background image

 

 

Tiernan Cate 

 

 
 
 
 
 
 
 

Ukochany Nieśmiertelny 

 

Przekład 

 

Ewa Ratajczak 

 

Amber

background image

 

 

Rozdział 1 

Zeszłej nocy mój świat się zawalił. Teraz uciekam. 
 

********** 

 

Żyłeś  sobie  kiedyś  swoim  życiem,  w  swojej  rzeczywistości  i  nagle  stało  się  coś,  co  rozerwało  twój  świat  na  pół?  Coś 

zobaczyłeś  albo  usłyszałeś  i  w  jednej  chwili  to,  kim  byłeś,  wszystko,  co  robiłeś,  rozprysło  się  na  tysiąc  odłamków  brutalnej, 
gorzkiej rzeczywistości? 

Mnie przydarzyło się to zeszłej nocy. 
Byłam w Londynie. Z przyjaciółmi, jak zwykle. Jechaliśmy na imprezę, jak zwykle. 

- Nie, nie, skręć tu! - Boz pochylił się i chwycił taksówkarza za ramię. - Tutaj! 

Taksówkarz  -  jego  ogromne  bary  ledwie  mieściły  się  w  koszulce  i  pod  kamizelką w kratę  - odwrócił się i obrzucił Boza 

spojrzeniem, które kogoś zwyczajnego usadziłoby na miejscu i kazało mu być bardzo cicho. 

Ale  Boz  pod  żadnym  względem  nie  był  zwyczajny.  Był  natomiast  nieprzeciętnie  przystojny,  nieprzeciętnie  głośny, 

nieprzeciętnie  zabawny  i,  słowo  daję,  nieprzeciętnie  głupi.  Dopiero  co  wyszliśmy  z  klubu,  gdzie  nagle  wybuchła  bójka  na 
noże.  Dwie  stuknięte dziewczyny szarpały się za włosy i wrzeszczały jak przekupy, aż w końcu jedna wyciągnęła nóż. Moja 
paczka  chciała  zostać  i  popatrzeć  -  uwielbiają  takie  rzeczy  -  ale  wiecie,  wszystkie  bójki  na  noże  wyglądają  tak  samo. 
Odciągnęłam  ich  i  wytoczyliśmy  się  na  zewnątrz.  Na  szczęście  złapaliśmy  taksówkę,  zanim  nocny  chłód  zdążył  nas 
otrzeźwić. 

-  Tutaj! Dokładnie tu, na środku przecznicy, dobry człowieku - powiedział Boz. 
No  i  sobie  nagrabił.  Na  widok  kolejnego  morderczego  spojrzenia  poczułam  ulgę,  że  w  starej  dobrej  Anglii  jest  zakaz 

posiadania broni. 

-  Dobry człowieku? - zachichotała Cicely. 

Cała nasza szóstka siedziała ściśnięta z tyłu wielkiej czarnej taksówki. Mogło być nas więcej, ale okazało się, że sześcioro 

nawalonych nieśmiertelnych to wszystko, co pomieści londyńska taksówka, i to pod warunkiem że nikt nie będzie rzygał. 

-  Tak, Jeeves - ciągnęła błyskotliwie Cicely. - Zatrzymaj się tutaj. 

Taksówkarz  ostro  zahamował  i  wszyscy wystrzeliliśmy do przodu. Boz i Katy rąbnęli głowami o szldaną ściankę między 

nami  a  kierowcą.  Stratton,  Innocencio  i  ja  wyka-tapultowaliśmy  z  siedzeń  i  wylądowaliśmy  z  niemiłosierną  czkawką 
chichotów na brudnej podłodze. 

-  Ej! - zawołał Boz, rozcierając czoło. Innocencio wyłowił mnie z plątaniny rąk i nóg. 
-  Nic ci nie jest, Nas? Skinęłam głową, ciągle się śmiejąc. 

background image

 

-  Wypad  z  mojej  taksówki!  -  wycedził  Jeeves.  Wygramolił  się  ze  swojego  siedzenia,  obszedł  samochód  i  szarpnięciem 

otworzył nasze drzwi. 

Opierałam się o nie plecami, więc od razu wyleciałam na bruk i uderzyłam głową o krawężnik. 
-  Au!  Au!  -  Bruk  był  mokry,  oczywiście  padało.  Ból,  chłód  i  wilgoć  ledwo  docierały  do  mojej  świadomości.  Pomijając 

bójkę na noże, wieczór ostrego imprezowania owinął mnie ciepłym, mglistym kokonem dobrego samopoczucia. 

-  Wynocha!  -  Taksówkarz  chwycił  mnie  za  ramiona,  spychając  sobie  z  drogi.  Rzucił  mnie  na  chodnik,  żeby  wyciągnąć 

Incy'ego. 

Zaraz,  hej,  złość  i  przebłysk  świadomości.  Zmarszczyłam  brwi,  rozcierając  ręce,  i  usiadłam.  Przecznicę  dalej  był 

Dungeon,  kolejny  potwornie  obskurny  podziemny  klub,  do  którego  chodziliśmy.  Odległość  niby  nieduża,  ale  ulica  była 
ciemna  i  wyludniona,  a  puste  garaże  stojące  na  przemian  ze  zniszczonymi  spelunami  nadawały  jej  wygląd  szczerbatej 
szczęki. 

-  Dobra,  łapy  przy  sobie!  -  warknął  Innocencio,  lądując  obok  mnie.  Na  twarzy  miał  zimną  furię  i  wyglądał  na 

trzeźwiejszego, niż myślałam. 

-  Hołota! - prychnął taksiarz. - Nie chcę takich jak wy w swojej taksówce! Bogate gówniarze. Myślicie, że jesteście lepsi 

od innych! - Dał nura do samochodu, chwycił kołnierz kurtki Katy, a Boz wygramolił się o własnych siłach. 

-  Hm... będę wymiotować - oznajmiła Katy, wychylając się z taksówki. 
Boz  uskoczył,  kiedy  przewód  pokarmowy  Katy  oczyścił  się  z  wieczornej  dawki  whisky  Jamesom,  wprost  na  buty 

taksówkarza. 

Psiakrew! - ryknął facet, otrząsając stopy z odrazą. Boz i ja zachichotaliśmy - nie mogliśmy się powstrzymać. Niedobry 

Wielki Pan Taksówkarz. 

Taryfiarz złapał Katy, żeby wywlec ją na chodnik, ale nagle Incy coś wymruczał i wyciągnął rozpostartą dłoń. 

Miałam  ułamek  sekundy,  żeby  pomyśleć:  co  jest?,  bo  gość  zachwiał  się  jak  rąbnięty  siekierą.  Puścił  Katy  i  zgiął  się 

niemal wpół. Rąbnął do tyłu i ciężko wylądował na bruku, z białą twarzą i szeroko otwartymi oczami. 

Ogarnęła mnie fala mdłości i zmęczenia - chyba wypiłam więcej, niż przypuszczałam. 

-  Incy,  co  zrobiłeś?  -  spytałam  zadziwiona,  wstając.  -Użyłeś  magyi?  -  Zaśmiałam  się  cicho,  ta  myśl  wydała  mi  się 

absurdalna. Oparłam się o latarnię i wystawiłam twarz na rześką wilgoć. Kilka głębokich oddechów i poczuję się lepiej. 

Katy zamrugała z zamglonymi oczami, a Boz zarechotał. 
Innocencio skrzywił się na widok swoich nowych butów od D&G, przemoczonych od deszczu. 
Stratton  i  Cicely  wysiedli  z  drugiej  strony  i  dołączyli  do  nas.  Popatrzyli  na  taksówkarza  -  leżał  nieruchomo  na  mokrym 

chodniku. Pokręcili głowami. 

-  Pięknie  -  powiedział  Stratton  do  Incy'ego.  -  Imponujące,  Panie  Magik.  Teraz  już  pozwól temu biednemu sukinsynowi 

wstać. 

Zerkaliśmy  to  na  siebie,  to  na  faceta.  Nie  mogłam  sobie  przypomnieć,  kiedy  ostatni  raz  widziałam,  jak  ktoś  tak  używa 

magyi. Owszem, po to, żeby dostać dobry stolik w restauracji albo złapać ostatnie metro... 

background image

 

-  Nie sądzę, Strat - odparł Innocencio nadal z napiętą twarzą. - Nie sądzę, że to dobry człowiek. 

Stratton i ja spojrzeliśmy sobie w oczy. Chwyciłam Innocencia za ramię. Byliśmy wspólnikami w rozróbach prawie wiek 

i znamy się na wylot, ale takiej zimnej wściekłości nie widywałam u niego często. 

-  Racja, no to go zostaw. Za kilka minut dojdzie do siebie, co? Idziemy, chce mi się pić. I Katy chyba też. 
Katy się skrzywiła. 

-  Uuh... 
-  Tak, chodźmy - podchwyciła Cicely. - Dzisiaj gra kapela, a ja zamierzam potańczyć. 
-  Zanim oprzytomnieje, nie będzie po nas śladu. -Pociągnęłam Incy'ego za rękaw. 
-  Poczekaj - powiedział Incy. 
-  Zostaw go - powtórzyłam. Czułam się trochę nie w porządku, że mamy tak zostawić gościa na lodowatym deszczu, ale 

wiedziałam, że odzyska formę, kiedy zaklęcie przestanie działać. 

Innocencio strącił moją dłoń, co mnie zaskoczyło. Przyglądałam się, jak obiema rozpostartymi dłońmi dotyka mężczyzny, 

poruszając wargami. Nie słyszałam, co mówi. 

Z potwornym hukiem taksówkarz podskoczył i otworzył usta, ale nie zdołał wydobyć z siebie krzyku. 
Znów  poczułam  przypływ  mdłości,  a  przed  oczami  przewinął  mi  się  szary  film.  Zamrugałam  kilka  razy,  wyciągając  rękę 

po dłoń Cicely. Zachichotała, kiedy się zachwiałam, bo oczywiście myślała, że to przez alkohol. Kilka chwil później obraz mi 
się wyklarował. Wyprostowałam się i gapiłam to na Incy'ego, to na taryfiarza. 

-  I co? Co zrobiłeś? - wymamrotałam. 

-  No,  no,  Incy.  -  Stratton  pocmokał.  -  Nieźle.  Trochę  niepotrzebnie,  nie  sądzisz?  Dobra,  zwijajmy  się.  -  Ruszył 

chodnikiem w stronę Dungeonu, zapinając płaszcz. 

-  Co zrobiłeś? - powtórzyłam. 

-  Drań zasłużył sobie. - Incy wzruszył ramionami. Katy, ciągle zielonkawa na twarzy, popatrzyła tępo na 

taksówkarza,  potem  na  Innocencia.  Zakaszlała  i  pokręciła  głową,  a  potem  ruszyła  za  Strattonem.  Puściłam  Cicely,  a  ona 
wzruszyła ramionami i wzięła Boza za rękę. Poszli za resztą, ich kroki wkrótce ucichły w ciemności. 

- Incy...  -  Byłam  zaskoczona,  że  inni  odchodzą.  -  Czy  ty...  skręciłeś  mu  magyą  kark?  Gdzie  się  tego  nauczyłeś?  Nie,  nie 

zrobiłeś tego, prawda? 

Spojrzał  na  mnie  z  cieniem  rozbawienia  na  nieziemskiej,  ponurej,  przystojnej  twarzy.  Drobne  diamenty  deszczu 

połyskiwały w blasku latarni na jego czarnych lokach. 

-  Kochanie, widziałaś, jak się zachowywał. 

Spojrzałam na niego, potem na taksówkarza - ciągle leżał nieruchomo, z grymasem bólu i przerażenia na twarzy. 

-  Skręciłeś  mu  kark?  -  powtórzyłam,  nagle  dość  trzeźwa  i  potwornie  świadoma  tego,  co  się  stało.  Mój  mózg  dreptał 

dookoła tej myśli, jakby była gorącą iskrą, której trzeba unikać. - Użyłeś magyi do... o rany. Trudno, teraz go napraw. Chcę 
drinka,  ale  poczekam.  -  Sama  nie  potrafiłam  pomóc  taksówkarzowi.  Nie  miałam  pojęcia,  gdzie  Incy  nauczył  się  takich 
czarów ani jak je odczynić, odwołać... jak zwał, tak zwał. Na ogół unikałam magyi, tej magyi, z którą nieśmiertelni się rodzą. 

background image

 

Za dużo z nią zachodu, i zwykle potem robiłam się dosłownie chora. A i tak sprawiłam co najwyżej, że ktoś wpadł na drzwi 
albo wylał na siebie kawę. I to było wieki temu. 

Innocencio zignorował mnie i spojrzał z góry na taksówkarza. 
-  Dobra, koleś - odezwał się cicho. Kierowca z trudem skupił na nim wzrok dziki z przerażenia i bólu. 
-  Tak to jest, kiedy ktoś niegrzecznie traktuje moich przyjaciół, widzisz? Mam nadzieję, że dostałeś nauczkę. 

Kierowca  nie  mógł  nawet  mruknąć.  Zorientowałam  się,  że  jest  pod  wpływem  zaklęcia  pozbawiającego  głosu. 

Prawdziwego zaklęcia, takiego jakie widziałam wcześniej tylko raz czy dwa w ciągu setek lat. W dodatku... 

-  No,  dalej,  odczaruj  go  -  powiedziałam  niecierpliwie.  Nigdy  dotąd  Incy  nie  robił  przy  mnie  niczego  podobnego.  -  Już 

dostał za swoje. Czekają na nas. Odczaruj faceta i chodźmy. 

Incy skulił się, wzruszył ramionami, chwycił moją dłoń i ścisnął mocno, aż zabolało. 

-  Nie mogę, kochanie. - Uniósł moją dłoń do ust, żeby ją pocałować, potem pociągnął mnie za sobą w stronę Dungeonu. 

Obejrzałam się przez ramię na taksówkarza. 

-  Nie możesz? Złamałeś mu kręgosłup na dobre? -Gapiłam się na Incy'ego, swojego najlepszego przyjaciela od stu lat. 

Uśmiechnął się do mnie promiennie, a jego piękną anielską twarz rozjaśniała aureola światła latarni. 

-  Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B - oznajmił beztrosko. 

Szczęka mi opadła. 

-  Co dalej? Porąbiesz Strattona na pieńku?! - Podnosiłam głos, kiedy gęstniejąca mgła skraplała się mi na twarzy. 

Incy się roześmiał, cmoknął mnie w głowę i pociągnął za sobą. Wtedy dostrzegłam w jego oczach coś innego -coś więcej 

niż  beztroską  obojętność,  niż  zwykłą  chęć  zemsty.  Incy'emu  sprawiło  przyjemność  to,  że  skręcił  kark  temu  mężczyźnie, 
napawał się widokiem kogoś, kto wił się z bólu i strachu. To go podniecało. 

Mózg  mi  się  lasował.  Powinnam  zadzwonić  po  pogotowie?  Czy  dla  taksówkarza  już  za  późno?  Umrze,  już  umiera? 

Odsunęłam  się  od  Incy'ego,  odwróciłam,  ale  po  kilku  sekundach  poczułam  wibracje  niskich  tonów  basowych.  Pulsowały  w 
ziemi,  w  moich  butach.  Dungeon  wydawał  się  innym  światem,  inną  rzeczywistością,  która  mnie  wciągała,  wabiła  hałasem, 
pozwalała  zapomnieć  o  potwornym  przerażeniu  sparaliżowanego  taksówkarza.  Rozpaczliwie  pragnęłam  po  prostu  w  nią 
wsiąknąć. 

-  Incy... ale... musisz... 

Rzucił  mi  tylko  rozbawione  spojrzenie  i  minutę  później  zbiegaliśmy  po  śliskich  od  deszczu  schodach.  Czułam 

rozdzierającą  niepewność,  kiedy  Incy  uniósł  pięść  i  zaczął  walić  w  pomalowane  na  czerwono  drzwi.  Nagle  odniosłam 
wrażenie,  że  stoimy  u  wrót  piekła  i  czekamy,  aż  nas  wpuszczą.  Drzwi  uchyliły  się  i  Guvnor,  bramkarz,  skinął,  żebyśmy 
weszli  do  środka.  Nieprawdopodobna  fala  muzyki  wessała  nas  do  ciemności  oświetlanej  jedynie  żarem  papierosów.  Setki 
głosów przekrzykiwały głośne bębnienie, zapach alkoholu wnikał we mnie słodko z każdym oddechem. 

Taksówkarz na zewnątrz... To moja ostatnia szansa, żeby coś zdziałać, zareagować i postąpić jak normalna osoba. 

background image

 

-  Nasty!  -  Wielkie  ramiona  ścisnęły  mnie  trochę  drętwo.  -  Świetne  masz  włosy!  -  z  całych  sił  wrzeszczała  mi  do  ucha 

moja przyjaciółka Mai. - Chodź tańczyć! - Objęła mnie ramieniem i pociągnęła do ciemnej sali z niskim sufitem. 

Wahałam się tylko sekundę. 

I  jakby  nigdy  nic  pozwoliłam  sobie  zapomnieć  o  zewnętrznym  świecie,  zatopić  się  w  hałasie  i  dymie.  Byłam 

spanikowana,  a  gdybyście  wiedzieli,  do  jakich  numerów  jestem  zdolna,  te  słowa  znaczyłyby  dla  was  więcej.  Odsunęłam  się 
od  Incy'ego  niepewna,  co  myśleć.  Zrobił  chyba  najgorszą  rzecz, jaką widziałam. Gorszą niż incydent z koniem burmistrza w 
latach  czterdziestych.  Albo  z  taką  jedną  biedną  dziewczyną,  która  chciała  wyjść  za  Incy'ego  w  latach  siedemdziesiątych. 
Straszna katastrofa. Ale zdołałam wytłumaczyć sobie tamte zdarzenia, nadać im sens. Tym razem było mi trudniej. 

Z ostatnim pięknym uśmiechem skierowanym do mnie Incy wtopił się w tłum i już zaczynał wzbudzać zainteresowanie - 

zarówno  mężczyzn,  jak  i  kobiet.  Nikt  by  mu  się  nie  oparł.  Przyciągał  jak  magnes  i  większość  osób,  śmiertelnych  i 
nieśmiertelnych,  pozostawała  bezradna  wobec  uroku  skrywającego  osobowość,  która  nagle  wydała  mi  się  o  wiele 
ciemniejsza niż kiedyś. 

Dwadzieścia  minut  później  obściskiwałam  się  na  lepkiej  kanapie  z  przyjacielem  Mai,  Jase'em.  Zabawny,  pijany  i 

rozkoszny  chłopak.  Chciałam  w niego wniknąć, stać się kimś innym, osobą, jaką Jase widzi z zewnątrz. On - śmiertelny, nie 
wiedział,  kim  jestem  naprawdę,  ale  był  miłą  rozrywką,  której  się  oddałam  z  nerwowym  zapałem.  Dookoła  nas  ludzie 
rozmawiali,  palili  i  pili.  Ja  błądziłam  dłońmi  pod  jego  koszulą,  on  oplótł  mnie  nogami.  Zanurzył  pałce  w  moich  krótkich 
czarnych włosach i z nagłym przerażeniem poczułam niespodziewanie ciepły oddech na karku. 

-  Nas? Co ty tu masz? - spytał Incy. Odsunęłam się i szybko poprawiłam apaszkę na szyi. Spojrzałam przez ramię na 
Incy'ego. Stał przy kanapie 

z drinkiem i długim papierosem. Jego oczy wyglądały jak czarne dziury, błyskające w ciemności. 

Serce biło mi mocno. Nie panikuj, Nasty. 

-  Nic. - Wzruszyłam ramionami i opadłam na Jase'a. 

 

-  Nas? - Incy mówił cicho, ale stanowczo. - Właściwie nie pamiętam, żebym kiedykolwiek oglądał twój kark. 

Zmusiłam się do śmiechu i uniosłam głowę, chociaż Jase znów usiłował mnie pocałować. 

-  Nie bądź głupi, oczywiście, że widziałeś. A teraz spadaj, bo mi przeszkadzasz. 

-  To tatuaż? 

Mocniej zacisnęłam apaszkę na szyi. 

-  Tak. Napis: „Jeżeli możesz to odczytać, to jesteś o wiele za blisko". Już cię nie ma! 

Incy  się  roześmiał  i  -  ku  mojej  uldze  -  dał  sobie  spokój.  Kiedy  znikał  mi  z  oczu,  piękna,  szczupła  dziewczyna  w  satynie 

wiła się wokół niego jak wąż. 

A  ja  nie  pozwoliłam  sobie  na  to,  żeby  znów  zacząć  myśleć  o  kierowcy  taksówki.  Kiedy  wspomnienia  twarzy  tego 

nieszczęśnika  stawały  się  zbyt  natarczywe,  zacisnęłam  powieki  i  wypiłam  kolejnego  drinka.  Ale  następnego  ranka  wszystko 

background image

 

wróciło  -  twarz  taksówkarza,  wyryte  na  niej  cierpienie.  Nigdy  już  nie  będzie  chodził,  prowadził  samochodu,  bo  Innocencio 
rozwalił mu kręgosłup i zostawił go na deszczowej londyńskiej ulicy, gorzej niż martwego. 

A ja nie zrobiłam nic. Nic. Odeszłam. 

 

********** 

Bycie  nieśmiertelnym  ma  tę  zaletę,  że  nie  zapijesz  się  na  śmierć,  jak  to  się  zdarza  zwykłym  ludziom.  Bycie  nie-

śmiertelnym  ma  tę  wadę,  że  nie  zapijesz  się  na  śmierć,  więc  budzisz  się  następnego  ranka  albo  dwa  dni  później  i  czujesz 
wszystko to, co byłoby ci oszczędzone, gdyby ci się pofarciło i byś umarł. 

Na  zewnątrz  panowała  specyficzna  jasność,  kiedy  w  końcu  otworzyłam  oczy  na  dłużej  niż  kilka  sekund.  Mglistym 

wzrokiem  zmierzyłam  pokój.  Przez  okno  wpadało  kolorowe  światło,  co  oznaczało świt albo zmierzch. Albo pożar gdzieś w 
okolicy. Wszystko było możliwe. 

Wiedziałam,  że  może  być  źle,  jeśli  spróbuję  się  podnieść,  więc  zrobiłam  to  pomału,  stopniowo.  Ostrożnie  uniosłam 

głowę.  Spłowiałe  żółte  róże  materaca  powoli  zjaśniały  i  zniknęły.  Materac  bez  pościeli.  Okno  ze  światłem.  Pomalowane  na 
ciemny kolor ceglane ściany jak w fabryce. 

Delikatnie  odwróciłam  głowę  i  zobaczyłam  śpiącego  chłopaka  z  postawionymi  zielonymi  włosami,  grubym  srebrnym 

łańcuchem na szyi, tatuażem wijącego się smoka na większej części pleców. Hm, Jeff? Jason? Jack? Na pewno jakoś na J. 

Kilka  minut  później  osiągnęłam  pozycję  półsiedzącą  i  od  razu  puściłam  pawia,  bo  moje  ciało  usiłowało  uwolnić  się  od 

toksyn. 

Nie zdążyłam do toalety. Wybacz, Jeff. 
Głodna  i  roztrzęsiona,  marząc  o  tym,  żeby  nieśmiertelność  nie  była  tak  niewiarygodnie  dosłowna,  zauważyłam,  że  cały 

czas  jestem  w  ciuchach.  A  więc  albo  facet  na  J  albo  ja,  a  może  oboje  nie  mieliśmy  siły,  żeby  kontynuować  naszą... 
znajomość  zeszłej  nocy.  No  i  dobrze.  Z  namysłem  poszukałam  apaszki  i  wyczułam,  że  nadal  jest  ciasno  zawiązana  wokół 
mojej szyi. Odprężyłam się lekko, a później przypomniałam sobie Incy'ego, jak stoi nade mną i pyta o ślad na karku. Nie do 
wiary, że to stało się w tę samą noc, co sprawa z taksówkarzem. Przełknęłam ślinę, skrzywiłam się i postanowiłam pomyśleć 
o tym później. 

Moja  skórzana  kurtka  i  jeden  z  pięknych  zielonych  butów  do  kostki  ze  skóry  jaszczurki  zginęły.  Dziwne.  Cóż,  wzięłam 

but,  który  udało  mi  się  znaleźć,  i  cicho  wymknęłam  się  z  domu,  chociaż  Jaya  nie  obudziłoby  chyba  nawet  trzęsienie  ziemi. 
Byłam  raczej  pewna,  że  żyje  -  wydawało  mi  się,  że  jego  pierś  unosiła  się  i  opadała.  Ledwie  pamiętałam,  że  wypijałam  dwa 
drinki na jego jeden. 

Wychodząc,  przekroczyłam  jeszcze  kilka  innych  śpiących  osób.  Duży,  nieotynkowany  budynek  przypominający 

magazyn,  pewnie  na  przedmieściach.  Czułam  siniaki  na  ramieniu  i  na  tyłku,  a  każdy  mięsień  bolał,  kiedy  schodziłam  po 
ceglanych schodach. Na dworze było naprawdę zimno, a wiatr przeganiał drobne śmieci po wyludnionej ulicy. 

background image

 

Przynajmniej  nie  pada,  pomyślałam,  i  wtedy  mimowolnie  przypomniałam  sobie  całą  poprzednią  noc:  deszcz,  bójka  na 

noże,  upadek  na  chodnik,  Incy  skręca  kark  taksówkarzowi,  ja  o  mały  włos  tracę  w  klubie  apaszkę,  na  oczach  tłumu.  Znów 
ścisnął mi się żołądek. Przystanęłam 
na chwilę i wciągnęłam zimne powietrze. Dotarły do mnie przerażające szczegóły. Gdzie Innocencio nauczył się tej sztuczki? 
Nigdy  mu  nie  zależało,  żeby  znać  jakiekolwiek  czary,  a  przez  ostatni  wiek  wiele  ich  nie  używał,  a  już  na  pewno  nie  tak 
wielkich  i  ciemnych.  Nikt  spośród  naszych  najbliższych  znajomych  nie  doskonalił  zdolności  w  magyi.  Oparłam  się  o 
wymazaną graffiti magazynową ścianę z pustaków i wsunęłam bosą stopę do buta. 

Zimne powietrze wypełniło mi nozdrza i wyostrzyło zmysły. Nagle poranek wydał się potwornie jasny, wyraźny. Wczoraj 

wieczorem Incy zrobił coś strasznego potężną magyą, ni z tego, ni z owego. A ja zachowałam się równie okrutnie, choć bez 
magyi.  Patrzyłam,  jak  Incy  łamie  facetowi  kark,  a  potem  po  prostu...  się  zwinęłam.  Poszłam  sobie  tańczyć  w  klubie.  Co  mi 
odbiło?  Jak  mogłam?  Czy  ktoś  go  znalazł?  Na  pewno.  Choć  było  pusto,  bardzo  późno  i  padało.  Ale  ktoś  na  niego  wpadł  i 
wezwał pomoc. Prawda? 

Do  tego  Incy  zauważył  znak  na  moim  karku.  I  całkiem  możliwe,  że  go  zapamiętał.  Co  za  ironia.  Przez  sto  czterdzieści 

dziewięć  lat  obsesyjnie  pilnowałam,  żeby  mieć  zasłoniętą  szyję,  i  nagle,  jednej  nocy,  cały  wysiłek  poszedł  na  marne.  Czy 
Incy  zrozumie  znaczenie  tego,  co  zobaczył?  Chyba  nie.  Przecież  nikomu  to  się  nie  udało.  Nikomu,  kto  jeszcze  żyje.  Więc 
czemu tak się boję? 

A wszystkie te potworne, przyprawiające o dreszcze myśli doprowadzają nas do początku. 

Zeszłej nocy cały mój świat się zawalił. Teraz uciekam. 

 

Rozdział 2 

 
Po  kilku  wydarzeniach,  których  byłam  świadkiem  -Incy,  taksówkarz,  magya,  złamany  kark  -  noc  powinna  wydawać  mi 

się  zabawą.  Pędziłam  już  w  nocy,  uczepiona  końskiej  grzywy,  w  jednym  ciuchu  na  grzbiecie,  zostawiając  za  sobą  płonące 
miasto. Widziałam ciała pokryte jątrzącymi się ranami, pokonane plagą dżumy. Piętrzyły się na ulicach jak kłody, bo nie miał 
ich kto pochować. Byłam w Paryżu 14 lipca 1789 roku. Widoku ludzkiej głowy na palu nie zapomina się nigdy. 

Ale  teraz  nie  trwała  żadna  wojna.  Żyliśmy  zwyczajnie,  w  każdym  razie  jak  na  nieśmiertelnych.  To  znaczy,  zawsze  jest 

trochę  nierealności.  Jeżeli  przeżyjesz  dość  wojen,  najazdów  i  ataków  najeźdźców  z  Północy,  w  końcu  zaczynasz  się  bronić, 
czasami aż do przesady. Jeżeli ktoś podchodzi do ciebie z mieczem, a ty trzymasz sztylet zatknięty z tyłu za paskiem, cóż... 

To jednak co innego. To bez znaczenia, że napastnik raczej cię nie zabije - jak często ktoś naprawdę odcina ci głowę? - ale 

sytuacja  przypomina  taką  na  śmierć  i  życie,  więc  reagujesz,  jakbyś  rzeczywiście  mógł  zginąć.  Ale  zeszły  wieczór  był... 
zwyczajny. Nie w czasach wojny, szału, walki na śmierć i życie. Po prostu trafił się wkurzony taksiarz. 

Skąd  Incy  wytrzasnął  ten  czar?  Owszem,  jesteśmy  nieśmiertelni,  magyia  płynie  w  naszych  żyłach,  ale  musimy  nauczyć 

się  świadomie  jej  używać.  Poznałam  ludzi,  którzy  poświęcali  się  studiowaniu  magyi,  odkrywaniu  wszystkiego,  co  trzeba, 
żeby  się  nią  posługiwać.  Ale  ja  dawno  temu  stwierdziłam,  że  to  nie  dla  mnie.  Widziałam  śmierć  i  zniszczenie,  jakie  może 

background image

 

spowodować;  przekonałam  się,  do  czego  ludzie  są  w  stanie  się  posunąć,  żeby  ją  posiąść,  i  nie  chciałam  mieć  z  tym  nic 
wspólnego.  Wolałam  udawać,  że  nie  istnieje.  Znalazłam  aefrelyffena  (stare  słowo  na  określenie  nieśmiertelnego)  o 
podobnych przekonaniach i zaczęliśmy się spotykać. 

Dobra,  może  użyłabym  magyi,  żeby  złapać  taksówkę  w  deszczu.  Żeby  osoba  przede  mną  nie  poprosiła  tego  ostatniego 

pain au chocolat. Takie rzeczy. Ale żeby skręcić komuś kark dla zabawy? 

Incy  wykorzystuje  ludzi,  łamie  serca  dziewczynom  i  chłopakom,  kradnie,  zachowuje  się  bezdusznie  -  i  na  tym  właśnie 

polega  jego  urok.  Jest  lekkomyślny,  kochliwy  i  samolubny  -  ale  wobec  innych.  Dla  mnie  -  słodki,  hojny,  zabawny  i 
dowcipny.  To  on  namówił  mnie,  żebym  tak  jak  stoję  pojechała  z  nim  do  Maroka.  To  do  niego  dzwoniłam,  żeby  wyciągnął 
mnie  z  tarapatów.  Jeżeli  do  chłopaka  nie  docierało  „nie",  pojawiał  się  Incy,  ze  swoim  wilczym  uśmiechem.  Jeżeli  jakaś 
kobieta  zrobiła  mi  złośliwą  uwagę,  riposta  Incy'ego  przyszpilała  ją  na  oczach  wszystkich.  Radził  mi,  w  co  się  ubrać, 
przywoził niesamowite prezenty z jakiejkolwiek podróży, nigdy mnie nie krytykował, nie sprawił mi przykrości. 

I ja robiłam to samo dla niego  - kiedyś rozbiłam butelkę na głowie babki, która ruszyła na Incy'ego z długim metalowym 

pilnikiem  do  paznokci.  Płaciłam  bramkarzom,  okłamywałam  gliniarzy  i  żandarmów,  udawałam  jego  żonę,  siostrę  albo 
rozwścieczoną  kochankę,  zależnie  od  sytuacji.  Później  pokładaliśmy  się  i  aż  płakaliśmy  ze  śmiechu.  Dzięki  temu,  że  nigdy 
nie zostaliśmy kochankami, tworzyliśmy idealny związek. 

Był  moim  przyjacielem  -  najlepszym,  jakiego  miałam.  Trzymaliśmy  się  razem  prawie  wiek,  więc  to  niesamowite,  że 

zeszłego  wieczoru  zdołał  mnie  zaszokować.  I  zadziwiające,  że  reszty  naszych  przyjaciół  nie  zaszokował.  I  że  udało  mi  się 
osiągnąć dno, tym razem obojętności i tchórzostwa. A na domiar złego, Incy widział mój kark. Coraz lepiej. 

Kiedy  wróciłam  do  swojego  mieszkania  w  Londynie,  wzięłam  prysznic.  Długo  siedziałam  na  marmurowej  posadzce,  z 

głową  pod  gorącą  wodą,  żeby  spłukać  z  siebie  zapach  alkoholu  i  magazynu.  Nie  potrafiłam  nawet  nazwać  tego,  co  czuję. 
Strach?  Wstyd?  Miałam  wrażenie,  że  ocknęłam  się  w  innym  życiu  niż  to,  w  którym  obudziłam  się  wczoraj;  że  jestem  inną 
osobą. I że życie i ja nagle staliśmy się o wiele mroczniejsi, brutalniejsi i bardziej niebezpieczni, niż przypuszczałam. 

Zmywałam  to  wszystko;  wydawało  mi  się,  że  alkohol  sączy  się  z  moich  porów.  Myłam  włosy,  odruchowo  omijając...  to 

nie jest tatuaż. Oczywiście, nieśmiertelni robią sobie tatuaże, dość trwałe - wytrzymują około dziewięćdziesięciu lat czy jakoś 
tak. Inne blizny goją się, bledną i znikają o wiele szybciej, inaczej niż u zwykłych ludzi. Po kilku latach nie ma żadnego śladu 
po ranie albo oparzeniu. 

Z  wyjątkiem  mnie.  Ślad  na  karku  został  właśnie  po  oparzeniu,  a  doszło  do  tego,  gdy  miałam  dziesięć  lat.  Nigdy  nie 

zniknął ani się nie zmienił, a skóra pozostała lekko wklęsła i naznaczona. Jest okrągły, o średnicy prawie 

sześciu  centymetrów.  Czterysta  czterdzieści  dziewięć  lat  temu  został  przyciśnięty  do  mojej  skóry  amulet  rozpalony  do 
czerwoności. Pewnie że od czasu do czasu przez te cztery i pół wieku ten i tamten widział znamię. Ale - o ile mi wiadomo - z 
obecnie żyjących nikt go nie zobaczył. Poza Incym, wczoraj wieczorem. 

W  końcu  wyszłam  z  kąpieli,  cała  pomarszczona.  Owinęłam  się  grubym  ręcznikiem,  który  zabrałam  z  jakiegoś  hotelu,  i 

starałam się nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Jak duch, widmo, przeszłam do salonu i zobaczyłam „London Timesa" na 
podłodze przed drzwiami  - wcześniej kopnęłam tam gazetę. Zaniosłam ją do aneksu kuchennego, gdzie znalazłam tylko starą 

background image

 

paczkę  Mcvitie's  i  butelkę  wódki  w  zamrażarce.  Usiadłam  więc  na  kanapie  i  zaczęłam  jeść  stare  krakersy,  przeglądając 
„Timesa".  Informację  zamieszczono  na  samym  końcu,  przed  nekrologami,  ale  po  ogłoszeniach  o  zbiórkach  harcerskich: 
„Trevor Hollis, lat 48, niezrzeszony taksówkarz, został napadnięty wczoraj wieczorem przez jednego ze swoich pasażerów, w 
wyniku czego ma złamany kręgosłup. Przebywa na oddziale intensywnej terapii Szpitala Świętego Jakuba. Lekarze twierdzą, 
że prawdopodobnie będzie sparaliżowany od ramion w dół. Nie jest w stanie podać nazwiska ani rysopisu napastnika. Są przy 
nim żona i dzieci". 

Sparaliżowany od ramion w dół. Czy byłoby inaczej, gdybym zadzwoniła po karetkę, szybciej wezwała pomoc? Ile czasu 

leżał na chodniku sztywny z bólu, oniemiały? 

Dlaczego nie zadzwoniłam na pogotowie? Co się ze mną stało? Mógł umrzeć. Pewnie by wolał. Już nigdy nie poprowadzi 

taksówki. Ma żonę i dzieci. Jakim teraz będzie mężem? Ojcem? Oczy zaszły mi mgłą, a twarde krakersy stanęły w gardle. 

I ja się do tego przyczyniłam. Nie pomogłam. I najpewniej mu zaszkodziłam. 

Czym się stałam? W co zamienił się Incy? 
Zadzwonił telefon, ale nie odebrałam. Domofon odezwał się trzy razy - niech dozorca się tym zajmie. Komórkę zgubiłam 

parę  dni  temu  i  nie  załatwiłam  sobie  drugiej,  więc  to  miałam  z  głowy.  W  końcu  o  ósmej  wstałam,  poszłam  do  sypialni  i 
wyjęłam  tak  ogromną  walizkę,  że  zmieściłby  się  w  niej  martwy  kucyk  (zanim  zapytacie,  wyjaśniam,  że  nigdy  się  w  niej  nie 
znalazł). 

Szybko,  w  nagłym  pośpiechu,  chwytałam  naręcza  ciuchów  oraz  innych  rzeczy  i  wrzucałam  je  do  środka.  Kiedy  walizka 

była pełna, zapięłam ją, znalazłam kurtkę i wybiegłam z domu. Gopala, dozorca, zawołał mi taksówkę. 

-  Pan Bawz i pan Innosaunce pani szukali, panno Na-stalyo - powiedział. 

Zawsze  mnie  dziwiło,  że  tak  przekręca  nasze  imiona.  Pewnie,  radził  sobie  o niebo lepiej, niż ja bym sobie radziła, gdyby 

ktoś wyrzucił mnie w środku Bangalore

1

 i oczekiwał, że znajdę pracę. 

-  Niedługo wracam - powiedziałam Gopali, gdy taksówkarz wrzucał walizkę do bagażnika. 

-  Aha, wyjeżdża pani do rodziców, panno Nastalyo? 

Jak  zwykle  wymyśliłam  sobie  rodziców,  żeby  wytłumaczyć,  jak  nastolatka  może  żyć  samodzielnie  z  nieograniczonych 

dochodów. 

-  Oj, nie, oni jeszcze są w ... - pomyślałam szybko -...Tasmanii. Jadę do Paryża, na małe zakupy. 

Może  mam  załamanie  nerwowe?  Bałam  się,  byłam  niespokojna,  zawstydzona  i  ostrożna,  jakby  każdy  taksówkarz  w 

Londynie  woził  na  osłonie  przeciwsłonecznej  moje  zdjęcie  z  wielkim  czerwonym  napisem:  „Poszukiwana",  wydrukowanym 
na środku twarzy. Czułam się tak, jakby Innocencio miał zaraz wyskoczyć na mnie zza 

wielkiej  donicy.  Co  bym  wtedy  zrobiła?  Pamiętałam  jego  minę,  kiedy  patrzył  na  mnie,  stojąc  przy  sofie.  Wyglądał  na 
zaintrygowanego.  Wyrachowanego?  Nawet  jeżeli  nie  wiedział,  co  znaczy  moja  blizna,  wkurzało  mnie,  że  ją  zobaczył. 

                                                        

1

 Bangalore - miasto w południowych Indiach (przyp. tłum.). 

background image

 

Czułam, że nigdy nie zdołam znieść spotkania z nim, a to przecież mój najlepszy przyjaciel. Wczoraj jednak kogoś okaleczył 
i teraz ja się go boję? To było moje życie. Sama doprowadziłam do takiej sytuacji... 

Wgramoliłam się na tylne siedzenie taksówki i dałam Gopali duży napiwek. 

-  Jadę do Paryża. Niedługo wracam! 

Dozorca uśmiechnął się i skinął głową, dotykając daszka czapki. 
-  Więc zawieźć panią na St. Pancras? - spytał taksówkarz i sięgnął po swoją rozpiskę. - Na pociąg przez kanał? 
-  Nie. - Opadłam na tylne siedzenie. - Zawieź mnie na Heathrow. 
 

********** 

Następnego  ranka  znalazłam  się  w  Bostonie,  w  Ameryce,  i  wypożyczałam  auto  w  niepozornej,  małej  firmie,  która  w 

ogóle chciała wypożyczyć samochód komuś poniżej dwudziestego piątego roku życia. 

-  Proszę, pani Douglas. - Jeden z pracowników wręczył mi kluczyki. - A jak się pisze pani imię? 

-  Phillipa - przeliterowałam. 

Jak każdy nieśmiertelny, dysponuję plikiem paszportów, dowodów osobistych i praw jazdy. Zawsze ktoś ma przyjaciela, 

który  zna  kogoś,  kto  może  załatwić  to,  czego  potrzebujemy.  Przez  lata  korzystałam  z  pomocy  faceta  z  Frankfurtu.  Był 
geniuszem,  w  czasie  II  wojny  światowej  podrobił  tysiąc  dowodów  tożsamości.  W  moich  paszportach  są  różne  nazwiska, 
daty  urodzenia  (mieszczą  się  w  przedziale  od  osiemnastu  do  dwudziestu  jeden  lat),  miejsca  pochodzenia.  Zanim  rządy 
zaczęły śledzić ludzi, było o wiele łatwiej. Potem pojawiły się różne numery, NIP-y. Co za bzdura. 

-  Jakie piękne imię. - Mężczyzna posłał mi uśmiech czirlidera. 

-  Mhm. Do samochodu w tę stronę? 

Kiedy  tylko  wyjechałam  z  Bostonu,  rozłożyłam  swoją  mapę  Massachusetts.  Ludzie  z  wypożyczalni  mogli  przygotować 

dla  mnie  trasę  do  West  Lowing,  ale  bałam  się,  że  to  sobie  przypomną,  kiedy  ktoś  później  by  ich  wypytywał.  A  w tej chwili 
chciałam zniknąć. Czułam się, jakby ścigał mnie diabeł, pochłaniała jakaś katastrofa i jakbym po prostu musiała... uciec. 

Miałam  siedem  godzin  na  myślenie  podczas  lotu  z  Londynu  do  Bostonu.  To  niedużo  na  dogłębną  analizę  czterystu  lat 

wzbierającej ciemności i głupoty, ale mnóstwo czasu, żeby przypomnieć sobie całą masę złych rzeczy i poczuć się jak ślimak 
pod kamieniem. Albo jeszcze gorzej. Jak galaretowaty szlam. 

Trafiłam  na  West  Lowing.  To  mała  plama  w  środku  Massachusetts,  przy  jeziorze  Lowing  i  po  prawej  stronie  rzeki 

Lowing.  Domyślam  się,  że  jakiś  Lowing  był  kilkaset  lat  temu  niezłą  szychą  i  odczuwał  potrzebę  opaćkania  swoim 
nazwiskiem całej okolicy. 

Dojazd  tam  potrwa  ze  dwie  godziny.  W  Irlandii  po  dwóch  godzinach  jazdy  można  pokonać  trzy  czwarte  kraju  wszerz. 

Przez  Luksemburg  przejeżdża  się  w  pięć  minut.  Ameryka  to  wielki,  wielki  teren.  Na  tyle  wielki,  żeby  w  nim  zniknąć? 
Miałam taką nadzieję. 

 

background image

 

********** 

 
No więc, o tej całej nieśmiertelności. Na pewno macie pytania. Ja nie znam wszystkich odpowiedzi. Nie wiem, 

ilu  nas  jest.  Poznałam  setki  przez  lata,  z  prostej  matematyki  wynika,  że  nasza  liczba  cały  czas  się  zwiększa, prawda? Rodzą 
się nowi, starzy bardzo rzadko znikają. Sami pewnie wpadliście na paru, nie zdając sobie z tego sprawy. Ogólnie rzecz biorąc, 
nieśmiertelni to ludzie, którzy nie umierają wtedy, kiedy powinni. 

Większość z nas jest przekonana, że nieśmiertelni istnieją od zawsze - tak jak ludzie, którzy wierzą w wampiry, myślą, że 

wampiry  są  od  zawsze  (a  propos,  jeżeli  zajrzeć  do  starych  wierzeń  wampirów,  można  się  natknąć  na  wątki  „wiecznego 
życia").  Nie  wiem,  jak  powstaliśmy  ani  skąd  się wzięliśmy, ani dlaczego, ale poznałam nieśmiertelnych większości ras i grup 
etnicznych.  Potrzeba  dwóch  nieśmiertelnych,  żeby  stworzyć  nowych  małych  nieśmiertelnych.  A  zatem  kiedy  nieśmiertelny 
zada  się  z  normalną  osobą,  ich  potomek  nie  będzie  nieśmiertelny,  ale  w  wielu  przypadkach  ci  ludzie  żyją  niezwykle  długo. 
Słyszałam o takiej kobiecie we Francji i w jednym mieście w Gruzji, gdzie mnóstwo osób dożywa ponad stu lat. Tłumaczą to 
zdrowym trybem życia i dietą bogatą w białko. Ha! A to po prostu oznacza, że tam zakręcił się nieśmiertelny. 

Owszem,  starzejemy  się,  ale  inaczej  niż  śmiertelni.  Do  szesnastki  jeden  nasz  odpowiada  jednemu  zwykłemu  rokowi. 

Później  to  jest  zwykle  rok  w  stosunku  do  stu  ludzkich  lat.  Widziałam  nieśmiertelnych,  co  starzeli  się  o  wiele  szybciej  lub 
wolniej.  Ale  dlaczego?  Najstarszy  nieśmiertelny,  jakiego  poznałam,  miał  około  ośmiuset  lat.  Był  potworny,  zarozumiały, 
skąpy  i  zły.  Ciekawie  jest  spotkać  nieśmiertelnego,  który  ma  dopiero  czterdzieści  albo  pięćdziesiąt  lat  -  jeszcze  niezupełnie 
dotarła do nich rzeczywistość, czują się jak dorośli, ale nadal wyglądają jak nastolatki. Są w dziwnym stanie zawieszenia, bo 
w pewnym sensie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. 

Ja urodziłam się w 1551 roku, ładna symetryczna liczba. Czterysta pięćdziesiąt lat później nadal sprawdzają mi dowód w 

pubach.  Zanim  pomyślicie:  o,  super!,  wytłumaczę,  jaki  to  kolec  w  tyłku.  Już  dawno  osiągnęłam  pełnoletność,  a  przy  tym 
pozostaję  zamknięta  w  wiecznym  zmierzchu  młodości  i  nie  mogę  wyjść  poza  to,  jak  wyglądam.  Ale  wielu  nastolatków 
chyba  czuje  się  nieśmiertelnymi.  Pojęcie  niebezpieczeństwa  lub  śmierci  jest  im  całkiem  obce  i  odległe.  Może  więc  jednak 
nadal należę do grupy nastolatków. Dobra, wiem, mam nie przynudzać. 

Nie chorujemy na raka, cukrzycę i tym podobne. Ale łapiemy katar, grypę czy choroby zakaźne, tyle że zdrowiejemy. Dla 

waszej  informacji,  blizny  po  ospie  wietrznej  znikają  po  piętnastu  latach.  Możemy  się  poparzyć,  stracić  kończyny,  mieć 
potworne  rany  -  ale  się  goją,  jak  wyjaśniłam  wcześniej.  Ręce  i  nogi  odrastają.  To  proces  jednocześnie  odrażający  i 
fascynujący.  Trwa  kilka  lat. Mimo tego, jak się nazywamy, można nas zabić. Ale trzeba się trochę namęczyć, więc lepiej nie 
próbujcie. 

Co  robimy?  Mniej  więcej  to  co  zwykli  ludzie.  Żyjemy  na  tej  samej  planecie,  korzystamy  z  tych  samych  rzeczy.  Jedni  są 

hulakami (bez nazwisk, no dobra - ja). Inni wykorzystują czas sensowniej - studiują, uczą się, szlifują talenty artystyczne lub 
rękodzielnicze,  podróżują.  Niektórzy  ani  nie  imprezują,  ani  nie  pracują  nad  sobą.  Żyją  w  stanie  permanentnego 
niezadowolenia,  nie  lubią  niczego,  zawsze  znajdą  powód do narzekania, nienawidzą nieśmiertelnych i ludzi. Poznałam takich 
i zawsze miałam ochotę posadzić ich na krze, a potem wepchnąć do oceanu. 

background image

 

Czy  się  pobieramy,  mamy  dzieci?  Czasami.  Ja  miałam  męża.  To  ciekawostka  -  jeżeli wychodzisz za normalną osobę, bez 

względu  na  to,  jak  ją  kochasz,  starzeje  się  i  umiera,  a  ty  nie.  Więc  w  pewnym  momencie  musisz  jej  o  sobie  powiedzieć,  bo 
inaczej  będzie  zachodziła  w  głowę.  Albo  jedno  z  was  trzyma  coś  w  tajemnicy,  albo  '  oboje.  A  jeżeli  wychodzisz  za  mąż  za 
innego nieśmiertelnego, to wasz związek trwa baaardzo długo. Najgorsze, kiedy twój małżonek nie jest aefrelyffenem i macie 
dzieci.  Patrzenie,  jak  one  się  starzeją  i  umierają,  to  jeszcze  gorsze  niż  przyglądanie  się  starzeniu  i  umieraniu  małżonka.  Ale 
więcej na ten temat później. 

Po czterech godzinach, trzech espresso i torbie czipsów Ahoy zobaczyłam West Lowing. Z jednego końca miasta na drugi 

dotarłam w niecałe dziesięć minut. No, to nie metropolia. Zawróciłam i pojechałam z powrotem drogami wijącymi się wokół 
przedmieść.  Nie  wiedziałam,  czego  szukam.  Znaku?  W  sensie  dosłownym:  „River's  Edge,  w  lewo",  albo  metaforycznym: 
płonący krzak, błyskawica wskazująca właściwy kierunek. 

Dwie  minuty  później  znów  znalazłam  się  za  miastem.  Zatrzymałam  się  na  poboczu,  oparłam  głowę  o  kierownicę  i 

walnęłam pięściami w deskę rozdzielczą. 

-  Nastasya,  jesteś  idiotką.  Głupią,  pieprzoną  kretynką  i  zasługujesz  na  to.  -  Prawdę  mówiąc,  zasługuję  na  coś  o  wiele 

gorszego, ale traktuję siebie dość łagodnie. 
Po  kilku  minutach  namysłu  wysiadłam  i  weszłam  do  pobliskiego  lasu.  Przez  dobrą  chwilę  nie  minął  mnie  żaden  samochód. 
Jakieś pięć metrów od drogi uklękłam na ziemi, kładąc dłonie na płask. Wypowiedziałam kilka słów -tak starych, że brzmiały 
jak  ciąg  niepowiązanych  ze  sobą  sylab.  Były  archaiczne  już  w  czasach,  kiedy  się  urodziłam.  Te  słowa  ujawniają  rzeczy 
ukryte.  Jedno  z  niewielu  zaklęć,  jakie  znam.  Nie  potrafiłam  sobie  przypomnieć,  kiedy  ostatni  raz  go  używałam.  Może  żeby 
znaleźć klucze w latach dziewięćdziesiątych? 

Zamknęłam oczy i zaraz zaczęły się pojawiać obrazy. Droga, zakręt, klon z liśćmi zabarwionymi na jesienne kolory. 

Zobaczyłam, dokąd muszę jechać. 

Wzięłam  głęboki  oddech  i  wstałam.  Tam,  gdzie  znajdowały  się  moje  dłonie,  liście  i  gałązki  zamieniły  się  w  proch, 

wyschły  i  się  rozsypały.  Późna  koniczyna  zwiędła  -  została  pozbawiona  życia,  żebym  ja  mogła  przeprowadzić  swój 
dziecinny czar. W miejscu, z którego wzięłam moc, pozostały dwa ślady zniszczenia. Tak właśnie robią nieśmiertelni - żeby 
uprawiać magyię, wydzieramy moc komuś innemu. W każdym razie, większość z nas to robi. 

Wróciłam  do  samochodu i znów pojechałam krętymi drogami, oplatającymi miasteczko. Zaczęłam się uważnie rozglądać. 

Starałam  się  wyczuć,  gdzie  jestem.  Wiedziałam,  że  przemierzałam  tę  trasę  dziesięć  minut  temu,  ale  tym  razem 
przypatrywałam się każdemu drzewu, każdej polnej ścieżce. 

I znalazła się - nieoznaczona droga, klon rozpalony kolorami, z konarami w kształcie litery  V, jakby przed laty uderzył w 

nie  piorun.  Skręciłam.  Mój  mały  wynajęty  samochód  podskakiwał  na  nieutwardzonej  drodze;  mogę  się  założyć,  że  w  czasie 
mocnych  śnieżyc  trudno  tędy  przebrnąć.  Zaczynało  mi  być  zimno,  więc  podkręciłam  ogrzewanie.  Po  kawie  z  cukrem  byłam 
pobudzona i nagle ogarnęła mnie świadomość zupełnej niedorzeczności tego, co robię. 

Jestem  stuknięta.  To  najgłupsza  rzecz,  jaka  w  życiu  przyszła  mi  do  głowy.  Przypuszczałam,  że  w  dużej  mierze  przez 

panikę i nerwowe załamanie. 

background image

 

Nagle  się  zatrzymałam  i  oparłam  czoło  o  kierownicę.  Przyjechałam  tu  szukać  kobiety  o imieniu River.  To idiotyczne. Co 

ja sobie myślałam? Muszę zawrócić, oddać auto i wrócić do domu. Tym razem tam, gdzie zdecyduję, że ma być dom. 

Kiedy poznałam River? Chyba w 1920? Albo w 1930? Pamiętam tylko jej gładką, opaloną twarz i dłonie - silne, szczupłe. 

Włosy  miała  siwe,  co  bardzo  nietypowe  wśród  nieśmiertelnych.  Innocencio  rozbił  swój  pierwszy  samochód  -  i  dosłownie 
pierwszy. Dopiero skonstruowany. 

W 1929 roku? Chyba tak. Kupił sobie naprawdę ładny model A, w odcieniu brudnego błękitu. Jeden z pierwszych modeli 

A,  które  Ford  przysłał  do  Francji.  Incy  cieszył  się  nim  kilka  tygodni,  potem  wylądował  w  rowie  na  drodze  przy  Remis. 
Zatrzymał  się  jakiś  kierowca,  żeby  nam  pomóc.  Noc.  Ja  wyleciałam  przez  przednią  szybę  i  wpadłam  do  rowu.  Miałam 
poranioną twarz - jeszcze nie wynaleziono szyb bezpieczeństwa i pasów. Było zimno. 

Innocencio  i  Rebecca  też  wylecieli  z  samochodu.  Re-becca  -  zwykła  śmiertelniczka  -  strasznie  się  połamała.  Pewnie 

trafiła  do  szpitala.  Imogen  zginęła  -  złamała  kręgosłup,  uderzając  w  drzewo.  Innocencio  i  ja  byliśmy  poturbowani,  ale 
mogliśmy  chodzić.  Imogen  i  Rebeccę  poznaliśmy  zaledwie  dzień  wcześniej  na  imprezie.  Obie  ładne,  bogate  i  spragnione 
zabawy. Niestety, trafiły na nas. 

Z  pomocą  przybiegli  nam  kobieta  i  dwóch  mężczyzn.  Mężczyźni  ostrożnie  wsadzili  Rebeccę  na  tylne  siedzenie  ich 

samochodu i stwierdzili, że Imogen nie żyje. Kobieta sprawdziła, co z Innocenciem, który już się otrząsnął i zaczął rozpaczać 
nad  stratą  pięknego  auta.  Zostawiła  go  i  podeszła  do  mnie  -  właśnie  usiłowałam  się  wydostać  z  rowu  z  lodowatą  wodą. 
Uklękła  i  po  francusku  pocieszała  mnie,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Powiedziała,  że  powinnam  leżeć  nieruchomo,  i 
próbowała  zbadać  mi  puls.  Odgarnęłam  przemoczone  włosy  z  oczu,  zacisnęłam  sobie  wokół  szyi  kołnierz  z  lisa  i  spytałam, 
która  godzina  -  jechaliśmy  na  imprezę  sylwestrową.  Imogen  nie  żyła,  a  ja...  co  za  wstyd,  martwiłam  się,  czy  zdążymy. 
Zepsucie i obojętność. Ale cóż... przecież Incy nie zabił jej celowo. Czasami ludzie wydają się tacy... krusi. 

Wtedy  ujęła  mój  podbródek  i  spojrzała  mi  w  oczy.  Od  razu  się  zorientowałyśmy,  że  jesteśmy  nieśmiertelne.  Nie  istnieje 

żadna szczególna cecha. Nie mamy wielkiego „N" pod siatkówką. Ale potrafimy się rozpoznać. 

Usiadła  i  przyglądała  się  miejscu  katastrofy  -  rozbitemu  samochodowi,  martwej  dziewczynie.  A  Innocencio  i  ja 

zaczęliśmy się zbierać. 

-  Nie musi tak być - odezwała się po francusku. 
-  Co? - spytałam. 

-  Możesz mieć o wiele więcej, być kimś więcej. - Pokręciła głową ze smutkiem w ciepłych brązowych oczach. 

I tak zrodził się we mnie bunt. Otarłam z oczu krew i wstałam. 

-  River - przedstawiła się.  - Mieszkam w Ameryce. W Massachusetts, na północy. Miasteczko nazywa się West Lowing. 

Przyjedź.  -  Wskazała  na  rozbity,  płonący  samochód,  na  mężczyznę  ostrożnie  niosącego  ciało  Imogen.  Obrzuciła  Incy'ego 
badawczym spojrzeniem i natychmiast uznała go za nicponia, imprezowicza, jałową ziemię, na której ziarno mądrości umrze. 

-  Byłam w Massachusetts - odparłam. - Purytańskie. Snobistyczne. I zimne. 

Posłała mi przelotny, smutny uśmiech. 

background image

 

-  West  Lowing jest inne. Powinnaś tam wpaść, kiedy się tym zmęczysz. - Znów zerknęła na forda, na Incy'e-go.  - Jak ci 

na imię? 

Wzrok  miała  ostry,  inteligentny;  odniosłam  wrażenie,  że  zapamiętuje  kształt  mojej  twarzy,  zarys  ucha.  Mocniej  otuliłam 

się futrzanym kołnierzem. 

-  Christiane. 

-  Christiane. - Skinęła głową. - Kiedy się zmęczysz i zapragniesz być kimś więcej, odwiedź West Lowing. Massachusetts. 

Mój dom nazywa się River's Edge. Na pewno go znajdziesz. 

River wsiadła do samochodu z dwoma mężczyznami, z Rebeccą, martwą Imogen i odjechali, zostawiając mnie, 

Incy'ego  i  jego  rozbite  piękne  niebieskie  auto.  W  końcu  zabraliśmy  się  stopem,  później  wsiedliśmy  w  pociąg  do  Paryża,  a 
potem do Marsylii i zupełnie wykasowałam z pamięci River i Imogen. 

Aż  do  przedwczoraj.  Po  osiemdziesięciu  latach  zdecydowałam  się  skorzystać  z  jej  propozycji.  Cholernych  osiemdziesiąt 

lat  później  zakładałam,  że  ciągle  tam  jest,  a  zaproszenie  pozostaje  aktualne.  Jak  się  domyślacie,  nieśmiertelni  często  się 
przemieszczają.  Żyć  w  tej  samej  mieścinie  przez  pięćdziesiąt  lat  i  nie  zmienić  wyglądu  -  cóż,  to  wzbudzałoby  podejrzenia. 
Więc rzadko zatrzymujemy się na dłużej w jednym miejscu. Dlaczego sądziłam, że River nadal tam mieszka? Chyba dlatego, 
że  wydawała  się...  taka  ponadczasowa.  Bezsensowny  stereotyp,  jeżeli  chodzi  o  nieśmiertelnego,  wiem.  I...  niezwykle  stała. 
Tak jakby powiedziała, że będzie tam zawsze, że mogę przyjechać w każdej chwili i na pewno ją zastanę. 

Od espresso z cukrem zaczęły mi drżeć ręce i burczało mi w brzuchu. Co robić? Co robić? 
Nagle ktoś zapukał w szybę. Podskoczyłam, ledwie tłumiąc krzyk. 

Moje oszalałe spojrzenie namierzyło mężczyznę - pochylony zaglądał do środka. 

W  gardle  połaskotał  mnie  niemal  histeryczny  śmiech.  Bóg  wikingów  patrzył  na  mnie  z  troską  albo  podejrzliwie.  Był  tak 

przystojny,  że  zaparło  mi  dech.  Wyglądał  jak  złota  mityczna  postać,  która  nagle  ożyła,  jakby  w  jej  żyłach  zaczęła  płynąć 
ciepła krew. 

Przyjrzałam mu się, mrużąc oczy - kogoś mi przypominał. Może jest modelem? Czy widziałam go na reklamie bielizny, z 

odległości  dwunastu  metrów  na  Times  Sąuare?  A  może  to  aktor  z  jakiejś  zwykłej  opery  mydlanej?  Nie  kojarzyłam. 
Opuściłam  szybę.  Och,  bądź  spragnionym  seksu  szaleńcem,  który  chce  mnie  porwać  i  zrobić  ze  mnie  niewolnicę  miłości, 
błagałam w milczeniu. 

-  Tak? - wychrypiałam. 
-  To prywatna droga - oznajmił bóg, spoglądając na mnie z dezaprobatą. 

Miał  ze  dwadzieścia  dwa  lata  albo  mniej.  Ciekawe,  czy  lubi  nastolatki.  Mrugnęłam  do  niego,  znów  czując  na  krańcach 

świadomości, że gdzieś już go widziałam. 

-  A... eee... szukam River. River's Edge. 
Jego oczy koloru topazu zapłonęły z zaskoczenia. Może River ukrywa swój dom przed sąsiadami? - przemknęło mi przez 

myśl. O ile w ogóle jeszcze tu jest. 

-  Słyszałeś o kimś takim? - naciskałam. 

background image

 

-  Znasz River? - spytał powoli. - Skąd? Kim on jest? Jej ochroniarzem? 

-  Poznałam  ją  dawno  temu.  Zaprosiła  mnie  do  siebie  -  oświadczyłam  pewnym  głosem.  -  Wiesz,  czy  jej  dom,  River's 

Edge, jest gdzieś tutaj? 

Zbyt  szybko,  żebym  zdążyła  zareagować,  silna  dłoń  wsunęła  się  przez  okno  do  samochodu  i  dotknęła  mojego  policzka. 

Ciepła, mocna, a jednocześnie delikatna, ale ja poczułam, że pod jego dotykiem skóra robi mi się lodowata. 

Nieśmiertelny. On też mnie rozpoznał. Przechyliłam głowę. 

-  Czy ja cię znam? Widziałam już gdzieś? - Gdybym go spotkała, na pewno bym zapamiętała o wiele dokładniej. Nikt nie 

zapomniałby  takiej  twarzy,  tego  głosu. Jednak przejechałam wszystkie kontynenty tyle razy, że ciężko zliczyć. Może nie jest 
aż tak stary. A może... 

Należał  do  tego  drugiego  rodzaju  nieśmiertelnych.  A  z  tymi  się  nie  zadaję,  unikam  ich  jak  szarańczy.  To  osobnicy,  z 

których drwiłam ze swoimi przyjaciółmi. Gardzę nimi niemal tak bardzo, jak oni mną. 

Łudziłam się nadzieją, że mnie... zbawią. Ochronią. Tdhti. 

-  Nic  -  odparł  i  odsunął  dłoń,  a  ja  zadrżałam,  czując  chłód  większy  niż  kiedykolwiek.  -  Jest  tam  dalej  -  powiedział 

niechętnie. - Przy tej drodze. Na pierwszym rozwidleniu pojedź w lewo. 

-  Więc River nadal tam mieszka? 

Nic nie mogłam wyczytać z jego miny. Twarz miał nieprzeniknioną. 

-  Tak. 

 

Rozdział 3 

Obserwowałam  go  we  wstecznym  lusterku,  kiedy  szedł  drogą.  Był  wysoki  i  barczysty,  a  dżinsy  cudownie  opinały  jego 
pośladki.  Kiedy  patrzyłam  na  niego  od  tyłu,  cały  czas  tliło  się  we  mnie  wrażenie,  że  skądś  go  znam.  Zmarszczyłam  czoło, 
wytężając  pamięć.  Później  zobaczyłam  swoje  odbicie  i  jęknęłam  na  głos  -  moja  skóra  miała  odcień  chorobliwej  bladości, 
jakbym  dopiero  co  wyszła  z  nocnego  klubu,  wargi  to  samo,  oczy  wyglądały  dziwnie  z  powodu  niebieskich  szkieł 
kontaktowych, nastroszone czarne włosy były potargane i sztywne. Oto dwa przeciwieństwa - idealny mężczyzna i daleka od 
ideału kobieta. Wyniszczona, niezdrowa. No, ale chyba to nie ma dla mnie znaczenia? Nie ma. 

Po  czterech  minutach  tłuczenia  się  po  wyboistej  drodze,  w  końcu  zajechałam  przed  długi  piętrowy  budynek  -bardziej 

przypominał  szkołę  lub  internat  niż  dom.  Duży  i  prostokątny,  w  kolorze  surowej,  nieskazitelnej  bieli,  z  ciemnozielonymi 
okiennicami na każdym oknie. Po bokach stały co najmniej trzy budynki; kamienny mur mógł odgradzać spory ogród. 

Zaparkowałam  na  wysuszonej  jesiennej  trawie  obok  zdezelowanej  czerwonej  ciężarówki.  Przeczuwałam,  że  kolejnych 

kilka  minut  będzie  miało  historyczne  znaczenie,  jakby  decydowało  o  mojej  przyszłości.  Jeżeli  nie  wysiądę  z  samochodu, 
potwierdzę,  że  zmarnowałam  całe  życie.  I  siebie.  Przyznam,  że  boję  się  swoich  przyjaciół,  własnej  ciemności,  historii. 

background image

 

Pragnęłam  zostać  w  tym  samochodzie  z  zamkniętymi  oknami  i  drzwiami,  na  zawsze.  Gdybym  była  człowiekiem  i  „na 
zawsze"  oznaczałoby  kolejnych  sześćdziesiąt  lat,  pewnie  bym  tak  zrobiła.  Jednak  w  moim  przypadku,  „na  zawsze" trwałoby 
nieznośnie długo. Nie miałam wyjścia. 

Przyjechałam tu z konkretnego powodu. Porzuciłam przyjaciół i zaszyłam się na innym kontynencie. W samolocie dotarło 

do  mnie,  że  poza  wybrykiem  Incy'ego,  moją  obojętnością,  paranoją,  że  Incy  zobaczył  bliznę,  było  jeszcze  setki,  tysiące 
rzeczy,  które  do  tego  doprowadziły,  wydrążyły  moje  wnętrze  i  poczułam  się  jak  pusta  muszelka.  Nie  zabijałam  ludzi  i  nie 
podpalałam  wiosek,  ale  wytyczałam  ścieżkę  zła.  Z  przyprawiającą  o  mdłości  brutalnością  zrozumiałam,  że  niszczyłam 
wszystko,  czego  dotknęłam.  Zranieni  ludzie,  rozbite  domy,  roztrzaskane  samochody,  zrujnowane  kariery  -  wspomnienia 
sączyły się jak strużki świeżego kwasu, który wsiąkał w mój mózg, aż chciałam krzyczeć. 

Miałam  to  we  krwi,  wiem.  Ciemność.  Tę  ciemność.  Odziedziczyłam  ją  razem  z  nieśmiertelnością  i  czarnymi  oczami. 

Opierałam  jej  się,  kiedy  byłam  młodsza.  Udawałam,  że  jej  nie  ma.  Ale  w  końcu  przestałam  walczyć,  poddałam  się.  Przez 
długi  czas  z  nią  żyłam.  Ale  tamtej  nocy  ciemność,  która  towarzyszyła  mi  ponad  czterysta  lat,  przytłoczyła  mnie  swoim 
ciężarem i nie mogłam znieść tej potwornej istoty, jaką się stałam. 

Gdybym  była  zwykłym  człowiekiem,  kusiłoby  mnie,  żeby  popełnić  samobójstwo.  A  tak  omal  nie  wybuchnęłam 

histerycznym  śmiechem,  kiedy  pomyślałam,  że  nawet  jeśli  zdołałabym  odciąć  sobie  głowę,  nie  miałabym  pewności,  czy 
znajdzie  się  na  tyle  daleko  od  ciała  przez  tak  długi  czas,  żebym  rzeczywiście  zdążyła  umrzeć.  Zresztą  jaki  miałam  wybór? 
Rzucić  się  pod  piłę  do  drewna?  A  co,  gdyby  odchlastała  tylko  połowę  mojej  głowy?  Wyobrażacie  sobie  proces  odrastania? 
Jezu. 

Nagłe  poczułam  się  tak,  jakbym  spadła  z  klifu  i  miała  lecieć  wiecznie  w  stronę  wzbierającej  rozpaczy  i  nigdy  już  nie 

zaznać szczęścia. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czułam się naprawdę szczęśliwa. Rozbawiona? Tak. Zajęta? 
Tak. Szczęśliwa? Nie za bardzo. Nie pamiętałam, jak to jest być szczęśliwym. 

Jedyną osobą, która w życiu zaproponowała mi pomoc i jako jedyna sprawiała wrażenie, że rozumie, była River. Zaprosiła 

mnie wiele dziesiątek lat temu. No i jestem. 

Znów  się  rozejrzałam  i  tym  razem  ją  dostrzegłam.  Stała  na  szerokich drewnianych schodach domu. Wyglądała dokładnie 

tak  samo  jak  wtedy,  kiedy  ją  widziałam.  Niezwykłe.  Na  ogół  często  zmieniamy  wygląd,  i  to  diametralnie.  Ja  na  pewno  się 
zmieniłam,  pewnie  ze  dwadzieścia  razy,  od  naszego  ostatniego  spotkania.  Wątpiłam,  że  mnie  rozpozna.  Ale  przyglądała  mi 
się uważnie i najwyraźniej czekała, żebym to ja zrobiła pierwszy krok. 

Wzięłam  głęboki  wdech.  Miałam  nadzieję,  że  dom  jest  w  środku  cieplutki  jak  grzanka,  dostanę  herbaty  albo  drinka  i 

wezmę gorącą kąpiel. Czy mnie pamięta? Czy jej zaproszenie jest jeszcze aktualne? Wiem, że to niedorzeczne powoływać się 
na coś, co powiedziała ponad osiemdziesiąt lat temu. Ale co mi pozostało? 

Cóż,  robiłam  bardziej  żałosne  rzeczy.  Wysiadłam  z  samochodu  i  włożyłam  skórzaną  kurtkę  -  tę  starą,  bo  tamtą  przecież 

zgubiłam dwie noce temu. Przedzierałam się przez leżące na ziemi liście i rozmyślałam, co się stanie, 

background image

 

jeżeli mnie odprawi. Na pewno pojadę się ukryć w jakimś miłym miejscu. Na Fidżi albo dokądś indziej. Zostanę tam, dopóki 
nie poczuję się lepsza, mniej bezwartościowa. Może kiedyś to nastąpi. Incy w końcu będzie się wydawał mniej przerażający, 
a ja zapomnę o taksówkarzu, tak jak do wczoraj nie pamiętałam o Imogen. 

-  Witaj  -  powiedziała,  kiedy  już  się  zbliżyłam.  Miała  na  sobie  spódnicę  z  miękkiej  wełny  w  prążki,  a  na  ramionach 

wełniany szal. Proste siwe włosy spięła klamrą. -Zapraszam. 
 

-  Cześć. River? 

-  Tak. - Usiłowała skojarzyć moją twarz. - Jak ci na imię, dziecko? 

Lekko zaśmiałam się z tego, że ktoś nazywa mnie dzieckiem. 

-  Nastasya. Obecnie. 
-  Poznałyśmy się. - To było stwierdzenie, nie pytanie. Skinęłam głową, krusząc liście podeszwami. 

-  Dawno  temu.  Mówiłaś,  że  jeżeli  kiedykolwiek  zechcę  zrobić  coś  więcej,  mam  przyjechać  do  West  Lowing.  - 

Spojrzałam w dal i dostrzegłam chmury nadciągające z południowego zachodu. 

-  Nastasya - powtórzyła. 

Patrzyła  na  moje  kruczoczarne  włosy  i  niebieskie  źrenice;  dzięki  szkłom  kontaktowym  kolor  oczu  zgadzał  się  z  danymi 

mojego  amerykańskiego  paszportu.  Usiłowałam  sobie  przypomnieć,  jak  wyglądałam,  kiedy  po  raz pierwszy się spotkałyśmy, 
ale nie potrafiłam. 

-  Christiane.  -  Wyłoniłam  z  pamięci  jedno  ze  swoich  wielu  imion.  Ale  nie  to  prawdziwe.  -  Wtedy  miałam  na  imię 

Christiane. Widziałyśmy się we Francji, po wypadku samochodowym. Chyba pod koniec lat dwudziestych. 

-  Ach, tak. - Pokiwała głową. - To była niedobra noc. Ale cieszę się, że cię poznałam. I że tu jesteś. 

 

-  Cóż... - Patrzyłam wszędzie, tylko nie na jej twarz. -Wiem, że to dawne dzieje, ale pomyślałam, że jeżeli... 
-  Cieszę się, że tu jesteś, Chri... Nastasyo - powtórzyła. - Witam. Masz coś ze sobą? 
Przytaknęłam, myśląc o swojej walizie. I oczywiście o całym bagażu emocjonalnym. 
-  To dobrze. Pokażę ci twój pokój, a później się rozgościsz. 

Mam pokój? 

-  To  jest  hotel?  -  spytałam,  wchodząc  za  nią  do  holu.  Na  okrągłym  stole  stał  wazon  pełen  zasuszonych  gałęzi  klonu. 

Piękne szerokie, kręte schody prowadziły na piętro. Wszystko białe, proste, eleganckie. Dziwne, ale jak tylko przekroczyłam 
próg tego domu, poczułam się... mniej przerażona? Mniej... bezbronna? A może tylko mi się zdawało. 

-  Kiedyś to było miejsce spotkań kwakrów - wyjaśniła River, kierując mnie na górę. Wyczuwałam, że w budynku są inni 

ludzie,  ale  wszędzie  cisza,  spokój.  -  W  XVIII  wieku  mieszkało  tu  około  czterdziestu  przyjaciół.  Pracowali  na  farmie.  Ja  ją 
prowadzę od 1904 roku, pod różnymi postaciami. 

background image

 

To  oznaczało,  że  ona,  podobnie  jak  my  wszyscy,  musiała  zmieniać  wcielenia,  żeby  wytłumaczyć  swoje  nieprzerwane 

istnienie.  Zaczęła  jako  jedna  osoba,  później  udawała,  że  umarła,  potem  pojawiła  się  jako  dawno  zaginiona  córka 
poprzedniego  właściciela,  żeby  odziedziczyć  dom,  i  tak  dalej.  Taki  wątek  pojawił  się  chyba  w  którymś  z  odcinków  Star 
Treka. 

-  A teraz? 

River  poprowadziła  mnie  szerokim  korytarzem,  później  skręciła  w  prawo  i  tamtędy  doszła  do  kolejnego  długiego 

korytarza  z  oknami  po  jednej  stronie  i  z  drzwiami  w  równych  odległościach  po  drugiej.  Uśmiechnęła  się.  Teraz  wyglądała 
młodziej. 

-  To dom dla zbłąkanych nieśmiertelnych. 
-  A jaką wersję znają miejscowi? - spytałam. 

 

-  Mała  rodzinna  farma,  gdzie  ludzie  przyjeżdżają  uczyć  się  technik  prowadzenia  organicznych  upraw.  Co  również  jest 

prawdą. - Przystanęła przed drzwiami dokładnie naprzeciwko okna, rozjaśnionymi jesiennym słonecznym światłem. 

Kiedy je otworzyła, zajrzałam do środka. 

-  Jak organiczna farma mnichów? River się roześmiała. 

Pokój  był  mały  i  prosty.  Stało  w  nim  zaledwie  kilka  mebli:  wąskie  łóżko,  nieduża  szafa,  drewniane  biurko  i  krzesło. 

Ostatnim  razem,  kiedy  przebywałam  poza  londyńskim  mieszkaniem,  zatrzymałam  się  w  Jerzym  V  w  Paryżu.  A  wcześniej  w 
St. Regis w Nowym Jorku. Zazwyczaj wybieram ekstremalny luksus. 

-  Nie,  nie  mnichów.  -  River  weszła  do  pokoju.  -  Po  prostu  ludzi,  nieśmiertelnych,  którzy  chcą  się  skupić  na  innych 

rzeczach w tym momencie ich życia. Oczywiście możesz porozstawiać tu swoje rzeczy, żeby było przytulniej. 

Pomyślałam  o  typowym  „wystroju  wnętrz"  w  swoim mieszkaniu - porozrzucane ciuchy, puste butelki po alkoholu, pełne 

popielniczki, książki, gazety, pudełka po pizzy i tak dalej. Może jednak nie, stwierdziłam w duchu. 

-  Więc jest nas tu więcej? - Usiadłam na łóżku na próbę. Ale niewygodny materac. 
-  W  tej  chwili  czworo  nauczycieli  i  ośmioro  uczniów  -wyjaśniła  River.  Zamknęła  drzwi  i  oparła  się  o  nie  z  poważną 

miną. - Daję ci tydzień na zastanowienie, czy chcesz zostać, Nastasyo. Mam nadzieję, że tak. Sądzę, że wiele tu dostaniesz i 
że  zdołasz  odnaleźć  szczęście,  o  ile  będziesz  na  nie  otwarta.  Ale  pamiętaj,  to  nie  hotel  ani  spa.  To  pewnego  rodzaju 
połączenie  kibucu  i  ośrodka  rehabilitacyjnego.  Jest  do  zrobienia  praca  i  wykonujemy  ją  wszyscy.  Będziesz  musiała  się 
nauczyć pewnych ciężkich i bolesnych rzeczy. Przez lata wypracowaliśmy dobry system i każdy, kto tu przyjeżdża, musi się 
stosować do naszych zasad. 

-  Aha. - Może posiedzę kilka dni, wymyślę plan B i znowu prysnę, pomyślałam. 

River  się  uśmiechnęła.  Wydawała  się  tak  szczerze  ciepła  i  gościnna,  że  żałowałam,  iż  nie  jestem  dla  niej  lepszym 

materiałem. Ale to było raczej przesądzone. 

-  Nikt  cię  nie  będzie  zmuszał,  żebyś  została.  Ani  przekonywał,  że  powinnaś  uratować  swoje  życie.  Jeśli  jeszcze  nie 

dorosłaś po... dwustu latach? 

background image

 

-  Czterystu. Czterystu pięćdziesięciu dziewięciu -uściśliłam. 
W jej oczach rozbłysło zaskoczenie, a ja odniosłam nieprzyjemne wrażenie, że to raczej z powodu mojego zachowania niż 

wyglądu wzięła mnie za młodszą osobę. 

-  Dobrze,  czterystu  pięćdziesięciu  dziewięciu  latach.  Ale  jeżeli  do  tej  pory  nie  stałaś  się  dużą  dziewczynką,  nie 

zamierzamy  trzymać  cię  tu  siłą.  Będziemy  ci  pomagać,  jak  tylko  możemy,  pod  warunkiem że ty też dasz  coś z siebie. Jeżeli 
chcesz się prześlizgnąć, to miejsce nie jest dla ciebie. 

-  Jasne - mruknęłam. 

River  się  roześmiała,  potem  podeszła  do  łóżka,  pochyliła  się  i  mnie  przytuliła.  Czułam  ciepło,  mocne  wsparcie  i 

pocieszenie.  Nie  mogłam  sobie  przypomnieć  takiego  uścisku.  Dziwne,  ale  odwzajemniłam  go,  poklepując  ją  delikatnie  jedną 
ręką. 

-  Nie  mam  zamiaru  cię  odstraszyć  -  powiedziała.  -Chcę,  żebyś  została.  Ale  nie  życzymy  sobie  pokazów  niedojrzałości. 

Rozumiesz? 

-  Mhm.  -  Przytaknęłam.  Nie  przychodziła  mi  do  głowy  żadna  błyskotliwa  riposta.  Teraz,  bardziej  niż  wcześniej,  nie 

miałam  pojęcia,  co  tu  robię.  Może  przesadnie  na  wszystko  zareagowałam?  To  jakaś  komiczna  pomyłka.  W  każdym  razie  na 
pewno kiedyś będę się z tego śmiała. Za dziesiątki lat. Wielka ucieczka. Ha, ha, ha. Chyba aż taka zła to nie jestem. A później 
przypomniałam sobie taksówkarza z twarzą dokładnie oświetloną przez latarnię i to, jak odeszłam, i coś we mnie pękło. 

-  Ile masz lat? - spytałam mimowolnie. Przystanęła w drzwiach. 

-  Cóż, więcej niż ty - odparła smutno, odgarniając kosmyki włosów z twarzy. 
-  To  znaczy?  -  Nie  wiedziałam,  dlaczego  to  mnie  interesuje.  Pewnie  nie  chciałam,  żeby  ktoś  młodszy  ode  mnie 

zachowywał się, jakby pozjadał wszystkie rozumy? 

-  Urodziłam się w 718 roku w Genui, w Królestwie Italii.  - Jej wzrok napotkał mój. Uśmiechnęła się. - Niewiele się tam 

zmieniło. 

-  Och.  -  Skinęłam  głową,  a  ona  uśmiechnęła  się  po  raz  ostatni  i  wyszła,  zamykając  za  sobą  drzwi.  Dobrze,  że  nie 

wypaliłam: „O Boże, ale jesteś stara". 

Położyłam  się  na  łóżku  niewiarygodnie  zmęczona.  To  nie  moje  miejsce  -  ciepło,  spokój,  życiowe  zasady,  zmiana  i 

niezmienność  jednocześnie.  Byłam  japońską  gwiazdą  origami,  fruwającą  po  świecie.  Byłam  problemem.  Lodowata  rozpacz 
rozsadzała mi pierś - to komicznie absurdalny obraz, a jednak jedyny, jaki przyszedł mi do głowy. O Boże, mam przerąbane. 

Mały  grzejnik  przy  ścianie  dawał  przyjemne  ciepło.  Zdjęłam  znoszoną  skórzaną  kurtkę,  ciężkie  buty  motocyklowe  i 

poczułam się wolna, lekka. Szczelniej otuliłam się męskim welurowym swetrem i dokładnie zasłoniłam kark. 

Oczy mi się kleiły, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. 

-  Otwarte  -  zawołałam,  tęsknie  myśląc  o  obsłudze  pokojowej.  Już  zauważyłam,  że  żadne  drzwi  nie  mają  zamka. 

Oryginalnie. 

background image

 

Drzwi  otworzyły  się  i  stanął  w  nich  bóg  wikingów.  Spojrzałam  na  jego  twarz  spod  przymkniętych  powiek,  wysilając 

umysł, znów zaniepokojony mglistym wspomnieniem, które zniknęło, gdy tylko chciałam je uchwycić. W jednej ręce trzymał 
moją walizkę - z pewnością ważyła więcej niż ja. Postawił ją na podłodze. 

-  Proszę. 
-  Sama  bym  ją  wniosła.  -  Usiadłam  skrępowana,  bo  wiedziałam,  jak  wyglądam.  Bywało,  że  wyglądałam  naprawdę 

pięknie. Mam regularne rysy twarzy, ładne oczy, pełne usta, wysokie kości policzkowe i tak dalej. Wtedy, kiedy trzymam się 
w garści, wiem, że mogę się prezentować naprawdę atrakcyjnie. Tyle że nie trzymam się w garści od jakichś czterdziestu lat. 
Mniej  więcej.  Teraz  brutalnie  i  boleśnie  uświadamiałam  sobie,  że  jestem  chuda  jak  kościotrup,  mam  skołtunione  włosy 
pofarbowane  na  jaskrawą,  sztuczną  czerń.  Pewnie  wyglądam,  jakbym  została  zabalsamowana  albo  właśnie  wyleczyła  się  z 
cholery. Miałam na sobie to, co udało mi się znaleźć bez plam. Krótko mówiąc, obraz nędzy i rozpaczy. 

Bóg  wiking  był  olśniewający:  pełna  blasku  złocista  skóra,  doskonale  ułożone  brązowe  włosy  i  złote  oczy  koloru  sherry, 

którą  piłam  raz  w  Gruzji.  Wysoki,  ale  nie  do  nieba;  silny  i  umięśniony,  a  jednak  nie  wydawało  się,  jakby  tym nadrabiał inne 
braki;  męskie  rysy,  ani  za  ostre,  ani  za  miękkie.  Nos  z  małym  wzgórkiem  i  lekko  zakrzywiony,  jakby  po  złamaniu,  co 
oczywiście  dopełniało  doskonałego  wizerunku,  w  japońskim  rozumieniu  tego  pojęcia.  Gdzieś  już  widziałam  jego  twarz. 
Nieważne - i tak zapierał mi dech w piersiach. 

Wyglądał  tak,  jakby  chciał  powiedzieć,  żebym  mu  nie  zawracała  głowy  podziękowaniami  za  pomoc.  Niestety  to  tylko 

dodawało mu uroku. 

-  Jak masz na imię? - spytałam możliwie obojętnym tonem. 
-  Reyn. 

Rain? Regin? Rane? 

-  A ja jestem Nastasya. 
-  Wiem. 

Był  nieprzyjemny,  odpychający.  Zastanawiałam  się,  dlaczego  tu  jest.  Czy  wszyscy  w  River's  Edge  są  przegrani  jak  ja? 

Czy ktoś jeszcze się ukrywa? Chciałam poznać historię tego faceta. Może okaże się jeszcze gorsza niż moja. 

-  Dobra, dzięki - rzuciłam krótko, zdenerwowana jego zachowaniem. 
-  River prosiła, żebym ci przekazał, że kolacja o siódmej. 

Wycofał  się  i  niemal  bezszelestnie  zamknął  drzwi.  Chciałam  zapytać,  gdzie  się  jada  kolacje,  ale  stwierdziłam,  że  pewnie 

mi powie, abym po prostu kierowała się nosem. 

Położyłam  się  na  łóżku,  znów  śniąc  na  jawie.  Serce  mi  się  ścisnęło,  kiedy  zrozumiałam,  że  nic  z tego nie wyjdzie. Jeżeli 

potrzeba mi więcej dowodów - choć na razie nie miałam żadnych - ten Reyn był nim. Tutaj ludzie pewnie zajęci są wyłącznie 
robieniem  dobrych  uczynków  i  najlepszym  wykorzystywaniem  niekończącego  się  życia.  Ja  jedynie  staram  się  uciec  od 
ciemności, która spowija wszystko, czego dotknę. Chcę się ukryć - przed Incym, przed samą sobą, przed swoją przeszłością i 
teraźniejszością, a nawet przed przyszłością. 

background image

 

Incy. Znów zadrżałam i roztarłam ręce przez puszyste rękawy. Na pewno zaczął się już zastanawiać, gdzie się podziałam. 

Rzadko  nie  widzieliśmy  się  albo  nie  rozmawialiśmy  ze  sobą  przez  cały  dzień.  Martwi  się?  Co  myślą  inni?  Ruszą  na 
poszukiwania? 

Nie mogłam wrócić. Tego byłam pewna. I nie mogłam tu zostać. Dobra. Parę posiłków, parę nocy i ucieknę. I tak niewiele 

zostało we mnie tego, co można by zbawić. 

 
Rozdział 4 

 

San Francisco, Ka fifornia, 1967 

Chodź, chcę mieć z tobą zdjęcie - powiedziała Jennifer, ciągnąc mnie za rękaw kaftana. 

Przerzuciłam swoje blond włosy za ramię. 

- Oczywiście. 

Jennifer  i  ja  stanęłyśmy  na  szerokich  schodach  i  uśmiechnęłyśmy  się  do  polaroidu  Rogera.  W  salonie  na  niższym 

poziomie  ludzie  zanosili  się  od  śmiechu.  Na  drogim  gramofonie  grało  Eight  Miles  High.  Płonęły  świece  i  kadzidła,  a  nowy 
aparat świetlny rzucał na ściany psychodeliczne wzory. 

Wiedziałam,  że  wyglądam  niesamowicie  -  miałam  mocno  podkreślone  oczy  w  stylu  egipskim,  jasnoróżową  szminkę, 

jedwabny  kaftan  ze  stójką,  który  przywiozłam  z  Indii,  w  niespokojne,  pastelowe  wiry.  Dla  bezpieczeństwa  szyję 
przewiązałam  jedwabną  apaszką  od  Petera  Maksa.  Uwielbiałam  lata  sześćdziesiąte.  Czterdzieste  były  przytłaczające,  szare  i 
ponure.  Pięćdziesiątych  nienawidziłam,  bo  wszyscy  nabierali  się  na  amerykański  sen  i  marzyli  o  samochodach  wielkości 
słonia ze zderzakiem w kształcie rakiety. 

Ale  sześćdziesiąte,  dla  nas,  nieśmiertelnych,  dla  moich  przyjaciół  i  mnie,  wydawały  się  idealne.  Totalny  luz,  szaleństwo. 

Każdego, kto się z tym nie zgadzał lub nie pochwalał takiego stylu życia, wykluczano, uznawano za sztywniaka. A imprezy... 
Ostatni raz tak wszechogarniającej zabawowej atmosfery doświadczyłam na Long Island w Nowym Jorku, tuż przed wielkim 
kryzysem w 1929 roku. 

-  Hope!  -  Ktoś  wcisnął  mi  kieliszek  szampana  do  ręki  i  pocałował  mnie  w  oba  policzki.  Później  znowu  zniknął, 

wymachując w tłumie fioletową marynarką. 

-  Hm...  -  Upiłam  łyk  szampana,  a  Roger  cały  czas  pstrykał  zdjęcia.  W  pewnym  momencie  zmienił  lampę  błyskową,  a  tę 

poprzednią wyrzucił przez ramię. Wylądowała w fontannie w holu, a my się śmialiśmy. 

-  Hope. 

-  Cześć, Max - powiedziałam z promiennym uśmiechem. Czułam się lekka, piękna i apetyczna, szumiało mi w głowie. 
-  Masz już tyle lat, żeby to pić? - Jego słowa brzmiały prawie poważnie. 

Max to producent filmów w Los Angeles, gwiazdor. Nie był nieśmiertelny. Na tym przyjęciu bawiło się nas tylko kilkoro. 

background image

 

-  Boisz  się  nalotu  glin  za  podawanie  alkoholu  nieletnim?  -  odparłam  rezolutnie.  Zamrugałam,  bo  nagle  moje  powieki 

stały  się  strasznie  ciężkie.  I  zaczęłam  przeżywać  najfajniejsze  chwile  w  życiu,  histerycznie,  strasznie  zabawne.  Czułam  się 
najszczęśliwszą osobą na ziemi. To była najlepsza impreza w historii. 

-  Mniej więcej. - Max poprawił okulary na nosie i posłał mi długie spojrzenie. 
-  O  Jezu  -  westchnęłam,  przyglądając  się  bąbelkom  szampana. Bardzo powoli dryfowały ku powierzchni złotego wina. - 

Boże,  widzę  każdy  bąbelek.  Piękne.  -  Czy  Max  powiedział  coś,  co  wymagało  odpowiedzi?  Nie  wiedziałam.  W  tej  chwili 
liczyło  się  to,  że  obserwuję  każdy  bąbelek,  dopóki  nie  wypłynie  na  powierzchnię.  Gdybym  mogła  całkowicie  się  w  tym 
zanurzyć, zgłębiłabym tajemnice świata. Na pewno. 

-  O cholera - mruknął Max. - Roger? Rog! Czy ktoś ochrzcił szampana? 

Roger  zachichotał.  Cały  czas  pstrykał  aparatem,  który  nie  przestawał  wypluwać  na  podłogę  szarych  kwadratów  w  białej 

ramce. Na karteczkach powoli pojawiały się twarze, uśmiechy i kolory. To dopiero magia! 

-  Tak, chłopie! - zawołał Roger. - Najlepszą berkeley! Max jęknął. Zabrał mi alkohol. 

-  Nie!  -  krzyknęłam  w  panice.  -  Muszę  oglądać  bąbelki!  -  Świat  się  zawali,  jeżeli  nie  wypełnię  bąbelkowej  misji.  - 

Oddawaj! 

Max wyciągnął kieliszek nad moją głową. 

-  Hope, nie. Jesteś za młoda. Nie powinno cię tutaj być. Jezu, jeżeli nas nakryją... 
-  Oddawaj!  -  Usiłowałam  doskoczyć  do  kieliszka,  ale  zachwiałam  się  jak  wierzba  w  czasie  huraganu.  -  Och,  och,  patrz! 

Widzę  wszystkie  swoje  ręce.  -  Kiedy  machnęłam  dłonią,  powstały  ciemne  migawki  dłoni,  jakby  ktoś  puścił  film  w 
zwolnionym tempie. Niesamowite. 

-  Hope, jesteś odjazdowa. - Jennifer znów stała obok, obejmując mnie w talii. 

-  Wiem! Spójrz na moje dłonie. 

-  Hope! Hope! Tutaj! - Ktoś pomachał do mnie z pomarańczowej zamszowej sofy. 

Buty  wydawały  mi  się  za  ciężkie,  żeby  tam  w  nich  dojść,  więc  je  zrzuciłam.  Poruszyłam  palcami  na  białym  dywanie  z 

alpaki. Dotyk wełny był zbyt intensywny. 

-  Nie,  muszę  mieć  buty  -  stwierdziłam  na  głos.  Usiadłam  na  podłodze,  żeby  znowu  je  włożyć.  Najwidoczniej 

pociągnęłam ze sobą Jennifer, bo obie leżałyśmy na białym dywanie, uśmiechając się do sufitu. 

-  Hope, jesteś taka piękna - wyznała Jennifer. 
-  Hope,  dlaczego  leżysz  na  ziemi?  Aleś  ty  głupia.  -Incy  uśmiechnął  się  do  mnie  z  góry,  a  później  też  położył  się  na 

dywanie. 

W trójkę wpatrywaliśmy się w kryształowy żyrandol Maksa nad naszymi głowami. 
-  Cześć, Michael - powiedziałam dumna, że zapamiętałam jego obecne imię. 
-  Hope jest taka piękna - powtórzyła Jennifer. 

Incy uśmiechnął się szeroko, a Jennifer oczarowana wstrzymywała oddech. 

background image

 

-  Hope?  Może  podrzuciłbym  ciebie  i  innych  do  domu?  -  zaproponował  Max.  Jego  oczy  za  okularami  w  rogowych 

oprawach  wydawały  się  miłe,  ale  był  spięty  i  sztywny  w  kasztanowym  golfie  i  prostych  garniturowych  spodniach. Jakby się 
wywyższał. - Dobra? Robert nie powinien cię zapraszać. Może za parę lat, co? 

-  Hope musi być zawsze! - upierała się Jennifer. - Bez Hope nie ma imprezy! 

Z uśmiechem spojrzałam na Maksa. Czułam, jakbym patrzyła w długi tunel. 

-  Beze mnie nie ma imprezy - przypomniałam mu beztrosko. 

 

-  Tak! - krzyknął Incy. - Potrzebujemy Hope! 

Dziewczyna  stojąca  parę  kroków  dalej  usłyszała  to  i  powtórzyła,  jakby  te  słowa  stały  się  jej  nową  mantrą.  Po  minucie 

wszyscy na dole olbrzymiego domu Maksa skandowali: 

-  Potrzebujemy Hope! Potrzebujemy Hope! Czułam się piękna, kochana, pożądana, popularna, 

szczęśliwa - to było takie zabawne i miłe. Chciałam, żeby trwało wiecznie. 

-  Dobra,  Max  -  wymamrotałam  sennie.  -  Mam  czterysta  lat  i...  -  policzyłam  z  trudem  -  szesnaście.  Jestem  zupełnie 

pełnoletnia. 

Incy się poderwał, Jennifer uśmiechnęła się rozbrajająco, z lekkim zmieszaniem, a Max westchnął i przewrócił oczami. 

Nie pamiętam, jak dotarłam do domu po tej imprezie. 

Max zmarł dwa lata temu, widziałam w wiadomościach. Dożył siedemdziesięciu czterech lat. 

Ja nadal wyglądam na szesnaście. 

I owszem, jak się nad tym zastanowić, to chyba wtedy po raz ostatni czułam się szczęśliwa. 
 

********** 

 
 

Otworzyłam  oczy.  W  oddali  bił  dzwon.  Niemal  spodziewałam  się,  że  zobaczę  młodego  Maksa,  pochylającego  się  nade 

mną  z  troską,  że  poczuję  na  ciele  cienki  indyjski  jedwab.  Zaczynałam  się  już  nawet  zastanawiać,  na  czyją  imprezę  dzisiaj 
pójdę. 

Zamiast  tego  zobaczyłam  gładki  biały  sufit  z  cienkim  pęknięciem,  rozchodzącym  się  od  rogu  w  kształcie  pajęczyny. 

Zmarzłam, leżąc na twardym, wąskim łóżku. 

O Boże. To było pięćdziesiąt lat temu. River's Edge. Ciągle tu jestem. A dzwon na pewno wzywa na kolację. 
Odwróciłam  się  na  bok,  owijając  się  welurowym  swetrem.  Nie  mam  siły  tam  iść.  Mój  żołądek  zaprotestował  głośnym 

burknięciem, dając mi znać, żebym zbierała tyłek w troki. Nie miałam nic w ustach od porannej kawy i czipsów Ahoj! 

Z  trudem  wstałam  i  wzięłam  jeden  ciężki  motocyklowy  but.  Zerknęłam  na  drzwi  i  nasłuchiwałam,  ale  z  korytarza  nie 

dochodził żaden odgłos. Nikt tamtędy nie przechodził. Szybko wyjęłam cienką metalową szpilkę z języka buta i wsunęłam ją 
w  niemal  niewidoczną  dziurę z.  tyłu.  Przytrzymałam  piętą, pociągnęłam i znów zerknęłam na drzwi. Góra buta rozsunęła się 

background image

 

na  boki,  ukazując  otwór.  Ciężkie,  antyczne  złoto  lśniło  ponuro.  Nie  mogłam  się  powstrzymać  i  pogładziłam  palcem  jego 
powierzchnię, wyczuwając runy i inne symbole, których nazwy ani znaczenia nie znałam. 

Z  powrotem  zatrzasnęłam piętę i wsadziłam szpilkę na miejsce. Włożyłam buty i wstałam. Był nadal bezpieczny, ukryty - 

mój amulet. Właściwie połowa. Jedyna, jaką mam i która pasuje do znaku na mojej szyi. 

Na  korytarzu  nie  potrafiłam  sobie  przypomnieć,  którędy  przyszłam,  więc  ruszyłam  w  prawo,  potem  zawróciłam  i 

znalazłam jakieś schody. Z dołu unosił się zapach jedzenia; mój żołądek znów się odezwał. 

Wspomnienie  o  San  Francisco  było  podniecające.  Schodziłam  tam  po  szerokich  drewnianych  schodach,  niewiele  się 

różniących  od  tych  tutaj.  Ale  wtedy  miałam  jedwabny  kaftan  i  złote  sandałki,  a  nie  męski  sweter,  obdarte  czarne  spodnie  i 
ciężkie buty. 

Węsząc  jak  świnia  za  truflami,  podążyłam  za  ciepłym  zapachem  jedzenia,  aż  znalazłam  się  w  jadalni  -długim,  prostym 

pomieszczeniu  z  drewnianą  podłogą.  Przy  drewnianym  stole  zmieściłoby  się  ze  dwadzieścia  osób.  Wysokie  okna  bez  zasłon 
ukazywały  ciemność  na  zewnątrz.  Wielkie,  stare  lustro  w  pozłacanej  ramie  nad  kominkiem  i  dwanaście  osób  patrzących  na 
mnie z zaskoczeniem, ciekawością. A twarz River wyrażała gościnność. 

-  Witaj,  Nastasyo  -  odezwała  się  z  uśmiechem.  Rozpostarła  serwetkę  z  materiału  i  położyła  sobie  na  kolanach.  -  Cieszę 

się,  że  nie  przespałaś  kolacji.  Na  pewno  jesteś  głodna.  Proszę,  usiądź  obok  Neli,  tutaj.  -  Wskazała  miejsce  między  dwiema 
osobami, na, a jakże - drewnianej ławce. 

Jak niezdarna uczennica w XVIII wieku wgramoliłam się za ławę, starając się nie kopnąć nikogo motocyklowym butem. 

-  Poznajcie  Nastasyę  -  powiedziała  River,  sięgając  po  białą  wazę pełną czegoś parującego.  - Zostanie z nami przez jakiś 

czas. - Jej wzrok napotkał mój. - Dopóki będzie chciała. 

-  Cześć,  Nastasyo.  -  Dziewczyna  po  drugiej  stronie  stołu  sprawiała  wrażenie  ponurej  i  poważnej.  Miała  okulary  w 

drucianych oprawkach, bezsensowną fryzurę na pazia i oliwkową cerę. - Jestem Rachel. Skąd przybywasz? 

Pyta, skąd naprawdę się wzięłam? Zerknęłam na Ri-ver w poszukiwaniu wskazówki, a wtedy ktoś podał mi wielką misę... 

duszonych łodyg. No, nieźle. Wrzuciłam sobie trochę na talerz i podałam salaterkę Neli, po prawej stronie. 

-  Albo skąd przyjechałaś, albo skąd pochodzisz. Zależy od ciebie - wyjaśniła River. 
Nie zostanę tu długo. Nie zamierzam się wywnętrz-niać. 
-  Pochodzę z Północy. A przyjechałam z Anglii. 
-  Ja pochodzę z Meksyku - poinformowała Rachel. 
-  Fajnie. - Wzięłam następną salaterkę z pomarańczowymi bryłkami. Słodkie ziemniaki. 
-  Niech każdy się przedstawi - zaproponowała Ri-ver. - Przy okazji, Nastasyo, wszystko co jemy, wyrosło tutaj, na naszej 

farmie. Jesteśmy bardzo dumni z naszych ogrodów. Zobaczysz je jutro. To produkty organiczne i zbilansowane, jeżeli chodzi 
o kalorie. 

Cokolwiek te bzdety znaczą. 
Skinęłam  głową  i  spojrzałam  na  małe  wzgórki  jedzenia  na  swoim  talerzu.  Fasola,  jakaś  mieszanka  ziaren  (może 

komosa?), pomarańczowe kulki i miękkie, ciemne łodygi. To chyba do żucia, nie do gryzienia. 

background image

 

Tak naprawdę miałam ochotę na sushi. Z butelką dobrej mocnej sake. Rozejrzałam się z nadzieją, że zobaczę butelkę 

wina, ale nic z tego. Proszę, proszę, niech się znajdzie odrobina wina. 

-  Jestem Solis - powiedział siedzący obok mężczyzna o wyglądzie ratownika. 
Niemal  parsknęłam  śmiechem.  Chwalenie  się  imieniem  Solące  uznałam  za  lekką  przesadę*

2

.  Ale  później  się 

dowiedziałam,  że  to  nazwisko  i  pisze  się  inaczej.  Był  śniady,  z  krótkimi  ciemnoblond  włosami,  i  zarośnięty  niemal  rudą 
brodą. Długie rzęsy okalały dziwnie ładne orzechowe oczy. 

Kadrę  nauczycielską  stanowili:  River,  Solis,  Asher  (partner  River)  i  Anne.  Reszta  to  uczniowie.  Nie  był  to  zestaw  jak  w 

większości  szkół,  gdzie  z  łatwością  można  rozróżnić  belfrów  od  uczniów,  głównie  z  powodu  wieku.  River  wyglądała  na 
najstarszą  z  grona  pedagogicznego,  ale  jeden  z  uczniów,  Jess,  wydawał  się  starszy  od  niej.  Był  pomarszczony  i  zniszczony, 
jakby w życiu, bądź co bądź długim, przepracował więcej niż ja przez wieki. 

Nauczycielka  Anne  miała  około  dwudziestu  lat,  bladą  cerę,  delikatne,  proste  ciemne  włosy,  okrągłą  twarz  i  niebieskie 

oczy, które przyglądały mi się z przyjacielską ciekawością. 

Imiona  w  większości  wyleciały  mi  z  głowy,  kiedy  usiłowałam  przełknąć  łodygi.  Coś  by  im  się  stało,  gdyby  dorzucili 

trochę śmietany i masła? Cha, cha, cha. Nie. 

Pan wiking sztywno skinął głową. 

-  Reyn - powiedział. 

Rain? - spytałam z ustami pełnymi ziemniaków. Moja sąsiadka obdarzyła mnie czarującym uśmiechem. Była 

uosobieniem angielskiej pokojówki: lśniąca, zdrowa skóra, błyszczące niebieskie oczy i lekko kręcone jasnobrązowe włosy 
do połowy pleców. 

-  Reyn to imię germańskie - wyjaśniła, śmiejąc się lekko. Przeliterowała je wolno. 
-  Ach,  germańskie  -  burknęłam  tonem,  jakbym  obwiniała  chłopaka  za  II  wojnę  światową.  Siedział  z  zaciętą  miną. 

Takiego  sztywniaka  nie  da  się  sprowokować.  Teraz,  patrząc  na  niego,  byłam  właściwie  pewna,  że  nigdy  wcześniej  go  nie 
widziałam. Może przypominał mi kogoś, kto kiedyś się koło mnie przewinął. 

-  Jestem Holendrem - oznajmił zwięźle. - Z pochodzenia. 
-  Aha  -  wybełkotałam,  starając  się  przełknąć  mieszaninę  ziaren  i  łodyg.  Wzięłam  kilka  dużych  łyków  wody.  Czystej 

wody. Niewielka ilość dr. peppera już dawno zniknęła. 

-  Neli  -  przedstawiła  się  Brytyjka  obok  mnie.  -  Witaj,  Nastasyo.  Mam  nadzieję,  że  będziesz  tu  szczęśliwa.  Daj  mi  znać, 

gdybym mogła ci pomóc się zadomowić. 

-  Dobrze. - Jasne, dzięki. Czułam się nieczysta, niekulturalna, nieokrzesana i kilka innych „nie". Jak tylko zrobi się jasno, 

zwiewam.  Poradzę  sobie  ze  swoimi  problemami  sama,  pomyślałam,  chociaż  umysł  mi  szeptał  „nie  możesz".  Ale  co  on  tam 
wie? 

Imiona opływały mnie - twarze, kobiece i męskie, białe i azjatyckie, czarne i latynoskie, zlały się ze sobą. Nie siliłam się, 

żeby  je  rozdzielić.  Nie  zabawię  tu  na  tyle  długo,  żeby  to  miało  znaczenie.  Owszem,  zastanawiałam  się  przelotnie,  co  ich  tu 

                                                        

2

 Solące (ang.) - pociecha, ulga (przyp. red.). 

background image

 

przyprowadziło - żałosne życie? A może chcieli tylko nauczyć się tego, czego uczy River? A tak właściwie, czego ona uczy? 
Magyi?  Jak  być nieśmiertelnym i nie postradać zmysłów? Albo po prostu... organicznej uprawy? Powiedziała, że to dom dla 
zbłąkanych nieśmiertelnych. Czyli takich, którzy się zagubili. 
Ale  rozglądając  się  dookoła,  stwierdziłam,  że  tylko  Jess  wygląda  na  takiego,  co  teraz  albo  przedtem  zboczył  z  drogi.  Inni 
wydawali się całkiem zdrowi, szczęśliwi, niewy-inęczeni. A jak oni mnie widzą? 

Tak  czy  inaczej,  siedziałam  w  zimnej,  surowo  umeblowanej  jadalni,  żułam  mdły  posiłek  z  bandą  nieśmiertelnych,  którzy 

starają się być superdobrzy. Więc ja do nich nie pasuję. I już nie pasowałam też do Londynu, z Bo-zem, Incym i całą resztą. 
Na  tę  myśl  poczułam  się  źle,  jakbym  się  dławiła.  Widocznie  moje  miejsce  było  w  pięknych  kolorowych  latach 
sześćdziesiątych,  kiedy  wszyscy  mnie  kochali  i  wyglądałam  olśniewająco.  Spojrzałam  ponuro  w  talerz.  Nie  miałam  nawet 
najmniejszej  nadziei  na  deser.  Prawdopodobieństwo,  że  to  jedzenie  doprawiono  jakimkolwiek  środkiem  rozweselającym, 
spadło do zera. 

Dlaczego  to  zrobiłam?  Dobre  pytanie.  Zadawałam  je  sobie  tysiące  razy  przez  lata,  w  różnych  sytuacjach.  Miałam 

wrażenie, że to stały motyw w moim życiu. 

 
Rozdział 5 

Kolacja wreszcie się skończyła. Już miałam pognać do „swojego" pokoju, żeby skulić się na łóżku i użalać nad sobą, gdy jedna 
z uczennic spytała, czy wybieram się na wieczorny spacer. 

Na mojej twarzy na pewno dostrzegła brak entuzjazmu, bo roześmiała się, wciągając ocieplaną kamizelkę i owijając szyję 

flanelową apaszką. 

-  Wychodzimy  na  spacer  prawie  co  wieczór  po  kolacji  -  wyjaśniła  River  pięknie  modulowanym  głosem.  Wcisnęła 

czerwony  beret  na  srebrne  włosy  i  uśmiechnęła  się  do  mnie.  -  Między  innymi  tak  uczymy  się  zwracać  uwagę  na  świat. 
Patrzymy w gwiazdy, na księżyc, na cienie drzew... 

-  W  nocy  są  różne  ptaki  -  wtrącił  jeden  z  uczniów,  przystojny  chłopak  o  wyglądzie  Włocha.  Lorenz?  -  Poznajemy  ich 

śpiewy i zwyczaje. 

Skinęłam poważnie głową, myśląc: chyba żartujesz. 

-  O  tej  porze  roku  drzewa  w  zasadzie przestały gubić liście  - dodała Neli. Wyglądała pięknie i wyjściowo w prochowcu 

Burberry. - Dowiesz się, które zaczynają zrzucać liście pierwsze i czy rosną szybko, czy wolno. 

Po  moim  trupie,  rzuciłam  w  duchu.  Tak,  nawet  nieśmiertelni  używają  tego  powiedzenia.  Dla  nas  brzmi  bardziej 

wymownie. 

-  Podczas  pełni  na  dworze  jest  jasno  jak  w  dzień  -włączył  się  Solis.  Odnosiłam  wrażenie,  że  jego  orzechowe  oczy 

przypatrują  mi  się  intensywnie,  jakby  starał  się  dociec,  dlaczego  tu  właściwie  się  znalazłam.  -  Dzisiaj  księżyc  znajdzie  się 
między pierwszą kwartą a pełnią, co ma swój urok. 

Wierzę na słowo, dodałam w myślach. 

background image

 

-  Może wzięłabyś kurtkę i poszła z nami? - spytała River. Jej oczy tryskały humorem. 

Czy to test? Jeżeli tak, z przyjemnością go obleję. 

-  Nie, dziękuję - odparłam grzecznie. 
-  Och,  cudownie  -  powiedziała  River  z  ulgą.  -  Ci,  którzy  zostają  w  domu,  pomagają  sprzątać.  W  kuchni.  -Wskazała 

kierunek. 

Spojrzałam na River. 

Chichotała, kiedy wychodzili szerokimi, zielonymi drzwiami. 

Wynik? River - jeden, Nasty - zero. 

Biorąc  pod  uwagę  mój  zaawansowany  wiek,  nie  jest  niczym  dziwnym,  że  przestałam  się  starać  zadowolić  ludzi  jakieś 

czterysta czterdzieści lat temu. Nie miałabym oporów, żeby wejść na górę, zwinąć się na łóżku, jak zaplanowałam, i niech się 
dzieje, co chce. 

A jednak. 

Naprawdę czułam się tak, jakby mnie ograła. Głowę dam, że była pewna, że nie pójdę na nocną przechadzkę z nią i resztą 

mieszkańców.  Wiedziała,  że  się  wymigam,  a  wtedy  czekają  mnie  obowiązki  pomywaczki.  Wkurzające.  Teraz  zapewne 
spodziewa się, że dam nura do pokoju i przyjmę pozycję płodową, jakby znała mnie na wskroś. To cholernie irytujące. 

Zacisnęłam  zęby  i  poczłapałam  do  kuchni.  Przypomniałam  sobie,  że  jestem  tu  z  wyboru.  Dlatego  że  nie  mogłam 

wytrzymać gdzieś indziej. Że nie potrafię odróżnić dobra od zła, światła od ciemności. I nie toleruję samej siebie. I nie chcę, 
żeby ktokolwiek wiedział, gdzie się podziewam. 

Kuchnia  -  duża,  słabo  oświetlona  -  uchodziłaby  za  szczyt  nowoczesności  mniej  więcej  w  1935  roku.  Nie  było 

restauracyjnej  zmywarki,  myjącej  naczynia co dwie minuty, żadnych granitowych blatów czy drzwiczek z hartowanego szkła 
w  szafkach.  Wysokie  drewniane  kredensy  wypełniała  ciężka  biała  kamionkowa  zastawa,  której  używaliśmy  do  kolacji. 
Szklane  słoje z makaronem, ryżem, ziarnami, fasolą i zbożem stały w rzędzie na półce. Wielkie okna ukazywały panującą na 
zewnątrz ciemność i odbijały nieodpowiednie światło sufitowe. 

A  co  było  najlepsze  z  tego  wszystkiego?  Mój  kumpel  Reyn  stojący  przy  wiejskim  żeliwnym  zlewie.  Spojrzał  na  mnie, 

westchnął i przeniósł wzrok na sufit, potem wyciągnął do mnie talerz w pianie. 

-  Możesz płukać. - Wskazał drugi zlew, pełen czystej wody. 

Dowodząc  tego,  że  dojrzałość  niekoniecznie  idzie  w  parze  z  wiekiem,  zasalutowałam  i  defiladowym  krokiem  podeszłam 

do zlewu. 

-  Tak  jest,  generale!  -  Okręciłam  sobie  apaszkę  na  szyi,  podwinęłam  rękawy,  zanurzyłam  talerz  w  zimnej  wodzie,  a 

później odłożyłam na ociekacz. 
Podał mi następny. Opłukać, zanurzyć, odłożyć. Robiłam, co mogłam, żeby wyglądać nonszalancko, na dziewczynę o wiele 
za fajną dla takiego gbura, taką która zupełnie nie zwraca na niego uwagi. Jakby namydlone 

56  talerze  podawała  mi  wysoka,  złowroga  maszyna.  Upokarzająca  prawda  w  tej  całej  sytuacji  była  jednak  inna:  oto 
naprawdę powalający facet, a ja ledwie oddycham w jego obecności. Niesamowite. 

background image

 

Właściwie  nie  miałam  konkretnego  ideału mężczyzny, nie musiał być ani wysoki, ani niski, ani umięśniony, ani chudy czy 

krzepki,  kolor  włosów  czy  skóry  nie  odgrywał  roli.  Nieczęsto  interesowałam  się  facetami.  Dla  mnie  bycie  z  kimś  jest 
rozrywką dla zabicia czasu. Ostatnim razem, kiedy byłam zakochana, on zginął w Indiach, gdy Brytyjczykom w końcu udało 
się  zaanektować  terytorium  Marathy.  Hm,  chyba  w  1818  roku.  Tak  rozpoczęły  się  brytyjskie  rządy  nad  olbrzymim, 
nieangielskim krajem i wtedy też przestałam pozwalać sobie na miłość do ludzi. Od tamtej pory tak naprawdę w nikim się nie 
zakochałam,  nawet  w  nieśmiertelnym.  To  zresztą  kończy  się  wieczną  udręką.  Pomyśl,  zerwiesz  z  kimś  i  narazisz  się  na 
ryzyko, że będziesz go widywać, może szczęśliwego, z kimś innym, przez setki lat. Nie, dzięki. 

Ale stojąc tu, obok Reyna, czułam ciepło jego ciała, świeży zapach ubrania, i wydawał się taki... wyjątkowy, jakby potrafił 

uporać  się  z  każdym  problem.  W  głębi  duszy  chciałam  go  objąć  i  przytulić  się  policzkiem  do  jego  piersi,  tuż  przy  sercu. 
Zarumieniłam  się  na  tę  myśl.  Ale  miałam  nieodparte  wrażenie,  że  cokolwiek  by  się  stało  -  rąbnąłby  meteoryt,  upadł  rząd, 
wybuchłaby  panika  -a  Reyn  byłby  ponad  tym  wszystkim,  poradziłby  sobie  i  chronił...  tego,  kto  z  nim  jest.  Nieprzystępny, 
nawet  odpychający,  a  jednak  dawał  poczucie  bezpieczeństwa.  Pewność,  że  zawsze  podejmie  właściwą  decyzję,  postąpi 
odpowiednio. 

Całkowite przeciwieństwo Incy'ego, którego zdolności polegały tylko na tym, żeby dostawać to, co chce, czarować ludzi, 

łamać zasady, prawo i społeczne zwyczaje. 

O  Reynie  nie  wiedziałam  zupełnie  nic,  biła  od  niego  stałość,  siła  i  zaradność.  Uderzyło  mnie  to,  że  nie  znałam  nikogo 

takiego. W całym swoim życiu. 

Oczywiście  robił  też  wrażenie  snoba  i  bufona  pełnego  pobłażliwej  pogardy,  więc  pewnie  prawdziwe  jest  powiedzenie: 

„Nie  ma  ludzi  doskonałych".  Po  prostu  opłukuj,  nakazałam  sobie.  Spójrz  prawdzie  w  oczy,  to  drań,  któremu  nie  można  się 
oprzeć.  Nie  zwraca  uwagi  na  to,  czy jest niezły, czy nie, i wcale go nie interesuje, czy ty jesteś niezła, czy nie. Poza tym na 
pewno nie będzie latał za tobą, bo skupia się na wyższych, ważniejszych sprawach. 

Nienawidzę takich facetów. Na Malcie w latach trzydziestych poznałam niesamowitego księdza. Ale to osobna historia. 
Teraz  moje  policzki  płonęły  i  musiałam  wolniej  oddychać.  Weź,  zamocz,  odstaw.  Kiedy  zebrał  się  ładny  stos,  Pan 

Wyjątkowy  wręczył  mi  czystą  ścierkę.  Zaczęłam  wycierać  i  układać  kolejną  piramidkę.  Znów  czułam  się  niespokojna,  a 
przyprawiająca  o  dreszcze  nerwowość  była  nieznajoma  i  niepożądana.  Moja  paczka  przywykła  do  mnie,  akceptowali  mnie 
taką,  jaka  jestem,  bez  uwag  czy  pytań.  Uważali  mnie  za  fajną  laskę.  Tutaj  za  bardzo  odsta-wałam.  Dotarło  do  mnie,  że  tak 
bardzo  oddaliłam  się  od  typowych  norm  społecznych,  że  przy  tych  ludziach  czułam  się  prawie  jak  wynaturzona.  Dziwne 
doświadczenie,  wytrącało  z  równowagi  i  wzbudzało  we  mnie  pragnienie  ucieczki.  I  oczywiście  ta  nerwowość  zwiększyła 
iloraz mojej nieznośności. 

- Domyślam się, że to naprawdę zen - powiedziałam, insynuując tonem głosu, że traktuję zen na równi z plagą. 

Reyn spojrzał na mnie z góry i nie odpowiadał. 

Mam  metr  siedemdziesiąt  pięć,  więc  byłam  naprawdę  wysoka  jak  na  osobę  w  swoich  czasach.  Wyglądałam  jak 

Amazonka w porównaniu z innymi kobietami, nawet na Islandii, w naszym rodzie postawnych grabieżców. Nie dalej jak sto 
lat  temu, mogłabym uchodzić za olbrzymkę w dosłownie każdym kraju poza Holandią, gdzie ludzie są nadzwyczaj wysocy. 

background image

 

Teraz,  ze  względu  na  zdrowsze  odżywianie  i  lepszą  opiekę  prenatalną,  wszyscy  wokół  mnie  strzelają  w  górę,  a  ja  nie 
mieszczę się nawet w średniej. To niewiarygodnie niesprawiedliwe, bo już przestałam rosnąć. 

No więc wkurzało mnie, że Reyn jest taki wysoki. Złoty i najpiękniejszy z osób, jakie w życiu widziałam, zarówno wśród 

kobiet, jak i mężczyzn. I że ja w ogóle zwracam na niego uwagę, w dodatku tak intensywnie, nieoczekiwanie, niepożądanie. 

-  Już. 

Zamrugałam  w  środku  mojego  wewnętrznego  monologu  i  zobaczyłam,  że  Reyn  trzyma  przede  mną  półmisek,  i  to 

najwyraźniej od dobrych paru chwil. 

Wzięłam  naczynie  i  namoczyłam  je  z  rozgoryczeniem.  Jaka  szkoda,  że  nie  jestem  księżniczką,  a  on  służącym  woźnicą,  z 

którym bez konsekwencji mogłabym zniknąć. Oj, stare dobre czasy... 

Chociaż nigdy nie byłam księżniczką. 

-  Jutro ma być zimno i bezchmurnie - powiedział nagle, aż się przestraszyłam. 

Teraz,  kiedy  się  przysłuchałam,  wychwyciłam  słabą  szorstkość  spółgłosek,  która  zdradzała  jego  holenderskie 

pochodzenie. Oczywiście, to też było niesamowicie pociągające. Jeszcze jedna rzecz przeciwko niemu. 

-  Dziękuję,  że  się  tym  ze  mną  podzieliłeś.  -  Wytarłam  kolejny  talerz,  odłożyłam  na  stos,  który  później  zaniosłam  do 

otwartego kredensu, gdzie czekali przyjaciele z zastawy. 

-  Żebyś nie miała problemów z drogą, kiedy wyjedziesz - ciągnął, a mnie olśniło. Aha. - Widać, że to 

miejsce  nie  dla  ciebie  -  oświadczył  z  germańską  zaciętością  i  podał  mi  kolejny  talerz.  -  Wiem,  że  doszłaś  do  tego  samego 
wniosku. Jesteś przerażona naszym życiem tutaj.  - Wzruszył ramionami. - To nie dla każdego. Właściwie większość ludzi nie 
potrafiłaby  się  do  niego  przystosować.  Co  nie  znaczy,  że  jesteś  słaba.  -  Podał  mi  kolejny  talerz  z  nieco  większą  siłą,  a  we 
mnie zawrzało. 

-  Niech  zgadnę  -  wycedziłam,  wsadzając  talerz  do  wody.  -  Stosujesz  odwróconą  psychologię,  usiłujesz  mnie  wkurzyć  i 

sprawić, żebym poczuła się niemile widziana i dzięki temu uparła się, żeby zostać i udowodnić, że nie masz racji. Zgadza się? 

-  Oj,  nie.  -  Jego  złote  oczy,  czarująco  skośne  w  kącikach,  spoglądały  na  mnie  z  góry.  -  Skądże  znowu  -  zaprzeczył  z 

obraźliwą  stanowczością.  -  Naprawdę  uważam,  że  powinnaś  wyjechać.  Mamy  tu  dobre  życie,  lekcje  i  pracę.  Nie 
potrzebujemy, żeby ktoś rozpętał tornado i rozwalił wszystko w drobny mak. 

Zacisnęłam zęby. Właściwie musiałam mu przyznać rację. I to denerwowało mnie jeszcze bardziej. 
-  Każdy to zrozumie.  - Podał mi ostatni talerz i zanurzył dłonie w czystej wodzie. - River zrozumie. Nie jesteś pierwszą 

zagubioną osobą, która ma nadzieję na tani i szybki ratunek. River zbiera je jak zbłąkane kundle. -Opuścił rękawy koszuli na 
silne  ręce  pokryte  ciemnoblond  włoskami.  -  Nowy  Jork,  Paryż  albo  Rzym  będą  dla  ciebie  lepsze.  Światła,  wielkie  miasta.  - 
Posłał  mi  przelotny  sardoniczny  uśmiech.  -  Nie  pustkowia  Massachusetts,  gdzie  nic  tylko  praca,  oddychanie,  patrzenie  w 
gwiazdy i księżyc w pierwszej kwarcie, obserwowanie liści spadających z drzew. W ogóle zapomnij, że istniejemy. 

Przeszywał  mnie  wzrokiem,  jakby  dosłownie  zmuszał,  żebym  o  nich  zapomniała.  Może  stosował  magyę.  Może  ci  ludzie 

posługują  się  magyą  cały  czas.  Na  parapecie  nad  zlewem  stała  doniczka  z  ziołami.  Zerknęłam  na  nie,  czy  nie  zaczynają 
więdnąć po tym, jak odebrał im moc. Ale zioła były jędrne i zielone, a kiedy spojrzałam na Reyna, lekko uniósł brwi. 

background image

 

Oznaką  dorosłości  było  dla  mnie  to,  że  nie  rozbiłam  mu  na  głowie  ciężkiego  ceramicznego  naczynia,  żeby  przepędzić  z 

jego twarzy ten wyniosły uśmiech. 

Ogarniała  mnie  wściekłość.  Dziwne,  bo  na  ogół  potrafię  zapanować  nad  rzeczami  gorszymi  niż  złość  czy  nuda.  Już 

dawno  odpuściłam  sobie  ekstremalne  emocje,  kosztują  zbyt  wiele  energii.  Ale  Reyn  przebił  się  przez  moją  skorupę  swoim 
pięknem i jawną pogardą. W głowie słyszałam histeryczny wrzask. W każdym razie miałam nadzieję, że słyszę go w głowie. 

Oddychałam ciężko, szukając właściwej odpowiedzi, po której zostałby w tej idiotycznej kuchni zbity z tropu, pokonany. 

I... 

-  Wcale  nie  jesteś  taki  przystojny  -  wypaliłam  w  końcu,  a  on  otworzył  szerzej  oczy.  Pewnie  spodziewał  się  riposty  na 

nieco  wyższym  poziomie.  -  Masz  za  ostry  nos.  -Ze  wstydem  widziałam,  jak  niemal  cała  się  trzęsę.  -  I  za  wąskie  wargi,  a 
twoje włosy są bardziej brązowe niż złote. Jesteś za wysoki, masz małe, zezowate oczka! 

Teraz przyglądał mi się tak, jakby po raz pierwszy w życiu zobaczył atak choroby psychicznej i uznał go za fascynujący. 
Rzuciłam ścierkę, upokorzona tym, że robię tak banalną awanturę. 

-  A do tego... - syknęłam. - Potworny z ciebie dupek! Odwróciłam się na pięcie i wybiegłam przez ciężkie 

drewniane  drzwi  wahadłowe  do  jadalni.  Gdybym  była  Scarlett  0'Harą,  rzuciłby  się  za  mną,  porwał  mnie  w  swoje  silne 
ramiona i zaniósł do sypialni. Niestety, drzwi za mną pozostały nieruchome, a ja czułam się jak największa 
idiotka. Usłyszałam śmiech i kroki szczęśliwych, zgranych ludzi. Zbliżali się do drzwi wejściowych. 

Wbiegłam  na  górę,  przeskakując  po  dwa  stopnie.  Wpadłam  w  panikę,  kiedy  nie  mogłam  znaleźć  swojego  pokoju.  W 

końcu z impetem otworzyłam drzwi, zatrzasnęłam je i oparłam się o nie, dysząc jak na filmach. 

Tak, to dlatego robiłam wszystko, żeby zagłuszyć emocje. 
Bo one bolą. 

 

Rozdział 6 

Jedną  z  rzeczy,  jakie  przemawiały  za  tym  miejscem,  były  hektolitry  gorącej  wody.  Choć  we  wspólnej  damskiej  łazience 

mieszczącej  się  w  połowie  korytarza.  W  osobnym  małym  pomieszczeniu  stała  tam głęboka wanna na nogach z pazurami. W 
oddzielnych  przegrodach  znajdowały  się  ubikacje  i  prysznice.  Na  jednej  ścianie  ciągnął  się  rząd  pięciu  umywalek,  jak  w 
internacie, nad każdą wisiało małe lusterko. Żadnego oświetlenia do makijażu - niczego, co podsycałoby próżność! 

I dobrze, o ile ktoś zbytnio nie dbał o swój wygląd w ciągu, powiedzmy, kilku ostatnich dekad. Zanurzyłam się w głębokiej 

wannie  i  nagle  przeniosłam  się  do  innej  niesamowitej  głębokiej  wanny,  w  trochę  zniszczonym,  ale  miłym  domu,  gdzie 
mieszkałam  przez  jakiś  czas w Nowym Orleanie. Zmieściłby się w niej niedźwiedź polarny. Pośrednik z agencji nieruchomo-
ści  powiedział,  że  została  zrobiona  dla  sędziego  w  latach  trzydziestych.  Rozcięto  dwie  standardowe  wanny,  później  je 
zespawano razem, tworząc jedną mamucią, monstrualną wannę na nogach z pazurami, w której mogłam się położyć. 

background image

 

Ale  ta  wanna  nie  była  zła,  choć  nieodpowiednie  fluorescencyjne  żarówki  rzucały  na  wszystko  zimne,  trupie  światło. 

Gorąca  woda,  mydło  domowej  roboty  -  szorstkie  od  suszonej  lawendy.  Znalazłam  też  małe  drewniane pudełko z suszonymi 
ziołami.  Co  to  za  siano?  Chwyciłam  garść  i  wsypałam  je  pod  wodę  lecącą  z  kranu.  Pełna  zapachu  ziół  para  wypełniła  moje 
nozdrza i gardło, kiedy leżałam z zamkniętymi oczami. 

Para przypomniała mi pobyt na Tajwanie, w 1890 roku, w czasach, kiedy znajdował się pod wpływem Japonii. Przez jakiś 

czas  miałam  gruźlicę  i  wariowałam  od  kaszlu.  Stosowałam  jakieś  środki,  aż  w  końcu  ktoś  polecił  mi,  żebym  spróbowała 
leczniczych  wód  na  Tajwanie,  na  górze  Yangmingshan.  Po  jednej  stronie  góry  powietrze  przesycała  para  o  zapachu  jajek. 
Spowijała  zielone  zbocze  niczym  delikatna  jedwabna  apaszka  w  kolorze  mgły.  Odór  zgniłych  jaj  był  z  początku  odrażający, 
ale już po kilku dniach w ogóle go nie czułam. Dwa razy dziennie siadałam na wózku inwalidzkim nad brzegiem naturalnego 
gorącego  źródła  i  przez  godzinę  wdychałam  ciepłe  opary.  Wielu  innych  ludzi  przyjeżdżało  tam  z  powodu  problemów 
zdrowotnych  -  na  ogół  związanych  z  płucami  lub  skórą.  Przyglądałam  się  miejscowym. Kucali nad płytkim brzegiem źródła, 
gdzie woda lekko buzowała od piaszczystego dna. Brali patyki i wbijali je dokoła w piach, tworząc małe ogrodzenia. Później 
wkładali w okrąg kilka jaj, gdzie gotowały się w gorącym geotermalnym źródle. Jedzenie takich jajek uważano za wyjątkowo 
zdrowe. Spędziłam tam dwa miesiące. Podziwiałam bujne piękno Tajwanu i wdychając wilgotne powietrze, wyleczyłam się z 
gruźlicy. 

Teraz  wdychałam  wilgotną  parę,  ponad  sto  lat  później.  Nagle  wróciłam  do  teraźniejszości.  Czy  ja  naprawdę  jeszcze 

wczoraj  byłam  w  Londynie?  Niespodziewanie  pod  zamkniętymi  powiekami  pojawiły  się  łzy,  gdy  znów  zobaczyłam  twarz 
taksówkarza. Czy on żyje? Co czuje, myśli i robi jego rodzina? 

Usiadłam,  oblepiona  poczuciem  winy  jak  mydlaną  pianą,  i  chwyciłam  szampon.  To  wina  Incy'ego,  nie  moja.  |a  tylko... 

odeszłam. 

Umyłam włosy i dałam nura pod powierzchnię, żeby je spłukać. Woda zaczynała powoli stygnąć. Zdjęłam morską gąbkę z 

haczyka,  namydliłam  ją  i  mocno  tarłam  całe  ciało,  niemal  zdzierając  naskórek.  Skóra  robiła  się  różowa  i  szczypała,  a  ja 
dziwnie trzeźwiałam, oddychałam z łatwością. Czułam, że się oczyszczam, że żyję. 

Głupie, co? 

Gdy  wracałam  do  pokoju,  na  szczęście  nikogo  po  drodze  nie  spotkałam.  Zastałam  posłane  łóżko  i  filiżankę  gorącej 

herbaty na nocnej szafce obok. 

-  Nie  kakao?  -  wymruczałam  i  poszperałam  w  walizce.  Nie  zabrałam  ze  sobą  żadnej  piżamy,  ale  wygrzebałam  starą 

koszulkę,  która  wyglądała  nie  najgorzej.  Nie  mogłam  znaleźć  grzebienia,  więc  krótkie  czarne  włosy  rozczesałam  palcami, 
pozbywając  się  większości  kołtunów.  Później  przewiązałam  szyję wełnianą apaszką, weszłam do łóżka i powąchałam gorącą 
herbatę. Oczywiście pachniała ziołami. Ci ludzie mają bzika na punkcie ziół. Gdzie się obejrzeć, zioła. 

Herbata miała smak mięty z dodatkiem lukrecji. W pokoju było zimno, włosy miałam ciągle mokre, więc z przyjemnością 

piłam ciepły napar. Zgasiłam światło i zanurzyłam się pod kocami i kołdrą, zaskakująco przytulną i miękką. Łóżko było małe 
i  twarde,  ale  spałam  już  na  kojach  w  łodziach,  na  tylnych  siedzeniach  samochodów  i  w  milionie  przedziałów  kolejowych, 
więc to nie stanowiło dla mnie problemu. Nie podobało mi się, że w drzwiach 

background image

 

nie ma zamka. Nie zdążyłam jednak zacząć się tym zamartwiać, bo zasnęłam. 

 

*********** 

Nie  sypiam  za  dobrze.  Mój  mózg  na  ogół  się  nie  wyłącza.  Już  powoli  odpływam  w  sen  i  nagle  zaczynam  myśleć  o  tym, 

żeby  dokądś  jechać,  odnowić  dom  na  wsi  we  Francji.  Albo  zastanawiam  się,  gdzie  zostawiłam  buty,  albo  czy  znajdę 
konkretne jedzenie w danym mieście. 

Później  na  ogół  mam  złe  sny.  Ale  nie  takie  typowe,  że  na  przykład  mówię  do  precla,  a  potem  śmieje  się  ze  mnie 

wiewiórka.  Cała  ta  dziwna  plątanina  nie  jest  wytworem mojej podświadomości, to bardziej wspomnienia. Złe wspomnienia - 
ludzi,  śmiertelnych  i  nieśmiertelnych,  których  znałam,  a  umarli;  naprawdę  potwornych  lat  (w  1770  roku  siedziałam  w 
tureckim  więzieniu  i  to  nie  był  piknik);  plag  i  wojen  światowych;  wypadków  samochodowych  i  w  powozach  konnych, 
katastrof kolejowych. Kiedy w nocy zamykam oczy, gdy jestem tak wyczerpana, że nie mogę powstrzymać opadania powiek 
- wtedy te straszne obrazy mnie przyzywają, zmuszają, żebym znowu na nie patrzyła, jakby chciały, żebym na nowo poczuła 
emocje związane z przerażającymi wydarzeniami. 

Zwykle  leczę  się  sama.  Rano  spycham  wszystko  w  niepamięć.  Dosyć  dobrze  to  działa,  w  pewnym  stopniu,  ale  efekty 

mogą być brutalne. 

 

*********** 

 
 

Obudziłam się i zmrużyłam oczy oślepiona różo-wawym światłem wpadającym do pokoju. Natychmiast otrząsnęłam się z 

nocnych  wspomnień.  Czekałam,  kiedy  dopadną  mnie  fizyczne  dolegliwości,  i  obliczałam,  ile  kroków  jest  do  łazienki,  i 
zastanawiałam się, czy nie lepiej wychylić się przez okno. 

Ale...  czułam  się  dobrze.  Szerzej  otworzyłam  jedno  oko.  Zegar  na  szafce  nocnej  wskazywał  szóstą  siedemnaście.  Rano? 

Boże,  to...  wcześnie.  Wczoraj  wieczorem...  -skrzywiłam  się,  ale  najgorszą  rzeczą,  jaka  wydarzyła  się  wczoraj  wieczorem, 
było  moje  niewiarygodnie  głupie  zachowanie  wobec  lorda  wikinga.  Ogólnie  rzecz  biorąc  -  nie  tak  źle.  Wzięłam  kilka 
głębokich  wdechów  i  wcale  nie  zrobiło  mi  się  niedobrze.  Właściwie  czułam  się  całkiem  normalnie.  Jakbym  naprawdę  spała. 
Usiadłam  powoli  i  przypomniałam  sobie,  że  nie  piłam  alkoholu,  nie  jadłam  nic  poza  najbardziej  mdłym  jedzeniem  znanym 
człowiekowi  i  bestiom.  Bleee.  W  pokoju  ziąb.  Grzejnik  dopiero  co  zaczął  lekko  syczeć.  Przeszukałam  walizkę  i  znalazłam 
względnie  czyste  ciuchy.  Wbiłam  się  w  nie  szybko.  Mój  oddech  zamieniał  się  w  parę  na  zimnym  powietrzu.  Później 
wrzuciłam rzeczy z powrotem do walizki. Ściągnę ją na dół zaraz po filiżance kawy. 

Postawiłam swój bagaż przy drzwiach i włożyłam motocyklowe buty, palcami badając piętę. Pewnie mi się wydawało, ale 

miałam  wrażenie,  że  wyczuwam  energię  amuletu.  Jakby  ktoś  schował  go  w  książce  w  wielkiej  bibliotece,  wystarczyłoby, 
żebym przesunęła dłonią po wszystkich grzbietach tomów i natychmiast wiedziałabym, gdzie jest. Głupie, co? 

background image

 

Kluczyki  miałam  w  kieszeni,  mapę  w  samochodzie.  Bez  problemu  znajdę  drogę  do  Bostonu,  a  może  jest  gdzieś  bliżej 

jakieś  lokalne  lotnisko.  Przystanęłam  z  ręką  na  klamce.  Myśl  o  powrocie  do  Londynu  wisiała  nade  mną  jak  ciemna  chmura. 
Byłam... przerażona. To samo uczucie kazało mi okłamać Gopalę i posłużyć się paszportem, którego nie zna Incy. Dlaczego? 
Działałam  pod  wpływem  instynktu  -  ale  jakiego?  Incy  nigdy  mnie  nie  skrzywdził.  Złościł  się?  Owszem.  Miał  dość?  Często. 
Ale zrobić mi krzywdę? Przestraszyć mnie? Nigdy. 

Dokąd pójść? Nie wiedziałam, co robię ani dlaczego. Bardzo znajome uczucie, ale w zupełnie innej postaci. 

Zaczerpnęłam  powietrza  i otworzyłam drzwi. Kierunek podróży wybiorę na lotnisku. Ale najpierw - kawa, ten wspaniały 

życiodajny płyn, który rozklei mi oczy i naoliwi szare komórki. O Boże, proszę, niech tu będzie kawa, prawdziwa kawa. 

W  jadalni  nikogo  nie  zastałam,  więc  weszłam  z  powrotem  do  kuchni,  pociągając  nosem.  Powoli  otworzyłam  ciężkie 

drzwi.  W  przeciwieństwie  do  cichej,  pustej,  szarej  jadalni,  ciepła  kuchnia  tętniła  gwarem.  Światła  zapalone,  ludzie 
rozmawiają, śmieją się, a w powietrzu unosi się mnóstwo zapachów. 

-  Nastasya! 

Odwróciłam głowę i zobaczyłam uśmiechniętą River. 

-  Chciałam tylko wziąć trochę kawy - zaczęłam. 

-  Śniadanie jeszcze niegotowe, większość z nas dopiero kończy swoje poranne obowiązki - wyjaśniła River. 

-  Nie jadam śniadań. Ale kawa... 

-  Chodź tutaj - rozkazała, a moje stopy dziwnie jej posłuchały. - Niech spojrzę na twoje dłonie. 

Sprawdzanie paznokci? Wyciągnęłam ręce i z ulgą stwierdziłam, że są czyste, dzięki wczorajszemu szorowaniu w kąpieli. 

Zamierza wróżyć mi z ręki? Cóż, chyba wszystko jest możliwe. 

-  Niesamowite dłonie - stwierdziła z zadowoleniem. -Silne. Masz, zrób to. 

-  Co? 
Podciągnęła  mi  rękawy  do  łokci.  Skrzywiłam  się,  kiedy  przesunęła  do  tyłu  wełnianą  apaszkę.  Później  chwyciła  moje 

dłonie i dosłownie wsadziła je w wielką górę ciepłego zaczynu; leżał na drewnianej stolnicy niczym olbrzymia larwa. 

-  Uh... - Zamarłam, jakby moje ręcę przykleiły się do lepkiej mazi. 

Jasnobrązowe oczy River wpatrywały się głęboko w moje oczy. 

-  Wiem, że umiesz zagniatać chleb. - Jej głos brzmiał łagodnie. 
Policzki  mi  płonęły;  chodziło  jej  o  to,  że  wielu  nieśmiertelnych  urodziło  się,  zanim  powstały  piekarnie.  A  wtedy  kobiety 

tysiące razy wyrabiały chleb, chyba że pochodziły z zamożnych rodzin i były bogate całe życie. 

Ja  urodziłam  się  w  takiej  rodzinie,  ale  zanim  skończyłam  dziesięć  lat,  stałam  się  biedna  jak  mysz  kościelna.  Mieszkałam 

na różnych farmach, aż stwierdziłam, że wolę duże miasta. 

Potrafię wyrabiać chleb. 

-  Trochę czasu minęło - wymamrotałam, nadal stojąc nieruchomo. Dokładnie, setki lat. 
-  Tak  -  przyznała  River  jeszcze  łagodniej.  -  Ale  tego  się  nie  zapomina.  -  Splotła  dłonie  z  moimi.  Razem  odsunęłyśmy 

larwowaty zaczyn, zagniotłyśmy boki, a później znów odsunęłyśmy. 

background image

 

Po  drugiej  stronie  pomieszczenia  ktoś  -  chyba  Charles,  z  rudymi  włosami  -  zaczął  smażyć  bekon  na  żelaznej  patelni  na 

dużym  staroświeckim  piecu.  Czarnoskóra  dziewczyna  -  pewnie  Brynne?  -  wyjęła  dwie  formy  z  piekarnika,  położyła  je  na 
czystej  ściereczce  na  stole  i  mocno  uderzyła  w  jedno,  potem  w  drugie  dno.  Świeżo  upieczony,  gorący  chleb  wyskoczył  z 
forem i zalśnił złotem w świetle świtu. 

Tak! Poczułam kawę! Tak! Dzięki Ci, Boże, Brahma, Święty Franciszku. Obojętnie. Jest kawa! 

River  zostawiła  mnie  i  zaczęła  nalewać  cydr  jabłkowy  do  dzbanków.  Ja  nadal  wyrabiałam  chleb,  automatycznie 

poruszając rękoma. 

Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam, że Brynne się do mnie uśmiecha. 
-  Dobrze ci idzie - pochwaliła i otarła pot z czoła. 
Wymruczałam  coś  niezrozumiałego.  Nie  pamiętałam,  kiedy  ostatnio  ktoś  mi  powiedział,  że  cokolwiek  robię  dobrze. 

Prawdę mówiąc, niewiele rzeczy robiłam dobrze. Już nie. 

-  Masz.  -  River  uniosła  ciężki  ceramiczny  kubek  do  moich  warg,  a  ja,  nie  odrywając  dłoni  od  zaczynu,  wzięłam  łyk 

gorącej kawy, pół na pół z ciepłym mlekiem i lekko posłodzonej. Cholera, to najlepsza kawa, jaką w życiu piłam. 

Chyba  głośno  jęknęłam  z  rozkoszy,  bo  River  się  roześmiała.  Wyglądała  ślicznie  ze  śniadą  twarzą  zarumienioną  od 

kuchennego  ciepła,  srebrnymi  włosami  upiętymi  w  praktyczny  kok,  z  którego  wymykały  się  drobne  kosmyki.  Wzięłam 
kolejny  łyk,  kiedy  trzymała  mi  kubek.  Ona  ma  prawie  tysiąc  trzysta  lat,  pomyślałam.  To  wydawało  mi  się  niewiarygodnie 
dużo,  nawet  jak  na  nieśmiertelnego.  Skupiłabym  się  nad  tym  bardziej,  ale  ta  niezwykle  dobra  kawa  pochłaniała  wszystkie 
moje zmysły. Czułam się rozbudzona, trzeźwo myśląca i nie miałam mdłości. A potem tylnymi drzwiami wszedł lord wiking, 
wydychając kłęby pary. W ciężkiej koszuli w kratę wyglądał jak drwal ze skeczu Monty Pythona. 

Rozejrzał  się  po  pomieszczeniu,  zdjął  skórzane  rękawice  robocze,  a  ja  stałam  jak  łajza,  zawodowo  ugniatając  zaczyn  i 

pijąc  kawę  zrobioną  przez  szefową  tego  całego  interesu.  Radocha  z  bicia  i  ugniatania  ciepłego  drożdżowego  zaczynu? 
Powiedzmy  dwadzieścia  dolców.  Ta  doskonała  kawa?  Chętnie  zapłaciłabym  za  nią  siedemdziesiąt  pięć.  Mina  Reyna,  kiedy 
zobaczył,  że  pracuję  w  kuchni  bladym  świtem?  Bezcenna.  Uśmiechnęłam  się  do  niego  głupio,  kiedy  nikt  nie widział, a jemu 
drgnął  mięsień  szczęki.  Podszedł  do  zaparzaczki  i  nalał  sobie  kubek  kawy.  Podzieliłam  zaczyn  na  dwie  równe  części.  Jedną 
przykryłam czystą ścierką, a drugą zaczęłam wałkować na stole. Rozwałkowałam na mniej więcej centymetr grubości, a póź-
niej,  zaczynając  od  góry,  czubkami  palców  bardzo  ciasno  rozwinęłam  ją  w  długiego  węża.  Kiedy  cała  była  zwinięta, 
zakleiłam  na  łączeniu  i  zagięłam  pod  nią  oba  długie  końce.  Potem  wrzuciłam  to,  łączeniem  do  dołu,  do  wysmarowanej 
masłem formy do chleba, a na górze zrobiłam płytkie nacięcie. I jeden bochenek już gotowy do pieczenia. 

Reyn  wyglądał  na  tak  rozczarowanego,  że  nie  mogłam  się  powstrzymać,  żeby  nie  prychnąć.  Zaburczało  mi  w  brzuchu  - 

powietrze  pachniało  dobrym  bekonem,  pieczonym  chlebem,  cydrem,  a  ja  od  tak  bardzo,  bardzo  dawna  nawet  nie 
przechodziłam  obok  śniadania.  Zwykle  nie  mogłam  rano  nic  przełknąć,  nigdy  nie  byłam  głodna  przed  południem,  o  ile  w 
ogóle. Ale teraz byłam głodna. 

Może zostanę jeszcze jeden dzień. Nikt nie wie, gdzie jestem, i zobaczę, jak wyszedł mi chleb. 

 

background image

 

Rozdział 7 

 
Przy  śniadaniu  parę  osób  się  uśmiechnęło  albo  powiedziało  „cześć",  a  ci,  którzy  tego  nie  zrobili,  po  prostu  wyglądali, 

jakby  nie  byli  rannymi  ptaszkami,  a  nie  jakby  już  zdążyli  mnie  całkiem  znienawidzić.  Nie  zjadłam  dużo,  bardzo  szybko 
poczułam się aż za pełna, ale grzanka z masłem okazała się niespodziewanie pyszna, a bekon smakował o wiele lepiej niż ten, 
który zwykle sobie robiłam -słony, zelówkowaty i ociekający wytopionym tłuszczem. 

-  Chodź ze mną - powiedziała River, kiedy grzecznie odniosłam pusty talerz do kuchni. 

Chwyciłam  swoją  znoszoną  skórzaną  kurtkę  i  poczłapałam  za  River  na  chłodne  jesienne  powietrze.  Poprowadziła  mnie 

wzdłuż  placu  z  klonami,  z  których  szkarłatne  liście  spływały  na  ziemię  niczym  krew.  Podbiegły  do  nas  dwa  psy,  a  ja 
przezornie je obserwowałam, dopóki River nie pogłaskała ich po łbach. 

-  Tak, Jasper. Tak, Molly, dobry piesek. 

Długa,  wąska  stajnia  krótszym  bokiem  stykała  się  z  domem;  jej  wielkie  podwójne  drzwi  były  zamknięte.  River 

wprowadziła  mnie  przez  zwykłe  drzwi  z  boku.  Kiedy  znalazłyśmy  się  w  środku,  zobaczyłam,  że  nie ma tam zwierząt, siana 
ani  traktorów.  Były  za  to  wysokie  okna;  słoneczne  światło  zalewało  wnętrze.  Stajnia  została  podzielona  na  duże 
pomieszczenia,  które  wychodziły  na  korytarz  na  środku.  Już  zaczynali  się  schodzić  ludzie,  włączali  piece  gazowe,  ustawiali 
krzesła. To szkolna część River's Edge. 

River zabrała mnie do trzeciej sali po lewej. Był tam Solis - siedział na płaskiej poduszce na zniszczonej, nie-lakierowanej 

podłodze.  Podniósł  wzrok  i  wymienili  z  Ri-ver  spojrzenia,  których  nie  potrafiłam  odczytać.  Później  River  posłała  mi  ostatni 
uśmiech i wyszła bez słowa. 

Kilka  osób:  Jess,  staruszek,  Daisuke,  roześmiany  Japończyk  i  Brynne  -  czarnoskóra,  ładna  dziewczyna,  z  włosami 

pozawijanymi  w  ciasne  ślimaki  tuż  przy  głowie  -  weszło  i  powiesiło  płaszcze  na  wieszakach  na  ścianie.  Spojrzeli  na  mnie  z 
zaciekawieniem,  zajęli  miejsca  wokół  sali  i  otworzyli  podniszczone  książki.  O  kurczę,  jestem  w  Hogwarcie,  pomyślałam,  a 
wtedy Solis wskazał mi, żebym usiadła obok niego. Zrobiłam to, w kurtce, z ciasno zawiązaną apaszką na szyi. 

-  Nastasyo - zaczął szeptem, tak żebym tylko ja go słyszała. - River chce, żebym cię uczył. Poprosiła mnie. Ale nie mogę 

cię przyjąć jako uczennicy. I nie przyjmę. 

Tego się nie spodziewałam, więc siedziałam w milczeniu. Właściwie zostałam wyproszona. Ale... 
-  Tak? Dlaczego? - starałam się nie podnosić głosu, ale wyszło wojowniczo. Policzki mi płonęły od słów So-lisa. 

Solis wyglądał na smutnego i miłego, jak rozsądny ratownik z Kalifornii, a ja czułam się tak, jakbym go dusiła. 

-  Nie  jesteś  zaangażowana  -  walnął  prosto  z  mostu,  bez  żadnego  chrzanienia.  -  Może  przechodzisz  kryzys.  Może 

myślałaś,  że  potrzebujesz  zmiany.  Przypomniałaś  sobie  o  River  i  pomyślałaś,  że  to  będzie  dobry  tymczasowy  dom.  Ale  nie 
jesteś  tu  całą  sobą,  żeby  zostać.  Twoje  serce  jest  gdzie  indziej.  Jedną  nogą  już  stoisz  za  drzwiami.  Ja  nie...  nie  chcę  tracić 
czasu. 

Mnóstwo zdań skotłowało mi się w głowie i wszystkie chciały się wydostać jednocześnie. 

background image

 

-  Skąd  wiesz,  gdzie  jest  moje  serce?  -  Ku  mojemu  zaskoczeniu,  akurat  to  zdanie  się  wydostało.  Mówiłam  jak  uliczny 

punk. 

Solis zamrugał; słońce nad jego głową podkreślało krótkie loki ciemnych włosów. 
-  No cóż, wiem - odparł, jakbym spytała go, skąd wie, że jutro wzejdzie słońce. - Czuję. 

Poczułam się zakłopotana, poniżona przed innymi uczniami. 

-  Tak,  racja  -  prychnęłam  zdegustowana,  wstając.  -Nieważne.  Masz  rację, nie chcę tu być. Nie będę marnować twojego 

czasu  ani  mojego.  -  Otworzyłam  drzwi  klasy,  świadoma  zaciekawionych  spojrzeń  świdrujących  moje  plecy.  -  Nieważne  - 
powiedziałam znów, przez ramię. Zamknęłam drzwi o wiele za głośno i wyszłam na korytarz. Podłoga drżała mi pod butami. 
Trzasnęłam  drzwiami  stajni  i  niemal  staranowałam  Jego  Świątobliwość,  który  wyciągnął  ręce,  żeby  mnie  złapać.  -  Spadaj, 
głupi  dupku  -warknęłam,  odzyskując  równowagę.  -  Wygrałeś.  Możesz  sobie  mieć  całe  to  swoje  Xanadu

3

  wyłącznie  dla 

siebie. Wyjeżdżam. 

Reyn  spojrzał  na  mnie  zmrużonymi  oczami.  Znów  udało  mi  się  go  zaskoczyć.  I  co  z  tego?!  Wyszarpnęłam  ręce  z  jego 

uścisku  i  się  odwróciłam.  Solis  nie  wyrzucił  mnie  z  tego  domu,  a  River  na  pewno  pozwoliłaby  mi  zostać  tak  czy  siak.  Ale 
odmówił  uczenia  mnie.  Więc  bez  łaski.  Pięć  minut  później  ciągnęłam  swoją  koszmarnie  ciężką  walizę  po  schodach  do 
wynajętego samochodu. Prawie płakałam ze złości i frustracji, kiedy siłowałam się, żeby wsadzić to cholerstwo do bagażnika, 
ale prędzej bym pękła, niż poprosiła kogoś o pomoc. 

W końcu rzuciłam się na siedzenie kierowcy, ze zgrzytem wepchnęłam jedynkę i wyjechałam, wzbijając za sobą kamienie 

jak nieobliczalna nastolatka, jaką byłam. 

Do diabła z nimi. 
 

Rozdział 8 

Nie  mogłam  znaleźć  odpowiedniej  mapy.  Nie  mogłam  sobie  przypomnieć,  jak,  do  diabła,  wrócić  na  autostradę  do Bostonu. 

Obfite śniadanie ciążyło mi na żołądku jak strawiony kwasem ołów, kiedy wjeżdżałam zbyt szybko na parking przed sklepem 
Maclntyre  przy  głównej  ulicy  tego  miasta.  Dosłownie:  przy  ulicy  Głównej.  Była  tylko  jedna  ulica,  właśnie  ta.  Ludzie, 
zabierzcie mnie stąd. 

Oprócz  telepiącego  mną  zdenerwowania,  uczucie  niepokoju,  niemal  paniki  -  to  chyba  najlepsze  określenie  -najwyraźniej 

narastało  w  miarę,  jak  oddalałam  się  od  River's  Edge.  O  co  chodzi?  Co  mnie  tak  dręczy?  Przez  ostatnie  dwadzieścia  cztery 
godziny miałam wrażenie, że moje załamanie nerwowe trochę ustąpiło. A teraz znów wróciło z pełną mocą - wycie w mózgu, 
które kazało mi się ukryć. Musnęłam palcami kark i upewniłam się, czy apaszka jest na miejscu. 

                                                        

3

 

Xanadu - mityczna kraina (przyp. tłum.). 

 

background image

 

Okoliczne  dzieciaki,  ubrane  w  gotycką  czerń i palące papierosy, siedziały oparte plecami o budynek, na szerokim murku 

między sklepem a drugim obok, Early's 
Żywność  i  Produkty  Farmerskie.  Jedna  dziewczyna  -z  zielonymi  pasemkami  we  włosach  i  srebrnym  kółkiem  w  nosie  - 
postanowiła zaczepić intruza. 

-  Nie możesz tu parkować! - krzyknęła. - To miejsce dla inwalidy. 

Pozostałe dzieciaki zachichotały. 

Bez  słowa  pokazałam  jej  środkowy  palec  i  weszłam  do  sklepu,  słysząc,  jak  gnojki  się  śmieją.  Szybko  się  rozejrzałam  i 

zobaczyłam  tanie  okulary  przeciwsłoneczne,  stoisko  z  przynętą  wędkarską  i  staroświecką  lodówkę  z  napisem  „żywa 
przynęta"  na  boku.  Za  ladą  stała  wysoka,  szczupła  dziewczyna.  Układała  na  półce  pudełka  staromodnych  budzików.  Za 
paskiem fartucha miała zatkniętą zmiotkę do kurzu. Odwróciła się z uśmiechem, ale zmieszała się, kiedy mnie zobaczyła. 

-  W czym mogę pomóc? 

-  Macie mapy? - rzuciłam obcesowo. - Na przykład Massachusetts albo północnego wschodu. 
-  Oczywiście.  -  Wyszła  zza  lady.  Jeszcze  więcej  śmiechów,  a  potem  brzęk  tłuczonej  szyby.  Wyjrzała  na  zewnątrz,  ale 

zagryzła  wargę,  nie  chcąc  zadzierać  z  miejscowymi  młodocianymi  przestępcami.  -  Hm,  tutaj.  -  Poprowadziła  mnie  do 
krzywego drucianego stojaka z odchodzącą żółtą farbą, spod której wyłaziła rdza. - Tu jest mapa Massachusetts. A tu regionu 
północnoatlantyckiego. 

Dziewczyna  wydawała  się  pozbawiona  kolorów  -  jej  popielatobrązowe  włosy  miały  niemal  ten  sam  odcień  co  skóra  i 

oczy. 

-  Meriwether! - Głośny, szorstki głos sprawił, że dziewczyna podskoczyła. 

-  Jestem tutaj, tato. 

-  Dlaczego  nie  stoisz  za  ladą?  -  warknął  mężczyzna,  ukazując  się  naszym  oczom.  Miał  czerwoną  twarz,  gęste  czarne 

włosy  i  długie  niemodne  bokobrody.  Spod  podwiniętych  rękawów  wystawały  wielkie  owłosione  ręce.  Nosił  prawdziwe 
czerwone szelki. 

-  Ja  tylko  pokazuję  tej...  dziewczynie  mapy  -  powiedziała  Meriwether.  Widać  było, że jest wobec ojca ostrożna, a może 

się boi. Pewnie się boi. 

Facet zmierzył mnie wzrokiem i zakwalifikował do tego samego typu pętaków co ci na dworze. 
-  Czego chcesz? 
Patrząc  na  niego  z  góry,  wyciągnęłam  dwie  mapy,  o  których  mówiła  Meriwether,  i  położyłam  je  na  ladzie.  Meriwether 

okrążyła  ladę,  stanęła  po  drugiej  stronie  i  zaczęła  mnie  podliczać,  ręcznie  wbijając  ceny.  Mój  wzrok  powędrował  do 
wysokooktanowych drinków energetyzu-jących i wzięłam jeszcze czteropak. I jakieś batoniki. 

-  Dobrze - powiedziała bez tchu Meriwether. - To wszystko? 
-  Tak. Bardzo dziękuję za pomoc - dodałam celowo. -Bardzo mi pomogłaś. 

Och. - Meriwether zamrugała. - Dziękuję. Jej ojciec prychnął i wrócił na zaplecze. Meriwether zarumieniona wydała mi 

resztę i z hukiem zamknęła szufladę kasy. 

background image

 

-  Dziękuję, zapraszamy ponownie - wyrecytowała. Nie ma mowy, żebym tu jeszcze przyszła, pomyślałam. Na dworze 
ranek wydawał się zbyt jasny i rześki, silny 

wiatr przenikał moją czarną skórzaną kurtkę. 

-  Lepiej  przestaw  brykę!  -  krzyknęła  znów  gocka  dziewczyna,  a  ja  obrzuciłam  ją  zabójczym  spojrzeniem,  które 

najwyraźniej ją zniechęciło. Roześmiała się nerwowo i wróciła do kolegów. 

-  Wyluzuj - warknęłam, zatrzaskując drzwi do samochodu, po czym ruszyłam. 
Patrzyła na mnie z zaskoczeniem, a później ze złością pokręciła głową i wzruszyła ramionami. 
Pomyślałam, że sama powinnam posłuchać swojej rady. Ale nigdy nie słucham. 

 

********** 

Każde  wielkie  miasto  ma  kryjówki  dla  nieśmiertelnych.  To  chyba  podlega  trendom  -  przez  dziesiątki  lat  wielu  z  nas 

będzie  wybierało  Mediolan,  pełen  klubów  nieśmiertelnych,  ich  mieszkań  czy  domów  -  zawsze  będzie  mnóstwo  rozrywek  i 
mnóstwo ludzi, z którymi można się spotkać. Z czasem Mediolan powoli wypadnie z łask -może zmieni się klimat polityczny 
lub  gospodarczy  albo  wybuchnie  wojna  i  inne  miasto,  na  przykład  San  Francisco,  stanie  się  popularne.  Ale  we  wszystkich 
większych  miastach,  i  oczywiście  w wielu mniejszych, populacja nieśmiertelnych, choć może nie tak liczna, utrzymuje się na 
raczej stałym poziomie. 

Niektórzy  zakochują  się  w  danym  mieście  i  zostają  w  nim  przez  wieki.  Zwykle  nie  mogą  znieść  nieuniknionego 

unowocześnienia  i  opowiadają  z  zacięciem  o  dawnych  czasach,  zanim pojawiły się latarnie i tak dalej. Zapominają o tym, że 
zanim  pojawiły  się  latarnie,  drogi  były  okropne,  a  ludzi  bez  przerwy  okradano,  żeby  przemieścić  się  z  miejsca  na  miejsce, 
marnowało się całą wieczność. Jednym słowem? Kanalizacja? Wielki plus. 

Ale większość z nas ma ulubione miejsca, ulubione epoki. Ja nie. W tej chwili moja paczka jest w Londynie. Ale wiem, że 

mogłabym  odnaleźć  starych  przyjaciół  w  Bostonie,  wiem,  gdzie  ich  szukać.  Ten  mój  strach  to  głupota,  jakbym  musiała 
przykucać gdzieś ze skuloną głową.  To głupie, nieracjonalne i nie będę na to zwracać uwagi. W Bostonie wyluzuję z ludźmi, 
których  znam,  i  zostanę,  dopóki  nie  zdecyduję,  dokąd  jechać  dalej.  Pod-głośniłam  radio  i  pędziłam  drogą  numer  9,  aż 
zjechałam na I-90. 

 

********** 

 

Miałam  wrażenie,  że  minęło  ze  dwadzieścia  lat,  odkąd  piłam  dżin  w  Dungeonie.  Jak  mogłam  być  tak...  nieświadoma 

zaledwie,  hm,  cztery  dni  temu?  To  było  inne  życie,  inna  Nastasya.  Może  pora  znów  zmienić  imię,  wymyślić siebie na nowo, 
przenieść  się  do  innego  miasta.  Nastasya  byłam  przez  trzydzieści  lat.  Najwyższy  czas  stać  się  kimś  innym.  Kimś,  kto  nie 
zadawał się z Incym i Bozem. 

Właśnie tego próbowałaś w River's Edge. 

background image

 

Doszłam do perfekcji w ignorowaniu głosów w swojej głowie, więc po prostu odsunęłam się trochę na stołku barowym i 

skinęłam  na  barmankę,  żeby  dała  drinka.  Oczywiście  poprosiła  o  dowód  -  prawie  zawsze  proszą.  Dobrze  wiedziałam,  że 
lepiej za bardzo nie przesadzać  - według mojego amerykańskiego prawa jazdy dopiero co skończyłam dwadzieścia jeden lat. 
Wolałam,  kiedy  wolno  było  kupować  alkohol  od  osiemnastki.  Bo  na  tyle  wyglądałam.  Ale  ujdę  jako  młodo  wyglądająca 
dwudziestojednolatka. 

Dostałam  się  do  Bostonu  późnym  rankiem,  zameldowałam  się  w  hotelu  i  kimałam  aż  do  dziesiątej  wieczorem.  Czas 

wyjść.  Postanowiłam  pójść  do  Clancy'ego.  Nadal  znajdował się dokładnie tam, gdzie jakieś dziesięć lat temu. Unowocześnili 
go,  co  mi  się  nie  spodobało.  Zapamiętałam  go  jako  ciemny,  wstrętny,  z  obrzydliwym  oliwkowym  dywanem,  który  okalał 
parkiet  do  tańca  o  wymiarach  cztery  na  cztery  metry.  Za  maleńką  konsolą  stał  kiepski  DJ.  Puszczał  piosenki  na  życzenie, 
kiedy usiadło mu się na kolanach. Klub był kameralny, przytulny i napa-kowany nieśmiertelnymi. 

Teraz  miał  lepsze  oświetlenie,  sztucznie  postarzaną  drewnianą  podłogę  i  prawdziwe  stanowisko  DJ-a  nad  parkietem  do 

tańca.  Chłopak  z  mysim  ogonkiem  puszczał  winylowe  płyty.  Klientela:  pół  na  pół  nieśmiertelnych  i  śmiertelnych. 
Rozpoznałam parę twarzy, ale nikt nie podbiegł do mnie i nie posyłał mi buziaków. 

Oczywiście,  wiecie,  nieśmiertelni  są  ludźmi,  nie  kosmitami  umieszczonymi  tu,  żeby  szpiegować  Ziemian  i  przejąć 

wszystko.  Jesteśmy  całkowicie  ludźmi,  tyle  że...  nie  umieramy  tak  szybko.  Kiedy  byłam  mała,  ojciec  opowiadał  nam bajki o 
księżniczce tak dobrej, że dostała dar nieśmiertelności. Zastanawiam się, czy naprawdę w to wierzył. Są różne mity i teorie w 
różnych  kulturach  nieśmiertelnych,  ale  kiedy  je  przeanalizować,  wszystko  zawsze  sprowadza  się  do  tego,  że...  Bum!  Stało 
się!  Może  to  dar,  przekleństwo,  skutek  wypicia  magyicznego  płynu  albo  zjedzenia  magyicznej  rośliny.  Pomyślałam,  że  to 
może dziwna spontaniczna mutacja genetyczna. Jak rak czy daltonizm. 

Chcecie  usłyszeć  coś  śmiesznego?  Aż  do  dwudziestego  roku  życia  nie  zdawałam  sobie  nawet  sprawy  z  tego,  że  jestem 

nieśmiertelna.  Wiem,  że  nadal  wyglądam  naprawdę  młodo,  ale  pamiętam,  że  moja  matka  też  wyglądała  bardzo  młodo.  W 
każdym razie, byłam służącą w Rejkiawi-ku. Pani domu, Helgar, rozpoznała we mnie nieśmiertelną i zaczęła mnie stopniowo 
oswajać. 

Stała się moją najlepszą przyjaciółką i nauczyła mnie więcej, niż nauczyłam się przez dwadzieścia jeden lat. 

Pewnego  dnia  siedziałyśmy  na  frontowym  ganku,  który  wychodził  na  brukowaną  ulicę.  Była  zima,  ale  nie  padał  śnieg,  a 

w  wielkim  rzeźbionym  kominku  buzował  i  trzaskał  ogień.  Helgar  siedziała  w  fotelu  i  zajmowała  się  robótkami  ręcznymi 
kulturalnej  damy  -  haftowała  kwiaty  i  króliki  na  czymś,  co  miało  się  stać  pokrowcem  na  klęcz-nik  w  rodzinnej  kaplicy. 
Nauczyłam  się  tego  jako  dziecko,  kiedy  mieszkałam  w  rodzinnym  hrókur  -  zamku,  tyle  że  średniowiecznym,  surowym,  nie 
tak wystawnym jak pałac w Wersalu czy gdzieś. 

Ale teraz byłam służącą, więc siedziałam na drewnianym stołku, gręplując wełnę. 

-  Nie  wiem,  skąd  się  bierze  nasz początek  - powiedziała Helgar. Miała mocny, niski głos i wyraźnie wypowiadała każde 

słowo.  -  Moja  matka  urodziła  się  w  Anglii,  w  1380  roku. Nadal nazywa ją „Aenglią". Mówi, że zna ludzi ze swojej wioski, 
którzy urodzili się około tego roku co nasz Pan, tysiąc lat wcześniej. 

Moje oczy otworzyły się szeroko. 

background image

 

-  W  każdym  razie,  Sunna,  należy  przyjąć,  że  nieśmiertelni  istnieli  zawsze  -  ciągnęła  Helgar.  Doszła  do  końca  nitki  i 

odgryzła ją, a później zrobiła supełek na nowej. - Tak czy inaczej, zło istnieje od zawsze. - Sprawiała wrażenie zadowolonej z 
siebie.  -  Przypuszczam,  że  pierwsi  nieśmiertelni,  aefrelyffen,  wzięli  się  prosto  z  Edenu,  zaraz  po  Adamie  i  Ewie.  Najpierw 
przyszła światłość, potem ciemność. 

-  Nie rozumiem. Jak to: zło? 
-  Terdvd - odparła Helgar. - Rodzice ci nie mówili? 
-  Umarli, gdy byłam mała. - Trzymałam spuszczoną głowę, czując znajomy ból. 

Helgar wyglądała na zaskoczoną. Zapomniała o hafcie. 

-  Zmarli! Zmarli? Oboje? 
Zagryzłam  wargę.  Ogarnęła  mnie  nowa  fala  wstydu  z  powodu  tego,  że  miałam  nieśmiertelnych  rodziców,  którym  udało 

się umrzeć. 

Helgar  osłupiała.  Niewątpliwie  zastanawiała  się,  co  też  mogło  zabić  moich  rodziców.  Na  pewno oboje byli nieśmiertelni, 

skoro ja też jestem. Ale niestety, umarli. Byłam prawie pewna. Prawie, prawie pewna. 

-  A co z Terava? - spytałam. 
-  Terava.  - Po kilku chwilach Hilgar zamrugała. -Ciemność. Nieśmiertelni rodzą się w ciemności i żyją w ciemności. Nic 

nie można na to poradzić. Jest w nas zło.  - Wydawała się wstrząśnięta. Znów wzięła się do haftowania, nie patrząc na mnie. 
Kiedy dowiedziała się o moich rodzicach, zmieniłam się w jej oczach, stałam się dla niej kimś innym. Udawałam, że tego nie 
zauważam. 

-  Jak to: zło? - spytałam znowu. 
-  Nasza magyia - odparła i najwyraźniej nie chciała mówić więcej. 

 

********** 

-  Nastasya! 

Przełknęłam ślinę, zamrugałam kilka razy i zorientowałam się, że ciągle jestem w Clancy, czterysta lat później. 
Ktoś  się  pochylił  i  pocałował  mnie  w  policzki,  w  lewy,  w  prawy,  potem  znów  w  lewy.  Dziewczyna  odsunęła  się,  a  ja 

zobaczyłam jej brązowe włosy, brązowe oczy i szeroki uśmiech. 

-  Alanna! - zawołałam, starając się okazać entuzjazm. Przeciągnęłam apaszkę za ramię i się uśmiechnęłam. 
-  Kochanie! A swoją drogą, teraz jestem Beatrice. -Usiadła na stołku obok i stuknęła kieliszkiem o mój kieliszek. 
Alanna-Beatrice  była  względnie  młoda,  miała  ledwie  dziewięćdziesiąt  lat,  pełna  młodzieńczej  energii  i  entuzjazmu.  Miała 

modą  fryzurę,  prawdziwe  perły,  a  na  sobie  kaszmirowy  sweter  w  cętki  leoparda  i  obcisłe  czarne  spodnie.  Wyglądała 
fenomenalnie. 

-  Nasty... - ciągle Nastasya? Skinęłam głową. 

background image

 

-  Nasty,  wieki  cię  nie  widziałam.  -  Uśmiechem  podziękowała  barmance  i  wcisnęła  jej  napiwek.  -  No,  słuchaj  -  zwróciła 

się do mnie. - Wyglądasz... - Zawahała się i jeszcze raz dobrze mi się przyjrzała. 

Czekałam. 

-  Nic ci nie jest? - spytała w końcu. 

-  Nie,  wszystko  gra.  -  Wzięłam  kilka  kolejnych  dużych  łyków  drinka,  cytrusowego  i  orzeźwiającego,  z  zimnym, 

aptecznym posmakiem wódki. - A ty co porabiasz? 

-  Upajam  się  długowiecznością.  -  Zachichotała;  najwyraźniej  postanowiła  dać  spokój  mojemu  wyglądowi.  -Zeszłe  lato 

spędziłam w Wenecji i było przecudownie, jeśli nie liczyć turystów. Chyba pojadę znowu w przyszłym roku. 

Nie  miałam  po  prostu  siły,  żeby  wypytywać  ją  o  to,  zagadnąć  o  godne  polecenia  restauracje  czy  hotele.  Lubiłam  Al-

Beatrice.  Zawsze  była  radosna,  zawsze  się  z  czegoś  cieszyła.  I  uwielbiaaała  nieśmiertelność.  Jej  zdaniem  to  najlepsza  rzecz 
od czasu wynalezienia klimatyzacji. Nigdy nie miałam oporów, żeby się z nią zadawać. 

-  Wiesz, to śmieszne, że na ciebie wpadłam - oznajmiła, przywołując barmankę. - Ludzie o ciebie pytali. 
-  Jak to? - Poczułam nagłe uderzenie przerażenia. 
-  Parę  osób  pytało,  czy  cię widziałam. Powiedziałam, że nie. O, mogłabym prosić sidecar?  - zwróciła się do barmanki, a 

potem znów do mnie: - Zabawne! Co za zbieg okoliczności! Oczywiście to był Incy. Incy i Boz chyba dzwonili po ludziach i 
cię szukali. O co chodzi? Gdzie oni są? Przecież jesteście nierozłączni? 

Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. 

-  Oj, to głupie - mruknęłam z zawstydzonym uśmiechem. - Któregoś wieczoru sprzeczaliśmy się, czy każdy zna każdego, 

a Incy stwierdził, że nikt z naszej paczki nie mógłby tak na dobre zniknąć. 

Bea pociągnęła łyk drinka i skinęła głową wyraźnie zaintrygowana. 

-  Więc  się  z  nim  założyłam,  że  uda  mi  się  zniknąć  tak,  że  mnie  nie  znajdzie.  -  Westchnęłam  teatralnie.  -  Wiem,  to 

idiotyczne. Muszę się ukrywać co najmniej przez dwa miesiące. 
 

-  To do Incy'ego podobne. - Beatrice się roześmiała. -Ale dwa miesiące? O co się założyłaś? 
-  Jeżeli mnie znajdzie, będę musiała wytatuować sobie jego imię na tyłku. - Skrzywiłam się. 
Beatrice  ryknęła  śmiechem,  odrzucając  głowę  do  tyłu.  Lekko  uderzyła  dłonią  w  bar.  Miała  niezły  ubaw.  Tak,  Incy  jest 

skurczybykiem, wszystko jasne. 

-  O mój Boże! - sapnęła, usiłując złapać oddech. -A on musi wytatuować twoje, jeżeli cię nie znajdzie? 
-  Na sercu. - Skinęłam głową. - Wiesz, jak długo utrzymują się na nas tatuaże. 
-  O  rany,  ale  jaja!  -  Beatrice  znowu  się  roześmiała.  -Jesteście  stuknięci!  Więc  pewnie  chcesz,  żebym  trzymała  nasze 

spotkanie w sekrecie? 

Starałam się zrobić oczy szczeniaczka, ale raczej wyszło mi spojrzenie wściekłej wiewiórki. 
-  Chyba że chcesz mieć na sumieniu jego imię na moim tyłku. 

Beatrice znów ryknęła śmiechem. 

background image

 

-  O Boże, nie! Wykluczone! Nie pisnę ani słowem! Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością, ale 

w środku czułam niemal panikę. Incy już wydzwaniał po ludziach, pytając o mnie. A z Beą aż tak bardzo się nie kumplował - 
znajdowała się pewnie u dołu jego listy znajomych. Naprawdę będę musiała zniknąć, i to na dobre. 

-  Więc  długo  zostaniesz  w  Bostonie?  -  spytała.  -  Jeżeli  tak,  to  pewnie  wpadniesz  na  innych.  Ja  zostaję  na  Boże 

Narodzenie. Tu jest tak ładnie w zimie, ze śniegiem. 

-  Nie  -  przyznałam.  -  Zatrzymam  się  tylko  na  noc.  -Wymusiłam  z  siebie  kolejny  uśmiech.  -  Zamierzam  wziąć  udział  w 

wyprawie trekkingowej w Peru. Zobaczymy, czy mnie tam znajdzie! 

Prawdę mówiąc, niezły pomysł... Poprosiłam barmankę o kolejnego drinka, czując w żołądku przyjemne ciepło i delikatne 

odprężenie we wszystkich mięśniach. 

-  Super! - stwierdziła zadowolona Bea i pokazała, że zasunie wargi na suwak. 

 

-  Bea! - Ktoś krzyknął jej imię od drugiej strony baru. Odwróciła się podekscytowana. 
-  Kim! - Cmok, cmok, cmok. 

Kim  -  zimna  i  wyniosła  piękna  blondynka,  która  w  latach  siedemdziesiątych  była  top  modelką,  oczywiście  pod  innym 

nazwiskiem. Załamała się, kiedy w końcu musiała udać, że się starzeje, i zniknąć z wybiegu. Albo z tego powodu, albo przez 
to, że musiała znosić wszystkie plotki o operacjach plastycznych, robiła się coraz bardziej złośliwa i zawistna. 

-  Hej, Kim - przywitałam ją z uśmiechem. 

-  O, Nastasya. Ledwie cię poznałam. Kiedy ścięłaś włosy? 

-  Oj, nie wiem - odparłam zgodnie z prawdą. 

-  I ta czerń. - Przyglądała mi się krytycznie. - Hm... ostro kontrastuje z twoją cerą. 
-  Tak. Jestem trochę bardziej wiosną - powiedziałam nonszalancko. 
-  Nie.  -  Pokręciła  głową.  -  Nie  jesteś.  Jesteś  zimą,  z  tą  bladą  cerą,  niesamowicie  ciemnymi  oczami.  Czy  ja  kiedyś 

widziałam twój prawdziwy kolor włosów? - Kim uwielbiała te tematy: włosy, ciuchy, makijaż. 

-  Eee... nie wiem. - Teraz też nie skłamałam. - Nieważne. Co u ciebie? 
Bea  szybko  wprowadziła  ją  w  szczegóły  mojego  szalonego  zakładu  z  Incym.  Kim  uśmiechnęła  się  i  zgodziła  trzymać 

naszą  stronę  w  tej  grze.  Muszę  przyznać,  że  to  był  jednak  cudowny  pomysł.  Później  zaczęła  nawijać  o  tym,  co  robiła 
ostatnio, a jak się okazało, było tego trochę. 

Tego  właśnie  chciałam,  prawda?  Świateł,  hałasu,  drinków  i  ludzi  dookoła,  żeby  sobie  rozmawiać.  Oczywiście,  nie 

przypuszczałam,  że  długie  macki  Incy'ego  dosięgną  mnie  i  tutaj.  Ale  przynajmniej  lepsze  to  niż  zimny,  pusty  dom  w  West 
Lowing.  A  jednak  na  wspomnienie  tego  domu,  kuchni,  śmiechu,  chrzęstu  liści  pod  stopami,  zapachu  flanelowej  koszuli 
Reyna stojącego przy mnie, poczułam gwałtowne ukłucie i wzięłam głęboki oddech. 

-  ... więc pomyślałam, że wpadnę do Clancy'ego - dokończyła Kim. 
-  Aha. - Skinęłam głową, otworzyłam szerzej oczy i dopiłam drinka. 
Barmanka bez słowa popchnęła kolejnego w moją stronę: skinęłam w podziękowaniu i posłałam jej dziesiątkę. 

background image

 

-  Kim! - zawołała Bea, jakby ją olśniło. - Pokaż Na-stasyi to swoje... wiesz? 

Oho, pomyślałam. 

-  A, to. - Kim sprawiała wrażenie skromnej i niepewnej. - Właściwie to taka imprezowa sztuczka. 
-  Nie, nie, zrób ją  - prosiła Bea, pociągając drinka przez cienką słomkę.  - Jest strasznie fajna. - Odwróciła się do mnie. - 

Kim sama wymyśliła. Mówię ci, bomba. Kim, musisz jej pokazać. Patrz, są Leo i Justin. I Susie. Chętnie to zobaczą! 

-  No, dobra, skoro nalegasz. - Kim zarumieniła się pięknie i zsunęła ze stołka. 

Bea pobiegła i zaczęła zbierać ludzi, tylko nieśmiertelnych. Żadnego z nich nie znałam. 

-  Chodźcie! - powiedziała, kierując nas na tyły baru. 

Pognała  z  dziewięć  osób  ciemnym  korytarzem  na  rozklekotane  schody,  prowadzące  w  górę.  I  w  górę.  I  w  górę. 

Pokonaliśmy cztery rzędy schodów, aż Bea pchnęła czarne metalowe drzwi, które wychodziły na dach budynku. 
Pachniało tam zimną smołą, dymem z drewna i zapachami z kuchni restauracji obok. 

Większość  budynków  w  tej  okolicy  ma  pięć  pięter  lub  mniej,  bo  tylko  na  taką  wysokość  cysterna  dachowa  mogła 

pompować,  wykorzystując  siłę  grawitacji  w  czasach,  kiedy  je  budowano.  Nadal  gdzieniegdzie  widziało  się  kilka  cystern  - 
zardzewiały metal stał dumnie na trzech wspornikach, z małymi drabinkami, krzywo zwisającymi z boku. 

-  Dobra - powiedziała Bea. - To jest odjazdowe. Ale wszyscy musicie odstawić drinki i odłożyć papierosy. Dziewięć osób 

wystarczy? - spytała koleżankę. 

-  Powinno. Możemy ustawić się w kręgu i chwycić za ręce? - Kim wyciągnęła dłonie. 
Zanosiło  się  na  uprawianie  magyi.  Poczułam  dreszcz  strachu  i  podniecenie.  Nie  byłam  w  kręgu  od...  chyba  dwustu  lat? 

Unikałam  „wielkiej"  magyi,  a  większość  moich  przyjaciół  była  zbyt  leniwa,  żeby  nauczyć  się  tych  wszystkich  niezbędnych 
rzeczy,  żeby  działała.  Niewiele  razy  próbowałam  czegoś  więcej  niż  drobne  czary  i  za  każdym  kończyło  się  źle,  włącznie  z 
wymiotami,  bólami  głowy,  omdleniami...  Zaklęcie,  którego  użyłam,  żeby  odnaleźć  River's  Edge,  było  pierwszym  małym  za-
klęciem,  jakim  posłużyłam  się  od  dziesiątek  lat.  Nie  miałam  ochoty  znowu  próbować,  ale  wszyscy  dookoła  najwyraźniej  w 
ogóle  się  nie  wahali,  a  ja  czułabym  się  głupio,  gdybym  się  teraz  wycofała.  Może  powinnam  przezwyciężyć  uprzedzenie  do 
magyi?  Może  tym  razem  będzie  lepiej?  Może  ja  w  tym  będę  lepsza?  Skinęłam  głową,  lekkomyślnie,  z  determinacją,  i  się 
rozchmurzyłam. Tego właśnie potrzebuję. Dokładnie tego brakowało w River's Edge. 

Zrobiłam  krok  do  przodu  i  chwyciłam  za  rękę  Beę  i  Susie.  Wszyscy  się  do  siebie  uśmiechali;  Bea  ścisnęła  moją  dłoń. 

Byłam zaciekawiona, podniecona i szczęśliwa, że tu jestem. 

-  Dobra,  wiecie,  jak  przekazać  mi  moc  -  odezwała  się  Kim,  a  my  skinęliśmy  głowami.  -  Czekajcie,  aż  was  poproszę,  a 

później wypowiecie słowa. Ale najpierw muszę wszystko przygotować. 

Wzięła kilka głębokich wdechów i zamknęła oczy. 
Przez  minutę  panowała  cisza,  nie  licząc  odgłosów  rozmów  i  krzyków  ludzi  cztery  piętra  niżej.  Trąbiące  w  oddali 

samochody.  Delikatna  muzyka.  Wrzeszczące  pary  w  budynku  obok.  Ale  tu,  na  górze  -  zupełny  spokój.  Zaczęłam  wolniej 
oddychać i zamknęłam oczy. Helgar, kiedy przeszła do porządku dziennego nad tajemniczą śmiercią moich rodziców, opisała 

background image

 

naszą  magyię  jako  noszenie  w  sobie  zwiniętego  czarnego  węża,  którego  moc  uwalnia  się  przez  usta,  kiedy  wypowie  się 
odpowiednie słowa. 

To na tyle obrazowe porównanie, że nadal tak to sobie wyobrażam. 
Teraz skupiłam się na tym, żeby zebrać moc. Nie jest to takie proste jak napięcie mięśni. Chodzi bardziej o koncentrację, 

jak przy jodze czy medytacji. Obie zresztą śmiertelnie mnie nudzą. 

Usłyszałam,  że  Kim  zaczyna  śpiewać,  a  jej  słowa  były  tak  ciemne  i  stare,  jak  kilka  tych,  które  znałam,  ale  z  innego 

rdzenia  językowego,  może  romańskiego.  Poczułam  mrowienie  w  piersiach  i  skoncentrowałam  się  na  tym,  żeby  powoli 
wdychać i wydychać powietrze, raz, dwa, trzy, cztery. Kim śpiewała, a jej czary zaczęły falować, przepływając przez dłonie, 
łącząc  nas.  Moje  palce  rozgrzały  się od magyi Bei z jednej strony i Susie z drugiej, a w piersi zaczęło mnie ściskać. Zawsze 
nie  cierpiałam  tej  części,  kiedy  wydawało  mi  się,  że  nie  zdołam  wziąć  następnego  oddechu.  Miałam  wrażenie,  że  głowa  mi 
eksploduje,  i  bałam  się,  że  jeżeli  wezwę  pomocy,  z  moich  ust  nie  wydobędzie  się żaden dźwięk. Ale to zawsze mijało, więc 
trzymałam  panikę w ryzach i skupiłam się na oddychaniu. Czułam, jak nasza moc wzrasta, czułam, że magyia przychodzi do 
nas tak, jak owady uciekają z płonącego lasu. 

Teraz  rozpoznałam  słowa  Kim  -  przyzywała  naszą  moc.  Zaśpiewałam  cicho:  Gefta,  ala,  minn  karovter.  Pav  minn  gefta, 

hilgora  silder.  Melodyjnie  powtórzyłam  te  słowa  kilka  razy,  nie  znając  ich  znaczenia.  Nauczono  mnie  ich  dawno  temu  jako 
sposób  na  przekazanie  mocy  czarownikowi.  Wypowiedziałam  je  tylko  parę  razy,  ale  gdy  się  tego  raz  nauczy,  nie  można 
zapomnieć. 

Kilka  minut  później  usłyszałam  czyjeś  westchnięcie.  Gwałtownie  otworzyłam  oczy.  Tam,  na  nocnym  niebie,  była  Kim. 

Uśmiechała się wyniośle i rozpościerała ręce. 

Susie się roześmiała i zaczęła klaskać, wypuściwszy moją dłoń, która płonęła z gorąca. 
Rozległy się szepty pochwały i podziwu. Sztuczka imprezowa była naprawdę zdumiewająca. Kim miała kark i ramiona w 

śpiewających  ptakach,  ułożonych  kolorami.  Szczygły  tworzyły  jasnożółtą  ramę,  pastelowoszare  sikorki  okalały  jej  ręce, 
strzyżyki  tworzyły  brązową  płachtę  z  piór  wzdłuż  ramion.  Powietrze  było  roziskrzone  i  ożywione  magyą.  Ptaki  siedziały 
zupełnie  nieruchomo,  mrugając  wolno  -  gajówki,  tyrannusy,  wilgi  -  tworzyły  skomplikowany,  przepiękny  wzór,  pełen 
energii, życia i małych, szybko bijących serduszek. 

To  była  jedna  z  najpiękniejszych  rzeczy,  jakie  w  życiu  widziałam,  ale  nie  mogłam  się  nadziwić,  co,  do  diabła,  opętało  w 

ogóle Kim, żeby spróbować to zrobić. Jeżeli się zastanowić... O co chodziło? Owszem, wszyscy mamy mnóstwo czasu, ale... 

-  Czy to nie wspaniałe? - wyszeptała Bea, kładąc mi rękę na ramieniu. - Dla mnie rewelacja. 

-  Tak, to jest coś, fakt. - Nie mogłam oderwać wzroku. 

Ptaki  tępo  wpatrywały  się  w  dal  lśniącymi  czarnymi  oczami,  jakby  były  naćpane.  Ścisnęło  mnie  w  żołądku  i  nagle 

zaczęłam żałować, że tu jestem, że zgodziłam się w tym uczestniczyć. Kolejna głupia, zła, przykra niespodzianka. 

-  Dziękuję,  dziękuję.  -  Kim  ukłoniła  się  lekko.  -  Ale  już  dłużej  tego  nie  utrzymam,  więc...  -  Wypuściła  powietrze  i 

wypowiedziała kilka słów, które uwolniły ptaki z czaru. Czekałam, aż otrząsną główki, wrócą do siebie i odlecą oszołomione 
w noc. 

background image

 

Ale  kiedy  pierwsze  z  nas  ruszyło  w  stronę  schodów,  zobaczyłam,  że  ptaki  zamykają  oczy  i  przechylają  małe,  gładkie 

główki. Później jeden po drugim w ciszy zaczęły spadać z Kim na dach. Martwe. 

-  Nooo - odezwał się Harry. - To ptaki jednorazowego użytku, co? 

Towarzystwo się roześmiało, a Kim wdzięcznie wzruszyła ramionami. 

-  To dla nich szkodliwe. 

Skierowali  się  do  drzwi,  a  ja  wkrótce  zostałam  sama  na  dachu  tego  bostońskiego  pubu,  z  rozdzierającym  bólem  głowy, 

niesmakiem w ustach, z setką jaskrawych, cudownych ptaków u stóp. Pokryte piórkami ciała już zaczynały stygnąć. 

Rozdział 9 

 
Tej nocy wróciły sny. 

Opuściłam  Clancy'ego  zaraz  po  czarach  Kim.  Byłam  jedyną  osobą,  której  to  się  nie  spodobało;  jedyną,  której  drinki 

ścinały  się  w  żołądku  na  myśl  o  pokrytym  papą  dachu  pełnym  jasnych  kawałków  martwego  puszku.  Z nieprawdopodobnym 
bólem  głowy  i  jak  zwykle  mdłościami  pożegnałam  się  i  zostawiłam  Beatrice,  Kim  i  resztę.  Patrzyli  na  mnie  z 
niedowierzaniem. Prawie o północy wróciłam do hotelu z poczuciem winy. 

Martwiłam  się,  że  nie  zasnę,  ale  wyczerpanie  i  przygnębienie  wgniotły  mnie  w  głęboką  nieświadomość,  która  wciągała 

mocniej i mocniej w czarny horror dzieciństwa, do tej nocy, kiedy moje życie zmieniło się po raz pierwszy. 

 
 

Obudziły  mnie  silne  drgania.  Spojrzałam  na  swoją  starszą  siostrę  Eydis,  śpiącą  w  naszym  wspólnym  łóżku.  Czyżby 

uderzenie  pioruna?  Uwielbiałam  burze.  Popatrzyłam  na  wąskie  okno,  oplombowane  małymi,  grubymi  kawałkami 
prawdziwego szkła. Na zewnątrz migotało światło. Błyskawica? Albo pożar? 

Odgłos  się  powtórzył - ogromny, niski huk wstrząsnął naszym łóżkiem. Eydis zamrugała zaspana, a chwilę później drzwi 

do naszego pokoju otworzyły się z rozmachem. Stała w nich matka, z szeroko otwartymi oczami. Długie złote włosy opadały 
jej na plecy spod małego lnianego czepka, w którym spała. 

-  MóSir? - pisnęłam. 

-  Szybko! - ponagliła, zarzucając na nas szal. - Wstawajcie! Wkładajcie buty! Prędko, już! 

-  Co się dzieje, Móóir? - spytała Eydis. 
-  Nie ma czasu na pytania! Pospieszcie się! 

Następne  walnięcie  poczułam  w  uszach,  kiedy  wsuwałam  stopy  w  zimowe  bambosze  ze  skóry  łosia,  wyłożone  futrem 

królika. W pokoju było zimno, ogień dawno zgasł, a kamienne ściany pokrywała cienka warstwa szronu. 

Na  korytarzu  spotkaliśmy  mojego  starszego  brata,  Sigmundura,  który  w wieku piętnastu lat był wyższy od ojca. Za rękę 

trzymał  mojego  młodszego  brata,  Haakona.  Tinna,  moja  starsza  siostra,  stała  już  owinięta  ciężkim  wełnianym  szalem,  a 
długie żółte kosmyki opadały jej na ramiona. 

background image

 

-  Dalej,  dzieci,  szybko!  -  Matka  odwróciła  się  i  zbiegła  szerokimi  głównymi  schodami,  a  my  popędziliśmy  za  nią  tak 

blisko, że jej włosy smagały nas po twarzach. 

Kiedy  dotarliśmy  na  parter,  powitały  nas  krzyki  i  dudniące  kroki.  Zobaczyliśmy  ludzi  ojca,  uzbrojonych  w  miecze  i  łuki, 

w  ciężkich  skórzanych  zbrojach.  Przywarliśmy  plecami  do  kamiennej  ściany,  kiedy  przebiegali  obok  nas,  wykrzykując 
rozkazy.  W  jednej  kolumnie  spieszyli  wąskimi  tylnymi  schodami,  które  skręcały  się  ku  dołowi  w  kierunku  przeciwnym  do 
ruchu  wskazówek  zegara.  Sigmundur  pokazał  kiedyś  mnie  i  Haakonowi,  na  czym  polega  geniusz  tego  projektu  -  jeśli 
kierujesz się na dół, żeby bronić zamku, twoja prawa ręka z mieczem ma mnóstwo miejsca, aby ciąć najeźdźców. A jeżeli je-
steś najeźdźcą i zmierzasz do góry, twoja ręka z mieczem nie ma miejsca i musisz przyjąć nienaturalną postawę bojową. 

I znowu wielki huk, wstrząs. Z kamieni nad naszymi głowami opadł pył. Kichnęłam. 
-  Móóir, co się dzieje? 
Siedmioletni Haakon przez ostatnie dwa tygodnie chorował, miał dreszcze i gorączkę. Z choroby wyszedł chudy i blady, z 

niebieskimi podkowami pod oczami. 

-  Zewnętrzny mur został zburzony - wyjaśniła zwięźle matka, zaganiając nas do komnaty ojca. - Północni najeźdźcy. 
Eydis i ja spojrzałyśmy na siebie wytrzeszczonymi oczami. Znów rozległ się łomot. Tinna chwyciła mnie za rękę. 

-  Taran - mruknęła. 

Kiedy  biegliśmy  przez  korytarz,  matka  wyrywała  pochodnie  z  żelaznych  uchwytów  na  ścianach.  Trzony  uderzały  o 

ziemię i wypluwały fontannę iskier, pozostawiając za nami ciemność. 

Dotarliśmy  do  komnaty  ojca.  W  środku  matka  przekręciła  wielki  mosiężny  klucz  w  zamku,  a  później  razem  z 

Sigmundurem  zastawili  drzwi  ciężką  drewnianą  belą,  opierając  ją  na  zawiasach.  Moje  siostry,  Haakon  i  ja  tłoczyliśmy  się 
przy  kominku,  a  matka  podeszła  do  wielkiego  drewnianego  kredensu  ojca  i  szybko  otworzyła  go  drżącymi  palcami. 
Sigmundur  natychmiast  doskoczył  i  wyjął  największy  miecz  ze  stojaka  -  kilkanaście  centymetrów  większy  niż  ja,  prosty  i 
naostrzony z obu stron, ze skromną drewnianą rękojeścią, oplecioną cienkimi skórzanymi paskami. 

Matka  przez  chwilę  przyglądała  się  broni,  potem  wybrała  miecz  dla  Tinny.  Ręce  mojej  siostry  ugięły  się  pod  jego 

ciężarem. Następna była Eydis - w wieku dwunastu lat miała za sobą sześć lat nauki walki, ale zwykle używaliśmy sztyletów 
i  udawaliśmy,  że  to  miecze.  Ja  skończyłam  dziesięć  lat.  Wyciągnęłam  ręce.  Po  chwili  wahania  matka  dała  mi  krótki  miecz. 
Miał może ze czterdzieści centymetrów długości. Chwyciłam go oburącz, nie rozumiejąc, co się dzieje. Nawet Haakon dostał 
sztylet, któremu przyglądał się wielkimi oczami. 

-  Gdzie Faóir? - Sigmundur podbiegł do okna i wyjrzał przez wąską szczelinę. 

-  Na dole, z ludźmi. 

-  Będziesz mieć miecz, Móóir? - spytał Haakon, ciągle podziwiając sztylet. 

-  Mam coś potężniejszego. 

Matka  pomacała pod dekoltem nocnej koszuli i wyciągnęła ciężki amulet, ten, na który uwielbiałam patrzeć. Siadałam jej 

na  kolanach,  brałam  go  w  dłonie  i  oglądałam  uważnie,  ale  ona  nigdy  go  nie  zdejmowała,  nigdy  nie  dała  przymierzyć.  Był 
okrągły,  prawie  tak  szeroki  jak  moja  dłoń,  z  płaskim,  przezroczystym,  mlecznym  kamieniem  na  środku,  o  średnicy  około 

background image

 

czterech  centymetrów.  Dookoła  kamienia  widniały  wygrawerowane  symbole.  Niektóre  w  naszym  alfabecie,  runach,  które 
rozpoznawałam, ale reszty nie znałam. Spytałam, z czego jest zrobiony, a matka powiedziała: „Ze złota. Ze złota i mocy". 

Teraz zamknęła amulet w dłoniach. Kiedy pokojem wstrząsnął kolejny huk, zamknęła oczy i zaczęła śpiewać. 

 

********** 

Obudziłam  się,  dysząc;  lodowaty  pot  ciekł  mi  po  twarzy.  Kark  mnie  piekł,  więc  zdarłam  apaszkę,  w  której  spałam,  i 

przejechałam palcami po zmarszczonej skórze. 

Nie  miałam  tego  snu  od  dawna.  Pokręciłam  głową,  ciągle  z  trudem  chwytając  powietrze,  potem  wstałam  na  drżących 

nogach  i  poszłam  do  łazienki.  Odkręciłam  kran  i  spryskałam  wodą  twarz.  Rzecz  jasna,  to  nie  był  sen,  ale  wspomnienie. 
Matki,  która  tamtej  nocy  usiłowała  uratować  nam  życie.  Nie  wiedziała,  bo  niby  skąd  mogła  wiedzieć,  że  zbierając  nas  w 
komnacie ojca, tak naprawdę zagoniła prosto w objęcia śmierci. 

Z wyjątkiem mnie. 

Ciągle,  ciężko  oddychając,  wklepałam  trochę  zimnej  wody  w  kark  i  znów  zawiązałam  apaszkę.  W  pokoju  rozsunęłam 

ciężkie  hotelowe  zasłony  i  zobaczyłam,  że  wschodzi  słońce.  Spałam  około  sześciu  godzin.  Kiedy  już  oddychałam  bardziej 
miarowo, ubrałam się i skorzystałam z hotelowego komputera, żeby znaleźć komisy w używanymi samochodami. 

 

********** 

Trzy  godziny  później  skrzyżowałam  ręce  na  piersiach,  czując,  jak  zimne  palce  jesieni  zakradają  się  do  samochodu  - 

używanego,  zdezelowanego  brązowego  hatchbacka,  którego  kupiłam  dziś  rano  w  anonimowym  komisie  pod  Bostonem. 
Silnik  był  wyłączony,  ogrzewanie  też.  Głęboki  dreszcz  przeszył  mój  żołądek,  aż  całe  moje  ciało  się  napięło.  Chociaż  słońce 
przeświecało przez wysokie, lekkie chmury, były ledwie cztery stopnie. 
Nie  chciałam  wysiadać  z  samochodu.  Nie  mogłam  znieść  tego,  co  zeszłej  nocy  zrobiła  ma-gyią  Kim.  Magyia  niosła  za  sobą 
śmierć  i  ból.  Uprawianie  magyi  oznaczało  posiadanie  władzy,  a  jeżeli  masz  władzę,  ktoś  będzie  chciał  ci  ją  odebrać.  Ktoś 
zrobi wiele, żeby ci ją odebrać. Nie mogłam znieść tego, że Incy obdzwonił z milion osób, próbując mnie znaleźć, i kazał im 
mnie szukać. Bardziej niż kiedykolwiek chciałam być daleko od niego, od nich wszystkich. 

Później  miałam  to  wspomnienie.  Z  całych  sił  starałam  się  nigdy  nie  myśleć  o  tamtej  nocy  i  na  ogół,  ku  mojemu 

zaskoczeniu,  to  mi  się  udawało.  Nie  śniłam  o  tym  od  dziesiątek  lat.  Tydzień  temu  wszelkie  moje  odczucia  i  wspomnienia 
szczelnie  owinęłam  watą,  osłoniłam  przed  wzrokiem.  Teraz  moja  skorupa  się  pokruszyła  i  na  zewnątrz  wyciekał  ból. 
Zaśmiałam się oschle - czy tak właśnie czuła się Ewa, kiedy skosztowała jabłka? Nagle zobaczyła rzeczy, których nie chciała 
widzieć? 

Ze  ściśniętym  gardłem,  z  trudem  przełknęłam  ślinę.  Co  dalej?  Nie  miałam  dokąd  pojechać.  Bycie  z  ludźmi  mojego 

gatunku okazało się klapą. Myśl o powrocie do Anglii budziła we mnie odrazę. Nie tylko odrazę. Strach. Przerażenie. 

background image

 

Tak  naprawdę,  jaki  mam  wybór?  Uderzyłam  głową  w  mur.  Po  prawie  pięciuset  latach  dryfowania,  nagle  nie  wiedziałam, 

kim  jestem  ani  co  ze  sobą  zrobić.  Zmieniałam  nazwiska  nieskończoną  ilość  razy,  ale  zawsze  czułam  się  tak  jak  „ja",  które 
pokazywałam  na  zewnątrz.  Teraz  czułam  się  jak  ja,  którą  zostawiłam  dawno  temu,  i  na  tę  myśl  histeria  chwytała  mnie  za 
gardło. Teraz czułam się jak krucha powłoka czegoś wyschniętego, sczerniałego i martwego. 

Dziesięć, pięć lat temu zazdrościłabym Kim tego czaru, byłabym pod wrażeniem, pewnie chciałabym znać na tyle magyię. 

Co się we mnie zmieniło? Kim się staję? 

Podskoczyłam, kiedy Solis delikatnie zapukał w moje okno. Byłam zawstydzona, poniżona, że przychodzę z powrotem na 

klęczkach,  tak  przegrana,  że  nie  mam  dokąd  pójść,  tak  poplątana,  że  muszę  prosić  o  pomoc  obcych.  Usiłowałam  znów 
przełknąć ślinę i otworzyć drzwi. Poczułam się wyjątkowo stara, kiedy wydźwigałam się  samochodu. Było o wiele gorzej niż 
za pierwszym razem. Cierpiałam katusze, że tu wracam, i to tak szybko. Ale po prostu... nie wiedziałam, co innego zrobić. 

Solis  skinął  do  mnie  głową,  obserwując  mnie,  kiedy  patrzyłam  gniewnie  na ziemię, szeleszcząc liśćmi, które odgarniałam 

czubkiem buta. Skinął znowu i dotknął mojej ręki. 

-  Tędy - powiedział. 

Poszłam za nim do porośniętego winoroślą kamiennego muru za wielką stodołą. Drewniane drzwi, wyższe ode mnie, były 

niemal  ukryte  pod  bluszczem.  Solis  otworzył  je  i  gestem  zaprosił  mnie  do  środka.  Mało  nie  jęknęłam,  kiedy  zobaczyłam 
równe rzędy grządek warzywnych, inspektów, szklarnię. Znów rozważyłam pomysł samobójstwa przez porąbanie się i znowu 
niechętnie go odrzuciłam. 

W  ogrodzie  pracowało  kilka  osób. Powstrzymałam się, żeby na nich nie patrzeć, bo bałam się, że zobaczę pana wikinga, 

albo,  co  gorsza,  Neli  -  przyjacielską,  nieszczerze  słodką.  Nie  cieszyłam  się  też,  że  wpadnę  na  River  -  na  pewno  będzie 
wyrozumiała i dobra, przez co właściwie ją znienawidzę. 

Solis pochylił się i wyrwał kilka grubych zielonych liści. Z ciemnej ziemi wyłoniła się rzepa, a ja omal nie zatkałam sobie 

ust.  Nienawidzę,  nienawidzę,  nienawidzę  rzepy.  Kiedy  kilka  razy  przeżyjesz  głód,  kiedy  do  jedzenia  są  tylko  rzepa  i 
soczewica, nigdy więcej nie chcesz na nie patrzeć. 

-  Rośliny czerpią pokarm z ziemi - oznajmił Solis, jakby mówił do idiotki. 
Milczałam, bo jedyną odpowiedzią, jaka przychodziła mi do głowy, było: „Co ty nie powiesz?" 
-  Pobierają  minerały,  których  potrzebują - ciągnął. -Przetwarzają je w korzeniach i liściach, żeby rosnąć, rozsiewać się i 

powtarzać cykl. Ale nie mogą rosnąć w ciemności, prawda? Muszą też mieć słoneczne światło, energię słoneczną. 

Ugryzłam się w policzek, żeby nie krzyknąć. Teraz zacznie ględzić o recyklingu, kompostowaniu i opiekowaniu się Matką 

Ziemią. Naprawdę, szczerze i tym razem bez żartów, chciałam umrzeć. 

-  Terava są jak rośliny - powiedział, zaskakując mnie. 

Otworzyłam  oczy  i  szybko  zerknęłam  na  niego.  Większość  nieśmiertelnych  unika  mówienia  o  Terava,  o  ciemności  i 

świetle. Helgar była jedną z niewielu, od których słyszałam to słowo. 

background image

 

-  Uprawiają  magyię,  odbierając  stworzeniom  energię  i  życie  -  wyjaśnił.  -  Tak  jak  rośliny,  które  potrafią  wykorzystać 

ziemię,  w  której  rosną,  sprawiając,  że  staje  się  jałowa  i  nie  może  utrzymać  życia,  Terdvd  pozbawiają  siły  witalnej  wszystko 
wokół nich. To dlatego stworzenia umierają, kiedy Ter dud uprawiają magyię. Na pewno to zauważyłaś. 

Pomyślałam o ptaszkach Kim i ścisnęło mnie w gardle. 

-  Hm... Więc... wy nie uprawiacie magyi? - Ja bez problemu mogłam ją porzucić, bez żalu. Niezbyt często posługiwałam 

się  czarami,  nie  chciałam  wzmacniać  swojej  magyi.  Owszem,  parę  razy  poczułam  ten  przypływ  podniecenia,  zachwyt 
pięknem, ale skutki były tragiczne. Sądziłam, że za nią nie zatęsknię. 

-  O  nie.  -  Solis  uśmiechnął  się  lekko.  -  Cały  czas  uprawiamy  magyię.  To  nasza  życiodajna  siła.  Zycie  bez  magyi  byłoby 

jak ... bycie śmiertelnym. 

 

********** 

W  mojej  małej  zakonnej  celi,  wieki  później,  usiłowałam  wydostać  brud  spod  paznokci.  Przynajmniej  mieliśmy  umywalki 

w pokojach, chociaż po wszystko inne musieliśmy przechodzić przez korytarz. Byłam zmęczona, bolały mnie ramiona. Twarz 
miałam wysmaganą wiatrem, pewnie opaloną, paznokcie potaniane, choć obcięłam je bardzo krótko. 

Kiedy ktoś zapukał do drzwi, serce zaczęło mi bić mocniej. Może to... Reyn? Puściłam wodze fantazji i pomyślałam, że w 

tajemnicy, bardzo skrycie, będzie się cieszył, że mnie znów widzi. 

-  Otwarte! - krzyknęłam. - Oczywiście. 

Weszła River i stanęła za mną przy umywalce. Położyła mi dłonie na ramionach i uśmiechnęła się do mnie w lustrze. 

-  Witaj z powrotem - powiedziała łagodnie. - Ujrzałam twój samochód. 

Jej staroświeckie słowo miało mnie rozchmurzyć. Wyciągnęłam swoje zniszczone dłonie. 

-  Przekopałam twój ogródek - odparłam, a ona się roześmiała. Robiłam wszystko, żeby się z tego nie cieszyć. 
-  Tak  mówi  Solis.  Słyszałam,  że  namęczyłaś  się  przy  rzepie,  burakach  i  jarmużu.  Na  pewno  sprawi  ci  radość  to,  że 

zobaczysz je na kolacji. 

Powieki mi drgnęły i nie zdołałam powstrzymać jęku rozczarowania. River znów się roześmiała. 
-  Wiem.  Ja  też  przeżyłam  głód.  Kiedyś,  w  południowej  Anglii,  wszystkie  krowy  były  dorodne  i  aż  ciekło  z  nich  mleko, 

ale  większość  upraw  się  nie  udała.  Piliśmy  mleko,  robiliśmy  sery,  jedliśmy  sery,  karmiliśmy  serem  zwierzęta.  Śmierdzącym! 
Wystarczyło, żebym wykreśliła go z diety na jakieś sześćdziesiąt lat. 

Przeciągnęłam  apaszkę  wokół  szyi  i  usiadłam  na  łóżku.  Na  dworze  nagle  zrobiło  się  ciemno.  Modliłam  się,  żeby  ludzie 

zaczęli  szykować  kolację,  a  potem  przypomniało  mi  się,  że  będą  rzepa,  buraki  i  jarmuż. Mimo wszystko lepiej się czułam z 
tym,  że  jestem  tutaj  udręczona,  niż  gdyby  mnie  tu  nie  było.  Niż  gdybym  była  w  świecie  i  zanurzała  się  we  wspomnieniach. 
Znów  zastanawiałam  się,  co  o  moim  zniknięciu  pomyśleli  przyjaciele.  Szukają  mnie?  Czy  rzeczywiście  tutaj  nic  mi  nie 
grozi? 

background image

 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  muszę  pracować  w  ogrodzie  -  oznajmiłam.  -  Ja  po  prostu...  chcę  być,  nie wiem... Uratowana 

czy  coś  takiego.  Powiedz,  co  mam  robić  i  będę  to  robić.  Ale  nie  widzę  sensu  tej  pracy  w  ogrodzie.  -  Potarłam  czystymi 
rękami o spodnie; ciągle mnie swędziały po suchej ziemi. 

River  przez  parę  chwil  myślała,  a  jej  elegancki  profil  rysował  się  wyraźnie  na  tle  ciemności  na  zewnątrz.  Wstałam  i 

zasunęłam ciężkie zimowe kotary przed zimnem przedostającym się przez szybę. 

-  Nieśmiertelnym  czas  mija  bardzo  szybko  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Pamiętasz,  jak  w  dzieciństwie  dzień  wydawał  się 

wiecznością  i  miałaś  wrażenie,  że  każdy  rok  do  urodzin  trwa  całe  życie?  Później, kiedy podrosłaś, czas biegł jakby szybciej. 
Pamiętasz? 

Usiłowałam unikać myślenia o dzieciństwie, na ile tylko się da. 
-  Nie. 

-  Cóż,  to  niemal  powszechne  uczucie  -  ciągnęła  Ri-ver  niezrażona.  -  To  dlatego,  że  kiedy  jesteś  dziesięciolatkiem,  jeden 

rok stanowi dziesięć procent całej twojej egzystencji na świecie. A jeżeli dwóch pierwszych lat się nie pamięta, wtedy to jest 
jeszcze większy procent. Rozumiesz? 

-  Chyba tak. Ale ogród... 
-  Kiedy  masz  czterdzieści  lat,  jeden  rok  jest  jedną  czterdziestą  całej  twojej  egzystencji.  Więc  wydaje  się,  że  każdy  rok 

mija szybciej i nie ma już takiego znaczenia jak kiedyś. Rozumiesz? 

-  Mhm, tak, jasne. 

Kivcr  była  cierpliwa,  jak  przystało  na  osobę,  która  ma  tysiąc  trzysta  lat.  Jasne  i  ciepłe  oczy  wpatrywały  się  w  moje  w 

skupieniu. 

-  Kiedy  jesteś  aerfrelyffenem,  nieśmiertelnym,  odnosisz  wrażenie,  że  patrzysz  przed  siebie  w...  zapomnienie.  Albo,  co 

gorsza, dociera do ciebie, że prawdopodobnie nadal będziesz żyła w 2250 roku, a to przerażające, bo nie masz pojęcia, jak to 
wtedy będzie. Kiedy jesteś nieśmiertelnym, wszystkie lata szybko tracą znaczenie. Lata, dekady, a w końcu wieki przemykają 
w mgnieniu oka, aż, powiedzmy, siedemset lat wydaje się jak nieudana impreza, na którą kiedyś poszłaś. 

Bawiłam się końcami apaszki, nic nie mówiąc. 

-  Z  powodu  nieokreślonej  długości  naszego  życia,  wiele  rzeczy  traci  znaczenie  albo  same  giną  na  tak  szerokim  tle  - 

ciągnęła  River.  -  Ilu  miałaś  kochanków?  Ile  dzieci?  Ilu  przyjaciół  kochałaś,  którzy  teraz  nie  żyją?  Dla  zwyczajnego 
człowieka  te  rzeczy  mają  kolosalne  znaczenie,  są  wyraźne  i  zmieniają  całe  ich  życie.  Dla  nas  to  tylko  okruch  czasu.  Ale 
wpływają  na  nas.  Po  troszku,  kawałek  po  kawałku,  strata  za  stratą,  stajemy  się  coraz  mniejsi.  Tracimy  tak  wiele  przez  tak 
długi  czas,  że  większość  spraw,  ludzi,  doświadczeń  przestaje  mieć  dla  nas  wartość,  swoją  wagę.  Zapominamy,  jak  cenić 
rzeczy, jak odczuwać. Zapominamy, jak kochać. 

No dobra, to daje do myślenia. Brzmi niewygodnie znajomo. 

background image

 

-  Jesteśmy  tu  po  to  -  ciągnęła  River  -  żeby  tobą  wstrząsnąć,  abyś  ponownie  nauczyła  się  znaczenia  chwil,  minut. 

Zyskasz  umiejętność  bycia  w pełni świadomą, w pełni obecną w teraźniejszości. Nauczysz się na nowo, jak odczuwać i jak 
cenić rzeczy. Potem poczujesz się szczęśliwsza i pełniejsza. 

Zagryzłam wargę. Obawiałam się, że ona mówi prawdę, której ja nie cierpię. 
-  Praca w ogrodzie, sprzątanie, przygotowywanie posiłków to powtarzalne i nudne zajęcia. Dla nieśmiertelnego są niemal 

nie  do  zniesienia.  Na  ogół  szukamy  kolejnych  wielkich  emocji,  wielkiego  wydarzenia,  wielkiego  doznania  fizycznego,  bo  po 
chwili tylko to jesteśmy w stanie odczuwać. 

Hej, aua. 

-  Ciebie  i  wszystkich  nieśmiertelnych,  którzy  tu  docierają,  chcemy  nauczyć  cenić  i  odczuwać  każdy  moment,  w  którym 

twoje  dłonie  są  zanurzone  jak  w  mydlinach.  Prawdziwie  dostrzegać  i  czuć  zapach  wszystkich  ziół,  które  wyrywasz.  Czuć 
gładką  jędrność  rzepy,  napawać  się  ziemistą  zielenią  jej  liści.  Być  w  swojej  skórze  i  nie  mieć  ochoty  biegać  wkoło  z 
krzykiem.  Cieszyć  się  sobą,  cenić  siebie,  znać  siebie.  A  kiedy  już  się  tego  nauczysz...  -  zatrzymała  się  i  znów  uśmiechnęła  - 
wtedy będziesz w stanie kochać, naprawdę kochać kogoś innego. 

Nic  nie  powiedziałam.  Znów  miałam  ściśnięte  gardło  i  piekły  mnie  oczy.  W  tej  chwili  byłabym  w  stanie  tylko  biegać 

wkoło z krzykiem. O Boże, może ona rzeczywiście wie, o czym mówi.  To straszna świadomość. Może River mnie zna, wie, 
co  czuję.  I  jakie  to  miażdżące  i  druzgocące.  Przerażała  mnie  sama  myśl,  że  ktoś  może  poznać  moje  wnętrze:  tak  brzydkie, 
żałosne, pogrążone w bólu i przerażeniu. Koszmar. Czułam się jak szczur w klatce, która powoli jest opuszczana do wrzącego 
oleju. Czułam, jak jego poziom się podnosi, ukrop parzy mi skórę... 

- I oczywiście... - dodała spokojnie, nie zwracając uwagi na rosnącą panikę w moich oczach - będziesz w stanie uprawiać 

magyię, nie robiąc nikomu krzywdy. Staniesz się Tdhti. 

Niemal  westchnęłam,  słysząc  to  słowo.  O  Terdvd  ludzie  mówili  niezwykle  rzadko,  ale  o  Tdhti  nie  mówili  wcale.  Nikt  z 

moich  przyjaciół  nigdy  żadnego nie znał, a niektórzy ludzie twierdzili, że Tdhti  są tylko legendą. Przyjechałam tu z nadzieją, 
że jednak nie. 

-  Człowiek się rodzi taki albo inny - powiedziałam cicho. - Tego nie można zmienić. 
-  Można.  I  się  zmienia.  -  River  wyglądała  na  dość  pewną  i  spokojną.  -  Ja  jestem  teraz  Tdhti.  Uprawiamy  magyię  bez 

ciemności, bez zniszczenia. Możesz się tego nauczyć. 

Odnosiłam wrażenie, że mówi mi, że mogę nauczyć się, jak z człowieka zamienić się w kosmitę albo tygrysa. To było dla 

mnie niepojęte. 

-  Nie bardzo rozumiem - mruknęłam. 
-  Nie zawsze byłam słodka i dobra - wyznała River, wstając. - Dawniej byłam... naprawdę bardzo zła. - Odwróciła wzrok, 

jakby  zastanawiała  się,  czy  nie  powiedziała  za  dużo.  -  A  teraz  czeka  na  nas  rzepa.  -  Uśmiechnęła  się  łagodnie  i  wskazała 
drzwi. 

Spojrzałam  na  nią;  nie  potrafiłam  przyswoić  wszystkiego,  co  właśnie  usłyszałam.  W  ciągu  ostatnich  dziesięciu  minut, 

obnażyła całą moją osobowość, rozdarła mi pierś i odsłoniła zgniłe wnętrze. Byłam zupełnie roztrzęsiona. 

background image

 

Roztrzęsiona i, przy okazji, głodna. Wielogodzinna praca w zimnie, na słońcu i wietrze, zaostrzyła mi apetyt i umierałam 

z głodu. 

-  Chodź.  -  River  wyciągnęła rękę. - Rozmyślać możesz przy jedzeniu. Podobno na deser jest szarlotka. Dla tych, którzy 

zjedzą rzepę. 

O Boże; o Boże, zna mnie. Zna mnie. 

 

Rozdział 10 

Oj,  Nastasyo, pomocy! 

Odwróciłam  się  i  zobaczyłam,  jak  River  wychodzi  zza  zdezelowanej  czerwonej  farmerskiej  ciężarówki.  Było  wcześnie 

rano,  a  ja  wspaniałomyślnie  znosiłam  drewno  na  opał  do  dużych  kominków  w  głównym  salonie  i  jadalni.  Nie  wiedziałam, 
jakim cudem to ma zbawić moją duszę, ale lepsze to niż wyrywanie rzepy. Położyłam rączkę wózka do drewna i ruszyłam w 
stronę Ri-ver - pochylała się, trzymając jednego z gospodarskich psów za obrożę. 

-  Nastasyo, musisz wziąć Jaspera - powiedziała. Miękkie srebrne włosy wymykały się z warkocza, okalając jej twarz. 
-  Aha, dobrze. - Wyciągnęłam do niego rękę. - Och, eee... To sprawka skunksa? 
-  Tak.  Przykro  mi,  muszę  zawieźć  kapustę  na  targ  przed  ósmą.  Jasper  zwykle  jeździ  ze  mną,  ale  najwyraźniej  miał 

potyczkę z miejscową dziką zwierzyną. Mogłabyś go zabrać i wykąpać? 

Spojrzałam na nią. Jasper dyszał mi cały szczęśliwy przy nodze, cuchnąc jak nieziemskie stworzenie. 

-  Sokiem  pomidorowym  -  poradziła  River.  -  Wsadź  go  do  wanny  w  stajni  i  polej  całego  sokiem  pomidorowym.  Już 

poprosiłam Reyna, żeby ci przyniósł soku i pomógł. 

-  Uh... - jęknęłam. 
Zlecenie mi tego ohydnego zadania chyba wydało się River zabawne, bo usiłowała powstrzymać się od śmiechu. 

-  Przepraszam, Nastasyo. Ale jesteś dla mnie ostatnią deską ratunku. Najpierw solidna porcja soku pomidorowego, potem 

szampon i powinno być w porządku. Prawda, Jasper, kochanie? 

Jasper wyglądał na rozpromienionego i zadowolonego z siebie. 
-  Przepraszam, muszę lecieć. Wielkie dzięki! - Poklepała mnie przelotnie po ramieniu i szybko wsiadła do ciężarówki. 
Patrzyłam, jak cofa, potem jedzie długim piaszczystym podjazdem, prowadzącym do głównej drogi. 

Spojrzałam z góry na Jaspera. Uśmiechnął się do mnie. Śmierdział potwornie. Gdyby któryś z moich przyjaciół mnie teraz 

zobaczył... uznałby, że jestem tak samo dziwna i stuknięta, jak oni w moich oczach. 

-  No dobra, dalej, chodź. - Poprowadziłam Jaspera do stajni. 

Za  wielką  stodołą,  w  której  odbywały  się  zajęcia,  znajdowało  się  kilka  innych  budynków.  River  trzymała  sześć  koni, 

chociaż  w  stajni  było  dziesięć boksów. W jednym rogu - miejsce ze sprzętem do siodłania, a po przeciwnej stronie  - wielka 

background image

 

cynowa  wanna.  Obok  niej  stał  Reyn  i  robił  dziury  w  kilku  wielkich  puszkach  soku  pomidorowego.  Zerknął  na  mnie  bez 
entuzjazmu. 

-  Mamy go wykąpać - oznajmiłam niepotrzebnie. 
-  Tak. - Reyn włożył korek, a później pochylił się i bez trudu wsadził Jaspera do wanny. 
Usiłowałam nie zwracać uwagi na to, że jest taki silny, zręczny i opanowany. 

Jasper przez chwilę przebierał niepewnie łapami, aż w końcu stanął spokojnie. 

-  Dobry piesek - wycedziłam, starając się nie wdychać powietrza. - O ja chromolę. Mam nadzieję, że ten sok zadziała. 
-  Trzymaj  go  -  polecił  Reyn  i  wylał  Jasperowi  na  grzbiet  puszkę  soku  pomidorowego.  Pewnie  był  zimny,  bo  Jasper 

przestał się uśmiechać i wyglądał na obrażonego. -Weź tę puszkę i wylej na niego. 

Zrobiłam  to.  Dotarło  do  mnie,  że  jesteśmy  z  Reynem  sami  w  tej  ciepłej,  pachnącej  sianem  stajni.  Był  jeszcze  wczesny 

ranek,  promienie  porannego  słońca  skośnie  wpadały  przez  nieliczne  okna.  Dookoła  konie  sapały  cicho,  poruszając 
aksamitnymi nozdrzami, kiedy wyczuły zapach naszego Jaspera. 

Czułam się niezręcznie. Nie cierpiałam stajni ani przebywania wśród koni. Miałam kiedyś konie, które strasznie kochałam 

i potwornie cierpiałam po ich stracie. Teraz starałam się do nich nie zbliżać. 

Silne  ręce  Reyna  wylewały  na  Jaspera  puszkę  soku  po  puszce.  Pies,  wyraźnie  nieszczęśliwy,  stał  ze  spuszczonym  łbem. 

Jasper - corgi

4

, z krótkimi nogami i wielkimi uszami nietoperza - po łokcie stał w soku pomidorowym. Nabierałam puszkę po 

puszce, wylewałam na niego sok i wcierałam w sierść wolną ręką. 

-  Porozmawiajmy o wyborach, Jasper - powiedziałam. - Porozmawiajmy o podejmowaniu właściwych decyzji. 

Reyn  obok  mnie  stał  niewzruszony,  jakby  był  w  stanie  przetrwać  falę  powodziową.  Pachniał  jak  rześkie  jesienne 

powietrze z nutą dymu drewna, nie do zniesienia dobrze. Jego flanelowa robocza koszula w kratę była rozpięta pod szyją, a ja 
chciałam przycisnąć twarz do gładkiej skóry na jego torsie i wdychać jego zapach. Wtedy mógłby mnie objąć, a ja czułabym 
się  tak  bezpiecznie  i  ciepło...  Mimo  że  zakres  jego  emocji  pozornie  był  bardzo  ograniczony, potrafiłam wyobrazić sobie, jak 
zaśmiewa  się  głośno.  Albo  jak  jest  pijany,  chociaż  tego,  że  mógłby się upić, nie sugerował ani jeden atom jego osobowości. 
Widziałam go wściekłego, rozszalałego... Zachwiałam się, ciągle trzymając dłoń w gęstej sierści Jaspera. 

Spojrzałam w górę na Reyna, badając wzrokiem jego twarz. 

On spojrzał na mnie z góry i nalał więcej soku. Reyn wściekły, rozszalały... 

Pokręciłam  głową,  mrugając;  obraz  ulatniał  się  z  mojego  umysłu  jak  mgła.  Co  to  było?  To  chyba...  Nie  wiem.  Zniknęło. 

Postanowiłam wziąć byka za rogi. 

-  Nie lubisz mnie. Jesteś pewien, że się nie znamy? Oczy Reyna rozbłysły. Wylał ostatnią wielką puszkę 

                                                        

4

 Corgi - psy gospodarskie, wykorzystywane przede wszystkim do rozpędzania stad bydła i tabunów koni, ale także do pilnowania obejścia, zaganiania 

ptactwa (przyp. red.). 
 

background image

 

na Jaspera i wtarł sok, usiłując pokryć każdy centymetr śmierdzącego psa. 

-  Nie czuję... do ciebie nic, ani w sensie pozytywnym, ani negatywnym - oznajmił głosem tak wyniosłym jak jego sposób 

bycia. - Zostawmy sok na chwilę. 

Kątem oka zobaczyłam fragment jego skóry w dekolcie koszuli, a na brodzie lekki zarost. 
-  Jak długo tu jesteś? 
Obrzucił mnie wyniosłym spojrzeniem. 

-  Opłucz go i umyj szamponem. Ja muszę wracać do pracy. 
-  Możesz  mi  pomóc?  Boję  się,  że  wyskoczy.  -  Nie  podejrzewałam,  żeby  Jasper  się  dokądkolwiek  wybierał,  był  w  tej 

chwili całkiem załamany, po prostu czekał, aż dopełni się jego los. Nawet przysiadł w soku pomidorowym. Maleńki mięsień 
drgnął na twarzy Reyna, ale chłopak został. Spłukałam Jaspera i wyjęłam korek. Później natarłam psa końskim szamponem. 

-  O, Reyn, tu jesteś! 

Odwróciłam  się  i  zobaczyłam,  że  Neli  idzie  przejściem.  Wyglądała  świeżo  i  była  odpowiednio  ubrana  w  robiony  na 

drutach wełniany sweter i sztruksowe spodnie wetknięte do kaloszy. Ja wyglądałam, jakbym całą noc im-prezowała, a potem 
myła śmierdzącego psa. Niedobrze. 

-  Szukałam cię - powiedziała Reynowi. 

Nie  miał  na  to  jakiejś  wielkiej  odpowiedzi.  Neli  odwróciła  się  i  zmierzyła  mnie  wzrokiem  od  góry  do  dołu,  radosna  i 

przyjacielska  jak  zawsze.  Udawałam,  że  się  nie  przejmuję  tym,  że  na  mojej  czarnej  koszulce  jest  czaszka  wybita  górskimi 
kryształami,  ani  tym,  że  moje  purpurowe  pumpy  z  wysoką  talią  idealnie  pasowałyby  do  Cirque  du  Soleil.  A  zresztą,  co  mi 
tam. 

-  Nastasyo, może odnalazłaś nowe powołanie! -Uśmiechnęła się, a mnie zesztywniały plecy. 

-  To znaczy? - spytałam. 

-  Psiego stajennego! - Roześmiała się lekko. - Wyglądasz profesjonalnie. 
Postanowiłam, że nie zleję jej z węża, ale w głębi duszy westchnęłam. 
-  Reyn,  zastanawiałam  się,  czy  mógłbyś  przyjść  mi  pomóc.  -  Neli  posłała  mu  swój  uśmiech  angielskiej  pokojówki, 

owijając sobie lok wokół palca. - Muszę wysiać wczesny szpinak. 

Zauważyłam,  że  robiła  to  już  wcześniej  -  starała  się  być  z  Reynem,  blisko  niego,  zmuszając  go,  żeby  pomagał  jej  we 

wszystkim. On najwyraźniej nie zdawał sobie z tego sprawy. 

Spodziewałam się, że Reyn się zerwie, mając taką wymówkę, ale pokręcił głową. 

-  Dokończę to, a potem Solis prosił, żebym zobaczył podkowę Titusa. 
-  Titus to koń? - spytałam bez prawdziwego zainteresowania. 

Neli uśmiechnęła się do mnie protekcjonalnie. 

-  Tak. Reyn jest naszym tutejszym specjalistą od koni. Ma wspaniałe siodło. 

background image

 

Zauważyłam. - Uśmiechnęłam się szeroko. Mięśnie twarzy Reyna napięły się, a Neli spłonęła rumieńcem, najwyraźniej 

zawstydzona. 

-  To termin jeździecki. 
-  Naprawdę? Myślałam, że chodzi o jego tyłek. 
Teraz  oboje  wyglądali  na  zbitych  z  tropu,  a  ja  zdobyłam  kilka  punktów  przewagi.  To  były  dwie  najbardziej  irytujące 

osoby,  jakie  kiedykolwiek  spotkałam.  Zasługiwali  na  siebie,  chociaż  na  myśl  o  nich  razem  urosła  mi  w  gardle  gula,  kiedy 
znowu  spłukiwałam  Jaspera.  Pochyliłam  się  i  powąchałam  psa.  Tylko  lekko  zalatywał  zapachem  skunksich  perfum.  Do 
zniesienia. 

-  Dobra,  stary,  ale  nie  rób  tego  więcej.  -  Wyciągnęłam  psa  z  wanny.  Mimo  mocnej  budowy  ważył  nie  więcej  niż 

piętnaście kilo. Postawiłam go na ziemi i czekałam... 

-  Och! - Neli odskoczyła, kiedy Jasper otrząsnął się energicznie, spryskując nas wszystkich wodą. 
Wytarłam dłonie w szorstki ręcznik i uśmiechnęłam się szeroko do Reyna, gdy Neli odwróciła się i niemal tupiąc, szła do 

wyjścia. 

-  Dzięki za pomoc - zagruchałam do niego. 

Patrzył na mnie przez sekundę, a potem, mijając mnie, skierował się na zewnątrz, w przeciwnym kierunku niż Neli. 

Oboje mnie wkurzali. 

********* 

 
 

River  i  Solis  najwyraźniej  doszli  do  wniosku,  że  jestem  lata  świetlne  od  tego,  żeby  poradzić  sobie  na  jakichkolwiek 

zajęciach,  więc  po  prostu  zagonili  mnie  do  roboty.  Moje  imię  zostało  wpisane  do  grafika  i  przez  ostatnich  kilka  dni 
walczyłam  z wszechobecnym ciężarem ogłupiającej nudy, czarnej rozpaczy i rosnącej desperacji, od której zaciska się pięści. 
To znaczy, celowo unikałam każdej czynności, jaką teraz miałam robić. Przez dziesiątki lat, o ile nie przez wieki. 

W  końcu  jednak  znalazłam  pracę,  którą  lubiłam  -  walenie  z  całej  siły  młotkiem.  Dzisiaj  Brynne,  Jess  i  ja  naprawialiśmy 

zniszczoną boczną ścianę wielkiej stajni, gdzie odbywają się zajęcia. Pomyślałam o tym, jak różni się ta czynność od tego, co 
robiłabym  z  Incym  i  Bozem  w  Londynie.  Może  planowalibyśmy  niesamowite  wakacje?  Chodzili  na  imprezy?  Odzyskiwali 
siły  po  szalonej  nocy?  Kaleczyli  taksówkarzy?  Wszystko  wydawało  się  bezsensowne.  A  tymczasem,  patrzcie,  naprawiam 
stajnię. Pożyteczne, co? 

-  Opowiedz mi o sobie, Brynne - powiedziałam, wycierając nos w rękaw koszuli. - Co cię tu sprowadza? 
Brynne  trzymała  w  górze  deskę,  żeby  Jess  mógł  ją  szybko  przymocować  gwoździami.  Później  będziemy  przybijać 

dokładniej. 

-  Przyjechałam  tutaj  z  dziesięć  lat  temu  -  odparła  Brynne.  Dzisiaj  ciasno  splecione  koczki  na  głowie  miała  zasłonięte 

kolorową chustką. Była elegancka i piękna, jak nastoletnia modelka, jak gepardzica. Gepardzica 

background image

 

w  kombinezonie  i  wściekle  zielonym  swetrze.  Uśmiechnęła  się  do  mnie  szeroko,  rozjaśniając  ponure,  szare  popołudniowe 
niebo.  -  Zwykle  po  jakimś  koszmarnym  zerwaniu  River  bierze  mnie  do  siebie,  rozwesela,  doskonali  kilka  umiejętności,  i 
kiedy czuję się dobrze, odchodzę. 

Przypomniałam sobie uwagę Reyna o zbłąkanym psie i postarałam się nie skrzywić. 

-  Hę? Jakie umiejętności? Wzruszyła ramionami. 

 

-  Uważaj, Jess, tam jest drzazga. Oj, nic takiego. Ma-gyia, gotowanie, uprawa roślin, wszystko. Któregoś roku pomogłam 

River  odmalować  mnóstwo  pokoi.  Kiedy  indziej  skupiłam  się  na  pieczeniu.  Albo  nie  robiłam  nic,  tylko  uczyłam  się  o  magyi 
kamieni i kryształów. A raz... och, pamiętasz, Jess? Przyjechałam tutaj i nauczyłam wszystkich tańczyć hip-hop. - Roześmiała 
się, odrzucając głowę do tyłu, a na tle nieba zarysował się brązowy kontur jej szyi. 

Jess prychnął, z palcami w buzi. Najwyraźniej nie był wielbicielem hip-hopu. 

-  Ile masz lat? Jeśli wolno spytać. 

-  Och. - Brynne zastanawiała się przez chwilę. -Dwieście trzydzieści cztery. Nieźle. - Znowu się uśmiechnęła. Wyglądała 

może na osiemnaście. 

-  Jak poznałaś River? - Może to niegrzeczne tak ją wypytywać. Nie wiedziałam. 

Dobra. - Jess skinął na mnie i wskazał na deskę. Przytrzymałam gwóźdź i wbiłam go młotkiem. Najlepsza. Robota. Pod 

słońcem. 

Brynne przestała się uśmiechać. 

-  Wściekłam się na takich jednych i ich podpaliłam. Zamrugałam, jeszcze raz powtarzając sobie te słowa 

w  głowie.  Czy  ona  to  powiedziała?  Jess  nawet  nie  uniósł  wzroku.  Stwierdziłam,  że  pozwolę  sobie na spontaniczną reakcję. 
Szczęka mi opadła. 

-  Co  takiego?  -  Zabawne,  nie  wyglądała  na  psycho-patkę...  Niechętnie  pomyślałam  o  kilku  swoich  wybrykach. 

Przypomniałam sobie taksówkarza, ofiarę Incy'ego, i wzięłam kolejny gwóźdź. 

-  To  nie  był  prawdziwy  ogień  -  wyjaśniła  Brynne,  opierając  się  o  deskę,  żeby  ją  przytrzymać.  -  Tak  naprawdę  ich  nie 

spaliłam.  Ale  chciałam  śmiertelnie  przestraszyć  i  to  zrobiłam.  W  każdym  razie,  River  przechodziła  uliczką...  to  było  we 
Włoszech,  może  w  1910?  1915?  Przed  I  wojną  światową.  Widziała,  że  ewidentnie  nadużywam  magyi,  podeszła  do  mnie  i 
porozmawiała ze mną. 

-  I tak po prostu tu przyjechałaś? 
-  O, nie. Pobiłam ją. 

Jess zachichotał i podał mi kolejny gwóźdź. 

-  Ale w końcu przyjechałam. Pierwszy raz w 1923 roku, po wojnie. 
-  Skąd jesteś? 
-  Z  Luizjany.  Moja  matka  była  niewolnicą  z  Afryki.  Z  Angoli.  Ojciec  był  białym  właścicielem  ziemskim.  Ha!  Spróbuj 

być nieśmiertelnym niewolnikiem. Przerąbane. 

background image

 

Skończyłam z tą deską i wyciągnęłam kolejną do góry, żeby Brynne ją przybiła. 

-  Co się stało? - To była niezła historia. 
-  Oczywiście  mój  ojciec  się  zorientował,  że  mama  jest  nieśmiertelna.  Czekali,  czekali,  aż  umrze  jego  żona,  a  później 

razem  uciekli.  Sprzedał  plantację,  wszystkich  uwolnił.  -  Roześmiała  się.  -  Nadal  są  razem.  Mam  dziesięcioro  rodzeństwa. 
Może niektórych poznasz, wpadają od czasu do czasu. 

Podałam  jej  gwóźdź,  rozmyślając  nad  tym,  co  usłyszałam.  Nie  znałam  wielu  szczęśliwych  par  nieśmiertelnych,  ale 

najwyraźniej ta taka była. I sprowadzili na świat jedenaścioro nieśmiertelnych. Wydawało się to dziwne: matka przez całe lata 
rodzi  dzieci,  a  ty  masz  rodzeństwo,  o  sto  lat  starsze  od  ciebie.  Poznałam  kilkoro  takich.  Między  moim  rodzeństwem  była 
różnica roku albo dwóch, nie wiem dlaczego. 

-  A ty? - spytałam w końcu Jessa. 
-  Nie będę o tym mówił - powiedział grobowym głosem i przyłożył kolejną deskę. 

Jak tak, to tak. 

-  A  wiecie  coś  o  innych?  -  rzuciłam  od  niechcenia.  -Na  przykład  o  Lorenzu  czy  Neli?  Albo  o  Reynie?  -  Oj,  tak,  jestem 

subtelna. Bardzo subtelna. 

-  Sami  mogą  o  tym  opowiedzieć.  -  Brynne  wzruszyła  ramionami.  -  Lorenz  ma  około  stu  lat  i  oczywiście  pochodzi  z 

Włoch.  Jego  rodzina  chyba  przyjaźniła  się  z  rodziną  Reyna.  Neli  jest  Angielką  i  stuknęła  jej  dopiero  osiemdziesiątka,  czy 
jakoś  tak.  O  Reynie  nie  wiem  za  wiele.  Wydaje  mi  się,  że  mówił,  że  ma  dwieście  sześćdziesiąt  lat.  Albo  coś  koło  tego.  A 
jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej, musisz z nimi porozmawiać. 

Skinęłam głową. 

-  A ty? - zagadnął Jess. Jego głos brzmiał jak chrzęst przy potrząsaniu pudełkiem zardzewiałych gwoździ. 
W  pierwszej  chwili  chciałam  mu  odpowiedzieć  tak  jak  on  mnie  -  nie  będę  o  tym  mówić.  Ale  przyjechałam  tu,  żeby 

dorastać i uczyć się kochać siebie, prawda? 

-  Jestem starsza. 
-  Dobra. - Brynne się uśmiechnęła. - Ile masz lat? Skąd jesteś? Opowiedz swoją historię? 
W  jednej  chwili  znów  przygniotła  mnie  moja  ciemna  przeszłość  i  nie  mogłam  tam  wejść,  nie  mogłam  się  niczym 

podzielić, nie mogłam tak zwyczajnie odpowiedzieć i prowadzić rozmowy. 

Spojrzałam na Brynne i domyśliłam się, że dostrzegła coś w moich oczach, bo jej twarz złagodniała. 

-  W porządku. - Poklepała mnie po ramieniu. - Niektóre ścieżki są dłuższe i ciemniejsze niż inne. 

Skinęłam w milczeniu głową. Niektóre ścieżki prowadzą prosto do piekła. 

********* 

 

Kolację przygotowywały różne grupy, zwykle dwie osoby, czasem trzy. Inni sprzątali. Prawie co wieczór po kolacji ludzie 

szli na spacer, nawet jeżeli padało czy wiało. Ja czasami też musiałam iść, chociaż nie cierpiałam być na dworze w ciemności. 

background image

 

Jednak w towarzystwie innych wydawało się to mniej groźne. Trzymałam się w środku. W razie gdyby coś nas zaatakowało, 
musiałoby się przedrzeć przez gromadę, żeby się do mnie dostać. 

No, gdybym kierowała się wyłącznie rozsądkiem, to by mnie tu nie było. 

-  Czy  nie  było  o  tym  filmu?  -  zagadnęłam  kilka dni później, kiedy obierałam górę ziemniaków. Wykopałam te pieprzone 

ziemniaki  dwa  dni  temu  i  paskudny  zapach  suchej  ziemi  ciągle  trzymał  się  moich  dłoni.  Niestety  nie  każde  zajęcie  jest  tak 
satysfakcjonujące jak wbijanie gwoździ. - Nagle zamienię się w eksperta od karate? 

-  Tak. Cały czas mieliśmy taki sekretny plan. - Asher, który płukał jarmuż obok mnie, uśmiechnął się. 
-  Jesteś  tu  nauczycielem.  Więc  jak  to  możliwe,  że  cały  czas  wykonujesz  przyziemne  prace?  Nie  osiągnąłeś  jeszcze 

nirwany? Nie doceniasz każdej chwili, myjąc jarmuż? 

-  Au contraire, mon petit chou. Wręcz przeciwnie. Doceniam. Ale ważne, żeby zrozumieć, że nie jest tak, że zrobisz x, y, z 

i wtedy zyskasz szczęście, i będziesz mógł się relaksować przez resztę swojego długieeego życia. 

Jego  poczucie  humoru  zaskoczyło  mnie  i  uświadomiłam  sobie,  że  River  też  je  ma.  Właściwie  często  słyszałam  żart  albo 

śmiech dobiegający z ogrodu, dziedzińca czy korytarza. Oczywiście, poza wyobraźnią nie widziałam 
jeszcze, żeby Reyn zdobył się na uśmiech, ale nie mogłam się tego doczekać. 

-  Jak to? - spytałam. - To znaczy... nigdy nie stanę się lepsza? 
-  Nie, nie, źle mnie zrozumiałaś - odparł Asher. Położył kolejną kupkę czystego jarmużu na blacie i zanurzył następną w 

zlewie. - To nie jest jak wchodzenie pod górę: zaliczasz szczyt, schodzisz i nigdy więcej nie musisz się wspinać. 

Cholera. 

-  Muszę wdrapywać się znowu? 
-  Nie. - Zakręcił wodę, wytarł ręce w ścierkę i spojrzał na mnie. - Tylko po prostu, kiedy już wejdziesz na górę, dociera 

do ciebie, że widok jest tak wyjątkowy, że chcesz go oglądać cały czas. 

-  Pogubiłam się. - Pokręciłam głową. - Zostawmy wspinaczkową metaforę. Wyłóż mi to wprost. 
-  Nikt  z  nas  tutaj  nie  postanowił  pewnego  dnia,  że  chwyci  się  dobra,  światła  i  zostawi  ciemność  na  zawsze  -wyjaśnił 

cierpliwie  Asher.  -  To  nie  jest  decyzja,  którą  podejmuje  się raz. Rodzimy się jako Terdvd,  ale nie musimy nimi zostać. Tdhti 
można się stać, ale kiedy się to osiągnie, łatwo można stracić. 

Nadal byłam wstrząśnięta tym, z jaką łatwością się tu o tym mówi. 
-  Bycie „dobrym", a przez dobro rozumiem nie ciemnym, nie złym, ale nie wbrew sobie, rozumiesz? 

Skinęłam głową. 

-  Trzeba  ciągle  się  decydować  na  to,  żeby  być  dobrym,  codziennie,  w  ciągu  dnia,  do  końca  życia  -  powiedział  Asher.  - 

Dzień  składa  się  z  tysiąca  decyzji,  czasem  błahych,  czasem  ważnych.  Podejmując  każdą,  masz  okazję  przybliżać  się  do 
światła albo zanurzyć w ciemności. 

-  Oj ej ku - jęknęłam. - Ja wcale nie chcę być aż taka dobra! 

Jego twarz rozjaśnił uśmiech. 

background image

 

-  Zdradzę  ci  coś  w  tajemnicy.  Nikt  z  nas  nie  podejmuje  zawsze  jedynie  słusznych  decyzji.  Nawet River, a jest najlepszą 

osobą, jaką znam. 

-  W takim razie po co dążyć do czegoś, czego się nigdy nie osiągnie? 
-  Osiąga  się  wiele  innych  rzeczy  -  odparł  Asher.  -Wiele  drobnych  rzeczy.  Celem  życia  nie  jest  to,  żeby  ciągle  być 

dobrym. Trzeba być na tyle dobrym, na ile się da. Nikt nie postępuje właściwie przez cały czas. Zycie jest inne. 

Kuchenne  drzwi  się  otworzyły  i weszło kilka osób -Lorenz, Neli, Anne... i bóg wikingów. Oczywiście widywałam Reyna 

codziennie,  a  po  naszym  wspólnym  epizodzie  z  kąpaniem  psa  miałam  pecha  pracować  przy  nim  albo  obok  niego  przy  kilku 
innych  okazjach.  Odzywał  się  tylko,  kiedy  go  pytano,  nigdy  się  nie  uśmiechał,  nigdy  nie  śmiał  -  krótko  mówiąc,  był 
nieprzystępny, zimny i drażniący jak kolec w tyłku. 

Ciągle wydawał mi się znajomy, ale nie wiedziałam czemu. Im więcej na niego patrzyłam, tym bardziej był irytujący, tym 

bardziej nieprzystępny - jak na ironię losu, moja psyche postanowiła uznać go za atrakcyjniejszego od wszystkich osób, które 
znałam.  To  mnie  zaskoczyło.  Reyn  nie  dał  mi  nic,  na  czym  mogłabym  się  oprzeć,  najmniejszego  znaku  jakiegokolwiek 
zainteresowania.  Ale  ciągnęło  mnie  do  niego,  jakbyśmy  się  znali,  jakby  łączyła  nas  przeszłość.  Przez  przerażającą  minutę 
zastanawiałam  się,  czy  nie  żyliśmy  razem  w  przeszłości,  na  przykład  w  innym  wcieleniu,  ale  po  chwili  uświadomiłam  sobie, 
że myśl o więcej niż jednym nieśmiertelnym życiu jest... tylko nie to. 

A  jednak  nie  mogłam  go  znieść  -  nie  miał  ani  jednej  cechy  godnej  podziwu,  poza  całkowitym,  nudnym  oddaniem dobru. 

W  porządku,  powiedzmy  po  prostu,  że  nie  miał  ani  jednej  cechy  godnej  podziwu.  Był  najbardziej  denerwującym, 
powściągliwym, upartym, świętoszkowa-tym, mrukliwym dupkiem, jakiego kiedykolwiek poznałam. A jednak każdej nocy w 
moim  twardym  wąskim  łóżku...  tęskniłam  za  nim,  jakbym  kiedyś  go  miała  i  kiedyś  chciała  go  z  powrotem.  Płonęłam  dla 
niego, wyczekiwałam, żeby do mnie przyszedł, tęskniłam za jego dotykiem, pragnęłam go pocałować, sprawić, żeby ta fasada 
pękła, żeby stracił swój chłód, zaczął oddychać szybciej. 

To  znaczy,  ogólnie  większości  mężczyzn  nie  lubię  i  mają  dla  mnie  bardzo  ograniczone,  krótkoterminowe  zastosowanie. 

Reyn  zalazł  mi  za  skórę  i  odczuwałam  wewnętrzny,  intensywny pociąg ku niemu, bez względu na to czy tego chciałam, czy 
nie. 

-  Nastasyo? - Asher patrzył na mnie. Wszyscy na mnie patrzyli. 

Wzięłam wdech, chwyciłam ziemniaka i zaczęłam go energicznie obierać. 

-  Wytłumacz całą tę kwestię dobra i zła raz jeszcze. Inni się roześmiali, z wyjątkiem Reyna, i odwrócili się 

do wyjścia, z uśmiechami i ze zdrowymi rumieńcami na policzkach. Neli przystanęła w progu. 

-  A, Reyn? Drzwi mi się zacinają. Mógłbyś na nie rzucić okiem? - Posłała mu jeden ze swoich uśmiechów, cała słodka i 

milusia. 

Reyn skinął głową i ruszył za nią. 

-  Reyn? - odezwał się Asher, zatrzymując go w pół kroku. 
-  Tak? - Ton Reyna był pełen szacunku, nie ciepły, ale też nie pogardliwy, jakim zwracał się do mnie. 
Neli zatrzymała się, ale Asher pokazał, że może iść. Po chwili wahania uśmiechnęła się i wyszła. 

background image

 

-  Opisałem nasze poszukiwanie jako nieustanną serię decyzji w ciągu dnia, w ciągu życia - powiedział Asher. - 

Starałem  się  wyjaśnić,  że  nikt  z  nas  nie  jest  doskonały,  nikt  nie  może  zdecydować,  że  będzie  wybierał  dobro  za  każdym 
razem, bez potknięć. Mówiłem, że nie na tym polega życie. Możesz wyłożyć to inaczej, żeby pomóc Nasta-syi zrozumieć, o 
co chodzi? 

Och,  tak,  proszę,  wyłóż  to  Nastasyi,  pomyślałam  perfidnie,  a  później  w  duchu  walnęłam  się  w  głowę.  No  i  mam  -  nie 

wybieram dobra, teraz, tutaj. Jestem beznadziejna. 

Reyn wyglądał na przerażonego, przez co poczułam się trochę lepiej. Nie lubił przebywać w pobliżu mnie nie mniej niż ja 

w pobliżu niego. 

-  Jak ci idzie poszukiwanie? - spytałam nonszalancko, wyrzucając obierki do zlewu. 
Wyglądał  wprost  niewiarygodnie,  z  włosami  zmierzwionymi  przez  wiatr,  rozpalonymi  oczami,  twarzą  lekko 

zarumienioną.  Ledwie  się  powstrzymałam,  żeby  nie  powalić  go  na  ziemię  i  nie  wejść  na  niego  na  oczach  Ashera.  Gdybym 
najpierw zdzieliła go patelnią, może za bardzo by się nie opierał... 

-  Ciężko - mruknął Reyn. - To najtrudniejsza rzecz, jaką w życiu robiłem. To nieustanna walka. Na śmierć i życie. 

Asher wydawał się bardzo zaskoczony. 

Reyn zwykle się nie poddawał, więc ze zdziwieniem patrzyłam na niego. Zrozumiałam, że chodzi o życie albo śmierć, ale 

można by myśleć, że będzie bardziej zadowolony, walcząc w dobrej sprawie. 

-  A dlaczego próbujesz? - Nie mądrzyłam się, naprawdę chciałam wiedzieć. 
Milczał. Pomyślałam, że zostawi mnie bez odpowiedzi. A jednak odpowiedział. 
-  Bo nie próbować to jakby przyznać, że wygrała druga strona. Nie próbować to chwycić się śmierci i wiecznej 

ciemności. A w niej kryje się szaleństwo, rozpacz i niekończący się ból. 

Asher i ja staliśmy z szeroko otwartymi oczami. 

-  O, hm - bąknęłam. 
Reyn miał nieprzenikniony wzrok. Wyszedł z kuchni, nie mówiąc więcej ani słowa. 
Spojrzałam na Ashera. Wyglądał na zamyślonego, może zmartwionego. 
-  To fajny chłopak - powiedziałam. 

Asher podrapał się po brodzie i zostawił mnie samą z ziemniakami, żebyśmy walczyli razem. 

Rozdział 11 

Masz zamiar zostać? Łagodne pytanie River przerwało mi w połowie składanie czystych ścierek do naczyń. 

Otworzyłam usta, żeby powiedzieć: „Nie, po prostu mogę", ale słowa nie wyszły z moich ust. 

Bycie  tutaj  nie  oznaczało  totalnych  wakacji,  ale  kiedy  się  nad  tym  zastanowiłam,  nie  czułam  też  rozdzierającego  bólu  przez 
cały  czas.  A  przebywanie  w  Londynie  czy  Bostonie  było  bolesne.  Czułam  się  tam,  jakbym  umierała,  jakbym  już  nie  żyła. 
Inaczej niż tutaj. 

background image

 

Oczywiście nadal się zastanawiałam, co robią teraz Incy i reszta, czy za mną tęsknią, czy się martwią. Nigdy wcześniej nie 

znikałam  tak  nagle,  nie  tak  zupełnie.  To  znaczy,  wymykałam  się  z  miasta,  zostawiałam  liściki  jak:  „Spotkaj  się  ze  mną  w 
Konstantynopolu",  i  inne  takie,  ale  tym  razem  usiłowałam  zmyć  się  z  powierzchni  ziemi.  Jak  na  to  zareagowali?  Zadrżałam 
pod wpływem niespodziewanego dreszczu. 

Moje  życie  zmieniło  się  zupełnie,  pod  każdym  względem.  Czy  nie  tego  chciałam?  Budziłam  się  każdego  ranka  na  czas, 

żeby  zobaczyć  pierwsze  rześkie  promienie  świtu,  skradające  się  znad  odległego  wzgórza.  Ścieliłam  łóżko  -przynajmniej 
naciągałam  koc  -  ubierałam  się  i  szłam  na  dół.  Czasami  zostałam  wyznaczona  w  grafiku  do  przygotowywania  śniadań. 
Czasem musiałam robić coś innego, na przykład zbierać jajka, zamiatać ganek albo nakrywać do stołu. 

Poranki  miałam  wypełnione  pracą,  zwykle  z  nauczycielem  albo  jednym  lub  dwoma  bardziej  zaawansowanymi 

studentami:  Daisuke,  Charlesem  czy  Rachel.  Czasami  zadawali  mi  pytania,  na  które  starałam  się  odpowiedzieć;  czasami 
mówili  o  rzeczach  przypadkowych  i  dopiero  później uświadamiałam sobie, że przeprowadzili Ważną Lekcję Życia numer 47 
czy coś takiego. 

Teraz  znałam  już  wszystkich  po  imieniu,  wiedziałam,  skąd  przyjechali,  gdzie  są  ich  pokoje,  od  jak  dawna  tu  mieszkają. 

Jess  miał  tak  naprawdę  dopiero  sto  siedemdziesiąt  trzy  lata.  Ale  zaliczył  gorsze  popijawy  niż  ja  i  to  była  jego  piąta  próba 
zakotwiczenia  się  w  tym  domu.  Nigdy  nie  widziałam,  żeby  ktoś  tak  młody  wyglądał  tak  staro:  szary,  szpakowate  włosy, 
pomarszczona twarz, nos pokryty popękanymi naczynkami krwionośnymi. Kiedy ostatnio był na wolności, upił się i zderzył z 
kimś  na  rowerze.  Rowerzysta  nie  umarł,  ale  Jess  wyznał,  że  wina  przygniatała  go  jak  półtonowy  ciężar.  Miał  za  co 
pokutować. Tak jak ja. 

Rachel  -  zwykle  dość  poważna  -  czasami  potrafiła  być  nieziemsko  zabawna.  Rozśmieszała  nas  niesamowitymi 

opowieściami o tym, co robiła w latach dwudziestych. 

Anne,  nauczycielka  tak  jak  River,  Solis  i  Asher,  była  radosna,  uśmiechnięta  i  zawsze  się  śpieszyła.  I  lubiła  fizyczną 

bliskość  -  chwytała  mnie  za  rękę,  kładła  komuś  dłoń  na  ramieniu,  głaskała  River  po  plecach.  Wyrobiłam  się  na  tyle,  że  już 
się  na  to  nie  krzywiłam.  Miała  trzysta  cztery  lata  i  swój  młodzieńczy  wygląd  przypisywała  „temu  czystemu  życiu",  na  co 
inni nauczyciele prychali, a wtedy ona wybuchała śmiechem. 
Owszem, stanowili szczęśliwą gromadę. Lorenz i Charles byli dość mili, całkiem interesujący. Nie włożyłam zbyt wiele 
energii w to, żeby ich poznać, bo pewnie nie zabawię tu długo, ale niczym mnie nie wkurzyli. Lorenz rzeczywiście pochodził 
z Włoch. Czarne włosy, błękitne oczy i cudowny rzymski profil sprawiały, że wyglądał jak postać ze starożytnej mozaiki. Był 
nieco głośny, ekspresywnie wyrażał emocje. Charles urodził się w Irlandii i nadal mówił z lekkim akcentem, jak większość z 
nas, ale mieszkał na południu Ameryki od dwustu lat. Gej, z rudymi włosami, zielonymi oczami i piegami. Udawało mu się 
wyglądać schludnie i elegancko, nawet kiedy wyrywał chwasty czy doił krowy. Brynne, jak już wspomniałam, wyglądała jak 
modelka - wysoka, szczupła i wdzięczna, z piękną, symetryczną twarzą. Jak Lorenz, niewiarygodnie pełna życia, niczym 
mimoza. Sprawiała wrażenie bardzo rozsądnej - kiedy pieczony kurczak zajął się ogniem, po prostu posypała go solą. A przy 
tym nie straciła jednego słowa z historii, którą opowiadała. 

background image

 

Reyn  był  sobą.  Neli  ciągle  wychodziła  ze  skóry,  żeby  być  przyjacielska  i  pomocna,  ale  wystarczyła  mniej  więcej  minuta, 

żeby  się  zorientować,  że  to  bardzo  fałszywe  i  na  pokaz.  Zwłaszcza  wobec  Reyna.  Dotarło  do  mnie,  że  Neli  jest  wilkiem  w 
owczej  skórze,  ale  najwyraźniej  nikt  inny  tego  nie  zauważał.  Nikt  też  nie  dostrzegł,  jak  bardzo kocha się w Reynie. Dawała 
subtelne  sygnały,  ale  nie  na  tyle,  żebym  tego  nie  wyłapała.  Pozornie  słodziutka  -  cała  w  uśmiechach  i  chętna  do  pomocy, 
ciężko pracowała, poważnie podchodziła do nauki i do wszystkich odnosiła się miło. 

Ale pod tym wyczuwałam jej cichą obsesję na punkcie Reyna, który traktował ją jak rozpieszczonego pieska 

salonowego.  On  uważał,  że  są  przyjaciółmi,  współpracownikami,  bo  był  tępym,  nieświadomym  dziwakiem.  Ona  chciała 
zniknąć  z  nim  w  zachodzie  słońca  Tahiti  i  mieć  go  dla  siebie  dosłownie  na  zawsze.  Bez  przerwy  widziałam,  jak  kombinuje, 
żeby  oboje  zostali  wyznaczeni  do  tego  samego  zadania  i  pracowali  razem.  Prosiła  go  o  pomoc  w  nauce  i  robiła  przeróżne 
małe podstępy, których on nie zauważał. 

Ludzie  zwykle  albo  mnie  uwielbiali  albo  szczerze  nienawidzili,  a  Neli  najwyraźniej  zaliczała  się  do  tej  drugiej  kategorii. 

Nie wiedziałam, czy rzeczywiście mnie nienawidzi, ale jeżeli widziała, że ja i Reyn pracujemy razem, miała taki wzrok, jakby 
chciała zamienić mnie w kamień. Jednak to spojrzenie w mgnieniu oka znikało. 

Dni zaczęły być interesujące. 

Zdawałam sobie sprawę, że River czeka na odpowiedź. 
Chciałabym  móc  powiedzieć:  „Tak!  Uwielbiam  to!  Niech  będzie!  Jestem  tu  sercem  i  duszą  i  jestem  gotowa  na  zmiany!" 

Ale nie mogłam. 

-  Uh,  może  zdołam  strawić  jeszcze  tydzień.  -  Tylko tyle  z  siebie  wydobyłam  i  spodziewałam się, że w takim razie River 

poprosi mnie, żebym wyjechała. 

-  To wystarczy - odparła i pocałowała mnie w policzek. 

Zostałam rzucona na deski. Nie mogłam się powstrzymać i dotknęłam miejsca, które pocałowała. 

-  Ostatnia  sprawa  -  powiedziała,  a  ja  uniosłam  brwi.  -Potrzebne  ci  inne  ubrania.  -  Rozejrzała  się  po  moim  pokoju  z 

nieskrywaną  ciekawością.  -  Jakieś  normalne  dżinsy,  sztruksy.  Bielizna.  Skarpety.  Grube  koszule,  wełniane  swetry,  grube 
rękawice. Lżejsze kozaki albo buty robocze. Tenisówki. Klapki. Coś ciepłego do spania. - Trąciła czubkiem buta moją szafę. 
- Masz tu coś takiego? 

Pomyślałam  o  upchniętych  tam  obdartych,  niepasu-jących  do  siebie,  w  większości  czarnych  ciuchach,  drogich 

designerskich ubraniach, których nie szanowałam, tanich punkowych koszulkach i niechlujnych sukienkach. 

-  Tak, chyba masz rację - mruknęłam ponuro. - Bo najwyraźniej szykuje mi się dużo pracy na dworze. 
-  Zgadza  się.  -  River  uśmiechnęła  się  promiennie.  -Na  pewno  ktoś  niedługo  będzie  jechał  do  miasta,  to  zabierze  cię  na 

zakupy. 

 

********* 

Następnego  dnia  późnym  rankiem  -  mówiąc  „późnym",  mam  na  myśli  jakąś  cholerną  dziewiątą  -  zamiatałam  długą 

wejściową  klatkę  schodową  i  usiłowałam  sobie  przypomnieć,  jak  leciała  piosenka  w  filmowej  wersji  Kopciuszka  Disneya.  I 

background image

 

rozmyślałam  nad  tym,  jak  bajka  o  Kopciuszku,  a  w  zasadzie  większość  bajek,  zmieniła  się  przez  lata.  Zostały  wygładzone, 
przerobione  na  mniej  straszne  i  ze  szczęśliwszymi  zakończeniami.  Z  kryształowym  pantofelkiem  i  błędem  w  przekładzie  to 
cała  historia.  Najpierw  słyszałam,  że  jej  pantofelek  był  z  veir,  zwierzęcej  skóry.  Przetłumaczono  to  na  angielski  jako  verre, 
szkło.  No  i  macie.  Teraz  zamiatałam  i  nuciłam  piosenkę  myszy  z  filmu.  Pomyślmy  tylko,  jak  moje  życie  zubożało  pod 
względem rozrywek. Dobrze. Cholernie zubożało. 

-  Poprowadzę. - Z dołu, z głównego holu rozległ się radosny głos Neli. Jej jasnobrązowa głowa pojawiła się przy poręczy 

schodów. 

-  Ja mogę jechać - powiedział Reyn stojący obok niej. Stwierdziłam po raz kolejny, że jest bogiem wikingów, 

Odinem, bogiem straszliwym. 

Neli wdzięcznie wydęła wargi, a mnie diabeł chwycił za gardło. 
Zdecydowanie pozwól mu prowadzić, Neli! - krzyknęłam z góry. - On ma kutasa. To zasadnicza różnica. 
Jej  błękitne  oczy  otworzyły  się  szeroko  i  spojrzały  na  mnie  z  dołu.  Z  początku  jakby  zastanawiała  się  nad  moją 

bezczelnością - a później z irytacją, kiedy zorientowała się, że Reyn też na mnie patrzy. 

Byłam znudzona. Czas trochę namieszać. 

-  To znaczy, przy prowadzeniu nie ma różnicy - dodałam, zamiatając z zapałem. - Jasne. Ale w innych kwestiach. Sikanie 

na stojąco i tak dalej. 

-  Do czego zmierzasz? - spytał Reyn spiętym tonem. 

-  Właściwie  do  niczego.  Po  prostu  lobbuję  za  twoim  prawem  do  prowadzenia.  Chyba  osiągnąłeś  odpowiedni  wiek?  Ile 

masz  lat?  Trzydzieści?  -  W  zasadzie  dałabym  mu  ze  dwadzieścia,  dwadzieścia  dwa.  Gdyby  nie  te  jego  niesamowite  oczy. 
Wyglądały jak u kogoś z kilkoma setkami na karku. 

Nie powiedział nic, a Neli zmarszczyła czoło. 

-  Ma dwieście sześćdziesiąt siedem lat. Ja osiemdziesiąt trzy. A ty? - Mówiła z ostrym brytyjskim akcentem. 
-  Jestem  starsza.  -  Zeszłam  o  stopień  niżej  i  nadal  zamiatałam.  Zrobiłam  z  tego  prawdziwą  sztukę:  jedno  szerokie 

pociągnięcie w poprzek, potem dwa krótkie wzdłuż, żeby dostać się do każdego rogu. Niby jak to miało zbawić moją duszę? 
Chodziło o to, żebym pozamiatała sobie drogę do zbawienia czy co? 

-  Oj, dobrze, zdążyłam was jeszcze złapać! - zawołała River, idąc korytarzem z kuchni. - Jedziecie do miasta, prawda? 

-  Tak - powiedział Reyn. 

-  I Reyn będzie prowadził - wtrąciłam się. - Bo jest chłopakiem. 

River uniosła brwi. 

-  Ja  prowadzę,  bo  Neli  załatwiła  oba  zderzaki  w  ciężarówce  -  wyjaśnił  Reyn,  zdejmując  kurtkę  z  długiego  rzędu 

wieszaków przy drzwiach wejściowych. - I odrapała bok toyoty. I przebiła oponę w vanie. 

Neli rzuciła mi typowe dla niej mordercze spojrzenie i zaczęła się bronić. 
-  Przyzwyczajałam się do jeżdżenia drugą stroną drogi! Tutaj wszystko jest na odwrót! 

background image

 

-  Mieszkasz tu od dwóch lat - odparował Reyn, biorąc kluczyki. 
Neli  wyglądała  tak,  jakby  zaraz  miała  eksplodować,  a  ja  odniosłam  wrażenie,  że  gdyby  nie  River  i  Reyn,  obrzy-gałaby 

mnie jadem. Wzięła płaszcz z wieszaka i wsunęła ręce w rękawy. 

-  Tak,  dobrze.  -  River  wydawała  się  zdezorientowana.  -  Reyn  i  Neli,  ktokolwiek  prowadzi,  chciałabym,  żebyście 

podwieźli do miasta Nastasyę. Potrzebuje praktycz-niejszych ubrań. Możecie ją zabrać do Early'ego? 

Gdyby  Neli  wydała  z  siebie  wtedy  dźwięk,  byłoby  to  głośne,  przeraźliwe  skrzeczenie.  Ale  odwróciła  się  i  wyszła  bez 

słowa. 

-  Ja mam samochód - zauważyłam. - Sama się podwiozę. 

-  Oszczędzimy benzynę - odparła rozsądnie River. -Staramy się łączyć wyjazdy jak tylko się da. 

Reyn  i  ja  byliśmy  na  równi  niezadowoleni.  Nagle  dotarło  do  mnie,  że  to  może  być  niezła  zabawa:  ja  jako  piąte  koło  u 

wozu w tym wyjeździe, który Neli pewnikiem wykombinowała po to, żeby pobyć sam na sam z Reynem. Ze wstydem muszę 
przyznać,  że  wtedy  dokonałam  kolejnego  niewłaściwego  wyboru  na  ścieżce  do  dobroci.  Zbiegłam  po  schodach,  gotowa 
uprzykrzyć Neli dzień. 

No,  dobra,  właściwie  nie  ze  wstydem.  Z  poczuciem  tryumfu.  Ale  przecież  przyznałam,  że  to  złe,  więc  i  tak  zrobiłam 

postęp, nieprawdaż? 

********* 

Early  to  sklep  zaraz  obok  sklepu  Maclntyre'a.  Sprzedawano  w  nim  rzeczy  dla  farmerów,  narzędzia  ogrodnicze,  ubrania, 

zabawki, staroświeckie cukierki i wysokie, żłobkowane metalowe wsporniki do dachów Wszystko proste i bezpretensjonalne. 

-  Ciuchy  są  tam.  -  Reyn  wskazał  dział  sklepu.  -  Ja  muszę  kupić  jedzenie.  Przyjdę  po  ciebie,  jak  skończę.  -Nie  mógł 

mówić bardziej beznamiętnym tonem. 

-  Dziękuję.  -  Posłałam  mu  ciepły,  zachęcający  uśmiech.  -  Jesteś  taki  kochany  -  powiedziałam  słodko  i  zobaczyłam,  że 

źrenice mu rozbłysły. 

Twarz Neli wyglądała jak z marmuru. Dziewczyna ruszyła w kierunku przyborów kuchennych. 

Reyn patrzył na mnie przez chwilę, potem też się odwrócił i odszedł. 
Zachichotałam,  kiedy  zniknęli.  Znalazłam  się  przed  wieszakami  z  damskimi  ubraniami,  stosami  starannie  poskładanych 

dżinsów  na  stołach,  kupkami  swetrów  i  poczułam  się  onieśmielona.  Nie  mogłam  sobie  przypomnieć,  żebym  wcześniej 
kupowała  praktyczne  rzeczy.  Kiedy  byłam  biedna,  setki  lat  temu,  sama  robiłam  sobie  ubrania  -  siano,  surowy  len,  co  wy  na 
to? Ręcznie tkana wełna? Szał! 

Zanim  dorobiłam  się  pieniędzy,  nie  potrzebowałam  praktycznych  rzeczy.  Dawno  temu  wszystko  robili  dla  mnie  ludzie, 

którzy  przychodzili  do  domu.  Teraz,  chociaż  szalałam  z  radości  z  powodu  śmierci  gorsetów  i  spódnic  na  fiszbinach,  nie 
przywiązywałam  do  mody  zbyt  dużej  wagi.  Kiedy  brakowało  mi  ciuchów,  dzwoniłam  do  osobistego  asystenta,  żeby  mi 
przysłał  co  trzeba.  Od  dziesiątków  lat  nie  przejmowałam  się  tym,  co  do  czego  pasuje,  albo  czy  mam  odpowiedni  strój  na 
różne okazje. Nigdy nie martwiłam się, czy wyglądam w czymś ładnie i czy jest twarzowe. 

background image

 

-  Dupa  blada.  Dobra,  dam  radę  -  wymruczałam  do  siebie.  Jakim  trzeba  być  durniem,  żeby  nie  umieć  kupić  zwykłych 

ciuchów? Neli na pewno umiała. 

-  Do mnie mówisz? 

Przestraszyłam  się,  widząc  gotycką  nastolatkę  z  parą  dżinsów  w  ręce.  Wyglądała  dziwnie  znajomo  i  po  kilku  chwilach 

rozpoznałam w niej dziewczynę, która kiedyś sterczała pod tą starą apteką. Jej mocno obrysowane oczy zmrużyły się, patrząc 
na mnie. Włosy miała ufarbowane w szerokie pasemka brązu i zieleni. 

-  Nie. - Dałam nura w morze ciuchów. - Przepraszam. Gadam sama do siebie. 
-  Niezły sposób na zapewnienie sobie publiki - mruknęła pod nosem i przyłożyła dżinsy do talii. 
-  Więc...  tylko  przymierzasz?  -  spytałam,  żeby  nawiązać  rozmowę.  Wzięłam  parę  sztruksów  i  też  przytknęłam  sobie  do 

talii. Chyba za duże. Powinnam włożyć? - A potem co? 
 

-  Potem. Kupuję. To. - Twarz miała spiętą, czujną. Przewiesiłam sobie sztruksy przez ramię i wzięłam 

sweter. Granatowy. 

-  Granatowy pasuje do wszystkiego, no nie? 

-  Do cholery, coś z tobą nie tak? - spytała kategorycznie i odrzuciła dżinsy. 
Trzydzieści  sekund  później  zadźwięczał  dzwonek  nad  wejściem,  kiedy  wychodziła.  Nie  mogłam  powstrzymać  się  od 

śmiechu, ale to był śmiech zażenowania, ten, który oznajmiał, że jestem nie w sosie. 

-  Gotowa? - Odin Beznamiętny trzymał pięćdziesię-ciokilowy worek czegoś rolniczego na jednym ramieniu. 

Rozejrzałam się za Neli, ale gdzieś ją wcięło. 

-  Uh...  -  No  nieźle,  jak  widać,  to  miał  być  dzień  wielkiego  rozwoju  osobowości.  Teraz  to  zauważyłam.  Musiałam  się 

nieźle wysilić, żeby stąd nie wiać i nie znaleźć jakiegoś miłego baru. - Nie mogę się zdecydować, co wybrać. 

Zamrugał i westchnął, a później spojrzał na mnie z góry. Miałam na sobie prążkowane satynowe spodnie od Lacroix, teraz 

oczywiście  postrzępione  przy  kolanach.  Męski  niebieski  sweter  -  cholera  wie,  skąd  go  wzięłam  -spowijał  mnie  jak  całun. 
Apaszka,  w  zielono-białe  paski,  była  kilka  razy  owinięta  wokół  szyi.  Oczywiście  całość  dopełniały  moje  rozkoszne 
motocyklowe buty. Albo one, albo manolo w leopardzie cętki, bo chyba tylko te dwie pary zabrałam ze sobą na wygnanie. 

-  Nie zajmowałam się tym... setki lat.  - Roześmiałam się lekko, ale w środku czułam się niezdarnie i głupio.  -Dobrze, że 

halki mam z głowy. 

Reyn postawił ciężki worek i mniejszą torbę z zakupami. 
-  Jaki nosisz rozmiar? 
-  Hm,  buta?  Trzydzieści  sześć  -  powiedziałam.  -I  eskę,  pozostałe  rzeczy.  -  Ciągle  byłam  chuda  jak  patyk,  w  ogóle 

żadnych krągłości. Zwyczajnie od bardzo dawna nie przykładałam do tego żadnej wagi. 

-  Dobra.  -  Reyn  znów  westchnął  jak  cierpiętnik.  Zmierzył  mnie  kolejnym,  oceniającym  spojrzeniem  i  odwrócił  się  do 

stołu z dżinsami. Długimi palcami przeszukał stos, aż znalazł to, co chciał. Podał mi spodnie. - Przymierz te. Pewnie będziesz 
musiała podwinąć. - Wskazał przymierzalnię, oddzieloną zasłoną od głównej sali. 

background image

 

Przymierzyłam.  Leżały  jak  ulał.  Pasowały.  Po  prostu  na  mnie  spojrzał  i  trafił  w  odpowiedni  rozmiar.  Widać,  że  choć 

zachowuje  rezerwę  niczym  mnich,  ma  trochę  doświadczenia,  jeżeli  chodzi  o  kobiece  wymiary.  Kim  jest?  I  skąd?  Jaką  ma 
przeszłość? Byłam dość... zafascynowana. 

-  Pasują - oznajmiłam, wychodząc znów we własnych ciuchach. 

 

-  Weź  jeszcze  dwie  pary  dżinsów  i  dwie  pary  sztruksów  z  tego  rozmiaru  -  nakazał.  Przeszukiwał  koszule  i  już  zdążył 

zgromadzić mały stos wełnianych swetrów. 

Wkrótce  miałam  całą  masę  nowych  ciuchów  w  wózku.  Reyn  zaskoczył  mnie,  pokazując  mi,  jak  się  nosi  te  rzeczy  -

koszulka,  na  to  flanelowa  rozpinana  koszula  i  sweter.  Żadne  z tych ubrań nie było designerskie, modne ani nawet fajne, ale 
ciepłe,  mocne  i  wygodne,  a  dzięki  temu  o  wiele  lepiej  się  nadadzą  w  River's  Edge.  Oczywiście  nigdy  w  życiu  nie 
pokazałabym się w czymś takim w towarzystwie, ale przecież w tej chwili akurat unikałam towarzystwa. 

-  Byłeś kiedyś stylistą? - spytałam. - Lokajem? Reyn wsadził do wózka kilka opakowań skarpetek 

i znów zarzucił sobie worek na ramię prawie bez wysiłku. 

-  Nie. Zakładam, że masz bieliznę i różne takie. 
-  Eee... zamierzam jakąś kupić - wybrnęłam. Zacisnął zęby. 

-  Idź tam. - Wskazał. - Weź prostą, która się dobrze pierze. Nie jesteś tu po to, żeby uwodzić czy robić na kimś wrażenie. 

Spotkamy się przy kasie. Poczekam. 

-  Tak jest, sir! 

Nie było satynowej bielizny La Perlą z koronką ręcznej roboty. Wybrałam bawełnianą z obrazkami małych zwierząt, żab i 

małpek.  Ze  staników  wzięłam  drugie  najmniejsze  z  rozmiarówki,  jakie  udało  mi  się  znaleźć.  Nie  chciałam  przymierzać, 
pewnie  i  tak  ich  nie  włożę.  Znalazłam  ocieplaną  kamizelkę  i  puchową  kurtkę  -  ciepłą,  lekką  i  nadającą  się  do  prania,  w 
przeciwieństwie do mojej skórzanej kurtki od Roberto Cavalliego, która, co ciekawe, okazała się nieodpowiednia do pracy w 
ogrodzie. A ponieważ apaszki są dużą częścią mojej modowej tożsamości, wrzuciłam kilka do wózka z zakupami. 

Neli zjawiła się w chwili, kiedy wykładałam bieliznę, staniki i podkoszulki na ladę. Na końcu języka miałam 

prowokacyjne  słowa,  żeby  Neli  pomyślała,  że  Reyn  pomagał  mi  wybierać  bieliznę,  ale  ugryzłam  się  w  język.  Dzięki  czemu, 
co? Zło - 2, dobro -1? Czy do tej pory było już zło - 3? Dochodziło południe. Pewnie dotarłam już do: zło - 3. 

Zapłaciłam  za  wszystkie  swoje  rzeczy,  zadziwiona,  jak  mało  kosztowały.  Zwykle  wydawałam  dwa  czy  trzy  razy  tyle  za 

jedną parę butów. Były fantastyczne, ale jednak. 

-  Gdzie byłaś? - Reyn spytał Neli. 
Uśmiechnęła się, albo udawała, albo naprawdę odzyskała promienny wygląd. 
-  Niczego  stąd  nie  potrzebowałam,  więc  poszłam  do  sklepu  z  wełną.  -  Posłała  mi  jeden  ze  swoich  przyjacielskich 

uśmiechów.  -  Niedaleko  stąd.  Świetny.  Oprócz  wełny mają tam ręcznie dziergane rzeczy. Robisz na drutach? Zrobiłaś sobie 
tę apaszkę? 

-  Nie, niestety nie robię - odparłam, wkładając do wózka pełne torby. 

background image

 

Pomaszerowaliśmy  do  ciężarówki  i  wrzuciliśmy  zakupy  na  pakę.  Reyn  przewiązał  wszystko  elastyczną  liną  i  wsiedliśmy 

do  środka.  Neli  znów  przypilnowała,  żeby  znaleźć  się  między  nami.  Przyciskała  się  bokiem  do  Reyna,  a  ten  jakby  tego  nie 
zauważał. Rany, ależ on tępy. 

-  Uwielbiam robótki ręczne - oznajmiła Neli, kiedy znaleźliśmy się na drodze. 
Minęliśmy  sklep  Maclntyre'a,  gdzie  ojciec  łajdak  na  pewno  strofował  biedną  Meriwether.  Zapamiętałam  sobie,  żeby  tu 

wejść, jeżeli jeszcze będę w mieście. 

-  To bardzo uspokaja - ciągnęła Neli. - I daje rękom zajęcie. A na koniec, masz z tego coś pięknego i użytecznego. 
-  Hm. - Skinęłam głową. 
-  A  co  lubisz  robić?  -  spytała  celowo  niewinnym  tonem,  a  jej  twarz  się  rozjaśniła.  Liczyła  na  to,  że  nie  mam  żadnych 

harcerskich upodobań. 

Już  chciałam  walnąć  jakąś  nonszalancką  odpowiedź,  jak:  „łajdaczyć  się  i  pić",  ale  uderzyła  mnie  myśl,  że  właściwie  nie 

wiem,  co  lubię  robić.  Hobby,  umiejętności?  Czy  picie  się  liczy?  To,  że  mam  mocną  głowę?  Kiedyś  umiałam  szyć  -  niezbyt 
dobrze,  ale  na  tyle,  że  nie  musiałam  wkładać  worka  po  ziemniakach.  Od  czasu  do  czasu  gotowałam,  ale  to  dawne  dzieje. 
Lubiłam chodzić do muzeów i do kina, ale to raczej nie umiejętność. Potrafiłam jeździć konno. Czy ja kiedykolwiek robiłam 
coś dobrze? Czy byłam dumna z jakiejś umiejętności? 

Niezupełnie.  Niekonsekwentnie.  Konsekwentnie  starałam  się  jedynie  przeżyć.  I  oczywiście  nawet  to  nie  wychodziło  mi 

jakoś wybitnie. Dotarło do mnie, że miałam tyle czasu, tyle lat i... nie rozwinęłam się. Kiedy w końcu mogłam sobie pozwolić 
na to, żeby nie pracować, naprawdę przestałam pracować, nad wszystkim. Tak jak i moi przyjaciele. Po raz pierwszy czułam 
się  z  tego  powodu  zawstydzona.  Pamiętam  wernisaże  rzeźbiarzy,  którzy  uwalniali  życie  z  marmuru  przez  wiek  albo  dłużej, 
ucząc  się  cały  czas  u  różnych  mistrzów.  Kompozytorów,  muzyków,  którzy  mieli  więcej  niż  jedno  życie  na  to,  żeby 
doskonalić swój dar. Naukowców, którzy dokonywali „nagłego" odkrycia, po dziesiątkach lat eksperymentów i badań. Wyda-
je wam się, że facet wymyślił rzepy tylko dlatego, że nagle spojrzał na swojego psa?5 Nie. Dziś pracownicy muzeów kupują 
dzieła  współczesnych  artystów,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  mają  inne  ich  prace  z  ostatnich  trzech  wieków.  Ci  twórcy  się 
rozwijali, dorastali, zmieniali. 

Ja nie. 

                                                        

5

George de Mestral w 1948 roku po wycieczce w górach zobaczył na sobie i swoim psie przyczepione mieszki nasienne roślin. Zbadał je pod 

mikroskopem i odkrył, że za pomocą specjalnych haczyków trzymają się włókien i w ten sposób przenoszą się na żyzne tereny (przyp. red.). 
 

background image

 

 

Rzeczy, które nie ewoluują i się nie doskonalą, są martwe. 

Wyczułam  zuchwałe  wyczekiwanie Neli. Patrzyła szeroko otwartymi niebieskimi oczami. Reyn też czekał, chociaż wzrok 

miał skupiony na drodze, a silnymi dłońmi mocno trzymał kierownicę. 

-  Nie  wiem  -  zaczęłam  powoli  z nietypową dla siebie szczerością. - Nie jestem dobra w zbyt wielu rzeczach. W różnym 

czasie  robiłam  różne  rzeczy,  ale  właściwie  przy  niczym  nie  zostałam.  Ale...  mogę  się  nauczyć.  Myślę,  że  uczę  się  tutaj. 
Chyba. 

Reyn obrzucił mnie spojrzeniem swoich złotych, lwich oczu. 

-  Cóż - powiedziała Neli. - Tak, wybrałaś doskonałe miejsce na naukę. To wymaga jednak poświęcenia. I czasu. Jeszcze 

nawet nie zaczęłaś chodzić na prawdziwe lekcje, prawda? 

-  Są  lekcje,  których  można  nauczyć  się  wszędzie  -zacytowałam  Solisa  wzniosłe.  -  Uczę  się  doceniać  każdą  chwilę, 

zatrzymać się i poczuć każdą minutę, być w pełni tutaj, w teraźniejszości. 

Neli była niewzruszona, a Reyn parsknął śmiechem, który zamienił się w kaszel. W każdym razie, wydawało mi się, że to 

śmiech. 

-  Naprawdę musisz mieć właściwe podejście - odparła Neli, insynuując, że go nie mam. 
-  Hm - mruknęłam i wyjrzałam przez okno. 

 
Rozdział 12 

Wylądowałam  w  innym  wymiarze  istnienia  -  w  wymiarze  River.  Musiałam  na  nowo  nabrać  wielu  nawyków  i  nauczyć  się 
zasad  -  sprzątać  po  sobie,  bo  nie  było  służącej,  zmywać  po  posiłku,  zostawiać  buty  przed  drzwiami,  żeby  nie  nanieść  błota 
albo czegoś gorszego. 

Moje  praktyczne  ubrania  zniosły  pranie  o  wiele  lepiej  niż  kombinezon  od  Gaultiera.  I  kaszmirowy  sweter  -  po  suszeniu 

tak  się  skurczył,  że  okazał  się  w  sam  raz  dla  Jaspera.  Teraz  pies  z  dumą  paradował  w  jaskraworóżowym  wdzian-ku  od 
Chanel. Miałam nadzieję, że go nie zeskunksi. 

Nie było telewizji kablowej, jedynie garstka niewyraźnych programów lokalnych. River miała w gabinecie komputer; jeśli 

chciałeś z niego skorzystać, musiałeś się zapisać na kartce. Mnie nie był do niczego potrzebny. Dostawaliśmy codzienną 
lokalną gazetę, więc w przypływie ekstremalnej nudy czasami studiowałam najnowsze doniesienia o uprawach, czytałam, 
czyja krowa zaginęła, w czyją stodołę trafił piorun i który z nauczycieli wystartuje w wyborach do rady miasta. „London 
Times" był pełen wojen, skandali rządowych, aresztowań ważnych osób, ślubów ludzi z elit, wyników wyścigów. Wszystko 
działo się w zawrotnym tempie, aż obraz się zamazywał - pre-mierowie przychodzili i odchodzili, ludzie protestowali, a 
później się wycofywali. Tutaj zaś najmniejsze nieistotne mignięcie na ekranie było traktowane jak oszałamiająca wiadomość 
z ostatniej chwili. 

background image

 

 

Ludzie  River  zaczęli  uczyć  mnie  rzeczy,  których  nigdy  nie  chciałam  znać  -  nazw  gwiazd,  wzorów  ruchów  Słońca,  nazw 

drzew  i  roślin,  ptaków  i  zwierząt.  Jak  zbierać  zioła  i  wieszać  je,  żeby  ususzyć.  Jak  skupiać  się  na  płomieniu  świecy.  Joga. 
Medytacja - nienawidziłam jej. Ale za każdym razem, kiedy mój duch się buntował, co zdarzało się jakieś osiemdziesiąt razy 
dziennie,  zawsze  zdumiewało  mnie  to,  że  nie  zniosłabym  myśli,  żeby  zajmować  się  czymś  innym,  być  gdziekolwiek  indziej. 
Stawiałam  więc  temu  czoło.  Będę  robiła  to,  co  muszę,  dopóki  nie  znajdę  powodu, żeby wyjechać. Dopóki nie będę się bała 
wyjechać. 

Któregoś  ranka  miałam  zebrać  jajka  z  kurnika.  River  trzymała  około  trzydziestu  kur.  Biegały  swobodnie  po  ogrodzie, 

wydziobywały  owady  i  strasznie  mnie  wkurzały.  W  nocy  spały  na  grzędach  w  zamkniętych  kurnikach,  zabezpieczone  przed 
łasicami,  lisami,  jastrzębiami,  bezpańskimi  psami  i  różnymi  drapieżnikami.  Nasze  psy  oczywiście  nimi  gardziły,  ale  nigdy  ich 
nie atakowały. 

W każdym razie co rano jakiś biedny ciołek (dzisiaj ja) musiał babrać się w niskim kurniku, zawsze ciepłym, wilgotnym i 

śmierdzącym  pierzem,  trawą  i  kurzym  łajnem.  Nie  mogłam  się  w  nim  wyprostować  i  zanim  włożyłam  rękę  do  każdego 
gniazda, czasami pod zawziętą kurę, która nie chciała zejść z grzędy, umierałam od bólu pleców. 

-  Sio!  - krzyknęłam do brązowej kury. Kurczaki, wielkie i grube, z lśniącymi piórami i błyszczącymi oczami, wyglądały 

na  zdrowe  i  szczęśliwe,  jak  inne  zwierzęlii.  Ale  ta  kura  była  uparciuchem.  Naprawdę  chciała  siedzieć  na  swoich  jajkach  i 
nie  zamierzała dać sobie ich wykraść. Atakowała kogoś, kto się zbliżał, a tego ranka zapomniałam skórzanych rękawiczek, 
jak zwykle. To dlatego moje dłonie bez manikiuru wyglądały tak, jakby należały do Jessa. 

-  Słuchaj,  gdyby  to  zależało  ode  mnie,  mogłabyś  sobie  zatrzymać  te  śmierdzące  jaja  -  warknęłam  do  niej.  -  Ale  tam,  w 

wielkim  domu,  mają  inne  pomysły.  Są  napaleni  na  twoje  pieprzone  jaja.  Więc  zejdź  mi  z  drogi.  -  Kilka  razy  pstryknęłam 
palcami,  ale  ona  tylko  zagdakała  z  oburzeniem  i  patrzyła  na  mnie  tak  groźnie,  jakby  miała  zacząć  dziobać.  -  Jasny  gwint.  - 
Spojrzałam  na  koszyk.  Prawie  pełny.  Pewnie  nikt  nie  zauważy,  jeżeli  nie  przyniosę  kilku  jajek.  A  ten,  kto  jutro  będzie  je 
zbierał, zrobi to lepiej i na pewno wydrze tej kwoce jajka. 
Kura popatrzyła na mnie, jakby mówiła: dobra, spadaj. Może powinnam spróbować jeszcze raz, bardzo powoli i spokojnie... 

-  Halo? 

Podskoczyłam,  słysząc  niespodziewany  głos,  i  walnęłam  głową  o  niską  krokiew.  Na  mój  nagły  ruch  brązowa  kura 

spanikowała.  Wbiła  twardy,  ostry  dziób  w  grzbiet  mojej  dłoni.  Wrzasnęłam  i  zaklęłam,  podskakując  na  jednej  nodze  i 
rozcierając szybko rosnący guz na głowie. 

-  Cholera jasna! - ryknęłam. 

-  Och,  przepraszam,  nic  ci  nie  jest?  -  Ktoś  wsunął  do  kurnika  popielatobrązową  głowę  i  zauważył,  jak  skaczę  w 

półmroku. 

-  Cholerna kura! 

-  Przepraszam - odezwał się znowu głos. - River prosiła, żebym tu przyszła. Zwykle biorę stąd jajka. Z domu. 

background image

 

 

Najwyraźniej się spóźniłam. 

Posłałam  brązowemu  ptaszysku  najgroźniejsze  spojrzenie,  jakie  mogłam,  i  wynurzyłam  się  z  kurnika.  Do  diabła  z 

jajkami. 

Na  zewnątrz  czekała  Meriwether,  wysoka  i  koścista,  z  używanym  kartonem  w  jednej  dłoni.  Patrzyła,  usiłując  sobie 

przypomnieć, dlaczego wydaję jej się znajoma. 

-  Och. - Olśniło ją. - Przejeżdżałaś, prawda? 
-  Tak. Kupowałam mapy u was w sklepie. Ile chcesz jajek? 
-  Tuzin. - Wyłowiła z koszyka dwanaście jeszcze ciepłych jajek i starannie ułożyła je w kartonie. 
Nagle poczułam się tak, jakbym cofnęła się o dwieście lat i to była całkiem zwyczajna, codzienna scena. Nie podobała mi 

się. 

Meriwether  wyprostowała  się,  zamknęła  karton  i  podała  mi  dwa  dolary.  Westchnęłam  ciężko  i  wsunęłam  je  do  kieszeni 

dżinsów.  Też  mi  wielki  handel.  Pamiętam  dzień,  kiedy  zagrałam  w  pokera  o  swoją  jedną  trzecią  część  Kolei 
Transsyberyjskiej. Teraz stałam w upapranych błotem spodniach, sprzedając jajka za dwa dolce. 

-  Dzięki  -  wymamrotała  Meriwether.  Znów  wydawała  się  zgnębiona,  jakaś  ponura  i  bez  życia.  Cóż,  nie  jej  wina,  przy 

takim ojcu. Odwróciła się, żeby odejść. 

-  Jak wam idzie w sklepie? - zagadnęłam. 
-  Jako tako. Chyba. W całym mieście jest ciężko po zamknięciu fabryki tkanin w Heatherton. 
-  Aha. 
-  Robili  prześcieradła  i  poszewki  na  poduszki  -  wyjaśniła  Meriwether,  odgarniając  włosy  z  oczu.  -  W  okolicy  nie  ma 

innych sklepów, więc robiliśmy niezły interes. 

-  To dlatego twój ojciec jest takim kutafonem? - spytałam, kiedy szłyśmy w stronę jej samochodu. - Bo interes źle idzie? 

Meriwether przełknęła ślinę zakłopotana. Najwyraźniej nie chciała przyznać, że ojciec jest kutafonem. 
-  Noo...  cóż,  nie  jest  szczęśliwy  -  wybąkała,  wyciągając  kluczyki  z  kieszeni.  -  Moja  mama...  zmarła  cztery  lata  temu  i 

on... do tej pory się nie pozbierał. - Usiadła za kierownicą i opuściła ręczny hamulec. 

-  Ach, tak. 

Oczywiście  wielu  nieśmiertelnych  przywiązywało  się  do  ludzi,  ja  też.  Zakochiwali  się  albo  zaprzyjaźniali.  Po  śmierci 

mojego  Roberta  Żołnierza  w  Indiach  wyciągnęłam  oczywiste  wnioski  i  to  uchroniło  mnie  przed  zbliżeniem  się  do 
kogokolwiek  innego.  A  wśród  przyjaciół  staraliśmy  się  nie  roztrząsać  problemów  i  nie  pogrążać  w  bólu.  Po  prostu 
udawaliśmy,  że  one  nie  istnieją,  i  znajdowaliśmy  coś,  żeby  się  rozerwać  albo  zagłuszyć  zmysły.  Nie  byłam  więc 
przyzwyczajona do tego, że ktoś zwierza mi się z bolesnych spraw osobistych, i nie miałam żadnej inteligentnej ani pomocnej 
odpowiedzi. Bardzo źle, to wszystko. Ale domyślałam się, że ona była do tego przyzwyczajona. 

-  Jeszcze raz dziękuję. - Wycofała mały samochód. 

background image

 

 

-  Nie ma sprawy. Do zobaczenia. 

 

********* 

- Nastasyo? Chodź ze mną - powiedziała Anne. -Lekcja medytacji, twoja pierwsza w grupie. 
Wstałam,  a  mój  kręgosłup  powoli  rozprostowywał  się  po  wielu  godzinach  pochylania.  Zbierałam  z  ziemi  orzechy 

laskowe.  Główny  dziedziniec  odgradzał  rząd  około  dziesięciu  wielkich  leszczyn  i  zbieranie  orzechów  było  jesienią 
niekończącym  się zadaniem. Nudna, męcząca plecy praca na zimnie. A ponieważ znów zapomniałam rękawiczek, na palcach 
porobiły mi się brązowe plamy od łupin. Miną tygodnie, zanim przebarwienia znikną. Kolana 
miałam ubłocone i mokre od klęczenia na wilgotnej ziemi, z nosa mi ciekło i czułam się przemarznięta. 

-  Jestem między młotem a kowadłem - poskarżyłam się. 

Anne  się  uśmiechnęła.  Jak  dotąd  medytacja  wydawała  mi  się  męczącym,  trwającym  wieki  siedzeniem  nieruchomo, 

połączonym z zabawą w uwalnianie koszmarów przeszłości. Nie, dzięki. W zeszłym tygodniu robiłam to sama, z jedną tylko 
osobą, która mnie prowadziła. Teraz nadszedł czas na doświadczenie w grupie. No, nieźle. 

-  Chodź - powiedziała znowu, wskazując dom. -Przynajmniej się ogrzejesz. 

Spojrzałam na swój jutowy worek - był w trzech czwartych pełen. Westchnęłam ciężko, wstałam i poszłam z Anne. 

********* 

-Dzisiaj wykorzystamy świeczkę, żeby łatwiej się skoncentrować - powiedziała krzepiąco Anne dziesięć minut później. 

Usiadłam  po  turecku  na  małej  twardej poduszce wypchanej ziarnami gryki. Było nas pięcioro, każdy siedział w jednym z 

punktów  pentagramu  narysowanego  kredą  na  podłodze.  Zebraliśmy  się  na  poddaszu  w  domu  i  przez  ornamentową  szybę 
widziałam powoli ciemniejące niebo. Zastanawiałam się, czy nie mogłabym przemknąć korytarzem do swojego pokoju, kiedy 
już  wszystkich  ogarnie  błogi  spokój.  Nie  chciałam  medytować.  Szczególnie  z  Lorenzem  i  Charlesem,  chociaż  obaj  byli 
bardzo mili. No i ze Wspaniałym Tandemem: Neli i Reynem. 

-  Skupmy  się  na  oddychaniu  -  poleciła  Anne  cichym,  melodyjnym  głosem.  Wcisnęła  przycisk  odtwarzacza  i  z  płyty 

popłynęła  łagodna,  dźwięczna,  doniosła  pieśń  w  stylu  Enyi.  -  Oddychamy  -  ciągnęła  przy  akompaniamencie  muzyki.  - 
Poczujcie,  jak  powietrze  wypełnia  wasze  płuca,  jak  opuszcza  ciało.  Wdychacie  energię,  wydychacie  to,  czego  już  nie 
potrzebujecie. Jak na przykład dwutlenek węgla. 

-  Może  będzie  wam  łatwiej,  jeżeli  policzycie  do  czterech  przy  wdechu  i  do  czterech  przy  wydechu.  Przy  następnym 

wdechu  policzcie  do  sześciu,  żeby  całkowicie  wypełnić  płuca.  I  wydychajcie,  licząc  do  sześciu.  Zamknijcie  oczy,  jeśli 
chcecie. 

Natychmiast  to  zrobiłam.  Nie  widząc  spiętej  twarzy  Neli  i  kamiennej  Reyna,  może  zwyczajnie  uda  mi  się  przez  chwilę 

pomarzyć na jawie, upiększyć najnowsze romantyczne fantazje, te z Reynem, olejkiem migdałowym i wanną. 

background image

 

 

-  Teraz chcę, żebyście rozluźnili każdy mięsień po kolei. Poczujcie, jak się rozluźniają się wasze palce. Teraz całe dłonie. 

Jeżeli  jest  w  nich  jakiekolwiek napięcie, to niech zniknie. - Głos Anne wydawał się senny, jakby unosił się na falach muzyki, 
otaczającej nas niczym dym z drewna. 

Zabolało mnie w piersiach, ścisnęło w żołądku i ciągle leciało mi z nosa od przebywania na dworze na zimnym powietrzu. 

Za  kilka  tygodni  Święto  Dziękczynienia.  Zastanawiałam  się,  czy  River  zdaje  sobie  z  tego  sprawę  i  czy  można mieć nadzieję 
na  coś  czekoladowego  w  ten  dzień.  Pomyślałam  o  wyprawie  do  miasta  i  o  tym,  że nie wpadłam na pomysł, żeby przemycić 
jakieś niezdrowe jedzenie. O kurczę, przydałoby się ciastko czekoladowe. 

Głos  Anne  pobrzmiewał  cicho  i  monotonnie  w  tle  moich  myśli.  Usiadłam  wygodniej  i  poczułam,  że  z  ramion  opada 

napięcie. Głupie orzechy. Przez parę tygodni dłonie będę miała w brązowych plamach, nigdy się nie zmyją. To dlatego ludzie 
używają orzechów do farbowania tkanin, wełny... 

********* 

Uniosłam  wzrok  i  zobaczyłam  praczkę  mojej  rodziny,  Aoldbjórg  Palsdottir,  która  miesza  w  olbrzymim  kotle  drewnianą 

łopatą, wielką jak wiosło. Dzień był zimny, ale nie nieprzyjemny; ogień lizał boki kotła i wywoływał rumieńce na zniszczonej 
pogodą  twarzy  kobiety.  Gorzki  zapach  skorupek  orzechów  laskowych  mieszał  się  z  aromatem  dymu  z  palonego  drewna  i 
wypełniał  dziedziniec  zamku.  Było  tu  przytulnie,  bezpiecznie.  Czasami  moja  starsza  siostra  Eydis  i  ja  wspinałyśmy  się  na 
sam  szczyt  stołpu

6

  ojca.  Patrzyłyśmy  poza  mury  zamku  i  widziałyśmy  szerokie  połacie  czarnego  lasu  dookoła.  W  oddali 

widniały nagie, skaliste górskie ziemie, na których nic nie rosło. Od drugiej strony huczało morze. Świat na zewnątrz zamku 
był  ciemny  i  odpychający,  ale  tutaj  dziedziniec  tętnił  życiem:  gęsi  skubały  trawę,  stajenni  czesali  konie,  a  zarządca  ojca 
wykrzykiwał rozkazy. 

Mój  o  trzy  lata  młodszy  brat  Haakon  i  ja  graliśmy  kamykami.  Nie  był  już  siusiumajtkiem,  ale  prawdziwym  chłopakiem, 

który  potrafi  biegać,  grać  w  gry  i  dotrzymywać  tajemnic.  Siedzieliśmy  ostrożnie  z  dala  od  wszystkich,  na  stosie  owczej 
strzyży,  może  dwudziestu  skór;  każda  gruba  wełniana  skóra  miała  kształt  rozciągniętej  owcy.  Wełna  była  brudna,  pełna 
gałązek, ale miękka i wygodna. 

-  Nienawidzę tego zapachu. - Haakon zmarszczył nos. 
-  Nie  jest  tak  paskudny  jak  mchu  skalnego  -  stwierdziłam;  skinął  głową,  przypominając  sobie  odór  gotowanych 

porostów, zebranych na brzegu. Dawały ciemnozielony odcień. 

Błysk szkarłatu sprawił, że podniosłam wzrok i zobaczyłam swoje starsze siostry. Tinna i Eydis, roześmiane, biegły przez 

dziedziniec w stronę stołpu. Obiema rękami trzymały uniesione fartuszki. Zastanawiałam się, co niosą - jagody ostrokrzewu? 
Korę  do  zrobienia  herbaty?  Ich  jasne  włosy  w  odcieniu  słońca  i  lśniącego  brązu  powiewały  za  nimi.  Za  rok  Eydis  będzie 
musiała upinać włosy, jak na dorosłą pannę przystało. Tinna zaczęła je upinać w zeszłym roku. 

                                                        

6

 Stotp - wolno stojąca wieża w średniowiecznych twierdzach (przyp. red.). 

background image

 

 

Uśmiechnęłam się do Haakona, a on odwzajemnił uśmiech. Mieliśmy dobre życie. 

********* 

 

Umrzyj. 

Słowo wyskoczyło w moim umyśle jak bańka na powierzchni stawu. Powoli wzięłam oddech, zastanawiając się, dlaczego 

mam  zdrętwiały  tyłek.  Na  czym  ja  siedzę?  Przez  chwilę  nie  wiedziałam,  gdzie  jestem.  Dlaczego  już  nie  czuję  kotłów  na 
dziedzińcu.  Wreszcie  do  mnie  dotarło  -  jestem  dorosła,  a wszystko, co mi się przypomniało, działo się czterysta pięćdziesiąt 
lat temu. Nic z tego i nikt z nich już nie istnieje. 

Nie  wiem,  dlaczego  nie  otworzyłam  oczu,  dlaczego  oddychałam  spokojnie  i  płytko.  Siedziałam  całkiem  nieruchomo, 

otwierając umysł na to pomieszczenie, na tych ludzi; moje zmysły wiły się dookoła mnie. 

Ta suka, nienawidzę jej. 
To myśl, nie wspomnienie, pochodząca od kogoś stąd. 

Nie, nie, wybacz mi, nie chciałam. 
Jej szyja... całować ją w kark, jej ciepło tam... 

Zrobiłam,  co  mogłam,  żeby  nie  zareagować.  Wychwytywałam  wszystko  i  nagle  zorientowałam  się,  że  medytacja  nabrała 

charakteru  peep-show.  Te  myśli  pochodziły od mężczyzn i kobiet, ale nie dało się ich rozpoznać po samym głosie. Tylko że 
należą do różnych osób. 

Chcę jej. 

Jej oczy. Jej usta. Jej wargi na mojej skórze, na mojej piersi. 

Och, nienawidzę jej! Nic na to nie poradzę! Nie, nie. Nie mogę. 

Mój  oddech  stawał  się  coraz  płytszy.  Bardzo  wyraźnie  czułam  swoje  zesztywniałe  palce,  zaciśnięte  na  kolanach,  tyłek 

zdrętwiały od twardej poduszki, wyschnięte wargi. Czy te myśli wypływały od wszystkich, czy tylko od dwóch osób? I kto co 
myśli? Wiedziałam, że Charles kocha się w Lorenzu, ale Lorenz jest hetero, więc ciężka sprawa. Oczywiście w grę wchodzili 
Neli  i  Reyn,  pełna  udręki  opera  mydlana  o  jej  nieodwzajemnionej  miłości.  Anne  ma  męża,  ale  nie  mieszka  tutaj,  nie  znałam 
całej historii. 

To  najbardziej  ekscytująca  rzecz,  jaka  się  tu  wydarzyła  od  mojego  przyjazdu.  Czekałam  bez  tchu,  żeby  usłyszeć  więcej, 

ale rozległ się dzwonek i muzyka ucichła. Niechętnie otworzyłam oczy. 

Anne  popatrzyła  dokoła  po  nas,  wzrokiem  bardziej  czujnym  i  bystrzejszym  niż  można  by  się  spodziewać  po  kimś,  kto 

jeszcze  przed  chwilą  głęboko  medytował.  Inni  powoli  unosili  powieki.  Niektórzy  wyglądali  na  tak  rozluźnionych,  jakby 
właściwie spali. 

Myśli przestały do mnie docierać. Przeciągnęłam się i poruszyłam na poduszce. 

background image

 

 

-  Dziękuję - zaszczebiotała Neli, promieniejąc słodyczą. - Było wspaniale. 
-  Dziękuję wszystkim - powiedziała Anne. - Ojej, już prawie kolacja. 

Wstałam i pochyliłam się, żeby odzyskać czucie w tyłku. Potem ruszyłam do drzwi. 

Nastasyo? Zostań, proszę - usłyszałam głos Anne. Poczułam się jak uczeń przyłapany na rzucaniu zajączków, ale 

czekałam, aż Anne zamknie drzwi. 

-  Co o tym sądzisz? - spytała. - Czy zajęcia z grupą bardzo się różnią od tych indywidualnych? 
-  Och, no pewnie - przytaknęłam z entuzjazmem. -Nie miałam pojęcia, że usłyszę te wszystkie rzeczy. To lepsze niż Dni 

naszego życia. Nie napomknęłam o moim wspomnieniu z dzieciństwa. 

-  To znaczy? 
-  Te  myśli...  Ktoś  kogoś  nienawidzi,  ktoś  kogoś  chce,  ktoś  czegoś  nie  może  zrobić.  Świetna  sprawa.  Nie  mogę  się 

doczekać, co będzie dalej! 

Anne wpatrywała się we mnie, jakbym nagle zamieniła się w gołębia. 
-  Co? 
-  No,  wiesz...  Te  myśli  -  powtórzyłam,  zaskoczona  jej  reakcją.  -  Nie  miałam  pojęcia,  że  coś  takiego  może  się  stać. 

Naprawdę interesujące. 

-  Słyszałaś myśli. - Anne przyglądała mi się bacznie. -O tym, że ktoś kogoś nienawidzi, ktoś kogoś pragnie. 
-  No  i  co?  -  Poczułam  się  niepewnie.  Czyżbym  coś  schrzaniła?  Może  nie  należy  mówić  o  tym,  co  się  usłyszało?  Może 

miałam udawać, że niczego nie wyłapałam? - Mhm, i: „Całować ją w kark. Jej oczy. Jej wargi na mojej piersi". Takie rzeczy - 
wymamrotałam.  Hm,  dziwny  zbieg  okoliczności,  biorąc  pod  uwagę,  jaką  obsesję  miałam  na  punkcie  własnego  karku. 
Przypomniało  mi  się  „jej  ciepło  tam".  Może  jak  od  przypalenia?  Cha,  cha,  cha.  Nie.  Jemu  na  pewno  chodziło  o  mój  kark. 
Charles jest gejem, Reyn mnie nie znosi, a Lorenz nigdy, w najmniejszym stopniu, nie dał po sobie znać, że strasznie go kręci 
mój wygląd zmokłej kury. 

Anne zamrugała. 

-  Nic ci nie jest? - Miałam szczerą nadzieję, że żadna z tych myśli nie pochodziła od niej. 
-  Jak długo ćwiczysz medytację? Sądziłam, że jej nie lubisz. - Nie odpowiedziała na pytanie. 
-  Boże, nienawidzę - jęknęłam. - Jest do dupy! Mało ćwiczyłam. 
Anne przysiadła na brzegu stołu, ciągle mi się przyglądając. 
-  Zrobiłam coś złego? Następnym razem nie powiem, jeżeli coś usłyszę. 
-  Nie,  nie  -  mruknęła.  -  Nie  w  tym  rzecz.  Chociaż  to, co usłyszałaś, zatrzymałabym dla siebie. Otóż ja też wychwyciłam 

te  odczucia,  ale  jestem  bardzo  zaawansowana.  Mam  dużą  moc.  Nikt  inny  w  tej  sali  raczej  nie  wychwycił  nic  poza  tym,  co 
było w jego głowie. 

No to ładnie. Czy ktoś dobrał się do moich myśli? Hm... 

background image

 

 

-  Czułam czyjąś świadomość, ale nie wiedziałam, że to ty - ciągnęła. Fiu, fiu, gwizdnęłam w duchu. - Przypuszczałam, że 

to Solis. - Siedzi teraz w sąsiedniej sali, uczy o ziołach. 

-  Więc... to zwykle nie zdarza się innym ludziom? 
-  Nie. - Wzrok Anne był nieruchomy i przenikliwy. -Nie zdarza się nigdy, nie uczniom. Nigdy, przenigdy. 

Nieźle.  Ten  epizod  chyba  wskazywał  na  to,  że  może...  naprawdę  mam  moc.  Prawda,  Nastasyo?  Będziesz  potężna.  Ty 

jesteś  ostatnią,  która  ma  moc.  Poczułam,  że  myśli  automatycznie  mi  się  wyłączają,  że  mój  umysł  ucieka  od  tych 
nieuniknionych konsekwencji jak woda tańcząca na gorącej patelni. 

Właśnie  wtedy  rozległo  się  delikatne  pukanie  do  drzwi  i  wszedł  Solis.  Rozejrzał  się  po  pokoju,  dostrzegł  Anne  i  mnie  i 

lekko zmarszczył brwi. 

-  Jesteście tu tylko we dwie? 
-  Tak - odpowiedziała Anne. - Czy ty... czemu przyszedłeś? 
-  A tak, wydawało mi się, że coś wyczułem. - Wzruszył ramionami i się uśmiechnął. - Dziwne. 

 

-  Naprawdę coś wyczułeś. - Anne wyglądała wyjątkowo poważnie. - Wyczułeś ją. 

Solis przystanął, jakby przetwarzał sobie jej słowa w głowie. 

-  Co? - spytał w końcu. 
-  Nastasya  wysłała  swoją  świadomość  podczas  zajęć  medytacji  w  grupie.  Dotknęła  mojego  umysłu,  wychwyciła  to,  co 

myśleli inni. Udało jej się ich usłyszeć. Dokładnie. 

Kiedy, no kiedy się nauczę trzymać język za zębami? Teraz czułam się jak okaz z zoo, kiedy tak we dwoje bacznie mi się 

przyglądali. 

-  Postaram się więcej tego nie robić - zaproponowałam. Na pewno już więcej nic nie powiem. 
-  Jak mówiłaś? Skąd jesteś? - Solis spojrzał na mnie z ukosa. 

W  mojej  głowie  uruchomił  się  alarm.  Byłam  gotowa  zrobić  różne  głupie  rzeczy,  żeby  tu  zostać,  ale  wyjawianie  mojej 

przeszłości nie wchodziło w grę. 

-  Z Północy. 

Wtedy zabrzęczał dzwonek na kolację. Aż się przestraszyłam. 

-  No! Umieram z głodu - powiedziałam, odkładając poduszkę z gryki. - Dzięki za lekcję, Anne. Świetna. Do zobaczenia 

na kolacji! 

Było  jasne,  że  uciekam  jak  szczur  z  tonącego  okrętu,  a  oni  mi  pozwolili,  chociaż  czułam,  że  ich  wzrok  podąża  za  mną 

korytarzem. Zeszłam po schodach i skierowałam się do jadalni. 

background image

 

 

Czy  to  możliwe,  że  nadal  mam  moc?  Odziedziczoną  moc?  Czy  rzeczywiście  może  być  tak  silna,  po  tylu  latach? 

Powinnam  ją  ukrywać.  Ale  mimo  że  tak  pomyślałam,  wezbrała  we  mnie  nowa  gorąca  tęsknota  -  chciałam  znów  poczuć  tę 
moc, chciałam znów iść tam, dokąd mnie zaprowadzi, chciałam sprawdzić jej granice. 

Nie  mogłam.  Nie  mogłam.  Nie  odważę  się.  Nic  dobrego  z  tego nie wyniknie - widziałam to na własne oczy. Trzeba być 

bardzo, bardzo silnym, żeby poradzić sobie z taką mocą. Ja nie byłam dość silna. I nigdy nie będę. 

Wsunęłam  się  na  swoje  miejsce  na  ławce,  a  mój  mózg  ciągle  pracował  na  zwiększonych  obrotach.  To  uczucie...  było... 

magyiczne. 

 

Rozdział 13 

 
 
Co? Znaleźć... pracę? Prawdziwą pracę? Po co? tałam. 
Dzień  po  incydencie  podczas  medytacji  Solis  zgodził  się  uczyć  mnie  prawdziwych  czarów,  nie  tylko  nazw  cudownego 

świata, który nas otacza. Ciągle byłam wkurzona o to, że mnie wcześniej pogonił, i ciągle nie mogłam powiedzieć, że jestem 
w  stu  procentach  zaangażowana  w  to  wszystko...  ale  pomyślałam  sobie,  że  lepiej  wiedzieć  więcej  o  tych  rzeczach,  mojej 
magyi,  mocy,  niż  nie  wiedzieć.  Kiedy  będę  wiedzieć,  kiedy  zdołam  ją  kontrolować,  chronić, ukrywać. Niewiedza nie wyszła 
mi  na  dobre.  Ciężko  mi  było  otworzyć  umysł,  bo  przez  wieki  odrzucałam  wszystko  poza  najdrobniejszymi  czarami.  Teraz 
czułam kuszenie magyi, pociąg do niej, mimo że mnie przerażała.Ale praca?  

- To część całości. - Solis się uśmiechnął. - Powszednia harówka, można tak powiedzieć. Trzeba się pokazywać każdego 

dnia. Dopasować do środowiska. Być 
w porządku wobec innych. Dosłownie, wykonywać dobrą robotę gdzieś poza domem. 

-  Robię  tu  miliony  rzeczy.  -  Nie  starałam  się  ukryć  niesmaku.  -  Stałam  się  waszym  osobistym  niewolnikiem,  odkąd  się 

zjawiłam! 

-  I my to oczywiście doceniamy - odparł ze śmiechem. - Ale znalezienie pracy na zewnątrz jest ważnym krokiem do tego, 

żeby  się  zintegrować  z  prawdziwym  światem,  nie  tylko  ze  światem  nieograniczonego  czasu,  pieniędzy  i  przyjaciół,  tak 
płytkiego i egocentrycznego jak ty. 

Najlepiej byłoby ostro zaprotestować, ale tak naprawdę nie miałam się czym podeprzeć. Zacisnęłam zęby. 

-  Pracowałaś już wcześniej, prawda? - spytał Solis. 
-  Tak,  oczywiście.  Jeżeli  policzyć  prowadzenie  burdelu  w  Kalifornii w latach pięćdziesiątych XIX wieku. Dorobiłam się 

fortuny.  Albo  kiedy  byłam  modelką  dla  francuskiego  projektanta  w  Paryżu  w  latach  trzydziestych  XX  wieku.  Ale  praca-
praca? 

Spróbowałam innej taktyki. 

background image

 

 

-  Naprawdę miałam nadzieję, że możesz po prostu, no wiesz, machnąć różdżką i sprawić, że stanę się o wiele lepsza. 

Solis zachichotał. 

-  Wydaje się, że posiadasz wyjątkowo duże możliwości, Nastasyo. Bardzo ważne, żebyś się nauczyła, co z nimi zrobić. 
Zastanawiałam  się,  czy  nie  powiedzieć:  „Phi!  E  tam!",  czy  coś  takiego,  ale  usiłowałam  zapanować  nad  natłokiem 

niepokoju i dumy, jaki mnie rozsadzał. 

-  Ja  chcę  cię  uczyć  -  ciągnął  -  ale  musisz  to  robić  po  mojemu.  Nie  dlatego,  że  mam  manię  władzy,  ale  dlatego,  że  z 

doświadczenia wiem, że to najlepszy sposób, żeby cię nauczyć tego, co powinnaś umieć. Więc tak, musisz znaleźć pracę na 
zewnątrz, jak każdy, kto tu przyjeżdża. 
Najlepiej  za  minimalną  płacę.  Coś  skromnego;  praca  jest  raczej  dla  ciebie,  a  nie  dla  wielkiej  pensji  czy  zaspokojenia  ego. 
Słyszałem, że biblioteka szuka kogoś do pomocy przy układaniu książek. 

Gapiłam się na niego z przerażeniem. 

- Słuchaj siebie. - Mówił miłym tonem, ale patrzył przenikliwie. 

Może  i  miałam  jakąś  dziwną  smugę  mocy,  ale  mimo  wszystko  byłam  wrzodem  na  tyłku,  a  on  miał  nadal  poważne 

wątpliwości  co  do  mnie.  Nie  łudziłam  się, że nagle stałam się tak wspaniała, że przymknie oko na wszystkie moje gówniane 
wady. Chociaż, słowo daję, na innych ludzi to działało. 

Westchnęłam,  wyszłam  z  klasy  i  wróciłam  do  głównego  budynku.  Asher  dał  mi  listę  zakupów,  które  miałam  zrobić  w 

drodze do domu. Wzięłam ją i poszłam do samochodu. 

Sylwia's  Diner  przy  szosie  szukał  pracowników  od  zaraz.  Udało  mi  się  przeżyć  ponad  czterysta  lat,  nigdy  nie  będąc 

kelnerką  czy  dziewczyną  z  baru.  Najwyraźniej  na  tym  koniec.  Ale  co  w  tym  trudnego?  Ludzie  zamawiają  jedzenie,  ty  im 
przynosisz. Nie muszę gotować, nie muszę pracować przy kasie. Bułka z masłem. Przez pierwszą godzinę uczyłam się, gdzie 
co jest. 

Potem  było  gorszące,  wołające  o  pomstę  do  nieba  przedstawienie,  o  tym  wszystkim,  co  może  pójść  cholernie  nie  tak  w 

godzinie szczytu w kiepskiej restauracji. 

Odeszłam  mniej  więcej  dwie  sekundy  wcześniej  przed  tym,  jak  by  mnie  sami  wylali.  Nawet  nie spojrzałam na cytrynowe 

beżowe ciasto na ladzie. 

Pojechałam  dalej.  Zatrzymałam  się  przy  Stop  &  Shop  i  kupiłam  mrożony  koktajl  jeżynowy,  kilka  paczek  pączków  i 

ciastek  czekoladowych.  Zastanawiałam  się  nad  kolejnym  krokiem,  rozkoszując  się  jedzeniem,  nieobciążo-nym  żadną 
wartością odżywczą, organicznością ani, broń Boże, błonnikiem. 
Była druga. Nie miałam pracy. W nagłym przebłysku umysłu zobaczyłam Innocencia - siedzi w ciemnej, zadymionej, 
świetnej restauracji. Zamawia ślimaka i zapala papierosa, pijąc już drugie albo trzecie martini. Kelner czy kelnerka skacze 
przy nim, żeby spełnić każdą jego zachciankę, jak zwykle. Incy był elegancki, szczupły i gibki, ubrany w jedwabną koszulę i 
doskonale skrojone spodnie. Jego włosy miały tak ciemny odcień czerni, że wyglądały niemal na granatowe, a jego skóra - 

background image

 

 

piękny kolor jasnego karmelu. Wargi - kształtne i pełne - potrafiły mieć zacięty i okrutny wygląd. Był bardzo zabawny, 
zawsze nabijał się z innych gości. Pamiętam, jak leżałam na ławce w Les Deux Magots w Paryżu, z głową na kolanach 
Incy'ego. Byłam zmęczona i za dużo wypiłam. Incy karmił mnie małymi truskawkami, pierwszymi w sezonie, pięknymi 
palcami ledwie dotykając moich warg. Wtedy pomyślałam sobie, że powinnam być szczęśliwa, że mam wszystko, czego 
potrzebuję - ale czułam paskudną, ogromną pustkę w środku. Ukrywałam to przed Incym, ukrywałam przed wszystkimi. 

Pamiętam,  że  nie  chciałam  jechać  do Nicei i że Incy błagał mnie i żartobliwie groził, aż się zgodziłam. Namówił mnie na 

wyjazd  do  Sankt  Petersburga,  potem  do  Hongkongu.  Podróże  zawsze  sprawiały  mi  radość,  kochałam  te  wszystkie  miejsca. 
Ale patrząc wstecz, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę wolałam zostać w domu, ale Incy jakoś mnie przekonał. Nie chciał 
jechać sam. Nie chciał jechać beze mnie. 

Mój  umysł  wirował  od  wspomnień,  a  w  mojej  świadomości  zebrała  się  setka  obrazów.  Ile  razy  zrobiłam  coś 

samodzielnie  przez  ostatnich  trzydzieści  lat?  Incy  nie  kontrolował  mnie  każdego  dnia,  tysiące  razy  to  ja  decydowałam, 
dokąd pójdę i co zrobię. Ale on prawie zawsze szedł ze mną, nawet jeśli się upierał, że nie chce, i bez 
końca narzekał. Nie chciał, żebym szła sama. Nie chciał być z daleka ode mnie. 

Cały  ten  tok  myślenia  był  szokujący,  nigdy  wcześniej  nie  przyszło  mi  to  do  głowy.  Po  prostu  myślałam,  że  jesteśmy 

najlepszymi  przyjaciółmi.  Myślałam,  że  chcę  z  nim  być  -  i  byłam.  Ale  to  nie  tak.  Patrząc  wstecz,  widziałam,  że 
dokonywałabym  innych  wyborów,  zrobiła  więcej  rzeczy  sama  albo  z  innymi  ludźmi,  tylko  Incy  zawsze  był  przy  mnie. 
Zawsze,  zawsze  przy  mnie.  Pomimo  mnóstwa  nieziemsko  pięknych  dziewczyn  i  chłopaków,  jacy  przewijali  się  przez  jego 
życie, mieszkanie, łóżko - ja pozostawałam niezmienna w jego życiu. A on był mój. Dopiero teraz sobie to uświadamiałam. 

Na  pewno  beze  mnie  wariuje.  Czułam  się...  cóż,  dziwacznie,  bo  żyłam  tym  pokręconym  zwyczajnym  życiem,  ale  nie 

miałam  wrażenia,  że  bez  Incy'ego  bym  umarła.  Czułam  się  dobrze.  Co  on  myśli?  Co  robi?  Dziwne,  że  nigdy  tego  nie 
zauważyłam, jego uzależnienia. 

Nagle  poczułam  się  strasznie  samotna.  Szybko  odpaliłam  samochód,  żeby  podjechać  do  miasta  i  odebrać  rzeczy  dla 

Ashera  z  jedynego  sklepu  spożywczego,  Pitsona.  Będę  musiała  wrócić  do  Solisa  bez  pracy,  co  mnie  zawstydzało,  chociaż 
nigdy wcześniej nie przejmowałam się porażkami. 
Mijając sklep Maclntyre'a, pomyślałam o bezbarwnej Meriwether i wtedy zobaczyłam napis: „Poszukiwana pomoc". Hm. 

Jechałam  dalej,  ale  nagle  zrobiłam  szybki  zwrot  na  środku  ulicy  Głównej.  Na  szczęście  ulica  Główna  była  bardziej  pusta 

niż murzyński bęben, więc nie miałam z tym problemu. 

Zaparkowałam  przed  Maclntyre'em  i  myślałam.  Czy  ojciec  zwolnił  Meriwether?  Zajęłabym  jej  miejsce  na  linii 

ognia?Pokusa  nie  do  odparcia.  Musiałam  się  dowiedzieć.  W  środku  było  mroczno  i  szaro.  Miejsce  tak  samo  pozbawione 
życia i kolorów jak Meriwether. 

-  W czym mogę pomóc? - Głos pana Maclntyre'a brzmiał szorstko i wrogo. Super! Zawsze marzyłam o takim szefie. 
-  Ja w sprawie pracy - powiedziałam, przytrzymując kartkę. 

background image

 

 

Przyjrzał mi się od góry do dołu - ostatnio ludzie dość często to robią. 

-  Masz doświadczenie? 

-  Tak. Zarządzałam działem zdrowia i urody w SuperTarget, w swoich rodzinnych stronach - skłamałam gładko. 
-  To  nie  jest  żaden  Target  -  burknął,  a  ja  pomyślałam:  fajnie,  że  mi  to  wyjaśniłeś.  -  Potrzebuję  kogoś  do  rozkładania 

towaru  na  półkach.  Obsługiwania  klientów.  Pilnowania  porządku,  kiedy  moja  dziewczyna  jest  w  szkole.  -Jego  dziewczyna. 
Nie córka. Uh, co za odrażający typ. 

-  Mogę to robić. 

 

-  Umiesz obsługiwać kasę? Zerknęłam na tę stojącą na ladzie. 

-  Hm,  to  troszkę  starszy  model  niż  te,  których  używaliśmy  w  Targecie.  Może  będę  potrzebowała  szybkiego  kursu 

odświeżającego wiedzę. 

Pan  Maclntyre  wyglądał  tak,  jakby  starał  się  wymyślić  jakiś  powód,  żeby  mnie  nie  przyjąć,  tyle  tylko  że  bardzo 

potrzebował pracownika. 

-  Minimalna płaca. 
-  Dobrze. 

Solis byłby ze mnie dumny. 

-  Dlaczego nie jesteś w szkole? Ile masz lat? Czasami udawało mi się uchodzić za dwudziestkę, ale 

wiedziałam, że nie mogę przesadzić. 

-  Osiemnaście. Wcześnie skończyłam liceum. Zrobiłam sobie rok przerwy przed studiami. 
-  Hm. Dobra. Oprowadzę cię. 
Tak zaczęła się moja kariera jako wspaniałej sprzedawczyni w sklepie Maclntyre'a, w Nigdziesville w Massachusetts. 

background image

 

 

Rozdział 14 

Tego  wieczoru  przy  kolacji  mogłam  triumfalnie  poinformować,  że  mam  prawdziwą  pracę  z  minimalną  płacą.  Neli  się 
roześmiała,  ale  szybko  zamilkła  pod  spojrzeniem  Ashe-ra.  River  posłała  mi  porozumiewawczy  uśmiech,  a  Solis  wyglądał  na 
uspokojonego. Miałam głupie poczucie dumy, że naprawdę zrobiłam coś dobrze. W końcu. 

-  Ej, kochanieńka, nałóż mi - poprosiła Brynne. 

Podałam jej półmisek ryb. Praktycznie pożerałam jedzenie, usiłując zaspokoić swój ciągle rosnący apetyt. Kiedy to ryba z 

ryżem tak mi smakowały? To znaczy, w czasie, kiedy nie głodowałam. 

Błysnęło  w  ciemnych  oknach.  Na  ułamek  sekundy  błyskawica  rozświetliła  jadalnię  i  odbiła  się  w  wielkim  lustrze  nad 

kominkiem. Chwilę później w oddali uderzył piorun. 

-  Burza w listopadzie. To bardzo nietypowe - zauważył Asher. 

River skinęła głową. 

-  Niedobrze - powiedziała. - Wybieraliśmy się dzisiaj na spacer obserwować gwiazdy. 
Podziękowałam  w  milczeniu  za  to,  że  w  najbliższej  przyszłości  nie  czeka  mnie  żadna  gwiezdna  przechadzka  i  nalałam 

sobie więcej gorącej herbaty. W okno uderzyły pierwsze zimne krople deszczu, a ja poczułam się dziwnie przyjemnie, tutaj, 
otoczona ludźmi, których nawet za dobrze nie znałam. 

-  Dzisiaj mielibyśmy bardzo dobry widok na Zeru-za-kur, około jedenastej - ciągnęła River. 
Wszyscy podnieśli wzrok i pokiwali głowami z zainteresowaniem. 

Znieruchomiałam,  z  widelcem  w połowie drogi do ust, kiedy mój mózg skanował to słowo. Brzmiało trochę znajomo. A 

co mi tam, do diabła? Zapytam. Jak to się mówi: nie ma głupich pytań. Tylko głupi ludzie. 

-  Co to Zeru-zakur? 

Parę osób uniosło głowę i spojrzało na mnie. 

-  Canis Major - wyjaśnił w końcu Solis. 

Dobra,  słyszałam  o  tym.  Konstelacja  Wielki  Pies.  Jak  Wielki  Wóz.  Ale  jakie  ma  znaczenie?  Nic  mi  nie  przychodziło  do 

głowy. 

-  Czy Wielki Pies jest jedną z najbardziej ciekawych gromad? - spytałam, mieszając trzy kostki cukru w herbacie. 
Teraz  wszystkie  dwanaście  głów  odwróciło  się  i  tyle  samo  par  oczu  spojrzało  na  mnie,  a  ja  odniosłam  wrażenie,  że 

nowicjuszka-ignorantka właśnie strzeliła uroczą gafę. Chyba bez „uroczą". 

-  Biorę to za potwierdzenie - mruknęłam, siorbiąc zbyt gorącą herbatę. 

Nawet  River  patrzyła  na  mnie  z  zaskoczeniem.  Zaskoczyć  kogoś,  kto  ma  prawie  tysiąc  trzysta  lat,  to  dopiero  coś. 

Przestałam pić i usiadłam prosto. 

background image

 

 

-  Co masz na myśli? - Śmiech Neli zabrzmiał trochę niepewnie. 

-  Wiem,  że  to  konstelacja  -  oznajmiłam,  bo  zaczynałam  się  lekko  wkurzać.  Zerknęłam  w  górę.  Reyn  spoglądał  na  mnie 

zmrużonymi oczami, ale nie złośliwie. Bardziej... z zastanowieniem. 

-  To... Wielki Pies. Zeru-zakur.  - Nawet Daisuke, bardzo grzeczny i miły, najwyraźniej nie mógł uwierzyć, że nie mam o 

tym pojęcia. 

-  Tak,  zrozumiałam.  Ale  co  z  tego?  -  spytałam,  odstawiając  herbatę.  -  Po  prostu  mi  powiedzcie,  a  potem  możecie  się 

śmiać ile wlezie. 

-  Zeru-zakur  to  starożytna  nazwa  konstelacji,  którą  dziś  wielu  ludzi  zna  jako  Wielkiego  Psa  -  odezwała  się  po  chwili 

spokojnie River. - Jej główną gwiazdą jest Syriusz, Psia Gwiazda, najjaśniejsza gwiazda na nocnym niebie. 

-  Dobra - powiedziałam. 

Przy  stole  panowała  cisza,  jeżeli  pominąć  sapanie  Neli,  ale  River  obrzuciła  ją  karcącym  spojrzeniem  i  dziewczyna  się 

zamknęła. 

-  Nie  wiadomo  dlaczego...  istnieje  wiele  mitów  i  legend  i  ten  temat  zgłębiają  rzesze  nieśmiertelnych  filozofów...  ale  po 

pięciuset  latach  pewien  nieśmiertelny  astronom  wpadł  na  to,  że  z  jakiegoś  powodu  gwiazdy  w  konstelacji  Wielkiego  Psa 
niemal  dokładnie  odpowiadają  ośmiu  fonts.  W  każdym  razie,  zakłada  się,  że kilka tysięcy lat temu odpowiadały dokładnie.  - 
River oderwała kawałek chleba, najwyraźniej celowo zachowując się swobodnie. Uśmiechnęła się. - Nie byłam tam, więc nie 
wiem. 

-  Fonts? - powtórzyłam. Po francusku to fontanna albo źródło. A w terminologii drukarskiej rodzaje czcionek. 
-  O raju, na pewno wiesz...! - wykrzyknęła Neli. River tym razem rzuciła jej ganiące spojrzenie. Neli 

nabrała powietrza i spojrzała w dół na swoje dłonie, przylepiając na twarz fałszywy uśmiech. 

-  Osiem  fonts  lub  domów  nieśmiertelnych  -  ciągnęła  River.  -  Naszej  magyi.  Ich  rozmieszczenie  na  ziemi  odpowiada 

położeniu gwiazd Wielkiego Psa. - Przyglądała się mojej twarzy, szukając oznak kojarzenia. 

-  Jest... osiem domów? - spytałam. W jadalni panowała grobowa cisza. 
-  Nie  uczyłaś  się  o  tym?  -  zdziwiła  się  River.  -  Nigdy?  Na  pewno  słyszałaś,  jak  inni  aerelyffenowie  o  tym  mówili, 

chociaż przypadkiem? 

Cofnęłam się pamięcią. 

-  Chodzi ci o stolice nieśmiertelnych? Jak ta w Brazylii czy w Australii? 
-  Tak,  więc  o  nich  wiesz  -  powiedział  łagodnie  Solis.  -  To  dwie  z  nich.  Jest,  a  raczej  było,  jeszcze  sześć.  Tych  osiem 

stolic, domów, odpowiada ośmiu gwiazdom konstelacji Zeru-zakur. Nikt ci nie mówił o historii nieśmiertelnych? 

Wróciłam myślami do Helgar z jej teorią o Adamie i Ewie. 
-  Niezupełnie. Tylko tyle, że nie wiadomo, skąd się wzięliśmy i dlaczego. 

background image

 

 

-  Spotkałem  ludzi,  którzy  nigdy  nie  słyszeli  o  ośmiu  fonts  -  odezwał  się  Jess  ochrypłym  głosem.  -  Ludzi,  dla  których  z 

jakiegoś  powodu  nigdy  nie  stanowiły  części  życia.  Cholera,  ja  nie  wiedziałem  prawie  nic  o  samym  sobie,  dopóki  tu  nie 
przyjechałem. 

-  Prawdę  mówiąc,  ja  też  poznałam  takich  ludzi  -wtrąciła  się  Anne.  -  Ta  wiedza  jest  dość  powszechna  wśród  wielu 

nieśmiertelnych, ale widziałam, że można nie zdawać sobie sprawy z jej znaczenia. 

Dziękuję  wam,  Jess  i  Anne,  pomyślałam.  Przyszło  mi  do  głowy,  że  może  moi  rodzice  powiedzieliby  mi  o  tym,  o  naszej 

historii, naszej mocy. Może był jakiś rytuał czy coś w tym stylu, z wielkim objawieniem na końcu. Może 
mój starszy brat i starsza siostra już go odbyli, przed... tamtą nocą. Nigdy się nie dowiem. 

-  Dobra,  Nastasyo - przerwała mi te rozważania Ri-ver.  - Nie chciałam wprawić cię w zakłopotanie. Ludzie obracają się 

w  różnych  środowiskach,  a  różne  środowiska  mają  różne  tradycje  i  na  różnych  rzeczach  się  skupiają.  Czasami  o  tym 
zapominam.  -  Uśmiechnęła  się  do  mnie,  a  ja  pomyślałam:  to  najbardziej  szczera  kobieta,  jaką  znam.  - Więc z przyjemnością 
cię tego nauczę -oznajmiła. Najwyraźniej cieszyła się na tę myśl. - Według tradycji, te osiem fonts to główne miejsca siły nie-
śmiertelnych.  Być  może  nieśmiertelni  stamtąd  pochodzą,  a  na  pewno  czerpią  z  nich  wielką  moc  i  wielką  magyię.  Główne 
miejsce,  z  najsilniejszą  magyią  to  Mogalakwena  Rural  w  Afryce  Południowej.  Odpowiada  położeniu  Psiej  Gwiazdy.  Po 
każdej jej stronie, wzdłuż Zwrotnika Raka, są te dwa, o których wspomniałaś, w Zatoce Koralowej w Australii, na wschodzie, 
a na zachodzie w Campinas, w Brazylii. 

Byłam  w  obu  miejscach  w  ciągu  tych  wielu  lat,  bo  zwykle  tam  kręcili  się  nieśmiertelni.  Właściwie  nie  zastanawiałam  się 

dlaczego.  Poczułam  uderzenie  gorąca  na  twarzy.  Ze  wstydem  i  przerażeniem  zdałam  sobie  sprawę,  ilu  rzeczy  nie  wiem,  ile 
mam  jeszcze  do  odkrycia.  Jakoś  przez  te  wszystkie  lata  udawało  mi  się  je  ignorować  i  odpychać.  Żyłam  w  czerni  i  bieli,  a 
teraz River pokazywała mi inne kolory. Istniały cały czas, ale byłam za głupia, żeby je zauważyć. 

-  Na  północny  wschód  od  Mogalakweny  masz  Away-nat  w  Libii,  zaraz  obok  Egiptu  -  ciągnęła  River,  jedząc  kolację, 

jakby nigdy nic. - Ta linia wymarła jakieś dwa tysiące lat temu. Dwa tysiące trzysta lat temu. Już jej nie ma. 

-  Dwa tysiące trzysta lat? - powtórzyłam. - A co się stało z ich mocą? 

 

-  Nikt  nie  wie  -  odparła  River.  -  Wątpię,  czy  kiedykolwiek  się  dowiemy.  Idąc  dalej  na północny wschód od Awaynatu, 

dociera się do Genui we Włoszech. 

Wychwyciłam słowo Genua i moje oczy otworzyły się szeroko. River uśmiechnęła się promiennie. 

-  Ja pochodzę z tego domu  - przyznała.  - Po części dlatego jestem tak silna. Moi czterej bracia i ja nadal żyjemy, a mój 

najstarszy brat jest... cóż, królem tego domu. 

-  Królem? - Gdzieś w środku mnie pojawiło się zimne skojarzenie. Zacisnął mi się żołądek; odsunęłam talerz. 
-  Lepszego słowa nie ma - stwierdziła River. - Jeżeli kiedyś poznasz mojego brata, to przypadkiem nie powiedz do niego 

królu Ottavio. Nie trawi tego. 

background image

 

 

Solis i Asher się uśmiechnęli. Domyśliłam się, że go poznali. Usiłowałam się skupić na jej słowach. 

-  Idąc dalej, trasą jakby w kształcie Y od Genui, docieramy do Tarko-Sale w północnej Rosji, ale ta linia też wymarła, w 

1550 roku. Najeźdźcy wdarli się do stolicy i ścięli głowy rodzinie. 
Poczułam, że krew odpływa mi z twarzy. Odin Nienawistny nagle wstał, odsuwając ławę z kilkoma osobami na niej. 

-  Chyba zostawiłem włączony piec - burknął i wahadłowymi drzwiami wyszedł do kuchni. 

Nieważne. Pewnie słyszał tę historię tysiąc razy. Usiłowałam wydobyć z siebie głos. 

-  A co się stało z ich mocą? - spytałam. 
-  Wróg  nigdy  nie  znalazł  tarak-sinu  tego  domu,  ich  narzędzia,  ośrodka  siły.  Zabili  tych  wszystkich  ludzi  na  darmo,  a 

magyia, moc, zniknęły na zawsze. Wynieśli się więc na wschód, szukając innego domu mocy, którą można przejąć. 

O rany. Moja ręka mocno zacisnęła się na kubku z gorącą herbatą. 

-  Co to jest tarak-sin? - wymamrotałam nikłym, zduszonym głosem. 

River  westchnęła  ze  smutkiem,  a  ja  zdałam  sobie  sprawę  z  tego,  że  żyła,  kiedy  to  się  stało.  Zastanawiałam  się,  czy 

dowiedziała się o tym w tamtym czasie, czy dopiero później. 

-  Każdy dom ma, hm, magiczne narzędzie. Nie wiem, jak to lepiej nazwać. Bardzo stara jego nazwa to tarak-sin. Zwykle 

jest  owiany  tajemnicą,  ale  legendy  mówią  o  ceremonialnym  nożu  Awaynatu.  Inny  dom  może  mieć  jako  tarak-sin  specjalną 
księgę czy kryształową kulę, a nawet różdżkę czy pierścień, albo inną biżuterię. I ta jedna starożytna rzecz jest przepełniona 
wielką  magiczną  mocą,  charakterystyczną  dla  danego  domu.  Głowa  tego  domu  może  wykorzystywać  ją  do  odprawiania 
wielkich czarów. 

O  matko.  To  nawet  może  być  amulet.  Amulet  ze  starożytnego  złota,  na  przykład  z  wygrawerowanymi  magicznymi 

symbolami. W głowie zaczęło mi wirować. 

-  Widziałem tarak-sin domu z Zatoki Koralowej -odezwał się Charles. 
-  Naprawdę? - Brynne wyglądała na zdumioną. 
-  Tak. - Charles miał bardzo poważny wyraz twarzy. -To była barbie. Położyli na niej magiczną krewetkę. 

Na  moment  zaległa  cisza,  a  potem  Jess  roześmiał  się  w  głos.  Asher  wybuchnął  śmiechem  i  rzucił  kawałkiem  chleba  w 

Charlesa. Twarz River była już odrobinę mniej poważna. Kobieta zakryła sobie usta dłonią i pokręciła głową. 

-  Zawsze  drażnimy  się  z  moim  bratem,  że  tarak-sin  naszego  domu  to  jego  Oscar,  którego  zdobył  za  scenariusz,  pod 

innym nazwiskiem - przyznała River. - Trzyma go w łazience. 

Jeszcze więcej śmiechu, ale ja wewnątrz krzyczałam. River odkaszlnęła i znów stała się poważna. 
-  Ale wracając do naszej historii. Na zachód, tą samą linią był dom w Heolfdavik, w Islandii. A raczej w małej wiosce w 

pobliżu  Heolfdavik.  Ta  linia  niestety  też  została  przerwana  przez  najeźdźców,  w  1561  roku.  I  znowu  moc  całego  domu 
przepadła. 

background image

 

 

Nie  mogłam  wykrztusić  z  siebie  ani  słowa,  tylko  spoglądałam  na  swój  talerz  i  zastanawiałam  się,  czy  moja  twarz  jest 

równie biała. 

-  Całkowicie? - spytała Rachel. - Jakoś nigdy tego nie skumałam. 
-  Tak - potwierdziła River.- Najeźdźcy zabili całą rodzinę, a później znaleźli tarak-sin domu i próbowali go użyć. Ale nie 

byli  na  tyle  silni  albo  coś  poszło  nie  tak.  Pochłonęła  ich  wieża  błyskawic;  nie  zostało  po  nich  nic  prócz  popiołu.  I  nikt  nie 
wie, czym był tarak-sin. 

Amuletem.  Jakoś  nigdy  nie  zadawałam  sobie  sprawy  z  jego  znaczenia.  Wiedziałam,  że  jest  magiczny,  że  to  największy 

skarb matki, i ciągle trzymałam go w ukryciu, bo był jedyną rzeczą, jaką miałam ze starego życia. Ale to tak naprawdę tarak-
sin. 
Miałam połowę, więc najeźdźcy musieli zdobyć drugą. Nic dziwnego, że magyia ich spaliła. 

Myślałam,  że  zaraz  zemdleję.  Starałam  się  oddychać  normalnie,  ale  oczy  miałam  wielkie,  skupione  na  twarzy  River. 

Zobaczyła moją minę i chyba dostrzegłam błysk w jej oczach. 

Reyn wrócił i usiadł bez słowa. 

Ze  spuszczonym  wzrokiem  usiłowałam  przełknąć  coś,  ale  czułam,  jakbym  miała  w  gardle  piłeczkę  golfową.  Na  usta 

cisnęło mi się mnóstwo pytań, ale nie mogłam zadać ich teraz. 

-  Brenne, jest coś na deser? - River nagle zmieniła temat. 

Dziewczyna podskoczyła. 

-  Czy  jest  coś  na  deser? Czy ja przygotowywałam kolację? Czy kiedyś zrobiłam kolację bez deseru? Chyba nie. - Poszła 

do kuchni i wróciła minutę później z dwiema szarlotkami na tacy. 

-  Są lody? - spytała River. 
Brynne  skinęła  głową,  jakby  mówiła:  oczywiście  jest  szarlotka,  są  lody,  prawda? Po chwili przyniosła pojemnik z lodami 

zrobionymi w mleczarni oddalonej o kilka kilometrów. 

Wydawało  mi  się,  że  River  daje  mi  czas,  żebym  wzięła  się  w  garść,  a  ja  histerycznie  usiłowałam  zapanować  nad  swoją 

psychiką, wyglądać zwyczajnie, odwrócić od siebie uwagę. 

-  Nikt z tych domów już nie żyje? - zainteresowała się Rachel. 
-  Nikt,  o  kim  by  ktokolwiek  wiedział  -  odparła  Ri-ver.  -  Awaynat  jest  zupełną  tajemnicą.  I  nikt  nigdy  nie  słyszał  o 

żadnych  ocalałych  z  Tarko-Sale  czy  Heolfdavik.  I  w  jakiś  sposób  tarak-siny  tych  domów  zaginęły.  -  River  mówiła  cicho, 
nakładając sobie lody na szarlotkę. 

-  Porozmawiamy  o  tym  jeszcze  innym  razem  -  Asher  spojrzał  na  River.  -  A  ja  mogę  ci  opowiedzieć  o  ostatnim  domu, 

który odpowiada położeniu ostatniej gwiazdy w Wielkim Psie. To Salem w Massachusetts. 

-  Żartujesz.  -  Zmusiłam  się,  żeby  wziąć  kęs  szarlotki.  -  To  Salem  od  procesu  czarownic?  -  zaskrzeczałam,  a  ciasto 

utknęło mi w gardle i zaczęłam się dławić. 

-  Tego samego. Zgadnij, ile z tych „czarownic" tak naprawdę nie spłonęło na stosie? - Solis wyglądał ponuro. 

background image

 

 

-  Solis  jest  z  domu  Salem  -  wyjaśniła  łagodnie  River,  a  w  moim  umyśle  pojawił  się  obraz  Solisa  palonego  na  stosie. 

Przez długi czas. Bez błogosławieństwa śmierci. 

-  Ale przecież kilka tysięcy lat temu w Ameryce żyli tylko rdzenni Amerykanie - zauważył Charles. - Prawda? 
-  To długa historia. - Solis popatrzył w oczy River. -Tak czy siak, dzisiaj nie pójdziemy na gwiezdny spacer. 

 

Jakby  na  potwierdzenie  jego  słów  rozległ  się  potężny  grzmot  pioruna,  gdzieś  tuż  obok  budynku. Usiłowałam przełknąć 

kolejny kęs deseru, słysząc, jak deszcz zimno dudni o szyby. 

Miałam o czym myśleć. 

Później,  kiedy  już  wzięłam  długi  gorący  prysznic  i  wyszłam  z  łazienki,  River  czekała  na  mnie  na  korytarzu.  Miała 

poważne, ale miłe spojrzenie. 

-  Wszystko w porządku? - spytała. 

-  Jasne - przytaknęłam, wycierając ręcznikiem mokre włosy. - A czemu miałoby nie być? 

Przez chwilę milczała, idąc obok mnie do mojego pokoju. 

-  To było dużo informacji jak na jeden raz. 

-  Tak.  -  Otworzyłam  drzwi  i  powiesiłam  ręcznik  na  krześle  przy  grzejniku.  -  Te  wielkie  luki  w  mojej  edukacji  są 

zadziwiające. Z drugiej strony, potrafię kląć w ośmiu językach. Co najmniej. 

-  Nastasyo... - Zawahała się. - Urodziłaś się w 1551 roku. Gdzie? 

Serce mi stanęło, a potem uderzyło i znów stanęło. Rzuciłam pierwszą myśl, jaka mi przyszła do głowy: 
-  W Japonii. 

-  Kiedyś będziesz musiała o tym powiedzieć, moja droga. - Wydęła wargi. 
-  O czym? - Wpatrywałam się w nią bez wyrazu, było to coś, co opanowałam do perfekcji. 

Skinęła głową, przytuliła mnie i pogłaskała po mokrych włosach. 

-  Prześpij się. Jutro idziesz do pracy. 

Szczęka  mi  opadła,  całkiem  o  tym  zapomniałam.  Ri-ver  uśmiechnęła  się,  widząc  moją  minę,  i  wyszła.  Musiałam 

pomyśleć.  Nie  próbowała  nic  ze  mnie  wycisnąć,  prawda?  Co  bym  zrobiła,  gdyby  naciskała?  Zdumiewające:było  osiem 
różnych  domów,  osiem  różnych  linii  historii.  Domyślałam  się,  że  to  tylko  te  główne,  te,  które  zdołały  skupić  dużą  moc.  Na 
pewno  jest  tysiące  innych.  Ale  tylko  osiem  oryginalnych  tarak-sinów?  Skąd  się  wzięły?  Wsunęłam  palce  pod  cienką 
bawełnianą apaszkę. Co pomyślałaby River, gdyby wiedziała, że mam na karku wypalony islandzki tarak-sin? 

Nie  byłam  w  stanie  się  powstrzymać.  Nasłuchiwałam  kroków,  ale  nie  usłyszałam  nic,  więc  wpełzłam  pod  łóżko.  Za 

łóżkiem  był  pęknięty  mały  kawałek  klepki.  Wbiłam  krótkie  paznokcie  w  szparę  i  wyjęłam  klepkę.  Sięgnęłam  do  dziury  i 
jeszcze  raz  poczułam  ciężki  złoty  ornament,  zawsze  ciepły,  bez  względu  na  to,  gdzie  się  znajdował.  Upewniłam  się,  że  tam 

background image

 

 

jest, i mocno wcisnęłam klepkę na miejsce. Zagarnęłam na nią trochę kurzu, żeby wyglądało naturalnie. Później wyczołgałam 
się i usiadłam na łóżku. 

Jeżeli ten amulet to rzeczywiście tarak-sin mojego domu, to jest jeszcze potężniejszy i cenniejszy, niż przypuszczałam. To 

przez niego zginęła cała moja rodzina. To po niego przybyli najeźdźcy. To za niego zginęli. 

Czy ktokolwiek podejrzewa, że jego połowa nadal istnieje? Czy dla połowy też można zabić? 

 
Rozdział 15 

Nie wiem, czy Stary Maclntyre zdziwił się, widząc mnie następnego ranka na czas, ale ja sama byłam cholernie zaskoczona. 

Około  dwudziestu  minut  zajęło  mu  wyjaśnianie,  jak  rozkładać  towar  na  półkach,  przez  kolejnych  pięć  omawiał  zawiłości 
korzystania  ze  starej,  ale  nie  jarej  kasy,  a  kolejnych  czterdzieści  pięć  straszył  mnie  ręką  boską,  na  wypadek  gdyby 
kiedykolwiek zdarzyło mi się coś ukraść. On zajmował się magazynem, gdzie pod kluczem znajdowały się wszystkie leki na 
receptę,  więc  ogólnie  ostrzegał  mnie,  żebym  nie  wynosiła  do  domu  w  torebce  tampaksów,  odżywek  dla  niemowląt  i  żywej 
przynęty, ale nieważne. 

Podwinęłam  rękawy  swojej  seksownej  i  prowokacyjnej  flanelowej  koszuli  w  kratę,  rozcięłam  karton  farby  do  włosów 

Garnier  Nutrisse  i  zaczęłam  wykładać  towar,  angażując  się  w  to  całym  swoim  małym  sercem.  Stwierdziłam,  że  jeśli 
całkowicie skupię się na tym bezmyślnym zadaniu, nie będę mogła myśleć o niczym innym. Uparłam się nie myśleć o niczym 
innym  tak  długo,  jak  tylko  zdołam.  Zeszłego  wieczoru  wypiłam  ziołową  herbatę  i  spałam  zaskakująco  dobrze,  bez 
koszmarów, bez wspomnień. Ale już dłużej nie mogłam wytrzymać z tą całą historią ośmiu domów. Właściwie jak mam się z 
tym  pogodzić?  Tylu  rzeczy  nie  wiedziałam  o  własnej  przeszłości,  własnym  dziedzictwie.  Nigdy  nie  chciałam  wiedzieć.  Ba-
łam  się  tej  wiedzy.  Wystarczy  spojrzeć  na  wszystko,  czego  nie  wiedziałam  o  swoim  amulecie.  Teraz,  kiedy  usłyszałam  to  i 
owo, popadłam w niezłą paranoję. Zabawne! 

Po trwającej niemal wieczność bezmyślnej harówce nagle dotarł do mnie sens tego, co według Solisa powinnam osiągnąć. 

Miał  nadzieję,  że  ta  nuda  i  poczucie  bezsensowności  szybko  mnie  dopadną, że całkowicie załamię się psychicznie, wybiegnę 
z krzykiem na ulicę i zniknę na zawsze z jego życia. Temu wszystkiemu na pewno przyświecała ta myśl. 

I, o ludzie!, byłam bliska. Bardzo bliska tego. Ale coś w środku zmusiło mnie, żebym została i ciągnęła to dalej, i jedyne, 

czego  mogłam  się  uchwycić,  to  poniżająca,  myląca  pewność,  że  moje  życie  nie  byłoby  wcale  lepsze  gdziekolwiek  indziej, 
gdybym  robiła  cokolwiek  innego.  Poza  tym,  chociaż  to  było  wyczerpujące  -  wierzcie  mi,  cholernie  wyczerpujące  -  to 
lepszego  przebrania  nie  mogłabym  sobie  wymyślić.  Nikt,  kogo  znam,  nigdy  by  nie  uwierzył,  że  tu  jestem  i to robię. Czułam 
się dobrze zakamuflowana, a ten bezimienny strach wiszący nade mną ciągle kazał mi wierzyć, że kamuflaż to bardzo ważna 
rzecz. Dlaczego? Nie wiedziałam. Byłam jedną wielką zagadką, nawet dla samej siebie. 

background image

 

 

Nagle  zdałam  sobie  sprawę,  że  ktoś  stoi  nad  mną  od  dłuższego  czasu.  Jak  powiedziała  Meriwether,  w  miasteczku  nie 

dzieje  się  zbyt  wiele,  a  sldep  Maclntyre'a  to już całkiem dogorywał  - prawie nie było klientów, krótko mówiąc. Dotarło do 
mnie, że jednak ktoś tu jest. Wyczułam go, jego energię, chociaż nie usłyszałam dzwonka u drzwi. 

Zebrałam parę pustych kartonów i poszłam na tył sklepu, zaglądając w każdy kąt. 
Okazało się, że to ta gotycka punkowa, którą widziałam już dwa razy. Wpadałam na nią, bo to zacofane miasteczko było 

takie maleńkie, że chcąc, nie chcąc, ciągle wpadało się na te same osoby. 

Zerknęła  na  mnie,  z  typowym  bezczelnym  wyrazem  twarzy,  a  ja  zachowywałam  się  tak,  jakbym  jej  nie  poznała.  Ale 

obserwowałam  ją  w  okrągłym  lusterku  na  końcu  przejścia  i  zauważyłam,  że  wsuwa  do  kieszeni  lakier  do  paznokci. 
Westchnęłam i wyrzuciłam kartony przy koszu na śmieci. 

Kiedy  wróciłam,  czekała  niespokojnie  przy  ladzie.  Pan  Maclntyre  pomagał  starszej  kobiecie  na  zapleczu,  która  odbierała 

leki, więc wymamrotałam krótką modlitwę, żebym umiała uruchomić tę głupią kasę, i podeszłam. 

Stary  Mac  dał  mi  kilka  wskazówek  na  temat  obsługi  klienta,  ale  że  był  jedną  z  najokropniejszych  osób,  jakie  znam,  nie 

zawracałam sobie nimi głowy. 

Wzięłam to, co dziewczyna wyłożyła na ladę, i zaczęłam wciskać guziki na kasie, w nadziei że robię to dobrze. Lakieru do 

paznokci nie było. 

Wrzuciłam pozostałe rzeczy do plastikowej torby. 

-  Dobra, lakier. 

-  Co? - Dziewczyna była miła. Prawie przekonująca mina niewiniątka, do tego wojowniczy błysk w oku i większość ludzi 

by się wycofała. 

-  Lakier do paznokci, który zakosiłaś - powiedziałam rzeczowo. - Oddaj go. 
-  Nie zakosiłam żadnego lakieru do paznokci! - Jej twarz przybrała bojowy wyraz. 
-  Wiesz,  źle  się  do  tego  zabierasz.  -  Pokręciłam  głową.  -  Gwizdnęłaś  dwie  butelki  lakieru  do  paznokci,  a  i  tak  był  na 

wyprzedaży: kupujesz jeden, drugi gratis. 
A zapłaciłaś pełną cenę za zestaw cieni Pixi Lumi Lux, który jest niewiele większy, a kosztował trzy razy tyle. Powinnaś 
ukraść cienie do powiek, a zapłacić za lakier. Phi. Dziewczyna gapiła się na mnie. 

- Jeśli już zamierzasz kraść, to kradnij coś, co nie jest na wyprzedaży - ciągnęłam. Miło było pouczać kogoś, a nie samemu 

być  pouczanym.  -  Niech  to  będzie  warte  zachodu,  kapujesz?  A  teraz  oddaj  lakier.  Każę  ci  za  niego  zapłacić,  żebyś  miała 
nauczkę. A następnym razem może najpierw pomyślisz. 

Wyciągnęłam rękę i czekałam. 

Dziewczyna wlepiała we mnie oczy, potem rozejrzała się po sklepie, szukając Starego Maca albo kamer. Wyraźnie zbita z 

tropu, wsadziła dłonie do kieszeni dżinsów, wyjęła dwie butelki 1'Oreala i odstawiła je na ladę. 

background image

 

 

-  Co teraz? Wsypiesz mnie? - Miała lekko wysuniętą szczękę, a oczy w ciemnej oprawie wyglądały surowo. 
-  Teraz skasuję cię za lakier - powiedziałam, wybijając cenę na kasie. - Już dałaś mi kartę i właśnie z niej ściągają forsę. 
-  Zakażesz mi wchodzić do sklepu? - Chwyciła torbę i spojrzała na mnie z miną, która, jak przypuszczałam, była jedną z 

trzech jej min: przekorną. 

Rany, kogo ona mi przypomina? Niech pomyślę. 

-  Nie. - Prychnęłam. - Od samego rana nie miałam takiej rozrywki. 
-  Kto ty jesteś? - Wyglądała tak, jakby nie zamierzała pytać. 

-  Nastasya. Dla przyjaciół, Nasty. 
-  Dray - powiedziała po chwili. - Skrót od Andrea, ale to obciachowe imię, więc go nie używam. - Uderzyła się w pierś. 

- Dla przyjaciół: „Ej, suko". 

-  Miło  cię  poznać,  suko.  -  Wyciągnęłam  dłoń.  Chyba  chciałam.  Po  tej  całej  dobroci,  wydobywającej  się  z  porów 

wszystkich mieszkańców River's Edge, odrobina dobrej przestępczości w starym stylu była orzeźwiająca. 
-  Miło cię poznać, Nasty. - Uścisnęła moją dłoń. 

 

******** 

-  Jak było w pracy? - Pytanie River, dość niewinne, sprawiło, że wszyscy w mojej części stołu podnieśli wzrok i zamilkli. 
-  Chyba jutro znowu pójdę - odparłam, wbijając widelec w jedzenie. 

Poczułam  zaskoczenie,  uniosłam  głowę  i  zobaczyłam,  że  Neli  na  mnie  patrzy.  Było  to  niemal  tak,  jakbym  w  głowie 

słyszała jej drwiący głos: „Naprawdę pozwolą ci przyjść znowu jutro?" 

Ale na głos nic nie powiedziała. Zastanawiałam się, czy po prostu wyobrażam sobie coś, czy moje rozbudzone magyiczne 

zmysły stają się coraz bardziej czułe. Pewnie to pierwsze. 

-  To  dobrze  -  powiedziała  River,  a  biła  od  niej  tak  jawna  szczerość,  że  poczułam  się  niemal  zakłopotana.  -  Och, 

słuchajcie, dzisiaj nów, nie zapowiadają deszczu, więc ten, kto chce, może po kolacji dołączyć do kręgu... 

Większość  osób  skinęła  na  znak  zgody.  Ja  chciałam  się  schować.  Jeszcze  nie  doszłam  do  siebie  po  wstrząsających 

rewelacjach  z  zeszłego  wieczoru  i  jakoś  zabawianie  się  dziś  wieczorem  magyią  wydawało  mi  się  wyjątkowo  niebezpieczne. 
Zaczęłam  myśleć  o  sensownej  wymówce,  ale  nagle  dopadła  mnie  niewygodna  myśl:  spędziłam  czterysta  pięćdziesiąt  lat  na 
robieniu  uników.  Unikałam  wiedzy.  Unikałam  magyi,  mocy  i  wszystkiego,  co  związane  z  moim  dziedzictwem.  Usiłując 
unikać bólu. Udając, że wszystko jest nieprawdziwe, nierealne. 

Jestem  tu,  bo  nie  chcę  już  dłużej  taka  być,  prawda?  Nieunikniony  logiczny  wniosek:  od  tej  pory  muszę  zacząć  stawiać 

czoło różnym sytuacjom. 

background image

 

 

Nienawidzę logiki. 

Ale pewnie powinnam podjąć jakieś ryzyko  - takie niezwiązane z modą. Tylko że, choć rzadko brałam udział w kręgach, 

zawsze to nieźle odchorowywałam. Z drugiej strony, tutaj była River, a ja jej... ufałam. Dość niesamowite. 

Wtedy  zauważyłam,  że  Reyn  skinął  głową.  A  Neli,  widząc  reakcję  Reyna,  szybko zrobiła to samo. To przesądziło. Mam 

pozwolić, żeby minęła mnie taka okazja? Jak Oskar Wilde, mogę oprzeć się wszystkiemu oprócz pokusy. 

-  Ja  też  -  wypaliłam  bez  namysłu  i  natychmiast  przeszył  mnie  niczym  laser  wzrok  Neli.  To  znaczy,  jeszcze  nie  jestem 

dobra. 

Rozdział 16 

 
Więc  też  idziesz?  -  River  uśmiechnęła  się  i  wyciągnęła  do  mnie  rękę.  Gdybym  nie  była  tak  wycofana  emocjonalnie, 

ujęłabym  ją  jak  przyjaciółka  i  cieszyła  się  ciepłem,  zażyłością  i  tak  dalej.  Ale  że  jestem  sobą,  zignorowałam  ją  i  zacisnęłam 
sobie  mocniej  apaszkę  wokół  szyi.  Jak  do  tej  pory  River  nie  pytała  mnie  o  nic  więcej  na  temat  ośmiu  domów  ani  mojej 
reakcji, ani mojego pochodzenia, a ja sama się nie wyrywałam. Nie wiedziałam, jak długo pozwoli mi się z tym kryć. 

Liście  chrzęściły  nam  pod  stopami;  chłodny  wiatr  owiewał  nasze  kostki.  Jak  powiedziała  River,  księżyc  się  schował  i  na 

zewnątrz  było  tak  ciemno,  jak  w  dzisiejszych  czasach  może  być  ciemno  tylko  na  zupełnym  odludziu.  Dwieście  lat  temu 
gwiazdy  były  o  wiele  bardziej  wyraziste,  a  niebo  zatłoczone  migoczącymi  punkcikami.  Nerwowo  zacisnęłam  mocniej 
apaszkę  na  szyi,  rozglądając  się  dookoła.  Za,  na  przykład,  wilkołakami.  Rekinami  lądowymi.  Za  czymś  czającym  się  w 
ciemności. 

-  Tak  -  powiedziałam.  -  To  znaczy,  nienawidzę  kręgów,  ale  to  pewnie  dla  mnie  dobre,  wiesz?  -  Widzicie,  jaka  jestem 

szlachetna? Do tego przyjdzie mi patrzeć na kolejny odcinek tragikomedii Reyna i Neli, która będzie się rozgrywać na moich 
oczach. 

-  Nienawidzisz kręgów? 

No i mam za swoje gadulstwo. 

-  Tak.  Po  prostu  nie  znoszę...  bawienia  się  magyią.  Wielką  magyią.  To  znaczy,  oczywiście  lubię  to,  co  się  dzieje, 

oczywiście.  -  Słyszałam  przed  nami  tych,  którzy  prowadzili  na  polanę,  ale  prawie  ich  nie  widziałam.  -  Ale  nie  cierpię  tego 
całego osłabienia, wizji i tak dalej. 

River przystanęła, a ja dopiero po kilku krokach zorientowałam się, że zostawiłam ją z tyłu. 

-  Co? 
-  Co? - Odwróciłam się do niej. 
-  Co powiedziałaś? 
-  Eee... co co? Kiedy? 

-  Przed chwilą, powiedziałaś, że czujesz osłabienie w kręgu? Masz wizje? 

background image

 

 

-  No, jasne. - Wzruszyłam ramionami. - Czasami. Zwykle. Chyba po prostu źle to robię. 
-  Nie, Nastasyo. - Głos River był poważny.  - Nawet jeżeli jesteś Terdvd,  nie powinnaś czuć się źle w kręgu ani podczas 

odprawiania czarów. A większość ludzi na ogół nie ma wizji, o ile specjalnie nie próbują. 

Nie  wiedziałam,  co  powiedzieć. Nigdy nie rozmawiałam o tym z przyjaciółmi, chyba po prostu doszłam do wniosku, że 

magyią  na  każdego  działa  inaczej,  że  niektórzy  ludzie  czują  się  po  niej  źle,  a  inni  nie.  Patrząc  wstecz,  nie  mogłam  sobie 
właściwie  przypomnieć,  żeby  ktokolwiek  wspominał  o  tym,  że  po  kręgu  czuje  się  źle.  Ale  w  zasadzie  wśród  moich 
znajomych panowało przekonanie, że nieśmiertelni, którzy robią kręgi, są w pewnym sensie jak... Martha Stewart7. Wiecie? 
Osobliwe, szczere kręgi. Po co sobie zawracać głowę? 

-  A konkretnie jak się czujesz? - River sprawiała wrażenie bardzo skupionej. 

Inni  poszli  dalej  bez  nas,  a  ja  się  cieszyłam,  że  nie  będę  musiała  szukać  ich  sama.  Miesiącami  błąkałabym  się  po  lasach 

Massachusetts. Koszmar. 

Nie  bardzo  wiedziałam,  dlaczego  River  drąży  ten  temat,  chyba  że  to  miało  związek  z  moją  przeszłością,  moją  osobistą 

historią. Byłam prawie pewna, że domyśliła się, skąd jestem. Może nie ze wszystkimi szczegółami. Może nie miała pewności. 
Może to po prostu sensacja, że tak a nie inaczej reaguję. To było jak z Anne i Solisem, kiedy brałam udział w medytacji. 

-  Hm...  chyba  po  prostu  nie  jestem  wyćwiczona  -  odparłam  powoli,  zastanawiając  się,  czy  to  naprawdę  dobry  pomysł.  - 

Właściwie nigdy się nie uczyłam, jak to wszystko robić. - Prawdę mówiąc, nauki unikałam jak plagi. - Po prostu czuję się źle. 
Jakbym nie mogła oddychać, jakby głowa miała mi wybuchnąć albo serce pęknąć. - Byłam speszona, jakbym przyznawała się 
do słabości. - Potem czuję kaca. To znaczy, kręgi są fajne, ten przepływ mocy... ale potem to odchorowuję, więc prawie nigdy 
w nich nie uczestniczę. 

River milczała. Szła tak blisko, że widziałam, że patrzy na mnie w ciemności. 

-  Cóż,  przynajmniej  podczas  tego  kręgu  będziesz  ty  -powiedziałam  z  nieprzekonującą  uprzejmością.  -  Chcę  spróbować. 

Skoro ty jesteś. - Prawie spodziewałam się, że odeśle mnie do domu zmywać naczynia. 

Asher i Solis zorientowali się, że nie ma z nimi River, i podeszli do nas niemal bezszelestnie. 

- Co idę dzieje':' - odezwał się Asher, obejmując River w pasie 

Naslasya często źle się czuje, kiedy uczestniczy w kręgu  - wyjaśniła cicho River. -1 ma wizje. Asher, proszę, dzisiaj ty 

poprowadź krąg. Chcę, żeby Nastasya stała między mną a Solisem. 

Znowu  czułam  się  jak  okaz  w  zoo.  I  głupio  przez  to,  że  zwróciłam  na  siebie  uwagę.  I  tak  uchodziłam  już  za  wybryk 

natury.  Miałam  nadzieję,  że  River  zdołała  zmienić  moje  reakcje,  nauczyć  mnie,  co  robić,  żebym  później  nie  umierała.  Mimo 
swojej przeszłości, nie bardzo chciało mi się wierzyć, że tylko ja reaguję w ten sposób. 

Weszliśmy  na  polanę  szeroką  na  około  trzydzieści  metrów,  otoczoną  wysokimi  drzewami.  Wyschnięta  trawa  kładła  się 

szybko, kiedy po niej stąpaliśmy, żeby dołączyć do reszty. 

                                                        
7Martha Helena Kostyra Stewart (ur. 1941) - jest symbolem i ucieleśnieniem „amerykańskiego snu"; uznawana za kreatorkę stylu życia (przyp. red.). 

background image

 

 

Wszyscy braliśmy w tym udział, więc było nas trzynaścioro, a wiedziałam, że to „szczęśliwa" liczba, jeżeli chodzi o krąg. 

Chociaż  właściwie  może  on  być  każdego  rozmiaru.  W  tamtym  beznadziejnym  kręgu  w  Bostonie  ustawiliśmy  się  tylko  w 
dziewięcioro.  Solis  uklęknął  w  środku  i  ułożył  mały  stos  z  suchego  drewna.  Wymruczał  kilka  słów,  wykonał  gest  i,  czary-
mary,  pojawiły  się  żywe  płomienie  i  zaczęły  z  zapałem  rozprzestrzeniać  się  po  ułożonym  drewnie.  No,  to  jest  pożyteczny 
czar, pomyślałam. Bardzo chciałabym taki umieć, rozpalać ogień z powietrza. 

-  Zebraliśmy  się  tutaj,  żeby  uczcić  pojawienie  się  nowego  księżyca  -  oznajmiła  wyraźnie  River.  -  Dzisiejszy  dzień 

oddziela  ten  miesiąc  od  kolejnego,  dając  nam  możliwość  nowego  początku.  Dzisiaj  bóg  księżyc  odpoczywa,  mimo  to  jego 
magyią jest ciągle wokół nas. 

Przesądni  chłopi  dawno  temu  czasami  mówili  o  bogu  księżycu,  ale  nie  wiedziałam  o  nim  zbyt  wiele. Całe towarzystwo 

czekało spokojnie - robili to już wcześniej. 

Tak  jak  poprosiła  River,  stanęłam  między  nią  a  Solisem.  Rzeczywiście  czułam  się  chroniona  i  bezpieczna,  i  ku  mojemu 

zdziwieniu,  odczuwałam  lekką  ciekawość.  Domyślałam  się,  że  to  po  części  zainteresowanie  niezgłębionymi  tajemnicami. 
Naprzeciwko  widziałam  uważny  wzrok  Anne.  Byłam  zaskoczona  tym,  jak  mnie  traktują,  i  przeżyłam  chwilę  niepokoju, 
zastanawiając się, czy za chwilę nie zacznę lewitować, czy coś takiego. To byłaby nowość i ciekawostka. 

-  Wyciągnijcie ręce - poleciła River. - Skierujcie kciuki w lewo. 

Lewą  dłoń  trzymałam  grzbietem  do  dołu,  a  prawą  grzbietem  do  góry.  Później,  kiedy  się  połączyliśmy,  zauważyłam,  że 

wszystkie dłonie idealnie do siebie pasują, lewa do prawej, prawa do lewej. Fajnie. 

-  Uczestniczyłaś już w kręgach - zwróciła się do mnie River. - Ale każdy jest inny, zależy od grupy. Po prostu poddaj się 

temu i wszystko będzie dobrze. 

Krąg  przesunął  się  w  prawo,  wokół  ogniska.  Ludzie  najpierw  stali  twarzą  do  płomieni;  przy  następnym  kroku  odwrócili 

się tak, że stali lewą stroną do ognia, a później znowu twarzą, potem wszyscy odwróciliśmy się prawą stroną do ognia. Lewa, 
przód,  prawa,  przód,  lewa,  przód  i  tak  dalej.  Przyszło  mi  do  głowy  parę  myśli  i  pozwoliłam  im  się  rozwinąć,  chociaż 
powinnam  skupić  się  na  tym,  żeby  oczyścić  umysł  i  skoncentrować  się  na  ogniu,  przygotowując  na  to,  żeby  poczuć,  jak 
ogarnia mnie magyią, alleluja! 

Jedna myśl: nikt nie był szczęśliwszy niż ja, kiedy tańce dworskie w końcu wypadły z łask. Jestem największą niezdarą na 

świecie,  nie  mam  poczucia  rytmu,  wykazuję  zerową  umiejętność  utrzymywania  kroku  i  zupełny  brak  pojęcia  o  tym,  gdzie 
kończy się moja osobista przestrzeń, a zaczyna drugiej osoby. I - o kurczę - ile ja przeżyłam poniżających tańców, pomyliłam 
tryliony dokładnych kroków. Myłam ślicznotką, która tańczy jak niedźwiedź. W kilku różnych krajach. 

Ale  uwięzionej  między  River  a  Solisem,  niesionej  w  kręgu,  nie  szło  mi  najgorzej.  Blask  oświetlał  twarz  każdego  z  nas, 

więc wszyscy wyglądaliśmy jak w Hallo-ween, a kontrast pomiędzy ciepłem ognia a nocnym wiatrem sprawiał, że czułam się 
jak... jakbym była w dwóch osobach - jednej ciepłej, drugiej zimnej. Jednej jasnej, drugiej ciemnej. 

background image

 

 

Natychmiast odpędziłam tę myśl i usiłowałam się skoncentrować na tym, co się dzieje. Ludzie śpiewali jakąś pieśń, nigdy 

przedtem jej nie słyszałam. W ogóle nie przypominała tej, którą Kim śpiewała w Bostonie. Do tamtej mogłam się przyłączyć. 
To była inna konstrukcja. 

Nagle  uświadomiłam  sobie,  że  w  gruncie rzeczy każda z osób śpiewa coś innego. Wszystkie głosy i melodie zlewały się, 

ale  nie  były  takie  same.  Czasem  wyławiałam  po  prostu  słowa  -  wydawało  mi  się,  że  słyszę  mnóstwo  różnych  języków,  ale 
były też same dźwięki, długie przeciągane sylaby, jakby śpiewane w zwolnionym tempie. 

Pieśń była ładna, ale co ważniejsze, zaczęłam czuć jej moc. 
Nikt  nie  zwracał  na  mnie  uwagi,  każdy  zatracił  się  w  swoim  własnym  zamyśleniu,  skupieniu,  dźwięku  i  ruchu.  Bardzo 

cicho zanuciłam razem z nimi. 

To  nucenie  wydawało  mi  się  dobre,  więc  zaczęłam  nucić  głośniej.  W  kilku  kręgach,  w  jakich  uczestniczyłam,  nawet  w 

kręgu Kim, pieśni przyzywające moc były, no cóż, żądaniem. Ostrym. Rozkazem. Czasami uwodzeniem. 

Odnosiłam  wrażenie,  że  ta  jest  darem,  i  to  bez  przesady.  Ofiarą  dla  nieba,  drzew,  nowiu,  dla  siebie  nawzajem.  Teraz 

mogłam  w  tym  uczestniczyć,  czułam,  jak  to  we  mnie  narasta.  Na  chwilę  przestałam  nucić,  żeby otworzyć usta i zaśpiewać. 
Wydobyłam  z  siebie  dźwięk,  który  pasował  do  innych,  nie  odstawał.  Kilka  głosów  brzmiało  wyjątkowo  ładnie,  a  ja 
dołączyłam do nich swój, śpiewając tak, żeby nikogo nie zmylić. 

I,  oj  tak,  kilka  minut  później  poczułam,  jak  wypełnia  mnie  strumień  mocy,  przepływa  przeze  mnie  jak  ciepła  whisky. 

Zalew  szczęścia,  wszechogarniające  poczucie  mocy,  radości  i  podniecenia.  Z  radością  oddałabym  wszystko  temu,  co 
robiliśmy,  z  radością  stanowiłam  ogniwo.  Byłam  szczęśliwa  niezależnie  od  tego,  jaki  mieliśmy  cel:  żeby  kukurydza  szybciej 
rosła,  żeby  powstrzymać  śnieg  czy  żeby  zniszczyć  naród.  Wszystko  mi  odpowiadało,  wszystko  było  możliwe  i  nigdy  nie 
czułam się tak niewiarygodnie szczę... 

********** 

Z następnym oddechem znalazłam się w małej chatce. Ściany z czernionych dymem desek, strop rzeźbiony i pomalowany. 

Z  zewnątrz  słyszałam  krzyk,  tętent  końskich  kopyt,  wrzaski  mężczyzn.  O  matko,  o  matko,  myślałam  gorączkowo.  Serce 
dudniło  mi  w  piersi,  oddech  uwiązł  w  gardle.  Zrobiłam  wszystko,  co  mogłam  -  na  coś  takiego  nie  można  się  przygotować. 
Drżącą dłonią zgasiłam jedyną świecę - może dom będzie wyglądał na opuszczony -i wczołgałam się pod łóżko z materacem 
ze słomy. 

Z  hukiem  wyważono  drzwi.  Krzyki  bólu  i  paniki  stały  się  głośniejsze.  Słyszałam  konie  idące  w  lodowatym  błocie.  Ostre 

głosy.  Przez  próg  wpadł  mężczyzna,  stanął  w  domu  i  się  rozejrzał.  Długie  złote  włosy  splecione  w  warkocze  i  zbryzgane 
krwią,  a  na  kolczudze  zakrzepła  krew.  Skierował się do paleniska, nad którym wisiał dzban, ale dzban był pusty. Cisnął nim 
przez pokój z rykiem. Dzban, który ja ledwie mogłam podnieść. Nasze kufle też stały puste, była tylko skórka starego chleba, 
więc grabieżca w furii kopnął mały stół na komin, rozwalając go w drobny mak. 

background image

 

 

Oczywiście  słyszeliśmy  o  nich,  o  najeźdźcach  z  Północy,  każda  wioska  miała  swoją  przerażającą  historię.  Ale  nikt  nic 

przypuszczał, że pokonają stepy zimą, przecież byłby to marsz śmierci. Myliliśmy się. 

Mężczyzna  odwrócił  się  do  wyjścia,  ale  coś  go  zatrzymało,  cichy  odgłos.  Odwrócił  się  na  pięcie,  surowym  wzrokiem 

przeszukując ciemny pokój. Chaos na zewnątrz wydawał się cichszy, kiedy wstrzymywałam oddech. 

Znalazł mnie w następnej sekundzie i wyciągnął za rękę. Mógł mnie zabić - pozbawić głowy i rzucić nią daleko. Ale mógł 

też  zrobić  wiele  innych  rzeczy,  takich,  że  błagałabym  o śmierć, modliła się o śmierć, chociaż miałabym świadomość, że Bóg 
byłby głuchy na moje modlitwy. 

Ryknął znowu, jak zwierzę, i cisnął mnie na łóżko. Był lekko biorąc dwa razy taki jak ja, cuchnący wojną - krwią, potem, 

strachem  innych  mężczyzn.  Zakryłam  twarz  dłońmi,  kiedy  prychnął  i  zadarł  mi  spódnicę,  postrzępioną  halkę.  Byle  tylko 
przetrwać, byle tylko przetrwać, powtarzałam sobie w duchu bez przerwy. 

Chwycił  za  przód  swoich  spodni,  a  wtedy  jego  uwagę  przykuł  delikatny  odgłos.  Przytrzymując  mnie  jedną  dłonią,  znów 

rozejrzał  się  po  pokoju.  Oboje  to  usłyszeliśmy  -  płacz  dziecka.  Złapałam  go  za  rękę,  kiedy  ruszył  za  głosem.  Usiłowałam, 
sobie  przypomnieć  jakiekolwiek  barbarzyńskie  słowa,  które  kiedyś  usłyszałam.  Wyskoczyłam  za  nim,  uczepiłam  się  jego 
ramienia, ale on strącił mnie jak jesienny liść. 

Oblepionym błotem i krwią butem kopnął na bok starą wannę, wciśniętą w róg. I znalazł mojego syna. 
Patrzył  to  na  mnie,  to  na  niemowlę,  ledwie  trzymiesięczne,  i  mrużył  oczy.  Złamałam  się,  uklękłam  u  jego  stóp,  gotowa 

obiecać wszystko, oddać wszystko, ale nagle na nowy głośny dźwięk od progu oboje odwróciliśmy głowy. 

Inny  barbarzyńca,  prawie  niepodobny  do  człowieka,  krzyczał  coś  do  mojego  napastnika,  a  potem  znowu,  bardziej 

niecierpliwie, kiedy najeźdźca się wahał. 

Po  niekończących  się  chwilach,  jakby  zamrożonych  w  czasie,  mój  napastnik,  sycząc  przekleństwa,  powalił  mnie 

kopniakiem na ziemię i wybiegł. Po drodze rozbił nasz gliniany dzban na piwo. 

Podczołgałam  się  do swojego syna i podniosłam go, przycupnięta w pogłębiającej się ciemności, kiedy armia najeźdźców 

się oddalała. Zamknęłam oczy i zaśpiewałam kołysankę, cichutko, a wtedy... 

 

********** 

-  Nastasyo? Nastasyo? Zamrugałam. 

Było  ciemno,  a  ja  leżałam  na  podłodze  swojego  dom...  nie,  na  ziemi.  Na  wilgotnej,  pokrytej  liśćmi  ziemi,  mrugając  i 

spoglądając  na  River,  Solisa,  Anne  i  paru  innych,  którzy  pochylali  się  nade  mną  zmartwieni.  Kilka  razy  przełknęłam  ślinę, 
wąchając powietrze w poszukiwaniu zjełczałych zapachów bitwy i śmierci, palonych domów, ciał i zarżniętego bydła i... 

-  Nastasyo? - River wyglądała na bardzo zmartwioną. 

background image

 

 

Powietrze pachniało ładnie. Drzewami. Czystością. 

Przypomniał  mi  się  krąg,  moje  uczucie  radości,  wzbierającej  mocy,  aż  rozpętało  się  piekło  i  zostałam  przeniesiona  o 

cztery wieki wstecz. 

-  Co jej jest? - usłyszałam pytanie Neli. 
-  Ćśś... - powiedział ktoś. 
-  Z nią są ciągle jakieś cyrki - rzuciła Neli z oddali. 

-  Wiesz, gdzie jesteś? - spytał Solis. Skinęłam głową i spróbowałam usiąść. 

-  Nie, nie wstawaj - poleciła River. - Dotknij ziemi taką powierzchnią ciała, jaką tylko możesz. 

Pokręciłam głową. 

-  Hc-dę  pawiować.  -  Oparłam  się  na  rękach  i  kolanach,  u  potem  potoczyłam  się  w  stronę  krzaków  nieoświetlonych 

dogasającym  ogniem.  Wyrzuciłam  z  siebie  niemal  wszystkie  wnętrzności,  zaskoczona,  że  nie  pozbyłam  się  z  pamięci 
wodnistej owsianki i ostatniej w tym sezonie rzepy. 

Podeszła  do  mnie  River.  Jedną  ręką  mnie  objęła,  a  drugą  odgarniała  mi  włosy  z  czoła,  mrucząc  coś  przy  tym.  Zimnymi 

palcami naznaczyła jakieś symbole na moim czole, plecach, ramieniu i powoli odzyskałam oddech. 

Stałam tam, z rękami na kolanach, pokryta lepkim potem, i z trudem łapałam powietrze. Czułam się wydrążona w środku. 

-  Chodź, wracajmy do domu. - River pomogła mi się wyprostować. - Zrobię ci herbaty i będziesz mogła mi 

0 tym opowiedzieć. 

Słabo  skinęłam  głową,  czując  ulgę,  że  wszyscy  oprócz  nauczycieli  już  poszli.  Anne  polała  ogień, żeby mieć pewność, że 

żar  wygasł,  i  poszliśmy  po  szeleszczących  liściach  w  stronę  ciepłego,  oświetlonego,  przytulnego  domu,  który  wyglądał  jak 
oaza normalności i siły. 

Znów  skinęłam  głową,  ale  wiedziałam,  że  nie  powiem  River  ani  nikomu  innemu  o  tym, co widziałam. To nie była wizja, 

tylko  złe  wspomnienie.  Twarz  mojego  syna,  niemowlęcia.  Nie  był  nieśmiertelny,  i  ten  syn,  dla  którego  tamtej  nocy 
zrobiłabym  wszystko,  zmarł  zaledwie  trzy  lata  później  na  grypę.  Każde  wspomnienie  jego  małej  okrągłej  twarzy  było  jak 
rozszarpujący cios. Ale to nie wszystko. Po raz pierwszy od wieków pozwoliłam sobie zobaczyć 

przypomnieć, jak wyglądał mój napastnik. 

To był Reyn. 
 

Rozdział 17 

Wieczór  skończył  się  tak,  że  poszłam  do  łóżka  i  długo  leżałam  bezsennie,  drżąc  pod  kołdrą.  Nie  mogłam  przestać myśleć o 
Reynie i najeźdźcy z Północy, i o tym, że moje drzwi nie mają zamka. Chciałam znów poczuć mój amulet, potrzymać go, ale 
jakoś nie miałam odwagi wyjąć go z ukrycia. 

background image

 

 

River  usiłowała  mnie  delikatnie  wypytywać,  ale  nie  zamierzałam  o  tym  rozmawiać.  Wymówki  miałam  tak  kiepskie  i 

oczywiste, że w końcu dała mi spokój. To znaczy, logicznie rzecz biorąc, to nie mógł być Reyn, prawda? Wyglądał jak on i to 
wyjaśniałoby, że wydawał mi się ulotnie znajomy, ale to stało w zupełnej sprzeczności z tym, że mnie pociągał, a ponadto był 
za młody. 

Wypiłam  duszkiem  ziołową  herbatę,  a  River  wypowiedziała  małe  zaklęcie,  żeby  pomóc  mi  zasnąć,  naznaczając  zimnymi 

palcami runy na moim czole. Opadłam na łóżko półśpiąca, nerwowo ściskając apaszkę. 

Następnego ranka otworzyłam oczy, na minutę zanim zabrzęczał budzik. Szybko rozejrzałam się po pokoju, 

jakbym  się  spodziewała,  że  zastanę  w  nim  najeźdźcę  z  Północy  sprzed  czterystu  lat  z  miejsca  oddalonego  siedem  tysięcy 
kilometrów stąd. 

Tak  długo  dusiłam  w  sobie  te  wszystkie  rzeczy.  Teraz  wymykały  się  przez  pęknięcia  w  mojej  skorupie  jak  lawa.  Uh. 

Wyczołgałam  się  z  łóżka i zwróciłam uwagę na to, że z każdym rankiem świt nastaje coraz później. W pokoju było zimno - 
grzejnik  dopiero  zaczął  syczeć  i  pykać.  Włożyłam  dżinsy,  podkoszulkę, T-shirt, a na to flanelową koszulę, wsunęłam mocne 
buty i ostrożnie zeszłam po schodach, bojąc się, że jeżeli zobaczę Reyna, zacznę krzyczeć jak dziecko. 

-  Dobry,  Nas  -  powiedział  Lorenz,  kiedy  pojawiłam  się  za  kuchennymi  drzwiami.  Wyciągnął  ręce,  w  jednej  trzymał 

łopatkę. - Chwytaj dzień! Chwytaj kolejny piękny świt! - Odśpiewał fragment opery, coś z La Bohemę. 

Uśmiechnęłam się do niego. Brynne w fartuszku roześmiała się i pacnęła go ścierką. To była moja nowa norma i - muszę 

przyznać - skopała mojej starej normie tyłek. 

Moje  imię  widniało  na  grafiku  przy  zbieraniu  jajek,  więc  wzięłam  kosz  z  wieszaka  przy  tylnych drzwiach i przeszłam po 

oszronionej  trawie  do  kurnika,  rozglądając  się  cały  czas,  jakby  w  każdej  chwili  na  podjeździe  mogła  się  pojawić  grzmiąca 
horda.  Najpierw  uchyliłam  małe  wahadłowe  drzwi  i  na  zewnątrz  zaczęły  się  wysypywać  jazgoczące  ptaki.  Później 
otworzyłam wyższe drzwi wielkości człowieka i zanurkowałam do środka. 

Jedyna  dobra  rzecz  w  zbieraniu  jajek  o  świcie  to  to,  że  w  kurniku  jest  ciepło,  w  przeciwieństwie  do reszty świata, teraz 

pokrytej ostrym, koronkowym szronem. 

Nelly  powiedziała,  że  Reyn  ma  dopiero  dwieście  sześćdziesiąt  siedem  lat.  Nie  poprawił  jej.  Moje  wspomnienia 

pochodziły, nie wiem, z końca XVI wieku. Jeszcze nie z XVII. To było w Noregr - Norwegii, a raczej królestwie duńsko-
norweskim. Kiedyś znałam tamte dialekty, ale teraz już wymarły. 

Rzecz jasna, skoro Reyna nie było jeszcze wtedy na świecie, nie mógł być grabieżcą z mojego wspomnienia. Ale dałabym 

głowę,  że  najeźdźca  wyglądał  identycznie  z  obecnym  Reyn.  Tyle  że  był  brudny,  miał  długie  włosy  pokryte  krwią  i  nosił 
zwierzęce skóry, a do tego wieśniaczą broń. Poza tym brat bliźniak. 

-  Cip, cip, cip - wymruczałam, wsuwając dłoń pod kurę. Ta jedna nigdy mnie nie dziobnęła, chociaż nie wątpiłam, że jest 

wkurzona, że ciągle zabieramy jej jajka. 

-  Zgubiłaś się? 

background image

 

 

Obracając  się,  wrzasnęłam  i  upuściłam  jajko.  W  niskich  drzwiach  stał  Reyn.  W  przytłumionym  porannym  świetle 

wyglądał  jak  sobowtór  najeźdźcy  z  progu  mojej  chaty.  Przyglądał  mi  się  uważnie,  a  każdy  nerw  mojego  ciała  pobudziła 
adrenalina. 

-  Wynocha!  -  syknęłam  rozwścieczona.  -  Wynoś  się  stąd!  -  Nie  byłam  już  bezbronną  wieśniaczką  i  mieliśmy  XXI  wiek; 

przejechałabym  go  samochodem  albo  zadźgała  kuchennym  nożem,  gdyby  znów  mi  zagroził.  Co  na  pewno...  ostudziłoby 
nieśmiertelnego. 

-  Do diabła, co z tobą? - Reyn zmarszczył czoło. -Brynne pyta o jajka, mało zostało jej z wczoraj. 

Szybki oddech, dziki wzrok - zaledwie w ciągu chwili zmieniłam się z nieobliczalnego nieudacznika w obłąkaną idiotkę. 

-  Nic  ci  nie  jest?  -  Przechylił  głowę  i  patrzył  na  mnie  zaciekawiony,  jakby  chciał  się  przekonać,  co  wariatka  zrobi  za 

chwilę. 

Przełknęłam ślinę, bo nie cierpiałam tego uczucia. 

-  Ile masz lat? 

-  Dwieście sześćdziesiąt siedem - odparł pewnie. -Czemu pytasz? 

-  Skąd  jesteś?  Gdzie  się  wychowywałeś?  -  Zadawałam  mu  pytania,  na  które  sama  nie  chciałam  odpowiedzieć.  Ironia, 

myślicie? Ironia? 

-  Głównie w Indiach. Moi rodzice byli holenderskimi misjonarzami. Jednymi z pierwszych. 
Możliwe.  Dlaczego  miałby  kłamać?  Z  tego  samego  powodu  co  ty,  podszepnął  mi  wewnętrzny  głos.  Powoli,  nie 

spuszczając  go  z  oczu,  pochyliłam  się  i  podniosłam  jajko.  Upadło  na  kupkę  siana,  więc  się  nie  rozbiło.  Włożyłam  je  do 
koszyka i rozejrzałam się, żeby policzyć kury. Zebrałam jajka od wszystkich, stwierdziłam, oprócz tej złośliwej, ale do diabła 
z nią. 

-  Dobra - powiedziałam ostro. - Masz. - Wyciągnęłam koszyk, żeby go wziął i się ode mnie odwalił. 
Pokazał, że trzyma dwie kanki mleka. River hodowała kilka krów, ale na szczęście obowiązek dojenia jeszcze na mnie nie 

spadł. 

Odsunął się od progu, a ja wzięłam głęboki wdech i wynurzyłam się za nim na powietrze wczesnego poranka. Szliśmy do 

domu w milczeniu, ja kilka kroków za nim; liście pod stopami chrzęściły od lodu. Nasze oddechy tworzyły małe obłoki. 

Reyn  wyglądał  jak wiking, a teraz o wiele bardziej przypominał Kozaka, Rosjanina, Skandynawa niż Holendra. W końcu 

Holandia leży bliżej Anglii i Niemiec. Oczy miał lekko skośne, bardziej w kształcie migdała, a cerę bladą, ale z ciemniejszym 
odcieniem. Nie jak mleko i śmietana, jak wielu Holendrów. Wzrostem pasował na Holendra, ale wikingowie przecież też byli 
wysocy. Miał może metr osiemdziesiąt trzy? Czterysta lat temu wyglądałby jak gigant. 

Żartowałam  z  tym,  że  jest  bogiem  wikingów,  i  parę  dni  temu  wydawało  mi  się  to  zabawne.  Tak  naprawdę  wyglądał 

zupełnie  jak  typowy  najeźdźca  z  Północy.  Oni  wszyscy  wyglądali  podobnie,  ha,  ha,  ha.  Oczywiście  to  wcale  nie  znaczyło, 

background image

 

 

że  był  jednym  z  nich.  Całkiem  możliwe,  że  rzeczywiście  ma  dwieście  sześćdziesiąt  siedem  lat  i  jest  Holendrem.  Możliwe 
też, że przez moją skrzywioną psychikę, we wspomnieniach pojawiała się ta osoba, o której akurat myślałam. Wcześniej mi 
się  to  nie  zdarzyło,  ale  ostatnio  wszystkie  myśli  i  wspomnienia  odżyły,  a  słowo  daję,  wiele  ekscytujących  minut  spędziłam 
na rozmyślaniu o Reynie. 

-  Nastasyo? Halo? 

Dotarło  do  mnie,  że  od  dobrej  chwili  mówię  do  siebie,  a  moje  myśli  wirowały  jak  kołowrotek  dla  chomika.  Zupełnie 

zapomniałam o obecności Reyna. 

-  Ojej! 

Przystanęliśmy  przed  tylnymi  drzwiami  domu,  prowadzącymi  do  kuchni.  Słyszałam  rozmowy,  brzęk  naczyń  i  garnków, 

śmiech,  szum  lejącej  się  wody.  Ciszę  na zewnątrz mącił tylko śpiew wczesnego ptaka i łagodny powiew wiatru, strącający z 
drzew ostatnie liście. 

-  Co się stało wczoraj w nocy w kręgu? 

Zerknęłam  na  niego  szybko  i  dostrzegłam  jego  spojrzenie  skupione  na  mnie.  Czułam  się  niezręcznie.  Nie  byłam  już 

przestraszona, niezupełnie, ale po prostu... cieszyłam się, że w pobliżu jest mnóstwo ludzi. 

-  To, co zwykle - odparłam, siląc się na swobodę. -Wizje, mdłości, wymioty. Uwielbiam kręgi! 

-  Dlaczego tak się z tobą dzieje? 

Nerwy miałam w strzępach i rozpaczliwie pragnęłam znaleźć się w środku, z daleka od niego. 
Z tylnych drzwi wychyliła się Neli z zaróżowionymi policzkami. Wyglądała na wypoczętą. Bez powodzenia starała się nie 

okazać podejrzliwości i zazdrości, ale mogłam się założyć, że Reyn niczego nie zauważył. 

-  Spóźniasz się przez Nastasyę! - zganiła go żartobliwie. 
Mój brak postępów, niedojrzałość wraz ze zdrową dozą skłonności do autodestrukcji sprawiły, że pod wpływem impulsu 

chciałam odpowiedzieć: „Och, pieprzyliśmy się w kurniku". Ale wykończona nerwowo nie potrafiłam tak zażartować. 

-  Rozmawiamy - powiedział Reyn. - Będziemy za minutę. 
-  Brynne potrzebuje jajek. - Twarz Neli spochmur-niała. 
-  Zaniosę je. - Weszłam po schodach, zostawiając Reyna. 

On jest mój! - syknęła Neli, kiedy ją mijałam Spojrzałam na dziewczynę. Ale wyglądała jakby nigdy nic - łagodnie i 

zwyczajnie. Uśmiechała się do Reyna, przytrzymując mu otwarte drzwi, kiedy wchodził z dwoma wiadrami. 

Wczoraj  był  moją  najbardziej  podniecającą  fantazją,  dziś  -  uosobieniem  największego  strachu  i  najgorszych  wspomnień. 

A na domiar złego Neli myślała, że usiłuję ją pozbawić jej obiektu obsesyjnego pożądania. Super. Karma musi się teraz śmiać 
z tego do rozpuku. 

 
 

background image

 

 

********** 

Skoro  mowa  o  karmie,  tamtego  dnia  znowu  poszłam  do  pracy.  Drugi  dzień  z  rzędu!  Na  czas!  Ostatni  raz  coś  takiego 

zdarzyło  się...  Nie  mogłam  sobie  przypomnieć  ostatniego  razu.  Może  nigdy.  I,  rany, czułam się taka spełniona, potrzebna i 
jakbym  znajdowała  się  o  wiele  dalej  na  drodze  do  uzdrowienia,  dobrego  samopoczucia  i  stanowienia  jedności  z 
wszechświatem...  eee,  niezupełnie.  To  znaczy,  nikt  by  tej  harówki  nie  lubił,  nikomu  nie  sprawiałaby  satysfakcji.  Ale 
bezmyślna  praca  wywoływała  trochę  mniejszą  depresję  niż  bezmyślne  nieróbstwo.  Wierzyłam,  że  River  i  Solis  wiedzą,  co 
robią. Zastanawiałam się, jak długo chcą, żebym pracowała na zewnątrz. Dwa tygodnie? Czy dwa tygodnie wystarczą? 

O wpół do czwartej zjawiła się Meriwether Maclntyre i wsunęła szkolny plecak za ladę. 
-  To ty już skończyłaś liceum? - spytała nieśmiało, zakładając roboczy fartuch w paski. 

-  Tak. 
-  Wybierasz się na studia? 

-  Mhm,  jasne.  Tylko  chciałam  trochę  popracować,  odłożyć  jakieś  pieniądze.  A  ty?  Ostatnia  klasa,  prawda?  - 

Dowiedziałam się, że jest w dwunastej klasie i że w zasadzie chodzi do szkoły, wraca tutaj i nie ma innego życia. 

Skinęła głową. 

-  Jakie studia? 

Zawahała się z zakłopotaną miną. 

-  Nie  wiem,  czy  będę  mogła  zostawić  tatę  -  wyszeptała,  jakby  się  bała,  że  ją  usłyszy.  -  Najbliższa  uczelnia  jest  tylko 

godzinę stąd, ale ojciec chyba się nie zgodzi, żebym tam poszła. 

Hm. Moje ostatnie przemyślenia na temat tego, jak Incy mnie osaczał i kontrolował, wyczuliły mnie bardziej na położenie 

Meriwether - była uwiązana jak szczeniak na smyczy. Ale co mogłam powiedzieć? „Do diabła z nim, rób co chcesz?" 

Wiedziałam,  że  to  nie  takie  proste.  Chociaż  jeszcze  miesiąc  temu  ciężka  sytuacja  Meriwether  byłaby  dla  mnie  zupełnie 

niezrozumiała. 

-  Są chyba kursy korespondencyjne - zasugerowałam bez przekonania, świadoma, że potrzebuje czegoś więcej. 

-  Tak - mruknęła ponuro. - Ojej, dużo zrobiłaś. Chyba czuła się przy mnie nieswojo, ale domyślałam 

się, że trochę się różnię od jej szkolnych kumpli. 

-  No, uwijam się jak mrówka, cała ja. - Zrozumiałam, że chce zmienić temat. Spojrzałam na czyste półki i starałam się nie 

myśleć  o  tym,  jak  schodzę  po  schodach  praskiej  opery  w  niesamowitej  sukni.  Głowy  się  odwracały,  mężczyźni  się  gapili,  a 
kobiety  mnie  nienawidziły.  Stare  dobre  czasy.  Naprawdę  stare,  sto  pięćdziesiąt  lat  temu.  -  Muszę  tu  zostać  do  czwartej  - 
ciągnęłam,  wycierając  zakurzone  dłonie  w  dżinsy.  -  Wiesz,  co  mi  przyszło  do  głowy?  Sezon  wędkarski  się  chyba  skończył? 
Może  przesuniemy  regał  z  przynętami  na  tył  sklepu,  a  na  przód  damy,  no...  na  przykład  chusteczki  higieniczne  i  środki  na 
przeziębienie czy coś innego. 

background image

 

 

Jej niemal bezbarwne oczy otworzyły się szeroko. 
-  To właśnie zamierzałam zrobić wieki temu! Spytałam tatę, ale powiedział... 
-  O czym tak paplacie?! - ryknął pan Maclntyre, podchodząc do nas. - Nie płacę ci za to, żebyś stała i gadała. 
Meriwether  podskoczyła,  ale  mnie,  gdy  uwolniłam  się  od  koszmaru  o  północnych  najeźdźcach,  gburowaty  sklepikarz  w 

ogóle nie wzruszył. 

-  Mówiłam  tylko,  że  powinniśmy  przesunąć  artykuły  wędkarskie  na  tył,  a  zimowe  rzeczy  na  przód  sklepu.  Chyba  pan 

chce,  żeby  ludzie,  wchodząc,  widzieli  coś  i  myśleli:  o,  to  mi  potrzebne.  A  później:  Maclntyre  ma  to,  czego  potrzebuję. 
Rozumie pan? Po co mają wpadać na kremy z filtrem i akcesoria wędkarskie? Cholera, jest listopad. 

Maclntyre gapił się na mnie w milczeniu, a ja tylko patrzyłam, czy przypadkiem z uszu nie pójdzie mu dym. 

Odwrócił  się  i  rozejrzał  po  sklepie,  prawie  tak  jakby  widział  go  po  raz  pierwszy  -  wyblakłe  plakaty  reklamowe,  rdzawe 

plamy na metalowym suficie, staroświeckie półki, zniszczone linoleum. 

-  Jesteś tu... ile? dwa dni? - powiedział. - I co, takie już masz doświadczenie? 

 

-  Nie  jestem  doświadczonym  właścicielem  sklepu  -prychnęłam.  -  Ale  jestem  doświadczoną  sprzedawczynią.  A  poza 

tym, mam oczy. 

Meriwether wstrzymywała oddech od początku tej rozmowy; bałam się, że za chwilę zemdleje. 

-  Nie  naróbcie  za  dużego  bałaganu  -  warknął  Stary  Mac  po  kolejnej  minucie  zupełnej  ciszy,  w  której  mierzyliśmy  się 

wzrokiem. Ruszył z powrotem na zaplecze. - Lepiej posprzątajcie wszystko, czego dotkniecie. 

Mało się nie roześmiałam, widząc „o mój Boże" spojrzenie Meriwether i jej wielkie oczy. 

-  Kiedy ja to zaproponowałam, zmył mi głowę. 

-  Tak,  nagrody  za  ciepło  i  subtelność  toby  nie  dostał  -stwierdziłam.  -  Ułóżmy  plan,  taki,  który  będziemy  mogły 

realizować małymi krokami, żeby twój ojciec za bardzo się nie zorientował. Zacznę jutro, a potem ty będziesz robiła dalej 

-  Dobra. - Meriwether posłała mi drżący, ale szczery uśmiech. 

Odmeldowałam  się  jak  należy,  wsiadłam  do  swojego  zdezelowanego  samochodu  i  pojechałam  do,  w  pewnym  sensie, 

domu. 

 

Rozdział 18 

Spójrzmy.  Moje  poprzednie  życie:  ciuchy  od  projektantów,  niesamowite  imprezy,  lepiący  się  do  mnie  faceci,  wspaniali, 
odjazdowi,  zabawni  przyjaciele,  podróże  według  zachcianek,  zabawa,  zabawa,  zabawa.  I  moje  obecne  życie:  dżinsy, 
flanelowe  koszule  i  robocze  buty,  służalcza  praca  w  lichym, podupadłym sklepiku, wstawanie o świcie, padanie na łóżko, o, 
na przykład, dziewiątej. Nie było powodu, dla którego to życie miałoby wydawać mi się lepsze. A jednak. 

background image

 

 

Tutaj,  po  raz  pierwszy  od  dziesiątków  lat,  a może od wieków, żołądek nie dokuczał mi tak bardzo. Zawsze czułam się, 

jakbym  połknęła  spadającą  gwiazdę  albo  fajerwerk.  Głęboko  we  wnętrznościach  miałam  coś  ostrego,  drażniącego, 
bolesnego,  ściśniętego,  napiętego.  Czasami,  jeżeli  dość  sporo  wypiłam,  trochę  łagodniało,  a  później  wracało  i  się  mściło. 
Właściwie,  nie  martwiłam  się  tym,  po  prostu  to  zauważałam,  i  wszystko.  Żyłam  z  tym.  Raz  było  gorzej,  raz  lepiej,  ale 
ogólnie przywykłam do tego supła irytacji, ostrego pieczenia w środku. 

Tego  ranka  zauważyłam,  że  prawie  tego  nie  czuję.  A  nie  „leczyłam  się"  od  tygodni  -  odkąd  przyjechałam  do  ośrodka 

rehabilitacyjnego  River.  Wstrząsnęła  mną  świadomość,  że  siedzę  w  River's  Edge  od  pięciu  tygodni.  Wydawało  mi  się 
całkiem nowe, a jednocześnie miałam wrażenie, że jestem tu od wielu miesięcy czy lat. 

Wszystko było inne. 
Teraz  uczestniczyłam  w  większej ilości prawdziwych zajęć. Z Anne, czasami Asherem, Solisem i samą River uczyłam się 

medytacji,  astronomii,  botaniki,  geologii  i  czego  tylko  chcesz.  Jeżeli  czego  nie  rozumiałam,  zarzucali  mnie  informacjami. 
Uczyłam się o roślinach, ale nie tylko o tych uprawnych. Wiele roślin, ziół, kwiatów miało szczególne właściwości, naturalne 
albo  magyiczne,  i  można  było  się  posłużyć  nimi  przy  czarach.  Są  różne  rodzaje  magyi,  w  której  wykorzystuje  się  rośliny, 
metale,  kamienie  szlachetne  i  kryształy,  olejki,  świece.  Różni  ludzie  harmonizują  z  różnymi  rodzajami  magyi,  na  przykład, 
kiedy  dany  typ  magyi  pokrywa  się  najbardziej  z  osobowością  człowieka,  jego  czary  w  tym  zakresie  będą  szczególnie 
skuteczne.  Ja  nadal  nie  wiedziałam,  z  czym  harmonizuję.  Dowiadywałam  się,  że  w  zasadzie  wszystko  wokół  mnie  wiąże się 
jakoś  z  magyią.  A  przez  to  ze  mną.  Rozwinęli koncepcję ośmiu domów, a ja starałam się nawet nie drgnąć ani nie zemdleć, 
kiedy mówili o Islandii, o domu Ulfura. 

Widziałam  zmianę.  Nawet  we  własnych  oczach  wydawałam  się  sobie  mniej  chora.  Oczywiście  mój  naturalny  wdzięk  był 

zupełnie  przyćmiony,  miałam  zgrubienia  na  dłoniach,  kurz  i  trawę  we  włosach,  nosiłam  męskie  ciuchy  i  ciągle  jechało  ode 
mnie kurnikiem - ale skóra i oczy naprawdę wyglądały zdrowiej. 

Spałam.  Teraz  już  nie  męczyłam  się  cztery  czy  pięć  godzin,  odpływałam  wcześnie  i  spałam  jak  naćpany  kamień,  dopóki 

nie  musiałam  wstawać.  Byłam  silniejsza  fizycznie;  bez  trudu  mogłam  podnosić  drewniane  skrzynki  i  kartony  u  Maclntyre'a, 
zaganiać  krowy  do  dojenia  i  podnosić  największe,  najcięższe  garnki  w  kuchni.  Sny  miałam nie takie złe. Często nie mogłam 
ich sobie przypomnieć, ale nie dręczyły mnie nieustanne koszmary i nie budziłam się chora i wyczerpana. 

A  jednak  zaczynałam  odnosić  wrażenie,  że  to  zdrowe  życie  mnie  zabije.  Ha,  ha,  ha.  I  chociaż  widziałam  zmianę, 

dostrzegałam różnicę, nie zauważałam postępu. 

Pewnej  niedzieli  na  zajęciach  z  River  poznawaliśmy  właściwości  różnych  metali.  Wszystko  -  nie  tylko  mój  amulet  -  bez 

względu  na  to,  czy  naturalne,  czy  zrobione  przez  człowieka,  miało  swoją  energię,  pewnego  rodzaju  wibrację.  Wiem,  ojojoj, 
jakie  to  new  age'owe,  uduchowione.  Ej,  ja  tylko  mówię,  jak  jest,  ludzie.  Uczyłam  się,  jak  być  bardziej  świadomą  wibracji  i 
energii i jak połączyć z nią własną energię. To stanowiło część całego doświadczenia Tdhti. Chodziło o to, aby tworzyć moc i 
magyię, posługując się przedmiotami, a nie wysysać z nich moc, aż umrą. 

background image

 

 

O  wiele  łatwiej  po  prostu  wyssać  moc  z  przedmiotów  i  ją  przekazać  niż  rzeczywiście  uprawiać  białą  magyię  i  działać  w 

granicach,  które  musisz  wyznaczyć  -  w  granicach,  którymi  my,  ciemni  nieśmiertelni,  nie  zawracamy  sobie  głowy,  jeżeli  w 
ogóle  uprawiamy  magyię.  Więc  siedziałam  przy  stole  w  jednej  z  sal,  miętoląc  kawałki  żelaza,  miedzi  i  srebra  i  prawie 
niczego nie wyczuwałam. A oczywiście inni - Jess, Daisuke i Rachel - niemal lśnili z zachwytu, że są tak zestrojeni ze swoją 
magyią, że metale właściwie im śpiewają. I nagle poczułam, że mam dość. 

- Do dupy! - wykrzyknęłam i cisnęłam kawałkiem miedzi. 
Wszyscy podskoczyli. 
-  Co się stało? - River podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu. 
-  To! - Machnęłam ręką, wskazując miedź, klasę, cały budynek. - Niczego nie czuję. To nie jest miejsce dla mnie. - Pięć 

tygodni temu naprawdę tak myślałam, a teraz byłam przerażona, że to może być prawdą, a nie tego chciałam. Już nie. 

River spojrzała na mnie taka... niewzruszona. Spodziewałam się, że będzie mnie uspokajać, znów poprowadzi mnie przez 

ten proces, może da mi mały wykład, i nastawiłam się na to. 

Ona jednak zajrzała przez oczy prosto do mojej duszy, wymiętej i wyżętej. 

-  Czego chcesz, Nastasyo? - spytała. 
-  Chcę poczuć te całe wibracje metali. - I dodałam w myślach: oczywiście. 
-  Czego chcesz? - Pokręciła głową. 

Czy to podchwytliwe pytanie? Skrzywiłam się, szybko analizując. 

-  Chcę... to poznać? 

-  Czego  chcesz?  -  River  wpatrywała  się  we  mnie  uporczywie,  a  ja  niemal  zapomniałam,  że  sala  jest  pełna  zafa-

scynowanych widzów, z których pewnie nikt nigdy tak się nie zachowywał. 

Może... 

-  Chcę... lepiej się poczuć? 
-  Nie. Czego naprawdę chcesz? 

Dobra, teraz się wkurzyłam. Do cholery, o co jej chodzi? Czy to jakaś durna psychoterapia? 

-  Chcę się lepiej poczuć! 

-  Nie. Czego naprawdę chcesz? - powtórzyła z naciskiem na każde słowo. 
-  Nie wiem! - krzyknęłam, wstając tak szybko, że przewróciłam ławkę. 

River nie była zła - patrzyła na mnie ze spokojem i wyrozumiałością w brązowych oczach. Skinęła głową, odsunęła dłoń i 

usiadła z powrotem przy swoim stole. 

Chcialuin  wy  maszerować na korytarz i wrócić do dużego domu. Na górze napełniłabym wielką wannę i zanurzyła się w 

niej, pozwalając łzom spływać po policzkach i mieszać się z wodą. 

background image

 

 

Tego właśnie chciałam. 

Ale  podniosłam  swoją  ławkę.  Twarz  mi  płonęła.  Czułam  się  jak  duże  dziecko.  Postawiłam  ławkę  z  ponurą  miną  i 

klapnęłam  ciężko.  Stwierdziłam,  że  miedź  to  nie  moja  bajka,  więc  wzięłam  duży  kawałek  czystego  srebra,  skręconego, 
gładkiego,  nieprzerobionego.  Wiedziałam,  że  wszyscy  na  mnie  patrzą,  zamknęłam  oczy  i  skupiłam  się  na  oddechu.  Oczy 
mnie piekły, a w nosie mi zwilgotniało, jak to zwykle przed płaczem, ale zatrzymałam wszystko w sobie. Publiczny płacz po 
wcześniejszej scenie byłby przesadą. 

Srebro było ciężkie i gładkie, szybko ugrzało się w mojej dłoni. Skoncentrowałam się na nim najbardziej, jak mogłam (nie 

tak  bardzo),  jednocześnie  bezskutecznie  próbując  oczyścić  umysł  z  każdej  innej  myśli.  Czy  czułam  wibracje?  Nie,  tego  nie 
mogłam  powiedzieć.  Nigdy  nie  nosiłam  srebra,  uznałam,  że  na  mojej  skórze  wygląda  zbyt  chłodno.  Matka  też  go  nigdy  nie 
nosiła. 

Incy nosił. 

Incy  cały  czas  miał  na  sobie  dużo  srebra:  łańcuchy,  bransoletki,  kolczyk,  spinki,  klamry  przy  pasku,  guziki,  co  tylko. 

Nosił wszystko, co dało się zrobić ze srebra. 

Poczułam, że River stoi obok mnie. 

-  Srebro  ma  wielką  moc,  magyiczną  -  wymruczała  kojącym  głosem.  -  Jest  związane  z  księżycem,  kobiecą  energią  i 

uzdrowieniem. W dawnych czasach noszono je, żeby odegnać złe duchy. 

-  Złe duchy? - wyszeptałam. - To one istnieją? 
-  A jak myślisz? - River położyła mi dłonie na ramionach. 
Z  nagłą  jasnością  zobaczyłam  Incy'ego.  Pokój  wokół  mnie  zniknął,  a  ja  byłam  świadoma  tylko  rąk  River  na  moich 

ramionach  i  ciężkiego  kawałka  srebra,  ciepłego  w  moich  dłoniach.  Wciągnęłam  powietrze.  Czułam  się  tak,  jakby  między 
moim  światem  a  światem  Incy'ego  otworzył  się  luk.  Tam,  gdzie  się  znajdował  Incy,  była  noc,  a  ja  z  przerażeniem 
rozpoznałam  jego  mieszkanie,  chociaż  zupełnie  zniszczone.  W  ścianach  wielkie  dziury,  wypisane  sprejem  słowa,  rozbity 
żyrandol... meble powywracane i połamane. Co się stało? 

Kiedy  tak  patrzyłam,  Innocencio  cisnął  o  ścianę  ogromną  irańską  wazą,  która  kosztowała  fortunę.  Roztrzaskała  się  na 

milion odłamków. 

-  Gdzie ona jest?! - ryknął. 

Boz i Cicely stali skuleni przy drzwiach, próbując 

uniknąć ciosu. 

-  Na wakacjach, Incy - powiedziała Cicely. - Pojechała do Paryża na zakupy. 
-  Nie  ma  jej  w  pieprzonym  Paryżu!  -  wrzasnął  Incy,  waląc  dłonią  w  ścianę  tuż  nad  głową  Cicely.  Usiłowała  nie  drgnąć. 

Zobaczyłam słowo wymalowane na ścianie obok dłoni Incy'ego: „suka". 

background image

 

 

Mówił  o  mnie,  szukał  mnie.  Oddech  uwiązł  mi  w  gardle.  Miałam  mglistą  świadomość,  że  River  dotyka  mnie dłońmi, ale 

wpatrywałam się z przerażeniem w scenę, która rozgrywała się przede mną. 

-  Nie ma jej w Paryżu! Nikt jej nie widział! Nigdzie nie mogę jej wyczuć! Rozumiecie? Nie czuję, gdzie jest! 

Wyglądał  jak  szaleniec.  Incy  -  łagodny,  wyrafinowany,  przystojny  Incy,  w  pięknych,  ręcznie  szytych  jedwabnych 

koszulach  i  fryzurach  za  czterysta  dolarów  wyglądał  jak  szalony  bezdomny.  Nieogolony,  włosy potargane, ubranie podarte i 
brudne. Chwycił Boza za klapy i zaczął krzyczeć mu prosto w twarz. 

Twarz Boza stężała, chwycił Incy'ego za nadgarstki. Widziałam, jak na jego zaciśniętych palcach bieleje skóra. 

- Vestuvio! - ryknął, a Incy zamrugał, przerażony. Nie mogłam oddychać. Vestuvio to imię, które zostało nadane Incy'emu 

po  urodzeniu  niemal  czterysta  lat  temu.  -  Spójrz  na  siebie!  -  wypalił  Boz,  odsuwając  rękę  Incy'ego.  -  Jesteś  śmieszny! 
Żałosny! Nas wybrała się na zakupy, pieprzony idioto! Może kogoś spotkała! Może zadała się z jakimś francuskim dupkiem! 
Może postanowiła pojechać dokądś indziej! Wróci! 

-  Wróci? - Innocencio spoglądał na Boza z dziką nadzieją i niemal dziecinną ufnością. - Tak myślisz? 
-  Wróci  -  powtórzył Boz z przekonaniem. - Zawsze wraca. I co sobie pomyśli o tobie? O tym? - Wskazał z pogardą na 

zdemolowane mieszkanie... za dwanaście tysięcy dolarów miesięcznie. 

Incy rozejrzał się, nagle spokojny. Zmarszczył czoło, jakby w końcu zauważył pobojowisko i to do niego dotarło. 

-  Naprawdę, Incy - wtrąciła się Cicely. - Przesadzasz. Wszyscy tęsknimy za Nasty, ale to nic wielkiego. Wiesz, że wróci. 

Ma tu mieszkanie, zostawiła tu wszystkie swoje rzeczy. Boz ma rację, co sobie pomyśli, kiedy wróci? 

-  Nic sobie nie pomyśli! - Innocencio odwrócił się do Cicely rozwścieczony. - Zrozumie! Wie, że jej potrzebuję! Ona też 

mnie  potrzebuje!  Wariuje  gdzieś  beze  mnie!  -W  jego  oczach  pojawił  się  strach.  -  Może  jest  gdzieś  więziona  wbrew  swojej 
woli. Albo została porwana. 

-  Oj, przestań - mruknęła Cicely. Incy przydusił ją do ściany. 
-  Nie wiesz, jak to jest! - krzyknął. 

-  Pieprz  się!  -  odpyskowała  mu  Cicely.  Odsunęła  jego  dłoń  i  ruszyła  do  wyjścia.  -  Zadzwoń,  jak  przestaniesz  za-

chowywać się jak dupek! 
 

-  Nie, Cicely, przepraszam - jęknął skruszony Incy. -Przepraszam, nie idź! 

Pokazała mu palec i zatrzasnęła za sobą drzwi. 

-  Suka! - wściekał się Incy. - Podła suka! 

Boz wyglądał na wyczerpanego. Potarł dłonią twarz i powoli osunął się po ścianie. 

Incy otworzył usta, żeby coś krzyknąć, ale zobaczył Boza. Jego twarz znów natychmiast się zmieniła i ukląkł przy Bozie. 

-  Boz?  Przepraszam.  Przepraszam.  Nie  wiem,  co  się  ze  mną  dzieje.  Po  prostu...  nigdy nie rozstawałem się z nią na tak 

długo. Nie wiem, co mi jest. Przepraszam. Tęsknię za nią. Chcę z nią być. 

background image

 

 

-  Tęsknisz za jej mocą - odezwał się Boz bardzo starym i zmęczonym głosem. 

Podskoczyłam,  czując,  jak  palce  River  wbijają  się w moje ramiona. Zamrugałam szybko i moim oczom znów ukazała się 

klasa. 

Oddychałam  płytko,  rozglądając  się.  Czułam  się  tak,  jakbym  ocknęła  się  z omdlenia. Jess, Daisuke i Rachel obserwowali 

mnie w skupieniu, ich metale leżały przed nimi nietknięte. 

Opadły  mi  ramiona,  otworzyłam  dłonie  i  wypuściłam  srebrny  kawałek  na  stół.  Parzył  i  praktycznie  lśnił.  Przełknęłam 

ślinę. 

-  Och. 
-  Kto to był? - spytała River cicho i stanowczo. 

-  Moi... przyjaciele. - Znów przełknęłam ślinę. - In-cy'ego poznałaś tamtej nocy, kiedy się spotkałyśmy pierwszy raz. Czy 

ty... ich widziałaś? Widziałaś to? 

-  Tak. - River skinęła głową. - Właściwie nie wiem dlaczego, nie starałam się. 

-  Czy on mnie tu znajdzie? - wyszeptałam bardzo cicho. 

-  Postaram się, żeby nie znalazł. - River pokręciła głową.  - Postaramy się. Pozostaniesz ukryta, dopóki będziesz w West 

Lowing. 

-  Aha, dobrze - mruknęłam bez przekonania. Oczywiście tak łatwo się z tego nie wykręciłam. Tego 

wieczoru  po  kolacji  poważny  Solis,  Asher,  River  i  Anne spotkali się ze mną w jadalni. Po potwornej wizji Incy'e-go, ledwie 
zauważyłam Reyna na kolacji. To prawda, są różne stopnie przerażenia, strachu, bólu. Wszystko jest względne. W tej chwili 
główne miejsce zajmował Incy. 

River powiedziała nam, co się stało - oznajmił Solis bez ogródek. - Że miałaś bardzo rzeczywistą wizję podczas zajęć 

z metalami. 

Skinęłam głową, nie po raz pierwszy żałując, że jestem tak „wyjątkowa". 

-  To byli twoi przyjaciele? 
-  Tak. Z którymi się spotykałam. 
-  Dlaczego Innocencio jest taki zły, że cię nie ma? -spytała Anne. 

-  Nie  wiem  -  odparłam  zgodnie  z  prawdą.  -  Był...  wszystko  robiliśmy  razem.  Ale  myślałam,  że  chodzi...  o  zwykłą 

przyjaźń. Patrząc wstecz, wydaje mi się, że był ode mnie uzależniony. - Potrzebował mnie jak... na przykład powietrza. 

-  Myślisz, że zrobiłby ci krzywdę? Czy ma dużą ma-gyiczną moc? - Asher wydawał się zmartwiony. 
-  Na  oba  pytania  odpowiedziałabym:  nie.  -  Wróciłam  myślami  do  przeszłości.  -  Nigdy  nie  przypuszczałabym,  że 

mógłby mnie skrzywdzić. Teraz nie wiem. Jest trochę... zdenerwowany. 

-  Jest silny? - spytała River. Miała na myśli magyicz-ne zdolności. 

background image

 

 

-  Znowu:  nie  sądzę.  Ale  zanim  wyjechałam,  użył  czaru,  którym...  złamał  komuś  kręgosłup.  Okaleczył  kogoś.  Magyią. 

Nie miałam pojęcia, że potrafi coś takiego zrobić. 

-  A co miał na myśli ten drugi mężczyzna, że Innocencio tęskni za twoją mocą? - Oczy River były poważne i miłe. 
-  Boz.  Nie  wiem.  Nigdy  nie  zajmowałam  się  wielką  magyią.  Widzieliście,  do  czego  mnie  doprowadza.  W  ogóle  rzadko 

posługuję się magyią. Nie miałam pojęcia, że mam jakieś zdolności. Nie wiem, o czym mówi Boz. 

River skinęła głową i poklepała mnie po plecach. Słysząc lekki hałas, podniosłam wzrok i zobaczyłam, że drzwi od kuchni 

lekko się poruszyły. Neli i Charles mieli dyżur, zmywali po kolacji. Czyżby Neli podsłuchiwała? 

-  Odprowadzę cię do pokoju. - River wstała. - Zaparzę herbatę. 
Weszłyśmy razem na górę, schody wydawały się znajome, miałam wrażenie, że to domowy korytarz. 
-  Co to za herbata? - spytałam. - Na sen czy żebym nie miała koszmarów? 
-  Nic  wielce  magyicznego.  -  River  się  uśmiechnęła  i  otworzyła  drzwi  do  mojego  pokoju.  -  Poza  magyicznymi 

właściwościami  roślin.  To  głównie  kocimiętka.  Odpręża.  Kocimiętka,  rumianek  i  waleriana.  Żadnych  czarów  ani  leków  z 
apteki. 

Otworzyły  się  trzecie  drzwi  od  moich.  Drzwi  Reyna.  Wychylił  się,  zobaczył,  że  to  River  i  ja  i  sztywno  skinął  głową. 

Zamknął drzwi i ja zamknęłam swoje. 

River zrobiła herbatę i posiedziała ze mną kilka minut, chyba żeby upewnić siebie (i mnie), że nic mi nie jest. 
-  Pamiętaj, jutro jest nowy dzień - powiedziała, wychodząc. 

Dziwnie  banalne słowa, ale byłam za bardzo zmęczona, żeby się zastanawiać, o co, do cholery, jej chodzi. Sen ogarnął 

mnie niczym wielka fala i odpłynęłam. 

Rozdział 19 

Następnego  ranka  nadal  byłam  nerwowa  i  niespokojna.  A  mój  stan  psychiczny  pogorszył  się  jeszcze  bardziej,  bo  musiałam 
jechać do pracy z ponurym wikingiem. Chciałam zaprotestować i wziąć swój samochód, ale coś w oczach River kazało mi się 
zamknąć i po prostu wsiąść do ciężarówki. Prawie wcisnęłam się w drzwi, przytrzymując się klamki. 

Kiedy  odjeżdżaliśmy,  zobaczyłam,  że  z  okna  na  ganku  obserwuje  nas  Neli.  Jęknęłam  w  duchu.  Super.  Już  i  tak  myślała, 

że  jestem  na  niego  napalona,  i  szczerze  mówiąc,  zaczynałam  podejrzewać,  że  coś  się  kroi.  Teraz  będę  o  tym  rozmyślała  i 
miała obsesję na jej punkcie przez cały dzień. 

A  co  najsmutniejsze,  że  mimo  wszystko  -  mimo  mojego  wspomnienia,  pogardy  Reyna  wobec  mnie,  naszej  oczywistej 

odmienności,  coraz  bardziej  groźnego  zainteresowania  Neli  -  nadal  mnie  pociągał  i  właściwie  ceniłam  jego 
odpowiedzialność.  To znaczy, w tej chwili nie ufałam nikomu poza River i innymi nauczycielami. Ale spójrzmy prawdzie w 
oczy,  Bozowi  ani  Incy'emu  nikt  nie  powierzyłby  swojego  traktora,  ciężarówki  ani...  uczennicy.  A  odpowiedzialność  nigdy 
nie  była  też  moją  mocną  stroną.  Nikt  nie  uznałby  mnie  za  osobę  godną  zaufania.  Incy,  zanim  wyraźnie  zwariował,  był 

background image

 

 

zabawny, odlotowy, ale odpowiedzialny? Nie. Jeżeli ktoś z moich przyjaciół mówił, że wpadnie po mnie o czwartej, to albo 
to robił, albo nie. I zastawał mnie albo nie. Wszystko było o wiele mniej zobowiązujące. Ale jeśli Reyn powie, że przyjedzie 
po mnie o czwartej, to choćby nie wiem co, o czwartej będzie niecierpliwie przestępował z nogi na nogę na ulicy. Dziwne, w 
tej  chwili  wydawało  mi  się  to  bardziej  imponujące  niż  denerwujące.  Uznawałam  za  atrakcyjne  to,  że  nie  wrzeszczy  i  nie 
maluje  na  ścianach  sprejem:  „suka".  Mój  świat  wydawał  się  teraz  zupełnie  wywrócony  do  góry  nogami,  emocje  miałam 
podkręcone: najeźdźca, najeźdźca z Północy! Mówił, że ma tylko dwieście sześćdziesiąt siedem lat! I co z tego! 

Całą  drogę  do  miasta  trzymałam  się  klamki,  gotowa  wyskoczyć  z  jadącej  ciężarówki,  gdyby  Reyn  nagle  wyciągnął  długi 

miecz czy inną broń. Przed sklepem Maclntyre^ szybko otworzyłam drzwi i wysiadłam, mocniej zaciskając apaszkę na szyi. 

-  Dzięki za podwiezienie - wydusiłam, nie patrząc na 

niego. 

-  Będę o czwartej. Wiesz... - przerwał, zagryzając wargi. 

-  Co? - Spojrzałam na niego ostrożnie. 

-  Nic.  -  Pokręcił  głową  i  wbił  wzrok przed siebie. -Twoje włosy  - powiedział, kiedy się odwróciłam. - Wyglądają trochę 

jak u skunksa. 

Nigdy  wcześniej  nie  robił  uwag na temat mojego wyglądu i odnosiłam wrażenie, że starał się na mnie patrzeć najrzadziej 

jak  się  da.  Oczy  mi  zapłonęły.  Spojrzałam  w  boczne  lusterko  ciężarówki.  Orajusa.  Szczęka  mi  opadła.  W  ogóle  nie 
przejmowałam  się  tym,  jak  wyglądam,  jakie  mam  włosy.  Odrosły,  a  ja  nie  pofarbowałam  odrostów.  No  i  rzeczywiście 
miałam białawy blond pasek przez środek głowy. Ale pociągająco. 

-  A myślałam, że gorzej być nie może. - Zacisnęłam powieki i pokręciłam głową. 
-  Zawsze może być gorzej. - Czyżby w jego głosie zabrzmiała gorycz? 

Bydlak, pomyślałam, zatrzaskując drzwi. Skup się, powiedziałam sobie. Skup się na pracy. Kiedy weszłam do sklepu 
Maclntyre'a, na własne oczy zobaczyłam, że w niektórych kwestiach może być jednak lepiej. Sklep wyglądał o wiele lepiej. 
Meriwether i ja dużo zrobiłyśmy przez ostatnie tygodnie. Stary Mac nie zgodził się, żeby wydać pieniądze na nowe stojaki 
czy regały, i wpadł w szał, kiedy o to poprosiłam, a jednak udało nam się bardzo sklep odmienić. Wyrzuciłyśmy stare, 
wyblakłe stojaki i wymyśliłyśmy nowy sposób na ułożenie towaru, który chciałyśmy wyeksponować. Meriwether uprzątnęła 
stertę badziewia z lady, więc zrobiło się czyściej i było więcej miejsca. Usunęłyśmy mnóstwo rupieci z wystawy, umyłyśmy 
okno i w środku od razu pojaśniało. W końcu zaczął wyglądać tak, jakby zrobił krok w XX wiek, jeśli nie w XXI. Stary Mac 
marudził i narzekał, ale widziałam jego minę, kiedy klienci chwalili nowy wygląd. Uśmiechałam się do niego zuchwale, gdy 
spoglądał na mnie gniewnie. 

Mariwether,  chociaż  stała  się  wobec  mnie  cieplejsza,  ciągle  wydawała  się  bezbarwna  i  wymęczona,  a  Stary  Mac  bez 

przerwy  na  nią  warczał.  Nie  lubiłam  wychodzić  o  czwartej,  bo  miałam  wrażenie,  że  zostawiał  sobie  cały  jad  na  nią,  kiedy 

background image

 

 

po  szkole  przyjdzie  do  pracy.  Przypuszczałam,  że  jak  tylko  wyjdę,  zacznie  się  na  niej  wyżywać.  Nie  wiedziałam,  jak  to 
zmienić. 

Byłam zaskoczona, że w ogóle chcę. 

Nie widziałam Dray od paru tygodni i zastanawiałam się, czy jej wstyd za kradzież, czy jest wściekła na to, że kazałam 

jej  zapłacić.  Na  zewnątrz  było  za  zimno,  żeby  się  pałętać  i  pić  piwo  na  chodniku.  Ciekawe  gdzie  dziewczyna  teraz  się 
włóczy. 

Tego  dnia  około  trzeciej  zaczęło  mnie  ściskać  piersiach  i  o  czwartej,  kiedy  przyjechał  po  mnie  Reyn,  byłam  całkiem 

spięta.  Czekałam  na  zewnątrz,  z  zimna  ciekło  mi  z  nosa.  Ciężarówka  zatrzymała  się  przy  krawężniku.  Wsiadłam,  cały  czas 
mając w pamięci uwagę o skunksie. Nie zamierzałam na ten temat rozmyślać. Chciałam po prostu dostać się do domu, wypić 
gorącą herbatę i zobaczyć, co muszę zrobić przed kolacją. Może nawet będę w grupie przygotowującej kolację - zapomniałam 
zerknąć.  Muszę  pamiętać,  żeby  sprawdzać  wcześniej,  żebym  wiedziała,  co  mnie  czeka.  Pokręciłam  głową  i  oparłam  się  o 
szybę ciężarówki. Cały ten ciąg myśli był mi zupełnie obcy i dziwny. 

Reyn zerknął na mnie, ale z niczego się nie tłumaczyłam. 

W  jego  obecności  czułam  się  niespokojna,  chociaż  przekonywałam  się,  że  w  tym  wspomnieniu  to  nie  on  był  moim 

prześladowcą  -  był  za  młody.  Nie  mogłam  znieść  tego,  że  moja  pokręcona  podświadomość  postanowiła  wykorzystać  twarz 
osoby, która mnie pociągała, w jednym z moich najgorszych wspomnień, ale byłam tu po to, żeby nauczyć się radzić sobie z 
tym  całym  gównem,  prawda?  I  może  to  wyjaśniało  wrażenie,  że  skądś  go  znam,  może  tylko  fizycznie  przypominał  kogoś, 
kogo widziałam wcześniej, nie zawsze w postaci palącego wioski grabieżcy. 

Rzeczywiście  zostałam  przydzielona  do  grupy  przygotowującej  kolację,  ale  na  szczęście  nie  przypadło  mi  potem 

zmywanie,  to  o  wiele  gorsze.  Oskrobałam  więc  małą  kupkę  pasternaka,  pocięłam  pięć  kilogramów  gruszek  na  chrupki 
gruszkowe i zachowywałam się jak mały elf kuchenny, kiedy za oknem robiło się coraz ciemniej i zimniej. 

-  Chodź ze mną - powiedziała River po kolacji i wyciągnęła rękę. 

O nie. Proszę, na razie dość magyi. Za każdym razem, kiedy się do niej zbliżałam, w mojej świadomości odbezpieczał się 

psychologiczny  granat  ręczny.  Nie  mogłam  już  więcej.  River  wskazała  moją  kurtkę.  Ubrałam  się,  myśląc:  nie,  nie,  tylko  nie 
gwiazdy!  Nie  dzisiaj.  Właściwie  na  gwiazdach  znałam  się  dosyć  dobrze  -  to  jedyna  lekcja,  którą  w  pewnym  sensie  mogłam 
zaliczyć  sama.  Przemierzyłam  różne  oceany  tyle  razy,  że  nawet  bym  nie  spamiętała,  w  czasach,  kiedy  podróż  po  oceanie 
trwała  tygodniami,  a  nawet  miesiącami.  Wierz  mi,  kiedy  nie  masz  do  roboty  nic  innego  poza  patrzeniem  na  migoczące 
gwiazdy,  wpatrujesz  się  w  migoczące  gwiazdy.  Po  prostu  nigdy  nie  dowiedziałam  się,  jak  ważny  jest  Wielki  Pies,  to 
wszystko. 

Wyprowadziła mnie tylnymi drzwiami i ruszyła w stronę budynku szkoły. W stodole przeszłyśmy korytarzem, na którego 

końcu  znajdowała  się  mała,  wąska  klatka  schodowa  -  wcześniej  nawet  jej  nie  zauważyłam.  Prowadziła  do  następnych  sal,  o 
wiele mniejszych niż te na dole. 

background image

 

 

-  To był kiedyś strych na siano - wyjaśniła River. -Jeszcze pachnie słomą, zwłaszcza w lecie. 
-  Hm - mruknęłam, zastanawiając się, o co chodzi. 
River  otworzyła  drzwi  do  maleńkiego  pokoju  -  maksymalnie  trzy  metry  kwadratowe.  W  suficie  ze  szparami  był  świetlik 

wysokości komody, a pokój w najwyższym miejscu miał może dwa metry. 

-  Pokoi  na  górze  używamy  do  mniejszych  kręgów  albo  do  prywatnych  zajęć.  -  Zapaliła  lampę  gazową  i  wyregulowała 

knot.  -  Na  pewno  jest  tu  cieplej.  -  Posłała  mi  jeden  ze  swoich  ponadczasowych  uśmiechów,  a  później  zakrzątnęła  się  przy 
małej,  prostej  szafce  przy  ścianie.  Podała  mi  kawałek  kredy.  -  Masz.  Narysuj  na  podłodze  krąg  na  tyle  duży,  żebyśmy obie 
mogły w nim usiąść. 

-  Hę? - Spojrzałam na nią. - Prawdę mówiąc, nie pozbierałam się jeszcze po katastrofie ze srebrem ani po niesamowitym, 

ciężkim doświadczeniu naszego ostatniego kręgu. Co tu robimy? 

-  To nie taki krąg - wyjaśniła River. - Nie przypuszczam, żebyś czuła się po nim źle. Mogę wpleść do czaru pewne wątki, 

dzięki którym będziesz się czuła dobrze, jeżeli chcesz. No dalej, narysuj wielki krąg, najrówniej jak potrafisz. 

Miałam złe przeczucie, ale niech to diabli, przede wszystkim muszę być ufna i posłuszna. 

Przykucnęłam  i  powoli,  starannie  narysowałam  kredą  okrąg  na  chropowatych  deskach.  Wyszedł  trochę  rozmazany  i 

krzywy, ale co tam. 

-  Nie  zamykaj  go  -  przypomniała  River,  więc  zostawiłam  w  nim  półmetrowe  „drzwiczki".  Stanęła  za  mną  i  rozsypała 

koszerną sól, prosto z pudełka, dookoła mojego kręgu. - Sól oczyszcza i zapewnia ochronę. 

-  Wiem! - powiedziałam. 
Uśmiechnęła się do mnie i wskazała, żebym weszła do kręgu. 
-  Teraz  go  zamkniemy  -  wymruczała,  zamykając  najpierw  krąg  z  soli,  potem  ten  narysowany  kredą.  Domyślałam  się,  że 

już nie mamy wyjścia. 

Położyła  cztery  kamienie  w  miejscach  czterech  stron  świata,  a  we  mnie  zaczęła  wzbierać  panika.  Miałam  wrażenie,  że 

szykuje się, żeby wywołać błyskawicę czy coś takiego. 

-  Więc, eee... co my tu robimy? - spytałam znowu. 
-  Wypowiemy zaklęcie ujawnienia - powiedziała. 

 
Rozdział 20 

Zaklęcie  ujawnienia.  Cóż,  to  nic  nie  wyjaśniało.  W  pierwszym  odruchu  chciałam  wyjść  z  kręgu  i  uciekać.  Albo  po  prostu 
powiedzieć „nie" i skrzyżować ręce na piersiach. I już prawie... 

-  Dobrze, usiądź twarzą do mnie. 

background image

 

 

No  i  jakoś  usiadłam.  Siedziałyśmy  po  turecku,  niemal  dotykając  się  kolanami.  River  wyciągnęła  ręce,  a  ja  niepewnie  je 

ujęłam.  Co  będziemy  ujawniać?  Gdzie  jest  zakopany  skarb?  Mordercę?  Miejsce,  w  którym  Solis  zgubił  miedzianą 
bransoletkę,  a  potem  nie  mógł  jej  znaleźć?  Wszystko  jedno,  byle  nie  miało  związku  ze  mną  ani  moją  przeszłością.  Już 
drżałam przed nieuniknionymi mdłościami, mimo tego co powiedziała River. 

-  Nie będzie mdłości - zapewniła, a ja podskoczyłam, gapiąc się na nią. 
-  Czytasz w myślach? 
-  Nie.  -  Roześmiała  się.  -  Ale  potrafię  bardzo  wiele  wyczytać  z  miny.  Do  tego  czaru  wyznaczę  granice  twojej  mocy, 

ukierunkuję  ją  i  będę  mieć  kontrolę  nad  tym,  co  robi.  Podejrzewam,  że  zwykle  wędruje  dokoła  i  twój  organizm  nie  jest  w 
stanie  sobie  z  nią  poradzić.  Wszystkie  siły  zmagające  się  ze  sobą  wywołują  u  ciebie  mdłości.  W  każdym  razie,  moim 
zdaniem. 

-  Hm. 
-  Teraz spójrzmy na zapaloną świece - poleciła, wskazując ruchem głowy małą cienką świeczkę między nami. 
-  Co mam robić? 
-  To co ja - odparła spokojnym, pewnym głosem. 
-  Co będziemy ujawniać? 
-  Ciebie. - Jej ton był teraz senny, odległy. Powieki zaczęły jej opadać, zasłaniając jasnobrązowe oczy, kiedy wpatrywała 

się  w  drgający  i  tańczący  płomień.  Osadziła  świecę  na  małym  lusterku  za  pomocą  wosku,  a  teraz  biały  wosk  ściekał  po 
bokach i zalewał srebrne szkło. 

-  Nie. 
-  Wszystko będzie dobrze, Nastasyo - powiedziała łagodnie. - Musisz mi tylko... zaufać. 
O rany, umrę, pomyślałam żałośnie. Nie mogę tego zrobić. 
-  Możesz. - Cicha siła promieniowała od niej jak ciepło. Przełknęłam ślinę i mimo strachu usiłowałam się 

skoncentrować  na  płomieniu,  starałam  się  uspokoić  oddech  i  uwolnić  myśli,  tak  jak  uczyłam  się  na  zajęciach.  Serce  biło 
mocno i szybko. 

Zorientowałam się, że River coś nuci. Wyśpiewywała konkretne słowa, ale żadnego nie rozpoznawałam. Trudno, dołączę 

do  tego  mamrotania,  kiedy  będzie  odpowiedni  moment.  Wypuściła  moje  dłonie  i  szczupłymi  palcami  kreśliła  symbole  w 
powietrzu.  Rozpoznałam  wszystkie:  to  runy.  Znałam  je  bardzo  dobrze.  Ludzie  tutaj  posługiwali  się  starszym  Fulhparkiem; 
zobaczyłam  Eolh,  dla  ochrony;  Beorc  -  nowy  początek.  Ten  ostatni  znak  wywołał  uśmiech  na  mojej  twarzy  -  wydawał  się 
staromodny.  Eolh  na  chwilę  mnie  zmylił  -  koń?  Później  sobie  przypomniałam,  że  oznaczał  jakąś  zmianę.  Dłonie  River 
poruszały  się  tak  szybko,  że  nie  udało  mi  się  wychwycić  wszystkiego,  ale  potem  nakreśliła  runę  Peorlh  na  moim  czole. 
Peorlh to ujawnienie ukrytych rzeczy. 

background image

 

 

Powiedziała,  że  zamierza  ujawnić  mnie.  Nie  miałam  zielonego  pojęcia,  co  to  znaczy,  ale  źle  mi  się  kojarzyło.  Czyli  co? 

Wyjawić  jej  całe  swoje  życie?  To  byłoby  bardzo  złe.  Nie  chciałam  się  tym  dzielić.  Wyjawić,  co  naprawdę  myślę?  A  kto  by 
chciał  zrobić  coś  takiego?  Czułam  na  sobie  wzrok  River  i  uniosłam  głowę.  Zobaczyłam  jej  spokojną  twarz,  opaloną  skórę 
prawie  bez  zmarszczek,  srebrne  włosy  zebrane  w  kucyk.  Dłońmi  nakreśliła  w  powietrzu  kształt  mojej  twarzy,  a  ja  nagle 
poczułam przypływ... 

Mocy. 

O matko... Powoli wzięłam oddech, zamykając oczy. Moc wzbierała we mnie jak światło. Czułam, jak wiruje wokół nas, 

czułam,  że  odkryła  inną  moc  -  River.  To  było  tak...  jakby  nagle  spotkały  się  dwa  starodawne  strumienie.  Nie  wiem,  jak  to 
opisać. Najbardziej przypominało to kąpiel w świetle. Jakbym była omywana radością i życiem. 

W  mojej  głowie  uruchomił  się  alarm.  Robiłam  to  tylko  kilka  razy  i  zawsze  czułam  się  tak  tuż  przed  nieuniknioną  czarną 

śmiercią  nadziei,  nagłym  potwornym  rozbiciem  szczęścia,  jakby  tysiące  czarnych,  pokrytych  łuskami  owadów  wydostało  się 
ze studzienki kanalizacyjnej i zupełnie zasłoniło słońce. Później pojawią się ból, wymioty, rozpacz. 

River  znów  śpiewała,  teraz  z  zamkniętymi  oczami,  i  kreśliła  kolejne  symbole  -  na  moim  czole,  oczach,  policzkach. 

Przesunęła dłonie wzdłuż moich ramion i dotknęła kolan. Napięcie powoli ze mnie uchodziło, przygotowałam się na ból, ale 
jeszcze go nie czułam. Byłam nasieniem, które rozsadza ziemię od dołu, wyciąga się ku ciepłu. I byłam ciepłem, światłem, i 
to było... wspaniałe. 

Pławiłam  się  w  tym  przez  chwilę, a później poczułam, jak magyią łagodnie opada. Gdybym mogła ją chwycić w dłonie, 

trzymałabym ją rozpaczliwie. Ale odpłynęła jak niska fala, która ponownie łączy się z przepastnym oceanem. 

Otworzyłam  oczy.  River  też,  powoli  i  sennie,  uchyliła  powieki.  Spojrzała  na  mnie  i  wydawało  mi  się,  że  dojrzałam  w  jej 

oczach zadziwienie i może strach. Przyjrzała mi się i posłała mi leniwy uśmiech zadowolenia. 

-  Jak się czujesz? - spytała. 

Zrobiłam szybkie rozpoznanie swojego stanu. 

-  Eee... nieźle - powiedziałam zaskoczona. - Zmęczona. Zrelaksowana. Smutna, że już się skończyło. 
-  To najpiękniejsza sprawa. - Przeciągnęła się i wzięła głęboki oddech. - Nie skończyło się. Moc jest zawsze. W tobie. A 

ty  ją  wykorzystałaś.  Tak  właśnie  robią  Tdhti,  pamiętasz?  O  wiele  trudniej  wykorzystywać  swoją  wewnętrzną  moc.  To 
wymaga  kontroli  i  nauki.  Dużo,  dużo  nauki.  Bez  zaklęcia,  które  pozwala wykorzystać i kontrolować swoją energię, byłabyś 
jak zwykle chora, na kolanach, wymiotowałabyś. Ale nie musi tak być, a teraz się o tym przekonałaś. 

Nie  wiedziałam,  co  myśleć.  Zalała  mnie  fala  euforii  -może  nie  popełniłam  śmiesznego  błędu,  może  to  wszystko  jest  tego 

warte, może naprawdę jestem w stanie się tego nauczyć... 

Ale tę euforię szybko zdusiła moja niewiara w to, że coś tak dobrego mogłoby się przydarzyć akurat mnie. 

-  Będę musiała sprawić, żebyś w to uwierzyła. - River westchnęła i się podniosła. 

background image

 

 

-  Moja  twarz  nie  jest aż tak ekspresyjna - powiedziałam, wstając. Czułam się, jakbym skończyła długie ćwiczenia jogi, a 

potem przebiegła maraton. 

Owszem, jest - zapewniła mnie i otworzyła kręgi. Pomogłam River zebrać kamienie i zerknęłam, żeby się upewnić, czy 

niczego nie zapomniałyśmy. Nagle przede mną pojawiła się twarz, przerażająca. Sapnęłam i upuściłam kamienie. 

River odwróciła się i wzięła mnie za rękę. 

-  Co się stało? 

Nie  byłam  w  stanie  nic  powiedzieć,  wskazałam  dziwną  twarz,  unoszącą  się  w  przyciemnionym  świetliku.  Otworzyłam 

usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Instynktownie się skuliłam przy ziemi, żeby się ukryć. 

River  natychmiast  kucnęła  obok  mnie  i  położyła  mi  dłoń  na  ramieniu.  Wydawała  się  zmartwiona  i  jednocześnie  dziwne 

rozbawiona. 

-  W oknie ktoś jest - syknęłam. - Jak duch. Poważnie pokiwała głową i odgarnęła mi włosy 

z czoła. 

-  Tak, przypomina ducha. Gapiłam się na nią. 

River wyjęła z szafki jeszcze jedno małe lusterko. Przyglądając się uważnie, wyciągnęła je w moją stronę. Duch. Duchem 
byłam ja. 

Usiłowałam przełknąć ślinę. Klapnęłam na tyłek i siedząc na drewnianej podłodze, nie mogłam oderwać oczu od lusterka. 

River znów odgarnęła mi włosy. Były teraz całe w kolorze białawego blondu. Wszelki ślad po czerni zniknął. Grzywka urosła 
tak bardzo, że mogłam ją sobie wsunąć za uszy, a sterczące kosmyki opadły, bo już ich nie żelowałam, nie tapirowałam i nie 
stawiałam. 

Oczy  miałam  ciemne,  koloru  nieba  o  północy  w  zimie.  Policzki  pełniejsze  i  zaróżowione.  Nie  było  już  ciemnych  kresek 

namalowanych kredką wokół oczu i brązowej szminki na wargach. 

Wyglądałam jak nastolatka. Zdrowa, zwyczajna nastolatka. 

-  Ja tak nie wyglądam - wymamrotałam. - Nigdy tak nie wyglądałam. 

- Tak, tak, wyglądałaś  - powiedziała cicho River. Uklęknęła przy mnie tak, że dotykałyśmy się kolanami i położyła dłoń 

na moim ramieniu. 

Znów ciężko przełknęłam ślinę, jakbym usiłowała połknąć jeden z kamieni, które upuściłam. 

Och, tak. Tak, wyglądałam. Bardzo dawno temu. 
 

********** 

background image

 

 

-  Sunno, poślubisz Asmundura Olafsona. - Moja zastępcza matka z obojętną miną ugniatała zaczyn w wielkiej drewnianej 

misie. 

Byłam tak zaskoczona, że wylałam wodę z chochli na gładki stół. 

-  Co? 

-  Twój rabbi umówił się z Olafem Pallsonem - ciągnęła. - Wychodzisz za mąż w tę laugardagur, w tę sobotę. 

Wpatrywałam się w nią, ale nie spojrzała mi w oczy. 

Wytarłam  szmatką  stół  i  dokończyłam  wlewać  wodę  do  kubków.  Olaf  Pallson  hodował  owce,  dwie  farmy  dalej. 

Asmundura  Olafsona  ledwie  pamiętałam,  widziałam  go  tylko  raz  czy  dwa,  w  dni  targowe.  Był  wielkim  blondynem,  ale  nie 
potrafiłam sobie przypomnieć jego twarzy. 

Nic nie mówiłam, więc przestała zagniatać ciasto i spojrzała na mnie. 
-  Sunno,  masz  szesnaście  lat.  Większość  dziewczyn  w  tym  wieku  jest  już  zamężna,  a  niektóre  są  nawet  matkami. 

Asmundur to dobry chłopak i jako najstarszy syn odziedziczy farmę ojca. 

-  Nie chcę wychodzić za mąż - powiedziałam bezcelowo, bo wiedziałam, że nie mam wyboru. 
-  Sunno.  -  Wytarła  ręce  w  fartuch.  Skończyła  dopiero  trzydzieści  pięć  lat,  a  już  była  w  średnim  wieku.  -  Mamy  jeszcze  

sześć gąb do wykarmienia. 

Skinęłam głową i wyniosłam puste wiadro na zewnątrz do studni. Ciężko było im wziąć mnie do siebie, ale okazałam się 

przydatna  -  opiekowałam  się  młodszymi  dziećmi  i  pomagałam  momer  w  pracach  domowych.  Tych  ostatnich  sześć  lat  tutaj 
było wytchnieniem. 

W  następną  laugardagur  jasno  świeciło  słońce,  po  trzech  dniach  mocnego  wiosennego  deszczu.  Było  jeszcze  zimno,  ale 

dni powoli stawały się dłuższe; może za dwa miesiące nadejdzie już ciepłe wczesne lato. 

Moi  zastępczy  rodzice  poszli  ze  mną  do  kościoła  drogami  pełnymi  kolein i błota. Spojrzałam na kałużę i pomyślałam: to 

ja,  w  dzień  swojego  ślubu.  Długie  włosy  splecione  w  warkocze  miałam  upięte  wokół  głowy. Ubranie czyste. Momer zrobiła 
mi laurowy wianek. 

Uniosłam  głowę  i  zobaczyłam  Asmundura  z  ojcem  -czekali  na  nas  w  kościele.  Więc  tak  wygląda,  pomyślałam, 

przyglądając się jego szerokiej chłopskiej twarzy. 

To był rok 1567. 
Tak wyglądałam. 
Mój młody mąż umarł po dwóch latach, na świnkę. 

 

********** 

Wstałam, mrugając. 

-  Chodźmy na herbatę. - River wyłączyła lampę. - Posprzątamy tu jutro. 

background image

 

 

Kiedy  światło  zgasło,  zniknął  mój  duch,  który  odbijał  się  w  szybie.  Szłyśmy  w  ciemności  korytarzem,  wąską  klatką 

schodową.  Cały  czas  dotykałam  włosów.  Bez  szorstkiej  farby  wydawały  się  bardziej  miękkie.  Czułam  się  dziwacznie. 
Wiedziałam,  że  za  każdym  razem,  kiedy  zobaczę  siebie  taką  w  lustrze,  będę  się  krzywić.  Nie  wyglądałam  tak  od  bardzo, 
bardzo dawna. 

-  Jest później, niż myślałam. - River spojrzała w niebo, kiedy znalazłyśmy się na zewnątrz. 

Popatrzyłam  w  gwiazdy  częściowo  przesłonięte  chmurami.  Konstelacje  łukiem  przemieszczały  się  nad  głowami  poprzez 

noc.  Zorientowałam  się,  że  to  nie  środek  nocy,  ale  też  nie  pierwsze  godziny  wieczoru.  Jakaś  dziesiąta.  Chmury  utrudniały 
sprawę. 

-  Jest koło dziesiątej? - spytałam. 

-  Tak. - River wyglądała na zadowoloną. - Chłoniesz wiedzę nawet bez udziału swojej woli. 

Przytaknęłam. Czułam się bardzo nieswojo, jakbym nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Jakby zaklęcie ujawnienia naprawdę 

ujęło mi lat, nie tylko w wyglądzie. Wszystko wydawało mi się nowe i inne. Chciałam jak najszybciej wrócić do pokoju, żeby 
przyjrzeć się sobie w lustrze. 

Otaczała  nas  ciemność.  Trzymałam  się  blisko  River,  nie  spuszczając  wzroku  ze  świateł  domu  przed  nami.  Na  nosie 

wylądowało mi coś lekkiego i zimnego. Kiedy zerknęłam w górę, zobaczyłam małe, delikatne płatki śniegu spadające z nieba. 

Było  zimno,  ciemno  i  padał  śnieg.  Tak  jak  w  dzieciństwie,  jak  w  wielu  wcześniejszych  latach.  To  dlatego  wolałam 

cieplejsze miejsca. Nawet w Londynie nie było tak zimno. Mój dawny wygląd i pogoda podobna do tej z dawnych czasów - 
to sprawiło, że ogarnęła mnie fala ponurych myśli i nienazwanego strachu. 

Podeszłyśmy  do  kuchennych  schodów,  oświetlonych  kanciastym  snopem  światła  z  okna.  Rzuciłam  się  do  drzwi  - 

chciałam być w środku, z ludźmi, ale River chwyciła mnie za rękę i przytrzymała. Spojrzałam na nią. 

-  Wtedy byłaś tutaj - powiedziała łagodnie, jedną dłonią zaznaczając w powietrzu miejsce po boku. - Teraz jesteś tutaj. - 

Wyciągnęła drugą rękę, z daleka od pierwszej. - Czas płynie. Już nie jesteś w tym samym miejscu. Rozumiesz? 
-  Mhm - mruknęłam, chociaż nie rozumiałam. 

-  Zaczęłaś tutaj, w 1551 roku. - Pokręciła głową. Znowu zaznaczyła miejsce w powietrzu. Maleńkie płatki śniegu opadały 

na  jej  włosy  i  znikały  w  srebrnych  kosmykach.  -  Teraz  jesteś  tutaj.  Tutaj.  -  Przesunęła  drugą  dłoń  w  dół,  dla  podkreślenia 
znaczenia słów. Wyciągnęła rękę i przycisnęła kilka palców do mojej piersi. - Jesteś. Tutaj. Teraz. Jesteś tą chwilą. 

Widocznie  nadal  wyglądałam  na  zagubioną,  bo  westchnęła  i  pociągnęła  kuchenne  drzwi.  W  jednej  chwili  napłynęły  do 

nas  ciepło,  światło  i  zapachy  wcześniejszego  gotowania.  Kuchnia  była  pusta,  czysta,  ale  nadal  oświetlona.  Umierałam  z 
głodu. Dziwne. Nie czułam mdłości. 

background image

 

 

-  Proponuję chrupki gruszkowe - powiedziała River, otwierając przemysłową lodówkę. - I herbatę. 

 
Rozdział 21 

 
Kiedy  przez  większość  życia  jesteś  kameleonem,  bez  przerwy  zmieniasz  wszystko,  co  cię  dotyczy,  widok  twojego 

prawdziwego wyglądu w lustrze nie przestaje być szokujący. Przez lata miałam każdy kolor włosów, od białego do czarnego, 
poprzez niebieski, zielony i fioletowy, i każdą długość, od jeża po takie sięgające do pasa. Byłam chuda jak patyk, apetycznie 
okrągła,  wielka  i  w  ciąży,  przymierałam  głodem  i  wyglądałam  jak  szkielet.  Miałam  białą  skórę  mieszkanki  północy,  gdzie 
przez  miesiące  nie  widzieliśmy  słońca,  i  byłam  też  ciemna  jak  orzech  laskowy,  jak  polerowany  brąz  od  równikowych 
promieni, które przenikały przez skórę do samych kości. 

Teraz wyglądałam jak ja, dawne dziecko, które wyrosło. To było dziwaczne, denerwujące; czułam się potwornie obnażona 

i bezbronna. Rano włożyłam kilka swetrów, owinęłam wokół szyi puchatą apaszkę, a na głowie zawiązałam chustkę - jak na 
ironię,  wyglądałam  jeszcze  bardziej  jak  kiedyś.  Wieśniacze  ubranie.  W  końcu  niechętnie  zeszłam  na  parter.  Miałam  dyżur 
przy nakrywaniu do stołu. 

W  kuchni  szybko  wymruczałam  „cześć"  do  Daisu-ke  i  Charlesa,  którzy  robili  śniadanie.  Zauważyłam,  że  w  kuchni  jak 

zwykle  jest  czysto  i  schludnie,  chociaż  gotowali  dla  trzynastu  osób.  Obaj  byli  szczupli  i  eleganccy  i  sprawiali  wrażenie,  że 
działają  z  jakimś  głębokim  spokojem.  Brynne  robiła  w  kuchni  potworny  bałagan,  podobnie  jak  Lorenz  -  oboje  żywiołowi  i 
niesamowicie  atrakcyjni.  Reyn  był  porządnicki.  Neli  bałaganiarska.  Jess  i  ja  byliśmy  niezorganizowani  i  jestem  pewna,  że  to 
wszystkich dziwiło. 

Szybko chwyciłam tacę ze sztućcami i uciekłam do wielkiej jadalni, ciągle pogrążonej w ciemności, która poprzedza świt. 

Czułam  się  podenerwowana,  niespokojna,  zakręcona  tak  jak  nie  byłam  od...  tygodni.  Zamierzałam  zaraz  po  przyjściu  do 
pracy zniknąć w toalecie dla pracowników z pudełkiem farby do włosów. Tym razem oberżyna, pomyślałam. 

Drzwi do kuchni się otworzyły i wszedł Solis, niosąc naręcze gałęzi. Skinęłam mu głową, nie patrząc w oczy. Postawił na 

środku stołu wysoki wazon i ułożył w nim długie gałęzie, tworząc dekorację wysoką prawie na metr. 

-  Wymuszanie kwitnienia - powiedział, głaszcząc ich korę delikatnymi palcami. - Nie za pomocą magyi, ale przez to, że 

przyniosłem je do domu. Czy to źle wymuszać coś wbrew naturze? 

Wyglądał  prawie  tak,  jakby  mówił  do  siebie,  nawet  na  mnie  nie  patrząc,  więc  miałam  nadzieję,  że  nie  kierował  tego 

pytania do mnie. Nie jestem w stanie strawić za wiele filozofii egzystencjalnej przed pierwszą filiżanką kawy. 

Cichutko poruszałam się wokół, rozkładając piękną srebrną zastawę sztućców z początku XIX wieku. 
-  Jak  sądzisz,  Nastasyo?  -  Tym  pytaniem  przyszpilił  mnie  jak  kolekcjoner  owadów,  który  przypina  ćmę  do  aksamitnej 

płyty.  - Myślisz, że z gruntu źle wymuszać coś wbrew naturze? Czy to czasami dobre, jak z gałęziami? A przy okazji, jaka 
to roślina? 

background image

 

 

Przystanęłam,  żeby  przyjrzeć  się  dekoracji.  Wszystko  po  kolei,  żeby  zyskać  na  czasie.  Były  jasne,  nie  bardzo  w  kolorze 

drzewa. Bardziej jak krzew. I kwitnie wcześnie, skoro jeszcze nie nadeszła zima, a można już było wymusić kwitnienie. 

-  Forsycja? - strzeliłam. 

Uśmiechnął się, a ja poczułam się głupio zadowolona jak foka na pokazach. 

-  A teraz druga część pytania. Czy to źle wymuszać coś wbrew naturze? 

Czując,  że  tonę,  uświadomiłam  sobie,  że  Chwila  Ważnej  Lekcji  zakradła  się  do  mnie,  kiedy  straciłam  czujność.  Pytanie 

było  rzucone  od  niechcenia;  odpowiedź  nie  mogła  być  od  niechcenia.  Odpowiedzi  czołgały  się  w  moim  pozbawionym 
kofeiny umyśle. 

Na przykład tresowanie psów? - spróbowałam. Uśmiechnął się cierpliwie. Są gorsze rzeczy niż cierpliwy uśmiech. 

-  W zasadzie praca leży w naturze psów. Zostały udomowione tyle tysięcy lat temu, że ich naturą stało się to, że akceptują 

tresurę,  a  nawet  jej  potrzebują.  Tresura  pozostaje  w  zgodzie  z  ich  naturą,  nie  jest  wbrew  niej.  Mówię  o  zmuszaniu  tych 
pąków, żeby kwitły poza sezonem, dla naszej przyjemności. Jako przykład. Albo budowanie tam na rzekach. Albo trzymanie 
człowieka w odosobnieniu. Ludzie z natury są istotami społecznymi. Nie są stworzeni do samotności. 

Daisuke  wszedł  po  cichu  i  postawił  na  stole  kosz  bułek.  Zerknął  na  moje  włosy,  uśmiechnął  się  lekko  i  znów  zniknął  za 

kuchennymi drzwiami. 

Nie mogłam się skupić. Z takim wyglądem byłam zdenerwowana i zakłopotana, i myślałam tylko o tym, żeby 

gdzieś uciec, ukryć się, dopóki znowu się nie zmienię. Nie miałam nawet makijażu. Pewnie wyglądałam jak szklanka mleka. 

-  Nie wiem. Może. - Wypuściłam powietrze z płuc. 

Czekałam, aż mi powie, żebym poszła nad tym medytować albo poszukać kogoś, kto mi pomoże znaleźć odpowiedź, ale 

nie zrobił tego. 

Delikatnie przeciągnął palcami po gałęziach. 

-  Ja też nie wiem. - Odwrócił się do mnie. - Twoją naturą jest taki wygląd. Taka jesteś i tak wyglądasz. Proszę, postaraj 

się  z  tym  oswoić.  Pamiętaj,  co  powiedział  Hektor  Eisenberg:  „Twarz  kobiety,  naga  i nieozdobiona, jest piękna jak księżyc i 
równie tajemnicza". 

Spojrzałam na niego z uczuciem, że pchły skaczą mi po skórze. Ludzie zaczęli się schodzić i siadać przy stole, a Charles i 

Daisuke wnieśli półmiski z jedzeniem. 

-  Proszę,  nie  zmieniaj  się  znowu  -  wyszeptał  Solis  tak  cicho,  żebym  tylko  ja  słyszała.  -  Nie  przestawaj  być  sobą.  - 

Odsunął się, wziął talerz i stanął w kolejce po śniadanie. 

-  Moja  twarz  nie  jest  aż  taka  ekspresyjna  -  wymruczałam,  a  kąciki  jego  warg  uniosły  się  lekko.  Chciałam  pobiec  do 

pokoju i się schować, aż przyjdzie pora wyjazdu do miasta, ale zmusiłam się, żeby stanąć w kolejce, za Lorenzem. Oczy mu 
się kleiły, widocznie późno poszedł spać. 

-  Giorno, helia - wymamrotał, a do mnie dotarł zapach paczuli jego wody po goleniu. 

background image

 

 

Za mną stał Charles. Wziął talerz. 

-  No  -  powiedział  z  irlandzkim  akcentem,  który  dało  się  słyszeć  w  tym  jednym  słowie.  Z  rudymi  włosami  i  piegami 

wyglądał jak reklama wycieczki na Zieloną Wyspę. -Rozjaśniłaś je? 

-  Nie - odparłam i nagle wszyscy podskoczyliśmy, słysząc głośny huk. 
Odwróciliśmy  wszyscy  głowy  i  zobaczyliśmy  Reyna.  Stał  w  progu  jak  ogłuszony.  Naręcze  drewna  do  kominka,  które 

przyniósł, teraz leżało rozrzucone po podłodze. 

Wpatrywał się we mnie z przerażeniem, z białą twarzą i szeroko otwartymi złotymi oczami. 
-  Nie. Nie. - Pokręcił głową. Dotarło do niego, że wszyscy się na niego gapimy. Spojrzał w dół na drewno, potem znowu 

na mnie, potem odwrócił się bez słowa i popchnął kuchenne drzwi. 

Chwilę później usłyszeliśmy trzaśniecie tylnych kuchennych drzwi. 
-  Co mu zrobiłaś? - spytała ostro Neli. Rzuciła swoją serwetkę i pobiegła za nim. 

River chwyciła ją za rękę. 

-  Ja pójdę - oznajmiła łagodnie. 

-  Nie - ucięła gniewnie Neli, uwalniając dłoń. - Jesteśmy sobie bliscy. Wiem, co robić. 

-  Proszę, usiądź, Neli. Ja pójdę za Reynem. 
Neli otworzyła usta, żeby się sprzeciwić, ale opanowała się, widząc, jak River na nią patrzy. 

-  Ja mogę iść - powiedziała z o wiele mniejszym uporem. 
-  Dokończ śniadanie - poleciła River, a sama poszła za Reynem. 
Neli  zadowoliła  się  gniewnym  spojrzeniem  w  moim  kierunku  i  pokręciła  głową  z odrazą. Mrucząc do siebie, klapnęła na 

ławkę i znów rozłożyła serwetkę. 

Teraz  wszyscy  odwrócili  się,  żeby  na  mnie  spojrzeć.  Bezradnie  wzruszyłam  ramionami,  bo  nie  miałam  pojęcia,  co  się 

dzieje.  Rachel  poprosiła  Anne,  żeby  podała  jej  półmisek,  i  ludzie  powoli  zaczęli  się  zachowywać  normalnie.  Jess  i  Brynne 
szybko  pozbierali  drewno  i  ułożyli  je  równo  w  pojemniku  przy  kominku.  Poczułam  na  sobie  wzrok  Ashera  i  Solisa,  ale 
automatycznie wzięłam jedzenie i usiadłam na końcu ławki, obok Jessa, który burknął: „dzień dobry". Wymamrotałam coś w 
odpowiedzi, myśląc intensywnie. 

Biały odcień blond włosów był powszechny na Północy, zwłaszcza wśród mojej rodziny i w naszej wiosce. Czyżby Reyn 

go rozpoznał i zrozumiał jego znaczenie? 

Rozważałam  to  gorączkowo  przez  minutę,  a  potem...  jasne!  Uświadomiłam  sobie,  że  przez  pięć  ostatnich  tygodni 

przyglądał  się  moim  coraz  większym  odrostom.  Prawie  nigdy  dokładnie  nie  farbowałam  ciągle  poszerzającego  się  pasa 
swoich białych odrostów. 

Więc co się stało? 

background image

 

 

Nie  dowiedziałam  się,  bo  musiałam  zbierać  się  do  pracy.  Reyn  i  River  nie  wrócili  na  śniadanie  i w końcu pojechałam do 

miasta sama swoim starym, zdezelowanym samochodem. 

Skup się na pracy. Bądź w teraźniejszości, żyj chwilą obecną. O Reyna martw się później, powtarzałam w myślach. 
Stary Maclntyre uważnie przyjrzał się moim włosom, ale nic nie powiedział. 

- Przyszła nowa dostawa artykułów dla kobiet - warknął. - Powykładaj je w twoim specjalnym rzędzie. - Spojrzał na mnie 

gniewnie, odwrócił się i poczłapał z powrotem. 

Zaśmiałam  się  ironicznie  w  głębi  duszy.  Jedna  ze  zmian,  jakie  wprowadziłyśmy  z  Meriwether,  polegała  na  tym,  że 

wszystkie  „artykuły  dla  kobiet"  zgromadziłyśmy  w  jednym  miejscu.  Nauczyłyśmy  się  przy  tym,  że  najlepiej  pozbyć  się 
Starego Maca, wyjmując paczkę podpasek i prosząc go, żeby podał cenę. 

Zaciągnęłam  wielkie  plastikowe  pojemniki  do  naszego  specjalnego  regału.  Już  nie  mogłam  się  doczekać,  żeby 

opowiedzieć tę historię Meriwether. 

W porze obiadowej poczułam, że ktoś stoi obok mnie. Podniosłam wzrok. 
-  Dlaczego nie w szkole? - zagadnęłam Dray, udając dezaprobatę. 

Już skończyłam. - Zrobiła taką samą minę. Wyprostowałam się i wcisnęłam puste kartonowe pudło z powrotem do 

pojemnika. 

-  Nie skończyłaś, kłamczucho. Nie masz szesnastu lat. 
-  Mam  siedemnaście.  A  co  cię  to  obchodzi?  Ty  też  nie  jesteś  w  szkole,  a  masz,  ile?,  może  też  siedemnaście. 

Osiemnaście? - Tym razem naprawdę zmarszczyła czoło, a ja zerknęłam w dół i zobaczyłam, że trzyma test ciążowy. 

Dostrzegła moje spojrzenie i wysunęła podbródek. 

-  Który najtańszy? Dokładnie sprawdziłam ceny. 

-  Ten. - Wskazałam. I przyszło mi coś do głowy. - Łazienka jest tam. Idź sobie zrobić. 

Cofnęła się gotowa zaprotestować, ale się zawahała. 

-  No idź - powiedziałam. - Zrób to tutaj, przy mnie, zamiast sama w domu. 

Przez  ułamek  sekundy  pod  powierzchownością  twardej  dziewczyny  widziałam  wystraszoną  nastolatkę.  Strach  wygrał, 

wzięła  test  i  ruszyła  do  publicznej  toalety,  którą  byliśmy  zobowiązani  mieć,  chociaż  nikt  z  niej  nie  korzystał.  Zgadnij,  kto 
musiał ją czyścić na błysk? Zgadza się. 

Dray w końcu wróciła. 

-  Są wiarygodne? 
-  Myślę, że tak. - Skinęłam głową. 

Odetchnęła z wielką ulgą i wyjęła pasek. Wynik negatywny. 

-  Ile ci jestem winna? 

background image

 

 

-  Osiem  siedemdziesiąt  dziewięć  plus  podatek  -  powiedziałam,  kierując  się  na  przód  sklepu.  -  Ej!  Mam  pomysł.  Może 

kupiłabyś prezerwatywy? Nie musiałybyśmy znowu tego przeżywać. Chociaż to było zabawne. 

-  Nie, dziękuję. - Zmrużyła oczy. 

-  Są w różnych kolorach - kusiłam. Co za idiotka. Pokręciła głową. 

Przy ladzie wzięłam otwarte pudełko, złożyłam je, potem wcisnęłam do kosza. 
-  A przy drodze krzyżującej się z dwudziestkąsió-demką jest chyba poradnia dla kobiet. Mijałam ją. 
Dray wzruszyła ramionami. Czuła ogromną ulgę, ale nie chciała tego okazać. 

-  Nie wiem. 

Kasa się otworzyła. Wzięłam od Dray dziesiątkę i zaczęłam wydawać resztę. 
-  No  jest  -  powiedziałam.  -  Na  pewno  mogliby  ci  przepisać  tanie  pigułki.  Albo  cię  zbadać,  sprawdzić,  czy  wszystko  w 

porządku. Bo głowę dam, że zadajesz się wyłącznie z facetami z najwyższej półki. - Przewróciłam oczami. 

Widziałam, jak przetwarza informację. 

-  Można  tam  dojść  spacerem  -  ciągnęłam  znudzonym  tonem,  oglądając  sobie  paznokcie.  -  Może  rozdają  taniej  jakieś 

rzeczy. 

Dziewczyna  znów  wzruszyła  ramionami,  widać  było  jednak,  że  myśl  zakotwiczyła  się w jej głowie. Wyszła za drzwi, ale 

się odwróciła. 

-  A tak w ogóle, odjazdowe włosy. Ohyda! - Puściła do mnie oko, żebym na pewno wyłapała sarkazm, a ja pokazałam jej 

język. 

Uśmiechała się ironicznie, przechodząc obok sklepowej wystawy. 

No i proszę: dobry uczynek dnia. Nastasya Doe - zbawicielka nastolatek. 

******** 

Tamtego popołudnia  wróciłam późno, właściwie było już ciemno. Wstawałam przed świtem i ściągałam do domu po 

zachodzie słońca - dzień widziałam tylko przez szyby sklepu Maclntyre'a. Do dupy. Miałam kilka minut przed kolacją i jakimś 
cudem nie byłam wyznaczona do żadnych prac, więc poczłapałam na górę boso. A raczej w skarpetach. 

Mijając  jedno  ciemne  okno  za  drugim,  szłam  do  pokoju  długim korytarzem, tak pewnie i bezmyślnie jak nasze krowy na 

czas dojenia. 

Odruchowo  odwróciłam  się  do  drzwi  i  chwyciłam  klamkę.  Nagle  się  zatrzymałam.  Czemu?  Spojrzałam  na  korytarz. 

Nikogo  nie  było  w  pobliżu.  Wydawało  mi  się,  że  coś  jest  nie  tak,  dziwnie.  Drzwi  zamknięte,  nie  wisiało  nad  nim  wiadro 
wody,  na  przykład.  Wszystko  wyglądało  normalnie,  więc  powinno  być  normalnie...  a  jednak  miałam  wrażenie,  że  jest 
dziwnie, przerażająco, i nie chciałam wejść. 

Poszłam po River. 

 

background image

 

 

 

Rozdział 22 

Hm – River spojrzała na framuge drzwi.  

Na dole kolacja była już prawie gotowa. W brzuchu mi burczało. Czułam się jak wielka zniewieściała jęczydupa. 

-  To na pewno nic takiego - powiedziałam. - Moja wyobraźnia. 

-  Nie. Nie tylko wyobraźnia. 
-  Nic nie widać. 

-  Ale coś poczułaś. - Spojrzała na mnie. - Coś sprawiło, że nie weszłaś. 

Głupio  to  brzmiało.  Skinęłam  głową.  Nie  wiedziałam,  czy  teraz  boję  się  aż  tylu  rzeczy  (Incy,  Reyn,  ciemność,  ja  sama, 

moja przeszłość), że wszędzie widzę niebezpieczeństwo. 

River  sięgnęła  do  kieszeni  i  wyjęła  małe,  śliczne  srebrne  pudełko,  ze  sceną  łowiecką  wygrawerowaną  na  wieczku. 

Pomyślałam,  że  przez  wieki  musiała  chomikować  to  srebro.  W  pudełku  był  drobny,  szarozielony  proszek.  Wewnątrz  leżała 
mała srebrna łyżeczka. 

-  Nieudana koka? - zgadywałam. 
Pokręciła  głową,  wzięła  łyżeczkę  i  nabrała  proszku.  Wymruczała  nad  nią  kilka  słów,  podniosła  ją  i  mocno  dmuchnęła. 

Pył  poleciał  w  stronę  drzwi,  a  ja  szybko  się  cofnęłam,  niemal  wzdychając.  Na  całej  framudze  widniały  symbole.  Pył  je 
oświetlił i teraz lśniły delikatnym srebrnym blaskiem. Kilka z nich było runami, ale większości nie znałam. 

-  Co to? - spytałam. 

-  Pieczęcie... Zaklęcia. - River się im przyglądała. Ukucnęła i przesuwała po nich palcem. 

-  Po co? 

-  Nie  mają  wielkiej  mocy  -  wyjaśniła,  wstając.  -1  nie są śmiertelne. W większości służą do tego, żeby ściągnąć na ciebie 

pecha:  żebyś  się  potknęła  i  skręciła  kostkę,  zgubiła  klucze  albo  przypaliła  coś  w  kuchni,  żebyś  miała  stłuczkę.  -  Przechyliła 
głowę, zastanawiając się. - Hm. 

-  Więc to wyczułam? Te... zaklęcia? I zadziałałyby na mnie, gdybym weszła do środka?  - Kto to zrobił? Ri-ver obiecała, 

że zaczaruje to miejsce, żeby Incy mnie nie znalazł. W dodatku nie chciało mi się wierzyć, że mógłby znać ten rodzaj magyi. 
Więc Reyn? Kto inny? Neli? Była wściekła rano, kiedy Reyn zbzikował. 

River skinęła głową. 

-  Zadziałałyby  na  pierwszą  osobę,  która  przestąpi  próg.  Nie  do  wiary,  że  je  wyczułaś,  są  dość  słabe.  -  Przerwała  i  się 

zamyśliła. - Tak myślę... może przydałby się tu Asher. 

Jakby na zawołanie usłyszałyśmy na schodach kroki, a chwilę później ukazał nam się Asher. 

- Potrzebujecie mnie? - spytał. 

background image

 

 

River  szybko  wyjaśniła  sytuację.  Wyraźnie  zaskoczony  zmarszczył  brwi,  kiedy  zobaczył  pieczęcie,  a  później  z  jeszcze 

większym zdziwieniem spojrzał na River, gdy mu powiedziała, że je wyczułam. 

Stał chwilę w milczeniu, z zamyślonym wzrokiem. Podrapał się po krótkim zaroście. W końcu podniósł oczy. 

-  Chodzi o coś w środku. Wyczuta coś wewnątrz. 

 

-  Coś wewnątrz? - powtórzyłam jak echo. - Na przykład tygrysa? Co jest w środku? To mój pokój! 
-  No dobra, unieważnijmy je. - River sprawiała wrażenie ożywionej i rzeczowej. 
-  Co jest w środku? - niemal krzyknęłam. Tam był mój amulet. 

-  Inne zaklęcia - odparł Asher. - Groźniejsze. Silniejsze. Nie jestem jak błyskawica. Jestem dosyć bystra i mam 

instynkt,  który  dobrze  się  spisuje.  Ale  do  geniusza  mi  daleko.  I  wstyd  się  przyznać,  ale  dopiero  wtedy  naprawdę  do  mnie 
dotarło, że ktoś zrobił to celowo ze względu na mnie. Nie tylko zaklęcia na drzwiach. Coś gorszego w środku. Ktoś tu chce 
mnie skrzywdzić. Poczułam dreszcz strachu, który prześladował mnie od wyjazdu z Londynu. Czyżby zakradł się ktoś obcy? 
Ale  niby  jak?  Więc  pozostaje  ktoś  stąd,  z  domu.  Neli?  Chyba  wchodziłam  jej  w  paradę,  jeżeli  chodzi  o  Reyna.  Ktoś  inny? 
Super. 

River i Asher sprawdzili sąsiednie drzwi. Okazały się czyste. 

-  Zastanawiać się będziemy później - oznajmiła Ri-ver. - A teraz to zlikwidujmy. 

-  Magiczna ściereczka? - spytałam cicho. 

-  Coś w tym stylu. - River uśmiechnęła się promiennie. Wyglądała rozkosznie zwyczajnie. 

Przyszła  Anne,  żeby  zabrać  nas  na  kolację,  i  oczy  omal  nie  wyskoczyły  jej  z  orbit,  kiedy  Asher  powiedział,  co  robią. 

Spoglądała z przerażeniem to na nich, to na mnie. 

-  Hm - mruknęła tylko i zeszła po schodach. 
River  i  Asher  wypowiedzieli  zaklęcie,  żeby  unieważnić  wszystkie  czary  umieszczone  na  drzwiach  i  w  pokoju.  Stali, 

dotykając się czołami, z zamkniętymi oczami, i po cichu wypowiadali słowa. Czasami chórem, czasem solo. Trwało to kilka 
minut.  Przyszło  mi  do  głowy,  że  pewnie  wspólnie  uprawiają  magyię  od  wielu  lat,  może  nawet  dziesiątków  lat.  Nie 
wiedziałam,  jak  długo  są  razem.  River  była  pewnie  starsza  od  Ashera,  ale  o  ile?  Była  najstarszym  nieśmiertelnym 
człowiekiem,  jakiego  znałam  lub  o  jakim  słyszałam.  Zastanawiałam  się,  czy  jest  jedyna.  Nie,  oczywiście,  że  nie  - 
powiedziała, że jej starszy brat jest królem ich domu. Na pewno muszą być też inni. 

Melodyjne mruczenie River i Ashera ustało; i powoli zaczęli otwierać oczy, a potem odsunęli się od siebie. 

-  To powinno wystarczyć - stwierdził Asher. - Ale paskudztwo. 
-  Czyli co? - spytałam, kiedy River wyciągnęła rękę, żeby otworzyć drzwi. 

background image

 

 

Asher  wzruszył  ramionami  i  wszedł  za  River  do  mojego  pokoju.  Przyznaję,  że  się  wahałam  i  chciałam  poczekać,  żeby 

zobaczyć,  czy  nie  zatrzaśnie  im  się  na  kostkach  pułapka  na  niedźwiedzia,  nie  spadnie  na  nich  pająk  albo  czy  nie  staną  w 
płomieniach. Wsunęłam głowę za drzwi. 

-  W porządku - powiedział Asher. - Możesz wejść. 
-  Na pewno? 

Kiedy  stałam  się  takim  tchórzem?  Kiedy  zaczęłam  się  przejmować  tym,  co  się  ze  mną  dzieje?  -  szeptał  głos  w  mojej 

głowie. Kazałam mu się zamknąć, jak zawsze. 

W  pokoju  River  rozdmuchała  jeszcze  więcej  pyłu  na  drzwi.  Tu  też  było  mnóstwo  szybko  ginących  zaklęć.  Asher 

przesuwał  dłońmi  pod  moim  materacem,  odwrócił  poduszkę,  uklęknął  nawet  na  czworakach,  żeby  zajrzeć  pod łóżko. Kiedy 
ostatnio tam zamiatałam? 

Och. Nigdy. Ojej. 

-  A... - Sięgnął pod łóżko i wyjął małą skórzaną torbę, a ja i River stanęłyśmy nad nim. 
-  Jakieś  podpisy?  -  rozległ  głos  od  drzwi.  Stał  w  nich  Solis  z  młodzieńczą  twarzą,  patrząc  przenikliwie  orzechowymi 

oczami. 

-  Nie wiem. - River zmarszczyła czoło. 

 

-  Nie wiesz? - Solis wszedł. 

 

-  Jakie podpisy? - spytałam, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi. 

 

Asher otworzył skórzaną torbę i ostrożnie położył ją na łóżku. Było w niej pełno szpilek i igieł, maleńka szkląna fiolka 
pełna rdzawego płynu i ciemny lśniący kamień, który wyglądał jak metal. Hematyt, przypomniałam sobiei poklepałam 
się w nagrodę po plecach. 

 

-To chyba żart? - prychnęłam, zaglądając Solisowi przez ramię. 

-  Nie - powiedział Asher. - To nie żart. 

 

-  O co chodzi? - lekko podniosłam głos. 

 

Solis spojrzał na mnie, wrócił do drzwi i je zamknął. 

 

Położył na nich rozpostartą dłoń i wymruczał kilka niezrozumiałych dla mnie słów. Później cała trójka jak na komendę 
spojrzała na mnie. 

 

-Co? Ja tego nie zrobiłam.  

-  Wiemy - odparła River. - Powiedz, znałaś kogoś stąd, zanim tu przyjechałaś? Oczywiście oprócz mnie. Czy jeszcze ktoś 

jest ci znajomy?  

-  Nie.  -  Tak,  w  jakichś  przebłyskach  Reyn  wydawał  mi  się  znajomy,  miałam  też  wizję  Reyna  najeźdźcy.  Ale 

tak  naprawdę  nigdy  wcześniej  go  nie  spotkałam,  na  pewno.  Przebiegłam  pamięcią  po  twarzach  całej  reszty, 

background image

 

 

starając je sobie wyobrazić pod inną postacią, ale nie mogłam sobie przypomnieć, żebym kogoś widziała, zanim tu 
przyjechałam. - Nie, nie sądzę. Czemu? 

-  Ktoś stąd chce twojej śmierci. - River z powagą spojrzała mi w oczy. 

Zanurzyłam  chleb  w  resztkach  gulaszu  w  swojej  misce.  Czworo nauczycieli i ja siedzieliśmy przy jadalnianym 

stole, jedząc późną kolację. W kuchni słyszałam Jessa, Neli i Lorenza, którzy zmywali. Lorenz śpiewał arię z To-
ski, 
miał piękny głos. 

-  A  co  się  stało  rano  Reynowi?  -  Na  kolacji  też  się  nie  zjawił  i  zastanawiałam  się,  czy  ma  to  jakiś  związek  z  moim 

zaklętym pokojem. Mimo wszystko nie przypuszczałam, że to ja go wystraszyłam. 

-  Nagle  wydałaś  mu  się  znajoma  -  powiedziała  szczerze  River.  -  Kolor  twoich  włosów,  to  jak  wyglądałaś,  stojąc  tam... 

pojawiło się bolesne wspomnienie. - Uśmiechnęła się kwaśno. - Tak jak u ciebie. Jesteś pewna, że go nie znasz? 

-  Tak,  naprawdę.  W  zasadzie...  zadawałam  się  mniej  więcej  z  tymi  samymi  ludźmi  przez  długi  czas.  Nie  sądzę,  że  ja  i 

Reyn gdzieś się spotkaliśmy. Ale... 

-  Co? 

-  No...  -  Zawahałam  się.  -  W  trakcie  tamtego  kręgu,  miałam... nie wizję, ale wspomnienie. Przypomniałam sobie coś, co 

przydarzyło  mi  się  dawno  temu.  Bardzo  dawno  temu,  przed  1960  rokiem.  Zobaczyłam  kogoś,  kto  wyglądał  dokładnie  jak 
Reyn.  Ta  osoba...  omal  mnie  nie  skrzywdziła.  To  był  najeźdźca.  Jeden  z  tych,  którzy  napadali  wtedy  zimą.  -  Eee...  prawdę 
mówiąc,  nigdy  nikomu  nie  opowiadałam  o  tamtym  zdarzeniu.  Ukrywałam  je  przez  czterysta  lat  razem  z  mnóstwem  innych 
potwornych wspomnień, które pulsowały pod powierzchnią mojej świadomości. 

River spojrzała mi w oczy, a ja spuściłam wzrok i z zapałem znowu zanurzyłam chleb w misce. 
-  Ale Reyn ma dopiero dwieście sześćdziesiąt siedem lat - odezwałam się po chwili. - Więc to nie był on. Tylko ktoś, kto, 

wiecie, wyglądał dokładnie jak on. Albo mój umysł robi mi psikusy i wstawił twarz Reyna do tego wspomnienia. Dziwne... 

Nauczyciele przez jakiś czas milczeli, a ja odniosłam wrażenie, że spoglądają po sobie ponad moją głową. 
-  Czy ktoś tutaj powiedział ci coś niemiłego? Wkurzyłaś kogoś? - Młodzieńcza twarz Solisa była zmartwiona. 
-  Jeżeli  o  to  chodzi,  to  nie,  nie  sądzę.  To  znaczy, niezupełnie, nie aż tak. Wydaje mi się, że Neli zdecydowanie mnie nie 

lubi,  ale  to  raczej  dziecinada,  rozumiecie?  -Przyszła  mi  do  głowy  inna  myśl.  -  Chociaż  zaraz,  Reyn  mojego  pierwszego  dnia 
tutaj powiedział mi, żebym wyjechała. 

-  Powiedział ci, żebyś wyjechała? - River uniosła ciemne brwi. 
Pożałowałam, że nie siedziałam cicho. Teraz czułam się jak cykor, mięczak i kabel. Coraz lepiej mi szło. 
-  No ale to był pierwszy dzień. Nikt nie przypuszczał, że zostanę. Nie roztaczałam wokół siebie aury sukcesu, prawda? 

River uśmiechnęła się do mnie lekko. 

-  I  jeszcze  nic  nie  jest  przesądzone.  -  Musiałam  to  dodać.  Nie  chciałam,  żeby  czuli  się  rozczarowani  albo  zaskoczeni, 

jeżeli  w  końcu  odpadnę  i  pójdę  na  dno.  -  W  każdym  razie,  Reynowi  zależy  na  tym,  żeby  zawsze  wybierać  dobro,  katuje 

background image

 

 

swoją  duszę  i  co  tylko.  Nie  zaprzepaściłby  rozwoju  duchowego  czymś  takim,  no  nie?  -  Spojrzałam  na  River  i  na  resztę. 
Wszyscy powoli skinęli w zamyśleniu głowami. -A co mieliście na myśli, mówiąc o podpisie? - spytałam. 

-  Magyią  jest  bardzo  osobistą,  intymną  rzeczą  -  zaczęła  Anne.  -  Każdy  człowiek  uprawia  magyię  na  swój  wyjątkowy 

sposób.  Tak  jak  to  omawialiśmy,  od  ciebie  zależy,  jakich  zaklęć  używasz,  jakich  pieczęci  i  run,  z  jakimi  elementami 
pracujesz,  czy  wykorzystujesz  zaklęcia  księżycowe,  słoneczne,  wietrzne  czy  wodne.  Ludzie  posługują  się  tym,  czego  lubią 
używać  i  co  im  wychodzi.  Uprawiając  z  kimś  magyię  kilka  razy,  często  możesz  poznać  jego  rodzaj  zaklęć.  To  jest 
zakodowane w osobowości, w wibracjach danej osoby. 
 

-  Niektórzy  celowo  dołączają  podpisy  do  swoich  zaklęć  -  wtrącił  się  Asher.  -  Jakby  byli  dumni  ze  swojego  dzieła  albo 

chcieli przesłać ostrzeżenie. Więc ich imię jest wkomponowane w zaklęcie. 

-  A w tych nikt nie zostawił imienia? To byłoby głupie z jego strony - stwierdziłam. 
-  Nikt  nie  podpisał  się  wprost  -  powiedział  Solis.  -Ale  zaklęcia  wyglądają  na  celowo  zmienione,  żeby  wyglądały  na 

dzieło innej osoby. I przez to całość jest zaciemniona, zniekształcona. 

-  Ktoś  naprawdę  mógł  coś  takiego  zrobić?  -  Gapiłam  się  na  niego.  Kurczę,  to tak skomplikowane, że moja wyobraźnia 

wysiada. Nigdy bym na to nie wpadła. 

-  Tak - odparła River. 
-  Ale to były czary, żebym... umarła? 
-  W większości - przyznała River. - Co jest w zasadzie głupotą, jeżeli wziąć pod uwagę nieśmiertelność. Tu nie chodziło 

bezpośrednio  o morderstwo. Bardziej: dostań zapalenia płuc i umrzyj. Zgiń w wypadku. Niech cię zabiją podczas kradzieży. 
Bez  wielkiej  premedytacji,  po  prostu,  żeby  ktoś  cię  zabił.  W  przypadku  zwykłej  osoby  rzeczywiście  miałyby  śmiertelny 
skutek.  Dla  ciebie,  dla  nas...  to  zaklęcia,  które  sprowadziłyby  mrok.  Nie  zabiłyby  cię,  wiesz,  jakie  to  trudne,  ale 
przyciągałabyś  potworną  ciemność.  Na  przykład  paraliżujący  strach  czy  depresję,  z  której  nie  można  się  otrząsnąć.  Nie 
widziałam czegoś takiego od..., cóż, od bardzo, bardzo dawna. 

-  I talizman pod łóżkiem - dodał Asher. - Rekwizyty ciemności. 

-  Zestaw do szycia? 
Asher usiłował się uśmiechnąć, ale nie mógł. 

-  Bardzo silnie by na ciebie działał za każdym razem, kiedy leżałabyś w łóżku. 

Znów ścisnęło mnie w żołądku. Przypomniałam sobie, co poczułam, kiedy sięgnęłam do drzwi i się zawahałam. 

Miałam  wrażenie,  że  w  pokoju  czai  się  zimny,  ciemny  cień.  I  ten  cień  mnie  schwyta,  obejmie tak, żeby nikt więcej mnie już 
nie  zobaczył.  Czy  to  mógł  zrobić  Reyn?  Nie,  mimo  wszystko  nie  mogłam  sobie  tego  wyobrazić.  W  takim  razie  kto?  Neli? 
Owszem,  była  suką,  ale  żeby  aż  tak  mnie  nienawidziła?  Jest  taka  dobra  w  magyi?  Ktoś  z  pozostałych?  Zaczęła  mnie  boleć 
głowa. 

background image

 

 

-  Może źle, że tu jestem - powiedziałam cicho. - Wszyscy wiemy, że nie powinno mnie tu być. To tylko dowód. 
-  Wręcz przeciwnie - zaprotestowała River. - Dla mnie to oznacza, że tym bardziej powinnaś tu być. 

Solis, Asher i Anne skinęli głowami, ale zauważyłam, że Solis zerknął na River. 

-  Zgadzam  się  -  odezwała  się  Anne.  -  O  tym  właśnie  rozmawialiśmy  -  zwróciła  się  do  nauczycieli.  -  Ma  nienaturalnie 

silną moc, jakąś starodawną i potężną. Musi się nauczyć z niej korzystać, zrozumieć ją, używać jej w dobrych celach. Inaczej 
zawsze będzie bezbronna. 

-  Pytanie tylko, czy ktoś jeszcze wie o jej mocy? Czy komuś zagraża? - odparł Asher. 

River pokręciła głową, spoglądając na mnie, a ja starałam się zachowywać swobodnie i nie oddychać za szybko. Skóra mi 

ścierpła, kiedy usłyszałam „starodawna i potężna". 

-  Poza  jej  przyjacielem,  Innocenciem?  I  chyba  Bo-zem,  bo  o  nim  wspomniała.  Poza  nimi,  nie  sądzę.  Jest  w  zasadzie 

nieznana, niewyszkolona. Owszem, ma moc, ale nie potrafi nic z nią zrobić. Po prostu za mało wie. 

-  Ja tutaj siedzę - przypomniałam. 

River bez ostrzeżenia wyciągnęła rękę i położyła mi palce na skroni. Co ona robi? I wtedy ją poczułam. 

Poczułam  umysł  River.  Przez  chwilę  siedziałam  zadziwiona,  a  później  zorientowałam  się,  co  to  może  znaczyć,  i 

zamknęłam  swój  umysł,  stawiając  wszystkie  zapory,  jakimi  dysponowałam.  Miała  rację,  nie  byłam  wyszkolona,  nie 
wiedziałam, jak co robić, ale ciągle wysyłałam z umysłu rozpaczliwe sygnały: ochrona. 

Oczy River lekko się powiększyły; zabrała dłoń. 

Starałam się zachowywać, jakby nigdy nic. 

-  Mam gorączkę? - wydusiłam z siebie. Pokręciła głową. 

Tamtego  wieczoru  wszyscy  czworo  nauczyciele  położyli  na  mnie  pieczęcie  ochrony,  nakreślając  je  na  moim  czole, 

rękach,  plecach,  sercu.  Solis  i  Anne  odprowadzili  mnie  do  pokoju  i  zostawili  zaklęcia  na  framudze,  na drzwiach z jednej i z 
drugiej strony, na łóżku. 

-  A łazienka? - spytałam bezczelnie. - Mogę spaść z kibla i skręcić sobie kark. 

Nie uznali tego za zabawne. 

-  Znasz zaklęcie zamkniętych drzwi? - spytała mnie Anne. 
-  A jest takie? - Wpatrywałam się w nią. - No, dajcie spokój! Mogliście mi powiedzieć miesiąc temu! 
Anne  i  Solis  wybuchnęli  śmiechem.  Później  Anne  nauczyła  mnie  podstawowego  zaklęcia,  które  nie  powstrzymałoby... 

powiedzmy  byka,  ale zatrzymałoby każdą osobę, która usiłowałaby wejść do mojego pokoju bez pozwolenia. To było proste 
zaklęcie i rozpoznałam podstawową konstrukcję z zajęć Ashera „sztuka zaklęć dla opornych". Ale nawet w prostym zaklęciu 
należało określić czas, miejsce, obiekt, skutek... Chciało mi się krzyczeć, bo do takich szczegółów nie miałam cierpliwości. 

Jednak  nie  mogłam  znieść  tego,  że  drzwi  są  bez  zamka.  Jeśli  to  zaklęcie  utrzyma  ludzi  na  zewnątrz,  to  się  go  nauczę. 

Anne  powtórzyła  ze  mną  wszystko  dwa  razy,  aż  wreszcie  skinęła  głową.  Później  wyszła  z  pokoju  i  czekała  na  korytarzu. 

background image

 

 

Bardzo  powoli  i  do  bólu  starannie,  jak  uczeń  z  oślej  ławki  w  Szkole  Głupców,  rzuciłam  zaklęcie,  włączając  w  nie  słowa, 
gesty i te wszystkie bzdury. 

-  Dobra! - zawołałam w końcu, czując się tak, jakbym przebiegła Most Brookliński. 
Anne usiłowała wejść. Zobaczyłam, że klamka się porusza. 
-  Nie mogę! - krzyknęła zadowolona. - Im bardziej próbuję, tym gorzej. Dobra robota! 
Byłam  zadziwiająco  zadowolona  z  siebie,  aż  przypomniałam  sobie,  że  robię  to  tylko  dlatego,  że  ktoś  tutaj,  blisko, 

śmiertelnie mnie nienawidzi. 

To trochę ostudziło moje podniecenie. 

 
Rozdział 23 

Tamten  dzień  najwyraźniej  wyznaczył  nowy  rozdział  mojej  kariery  w  River's  Edge.  Z  powodu  reakcji  i  troski  nauczycieli, 

zwolniłam i robiłam wszystko z większą świadomością, starając się zwracać uwagę na wszelkie złe emocje wokół mnie. 

Obserwowałam  Neli  i  Reyna  podczas  posiłków  albo  kiedy  pracowaliśmy  obok  siebie.  Reyn  dosłownie  próbował  na  mnie 

nie  patrzeć  i  zachowywał  się  tak,  jakbym  była  niewidzialna.  Nie  podwoził  mnie  do  miasta  i  nigdy  już  nie  wyznaczono  nas 
razem do pracy. Neli chyba udało się zapanować nad swoją wrogością. Stała się miła i przyjacielska w fałszywy, przewrotny 
sposób. 

Nic  nie  wyłapałam  i  nikt  nigdzie  indziej  nie  znalazł  żadnych  innych  dowodów  mrocznych  zaklęć.  Wszyscy  pozostawaliśmy 

czujni, ale to zaczynało wyglądać tak, jakby ktoś przeprowadził jednorazową akcję, dał mi ostrzeżenie i nie zamierzał ciągnąć 
tego dalej. 

W każdym razie, tak sobie to tłumaczyłam. 

Kilka dni później Stary Mac poinformował mnie, że na pięć dni zamyka sklep. Okazało się, że raz albo dwa razy do roku 

wyjeżdża  z  kolegami  na  ryby.  Wyobraziłam  sobie  paczkę  gderliwych  pryków,  którzy  na  siebie  narzekają,  stojąc  ponuro  w 
lodowatej wodzie i zarzucając wędki. Ale może dla niego to terapia, wytchnienie. 

Dla mnie na pewno. Z początku byłam wniebowzięta - pięć dni wolnego! - ale później dopadła mnie panika. Co ja ze sobą 

zrobię?  Teraz  cały  dzień  miałam  wypełniony,  i  nawet  jeżeli  przez  dwie  godziny  zajmowałam  się  czymś  ohydnym  i 
druzgocącym, ciągle starałam się skupiać na tym, kto i co jest w pobliżu. 

Mając  pięć  wolnych  dni,  wyobraziłam  sobie,  że  się  nudzę  i  dla  rozrywki  zaczynam  wymyślać  jakieś  durnoty.  Na 

przykład: może zadam się z miejscowymi, pokażę się w szpanerskim samochodzie, będę palić albo wyjadę. 

Czy  to  wtedy  zacznę  się  staczać,  kiedy  to,  co  zyskałam,  stracę  przez  kilka  wyjątkowo  złych  decyzji?  Wiedziałam,  że  to 

nadchodzi. Zawsze, zawsze burzyłam dobre rzeczy. 

background image

 

 

Jak  się  okazało,  przynajmniej  tym  razem,  mój  strach  był  bezpodstawny. Powinnam wiedzieć, że żądni władzy właściciele 

niewolników z River's Edge zobaczą w moich pięciu dniach wolności jedynie wyzwanie, które trzeba podjąć. 

-  Zbliża  się  Yule  -  powiedziała  radośnie  River,  ładując  mi  na  ręce  koce  i  poszwy.  -  Idealna  pora  na  porządki  w  domu. 

Później, po przesileniu, kiedy najdłuższa noc w roku w końcu ustąpi i każdy następny dzień będzie troszkę dłuższy, troszkę 
jaśniejszy... cóż, cudownie wtedy mieć świadomość, że wszystko jest wyszorowane i świeże. 

-  Chyba żartujesz. - Spoglądałam na nią znad sterty pościeli. 
-  Nie.  -  Na  jej  twarzy  pojawił  się  ten  zniewalający,  ponadczasowy  uśmiech,  który  ją  rozpromienił.  -  Pójdę  z  tobą  do 

pralni. I ciesz się, że jest zima i możesz korzystać z suszarni. Latem zrobimy to znowu, tylko rozwiesimy pranie na sznurach. 
- Pogoniła mnie machnięciem dłoni, więc pochylając się, wyszłam na dwór, na chłód; prawie nie widząc całkiem, dokąd idę. 
Przynajmniej  nie  muszę  gotować  tych  szmat  w  ogromnych  kotłach  na  zewnątrz,  pomyślałam  ponuro.  Pralnia  okazała  się 
całkiem  dużym  pomieszczeniem  w  rogu  budynku  szkolnego,  gdzie  czekały  na  mnie  rząd  siedmiu  przemysłowych  pralek  i 
sporo wielkich suszarek. 

Klnąc, rzuciłam pościel na ziemię i zaczęłam segregować kolorami. 

 

******** 

Kiedyś  miałam  ciężkie  zapalenie  płuc.  Były  pełne  płynu,  płonęłam  od  gorączld  i  właściwie  miałam  halucynacje.  Każdy 

zwykły  człowiek  by  umarł,  jak  wielu  tamtej  zimy.  Moi  przyjaciele  właśnie  jechali  do  Szwajcarii  na  wakacje,  a  ja  byłam  za 
bardzo  chora,  żeby  się  z  nimi  zabrać,  więc  zostawili  mnie  w  klasztorze  w  Niemczech.  Wręczyli  matce  przełożonej  worek 
pieniędzy  i  powiedzieli,  że  to  wystarczy  na  moje  utrzymanie  do  czasu,  aż  wyzdrowieję,  albo  na  pogrzeb,  gdybym  nie 
przeżyła. Jeszcze pamiętam ich chytry śmiech. 

Nieważne.  Spędziłam  tam  dwa  długie  miesiące  i  uwierz  mi,  nie  masz  pojęcia,  co  to  zakonnica,  jeżeli  nie  widziałeś  XIX-

wiecznej  niemieckiej  zakonnicy.  Ich  zapał  do  sprzątania  był  nie  tyle  głupi,  ile  wręcz  niepojęty.  Gdyby  te  zakonnice  czuwały 
nad wszystkim, Niemcy wygrałyby II wojnę światową. Bardzo poważne zakonnice. 

A  ten  zakon  nie  mógł  się  równać  z  domem  River  w  czasie  przedprzesileniowych  porządków.  Właśnie  aż  tak  było  źle. 

Okna  myliśmy  na  zewnątrz  i  wewnątrz,  ściany  wycieraliśmy,  pokoje  odkurzaliśmy  i  zamiataliśmy.  Musieliśmy  przejrzeć 
każdą  szafkę  i  kredens,  wietrzyć,  czyścić  i  sprzątać.  Rósł  stos  rzeczy  przeznaczonych  na  wyprzedaż  dobroczynną,  kiedy  się 
ociepli.  Cholera,  po  prostu  nie  do  wiary.  Nic  innego  mi  się  ostatnio  nie  przydarzyło  -  Reyn  trzymał  się  ode  mnie  z  daleka, 
chociaż  co  chwila  przyłapywałam  go  na  tym,  że  na  mnie  patrzy.  Neli  podchodziła  do  wszystkiego  ze  słodkim  uśmiechem  i 
widziałam,  że  kilka  razy  pracowała  z  Reynem.  Wyglądała  jak  szczęśliwy  mięczak.  Nie  miałam  więcej  złych  snów,  wizji  ani 
dręczących  objawień.  Życie  wydawało  się  dość  zwyczajne,  w  każdym  razie  na  tyle,  na  ile  mogło  być,  biorąc  pod  uwagę, że 
trzy miesiące temu było o sto osiemdziesiąt stopni inne. 

background image

 

 

Pewnego  wieczoru  w  szale  sprzątania  łaziłam  dosłownie  na  czworakach  po  kuchennej  podłodze  i  szorowałam  płytki.  To 

znaczy  kamienie.  Kamienie  są  niewiarygodnie  brudne.  Taka  ich  pieprzona  natura.  Działałam  wbrew  ich  naturze,  usiłując 
sprawić, żeby były czyste. 

Nikt nie podchwycił tego toku myślenia. No więc szorowałam. 
Naprawdę  profesjonalny  szorowacz,  z  wieloletnim  doświadczeniem  w  pielęgnacji  płytek,  mógłby  umyć  olbrzymią 

kuchenną podłogę w jakieś dwie godziny. Mnie już leciała trzecia, a czterdzieści minut wcześniej zaczęłam bluzgać. Nadal w 
miarę  biegle  posługuję  się  pięcioma  językami,  chociaż  co  chwila  używam  przestarzałej  konstrukcji  gramatycznej  albo 
idiomu, a kląć siarczyście potrafię jeszcze w trzech innych. 

I klęłam. 

Usiłowałam się nie cieszyć z tego, że usuwam wielomiesięczny brud i widzę delikatne kolory każdego kamienia po kolei, 

które się wyłaniały, kiedy zbierałam szmatą brudną wodę. 

-  Głupi,  chrzaniony,  pieprzony  kamień  -  syczałam  cicho.  -  Czy  linoleum  by  ich  zabiło?  Nie.  Durny  cholerny  mop.  Ale 

nieee.  Trzeba  szorować  pioruńską  parszywą  szczotką  do  szorowania.  -  Kiedy  ciągnęłam  ten  intelektualny  monolog, 
usłyszałam,  że  tylne  drzwi  otwierają  się  i  zamykają.  Teraz  stałam  się  bardziej  czujna.  Przysiadłam  na  piętach  i  nasłu-
chiwałam.  Między  tylnymi  drzwiami  a  kuchnią  była  długa  sień.  Zastawiona  szafkami  i  schowkami  i  półkami  na  dodatkowe 
kuchenne przedmioty, których nie używało się za często. Usłyszałam otrzepywanie stóp ze śniegu i szelest kurtek. 

I głosy. Męski i kobiecy. Czyje? 

Powoli  i  po  cichu  wstałam  i  wzięłam  jeden  z  kuchennych  noży  z  magnetycznego  wieszaka  na  ścianie.  Taki  do  krojenia 

mięsa,  długi  na  dobrych  trzydzieści  centymetrów  i  niesamowicie  ostry.  Nic  nie  da,  jeżeli  ktoś  posłuży  się  wobec  mnie 
magyią,  ale  dzięki  niemu  czułam  się  lepiej.  Znów  przykucnęłam,  wsunęłam  nóż  pod  najniższą  półkę  wyspy  w  kuchni  i 
nasłuchiwałam. 

Zamknęłam  oczy  i  bardzo  powoli  wypuściłam  powietrze.  Mój  oddech  stał  się  wolniejszy  i  płytszy.  Miałam  wrażenie,  że 

słuchem ogarniam całą przestrzeń. 

-  Możesz! - usłyszałam kobiecy głos, pełen emocji. 
-  Nie - powiedział mężczyzna. 

-  Możesz!  -  powtórzyła  kobieta.  Wtedy  do  mnie  dotarła  świadomość,  niczym  zapach  przyniesiony  przez  powietrze.  To 

Neli.  I  Reyn.  Chciała  czegoś  od  niego,  chciała,  żeby  coś  zrobił;  on  odmawiał  ze  stanowczym  chłodem.  Ale  był  rozdarty, 
niepewny. Może to wyczuwała i usiłowała przeciągnąć na swoją korzyść. 

Słuchałam  z  przechyloną  głową  jak  w  filmach.  Byli  pochłonięci  sobą.  Chodziło  o  nich  dwoje,  nie  o  żadną  trzecią  osobę, 

na przykład moją ponurą. Z tego, co załapałam, nie błagała go, żeby mnie zabił. 

Mówili zaledwie szeptem, ale słyszałam jej tęsknotę, błaganie, które usiłowała skryć. Była bliska załamania. 

background image

 

 

Można mi odmówić wszystkiego, ale nie wrażliwości. Nikt, kto przeżył męczącą, szeptaną rozmowę z nieodwzajemnioną 

miłością, nie chciałby, żeby ktoś ją usłyszał, prawda? 

Otworzyłam oczy, zanurzyłam szczotkę w wiadrze z mydlinami i usiłowałam dać subtelny, ratujący honor znak, że jestem 

w pobliżu. 

-  Swi-innnng looow, sweeet chaaaar-i-otttt  - zanuciłam, wkładając w szorowanie całe swoje czarne serce. -Comin

v

 for to 

car-ry me hooooome... 

Cisza. 

-  Swi-iiiing loooozo - zaczęłam znowu, a wtedy Neli pojawiła się w drzwiach. 

Jej  urocza  twarz  Angielki  była  zarumieniona;  dwie  wielkie  plamy  złości  zaróżowiły  policzki.  Gapiła  się  na  mnie.  Była 

ślicznie  ubrana,  w  wysokie  kozaki  z  wywiniętym  futrem,  obcisłe  dżinsy,  ciężki  sweter  koloru  kości  słoniowej,  a  uwagę 
najbardziej przykuwała aksamitna opaska na głowie. 

Ja  -  w  brudnych  dżinsach,  zabrudzonej,  przepoconej  i  mokrej  koszulce  (z  powodu  małego  wypadku  przy  napełnianiu 

wiadra), bez makijażu, z wścielde jasnymi włosami posklejanymi od potu, założonymi za uszy (i tu spory opieprz dla River - 
przez ciebie tak wyglądam!). 

Złośliwy,  triumfujący  uśmiech  wykrzywił  jej  twarz,  jakby  miała  warczeć,  a  ja  nagle  znów  zaczęłam  się  zastanawiać,  czy 

to nie ona zaklęła mój pokój. Nie przypuszczałam, nie sądziłam, że jest na tyle silna i ma taką wiedzę. Ale czuła do mnie coś 
więcej niż niechęć, teraz to wydawało się oczywiste. 

Zobaczyła  połowę  podłogi,  którą  już  umyłam,  i  z  chytrym  uśmiechem  przemaszerowała  po  niej,  zostawiając  na 

nieskazitelnie  czystych  kamieniach  linię  śladów  błota  i  śniegu.  Przeszła  prze  wahadłowe  drzwi  i  zniknęła  w  chmurze 
świeżych kwiatowych perfum. 

Usiadłam  i  przyglądałam  się  kamieniom  z  przerażeniem,  a  potem  ze  złością.  Niech to szlag! - ryknęłam w myślach. Co 

za suka! Jutro z samego rana poszukam zaklęcia, żeby przyciągnąć do jej pokoju pająki. Całe gniazdo! 

W  drzwiach  pojawił  się  Reyn.  Spojrzałam  na  niego,  zaciskając  zęby,  zbyt  wkurzona,  żeby  nawet  pomyśleć  o  niepokoju 

czy dziwnym uczuciu. 

-  Idź - powiedziałam krótko, wskazując na zabrudzoną podłogę. - Ona już zniszczyła godzinną pracę. No, dalej. 
-  Na pewno niechcący - odparł, dość twardo wymawiając spółgłoski, co wskazywało, że angielski nie jest jego ojczystym 

językiem. To pierwsze słowa, jakie wypowiedział do mnie po przeszło tygodniu. 

-  O,  nie,  oczywiście,  że  nie  -  prychnęłam  z  sarkazmem.  -  Na  pewno  nie  skojarzyła,  że  to  ja  wyczyściłam  tamtą  część 

podłogi,  chociaż  się  zaszorowuję  na  śmierć  na  drugiej  połowie!  A  ty  na  pewno  w  to  wierzysz,  bo  jesteś  głupim,  debilnym 
matołem! - Podniosłam głos i miałam ochotę strzelić go szczotką w głowę, dlatego że nie mogłam rzucić jej w Neli. Po tym, 
jak go unikałam, a on unikał mnie, coś we mnie pękło i słowa same wyleciały z ust. - Tak samo jak udajesz, że nie widzisz, że 
za  tobą  wariuje!  Ciężko  być  darem  z  nieba  dla  kobiety,  co!  -  ciągnęłam,  niestety  moje  wargi  pracowały  o wiele szybciej niż 

background image

 

 

mózg.  - Taki cudowny, taki uwielbiany przez wszystkich. Marzy o tobie, robi co tylko, żeby być blisko ciebie, pewnie rzuca 
miłosne zaklęcia! 

Oczy  Reyna  koloru  złotej  sherry  zrobiły  się  większe  i  przyglądały  mi  się  baczniej.  Widziałam,  że  waży odpowiedzi, ale - 

ku mojemu zaskoczeniu - posłał je do diabła. Może on też był wściekły na Neli, a wyładował złość na mnie. 

-  Owszem,  tak  samo  jak  dla  ciebie  być  marzeniem  każdego  mężczyzny!  -  odpalił.  -  Włosy  jak  śnieg,  oczy  jak noc, ostra 

gadka, miękkie...  - Przerwał nagle. Wyglądał na przerażonego. Targały nim takie emocje, jakich nie widziałam u niego przez 
całych sześć tygodni pobytu tutaj. Później będę musiała to przemyśleć. Ale na razie toczyła się walka. 

-  O,  tak  -  warknęłam.  Mokrymi,  umydlonymi  dłońmi  z  brudnymi,  połamanymi  paznokciami  i  skórą  czerwoną  od gorącej 

wody  oraz  mydła  przeczesałam  tłuste  włosy.  Reyn  mi  się  przyglądał,  a  ja  wsunęłam  je  pod  poplamioną,  wilgotną,  o  dwa 
rozmiary  za  dużą  koszulkę.  -  Kto  nie  chciałby  czegoś  takiego?  Jestem  spełnieniem  marzeń  każdego  faceta.  -  Mogłabym 
przysiąc,  że  przez  ułamek  sekundy  widziałam  dziki  błysk  w  oczach  Reyna,  widziałam  prawdziwe  pragnienie,  kiedy  na  mnie 
patrzył. Zdążyłam pomyśleć: o-ho, i zniknęło, a ja nie byłam pewna, czy je widziałam. Zrobiłam surowszą minę. - Oj, czekaj, 
nie, nie jestem - powiedziałam srogim głosem. - Jestem trudna, wymagająca, niewierna, upierdliwa, a do tego egoistka! Więc 
wynoś  się  stąd,  dopóki  możesz,  idioto!  -  Teraz  już  właściwie  krzyczałam i miałam nadzieję, że nikt nie przyjdzie sprawdzić, 
co się dzieje. 

Reyn ciężko dyszał i w głębi duszy zastanawiałam się, czy nie zacznie we mnie czymś rzucać albo mnie nie napadnie, ale 

zapanował  nad  sobą.  Z  kamienną  twarzą  ostrożnie  przeszedł  w  skarpetkach  po  umytej  podłodze,  w  jednej  ręce  trzymając 
buty. Popchnął drzwi bez słowa, nie odwracając się za siebie. 

Trzęsłam  się  pod  wpływem  adrenaliny,  totalnie  wytrącona  z  równowagi.  Nie  rozumiałam,  co  się  przed  chwilą  stało. 

Prawie  nigdy  nie  posuwałam  się  do  krzyku  podczas  kłótni - nigdy nie zależało mi na niczym tak bardzo, żeby warto było z 
tego  powodu  krzyczeć.  Ale  Reyn  naprawdę,  naprawdę  na  mnie  działał.  I  może  ja  naprawdę,  naprawdę  działałam  na  niego. 
Między nami było coś nienazwanego, pewnie coś złego. Ale nie mogłam dociec co. 

To czego tak naprawdę, naprawdę chciałam, to drink, duża lufa samej whisky. No, może z pokruszonym lodem. Niemal 

czułam  jej  smak,  ogień  przy  jej  przełykaniu.  To  właśnie  robiłam,  kiedy  byłam  zdołowana.  Upijałam  się,  albo  co  innego, 
szłam się z kimś spotkać, rozerwać się. Żebym nie musiała nic czuć. 

Z tego, co się zorientowałam, alkoholu tu nie mieli. Pomysł, żeby biegać po dworze w ciemności, napełnił mnie strachem. 

Wokół  nikogo,  przy  kim  mogłabym  się  rozerwać  -  wszyscy  pewnie  już  spali,  a  zresztą  nikt  i  tak  nie  chciałby  rozrywki  w 
moim towarzystwie. 

Byłam  skazana  na  siebie  samą.  Ja,  ja  sama,  tylko  ja.  Wszystkie  cierpiałyśmy  i  czułyśmy  ten  ból  dojmująco  jak  przy 

otwartej ranie. 

Staraj się o tym nie myśleć, powtarzałam sobie raz za razem i drżącą ręką znów sięgnęłam po szczotkę. 

******** 

background image

 

 

 

Tego wieczoru wróciłam do pokoju tak późno, że moja herbata na noc zdążyła wystygnąć i zrobił się na niej cienki osad. 

Nie wypiłam jej. Rzuciłam flanelową koszulę na podłogę i padłam na łóżko zbyt zmęczona, żeby choć próbować płakać. 

Tej nocy miałam sny. Złe sny. W połowie były wspomnieniami, a w połowie wizjami, jakbym patrzyła na pewne rzeczy z 

góry, z odległości. 

Zobaczyłam  swoją  paczkę  -  Boza,  Innocencia,  Cicely  i  Katy.  Pędzą  samochodem  ciemną,  krętą  drogą.  Jadą  o  wiele  za 

szybko, ścigają się z innym samochodem, w którym są zwykli ludzie, może nastolatki. Prowadzi Boz. Incy wygląda na mniej 
obłąkanego  niż  wcześniej,  chociaż  niezupełnie  przypomina  dawnego  siebie.  Jest  późno,  księżyca  prawie  nie  widać.  Oba 
samochody tak szybko wchodzą w zakręty, że wpadają w poślizg na każdym łuku. 

Samochód Boza prowadzi. Katy siedzi z przodu, Incy i Cicely obserwują drugie auto przez tylną szybę. Cała czwórka wydaje 
mi  się  groteskowa  -  ich  tak  znajome  twarze  są  wykrzywione  od  udawanej  odwagi.  Zachowują  się  za  głośno,  za  dziko, zbyt 
lekkomyślnie i nieodpowiedzialnie. Dwa miesiące temu doskonale bym do nich pasowała. To się źle skończy. 

Jazda  staje  się  coraz  bardziej  brawurowa.  Katy  i  Incy  wrzeszczą  do  ludzi  z  drugiego  samochodu,  naśmiewają  się  i 

pokazują  środkowy  palec.  W  oczach  Incy'ego  błyska  dziwne  światło,  którego  nie  poznaję.  Twarz  drugiego  kierowcy tężeje, 
widzę  jego  zbielałe  palce,  zaciśnięte  na  kierownicy.  U  siedzącego  obok  niego  przyjaciela  słuszny  gniew  ustępuje  miejsca 
szczeremu  strachowi.  Chłopak  kurczowo  trzyma  się  klamki  drzwiczek  i  wbija  się  w  siedzenie,  jakby  naciskał  urojony 
hamulec. Mówi do przyjaciela, ale ten nie zwraca na niego uwagi, wściekły na Boza. 

Nie chciałam oglądać więcej. 

To stało się na szczycie drogi. Boz z krzykiem wchodzi w zakręt, ślizgając się tak, że jedno z kół praktycznie wyskoczyło 

z  drogi  i  na  sekundę  zawisło  nad  klifem.  Incy  i  dziewczyny  piszczą  z  przerażenia  i  podniecenia.  Później  Boz  dodał  gazu  i 
przednie koło znów wtoczyło się na asfalt. Ruszyli do przodu. 

Ci  w  drugim  samochodzie  nie  mieli  tyle  szczęścia.  Kierowca  ryzykował  wszystko,  żeby  dogonić  Boza.  Bardzo  dobrze 

znał  tę  drogę,  na  pewno  wcześniej  już  brał  udział  w  takich  zawodach.  Ale  nie  ścigał  się  regularnie  w  stu  różnych 
samochodach przez pięćdziesiąt lat. Wpadł w poślizg na tym samym zakręcie, tylne koło zjechało z drogi... i auto przechyliło 
się  do  tyłu,  nad  przepaść.  Widziałam  ich przerażone oczy, dłonie zaciśnięte w pięści, usta otwarte w krzyku. Staczali się po 
klifie,  koziołkując,  aż  odbili  się  o  niższy  zakręt.  Przy  kolejnym  fikołku  silnik  uderzył  o  skałę  i  samochód  stanął  w 
płomieniach, a rozsadzony zbiornik paliwa pluł wokół benzyną. 

Daleko w górze Boz się zatrzymał. Czworo moich przyjaciół spoglądało z krawędzi klifu na wrak. Dziewczyny zakrywały 

usta dłonią, a ich oczy błyszczały od adrenaliny. Boz i Incy wyglądali na przerażonych, ale na siłę śmiali się nerwowo. Zabili 
tamtych  chłopaków.  Przetrącenie  karku  taksówkarzowi  wydawało  się  przy  tym  szkolną  psotą.  Nawet  we  śnie  poczułam  w 
brzuchu mdlący chłód. 

background image

 

 

-  Musimy  znaleźć  Nasty.  -  Incy  odwraca  się  do  Boza.  Niezupełnie  słyszałam  jego  słowa,  a  jednak  wiedziałam,  o  co 

chodzi. - Nie rozumiesz? Nie powinna tracić takich akcji. 

Myśl, że kiedyś byłam Nasty, która - jak uważali - nie powinna tracić takich akcji - była chora, odrażająca. 

-  Dobra, Incy - mówi Cicely. - Co za dużo, to niezdrowo! Znajdźmy ją. 

Boz przytakuje, ciągle patrząc z klifu z kamienną twarzą. Później spogląda przed siebie, jakby prosto w moje oczy, jakby 

mnie widział. 

-  Tak. Czas ją znaleźć. 

Zerwałam  się  jak  poparzona,  sapnęłam  i  włączyłam  światło.  Byłam  w  pokoju  sama.  W  West  Lowing.  Jeżeli  to  kolejna 

wizja, to znaczy, że nadal nie wiedzą, gdzie jestem. Ale poznawałam te wzgórza, tę krętą drogę. 

Boz, Incy i dziewczyny przyjechali do Ameryki, do Kalifornii. 

Rozdział 24 

Czułam ledwie skrywaną niecierpliwość Solisa. 

Co oczywiście tylko pogarszało sprawę. 

Spróbowałam  raz  jeszcze.  Cały  czas  oddychałam  głęboko.  Próbowałam  wyciszyć  umysł,  oczyścić  go  z  myśli.  Żeby 

osiągnąć  doskonały  spokój  - tak obcy w moim życiu jak skrzydła i latanie. Kiedy poczułam się gotowa, znów spojrzałam na 
wielką płaską misę z wodą. Wdech, wydech. 

-  Czym jest woda? - Solis mówił tak cicho, że ledwie go słyszałam. 

Przypomniałam sobie jego słowa. 

-  Woda  jest  życiem  i  śmiercią  -  wymruczałam.  -Światłem  i  ciemnością,  potęgą  i  łagodnością.  Woda  jest  przeszłością, 

teraźniejszością  i  przyszłością.  Płynem,  ciałem  stałym  i  gazem.  Jest  delikatna  jak  deszcz  i  potworna  w  swojej  sile.  Jest 
wszechwiedząca,  ukrywa  najgłębsze  tajemnice.  -  Wdychałam  i  wydychałam  powietrze,  starając  się  jak  najmniej  poruszać.  - 
Wodo, objaw mi moją prawdę. 

Czekałam.  To  była  moja  trzecia  próba.  Wróżenie  z  wody  jest  podobno  łatwiejsze  od  innych  metod  wróżenia,  ale  mimo 

wszystko wymaga umiejętności. Którą musiałam wyszlifować. A cały czas mi nie wychodziło. 

Wbijałam  wzrok  w  nieruchomą  taflę.  Jak  na  razie  widziałam  tylko  wodę.  Mokrą  miskę.  Klęczałam,  marzły  mi  stopy  i 

zasypiałam.  Padałam  z  głodu.  Uświadomiłam  sobie,  że  mój  umysł  nie  jest  pusty,  a  moje  myśli  nie  są  uspokojone.  I 
oczywiście mnóstwa rzeczy nie chciałam widzieć. Solis mnie zabije. 

Nagle zamrugałam. W misce zaczęły się tworzyć rozedrgane obrazy, jakby odbite w lustrze. 

- Jest obraz na wodzie - wyszeptałam, nie poruszając wargami. 
Solis  milczał.  Ja  obserwowałam,  skupiając  się  na  jego  zaklęciu.  Drgający  obraz  stał  się  jasny  -  to  ja,  szczęśliwa,  z 

niemowlęciem,  którego  nie  poznawałam.  Wyglądałam  nienaturalnie  zwyczajnie,  jak  zwykły  człowiek.  Obraz  zamglił  się  i 

background image

 

 

zblakł,  a  później  się  zmienił.  Odsunęłam  się,  oddychając  płytko.  Zobaczyłam  płonący  zamek.  Później  na  ułamek  sekundy 
dostrzegłam  kogoś  martwego,  dziewczynę  -  leżała  na  zimnej  kamiennej  podłodze,  z  otwartymi  ciemnymi  oczami,  które  nic 
nie  widzą,  i  jasnymi  włosami  skąpanymi  we  krwi.  Widziałam  wielką  pustą  przestrzeń  między  jej  głową  a  szyją  i  ciemną 
kałużę krwi wokół niej. 

Nie,  nie!  -  krzyczał  mój  umysł.  Czas  przewinął  się  do  przodu  i  nagle  znalazłam  się  w  tamtej  nocy  przerażenia,  kiedy 

matka obudziła nas i zebrała w komnacie ojca. Najeźdźcy taranem usiłowali wyważyć drzwi. Z dziedzińca dolatywał dym od 
podpalonych czworaków i stajni. Zwierzęta wyły w panice, mężczyźni wrzeszczeli. 

Matka  trzymała  amulet  i  nuciła.  Nigdy  nie  słyszałam  tej  pieśni.  Uwielbiałam,  kiedy  śpiewała.  Podczas  zrównania 

wiosennego  śpiewem  zapraszała  płodność  ziemi  na  nadchodzące  miesiące.  Podczas  przesileń  wychwalała  równowagę  koła 
roku.  Śpiewała  nad  mieszkańcami  naszej  wioski,  kiedy  mężczyźni  byli  ranni  albo  kobiety  miały trudności przy porodzie. Ale 
ta pieśń była inna - snuła się w niej nić mroku, jak pulsująca pępowina, która stawała się coraz grubsza i rosła. Otaczała nas 
ciemność.  Nasza  piątka  przyglądała  się  matce  szeroko  otwartymi  oczami.  Sigmundur  i  Tinna  mieli  poważne  miny,  ale  nie 
byli przerażeni. Troje najmłodszych rozdziawiło usta ze zdziwienia. 

Główna brama zamku pod nami otworzyła się z hukiem. Kwaśny dym wnikał przez szpary w sklepieniu i palił nas w nos. 

Głos mojej matki stał się teraz zawodzący i straszny, potężny, ciemny i mocny. Światło w pokoju wydawało się przyćmione i 
ciężko było oddychać, ciężko dostrzec cokolwiek oprócz twarzy matki - bladej, nagle przerażonej, niemal nie do rozpoznania. 

Zaczęli wyważać drzwi do komnaty - grube na pięć centymetrów, z zamkiem z kutego żelaza. Dźwigar na drzwiach miał 

osiem centymetrów grubości. 

Matka przerwała na chwilę i skupiła wzrok na moim starszym bracie. 
-  Pamiętaj,  Sigmundurze  -  odezwała  się  zupełnie  zmienionym  głosem.  Przerażona  przywarłam  do  Eydis  i  płakałam,  a 

Haakon  przywierał  do  mnie  i  robił  wszystko,  żeby  nie  płakać,  bo  był  dużym,  siedmioletnim  chłopakiem.  -  Pamiętaj,  co  ci 
powiedziałam. 

-  Będę, Móóir. - Skinął z ponurą miną, oburącz trzymając miecz. 

Pokój  zadrżał  od  grzmotnięcia  w  drzwi.  Z  kamiennego  obramowania  kominka  spadły  szklane  kule.  Jedyna  pochodnia 

migotała, a ogień w palenisku tańczył jak oszalały. 

Jednocześnie stały się dwie rzeczy. 

Widziałam scenę z niższej wysokości, z wysokości dziesięciolatki. Poczułam, że materiał nocnej koszuli Eydis rozdziera 

się  od  mojego  histerycznego  uścisku.  Byłam  córką  Ulfura,  wilka,  powinnam  być  silna  i  odważna.  Ale  miecz  wypadł  mi  z 
odrętwiałych dłoni. Mogłam tylko obserwować matkę. 

Ogień w palenisku buchnął mocniej, a potem plunął na komnatę, zalewając próg paleniska iskrami. Coś wielkości kapusty 

wpadło przez komin do ognia, a później wytoczyło się do komnaty. 

Głowa mojego ojca, odcięta przy szyi, z oczami i ustami częściowo otwartymi, zakrwawiona. 

background image

 

 

Przenikliwy dźwięk, który wypełnił mi uszy, był moim własnym krzykiem. 

W tej samej chwili drzwi nagle runęły do środka, drewno się roztrzaskało, żelazne zawiasy wypadły. Do pokoju wtargnęło 

dwóch  mężczyzn,  wysokich,  barczystych,  w  kolczugach,  z  twarzami  pomalowanymi  w  prymitywne  czarne,  białe  i  niebieskie 
paski.  Jeden  z  nich  ryknął  i  uniósł  siekierę.  Matka  wykrzyczała  ostre  słowa  -  aż  się  skuliłam,  zabolały  mnie  od  nich  uszy  - 
słowa  ciemności,  mocy  i  furii.  Trzasnęła  w  mężczyznę  rozpostartymi dłońmi i nagle pokój zalały kółka metalowej kolczugi i 
strugi krwi. 

Drugi  mężczyzna  stał  jak  porażony.  Wpatrywał  się  w  kompana,  który  lekko  się  zachwiał  zamroczony  i  spoglądał  na 

własne  ciało  -  krwawe  mięso.  Matka  żywcem  obdarła  go  ze  skóry,  magyią.  Nie  miał  skóry,  włosów  ani  ubrania,  tylko 
szkielet,  mięśnie  i  okrągłe,  wytrzeszczone  oczy.  Upadł  na  twarz,  a  Sigmundur  wydał  wojenny  okrzyk  i  doskoczył  do  niego, 
wymachując mieczem. Jednym ruchem pozbawił mężczyznę głowy, a później kopnął ją przez komnatę. 

Myślałam,  że  zemdleję.  Odsunęłam  się  od  Eydis  i  Haa-kona,  natychmiast  schowałam  się  za  matką  i  chwyciłam  ją  za 

spódnicę. Z korytarza dobiegał krzyk reszty najeźdźców - niszczyli wszystko i podpalali nasz dom. 

Drugi mężczyzna ryknął, patrząc na moją matkę, i uniósł ciężki miecz. 

******** 

Westchnęłam  i  odskoczyłam,  nerwowo  przełykając  ślinę.  Niechcący  kopnęłam  wróżbiarską  miskę.  Znów  tu byłam. Przez 

okno  wpadało  szare  zimowe  światło.  Rozglądałam  się  szaleńczo.  Zobaczyłam  Solisa,  Idasę,  nagie  korony  drzew  za  oknem. 
Odnosiłam wrażenie, że w piersiach mam pustkę. Łapczywie wdychałam powietrze, walcząc z wizją tunelu, która pojawia się 
przed omdleniem. Rozlana woda wsiąkała w nogawkę moich dżinsów. Wbiłam palce w oczy, jakbym chciała wymazać to, co 
przed chwilą zobaczyły. 

- Nastasyo, co się stało? - zawołał Solis. 

Na  czworakach  zwymiotowałam  do  miski  z  wodą.  Usłyszałam  własny  jęk  jakby  z  oddali.  Solis  położył  na  mnie  zimną 

dłoń,  ale  odepchnęłam  ją  i  niezdarnie  podniosłam  się  z  podłogi.  Chwiałam  się,  nie  byłam  w  stanie  iść  prosto,  dręczona 
mdłościami  i  przerażeniem.  Potykając  się,  jakoś  doszłam  do  drzwi,  otworzyłam  je  i  puściłam  się  pędem  przez  korytarz. 
Wypadłam na chłodne popołudniowe powietrze. Nie wiedziałam, gdzie mam kurtkę, nie wiedziałam, gdzie jestem. 

Po  drugiej  stronie  pola  stał  wysoki,  gęsty żywopłot ostrokrzewu, który oddzielał je od zagrody dla kóz. Podbiegłam do 

niego  od  tyłu,  tak  żeby  nikt  mnie  nie  widział.  Brakowało  mi  tchu,  byłam  ciągle  oszołomiona  i  słyszałam  dudnienie  serca  w 
uszach.  Moje  nogi  poddały  się  i  opadłam  na  kolana  na  zimną  ziemię.  Drżałam.  Już  nigdy  nie  będzie  mi  ciepło.  Zmrużyłam 
oczy i starałam się pozbyć obrazów, tak jak wiele razy wcześniej. Miałam je wypalone w pamięci. To były niezwykłe obrazy 
- ostry trzask ognia w uszach, miedziany zapach krwi, potworny smród palących się wełnianych szat, męskie wrzaski, krzyk 
służących. Niewidzące oczy mojego ojca. Mężczyzna - kawał krwawego mięsa. 

background image

 

 

Skuliłam  się  przy  żywopłocie,  wbijając  palce  w  ziemię.  Trawił  mnie  dojmujący,  palący  ból,  myślałam,  że  zwuriuję. 

Nagle  ścisnęło  mnie  w  gardle,  z  nosa  zaczęło  ciec,  oczy  zapiekły  i  w  jednej  chwili  zaczęłam  szlochać.  Łzy  ciekły  mi  po 
twarzy - te, których nie mogłam wypłakać wtedy. Wydawało mi się, że nigdy nie zdołam przestać. 

Nie  wiem,  jak  długo  tam  byłam.  W  pewnym  momencie,  przechyliłam  się  na  bok  i  zwinęłam  na  ziemi,  łkając.  Twarz 

miałam  mokrą  i  zziębniętą  w  miejscu,  gdzie  wiatr  chłodził  łzy.  Leżałam  z  szeroko  otwartymi  oczami,  żeby  nie  wiedzieć  nic 
poza  liśćmi  i  niebem,  od  czasu  do  czasu  kołującym  nad  głową  jastrzębiem,  ciężkimi  chmurami,  które  nadciągały  z 
południowego  zachodu.  Robiłam  ciężkie,  bolesne  wdechy,  zastanawiając  się,  jak  dotarłam  od  tamtych  czasów  do  teraz,  jak 
przetrwałam nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. 

Wyłączyłam  swoje  emocje.  Nie  od  razu,  nie  z  dnia  na  dzień,  ale  to  ciągnęło  się  powoli,  przez  dziesięciolecia.  Zanim 

skończyłam pięćdziesiąt lat, miałam twardą skorupę. 

Mój szloch stopniowo łagodniał i zamienił się w rozedrgane sapanie. 

W końcu usłyszałam głosy, a potem zbliżyły się ciemne postaci. 

Jest tutaj! - krzyknęła jedna i obie szybko podbiegły. River uklękła obok mnie i odgarnęła mi włosy z policzków. 

-  Moje biedactwo - wyszeptała. - Kochanie, tak mi przykro. Proszę, chodź, ogrzejesz się. 

Mój  wzrok powoli przesunął się w bok i spoczął na jej twarzy. Czy to możliwe, że wie? Chyba nie. Nikt nie wie. Byłam 

jedyną żyjącą istotą, która o tym wie. 

-  Nastasyo.  Jesteś  tutaj,  nie  tam.  Rozumiesz?  -  River  spojrzała  mi  uważnie  w  oczy.  Wyjęła  z  kieszeni  miękką  białą 

chusteczkę i otarła mi twarz. 

Solis  też  ukląkł  i  narzucił  na  mnie  kurtkę.  Nagłe  ciepło  było  wstrząsające.  Czekali  cierpliwie,  klęcząc  na  zimnej  trawie. 

River  trzymała  mnie  za  lodowatą  rękę.  Chciałam  zostać  tak  na  zawsze.  Pozwolić,  żeby  spadające  liście  powoli  mnie 
przykrywały  i  z  czasem  zakopały.  Później,  nie  wiem  czemu,  wyobraziłam  sobie  Reyna,  tego  obecnego,  jak  stoi  nade  mną, 
zimny wiatr mierzwi mu włosy, a on patrzy w dół zmartwiony, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. 

Powoli, z bólem oddychając, usiadłam, a potem podniosłam się i stanęłam na drżących nogach. Adrenalina opadła, byłam 

wyczerpana i pusta. River i Solis pomogli mi wsunąć ręce w rękawy kurtki, jak dziecku. Czułam się, jakbym miała tysiąc lat. 

-  Kochana - powiedziała River, głaszcząc mnie po głowie. - Mogę sobie tylko wyobrazić... 
-  Nie możesz - zdołałam wyskrzeczeć. 
-  Nastasyo  -  odezwał  się  ze  współczuciem  Solis.  -Obawiam  się,  że  nikt  nie  dożył  naszego  wieku  bez  ran.  Każdy  z  nas 

przeżył przerażającą historię albo dwie, albo pięć, albo dwadzieścia. Każdy z nas w pewnym sensie spadł w przepaść, przeżył 
coś,  czego  nie  da  się  przeżyć,  widział  rzeczy,  których  człowiek  nie  powinien  nigdy  oglądać.  I  nosimy  te  wspomnienia  na 
zawsze, od wieków. Nie jesteś sama, nie jesteś najciemniejszym aefrelyffenem na ziemi. 

Jego słowa wsiąkały w moje uszy, w mój mózg. 

background image

 

 

-  A o ile gorsze to jest dla ludzi, którzy dopuścili się tych okropieństw - wtrąciła River głosem niemal nieobecnym, jakby 

pogrążona  we  własnych  myślach.  -  Źle  być  ofiarą,  ale  wierz  mi,  to  niepodważalna  prawda,  jeszcze  gorzej  być  oprawcą. 
Musieć z tym żyć... - Głos jej się załamał, a moje myśli wirowały. 

Wróciliśmy do domu. Słońce za nami szybko znikało. W ośrodku pachniało gotowanym jedzeniem, woskiem do podłóg i 

gałęziami  zimozielonych  roślin,  ściętych  na  dekoracje  z  okazji  Yule.  Chciałam  się  położyć  na  swoim  twardym  łóżku  i  nigdy 
nie wstać. 

River i Solis odprowadzili mnie pod drzwi i stali, kiedy je otwierałam i wchodziłam do pokoju. 

-  Chodź coś zjeść - powiedziała River słodkim, melodyjnym głosem. - A może przynieść ci na górę? 
Wpatrywałam się w nią nieruchomo, jakby wygadywała bzdury. 
-  Przyniosę ci jedzenie - postanowiła i zostawili mnie, cicho zamykając drzwi. 
Nikt  nie  wie,  powtórzyłam  sobie  znowu.  Nigdy  nie  musiałam  nikomu  mówić  i  nikt  się  nigdy  nie  dowie.  Byłam  jedyną 

żyjącą  osobą,  która  widziała,  jak  moja  matka  i  brat  zabijają  człowieka,  widziała  głowę  ojca  toczącą  się  po  podłodze.  Byłam 
jedyną  żyjącą  osobą,  która  wiedziała,  że  jestem  jedynym  żywym  potomkiem  domu  mojego  ojca,  że  jego  magyią  spoczywa 
gdzieś  głęboko  we  mnie.  Dopóki  nikt  nie  wie,  nikt  nie  będzie  mnie  ścigał,  nie  będzie  chciał  odebrać  mi  siłą  mojej  mocy.  To 
moja tajemnica. 

Rozdział 25 

Jakoś  utrzymywałam  codzienny  rytm  swojego  nowego  życia.  Dzięki  obowiązkom  miałam  poczucie  celu  i  ładu  -

wiedziałam,  gdzie  powinnam  być  i  co  powinnam  robić  o  danej  porze.  Mogłam  wykonywać  wszystkie  czynności,  nie 
wysilając  umysłu  -  zamiatałam  liście  z  ganku,  czyściłam  piec,  zbierałam  drewno  na  opał,  wysiewałam  ozime  żyto  na  polu. 
Funkcjonowałam  jak  automat,  a  ludzie  sprawiali  wrażenie  wyjątkowo  miłych  wobec  mnie,  oprócz  Neli  i  Reyna  -  oni  mnie 
unikali. 

-  Moja  matka  była  trzy  razy  sprzedawana,  zanim  kupił ją mój ojciec - wyznała Brynne któregoś dnia, kiedy trzepałyśmy 

na  dworze  dywany.  Obie  zakryłyśmy  apaszkami  usta,  bo  wokół  nas  unosił  się  drobny,  muli-sty  kurz,  więc  głos  miała 
stłumiony, ale ją słyszałam. -Rozdzielili ją z dziećmi, które wcześniej miała, nie były nieśmiertelne. Niektóre z nich nigdy się 
nie odnalazły, a jedno spotkała dopiero, kiedy prawie umierało ze starości. 

Łyknęłam tę historię. 
- A teraz jest... zadowolona - ciągnęła Brynne, pu-trząc w dal. - Cały czas zakochana w moim tacie. Kochu wszystko, co 

robi. I strasznie kocha nas wszystkich. Nieśmiertelność sprawia jej wielką radość. 

Każdy  miał  jakieś  historie,  zarówno  przerażające,  jak  i  piękne.  Każda  była  wyciągana,  analizowana,  opowiadana  i 

odkładana. Te rzeczy się zdarzyły, nie dzieją się teraz. 

background image

 

 

Kiedy  moje  myśli  zaczynały  krążyć  wokół  tych  ciężkich  pojęć,  gorzej  radziłam  sobie  z  codziennym  życiem.  Raz 

zapomniałam  przełożyć  mokre  kołdry  i  koce  z  pralek  do  suszarek,  przez  co  zatęchły.  Musiałam  prać  te  cholery  jeszcze  trzy 
razy,  bo  drogi,  ekologiczny  proszek,  który  kupowała  River,  prał  beznadziejnie.  Wynalezienie  wybielacza  było  naprawdę 
dużym  krokiem  dla  ludzkości.  Zadziałałby  natychmiast.  Poczułam  wielką  ulgę,  denerwując  się  i  klnąc  z  tego  powodu, 
zamiast pogrążać się w żalu nad czymś innym. 

Następnego  dnia  byłam  w  jednej  ze  spiżarni,  po  kolana  w  szklanych  pojemnikach.  Sprzątałam,  odkurzałam i starałam się 

skupić  na  chwili  obecnej,  bo  jak  wszyscy  widzieliśmy,  przebywanie  w  przeszłości  było  oczywistym  pieprzonym  koszmarem. 
Przez  szparę  w  drzwiach  spiżarni  zobaczyłam  Reyna  i  Neli  -  myjących  razem  prosty  żelazny  żyrandol,  który  wisiał  nad 
stołem  w  jadalni.  Neli  coś  powiedziała,  a  jedna  strona  warg  Reyna  uniosła  się  w  półuśmiechu.  Najwyraźniej  wcześniejsze 
spięcie zostało zapomniane, wybaczone. Zapiekło mnie w sercu. 

Mieliśmy rzepę na trzy kolacje z rzędu. 

Diabelna kura znowu dziobnęła mnie w rękę, do krwi. Mało jej nie udusiłam. 

Solis  delikatnie  poprosił,  żebym  znowu  spróbowała  wróżyć.  Widocznie  wyznawał  zasadę:  „wsiądź  znów  na  konia,  z 

którego spadłeś". Ja wyznawałam zasadę: „za cholerę", więc powiedziałam: „za cholerę". Wyznaczył mi dodatkowe zajęcia. 

Po  incydencie  z  ubłoceniem  podłogi  Neli  unikała  mnie,  ale  robiła  to  dość  sprytnie  -  wątpiłam,  żeby  ktokolwiek  inny  to 

zauważył. Ale nie odmówiła sobie mnóstwa drobnych złośliwości - kieszenie kurtki miałam pełne piachu, buty przemoczone, 
jedzenie  posypane  solą.  Nie  przyłapałam  jej  na  tym,  a  niektóre rzeczy były tak trudne do wykonania, że musiała korzystać z 
magyi.  Ale  wiedziałam,  że  to  ona  -  jej  lekki  uśmiech  wyższości  i  porozumiewawcze  spojrzenie  mówiły  wszystko.  Chciałam 
udusić i ją, i kurę. Razem. A może pobić ją kurą. 

Dzięki herbatkom River spałam mocno i nic mi się nie śniło. 
Pewnej  nocy,  kiedy  spałam  jak  zabita,  ktoś  chwycił  mnie  za  ramię  i  mocno  potrząsnął.  Natychmiast  się  obudziłam, 

podskoczyłam i otworzyłam usta, żeby krzyknąć. 

-  Cicho! Nie budź nikogo! - szepnął Reyn. Złapałam go za rękę obiema dłońmi i usiłowałam 

ugryźć. 

-  Przestań! - Był rozdrażniony, żeby nie powiedzieć: żądny krwi. 

Spoglądałam  to  na  niego,  to  na  drzwi  i  uświadomiłam  sobie,  że  zupełnie  zapomniałam  użyć  zaklęcia  ochrony  przed 

intruzami. Zdarzyło mi się to pewnie drugi albo trzeci raz. Jestem idiotką. 

Odepchnęłam  jego  dłoń.  Wystraszyłam  się,  kiedy  przypomniałam  sobie  mroczne  zaklęcia  w  moim  pokoju,  wizję 

najeźdźcy,  wrażenie,  że  ktoś  mnie  śledzi,  ktoś  mnie  nienawidzi.  Ale  później  pomyślałam,  że  gdyby  chciał  mi  zrobić 
krzywdę, toby mnie nie budził, tylko zaatakował we śnie. 

-  Czego chcesz? - warknęłam, starając się, żeby było słychać, że jestem silna i zła. 

 

background image

 

 

-  Zostałaś wyznaczona, żeby dać koniom siana - odparł cicho. 
-  I co? - Gapiłam się na niego. 

-  Nie zrobiłaś tego. 
Drzwi  do  mojego  pokoju  były  nadal  otwarte  -  dam  radę  uciec,  gdybym  musiała?  Pewnie  nie.  Co  on,  do  cholery, 

wyprawia? 

-  Chyba zapomniałam - mruknęłam. - Solis dał mi dodatkowe zajęcia. Zajmę się tym rano. 
-  Powinnaś zanieść siano po kolacji - drążył. 
-  Dobra, panie kontrolerze. - Teraz naprawdę byłam wkurzona i złość przesłoniła strach. - Zrobię to jutro. Wynoś się. 
-  Zrobisz  to  teraz  -  odparował.  -  Ja  karmię  i  poję  konie  o  świcie  i  siano  musi  czekać  w  stajni.  Nie  zamierzam  zrzucać 

siana i odwalać za ciebie robotę. Wstawaj. 

Chyba nie mówił poważnie. Po wszystkim przez co przeszłam, w środku nocy zawracał mi głowę sianem? Z tego powodu 

właził do mojego pokoju? Wymamrotałam coś, co zaczynało się na: „pie" , a kończyło na „się". 

Oczy mu płonęły, kiedy tak stał z zaciśniętymi pięściami. 

-  Wstawaj. 

-  Do cholery, co ci odbiło? Wynoś się! Zrobię to jutro! 

-  Jutro o świcie będziesz doić krowy - odburknął. -Masz zamiar wstać godzinę wcześniej, żeby zrzucić siano? 
-  Do  diabła  z  sianem!  -  Wpatrywałam  się  w niego z odrazą. - Ty się baw cholernym sianem! A teraz wynocha, dupku, z 

mojego pokoju! - Nie patrzył na mnie, nie rozmawiał ze mną ponad tydzień i nagle zjawia się w moim pokoju, i wrzeszczy na 
mnie w środku nocy? Czy on zupełnie zwariował? 

Ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu, chwycił mnie za kostkę i dosłownie wyciągnął z łóżka. Oczywiście 

kopnęłam go mocno drugą nogą, dokładnie w szeroką, twardą klatkę. Wpadł na moją małą szafę. 

-  Co tu się dzieje, do jasnej pogody? Odwróciliśmy głowy. W progu stała River, zawiązując 

pasek flanelowego szlafroka. 

Scena nagle wydała mi się komiczna. 

-  Nie  zrzuciła  koniom  siana  -  wyjaśnił  Reyn,  starając  się  zapanować  nad  złością.  -  Ani  mi  się  śni  robić tego za nią jutro 

rano. Chciałem, żeby poszła to zrobić teraz. 

River przyglądała mu się zdumiona i wtedy dopiero Reyn oprzytomniał. Dotarło do niego, że dosłownie wyciągał mnie z 

łóżka,  żebym  wykonała  zadanie.  Biorąc  pod  uwagę  jego  charakter,  to  była  pewnie  najdziwniejsza  i  najbardziej  nietypowa 
rzecz, jaką zrobił w River's Edge. Wbił wzrok w podłogę wyraźnie zaskoczony, że się tu znalazł. Ja tylko pokręciłam głową i 
rozłożyłam ręce. Nie miałam wytłumaczenia. 

River spojrzała na mnie. 

background image

 

 

-  Powinnam  zrzucić  koniom  siano  -  przyznałam.  -Solis  wyznaczył  mi  to  dodatkowo.  Zapomniałam.  Myślałam,  że  mogę 

to  zrobić  jutro.  Ale  Reyn  miał  atak  mózgu  i  uznał  za  rozsądne,  żeby  wyciągnąć  mnie  z  łóżka.  W  środku  nocy.  Z  mojego 
własnego pokoju. 

Na policzku Reyna drgnął mięsień, a twarz zalał rumieniec. 

River popatrzyła na niego, marszcząc brwi, jakby była w tym wszystkim zagadka, którą starała się rozwiązać. 

-  Kopnęłaś go? - spytała mnie. 
-  Wywlókł mnie z łóżka - zauważyłam. 
-  Nie chciała wstać! - powiedział Reyn. 
-  Nazwałaś go dupkiem? - Sprawiała wrażenie oszołomionej. Reynowi groziła hiperwentylacja. 
-  No, bo zachowywał się jak... dupek - odparłam nieprzekonująco. 

 

-  Hm.  -  River  spoglądała  to  na  mnie,  to  na  Reyna.  W  końcu  skinęła  głową,  jakby  podjęła  decyzję.  -  Oboje  pójdziecie 

zrzucić siano - oznajmiła tonem, który nie zostawiał nadziei na litość. 

-  Ja? - Reyn zamrugał z niedowierzaniem. 
-  Widać, że to dla ciebie bardzo ważne - stwierdziła poważnie River. 
-  Teraz? - spytałam. 

-  Teraz. 
Otworzyłam  usta,  żeby  się  sprzeciwić,  ale  patrzyła  na  mnie  niewzruszona,  aż  je  zamknęłam.  Na  dobre.  Spojrzała  na  nas 

po raz ostatni, pokręciła głową i wyszła na mały korytarz. 

Spiorunowałam Reyna wzrokiem, mrużąc oczy z odrazą, zupełnie bez strachu. Wyszedł z pokoju, a ja wstałam, wzięłam z 

krzesła  wczorajsze  dżinsy  i  parę  swetrów.  Oczywiście  o  tej  godzinie  w  nocy  na  dworze  panował  przeszywający  do  szpiku 
ziąb. 

To po prostu nie miało sensu. 

Klęłam przez całą drogę do stodoły, wdychając zimne powietrze, które paliło mnie w nos i usta. Spieszyłam się, jakby noc 

była  pełna  duchów,  które  mogły  wyciągnąć  rękę,  złapać  mnie  i  wciągnąć  do  swojego  cienia.  W  budynku  powietrze  było 
przepełnione  ciepłym  zapachem  koni  i  siana.  To  zapach,  którego  nigdy  się  nie  zapomni,  kiedy  raz  się  go  poczuje.  Paliło  się 
przytłumione nocne światło i musiałam na chwilę przystanąć w ciemności, żeby oswoić zmysły. 

-  Aaaa! - zaskrzeczałam, kiedy ciemny kształt runął ciężko na ziemię przede mną, drapiąc mnie po twarzy. Cofnęłam się, 

przykładając dłoń do policzka. Mój umysł w dzikim przebłysku zarejestrował, że to snop siana, sześćdziesiąt kilogramów. 

Ze strychu wychylała się postać. 

-  Chciałeś mnie zabić! - powiedziałam zdumiona, czując pod palcami ciepłą, lepką krew. O co w tym wszystkim chodzi? 

Czy on mnie tu zwabił, żeby... 

background image

 

 

-  Nie! - odezwał się Reyn. - Nie wiedziałem, że tu 

jesteś. - Przerwa. - Stało ci się coś? 

-  Chciałeś mnie zabić! - To nie była najbardziej nieprawdopodobna rzecz z tych, które działy się ostatnio. 
-  Oszalałaś? - zawołał rozdrażniony - Nie miałem pojęcia, że tam jesteś. Byłem przekonany, że minie z dwadzieścia 

minut, zanim się wygrzebiesz. Pytam, stało ci się j coś czy nie? j 

-  Tak! - warknęłam. - Rzuciłeś to prosto na mnie! ! 

-  Gdyby spadło na ciebie, nie stałabyś i nie czepiała j się mnie - zauważył. i 
Tu,  w  mniejszej  stajni,  River trzymała sześć koni. Oprócz nich kosiarkę do trawy, parę narzędzi ogrodniczych i sprzęt w 

rogu. Snopy ładowane były na strych od zewnątrz za pomocą wciągarki, a potem ten, na kogo wypadała kolej przygotowania 
siana  dla  koni,  musiał  je  zrzucać  na  przejście  między  boksami.  Zwykle  rozpadały  się,  uderzając  o  ziemię,  dzięki  czemu 
łatwiej było nabierać siano na widły. 

Konie  cicho  rżały  w  mrocznej  ciszy,  kiedy  przechodziłam  obok  boksów  do  drabiniastych  schodów  na  końcu  stajni. 

Niektóre  drzemały,  więc  stąpałam  ciszej.  Bez  zapału  wspięłam  się  na  strych  oświetlany  małą  lampką  na  baterie,  zwisającą  z 
gwoździa. 

- Ja już zrzuciłem trzy - oznajmił Reyn. - Możesz dokończyć. 

W  półmroku  widziałam  jego  wysoką,  silną  sylwetkę  i  słyszałam,  że  nadal  jest  zły.  Nie  chciałam  do  niego  pod-

chodzić,  ale  nie  mogłam  znieść  tego, że jestem takim mięczakiem, więc pomaszerowałam do przodu, traktując go jak 
powietrze. On i ja działaliśmy na siebie źle od samego początku, a to, że był ucieleśnieniem mojego ideału mężczyzny, 
wkurzało mnie jeszcze bardziej. I nagle wydałam mu się znajoma z jasnymi włosami? Jak? Dlaczego? 

Odważnie,  usiłując  zgrywać  Wonder  Woman8,  zrzuciłam  kurtkę,  sweter  i  cisnęłam  je  na  kupę  snopów.  Zostałam  w 

podkoszulce, jednym swetrze i oczywiście apaszce na szyi. Odkąd podczas medytacji usłyszałam czyjeś myśli - że ktoś całuje 
kogoś  w  szyję  -  niebezpiecznie  fantazjowałam,  że  to  Reyn  mnie  całuje  w  szyję.  Kiedy  nie  byłam  na  niego  wściekła  i/albo 
zdegustowana. 

Powietrze  tu,  na  górze,  było  ciepłe  i  niemal  mdląco  słodkie  od  zapachu  siana  tymianku  -  dobry  towar.  Pył  od  siana 

łaskotał mnie w nos, więc potarłam go dłonią. 

-  Dobra  -  powiedziałam  krótko.  -  Zejdź  i  zacznij  wkładać  je  do  stojaków.  -  Bawiło  mnie  wydawanie  mu  poleceń  i  nie 

miałabym nic przeciwko, żeby robić to częściej. 

Nabrał  powietrza  do  płuc, jakby zamierzał się ze mną sprzeczać, a później przesunął lampę tak, że bardziej oświetlała mi 

twarz. Zmarszczył czoło, ujął mój podbródek i odwrócił policzek pod światło. Skrzywiłam się pod wpływem jego dotyku, ale 
trzymał mnie mocno. 

-  Zrobiłem to snopkiem? - spytał. 

                                                        
8Wonder Woman - superbohaterka komiksu, członkini plemienia Amazonek (przyp. red.). 

background image

 

 

-  Nie.  Zaatakował  mnie  dziki  chochoł,  który  się  czaił przed wejściem - prychnęłam szyderczo. Odsunęłam się od niego i 

skupiłam  na  wyznaczonej  mi  pracy.  Reyn  bez  wątpienia  podnosił  sześćdziesięciokilowy  snop  jednym  palcem  i  zrzucał,  ale 
nie każdy jest takim umięśnionym wybrykiem natury. 

-  Przepraszam  -  powiedział  szorstko.  -  Naprawdę  nie  wiedziałem,  że  tam  jesteś.  Przecież  nie  próbowałbym  cię  celowo 

uderzyć. - Zawahał się. - Chyba - dodał. 

Zaskoczył mnie tymi przeprosinami. Wzruszyłam ramieniem. Policzek mnie szczypał, ale nie krwawił. 

- Nieważne. Dobra, więc mam zrzucić jeszcze trzy snopy? 

-  Chcesz zejść i go przemyć? - spytał takim tonem, jakby okazywanie troski było strasznie denerwujące. 
-  Akurat  cię  to  obchodzi  -  burknęłam.  -  Nienawidzisz  mnie.  Nie  możesz  nawet  na  mnie  patrzeć.  Nie.  Chcę  to  zrobić  i 

wracać  do  łóżka.  -  Pochyliłam  się,  chwyciłam  palcami  cienki  szpagat,  którym  związany  był  snop,  i  spróbowałam  popchnąć 
belę w stronę krawędzi strychu. Przesunęła się centymetr. Mniej niż centymetr. Ważyła więcej niż ja. 

Reyn ani drgnął; nie mogłam znieść, że przygląda się mojemu zmaganiu. 
-  Co? - rzuciłam mu groźne spojrzenie. 
Opuścił głowę i potarł policzek, jakby jeszcze raz chciał powiedzieć, że mu przykro. 
Znowu  spojrzałam  na  niego  gniewnie.  Zapach  siana  i  koni,  cisza  panująca  w  stodole  -  wszystko  to  za  bardzo 

przypominało mi dawne czasy. Nie cierpiałam tu być. 

-  Zapomnij. To na pewno jeszcze doda mi naturalnego dziewczęcego uroku. A teraz zejdź mi z drogi, mięśniaku, dobra? 

- Znów pochyliłam się nad snopem, szykując się na niezłe pchnięcie. 

Jego  oczy  -  koloru  ciemnej  whisky  w  nikłym  świetle  -zwęziły  się.  Zanim  się  zorientowałam,  co  się  dzieje,  lekko  mnie 

podciął i pozbawił równowagi. Przewróciłam się i wylądowałam niezdarnie na tyłku z rozdziawioną z niedowierzania buzią. 

-  Do  cholery  jasnej,  co  z  tobą?  -  Patrzyłam  na  niego  z  miejsca,  gdzie  się  wyłożyłam,  i  przyszło  mi  do  głowy,  że  może 

mimo wszystko powinnam się bać. 

-  Nie chcę cię tutaj. - Wydawał się zły, zdenerwowany i zmieszany. Odwrócił się i popatrzył na mnie ze złością. - Po co 

tu przyjechałaś? 

Nie  wiedziałam  nawet,  co  powiedzieć.  Nie  był  jedynym  nieśmiertelnym,  który  potrzebuje  rehabilitacji.  Nie  po  raz 

pierwszy zastanawiałam się, z czego go rehabilitowano. Pochylił się, jakby zamierzał pomóc mi wstać, a ja skrzywiłam się i 
wyciągnęłam  rękę,  żeby  go  odgonić.  Szybkim  ruchem  chwycił  mnie  za  nadgarstek,  a  potem  przykucnął.  Wstrzymałam 
oddech w przerażeniu, kiedy wcisnął mnie w siano, przygniatając swoim ciałem, i mnie pocałował. 

Nie  mogłam  zareagować,  nie  mogłam  myśleć.  Miałam  tysiące  fantazji  o  tym,  że  jest  zdany  na  moją  łaskę,  bezsensownie 

go pożądałam od naszego pierwszego spotkania, ale nigdy, przenigdy nie spodziewałam się, że rzeczywiście z nim będę. 

A  teraz  mnie  całował,  nie  przerażająco,  nie  z  wrogością,  ale  ciepło  i  uwodzicielsko.  Na  strychu  na  sianie,  w  stodole,  w 

środku nocy. Na taką scenę myślisz sobie: co jest, do cholery? 

background image

 

 

Odsunął się z błyskiem w oku i spojrzał z góry na moją zdumioną twarz. Jego ciemne blond włosy opadały mu na czoło, a 

policzki  miał  zarumienione.  Wtedy,  zapominając  o  swojej  neurotycznej  histerii,  stwierdziłam,  że  jest  napalony  bardziej,  niż 
przypuszczałam,  że  facet  może  być,  a  ja  byłam  zimna  jak  lód.  Patrzyłam  na  niego,  na  jego  zaczerwienione  wargi,  oddychał 
ciężko.  Delikatnie,  jakby  dawał  mi  czas,  żebym  mogła  zaprotestować,  pocałował  mnie  w  odrapany  policzek.  Zaszczypało. 
Ani  na  moment  nie  spuszczałam  z  niego  wzroku,  oszołomiona  tą  sytuacją  i  poniżającą  świadomością,  że  mimo  wszystko 
naprawdę  go  pragnę,  bardziej  niż  kogokolwiek  do  tej  pory  w  całym  swoim  długim  życiu.  Ściskając  garść  włosów  w  pięści, 
przytrzymał mi głowę i znowu się pochylił. 

- Pocałuj mnie - powiedział, patrząc na moje usta. -Pocałuj mnie. 

Moje  zmysły  zaczęły  się  budzić;  dreszcz  przechodził  od  stóp  coraz  wyżej,  do  piersi,  rąk  i  twarzy.  Reyn  znów  dotknął 

wargami  moich  warg,  a  ja  powoli,  mimo  że  do  umysłu  docierała  myśl,  że  to  wszystko  jest  niemożliwe,  zaczęłam 
odwzajemniać pocałunek. 

Od  długich  miesięcy  z  nikim  się  nie  całowałam,  ale  tego  chłopaka  z  magazynu  w  Londynie  prawie  nie  pamiętałam.  Nie 

potrafiłam  sobie  przypomnieć,  kiedy  ostatni  raz  byłam  całkiem  przytomna,  trzeźwa  i  całowałam  kogoś  świadomie. Naprawdę 
nie  pamiętałam.  Kilka  lat  temu?  Dekad?  To  było...  cudowne.  Nie  mogłam  uwierzyć,  że  to  Reyn.  Mimo  tego  wszystkiego 
między nami. Zaczęłam szybciej oddychać. 

Reyn  wsunął  nogę  między  moje  kolana,  a  ja  poczułam  przygniatający  ciepły  ciężar.  To  było  dla  mnie  zupełnie  nowe, 

wyjątkowe. Jego druga dłoń powędrowała do talii i wsunęła mi się pod sweter, jakby mierząc rozstaw żeber. Odsunął się na 
sekundę, spojrzał mi w oczy, a później nasze wargi się złączyły. Objęłam go za szyję, jedną nogą oplotłam jego nogę. 
To...  niesamowicie,  niesamowicie  miłe.  Jego  ciężar,  zapach  skóry,  dotyk  palców  na  moich  włosach,  jego  wargi  na  moich, 
nasze  połączone  oddechy...  To  najbardziej  zaskakująco  przyjemne  uczucie,  jakiego  doświadczyłam  od  nie  pamiętam  kiedy. 
Nagły  przypływ...  szczęścia?  eksplodował  w  moich  piersiach.  Mocniej  przywarłam  do  Reyna;  czułam,  że  nasze  ciała  do 
siebie  pasują.  Sięgnęłam  palcami  do  górnych  guzików  jego  koszuli,  do  gładkiej,  opalonej  skóry  na  piersi.  Miałam  wrażenie, 
że płonie. Och, gdyby był mój... 

Zacisnęłam  powieki  i  przestałam  myśleć,  po  prostu  przestałam  się  kontrolować  i poczułam się oczarowana, oszołomiona 

i... tak, szczęśliwa. 

Oderwał wargi od moich warg i przesunął je na szyję, pod brodą. 

-  Jesteś piękna - wymruczał, a mnie kręciło się w głowie. - Jesteś piękna. 
-  Nie lubisz mnie. - Spojrzałam w jego cudowne, lekko skośne oczy. 
-  Lubię  cię  za  bardzo  -  odparł  chropowatym  głosem.  -Pragnę  cię  zbyt  mocno.  Próbowałem  trzymać  się  od  ciebie  z 

daleka.  -  Znowu  pocałował  mnie  w  usta,  a  jego  słowa  wirowały  wokół  mojego  otumanionego  umysłu.  Te  chwile  usunęły 
wszelkie wspomnienia czterystu lat innych twarzy i pocałunków. Miałam wrażenie, że wszystko jest takie nowe i ważne, że 
zapierało mi dech w piersiach, jakbym znowu była nastolatką. Chciałam tylko jego, od zawsze chciałam tylko jego  i nikogo 

background image

 

 

innego  nie  będę  chciała.  Uosobienie  najlepszego  mężczyzny  na  świecie,  jedynego  mężczyzny,  z  którym  chciałam  być.  I 
kiedy  tak  na  niego  patrzyłam  -  nasze  oddechy  stawały  się  coraz  szybsze  w  ciszy  panującej  w  stajni,  a  moje  usta  lekko 
uniosły  się  w  uśmiechu  -  dostrzegłam,  że  na  jego  twarzy  pojawia  się  zimne  otrzeźwienie,  przedostaje  się  do  oczu  i  gasi  w 
nich płomień. 

Nie, nie... 

Zamrugał,  jakby  wybudził  się  ze  snu,  a  mnie  zakłuł  w  piersiach  ostry  strach  i  ścisnął  mi  żołądek.  Patrzył  na  kosmyki 

włosów  w  swoich  dłoniach  i  spoglądał  mi  w  oczy,  jakby  widział  mnie  pierwszy  raz.  Zaciskałam  wokół  niego  ramiona, 
chociaż jego oczy zrobiły się większe i zsunął się ze mnie. Nie, nie, nie - wróć, wróć... 

-  Twoje  oczy.  Twoje  włosy.  Jesteś  dorosła.  -  Wydawał  się  zszokowany.  Wstał  szybko,  mocno  uderzając  głową w niski, 

spadzisty dach. Wycedził jakieś słowo, którego nie rozpoznałam, ale bez wątpienia to było „cholera" w jakimś języku. 

-  Tak, jasne. - Przełknęłam ślinę. Czułam pustkę i ból w ramionach, a moje ciało leżało zimne tam, gdzie mnie zostawił. 

-  Jesteś...  jesteś...  -  wymamrotał  jakby  do  siebie.  Przerażony  i  zdziwiony  wpatrywał  się  we  mnie,  zakrywając  dłonią 

piękne, twarde wargi. 

I  właśnie  wtedy,  przy  małej  lampce  oświetlającej  jego  postać,  czując  zapach  stajni,  koni  i  ciemny  chłód  nocy,  doznałam 

potwornego olśnienia. 

Zamarłam, kiedy w moim umyśle zaczęły szaleć wspomnienia, jedno po drugim. O Jezu; o mój Boże; o nie... 

-  Jesteś z domu Ulfura. - Wyglądał na udręczonego, zrozpaczonego. Z jego ust wydobywał się szept, a mnie serce obijało 

się o żebra, a oddech uwiązł w piersi. - Te włosy, oczy... twoja moc. Ocalałaś z domu Ulfura. Jako jedyna. 

Ścisnęło  mnie  w  gardle.  Utkwiłam  w  Reynie  wzrok.  Krew  odpłynęła  mi  z  twarzy.  Nie  mogłam  oddychać.  Wszystko 

wokół mnie rozmyło się, z wyjątkiem jego twarzy, obwiedzionej blaskiem lampy. 

-  A... ty jesteś Zimowym Najeźdźcą. - Głos mi się łamał, był cienki i ledwie słyszalny. - Rzeźnikiem Północy. 

Reyn  zrobił  chwiejny  krok  do  tyłu  i  przytrzymał  się  belki,  żeby  nie  spaść  ze  strychu.  Był  zielony  i  wyglądał  na  chorego 

nawet w bladym świetle. Słyszałam, jak bierze nierówne, płytkie oddechy. 

Całowałam go. Całowałam go. 

-  Nie  masz  dwustu  sześćdziesięciu  siedmiu  lat  -  powiedziałam  powoli.  -  Jesteś  starszy  niż  ja.  Ile  masz?  Pięćset? 

Sześćset?  Przyjeżdżałeś  z Północy, bez przerwy, co kilka lat w zimie i napadałeś. Mordowałeś całe wioski. Gwałciłeś moje 
sąsiadki.  Mało  nie  zgwałciłeś  mnie.  Mało  nie  zabiłeś  mojego  syna.  Kradłeś  konie,  krowy  i  wszystko,  co  miało  wartość. 
Zostawiałeś  ludzi  z  niczym.  Później  umierali  z  głodu.  Ci,  których  nie  zabiłeś  od  razu.  -  Wszystko  we  mnie  krzyczało, 
jęczało,  wyło,  ale  nie  straciłam  głosu,  a  jakaś  część  mojego  umysłu  cały  czas  składała  w  całość  luźne  skrawki,  okruchy 
wspomnień,  fragmenty  plotek,  obrazy,  dźwięki  i  zapachy.  Miałam  wrażenie,  że  stodoła  wypełniła  się  ciemnością  moich 
wspomnień.  Usiadłam,  opierając  się  o  stogi  siana.  -  Nie  jesteś  Holendrem.  -  Zaśmiałam  się  krótko.  -  Pochodzisz  od 
wikingów  i  Mongołów.  Ucierpiałam  z  twoich  rąk  co  najmniej  cztery  razy:  w  Noregr,  Svipjoi  i  Islandii.  W  końcu  ci 

background image

 

 

uciekłam, przeprowadziłam się do Hesse w 1627 roku. Nawet tam docierały do mnie potworne historie o tym, co robiłeś na 
Północy. 

Reyn wyglądał tak, jakby nie widział ani mnie, ani niczego wokół. 

I wtedy poczułam potężną, zimną pewność i stanęłam 

z nim oko w oko. 

-  Teraz wyobrażam sobie ciebie z pomalowaną twarzą. Na biało, czarno i niebiesko. 

Wydał odgłos, jakby się krztusił. 

-  To  byłeś  ty,  prawda?  To  ty  zabiłeś  całą  moją  rodzinę?  Spaliłeś  wioskę  mojego  ojca?  To  twoja  horda  zniszczyła  dom  w 

Tarko-Sale i ty później dotarłeś na zachód, do Islandii. 

-  Twoja matka obdarła mojego brata żywcem ze skóry. - Uniósł głowę z dzikim wzrokiem. - Twój brat odciął mu głowę. 

Byłem na korytarzu. Widziałem to. 

-  Więc  w  takim  razie  kto  zabił  wszystkich  innych?  Kto  odrąbał  głowę  mojemu  małemu  bratu?!  -  podnosiłam  głos  pod 

wpływem narastającej wściekłości. 

-  Mój ojciec - wyszeptał. 

-  Gdzie  teraz  jest?  -  Czułam,  że  mogłabym  z  rozpostartej  dłoni  cisnąć  w  niego  ognistą  kulę.  Czułam  się  jak  potworna, 

potężna czarownica, gotowa wymierzyć sprawiedliwość. 

-  Nie żyje. Próbował użyć tarak-sinu twojej matki, amuletu. Nie był dość silny. Zaklęcie podziałało niewłaściwie i strawił 

go ogień, błyskawica. Został po nim tylko 

popiół. Po nim, dwóch moich braciach i siedmiu jego lu-dziach. Zamienili się w... proch. 

-  A ty? Dlaczego ogień nie spalił ciebie? Reyn pokręcił głową. 

-  Nie  wiem.  Zrobił  mi  to.  -  Rozpiął  flanelową  koszu-le  rozdarł  dekolt  podkoszulki.  Na  gładkiej  złote]  skórze  miał 

wypalony znak. Taki sam jak mój. 
 

Rozdział 26 

Rozpętała się we mnie burza. Gdybym nie była taką ignorantką w dziedzinie magyi, obdarłabym go żywcem ze skóry jednym 
słowem, żeby stał się tak nagi i pokiereszowany, jak moje emocje. Ale musiałam poprzestać na tym, że się na niego rzuciłam 
i  wzięłam  go  przez zaskoczenie. Moje ciało uderzyło o jego ciało i oboje polecieliśmy na brzeg strychu, spadliśmy trzy i pół 
metra niżej i z głośnym „uuuf" wylądowaliśmy ciężko na pękniętych snopach siana, które wcześniej zrzucił. 

background image

 

 

Młóciłam  pięściami,  skrzeczałam  i  wyzywałam  Reyna  w  staroislandzkim,  usiłując  go  chwycić,  pobić  i  rozwalić  mu 

głowę. Przez kilka chwil starał się złapać oddech, aż w końcu bez trudu ścisnął mnie za nadgarstki niczym żelazne imadło, a 
później przetoczył nas oboje i przygniótł mnie swoim ciężarem do ziemi. 

Mruczał  coś  po  islandzku,  a  słów,  które  do  mnie  docierały:  „Sefa,  uspokój  się,  przestań,  zrobisz  sobie  krzywdę,  ćśśś", 

używało się tylko wobec konia albo dziecka. Kopałam, usiłowałam trafić go kolanem, szarpiąc się z całej 

sity, ale on oczywiście był niewzruszony jak skała, więził mnie jak kaftan bezpieczeństwa. 

-  Reyn! - Głos Solisa był donośny i bardzo bliski. 
-  Nastasyo! - River pochyliła się, żebym ją widziała. Reyn i ja zamarliśmy. Wpatrywałam się w jego twarz 

i  zobaczyłam  całe  nieśmiertelne  życie  bólu,  poczucia  winy,  żalu  i  złości.  Przypuszczałam,  że  on  dostrzegł  to  samo  na  mojej 
twarzy. 

-  Przestańcie, oboje! - zawołał Solis. - Reyn, wstawaj. - Położył dłoń na ramieniu mojego oprawcy. 

Reyn ostrożnie wstał, wypuszczając moje dłonie w ostatniej chwili i szybko usuwając się z zasięgu kopniaka. 
River patrzyła na mnie. Przyszło mi do głowy, że jej świat był pewnie dość uporządkowany, zanim ja się tu zjawiłam. 
Uklękła,  a  ja  usiadłam  i  zaczęłam  strzepywać  z  siebie  siano.  Targało  mną  za  dużo  emocji,  żeby  je  przemyśleć,  zbyt 

niewiarygodnych,  żeby  stawić  im  czoło.  Unikałam  ich  przez  czterysta  czterdzieści  dziewięć  lat  i  teraz  właśnie  eksplodowały 
w mojej głowie. 

-  Wiem, kim ona jest - wysapał Reyn. Pierś mu się unosiła i opadała, a wypalony znak był zasłonięty. 
-  Wiem, kim on jest! - powiedziałam, wstając. 
-  Więc... - River popatrzyła to na jedno, to na drugie. - Teraz wiecie. 

Spojrzałam na jej spokojną twarz. 

-  Jak to? Wiesz, kim on jest? - Oskarżycielsko wyciągnęłam palec. 
-  Tak - przyznała River. -1 wiemy też, kim ty jesteś. Nie ogarniałam tego. 
-  Wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu, zanim się zorientujecie - odezwał się Solis, wcale niezmartwiony. 
-  On musi wyjechać! - Zorientowałam się, że to głupie, gdy tylko to wypowiedziałam. To ja przyjechałam ostatnia i to ja 

musiałabym wyjechać pierwsza. 
 

-  Nie - powiedziała River, wyciągając kawałki słomy z moich włosów. 

Pękłam. 

-  W  porządku.  W  takim  razie  ja  wyjeżdżam.  W  tej  chwili!  -  Zaczęłam  płakać  w  głębi  duszy.  Tak  bardzo  nie  chciałam 

wyjeżdżać... Zginę, jeżeli stąd wyjadę. 

-  Nie - powtórzyła River łagodniej, otrzepując mój sweter. - Zginiesz, jeżeli stąd wyjedziesz. 

background image

 

 

-  Moja twarz nie jest aż tak ekspresyjna - walnęłam odruchowo. 
-  Oboje  powinniście  zostać  -  stwierdziła  River.  -  Nie  ma  sensu  wyjeżdżać.  Prędzej  czy  później  będziecie  musieli  się  z 

tym zmierzyć. Zostańcie i załatwcie to teraz, z naszą pomocą. 

-  On zabił tysiące ludzi! - Gapiłam się na nią. 

-  Nie tysiące! - zaprotestował Ryan. - Poza tym, setki lat temu! Zostawiłem to za sobą. 

Pokręciłam głową. Jak można coś takiego „zostawić za sobą"? To stanowiło o tym, kim jest. Czym jest. 
A ty się z nim całowałaś, szepnęła moja wstrętna podświadomość. I byłaś wniebowzięta. 

-  Tamto było dawno  - oświadczyła stanowczo River, wyciągając rękę na bok. - To jest teraz. - Wyciągnęła drugą dłoń. - 

On już nie jest w tamtym czasie. Ty też. Jesteś tutaj, teraz. Teraz jesteś taka. - Położyła mi delikatnie dłoń na piersi. Poczułam 
ciepło przez sweter. 

Wskazała na Reyna. 
-  On jest teraz taki. 
-  Dupek! - wypaliłam. 

-  Ale nie Zimowy Najeźdźca - powiedziała przekonująco River. - Nie Rzeźnik Zimy. 

Zupełnie mnie zatkało. Patrzyłam na nich troje i z przerażeniem uświadomiłam sobie, że są mi bliżsi, że znaczą więcej niż 

którekolwiek  z  moich  przyjaciół.  Nie  wiedziałam,  co  ze  sobą  zrobić.  Znowu  pokręciłam  głową,  nagłe  wyczerpana. 
Adrenalina opadła, a ja zostałam roztrzęsiona i pusta. 

-  Nie  umiem  sobie  z  tym  poradzić.  To  za  wiele.  Powinien  nie  żyć.  Nie  mogę  zostać.  Idę  do  łóżka  -  mruknęłam  ponuro, 

minęłam ich i podeszłam do drzwi stajni. - Nigdy ci nie wybaczę - rzuciłam przez ramię do Zimowego Najeźdźcy. 

Nie  odezwał  się.  Wszyscy  milczeli.  Stąpałam  po  trzeszczącej  oszronionej  trawie,  idąc  sama  w  ciemności  do  domu. 

Weszłam  do  pokoju  i  dwa  razy rzuciłam zaklęcie na drzwi, żeby nikt nie wszedł. Później runęłam na łóżko w ciuchach i tak 
leżałam z otwartymi oczami. 

 

*********** 

-  Nastasyo? Czas wstawać. 

Zamrugałam nieprzytomna. Ktoś pukał do drzwi. 

-  Nastasyo? - To Asher. 

-  Tak? - wymamrotałam. Mój zegarek wskazywał szóstą piętnaście. Na zewnątrz było całkiem ciemno. 
-  Czas wstawać - powtórzył Asher. - Jak się pospieszysz, zdążysz zjeść śniadanie przed pracą, kiedy wydoisz krowy. 

background image

 

 

Chyba  nie  mówił  poważnie.  Szczęka  mi  opadła.  Dotarło  do  mnie,  że  tego  nie  widzi,  więc  zwlokłam  się  z  łóżka  i 

poczłapałam do drzwi. Asher stał za progiem i wyglądał świeżo jak stokrotka. Znowu szczęka mi opadła. 

-  Słyszałem, że miałaś ciężką noc. - Uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu. - Cóż, krowy czekają. Anne chyba robi 

bułeczki cynamonowe na śniadanie. 

Po  prostu  się  na  niego  gapiłam.  Zeszłej  nocy  runął  mój  cały  wszechświat.  Setki  lat  bólu  i  śmierci  zostały  złożone  u  stóp 

Reyna. A ja mam iść doić krowy? 

Asher  czekał  ze  spokojnym  wzrokiem.  Przypomniało  mi  się,  co  o  nim  słyszałam,  że  jego  rodzina  pochodziła  z  Polski. 

Żyli tam podczas II wojny światowej. 

-  Jeżeli zobaczę Reyna, zabiję go - ostrzegłam. 
-  Reyn chyba wcześnie wstał. Orze pole kapuściane. - Asher podrapał się w brodę. 

Zamrugałam.  Mój  świat  był  nierealny.  To  jednak  była  rzeczywistość.  Bolesna,  paskudna,  ale  rzeczywistość.  Włożyłam 

buty. 

 

*********** 

Zadziwiające,  tego  dnia  wybrałam  się  do  pracy  sama  -wielkie  wędkowanie  się  skończyło.  Jechałam  do  Maclntyre^  w 

zasadzie zadowolona, że mam dokąd jechać i co robić. Stary Mac i ja burknęliśmy do siebie na dzień dobry i zaczęliśmy swój 
dzień.  Skoncentrowałam  się  na  chwili  obecnej.  Wykładanie  towaru  w  sklepie  niezupełnie  przypominało  pracę  w  fabryce 
amunicji, gdzie pochylałam się i wiertarką wkręcałam śrubki co dwanaście sekund. Zmuszałam się, żeby się skupiać na danej 
czynności,  być  myślami  w każdej mijającej sekundzie, kiedy opróżniałam kartony z bandażami Ace i pudełka lodowe. Teraz, 
kiedy  wiedziałam,  gdzie  się  wszystko  znajduje  (a  półki  były  sensownie  zorganizowane),  wykładanie  towaru  szło  o  wiele 
szybciej. 

Zaczęłam  rozglądać  się  po  sklepie,  ponuro  rozmyślając  nad  tym,  co  w  tej chwili przeżywam. Było zdecydowanie lepiej - 

czyściej,  jaśniej  i,  jak  powiedziałam,  logiczniej  pod  względem  organizacji.  Ale  spójrzmy  prawdzie  w  oczy  -  sklep  nadal 
wyglądał beznadziejnie. Ściany poplamione wodą i pełne starych dziur po gwoździach, oprawy światła przestarzałe, linoleum 
na podłodze stare, poprzecierane na środku w każdej alejce. 

- Co robisz?! - ryknął na mnie Stary Mac, aż podskoczyłam. - Nie płacę ci za to, żebyś myślała o niebieskich migdałach! - 

Stał dwa metry ode mnie z uniesionymi w złości brwiami nad złowrogimi oczami. 

-  Trzeba  zamówić  leki  homeopatyczne  -  odparowałam.  Po  zeszłej  nocy  stwierdziłam,  że  facet  zdecydowanie  musi 

zmienić  reguły  gry,  jeśli  chce  mnie  zatrzymać.  -I  jakieś  rękawiczki.  Mały  regał  z  rękawiczkami.  Do  tego  będzie  miał  pan 
miejsce tam w rogu na jakąś sól w torebkach, którą ludzie wysypują na chodniki, żeby się nie pozabijali. 

Gapił się na mnie, jakbym mówiła w obcym języku. 

Wzięłam jeden z tysiąca katalogów z produktami zaopatrzenia aptek i drogerii, które przychodziły co tydzień. 

background image

 

 

-  Niech  pan  popatrzy!  To  ludzie  teraz  kupują,  nawet  ci  z  tej  zabitej  dechami  dziury.  Rano  już  trzy  osoby  pytały  o  leki 

homeopatyczne.  A  od  dzisiaj  codziennie  będzie  padał  śnieg.  Kiedy  ludzie  wpadną  tu  na  przykład  po  balsam  do  ust,  muszą 
zobaczyć torby z solą, wtedy pomyślą: super! Wezmę do samochodu. 

Stał z lekko rozchylonymi wargami, jakby nie wiedział, jak rozmawiać z kimś, kto nie drży ze strachu. 
-  A  co  cię  to  obchodzi?  -  burknął  w  końcu.  -  Jesteś  tu  tymczasowo!  To  nie  twój  sklep!  Otworzył  go  mój  pradziadek! 

Prowadził  go  mój  dziadek,  ojciec, a teraz ja! I mój syn... - Nagle na jego twarzy odmalowało się przerażenie. Jakby właśnie 
sobie  przypomniał,  że  ma  tylko  córkę.  Przełknął  ślinę.  -  Gdybym  miał  syna,  przejąłby  sklep  po  mnie.  -  Ale  jego  ogień 
zniknął, nagle wyglądał na udręczonego i starego. 

-  Miał pan syna? - Nagle mnie olśniło. Stary Mac skinął głową z ponurą miną. 
-  I zginął z pańską żoną? 
Zrobił zbolałą minę i znów przytaknął. 
-  Przykro  mi  -  powiedziałam.  -  Ciężko  jest  kogoś  stracić.  -  Ja  straciłam  wielu  bliskich.  Przerwałam,  zastanawiając  się, 

czy powinnam mówić dalej. Tak. Musi zostawić przeszłość za sobą i żyć teraźniejszością. Wysiliłam się na pewny ton głosu: 
- Ale posłuchaj, staruszku, masz Meriwether. 

Stary Mac nagle uniósł głowę i w jego oczach znów pojawił się ogień. 

-  Co  prawda  traktujesz  ją  podle,  ale  jest  bystra!  Zależy  jej  na  tym  miejscu,  Bóg  jeden  wie  dlaczego.  A  jak  kopniesz  w 

kalendarz, urządzi ten sklep jak należy, zarobi kupę forsy i będzie się śmiała nad twoim grobem! 

Dobra,  może  trochę  się  zagalopowałam.  Stary  Mac  wyglądał  na  ogłuszonego,  a  ja  udawałam,  że  studiuję  składniki 

jakiegoś preparatu dla dzieci. 

-  Nienawidzi tego miejsca. - Jego głos był szorstki i pełen goryczy. 
-  Nienawidzi tego, że jest traktowana jak kanalia -odparłam. - Pamięta, kiedy interes się kręcił. To ona wpadła na pomysł, 

żeby unowocześnić sklep. 

-  Już nigdy nie będzie się kręcił. - Stary Mac rzucił katalog na ladę. 
-  Tak,  tak,  młyn  zamknięty,  tra  ta  ta  -  powiedziałam  z  typową  dla  siebie  troską  i  wrażliwością.  -  Ciągle  są  tu  ludzie  i 

ciągle  potrzebują  tych  pierdoł,  które  pan  sprzedaje.  Najbliższy  Walgreens  jest  daleko  przy  drodze.  Czyli  okoliczni 
mieszkańcy  mogą  tu  przychodzić,  wspierać  miejscową  gospodarkę  i  oszczędzać  paliwo!  -  To  było  tak  wspaniałe  nowe 
podejście marketingowe, że sama nie mogłam w to uwierzyć. 

Podekscytowana odwróciłam się do Starego Maca, gotowa na burzę mózgów. 

-  Zapomnij! - Zmrużył oczy. - Wracaj do roboty! Powinienem ci potrącić za ostatnich dziesięć minut! 
-  Wie pan, że mam rację - mruknęłam pod nosem melodyjnie. 

Prychnął. 

background image

 

 

Nasza  znajomość  naprawdę  kwitła.  A  moje  życie  mimo  wszystko  toczyło  się  dalej.  Nadal  tu  byłam,  nadal  żyłam  swoim 

życiem, mimo tego, co uświadomiłam sobie zeszłej nocy. 

Z  jakiegoś  powodu  Meriwether  nie  pojawiła  się  o  czwartej,  ale  Stary  Mac  nie  wyglądał  na  zaskoczonego  czy 

zmartwionego.  Wyszłam  jak  zwykle,  choć  teraz  bałam  się  powrotu  do  domu  i  możliwości  spotkania  z  Reynem.  Idąc  do 
samochodu, zobaczyłam Drey. Snuła się po ulicy przed pustym budynkiem, w którym kiedyś był Dunkin' Donuts. Zauważyła 
mnie,  ale  nie  zareagowała.  Wsiadłam  do  swojego  zdezelowanego  grata,  odpaliłam  silnik,  zrobiłam  gwałtowną  nawrotkę  i 
podjechałam obok Drey. Opuściłam szybę od strony pasażera. 

-  Chcesz  kawy?  Miałam  przerąbany  dzień  -  powiedziałam,  nawet  na  nią  nie  patrząc.  -  W  zasadzie  kilka  przerąbanych 

dni. 

Zawahała  się  i  podeszła.  Starałam  się  nie  mieć  tryumfalnej  miny.  Wsiadła  i  zatrzasnęła  drzwi.  Ruszyłam  do  najbliższej 

restauracji  Cioteczki  Lou.  Nigdy  tam  nie  byłam  -  ledwie pozbierałam się po swoim doświadczeniu w Sylvii. Kiedy weszłam, 
poczułam  się  tak,  jakbym  cofnęła  się  o  pięćdziesiąt  lat.  Podobnie  jak  sklep  Maclntyre^,  restauracja  sprawiała  wrażenie 
zastygłej w czasie. Chociaż od razu zauważyłam, że jest czysto i nic nie stoi zepsute. 

-  Co  to  za  miasto?  -  Spojrzałam  na  Dray.  -  Zabite  dechami,  o  którym  czas  zapomniał?  Czy  wy,  ludzie,  słyszeliście 

kiedyś o cudach modernizacji? 

Jej pomalowane na ciemno wargi uniosły się z jednej strony. Wsunęłam się za stół na plastikowe krzesło, na którym moje 

sztruksy się ślizgały. 

-  Mniej więcej - powiedziała. - Bez tego „zabite dechami". 
Podeszła kelnerka, wypielęgnowana blondynka. Wyglądała mniej więcej na tyle samo lat co Dray. I jak się okazało, obie 

się znały. Dray posłała jej pełne uznania spojrzenie, które najwyraźniej pochlebiło dziewczynie. 

-  Czekoladowy koktajl mleczny - powiedziała Dray. 

-  Jaka jest tu kawa? - spytałam. - W skali od jednego do dziesięciu. Uczciwie. 

Kelnerka  miała  zaskoczoną  minę  i  się  zarumieniła.  Zerknęła  przez  ramię  na  kucharza,  który  czekał  w  kuchni,  i  ściszyła 

głos. 

-  Nie zamawiaj - poradziła. - Pomyliłam się i wsypałam za dużo kawy. Jest jak szlam. Trzy osoby oddały. 
-  O, to chyba taka kawa, jak lubię - stwierdziłam. -Poproszę. 

-  Naprawdę? 

 

-  Tak. Strasznie, strasznie potrzebuję kofeiny. Kelnerka, która na identyfikatorze miała imię Kimmie 

(nie wymyślam sobie tego), posłała mi krótki uśmiech i przez chwilę wyglądała naprawdę ładnie. 

-  Chwileczkę. 

-  Wszędzie, gdzie się pojawiasz, rozsiewasz blask -zauważyła Dray. 

background image

 

 

-  Cała ja - zgodziłam się posępnie. - Jestem cholernym świątecznym elfem. 
Dray  usiadła  bokiem  za  stołem  i  oparła  się  plecami  o  ścianę,  a  nogi  położyła  na  ławce.  Sprawiała  wrażenie  bardziej 

nieprzystępnej niż zwykle, wyglądała blado i niezdrowo mimo mocnego makijażu. 

Jakim cudem jeszcze siedzisz w tym mieście? - spytała. Westchnęłam. Dobre pytanie. Skup się na teraźniejszości. 

-  Staram się... zaliczyć program. - A przynajmniej, starałam się. Teraz byłam wykończona i nie bardzo wiedziałam, dokąd 

pójść. 

-  Taki program „dwanaście kroków"*

9

-  Tak, tyle że gorszy. Moja praca to jego część. 
-  Aha. Myślałam, że masz po prostu palące pragnienie zaspokajać farmaceutyczne potrzeby ludzi. 
Kimmie  przyniosła  koktajl  mleczny  dla  Dray  -  wyglądał  zjawiskowo,  a  dla  mnie  filiżankę  kawy  -  też  wyglądała 

zjawiskowo: mocna i smołowała. 

-  Jeżeli nie będziesz chciała, to nie pij - wyszeptała Kimmie. 
-  Dobra - odpowiedziałam szeptem. - Chodzi z tobą do szkoły? - zapytałam Dray, kiedy kelnerka odeszła. 
-  Liceum jest tylko jedno. - Dray siorbnęła koktajl. -Ja już do niego nie chodzę. 
-  Więc co robisz? - Chociaż wszystko we mnie krzyczało, żeby po prostu skulić się w swojej skorupie i przykryć kocem, 

zmuszałam się, żeby tu być, żeby rozmawiać z Dray. I chyba wychodziło mi to... dobrze. Cieszyłam się, że tu jestem. 

Dray wzruszyła ramionami z zaciętą miną. Wyprostowała się i wzięła szklankę w obie dłonie, jak małe dziecko. 

-  Pracujesz? - drążyłam. 

Znów wzruszyła ramionami znudzona. 
Co zrobiłaby River? - zastanawiałam się. 

W milczeniu teraźniejszość zblakła, a w moim umyśle pojawił się Reyn. Całowałam się z nim! Całował mnie. Ściskaliśmy 

się jak szaleni na strychu. Posunęłabym się o wiele dalej. Gdyby nie sprawa z Rzeźnikiem Zimy. 

Moi rodzice. O Boże. 
-  Czemu rozjaśniłaś włosy? - Dray przerwała moje rozmyślania. 
Ocknęłam się dopiero po chwili. 

-  Nie rozjaśniałam. To mój naturalny kolor. Może teraz ufarbuję się na rudo. 
-  No co ty?  Tak jest fajnie - powiedziała ze wzrokiem utkwionym w moich długich do ramion włosach. - Ja nawet nie 

pamiętam, jaki mam naturalny kolor włosów. 

-  Skąd ja to znam - mruknęłam. 

                                                        

9

 Dwanaście kroków - program realizowany w ośrodkach odwykowych (przyp. red.). 

 

 

background image

 

 

Milczałyśmy przez kilka kolejnych minut. Niedługo powinnam się zbierać. Zwykle jechałam do domu prosto po pracy, ale 

zwykle ktoś mnie zawoził. Podobała mi się ta wolność i niezależność, choć wiązała się z marnowaniem paliwa. 

-  W każdym razie... - Dray przerwała ciszę. - Tu nie ma pracy. To martwe miejsce. 
-  I tu się z tobą zgadzam. - Prychnęłam. Wzięłam łyk mocnej kawy, potem wrzuciłam jeszcze dwie łyżeczki cukru. 
W oczach dziewczyny rozbłysnął płomień zaskoczenia, jakby spodziewała się, że będę bronić jej rodzinnego miasta. 

-  Ludzie tutaj... mnie nie lubią - wyznała. - Myślą, że skończę tak samo jak moi... krewni. 
-  Ludzie cię nie lubią? 

Dray wyzywająco skinęła głową. Gapiłam się na nią. 

-  A ty się przejmujesz tym, co o tobie myślą jacyś wieśniacy z zapadłej dziury? 

Zamrugała. 
-  Dray.  To  po  prostu jedno małe miasteczko. To nie jest jedyne miejsce na świecie czy choćby w Ameryce, w którym 

można mieszkać. Czy nawet w Massachusetts.  To tylko garstka ludzi, tu na ziemi, mignięcie na ekranie. Są nikim. Co cię 
obchodzi, co myślą? 

-  Są wszystkim - odparła Dray. - Wszyscy w szkole, wszyscy w mieście. 

-  Wszyscy  w  tym  jednym  mieście  -  podkreśliłam.  -Nie  wszyscy  wszędzie.  Jedź  do  Kalifornii,  Missisipi  albo  do  Francji. 

Nikt tam o tobie nie słyszał, a co ważniejsze, nikt tam nigdy nie słyszał o tych nieudacznikach. 

Szczęka jej opadła. Czy naprawdę nigdy nie przyszło jej to do głowy? Była przekonana, że jest skazana na to miejsce na 

zawsze? 

-  Po prostu... jechać dokądś indziej? 

Prawie słyszałam, jak mózg dziewczyny zaczyna pracować. 

-  Jechać dokądkolwiek indziej - powiedziałam. Jej twarz spochmurniała. 
-  Jak? Na to potrzeba pieniędzy. 

-  Są dwa wyjścia. Bierzesz każdą pracę, jaką uda ci się znaleźć. Idź do Home Depot myć podłogi. Idź pracować w domu 

pogrzebowym,  obojętnie.  Odłóż  na  bilet  autobusowy  w  jedną  stronę  dokądkolwiek  i  na  tygodniowe  wyżywienie.  A  potem 
wsiądź w autobus. Albo... 

Czekała. 

-  Możesz się stać kimkolwiek - powiedziałam. - Możesz zostać, kim chcesz. Gdybyś załapała się do wojska, zarobiłabyś 

pieniądze, miała wykształcenie, podróżowałabyś i nauczyła się kilku pożytecznych sztuczek z bronią. 

Wybuchnęła śmiechem. 
-  Tyle że miesiąc temu skończyłam siedemnaście lat. 

background image

 

 

-  Więc albo przez rok będziesz pracować i odkładać pieniądze, albo poproszę swoich starych, żeby podpisali ci zgodę na 

wstąpienie  do  wojska  -  skwitowałam  i  zerknęłam  na  niebo  na  zewnątrz.  -  Masz  wyjście,  Dray.  Zawsze  masz  inne  wyjście. 
Nigdy  nie  jest  tak  źle,  żebyś  nie  mogła  wyjechać  z  miasta.  Pomyśl  o  tym.  A  teraz  muszę  spadać.  Dłużej  się  nie  nabiorą,  że 
zamiast mnie pod kołdrą leżą poduszki. 

Dray dokończyła koktajl. Wyglądała ciągle na zamyśloną, kiedy wkładałam puchową kurtkę. 

-  Podrzucić cię gdzieś? - zaproponowałam. 
-  Nie. - Pokręciła głową. - Pójdę pieszo. Dzięki za 

koktajl. 

-  Nie ma sprawy. Na razie. 

Ruszyła ulicą, trochę mniej zagubiona niż wcześniej. Kiedy wsiadłam do samochodu, odwróciła się. 
-  Skąd jesteś taka mądra? - odezwała się tonem, który mógłby wskazywać na, że to pytanie to żart. 
Ponieważ podjęłam tysiące głupszych decyzji niż ty, pomyślałam. Przeszłam gorsze rzeczy. 

-  Łaziłam trochę po ulicach. - Wzruszyłam ramionami. 

Skinęła głową, odwróciła się i zgarbiła. 

Stawała  się  dla  mnie  ważna.  Meriwether,  a  nawet  Stary  Mac  stawali  się  dla  mnie  ważni,  po  dziesiątkach  lat,  kiedy nic 

mnie nie obchodziło. 

To niesamowite. 

Przerażające. 
Wiedziałam aż za dobrze, jak bym cierpiała, gdybym 

ich straciła. 

Naprawdę mi się to nie podobało. 

 

Rozdział 27 

 
W  domu  River,  Asher,  Sołis  i  Anne  traktowali  mnie  niewiarygodnie  zwyczajnie.  To  dziwne.  Przydzielono  mi  zadania. 

Moje  imię  widniało  w  grafiku.  Najwyraźniej  czwórka  nauczycieli  znała  całą  gorzką  historię,  ale  nikt  z  uczniów  nie  odnosił 
się do mnie inaczej ani nie patrzył na mnie inaczej. 

Reyna po raz pierwszy od tamtych wydarzeń zobaczyłam na kolacji. 

Wszedł  kuchennymi  drzwiami,  niosąc  ciężką  wazę  z  zupą.  Moje  zmysły  były  na  niego  wyjątkowo  wyczulone,  więc 

przyjrzałam  mu  się  z  bliska,  starając  się  wyobrazić  go  sobie  z  długimi  włosami  splamionymi  krwią  i  pomalowaną  twarzą. 

background image

 

 

Dostrzegł  mnie  i  zacisnął  szczękę.  Moja  wyobraźnia  odmalowała  go  tak:  stoi,  wstrząśnięty  i  przerażony,  kiedy  wieża  ognia 
trawi jego rodzinę i wojowników. 

On  i  ja  wyglądaliśmy  bardzo  poważnie  i  celowo  unikaliśmy  patrzenia  sobie  w  oczy.  Co  ciekawe,  kiedy  podniosłam 

wzrok,  żeby  wziąć  chleb,  zauważyłam,  że  oczy  Neli  przeszywają  mnie  niczym  niebieskie  lasery.  Zignorowałam  ją.  Reyn 
siedział tak, że niezbyt dobrze go widziałam, i podczas kolacji nie odezwał się ani słowem. 

-  Chciałabym z niektórymi z was pobadać kamienie i kryształy - odezwała się Anne po kolacji. - Rachel? 

-  Och, bardzo chętnie. 
-  Charles? 

-  Cudownie, dziękuję - powiedział, odstawiając talerz na stół z brudnymi naczyniami. 

-  Reyn? - ciągnęła Anne. - I Nastasya. Cisza. 

Każde z nas czekało, aż drugie się wycofa. I czekało. I czekaaaaaaało.... 

-  Dobrze - powiedziała Anne. - Spotykamy się wszyscy w zielonej sali za dziesięć minut. 
-  Mogę się przyłączyć? - spytała Neli trochę zbyt chętnie. - Marzę o tym, żeby popracować więcej z kamieniami. 

Anne wahała się przez chwilę, ale skinęła głową. 

-  Tak, proszę. 

Neli się rozpromieniła. 

Posłałam  River  ponure  spojrzenie.  Patrzyła  ze  współczuciem, ale jednocześnie ostrzegała, żebym nie ważyła się wycofać. 

Wstałam i odniosłam talerz do kuchni. 

******** 

 

- Nie skupiasz się. - Głos Anne był cierpliwy. Zbyt cierpliwy. 

Otworzyłam  oczy.  Siedziałam  w  klasie  z  kimś,  kogo  rodzina  wymordowała  moją  rodzinę.  Z  kimś,  kogo  rodzina  została 

zabita  przez  moją  rodzinę.  Byliśmy  razem  w  klasie,  usiłując  nawiązać  więź  z  kamieniami.  Zajęłam  miejsce  tak  daleko  od 
Reyna,  jak  tylko  się  dało,  a  oczywiście  Neli  lepiła się do niego jak klej. Ciągle wydawało mi się nierealne to, kim Reyn jest, 
kim był w moim życiu. 

Wszystkie  wspomnienia  i  doświadczenia,  które  starałam  się  wyrzucić  z  umysłu  przez  ostatnich  czterysta  lat,  znajdowały  się 
dwa  metry  ode  mnie,  w  żywych  kolorach.  To  było  jak  spotkanie  z  potworem  pod  łóżkiem,  tyle  że  tysiąc  razy  gorsze.  A 
potwór, mój najgorszy nocny koszmar, miał na sobie zieloną flanelową koszulę w kratę, dżinsy, pachniał proszkiem do prania 
i jesiennym powietrzem. 

Siedzieliśmy  w  rzędzie  przy  długim  stole.  Anne  miała   czarną  aksamitną  torbę  z  różnymi  kamieniami  i  kryształami,  a my 

wszyscy  musieliśmy  zamknąć  oczy,  włożyć  dłoń  i  wybrać  ten,  który  sprawiał  wrażenie, że chce być z nami. Właśnie tak. To 
wydawało się jeszcze bardziej osobiste niż j zajęcia z metalami, a wybór kamienia miał określać to, jak uprawiamy magyię. j 

background image

 

 

Pierwszy Charles - wybrał tygrysie oko (albo został przez nie wybrany). 

-  Ach,  tak!  -  zawołał.  -  Tygrysie  oczy  są  w  tym  sezonie  ostatnim  krzykiem  mody.  -  Szybko  szarzejące  popołudniowe 

światło  oświetlało  jego  rude  włosy;  zielone  oczy  tryskały  humorem.  Zapisał  coś  w  skórzanym  notesie  starannym  pismem, 
przechylającym się na prawo. 

Rachel  wyjęła  ametyst  -  jego  intensywnie  fioletowy  kolor  ładnie  kontrastował  z  jej  oliwkową  skórą  i  czarnymi  włosami. 

Jak  zwykle  nie  uśmiechała  się  -  nie  była  roześmianą  dziewczyną  -  ale  po  prostu  zajęła  się  kamieniem,  patrząc  na  niego 
poważnym wzrokiem. 

-  Reyn? Teraz ty. - Uwolnij swój umysł i jednocześnie się skup. - Anne wyciągnęła przed nim worek. 

Silna dłoń Reyna była niemal za duża, żeby zmieścić się do wąskiego otworu worka. Te same długie palce wsunęły 

się  wczoraj  w  nocy  pod  mój  sweter.  I  pomagały  też  wyważyć  drzwi  mojego  ojca,  żeby  zabić  wszystkich  z  naszego 
domu. Moje światy, przeszłość i teraźniejszość, zderzały się z potworną siłą, a ja musiałam tu siedzieć jakby nigdy nic. 

Mijały  chwile.  Czekaliśmy.  Reyn  zamknął  oczy,  a  ja  mogłam  zerknąć  na  jego  twarz  tak,  żeby  o  tym  nie  wiedział, 

starając się dostrzec żądzę krwi, starając się dostrzec pożądanie. Odwróciłam wzrok. 

Powoli wyciągnął rękę i otworzył dłoń. Leżał na niej ciemnozielony kamień z czerwonymi cętkami. 

-  Krwawnik - powiedziała Anne, a ja pomyślałam: co za zbieżność. - A jakie ma właściwości? Ktoś wie? 
-  Sprzyja... uczciwości - odparł Reyn, a mnie przyszło do głowy, że Neli jest przekonana, że on ma dwieście sześćdziesiąt 

siedem  lat.  Nie  znała  prawdy  o  nim,  a  ja  tak.  -  Prawości.  Łagodzi  niepokój.  Ludzie  wierzą,  że  trzymanie  krwawnika  przy 
ranie powstrzymuje krwawienie. Dawno temu, wojownicy nosili amulety z krwawnika, żeby tamować krew podczas bitwy. - 
Wydawał się chłodny, zamyślony, kiedy obracał kamień w dłoni. 

-  Bardzo dobrze - pochwaliła Anne. - Nastasyo? Twoja kolej. - Wyciągnęła przede mną otwarty worek. 
Włożyłam  rękę  do  środka  i  pomacałam.  Kamień,  kamień.  Kryształ.  Pewnie  kamień.  Kryształ?  A  kto  to  wie?  Chwyciłam 

jeden i wyjęłam. Twardy szmaragd wielkości i kształtu migdała. 

-  Nie, to nie ten - oznajmiła Anne cicho, ale stanowczo. 

Uniosłam głowę i spojrzałam na nią. Skąd ona wie? 

-  Zamknij  oczy,  skoncentruj  się,  skup  -  poleciła.  -  Tu  jest  kamień  specjalnie  dla  ciebie.  Chce  być  z  tobą.  Spróbuj  raz 

jeszcze. 

Czując  się  niepewnie,  zamknęłam  oczy  i  starałam  się  oczyścić  umysł  ze  wszelkich  myśli.  To  bez  sensu  -  czy  nie 

powinnam myśleć o kamieniach, kryształach i reszcie? Na przykład: kamyczku, kamyczku... chodź do mamusi... 

Chciałam po prostu wyjąć drugi kamień z torby, ale Anne pewnie znowu powiedziałaby, że jest zły. Skąd 

wiedziała? Skąd ja miałam wiedzieć? To był kolejny przykład pobożnych życzeń i czarodziejskich bzdu... 

background image

 

 

Poczułam  wibracje.  Lekkie,  niepewne,  delikatne  wibracje,  kiedy  ledwie  coś  musnęłam.  Dotknęłam  innego  kamienia  -  był 

zimny  i  gładki,  ale  martwy.  Moje  palce  powędrowały  z  powrotem  i  znowu  to  samo,  kamień  leciutko  drżał  pod  moim 
dotykiem. Czy Anna coś robi? Może to jakaś sztuczka? 

Otworzyłam  oczy  i  popatrzyłam  na  nią,  marszcząc  czoło.  Jej  jasne  niebieskie  oczy  wpatrywały  się  w  skupieniu  w  moją 

twarz. Dłonie, w których trzymała aksamitną torebkę, były mocne i nieruchome. 

-  Tak? - spytała. 
Kamień  promieniował  teraz  ciepłem  pod  moim  dotykiem.  Jedna  strona  gładka  i  zaokrąglona,  druga  pęknięta  i 

wyszczerbiona.  Ledwie  wyczuwalne  wibracje  przypominały  bicie  serca  kolibra.  Zacisnęłam  palce  wokół  kamienia  i  nagły 
przypływ radości przeszył mnie jak drzazga. 

Wyjęłam  go.  Był  wielkości dużej czereśni i wyglądał jak... utwardzony mleczny deszcz. Taki sam jak kamień w amulecie 

mojej matki. Kamień księżycowy. Piękny, tajemniczy. Kochałam go. A on kochał mnie. 

-  Tak - powiedziała z satysfakcją Anne. - To ten. Czujesz to. 

Skinęłam  głową  bez  słowa,  jakby  zszokowana.  To  znaczy,  byłam  tutaj,  bo  rozpaczliwie  chciałam  wierzyć  w  to,  co  oni 

oferują, a jednak po części ciągle się dziwiłam, kiedy to, co oferowali, okazywało się prawdą. 

-  Neli? Teraz ty. 

Dziewczyna  z  uśmiechem  natychmiast  zamknęła  oczy  i  wsunęła  dłoń  do  torebki.  Wydała  kilka  odgłosów  „hm",  jakby 

chciała  dowieść,  że  bardzo  się  skupia.  Obserwowałam  ją  i  zastanawiałam  się,  jaką  ma  przeszłość.  Skończyła  dopiero 
osiemdziesiąt  lat,  była  z  Anglii,  więc  urodziła  się  w  latach  dwudziestych.  Więc  podczas  II  wojny  światowej  miała 
dwadzieścia  lat.  Dlaczego  tu  jest?  Dlaczego  tak  lata  za  Reynem?  Poczekaj,  aż  się  dowie,  że  był berserkiem10, Rzeźnikiem 
Zimy. Czy w ogóle się tym przejmie? 

Wyciągnęła dłoń, trzymając marmurowy niebiesko--biały kamień. 
-  O,  jaki  ładny  -  zachwyciła  się.  -  I  pasuje  mi  do  oczu!  -  Uniosła  go  do  twarzy  i  zatrzepotała  rzęsami.  Charles  się 

uśmiechnął. 

-  Wiesz, co to jest? - spytała Anne. 

 

-  Tak, jasne - odparła szybko Neli. - To... Cisza. I cisza. Tik, tak... 
-  Sodalit? - powiedziałam, w większości zgadując. Neli patrzyła na mnie z prawdziwym jadem w oczach. 
-  Tak, tak, sodalit. 

-  Zgadza się - przytaknęła Anne. - A jakie ma właściwości? 

                                                        
10Berserk (berseker) - według podań historycznych, nieustraszony wojownik nordycki, ogarnięty maniakalną żądzą walki (przyp. red.). 

background image

 

 

Neli  znów  zamilkła.  Ja  ciągle  odtwarzałam  sobie  listę  kamieni,  kryształów,  klejnotów,  metali,  olei,  ziół,  gwiazd, 

przedmiotów,  zwierząt,  roślin,  bla,  bla,  bla,  o  których  mnie  uczono,  odkąd  tu  przyjechałam.  Przyswoiłam  może  pół  procent 
tego, czego chcieli mnie nauczyć. Ale Neli była w River's Edge już kilka lat. Sama chciała dzisiaj przyjść na zajęcia. 

Uśmiechnęła  się  lekko,  uroczo  zarumieniona,  wyraźnie  szukając  odpowiedzi.  Utkwiła  wzrok  w  Reynie,  jakby  miała 

nadzieję, że ją wybawi. Cały czas obracała kamień w dłoni. Reyn wyrzynał wioskę po wiosce. Widziałam ciała ludzi, których 
zabiła  jego  horda.  Jego  ojciec  zabił  mojego  ojca.  Moja  matka  i  brat  zabili  jego  brata.  Jego  ojciec  zabił  wszystkich  oprócz 
mnie.  A  jednak  ten  mężczyzna,  który  siedział  kilka  metrów  ode  mnie... ciągle pamiętałam jego smak, jego ciężar wciskający 
mnie w siano o słodkim zapachu, jego ciepłą skórę pod swoimi palcami. Dwie różne rzeczywistości. 

-  Nastasyo? - zwróciła się do mnie Anne. - Ciebie wybrał kamień księżycowy. Jakie ma właściwości? 
Neli była zawstydzona i usiłowała nie dać tego po sobie poznać. Odciągnęłam swój umysł od Reyna i starałam się skupić 

na  teraźniejszości,  szukając  w  pamięci  jakiegokolwiek  okrucha  wiedzy  o  kamieniu  księżycowym.  Hm,  jest  gładki?  Białawy? 
Przyglądałam  się  kamieniowi  w  dłoni.  Ciężki  i  ciepły.  Głupie,  jak  bardzo  go  kochałam.  Czy  moja  matka  czuła  to  samo  do 
swojego kamienia? 

-  Jest zawsze szlifowany na gładko, żeby ukazać kocie oko - zaczęłam powoli. 
-  Tak. Co jeszcze? 
Czułam pustkę w głowie: jaki ma skład chemiczny?, jak jest zbudowany?, skąd pochodzi? Z Cejlonu? A może to szafiry? 

Hm, hm... 

-  Wiąże  się  z  księżycem  -  przypomniałam  sobie  nie  wiadomo  skąd.  -  Ludzie  wierzyli,  że  jego  kocie  oko,  albo  blask, 

wzmaga się i zanika zgodnie z cyklem księżyca. 

-  I jeszcze co? 
Gówno.  W  moim  umyśle  krążyły  strzępy  faktów  i  domysłów.  Czułam  kamień  na  dłoni  i  spojrzałam  na  niego.  Wyjaw  mi 

swoje tajemnice, prosiłam w myślach. Powiedz, dlaczego jesteś mój. 

-  To  najbardziej  kobiecy  ze  wszystkich  kamieni.  -Skąd  ja  to  wzięłam?  -  Używa  się  go,  żeby  połączyć  i  przyciągnąć 

kobiecą energię, zwłaszcza jeżeli chodzi o sny i przeczucia. - Zamknęłam oczy i pozwoliłam myślom osiąść w mojej głowie. 
-  Jest  wykorzystywany,  żeby  zrównoważyć  energię  męską  i  kobiecą  oraz  jako  pomoc  w  leczeniu,  szczególnie  dolegliwości 
kobiecych  związanych  z  naszym  cyklem  i  urodzeniem  dziecka.  Pomaga  intuicji.  I,  hm,  w  przepowiadaniu.  Na  przykład, 
kiedy wróżysz i trzymasz go w ręce, pomaga widzieć wyraźniej. - No, ciekawe, pomyślałam. - I, eee... jednoczy kochanków, 
którzy rozstali się w złości. - Gdzie ja to, do cholery, wyczytałam? Miałam nadzieję, że to prawda, a nie, powiedzmy, cytaty 
z  filmu.  -  Chroni  podróżujących  po  wodzie.  Ułatwia  podejmowanie  decyzji.  -  Teraz  już  nie  miałam  pojęcia,  czy  jeszcze 
mówię o kamieniu księżycowym. Zamknęłam się i otworzyłam oczy. 

-  Bardzo  dobrze,  Nastasyo.  -  Anne  uśmiechała  się  do  mnie.  -  Pracowałaś  już  wcześniej  z  kamieniem  księżycowym? 

Chyba wyjątkowo do ciebie pasuje. 

background image

 

 

-  Nie, to znaczy, nie pracowałam. 

-  Sodalit  -  wypaliła  Neli,  jakby  nie  mogła  znieść  tego,  że  uwaga  skupiła  się  na  mnie.  Roześmiała  się  lekko.  To  ona 

powinna  pracować  z  kamieniem  księżycowym,  stwierdziłam  w  duchu.  Jest  tysiąc  razy  bardziej  kobieca  niż  ja.  -  Służy  do... 
przyciągania miłości? 

-  Nie,  niezupełnie  -  powiedziała  łagodnie  Anne. -Przede wszystkim pomaga oczyścić umysł, żeby można było rozpoznać 

swoje uczucia. Pomaga pozbyć się dawnych zachowań związanych ze złością, winą i strachem, żeby wyraźniej widzieć swoją 
ścieżkę. 

-  Jest zalecany dla nadmiernie wrażliwych ludzi - dodał Charles, chcąc pomóc. 
Twarz Neli zesztywniała. Ja miałam obojętną minę, ale w głębi duszy złośliwie chichotałam. 
-  Przebija  się  przez  zaćmiony  umysł  i  złudzenia  -ciągnęła  Anne.  -  Wyjawia  prawdę,  sprawia,  że  użytkujący  go  staje  się 

bardziej rozsądny i pewny. 

Neli milczała. 

-  A teraz chciałabym, żebyśmy skupili się na tym, aby naładować kamienie energią, naszymi wibracjami - 

powiedziała  Anne.  -  Każdy  kryształ,  kamień  i  klejnot  ma  specyficzne  działanie,  własny  charakter.  Praca  z  nimi  może  być 
bardzo  skuteczna.  Działanie  wbrew  niemu  w  najlepszym  przypadku  będzie  bezcelowe,  a  w  najgorszym...  niebezpieczne. 
Więc  usiądźmy  w  kręgu,  skoncentrujmy  się  na  naszym  kamieniu  i  zobaczmy,  co  z  tego  wyniknie.  -  Anne  wzięła  srebrną 
miseczkę  i  napełniła  ją  solą  morską.  -  Włóżcie  tu  kamienie  -  poleciła.  -  Zatrzymują  wibracje  energii  ich  poprzednich 
właścicieli i zaklęcia, do jakich były wykorzystane. Najpierw je oczyścimy. 

Później wyznaczyła na podłodze okrąg - po prostu szła i trzymała pudełko z solą morską do góry nogami. Podejrzewam, 

że  nieśmiertelni  i  inni  uprawiający  czary  utrzymują  przemysł  solny.  Krąg  był  tak  idealny,  jakby  narysowano  go  cyrklem. 
Wszyscy  weszliśmy  „drzwiami"  do  środka  i  usiedliśmy.  Miałam  nadzieję,  że  Anne  nie  zamierzała  robić  nic  wielkiego. 
Czułam się krucha, na krawędzi i w tej chwili naprawdę zupełnie nie dałabym rady przyswoić większej ilości wspomnień czy 
wizji.  A  jednak  zdawałam  sobie  sprawę,  że  niedawno  już  zobaczyłam  większość najgorszych rzeczy. To, co dusiłam w sobie 
przez  wieki,  zostało  wyciągnięte  na  światło  dzienne.  W  szafie  nie  zostało  już  wiele  trupów.  Mimo  wszystko  mogłam  użyć 
hamulca. Co by się stało, gdybym przekroczyła linię soli? Głowa by mi pękła? Pokój by stanął w płomieniach? Co? 

Postarałam  się  usiąść  między  Rachel  a  Charlesem,  a  Neli  postarała  się  usiąść  obok  Reyna,  lekko  trącając  Anne,  żeby 

zrobić sobie miejsce. Zobaczyłam, że Anne zerka na Neli. Krąg był tak mały, że dotykaliśmy się kolanami. 

Anne  postawiła  na  podłodze  obok  miski  z  kamieniami  grubą  białą  świecę  i  wymruczała  kilka  słów.  Pstryknęła  palcami 

nad knotem, a ten się zapalił. Świetnie. 

-  Nie  muszę  pożyczać  waszej  energii  do  oczyszczenia,  możecie  tylko  patrzeć  -  powiedziała  Anne.  Zamknęła  oczy  i 

zaczęła śpiewać. 

background image

 

 

Wydawało  mi  się,  że  wypowiada  słowa  w  starogalicyj-skim  -  podstawowym  i  pięknym  języku.  Trochę  przy  tym 

przerażającym  i  nieziemskim.  Zwróciła  dłonie  w  stronę  płomienia  świecy,  jakby  przywołując  do  siebie  jej  energię.  Znowu 
otworzyła dłonie, wlewając energię do srebrnej miski. 

Mało  nie  westchnęłam,  kiedy  bladoniebieski  płomień  polizał  sól  w  misce.  Sól  jest  zupełnie  niepalna,  Brynne  gasi  nią 

ogień  w  kuchni.  A  jednak  się  paliła,  ale  nie  spalała.  Po  kilku  minutach  pieśń  umilkła,  a  płomień  na  soli  zniknął.  Anne 
natychmiast zanurzyła dłonie w soli i wyjęła krwawnik Reyna. 

-  Ostrożnie - ostrzegła. - Sól się nie nagrzała, ale kamienie są gorące. 
Każdy  dostał  swój  kamień  z  powrotem.  Mnie  ten  księżycowy  wydał  się  jeszcze  piękniejszy,  a  jego  kolory  bardziej 

wyraziste,  jakby  zamknięto  w  nim  maleńką  gwiazdę,  która  jasno  świeci.  Ho!  Ale  ze mnie poetka! W każdym razie chciałam 
przytulić go do serca, kołysać w dłoniach. Chyba nikt nigdy nie kochał kamienia tak jak ja ten. To trochę... chore. 

-  Teraz  zwiążemy  się  z  naszymi  kamieniami  -  ciągnęła  Anne.  Wzięła  swój  kawałek  nierównego  obsydianu,  wielkości 

połowy palca. 

-  Hm,  czyli  tak  naprawdę  będziemy  robić  krąg  -  odezwałam  się  bez  entuzjazmu.  Rozejrzałam  się  po  pokoju, 

zastanawiając się, czego mogę się spodziewać. 

-  Tak. - Anne pochyliła się i szybko naznaczyła runy. A może pieczęcie? Na moim czole, szyi i na grzbiecie dłoni. 
Neli patrzyła na mnie pobłażliwie - nowa z wrażliwym żołądkiem. 
- Ja poprowadzę - oznajmiła Anne. - Trzymajcie ! kamienie w lewej dłoni i zakryjcie je prawą, o, tak. -Pokazała. - Po 

prostu połączcie się ze swoją mocą, a kiedy będziecie gotowi, powtarzajcie za mną słowa, dobrze? 

Wszystkie  kręgi,  w  których  brałam  udział  w  ciągu  kilku  ostatnich  tygodni,  trochę  się  od  siebie  różniły,  chociaż 

podstawowa  forma  była  ta  sama.  Wielki  grupowy  krąg  na  zewnątrz,  maleńki,  dwuosobowy  krąg  z  River  i  kilka  kręgów  w 
małych  grupach  podczas  zajęć.  W  większości  nadal  się  ich  obawiałam,  ale  jakaś  cząstka  mnie  od  niedawna 

zaczęła  ich 

pragnąć - przepływu mocy, piękna, mignięć kosmicznych prawd tańczących na jego brzegu... a jeżeli zaklęcie skupiające moc 
zadziała, może nie puszczę pawia tak od razu.  

- Zamknijcie oczy, trzymajcie kamienie i połączcie się ze swoją mocą - poleciła Anne. 

Nadal  nie  miałam  przepisu  na  to,  jak  „połączyć  się  z  moją  mocą".  Na  ogół  siedziałam,  myślałam  o  różnych  rzeczach  i 

miałam nadzieję, że moc się pojawi. Słuchałam niesamowicie kojącego głosu Anne. Starałam się nie czuć żółci w żołądku na 
myśl  o  Neli  i  Reynie  razem,  przypominając  sobie,  jak śmieszne - chociaż to zbyt łagodne słowo - jest samo to, że zależy mi 
na Rzeźniku Zimy, i poczułam ciepły ciężar kamienia w dłoni. 

W  końcu  zaczęłam  nucić  starą  melodię,  która  do  mnie  przyszła,  i  połączyłam  swój  głos  z  głosem  Anne.  To  była  inna 

melodia - ciężka, ciemna i stara, jak korzeń wiekowego drzewa, który sięgnął jądra ziemi. 

background image

 

 

Nie  wiedziałam,  skąd  się  to  wszystko  bierze  -  nagle  stałam  się  magiczną  istotą,  połączoną  z  kamieniem.  Czuję  swoje 

ziemskie korzenie, la, la, la... 

Mogę tylko opisać, jak to odczuwałam. A odczuwałam to właśnie tak. Trudno. 
Czyżbym się kołysała? Wydawało mi się, że się kołyszę. Nie czułam już dotyku kolana Charlesa ani Rachel. Nie miałam 

już wrażenia, że mój kościsty tyłek drętwieje na zimnej drewnianej podłodze. Kamień stawał się coraz cieplejszy i cięższy i 
im więcej o nim myślałam, tym większe ogarniało mnie szczęście. Otworzyłam usta i zaczęłam śpiewać pieśń, pozwalając jej 
wnosić się przez ziemię, przeze mnie w powietrze. Była ciężka, silna i wypełniała mi piersi; bez trudu wychodziła z moich 
ust. Nawet nie zauważyłam, kiedy stała się piękna i mocna. Teraz miałam wrażenie, że ją znam, rozpoznaję i w oślepiającym 
błysku nagle zobaczyłam matkę: śpiewa tę samą pieśń i wypełnia jakiś ryt. Moja matka. 

-  Och! - Dał się słyszeć krzyk i trzask. Otworzyłam oczy. 

Dłoń opadła mi na ziemię pod ciężarem gorącego kamienia księżycowego. 
Rozejrzałam się. Neli siedziała z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią. Srebrna miska i świeca się przewróciły. 

Sól rozsypała się po podłodze, mieszając się z cienką strużką wosku, która ściekała ze zgaszonej świecy. 

-  Co się stało? - Zmartwiona Anne spoglądała na wszystkich po kolei. 

-  Mój kamień! - Neli otworzyła dłoń. Zamrugałam, kiedy zobaczyłam małą kupkę biało-nie- 

bieskiego pyłu. Kamień został zmiażdżony, sproszkowany. Ale przecież solidat jest wytrzymały... 

-  Co się stało? - spytała znowu Anne. 

Neli odwróciła się, nagle wbijając we mnie wzrok. 
-  Ty to zrobiłaś! Zniszczyłaś mój kamień! Słyszałam twoją pieśń. Była jak czarna chmura, która wypełniła pokój! Jesteś 

zła! Mroczna! 

Dwa miesiące temu potrafiłabym olać takie oskarżenie albo nawet się z niego śmiać. Nie miałoby żadnego znaczenia. Ale 

teraz... 

- Nie, nie jestem - odparłam. Masz taką nadzieję, wyszeptał cichy wewnętrzny głos. - Nie jestem - powtórzyłam pewniej. - 

Nic  nie  robiłam  swoją  pieśnią,  po  prostu  starałam  się  związać  z  kamieniem.  -  Spojrzałam  na  swoją  dłoń przytrzymywaną na 
ziemi przez kamień. Przez chwilę odnosiłam wrażenie, że ten kawałek skały waży jakieś pięć kilo, ale nagle stał się lżejszy, a 
ja z łatwością uniosłam dłoń. Lśnił na niej mój piękny księżycowy kamień z niesamowitym kocim okiem. 

Anne  wyglądała  na  totalnie  zaskoczoną.  Bez  słowa  wstała  i  rozwiązała  krąg.  Podniosła  świecę,  miskę  i  odstawiła  je  na 

półkę. 

W końcu odwróciła się do nas. Staliśmy w kole i nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić. 

-  Jak się czujesz? - spytała Rachel. 

-  Dobrze. - Wzruszyła ramionami zaskoczona. - Mój kamień chyba się ze mną połączył. 

-  A ty? - Anne zwróciła się do Charlesa. 

background image

 

 

-  Ja też dobrze - odpowiedział.  - Na pewno poczułem moc magyi, ale nie sądzę, że od Nastasyi. I nie czułem, żeby była 

mroczna. 

Później Anne spojrzała na Reyna, wyższego od niej o półtorej głowy. 
-  Poczułem  moc  magyi  -  wyznał  powoli,  nie  patrząc  na  mnie.  -  Była  stara. Silna. Mój kamień też się ze mną połączył. - 

Wyciągnął krwawnik i spojrzał na niego z zachwytem. 

Czy moja pieśń była zła? Czy to wszystko przeze mnie? Czy jestem beznadziejnie mroczna i zła? Pomyślałam o Bozie i 

Incym i niemal się skrzywiłam. Policzki mnie paliły, a strach przeszył umysł. 

Potem przypomniałam sobie, że River mnie tu chciała. Powiedziała, że mogę się nauczyć nie być mroczną. Stwierdziła, 

że to kwestia wyboru. Że można nauczyć się być Tdhti. Uniosłam głowę. 

-  Zniszczyła mój kamień! - wyrzuciła z siebie Neli. Wysunęła rękę z niepodważalnym dowodem w postaci pyłu. 
-  Po co miałabym to zrobić? - spytałam. - Mam swój kamień. 
-  Nie tego chcia... - zaczęła rozwścieczona Neli, ale przerwała i zagryzła wargę. 
Charles i Rachel gapili się na nas obie, jakby oglądali beznadziejną telenowelę. Oczywiście w pewnym sensie tak było. 
-  Reyn, Charles i Rachel - odezwała się łagodnie Anne. - Możecie iść. Robi się późno. 

Wyszli najszybciej jak mogli, a Reyn obejrzał się przez 

ramię. 

Skrzyżowałam  ręce  na  piersiach,  mocno  ściskając  kamień  księżycowy.  Później  Anne  spojrzała  na  mnie  i  Neli,  złączając 

dłonie jak do modlitwy. 

-  Czy powinnam o czymś wiedzieć? Tak, Neli jest wredną suką. 

Neli  wyglądała,  jakby  miało  ją  zaraz  rozsadzić,  a  ja  z  pewną  złośliwą  fascynacją  liczyłam  na  to,  że  tak  się  stanie.  Ale  z 

widocznym wysiłkiem opanowała emocje, a na jej twarzy pojawiła się neutralna, choć odrobinę zmartwiona mina. 

-  Nie,  poza  tym  że...  co  prawda  nie  chciałam  o  tym  wspominać,  cały  czas  mam  wrażenie,  że  Nastasya  jest  o  mnie 

zazdrosna.  -  Pokazała  czarujący,  pokorny  uśmiech.  -  I  wydaje  mi  się,  że  poczułam  jej  ciemną  magyię.  Martwię  się,  bo  jej 
magyią jest nieprzewidywalna. Tak naprawdę, co o niej wiemy? Kamień zniszczył się w mojej dłoni. Ja tego nie zrobiłam. To 
było  coś  ciemnego.  Nie  czułaś?  -  Teatralnie  zadrżała,  rozglądając  się,  jakby  za  rogiem  czaiła  się  śmierć.  Bo  ja  oczywiście 
mogę przywoływać śmierć tylko po to, żeby komuś dopiec. Ech. 

Anne popatrzyła na nią, potem na mnie. 

-  Zniszczyłaś kamień Neli? - spytała. 

-  Nie!  -  krzyknęłam.  -  Magyią,  którą  poczułam,  przyszła  do  mnie,  przepłynęła  przeze  mnie.  Nie  wzięłam  jej  z  żadnego 

zewnętrznego  źródła,  jak  jej  kamień.  Dlaczego  miałabym  to  robić?  Ja  tylko wezwałam swoją moc i starałam się połączyć ze 
sobą kamień. 

background image

 

 

-  Dobrze.  -  Anne  skinęła  głową.  -  Neli,  zostaw  tutaj  pył.  -  Wyciągnęła  małą  ściereczkę,  a  dziewczyna  wysypała  na  nią 

sproszkowany kamień. - Możesz iść. Nastasyo, chciałabym, żebyś na chwilę została. 

No,  dalej,  pomyślałam.  Neli  posłała  tajemniczy  uśmieszek,  który  tylko  ja  zobaczyłam.  Zacisnęłam  zęby  niewiarygodnie 

wkurzona.  Kiedy  wychodziła  szybko  za  drzwi,  zorientowałam  się,  że  jej  twarz  odbija  się  w  staromodnym  świeczniku  na 
ścianie.  Był  wykonany  z  mocno  wypolerowanego  kawałka  metalu,  żeby  podwójnie  odbijał  światło.  Metal  podziałał  jak 
zwierciadło,  a  w  tym  zwierciadle  zauważyłam,  jak  Anne  obserwuje  Neli.  Więc  ona  też  widziała  uśmieszek.  Wspaniale! 
Wiecie, wydaje mi się, że ważne jest, aby się zatrzymać i doceniać chwile takie jak ta - bardzo nas wzbogacają. 

Neli zrobiła przedstawienie, zatrzaskując za sobą drzwi - podkreśliła, że wychodzi, a mnie nauczycielka poprosiła, żebym 

została. 

Odwróciłam się do Anne. 

-  Nie  rozwaliłam  jej  głupiego  kamienia.  -  Skrzyżowałam  ręce  na  piersiach.  Miałam  wielką  nadzieję,  że  nie  jestem 

nieodwracalnie  mroczna,  ale  bałam  się,  że  Anne  powie,  że  jestem,  że  mimo  wszystko  nie  nadaję  się  do  tego  domu,  że 
powinnam wyjechać. 

-  Czy to możliwe, żeby czarne zaklęcia w twoim pokoju zostawiła Neli? - spytała Anne. 

Byłam tak zaskoczona, że minutę zabrało mi przyswojenie jej pytania. 

-  Nie wiem - odparłam powoli, z namysłem. - Nie sądziłam, że ma dość mocy, ale prawdę mówiąc, nie bardzo potrafię to 

ocenić. I nie przypuszczałam, że tak strasznie mnie nienawidzi. Ale teraz zaczynam się zastanawiać. 

-  Dlaczego miałaby cię nienawidzić? - Niebieskie oczy Anne były miłe i zaciekawione. 
-  Właściwie...  nie  wiem  - odparłam z zakłopotaniem. -Jeżeli w ogóle za coś, to za Reyna. Szaleje za nim, a on nie zdaje 

sobie  z  tego  sprawy.  Ale  oczywiście  Reyn  i  ja  się  unikamy,  to  znaczy,  on  jest  diabłem.  Więc  jeżeli  Neli  chodzi  o  Reyna,  to 
marnuje czas. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że chyba jedzie w pociągu „nienawiść do Nastasyi". 

-  Hm. - Anne odgarnęła z twarzy miękkie ciemne włosy. 
-  Ale nie zniszczyłam jej kamienia - dodałam na wszelki wypadek. - Nie posłużyłam się magyią w dawny sposób. 
-  Tak, wiem - przyznała. - Ona to zrobiła. Jej kamień nie chciał się z nią połączyć. 

-  Ooo, czyli samozniszczenie? - Zamrugałam. 

-  Mhm. Chociaż jestem raczej pewna, że to był kamień odpowiedni dla niej - powiedziała Anne. - Ciekawe. Jak odebrałaś 

swoją moc? 

Nie chciałam się przechwalać ani się wywnętrzać. 
-  Jest...  naprawdę  fajna.  Silna.  Nie  wydawała  mi  się  czarna  ani  przerażająca  jak  coś,  od  czego  pragnęłabym  uciec. 

Słyszałam słowa, które śpiewałam, i pomyślałam, że brzmią... silnie. Pięknie. - To tyle bez przechwalania. 

background image

 

 

-  Bo to prawda. Były niewiarygodnie silne. I niewiarygodnie piękne. To twoje dziedzictwo. - Spojrzała na mnie znowu, 

jakby usiłowała zapamiętać moją twarz. 

Zaczęłam  czuć  niepokój.  Wsunęłam  kamień  księżycowy  do  kieszeni  i  odwróciłam  się  po  kurtkę.  Na  zewnątrz  nagle 

zapadła noc, okryła świat jak czarny woal i widziałam płatki śniegu, które zaczynały spadać na ziemię. 

-  Jak ci się podoba twój kamień? 

Zerknęłam w dół, usiłując zapiąć głupi podwójny zamek w kurtce. Kto kiedykolwiek chciałby rozpinać kurtkę od dołu do 

góry? Nikt! Uniosłam głowę i spojrzałam w jasne oczy Anne. Nie zobaczyłam w nich żadnej złośliwości ani drwiny. 

- Kocham go - wypaliłam zawstydzona, że aż tyle wyznałam. - Kocham go. Jest mój. Jest... jest... 

 

-  Częścią ciebie - dokończyła spokojnie. 

- Tak - wymruczałam; już dałam sobie spokój z zamkiem. 

-  To idealny kamień dla ciebie - stwierdziła Anne, sprzątając pokój i wkładając kurtkę. - Dzięki niemu będziesz władała 

interesującą magyią. Nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć. 

Nie wiedziałam, co powiedzieć. 

-  Pamiętasz,  jak  uczyłaś  się  pieśni,  którą  śpiewałaś?  -Zamknęła  za  nami  drzwi.  Szłyśmy  korytarzem  ramię  w  ramię. 

Zrobiło się późno. Powieki mi ciążyły i byłam wyprana z emocji. 

-  Nie.  -  Osłoniłam  się  kurtką,  kiedy  wyszłyśmy  na  zimne  nocne  powietrze.  Ciemność  dodawała  intymności  naszemu 

spacerowi. Nagle z moich ust zaczęła wypływać prawda. Niesamowite. - Czułam, że pieśń po prostu wychodzi, jak piach z 
ziemi - odparłam. - Czułam się tak, jakbym sięgnęła po coś, co już istniało i po prostu przeze mnie przepłynęło. 

Anne pokiwała głową. 

-  A potem, tuż zanim kamień Neli obrócił się w proch, nagle przypomniałam sobie matkę. Śpiewała tę samą pieśń i coś 

robiła. Nie wiem co. - Nigdy z własnej woli nie wspominałam nikomu o swojej rodzinie i przygotowałam się na krzyżowy 
ogień pytań. 

Anne jak zwykle zareagowała inaczej, niż się spodziewałam. 

-  To  bardzo  stara  moc,  moja  droga.  I  jak  mówiłam,  bardzo  silna.  Jesteś  jedyną  osobą  na ziemi, która ma dostęp do tej 

linii  mocy.  To  potężny,  choć  napawający  strachem dar. - Jej oczy lśniły w ciemności, a ja wstrzymywałam oddech, czekając 
na potworne obdzieranie z kolejnych cebulowych warstw. Nie byłam gotowa. Jeszcze. 

Anne potarła dłonie i pochuchała w nie. 

-  Wiesz, że Reyn wcale nie jest takim diabłem, prawda? - Na jej ustach zatańczył cień uśmiechu. 

-  Nie, nie wiem - burknęłam. Roześmiała się. 

-  Jedno jest pewne, nie wierzymy w diabła. W zło wierzymy. Istnieje. Walczymy z nim każdego dnia. Ale w diabła? Nie. 

background image

 

 

-  Dobra, w takim razie, wysłannikiem diabła - stwierdziłam ugodowo. 

Ujęła moje dłonie w swoje. 

-  Rozumiem,  dlaczego  tak  się  czujesz,  Nastasyo.  -  Jej  głos  był  teraz  poważny.  -  Rozumiem.  Ale  wiesz,  że  Reyn  jest  po 

prostu  mężczyzną,  tyle  że  nieśmiertelnym.  To,  kim  był  i  co  robił...  on  się  wychował  w  takiej  kulturze.  Czy  tylko  on 
zaatakował zamek twojego ojca? 
 

-  Ale tylko on się do niego dostał - odparłam oschle. Bolało mnie serce. Nie chciałam o tym rozmawiać. 
-  Czy jego horda była jedyną, która niszczyła wioski? - ciągnęła Anne łagodnie. - Cała historia ludzkości 

to  ciągłe  podboje,  najazdy,  branie  w  niewolę.  W  naszych  czasach  ludzie  to  widzą,  wiedzą  o  tym  i  to  piętnują. Ale wtedy to 
stanowiło część życia, jak zarazy, oranie końmi i śmierć siedmiorga z dziesięciorga dzieci. 

-  Usprawiedliwiasz go? - spytałam chłodno. Nie wierzyłam własnym uszom. 
-  Ależ  skąd  -  powiedziała  stanowczo  Anne.  -  Nie  każdy  człowiek  w  tamtych  czasach  wybierał  jego drogę. Wielu, wielu 

chciało  pokoju,  chciało  mieć  domy  i  rodziny.  Nie,  Reyn  był  brutalnym,  żądnym  władzy  wojownikiem.  Urodził  się  w 
barbarzyńskiej  kulturze,  dla  której  podbijanie  innych  narodów  było  normą.  Nie  przeciwstawił  się  jej,  nie  uciekł  od  niej. 
Przyjął jej okrucieństwo, śmierć, ciemność. Ale prawie trzysta lat temu porzucił broń i zbroję. Zostawił dom ojca i zrzekł się 
przywództwa.  Jego  ludzie  skazali  go  na  banicję  za  to,  że  postanowił  odrzucić  ciemność  i  śmierć.  Od  tamtej  pory  walczy  w 
innej  wojnie,  z  samym  sobą,  przeciw  własnej  naturze.  Uparcie  stara  się  wybierać  dobro,  a  nie  zło,  pokój,  a  nie  przemoc, 
życie, a nie śmierć. 

Przypomniałam sobie, jak Reyn mówił, że podążanie za ciemnością oznacza szaleństwo i niekończący się ból. 
-  Ta ciężka walka toczy się od tamtej pory każdego dnia - ciągnęła Anne. Byłyśmy pod domem, ale stałyśmy na zewnątrz, 

w czerni nocy i zimnie. - Wycofał się. Zrobił postępy i je zaprzepaścił. Zstąpił do piekieł i przyczołgał się z powrotem. Ale ja 
wiem, i River wie, że mimo wszystko jest dobry. - Spojrzała na mnie w zamyśleniu. - I myślę, że ty też to wiesz. 

Szczęka mi opadła - jak Anne może mówić mi coś takiego? 
Klasnęła w dłonie i wzięła oddech. 

-  O, czuję zapach drewna. Nic nie pachnie tak przyjemnie jak palone drewno w zimną noc, prawda? 

Nic nie powiedziałam. 

Rozdział 28 

 
Następnego dnia miałam dyżur przy śniadaniu. Przypaliłam kilo bekonu. W jednej chwili zupełnie nad wszystkim panowałam 
i przewracałam plastry jak zawodowiec, potem przerwałam, żeby wyjąć z piekarnika foremkę angielskich mufinów, a kiedy 
się odwróciłam, na patelni piętrzyły się sczerniałe kawałki wieprzowiny. Gapiłam się na nie z niedowierzaniem, a później 
kątem oka zauważyłam, że pod kuchennym oknem mignęły mi jasnobrązowe włosy. Doskoczyłam do drzwi, otworzyłam je i 

background image

 

 

wybiegłam na kuchenne schody. Pusto. Ale byłam pewna, że to Neli rzuciła jakieś zaklęcie na bekon. Zaczynała mnie 
naprawdę wkurzać. Chciałam ją złapać i powiedzieć, że może sobie wziąć tego barbarzyńcę, że ja go nie chcę - ale tego nie 
zrobiłam. River nie poprosiła żadnego z nas, żebyśmy zachowali dla siebie swoje historie, ale z tego, co wiem, Reyn nie 
powiedział nikomu, że jestem dziedziczką domu Ulfura, a ja nie zdradziłam, że on jest Rzeźnikiem Zimy. 

Po raz pierwszy spóźniłam się pięć minut do Maclntyre^. Podwiozła mnie Rachel, która jechała dalej do 

Bostonu. Na ulicach leża! śnieg, który spadł zeszłej nocy, a ruch uliczny był jeszcze mniejszy niż zwykle. 

-  No, zjawiła się! - ryknął Stary Mac, kiedy zadźwięczał dzwonek nad drzwiami. - Miło, że dzisiaj do nas dotarłaś. 
Cholera, spóźniłam się zaledwie pięć minut. Najlepszą obroną jest atak. 
-  Zamówił pan już te leki homeopatyczne? - spytałam kategorycznie, idąc na tył, żeby się podpisać i powiesić kurtkę. 
-  Bierz się do roboty! - odpowiedział. 
Chyba  wstał  lewą  nogą.  Meriwether  nie  poszła  do  szkoły,  bo  miała  ferie  zimowe,  ale  facet  tak  nas  wziął  w  obroty,  że 

ledwie zdołałam jej kiwnąć głową na dzień dobry. 

Regały  z  asortymentem  na  Boże  Narodzenie i Chanu-kę były już mocno przetrzebione. Cały ranek doprowadzałam je do 

porządku, uzupełniałam półki tam, gdzie mogłam. Do Yule zostały dwa dni. Nie miałam pojęcia, co zaplanowała River. 

-  Jesteś kompletną idiotką? - Słysząc poniesiony głos Starego Maca, spojrzałam w tamtym kierunku. Maclntyre stał parę 

alejek  ode  mnie,  ale  cichy,  zrozpaczony  głos  Meriwether  wyjaśnił,  na  kogo  wrzeszczy.  -  Mówiłem  ci  sto  razy!  Recepty 
trzymaj osobno! Specjalnie usiłujesz zniszczyć to, co nam zostało z interesu? 

Dwie  miejscowe  kobiety,  które  robiły  zakupy  w  niedawno  poszerzonym  dziale  kosmetycznym,  uniosły  wzrok  i 

zmarszczyły brwi. 

Meriwether wymruczała coś, czego nie usłyszałam. 

-  Nie  obchodzi  mnie,  co  myślałaś!  -  wydarł  się  Stary  Mac.  -  Nie  płacę  ci  za  myślenie!  Od  myślenia  jestem  ja!  Ty tylko 

masz robić, co ci każę! 

Kobiety z zaciśniętymi ustami odłożyły zakupy i wyszły ze sldepu wyprostowane, rzucając pełne dezaprobaty spojrzenia. 

Meriwether na pewno je widziała. I skręcała się ze wstydu. 

-  Niech  ci  się  nie  zdaje,  że  możesz  tu  sobie  na  wszystko  pozwalać  tylko  dlatego,  że  zgodziłem  się,  żebyś  przełożyła 

trochę towaru! - perorował. 

Wstałam  z  zaciśniętymi  pięściami.  Stary  Mac  zawsze  był  zły,  ale  na  ogół  nie  okrutny  tak  wprost,  nie  napadał  na 

Meriwether bezpośrednio. 

-  Tato  - wymamrotała cicho, najwyraźniej bliska łez. Pomyślałam o tym, jak często wrzeszczy na nią ojciec, o tym, jakie 

musi być jej życie w domu. 

Moje  dłonie  zaczęły  poruszać  się  w  powietrzu,  a  z  ust  wydobyły  się  słowa,  których  prawie  nie  byłam  świadoma. 

Myślałam tylko o tym, żeby już więcej się nad nią nie znęcał. 

background image

 

 

 

******** 

-  Gib nat hathor - wyszeptałam. - Minn erlach nat haben... 
W lustrze w przejściu widziałam pusty sklep za Starym Makiem wymachującym rękami przed nosem Meriwether. Później 

dostrzegłam  swoje  odbicie,  z  blond  włosami,  ciemnymi  oczami,  plamami  złości  na  policzkach,  z  dłońmi  kreślącymi 
pieczęcie. Wypowiadałam zaklęcia, uprawiałam magyię. Jak? Skąd się to u mnie wzięło, ta wiedza? Przypomnieli mi się Incy 
i taksówkarz, i ja, kiedy się zastanawiałam, gdzie nauczył się tej magyi. Teraz robiłam to samo, a nieznana moc wzbierała we 
mnie - nie musiałam się nawet na niej koncentrować. Myślenie o niej powodowało tylko to, że ulatywała jak dym. Ale proszę, 
moje pradawne dziedzictwo w końcu się ujawniło, żeby... 

Skrzywdzić Starego Maca. 

Poczułam ukłucie gorąca w kieszeni dżinsów. Po chwili coś parzyło mi udo przez materiał. Przestałam się 

miotać i wyłowiłam... swój kamień księżycowy. Lśnił pięknie, a kiedy to zobaczyłam, uświadomiłam sobie, co robię. 

Chciałam  zrobić  krzywdę  Staremu  Macowi,  i  Bóg  mi  świadkiem,  że  na  to  zasługiwał.  I  to  bardziej  niż  inni,  których 

skrzywdziłam  przez  lata,  świadomie  lub  nieświadomie.  Więc co mnie powstrzymuje? Kamień księżycowy lśnił w mojej dłoni 
i był tak gorący, że ledwie mogłam go utrzymać. 

Co mnie powstrzymuje? 

Incy okaleczył taksówkarza. Boz zabił tamtych chłopaków. 
River  byłaby  taka...  rozczarowana?  Wściekła?  Rozczarowana.  Może  nawet  wyrzuciłaby  mnie  z  River's  Edge.  I  dokąd 

wtedy pójdę? Solis i Asher będą wściekli, raczej nie rozczarowani. Może się spodziewają, że coś takiego zrobię. Neli będzie 
przeszczęśliwa, radosna i pełna satysfakcji, że tak widowiskowo spieprzyłam sprawę. 

A  dowiedzą  się,  bez  wątpienia.  Potrafili  wyczuć  ode  mnie  aurę  magicznej  energii,  wibrację  w  moich  palcach.  Nie  byłam 

w River's Edge, gdzie magyią pozostawała ukryta, mniej więcej, niewidzialna dla ludzi z zewnątrz. 

Gdybym  to  zrobiła,  gdybym  teraz  wykorzystała  magyię,  zostałby  tu  ślad  mojej  energii.  Nigdy  wcześniej  o  tym  nie 

myślałam - może tego nie zauważyłam albo po prostu nie zwracałam na to większej uwagi. Ale kiedy wchodziłam do klasy w 
River's  Edge,  czułam,  że  niedawno  uprawiano  tam  magyię.  Czasami  umiałam  powiedzieć kto. Zostawiłabym swój ślad tutaj, 
w sklepie w West Lowing, i każdy mógłby go odnaleźć. 

Nagle usiadłam na przewróconym plastikowym koszu. Serce mi dudniło, a uszy przepełniał głośny szum. 

Niewiele  brakowało,  żebym  wszystko  zniszczyła.  Niewiele  brakowało,  żebym  ogłosiła  swoją  obecność  każdemu,  kto 

chciałby  ją  wychwycić,  żeby  mnie  namierzyć.  Na  przykład  Bozowi.  Incy'emu.  Owszem,  River  i  reszta  nałożyli  w  mieście 

background image

 

 

zaklęcia, żebym była tu bezpieczna. Ale gdybym posłużyła się magyią... Ta myśl wydawała się bardziej przerażająca niż ta o 
niezadowoleniu River. Przerwałam. W porę. 

Było  mi  zimno.  Stary  Mac  ciągle  się  wydzierał  dwa  przejścia  dalej.  Wstałam,  drżąc  z  nerwów  i  wzięłam  pudełko 

tampaksów.  Podeszłam  tam,  skąd  słyszałam  ich  głosy,  zachowując  się  tak,  jakbym  była  w  Timbuktu  i  nie  docierały do mnie 
krzyki. 

-  Hej, czy ktoś wie... - zaczęłam, ale przerwałam zaskoczona, kiedy oboje odwrócili głowy, żeby na mnie spojrzeć. 
Meriwether  miała  twarz  w  plamach,  a  po  policzkach  spływały  jej  duże  łzy.  Stary  Mac  był  taki  czerwony,  że  zasta-

nawiałam się, czy przypadkiem nie dostał ataku serca. Przypuszczałam, że się dowiem, jeżeli zaraz padnie na kolana. 

-  Oj,  przepraszam.  Nie  chciałam  przeszkadzać  -ciągnęłam  z  udawaną  swobodą.  -  Ale  może  któreś  z  was  wie...  - 

Wyciągnęłam pudełko tampaksów, na które Stary Mac tak reagował, jak wampir na widok krzyża. - Czy są większe? 

Meriwether, choć na pewno miała mętlik w głowie, wzięła się trochę w garść. 

-  Na przykład w opakowaniach po siedemdziesiąt osiem? - spytała. 
-  Nie  -  powiedziałam,  kiedy  Stary  Mac  zaczął  się  wycofywać  ze  wzrokiem  wbitym  w  ziemię,  mrucząc  do  siebie.  -  Na 

przykład,  te  są  małe.  Później  jest  normalny  rozmiar.  A  są  XL  albo  super?  Na  przykład  na  noc  albo...  może...  dla  większych 
osób? 

Meriwether  ledwie  była  w  stanie  trzeźwo  myśleć,  ale  dzielnie  próbowała,  przez  co  jeszcze  bardziej  się  wkurzyłam  na  jej 

ojca dupka. 

-  Chyba tak - odparta nieśmiało. - Patrzyłaś z tyłu? 

-  Aha  -  podchwyciłam  z  entuzjazmem  tę  błyskotliwą  wskazówkę.  -  Nie  patrzyłam.  Zerknę.  Ej,  dochodzi  południe.  Nie 

jestem głodna, ty idź coś zjedz, a potem ja pójdę, dobrze? 

Meriwether zagryzła wargę, wzięła kurtkę i wyszła ze sklepu. ; 

Stary Mac był z tyłu, w dziale lekarstw. Rozstawiał małe pudełka, utyskując. Zyskałam dla Meriwether pół godziny ulgi. 

Chciałabym móc po prostu poprawić jej sytuację. Jej i Dray. 

Zależało mi na nich. Pragnęłam, żeby czuły się lepiej i miały lepsze życie. I wtedy przyszło mi do głowy, że zależy mi na 

mnie  samej.  Ze  ja  też  chcę  mieć  lepsze  życie.  To, że  zależy  mi  na  moim  życiu,  oznaczało,  że  pozwalam  sobie  na  to,  żeby 
zależało mi na innych. River znów miała rację. 

Denerwujące. 

I  wiedziałam  też,  że  powstrzymałam  się  przed  ciemną  magyią.  Postanowiłam,  że  jej  nie  wykorzystam.  To  był  postęp. 

Zdecydowanie. 

 

******** 

background image

 

 

Tego wieczoru byłam wyznaczona do zmywania i skupiałam się na teraźniejszości, czyli na prawdziwym odczuwaniu tego, 

jak bardzo nie lubię zmywać. 

-  Nie  myślałaś  o  zmywarce  przemysłowej?  -  spytałam  River,  kiedy  przyniosła  mi  kolejny  stos  talerzy.  -  Są  takie,  że 

myją  wszystko  w  dwie  minuty.  -  Przesunęłam  małą  szczotką  z  rączką  po  talerzu  i  zanurzyłam  go  w  gorącej,  pienistej 
wodzie. Zapomniałam założyć gumowe rękawiczki (można dodać do tego wszystkiego „oczywiście"), więc ręce miałam 
pomarszczone  i  czerwone.  Wyglądały  jak  dłonie  szwedzkiego  rybaka.  Mężczyzny.  Starego.  Pomyślałam  o  miękkich, 
białych dziewczęcych dłoniach 
Neli, z zawsze idealnym manikiurem, i poczułam, jak wzbiera we mnie gorycz. 

River uśmiechnęła się i pogłaskała mnie po plecach. 

- Wiem, jak ważna jest dla ciebie oszczędność czasu. Bo zawsze ci go brakuje. 

Jęknęłam, a ona się roześmiała. 

A  tak  na  poważnie,  cały  ten  tydzień  był  do  dupy.  Miałam  wrażenie,  że  Neli  szykuje  się  do  wojny.  Nie  mogłam  przestać 

myśleć  o  Reynie,  na  nowo  przeżywając  strach  -ten  dawny,  związany  ze  wspomnieniami  o  tym,  że  zniszczył  mi  dzieciństwo, 
jak  i  ten,  teraz,  kiedy  niszczył  spokój  mojego  umysłu.  Pamiętałam  nasze  gorące  pocałunki,  pamiętałam  jego  przerażenie, 
kiedy mnie rozpoznał. Był przerażony zarówno tym, że jestem „niegrzeczną dziewczynką", która może znów zepchnąć go na 
złą drogę, jak i tym, że on i jego rodzina mieli wpływ na moje życie. Jego światy też się sobie przeciwstawiały. 

Stary Mac zachowywał się nieznośnie. Czułam się źle z powodu Meriwether i Dray. Była zima, najmniej ulubiona przeze 

mnie  pora  roku,  kiedy  słońce  wstaje  późno  i  wcześnie  zachodzi,  z  niekończącym  się  zimnem,  śniegiem,  lodem.  Dlaczego 
River nie osiedliła się, powiedzmy, na Bahamach? Nie mogła tam nawracać dusz? Mogła. Ale wybrała co innego. 

-  Może po prostu nie jestem w stanie tego robić. - Nie zdawałam sobie sprawy, że gadam na głos. 

-  Czego? - spytała River i się odwróciła. Powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Zaczęłam ze 

złością szorować talerz. 

-  Zmywam  gary,  dziobią  mnie  kury,  stanowię  cel  dwulicowych  suk  i  przyjaźnię  się  z  dzieciakami,  których  życie  jest 

bardziej żałosne niż moje i, o tak, bawię się tu z psycholem, mordercą moich rodziców. Może być bardziej do dupy? 

River spojrzała na mnie. 

-  Nie  jestem  stworzona  do  tego,  żeby  być  nieśmiertelną  harcerką  -  stwierdziłam  zmęczonym  głosem.  -  Całe  to  uczenie 

się, akceptowanie przeszłości, grzebanie w moich wnętrznościach i ta przyjacielskość, i wykładanie towaru... to nie ja. 

River  milczała,  a  ja  po  minucie  przygotowałam  się  na  to,  co  mogę  zobaczyć  w  jej  oczach.  Rozczarowanie?  Uniosłam 

głowę i zobaczyłam... nie wiem. Współczucie? 

-  Czego chcesz? - spytała łagodnie. 

-  Chcę się czuć lepiej - odpowiedziałam tak jak wcześniej. - Nie czuć bólu. 

-  Nie. Czego naprawdę chcesz? Zacisnęłam zęby i wypuściłam powietrze z płuc. 

background image

 

 

-  Chcę... czuć, że nie jestem zupełnym śmieciem. 

-  Nie. - Wydawała się dość pewna. - Czego naprawdę chcesz? 

Chciałam krzyczeć i rozbić talerz o kamienny zlew. 

-  Nie chcę być mroczna. - Niemal wyszeptałam te słowa, nigdy wcześniej nie wypowiadałam ich na głos. 

River  znów  się  nie  odezwała,  ale  odniosłam  wyraźne  wrażenie,  że  to  nadal  nie  jest  właściwa  odpowiedź.  Po  kilku 

chwilach przesunęła dłonią po moich włosach i wyszła. 

Gdyby w tej chwili pojawiła się w kuchni Neli, rozwaliłabym jej talerz na głowie. 

Ale  byłam  sama  i  dokończyłam  zmywanie  cholernych  naczyń.  Później  poczłapałam  na  górę,  wypowiedziałam  zaklęcie 

na drzwi, weszłam do łóżka we wszystkich ciuchach, wypiłam herbatę i płakałam, aż zasnęłam. 

Rozdział 29 

Następnego  dnia  była  sobota.  Musiałam  wyczyścić  dwa  konie.  Zostałam  wyznaczona  do  Sorrel  i  Titusa.  Sorrel,  szczupłą 
klacz, używano tylko do jazdy wierzchem. Tytus to irlandzki koń pociągowy, od czasu do czasu zaprzęgany do wozu, wózka 
czy czegoś innego. Oba konie były miłe, do tego cierpliwe i spokojne, nie tak jak, powiedzmy, diabelna kura. 

Uwiązałam Sorrel i zaczęłam od gumowego zgrzebła. Sapała mi we włosy, kiedy wyczesywałam z mej kurz i sierść. 

 

 
Konie.  Nawet  nie  chcę  mówić  o  koniach.  Nie  da  się  przecenić  roli,  jaką  odgrywały  w  życiu  ludzi,  aż  do  ostatniego 

stulecia.  Przez  tysiące  lat  konie  i  krowy  utrzymywały  ludzi  przy  życiu,  umożliwiały  im  podróże,  przewożenie  ciężkich 
rzeczy, uprawę ziemi, żeby rodzina nie umarła z głodu. Zawsze kręciłam się wokół nich. Kiedyś, kiedy mieszkałam w Anglii, 
jakoś  w  połowie  XIX  wieku,  miałam  fioła  na  ich  punkcie,  jeździłam  codziennie  -  na  swoich  własnych.  Ale  z  nimi  było  tak, 
jak ze wszystkim - w końcu umierały. 
Pozbierałam się po stracie koni. Teraz na ogół ich unikałam. Ich mądre oczy, wrażliwa natura - potrafią wyczuć kłamstwo jak 
psy,  koty  i  małe  dzieci.  Starałam  się  unikać  ich  wszystkich.  Poza  tym,  gdy  tylko  poczułam  zapach  konia,  wracało  do  mnie 
mnóstwo  wspomnień  tak  intensywnych,  jak  to  zapachy  przywołują.  Czasami  mogę  być  kolejny  raz  w  tym  samym  budynku 
czy na lotnisku albo znów zobaczyć ten sam widok z mostu i nawet sobie tego nie przypomnieć, chociaż wiem, że tam byłam, 
że  to  widziałam.  Ale  jeżeli  temu  wspomnieniu  towarzyszy  zapach, wszystko zalewa mnie z dręczącymi szczegółami. Zapach 
pieczonych  orzeszków  ziemnych  na  Manhattanie.  Zapach  Morza  Śródziemnego  w  Mentonie.  Świeżo  skoszonego  siana  w 
Kansas. Śniegu na Islandii. Wyciskanych winogron we Włoszech. Pieczonych pączków i kawy w Nowym Orleanie. I koni. 

Sorrel  delikatnie  tupnęła  przednią  nogą,  kiedy  ja  z  całej  siły  starałam  się  nie  myśleć  o  strychu  z  sianem  trzy  metry  nade 

mną. Przez kilka minut byłam szczęśliwa tam, na górze. 

background image

 

 

Najpierw  zgrzebło,  potem  szczotka  włosiana,  później  szczotka  z  miękkim  włosiem,  ręcznik.  Sorrel  wyglądała  jak  z 

obrazka,  kiedy  skończyłam  czyścić  jej  sierść.  Wzięłam  kopystkę,  wyczyściłam  podkowy  i  po  robocie.  Kiedy  rozpinałam 
uwiąż, pogładziła mnie nosem po głowie, a jej ciepły oddech pachniał sianem. 

- Dobra, koniku - wymruczałam i odprowadziłam ją do boksu. 
Titus,  choć  większy  i  cięższy,  to  daleko  mu  było  do,  powiedzmy,  perszerona  czy  konia  pociągowego.  Widziałam 

naprawdę olbrzymie konie pociągowe. Zapięłam Ti-tusa w uwiąż i wzięłam gumowe zgrzebło. Ręka już mnie bolała. 

********** 

Konie pociągowe. 
Mój  ojciec  miał  konie  wojenne  -  nie  tak  wielkie  i  ciężkie  jak  w  Europie,  przeznaczone  do  tego,  żeby  utrzymać 

mężczyznę i zbroję ważących dwieście kilo. Ale jednak duże, silne konie, hodowane na wojnę. Do których dzieci nie mogły 
podchodzić.  Trzymał  też  tak  zwane  damskie  konie  -  mniejsze,  lżejsze,  zwykle  klacze,  do  jazdy  dla  mnie,  mojej  matki  i 
rodzeństwa. Wsadzono mnie na jedną z nich, kiedy miałam trzy lata. Zanim skończyłam sześć, jeździłam konno - nie wiem, 
jak zapisać staroislandzkie imię, ale oznaczało rozgwiazdę, bo moja klacz miała takie śmieszne znamię. Siostry, starszy brat 
i ja jeździliśmy konno spokojnie poza murami zamku wzdłuż kolein na kamienną plażę. Tam ćwiczyliśmy stanie na końskich 
grzbietach  -  trzymaliśmy  wodze  jedną  ręką,  a  drugą  teatralnie  unosiliśmy  nad  głową.  Wydawało  nam  się,  że  to  wygląda 
szalenie fantazyjnie i odważnie. 

Kiedy straciłam wszystko i zamieszkałam z przybraną rodziną, która wydała mnie za Asmundura, jego ojciec w prezencie 

ślubnym  ofiarował  nam  małego  konia  pociągowego.  To  był  książęcy  dar  -  nasz  własny  koń!  Miała  na  imię,  w  tłumaczeniu, 
Omszała,  z  powodu  ogona  i  grzywy.  Była  mała,  ale  bardzo  silna,  odważna  i  pracowita.  Kochałam  ją,  chociaż  nigdy  nie 
mogłam  na  niej  jeździć  -  kiedy  nie  pracowała,  musiała  odpoczywać.  Później  Asmundur  zmarł  i  to  Omszała  zawiozła  jego 
trumnę na pole grzebalne. Mała klacz ciągnęła wóz z Asmundurem, a reszta nas szła za nim. 

Potem  musiałam  sprzedać  Omszałą  -  nie  dałabym  rady  wykarmić  jej  przez  zimę  ani  o  własnych  siłach  nie 

poprowadziłabym  nawet  małej  farmy.  Poza  tym,  gdybym  została  w  tej  społeczności,  niedługo  znaleźliby  mi  nowego  męża. 
Młoda,  bogata  wdowa  -  byłabym  rozchwytywana  jak  świeże  bułeczki.  Więc  sprzedałam  Omszałą  i  spakowałam  to,  co 
mogłam  udźwignąć  na  plecach.  Pożegnałam  się  z  Momer,  Rabbim  i  z  rodziną  Asmundura,  która  nie  chciała,  żebym 
odchodziła.  Później  uświadomiłam  sobie,  że  mieli  jeszcze  drugiego  syna  -  wtedy  miał  dopiero  czternaście  lat,  ale 
nadawałabym się dla niego na żonę. 

Na sąsiada wozie z sianem dojechałam do najbliższego większego miasteczka, Aelfding. Zabrało to dzień i kawałek nocy. 

Całą  drogę  płakałam,  częściowo  za  Asmundurem,  ale  głównie  za  kochaną,  odważną,  silną  małą  Omszałą.  Nigdy  więcej  jej 
nie zobaczyłam i tęskniłam za nią ponad pięćdziesiąt lat. 

W  Aelfding  odszukałam  Matkę  Berglind.  Mieszkała na poddaszu nad stajnią i zarabiała na utrzymanie tkaniem surowego 

lnu  na  fartuchy  i  inne  podobne  rzeczy.  Była  bardzo  stara  i  prawie  ślepa,  na  krośnie  pracowała,  posługując  się  głównie 

background image

 

 

dotykiem.  Musiałam  podejść  do  niej  bardzo  blisko,  żeby  mnie  dojrzała.  Kiedy  mnie  zobaczyła,  zmrużyła  oczy  i  przechyliła 
głowę.  Zmieniłam  się  -  miałam  już  osiemnaście  lat,  byłam  kobietą,  wdową,  a  po  raz  ostatni  widziała  mnie  jako 
dziesięciolatkę. Ale kiedy mnie rozpoznała, wyglądała na wystraszoną i się cofnęła. 

-  Czego chcesz, dziecko? - spytała. 

-  Pamięta mnie pani? Byłam... sierotą, a pani oddała mnie rodzinie, rolnikom w dolinie. Gunnar Oddursson? 

Zawahała się, patrząc spod przymkniętych powiek, jakby rozważała, czy zaprzeczyć, czy nie. 

-  Tak - przyznała w końcu niechętnie. 

-  Mój dom rodzinny znajdował się pod Heolfdavik -powiedziałam. - Nie wie pani, czy ktoś tam jeszcze jest? 

Staruszka rozejrzała się, jakby się bała, że ktoś może podsłuchiwać. Sprawiała wrażenie nieszczęśliwej i zdenerwowanej 

z  powodu  mojej  wizyty.  Chciałam  jej  podziękować,  że  znalazła  mi  rodzinę  zastępczą,  ale  najwyraźniej  chciała  się  mnie 
pozbyć. 

-  Nikogo tam nie ma - mruknęła. 

-  Są jeszcze ludzie w wiosce? - nie dawałam za wygraną. 
-  Nie! Nikt już tam nie mieszka! - Teraz wyglądała, jakby była zła. Poczłapała z powrotem do ławki przed krosnem. 

Nie  wiedziałam,  co  powiedzieć,  i  czułam  się  niezręcznie,  widząc  jej  zakłopotanie.  Odwróciłam  się  bez  słowa  i  szybko 

zeszłam wąskimi, krzywymi schodami na chłodne powietrze. 

Powrót  wydawał  mi  się  naturalną  rzeczą.  Nie  było  to  tak  daleko,  jak  myślałam  -  dawniej,  w  dzieciństwie,  miałam 

wrażenie, że z hrókur mojego ojca do Aelfding, a stamtąd do farmy Oddurssonów w dolinie jest niewiarygodnie daleko. Ale 
pokonałam tę odległość mniej więcej w sześć godzin, wąską drogą, z koleinami od błota. 

Ledwie  pamiętałam  tę  drogę.  Dotarłam  nią  tak  daleko  tylko  kilka  razy,  ale  zapamiętałam  ją  jako  szerszą,  równiejszą  i  o 

wiele  bardziej  ruchliwą.  W  niektórych  miejscach  musiałam  właściwie  torować  sobie  przejście  wśród  wyrośniętych  krzewów. 
Kiedyś  to  była  główna  arteria  między  Heolfdavik  a  Aelfding,  przechodząca  zaraz  obok  ziem  mojego  ojca,  naszej  wioski. 
Dziwne, że nikt jej nie używał. 

Ledwie  zauważyłam  zakręt,  który  prowadził  na  ziemie  ojca.  Tylko  dzięki  kamieniom,  potrzaskanym  i  zarośniętym  przez 

stepową trawę uświadomiłam sobie, że kiedyś stała tu brama naszej wioski. Ruszyłam tą drogą i po półgodzinie, kiedy stopy 
mnie piekły, a ramiona bolały od dźwigania mojego skromnego dobytku, dostrzegłam dziedziniec zamku. 

Dawno temu dziedziniec otaczały kamienne mury, może na pięć i pół metra wysokie i na cztery metry grube 

u podstawy. Teraz widziałam tylko fragmenty porozbijanych kamieni. 

Wtedy  każdy  gród,  który  miał  więcej  niż  cztery  czy  pięć  chat  stojących  blisko  siebie,  otaczało  się  murem,  żeby  był 

trudniej dostępny dla najeźdźców. To by ich nie powstrzymało - nic nie mogło ich powstrzymać - ale trochę by spowolniło. W 
naszej wiosce najpierw stały mury obronne z bramą, przez którą przechodziłam, a później w obrębie murów mieliśmy domy, 
chaty  i  małe  skrawki  ziemi  -  tam  ludzie  trzymali  kozy,  świnie  albo  owce,  a  czasem  konie.  Małe  poletka  warzywniaków.  Na 

background image

 

 

szczycie wzgórza znajdował się wielki - w tłumaczeniu: zamek, ale to był zameczek, mojej rodziny. Największa i najbardziej 
dopracowana budowla w promieniu setek kilometrów, ale mocna, cała z kamienia zamiast z drewna czy tynku z wikliną. 

Mój ojciec był królem tej ziemi, tak jak jego ojciec przed nim i ojciec jego ojca. Urodziłam się w królewskiej rodzinie. Co 

prawda nie była tak wielka, jak te europejskie, ale jednak królewska, posiadała ogromną władzę -magyiczną moc Czwartego 
Domu  Nieśmiertelnych.  Dom  Ulfura.  Mur  wokół  naszego  siedliska  okalał  prawdopodobnie  jakieś  dwa  i  pół  hektara.  Był 
wyższy  i  szerszy  niż  mur  grodzki  i  miał  miejsca dla wojów, żeby mogli biec na szczycie. Wielkie drewniane bramy, nabijane 
żelaznymi  kolcami,  otwierały  się  na  zewnątrz,  żeby  nie  dało  się  ich  tak  łatwo  pokonać  taranem.  Zaraz  za  bramą  znajdowała 
się gruba drewniana platforma pokryta ubitym piachem. Jeżeli ktoś nie Wiedział, że ona tam jest, wchodził wprost na nią. Ale 
w  przypadku  ataku  odsuwano  ją,  a  pod  spodem  znajdowała  się  bardzo  głęboka  dziura.  Przypuszczam,  że  paru  ludzi  Reyna 
skończyło w niej tamtej nocy. 

Nasz  zamek  nie  wyglądał  jak  Wersal  czy  Windsor  -był  o  wiele  bardziej  surowy i starszy, miał wąskie łukowate otwory 

w murach, kręte kamienne schody i tak dalej. 
Dziedziniec otaczały mury. Tam mieszkała nasza służba, a w małych domkach przy murach trzymaliśmy własne konie, kozy, 
świnie  i  owce.  I  mieliśmy  własne  ogrody.  Kiedy  atakowali  najeźdźcy,  mieszkańcy  podzamcza  chwytali  co  się  da  i  biegli  do 
hrókur  mojego  ojca.  Wysokie  drewniane  bramy  zamykały  się  za  nimi,  a  my  wszyscy  kucaliśmy  i  przeczekiwaliśmy  atak. 
Najeźdźcy nigdy nie pokonali murów zamku. Do czasu, kiedy im się udało. 

Tamtego  dnia  mijało  prawie  dziewięć  lat  od  ataku.  Nie  wiedziałam,  co  zastanę.  Myślałam,  że  może  wioska  została 

odbudowana. Może nawet ustanowiono nowego pana i odbudowano zamek. Ale nic nie zastałam. 

Zobaczyłam  rumowisko  przy  bramach  i  kolejne  rumowisko  przy  murach  naszego  dziedzińca.  Dom  mojego  ojca  był 

zbudowany  z  ogromnych  kamieni,  wydobywanych  wprost  z  ziemi  w  kamieniołomach  w  głębi  lądu.  Ale  kiedy  wpatrywałam 
się  w  miejsce,  w  którym  powinny  się  znajdować,  największy  kamień,  jaki  zobaczyłam,  był  może  wielkości  dyni.  Jakby 
zamieniły  się  w  pył,  jak  kamień  Neli.  Teraz  wiem,  że  ojciec  Reyna  chciał  użyć  amuletu  mojej  matki,  przedmiotu,  który 
pomagał  jej  uprawiać  magyię.  Ale  nie  miał  jej  wiedzy,  nie  znał  zaklęć i najwidoczniej zniknął pod wpływem eksplozji jakiejś 
mocy. Reyn widział ojca, braci i ich ludzi - na jego oczach zamienili się w popiół. I ma wypalony znak jak ja. 

Najeźdźcy  zawsze  niszczyli  miasta  -  podpalali  wszystko,  zabierali  albo  zabijali  inwentarz,  wyrzynali  ludzi.  Ale  zwykle 

zostawały  konstrukcje  domów,  fundamenty,  kominy.  Czasami  z  tych  szczątków  ludzie  odbudowywali  wioski,  ale  nieczęsto. 
Wtedy  wszyscy  wierzyli,  że  za  najeźdźcami  podążają  niebezpieczne  trolle.  Więc  wioska  była  zostawiana  trollom,  a  gdzieś 
nieopodal zakładano nową. 

Ale to - nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Nie zostało nic, a to była ogromna kamienna budowla z co 

najmniej czternastoma pokojami. I, w przeciwieństwie do prowadzącej tu drogi, tam gdzie znajdował się hrókur mojego ojca, 
nic  nie  odrosło;  nawet  przyroda  nie  upomniała  się  o  tę  dziurę.  Obeszłam  obrys  domu  -  nawet  ziemia  była  zwęglona, 
spieczona. Ale po pożarze rośliny zawsze odrastają, czasami nawet bujniejsze. 

background image

 

 

Postawiłam  swój  wór i usiadłam na ziemi. Przyszłam na próżno. Nie było tu nikogo, kto mógłby mi wytłumaczyć, co się 

stało.  Miałam  cichą  nadzieję,  że  znajdę  jakieś  księgi  ojca,  może  nadpalone,  ale  ukryte  pod  gruzami.  Albo  klejnoty  matki, 
których  najeźdźcy  nie  znaleźli.  Ale  okolica  wyglądała  tak,  jakby  nikt  nigdy  tu  nie  mieszkał.  Podrapałam  się w kark. To tutaj 
przeżyłam  pierwszych  dziesięć  lat  życia,  kiedy  miałam  prawdziwą  rodzinę.  Byliśmy  bogaci,  ojciec  posiadał  wielką  władzę. 
Ważni  ludzie  pokonywali  wielkie  odległości,  żeby  się  z  nim  zobaczyć.  Mieliśmy  służbę,  nauczycieli,  księgi,  instrumenty 
muzyczne, konie i małą furmankę, zaprzęganą w kozy, dla mojego małego brata. 
Teraz  nie  było  nic.  Nie  miałam  nic.  Nie  miałam  nikogo.  Tamtej  nocy  zobaczyłam  głowę  swojego  ojca  -  wypadła  z komina i 
potoczyła  się  po  podłodze.  Widziałam,  że  matka  obdziera  kogoś  żywcem  ze  skóry.  Widziałam,  jak  Sigmundur  odrąbuje  mu 
głowę.  Zostawiłam  starszą  siostrę  i  młodszego  brata,  podbiegłam  do  matki  i  przywarłam  do  jej  spódnicy.  Scenę  tworzyły 
poszarpane  obrazy,  ryk, urywane dźwięki. Mężczyźni, mnóstwo mężczyzn, na korytarzu. Zamek płonął, cały dziedziniec stał 
w ogniu. Konie rżały, owce beczały. Dzieci ludzi mojego ojca płakały. Czasem ich płacz nagle ustawał. 

Obdarte  ze  skóry  ciało  najeźdźcy  leżało  na  podłodze,  a  każdy  fragment  surowego  mięsa  tryskał  krwią.  W  następnej 

chwili  większy  mężczyzna  ze  złotaworudymi  włosami  i  pomalowaną  twarzą  ryknął  i  sięgnął  za  ramię  po  topór.  Wydawało 
mi  się,  że  to  dzieje  się  w  zwolnionym  tempie.  Błysnęło  naostrzone  metalowe  ostrze.  Mój  brat  uskoczył  zwinnie,  żeby  go 
uniknąć. Ostrze wbiło mu się w ramię, niemal je odrąbując. 

Sigmundur krzyknął i wtedy pokój wypełnił się innymi berserkami. Kilku stanęło przy drzwiach i ścinało strażników ojca, 

którzy biegli korytarzem. 

Sigmundur  się  zachwiał,  wyjąc  z  bólu.  Drugą  ręką  uniósł  miecz,  ale  wtedy  topór  najeźdźcy  zakołysał  się  znowu  i  głowa 

mojego brata spadła na ziemię, a za nią powoli osunęło się ciało. 

Zza  matczynej  spódnicy  słyszałam  ostrą,  ciemną,  potworną  pieśń.  Widziałam  błyskawicę  w  dłoniach  matki,  którą  raziła 

twarze i oczy najeźdźców. Upadali z krzykiem, ale nadciągali inni. 

Ktoś odrąbał głowę Eydis - upadła jak zwiędły kwiat na łące. Nie odtoczyła się daleko od szyi, oczy cały czas mrugały, a 

dłonie  się  wykręcały.  Ciężki  but  kopnął  głowę  kilka  metrów  dalej  i  po  chwili  ciało  Eydis  leżało  nieruchomo,  powieki  się 
zamknęły. 

Następna  była  Tinna.  Nie  cierpiała  walki  i  mieczy,  zawsze  wymigiwała  się  od  ćwiczeń.  Teraz  stała  w  koszuli  nocnej,  z 

twarzą  białą  jak  len.  Upuściła  miecz  na  ziemię.  Do  przodu  wybiegł  mężczyzna,  chwycił  ją  i  przerzucił  sobie  przez  ramię. 
Zaczął  przedzierać  się  przez  ciała,  żeby  uciec  z  komnaty,  ale  zaatakował  go  któryś  ze  strażników  ojca.  Przeszył  mu  brzuch 
mieczem tak, że wnętrzności wyszły na wierzch. 

Inny topór odrąbał głowę Tinnie. Największy mężczyzna, najstarszy, wydawał rozkazy - żył, choć krwawił tak mocno, że 

ściekała mu farba z twarzy. Mówił innym dialektem niż my, ale na tyle podobnym, że rozumiałam. 

- Wybić wszystkich! Nikogo nie zostawiać przy życiu! Nawet dzieci! Wystarczy jedno, żeby użyli magyi! 

background image

 

 

Haakon  upadł  na  kolana,  małymi  rączkami  cały  czas  ściskając  sztylet.  Podbiegł  do  niego  barbarzyńca,  a  Haakon 

odruchowo machnął sztyletem i ranił go w kostkę. Po sekundzie mój młodszy brat też nie żył. 

Matka  stała,  wysoka,  straszna,  promieniująca  mocą.  Widziałam,  jak  błyskawica  przecina  powietrze  i  trafia  największego 

najeźdźcę  w  oko.  Krzyknął,  upuścił  topór  i  jedną  ręką  chwycił  się  za  pusty  oczodół.  Kiedy  matka  znów  uniosła  ręce, 
trzymając  amulet,  machnął  długim  mieczem,  szybciej  niż  to  możliwe,  jak  mi  się  wydawało.  Ciało  matki  podskoczyło  pod 
wpływem  ciosu,  a  później  bardzo,  bardzo  powoli  zaczęło  opadać  do  tyłu.  Mocniej  przywarłam  do  jej  spódnicy  i  zacisnęłam 
powieki,  a  ona  runęła  wprost  na  mnie.  Tak  rąbnęłam  głową  o  kamienną  posadzkę,  że  zobaczyłam  gwiazdy,  a  panujący 
dookoła chaos zamglił się na chwilę. Ciężar matki mnie przygniatał, gruba wełna szaty dusiła. Nic nie widziałam, nie mogłam 
się ruszyć. Krzyki były stłumione. Mój nos wypełnił się potwornym odorem spalenizny - palonych włosów, wełny, skóry. 

Nie  wiem,  jak  długo  leżałam.  Wreszcie  nastała  cisza,  a  ja  ciągle  tkwiłam  w  miejscu,  choć  ledwie  oddychałam.  Dym 

drażnił mi nos, palił w gardle. W końcu naprawdę nie mogłam oddychać. Ostrożnie trąciłam ciało matki, ale ani drgnęło, więc 
musiałam je mocno odepchnąć stopami. Stoczyła się ze mnie. Otworzyłam oczy. W komnacie nie było żywych. Wokół leżały 
ciała  moich  braci  i  sióstr.  Twarz  matki  wyglądała  ciągle  pięknie,  spokojnie.  W  korytarzu  pusto.  Z  zewnątrz  dobiegały  mnie 
stłumione krzyki. Zamek płonął, ogień pochłaniał komnatę. Żar niemal nie do zniesienia. 

Powoli  wstałam.  Całkiem  ogłuszona  w  ogóle  nie  myślałam,  nic  nie  czułam.  Jakbym  też  nie  żyła  -  może  mnie  zabili  i 

jestem  teraz  duchem.  Musiałam  przejść  nad  ciałem  Eydis,  nad  ciałem  Haakona.  Gdybym  była  duchem,  mogłabym  się  nad 
nimi unieść. 

Skierowałam  się  ku  wyważonym  i  roztrzaskanym  drzwiom  i  kątem  oka  zobaczyłam,  że  mur  się  porusza.  Spojrzałam  na 

niego  i  znowu  się  poruszył,  wąski  pas  kamiennej  ściany  obok  szafy.  Rozleciał  się.  Ukucnęłam  i  palcami  przypadkiem 
chwyciłam za przesiąknięte krwią włosy Sigmundura. 

Do  środka  zajrzała  kobieta  z  przerażoną  miną.  Na  widok  pobojowiska  zasłoniła  dłonią  usta,  żeby  nie  krzyknąć. 

Zamrugałam,  rozpoznałam  ją  -  Gildun  Haraldsdottir.  Żona  koniuszego  ojca.  Obok  niej  pojawił  się  mężczyzna,  jej  mąż, 
Stepan. Na jego twarzy widać było smutek i zgrozę. Położył dłoń na ramieniu żony. 

Wstałam. 

Podskoczyli  wystraszeni,  widząc  mnie  wśród  płomieni  i  ciał.  Wstrząśnięta  Gildun  z  otwartymi ustami kiwnęła, żebym do 

niej podeszła. Zaczęłam powoli iść, prawie nieświadoma tego, co robię. Coś chrupnęło mi pod stopami - ciężld złoty łańcuch, 
ten,  na  którym  matka  nosiła  amulet  na  szyi.  Amuletu  nie  było,  głowa  matki  leżała  odcięta.  Zrobiłam  kolejny  krok  w  stronę 
Gildun, nie podniosłam łańcucha. 

Poganiali  mnie.  Nigdy  wcześniej  nie  widziałam  tych  ukrytych  drzwi,  nie  miałam  pojęcia,  dokąd  prowadzą.  Teraz,  z 

perspektywy, rozumiem, dlaczego matka zabrała nas do komnaty ojca. Ale niestety wszystko potoczyło się tak szybko, że nie 
zdążyliśmy uciec tunelem, a może drzwi otwierały się tylko z drugiej strony, nie wiem. I nigdy się nie dowiem. 

background image

 

 

Płomienie  sunęły  po  kobiercu.  Za  chwilę  zapaliłaby  się  moja  nocna  koszula.  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  jestem 

nieśmiertelna,  dopiero  co  widziałam,  jak  zabito  całą  moją  rodzinę.  Wiedziałam,  że  śmierć  w  ogniu nie będzie lekka. Kolejny 
krok i znowu na coś nadepnęłam. 
Bałam się, że to może być czyjaś dłoń, i nie chciałam patrzeć w dół. A jednak spojrzałam. Stałam na płonącej wełnie - smród 
był  potworny.  Pod  płomieniami  leżał  amulet  matki  -  a  przynajmniej  jego  połowa.  Połowy  brakowało,  tej  z  kamieniem 
księżycowym.  Rozejrzałam  się  szybko,  ale  jej  nie  zauważyłam. Podniosłam amulet, parząc sobie rękę i natychmiast znów go 
upuściłam. 

-  Lilja, szybko! - zawołała Gildun ściszonym i przerażonym głosem. - Pożar! 
Oddarłam  szeroki  pas  swojej  koszuli  i  owinęłam  nim  dłoń.  Chwyciłam  amulet,  a  potem  utkwiłam  wzrok  w  Gildun. 

Dotarłam  do  niej  po  pięciu  krokach,  a  Stepan  złapał  mnie  za  rękę  i pociągnął do czarnego tunelu. Gildun zamknęła za nami 
drzwi i zdjęła ze ściany pochodnię. Stepan prowadził, trzymając mnie mocno. 

-  Czekaj!  -  Musiałam  uwolnić  dłoń.  Okręciłam  amulet  materiałem  i  przewiązałam  go  sobie  na  szyi.  Później  znów 

wzięłam Stepana za rękę i we trójkę biegliśmy niskim tunelem z podłogą jak klepisko, wąskim, pachnącym wilgocią i ziemią. 

Miałam  wrażenie,  że  biegniemy  godzinami.  Potykałam  się  o  korzenie  i  kamienie,  a  raz  upadłam  i  Gildun  musiała  mnie 

podnosić. W końcu trafiliśmy prosto na olbrzymi głaz. Bardzo wąska naturalna szczelina w głazie była wyjściem, ukrytym w 
gęstych  krzewach.  Przedarliśmy  się  przez  zarośla  i  zorientowałam  się,  że  jesteśmy  na  wiejskiej  ścieżce,  dość  daleko  od 
zamku. Przez ramię widziałam ognistą łunę. 

Nie wiedziałam, czy będziemy biegli aż do Aelfding, czy co, ale około ćwierć kilometra dalej czekał na nas jakiś chłop w 

wozie  z  sianem.  Gildun  i  Stepan  szybko  zrobili  dziurę  w  stogu,  a  potem  Stepan  wziął  mnie  i  wrzucił  tam  jak  snopek. 
Przykryli mnie sianem, co najmniej półtorametrową warstwą, ale na tyle luźną, że mogłam oddychać, choć z trudem. 
Farmer  pogonił  osła  i  ciężki  wóz  ruszył.  Następnego  dnia  zaprowadził  mnie  do  Matki  Berg-lind,  a  ona  zabrała  mnie  na 
farmę  Gunnara  Oddurssona  i  tak  stałam  się  Sunną  Gunnarsson.  Lilję  i  jej  życie  odsunęłam  od  siebie.  Zamknięta  księga, 
której  nigdy  nie  chciałam  otworzyć.  Mieszkałam  tam  sześć  lat,  aż  wyszłam  za  mąż.  Nigdy  więcej  nie  widziałam  Gildun, 
Stepana ani farmera i nie mam pojęcia, co się z nimi stało. 

Z  czasem  przyzwyczaiłam  się  do  tego,  że  jestem  chłopską  córką,  a  jedynym  śladem  mojego  dawnego  życia  było okrągłe 

znamię wypalone na karku, gdzie amulet parzył mnie przez materiał. Wtedy nie zwracałam na to uwagi. 

Słońce  stało  wysoko  na  niebie  -  musiałam  wracać  do  Aelfding  przed  zachodem.  Nagle  poczułam  mrowienie  na  karku  i 

szybko się podniosłam. Przesłoniłam oczy, żeby przeszukać wzrokiem skraj lasu w sporej odległości. Nie dostrzegłam nic ani 
nikogo  i  uświadomiłam  sobie,  że  nie  usłyszałam  tu  śpiewu  ani  jednego  ptaka,  nie  zobaczyłam  ani  jednego  dzikiego 
zwierzęcia. Nie widziałam żadnych owadów. To miejsce było gorsze niż śmierć - wyglądało na przeklęte. 

Chwyciłam swój tobołek i ruszyłam drogą. Wydawało mi się, że wór waży pięć razy więcej niż poprzednie, a moje mocne 

chodaki są jeszcze cięższe i bardziej niewygodne. Wszystko mi ciążyło, przygniatała mnie męcząca cisza, oddech wiązł mi w 

background image

 

 

gardle.  Spieszyłam  się.  Miałam  wrażenie,  że  nawet  słońce  nie  świeci  tu  jasno.  Wokół  tylko  ciemność,  cień,  którego  nie 
rzucała żadna żywa istota. To miejsce było przesiąknięte okrucieństwem, krwią i złem. 

I wtedy dopadł mnie ból. Zgięłam się wpół i wór wysunął mi się z ręki. 

*********** 

Delikatnie  przesuwałam  włosianą  szczotką  po  nogach  Titusa,  czując  w  nich  ciepłą  siłę.  Żałowałam,  że  nie  miałam  tych 

wszystkich  wymyślnych  przyborów,  żeby  lepiej  pielęgnować  Omszałą.  Robiłam,  co  mogłam,  ale  czułaby  się  taka  szczęśliwa 
w tej ładnej stajni, ze snopami tymiankowego siana. 

To  wszystko  działo  się  tak  dawno  temu.  Było,  minęło.  Wyprostowałam  się,  trzymając  dłoń  na  boku  Titusa.  Do  mojej 

głowy przedostała się myśl jak ostre białe światło i ze zdumieniem zrozumiałam, co powiedziała mi River. Wtedy byłam tam, 
w  czasie  i  przestrzeni,  daleko  w  innym  świecie,  inna  ja.  Teraz  znajduję  się  tutaj,  właśnie  tutaj,  i  to  jestem  ja  obecna.  Nie 
jestem już tam, nie jestem tamtą dziewczynką. Jakoś nigdy wcześniej to do mnie nie docierało. 

Może  River  miała  na  myśli  to,  że  czas  płynie  jak  rzeka,  rwie  nieprzerwanie  do  przodu,  i  codziennie,  w  każdej  godzinie, 

trzeba  być  w  nowej  rzece.  Przez  całe  życie  czułam  się  jak  jezioro.  Które  gromadzi  wszystko  na  zawsze.  Wszelkie 
doświadczenia,  wszystkie  osoby,  którymi  się  stawałam,  wszystko,  co  miałam,  co  straciłam...  niosłam  ze  sobą  cały  czas. 
Tworzyły  warstwę  za  warstwą  twardniejącej  skorupy,  jak  szelak11  na  japońskim  pudełku.  Ta  skorupa  chroniła  moje 
uschnięte, półmartwe wnętrze, które nie mogło już dłużej znosić zwykłych kontaktów z kimś lub czymś. 

Czas  spędzony  tutaj  -  niecałe  dwa  miesiące  -  stopniowo  zdzierał  jedną  cienką  jak  papier  warstwę  po  drugiej.  A  ja 

uschnięta,  skulona  wewnątrz  jakoś  się...  wypełniałam.  Podnosiłam  jak  niemal  martwy  kwiat  nagle  zlany  deszczem. 
Dlaczego tak się działo? Dlaczego na to pozwalałam, po tak długim czasie? 

Tamtego  dnia,  ponad  czterysta  czterdzieści lat temu, leżałam na spalonej ziemi twierdzy mojego ojca, szlochając z bólu i 

strachu.  Poroniłam  -  jedyne,  co  łączyło  mnie  z  Asmundurem  i  moim  życiem  z  nim.  Wtedy naprawdę poczułam, że straciłam 
wszystko - rodzinę, dom, przybraną rodzinę, męża, ukochanego konia, a na koniec swoje jedyne dziecko, które żyło, chociaż 
o  tym  nie  wiedziałam,  i  zmarło,  zanim  się  zorientowałam.  Nic  mi  nie  zostało,  nie  miałam  dokąd  pójść.  Byłam  nikim  -  nie 
córką ani żoną, nawet nie przyjaciółką. 

Kiedy  mogłam  iść  następnego  dnia,  zebrałam  swoje  rzeczy  i  wyruszyłam  w  drogę,  oddalając  się  od  miejsca  przerażenia, 

śmierci  i  straty.  Szłam,  aż  natrafiłam  na  wysoką,  liściastą  roślinę  z  ładnymi  gałązkami  drobnych  fioletowych  kwiatów. 
Zerwałam garść i zjadłam, przełykając kwiaty i ostre, grube liście, które ledwie przechodziły mi przez gardło. Nasza praczka 
powiedziała nam, że tojad jest śmiertelnie trujący, dlatego jako dzieci nigdy go nie dotykaliśmy. 

Zjadłam  tyle,  ile  mogłam,  czując,  że  trucizna  zaczyna  mnie  palić  w  ustach.  Ręce  mi  zdrętwiały  i  znów  się  zgięłam  z 

potwornymi bólami brzucha. Płakałam, krzyczałam i wiłam się godzinami, aż straciłam przytomność. 

                                                        
11Szelak - odmiana żywicy naturalnej, pozyskiwana z malutkich owadów (przyp. red.). 

background image

 

 

Ironią  oczywiście  było  to,  że  jestem  nieśmiertelna,  ale  o  tym  nie  wiedziałam.  Po  nieudanej  próbie  samobójstwa,  kiedy 

okazało  się,  że  nie  mogę  nawet  na  dobre  umrzeć, jakoś dotarłam do największego miasta, Rejkiawiku. Zostałam przyjęta na 
służącą  przez  gospodynię  i  przedstawiona  swojej  nowej  pani,  Helgar.  To  wtedy  zaczęło  się  moje  nieśmiertelne  życie,  a 
zakończyło stare, tak ostro i wyraźnie, jakby zabił mnie tojad. Wyhodowałam pierwszą warstwę skorupy. 

- Jeżeli jeszcze dłużej poczeszesz tego konia, nie zostanie na nim ani trochę sierści. 

Gwałtownie  uniosłam  głowę  i  zobaczyłam  umięśnione,  szerokie  plecy  Reyna  -  niósł  kilka  ciężkich  siodeł.  Tamtej  nocy 

widziałam  Reyna.  Wśród  najeźdźców  na  korytarzu.  On  sam  nie  zabił  nikogo  z  mojej  rodziny,  na  szczęście,  bo  inaczej 
musiałabym  zabić  jego,  a  wcale  nie  tak  łatwo  odrąbać  komuś  głowę.  Ale  był  tam  tej  nocy.  Dzielił  ze  mną  okrucieństwo 
tamtego  doświadczenia.  I  był  tu,  w  levisach  i  roboczych  butach.  Bez  malunków  na  twarzy,  bez  miecza  u  boku.  Po  prostu 
zwykły facet. Zrzędliwy sztywniak, który tak jak ja patrzył na rzeź mojej rodziny czterysta lat temu. 

Titus odwrócił łeb i spojrzał na mnie, jakby mówił: „No, dosyć". 

- Przepraszam - wymruczałam do niego, rzuciłam narzędzia i rozpięłam uwiąż. 
Zaprowadziłam konia do boksu, sprawdziłam, czy ma siano, a potem wróciłam do pokoju pogrążona w rozmyślaniach. 

Rozdział 30 

Kojejny choler... 

Powoli wzięłam kolejny kęs. Spoglądałam w talerz, ale całą uwagę skupiałam na bułce Neli. Oddychałam bardzo wolno, 

koncentrując się na tym, żeby przesuwać bułkę lekko poza zasięg jej ręki, cały czas. 

Raz,  dwa,  trzy  razy  po  nią  sięgała,  rozmawiając  z  niewzruszonym  Reynem  i  bardziej  ożywionym  Lorenzem,  który 

odrzucił  głowę  do  tyłu  i  się  roześmiał.  Za  każdym  razem,  kiedy  dłoń  Neli  automatycznie  wysuwała  się  do  miejsca,  gdzie 
wcześniej leżała bułka, palce chwytały powietrze. Marszcząc brwi, brała ją, odłamywała kawałek i odkładała bliżej na talerzu. 

A  wtedy  ja  wolniutko  przesuwałam  ją  dalej,  wykorzystując  swoje  fantastyczne  fale  mózgowe  nieśmiertelnego. 

Niewiarygodne zwycięstwo. 

Przyszłam  wcześniej  i  wypowiedziałam  niezbędne  zaklęcie  ograniczenia  tak,  żeby  nie  wszystkich  bułki  się  poruszały  i 

żeby tylko bułka Neli się przesuwała, a nie widelec czy szklanka. W bibliotece przeszukałam książki z zaklęciami i przez dwa 
dni ćwiczyłam w pokoju fragmenty tekstów. Uprawiałam białą magyię - nic przy mnie nie umierało, z niczego nie wysysałam 
życia.  To  byłam  ja,  teraz,  Tdhti,  i  korzystałam  ze  swojego  dziedzictwa  niewiarygodnej  magicznej  mocy.  To  prawda, 
wykorzystywałam  ją  złośliwie.  Ale  czy  z  tego  powodu  przestała  być  białą  magyią?  Czy  zamiar  liczy się w takim stopniu jak 
sposób? Pewnie w przyszłości dowiem się tego na lekcjach. 

Aż  promieniałam  od  tłumionego  podniecenia,  a  od  wysiłku,  jaki  wkładałam,  żeby  powstrzymać  się  od  śmiechu,  rozbolał 

mnie  brzuch.  Ale  to  robiłam.  A  Neli  stawała  się  trochę  zdenerwowana,  trochę  zdezorientowana.  To  zupełny  drobiazg  - 
odsuwać komuś bułkę z miejsca, gdzie ją zostawił, a jednak wkurzający drobiazg. 

background image

 

 

Powoli nabrałam kolejną łyżkę zupy, panując nad oddechem, siląc się na obojętny wyraz twarzy. Dwa miejsca dalej palce 

Neli z cudownym manikiurem uderzyły o pusty talerz, znowu. Tym razem spojrzała na bułkę i energicznie przesunęła ją tam, 
gdzie powinna być. 

Zupa  mało  nie  trysnęła  mi  nosem.  Poczułam,  że  Neli  podnosi  wzrok  i  rozgląda  się  wokół  stołu.  Z  tego,  co  wiedziałam, 

nikt nigdy nie wykorzystywał magyi w taki sposób. Od incydentu ze zniszczonym kamieniem Neli uskuteczniała subtelne, ale 
oczywiste  akcje:  obserwowała  mnie,  nie  siadała  obok  mnie,  unikała  mnie.  Chciała  być  pewna,  że  wszyscy  wiedzą,  że  ona, 
droga,  słodka  Neli  jest  podejrzliwa  i  mi  nie  ufa.  Jakkolwiek  by  patrzeć,  siedziała  tu  od  lat.  Znali  ją.  A  ja  ciągle  byłam 
względnie obca. 

- Och, Nas, odkryłaś grządki cebuli rano w ogrodzie? - spytała Brynne. Na głowie miała kolejną kolorową chustę, która 

dziwnie kontrastowała z wełnianym nordyckim swetrem. Ostatnio miałam wrażenie, że grzejniki nie radzą sobie z zadaniem 
utrzymania ciepła w pokojach. Ludzie mówili, że zima jest już niezwykle chłodna. 

-  Tak - powiedziałam, zanurzając chleb w zupie. 
-  A przykryłaś je z powrotem przed zachodem słońca? - spytał Asher. 
-  Jasne. - Sięgnęłam po duszone warzywa. 
-  W tym roku nie będzie już szpinaku, nawet w inspektach - dodał Jess chropawym głosem. 

Usiłowałam zrobić stosownie rozczarowaną minę. 

Neli trzymała teraz bułkę w śmiertelnym uścisku. Jej uśmiech stał się wymuszony, a śmiech trochę zbyt donośny. 
Z  najbardziej  niewinnym  wyrazem  twarzy,  na  jaki  mogłam  się  zdobyć,  powoli  jadłam  i  słuchałam  rozmów  o  jutrzejszym 

Yule. 

-  Mamy kłodę na Yule - oznajmił Charles. - Schnie 

z tyłu stodoły od zeszłego roku. 

-  Zapalimy je o zachodzie słońca - powiedział Solis. - Jakie plany ma grupa gotująca? 
-  To ja, Charles i Lorenz - zgłosiła się Anne. - Chyba wszystko już ustaliliśmy. 

-  Dobrze - powiedział Solis. - Krzyczcie, gdybyście 

potrzebowali pomocy. 

-  Mogę zrobić ciastka, jeśli chcecie - zaproponował Jess. Anne chyba się ucieszyła i skinęła głową. Myśl, że 

ogorzały  Jess,  który  wygląda,  jakby  został  zgarnięty  z  ulicy  dzięki  jakiemuś  programowi  pomocy  społecznej,  jest  mistrzem 
pieczenia, była zabawna. Uśmiechnęłam się. 

Kątem oka dostrzegłam, że Neli w końcu puściła bułkę - zostawiła ją na brzegu talerza. 

-  Dekoracja prawie skończona - oświadczyła z przyklejonym radosnym uśmiechem. - I będziemy wieszać jemiołę, więc 

uwaga! 

background image

 

 

Ludzie przy stole uśmiechnęli się i zachichotali, nawet ja, chociaż delikatnie, delikatnie przesuwałam bułkę na talerzu. 

Lekki  ruch  zwrócił  jej  uwagę,  odwróciła  głowę  i  zaczęła  się  przyglądać.  Lorenz,  który  siedział  naprzeciwko  mnie, 

poprosił,  żebym  podała  mu  sól.  Zrobiłam  to  płynnie,  nie  tracąc  koncentracji.  Nawet  zdołałam  go  spytać,  czy  z  okazji  Yule 
ludzie dają sobie prezenty. 

-  Organizujemy  coś  w  rodzaju  „tajemnicy  elfa"  -  odparł  po  angielsku  z  akcentem.  Wyglądał  tak,  jakby  w  jednej  osobie 

zgromadził  włoską  doskonałość  wielu  pokoleń,  i  zaczęłam  się  zastanawiać,  dlaczego  nie  wydaje  mi  się  atrakcyjny.  - 
Wyciągamy z kapelusza kartki z imionami. 1 Później robimy prezent niespodziankę temu, kogo wylosowaliśmy, i 

Zastanawiałam się, jak długo Neli będzie kombinować, żeby wylosować Reyna, albo żeby on ją wylosował, albo i jedno, i 

drugie. | 

Bezmyślnie  spojrzałam  na  Neli  -  kruszyła  bułkę  na  kawałki  i  wrzucała  je  do  zupy,  a  potem  rozgniatała  łyżką.  Mało  nie 

parsknęłam śmiechem, ale skupiony, śmiertelnie poważny wyraz jej twarzy ostudził moje rozbawienie. 

Czy  ktoś  inny  zauważył?  Prawdę  mówiąc,  wyglądała  trochę  tak,  jakby  zaraz  miała  wyleźć  ze  skóry.  Reyn  przyglądał  jej 

się kątem oka, bez wyrazu. 

Towarzystwo  rozmawiało  o  planach związanych z Yule. Panował lekki, wesoły, przyjemny nastrój. Rozejrzałam się 

- i wszyscy poza Neli i Reynem niemal tryskali szczęściem. Wtedy znów coś zaświtało mi w głowie - nie mogłam sobie 
przypomnieć, kiedy ostatnio siedziałam w grupie osób, które - w większości - były szczęśliwe. Na pewno nie z żadnym 
ze  swoich  przyjaciół  -  z  perspektywy  czasu  i  odległości  patrzyłam  na  nich  jak  na  socjopatów.  Przez  długi,  długi  czas 
obracałam  się  w  kręgu  bogatych  i  posiadających  władzę  ludzi,  dla  których  praktycznie  nie  istniały  żadne  ograniczenia, 
ale  kiedy  ktoś  z  nich  wydawał  się  naprawdę  zadowolony?  Zwycięski,  tak.  Triumfujący,  tak.  Ale  zadowolenie...  to  dla 
mnie całkiem nowe zjawisko i byłam nim zdumiona. 

Ludzie  przy  stole  nie  zmieniali  biegu  historii,  nie  prowadzili  wielkich  firm,  nie  podbijali  nowych  terytoriów.  Nie 

popychali  niczego  do  granic  i  dalej.  Nie  podporządkowywali  sobie  innych,  nie  pracowali  nad  tym,  żeby  zwiększyć  kontrolę 
nad kimś poza sobą samym, nie robili nic z przesadą, nie kupowali wszystkiego, co się da. Teraz wiedziałam, że każdy z nich 
ma za sobą potworną historię i historię zwycięstwa. Każdy z nich potrzebował tu być na krócej lub dłużej. 

A  jednak  czuło  się  tu  głębokie  zadowolenie.  Nawet  Jess,  zniszczony  przez  czas  i  doświadczenia,  wyglądał  na 

zadowolonego.  Nikt  nie  uważał  się  za  ideał,  wszyscy  doskonalili  swoje  umiejętności,  silę,  wiedzę.  Każdy  robił  postępy.  Nie 
liczyli  się  w  żadnej  innej  sferze  poza  tą,  znali  niewielu  ludzi  poza  sobą  nawzajem.  Wszyscy  mieliśmy  raczej  prostą  pracę  i 
wszyscy harowaliśmy, sprzątaliśmy i funkcjonowaliśmy na co dzień jak służący. 

Skąd  więc  to  szczęście?  Przecież  nie  każdy  z  nas  znalazł  tu  swoją  bratnią  duszę.  Asher  i  River  byli  parą,  ale  nikt  poza 

nimi, z tego co wiedziałam. 

background image

 

 

Czułam  zdziwienie.  Mało  tego  -  czułam  nagłe  przebudzenie,  świtanie,  jasność  umysłu.  Może  pomagał  mi  kamień 

księżycowy,  ale  nagle,  w  końcu,  wiedziałam,  czego  chcę.  To  wydawało  mi  się  oczywiste,  jakby  było  przede  mną  cały  czas, 
jeszcze zanim tu przyjechałam. 
Zobaczyłam,  że  River  patrzy  prosto  na  mnie,  z  czujnością  w  jasnobrązowych  oczach.  Unosząc  lekko  brwi,  zerknęła  na 
rozgniecioną  w  zupie  bułkę  Neli.  Później  zmrużyła  oczy  i  spojrzała  na  mnie,  jakby  zamierzała  powiedzieć:  „Wiem,  że  ty  to 
zrobiłaś". Zagryzłam wargę. 

Kolacja  się  skończyła. Przygotowałam tylko zaklęcie przesuwające, więc skoro bułka moczyła się w zupie, zabawa dla 

mnie też się skończyła. Ale była świetna. 

Potem odkryłam, że Reyn i ja jesteśmy wyznaczeni do sprzątania po kolacji. Nie wpisywano nas razem do grafika, odkąd 

się  o  sobie  dowiedzieliśmy,  i  mogłabym  przysiąc,  że  mojego  imienia  nie  było  tam  przed  kolacją.  Ale  teraz  się  pojawiło  i 
kiedy spojrzałam na River, posłała mi znaczące spojrzenie. Może to kara za bułkę? Ale przecież nie miała pewności. A może 
miała? 

W  kuchni  Neli  stała  bardzo  blisko  Reyna,  który  napełniał  zlew  wodą  z  płynem.  Śmiała  się  do  niego  i  szeptała  słodkim 

głosikiem. 

-  Neli? - powiedziała River. 

Dziewczyna  rozejrzała  się  z  czarującym  uśmiechem.  Kiedy  mnie  zobaczyła,  mina  jej  zrzedła.  Szybko  jednak  się 

zreflektowała i pomachała do mnie radośnie. 

-  Nastasyo, możesz iść. Ja cię zastąpię. Odwróciłam się i już miałam zniknąć za drzwiami, ale 

River zaprotestowała. 

-  Chcę, żeby kuchnią zajęła się dziś Nastasya z Reynem, Neli. 

Wszyscy  byliśmy  zaskoczeni.  Ludzie  cały  czas  wymieniali  się  obowiązkami.  Ta  decyzja  wydawała  się  więc  dość 

niezwykła.  Bez  wątpienia  miałam  się  nauczyć  jakiejś  życiowej  lekcji,  uwięziona  w  jednym  pomieszczeniu  ze  swoim 
śmiertelnym wrogiem. Czułam się na to jakoś dziwnie niegotowa. 

Wypuściłam  powietrze  z  płuc  i  zaczęłam  segregować  to,  co  zostało  po  kolacji,  do  pojemników  do  przechowania.  River 

odczekała, aż Neli niechętnie opuściła kuchnię, i podeszła do mnie. 

-  Wyczuliśmy...  że  ktoś  poszukuje  cię  za  pomocą  szklanej  kuli.  Zwykle  nie  wyłapujemy  takich  rzeczy,  ale  użyliśmy 

zaklęć, żeby ukryć twoją obecność tutaj. Ktoś usiłuje cię znaleźć za pomocą magyi. Serce mi podskoczyło. 

-  Incy? 

 

-  Tak  się  domyślam  -  odparła  River.  Poklepała  mnie  po  plecach.  -  Nie  chcę  cię  martwić,  ale  lepiej,  żebyś  wiedziała.  My, 

nauczyciele, zrobimy wszystko, żeby zapewnić ci tu bezpieczeństwo. Chyba że chcesz porozmawiać z In-nocenciem? 

-  Nie. Jeszcze nie. - Może nigdy. 

background image

 

 

-  Więc dobrze. Wszystko jest w porządku, ale pomyślałam, że powinnaś wiedzieć. 

Skinęłam głową, a River wyszła. 

Za oknami czarna i zimna noc. Jutro Yule. W domu czuło się świąteczną atmosferę. Ale tu w kuchni nad głową wisiał mi 

Incy, a między Reynem i mną była zła krew. I w tym przypadku „zła krew" jest sporym eufemizmem. 

-  River  twierdzi, że musimy porozmawiać. - Reyn zrzucał z talerzy jedzenie do wiadra dla świń, uwielbiają resztki. - Ma 

rację. Na ogół ma rację. 

-  Nie tym razem. Nie chcę z tobą rozmawiać. - Przełożyłam sałatkę do pojemnika i schowałam go do wielkiej lodówki. 
-  Oboje  wolelibyśmy  stąd  nie  wyjeżdżać  -  mówił  cicho,  opanowanym  głosem.  -  Ale  jest  to  coś  między  nami.  Nie  chcę, 

żeby sprawiało problemy nam albo komuś innemu. 

Coś między nami? To brzmiało jak tekst na nieudanej randce. 
-  Komuś innemu, na przykład Neli? 

Obrzucił mnie spojrzeniem. Rany, jaki on przystojny. To całkiem, kosmicznie, karmicznie niesprawiedliwe. 

-  Nie wiem, po co to drążysz. Między mną a Neli nic nie ma. 

-A  Neli  o  tym  wie?  -  prychnęłam.  -  Bo  w  zasadzie  wybiera  zastawę  stołową.  -  Zrobił  zaskoczoną  minę,  więc 

wyjaśniłam: - Na wasz ślub. 

-Nie bądź śmieszna. - Sprawiał wrażenie przerażonego, a mnie podskoczyło serce. Moje serce jest w tej kwestii bardzo 

głupie. 

-A  ty  nie  bądź  ślepym,  niewrażliwym  dupkiem  -  wypaliłam.  -  Ojej,  za  późno.  -  Weszłam  do  dużej  spiżarni,  żeby  wyjąć 

kilka  pojemników,  i  przestraszyłam  się,  kiedy  za  mną  pojawił  się  Reyn.  Spiżarnia  była  wąska  i dwie osoby ledwie się w niej 
mieściły. 

-Wyjdź - warknęłam. W rękach trzymałam mnóstwo plastikowych pudełek. 
-  Moglibyśmy  się  pozabijać  -  powiedział.  Był  wysoki,  barczysty  i  pachniał  zaskakująco  ładnie  jak  na  kogoś,  kto 

masakrował całe wioski. Wbiłam wzrok w skórę na dekolcie Reyna i przypomniałam sobie wypalone znamię. Wtedy dotarły 
do mnie jego słowa. 

-  Co?  -  Zimny  supeł  zacisnął  mi  się  na  żołądku.  Plastikowe  pojemniki  jako  narzędzie  do  obrony  są  zdecydowanie 

nieodpowiednie. 

-  Ty  mogłabyś  mnie  zabić  za  rolę,  jaką  odegrałem  w  twoich  najgorszych  doświadczeniach.  Ja  mógłbym  cię  zabić  za 

rolę,  jaką  odegrałaś  w  moich  najgorszych  doświadczeniach.  Oboje  straciliśmy  rodzeństwo,  rodziców,  przyjaciół,  którzy 
ponieśli  potworną  śmierć.  Zostałaś  tylko  ty,  dziedziczka  Domu  Ulfura,  i  ja,  dziedzic  Domu  Erika  Błoodlettera.  Zostaliśmy 
tylko ty i ja. 

background image

 

 

-  I myślisz, że jak się pozabijamy, to będzie po sprawie? - Zmarszczyłam brwi. - Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak 

miałoby się to stać. 

Kącik jego warg się uniósł, a ja wzięłam szybki oddech. 

-  Moglibyśmy się trzymać za ręce i wskoczyć do turbiny przemysłowej. 

-  Myślisz, że to zabawne? - Wpatrywałam się w niego. 
-  Myślę, że jest czterysta lat później. - Zrobił niecierpliwy gest. - Jeżeli chciałaś zemsty, powinnaś mnie ścigać 

wtedy. 

-  Miałam dziesięć lat! 
-  A ja dopiero dwadzieścia! 

Patrzyliśmy na siebie groźnie przez długą chwilę. 

-  Dopiero dwadzieścia? - odezwałam się w końcu. - 

A nie dwieście? 

-  Nie.  -  Pokręcił  głową.  -  Mój  ojciec  miał  wtedy  pięćset  lat.  Jeden  z  moich  braci  czterysta  sześćdziesiąt  lat.  Drugi 

dwieście  dziewięćdziesiąt  dziewięć.  Trzeci  sto  siedemdziesiąt  cztery.  A  ja  miałem  dwadzieścia.  Nieśmiertelność  była  dla 
mnie niezrozumiała. 
 

-  I wszyscy umarli? 

-  Tak  -  powiedział  ponuro.  -  Jeden  zginął  tamtej  nocy.  Dwaj  pozostali  razem  z  ojcem,  kiedy  chciał  użyć  amuletu  twojej 

matki. 

-  Dlaczego ty też wtedy nie umarłeś? - To by wiele 

rozwiązało. 

-  Nie wiem. A ty dlaczego nie umarłaś? 

-  Matka na mnie upadła, leżałam ukryta pod jej spódnicą. 

Milczeliśmy,  przywołując  wspomnienia,  które  -  schowane  głęboko  -  były  o  wiele  bardziej  bolesne.  Niesamowite,  że  jest 

ktoś, z kim mogę rozmawiać o tamtej nocy, ktoś, 
kto to przeżył. 

-  Co teraz? - Reyn wypuścił powietrze z płuc. - Pogodzimy się z tym? Pozabijamy się? Jedno z nas wyjedzie? Zapewniam 

cię, nie ja. 

-  Ja  nie  chcę  wyjeżdżać.  -  Ostatnie  dwa  miesiące  były  najlepsze  w  całym  moim  życiu,  najzdrowsze.  Czułam  się  teraz 

zupełnie inaczej, chociaż często doświadczałam większego bólu, widziałam, że to jest tak jak z przekłuwaniem 

background image

 

 

pęcherza. Kiedy wspomnienia się wydostaną, będą mniej niszczące. 

-  Więc zostaniemy oboje - powiedział Reyn. 

 

-  Chyba  tak.  -  Spojrzałam  na  niego  gniewnie.  -  Chyba  że  wymyślę  coś  okropnego,  co  mogę  ci  zrobić.  Ale  gdybyś  był 

dżentelmenem, tobyś wyjechał. 

Uśmiechnął się promiennie, a mnie zabrakło tlenu. 

-  Oboje wiemy, że nie jestem dżentelmenem. 
-  Dobra, wypuść mnie. Jestem zmęczona. 

-  I coś jeszcze - dodał. Jęknęłam. 
-  No, co? 

-  To.  -  Stanął  bliżej  mnie,  tak  blisko,  że  pojemniki  były  jak  nadzienie  w  kanapce.  Spojrzał  na  mnie  swoimi  skupionymi 

złotymi oczami jak u lwa. 

-  O  nie,  nie  zrobisz  tego!  -  syknęłam,  upuszczając  wszystko.  Pchnęłam  go  mocno  w  pierś,  ale  równie  dobrze  mogłam 

mocować się z drzewem. 

-  Tak - powiedział bardzo łagodnie i się pochylił. -Tak, zrobię. 
Wykręciłam  się.  Odpychałam  go  i  usiłowałam  odwrócić  głowę.  Naprawdę.  Ale  wiecie,  jest  o  wiele  silniejszy...  a  ja 

oczywiście  jestem  kompletną,  zupełną  idiotką.  A  kiedy  objął  mnie  mocno  i  w  końcu  dotknął  swoimi  wargami  moich,  cały 
rozsądek uleciał mi z głowy i po kilku sekundach zapomniałam o tym, żeby walczyć. 

Myśli  takie  jak:  śmiertelny  wróg,  nienawidzę  go,  jest  problem  z  Neli  -  wszystkie  po  prostu  się  rozpłynęły  jak  dym 

przepędzony przez wiatr. 

Odsunęłam usta, rozdarta, zmieszana i tak przepełniona tęsknotą, że bolało mnie serce. 
-  Dlaczego? - spytałam. 
-  Nie wiem. Nie wiem. - Słychać było, że jest zrezygnowany, niepewny i zaniepokojony. Czułam jego serce bijące przy 

mojej  piersi.  -  Po  prostu...  chcę  ciebie.  Chcę  cię  potwornie  od  samego  początku.  Wiem,  że  nie  powinienem,  wiem,  że  nie 
mogę,  wiem,  że  to  źle...  ale  nawet  kiedy  mnie  wkurzasz,  kiedy  przypominasz  mi  o  bólu,  rozpaczy  i  cierpieniu...  czuję  to 
pragnienie.  Nie  mam  siły  dłużej  z  nim  walczyć.  Walczę  z  tyloma  rzeczami  cały  czas,  codziennie.  Nie  chcę  walczyć  z  tym. 
Już nie. 

Nasze  czoła  były  do  siebie  przyciśnięte.  Jego  dłonie  obejmowały  mnie  w  pasie,  moje  leżały  na  jego  ramionach.  Był 

twardy  jak  skała  pod  moim  dotykiem.  Przesunęłam  palcami  po  koszuli  do  miejsca,  gdzie  wcześniej  widziałam  znamię. 
Chciałam  się  w  niego  wtopić,  zaciągnąć  go  z  powrotem  na  strych  z  sianem  -  chociaż  wiedziałam,  że  to  głupie,  szalone  i  że 
natychmiast  powinnam  iść  na  psychoanalizę.  A  może  na  rezonans  magnetyczny.  A  może  powinni  mi  założyć  kaftan 
bezpieczeństwa. 

background image

 

 

To  tak,  jakby  wszystko  na  zewnątrz  wiedziało, że to złe, zdradzieckie i głupie, ale wszystko w środku mówiło:  o matko, 

jak fajnie, jak dobrze, pasujemy do siebie, jesteśmy tacy sami, znamy się na wylot. 

Nie  wiem,  jak  długo  jeszcze  tak  staliśmy  ani  kiedy  w  końcu  się  od  siebie  odsunęliśmy.  Czy  to  jakiś  cichy  dźwięk 

przedostał się do mojego rozgorączkowanego umysłu? Syk? Delikatny odgłos zamiatania kamiennej podłogi przed spiżarnią? 

Ale chwilę później usłyszeliśmy krzyk i niemal w tej samej chwili poczuliśmy dym. 

-  Pali się! - krzyknął ktoś, a po nim jak echo powtórzyli inni i wtedy rozległ się alarm przeciwpożarowy. 

Reyn  chwycił  mnie  za  rękę  i  pociągnął  przez  tylne  kuchenne  drzwi  na  zimne  nocne  powietrze.  Przebiegliśmy  do 

głównego wejścia do domu, gdzie zbierali się ludzie. Wszyscy byli przerażeni i zdenerwowani. 

- Gdzie River? - Zatrzymałam przebiegającą Brynne. 

Gaszą ogień - wysapała. - Nauczyciele. Ja mam policzyć ludzi. - Zaczęła odliczać, wskazując palcem. 

Kilka osób wybiegło z domu, kilka stało na zewnątrz, a Jess był w stajni. Miała wszystkich ośmioro uczniów, włącznie ze 

mną oraz Reynem, którzy obściskiwaliśmy się w spiżarni. Skrzywiłam się, kiedy to sobie przypomniałam. 

Po kilku minutach w oknie nie było już widać blasku płomieni. 

Wygląda na to, że wybuchł w skrzydle z sypialniami - odezwał się Daisuke, rozcierając ręce. 

Większość z nas wyskoczyła bez kurtek. Uważałam, żeby nie stać zbyt blisko Reyna - moje myśli krzyczały z przerażenia 

i radości, ale musiałam zachować to w tajemnicy, aż sama zrozumiem, co, do cholery, wyprawiam. 

-  O,  Reyn,  tu  jesteś!  -  Neli  podbiegła  i  wsunęła  mu  rękę  pod  ramię,  a  ja  patrzyłam  w  inną  stronę  i  starałam  się  nie 

reagować. - Ojej, co się dzieje? Czuję dym. - Rozejrzała się po ludziach i zauważyła mnie. Ostentacyjnie spojrzała drugi raz: 
zamrugała, otworzyła usta i patrzyła tak, jakby chciała się upewnić, że to ja. 

-  Wybuchł  pożar  -  wyjaśniła  Rachel.  -  Masz  rację,  Daisuke,  w  skrzydle  z  sypialniami.  Musiałam  zbiec  po  schodach  z 

drugiej strony domu. 

Po minucie zjawili się River, Anne, Asher i Solis. 

-  Pożar ugaszony - oznajmił Solis, a paru uczniów zaklaskało. 
-  Co się stało? Czemu wybuchł? - dopytywał się Charles. 
-  Jeszcze to ustalamy - powiedziała River. Była bardzo poważna i zmęczona. 

Ciekawe, czy wykorzystali magyię, żeby ugasić pożar, pomyślałam. 

-  A gdzie właściwie się paliło? - spytała Neli. 
Kątem  oka  dostrzegłam,  że  Reyn  wyswobadza  się  i  odsuwa  od  niej  o  krok.  Zerkała  na  niego  tęsknie,  ale  starała  się 

zachować dobrą minę do złej gry. 

-  Przy pokoju Nastasyi - odparła Anne, spoglądając na mnie. - Wokół jej drzwi. 

Szczęka mi opadła. Neli pokręciła głową. 

background image

 

 

-  Niektórzy muszą być w centrum zainteresowania -wymruczała pod nosem Neli na tyle głośno, żeby parę 

osób ją usłyszało. 

Odwróciłam się do niej, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo odezwała się River. 

-  Tak, wiem, co masz na myśli. 

Neli wyglądała tak, jakby nie chciała, żeby River ją usłyszała. Zaczerwieniła się. 

-  Ja go nie podłożyłam - oświadczyłam ze złością. -W moim pokoju nic się nie stało? 

-  Tak sądzimy - powiedziała River. - Możesz pójść 

sprawdzić. 

-  Dobra,  gdzie  byłaś?  -  Neli  popatrzyła  na  mnie  z  zainteresowaniem.  -  Nie  było  cię  w  kuchni.  Ani  w  stajni.  Ani  z 

innymi na spacerze. Pewnie siedziałaś w swoim pokoju. Jak wyszłaś? Skąd mamy wiedzieć, że to nie ty podłożyłaś ogień? 

Oparłam dłonie na biodrach, miałam ochotę strzepnąć z jej twarzy tę pewniacką minę. 

-  Wystarczy, Neli - ostrzegł Asher. - Nastasyo, chodź, sprawdzimy twój pokój. 
-  Ale... dlaczego wy jej wierzycie? - Neli wyglądała 

na ogłuszoną. 

Inni  uczniowie  stanęli  wokół  nas;  pewnie  nieczęsto  widują  tu  takie  sceny.  Wniosłam  do  River's  Edge  trochę  emocji. 

Oczywiście zrobiłam to totalnie źle. 

Nastasya była ze mną - oznajmił krótko Reyn. 

Neli wytrzeszczyła oczy. 

-Nie... w swoim pokoju. Gdzie byłeś? Bo nie w kuchni. Chciałam cię o coś zapytać i tam cię nie zastałam. 

-Cały czas byliśmy razem, od kolacji do tego momentu. I nie w jej pokoju. - Reyn zaciskał szczęki. Ze złości. 

Wcześniej Neli nie przyszło do głowy, że Reyn może się za mną wstawić, i teraz się wkurzyła. 
-Może wykorzystała chwilę, uciekła, podpaliła pokój i wróciła? - próbowała. - Gdzie byłaś? 

-Nie zrobiła tego - wycedził Reyn. 

-Neli, ty masz coś do Nastasyi - wtrąciła się Rachel. 

- Nie! - upierała się Neli. - Ale dlaczego wszyscy jej ufacie? Dlaczego wszyscy jej wierzycie? Odkąd przyjechała, stało się 

strasznie! Jest ciemność i zło. Ona wszystko zniszczyła! 

Nagle River i Solis znaleźli się po obu jej stronach. 

-  Wystarczy, Neli - powiedział łagodnie Solis. 
-  Co się dzieje? - spytał Charles. 

background image

 

 

-  Neli...  -  River  położyła  dłoń  na  ramieniu  dziewczyny.  -Wiesz,  co  powiem.  Rozmawiałyśmy  o  tym.  Posunęłaś  się  za 

daleko i muszę cię poprosić, żebyś opuściła River's Edge. 

Wszystkim po kolei opadły szczęki, mnie też. 

-  Nie!  -  Neli  była  zaskoczona.  -  O  czym ty mówisz? Nie ja, ona!  To ona musi wyjechać! Jest zła, brutalna! Próbowała 

mnie  skrzywdzić.  Nie  chciałam  wam  mówić,  nie  chciałam  robić  kłopotu.  Ale  rzuciła  na  mnie  czar!  Próbowała  mnie 
skrzywdzić! Musicie się jej pozbyć! 

-  Neli - River czekała, aż Neli spojrzy jej w twarz. -Rozmawialiśmy o tym, o czarach, jakie rzuciłaś na pokój Nastasyi, 

i  innych  rzeczach,  które  zrobiłaś.  Posługujesz  się  czarną  magyią,  a  tego  nie  będziemy  tolerować.  Kilka  razy  daliśmy  ci 
szansę, żebyś wybrała inną drogę, ale najwyraźniej nie potrafisz pokonać nienawiści. Teraz, tak jak mówiliśmy, zorganizuję 
ci miejsce u swojej ciotki w Kanadzie. Pojedzie z tobą Asher i pomoże ci się zadomowić, 

jeżeli chcesz. 

-  Nie rozumiem, co się dzieje - wymamrotałam. 

-  Dzieje  się  to,  że  wygrywasz!  -  Twarz  Neli  nagle  wykrzywiła  się  z  wściekłości.  -  Ty  głupia  suko! Od samego początku 

planowałaś  się  mnie  pozbyć!  Reyn  mnie  kocha!  Chce  być  ze  mną!  Ale  ty  rzuciłaś  na  niego  czar,  sprawiłaś,  że  chce  ciebie! 
Widziałam, jak się całowaliście! 

Proszę,  ziemio  rozstąp  się,  niech  runę  w  bezdenną  przepaść,  uderzę  w  samo  jądro  ziemi  i  się  spalę.  Proszę.  Czy  to  tak 

dużo? 

Neli  wypadła  do  mnie,  kiedy  z  zakłopotania  stałam  jak  wryta,  ale  River  i  Solis  przytrzymali  ją  za  ręce.  River  mruczała 

słowa i kreśliła znaki na plecach i ramionach Neli. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, wić się i kopać. 

-  Nie!  Przestań!  Wszystko  robisz  źle!  To  ona!  To  ona!  Jest  mroczna.  Każdy  to  czuł!  Pozbądź  się  jej!  -  Ostatnie  słowa 

zakończyły się wrzaskiem. 

Potworne, bolesne, upokarzające. Strasznie nienawidziłam Neli, ale to, co się z nią działo, było naprawdę złe. 

Kilka  chwil  później  Neli  poddała  się,  szlochając,  a  Solis  objął  ją  i  zaprowadził  do  ciężarówki.  Anne  poszła  za  nimi. 

Przemawiała  do  Neli  łagodnie,  tłumaczyła,  że  przyślą  jej  rzeczy.  Neli  ciągle  mamrotała,  łzy  ściekały  jej  po  twarzy  i,  prawdę 
mówiąc, wyglądała jak szalona czarownica. 

Starałam  się  przyswoić  fakt,  że  River  najwyraźniej  mi  uwierzyła,  wzięła  moją  stronę,  mimo  wszystko.  Reyn stał obok, 

ale  mnie  nie  dotykał.  Widziałam,  że  zaciska  i  rozluźnia  pięści.  Wszyscy  patrzyli  na  nas,  to  na  jedno,  to  na  drugie,  jakby 
oglądali mecz ping-ponga. 

Podeszła  do  mnie  River.  Czułam  się  tak,  jakby  ktoś  wsadził  mnie  do  blendera  i  nastawił  szatkowanie.  Targały  mną  silne 

emocje, a nerwy miałam napięte jak postronki. 

background image

 

 

-  W porządku? - zagadnęła. Zastanowiłam się. 
-  Nie. Raczej nie. 
Posłała mi szczery uśmiech i pogłaskała mnie po ręce, a później spojrzała na Reyna. Przechyliła głowę i odwróciła się do 

mnie, jakby wyczuwała kosmiczną zmianę w mojej duszy. Wyczuła ją wcześniej niż ja. 

Odetchnęłam. Nie spuszczała ze mnie wzroku. 

-  Czego chcesz? - spytała miękko. Przełknęłam z trudem ślinę. 

 

-  Chcę  tu  być  -  powiedziałam  to,  co  uświadomiłam  sobie  przy  kolacji.  -  Być  zadowolona  i  spokojna,  nie  potrzebować 

niczego poza nauką. Chcę się czuć bezpieczna i nie jak ktoś obcy. Chcę... tu należeć. Zasłużyć na to, żeby tu mieszkać. Tak 
długo, jak mogę. - To głupie, ale byłam bliska płaczu, jak dziecko, jak ktoś, kto ma serce na dłoni. Ogarnęła mnie panika, ale 
nie zwracałam na to uwagi. 

Wzrok River się wyostrzył i miałam wrażenie, że w jej oczach widzę ponad tysiąc lat emocji. 

-  Tak? - upewniła się. 
-  Tak. Ale... najbardziej chcę być sobą. Chcę być Lilją z Domu Ulfura. - Otarłam dłońmi twarz, bardzo zmęczona. - Teraz 

to  wiem  i  rozumiem,  co  to  znaczy.  Chcę  odzyskać  swoją  moc.  Chcę  mojego  dziedzictwa.  Chcę  być  córką  swojej  matki, 
dziedziczką ojca. - Głos mi się załamał, a pod powiekami poczułam pieczenie. Zbierało mi się na płacz. Wszystko wydawało 
mi się teraz takie oczywiste, takie nieuniknione. 

W oczach River rozbłysło nowe światło, a na twarzy pojawiło się zdumienie - ale inne niż przedtem. Wydawało mi się, że 

dostrzegłam ulgę, zadowolenie, zapowiedź, że tego oczekiwała. Objęła mnie ramieniem. 

-  Tak - powiedziała po prostu. - Tak. Tego dla ciebie chcę. 
-  Zaraz - odezwała się Brynne; jej głos zabrzmiał nienaturalnie głośno w nocnej ciszy. - Hej ludzie, wy się całowaliście? 

Jęknęłam  i  zakryłam  twarz.  Reyn  przestępował  z  nogi  na  nogę  i  patrzył  wszędzie,  byle  nie  na  mnie.  Nie  wszystko 

mieliśmy  za  sobą  -  nie  te  złe  rzeczy,  ale  teraz  wiedziałam,  że  te  dobre  też  się  nie  skończyły.  Chciałam  zobaczyć,  co  z  tego 
wyjdzie. Przestałam uciekać.