ja się nauczyłam. - Agnes wskazała na stół. - Mogłabym
nauczyć ciebie... albo gotować za ciebie.
Rozbrajająca szczerość.
- To nie byłoby uczciwe.
- Co? śe babka pomaga swej wnuczce w kuchni? Nie
sądzę.
- Nawet gdybyś mi pomagała, to, dzięki Bogu, nie jestem
w najmniejszej mierze taką kobietą, jaką on opisał.
- Skąd wiesz, skoro nawet nigdy nie próbowałaś?
- Mam zawód i nie zrezygnuję ze wszystkiego, Ŝeby
usługiwać jakiemuś męŜczyźnie. - Przeszły ją ciarki na samą
taką myśl. Zabrała półmisek z indykiem i ruszyła za babcią do
kuchni. - Nie musimy bawić się w dom na tym ranczu.
MoŜemy we dwie spędzić wspaniałe BoŜe Narodzenie, jak
zawsze.
- Oczywiście. - Agnes zaczęła zmywać talerze ze
sceptycznym uśmiechem.
Rusty nie mogła tego znieść. Z jakichś niezrozumiałych
powodów babcia uparła się pojechać na święta do braci
Davisów, a nie mogłaby tego dokonać bez wnuczki. Co za
niewiarygodna sytuacja. Nie moŜe się zgodzić, nie powinna
tego robić, choć... Byłaby sposobność w imieniu niewieściego
rodu zadać cios pewnemu farmerowi z Teksasu, oświecając go
w kwestiach realiów współczesnego Ŝycia. Babcię z
pewnością znudziłoby przygotowywanie trzy razy dziennie
posiłków dla tych wszystkich panów. Ich pobyt trwałby cztery
dni. NajwyŜej. Przez ten czas babcia straciłaby entuzjazm do
tych idiotycznych prac domowych.
Cztery dni. Hm. Rusty mogłaby się wyrwać na cztery dni,
gdyby wzięła ze sobą przenośny komputer, modem, faks i
drukarkę. Warto poświęcić tyle czasu, by babcia znowu była
sobą.
- Dobrze - powiedziała łaskawym tonem wskazującym,
jak wielkie czyni ustępstwo. - Jeśli tak ci na tym zaleŜy,
spróbujmy. Ale pamiętaj, jedziemy tam tylko dlatego, Ŝe ty
chcesz. I niech ci nie przyjdzie do głowy, Ŝe mnie wydasz za
mąŜ za relikt średniowiecza.
Trent, kompletnie oszołomiony, odkładał słuchawkę po
rozmowie z rozradowanymi wujkami. Sądząc po listach, które
otrzymali, zgłosiło się mnóstwo zdecydowanych na wszystko
kobiet. A teraz miał poznać jedną z nich i jej babcię. W czasie
najgorszym z moŜliwych.
Odchyliwszy się do tyłu z krzesłem, spoglądał przez okno
gabinetu mieszczącego się na dwudziestym drugim piętrze
biurowca w Dallas. Wujkowie oczekiwali, Ŝe spędzi z nimi
dwa tygodnie grudnia łącznie z BoŜym Narodzeniem. Obiecał
im to. Choć nie zamierzał dotrzymać słowa, przyrzekł im to.
Po lewej stronie stały sztalugi, a na nich artystycznie
wykonany rysunek urbanistycznej koncepcji Miasteczka
Pogodnej Jesieni projektu Trenta. ZaangaŜował w to
przedsięwzięcie czas i pieniądze. Projekt wraz z planem
finansowym musi być zapięty na ostatni guzik na
trzydziestego pierwszego grudnia. Wyjazd z Dallas na dwa
tygodnie w tym decydującym okresie nie był moŜliwy.
A nie do pomyślenia było złamać dane wujkom słowo.
MoŜe uda mu się wszystko ze sobą pogodzić. Spotka się z
tą kobietą i okaŜe brak zainteresowania zarówno nią, jak i jej
gospodarskimi talentami. Taką taktykę obierze. Uprzejmą
obojętność. Nie będzie ani o nią zabiegał, ani jej zachęcał. Po
kilku dniach cięŜkiej pracy na ranczu połoŜonym na odludziu i
bez nadziei na złapanie męŜa, kandydatka na kapłankę
domowego ogniska wróci - sprawdził w swoich zapiskach - do
Chicago, zanim zabrzmią kolędy. Przed końcem tygodnia on
juŜ będzie z powrotem w Dallas.
Teraz tylko trzeba znaleźć sposób na stały kontakt z
biurem. Obecnie ludzie z reguły porozumiewają się za pomocą
komputerów. Nie ma powodu, Ŝeby on tego nie robił. Będzie
musiał.
- Jadą! Jadą! Jakie usługi moŜe oddać powiększająca
dziesięciokrotnie lornetka!
Podniecenie Harveya udzieliło się pozostałym braciom.
Jeszcze nigdy ich takich nie widział. Nawet Doc się
uśmiechał, a Trent, choć sceptycznie nastawiony do całego
pomysłu, był zadowolony, Ŝe jest z nimi w takim momencie.
- Twoja lornetka to nic w porównaniu z Teleskopem
Młodego Astronoma. - Clarence poklepał stojący koło niego
trójnogi statyw. - Lepiej to zapisz.
Harveyowi zrzedła mina.
- Czy mogę jako pierwszy powitać te damy?
- Wszyscy razem je powitamy. Prawda, Trent?
- Tak, wujku Clarence. - Trent zmusił się do uśmiechu i
podąŜył za nimi na ganek. Postanowił grać przekonująco rolę
uprzejmego i obojętnego. Bez względu na entuzjazm wujków
te nieszczęsne kobiety zostały tu zwabione pod fałszywym
pozorem i im szybciej wyjadą, tym prędzej on wróci do pracy.
JeŜeli wszystko pójdzie dobrze, będzie w Dallas w pierwszy
dzień świąt, a moŜe nawet w Wigilię.
Trent obserwował mały, niebieski samochód trudnej do
określenia marki, wzbijający za sobą chmurę pyłu na
podwórzu przed domem. Świadomy, Ŝe ma poznać kobietę
szczególnego typu - jedną z tych, które marzą o furgonetce
pełnej dzieci, a z takimi do tej pory nie miał do czynienia -
zastanawiał się, jak się ma zachować. Nie mógł demonstrować
braku uprzejmości - nie leŜało to w jego zwyczajach, a poza
tym ta biedna kobieta nie ponosiła odpowiedzialności za to, Ŝe
został jej przedstawiony w fałszywym świetle. Znalazł się w
takiej sytuacji z własnej winy i był zły na siebie, Ŝe do niej
dopuścił. Samochód zatrzymał się.
- Trent, idź i otwórz paniom drzwi samochodu. Omal się
nie roześmiał. Mimo wmawiania mu, Ŝe czas się Ŝenić,
wujkowie stale pouczali go jak chłopca. Podszedł do drzwi od
strony pasaŜera, zakładając, Ŝe babcia nie prowadziła
samochodu. Otworzył je, wyciągnął rękę, spodziewając się
uchwycić sękatą dłoń i pomóc wysiąść siwowłosej pani w
fartuchu.
Wysunęły się ku niemu szczupłe nogi w opiętych dŜinsach
i jeden but, sięgający kostki, zderzył się z jego golenią.
- Przepraszam. Ten głos nie tylko nie brzmiał starczym
drŜeniem, lecz takŜe najmniejszą nutą usprawiedliwienia.
Trent powstrzymał się od pomasowania łydki i zniŜył głowę,
Ŝ
eby spojrzeć na pasaŜerkę.
Odpowiedziało mu spojrzenie kobiety o kasztanowych
włosach, która uniósłszy do góry brwi, spytała:
- Da mi pan wyjść z samochodu, czy moŜe inspekcja nie
wypadła pomyślnie?
Trent odsunął się. Z pewnością to nie ona odpowiedziała
na ogłoszenie w piśmie „MęŜczyźni Teksasu". Przez moment
pomyślał nawet, Ŝe jakaś feministka przyjechała z protestem.
Stała koło samochodu ubrana w kamizelkę włoŜoną na
bluzkę z długimi rękawami, lecz według Trenta pod tym
strojem kryły się odpowiednie kształty. Co najmniej
odpowiednie.
Zatrzasnęła drzwi z siłą dającą mu do zrozumienia, Ŝe
spotkanie nie wzbudziło w niej miłych doznań. Musiał
przyznać, Ŝe nie bez przyczyny. Zwykle tak jawnie nie
taksował kobiet, lecz i sytuacja nie naleŜała do zwyczajnych.
Zanim zdąŜył jakoś usprawiedliwić nieuprzejme zachowanie,
wyciągnęła do niego rękę.
- Cześć, jestem Rusty Romero. Romero. A więc jednak to
te dwie korespondowały z wujkami.
- Trent Creighton - odparł, mile zaskoczony. Uścisk jej
dłoni był mocny. Witała się z nim jak równy z równym.
Patrzyła mu prosto w oczy. Ta postawa go zdezorientowała.
Spotykał juŜ takie kobiety, które w przemyśle budowlanym,
zdominowanym przez męŜczyzn, musiały walczyć o
szacunek. Trent miał z nimi bardzo dobre stosunki, gdyŜ nie
widział
w
nich
kobiet.
Były
przeciwnikami
lub
sprzymierzeńcami w interesach. Stanowiły rodzaj nijaki.
Ta dama tutaj była z powołania kurą domową, posiadającą
rozliczne
talenty.
Miała
strzec
domowego
ogniska,
wychowywać dzieci, dogadzać męŜowi. Bardzo specyficzny
rodzaj. Najwyraźniej niepracujące panie domu zasadniczo
róŜniły się od swych poprzedniczek pokazywanych w filmach
z lat pięćdziesiątych.
- Czy uznamy to za remis, czy oprzemy łokcie na masce i
zaczniemy się siłować?
Natychmiast wypuścił jej dłoń.
- Propozycja jest kusząca, ale zrezygnuję.
- Na pewno? Nie chciałabym uchybić jakimś lokalnym
zwyczajom powitalnym.
- Tutaj zwykle robimy to dopiero przy drugim spotkaniu.
- A co robicie przy trzecim?
Ani cienia potulności córki Betty Crocker. CzyŜby
wujkowie padli ofiarą oszustwa? Obejrzał się, Ŝeby zobaczyć,
co z nimi, i doznał kolejnego szoku.
Rozmawiali z elegancko ubraną panią, wyglądającą jak
typowa Ŝona biznesmena. Zwrócił wzrok ku Rusty, która
odpowiedziała mu pełnym wyŜszości uśmiechem.
- Moja babcia, Agnes.
- Naprawdę? - Ponownie spojrzał na starszą panią. - Nie
tak ją sobie wyobraŜałem. - To miał być komplement, lecz
Rusty inaczej potraktowała jego uwagę.
- Pewnie dlatego, Ŝe zostawiła swój fartuch i wałek do
ciasta w samochodzie.
- Razem z twoim? - Nie mógł się powstrzymać od
złośliwości. '
- Zakładam, Ŝe będę mogła od ciebie poŜyczyć - odparła
po chwili.
- Naturalnie - zapewnił, choć nie miał zielonego pojęcia,
czy kuchnia w Triple D moŜe się poszczycić takim
przyrządem.
Było oczywiste, Ŝe Rusty Romero poczuła do niego
antypatię od pierwszego wejrzenia. Powinno go to uradować,
lecz z jakichś niejasnych przyczyn tak się nie stało. Trent,
trzydziestotrzyletni męŜczyzna, wiedział, jak oczarować
kobietę, nawet tak napastliwą jak Rusty, a podczas
decydujących pierwszych chwil ich znajomości nic w tym
kierunku nie zrobił. Przywołał milszy uśmiech i poniewczasie
powiedział:
- Witaj na ranczo Triple D. - To zabrzmiało
nieprzekonująco. Mógł się bardziej postarać. Najwidoczniej
Rusty teŜ tak to oceniła, gdyŜ mruknęła „dzięki" i sięgnęła
przez okno samochodu po torebkę i kluczyki.
Trenta ogarnął niepokój. Miała tu przyjechać potulna,
nieśmiała domatorka, zachwycona, Ŝe dzięki szczęśliwemu
losowi została wybrana do złoŜenia wizyty na ranczu Triple
D. Spodziewał się kobiety wytrwale polującej na męŜa i
zamierzał bardzo ostroŜnie, lecz stanowczo zniechęcić ją do
siebie. Tymczasem Rusty Romero wyglądała na osobę mocno
niezadowoloną.
- MoŜe wyjmiemy bagaŜe? - spytał, wyciągając rękę po
kluczyki.
Podała mu je po krótkim wahaniu.
- Muszę cię ostrzec - nie są lekkie.
- Nie znam kobiety, która nie podróŜowałaby ze stosem
walizek - rzekł bez zastanowienia. Otworzył pokrywę
bagaŜnika i zobaczył wypełnione po brzegi wnętrze.
- Nigdy nie zabieram ze sobą niepotrzebnych rzeczy -
prychnęła. - Ten ładunek ma sprostać wymaganiom
związanym z dwutygodniowym pobytem i urządzeniem
tradycyjnych świąt.
Podobno ta kobieta miała nadzieję spotkać tu bratnią
duszę i Ŝyciowego partnera. Jej postawa była wręcz niepojęta.
Oparł ręce o bagaŜnik i spojrzał Rusty prosto w oczy.
- Skoro nie miałaś ochoty sprostać moim wymaganiom, to
dlaczego przyjechałaś?
- Ja... - urwała gwałtownie, przenosząc wzrok na babcię.
Kiedy się znowu odezwała, ton jej głosu był juŜ zupełnie inny.
Bardziej miękki i ugodowy.
Podejrzane.
- Doszłam do wniosku, Ŝe męŜczyźni gotowi są docenić
starania kobiety, choć zupełnie nie wiedzą, co jest jej do tego
potrzebne. - Wielkie, piwne oczy jakby wzywały go do
okazania zrozumienia. - Otrzymałyśmy... od twoich wujków
sprzeczne wskazówki.
Trent mógł to sobie wyobrazić. Nic dziwnego, Ŝe
przyjechała zdenerwowana.
- Moi wujkowie czasami wykazują nadmierny entuzjazm.
- Popatrzył w ich kierunku i nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Harvey pokazywał starszej pani pióro NASA. Oglądała je z
wyraźnym zainteresowaniem.
- Tak jak moja babcia - odpowiedziała nieoczekiwanie.
Uśmiechnęli się do siebie z pełnym zrozumieniem. Trent
natychmiast uświadomił sobie, Ŝe ten uśmiech niesie z sobą
pewne
niebezpieczeństwo.
Rozchylone,
pełne
wargi
ukazywały rząd nieskazitelnie białych zębów. Dotychczas nie
uwaŜał ich za główny atut, lecz było coś w ustach Rusty
Romero, co zapraszało do dalszych nad nimi studiów,
najlepiej w bliŜszym kontakcie.
Jej uśmiech zgasł, a Trent wrócił do rzeczywistości.
- Przepraszam, Ŝe wyskoczyłem z tą uwagą o twoim
bagaŜu - rzekł.
- Nie szkodzi. Po prostu powielałeś stereotyp.
Dość jasno sugerowała, Ŝe on nie potrafi myśleć
samodzielnie. Wspaniała chwila porozumienia pierzchła.
Trent podniósł leŜący na wierzchu neseser.
- Ja go wezmę. - Rusty wyciągnęła rękę. To wyglądało
zupełnie j a k . . .
- CzyŜbyś przywiozła przenośny komputer? Ściskając
kurczowo neseser, Rusty posłała mu czujne spojrzenie.
- Tak.
- Na co ci tu potrzebny?
- Przepisy kulinarne - odparła szybko.
- A gdzie plastykowe płytki w odpowiednim pudełku?
Rusty zrobiła zdziwioną minę.
- Masz na myśli dyskietki?
- Nie, ja... - Potrząsnął głową i sięgnął po walizkę. - Nie
zdawałem sobie sprawy, Ŝe za pomocą komputerów moŜna
prowadzić gospodarstwo domowe.
- Sądzę, Ŝe jeszcze z wielu rzeczy nie zdajesz sobie
sprawy.
To poszło dobrze, pomyślała Rusty. Dowiodła, Ŝe nie jest
potulną niewolnicą, której moŜna rozkazywać, i nawet
rozpoczęła akcję uświadamiającą. Przeprosił ją, więc nadawał
się na ucznia. MoŜe nawet dałoby się go uratować. Rusty nie
miałaby nic przeciwko temu, by zwycięŜyć.
Nie wyobraŜała sobie, Ŝe on jest taki wysoki. Oczywiście,
czytała ogłoszenie w „MęŜczyznach Teksasu" i nawet
zapamiętała jego treść, ale sądziła, Ŝe było w nim sporo
przesady. Nie, ten męŜczyzna mierzył na pewno przeszło metr
osiemdziesiąt, a poza tym wcale nie musiał koloryzować.
Rzeczywistość wystarczyła, by kobiecie zaparło dech w
piersiach, jednak nie na tyle, Ŝeby zgodzić się na styl Ŝycia,
jakiego się domagał. Nie, Rusty nie moŜe zapomnieć, Ŝe jej
podstawową misją jest prowadzenie akcji uświadamiającej
wobec tego męŜczyzny i własnej babci. Nie miała
wątpliwości, Ŝe i wujkowie podzielają poglądy siostrzeńca na
temat kobiet. Ruszyła w ich stronę.
- To moja wnuczka - rozpromieniła się na jej widok
Agnes.
Rusty, przybierając miły wyraz twarzy, przełoŜyła
komputer do lewej ręki, a prawą wyciągnęła do stojącego
najbliŜej pana.
- To jest Clarence - babcia przedstawiła korpulentnego
dŜentelmena z bujną czupryną prawie białych włosów.
Rusty popatrzyła z uśmiechem w oczy, które były bardzo
podobne do oczu Trenta - spoglądały na nią przyjaźnie, choć
przenikliwie. Rzuciwszy szybkie spojrzenie na pozostałych,
Rusty doszła do wniosku, Ŝe on tu rządzi.
- Witamy na ranczu Triple D. - Clarence wypowiedział te
słowa o wiele szczerzej niŜ siostrzeniec. Uścisk dłoni był
ciepły, mocny i serdeczny.
- Dziękuję - odparła najmilej, jak umiała. Zastanawiała
się, czy zmiana zachowania zrobi na Trencie wraŜenie.
- Zaniosę bagaŜe pań do domu. - Mina Trenta
wskazywała, Ŝe usłyszał nową nutę w jej głosie, lecz się tym
najwyraźniej nie przejął.
Clarence przeszedł do dalszej prezentacji.
- To jest Doc. - Ten był chyba młodszy, gdyŜ miał
znacznie mniej siwych włosów. Krótko ścisnął dłoń i zaraz się
wycofał. '
- A to Harvey. Trzeci z braci Davisów nawet nie podał jej
ręki, tylko
wskazał na neseser. Oczy lśniły mu dziecinną radością.
- Czy to laptop?
- Aaa. - Rusty przeniosła wzrok na neseser, jakby
zdumiona, Ŝe trzyma w ręku coś takiego. - Tak.
- Jaką ma szybkość?
- Pracuje przy częstotliwości stu trzydziestu megaherców.
Mikroprocesor Pentium.
Pokiwał głową i zasypał ją lawiną pytań o inne szczegóły
techniczne. Odpowiedziała, nie mając pojęcia, czy jej
wyjaśnienia coś Harveyowi mówią. Ale ten laptop był jej
dumą i radością, a starszy pan znał się na tym dobrze.
-
Mam
parę
katalogów
komputerowych.
MoŜe
poszukalibyśmy tego modelu? - zaproponował w końcu.
- Ja... oczywiście. - Co za dziwna prośba. - Chce pan
kupić komputer?
- Zawsze coś chcę kupić. - Odszedł tak szybko, Ŝe o mało
nie wpadł na Trenta niosącego kolejny pakunek.
- Ojej, powinnyśmy mu pomóc. - Agnes zatrzepotała
rzęsami. Rusty nigdy nie widziała u babci takiej zalotnej miny.
- AleŜ skąd - odrzekł Clarence. - Trochę gimnastyki
dobrze chłopcu zrobi. Zbyt duŜo przesiaduje za biurkiem.
- Myślałam, Ŝe mieszka tutaj - powiedziała Rusty.
- Chcielibyśmy, ale on upiera się przy Dallas.
- PoniewaŜ pracuje w Dallas - ściszonym głosem
zauwaŜył przechodzący koło nich Trent. Rusty nie była
pewna, czy ta uwaga dotarła do wszystkich. - A oto juŜ
ostatnia sztuka bagaŜu.
Ruszyli za nim do domu. Okazał się kolejną
niespodzianką. Oczekiwała, Ŝe będzie to skromne, wiejskie
domostwo, a tymczasem mógłby śmiało stać w jakiejś
zamoŜnej dzielnicy Chicago, piętrowy, ozdobiony kolumnami,
z pięknej cegły i pomalowanego na biało drewna. W pewnym
oddaleniu widać było stodołę i jeszcze jakieś dwa budynki. Na
pobliskim pastwisku pasło się kilka krów, lecz nie zauwaŜyła
nawet śladu potęŜnych longhornów, które kojarzyły jej się z tą
okolicą.
Nie było tu takŜe piaszczystych równin z kaktusami i
toczących się z wiatrem kul z zeschłych gałązek. Dom
otaczały łagodnie pofałdowane wzgórza i gęstwina drzew.
Było tak ciepło, Ŝe Rusty nawet nie włoŜyła Ŝakietu. OŜywcza
zmiana po temperaturze w Chicago. Wciągnęła głęboko
powietrze. Po cięŜkiej pracy mogła pozwolić sobie na trochę
wytchnienia. PrzedłuŜony weekend, spędzony tutaj, powinien
wyjść jej na zdrowie.
Przeszła schodami na ganek i właśnie otworzyła frontowe
drzwi, gdy dobiegł ją głos Harveya.
- MoŜna je teŜ odchylać w pionie. - Demonstrował jeden
z trzech rozkładanych foteli, z zielonej skóry. Drugi był w
kolorze czarnym, a trzeci w wiśniowym. - Zaraz pokaŜę.
Rusty obserwowała, jak babcia siada w fotelu, a Harvey
naciska guzik w poręczy. Tył fotela odchylił się, a nogi babci
podjechały do góry.
- Ooo - westchnęła Agnes i przymknęła oczy. -
Cudownie.
- Czy pani zechce spróbować, panno Rusty? Wybrała
wiśniowy i Harvey ustawił go w takim samym
połoŜeniu. Napięcie mięśni karku ustąpiło. Twarzą była
zwrócona do wielkiego telewizora ustawionego na kanał
telezakupów. Prezenterka z pomalowanymi na czerwono
paznokciami demonstrowała właśnie komplet ozdobionych
cyrkoniami kółek do stołowych serwetek za jedynie 99
dolarów.
- Wujku Harveyu - Trent przesłonił swą osobą ekran -
moŜe panie chciałyby zobaczyć swe pokoje.
ZauwaŜyła,
Ŝ
e
obrzucił
ją
spojrzeniem.
MoŜe
nieświadomie. W kaŜdym razie Rusty musiała przyznać, Ŝe
leŜąc tak przed bardzo przystojnym farmerem, czuła, jak budzi
się jej libido. Usiadła i zwichrzyła włosy z tyłu głowy. Oczy
Trenta podąŜyły za ruchem jej ramienia. Ciekawe. Spuściła
nogi.
- Zaraz opuszczę podnóŜek. - Trent sięgnął do guzika na
poręczy. Rusty pochyliła się ku niemu, Ŝeby jej musiał
dotknąć. Przeprowadzała eksperyment chemiczny, tak tylko z
ciekawości. Eksperyment potwierdził łatwopalność materiału.
Zetknięcie jej policzka i ramienia z jego klatką piersiową
spowodowało, Ŝe poczuła miły dreszcz.
- Przepraszam, nie chciałem - rzekł z uśmiechem i się
odsunął.
Rusty miała ochotę przysunąć się do niego.
CzyŜ nie była to miła niespodzianka? A moŜe nie.
Pamiętała, Ŝe jego zdjęcie i treść ogłoszenia pobudziły w niej
pewne emocje. Co prawda początkowo oburzenie, lecz
przecieŜ najgorsza jest obojętność.
Trent nie był jej obojętny i podejrzewała, Ŝe ona jemu
takŜe.
- Czy mogę ci teraz pokazać pokój?
- Świetnie. Mieszkam razem z babcią?
- Nie. - Trent odchrząknął nerwowo. - Ona zajmie pokój
gościnny, a ty sypialnię Harveya, poniewaŜ on chce
wypróbować ortopedyczne materace w stajni. Tam jest teraz
magazyn.
- Nie czułabym się dobrze, gdyby z mego powodu twój
wujek miał spać w stajni - powiedziała dość ostro. Jeśli w
ogóle ktoś musiał spać w stajni, to Trent.
Zaśmiał się.
- Nie jest tak, jak myślisz. Kiedy ranczo było większe,
spali tam robotnicy. Będzie mu dobrze, jeŜeli pogoda się nie
pogorszy. Poza tym on wypróbowałby materace bez względu
na twoją obecność.
- No dobrze. A ty gdzie śpisz? - spytała zdawkowo. Przez
chwilę zatrzymał wzrok na jej ustach.
- Trochę dalej - wskazał drzwi po drugiej stronie holu.
Przepuścił babcię przodem.
Jest teraz całkiem miły, ale nie zapominaj, co on naprawdę
myśli o kobietach, upomniała się Rusty, gdy juŜ brak
obojętności przeistoczył się w zdecydowane zainteresowanie.
Twoją misją jest praca uświadamiająca. Czy nie mogłaby
osiągnąć tego celu, demonstrując, jak nowoczesna kobieta
potrafi kontrolować własny seksualizm? Mały, przelotny flirt
mógłby mieć na wszystkich zbawienny wpływ. Skoro juŜ
wyjechała na parę dni, czy nie powinna maksymalnie
wykorzystać tego czasu? Wróciłaby do Chicago wypoczęta i
odświeŜona.
Rusty zastanawiała się, czy Trent odczuwa podobne
napięcie. Świadoma jego obecności tuŜ za sobą, zakołysała
nieco biodrami, podąŜając za babcią.
Zanim przekroczyła próg salonu, usłyszała głos Doca:
- Dobra, szeroka miednica.
ROZDZIAŁ 3
- Tym ostrym noŜem da się pokroić tak cienkie plasterki
pomidora, Ŝe moŜna by przez nie czytać gazetę. - Harvey
sięgnął po kolejny przyrząd spomiędzy nieprzebranych
zasobów urządzeń kuchennych.
- Kiedy oni wreszcie zostawią nas same? - szepnęła Rusty
do babci. Wierzyć jej się nie chciało, Ŝe zaledwie godzinę po
przyjeździe najwyraźniej oczekiwano od nich przygotowania
kolacji. Jednak Agnes nie miała nic przeciwko temu, zabrała
ze sobą domowe smakołyki, które udoskonalała całymi
tygodniami po Święcie Dziękczynienia.
Harvey urządził im prawdziwą wycieczkę po kuchni,
zwracając uwagę na nowoczesne akcesoria. Według Rusty
opisywał ich działanie zbyt drobiazgowo.
- A to urządzenie do robienia rozetek z rzodkiewek -
ciągnął dalej, wskazując metalowy przyrząd, wyglądający
niczym średniowieczne narzędzie tortur. Jak chcą mieć
rzodkiewki w rozetki, mogą sobie sami je robić, zŜymała się w
duchu Rusty.
Clarence i Doc trzymali się z boku, wtrącając słówko
tylko wtedy, gdy była mowa o podstawowych urządzeniach.
Trent ze skrzyŜowanymi ramionami stał przy rzeźnickim
pniaku i bacznie wszystko obserwował. Podczas demonstracji
maszynki krojącej warzywa na spiralne paski Rusty, która
uznała ją za całkowicie niepraktyczną, przesłała mu
ukradkowe
spojrzenie.
Lekkie
zmarszczenie
brwi
wskazywało, Ŝe gotów jest interweniować w kaŜdej chwili. Z
jego oczu wyzierał jakby niepokój, pewno bał się, by nie
uraziła ekscentrycznego, lecz kochanego wujka. Zostawiła
babci wyraŜanie zachwytu nad wyposaŜeniem kuchni i
podeszła do Trenta.
- Nie martw się, nie uraŜę jego uczuć.
- I nie uciekniesz z krzykiem w ciemną noc? Rusty o
mało nie roześmiała się na głos.
- Komuś, kto tak się zna na komputerach, naleŜy
wybaczyć drobne manie.
Widać było, Ŝe Trent się odpręŜył.
- Nie sądzę, Ŝeby on wiedział, jak się nimi posługiwać.
Ale zna się na wszystkim, co jest do kupienia.
- I zapewne to kupuje.
- Bycie konsumentem to jego hobby. - Trent uśmiechnął
się i Rusty zauwaŜyła dwa dołeczki w jego policzkach. Nie
uwaŜała takich dołeczków za oznakę męskości - aŜ do tej
chwili.
- O której spodziewacie się kolacji? - Zmieniła temat
głównie po to, by przypomnieć sobie, co ona robi w tej obcej
kuchni setki kilometrów od domu.
- Ile czasu zabierze ci przygotowanie posiłku? JuŜ dała się
złapać w pułapkę.
- Nie mam pojęcia - powiedziała zgodnie z prawda - A co
ugotujesz? Rusty Ŝałowała, Ŝe nie zwróciła baczniejszej uwagi
na to, co babcia pakowała. Doc pokazywał teraz włoski
ekspres.
Przynajmniej nie zabraknie dobrej kawy. Nadal, niestety,
nie wiedziała, jakie ma być menu tego wieczoru.
- To będzie niespodzianka - wybrnęła jakoś.
- Zaglądałaś juŜ do lodówki? Myślę, Ŝe Harvey ją
zaopatrzył. - Trent skierował się do największej lodówki, jaką
Ru - sty widziała w Ŝyciu, i otworzył drzwiczki.
Pobłyskiwała tam wielka bryła, opakowana w folię, o
znajomym kształcie.
- Krojona szynka! Czy to na BoŜe Narodzenie?
- Nie wiem. - Trent zajrzał na półki. - Jest teŜ indyk.
MoŜesz wybierać.
Rusty wymamrotała płynące z serca podziękowanie pod
adresem kuchennych bóstw.
- Głosuję za szynką. - Bardzo trudno zepsuć coś, co juŜ
jest ugotowane.
- Pewno waŜy z piętnaście kilo.
- Co najmniej. Podobną mieliśmy w biurze na
boŜonarodzeniowe przyjęcie - rzuciła bezmyślnie, gdyŜ
właśnie starała się przeczytać, jak ma ją podgrzać.
- W biurze? To ty pracujesz? Zawahała się. CóŜ, dlaczego
się nie przyznać?
- Tak.
- Kim jesteś? Sekretarką? Zapytał tak, jakby sobie nie
wyobraŜał, Ŝe kobieta moŜe zajmować inne stanowisko.
Stanowisko sekretarki nie naleŜy do najgorszych, Rusty sama
zatrudniała się w takim charakterze w czasie wakacji, gdy była
studentką. Tylko Ŝe do nie dawna był to jeden z trzech
zawodów, obok pielęgniarki i nauczycielki, uznawanych za
odpowiednie dla kobiet.
Babcia musiała walczyć o swą pozycję na rynku obrotu
nieruchomościami i zadowalać się prowizją od mniejszych
posiadłości, podczas gdy zyski od pokaźniejszych transakcji
przypadały w udziale męŜczyznom, którzy mieli na
utrzymaniu rodziny. A przecieŜ Agnes teŜ utrzymywała
rodzinę.
Uwaga Trenta wszystko to jej uświadomiła. Sama Rusty
nie musiała juŜ o nic walczyć, gdyŜ takie kobiety jak babcia
przetarły dla niej szlak.
Trent odwrócił się i teraz szukał czegoś w szufladzie.
Najwyraźniej nie interesowała go odpowiedź. Liczy się
jedynie praca wykonywana przez męŜczyznę.
- To się powinno nadać. - Wyciągnął brytfannę do
pieczenia. Uśmiechnął się i znowu pokazały się dołeczki.
Zaparło jej dech.
Z dołeczkami czy bez, Trent wymagał dokształcenia.
- „Pocałuj kucharkę"? - Rusty spojrzała na swój fartuch. -
Mam nadzieję, Ŝe nie wezmą tego za zachętę.
- Kochanie, nie mamy czasu na subtelności. - Agnes w
kuchennych rękawicach i fartuchu z napisem „Szafarka
Rozkoszy Podniebienia" przestawiła zapiekankę z zielonej
fasolki.
- Subtelności? O czym ty mówisz?
- O Trencie Creightonie, Rusty. Nie wierzę, by sprytna
kobieta nie znalazła drogi do takiego przystojnego, młodego
człowieka przez Ŝołądek.
Rusty pokręciła głową. Zgodziła się tu przyjechać, gdyŜ
miała nadzieję, Ŝe babcia szybko zaspokoi swe tęsknoty
prowadzenia
gospodarstwa
domowego.
Oczywiście
oficjalnym powodem miało być poznanie Rusty z Trentem.
PrzecieŜ babcia nie mogła powaŜnie liczyć na to, Ŝe Rusty
będzie wiodła Ŝycie według wymogów tego męŜczyzny. JuŜ
jej to tłumaczyła. Kilkakrotnie. Najwidoczniej bezskutecznie.
- Rachel Marie Romero, pojawiła się twoja Ŝyciowa
szansa i przypilnuję, abyś ją jak najlepiej wykorzystała! -
Agnes podkreślała kaŜde słowo trzepnięciem rękawic o
kuchenny blat. - Musisz być przygotowana na uŜycie całej
swej kobiecej broni, jaką dysponujesz.
Rusty istotnie zamierzała jej uŜyć. Jednak postawiła sobie
zupełnie inny cel. Zamiast mierzyć w serce Trenta, spróbuje
przedziurawić nadęte męską pychą ego.
Spoglądając na ozdobiony u góry falbankami fartuszek
babci, uznała, Ŝe jej nie jest jeszcze najgorszy.
- Popatrz! Jednak coś ugotowałam. - Wskazała
zapiekankę. Zadzwonił minutnik i Agnes pognała do piecyka.
- Fasolka z puszki, grzybowa zupa z puszki i pieczone
cebule z puszki, zmieszane razem. To nie bardzo się liczy. -
Babcia otworzyła drzwiczki piecyka i wyjęła z niego bułki z
kukurydzianej mąki, które upiekła w Chicago i podgrzewała
razem z szynką. - Och, mam nadzieję, Ŝe to na pierwszą
kolację wystarczy - rzekła z niepokojem. - Zamiast szynki
trzeba było przygotować coś bardziej frapującego. - Zamknęła
piecyk, rzucając wnuczce oskarŜycielskie spojrzenie.
- Powinni dać nam więcej czasu. A szynkę mieli. - Rusty
wróciła do krojenia pomidorów na sałatkę. - Gdyby nie
chcieli, Ŝebyśmy ją podały, to po co trzymaliby ją w lodówce?
- MoŜe na świąteczny obiad? Albo mieli dać komuś w
prezencie?
- Trent powiedział, Ŝe moŜemy ją wykorzystać.
Wzmianka o Trencie ułagodziła trochę Agnes.
- Jest teŜ indyk. Nie będziemy musiały chwilowo jechać
do sklepu. - Rusty była tak zajęta krojeniem pomidorów, Ŝe
nie zwróciła uwagi na milczenie babci. Po chwili jednak
odwróciła się i zobaczyła, Ŝe Agnes patrzy na nią zdumionym
wzrokiem.
- O co chodzi? - spytała podejrzliwie.
- O nic. - Babcia rozkładała serwetkę w koszyku na chleb.
- A jednak. - Rusty przeniosła miskę z sałatką na
rzeźnicki pieniek. - Coś w związku z zakupami w sklepie?
- No cóŜ, Rusty. - Agnes wytarła ręce we frotową
ś
ciereczkę przyczepioną do kieszeni fartucha. - To jest wieś.
- Wobec tego będziemy musiały przejechać parę
kilometrów i zrobić zakupy za jednym zamachem. Nic
wielkiego. Tylko trzeba wszystko dobrze zaplanować. - Rusty
była mistrzynią planowania.
- Tu jest ranczo. Oni produkują własną Ŝywność.
- Tej szynki nie wyprodukowali.
- Nie, ale widziałam kurczaki.
- Tak? W lodówce?
- Jeszcze nie.
- Co ty... Och. To okropne! Nie ma mowy. - Rusty
uniosła dłonie w geście sprzeciwu. - W Ŝadnym wypadku nie
dotknę kurczaka. śywy kurczak... on gdacze. Nie mogłabym. -
Zamachała rękami i zaczęła się cofać. - Nie. Nie tłumacz mi.
Nie mogę o tym myśleć.
- Rusty. - Agnes postąpiła krok w jej stronę.
- Nie! Absolutnie nie!
- Co absolutnie nie? - Usłyszała za sobą, kiedy omal na
kogoś nie wpadła. Na Trenta oczywiście.
Objęły ją silne ramiona, co moŜe nawet sprawiłoby jej
przyjemność, gdyby nie myśl o zabijaniu kurczaków.
- Uspokój się. Odwróciła się do niego twarzą i przystąpiła
do ataku:
- JeŜeli tu trzeba jakiemuś kurczakowi ukręcić szyję, to
niech to robi ktoś inny. Wolę swoje, opakowane.
- Dopiero wtedy je dusisz? - spytał Trent z uśmiechem.
- Tak... - powiedziała niepewnie. - W pysznym sosie
marsala, obłoŜone ryŜem.
- Mmm, ślinka cieknie.
- Mogę ci dać numer telefonu...
- Rusty! - Agnes przerwała jej gwałtownie. - Skoro Trent
tu przyszedł, moŜe byłby tak miły i wyciągnął ten przycięŜki
kawał szynki z piecyka.
- Oczywiście, pani Romero. - Trent skierował się w stronę
piecyka, a Rusty przedrzeźniała go szeptem za plecami:
„Oczywiście, pani Romero", lekcewaŜąc groźne spojrzenie
babci.
Trent wyjął szynkę.
- Widzę, Ŝe zaraz siadamy do jedzenia. Muszę jeszcze
zatelefonować w parę miejsc, więc chciałem sprawdzić, ile
mam czasu.
- Jeszcze trochę - odparła Agnes słodkim głosem. - Ale
nie spiesz się, proszę. Szynka powinna dojść za parę minut.
Rusty chętnie przedrzeźniłaby takŜe babcię, ale nie miała
odwagi. Uwaga Trenta przypomniała jej, Ŝe i ona powinna
odbyć parę rozmów telefonicznych. Musi się dowiedzieć, co
w biurze. Spoglądając na bałagan w kuchni, nie miała
wątpliwości, Ŝe minie parę godzin, zanim będzie mogła
zadzwonić z jakiegoś ustronnego miejsca.
- O czym tak zapalczywie dyskutowałaś, kiedy tu
wszedłem? - zapytał Trent, gdy Agnes wyszła z bułkami i
sałatką do jadalni.
- Babcia zastanawiała się, kiedy powinnyśmy włączyć do
menu kurczaki. Mówiła, Ŝe widziała, jak się tu kręcą.
- Nie te! - Trent pobladł lekko. - To specjalna rasa. Duma
i radość Doca. On je hoduje i pokazuje na wystawach. JeŜeli
chcesz kurczaki do jedzenia, to zajrzyj do zamraŜarki.
- Otworzył drzwi spiŜarni i zapalił światło. Z boku stała
wielka, biała zamraŜarka. - Doc przeprowadza na róŜnych
zwierzętach
eksperymenty
polegające
na
specjalnym
Ŝ
ywieniu. To jego hobby, odkąd zrezygnował z praktyki
weterynaryjnej.
- Wspaniale. Powiem babci, Ŝe spór zaŜegnany. Trent
uniósł pokrywę zamraŜarki, nad którą zaraz pojawiła się mgła.
Rozpędził ją ręką i ku ogromnej uldze Rusty ukazało się
zapełnione Ŝywnością wnętrze.
- Tu masz chyba wszystko - rzekł Trent. - Zawołaj mnie,
kiedy będziesz gotowa z kolacją. - Jego wzrok przesunął się
na pierś Rusty ozdobioną napisem „Pocałuj kucharkę".
Wpatrywał się przez chwilę, po czym powiedział:
- Przyjmę zaproszenie w późniejszym terminie. - I z
uśmiechem opuścił kuchnię.
Rusty nienawidziła fartuchów, szczególnie takich, które
zachęcają despotycznych farmerów do wygłaszania głupich
uwag.
Kolacja wypadła... ciekawie. Według Trenta jedzenie było
raczej niewyszukane, choć dość smaczne. Poza tym
paskudztwem z zielonej fasolki. Czy cebula w plasterkach nie
powinna być krucha? Musi się jeszcze powstrzymać z osądem,
przecieŜ te kobiety dopiero co przyjechały.
Wujkowie wyglądali na zadowolonych. Oby tylko nie za
bardzo. Trent nie mógł poświęcić zbyt wiele czasu na
przedsięwzięcie pod hasłem „szukanie Ŝony dla chłopca".
- Tak, szynki z Worthington są najlepsze. Mają najmniej
tłuszczu. - Harvey sięgnął po następny plasterek.
- Trent opowiadał, Ŝe hoduje pan okazowe kurczaki,
doktorze Davis - odezwała się Agnes.
- Proszę mówić mi Doc, łaskawa pani. - Osuszył usta
serwetką i rozpoczął wykład o swych nagradzanych pupilach.
W innych okolicznościach Trent potrafiłby przerwać ten
monolog, lecz babcia Rusty słuchała go z prawdziwym
zainteresowaniem. Miało to tę dobrą stronę, Ŝe Trent nie
musiał bawić towarzystwa rozmową. Spojrzał w kierunku
Rusty, ciekaw jej reakcji.
Wpatrywała się w swój talerz.
Zwrócił uwagę, Ŝe ma bardzo ładny kolor włosów. W
przyćmionym świetle nie wydawały się ani rude, ani brązowe,
raczej kasztanowate. Zdecydowanie nie była typem kobiety,
która mogłaby odpowiedzieć na ogłoszenie wujków.
Wprawdzie niewiele dotąd rozmawiali, ale Trent juŜ się
zorientował, Ŝe jest osobą o zdecydowanych poglądach, które
ś
miało głosiła. Taka typowa, nowoczesna dziewczyna z
wielkiego miasta. Czym mogło pociągać ją Ŝycie na ranczu
Triple D?
Musiała być znuŜona miejską egzystencją. Dwie pary
małŜeńskie, znajomi Trenta, rzucili pracę w mieście, wszystko
sprzedali, przeprowadzili się na wieś i postanowili uczyć
dzieci w domu. Nazwali to „uproszczeniem Ŝycia". Kolejne
małŜeństwo teŜ rozwaŜało taki krok. Trent nie mógł tego
zrozumieć. Nie boją się nudy? Wpatrywał się w pochyloną
głowę Rusty.
- CzyŜ to nie uroczy dom, kochanie? - skierowała do niej
pytanie babcia, wyraźnie nakłaniając ją do udziału w
rozmowie.
Rusty
wzdrygnęła
się
i
rzuciła
babci
niezadowolone spojrzenie.
- Tak. Musiała być myślami gdzieś daleko.
- Piękny kominek. Mam nadzieję, Ŝe przyjdzie mróz i
będzie się w nim palić.
Trent wyobraził ją sobie nagle, siedzącą przed kominkiem
z włosami koloru miedzi w aureoli złotawego blasku. Nie. Coś
tu nie gra. On lubił blondynki rwące się do miodowego
miesiąca i równocześnie mające alergię na ślub. Dziwne.
- Na tyłach domu jest mnóstwo drewna. MoŜesz mieć
ogień w kominku w kaŜdej chwili. Tylko chwyć za siekierę.
- Słuchaj no, chłopcze - rzucił ostrzegawczo Clarence.
Trent nie słuchał, gdyŜ wiedział, co wujek ma do
powiedzenia. Ale Rusty... powoli odwróciła w jego kierunku
głowę. Jej pogardliwe spojrzenie mówiło wszystko. Nie
odpowiedziała na jego uwagę tylko przez wzgląd na wujków i
babcię.
To układa się nawet zbyt łatwo. Przy tym tempie obie
panie uciekną przed końcem tygodnia, a wujkowie nawet się
nie zorientują, w jaki sposób Trent przyspieszył wyjazd. Nie
mógł się oprzeć pokusie podręczenia Rusty.
- To była naprawdę wspaniała kolacja - rzekł, klepiąc się
po brzuchu. - Kulinarne talenty kobiet sprawdzają się jednak
najpełniej przy deserze, a wiem, Ŝe ty wymyślisz coś
szalonego, Ŝeby mi zaimponować.
Druga brew uniosła się do góry.
- Więc co jest na deser? - Trent był bardzo z siebie
zadowolony.
- Orzechowe ciasteczka i chrupki czekoladowe -
pospieszyła z odpowiedzią Agnes. - To był pomysł Rusty.
- Moje ulubione - rzekł Trent.
- Które? - spytała Rusty.
- Jedne i drugie. Moglibyśmy je jeść po kaŜdym posiłku. -
Uśmiechnął się radośnie. Z wyrazu twarzy Rusty wyczytał, Ŝe
orzechowe ciasteczka i chrupki czekoladowe nie pojawią się
więcej w czasie jej pobytu na ranczu Triple D.
Szkoda. Naprawdę je lubił.
- Czas sprzątać ze stołu - Agnes ponagliła Rusty. - Czy
ktoś chce kawy?
Wszyscy mieli ochotę i obie panie, zebrawszy naczynia,
wyszły do kuchni. Gdy tylko Rusty zniknęła z ostatnim
talerzem, odezwał się Clarence:
- Trent, nic nie robisz, Ŝeby zainteresować sobą tę
dziewczynę.'
- Rozmawiam z nią - zaprotestował Trent.
- Nie w taki sposób jak z Mirandą - zauwaŜył Harvey.
Trent musiał przyznać, Ŝe zmysł obserwacji nie zawiódł
wujka.
- To zupełnie inny typ kobiety. Doc pokiwał głową.
- Szersza miednica i trochę bardziej przy kości. Wygląda
na silną i ma zdrowe zęby. A sądząc po jej babci, to czysta
rasa.
- Nie osądzaj jej po jednej kolacji, Trent. Wiem, Ŝe lubisz
wyszukane potrawy, ale takie wiejskie jedzenie jeszcze
nikomu nie zaszkodziło. - Clarence poklepał się po Ŝołądku,
jak poprzednio Trent.
- Tu trzeba trochę romantyzmu. Kwiatów... mam kilka
katalogów, a ostatnio nadszedł nowy...
- Nic nie wspominałeś o nowym - rzekł Clarence z
wymówką w głosie.
- Wiem, jak się zalecać do kobiet - przerwał im Trent. -
Tylko jeszcze nie podjąłem decyzji, czy właśnie o tę
chciałbym zabiegać.
Trzej bracia Davisowie juŜ otworzyli usta, Ŝeby wyrazić
swój protest, gdy do jadalni weszła Agnes, niosąc na tacy
kawę, a za nią Rusty.
Od tego momentu Trent był nieustannie nakłaniany do
wciągania Rusty do rozmowy, zwykle przez Harveya, który
wymownie trącał go butem.
- Powiedz, jak natrafiłaś na „MęŜczyzn Teksasu"? - spytał
na początek.
Rusty rzuciła krótkie, spłoszone spojrzenie w kierunku
babci, po czym przeniosła wzrok na Trenta.
- Ktoś przyniósł mi do biura.
- I jak zobaczyła pani zdjęcie Trenta, to juŜ wiedziała
pani, Ŝe to ten? - spytał Harvey z nadzieją w głosie.
- Uznałam, Ŝe ma coś w sobie, to prawda - zgodziła się
Rusty.
- Oo. - Harvey z niezbyt zadowoloną miną spojrzał na
Clarence'a, a Rusty ze złością na babcię.
- Napisałeś, Ŝe pracujesz w Dallas, ale chcesz
zrezygnować z pracy i przenieść się tutaj, tak? - Starała się
przybrać miły wyraz twarzy, ale nie wypadło to całkiem
naturalnie.
- Nie, ja... Stopa Harveya wykonała stosowny manewr.
- W końcu tak ma się stać. - Trent wymienił spojrzenia z
wujkiem.
- A właściwie czym się zajmujesz?
- Prowadzę inwestycje i gromadzę potrzebne na nie środki
finansowe.
- Bardzo się nami opiekuje - rzekł Harvey. W oczach
Rusty pojawiło się zainteresowanie. Wspaniale, pomyślał
Trent. Wspomnij o pieniądzach, a one wszystkie okaŜą
zainteresowanie.
- A jaki projekt obecnie realizujesz? - Rusty przesunęła
się nieco, jakby poza zasięg ręki babci.
- Daj spokój, kochanie, rozmowy o interesach są tak
skomplikowane.
- Chciałabym usłyszeć...
- Lepiej delektujmy się kawą. Trent, ciastko? Rusty sama
je piekła.
- Babciu! Trent wziął jedno i spróbował.
- Bardzo dobre. - Było spalone od spodu. Agnes
zachichotała.
- Chciałam jej pomóc i kilka zostawiłam w piecu trochę
za długo.
- AleŜ babciu, ja nie...
- Rusty, panowie napiliby się jeszcze kawy. Trzeba ją
podgrzać. - Agnes obdarzyła wszystkich uśmiechem. -
Wracając do ciebie, Doc, czy wystawiasz na tych pokazach
tylko kurczaki, czy moŜe masz na farmie jeszcze inne
medalowe zwierzęta?
Rusty, miotając złe spojrzenia, wyszła z pokoju.
- Trent - Harvey zacierał ręce - zimno mi.
- Ureguluję termostat. - Trent wstał z krzesła.
- Trent, zimno mi. - Harvey uniósł brwi i ruchem głowy
pokazał kominek. - Z pewnością paniom teŜ jest zimno.
Kominek zionął pustką.
- W takim razie trzeba rozpalić ogień - rzekł Trent z
udaną skwapliwością, a Harvey podziękował uszczęśliwionym
uśmiechem.
- Wspaniale - przyjęła z radością tę decyzję Agnes. Trent
wszedł do kuchni, akurat gdy Rusty uderzała pięścią w
ekspres do kawy.
- Co ty robisz? Odwróciła się gwałtownie, wyraźnie
zmieszana.
- Usiłowałam wydobyć trochę kawy z tej maszyny.
- Masz nauczkę, bo nie uwaŜałaś na lekcji. – Poprawił
połoŜenie koszyczka na kawę, nacisnął guzik i w jednej chwili
syk oznajmił dopływ wrzątku.
- Dzięki - powiedziała. - Dokąd idziesz?
- Narąbać trochę drewna. Harvey uwaŜa, Ŝe mogłaś
zmarznąć.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech zachwytu.
- O, tak. - Przytupując nogami, zacierała ręce. - Brrr...
Zmarzłam. Ale nie jesteś zły, prawda? To męska praca,
według twoich zasad. Pamiętasz? MęŜczyzna zaopatruje,
kobieta prowadzi dom. - Uśmiechnęła się z wyraźnym
zadowoleniem.
- A tak, rzeczywiście. - Zatrzymał się z dłonią na klamce.
- Zapewniam cię, Ŝe jak skończę rąbać drewno, będę miał
apetyt na coś naprawdę odŜywczego... i oczekuję czegoś
więcej niŜ przypalone ciasteczka.
Zanim wyszedł z domu, z satysfakcją dostrzegł, Ŝe
uśmiech zadowolenia zniknął z twarzy Rusty.
ROZDZIAŁ 4
- Rusty, obudź się. Otworzyła oczy i w szarym świetle
ś
witu zobaczyła stojącą koło łóŜka babcię.
- O co chodzi?
- Musisz się pospieszyć i iść do kuchni. Rusty starała się
dobudzić.
- Pachniesz boczkiem.
- Trochę się nadymiło.
- Ale nic nie spaliło? Babcia pokręciła przecząco głową.
- Nic waŜnego.
- Wobec tego śpię dalej. - Rusty połoŜyła się z powrotem.
- Nie, musisz się ubrać. - Agnes szperała w stosie ubrań,
leŜących na krześle. - Nie ma wiele czasu.
- Wynosimy się stąd? Po kryjomu? - Rusty odrzuciła
przykrycie. Dzień jednak zapowiadał się obiecująco.
- To nie moŜe być twój szlafrok. - Agnes trzymała w ręce
welurowy łaszek, powycierany na łokciach.
- Obiecuję, Ŝe nie włoŜę go w samolocie. - Rusty juŜ
wiązała pasek swego ulubionego stroju.
- Nie wyjeŜdŜamy. Chcę, Ŝebyś się ładnie ubrała. Masz ze
sobą coś czerwonego?
- Czerwonego? - spytała zdumiona.
- Tak. - Agnes odgarnęła wnuczce grzywkę z czoła i
przyjrzała się jej uwaŜnie. - Pasowałoby do twych
zaczerwienionych oczu.
- JeŜeli pozwolisz mi jeszcze pospać, zaczerwienienie
minie.
Agnes nie okazała współczucia.
- Gdybyś wczoraj wieczorem poszła wcześniej do łóŜka,
nie byłabyś teraz taka śpiąca.
- Musiałam popracować, a przecieŜ wyszłyśmy z kuchni
dopiero około wpół do jedenastej. Co cię podkusiło, Ŝeby
zaproponować im przekąski przed snem?
- Tyle przynajmniej naleŜało się drogiemu Trentowi za
porąbanie stosu drewna.
Drogi Trent ledwo się ruszał po przywleczeniu do domu
tylu polan. Rusty się uśmiechnęła. Prawie zapomniała, jak ją
samą bolały plecy od długiego stania. Jak to się dzieje, Ŝe
babcia potrafi funkcjonować juŜ bladym świtem?
Agnes popchnęła wnuczkę w kierunku łazienki.
- Zrób makijaŜ i biegiem do kuchni. Śniadanie prawie
gotowe.
- Zrobiłaś śniadanie? - Myśl o śniadaniu o tak wczesnej
porze napawała ją niesmakiem.
- Tutaj, na wsi, męŜczyźni jadają wcześnie i często -
oznajmiła Agnes.
- Pomogłabym ci - powiedziała Rusty z wymówką. Albo
próbowałaby babcię przekonać, Ŝeby poczekały choć z
godzinę.
- Teraz to nie ma znaczenia. Pospiesz się, bo wszystko
zepsujesz. - Agnes jeszcze raz ją szturchnęła.
To myśl o filiŜance kawy spowodowała, Ŝe Rusty,
włoŜywszy dŜinsy i luźny sweter, powlokła się do kuchni.
- Nie mogłabyś umalować trochę ust? A, wszystko jedno.
Trent pewnie woli styl zdrowej, wiejskiej dziewczyny.
Rusty zrobiła półobrót.
- Mam w torebce szminkę Chanela. O nazwie Wamp.
- Tylko nie ten upiorny kolor. - Agnes chwyciła ją za
ramię. - Halloween był parę tygodni temu, kochanie.
Wobec tego czemu one urządzają tę maskaradę jako
rzekomo uszczęśliwione swą rolą gosposie?
- Czy jest juŜ kawa?
- Jeszcze nie. Musi być świeŜa.
- Spokojnie. Pierwszy kubek będzie dla mnie. - Rusty z
całą stanowczością skierowała się w stronę ekspresu. Chciała
wypić filiŜankę zwykłej kawy. Czy to za duŜe wymaganie? W
szafce znalazła stojące rzędem torebki z róŜnymi gatunkami.
Wybrała jedną i nastawiła ekspres. Dopiero wtedy rozejrzała
się po kuchni i była lekko wstrząśnięta tym, co zobaczyła.
- Tyle tego jedzenia juŜ przygotowałaś? Agnes podbiegła
do niej.
- WłóŜ to.
- Babciu, tylko nie ten fartuch.
- Wyglądasz w nim pociągająco. Trochę ciasny na tym
swetrze, ale spełnia zadanie. - Babcia ubierała Rusty w fartuch
jak małą dziewczynkę. - Trzymaj. - Wręczyła jej łopatkę do
smaŜenia i pociągnęła w kierunku kuchenki. - A bodaj to! -
Porwała patelnię z ognia i wyrzuciła do zlewu to, co się na
niej przypalało. - Tu jest kuchenka gazowa, a ja w domu mam
elektryczną.
Rusty podeszła do zlewozmywaka i zobaczyła kilka
innych, podobnie niewydarzonych efektów dotychczasowych
prób.
- Naleśniki?
- To straszne. - Agnes była w rozpaczy. - JuŜ ledwie co
zostało masła. Ty spróbuj. - Zadźwięczał minutnik w
piekarniku i Agnes pobiegła do niego.
Rusty włoŜyła masło na patelnię. Zasyczało i z patelni
uniósł się dym. Zmniejszyła płomień.
- Przynajmniej to się udało. - Agnes przeniosła leŜące na
blasze krakersy na rzeźnicki pieniek. - Do tego będzie boczek,
kiełbaski i szynka.
- Babciu, to masa jedzenia. Kto to wszystko zje?
- Na farmie ma się większy apetyt. Farma. Babcia
najwyraźniej musiała na nowo przeŜywać swe młode lata,
kiedy wraz z innymi kobietami gotowała wszystkim tam
zatrudnionym. Tylko Rusty nie bardzo mieściło się w głowie,
jak babcia mogła pomylić starszawych braci Davisów z
pastuchami. Przestanie się odzywać. Babcia najwyraźniej
uznała, Ŝe oczekuje się od nich przygotowania obfitego
ś
niadania. Świetnie. Będą je mieli i się zobaczy, kto co je i ile.
A jutro będzie moŜna zrobić coś innego dla odmiany. Nalała
sobie kubek kawy. Tylko trochę się rozlało.
- Rusty! - syknęła Agnes. - Opuściłaś swe stanowisko!
- Chwilowe zaniedbanie, pani generał. - Salutując wróciła
do kuchenki, ale naleśnik był juŜ od spodu przypalony.
Usiłowała go przewrócić. Rozleciał się. Zeskrobana masa
wylądowała w zlewie.
Agnes westchnęła.
- WłoŜę tosty do opiekacza, bo najwyraźniej z tych
naleśników nic nie wyjdzie.
- Tosty? Mamy krakersy.
- Ktoś moŜe chcieć tosty. Przypilnuj. A ja wyjmę jajka.
Zapytaj ich, jakie chcą jajka.
- A moŜna je przyrządzać na kilka sposobów?
- Rusty, zdobądź się na pewien wysiłek i spróbuj
współpracować. - Agnes pospiesznie wyszła z kuchni.
Rusty uznała, Ŝe nie moŜe robić dwóch rzeczy naraz.
Wyłączyła opiekacz i podjęła następną próbę z naleśnikami.
Jajka. Nikt nie będzie jadł jajek. A jeŜeli juŜ, to jajecznicę. Na
tym kończyły się jej umiejętności. Zajrzała do garnka
stojącego na kuchence i zobaczyła rozklejoną, szarą masę.
Owsianka. Usiłowała ją zamieszać drewnianą łyŜką, ale ta
ś
lizgała się po powierzchni, więc wcisnęła ją na siłę. ŁyŜka
stanęła na baczność. Nie będzie dzisiaj owsianki.
- Biedna babcia. - Potrząsnęła głową, i popijając kawę,
sprawdziła spód naleśnika.
- Dzień dobry! - Wujek Clarence wetknął głowę do
kuchni. - Co my tu mamy?
Rusty wyprostowała się.
- Śniadanie.
- To widzę i... czuję. - Z zamkniętymi oczami Clarence
pociągnął nosem. - Krakersy. - Podszedł do rzeźnickiego
pieńka. - Najlepsze krakersy piekła moja Emma.
- Dzień dobry. Rusty odwróciła się na głos babci i
wytrzeszczyła oczy.
Agnes, ze wzburzonymi włosami, zamiast szlafroka czy
któregoś ze swych satynowych peniuarów miała na sobie
Ŝ
ółtą, perkalową sukienkę. Babcia w perkalu!
- Musiałam zaspać. Rusty, trzeba było mnie zawołać. -
Ś
cisnęła znacząco ramię stojącej z otwartymi ustami wnuczki.
- Co ty wyprawiasz? - spytała szeptem Rusty. -
Wyglądasz jak statystka w spaghetti westernie.
- Przewróć naleśnik - odparła Agnes i przeniosła pełne
podziwu spojrzenie na krakersy leŜące na pieńku, jakby
widziała je po raz pierwszy.
Rusty przemyśliwała, czy nie zdekonspirować całej tej
intrygi, ale akurat pojawił się Trent.
- Szykuje się prawdziwe śniadanie. Jestem pod
wraŜeniem.
Babcia rzuciła triumfujące spojrzenie wnuczce, która w
odpowiedzi przewróciła naleśnik. Ku jej zdumieniu był
brązowy.
- Babciu, spójrz! Agnes rzuciła się do niej.
- Przestań wydziwiać - szepnęła. - Mają tak wyglądać. -
Po czym spytała juŜ głośno: - Czy ktoś będzie jadł jajka?
- Ja, dwa, z nienaruszonymi Ŝółtkami - rzekł Trent. Rusty
rzuciła mu piorunujące spojrzenie.
- To któreś w tych skorupkach, tak? Agnes zaśmiała się
perliście.
- Och, Rusty, to się nazywa poczucie humoru. Czy ty,
Trent, lubisz kobiety, którym dopisuje humor nawet wcześnie
rano? '
- ZaleŜy od okoliczności - odparł z błyskiem w oku.
Rusty zauwaŜyła, Ŝe jest nie ogolony i Ŝe zdąŜył opróŜnić
dzbanek z kawą.
Tylnymi drzwiami weszli do kuchni Doc z Harveyem.
Agnes skorzystała z zamieszania i nikt nie zauwaŜył, Ŝe wbiła
na małą patelnię dwa jajka. śółtka zostały całe.
- Jak ty to robisz? - spytała Rusty szeptem. Doc
przystanął na widok Agnes przy kuchence. Przeniósł wzrok z
babci na wnuczkę i z powrotem na babcię. Jej policzki
poczerwieniały.
- JuŜ nakarmiłeś wszystkie swoje zwierzęta? - spytała,
unikając jego wzroku.
- Tak, szanowna pani. - Skinąwszy głową, poszedł dalej.
- Natknęłam się na Doca rano, kiedy przyszłam do kuchni
po... napić się czegoś. - Agnes zwróciła się z wyjaśnieniem
niby do Rusty, ale tak, Ŝeby ją wszyscy słyszeli. - Nie
spodziewałam się, Ŝe ktoś będzie na nogach o tak wczesnej
porze - dodała tonem usprawiedliwienia.
Pewnie, Ŝe się nie spodziewałaś, pomyślała Rusty. Jej
babcia oblała się pąsem. TeŜ dobrze. Potrzebny był kolor
odciągający uwagę od Ŝółtego perkalu. Rusty zastanawiała się,
na czym poczciwy, stary Doc przyłapał babcię w kuchni.
- Czy na Wybawcy Kręgosłupa model 92 A dobrze się
ś
pi? - spytał Clarence Harveya, sięgając po krakersa.
- Przewagę ma raczej model 92 B, ale potrzeba mi jeszcze
kilku nocy na dokładniejsze porównanie - odparł Harvey.
- Śniadanie gotowe - przypomniał mu Clarence. - Nie
ś
lęcz za długo nad swymi notatkami.
- Dobrze. - Harvey z Dokiem wyszli z kuchni. Zapadła
cisza. Clarence sięgnął po następnego krakersa. Agnes
wpatrywała się w jajka.
- Nie ma juŜ kawy. - Trent zwrócił się do Rusty.
- To widzę - warknęła. Agnes trąciła ją łokciem.
- Mogę przypilnować jajek dla Trenta, a ty zaparz
ś
wieŜej. A czy on nie mógłby sam sobie zrobić kawy? Ze
względu na babcię Rusty powstrzymała się od złośliwej
uwagi. Trent postawił koło dzbanka swój pusty kubek.
- Będę w jadalni - rzekł. On najwyraźniej oczekuje, Ŝe
zostanie obsłuŜony. Rusty porwał gniew. I ona miałaby
codziennie wstawać z tego powodu tak rano do końca Ŝycia?
Nie ma mowy. Pozostanie panną.
Następną godzinę spędziła na wnoszeniu i wynoszeniu
talerzy, dolewaniu kawy, soku, mleka, podgrzewaniu jedzenia,
które - przygotowane za wcześnie - zdąŜyło ostygnąć.
Kiedy Harvey pochwalił ów jedyny naleśnik, Agnes
rzuciła się z entuzjazmem do smaŜenia dalszych. Uwagę
wnuczki, Ŝe mogą jeść tosty, pozostawiła bez odpowiedzi,
zwłaszcza Ŝe Rusty wyłączyła opiekacz, zanim kromki chleba
odwróciły się na drugą stronę.
Trent jadł w milczeniu, czytając „Wall Street Journal" i
wstał od stołu, zanim Rusty przy nim usiadła. Była tak
oburzona, Ŝe nie mogła nic przełknąć i poszła zmywać
naczynia, zostawiając całkiem wyczerpaną Agnes w
towarzystwie starszych panów.
Trent zachował się raczej arogancko. Babcia musiała
poświęcić kilka godzin na szykowanie śniadania. Jak tylko
bracia Davisowie udadzą się do swych zajęć, Rusty namówi
ją, Ŝeby z powrotem wróciła do łóŜka. Wujkowie Tren - ta, a
szczególnie Clarence, rozpływali się w pochwałach, natomiast
on sam zaledwie wybąkał jakieś słowo. Gdyby wyraził choć
trochę uznania, chybaby mu korona z głowy nie spadła.
Rusty załadowała zmywarkę, ale zostało jeszcze tyle
naczyń, Ŝe z rezygnacją zabrała się do tradycyjnego
zmywania. Zaatakowała więc cięŜką Ŝelazną patelnię
zmywakiem ze stalowej waty. Zajęło to mnóstwo czasu, a ona
nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie włączy swój modem i
skomunikuje się z biurem. Jej asystentka, Alisa, otrzymała
kategoryczny
nakaz
przesyłania
codziennie
pocztą
elektroniczną wszystkich wiadomości o konkurencyjnych
zmaganiach
w
ramach
przygotowywanej
kampanii
reklamowej. Westchnęła. Powinna teraz osobiście doglądać
efektów swej prezentacji. Wprost nie mogła uwierzyć, Ŝe ona
tu myje naczynia, podczas gdy tam waŜą się losy jej dalszej
kariery zawodowej.
- Jest jeszcze trochę kawy? - ŚwieŜo ogolony Trent
wkroczył na czarno - białą szachownicę kuchennej posadzki.
- Tyle, ile zostało w dzbanku - odparła niezbyt
uprzejmym tonem.
To przez niego znajdowała się setki kilometrów od domu,
zamiast opracowywać ostatnie szczegóły projektu. A on nawet
nie doceniał jej wysiłków. No właściwie babci, ale jednak.
- Mało. - Wlał resztkę do kubka i spojrzał na nią pytająco.
- A tak, dziękuję. Napiłabym się - odparła z rękami
zanurzonymi po łokcie w pienistej wodzie.
- Niewiele zostało. - Trent trzymał pusty dzbanek w
jednej, a kubek w drugiej ręce.
- WróŜka od wyczarowywania kawy jest zajęta, więc sam
zaparz więcej.
- Nie sądziłem, Ŝe chcesz kawy - rzekł zatroskanym
tonem, co ją jeszcze bardziej rozgniewało. - Przypuszczałem,
Ŝ
e chcesz umyć dzbanek.
Oczywiście.
- Pewno. Dodaj go do tej góry naczyń, tam.
- Mogę zaparzyć kawę...
- MoŜesz? Zacisnął wargi, lecz po chwili spytał:
- Co się z tobą dzieje? Rusty czuła ogarniającą ją
wściekłość, ale na szczęście nie było w pobliŜu babci, która by
ją powstrzymała od wyraŜenia na głos, co o tym wszystkim
myśli.
- Siedziałeś sobie przy stole, czytałeś gazetę i jadłeś
ś
niadanie bez słowa. Czy masz choć blade pojęcie o tym, ile
czasu zabiera przygotowanie takiej masy jedzenia? -
Oczywiście wygodniej było przemilczeć, Ŝe i ona nie za
bardzo się orientuje.
Trent odstawił dzbanek. • - Jedzenie było wspaniałe. -
Zawahał się. - Ale ja właściwie nie przepadam za obfitymi
ś
niadaniami. Wystarczyłyby płatki kukurydziane.
Rusty miała szczerą ochotę uŜyć patelni jako oręŜa. Mógł
jej to powiedzieć wcześniej.
- Płatki kukurydziane? A co z tym: „przybądź rozwijać
swą kulinarną fantazję, mniejsza o cholesterol"?
- Co? - Wydawał się autentycznie zdziwiony.
- Twoje ogłoszenie w „MęŜczyznach Teksasu".
- O, to.
- Tak, to.
- CóŜ... - Trent potarł czoło. - Chyba wtedy miałem dość
płatków. - Uśmiechnął się.
Patrzyli na siebie przez kilka sekund. Trent pierwszy
odwrócił wzrok.
- Chyba znajdzie się tu gdzieś taka stara, zwykła
maszynka do kawy. - Zaczął otwierać i zamykać drzwiczki
szafek. - Z większym zbiornikiem, więc nie będziesz musiała
tak często parzyć. - Wyciągnął akurat taką samą, jaką Rusty
miała u siebie w domu, i postawił na ladzie. - Zaraz zrobię,
tylko znajdę filtry - zaproponował.
- Nie rób sobie kłopotu. Tak naprawdę nie chce mi się
pić. - Rusty spłukała patelnię i odłoŜyła ją na kredens.
Trent stał jeszcze przez chwilę, po czym rzekł:
- Dobrze. Wobec tego chyba zobaczymy się na lunchu. -
Opuścił kuchnię z raczej obojętnym uśmiechem, zostawiając
Rusty dalsze zmywanie.
- Mógłby przynajmniej zaproponować, Ŝe powyciera -
burknęła pod nosem.
W tej sytuacji, jak skończy, będzie juŜ czas na szykowanie
lunchu. Wrzuciła kolejną patelnię do zlewozmywaka. Płatki
kukurydziane. To dopiero niespodzianka. Tak naprawdę, jak
się zastanowić, zachowanie Trenta okazało się równieŜ
niespodzianką. Zwracał na nią uwagę tylko pod presją
wujków. Chyba nie zainteresował się jej zaletami jako
potencjalnej towarzyszki Ŝycia.
Twarz Rusty pojaśniała. Być moŜe juŜ oblała test na Ŝonę.
Nie mógł zrozumieć tej kobiety. Gdyby wiedział, Ŝe chce
tę resztkę kawy, sobie zrobiłby kubek rozpuszczalnej. Z
pewnością uległość nie leŜała w jej charakterze i powinien z
zadowoleniem przyjąć fakt, Ŝe nie była typem kobiety -
powoju. Miał swoją pracę i nie zamierzał być dla niej
specjalnie miły, skoro tu nie było dla niej przyszłości.
Ale ona wcale nie próbowała go kokietować.
Dziś rano wyglądała, jakby wyszła prosto z łóŜka. Nawet
włosy miała potargane. JuŜ wczoraj zauwaŜył, Ŝe nie maluje
oczu, więc te ciemne brwi muszą być naturalne, Tonęła w
swym luźnym swetrze, który miał tendencję do zsuwania się
jej z ramienia, ukazując proste, beŜowe ramiączko stanika. W
tym raczej niedbałym stylu było coś pociągającego. Nie
przyszło mu dotąd do głowy, Ŝe ktoś nie zadbany moŜe być
pociągający. Najwidoczniej zbyt długo umawiał się na randki
z eleganckimi blondynkami.
Zachowywała się dość napastliwie, zwłaszcza w związku
ze śniadaniem. Pewno naleŜało piać nad nim z zachwytu, cóŜ,
kiedy kiełbaski były zimne, krakersy nie dość przygrzane, a
jajka przesmaŜone. Jednak powinien był coś powiedzieć.
MoŜe to było przyczyną jej złego humoru. W czasie lunchu ją
pochwali, Ŝeby się poczuła dowartościowana.
Lecz nie zachęcona. Ostatnia rzecz, jakiej pragnął, to
rozbudzenie nadziei Rusty Romero i jej babci. Tylko Ŝe coraz
trudniej udawało mu się robić dobrą minę do złej gry i nie
przekroczyć granicy uprzejmości.
Westchnąwszy, usiadł przed komputerem. Wpłynęły juŜ
wszystkie oferty na materiały budowlane i powinien do końca
roku wybrać najkorzystniejszą. Co oznaczało, Ŝe musi mieć
bieŜące informacje na temat cen surowców i tysiąca innych
szczegółów. Wystukał numer serwisu notowań cen na giełdzie
towarów i czekał na połączenie przez modem. Nic. Podniósł
słuchawkę i usłyszał, jak Harvey zamawia świeŜe, jodłowe
girlandy.
Cicho odłoŜył słuchawkę i odetchnął głęboko. Jak on
sobie z tym wszystkim poradzi?
Rusty wyliczyła, Ŝe zostało jej wolne pół godziny przed
rozpoczęciem szykowania lunchu. Naczynia były wysuszone i
poukładane, Agnes odpoczywała, trzej starsi panowie
rozlokowali się w swych fotelach przed wielkim telewizyjnym
ekranem. Trent zaś podział się Ucho wie gdzie, lecz kogo to
obchodziło. Mogła sprawdzić swą elektroniczną pocztę.
Potrzebowała tylko telefonicznego gniazdka. W sypialni nie
było telefonu, więc wyślizgnęła się ze swym podręcznym
komputerem do holu. Minęła drzwi, za którymi zapewne ukrył
się Trent, i poszła dalej. W drugim końcu holu zobaczyła inne
zamknięte drzwi. Jeszcze jedna sypialnia. Zapukała i nie
doczekawszy się odpowiedzi, otworzyła je.
Przed komputerem siedział Trent z głową w dłoniach.
Uniósł ją, zanim Rusty się wycofała.
- O, przepraszam.
- Szukasz czegoś? - spytał znuŜonym głosem. Pewno
myślał, Ŝe chce go wytropić. Co za zarozumiałość.
- Kontaktu telefonicznego. Jego wzrok powędrował do
laptopa.
- Chciałam... sprawdzić swoją pocztę. - W tym momencie
Rusty naprawdę nie obchodziło, co o niej pomyśli Trent.
Koniecznie musiała skontaktować się z biurem.
Trent odchylił do tyłu głowę i zapatrzył się w sufit.
- Tu jest gniazdko, ale Harvey blokuje linię. Nawet jak
juŜ uzyska się połączenie, on nieustannie podnosi słuchawkę i
przerywa.
- Och. - Zaciekawiona podeszła bliŜej. - A co ty tu robisz?
- Opracowuję pewien projekt, który ma być ukończony
przed upływem tego roku.
- To słyszałam. - Przysiadła na skrzyni koło łóŜka. - A
moŜe poprosilibyśmy Harveya, Ŝeby nam pozwolił skorzystać
z linii telefonicznej.
- Tobie moŜe pozwoli, ale ja jestem tutaj na urlopie. Zaraz
by mi wypominał, Ŝe nie wypoczywam. - Wstał z
westchnieniem. - Wiesz co? Zajmę go przez parę minut i tyle
czasu będziesz miała na połączenie. Czy coś ci to da?
- Tak. - Zawahała się, po czym spytała: - A mogłabym to
samo zrobić dla ciebie?
Uśmiechnął się.
- Owszem, dziękuję. Potrafi być całkiem sympatyczny,
pomyślała, patrząc za nim, gdy wychodził z pokoju. I chyba
nie jest nią w najmniejszym stopniu zainteresowany. Do tej
pory była z tego zadowolona. Powstałaby trudna i niezręczna
sytuacja, gdyby była zmuszona mu powiedzieć, Ŝe nie widzi
swej przyszłości na ranczu.
Teraz jej ocena nie była juŜ taka jednoznaczna. Całkowity
brak zainteresowania ze strony atrakcyjnego męŜczyzny
podwaŜał jej dobre mniemanie o sobie jako kobiecie.
Przemyśli to kiedy indziej. W tej chwili musi podłączyć
komputer.
Trent dotrzymał słowa i Rusty w ciągu kilku chwil
otrzymała swą elektroniczną pocztę i zapisała w podręcznym
pliku, Ŝeby później ją przeczytać. Przed powrotem Trenta
zdąŜyła jedynie przyjrzeć się jego komputerowi. Miał
doskonałą drukarkę laserową, lepszą niŜ jej atramentowa
„plujka", którą ze sobą przywiozła. MoŜe Trent pozwoli jej
skorzystać ze swojej. Z satysfakcją natomiast stwierdziła, Ŝe
jej laptop był wyŜszej klasy niŜ jego.
Koło łóŜka, przy ścianie, stały pudła pełne papierów i
segregatorów. Do licha, wyglądało na to, Ŝe Trent zabrał ze
sobą całe biuro. Najwyraźniej nie miał zamiaru wypoczywać.
CóŜ, to nie jej sprawa, lecz czyŜ nie zakładał, Ŝe cały czas
poświęci kobiecie, która odpowie na jego ogłoszenie? A
moŜe, gdy je wysyłał, nie przewidywał tak pracowitego
okresu w końcu roku?
- Coś cię zainteresowało? - Trent stał w progu pokoju ze
srogą miną.
- Tak, twoja drukarka. - Pokazała kciukiem za siebie. -
Mógłbyś mi ją kiedyś poŜyczyć?
Nie spuszczał z niej wzroku.
- Masz tupet, trzeba ci to oddać.
- Dlaczego?
- Wyświadczam ci grzeczność, łapię na wścibianiu nosa
w moje sprawy, a ty prosisz o poŜyczenie drukarki. - Zaczął
się do niej zbliŜać, aŜ stanął tuŜ obok.
Ta bliskość nie była całkiem nieprzyjemna. Nawet poczuła
lekki dreszcz na karku.
- Gdybym chciała wścibiać nos w twoje sprawy, nie
dowiedziałbyś się o tym. A, dzięki za parę minut wolnej linii.
- Nie ma za co. - Nie ruszył się z miejsca.
Demonstracja siły. Nie zamierzała ustępować i przesunęła
się ciut bliŜej, Ŝeby podwyŜszyć stawkę. Nadal stał
nieruchomo, tylko dojrzała jakiś błysk w jego oczach koloru
czekolady. Rusty rzuciła mu jedno z tych spojrzeń: "jeśli
spróbujesz mnie pocałować, to moŜe ci pozwolę". Tak z
ciekawości.
Wpatrywał się w nią badawczo. Najwyraźniej znał ten
rodzaj spojrzenia. Powiódł wzrokiem dookoła i Rusty
domyśliła się, co podpowiada mu wewnętrzny głos: „Uwaga.
Jesteś sam w sypialni z panną na wydaniu. Zachowaj
ostroŜność".
- Nie wiem, jaką grę prowadzisz - rzekł - ale ja do niej nie
wchodzę. - Wziął ją za ramiona, odwrócił w stronę drzwi i
poprowadził do wyjścia.
A, o to chodzi. Usiłował ją onieśmielić. To mu się nie uda.
Ona była odwaŜna.
- Dlaczego sądzisz, Ŝe to gra?
- śycie jest grą.
- A wszyscy męŜczyźni i kobiety są po prostu graczami?
Jednym słowem, to zabawa, co?
- Nie dla mnie. Odwróciła się przy progu tak, Ŝe prawie
się z nim zderzyła.
- CóŜ, dla mnie tak.
- Niestety, właśnie tego się obawiałem. - Na skroni
pulsowała mu Ŝyłka.
- Obawiałeś? - Nie odsunęła się ani o milimetr.
- Nie jestem zainteresowany. - Patrzył jej w oczy. Uniosła
brwi.
- W ogóle nie interesują cię kobiety? Oderwał spojrzenie
od jej oczu i zmierzył ją całą wzrokiem.
- W szczególności ty. Och... Nie spodziewała się ciosu
poniŜej pasa. DraŜnienie go straciło urok. Cofnęła się o krok.
Jeśli nie jest nią zainteresowany, to nie. Jego strata. Taki typ i
tak jej nie pociągał.
- W porządku, rozumiem - powiedziała z wymuszoną
beztroską, po czym przestąpiła próg. Teraz z czystym
sumieniem mogła zakomunikować babci, Ŝe Trent odpada
jako kandydat na męŜa, więc ona moŜe od razu zakończyć te
swaty. Nie było juŜ Ŝadnego powodu, by przedłuŜać pobyt na
ranczu Triple D. Mogą wracać do domu. To był jednak
owocny poranek.
- Do zobaczenia na lunchu. - Uśmiechnęła się, lecz nie
mogła powstrzymać się od poŜegnalnej złośliwości: - I jak to
mówią, bez urazy. - Miała juŜ iść dalej, gdy Trent nagle
pochwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie.
- Co... Przytrzymał głowę Rusty i jego usta wzięły w
posiadanie jej rozchylone wargi. Znieruchomiała, a on
udowadniał, Ŝe jest w tej dziedzinie mistrzem wszechczasów.
W najmniejszym stopniu nie czuła się zagroŜona, gdyŜ
wyczuwała, Ŝe przy pierwszym najmniejszym proteście z jej
strony on by ją puścił.
Postanowiła mu się nie opierać.
Niestety, zanim zdąŜyła się aktywnie włączyć, on przerwał
pocałunek i pochylony nad jej wargami, patrzył jej w oczy.
- Teraz juŜ moŜesz iść - rzekł, uwalniając jej ramię, po
czym zatrzasnął drzwi.
ROZDZIAŁ 5
Interesujące doświadczenie. Zdecydowanie interesujące.
Pocałunek był prawdziwym wydarzeniem, choć właściwie
został do niego sprowokowany.
Rusty stała za zamkniętymi drzwiami nieco dłuŜej, niŜ
wymagała sytuacja. Trudno jej było przyznać, Ŝe trochę
liczyła - no dobrze, bardzo liczyła - iŜ Trent otworzy drzwi i
znowu ją pocałuje. Nie spotyka się na co dzień męŜczyzny,
którego pocałunek zasługuje na złoty medal olimpijski, więc
nie moŜna takiego faktu zignorować.
Niestety, drzwi pozostały zamknięte.
Wypadałoby jeszcze raz przemyśleć decyzję powrotu do
domu, pomyślała, idąc holem, świadoma, Ŝe kolana ma jak z
waty.
Trent, wstrzymując oddech, stał z czołem przyciśniętym
do zamkniętych drzwi, aŜ usłyszał kroki odchodzącej Rusty.
AleŜ z niego głupiec.
Przed popełnieniem tej pomyłki robił wszystko poza
zawieszeniem na szyi napisu: ,,Nie interesujesz mnie". A
potem, ni z tego, ni z owego, zaczął ją całować, co ona
przyjęła niewątpliwie jako dowód zainteresowania.
To prawda, Ŝe ona nieoczekiwanie okazała się bardzo
zaczepna. Prawda teŜ, Ŝe to mu się nawet podobało. Miał ją
jednak do siebie zniechęcać, a teraz nie ma na co liczyć, Ŝe
Rusty Romero razem ze swą babcią zrezygnują z planów i
wyjadą. Przed chwilą on sam w niej podsycił nadzieję.
Owładnięta ideą małŜeństwa kobieta, pokrzepiona nadzieją, to
groźny przeciwnik.
Trent powlókł się w stronę komputera, osunął na krzesło i
utkwił wzrok w ekran. To by się dało naprawić, gdyby więcej
nie okazał jej zainteresowania, pozostał miły, lecz na dystans.
No i oczywiście Ŝadnych pocałunków.
A właśnie przypomniał sobie jej usta i wyraz uroczego
zdumienia na twarzy, kpiące spojrzenie, a potem takŜe, co
czuł, gdy trzymał ją w ramionach... i Ŝe myślał, by powtórzyć
to doświadczenie...
Okazywanie Rusty Romero całkowitej obojętności będzie
trudniejsze, niŜ zakładał.
To pocałunek w mistrzowskim wykonaniu Trenta
spowodował, Ŝe Rusty zostawiła laptop, nie przeczytawszy
poczty. Kiedy sobie o tym przypomniała, obie z babcią juŜ
szykowały zupę i sandwicze.
- Lunch będzie lekki, za to ugotujemy coś specjalnego na
kolację - powiedziała Agnes. JuŜ się przebrała i gdy Rusty
przechodziła oszołomiona przez jaskinię braci Davisów, tę ze
składanymi fotelami i wielkim telewizorem, babcia radośnie z
nimi gawędziła. - Zamierzamy udekorować dom na święta. A
jutro jedziemy wycinać choinkę. MoŜesz to sobie wyobrazić?
- Zapowiada się dobra zabawa. - Raczej praca, pomyślała,
lecz babcia była tak podekscytowana, Ŝe dla niej musiała
wykrzesać choć minimum entuzjazmu.
- Po południu mogłybyśmy przejrzeć ksiąŜkę kucharską i
wypróbować jakiś przepis.
Rusty uznała, Ŝe musi wygospodarować trochę czasu dla
siebie.
- MoŜe sama coś wybierzesz. Dostałam wiadomość od
Alisy i jeszcze nie zdąŜyłam przeczytać.
- Skąd mam wiedzieć, co by ci odpowiadało. MoŜe jakieś
herbatniki?
Mnie by odpowiadała kromka chleba z masą majonezu,
pomyślała.
- Nigdy nie miałyśmy czasu na pieczenie tych
fantazyjnych ciasteczek na BoŜe Narodzenie. No wiesz, takich
polukrowanych. Co ty na to?
Twarz Agnes rozjaśniła się.
- Świetny pomysł. Gdy kończyły przygotowanie lunchu,
Rusty doszła do wniosku, Ŝe musi się odnosić do Trenta tak,
jakby nic się nie stało. W zasadzie przecieŜ nic się nie
zmieniło, przekonywała samą siebie. Przekomarzała się tylko,
a on sprawdzał, jak dalece blefuje. Równowaga sił została
zachowana.
Dopóki Trent trzyma się od niej z dala.
Kiedy więc, zanim usiedli do stołu, przywołał ją ręką,
podeszła z pewnym ociąganiem.
- Odebrałaś swą pocztę bez kłopotów? - spytał ją szeptem.
Okazało się zatem, Ŝe nie tylko Rusty myśli o sprawach
zawodowych. Głupio jej było, Ŝe to dzięki pytaniu Trenta
uświadomiła sobie znowu, iŜ dotąd nie przeczytała
nadesłanych wiadomości.
- Tak. Tylko muszę nad tym popracować.
- Harvey nie telefonuje, gdy je - zauwaŜył Trent, siadając
do stołu.
Aluzja była przejrzysta, więc Rusty zawinęła swój
sandwicz w serwetkę i nie zwracając uwagi na pytające
spojrzenie Agnes, wyszła z pokoju.
W miarę czytania trzech kolejnych wiadomości Rusty
zaczął ogarniać niepokój. Wprawdzie z pierwszej wynikało, Ŝe
wszystko idzie dobrze, ale juŜ w drugiej Alisa donosiła, Ŝe
George Kaylee, główny rywal Rusty, ostatnio był nieobecny w
biurze. MoŜe skoro ona wyjechała, to i on postanowił trochę
wypocząć, tłumaczyła sobie. Trzecia wiadomość okazała się
naprawdę alarmująca: Alisa w dziale zaopatrzenia natknęła się
na asystentkę George'a, która składała zamówienie na
materiały potrzebne do oprawiania fotografii. Oprawianie
fotografii?
To był zły znak. Ona zamierzała zilustrować swój plan
kampanii szkicami i wiedziała, Ŝe George teŜ. Zresztą była to
zwykła metoda. Ze względu na koszty nie mogli sobie
pozwolić na zaangaŜowanie modeli i fotografów. Chyba Ŝe
George zapłaciłby takim profesjonalistom z własnej kieszeni.
Co nie było wykluczone.
Natychmiast wystukała do Alisy list z prośbą o zbadanie,
co się za tym kryje, i pobiegła do pokoju Trenta nadać
wiadomość. Wszedł tam właśnie w chwili, gdy chowała kabel
telefoniczny do komputera.
- Zaczynasz czy skończyłaś?
- Skończyłam. - Rusty wstała, myślami ciągle w Chicago.
Co ten George knuje? Powinna tam być w tak decydującym
momencie i mieć na niego oko. Z westchnieniem zamknęła
komputer.
- Złe wiadomości? - spytał Trent. Zapomniała o jego
obecności.
- Jeszcze nie wiadomo. - Nagle przypomniała sobie, Ŝe
obiecała Trentowi rewanŜ za umoŜliwienie skorzystania z linii
telefonicznej.
- Chcesz, Ŝebym przez jakiś czas zajęła Harveya? -
Spojrzała na niego po raz pierwszy, odkąd wszedł do pokoju.
Niepotrzebnie. On patrzył na jej usta.
- Słucham? Wolałaby, Ŝeby tego nie robił.
- Chcesz mieć wolną linię? Odetchnął głęboko.
- Taak. - Teraz juŜ patrzył jej w oczy. Rusty nie miała
wątpliwości, Ŝe myśli o tym samym co ona. Oboje pamiętali
pocałunek, lecz Ŝadne z nich nie zamierzało odświeŜać tego
wspomnienia. Trent odsunął się trochę, a Rusty przeszła obok
tak, aby go przypadkiem nie dotknąć. Dopiero przy drzwiach
usłyszała jego głos.
- Uprzedź mnie, kiedy będziesz odciągać Harveya od
telefonu, dobrze?
- Babcia coś wspominała o pieczeniu ciasteczek. - Rusty
zatrzymała się w progu. - Więc na pewno czeka nas
podwieczorek. Sama to zaproponowałam. Wtedy nadarzy się
sposobność.
Trent uśmiechnął się z wdzięcznością.
- Dzięki. Rusty całe popołudnie spędziła w kuchni. Inna
rzecz, Ŝe i tak musiała czekać na dalsze wiadomości od Alisy,
a pieczenie z babcią ciasteczek było całkiem nowym
doświadczeniem. Wyrabianie ciasta okazało się nawet
zabawne, prawie zapomniała o tajemniczych poczynaniach
George'a.
Od czasu do czasu do kuchni wpadał Harvey i donosił
Agnes,
jakie
produkty
są
właśnie
sprzedawane
w
„Telezakupach". Babcia oczywiście szła popatrzeć, a Rusty
nadal lukrowała. Raz tylko weszła do salonu, zwabiona
oŜywioną dyskusją. Popełniła błąd, bo rozmowa dotyczyła
oświetlenia jodłowych girland.
- Białe lampki? Clarence, nie masz za grosz wyobraźni?!
Czy nie widzisz tego pokoju mieniącego się róŜnymi
kolorami?! - Harvey wymachiwał rękami.
Clarence ze słuchawką przy uchu uciszał go dłonią.
- O! O! - Harvey podrygując w podnieceniu, wskazywał
na ekran. - Ręcznie wiązane, aksamitne kokardy! Tylko po
cztery dolary dziewięćdziesiąt dziewięć centów! To za darmo!
Za darmo, powiadam ci. A ty blokujesz telefon. - Jęknął. -
Szybciej!
Clarence zakrył słuchawkę ręką.
- Mogę zamówić jedno i drugie, Harvey. Ile chcesz?
- Jeszcze nie zdecydowałeś, czy lampki mają być białe,
czy kolorowe? - zwrócił uwagę Doc.
- Kolorowe - zaskrzeczał Harvey. Agnes bez powodzenia
usiłowała ich uciszyć. Rusty postanowiła ulotnić się, zanim ją
zauwaŜą.
- Nie chcę, Ŝeby nasz dom wyglądał jak tort owocowy... -
zaczął Clarence.
- A moŜe paniom zostawimy decyzję? - padło pytanie. Do
pokoju wszedł uśmiechnięty Trent. Rusty rzuciła mu oburzone
spojrzenie.
- Tylko tego brakowało.
- Kokardy! Kokardy! - płaczliwie dopominał się Harvey.
- Zostały tylko trzy tuziny! - Na ekranie liczba kokard
zmniejszała się w zawrotnym tempie, aŜ spadła do zera.
- O, nie! - Zdruzgotany Harvey opadł na składany fotel.
- JuŜ nigdy nie będzie podobnej okazji: taka jakość za
taką cenę.
- Białe lampki czy kolorowe? - Clarence spojrzał na
Agnes. Agnes popatrzyła na Rusty. Rusty przeszyła Trenta
wściekłym wzrokiem.
- Białe lampki, zieleń i czerwone kokardy, to mój
ulubiony zestaw - powiedziała. - Skoro jednak nie mamy
kokard...
- Mamy, mamy - rzekł Clarence. - Tak, proszę pani -
odezwał się do słuchawki. - Płacę kartą kredytową American
Express.
- Ile? - Harvey ściskał kurczowo brzeg fotela. Clarence
uniósł dwa palce. Mina Harveya wyraŜała głębokie
rozczarowanie.
- Dwie? Tylko tyle?
- Dwa tuziny. Zasługuję chyba na trochę zaufania. Nie,
nie mówię do pani. Tak, proszę zapisać na moją kartę kokardy
i sto metrów girlandy z białymi lampkami.
- Niech wyślą ekspresem - wtrącił się Doc. Clarence
pokiwał głową. Harvey, westchnąwszy z ulgą, przymknął
oczy.
- Przeoczyłeś kaszmirowe szaliki - Doc wskazał na ekran
- i takie same skarpetki.
Harvey usiadł prosto. Zmagania o kolorowe lampki poszły
w zapomnienie.
- W kaszmirowych skarpetkach wygoda wygrywa z
trwałością.
- Tak uwaŜasz? - Doc, któremu udało się pozostać
neutralnym w sporze o lampki, teraz najwyraźniej podjął
wyzwanie.
- Sądzę - szybko wtrąciła Rusty - Ŝe powinniśmy to
uczcić. Jest kakao i ciepłe ciasteczka. - Spojrzała pytająco na
Trenta, który uniósł do góry kciuk i wycofał się z pokoju.
Nie zasługiwał wprawdzie na przysługę, skoro wciągnął ją
w zamieszanie z lampkami, ale przecieŜ mu obiecała.
- Jestem z ciebie taka dumna - szepnęła Agnes. - Jest
właśnie tak, jak sobie wyobraŜałam, kiedy zdecydowałyśmy
się tu przyjechać.
Rusty, patrząc na jej zaróŜowione policzki, uścisnęła ją. W
czasie podwieczorku wyłączyła telewizor i bracia Davisowie
jakoś na to nie zareagowali, pewnie dlatego, Ŝe cała ich uwaga
skoncentrowała się na leŜących wszędzie dookoła katalogach.
Z pozoru cała.
- Nie ma Trenta. - Harvey zwrócił uwagę na nieobecność
siostrzeńca w trakcie dyskusji na temat róŜnicy w smaku
między orzechami laskowymi pochodzącymi z Teksasu i
Georgii. - Jest łasy na laskowe orzechy. - Bracia wymienili
spojrzenia z Agnes.
- Pójdę po niego. - Rusty poderwała się, chwyciwszy w
serwetkę dwa ciasteczka. - To na spróbowanie, Ŝeby go tu
zwabić.
Pospieszyła w stronę holu, odprowadzana uśmiechami
zadowolenia całej czwórki. Zapukała do pokoju Trenta.
- Proszę! - zawołał. Rozmawiał przez telefon. Wskazał jej
dłonią skrzynię, więc usiadła.
- Muszę to mieć przed trzydziestym - mówił. - Tylko
wtedy
będziemy
mogli
podpisać
kontrakt
jeszcze
trzydziestego pierwszego.
Rusty cierpliwie czekała, aŜ zakończy rozmowę. Widać
było, Ŝe coś go trapi.
- Weź ciasteczko. - Wyciągnęła do niego serwetkę.
- Skąd wiedziałaś, Ŝe mam ochotę? - Ze znuŜonym
uśmiechem ugryzł kęs.
- Z ciepłymi ciasteczkami świat wydaje się lepszy. -
ś
ałowała, Ŝe dla siebie nie przyniosła.
- Wspaniałe. - Dołeczki w policzkach pogłębiły się.
- Naprawdę? - Z niepokojem skonstatowała, Ŝe ta
pochwała sprawiła jej przyjemność. Wróciła na skrzynię, a
Trent przekręcił się z fotelem w jej stronę.
- Przedziwne, Ŝe zwykłe ciasteczka mogą tak smakować.
- Zwłaszcza gdy nie są od spodu przypalone, dodał w
duchu. Zjadł następne.
- Całe towarzystwo zauwaŜyło twoją nieobecność.
- Dzięki za pomoc. - Zmusił się do uśmiechu i Rusty
nagle zrobiło się go Ŝal.
- Masz kłopoty?
- Hmm?
- Czego moŜesz nie mieć do trzydziestego? Rusty
widziała, Ŝe się waha. Domyśliła się, Ŝe korciło go, Ŝeby jej o
czymś powiedzieć, lecz wyraźnie się ociągał. A moŜe uwaŜał,
Ŝ
e ona nie jest w stanie pojąć jego zawodowych problemów?
- Nie chciałbym cię zanudzać - rzekł w końcu.
- Czy to inna wersja typowo męskiego powiedzenia: „Nie
kłopocz tym swej małej główki"?
- Sądzę, Ŝe jak bym zaczaj, to trudno byłoby mi przerwać.
- Spojrzał na nią z wyrzutem, a ona się zawstydziła.
- Przepraszam. To nie był mądry Ŝart. - Podciągnęła
kolana pod brodę i objęła je ramionami. - MoŜe jednak
powiesz, o co chodzi?
Trent miał ochotę wyjaśnić jej wszystko i skończyć z tą
całą idiotyczną komedią, ale przecieŜ nie powinien. Szczerze
zainteresowana, była gotowa go wysłuchać, a jemu potrzebne
było wsparcie. Nawet ze strony tej złośnicy.
W dodatku zaczynała mu się podobać. Wcale nie chciał,
Ŝ
eby tak się stało. W ogóle nie miał ochoty o niej myśleć, a to
trudne, skoro ją pocałował. Mogła się na niego obrazić,
zachowała się jednak bez zarzutu. ZauwaŜył teŜ, Ŝe wujków
zaczyna traktować podobnie jak własną babcię - serdecznie,
choć trochę z przymruŜeniem oka. Ale nie okazywała przy
tym ani cienia protekcjonalności i to było dla niego waŜne.
- O kontrakt - odpowiedział w kopcu na jej pytanie. - Boję
się, Ŝe nie uda mi się doprowadzić do jego zawarcia przed
trzydziestym.
- I co wtedy?
- Przepadnie mi kredyt.
- I to wszystko?
- Nie wszystko. Do tego czasu oferty stracą aktualność,
wygasną pozwolenia na budowę i przyrzeczenie sprzedaŜy
terenu, który chcę kupić.
- A co powoduje zwłokę? Powinien być w Dallas. Oferty
nie szłyby do niego, tak jak teraz, okręŜną drogą przez biuro.
Nie musiałby telefonować do sekretarki po istotne informacje
w tych rzadkich chwilach, kiedy moŜna skorzystać z wolnej
linii.
- Nie otrzymuję ofert tak szybko, jak bym chciał. -
Ograniczył się do tego jednego wyjaśnienia.
- Czego dotyczą oferty? Na ten temat mógł rozmawiać
bez obaw.
- Budowy miasteczka dla ludzi starszych, którzy przestali
być czynni zawodowo. Nie chodzi mi o takie miejsce, gdzie
mogliby tylko przetrwać do kresu swych dni. Pragnąłbym
tworzyć
im
warunki
do
aktywnego,
ciekawego,
dostosowanego do ich upodobań i moŜliwości spędzania
czasu. Chciałbym dać im moŜliwość zamieszkania w pobliŜu
rodziny, gdyby wyrazili taką chęć.
- Tego rodzaju miasteczka dla emerytów działają juŜ na
Florydzie i w Arizonie od lat. Czym wyróŜniałoby się twoje?
Pokiwał głową i odrzekł:
- Usiłuję raczej zespolić ze sobą całą społeczność, nie
chcę izolować jednej grapy wiekowej. Chciałbym zacząć od
budowy mieszkań dla emerytów wraz z całą infrastrukturą, a
następnie dobudowywać domy dla rodzin.
Rusty patrzyła na niego bez wyrazu. Znudził ją.
Rozczarowanie było dotkliwsze, niŜby się spodziewał. Choć
nie bardzo wiedział dlaczego, sądził, Ŝe ją to powinno
zainteresować. Poza wszystkim, była bardzo przywiązana do
babci. A moŜe przyjść taki moment, kiedy Agnes nie będzie
juŜ mogła mieszkać sama.
Rusty wskazała ręką komputer i stosy papierów.
- I to wszystko powinieneś zgrać przed trzydziestym? A
więc jednak uwaŜnie słuchała. Pokiwał głową.
- Byłeś zaangaŜowany w to przedsięwzięcie jeszcze przed
moim przyjazdem, prawda? A odkąd tu jestem, wszystko się
bardzo skomplikowało?
Zawahał się, lecz skinął głową.
- Dziś po południu nie otrzymałem bieŜących informacji.
- śeby nie wspomnieć o przedpołudniu.
- Skoro czas tak bardzo cię naglił, dlaczego dałeś
ogłoszenie, Ŝe chcesz z kimś spędzić święta? - spytała. - Nie
moŜesz teraz sobie pozwolić nawet na chwilę wytchnienia.
Niewątpliwie naleŜała się jej odpowiedź, lecz Trent nie
bardzo wiedział, co by miał jej powiedzieć. PrzecieŜ zakładał,
iŜ na ogłoszenie odpowie kobieta zupełnie innego pokroju.
Taka, która nie będzie mu zadawała pytań, tylko zwinie ma -
natki i wyniesie się do domu, jeśli okaŜe jej brak
zainteresowania. Która nie stanie się dla niego wyzwaniem i
nie sprowokuje do pocałunku.
- Spodziewałem się, Ŝe się z tym wcześniej uporam. - To
była prawda. - Wujkowie bardzo się cieszyli na twoją wizytę a
rozczulili się, gdy zapytałaś, czy babcia moŜe z tobą
przyjechać. Nie chciałem ich rozczarować tylko dlatego, Ŝe
nie zdąŜyłem załatwić swych spraw na czas. - Zastanawiał się,
czy powinien ją przeprosić. Rusty przypatrywała mu się
badawczo, ale niczego z jej twarzy nie potrafił wyczytać.
Nagle spojrzenie jej ciemnych oczu złagodniało.
- Jesteś przyzwoitym człowiekiem, Trent. Rozumiem cię
lepiej, niŜ sądzisz. Widzisz...
Przerwało jej pukanie do drzwi. Do pokoju weszła Agnes.
- To nadeszło dla ciebie, Trent. - Podała mu trzy koperty.
- Dzięki. - Dalsze pliki akt z biura. Rzucił je na podłogę,
gdzie leŜały juŜ inne, które będzie musiał później przejrzeć.
- Doc domyślił się, Ŝe przyszedłeś tu popracować. -
Srogim wzrokiem obrzuciła komputer. - Jest piękne
popołudnie i wy dwoje nie powinniście się zamykać w
sypialni. - Spojrzała z wyrzutem na wnuczkę, która w
odpowiedzi wzniosła oczy do nieba. - Rusty, do ciasteczek
wzięłyśmy orzechy z Georgii.
- A co w tym złego?
- Nic, ale Harvey twierdzi, Ŝe róŜnią się w smaku od tych,
które rosną tu, na ranczu. UwaŜa, Ŝe do naszych świątecznych
wypieków najlepsze będą tutejsze. Gdybyście oboje poszli
pozrywać, zrobiłabym jutro na kolację placek z masą
orzechową. Co wy na to?
Trent uznał, Ŝe przyda mu się trochę odpoczynku.
- Bardzo lubię placek z orzechami.
W rezultacie z torbami w rękach wyruszyli w stronę
rosnącej za domem leszczyny.
- Orzechy zbiera się w listopadzie - zauwaŜył Trent. -
Harvey dobrze o tym wie. Dziwne, Ŝe nie zerwał ich w tym
roku.
- Im chodziło tylko o to, Ŝeby nas wypłoszyć z twojej
sypialni.
- PrzecieŜ nie jesteśmy parą nastolatków. Nic zdroŜnego
nie mogło się wydarzyć - zaprotestował.
- Szkoda. Świetnie całujesz. - Przesłała mu przez ramię
figlarny uśmiech i ruszyła biegiem przed siebie. Trent
uśmiechnął się mimo woli, chociaŜ miał ją do siebie zraŜać.
Tylko Ŝe nie spodziewał się, by jakaś kobieta z ogłoszenia
mogła mu się spodobać. Do głowy by mu nie przyszło, Ŝe na
nie odpowie osoba taka jak Rusty. Coś w jego charakterystyce
musiało ją pociągać, w przeciwnym razie jej by tu nie było. Z
czego płynie dalszy wniosek - ona nie tylko zakładała, Ŝe jest
taki, jak go opisali wujkowie, ona wybrała tego typu
męŜczyznę.
A on temu opisowi zupełnie nie odpowiadał. Co za
zamieszanie. Powinien się zakręcić póki czas i wrócić do
sypialni. Sam.
- Dalej, Creighton, goń mnie! - W głosie Rusty
pobrzmiewał śmiech.
Trent niezbyt dobrze biegał. Gdyby jej nie złapał, czułby
się upokorzony. Gdyby ją złapał, byłoby jeszcze gorzej.
Wbrew rozterkom rzucił się w pościg. Będzie tego Ŝałować, to
pewne. Był juŜ w połowie drogi, gdy Rusty nagle zboczyła i
zatrzymała się w pobliŜu wielkiej starej stajni.
- Czy Doc tu trzyma zwierzęta? - Nawet nie była
zdyszana. Przebiegł jeszcze kawałek, Ŝeby nie usłyszała jego
cięŜkiego oddechu.
- Nie. One są tam. - Wskazał inny budynek z wybiegiem.
- Wobec tego, co jest tutaj? Wzruszył ramionami.
- Nic takiego. Harvey wykorzystuje stajnię jako magazyn.
- Chyba coś słyszałam. - Spojrzała na niego wzrokiem,
jakim zwykle patrzą na męŜczyzn kobiety, oczekujące od nich
inicjatywy.
- Chcesz, Ŝebym sprawdził?
- A ty nie chcesz?
- Niespecjalnie. Trzeba zebrać dla twojej babci sporo
orzechów, Ŝeby mogła upiec placek.
- Taak, nawet całe mnóstwo, na wypadek gdyby mu...
chciała zrobić więcej niŜ jeden - powiedziała pod nosem.
Pociągnęła za drewnianą, zamykającą drzwi sztabę.
Trent, zrezygnowany, podszedł jej pomóc. Wielkie,
skrzypiące wrota się uchyliły. Popchnął jedno skrzydło i
zajrzał do mrocznego wnętrza.
- Ale ciemno. Nie ma tu kontaktu elektrycznego? - Rusty
macała ręką wzdłuŜ ściany.
- Rzeczywiście bardzo ciemno. - Trent nie mógł się
pozbyć wraŜenia, Ŝe coś jest nie w porządku. Zwykłe światło
przeświecało przez szczeliny bocznych ścian.
Właśnie wtedy Rusty znalazła przełącznik. Umieszczone
gdzieniegdzie gołe Ŝarówki robiły co w ich mocy, by
rozproszyć ciemności. Trent w osłupieniu rozglądał się
dokoła. Przy ścianach od podłogi aŜ po krokwie ustawione
były przeróŜne kartony, pudła i skrzynie, które całkowicie
tamowały dopływ dziennego światła.
- Spójrz na te bambetle! - Rusty skierowała się do
najbliŜszego stosu. Jedno z pudełek leŜało na ziemi do góry
nogami. Musiało spaść i ten odgłos właśnie usłyszała.
- L.L. Bean, „Ostrzejszy obraz", DAK... Mamy tu pomnik
wystawiony sprzedaŜy wysyłkowej. - Odwróciła się do Trenta.
- Tacy klienci jak twoi wujkowie to potęga.
- Tu jest cały dom towarowy. - Trent szedł wzdłuŜ
jednego rzędu i nagle się roześmiał.
- Co takiego? - Podeszła bliŜej.
- Materace, które testuje Harvey. Rusty podskoczyła na
pierwszym.
- Za twardy - powiedziała głosem małej dziewczynki i
przeszła do następnego. - Za miękki. - Wypróbowała ręką
trzeci i rozciągnęła się na nim. - Ten jest w sam raz. -
Przesunęła się na jedną stronę i poklepała dłonią miejsce obok
siebie.
- Nie chcesz sprawdzić?
- Wierzę ci na słowo. - Widok tego magazynu nie
otwartych dotąd opakowań zaniepokoił Trenta. Zazwyczaj
ludzie nie gromadzą podobnej masy... takich rzeczy.
- Byłeś bardziej zabawny, gdy dokuczałeś mi w swojej
sypialni. - Usiadła i wydęła wargi.
- Przepraszam. Po prostu nie mogę wyjść ze zdziwienia.
- Trent przeciskał się koło kolumny pudeł w stronę
większych skrzyń.
Rusty zrezygnowała z udawania małej dziewczynki.
- Nie wiedziałeś o tym?
- Nie. - Sprzęt potrzebny w gospodarstwie rolnym.
Nowoczesne wyposaŜenie gospodarstwa rolnego. A przecieŜ
bracia Davisowie niczego nie uprawiali od lat, poza
warzywami w ogrodzie. Pudła wokół niego zachwiały się, gdy
Rusty podjęła penetrowanie zbiorów na własną rękę.
- UwaŜaj! - zawołał.
- Dobrze. Trochę się boję, Ŝeby któraś z tych wieŜ nie
spadła na Harveya.
- Ja się tego nawet powaŜnie obawiam.
- Trent! Coś takiego było w jej głosie, Ŝe zaraz do niej
podszedł.
- Co znalazłaś?
- Sprzęt medyczny. Jeśli napis na nalepce jest właściwy,
to mamy ultrasonograf.
Trent zaniemówił. Rusty trąciła go łokciem.
- Kiedy ostatnio sprawdzałeś stan ich konta? Trent
pomasował sobie skronie.
- Ze względu na niezwykłe zaufanie, jakim się cieszą, nie
mają Ŝadnego ograniczenia. Sam nie wiem właściwie,
dlaczego ja cierpliwie znoszę te ich wybryki.
- PoniewaŜ ich kochasz - odrzekła. - MęŜczyźni nie lubią
tego słowa, zdaję sobie z tego sprawę. Widzę tę miłość,
obserwując, jak ich traktujesz, jak się nimi opiekujesz. - Po
czym dodała z pewnym ociąganiem: - Nie wbijaj się w dumę,
ale jest to jedna z twoich milszych cech.
- Dzięki - odparł zduszonym głosem, gdyŜ naprawdę
poczuł wzruszenie. śadna z kobiet, które przywoził na ranczo
Triple D, nie rozumiała, Ŝe wujkowie byli mu drodzy. śadnej
kobiety to nie obchodziło.
- Oni mnie wychowali - powiedział. - Moja mama była
ich jedyną siostrą.
- I co się z nią stało? - Rusty wróciła na materac, a Trent
za nią.
- Kiedy miałem siedem lat, moi rodzice zginęli w
wypadku autobusowym. Wybrali się na wycieczkę, a mnie
zostawili na ranczu i juŜ tu zostałem. Emma, Ŝona Clarence'a,
jeszcze wtedy Ŝyła.
- Nie mieli własnych dzieci?
- Nie.
Rusty pokiwała głową, jakby odnalazła kawałek układanki
pasującej do łamigłówki.
- Clarence musiał cię traktować jak własnego syna.
- Pewnie tak. Od razu zapędził mnie do pracy, co
pozwoliło mi zapomnieć o tragedii. Wtedy jeszcze
prowadzono gospodarstwo na ranczu, zanim się okazało, Ŝe
jest kopalnią pieniędzy. Gdy spadło na nich bogactwo, ja
byłem nastolatkiem i nikt nie wiedział, jak sobie dać radę z
taką fortuną.
- A czy teraz oni wiedzą? - spytała ze śmiechem.
- Nie, ale mają mnie i ja się o to martwię.
- I wywiązujesz się z tego znakomicie.
- Musisz wiedzieć, Ŝe właśnie odmówiłem ich prośbie o
podwyŜszenie im kieszonkowego.
Znowu się roześmieli, po czym Trent spytał:
- A ty, kiedy straciłaś rodziców?
- Nie miałam kogo tracić - odparła bez wahania, ale i bez
goryczy. - Widzisz, bardzo dobrze wiem, co czujesz do
wujków, gdyŜ mam taki sam stosunek do babci. To ona mnie
wychowała i ją traktowałam jak matkę. A moją prawdziwą
matką jest doktor Ellen Romero. Botaniczka.
- Przepraszam, ale nigdy o niej nie słyszałem.
- A powinieneś. Całe Ŝycie pracowała nad dostosowaniem
kultur rolnych do uprawy w warunkach stałej suszy. Mieszka
gdzieś w Afryce. - Tę ostatnią uwagę wypowiedziała nazbyt
obojętnym tonem. Mogła udawać, Ŝe jej to nie obchodzi, lecz
naprawdę tak nie było. - Z tego, co wiem, ona i mój ojciec,
którego nigdy nie poznałam, byli parą na studiach. Starali się
o stypendia naukowe i powiedziano im, Ŝe byłoby lepiej,
gdyby się pobrali. Zrobili to i rzeczywiście je dostali. Dwa.
Matka chciała pracować w jednej dziedzinie, ojciec w innej;
więc się rozwiedli. Wtedy matka stwierdziła, Ŝe jest w ciąŜy.
Tam gdzieś, w odległe rejony świata, gdzie miała wyjechać do
pracy, nie wolno było zabierać dzieci, zatem postanowiła, Ŝe
odda mnie do adopcji. Babcia uparła się, Ŝe będzie mnie
wychowywać.
Trent pomyślał, Ŝe postępowanie rodziców Rusty było
przeraŜające.
- Twoja babcia musi być zupełnie wyjątkową osobą.
- To prawda.
Z jej tonu wywnioskował, Ŝe jest do niej tak samo
przywiązana, jak on do wujków.
- Babcia sama mnie wychowała, i to w czasach, kiedy
niewiele było samotnych matek. Musiała przecierać szlak.
Sądziła, Ŝe po paru latach matka wróci po mnie i będzie jej
wdzięczna, ale instynkt macierzyński Ellen zaspokoiły
uprawy.
- Widywałaś się ze swą matką?
- Rzadko. I w ogóle nie myślę o niej jako o matce. Wiem,
Ŝ
e to zabrzmi dziwnie, ale ona jest dla mnie raczej jak starsza
siostra albo jakąś dalsza kuzynka.
- I tak zostałyście ze sobą we dwie - ty i babcia.
Pokiwała głową.
Trent pomyślał, Ŝe teraz juŜ wie, dlaczego Rusty
odpowiedziała na ogłoszenie. Nigdy nie miała tradycyjnej
rodziny, więc oczywiste było, Ŝe takiej szukała. Po tym, co mu
powiedziała, poczuł się jak skończony łajdak. Nie powinien
się godzić na ten głupi pomysł.
ROZDZIAŁ 6
Rusty przypomniała sobie o orzechach dopiero w kuchni,
gdy napotkała wyczekujące spojrzenie Agnes. Zamyślony
Trent powiesił kurtkę na wieszaku przy drzwiach i zaraz
wyszedł. Rusty, z pustą torbą za plecami, zaczęła przesuwać
się w stronę spiŜarni. MoŜe uda się jej podebrać trochę
orzechów z Georgii. Szczerze wątpiła, czy ktoś by zauwaŜył
róŜnicę.
- Szybko wróciliście - zauwaŜyła Agnes, przyglądając się
wnuczce bacznie.
- Mhm. - Rusty zniknęła za drzwiami spiŜarni.
- Chyba się nie posprzeczaliście, co? Posprzeczaliście?
Rusty wychyliła się zza drzwi.
- Nie znam na tyle Trenta, Ŝeby się z nim kłócić - odparła.
- To dobrze. Babcia nadal miała nadzieję na to
małŜeństwo. Oto co moŜe zrobić z człowiekiem świeŜe,
wiejskie powietrze.
Rusty odkryła w spiŜarni brązowe, papierowe torby, pełne
nie łuskanych orzechów. Zapewne Harvey je pozrywał.
Powinna się domyślić, Ŝe wyprawa po orzechy została
zaaranŜowana. Będzie musiała porozmawiać z babcią -
Ŝ
adnego dalszego swatania.
A poza tym Trent pocałował ją juŜ po paru godzinach od
ich przyjazdu. To wprawdzie nic nie znaczyło, ale pocałował
ją, i ten pocałunek był wspaniały. Mógłby być powaŜną
zachętą do przyjęcia roli niewolnicy domowej.
Postanowiła poprosić wujków o pomoc w rozłupywaniu
orzechów. Kiedy weszła do pokoju, był tam juŜ Trent. Z
wyrazu ich twarzy wywnioskowała, Ŝe rozmowa dotyczyła
spraw finansowych. Harvey miał minę upartego dziecka,
Clarence uśmiechał się pobłaŜliwie, a Doc był najwyraźniej
znudzony. Trent trzymał w ręku telewizyjnego pilota.
I nikt nie korzystał z telefonu.
Co za wspaniała, sprzyjająca okoliczność. Z torbą
orzechów pobiegła do swego pokoju, chwyciła komputer i juŜ
po chwili siedziała przy biurku Trenta, czytając zatrwaŜające
wiadomości z elektronicznej poczty. „Musimy porozmawiać"
- napisała Alisa.
Sprawa była powaŜna. Problem nie obranych orzechów i
wujków - maniaków „Telezakupów" zszedł na dalszy plan.
Ten wstrętny George Kaylee zlecił wykonanie fotosów do
swej prezentacji. Według Alisy były w najwyŜszym stopniu
profesjonalne. Musiał uznać, Ŝe korzyść finansowa, jaką miał
nadzieję odnieść, warta jest zainwestowania własnych
pieniędzy. Wykorzystał przy tym nieobecność Rusty. Tego nie
moŜna było zlekcewaŜyć.
Rusty zapatrzyła się w ekran komputera. Skoro ona ma
zilustrować swój projekt szkicami, to jej propozycje, choćby
lepsze, gorzej wypadną w porównaniu z fotografiami. Klienci
byli pod tym względem dziwni. Kiedyś o powodzeniu całej
kampanii reklamowej zdecydował kolor tła w folderze.
Spojrzawszy na zegarek, zdecydowała, Ŝe zatelefonuje do
biura, choć w Chicago było juŜ po godzinach pracy.
- Agencja Dearsinga. Biuro Rusty Romero.
- Alisa? Piątkowy wieczór, a ty jeszcze siedzisz? Co za
sumienność.
- Prawie odchodziłam od zmysłów! Dlaczego nie
zatelefonowałaś?
Rusty pokrótce opisała jej, jak na ranczu Triple D wygląda
telefonowanie.
- Na szczęście cię złapałam.
- O szczęściu będziemy mówić później. Chwilowo sprawa
nie wygląda dobrze.
Na linii rozległ się trzask i Rusty usłyszała głos Harveya:
- Jaki jest numer tego gatunku?
- Przepraszam, czy to pan, panie Davis? - spytała.
-
Chciałbym
zamówić
dwa
tuziny
kompletów
elektrycznego pastucha.
- Tu Rusty.
- Czy kabel jest powleczony białym, winylem?
- Panie Davis, tu Rusty Romero. Rozmawiam z drugiego
telefonu.
- Och, panno Rusty. Czy takŜe zamawia pani
elektrycznego pastucha?
- Nie, rozmawiam z przyjaciółką.
- Czy ona przyjmuje zamówienia na elektryczne
pastuchy?
- Nie... to znaczy tak. - W ten sposób będzie łatwiej. -
Proszę przekazać jej swe zamówienie.
Teraz Rusty będzie miała na głowie to głupie zlecenie.
Gdy rozbawiona Alisa przyjęła zamówienie Harveya, który
wreszcie się wyłączył, Rusty westchnęła cięŜko.
- Widzisz? Słuchaj, czy sądzisz, Ŝe mogłabyś się bliŜej
przyjrzeć projektowi George'a?
- JuŜ to zrobiłam. Właśnie w tej chwili trzymam
fotografie w swojej drobnej rączce.
Serce Rusty zabiło mocniej. Alisa była bezkonkurencyjna.
- Skąd je wzięłaś?
- Były w śmieciach George'a. Są trochę prześwietlone, ale
będziesz wiedziała, jaka jest ogólna idea.
- Chyba Ŝartujesz. - Co za ulga. - Dlaczego on ich nie
oddał do zniszczenia?
- Polecił to Tammy, ale ona miała randkę, więc
zaproponowałam, Ŝe zamiast niej puszczę w ruch niszczarkę.
Rusty zagwizdała cicho.
- Drugi raz juŜ nie skorzysta z twojej pomocy.
- Wiem. Mam ci je przysłać czy zaraz wracasz? Rusty
przymknęła oczy. Początkowo zakładała, Ŝe babcia szybko się
zmęczy gotowaniem i wyjadą stąd dobrze przed świętami.
Niestety, rzeczywistość okazała się całkiem inna. Agnes jako
gosposia była w siódmym niebie i rozkoszowała się
towarzystwem wujków. Rusty dawno nie pamiętała jej tak
oŜywionej. Ciągnąć ją teraz z powrotem do Chicago byłoby
okrucieństwem. Czy ona kiedykolwiek o coś dla siebie
prosiła? Rusty nie moŜe okazać się samolubna.
- Lepiej przefaksuj mi je dziś wieczorem. - Sprawa była
pilna. Rusty nie mogła czekać.
- Teraz?
- Och. - Harvey niewątpliwie przerwałby transmisję.
Jedna linia telefoniczna to męka. - Późnym wieczorem.
- O której? Dobre pytanie. Najlepiej jak juŜ wszyscy
pójdą spać.
Będzie musiała zawracać głowę Trentowi, lecz czy miała
wybór?
- O północy?
- Nastawię automat na dwunastą - odparła Alisa.
- Och, Aliso, skoro masz wszystkie potrzebne informacje,
to moŜe zamówiłabyś elektrycznego pastucha, dobrze?
Tego wieczoru Rusty pracowała przy komputerze i
przysięgła sobie, Ŝe znajdzie sposób na zainstalowanie drugiej
linii telefonicznej. Nie mogła pojąć, dlaczego Trent do tej pory
tego nie zrobił. MoŜe myślał, Ŝe jedna linia to dość na
telefoniczne zakupy wujków.
Przypomniała sobie stajnię i potrząsnęła głową. Nie
zazdrościła Trentowi tego problemu. Sama teŜ miała kłopoty.
Agnes była na nią zła, Ŝe nie przyłączyła się do szykowania
kolacji. Nie chodziło jej o pomoc, lecz by Rusty wykazała się
na tym polu.
Wbrew obietnicom babci na kolację była znowu
zapiekanka z makaronu i tuńczyka, więc Rusty szczerze się
uradowała, Ŝe odpowiedzialność nie spadła na nią. Zegar
wskazywał juŜ jedenastą czterdzieści pięć. WłoŜyła szlafrok,
zamknęła laptopa i w skarpetkach, po cichu, ruszyła w stronę
drzwi. Wyjrzała do holu.
Ś
wiatło wydobywało się przez szparę w drzwiach dwóch
pokojów. Tylko jeden z nich zajmował Trent. Harvey nadal
testował materace w stajni, więc nocnym markiem musiał być
Clarence lub Doc.
Skradała się w stronę pokoju Trenta, świadoma komizmu
sytuacji. Oto przemyka się chyłkiem w środku nocy do
sypialni atrakcyjnego kawalera, Ŝeby odebrać faks. Czy nie
powinna przemyśleć wszystkiego jeszcze raz?
Stanęła przy drzwiach i zawahała się. Pukanie niesie się w
nocy, a nie chciałaby zostać przyłapana przez któregoś z
wujków. Zastukała delikatnie. śadnej odpowiedzi. PrzyłoŜyła
ucho do drzwi i usłyszała jakiś szmer. Ledwie zdąŜyła
odskoczyć, gdy Trent je otworzył.
- Cześć, czy mogłabym... - Był bez koszuli. Dech jej
zaparło. Miał na sobie szare spodnie dresowe i grube, białe
skarpetki, a na nosie okulary w czarnej, metalowej oprawie.
Wyglądał wspaniale. Więcej niŜ wspaniale - jak
uosobienie męskości. Odebrało jej mowę.
- Czy co mogłabyś? Wiedziała, Ŝe powinna mu
odpowiedzieć, ale nie była
w stanie. Poza tym zapomniała, po co tu przyszła. To, co
nią pierwotnie kierowało, przestało się liczyć. Teraz musiała
rozwiązać problem na wpół nagiego Trenta. Wyobraźnia
podsuwała jej róŜne zachwycające moŜliwości, a wszystkie
zakładały nawiązanie kontaktu z Trentem, a właściwie z jego
torsem. Przy okazji kaŜda inna styczność z tym ciałem byłaby
mile widziana.
Gdzie on ukrywał te muskuły? Miał szerokie ramiona,
pierś owłosioną na tyle, Ŝe tylko podnosiło to jej atrakcyjność.
Rusty nie uwaŜała się za amatorkę bujnego, męskiego
owłosienia, ale to było w sam raz. Dlaczego przedtem nie
uświadamiała sobie, Ŝe jest takie niesamowicie męskie?
- Rusty? - Trent mówił do czubka jej głowy. gdyŜ ona
wpatrywała się w jego pierś.
- Mmm?
- Jest środek nocy, a ty stoisz w drzwiach mojego pokoju.
- Tak. - Jej wzrok powędrował w górę. Ku jego szyi. Była
długa i prawie tak wspaniała jak tors.
- Wchodzisz? - Odsunął się na bok. Postąpiła kilka
kroków do przodu i zatrzymała się. Tam, gdzie ramię się
wznosiło, by połączyć z szyją, tworzyło się ciekawe
zagłębienie, które jakby tylko czekało, Ŝeby je pokryć
pocałunkami.
Trent patrzył na nią zdziwiony.
Powinna coś powiedzieć.
- Masz szyję. - Hmm. Powinna powiedzieć coś innego.
- Jak większość ludzi.
- Ale... niektórzy mają krótką. Ty masz długą. Jest...
ładna. Ładna szyja. - Przestań juŜ, upomniała się w duchu.
- Dziękuję - rzekł z powagą. Na chwilę zapadła cisza, a w
kącikach jego ust pojawił się cień uśmiechu.
- Przyniosłaś komputer. - Całkiem o nim zapomniała. - Z
tego wnoszę, Ŝe nie chodzi o próbę uwiedzenia.
- Początkowo intencja była inna.
- A teraz?
- Chyba teŜ - odparła z westchnieniem.
- Wobec tego powinienem włoŜyć koszulę. - Wisiała na
gałce od szafy. Sięgnął po nią.
Zakryć taką pierś?
- Nie rób sobie kłopotów z mojego powodu.
Znieruchomiał na moment z uśmiechem męŜczyzny
ś
wiadomego, Ŝe podoba się kobiecie.
- Jesteś pewna, Ŝe mnie nie uwodzisz? Zęby. Dołeczki.
Tors. Szyja. Wszystko tak godne podziwu.
- Nie... Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Więc moŜe zostawię ją nie zapiętą do czasu, kiedy się
zdecydujesz.
- Dobrze. - Odetchnęła głęboko i wtedy przypomniała
sobie o faksie.
- Mój faks! Która godzina?
- Dochodzi północ. Z cichym okrzykiem rzuciła się do
telefonicznego gniazdka.
- Czy mogę włączyć mój modem do sieci?
- Proszę bardzo. Rusty nie chciało się wierzyć, Ŝe tors
Trenta zrobił na niej takie wraŜenie. No, szyja równieŜ, ale
szyje widuje się na co dzień. PrzecieŜ nie była zacofaną
skromnisią, którą mógłby wstrząsnąć widok nagiego,
męskiego torsu. Z czego wniosek, Ŝe ten czymś się
zdecydowanie róŜnił od innych. Czy tym, Ŝe naleŜał do
Trenta?
Zerknęła na niego znad biurka. Siedział na łóŜku i w
okularach na nosie wpatrywał się w jakiś dokument. OdłoŜył
go, wziął następny, pomasował czoło i znowu sięgnął po
pierwszy.
Nie, powodem nie był Trent, zdecydowała. Nie mógł być.
On po prostu znalazł się przypadkiem w pobliŜu, to wszystko.
Tak podziałało na nią świeŜe, wiejskie powietrze.
Wstała zza biurka. Miała na sobie ten szlafrok, którego
babcia tak nie znosiła. Dopiero teraz Rusty doceniła jej
krytykę. Westchnęła z ubolewaniem. W tym stroju nie ma
mowy o uwodzeniu.
- Oczekuję, Ŝe nadejdzie kilka stron, to potrwa parę
minut. MoŜe wrócę później...
Trent, nie podnosząc głowy znad dokumentów, machnął
ku niej ręką.
- Daj spokój.
Odsunęła ostroŜnie stos papierów i usiadła na skrzyni.
Dokładnie ó północy rozległ się dzwonek telefonu i włączył
się modem. Teraz pozostało juŜ tylko czekać.
- Chyba telefon nikogo nie zbudził, jak sądzisz? Pokręcił
głową. Odrzucił na łóŜko jakieś akta, zdjął okulary i
pomasował nasadę nosa. Wyglądał na zmęczonego.
- Nie wiedziałam, Ŝe nosisz okulary - powiedziała Rusty.
Nie był to zbyt oryginalny wstęp do rozmowy.
- Zdjąłem szkła kontaktowe. Nie mogła oderwać od niego
oczu, uznała więc, Ŝe musi dalej z nim rozmawiać, będzie
miała przynajmniej usprawiedliwienie.
- Co wujkowie mieli do powiedzenia na temat tych
zbiorów w stajni?
- To prezenty na święta - odparł zgnębionym głosem.
- Ooo. - Spojrzała na Trenta zdumionym wzrokiem.
- Byli bardzo tajemniczy. Usiłowali mnie zbyć zwykłymi
ś
piewkami, Ŝe o takie sprawy się nie pyta. Niemniej jednak
zwróciłem im uwagę na ilość i róŜnorodność rzekomych
prezentów.
- I co? Westchnął.
- Powiedzieli, Ŝebym pilnował swoich interesów.
ZauwaŜyłem, Ŝe ich sytuacja finansowa jest moim interesem.
Kiedy wreszcie ustaliliśmy, Ŝe stać ich na te niewielkie
szaleństwa, wyrwali mi pilota i wyrzucili z pokoju.
Rusty wybuchnęła śmiechem. Obraz trzech starszych
panów walczących z silnym siostrzeńcem o pilota był
nieodparcie komiczny.
- Cieszę się, Ŝe cię to bawi. Powstrzymując nieco
rozbawienie, spytała:
- A rzeczywiście stać ich na to wszystko? Trent pokiwał
głową.
- Rusty?
- Słucham? Widać było, Ŝe szuka właściwych słów.
- Jako osoba z zewnątrz... czy... nie zauwaŜyłaś, Ŝe z nimi
jest coś nie w porządku?
Najwyraźniej był naprawdę zaniepokojony.
- Nie - odpowiedziała powaŜnie. - Wiesz, Harvey jest
raczej nietuzinkowy...
- Właśnie.
- Babcia by mi powiedziała, gdyby było w tym coś złego.
Przed przejściem na emeryturę zajmowała się handlem
nieruchomościami i nauczyła się szybko oceniać ludzi.
- Muszę wierzyć, Ŝe magazynują te wszystkie rzeczy z
jakichś rozsądnych powodów.
To jego zatroskanie zapisywało się znowu zdecydowanym
plusem na jego koncie. Zresztą ostatnio takich plusów dałoby
się zebrać więcej. Prawie wystarczająco duŜo, Ŝeby
zneutralizować minusy. Jak to się stało?
Gorączkowo szukała nowego wątku.
- To są te oferty? - Wskazała prospekty rozrzucone na
łóŜku.
- Tak. - Chyba był zadowolony ze zmiany tematu. -
Spodziewam się jeszcze więcej, ale pomyślałem, Ŝe naleŜy juŜ
rozpocząć porównywanie i niektóre wyeliminować.
- Hej. - Rusty poznała znak firmowy na jednej z nich.
- Znam tę firmę. - Nie zwaŜając, Ŝe moŜe Trent wolałby,
aby nie zaglądała do jego materiałów, wzięła w rękę jeden z
folderów odłoŜonych na bok.
- Spółka Budowlana Lanca. - Potrząsnęła głową. - Nie do
wiary, Ŝe jeszcze utrzymali się na rynku.
- Znasz ich? - spytał, patrząc na nią bacznie.
Skinęła głową. Uznała, Ŝe właściwie nie będzie miało
znaczenia, jeŜeli powie Trentowi o swej pracy. I tak się pewno
zastanawiał, dlaczego odbiera w nocy faksy.
- Pracuję dla Agencji Reklamowej Dearsinga w Chicago.
- Wskazała kciukiem do tyłu. - Właśnie stamtąd jest ten
faks.
- Nie musisz się tłumaczyć. - Trent uniósł dłoń w
powstrzymującym geście.
Nie, pomyślała, ale sądziłam, Ŝe cię to zainteresuje. MoŜe
to i dobrze, Ŝe nie.
- W kaŜdym razie, kiedy byłam jeszcze zupełnie zielona,
spółka Lanca wystąpiła do naszej agencji o obsługę
reklamową. Mówili o takich sumach, Ŝe mogło zakręcić się w
głowie. - Wzruszyła ramionami. - Oczywiście myślałam jak i
wszyscy inni, Ŝe spróbuję. A oni usiedli, obejrzeli nasze
projekty, pokiwali głowami i zaproponowali nam kontrakt na
ułamek sumy, o której mówili. Agencja nie byłaby w stanie
przeprowadzić za taką kwotę kampanii reklamowej według
projektów, które wybrali. Do zawarcia umowy nie doszło, a
spółka Lanca wykorzystała nasze pomysły.
- Nie Ŝądaliście odszkodowania?
- Wszystko sprytnie pozmieniali, Ŝeby nie moŜna im było
wytoczyć procesu. Agencja dokładnie rozwaŜyła, czy moŜe
ich skutecznie zaskarŜyć. - Wskazała znak firmowy na
prospekcie. - Widzisz tego rycerza na koniu z lancą? To był
mój pomysł. Wprawdzie Ŝadnej zasługi nie będę mogła sobie
przypisać, ale zawsze.
- Dlaczego? PrzecieŜ twój pomysł został wykorzystany.
- Nie zrobiłam tego w ramach obowiązków. Byłam wtedy
tylko asystentką głównego projektanta - taką wychwalaną siłą
pomocniczą. Podczas kolejnej burzy mózgów pokazałam mu
swój szkic.
- I on go ukradł?
Trent najwyraźniej był oburzony, więc pospieszyła z
wyjaśnieniem:
- Nie, byłam uszczęśliwiona, Ŝe go wykorzystał,
poniewaŜ miałam nadzieję na odpowiedniejszą pracę, jeŜeli on
otrzyma zlecenie. W taki sposób ludzie pną się do góry w
Agencji Dearsinga.
- Musiałaś najpierw się wkupić?
- Właśnie. Mówiliśmy o spółce Lanca. Najpierw
marchewka, potem kijek - to jest ich sposób działania. Podali
podejrzanie niskie ceny w ofercie, prawda?
Trent pokiwał głową.
- Dostają zadanie i w połowie roboty potrzebują
większych pieniędzy. Wiem, Ŝe mieli wybudować kilka
rządowych gmachów w Chicago i sytuacja była tak zła, Ŝe
rozpisywano się o tym tygodniami w gazetach. Musiałeś o
tym słyszeć.
- Jesteś pewna, Ŝe to ta sama spółka?
- Z siedzibą w jakimś małym mieście w stanie Illinois?
- Tak.
- Więc raczej nie ma wątpliwości. - Podeszła do
komputera, który nadal odbierał faks. Alisa musiała natrafić
na kilogramy zdjęć. Wróciwszy na skrzynię, zauwaŜyła, Ŝe
Trent wpatruje się w zamyśleniu w prospekt. To był bardzo
efektowny folder. Poza "jej" rycerzem przywłaszczyli sobie
teŜ dobór kolorów - czarny i srebrno - błękitny, co było z kolei
pomysłem George'a Kaylee. MoŜe ostatni dobry tego autora,
pomyślała złośliwie. On wtedy kierował pracami i oczekiwała,
Ŝ
e ją wybierze na wykonawcę projektu. Tymczasem George
umiał jedynie dobrze wykorzystywać najlepsze cudze
pomysły. Niestety nie potrafił właściwie opracowywać
kampanii i po kilku miesiącach Rusty była zadowolona, Ŝe się
na niej nie poznał.
To były czasy. Ciekawe, z czyich pomysłów teraz
korzysta George przy tworzeniu swego projektu „B1isko
natury".
- Rusty? - Głos Trenta wyrwał ją z zamyślenia. Znowu
włoŜył okulary. Ten człowiek wyglądał jak model. I jego
tors...
- Nie słyszałem nic niepochlebnego o tej spółce i brałem
powaŜnie pod rozwagę jej ofertę.
- Sądziłam, Ŝe skoro ja o nich wiedziałam, to tym bardziej
wszyscy w przemyśle budowlanym. - Usiłowała przypomnieć
sobie, kiedy pojawiły się wiadomości o tej wielkiej klapie
przy budowie rządowych budynków. - Sprawdź chicagowskie
gazety sprzed czterech lub pięciu lat. Nie pamiętam dokładnie,
kiedy to było, ale nie zapomnę, jak się rozkoszowałam tymi
wiadomościami - Uśmiechnęła się.
- Poproszę asystentkę, Ŝeby to sprawdziła. - Zacisnął
wargi. - Sama powinna to zrobić, zanim przysłała do mnie ich
ofertę. - Cisnął prospekt o. ścianę. - Dzięki za cenną
wskazówkę. Zaoszczędziłaś mi sporo czasu.
Machnęła lekcewaŜąco ręką, choć ten komplement sprawił
jej przyjemność.
- Nie zawarłbyś z nimi umowy bez dobrego rozeznania.
- Tak, ale po stwierdzeniu, Ŝe nie są odpowiednią firmą,
mógłbym juŜ nie mieć czasu na sprawdzenie innych. Jestem
twoim dłuŜnikiem.
Tak więc jej dłuŜnikiem został niewiarygodnie przystojny
męŜczyzna o wspaniałym torsie i pięknej szyi. Gdy Trent
zbierał z łóŜka róŜne dokumenty i skoroszyty, ona z duŜą
przyjemnością oddała się fantazjowaniu na temat sposobów, w
jakich mógłby spłacić ten dług.
UłoŜył wszystkie dokumenty na podłodze i wyciągnął się
na łóŜku ze splecionymi na brzuchu dłońmi. W tej pozie tors
prezentował się jeszcze lepiej.
- Wiesz, jesteś zupełnie inną osobą, niŜ oczekiwałem. -
Zmierzył ją wzrokiem, a Rusty uświadomiła sobie boleśnie, Ŝe
jest nie umalowana i ma na sobie ten fatalny szlafrok.
Powinna słuchać rad babci.
- A kogo oczekiwałeś? - spytała ostroŜnie.
- Kogoś bardziej... - zrobił nieokreślony ruch ręką - ..
.kogoś z większym zapałem do prac domowych.
- Kto by z zapałem zdzielił cię wałkiem do ciasta po
głowie? JuŜ to rozwaŜałam raz czy dwa.
Trent ze śmiechem odłoŜył okulary na nocny stolik.
Poprawił poduszki i rzekł:
- Oboje nie postawiliśmy we właściwym czasie jasno
sprawy,
Ŝ
e
moje
zachowanie
było
nieodpowiednie.
Przepraszam cię za nie.
On miał na myśli swe poglądy na rolę kobiet.
- Nie przepraszaj, bo i ja musiałabym cię przeprosić za
moje wtargnięcie... a nie mam ochoty.
Trent uniósł kąciki ust w zapowiedzi uśmiechu, a Rusty
uśmiechnęła się promiennie.
- Clarence porządnie mnie zbeształ, Ŝe za mało z tobą
przebywam. - Przesłał jej ciepłe spojrzenie. - Teraz myślę, Ŝe
miał rację.
Oho! Właśnie kiedy ona musiała spędzać więcej czasu
przy komputerze.
- Wszystko w porządku. Wiem, Ŝe masz na głowie ten
kontrakt i jesteś zajęty.
- Mimo to...
- Nie, naprawdę. Zajmij się tą sprawą tyle czasu, ile
trzeba. Tym razem zmruŜył oczy, jakby chciał się jej baczniej
przyjrzeć.
- Jesteś bardzo wyrozumiała jak na osobę, która przebyła
tyle kilometrów, Ŝeby spędzić świąteczny urlop z obcymi
ludźmi.
- Mięknę jak zleŜałe, kruche ciastko - zaśmiała się słabo.
Powinna dać sobie spokój z tymi kulinarnymi porównaniami,
zanim on zacznie się zastanawiać, ile właściwie „pomocy"
udziela jej babcia w kuchni.
Komputer zaczął pikać, sygnalizując koniec nadawania.
Rusty zerwała się na równe nogi.
- No, chyba skończone - oznajmiła z oŜywieniem i
podeszła wyłączyć urządzenie.
- Powiedz mi coś - rzekł Trent, gdy przykucnęła pod
biurkiem. - Jesteś niewątpliwie inteligentną kobietą,
wykonujesz ciekawy zawód. Dlaczego chcesz z tego
wszystkiego zrezygnować i przenieść się na wieś?
Rusty zastygła w tej niezbyt wygodnej pozycji. Co ona, u
licha, ma mu odpowiedzieć? Najlepiej gdyby mogła wyznać,
Ŝ
e nigdy nie była zainteresowana odgrywaniem roli
tradycyjnej Ŝony, natomiast gotowa jest negocjować z nim
wszystkie inne aspekty ich znajomości. Pewno byłby
zaszokowany. A czy babcia byłaby zadowolona, gdyby
wyprosił Rusty z pokoju z powodu próby demoralizacji?
Wyszła spod biurka wprost na niego.
Jej twarz rozjaśniła się uśmiechem, moŜe nawet trochę za
bardzo.
- Zmiana czasami wychodzi na dobre. - Tobie teŜ, odkąd
zmieniłeś poglądy na kobiety, dodała w duchu. Biedna ciocia
Emma, gotowała im wszystkim i po wszystkich sprzątała. Nic
dziwnego, Ŝe tego samego oczekiwał od przyszłej Ŝony.
- I uwaŜasz, Ŝe to jest odpowiednia zmiana? Chyba nie,
pomyślała,
- Nie spotkałam dotąd wielu męŜczyzn, którzy byliby tak
szczerzy w kwestii małŜeństwa i dzieci.
- I co z tego wynika?
- Uznałam, Ŝe dobrze będzie poznać poglądy męŜczyzny
na małŜeństwo i rodzinę, zanim się zaangaŜuję. - Zwłaszcza
jeśli się z nim nie zgadzam. - To... moŜe zaoszczędzić czasu. -
Zastanawiała się, czy mą ciągnąć ten wątek. Widziała, Ŝe
Trent rozwaŜa w skupieniu jej słowa.
Zanim się zaangaŜuję. śałowała, Ŝe to powiedziała, gdy
Trent stał tak blisko z tym swoim odsłoniętym torsem. KaŜda
próba nawiązania z nim fizycznego kontaktu zostałaby
potraktowana
jako
zaakceptowanie
jego
archaicznych
poglądów na Ŝycie rodzinne. Co za pech. Chyba Ŝe...
Chyba Ŝe Trent pierwszy podjąłby taką próbę. To mogłoby
się udać. Kiedy juŜ atmosfera się podgrzeje, dałaby mu do
zrozumienia, Ŝe ma zastrzeŜenia do koncepcji Ŝony otoczonej
wianuszkiem dzieci w wiejskim zaciszu. On by tylko coś tam
wymruczał, Ŝe nie ma racji, jak to robią zwykle męŜczyźni,
gdy juŜ poddadzą się namiętności, i ciąg dalszy mógłby być
całkiem miły. I gdyby mu później powiedziała, Ŝe nie nadaje
się na Ŝonę farmera, nie byłby całkowicie zaskoczony..
Więc zarysował się plan.
A teraz powinna Trenta subtelnie zachęcić. MoŜe
zaaranŜuje nadsyłanie dalszych faksów o północy i przyjdzie
je odbierać w bardziej ponętnym stroju?
- Tak, istotnie, dobrze jest wiedzieć, czego partner
oczekuje - rzekł Trent. - W ten sposób unika się
rozczarowania.
Patrzyła, jak jego wzrok przesuwa się po jej twarzy i
zatrzymuje na ustach. ZadrŜała na wspomnienie pocałunku.
- Zmarzłaś. Nie powinienem cię zatrzymywać. Idź do
siebie. - PołoŜył dłoń na jej karku i poprowadził w stronę
drzwi.
Rusty gorączkowo szukała pretekstu, Ŝeby zostać.
- Och, i nie obawiaj się, mój wcześniejszy wybryk juŜ się
nie powtórzy. - Pomasował skronie i uśmiechnął się
rozbrajająco. - Przyrzekam. Nie!
- Ja się nie obawiam, bo właściwie...
- Rusty, w porządku. Potraktuj to jako nietypowy dla
mnie odruch. - Z niewinnym uśmiechem wyciągnął do niej
rękę. - Dobranoc.
Ten tors. Ta szyja. Te wargi. Westchnąwszy, z Ŝalem
podała mu dłoń.
ROZDZIAŁ 7
Rusty niewiele spała tej nocy. Poszła do łóŜka dopiero
około trzeciej nad ranem, gdyŜ najpierw oddała się
niewesołym rozmyślaniom o Trencie, a potem usiłowała
rozszyfrować szczegóły nadesłanych faksem fotografii.
Teraz było wpół do szóstej, o czym uparcie przypominał
jej budzik. Rzuciła na niego okiem i jęknęła. Tego rana
postanowiła zrobić śniadanie sama. Wczoraj wieczorem
wydawało się jej to bardzo waŜne, choćby tylko miała
udowodnić, Ŝe potrafi, lecz w poprzedzających świt
ciemnościach pomysł okazał się znacznie mniej atrakcyjny.
Sięgnęła po szlafrok, jednak po namyśle odłoŜyła go na
krzesło i ubrała się. O malowaniu opuchniętych od snu oczu
nie było mowy, więc po drodze do kuchni unikała patrzenia w
lustro.
Ś
wiatło było juŜ zapalone i gdy wyjrzała przez tylne
drzwi, zobaczyła takŜe oświetlone wnętrze budynku, gdzie
Doc trzymał zwierzęta. Wstał wcześnie i zapewne tak samo
było wczoraj rano, kiedy przyłapał babcię na gotowaniu.
Bardzo dobrze, dzisiaj zastanie w kuchni Rusty.
Tak, ale co ugotować, zastanawiała się, rozcierając
ramiona. Krakersy okazały się wielkim sukcesem. Mogą teŜ
być naleśniki, juŜ się prawie połapała, jak się je robi. To
potrawy mączne. Potrzebne coś do tego. Otworzyła lodówkę i
wyciągnęła maślankę i szynkę. Szynkę włoŜyła z powrotem.
Miała juŜ dosyć szynki. Boczek. Znowu tłuste, słone jedzenie.
Pewno jajka będą mile widziane, więc je wyjęła i poszła
nastawić kawę. Czekając, aŜ się zaparzy, zaczęła przeglądać
ksiąŜkę kucharską babci. Gdzie te krakersy? O, są. Jeden
przepis, drugi, trzeci... Przewróciła stronę. Same krakersy.
Było ich tyle rodzajów, Ŝe wpadła w panikę. Do tej pory
ograniczała się do otwierania puszek, skąd mogła wiedzieć, Ŝe
jest tak wiele sposobów wypieku krakersów?
Według jakiego przepisu robiła je babcia? Który powinna
wybrać? Nie była w stanie podjąć takiej doniosłej decyzji
przed wypiciem kawy. Nalała sobie kubek i upiła łyk. Tak
lepiej. Kofeina działa, więc moŜe przejrzy przepis na
naleśniki. Mleko, Ŝółtka, piana z białek... potrąciła kubek i
cała kawa się wylała.
Musi dokonać jakiegoś sensownego wyboru i wyszukać
coś mniej skomplikowanego. Uzbrojona w następny kubek
kawy, przystąpiła do gromadzenia produktów potrzebnych na
krakersy maślane. To nic wielkiego, myślała, mieszając ciasto.
Po raz pierwszy w Ŝyciu miała wraŜenie, Ŝe to zajęcie nie jest
juŜ jej całkiem obce.
Nie pozostawała pod tym wraŜeniem długo. WyłoŜyła
ciasto na rzeźnicki pieniek i dopiero wtedy przeczytała, Ŝe
powinna jego powierzchnię posypać mąką. Świetnie.
Zeskrobała ciasto z powrotem do miski i zaczęła zmywać
drewno, odkrywając przy okazji, Ŝe właściwością wilgotnej
mąki jest lepkość. Osuszyła blat, rozsypała na niego mąkę i
chlupnęła na to ciasto. Uniosła się biała chmura i zasypała jej
czarne dŜinsy.
Oczywiście nie włoŜyła tego okropnego fartuszka, a teraz
Ŝ
ałowała.
Mniejsza z tym. Przystąpiła do wałkowania ciasta.
Osiągnęła tylko tyle, Ŝe wałek się nim oblepił. Zeskrobała je i
zaczęła od nowa z tym samym rezultatem. Ciasto było za
lepkie. Dodała więcej mąki i wygniotła je rękami, aŜ uzyskała
ładną, twardą bryłę. MoŜe trochę za twardą, ale jakoś ją
uklepała i spłaszczyła na tyle, Ŝe była w stanie wykroić kilka
kółek róŜnej grubości.
Minęła juŜ prawie godzina jej pobytu w kuchni. Początki
są trudne, pocieszała się, wsuwając krakersy do piecyka.
Teraz postanowiła zabrać się do jajek na boczku. MoŜe
dzisiaj zrezygnuje z naleśników. Zostawiając sprzątanie
bałaganu po krakersach na później, sięgnęła po Ŝeliwną
patelnię, którą poprzedniego dnia umyła. Ustawiła ją na
kuchence, zapaliła gaz i rozerwała opakowanie boczku. Ze
zdumieniem stwierdziła, Ŝe patelnia pokryta jest rdzą. Co się
stało? Nie mogła smaŜyć na zardzewiałej patelni. MoŜe nie
miała wiele doświadczenia, ale tyle wiedziała.
Ś
wiatło poranka róŜowiło j u Ŝ niebo, gdy Rusty z
wyszorowaną patelnią wróciła do kuchenki. WyłoŜyła cały
boczek z opakowania na patelnię i poszła nakryć do stołu.
Kiedy wróciła, patelnia spowita była w dymie. Złapała za
uchwyt i sparzyła sobie rękę. Przeprosiła się z tymi
idiotycznymi kuchennymi rękawicami i otworzywszy tylne
drzwi, wystawiła patelnię na zewnątrz. Przytrzymała je
szeroko otwarte w nadziei, Ŝe przeciąg rozwieje dym. Gdy
uznała, Ŝe niebezpieczeństwo zostało zaŜegnane, wróciła do
kuchni.
- No tak, nastawiła zbyt duŜy płomień. Następnym razem
będzie wiedziała, ale tego boczku juŜ nie uratuje.
Bezskutecznie usiłowała rozdzielić przywarte do patelni
plasterki. A te, które nie były pod spodem, wyglądały dziwnie.
Jajka. Zrobi masę puszystej jajecznicy na tych resztkach
boczku, moŜe nikt tego nie zauwaŜy. Wbiła tuzin jajek do
miski, energicznie je roztrzepała, Ŝeby wchłonęły jak
najwięcej powietrza i przelała na nową patelnię, ustawioną na
ś
rednim ogniu. Pilnując jajecznicy, układała boczek na
półmisku. To moŜe się udać. Nie było tak źle. Niestety, nadal
czuła spaleniznę, co oznaczało, Ŝe i wszyscy inni ją poczują.
Otworzyła
kuchenne
drzwi
i
zaczęła
szukać
pod
zlewozmywakiem jakiegoś odświeŜacza powietrza. Nie
znalazła Ŝadnego, postanowiła więc pobiec do swego pokoju
po perfumy.
Najpierw jajka. Zamieszała je, lecz mimo nieduŜego
płomienia jajecznica przywarła do patelni. Mieszała coraz
energiczniej i zauwaŜyła jakieś dziwne, czarne cętki. One
przypomniały jej, Ŝe nie dodała pieprzu. Więc dodała. Tylko
Ŝ
e kolor ściętych juŜ jajek zmienił się z Ŝółtego w szary, i to
nakrapiany czarnym. A jajecznica nadal przywierała do
patelni.
Na czym to polega? Zdjęła jajka z ognia. Dopóki nie
stwierdzi, dlaczego jej to źle wychodzi, nie ma sensu
marnować dalszych.
Zapach spalenizny był nadal bardzo silny. Rusty
powachlowała rękawicami nad kuchenką. No, przynajmniej
ma krakersy. I kawę. Boczek teŜ nie był taki najgorszy.
Spróbowała jajecznicy. Smakowała dobrze, poza tym
chrzęszczącym w zębach czymś, co okazało się okruchami
nadwęglonego Ŝeliwa. Szkoda, Ŝe jajka straciły swój kolor.
Gdy tak wpatrywała się w tę nieapetyczną masę, nagle
zaświtał jej pomysł. Barwnik spoŜywczy. Czemu nie? Był w
kolorowym lukrze, który wczoraj wszyscy jedli, a jajka to
jedzenie. Przynajmniej były nim, dopóki ich nie spaskudziła.
W szafce, gdzie trzymano przyprawy i proszki do
pieczenia, znalazła Ŝółty barwnik spoŜywczy. Z poczuciem
winy rozejrzała się dookoła, rzuciła nawet okiem w stronę
zabudowań Doca, po czym skierowała Ŝółty strumień na
jajecznicę.
Rozgniotła
widelcem
szarą
masę,
która
zafarbowała się na Ŝółto. Nie wyglądało to całkiem naturalnie,
ale na pewno lepiej.
Osiągnięty rezultat postanowiła uczcić kawą. Po drodze
otworzyła drzwi piecyka, Ŝeby sprawdzić stan krakersów.
Powiewowi Ŝaru towarzyszył przejmujący zapach spalenizny.
Pospiesznie wysunęła blachę i jej oczom ukazał się widok
kilku bezkształtnych, brązowych bryłek. Zapomniała nastawić
minutnik. Wściekła na siebie, rzuciła blachę na nadal
upaprany rzeźnicki pieniek. Pochylona nad kuchennym blatem
robiła przegląd katastrofalnych skutków swych kulinarnych
wysiłków. Co z tego dałoby się ocalić?
Niewiele.
Nie wolno wpadać w panikę. Ostatecznie nie mogła
oczekiwać, Ŝe przy pierwszej próbie wszystko wyjdzie
idealnie. Spodziewała się, Ŝe wyjdzie lepiej. Co z nią jest?
Gotowanie nie moŜe być takie trudne. Ludzie wszystkich
kultur na całym świecie gotują, odkąd wynaleziono ogień. Ta
zdolność musi być zakodowana w genach. W jej przypadku te
geny były w zaniku.
Podeszła do pieńka, przyjrzała się krakersom i oderwała
jeden od blachy. Twardy jak kamień. Klęska byłą całkowita.
Wyrzuciła go przez kuchenne drzwi. Pozostaje jej teraz
przyrządzenie jakiegoś prostego śniadania, Ŝeby wreszcie
mogła wrócić do prawdziwej pracy. WaŜnej pracy. Traci czas
na tym idiotycznym, bezsensownym gotowaniu. Marnuje całe
godziny w tej głupiej kuchni, na tym głupim ranczu, w
odległości wielu kilometrów od porządnych restauracji,
sprzedających dania na wynos. I jeszcze usiłuje wywrzeć
wraŜenie na jakimś głupim męŜczyźnie.
Z trudem powstrzymując łzy wściekłości, Rusty chwyciła
plik ligninowych serwetek i ukryła w nich twarz. Płacz był
głupi. Wszystko było głupie.
George Kaylee był głupi.
Nie, George Kaylee nie był głupi, niestety. Na pewno nie
posiadał się z radości, Ŝe najbardziej zagraŜająca mu
konkurentka z nie dających się wytłumaczyć przyczyn w tym
decydującym okresie wybrała się na urlop. A oszaleje z
radości, jak się dowie, Ŝe jej pobyt poza biurem ma potrwać
dwa tygodnie.
Oczywiście obecnie nie ma o tym mowy. Rusty juŜ prawie
została zdemaskowana jako oszustka udająca utalentowaną
kulinarnie kapłankę domowego ogniska i z tego powodu obie
z babcią zostaną odesłane do Chicago pokonane i upokorzone.
Wczoraj by się z tego cieszyła. Dzisiaj, z jakichś
niezrozumiałych i irracjonalnych przyczyn, Rusty nie chciała
być pokonana. To ona powinna dokonać wyboru i najlepiej
gdyby wyjechała obsypana przez wszystkich pochwałami za
smakowite śniadanie, które osobiście przyrządziła.
Po kilku minutach przyprawionego łzami biadania poczuła
się lepiej. Rzadko płakała, ale wiedziała, Ŝe kiedy płacz ją
nachodził, to jedynym wyjściem było mu ulec i mieć to za
sobą, a potem skoncentrować się na rozwiązaniu problemu.
W tej chwili problem polegał na tym, Ŝe nie miała nic na
ś
niadanie. Westchnąwszy zdecydowała, Ŝe jednak zacznie od
nowa.
Właśnie wycierała nos, gdy uświadomiła sobie, Ŝe nie jest
sama. Uniosła głowę i zobaczyła skradającego się do kuchni
Trenta. Wyglądał na speszonego.
- Poczułem... pomyślałem, Ŝe gotujesz, więc moŜe
mógłbym dostać filiŜankę kawy?
Rusty zmięła serwetki. Szkoda, Ŝe nie wyrzuciła
wszystkich krakersów. W milczeniu patrzyła na Trenta, gdy
nalewał sobie kawy, starannie unikając jej wzroku. W kuchni
nadal unosiła się sina smuga dymu. Rusty przeniosła
spojrzenie na pojemnik ze spoŜywczym barwnikiem w
nadziei, iŜ moŜe uda się jej schować go do szafki, zanim Trent
zwróci na niego uwagę.
Odchrząknął.
- Czy... moŜe potrzebujesz pomocy?
- A wyglądam, jakbym jej potrzebowała? Trent, popijając
kawę, rozglądał się po kuchni.
- Tak. Rusty poczuła znowu napływające łzy i zacisnęła
powieki.
Do głowy by jej nie przyszło, Ŝe się tak okropnie
zdenerwuje niepowodzeniami kulinarnymi. Oczywiście ten
płacz był w duŜej mierze wywołany brakiem snu i stresem
związanym z pracą. W kaŜdym razie niech Trent powie, co ma
do powiedzenia, byle z tym skończyć.
Poczuła raczej, niŜ usłyszała, Ŝe się do niej zbliŜa.
- Zaparzyłaś wspaniałą kawę - rzekł, opierając się o
kuchenny blat obok niej.
Zaśmiała się nerwowo.
- To najwyraźniej jedyna rzecz, którą potrafię zrobić.
- Nie, przecieŜ... - Spojrzał w kierunku pieńka. - No tak,
krakersy są trochę zbyt przyrumienione.
- Są spalone. - ZwaŜywszy na ich cięŜar właściwy, moŜe i
dobrze się stało. - Zapomniałam nastawić minutnik.
- To się kaŜdemu moŜe przydarzyć. Zrób na śniadanie
tosty. Widzę, Ŝe smaŜyłaś... boczek? - spytał niepewnym
tonem.
- Przywarł do patelni. - Patrzyła, jak próbuje nakłuć na
widelec częściowo róŜowe, a częściowo przypalone plasterki,
leŜące na półmisku.
- Są nadzwyczaj chrupkie... miejscami. - Uniósł do góry
jeden plasterek. - Patrz, udało ci się tak usmaŜyć, Ŝe jest i
przypieczony, i miękki, na wypadek gdyby ktoś lubił jedne i
drugie.
Westchnęła.
- Trent, zostaw to.
- Nie mogę, gdyŜ nie wiem, co jest na patelni.
- Jajecznica. - Przesunęła się tak, Ŝeby nie mógł zobaczyć
barwnika.
- A jakie zwierzę złoŜyło te jajka?
- Bardzo śmieszne. Smakuje świetnie. - Wzięła w rękę
patelnię. - Nie próbuję się usprawiedliwiać, ale coś jest z nimi
nie w porządku. Dzisiaj rano miały na sobie rdzę i wszystkie
potrawy do nich przywierały.
- Pewno ich nie natłuściłaś. - Podniósł jedną do góry.
- Muszą być wysmarowane olejem przed uŜyciem.
- To znaczy, Ŝe wszystkie potrawy muszą być smaŜone na
oleju? - Skrzywiła się.
- Nie, trzeba natłuścić po wyszorowaniu. - OstroŜnie
odłoŜył patelnię z resztkami sczerniałego tłuszczu po boczku.
- Myślałem, Ŝe wiesz, co robisz, jak wczoraj energicznie
szorowałaś je druciakiem.
Nie wspomniał tylko o przypieczonych naleśnikach. I skąd
on to wszystko wie?
- CóŜ, chyba będę musiała rozrobić znowu ciasto na
krakersy. - Spojrzała bez entuzjazmu na pieniek oblepiony
zaskorupiałą mąką. MoŜe dzisiaj wszyscy zrezygnują ze
ś
niadania.
- Dzień dobry. - Doc wytarł nogi o słomiankę i wszedł do
kuchni. Rusty patrzyła na jego minę i przeczuwała najgorsze.
On zaś, nie zmieniając wyrazu twarzy, zatrzymał się przy
piecyku, rzucił przelotne spojrzenie na jajecznicę, wreszcie
popatrzył na Trenta, potem na Rusty i znowu na Trenta.
- Piecyk potrafi mieć czasem swoje humory - powiedział i
skinąwszy im głową, wyszedł.
Trent naprawdę współczuł Rusty, gdy z pobladłą twarzą,
zagryzając dolną wargę, odprowadzała wzrokiem Doca.
Usiłował
zbagatelizować
jej
poraŜkę.
Rzeczywiście
zmarnowała całą blachę krakersów. Wielkie rzeczy. Pewnie
dała za duŜo przypraw do jajecznicy, ale to kwestia gustu.
Tylko ten boczek trudno było czymś wytłumaczyć.
Zdziwiła go uwaga Doca. Piecyk nigdy nie miewał
humorów. Harvey nie pozwoliłby na to, by jakieś urządzenia
w domu źle funkcjonowały. Poza tym piecyk był dość
niedawno kupiony, a reklamy Ŝeliwnych patelni zapewniały o
ich pierwszorzędnej jakości.
- MoŜe teraz, kiedy piecyk się rozgrzała następna partia
krakersów wypadnie lepiej. - Rusty z cierpkim uśmiechem
niosła blachę ze swymi wypiekami w kierunku kosza na
ś
mieci. Nacisnęła nogą pedał i zgarnęła z blachy wszystkie
spalone krakersy. Spadając, wydały odgłos gradu bijącego o
blaszany dach. Rusty rzuciła Trentowi wyzywające spojrzenie
i chwyciła ksiąŜkę kucharską.
- Słuchaj, nie musisz robić krakersów. Zjem sobie dzisiaj
płatki kukurydziane. - Skierował się ku spiŜarni.
- Poza nami jeszcze cztery osoby muszą coś zjeść. - Z
trzaskiem odłoŜyła ksiąŜkę. - Lada chwila się obudzą.
Trent znieruchomiał z dłonią na torbie z płatkami. Miał
duŜo pracy. Powinien nasypać ich sobie na talerz, zalać
mlekiem i wrócić do sypialni.
- Tu jest mnóstwo płatków...
- Nie będę twoich wujków karmiła płatkami!
- Dlaczego?
- Podobno my z babcią mamy tu gotować, a nie sypać
płatki na talerz!
Trent po chwili wahania wyszedł ze spiŜarni i
niespodziewanie dla siebie powiedział;
- Wobec tego pozwól, Ŝe ci pomogę.
- Ty? Zdumiony wyraz twarzy Rusty był naprawdę
denerwujący, ale zaproponował jej pomoc, więc teraz się nie
wycofa.
- Tak. Mogę prosić o ksiąŜkę kucharską? Podała mu ją ze
ś
miechem.
- Proszę, będzie na co popatrzeć.
- Zostań w pobliŜu, moŜe się czegoś nauczysz. Po
odgłosie łomoczących patelni domyślił się, Ŝe Rusty myje
naczynia. Wiedział, Ŝe ona go obserwuje, zwłaszcza gdy
rzuciła świeŜo wymyty wałek o milimetr od jego palców.
- Przepraszam. - Odstawiając patelnię na kuchenkę, nie
miała wcale skruszonej miny.
- Chodź tutaj. - Złapał ją za ramię i przyciągnął do blatu. -
Ciasto jest juŜ gotowe do wałkowania.
- No to zaczynaj.
- Nie tak szybko. - Podał jej wałek, a sam poszedł umyć
ręce.
Kiedy wrócił, Rusty z wypiekami na twarzy wpatrywała
się z wściekłością w oblepiony ciastem wałek.
- Dlaczego to się ciągle tak robi?
- Nie mam pojęcia. - Stanął koło niej. - MoŜe do ciasta
trzeba jeszcze dodać mąki.
- To czemu nie dodałeś?
- Postępowałem według przepisu.
- Właśnie. Ja teŜ. - Rozwścieczona zdjęła z wałka
ciągnące się strzępy ciasta, posypała je mąką i przystąpiła do
kolejnego ataku na krakersowy rozczyn.
Trent przyglądał się jej desperackim zmaganiom.
- Myślałem, Ŝe pieczenie jest uspokajającym zajęciem.
- O, taak. - Odgarnęła grzywkę. Na czole zostało trochę
ciasta i mąki.
Z trudem powstrzymując śmiech, wziął ręcznik i otarł jej
czoło.
- Dzięki - rzekła chłodno.
- Za mocno naciskasz. Popatrz. - Stanąwszy za nią,
połoŜył na jej dłoniach zaciśniętych na uchwytach wałka
swoje. Stała sztywno. - OdpręŜ się. - Rozluźniła mięśnie
ramion. - A teraz wałkuj powoli. Tam i z powrotem.
Zamierzał się w tym momencie wycofać - bo co on
właściwie wiedział o wałkowaniu ciasta? - ale miał jej włosy
tuŜ przy twarzy i czuł, poza dymem, zapach szamponu. Plecy
Rusty przyciskały się do jego piersi i odkrył, Ŝe do niej
pasowały, gdy ich ciała poruszały się w rytm wałkowania.
Tam i z powrotem. Tam i z powrotem.
Trent uzmysłowił sobie, jak bardzo ten rytm jest
dwuznaczny i Ŝe on go nieświadomie powtarza. Ciasto było
juŜ tak cienkie, Ŝe jeŜeli nie przestaną, upieką najcieńsze
krakersy świata. Kiedy zobaczył w kąciku jej ust koniec
języka, który wysunęła w wysiłku wałkowania obrzeŜy ciasta,
miał ochotę odrzucić wałek i posiąść ją tu, na miejscu. Ale
tylko pochylił głowę i dotknął wargami jej karku w nadziei, Ŝe
ona nie zwróci na to uwagi.
- Czy juŜ wystarczy? - Odwróciła ku niemu głowę i jej
usta znalazły się o milimetry od jego warg.
- Nie. Jeszcze nie - wyszeptał. Utkwiła wzrok w jego
ustach. Nie zmieniła pozycji. Pamiętał ich pocałunek.
Przyrzekł jej, Ŝe to się więcej nie powtórzy. Pomocy, bo on
zamierza złamać to przyrzeczenie. ZbliŜył jeszcze bardziej
twarz, powieki Rusty zatrzepotały i opadły.
- Rusty, nie mogę uwierzyć, Ŝe zaspałam. Musiałam...
Agnes patrzyła na nich wytrzeszczonymi ze zdumienia
oczami. śadne się nie odezwało, oboje jedynie westchnęli.
Trent wyprostował się bardzo powoli, co miało
wskazywać babci, Ŝe - wbrew oczywistości - nie działo się tu
nic podejrzanego.
- Trent pomagał mi wałkować ciasto - powiedziała Rusty
pogodnie.
Agnes zawiązała j u Ŝ pasek szlafroka i teraz zasłaniała
klapami coś koronkowego pod spodem. Trent pomyślał, Ŝe
wygląda zupełnie inaczej niŜ wczoraj.
- Dzień dobry... Trent. - Przygładziła włosy i rzuciła
baczne spojrzenie w kierunku piecyka.
- Dzień dobry. - Obie panie przeszyły się teraz wzrokiem,
więc Trent postanowił wycofać się z kuchni.
- Daj mi znać, jak krakersy będą gotowe. - Zabrał kubek z
kawą i skierował się do drzwi. Starsza pani wybrała właściwy
moment na przekroczenie progu kuchni, pomyślał ze skruchą.
- Co się tu dzieje? - spytała Agnes, gdy tylko Trent
zniknął za drzwiami. - Tak czuć, jakbyś cały dom spaliła. -
Podeszła do półmiska z boczkiem, wzięła w palce kawałek i
stwierdziła: - Nawet nie taki zły.
- Babciu, daj spokój. Jest fatalny.
- Boczek z natury rzeczy jest fatalny. Po zjedzeniu czegoś
takiego bracia Davisowie mogliby się zniechęcić.
- Wiem, tylko Ŝe ja juŜ jestem zniechęcona -
odpowiedziała Rusty.
- A co to jest? - Agnes wskazała olbrzymią płachtę
rozwałkowanego ciasta.
- Druga porcja krakersów. Albo raczej porcja Trenta.
- A co się stało z twoją? Rusty wyciągnęła dłoń w
kierunku kosza na śmieci.
- Nic dziwnego, skoro tak cienko rozwałkowałaś. Co ty
usiłujesz robić, makaron? - Agnes złoŜyła płachtę na czworo i
przewałkowała ciasto. - Spróbuj teraz je pokroić.
Rusty spojrzała na zegarek i westchnęła.
- Babciu, po co się tak męczyć. Trent powiedział, Ŝe w
spiŜarni jest mnóstwo róŜnych płatków.
- O tym ani słowa! - Agnes sama zaczęła wycinać
krakersy. - Jesteśmy winne tym męŜczyznom solidne
ś
niadanie.
- Babciu. - Rusty przytrzymała jej dłoń. - Wszystko
wyszło na jaw. Koniec pieśni, jak to się mówi. JuŜ dłuŜej nie
mogę udawać, Ŝe potrafię gotować. Doc był tu wcześnie rano.
I widziałaś, jak Trent...
- Doc juŜ tu był? - przerwała jej Agnes.
- Tak. - Rusty zauwaŜyła, Ŝe policzki babci pokryły się
rumieńcem. - To dlatego włoŜyłaś elegancki peniuar zamiast
tego zgrzebnego perkalu?
- Ja? - Agnes spojrzała na swój strój. - To przypadek.
- Z pewnością - zaśmiała się Rusty. Babcia i Doc? - dzieją
się jeszcze dziwniejsze rzeczy.
- Rachel Marie, okaŜ babci trochę szacunku. I weź pod
uwagę, Ŝe ja przynajmniej nie wzięłam sobie do „pomocy"
Ŝ
adnego męŜczyzny przy wałkowaniu ciasta.
- To był jego pomysł! - zaprotestowała wnuczka.
- Na pewno? - spytała babcia dociekliwie.
- Po prostu okazał się uprzejmy. Nie przypuszczałam, Ŝe
go na to stać. - Nie była to do końca prawda. Rusty nie bardzo
wiedziała, dlaczego chce ukrywać przed babcią, Ŝe Trent juŜ
nie wydaje się jej całkowicie odraŜający.
Pomógł jej i ani słowem nie skomentował elementarnych
braków w jej kulinarnym wykształceniu. Mimo wszystko nie
był taki zły. I miał naprawdę wspaniały tors.
ROZDZIAŁ 8
- Jesteśmy juŜ gotowi. Wyruszamy po choinkę! -
zawołała Agnes, otwierając drzwi do pokoju wnuczki.
Rusty wzdrygnęła się nerwowo. Zupełnie zapomniała.
- Babciu, moŜe sama z nimi pojedziesz, a ja wieczorem
pomogę ubierać drzewko.
Agnes zmierzyła wzrokiem wnuczkę siedzącą pośrodku
łóŜka z ustawionym przed sobą komputerem.
- Trent jedzie - powiedziała.
Biedny Trent. On teŜ nie mógł się wymigać od tej
wyprawy.
- Babciu... Alisa przysłała mi faks wczoraj bardzo późno i
George... pamiętasz, mówiłam ci o nim.
Agnes skinęła głową.
- George coś kombinuje w związku z kampanią
reklamową „Blisko natury" i ja naprawdę muszę dokładnie
przyjrzeć się tym zdjęciom - wskazała na wydruki
komputerowe rozłoŜone półkolem.
Agnes rzuciła na nie okiem.
- Tu nie ma się czemu przyglądać. Według mnie
wyglądają jak zestaw kleksów.
- Trochę tak, ale ja potrafię się w nich czegoś dopatrzyć i
widzę, Ŝe George wpadł na dobry pomysł. Za dobry. Muszę
mieć czas na odparowanie ciosu. Czy nie mogłabym zostać
zwol...
- Po tym porannym fiasku w kuchni? Nie.
- Nikt się nie skarŜył.
- Zachowali się grzecznie. No, ubierz się w coś ładnego. -
Agnes otworzyła szafę i dokonała przeglądu skromnej
zawartości. - Masz okazję odzyskać stracone szanse.
- Aleja chciałam dziś rano popracować! Agnes spojrzała
lekcewaŜąco na komputer, po czym zdjęła z wieszaka
pomarańczowy sweter.
- WłóŜ to. OŜywi trochę twoją cerę. Mizernie wyglądasz.
- Wyglądam mizernie, bo spałam w nocy tylko dwie
godziny! - Zrezygnowana, wciągnęła sweter na bluzkę.
- Wiedziałam, nie powinnaś brać ze sobą tego komputera.
- To jedyna mądra rzecz, którą zrobiłam. - Rusty
wyłączyła komputer i wciągnęła buty. - Alisa odkryła, Ŝe
George do swojej prezentacji wykorzystuje fotografie. Ja mam
tylko szkice. Będę jednak musiała uŜyć zdjęć, poniewaŜ mój
projekt wypadnie gorzej.
- Więc weź ze sobą aparat! - Agnes wzniosła ręce w
geście zniecierpliwienia. - Rusty, jedziemy do lasu wyciąć
choinkę. Nigdzie nie będziesz bliŜej natury niŜ tam.
Choć dla Trenta najwaŜniejszą sprawą był w tej chwili
jego
zagroŜony
projekt
budowlany,
wraz
z
całym
towarzystwem telepał się na zaprzęŜonym w konia wozie w
drodze po choinkę. Clarence i Harvey powozili, a on, Doc i
obie panie siedzieli z tyłu na belach siana. Nie bardzo
wiedział, jak zdołano wmanewrować go w tę wyprawę.
Harvey coś powiedział, Doc coś przemilczał, a wzrok
Clarence' a sugerował, Ŝe jeśli z nimi nie pojedzie, to oni
całkowicie pozbawią go moŜliwości pracy w domu.
W porządku, będzie pracował po nocach, a zacznie
odsypiać w dzień.
- MoŜe jeszcze raz zaśpiewamy „Jingle Bells"? -
zaproponował Harvey, podejmując na nowo piosenkę. -
„Przejechać przez..." - zawiesił głos. - Śnieg. Wiecie, co jest
nam potrzebne? Prawdziwy śnieg, Ŝeby na gwiazdkę było
biało. - Zaczął śpiewać „White Christmas". Pomógł mu bas
Clarence'a.
Dołączyli się pozostali. Trudno było się nie wzruszyć
półgodzinnym występem Harveya, wyśpiewującego z zapałem
kolędy. Nawet Doc parę razy się uśmiechnął.
Z twarzy Rusty zniknęło juŜ napięcie. Teraz przyglądała
się mijanemu krajobrazowi wzdłuŜ starego szlaku, jednego z
wielu krzyŜujących się na obszarze rancza Triple D.
Usta Rusty z podniesionymi ku górze kącikami
wskazywały na jej pełną radości naturę. Trent zauwaŜył, Ŝe
czuł się swobodnie w jej towarzystwie. Nawet kiedy milczeli,
nie była to krępująca cisza, poniewaŜ ona nie dąsała się, nie
narzucała, nie wymagała od niego okazywania jej nieustannej
uwagi.
W poczuciu winy, której źródła nie były dla niego całkiem
jasne, zaczął porównywać Rusty z innymi kobietami, kiedyś
mu bliskimi. Tamte były na ogół szczupłymi blondynkami i
trudno byłoby je sobie wyobrazić na wiejskim, drabiniastym
wozie. Co moŜe nie było takie waŜne, gdyŜ nie zamierzał
często korzystać z podobnego środka transportu.
Wprawdzie Rusty nigdy nie będzie z nim w Dallas, lecz
wyobraŜał ją sobie u swego boku i nawet był zdziwiony, jak
łatwo mu to przychodzi. Miała w sobie miejskie
wyrafinowanie i nie tylko odznaczała się urodą, lecz nią
urzekała. Potrafiła teŜ prowadzić interesujące rozmowy. Jego
przyjaciele byliby nią zachwyceni.
Myśl o tym tak go speszyła, Ŝe wstrząsnął się nerwowo.
- Trent, chcesz trochę gorącej czekolady? - Agnes podała
mu termos, który wzięła ze sobą.
- Chętnie wypiję. Poproszę. - Powietrze nie było mroźne,
lecz jednak to nie lato. - A moŜe ty teŜ chcesz? - spytał,
podsuwając termos Rusty.
- Tak, dziękuję, tylko nie nalewaj zbyt pełno - ostrzegła,
gdyŜ wóz właśnie przechylił się nieco na bok.
Czekolada była słodka i gorąca. Trent pozwolił swym
myślom swobodnie błądzić z dala od kłopotów z kobietami,
cyframi, ofertami i problemami prawnymi. Poddał się
kołysaniu wozu.
- Czy jeszcze długo będziemy jechać? - spytała Rusty,
chwytając za boczną drabinę wozu, który właśnie skręcił.
- Przy takiej szybkości trudno powiedzieć. Samochodem
zwykle dojeŜdŜa się w piętnaście minut.
- A dokąd jedziemy?
- Na skraj pastwiska. Wiele lat temu Clarence posadził
tam jodły jako osłonę przed wiatrem i od tego czasu wujkowie
stamtąd wycinają choinki na święta.
- Więc masz swój własny las. - Rusty z uśmiechem
popijała czekoladę. - Patrzyłam na te sosny - wskazała potęŜne
drzewa wzdłuŜ drogi - i zastanawiałam się, jakim cudem
którąś z nich moŜna by wtaszczyć do domu.
Trent zaśmiał się i juŜ miał coś odpowiedzieć, gdy
zauwaŜył przyglądające się im bacznie trzy pary oczu.
Clarence patrzył wprawdzie na drogę, lecz niewątpliwie
nadstawiał uszu, Ŝeby usłyszeć, co mówią. Wspaniale. Więc
kaŜdy ich ruch dzisiaj będzie analizowany pod kątem
romansu. Zastanawiał się, czy Rusty jest tego świadoma.
- Dojechaliśmy! - oznajmił po pewnym czasie Clarence.
Poprowadził konia ku małej polance i zatrzymał go przed
drewnianym korytem nie opodal starej pompy.
- Skąd tutaj taki mały samotny domek? - spytała
zaintrygowana Rusty.
- To stara chata, w której spali robotnicy, kiedy wypasali
bydło - wyjaśnił Trent.
- Czy ktoś tam mieszka?
- Nie, warunki są zbyt prymitywne. Minimum wymagane
dla prowizorycznego schronienia. - Zeskoczył z wozu i chciał
jej podać rękę, ale nie zdąŜył, gdyŜ w jednej chwili stała juŜ
koło niego.
- Jak dalece prymitywne?
- Sama zobacz. Wujku Clarence, zaczekaj, zaraz podejdę.
- Pomógł zejść Agnes i wyciągnął rękę do Doca.
Agnes, celowo lub nie, odwróciła się tyłem i zaczęła
zachwycać jodłowym zagajnikiem, więc Doc skorzystał z
pomocy siostrzeńca. Harvey w swych patentowych butach
sam zeskoczył z wozu i podszedł do konia, Clarence zaś,
widząc zbliŜającego się Trenta, rzekł:
- Starzeję się, chłopcze. - Przesunął się na krawędź
siedzenia i podał Trentowi drewniany schodek. Zszedł po nim,
opierając się o ramię siostrzeńca. Stanął na ziemi zasapany.
W tym czasie Rusty przecierała juŜ zakurzoną szybę okna,
Ŝ
eby zerknąć do wnętrza chaty.
- Tylko mi nie mów, Ŝe powinienem się więcej
gimnastykować - powiedział Clarence na widok miny Trenta.
- Mam dosyć gadania Doca i Harveya.
- Powinieneś ich słuchać - odparł Trent, bardziej
zaniepokojony, niŜ to okazał.
- Jedynym powodem, dla którego musiałbym utrzymać
się w formie, byłoby przyjście na świat potomstwa mego
siostrzeńca, bo wtedy bawiłbym się z nimi w berka. - Clarence
ze znacząco uniesioną brwią spojrzał w stronę Rusty.
Trent zacisnął zęby.
- Wiesz, Ŝe ona nie potrafi gotować. A tymczasem Rusty
przeszła do następnego okna i pochylona zaglądała do środka.
Wiatr uniósł nieco do góry sweter, ukazując przylegające do
ponętnych kształtów dŜinsy i smukłą talię.
- MoŜe i nie - odpowiedział Clarence. - Ale jakie to ma
znaczenie?
- Trent? - zawołała Rusty. - Czy moŜna wejść do środka?
Drzwi chyba nie są zamknięte.
Drewniane ściany chaty były szare ze starości. Wyglądała
jak zabytek z Dzikiego Zachodu.
- Nie powinny. - Trent zostawił wujka i ruszył ku
dziewczynie. Clarence z uśmiechem pomachał jej zza pleców
siostrzeńca. - Nie moŜna jednak wykluczyć, Ŝe się tu
zadomowiło jakieś zwierzę.
- Nie widać, Ŝeby się tam coś ruszało - powiedziała. Trent
nacisnął klamkę. Drzwi zaskrzypiały i otworzyły się.
Rusty weszła za Trentem do wnętrza. Dwa okna
przepuszczały akurat tyle światła, by rozjaśnić praktycznie
urządzone pomieszczenie.
- Nie ma tu nic ciekawego. - Trent nacisnął przełącznik,
ale wnętrze pozostało ciemne. - Na zewnątrz jest prądnica.
- A są tutaj przewody elektryczne? - spytała Rusty, tknięta
nagłą myślą.
- Jakieś są.
Rusty rozglądała się po obszernej izbie. Przy dwóch
ś
cianach ustawione były piętrowe, drewniane łóŜka, z
brudnymi materacami. NiewaŜne. Przy trzeciej stał czarny,
Ŝ
eliwny piecyk, jakby prosto z muzeum, a nad nim wisiały
drewniane szafki. W porcelanowym, poplamionym zlewie
wyginał się kran ręcznej pompy. I wreszcie kamienny
kominek, jaki kaŜdy chciałby mieć w swoim domu. Co za
skarby.
Rusty myślała gorączkowo. Ten domek, choć zaniedbany i
zniszczony, był bardzo malowniczy, a ona rozpaczliwie
potrzebowała obecnie czegoś malowniczego. NaleŜałoby
trochę posprzątać, nie za wiele - to nie była jej specjalność -
ale w granicach rozsądku... Otworzyła aparat fotograficzny i
drŜącymi palcami przymocowała flesz. Alisa musi to
zobaczyć.
Agnes miała rację. Ta opuszczona chata cała była hasłem
"B1isko natury". Jeszcze gdyby rozłoŜyć jakieś pledy, moŜe
na ziemi niedźwiedzią skórę, zapalić ogień na kominku i w
tym otoczeniu na pierwszym planie rozmieścić reklamowane
produkty.
Pstryknęła dwa razy.
- Co robisz?
- Zdjęcia.
- Po co?
- Podoba mi się tutaj. - Rusty opuściła aparat. Trent
patrzył na nią podejrzliwie, więc chyba nadeszła
godzina spowiedzi. Kampania reklamowa była zbyt
waŜna, aby naraŜać ją na niepowodzenie z powodu
przeciągania gry w rozmiłowaną w pracach domowych
gosposię. Na myśl o wyznaniu prawdy Rusty poczuła ulgę i
obawę równocześnie. Potrzebowała więcej zdjęć, a więc i
czasu, a to oznaczało podtrzymywanie mitu o kulinarnych
zdolnościach. JeŜeli jednak wyjawi Trentowi, Ŝe nie jest
typem kobiety, której szuka, jaki mógłby być powód dalszego
pozostawania na ranczu? Miałby pełne prawo wyprosić
zarówno ją, jak i babcię. A ona utraciłaby moŜliwość
zrobienia fotografii. Co za ironia losu - przyjechała tu z
zamiarem jak najszybszego wyjazdu, teraz szukała pretekstu
do dłuŜszego pobytu.
Zanim sobie obmyśliła, co ma powiedzieć, Trent spytał:
- Podobają ci się takie wiejskie, opuszczone domy?
- Według mnie ta chata jest wspaniała - odparła z całym
przekonaniem. - Za takie starocie w mieście moŜna by dostać
wielkie pieniądze. A ten widok... - Nawet brudne szyby nie
były w stanie przesłonić uroku pofalowanych pół i rosnących
na nich sosen. Babcia i wujkowie przechadzający się wśród
Ŝ
ywych, świątecznych choinek wyglądali niczym postacie z
bajek. - Zupełnie jak dekoracja teatralna. - Albo dekoracja do
reklamy, dodała w duchu.
Trent przypatrywał się jej bacznie. MoŜe powinna
poczekać jeszcze z tą spowiedzią.
Wsunął dłonie w tylne kieszenie dŜinsów, jeszcze raz
spojrzał za okno i najwyraźniej podjął decyzję.
- Siadaj - powiedział. Wysunął jedno z drewnianych
krzeseł otaczających prosty stół. Usiadła. Sam zajął miejsce
po drugiej strome, jakby miał przystąpić do prowadzenia
negocjacji.
- Pochodzisz z Chicago, prawda? Przytaknęła.
- Przez całe Ŝycie mieszkasz w wielkim mieście?
- Tak.
- We własnym domu czy w mieszkaniu?
- W mieszkaniu. Do czego zmierzasz?
PołoŜył ręce na stole i pochylił się ku niej.
- Bo widzisz... ta na wpół dzika okolica jest dla ciebie
nowa i ciekawa.
- Z pewnością. Skrzywił lekko usta.
- Po wyrwaniu się z wielkiego miasta ja sam z
przyjemnością spędzam na ranczu parę dni. Tobie z tego
samego powodu moŜe wydawać się tu romantycznie, ale
codzienne Ŝycie na tym pustkowiu bywa nudne..,
Rusty uniosła rękę.
- Chwileczkę. Skąd ci przyszło do głowy, Ŝe chciałabym
tutaj zamieszkać? Dlatego, Ŝe zrobiłam parę zdjęć?
- Nie tutaj. - Trent wciągnął głęboko powietrze. - Na
ranczu Triple D.
- Bardzo przepraszam, ale czy nie szukałeś kogoś, kto
miałby osiąść tam razem z tobą?
Spojrzenie Trenta umknęło gdzieś ponad jej głowę.
- Doskonale rozumiem, Ŝe masz prawo tak myśleć, ale tak
nie jest. Powinnaś być świadoma mego nastawienia w tej
kwestii, zanim przywiąŜesz się...
- Do ciebie! - Co za bezczelność!
- Do pomysłu pozostania na ranczu - zakończył z cięŜkim
westchnieniem.
Najwyraźniej odrzucał ją jako kandydatkę na Ŝonę,
usiłował powiedzieć, Ŝe nie pasuje do jego wyobraŜeń. To juŜ
wiedziała. Od śniadania spodziewała się tej rozmowy.
Upokarzająca była świadomość, Ŝe nie potrafiła udawać kury
domowej nawet przez tydzień. Miała za to inne przymioty,
czyŜ nie?
- Mówisz tak, bo nie potrafię gotować? Ścisnął dłońmi
skronie.
- To niewaŜne.
- Zatem chodzi o mnie. - Ona mu się nie podobała.
Przyjęła ten brak akceptacji jej kobiecości z mieszanymi
uczuciami. - No cóŜ, juŜ mi mówiłeś, Ŝe nie jesteś mną
zainteresowany, więc nie powinnam być zaskoczona. - Po
pocałunku ja ci po prostu nie wierzę, dodała w duchu.
- Nie, to nie tak. Rusty, przepraszam cię, ale nie mogę juŜ
dłuŜej
udawać.
Odpowiedziałaś
na
ogłoszenie
w
„MęŜczyznach Teksasu" w dobrej wierze, ale opisany tam
męŜczyzna nie jest mną.
- A kto to jest? Ten niedobry brat bliźniak? Roześmiał się
z przymusem.
- Rozbawi cię to, przynajmniej mam taką nadzieję, ale
ogłoszenie dali wujkowie. - Uśmiechnął się, jakby w
oczekiwaniu, Ŝe będą śmiać się z tego oboje.
- A ty o tym nie wiedziałeś?
- Wiedziałem - przyznał ze skruchą - ale nie sądziłem, Ŝe
jakaś kobieta na nie odpowie. Muszę ci powiedzieć, Ŝe jednak
znalazło się mnóstwo chętnych. Nie mogłem w to uwierzyć,
czy moŜesz sobie wyobrazić jakąś... - nie dokończył.
- Słucham - ponagliła go bardzo zadowolona z jego
zakłopotania.
- Miałem na myśli to, Ŝe ty okazałaś się całkowitą
niespodzianką - usiłował ratować sytuację.
- Niewątpliwie. - Byłaby zła, gdyby nie ulga, z jaką
przyjęła wiadomość, Ŝe Trent nie jest opisanym w ogłoszeniu
męŜczyzną o przedpotopowych poglądach.
Przeczesał nerwowo palcami włosy.
- Narobiłem kłopotów, prawda?
- MoŜe nie. Zastanówmy się. To był Ŝart?
- AleŜ skąd! Wujkowie potraktowali to nad wyraz
powaŜnie. Koniecznie chcą mnie oŜenić, a Ŝadna kobieta,
którą tu przywoziłem, im się nie podobała.
- A duŜo było tych kobiet?
- Och... nie. - Potrząsnął głową. - Niewiele. Jedna czy
dwie. - Odchrząknął i pospiesznie wyjaśniał dalej: - Wujkowie
chcą, Ŝebym znalazł jakąś prawdziwie oddaną rodzinie i
domowi. Mówiłem im, Ŝe teraz kobiety są inne, więc spytali,
czy się spotkam z tą, którą oni mi znajdą, a ja się zgodziłem i
nawet nie marzyłem... no w kaŜdym razie tak się sprawy mają.
- Zamilkł na moment, odetchnął głęboko i dodał: - Jest mi
bardzo przykro, lecz jeszcze nie zamierzam osiąść tu, na
ranczu, i wobec ciebie nie byłoby uczciwe dalsze udawanie, Ŝe
jest inaczej.
- Byłoby cudownie, gdybyś czołgał się u mych stóp,
błagając o wybaczenie, ale mam dobre serce... - urwała. Lepiej
nie przesadzać. - Chciałabym cię prosić o przysługę.
- Czego tylko zaŜądasz. - Przyjął jej słowa z widoczną
ulgą.
- Naprawdę? - Sytuacja zdecydowanie się poprawiała.
- Coś mi się zdaje, Ŝe naraŜam się na szantaŜ. Wzruszyła
ramionami.
- Przysługa, szantaŜ, co za róŜnica.
- Tu bym dyskutował, ale mów.
Rusty bawiła myśl, Ŝe mogłaby utrzymać nad nim
przewagę. Właśnie jej powiedział, Ŝe ogłoszenie nie. było
prawdziwe, lecz nie miał pojęcia, Ŝe i Rusty dopuściła się
szachrajstwa. Gdyby mu nie wyjawiła, jak się rzeczy mają,
musiałaby nadal podtrzymywać fikcję, a to pochłaniało sporo
czasu. Jej i jego.
- Czy ci ulŜy, jeŜeli się przyznam, Ŝe to nie ja
odpowiedziałam twoim wujkom, tylko babcia? Nigdy nie
miałam zamiaru zrezygnować z pracy zawodowej, Ŝeby bawić
się w prowadzenie domu na ranczu.
- To znaczy...
- śe nie jestem jedną z tych, które polują na męŜów.
Zrobił zdumioną minę, po czym z rozjaśnioną twarzą oparł się
wygodnie na krześle.
- Mów dalej.
- Zupełnie nie wiem dlaczego, ale babcia uparła się
spędzić tutaj święta, a skoro nie mogła przyjechać beze mnie,
zgodziłam się jej towarzyszyć. Do głowy mi nie przyszło, Ŝe
miałabym zostać całe dwa tygodnie.
- To oszustwo.
- I kto tak mówi? Zaśmiali się oboje.
- Więc nie jesteś typem kury domowej? - spytał.
- A co na początku zrobiło na tobie największe wraŜenie?
- Zaproszenie do zapasów na ręce.
- Propozycja nadal aktualna.
- Nadal nie przyjmuję. - Patrzył na nią z lekko
przechyloną głową. - Wobec tego jaka jesteś naprawdę?
- Kobietą, która nie jest jeszcze gotowa do załoŜenia
rodziny.
- Takie właśnie najbardziej lubię. - Pod jego szczerym
spojrzeniem zadrŜała.
- Co za zbieg okoliczności. - Szczęśliwy, niesłychanie
cudowny zbieg okoliczności.
Obdarzył ją zapierającym dech w piersi uśmiechem.
- Wspomniałaś o przysłudze.
- A, tak. - Opowiedziała mu o kampanii reklamowej
„Blisko natury" i o tym, Ŝe bardzo by chciała wykorzystać
chatę do zdjęć.
- Byłabym bardzo wdzięczna, gdybyśmy mogły zostać z
babcią jeszcze parę dni.
- Nie przyszło mi do głowy, Ŝe mogłybyście wyjechać -
odparł zdziwiony.
- Sądziłam, Ŝe dlatego powiedziałeś mi prawdę o
ogłoszeniu. JeŜeli nas tu nie będzie, będziesz mógł pracować.
Potrząsnął głową.
- ZauwaŜyłaś, jak oni się nam przyglądali, kiedy tu
jechaliśmy?
- Tak.
- Zapowiada się jeszcze gorzej. Oni oczekują, Ŝe
będziemy ciągle ze sobą, a ja nie mam tyle czasu.
- Miałbyś, gdybyśmy wróciły do Chicago. - Rusty
początkowo
zamierzała
zdobyć
profesjonalny
sprzęt
fotograficzny, lecz w tych warunkach musi jej wystarczyć ten
aparat.
- JeŜeli wyjedziecie, wujkowie sprowadzą kogoś innego i
następnym razem moŜe juŜ mi się tak nie udać.
- Co za galanteria.
- Naprawdę. Następna pani moŜe chcieć spędzać całe dni
na gotowaniu i podawaniu, spełniając kaŜdą moją zachciankę.
Co za straszliwa perspektywa. Jestem na straconej pozycji, nie
sądzisz? - Podparł brodę pięścią.
- Niekoniecznie. Moglibyśmy udawać, Ŝe przebywamy ze
sobą, a tymczasem ty pracowałbyś nad swoim projektem, a ja
nad swoim.
Trent pokiwał głową.
- Musielibyśmy jakoś wydostać się z domu. Obawiam się,
Ŝ
e inaczej oni zarekwirują mi komputer.
- Z moim podręcznym moglibyśmy ruszyć gdzieś dalej.
Do miasta?
- Za daleko. - Myślał przez chwilę, po czym rozejrzał się
dookoła. - A moŜe właśnie tutaj? Jak uruchomimy prądnicę,
będziemy mieli światło i święty spokój. MoŜe nawet uda nam
się przywieźć mój komputer. Urządzenie sanitarne jest
prymitywne, ale za to na miejscu, w chacie.
- Dobrze. - I ona zlustrowała otoczenie. - Nie ma telefonu,
- Mam komórkowy. Spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Miałeś przez cały czas telefon komórkowy? Dlaczego
czekałeś, aŜ Harvey zwolni linię?
- Połączenia komórkowe nie są bezpieczne. MoŜna być
podsłuchanym, a ja nie chciałbym, Ŝeby któryś z moich
konkurentów znał szczegóły negocjacji.
To brzmiało sensownie.
- Muszę mieć dostęp do poczty elektronicznej i faksu.
- To wszystko da się załatwić przez mój telefon - odparł
szybko.
- Naprawdę? - JuŜ widać było światełko w tunelu.
- Tak. Ten telefon ma gniazdka wtykowe, choć odbiór
momentami moŜe być marny.
Rozwój techniki to cudowna rzecz.
- I pozwolisz mi korzystać z twego telefonu? Zwrócę ci
koszty.
- Tym się nie martw. - Wskazał okno, za którym ich
krewni zbici w ciasną gromadkę nie spuszczali oczu z chaty. -
Porozmawiamy o tym później. A teraz lepiej chodźmy
przyjrzeć się choinkom.
Rusty wpadła w euforię. Po klęsce ze śniadaniem sprawy
przybrały pomyślny obrót. Będzie miała moŜliwość
wzbogacenia swej prezentacji zdjęciami. W dodatku okazało
się, Ŝe Trent podziela jej poglądy na sprawy małŜeństwa i
załoŜenia rodziny.
W ciągu kilku następnych dni na ranczu Triple D wydarzą
się ciekawe rzeczy.
- Chyba ta jest najodpowiedniejsza. - Agnes z trudem
dokonała wyboru między dwiema okazałymi jodłami. Harvey
tymczasem zbierał szyszki, z których chciał wyhodować nowe
sadzonki.
- Trent - Clarence wskazał drzewo - zacznij piłować.
Trent włoŜył ostatni kęs ciastka do ust, wytarł ręce o
dŜinsy, po czym zdjął z wozu spalinową piłę łańcuchową.
Rusty zaczęła sprzątać pozostałości po pikniku, on zaś
pociągnął linkę startera. Silnik zapalił z takim hałasem, Ŝe
trudno było rozmawiać. Piła, zagłębiając się w pień drzewa,
wydawała odgłos, przyprawiający Rusty o ból głowy, z ulgą
więc przyjęła ciszę, która zapadła po jakimś złowieszczym
trzasku.
- Łańcuch pękł - oznajmił Trent podejrzanie spokojnym
tonem.
- To niemoŜliwe! - wykrzyknął Harvey. - Części mają
trzyletnią gwarancję.
Trent ze złością ściągnął ochronne okulary i odstawił piłę
na bok.
- Zanotuj sobie, Ŝeby omijać dalekim łukiem produkty tej
firmy.
- Mamy gwarancję.
- Na pewno uwzględnią reklamację - rzekł Clarence. -
Sprawdź, czy w chacie jest siekiera. Zetniemy drzewo
tradycyjnym sposobem.
Rusty wiedziała, Ŝe Trent zastanawia się, ile czasu zajmie
ręczne ścinanie drzewa. Nawet łudziła się, Ŝe Harvey, który
zniknął we wnętrzu chaty, Ŝadnej siekiery nie znajdzie. Jednak
on niósł juŜ jakąś bardzo starą, lecz chyba nadającą się do
uŜytku.
- Babciu, czy zabrałaś jeszcze coś do picia?! - zawołała
Rusty. Agnes i Doc odeszli dalej i ścinali z innych drzew
gałęzie
do
ustrojenia
domu.
CzyŜby
zapomnieli o
zamówionych girlandach i oświetleniu?
- Sprawdzę w torbie - odparła Agnes, zbliŜając się do
wozu z naręczem gałęzi. Przeszła dwa kroki, potknęła się o
wystający korzeń i runęła jak długa.
- Babciu! - Rusty rzuciła się w jej kierunku. Trent był
pierwszy, lecz Doc go odepchnął.
- Agnes? - Ukląkł i pochyliwszy się nad nią, objął ją
ramionami.
- Odsuń się. Wiem, jak się robi sztuczne oddychanie
metodą usta - usta! - krzyknął Harvey.
Podbiegł do nich zasapany Clarence.
- Ona przecieŜ oddycha - stwierdził.
- Nic mi nie jest, została zraniona tylko moja duma. -
Agnes próbowała usiąść i skrzywiła się z bólu.
- Babciu - Rusty przyklękła przy niej - ty sobie coś
uszkodziłaś!
- Nie...
- Panno Rusty, proszę pozwolić, Ŝeby Doc ją obejrzał -
poprosił Clarence.
- On jest weterynarzem! - zaprotestowała Rusty, gdy
ś
redni z trzech braci Davisów zaczął przesuwać dłońmi po
nogach babci.
- Wszystko będzie dobrze - szepnął jej do ucha Trent.
- Doc wie, co robi. - Pogładził Rusty po ramieniu i trochę
się uspokoiła.
- Kostka to kostka - rzekł Doc. - A ta tutaj jest zwichnięta.
- Bzdura. - Agnes usiłowała się podnieść.
- Zabierzemy cię zaraz do domu - rzekł Doc tonem nie
znoszącym sprzeciwu.
Agnes pokuśtykała do wozu wspierana przez Doca z
jednej i Trenta z drugiej strony.
- A choinka? - wzbraniała się jeszcze.
- Proszę się tym nie kłopotać, pani Romero. - Trent
pomagał juŜ Clarence'owi wejść na miejsce woźnicy. -
MoŜemy przyjechać po nią jutro.
- Nie będzie takiej potrzeby. Odwiozę ich i zaraz wrócę
po was oboje i drzewko - oznajmił Clarence.
- Jadę z babcią - powiedziała stanowczo Rusty. Jak mogło
komuś przyjść do głowy, Ŝe ona opuści babcię w takiej chwili,
Ŝ
eby ścinać choinkę?
- O, nie! - Harvey juŜ wdrapywał się na siedzenie koło
Clarence'a. - Ja jadę, więc pani nie musi. Potrafię robić
sztuczne oddychanie - zapewnił ją ponownie.
- Niech pan trzyma usta z dala od mojej babci! Z trudem
powstrzymując uśmiech, Trent wziął Rusty za ramię i
odciągnął ją od wozu.
- Uspokój się.
- Jestem spokojna! - Rusty zaczęła szukać aparatu
fotograficznego. LeŜał koło torby chłodniczej.
- Oni się nią dobrze zaopiekują. - Trent nie wyglądał na
zaniepokojonego.
- Ale ona jest moją babcią i powinnam być przy niej. -
Pomaszerowała w kierunku wozu.
Clarence szarpnął lejcami.
- Wy oboje tu zostańcie i bawcie się dobrze! - Z
uśmiechem pomachał im ręką.
- Niech pan zaczeka! - Rusty biegła za nimi.
- Kochanie, nic mi nie będzie! - zawołała Agnes. Wóz juŜ
wyjeŜdŜał z polanki.
PrzeraŜona Rusty zwróciła się do Trenta.
- Zrób coś!
Pokiwał odjeŜdŜającym ręką. Rusty patrzyła, jak wóz
toczy się coraz szybciej.
- Nie mogę w to uwierzyć. Trent sięgnął po siekierę.
- A ja mogę. Słyszałaś, co powiedział Clarence? „Wrócę
po was oboje". Zanim jeszcze Harvey wsiadł na wóz.
- Nie mogli tego zaplanować. Babcia naprawdę
uszkodziła sobie nogę.
- Nie sądzę, by i to zaplanowali. - Czubkiem buta wskazał
leŜące na ziemi gałęzie. - Ale czy nie złoŜyło się szczęśliwie,
Ŝ
e one złagodziły upadek?
Westchnęła. Ona i Trent zostali razem sami... bez
komputerów.
- I co teraz zrobimy?
- Chyba zabierzemy się do ścinania choinki.
ROZDZIAŁ 9
- Panno Rusty! - zawołał Harvey. - Jest przesyłka dla
pani.
Oczekiwała na rekwizyty i produkty, które zamierzała
fotografować w scenerii chaty. Dopiero wczoraj wysłała kliszę
do wywołania i Alisa jeszcze nie widziała zdjęć, ale z
entuzjazmem odniosła się do pomysłu Rusty. Tyle Ŝe główną
przeszkodą był upływający czas. Alisa poinformowała, Ŝe pan
Dearsing pytał, czy jest z nią w kontakcie, i napomykał coś
niejasno o ewentualnym przyspieszeniu o tydzień prezentacji
projektów.
To sprawka George'a Kaylee, była tego pewna. śeby nie
zdąŜyła się przygotować. A moŜe podejrzewał, Ŝe Alisa
odkryła fotografie, i to miała być jego zemsta. Bez względu na
przyczyny Rusty musiała się spieszyć. Tymczasem minęło
trzy dni od wyprawy po choinkę.
Gdy tylko Trent ściął drzewo, cały czas do przyjazdu
Clarence'a poświęcili na urządzenie w chacie sekretnego
biura. Teraz trzeba było jedynie znaleźć czas na pracę. Dopóki
Agnes leŜała w łóŜku, Rusty nie mogła się ruszyć z domu. I co
gorsza, musiała gotować. Efektem tego był olbrzymi
uszczerbek w zgromadzonych przez Harveya zapasach
gotowych, zamroŜonych dań. O dziwo, nikt się nie skarŜył.
Babcia i wujkowie zatrudnili swataną parę przy wieszaniu
girland, lampek i oczywiście ubieraniu choinki. Dzisiaj Rusty
i Trent wymyślili, Ŝe wybiorą się razem na konną przejaŜdŜkę.
Sami.
Od tego pomysłu nie odwiódł Rusty fakt, Ŝe nie umiała
jeździć konno. Kiedy podpisywała odbiór przesyłki, Trent i
Clarence wyszli z domu pomóc Harveyowi wnosić do domu
jego rozliczne pakunki. Trent podszedł do niej i spytał
szeptem:
- Będziesz gotowa o pierwszej?
- JuŜ nie mogę się doczekać. Czy udało ci się uruchomić
prądnicę?
- Tak. - Rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. - Uśmiechnij
się, bo pomyślą, Ŝe się kłócimy.
Rusty uniosła kąciki ust i pokiwała wujkom ręką.
- JuŜ nigdy nie będę jechała stępa. - Rusty zsunęła się z
konia wprost w ramiona Trenta. Gdyby była mniej obolała,
moŜe wykorzystałaby tę sytuację. - Nie mam pojęcia, jak
wrócę do domu.
- Wrócisz, wrócisz. Pamiętaj, nie zostało zbyt duŜo czasu.
Droga zajęła nam więcej, niŜ myślałem.
- Mówiłam ci, Ŝe nie umiem jeździć konno. Sądziłeś, Ŝe
pojadę galopem?
- Spodziewałem się cwału od czasu do czasu. - Trent
uwiązał konie.
- Teraz juŜ wiem, dlaczego kowboje mają kabłąkowate
nogi. - Rusty powlokła się w stronę chaty. - MoŜesz odwiązać
kosz piknikowy?
- Proszę bardzo. W koszu zamiast jedzenia był jej
komputer i róŜne rekwizyty, chodziło tylko o uniknięcie
podejrzeń. Trent wręczył jej kosz.
- JeŜeli zaniesiesz go do chaty, to ja włączę prądnicę.
Generator zaczął po chwili łomotać. Rusty westchnęła.
Raczej nie najkorzystniejsze warunki do pracy, lecz lepsze
to niŜ nic. Powinna i tak być wdzięczna.
- To pomieszczenie wygląda teraz zupełnie przyzwoicie -
pochwaliła Trenta, gdy wszedł do środka. Musiała mówić
bardzo głośno.
- Dziękuję. - Przeniósł wzrok z jej oczu na usta, po czym
umknął spojrzeniem w bok.
Ona z kolei starała się nie patrzeć na jego tors, który jawił
się w jej nocnych fantazjach.
- Chyba muszę siadać do pracy.
- Do pracy. - Skinął sztywno głową. - Jak widzisz, udało
mi się przemycić własny komputer.
Usiedli naprzeciwko siebie przy stole. Prądnica huczała.
Rusty nie byłaby zdziwiona, gdyby nawet w domu mogli ją
usłyszeć. Uniosła wzrok na Trenta, Ŝeby mu to powiedzieć i
przyłapała go na gorącym uczynku - wpatrywał się w nią. W
mgnieniu oka przeniósł wzrok na komputer i czytał coś z
ekranu z taką uwagą, Ŝe się nie odezwała.
Usiłowała o nim nie myśleć. W kaŜdym razie niezbyt
często. Teraz, kiedy wyznali sobie prawdę i ustalili nowe
zasady postępowania, wcale nie powinna o nim myśleć. On
miał swoje cele, ona swoje. śadne z nich nie chciało, by
romans zamącił im spokój.
Niestety, Rusty trudno było nie zwracać uwagi na
męŜczyznę, siedzącego po przeciwnej stronie zdezelowanego
stołu.
Przyzwoity. Prawy. Zasługujące na uznanie cechy, których
brakowało wielu znanym jej męŜczyznom. Poruszyła się
niespokojnie na twardym, drewnianym krześle. Zamiast
napisów na ekranie widziała Trenta bez koszuli, otwierającego
przed nią drzwi sypialni. Widziała jego usta zbliŜające się do
jej warg. Czuła...
Wyłączyła gwałtownie komputer.
- Coś nie w porządku? Zupełnie jakby głośno
wypowiedziała swe myśli.
- Nie mogę się skupić. To przez ten hałas. Popatrzył na
nią spod przymruŜonych powiek i wstał od stołu.
- Sprawdzę w teczce. MoŜe mam zapasowe opakowanie
zatyczek do uszu.
- W teczce?
- Na budowie hałas czasami przekracza przyjęte normy. -
Wyjął saszetkę i rozsunął zamek błyskawiczny. - Są teŜ
znakomite w czasie lotu. - PołoŜył na dłoni Rusty dwa Ŝółte
cylinderki. Czubkami palców musnął jej skórę, a ona poczuła
przyjemny dreszczyk, biegnący aŜ do łokcia. Dłoń jej zadrŜała
i jedna zatyczka upadła na podłogę.
- OstroŜnie. - Podniósł cylinderek i połoŜył na jej otwartej
dłoni.
- Dzię...ękuję. On wrócił do swego komputera, a ona
włoŜyła zatyczki do
uszu. MoŜna wytrzymać. Zdecydowanie lepiej. Patrzył na
nią, więc uniosła kciuk i włączyła komputer.
To, co napisała przez pół godziny, moŜna by nazwać
bełkotem, ale chciała zrobić na Trencie wraŜenie pogrąŜonej
w pracy, odpornej na jego obecność. Gdyby wiedział, co jej
się marzyło!
WyobraŜała sobie, Ŝe czuje ciepło jego ciała. Chciała go
dotykać i być przez niego dotykana. Wyrywały się do tego jej
palce. Jej wargi. Niebyła w stanie pracować. Ponownie
wyłączyła komputer.
Trent podniósł na nią wzrok.
- Zrobię parę zdjęć. MoŜna?
- Nie wchodzę ci w kadr?
- Nie, sfotografuję miejsce koło kuchni i kominek.
Powiedz, jeŜeli będę ci przeszkadzać.
Oderwał się od rozłoŜonych papierów i obserwował
Rusty. Zawieszała i układała koce w kratę. Do starego
czajnika włoŜyła bukiecik sztucznych stokrotek. Okna
ozdobiła zasłonami. Najwięcej czasu zajęło jej ustawianie
pustych opakowań reklamowanych produktów. Pochylona nad
siedzeniem krzesła, które miało być częścią ekspozycji,
komponowała najlepszy jej układ. Trent wstrzymał oddech,
gdy sweter obsunął się i odsłonił rowek między piersiami.
Nie był młodzikiem, ale nie mógł oderwać oczu od tego
widoku. Miała taką jasną karnację, bez cienia opalenizny na
szyi i karku. Złotobrązowe blondynki, które go poprzednio
pociągały, wydały mu się teraz pospolite. Rusty nie
wystawiała swej jasnej, delikatnej skóry na słońce... i na pokaz
męŜczyznom.
Zaschło mu w ustach. Rusty wyprostowała się, wzięła
aparat i zaczęła fotografować produkty pod róŜnym kątem,
pozy, jakie przy tym przybierała, nie przywróciły Trentowi
spokoju ducha.
Miała niewiarygodnie gibkie ciało i Trent juŜ nawet
przestał udawać, Ŝe pracuje. Patrzył na nią. Ona zaś ani razu
na niego nie spojrzała, tylko nadal, zmieniając co chwila
kompozycję, pstrykała najrozmaitsze ujęcia. Od czasu do
czasu odrzucała włosy z twarzy lub poruszała ramionami,
Ŝ
eby rozluźnić mięśnie.
Trentowi robiło się słabo z poŜądania. To istna tortura.
Wspólna praca nie była moŜliwa. Nie mógł juŜ tego dłuŜej
wytrzymać. Gwałtownie wyłączył komputer i pokazał
kciukiem drzwi.
- Pójdę sprawdzić, co z końmi. Rusty, zaróŜowiona i
potargana, skinęła z roztargnieniem głową.
Trent odczekał, aŜ podniesie aparat do oczu, i dopiero
wtedy wstał z krzesła i odmierzonym krokiem wyszedł z
chaty.
Rusty z radosnym uśmiechem przysiadła na piętach.
Wszystko poszło nadspodziewanie dobrze. Zwłaszcza Ŝe w
filmie zostało jeszcze tylko sześć zdjęć.
- Przed BoŜym Narodzeniem? George przekonał pana
Dearsinga, Ŝe prezentacja projektów ma się odbyć przed
BoŜym Narodzeniem?
- Tak.
- On nie moŜe podjąć takiej decyzji!
- No cóŜ, juŜ podjął. - Alisa znała reakcje Rusty na złe
nowiny. Trzeba było poczekać, aŜ się wykrzyczy.
- Jestem na wakacjach i on o tym wie! - Rusty przysiadła
na kłodzie. Znowu była w chacie z Trentem, lecz wyszła
przeprowadzić rozmowę z dala od tego piekielnego
generatora. To idiotyczne urządzenie nieprzerwanie huczało i
przeszkadzało w rozmowach telefonicznych i odbiorze faksu,
więc zwykle telefonowała, spacerując na zewnątrz.
- Czy Dearsing nie dostrzega, Ŝe to podstęp? - Rusty
zerwała się z kłody i wzburzona maszerowała po zeschłych
liściach i sosnowych igłach. - Czy ten człowiek nie wie, Ŝe
mam wakacje? - powtórzyła.
- O, George juŜ zwrócił mu na to uwagę - odrzekła
ostroŜnie Alisa.
- Nie mów mi, Ŝe on powiedział coś w rodzaju: „Nie
mogę uwierzyć, Ŝe Rusty wybrała akurat ten przełomowy
moment na urlop".
Cisza.
- No?
- Uprzedziłaś, Ŝeby ci nie mówić. Rusty opuściła telefon i
wydała dziki okrzyk, aŜ echo rozniosło się po lesie. UlŜyło jej.
- Rusty? PrzyłoŜyła telefon do ucha.
- Słucham.
- Zdjęcia są wspaniałe. Powiedz mi tylko, kim jest ten
facet z siekierą?
Rusty uśmiechnęła się na wspomnienie wyprawy po
choinkę.
- Trent?
- Nic dziwnego, Ŝe nie wróciłaś.
- Wybiera się na narty! MoŜesz to sobie wyobrazić?! -
Trent uderzył pięścią w kierownicę. Wracali samochodem z
chaty do domu. - Mówię człowiekowi, Ŝe będę miał dla niego
gotowe zamówienie, a on oświadcza, Ŝe wyjeŜdŜa na święta
na narty i wróci po pierwszym stycznia. Tłumaczę, Ŝe nie
zdąŜę z papierkową robotą przed końcem grudnia, a on
oznajmia, Ŝe mu przykro, ale wyjeŜdŜa. Przykro mu!
Rusty siedziała cicho. Dopiero co sama skrzyczała Bogu
ducha winną Alisę, więc i on powinien móc wyładować złość.
Poza tym nie była w nastroju do rozmowy. Trent, widząc,
Ŝ
e Rusty nie reaguje, ograniczył się do pomruków, uderzania
dłonią w kierownicę i potrząsania głową.
- Trent.
- Wiem, Rusty, ja ciągle o tym samym.
- Rozumiem cię, wierz mi. Dearsing ustalił datę
prezentacji projektów na rano dwudziestego czwartego.
Spojrzał na nią zaskoczony.
- To znaczy na...
- Wigilię. Wymyślił sobie, Ŝe prezentacja odbędzie się
rano, potem będzie biurowy świąteczny obiad i wszystkich
zwolni trochę wcześniej z pracy.
Milczeli do samego domu. Opony zazgrzytały na Ŝwirze,
gdy Trent hamował przy podjeździe. Siedzieli jeszcze w ciszy,
którą Trent przerwał pytaniem:
- Co masz zamiar teraz zrobić? Potrząsnęła głową.
- Nie wiem. A ty?
- Jeszcze coś poobliczam i zobaczę, na czym stoję. A
jutro jest niedziela.
- Najpierw kościół, a potem „Festiwal Śniegu" -
westchnęła Rusty. - Nie miałam pojęcia, Ŝe są urządzenia
wytwarzające śnieg. - I po co w ogóle go wytwarzać? Ona w
kaŜdym razie wcale za nim nie tęskniła.
- JeŜeli jest taka maszyna, Harvey ją znajdzie. Tak czy
owak, wujkowie urządzają te zabawy na trawniku przed
kościołem od wielu lat, zawsze w niedzielę przed BoŜym
Narodzeniem. Jest gorąca czekolada, ciastka, a chór śpiewa
kolędy. Dzieci to uwielbiają. Clarence jest sędzią w zawodach
na najlepszego bałwana.
- Bijecie się śnieŜkami?
- Oczywiście - uśmiechnął się Trent - tylko Ŝe rzadko
mamy dość śniegu. Wymyśliłem, Ŝe jedno z nas mogłoby iść
do kościoła, a drugie pokazać się po południu na zabawie. W
ten sposób i ty, i ja moglibyśmy popracować osobno.
Rusty przytaknęła głową. Ona teŜ musiała spokojnie
pomyśleć nad swoimi sprawami, a w obecności Trenta nie
potrafiła się skupić.
Wskazał głową kuchenne drzwi, na których tle rysowała
się sylwetka Agnes.
- JuŜ trzeci raz wychodzi na próg. Gdybyśmy się
pocałowali na dobranoc, mieliby o czym rozmawiać. -
Powiedział to całkiem obojętnym tonem.
Rusty usiłowała przybrać podobny, choć miała wraŜenie,
Ŝ
e serce wyskoczy jej z piersi.
- Całkowicie się zgadzam. Całkowicie - powiedziała. -
Tak się ucieszą, Ŝe nawet nie zauwaŜą, czy jutro spędzimy
czas razem.
- To będzie nasza polisa ubezpieczeniowa - rzekł,
przysuwając się do niej.
- Niewielka domieszka realizmu - odparła, pochylając się
ku niemu.
Rusty nie wiedziała, jak daleko Trent chce się posunąć w
realizmie, lecz faktem było, Ŝe kiedy ich usta złączyły się w
namiętnym pocałunku, po paru sekundach on gwałtownie
przerwał i oddychając głęboko, odsunął się od niej.
- Wystarczy tymczasem. Z trudem wracała do siebie, więc
tylko skinęła głową.
- Co ty tu robisz? Trent stał zdumiony na progu chaty.
Kiedy zobaczył na polanie niebieski, wynajęty przez Rusty
samochód, myślał, Ŝe wzrok go myli.
- Odbijam projekt. - Stała koło jego laserowej drukarki,
którą ustawiła na krześle, Ŝeby kabel sięgnął do kontaktu. - A
co ty tu robisz? Miałeś być w kościele i wymknąć się po
południu w czasie zabawy.
- Sądziłem, Ŝe ty idziesz do kościoła. Powiedziałaś, Ŝe nie
lubisz śniegu.
- Rzeczywiście, nieszczególnie.
- Wspaniale. - Zatrzasnął drzwi i podszedł do stołu. -
Czym wytłumaczysz, Ŝe nie poszłaś do kościoła? - Ściągnął
kurtkę.
- Bólem głowy. A ty? Rzucił kurtkę na oparcie krzesła.
- Wstałem później i miałem ich dogonić, ale samochód mi
się popsuł:
Powiodła wzrokiem po jego ubraniu.
- Twój strój by to potwierdzał. Zabrudź sobie trochę
koszulę smarem i wszystko będzie dobrze.
- Mam nadzieję. - Trent zdjął krawat i odpiął guziki
kołnierzyka i mankietów. Rusty wpatrywała się w niego z nie
skrywanym zachwytem. On sam odczuwał niezwykłe
poŜądanie, chociaŜ nadal nie zamierzał mu się poddawać.
Zdawał sobie sprawę po owym krótkim, wieczornym
pocałunku, Ŝe to nie będzie łatwe. Skoro jednak tak
zaplanował sobie najbliŜsze dni, najlepiej będzie unikać
fizycznego kontaktu.
I nie zostawać z nią sam na sam, tak jak teraz. Drukarka
skończyła pracę, a Rusty tego nie zauwaŜyła. Trent zabębnił
palcami po stole. Ona nie powinna w ten sposób na niego
patrzeć.
Miała słabość do męŜczyzn ubranych w eleganckie
garnitury i nieskazitelnie wyprasowane koszule.
Wyglądał dobrze w koszuli w kratę, wspaniale bez
koszuli, lecz w garniturze władczo. Co mogła na to poradzić,
Ŝ
e w głębi duszy pragnęła męŜczyzny z silniejszą niŜ jej
osobowością, właśnie władczego. Nie napawało jej dumą to
sekretne pragnienie, ale tak było.
Dawno temu dość podobał się jej George Kaylee i trwało
to do chwili, gdy jeden z jej pomysłów został oceniony wyŜej
niŜ jego. Wtedy stracił dla niej cały urok.
A Trent... Podobał się jej coraz bardziej...
- Skończyłaś? Spojrzała nieprzytomnie na drukarkę.
- Aaa, tak. Patrzył na nią wyczekująco, więc wyłączyła
komputer.
- Ja... przywiozłam parę puszek z napojami - powiedziała,
kierując się ku drzwiom. - Przyniosę je, są w samochodzie.
Skinął głową, nie odrywając oczu od ekranu, a ona nucąc
pod nosem, wyszła z chaty.
Uspokój się. Otrząśnij. Weź głęboki oddech i skup się na
reklamie „Blisko natury". Otworzyła samochód i wyjęła sześć
puszek z napojami. Mogłaby popracować w domu. Z dala od
Trenta. Tak zrobi. Co z oczu, to z serca.
- Panno Rusty, czy zaŜyła juŜ pani te nowe, ulepszone
proszki firmy Anderson na ból głowy? - spytał troskliwie
Harvey.
- Tak, dziękuję panu. Harvey przyglądał się jej uwaŜnie.
- Ciągle jest pani blada. MoŜe powinna pani zrezygnować
z naszej wyprawy po południu?
- Ma stracić taką zabawę? - zagrzmiał Clarence. - Bzdura.
Jej potrzeba trochę świeŜego powietrza i rozrywki. Wiem, co
mówię.
Rusty przyłoŜyła palce do pulsujących bólem skroni. Choć
bardzo się starała, nie zdołała zrobić wszystkiego, co
zaplanowała na przedpołudnie. Prezentacja w Wigilię. To było
wstrętne, nawet jak na George'a. A ona jeszcze nie
zdecydowała, czy ma wracać do Chicago, czy zostawić
prowadzenie pokazu Alisie.
Agnes i Doc coś ze sobą szeptali, rzucając spojrzenia w jej
kierunku. Po chwili babcia wzięła ją za ramię i odciągnęła na
bok.
- Rachel Marie, nigdy nie słyszałam, Ŝebyś miewała bóle
głowy.
- Babciu, jestem w takim stresie...
- A jeszcze do tego spędzasz cały czas przed
komputerem...
- Nie spędzam całego czasu przed komputerem!
Praktycznie mieszkam w kuchni!
- W kaŜdym wolnym momencie powinnaś przebywać z
Trentem. - Babcia pochyliła się ku niej. - Widziałam wczoraj
wieczorem, jak cię ledwie cmoknął. śałosne.
- Babciu, zapomniałaś juŜ, Ŝe to ty chciałaś przyjechać na
wieś?
- Niczego nie zapomniałam, ale mam przed sobą młodą
kobietę, która zaprzepaszcza szansę swojego Ŝycia.
Rusty utkwiła w babci ponury wzrok.
- Zgadzam się z tobą.
- Rachel Marie, przestań mi tak odpowiadać. - Agnes
wiedziała, Ŝe wnuczka ma na myśli pracę. - Jak tylko coś
wymyślimy dla was dwojga, to zaraz któreś znika. A teraz
jeszcze mówisz, Ŝe nie chcesz iść na zabawę.
- Babciu... - Rusty skrzywiła się z bólu. Proszki Harveya
jeszcze nie podziałały.
- Niech będzie, dziecko. Zostań w domu i odpocznij.
MoŜe wieczorem pośpiewasz z nami kolędy.
Rusty skinęła głową i spojrzała w kierunku Trenta, Ŝeby
zobaczyć, jak on daje sobie radę. Otoczony wujkami
majstrował pod maską samochodu dla uprawdopodobnienia
swej wersji o kłopotach z silnikiem.
- Ja dotrzymam Rusty towarzystwa - rzekł, wycierając
szmatą ręce. To ułagodziło babcię i wujków, którzy wkrótce
wyruszyli w drogę. Rusty i Trent odprowadzili ich wzrokiem.
- Dobra robota - rzekł.
- Tyle Ŝe mnie naprawdę boli głowa.
- Chcesz zostać w domu? Zastanawiała się przez chwilę.
- Zostawiłam w chacie komputer, więc muszę z tobą
wrócić. MoŜe do tego czasu poczuję się lepiej.
Nie poczuła się lepiej, poniewaŜ Trent włączył prądnicę.
Nie mogła znieść tego hałasu. Nie cierpiała George'a Kaylee.
Z niechęcią myślała, Ŝe ma poświęcić choćby jeszcze minutę
projektowi.
Mimo to usiadła przy stole, włączyła komputer i włoŜyła
do uszu zatyczki.
Trent machnął jej przed nosem ręką, dając znak, Ŝe chce
coś powiedzieć.
- Muszę zatelefonować - rzekł.
Prądnica jakoś nigdy mu nie przeszkadzała. Po prostu
przekrzykiwał stukot. Zapulsowało jej w skroniach na myśl o
dodatkowym hałasie.
- Wiesz co? PołoŜę się na tapczanie i moŜe zdołam się
trochę zdrzemnąć. Obudź mnie, jak tylko skończysz
rozmawiać.
Skinął głową i zaczął wystukiwać numer.
RozłoŜywszy nadesłane przez Alisę koce, Rusty ułoŜyła
się z zatyczkami w uszach, nie mając nadziei, Ŝe zaśnie.
Obudził ją przenikliwy, zgrzytliwy łoskot.
- Co to było? - zawołała do Trenta, który, równie
zdezorientowany, zbliŜał się do okna. Prądnica zasapała i
umilkła.
- Hej, co się tam dzieje? - Trent podbiegł do drzwi, a Ru -
sty za nim. Szarpnął i otworzył j e . Powitała ich biała ściana.
Ś
nieg?
- Rusty, wyjdź oknem. JuŜ! - Trent z trudem domykał
drzwi na klamkę. Zbyt przestraszona, Ŝeby się sprzeciwiać,
Rusty podbiegła do okna. Na polanie dostrzegła przód
czerwonego pikapa wujków.
Straciła parę sekund, gdyŜ nie wiedziała, czy okno otwiera
się na zewnątrz, czy podnosi. Niestety, nie uŜywane przez lata
i wystawione na działanie warunków atmosferycznych, tkwiło
niewzruszone we framudze. Pchała je mocno, lecz w pewnym
momencie odskoczyła do tyłu, gdyŜ brudne szyby zaczęła
zalepiać biała chmura.
Trent biegł w stronę kuchni.
- Spróbuj tędy. - Wdrapał się na blat. W pokoju robiło się
coraz ciemniej. Rusty z trudem zobaczyła dwie znajome
postacie stojące koło jakiejś dziwnej maszyny, kierujące rurą
spustową.
- To twoi wujkowie, Clarence i Doc! - krzyknęła, lecz juŜ
drugie okno zaczęło się pokrywać białą warstwą puchu. Zanim
zostało całkowicie zasłonięte, Rusty mignęła jeszcze sylwetka
babci i stojącego obok rozradowanego Harveya.
- Wiem. Tędy, tędy! - Trent uchylił kuchenne okno,
jedyne, które pozostało nie zasypane, lecz juŜ trysnął w nie
biały pył. Za późno.
- Łazienka? Trent potrząsnął głową.
- Za małe i za wysoko umieszczone. Bardzo śmieszne,
wujku Clarence! - wykrzyknął przez szparę w oknie. - A teraz
nas wypuśćcie!
Odpowiedział mu tylko warkot armatki śnieŜnej.
- Trent! - Rusty usiłowała przekrzyczeć hałas. - Tu się
robi zupełnie ciemno. Czy masz latarkę? Zapałki? Świece?
Trent gorączkowo otwierał szafki i szuflady, gdy
tymczasem wnętrze domku pogrąŜyło się w ciemności.
Doskoczył do drzwi i waląc w nie pięściami, zawołał:
- Wypuśćcie nas! Zapanowała dziwna cisza.
- Czyście oszaleli? Wypuśćcie nas!
- Wspólne spędzanie czasu - wymamrotała Rusty pod
nosem.
- JuŜ dobrze! - zawołał Trent, w jego głosie pojawił się
pojednawczy ton. - Osiągnęliście swój cel. Powinniśmy iść z
wami po południu.
- Jak nas nie wypuścicie, nie będziemy mogli śpiewać z
wami kolęd wieczorem! - krzyknęła Rusty.
W odpowiedzi usłyszeli słaby odgłos odjeŜdŜającego
pikapa.
Rusty usłyszała jeszcze jedno uderzenie w drzwi i ciche
przekleństwo.
- Trent?
- Jestem tutaj. Gdzie było to „tutaj"?
- Nic nie widzę. Jest kompletnie ciemno. Dobrze się
czujesz?
- Tak. - Słychać było, Ŝe ledwie powstrzymuje wybuch
wściekłości. - A ty?
- Sama nie wiem.
- Mam nadzieję, Ŝe tak, bo właśnie moi wujkowie i twoja
babcia zakopali nas w śniegu.
ROZDZIAŁ 10
- MoŜe nie wiedzieli, Ŝe jesteśmy w środku?
- Wiedzieli. Mój samochód stoi przed chatą.
- Wobec tego po co to zrobili?
- Myślę, Ŝe się na nas obrazili. - Głos dochodził wciąŜ z
tej samej odległości, więc widocznie Trent nadal stał przy
drzwiach.
Ona sama nie bardzo wiedziała, gdzie się dokładnie
znajduje.
- O rety, czemu mi nie powiedziałeś, Ŝe oni przywiązują
taką wagę do tej zabawy na śniegu i do tego sztucznym.
- Chyba chodziło im o to, Ŝe nakłamaliśmy, Ŝeby wyrwać
się do pracy.
- Wybacz, ale mnie naprawdę bolała głowa.
- Ale nie rano. Nie było sensu się o to spierać.
- Jak wpadli na to, Ŝe tu jesteśmy?
- Nie wiem. Co to ma za znaczenie? - spytał
zrezygnowanym głosem.
Chyba istotnie Ŝadnego.
- Jak długo zamierzają nas tu trzymać?
- AŜ uznają, Ŝe spędziliśmy ze sobą wystarczająco duŜo
czasu. Czemu mnie zadajesz te pytania?
- To są twoi wujkowie. Zdaje się, Ŝe specjalizują się w
organizowaniu ci randek, czy tego sobie Ŝyczysz, czy nie.
- Niczego takiego nie robili, dopóki nie poznali twojej
babci.
Rusty zawrzała ze złości.
- Nie moŜesz jej o to winić!
- Co ty powiesz! A dlaczego? Usłyszała słaby odgłos
jakiegoś uderzenia i zaraz potem głośne przekleństwo. Dobrze
mu tak. ,
- W porządku. PrzeŜyłem - powiedział słabym głosem.
- Szkoda. Rozmowa urwała się, gdyŜ kaŜde z nich
zastanawiało się, kto był winien sytuacji. Rusty uwaŜała, Ŝe na
babcię mieli wpływ wujkowie, chociaŜ rzeczywiście ostatnimi
czasy objawiła się jej, dotychczas nie znana, romantyczna
natura. Pomysł zasypania śniegiem wnuczki razem z
przystojnym męŜczyzną w chacie odciętej od świata musiał
się jej wydać romantyczny. Zwłaszcza jeŜeli w czasie
„Festiwalu Śniegu" podawano do picia coś mocniejszego niŜ
mleko. Usłyszała jakiś ruch.
- Gdzie idziesz?
- Przed siebie. W stronę tapczanu, na którym chrapałaś
całe popołudnie.
- Nie chrapałam.
- Skąd moŜesz wiedzieć?
- A skąd ty moŜesz wiedzieć? Prądnica hałasowała i
miałeś zatyczki w uszach - zwróciła mu uwagę z satysfakcją.
- Mimo to mogłem słyszeć twoje chrapanie - obstawał
przy swoim.
Rusty stłumiła śmiech.
- W takim razie jak mogłeś nie zwrócić uwagi, Ŝe cztery
osoby przyjechały pikapem z maszyną do wytwarzania
ś
niegu?
Nie odpowiadał. Usiłował to ukryć, lecz musiał być
wściekły na wujków. Wiedziała teŜ, Ŝe dopóki się kłócą, nie
muszą zastanawiać się nad tym, iŜ zostali tu sami we dwoje.
- Oczy mnie rozbolały i być moŜe trochę przysnąłem -
przyznał w końcu. - Czekałem na telefon...
- Telefon komórkowy! - Ta sama myśl przyszła im
równocześnie do głowy.
- Gdzie go połoŜyłeś? - spytała Rusty.
- Na stole.
- Chyba ja jestem bliŜej. - Rusty wyciągniętymi rękami
badała przestrzeń naokoło i na nic nie natrafiła. Postąpiła do
przodu krok, potem drugi. Poczuła stęchłą woń tapczanu,
zanim do niego dotarła.
- Jest tapczan. - Dotknęła brzegu mebla. - Teraz juŜ nic
nie stoi miedzy mną a stołem. - Z wyciągniętymi ramionami
pewnie posuwała się przed siebie, gdy nagle potknęła się o
jakiś sznur, biegnący na wysokości jej kolan. Przypomniała
sobie o sekundę za późno, Ŝe akurat tędy przeprowadziła kabel
od laserowej drukarki. Siłą rozpędu poleciała do przodu i z
przeraŜeniem usłyszała, jak kosztowne urządzenie spada z
krzesła i z trzaskiem ląduje na podłodze.
- Rusty! Krzyk Trenta dobiegł ją w momencie, gdy
wymachując ramionami, spadała w ciemność. Przed upadkiem
chwyciła za róg stołu. Coś się z niego ześlizgiwało.
- Łap komputery! Rusty po omacku wyciągnęła ręce, lecz
na próŜno. Oba komputery, a za nimi jakiś mniejszy
przedmiot, znalazły się na podłodze koło drukarki.
- Chyba znalazłam twój telefon - rzekła, starając się nie
myśleć o stanie swego komputera.
- Nic ci nie jest? - spytał Trent. Fizycznie nic, ale kiedy
ostatnio zrzuciła swój komputer na podłogę?
- Trochę się potłukłam. - CzyŜby straciła swą nową,
ś
wietną wersję reklamy?
- To j u Ŝ przestało być zabawne.
- A w ogóle było?
- Pewno kiedyś będziemy się z tego oboje śmiać.
- Tak, ale dopiero, gdy zwabimy tu wujków i moją
babcię, Ŝeby spróbowali tego leku, który nam zaaplikowali.,
Trent ni to zachichotał, ni to jęknął.
- Pewnie myśleli, Ŝe rozpalimy ogień w kominku albo Ŝe
mamy latarki. Nie! sądzę, by sobie uświadamiali, w jakich
ciemnościach się znajdziemy.
- Wątpię, czy oni w ogóle myśleli. - Rusty nie była
Ŝ
yczliwie usposobiona. Pomacała podłogę wokół siebie.
Natknęła się na przewrócone krzesło i drukarkę. Poczuła, Ŝe
jej palce są dziwnie śliskie.
- Trent, chyba twoja drukarka krwawi. Roześmiał się, a
jej ulŜyło.
- Nie ruszaj się. Poszukam telefonu - powiedział.
- W pobliŜu mnie go nie ma.
- Dobrze. Sprawdzę gdzie indziej. Słyszała, jak ostroŜnie
posuwa się wzdłuŜ stołu.
- Chyba komputery diabli wzięli.
- Niewątpliwie.
- To fatalnie. - Rozmiar klęski jeszcze nie całkiem do
Rusty docierał.
- Teraz o tym nie myśl. No tak, wobec tego o czym mają
teraz myśleć? Zachrzęścił plastyk.
- Znalazłem komputer. Telefon nie mógł upaść duŜo
dalej... Mam.
Rusty usłyszała syk Trenta. Jakieś małe przedmioty spadły
na obudowę komputera, po czym potoczyły się gdzieś po
podłodze.
- Co to było? Trent odpowiedział po dłuŜszej chwili:
- Telefon się rozpadł. Nastąpiłem na pojemnik z
bateriami.
- Chyba szukanie ich nic nie da, prawda?
- Prawda.
- Więc jesteśmy tu uwięzieni?
- Chyba Ŝe śnieg stopnieje albo oni przyjadą nas odkopać.
Rusty powstrzymała się od pytania, kiedy to nastąpi.
- W głowie mi się nie mieści, Ŝe coś takiego mogło nas
spotkać.
- Ale spotkało, Odsuńmy to rumowisko ze środka pokoju,
Ŝ
ebyśmy się o nie ciągle nie potykali.
- Dobry pomysł. Poprzesuwali potrzaskany sprzęt
wartości tysięcy dolarów, a takŜe stół i krzesła pod ściany.
- Czuję, Ŝe coś oślizgłego przylgnęło mi do dłoni.
- Oślizgłego?
- No wiesz, gładkiego, ale nie wilgotnego,
- Nie, nie wiem. Ale to brzmi zachęcająco. - W jego
głosie zabrzmiała nikła nuta humoru.
- Nie do wiary, Ŝe masz ochotę na Ŝarty.
- A co innego nam zostało? Według Rusty odpowiedź
narzucała się sama, lecz przez ostatni tydzień unikała
przebywania z Trentem sam na sam. A teraz byli razem, bez
krewnych, bez komputerów. Nie mogli pracować. Potrafiłaby
dokładnie opisać, co mogliby robić we dwójkę.
Niech diabli wezmą wujków i ich głupi plan. W
najbardziej nietypowy sposób znaleźli mu kobietę, która
sytuowała się blisko niebezpiecznej granicy - jego ideału. A
Trent dotychczas nawet nie wiedział, jaki jest jego ideał
kobiety. Uśmiechnął się w ciemnościach. Rusty z pewnością
nie była ideałem w pojęciu wujków, ale to dla nich
najwyraźniej nie miało znaczenia.
Po chwili uśmiech przygasł na jego twarzy. JuŜ dłuŜej nie
mógł walczyć z losem. Był zgubiony.
Usłyszał, Ŝe Rusty się porusza.
- Gdzie idziesz?
- Na tapczan. Tapczan. Zacisnął zęby i podjął decyzję.
- Mogę się przysiąść? - Jego głos zabrzmiał prawie
normalnie.
- Jeśli mnie znajdziesz. - Zaskrzypiało stare drewno pod
materacem.
O, znajdę cię, odparł w myślach. Poruszał się ostroŜnie, aŜ
poczuł przy nogach brzeg materaca. Gdzie ona jest? Przesunął
dłoń i natrafił na jej wyciągniętą rękę. Cofnęli je natychmiast
oboje i roześmieli się z zakłopotaniem.
- Nie jest ci zimno? - Temperatura nie była niska, śnieg
stanowił dobrą izolację, ale zawsze moŜna mieć nadzieję.
- Trochę - odparła.
- Przysuń się, to cię obejmę. - Mówił to sztucznie
rzeczowym tonem jak reŜyser dający wskazówki na scenie. Ru
- sty przesunęła się bliŜej. Trent wyciągnął rękę i ruszał nią po
omacku, aŜ natrafił na miękkie ramię Rusty. Siedzieli oboje w
bezruchu. Trentowi bardzo odpowiadało, Ŝe spowijają ich
ciemności, gdyŜ całe jego ciało wyrywało się ku Rusty, a jego
dłoń nie obejmowała juŜ wcale jej ramienia, lecz pierś.
Jakie miał szanse? Co powinien dalej robić? Udawać, Ŝe
ręka zsunęła mu się przypadkowo? Usprawiedliwiać się czy
nie? Poczekać, aŜ ona się odezwie?
Trudna decyzja. Sprawa była powaŜna i nie mógł działać
pochopnie.
- Rusty?
- Tt...aak? Nie było wątpliwości, Ŝe jest świadoma całej
sytuacji.
- Och, przepraszam. - Przesunął dłoń na jej ramię. -
Chybiłem celu.
- O, sądzę, Ŝe osiągnąłeś cel. Trudno było powiedzieć,
czy była zła, czy nie.
- Rusty, jest tak ciemno, nic nie widzę.
- Nie musisz. Męskie ręce są zaopatrzone w sonary, tak
jak nietoperze.
Ona była wściekła. Trent z ociąganiem wycofał ramię.
- To się stało przypadkiem. - Tak, z pewnością. -
Przesunęła się jeszcze bliŜej. – Tak samo jak ja mogłabym
wyciągnąć rękę i całkiem przypadkowo...
Oboje wstrzymali oddech, gdy jej dłoń natrafiła po drodze
na wyczuwalny dowód męskiej gotowości.
- Od jak dawna tak się z tobą dzieje?
- Od wielu dni - wyjąkał.
- Jestem pod wraŜeniem. Znowu objął ją ramieniem i jego
wargi zaczęły szukać jej ust. Zwykle zaczynał od lekkich,
muskających pocałunków w oczekiwaniu, aŜ kobieta rozchyli
wargi, gotowa na więcej. Usta Rusty były juŜ rozwarte i
gotowe. Gotowe i zachłanne, wspomagane pieszczotą dłoni.
Taką kobietę mógł całować cały dzień. Całą noc.
Całą wieczność.
I nagle Rusty odszukała jego dłoń i połoŜyła ją sobie na
piersi.
- JuŜ się tam dostałem - wyszeptał.
- Tak, ale sądziłam, Ŝe zbłądziłeś w ciemnościach. Oboje
zadrŜeli, gdy jego dłoń otuliła drugą pierś. Pod jedwabiem
bluzki Trent wyczuwał koronkowy staniczek i ciepło ciała.
Płonął.
Ciągle byli ubrani w tych przesyconych erotyzmem
ciemnościach i Ŝadne z nich nie mogło przewidzieć, kiedy i
jakie miejsce stanie się kolejnym obiektem pieszczoty.
Poczuł jej dłonie na szyi.
- Co robisz? - spytał schrypniętym głosem. Był
zdziwiony, Ŝe w ogóle udało mu się cokolwiek powiedzieć.
- Chcę ci rozpiąć koszulę. Nie mam cierpliwości do
guzików. MoŜe trzeba je oderwać.
- Rusty. - Przytrzymał jej ręce.
- Dobry pomysł. Ty rozepnij swoją, ja swoją. Usiłował
nie myśleć o Rusty rozpinającej bluzkę.
- Nie moŜesz tego zrobić. Słuchaj, oboje jesteśmy dorośli.
I dobrze wiemy, dokąd to prowadzi. Musimy być... rozsądni.
Usłyszał szelest jedwabiu - ona juŜ rozpinała bluzkę.
Poczuł zapach jej perfum. Usłyszał jęk. Swój własny.
- Nie musisz wygłaszać kazania. Znam dobrze jego treść.
Mamy przed sobą róŜne cele, Ŝadnej szansy na wspólną
przyszłość, jutro rano będziemy tego Ŝałować. A wiesz co?
Mnie bardziej byłoby Ŝal nocy nie spełnionych pragnień niŜ
nocy namiętności. Wyczerpałam wszystkie argumenty?
- Poza jednym.
- Jakim?
- Rusty, ja nic nie mam przy sobie.
Znieruchomiała. Wraz z przedłuŜającą się ciszą tracił
nadzieję, Ŝe usłyszy: „Nie ma sprawy. PomóŜ mi znaleźć
torebkę". Wreszcie powiedziała:
- Nie przypuszczam, by twoi wujkowie wrzucili nam
przez komin prezerwatywy.
- śartujesz? Oni chcą dzieci. To znaczy chcą, Ŝebym ja
miał dzieci.
- A ty chcesz?
- Tak, ale... jeszcze nie teraz.
- To tak jak ja. Siedzieli w milczeniu. Słyszał, jak Rusty
szybko oddycha.
- Są jeszcze inne sposoby.
- Nie. Nie jesteśmy licealistami. Odchrząknął i przysunął
się do niej bliŜej.
- Nie chcę się przechwalać, ale zapewniam, Ŝe to ci nie
przypomni liceum.
Westchnęła.
- Będę się czuła jeszcze gorzej niŜ teraz.
- Albo o wiele lepiej.
- Wątpię - szepnęła.
Rusty miała rację. Powinni ochłonąć. PołoŜył się i
wyobraził sobie, Ŝe ona zrobiła to samo. Wsłuchany w jej
oddech zaczaj się zastanawiać, dlaczego nie mieliby mieć
romansu.
Im dłuŜej rozwaŜał ewentualne przeszkody, tym mniej
wydawały mu się waŜne.
- Rusty, tak się zastanawiam.
- Nie zastanawiaj się.
- My coś czujemy do siebie.
- PoŜądanie.
- Coś więcej i ty o tym wiesz. Milczała przez chwilę, po
czym powiedziała;
- Nie moŜe być między nami niczego więcej, bo ja nie
opuszczę babci. Wszyscy ją opuścili. Ona Ŝyła dla mnie i
zamierzam z nią pozostać. Po świętach pojadę do Chicago, ty
do Dallas i jak wrócimy do pracy, to juŜ pierwszego dnia
będziemy sobie wdzięczni, Ŝe nie zrobiliśmy jakiegoś
głupstwa. Na dobrą sprawę teraz, gdy straciłam komputer,
powinnam wyjechać, jak tylko się stąd wydostaniemy.
Trent nie odpowiedział. Bez względu na zniszczony
komputer ona i tak nie chciałaby oddać prezentacji projektu w
ręce swej asystentki. On teŜ wróci do Dallas przed świętami,
Ŝ
eby
spotkać
się
z
właścicielem
przedsiębiorstwa
budowlanego.
Miała rację, ale czuł się okropnie. Zdecydowany odsunąć
od siebie wszystkie zdroŜne myśli zapytał:
- Widziałaś ostatnio jakiś dobry film?
Nie miała pojęcia, jak długo rozmawiali. Chyba parę
godzin. W ciągu tego czasu spędzonego w ciemnościach
dowiedziała się, jakie były nadzieje i marzenia Trenta, odkryła
i doceniła jego poczucie humoru, wypomniała mu, Ŝe ma
fatalny gust, gdyŜ podobały mu się zupełnie inne filmy niŜ jej,
w związku z czym przysięgła, Ŝe skreśli jego kandydaturę we
wszystkich moŜliwych przyszłych wyborach.
Ciemność sprzyjała teŜ zwierzeniu mu swych myśli,
których dotąd nikomu nie wyjawiła.
W ciągu tych godzin broniła się przed miłością do niego,
przed rozwaŜaniem, Ŝe w przyszłości mogliby spędzać
podobne wieczory na rozmowach.
Albo na kochaniu się.
W ciemnościach przepływało między nimi poŜądanie,
wręcz wyczuwalne. Rusty chciała go dotykać. Kilka razy
wyciągała rękę, Ŝeby znalazła się w zasięgu ciepła jego ciała.
Cofała ją, zanim on mógł się zorientować, co robi.
Przypomnieli sobie o torbach z chrupkami i napojach,
więc zjedli dietetyczną kolację, rozsypując dookoła okruchy.
Potem Rusty wymyślała hasła reklamujące projektowane
przez Trenta miasteczko, on zaś przedstawił jej załoŜenia
finansowe jej własnej agencji reklamowej.
Posiadanie takiej agencji było skrytym marzeniem Rusty,
lecz dopiero po rozmowie z Trentem przestało pozostawać
wyłącznie w sferze fantazji. MoŜe sprawy finansowe mogłaby
wykorzystać jako pretekst i zatelefonować do niego po
ś
więtach? I co dalej? Ona z babcią w Chicago, a on w Dallas.
Nigdy im się nie uda być ze sobą. Pomasowała skronie.
- Ból głowy wrócił?
- Tak jakby. Skąd wiesz?
- Słyszałem, jak pocierasz skronie.
- Nie wiem, ile czasu juŜ minęło, ale proszki Harveya
chyba przestały działać.
- Mam aspirynę w teczce. Rozpocząć akcję zwiadowczą?
- Tak jest, Ŝołnierzu.
Ze śmiechem zszedł z tapczanu, w ciszy głośno
zabrzmiały jego kroki. Rusty była ciekawa, jak sobie radzi w
ciemnościach.
- Gdzie teraz jesteś?
- Idę w kierunku okna. Tam odsunęliśmy stół, a teczkę
postawiłem obok.
Rusty usłyszała przesuwanie krzeseł.
- Mam. Ona teŜ jest cała w tym czymś oślizgłym - rzekł,
ś
cierając coś ze skórzanej powierzchni.
- Czy aspiryna to jedyne pigułki, jakie tam masz?
Wolałabym wiedzieć, co połykam.
- Są jakieś proszki przeciw uczuleniom, ale w
celofanowym opakowaniu. O, jest kosmetyczka. - Odsunął
zamek błyskawiczny. - Alusal w tubce, dezodorant do ust,
pasta do zębów, krem do golenia...
- Ale zapasy.
- Mówiłem ci, to mój zestaw pierwszej pomocy. O,
buteleczka z aspiryną. Gdzie twoja ręka?
Wyciągnęła ją i ich dłonie się spotkały. Dał jej buteleczkę.
Słyszała, Ŝe nadal szpera w kosmetyczce. Usiłowała odkręcić
zabezpieczoną przed dziećmi zakrętkę, gdy usłyszała
przyspieszony oddech Trenta.
- Co się stało?
- Ja... znalazłem prezerwatywę. Spojrzała w jego kierunku
zdumiona
1
. śałowała, Ŝe nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy.
- Trzymasz prezerwatywy w teczce?
- Nie, w teczce mam kosmetyczkę. A w niej była jedna,
przypadkiem.
Chyba zaleŜało mu na zaznaczeniu tego ostatniego słowa.
Siedzieli
nieruchomo,
tylko
Rusty
słyszała
szelest
opakowania, które Trent obracał w palcach.
- To chyba zmienia postać rzeczy - wyraziła głośno swą
myśl.
-
Nie
musi.
-
Odetchnął
głęboko.
-
Chyba
zdecydowaliśmy, Ŝe będzie łatwiej, jeŜeli nie dowiemy się, co
straciliśmy.
- Rzeczywiście. - Ten szelest skłaniał ją do ponownego
rozwaŜenia całej sprawy.
- W tej chwili - mówił Trent dalej - mogę sobie tylko
wyobraŜać, co bym czuł, gdybym pieścił twoje ciało. To
lepsze niŜ odkrycie, jakie ono jest miękkie. Jaka jedwabista
jest twa skóra.
Rusty poczuła, Ŝe ma sucho w gardle.
- Jak ona smakuje. - Głos Trenta był uwodzicielski i
hipnotyczny. - W których miejscach jest szczególnie
wraŜliwa.
Rusty znała te miejsca i poczuła w nich mrowienie.
- Mógłbym doprowadzić cię do szaleństwa. - To był
prawie szept, który ją spowijał, zastawiał sidła na jej zmysły.
Zaśmiała się niepewnie.
- Jesteś bardzo pewny siebie. - DrŜała z podniecenia, choć
on nawet jej nie dotknął.
- Jestem bardzo pewny siebie. Przycisnęła pięści do ust i
zamknęła oczy. Chciała uwolnić swą wyobraźnię od
pocałunków Trenta, od jego pieszczot. Musi zyskać pewność,
czy naprawdę będzie jej bardziej Ŝal nocy namiętności, czy
nocy nie spełnionych pragnień.
Tak. W tej samej chwili, w której podjęła decyzję,
ogarnęło ją jakieś ciepło, ustąpiło napięcie mięśni i osłabło
pulsowanie w skroniach.
- Dobrze, doprowadź mnie do szaleństwa. - Rzuciła
buteleczkę z aspiryną za siebie. Usłyszała, Ŝe teczka spada na
podłogę. Przesunęła się nieco ku niemu. A on zaczął wodzić
delikatnie dłonią po jej udzie ku biodru i talii. Wstrzymała
oddech, gdy poczuła jego palce na gołej skórze ponad
dŜinsami. Po chwili dłoń Trenta powędrowała wyŜej.
- Jesteś bez bluzki, a ja o tym nie wiedziałem?
Zachichotała.
- Niespodzianka. To odkrycie jakby uwolniło coś w
Trencie.
- Więc lubisz niespodzianki?
- A ty nie?
Ze stłumionym śmiechem ułoŜył ją na tapczanie, a sam
przy nim ukląkł. Splótł palce Rusty ze swymi, oparł ich dłonie
ponad jej głową i wyszeptał:
- Nie masz pojęcia, gdzie cię teraz pocałuję. Zaczęła
szybciej oddychać. Dostawała gęsiej skórki w oczekiwaniu na
jego następną pieszczotę. Najpierw całował ją wzdłuŜ boku,
po czym jego usta ruszyły do dalszej, krętej wędrówki po jej
ciele.
- Trent, puść...
- Nie.
- Nie?
- Jeszcze nie. Chciała go dotykać, całować. Wstrzymała
oddech, gdy poczuła, Ŝe Trent zębami rozsuwa zamek
błyskawiczny jej dŜinsów.
- Niespodzianka. - Po wycałowaniu odkrytych obszarów
jego wargi rozpoczęły podróŜ ku górze, aŜ dotarły do
staniczka.
- Zapięcie z przodu?
- Nie - szepnęła bez tchu. - Gdybym przewidywała...
- Nie szkodzi. - Prowadził dalej swą niespieszną,
znaczoną pocałunkami wędrówkę, a ona, oszołomiona, ledwie
zdała sobie sprawę, Ŝe obie jej ręce uchwycił jedną dłonią.
- Jesteś w tym doo...bry - wymamrotała, gdy odpiął
staniczek i ponownie splótł palce ich obu dłoni.
- Chciałbym cię widzieć - szeptał. - WyobraŜam sobie tę
jasną karnację... - Chwycił zębami koronkowy materiał i
ś
ciągnął z niej staniczek.
W ciszy słychać było tylko ich oddechy - Trenta powolny
i głęboki, Rusty szybki i płytki. KaŜdy centymetr jej skóry
drŜał w oczekiwaniu na jego dotyk. Zaczęła gwałtownie
poruszać palcami, tak bardzo pragnęła przyciągnąć go do
siebie.
- Trent? - wyszeptała. Usłyszała w swym szepcie błagalną
nutę.
- Teraz tutaj. - Wtulił wargi we wgłębienie jej obojczyka,
a następnie przesuwał je wzdłuŜ szyi. Usiłowała przekręcić
głowę, Ŝeby i ona mogła go pocałować, ale z cichym
ś
miechem uchylił twarz.
- Trent, proszę. - Ona go błagała. Nie mogła w to
uwierzyć, zwykle to ona panowała nad sytuacją.
- Trent. - Nie była juŜ w stanie znieść napięcia.
Teraz smakował jej skórę od szyi po talię. Płonęła. Kiedy
zaczął pokrywać pocałunkami jej piersi, zanurzyła mu palce
we włosy i uświadomiła sobie, Ŝe jej dłonie są wreszcie
wolne. Przesunęła je na plecy Trenta, ciągle miał na sobie
koszulę.
- Zdejmij ją! Podźwignęła się do siedzącej pozycji i
zaczęła rozpinać guziki, ale za bardzo drŜały jej palce.
- Pomogę ci. - Nakrył jej dłonie swymi i wyczuła, Ŝe one
teŜ dygoczą. Kiedy wreszcie połoŜyła mu dłonie na piersi,
wyszeptała:
- Marzyłam o tym od wielu dni.
Teraz wszystko potoczyło się szybko. Zrzucili z siebie
resztę ubrań i juŜ nie wystarczyły magiczne pocałunki Trenta.
- Nie mogę... dłuŜej czekać.
- Ani ja.
Złączyli się w odwiecznym rytmie miłości.
Miłości?
Nie.
JuŜ na skraju szaleństwa, zanim całkiem zatraciła się w
rozkoszy, w ostatniej chwili świadomości odpowiedziała
sobie: tak.
ROZDZIAŁ 11
Obudził ich hałas.
- Co to? - spytała Rusty, wtulona w ramiona Trenta.
- Chyba silnik. DuŜy silnik - odparł.
- Jeszcze więcej śniegu? - Poczuła, Ŝe on potrząsa
przecząco głową.
- Chyba nas odkopują.
- Ojej! Jesteśmy nadzy! - Zerwała się z tapczanu.
- Nie wpadaj w panikę. Mamy parę minut - uspokajał ją
Trent.
Tak, oczywiście. On nie musiał szukać tylu rzeczy co ona.
- Gdzie rzuciłeś moje dŜinsy?
- O, licho, nie wiem. Gdzieś niedaleko. Silnik zawarczał
bliŜej. DuŜo bliŜej.
- Trent! - jęknęła.
- Tu coś jest. - Podał jej jakiś kłębek materiału.
- To twoja koszula!
- WłóŜ ją, jak niczego innego nie znajdziesz.
- Tak, na pewno. A moŜe po prostu wszystkim
oznajmimy, co tu robiliśmy.
- Niekoniecznie muszą zakładać, Ŝe coś robiliśmy. - Jego
głos dochodził znad podłogi, widocznie podjął poszukiwania.
Znalazła bluzkę na tapczanie.
- No świetnie. Spaliśmy na mojej bluzce.
- Wielkie rzeczy. Spędziliśmy tu całą noc, to oczywiste,
Ŝ
e jesteśmy wymiętoszeni.
- Wymiętoszeni, ale nie nadzy!
- Masz, są twoje dŜinsy. JuŜ nie będziesz naga.
- Ale jeszcze nie znalazłam majtek. - Musiała
przekrzykiwać warkot maszyny.
- MoŜe chwilowo będziesz musiała z nich zrezygnować.
Rusty jednak uklękła i zaczęła przeszukiwać podłogę.
Znalazła staniczek - lepsze to niŜ nic. WłoŜyła go i wciągnęła
dŜinsy.
- Trent, jesteś ciągle goły?
- Nie, znalazłem swoje rzeczy. Usłyszała, Ŝe wciąga
spodnie.
- Nawet slipki?
- Tak.
- Wspaniale, ty znalazłeś swoje, a moje gdzie? Wokół
drzwi zaczęło się sączyć szare światło.
- Wszystko pozapinane? Chyba jesteśmy ocaleni. Silnik
przestał pracować.
- Trent? Rusty? Czy dobrze się czujecie?! - zawołał
Clarence.
- Poza tym, Ŝe jesteśmy wściekli jak wszyscy diabli! -
odkrzyknął Trent.
Łopaty skrobały drewno.
- Sądziliśmy, Ŝe śnieg szybko stopnieje - powiedział
Harvey bardzo skruszonym głosem. - Nie wiedzieliśmy, Ŝe
nadchodzi zimny front.
Wspaniale. Pewno wszyscy tu się zjechali. Rusty nie była
pewna, czy dobrze zapięła bluzkę i jakoś jej się wydawało, Ŝe
wszyscy poznają, iŜ nie ma na sobie majtek. Przeczesała
palcami włosy. Miała nadzieję, Ŝe tusz z rzęs zbytnio się nie
rozmazał.
Chwilę później w wyniku wspólnego wysiłku - wujków,
którzy pchali, i Trenta, który ciągnął, drzwi ustąpiły i
jaskrawe, słoneczne światło oślepiło Rusty.
- Hej, jak się macie! Wychodźcie, wychodźcie!
Dobroduszny głos Clarence'a podziałał jej na nerwy.
Potykając się, ruszyła ku wyjściu. ZadrŜała z zimna i
przysłoniła oczy dłonią, podobnie jak Trent, który wziął ją za
rękę i przeprowadził przez próg. Zwały białego, lśniącego
ś
niegu otaczały wydrąŜony tunel. Doc siedział na jakiejś Ŝółtej
koparce.
- Słuchaj, chłopcze, wiem, Ŝe jesteś zły... - Clarence
przerwał raptownie.
- Rachel Marie! Gdy babcia zwracała się do niej tak
oficjalnie, to był zły znak.
- Babciu? - Rusty zamrugała, wypatrując Agnes. Babcia
stała przy końcu śnieŜnego tunelu i wpatrywała się we
wnuczkę przeraŜonym wzrokiem. Podobny wyraz twarzy
mieli stojący obok wujkowie. Zaintrygowana spojrzała na
Trenta.
Oczy rozszerzyły się jej ze zdumienia. Jemu teŜ.
Na twarzy, a zwłaszcza wokół ust miał czarne smugi,
które przechodziły na szyję i znikały pod koszulą, a na niej
widać było wyraźne czarne ślady palców Rusty, biegnące
wzdłuŜ zapięcia. Dwóch guzików brakowało.
- Barwnik drukarki - szepnęła, kiedy Trent odwrócił się,
by ją zasłonić. Spojrzała na swe zaczernione ręce i ramiona.
Mogła się domyślić, jak wygląda reszta. Oślizgłe coś, o
którym całkiem zapomniała, dokładnie wskazywało, w jaki
sposób ona i Trent rozgrzewali się tej nocy.
- Wyglądamy jak seksualne mapy - mruknął. Przyjrzała
się swej bluzce - dwie ciemne dłonie zostały odbite na
piersiach. Gdyby jej nie zdjęła, moŜe te ślady by się zatarły,
ale nie, ściągnęła ją i w ten sposób zachowały się w całej
wyrazistości, Ŝeby wszyscy mogli to zobaczyć.
I zobaczyli.
Usłyszeli, jak Clarence chrząknął znacząco, więc
odwrócili się ku niemu.
- Rusty, kochanie. - ZbliŜał się do niej z wyciągniętymi
ramionami i uśmiechem na ustach. - Witaj w rodzinie.
Wystarczyło spojrzenie na babcię, by odpowiedziała w
jedyny moŜliwy sposób.
- Dziękuję.
Ciemne smugi na jej ciele były Ŝywym wspomnieniem
miłosnej nocy z Trentem. Chciała się pozbyć tego
wspomnienia tak szybko jak owych plam z ciała.
Choć oboje starali się zbagatelizować to, co się wydarzyło,
Agnes i wujkowie byli wprost nie do zniesienia ze swymi
niedwuznacznymi uwagami. Trent i Rusty siedzieli teraz
ś
wieŜo po kąpieli koło siebie przed górą jedzenia, podczas gdy
reszta rodziny popijała kawę i nie spuszczała z nich oka.
Kiedy tylko się do siebie odezwali, choćby to była jedynie
prośba o podanie soli, rozmowa milkła i spojrzeniom
towarzyszyły pełne oczekiwania uśmiechy.
Trent wyglądał na speszonego w tym samym stopniu co
Rusty. Od momentu owego widowiska przy drzwiach chaty
nie mieli okazji być ze sobą sam na sam.
I nie wyglądało na to, Ŝe w ogóle będą.
Gdy
Harvey
przyniósł
reklamowy
katalog
dla
nowoŜeńców, Rusty nie wytrzymała i pobiegła do swego
pokoju. PołoŜyła na łóŜko walizkę i zaczęła bezładnie wrzucać
do niej rzeczy.
- Co ty robisz? - Agnes stanęła za wnuczką.
- Pakuję się. W tych okolicznościach będzie najlepiej,
jeŜeli natychmiast wyjedziemy.
- W jakich okolicznościach? Rusty zaczęła ściągać z
wieszaków ubrania.
- Trent i ja nie zamierzamy się pobrać.
- Ale... ale przecieŜ wy...
- Co? Spaliśmy ze sobą. - Zaśmiała się cierpko. -
Nudziliśmy się. Na tym raczej nie moŜna opierać małŜeństwa.
- JeŜeli Agnes uwierzy, to moŜe i jej się uda.
- Nudziliście się? Nigdy nie słyszałaś o scrabble'u?
- Było ciemno! - Rusty wrzuciła sweter do walizki. -
Zupełnie ciemno! Nie mogliśmy wyjść. Powinnaś się cieszyć,
Ŝ
e nic nam się nie stało, gdy się potykaliśmy o meble. Nasze
komputery się potłukły i najwyraźniej drukarka teŜ. Co ty
sobie wyobraŜałaś?
Przytłoczona tymi argumentami Agnes przysiadła na
łóŜku.
- Myślałam, Ŝe będzie romantycznie Sądziłam, Ŝe jak
przestaną
działać
komputery,
to
będziecie
musieli
porozmawiać i lepiej się poznać.
- Rozmawialiśmy. Musieliśmy się lepiej poznać. Nie
pobierzemy się.
- Rusty! - Agnes przygryzła wargę. - Nie wierzę, Ŝe nic
do siebie nie czujecie.
- Dlatego, Ŝe coś poczuliśmy zeszłej nocy? To była
zabawa. Skończyła się. - Te słowa ją samą zabolały.
- Ale ty się w nim zakochałaś, prawda? Serce w niej
zadrŜało. Nie. To nieprawda. Nie była w nim zakochana. To
były tylko hormony. Nie odpowiedziała na pytanie.
- Lepiej zacznij się pakować. Mamy lot zaraz po północy
i zamówiłam dwa bilety. MoŜe to nie najbardziej odpowiednia
pora, ale i tak miałam szczęście, Ŝe coś się znalazło w okresie
przedświątecznym.
- Ja z tobą nie wracam.
- Co? - Osłupiała Rusty wypuściła z rąk pulower.
- Nie wracam przed świętami. Tu jest jeszcze mnóstwo do
roboty. Ciasta nie upieczone. A przecieŜ im obiecałyśmy.
Harvey zamówił dla nas kostiumy.
- O czym ty mówisz?
- O kostiumach, w których będziemy wręczać prezenty. Z
babcią najwyraźniej działo się coś niedobrego.
- Przyjechałyśmy tu, bo chciałaś, Ŝebym się przyjrzała
Trentowi. Przyjrzałam się.
- MoŜe aŜ nazbyt dokładnie. W porządku. Ta uwaga
ś
wiadczyła o zdrowych zmysłach babci.
- Tak czy owak, nie ma sensu zostawać tu dłuŜej.
- Obiecałaś mi! Rusty zwinęła pulower i włoŜyła go do
walizki. Ujęła dłoń babci i powiedziała:
- Mówiłam, Ŝe spróbuję i spróbowałam. Mój komputer
jest w kawałkach, a Dearsing przeniósł prezentację na Wigilię.
Nie mam wyboru.
- Zawsze mamy wybór, Rusty. - Babcia wstała. - A ty źle
wybrałaś.
- Trent, lepiej zastanów się, jak właściwie postępować ze
swoją dziewczyną.
Clarence siedział za wielkim biurkiem, Doc stał oparty o
framugę okna, a Harvey na sofie przeglądał katalogi. Trent,
jak za chłopięcych czasów, stał przed biurkiem naprzeciwko
wujka. Lata minęły od czasów, kiedy dostawał burę. Uznał
jednak, Ŝe da im się wygadać.
- Czy panna Rusty zdecydowała się juŜ na jakiś kolor?
- Kolor?
- Sukni ślubnej.
- Nie - odparł krótko.
- Ale ślub się odbędzie - rzekł Clarence. To nie było
pytanie.
- Dobra rasa - stwierdził Doc. Sytuacja nadal była
kłopotliwa.
- To Rusty i ja zdecydujemy, czy będzie ślub. Dziękuję
wam za troskę.
- Słuchaj, chłopcze... Trent był juŜ w drzwiach.
Trent obiecał odwieźć Rusty na lotnisko. On sam wracał
do Dallas.
- JeŜeli zmieni pani zdanie, moŜe pani wrócić w kaŜdej
chwili! - zawołał za nimi Harvey.
Rusty nie miała zamiaru zmieniać zdania.
- Wreszcie moŜemy porozmawiać - rzekł Trent, gdy juŜ
pomachali czterem zasmuconym postaciom.
- Chyba nie bardzo jest o czym, prawda? - Rusty obawiała
się tej rozmowy. W kółko zestawiała ze sobą róŜne elementy
swego Ŝycia jak kawałki układanki, łudząc się, Ŝe jakoś je
połączy. Ale Trent nie pasował do jej Ŝycia bez względu na to,
jak bardzo by tego chciała.
Spojrzał na nią z ukosa.
- Sądzę, Ŝe nie omówiliśmy do końca naszej sprawy.
- A ja sądzę, Ŝe zerwanie jest najlepszym wyjściem! -
Patrzyła prosto przed siebie.
- Do licha cięŜkiego, Rusty, ja chcę się nadal z tobą
spotykać!
Zamknęła oczy. Z jakichś przyczyn łatwiej jej było z nim
rozmawiać, kiedy go nie widziała.
- Oboje dobrze wiemy, Ŝe moŜemy utrzymać tę
znajomość tylko wtedy, kiedy ja ze wszystkiego zrezygnuję.
- Nie proszę cię, Ŝebyś z czegokolwiek rezygnowała.
- Tak? Chcesz powiedzieć, Ŝe ty porzucasz pracę w
firmie, odkładasz na półkę projekt wymarzonego miasteczka,
zostawiasz wujków i przeprowadzasz się do Chicago?
- Nie musisz stawiać sprawy w ten sposób.
- A jakim sposobem moglibyśmy być razem? Długie
milczenie było najlepszym dowodem, Ŝe nawet nie rozwaŜał
jakiejkolwiek zmiany w swoim Ŝyciu.
- Moglibyśmy to jakoś ułoŜyć.
MęŜczyźni zawsze powiadają "jakoś to się ułoŜy" i
zostawiają kobietom obmyślanie szczegółów. Nie tym razem.
- Mam obowiązki wobec babci. Poświęciła wiele lat, Ŝeby
mnie wychować. Nie opuszczę jej. - Rusty pominęła
milczeniem, Ŝe Agnes zdecydowała się zostać przez święta na
ranczu. - śeby sprostać tym obowiązkom, muszę wygrać
konkurs na kampanię reklamową. Jeśli mi się nie uda, będę
musiała pracować nad inną.
- Za kilka tygodni, kiedy się wszystko unormuje...
- Nic się nie zmieni - przerwała ostro. - Ty będziesz tu, a
ja tam.
- Rusty...
- To nie jest dla mnie łatwe. - Głos się jej załamał. - Ty...
Ta noc z tobą... - Nie mogła powstrzymać płaczu. - Myśl o
rozstaniu z tobą doprowadza mnie do takiego stanu. Nie mogę
stale przez to przechodzić, Trent, po prostu nie mogę. Lepsze
jest całkowite zerwanie. Od razu. Proszę.
Zatrzymał się pod światłami pa skrzyŜowaniu i przeniósł
na nią spojrzenie pociemniałe z napięcia.
- Naprawdę tego chcesz? Całkowitego zerwania?
- Tak. - Zmusiła się, Ŝeby jej głos zabrzmiał stanowczo. -
Tego właśnie chcę.
Dwudziestego czwartego grudnia o godzinie wpół do
jedenastej Rusty prezentowała swój projekt „Blisko natury",
ilustrowany pięknymi fotosami, na których widniał Trent we
flanelowej koszuli i róŜne produkty, ukazane w scenerii chaty.
Klienci byli pod wraŜeniem jej emocjonalnego zaangaŜowania
i uznali, Ŝe komuś, kto tak niezwykle przejmuje się promocją
ich towarów, naleŜy powierzyć kampanię reklamową.
Wróciła do domu. Czekała ją Wigilia w pustym
mieszkaniu, którego nawet nie przybrała z okazji świąt.
Dwudziestego czwartego grudnia o godzinie drugiej
trzydzieści siedem Trent podpisał kontrakt z właścicielem
przedsiębiorstwa budowlanego w ostatniej chwili, przed jego
wyjazdem na narty.
Wrócił do domu na Wigilię. Miał ją spędzić samotnie w
mieszkaniu, w którym nawet nie było choinki.
Musiała podzielić się z kimś dobrą nowiną. Wygrzebała z
torebki słuŜbową wizytówkę Trenta i zatelefonowała do niego
do biura. Nikt nie odpowiadał, więc zadzwoniła do domu.
Odezwała
się
automatyczna
sekretarka
i
Rusty
wybuchnęła płaczem.
Była sama. Zupełnie samotna w Wigilię. W Agencji
Reklamowej Dearsinga została zastępcą dyrektora, marzyła o
tym stanowisku od chwili, gdy zaczęła tam pracować. Miała
kierować kampaniami reklamowymi na cały kraj. Powinna
być szczęśliwa. Powinna to świętować. A pozostało jej
jedynie iść do łazienki i wziąć prysznic.
Gdzie ona jest? Trent rzucił słuchawkę, gdy odezwała się
automatyczna sekretarka. Czy Rusty zdobyła to zlecenie? Czy
jest szczęśliwa? Czy nie obchodzi jej, jak on sobie poradził,
czy podpisał kontrakt?
Udało mu się. I to bez grosza z rancza Triple D. Pewnego
dnia moŜe wujkowie zamieszkają w jego wymarzonym
miasteczku - . A. od tej chwili środowisko inwestorów
nabierze przekonania, Ŝe Trent nie musi polegać na
pieniądzach z ran - cza, Ŝeby realizować swe plany.
ś
ycie było piękne. Powinien być szczęśliwy. Powinien to
ś
więtować.
I chciał świętować. Z Rusty.
Opadł na skórzaną kanapę. Choć nowa i droga, nie było
mu na niej tak dobrze jak na pewnym zdezelowanym meblu w
opuszczonej chacie. Zamknął oczy. O czym myślał? śe nie
powinien pozwolić Rusty odejść, zgodzić się na to „całkowite
zerwanie".
Kiedy dwoje ludzi się kocha, próbują wszystko tak
zorganizować, by im się udało Ŝyć ze sobą. A on ją kochał.
Więc dlaczego jej tego nie powiedział? Nic dziwnego, Ŝe
chciała całkowitego zerwania. Nawet nie podał jej jednego
konkretnego powodu, dlaczego miałaby się nadal z nim
spotykać.
Był tak pochłonięty swym projektem, a jej tak zaleŜało na
zdobyciu zlecenia, Ŝe oboje stracili z oczu rzecz najwaŜniejszą
- uczucie, które ich połączyło.
Miał teraz przed sobą nowe zadanie. Podniósł słuchawkę.
Wycierając włosy ręcznikiem, Rusty podeszła do
automatycznej sekretarki. Ktoś telefonował, kiedy brała
prysznic. Uruchomiła taśmę, lecz nie było Ŝadnej wiadomości.
Przyszło jej do głowy, Ŝe zadzwoni na ranczo, ale linia była
zajęta. JakŜeby inaczej. Poszła do kuchni i otworzyła lodówkę.
Wspaniale, na wigilijną kolację będzie jadła resztki
chińszczyzny z restauracji. To było okropne. Straszne. Jak
Agnes mogła jej to zrobić? Zawsze razem spędzały święta.
Rusty poświęciła dla niej swe szczęście, a ona nawet tego nie
doceniła.
A teraz stała osamotniona przed mikrofalową kuchenką, w
której leŜała zamroŜona kupka chińskiego jedzenia, podczas
gdy Agnes brylowała na ranczu wśród trzech panów do
wzięcia.
Coś tu nie było w porządku.
Zadzwonił telefon. Rusty rzuciła się ku niemu, świadoma
Ŝ
ałośnie ochoczej nuty w swym głosie.
- Rusty? To Trent. Powinna odłoŜyć słuchawkę.
- Słucham. - Zgasiła lampę, jakby potrafiła rozmawiać z
nim tylko w ciemnościach.
- Wiem, Ŝe chciałaś całkowitego zerwania, ale ja cię
kocham. Czy ty mnie kochasz? - spytał bez zbędnych
wstępów.
Łzy płynęły jej po twarzy.
- Czy mnie kochasz?
- Tak - wyszeptała i usłyszała, Ŝe odetchnął z ulgą.
- Wszystko się ułoŜy. Obiecuję. Rusty chciała mu
wierzyć.
- Jak?
- Dostałaś to zlecenie?
- Tak! - wykrzyknęła. - A ty zawarłeś umowę?
- Wszystko podpisane, przypieczętowane, dostarczone.
- Gratuluję. - Nie wykrzesała z siebie nawet cienia
entuzjazmu, lecz nie była w stanie udawać.
- A więc tak - rzekł Trent - oboje mamy przed sobą pracę,
wobec tego przez kilka miesięcy będziemy spotykać się tylko
w weekendy.
- A co potem?
- Potem... Nie wiem. Ale, Rusty, mówię ci, potrafimy to
jakoś ułoŜyć.
NaraŜała swe serce na mękę, tego była pewna. Ale z
drugiej strony...
- Dobrze. Raczej nie będę się czuła gorzej niŜ teraz.
- Ja się czuję wspaniale. Co z tobą?
- Jest Wigilia, a ja zostałam sama! - wyszlochała.
Usłyszała cichy śmiech.
- Albo ja przylecę do ciebie, albo ty do mnie. To się da
zrobić.
- Zwariowałeś? śadna linia nie będzie miała ani jednego
wolnego miejsca.
- Znajdzie się. Teraz się rozłączam. Zadzwonię do
wszystkich Unii, ty zrób to samo i zobaczymy, jaki będzie
wynik.
Taki był pewny, Ŝe im się uda. Trochę podniesiona na
duchu zapaliła światło i sięgnęła po ksiąŜkę telefoniczną. W
najlepszym razie mogła mieć nadzieję na listę rezerwową.
Rozpoczęła od największej linii.
- Wesołych Świąt. Rezerwacja. Czym mogę słuŜyć?
Tak jak Rusty się spodziewała, mogła być umieszczona na
bardzo długiej liście rezerwowej.
- Pani nazwisko?
- Rusty Romero. - Rusty słyszała swe nazwisko
wystukiwane na klawiaturze komputera. Zaległa cisza.
- Pani Romero, ma pani juŜ wykupiony bilet pierwszej
klasy na lot czterysta siedemdziesiąt sześć bezpośrednio do
Dallas.
- Co takiego?
- A takŜe rezerwację na lot dwieście siedemdziesiąt jeden,
samolot zaraz wylatuje, i na lot pięćset osiemdziesiąt dwa,
tysiąc sto pięćdziesiąt sześć oraz dwa tysiące pięćset
pięćdziesiąt osiem. Miała pani równieŜ rezerwację na lot sto
dwadzieścia jeden, ale na wcześniejszą godzinę. - Po chwili
informatorka dodała: - JeŜeli pani nie wykorzysta tych
zarezerwowanych, to moŜe moglibyśmy zaoferować je
oczekującym na liście rezerwowej?
- Ja... oczywiście. - Oszołomiona, odłoŜyła słuchawkę.
Jak to było moŜliwe? „Jeśli zmieni pani zdanie, moŜe pani
wrócić w kaŜdej chwili". Harvey. Szalony amator
telezakupów. Drogi, przemiły Harvey. Tanecznym krokiem
ruszyła do kuchni. Chińskie danie znalazło się z powrotem w
lodówce.
- Czy myślisz, Ŝe będą zaskoczeni, gdy nas zobaczą? -
spytała Rusty, kiedy razem z Trentem w pierwszy dzień świąt
nad ranem wkradali się po cichu na ganek. Święta były w
ś
nieŜnej szacie, choć leŜała ona wyłącznie na podwórzu przed
domem.
- Kto ich tam wie - odparł Trent szeptem. Wślizgnęli się
do wnętrza i połoŜyli prezenty pod choinkę.
- Chyba muszę się zabrać do przyrządzania śniadania -
zasugerowała Rusty bez specjalnego entuzjazmu.
- O, nie - odparł Trent zdecydowanie.
- Wobec tego - podniosła prezent przeznaczony dla Tren -
ta - otwórz to.
Spojrzał na płaską paczkę i zaraz wyciągnął spod choinki
drugą, bardzo podobną. Popatrzyli na siebie zdziwieni i
zaczęli zdejmować opakowanie.
- „Zakochani wędrowcy. Jak kochać na odległość" -
przeczytał.
- To nie będzie łatwe, więc chcę być przygotowana. -
Spoglądała na niego z obawą.
- Rozpakuj swoją - poprosił czule. Zobaczyła ksiąŜkę tego
samego autora, której o mało sama nie kupiła dla Trenta.
„MałŜeństwo z biletami okresowymi. Jak je utrzymać".
- Trent, małŜeństwo?
- MałŜeństwo.
- CóŜ, jeŜeli się będzie układało...
- MałŜeństwo - powtórzył.
- Prosisz mnie o rękę?
- Nalegam. - Pocałował ją. - Wiedziałem, Ŝe chcę cię
poślubić w chwili, gdy odkryłem, Ŝe siedzisz w ciemnościach
bez bluzki. Przeczuwałem juŜ wtedy, Ŝe Ŝycie z tobą będzie
pełne niespodzianek.
Roześmieli się oboje i zaczęli całować właśnie w chwili,
gdy do pokoju wszedł na palcach Harvey.
- Ho, ho, ho! - Klasnął w ręce na ich widok. - Więc się
pobieracie?
Przytaknęli głowami, a on wybiegł z pokoju, Ŝeby zbudzić
resztę domowników.
- Trent, mój chłopcze, cieszę się, Ŝe nie pomyliłem się co
do ciebie. - Clarence wziął ich oboje w ramiona.
- Och, Rusty, wróciłaś! - Agnes uściskała wnuczkę. - To
wspaniale, bo mam dla ciebie nowinę.
- Jaką?
Babcia podeszła do milczącego Doca, który objął ją
ramieniem. Jej policzki pokraśniały, gdy spojrzała na niego z
uśmiechem.
- Babciu? - Rusty jeszcze nie rozumiała. Agnes Romero
wyciągnęła w jej kierunku dłoń i Rusty musiała chwycić się
Trenta, gdy zobaczyła brylant połyskujący niczym oczy Doca.
- Pani babcia i ja pobieramy się - oznajmił osłupiałej
Rusty.
- I to nie jest Ŝadna cyrkonia - oświadczył Harvey. - Mam
odpowiedni certyfikat.
Zaczęło się składanie Ŝyczeń i Rusty, ciągle oszołomionej,
trudno było uwierzyć, Ŝe babcia wychodzi za mąŜ za jednego
z wujków Trenta. Podeszła do niej i spytała:
- Zostajesz tu na dobre?
- Na dobre i złe, co przyniesie los - odrzekła Agnes
wpatrzona czule w Doca.
- Uwaga, uwaga - odezwał się Clarence. - Czas na
ś
niadanie, bo niedługo musimy przebrać się w kostiumy.
- Jakie kostiumy? - spytali Rusty i Trent chórem.
Pozostali popatrzyli na nich zdziwieni.
- Świętych Mikołajów, którzy będą doręczać prezenty -
rzekł Harvey. - Chwilowo są schowane w stajni.
- W stajni są prezenty?
- Tak, całe mnóstwo. - Harvey wyciągnął jeden ze swych
małych, osobistych komputerków. - Tu jest lista. Dwa
najbardziej okazałe w tym roku to traktor dla miejscowego
technikum i ultrasonograf dla domu weteranów.
Pod wodzą Clarence'a ruszyli do kuchni. Trent zatrzymał
Rusty i gdy wszyscy przeszli, wziął ją w ramiona.
- Przeglądałem tę ksiąŜkę dla ciebie i tam wśród róŜnych
wskazówek jest taka jedna: korzystajcie z kaŜdej chwili, kiedy
jesteście sami. - Rozejrzał się i wyszeptał: - Jesteśmy sami.
Rusty ujęła jego twarz w dłonie i przyciągnęła do swojej.
- Więc zacznijmy korzystać z tej chwili.