background image

 
 
 
 

Joan Bramsch 

 

UKOJĘ CIĘ 

POCAŁUNKIEM 

 
 

 
 
 
 
Rodzicom,  dzięki  którym  rosłam  w  miłości  i  odwadze  i 

dzięki którym mogłam marzyć 

background image

Rozdział 1 
Stał  na  brzegu  jeziora,  nieruchomy,  zapatrzony.  Prawą 

rękę wetknął w kieszeń wytartych dżinsowych spodenek, lewą 
ręką 

natomiast 

wolno 

przesunął 

swe 

lotnicze 

przeciwsłoneczne  okulary  na  czoło.  Jego  przystojną,  o 
regularnych  rysach  twarz  rozjaśnił  tajemniczy  uśmiech. 
Zmrużone  do  tej  pory  oczy  barwy  przydymionego  bursztynu 
rozwarły  się  szeroko,  gdzieś  w  ich  głębi  zapaliły  się  wesołe, 
żywe  ogniki.  To,  na  co  patrzył,  sprawiało  mu  wyraźną 
przyjemność,  miła  była  także  świadomość  tego,  że  może  tak 
stać i patrzeć. 

Obiektem  jego  zafascynowania  i  kontemplacji  był 

mianowicie  kształtny  tyłeczek  młodej  kobiety,  stojącej  po 
kolana  w  wodzie  o  kilka  stóp  od  brzegu.  Przygięta  w  pasie 
pochylała się w przód, a kuse jej szorty, podciągnięte wysoko, 
odkrywały daleko więcej niż same tylko smukłe uda. Młóciła 
wodę  wielką,  groźnie  wyglądającą  maczetą,  wycinając 
rosnącą  przy  brzegu  trzcinę.  Jej  kolana  to  uginały  się,  to 
prostowały, poruszając się w kołyszącym rytmie pieśni Willie 
Nelsona. Melodia o szczególnej, surowej prostocie, dobiegała 
z  maleńkiego  czarnego  radyjka,  przypiętego  z  tyłu  do  paska 
przy jej spodenkach. Ten ruch rozkołysany, miękki i miarowy, 
budził  w  mężczyźnie  nieposkromione,  jednoznacznie 
seksualne  pragnienie.  Kobieta  od  czasu  do  czasu,  ruchem 
płynnym  i  rytmicznym  jak  sama  melodia,  kładła  naręcza 
ściętej  trzciny  do  kołyszącej  się  na  falach  obok  niej 
niewielkiej  łódki.  Mężczyzna  aż  mruknął.  Jego  nikły  i 
tajemniczy  uśmieszek  przeobraził  się  teraz  w  szeroki,  nieco 
łobuzerski  i  zaczepny  uśmiech,  a  brwi  podniosły  się  w 
niemym podziwie. 

Westchnął  głośno  i  głęboko;  poczuł,  jak  z  piersi  na  całe 

ciało  rozlewa  mu  się  gorąco.  Jego  wzrok  przyciągnęła  jej 
ciasno  zawiązana  w  talii  koszula.  A  więc  nie  miała  nic  pod 

background image

spodem!  A  i  spodenki  z  pewnością  włożyła  na  nagie  ciało, 
dałby za to głowę. Zakręciło mu się w głowie i już mimo woli, 
automatycznie niemal, począł snuć w myślach dorosłą wersję 
szkolnego  wypracowania  na  temat:  „Jak  spędziłem  letnie 
wakacje".  Nie  ruszył  się  jednak  z  miejsca  ani  na  krok.  Po 
prostu stał - nieruchomy, oczarowany, zapatrzony. 

Kobieta  nuciła  pod  nosem  refren,  kołysząc  w  rytm  pieśni 

krągłym  tyłeczkiem  i  miarowo  machając  maczetą.  Ta  uległa 
miękkość  jej  ciała  i  ruchów  pobudziły  mężczyznę  do 
działania.  Wyciągnął  z  kieszeni  garść  drobnych  i,  mierząc 
starannie, rzucił wysokim łukiem w wodę. Spadły na kobietę 
srebrnym,  pluskającym  deszczem.  Natychmiast  zamilkła. 
Obejrzała  się;  pod  wpływem  nagłego  skrętu  ciała  zakołysały 
się  pod koszulą wspaniałe, dojrzałe piersi, a  zebrane  do góry 
złote  włosy  wysunęły  się  spod  spinki  i  opadły  na  ramiona 
bujną,  jedwabistą  falą.  Piękne  różane  usta  rozchyliły  się  w 
zdumieniu; mężczyzna zadrżał na myśl o ich wilgotnej pełni. 
Oczy  rozwarły  się  szeroko,  lecz  bez  śladu  niepokoju  czy 
przestrachu.  Sięgnęła  do  tyłu,  by  wyłączyć  radio,  a  jej  piersi 
znów poruszyły się ciężko pod napiętym, cienkim materiałem 
koszuli. 

Mężczyzna  nie  poruszył  się.  Zastygł  jak  posąg  i 

uśmiechając się próbował wybadać grunt. 

„O  Boże!  -  gorączkowo  przebiegło  mu  przez  głowę  - 

błękitne,  obramowane  czarno  oczy!  Oczy  koloru  pościeli, 
świeży błękit marzenia w łóżku i wilgotna biała koszula!" 

Nie  mógł  się  powstrzymać,  by  nie  wodzić  bezczelnie 

rozpalonym wzrokiem po całym kształtnym ciele kobiety. I aż 
coś  w  nim  jęknęło,  gdy  spostrzegł,  że  żar  tego  jawnie 
bezwstydnego spojrzenia obudził pod przejrzystą bielą koszuli 
ciemnoróżowe  brodawki  jej  piersi.  Wiedział  -  a  co 
najważniejsze,  wiedział,  że  i  ona  wie  -  że  oto  bez  słów 

background image

powstała  pomiędzy  nimi  jakaś  szczególna,  a  silna  więź.  To 
magia płci czyniła swoje cuda! 

 - Dałbym pani więcej, oddałbym pani wszystko, co mam 

w tej chwili na koncie... ale jeśli czek się zamoczy, to nic nie 
będzie  wart  -  powiedział  miękko.  Na  moment  zawahał  się, 
lecz  jego  bursztynowe,  wpatrzone  w  nią  oczy  mówiły  to,  o 
czym  milczały  usta:  że  w  jego  przekonaniu  była  wprost 
bezcenna. 

 -  A  w  dodatku  zostawiłem  w  biurze  swój  chemiczny 

ołówek - dodał, wzruszając z rezygnacją ramionami. Nic na to 
nie  powiedziała,  lecz  wiedział,  że  przyjęła  to  wyjaśnienie. 
Musiała  odwrócić  od  niego  oczy  i  pochylić  głowę,  by  skryć 
cisnący  się  na  usta  lekki  uśmieszek  zadowolenia.  Niedbałym 
ruchem sięgnęła do węzła koszuli i rozwiązała go, by wytrzeć 
połą  mokrą  klingę  maczety.  Prostej  tej  czynności  poświęciła 
przesadnie wiele uwagi, nie zdając sobie sprawy, że każdy jej 
ruch  podsyca  płonące  w  mężczyźnie  pożądanie.  Mokra 
koszula to unosiła się, to oblepiała szczelnie jej strome, bujne 
piersi. 

Od  kilku  już  miesięcy  nie  zastąpił  jej  drogi  żaden 

wyzywający  śmiałek.  A  na  pewno  nie  spotkała  od  tej  pory 
nikogo  tak  przystojnego  i  -  trzeba  przyznać  -  tak 
pomysłowego  w  zaczepkach.  Obsypał  ją  złotem  czy  rzucał 
miedziaki - to mogło być obraźliwe, ale tylko wówczas, gdyby 
nie  pospieszył  zaraz  z  wypowiedzianymi  na  głos  wyrazami 
uznania. Kiedy ich oczy spotkały się, znalazła w jego wzroku 
coś  szczególnego,  jakąś  siłę  i  żar  -  a  takich  spojrzeń  nie 
pamiętała  od  wielu  już  lat.  To  magia!  Och,  zbyt  długo  jest 
sama - przestrzegła w duchu samą siebie. 

Choć  starała  się  patrzeć  na  klingę,  przed  oczami  miała 

jego  obraz.  Wysoki,  szczupły  i  doskonale  zbudowany,  o 
bujnych,  starannie  zaczesanych  czarnych  włosach,  szerokiej 
piersi  i  ujmującym  uśmiechu.  Ale  największą  jej  uwagę 

background image

zwróciły  bursztynowe  oczy:  miały  w  sobie  i  smutek,  i  ból,  i 
wesołą iskrę życia. Był stanowczo zbyt młody, by mieć takie 
oczy. Zastanowiło ją, co też człowiekowi w tym wieku mogło 
przynieść  aż  tyle  bólu.  Z  pewnością  nie  miał  więcej  niż 
dwadzieścia pięć, może dwadzieścia sześć lat. 

W  końcu  spojrzała  na  niego.  Jej  głos  zabrzmiał  trochę 

oschle: 

 - Wie pan, że znajduje się na terenie prywatnym? 
Odwrócił  wzrok  i  lekko  obrócił  się  przez  ramię,  zerkając 

na  długi,  stojący  opodal  samochód.'  Czyżby  się  pomylił? 
Może  źle  skręcił?  O  Boże,  tylko  nie  to!  To  było 
najwłaściwsze, najlepsze na świecie miejsce! 

 - A czyj to teren? 
 - Mój. 
 - To wszystko? 
 -  To  wszystko.  Aż  do  linii  kolejowej.  Dalej  rozciąga  się 

posiadłość  Westonów  -  odparła.  Drażniło  ją,  że  pytał  o 
właściciela. 

 - No, chwała Bogu - odetchnął z ulgą i zaraz pospieszył z 

wyjaśnieniem: 

 - Westonowie użyczyli  mi  swego domu na  całe wakacje. 

A  już  myślałem,  że  pomyliłem  drogę.  Twarz  dziewczyny 
rozjaśniła się nagle. 

 -  A,  w  takim  razie  to  pan  jest  doktor  Jon  McCallem! 

Witamy  w  Minnesocie,  doktorze!  Pani  Weston  pisała  mi,  że 
pan  przyjedzie. Przykro  mi, że nie  będzie  ich tu  tego  lata.  A 
jak tam pan Weston? Wydobrzał już po ostatnim ataku? 

 -  O  tak,  niemal  zupełnie.  Paraliż  ustąpił  prawie 

całkowicie. Pacjent co dzień ćwiczy teraz wymowę - odrzekł 
natychmiast, zafascynowany promiennością jej uśmiechu. Nie, 
nie  był  żadnym  zawadiaką,  jak  pewnie  sądziła,  przyjechał  tu 
jako  gość.  Wyraz  jej twarzy cudownie  się  przeobraził;  to,  co 
teraz widział, było urocze. Ależ ta dziewczyna ma klasę! Była 

background image

niezwykle  pociągająca.  Ocenił  szybko,  że  jest  w  jego  wieku. 
Starał  się  teraz  znów  skierować  rozmowę  na  temat  ich 
spotkania: 

 -  Aaa...  pewnie  nie  jestem  tu  mile  widziany.  Ale  nie 

pamiętam,  żeby  Westonowie  mówili  mi  o  nerwowym 
skrzatku, któremu przeszkadza sąsiedztwo. 

 -  Przeszkadza  sąsiedztwo?  Nerwowym...  czym?  - 

zdumiała się, ale i uśmiechnęła łagodnie. 

 -  Przecież  jest  pani  mała,  tańczy  pani  i  śpiewa  żywo  i 

zabawnie. O tak, jeśli kiedykolwiek widziałem duszka, to jest 
nim  właśnie  pani.  -  Uśmiechnął  się,  gdy  opuściła  powieki  i, 
zakłopotana, zarumieniła się. 

 - Jestem Jenny Larson, doktorze McCallem. - Rozeźlił ją. 

Czy  on  naprawdę  bierze  ją  za  jakiegoś  naiwnego  wiejskiego 
tumana? 

Jon  podszedł  do  samego  brzegu,  nie  zważając,  że  fala 

moczy mu nowiuteńkie adidasy. 

 - Miło mi, pani Larson. Chciałbym uścisnąć pani rękę, ale 

przyznam, że narzędzie, które trzyma pani w dłoni nieco mnie 
onieśmiela - rzeki żartobliwie. - Proszę, niech pani schowa tę 
gilotynę. Proszę mi wierzyć, że jestem zupełnie nieszkodliwy 
- uśmiechnął się niewinnie. 

Znów  poczuła  się  zakłopotana,  czym  prędzej  rzuciła 

maczetę do łodzi. 

 - Przepraszam - mruknęła cicho. 
Bez  słowa  wszedł  do  wody  i  stanął  przed  nią.  Ujął  jej 

rękę; uścisk jego dłoni był silny i pewny. Podniosła na niego 
oczy. 

 - Cieszę się, że mogę panią poznać, Jenny - powiedział. - 

Mieszka pani gdzieś w okolicy? Ciekawe, bo jadąc szosą nie 
widziałem tu żadnych zabudowań. 

background image

Nie  puszczał  jej  dłoni  i  wciąż  patrzył  jej  prosto  w  oczy, 

więc, stropiona, kiwnęła lewą ręką, dość ogólnie wskazując na 
półwysep. 

 - Mieszkam tam, na wyspie. 
Spojrzał w kierunku małej, trawiastej wysepki, ocienionej 

przez wierzby i wielkie dęby. 

 -  Tam?  Na  tamtej  wyspie?  Nie  widzę  stąd  żadnego 

domu... - Nie mógł się rozstać z ręką dziewczyny, schował ją 
całą  w  swojej  szerokiej  dłoni  i  delikatnie  rysował  palcem 
małe,  ciepłe  kółeczka  na  drobnym  nadgarstku.  Pomyślała,  że 
na  pewno  czuje  szybkie  tętno  krwi  w  jej  żyłach.  Niepewnie 
skinęła głową; oczy zalśniły jakimś wewnętrznym, radosnym 
blaskiem. 

Puścił  jej  dłoń  i  podniósł  ręce  do  ramion,  ujmując  ją 

pewnie  i  łagodnie  zarazem.  Czuła  jego  siłę,  cały  aż  nią 
promieniował. 

 - Patrz na moje usta, Jenny, uważaj... 
„O  tak,  tak"  -  pomyślała.  Spod  zmrużonych  powiek 

spojrzała na jego mocno zarysowane, zmysłowe wargi. 

 - Nie... widzę... domu... na tej... wyspie. 
Kiedy to  wypowiedział,  Jenny otrząsnęła  się  i  wróciła  do 

przytomności. Wybuchnęła śmiechem. 

 - To właściwie nie jest wyspa, tylko część półwyspu, a nie 

widzi  pan  domu,  ponieważ  znajduje  się  on  pod  ziemią... 
Zbudowany  jest  nisko,  u  stóp  stromego  zbocza,  od 
południowej  strony.  Stąd  jest  rzeczywiście  niewidoczny  - 
wyjaśniła i znów się roześmiała. 

Ciągle ściskał ją za ramiona. 
 -  Ma  pani  wprawdzie  trochę  przykrótkie  uszka,  jak  na 

królika,  ale  za  to  nosek  jest  różowy  -  dotknął  brązowego  od 
słońca koniuszka jej nosa. A w duchu dodał jeszcze: 

„A i ogonek masz... niezwykle przyjemny". 

background image

 -  Czy  pani  dom  jakoś  się  nazywa?  Może  „Mała  budka 

Jenny"? 

 -  Raczej  „skrytka".  I  proszę,  niech  pan  nie  żąda,  bym  to 

wytłumaczyła  -  odparła  zdecydowanie.  Spojrzał  na  nią 
uważnie, jego twarz była tuż tuż. Szybko zmienił temat. Hmm, 
czuło się tu coś zagadkowego, nie spodziewał się tego. Bał się 
urazić  ją  czymkolwiek,  to  nie  byłby  dobry  początek.  Trzeba 
raczej zacząć z innej beczki. 

 - Proszę mi powiedzieć, pani Larson, czy pani zawsze tak 

radośnie tańczy niszcząc biedne rośliny? Tak się składa, że to 
wbrew prawu. Wie pani o tym? - pytająco, żartobliwie uniósł 
brew. 

Stała przed nim wyprostowana. Zignorowała  tę zaczepkę, 

powiedziała serio: 

 - Proszę bardzo, niech się pan dowie, że mam na to zgodę 

Stanowego  Instytutu  Ochrony  Środowiska.  Te  rośliny  są  mi 
potrzebne do mojej pracy. - Odsunęła się od niego, niby po to, 
by  popchnąć  bliżej  brzegu  łódkę,  a  naprawdę,  by  na  chwilę 
choć uwolnić się od jego krępującej bliskości. 

 - Doktorze, czy pan przypadkiem nie jest weterynarzem? 

Doprawdy,  zadziwiająca  troska  o  organizmy  żywe...  A  może 
pan  jest  miłośnikiem  przyrody?  Jeśli  tak,  to  badając  tutejsze 
środowisko  odkryje  pan  niejedną  ciekawą,  a  nawet 
zdumiewającą  prawidłowość...  -  mówiła  tonem  salonowego 
dyskursu. 

„Moja  pani  -  pomyślał  -  badanie  twojego  środowiska 

dopiero będzie zajmujące". Ale zaraz Poskromił narastającą w 
nim niecierpliwą żądzę. 

 -  O  nie.  Interesują  mnie  przede  wszystkim  badania  nad 

organizmami  dwunożnymi.  Wie  pani,  homo  sapiens.  Zaraz 
dam pani o tym pojęcie - oczy błysnęły mu nagle. - W szkole 
wołali na mnie „Jonny Sonda McCallem". 

background image

 -  Aaa...  pan  jest  gine...  to  jest,  chciałam  powiedzieć, 

urologiem? 

 - Nie, nie, nie ta strona zwierzęcia, Jenny - roześmiał się. 

-  Mogę  wysondować  głębiny...  na  przykład  freudowskie 
głębiny pani postaw obronnych. 

 - O Boże, psychiatra! 
 -  No,  blisko...  Jestem  psychologiem.  Proszę,  niechże  się 

pani nie obawia. Nikogo jeszcze nie wysondowałem na śmierć 
-  zamglonym  spojrzeniem  powiódł  po  całym  jej  kształtnym 
ciele. 

„Aha,  freudowskie  postawy  obronne,  a  myślisz  pewnie  o 

sublimacji  popędu  płciowego"  -  przebiegło  jej  przez  głowę. 
Głośno spytała: 

 - Zakres? 
 - Kliniczny. 
 - Gdzie pan prowadzi praktykę? 
 - Ośrodek Okręgowy Cooka, Chicago. 
 - A, znam to miejsce. Specjalność? 
 -  Syndrom  niegrzecznego  dziecka.  O  Boże,  ten  rok  był 

prawdziwym piekłem, musiałem stamtąd uciec. - Urwał nagle; 
po  tym,  co  powiedział,  poczuł  się  obnażony  i  bezbronny.  - 
Ciekawe,  jaka  jest  pani  specjalność?  Bo  prowadzi  pani 
wywiad, jak lekarz spisujący historię choroby. 

 - Kwalifikowana pielęgniarka ze specjalnością operacyjną 

- odparła krótko. 

 - Czy i pani musiała skądś uciec? 
Pochyliła  się  i  zaczęła  zbierać  połyskujące  w  płytkiej 

wodzie  monety,  którymi  ją  obsypał.  Nie  zauważyła,  że 
koszula  znowu  ulega  zamoczeniu.  Powtórzył  pytanie.  Starał 
się stać bez ruchu, by nie zmącić wody. 

 - Czy i pani musiała uciekać, Jenny? 
 -  Mniej  więcej  -  mruknęła.  Zdawała  się  być  pochłonięta 

swym zajęciem. - Jestem na urlopie naukowym. 

background image

 - Od kiedy? 
 - Na wiosnę będą dwa lata. 
 - Dwa lata? Co się stało? Spojrzała na niego. 
 - To długa i raczej nudna historia, doktorze. - Sięgnęła po 

jego  dłoń  i  wsypała  w  nią  chrzęszczące,  wilgotne  złoto. 
Machinalnie zacisnął palce. 

Chwilę  stał  bez  słowa.  Wreszcie  podniósł  rękę  i 

zagrzechotał drobniakami. 

 -  Nic  nie  szkodzi.  Przywykłem  do  długich  historii,  a 

założę  się,  że  historia  pani  wcale  nie  jest  nudna.  - 
Podstawiwszy  drugą  dłoń,  przesypał  monety  przez  palce.  - 
Trudno  mi  wyobrazić  sobie,  że  w  ogóle  czymkolwiek 
mogłaby mnie pani zanudzić. 

Brodząc  w  płytkiej  wodzie,  raz  jeszcze  spróbowała 

obrócić  rozmowę  na  jego  temat.  Zamyślona,  odwrócona  do 
niego bokiem, sięgnęła do swych włosów. Zebrała je do góry i 
spięła  spinką.  Patrzył  na  nią,  oniemiały;  wyobrażał  sobie  to, 
co zobaczyłby teraz, gdyby mógł ją widzieć od przodu. 

 -  Czemu  musiał  pan  uciekać,  doktorze?  Nie  zwrócił 

uwagi na jej pytanie. 

 - Dobrze, a więc nie chce mi pani powiedzieć, Jenny, ale 

ja  i  tak  dowiem  się  wszystkiego,  jeszcze  zanim  wyjadę  - 
wyszeptał. 

Zabrała  się  do  wyżymania  przemoczonej,  przylgniętej  do 

ciała  koszuli  i  teraz  dopiero  spostrzegła,  że  mokry  materiał 
zrobił  się  zupełnie  przezroczysty.  Odwróciła  się  w  panice  i 
szybko wyciągnęła z łódki grubą, niebieską koszulę flanelową. 
W mig zarzuciła ją na ramiona i pospiesznie zapięła na piersi. 
Nie mogła widzieć zawodu na twarzy Jona. Może to i lepiej, 
bo  wtedy  chybaby  się  naprawdę  wściekła.  Wypaliła  szybko, 
bez zastanowienia: 

 - Czy pan też już zgrzytał zębami? 

background image

O,  z  tego  pytania  można  było  wywnioskować  co  nieco  o 

niej samej. Uśmiechnął się na tę myśl. 

 -  Jezu,  jeszcze  jak!  Nie  wytrzymałbym  tam  ani  dnia 

dłużej. Cała moja odporność rozwaliła się jak mury Jerycha - 
w  jego  głosie,  nieoczekiwanie,  zabrzmiała  wielka  udręka.  - 
No,  co  prawda  nie  trzeba  było  do  tego  grzmiących  trąb.  Ale 
zacząłem  już  słyszeć  przez  sen  różne  podejrzane  głosy.  A 
kiedy koszmary stawały się coraz częstsze, wiedziałem już, że 
jeśli  natychmiast  nie  wezmę  urlopu,  to  chyba  zwariuję.  - 
Zamilkł,  przetarł  dłonią  oczy.  -  Ta  praca  bywa  czasami 
straszna.  Widzi  się  o  wiele  wiele  za  dużo  zła...  zła 
wyrządzonego  niewinnym  dzieciom...  To  piekło.  Nagle 
doszedłem  do  takiego  punktu  po  przekroczeniu  którego  nie 
można  już  mieć  zaufania  do  swoich  umiejętności 
zawodowych,  nie  jest  się  zdolnym  do  niesienia  pomocy... 
Musiałem, musiałem choć na chwilę od tego się oderwać - był 
cały roztrzęsiony, z trudem panował nad sobą. - Hank Weston 
jest  moim  starym  przyjacielem  i  to  on  postanowił  ulokować 
mnie  w  letnim  domku  rodziców...  czyli  tu...  -  spojrzał  na 
Jenny, słuchała w skupieniu. - Ot, i wszystko. 

 - Jak długo pracuje pan w tej specjalności? 
 - Dwa lata. 
 -  Hmm,  pan  jest  taki  młody...  Jakżeż  to  się  mogło  stać, 

żeby po tak krótkim czasie aż tak się wewnętrznie wypalić? 

 - Nie wiem, Jenny, czy można to tak nazwać.., - odparł. - 

Ale  ma  pani  rację:  wkrótce  skończę  trzydzieści  pięć  lat,  ale 
czuję się tak, jakby niewiele już zostało mi do emerytury. 

Ze zdumienia aż otworzyła usta. Trzydzieści pięć lat! Toż 

to niemożliwe! Zaczęła myśleć na głos: 

 -  McCallem,  McCallem.  Ależ  oczywiście!  Cudowny 

chłopak  z  Ośrodka  Cooka.  Pan  jest  jednym  z  najmłodszych 
profesorów  w  całym  kraju.  Przed  kilku  laty,  pamiętam,  mój 
mąż słuchał pana wykładów... Był naprawdę pod wrażeniem. 

background image

Twierdził,  że  jeszcze  przed  czterdziestką  osiągnie  pan 
niejedno.  No  i  wygląda  na  to,  że  pan  osiągnął  -  i  jeszcze 
zostało panu tyle czasu! 

 -  Pani  mąż  jest  lekarzem?  -  och,  czemuż  nie  dotarło  do 

niego, że ona może być mężatką! 

 - 

Był 

powiedziała  miękko.  -  Richard  był 

kardiochirurgiem. Asystowałam mu. Zmarł przed trzema laty. 
Miał czterdzieści lat. 

 - Przykro mi, Jenny - powiedział. Ale gdyby miał być ze 

sobą  szczery  -  a  zawsze  starał  się  być  ze  sobą  szczery  -  po 
części  i  odetchnął  z  ulgą.  -  Długo  byliście  ze  sobą?  -  trudno 
mu było uwierzyć, by mogła mieć czterdziestkę. 

 -  Dwa  miesiące  po  jego  śmierci  obchodzilibyśmy  naszą 

ósmą rocznicę. 

 -  Ależ  w  takim  razie  musiałaś  wyjść  za  niego  będąc 

jeszcze niemal dzieckiem! - wyrwało mu się. Uśmiechnęła się. 

 - W lutym skończę trzydzieści osiem lat. 
Musiał ukryć zdumienie. Wyglądała o wiele, ale to o wiele 

młodziej. 

 - Mieliście dzieci? - natychmiast zrozumiał, że lepiej było 

ugryźć się w język. Uśmiech zamarł jej na twarzy. 

Pokręciła  przecząco  głową.  Jon  McCallem  był  zupełnie 

obcym  człowiekiem.  Jakże  mogła  mu  wytłumaczyć  lęki  i 
obawy  bezdzietnej  kobiety?  Błagała  Richarda  o  dziecko,  ale 
on  nie  chciał  o  tym  nawet  słyszeć.  Z  roku  na  rok  wymyślał 
coraz to nowe wykręty. Aż w końcu sama zaczęła myśleć, że 
to dobrze, iż nigdy nie zaszła w ciążę. Nie zostało w niej ani 
krztyny  miłości,  którą  mogłaby  obdarzyć  swoje  dziecko  -  bo 
miłość  została  w  niej  zabita  raz  na  zawsze  i  Jenny  nic  nie 
mogła na to poradzić. 

Przebiegł  ją  dreszcz,  nieruchomy  uśmiech  zmienił  się  w 

grymas. 

background image

 - A co pan zamierza robić przez całe lato? Kuracja idyllą? 

Spacery nad brzegiem jeziora? Roześmiał się. 

 - Powiem, jeśli pani obieca, że będzie mi mówiła Jon. 
 - W tej chwili wygląda pan raczej jak mały Jonny. 
 -  Ha,  jakbym  słyszał  matkę  -  zerknął  na  nią.  Stała 

swobodnie,  wziąwszy  się  pod  boki,  i  wcale,  ale  to  wcale  nie 
wyglądała  na  jego  matkę.  -  Bardzo  długo  dane  mi  było 
widzieć  tylko  nieszczęście,  jakie  niesie  ze  sobą  miłość... 
miłość  w  szerokim  pojęciu  -  dodał  zaraz.  -  A  tego  lata  chcę 
poznać  inne  strony  miłości...  Zobaczyć,  jak  się  rodzi,  co  się 
dzieje  później...  -  urwał,  szykując  się  na  jakiś  szyderczy 
docinek  z  jej  strony  -  Wie  pani,  myślę  nawet  o  napisaniu 
artykułu  na  temat  anatomii  pocałunku.  Zupełnie  serio  - 
zapewnił. 

Jenny czyniła iście heroiczne wysiłki, ale czuła, że jeśli się 

nie roześmieje, to chyba pęknie jak bomba. 

 -  Boże,  ciumkolog!  To  niezwykle  cenne,  to  wyjątkowe! 

Osąd  poetycki.  Jonny,  pierwszy  ciumkolog  na  świecie!  Za 
kilka  lat  najpoważniejsze  autorytety  będą  dyskutowały  nad 
pańskim  artykułem:  „zdumiewające  odkrycie",  „zadziwiający 
projekt  badawczy"!  Och,  Jonny  -  śmiała  się  -  coś  mi  się 
wydaje, że to będzie wspaniałe lato! - trzęsąc się ze śmiechu 
otarła wierzchem dłoni łzy. 

Spojrzał  jej  w  oczy,  w  te  błękitne,  przywodzące  na  myśl 

sypialnię oczy. 

 - Ciumkolog? Hmm... Wspaniałe lato? 
Jenny  zauważyła  nagle,  że  z  oczu  znikły  mu  wesołe, 

żartobliwe ogniki. Były nachmurzone, wezbrane bólem. 

 - Jenny, ja nie wiem już, co to znaczy: wspaniałe lato... - 

powiedział  cicho,  miękko.  Chciał  jej  coś  wyznać,  czuła  to. 
Nie, nie mogła być teraz obojętna. 

background image

 - To nic, cii... Pokażę ci, nauczę cię, jeśli będzie trzeba - i 

nagle cały świat zachwiał się w posadach: przystąpił do niej i 
ostrożnie, delikatnie, pogładził jej mokre od łez policzki. 

 - Proszę, Jenny, zjedz ze mną obiad. 
Zmysłowość tej nieśmiałej pieszczoty i ta dziwna  a nagła 

powaga w jego oczach w jednej chwili, bez reszty, przepełniły 
jej  serce.  Ale  nie,  to  nie  było  to,  czego  ona  chciała.  Ani  to, 
czego  potrzebował  Jon.  O  nie.  To,  co  było  mu  teraz 
niezbędne,  to  spokój,  cisza  i  czas,  czas,  który  zabliźnia 
wszelkie  rany.  Jakaś  pochopna  letnia,  wakacyjna  przygoda 
mogłaby  go  bardzo  boleśnie  zranić...  mogłaby  zranić  i  ją. 
Zadrżała. Cofnęła się nieco. 

 -  Nie,  Jon.  Raczej  nie.  Może  innym  razem.  Mamy  przed 

sobą całe lato... - Nie mogła poznać, co teraz czuł. Jego twarz 
była  nieprzeniknioną  maską.  Czyżby  go  uraziła?  Czyżby 
żałował swojej propozycji? 

Jon  przywołał  na  pomoc  całe  swoje  doświadczenie. 

Przemógł  się.  To  nic,  ona  tylko  trochę  się  obawia,  to 
wszystko.  Właściwie  można  się  było  tego  spodziewać. 
Wiedział,  że  Jenny,  tak  jak  i  on,  odczuła  tę  dziwną  a  czułą 
więź,  która  się  między  nimi  zawiązała.  Ale  czego  się  bała? 
Jego? Nie, chyba nie. A może niewielka różnica lat pomiędzy 
nimi  ma  dla  niej  jakieś  znaczenie?  Ha,  to  śmieszne;  śmiałby 
się  z  tego,  gdyby...  gdyby  sam  nie  czuł  się  stary.  Naraz  coś 
jeszcze  przyszło  mu  do  głowy:  a  może  ona  obawia  się  o 
niego?  Tak,  to  możliwe.  Zmieszał  się;  czyż  naprawdę 
wydawał  się  jej  tak  bezbronny,  tak...  słaby?  Taak...  jeśli  to 
prawda,  to  koniecznie,  koniecznie  trzeba  się  wziąć  w  garść. 
Bo  ta  kobieta  warta  jest  tego.  Potrzeba  jej  choć  trochę 
przyjaźni i zrozumienia - no, oczywiście, jemu także. 

Stopniowo twarz mu się rozjaśniła, a oczy stały się wesołe 

jak dawniej. Uśmiechnął się. 

Jenny odetchnęła z ulgą. I ona się uśmiechnęła. 

background image

 - No co, czy nie dość już nacięłaś trzciny? - zażartował. - 

Takie  szprotki  jak  ty  potrzebują  na  obiad  czegoś  więcej  niż 
samej tylko zieleniny. 

Jenny  roześmiała  się,  szczęśliwa,  że  jej  odmowa  nie 

dotknęła go zbyt boleśnie. 

 - Nie, nie będę jadła tataraku. Ale owszem, ugotuję go. 
 -  Tak?  -  powiedział  z  udaną  drwiną,  przeciągając  nieco. 

Znów był wspaniałym, silnym mężczyzną. - A po co? 

 - To moja praca. Robię papier. 
 - Z trzciny? 
 - Z każdej prawie rośliny. 
 - O? Muszę to zobaczyć. 
 -  Dobrze,  kiedyś  cię  zaproszę  i  mi  pomożesz.  Trochę  z 

tym kłopotu, przyznaję, ale za to i sporo radości. To będzie dla 
ciebie  dobra  lekcja.  -  Popchnęła  łódkę  i  zręcznie  do  niej 
wskoczyła.  Usiadła  na  ławce,  wzięła  do  ręki  wiosło. 
Uśmiechnęła się jeszcze. 

 - No to cześć - zawołała i odpłynęła. 
Pomachał  jej.  Łagodna  bryza  wydęła  tył  jej  flanelowej 

koszuli,  która  z  przodu  przywarła  do  ciała,  ukazując  pełne, 
zaokrąglone,  kobiece  kształty.  Widząc  to,  aż  westchnął. 
Dobrze by było mieć w niej przyjaciela i Jon obiecał sobie, że 
uczyni  wszystko,  aby  tak  się  stało.  Już  teraz  podziwiał  jej 
przymioty:  inteligencję,  urok  i  wdzięk,  urodę  i  mądrość, 
poczucie humoru. 

Odwrócił  się  i  raźno  wbiegł  na  stromy  brzeg.  Na  górze 

zadyszany  przystanął.  Zakręciło  mu  się  w  głowie.  Hola,  nie 
był wcale w tak dobrej kondycji, jak sądził. 

Stojąc tak i sapiąc, udzielił sobie małego wykładu: 
„Doktorze, to wygląda na zespół zachłyśnięcia się. Do tej 

pory  przez  długi  czas  stykał  się  pan  jedynie  i  wyłącznie  ze 
smutkiem i cierpieniem. A teraz przydarza się panu spotkać po 
prostu  miłą  kobietę.  I  co,  już  się  pan  czuje,  jakby  pan  dostał 

background image

gwiazdkę  z  nieba?  Ależ  sama  Jenny  nie  może  rozwiązać 
wszystkich pańskich problemów! Medice, cura te ipsum!" 

Tak  rozmyślając,  zabrał  się  do  wyładowywania  swoich 

rzeczy.  Samochód  -  stary  i  mocny  pordzewiały volkswagen  - 
kupił  przy  jakiejś  okazji  jeszcze  w  czasach  studenckich.  To 
były  jego  pierwsze  wakacje  od  chwili  ukończenia  studiów 
doktoranckich  w  Waszyngtonie.  Ale  tam  -  wakacje!  To 
właściwie rekonwalescencja, potrzebna mu już od dawna. 

Jenny  dotarła  do  swojej  wyspy.  Wysiadła  z  łodzi, 

wyciągnęła  ją  na  piasek  i  wyjęła  z  niej  maczetę  i  ściętą 
trzcinę. Ściskając oburącz mokre żniwo wspięła się po zboczu. 
Znalazła  się  na  płaskiej,  porośniętej  trawą  łące.  Lekki  letni 
wiaterek  bawił się kosmykiem jej włosów i  łaskotał  w szyję. 
Uśmiechnęła się. Przypomniała sobie delikatny dotyk palców 
Jona  na  policzku...  Podeszła  do  ławki,  własnoręcznie 
zbudowanej  pomiędzy  dwoma  drzewami,  i  zabrała  się  do 
pracy.  Najpierw  trzeba  uzyskać  trzcinową  sieczkę.  Potem 
wrzucić drobnicę do kotła... 

Przy  robocie  zamyśliła  się.  Cóż,  wydawał  się  miłym 

facetem.  Ale  spracował  się  straszliwie,  a  naukowcy  powinni 
szczególnie  dbać  o  siebie.  Łatwo  stają  się  niewolnikami 
swoich  pasji.  Jenny  była  pewna,  że  już  po  dwóch  czy  trzech 
tygodniach pobytu na słońcu i świeżym powietrzu Jon poczuje 
się jak nowo narodzony. A ona może mu pomóc otrząsnąć się, 
może być jego przyjacielem, a nawet więcej... 

Omal się nie zacięła maczetą; potrząsnęła głową, żeby się 

obudzić.  Więcej?  Zaraz,  zaraz,  co  to  za  myśli  chodzą  jej  po 
głowie? Całe jej ciało rumieniło się i promieniowało ciepłem. 
Raz  jeszcze  wróciła  myślą  do  ich  spotkania.  Od  razu,  od 
pierwszej  chwili  zrozumiała,  co  mówią  jego  głodne  oczy. 
Wiedziała też, że i jej zachowanie było wymowne. Wzruszyła 
ramionami. Cóż, wcale tego nie chciała, ale on pojawił się tak 
nagle, że nie miała czasu zapanować nad prostymi odruchami. 

background image

A  może  nic  nie  dostrzegł?  Ależ  skąd,  ty  głupia,  przecież  to 
doświadczony psycholog! Pewnie czytał w niej jak w otwartej 
księdze... Cholera! 

Dwa  lata  spędzone  z  dala  od  męskiego  towarzystwa 

nauczyły  ją  panować  nad  swoim  seksualizmem.  Lecz  teraz 
wystarczyło  jedno  spojrzenie  kogoś  tak  przystojnego,  a 
wszystko w niej miękło i drżało. 

On nie szukał miłości. Potrzebował tylko ciszy i spokoju. I 

ona nie szukała miłości. Musiała się tylko pozbierać do kupy. 
W duchu upominała samą siebie: 

„Jemu jest potrzebny tylko przyjaciel". 
A teraz do kotła z tą trzciną, niech się gotuje. A jego niech 

diabli wezmą. 

background image

Rozdział 2 
Wzięła  kocioł  i  poszła  z  nim  przez  szczyt  wzgórza,  na 

drugą  stronę.  Tutaj  zaczynała  się  stromizna.  Zeszła  po 
schodkach  zrobionych  z  podkładów  kolejowych  i  zatrzymała 
się  przy  wejściu  do  domu.  Ludzie  często  pytali  ją,  czy, 
mieszkając  pod  ziemią,  nie  czuje  się  jak  kret.  Śmiała  się  z 
tego. W tym gniazdku ani przez chwilę nie miało się wrażenia, 
że  jest  się  zakopanym.  Południowa  ściana,  wzniesiona  tuż 
przy  samej  linii  wody,  była  zawsze  obficie  nasłoneczniona. 
Cała była ze szkła; widok Mallard Bay był stąd naprawdę nad 
podziw piękny. Nad wodą kołysały się pałki wodne i szumiące 
szuwary, grążele i nenufary falowały biało - żółtym kożuchem 
od  brzegu  aż  hen,  po  złotą  łuskę  słońca  na  otwartej  wodzie. 
Wczesnym  rankiem  lub  o  zachodzie  Jenny  widywała  swoich 
licznych  sąsiadów:  szczury  piżmowe,  bobry,  kaczki, 
kanadyjskie  gęsi;  cała  ta  menażeria  brodziła  przy  brzegu, 
zażywała  kąpieli,  wygrzewała  się  w  słońcu,  ucztowała  i 
chowała  się  pomiędzy  zarośla.  Nie,  na  swojej  wyspie  Jenny 
nigdy  nie  czuła  się  jak  w  pułapce.  Znalazła  tu  spokój.  Tutaj 
mogła zastanowić się nad swoim życiem, odrzucić wszystko, 
co było w nim niedobre - i żyć na nowo. Jakakolwiek siła ją tu 
sprowadziła - była jej wdzięczna. To był jej dom. 

Uchyliła drewniane, przeszklone drzwi i weszła do środka. 

Wnętrze,  które  wprawdzie  wielu  ludziom  wydałoby  się  zbyt 
ciasne,  miało  sześćdziesiąt  stóp  kwadratowych,  a  belkowany 
strop wznosił się wysoko nad głową. Był tu tylko jeden duży 
pokój, połączenie kuchni i living - roomu. Pnące się spiralnie 
schodki  prowadziły  na  górę  do  sypialni.  Ściany  i  półki  na 
książki sporządzone były z prawdziwego drewna cedrowego i 
pachniały lasem. Pomiędzy kuchnią a resztą pokoju stał komin 
z  paleniskiem  z  wielkiego,  polnego  kamienia.  Dobrze  było 
przy  nim  siedzieć  w  długie  i  zimne  noce  zimowe,  kiedy  to 

background image

temperatura na zewnątrz spadała czasem do minus dwudziestu 
stopni, a mroźne wiatry gwizdały za progiem. 

Przeszła  do  kuchni,  odkręciła  kurek  i  podstawiła  kocioł 

pod strumień zimnej wody. Wrzuciła weń sporą miarkę ługu; 
odmierzała  starannie  i  sumiennie,  jedna  łyżka  stołowa  na 
kwartę wody, w sumie pięć łyżek. Postawiła kocioł na małym 
ogniu  i  przykryła  go  wielką,  szczelną  pokrywą,  z  której 
wychodziła rurka odprowadzająca wyziewy. 

Gotowe.  Zamieszała  jeszcze  w  kotle  starą,  drewnianą 

łyżką  i  nastawiła  zegar.  Dokładnie  sześćdziesiąt  minut  razy 
ilość  kwart  wody.  Po  tym  czasie  włókna  staną  się  miękkie  i 
elastyczne. 

Zjadła  wielką  michę  sałaty  z  czosnkiem  i  pajdę  białego, 

wypieczonego  w  domu  chleba,  po  czym  zapadła  w  swój 
ukochany  fotel.  Od  czasu  do  czasu  zerkała  na  zegar  i 
wstawała,  żeby  pomieszać  w  bulgocącym  garnku.  Przy 
herbacie  ziołowej  przeglądała  pielęgniarską  prasę;  robiła  to 
często, by nie utracić kontaktu z zawodem. 

O  wpół  do  jedenastej  zegar  pokazał  szóstą  godzinę 

termicznej  obróbki.  Jenny  zestawiła  kocioł  z  ognia.  Niech 
stygnie;  do  rana  włókna  będą  już  zupełnie  miękkie.  Zgasiła 
lampę  i  podeszła  do  okna.  Patrzyła  na  nieruchomą,  zalaną 
zimnym  światłem  księżyca  powierzchnię  jeziora.  Jeszcze  nie 
chciało  jej  się  spać.  Pchnęła  drzwi  i  boso,  stąpając  po 
wyciętych w zboczu schodkach, wspięła się na trawiasty dach 
domu.  Przystanęła,  zwracając  twarz  ku  lekkim,  ciepłym 
podmuchom  rozwiewającym  jej  włosy  i  długą,  cienką  nocną 
koszulę.  Spojrzała  na  gwiazdy  -  lśniły  blado  na  tle  jasnego 
nieba.  Nad  wzgórzem  Westonów  wisiał  wielki,  szybko 
dojrzewający  księżyc;  wyciągnęła  ku  niemu  ramiona  i, 
uniósłszy  głowę,  zamknęła  oczy.  Czuła  na  sobie  wiatr  i 
srebrny blask, spływający po twarzy i ciele prosto do stóp. 

background image

Miło  byłoby  popływać  teraz,  przy  księżycu.  Zerknęła  w 

stronę  dalekiego  domu  na  wzgórzu  -  pogrążony  był  w 
ciemnościach.  A  więc  Jon  wcześnie  się  położył.  Jasne, 
przejechał  dziś  taki  szmat  drogi.  Świetnie,  nie  trzeba  będzie 
zawracać sobie głowy kostiumem. 

Lekko  i  bezgłośnie,  jak  księżycowa  wróżka,  zbiegła  ze 

wzgórza  na  plażę,  do  swojej  łódki.  Noc  żyła  własnymi 
odgłosami - basowym skrzekiem huczków, gęstym cykaniem 
świerszczy,  pluskiem  wody  w  jeziorze,  poruszanej  przez 
żerujące ryby. Od strony lasu rozlegało się od czasu do czasu 
stłumione  pohukiwanie  sowy,  a  w  szuwarach,  przy  brzegu, 
odzywał  się  nur  -  głosem  smętnym,  kwilącym,  jak  płacz 
zagubionego dziecka. 

„Albo  jak  płacz  kobiety"  -  pomyślała.  Do  zeszłego  lata, 

kiedy jeszcze ciągle się bała, identyfikowała się z tym głosem. 
No, ale rany już się prawie zabliźniły. Ten przejmujący, nocny 
krzyk już nie rozdzierał jej serca jak dawniej. 

Siedziała w łódce. Zanurzała wiosło miarowo, bez hałasu, 

to z jednej, to z drugiej strony. Czółno sunęło wolno i leniwie. 
Jenny  zamyślona  i  zasłuchana  w  odgłosy  nocy  często 
przerywała  wiosłowanie.  Dopiero  po  dobrych  dziesięciu 
minutach  usłyszała  chrzęst  piachu  pod  stępką;  łódka 
zatrzymała  się.  Jenny  śmiało  weszła  do  chłodnej,  ciemnej 
wody.  Raz  jeszcze  spojrzała  w  kierunku  tonącego  w 
ciemnościach  domu  Westonów.  Nic, żadnego  ruchu.  Księżyc 
srebrzył zarys dalekiego dachu. Ściągnęła przez głowę nocną 
koszulę.  Rozpuściła  włosy,  które  rozsypały  się  na  ramiona  i 
piersi. Uderzyła w nią łagodna, nocna bryza; Jenny zadrżała i 
bezgłośnie się zanurzyła. 

Od  razu  dała  nurka  i  popłynęła  nieco  w  dół,  by  potem, 

odwróciwszy się twarzą ku powierzchni jeziora, patrzeć przez 
nią  jak  przez  soczewkę  na  bezkres  księżycowego  nieba. 
Jezioro tylko na pozór było czarne i groźne. Pod ciemną taflą 

background image

woda jarzyła się nieziemskim, rozsianym, srebrnym blaskiem. 
Jenny wynurzyła się, by zaczerpnąć powietrza, dyszała przez 
chwilę,  po  czym  znów  położyła  się  na  plecach.  W  bladym 
świetle  księżyca  jej  piersi  lśniły  matowo.  Było  tak 
przyjemnie... Przewróciła się na brzuch i popłynęła daleko, ku 
księżycowi. Potem wróciła do brzegu, śmiejąc się i prychając, 
czując,  jak  rozgarniana  ramionami  woda  przepływa  pod  jej 
brzuchem, wzdłuż boków i bioder. Zatrzymała się utrzymując 
się  w  miejscu  miarowymi  ruchami  nóg,  zalana  mlecznym 
światłem do pół piersi wynurzonych ponad wodą, księżycowa 
bogini o złoto - srebrnych włosach, spływających na szczupłe 
białe  ramiona.  Nabrała  powietrza  i  zanurkowała  raz  jeszcze. 
Wreszcie wyszła z wody. 

Na górującym nad plażą wzgórzu stał samotnie ktoś cichy 

i  nieruchomy,  pochłonięty  bez  reszty  widokiem  niczego  nie 
świadomej  Jenny.  Krew  w  jego  żyłach  pulsowała  potężnym 
przepływem  zachwytu.  Widział  jej  cudownie  zaokrąglone 
pośladki,  jej  wyłaniające  się  z  wody  długie,  szczupłe  nogi. 
Wydawała  mu  się  bóstwem  wodnym,  syreną,  nimfą... 
Uśmiechał  się,  śmiał  się  z  radości,  jakiej  -  tak  się  Jonowi 
wydawało - nie odczuwał przez całe lata! 

„Jenny  Larson,  pragnę  cię"  -  wyszeptał  w  noc.  Jego 

precyzyjny,  analityczny  umysł  w  jednej  chwili  uświadomił 
mu,  że  pragnie  kogoś,  wszystko  jedno  kogo,  byleby  tylko 
dzięki  temu  komuś  mógł  znów  przypomnieć  sobie,  że  jest 
ludzką  istotą.  Kogoś,  kto  sprawi,  że  przestanie  uważać 
zdolność  odczuwania  za  przekleństwo  tego  świata,  za 
bezlitosny  przymus  poznawania  wciąż  nowych  krzywd, 
cierpień i bólu. 

„Nie, nie" - szeptał w gorączce. To było coś więcej. Jenny 

była  ciepłem  i  radością  dawania...  I  była  tutaj,  tu,  gdzie  on. 
Będzie się od niej uczył - jeśli ona zechce go prowadzić. 

„O Boże, jakże jej pragnę" - mruczał nieprzytomnie. 

background image

Niezauważony,  stał  w  cieniu  drzew.  Patrzył,  jak 

wychodziła  z  wody.  Jej  skóra  lśniła  matowo  w  blasku  nocy. 
Pochyliła  się  na  bok  i  poruszyła  głową.  Włosy  opadły  jej 
ciężko  na  ucho.  Zebrała  je  dłońmi,  wycisnęła  z  nich  wodę  i 
spięła  do  góry.  Zawinęła  się  w  swą  luźną  nocną  koszulę. 
Zaczęła  spychać  łódkę  na  wodę.  Jon  wyszedł  zza  drzew  i 
ruszył prosto na nią. 

 -  Cześć,  Jenny.  Idziesz  pływać?  -  zagadnął.  Bardzo  się 

starał,  by  w  jego  głosie  nie  czuło  się  drżenia. Odwróciła  się, 
całkowicie zaskoczona. Huknęła przy tym kolanem w burtę i 
krzyknęła, bardziej jednak ze zdziwienia niż z bólu. 

 -  To  ty,  Jonny?  -  jęknęła,  rozcierając  stłuczoną  rzepkę.  - 

Bój  się  Boga,  aleś  mnie  wystraszył.  -  Zawahała  się  nagle, 
mrużąc oczy. - Długo tu jesteś? 

 -  Dopiero  co  przyszedłem  -  pomyślał,  że  księżyc  jest  po 

jego  stronie:  świecił  mu  zza  pleców,  wobec  czego  Jenny  nie 
mogła  wyraźnie  widzieć  jego  twarzy.  Kłamał  w  żywe  oczy, 
ale miał nadzieję, że zabrzmiało to przekonująco. - No to co, 
idziesz? 

 - Nie. Pływałam już - ciągle tarła obolałe kolano. - Byłam 

pewna, że dawno już śpisz. 

 - Rzeczywiście, zasnąłem jak kamień. Ale obudziłem się - 

zbyt tu cicho. Roześmiała się. 

 - Zabrakło ci miejskich hałasów? 
 -  No,  powiedzmy  -  i  on  się  uśmiechnął.  -  Ale  tak 

naprawdę usłyszałem nagle jakiś dziwny głos, coś jakby płacz 
kobiety.  A  może  mi  się  śniło?  Sam  nie  wiem.  Ale 
pomyślałem, że może potrzebujesz pomocy... Słyszałaś coś? 

 - Tak, Jonny, to tylko nur wołał w trzcinach. Wiesz, kiedy 

tu  przyjechałam  i  pierwszy  raz  usłyszałam  ten  głos, 
pomyślałam  to  samo,  co  ty.  Zobaczysz,  przywykniesz.  Już 
niedługo nie będziesz zwracał uwagi. 

 - Proszę bardzo. Oto kobieta z doświadczeniem. 

background image

 - A jakże. No, dobra. Czas, by kobieta z doświadczeniem 

wróciła do domu. Może wtedy będziesz się mógł przespać. 

Nie mógł się powstrzymać, złapał ją za ramię. 
 - Poczekaj, Jenny, nie odchodź - wyszeptał. - Proszę cię, 

pogadajmy jeszcze. 

W jego głosie było coś, co ją poruszyło. 
 -  Dobrze.  O  czym  chcesz  ze  mną  porozmawiać?  Co  tam 

ostatnio czytałeś? 

Wyczuł w tym pytaniu łagodną drwinę. 
 - Cholera, nic. Same gazety. Nienawidzę gazet. Już jestem 

chory na  ich  widok. Wiedziała, że mówił  to  po  to, by się  jej 
odciąć. 

 - Ha, w takim razie będziesz musiał znaleźć sobie coś, co 

cię  uleczy.  -  O,  zabrzmiało  to  strasznie  prowokująco!  Kiedy 
zdała sobie z tego sprawę, aż jej dech zaparło w piersi. - No, 
naprawdę muszę już iść 

 -  szepnęła  zmieszana.  -  Słuchaj,  obiecaj  mi,  że  nie 

będziesz  pływał  sam.  Najpierw  musisz  tu  trochę  pobyć.  Nie 
znasz  jeziora.  Zanim  naprawdę  odpoczniesz,  będziesz  miał 
jeszcze kilka podłych dni, wiem coś o tym. 

 - Co, znów kobieta z doświadczeniem? Kiwnęła głową. 
Chciała odejść, ale powstrzymał ją słowami: 
 -  Zacząłem  już  myśleć  o  badaniach,  które  zaplanowałem 

na  lato  -  ręka  trzymająca  jej  ramię  drgnęła  nieznacznie.  - 
Zestawiłem  listę  najprzeróżniejszych  rodzajów  pocałunków, 
jakich  istota  ludzka  doświadcza  w  swoim  życiu.  Musiałem 
sięgnąć  pamięcią  do  doświadczeń  z  dzieciństwa.  I  wiesz,  to 
było interesujące 

 - uśmiechnął się do niej i... uklęknął przed nią. Zdumiała 

się.  -  Chodź,  pokażę  ci,  co  mi  się  udało  wyodrębnić  -  to 
śmieszne,  ale  cały  czas  mówił  serio  i  do  rzeczy.  -  Połóż  mi 
ręce na ramionach. 

background image

Zrobiła to, bo wobec tonu tak hipnotycznego nie podobna 

się  było  buntować.  Uniósł  nieco  rąbek  jej  koszuli  i, 
przykładając  palce  do  ust,  przesłał  jej  stłuczonemu  kolanu 
całusa. 

 - To jest pocałunek na utulenie. 
Chłodne  dłonie  złapały  ją  za  łydkę  i  pod  palce  stopy; 

uniósł jej nogę. Pocałował kolano. Potem podniósł się. Ciepło 
jego ust pozostało. To dziwne, ale nie czuła już bólu. 

 -  Widzisz?  Takie  buziaki  daje  mama.  Z  tego,  co 

pamiętam, to zawsze pomaga. - Spojrzał jej w oczy. 

 - I co? Jak tam twoje kolano? 
 -  O  tak,  znacznie  lepiej  -  wymruczała,  ale  zaraz  się 

przestraszyła i uciekła spojrzeniem. Oboje świetnie wiedzieli, 
co  naprawdę  zrobił  Jon:  nie  miało  to  nic  wspólnego  z  żadną 
mamą. Natychmiast, natychmiast trzeba to przerwać! Ale nie 
mogła. Objął ją, a ona nic nie mogła na to poradzić. 

Musnął  jej  mokre  włosy  nad  czołem  i  odsunął  je. 

Ostrożnie i niewinnie złożył tu następny pocałunek. 

 - Tak całuje dzieci tata. 
Wziął jej twarz w dłonie. Teraz dopiero zobaczył, że cała 

aż  struchlała.  Cóż,  bała  się,  że  następny  całus  będzie 
prawdziwy; dorosły. Że on da spokój z tą śmieszną dziecinadą 
pośrednich szczebli. Ale Jon nie pozwolił sobie na to. Panował 
nad sobą. Uśmiechnął się dobrotliwie, w duchu zaś winszował 
sobie: w samą porę wpadł na ten pomysł z listą! Miał nadzieję, 
że  będzie  mógł  wyczerpać  wszystkie  przykłady  tu  i  teraz. 
Pocałował ją w prawy, potem w lewy policzek. 

 - To jest buziak babci. Tak mnie całowała na dobranoc - 

szepnął. 

Jenny teraz dopiero wróciła do przytomności. Odepchnęła 

go i, śmiejąc się psotnie, pacnęła go w czubek głowy. 

 -  Masz.  A  tak  moja  babcia  całowała  na  dobranoc.  Jon 

przybrał minę naukowca. 

background image

„No,  stary,  na  tym  koniec"  -  pomyślał.  Z 

najniewinniejszym na świecie uśmiechem spytał: 

 -  Nie  jesteś  ciekawa  dalszego  ciągu  listy?  Mam  jeszcze 

masę pozycji... 

 - A jakże, wiem, że masz - śmiała się. Szybko wskoczyła 

do łódki i złapała za wiosło. - Lepiej się trochę prześpij. Dość 
już  tego  dumania  -  zarządziła,  zupełnie  jakby  była 
pielęgniarką... 

Jego  wesoły  głos  niósł  się  po  wodzie  za  oddalającym  się 

czółnem: 

 - Dobrej nocy, Jenny. Spij dobrze! 
 - Dobranoc, Jonny - zawołała. - Spokojnych snów! 
Minęło  jednak  dużo  czasu,  zanim  każde  z  nich  zasnęło. 

Był  to  sen  płytki,  niespokojny.  Jenny  rzucała  się  na  łóżku, 
próbując  uciec  od  ciągle  powracających,  zmysłowych 
obrazów.  Jona,  zlanego  zimnym  potem,  budziły  przerażające 
koszmary. 

„Uspokój  się,  no,  uspokój  się  -  nakazywała  sobie.  - 

Pomyśl  o  Jenny.  Pomyśl,  jakimż  ona  jest  złotem".  Nie  mógł 
jednak się uspokoić. Ciało i duszę toczyły mu, tak dobrze od 
dawna znane, ból i rozpacz. 

background image

Rozdział 3 
Była  już  prawie  siódma,  gdy  Jenny  wyrwało  z  zadumy 

wesołe: 

 -  Uu,  Jenny,  dzień  dobry!  To  Sara  Gabriel,  serdeczna 

przyjaciółka. Jenny, wyjmując grzanki z tostera, odkrzyknęła: 

 - Sara, hej! Wchodź. Przychodzisz akurat na grzanki. Sara 

wpadła do domu jak wichura. 

 - Świetnie, dziewuszko, tego mi właśnie trzeba - zaśmiała 

się,  zatarła  dłonie  i  zabrała  się  do  jedzenia.  -  Cholera,  chyba 
już  nigdy  nie  będę  szczupła.  A,  lepiej  się  z  tym  pogodzić. 
Przyniosłam ci trochę malw. Będzie z nich dobry papier. 

Jenny  z  wdzięcznością  kiwnęła  głową  i  wyjęła  z  szafki 

jeszcze jeden kubek. Nalała Sarze kawy. Postawiła też na stole 
karton z mlekiem. 

 -  No,  co  cię  sprowadza  tak  wcześnie?  -  spytała  siadając 

obok wprost nieprzyzwoicie wesołej przyjaciółki. 

 -  Papier  irysowy!  -  Sara  przestała  gryźć  i  zastygła  na 

chwilę z komicznym wyrazem na okrągłej, rumianej twarzy. - 
O  Boże,  Jen,  chyba  nie  zapomniałaś?  Mówiłam,  że 
chciałabym  dostać  od  ciebie  trochę  specjalnego  papieru. 
Namaluję  kilka  akwarelek  dla  mojego  synalka.  Ha,  to 
powinno  mu  przypomnieć,  co  rozwinęło  ten  jego 
utalentowany  móżdżek  -  zaśmiała  się  chytrze.  -  No  i  skąd 
naprawdę czerpie inspirację. 

Tak, papier dla Sary był gotowy. Jenny znów zahaczyła o 

to, o czym wielokrotnie rozmawiały: 

 -  Kochanie,  jesteś  absolutnie  wyjątkowa.  Nawet  twoje 

potomstwo  nie  ma  twojego  DNA.  On  jest  taki,  bo...  cóż, 
środowisko... 

 -  Tak?  A  kto  mu  stworzył  właściwe  środowisko?  Całe 

jego życie? 

Jenny  podniosła  obie  ręce.  Lepiej  od  razu  się  poddać,  z 

Sarą się nie wygra. Nic już nie mówiła. Uśmiechnęła się tylko 

background image

tajemniczo  i  mieszała  łyżeczką  w  swoim  kubku.  Jej  grzanka 
stygła na talerzyku. Sara szybko się zorientowała. 

 - No, dziecinko, co tam? 
Jenny  lekceważąco  pokręciła  głową,  ale  przyjaciółka  nie 

tak łatwo dawała się zbić z tropu. Wlepiła w nią oczy i Jenny 
po prostu musiała powiedzieć. 

 -  Na  wzgórzu  Westonów  mamy  nowego  rezydenta. 

Wczoraj go spotkałam. 

 -  Co?  -  podchwyciła  Sara.  -  Kogo?  Co  robi?  Podoba  ci 

się? 

„O, ona zawsze zadaje dobre pytania" - pomyślała Jenny, 

głośno zaś powiedziała: 

 - Doktor Jon McCallem, psycholog. Ja wiem? Tak sobie. 

Powiedzmy, że mi się podoba. 

 - No to w czym problem? 
Jenny 

opowiedziała 

pokrótce  o  jego  trudnej  i 

niewdzięcznej  pracy.  Powiedziała  też,  że  sądzi,  iż  doktor 
McCallem  jest  w  równie  złej  kondycji  psychicznej  jak  ona 
dwa lata temu. 

 - Może z nieco innych powodów, ale w każdym razie jest 

nieźle zużyty - dodała. 

 -  Aaa...  Widzę,  że  będzie  ci  się  podobał  bardziej  niż  tak 

sobie. 

Jenny  kiwnęła  głową.  Jakoś  nie  mogła  zapomnieć  chwili, 

kiedy  ją  objął.  Czuła,  że  i  dla  niego  ostatnia  noc  była  istną 
iskrą elektryczną. 

 - A ty? Podobasz się mu? Jenny znów kiwnęła. 
„I to bardziej niż tak sobie" - pomyślała. 
 - Jennifer Larson, słuchaj, co ci mówię. Jeśli tylko on nie 

ma stu trzech lat i nie jeździ w inwalidzkim wózku, to pytam, 
w czym problem? Czas już najwyższy łaskawie zauważyć, że 
jesteś  kobietą  atrakcyjną  i  zdolną  dzielić  radość  życia  z 

background image

przedstawicielem  płci  przeciwnej.  Przecież  nie  jest  pedałem, 
co?! 

Jenny parsknęła. 
 - Jezu, nie! 
 - A ile ma lat, Jen? W moim wieku? Starszy? 
 -  Trzy  lata  młodszy  ode  mnie,  Saro.  Czuję  się,  jakbym 

huśtała kołyskę! 

Sara uniosła brwi i założyła ręce na piersi. 
 -  Założę  się  o  co  chcesz,  że  on  tak  nie  myśli  - 

perswadowała.  -  Dziewczyno!  Nareszcie  coś  się  tu  dzieje,  a 
ty... boisz się! 

No  nie,  toż  to  było,  jak  uderzenie  obuchem  w  łeb.  Jenny 

nagle  zainteresowała  się  kawą;  wstała,  by  jeszcze  trochę 
dolać. 

 - Słuchaj. Jemu nie jest potrzebny wakacyjny romans. Ani 

mnie. On musi wypocząć i odnaleźć swoją drogę. 

 - Coś mi się zdaje, że on już ją odnalazł - odparła kpiąco 

Sara i wycelowała palcem w kierunku Jenny. - A odpoczywał 
będzie, kiedy będzie stary jak ja. 

Mimo  woli  Jenny  wybuchnęła  śmiechem.  Nic  nie 

przekona Sary, szkoda słów. 

 - Nie, ty jesteś niemożliwa. 
 -  Cóż,  jestem  po  prostu  bardzo  romantyczna.  I  zawsze 

taka byłam - urwała, na jej twarz wstąpił uśmiech dobrej cioci. 
- I jestem też starą wygą, moja droga - dodała. - Znam się na 
rzeczy. Czas już na ciebie, czas! 

Jenny po cichu przyznała Sarze rację. Och, jakże  kochała 

swą mądrą przyjaciółkę! Sara pomogła jej poprzednim razem, 
postawiła ją na nogi, dała jej siłę do samodzielnego życia. A 
teraz,  jak  ptasia  mama,  delikatnie,  acz  zdecydowanie 
szturchała  ją,  by  Jenny  opuściła  wreszcie  swe  przytulne 
gniazdko.  Trzeba  znów  wrócić  na  stały  ląd.  Dzielić  ludzką 
miłość, zaryzykować sobą... Ale... czy jest gotowa? 

background image

Zamyśliła  się.  Sara  dźwignęła  się  ciężko  z  krzesła  i 

przytuliła Jenny jak rodzona matka. 

 - No, zostaw te grobowe miny. Romans ma być radością i 

tym  razem  nie  będzie  inaczej,  zobaczysz.  Zwłaszcza,  że  idą 
wakacje. 

 - Romans? - powtórzyła Jenny. 
 -  A  co,  kochanie?  Masz  coś  innego  w  planach  na  kilka 

następnych miesięcy? - głos Sary brzmiał pretensjonalnie, jak 
w  drugorzędnych  filmach  gangsterskich.  -  Niczym  się  nie 
przejmuj. Zabaw się, ot co. 

 - Hm, to właśnie jest to, co powinnaś powiedzieć Jonowi. 

Zabaw  się,  korzystaj  -  powiedziała  Jenny  bardziej  do  siebie 
niż do swej przyjaciółki. 

Ta  zmrużyła  oczy  i  pomyślała,  że  doktor  Jon  McCallem 

musi  być  jakimś  niegłupim  facetem.  Ale  zatrzymała  to 
spostrzeżenie dla siebie. Znów przygarnęła Jenny. 

 - O to chodzi, dziewuszko. Korzystaj! 
Jenny  dała  Sarze  kilka  arkuszy  papieru  irysowego,  które 

specjalnie dla niej odłożyła. 

 - Masz. Spodziewam się, że twój synalek doceni wreszcie 

talent mamy. Chcesz przyjść na kolację? Sara roześmiała się. 

 -  Nie  bój  się,  on  dobrze  wie.  Co  dzień  kładę  mu  to  do 

głowy...  telepatycznie.  -  Ostrożnie  wzięła  do  ręki  papier  o 
pięknej,  bladozielonej  barwie.  -  Dzięki  za  zaproszenie,  ale 
mam  obowiązki.  Profesor  Whitney  Angus  Custer  Trzeci 
pragnie zjeść ze mną obiad w swoim... hm, skromnym domku 
nad  Ottertail  Lake.  Och,  trzeba  będzie  chwalić  jego 
akwaforty... 

Jenny roześmiała się, aż ją brzuch rozbolał. 
 - Whitney Angus Custer...? 
 - I to Trzeci. No, maleńka, mam jeszcze mnóstwo roboty. 

Muszę  poczytać  o  grafice.  Pa.  Aha:  cieszę  się,  że  przetrzesz 
sobie  różki.  Witamy  na  pokładzie.  Zobaczysz,  to  tak,  jakbyś 

background image

znów uczyła się jeździć na rowerze. Tego się nigdy do końca 
nie zapomina. 

Sara  pomachała  na  do  widzenia  i  wsiadła  do  swej 

przedpotopowej  ciężarówki.  Jenny  wróciła  do  pracy.  Zabrała 
się  do  preparowania  ugotowanych  wczoraj  włókien.  Roztarła 
surową,  rozgotowaną  masę  papierową,  a  następnie  oddzieliła 
włókna  za  pomocą  siatkowych  filtrów.  Robiła  wszystko 
automatycznie,  bez  specjalnej  uwagi;  jej  myśli  uporczywie 
wracały  do  pierwszego  spotkania  z  doktorem  McCallemem. 
Myślała też o radach Sary. Po raz pierwszy od czasu śmierci 
Richarda czuła, że krążą w niej soki, że jest żywa... Ale i bała 
się. Czego? 

Ano, wszystkiego, co niewiadome. Ku czemu zaprowadzi 

ją ta znajomość? Czy naprawdę mogą zostać przyjaciółmi? A 
jeśli jemu to nie wystarczy? A może i jej? Nie była w stanie 
jasno  myśleć.  Ruszając  się  jak  lunatyczka,  rozlała  włóknistą 
masę do prostokątnych form, które następnie ułożyła na sągu 
drewna.  Za  kilka  godzin  słońce  wysuszy  cienkie  warstwy 
masy  na  papier.  Drzeworytnicze  wzory,  które  na  nim 
drukowała,  wymagały  materiału  nieskazitelnego,  całkowicie 
gładkiego i jednorodnego. 

To  Sara  pomogła  jej  odkryć  w  sobie  nieznane  dotąd 

talenty. Pracując już samodzielnie, Jenny poszła jeszcze dalej: 
znalazła  popyt  na  swoje  prace.  Na  papierze  kukurydzianym 
odciskała wzór łusek, na żytnim i owsianym kontur spichlerza 
znad  Battle  Lake,  a  na  papierze  trzcinowym  podobiznę  nura 
cesarskiego - godło stanu Minnesota. Zwłaszcza na ten ostatni 
produkt  Jenny  znalazła  spory  rynek  odbiorców.  Arkusze 
puszczała  w  obieg  seriami,  w  numerowanych  pakietach. 
Odrzucała  propozycje  podjęcia  produkcji  bardziej  masowej, 
wystarczało  jej  to,  że ze  swego  skromnego  rzemiosła  była  w 
stanie utrzymać się - i to nie najgorzej. Mogła robić co chciała 

background image

i  tak  długo,  jak  się  jej  podobało.  Była  to  sytuacja  wprost 
idealna. 

Ale  pojawienie  się  Jona  zburzyło  tę  równowagę.  Wrr  - 

zgrzytnęła zębami. Zła była na siebie, że babrze się dłużej niż 
potrzeba. Zgarnęła ciemnozielone resztki w kubełek i wytarła 
narzędzia.  Zaniosła  kubeł  do  maleńkiego,  starannie 
utrzymanego  ogródka.  Potem  zeszła  nad  wodę,  by  wypłukać 
kocioł.  Pochłonięta  pracą  nie  zauważyła,  kiedy  pojawił  się 
Jon. 

Siedział  opodal,  w  swojej  łódce,  milczący  i  zapatrzony. 

Słońce prażyło niemiłosiernie, ale nie zwracał na to uwagi. Z 
lubością  wpatrywał  się  w  Jenny.  Ubrana  była  chyba  jeszcze 
niedbałej  niż  wczoraj,  w  jaskraworożowe  majtki  od  bikini  i 
takąż  koszulkę.  Włosy  splotła  w  gruby  warkocz,  który 
zwieszał się na plecy. Chłonąc wszystkimi zmysłami język jej 
ciała,  Jon  spostrzegł,  że  była  czymś  zaniepokojona.  Może 
zdenerwowana?  Ruchy  jej  były  gwałtowne  i  niecierpliwe, 
jakże  różne  od  miękkości  i  gracji  tamtej  Jenny,  pochylonej 
nad  rozsypaną  na  wodzie  trzciną.  Zmarszczył  brwi.  Nagle 
zrozumiał:  ciało  dziewczyny  potężnym  głosem  domagało  się 
czegoś więcej niż tylko niewinnej przyjaźni, umysł natomiast 
ostrzegał ją, że na to coś więcej nie jest jeszcze gotowa. 

Jon zdjął lustrzane, przeciwsłoneczne okulary i zawołał: 
 - Hej, maleńka, pobawimy się? 
Jenny  podniosła  się  i  wprost  olśniła  go  tym  swoim 

promiennym  uśmiechem.  Jej  obawy  i  zmartwienia  w  jednej 
chwili prysły wobec widoku chłopięcych, uśmiechniętych ust. 

 - Oj, Jonny, co też ci chodzi po głowie? 
Ach, czyż w jej głosie nie było odrobiny kokieterii? 
„Spokojnie, chłopie - mówił sobie - jest taka pewna siebie, 

bo dzieli nas ładnych kilka metrów." 

Ścisnął  mocniej  wiosło  i  skierował  łódź  ku  plaży. 

Uśmiechał  się  nieznacznie  i  mrużył  oczy.  Jenny  patrzyła  na 

background image

niego  wyzywająco.  Stała  w  wodzie,  podparta  pod  boki,  z 
lekko 

przechyloną 

głową 

ciężkim 

warkoczem 

przewieszonym przez ramię, spuszczonym obok lewej piersi. 

 -  Może  zrobimy  wyścigi  łódek?  Pomyślałem,  że  skoro 

jestem  w  tak  kiepskiej  formie,  zmierzenie  się  ze  zdrową  jak 
rzepa  dziewczyną  nie  byłoby  niehonorowe.  -  Zatrzymał 
czółno  na  wodzie,  dokładnie  naprzeciw  niej.  -  Trudne 
zwycięstwo dobrze mi zrobi. 

Pomyślała,  że  pewno  niejednego  faceta  aż  skręciłoby  z 

zazdrości na widok jego atletycznego ciała. A jednak przyjęła 
zaproszenie. 

 -  Nie,  McCallem,  jesteś  zbyt  wykształcony,  żeby  być 

samochwałem.  Dam  ci  szansę.  Ale  ostrzegam:  nie  masz 
żadnych forów! Zajeżdżę cię na śmierć i wygram! - Wyszła na 
piasek  i  zostawiła  kocioł  pod  wierzbą.  Odwróciła  się  i 
wyprężyła dumnie. - Myślisz, że jak jestem mała, to nie mogę 
być silna? 

Siedział  w  łódce  i  huśtał  się  lekko,  udając  lekceważenie. 

W oczach błysnął mu przekorny, kpiący uśmieszek. 

 -  Ależ  skąd,  widzę,  że  jesteś  silna.  W  buzi.  Kto  przegra, 

ten  gotuje  obiad,  dobrze,  Larson?  Roześmiała  się  na  całe 
gardło. 

 - A, tu cię mam! 
Zsunęła zręcznie swoją łódkę do wody. Chwyciła wiosło. 
 -  Przypomnij  mi,  a  kiedyś  ci  pokażę  nagrody,  które 

dostałam za takie wyścigi. 

Teraz znów on wybuchnął śmiechem. 
 - Jenny, wojna psychologiczna z psychologiem? 
 -  O,  doktorze,  zauważył  pan  -  zadrwiła.  Oczy  śmiały  się 

jej  i  błyszczały.  -  Ścigamy  się  od  cypla  wyspy  do  wzgórza 
Westonów  i  z  powrotem.  To  będzie  jakaś  mila.  Czy  to  dla 
ciebie nie za daleko? 

Jon wypiął nagą, muskularną pierś. 

background image

 -  Będę  cię  ścigał  tak  daleko,  jak  będzie  trzeba,  moja 

śliczna. Co mi tam! 

Drażnił  się,  lecz  Jenny  czuła,  że  powiedział  to  serio.  A 

może jej się tylko wydawało? Uśmiechał się kpiąco. „I to on 
mówi  o  wojnie  psychologicznej"  -  pomyślała.  Usadowiła  się 
wygodnie i dobrze zaparła nogi. 

 - Jestem gotowa, gruby misiu. 
Ustawili się równo i Jon dał sygnał. Ruszyli. Jenny starała 

się wiosłować silnie i miarowo, zwracając uwagę na głębokie 
zanurzanie  pióra  i  szerokie  prowadzenie  wiosła  ręką.  Już  po 
dziesięciu  uderzeniach  zdobyła  przewagę  o  całą  długość  i, 
doprawdy, nie mogła odmówić sobie tej przyjemności, by się 
nie  odwrócić  i  nie  zaśmiać  Jonowi  prosto  w  nos.  Sądząc  po 
tym,  jak  wściekle  młócił  wodę  -  chyba  się  przestraszył.  Na 
półmetku  Jenny  ciągle  prowadziła;  a  miała  i  tę  przewagę,  że 
wiedziała,  w  jaki  sposób  szybko  i  sprawnie  dokonać  zwrotu. 
Zdążyła się jednak już porządnie zasapać. Kilka metrów dalej 
uśmiech na dobre znikł z jej twarzy. 

Na ostatniej ćwiartce mili dobywała resztek sił. W tyle za 

sobą  słyszała  Jona:  mruczał  najpierw  pod  nosem,  łajał  się  i 
popędzał,  aż  wreszcie,  pochłonięty  wysiłkiem,  nieświadomie 
podniósł  głos.  Obejrzała  się, bo wydawało  się  jej, że jest tuż 
tuż.  I  rzeczywiście.  Parł  do  przodu  z  zawziętą  miną;  Oj, 
zagapiła się; dogonił ją! Trzeba wiosłować! Co z tego, że ma 
takie piękne ciało? Nie zwracać uwagi, skupić się, skupić się! 

Ale było już za późno. Wygrał. Zerwał się na równe nogi i 

zaryczał  tryumfalnie.  I  natychmiast  wpadł  do  wody!  Tak 
właśnie  płaci  się  za  brak  skromności.  Plując  i  kaszląc  złapał 
wreszcie  oddech;  miał  strasznie  głupi  wyraz  twarzy.  Dobrze 
mu  tak.  Jenny  patrzyła  nań  z  niekłamaną  przyjemnością. 
Dyszała ciężko i głośno. Schyliła się, by wyłowić jego wiosło, 
gdy on popłynął po dryfującą łódkę. 

background image

Zbliżyła się, złapał za burtę. Nie mogła się powstrzymać i 

wybuchnęła serdecznym śmiechem. 

 - - Śmiejesz się? Mam cię wrzucić? - zagroził i zakołysał 

jej  czółnem.  Pomyślał,  że  byłby  to  niezły  pomysł.  Na  samą 
myśl  o  ponownym  zobaczeniu  jej  w  mokrej  koszuli  zmrużył 
oczy, jakby patrzył pod słońce. 

 -  Puszczaj!  -  oburzyła  się.  -  Zasłużyłam  sobie  na 

rozrywkę.  Ha,  ha,  ładna  mi  wygrana!  Mimo  to  muszę 
ugotować ci obiad - powiedziała surowo. 

A  tak,  dobrze,  że  mu  przypomniała.  Natychmiast  się 

rozpromienił. Znów tryumfował. 

 - No właśnie! O której mam przyjść? 
Pokręciła  głową  tak  energicznie,  że  warkocz  aż  fruwał  w 

powietrzu. 

 - O nie, mój drogi. Musisz pomóc mi w przygotowaniach, 

dopiero potem będę gotować. - Roześmiała się na widok jego 
głupiej i zakłopotanej miny. - Tak, misiu. Idziesz łowić ryby! 

Aż prychnął ze złości. 
 - Ależ ja nie mam zielonego pojęcia o łapaniu ryb! No i - 

tu skrzywił się z nadzieją - nie mam wędki. 

 - Świetnie - odparła. - Nie będziesz robił starych błędów. 

A teraz przyholuj łódkę do brzegu. Popłyniemy moją. 

Już po chwili stali na piasku. Jon, ociekając wodą, patrzył, 

jak  Jenny  otwiera  mały  składzik  koło  domu.  Wyjęła  z  niego 
dwie wędki, pudełko z żyłkami, przyponami i całą resztą oraz 
elastyczną, siatkową torbę. Bezwolny jak śmieszna, szmaciana 
lalka,  powlókł  się  za  nią  do  ogródka,  w  którym  z  wysokiej 
kukurydzy  Jenny  zerwała  dorodną  kolbę.  Jon  wciąż  milczał; 
chcąc przerwać ciszę, Jenny przeczytała głośno napis na jego 
mokrej koszulce: 

 - „Doktor zrobi to, ale zamów wizytę". Uśmiechnął się. 
 -  To  wyobrażenie  mojej  matki  o  opętanym  swą 

powinnością psychologu - wyjaśnił. Ściągnął koszulkę i wyżął 

background image

ją, a następnie powiesił na gałązce. - Na swoją obronę powiem 
ci, że mama absolutnie nie ma racji. 

Oczy Jenny zachmurzyły się. 
 - Tak, wiem. Bo oni potrafią wszędzie. 
Jon usłyszał w jej glosie gorycz. Aż gwizdnął cicho. A to 

ci dopiero! Jenny była jak opowiadanie kryminalne: by dojść 
do  sedna,  należało  poznać  po  kolei  wszystkie  szczegóły  i 
okoliczności. Ale nie teraz. Teraz zależało mu na atmosferze. 

 -  Co  pani  powie,  siostro  Larson  -  zwrócił  się  do  niej 

niewinnie  i  udał,  że  widzi  plamę  na  jej  koszulce  Opuściła 
głowę, a on raptem złapał ją za nos. To rozładowało niemiły 
nastrój.  Jenny  znów  się  roześmiała  Jon  z  udaną  powagą 
zapytał: 

 -  Coś  się  stało,  kapitanie?  Powiesimy  pierwszego  czy 

drugiego mata? 

 - Mata i... szacha - odparła wesoło. - Hej, jazda na pokład! 
 -  Jest  jazda,  kapitanie!  -  złapał  ją  za  rękę  i  pociągnął  do 

łódki. - Na poo - kład! 

Nie mogła oderwać od niego oczu, kiedy wiosłował. Nagi 

tors  nachylał  się  w  rytm  pracy,  mięśnie  grały  wspaniale  pod 
napiętą, gładką skórą. Miał na sobie tylko slipy. Ale nie mogła 
przecież  tak  się  na  niego  gapić.  Spojrzała  na  jezioro; 
kilkanaście metrów za cypelkiem wyspy, u wejścia do Mallard 
Bay,  było  wymarzone  miejsce  do  łowienia  ryb.  Kiedy  tam 
przybyli, Jenny ostrożnie opuściła do wody kotwicę. 

 -  To  tu  -  powiedziała  cicho.  -  A  teraz,  Jonny,  patrz 

uważnie,  bo  nie  będę  się  powtarzać.  Zaraz  będziesz  robił  to 
sam. - Przyglądał się pilnie, jak wyłuskała z kolby kukurydzy 
kilka  ziaren  i  nadziała  je  na  cienki,  złoty  haczyk.  Podała  mu 
wędkę, po czym przygotowała drugą dla siebie. 

 -  Patrz  pod  wodę  -  poinstruowała.  Spojrzał  przez  burtę; 

szybko  dostrzegł  w  pobliżu  sporą  ławicę  ryb.  Widać  je  było 
całkiem  wyraźnie  na  tle  jasnego,  piaszczystego  dna.  -  Jeśli 

background image

będziemy  cicho,  podpłyną  blisko.  To  łatwe;  przy  pewnej 
wprawie  można  nawet  złapać  tę,  którą  się  sobie  upatrzy  - 
szeptała. - No, spróbuj. 

Odwinął trochę żyłki i zarzucił haczyk na przynętę. Zaraz 

znalazł  się  na  nią  amator.  Duża,  płaska  jak  patelnia  ryba 
podpłynęła  wolno  i  nieufnie  i  zatrzymała  się  bez  ruchu 
naprzeciw  dyndających  ziarenek.  A  potem  nagłym  ruchem 
dopadła żeru i połknęła go! 

W  Jonie  odezwał  się  instynkt  łowcy.  Szarpnął  wędką  i 

począł gorączkowo zwijać żyłkę. 

 - Mam ją, mam! - krzyczał radośnie, usiłując przytrzymać 

trzepoczącą  się  tęczową  rybę.  Złapał  ją  ręką  i  natychmiast 
ukłuł się kolczastą płetwą. 

 - Au! - zawył. - Cholera! Zraniła mnie, na pewno umrę od 

tego!  -  ekscytował  się.  Jenny  wybuchnęła  niepohamowanym 
śmiechem. 

 - Ej, doktorze, przecież widywał pan już gorsze rany! 
 - Może, ale nie były moje! 
 - Opłucz rękę w wodzie. 
 - Co? Żeby spłynęły się tu rekiny? 
 - Wątpię, czy by im smakowało. Nie zwrócił uwagi na jej 

docinki. 

 -  Teraz  wykrwawię  się  na  śmierć  -  dramatyzował 

komicznie,  trzymając  rękę  w  wodzie  z  miną  męczennika. 
Jenny złapała rybę pewnym, fachowym chwytem i wpuściła ją 
do przewieszonej przez burtę torby. 

W  niespełna  pół  godziny  Jon  zaraził  się  pasją 

wędkowania.  Wspólnie  z  Jenny  złapali  dziesięć  ryb  -  aż  za 
dużo  na  obiad.  W  drodze  powrotnej  wiosłowała  ona,  bo  jej 
mat,  roztkliwiając  się  nad  „poranioną  ręką",  odmówił 
wykonania czynności, która „pogorszyłaby jego ciężki stan". 

Przybili  do  brzegu.  Jenny  kazała  Jonowi  zanieść  torbę  z 

rybami  na  stół  -  ten  pomiędzy  drzewami.  Sama  pozbierała  i 

background image

schowała sprzęt wędkarski, resztę kukurydzy rzuciła kaczkom 
i,  uzbrojona  w  swój  wielki  nóż  do  filetowania,  podążyła  na 
wzgórze. 

Naostrzyła  nóż,  po  czym  z  iście  chirurgiczną  wprawą  i 

precyzją oczyściła ryby. 

 -  Dobra  robota,  siostro  Larsen  -  pochwalił  Jon.  Był  jej 

wdzięczny, że tym razem nie kazała mu się uczyć. Ale co się 
odwlecze... 

 - Dzięki, doktorze. Miałam okazję wprawić się. Wie pan, 

że ryby dobrze robią na głowę? 

 - A, to zabawne. W szkole nawet się o tym nie zająknęli. 

Niech  pani  pomyśli,  do  czego  bym  doszedł,  gdybym  przez 
wszystkie  te  lata  miał  okazję  spożywać  rybę  trzy  razy 
dziennie. 

 - Już i tak panu wystarczy - śmiała się. 
 - Ha, gdyby nie ten drobiazg w pani rączce, pokazałbym 

pani, że i ja mam całkiem niezłą wprawę. 

 -  O,  nie  wątpię  -  odparła,  ale  roześmiane  błękitne  oczy 

mówiły  mu  co  innego.  -  Może  innym  razem.  Zbyt  jestem 
głodna. 

 -  A  pani  myśli,  że  ja  nie?  Siostro,  wprost  umieram  z 

głodu. Zresztą, wszystko przez panią. 

 - I bardzo dobrze. Studenci są z reguły zależni od swoich 

wykładowców.  -  Zebrała  ze  stołu  rybie  tuszki  i  zaczęła 
schodzić po schodkach ku domowi. - Tam, koło krzaków, jest 
beczka  na  odpadki.  Wrzuć  do  niej  resztki  i  przychodź  zaraz. 
Aha. Po podniesieniu pokrywy radzę wstrzymać oddech. 

Jon  natychmiast  przestał  oddychać.  Nadął  się,  aż  cały 

poczerwieniał. Jenny parsknęła śmiechem. Szybko zbiegła po 
schodkach.  W  domu  rzuciła  ryby  do  zlewu  i  poszła  do 
łazienki,  by  się  umyć.  Kiedy  wróciła,  Jon  stał  już  pośrodku 
pokoju. 

background image

 -  Nie  żartowałaś  z  tymi  nagrodami,  co?  -  spojrzał  na 

komin.  -  Och,  masz  piękny  dom,  Jenny  -  widać  było,  że  był 
pod wrażeniem. - Hmm, nigdy bym nie przypuszczał, że pod 
ziemią może być tak... tak... przestronnie! 

Uśmiechnęła się z wdzięcznością i zaraz zmarszczyła nos. 
 - Fuj, śmierdzisz rybami! Umyj się, tam. Potem pokażę ci, 

jak można się pozbyć odoru. 

Szybko  się  umył  i  stanął  obok  niej  w  kuchni.  Nieufnie 

natarł  dłonie  sokiem  z  cytryny.  Podniósł  dłoń  i  ostrożnie 
pociągnął  nosem.  Poczuł  cierpki  zapach,  nic  więcej.  Uniósł 
brwi, zdziwiony. - Rzeczywiście. Skąd wiedziałaś? Wzruszyła 
ramionami. 

 - Mówiłem już, siostro Larsen: dobra robota. 
 - A propos roboty  - wzięła go za rękę  i poprowadziła do 

ogrodu,  gdzie  bardzo  szybko  poznał  tajniki  łuskania  jaśka. 
Jenny  w  tym  czasie  zerwała  trzy  główki  sałaty  oraz  sześć 
dorodnych marchewek  o gęstej naci, którą  oderwała i  rzuciła 
pomiędzy rzędy. 

 - Zielsko do ziemi - wyjaśniła, kiedy Jon uniósł pytająco 

brwi. 

W kuchni dała mu do umycia sałatę, którą następnie sama 

porwała  i  przyprawiła:  olej  z  dodatkiem  chilli  i  świeżo 
zerwanych,  utartych  na  miazgę  ziół.  Za  chwilę  siedzieli  już 
przy  okrągłym  dębowym  stole,  zajadając  smażoną  rybę  z 
gruboziarnistym chlebem, marchewką saute, fasolą i  soczystą 
sałatą.  Na  deser  Jenny  podała  pierniczki  z  orzechami  oraz 
wonną, świeżo parzoną herbatę ziołową. 

Jon  westchnął  z  lubością  i  przeciągnął  się  na  krześle. 

Rozprostował nogi pod stołem. 

 - Mmm, to było wspaniałe. Dziękuję, Jenny. 
 -  Zawsze  miło  dzielić  posiłek  z  przyjacielem  - 

uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił jej uśmiech. Po chwili 
odezwał się: 

background image

 - Jenny, gdzie się urodziłaś? 
 -  W  stajni.  Miasto  nazywa  się  Missoula,  w  stanie 

Montana.  -  Spojrzał  na  nią  zdziwiony,  uprzedziła  następne 
pytanie: - Muszę tu nadmienić, że poród odbierał mój własny 
ojciec. 

Usiadł prosto na krześle. 
 - O, to staje się coraz ciekawsze! Opowiedz mi. 
 - Ale to nie jest jakaś niezwykła historia. Mój ojciec jest 

weterynarzem.  Jeśli  byłeś  kiedyś  w  Montanie,  to  wiesz 
pewnie,  że  już  na  zawsze  pozostają  w  pamięci  te  ogromne, 
bezkresne  przestrzenie,  po  których  hulają  zimowe  wiatry. 
Mama  wyszła  do  pracy  i  zaraz  potem  rozszalała  się  zamieć. 
Czternaście  godzin  absolutnego  odcięcia  od  świata.  A  w 
dodatku mieszkaliśmy - to znaczy rodzice - poza miastem, na 
farmie. Więc poród odebrać mógł tylko papa. 

 -  A  co  twoja  mama  robiła  w  stajni?  To  jest,  poza 

rodzeniem...? 

 -  Jest  asystentką  weterynarza.  Tego  dnia  uratowali 

właśnie  jedną  z  klaczy,  poród  był  straszliwie  powikłany. 
Zaczęła  się  zamieć,  nie można było  dostać się do domu. Nie 
pozostało im nic innego, jak ułożyć mamę na sianie i... zrobić 
swoje. 

 - I tak oto mała Jenny Larson przyszła na świat w żłóbku - 

Jon  pokiwał  głową.  -  Jak  tylko  cię  zobaczyłem,  wiedziałem, 
że jesteś niezwykła. Jak się tu znalazłaś? 

 - To rodzinna posiadłość od kilku pokoleń. Dziadek umarł 

całkiem niedawno. Zapisał ją mnie, bo wiedział, że kocham to 
miejsce - Jenny czuła, że Jon oczekiwał czegoś więcej. Pytał o 
to, co ją tu sprowadziło po śmierci męża. Ale nie mogła o tym 
mówić. I on to zrozumiał. Przerwała milczenie: 

 -  Teraz  pańska  kolej,  doktorze.  Roześmiał  się 

lekceważąco. 

background image

 -  O,  Jenny,  nie  ma  co  porównywać.  Jestem  zwykłym 

miejskim chłopakiem z Chicago. Urodziłem się, gdy nadeszła 
fala  dzikich  upałów.  Kto  żyw  uciekał  z  miasta.  Nawet  w 
szpitalu nie było żywego ducha. Moja mama maluje. Zawsze 
starała się tchnąć we mnie trochę luzu, ale poszedłem raczej w 
ślady  ojca.  Ojciec  jest  lekarzem,  od  trzydziestu  lat  bez 
przerwy  siedzi  w  klinice,  którą  sam  założył.  Biedna  mama, 
wbijała  mi  do  głowy,  żebym  się  trochę  rozerwał,  zabawił, 
żebym  był  choć  trochę  beztroski,  nawet  nieobliczalny...  ale 
mnie się to nie podobało. Resztę już wiesz, Jenny. W gruncie 
rzeczy  zawsze  słuchałem  tylko  swego  głosu  wewnętrznego  i 
starałem się robić to, co potrafię. 

 -  Zdaje  mi  się,  że  ten  twój  glos  krzyczał  na  ciebie  za 

ostro. Może choć teraz da ci odpocząć - powiedziała Jenny. - 
Gnasz, człowieku, bez opamiętania. 

 -  Ha,  jakbym  słyszał  matkę!  Pokiwała  głową  i 

uśmiechnęła się. 

 -  Mówiłeś,  że  twoja  mama  maluje?  Słuchaj,  czy  ona 

nazywa  się  Rose  McCallem?  -  Jon  potwierdził  -  Mój  Boże, 
Jonny,  ależ  ja  od  lat  ją  podziwiam!  To  jedna  z  najlepszych 
żyjących akwarelistek! Jezu, musisz być z niej dumny! 

 -  O  tak  -  odparł  poważnie.  -  Tylko  że  ja  zawsze  byłem 

ciemną stroną tego blasku. Miałem i mam wstręt do babrania 
się  w  lepkich  farbach  i  ostro  pachnących  rozpuszczalnikach. 
Jak tylko czułem zapach terpentyny, zwiewałem gdzie pieprz 
rośnie. Robiło mi się niedobrze, naprawdę. 

 -  Och  ty  -  Jenny  śmiała  się  wesoło.  -  Jak  mogłeś.  Matka 

powinna była przetrzepać ci skórę raz a dobrze. 

 -  Cóż,  zrobiła  to  -  wykrzywił  się  śmiesznie.  -  Nic  nie 

pomogło.  W  dalszym  ciągu  nie  znoszę  bałaganu.  Porządek  i 
schludność  laboratorium  -  to  co  innego.  Mogę  tam  siedzieć 
całymi dniami. - Zabrzmiało to jednak nieco ironicznie. 

Jenny wstała i zebrała ze stołu naczynia. 

background image

 -  W  takim  razie  dziwię  się,  że  w  ogóle  mogłeś  dotknąć 

rybich flaków. Nie zrobiło ci się niedobrze? 

 -  Skąd  wiesz?  -  Zerknął  na  sztućce  w  jej  dłoni  i  wysoką 

piramidę  talerzy  i  kubków  w  drugiej.  -  Jak  to  się  dzieje,  że 
kiedy  próbuję  cię  oczarować,  masz  zawsze  pod  ręką  coś 
śmiertelnie niebezpiecznego? 

Wzruszyła ramionami. 
 - Musisz mnie przyłapać bez broni. 
 - Taak? - zerwał się z krzesła i, pełen nadziei, poszedł za 

nią do kuchni. 

background image

Rozdział 4 
Burzliwą  kłótnię  o  to,  kto  ma  zmywać,  a  kto  wycierać, 

wygrał Jon: - Nie znoszę wycierania naczyń, Jenny. 

Potem  udali  się  na  wzgórze  Westonów  obejrzeć  zachód 

słońca. Płynęli łódkami bez pośpiechu, znacznie wolniej niż w 
wyścigu  o  obiad.  Wyciągnęli  czółna  na  piach.  Idąc  obok 
siebie,  przeszli  przez  szczyt  na  drugą  stronę  wzgórza,  skąd 
rozpościerał się cudny widok na płonące szkarłatem i purpurą 
niebo. Słońce chowało się właśnie za horyzont. 

 - Przyznaj się, kiedy ostatni raz oglądałeś zachód słońca? 

Albo wschód? 

 -  A,  zaraz  mi  powiesz,  że  i  kwiaty  pachną  cudnie,  tylko 

trzeba  je  wąchać.  Spojrzała  na  niego,  oczy  błyszczały  jej  od 
łez. 

 -  O  tak,  żebyś  wiedział.  Od  kiedy  tu  żyję,  Jonny, 

nauczyłam  się  jednego:  szkoda  dosłownie  każdej  uciekającej 
chwili. Życie jest zbyt krótkie. 

Ujął jej dłonie i pociągnął ją na gruby dywan trawy. 
 -  Proszę,  opowiedz  mi  o  śmierci  twego  męża.  Nagle 

poczuła się całkowicie bezbronna i bezradna. 

 - Pan prowadzi badania analityczne, doktorze? Potrząsnął 

głową, patrzył jej prosto w oczy. 

 - Chcę wiedzieć, Jenny. 
 - Richard zmarł na zawał - powiedziała cicho. - Przez całe 

lata  zapracowywał  się  na  śmierć,  więc  nic  dziwnego. 
Próbowałam  potem  wrócić  do  szpitala,  ale  to  było  okropne. 
Nie byłam w stanie nic robić. Raptem przestałam wierzyć we 
własne  umiejętności,  straciłam  wiarę  w  mój  profesjonalizm. 
Wiesz przecież, że w medycynie to absolutna podstawa. Mój 
świat rozsypał się w proch, tak jak i twój, Jonny. I ja w nocy 
słyszałam  przerażające  głosy  -  ale  to  był  mój,  mój  własny 
krzyk! 

background image

Patrzyła w dal, na ozłoconą blaskiem zachodzącego słońca 

wodę. Wspomnienia otulały ją jak gruby, szczelny płaszcz. 

 -  Przyjechałam  więc  tutaj.  Teraz  tu  jest  mój  dom.  Tutaj 

znów  mogłam  pozbierać  moje  życie  do  kupy  -  westchnęła. 
Ponure, wciąż nie dające się odpędzić obrazy przyprawiały ją 
o drżenie. Ach, mogła mu powiedzieć o wiele, wiele więcej. I 
kiedyś może powie. Ale nie dziś. Jeszcze nie dziś. 

Jon bez słowa uniósł jej rękę do ust i ucałował ją miękko, 

serdecznie. 

 -  Jenny,  nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  szanuję  w  tobie 

dzielność i odwagę - gdy mówił to, czuła ciepło jego oddechu. 

Chwyciła jego dłoń drugą, wolną ręką. 
 -  Gdybyś  wiedział...  dwa  lata  temu...  och,  nie  mówiłbyś 

tak. 

 -  Może.  Ale  teraz  -  to  co  innego.  To  zawsze  wymaga 

czasu. „A daj czasowi czas", jak mówi poeta. Spójrz na mnie. 
Wiele się dziś nauczyłem. Po raz pierwszy od wielu lat czułem 
się swobodnie. To ty przepędziłaś moje troski. Jestem ci za to 
głęboko,  głęboko  wdzięczny  -  pochylił  się  i  pocałował  ją. 
Gorąco,  lecz  łagodnie.  Czuła  krzepiącą  siłę  jego  ramion. 
Ostrożnie przyciągnął ją do siebie. Jego usta szukały jej ust z 
powściąganą pasją. Miękła i topniała w cieple jego objęć, tulił 
ją czule, całował jej gładką, pulsującą uderzeniami serca szyję. 
Mruczał: 

 -  Dziękuję  ci,  Jenny,  moje  kochanie.  Dziękuję,  to  był 

wspaniały dzień. 

Te  słowa  otrzeźwiły  ją.  Boże,  co  się  z  nią  dzieje? 

Pozwalała jednak całować się jeszcze przez chwilę. Och, czuć 
na sobie jego ramiona... „Nie! - powiedziała sobie - nie!" Jon 
wyczuł jej opór. Puścił ją. 

 -  Tak,  to  były  okropne  lata,  Jenny  -  szybko  odnalazł  ton 

wcześniejszej rozmowy. Podniosła się z wdziękiem i otrzepała 
siedzenie ze źdźbeł zeschłej trawy. 

background image

 -  Od  tego  ma  się  przyjaciół,  Jonny.  Ale  czas,  by  twój 

przyjaciel wrócił już do domu. Muszę się zająć malwami. 

 - Malwami? 
 -  Dziś  rano  moja  przyjaciółka,  Sara,  przyniosła  mi  spore 

naręcze malw. Będę robiła z nich papier. Zagotuję je, a przez 
noc ładnie mi zmiękną. 

 -  Dziś  wieczorem?  Mogę  jutro  popatrzeć,  jak  robisz 

papier? 

 -  Możesz  mi  nawet  pomóc.  Ale  ostrzegam:  to  dość 

żmudne.  Choć  działa  kojąco.  Zaczynam  gdzieś  tak...  około 
ósmej. 

Skrzywił  się  na  tak  nieprzyzwoicie  wczesną  porę,  ale 

przyjął wyjaśnienie, że trzeba zacząć wcześniej, by zdążyć na 
południowe słońce, które najlepiej suszy arkusze. 

 - Dobrze, będę o ósmej. - Odprowadził ją do łódki, którą 

pomógł  zepchnąć  na  wodę.  -  Jeszcze  raz  dzięki,  Jenny. 
Spokojnych snów. 

 - Tobie też, Jonny. Dobranoc. 
Położyła się po dobrych kilku godzinach i spała jak zabita. 

Może sprawiło to światło, czuwające nad jej snem w dalekich 
oknach domu Westonów? 

Poranek  zapowiadał  piękny  dzień.  Jon  był  punktualny. 

Natychmiast wspólnie zabrali się do roboty. Patrząc, jak Jenny 
wlewa  ugotowane  łodygi  malw  do  metalowego  pojemnika,  a 
potem  myje  je  starannie,  Jon  czuł  lekkie  obrzydzenie. 
Rzeczywiście,  nie  wyglądało  to  najlepiej.  Potem  przecierała 
wodnistą  pulpę  przez  sito  -  jeszcze  gorzej!  Musiał  chyba 
zmienić  się  na  twarzy,  bo  kiedy  Jenny  zerknęła  na  niego, 
uśmiechnęła się z politowaniem. 

 -  Czy  to  to  samo  sito  i  tłuczek,  których  używałaś 

wczoraj...  do  obiadu?  -  spytał  ze  ściśniętym  gardłem.  Od 
patrzenia  na  bezkształtną,  brudnozieloną  masę  sam  trochę 
jakby pozieleniał. 

background image

Parsknęła śmiechem. 
 -  A  co,  jeśli  powiem  ci,  że  tak,  zrobi  ci  się  niedobrze?  - 

Trzepnęła  go  w  ramię.  -  Daj  spokój.  Oczywiście,  że  do 
gotowania  używam  innych.  Nie  wierzysz?  To  idź  do  domu  i 
sam się przekonaj. 

Roześmiał się z ulgą. 
 - Dobrze już, dobrze. Wierzę. 
Zmusił  się  do  patrzenia  na  błotnistą,  przypominającą 

rozwodnione  wymiociny  pulpę.  Pomyślał,  że  można  się 
przyzwyczaić...  Po  robocie  umyli  się,  po  czym  poszli 
sprawdzić  raz  jeszcze  oraz  podziwiać  rezultaty  swojej  pracy. 
Masa  papierowa  schła  na  słońcu  błyskawicznie.  Raptem 
usłyszeli trzaśniecie drzwi samochodu. 

 - Uu, Jenny, jesteś w domu? 
 - Tutaj, Sara! - zawołała Jenny. Sara brnęła z mozołem po 

wąskiej,  błotnistej  grobli,  łączącej  wyspę  z  lądem  stałym. 
Zrzędziła przy tym: 

 -  Niech  no  tylko  podniesie  się  poziom  wody  w  jeziorze. 

Twój  półwysep  znów  stanie  się  wyspą  i  będziesz  musiała 
przeprosić się z łodzią Johna. 

 - Łodzią Jona? - szepnął Jon do Jenny. 
 -  Nie.  Johna.  To  ta  długa,  płaskodenna  łódź,  odwrócona 

do góry dnem. Leży koło grobli. Jon uśmiechnął się do siebie. 

 -  I  co  powiesz,  stary?  Nazwali  łódź  na  moją  cześć  - 

powiedział półgłosem. Jenny nie spierała się  już o różnice w 
wymowie tych dwu imion. Zawołała do Sary: 

 -  Jak  tam  wieczór?  Czy  profesor  Custer  zaszczycił  cię 

swoimi akwafortami? Sapiąc z zadowolenie, Sara odparła: 

 -  A  jakże,  moja  droga.  W  ogóle  się  postawił.  Wszystko 

poszło  śpiewająco,  a  nawet,  że  tak  powiem,  pływająco,  bo 
zakończyliśmy  wieczór  w  jeziorze!  -  Przez  chwilę  napawała 
się  zdumioną  miną  Jenny  i  regularnymi  rysami  twarzy  jej 
przystojnego,  choć  mocno  zmieszanego,  towarzysza.  -  Och, 

background image

kochanie, nie bądź aż tak zgorszona! Przedstaw mnie. Czy to 
jest ten pan, o którymi mi mówiłaś? 

Jenny,  choć  zbita  z  tropu,  dostrzegła  jednak  cichy  błysk 

satysfakcji w oczach Jona. O, poczuł się pewnie! 

 - Jon, poznaj Sarę Gabriel, moją serdeczną - jak na razie - 

przyjaciółkę. Saro, to jest Jon McCallem, nasz nowy sąsiad ze 
wzgórza Westonów. 

Jon  wystąpił  naprzód  i,  więcej  nawet  niż  uprzejmie,  ujął 

wyciągniętą ku niemu dłoń Sary. 

 - Cieszę się, że mam okazję panią poznać - wymruczał. - 

To doprawdy niezwykłe. Ta dziewczyna urodziła się w stajni 
oraz cieszy się osobistą przyjaźnią kogoś o nazwisku Gabriel. 
O,  powinienem  chyba  zmienić  przedmiot  moich  studiów. 
Tego lata dokonam najpewniej jakiegoś wielkiego odkrycia. 

 -  Cześć,  Jon  -  Sara  odwzajemniła  jego  uśmiech.  - 

Zostawmy  lepiej  w  spokoju  wielkie  odkrycia.  Jestem  dla 
ciebie za stara. 

 - Hmm, to samo Jenny mówi o sobie. - Tyle, że to bzdura! 
 - Zwięźle powiedziane, pani Gabriel. 
Jenny  stała  bez  słowa,  przysłuchując  się  ich  niewinnej 

sprzeczce. Teraz wmieszała się, zmieniając temat: - Pokaż, co 
zrobiłaś  z  moim  papierem  irysowym  -  sięgnęła  po  teczkę, 
którą  Sara  trzymała  w  opuszczonej  dłoni.  Wyjęła  z  niej 
akwarele. - O, ładne - pochwaliła. 

Jon zainteresował się obrazkami. Obejrzał je uważnie, nie 

bez miny kogoś, kto ma w tym... pewne doświadczenie. 

 -  Tak.  Bardzo  ładne.  Anioł  jako  sygnatura...  Ha.  Coraz 

bardziej mi się to podoba - zerknął na Jenny i mrugnął do niej; 
z przyjemnością zauważył, że zarumieniła się po uszy. 

Sara  spostrzegła  zaraz  te  skryte  manewry  i,  jak  to  ona, 

walnęła prosto z mostu: 

 - Co tak naprawdę zamierzasz robić tego lata, Jon? Nawet 

powieka mu nie drgnęła. Odparł natychmiast: 

background image

 - Jenny obiecała, że nauczy mnie, jak spędzać wolny czas. 
Nie  wytrzymał do końca:  jego przesadnie  poważna do tej 

pory  twarz  zajaśniała  chytrym,  bezczelnym  uśmieszkiem. 
Jenny  w  dwóch  słowach  opowiedziała  Sarze  o  wakacyjnych 
badaniach Jona. 

 -  Interesują  go...  niektóre  aspekty  życia  rodzinnego. 

Spojrzał na nią spod oka, Jenny znów spiekła raka. 

 -  No  dobrze,  rozumiem  -  odezwała  się  Sara.  -  Tylko  nie 

zajmujcie  się  tym  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  -  Na 
widok  rumieńców  Jenny  Sara  w  duchu  nie  posiadała  się  z 
radości. 

 -  Taak  -  powiedział  Jon.  Spuścił  trochę  z  tonu, 

przynajmniej pozornie. Przyczaił  się. - Pomyślałem, że może 
popróbuję ręki w malarstwie. W końcu mama tresowała mnie 
latami. Zawsze mi mówiła, że są we mnie zadatki na malarza 
prymitywnego. Później dowiedziałem się, że był to eufemizm, 
mający oznaczać, że nie ma we mnie za grosz talentu. 

 - Jego mama to Rose McCallem - podpowiedziała Jenny. 
 -  O!  Ależ  to  wspaniale!  -  Sara  była  zachwycona.  -  Jaką 

technikę preferujesz, Jon? Wzruszył ramionami. 

 - Skąd mam wiedzieć? Hmm, nie cierpię, jak coś się maże 

i brudzi. Żadnego babrania się i... zapachu terpentyny! 

Sara spojrzała  znacząco na jego szorty i adidasy, noszące 

jeszcze  ślady  brudnozielonej  papki.  Oczywiście  nie  wierzyła 
mu. 

 - Coś mi się wydaje, że spodobałaby ci się tempera. Mam 

akurat  w  samochodzie  mały  zestaw.  I  jakieś  pędzle,  sztalugi, 
nawet kilka zagruntowanych blejtramów. Chodź, zobaczymy, 
co się dla ciebie nada. 

Pomaszerowali we trójkę. Jenny szepnęła do Jona: 
 - Ten gruchot to worek bez dna, istna arka Noego! Brak w 

nim chyba tylko dziada z babą. 

background image

I  rzeczywiście,  Jon  rychło  przekonał  się,  że  istotnie  tak 

było.  Kiedy  Sara  otworzyła  drzwi  furgonetki,  jego  oczom 
ukazała  się  bezładna  góra  różnych  rupieci.  Mrugnął 
porozumiewawczo  do  Jenny.  Sara  wgramoliła  się  do  wozu  i 
zaczęła buszować wśród gratów. 

 - A, tu są! - zawołała wreszcie, wychynęła z wnętrza auta 

z  czerwoną,  rozpromienioną  tryumfalnie  twarzą  i  podała 
Jonowi  to,  czego  szukała.  -  Masz,  Jon.  To  powinno  ci 
wystarczyć, przynajmniej na jakiś czas. 

 -  Saro,  jesteś  doprawdy  zbyt  hojna.  Pozwól,  że  za  to 

wszystko zapłacę. Takie rzeczy są zwykle bardzo drogie... 

 -  E,  daj  spokój.  To  przecież  mój  wkład  w  twoje 

szczęśliwe  wakacje  -  powiedziała  z  figlarnym  błyskiem  w 
oku. 

Nie  pozostało  nic  innego,  jak  tylko  przyjąć  dar.  Jon 

ucałował jej różowy, pulchny policzek. 

 - Dziękuję. Jesteś aniołem. 
 -  Nie  ma  za  co.  Baw  się  dobrze  -  Sara  uśmiechnęła  się 

ciepło  i,  zupełnie  jak  matka,  poklepała  go  po  ramieniu. 
Wróciła do wozu. Kiedy odjeżdżała, Jon z podziwem patrzył 
za samochodem. 

 - Och, ona jest wspaniała. 
 -  O  tak  -  Jenny  powoli  szła  ku wyspie.  -  Przywróciła  mi 

siłę  i  chęć  życia.  -  Jon  uniósł  pytająco  brwi,  więc 
opowiedziała mu pokrótce: - Poznałyśmy się niedługo po tym, 
jak  się  tu  sprowadziłam.  Szybko  zostałyśmy  przyjaciółkami. 
Sara  poradziła  mi,  bym  zajęła  się  czymś  zupełnie  dla  mnie 
nowym,  co  pozwoli  mi  oderwać  się  od  ponurych  myśli. 
Wpadła na pomysł z produkcją papieru i małych, amatorskich 
drzeworytów. To ona uwolniła mnie od obsesji popełnionych 
błędów  i  poczucia  winy  -  Jenny  westchnęła  ciężko,  była 
przejęta.  A  może  gada  za  dużo?  -  No,  krótko  mówiąc,  to 
dzięki niej jestem dziś tym, czym jestem: niezależną artystką - 

background image

amatorką  -  spojrzała  na  Jona.  Widząc  jej  jasne,  zamglone 
oczy,  zrozumiał,  że  nie  chciała  mówić  więcej.  Nie  nalegał 
więc. 

 - Tak, wspaniała z niej kobieta. Hej, a nasz papier? Może 

wysechł już i można go wyjąć z kuwetek? 

 - Zobaczymy - powiedziała. To dobrze, że ją rozumiał, że 

nie  zmuszał  jej,  by  wracała  do  bolesnej  przeszłości.  Poszli 
razem  na  szczyt  wzgórza  i  obejrzeli  schnące  arkusiki.  Jenny 
pokazała,  w  jaki  sposób  sprawdza  się,  czy  masa  wyschła 
należycie.  Większość  kartek  była  już  gotowa,  bo  też  słońce 
tego dnia operowało szczególnie silnie. Używając metalowego 
szpikulca,  Jenny  ostrożnie  oddzieliła  brzegi  kart  od  podłoża. 
Dała  też  spróbować  Jonowi.  Niczego  nie  uszkodziwszy, 
wydostał dwa kompletne arkusze. Spojrzał na nią z dumą. 

 -  Jakie  to  fajne!  -  wykrzyknął  z  zapałem.  -  Mógłbym 

zostać  tu  na  stałe  i  założylibyśmy  spółkę...  partnerską.  Co ty 
na to? 

Zdawała  się  nie  zwracać  uwagi  na  jego  ostatnie  słowa. 

Uśmiechnęła się i powiedziała tylko: 

 - Dobra robota, doktorze. 
Podała mu kartki. Obracał je w dłoniach zachwycony. 
 -  Te  dwie  są  twoje.  Może  coś  na  nich  namalujesz? 

Oczywiście, jeśli zdołasz się przemóc. 

 - A co? Może malwy? 
 - Jak chcesz. Ja też o tym pomyślałam. Wytnę drewniany 

klocek z malwami i odbiję go na tym właśnie papierze. 

 - Ukradnę ci pomysł. 
 -  Cóż,  jesteś  moim  gościem  -  odparła  głosem  cichym, 

serdecznym. 

Jon pomyślał, że trzeba już sobie iść. Zebrał swoje rzeczy, 

papier zaś włożył ostrożnie pomiędzy dwa blejtramy, żeby się 
nie pogniótł. 

background image

 -  No,  czas  na  mnie...  Chyba  pójdę  na  piechotę.  Po 

wczorajszym  dniu  niezbyt  pewnie  czuję  się  w  łódce.  Przyjdę 
po nią później, OK? 

 -  OK.  -  kiwnęła  głową.  -  Do  zobaczenia.  Jon, 

pogwizdując wesoło, zbiegł ze wzgórza. 

Wykąpawszy  się  i  zjadłszy  obiad,  Jenny  próbowała 

pozbierać myśli. 

„Dziewczyno,  zrozum,  nie  wszystko  jeszcze  z  tobą  w 

porządku. Nie zawracaj sobie niczym głowy. Jeszcze niejedno 
jabłko w sadzie spadnie ci do fartuszka... jak przyjdzie czas." 

Czuła jednak, że słowa te brzmią nieszczerze. Zdawało się 

jej teraz, że pojawienie się Jona w jej życiu było czymś z góry 
zaplanowanym  i  przesądzonym.  A  może  przez  cały  czas 
właśnie na niego czekała? Wzruszyła ramionami i westchnęła, 
po  części  godząc  się  z  tym,  po  części  buntując.  Po  raz 
pierwszy od wielu miesięcy czuła się bardzo samotna. 

background image

Rozdział 5 
 Jon  nie  pojawił  się  aż  do  wieczora.  Jenny  siedziała  w 

domu, ale nagle poczuła się w nim jak w pułapce. Wyciągnęła 
z pawlacza swą starą, od dawna nie używaną gitarę i poszła z 
nią  w  najdalszy  kąt  wyspy.  Spojrzała  na  rozległą  przestrzeń 
jeziora.  Cisza  i  spokój  koiły  jej  duszę.  Wdrapała  się  na 
wierzchołek  jednego  z  wielkich  głazów  granitowych, 
rozrzuconych  po  plaży  jak  kości  ręką  olbrzyma.  Siadała  tu 
często, wyobrażając sobie, że żegluje statkiem swego życia po 
cichych  wodach  przyszłości  -  mądry  kapitan,  ufający  swym 
umiejętnościom.  Czemuż  to  czuła  się  raczej  jak  bezradny 
marynarz, rzucony w przestwór dzikiego, groźnego oceanu, na 
wątłej  łupince  ze  zdruzgotanym  sterem?  O,  gdybyż  na  tej 
łupinie  był  Jon!  Przygnębiona,  nastroiła  gitarę  i  brzdąkała 
cicho, a  pojedyncze akordy współbrzmiały  ze  smętną  pieśnią 
jej duszy. 

Jenny  śpiewała.  Przypominała  sobie  wszystkie  znane  i 

zasłyszane  gdzieś  przypadkiem  smutne  pieśni.  Śpiewała  też 
własną, ponad rok temu ułożoną piosenkę: 

Miłość  ma  grzechem,  cnotą  twą  nienawiść.  Nienawiść 

grzechu mojego, miłości. 

Zachodzące słońce zabłysło kryształowymi kropelkami na 

jej  długich  rzęsach,  a  potem  długą  i  mokrą  ścieżką  na 
policzku. 

 -  Co  to  za  piosenka?  Nigdy  jej  nie  słyszałem  -  cicho, 

prawie szeptem, odezwał się Jon. 

Jenny podniosła głowę, zaskoczona. Na jej ustach pojawił 

się dziwny, ni to gorzki, ni to słodki uśmiech. 

 - Cóż, może dlatego, że nikt jej nie opublikował. 
 - Twoja własna? Kiwnęła głową. 
 -  A  słowa?  Czy  to,  o  czym  opowiadają,  jest  prawdziwe? 

Odpowiedziało mu jej spojrzenie. 

 - Opowiedz mi, Jenny. Wzruszyła ramionami. 

background image

 - Nie ma o czym opowiadać. To banalna historia, sto razy 

pewnie  takie  słyszałeś.  Na  tydzień  przed  śmiercią  mojego 
męża  odkryłam,  że...  miał  kogoś.  Gadały  o  tym  młode 
pielęgniarki.  Kiedyś  weszłam  do  sali,  nie  rozpoznały  mnie. 
Nie wierzyłam własnym uszom. Stałam jak sparaliżowana, nie 
miałam  siły  zrobić  kroku.  W  końcu  przyszła  oddziałowa  i 
zobaczyła, co się święci. Zabrała mnie stamtąd. 

Jon usiadł obok Jenny. 
 - Żona zawsze dowiaduje się ostatnia - rzekł. - I cóż on ci 

powiedział? Poszłaś z tym do niego? 

 -  Nie.  Nie  zdążyłam.  Chciałam  z  nim  porozmawiać  tej 

nocy,  kiedy  umarł.  Nie  zobaczyłam  go  już  nigdy.  Wezwano 
nas  do  nagłego  przypadku...  Umarł  myśląc,  że  o  niczym  nie 
wiem.  Ale  ja  wiedziałam.  To  zniszczyło  we  mnie  wszystko. 
Wróciłam do szpitala, ale nie mogłam znieść pobłażania tych, 
którzy też już wiedzieli. Stałam się kłębkiem nerwów, bałam 
się, że mogę popełnić w pracy jakiś groźny w skutkach błąd. 
Cierpiałam  i  ja,  i  te  młode  studentki,  którym  sama  moja 
obecność przypominała to, co zrobiły. Odejście było jedynym 
rozwiązaniem. Wszystkim przyniosło ulgę. 

 - Szukałaś jakiejś porady? 
 - Nie. Wstyd mówić, ale po prostu uciekłam. Tu, na moją 

wyspę.  Było  wtedy  lato.  Mieszkałam  w  namiocie,  a  później 
wybudowano  mój  dom.  Życie  tutaj  uwolniło  mnie  od  bólu, 
nareszcie mogłam czymś się zająć. - Jenny umilkła. 

 - To nie wszystko, prawda, Jenny? Zaśmiała się drwiąco, 

ostro. 

 - Jaki pan bystry, doktorze! 
Jon  nie  wziął  do  serca  tego  nagłego  sarkazmu.  Wiedział, 

że to reakcja obronna, nie atak. 

 -  Przede  wszystkim,  Jenny,  jestem  twoim  przyjacielem. 

Opowiedz mi resztę. Proszę. Znów westchnęła i odezwała się 
drżącym, niepewnym głosem: 

background image

 -  Całe  miesiące  minęły,  zanim  oswoiłam  się  z  lękiem, 

który zrodził  się  we  mnie  tamtej  nocy.  Sara  była  już  ze  mną 
blisko.  To  ona  uświadomiła  mi,  jak  bardzo  się  myliłam  - 
urwała. Szukała słów. - Bo, widzisz, bałam się strasznie. Tego, 
że wiedziałam, tego, co czułam wtedy, gdy on umierał. Byłam 
przekonana,  że  nie  zrobiłam  wszystkiego,  aby  go  uratować. 
Może dałam mu umrzeć samotnie? Może, na wpół świadomie, 
pragnęłam  jego  śmierci  jako  zadośćuczynienia  za  śmierć 
naszej miłości? To mnie doprowadzało do obłędu. 

 - A teraz? Gryzie cię to jeszcze? 
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się, tym razem ciepło. 
 -  Nie.  Sara  mi  bardzo  pomogła.  Poustawiałam  sobie 

wszystko.  Razem  z  nią  przekopałyśmy  się  przez  cały  tamten 
tydzień - minuta po minucie, wszystko, co robiłam, co czułam, 
jak  reagowałam.  Ten  mały  kawałek  czasu  paraliżował  mnie 
przez  ponad  rok!  Ale  kiedy  wreszcie  dokonałam  z  nim 
rozrachunku,  zyskałam  niezbitą  pewność,  że  zrobiłam 
naprawdę wszystko, by uratować mojego męża. Żaden doktor 
nie mógłby zrobić więcej. Umarł błyskawicznie, szybciej, niż 
zdążyłabym  wyciągnąć  do  niego  rękę.  Jon  siedział 
nieporuszony. Objął głowę rękami i trwał tak długą chwilę. 

 - Jon - zaniepokoiła się Jenny - co się stało? Zraniłam cię 

czymś?  O  Boże,  nie  chciałam!  -  przestraszyła  się.  Tak 
ochoczo  składała  na  jego  barki  własny  ciężar,  a  przecież  on 
sam nosił brzemię ponad siły! 

Uniósł  głowę  i  powiedział  z  rozdzierającym  jej  serce 

smutkiem: 

 - Nie... Może to ty powinnaś była zostać psychologiem, a 

ja  powinienem  dać  sobie  spokój?  Jenny,  zaufałaś  mi,  nawet 
nie  wiesz,  jak  sobie  to  cenię.  Wiedz,  że  twoja  zła  historia 
dobiegła już końca. 

 - O tak, wiem. Koniec. Pozbierałam się. 

background image

 -  A  ja  czuję,  że  się  cały  rozłażę  w  szwach  -  mruknął.  - 

Dziś  w  nocy,  po  kolacji,  położyłam  się  spać  i  znów  dręczył 
mnie  koszmar.  Myślałem,  że  przerwa  w  pracy  i  zmiana 
otoczenia  zrobią  mi  dobrze.  Nic  z  tego  -  uśmiechnął  się 
gorzko. - Potwierdza się, stale potwierdza się to, do czego już 
dawno  doszedłem:  ten  doktor  nie  umie  sam  się  wyleczyć!  - 
Wzdrygnął się, gwałtownie potarł czoło. - Jezu, nie pamiętam 
już,  kiedy  ostatnio  normalnie  spałem.  Jestem  wykończony, 
wykończony! 

Jenny dotknęła lekko jego ramienia. 
 - Opowiedz mi. To może ci pomóc. Ja umiem słuchać. 
 - To ponura historia, Jenny. 
 - To nic. Może nie jest tak źle? Opowiedz mi. 
 - Nie szkoda ci nocy? E, nie ma o czym mówić - machnął 

ręką. 

 - Owszem. Jeśli ci to pomoże. 
Odwrócił  od  niej  głowę  i  zapatrzył  się  na  ciemniejące 

jezioro, nad którym srebrzył się księżyc. Odezwał się głosem 
monotonnym, pełnym bólu: 

 -  Mówiłem  ci  już,  że  widywałem  okropne  rzeczy. 

Krzywdę niewinnych dzieci, bitych przez rodziców dosłownie 
na  śmierć.  Tak,  mieliśmy  takie  przypadki.  Ale  są  też  ciężko 
pobite  przez  swych  mężów  kobiety.  I  nie  są  to  bynajmniej 
jakieś  pojedyncze,  odosobnione  zdarzenia.  Zeszłego  roku 
prawie  cztery  tysiące  kobiet  zmarło  w  wyniku  obrażeń 
zadawanych im przez własnych mężów. Boże, cztery tysiące! 
- bezsilnie zacisnął pięści. - 1 wiesz, większość ludzi myśli, że 
takie rzeczy zdarzają się tylko w rodzinach robotniczych. A to 
nieprawda. Miesiąc temu rozmawiałem z pewną kobietą, żoną 
człowieka  piastującego  wysokie  stanowisko  w  jednym  z 
największych  przedsiębiorstw  loteryjnych.  Dosłownie  co 
sobotę musiała zamykać się na noc w swoim samochodzie. Jej 
mąż był nieubłagany. Powiedziałem jej, że jeśli go zaskarży za 

background image

złe  traktowanie,  z  pewnością  dostanie  rozwód.  Wcześniej 
nawet o tym nie pomyślała! 

Umilkł. Nad jeziorem zapadła całkowita cisza. 
 - A więc pomogłeś jej - szepnęła Jenny. Jon znów zaczął 

mówić: 

 - Pogląd, że kobieta jest własnością mężczyzny, jest stary 

jak  świat.  To  szacowna  idea:  przecież  nobilituje  ją  tradycja, 
świat  naszych  ojców  i  ojców  naszych  ojców.  Większość 
cholernych  idiotów  jest  przekonana,  że  skoro  kobieta  żyje  z 
facetem,  który  ją  katuje,  to  znaczy,  że  ma  skłonności 
masochistyczne! I machają ręką na powód najprostszy, a więc 
według  nich  niewiarygodny:  na  to,  że  one  są  zastraszone,  że 
się  po  prostu  boją!  -  uniósł  głowę.  -  A  medycyna,  a  raczej 
praktyka  lekarska  to  chore  mniemanie  jeszcze  ugruntowuje. 
Szuka  się  skłonności  psychotycznych,  hipochondrycznych. 
Przepisuje środki uspokajające i każe wracać do domu! 

Jenny siedziała bez słowa. Jon ciągnął: 
 - Mężczyźni z najróżniejszych środowisk znęcają się nad 

swoimi  żonami.  Najczęściej  robią  to,  bo  piją,  Ale  powodem 
nie  jest  alkoholizm.  To  brak  poczucia  bezpieczeństwa,  utrata 
pewności  siebie.  Oni  kochają  swoje  żony,  to  one  są  dla  nich 
ostatnim  ratunkiem  -  i  panicznie  wprost  boją  się  je  stracić. 
Usiłują zawładnąć nimi, kierować nimi absolutnie, bez reszty, 
by  uchronić  siebie  od  katastrofy.  I  tak  zamyka  się  koło 
ludzkiej krzywdy i strachu. Nasze badania wykazały, że tego 
rodzaju  zachowania  przejawiają  w  większości  mężczyźni, 
którzy  sami  byli  maltretowani  jako  dzieci.  Szał,  w  jaki 
wpadają, jest złym humorem trzyletniego dziecka. Niczego nie 
można  im  wtedy  wytłumaczyć,  nic  do  nich  nie  dociera.  I 
zawsze cierpi na tym najbliższa im osoba - żona. 

To,  co  mówił,  nie  było  dla  Jenny  niczym  niezwykłym. 

Ona  także  niejedno  widziała  w  szpitalu.  Teraz  jednak 
zrozumiała sam mechanizm. 

background image

 - To może wydawać się głupie, ale, patrząc na cierpienia 

moich  pacjentów,  kobiet  i  dzieci,  straciłem  z  oczu  właściwy, 
czy  raczej  może:  początkowy  cel  badań.  Pogubiłem  się. 
Kobiety,  z  którymi  rozmawiałem,  po  prostu  wstydziły  się 
sytuacji,  w  jakiej  się  znalazły.  Ale  nie  uważają  jej  za 
nienormalną.  Czują  się  tylko  opuszczone,  samotne.  Dlatego 
tak bardzo staraliśmy się o uruchomienie telefonu zaufania dla 
tych,  którzy  są  wykorzystywani.  I  żeby  przynajmniej  w 
większych  miastach  otwarto  schroniska  dla  takich  kobiet  i 
dzieci. Ktoś przecież musi im pomagać! 

Och, Jenny - odwrócił się do niej - czuję się taki stary. Nie 

wiem,  nie  wiem,  czy  człowiek  w  ogóle  jest  w  stanie  pomóc 
drugiemu człowiekowi. 

Bez  słowa  ujęła  jego  twarz  w  obie  dłonie.  Odgarnęła  mu 

włosy z czoła gestem prostym i czułym. W oczach zobaczyła 
rozpacz. Starała się mówić pewnie, z mocą: 

 -  To  przejdzie,  Jonny.  Wierz  mi,  to  przejdzie. 

Potrzebujesz  tylko  trochę  czasu.  Leciutko  pokiwał  głową. 
Milczeli długo. 

 - Jesteś prawdziwym przyjacielem - odezwał się wreszcie 

łamanym,  drżącym  głosem.  Zamknął  oczy.  Starał  się 
opanować. 

 - I ty też - powiedziała miękko. Oboje czuli w ciemności, 

że  ich  twarze  są  blisko,  bardzo  blisko.  Jon  otworzył  oczy  i 
Jenny  zobaczyła  w  nich  coś  innego,  nowego.  Chciał  ją 
pocałować;  pragnął  jednak,  by  wiedziała,  o  czym  myślał. 
Jenny  uśmiechnęła  się  lekko,  ale  jakoś  gorzko,  smutno. 
Pokręciła głową, jakby mówiła: nie. Wstała. 

 -  No,  jakby  powiedziała  Sara,  tośmy  się  tymi  smutkami 

zapędzili  w  kozi  róg,  bracie.  I  co  teraz?  Wziął  ją  za  rękę  i 
dźwignął  się.  Stał  blisko,  patrząc  wprost  w  ciemny  błękit  jej 
oczu. Potem spojrzał na jeszcze ciemniejsze wody jeziora i na 
wysadzane diamentami gwiazd niebo. 

background image

 -  O,  tak,  dość  już  smutków.  Księżyc,  gwiazdy... 

popływamy? 

 - Dobra - przystała z ochotą. Schyliła się po gitarę. - Lecę 

się przebrać i wracam zaraz, dosłownie na jednej nodze. 

Jon złapał ją w ramiona. 
 - Nie, poczekaj! Popływamy na golasa! 
Powiedział  to  tak,  jak  mówią  mali  chłopcy.  Jenny  nigdy 

nie widziała, by dorosły mężczyzna był tak bezpretensjonalny. 

 -  Kumple  się  nie  przejmują  -  tłumaczył  jej.  -  Słuchaj,  ja 

nigdy  jeszcze  tak  nie  pływałem.  Przechyliła  w  bok  głowę  i 
zmrużyła oczy. 

 - Z chłopakiem? Ejże, na golasa nie wolno! 
 - E tam. Jesteśmy kumplami, tak czy nie? Daj spokój, nie 

bądź  sztywna!  Wahała  się.  Odsunął  ją  od  siebie  i  głęboko 
spojrzał w oczy. Chciał ją uspokoić. 

 -  Posłuchaj.  Obiecuję,  że  nie  będzie  żadnych  numerów. 

Nawet  cię  nie  dotknę.  Po  prostu  chcę  być  z  tobą.  Z  moim 
przyjacielem. 

Czując  rosnącą  obawę,  a  jednocześnie  pchnięta  jakąś 

nagłą determinacją, Jenny wzięła go za rękę i poprowadziła do 
łódki.  Po  drodze  zdążyła  jeszcze  odłożyć  gitarę  i  wziąć  pod 
pachę dwa wiosła. 

 -  Hej,  będzie  po  prostu  świetnie,  zobaczysz  -  Jon 

wiosłował  z  zapałem.  -  Jezu,  na  golasa!  Przypatrzyła  się  mu 
uważnie. 

 - Coś mi się nie chce wierzyć, żebyś przez tyle lat nigdy 

tego nie próbował. Uśmiechnął się rozbrajająco. 

 - A żebyś wiedziała. Byłem chowany pod kloszem. 
 -  O  tak,  McCallem,  od  razu  widać,  że  nie  miałeś 

prawdziwego dzieciństwa. 

 - Uważaj, Larson - ostrzegł. - Jak mi zepsujesz zabawę, to 

zabiorę swoje zabawki i... 

background image

Oboje  się  roześmieli.  A  potem,  jak  dwoje  wstydliwych 

dzieci,  pobiegli  w  krzaki,  każde  w  inną  stronę.  Po  chwili, 
krzycząc:  „Do  biegu,  gotowy,  start!"  wyprysnęli  spomiędzy 
listowia,  przebiegli  przez  wąski  pas  piasku  i  wpadli 
równocześnie do wody. Była chłodna i ciemna, rozkoszowali 
się nią prychając, chlapiąc się i śmiejąc. Jon dotrzymał słowa, 
nawet  nie  próbował  dotknąć  Jenny.  Z  jednym  może 
wyjątkiem:  raz  zanurkował  i,  chcąc  ją  nastraszyć,  złapał  za 
kostkę  u  nogi.  Wyrwała  się  z  wesołym  piskiem,  a  potem 
natarła  na  niego,  wzbijając  fontanny  wody  tuż  przed  jego 
nosem.  Rejterował  sromotnie,  ale  tylko  na  chwilę.  Głośno 
poprzysiągł  jej  straszliwą  zemstę.  Ale  Jenny  nie  dała  mu 
okazji:  nie  zwlekając  dłużej  dała  potężnego  nurka  i,  myląc 
pogoń,  odpłynęła  pod  wodą  daleko  poza  zasięg 
spodziewanych represji. 

Kiedy  już  brakło  jej  tchu,  wynurzyła  się.  Wyczerpana, 

dyszała ciężko. Rozejrzała się dookoła: po Jonie ani widu, ani 
słychu.  Przestraszyła  się.  Czyżby  miał  jakieś  kłopoty  w  nie 
znanym  sobie  jeziorze?  Zaraz  go  jednak  dojrzała;  siedział 
nieco dalej w bok, przy brzegu, w płytkiej wodzie. Odetchnęła 
z ulgą. Jon przyciągnął kolana pod brodę i objął je ramionami. 
Był  czymś  wyraźnie  zgnębiony.  Jenny  podpłynęła  doń  i,  nie 
zważając  na  to,  że  jest  naga,  wynurzyła  się  i  usiadła  obok. 
Dotknęła jego policzka. 

Drgnął. 
 -  Niedobrze,  Jenny.  Nie  mogę  przestać  myśleć  o  tych 

strasznych  koszmarach. Trzeba  będzie  wkrótce się  położyć, a 
ja boję się zasnąć, boję się nawet myśleć o spaniu! 

W jego głosie było tyle smutku, tyle bezradności, że Jenny 

odruchowo  niemal  pogłaskała  go  po  głowie.  Obudziła  się  w 
niej  pielęgniarska  natura.  Gładziła  go  delikatnie  po  karku  i 
ramionach,  chciała  ukoić  spazmatyczny  skurcz  jego  mięśni. 
Jon westchnął cicho; najwyraźniej sprawiało mu to ulgę. 

background image

 - Ciiicho... No, już... Zrobię ci masaż, to cię odpręży. 
 - Masz cudowne ręce - mruknął. Pochylił głowę, przegiął 

się  nieco,  a  potem  wyprostował,  dostawszy  się  w  ten  sposób 
pomiędzy jej ręce. Obejmowała go za szyję. 

 -  Masz  cudowne...  -  pochylił  się  jeszcze  bardziej  i 

pocałował  ją.  Serce  jej  przepełniała  czułość.  Ach,  jak  bardzo 
chciała mu pomóc! 

 -  Chodź,  Jonny  -  szepnęła.  -  Wejdziemy  do  wody. 

Wyciągniesz  się,  zobaczysz,  jak  to  rozluźnia.  Podniósł  się  i 
posłusznie  poszedł  za  nią.  Obejmowała  ręką  jego  ramię. 
Czuła, że jest mu potrzebna. 

 - Połóż się swobodnie, nie bój się wody - mówiła miękko. 

-  Podnieś  głowę,  ale  tylko  trochę.  Zaufaj  mi.  Jestem  przy 
tobie. 

W  oddali  odezwał  się  nur.  Jenny  wyczuła  przebiegający 

ciało Jona dreszcz. 

 - Nic takiego, nie bój się - powiedziała. - To nur, słyszałeś 

go już. Jest pięknym ptakiem, cętkowanym, pióra ma czarne i 
białe.  Na  długiej,  giętkiej  szyi  nosi  czarną  opaskę.  Jak 
naszyjnik. Opowiem ci, jak go zdobył, chcesz? - kołysała Jona 
swym  łagodnym,  spokojnym  głosem,  a  przed  jego  oczami 
coraz  pełniej  malował  się  obraz,  jaki  głos  ten  wywoływał.  - 
Dawno,  dawno  temu  dziki  i  wojowniczy  Król  Zimy 
postanowił  zagarnąć  władzę  nad  całym  rokiem.  Indianie, 
którzy  niegdyś  zamieszkiwali  te  tereny,  zaczęli  głodować  i 
umierać, bo nie mogli już siać ani zbierać plonów. Modlili się 
do Glooskapa, dobrego i przyjaznego boga, żeby im pomógł. 
Widząc,  że  ludzie,  jego  dzieci,  giną,  Glooskap  wyruszył  na 
północ,  by  walczyć  z  potężnym  Królem  Zimy.  Lecz  jego 
oszczep  i  strzały  nie  mogły  przebić  skutej  lodem  skóry 
olbrzyma.  Pobity  i  niemal  umierający,  uszedł  Glooskap  do 
lodowej jaskini. Był z nim jego towarzysz, nur. Ostatkiem sił 
zdjął Glooskap z szyi naszyjnik z czarnych paciorków i włożył 

background image

go  na  szyję  nura.  „Leć,  mój  druhu,  odszukaj  Wiosnę  i 
sprowadź ją do mnie". 

Nur poleciał  na  południe. Rankiem trzeciego  dnia znalazł 

Wiosnę  i  przypadł  do  jej  stóp.  Błagał,  by  przyszła 
Glooskapowi  z  pomocą,  by  uratowała  jego  i  jego  dzieci. 
Wiosna  wzięła  naszyjnik  do  ręki.  Gdy  tylko  dotknęła 
gładkich,  drobnych  kamyczków,  od  razu  wiedziała,  że  ptak 
mówi prawdę. 

Wrócili  natychmiast,  w  ciągu  jednego  dnia.  Tam,  gdzie 

przeszli,  budziło  się  życie:  rozkwitały  kwiaty,  wychodziły  z 
zimowych  leży  leśne  zwierzęta.  Wiosna  stanęła  twarzą  w 
twarz  ze  strasznym  Królem  Zimy.  Owionął  jej  nieustraszoną 
postać mroźnym tchnieniem, lecz ona uśmiechnęła się tylko, a 
śnieżne  wiatry  natychmiast  zamieniły  się  w  ciepłe  deszcze. 
Wtedy  cisnął  w  nią  lodowe  groty,  ale  opadły  u  jej  stóp  i 
zmieniły  się  w  wartkie  górskie  strumienie.  Król  Zimy  został 
zwyciężony i musiał teraz odejść na zawsze. 

Lecz  Wiosna  znała  litość.  „Możesz  przychodzić  na 

południe, ale tylko na trzy miesiące w roku" - powiedziała. I 
choć  Król  Zimy  wył  i  zawodził  północnym  wiatrem,  musiał 
się na to zgodzić. 

A  nur  odszukał  lodową  jaskinię,  w  której  snem  twardym 

jak  śmierć  spał  Glooskap.  Przyprowadził  do  niego  Wiosnę, 
ona zaś zesłała na niego ciepły wiatr. I Glooskap zbudził się z 
uśpienia,  i  nabrał  życia  od  jej  słonecznego  uśmiechu.  A  na 
pamiątkę tych wydarzeń nur, zbawca dobrego Glooskapa, nosi 
po dziś dzień jego naszyjnik. 

Jenny  umilkła.  Zauważyła  z  zadowoleniem,  że  oddech 

Jona uspokoił się. W zapadłej znów ciszy ponownie odezwał 
się nur. Jon otworzył oczy. Patrzył w rozgwieżdżone niebo. 

 - Och, Jenny. Bujam pośród gwiazd. - Wiedziała, co czuł. 

W  bladym  świetle  księżyca  przestwór  północnego  nieba  i 
ciemnej wody zlewał się w jeden ocean. Gwiazdy odbijały się 

background image

na  jego  powierzchni  i  nie  wiadomo  było,  czy  błyszczą  w 
górze, czy też drżą tam tylko ich odbicia. 

 - Unosisz się w kosmosie, Jonny - szeptała. - Odpływasz. 

Zapomnij  teraz  o  wszystkim,  staraj  się  nie  myśleć.  Uwolnij 
się, odpręż. Niczego się nie bój. Jestem przy tobie. 

Przez długą, długą chwilę leżał nieruchomo, wpatrzony w 

gwiazdy,  aż  strach  i  zmęczenie  minęły  bez  śladu.  A  Jenny 
mówiła do niego słodko, łagodnie, swym kojącym, spokojnym 
głosem. 

 -  Oddychaj,  bez  obaw,  głęboko.  Rozluźnij  się,  tak, 

dobrze. Oddychaj. Jestem przy tobie. Dobrze, dobrze... 

Wreszcie Jon westchnął głośniej i poruszył rękami. Wstał. 
 -  No  i  jak,  lepiej?  -  dotknęła  palcami  jego  policzka. 

Chwycił bez słowa jej rękę i przytknął do swych gorących ust. 

Odruchowo rozwarła ramiona. 
 - Cii... już dobrze. Jestem przy tobie. 
Zamknęła  oczy,  lecz  gwiazdy  nie  znikły,  krążyły  wolno 

pod  jej  powiekami.  Trwali  tak,  objęci,  nie  myśląc  o  swej 
nagości, rozkoszując się wzajemną obecnością i bliskością. Aż 
powoli  zaczęło  budzić  się  w  nich  inne  uczucie,  gorące, 
potężniejące z każdą chwilą. Była to namiętność. 

Jon  wodził  rękami  po  całym  ciele  Jenny,  głaszcząc,  trąc, 

naciskając mocno palcami. Błądził ustami wokół zamkniętych 
powiek,  po  policzkach,  po  pulsującej  gorącym  tętnem  szyi. 
Zamknął  ją  w  ramionach  i  ściskał  mocno,  do  bólu  niemal, 
jakby chciał, by pozostali tak już na zawsze. 

Jenny  poddała  się  płonącemu  w  niej,  gwałtownemu, 

niszczącemu wszelki opór płomieniowi. I ona szukała ustami 
jego ust, i ona z całych sił tuliła go do siebie. Wiedziała, czego 
pragnął, wiedziała dobrze. Było to i jej pragnienie. Lecz kiedy 
to sobie uprzytomniła, poczuła w sercu nagły niepokój: 

„Ach, co mam robić, co robić? Trzeba zdecydować, teraz, 

natychmiast!" 

background image

Jon  wyczuł  jej  niepewność.  Wiedział,  że  Jenny  toczy  ze 

sobą  walkę.  Pocałował  ją,  tym  razem  delikatnie,  czule  i 
spokojnie,  lecz  nie  rozluźnił  żelaznego  uścisku  ramion, 
potwierdzając  swą  nieugiętą  wolę.  Poczuł, jak  pod  wpływem 
tego  pocałunku  ciało  dziewczyny  mięknie  i  poddaje  się.  Stał 
się śmielszy, całował głębiej i odważniej. Oderwał się od niej 
gwałtownie i spojrzał jej w oczy. 

 -  Jenny  -  powiedział  z  powagą  -  wiedz,  że  nie  chciałem, 

by  to  się  stało.  Ale,  na  Boga,  pragnę  cię.  Pragnę  cię  i 
potrzebuję.  Kochanie,  moje  kochanie.  Bądź  dla  mnie  słodka, 
proszę - znów się do niej przytulił. 

Nie  wahała  się  już  dłużej.  W  jednej  chwili  pragnienie, 

miłość  i  czułość  przepełniły  jej  serce.  Przylgnęła  do  niego 
chciwie  -  spragniona,  łaknąca.  Wzięła  go  za  rękę  i 
poprowadziła  na  plażę.  Zarzuciła  sobie  ręcznik  na  ramiona, 
drugim owinęła jego biodra. 

 -  Pójdziemy  do  twojego  domu  -  szepnęła.  Trzymając  się 

za  ręce,  poszli  przez  wzgórze.  Wkrótce  byli  na  miejscu.  Po 
omacku przeszli przez pogrążony w ciemnościach duży pokój. 
Światło  księżyca,  z  trudem  przebijające  się  przez  witraż  w 
oknie,  rzucało  barwne  plamy  na  ich  ukryte  w  mroku  ciała. 
Przeszli do sypialni. 

Jon  ściągnął  z  ramion  Jenny  ręcznik,  którym  była  okryta 

jak chustą. Ona sięgnęła do jego bioder i drugi ręcznik spadł 
do  jej  stóp.  Ich  nagie,  chłodne  ciała  zetknęły  się.  Trwali  tak 
chwilę w bezruchu, smakując wzajem swe drżenie i bliskość. 
Westchnęli  równocześnie.  Och,  jakże  słodka  była  to  chwila! 
Jenny  ocknęła  się  pierwsza.  Znów  wzięła  go  za  rękę  i 
powiodła do łóżka. 

 - Chodź, połóż się, Jonny - szeptała. - Chodź. Przytul się. 
Jon  sięgnął  do  jej  włosów  i  zsunął  z  nich  opaskę.  Mokre 

loki rozsypały się mu na dłonie. Zebrał je, obfite i pachnące. 

background image

Wtulił  w  nie  twarz.  Przygarnął  ją  do  siebie,  oddychał  jej 
ciepłem, miękkością, jej zachwycającą, kobiecą wonią. 

 - Kochaj mnie, Jenny. Kochaj mnie. 
Ostrożnie  oswobodziła  się.  Jon  opadł  na  poduszkę,  leżał 

prawie  na  wznak.  Jenny  pochyliła  się  nad  nim.  Powiodła 
dłonią  po  jego  czole,  szerokiej  piersi,  szczupłych  biodrach. 
Oddychał  płytko.  Przygryzł  wargę  i  kręcił  głową,  ale  leżał 
posłusznie, niemal bez ruchu, tak jak chciała. Tym swobodniej 
mogła go pieścić. 

Jej ręce i wargi nie mogły się nacieszyć jego wspaniałym, 

jędrnym  ciałem.  Zmusiła  go,  by  się  położył  na  brzuchu. 
Oddychał  już  wolniej  i  głębiej.  Za  to  ona  przeżywała  dotyk 
jego  skóry  coraz  intensywniej.  Palce,  którymi  odgadywała 
kształty mężczyzny, stały się gorące i wilgotne. Czuła, jak jej 
piersi  ciążą  wzbierającym  w  nich  pożądaniem.  Kołysały  się 
ciężko, gdy była nad nim pochylona, pozwalała im ocierać się 
o  gładką  skórę  jego  rzeźbionych  pleców,  pozwalała  im 
spocząć  w  wąskim,  długim  zagłębieniu  jego  kręgosłupa. 
Usiadła okrakiem na jego udach, a potem położyła się na nim. 
Okryła go sobą jak ciepłą, drogocenną materią. 

Całe  ciało  Jona  przebiegło  drżenie.  Westchnął  głęboko  i 

spróbował  poruszyć  lędźwiami  tak,  by  wsunąć  pośladki  pod 
jej  biodra.  Jednak  w  tej  pozycji  trudno  mu  było  cokolwiek 
zrobić.  Jenny  unieruchomiła  go  i  teraz,  kiedy  był  taki 
bezwolny i zmuszony do bierności, zahuśtała się na nim, trąc 
o  jego  uda.  Ścisnęła  go  kolanami,  podciągnęła  się  trochę 
wyżej,  na  miękkie  poduszki  pośladków.  Najpierw  wolno, 
potem coraz szybciej - ze stępa przeszła w galop. 

Jon  sięgnął  rękami  do  tyłu  i  objął  ją  za  szyję.  Było  mu 

bardzo niewygodnie. Och, jakżeż się z nim drażniła. 

 -  Chcę  się  odwrócić,  Jenny,  chcę  się  odwrócić  -  jęczał 

nieprzytomnie w poduszkę. Uniosła się na łokciach. 

background image

 - Odwróć się, Jonny. Chodź do mnie - wydyszała mu we 

włosy. 

Sprężył  się  jak  kot  i  w  jednej  chwili,  zwinnie,  chyżo, 

odwrócił  się  pod  nią.  Wygiął  się,  aby  ją  objąć,  ale  nie 
pozwoliła na to. Powstrzymała go gestem dłoni: 

 -  Nie,  Jonny,  leż  spokojnie  -  głos  miała  głęboki, 

gardłowy.  -  Pozwól  mi.  Chcę  tego.  Posłuchał  i  opadł  na 
posłanie. 

Jenny  zaczęła,  powoli  i  z  rozmysłem.  Była  dokładna  i 

sumienna, nie chciała pominąć niczego. Całowała jego szyję, 
głaskała  szeroką  pierś.  Ogrzewała  ją  swym  gorącym 
oddechem; znalazła  drobne, męskie  sutki i  drażniła je słodko 
językiem  i  wargami.  Wyprostowała  się  na  nim,  ułożyła  mu 
ręce  wzdłuż  boków.  Wodziła  palcami  po  żebrach,  potem 
biodrach, udach i kolanach. Ocierała się zmysłowo, jej dłonie 
wróciły  do  jego  ud,  lecz  po  wewnętrznej  już  stronie. 
Odczekała  chwilę,  a  potem  sięgnęła  śmiało  ręką.  Objęła  go 
ciasno,  całą  dłonią,  ściskała  i  zwalniała  uścisk.  Jon  jęczał 
głośno,  gardłowo,  ale  ona  niczego  nie  słyszała.  Jej  własne 
pożądanie  wołało  jeszcze  głośniej.  Była  całkowicie 
pochłonięta tym, co robiła. Pomyślała ze zdziwieniem, że choć 
kochając się ze swoim mężem nigdy nie była stroną aktywną, 
to  jednak  teraz  wiedziała  doskonale,  co  należy  robić.  O  tak, 
doskonale. 

Znów  przywarła  do  niego  całym  ciałem.  Męskie 

owłosienie łaskotało czubki jej piersi - to było cudowne! Sutki 
stwardniały i  wezbrały  jak  wiosenne  pąki,  pociemniały,  stały 
się nadwrażliwe. Znieruchomiała na chwilę; leżała, przytulona 
do  niego  policzkiem.  Serce  Jona  waliło  niskim  dźwiękiem 
potężnego  dzwonu.  Sięgnęła  rękami  w  tył  i  odnalazła  jego 
dłonie.  Rozwarła  je  i  zacisnęła  palce  mocno,  kurczowo. 
Ostrożnie,  lecz  nieustępliwie,  napierała  na  jego  biodra, 
przesunęła się w dół. 

background image

Czuła,  że  jest  już  gotowa.  Podniosła  ręce  do  jego 

mokrych, rozsypanych na poduszce włosów. Zrozumiał. Objął 
ją,  poszukał  jej  ust.  Całował  ją  gorączkowo,  niecierpliwie, 
zachłannie. Pochłaniał ją ustami, brał ją całą, głęboko. Pił z jej 
warg  zaczarowany  miód  rozkoszy.  Jego  pocałunki  były  tak 
gwałtowne,  tak  nieopanowane,  że  myślała,  iż  ustami  pragnie 
wyczerpać źródło jej namiętności. Stała się równie gwałtowna, 
równie  płomienna  jak  on.  Nie  mogła  już  dłużej  czekać. 
Ścisnęła go udami, dając mu znak - a potem pchnęła biodrami. 

Kobieta  i  mężczyzna,  to,  co  miękkie  i  to,  co  twarde.  A 

także: ta, która daje - i ten, który daje. Nie było między nimi 
przeciwieństw.  Ich  serca  biły  wspólnym  rytmem.  Ich  wola 
była  wspólną  wolą.  Pasja  i  gorączka  miłości  płonęła  w  nich 
tym samym płomieniem. 

Na  chwilę,  długą  i  słodką  jak  wieczność,  Jenny 

znieruchomiała.  Patrzyła  w  oczy  Jona,  na  wpół  przymknięte, 
zamglone,  świadome  tego,  co  się  z  nimi  działo.  Nie  mogła 
jednak  zbyt  długo  patrzeć  spokojnie.  Pożądanie  zaćmiło  jej 
rozum,  wielkie,  mocarne  skrzydła  z  szumem  unosiły  ją  w 
górę. Wyprostowała się i, siedząc na jego biodrach, poruszyła 
się raz i drugi, aż wkrótce odnalazła właściwy rytm. Rozpalała 
się  dziko,  coraz  śmielej  i  śmielej,  zamknęła  oczy  i,  jęcząc, 
kręciła głową, włosy opadały jej to na plecy, to na podnoszące 
się  i  opadające  piersi.  Zatraciła  się  kompletnie  w  tym, 
płynącym  z  głębi  jej  ciała,  rytmie.  Wczepiając  konwulsyjnie 
palce  w  ciało  Jona,  wijąc  się  i  przeginając,  napięta  do 
ostatnich granic, czuła zbliżający się moment... 

Nagle 

wszystko 

zawirowało! 

Oszołomiona  Jenny 

otworzyła  oczy.  Ujrzała  nad  sobą  ciemną  sylwetkę  Jona. 
Pochylał się nad nią i żarłocznie, z pasją wpijał się w jej usta. 

 -  Jenny,  nie  mogę  już  dłużej.  Muszę  skończyć,  muszę! 

Inaczej chyba oszaleję! 

background image

Wchodził w nią głęboko, rozpierał ją, aż nie mogła złapać 

tchu, aż krzyczała z rozkoszy, a on dusił ją, parł w nią z całych 
sił,  niepowstrzymany,  dominujący  nad  nią  bez  reszty,  jakby 
opętany  przez  demona.  Uczepiła  się  go,  orząc  mu 
paznokciami plecy, uniosła nogi wysoko, oplotła jego biodra i 
pochłaniała go całego, kołysząc w rytm biodrami. 

I  nagle  poraziło  ich  spełnienie,  ogłuszyło  potężnym 

grzmotem  niebieskich  trąb,  oślepiło  blaskiem  chwil 
ostatecznych.  I  leżeli  obok  siebie,  przeżywając  ten  ziemski 
cud,  bojąc  się  poruszyć,  bojąc  się  nawet  oddychać.  Wreszcie 
Jon  przyciągnął  Jenny  do  siebie  i  wtulił  głęboko  w  swe 
ramiona. Uspokajało ją harmonijne bicie jego serca. 

Nieprzytomny  jeszcze,  odgarniając  z  oczu  mokre  włosy, 

Jon szeptał: 

 - Och, jak słodko, jak słodko... Moja słodka Jenny... 
Po  policzkach  spłynęły  mu  dwie  wielkie  łzy.  Jenny 

domyśliła się, że płakał z radości i szczęścia. Sama też czuła 
się szczęśliwa - i ogromnie, ogromnie wyczerpana. 

Scałowała  jego  łzy,  ale  tak  delikatnie,  że  nawet  nie 

zauważył, iż jego policzki są mokre. Przytulił ją i szepnął: 

 -  Jenny,  moja  Jenny.  Przynosisz  mi  życie.  Przy  tobie 

zapominam o moich problemach. Przy tobie wszystkie zmory 
idą precz. Jesteś taka dobra... Moja słodka Jen... 

Zasnął. Nasunęła na niego kołdrę i, najostrożniej jak tylko 

mogła,  spróbowała  uwolnić  się  z  jego  ramion.  Nie  puszczał 
jej. 

 -  Nie  odchodź, Jenny.  Zostań ze  mną  -  wymruczał  przez 

sen.  -  Zostań  ze  mną  przez  całą  noc...  Pomyślała,  że  nie 
mógłby  bez  niej  spać.  Ułożyła  się  przy  nim  i,  kołysana  jego 
spokojnym oddechem, 

wkrótce  także  usnęła.  Budziła  się  jednak  w  nocy 

kilkakrotnie pod wpływem natrętnych, niepokojących myśli. 

background image

Rozdział 6 
O świcie Jenny uwolniła się z objęć Jona i wyśliznęła się 

spod  kołdry.  Stała  chwilę  przy  łóżku,  spoglądając  na  jego 
gładką, spokojną twarz. Wyglądał tak młodo! Miał wprawdzie 
lekko  podkrążone  oczy,  ale  wiedziała,  że  to  minie  po  kilku 
godzinach  snu.  Gdy  wstanie,  będzie  się  czuł  zupełnie  innym 
człowiekiem.  A  ona?  Co  czuła  po  tej  nocy  szaleństwa  i 
ukojenia?  Hmm,  musiała  przyznać  w  duchu,  że  jednak  nie 
wszystko  było  w  porządku.  Znów  odezwały  się  w  niej  głosy 
pełne wątpliwości i wahania. 

Pożyczyła sobie jedną z koszul Jona, leżących na oparciu 

krzesła.  Zapięła  się  szybko  pod  samą  szyję  i  zawinęła 
długachne rękawy. Poczuła się jak krasnal w o wiele za dużym 
kubraku. Podniosła z ziemi ciągle mokre ręczniki i raz jeszcze 
spojrzała  na  śpiącego  Jona.  Jego  pierś  unosiła  się  miarowo, 
spokojnie.  Poruszył  się,  przewrócił  na  bok.  Na  twarz  Jenny 
pojawił się uśmiech. Ostrożnie włożyła mu pomiędzy ramiona 
swoją  poduszkę.  Chwycił  ją  odruchowo  i  przyciągnął  do 
siebie,  uśmiechając  się  przez  sen.  Jenny  pomyślała,  że  tym 
razem  śni  mu  się  coś  miłego.  Na  palcach  przeszła  do 
sąsiedniego  pokoju.  Nie  zamknęła  drzwi,  lekko  je  tylko 
przymknęła, by nie narobić hałasu. 

Zamyśliła  się.  Czy  na  pewno  zrobiła  dobrze?  Serce 

mówiło, że tak. Nadszedł  jej czas. Ale czy nadszedł czas dla 
Jona? Czy to dobrze, że się z nim kochała? Pomagała mu, czy 
jeszcze  bardziej  go  raniła?  Na  te  pytania  nie  potrafiła  sobie 
odpowiedzieć. Potrzebowała czasu do namysłu. 

Poszła  do  kuchni.  Znalazła  w  szufladzie  ołówek  i  kartkę 

papieru.  Usiadła  i  zamyśliła  się.  Musiała  dobrze  się 
zastanowić, co napisać. 

„Dzień dobry, Jonny - zaczęła. - Właściwie, sądząc z tego, 

jak  twardo  spałeś  kiedy  wychodziłam,  może  nie  przeczytasz 

background image

tego  aż  do  wieczora.  Mam  nadzieję,  że  dobrze  ci  się  spało. 
Byłeś bardzo zmęczony." 

Znów  się  zawahała,  w  zamyśleniu  przygryzła  ołówek. 

Miała mu wiele do powiedzenia, ale trzeba było zrobić to tak, 
żeby sobie przypadkiem nie pomyślał, że się w nim zakochała. 
Albo jeszcze gorzej: łatwo mógł przecież pomylić to, co teraz 
czuł - ulgę, wdzięczność - z miłością do niej... 

„Ta noc była piękna, Jon, ale niewiele miała wspólnego z 

rzeczywistością - pisała dalej. - Tonąłeś. Zrozumiałe więc, że 
wyciągnąłeś  do mnie  rękę.  A  ja  po  prostu chciałam  podać  ci 
swoją.  Ta  noc  była  lekarstwem  i  dla  ciebie,  i  dla  mnie. 
Niczego nie żałuję, ale i do niczego nie chcę wracać. Tego lata 
potrzebna  ci  raczej  przyjaźń  niż  przelotna  miłostka.  Której 
zresztą nie zniosłabym. Ani teraz, ani nigdy. 

Nie będzie mnie przez trzy dni. - Zawahała się. A jeśli źle 

to zrozumie? Zaraz, trzeba mu jasno powiedzieć, że nie myśli 
o  ucieczce.  -  Jadę  na  wystawę  rzemiosła  artystycznego,  w 
której  biorę  udział.  Razem  ze  mną  jedzie  Sara.  Wrócę  w 
poniedziałek po południu, - A teraz trzeba powiedzieć, że nie 
żywi żadnej, broń Boże, urazy. - A więc do zobaczenia. Życzę 
owocnych badań, ale nie zapomnij o rozrywce. Jenny." 

Nie  pisała,  gdzie  się  zatrzyma.  Nie  chciała  go  widzieć, 

musi  wpierw  to  wszystko  sobie  poukładać.  A  i  jemu  przyda 
się odrobina namysłu. Schowała ołówek do szuflady, a kartkę 
zostawiła na kuchennym stole. 

Zajrzała  do  sypialni  i  popatrzyła  na  Jona  jeszcze  jeden, 

ostatni już raz. Potem cicho wykradła się z domu. Na dworze 
odetchnęła  głęboko.  Poszła  plażą,  na  skróty.  Po  drodze 
pozbierała  swoje  porozrzucane  rzeczy.  W  pewnej  chwili 
pomyślała, że Jon zaraz się obudzi i zacznie ją gonić. Ruszyła 
biegiem.  Dysząc  ciężko,  wpadła  do  domu,  wrzuciła  ciuchy  i 
ręczniki do kosza w łazience i zaczęła przygotowywać się do 

background image

wyjazdu. Nie pozwoliła sobie ani na chwilę refleksji. Nie, nie 
teraz. 

Po  krótkiej  przejażdżce  drogą  zajechała  przed  wiejski 

domek Sary. Z dziarską miną, nic nie dając poznać po sobie, 
wyskoczyła z wozu, by pomóc przyjaciółce w pakowaniu. 

 - Jaki piękny dzień, Jenny - szczebiotała Sara. - Na pewno 

będzie mnóstwo ludzi. 

 -  Chyba  tak.  Ale  najważniejsze,  że  będzie  okazja  do 

spotkań z wieloma artystami. Jest tyle rzeczy, których można 
się nauczyć! 

 - O, żeby tak udało się sprzedać wszystko, co mam... A i 

kilka nowych zamówień nie ugryzłoby mnie w rękę. 

 -  Zawsze  przecież  masz  swego  niezrównanego  profesora 

Custera Trzeciego. No, jedźmy już, staruszko. Czas na nas. 

 - To tylko trochę ponad sto mil, Jen. Spokojnie, zdążymy. 

Jest  dopiero  ósma.  -  Sara  sięgnęła  do  dużej  torby,  którą 
trzymała w nogach. Wyjęła dwa wielkie, błyszczące, rumiane 
jabłka i jedno podała Jenny. - Proszę, to śniadanie. Na pewno 
nie  wzięłaś  dziś  nic  na  ząb.  Muszę  cię  wzmocnić  przed 
podróżą. 

Jenny  wbiła  zęby  w  soczyste  jabłko  i,  prowadząc  jedną 

ręką, skręciła na autostradę. Sok pociekł z kącika ust; otarła go 
wierzchem  dłoni.  Lekko  zaszczypała  podrażniona  skóra.  To 
przypomniało Jenny dzikie ekscesy, które wyczyniała jeszcze 
kilka  godzin  temu.  Wspominała  namiętne,  gorące  pocałunki 
Jona i nagle poczuła na wargach mrowienie, które rozchodziło 
się  stopniowo  po  całym  ciele  rozkosznym  dreszczem. 
Wyprostowała się na swym fotelu, wbiła nogę w pedał gazu i 
zamrugała szybko oczami, aby otrząsnąć się z tych lubieżnych 
wspomnień 

„Dość. Teraz trzeba skupić się na jeździe" - mówiła sobie. 
Sara trajkotała jak najęta, co odprężało Jenny i pozwalało 

jej nie myśleć o Jonie. 

background image

 - Może uda się nam urwać choć na kilka godzin i pójść do 

Paul  Bunyan  Museum.  Boże,  tam  dopiero  jest  co  oglądać! 
Wielkie posągi Paula i Niebieskiego Cielca. Kate mówiła mi, 
że... 

Do  Bemidji  jechały  niecałe  dwie  godziny.  Parking  przed 

budynkiem  wystawowym  był  już  zapełniony  samochodami  i 
ciężarówkami  wystawców.  Wszędzie  słychać  było  wesołe 
okrzyki  i  pozdrowienia.  Jenny i  Sara  rozładowały  samochód, 
przygotowały swoje stoisko, po czym udały się do motelu. 

Pokój był czysty i schludny. Jenny zauważyła stojący przy 

łóżku  telefon.  Pomyślała  z  rozbawieniem,  że  zadzwoni  w 
niedzielę  wieczorem  do  Jona...  Ot  tak,  żeby  się  dowiedzieć, 
czy wszystko u niego w porządku. Czy mógł spać w nocy... 

„Nie. Tak łatwo nie będzie" - uświadomiła sobie naraz. Bo 

i cóż, może miała zadzwonić i powiedzieć: „Cześć. Jak ci ze 
mną było, misiu?" 

I  nagle  rozpłakała  się.  Drogo  ją  kosztuje  ta  „pomoc".  A 

przecież  wcale  nie  musi  tak  być  -  mówiła  sobie,  wycierając 
pospiesznie  nos  i  mokre  od  łez  oczy.  Dobrze,  że  Sara  była 
akurat w łazience. O nie, to wcale nie było tylko małe, szybkie 
łóżeczko. Przelotna słabość. Jon pragnął jej i potrzebował, a i 
ona  -  o  Boże!  -  też  go  pragnęła  i  potrzebowała.  Ta  noc  była 
piękna, była wspaniała! 

Drzwi  od  łazienki  trzasnęły  i  Jenny  zmusiła  się  do 

uśmiechu.  Odłożyła  swe  ponure  myśli  na  bok.  Nie  można 
sobie teraz łamać głowy, tu jest praca, którą trzeba wykonać. 
Lecz w głębi ducha czuła się jak tchórz. 

Gdy  Jon  się  obudził,  była  już  druga.  Otworzył  oczy  i 

rozpromienił się w szerokim uśmiechu. Zrzucił z siebie kołdrę 
i  wyskoczył  z  łóżka,  raźny  jak  młody  bóg.  Przeciągnął  się. 
Spostrzegł,  że  jest  nagi  -  i  przypomniał  sobie  wszystko.  Na 
ustach  pojawił  się  mu  figlarny  uśmieszek.  A  może  by  tak 
podkraść  się  do  Jenny,  która  czekała  tam,  w  dużym  pokoju? 

background image

Zrezygnował z tego jednak. Z wieszaka na drzwiach łazienki 
zdjął  szlafrok  i  włożył  go.  Pchnął  mocno  drzwi  do  pokoju  i 
zawołał: 

 - Jenny, ptaszku, gdzie jesteś? Kochanie! 
Ale  odpowiedziało  mu  tylko  echo.  Jenny  nie  było.  Na 

kuchennym  stole  zobaczył  kartkę.  Przeczytał  ją,  a  potem 
przeczytał  raz  jeszcze,  bo  nie  wszystko  do  niego  docierało. 
Skrzywił  się.  Zrobił  sobie  kawę.  Z  filiżanką  w  jednej,  a  z 
kartką w drugiej ręce poszedł myśleć na kanapę. 

Zaraz, zaraz,  co  tak  naprawdę  jest  tu  napisane?  Próbował 

czytać między wierszami. 

 - „Ta noc była piękna, Jon, ale niewiele miała wspólnego 

z  rzeczywistością"  -  przeczytał  na  głos.  -  Hmm.  A  więc  ona 
chyba chce, żebym się wycofał. „Była lekarstwem i dla ciebie, 
i dla mnie". O tak, Jenny, to było świetne lekarstwo. - Z tego, 
co pisała - pomyślał - wynika, że także i dla niej. 

„Do niczego nie chcę wracać". Zmrużył oczy. No, jeszcze 

zobaczymy - przemknęło mu przez głowę. Ale kiedy dotarł do 
niego  powód  takiej  decyzji  („nie  zniosłabym  ani  teraz,  ani 
nigdy"),  zrozumiał,  co  naprawdę  czuła.  Jenny  po  prostu  bała 
się zaplątać w jakąś poważną historię! 

Jon  przełożył  to  na  własny  język.  Rozczarowanie,  jakie 

przeżyła  pod  koniec  swojego  małżeństwa,  było  dla  niej 
ogromnym  ciosem.  Postanowiła  za  wszelką  cenę  nigdy  do 
czegoś  podobnego  nie  dopuścić.  Zdrada  męża  sprawiła,  że 
straciła zaufanie - nie tyle do niego, co do mężczyzn w ogóle. 
A prawdopodobnie i do miłości jako takiej. 

Długą  chwilę  zastanawiał  się  nad  konkluzją,  do  jakiej 

doszedł.  I  nagle  przyszło  mu  na  myśl,  że  może  nigdzie  nie 
wyjechała! 

Ubrał  się  błyskawicznie  i  co  sił  popędził  ścieżką  nad 

jeziorem.  Zobaczył,  że  nie  ma  jej  samochodu,  Przystanął  na 

background image

chwilę, po czym przebiegł przez groblę i wbiegł na wzgórze.  - 
Jenny,
 Jenny! Jesteś jeszcze? Jenny! 

Cisza. Tak, już jej nie ma. 
Zrezygnowany  i  zmęczony,  wszedł  po  schodkach  na 

trawiasty dach jej domu i klapnął na trawę. Leżąc na plecach, 
starał  się  oddychać  głęboko  i  równo.  Patrzył  na  płynące  w 
górze obłoki. 

Wreszcie  podniósł  się  i  powlókł  do  siebie.  Wypił  kilka 

kaw i znów zasiadł do studiów nad kartką. „Trzy dni" - pisała 
Jenny. To będą najdłuższe dni jego życia. 

Dzień  wypełnił  różnymi,  bardzo  błahymi  czynnościami. 

Późnym wieczorem położył się do łóżka, ale nie mógł zasnąć. 

 - Cholera jasna! - zawył, bo wiedział, jak się to skończy. 

Wstał  i  ubrał  się.  Spędził  noc  czytając  i  grzebiąc  w  swoich 
papierach.  Oczy  piekły  z  niewyspania,  a  litery  rozłaziły  się  i 
tańczyły mu przed nosem. Wreszcie o świcie zwalił się ciężko 
na stół, podkładając ramiona pod głowę. 

Zbudził  się  po  czterech  godzinach  płytkiego  snu.  Roztarł 

obolałe czoło, zaczął trzeć oczy. Niespodziewanie uśmiechnął 
się. 

 - A niech to - powiedział na głos. - Ależ ja ją kocham! 
Podniósł  się  z  krzesła;  aż  jęknął  z  bólu,  taki  był 

zesztywniały.  Nic  jednak  nie  mogło  zamącić  radości  z  tego 
odkrycia. 

 -  Kocham  Jenny!  -  wrzasnął  jak  wariat  przez  okno  w 

kuchni,  płosząc  taplające  się  przy  brzegu  gęsi.  -  Tak  jest, 
właśnie tak, kocham Jenny! - krzyknął jeszcze głośniej. 

Naraz zamilkł. 
 - No i co z tego, mądralo? - zapytał sam siebie. 
Ano  nic.  Jeśli  chciał  ją  zdobyć,  musiał  się  wziąć  do 

roboty. I uzbroić się w cierpliwość. I mieć nadzieję. 

W  Bemidji  przez  cały  weekend  lało  jak  z  cebra,  ale  nie 

zaszkodziło  to  wystawie.  Wręcz  przeciwnie.  Przy  takiej 

background image

pogodzie  nie  sposób  było  iść  na  plażę  czy  na  ryby,  więc 
niemal wszyscy turyści walili drzwiami i oknami do budynku 
wystawowego,  spragnieni  choć  odrobiny  czegoś,  co 
rozproszyłoby  nudę.  Tłoczyli  się,  wrzeszczeli,  a  co 
najważniejsze - kupowali jak w transie. 

W  niedzielę  wieczorem  wszyscy  wystawiający  byli 

zdania,  że  zrobili  świetny  interes.  Jenny  i  Sara  sprzedały 
absolutnie  wszystko.  Obie  kilkakrotnie  dzieliły  się  swoimi 
tajemnicami.  Sara  pokazywała,  jak  mieszać  farby  i  nakładać 
na  obraz  laserunek,  by  uzyskać  wyrazistość  przedmiotów  i 
głębię  perspektywy.  Jenny  tłumaczyła,  jak  posługiwać  się 
różnymi  rodzajami  dłut,  demonstrując  to  na  oheblowanej 
sosnowej desce. 

Choć  padały  z  nóg,  były  radośnie  podniecone. 

Zafundowały  sobie  wystawną  kolację  w  restauracji,  w  której 
co  dzień  zbierała  się  cała  grupa  przyjaciół  i  znajomych.  Bite 
dwie godziny spędziły w wesołym towarzystwie. 

Rankiem  zjadły  śniadanie  i,  pożegnawszy  się  z 

przyjaciółmi,  ruszyły  w  drogę  powrotną.  Ujechały  już  kawał 
drogi, gdy Sara, patrząc prosto przed siebie, odezwała się: 

 - No dobrze, Jenny. Co cię gryzie? 
Jenny odparła, że nic, że wszystko jest w porządku, na co 

Sara  powiedziała,  że  słyszała  jej  gadanie  przez  sen  ostatniej 
nocy.  I  wie,  iż  Jenny  nie  spała  najlepiej  także  przez  dwie 
poprzednie. Trudno  się  było  dłużej  wykręcać.  Jenny zjechała 
na  pobocze.  Ponuro  wbijając  wzrok  w  deskę  rozdzielczą, 
wymruczała: 

 - Boże. Nie z jednym, ale z dwoma psychologami muszę 

wytrzymywać! 

 - Ze mną nie musisz. A z Jonem? Jenny opadła na oparcie 

fotela. 

 -  On  po  prostu nie  wie,  co  się  dookoła  niego  dzieje.  Jest 

tak  roztrzęsiony  jak  ja  dwa  lata  temu.  Wiem  co  mówię.  On 

background image

musi  wziąć  się  w  garść,  odżyć,  a  nie  zawracać  sobie  głowę 
wakacyjnym romansem. 

Sara  uniosła  brwi,  zdziwiona.  Przez  chwilę  nic  nie 

mówiła,  wreszcie  odezwała  się:  -  A  ty,  Jenny?  Czego  tobie 
trzeba? 

 -  Tego,  co  miałam.  Spokoju.  Niczego,  niczego  więcej.  - 

Jenny mocno przygryzła wargę, by się nie rozpłakać. 

 - Czy coś się stanie, jeśli nie będziesz miała tego swojego 

spokoju? 

Jenny spojrzała na Sarę; od razu zrozumiała, że jej mądra 

przyjaciółka wie wszystko. Nie mogła już powstrzymać łez. 

 -  Och,  boję  się,  boję  się,  że  on  się  zakocha.  Jest  na 

najlepszej drodze do pomylenia przyjaźni z miłością. Boję się, 
że to go zrani. A nie chcę tego - łkała. 

Sara przytuliła ją do siebie. 
 -  Ale  boisz  się  też,  że  i  ciebie  znów  mogłoby  zaboleć, 

prawda? 

Jenny  wybuchnęła  spazmatycznym  szlochem,  płakała, 

żaliła się, żałowała, litowała. 

 - Och, Saro, gdybym miała przejść jeszcze raz przez takie 

piekło  jak  wtedy,  ze  zdradą  Richarda...  Nie,  nie  zniosłabym 
tego.  A  Jon,  gdy  tylko  wydobrzeje  i  okrzepnie,  zaraz  mnie 
rzuci,  wiem  to.  Wróci  do  swojej  prawdziwej  miłości,  do 
instytutu. Och, nie chcę opuszczać mojej wyspy! 

 - Kochanie, nie możesz chować się przez całe życie - Sara 

tłumaczyła jej jak matka. - Nie można uciekać przed miłością. 

 - Miłością? 
Starsza pani uśmiechnęła się łagodnie. 
 - Przecież on nie jest ci obojętny. 
Jenny kiwnęła głową. Cóż mogła na to poradzić? 
 - Nie, nie jest. 

background image

Sara  pogrzebała  w  swych  przepastnych  kieszeniach  i 

wyciągnęła  paczkę  jednorazowych  chusteczek.  Podała  ją 
Jenny. 

 -  Kochanie,  zastanów  się  chwilę.  Przecież  poznanie  jego 

prawdziwych  uczuć  nie  będzie  cię  kosztować  znowu  aż  tak 
wiele.  Może  on  nie  myśli  o  niczym  więcej  niż  o  przyjaźni? 
Zostań wiec jego przyjacielem. Poznaj go lepiej, Jenny. Nigdy 
nic nie wiadomo, może jest jeszcze jakieś trzecie wyjście? Ale 
może  to  on  właśnie  jest  facetem  dla  ciebie,  kochanie.  Nie 
wolno  ci  odrzucać  tej  szansy.  Ty  możesz  być  szczęśliwa, 
wiem to z całą pewnością. I mówię: czas już! 

Jenny otarła łzy, uśmiechnęła się blado i pocałowała Sarę 

w policzek. 

 -  Jesteś  dla  mnie  taka  dobra.  I  bardzo  mądra.  Sara 

roześmiała się na całe gardło. 

 -  A  jakże.  Chcesz  wiedzieć,  dlaczego?  Powiem  ci.  Po 

pierwsze, mam na głowie mojego niepoczytalnego synalka, od 
dobrych  już  dwudziestu  lat.  Po  drugie,  mam  małą 
przyjaciółkę,  też  pomyloną,  która  chowa  się  przed  całym 
światem na swojej wyspie. A po trzecie, muszę stawiać czoła 
staremu chytrusowi, niejakiemu Whitney Angus Custerowi... 

 -  Trzeciemu!  -  dokończyły  razem.  A  potem  Jenny 

wyprowadziła wóz na drogę i pojechały dalej. 

background image

Rozdział 7 
 Późnym poniedziałkowym rankiem Jon wyniósł na  plażę 

sztalugi  i  wszystkie  przybory  do  malowania.  Szło  mu  z 
początku  trochę  opornie,  ale  rozkręcił  się  i  nagle  zdał  sobie 
sprawę,  że  te  pierwsze  kroki  w  malarstwie  sprawiają  mu 
przyjemność.  Wtem  usłyszał  warkot  samochodu  -  znak,  że 
wróciła  Jenny.  Drgnął,  ale  opanował  się.  Nie  odszedł  od 
sztalug.  Łowił  uchem  wszelkie  odgłosy.  Wysiadła  z 
samochodu - trzaśnięcie drzwi. Idzie przez groblę. Wyobrażał 
sobie,  jak  wchodzi  do  domu.  Spostrzega  kartkę,  którą  jej 
zostawił, czyta ją. Biegnie ścieżką, odnajduje go, rzuca się mu 
w ramiona... 

„Idiota!" - pomyślał. Przecież ona zacznie obracać list na 

wszystkie  strony,  tak  jak  i  on  to  robił.  Będzie  próbowała 
wyczytać  z  niego  więcej  niż  jest  napisane.  Pewnie  właśnie 
marszczy  brwi,  zastanawia  się,  zgaduje,  podchodzi  do  okna, 
namyśla  się...  „Proszę,  Jenny  -  szeptał  bezgłośnie  -  zrozum 
mnie dobrze". 

I  rzeczywiście,  przypuszczenia  Jona  co  do  myśli  i 

uczynków  dziewczyny  były  słuszne.  Jenny  raz  i  drugi 
przeczytała kartkę, przybitą wraz z białą wodną lilią do drzwi 
jej domu: 

„Jenny. Muszę ci powiedzieć, że było mi bardzo przykro, 

kiedy zobaczyłem, że cię nie ma. Uważam, że to wspaniałe, iż 
mogliśmy  być  wtedy  razem.  Żałuję  tylko,  że  mogłem  ci  dać 
tak  mało.  Twoje  „lekarstwo"  było  cudowne.  Jesteś  aniołem 
miłosierdzia, jesteś moją słodką Jenny. 

Zgadzam  się  z  tobą  w  zupełności:  żadne  z  nas  nie 

potrzebuje 

wakacyjnej, 

przelotnej 

miłostki.  Mogłaby 

zniszczyć  to,  co  między  nami  najcenniejsze:  przyjaźń. 
Przyjaźń,  którą  cenię  sobie  bardzo  wysoko.  Rozumiem  cię 
doskonale. To, co się stało z nami, nie było rzeczywiste." Co 

background image

on tu wykreślił? Z trudem odczytała: „Nie, kochana. To było 
po prostu niebiańskie". 

„Będę na plaży, popróbuję malarstwa. Proszę cię, przyjdź. 

Zawsze miło z kimś pogadać. Jon." 

Zerwała kartkę i przycisnęła do piersi. Westchnęła z ulgą. 
 - Och, wszystko będzie dobrze. On chce przyjaźni! 
Czas  oczekiwania  na  Jenny  wydawał  się  Jonowi 

wiecznością.  Nieustannie  zezował  na  jezioro  i  wyspę.  Jego 
cierpliwość  została  w  końcu  nagrodzona:  zobaczył  ją. 
Wskoczyła  żwawo  do  łódki.  Wyglądała  na  zadowoloną. 
Będzie  dobrze?  Przesunął  się  trochę  w  bok,  poruszając  dla 
niepoznaki  pędzlem,  ale  wciąż  obserwował  ją  spod  oka. 
Trzymała  wiosło  i,  osłaniając  ręką  oczy,  rozglądała  się  po 
brzegu  Westonów.  Nie  mógł  się  dłużej  gapić,  wrócił  do 
malowania.  Próbował  nie  myśleć  o  tym,  jaka  jest  piękna, 
kiedy  wiatr  rozwiewa  jej  włosy,  a  piersi  kołyszą  się  pod 
koszulą w rytm wiosłowania. 

Machał pędzlem tak zamaszyście, jakby chciał wytrzeć go 

o płótno do czysta. Jenny była  tuż, tuż, słyszał, jak jej  łódka 
wryła  się  w  piach,  jak  z  leżącego  na  jej  kolanach  wiosła 
cieknie strużka wody. 

 - Pan van Gogh, jeśli się nie mylę? 
Jon odwrócił się z uśmiechem, ale duszę miał na ramieniu. 
 -  To  nie  ja.  Jak  pani  widzi,  mam  ucho  na  miejscu.  - 

Spostrzegł, że i ona się śmieje. Raptem przestał się bać. 

 - Cześć, Jenny. Witaj w domu. 
Och,  jak  proste  były  te  słowa  i  jak  miło  zabrzmiały! 

Zamrugała  szybko  oczami.  Przez  chwilę  nie  wiedziała,  co 
powiedzieć. 

 -  Dzięki.  Cieszę  się,  że  już  jestem.  Te  trzy  dni  strasznie 

mi się wlokły. „Jezu, gdybyś wiedziała, jak mnie!" - pomyślał, 
głośno zaś zapytał: 

 - A co? Nudziłaś się? 

background image

 -  Nie,  skąd...  Po  prostu...  czas  się  dłużył  -  wzruszyła 

ramionami.  Jak  miała  mu  powiedzieć,  że  z  niepokoju  niemal 
odchodziła od zmysłów? Wysiadła z czółna i wyciągnęła je na 
brzeg.  Zerknęła  na  niego  i  zauważyła,  że  ciągle  się  jej 
przygląda. Podeszła do płótna. 

 - O Boże! Zupełnie jak dziadek Moses! 
 - Żadne „zupełnie". Nie jestem jeszcze taki stary - bronił 

się. 

 - Hm, cóż, może w takim razie „sztuka dziecka"? 
 - Nie, nie, to też nie pasuje. - Cofnął się o krok i przyjrzał 

się swemu dziełu, przechylając na bok głowę. - Co powiesz na 
„pierwotną, nieokiełznaną męskość?" 

 -  Mm,  skromnie!  -  przesunęła  wzrokiem  po  całym  jego 

ciele. - Ale i dość brudno. 

 -  Co?  Ja  brudny?  Nic  podobnego.  Jestem  schludny, 

mówiłem  ci  już.  Nie  znoszę  brudu.  Obejrzała  go  od  stóp  do 
głów,  kiwnęła  znacząco  głową.  Jon  spojrzał  po  sobie.  Całe 
spodnie od kolan 

w górę aż lepiły się od farby. 
 - Boże, a to skąd? - wykrzyknął. 
Ale  Jenny  patrzyła  już  gdzie  indziej.  Zaintrygowała  ją 

indiańska  czerwień,  kupka  tempery,  którą  miał  na  palecie. 
Przyszedł jej do głowy pewien pomysł... Wahała się, ale tylko 
przez chwilę;  zaraz też umoczyła  w farbie palec i  uniosła go 
do zdumionej twarzy Jona. 

 -  Stój,  nie  ruszaj  się!  -  nakazała.  -  Trzy  paski  z  każdej 

strony.  Jesteś  na  wojennej  ścieżce.  Cofnęła  się  nieco  i 
napawała się swoim dziełem. Jon stał bez ruchu, jak pal wbity 
w ziemię. 

 -  Wielki  Wódz  Pomalowana  Twarz.  -  Wytarła  palec  w 

szmatę,  z  trudem  powstrzymując  śmiech.  Rzucił  jej  gniewne 
spojrzenie. 

background image

 -  Wielki  Wódz  mieć  tempera  -  ment!  -  nastroszył  się 

groźnie.  Oboje  wybuchnęli  śmiechem.  Jenny  wzięła  się  pod 
boki. 

 - Może pobawimy się w kowbojów i Indian? 
Jon  podniósł  pędzel,  ale  nie  zdążył  go  już  użyć.  Jenny 

zdążyła  mu  uciec,  więc  zaczął  ją  gonić.  Krztusząc  się  ze 
śmiechu, wołała coś o strachu i litości, ale biegła po plaży tak 
szybko, że trudno mu było odegrać swą rolę jak należy. Groził 
jej  oskalpowaniem,  przywiązaniem  do  pala  i  strasznymi 
mękami,  jeśli  się  nie  zatrzyma.  Wymachiwał  umazanym  w 
farbie pędzlem niby toporem wojennym. Chciała dostać się do 
łódki,  więc  zawróciła,  robiąc  niezręczny  unik.  Przeciął  jej 
drogę  i,  zanim  dobiegła  do  wody,  dopadł  ją  długim  susem  i 
obalił  na  ziemię.  Wrzeszczała  i  wyrywała  się,  ale  szybko  ją 
okiełznał,  przygniatając  całym  ciałem  i  obejmując  ciasno 
nogami. 

 - Ty nie krzyczeć. Canoe dla Indianin. Squaw jeździć po 

wodzie  na  mustang.  Jeśli  nie  przestaniesz  wierzgać, 
dziewczyno, to zaraz zapomnę, że się bawimy. - Było w tym 
więcej prawdy, niż mogła przypuszczać. 

Uspokoiła się natychmiast. 
 -  Co  się  stało?  -  spytała  dysząc  ciężko.  Głos  drgnął  jej 

niespokojnie,  nie  bardzo  wiedziała,  czy  Jon  mówi  poważnie, 
czy tylko udaje? 

Nachylił się i ostrożnie, czule pocałował ją. Wstrząsnął nią 

gwałtowny  dreszcz.  Zapomniała  o  wszystkich  swoich 
postanowieniach.  Oddała  pocałunek,  jeszcze  śmielej  niż  on. 
Ale Jon uciekł z ustami. Uniósł się i usiadł na niej okrakiem. 
Poczuła żal, że tak ją opuścił. Powiedział: 

 -  Witaj  w  domu,  bracie.  Cieszę  się,  że  znów  tu  jesteś. 

Tęskniłem za tobą. 

 - I ja za tobą tęskniłam, Jonny. 

background image

Patrzyli sobie prosto w oczy. Pocałuje ją jeszcze? Pragnęła 

tego całym sercem, odruchowo zwilżyła wargi językiem. Ale 
Jon  myślał  o  czym  innym.  Podniósł  zapiaszczoną  paletę,  na 
której  zostały  już  tylko  nędzne  resztki  farb.  Roześmiał  się 
serdecznie i umoczył pędzel w żółci. 

 - Nie, tego nie mogę przepuścić. Nie wiadomo, czy będę 

miał  jeszcze  taką  okazję  -  zmrużył  chytrze  oczy  i  oblizał  się 
jak głodny tygrys. 

Błagała  go  i  piszczała,  biła  go  po  udach,  rzucała  dziko 

biodrami, próbując go z siebie strącić. Bezskutecznie. 

 -  Uważaj,  bo  będą  cię  nazywali  Różą!  -  groził, 

uśmiechając się złośliwie. Umoczył teraz pędzel w czerwieni. 
Jenny z przerażeniem w oczach znieruchomiała, a on nachylił 
się  i  połaskotał  ją  pod  nosem.  Przygryzł  język  i,  przyjmując 
pozę  zmanierowanego  artysty,  namalował  jej  wielkie, 
sumiaste wąsiska. Pracował w skupieniu. Potem wyprostował 
się i ocenił swe dzieło: 

 - Piękne! 
 -  Jeśli  wolno  powiedzieć  słowo.  Czy  nie  lepiej 

wyglądałyby na tobie? 

 -  Cóż,  chyba  tak  -  pochylił  się  i  pocałował  ją  mocno, 

namiętnie,  skłaniając  głowę  to  na  jedną,  to  na  drugą  stronę. 
Kiedy skończył, na jego policzkach widniała dokładna replika 
namalowanych wąsów. Uśmiechał się, zadowolony z siebie. 

 -  A  teraz,  ślicznotko  -  powiedział  tonem  łajdaka  z 

melodramatów  -  zabawię  się  z  tobą  po  swojemu.  Oskubię  ci 
kark, obgryzę uszy, wyssam z ciebie krew. To dopiero będzie 
zabawa! 

Śmiała się, bezsilna w tej pozycji. 
 - Puść mnie, Jonny. Proszę - błagała. Potrząsnął głową. 
 -  Nic  z  tego.  Całe  życie  marzyłem  o  malowaniu  na 

żywym  materiale.  Cóż,  padło  na  ciebie.  Przyjmij  to  z 
godnością i spokojem - wyciągnął jej koszulę ze spodenek . 

background image

 -  Nie!  Nie,  Jonny!  -  aż  zesztywniała  pod  nim.  Znów 

zaczęła się wyrywać i rzucać wściekle biodrami. 

 -  Spokojnie.  Ograniczę  się  do  twego  apetycznego 

brzuszka. 

Trudno,  nie  miała  wyboru.  Uspokoiła  się.  Jon  zaczął 

malować. Pędzel łaskotał ją niemiłosiernie. 

Podniosła  głowę,  żeby  zobaczyć,  co  znów  stworzył. 

Uśmiechnęła się. Na brzuchu zakwitła stokrotka; każdy płatek 
był  innego  koloru,  a  środek  znajdował  się  w  pępku.  Kiedy 
jednak Jon sięgnął do zamka szortów, zdenerwowała się. 

 - Hej, co ty tam robisz?! 
 - Nie mam miejsca na łodyżkę - odparł niewinnie. 
 - Przestań, natychmiast! 
 - Nie ma powodu do obaw. Jestem lekarzem -  wyjaśnił i 

dalej ciągnął za suwak. 

 -  Przestań!  Z  doktorów  robią  się  z  czasem  stare, 

zaślinione świntuchy! 

 -  Ale  wśród  tych  młodych  ja  jestem  szczególnie 

interesującym  osobnikiem.  Mam  zamiłowanie  do  sztuki. 
Chciałabyś zabić we mnie artystę? 

 -  Jeszcze  jak!  I  nie  tylko  artystę!  A  teraz  zostaw  mój 

zamek  w  spokoju!  Naburmuszył  się  jak  dwuletnie  dziecko, 
któremu nie pozwalają się bawić. Namalował króciutką 

łodyżkę i dwa urwane płatki. 
 -  Phi,  stokrotka  z  krótką  łodyżką.  Też  mi  coś!  Kto  to 

widział? - oburzył się. 

 - Cóż, licentia poetka - powiedziała Jenny pojednawczo. - 

Artyście wolno odstępować od wzorów. Ja na przykład robię 
to bardzo często. 

Jon marudził dalej: 
 - E tam. To już nie jest zabawne. 

background image

Drewnianym  koniuszkiem  pędzla  wodził  kusicielsko 

wzdłuż  jej  talii.  Uśmiechnął  się  najniewiniej  w  świecie  i 
zaproponował: 

 - Moglibyśmy to zmyć i namalować jeszcze raz. Co ty na 

to? 

 - Nic z tego. Za dużo już malowania, jak na jeden dzień. 

Doktorze  McCallem,  przecież  nie  chcielibyśmy  dopuścić  do 
tego, by pański talent do cna się wyczerpał, prawda? 

 - Słusznie. 
Zaskoczył ją tym, że ją wreszcie puścił. Podał jej rękę. 
 - Idź teraz do domu i rozpakuj się. Masz być z powrotem 

najdalej  za  godzinę.  Zrobimy  piknik.  Jenny  próbowała  się 
wykręcić. 

 - Och, Jonny, chyba nie. Jestem zmęczona podróżą. 
 -  Co  takiego?  Nie,  nie  możesz  mi  odmówić,  Jenny. 

Musisz  ze  mną  zjeść.  Dość  już  mam  samotnych  posiłków. 
Przyjaciele zawsze dzielą się jedzeniem i jedzą razem. A poza 
tym teraz moja kolej. 

Kiwnęła głową, przekonał ją. 
 - Będę za moment - obiecała. Pomógł zepchnąć czółno na 

wodę,  a  potem  pomachał  ręką.  Zebrał  z  plaży  przybory  do 
malowania  i  odniósł  je  do  domu.  Jenny  słyszała  jego  wesołe 
pogwizdywanie. Wiosłowała z zapałem i śmiała się do siebie. 

 - Ha, on cieszy się na mój widok tak samo, jak ja na jego! 
Następnych  kilka  dni  minęło  szybko  i  beztrosko.  Jenny  i 

Jon spędzali razem każdą niemal chwilę. W weekendy jeździli 
do Battle Lake na  dwudniowy jarmark. Miasteczko  położone 
było nad jeziorem, na którego brzegu prawie dwieście lat temu 
starli  się  w  wielkiej  bitwie  wojownicy  Siuksów  i 
Chippewejów. Miejsce to nazwano później Ishquoewining, co 
w  języku  Chippewejów  znaczy:  „gdzie  przeżyli  tylko 
nieliczni". Nawet  dziś można tu było znaleźć w piasku groty 
strzał.  Pod  koniec  tygodnia  miasto  zapełniało  się  tłumem 

background image

przyjezdnych  oraz  tabunami  handlarzy,  którzy  godzinami 
wykłócali się o ceny. 

Jon założył kolekcję drewnianych przyborów kuchennych 

i co tydzień wzbogacał ją o coś wyjątkowego. Jenny ciekawa 
była, po co u licha są mu potrzebne takie rupiecie. 

 -  Teraz  po  nic,  ale  kiedyś  mi  się  przydadzą  -  odparł.  - 

Będę miał własną kuchnię i wtedy powieszę je na ścianach. O, 
poczekaj! - Rzucił się do stoiska, obok którego przechodzili, i 
kupił  -  nawet  się  nie  targując  -  niemiłosiernie  zużyty 
drewniany  wałek  do  ciasta.  Wrócił  do  Jenny,  niosąc  go 
tryumfalnie. 

 -  Najśmieszniejsze  jest  to  -  powiedział  -  że  czasem  nie 

wiem, jak się czego używało. A może ty wiesz? 

W  soboty  Sara  i  Jenny  wynajmowały  budę,  w  której 

sprzedawały swoje cacuszka. Jon kręcił się wówczas dookoła 
i,  używając  swych  męskich  wdzięków  oraz  niewinnego, 
chłopięcego  uśmiechu,  wabił  do  stoiska  kobiety  w 
najróżniejszym wieku, młode i stare. 

Sara  patrzyła  na  niego  z  podziwem.  Pewnego  razu 

szepnęła Jenny na ucho: 

 -  Uważaj,  dziewczyno.  Jeśli  ty  go  nie  złapiesz,  ja  to 

zrobię! 

 - Fajny jest, co? 
 - Fajny?! Jeśli kobiety tak za nim latają dla samego tylko 

uśmiechu, to pomyśl, co by się działo, gdyby je całował! Och, 
to musi być... niesamowite! 

 - Wiem o tym - powiedziała rozmarzona Jenny. 
 - Wiesz?! 
Jenny  nieśmiało  kiwnęła  głową.  Sara  nie  posiadała  się  ze 

zdumienia. 

 -  Uuua!  -  nie  mogła  powstrzymać  okrzyku.  Przechodnie 

oglądali się za nimi ciekawie. 

background image

Tego wieczora Jenny pocałowała Jona w policzek. Musiał 

użyć  całej  siły  woli,  by  nie  porwać  jej  w  ramiona.  Od  tego 
dnia  coś  się  między  nimi  zmieniło.  Wpłynęła  chyba  na  to 
tamta  chwila  radosnego  zdumienia  Sary.  Jenny  wiedziała,  że 
jej przyjaciółka gra rolę swatki. Jon jednak nie odpowiadał na 
zaczepki. Wiele ostatnio myślał o tym wszystkim, wiele nocy 
spędził bezsennie, łażąc po swym pokoju z kąta w kąt. Głowił 
się, coś sobie obmyślał i... miał już prawie gotowy plan. Nie, 
teraz nie mógł sobie pozwolić na jakąś przypadkową wpadkę. 
Zbyt wiele miał do stracenia. Kochał Jenny. 

Noce  Jenny  także  były  bezsenne.  Przyjaźń  Jona  była  dla 

niej  czymś  wyjątkowym,  czymś  niezwykle  cennym.  Zaczęła 
jednak  chcieć  czegoś  więcej.  Gdy  nie  widział,  patrzyła  na 
niego ukradkiem; po kręgosłupie przebiegały jej wtedy słodkie 
drżenia, a serce trzepotało się w piersi. 

W noc po pocałowaniu Jona stała na dworze i wpatrywała 

się w niebo. 

 -  Jestem  zakochana  w  Jonie  -  szeptem  zwierzała  się 

gwiazdom.  I  cóż  miała  teraz  robić?  Przecież  to  ona  nalegała, 
by  pozostali  przyjaciółmi  i  zapomnieli  o  miłości.  Teraz  jej 
zachowanie  zmieniło  się;  Jon  musiał  to  zauważyć.  Mimo  to 
nie reagował. Może naprawdę jej nie chciał? Och, serce Jenny 
krwawiło; nie wiedziała, co ma począć. 

Poszła  do  łóżka  z  kompletnym  mętlikiem  w  głowie. 

Położyła się na wznak, założyła ręce pod głowę i patrzyła na 
zalaną  księżycowym  światłem  Mallard  Bay.  Wreszcie,  po 
wielu godzinach rozmyślań zdecydowała się. 

 - Dobrze. Teraz ja zrobię ruch. Jutro - westchnęła. Jon stał 

na plaży i spoglądał ku domowi dziewczyny. 

 -  Kocham  cię,  Jenny  -  szeptał  ciemnym  wodom  jeziora. 

Już od tygodni nie mógł zasnąć, jeśli nie zszedł przedtem nad 
wodę  i  nie  sprawdził,  czy  na  wyspie  Jenny  wszystko  jest  w 
porządku.  Przypomniał  sobie,  jak  wesoło  dziś  harcowali  w 

background image

wodzie  i  jak  ślicznie  Jenny  wyglądała:  opalona,  zwinna,  w 
swoim  różowym  bikini.  Obserwował  ją  skrycie,  wyczekiwał 
chwili,  gdy  była  czymś  zajęta,  gdy  coś  zaprzątało  jej  uwagę, 
bowiem wtedy mógł na nią patrzeć do woli, kontemplować z 
zachwytem kształty jej ciała, chłonąć jej urodę... Odwrócił się 
i poszedł na wzgórze, mrucząc pod nosem: 

 - Jutro, jutro. Jeszcze zobaczysz, Jenny. 

background image

Rozdział 8 
Już  wcześniej  umówili  się,  co  będą  dziś  robić.  Pojechali 

do  oddalonego  o  siedemnaście  mil  zabytkowego  młyna 
Phelpsa.  Młyn  ten  położony  był  bardzo  malowniczo,  w 
dodatku  przeszedł  właśnie  gruntowną  konserwację.  Miał 
ponad  sto  lat.  Swego  czasu  służył  wytrwale  okolicznym 
farmerom,  mieląc  kukurydzę,  żyto  i  owies  na  mąkę. 
Eksploatacji zaprzestano dopiero w roku 1930. Od tego czasu 
interesowali się nim głównie turyści. Jon i Jenny obeszli młyn 
dookoła. Mówili raczej mało, w ogóle panowało między nimi 
jakieś  dziwne  napięcie.  Każde  przypadkowe  wzajemne 
dotknięcie wywoływało nienaturalnie uprzejmie przeprosiny i 
równie uprzejmą odpowiedź. 

Doszli  wreszcie  do  dwóch  wielkich  kół  młyńskich, 

umieszczonych  symetrycznie  po  obu  stronach  strumienia,  a 
następnie, wymieniając uwagi na temat budowy młyna, weszli 
do komory, w której mieściła się wielka zębata przekładnia. 

Nagle  Jon  chwycił  Jenny  w  ramiona  i  mocno  przytulił. 

Och,  jakże  przyjemnie  było  znaleźć  się  znów  w  jego 
objęciach!  Dotykała  uchem  szorstkiego  policzka.  Czuła 
przenikający ją, dyskretny, delikatny dreszcz. 

 - Jenny, jestem pijany na sam twój widok! - Jon odchylił 

w  tył  głowę  i  spojrzał  w  jej  błękitne,  szeroko  otwarte  oczy. 
Przemógł się i dodał: 

 - Chcę cię pocałować. 
 - Pocałuj mnie, Jonny. 
Usta  jego  były  gładkie  i  miękkie.  1  choć  całowały 

ostrożnie,  prawie  nieśmiało,  Jenny  czuła  ich  żar  i  pasję. 
Przytuliła  się  mocniej  do  piersi  Jona.  Drżały  jej  kolana.  W 
pocałunku  tym  była  jakaś  niezwykła  czułość  i  rozmarzenie. 
Jęknęła  mimowolnie,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  zamknęła 
oczy.  Cudownie,  cudownie...  Jon  szukał  językiem  jej  warg, 
muskał je leciutko, subtelnie. Starała się szczodrze nagradzać 

background image

te pieszczoty, ośmielała go, przyciskając mocno do piersi, była 
hojna w dawaniu rozkoszy. Usłyszała cichy jęk Jona. Wodził 
nieprzytomnie  rękami  po  jej  plecach,  biodrach,  pośladkach. 
Całował głęboko, szaleńczo. Ocierał  się o nią biodrami, bódł 
ją  drobnymi,  ledwo  wyczuwalnymi  ruchami  spragnionych 
lędźwi.  Jego  oddech  stał  się  szybki  i  gorący.  Wczepiała  mu 
ręce  we  włosy,  szukała  po  omacku  guzika  jego  koszuli,  by 
móc  się  pod  nią  dostać.  Oboje  zapomnieli  o  całym  świecie, 
ogarnięci  płomienną  pasją,  ogniem  pożądania,  potężną 
namiętnością. 

Wtem na schodkach wiodących z pomieszczenia na górze 

rozległ się tupot butów. Cały zastęp chłopców w skautowskich 
mundurkach  zwalił  się  im  na  głowy!  Jon  i  Jenny  ledwo 
zdążyli  od  siebie  odskoczyć.  Malcy  otoczyli  ich  zwartym 
kręgiem. 

 - A, złapaliśmy was! - zawołał jeden z nich, ryży. 
 -  Ej,  psze  państwa,  to  jest  miejsce  publiczne!  -  krzyczał 

drugi. Jenny i Jon zaczerwienili się jak buraki i spuścili oczy. 

 -  Zawróciła  panu  w  głowie,  co?  -  trzeci  z  chłopców  był 

nastawiony psychologicznie. Pokiwał głową ze zrozumieniem. 

Winowajcy  parsknęli  śmiechem.  Jon  bezradnie  rozłożył 

ręce. 

 -  Cóż  mam  powiedzieć?  -  objął  zaczerwienioną  Jenny.  - 

Już  niedługo  i  wam  słodkie  kociaki  zawrócą  w  głowach, 
zobaczycie! 

Z góry dobiegł poirytowany głos zastępowego: 
 - Hej, dokąd was znów pognało? Co tam się dzieje? 
 -  Nic,  nie,  panie  Becker!  -  odpowiedziały  mu  niewinne 

głosiki. 

 -  Rozmawiamy  z  jedną  miłą  panią  i  panem  -  zdawał 

sprawę ten ryży. 

Na  górze  rozległo  się  głośne,  pełne  złości  „Uugh!".  Jon  i 

Jenny  spojrzeli  po  sobie  i  wybuchnęli  niepohamowanym 

background image

śmiechem.  Śmiejąc  się  wyszli  z  młyna.  -  Ach,  te  małe 
potwory! - wykrztusił Jon. - Czy dziewczynki w ich wieku też 
są  takie?  -  O  tak.  Ale  ci  byli  jednak  wyjątkowi.  Chłopcy 
zazwyczaj nie myślą o romansach tak wcześnie. 

 -  Masz  rację.  Ale  cóż,  ewolucja  robi  swoje.  Ja,  kiedy 

zacząłem  się  tym  interesować,  miałem  już  dobrze  ponad 
trzynaście lat. 

 - O, dawno to było. 
 - Uważaj, Larson. Tylko mi znów nie zaczynaj. 
 - Dobrze już, dobrze. Chodźmy coś zjeść. 
Południe  minęło  im  na  swobodnej  i  wesołej  rozmowie. 

Żadne  z  nich  nie  wspomniało  o  incydencie  z  pocałunkiem. 
Wrócili do domu, pływali trochę, a potem opalali się na plaży. 
Jon  dał  Jenny  jeszcze  kilka  buziaków,  a  ona  nieraz  dotykała 
go  pieszczotliwie  - ale  tak  naprawdę  jedno  i  drugie  miało  się 
na  baczności.  Takie  zapomnienie  się,  taki  wybuch 
namiętności,  jaki  przeżyli  w  młynie,  stanowczo  nie  mógł  się 
powtórzyć.  Jenny  zauważyła,  że  Jon  stawał  się  coraz  to 
cichszy i coraz bardziej nieobecny. 

 - Coś nie w porządku, Jonny? Chodź, zrobię ci masaż. Jak 

twoje  koszmary?  Dręczę  cię  jeszcze?  Zaprzeczył  ruchem 
głowy.  Nie  był  zbyt  rozmowny.  Patrzył  w  dal,  dumając  nad 
czymś,  to  znów  spuszczał  wzrok  w  ziemię.  Coś  go 
najwyraźniej gryzło. 

 - Opowiedz mi. 
Wstał i pociągnął Jenny za rękę. Podniosła się. 
 - Nie, nie teraz. Muszę się dobrze zastanowić. Mam przed 

sobą trudną decyzję, od której zależeć będzie moja przyszłość. 

Serce  zamarło  Jenny  z  przerażenia.  Czyżby  chciał 

powiedzieć  jej,  że  odjeżdża?  Tak,  to  na  pewno  o  to  chodzi! 
Jon udawał, że nie widzi jej zmartwionej miny. 

 - Zapraszam cię do mnie na uroczysty obiad - powiedział. 
 - Jezu, jak bardzo uroczysty? 

background image

 - No... raczej nie powinnaś przychodzić w bikini. 
 -  Chcesz  powiedzieć,  że  mam  przyjść  w  sukience? 

Naprawdę? 

Jon  pomyślał,  że  o  wiele  bardziej  wolałby  widzieć  ją  w 

sukni  wieczorowej.  Cóż,  nie  wiadomo,  czy  na  tym  odludziu 
ma takie ciuchy... Westchnął. Trzeba pójść na kompromis. 

 -  Powiedzmy,  że  włożysz  swoją  najlepszą  sukienkę.  To 

będzie naprawdę wyjątkowy, bardzo uroczysty wieczór. Będę 
chciał cię o coś spytać, Jenny. 

Usłyszawszy  ostatnie  zdanie,  Jenny  o  mało  nie  zemdlała. 

Chciał  ją  o  coś  spytać!  Przerażona,  postanowiła  szybko,  że 
będzie  rozmyślać  o  tym  później.  Odetchnęła  głębiej,  przed 
oczami latały jej mroczki. Brakowało jej tchu. 

 - Kiedy?... O zwykłej porze? 
 -  Nie,  nie,  jakąś  godzinę  później.  Gdzieś  tak  o  wpół  do 

ósmej,  jeśli  możesz.  Będę  musiał  przygotować  mnóstwo 
rzeczy. Jenny zebrała się na odwagę: 

 - To pytanie, które mi zadasz... Czy to będzie coś miłego? 
Spojrzała na niego. Jon nie spuszczał z niej oczu. W jego 

spojrzeniu było coś... coś takiego... Przebiegi ją dreszcz. Ręce 
zaczęły  jej  drżeć.  Jon  podszedł  do  niej,  cały  czas  patrząc 
prosto  w  oczy,  ujął  ją  pod  brodę  i  ustami  musnął  lekko  jej 
usta. Uśmiechnął się. 

 -  Nie  pozostaje  mi  nic  innego,  jak  mieć  na  to  nadzieję, 

moja  śliczna  -  powiedział  cicho,  z  mocą.  Potem  wziął  ja  za 
ramiona i odwrócił łagodnie w kierunku wyspy. - A teraz idź 
już, kochanie. Do zobaczenia wieczorem. 

Poszła jak lunatyczka, potykając się po drodze. Nawet nie 

zauważyła, kiedy weszła do domu. Opadła na swój wiklinowy 
fotel  na  biegunach  i  długą  chwilę  siedziała  bez  ruchu. 
Stopniowo nabierała pewności, w końcu powiedziała głośno: 

 - Ależ on chce mnie spytać, czy za niego wyjdę! 

background image

Była zła na siebie, że z taką łatwością daje sobą kierować. 

Odepchnęła  się  nogami,  fotel  bujał  się  coraz  szybciej  i 
szybciej.  Zaczęła  w  niej  narastać  jakaś  niezwykła 
determinacja. 

 - Dobrze! A więc się zdziwi. Odpowiedź będzie brzmiała: 

nie! 

Zła  była  nie  na  żarty.  Zdecydowała,  że  w  ogóle do  niego 

nie  pójdzie.  Ale  kiedy  ochłonęła  nieco  i  zastanowiła  się, 
doszła  do  wniosku,  że  jednak  muszą  wreszcie  ze  sobą 
porozmawiać jak dwoje dorosłych ludzi. 

Zamaszyście otworzył drzwi szafy. 
 - Jak chce uroczyście, to będzie miał uroczyście - syczała 

przez zęby. Wywlokła na środek pokoju ciężką torbę podróżną 
i  wyjęła  z  niej  swoją  ulubioną  sukienkę  -  bardzo  elegancką, 
krótką, jedwabną, w kolorze akwamaryny. 

Zaczęła  się  szykować.  Najpierw  więc  długa,  niespieszna 

kąpiel. Potem dokładny, precyzyjny manicure i pedicure. Gdy 
się  ubrała,  zasiadła  przed  lustrem,  aby  umalować  twarz. 
Wygładziła  suknię  w  talii  i  dłońmi  uniosła  swe  bujne  piersi, 
by  materiał  dobrze  się  na  nich  ułożył.  Była  zadowolona  ze 
swego  wyglądu.  Wyciągnęła  z  szafy  parę  srebrnych 
sandałków na wysokim obcasie, ale nie włożyła ich. Na razie 
weźmie  je  w  rękę,  a  pójdzie  w  swych  zwykłych,  skórzanych 
japonkach. Mogła się starać, by Jon McCallem wybałuszał na 
nią oczy, ale nie będzie sobie przecież łamać nóg! 

Jon czekał już na nią. Siedział przy oknie i wypatrywał jej 

na  ścieżce  biegnącej  wzdłuż  brzegu. Ale  Jenny przyszła inną 
drogą.  Zobaczył  ją  nadchodzącą  od  strony  plaży.  Była 
olśniewająco  piękna,  wyglądała  jak  Wenus  wyłaniająca  się  z 
morskiej  piany!  Zatrzymała  się  przed  domem  i  włożyła 
sandałki. Jon aż jęknął z zachwytu. 

„O  Boże!  -  myślał  -  jakżeż  ja  sobie  poradzę?  Ależ  będę 

przed nią dygotał przez cały wieczór!" 

background image

Wziął głęboki oddech i poszedł otworzyć drzwi. 
 - Jenny - wyciągnął do niej obie dłonie - jesteś absolutnie, 

ale to absolutnie zachwycająca! Uśmiechnęła się, zadowolona. 
Jon  miał  na  sobie  perłowoszare  spodnie  i  jasną  jedwabną 
koszulę z długimi rękawami, rozpiętą na piersi. 

 -  Jesteś  dziś  bardzo  przystojny,  Jonny  -  powiedziała. 

Pochylił się, by pocałować ją w policzek. 

 - Mmm, pachniesz bardzo apetycznie - był to oczywiście 

komplement, ale i  zarazem pretekst,  by pocałować ją jeszcze 
raz.  Jenny  poczuła  mocny  aromat  jego  wody  po  goleniu. 
Odstąpił od niej i obejrzał ją od stóp do głów. 

 -  Och,  Jenny!  -  zawołał.  -  Aż  mi  dech  zapiera  w  piersi. 

Twoja  uroda  jest  po  prostu  olśniewająca!  Zachwyt  i 
komplementy  Jona  upajały  ją  i  wprawiały  w  lekkie,  ale  miłe 
zakłopotanie. Weszła do środka i powiedziała skromnie: 

 - Dziękuję ci. 
Duży  pokój  Westonów  pogrążony  był  w  blasku  świec: 

sześciu  dużych  na  kominku,  trzech  cieńszych  na  małym 
stoliku  do  kawy  i  jednej  na  stole,  pośrodku  kunsztownej 
kompozycji  z  polnych  kwiatów  i  ziół.  W  kominku  płonął 
ogień;  migotliwe  iskierki  tańczyły  na  kryształowym  szkle 
kieliszków i srebrnej zastawie. 

Jenny patrzyła na to wszystko z podziwem. 
 -  Jonny,  przeszedłeś  samego  siebie  -  powiedziała. 

Zasiadła przy nakrytym śnieżnobiałym obrusem stole. 

Jon  odkorkował  butelkę  dobrze schłodzonego  szampana  i 

napełnił kieliszki. Spojrzał w oczy Jenny i rzekł, uśmiechając 
się lekko: 

 - Za początek tego wieczoru. Obyśmy się czuli swobodnie 

i byli szczęśliwi. 

Szampan  był  wyśmienity,  nalali  więc  sobie  po  jeszcze 

jednym  kieliszku.  Serce  Jenny  waliło  jak  młotem,  Jon 
natomiast  uznał,  że  pierwsze  lody  zostały  przełamane;  czas 

background image

teraz  roztoczyć  przed  gościem  uroki  kuchni.  Najpierw 
przystawka:  ostrygi  w  skorupkach.  Sprowadził  je  ze  znanej 
restauracji w Minneapolis. Jenny była zdumiona: 

 - Boże! To musiało kosztować fortunę! 
Odparł  skromnie, że  istotnie tak było i  że  choćby dlatego 

powinna  je  zjeść  ze  smakiem.  Zaświtała  jej  pewna  myśl. 
Przełknęła pierwszego mięczaka, otarła usta serwetką, lecz nie 
mogła  powstrzymać  uśmiechu,  który  przerodził  się  w 
niepohamowaną  wesołość.  -  Kto  wie,  może  warto  było... 
Ostrygi  są  przecież  afrodyzjakiem.  -  W  odpowiedzi  Jon 
mruknął coś tylko, a zaśmiała się głośno. Potem przyszła pora 
na  kolejne  dania,  których  spożywaniu  towarzyszyła  lekka  w 
tonie, acz powściągliwa konwersacja. Jenny była oczarowana 
swym  przystojnym  gospodarzem.  O  dziewiątej,  kiedy  na 
dworze było już niemal zupełnie ciemno, Jon podał wspaniały, 
soczysty  chateaubriand  z  maślano  -  ziołowym  sosem.  Wstali 
od stołu jakąś godzinę później; Jon z galanterią odsunął Jenny 
krzesło  i  poprowadził  ją  do  stojącej  naprzeciw  kominka 
kanapy.  Posadził  ją,  zręcznie  odsunął  nieuprzątnięty  stół,  na 
jelenią  skórę,  leżącą  przy  ogniu,  rzucił  miękki  jasiek;  inne 
jaśki  położył  na  kanapie.  Jenny  rozparła  się  wygodnie.  Jon 
sięgnął po rżniętą kryształową karafkę z brandy i dwa pękate 
pucharki. Usiadł przy dziewczynie, poprosił, by zdjęła obuwie 
i czuła się jak u siebie, po czym sam zzuł buty. 

Nalał do kieliszków i podał jeden z nich Jenny. Siedzieli w 

ciszy  i  półmroku,  zapatrzeni  w  buzujący  wesoło  ogień.  W 
pokoju  zapanowała  jakaś  domowa,  intymna  atmosfera.  Jon 
zerknął  na  Jenny.  Siedziała  niedbale,  całkowicie  odprężona. 
Ogień hipnotyzował ją. Oddychała równo, głęboko; jej twarz 
promieniowała spokojem, a nawet pewnym rozleniwieniem. 

„Teraz, człowieku, to jest ta chwila. Zróbże to nareszcie!" 

- mówił sobie. Odstawił swój kieliszek, wytarł spocone dłonie 

background image

o  spodnie.  Obrócił  się  ku  dziewczynie,  wyjął  z  jej  rąk 
pucharek i postawił obok swego. 

 - Jenny. 
 - Mmmm? 
 - Pamiętasz, mówiłem ci, że zapraszam cię dziś z bardzo 

ważnego powodu. 

 -  Taak  -  westchnęła  z  roztargnieniem.  Uniosła  się  nieco 

na  poduszkach  i  odwróciła  w  jego  stronę.  -  Chciałeś  mnie  o 
coś zapytać, tak? 

 -  Tak.  To  bardzo  ważne,  uważaj  dobrze,  Jenny.  Siedź 

wygodnie, 

proszę. 

Porozmawiajmy. 

Posłuchała 

go, 

przeciągając  się  powoli.  Spojrzała  na  Jona  sennymi, 
zamglonymi  oczami.  Marzyła,  by  ją  teraz  pocałował.  I  on 
poczuł w sobie gwałtowne pragnienie, ale powstrzymał się. 

 - Tak, Jonny? - szepnęła. - Słucham... 
Jon  mówił  bez  przerwy  przynajmniej  przez  pięć  minut. 

Kluczył, kręcił, nie mógł się zdecydować. Zobaczył, że Jenny 
przysłuchuje się mu uważnie. 

 -  Posłuchaj  mnie.  To,  co  teraz  powiem,  może  cię 

zaskoczyć.  Muszę  przyznać,  że  ten  pomysł  przyszedł  mi  do 
głowy dopiero wczoraj... Posłuchaj mnie. Jesteś jedyną osobą 
na świecie, którą mógłbyś o coś podobnego spytać. 

Jenny  uśmiechnęła  się  ze  współczuciem.  Plątał  się, 

walczył z własną nieśmiałością. Zaintrygowało ją to potężnie. 
Pochyliła się ku niemu i wytężyła uwagę. Przygotowywała się 
na to, co chciał jej powiedzieć, a czego się zresztą domyślała. 
Jeśli  wreszcie  Jon  zdecyduje  się,  będą  mogli  o  tym 
porozmawiać jak dwoje dorosłych, odpowiedzialnych ludzi. 

 - Jonny. Albo mi powiesz, albo ciągle nie będę wiedziała 

o co chodzi. No, już. Weź głęboki oddech i wal śmiało, OK? 

 -  OK.  Potrzebuję  cię...  bardzo  cię  potrzebuję  -  wypalił  i 

zmieszał się jak szczeniak. - Potrzebuję cię... do moich badań. 
Nie będę mógł robić postępów, jeśli nie będziesz mi służyła... 

background image

swoim doświadczeniem. Proszę... - zaciął się. - Wiem, że nie 
spodziewałaś się takiej propozycji, być może wyda ci się ona 
nawet oburzająca... Ale, Jenny... Ty musisz mi pomóc. Proszę, 
powiedz, że się zgadzasz. Nie mogę prosić o to kogoś obcego. 
Jesteśmy przyjaciółmi i... mam nadzieję, że nimi zostaniemy, 
zawsze... Pytam więc ciebie, mojego najlepszego przyjaciela... 
co prawda, jesteś kobietą. 

Było dokładnie tak, jak to przewidział. Jenny siedziała na 

kanapie jak sparaliżowana. Zbaraniała kompletnie. Patrzyła na 
niego,  jakby  spadł  z  księżyca.  Ze  zdumienia  otworzyła  usta, 
oczy  wyszły  jej  na  wierzch.  Jon  plątał  się  coraz  bardziej, 
próbował  coś  jeszcze  wyjaśniać  -  i  z  każdym  słowem  grzązł 
coraz głębiej. 

 - Zrozum, Jenny, jesteś jedyną osobą, którą... Proszę, nie 

patrz  tak  na  mnie.  Cholera,  wiedziałem,  że  stracę  twoje 
zaufanie.  Nie,  nie,  zapomnijmy  o  wszystkim.  Pomyliłem  się, 
to straszna pomyłka... - miał minę jak skarcony piesek. Była to 
jednak maska: w głębi ducha śmiał się z radości i tryumfował. 

Jenny nagle odzyskała głos. 
 - I to jest to, o co chciałeś mnie spytać? - Ciągle jeszcze 

nie  mogła  uwierzyć.  -  Chcesz  wiedzieć,  czy  zgodzę  się  być 
twoim... królikiem doświadczalnym? 

Teraz była jego kolej. Zrobił zdziwioną minę: 
 - A o cóż więcej miałbym cię prosić? 
Jenny  potrząsnęła  głową,  podniosła  rękę,  by  przetrzeć 

oczy  i  nagle  zaniosła  się  niepohamowanym,  szyderczym 
śmiechem: 

 - Rzeczywiście, o cóż więcej! 
W  duchu  zaś  dodała  pod  swoim  adresem:  „Idiotka, 

największa idiotka na świecie!" 

 - I co? I co ty na to? - ciągnął swą grę; skoro pytał, musi 

nalegać na odpowiedź. - Wesprzesz przyjaciela w potrzebie? 

background image

Ni  z  tego,  ni  z  owego  coś  ją  tknęło.  Spoważniała, 

podejrzliwie zmrużyła oczy. Jon winszował sobie, przewidział 
wszystko: 

 - Właściwie o jakich eksperymentach ty w ogóle mówisz? 

- spytała. 

 -  No,  oczywiście,  o  tych  z  całowaniem!  -  wybuchnął.  - 

Oboje szczególnie się do tego nadajemy. Tu trzeba wczuć się 
w  rolę...  Szybko  dojdziemy  do  wprawy.  Zaczniemy  od 
pocałunku nastolatków, a potem przejdziemy stopniowo dalej, 
aż  do  zupełnie  dorosłych...  Przygotowałem  już  wszystko. 
Napisałem  nawet  coś  w  rodzaju  skryptu,  takie  małe  scenki  z 
głośnym  wypowiadaniem  ról.  To  nam  pozwoli  lepiej  wczuć 
się w sytuację. Co o tym myślisz? 

 -  Myślę,  że  to  najgorzej  odegrana  rola,  jaką  w  życiu 

widziałam!  -  Jenny,  którą  opuściła  wszelka  nadzieja,  zaczęła 
się rozglądać za swoimi butami. 

 - Ależ Jenny! Czy mógłbym cię okłamywać? 
 - Jeszcze jak! 
 -  No  to  umarł  w  butach.  -  Za  plecami  pokazał  jej  figę, 

przyjmując jednocześnie najbardziej niewinny i nieszczęśliwy 
wyraz twarzy. 

 -  Jonny, zastanów  się  chwilę! Dwoje  dorosłych  ludzi  nie 

może  ot  tak,  po  prostu,  cofnąć  się  do  czasów  swych 
pierwszych  doświadczeń  erotycznych!  To  kompletnie  nie  ma 
sensu! 

 - A skąd wiesz? 
 - Wiem i tyle. To po prostu nie wyjdzie. 
Myśl  o  całowaniu  się  z  Jonnym  pobudziła  jednak  jej 

fantazję. A może odrobina szaleństwa nie byłaby taka zła? 

 - Proszę, nie zarzekaj się - mówił Jon. - Spróbujmy choć 

trochę,  choć  na  próbę.  Poświęć  mi  chociaż  pół  godziny  i 
dowiedź,  że  to  nie  wyjdzie.  Bo  ja  myślę,  że  wyjdzie. 
Wypracowałem już założenie, a nawet tezę. Ale bez ciebie nie 

background image

będę  mógł  przeprowadzić  dowodu.  Bez  twojej  współpracy 
zostaną  zaprzepaszczone  setki  godzin  moich  wysiłków. 
Wszystko pójdzie na marne. 

Wbrew  sobie  -  za  to  zgodnie  z  przewidywaniami  Jona  - 

Jenny zmieniła zdanie. 

 - No dobrze, niech ci będzie. Ale na pół godziny. Pokażę 

ci, że to nie ma sensu, a potem do widzenia! 

 -  Och,  jestem  ci  bardzo  wdzięczny  -  Jon  ułożył  usta  w 

ryjek  i  pocałował  ją.  -  Poczekaj  tutaj,  wrócę  za  chwilę. 
Przyniosę tylko sprzęt - zerwał się z kanapy. 

 -  Sprzęt?!  -  przestraszyła  się.  Sugerowało  to  jakieś 

strasznie  sprośne  i  wyuzdane  akcje.  -  Słuchaj  no,  żadnej 
pornografii! 

Spojrzał na nią z góry. 
 -  Co  ty  u  licha  sobie  myślisz,  Jennifer?  -  spytał  tak 

surowo,  jak  tylko  mógł.  -  Sprzęt,  jakiego  potrzebuję,  to 
stetoskop,  aparat  do  pomiaru  ciśnienia,  termometry  z 
przyssawkami i tym podobne rzeczy. 

Pani mnie czasami naprawdę zdumiewa, siostro Larson. 
 -  Zdumiewam?  Ja  pana?!  -  odcięła  się  zajadle,  chcąc 

ukryć  zakłopotanie.  -  No,  niechże  pan  już  idzie,  doktorze. 
Proszę  przynieść  ten  pański  sprzęt,  bo  już  nie  mogę  się  tego 
doczekać,  żeby  zagrać  panu  na  nosie.  Jon  popędził  do 
sypialni.  Czuł  się  jak  wytrawny  pokerzysta:  kamienna  twarz 
była jego najgroźniejszą bronią. 

background image

Rozdział 9 
Wrócił  z  całą  stertą  przyrządów  pomiarowych,  kart  do 

wypełniania  i  druków.  Położył  wszystko  obok  kanapy,  a 
następnie  zabrał  się  do  rozmieszczania  i  rozstawiania,  robiąc 
przy tym mnóstwo zamieszania. Żeby nie płoszyć tym Jenny, 
opowiadał jej przez ten czas o odkryciach, jakich udało mu się 
już dokonać. 

 -  Całowanie  się  jest  stare  jak  świat  -  zaczął  wykład.  - 

Słowniki  definiują  je  jako  stykanie  się  ustami  spowodowane 
przypływem  uczuć,  takich  jak  podniecenie  płciowe,  radość  - 
na przykład ze spotkania kogoś bliskiego - czy też szacunek. 
Są to definicje ogólnie znane i powszechnie akceptowane. Ale 
znalazłem  też  i  inne.  Autorem  dwóch  z  nich  jest  niejaki 
Anonim,  a  jeszcze  jednej,  szczególnie  interesującej,  jest 
Cyrano.  -  Zignorował  przesadnie  słodki  grymas  Jenny  i  zajął 
się  przysuwaniem  stolika  do  kawy,  na  którym  porozkładał 
swoje papiery. 

 -  Według  Anonima,  „pocałunek  jest  odpowiedzią  ust  na 

przypływ  serca".  Ten  sam  autor  określa  pocałunek  jako  „to, 
czego  nie  można  dać,  nie  biorąc,  a  zarazem  to,  czego  nie 
można  wziąć,  nie  dając'".  Prywatnie  powiem  ci,  że  to  mi  się 
bardzo podoba. A tobie? - spytał, ale nie czekał na odpowiedź. 
- Przejdźmy do Cyrana. Otóż mówi on: „Pocałunek jest słodką 
kropką  nad  »i«  w  Miłości".  -  Podniósł  palec  wskazujący  i 
uśmiechnął się. Jenny pokręciła głową i przewróciła oczami. 

 - Świetnie! - przyznała. Jon zatarł dłonie. 
 -  A  teraz  zapoznam  cię  z  niektórymi  wynikami  moich 

badań  nad  historią  pocałunku.  Otóż  ptaki  oraz  liczne  wyżej 
zorganizowane zwierzęta karmią swe młode, podając pokarm 
z  ust  do  ust,  często  już  zresztą  przeżuty.  Nazwiemy  to 
pierwotnym instynktem pocałunku. 

 - Ach, tak. 

background image

 - Tak. - Zerknął na nią. - Człowiek jaskiniowy borykał się 

z  wiecznym  niedostatkiem  soli.  Pewnym  rozwiązaniem  tego 
problemu  było  lizanie  twarzy  osobników  należących  do  tej 
samej  hordy.  Z  tych  to  praktyk  narodził  się  właściwy 
pocałunek. 

 -  Aha  -  Jenny  uznała,  że  inteligentne  uwagi  z  sali  będą 

mile  widziane. Starała  się nie wypaść z  roli i nie wybuchnąć 
śmiechem. Trzeba przyznać, że ciężko jej to przychodziło. 

Za to Jon uśmiechał się radośnie. Nie mógł się opanować. 

W końcu jednak uspokoił się i mówił dalej: 

 - A teraz coś, co może cię zainteresować. W starożytnym 

Rzymie  zabraniano  kobietom  picia  wina.  Otóż  sądzi  się,  że 
całowanie  było  sposobem,  w  jaki  mężczyźni  sprawdzali,  czy 
kobiety ich nie oszukują. 

 - Boże, chyba w to nie wierzysz, co? Jon żachnął się. 
 -  Jakżeż  nie?  Można  to  potwierdzić  natychmiast,  czarno 

na  białym  -  powiedział  nieco  brutalnie.  Była  to  oczywiście 
aluzja do wina, którego Jenny wypiła rzeczywiście sporo. Jon 
uśmiechnął się zwycięsko i podjął: 

 -  Na  pewno  wiesz,  że  Francuzi  całują  w  oba  policzki,  a 

Eskimosi  w  ogóle  nie  całują  ustami,  tylko  trą  nosem  o  nos. 
Ale  na  pewno  nie  wiesz,  że  dawniej,  kiedy  rozpoczynano 
badania  etnologiczne  na  skalę  światową,  połowa  populacji 
ludzkiej  nie  wiedziała  nic,  ale  to  absolutnie  nic  o  całowaniu 
się! Doniesienia i relacje pierwszych badaczy pełne są opisów 
przypadków, kiedy to przedstawiciele cywilizacji europejskiej 
próbowali  całować  przedstawicielki  ludności  miejscowej. 
Okazywało  się  wtedy,  że  bardzo  często  nie  budziło  to 
większej  emocji,  a  czasem  nawet  jedyną  reakcją  było 
przerażenie, ba, obrzydzenie, powodujące ucieczkę! 

 - 

Biedne 

przedstawicielki! 

przerwała  Jenny 

niegrzecznie.  -  Myślały  pewnie,  że  przedstawiciele  próbują 
zjeść je żywcem! 

background image

 - O, to znakomicie, że podjęła pani ten wątek! Chińczycy 

od  najdawniejszych  czasów  uważali,  że  całowanie  się  ma 
pewien  związek  z  kanibalizmem.  A  w  Indochinach  matki  po 
dziś dzień straszą swoje dzieci właśnie całując je! 

 - To rzeczywiście straszne. 
 -  Ja  też  tak  uważam.  Ale  idźmy  dalej.  Socjologiczny 

wykres  całowania  w  zależności  od  wieku  poszczególnych 
grup  ludzkich  przebiega  oczywiście  rozmaicie.  W  Anglii  na 
przykład całowano niemal wszystko, co się rusza i na drzewo 
nie  ucieka.  No,  przynajmniej  do  roku  1665,  kiedy  to  miała 
miejsce  wielka  epidemia  dżumy.  Potem  zostały  już  tylko 
dygnięcia  i  zamiatanie  piórami  od  kapelusza.  Czy  nie  nudzę 
pani? 

 -  O  nie,  nie!  -  Jenny  ziewnęła  teatralnie.  -  Proszę  mi 

wierzyć, zawsze kiedy jestem zasłuchana, mam taki nieobecny 
wyraz twarzy. Choćby mówiono rzeczy najciekawsze. 

 -  Najlepsze  zwykłem  chować  na  koniec,  Larson.  Słuchaj 

uważnie. Przesądy dotyczące całowania są następujące: kiedy 
całuje się przez próg - przynosi to pecha. Kiedy swędzi nos - 
będzie  się  całowanym  przez  głupca.  I  uwaga:  jeśli  chcesz 
zmienić płeć - pocałuj się w łokieć. 

 -  Ależ  to  fizycznie  niemożliwe!  -  zawołała,  marszcząc 

śmiesznie nos. 

 - Oczywiście.  Teraz  może nieco danych. Niektóre źródła 

mówią  o  długości  pocałunków,  z  którymi  spotykamy  się  w 
życiu  codziennym.  Rozpiętość  jest  następująca:  od  pięciu 
sekund  w  Iowa  do  tylko  jednej  w  Halethorpe  w  stanie 
Maryland. 

 - Ciekawe, czy w tym ostatnim miejscu ludzie w ogóle się 

żenią?  Doktorze,  proszę  mi  powiedzieć,  co  mówią  pańskie 
źródła o najdłużej trwającym pocałunku? 

Jon  uśmiechnął  się  z  wyższością.  Był  na  to  pytanie 

przygotowany. 

background image

 -  Proszę  bardzo.  Otóż  serdeczny  pocałunek,  złożony  w 

1980  roku,  trwał  pięć  i  pół  dnia!  Jeśli  zaś  chodzi  o  ilość,  to 
odnalazłem informację z 1978 roku o pewnym Angliku, który 
pocałował 4049 kobiet w ciągu ośmiu godzin - i to publicznie! 

 -  Ha,  nie  dziwię  się.  Trzeba  było  przecież  nadrobić  czas 

stracony  na  dygania  i  zamiatanie  piórami!  Doktorze, a  czy  w 
swoich  badaniach  natknął  się  pan  na  słowa  Artura 
Toscaniniego,  który  powiedział:  „Całowałem  moją  pierwszą 
kobietę  i  paliłem  mojego  pierwszego  papierosa  tego  samego 
dnia. Od tej chwili nie miałem już czasu na tytoń!" 

 -  O,  świetnie,  Jenny!  Pozwolisz,  że  wykorzystam  tę 

informację?  -  Kiwnęła  głową.  Jon  zapisał  coś w  notesie.  -  A 
teraz,  by  wprowadzić  cię  w  nastrój  i  tym  samym  ułatwić 
cofnięcie  się  do  naszych  szkolnych  dni,  opowiem  ci  dwa 
świetne  dowcipy  o  całowaniu.  Dziewczyna:  „Przestań,  nie 
całuj  mnie!  Ostatni  raz  ci  to  powtarzam!"  Chłopak:  „Cóż, 
wiedziałem, że masz słabe zdrowie". 

Jenny  zrobiła  kwaśną  minę,  ale  Jon  się  tym  nie 

przejmował. 

 -  I  drugi.  Kobieta:  „Panie  policjancie!  Proszę  zatrzymać 

tego  człowieka,  on  usiłował  mnie  pocałować!"  Policjant: 
„Proszę się nie niepokoić, madame. Jestem pewny, że wkrótce 
znajdzie się inny". 

 - E, beznadziejne! - uśmiechała się pod nosem. 
 - Wiem. I co? Nie czujesz się znów jak nastolatka? 
 - O tak, Jonny - gruchała. Zrobiła do niego słodkie oczy i 

zaczerwieniła  się  zaraz.  Była  naprawdę  przekonywająca.  - 
Pociągnę cię za włosy i ucieknę. 

 -  Dobrze,  dobrze.  Daj  spokój,  to  są  poważne  sprawy  - 

oburzył się. - Jak będziesz się wygłupiać, to nici z naukowych 
doświadczeń. 

Zerwała się z kanapy i stanęła tuż przed nim. 

background image

 - A co? Może nie o to właśnie chodzi, doktorze? - spytała 

wyzywająco.  -  Proszę  bardzo,  jestem  gotowa.  Niech  mi  pan 
powie,  kiedy  pan  już  zacznie  -  znieruchomiała,  zacisnęła 
powieki  i  skrzywiła  się  jak  dziewczynka,  która  zaraz  ma 
dostać zastrzyk. 

 - Otóż to, Jenny. Przejdźmy do rzeczy. A więc scenariusz 

numer  jeden:  oboje  mamy  po  trzynaście  lat  i  stoimy  właśnie 
pod  drzwiami  twojego  domu.  Odprowadziłem  cię  po  kinie. 
Jest  lato,  światło  na  ganku  jest  zgaszone.  Będę  się  starał 
pocałować  cię  na  dobranoc.  Robię  to  pierwszy  raz  w  życiu, 
jestem śmiertelnie przerażony. Ty wiesz, na co się zanosi, ale 
nigdy się jeszcze nie całowałaś. Gotowa? 

 - Gotowa. 
Jon z wahaniem chwycił rękę Jenny i miętosił ją, a potem 

pochylił  się  niezdarnie  i  dał  jej  całusa  a  raczej  dziobnął  ją  w 
policzek,  bo  w  usta  nie  trafił.  Zachichotała  i  natychmiast 
zdziwiło  ją  to,  ze  zrobiła  to  tak  mimowolnie  i  jakoś 
automatycznie.  Pomyślała,  iż  Jonowi  nie  brakuje  wyobraźni: 
jej  pierwszy  w  życiu  pocałunek  rzeczywiście  wyglądał 
podobnie.  Tę  próbę  mieli  więc  już  za  sobą.  Jon  zaczął  teraz 
mierzyć  Jenny  puls,  ciśnienie,  częstotliwość  oddechu, 
temperaturę i wilgotność skóry. Trwało to dobrą chwilę. 

 -  Nic,  kompletnie  nic!  -  lamentował.  -  Czyżbyś  nic  nie 

poczuła? 

 - Ja wiem? A miłe wspomnienia się nie liczą? 
 -  A!  -  machnął  ręką.  -  Mój  ojciec  miał  chyba  rację. 

Mawiał  zawsze,  że  kiedy  szczeniaki  się  całują,  to  jest  tak, 
jakby  się  strzelało  ze  ślepych  naboi.  No  dobrze,  próbujmy 
dalej.  Oto  sytuacja...  ale  proszę  o  jedno:  staraj  się  wczuć  w 
nastrój.  Sprawa  jest  poważna,  przypominam,  że  prowadzimy 
badania  naukowe.  -  Zerknął  do  następnej  kartki.  -  Jesteśmy 
uczniami  szkoły  średniej.  To  jest  nasza  druga  randka,  ja,  tak 
jak  poprzednio,  całuję  cię  na  dobranoc.  Zanim  się 

background image

spotkaliśmy,  grałem  w  kosza.  Wygraliśmy  z  Orłami  101:99. 
Byłaś  na  meczu.  Oboje  jesteśmy  podnieceni  zwycięstwem  i 
chcemy to uczcić, okazując sobie czułość. 

Zamknął oczy, aby się skupić. Jenny uznała, że dla dobra 

sprawy  trzeba  zrobić  to  samo.  I  nagle  omal  nie  runęła  jak 
długa!  Jon  rzucił  się  na  nią  jak  buldożer,  wpił  w  nią  usta  i 
ugryzł w dolną wargę. Na szczęście nie bardzo bolało. Jenny 
przypomniała sobie podobną do tej sytuację, w jakiej znalazła 
się  kiedyś  jej  przyjaciółka,  Sandy  Fredrickson.  Nie  była  w 
stanie  opanować  chichotu,  trzęsła  się  cała  i  krztusiła,  bo  Jon 
nie pozwalał jej oddychać ustami. 

Odsunął się od niej, zawiedziony. 
 -  To  nie  jest  zabawne.  I  co  w  tym  do  cholery  takiego 

śmiesznego? 

Jenny  roześmiała  się  na  całe  gardło.  Próbowała  mu 

wytłumaczyć, głaskała jego ramię. 

 -  Nie,  to  nie  dotyczy  ciebie  ani  tego,  jak  to  robisz. 

Przypomniała  mi  się  tylko  bardzo,  bardzo  smutna  historia 
Sandy Fredrickson i Tima Summersa. Pozwól sobie... 

Jon nie dał jej skończyć. 
 -  Co  ty  powiesz!?  -  ironizował  oburzony.  Próbowała  mu 

wytłumaczyć, ale nie wierzył w ani jedno jej słowo. - Chyba 
miałaś rację. Nic z tego nie wyjdzie. 

Pochylił  się  i,  zdenerwowany,  począł  wkładać  papiery  do 

teczek. Był zły na siebie. 

„I  co,  mądralo,  twój  plan  zawalił  się!  Czemu  u  licha  po 

prostu  jej  tego  nie  zaproponowałeś?  Po  co  ta  cała  komedia? 
Idioto! Mogła powiedzieć: tak. A teraz pewnie powie: nie". 

Jenny  poczuła  się  winna.  A  już  zaczęła  dobrze  się  bawić 

tym  przedstawieniem.  W  dodatku  ciekawa  była  następnych 
pozycji na liście. 

 -  Daj  spokój,  Jonny.  Nie  chcesz  chyba  przerwać  w 

połowie? Obiecuję, że teraz już będę się starać. Sam mówiłeś, 

background image

że kosztowało cię to mnóstwo pracy. Daj spokój, przecież nie 
zrezygnujesz  teraz!  -  prosiła  go  usilnie.  Liczyła  skrycie,  że 
dojdą wreszcie do jakiejś przyzwoicie zaawansowanej fazy. 

 - Naprawdę tak myślisz? - pozostawił decyzję jej. 
 - Zawsze trzeba najpierw spróbować. 
„Och, Jenny, nawet nie wiesz, jak się cieszę" - pomyślał. 

Aż  oczy  przymknął  z  radości.  Pamiętał  jednak,  by  się  nie 
zdradzić.  Natychmiast  wsadził  nos  w  papiery.  Znalazł 
właściwą  kartkę  i  odchrząknął  poważnie.  To  dopiero  będzie 
coś! 

 - Tym razem jesteśmy na studiach, i to na ostatnim roku. - 

Zerknął na nią. - Tylko mi nie mów, że jestem młodszy, bo na 
ostatnim roku byłem dokładnie w tym samym czasie, co i ty. 

 -  O  tak,  pamiętam,  cudowny  chłopak.  Magisterka  i 

doktorat za jednym zamachem! 

 - Jenny! - przywołał ją do porządku i skarcił wzrokiem. 
 - OK, już jestem cicho. 
 -  No  dobrze.  A  więc  wkrótce  skończymy  studia.  Oboje 

wiemy,  że  możemy  się  już  nigdy  nie  zobaczyć. Mamy  różne 
plany, różne sposoby na życie. Tego wieczora zaświtało nam 
to  w  głowach.  To  nieco  spóźnione  odkrycie.  Już  wkrótce  się 
rozstaniemy,  na  zawsze.  Próbujemy  pozbyć  się  tej  myśli,  ale 
każdemu z nas pęka serce. I pocałunkiem staramy się wyrazić 
to, co każde czuje w głębi duszy. 

Tym  razem  nie  czekał,  nie  skupiał  się.  Od  razu 

przyciągnął  Jenny  do  siebie  i  czule  przytulił.  Spojrzał  jej  w 
oczy.  Grała  swą  rolę  z  przejęciem,  czekała  na  jego  następny 
ruch. W zamyśleniu głaskał ją po włosach. 

 - Och, Jenny. Jesteś mi tak bliska. Nie, nie możesz mieć o 

tym  pojęcia.  Nigdy  w  życiu  nie  spotkałem  kobiety,  która 
byłaby mi tak droga - szeptał. Zdawało się, że słowa te płyną 
wprost  z  serca.  Ale  nie,  to  przecież  gotowa,  wcześniej 
przygotowana rola... 

background image

 - Podziwiam twoją inteligencję, twoją odwagę i szczerość 

-  ciągnął.  -  Masz  wspaniale  poczucie  humoru.  Każde, 
dosłownie  każde  spojrzenie  twoich  błękitnych  oczu 
przyprawia  mnie  o  szaleństwo.  Moja  kochana,  moja  słodka 
Jenny, cóż byłbym wart bez ciebie? 

Leciutko  ucałował  różowy  płatek  ucha.  Zadrżała. 

Ogarnęła ją fala gorąca. Schylił się do jej szyi, wodził po niej 
ustami,  łaskotał  ją  i  zasypywał  drobnymi  pocałunkami.  Czuł 
na  ustach  puls  serca  Jenny.  Przytulił  ją  mocno,  mocno.  Jego 
ręce  błąkały  się  po  gładkich  plecach  dziewczyny.  Sięgnął 
kciukiem  do  karku,  pozostał  tam  przez  moment,  a  potem 
wyruszył  w  długą  drogę  wzdłuż  linii  kręgosłupa,  aż  do 
pośladków.  Całą  już  dłonią  wodził  po  jej  biodrze,  potem  po 
udzie. Dotykał ją, och, jakże zmysłowo! Czuła na  sobie  jego 
ręce.  Kręciło  się  jej  w  głowie,  przywarła  do  niego,  jego  usta 
płonęły na jej ramionach, na olśniewającym dekolcie. 

 -  Jenny,  moja  Jenny  -  szeptał  cicho.  -  Jakżeż  mogę  cię 

opuścić? 

Te  słowa  obudziły  w  niej  uśpione  pragnienia  i  wielką,  a 

próżną - jak się jej zdawało - nadzieję. 

 - Jonny, nie jedź. Nie jedź - ujęła jego głowę i pocałowała 

go, a w pocałunek ten włożyła całą swą miłość, cały swój żal i 
niepokój.  Rozchylała  wargi  i  wsysała  się  w  jego  usta,  objęła 
go za szyję, przylgnęła do niego całym ciałem. Nie myśląc, co 
robi,  wsunęła  mu  rękę  pod  koszulę.  Sięgnęła  do  brodawek, 
tarła  je  palcami,  naciskała  lekko  długim  paznokciem.  Jon 
zadrżał  gwałtownie.  Wysysał  ustami  powietrze  z  jej  ust, 
lubieżnie kosztował jej języka i sam dawał jej swój, głęboko, 
władczo. Jego gorące palce zebrały chłodny jedwab sukienki; 
wsunął pod nią dłoń i napawał się drżącą, gładką skórą Jenny. 

Byli niemalże na krawędzi i Jon uczynić musiał heroiczny 

wysiłek, by oderwać się od jej ust. Oddychał szybko. 

background image

 -  Co  za  pocałunek!  Można  z  niego  niejedno 

wywnioskować,  prawda,  Jenny?  -  Choć  głos  mu  się  łamał  i 
drżał,  za  wszelką  cenę  usiłował  pokazać,  że  panuje  nad 
sytuacją,  że  tak  naprawdę  wciąż  przeprowadzają  naukowe 
eksperymenty. 

Minęła  dobra  chwila,  zanim  znaczenie  tych  słów  dotarło 

do Jenny. Jon robił swoje śmieszne pomiary. Dotknął jej szyi, 
odnalazł tętnicę i spojrzał na zegarek. 

 - Serce bije ci tak szybko, że nie nadążam z liczeniem! 
Wreszcie  odłożył  wszystkie  przybory  i  stanął  na  wprost 

dziewczyny. Mruknął przepraszająco: 

 - Jeszcze tylko jedna, ostatnia rzecz. 
Położył  ręce  na  jej  ramionach.  Wyprostowała  się 

odruchowo.  Jon  przesunął  dłonie  na  biust,  na  sterczące 
wyraźnie  brodawki,  a  potem  niżej,  aż  po  nasadę  piersi. 
Delikatnie  zważył  je  w  dłoniach.  Były  zaokrąglone,  ciężkie, 
wezbrane  namiętnością.  Jenny  przechyliła  w  tył  głowę  i  z 
całej  siły  przygryzła  wargi,  on  zaś  omal  nie  umarł  z  dzikiej, 
zwierzęcej  żądzy.  Nie,  nie,  nie,  jeszcze  tylko  kilka  minut! 
Ręce  zaczęły  mu  drżeć,  udał  więc,  że  schyla  się  do  swoich 
notatek. 

 -  Dobrze,  Jenny.  Myślę,  że  na  razie  na  tym 

poprzestaniemy... - Chrząknął, usiłując ukryć drżenie głosu. - 
Dziękuję.  Bardzo  mi  pomogłaś.  Sama  widzisz,  że  nie  można 
przeprowadzać tych badań z kimś zupełnie obcym. 

Jenny patrzyła nań uważnie. Było dla niej jasne, że i on aż 

dusił  się  z  pożądania.  Czemu  więc  skończył?  Zaczęło  jej 
świtać, że te całe „eksperymenty" to bujda, ale... a nuż mówił 
jednak  prawdę?  W  każdym  razie  ona  nie  chciała  ich 
przerywać. Czyż nie przyrzekła sobie, że na nią teraz kolej, że 
dziś właśnie zrobi ten krok? Zastanawiała się, co powiedzieć. 
Cokolwiek, byleby kontynuował swoje „badania". 

background image

 -  Doktorze  McCallem.  Wydaje  mi  się,  że  mogłabym 

wzbogacić pańską teorię o nowe, ciekawe doświadczenia. 

 - Tak? 
 - Mogłabym uzyskać wyniki, o jakie panu chodziło, także 

i  na  innej  drodze  -  sięgnęła  po  leżący  na  stoliku  stetoskop.  - 
Proszę się tylko położyć. Uzupełnię pańskie obserwacje. 

Nie czekając na jego zgodę, rozpięła mu koszulę na piersi 

i  przyłożyła  stetoskop.  Osłuchała  go  w  kilku  miejscach  i 
zrobiła wielkie oczy. 

 - O, zdaje mi się, że i pan nie uniknął wpływu badania. 
Zbadała mu puls. Pochyliła się przy tym tak, by jej włosy 

muskały  go  po  policzku.  Wdychał  jej  zapach,  nozdrza  mu 
drżały,  cały  zaczął  dygotać.  Odruchowo  pogładził  ją  po 
włosach. Podniosła głowę. 

 - Tak? O co chodzi, Jonny? 
Płonął miłosną gorączką, której nie dało się już ukryć. 
 - Nie, Jenny, dajmy spokój tym testom. Przestałem o nich 

myśleć dobry kwadrans temu. Jenny, pragnę cię. Chcę ciebie. 
Kocham  cię,  Jenny,  kocham  cię!  To  była  tylko...  Przez  cały 
wieczór zastanawiałem się, jak ci to powiedzieć! 

 - Ja też cię kocham, Jonny - szepnęła. 
W  mgnieniu  oka  porwał  ją  w  ramiona  i  zmiażdżył  w 

potężnym uścisku. Mruczał jej we włosy: 

 -  O  Boże,  Boże!  Gdybyś  wiedziała,  jak  czekałem  na  te 

słowa. Jenny, kocham cię! Kocham cię z całej duszy, kocham 
cię całym sercem. Boże, nigdy nie myślałem, że można kogoś 
aż tak kochać. Uleczyłaś mnie, sprawiłaś, że odżyłem. Chodź 
do  mnie,  chodź.  Pokażę  ci,  co  dla  mnie  znaczysz.  Moje 
kochanie! - schylił się i wziął ją na ręce. 

 -  Tak,  Jonny,  tak.  Kochajmy  się.  Teraz  dopiero  widzę, 

jaka byłam samotna. 

Tuląc  ją  do  piersi,  podszedł  do  kominka  i  zdmuchnął 

świece. Potem poszli do stołu po lichtarz. 

background image

 -  Najdroższa,  nigdy  nie  kochałem  się  w  blasku  świec. 

Chodź!  Zrobimy  jeszcze  jeden  eksperyment.  Jenny  uważała, 
żeby  nie  zaprószyć  przypadkiem  ognia.  Trzymała  lichtarz  w 
wyciągniętej ręce; trochę 

było  jej  niewygodnie.  Weszli  do  sypialni.  Jon  postawił 

dziewczynę  na  podłodze,  wziął  od  niej  świecę  i  umieścił 
wysoko na półce. Ciepłe, migotliwe światło zalało cały pokój. 

 -  Jenny,  ten  wieczór  poświęcimy  tobie.  Pozwól  mi. 

Uśmierzę twój ból, twój lęk, wszystkie twoje zmartwienia. Bo 
martwiłaś się o nas, prawda? Moje kochanie, ja też. Ale dziś, 
dziś  polecimy  do  gwiazd.  Chodź!  -  Objął  ją  i  pocałował  tak 
słodko, aż łzy napłynęły jej do oczu. - Kocham cię, kocham. 
Jesteś moja, moja na zawsze. 

Sięgnął  do  suwaka  i  miękki  jedwab  sukienki  opadł  na 

podłogę.  Jenny  stała  wyprostowana,  dumnie  wyprężona.  W 
spojrzeniu  Jona  dostrzegła  miłość  i  zachwyt.  Jego  silne, 
smukłe dłonie gładziły jej włosy. Pochylił się i pocałował ją, 
ssąc  delikatnie  jej  wargi.  Teraz  należała  tylko  do  niego! 
Rozbierała  się  sama.  jej  palce  zręcznie  rozpinały  rząd 
malutkich jak perełki guziczków, biegnących spomiędzy piersi 
aż  do  pępka.  Rozchyliła  poły  gorsetu  i  poruszyła  się 
kokieteryjnie;  piersi  zahuśtały  się  ciężko.  Zdjęła  gorset  i 
rzuciła  na  krzesło.  Patrzyła  Jonowi  w  oczy.  Wyciągnęła  do 
niego  ręce  i  przytuliła  się.  Objął  ją;  poczuł  na  swej  skórze 
twarde i gorące sutki. Sunął dłońmi po jej plecach, schylał się 
przed  nią,  coraz  niżej  i  niżej,  okrywając  pocałunkami  szyję, 
ramiona, piersi. To, co zrobił z sulkami, było jego tajemnicą; 
nie mogła tego zobaczyć, bo oczy zasnuły się mgłą rozkoszy. 
Obejmował  jej  piersi  oburącz,  unosił  je,  ściskał,  skubał  jak 
dojrzałe pomarańcze, to znów naciskał na nie od dołu, wodząc 
po  nich  dłońmi  skulonymi  w  miseczki.  Wreszcie  skrył 
pomiędzy  nimi  twarz  napawając  się  ich  obfitością  i  ciepłem. 
Jenny  poczuła,  jak  przeszywa  ją  silny  prąd,  od  piersi  w  dół 

background image

brzucha, aż do ud. Tym właśnie tropem poszedł Jon. Całował 
jej  brzuch,  a  potem  opasał  ramionami  lędźwie  i  złożył  w 
złotym runie wilgotny, gorący pocałunek. 

 - Moja, moja Jenny - mruczał nieprzytomnie. - Kochana, 

chcę poznać smak całego twojego ciała. Jenny z trudem łapała 
oddech.  Instynktownie  rozchyliła  uda.  Nie  mogła  opanować 
konwulsyjnego drżenia, zachwiała się na nogach. 

 -  Jonny,  proszę...  -  błagała,  wpijając  palce  w  jego 

muskularne  ramiona.  -  Jonny,  bo  upadnę...  Podniósł  się 
natychmiast,  znów  wziął  ją  na  ręce  i  ostrożnie  położył  na 
łóżku. Stał nad nią, sycąc oczy cudownym, kuszącym ciałem, 
wyciągniętym na pościeli w miękkim świetle świec. 

 -  Och,  Jenny...  Jesteś  wspaniała.  Jesteś  piękniejsza,  niż 

przypuszczałem. Uniosła zdziwiona brwi, a on, rozbierając się 
pospiesznie i uśmiechając się, mówił: 

 - O tak, wiem, że przecież nie pierwszy raz się kochamy. 

Leżeliśmy w tym samym łóżku, tak samo nadzy jak teraz. Ale 
wtedy, ten pierwszy raz - to było dla mnie jak sen. I obawiam 
się,  że  nie  byłem  zbyt  spostrzegawczym  kochankiem  - 
zawstydził się. - Ale teraz jest już inaczej, moja śliczna. Patrzę 
i  widzę  cię,  i  doceniam  twą  niezwykłą  urodę,  tak  jak  na  to 
zasługujesz.  Zachwycasz  mnie.  Zaraz  ci  tego  dowiodę.  - 
położył się przy niej i wziął ją w ramiona. 

Jenny nie była w stanie nic mówić, tylko rękami i ustami 

dawała znaki, które miały wskazać Jonowi co lubi najbardziej. 
Jon poszukiwał bezustannie, wstąpił w niego jakiś natchniony 
wynalazca  i  wirtuoz.  Starannie  i  z  rozmysłem  potęgował  jej 
rozkosz;  jego  pieszczoty,  początkowo  delikatne  i  subtelne, 
nabierały  stopniowo  mocy  i  pikanterii.  Robił  się  coraz 
gwałtowniejszy, coraz bardziej nieopanowany. Jenny wiła się 
w pościeli, oszalała z wściekłej, dzikiej rozkoszy i pożądania. 
Był w niej jednak jeszcze jakiś opór. Jon wyczuł to, szepnął: 

background image

 -  Kochanie,  odpręż  się.  Poddaj  się  miłości.  Chcę,  żebyś 

była  uległa.  Dzisiaj  jest  twoja  kolej.  Wezmę  cię  daleko, 
daleko. Moja słodka, moja słodka Jenny. Odpręż się, jestem z 
tobą. Nie będziesz samotna, przyrzekam. 

Posłuchała  go,  bo  jakżeż  można  było  się  sprzeciwiać? 

Wodził  dłonią  między  jej  rozchylającymi  się  udami.  Chciała 
go objąć za szyję, ale on wymknął się. Posuwał się coraz niżej 
i  niżej,  znacząc  swą  drogę  pulsem  gorących  pocałunków. 
Objął  jej  niespokojne  biodra  i  czule  wtulił  usta  między  uda. 
Jenny zamknęła oczy, jęknęła głośno i zgięła nogi w kolanach. 
Wygięła  plecy  w  łuk,  wychodząc  z  lędźwiami  naprzeciw 
rozkosznemu  językowi  i  wargom.  Całe  jej  ciało  błagało  o 
wyzwolenie z tego potwornego napięcia. 

 -  Jonny...  proszę.  Nie  mogę  już  dłużej.  Chodź,  chodź  do 

mnie. Miękkie i delikatne opuszki jego palców pospieszyły na 
pomoc językowi. 

 -  Cii,  cii,  kochanie.  Jeszcze  troszkę,  pozwól  mi,  jesteś 

moja, moja. 

I oto nagle Jenny doświadczyła szczęścia, jakie znać może 

tylko  kobieta  brana  przez  ukochanego  mężczyznę!  Głośny 
oddech i sporadyczne do tej pory jęki przerodziły się w długi, 
przeciągły  jęk  rozkoszy  i  zachwytu.  Jon  znęcał  się  nad  nią, 
doprowadzał ją do szaleństwa, mnożąc i wzmacniając subtelne 
bodźce. Rzucała wściekle biodrami, darła rękami pościel, ryła 
stopami prześcieradło. Jej drapieżne palce szarpały jego bujne 
włosy. Przytuliła go mocno, mocno... 

 - Jonny, pragnę cię, pragnę cię! Teraz, teraz! 
Jon rzucił się do jej ust i wgryzł się w nie w zachłannym 

zapamiętaniu.  On  też  odchodził już  od  zmysłów.  Całując  go, 
liżąc  mu  wargi,  Jenny  czuła  na  nich  obcy,  a  przecież 
najbardziej  własny  smak.  Jon  oparł  się  na  łokciach,  ona  zaś 
sięgnęła  ręką  do  jego  bioder  i  poprowadziła  go  w  siebie. 
Jęknął nieprzytomnie. Jenny wyprostowała nogi i rozwarła je 

background image

szeroko,  ze  wszystkich  sił  przywierając  do  niego  biodrami. 
Poruszała  nimi,  prowokując,  kusząc,  żądając.  Oplotła  go 
nogami. 

 -  Pragnę  cię,  Jonny  -  szeptała  gorączkowo,  przygryzając 

wargi. - Proszę, weź mnie, weź mnie, teraz! 

Pchnął w nią potężnie, huśtał ją ruchami swych prężnych 

bioder,  a  ona  kołysała  się  pod  nim,  płacząc  i  śmiejąc  się, 
jęcząc i krzycząc. 

 -  Kochana,  kochana  -  dyszał  jej  we  włosy,  w  szyję  - 

jestem  cały  twój,  weź  wszystko,  wszystko,  o  moja  słodka 
Jenny. 

Była  silniejsza  niż  myślał.  Nie  dość  jej  było  tego,  co  jej 

ofiarował.  Oburącz  ściskała  jego  pośladki,  poganiała  go,  nie 
dawała  mu  spocząć,  lizała  jego  mokrą  od  potu  skórę  na 
skroniach,  policzkach,  ramionach.  Z  przymkniętymi  oczami 
szeptała: 

 -  Och,  Jonny,  mocniej,  proszę,  mocniej!  Weź  mnie,  nieś 

mnie wysoko, weź mnie całą! 

Jon oparł się na wyprostowanych rękach i z całych sił parł 

w nią biodrami. Patrzył na jej rozchylone, zwilżane językiem 
usta,  na  wilgotną  od  potu  szyję,  na  sterczące  do  góry, 
wezbrane,  twarde,  kołyszące  się  ciężko  piersi.  Podniecała  go 
strasznie. Jenny uniosła się i ssała jego usta, wbijając mu pięty 
w  udo,  w  pośladki,  rozwierając  się  dla  niego  jak  najszerzej, 
aby mógł wchodzić w nią głęboko i aby mogła go lepiej czuć. 
Bódł  ją  coraz  szybciej,  aż  zaczęła  krzyczeć.  Chciał  się 
zatrzymać,  chciał  odwlec  jeszcze  ten  moment  ostateczny,  ale 
ona  kręciła  biodrami,  sama  go  teraz  kołysała,  brała  go 
chciwie,  aż  i  on  zaczął  jęczeć  głośno,  aż  zesztywniał  cały  z 
przeszywającej  go  na  wskroś  rozkoszy,  aż  umarł  w  jej 
ramionach. 

Wdychał  zapach  jej  włosów  i  gęstą,  intensywną  woń 

kobiety  rozgrzanej  miłością.  Dyszeli  głośno,  śmiejąc  się  z 

background image

radości  i  szczęścia.  Jon  poruszał  się  w  niej  jeszcze,  ale  teraz 
już leniwie, wolno, sycąc się swą wspaniałą męskością. Leżeli 
ciasno spleceni, smakowali swą bliskość, swoje ciepło. 

 - Nigdy, nigdy - szeptała Jenny; Jon wiedział, co miała na 

myśli. Kręciła głową, jakby jeszcze nie wierzyła w to, co się 
stało. 

 - Tak, nigdy - powiedział. Zsunął się z niej ostrożnie i legł 

wyczerpany 

jej 

boku. 

Jesteś  niewiarygodnie, 

niewiarygodnie... - brakło mu słów. - Chciałem ci dać... ale ty, 
moja  piękna,  moja  śliczna  Jenny,  dajesz  mi  więcej,  więcej 
niż... - głos uwiązł mu w gardle. 

Jenny pogładziła jego szeroką, wypukłą pierś. Pocałowała 

go  miękko  w  policzek,  potem  w  powieki  i  w  usta. 
Uśmiechnęła się. 

 -  Kochany,  tak  to  już  jest.  To  samo  było  ze  mną  tamtej 

pierwszej  nocy.  To  ty  bardziej  mnie  wówczas  pragnąłeś  i  to 
pragnienie dało mi siłę. Och, Jonny, będę cię zawsze, zawsze 
pragnąć! Dziś oddałam ci to, co ty dałeś mi wtedy. 

 - Kiedy ty się zdążyłaś tego wszystkiego nauczyć? 
 -  Jestem  od  ciebie  starsza  -  Jenny  uśmiechnęła  się.  - 

Przyznaj się: wiedziałeś, że to powiem, prawda? 

 -  Owszem.  I  wiesz  co?  Jeśli  tak  naprawdę  jest,  to  jest  to 

najlepszy układ z możliwych. - Objął ją i pociągnął na siebie, 
by pokazać jej, jak dobry jest ten układ. 

Kochali  się  przez  całą  noc.  Jenny  podziwiała  jego 

możliwości.  Swoje  własne  zresztą  też.  Tak,  jakby  przez  całe 
swoje  życie  oszczędzali  się,  by  teraz  ofiarować  sobie 
wszystko.  Gdy  się  ocknęli,  było  już  prawie  południe.  Jon 
znów wziął ją w ramiona. 

 -  Mm,  co  za  kobieta,  co  za  kobieta...  -  mruczał  cicho. 

Jenny objęła go mocno. 

 - Mówiłam ci już, że jestem bardzo silna. 

background image

 -  Co  ty  powiesz?  A  to  mi  dopiero  nowina!  -  Leniwie 

głaskał jej plecy. - Zmęczona? 

 -  Nnie...  raczej  przyjemnie  odrętwiała.  -  Sama  się  nie 

spodziewała, że jego pytanie zawstydzi ją. - A ty? 

Uśmiechnął się i pocałował ją w policzek. 
 -  O  mnie  się  nie  martw.  Przeżyję,  kochana,  jakoś 

przeżyję. Powiedz mi, szprotko, o czym teraz myślisz? 

 - Nie powiem - podniosła się. 
Jon  połaskotał  ją  i  kiedy,  zaśmiewając  się,  padła  na 

posłanie, wyskoczył z łóżka. Pochylił się i wziął ją na ręce. 

 - To, czego  pani  potrzeba  - mówił  jak lekarz  wypisujący 

receptę - to zdrowej, relaksującej kąpieli, moja droga. 

Zaniósł ją nad samo jezioro i z głośnym pluskiem wrzucił 

do wody. 

 -  Jezu,  kobieto,  w  ciągu  ostatniej  nocy  musiałaś  nieźle 

przytyć!  Albo  ja  straciłem  wszystkie  siły.  Potem  pływali 
razem,  jedno  obok  drugiego,  to  znów  kładli  się  na  wodzie  i 
patrzyli  w  niebo.  Byli  szczęśliwi.  Jon  odszukał  rękę  Jenny. 
Spletli się mocno palcami. 

 - Jenny - odezwał się ciche 
 - Mmmm? 
 - Kochałaś się kiedy w wodzie? Głośno przełknęła ślinę. 
 - Chyba nie pytasz poważnie? 
 -  Taak?  To  chodź  do  mnie  i  sama  się  przekonaj.  Jakżeż 

miała mu odmówić? 

background image

Rozdział 10 
Gdyby  ktoś  powiedział  Jenny,  że  przez  następny  tydzień 

będzie  się  czuła  aż  tak  wolna  i  tak  szczęśliwa  -  nie 
uwierzyłaby. Dni i noce pełne były cudownego, zapierającego 
dech  w  piersiach  kochania  się.  Jon  i  Jenny  nie  mogli  wprost 
nacieszyć  się  sobą.  Dosłownie  wszystko  pobudzało  ich 
erotyczną  fantazję,  a  to,  o  czym  myśleli,  warte  było 
spróbowania...  Różnorodność  ich  pomysłów  była  doprawdy 
zdumiewająca. Kochali  się  na  trawiastym  dachu  domu  Jenny 
(„Nigdy w życiu nie kochałam się  na  dachu!"), w wannie,  w 
strumieniach wody pod prysznicem („Tak jeszcze nigdy!"). Te 
dni  były  wyzwoleniem,  całkowitym  i  absolutnym 
odrzuceniem 

wszelkich 

fizycznych 

psychicznych 

zahamowań.  Oboje  chodzili  jak  lunatycy,  patrząc  nic  nie 
widzącymi  oczami,  i  jedynie  dotyk  kochanka  i  pieszczota 
kochanki przywracały im czucie i świadomość. 

Pewnego  dnia  leżeli  gdzieś  w  lesie  na  grubym,  miękkim 

dywanie  suchych  sosnowych  igieł.  Jon,  zdyszany,  zasapany, 
powiedział to, co często teraz mówili oboje: 

 - Tak jeszcze nigdy. 
 -  Och,  niech  pan  da  spokój,  doktorze  McCallem.  Mówi 

pan to chyba jeszcze częściej niż ja. 

 - Wspominałem pani przecież, że zanim panią poznałem, 

wiodłem życie niemal pustelnicze. 

 -  Jonny!  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  dopiero  ze  mną 

straciłeś cnotę? 

 - No nie, przyznaję, aż tak to nie. Ale i nie cierpiałem na 

nadmiar wrażeń. Bo czegóż mógł śwież o upieczony doktorek 
dokazać w ciemnej i ciasnej szpitalnej szafie na bieliznę? 

 - Ha, tylko nie próbuj mi wmawiać, że mężczyzna z twoją 

pozycją  nie  użył  nigdy  swych  wpływów  w  celu  usidlenia 
jakiejś zielonej pielęgniareczki! 

Jednym skokiem był na niej i przyduszał ją do ziemi. 

background image

 - Za  to teraz użyję  moich wpływów, by usidlić ciebie. A 

co  do  pozycji...  to  jeszcze  się  zastanowię.  -  Z  miną 
doświadczonego doktora przyłożył  rękę  do jej  czoła. - Trawi 
panią  jakaś podejrzana gorączka, nie mylę  się, prawda? Cóż, 
trzeba  panią  dokładnie  zbadać.  Zaraz  ustalimy  przyczyny. 
Może  to  leśna  maligna?  Hmm,  sądząc  z  tego,  że  bredzenie 
przybiera  na  sile...  Tak,  tak,  słyszałem  o  coraz  częstszych 
przypadkach. 

Badanie  „chorej"  wcale  nie  przypominało  typowego 

badania lekarskiego... Później Jon nachylił się do ucha Jenny i 
szepnął: 

 -  Muszę  przyznać,  że  uwielbiam  bawić  się  z  tobą  w 

doktora, kochanie. 

W  sobotę  rano  wybrali  się  na  pchli  targ.  Po  drodze 

zajechali pod domek Sary. Sara - jak to Sara - gramoląc się na 
przednie siedzenie obok Jenny, wypaliła prosto z mostu: 

 -  O!  Wyglądacie  oboje,  jakbyście  przed  chwilą  wyszli  z 

łóżka. Czy coś w tym rodzaju... 

 - Tak jakby - mruknął pod nosem Jon. 
 - A, wiec to tak! 
Jenny  spąsowiała.  Przemogła  się  jednak  i,  choć  nie 

musiała, mruknęła solidarnie: 

 - Cóż... 
 -  A  jednak!  Wiedziałam,  wiedziałam!  -  Sara  uśmiechała 

się od ucha do ucha. - Bo jeśli po całych dniach nie odbiera się 
telefonu, a w odpowiedzi na długie listy rzuca zaledwie kilka 
słów, może to znaczyć tylko jedno: że jest się zakochanym! - 
spojrzała badawczo. - No dobrze. I co zamierzacie? 

Jon  poszukał  dłoni  Jenny  i  ścisnął  ją  mocno.  Była  zimna 

jak  lód.  To  pytanie  było  dla  nich  zupełnym  zaskoczeniem. 
Odpowiedział: 

 -  Jak  to  co?  Cieszymy  się,  i  to  jak!  I  z  utęsknieniem 

czekamy na twoje błogosławieństwo, aniele. 

background image

 - Moje gołąbeczki! Ależ macie je już od dawna! 
Tego  wieczora,  po  wspaniałej  domowej  kolacji,  Jenny 

wzięła  Jona  za  rękę  i  poprowadziła  po  schodkach  na  górę. 
Pokazała  mu  swoją  sypialnię.  Dotąd  nie  chciała  tego  robić, 
uważała  bowiem,  że  miejsce  to  należy  tyko  i  wyłącznie  do 
niej.  Dzisiaj  jednak  coś  się  zmieniło.  Brzmiała  jej  ciągle  w 
uszach odpowiedź Jona: "Cieszymy się, i to jak!". Mówił to w 
swoim, ale także i w jej imieniu. A więc żył jej życiem. Czyż 
mogła wobec tego mieć przed nim jakieś tajemnice? 

 -  Kocham  cię,  Jenny  -  Jon  szeptał  jej  prosto  w  usta.  - 

Będę cię kochał zawsze, słyszysz, zawsze. 

 -  Rozpiął  jej  stanik.  Zsunął  halkę,  a  potem  wziął  ją  na 

ręce  i  złożył  ostrożnie  wśród  chłodnych,  świeżych 
prześcieradeł. 

W  jego  zachowaniu  było  jednak  coś  niezwykłego,  coś 

obcego.  Był  jakiś  inny,  dziwny,  spięty.  Rozebrał  się  szybko, 
wziął  ją  w  ramiona  i  gwałtownie,  niemal  rozpaczliwie 
przycisnął do piersi. Ich ręce i nogi splotły się mocno. 

 -  Jenny,  moja  Jenny  -  głos  drżał  mu  ze  wzruszenia.  - 

Kocham  cię,  pragnę  cię.  Bardziej  jeszcze  niż  tamtej  nocy  na 
plaży. 

Nagły  niepokój  ścisnął  jej  serce.  Tuliła  go  do  siebie  z 

całych  sił,  zasypywała  jego  twarz,  szyję  i  ramiona  tysiącem 
pocałunków. 

 - Jestem z tobą, Jonny, jestem przy tobie. Chodź do mnie. 

Będę przy tobie zawsze. 

 - Och, Jenny, tak. Będziemy zawsze razem. Chcę, chcę w 

to wierzyć. 

 - Kochany mój, czemu miałbyś nie wierzyć? 
 - Nie... nie wiem. Czuję się dziś jakiś nieswój - chował się 

w  jej  ramiona;  biodra,  przywarte  ciasno  do  jej  bioder,  drżały 
niecierpliwie. Znów rozwarła się przed nimi szaleńcza otchłań 
zmysłowości. 

background image

 -  Kochaj  mnie,  Jenny,  kochaj  mnie  tak,  jak  nigdy 

przedtem... 

Kochali  się,  jakby  robili  to  po  raz  ostatni.  Kochali  się 

dziko, gwałtownie, nieprzytomnie. Nie było  tej nocy czułych 
pieszczot  i  powolnego  budzenia  zmysłów.  Oboje  byli  jak 
opętani,  oboje  byli  bezlitośni  w  dawaniu  sobie  rozkoszy 
wściekłej, najintensywniejszej. 

A  potem  długo  leżeli  w  milczeniu,  zdyszani,  zaplątani  w 

mokre zupełnie prześcieradła. 

 -  Och,  Jenny!  -  zawołał  Jon  cicho,  z  rozpaczą  kręcąc 

głową  na  poduszce.  -  Nie  chcę,  nie  chcę,  by  się  to 
kiedykolwiek skończyło! Nie, nie teraz, nie teraz! 

 - Cicho, kochany, cicho. Jesteśmy sobie potrzebni. Nasza 

miłość  nigdy,  nigdy  się  nie  skończy.  Oddech  Jona  uspokoił 
się, stał się regularny, miarowy. Ale napięcie, z którego udało 
im  się  wyzwolić,  znowu  powróciło  -  nieznośne,  dławiące. 
Trudno było dłużej wytrzymać. Jenny przemogła się wreszcie 
i, spytała: 

 - Jonny... O co chodzi? 
 - Muszę wracać. 
To było pchnięcie w samo serce. Jenny aż drgnęła z bólu. 
 - Słuchaj, jedź ze mną. Nie chcę już dłużej być sam. Jedź 

ze mną i zostań moją żoną. 

Nic  nie  widząc  i  nic  nie  słysząc,  podniosła  się  z  łóżka  i, 

potykając  się  na dywanie,  podeszła  do okna. Wbiła  wzrok w 
ciche  wody  zatoki.  Drżała  z  zimna.  Z  jej  oczu  stoczyły  się 
dwie wielkie łzy. 

 - Kiedy... Kiedy musisz jechać? 
 - Za parę godzin, o świcie. 
 - Od kiedy wiedziałeś? 
 -  Od  popołudnia.  Tuż  przed  obiadem  miałem  telefon. 

Dzwonił  doktor  Hackner,  ten,  który  mnie  teraz  zastępuje. 

background image

Pojawiły  się  jakieś  problemy  administracyjne...  i  jestem  im 
tam potrzebny. 

Chciał ją przytulić, ale odsunęła się od niego. Przebiegały 

ją  lodowate  dreszcze.  Miała  ochotę  krzyknąć  na  całe  gardło: 
„Nie  tam  jesteś  potrzebny,  ale  tutaj,  tutaj!"  Zamiast  tego 
spytała łamiącym się, nie swoim głosem: 

 - Na długo jedziesz? 
Jon stał za nią i zaciskał pięści w bezsilnej rozpaczy. 
 -  Nie  wiem,  Jenny.  Nie  umiem  ci  tego  powiedzieć. 

Dlatego właśnie proszę, jedź ze mną. Nie rozdzielajmy się, ja 
muszę być z tobą. 

Długo nie mogła przemówić ani słowa. 
 -  Nie  mogę  z  tobą  jechać.  Mam  tutaj  pracę.  Mogę 

pracować tylko tu. 

 -  Możesz,  ale  po  prostu  nie  chcesz!  -  jego  głos  stał  się 

ostry, wyzywający. - Jenny, myślałem że mnie kochasz. 

Odwróciła  się  gwałtownie  i  spojrzała  mu  prosto  w  twarz. 

Ich głowy dzieliło zaledwie kilka centymetrów. 

 -  To  nie  w  porządku!  -  wybuchnęła.  -  Wiesz,  że  cię 

kocham. Tylko... ja nie mogę wrócić do świata. 

Nie  jestem  jeszcze  gotowa.  Bardzo,  bardzo  wiele  ci 

zawdzięczam,  Jonny.  Wróciłeś  mi  życie,  wróciłeś  na  radość 
miłości. Przecież wiesz, jak długo... nie dawałam się nikomu 
nawet  tknąć.  -  Zaczęła  płakać.  -  Jonny,  żądasz  ode  mnie 
więcej niż mogę ci dać! 

 -  Co  ja  bez  ciebie  zrobię,  Jenny?  -  szeptał  zbielałymi 

ustami. 

Padli  sobie  w  ramiona;  bólowi  rozstania  mogli 

przeciwstawić tylko swoją miłość. 

 -  Wróć,  wróć  jak  najszybciej!  Będę  na  ciebie  czekała, 

słyszysz?  Nigdy  nie  będzie  innego  mężczyzny,  tylko  ty,  ty 
jedyny. Ale nie proś mnie, żebym stąd wyjechała, nie proś! 

background image

 -  O  Boże,  psychologia  jest  moim  przekleństwem. 

Czasami wolałbym nie mieć z nią nic wspólnego. Rozumiem 
cię,  Jenny,  aż  nadto  dobrze  cię  rozumiem.  Ale  serce  mi  się 
kraje, kiedy pomyślę, że ze mną nie pojedziesz! 

 -  Mnie  też,  Jonny.  Ale  masz  przecież  swoje  obowiązki  i 

nie możesz ich ot, tak sobie, po prostu porzucić. Wiesz o tym, 
Jonny,  oboje  o  tym  wiemy  -  pogładziła  go  po  włosach.  - 
Kocham  twoją  wrażliwość,  twoje  wielkie  serce,  twoją 
inteligencję. Wróć do mnie, musisz do mnie wrócić. Kocham 
cię.  Niech  ci  się  wszystko  dobrze  układa.  Oboje  wtedy 
będziemy szczęśliwi. 

 -  Jenny,  nie  wiem,  czy  jeszcze  potrafię  robić  cokolwiek 

bez ciebie. Jesteś mną, wrosłaś we mnie, jesteś moją siłą. 

 - A ty moją, najdroższy. 
 -  Powiedz,  jak  mam  cię  przekonać?  Co  mogę  zrobić, 

Jenny? 

 -  Możesz  mnie  kochać  teraz,  zanim  pojedziesz  -  odparła 

cichym szeptem. Połykała łzy. - Kochaj mnie czule i łagodnie, 
kochaj  mnie  tak,  jak  tylko  ty  potrafisz.  Chcę  cię  takim 
zapamiętać. Chcę cię takim śnić 

Uniósł ją w swych wspaniałych, silnych ramionach. 
 - Moja  słodka, moja śliczna  Jenny  - szeptał  jej wprost  w 

usta. Całował ją, a ona rozchylała dla niego wargi, szukała go 
z  zamkniętymi  oczami.  -  Kocham  cię,  kocham.  Jesteś  moja, 
jesteś cząstką mnie samego. I tak już będzie na zawsze. 

Ich kochanie się miało w sobie gorycz pożegnania. Starali 

się zachować w pamięci każdą chwilę, każda pieszczota była 
drogocennym  klejnotem,  którym  się  w  skupieniu  napawali. 
Kochali  się  długo  i  słodko,  jak  na  zwolnionym  filmie. 
Przedłużając  miłosną  ekstazę,  pragnęli  wymazać  ze 
świadomości  myśl  o  czekającym  ich  rozstaniu.  Jon  wtulił 
twarz w wilgotne, splątane włosy dziewczyny. 

 - Ja wrócę, Jenny, wrócę. Nigdy w to nie wątp, słyszysz? 

background image

 -  Wiem  -  szepnęła  ze  ściśniętym  sercem.  Nie  wierzyła. 

Wyjechał o świcie. 

background image

Rozdział 11 
Sara wyjeżdżała dwa dni później, wczesnym rankiem. 
 - Na pewno nic ci nie będzie, dziewuszko? Mogę odłożyć 

tę wizytę na jakiś czas i zostać... 

 - Nie, nie, dość się już napracowałeś jako niańka. - Jenny 

uśmiechnęła  się,  by  upewnić  przyjaciółkę,  że  wszystko  jest 
OK. - O nic się nie martw. Najwyższy czas, byś zobaczyła się 
ze  swoim  synalkiem.  Nigdy  nic  nie  wiadomo,  może  znów 
zboczył z prostej drogi? - zmarszczyła nosek. 

Uściskała Sarę i ucałowała. 
 -  Słusznie,  Jenny,  nigdy  nic  nie  wiadomo  -  Sara  złożyła 

ręce  jak  do  modlitwy.  -  Ostatnio  wspominał  coś  o  zmianie 
specjalizacji. Znowu, wyobrażasz sobie? Boże, strzeż mnie od 
kapryśnych  dzieci.  Dotyczy  to  także  ciebie,  kochanie!  -  Sara 
wskazała  oskarżycielsko  palcem.  -  Och,  matkowanie!  Jakżeż 
ciężka  to  praca,  jak  wielkie  trzeba  nieść  brzemię,  nie  masz 
pojęcia.  Wystarczy,  że  raz  spróbujesz,  a  potem  już  do  końca 
życia wleczesz tę  kulę u nogi; ani  odrobiny czasu dla siebie, 
nawet  na  naukę  dobrych  manier  -  roześmiała  się.  Machnęła 
Jenny  ręką  i  chciała  odejść  do  samochodu,  ale  po  kilku 
krokach zatrzymała się 

 - Dziewuszko, jesteś pewna, że wszystko będzie dobrze? 
 -  Tak,  tak  -  zapewniła  ją  Jenny.  Odprowadziła  Sarę  do 

furgonetki.  Raz  jeszcze  zdziwiła  się,  że  ten  gruchot  może  w 
ogóle ruszyć z miejsca. - A ty? Jesteś pewna, że nic ci się nie 
stanie? 

 -  Co,  z  Bessie?  -  parsknęła  Sara.  -  Nie  ma  obawy! 

Wystarczy  jedno  moje  słowo,  a  poleci  dla  mnie  na  księżyc. 
Słuchaj,  a  może  na  następne  wakacje  wybrałybyśmy  się  na 
Alaskę?  Ach,  powłóczyć  się  trochę...  jak  prawdziwi 
mężczyźni!  -  Jenny  skrzywiła  się  z  dezaprobatą.  -  Co,  nie 
podoba ci się mój pomysł? No, to jadę już. Miłego dnia, baw 
się  dobrze!  -  Wsiadła  do  ciężarówki,  nucąc  coś  śmiesznym 

background image

falsetem.  Wykręciła,  zatrąbiła  na  pożegnanie  -  i  juz  jej  nie 
było. 

Wyspa  zrobiła  się  nagle  bardzo  cicha.  Spokój  zakłócały 

jedynie  harce  zwierząt.  Gdzieś  na  drzewie  gruchały  gołębie, 
wśród  gałęzi  ganiały  się,  skrzecząc  głośno,  wiewiórki. 
Całkiem  blisko  Jenny  rozległ  się  furkot  skrzydełek  kolibra. 
Ptaszek  co  chwila  zawisał  nad  polnymi  kwiatami.  Wkrótce 
dołączyła do niego samiczka. Jenny westchnęła głośno. 

Wszyscy mają jakieś towarzystwo. Tylko ja nie. 
Poczuła  się  bardzo  samotna.  Ciekawe,  co  robi  teraz 

Jonny? 

„Pewnie  pracuje  -  pomyślała.  -  I  ty  też  masz  coś  do 

zrobienia". 

Poszła  do  swojego  stołu  na  wzgórzu  i  zabrała  się  za  nie 

dokończony drzeworyt. Postanowiła odcisnąć go na papierze z 
mleczy. 

„Praca,  praca  do  upadłego,  Jenny.  Tylko  to  może  cię 

uratować. Praca!" - mówiła sobie. 

Zasiadła  do  samotnego  obiadu,  ale  nie  miała  apetytu. 

Postanowiła  wziąć  prysznic.  Długo  stała  w  przyjemnym, 
chłodnym deszczu. Myślała o tym, jak cudownie było czuć na 
sobie  dotyk  Jonny'ego.  Przebiegł  ją  dreszcz,  w  piersiach  i  w 
dole brzucha poczuła słodki ciężar. 

Nie  mogła  wysiedzieć  w  domu.  Wydawał  się  jej  pusty,  a 

równocześnie  nieznośnie  przepełniony  wspomnieniami. 
Wzięła  gitarę  i  uciekła  na  dwór.  Poszła  do  swego  kamienia, 
wdrapała  się  nań  i  usiadła.  Widok  spokojnej  zatoki  znów 
nasunął jej myśl o żeglowaniu statkiem życia. Powietrze stało 
się  duszne  i  ciężkie.  Jenny  spojrzała  w  niebo;  było 
bezchmurne, granatowe, daleko na horyzoncie czerwieniła się 
wieczorna  zorza.  A  więc  zbliża  się  zimny  front  i  w  nocy 
będzie burza. Jenny nie bała się burz, owszem, nawet je lubiła. 

background image

Lubiła  patrzeć  na  błyskawice,  słuchać  grzmotów,  a  czasem  i 
wybiegać na deszcz. 

„No, przynajmniej trochę ochłonę" - pomyślała. 
Usiadła  wygodniej  i  pochyliła  się  nad  gitarą.  Zamyślona, 

szarpnęła lekko struny. Łapała pojedyncze akordy, łączyła je, 
zmieniała. Chciała skomponować piosenkę; słowa ułożyła już 
wcześniej  pewnej  bezsennej  nocy.  To  będzie  piosenka  dla 
Jonny'ego. Miała nadzieję, że mu się spodoba. Jeśli w ogóle ją 
kiedykolwiek usłyszy... 

W  oddali  rozległ  się  stłumiony  pomruk  grzmotów.  Burza 

będzie  tu  pewnie  za  jakąś  godzinę,  jest  więc  jeszcze  trochę 
czasu.  Jenny  zabrała  się  do  pracy.  Gdy  rozległ  się  następny 
grzmot,  znacznie  bliższy  i  poprzedzony  krótkim  błyskiem, 
piosenka  była  gotowa.  Jenny  odśpiewała  ją  w  całości,  by 
utrwalić sobie w pamięci kolejność akordów. 

Coś sprawia, że nie widzę jasno, jakaś mgła w pokoju 
I słychać gorzej - cóż się stało dziś? 
Twoje imię zagubiłam, serce bije 
Coś sobie przypominam, pięść zaciska się 
Lecz nic się nie dzieje 
Ściany tylko wirują, odbijają się na nich 
Wizje z mojej pamięci 
Jak błyski 
Pamiętam 
Znów zagrzmiało, teraz już bardzo blisko. Zerwał się silny 

wiatr. Jenny podniosła głowę i zapatrzyła się w dal. Odezwała 
się do siebie: 

 -  Pamiętasz?  Odnalazłaś  jego  imię?  Zdaje  się,  że  go 

kochasz. Czemu więc nie wyjdziesz za niego? 

Odwróciła  się  i  spojrzała  w  mrok.  Zdawało  jej  się,  że 

widzi  ledwie  majaczącą  w  mroku  ludzką  postać.  Nie 
przestraszyła  się.  Już  od  tygodnia  miewała  takie  zwidy. 
Odezwała się znowu: 

background image

 - Bo ciągle nie jestem pewna, czy on mnie chce. 
 - Ależ tak, dziecino. Nigdy w to nie wątp. 
Siła  tego  głosu  zdumiała  ją.  Dziwne  rzeczy  wyprawia 

rozstrojony umysł. 

 -  Jeśli  będzie  mnie  chciał,  wyjdę  za  niego  -  powiedziała 

stanowczo. 

Cień  poruszył  się  i,  zanim  zdążyła  cokolwiek  pomyśleć, 

dwie ręce, dwie prawdziwe, jak najbardziej realne ręce złapały 
ją za ramiona i dźwignęły w górę. 

 - Jenny! Kocham cię! 
Zamrugała szybko oczami i potrząsnęła głową. 
 -  Jonny!  To  naprawdę  ty?  O  Boże!  Ty  naprawdę  tu 

jesteś?! 

Rzuciła  się  mu  w  ramiona;  gitara,  strącona  z  kamienia, 

spadła  na  ziemię  z  głośnym  brzdękiem.  Trzy  tygodnie,  trzy 
długie tygodnie rozstania! Był tak ciepły, tak cudownie miękki 
i znajomy - i całował ją tak namiętnie! Ściskali się i całowali, 
śmiali  i  płakali  jednocześnie,  obejmowali  się  mocno,  prawie 
do  bólu,  chcąc  się  upewnić,  czy  to  aby  nie  sen.  Jonny,  jej 
Jonny,  znów  trzymał  ją  w  ramionach!  Scałowywał  jej  z 
policzków  łzy  szczęścia,  a  ona  objęła  go  za  szyję  i  tuliła  do 
siebie z całych sił. 

 -  Jesteś,  jesteś  tu  naprawdę!  O  Boże,  jak  ja  za  tobą 

tęskniłam!  Dlaczego  nie  dałeś  znać,  że  wracasz?  Zwolnił 
trochę  uścisk,  ale  nie  przestał  całować.  Chciał,  by  Jenny 
naprawdę poczuła, że wrócił. 

 -  Aż  do  południa  nie  byłem  pewien,  czy  będę  mógł 

jechać.  Ale  już  dawno  siedziałem  na  walizkach.  Kiedy 
wydostałem  się  na  autostradę,  jechałem  bez  przerwy,  szkoda 
mi  było  czasu  nawet  na  telefon.  Postanowiłem,  że  zrobię  ci 
niespodziankę.  Powiedz,  cieszysz  się?  -  jego  pocałunki 
złagodniały. Za to Jenny była coraz bardziej podniecona. 

 - Czy się cieszę? Ależ ja myślałam, że to znowu majak!... 

background image

 - Hmmm,  tak sądziłem. -  Nagle zmienił  ton.  - Proszę mi 

powiedzieć,  pani  Larson,  często  się  to  zdarza?  Jenny 
roześmiała  się  serdecznie.  Opuszkami  palców  wodziła  po 
mocno  zarysowanych,  zmysłowych  ustach.  Uśmiechał  się 
prowokująco. Było zupełnie ciemno i tylko od czasu do czasu 
świat wokół nich rozświetlała błyskawica. 

 -  W  ciągu  ostatnich  trzech  tygodni  objawy  nasiliły  się, 

doktorze.  Ale,  jeśli  pan  pozwoli...  chyba  wiem,  co  mogłoby 
okazać  się cudownym lekarstwem - powiedziała i  podała mu 
rozchylone usta. Całowali się z każdą chwilą coraz namiętniej. 

Nad  ich  głowami  rozszalała  się  burza.  Ale  wielkie  i 

chłodne krople deszczu nie ostudziły żaru pożądania. Grzmoty 
i  oślepiające  błyskawice  dodawały  pocałunkom  pierwotnej, 
nieokiełznanej zmysłowości. 

Na  chwilę  oderwali  się  od  siebie.  Jenny  wzięła  gitarę  i 

szybko  pobiegli  do  domu.  Jon  zatrzasnął  przeszklone  drzwi, 
oparł instrument o ścianę i znów zamknął Jenny w ramionach. 

 -  Jeszcze  jeden  dzień  dłużej,  a  nie  wytrzymałbym  tego. 

Nie mogę bez ciebie żyć. Strasznie za tobą tęskniłem. 

 - A ja myślałam, że już nigdy nie wrócisz, Jonny. 
Pocałował  ją  w  szyję.  Usta  miał  wilgotne  i  gorące, 

pachniał deszczem. 

 - Kochanie moje. Przecież mówiłem ci, że wrócę. 
 -  Wiem.  Ale  ja  nawet  teraz  nie  mogę  uwierzyć,  że  tu 

jesteś. 

 -  Mmm?  To  nic,  zobaczysz,  zaraz  cię  o  tym  przekonam. 

Zaraz  ci  dowiodę,  że  jestem  tu,  teraz,  prawdziwy,  z  krwi  i 
kości. 

Spojrzał  jej  w  oczy.  Były  zamglone,  rozmarzone,  pełne 

blasku. 

 - Kocham cię! - szepnął. Uśmiechnęła się. 
 - Marzyłam o tobie przez wszystkie te dni. Pochylił się i 

ucałował  jej  usta,  a  był  to  jeden  z  najsubtelniejszych, 

background image

najbardziej  wyszukanych  pocałunków.  Jenny  zadrżała 
rozkosznie, a Jon przytulił ją jeszcze mocniej. - I ja marzyłem 
o tobie, kochanie. 

Sięgnął  do  jej  piersi.  Odnalazł  twarde  guziczki  i  zaczął 

pieścić  je  zachwycająco  swymi  długimi  palcami.  Jenny 
jęknęła głośno, zamknęła oczy i szepnęła: 

 -  To  jeszcze  niczego  nie  dowodzi,  Jonny.  Każdej  nocy 

wyobrażałam  sobie,  że  mnie  dotykasz.  Teraz  jest  tak  samo  - 
uśmiechnęła się uwodzicielsko. 

Nic  jej  na  to  nie  odrzekł.  Kochał  ją  za  to,  że  potrafiła  go 

tak  uroczo  kokietować.  Gwałtownie  przygarnął  ją  do  siebie, 
kładąc  szorstkie  nieco  dłonie  na  jej  plecach  i  pośladkach. 
Ściskał  mocno,  nawet  brutalnie,  masował  z  dziką 
namiętnością  wygłodzonego  kochanka.  Za  każdym  ruchem 
podnosił  jej  coraz  wyżej  koszulę,  w  końcu  położył  rękę  na 
odsłoniętych,  pulchnych  pośladkach.  Nie  tracił  czasu  na 
ściąganie  szatek,  od  razu  sięgnął  do  obnażonego  łona, 
zanurzył  dłoń  w  puszystym  jasnym  runie  i  przesunął  niżej, 
trąc delikatnie. Jenny krzyknęła głośno, drżąc z pożądania. 

 -  Oooch...  tak,  jesteś  prawdziwy,  najprawdziwszy.  Tego 

nie można sobie  wyobrazić... Nawet... choćby cienia tego... - 
dyszała.  -  Nareszcie  w  domu,  Jonny.  Tęskniłam  za  tobą, 
kochany, bardzo za tobą tęskniłam... 

Zdarli  z  siebie  ubrania  i  przylgnęli  jedno  do  drugiego, 

rozkoszując się swoją nagością. 

 - Nareszcie, kochanie moje, nareszcie. I ja z utęsknieniem 

czekałem  chwili  powrotu.  Czekałem  już  od  tego  dnia,  kiedy 
stąd wyjeżdżałem. - Ciasno objęci opadli na miękki dywan. - 
Wróciłem, Jenny. Nigdy się już nie rozstaniemy. Nigdy! 

Słowa  przestały  być  ważne.  Szukali  gorączkowo  swoich 

ust,  oszalałe  pożądanie  błyskawicznie  ogarnęło  ich  ciała. 
Miłosne jęki i krzyki głuszył huk rozszalałej za oknem burzy, 
przeciągłe wycie wiatru i gęsty werbel deszczu o szyby. Świat 

background image

za oknem zastygł w oślepiających blaskach błyskawic, a oni, 
na  dywanie,  przeżywali  nieprawdopodobną,  porażającą 
wszystkie zmysły jasność wyzwolenia. 

Burza  straciła  impet.  Leżeli  obok  siebie  mokrzy  i 

wyczerpani, wsłuchani w bicie swoich serc i cichnące pomruki 
za oknem. Wreszcie wszystko się uspokoiło. Usnęli w swych 
objęciach. 

Obudzili  się  o  drugiej  w  nocy.  Jon  podniósł  Jenny  z 

podłogi. 

 - Chodź, szprotko, pójdziemy się wykąpać. 
Weszli pod prysznic. Jenny jęknęła cicho, kiedy mydlił jej 

obfite piersi. Były miękkie, podatne, chwiały się na boki. Lecz 
pod  wpływem  jego  niezamierzonej  pieszczoty  wezbrały, 
uniosły  się,  napięły.  Ich  jasnoróżowe  brodawki  stały  się 
wypukłe,  pociemniały  i  rozwinęły  się  w  duże,  jędrne, 
pulsujące  podnieceniem  maliny.  Jon  nie  mógł  tego  nie 
zauważyć. Przysunął się i zmysłowo ukąsił ją w szyję. Plecy 
Jenny wygięły się w łuk, piersi zaś głaskały śliski, ociekający 
wodą męski tors. Podstawił dłoń pod strumień wody, opłukał 
ją z mydła, a potem sięgnął w dół, między jej nogi. Rozchyliła 
je;  uda  jej  drżały,  a  biodra  lekko  falowały  -  niecierpliwe, 
spragnione.  Jon  dotykał  ją  delikatnie,  czuł  na  plecach  jej 
wilgoć i ciepło. 

 - Chodź do mnie, moja wodna boginko. 
Chwycił ją rękami i podniósł do swych stalowych lędźwi. 

Opasała  go  nogami.  Skóra  obojga  była  śliska  i  mokra, 
błyszczała od ściekających po niej kropelek wody. Wszedł w 
nią  łatwo,  a  ona  kręciła  biodrami,  by  mógł  dotrzeć  jak 
najgłębiej. 

Tym  razem  spełnienie  spadło  na  nich  natychmiast, 

niespodziewanie, ledwie Jon poruszył się w niej kilka razy. 

 - O Boże, skąd się to wzięło? Jak to zrobiłeś? - odezwała 

się Jenny, dysząc ciężko. 

background image

 -  Ja  zrobiłem?  -  podstawił  ją,  ciągle  obejmującą  go 

nogami, pod prysznic. - Moja droga. Tam, gdzie się urodziłem 
mówi  się,  że  aby  strzelić  taką  rakietą,  potrzeba  i  tego  w 
spodniach, i tej w spódnicy. 

Parsknęła  śmiechem.  Głaskała  jego  śliskie,  mokre  plecy, 

delikatnie  wbijając  w  nie  paznokcie.  Uszczypnęła  go  w 
pośladek. Postawił ją na podłodze i znów wziął ją w ramiona. 

 - Jesteś moją szprotką, Jenny. Przyznaj się, że uwielbiasz 

zabawy w wodzie, co? 

 - Jestem spod znaku Ryb, a cóż innego mogą lubić Ryby? 

Mam to po prostu we krwi. 

 -  A  ja  mam  ciebie  we  krwi  -  zawołał,  a  okrzykowi  temu 

zawtórowało burczenie w brzuchu. 

Oboje parsknęli śmiechem. 
 - O, chyba jestem głodny. 
 - Biedaku! Pewnie od dawna nie miałeś nic w ustach?  
 - Wczoraj rano zjadłem bagietkę i popiłem odrobiną soku 

pomarańczowego. 

 -  Najdroższy,  w  takim  razie  przerwijmy  na  chwilę.  Dam 

ci jeść. 

 -  Dobrze  -  zgodził  się.  -  Masz  coś,  czego  nie  trzeba 

gotować? 

Pochłonął  całą  michę  płatków  kukurydzianych.  Kiedy 

skończył,  Jenny  postawiła  przed  nim  talerz  z  dymiącym, 
puszystym  omletem.  Pożarł  go,  a  potem  zażądał  jeszcze 
grzanek, galaretki jabłkowej i dwóch szklanek mleka. Zrobiła 
mu  kawę,  a  on  ukroił  sobie  wielki  kawał  piaskowej  babki, 
którą upiekła wczoraj. Kawy nie posłodził, wrzucił natomiast 
do kubka prawie całe ciasto. 

 -  Bój  się  Boga!  Co  ty  robisz  z  jedzeniem?  -  roześmiała 

się. 

 -  Zawsze  moczę  ciasto.  Nauczyłem  się  tego,  jak  byłem 

mały. Biszkopty i herbatniki najlepsze są. właśnie maczane. - 

background image

To nagłe zainteresowanie jego manierami przy stole trochę go 
zażenowało. Patrzyła na niego, jakby był jakimś dziwolągiem. 
-  Ale  ja  nigdy  nie  robię  tego  w  towarzystwie,  Jennifer  - 
zapewnił ją i uśmiechnął się rozbrajająco. 

 -  Ależ  ja  się  nie  gniewam!  Tylko  coś  mi  mówi,  że  mam 

szansę  zobaczyć  jeszcze  wiele  takich  rzeczy,  których  nigdy 
nie robisz w towarzystwie. 

 -  O  tak,  moja  kochana,  wkrótce  poznasz  wszystkie  moje 

sekrety.  Nawet  te...  nieco  sprośne  -  mrugnął  do  niej  i  począł 
wodzić bezczelnym wzrokiem po jej nagim ciele. 

Jenny  nachyliła  się  i  pogłaskała  go  w  gładko  wygolony 

policzek. Pocałowała go czule. 

 - Smakowało? A kto mi powie: „dziękuję"? 
Szybko  sprzątnęła  ze  stołu  i  zaniosła  naczynia  do  zlewu. 

Potem wzięła Jona za rękę i poprowadziła do sypialni. 

 - Chodź, bratku. Tam na górze mam swoje gniazdo. Pora 

wreszcie się przespać. Pocałował ją w czoło i objął ramieniem. 

 - Powiedz, Jenny, jestem dobry? 
 - E, tak sobie. 
 - Taak? A o co się założysz, że wniosę cię na samą górę 

po tych twoich schodkach jak korkociąg? 

 -  Nie,  nie,  Jonny,  nie  nadwerężaj  się.  Bądź  grzecznym 

chłopcem i chodź ze mną. 

Leżeli  przytuleni  do  siebie  na  szerokim  łóżku  Jenny  i 

patrzyli  przez  okno.  Świtało.  Wspaniały  wschód  słońca, 
pierwszy, jaki oglądali razem, pokrył wodę zatoki istną feerią 
barw.  Róż,  purpura,  złoto  -  kolorowe  niebo  odbijało  się  w 
zwierciadle wody. 

Oboje patrzyli w milczeniu i zachwycie. Jon szepnął: 
 - Cudowne! 
Objęli się, było im tak dobrze, tak słodko. 
 - Jak to cudownie być znów z tobą, kochana. 

background image

 - I z tobą, kochany. Kocham cię, Jonny. I będę cię zawsze 

kochać. 

Przytulił  ją,  czując,  że  słowa  te  znaczyły  coś  więcej. 

Znaczyły, że zaufała mu z całego serca. Nareszcie. 

background image

Rozdział 12 
Gdy Jenny zbudziła się, słońce stało już wysoko. Obróciła 

się na posłaniu, by popatrzeć na ukochanego mężczyznę, który 
spał u jej boku. Uśmiechał się przez sen, był taki rozkoszny... 
„Śmiejesz  się?  Ha,  zaraz  zobaczymy!"  -  pomyślała, 
przysunęła się doń cicho, i raptem jednym susem znalazła się 
na jego piersi. 

 -  Oof  -  f  -  f!  Co  do  cholery...?  -  sapał,  wyrwany  ze  snu. 

Nie dała mu skończyć, złapała go za nos. 

 - Wstawaj! Będziesz się tak wylegiwał przez cały dzień? 
Kręcił  co  sił  głową,  nie  mógł  złapać  powietrza,  wreszcie 

chwycił ją za ręce i przytrzymał. Całkiem już oprzytomniał. 

 -  Boże!  Jednak  nie  ma  to  jak  obudzić  się  spokojnie  w 

domu, i to pierwszego dnia po powrocie! 

 - Zawsze tak zrzędzisz rano? 
 -  Nie.  Tylko  wtedy,  gdy  atakują  mnie  dzikie  amazonki. 

Ale  gorzko  tego  pożałują!  -  Uniósł  się,  chwycił  ją  wpół  i 
ścisnął  potężnie.  Z  łatwością  przewrócił  na  plecy  i  przydusił 
swym wielkim cielskiem. Nie bacząc na piski i szamotanie się, 
z  metodycznym  okrucieństwem  przystąpił  do  zadręczania  jej 
łaskotkami. 

 - Oj, nie, nie, wujku, nie! - błagała, a kiedy zawahał się na 

moment,  zręcznie  wywinęła  się  spod  niego  i  znów  skoczyła 
mu na pierś. 

 -  Widzę,  siostro  Larson,  że  przyda  się  pani  garść 

informacji  o  pani  własnej  rodzinie  -  powiedział  basem,  bo 
ciężko mu było oddychać. - Otóż ja nie jestem wujkiem pani. 
Nie  jestem  też  pani  ojcem  ani  tym  bardziej  bratem.  Jestem 
natomiast  pani  partnerem,  kochankiem,  pani  towarzyszem...  i 
przyszłym  mężem.  Dopóki  nie  załatwimy  wszelkich 
formalności,  zamierzam  żyć  z  panią  na  kocią  łapę. 
Pobierzemy  się  szybko,  to  mogę  obiecać.  A  potem...  - 

background image

usiłował prztyknąć ją w nos - pojedziemy w podróż poślubną, 
która zabierze nam całe życie. Zgoda? 

 - Jak długo zostaniesz ze mną? 
 - Na zawsze! - wykrzyknął z emfazą. 
 -  Mówię  poważnie,  Jonny.  Jak  długo  zostaniesz  ze  mną, 

zanim wrócisz do instytutu? 

 - Na zawsze! 
 -  No  nie,  z  tobą  można  zwariować.  Odpowiadaj  po 

ludzku!  -  Jenny aż  poczerwieniała,  widać  było,  jak  jej zależy 
na odpowiedzi. 

 -  Na  zawsze  -  Jon  postanowił  zmienić  taktykę.  Było  mu 

trochę  niewygodnie.  -  Jeśli  mi  przyrzekniesz,  że  będziesz 
leżała  spokojnie,  to  ci  powiem.  -  Zrobiła  o  co  prosił, 
spoważniała. - Tak lepiej, kochanie. Lubię cię tulić do serca. 

Jej ręka zupełnie odruchowo powędrowała do jego piersi, 

a zaraz za nią pospieszyły usta. Ale Jon znów ją połaskotał: 

 - Jenny! Uspokój się, przecież obiecałaś! Jak nie będziesz 

leżeć spokojnie, to ci nigdy nie powiem! Przestała. Pomyślała, 
że  jeśli  nie  odpowie  jej  teraz,  to  pewnie  nie  zrobi  już  tego 
nigdy. Jon rzekł: 

 - 

Przyjąłem 

stanowisko  dyrektora  naukowego  i 

zdecydowałem o przeniesieniu projektu na Uniwersytet Stanu 
Minnesota w Twin Cities. 

Tysiące pytań cisnęło się jej na usta, ale wystarczyło jedno 

spojrzenie Jona, aby umilkła jak trusia. 

 -  Od  dawna  sugerowałem  to  przeniesienie.  Musisz 

wiedzieć, że jednym z problemów, jakie miałem rozwiązać na 
wakacjach,  było  to,  czy  przyjąć  to  stanowisko.  Mój  szef, 
doktor  Bailey,  nosił  się  jasno  z  zamiarem  podjęcia  badań  o 
innym  profilu.  Zaproponował  mi  awans.  Ja  jednak  nie 
ukrywałem, że przede wszystkim chcę zająć się sobą - wiesz, 
w jakim byłem stanie. No a poza tym byłem zdania, że projekt 
trzeba przenieść... Tak więc sprawa na razie ucichła. Ale kiedy 

background image

zobaczyłem  ciebie  i  twoją  wyspę  -  byłem  już  prawie  pewny. 
Telefon  z  Chicago  jeszcze  to  wszystko  przyspieszył.  - 
Uśmiechnął się do błękitnych oczu i odsunął z jej ust kosmyk 
włosów. - Widzisz, ja po prostu wiem, wiem z całą pewnością, 
że chcę być zawsze z tobą. 

Jenny  wzięła  głęboki  oddech,  zdecydowana  dowiedzieć 

się  nareszcie  tego,  co  ją  interesowało,  ale  Jon  zmarszczył 
ostrzegawczo brwi. 

 - Wśród osób związanych z projektem rychło rozeszła się 

plotka  -  mówił  dalej.  -  Hank  Weston  powiedział  mi,  że 
Uniwersytet  Stanu  Minnesota  zamierza  złożyć  mi  ofertę.  Ale 
puściłem  tę  wiadomość  mimo  uszu.  Do  czasu,  kiedy  zdałem 
sobie  sprawę,  że  zakochałem  się  w  małej  szprotce,  która 
nazywa  się  Jenny  -  znów  spojrzał  jej  w  oczy,  a  ona 
zrozumiała, że nigdy w życiu nie czuł się bardziej szczęśliwy. 
-  Zaczynamy  pracę  w  naszej  nowej  siedzibie  pierwszego 
października,  kochanie...  czyli  zaraz  po  powrocie  z  podróży 
poślubnej. Musimy szybko założyć rodzinę. Nie można czekać 
bez końca, wiesz... 

Skończył. Nareszcie Jenny mogła pytać. 
 -  Zaraz,  zaraz.  Co  to  za  „my"?  Czy  Hank  Weston 

uczestniczy w badaniach? 

 - „My" - to znaczy ty i ja! - przesunął ręką po jej plecach. 

- Nie chcę się już z tobą rozstawać. Zostaniesz moją żoną, a ja 
będę  twoim  mężem.  Na  równych  prawach.  No,  oczywiście 
nasze  służbowe  stosunki  będą  się  układały  inaczej.  Ty 
będziesz moją asystentką, a ja dyrektorem. 

 - A więc chcesz, żebym stąd wyjechała - łzy nabiegły jej 

do oczu. 

 -  Kochanie,  nie  będzie  cię  tu  tylko  dwa  lub  trzy  dni  w 

tygodniu.  Poradzisz  sobie,  jestem  pewny.  Masz  praktykę,  a  i 
nie  zerwałaś  przecież  kontaktu  z  zawodem.  Znów  będziesz 
mogła być użyteczna... hmm, ale nie próbuj dowodzić swoich 

background image

umiejętności  z  zakresu  chirurgii  na  mnie.  Chyba,  że  na  to 
zasłużę. 

 - No to poczekaj tu na mnie, a ja skoczę na dół po nóż do 

filetowania  -  wypaliła.  Nie  mogła  tak  od  razu  zgodzić  się  na 
wszystko. Potrzebowała czasu do namysłu. 

 -  Najdroższa,  ależ  nie  ma  potrzeby  wycinać  mi  serca. 

Przecież i tak je masz - otarł jej łzy. Uśmiechnęła się. 

 -  Och,  Jonny,  nie  mogę  się  na  ciebie  gniewać.  Zbyt  cię 

kocham. Ale proszę, błagam, powiedz mi wszystko. 

 -  A  więc  dwa  lub  trzy  dni  w  tygodniu.  Obiecuję  ci,  że 

nigdy  nie  więcej.  Będziemy  jeździć  na  uniwersytet  tylko  na 
wywiady z pacjentami i na ogólne zebrania zespołu. A resztę 
czasu będziemy spędzać na twojej wyspie. I będziemy bardzo 
zajęci. Kochaniem się i robieniem dzieci. 

Jenny zarumieniła się, a on roześmiał się serdecznie: 
 - No, to już się chyba zaczęło, co? Pocałowała go, by mu 

zamknąć usta. 

 -  Może  o  reszcie  pomówimy  później,  moja  śliczna?  - 

powiódł dłonią po jej plecach. Zdecydowanie pokręciła głową. 

 -  Mam  pytanie,  mój  przyszły  mężu  -  mądralo.  Jak  ty  to 

sobie właściwie wyobrażasz: taki nawał pracy w dwa lub trzy 
dni? 

 -  No  to  uważaj  dobrze,  bo  twój  przyszły  mąż  -  mądrala 

odpowie ci jednym słowem: komputery. 

 - Co takiego? 
 - Daj spokój. Komputery. Wiesz przecież, co to jest. 
 - Zamierzasz pracować tutaj? 
 -  Tak  pracuje  się  teraz  w  całym  kraju,  Jenny.  Maklerzy, 

ludzie biznesu, agenci handlowi, specjaliści różnych dziedzin, 
a  także  i  naukowcy.  Wszyscy  komunikują  się  z  komputerem 
centralnym poprzez terminale. A ponieważ na obecnym etapie 
badawczym  większość  mojej  pracy  polega  na  przetwarzaniu 
danych  statystycznych,  mogę  pracować  wszędzie,  bylebym 

background image

tylko miał dostęp do komputera. A wywiady i zebrania zajmą 
nam niewiele czasu. 

Jon nagle zachmurzył się. 
 -  Jeśli  będę  ci  przeszkadzał,  to  wybudujemy  domek, 

najlepiej  za  groblą,  w  lesie.  Zrobię,  co  tylko  zechcesz,  moja 
słodka. 

 -  Nie,  nie,  zostaniesz  przy  mnie.  Nie  chcę,  żebyś 

opuszczał  wyspę  z  powodu  pracy.  Po  prostu  powiększymy 
mój  dom. I tak będzie  trzeba  to zrobić, skoro już  mówimy o 
dzieciach...  -  zawstydziła  się  nagle,  ukryła  twarz  w  jego 
ramionach,  skubnęła  go  za  ucho.  -  Powiedz,  jak  wpadłeś  na 
pomysł z komputerami? 

 - No cóż, najpierw rozmawiałem z kimś z firmy Digital, a 

on  z  kolei  przedstawił  mnie  specjalistom  szkoleniowym.  Są 
naprawdę  dobrzy  w  tym,  co  robią.  A  zwłaszcza  Fredi.  Jest 
bardzo dzielna. 

 - Kobieta?! 
 - Spokojnie, mój tygrysie. Nie ma powodu do podejrzeń. 

Rozmawiałem z nią wyłącznie przez telefon. Jest szefem biura 
centralnego  w  St.  Louis.  Ale  spotkam  się  z  nią  w 
październiku. Przelatuje na uniwersytet, zajmie się szkoleniem 
specjalistycznym. 

 - Szkoleniem? 
 - Będziesz na miejscu, kochanie. Będziesz mi pomagać. 
 - Jak to się skończy, doktorze? 
 -  Słuchaj,  powiedziano  mi,  że  ona  jest  szczęśliwą 

mężatką. 

 - A więc pytałeś! - Jenny zacisnęła pięści. 
 -  Jej  mąż  i  mały  synek  podróżują  razem  z  nią,  zawsze  i 

wszędzie. To poskutkowało. Jenny odetchnęła z ulgą. 

 - No, chyba że tak. 

background image

Jon  zrozumiał,  co  czuła.  Nie  miało  to  nic  wspólnego  z 

zazdrością.  To  były  jej  stare  rany:  zdrada.  Zrozumiał  też,  że 
trzeba jej lękom i kompleksom raz na zawsze położyć kres. 

 - Jenny? - przytuliła się do niego. - Kochana, chcę, żebyś 

mi ufała. Słuchaj, ja nie jestem taki jak Richard. Nigdy, nigdy 
nie  zawiodę  twego  zaufania.  To,  co  nas  łączy,  jest  dla  mnie 
zbyt  cenne.  Nie  spotkaliśmy  się  ot  tak,  po  prostu, 
przypadkiem.  Wierzę,  że  był  w  tym  palec  Boży.  Nigdy  nie 
myślałem,  że  będę  mógł  kiedykolwiek  kochać  jakąś  kobietę 
tak, jak kocham ciebie  - ustami musnął  jej złociste włosy.  -  I 
taką samą miłość odnalazłem w tobie. Uczynię wszystko, co w 
mojej  mocy,  by  miłość  tę  podtrzymać  i  ochronić.  Bardzo 
długo żyłem tylko chwilą bieżącą, to... nie było zbyt dobre. Ty 
jesteś  dla  mnie  przyszłością,  kochana.  Twoja  miłość  jest 
czymś  najpiękniejszym,  najcenniejszym.  I  raczej  padnę 
trupem  niż  zrobię  coś  przeciwko  niej.  Poświęcę  wszystko, 
słyszysz,  wszystko,  byle  tylko  być  z  tobą  na  zawsze.  Jesteś 
moim  życiem,  jesteś  moim  kochaniem.  Proszę,  Jenny,  zaufaj 
naszej miłości - głos łamał mu się i drżał. 

Oczy  Jenny  były  pełne  łez.  Z  całego  serca  błogosławiła 

Sarę. Przecież ona  mówiła, że  przyszedł już na Jenny czas.  I 
rzeczywiście, miała zupełną rację. 

 - Kocham cię, Jonny. 
 -  Kochana  moja.  Pobierzemy  się  w  przyszły  piątek. 

Trzeba załatwić wszystko w urzędzie i umówić się z pastorem. 
Jeszcze  dziś  zadzwonię  do  Hanka  i  powiem  mu,  że  będzie 
moim  drużbą  -  Jon  roześmiał  się  serdecznie.  -  Ha,  to  będzie 
niezły dowcip! 

 -  Nie  rozumiem.  O  co  ci  chodzi?  -  Jenny  uniosła  się  na 

łokciu. 

 -  Hank  dzwonił  do  mnie  pierwszego  wieczora  po  moim 

przyjeździe. Dowiadywał się, jak się czuję. A ja powiedziałem 
mu  wtedy,  że  chyba  znalazłem  kobietę  mego  życia.  Sądził 

background image

najpierw, że żartuję, ale potem tak się przeraził, że gotów był 
dzwonić na pogotowie. Myślał, że oszalałem! 

 -  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  zakochałeś  się  we  mnie  od 

pierwszego  wejrzenia?  -  spytała  Jenny,  robiąc  ze  zdziwienia 
wielkie oczy. 

 - Cóż, próbowałem z tym walczyć - pokiwał głową. 
 - Ja też. 
 - Naprawdę? 
 - Uhmm. 
 - Boże! Czyż miłość nie czyni cudów? 
 -  Co  się  stało  z  twoją  starą  furgonetką?  -  Jenny 

wybałuszyła  oczy  na  niebieski,  lśniący  nowością  wóz,  przy 
którym  jej  samochód  wyglądał  niepozornie  jak  dziecięca 
zabawka. 

 - Jezebel zmarła śmiercią naturalną trzy mile za granicami 

miasta  Chicago.  Zostawiłem  ją  niedaleko  uniwersytetu.  Do 
schowka przy kierownicy włożyłem kartę rejestracyjną, może 
jakieś dzieciaki naprawią ją sobie. 

 - Jezebel? 
Jon wzruszył ramionami. 
 -  A  jak  inaczej  mógł  nazwać  taki  samochód  chłopak  z 

college'u? - śmiał się ze zgorszonej miny Jenny. -  Używałem 
jej jako ruchomego studia, czasem biblioteki. 

 - Biblioteka w takim karawanie? Ty chyba studiowałeś w 

nim anatomię. 

 - Uwielbiam cię, kiedy się wściekasz. Wstępuje wtedy we 

mnie  dzika  bestia.  -  Zmarszczył  groźnie  brwi.  Jenny  ze 
śmiechem  uciekła  na  wzgórze.  Schwytał  ją  na  szczycie  i 
powalił na miękką trawę. 

Usiłowała  nie  zwracać  uwagi  na  jego  wszędobylskie 

dłonie i niezmordowane usta. 

 -  O  nowy  samochód  trzeba  dbać  -  mówiła,  odsuwając 

łagodnie  jego  twarz  od  dekoltu  bluzki.  -  Musi  nam  dobrze 

background image

służyć,  bo  przecież  stale  będziemy  jeździć  do  Cities  i  z 
powrotem.  -  Na  chwile  przestała  go  odpychać,  a  kiedy  się 
spostrzegła,  Jon  rozpinał  już  ostatnie  guziki.  Postanowił 
nieodwołalnie wtulić twarz między jej ciepłe piersi. 

 -  Nie,  nie  -  mruczał,  łaskocząc  ją  oddechem.  -  Nowy 

samochód  jest  do  miejscowych  potrzeb.  Do  Cities  będziemy 
latać. 

 -  Co?  Ależ  to  będzie  kosztować  furę  pieniędzy,  Jonny! 

Nie stać nas na to. 

 -  Zawsze  praktyczna,  taka  już  jest  ta  moja  Jenny  - 

podniósł  głowę  i  uśmiechnął  się.  -  Nie  wyniesie  to  dużo, 
zważywszy,  że  część  kosztów  pokryje  uniwersytet.  W  tym 
tygodniu  dzwoniłem  do  biura  lotów  czarterowych  w  Fergus 
Falls.  Uzgodniłem  z  nimi,  że  będą  przylatywać  po  nas  i 
odwozić nas z powrotem. Niezły pomysł, prawda? 

 -  Owszem  -  dała  mu  soczystego  buziaka.  -  Pomyśl,  ile 

dzięki temu zaoszczędzimy czasu... 

 -  Właśnie.  I  będziemy  mogli  poświęcić  się  rzeczom 

daleko  ważniejszym  -  wrócił  do  jej  koszuli,  zupełnie  niemal 
rozpiętej, i zajrzał pod nią. Jenny przeturlała się po trawie na 
bezpieczną odległość. 

 -  Chciałabym,  żeby  ślubu  udzielał  nam  pastor  Johnson. 

Znam go. Był serdecznie zaprzyjaźniony z moimi dziadkami. 

 - Chciałabyś wziąć ślub w kościele? 
 -  O  tak.  To  uroczy,  maleńki  kościółek  na  wzgórzu 

otoczonym polami. Zobaczysz, będzie ci się podobał. Spojrzał 
na nią. 

 -  Chcę  ci  tylko  powiedzieć,  że  uważam  twoją  wyspę  za 

miejsce  najświętsze  na  ziemi.  Ona  jest  częścią  ciebie...  i 
częścią mnie. Weźmy ślub tutaj! 

Łzy zabłysły jej w oczach i wzruszenie ścisnęło gardło. 
 - Tak, to wspaniały pomysł, kochany. 

background image

 -  Sara  będzie  moją  druhną  -  ciągnęła  po  chwili.  -  Skoro 

wmanewrowała mnie w tę aferę, to niech teraz za to odpowie! 
Ciągle  mi  powtarzała,  że  powinnam  zaryzykować...  no  i 
zaryzykowałam. I co teraz z tego mam? 

 - A więc Sara była naszą swatką! Och, ona jest aniołem! 
 - Uważaj, uważaj, to anioł z rogami! 
Zamilkli.  Leżeli  na  trawie,  patrzyli  w  niebo  i  rozmyślali. 

Po dłuższej chwili Jon przewrócił się na brzuch, zerwał źdźbło 
trawy i połaskotał nim Jenny w nos. Opędzała się i prychała. 

 -  Obudź  się,  śpiochu.  Chcę  cię  zapytać  o  coś  bardzo 

ważnego. 

 - O co? - otworzyła oczy i nagle coś sobie przypomniała. 

-  O  nie,  nie  ma  mowy!  Nigdy  już  nie  będę  królikiem 
doświadczalnym w twoich „badaniach". Dość już dostałam za 
swoje. 

Jon miał jednak minę poważną. 
 - Kiedy miałaś ostatni okres? 
Spojrzała na niego zdziwiona, ale nie stropił się. 
 - Słuchaj, przecież jestem już prawie twoim mężem. Więc 

kiedy? Jak mnie nie było? Spłoniła się. 

 -  Tak.  W  ciągu  ostatniego  tygodnia  -  mruknęła 

zawstydzona. 

Jon  robił  w  myślach  obliczenia,  nagle  rozpromienił  się  i 

ucałował ją słodko. 

 - Kochana, żadnych środków antykoncepcyjnych w naszą 

noc  poślubną.  Zrobimy  pięknego  bobaska.  To  będzie 
dziewczynka. Urodzi się  późną wiosną, kiedy minie  już  pora 
zimnych wiatrów. Wystarczy, że jej matka przyszła na świat w 
stajni z powodu zadymki. 

 - Skąd jesteś taki pewny, że od razu zajdę w ciążę? A jeśli 

nawet, to skąd wiesz, że to będzie dziewczynka? Jon pogładził 
jej ramię i roześmiał się głośno. 

background image

 - Najsłodsza, czyż nie jesteśmy oboje zdolni i uparci? Ot, 

i  masz  odpowiedź  na  pierwsze  pytanie.  To  po  prostu  dobra 
pora miesiąca. Zrobimy w tym celu wszystko, będziemy mieć 
dużo czasu, całą noc. - Śmiało wsunął rękę pomiędzy jej uda. 
Jenny zadrżała jak osika. - Odpowiedź na drugie pytanie jest 
równie prosta. Nic mnie tak nie ucieszy, jak żywa miniaturka 
mojej Jenny. Choć Bóg mi świadkiem, że, nie wiem, jak sobie 
poradzę z dwiema takimi szprotkami jak ty. 

 - A ja chciałabym mieć małego chłopczyka podobnego do 

ciebie - wyszeptała Jenny. - I obiecuję ci: on będzie wiedział, 
jak się bawić - wyciągnęła do Jona ręce. Przytulili się. 

 -  Moja  słodka  -  wzruszenie  nie  pozwalało  mu  mówić.  - 

Tak bardzo cię kocham. Pocałowała go czule. 

 - I ja ciebie też. 
Kochająca  Matka  Natura  nie  zawiodła  swoich  dzieci, 

Jenny i Jona. W dniu ich ślubu wieczór był bajkowo piękny, a 
sam  ślub  -  iście  królewski.  Gdy  państwo  młodzi  wymieniali 
obrączki,  wszystko,  co  żyło  na  wyspie,  umilkło  jak 
zaczarowane.  W  uroczystej  ciszy  padały  słowa  ślubnej 
przysięgi.  Spokój  przyrody  podkreślał  doniosłość  chwili.  A 
kiedy na koniec nowożeńcy otrzymali błogosławieństwo, cala 
menażeria,  wszystkie  ptaki,  żaby,  wiewiórki  i  inne  zwierzęta 
wybuchnęły  zgodnym  okrzykiem  radości.  To  była  naprawdę 
wspaniała uroczystość. 

 - Kocham cię, moja najdroższa żono. 
 - Kocham cię, mój mężu. -  
Przez  długą  chwilę  stali  jak  urzeczeni,  patrząc  sobie 

głęboko  w  oczy.  Z  zapatrzenia  wyrwało  ich  pochlipywanie 
Sary. 

 -  Przepraszam,  nie  mogę  się  opanować.  Po  prostu 

przepadam za ślubami - Sara głośno wytarła nos i uśmiechnęła 
się przez łzy. 

Jon i Jenny przytulili ją i uściskali. Jenny zwierzała się: 

background image

 -  Saro,  jestem  taka  szczęśliwa!  Kocham  go  bardziej  niż 

cokolwiek na świecie! 

 -  Wiem  -  odparła  przyjaciółka  i  serdecznie  ucałowała 

Jona. - Winszuję. - Zaraz jednak podstawiła mu pod nos swoją 
wcale  nie  najlżejszą  pięść.  -  Opiekuj  się  dobrze  tą  kobietą, 
bratku, bo inaczej ze mną będziesz miał do czynienia! 

 - Przyrzekam - Jon spojrzał na Jenny. - Będę ją kochał na 

śmierć i życie. 

 - Bądźcie szczęśliwi, Jonny - Sara znów zamoczyła kawał 

chustki. 

Hank  Weston  entuzjastycznie  zmiażdżył  dłoń  Jona, 

grzmocąc go jednocześnie w ramię. - Winszuję z całego serca, 
Jon.  Muszę  przyznać,  iż  tamtej  nocy  naprawdę  myślałem,  że 
ci  się  w  głowie  poprzestawiało.  Ale  teraz,  kiedy  patrzę  na 
twoją  żonę,  rozumiem  wszystko,  dobrze  rozumiem!  - 
Uśmiechnął  się  do  Jenny  i  pocałował  ją  w  policzek.  -  Mam 
nadzieję, że będziesz szczęśliwa z tym starym świntuchem. A 
propos: może któreś z was ma niezamężną siostrę, co? 

Po  uroczystej  kolacji,  którą  przygotowała  Sara,  Jon  i 

Jenny  pożegnali  przyjaciół.  Patrzyli  za  starą  furgonetką, 
niknącą w mroku. 

 -  Założę  się,  że  nie  przepuszczą  takiej  okazji.  Pojadą 

gdzieś i będą hulać do białego rana powiedziała Jenny. 

 - Ale nie będą mieli nawet odrobiny tej uciechy, co my - 

Jon  nachylił  się  i  niespodziewanie  liznął  Jenny  w  ucho. 
Poczuła natychmiast rozkoszne dreszcze. Zarumieniła się. 

 -  Chodźmy  lepiej  do  domu,  kochany.  Zaraz  mi  się 

zaziębisz. Po chwili byli już w przytulnym wnętrzu. 

 - Kieliszek szampana, zanim się położymy, najdroższa? 
 - To świetny pomysł, najdroższy. 
Jon  poszedł  do  kuchni  i  wyciągnął  butelkę  z  kubełka  z 

lodem. Napełnił dwa kieliszki, po czym przewrócił butelkę do 

background image

góry dnem, pokazując, że jest już, niestety, pusta. Podał Jenny 
kieliszek. 

 - Do ostatniej kropelki. Za szczęśliwe, pogodne jutro. 
Stuknęli się lekko. Pili, nie odrywając od siebie oczu. Jon 

patrzył  zafascynowany  na  usta  Jenny  i  na  koniuszek  języka, 
którym oblizała wargę. 

 - Wiesz, co teraz będziemy robić, prawda?  
Potrząsnęła głową, zawstydzona. Ale Jon ją zaskoczył. 
 - Teraz stłuczemy kieliszki w kominku! 
 -  Nie,  nie,  Jonny,  nie  wypada.  To  przecież  prezent  od 

Hanka. 

 - O tak, wiem o tym. I zrobilibyśmy mu wielką przykrość, 

zostawiając je nietknięte. Bicie kieliszków na weselu przynosi 
szczęście. 

 - No dobrze. Tylko razem. 
 -  Raz,  dwa,  trzy  -  równocześnie  rzucili  kieliszki  i 

roześmiali się. Ich usta połączyły się w gorącym pocałunku. 

 -  Chcesz  się  pewnie  przygotować  do  łóżka,  kochanie?  - 

spytał Jon. Jenny kiwnęła głową, ciągle patrząc mu prosto w 
oczy. - Dobrze. Wyjdę na chwilę na dwór odetchnąć świeżym 
powietrzem. Muszę mieć jasną głowę, kiedy do ciebie przyjdę 
- pocałował ją delikatnie i wyszedł. 

Jenny  poszła  do  łazienki.  Wykąpała  się  i  włożyła  białą 

jedwabną  koszulę.  Lubiła  czuć  dotyk  gładkiego  jedwabiu  na 
swej nagiej skórze. Potem wyszczotkowała włosy. Usłyszała, 
że  Jon  już  wrócił.  Jeszcze  tylko  odrobina  jego  ulubionego 
zapachu... i oto była już do wzięcia. 

Jon  wszedł  do  łazienki  na  dole,  a  Jenny  udała  się  do 

sypialni. Przejrzała  się  w lustrze, poprawiła  włosy, podniosła 
opadające  ramiączko.  Zauważyła  stojący  na  małym  nocnym 
stoliczku  wysoki  wazon  pełen  róż.  Uśmiechnęła  się  -  to 
prezent  od  męża.  Podeszła  do  łóżka,  ale  zmieniła  zamiar  i 
stanęła  przy  oknie.  Spojrzała  na  spokojną  powierzchnię 

background image

jeziora,  w  którym  przeglądał  się  księżyc.  Delikatne,  blade 
promienie oświetlały jej postać, 

 - Pięknie wyglądasz w świetle księżyca, Jenny. Odwróciła 

się. 

 -  Dziękuję  ci,  kochany.  Ty  też  wyglądasz  pięknie  przy 

księżycu. Twoje oczy błyszczą jak złoto. Jon uśmiechnął się. 

 - O, nie sądzę, że to akurat z powodu księżyca. To raczej 

ty jesteś przyczyną. Znalazłaś swój prezent? 

 -  Róże?  O  tak,  są  bardzo  piękne,  kochany.  Dziękuję  ci. 

Kocham czerwone róże. 

 - Zapamiętam to sobie. Ale czy obok róż nie zauważyłaś 

przypadkiem  jakiegoś  małego  pudełeczka?  -  Poprowadził  ją 
do  stoliczka  i  wskazał  stojącą  obok  wazonu  elegancką, 
oklejoną  czarnym  pluszem  kasetkę.  -  To  dla  ciebie,  kochana 
moja... Z najserdeczniejszymi życzeniami. 

Jenny  uniosła  wieczko  i  aż  krzyknęła  na  widok 

przepięknego sznura pereł. 

 - Perły pochodzą z morza. Chyba nie może być lepszego 

prezentu dla małej szprotki. Mam nadzieję, że ci się podobają. 

 -  Och,  są  wspaniałe!  Ale  Jon,  przecież  dałeś  mi  już 

pierścionek.  Jest  naprawdę  cudowny  -  podniosła  rękę  i 
spojrzała na okazały, pięknie szlifowany diament, oprawny w 
misternie rzeźbione złoto. 

 -  Pierścionek  to  dowód  mojej  miłości,  Jenny,  a  perły  są 

prezentem. Popatrz na nie, kochana. Przypominają mi ciebie. 
Lśnią matowym blaskiem jak twoje piersi, kiedy pływamy w 
jeziorze  nocą.  Zdają  się  być  miękkie. Tę miękkość czuje  się, 
gdy  się  ich  dotyka.  To  samo  czuję,  kiedy  dotykam  twojej 
atłasowej skóry - mówił cicho, sunąc koniuszkami palców po 
jej  udzie.  -  Każda  z  tych  pereł  jest  wyjątkowa,  tak  jak  ty, 
kochana. A wreszcie, perły mają wielką wartość - i w tym też 
są podobne do ciebie. Ofiarowuję ci je wraz z moją miłością i 

background image

oddaniem.  Jesteś  dla  mnie  cenniejsza  niż  cokolwiek  na 
świecie. 

Pochylił  się  i  ucałował  delikatnie  jej  wilgotne  od  łez 

policzki.  Wiedział,  że  są  to  łzy  radości.  Wyjął  kasetkę  z  jej 
roztrzęsionych rąk i położył z powrotem na stoliku. A potem 
wziął  Jenny  w  swe  szerokie  ramiona  i  położył  na  łóżku. 
Całując mruczał: 

 -  Kocham  cię,  najdroższa,  kocham  cię  bardziej  niż  sobie 

wyobrażasz. 

Jenny  gorąco,  namiętnie  odwzajemniała  pocałunki. 

Dziękowała Bogu za tę miłość, dziękowała, że oto leży u boku 
mężczyzny, którego kocha nad życie. 

 -  Jesteś  piękna,  piękna!  -  szeptał,  patrząc  na  nią, 

wyciągniętą  wśród  pościeli.  Leżeli  przy  sobie  i  pieścili  się 
słodko, niespiesznie. 

 -  Hmm,  muszę  powiedzieć,  że  nigdy  jeszcze  nie 

dotykałem  tak  cudownych  pereł  -  Jon  nakrył  dłońmi  jej 
wezbrane 

piersi. 

Są 

wyjątkowej  urody,  pięknie 

ukształtowane,  o  tak  gładkiej  powierzchni...  O,  ale  tu  mają 
małą wadę - pochylił się i zaczął ostrożnie ssać twardą różową 
brodawkę. 

 -  Mmm,  nie,  po  namyśle  jednak  przyznaję,  że  to  nie 

wada.  Przeciwnie,  wręcz  przeciwnie!  -  Zajął  się  teraz  drugą 
brodawką,  przemawiając  do  niej  tym  swoim  niemym, 
zmysłowym  językiem.  A  ona,  co  było  widać,  doskonale  go 
rozumiała. 

Oba  czubki  piersi  Jenny  rozwinęły  się  w  urocze,  twarde 

różki. Jon brał je do ust i chwytał zębami. Był wspaniały w tej 
pieszczocie.  Jenny  próbowała  nagrodzić  go  czułościami 
równie  cudownymi.  Przesunęła  się  nieco  w  dół,  objęła  jego 
szeroki, muskularny tors  i  wśród miękkiego, męskiego puchu 
odnalazła gorącymi wargami twarde guziczki sutek. Jon jęczał 
i  drżał  pod  wpływem  dotyku  jej  sprytnego  języczka. 

background image

Obejmował  ją  i  poruszał  się  w  pościeli  tak,  by  czuła  na 
brzuchu potęgę jego pożądania. 

 - Och, moja żono, ależ to... Tak, Jenny, tak! 
Jego dłonie działały cuda, drżał pod ich muśnięciem każdy 

skrawek  jej  ciała.  Mruczała  jak  kot,  wtulając  się  głęboko  w 
silne,  szerokie  ramiona  i  wygrzewając  się  w  cieple  jego 
miłości.  Była  jak  czuły  i  drogocenny  instrument,  on  zaś 
poruszał  w niej najgłębsze, najintymniejsze struny. Jej  biodra 
ocierały  się  o  jego  uda,  złaknione  doznań  silniejszych, 
dosadniejszych. 

 -  Kochany,  kochany,  nie  czekajmy  dłużej.  Chodź  do 

mnie, och, kochajmy się długo i słodko. Pragnę cię, chodź! 

Rozchyliła nogi i objęła go udami. Jon wziął ją pod siebie, 

szepcząc  słowa  miłości,  gorączki,  pragnienia.  Wszedł  w  nią. 
Czuła w sobie jego ciepło. Poruszała się pod nim, biorąc go w 
siebie  zachłannie,  chciwie.  Był  wspaniałym  mężczyzną. 
Drżała gwałtownie, tuliła się do  jego piersi. Och, jak słodko, 
jak cudownie! 

Przeżyli razem wieczność. 
A  potem  Jon,  leżąc  u  jej  boku  i  słuchając  bicia  jej 

uspokajającego się serca, szeptał: 

 -  O  Boże,  Boże,  to  nieprawdopodobne!  Jenny,  zamiast 

maleć,  mój  głód  ciągle  rośnie!  Może  to  dlatego,  że  jesteśmy 
teraz mężem i żoną i nie żyjemy ze sobą w grzechu? 

 -  Nie,  najdroższy  -  odpowiedziała,  niezbyt  jeszcze 

przytomna.  -  Nie,  chyba  nie.  Nigdy  nie  żyłam  z  tobą  w 
grzechu.  Nasza  miłość  nie  była  grzeszna,  ponieważ  zawsze 
była  szczera,  zawsze  była  prawdziwa.  -  Uśmiechnęła  się  i 
uniosła głowę, by spojrzeć w jego bursztynowe oczy. - Nawet 
jeśli  nie  poczęliśmy  teraz  dzidziusia,  to  nie  można 
przynajmniej mówić, żeśmy się nie starali, mój dzielny mężu. 

 -  Jenny,  dobrze  zrobiłaś,  wychodząc  za  mnie.  Moja 

młodość i nienasycenie, a twoja kobieca dojrzałość dadzą nam 

background image

to,  czego  chcemy.  -  Pochylił  się  do  jej  rozchylonych  ust  i 
pocałował ją właśnie w chwili, gdy chciała coś powiedzieć. - 
Mmm? Chcesz mi coś rzec, moja piękna żono? 

 -  Nic,  nic  -  Jenny  szepnęła  cichutko.  -  Chodź  do  mnie. 

Musimy się naprawdę postarać. 

W  dziewięć  miesięcy  później  Jenny  powiła  śliczne, 

zdrowe  bliźnięta.  Chłopiec  -  żywy,  figlarny,  o  ciemnych 
włoskach  -  dostał  na  imię  Adam,  ponieważ  urodził  się 
pierwszy.  Dziewczynka  miała  złote  włosy  i  błękitne  oczy  i 
podobna  była  do  matki  jak  dwie  krople  wody.  Dano  jej  na 
imię  Amy.  I  tak  oto  spełniły  się  marzenia  państwa 
McCallemów o rodzinie. 

Pewnego  ciepłego,  letniego  dnia  szczęśliwi  rodzice 

siedzieli na bujnej trawie, patrząc na swe śpiące pociechy. Jon, 
ściskając  Jenny  za  rękę,  powiedział  głosem  głębokim  i 
wzruszonym: 

 - Popatrz, kochana. Czyż nie postaraliśmy się jak należy? 

Oczy zaszły jej łzami radości. 

 - O tak, najdroższy. 
Przygarnął ją do siebie i pocałował w mokre policzki. 
 - Na tym jeszcze nie koniec, moja słodka - uśmiechnął się 

psotnie. 

 -  Na  tym  jeszcze  nie  koniec  -  powtórzyła  Jenny  i  wzięła 

go w ramiona.