background image

BARBARA MICHAELS

DUCH RODZINY 

BELLÓW

Dla Joan Hess, z głębokim przywiązaniem i podziwem

background image

Wieczór pierwszy

DUCH RODZINY BELLÓW

background image

Rozdział pierwszy
Oto palarnia w ekskluzywnym klubie dla panów, znana z 

filmów  i  literatury  pięknej  nawet  tym,  którym  odmówiono 
wstępu  w  owe  progi  ze  względu  na  nieodpowiednią  płeć  lub 
status 

społeczny. 

Światła 

lamp 

odbijają 

się 

od 

wypolerowanych  wspaniałych  skórzanych  obić  głębokich 
foteli  o  wysokich  oparciach.  Poważni,  uniżeni  lokaje  chodzą 
tam  i  z  powrotem,  a  ich  kroki  tłumi  gruby  dywan.  Przy 
wysokich  oknach  wiszą  aksamitne  zasłony  w  kolorze 
śliwkowo - czerwonym,  niewpuszczające  do  środka  nocnego 
powietrza  i  odgłosów  z  ulicy,  po  której  wszakże  nie  jeżdżą 
żadne dorożki ani powozy, ponieważ tak naprawdę nie jest to 
sytuacja  rzeczywista;  istnieje  poza  czasem  i  przestrzenią  w 
królestwie wyobraźni - w jednym ze światów mogącym tylko 
zaistnieć.

Do  pokoju  wchodzi  kilku  panów.  Wyglądają  na 

uprzejmych,  zadowolonych  z  siebie  dżentelmenów,  którzy 
zjedli  właśnie  dobry  obiad  i  już  się  cieszą  na  brandy  z 
wyśmienitym  hawańskim  cygarem  i  jeszcze  jedną  równie 
wielką  przyjemność - rozmowę  o  sprawach  tak  samo 
interesujących ich wszystkich.

Na  czele  idzie  mężczyzna,  którego  kroki  zdradzają 

niecierpliwość.  Jego  wysokie  czoło  pokrywają  zmarszczki, 
oczy  ma  zwężone.  Frank  Podmore  sam  siebie  nazywa 
„głównym  sceptykiem"  Towarzystwa  Badań  Zjawisk 
Nadprzyrodzonych. 

Zdemaskowani 

przezeń 

oszuści 

wykorzystujący  spirytyzm  do  nieuczciwych  celów,  a  nawet  i 
wielu  spośród  jego  kolegów  z  TBZN  uważa,  iż  jest 
nierozsądny  i  postępuje  nie  fair.  Ci  drudzy  odgadliby  bez 
trudu, co oznacza ów wyraz, jaki pojawił się tego wieczora na 
twarzy eksperta od metafizycznych oszustw. Podmore znowu 
jest  na  tropie,  gotów  zgłosić  wątpliwości  dotyczące  kolejnej 
niejasnej sprawy.

background image

Za  nim  wchodzi  mężczyzna,  w  którego  głosie  nadal 

pobrzmiewają  akcenty  z  rodzinnego  Wiednia - to  Nandor 
Fodor,  niegdyś  dyrektor  Międzynarodowego  Instytutu  Badań 
Zjawisk  Nadprzyrodzonych,  który  ustąpił  ze  stanowiska 
oburzony, kiedy współpracownicy określili jako „chore" jego 
wyjaśnienia 

pewnych 

dziwnych 

przypadków. 

Jako 

praktykujący  od  wielu  lat  psychiatra  zbadał  niemal  tak  samo 
wiele  spraw  związanych  z  domniemanymi  „duchami"  jak 
Podmore.

Trzeci  mężczyzna  w  tym  towarzystwie,  krępy  i  gładko 

ogolony, ma przenikliwe niebieskoszare oczy. Urodzony jako 
Erik  Weisz,  syn  węgierskiego  rabina,  obecnie  bardziej  jest 
znany  jako  Harry  Houdini.  Wielu  spośród  spirytystów 
ośmieszonych  przez  niego  twierdziło,  że  on  sam  musi  być 
obdarzony szczególnymi predyspozycjami psychicznymi, aby 
móc dokonywać swych zdumiewających wyczynów.

Razem  z  nim  wchodzi  jeden  z  zatwardziałych 

przeciwników  Houdiniego - mężczyzna  o  bujnych  wąsach  i 
łagodnych  piwnych  oczach.  Conan  Doyle  i  Houdini 
zakończyli  swą  przyjaźń,  kiedy  ten  drugi  zakwestionował 
głębokie  przekonanie  Doyle'a,  że  umarli  żyją.  Przyjemnie 
byłoby  uwierzyć,  że  w  jakimś  innym  czasie  i  miejscu  owi 
dwaj czarujący ludzie w końcu się pogodzą.

Piąty uczestnik zebrania podąża skromnie tuż za tamtymi. 

Z  pełnego  rezerwy  zachowania  i  oficjalnego  sposobu,  w  jaki 
inni zwracają się do owego człowieka, można wywnioskować, 
że  to  raczej  ich  gość,  a  nie  ktoś,  kto  stale  przebywa  w  tym 
towarzystwie.  Jest  wyższy  i  tęższy  od  pozostałych;  jego 
garnitur wieczorowy wydaje się nieco staromodny i więcej niż 
odrobinę za mały. Ma bardzo duże stopy.

Zasiadają  w  fotelach.  Płyn  barwy  topazu  wiruje  w 

kieliszkach w kształcie dzwonów, a wonny dym z papierosów 
unosi się wokoło.

background image

- No cóż, panowie - odzywa się Podmore - czy jesteście 

gotowi,  by  zacząć? - Nie  czeka  na  odpowiedź,  lecz  mówi 
dalej,  co  jest  dla  niego  typowe. - Sprawa  na  dzisiejszy 
wieczór...

Pan Doyle unosi dużą dłoń.

- Jesteś  jak  zawsze  niecierpliwy,  Podmore.  Czy  nie 

uważasz,  że  naszemu  gościowi  należą  się  najpierw  słowa 
wyjaśnienia? Wie, co chcemy osiągnąć, ale nie może przecież 
znać naszych metod.

- Och,  tak,  oczywiście - zwraca  się  Podmore  ku 

nieznajomemu. - Proszę o wybaczenie, sir. Wszyscy tu obecni 
badali 

wiele 

przypadków 

zjawisk 

przypuszczalnie 

ponadnaturalnych,  niektórzy  jako  członkowie  towarzystwa, 
inni - tak  jak  Houdini - we  własnym  zakresie.  W  trakcie 
naszych  wspólnie  spędzanych  tu  wieczorów  odpoczywamy, 
ale  i  podejmujemy  tę  samą  pracę  co  zawsze,  poddając 
ekspertyzie  i  badaniom  głośne  przypadki,  których  nigdy  nie 
wyjaśniono w zadowalającym stopniu. Czasami zgadzamy się 
na wspólne rozwiązanie; znacznie częściej jednak dochodzimy 
do wniosku, że się nie zgadzamy.

- Znacznie częściej? - powtarza Fodor z uśmiechem. - Nie 

przypominam  sobie  żadnego  przypadku,  by  werdykt  był 
jednomyślny, i wiem, że żaden z was nie zechce się zgodzić z 
moim  rozwiązaniem  tej  sprawy.  Chodzi  o  ducha  rodziny 
Bellów, nieprawdaż?

- Tak jest - potwierdza Podmore. - I ponieważ wydaje mi 

się  to  stosowne,  poprosiliśmy  naszego  amerykańskiego 
kolegę,  aby  opisał  tego  amerykańskiego  ducha.  Proszę  już 
teraz  nie  przerywać,  panowie,  jeśli  łaska;  proszę  o  ciszę  dla 
pana Harry'ego Houdiniego.

Prelegent  przygotował  już  notatki  i  obdarzył  swych 

słuchaczy smutnym uśmiechem.

background image

- To  gorsze  niż  ucieczka  z  zamkniętej  trumny,  panowie. 

Skomplikowane  analizy  tekstów  nie  są  w  moim  stylu,  a  to 
pierwsza rozpatrywana przeze mnie sprawa, w której wszyscy 
podejrzani nie żyją już od ponad wieku. Dzięki temu jednak, 
jak  powiedziałby  Podmore,  stanowi  ona  jeszcze  większe 
wyzwanie. I co za historia! Obecny tutaj doktor Fodor nazwał 
ją  najwspanialszą  amerykańską  opowieścią  o  duchach. 
Posunąłbym się jeszcze dalej; nazwałbym ją najwspanialszą ze 
wszystkich  historii  o  duchach.  Nie  może  z  nią  się  równać 
żadna sprawa po tej czy tamtej stronie Atlantyku.

W  miarę  upływu  lat  prawdziwe  fakty  tak  obrosły 

warstwami  wyolbrzymień,  błędnych  interpretacji,  fałszywych 
wspomnień  i  najzwyklejszych  wierutnych  bzdur,  że  to,  co 
powstało,  robi  wrażenie  jednej  z  najbardziej  fantastycznych 
historii  sir  Arthura.  Najtrudniej  będzie  nam  odkryć,  co 
naprawdę  się  wydarzyło.  Nie  zakładam,  że  mi  się  to  uda;  po 
prostu przedstawię moją opowieść tak, jak ją opracowałem, i 
pozwolę wam zdecydować, co jest ważne, a co nie. Gotowi? A 
więc zaczynamy.

background image

Rozdział drugi
Betsy Bell miała dwanaście lat, kiedy pojawił się duch.
Brzmi  to  zupełnie  tak,  jak  początek  jednej  z  baśni, 

uwielbianych przez młodych czytelników, opowieści wyrosłej 
ze  wspaniałej tradycji braci Grimm. Już samo imię  bohaterki 
wywołuje obraz uśmiechniętego dziewczątka z dołeczkami na 
buzi  i  kokardkami  na  cienkich  warkoczykach,  które  z 
koszykiem  na  ramieniu  biegnie  przez  lasy,  wesoło 
podskakując!

Duch  rodziny  Bellów  nie  był  jednak  straszydłem  w 

kostiumie  na  Halloween,  w  spiczastym  kapeluszu  i  z  miotłą, 
bo  kiedy  w  końcu  opuścił  domostwo  Bellów,  Betsy  była  już 
młodą  siedemnastoletnią  kobietą,  która  widziała,  jak 
przepędzono  jej  ukochanego  oraz  jak  jej  ojca  zadręczono  i 
wpędzono  do  grobu.  Betsy  jest,  bez  wątpienia,  główną 
bohaterką naszej opowieści - tak fantastycznej i przerażającej, 
że  nie zdołałby jej  wymyślić żaden  pisarz.  Jednak to  nie ona 
jest  główną  protagonistką.  To  wyróżnienie  należy  się  innej 
postaci.

Na  początku  dziewiętnastego  wieku  hrabstwo  Robertson 

w stanie Tennessee zasiedlali przybysze ze wschodu szukający 
nowych  terenów.  Nie  były  to  dzikie  obszary  pogranicza; 
jedyni Indianie w tym wiejskim regionie dawno już spoczęli w 
porośniętych  trawą  kopcach  rozrzuconych  po  całej  okolicy. 
Biali  osadnicy  byli  w  większości  zamożnymi  farmerami  i 
właścicielami niewolników. Mała społeczność okazała się już
do  tego  stopnia  cywilizowana,  by  pochlubić  się  szkołą,  w 
której  wykładał  przystojny  młody  nauczyciel,  oraz  kilkoma 
kościołami.  Najstarszy  z  przybytków  kultu  religijnego -
ośrodek  baptystów - założono  w  1791  roku.  Niektórzy  z 
osadników należeli do tego Kościoła, inni zaś do metodystów, 
ale  nie  dzieliły  ich  owe  drobne  różnice  pomiędzy 

background image

poszczególnymi odłamami; panował tam godny podziwu duch 
chrześcijańskiej tolerancji.

Obszar,  jaki  odkryli  owi  osadnicy - wspaniałe  tereny, 

pełne falistych wzgórz  i gęstych lasów,  urodzajnych łąk oraz 
szemrzących  strumieni - hojnie  udzielał  przybyszom  swoich 
bogactw.  Lasy  obfitowały  w  zwierzynę,  żyzna  dziewicza 
ziemia dostarczała zboża i warzyw, klonowy syrop spływał z 
drzew, a ryby same wyskakiwały z rzeki, by dać się złapać na 
haczyk wędkarza.

Do  tego  ziemskiego  raju  w  1804  roku  przybył  pan  John 

Bell  wraz  z  rodziną.  John  i  jego  żona  Lucy  pochodzili  z 
Karoliny  Północnej.  Pani  Bell,  dobra  chrześcijanka, 
przestrzegała  biblijnego  nakazu,  dotyczącego  płodności  i 
rozmnażania. Do 1804 roku wydała na świat sześcioro dzieci.

Powiększająca  się  liczebność  rodziny  i  naglące  listy 

przyjaciół,  którzy  już  wcześniej  osiedlili  się  na  zachodzie, 
przekonały  pana  Bella  do  przeprowadzki.  Sprzedał  farmę  w 
Karolinie  za  tak  korzystną  cenę,  że  mógł  kupić  tysiąc  akrów 
ziemi w Tennessee nad Red River.

Na terenie posiadłości stał drewniany dom. Była to jedna z 

najwspanialszych  budowli  w  hrabstwie  z  sześcioma  dużymi 
pokojami i salonem nazywanym wówczas „pokojem przyjęć". 
Budynek  miał  jeszcze  kilka  dodatkowych  pomieszczeń  i 
korytarz. Przed domem rozciągał się szeroki ganek. Widziało 
się  zeń  zielone  trawniki  ocienione  wspaniałymi  starymi 
gruszami. Na pewno przyjemnie było zasiąść tam w wiosenne 
popołudnia,  kiedy  drzewa  kwitły  obficie  na  biało  i  Bellowie 
serdecznie  podejmowali  gości.  John  sam  pędził  whiskey  na 
czystej  źródlanej  wodzie  i  zapewniam  tych,  którzy  owego 
trunku  nie  próbowali,  że  nie  ma  wspanialszego  napoju. 
Pijaństwo  było,  oczywiście,  grzechem,  ale  nie  widziano 
niczego  złego  w  tym,  iż  czasami  wypiło  się  łyczek  dla 
„zaostrzenia dowcipu".

background image

Przy  pomocy  sąsiadów  pracowity  pan  Bell  wykarczował 

jeszcze  więcej  ziemi  i  zbudował  stodoły  oraz  chaty  dla 
niewolników.  Wkrótce  po  przyjeździe  pani  Bell  powiła 
jeszcze  jedno  dziecko - córkę,  którą  nazwano  Elizabeth.  W 
odpowiednim  czasie  pojawiło  się  też  dwoje  dzieci.  Zanim 
nadeszła  owa  fatalna  wiosna  1817  roku,  tylko  jedno  z 
potomstwa  Bellów  spoczęło  na  rodzinnym  cmentarzu  pod 
piaszczystym kopczykiem tuż za domem, ocienionym cedrem 
i  orzechem.  Jedno  na  dziewięcioro  to  na  owe  czasy 
zdumiewający  wynik;  być  może  przyczyniły  się  do  tego 
zdrowy  tryb  życia  i  czyste  wiejskie  powietrze.  Cynicy 
mogliby  stwierdzić,  że  zadziałał  również  brak  opieki 
medycznej, ale tu nie mieliby całkowitej racji. W społeczności 
mieszkało  kilku  lekarzy,  a  jeden  z  nich,  doktor  George 
Hopson,  przychodził  do  Bellów  leczyć  poważne  choroby. 
Poznamy  go  we  właściwym  czasie,  kiedy  to  będzie  musiał 
stawić  czoła  przypadkowi,  który  podawałby  w  wątpliwość 
wiedzę każdego medyka.

Chociaż  oficjalnie  przedstawiono  nam  pana  i  panią  Bell, 

nie znamy jeszcze zbyt dobrze obojga. Próbując naszkicować 
ich  wygląd,  cierpimy  z  powodu  powszechnie  znanej,  acz 
frustrującej  niechęci  tych,  którzy  ich  przeżyli  i  mogli  mówić 
źle  o  zmarłych.  Nie  przekazano  nam  więc  wiarygodnych 
komentarzy;  nie  przetrwały  też  żadne  wypłowiałe  fotografie; 
możemy  tylko  szkicować  portrety  słowami - są  więc 
niewyraźne  i  niekompletne.  Jednak  zestawiając  ze  sobą  raz 
fakty,  a  raz  przypadkowe  komentarze,  możemy  nabrać 
pewnego wyobrażenia o tym, jacy byli aktorzy biorący udział 
w tym niesamowitym dramacie.

Prosta  arytmetyka  mówi  nam,  że  John  Bell  urodził  się w 

1750 roku (tak właśnie było), miał więc sześćdziesiąt siedem 
lat  w  roku  1817,  kiedy  rozpoczęły  się  kłopoty.  Pomimo 
swojego  wieku  był  tak  krzepki  i  czerstwy  jak  niejeden 

background image

mężczyzna  o  dwadzieścia  lat  młodszy.  (Pamiętajcie,  moi 
drodzy, że jego ostatnie dziecko urodziło się, kiedy ukończył 
sześćdziesiąt 

dwa 

lata!). 

przeciwieństwie 

do 

arystokratycznych  plantatorów  ze  stanów  południowo -
wschodnich, 

rodów 

takich 

jak 

Waszyngtonowie, 

Jeffersonowie  czy  Lee,  John  Bell  nie  był  wielkim  panem, 
który  sam  nie  zhańbił  się  nigdy  pracą,  ale  farmerem, 
niewahającym  się  pracować  własnymi  rękami.  Dzieci 
wychwalały  go  jako  człowieka  bogobojnego,  pracowitego, 
trzeźwego  oraz  religijnego.  Nie  musimy  traktować  tego 
epitafium  zbyt  dosłownie,  musimy  jednak  przyznać,  że  nie 
wiemy  o  niczym,  co  przemawiałoby  na  niekorzyść  naszego 
bohatera. Dzieci nic nie wspominają o rozrywkach i zabawach 
z ojcem, lecz milczą również o srogich karach. Był oczywiście 
dobrym  chrześcijaninem,  a  w  jego  domu  z  pewnością 
odbywały się cotygodniowe spotkania modlitewne. Pomimo to 
byłoby  błędem  przedstawiać  tego  patriarchę  rodu  jako 
surowego  purytanina.  Miał  przynajmniej  jedną  sympatyczną 
ludzką cechę - nie żałował gościom swojej whiskey.

Lucy  Bell,  znana kochającym ją przyjaciołom  jako Luce, 

była  około  piętnastu  lat  młodsza  od  męża.  Jej  dzieci  nie 
nabrały tak modnego obecnie zwyczaju, aby zwalać wszystkie 
swoje kłopoty na rodziców; wyrażały się o matce z najwyższą 
dumą. Była dla nich po prostu najlepszą kobietą chodzącą po 
tej  ziemi.  Wiele  lat  później  Richard  Williams  Bell  napisał  o 
swojej  matce,  że  „oddała  się  bez  reszty  moralnemu 
wychowaniu  dzieci,  nieprzerwanie  sprawując  pieczę  nad 
każdym  z  nich,  poświęcając  się  dla  ich  szczęścia  i  dobra". 
Wybrał  wszakże  bardzo  dziwne  słowo - „nieprzerwanie". 
Zapewne  jednak  Richard  miał  tylko  na  myśli,  że  cały  czas 
pragnęła się opiekować potomstwem.

Możemy  być  pewni,  że  jej  obowiązki  były  bezustanne  i 

meczące.  Współczesne  panie  domu,  które  narzekają  na  swą 

background image

ciężką  pracę,  położyłyby  się  do  łóżka  już  po  kilku  dniach 
takiego  codziennego  życia,  jakie  prowadziła  Lucy  Bell. 
Osadnicy  przywieźli  ze  sobą  nieliczne przedmioty  zbytku. 
Niemal  wszystko,  czego  potrzebowali,  wytwarzano  na 
farmach - jedzenie, jakie spożywali, ubrania, którymi okrywali 
ciała,  a  także  wszelkie  sprzęty,  meble  oraz  narzędzia 
gospodarskie.  Szewcy  i  tkacze  dywanów,  a  także  bednarze, 
szwaczki i prządki oraz kucharki rekrutowali się w większości 
spośród  niewolników,  którzy  wymagali  ciągłego  nadzoru. 
Oprócz  tego  religia,  jaką  wyznawali  Bellowie  i  ich  sąsiedzi, 
uczyła,  że  próżnowanie  jest  grzechem.  Nawet  ich  wspólne 
zajęcia,  takie  jak  wznoszenie  stodoły  oraz  łuskanie  ziarna, 
zakładały  ciężką  pracę - i  kobiety  pracowały  tak  ciężko  jak 
mężczyźni,  gotując  ogromne  ilości  jedzenia  dla robotników  i 
przeznaczając  cały  swój  wolny  czas  na  szycie  i  naprawianie 
odzieży.  Ręce  Lucy  Bell  nigdy  nie  próżnowały  prócz  chwil, 
gdy złożone były do modlitwy.

W  czasie  gdy  rodzinę  zaczął  prześladować  duch,  tylko 

pięcioro z dzieci Bellów mieszkało z rodzicami. Najmłodszy, 
mały  Joel,  miał  zaledwie  cztery  lata,  Richard  sześć,  a 
złotowłosa  Betsy,  jedyna  córka,  jaka  pozostała  w  domu, 
dwanaście  i  „dobiegała  właśnie  trzynastego  roku  życia". 
Drewry  skończył  już  szesnaście  lat,  a  John  junior  był 
dorosłym dwudziestodwuletnim mężczyzną.

John junior, młodzieniec mający ponad metr osiemdziesiąt 

wzrostu,  o  mocnej  budowie  ciała,  odznaczał  się  zaletami, 
jakich  brakowało  innym - wyobraźnią,  śmiałością  i  energią. 
Gdy pewnego dnia w pobliskim mieście Springfield zobaczył 
plakat  zachęcający  do  wstąpienia  do  wojska,  zaciągnął  się 
natychmiast.  Stany  Zjednoczone  prowadziły  wojnę - jedną  z 
tych  pomniejszych.  Był  to  drobny  konflikt  z  Anglią, 
dotyczący  wcielania  siłą  do  służby  wojskowej  marynarzy  z 
amerykańskich  statków.  Wy,  Brytyjczycy,  radziliście  sobie 

background image

nieźle  na  wschodzie,  paląc  do  połowy  zbudowaną  stolicę  i 
doprowadzając do tego, że Dolley Madison (Dolley Madison z 
domu  Payne,  1768 - 1840,  żona  prezydenta  USA  Jamesa 
Madisona  (przyp.  red.))  uciekała  co  sił  w  nogach  w 
bezpieczne  miejsce  z  portretem  Waszyngtona  pod  pachą. 
Jednak  Brytania  przegrała  tamtą  wojnę,  częściowo  dzięki 
militarnej zręczności Andrew Jacksona, ognistego człowieka z 
Tennessee, który miał się stać siódmym prezydentem kraju.

John Bell junior służył u Andy'ego Jacksona w kampanii, 

która  zakończyła  się  bitwą  pod  Nowym  Orleanem,  gdzie 
pospolite  ruszenie  złożone  z  myśliwych  rodem  z  leśnych 
ostępów  pobiło  na  głowę  brytyjskich żołnierzy zawodowych. 
John  znalazł  się  wśród  owych  zuchów;  umiał  przestrzelić  na 
wysokim  drzewie  gałązkę,  na  której  siedziała  wiewiórka,  nie 
robiąc  szkody  zwierzęciu.  Bez  wątpienia  świętował 
zwycięstwo w wesołych tawernach Nowego Orleanu. Było to 
już  wtedy  czarujące  miasto;  trudno  się  zatem  dziwić,  że  gdy 
młodzieńca  zwolniono,  John  junior  nie  chciał  zostać  na 
farmie, lecz znalazł pretekst, aby powrócić do jasnych świateł 
i czarujących kreolskich dam.

Będąc  roztropnym  i  pomysłowym  młodym  człowiekiem, 

odkrył, że odpowiedni powód mogą stanowić podróże. Zanim 
pojawiły  się  parowce,  towary  z  centrum  kraju  przewożono 
płaskodennymi  łodziami - owa  niezwykle  ekonomiczna 
metoda  transportu  wymagała  jedynie  silnych  mięśni  i  kilku 
ociosanych  z  grubsza  desek.  Łodzie  budowano  w  pobliżu 
rzeki późnym latem i jesienią i cumowano przy brzegu, aż w 
czasie wiosennych roztopów woda podnosiła się na tyle, iż je 
porywała.  Od  Red  River,  która  przepływała  obok  farmy 
Bellów,  do  Cumberland  i  do  Ohio  wartki  prąd  nieuchronnie 
zmierzał do szerokiego koryta największej rzeki zdążającej na
południe do Nowego Orleanu. Szynki i whiskey, tytoń i zboże 
oraz  inne  krajowe  wyroby,  sprzedawane  na  targach  w  tym 

background image

mieście,  przynosiły  całkiem  niezły  dochód.  Brat  Johna, 
Drewry, był jednym z jego wspólników w tym interesie i bez 
trudu  zwerbował  innych  młodych  mężczyzn,  którzy  chcieli 
mieć  udział  w  zyskach  i  zabawie.  Po  wyładunku  łodzi  w 
Nowym Orleanie porzucano je lub sprzedawano jako materiał 
budowlany, a śmiali przewoźnicy wyruszali do domów konno 
lub  na  własnych  nogach.  Zagrożenia  łączące  się  z  takim 
podróżowaniem dawały im dużo czasu na zabawy w mieście, 
jako  że  gdy  wreszcie  powrócili  szczęśliwie  do  domu,  nie 
zadawano im żadnych kłopotliwych pytań.

John musiał rozpocząć to przedsięwzięcie niemal od razu 

po zwolnieniu z wojska, ostatnią zaś podróż odbył na wiosnę 
1818 roku. List przewozowy datowany na kwiecień tego roku 
wskazywał,  że  pięćdziesiąt  beczek  tytoniu  przyniosło  sto 
osiemdziesiąt dolarów gotówką, cukier i kawę warte dwieście 
dolarów oraz dwieście par butów.

Dlaczego,  możemy  zapytać,  młody  Bell  porzucił  tak 

lukratywny handel? Oczywiście parowce szybko zastępowały 
wolniejsze i niezgrabne cięższe płaskodenki. Być może jednak 
istniał jeszcze inny powód. Kiedy John wrócił do Tennessee w 
maju 1818 roku, w domu zastał rozpaczliwą sytuację.

background image

Rozdział trzeci
Tak  naprawdę  kłopoty  rozpoczęły  się  rok  wcześniej, 

wiosną  1817  roku.  John  Bell  senior  pierwszy  z  rodziny 
zobaczył coś dziwnego, ale w owym czasie nie przywiązywał 
do  tego  faktu  żadnej  wagi,  uznając  całe  zdarzenie  jedynie  za 
nieco  dziwne.  Wyszedł  z  domu  po  śniadaniu,  aby  udzielić 
instrukcji  nadzorcom  kierującym  niewolnikami.  Gdy  dużymi 
krokami szybko zmierzał w stronę północnego krańca farmy, 
gdzie mężczyźni mieli tego dnia pracować, niósł przewieszoną 
przez  ramię  strzelbę,  w  nadziei  że  ustrzeli  królika  lub 
zdobędzie  jakiś  inny  smaczny  dodatek  do  posiłku.  Zamiast 
królika  pomiędzy  dwoma  rzędami  kukurydzy  zobaczył 
dziwacznie wyglądające zwierzę, przypominające dużego psa.

Stworzenie  owo  musiało  być  rzeczywiście  podejrzane, 

ponieważ  John  Bell  strzelił  do  niego.  Nie  uczyniłby  tego, 
gdyby  uznał  je  za  zwierzę  domowe  należące  do  jednego  z 
sąsiadów.  To  coś  natychmiast  znikło,  choć  pan  Bell  widział, 
że  nie  trafił.  Wówczas  nie  zastanawiał  się  więcej  nad  tą 
sprawą.

Kilka  dni  później  Betsy  i  Drewry  donieśli,  że  wszędzie 

widzą  dziwne  stworzenia.  Betsy  zobaczyła  również  kobietę 
przechadzającą  się  po  sadzie.  Kiedy  do  niej  przemówiła, 
zjawa znikła.

Bez  wątpienia  pan  Bell  uznał  owe  opowieści  za  produkt 

młodzieńczej  wyobraźni.  Nie  miał  wtedy  powodu,  aby  je 
łączyć z kolejną oszałamiającą serią zjawisk, które zaczęły się 
mniej więcej w tym samym czasie - pukaniem i stukaniem do 
drzwi  oraz  odgłosami  przypominającymi  skrobanie  w 
zewnętrzne  ściany  domu.  I  te  hałasy  jednak  również  dawało 
się  wyjaśnić  w  racjonalny  sposób.  Dzikie  zwierzęta  mogły 
podchodzić dość blisko do domostwa w poszukiwaniu resztek 
jedzenia.  Było  powszechnie  wiadomo,  że  szopy  ogryzają 
futryny  drewnianych  drzwi,  a  szczury  i  myszy  dokonują 

background image

wypraw  nawet  na  dobrze  prowadzone  domy.  Jednakże 
stopniowo  pukanie  do  drzwi  stało  się  tak  wyraźne,  że 
sugerowało, iż ktoś pragnie wejść do środka. Gdy otwierano je 
na oścież, na zewnątrz nikogo niebyło.

Przez  całe  lato  i  później,  na  jesieni  i  w  zimie,  ktoś,  kto 

lubił  figle,  a  kogo  nie  można  było  zobaczyć,  nadal  robił 
osobliwe  kawały.  Pan  Bell  uważał,  że  to  sprawka  dzieci 
sąsiadów.  Zjawiska  te  budziły  jednak  tylko  lekki  niepokój  i 
stwarzały  Bellom  zaledwie  drobne  niedogodności.  Młodsi 
członkowie rodziny na początku nie byli ich nawet świadomi, 
ponieważ zazwyczaj rozpoczynały się po zmroku, gdy Betsy, 
Joel i Richard poszli już spać.

W  końcu  niemal  rok  po  tym,  gdy  owe  zjawiska  się 

rozpoczęły,  odgłosy  przeniosły  się  do  domu.  Richard  Bell 
nigdy nie zapomniał tej nocy.

Było  to  w  niedzielę  wieczorem, w  maju  1818  roku.  Cała 

rodzina  udała  się  już  na  spoczynek.  Chłopcy  mieli  wspólną 
sypialnię.  John  i  Drewry  zajmowali  jedno  z  dużych 
podwójnych  łóżek,  a  Joel  i  Richard  drugie.  Pokój  Betsy 
znajdował  się  naprzeciwko,  po  drugiej  stronie  korytarza. 
Rodzice spali na parterze w pokoju bezpośrednio pod izdebką 
córki.

Zgaszono  świece  i  chłopcy  ułożyli  się  właśnie  do  snu, 

kiedy Richard usłyszał dźwięk, jak gdyby jakiś szczur ogryzał 
słupek  od  zasłon  łóżka,  tuż  przy  głowie  chłopca.  Pozostali 
również to usłyszeli. Starsi bracia zerwali się na równe nogi i 
zapalili  świeczkę,  by  zabić  przykrego  intruza,  gdy  tylko 
jednak wyszli z łóżka, odgłosy umilkły. Przyjrzeli się słupkom 
od  zasłon  oraz  pozostałym  częściom  łoża,  ale  nie  znaleźli 
śladów szczurzych zębów.

Bracia  wrócili  do  łóżka.  Gdy  tylko  się  położyli,  hałasy 

rozpoczęły  się  na  nowo,  a  ustawały  tylko  wtedy,  kiedy 
wstawali.  To  trwało  aż  do  wczesnych  godzin  rannych. 

background image

Rozwścieczeni chłopcy przeszukiwali pokój, lecz nie znaleźli 
najmniejszego  śladu  gryzonia  czy  nawet  dziury,  przez  którą 
mógł wejść.

Ta  sytuacja  powtarzała  się  noc  po  nocy,  tydzień  po 

tygodniu. Dotyczyła również pokoju Betsy; hałasy przenosiły 
się  do  jej  izdebki,  kiedy  chłopcy  przeszukiwali  swoją 
sypialnię.  Nikt  nie  mógł  spać,  zwłaszcza  że  owe  odgłosy  się 
nasiliły i obecnie przypominały skrobanie psa, a nie któregoś z 
mniejszych  zwierząt,  takiego  jak  szczur.  Rodzina  Bellów 
objęła  poszukiwaniami również inne pomieszczenia w domu, 
zdjęto  też  pościel  i  przesuwano  meble,  ale  nie  znaleziono 
dowodów  obecności  owego  zwierzęcia  ani  też  śladów 
wskazujących, którędy mogło się dostać do wnętrza.

Nie  minęło  dużo  czasu,  a  niewidzialne  stworzenie 

wzbogaciło  swój  repertuar  dźwięków.  Nowymi  odgłosami 
stały  się  dziwaczne  przełykanie  i  cmokanie.  Narzuty  zaczęły 
same  spadać  z  łóżek.  Huk  jakby  spadających  ciężkich  skał 
oraz brzęk łańcuchów ciągniętych po podłodze nie pozwalały 
Bellom spać aż do pierwszej lub drugiej w nocy.

Mówi  się,  że  nadmierna  poufałość  wzbudza  nie  tylko 

pogardę,  ale  również  powoduje  zobojętnienie.  Rodzina 
przyzwyczaiła się wreszcie do owych tajemniczych odgłosów. 
Były  to  w  końcu  tylko  hałasy  i  nie  szkodziły  nikomu,  jeśli 
pominie  się  fakt,  że  pozbawiały  mieszkańców  domu  snu. 
Bellowie  przyzwyczaili  się  jednak  do  krótkich  drzemek  za 
dnia.  Jak  gdyby  rozdrażniony  tym,  że  się  go  ignoruje, 
nieproszony  gość  przeszedł  jednak  do  bezpośredniego 
działania.  Nic  dziwnego,  że  wiele  lat  później  Richard 
dokładnie pamiętał ów pierwszy prawdziwy atak.

- Właśnie  zapadłem  w  słodką  drzemkę,  kiedy poczułem, 

że moje włosy zaczynają się skręcać, a później ktoś nagle za 
nie  pociągnął, co poderwało mnie z  łóżka. Miałem wrażenie, 
jak gdyby ktoś oderwał mi czubek głowy.

background image

Richard  wydał  z  siebie  ryk.  Jego  braciszek  Joel  zaczął 

wrzeszczeć, gdy niewidzialna ręka jego również szarpnęła za 
włosy.  Następnie  rozległ  się  głos  Betsy  po  drugiej  stronie 
korytarza. Cały czas  krzyczała, dopóki  rodzice nie  przybiegli 
na górę, aby zobaczyć, co się dzieje.

Znaleźli córkę siedzącą na łóżku i trzęsącą się od stóp do 

głów.  Poplątane  i  skręcone  bujne  złote  włosy  opadały  z  jej 
ramion. Dziewczynka była tak przerażona, że rodzice musieli 
zabrać ją do swojego pokoju na resztę nocy.

Od  tamtej  pory  nie  dało  się  już  lekceważyć  incydentów 

zakłócających  spokój  domu.  Dzieci  były  ustawicznie 
dręczone,  ktoś  zrywał  z  ich  łóżek  pościel,  ciągnięto  je 
niemiłosiernie  za  włosy.  Czasami  dom  aż  się  trząsł  od 
stukania i dudnienia. Pan Bell mocno trzymał się racjonalnych 
wyjaśnień.  Przypominając  sobie  słabe  trzęsienie  ziemi,  które 
kilka  lat  temu  nawiedziło  okolicę,  zastanawiał  się,  czy 
podobna  naturalna  przyczyna  nie  powoduje  owych  łoskotów, 
wstrząsających  teraz  domem.  Wszakże  trzęsienie  ziemi  nie 
mogłoby  ciągnąć  dzieci  za  włosy  ani  wywołać  dziwnej 
choroby,  która  dotknęła  Johna.  Miał  on  wrażenie,  jak  gdyby 
włożono mu do ust w poprzek patyk z końcami dźgającymi w 
policzki, co sprawiało, że dziąsła i język puchły tak mocno, iż 
dotknięty tym cierpieniem nie mógł prawie jeść i mówić.

Pan  Bell  był  ogromnie  zaszokowany  tym,  że  nie  mógł 

znaleźć  właściwego  określenia  na  wszystko,  co  się  działo  w 
domu.  Czary?  Trudno  się  pozbyć  przesądów;  niewolnicy 
należący  do  rodziny  przy  ogniskach  obok  swoich  chat 
opowiadali  szeptem  historie  o  duchach  i  czarownicach,  a 
dzieci  prawdopodobnie  słuchały  owych  opowieści  z  pełnym 
zachwytu przerażeniem. Przekazy Betsy o zjawach i dziwnych 
zwierzętach  bez  wątpienia  pochodziły  z  takich  źródeł.  Jak 
wiadomo  wszystkim,  czarownice  umieją  przemienić  się  w 
koty, psy  i  zające.  Wiedźmy  miały  towarzyszy - demony 

background image

ukazujące  się  w  postaci  zwierząt,  które  pomagały  im  w 
niegodziwych  figlach.  Jednak  rodzina  Bellów  nie  była 
przesądna. Ani wtedy, ani kiedykolwiek później pan Bell nie 
skłaniał  się  ku  temu,  aby  przypisać  swoje  cierpienia 
złośliwemu  duchowi.  Czyżby  to  w  takim  razie  niematerialne 
istoty  uwolnione  od  swej  cielesnej  powłoki?  Był  rok  1818; 
minie  następnych  dwadzieścia  lat,  zanim  wesołe  siostrzyczki 
Fox  (Siostry  Margaret  i  Kate  Fox  twierdziły,  że  w  swoim 
domku  w  Hydesville  słyszały  najpierw  dziwne  hałasy,  po 
czym zaczęły porozumiewać się z wywołującym je duchem za 
pomocą alfabetu. Uważa się ich działalność za początek ruchu 
spirytystycznego  w  zorganizowanej  formie  (przyp.  red.))  z 
Hydesville  w  stanie  Nowy  Jork  nauczą  się,  jak  wykręcać 
stawy  w  kolanach  i  powodować  stukania,  będące 
„odpowiedzią" ducha, które to metody zwiastowały narodziny 
nowoczesnego  spirytyzmu.  Bellowie  nie  znali  seansów  i 
mediów i nigdy nie słyszeli słowa Poltergeist.

Mając  więcej  doświadczenia,  wiemy  teraz,  że  ten 

niemiecki termin oznacza „hałaśliwego ducha" powodującego 
stukanie i różne odgłosy. Znane są setki przypadków działania 
owych  istot - od  czasów  najdawniejszych  do  chwili  obecnej. 
Gdyby  Towarzystwo  Badania  Zjawisk  Nadprzyrodzonych 
istniało w 1818 roku i gdyby John Bell skonsultował się z jego 
ekspertami, werdykt byłby jednomyślny, ponieważ tajemnicze 
stukoty i skrobania oraz niewyjaśnione przemieszczenia takich 
rzeczy  jak  pościel,  a  nawet  klapsy  oraz  szczypanie  ludzi  to 
typowe sztuczki należące do repertuaru duchów tej kategorii.

Wyjaśnijmy  zatem  naszą  terminologię.  Zjawa,  która 

pojawiła  się  w  domostwie  Bellów,  nie  była  czarownicą. 
Możemy równie dobrze nadać jej imię, jakim posługiwali się 
członkowie rodziny, kiedy się zwracali do przybysza: „Duch"
- i  napiszemy  je  dużą  literą  jak  każde  imię,  ponieważ  owa 
istota  ma  niepowtarzalną,  wyrazistą  osobowość - o  wiele 

background image

żywszą  w  pewnych  aspektach  niż  ci,  których  prześladowała. 
Niczym ludzkie dziecko rosła i rozwijała się wraz z upływem 
czasu.

Oczywiście słowo Poltergeist  nie stanowi  wyjaśnienia, to 

tylko  nazwa  i  Johna  Bella  nie  pocieszyłaby  wiadomość,  że 
można sklasyfikować ową dziwną siłę. I rzeczywiście w tym 
przypadku  eksperci  mogliby  przeżyć  szok,  ponieważ - choć 
początkowo  działał  dość  spokojnie - po  względnie  łagodnym 
początku  Duch  Bellów  okazał  się  później  niepowtarzalnym 
zjawiskiem w kronikach występowania poltergeistów.

background image

Rozdział czwarty
Przez  długi  czas  Bellowie  zachowywali  milczenie  na 

temat  swojego,  jak to  nazywali, „kłopotu".  Trudno uwierzyć, 
że  żaden  z  sąsiadów  nie  wiedział,  co  się  dzieje;  z  całą 
pewnością  niewolnicy  musieli  szeptać  między  sobą  lub  też 
młodsze dzieci poskarżyły się towarzyszom zabaw. Mały Joel 
miał tylko pięć lat; trudno by było spodziewać się po nim, że 
zrozumie,  dlaczego  nie  miałby  mówić  kolegom  o  owej 
okropnej istocie, która ciągnęła go za włosy i zrywała pościel 
z  łóżka.  Mniejsza  zresztą  o  to,  jak  w  istocie  było,  nikogo 
spoza  rodziny  nie  powiadomiono  oficjalnie,  co  się  dzieje, 
dopóki sprawy nie pogorszyły się do tego stopnia, że pan Bell 
zdecydował się zwierzyć najlepszemu przyjacielowi.

James  Johnson  był  najbliższym  sąsiadem  Bellów  i  tak 

pobożnym  metodystą  jak  ci  gorliwymi  baptystami.  Różnice 
wyznaniowe  nie  przeszkadzały  rodzinom  w  bliskich 
kontaktach. Pan Johnson na zmianę z Bellami przewodniczył 
cotygodniowym  spotkaniom  modlitewnym,  na  które 
uczęszczali  członkowie  obu  kościołów.  Dwaj  synowie 
Johnsona,  John  i  Calvin,  również  ogromnie  lubili  Bellów,  a 
jego przybrana córka Theny przyjaźniła się z Betsy.

Możemy sobie bez trudu wyobrazić zmieszanie i niepokój 

pana  Johnsona,  gdy  usłyszał  zdumiewającą  historię 
przyjaciela.  Natychmiast  zgodził  się  przyjść  i  spędzić  noc  w 
jego domu, aby osobiście przyjrzeć się dziwnym zjawiskom i 
pomyśleć, co - jeśli w ogóle cokolwiek - można by zrobić.

Państwo Johnson  przybyli  o umówionej porze i Bellowie 

przyjęli ich ze zwykłą gościnnością. Johnowi i Lucy rozmowa 
o ich  przeżyciach musiała  przynieść  ogromną ulgę.  Nadszedł 
wieczór  i  gdy  zapadły  ciemności,  gospodarze  wraz  z  gośćmi 
udali się do salonu na modlitwy. Pan Johnson był znany jako 
znakomity  mówca,  podziwiany  dla  swojej  swady.  Przy  tej 
okazji  przeszedł  samego  siebie,  przewodnicząc  zebranym  w 

background image

śpiewaniu  hymnów  oraz  modląc  się  w  intencji  uwolnienia 
przyjaciół od ich utrapienia. Kiedy nadszedł czas, aby udać się 
na  spoczynek,  państwo  Johnson  dostali  pokój  obok  sypialni 
Betsy.

Gdy  tylko  goście  weszli  do  łóżka,  zaczęła  się  zabawa -

skrobanie  w  drzwi,  pukanie,  pomruki  oraz  niesamowite 
odgłosy przełykania i mlaskania. Pan Johnson wstał z łóżka i 
zapalił  światło.  Jak  zwykle  położyło  to  kres  działalności 
Ducha  w  tym  pokoju,  hałasy  jednak  przeniosły  się  gdzie 
indziej.  W towarzystwie  państwa Bellów  Johnson podążał  za 
owymi  odgłosami  z  jednego  pomieszczenia  do  drugiego, 
przejęty coraz większym strachem i zdumieniem. Szczególnie 
poraził  go  pewien  zestaw  dźwięków - mlaskanie  jak  gdyby 
niewidzialnych  ust  i  wciąganie  powietrza  wsysanego  przez 
zęby.  Czy  to  możliwe,  zastanawiał  się,  że  owa  niewidoczna 
istota  ma  usta,  organ  mowy,  dzięki  któremu  może  się 
porozumiewać?

- W imię Pańskie! - zawołał. - Kim jesteś? Czego chcesz? 

Co tutaj robisz?

Dźwięki  umilkły.  Państwo  Bell  wpatrywali  się  w  siebie 

nawzajem. Nie przyszło im do głowy, że ich dręczyciel może 
słyszeć  i  rozumieć.  Niestety,  chociaż  pan  Johnson  dostał 
odpowiedź  na  swoje  pytania,  nie  była  ona  taka,  jaką  miał 
nadzieję otrzymać. Stukoty i trzaski rozległy się teraz jeszcze 
głośniej  niż  przedtem.  Betsy  krzyczała  i  zaciskała  kurczowo 
ręce na głowie, gdy coś ciągnęło ją dokuczliwie za złote loki, 
opadające na plecy.

Ogromnie poruszony pan Johnson podniósł do góry ręce.

- To  przechodzi  ludzkie  pojęcie - przyznał. - To  z 

pewnością zjawisko związane ze światem nadprzyrodzonym i 
mamy do czynienia z istotą inteligentną. Czyż nie zaprzestała 
działalności, gdy do niej przemówiono? Radzę ci, mój biedny 
przyjacielu,  zaprosić  innych  znajomych,  aby  również 

background image

prowadzili  dochodzenie  i  próbowali  wszelkimi  środkami 
zgłębić tę tajemnicę.

Pan  Bell  posłuchał  rady  Johnsona.  Duch  Bellów  przestał 

być  prywatnym  „kłopotem  rodzinnym"  i  zamienił  się  w 
przedstawienie  lub  też  widowisko  dla  całej  okolicy.  Rzadko 
trafiał się wieczór, aby jakaś grupa widzów nie usiadła wokół 
ognia  przy  kominku  w  salonie,  mając  nadzieję  na 
demonstrację tajemniczych sił.

Nie  wszyscy  goście  przybywali  jedynie  z  czystej 

ciekawości.  Państwo  Johnson  oraz  ich  synowie  poświęcali 
zjawisku  stałą uwagę, a  księża z lokalnych  kościołów służyli 
rodzinie  duchową  pociechą.  Pastorem  Bellów  był  wielebny 
Fort  z  kościoła  baptystów  w  Drakees  Pond.  Duchowni  z 
kościoła  metodystów,  James  i  Thomas  Gunn,  byli  ściśle 
związani  z  rodziną  relacjami  pokrewieństwa  jak  również 
miłości.  Jesse  Bell,  najstarszy  syn  Johna  i  Lucy,  poślubił 
Marthę Gunn, córkę wielebnego Thomasa, a w swoim czasie 
jeszcze  trzy  młodsze  dziewczęta  Gunnów  wejdą  przez 
małżeństwa do rodziny Bellów.

W  obecności  owych  pobożnych  i  inteligentnych 

dżentelmenów  pokazy  nie  tylko  trwały  nadal,  ale  jeszcze  się 
wzmogły.  Wszędzie  na  polach  i  na  podwórzu  widziano 
dziwne  światła;  kije  i  kawałki  drewna  popędzały  chłopców, 
kiedy wracali po pracy wieczorem. Pan Johnson upierał się, że 
zjawiska  te  powoduje  jakaś  wyższa  inteligencja  i  nadal  ją 
wypytywał: „Ile palców podnoszę do góry?", „Ile osób jest tu 
obecnych?". W końcu padały odpowiedzi wyrażane stukotem 
lub skrobaniem do drzwi. Nigdy nie przyszło jednak do głowy 
temu  niewinnemu  dżentelmenowi,  niemającemu  żadnego 
doświadczenia 

technikach 

prowadzenia 

seansów 

spirytystycznych,  aby  poprosić  przybysza  o  odpowiedź  na 
bardziej  skomplikowane  pytania - odpowiedź  taką  mógłby 
przecież  przekazać,  podając  kolejne  litery  alfabetu.  Pan 

background image

Johnson jedynie namawiał usilnie Ducha, aby przemówił - co 
ów zrobił.

background image

Rozdział piąty
Panowie,  wyobraźcie  sobie  tę  scenę  z  całym  właściwym 

jej staroświeckim urokiem: kobiety w sztywnych perkalowych 
wzorzystych  sukniach  i  w  fartuszkach,  śmiertelnie  poważne 
brodate  męskie  twarze,  wyglądające  niesamowicie  w  blasku 
ognia. Kilka świeczek i lamp wspomagało to oświetlenie, ale i 
tak  według  współczesnych  standardów  pokój  był  ciemny,  a 
umeblowanie  charakteryzowała  spartańska  prostota

-

znajdowały  się  tam  proste  drewniane  krzesła,  plecione 
dywaniki  wykonane  przez  panią Bell  oraz jej  służące, szafka 
zawierająca  kieliszki,  w  których  pan  Bell  miał  zwyczaj 
podawać  swoją  wspaniałą  whiskey;  na  ścianie  być  może 
wisiała wyhaftowana kolorowymi nićmi przez Betsy makatka 
z  pobożnymi  wersetami  z  Biblii.  Wyobraźcie  sobie  również 
oczy  pełne  zaskoczenia  i  przerażenia  oraz  chorobliwą 
ciekawość  obecnych,  gdy  usłyszano  po  raz  pierwszy 
wypowiedzianą szeptem odpowiedź.

Na  początku  Duch  miał  kłopoty  z  mową,  jak  gdyby 

eksperymentował  z  aparatem,  który  nie  był  mu  znany  lub 
znajdował się w złym stanie. Pierwsze dźwięki wydawały się 
słabe,  wypowiedziano  je  urywanym  głosem  i  przeplatały  się 
ze  świszczącymi  oddechami;  gdy  jednak  zgromadzeni  nadal 
zadawali  pytania,  głos  stawał  się  coraz  silniejszy  i  bardziej 
wyrazisty. 

Pierwsza 

logiczna 

wypowiedź 

stanowiła 

powtórzenie modlitwy i hymnu pana Johnsona odmówionych 
w  nocy,  kiedy  ów  po  raz  pierwszy  spotkał  Ducha.  Intruz 
przemawiał głosem pana Johnsona.

Reakcja  na  owo  wystąpienie  musiała  zadowolić  Ducha, 

gdyż  przy  kolejnych  okazjach  wykazał  się  zdumiewającą 
znajomością  Pisma  Świętego  i  talentem  do  dysput.  Jego 
prawdziwy  głos  był  nadzwyczaj  miły;  tajemniczy  gość 
znajdował  upodobanie  w  śpiewie  i  znał  każdy  hymn  z 
modlitewnika.

background image

Choć  zaintrygowani  ryzykowną  sytuacją  w  salonie, 

niektórzy z obecnych nie zapomnieli o głównym przedmiocie 
ich  zainteresowania - pragnęli  odkryć,  co  to  za  istota  i 
dlaczego tu przybyła. Gdyby mogli się dowiedzieć, jakie jest 
jej pochodzenie i cel, może odkryliby też, jak się jej pozbyć. 
Po  godzinach  przesłuchań  głos  w  końcu  odpowiedział  na 
często powtarzane pytanie:

- Jestem  duchem,  który  niegdyś  był  bardzo  szczęśliwy, 

przeszkodzono mu jednak i został unieszczęśliwiony.

Dreszcz  zgrozy  przebiegł  wśród  zebranych,  gdy  padło  to 

wypowiedziane  drżącym  głosem  wyjaśnienie.  Nastąpiły 
potem  gorączkowe  pytania.  Dlaczego  jest  nieszczęśliwy?  Co 
takiego się stało, co zakłóciło jego spokój?

Tajemniczy  głos  uroczyście  wyjaśnił,  że  jest  duchem 

osoby pochowanej w pobliskich lasach.

- Zniszczono  mój  grób,  wykopano  i  rozrzucono  kości. 

Jeden  z  moich  zębów  zaginął  pod  tym  domem  i  oto  jestem, 
aby go szukać.

Oczywiście,  było  to  śmieszne!  Jednak  trudno  winić 

zdesperowanych  Bellów  za  to,  że  chwytali  się  wszelkiej 
nadziei.  Ktoś z rodziny przypomniał sobie na wpół zatarte  w 
pamięci  wydarzenie  sprzed  trzech  lub  czterech  lat,  kiedy  to 
któryś  z  robotników  rolnych,  oczyszczając  ziemię  pod 
uprawy, natrafił na ludzkie kości. Stare groby indiańskie były 
powszechne  w  tym  regionie  i  pan  Bell  kazał  swoim ludziom 
pracować uważnie, by nie zakłócali spokoju zmarłym.

Jednakże  jego  syn  Drewry  wspomniał  o  tym  odkryciu 

przyjacielowi  i  ów  młody  człowiek,  nazwiskiem  Hall, 
zaproponował,  by  przekopać  groby  w  poszukiwaniu 
przedmiotów pozostawionych przy zmarłych.

Licząc  na  odnalezienie  tomahawków  i  strzał,  przeżyli 

rozczarowanie,  gdyż  znaleźli  tylko  rozrzucone  kości.  Hall 
bezmyślnie  podniósł  kość  szczękową  i  zaniósł  ją  do  domu. 

background image

Bez  wątpienia  on  i  Drewry  obeszli  się  z  owymi  szczątkami 
bezceremonialnie,  gdyż  żartowali  i  śmiali  się  z 
lekkomyślnością właściwą swemu młodemu wiekowi. Hall w 
końcu  cisnął  znaleziskiem  o  ścianę.  Jeden  z  zębów  wyleciał 
wskutek uderzenia i wpadł w szczelinę w podłodze. Pan Bell 
akurat wtedy przechodził tamtędy i zdenerwował się, widząc u 
chłopców  taki  brak  szacunku  dla  zmarłych.  Po  zbesztaniu 
winowajców  kazał  jednemu  z  niewolników  zanieść  kość  z 
powrotem na miejsce i zasypać grób.

Bez  wątpienia  cała  rodzina  wiedziała  o  tym  incydencie, 

ale  zapomnieli  o  nim,  dopóki  Duch  nie  ożywił  ich  pamięci. 
Pan  Bell  uważał,  że  warto  zbadać  sprawę,  lecz  chociaż 
zerwano  podłogę  i  przesiano  ziemię,  jaka  się  pod  nią 
znajdowała,  zęba  nie  odnaleziono.  Gdy  skończono  pracę, 
Duch się roześmiał.

- Był to tylko żart, który miał na celu wystrychnięcie na 

dudka starego Jacka Bella - oświadczył.

Ten  postępek  powinien  nauczyć  Bellów,  że  należy  się 

mieć na baczności, słuchając wszelkich podobnych wyjaśnień 
wygłaszanych  przez  niesamowitego  gościa,  ale  następny 
pomysł  Ducha  został  przyjęty  nawet  jeszcze  bardziej 
entuzjastycznie,  być  może  z  tego  powodu,  że  wydawał  się 
atrakcyjny.  Intruz  odwołał  się  bowiem  do  zachłanności 
słuchaczy.

- Jestem  duchem  jednego  z  pierwszych  osadników. 

Przywiozłem  ze  sobą  dużą  sumę  pieniędzy  i  zakopałem  je, 
chcąc  bezpiecznie  przechować  oszczędności  do  czasu,  kiedy 
mi się przydadzą. Jednakże zmarłem, nie wyjawiwszy nikomu 
sekretu  i  powróciłem  pod  postacią  ducha,  aby  ujawnić 
miejsce,  gdzie  ukryłem  pieniądze.  Chcę,  aby  Betsy  Bell  je 
otrzymała.

background image

Dziewczynka  prawdopodobnie  uważała,  że  na  nie 

zasługuje, gdyż Duch lubił wymierzać jej klapsy oraz szarpać 
ją za włosy.

Pomachawszy 

tą 

złotą 

przynętą 

przed 

nosem 

zgromadzonych,  Duch  zaczął  się  targować.  Nalegał,  aby 
spełniono  wiele  dziwacznych  warunków  ustalonych  według 
jego widzimisię, zanim łaskawie zgodzi się powiedzieć, gdzie 
zakopano  skarb.  Drew  Bell  i  jego  szwagier  Bennett  Porter 
mieli  zająć  się  kopaniem.  Pan  Johnson,  do  którego  Duch 
zwracał się poufale, nazywając go „Starą Słodką Gębą", musi 
iść  z  nimi,  aby  sprawdzić,  czy  pracę  wykonano  należycie  i 
zagwarantować, że każdy pens ze skarbu dostanie się Betsy.

Ta  godna  uwagi  oferta  spotkała  się  ze  śmiechem  i 

niedowierzaniem,  ale  w  końcu  wymienione  osoby 
zdecydowały  się  zabrać  do  dzieła.  Nie  spoglądajcie  z  taką 
pogardą,  panowie;  czy  wy  nie  postąpilibyście  tak  samo? 
Instrukcje  Ducha  były  szczegółowe:  pieniądze  zakopano  pod 
dużą płaską skałą na południowo - zachodnim krańcu farmy w 
pobliżu  rzeki.  Duch  bezsprzecznie  znał  każdą  piędź
posiadłości.

Grupa  poszukiwaczy  wstała  o  świcie - stosując  się  do 

kolejnego żądania Ducha - i wyruszyła z łopatami i oskardami 
w dłoniach. Skała była ogromna i tak głęboko wbita w ziemię, 
że  spływającym potem  chłopcom podniesienie  jej  zajęło  całe 
wieki. Pod spodem jednak znajdowało się tylko błoto.

Po  nieco  zaostrzonej  wymianie  zdań  towarzystwo 

postanowiło  się  jeszcze  nie  poddawać.  Pan  Johnson pomagał 
w  podnoszeniu  głazu.  Teraz  usiadł,  aby  odpocząć,  i 
obserwował,  co  się  dzieje,  Drew  i  Bennett  natomiast  kopali. 
Zanim zapadł zmrok, mieli już dół o wymiarach sześć na sześć 
metrów  i  niemal  tak  samo  głęboki,  niczego  jednak  nie 
znaleźli.

background image

Ze  zmierzwionymi  włosami,  brudni  i  źli,  czując  się 

oszukani,  wrócili do  domu.  Kiedy  odpoczywali  w  salonie  po 
kolacji,  usłyszeli  głos  Ducha  krztuszącego  się  ze  śmiechu  z 
figla, jaki im spłatał.

- Drew nieźle radzi sobie z błotem - rechotał. - Jego ręce 

są  do  tego  stworzone  i  lepiej  się  przydają  niż  łopata.  Żadne 
złoto nie przeleci mu przez palce. I Stara Słodka Gęba patrzył 
na  nich,  modląc  się  i  dodając  chłopcom  zapału.  Och,  jak  się 
przy tym spocili!

Jego wesołość była zaraźliwa. Cała rodzina - oprócz, być 

może, wyczerpanego Drew - wybuchnęła salwami śmiechu.

Goście nadal zadawali pytania, a Duch nadal im dokuczał. 

Poinformował  Calvina  Johnsona,  że  jest  duchem  dziecka 
pochowanego w Karolinie Północnej; bratu Calvina, Johnowi, 
przedstawił się zaś jako duch jego macochy. Kolejny wymysł 
nie był już jednak nieszkodliwy.

- Jestem  duchem  czarownicy,  starej  Kate  Batts,  a 

przyszedłem dręczyć Jacka Bella, dopóki nie wyzionie ducha.'

W  innym  czasie  i  w  innym  miejscu  owo  perfidne 

kłamstwo  mogłoby  mieć  poważne  następstwa,  jako  że  w 
tamtej  spokojnej  wiejskiej  społeczności  nie  było  bardziej 
odpowiedniej kandydatki na czarownicę niż pani Kate Batts.

Wiemy wszyscy, panowie, że niewskazane jest zezwolenie 

kobietom,  by  trudniły  się  one  handlem  czy  też  uprawianiem 
męskich zawodów. Istnieje  niebezpieczeństwo, iż odkryją,  że 
są równie w tym dobre jak my. Choroba męża zmusiła panią 
Batts  do  odgrywania  męskiej  roli  i  niewiasta  owa  okazała 
godne  uwagi  uzdolnienia  do  interesów.  Rodzina  była 
zamożna, miała dobrze uprawianą farmę i wielu niewolników. 
Kate  nie  tylko  prowadziła  gospodarstwo,  lecz  także 
zajmowała się sprzedażą produktów z wełny, a jej niewolnice 
przędły, tkały i szyły. To dawało ich właścicielce pretekst, aby 
odwiedzać  sąsiadów,  sprzedawać  im  ubrania  oraz  kupować 

background image

surową  wełnę.  Była  niezwykle  odważną  kobietą  i  kiedy 
wyruszała  na  swój  tygodniowy  obchód  na  czele  gromady 
służby,  ludzie  mieli  całkiem  niezłe  widowisko.  Na  przedzie 
jechała młoda służąca na starej szarej szkapie Kate. Sama pani 
Batts szła z tyłu, ubrana w swoje najpiękniejsze suknie. Nigdy 
nie widziano, aby jechała konno.

Gdyby  Kate  Batts  była  biedna  i  potulna,  swoimi 

dziwactwami  mogłaby  tylko  napytać  sobie  biedy.  Ponieważ 
jednak  była  bogata  i  odznaczała  się  wyjątkowo  ostrym 
językiem,  cieszyła  się  niechętnym  szacunkiem  otoczenia. 
Ludzie  wszakże  śmiali  się  z  niej  za  plecami,  powtarzając 
banalne historie o jej dziwacznym zachowaniu. Na przykład o 
tym,  jak  na  zebraniu  wiernych  usiadła  na  skruszonym 
grzeszniku  i  swoim  ciężarem  niemal  zagniotła  biednego 
człowieka na śmierć, zanim zdołał wyznać swe winy i błagać 
o ich odpuszczenie.

Kiedy  do  pani  Batts  dotarły  pogłoski,  że  duch  Bellów 

utrzymuje,  iż  do  niej  należy,  jak  określił  to  współczesny 
świadek,  zrobiła prawdziwe  piekło.  Jej  oczy  rzucały 
błyskawice  i  obracała  językiem  jak  szalona,  miotając 
przekleństwa  zmieszane  z  niewłaściwie używanymi słowami, 
z  czego  słynęła.  Nie  mogłaby  wymyślić  lepszej  obrony; 
groźne oskarżenie stało się tylko kolejną zabawną dykteryjką 
o zwariowanej Kate Batts.

Pomimo  to  niektórzy  przesądni  w  nią  uwierzyli, 

szczególnie  kiedy  przypomniano  sobie,  iż  John  Bell 
przechytrzył  kiedyś Kate  w pewnej transakcji handlowej i  że 
powiedziała wtedy głośno, co o nim myśli, wyrażając się przy 
tym  bardzo  dosadnie.  Ludzie  owi  szeptali  o  tajemniczych 
siłach Kate, których jakoś nikt nie zauważył, dopóki Duch nie 
przemówił.  Tak  więc  owa  dziwna  istota,  która  nawiedziła 
Bellów, stała się znana jako czarownica i od tej pory chętnie 

background image

odpowiadała  na  pytania,  gdy  goście  zwracali  się  do  niej 
„Kate".

Był  to  niewinny  finał  sprawy,  która  mogłaby  się 

zakończyć  procesem  kobiety  i  szubienicą  lub  pętlą  czy  też 
samosądem.  To,  że  się  tak  nie  stało,  było  częściowo  zasługą 
Johna  Bella,  który  konsekwentnie  i  ostro  wyśmiewał 
oskarżenie.  Owszem,  pani  Batts  obrzuciła  go  niegrzecznymi 
wyzwiskami i obiecywała, że mu się odpłaci; tak samo zresztą 
zachowywała  się  wobec  innych  ludzi,  którzy  okazali  się 
sprytniejsi w interesach. Choć bez wątpienia dziwaczka, była 
to  jednak  dobra,  szczerze  pobożna  niewiasta  i  wszelka  myśl, 
że zajmuje się czarami, stanowi wręcz absurd.

Jak  gdyby  rozdrażniony  tym,  że  pan  Bell  sprzeciwił  się 

owemu  stwierdzeniu,  Duch  zaczął  wtedy  wystawiać 
cierpliwość Johna na próbę. Przedstawił cztery nowe postaci -
całą  rodzinę  złych  duchów.  Nazywały  się  one  Czarny  Pies, 
Matematyka,  Kypokryfia  oraz  Jeruzalem.  Głos,  który 
dotychczas był słodki i łagodny, zmieniał się, dopasowując do 
owych  istot.  Czarny  Pies,  głowa  rodziny,  mówił  ochrypłym, 
ale wyraźnie kobiecym głosem; Jeruzalem zaś przemawiał jak 
młody  chłopiec.  Matematyka  i  Kypokryfia  miały  odmienny 
tembr,  w  obu  przypadkach  należał  on  jednak  do  kobiet. 
Jednakże  język,  jakim  się  posługiwały,  był  zupełnie 
nieodpowiedni dla płci pięknej. Najohydniejsze bluźnierstwa i 
pogróżki  szokowały  słuchaczy.  Richard  ujął  to  zwięźle: 
brzmiały one tak, "jak gdyby wielu pijanych mężczyzn biło się 
ze sobą".

Złośliwe  pogróżki  skierowane  pod  adresem  pana  domu 

stanowiły  część  popisów  Ducha  i  John  Bell  poważnie 
zastanawiał  się  nad  opuszczeniem  domu  i  przeniesieniem  się 
gdzie  indziej.  Byłoby  to  daremne - uprzedzała  go  „rodzina 
czarownic"; podążą one za starym Jackiem aż na krańce ziemi.

background image

Przyjaciele  nie odstąpili  Bellów  w  tym  okropnym czasie. 

Co  noc  towarzyszyły  nieszczęśnikom  przynajmniej  cztery 
osoby, przysłuchując się wrzaskom z przerażeniem i kłócąc z 
ohydnymi  głosami.  Wieczór  zazwyczaj  kończył  się  tym,  że 
Czarny  Pies  groził  pozostałym  duchom  pobiciem  ich,  jeśli 
odmówią wykonania poleceń. Pewnego razu wszystkie cztery 
zjawy upiły się straszliwie, śpiewały sentymentalne piosenki i 
napełniły  cały  dom  odorem  alkoholu.  Zdobyły  go,  jak 
wyjaśnił  Czarny  Pies,  w  pustym  domu  Johna  Gardnera, 
jednego z sąsiadów.

Na  szczęście  dla  zdrowia  psychicznego  pana  Bella  czas 

awantur  nie  trwał  długo.  Rodzina  czarownic  zajęła  się 
śpiewaniem 

pobożnych 

hymnów 

zamiast 

pijackich 

przyśpiewek  i  w  końcu  zniknęła,  pozostawiając  na  miejscu 
„Kate" - starego  rodzinnego  Ducha,  aby  sprawował  swoje 
rządy.

Indagujący  go  ludzie  nigdy  nie  poznali  odpowiedzi  na 

jedno ze swoich pytań. Duch nie wyjaśnił, skąd pochodzi, ani 
nie  wskazał  im  pomysłu,  jak  można  by  go  odprawić.  Na 
drugie  pytanie - jaki  jest  cel  jego  przybycia - uzyskano 
wszakże odpowiedź. Duch był takim skończonym kłamcą, że 
najpierw nie potraktowali jego wyjaśnień poważnie, lecz tym 
razem  powiedział  szczerą  prawdę.  Przyszedł,  aby  zadręczyć 
na śmierć Johna Bella.

background image

Rozdział szósty
Począwszy od wulgarnych awantur rodziny czarownic do 

słodkiego  śpiewania  hymnów,  od  złośliwych  plotek  po 
nabożne  dysputy  na  tematy  religijne,  Duch  charakteryzował 
się  czymś,  co  można  określić  jako  uderzającą  niespójność 
charakteru.  Mimo  to  ośmielę  się  stwierdzić,  że  nie 
zachowywał się bardziej nielogicznie niż większość mężczyzn 
i kobiet, których osobowość również podatna jest na zmiany -
szczególnie  kiedy  znajdują  się  pod  wpływem  alkoholu.  Jeśli 
zbadamy  zachowanie  intruza,  odkryjemy  podstawowy 
schemat jego postępowania.

Przebywał  z  Bellami  niemal  cztery  lata.  Nie  muszę 

przypominać wam, panowie, że jest to jedna ze szczególnych 
cech  tego  przypadku.  Rozważcie  niektóre  implikacje,  jakie  z 
niej  wynikają.  Wskutek  zwykłej  poufałości  rodzina  zaczęła 
traktować ową niesamowitą istotę jak starego znajomego - nie 
takiego, być może, o którego przyjaźń warto by zabiegać, ale 
pod  wieloma  względami  nie  bardziej  dokuczliwego  niż 
zrzędzący krewniak w sędziwym wieku. Nic dziwnego, że po 
roku  lub  dwóch  przyjęli  go  z  taką  samą  rezygnacją,  jaką 
okazaliby w stosunku do źle wychowanego gościa.

Musimy  również  pamiętać,  że  w  tym  długim  czasie 

dziesiątki  osób  słyszało  i  badało  ów  tajemniczy  głos,  a 
niektóre  z  nich  były  wykształconymi  ludźmi  o  dość 
sceptycznym  nastawieniu  do  oglądanych  zjawisk.  Eksperci 
owi  podejrzewali  pewnych  członków  rodziny  Bellów  o 
oszustwo,  ale  nigdy  nikogo  na  nim  nie  przyłapano.  Jeden  z 
obserwatorów  położył  nawet  dłoń  na  ustach  Betsy,  aby 
sprawdzić, czy tym uciszy głos Ducha. Możemy być pewni, że 
znaleźliby się tacy wśród owych sceptyków, którzy ogłosiliby 
światu  swój  triumf,  gdyby  udało  im  się  odkryć  tajemnicę. 
Żaden z nich jednak nigdy tego nie zrobił.

background image

Mówiłem,  że  Duch  przejawiał  pewną  niespójność 

charakteru,  ale  w  sposobie  traktowania  obserwatorów 
wyraźnie  widać  było  jednak  logikę.  Przybywali  nie 
dziesiątkami,  ale  setkami,  przeważnie byli  to  poszukiwacze
osobliwości,  którzy  przyjeżdżali  z  daleka,  aby  obejrzeć  to 
widowisko. Pan Bell znosił wszystko z anielską cierpliwością, 
oferując  jedzenie  i  mieszkanie  tylu  gościom,  ilu  mógł 
pomieścić,  i  nigdy  nie  przyjmując  nawet  centa  zapłaty. 
Niekiedy farma Bellów musiała przypominać wędrowny cyrk 
z  wozami  i  furami  przywiązanymi  do  każdego  kołka  przy 
płocie i namiotami rozstawionymi na łąkach.

Duch  ogromnie  lubił  towarzystwo  i  rzadko  sprawiał 

zawód  przybyłym,  nie  prezentując  swoich  umiejętności. 
Pokazał  niektóre  spośród  swoich  najlepszych  numerów 
pewnemu  tajemniczemu  angielskiemu  dżentelmenowi,  o 
którym wspomniał John junior, opisując go jako „mężczyznę z 
klasy  wyższej  o  wielkiej  inteligencji".  Być  może  John  po 
prostu  zapomniał  nazwiska  przybysza,  ale  wydawało  się,  że 
napomknął  o  pewnych  szczególnych  powodach  utrzymania 
tożsamości gościa w tajemnicy. Jeśli ów Anglik rzeczywiście 
istniał,  to  nie  zostawił  żadnej  notatki  ze  swoich  spotkań  z 
Duchem,  chociaż  według  Johna  juniora  zatrzymał  się  u 
Bellów na kilka miesięcy.

Najbardziej  utkwił  w  pamięci  widzów  wyczyn  zjawy 

dotyczący dwóch pastorów, których już poznaliśmy. Zdarzyło 
się  to  w  niedzielę  wieczorem,  po  dopełnieniu  przez  nich 
porannych  obowiązków.  Wielebny  Fort  wygłosił  kazanie  w 
kościele  baptystów,  a  wielebny  Gunn  przedstawił  swoje 
metodystom. Oba nabożeństwa rozpoczęły się o zwykłej porze
- czyli o jedenastej przed południem, a kościoły oddalone były 
od siebie prawie o dwadzieścia kilometrów.

background image

Gdy  wszyscy  relaksowali  się  po  wieczornym  posiłku, 

Duch zaczął wypytywać wielebnego Gunna o pewne subtelne 
punkty doktrynalne w jego kazaniu.

- Skąd wiesz, na jaki temat mówiłem? - zapytał zdumiony 

pastor.

- Byłem tam i słyszałem pana - padła odpowiedź.

Głos  powtórzył  czytania,  kazanie  i  modlitwę  na  wyjście, 

wspaniale naśladując głos kaznodziei.

- No cóż - zauważył żartem jeden z gości - tym razem brat 

Fort ma przewagę. Duch nie może skrytykować jego kazania, 
ponieważ słuchał wielebnego Gunna.

- Ależ, owszem, mogę - odrzekł głos.
- Skąd wiesz, co mówił?
- Byłem obecny tam również i słyszałem go.

Po tym wyznaniu nastąpiło dokładne powtórzenie kazania 

pastora baptystów jego własnym głosem.

Żaden ze słuchaczy nigdy nie zapomniał tak niezwykłego 

wydarzenia.  Bawiąc  z  wizytą,  Anglik  został  uraczony 
dodatkowymi przykładami  możliwości  Ducha.  Pewnego 
wieczoru  ten  oznajmił,  że  właśnie  odwiedził  odległy  dom 
gościa i rozmawiał z rodziną. Powtórzył rozmowę, naśladując 
głosy matki i brata dżentelmena. Chociaż Duch chciał jedynie 
zapewnić angielską rodzinę, że ich ukochany nieobecny syn i 
brat  ma  się  dobrze,  i  przekazać  wszelkie  wiadomości,  jakie 
mieliby  ochotę  przesłać,  jego  wizyta  nie  była  udana.  Matka 
dżentelmena  pożegnała  go  uwagą,  że  słyszał  i  widział  już 
dostatecznie dużo, dodając:

- Nie  życzymy  sobie  więcej  podobnych  odwiedzin.  No 

cóż, trudno ją za to winić.

Nie  wszyscy  goście  przyjeżdżali,  aby  zaspokoić  swoją 

ciekawość.  Niektórzy  żywili  pewne  nadzieje  na  rozwiązanie 
zagadki.  Niejaki  Jack  Busby  znany  jako  Zabójca  Czarownic, 
zgłosił  gotowość  unicestwienia  Ducha  za  pomocą  srebrnych 

background image

poświęconych  kul,  powszechnie  znanej  broni  w  walce  ze 
złymi  duchami.  Bellowie  powitali  go  uprzejmie,  chociaż 
podejrzewam,  że  taki  zatwardziały  racjonalista  jak  John  Bell 
nie wierzył zbytnio w przechwałki przybysza.

Na  początku  jednakże  obecność  Zabójcy  Czarownic 

zdawała się onieśmielać Ducha i nie słyszano go wcale przez 
tydzień. Busby przypisywał sobie całą zasługę i szykował się 
już do wyjazdu, mówiąc, że musi się zająć innymi sprawami.

- Jednakże - dodał  wielkodusznie - wrócę,  jeśli  Duch 

powróci. Kiedy wsiadał na konia, zwierzę wywróciło oczami i 
mimo próśb

ani  drgnęło.  Busby  usilnie  namawiał  je  do  ruszenia  z 

miejsca kopnięciami i krzykami, lecz na próżno. Wtedy nagle 
zwierzę zaczęło stawać dęba.

- Potrafię  sprawić,  aby  koń  ruszył,  Busby,  ty  stary 

szarlatanie! - zawołał Duch. - Niech no tylko usiądę z tyłu.

Koń  cwałował  w  największym  pędzie,  a  jeździec 

rozpaczliwie ściskając kapelusz, walczył, aby się utrzymać w 
siodle. Nie trzeba dodawać, że nie wrócił.

Kolejny  gość,  który  nazywał  się  „zawodowym 

detektywem", miał inne podejście do sprawy. Bellowie nigdy 
nie widzieli pana Williamsa ani o nim nie słyszeli, aż do dnia 
kiedy  wszedł  pod  ich  dach  i  zaoferował  swoje  usługi,  ale 
przyjęli go tak, jak przyjęliby każdego - grzecznie i z wielką 
wyrozumiałością.

Williams  był  tęgim,  przystojnym  i  bardzo  wystrojonym 

mężczyzną,  jego  maniery  jednak  okazały  się  nie  aż  tak 
przyjemne  jak  wygląd.  Po  kilku  dniach,  kiedy  to  Duch 
zachowywał 

pełne 

skromności 

milczenie, 

przybysz 

poinformował  innego  gościa,  że  oto  znalazł  rozwiązanie 
zagadki.  Jak  podejrzewał,  w  tej  sprawie  nie  ma  nic 
nadprzyrodzonego.  Bellowie  sami  wymyślali  owe  wszystkie 
sztuczki,  szukając  sensacji - chociaż  nie  wyjaśnił,  dlaczegóż 

background image

niby mieliby pragnąć czegoś, co pozbawiało ich odpoczynku, 
prywatności i spokoju umysłu.

Kiedy  John  Bell  dowiedział  się  o  teorii  detektywa, 

wybuchnął gniewem. Uważał, że nadużyto jego gościnności i 
wyraził zamiar wyrzucenia oszczercy z domu.

- Drobiazg,  stary  Jacku - odrzekł  Duch. - Już  ja  się  tym 

zajmę. Tak więc pan Bell nic nie powiedział. Robiło się późno 
i nie

chciał  wypraszać  gościa  z  domu  w  ciemną  noc,  gdy  w 

pobliżu  nie  było  żadnego  innego  lokum.  Oprócz  tego  dobrze 
były  mu  już  znane  metody  Ducha,  a  nie  byłby  istotą  ludzką, 
gdyby  w  pewien  sposób  nie  oczekiwał  z  niecierpliwością 
chwili, kiedy zobaczy, jak „zajęto się" oszczercą.

Duch  wyczekał  sposobnej  chwili,  aż  cała  rodzina  położy 

się  spać.  Dom  tak  był  wypełniony  gośćmi,  że  pani  Bell 
musiała polecić, by rozłożono sienniki na podłodze w salonie. 
„Zawodowy detektyw" miał jedno z tych luksusowych posłań 
dla  siebie;  był  zbyt  tęgi,  aby  dzielić  je  z  kimś  innym.  Gdy 
tylko  światła  zgasły,  inni  goście  usłyszeli  przeraźliwe  krzyki 
Williamsa. Duch przygniótł mężczyznę do siennika, waląc go 
i przeklinając.

Gdy  przyniesiono  świecę,  ciosy  ustały,  ale  pełne 

przekleństw komentarze Ducha na temat charakteru detektywa 
trwały  nadal.  Przestraszony  Williams spędził  pozostałą  część 
nocy, siedząc na krześle z zapaloną świeczką obok. Wyjechał 
o  świcie,  odrzucając  uprzejme  zaproszenie  pana  domu  na 
śniadanie.

Najsławniejszym  z  poszukiwaczy  osobliwości  okazał  się 

jednak  generał  Andrew  Jackson,  naczelny  dowódca  Johna 
Bella  juniora  w  Nowym  Orleanie.  „Staremu  Orzechowi" 
nieobce  były  skandale;  gwałtowny  temperament  doprowadził 
go  do  kilku  pojedynków,  a  namiętne  uczucia  sprawiły,  że 

background image

poślubił pewną damę, zanim jeszcze zakończono formalności 
rozwodowe z jej poprzednim małżonkiem.

Ten wybitny wojskowy przybył z dużą świtą oraz wozem 

załadowanym  zaopatrzeniem.  Kawalkada  niemal  dotarła  do 
domu,  kiedy  konie  przystanęły  i  nie  można  było  ich  zmusić, 
aby  ruszyły,  chociaż  nic  nie  wstrzymywało  biegu 
wierzchowców.

- To czarownica! - wykrzyknął któryś z jeźdźców. Gdzieś 

w przydrożnych krzakach rozległ się głos:

- W  porządku.  Mogą  teraz  ruszać  dalej,  generale.  I 

ruszyły.

Bellowie  przywitali  dostojnego  gościa  i  poczęstowali  go 

dobrym obiadem. To wykluczone, by generał rozbijał namiot 
na  łące;  najlepszy  pokój  gościnny  bynajmniej  nie  był  zbyt 
dobry  dla  takiej  znakomitości.  Przed  udaniem  się  na 
spoczynek  towarzystwo  zebrało się  wokół  kominka  i  nie 
musimy długo zgadywać, co stanowiło temat owej rozmowy.

Pewien  mężczyzna  ze  świty  generała  trudnił  się  tym 

samym  co  Jack  Busby - uśmiercaniem  czarownic.  Był  to 
postawny  mężczyzna  z  płomiennymi  oczami  i  orlim  nosem. 
Podobnie  jak  Busby  miał  zaufanie  do  broni  palnej.  Z  dumą 
pokazał swój pistolet i powiedział, że nie może się doczekać, 
kiedy go wypróbuje.

Duch  nie  skomentował  jego  słów  w  żaden  sposób,  a  ów 

bufon  chełpił  się  coraz  głośniej.  Jackson,  który  nigdy  nie 
odznaczał  się  cierpliwością,  nie  mógł  sobie  znaleźć  miejsca. 
Czekał,  aż  coś  zacznie  się  dziać.  Nagle  prześmiewca  zerwał 
się na równe nogi i złapał za tylną część spodni.

- Chłopcy, kłuje mnie tysiąc szpilek - wrzasnął.
- Jestem  przed  tobą - odezwał  się  szyderczy  głos. -

Strzelaj!  Łowca  czarownic  wyciągnął  pistolet,  wycelował  i 
próbował pociągnąć za spust. Broń jednak nie wypaliła.

background image

- Teraz  nadeszła  noc,  więc  mogę  się  zabawić - oznajmił 

Duch  z  chichotem.  Głowa  ofiary  przekręcała  się  z  jednej 
strony  na  drugą  i  słyszano  odgłos  głośnych  uderzeń  w 
policzki.

- Ciągnie mnie za nos! - wrzeszczał łowca czarownic.

Udało  mu  się  dobiec  do  drzwi,  które  usłużnie  się  przed 

nim otworzyły. Gdy biegł z krzykiem do wozu, głos szydził i 
wygwizdywał go długo.

Jackson aż zrywał boki ze śmiechu.

- Nigdy  nie  słyszałem  ani  nie  widziałem  czegoś  tak 

zabawnego  i  tajemniczego - oświadczył  zachwycony. -
Chciałbym zostać tu z tydzień.

Chociaż pan Bell na pewno poczuł się urażony, że pobyt w 

jego  domu  potraktowano  jako  rozrywkę,  zapewnił 
pozbawionego taktu gościa, że może zostać tak długo, jak ma 
ochotę.

Duch również był miły.

- Jest  jeszcze  jeden  oszust  w  pańskim  towarzystwie, 

generale - skomentował. - Dostanę go jutro w nocy. Teraz robi 
się już późno; chodźmy spać.

W nocy  generał Jackson zmienił zdanie. Trudno wszakże 

podejrzewać  bohatera  z  Nowego  Orleanu  o  tchórzostwo,  a 
więc to ktoś inny z jego świty musiał się obawiać, że zostanie 
zdemaskowany,  i  namówił  dowódcę,  aby  zrezygnował  z 
dalszej  gościny  w  domu  Bellów.  Jednakże  sam  generał 
przyznał później, że był mocno zaniepokojony.

- Na Najwyższego, niczego nie widziałem, ale słyszałem 

dostatecznie  dużo,  aby  nabrać  przekonania,  że  wolałbym 
walczyć  z  Brytyjczykami  niż  z  utrapieniem,  które  zwą 
Duchem Bellów.

background image

Rozdział siódmy
Teraz  przyznam,  panowie,  że  opowieści  te  otacza 

atmosfera  tajemnicy - jak  ktoś  mógłby  powiedzieć - aura, 
podobna  do  tej,  jaka  cechowała  apokryfy.  Pomimo  to 
zawierają  one  kilka  ważnych  tropów.  Zauważcie,  bardzo 
proszę,  że  niektórzy  goście  przybyli  z  jawnym  zamiarem 
zdemaskowania oszustwa i że im się to nie udało. Zauważcie 
również,  że  w  traktowaniu  widzów  Duch  daleki  był  od 
niekonsekwencji.  Rezerwował  szyderstwa  i  policzki  dla 
sceptyków, a grzecznie traktował uprzejmych.

Model ten staje się wyraźniejszy, kiedy zajmiemy się jego 

relacjami  z  bliskimi  przyjaciółmi - powiedzieć  można - z 
niemal  "jego  bliskimi  przyjaciółmi".  Niektórzy  sąsiedzi 
Bellów  bardzo  się  zaprzyjaźnili  z  tajemniczym  intruzem. 
Uwielbiał  on  pogawędki  i  był  znacznie  mniej  skłonny  do 
brzydkich  figli,  gdy  zajął  się  rozmową.  Z  tego  też  powodu 
jeden  z  przyjaciół  Johna  Bella  spełnił  prawdziwie  dobry 
uczynek,  kiedy  obiecał,  iż  będzie  rozmawiał  ze  zjawą  kilka 
godzin. Biedny gospodarz prawdopodobnie korzystał wtedy z 
ciszy i spokoju, by uciąć sobie krótką drzemkę.

James Johnson, pierwszy sąsiad, który zawarł znajomość z 

Duchem,  był  jego  szczególnym  ulubieńcem.  Chociaż  ów 
dokuczał  mu  i  nazywał  „Starą  Słodką  Gębą",  żywił  uznanie 
dla  godnego  podziwu  charakteru  tego  człowieka.  James  nie 
był  jednak  tak  zabawny  jak  jego  syn  John  i  Duch  uwielbiał 
urządzać  sobie  z  nim  właśnie  zawody,  kto  ma  celniejszy 
dowcip.  Sąsiedzi  zdawali  się  dobrze  znać  charakter  Johna 
seniora.  Był  on  wspaniałym  przykładem  szczerego  i 
towarzyskiego  dżentelmena,  ale  nie  gardził  podstępami,  aby 
osiągnąć jakieś korzyści dla siebie. Jego brat Calvin natomiast 
pozbawiony  był  przebiegłości  i  odznaczał  się  całkowitą 
prostotą i uczciwym charakterem.

background image

Pewnego  wieczoru  bracia  omawiali  z  gospodarzami 

niektóre  błazeństwa  Ducha.  Czy  był  on  istotą  cielesną,  tylko 
niewidzialną?  Musi  mieć  ręce;  zbyt  wiele  osób  czuło  jego 
mocne uderzenia w policzki.

Nagle  Duch  wtrącił  się  do  tej  rozmowy.  Tak,  ma  dłonie; 

czy  Calvin  chciałby  potrzymać  go  za  rękę  przez  chwilę? 
Calvin oczywiście chciał.

- Musisz obiecać, że nie będziesz trzymać mnie za długo 

ani ściskać - ostrzegł go głos.

Calvin obiecał i wyciągnął dłoń.
Palce,  które  spoczywały  na  jego  ręce  nieśmiało  i  przez 

moment, były tak czułe i delikatne jak palce kobiety.

Nieco  zirytowany  John  poprosił,  aby  i  on  mógł 

doświadczyć tej samej łaski.

- Szukasz tylko okazji, aby mnie złapać - odrzekł chytrze 

Duch.

- Nie, nie, zapewniam, że tak nie jest.
- Znam  cię.  Jesteś  przebiegłym  łajdakiem,  który  próbuje 

mnie schwytać, ale ja ci nie zaufam.

Tak  więc  Calvin  Johnson  jako  jedyny  człowiek  poczuł 

dotyk Ducha - pomijając uderzenia w policzki i uszczypnięcia. 
Inny  sąsiad  natomiast  trzymał  tajemniczego  gościa  w 
objęciach.

William Porter spędzał noc po nocy z Bellami w nadziei, 

że  im  pomoże.  Miał  dobre  stosunki  z  Duchem,  który  lubił 
rozmawiać z nim niemal tak bardzo jak z Johnem Johnsonem. 
William,  nazywany  przez  swoich  przyjaciół  Billym,  nie  był 
żonaty.  Jego  chata,  zrobiona  z  drewnianych  bali,  była 
typowym domem kawalera - miała tylko dwa pomieszczenia. 
Na jednym krańcu dużej izby znajdował się mały kominek. W 
drugim  pokoju  Billy  miał  sypialnię  i  w  zimne  noce  nie 
zamykał drzwi, aby docierało do niego ciepło ognia.

background image

Pewnego  zimowego  wieczora  Billy  przyszedł  do  Bellów, 

gdzie  zebrane  towarzystwo  oczekiwało  na  pojawienie  się 
Ducha. Wyglądał na bardzo poruszonego i nie trzeba go było 
długo namawiać, aby opowiedział, co mu się przydarzyło.

- Wczoraj  w  nocy  było  zimno  i  zanim  poszedłem  spać, 

nałożyłem dużo drew do kominka, aby ogrzać dom. Gdy tylko 
położyłem  się  do  łóżka,  usłyszałem  obok  siebie  odgłosy 
drapania  i  uderzeń.  Pomyślałem,  że  dźwięki  te  przypominają 
figle Kate, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Wtedy 
poczułem, że ktoś ściąga ze mnie nakrycie i usłyszałem słowa: 
„Billy,  przyszłam,  aby  spać  z  tobą  i  cię  ogrzać".  „Dobrze, 
Kate - odpowiedziałem - ale jeśli chcesz ze mną spać, musisz 
się odpowiednio zachowywać". Trzymałem kurczowo kołdrę, 
czując,  że  ktoś  mi  ją  wyrywa.  Miałem  wrażenie,  iż  coś 
podnosi ją z łóżka po drugiej stronie i jakaś istota podobna do 
węża  wczołguje  się  pod  przykrycie.  Nigdy  nie  bałem  się 
czarownicy  ani  tego,  że  zrobi  mi  krzywdę,  ale  z  emocji 
wstrząsnął  mną  zimny  dreszcz  i  doświadczyłem  uczucia, 
jakby  łamano  mi  wszystkie kości  w  całym  ciele,  co  było  po 
prostu okropne. Narzuta  nadal się zsuwała, chociaż cały czas 
kurczowo  ją  trzymałem.  W  końcu  leżała  zwinięta  w  rulon  w 
nogach łóżka, tak jakby okręcił się nią niezbyt duży chłopiec, 
dla  mnie  nie  pozostawiając  ani  kawałeczka  przykrycia.  W 
sekundę  wyskoczyłem  z  łóżka  i  gdy  przyglądałem  się 
zaplątanemu w narzutę Duchowi, przyszła mi do głowy myśl: 
Mam cię teraz i wrzucę cię w ogień!

W jednej chwili pochwyciłem zrolowaną kapę w ramiona i 

ruszyłem  z  nią  do  kominka.  Była  bardzo  ciężka  i  miała 
okropny zapach. Nie doszedłem jeszcze do połowy pokoju, a 
mój ciężar stał się tak wielki i wydawał tak ohydny zapach, że 
musiałem  upuścić  go  na  podłogę  i  wybiec  na  zewnątrz,  aby 
zaczerpnąć  świeżego  powietrza.  Fetor,  wydobywający  się  z 
rulonu, był najwstrętniejszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek 

background image

czułem.  Po  prostu  mnie  dusił  i  nie  wytrzymałbym  go  ani 
sekundy dłużej.

Gdy już złapałem oddech, wróciłem do pokoju i ostrożnie 

zebrałem  w  dłonie  zwiniętą  narzutę.  Kiedy  ją  wytrząsnąłem, 
nie miała już tak niezwykłego ciężaru ani wstrętnego zapachu. 
Pomyśleć, że byłem bliski pochwycenia czarownicy!

Jedną  z  mniej  miłych  cech  Ducha  była  jego  antypatia  do 

niewolników  rodziny  Bellów  objawiająca  się  w  wulgarnych, 
rzucanych  prosto  z  mostu  słowach.  Nie  skomentuję  w  całej 
rozciągłości owych trywialnych wyrażeń, powiem jedynie, że 
relacje  pomiędzy  panem  i  niewolnikiem  na  tych  zachodnich 
farmach były całkiem odmienne od tych, które przeważały na 
wielkich  wschodnich  plantacjach zatrudniających  nawet  setki 
ludzi.  Pan  Bell  pracował  razem  ze  swoimi  niewolnikami, 
wielu  z  nich  dorastało  w  jego  rodzinie.  Zasady  religijne  nie 
dozwalały  na  okrucieństwa  w  stosunku  do  niewolników -
chociaż 

dopuszczały 

większą 

niesprawiedliwość, 

mianowicie  samo  niewolnictwo - a  w  tej  ściśle  ze  sobą 
związanej  społeczności  właściciel  nie  mógł  znęcać  się  nad 
swoimi sługami, aby ten fakt nie był znany i potępiony przez 
równych  mu  współobywateli.  Posiadacze  niewolników  tacy 
jak  Bellowie  odnosili  się  jednak  do  tych  ludzi  z  pewnego 
rodzaju  pogardliwą  dobrodusznością.  Z  upodobaniem  też 
tkwili w słodkiej iluzji, że ich życzliwość jest odwzajemniona 
i być może zresztą w niektórych przypadkach tak nawet było. 
Pod  tym  pozornym  posłuszeństwem  i  służalczością  w 
stosunku  do  małej  panienki  oraz  drogiego  starego  pana 
musiało jednak wrzeć całe morze palącej nienawiści.

Duch nienawidził „czarnuchów". Słowem takim nigdy nie 

posłużyliby  się  Bellowie - pod  tym  i  wieloma  innymi 
względami  odnoszenie  się  zjawy  do  przedstawicieli  rasy 
kolorowej  przypominało  zachowanie  najniższych  i  najmniej 
wykształconych  klas  społecznych.  Duch,  będąc  snobem,  gdy 

background image

chodziło  o  pochodzenie,  wolał  przyjemności  życia  w  domu 
pana od biednych chat niewolników i nigdy nie słyszano, aby 
wtargnął  do  ich  kwater.  Gdyby  jednak  któryś  ze  służących 
zaryzykował  i  wyszedł  z  domu  po  zapadnięciu  zmroku, 
mogłoby go spotkać coś, czego bynajmniej się nie spodziewał.

Harry  miał  kilkanaście  lat,  kiedy  tajemnicza  istota 

pojawiła  się  po  raz  pierwszy.  Dożył  podeszłego  wieku  i 
pięćdziesiąt  lat  później  nadal  pracował  dla  rodziny  Bellów. 
Dzieci  nazywały  go  „Wujem  Hackiem"  i  uwielbiały  słuchać 
opowieści  o  spotkaniu  z  Duchem.  Możemy  być  pewni,  iż  w 
miarę  upływu  lat  historie  te  nie  straciły  nic  ze  swego 
dramatyzmu.  Do  obowiązków  Harry'ego  należało  między 
innymi  rozpalanie  ognia.  Było  to  ważne  zadanie  w  czasach, 
gdy  w pokojach kominki  stanowiły  jedyne źródło  ciepła.  Jak 
wszyscy  młodzi  ludzie  Harry  lubił  spać  do  późna,  gdy  tylko 
mogło  mu  to  ujść  na  sucho.  Zimy  w  Tennessee  bywają 
mroźne; pan Bell wstawał wcześnie rano i wyprowadzało go z 
równowagi,  gdy  podnosił  się  z  ciepłego  łóżka,  a  chłopak  nie 
rozpalił jeszcze ognia.

John Bell nie mógł być surowym panem, skoro kary, jakie 

otrzymywał  Harry,  zupełnie  nie  skutkowały.  Pewnego  ranka 
Harry  bardzo  się  spóźnił.  Gdy  klęczał  przy  palenisku, 
dmuchając  w  żar,  by  rozniecić  ogień,  sucha  szczapa  na 
podpałkę  uniosła  się  w  powietrze  i  zaczęła  wymierzać  mu 
klapsy w tylną część ciała. Na próżno Harry starał się uniknąć 
razów. Niewidzialne dłonie pochwyciły go, cisnęły na krzesło 
i  tłukły  coraz  mocniej.  Odgłosy  uderzeń  i  krzyki  biednego 
chłopaka  słyszano  w  całym  domu,  aż  pan  Bell  przybiegł 
pędem  na  miejsce  chłosty.  Duch  w  końcu  przestał  bić 
chłopaka,  ale  ostrzegł  go,  że  jeśli  spóźni  się  ponownie, 
zatłucze go na śmierć i wrzuci do ognia.

Możemy mieć pewność, że po tym wydarzeniu Harry robił 

wszystko na czas. Aby ułatwić sobie poranną pracę, przynosił 

background image

drewno  i  szczapy  na  podpałkę  już  poprzedniego  wieczoru. 
Pewnej  nocy  wracał  właśnie  do  chaty  po  wykonaniu  tej 
roboty,  kiedy  usłyszał  złowrogi  głos  przemawiający  doń  z 
ciemności.

- Ruszaj  zaraz  do  pana  Jamesa  Johnsona  i  przygotuj 

drewno oraz szczapy na podpałkę na jutro. On i jego rodzina 
są chorzy. Zapowiedziałem mu, że przyjdziesz. James Johnson 
to  najlepszy  człowiek  w  tym  hrabstwie  i  twój  pan  będzie 
zadowolony, że cię wysłałem; nie zatrzymuj się, aby go pytać 
o pozwolenie.

Dom Johnsonów oddalony był niemal o kilometr, a Harry 

musiał  być  bardzo  zmęczony,  powiedział  jednak,  że  już  tam 
śpieszy, i ja mu wierzę. Pan Johnson go oczekiwał, gdyż Duch 
już wcześniej rozmawiał z nim na ten temat.

- To  żaden  kłopot.  Harry  lubi  rozpalać  ogień  w  zimne 

poranki - oświadczył  ze  złośliwym  poczuciem  humoru,  jakie 
czasami objawiał. - Jeśli będziecie dłużej chorować, Harry ma 
przychodzić  co  dzień,  by  rozpalać  tu  ogień  w  kominku. 
Powiem  jego  panu,  że  tak  zostało ustalone,  a  twój  przyjaciel 
będzie tylko zadowolony.

Podobnie  kilku  innych  niewolników  odczuło  na  sobie 

skutki dezaprobaty Ducha, znacznie bardziej jednak dokuczał 
członkom rodziny Bellów.

Trzej  młodsi  chłopcy:  Joel,  Richard  i  Drew  ucierpieli  na 

skutek działania niewidzialnych rąk Ducha. Ściągał im kołdry 
z  łóżek,  rzucał  w  nich  patykami  i  kamieniami  z  krzaków 
rosnących  wzdłuż  drogi,  gdy  szli  do  szkoły,  wymierzał  im 
policzki  i  ciągnął  biedaków  za  włosy.  Pewnego  razu,  kiedy 
Drew  opierał  się  o  jakiś  ciężki  mebel,  Duch  wyciągnął  ową 
podporę  spod  niego  w  taki  sposób,  że  chłopak  upadł  na 
podłogę i nabił sobie potężne siniaki.

W  stosunku  do  Johna  juniora  Duch  zachowywał  się 

zadziwiająco  delikatnie.  Nigdy  nie  zastosował  wobec  niego 

background image

siły  i  zwracał  się  doń  niemal  pokornie.  Chłopak  zupełnie  się 
go nie bał i gdy postępowanie tamtego dawało się wszystkim 
we znaki,  często groził  mu i  wymyślał.  Duch kiedyś  sam się 
przyznał,  że  lubi  Johna,  ponieważ  ten  ma  odwagę  ostro  mu 
odpowiedzieć.

- Spróbuję  powiedzieć  ci  więcej  przyjemnych  rzeczy 

następnym razem - oznajmił, dorzucając z ironią: - Au plaisir 
de vous Renoir. (Z przyjemnością cię zobaczę (przyp. red.))

Przekazano  nam,  że  Duch  mówił  płynnie  wszystkimi 

językami, ale jest to jedyny konkretny przykład, jaki zachował 
się do naszych czasów.

Tak  więc  Duch,  jak  widzicie,  miał  również  sympatyczne 

cechy.  Nie  był to całkowity  dopust Boży  dla rodziny  Bellów 
ani  dla  sąsiadów.  Jego  uwadze  umykało  bardzo  niewiele 
przypadków złego zachowania mieszkańców okolicy. Zawsze 
podawał  je  do  publicznej  wiadomości  świętoszkowatym 
tonem  ku  zmartwieniu  osób,  o  które  chodziło.  Niektórzy  z 
sąsiadów  pana  Bella  przyznawali  nawet,  że  poziom  moralny 
społeczności  nigdy  nie  był  wyższy.  Człowiek,  który  miałby 
ochotę  zbić  niewolnika  lub  znęcać  się  nad  dziećmi, 
powstrzymywał  się  od  tego,  mając  świadomość,  że  zanim 
zapadnie  zmrok,  cała  okolica  będzie  o  wszystkim  wiedzieć. 
Mieszkańcy  żyli  więc  w  poczuciu,  że  obok  nich  stoi  zawsze 
stróż prawa i porządku.

Dla niektórych członków rodziny Bellów obecność Ducha 

była  bardzo  nieprzyjemna.  Nigdy  nie  przestał  grozić  panu 
domu  i  latem  1819  roku  ujawnił  jeszcze  jeden  ze  swych 
zamysłów.

background image

Rozdział ósmy
W  krainach  leśnych,  wonnych  dolinach  niebieskooka 

mieszka dziewczyna, a zwą ją Betsy Bell.

Gdy duchów klątwa na kraj ów pada - ona duchami tymi 

włada - nieszczęsna Betsy Bell.

Drzeworyt  dołączony  do  tego  fragmentu  nieudolnych 

rymów  w  książce  napisanej  kilka  lat  później  nie  potraktował 
zbyt pochlebnie panny Betsy. Przypomina na nim czarownicę 
z włosami w dzikim nieładzie i dłońmi wzniesionymi w geście 
przerażenia.  Gdyby  była  damą  wielkiego  rodu  w  dawnej 
Szkocji  (w  obszarze,  jak  się  wydaje,  poważnie  dotkniętym 
czarami),  któryś  z  górskich  bardów  zapewne  uwieczniłby  jej 
cierpienia  w  lepszych  wierszach  i  namalowano  by  ładniejszy 
portret. Jednak możliwe, że lepiej dla niej było, tak jak było. 
W mniej oświeconym czasie mogłaby sama zostać oskarżona 
o  czary  lub  przyczyniłaby  się  do  jakiejś  innej  przerażającej 
śmierci nieszczęsnej dziewczyny.

Mówiłem  wam  na  początku,  że  właśnie  Betsy  jest 

bohaterką  tej  przerażającej  opowieści  w  stylu  gotyckim  i 
bronię  swego  zdania,  chociaż  sam  Duch  jest  tu  także  ważną 
postacią.  Wiele przesłanek wskazuje na to, że był on rodzaju 
żeńskiego,  ale  trudno  przypisać  seksualną  tożsamość 
bezcielesnemu  głosowi,  więc  nie  możemy  nazwać  Ducha 
bohaterką, jeśli pragniemy tym samym mianem określać takie 
postacie jak Medea czy Messalina.

Betsy jawi się z pewnością główną postacią całej sprawy. 

Każda  teoria,  która  usiłuje  wyjaśnić  dziwne  wydarzenia  w 
domu  Bellów,  uznaje  ją  albo  za  ofiarę,  albo  też  za 
sprawczynię  nieszczęść - a  zapewniam  was,  że  można  by  ją 
podejrzewać. Jaka więc była ta dziewczyna z doliny?

Lekarze mogliby zwrócić uwagę, że Betsy weszła w okres 

przeobrażania się z dziecka w kobietę i podlegała normalnym 
przypadłościom tego etapu życia. Nie była jednak skłonną do 

background image

omdleń  wykształconą  młodą  damą,  lecz  zdrową  wiejską 
dziewczyną, czasami zachowującą się jak chłopak.

„Znała  wszystkie  drzewa,  topole,  dęby,  drzewa  gumowe, 

klony i wszelkie inne gatunki; lubiła obserwować, jak drzewa 
rozkwitają  na  wiosnę  i  kochała  barwy  czerwieni  i  złota  liści 
jesienią. Zbierała polne kwiaty i znała wszystkie ptaki w lesie"
- ten pochwalny opis sporządził jeden z wielbicieli Betsy pół 
wieku później, kiedy modna była przesada i kwiecistość. Nie 
mówi  on  wiele.  Współczesne  charakterystyki  są  bardziej 
szczegółowe.  Betsy  doskonale  jeździła  na  koniu,  umiała 
strzelać z pistoletu i zaprzęgać muły do pługa lub wozu. Jeden 
z  jej  braci  powiedział  z  aprobatą,  że  była  silną  dziewczyną, 
mając na myśli stan jej zdrowia, a nie figurę. Inni świadkowie 
opisują  ją bowiem jako  smukłą, zgrabną  dziewczynę o blond 
włosach  i  błękitnych  oczach,  doskonałej  cerze  i  różanych 
ustach. Miała również „zdrowy rozsądek, wesołe usposobienie 
i wspaniały charakter".

Jeszcze  większa  przesada!  Sporo  ujawniają  wspomnienia 

Betsy, kiedy jako osiemdziesięcioletnia kobieta rozmawiała z 
wnukiem brata o czasach swego dzieciństwa.

Przyjemne  wspomnienia  pozostają  dłużej  w  pamięci  niż 

bolesne.  Opowieści  Betsy  o  jej  dziewczęcych  latach  robią 
wrażenie,  że  był  to  pogodny  czas  niewinności,  którego  nie 
pogrążyły  w  mroku  nawet  powtarzające  się  co  pewien  czas 
wizyty  Ducha.  Państwo  Bell  nie  wydawali  się  surowymi 
rodzicami.  Zachęcali  młodych  ludzi  do  różnego  rodzaju 
niewinnych przyjemności - pikników w lasach, łowienia ryb w 
rzece,  zabaw,  jazdy  konnej,  wieczorów  z  przyjaciółmi.  Duch 
również  czerpał  przyjemność  z  owych  rozrywek  i  rzadko 
opuszczał jakieś przyjęcie.

Przejażdżki  saniami  należały  do  popularnych  zabaw 

zimowych.  Prawdę  mówiąc,  pojazdy  te  zaprojektowano  do 
prac  polowych.  Płozy  były  zrobione  z  naturalnie  wygiętych 

background image

kawałków  drewna.  Dokładnie  wypolerowane  i  zamontowane 
do  wozów  zamiast  kół,  służyły  do  przewożenia  płodów 
rolnych  z  pól  do  stodół.  Zimą  natomiast  owe  niezgrabne 
pojazdy stawały się wspaniałymi saniami.

Pewna  zimowa  przejażdżka  okazała  się  dość  niezwykła. 

Betsy  zaprosiła  kiedyś  grupę  przyjaciół,  zarówno  dziewczęta 
jak  i  chłopców,  aby  spędzili  u  niej  cały  dzień  i  po  zwykłym 
obfitym  posiłku,  który  podano  w  południe,  postanowiono 
zaprząc  konie  i  urządzić  sobie  sannę.  W  płaszczach  i 
wełnianych  czapkach,  owinięte  szalikami  dziewczęta  całą 
grupą zaczęły wsiadać do sań, gdy tymczasem chłopcy poszli 
po konie. Nagle jakiś głos zawołał:

- Trzymajcie się mocno na zakrętach! - I sanie ruszyły bez 

koni.

Objechały dom trzy razy tak szybko, że płozy ślizgały się i 

hamowały, a dziewczęta piszczały zarówno z radości jak i ze 
strachu.

Obecność  Ducha  okazała  się  bardzo  przydatna - pomógł 

on  młodym  na  kilku  takich  wyprawach.  Doradzał  im,  jak 
zarzucać wędkę, kiedy łowili ryby, a kiedyś nawet wyciągnął 
pechowego młodzieńca z ruchomych piasków. Ocalił również 
Betsy od śmierci lub poważnych obrażeń.

Pewnego  razu  dziewczyna  udała  się  na  przejażdżkę  z 

Richardem  i  jego  przyjaciółmi.  Pojechali  wzdłuż  rzeki  do 
zakrętu, gdzie rosło kilka wspaniałych topoli. Tutaj zaskoczyła 
ich  nagła  letnia  burza,  ale  nie  mogli  schronić  się  pod 
drzewami,  ponieważ  silny  wiatr  łamał  gałęzie,  a  nawet 
ogromne  konary,  i  młodym  zagrażało  niebezpieczeństwo,  że 
zostaną  nimi  uderzeni.  Głosem,  w  którym  słychać  było 
zdenerwowanie, Duch przynaglał uczestników wycieczek, aby 
przejechali  przez  rzekę,  gdzie  będą  bezpieczni,  ale 
przestraszone konie nie chciały wejść do wody.

background image

- Co z was za głuptasy - zawołał w końcu Duch. - Teraz 

trzymajcie się mocno i nie krzyczcie głośno na konie.

Uspokojone  i  prowadzone  przez  niewidzialne  ręce 

zwierzęta przeszły rzekę. Później Betsy zobaczyła, że ścieżka, 
którą  zostawili  za  sobą,  była  zarzucona  wielkimi  gałęziami  i 
powalonymi drzewami.

Osobliwym i wartym uwagi dopełnieniem opowieści jest -

moim zdaniem - to, że Betsy obstawała, iż Duch ostrzegał ich, 
aby  nie  udawali  się  na  przejażdżkę  owego  dnia,  ponieważ 
nadchodzi burza. Dodała tutaj, że miał zwyczaj wypowiadania 
podobnych  uwag,  kiedy  wyjeżdżali,  tak  jak  robił  to  ojciec, 
jeśli  chciał,  aby  zostali  w  domu - pragnąc  ich  wystraszyć, 
mówił  wówczas  wiele  rzeczy,  które  wcale  nie  były 
prawdziwe.

Czy  muszę  zwracać  wam  uwagę,  panowie,  dlaczego 

uważam  ten  komentarz  za  ważny?  Nie,  widzę,  że  nie  jest  to 
konieczne.

Były  też  i  inne  historie  o  dobrych  uczynkach  Ducha -

wszystkie  pochodziły  od  samej  dziarskiej  starej  pani  Betsy, 
która  opowiadała  je  po  wielu  latach.  Ukazują  całkowicie 
odmienny  obraz  jej  relacji  z  Duchem,  niż  podają  to  inni 
świadkowie.  Według  braci  i  przyjaciół  niewidzialna  zjawa 
dręczyła  dziewczynę  coraz  boleśniej  w  miarę  upływającego 
czasu.

Betsy  zaczęła  cierpieć  na  chroniczne  omdlenia,  jak 

nazywał  to  Richard.  W  gruncie  rzeczy  dolegliwości  były 
znacznie  poważniejsze.  Po  palpitacjach  i  kłopotach  ze 
złapaniem  tchu  zdawała  się  w  ogóle  nie  oddychać  i  nie 
odzyskiwała  przytomności  przez  pół  godziny.  Ataki  owe  nie 
miały trwałych skutków, ale musiały być trudne do zniesienia 
i okropne do oglądania. Nikt nie wątpił, że to Duch ponosił za 
nie  odpowiedzialność.  Nadchodziły  wieczorem,  mniej  więcej 

background image

w tym czasie, kiedy zazwyczaj się pojawiał, a gdy dziewczyna 
była nieprzytomna, nie słyszano jego głosu.

Jak gdyby owa dolegliwość sama w sobie nie wystarczyła, 

Duch  rozpoczął  wówczas  kampanię,  aby  pozbawić  Betsy 
najsłodszego  marzenia  każdego  dziewczęcia - własnego 
adoratora.

Chociaż  Betsy  była  bardzo  młoda,  miała  już  kilku 

wielbicieli.  Najpoważniejszym  spośród  nich  był  Joshua 
Gardner, syn sąsiada, który nieświadomie dostarczył whiskey 
rodzinie  złych  duchów.  Do  naszych  czasów  dotrwał  obraz 
owego adoratora: ukazuje on przystojnego młodego człowieka 
o  regularnych  rysach  twarzy  i  z  masą  gęstych  ciemnych 
włosów.  Gdy  tylko  Joshua  zaczął  poważnie  zalecać  się  do 
dziewczyny,  niewidzialna  przyzwoitka  dała  o  sobie  znać. 
Najpierw Duch prosił delikatnie:

- Betsy, proszę, nie wychodź za młodego Gardnera.

Joshua  i  Betsy  zlekceważyli  ową  radę,  tak  więc  Duch 

przedsięwziął  bardziej  zdecydowane  środki  zaradcze.  Nie 
tylko  zaczął  znowu atakować  biedną  dziewczynę,  wyrywając 
grzebienie  z  jej  gęstych  jasnych  włosów  i  wymierzając 
policzki,  ale  również  słowami  obrażał  młodą  parę.  Jeden  ze 
służących  wspominał,  że  przypadkiem  podsłuchał  takie 
inwektywy,  gdy  rozpalał  ogień  w  pokoju,  gdzie  siedzieli 
zakochani.

- Słyszałem,  jak  zły  duch  wygadywał  w  ich  obecności 

najgorsze  bezeceństwa  i  tak  bardzo  zawstydził  panienkę 
Betsy,  że  musiała  pośpiesznie  opuścić  salon,  a  chłopak 
poszedł szybko do domu.

Bezwiednie  zastanawiamy  się  w  tym  momencie,  co 

dokładnie  powiedział  Duch.  Musiało  to  być  w  najwyższym 
stopniu  wulgarne,  ponieważ  nikt  nigdy  nie  powtórzył  jego 
uwag.

background image

Joshua  nie  był  jedynym  wielbicielem  Betsy.  Następny 

młody  mężczyzna,  który  widział,  jak  dziewczyna  dorasta  i 
przemienia się w kobietę, również stał się bezbronną ofiarą jej 
wdzięków.

Jednym  z  godnych  podziwu  pierwszych  projektów  pana 

Bella,  gdy  przyjechał  do  Tennessee,  było  wybudowanie  na 
terenie farmy szkoły - i to nie tylko dla swoich własnych, ale 
dla  wszystkich  dzieci  mieszkających  w  sąsiedztwie,  które 
miały  ochotę  do  niej  chodzić.  Betsy  uczyła  się  tam  przez 
cztery  lata  pomiędzy  dziesiątym a  czternastym  rokiem życia. 
Richard  Powell,  młody  człowiek,  pracujący  jako  nauczyciel, 
miał okazję przyjrzeć się, jak wzrastają uroda oraz inteligencja 
dziewczyny.  Zakochał  się  w  niej,  ale  nie  okazywał  swoich 
uczuć. Znana mu była jej sympatia do Joshuy, a mógł też mieć 
poczucie, że nie ma nic do zaoferowania swej ukochanej. Był 
jedynie wiejskim nauczycielem bez perspektyw na przyszłość 
i majątku, o wiele starszym od dziewczyny.

Obaj  konkurenci  byli  bezradnymi  świadkami  cierpień 

Betsy. Miała ona wszakże orędownika - siłacza z sąsiedztwa, 
który  nazywał  się  Frank  Miles.  Jego  wyczyny,  ukazujące 
nadludzką wprost siłę,  stały się przysłowiowe. Pewien sąsiad 
przypominał  sobie,  że  widział,  jak  Frank  zębami  rozłupywał 
duży orzech. Ów rodzimy amerykański owoc, moi przyjaciele, 
nie  przypomina  jednego  z  waszych  migdałów  w  skorupce 
cienkiej jak papier ani orzeszków laskowych; jego łupina jest 
twarda  jak  kamień.  Przyznaję,  że  taki  popis  robi  na  mnie 
większe  wrażenie  niż  każda  inna  znana  manifestacja  siły 
mięśni - chociaż  gdybym  był  dentystą  pana  Milesa, 
poradziłbym mu, aby zyskiwał sobie uznanie w inny sposób.

Frank  był  przyjacielem  Johna,  brata  dziewczyny,  i  ciągle 

odwiedzał  Bellów.  Betsy  mówiła,  że  widział  w  niej  swoją 
małą  siostrzyczkę,  ale  możemy  się  zastanowić,  czy  ów 
skromny siłacz nie żywił przypadkiem cieplejszych  uczuć do 

background image

złotowłosej  czarodziejki.  W  każdym  razie  ogłosił  się  jej 
obrońcą  i  zrobił  to,  na  co  było  go  stać,  aby  pokonać 
niebezpiecznego Ducha.

Jego  pierwsze  starcie  z  wymykającym  się  przeciwnikiem 

nie  zostało  uwieńczone  sukcesem.  Frank  spędzał  noc  u 
Bellów,  tak  jak  to  często  się  zdarzało.  Było  to  zimą,  a  więc 
szczególnie się irytował, kiedy pościel zaczęła spadać z łóżka. 
Chwycił jeden koniec kołdry i zaczęły się prawdziwe zawody 
w  przeciąganiu,  zakończone  tym,  że  przykrycie  podarto  na 
kawałki.  Kiedy  chłopak  się  położył,  cienki  materac  został 
spod  niego  wyciągnięty  i  Duch  zaczął  bić  Franka.  Bez 
wątpienia  szyderstwa  i  złośliwy  śmiech  zraniły  młodego 
człowieka boleśniej niż ciosy.

- Jesteś z pewnością silnym młodzieńcem, Frank; możesz 

złapać wiatr, ale nie dasz sobie rady w walce z Duchem.

Wtedy po raz pierwszy Frank został pokonany i cierpiał z 

tego powodu tak samo, jak ubolewał nad traktowaniem Betsy 
przez Ducha. Pewnego razu, bawiąc z wizytą u Bellów, Frank 
powiedział Betsy, aby przyszła i usiadła obok niego.

- Nic  ci  nie  zakłóci  spokoju  w  mojej  obecności -

obiecywał dziewczynie.

- Idź  do  domu! - wrzeszczał  Duch. - Na  nic  się  tu  nie 

przydasz!

Następnie  zaczął  ciągnąć  Betsy  za  włosy  tak  mocno,  że 

grzebienie  wypadły  na  podłogę,  i  szczypał  ją  w  policzki,  aż 
zapłonęły na nich rumieńce.

Rycerz Betsy zerwał się na równe nogi i zacisnął pięści.

- Jesteś  największym  tchórzem  na  świecie.  Żeby  tak 

dręczyć dziecko, które ledwie odrosło od ziemi! Dlaczego nie 
spróbujesz zmierzyć się ze mną, szatanie z piekła rodem?

Gdy  obrzucali  się  nawzajem  groźbami  i  zniewagami, 

Frank  zapomniał  o  dobrych  manierach  i  użył  pewnych  słów, 
których  powinni  unikać  dżentelmeni  w  obecności  damy. 

background image

Pogróżki były jednak daremne; młodzieniec przekonał się, że 
jakakolwiek  próba,  aby  bronić  dziewczynki,  pogarsza  tylko 
sytuację.  Mógł  jedynie  patrzeć  na  Betsy  ze  współczuciem  i 
chwalić  ją,  że  znosi  swe  utrapienia  z  zadziwiającą  odwagą. 
Tak,  podejrzewam,  że  Frank  był  jeszcze  jednym  z  cichych 
wielbicieli  Betsy  oraz że nie  pozostała niewzruszona,  widząc 
jego męstwo.

- Wiem,  że  naprawdę  myślał  to,  co  mówił - zapewniała 

później,  relacjonując  ze  szczegółami  całą  historię - kiedy 
pragnął  walczyć  z  tym  szatanem  z  piekła  rodem  w  obronie 
rodziny Bellów, choćby nawet sam miał zginąć na miejscu.

Betsy uznawano za jedną z głównych ofiar Ducha, lecz ja 

zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Z całą pewnością 
czasami  okazywał  jej  dobroć.  Wprawdzie  bicie  po  twarzy  i 
szarpanie za włosy nie mogły być przyjemne, ale te psoty nie 
powodowały  poważniejszych  obrażeń  ciała,  a  owe  dziwne 
omdlenia  mogły  być  efektem  ubocznym  zdenerwowania 
niewywołanym bezpośrednio  przez Ducha. Jeśli zaś chodzi o 
zniweczone nadzieje - „wyrzeczenie się najsłodszych marzeń, 
jakie  ożywiają  każde  młode  serce" - być  może  Duch  mówił 
szczerą  prawdę,  utrzymując,  że  Joshua  nigdy  nie  uszczęśliwi 
Betsy.  Nie  wiemy,  jakim  okazał  się  człowiekiem;  w 
późniejszym życiu mógł być nawet pijakiem lub bić żonę - a 
może po prostu nie pasował do Betsy.

background image

Rozdział dziewiąty
Mówiłem  szczegółowo  o  niewolnikach  i  dzieciach,  o 

przyjaciołach  i  gościach,  ale  zapomniałem  o  jednej  z 
najważniejszych  osób  biorących  udział  w  tym  dramacie - o 
pani Lucy Bell.

Przyznaję  się,  że  owa  dama  budzi  we  mnie  ogromną 

ciekawość,  która  jednak  musi  pozostać  niezaspokojona.  Nie 
zachowały  się  do  naszych  czasów  żadne  podobizny  tej 
kobiety. Czy była okrągła i siwa jak wiele matron w średnim 
wieku  obdarzonych  dużą  rodziną?  Czy  też  szczupła  i 
jasnowłosa  jak  córka?  Miała  słabość  do  pięknych  strojów  i 
koronkowych  obszyć  przy  fartuszkach  czy  też  ubierała  się  w 
surowe  brązy?  Znamy  ją  wyłącznie  z  relacji  sąsiadów - jako 
najlepszą z kobiet. Trudno o nudniejszy opis. A więc zwróćmy 
się do jedynego bezstronnego świadka - głosu, który przeklął 
starego  Jacka  Bella  i  szydził  z  jego  dzieci - sardonicznego 
Ducha.  Ten  przecież  wynalazł  szydercze  epitety  nawet  dla 
osób,  które  jak  utrzymywał,  szanował.  Jego  komentarz 
wszakże  na  temat  pani  Bell  był  krótki  i  zwięzły:  stara  Luce 
jest dobrą kobietą.

Sceptyk  mógłby  powiedzieć,  że  musiała  być  dobra,  gdyż 

nie  miała  możliwości  stać  się  jakakolwiek  inna.  W  tych 
cichych bogobojnych społecznościach, którym daleko było do 
luksusów  miejskiej  cywilizacji,  brakowało  świeckich 
rozrywek i dojrzała zamężna kobieta nie miała ani czasu, ani 
ochoty,  by brać udział  w zabawach odpowiednich dla  dzieci. 
Religia dostarczała Lucy jedynego źródła rozrywki - jeśli tym 
słowem  można  się  posłużyć  w  odniesieniu  do  modlitw  i 
studiów nad Biblią oraz wspierania misji.

Oczywiście,  były  też  spotkania  połączone  z  zabawą  przy 

zszywaniu  kołder  z  kawałków  materiału.  Wam,  panowie, 
może nie być znany ów właściwy Ameryce zwyczaj, ja także 
go  nie  znałem,  dopóki  ciekawość  nie  doprowadziła  mnie  do 

background image

szczegółowych  studiów.  Zwyczaj  ten  wynika  z  niedoboru 
materiałów  w  społecznościach  pionierów.  Wykorzystywano 
więc każdy skrawek tkaniny, a pomysłowe panie nauczyły się, 
jak zszywać razem poszczególne kawałki w atrakcyjne wzory. 
Zimne  noce  na  terenach  pogranicza  sprawiały,  że  wszelkie 
przykrycia, kapy i narzuty były mile widziane; kolorowe kapy 
z  ocieplającą  dodatkową  warstwą  materiału  stanowiły  ważną 
część pościeli w każdym domu. Miały one jeszcze inną równie 
istotną  zaletę:  były  przejawem  umiłowania  piękna,  które  jest 
jedną z godnych podziwu cech ludzkich. Bóg jeden tylko wie, 
że  kobiety  owe  pragnęły  dać  wyraz  temu  upodobaniu, 
pozbawione  luksusu  w  warunkach  surowego  życia,  gdy 
duchowni  zakazywali  im  wszelkiej  próżności.  Z  biegiem 
czasu  wzory  stawały  się  coraz  bardziej  skomplikowane,  a 
ściegi,  którymi  zszywano  kawałki,  osiągnęły  iście  barokową 
złożoność.

Szycie  narzut  mogło  być  zajęciem  dla  jednej  pani  domu, 

ale  przebiegało  o  wiele  sprawniej,  gdy  pracowało  nad  tym 
wspólnie  wiele  kobiet,  i  kto  może  winić  owe  damy  za  to,  że 
korzystały  z  okazji,  aby  stworzyć  sobie  namiastkę  życia 
towarzyskiego.  Gdy  wyobrazimy  sobie  te  dawne  zebrania, 
dostrzeżemy  w  nich  jakiś  sentymentalny  urok:  kobiety  w 
skromnych  sukniach  zebrane  wokół  szerokich  drewnianych 
ram,  na  które  naciągnięto  materiał;  obszerne  spódnice  falują 
wokół  ich  sylwetek,  a  głowy  pochylają  się  nad  błyskającymi 
igłami.  Zastanawiam  się,  czy  wyczuwacie,  tak  jak  ja,  pewne 
niepokojące  elementy  w  tej  niewinnej  rozrywce.  Kto  wie, 
panowie,  o  czym  rozmawiają  kobiety,  kiedy  są  same?  Jakie 
myśli rodzą się za gładkimi białymi czołami i wydobywają ze 
skromnie uśmiechniętych ust?

Zwykły  mężczyzna  ledwie  ośmiela  się  nad  tym 

zastanawiać.  Panie,  oczywiście,  chciałyby,  abyśmy  uznawali 
ich  rozmowy  za  tak  niewinne  jak  owa  praca.  Być  może 

background image

wymieniały  jedynie  przepisy  i  porady  na  temat  prowadzenia 
gospodarstwa domowego, chwaliły się sukcesami mężów oraz 
urodą  i  rozumem  dzieci.  Bez  wątpienia  poruszały  też  pewne
tematy, jakich skromne kobiety nie omawiałyby w obecności 
mężczyzn.  Ale  czy  to  już  wszystko?  Plotki,  panowie,  plotki! 
Niektóre z nich były dość niewinne - nowa suknia pani Jones, 
goście Smithów z Wirginii. Ośmielę się jednak przypuszczać, 
że owe rozmowy nie zawsze były tak subtelne. Kto wie, jakie 
pogłoski  o  przemocy  i  okrucieństwie  czy  usankcjonowanych 
przez  prawo  zbrodniach  oraz  wykroczeniach  przeciw 
moralności  przekazywały  sobie  szeptem  panie  przy 
warsztatach tkackich, przy których szyto kołdry?

Mając na uwadze te rozważania, nie zaskoczy was, gdy się 

dowiecie,  że  Duch  Bellów  z  entuzjazmem  uczestniczył  w 
takich  spotkaniach  u  pani  Bell.  Jego  skłonność  do  plotek 
zasugerowała  pewnym  badaczom,  iż  był  płci  żeńskiej,  ale  ja 
nie  chcę  popełnić  nietaktu,  sugerując,  że  upodobanie  do 
złośliwej obmowy ogranicza się do płci pięknej.

Na ogół Duch zachowywał się przyzwoicie z szacunku do 

pani  Bell.  Czasami  miał  zwyczaj  śpiewać  urocze  pieśni 
nieznane  gronu  przerażonych  niewiast:  „wszystkie  twierdziły 
zgodnie,  że  były  to  hymny  kościelne".  Jednakże  czasami 
raczył panie niegrzecznymi i humorystycznymi opowiastkami 
o ich mężach. Nie dowodzi to, że był płci żeńskiej; świadczy 
jedynie,  że  umiał  znakomicie  mówić  na  temat,  który  mógłby 
zainteresować słuchaczki. Nie miejcie co do tego wątpliwości, 
panowie, że i wasze żony przysłuchiwałyby się z nieśmiałymi 
figlarnymi uśmieszkami historyjkom, które wyśmiewają nasze 
szaleństwa, tak jak my czasami żartujemy z czarującego braku 
logiki dam.

Możemy  być  pewni,  że  gdy  Duch  przebywał  w  domu

Bellów,  zebrania,  na  których  szyto  kołdry,  cieszyły  się 
niezwykłą  popularnością.  Kate  wiedziała  o  wszystkim,  co 

background image

działo  się  w  okolicy  i  bez  wahania  o  tym  mówiła.  Słuchanie 
jej rewelacji nie było żadną hańbą, panie nie poniżyłyby się do 
tego,  aby  same  miały  powtarzać  takie  bajki,  ale  jak  mogły 
kontrolować  język  niewidzialnego  Ducha  lub  kwestionować 
jego nadprzyrodzoną wiedzę?

Lucy  Bell  bała  się  tej  dziwnej  istoty  i  starała  się  jej  nie 

sprzeciwiać. „Zawsze mówiła o niej i do niej życzliwie, mając 
nadzieję,  że  przynajmniej  częściowo  uzyska  lepsze 
traktowanie  jej  dwojga  ukochanych:  męża  i  córki".  Choć  w 
tym  względzie starania  jej nie zostały uwieńczone sukcesem, 
w  każdej  innej  sprawie  Duch  odwdzięczał  się,  okazując  jej 
szacunek  i  wsparcie.  Stale  przynosił  jej  wieści  o  rodzinie  z 
Karoliny  Północnej,  podawał  wszystkie  wiadomości  o 
sąsiadach  (także  te,  które  woleliby  zachować  dla  siebie)  i 
udzielał  pożytecznych  rad  w  kwestiach  związanych  z 
prowadzeniem gospodarstwa domowego.

Ale  skąd  ów  pełen  delikatności  szacunek  dla  Lucy  Bell? 

Jej dzieci i sąsiedzi zadawali sobie to samo pytanie. Jedynym 
wytłumaczeniem,  na  jakie  wpadli,  było  to,  że  pobożność  i 
świątobliwość Lucy chroniły ją przed demonicznymi zjawami. 
Nasz Duch zawsze był gotów wyrazić uznanie dla prawdziwej 
dobroci.  Chociaż  naśmiewał  się  ze  „Starej  Słodkiej  Gęby", 
nazywał  pana  Johnsona  dobrym  człowiekiem  i  sprawił,  że 
Harry rąbał mu drzewo, kiedy był chory. Prowadził dysputy z 
kaznodziejami,  ale  powiedział  ich  parafianom,  że  to 
prawdziwe  szczęście  mieć  takich  wspaniałych  duchowych 
przewodników.

Ta  interpretacja  jednak  nie  wydaje  się  w  pełni 

przekonująca.  Skoro  prawdziwa  dobroć  i  cnota  istotnie 
sprawiały,  że  dana  osoba  była  bezpieczna  od  ataków  Ducha, 
co  zatem  mamy  myśleć  o  panu  Bellu,  którego  obrzucano 
tyloma  inwektywami?  Żadne  relacje  nie  wspominają  ani 
słowem  o  jego  złym  postępowaniu.  Ja  sam  poczułem  pełne 

background image

szacunku  przywiązanie  do  tego  prawego  starego  człowieka. 
Nie  przekonały  mnie  konwencjonalne  pochwały  wygłaszane 
przez dzieci i przyjaciół, ale jestem pod ogromnym wrażeniem 
zachowania  Johna  Bella  w  czasie  tej  całej  okropnej  sprawy. 
Jego szacunek dla indiańskich grobów i zdecydowana obrona 
pani  Kate  Batts  pokazują,  że  był  człowiekiem  godnym 
podziwu.  Dlaczego  ktoś  taki  miałby  zostać  zadręczony  na 
śmierć, co objawił jako swój cel Duch?

Bez wątpienia wy wszyscy potraficie wyjaśnić tę rzecz jak 

ja. Ale najpierw zobaczmy, czy spełniła się klątwa rzucona na 
Johna Bella.

background image

Rozdział dziesiąty
Wiosną  1820  roku  wydarzenia  zdawały  się  zmierzać 

szybko  do  tragicznego  końca.  Cierpienia  pana  Bella  zaczęły 
się dużo wcześniej, ale dopóki Duch nie przyznał się, że jest 
za  nie  odpowiedzialny,  John  przypisywał  swoje  niedomogi 
naturalnym przyczynom. Miał już siedemdziesiąt lat i chociaż 
był  potężnym  zdrowym  mężczyzną,  należało  się  spodziewać 
pewnych dolegliwości.

Lecz  początkowe  objawy,  jakich  doświadczał,  były 

szczególnej natury i w miarę upływu czasu stawały się coraz 
bardziej  dotkliwe.  Czasami  puchł  biedakowi  język,  tak  że 
wypełniał całą jamę ustną i wówczas nieszczęśnik przez cały 
dzień nie mógł mówić ani też jeść. Wrażenie, że włożono mu 
do  ust  w  poprzek  ostry  patyk,  stawało  się  coraz  częstsze. 
Stopniowo  pojawiły  się  także  inne  objawy - skurcze  mięśni 
twarzy.  Gdy  zwiększyły  się  cierpienia  ojca  Betsy, 
dolegliwości  dziewczyny  poczęły  zanikać.  Jej  „omdlenia" 
ustały, zanim nadeszło lato 1820 roku.

Pan  Bell  czuł  się  coraz  gorzej,  a  jego  tiki  budziły  coraz 

większy  strach  wśród  przyjaciół  i  rodziny.  Towarzyszyły  im 
znacznie  częstsze  obelgi  Ducha.  Jego  gwałtowne  pogróżki  i 
wulgarny  styl  wypowiedzi  stawały  się  tak  nieprzyjemne,  że 
nikt  nie  zamierzał  ich  powtarzać.  Pan  Bell  już  wcześniej 
zasięgał  porady  lekarza  rodziny,  doktora  Hopsona,  teraz 
jednak przyjaciele namówili go, aby udał się do specjalisty.

Doktor Mize mieszkał w hrabstwie Simpson w Kentucky, 

około sześćdziesięciu kilometrów od farmy Bellów. Jego tytuł 
wprowadza nas w błąd. Nie był medykiem, lecz specjalistą od 
zdejmowania  uroków,  czasami  zaś  zajmował  się  także 
leczeniem.  Nie  naigrawajmy  się  z  biednego  Johna  Bella,  że 
radził się takiego bezspornego szarlatana; wszystkie naturalne 
środki go zawiodły i zaczął sobie uświadamiać, iż jego życie 
jest  w  niebezpieczeństwie.  Przekonany  przez  przyjaciela 

background image

Jamesa  Johnsona  i  starszego  syna  Drew,  zgodził  się  na 
przyjazd  eksperta  od  klątw  i  uroków,  po  czym  obydwaj 
wyruszyli, aby go sprowadzić. Wyjechali o trzeciej nad ranem, 
aby  już  się  oddalić,  zanim  Duch  rankiem  zacznie  działać  o 
swej zwykłej porze.

Podróż ich utrzymywano w głębokiej tajemnicy i ta raczej 

naiwna  taktyka  na  początku  jak  gdyby  wprawiła  Ducha  w 
pewne  zakłopotanie.  Kiedy  uświadomił  sobie, że  chłopca  nie 
ma  w  domu,  domagał  się  informacji,  dokąd  się  udał  Drew. 
Zbity z tropu podczas tych dociekań - ponieważ John Bell nie 
miał  ochoty  zdradzać  sekretu,  a  nikt  inny  nie  znał  prawdy -
zniknął na pozostałą część dnia.

Później  tego  samego  wieczoru  dołączył  do  rodziny  w 

salonie. Odniósł triumf i był w dobrym humorze.

- Znalazłem  obu  na  trasie - triumfował. - Drew  i  Starą 

Słodką  Gębę. - Wyprzedziłem  ich  o trzydzieści  kilometrów  i 
podskakiwałem  na  drodze  przed  nimi,  przyjąwszy  postać 
biednego  chorego  starego  królika.  Stara  Słodka  Gęba  mnie 
rozpoznał. „To twoja czarownica, Drew - powiedział. - Posadź 
ją sobie na kolanach, nie widzisz, jaka jest zmęczona?".

Duch odkrył powód nieobecności Drew, ale nie próbował 

zatrzymać posłańców. Podróżni dotarli na miejsce szczęśliwie 
i zastali doktora Mize'a w domu. Po wysłuchaniu całej historii 
poinformował  ich,  że  to  szczególnie  trudny  i  niezwykły 
przypadek.  Na  panu  Bellu  ciąży  klątwa - oto  cały  problem. 
Był  jednak  pewien,  że  może  zdjąć  z  nieszczęśnika  zły  urok. 
Gdy tylko skończy inne zadania, uda się do Bellów.

Dziesięć  dni  później  doktor  Mize  przybył,  jak 

zapowiedział. Od razu zabrał się do dzieła i przetrząsnął dom 
w  poszukiwaniu  dowodu  czarów.  W  poczuciu  triumfu  złapał 
starą  dubeltówkę,  której  od  pewnego  czasu  nie  można  było 
używać.

- Czarownica rzuciła na nią klątwę - oznajmił.

background image

Po  kilku  czarach  i  zaklęciach  i  po  dłuższym  czyszczeniu 

strzelba działała jak przedtem.

Naprawa  dubeltówki  była  największym  osiągnięciem 

magika w ciągu pierwszych trzech dni po przybyciu. Ponadto 
bardzo  się  przechwalał  swoimi  dotychczasowymi  sukcesami. 
Na  panu  Bellu  nie  zrobiło  to  wrażenia;  jedno  spojrzenie  na 
doktora  Mize'a  przekonało  go,  że  ten  człowiek  to  oszust. 
Jednak ekspert upierał się, że właśnie jest na dobrej drodze do 
rozwiązania sprawy. Czyż nie zdjął klątwy z dubeltówki? Czy 
czarownica nie umilkła od czasu, gdy przyjechał?

Bellowie  nie  byli  jednak  tacy  głupi,  aby  w  to  uwierzyć. 

Widzieli  już,  jak  Kate  traktuje  sceptyków,  i  wiedzieli,  jak  to 
się dalej potoczy.

Trudno  nie  trzymać  strony  Ducha,  gdy  czytamy  opis 

poczynań  szarlatana  sporządzony  przez  Richarda  Bella -
kreślenie  pentagramów  na  podłodze  w  salonie,  intonowanie 
niesamowitych  zaklęć  grobowym  tonem  i  przygotowania 
paskudnych  naparów  o  obrzydliwym  zapachu.  Kiedy  ów 
szarlatan zaczął krążyć dookoła, głos zapytał go.

- Po co ci, u diabła, to całe hokus - pokus?

Przestraszony  Mize  kręcił  się  na  wszystkie  strony, 

przewracając  oczami,  w  których  widać  było  obłęd,  usiłując 
zlokalizować  źródło  bezczelnego  głosu.  Jednak  dobrym 
magikiem  może  być  tylko  człowiek  opanowany,  który  umie 
także ładnie mówić i przypochlebić się rozmówcom, tak więc 
Mize wkrótce doszedł do siebie i zdołał wypytać Ducha. Nie 
dorównywał  poziomem  swemu  szatańskiemu  przeciwnikowi, 
który  pokonał  wszak  w  dysputach  ludzi  przewyższających 
znacznie  eksperta  inteligencją.  Po  kilku  pytaniach  Duch 
zdenerwował się i zaczął siarczyście przeklinać. Jego repertuar 
przekleństw  musiał  być  wspaniały.  Na  Mize'a  niewątpliwie 
została  wcześniej  rzucona  klątwa,  a  teraz  ów  potok 
niewybrednych  słów  tak  bardzo  go  przestraszył,  że 

background image

postanowił,  iż  lepiej  będzie,  jeśli  natychmiast  wyjedzie.  Nie 
udało mu się jednak uciec, nie doświadczywszy pożegnalnego 
gestu  ze  strony  Ducha.  Oto  koń  Mize'a  zaczął  wierzgać,  a 
następnie wyrwał się, gdy przestraszony mistrz czarnej magii 
kurczowo  pochwycił  go  za  grzywę.  Ten  zdaniem  wszystkich 
śmieszny epizod - mimo że należy do gatunku komediofarsy -
był  jedynym  pogodnym  momentem  w  sprawie,  która 
gwałtownie  przybrała  zły  obrót.  Cierpienia  Johna  Bella 
powiększyły  się,  a  we  wrześniu  również  pani  Bell 
zachorowała.

Ciekawe, że ta tak często wystawiana na próbę kobieta już 

dawno nie uległa załamaniu nerwowemu, jednakże nie można 
winić  Ducha  za  jej  obecny  kryzys,  nawet  pośrednio. 
Postawiono  diagnozę,  że  to  zapalenie  opłucnej  i  choć  tylu 
gości  przybywało,  aby  odwiedzić  chorą,  nikt  nie  był  tak 
przejęty jak Duch.

- Luce,  biedna  Luce! - wykrzyknął  płaczliwym  tonem 

pełnym  wzruszającej  słodyczy. - Tak  mi  przykro,  że  jesteś 
chora.  Czy  nie  polepszyło  ci  się,  Luce?  Co  mogę  dla  ciebie 
uczynić?

- Jestem  zbyt  chora,  aby  teraz  z  tobą  rozmawiać -

odpowiedziała mu słabym głosem pani Bell.

Duch  natychmiast  umilkł  i  zachowywał  milczenie,  gdy 

Luce próbowała odpocząć. Jak zwykle bywa podczas choroby, 
największą  miała  gorączkę  i  najgorzej  się  czuła  późnym 
popołudniem oraz wieczorem. Zazwyczaj odpoczywała trochę 
nad  ranem,  a  potem  budziła  się  wypoczęta.  Gdy  tylko 
otworzyła oczy, niespokojny głos zapytał:

- Jak  się  czujesz  dzisiaj  rano,  Luce?  Czy  dobrze 

wypoczęłaś w nocy?

Pomimo  takiej  opieki  stan  pani  Bell  stopniowo  się 

pogarszał  i  rodzina  obawiała  się,  że  chora  umiera,  a  Duch 
szalał  ze  zmartwienia.  Szczególnie  niepokoił  się  apetytem 

background image

Lucy  lub  raczej  jego  brakiem.  Pewnego  dnia  tym  samym 
płaczliwym tonem zapytał:

- Luce,  biedna  Luce,  jak  się  czujesz?  Wyciągnij  ręce, 

Luce, coś ci dam.

Pani Bell posłusznie podstawiła ręce. Wpadł w nie deszcz 

orzechów  laskowych  najwidoczniej  lecących  z  sufitu  nad 
łóżkiem.  Panie,  które  odwiedzały  chorą,  wydały  okrzyki 
zdziwienia,  a  jedna  z  nich  nawet  weszła  na  krzesło,  aby 
przyjrzeć się sufitowi, lecz nie znalazła tam żadnej szczeliny, 
przez którą ktoś mógłby wrzucić orzechy.

- Powiedz,  Luce,  dlaczego  nie  jesz  orzechów? - spytał 

Duch.

- Nie mogę ich rozłupać.
- A więc zrobię to dla ciebie.

Dał  się  wyraźnie  słyszeć  odgłos  łupania  orzechów,  a 

potem ich kawałki wpadły do łóżka.

- Jedz orzechy, dobrze ci zrobią - upierał się głos.
- Jesteś taki dobry - odpowiedziała Luce taktownie. - Ale 

jestem zbyt chora, aby je zjeść.

Następnym  darem była  kiść  winogron,  która  pojawiła  się 

na  stoliku  przy  łóżku  chorej  przed  przestraszonymi  oczami 
wielebnego Forta - pastor przybył z synem, aby modlić się za 
cierpiącą.  Nie  była  również  w  stanie  zjeść  tych  owoców,  ale 
grzecznie podziękowała i od owego czasu, dwadzieścia dni po 
tym,  gdy  nastąpił  atak  choroby,  stan  pani  Bell  zaczął  się 
poprawiać,  aż  przyszła  chwila,  gdy  Luce  nie  zagrażało  już 
żadne niebezpieczeństwo.

Zachwycony Duch obdarzył wieloma pochwałami doktora 

Hopsona,  lekarza  rodziny.  Myślę,  że  właśnie  jemu 
przypisywał zasługę wyleczenia Lucy, jako że sam okazał się 
bezradny  w  przypadku  tej  choroby.  Nie  tylko  nie  mógł 
dopomóc  pani  Bell  środkami  ponadnaturalnymi,  lecz  nie 
potrafił nawet dostarczyć jedzenia, jakie mogłaby ze smakiem 

background image

zjeść  chora.  Był  sezon  na  orzechy  i  winogrona  i  z  łatwością 
można je było zdobyć, ale doktor chyba nie bardzo zalecałby 
jej właśnie te owoce.

Gdy  stan  zdrowia  żony  poprawił  się,  stan  zdrowia  męża 

uległ  pogorszeniu.  W  połowie  października  pan  Bell  doznał 
poważnego ataku. Leżał w łóżku niemal przez cały tydzień, a 
Duch  złorzeczył  mu  i  wygrażał  cały  ten  czas.  Rankiem 
dwudziestego  czuł  się  lepiej,  a  więc  obudził  Richarda  i 
poprosił, by towarzyszył mu do chlewni, aby oddzielić świnie 
do hodowli od zwierząt przeznaczonych do utuczenia na rzeź.

Nie  uszli  zbyt  daleko,  gdy  nagle  pan  Bell  gwałtownym 

szarpnięciem  został  pozbawiony  jednego  buta.  Richard  z 
powrotem  włożył  ojcu  trzewik,  ściągając  sznurowadła  tak 
mocno,  jak  było  można,  i  zawiązując  je  w  podwójny  supeł. 
Pan Bell ruszył dalej w drogę. Nie padało od kilku dni, ziemia 
była  sucha  i  równa.  Po  kilku  krokach  wszakże  sfrunął  mu  z 
nogi drugi but.

Dzielny stary dżentelmen nie zniechęcił się jednak. Wraz z 

synem  doszli  do  chlewni  i  zrobili  to,  co  zamierzali.  Ledwie 
wyruszyli  w  drogę  powrotną  do  domu,  kiedy  znowu  zaczęło 
się szalone widowisko. Buty pana Bella opuściły jego stopy, a 
całe ciało Johna opanowały drgawki i przerażające konwulsje. 
Rześkie 

jesienne 

powietrze 

wokoło 

rozbrzmiewało 

szyderczym śmiechem i wulgarnymi piosenkami Ducha.

Po raz pierwszy i ostatni Richard zobaczył, jak jego ojciec 

załamał  się  psychicznie.  Łzy  strumieniami  spływały  mu  z 
oczu,  gdy  powiedział  synowi,  iż  obawia  się,  że  nadchodzi 
godzina jego śmierci.

Przy pomocy Richarda pan Bell dotarł w końcu do domu. 

Tam  znalazł  ich  John  junior,  który  przybiegł  na  pomoc  i 
przeraził się wyglądem ojca.

„Sznurowadła przy butach były porwane, na jego stopach 

dostrzegłem  krwawiące  cięte  rany,  a  całą  twarz  pokrywały 

background image

sine plamy jak gdyby od ciosów. Oczy miał czerwone i leciały 
z  nich  łzy,  jak  gdyby  ktoś  uderzył  go  pięścią.  Krzywił  się  z 
bólu  i  dostał  drgawek;  nadal  skarżył  się  na  ból  całej  twarzy, 
oczu i głowy".

Richard  pod  wpływem  szoku  wypowiadał  się  niemal 

zupełnie  bez  ładu  i  składu,  ale  udało  mu  się  wyjaśnić 
starszemu bratu, co się stało, i obaj młodzieńcy pomogli ojcu 
położyć się do łóżka. Wtedy John wybiegł z domu. Wznosząc 
ręce do nieba, ukląkł do modlitwy.

- Odeślij tego demona i pozwól, abym mógł sprawić mu 

takie  same  okrutne  cięgi,  jakie  zadał  ojcu.  Bez  Twej  opieki, 
Boże,  nie  poradzę  sobie  z  tym  szatanem.  Dopomóż  mi, 
błagam cię!

Lecz  z  pustych  błękitnych  niebios  nie  padła  żadna 

odpowiedź, a Duch przezornie milczał.

Pan  Bell  nigdy  więcej  nie  opuścił  już  domu.  Doktor 

Hopson  zapisał  mu  różne  lekarstwa;  nie  powiedziano  nam, 
jakiego  rodzaju,  ani  też  nie  wiemy,  jakimi  innymi  środkami 
posłużył  się  lekarz.  Oddając  sprawiedliwość  lekarzowi, 
musimy  pamiętać,  że  wiedza  medyczna  była  wówczas 
ogromnie  prymitywna.  Mogła  pomóc  w  bardzo  niewielkim 
stopniu  i  dlatego  lekarz,  rodzina  oraz  sam  John  Bell 
prawdopodobnie poddali się woli Bożej - lub woli jakiejś innej 
mocy. Duch przyznał, że jest w pełni odpowiedzialny za to, co 
się  stało;  nadal  triumfował,  gratulował  sobie  i  obrzucał 
obelgami „starego Jacka Bella".

Chociaż  bardzo cierpiący,  pan Bell próbował trzymać się 

swojego  starego  zwyczaju  i  pierwszy  wstawał  rano. 
Dziewiętnastego grudnia nie obudził się jednak. Rodzina była 
zadowolona,  że  chory  zażywa  odpoczynku.  Jego  żona 
wymknęła się cichutko z sypialni, aby doglądać przygotowań 
do  śniadania,  a  John  i  Drewry  poszli  nakarmić  zwierzęta -
pierwsza  niezbędna czynność  w planie  dnia,  której  nigdy  nie 

background image

można  zaniedbać  na  farmie - niezależnie  od  choroby  czy  też 
złej pogody.

Po  śniadaniu  chłopcy  zajrzeli  do  ojca.  Nadal  spał.  Gdy 

przyjrzeli  mu  się  jednak  dokładniej,  wcześniejszą  ulgę 
zastąpiła trwoga. Pan Bell nie spał, ale był w stanie śpiączki i 
wszelkie próby, aby go obudzić, okazały się daremne.

Posłano  po  doktora  i  John,  który  zajmował  się 

szykowaniem  ojcu  lekarstwa,  podbiegł  do  szafki.  Kiedy  ją 
otworzył, zawołał:

- Trzy  butelki  mikstury,  jaką  mu  podawałem,  zniknęły! 

Na  ich  miejscu  znajduje  się  flaszka  z  ciemnego  szkła 
zawierająca  brązowy  mętny  płyn,  której  nigdy  wcześniej  nie 
widziałem.

Do tej pory przyjechali już najbliżsi sąsiedzi i przyjaciele, 

a wśród nich Frank Miles i James Johnson. John zawołał ich, 
aby  obejrzeli  tajemniczą  butelkę.  Żaden  z  nich  wcześniej  jej 
nie widział.

- Ta przeklęta czarownica to zrobiła! - wykrzyknął Frank 

ze swoją zwykłą impulsywnością.

Duch natychmiast potwierdził oskarżenia.

- Zrobiłem to. Stary Jack już więcej nie wstanie z łóżka. 

Tym razem go dostałem!

Przyjechał  doktor  Hopson  i  dołączył  do  pozostałych 

zgromadzonych  przy  łóżku  pana  Bella.  Potrząsnął  głową  z 
niepokojem.  John  junior  pokazał  mu  dziwną  butelkę.  Gdy 
przyglądał się jej, Duch wyjaśnił:

- Postawiłem ją tam i dałem staremu Jackowi dużą dawkę 

mikstury wczoraj w nocy, gdy twardo spał, co go załatwiło.

- Z  całą  pewnością  ja  tam  jej  nie  zostawiłem -

wymamrotał  zdumiony  lekarz. - Nie  umiem  też  powiedzieć, 
co zawiera. Powinniśmy to sprawdzić.

Test  był,  niestety,  typowy  dla  medycznych  metod 

postępowania  w  tamtym  czasie  i  w  tamtej  oddalonej  od 

background image

ośrodków  nauki  okolicy.  Złapano  w  stodole  kota,  zanurzono 
słomkę w brązowym płynie i potarto nią język zwierzęcia.

Kot  podskoczył  i  zakręcił  się  w  kółko  kilka  razy,  upadł, 

wyprężył  łapy,  dostał  drgawek  i  zdechł.  Kiedy  w  przystępie 
gniewu  i  frustracji  John  wrzucił  śmiercionośną  butelkę  do 
ognia, zapłonęła jasnym niebieskawym płomieniem.

Gdy słońce zachodziło, rodzina Johna Bella zasiadła przy 

jego  łóżku,  przyglądając  się  bezradnie,  jak  chory  coraz 
bardziej  zapada  w  nieświadomość.  Ich  smutne  czuwanie 
zakłócił  wstrętny  głos  wyśpiewujący  wulgarne  piosenki  i 
pyszniący  się  popełnioną  zbrodnią.  Wczesnym  rankiem 
dwudziestego  grudnia,  dwa  miesiące  od  dnia  ataku  podczas 
obrządzania świń, John Bell wydał z siebie ostatnie tchnienie.

Jego pogrzeb ściągnął największy tłum, jaki kiedykolwiek 

widziano przy takiej okazji w hrabstwie Robertson. Dzień był 
jasny,  a  powietrze  rześkie,  zaledwie  kilka  dni  pozostało  do 
Bożego  Narodzeniem.  Grób  wykopano  na  wzgórzu  pod 
wysokimi  cedrami  obok  miejsca  spoczynku  syna  Bellów -
Benjamina.  Ponura  czarna  suknia  Lucy  i  zakrywający  jej 
twarz  wdowi  welon  pochłaniały  chłodne  światło  słoneczne. 
Gdy  żałobnicy  odchodzili,  grudki  ziemi  spadające  na  trumnę 
uderzały  tak  mocno  jak  kamienie.  Wtedy  Duch  pożegnał 
człowieka, którego zamordował.

- Och,  nalej  mi  trochę  brandy! - zaczął,  po  czym 

ochrypłym  głosem  wyśpiewywał  pijacką  piosenkę,  dopóki 
rodzina nie weszła do domu.

Och,  nalej  mi  trochę  brandy.  Nalej  trochę  brandy.  Och, 

nalej mi trochę brandy. Nalej jeszcze raz.

Boże  Narodzenie  Bellów  w  tamtym  roku  nie  mogło  być 

wesołe.

Gdy  mijały  mroźne  zimowe  dni,  pani  Bell  znalazła  kilka 

jasnych  promieni  w  mroku  swojej  żałoby.  Miała  silnych 
synów, którzy kontynuowali pracę jej męża, i wielu wiernych 

background image

przyjaciół.  Największą  złość  Duch  najwyraźniej  wyładował 
już  na  Johnie  Bellu;  nigdy  nie  był  niegrzeczny  ani 
nieprzyjemny w stosunku do Lucy i tamtej zimy stał się nawet 
miły  dla  Betsy.  Przynosił  egzotyczne  przysmaki,  aby 
zwiększyć  jej  słaby  apetyt,  i  opowiadał  zabawne  historie  o 
towarzyskich  wydarzeniach  w  dalekim  świecie.  Jak  można 
oczekiwać  po  tak  płytkiej  osobowości,  większość  z  owych 
opowieści  dotyczyła  poczynań  bogatych  wybitnych  ludzi  o 
wysokiej  pozycji  społecznej  z  Europy  i  Ameryki.  Mijało 
trochę czasu, zanim gazety dotarły do tego odległego zakątka, 
ale  kiedy  nadchodziły,  Betsy  stwierdzała,  że  opisy  balów  i 
parad  oraz  skandali - dostarczane  jej  przez  Ducha - zgadzają 
się całkowicie z podanymi faktami.

W  tych  tak  zbawiennych  dla  zdrowia  okolicach  wiosna 

nadchodzi wcześnie. Pierwsze polne kwiaty rozkwitają już w 
lutym  wśród śniegów,  a  w kwietniu można zobaczyć w lesie 
dywan  fiołków.  Serce  młodziutkiej  Betsy  również  zakwitło. 
Miała teraz siedemnaście lat - a jest to najsłodszy, najczulszy, 
najpiękniejszy  wiek  w  życiu  kobiety.  Przystojny  szarooki 
Joshua  był  przy  niej  i  nadeszła  wiosna.  Kiedy  młodzieniec 
zaproponował  małżeństwo,  zawahała  się  jednak.  Przeczucia 
Betsy  były  usprawiedliwione.  Duch  nie  zrezygnował  z 
niewytłumaczonej niechęci w stosunku do młodego człowieka 
i  pewnego  dnia,  kiedy  Josh  błagał  dziewczynę  o  rękę  w 
namiętnych słowach, przerwał mu stary refren:

- Betsy, nie wychodź za mąż za Joshuę Gardnera!

Ponownie  zasięgnięto  opinii  brata,  Johna  juniora -

przynajmniej ten tak twierdził. Duch zażądał, aby nie dopuścił 
do  małżeństwa.  Podobnie  jak  przedtem  nie  chciał  podać 
powodów, lecz John i tak wziął Betsy na bok na rozmowę w 
cztery oczy. Żadne z nich nigdy nie wyjawiło, co powiedział ( 
faktycznie  Betsy  w  ogóle  o  tym  nie  wspomniała),  ale  w 
oczywisty 

sposób 

John 

ostrzegł 

siostrę 

przed 

background image

niebezpieczeństwem, w jakim może się znaleźć. Tego samego 
dnia  Betsy  powiedziała  ukochanemu,  że  nigdy  nie  będzie  do 
niego należeć.

Wiele  lat  później  po  długim  i  szczęśliwym  życiu  Betsy 

wracała pamięcią do owej decyzji i dała wyraz nadal noszonej 
w sercu wielkiej urazie, ale nie do Ducha, lecz do przyjaciół, 
którzy  skrytykowali  ją  za  to,  że  nie  przeciwstawiła  się 
straszliwemu  głosowi.  Twierdziła,  że  nie  mają  prawa  jej 
osądzać,  ponieważ  nigdy  nie  byli  na  jej  miejscu - i  istotnie 
mało  kobiet  znalazło  się  w  podobnej  sytuacji.  Duch  bez 
przerwy  demonstrował  swoją  zdolność  do  zadawania  ran  i 
szkodzenia ludziom wokół. Czy powinna narażać ukochanego 
na działanie złośliwej mocy, która już zniszczyła jej ojca? To 
nie byłoby uczciwe w stosunku do Joshuy.

Owo  ostatnie  ustępstwo  zadowoliło  Ducha.  Chociaż  jego 

odwiedziny  trwały  jeszcze  przez  kilka  miesięcy,  stopniowo 
stawały się coraz rzadsze. Pewnej nocy, gdy rodzina siedziała 
wokół  kominka,  przypominający  kulę  armatnią  przedmiot 
wytoczył  się  z  paleniska  i  wpadł  do  pokoju,  wypuszczając 
wielką chmurę dymu.

- Odchodzę - oznajmił  odpychający,  znajomy  głos. -

Odchodzę na siedem lat. Żegnam wszystkich.

background image

Rozdział jedenasty
Duch  rzeczywiście  odszedł.  Mijały  lata  i  stary  dom  był 

świadkiem zwykłych zmian, w tym kilku ślubów. Tak, Betsy 
została wreszcie panną młodą, ale jej wybranym nie był Josh. 
Może  obawiała  się,  że  Duch  mógłby  wrócić  zbyt  wcześnie, 
gdyby złamała jego zakaz, lub też być może były jakieś inne 
powody.  Kto  potrafi  zgłębić  tajemnice  serca  młodej 
dziewczyny?

Mężem Betsy został Richard Powell, nauczyciel. Odczekał 

przyzwoity  okres - niezależnie,  jak  długo  to  trwało - po 
odprawieniu Joshuy, zanim objawił jej swoją miłość. Pracował 
wtedy w sądzie i stał się w pewnym sensie dobrą partią. To, że 
był znacznie starszy od narzeczonej, nie miało znaczenia. Jak 
zauważył  mądrze  John,  dobre  małżeństwo  polega  na  tym,  że 
„mąż  bierze  na  siebie  trudy  życia  i  nie  pozwala  żonie 
podejmować  obowiązków,  które  mogłyby  się  okazać 
uciążliwe". Małżeństwo owo trwało jedynie siedemnaście lat, 
ale według wszelkich relacji było szczęśliwe.

Drewry  kupił  gospodarstwo  nad  rzeką  i  mieszkał  tam 

samotnie,  a  niewolnicy  stanowili  jego  jedyne  towarzystwo. 
Nie  miał  tak  silnego  charakteru  jak  siostra.  Okropna  śmierć 
ojca  pozostawiła  mu  wspomnienia,  po  których  nigdy  nie 
doszedł do siebie i żył w ciągłym strachu, że Duch powróci.

John  junior  również  mieszkał  sam  na  własnej  farmie.  W 

1828  roku  przywiózł  do  domu  narzeczoną,  jedną  z  córek 
pastora metodystów Tomasza Gunna. Jednakże nie był jeszcze 
żonaty  w  lutym  tego  roku,  kiedy  Duch,  zgodnie  z  obietnicą, 
złożył Bellom drugą wizytę.

Bellowie nigdy nie wątpili w to, że wróci. W owym czasie 

jedynie  trójka  członków  rodziny  mieszkała  w  starym  domu -
pani Lucy Bell oraz jej najmłodsi synowie Richard i Joel.

Nadszedł  tak,  jak  za  pierwszym  razem,  sygnalizując 

obecność skrobaniem w zewnętrzne ściany domu, a następnie 

background image

zaczął buszować wewnątrz: drapał i pukał oraz ściągał z łóżek 
pościel. Richard, który spał sam w dawnym pokoju chłopców, 
pierwszy  odczuł  obecność  Ducha.  Mężnie  zachowywał 
milczenie,  mając  nadzieję,  że  niepożądany  gość  zrezygnuje  i 
odejdzie.  Jednakże  kilka  nocy  później  usłyszał  odgłosy  w 
sypialni  obok - tam,  gdzie  spali  jego  matka  i  brat  Joel,  i 
zrozumiał, że jego nadzieje były płonne.

Lucy i chłopcy przedyskutowali to, co zaszło, i stwierdzili, 

że najlepiej będzie, jeśli zignorują obecność intruza. Być może 
zestawili  fakty  i  wyciągnęli  odpowiednie  wnioski - podczas 
swej pierwszej bytności w domu Duch nie przemówił, dopóki 
się  doń  nie  zwrócono.  Strategia  ta  zadziałała.  Nastąpiły  dwa 
tygodnie  stosunkowo  nieznacznego  zakłócania  spokoju. 
Później  zaś  owe  zjawiska  ustały  całkowicie.  Przybysz  nie 
odezwał  się  ani  jednym  słowem,  nie  odszedł  jednak. 
Uradowani  członkowie  rodziny  nie  wiedzieli,  że  znalazł 
bardziej podatnego na swe wpływy gospodarza.

John  Bell  junior  należał  do  tych  przeciwników  Ducha, 

którzy  mówili  mu  prawdę  prosto  z  mostu.  Zwymyślał  go  i 
przeklął  za  cierpienia  siostry  i  ojca.  Duch  znosił  jego 
inwektywy  z  godną  uwagi  pokorą,  a  więc  może  nie  było  w 
tym nic dziwnego, że podczas swej drugiej wizyty przedłożył 
towarzystwo Johna nad pobyt u jego matki i młodszych braci. 
Zaskakuje  nas  tylko,  jak  zmieniła  się  owa  istota  w  ciągu 
minionych siedmiu lat.

Pewnego  marcowego  wieczora,  gdy  John  siedział, 

czytając  w  swoim gabinecie,  rozległ  się  głos,  którego  dawno 
nie słyszał, lecz który natychmiast rozpoznał.

- John - zaczął łagodnie  Duch. - Mam nadzieję,  że  teraz 

nie  będziesz  na  mnie  tak  zły  jak  podczas  mojej  poprzedniej 
wizyty. Nie obrażę cię niczym. Byłem w Indiach Zachodnich 
przez siedem lat i...

background image

- Gdziekolwiek  byłeś  czy  też  czymkolwiek  jesteś, 

właściwym  miejscem  dla  ciebie  jest  piekło - odpowiedział 
John rozgniewany.

- Obecnie  na  tym  świecie  żyją  tysiące  ludzkich  istot 

gorszych  niż  ja - zaprotestował  Duch. - Jeśli  ich  duchy 
mogłyby kiedykolwiek powrócić na ziemię, stworzyłyby wiele 
razy gorsze piekło niż to, które ja urządziłem.

- Oddałbym  dobrowolnie  swoje  życie - odparł  John 

dramatycznym głosem - gdybym mógł cię pochwycić i powoli 
zmiażdżyć  własnymi  rękami,  zadając  ci  ból,  jaki  zadawałeś 
mojemu ojcu dziesiątki razy, a następnie wrzucić cię prosto do 
piekielnego ognia.

Niewzruszony tym Duch powracał w kolejne noce i dwaj 

dziwaczni przeciwnicy wiedli ze sobą długie rozmowy. Duch 
wyjawił  Johnowi,  że  pomiędzy  stanami  wybuchnie  wielka 
wojna  o  uwolnienie  niewolników.  Chociaż  Duch  nie  lubił 
Murzynów,  uważał,  że  lepiej  będzie  dać  im  wolność. 
Przewidział  również  wojnę  pomiędzy  narodami,  w  którą 
zostaną  wciągnięte  Stany  Zjednoczone.  Istniało

też 

niebezpieczeństwo drugiego strasznego konfliktu światowego, 
który - jeśli  nastąpi - okaże  się  gorszy  niż  ów  pierwszy. 
Oprócz  przewidywania  tych  i  innych  katastrof - powodzi, 
trzęsień  ziemi,  susz - przybysz  zabawiał  Johna  długimi 
nudnymi  opisami  nieba  i  piekła,  historią  ludzkości  przed 
Adamem  oraz  rozważaniami  dotyczącymi  natury  Jezusa 
Chrystusa.  Z  przykrością  muszę  powiedzieć,  że  chociaż 
znajomość  języka  angielskiego  prezentowana  teraz  przez 
Ducha  poprawiła  się  znacznie - nie  było  już  ani  śladu  złej 
gramatyki  i  wulgaryzmów,  które  psuły  jego  wcześniejsze 
wypowiedzi - to  przyswoił  sobie  literacki  styl  wypowiedzi -
pompatyczny i zagmatwany. Dlatego oszczędzę wam dalszych 
cytatów.

background image

Po  kilku  miesiącach  Duch  oświadczył,  że  jego  jutrzejsza 

wizyta będzie ostatnia.

- Jednak - zapowiedział - wrócę znowu za sto siedem lat.
- Wtedy po raz ostatni widzieliśmy lub słyszeliśmy Ducha

- opowiadał  John  synowi,  jedynej  osobie,  z  którą 
kiedykolwiek 

rozmawiał 

swych 

niewiarygodnych 

przeżyciach.  Z  wszystkich  uwag  Ducha  największe  wrażenie 
robiły  relacje  nieomal  naocznego  świadka  (cokolwiek  może 
oznaczać  ów  dwuznaczny  zwrot)  dotyczące  ukrzyżowania  i 
śmierci  Chrystusa.  John  nie  chciał  ich  powtórzyć  nawet 
własnemu synowi. - Były dla mnie zbyt bolesne, abym je tobie 
wyjawił.  Tak  bardzo  zasmuciła  mnie  opowieść  o  straszliwej 
męce  naszego  Zbawiciela,  że  nigdy  nie  mogłem  się  z  tego 
otrząsnąć.

Czy rzeczywiście był to koniec Ducha Bellów? W żadnym 

wypadku.  Obiecał,  że  przybędzie  za  sto  siedem  lat,  czyli  w 
roku 1935.

background image

Rozdział dwunasty
Wkrótce  po  drugiej  wizycie  Ducha  panią  Lucy  Bell 

złożono  w  miejscu  wiecznego  spoczynku  na  cichym 
cmentarzu  na  wzgórzu.  Po  jej  śmierci  nikt  nie  miał  ochoty 
mieszkać w domu, który był świadkiem tak wielu dziwnych i 
okropnych  wydarzeń.  Toteż  stopniowo  budynek  uległ 
zniszczeniu  i  w  końcu  go  rozebrano.  Pomijając  Drewry'ego, 
który  wiódł  samotną  egzystencję,  pełen  obaw,  dzieci  Johna 
Bella  żyły  długo  i  dobrze  im  się  powodziło.  Prawdę 
powiedziawszy, można by nawet podejrzewać, że zamiast być 
nieszczęściem  rodziny,  Duch  przyniósł  jej  szczęście.  John 
junior  umarł  na  zapalenie  płuc  w  młodym - jak  na  Bellów -
wieku  sześćdziesięciu  dziewięciu  lat.  Gdyby  lepiej  o  siebie 
dbał,  mógłby  cieszyć  się  długim  żywotem,  jakie  stało  się 
udziałem  jego  brata  Joela,  który  dożył  siedemdziesięciu 
siedmiu  lat - i  jego  siostry  Betsy,  zmarłej  w  wieku  lat 
osiemdziesięciu  sześciu.  Kilku  przyjaciół,  którzy  poświęcili 
tyle  wieczorów,  rozmawiając  z  Duchem,  również  osiągnęło 
wiek  godny  uwagi.  Wielebny  Gunn,  pastor  kościoła 
metodystów,  w  chwili  śmierci  liczył  sobie  dziewięćdziesiąt 
lat,  ale  prześcignął  go  Stara  Słodka  Gęba,  James  Johnson, 
któremu tylko roku brakowało do setki.

Pozostali  przy  życiu  członkowie  rodziny  z  urazą 

wspominali  rozgłos,  jaki  przyniósł  im  Duch,  i  nie  chcieli 
powracać  do  tej  sprawy,  wyjąwszy  rzadkie  sytuacje,  gdy 
rozmawiali  z  bliskimi  krewnymi  lub  przyjaciółmi.  Richard 
jedyny postanowił spisać całą historię. Przyjmuje się, że jego 
dziennik  powstał  w  1846  roku,  ale  autor  nie  zgodził  się  na 
publikację, chociaż wiele zainteresowanych osób ubiegało się 
o  pozwolenie  na  wydanie  dzieła.  Dopiero  gdy  ostatni 
przedstawiciel tego pokolenia umarł, syn Richarda, Alan Bell, 
wręczył  rękopis  dziennikarzowi  z  Clarksville,  panu  M.V. 
Ingramowi. Książkę Ingrama wydano w 1894 roku.

background image

Oprócz  wspomnień  Richarda  zawierała  ona  listy  i 

wywiady  z  sąsiadami.  Nadal  żyło  jeszcze  kilku  naocznych 
świadków  tamtych wydarzeń;  korespondenci  Ingrama  byli  w 
większości  ich  synami  i  córkami,  którzy  pamiętali  historie 
opowiadane przez rodziców. Jeden lub dwa rozdziały były w 
oczywisty  sposób  produktem  czystej  wyobraźni  napisanym 
przez  pana  Ingrama  ogromnie  przesadnym  i  kwiecistym 
stylem  właściwym  tamtej  epoce - gdyby  sir  Arthur  to 
przeczytał, ujrzelibyśmy grymas niesmaku na jego twarzy.

W  owym  czasie  nie  brakowało  plotek  i  przypuszczeń 

dotyczących  tej  historii.  Sceptycy  uznali  Betsy  Bell  za 
sprawczynię  wszystkich  sztuczek,  chociaż  właściwie  nikt  nie 
posunął się tak daleko, aby oskarżyć ją o zabójstwo ojca. Inni 
czytelnicy sugerowali, że to dwaj starsi chłopcy, John junior i 
Drewry,  nauczyli  się  „sztuk  magicznych",  takich  jak 
brzuchomówstwo,  podczas  podróży  do  Nowego  Orleanu  i 
pomogli  małej  siostrzyczce  oszukać  resztę  rodziny.  W  1849 
roku „Saturday Evening Post" opublikował artykuł, w którym 
przedstawiono  tę  teorię.  Jednak  autorzy  nie  docenili  pani 
Betsy, która wszczęła proces, i gazeta była zmuszona odwołać 
swoje insynuacje.

Z  biegiem  czasu  wszyscy  zapomnieli  o  tej  historii, 

wyjąwszy  hrabstwo  Robertson  i  ów  odcinek  Missisipi,  gdzie 
wywędrowali  potomkowie  Bellów.  Ciągle  opowiadana, 
upiększana  i  mylnie  interpretowana,  nabrała  ona  cech 
klasycznej  opowieści  o  duchach  i  bardzo  niewiele  już 
pozostało z pierwotnych faktów.

W Tennessee aż do dzisiejszego dnia grota Ducha Bellów 

stanowi  miejscową  atrakcję  turystyczną,  a  okoliczni 
mieszkańcy 

raczą 

naiwnych 

badaczy 

zjawisk 

nadprzyrodzonych 

opowiadanymi 

namaszczeniem 

kłamliwymi historiami o ostatnich szaleństwach Ducha.

background image

Sami  Bellowie  przechowali  na  piśmie  i  w  tradycji 

rodzinnej dokładniejszą i bardziej autentyczną wersję tamtych 
wydarzeń.  Jak  bliska  była  prawdzie,  nie  dowiemy  się  nigdy, 
ponieważ  dziennik  Richarda  Bella  opublikowano  dopiero 
siedemdziesiąt lat po odejściu Ducha. Czterdzieści lat później 
inny  członek  rodziny,  doktor  Charles  Bailey  Bell,  złapał  za 
pióro,  aby  napisać  o  „kłopotach  rodzinnych".  To  właśnie  z 
tych dwóch tomów zaczerpnąłem większość faktów - i fantazji
- opowiedzianych dzisiejszego wieczoru. Pominąłem bardziej 
niewiarygodne 

historie 

przekazywane 

przez 

osoby 

niezaangażowane bezpośrednio w sprawę.

Doktor Bell, lekarz i specjalista od zaburzeń nerwowych, 

był wnukiem Johna juniora. W 1934 roku liczył sześćdziesiąt 
cztery  lata.  Od  dzieciństwa  słyszał  opowieści  o  Duchu  od 
wuja  Hacka  (niegdyś  Harry'ego),  Franka  Milesa  i  innych 
naocznych  świadków.  Jako  dziewiętnastoletni  chłopak  złożył 
wizytę  ciotecznej  babce  Betsy  i  wysłuchał  jej  wspomnień. 
Jego  ojciec,  Joel  Thomas  Bell,  syn Johna  juniora,  umarł  w 
1910  roku,  ale  zanim  odszedł  z  tego  świata,  opowiedział 
Charlesowi  o  filozoficznych  dyskusjach  z  Duchem.  Doktor 
Charles  musiał  zajmować  się  tą  historią  od  dziesiątków  lat  i 
był  przekonany, że Duch dotrzyma swej obietnicy i powróci, 
on zaś będzie tą osobą, której złoży wizytę.

W  1934  roku  napisał  książkę,  wyjaśniając  we  wstępie, 

dlaczego uważa za konieczne ujawnienie spraw, które rodzina 
tak  długo  trzymała  w  tajemnicy.  Wierzył,  że  kraj  i  świat 
znajdują  się  w  rozpaczliwej  sytuacji.  Chociaż  nie  ma  nic 
niezwykłego  w  tym,  że  ów  stary  dżentelmen  wyznawał 
skrajnie  konserwatywne  poglądy,  miał  on  jednak  pewne 
powody do pesymizmu. Stany Zjednoczone ogarnęła depresja. 
Europa  znajdowała  się  w  stanie  wrzenia,  Adolf  Hitler  został 
kanclerzem  Niemiec.  W Rosji  panował  bezbożny  komunizm. 
Religia  zamierała.  Można  zapytać,  w  jaki  sposób  dziwaczne 

background image

rozważania  Ducha  sprzed  wieku  zdołałyby  wspomóc 
udręczony świat, który miał dość problemów bez prowadzenia 
spekulacji  na  temat  zjawisk  nadprzyrodzonych.  Doktor 
Charles znał odpowiedź: podczas długich i nudnych rozmów z 
dziadkiem  Duch  poświadczył  boskość  Jezusa  Chrystusa  i 
prawdę wiary chrześcijańskiej.

Poglądy  religijne  Ducha  podobnie  jak  jego  filozofia  są 

zbyt  skomplikowane,  aby  nadawały  się  tu  do  przytoczenia. 
Czy należy je przypisać samemu dobremu doktorowi czy jego 
dziadkowi albo też stanowią połączenie stanowisk ich obu, nie 
ośmieliłbym  się  powiedzieć,  ale  mam  pewność,  że  nie 
pochodziły  od  tamtej  wulgarnej  istoty  o  ochrypłym  głosie, 
kimkolwiek była, która podążała za Johnem Bellem do grobu, 
śpiewając pijackie piosenki.

Nie znaczy to, abym wierzył choć przez chwilę, że doktor 

Bell rozmyślnie zaprezentował w ten sposób swe poglądy, aby 
dokonać  oszustwa.  Jednak  musimy  zauważyć,  że  do  roku 
1930  wiele  wydarzeń,  jakie  Duch  przedstawił  tak  dokładnie, 
należało już do historii, a wojenne chmury znowu zbierały się 
nad Europą. Poczciwy doktor wierzył, że Duch rodzinny zjawi 
się  u  niego  w  1935  roku.  Doznał  wszakże  rozczarowania. 
Tajemnicza istota nie pojawiła się ani u niego, ani, p ile nam 
wiadomo, u żadnej osoby z rodziny. „Duch Bellów" wreszcie 
odszedł do miejsca wiecznego spoczynku.

background image

Rozdział trzynasty
Kiedy Houdini skończył, powietrze było szare od dymu, a 

kieliszki  puste.  Nieznajomy,  który  zdradzał  oznaki 
wzrastającego 

niepokoju 

podczas 

ostatniej 

części 

opowiadania,  nie  mógł  już  dłużej  zapanować  nad  swymi 
emocjami.

- Ależ,  panowie,  co  za  brednie!  To  oczywiste,  że 

prawdziwe wyjaśnienie...

- Proszę  poczekać. - Fodor  pogroził  mu  ostrzegawczo 

palcem. - Posłuchamy pańskiego wyjaśnienia w odpowiednim 
czasie,  mój  drogi;  to  w  nadziei na  uzyskanie  nowego punktu 
widzenia  czynimy  honory  domu  i  zaprosiliśmy  pana  tutaj 
dzisiejszego wieczoru. Jednak, za pozwoleniem, chcielibyśmy 
zachować  pańskie  uwagi  na  koniec - na  deser.  Najpierw 
zaprezentujmy  własne  teorie  na  temat,  kim  naprawdę  był 
Duch Bellów. Czy zaczniesz pierwszy, Frank? Idę o zakład, że 
większość  z  nas  potrafi  przewidzieć,  co  powiesz.  Jeszcze 
jedna niegrzeczna dziewczynka, co?

Podmore wykrzywił wąskie wargi, pochylił się do przodu, 

splótł ręce i zaczął mówić.

background image

Rozdział czternasty
Podmore: „niegrzeczna dziewczynka"
Najpierw,  panowie,  pozwólcie,  że  wyświadczę  nam 

wszystkim przysługę i rozprawię się z niektórymi wymysłami, 
jakie  narosły  wokół  tej  sprawy.  Mamy  zbadać  dowody.  Co 
można  uznać  za  dowód,  a  co  wyłącznie  za  produkt 
wyobraźni?

Jedną  z  naszych  reguł - podstawową  zasadą  każdego 

dochodzenia - jest  podawać  w  wątpliwość  każdą  opowieść, 
jaka  opiera  się  na  zeznaniu  pojedynczego  świadka.  Na  tej 
podstawie,  jeśli  nie  na  innej,  możemy  odrzucić  większość 
oświadczeń służących rodziny. Znaczna część opowieści pani 
Betsy  należy  do  tej  samej  kategorii.  Szczególnie  absurdalna 
wydaje  się  owa  historia  o  przejażdżce  saniami  ciągniętymi 
przez  siły  nadprzyrodzone.  Tak,  obawiam  się,  że  w  swoim 
zdziecinnieniu  stara  dama  pozwoliła  wyobraźni  błądzić  zbyt 
swobodnie. Jeśli chodzi o rozmowy Johna juniora z Duchem, 
są  zupełnie  nieprzydatne.  Nie  ma  też  znaczenia,  czy 
przypiszemy  je  samemu Johnowi  czy  też  jego  potomkom; są 
to  namacalne  kłamstwa.  Przypomnijcie  sobie  ten  jeden 
przypadek,  kiedy  Duch,  który  jak  przypuszczano,  znał 
wszystkie  języki,  rzeczywiście  użył  obcego  zwrotu.  Było  to 
wtedy,  gdy  zwracał  się  do  Johna  juniora - i  mówił  po 
francusku - językiem, który znał tylko John.

Ale  gdy  odrzuci  się  wszystkie  te  nieistotne  rzeczy, 

musimy  przyznać,  że  jakaś  istota  wtargnęła  do domu  Bellów 
wiosną  1817  roku.  Setki  świadków  słyszało,  jak  przemawia. 
Jej  ataki  na  Betsy  widziało  dziesiątki  osób.  Jest  to 
najistotniejsza część opowieści i fakt, który musimy wziąć pod 
uwagę.

Fodor cieszy  się, że  może żartować z  mojej  tezy o małej 

dziewczynce.  Panowie,  za  nic  nie  chciałbym,  aby  oskarżono 
mnie  o  uprzedzenia  w  stosunku  do  płci  pięknej,  gdyż  często 

background image

winowajcą bywa niegrzeczny mały chłopiec. W tym wypadku 
jednakże  to  panienka  Betsy  powinna  zasiąść  na  ławie 
oskarżonych.

Jak  wam  wiadomo,  osobiście  zbadałem  liczne  wypadki 

hałaśliwych  duchów  i  nawiedzonych  domów.  Niemal  we 
wszystkich  ośrodkiem  niepokoju  było  dziecko  lub  osoba 
dorosła  opóźniona  umysłowo.  Oskarżano  mnie,  że  jestem 
niesprawiedliwy  w  stosunku  do  tych  nieszczęsnych  istot. 
Toteż  zamiast  dawać  wam  przykład  z  mojego  własnego 
doświadczenia,  pozwólcie,  bym  postawił  obecną  tezę, 
powołując  się na sprawę, w której nie brałem udziału. Rzecz 
wydarzyła się w małym miasteczku w Berkshire w 1895 roku. 
Zajmował  się  nią  pan  Westlake,  jeden  z  naszych  najbardziej 
doświadczonych pracowników. Na pierwszy rzut oka chodziło 
o  typowe  działania złośliwego  ducha - poltergeista.  Od  kilku 
tygodni  rodzina  doświadczała  nagłych  tajemniczych  zjawisk. 
Meble  latały  dookoła  pokoju,  rozżarzone  ognie  wyskakiwały 
same  z  kominka,  a  patyki,  imbryk  i  filiżanki  unosiły  się  w 
powietrzu.

Westlake  pojechał  do  Berkshire  całkowicie  wolny  od 

uprzedzeń. Pierwszego dnia nic nie zauważył, ale bezczynność 
ducha  przypisywał  czynnikowi,  który  niektórzy  z  moich 
kolegów  nazywają  „nieśmiałością  wobec  świadków". 
Twierdzą oni, że obecność osoby z zewnątrz, szczególnie zaś 
sceptyka,  tłumi  zdolności  poltergeista  do  pokazywania 
sztuczek.  No  cóż,  istotnie  tak  się  dzieje,  choć  nie  z  tego 
powodu.

Westlake  zaobserwował,  że  rodzice,  pan  i  pani  Turner, 

byli szczerze zakłopotani i strapieni. W takim samym nastroju 
było  jedno  z  dzieci,  chłopiec,  który  nie  występuje  w  tej 
historii.  Drugie  z  dzieci,  dziewczynka,  mała  jak  karliczka 
ciemnowłosa  Polly,  najpierw  mówiła  niewiele;  siedziała  w 
kącie przy kominku, tuląc w objęciach swoje dwa koty.

background image

Później  tego  dnia  Westlake  napisał,  co  następuje:  „Duch 

jest  teraz  oszustem,  niezależnie  od  tego  kimkolwiek  był 
wcześniej.  Zaprzyjaźniłem  się  z  kotami,  a  ich  właścicielka, 
biedne dziecko, siedziała ze mną sam na sam przez  dwie lub 
trzy godziny, kiedy to przesunęła czterdzieści czy pięćdziesiąt 
przedmiotów,  gdy  sądziła,  że  nie  patrzę.  W  przynajmniej 
siedmiu  przypadkach  dobrze  widziałem,  jak  dotyka  tych 
rzeczy i jak szybko się przemieszczają.

Przypadek  ten  wydaje  się  tak  typowy,  że  uważam,  iż  w 

przekonywający  sposób  wyjaśnia  zjawisko  tak  zwanego 
poltergeista.  Naiwni  wierzą,  że  dziecko  fizycznie  nie 
zdołałoby  wytworzyć  takich  efektów  i  jest  zbyt  słodkie  i 
niewinne,  aby  w  ten  sposób  martwić  rodzinę.  Brednie, 
panowie,  albo,  jak  mógłby  powiedzieć  Houdini:  banialuki! 
Dzieci  nie  są  aniołami,  są  istotami  ludzkimi  w  szczególnie 
trudnym  okresie  życia.  Pełne  agresji  z  powodu  władzy,  jaką 
sprawują nad nimi dorośli, są zbyt słabe, aby się opierać i zbyt 
bezradne,  by  uciec.  Nic  dziwnego,  że  sprawia  im 
przyjemność,  gdy  widzą tych  wielkich  tyranów,  którzy  nimi 
rządzą,  przestraszonych  i  zakłopotanych!  A  jeśli  chodzi  o 
potrzebną  do takich  działań zręczność,  jest  to  także  fałszywe 
założenie, chociaż przyznaję, że trzeba zobaczyć owe słodkie 
maleństwa  w  akcji,  zanim  się  uwierzy,  jak  potrafią  być 
szatańsko przebiegłe.

Zwinna  dwunastoletnia  panienka  Betsy  przemykała 

bezszelestnie  po  ciemnych  korytarzach  obszernego  domu,  by 
szarpać za włosy braci, drapać i stukać w ściany oraz warczeć 
jak  pies.  Brak  sztucznego  oświetlenia  sprawiał,  że 
wytworzenie  tak  niesamowitych  dźwięków  i  szepczących 
głosów  okazywało  się  dziecinnie  proste.  Jak  często  w 
opowiadaniu  słyszeliście  zwrot  „gdy  przyniesiono  świece"? 
Zjawiska ustawały, kiedy robiło się jasno.

background image

Szczególne  znaczenie  ma  tu  historia  o  orzechach  i 

winogronach  zrzuconych  chorej  pani  Bell,  która  leżała  w 
łóżku. Czyj to pokój znajdował się bezpośrednio nad sypialnią 
Lucy? Akurat była pora na te owoce. Zeznania świadków, że 
w suficie nad łóżkiem nie było żadnej szczeliny ani dziury, nic 
nie  znaczą.  Jak,  u  licha,  owe  damy  w  ciasnych  gorsetach  i 
szerokich  spódnicach  mogły  się  wspiąć  tak  wysoko,  aby 
dostrzec  z  całą  pewnością,  czy  nie  ma  tam  rozluźnionych 
listewek.

Betsy  nie  chciała  poślubić  Joshuy  Gardnera.  Być  może 

rodzice  ją  ponaglali;  może  chłopak  stawał  się  zbyt 
natarczywy,  a  dziewczyna  miała  już  na  oku  młodego 
nauczyciela.  Dlaczego  nie  wykorzystać  stworzonego  przez 
siebie potwora, aby pozbyć się kłopotu. Zadawane samej sobie 
obrażenia  są  powszechne  w  przypadku  oszustwa  i  histerii. 
Mała  ofiara  piszczy:  „Ach,  bije  mnie  w  policzek!" - i  klepie 
się sama rękami w twarz - to dość naturalne - i patrzcie, na jej 
skórze  widnieją  czerwone  ślady!  „Pomocy,  ciągnie  mnie  za 
włosy!" - wystarczy  trochę  wykrzywionych  min  i  szarpania 
się,  nerwowa  próba  odepchnięcia  niewidzialnych  rąk - i 
doskonała  mała  aktorka,  ciężko  oddychając,  łapie  się  za 
włosy.

Duch  Bellów  był  nałogowym  plotkarzem.  Wiedział  o 

wszystkim, co działo się w sąsiedztwie, a nawet i w odległych 
miejscach.  Nie  musimy  traktować  tego  dosłownie,  ponieważ 
wiemy,  jak  owa  pozorna  wszechwiedza  działa  w  wypadku 
mediów 

na 

seansach 

spirytystycznych 

oraz 

osób 

przepowiadających  przyszłość.  Jedno  lub  dwa  szczęśliwe 
trafienia  i  reputacja  jasnowidza  jest  ustalona.  Później 
łatwowierni  uczestnicy  spotkania  uwierzą  we  wszystko,  co 
mówi. Betsy dobrze znała sąsiadów i bawiła się z ich dziećmi. 
Czy  myślicie,  że  dzieci  nie  plotkują?  Są  najbardziej 
niebezpiecznymi plotkarzami, ponieważ przekazują prawdę w 

background image

niezmienionej  postaci.  „Tata  znowu  upił  się  ostatniej  nocy; 
uderzył mamę, a ona płakała i nazwała go ...". Betsy słuchała
opowiastek  przyjaciół  oraz  niewolników - którzy  często 
wiedzą o wiele więcej o swych panach, niż ci by sobie życzyli
- i  towarzyszyła  dorosłym,  którzy  na  ogół  ignorują  obecność 
cichego,  dobrze  wychowanego  dziecka.  I  proszę!  Tego 
wieczoru Duch wszystko wiedział.

Nie  będę  wystawiać  na  próbę  waszej  cierpliwości, 

panowie,  komentując  każdy  szczegół  tej  opowieści; 
przemyślcie  tylko  wszystko  z  perspektywy  mojej  sugestii,  a 
stwierdzicie,  że  wszystkie  mające  związek  z  tą  sprawą  fakty 
zostały wyjaśnione. Jednakże muszę powiedzieć coś o śmierci 
Johna  Bella,  ponieważ  wbrew  mym  domniemanym 
uprzedzeniom  do  małych  dziewczynek  nie  wierzę,  że  to 
dziecko  otruło  ojca.  Pan  Bell  był  już  bliski  siedemdziesiątki. 
Lekarz  mógłby  wyjaśnić  objawy  jego  choroby  z  większą 
łatwością  niż  ja,  ale  ośmielę  się  przypuszczać,  że  liczne 
dolegliwości naturalne - od alergii do zaburzeń nerwowych - z 
powodzeniem  mogą  wyjaśnić  jego  bóle  i  cierpienia.  A  Bogu 
jedynie  wiadomo,  że  człowiek  ten  miał  powód,  by  chorować 
na 

nerwy. 

Tajemnicze 

brązowe 

lekarstwo, 

które 

przypuszczalnie uśmierciło  biednego dżentelmena,  nie mogło 
spowodować  tamtej  ostatniej  śpiączki - nie,  jeżeli  była  to  ta 
sama  substancja,  która  wywołała  natychmiastowe  drgawki  u 
kota.

Nie  zaprzeczam,  że  panienka  Betsy  nie  lubiła  swojego 

ojca.  Uderzyła  mnie  jej  uwaga,  wypowiedziana  kilka  lat 
później,  że  często  próbował  uniemożliwić  dzieciom 
uczestniczenie  w  miłych  wycieczkach,  okłamując  swe 
potomstwo.  Interesujące,  czyż  nie,  że  siedemdziesiąt  lat 
później  nadal  to  pamiętała?  Pani  Bell  bardzo  się  cieszyła, 
mogąc  zrobić  przyjemność  dzieciom;  córka  szczerze  ją 
kochała  i  podziwiała.  Surowy  ojciec  był  jedynie  symbolem 

background image

władzy  i  Betsy  wcale  nie  żałowała,  gdy  umarł,  chociaż 
umyślnie nie przyczyniła się do jego śmierci. Gdy już odszedł, 
mogła dobrze się bawić i poślubić mężczyznę, którego w głębi 
duszy  pragnęła.  Do  tego  czasu  prawdopodobnie  była  już 
zmęczona „Duchem" i gotowa do bardziej dorosłych zabaw.

- Brawo - odezwał  się  życzliwie  nieznajomy. - Prawdę 

mówiąc,  kiedy  zaprosiliście  mnie,  panowie,  abym  przybył  tu 
dzisiaj  wieczorem,  poczułem  pewną  niechęć.  Zawsze  dość 
pesymistycznie  patrzyłem  na  wszystko,  co  ma  związek  ze 
spirytyzmem,  i  sądzę,  że  wyobrażałem  was  sobie  jako,  no 
cóż...

- Grupę  naiwnych  wywołujących  ducha  ciotki  Sallie? -

dokończył Fodor z uśmiechem.

- Coś w tym  rodzaju. Mogę to teraz  przyznać, ponieważ 

jestem  zmuszony  was  przeprosić.  Było  to  dowcipne 
streszczenie  moich  myśli,  panie  Podmore.  Cieszę  się,  gdy 
widzę, iż niektórzy spośród was, panowie, są równie cyniczni 
jak przedstawiciele mojego własnego zawodu.

- Musiał  pan  wiedzieć,  że  Houdini  także  jest  cynikiem -

odparł Doyle z pewną nutą opryskliwości.

- Nie  przyszedłbym,  gdybym  nie  wiedział,  że  będzie  tu 

obecny - przyznał się nieznajomy.

Nawet Conan Doyle roześmiał się na te słowa, a Houdini 

zauważył.

- Widzi pan, sir Arthurze, w przeciwieństwie do pewnych 

proroków jestem szanowany we własnym kraju. Pozwólcie mi 
dodać moją analizę do teorii Podmore'a; jak prawdopodobnie 
odgadliście, on i ja w głównych założeniach rzeczywiście się 
zgadzamy.

background image

Rozdział piętnasty
Houdini: przypadek mylącego ustawienia głosu
Gdyby  Betsy  znalazła  się  na  ławie  oskarżonych,  a  ja 

należałbym do przysięgłych, musiałbym także wydać werdykt 
„winna".  Jednak  nie  byłbym  tak  zupełnie  pozbawiony 
galanterii,  by  pozwolić  jej  zasiąść  tam  samotnie.  Nie,  moi 
przyjaciele,  obok  niej  zjawiłyby  się  jeszcze  dwie  osoby - jej 
bracia John i Drewry.

John  przyznaje,  że  podejrzewano  jego  i  Drew  o  to,  iż 

nauczyli  się  „sztuk  magicznych"  w  czasie  pobytu  w  Nowym 
Orleanie. Obecnie to stare czarujące miasto jest nadal siedzibą 
specyficznej  czarnej  magii  przywiezionej  do  wybrzeży 
Ameryki z Indii Zachodnich.

Czy  nie  widzicie,  jak  bracia  Bell - młodzi,  zdrowi  i 

zaciekawieni - spacerują  po  romantycznych  uliczkach 
Nowego  Orleanu  z  pieniędzmi  w  kieszeniach,  mając  sporo 
wolnego  czasu.  Nie  byliby  normalnymi  młodymi  ludźmi, 
gdyby  nie  skorzystali  z  okazji,  aby  napawać  się  niektórymi 
egzotycznymi  przyjemnościami,  jakie  oferowało  to  miasto. 
Poznali  uzdrowicieli  posługujących  się  magią  i  kobiety 
uprawiające czary, a także straszliwe zaklęcia oraz talizmany 
miłosne - takie  doświadczenia pozwoliły przywieźć do domu 
opowieści i sztuczki, o jakich nawet się nie śniło ich rodzicom 
i rodzeństwu.

Pierwsze  stuknięcia  i  skrobania  w  zewnętrzne  ściany 

domu - dźwięki, które miały przyczyny naturalne - być może 
były dziełem dzikich zwierząt - podziałały na wyobraźnię tych 
niespokojnych  młodych  ludzi.  W  jakiej  części  domu  miały 
miejsce pierwsze demonstracje? No cóż, w sypialni chłopców. 
I  to  młodsze  dzieci  ciągnięto  za  włosy.  Podmore  całkiem 
słusznie  wspomniał  o  ciemności,  w  której  wydarzyła  się 
większość  z  owych  sztuczek,  a  żaden  z  was,  mieszkańców 
miasta, nie może wyobrazić sobie całkowitych ciemności nocy 

background image

na  wsi.  To  w  maju  ręce  trzymające  kurczowo  Richarda za 
włosy podniosły go w łóżku do pozycji pionowej, a wiosną w 
nocy  liście  zasłaniają  nawet  promienie  księżyca  i  nie  było 
wtedy ognia w kominku, który rzucałby zamierającą czerwoną 
poświatę.

Imię „Drewry" stale się pojawiało we wcześniejszej części 

opowiadania. Jak zapewne pamiętacie, to on i Betsy „widzieli 
w  okolicy  dziwne  zwierzęta"  i  to  Drew  zbezcześcił  grób 
Indianina,  więc  chyba  można  uznać  za  prawdopodobne,  że 
zapamiętał tę historię i burę, jaką wówczas otrzymał od ojca. 
Przydało  mu  się  to,  kiedy  ktoś  poprosił  Ducha,  aby 
wytłumaczył  swoją  obecność.  Kolejne  wyjaśnienie,  jakie  ten 
przedstawił,  jest  nawet  jeszcze  bardziej  interesujące. 
Podejrzewam,  że  to  John  wymyślił  żart,  który  zmusił  jego 
brata,  aby  spędził cały  dzień  na  ciężkiej  pracy  przy  kopaniu. 
Drew  w  żaden  sposób  nie  mógł  się  od  tego  wykręcić,  nie 
ujawniając  własnego  udziału  w  całej  intrydze  i  widząc,  ile 
entuzjazmu do tego przedsięwzięcia objawiają inni.

Wtedy  panienka  Betsy  przystąpiła  do  działania  z 

poparciem  lub  bez  poparcia  braci  i  ta  sama  ciemność 
wspomagała  jej  występy.  Pomyślcie  o  scenie,  na  której  tak 
wiele  z  tych  przedstawień  się  odbywało  w  salonie  Bellów 
późnym  popołudniem  lub  w  nocy.  Okna  były  małe,  ściany 
grube, a oświetlenie w tym pokoju najprawdopodobniej dawał 
wyłącznie ogień na kominku.

Czy  opis  ten  nie  przypomina  wam  o  czymś,  panowie? 

Warunki  są  dokładnie  takie  jak  w  większości  pomieszczeń, 
gdzie  odbywają  się  seanse  spirytystyczne.  To  w  taki  sposób 
fałszywe  media wywołują  rzekomo  nadprzyrodzone  zjawiska 
pod  osłoną  mroków.  Zdemaskowałem  wiele  z  nich; 
podczerwona fotografia pokazuje, jak się to robi.

Teraz  przechodzimy  do  głosu  Ducha,  który  z  pewnością 

jest  najbardziej  tajemniczym  z  opisywanych  zjawisk.  Nawet 

background image

wtedy  pewni  sceptycy  podejrzewali  panienkę  Betsy  o 
brzuchomówstwo  i  próbowali  ją  sprawdzić,  kładąc  dłonie  na 
jej ustach. Duch wszakże i tak przemówił.

Oczywiście,  że  tak  zrobił.  Brzuchomówstwo  jest  jedną  z 

najstarszych  z  tak  zwanych  sztuk  magicznych,  ale  w  owych 
czasach mechanizm tego zjawiska nie był w pełni zrozumiały. 
Nie  ulega  wątpliwości,  że  ktoś  wydobywał  z  siebie  głos. 
Sztuczka  polega  na  połączeniu  prostej  kontroli  oddechu  i 
takim skierowaniu głosu, że wydaje się dobiegać skądinąd - i z 
tych  dwóch  umiejętności  druga  jest  ważniejsza,  ponieważ 
należy  do  efektów  magicznych.  Wyszkolony  brzuchomówca 
uczy się, jak tłumić siłę własnego głosu określonymi ruchami 
języka i ust, lecz nawet amator może uzyskać wrażenie głosu 
dobiegającego z oddali, spoglądając na miejsce, z którego ma 
nadchodzić. Ciche szepty i gwizdy, które uznano za pierwsze 
próby  Ducha,  aby  przemówić,  są  szczególnie  trudne  do
zlokalizowania.  Zanim  głos  zabrzmiał  z  pełną  siłą,  wszyscy 
już  weń  uwierzyli  i  byli  bezkrytycznie  podatni  na  dalsze 
sugestie.

Tu  mamy  do  czynienia  z  drugim  czynnikiem,  który 

przyczynia  się  do  sukcesu  w  magii  i  ma  swój  udział  w 
zjawisku określanym jako „Duch Bellów" - z zaufaniem, jeśli 
nie  czynną  współpracą  innych  ludzi.  Gdy  już  dowiedziono 
istnienia Ducha, każdy niezwykły wypadek czy dziwny zbieg 
okoliczności przypisywano jego działaniom. Silny wiatr łamie 
gałąź drzewa, a chłopiec biegnie pędem do domu, by donieść, 
że niewidzialny duch celuje prosto w niego. Zabłąkany kot lub 
pies  widziany  o  szarym  zmierzchu  staje  się  olbrzymim 
zwierzęciem,  a  sympatyczny  kawaler,  wypiwszy  za  dużo 
własnej  whiskey,  ma  koszmarny  sen,  w  którym  walczy  z 
czarownicą.

Tak  więc  nieszkodliwy  żart  dwóch  znudzonych 

młodzieńców  destruktywnie  wpłynął  na  dziecko  w  wieku,  w 

background image

którym  łatwo  się  psoci,  i  rozrósł  się  w  potworne  zjawisko, 
wspomagane  niezdrowymi  przesądami  połowy  hrabstwa. 
Sprawy wymknęły się spod kontroli i gdy nieszczęsny ojciec 
zaczął  cierpieć  na  zwykłe  dolegliwości  sędziwego  wieku, 
zwielokrotnione  wskutek  zmartwienia  i  nerwowej  histerii, 
John  i  Drewry  nie  byli  w  stanie  udźwignąć  wspomnienia  o 
swym  złym  postępku.  Najbardziej  istotnym  elementem  tej 
sprawy,  moim  zdaniem,  jest  sposób,  w  jaki  ci  chłopcy 
zareagowali  na  śmierć  ojca.  Drewry  jako  jedyne  z  dzieci 
Bellów był tak strapiony, że stał się prawdziwym odludkiem, 
dręczonym  przez  strach.  Strach  czy  poczucie  winy?  Był 
starszy  niż  Betsy,  na  tyle  dorosły,  by  pojąć  własną 
odpowiedzialność  za  owego  potwora  przypominającego 
Frankensteina, którego nierozważnie stworzyli. Brakowało mu 
zarozumiałości i zadowolenia z siebie Johna juniora, która jest 
tak widoczna w jego sprawozdaniu z rozmów z Duchem. John 
musiał  uwierzyć  w  prawdziwość  demona;  był  to  sposób, 
dzięki któremu wypierał się swojej winy. Przeklinał i potępiał 
Ducha, ten zaś chwalił młodego Johna, mówiąc mu, jakim to 
jest wspaniałym człowiekiem. Ale to John wrzucił tajemniczą 
butelkę do ognia.

Nie  wierzę  we  wszystkie  dziwne  rzeczy,  jakie 

wynaleźliście wy, psychiatrzy, Fodorze - wasze id i wasze ego 
oraz  podświadome  myśli - już  dosyć  długo  przyglądałem  się 
naturze  ludzkiej,  aby  wiedzieć,  że  ludzie  rzeczywiście  mogą 
przerabiać wspomnienia dotyczące przeszłości, zapominając o 
sprawach, o jakich nie chcą pamiętać. Johnowi i Betsy to się 
udało,  Drewry  zaś  nie  miał  tyle  szczęścia  i  długo  potem 
cierpiał.  Uśmiechaj  się,  nie  wierząc  w  moją  teorię,  jeśli 
chcesz,  Fodorze,  ale  założę  się,  że  gdyby  wezwano  nas, 
abyśmy  zajęli  się  tą  sprawą,  gdy  po  raz  pierwszy  doszło  do 
owych  tajemniczych  wypadków,  w  ciemnych  korytarzach 

background image

domu  spotkalibyśmy  Johna  i  Drewry'ego,  a  nie  panienkę 
Betsy.

background image

Rozdział szesnasty 
Fodor: przeniesienie tłumionych uczuć
Nie  śniłoby  mi  się  nawet  o  tym,  by  się  z  ciebie  śmiać, 

Houdini. Prawdę powiedziawszy, muszę podziękować ci za to, 
że  przedstawiłeś  myśl,  która  stanowi  istotną  część  mojej 
własnej interpretacji - dotyczącej wymazania nieprzyjemnych 
wspomnień.  Fachowym  określeniem  owego  zjawiska  jest 
„represja"  i  będę  miał  więcej  do  powiedzenia  na  ten  temat 
później - więcej, być może, niż życzycie sobie usłyszeć.

Przedstawiłeś jeszcze jedną ważną tezę, podkreślając fakt, 

że Duch Bellów pojawił się dwadzieścia lat przed narodzinami 
spirytyzmu.  Głosy  niewidzialnych  istot  i  tajemnicze  pukania 
w  pokoju  seansów  nie  były  jednak  wówczas  nowością. 
Podobne  zjawiska  znano  od  wieków  pod  różnorodnymi 
nazwami.  Czary,  nawiedzone  domy,  złośliwe  duchy, 
poruszanie  przedmiotów  siłą  woli,  łączność  z  duszami 
zmarłych - to  różnorodne  interpretacje  tych  samych 
podstawowych  faktów  będących  odbiciem  uwarunkowań 
kulturowych  i  przeszłości  obserwatorów.  Najbardziej  jednak 
interesującą  cechą  ducha,  poltergeista - możemy  równie 
dobrze  nadal  posługiwać  się  tym  określeniem - jest  to,  że 
zmienia własne zachowanie, przystosowując się do oczekiwań 
publiczności. W średniowieczu, kiedy kwitła magia i rozwijał 
się  stan  rycerski,  duchy  prezentowały  sztuczki,  typowe  dla 
czarownic i ich pomocników. Po nadejściu spirytyzmu te same 
hałaśliwe  duchy  grały  na  tamburynach  i  puzonach  oraz 
opowiadały  rozentuzjazmowanym  uczestnikom  seansów,  że 
pochodzą z krainy pełnej blasku słońca i miłości.

Nieszczęsna  rodzina  Bellów  plasuje  się  tu  gdzieś 

pośrodku.  Pan  Bell  i  jego  bardziej  inteligentni  przyjaciele 
odrzucili  możliwość  czarów.  Inni  byli  bardziej  podatni  na 
stare przesądy i to od nich pochodzą historie o czarnych psach 
oraz  kolejnych  dziwnych  stworzeniach,  o  brzydkich 

background image

zapachach  i  koniach,  które  nie  chciały  ruszyć  z  miejsca -
wszystkie 

te 

rzeczy 

są 

typowe 

dla 

wyczynów 

średniowiecznych czarownic.

Wyeliminujcie  je  jednakże,  a  pozostają  nam  fakty,  tym 

bardziej  istotne,  że  nie  pasują  do  uprzednio  wyobrażonego 
sobie  schematu.  Być  może  z  tego  powodu  uznamy  je  za 
sprzeczne i zaskakujące. My również jesteśmy przyzwyczajeni 
do tezy, iż zjawiska parapsychologiczne przystosowują się do 
nieświadomie przyjętego sposobu myślenia.

Tak,  panowie,  oto  ono - słowo,  którego  wszyscy 

oczekiwaliście  i  obawialiście  się - podświadomość!  W  tym 
jednym  słowie  mamy  prawdziwe  wyjaśnienie  zjawiska 
poltergeista.  Nie jest to  duch ani bezcielesna istota. To część 
osoby, którą nawiedził duch - fragment jej własnego umysłu. 
Nic  dziwnego,  że  wyraża  się  w  kategoriach  środowiska 
kulturowego jednostki.

Zakładam,  że  wam  wszystkim  znana  jest  koncepcja 

rozszczepienia  osobowości.  Stanowiła  ona  temat  wielu 
popularnych  książek  i  filmów.  Praca  naukowa,  która  okazała 
się  pionierska  dla  tej  dziedziny,  powstała  mniej  więcej  na 
przełomie  wieków,  a  jej  autorem  był  doktor  Morton  Prince. 
Zwróciła  się  doń  po  poradę  młoda  kobieta,  Christine 
Beauchamps,  gdy  załamanie  nerwowe  doprowadziło  ją  do 
stanu  kompletnego  zniszczenia  poprzedniej  jaźni.  W  trakcie 
badań doktor Prince stwierdził, że Christine jest patologicznie 
nieśmiałą,  zamkniętą  w  sobie  młodą  kobietą,  którą  dręczą 
wyrzuty  sumienia  purytańskiej  natury.  Dość  konwencjonalny 
przypadek  jak  dotąd;  wyobraźcie  sobie  jednak  przerażenie 
lekarza, gdy pewnego dnia przez usta dziewczyny przemówił 
do niego nieznajomy głos.

Christine  miała  nie  mniej  niż  trzy  oddzielne  osobowości. 

Nie  tylko  przemawiały  one  różnymi  głosami,  ale  także  sam 
wygląd  pacjentki  ulegał  zmianie,  gdy  ujawniała  się  kolejna 

background image

jaźń.  Najmilszą z  nich  trzech  była wesoła, kochająca  zabawę 
Sally. Christine nic nie wiedziała o tej osobie, natomiast Sally 
wiedziała  wszystko  o  Christine  i  gardziła  jej  uległością  i 
spokojem.  Często  robiła  niegrzeczne  żarty  swemu  alter  ego, 
udając  się  na  długie  spacery.  Kiedy  znikała,  pozwalając  się 
zbudzić 

Christine, 

zdezorientowana 

młoda 

kobieta 

stwierdzała,  że  znajduje  się  wiele  kilometrów  od  domu,  nie 
pamiętając, w jaki sposób tam trafiła.

Nie muszę zwracać waszej uwagi na ogromną doniosłość 

tego 

odkrycia 

badaniach 

nad 

zjawiskami 

parapsychologicznymi. 

Duch, 

przemawiający 

przez 

wprawione  w  trans  medium;  demon,  który  opętał  niewinne 
dziecko  i  dokonuje  ohydnych  nieprzyzwoitości,  wreszcie 
Poltergeist

-

to  przykłady  takiego  schizofrenicznego

zaburzenia  psychiki.  Przypomnijcie  sobie  niektóre  cechy 
charakterystyczne  owych  rozszczepionych  osobowości 
opisywane  przez  naukowców,  a  zobaczycie,  jak  się  dobrze 
pokrywają z cechami poltergeista.

Ponieważ  druga  jaźń  jest  odrzuconą  i  stłumioną  częścią 

psychiki, 

stanowi 

bezpośrednią 

antytezę 

pierwotnej 

osobowości - jest  pogodna  i  frywolna  zamiast  poważnej, 
rozwiązła zamiast purytańskiej, nieskrępowana i swobodna, a 
nie nieśmiała. Często jej zachowanie graniczy z infantylnym. 
Jednostka,  która  poddaje  się  nowemu  nastrojowi,  dopuszcza 
się  różnych  wybryków  i  wygłasza  niegrzeczne  uwagi,  jak 
zrobiłoby to dziecko.

Ta  druga  osobowość  jest  ogromnie  podatna  na  sugestie  i 

może  być  nawet  powołana  do  istnienia  wskutek  pośrednich 
aluzji terapeuty, działających na podświadomość jednostki. Co 
więcej,  często  ujawnia  większą  inteligencję  niż  dotąd. 
Niektóre  osoby,  opanowane  przez  duchy,  pisały  wiersze,  a 
nawet książki, komponowały muzykę i wymyślały całkowicie 
nowe  języki.  Wyjaśnienie  tych  spraw  opiera  się  na  fakcie -

background image

spróbuję  ująć  to  w  jak  najprostszych  słowach - że  mózg  jest 
ogromnym magazynem niewykorzystanych informacji. Gdzieś 
w  owym  tajemniczym  labiryncie  spoczywa  każdy  urywek 
informacji,  kiedykolwiek  przez  nas  przyswojonej,  usłyszanej 
lub przeczytanej. W podświadomości jednostki ludzkiej tkwią 
wspomnienia,  szczegółowe  i  żywe,  które  świadoma  część 
psychiki całkowicie wyparła z pamięci.

Duch  Bellów  był  taką  wielokrotną  osobowością.  Jego 

dziecinne  zachowanie,  niesamowita  znajomość  Pisma 
Świętego  oraz  literatury  religijnej,  wulgarne  wyrażenia -
wszystko 

zgadza 

się 

opisem 

schizofrenicznego 

rozszczepienia  psychiki  znanego  psychoanalitykom.  Nie  stał 
się  pełnym  i  działającym  aktywnie  bytem,  dopóki 
nieświadomy  tego  pan  Johnson  nie  wyzwał  go,  aby 
odpowiedział  na  jego  pytania,  a  począwszy  od  owego  czasu 
reagował  absolutnie  zgodnie  z  oczekiwaniami  napotkanych 
osób - śpiewał  hymny  pani  Bell,  przeklinał  i  groził 
niewolnikom,  a  dyskutował  na  tematy  teologiczne  z 
duchownymi.

Jak  dotąd  wszystko  w  porządku,  powiedzą  Podmore  i 

Houdini.  Moja teoria jest trochę naciągana, lecz zgadza  się z 
ich  przekonaniem,  że  ręce  i  struny  głosowe  Betsy  Bell 
wytwarzały efekty, które nazwano Duchem Bellów. Otóż nie, 
panowie.

Osobą  aktywną  nie  była  Betsy,  ale  Betsy  II - oddzielna 

część  umysłu  dziewczyny,  działająca  bez  udziału  jej 
świadomości. I nie zawsze posługiwała się fizycznym ciałem 
Betsy.

Zgadzam  się  z  Podmore'em,  że  w  licznych  przypadkach 

poltergeistów mamy do czynienia z oszustwem. Jednak nie we 
wszystkich - zdecydowanie  nie  we  wszystkich.  Osoba  z 
zaburzeniami  psychiki  przejawia  dużą  energię.  Dzieci 
wchodzące w wiek dojrzewania są niemal z definicji w stanie 

background image

podekscytowania

-

posiadają  ogromne  ilości  energii 

psychicznej.  Ostatnie  badania  percepcji  pozazmysłowej 
dowiodły  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  istnieją  takie  siły 
umysłowe.  Najbardziej  znaczącą  z  nich,  z  naszego  punktu 
widzenia, jest psychokineza, PK - jak czasami się ją nazywa -
umiejętność  poruszania  przedmiotami  za  pomocą  czystej 
energii umysłowej. Eksperymenty na uniwersytecie Duke'a w 
Ameryce,  we  Freiburgu  w  Niemczech,  a  także  w  Związku 
Radzieckim  wskazują  na  to,  że  nawet  w  warunkach 
laboratoryjnych  pewne  jednostki  mogą  wytwarzać  i 
kontrolować ową siłę. Kiedy jest ona wynikiem silnej emocji 
łub  pewnych  zakłóceń  umysłowych,  staje  się  nawet 
potężniejsza.  Bez  wątpienia  w  przypadku  Ducha  Bellów 
tkwiło jakieś oszustwo, ale nie wątpię, że Betsy II, wydzielona 
bezcielesna część umysłu dziewczyny, była w stanie wpływać 
i  przekształcać  przestrzeń  fizyczną  za  pomocą  energii 
psychicznej.

Takie  zaburzenia  nie  są  efektem  przypadkowych  nerwic, 

lecz wynikają z głębokiego rozszczepienia jaźni, gwałtownego 
objawienia  dziecinnej  części  psychiki,  w  której  stłumione 
zostały  poważne  konflikty.  Co  mogło  spowodować  ów 
psychiczny rozpad u zdrowej młodej dziewczyny?

Duch  nienawidził  Johna  Bella.  Jeśli  była  to  rzeczywiście 

część świadomości Betsy Bell, wniosek nasuwa się sam. Betsy 
nie  znosiła  ojca.  Jej  świadomy  umysł  musiał  stłumić 
nienawiść  i  wzbudzić  poczucie  winy.  Część  owych 
stłumionych  emocji  ujawniła  się w  formie  poltergeista,  który 
próbował  rozwiązywać  konflikty,  wyrażając  dwa  kierujące 
dziewczyną  uczucia - zniszczenie  znienawidzonego  ojca  i 
wymierzenie samej sobie kary za tę zbrodnię. John Bell umarł; 
Betsy  Bell  zaś  cierpiała  męczarnie  i  utraciła  swego 
ukochanego.

background image

Jednak dlaczego dziewczynka nienawidziła ojca? Niechęć, 

jeśli  nie  nienawiść,  zwykła  dziecięca  złość  w  stosunku  do 
surowego  rodziciela  nie  jest  wystarczającym  motywem 
zabójstwa.  Początek  dojrzewania  stał  się  u  Betsy 
katalizatorem,  który  zrodził  Ducha.  To  wydarzenie  często 
przyczynia  się  do  gwałtownego  nasilenia  jego  działalności. 
Dlaczegóż  nie? To  przecież  ogromny  przełom  emocjonalny  i 
fizyczny.  Początek  dojrzewania  u  dziewcząt  charakteryzuje 
dramatyczna 

fizyczna 

przemiana 

przerażającymi 

implikacjami  psychologicznymi.  Niegdyś  kulturowo

-

społeczne  implikacje  kobiecości  były  bolesne.  Począwszy  od 
pism  świętego  Pawła  aż  do  medycznych  opinii 
dziewiętnastowiecznych  lekarzy,  kobiety  uczono,  iż  są 
naczyniami grzechu; że żadna czysta niewiasta nie pragnie ani 
nie  znajduje  zadowolenia  w  stosunku  płciowym,  że  ich 
naturalne  uczucia  i  potrzeby  są  grzeszne.  To  dziwne,  moi 
przyjaciele, iż jakakolwiek kobieta kiedykolwiek zgodziła się 
z  tak  absurdalną  koncepcją.  Nic  dziwnego,  że  część  z  nich 
uznawało  takie  przystosowanie  się  za  niemożliwe.  Badania 
Podmore'a  wskazywały  słusznie,  że  w  przeszłości  większość 
oszustw  związanych  z  rzekomym  pojawieniem  się  duchów 
była  sprawką  niegrzecznych  małych  dziewczynek.  Obraz  ten 
zmienił się w ostatnich latach, gdy konserwatywne konwencje 
seksualne ustąpiły zdrowszej postawie. Teraz spotykamy tyle 
samo, czy też więcej, niegrzecznych małych chłopców!

W  przypadku  Betsy  Bell  jednakże  jeszcze  silniejszy  uraz 

musiała spowodować zaciekła nienawiść do ojca i wynikające 
stąd  rozszczepienie  jaźni.  Moja  sugestia  jest  wyłącznie 
teoretyczna. Zaszokuje i zatrwoży niektórych z was, ale opiera 
się na latach doświadczenia w psychologii klinicznej.

John  Bell  dopuścił  się  seksualnych  kontaktów  z  córką. 

Powoduje  to  najpoważniejsze  urazy  prowadzące  do  rozwoju 
późniejszej psychozy czy nerwicy.

background image

John  Bell  sam  wywołał  fizyczne  objawy  swej  choroby -

spowodowały  je  wstyd  i  poczucie  winy.  Są  to  klasyczne 
przykłady zaburzeń psychosomatycznych. Opuchlizna języka i 
ból  szczęki  uniemożliwiały  mu  przemówienie - wyznanie 
swego  grzechu;  tiki  nerwowe  i  konwulsje  były  przejawem 
nieodpartego  konfliktu  i  kary  zadanej  samemu  sobie. 
Molestowanie seksualne dzieci, panowie, nie dotyczy jedynie 
prymitywnych, 

niedorozwiniętych 

mężczyzn 

bez 

wykształcenia.  Zdarzało  się  w  najlepszych  rodzinach  i 
mężczyznom, którzy na pozór mieli purytańskie zasady. Betsy 
zbyt młoda, aby w pełni zrozumieć, co z nią zrobiono, stłumiła 
swe  przerażenie,  dopóki  wstrząs  wywołany  okresem 
dojrzewania  nie  spowodował  przesilenia.  Gdyby  osobowość 
biedaczki nie uległa rozszczepieniu pod wpływem napięcia nie 
do zniesienia, dziewczynka prawdopodobnie znalazłaby się w 
szpitalu dla obłąkanych. Działający terapeutycznie Duch ocalił 
jej  rozum.  Mszcząc  się  na  ojcu  i  karząc  samą  siebie  utratą 
ukochanego, osiągnęła stan równowagi psychicznej i dożyła w 
zdrowiu, jak słyszeliśmy, podeszłego wieku.

Widzę  jednak,  że  sir  Arthur  zaraz  wybuchnie  gniewem. 

Mów,  drogi  przyjacielu.  Jestem  przygotowany  na  twoją 
krytykę i zarzuty.

background image

Rozdział siedemnasty
Conan Doyle: głos z zaświatów
Nie  wiem,  co  mnie  bardziej  przeraża,  Fodorze - twoja 

okropna teoria czy też sam fakt, że ktoś mógł wyobrazić sobie 
taką  sytuację.  Jednak  przypuszczam,  że  nie  masz  na  to 
wpływu; wy, moi drodzy, którzy całe życie wściubiacie nosy 
w  najskrytsze  ludzkie  myśli,  musicie  mieć  spaczone 
spojrzenie  na  świat.  Wiem,  że  miałeś  dobre  intencje,  i  nie 
potępiam cię.

Jednak  zarzucam  ci - i  wam  wszystkim - ironiczną 

niefrasobliwość,  z  jaką  beztrosko  odrzucacie  każdy  dowód, 
który  nie  zgadza  się  z  waszym  nastawieniem.  „Odrzućcie  to, 
zlekceważcie  tamto,  nie  musimy  brać  poważnie  takich 
opowieści...". Jeśli nie potraficie odpowiednio zakwalifikować 
danego  dokumentu,  wyrzucacie  go  z  miejsca  do  kosza  na 
śmieci.

Twoja  teoria  mówiąca  o  przenoszeniu  tłumionych  uczuć, 

mój uczony przyjacielu, to stek bzdur. No cóż, gdyby każdy, 
kto cierpiał z powodu stłumionych emocji, przenosił je w ten 
sposób,  połowa  wiejskich  domów  dotknięta  byłaby  plagą 
duchów.  Twoja  koncepcja  dotycząca  schizofrenii  również  tu 
nie  pasuje.  Sam  powiedziałeś,  że  pierwotna  osobowość 
jednostki  jest  zazwyczaj  nieśmiała  i  purytańska.  Betsy  była 
pogodna, 

zdrowa, 

serdeczna

-

stanowiła 

zupełne 

przeciwieństwo  panny  Beauchamps,  „Eve"  i  innych 
przypadków, o jakich czytaliśmy.

Jeśli  chodzi  o opinie  Houdiniego i  Podmore'a,  że było  to 

świadome  oszustwo - owszem,  wiele  mediów  i  dzieci 
udających duchy przyłapano na podstępach. Przyznaję to, ale 
wierzę, że uciekają się do takich działań dopiero wtedy, kiedy 
ich  siły parapsychiczne  słabną z takiego czy innego powodu. 
Wy,  badacze,  obserwujecie  dziecko  wykonujące  sztuczkę,  a 
następnie  dochodzicie  do  wniosku,  że  wszystkie  owe 

background image

zjawiska,  nawet te,  których nie widzicie,  są oszustwem. Jeśli 
takie  jest  wasze  pojęcie  o  logice,  nie  chcę  mieć  z  tym  nic 
wspólnego.

Masz tylko rację w jednej kwestii. To Betsy Bell stanowiła 

centrum  niepokojów.  Dlaczego,  panowie,  nie  uznacie  za 
oczywiste, że dziewczynka była medium o dużej wrażliwości 
psychicznej,  z  wrodzonymi  zdolnościami  spirytystycznymi? 
Jej ataki konwulsji udowadniają to ponad wszelką wątpliwość. 
Widziałem, jak to samo się działo, gdy duch próbował przejąć 
kontrolę nad ciałem niedoświadczonego medium. Wyszkolona 
wrażliwa  jednostka  bez  trudu  potrafi  pomóc  istocie 
bezcielesnej  dokonać  tego.  „Inna  istota"  zaczyna  wtedy 
przemawiać przez medium: nie posiadając własnych narządów 
mowy,  nie  ma  innych  możliwości  nawiązania  bezpośredniej 
łączności,  jakiej  duchy  rozpaczliwie  pragną.  Betsy  nic  nie 
wiedziała  o  tym  sposobie  postępowania;  tak  bardzo  ją  to 
przestraszyło,  że  opierała  się  zamiast  pomagać,  a  Duch  po 
tym,  jak  zobaczył,  że  jest  przyczyną  bólu  i  zmartwień 
dziewczyny, rozważnie powstrzymał się od dalszych prób.

Istnieje  dowód  na  to,  że  kiedy  życie  człowieka  zostaje 

przerwane, zanim wypełnił się czas, przeznaczony przez Boga 
tu,  na  ziemi,  pozostaje  reszta  energii  psychicznej,  która  musi 
się jakoś zrealizować. Stąd pochodził Duch Bellów. Gdy tylko 
ktoś  miał  odwagę  i  inteligencję,  aby  zadawać  mu  pytania, 
tajemniczy przybysz na nie odpowiadał.

Szkoda  tylko,  że  godny  podziwu  pan  Johnson  i  zacni 

słudzy Ewangelii nie mieli więcej doświadczenia! Zrobili tyle, 
na  ile  było  ich  stać,  ale  nie  wiedzieli,  jak  pokierować 
udręczonym duchem, aby zaznał wytchnienia.

Pierwsza  spontaniczna  odpowiedź  Ducha  na  pytania: 

„Kim  jesteś?"  i:  „Co  tutaj  robisz?",  zawiera  klucz  do  całej 
tajemnicy - klucz,  którym,  niestety,  nigdy  się  nie  posłużono. 
„Niegdyś  byłem  szczęśliwy,  ale  zadano  mi  cierpienie  i  teraz 

background image

sam  cierpię".  Jakże  często  słyszałem  podobne  stwierdzenia! 
Jak  często  miałem  szczęście  pomagać  bezcielesnej  cierpiącej 
istocie  w  zrozumieniu  jej  położenia  czy  też  wypełnieniu 
niedokończonego zadania, zanim skierowałem ją do pięknego, 
oczekującego na nią świata.

Również  bardzo  często  słyszałem  frywolne  i  złośliwe 

odpowiedzi,  takie  jak  te,  które  wprowadziły  w  błąd 
najpoważniejszych ludzi zadających pytania Duchowi Bellów. 
Gdy  już  raz  nawiązano  kontakt  z  zaświatami,  gdy  już 
uchylono  drzwi  do  drugiego  świata,  niezliczone  mnóstwo 
oczekujących  tam  inteligentnych  istot  może  się  przez  nie 
tłumnie  przecisnąć.  Ten  powszechnie  znany  fakt  wyjaśnia 
pozorne sprzeczności w zachowaniu tajemniczego przybysza. 
Nie  było  jednego  Ducha,  było  ich  wiele.  Dominujący 
pierwszy gość,  śpiewający  melodyjnym  głosem  hymny, 
cytował Pismo Święte z tak wzruszającym efektem i uwielbiał 
panią  Lucy  Bell  za  dobre  serce.  Inne,  takie  jak  „rodzina 
czarownic",  bezsprzecznie  są  przykładem  złośliwych  istot  i 
nie wiem, dlaczego miałoby was dziwić, że bezcielesne duchy 
mogą  płatać  figle.  Taka  sama  inteligencja,  ukryta  wewnątrz 
ludzkiego  ciała,  często  czerpie  radość  z  przewrotnych  figli. 
Głupi,  arogancki  czy  zadufany  w  sobie  człowiek  zawsze 
stanowi nieszkodliwy obiekt żartów dla owego dowcipnisia.

Zjawiska, które przywiodły was, panowie, do tak długich 

sporów, gdy usiłowaliście je wyjaśnić, są banalne dla badaczy 
zjawisk metapsychicznych. Materializacja przedmiotów takich 
jak  owoce  ofiarowane  pani  Bell,  wrażliwość  zwierząt  na 
przybyszów  z  zaświatów,  zdolności  istoty  bezcielesnej  do 
pokonania  ograniczeń  czasu  i  przestrzeni - wszystko  to 
zaobserwowano i opisano nie jeden raz, ale wiele razy. Żadna 
z osobliwych cech tego przypadku nie jest wyjątkowa, nawet 
głos. Pani Crandon, cudowne medium - to w stosunku do niej 
Houdini  okazał  się  tak  nieuprzejmy - uległa  kierującej  nią 

background image

istocie  imieniem  Harry,  której  głos  i  słownictwo  były 
zdecydowanie  męskie  i  stanowiły  całkowite  przeciwieństwo 
jej  własnego  dystyngowanego  sposobu  mówienia.  A  ty, 
Fodorze,  który  badałeś  w  1931  roku  sprawę  „gadającej 
mangusty", przyznałeś, że istnieją podobieństwa pomiędzy jej 
głosem a głosem Ducha Bellów i nie wierzysz, że tajemnica ta 
kiedykolwiek zostanie rozwiązana.

Nie  mam wątpliwości,  że  wielka  wrażliwość  na  zjawiska 

metapsychiczne  była  cechą  rodzinną  Bellów,  odziedziczoną 
bez  wątpienia  po  pani  Bell.  Raz  pobudzona  działała  nadal  i 
najsilniej  przejawiła  się  u  Johna  Bella  juniora.  Nie  był  on 
ciemnym rolnikiem, lecz oficerem, a potem nawet sędzią. Jego 
syn  został  lekarzem,  wnuk  zaś  specjalistą  od  zaburzeń 
psychicznych  i  naukowcem  o  sprawnym  umyśle.  Szyderstwa 
Houdiniego  z  tych  świadków  pokazują  jego  uprzedzenia, 
podobnie  jak  jego  sugestia,  że  doktor  Charles  cierpiał  na 
dolegliwości  wieku  sędziwego,  gdy  napisał  swoją  książkę. 
Sześćdziesiąty  czwarty  rok  życia,  moi  przyjaciele,  to  nie  aż 
tak poważny wiek.

Porozumiewając  się  z  Johnem  Bellem  juniorem,  Duch 

zademonstrował  swoje  najlepsze  cechy.  Nie  mam 
wątpliwości, że istota z 1828 roku to ten sam pierwszy  gość, 
teraz mądrzejszy i bardziej rozwinięty w sferze ducha. Kpiące 
wesołki  o  skłonnościach  do  psot  nie  pojawiły  się,  już 
częściowo  z  tego  powodu,  że  John  junior  był  bardziej 
wykształcony niż jego młodsza siostra. Narzekacie na niejasne 
przepowiednie wygłaszane przez Ducha. Ja zaś nie wiem, czy 
mogłyby  być  bardziej  dokładne.  Wojna  między  stanami, 
pierwsza  wielka  wojna  światowa  i  zwiastuny  drugiej -
wszystko to wymieniono i opisano.

Panowie,  szybko  oskarżacie  umarłych,  którzy  są  niemi  i 

bezbronni  i  nie  mogą  przemówić  w  swojej  obronie.  Jak 
możecie być tak zadowoleni z siebie? Niezależnie od tego, w 

background image

jakim  stopniu  nasze  maleńkie  ludzkie  umysły  mogą 
zaszufladkować owe zadziwiające sprawy, nadal pozostaje tak 
wiele  nieznanych  przypadków  i  niewyjaśnionych  stanów,  że 
nasze największe wysiłki można tylko uznać za poczynione w 
najlepszych zamiarach próby zbliżenia do prawdy.

* * *
Głos  sir  Conan  Doyle'a  drżał  ze  wzruszenia.  Po  chwili 

Fodor powiedział cicho:

- Dobrze  pan  zrobił,  przypominając  nam  o  naszych 

ograniczeniach,  sir  Arthurze.  To  tylko  gra,  w  jaką  dzisiaj  się 
bawimy;  żaden  z  nas  nie  ma  czelności  twierdzić,  że 
znaleźliśmy ostateczne wyjaśnienie. Teraz nadszedł czas, aby 
usłyszeć, co ma do powiedzenia nasz gość. Inspektorze Ryan, 
jest  pan  człowiekiem  myślącym  praktycznie,  a  przez  długie 
lata  pracy  w  wydziale  policji  w  dużym  mieście  zdobył  pan 
wiele  doświadczenia.  Jakie  jest  pańskie  rozwiązanie  tej 
zagadki?

- Nie chcę obrazić sir Arthura - zaczął mówić gość. - Ale 

gdyby miał zbadać tę sprawę tak, jak zrobiłby to pan Sherlock 
Holmes, to...

- Nigdy  nie  zdobędziesz  poparcia  Conan  Doyle'a, 

odwołując  się  do  tej  postaci - przerwał  mu  sucho  Houdini. -
Wiesz, że sir Arthur pragnął go zamordować.

- I  żałuję  jedynie  tego,  że  mi  się  nie  udało. - Pisarz 

zamrugał  oczami. - Proszę  nie  zwracać  uwagi  na  moje 
odczucia,  inspektorze,  jestem  równie  zaciekawiony,  jak 
wszyscy. Którą z naszych interpretacji pan wybiera?

- No cóż, sir - odpowiedział spokojnie Ryan - żadną. Nikt 

z panów nie odkrył prawdy.

background image

Rozdział osiemnasty
Inspektor Ryan: perfidia najbliższej osoby
Przede  wszystkim  chciałbym  podziękować  panom  za  to, 

że  zaprosiliście  mnie  tu  dzisiaj  wieczorem.  Bez  wątpienia  ta 
opowieść  dała mi wiele do myślenia. Mam nadzieję, że będę 
mógł  wam  się  odwzajemnić.  Szczerze  mówiąc,  jestem 
zaskoczony,  iż  nikt  z  was  nie  dostrzegł  tego,  co  moim 
skromnym  zdaniem  stanowi  najbardziej  istotny  aspekt  owej 
niezwykłej sprawy.

Chodzi tu o morderstwo.
Sir  Arthur  trafił  w  sedno,  kiedy  powiedział,  że  wszyscy 

odrzucacie  fakty,  które  nie  pasują  do  waszych  teorii.  Doktor 
Fodor,  jedyny  spośród  obecnych,  zabrał  się  poważnie  do 
zbadania  okoliczności  śmierci  Johna  Bella,  jednak  nie  wziął 
pod  uwagę  dowodów.  No  cóż,  panowie,  żaden 
odpowiedzialny  lekarz  nie  podpisałby  aktu  zgonu  kogoś,  kto 
umarł  w  takich  okolicznościach.  John  Bell  nie  był 
człowiekiem  młodym,  ale  cieszył  się  doskonałym  zdrowiem, 
dopóki  nie  zaczęły  się  kłopoty;  przecież  niektórzy  z  jego 
rówieśników  dożyli  ponad  dziewięćdziesięciu  lat.  John  Bell 
został doprowadzony do śmierci - otruty - i tylko jedna osoba 
mogła go zabić. Tą osobą nie była Betsy, lecz jego żona.

Jedną z zasad rozumowania policji jest to, że w wypadku 

morderstwa  jednego  z  domowników  najpoważniejszym 
podejrzanym  staje  się  zawsze  mąż  lub  żona.  Tak  więc 
rozpocząłem moje dociekania od pani Bell. Jednak przyznaję, 
że osłupiałem, kiedy uświadomiłem sobie, iż dosłownie każdy 
nawet  najmniejszy  dowód  wskazuje  wprost  na  nią.  Stała  się 
ona nie tylko główną podejrzaną, lecz jest jedyną osobą, która 
mogła popełnić tę zbrodnię.

Osiemnastego  grudnia  John  Bell był  poważnie chory,  ale 

nadal  świadomy.  Rankiem  następnego  dnia  syn znalazł  go  w 
stanie  głębokiej  śpiączki,  z  której  chory  nigdy  już  się  nie 

background image

obudził.  W  oczywisty  sposób  morderczą  dawkę  trucizny 
podano mu poprzedniej nocy. A kto był z denatem przez całą 
noc?  No  cóż,  pani  Bell.  Czy  zwróciliście  uwagę  na  owo 
zdradzające wszystko zdanie w opowiadaniu jej syna: „Matka 
wymknęła  się  cichutko  z  jego  pokoju,  gdzie  siedziała  przez 
całą noc"? Nawet i bez tego wyjaśnienia, że pani Bell czuwała 
przy łóżku małżonka; gdzież indziej mogła przebywać oddana 
żona, gdy jej mąż leżał śmiertelnie chory?

Już  ten  fakt  sam  w  sobie  niemal  wystarcza,  aby  potępić 

panią  Bell.  Lecz  jeszcze  jedna  osoba  wydaje  się  podejrzana. 
Jak stwierdził sam John junior, to on podawał lekarstwa ojcu. 
Mógł  więc  zaaplikować  śmiertelną  dawkę  trucizny  panu 
Bellowi  bez  słowa  komentarza  czy  podejrzenia  ze  strony 
matki. Jednak John junior nie mógł popełnić  innych czynów, 
które doprowadziły do morderstwa.

Pani  Bell  musiała  truć  męża  systematycznie  od  siedmiu 

lat. Drętwota i opuchlizna jego języka sugeruje pewien rodzaj 
substancji roślinnej podawanej doustnie. Lucy nie była jedyną 
osobą,  która  mogła  wrzucić  odrobinę  trucizny  do  gorącego 
grogu czy też szklanki whiskey męża, ale to przede wszystkim 
żona  miała  ciągły  dostęp  do  tego,  co  jadł  i  pił  chory,  oraz 
sprawowała nadzór nad kuchnią.

Tyle, jeśli chodzi o sposobność. Zastanówmy się teraz, jak 

pani Bell mogła zdobyć truciznę.

Pola  i  lasy  naszego  pięknego  kraju  dostarczają 

wystarczająco dużo substancji trujących, aby zgładzić połowę 
ludności.  Piękna  naparstnica,  jagody  z  kilkunastu  różnych 
krzewów,  no  cóż,  panowie,  sama  natura  jest  trucicielką!  W 
społecznościach  pierwszych  osadników  pani  domu  musiała 
także  być  lekarzem  amatorem;  opiekowała  się  rodziną  i 
służącymi  podczas  ich  błahych  chorób.  Jeśli  nawet  apteczka 
pani Bell nie zawierała tego, co było potrzebne do uśmiercenia 
męża,  morderczyni  mogła  zerwać  trochę  liści  i  przygotować 

background image

kilka  litrów  trujących  płynów,  a  nikt  by  nie  spytał,  co  robi. 
Zobaczywszy, że stary dżentelmen jest zbyt silny, aby umrzeć 
po  zażyciu  pierwszej  mikstury,  zniecierpliwiła  się  i 
spróbowała  czegoś  innego.  Stan  głębokiej  śpiączki,  w  jaką 
zapadł  John  Bell,  mógł  być  wynikiem  przedawkowania 
narkotyku, takiego jak opium. Laudanum - mieszanka opium i 
alkoholu - znajdowała  się  w  apteczce  każdej  pani  domu  w 
dziewiętnastym  wieku.  Śmierć  kota  po  podaniu  mu 
tajemniczego  płynu  można  wyjaśnić  na  kilka  sposobów.  Być 
może  w  butelce,  którą  znalazł  John,  nie  było  laudanum,  lecz 
jakiś  inny  napar  pani  Bell.  Odgłosy,  jakie  wydawał  kot  w 
konwulsjach,  przypominały  jęki  Johna  Bella  podczas  ataków 
skurczów  mięśni  i  drgawek,  które  miewał  w  ostatnich 
miesiącach  życia.  Żona  mogła  wypróbować  kilkanaście 
różnych trujących substancji, zanim w końcu go uśmierciła.

Dlaczego jednak taka dobra, prawa kobieta miałaby chcieć 

otruć  poczciwego  męża?  Zapytuję  was,  panowie,  kto  zna 
ukryte złości i utrzymywane w tajemnicy urazy, jakie mają do 
siebie małżonkowie? Wiem jedno - jeśli pani Bell chciała się 
uwolnić  od  małżonka,  morderstwo  było  jedynym  wyjściem 
dla  kobiety  o  jej  temperamencie  i  statusie  społecznym.  A 
wydawało się już, że starzec zamierza żyć wiecznie. Nie mogę 
się wypowiadać na temat motywu, gdyż ten został pogrzebany 
wraz  z  zainteresowanym.  Nie  muszę  tego  robić.  Pozostałe 
fakty  są  równie  obciążające.  Pani  Bell  miała  najlepszą 
sposobność,  żeby  zabić  swojego  męża  i  jest  jedyną  osobą, 
która mogła stworzyć Ducha.

Weźcie pod uwagę niemal każdą z dziwacznych sztuczek, 

jakie  ów  przedstawił,  włączając  te,  które  wyeliminowaliście, 
uznając  za  zbyt  absurdalne,  aby  mogły  być  prawdziwe,  a 
stwierdzicie, że musiała je wykonać pani Bell.

Na przykład głos Ducha. Mówicie o wprawiającym w błąd 

skierowaniu  głosu - ale  nigdy  nie  zdarzyło  się,  aby  ktoś 

background image

podejrzewał  pobożną  gospodynię  domową.  Mogła  wyć  jak 
zjawa  zwiastująca  śmierć,  a  zgromadzeni  nie  spojrzeliby 
nawet  w  jej  kierunku.  Ci,  którzy  uwierzyli,  wykrzyknęliby 
zadziwieni, a sceptycy obserwowaliby Betsy.

Pani  Bell  mogła  przebywać  poza  swoją  sypialnią  przez 

całą noc, a gdyby ktokolwiek przyłapał ją na błąkaniu się po 
domu,  miałaby  kilkanaście  wiarygodnych  tłumaczeń. 
Zapomniała  odstawić  mleko  czy  też  jej  się  wydawało,  że 
słyszy  płacz  jednego  z  dzieci...  Jej  mąż,  który  ciężko 
pracował,  prawdopodobnie  spał  jak  zabity - nawet  jeśli  nie 
uśpiła  go  kochająca  małżonka.  Gdy  tylko  zaczynał 
pochrapywać,  Lucy  wychodziła,  na  czubkach  palców 
zmierzała do pokoju dzieci, aby skrobać w drzwi i wymierzać 
policzki,  odwiedzała  też  sąsiadów,  by  podsłuchiwać  ich 
prywatne  rozmowy.  Kiedy  pani  Bell  była  chora,  na  czas  jej 
snu Duch zamykał usta. Zaczynał mówić, gdy się budziła.

Przypomnijcie  sobie  kazania,  które  cytowano  tak 

dokładnie.  Była  to  oryginalna  sztuczka  i  jestem  zaskoczony, 
że  pan  Houdini  się  nie  zorientował,  jak  można  ją  było 
wykonać.  Pani  Bell  bez  wątpienia  słyszała  jedno  z  kazań, 
chodziła  wszak regularnie  do kościoła. Słyszała także  innego 
kaznodzieję  kilkanaście  razy,  znała  jego  styl  mówienia,  a 
jedna z przyjaciółek mogła coś wspomnieć na temat kazania z 
owej niedzieli - a może nawet je streścić. No cóż, przecież to 
właśnie  omawiano  na  niedzielnych  wieczornych  spotkaniach 
modlitewnych, czyż nie? Nie musiała odtwarzać kazań słowo 
po słowie - nawet niedokładne powtórzenie zostałoby przyjęte 
jako cud przez ulegających sugestiom słuchaczy.

I  weźcie  pod  uwagę  decyzję,  aby  posłać  po  eksperta 

zajmującego  się  czarownicami,  decyzję  znaną  jedynie  panu 
Bellowi 

dwóm

posłańcom. 

Na 

początku 

„wszystkowiedzącego"  Ducha  zbiło  to  nieco  z  tropu,  ale  do 
wieczora  dowiedział  się  prawdy.  A  teraz,  panowie, 

background image

powiedzcie, czy pan Bell nie uległby w końcu błaganiom żony 
i  nie  zwierzył  się  jej?  Panie  znają  dużo  sposobów,  aby 
wydobyć  od  swoich  mężów  informacje.  Ręka  upiora,  którą 
trzymał Calvin Johnson, należała do kobiety. Wszystkie głosy 
były kobiece, nawet czterech członków rodziny czarownic.

Pani Bell stworzyła Ducha, lecz nie upłynęło dużo czasu, a 

przyłączyły  się  do  niej  inne  osoby.  Panienka  Betsy  oraz  być 
może  także  jeszcze  inni  domownicy  płatali  różne  psikusy  na 
własną  rękę.  Tu  jest  miejsce  dla  pana  niegrzecznej  małej 
dziewczynki, panie Podmore. Znalazła się w centrum uwagi -
słodkie dziewczątko, a zarazem męczennica. Niewiele małych 
dzieci  odrzuciłoby  taką  rolę.  Oprócz  tego  musiało  jej  to 
pomóc  w  wymigiwaniu  się  od  obowiązków,  których  nie 
chciała  wykonywać.  Nie  można  przecież  kazać  biedaczce, 
którą właśnie zbiła czarownica, zmywać naczyń.

Od  początku  Duch  nie  widział  świata  poza  panią  Bell: 

„Luce, biedna Luce, najlepsza z kobiet". Właśnie tym zdradził 
się  całkowicie.  Jeśli  chodzi  o  sposób,  w  jaki  traktowano 
innych  członków  rodziny,  jedyną  osobą,  która  naprawdę 
cierpiała,  był  pan  Bell.  Dzieci  nie  spotkało  nic  gorszego  niż 
uszczypnięcia,  wykręcenie  ucha  czy  klapsy  i  policzki,  jakie 
wyprowadzeni  z  równowagi  rodzice  byliby  skłonni  im 
zaaplikować.  Nie  ma  nic  niezwykłego  w  tym,  że  matka  woli 
synów - lub  jednego  wybranego  syna - od  córek,  a  ojcowie 
często  psują  swoje  małe  dziewczynki.  Nie  podzielam 
pańskiego  przekonania,  że  pan  Bell  molestował  córkę, 
doktorze - nie z tego powodu, że mnie to szokuje, gdyż Bogu 
jedynie  wiadomo,  iż  napotkałem  zbyt  wiele  takich 
przypadków - ale  ponieważ  nie  ma  dowodu,  który  by  to 
potwierdzał. Pan Bell mógł znajdować ogromne upodobanie w 
swojej ładnej złotowłosej córeczce i żona zapewne mogła czuć 
się  zazdrosna,  choć  nie  było  w  tym  nic  zdrożnego.  Jednak 
myślę,  że  jest  bardziej  prawdopodobne,  iż  Betsy  sama 

background image

ciągnęła  się  za  włosy  i  ulegała  symulowanym  atakom,  aby 
zwrócić na siebie uwagę.

Doktorze  Fodor,  nie  podzielam  pańskiego  zdania,  że  to 

seks  jest  przyczyną  wszystkiego,  ale  pańska  wypowiedź  na 
temat  rozbitych  jaźni  dała  mi  kilka  nowych  punktów 
zaczepienia.  Słyszałem  o  takich  przypadkach,  ale  czy  nie 
dostrzega  pan,  że  wszystko  to,  co  powiedział  pan  o  małej 
Betsy,  nawet  jeszcze  trafniej  odnosi  się  do  jej  matki?  Oto 
mamy  kobietę  w  pewnym  okresie  życia,  znaną  ze  swej 
pobożności  i  dobroci.  Na  litość  boską,  z  pewnością 
nagromadziło  się  w  jej  psychice  ogromnie  dużo  tłumionych 
emocji.  Jak  sądzę,  doktor  Fodor  stwierdziłby,  że  ukryta 
nienawiść  i  wrogość  oraz  zawiedzione  nadzieje  pani  Bell 
wyodrębniły  się  i  złożyły,  kreując  oddzielną osobowość - że 
tak powiem, panią Hyde. Wyjaśniałoby to, dlaczego pierwsze 
uwagi  Ducha  były  tak  pobożne  i  słodkie.  Chodziło  o 
sprawdzenie  i  upewnienie  się, czy  owa  mała  mistyfikacja  się 
powiedzie.  Gdy już  uznano ją  za  działanie  istoty  z  zewnątrz, 
Duch mógł dać folgę swoim uczuciom i powiedział wszystkie 
te  nieprzyjemne  rzeczy,  na  których  wyjawienie  nigdy  nie 
pozwoliłaby  sobie  pani  Bell.  Powiedziano  mi,  że  niektóre 
spośród  najdelikatniejszych,  najbardziej  wytwornych  pań, 
będąc pod działaniem narkozy, dają upust swym uczuciom w 
słowach, 

które 

przyprawiłyby 

rumieńce 

nawet 

gruboskórnego  brutala.  Potrafią  też  przeklinać.  Pani  Bell  z 
pewnością  umiała  także  to  robić,  podobnie  jak  znała  wiele 
plotek z sąsiedztwa, których nie powtórzyłaby, gdy była sobą. 
Rozstrzygającym  dowodem  jest  druga  wizyta  Ducha.  Dzięki 
niej,  jeśli  nie  z  jakiegoś  innego  powodu,  Betsy  oczyszczona 
została  z  zarzutów;  nie  mieszkała  nawet  w  tamtym  domu  w 
1828  roku,  zresztą  nie  mieszkał  tam  również  John  junior. 
Jednakże  jego  dom  nie  był  zbytnio  oddalony;  czy  pani  Bell 
odbywała  długie  spacery  w  owe  wiosenne  wieczory  czy  też 

background image

rozmowy  o  przyszłych  wojnach  i  męczeństwie  naszego 
Zbawiciela  były  wytworem  niespokojnej  wyobraźni  Johna? 
Nie  ma  to  znaczenia.  Pani  Bell  mieszkała  w  starym 
domostwie,  kiedy  pukania  rozległy  się  po  raz  drugi.  W  roku 
1935,  kiedy  Duch  miał  powrócić,  aby  złożyć  trzecią  wizytę, 
niemal  od  pół  wieku  leżała  już  w  grobie.  Biedna  kobieta! 
Kiedyś  może  określiłbym  ją  innym  mianem,  ale  dzisiejszego 
wieczoru dowiedziałem się jednej czy dwóch rzeczy. Wierzę, 
że to nie pani Bell, ale pani Hyde - Lucy II, jak nazwałby ją 
doktor Fodor - popełniła morderstwo. Bóg jeden wie, co ją do 
tego skłoniło. Niech odpoczywa w spokoju.

* * *
Houdini  uderzył  dłońmi  w  kolana.  Jego  szare  oczy 

błyszczały.

- Podoba  mi  się  to.  Podoba  mi  się!  Inspektorze, 

zawstydził nas pan. Myślę, że rozwiązał pan zagadkę.

Fodor pogłaskał się po brodzie.

- Jak najbardziej przekonywające argumenty.
-

Ależ  to  straszne!

-

wykrzyknął  Doyle.

-

Niesprawiedliwe i krzywdzące. Nie uwierzyłem w to ani przez 
chwilę.

- Ani  ja - poparł  go  Podmore. - Pańskie  argumenty  są 

zręczne,  inspektorze.  Lecz  moje  wyjaśnienie  również 
obejmuje  wszystkie  fakty,  a  złośliwe  duchy  wstępujące  w 
dzieci  spotyka  się  bardzo  często.  Panienka  Betsy  aż  nadto 
dobrze pasuje do tego modelu.

- Twój złośliwy duch opanowujący dziecko to tylko jedna 

z  możliwości - sprzeciwił  się  Fodor. - Ze  wszystkich  teorii 
przedstawionych tego wieczoru.

background image

Rozdział dziewiętnasty
Summers: igranie z ogniem piekielnym
Wszyscy bardzo się mylicie.
Ten  niski  grobowy  głos  zdawał  się  wydobywać  z 

powietrza.  Nawet  niewzruszony  Podmore  się  wzdrygnął. 
Doyle popatrzył błędnym wzrokiem po pokoju, jak gdyby się 
obawiał,  że  Duch  Bellów  powrócił,  aby  skomentować  ich 
obrady.

Skórzany fotel z wysokim zagłówkiem stał z boku kręgu, 

w którym usiedli przyjaciele. Czyjaś twarz gwałtownie uniosła 
się nad oparciem - okrągła, zaróżowiona, uśmiechnięta; obfity 
podbródek  podpierała  koloratka  duchownego.  Nieznajomy 
mówił  dalej,  a  ton  jego  głosu  i  sposób  wyrażania  się 
pozostawały  w  dość  dużej  sprzeczności  z  dobrodusznym 
wyglądem.

- Wasze niecne bezeceństwa i nieprawdopodobnie szalone 

wymysły,  panowie,  objawiają  kompletną  ignorancję. 
Prawdziwa  natura  Ducha  Bellów  jest  w  swej  odrażającej 
formie  oczywista  dla  każdego  o  otwartym  umyśle.  To 
cierpiące dziecko, ta nieszczęsna dziewczyna była skazana na 
cierpienie z powodu haniebnych herezji Kalwina i Knoxa. Ci 
wprowadzeni w błąd nieszczęśnicy nie mieli ani duchowej, ani 
praktycznej  wiedzy,  aby  uporać  się  z  tak  niezrozumiałym  i 
trudnym zadaniem. Betsy Bell mógł jedynie ocalić egzorcysta
- spiritualis imperator - specjalnie wyświęcony, aby odprawiać 
egzorcyzmy z mocy Ducha Świętego.

Tak!  Był  to  jasny  i  okropny  przypadek  opętania  przez 

diabła. Czy nie mamy świadectwa świętego słowa Bożego co 
do  jego  prawdziwości:  „Gdy  ci  wychodzili,  oto 
przyprowadzono  Mu  niemowę  opętanego.  Po  wyrzuceniu 
złego  ducha  niemy  odzyskał  mowę..."  (Mateusz,  rozdział 
dziewiąty, panowie, werset trzydziesty drugi i trzeci). Historia 
podaje  niezliczone  przykłady  obsesji  i  opętania  przez  diabła. 

background image

Tamten  nieszczęśliwy  dom  w  Tennessee  był  świadkiem 
kolejnego takiego przypadku. Na początku demon zaatakował 
rodzinę  Bellów  z  zewnątrz,  stukając  i  pukając  oraz  atakując 
ich  ciała.  Fachowo określa  się  to jako  obsesję. Często  jest to 
zapowiedź prawdziwego opętania, w którym Duch przejmuje 
kontrolę  nad  ciałem  człowieka  z  jego  wnętrza.  Ataki  Betsy 
Bell  czy  też  jej  omdlenia  były  niewątpliwymi  symptomami 
opętania.  Ohydne  nieprzyzwoitości  wygłaszane  przez  ową 
istotę,  znajomość  wszelkich  języków,  odrażający  odór,  który 
poczuł jeden ze świadków - wszystko to są oznaki obecności 
nieczystego  ducha,  czy  raczej  w  tym  przypadku  duchów. 
Pismo  Święte  mówi  nam,  że  szatańska  istota  przyznała,  iż 
nazywa  się  Legion - niepoliczalny  i  niezliczony.  Z  jaką 
typową 

niefrasobliwością 

odrzuciliście 

jedną 

najważniejszych  wskazówek  w  opowiadaniu - rodzinę 
czarownic  i  piekielnie  doniosłe  imię  jej  przywódcy, 
wskazujące na jego szatańską naturę. Czarny Pies był zawsze 
jednym 

najpowszechniejszych 

przedstawień 

tego 

najstarszego i najnikczemniejszego z upadłych aniołów.

Sir  Arthurze,  wygląda  pan  na  zdenerwowanego.  Nic 

dziwnego! Czy nie uświadamia pan sobie, że jest to igranie z 
ogniem - ogniem  piekielnym - kiedy  wzywacie  umarłych? 
Głosy  słyszane  przez  pana  na  seansach  nie  należą  do 
ukochanych  osób,  które  odeszły  z  tego  świata.  To 
przemawiają 

szatańscy 

aktorzy 

obdarzeni 

diabelską 

zręcznością. Nowa religia,  jaką okrzyknęliście  spirytyzm, nie 
jest  niczym  innym  niż  dawne  czary,  a  Duch  Bellów  był 
rzeczywiście  czarownicą - niegodziwym,  przewrotnym 
demonem,  takim  jak  te,  które  doprowadziły  czarownice  z 
Salem  do  śmierci  i  wiecznego  potępienia.  Spirytyzm  jest 
najbardziej odrażającą, obrzydliwą, najbardziej ...

Doyle zerwał się na równe nogi.

background image

- Na  miłość  boską,  Summers,  posuwasz  się  za  daleko! 

Była to prywatna rozmowa, która...

- Która właśnie zmierzała do ostatecznego rozstrzygnięcia

- przerwał  Houdini,  łapiąc  rozgniewanego  przyjaciela  mocno 
za rękę. - Czy mamy się rozstać, panowie?

- Może  lepiej  będzie,  jeśli  to  zrobimy. - Podmore  rzucił 

spojrzenie  pełne  zimnej  niechęci  na  bezdusznego  fanatyka, 
który  uśmiechnął  się  doń  z  wyższością  w  odpowiedzi. - Nie 
ma  już  szans  na  inteligentną  dyskusję.  Dobranoc,  panie 
Summers.

- Wielebny  pastorze  Summers,  proszę!  Sir  Arthurze, 

pragnę pana ostrzec...

Przyjaciele  Doyle'a  otoczyli  go  i  wyprowadzili.  Gdy 

czekali  na  korytarzu,  aż  służący  przyniesie  im  płaszcze, 
inspektor zapytał z niedowierzaniem:

- Kim, u diabła, jest ten szaleniec?
- Nie  jest  księdzem,  aczkolwiek  udaje,  że  nim  jest -

wybełkotał Doyle.

- To Montague Summers - wyjaśnił Fodor. - Jest autorem 

wielu mądrych książek o magii i czarach, które wyróżniają się 
zdumiewającym faktem, że człowiek ten wierzy we wszystkie 
bez wyjątku zabobony. Ubolewa nad tym, że ci, którzy szukali 
czarownic,  nie  byli  dostatecznie  bezkompromisowi,  i  uważa, 
że  spalenie  na  stosie  to  zbyt  lekka  kara  dla  zwolenników 
satanizmu.

- Żartujesz - spytał Ryan - czy też on żartuje?
- Nie, jest jak najbardziej poważny.  I choć  rzecz wydaje 

się  dziwna - odpowiedział  zamyślony  Fodor - ten  człowiek 
wykonał  bardzo  pożyteczne  zadanie,  wydając  ważniejszych 
dramaturgów z czasów restauracji.

- Och, jakie to ma znaczenie? - Houdini włożył płaszcz i 

wziął  od  szatniarza  kapelusz. - Ten  jegomość  jest  bardzo 
śmieszny.  Gdyby  sir  Arthur  nie  był  bliski  wybuchu  złości, 

background image

zachęciłbym  Summersa,  aby  dalej  przemawiał  z  taką 
zaciekłością. Jest zabawniejszy niż najlepszy wodewil.

Drzwi  wejściowe  się  otworzyły;  szara  wstęga  mgły 

wślizgnęła  się  do  środka  niczym  ręka  ducha.  Podmore 
podniósł kołnierz. Fodor przypatrywał  się upiornej poświacie 
latarni złowieszczo otoczonej mgłą.

- Rozstajemy  się  tutaj,  panowie - powiedział. - Dziwne 

zakończenie naszego wieczoru. Odpędziliśmy duchy i demony 
tylko po to, aby Summers ponownie je przywołał.

- A może mimo wszystko było to stosowne zakończenie -

odrzekł  Houdini  zatopiony  w  myślach. - Nasze  teorie  podają 
zadowalające wyjaśnienia, ale mimo logicznego rozumowania 
nigdy  nie  poznamy  prawdziwej  odpowiedzi - chyba  że  w 
jakimś  innym  świecie  dostąpimy  zaszczytu  spotkania  twarzą 
w twarz z panią Betsy Bell Powell i usłyszymy tę opowieść z 
jej własnych ust. Nie przejmujmy się tym jednak. Świat byłby 
nudny, gdyby wszystkie wątpliwości udało się rozwiać raz na 
zawsze i gdybyśmy poznali odpowiedzi na wszystkie pytania. 
W takim  świecie  nie  byłoby  miejsca na ciekawość i  pola  dla 
wyobraźni...

Pięciu  mężczyzn  żegna  się  i  rozchodzi.  Ich  sylwetki 

pochłania mgła i znikają.

background image

Wieczór drugi

TAJEMNICZE WYDARZENIA W 

STRATFORDZIE

background image

Rozdział dwudziesty
Mgła gęstnieje - odezwał się sir Conan Doyle uroczystym 

tonem.

Stał przy wysokim oknie, obramowanym ciężką śliwkowo

- czerwoną  aksamitną  portierą.  Na  zewnątrz  na  ogrodzeniu  z 
kutego żelaza lśniły krople deszczu. Wszystkie przedmioty w 
oddali  spowite  były  welonem  mgły;  postacie  przechodniów 
poruszały  się  niczym  okryte  całunem  widma,  a  latarnie 
gazowe świeciły upiorną poświatą.

Jego towarzysz się roześmiał.

- Odpowiednia  sceneria,  nieprawdaż?  Przypomina 

początek  jednego  z  twoich  słynnych  opowiadań.  Chodź  i 
usiądź, Arthurze, a służący niech zasłoni okna.

Gdy  za  oknem  zapadła  ciemna  noc,  w  pokoju  było 

przytulnie  i  wygodnie.  Ogień  trzaskał  w  kominku,  a  ładne 
orientalne dywaniki zagłuszały kroki lokajów krzątających się 
po  pokoju.  Kilka  foteli  ustawiono  wokół  kominka.  Zamiast 
usiąść  na  jednym  z  nich  Doyle  odwrócił  się,  grzecznie 
czekając  na  przybycie  pozostałych  gości.  Wkrótce  nadeszli 
pełen  pasji  Frank  Podmore  o  szczupłej  twarzy,  uważany  za 
głównego 

sceptyka 

Towarzystwa 

Badań 

Zjawisk 

Nadprzyrodzonych,  oraz  uprzejmy  psychiatra  z  Wiednia, 
Nandor  Fodor.  Przed  nimi  szedł  jedyny  Amerykanin  na  tym 
nieoficjalnym zebraniu, grzecznie towarzyszący damie, której 
ręka  lekko  spoczywała  na  jego  ramieniu.  Harry  Houdini  był 
niewysokim  mężczyzną,  niższym  o  pół  głowy  od  swej 
towarzyszki  o  gęstych  kasztanowych  włosach.  Ta,  podobnie 
jak  mężczyźni,  miała  na  sobie  wytworny  strój  wieczorowy. 
Tren  jej  atłasowej  sukni  ciągnął  się  po  dywanie,  a  góra 
połyskiwała  dżetami  i  kryształowymi  koralikami.  Była  to 
kobieta  nie  pierwszej  już  młodości,  ale  Doyle,  dżentelmen 
starej  daty,  uznał  w  głębi  duszy,  że  nadal  ma  jeszcze 
wspaniałą  figurę.  Był  zbyt  dobrze  wychowany,  aby 

background image

zastanawiać  się,  czy  kolor  jej  włosów  jest  całkowicie 
naturalny.

Przybyła z  zainteresowaniem przyjrzała  się  przyjemnemu 

wnętrzu i eleganckiemu umeblowaniu.

- No  cóż,  to  przywilej - zauważyła;  w  jej  niskim 

kontralcie  pobrzmiewał  wyraźny  amerykański  akcent  (który 
nie  był  wcale  nieprzyjemny,  pomyślał  sir  Conan  Doyle). -
Nigdy  nie spodziewałam się,  że zostanę  wpuszczona  do tego 
bastionu  mężczyzn.  W  jaki  sposób  udało  się  panom 
wprowadzić mnie tutaj?

Houdini  zaśmiał  się  zduszonym  śmiechem  i  zaprowadził 

swego gościa na fotel stojący pośrodku.

- Reguły  panujące  w  innym  świecie - nie  nazwę  go 

realnym,  gdyż  ten,  w  którym  jesteśmy,  doskonale  mi 
odpowiada - przestają  tu  obowiązywać,  madame.  Gdyby  był 
to  tradycyjny  klub  dla  dżentelmenów,  prawdopodobnie  mnie 
również by nie wpuszczono!

Andrew  Lang,  który  już  się  usadowił,  wstał  grzecznie,  a 

inni  czekali,  aż  dama  usiądzie  w  fotelu,  zanim  wybiorą 
miejsce dla siebie. Zamówiono brandy i kawę. Houdini zapalił 
cygaro,  a  Fodor wyciągnął  fajkę. Przybyła szperała  w swojej 
niemodnie  dużej,  lecz  eleganckiej  torebce  wieczorowej  i 
wyjęła paczkę papierosów. Nadal szukała w niej czegoś, czym 
przypuszczalnie  mogłaby  zapalić  papierosa,  kiedy  Harry 
Price,  siedzący  obok  na  prawo,  wyciągnął  ku  niej  płonącą 
zapałkę.

Nagrodziła ten uprzejmy gest uśmiechem.

- Czuję  się  zaszczycona,  panowie,  że  goszczę  w  tak 

znakomitym  towarzystwie!  Wszyscy  stanowicie  autorytety  w 
dziedzinie okultyzmu, a ja jestem najzwyklejszą amatorką.

Zaraz  po  tym  stwierdzeniu  rozległ  się  grzeczny  pomruk 

zaprzeczeń i dama uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

background image

- W  gruncie  rzeczy  czerpałam  obszernie  z  waszych  prac 

w moich własnych skromnych literackich próbach. Pomimo to 
ośmielam się zasugerować, że my, pisarze, możemy niekiedy 
wnieść  swój  skromny  wkład  do  nauki  dzięki  pewnej  intuicji, 
dającej  nam  wgląd  w  sprawy,  które  wymykają  się  ściśle 
racjonalnym umysłom.

Skinęła  porozumiewawczo  głową,  patrząc  na  sir  Conan 

Doyle'a,  który  w  odpowiedzi  obdarzył  ją  promiennym 
uśmiechem.

- Właśnie - odrzekł  z  entuzjazmem. - Chodzi  o  impuls 

twórczy...

Urwał,  aby  wziąć  szklankę  z  tacy  podsuniętej  przez 

kelnera.  Dama  podziękowała  za  brandy  i  Doyle  spytał  z 
niecierpliwą uprzejmością.

- Czy  może  wolałaby pani  coś innego  do  picia?  Kobieta 

kaszlnęła z dezaprobatą.

- Jeśli  jest  już  pan  tak  uprzejmy  i  pyta  mnie  o  to,  sir 

Arthurze,  whiskey  z  wodą  sodową  będzie  w  sam  raz.  Mam 
nadzieję, że to pana nie szokuje.

Houdini roześmiał się i skinął na kelnera.

- Świetna myśl, proszę pani. I ja zamówię to samo. Fodor 

z fajką w dłoni pochylił się do przodu.

- To, co pani mówi o impulsie twórczym, jest oczywiście 

słuszne.  Skąd  się  biorą  takie  inspiracje,  nie  wiadomo,  ale  to, 
że  można  dzięki  nim  odkrywać  zjawiska  ukryte  przed 
przeciętnymi umysłami, nie ulega żadnych wątpliwości.

- Czy dajesz do zrozumienia, że mam przeciętny umysł? -

spytał Price.

Inteligentna  twarz  inspektora  świadcząca  o  jego 

gruntownym wykształceniu, nadal była poważna, ale w oczach 
migotały  wesołe  ogniki.  Fodor,  który  dobrze  go  znał, 
uśmiechnął się i odpowiedział:

background image

- Może  nie  przeciętny,  Fodorze,  ale  z  pewnością 

ograniczony!  Tak  jak  mój.  Chylę  czoło  przed  talentami 
naszych pisarzy, włączając, oczywiście, Andrew.

Lang potrząsnął głową.

- Moje  małe  baśnie,  jak  wiecie,  nie  są  wytworem

wyobraźni.  Podobnie  jak  nasz  czarujący  gość  jestem 
badaczem  amatorem  w  dziedzinie  folkloru  i  zjawisk 
nadprzyrodzonych;  ale  i  ja  dużo  przeczytałem  i  rozmyślałem 
na  ten  temat.  Oczekuję  z  ogromną  niecierpliwością  i 
zainteresowaniem 

na 

pani 

opowieść. 

Czy 

moje

przypuszczenie, że dzisiaj wieczorem usłyszymy jeszcze jedną 
amerykańską historię o duchach, jest słuszne?

- Najzupełniej - potwierdziła dama. Wypiła łyk whiskey, 

która  wyraźnie  jej  smakowała,  odstawiła  szklankę  na  stół, 
zgasiła  papierosa  i  szukała  czegoś  w  torbie.  Wyciągnęła  plik 
kartek,  który  pokazała  z  triumfem. - Sprawa  Phelpsów.  My, 
Amerykanie,  doprawdy  specjalizujemy  się  w  poltergeistach, 
nieprawdaż, panie Houdini?

- Ludzie tak je nazywają - odrzekł Houdini cynicznie. - W 

większości  przypadków  chodzi  o  oszustwo  i  sztuczki 
magiczne.

Conan Doyle parsknął nagle śmiechem, a Price zauważył:

- Nic  nie  szkodzi,  sir  Arthurze,  znamy  pańskie  poglądy. 

To  ich  odmienność  od  pozostałych  przyczynia  się  do 
interesujących  dyskusji  podczas  tych  naszych  nieoficjalnych 
spotkań.  Jeśli  chodzi  o  owe  duchy,  nie  są  one  wyłącznie 
amerykańskim  zjawiskiem.  Badałem  dziesiątki  takich 
przypadków w Anglii.

- Ale nie możesz prowadzić dochodzenia w sprawie tego 

jednego - zauważył  Lang. - Pozostaje  ci  tylko  wyciągnąć 
końcowy  wniosek. - Mówił  dalej,  zwracając  się  do  gościa. -
Ograniczamy się, madame, do spraw, których nigdy należycie 

background image

nie zbadano ani nie wyjaśniono, klasycznych nierozwiązanych 
zagadek dotyczących okultyzmu.

- To  właśnie  dano  mi  do  zrozumienia - odpowiedziała 

dama. - Sprawa, którą wybrałam, z pewnością stanowi jedną z 
najsławniejszych owych zagadek, przynajmniej dla tych z nas, 
którym  znana  jest  literatura  okultyzmu.  Nadałam  jej  formę 
zbeletryzowaną,  ale  sądzę,  że  znajdziecie  w  tej  opowieści 
wszystkie  podstawowe  fakty.  Wyjęła  z  torebki  okulary  w 
rogowych  oprawkach,  umieściła  je  na  nosie,  wypiła  jeszcze 
jeden łyk whiskey, odchrząknęła elegancko i zaczęła czytać.

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy
Nie  znamy  wszystkich  faktów.  Zachowały  się  tylko 

wyrywkowe  relacje  zniekształcone  z  powodu  uprzedzeń 
obserwatorów. Dziennikarze działający w Ameryce w połowie 
dziewiętnastego wieku nie wtrącali się w prywatne życie ludzi 
godnych szacunku. Doktor Eliakim Phelps był duchownym, a 
jego żona pochodziła z dobrej rodziny. Gdy już się zakończyła 
ta  dziwaczna  sprawa,  zamieszkali  w  pewnym  odosobnionym 
miejscu, czego pragnęli i co im się słusznie należało.

Choć  sam  o  tym  nie  wiedział,  doktor  Phelps  miał 

szczęście, iż żył wtedy, kiedy żył. Sto pięćdziesiąt lat później 
ekipy  telewizyjne  otoczyłyby  jego  dom,  mając  nadzieję,  iż 
nakręcą  film  o  duchach  i  dzieciach  opętanych  przez  diabła; 
służba  wystąpiłaby  w  niejednym  talk  show,  a  wszelkie 
spekulacje  sąsiadów  natychmiast  ogłoszono  by  drukiem,  jak 
również przedstawiono w telewizji w wieczornych wydaniach 
wiadomości.  Czy  z  potoku  prawdziwych  i  fałszywych 
informacji  wyłoniłaby  się  prawda?  Być  może  nie. 
Prawdopodobnie nigdy nie będziemy wiedzieć na pewno, jaka 
straszna  siła  nawiedziła  spokojną  plebanię  w  Stratfordzie  w 
Connecticut w 1850 roku. Historia ta mogła mieć następujący 
przebieg...

background image

Rozdział dwudziesty drugi
Kiedy pierwszy raz ujrzałam Stratford, pomyślałam, że to 

spokojne,  ciche,  małe  miasteczko.  Teraz  go  nienawidzę.  Co 
takiego zrobiliśmy, że sprowadziliśmy na siebie takie straszne 
nieszczęście?  Kobiety  nadal  ze  mną  rozmawiają,  gdy 
spotykam je w sklepach lub na ulicy; trudno im tego uniknąć, 
skoro  mój  mąż  jest  ich  pastorem.  Gromadzą  się  jednak  w 
małych  grupkach  i  szepczą  półgłosem,  kiedy  przechodzę; 
szmer ich uwag podąża w ślad za mną jak rój rozdrażnionych 
pszczół.  Nie  odwracam  się  ani  nie  oglądam  za  siebie,  ale 
czasami mam wielką ochotę stanąć i zawołać do nich:

- Powiedzcie to w końcu! Powiedzcie mi wszystko prosto 

w  oczy!  Dajcie  mi  szansę,  bym  wam  coś  wyjaśniła,  zamiast 
słuchać tych powtarzanych sobie szeptem kłamstw.

Mówią,  że  naszymi  niewidzialnymi  dręczycielami  są 

diabły,  potępione  dusze,  przysłane,  aby  nas  ukarać  za  jakiś 
ukryty  występek.  Andrew  (powiedział,  że  mogę  tak  się  do 
niego  zwracać)  upiera  się  jednak,  że  to  dobre  duchy. 
Chciałabym mieć co do tego pewność. Kiedy przemawiał, a ja 
stałam  przy  nim,  wierzyłam  mu.  Ma  taki  piękny  głos.  Jego 
płomienne  ciemne  oczy,  piękne  rysy,  wysoka  młodzieńcza 
sylwetka - cała  postać  emanuje  taką  szczerością,  iż  daję  się 
ponieść uczuciom. Jednakże teraz wyjechał - by nigdy już nie 
powrócić? Wychodzę zrobić zakupy na targu lub zażyć ruchu
- a szepty rozlegają się tuż za mną. Chciałabym znowu znaleźć 
się  w  Filadelfii.  Żałuję,  że  kiedykolwiek  wyszłam  ponownie 
za  mąż.  Ale  cóż  innego  mogłam  zrobić?  Byłam  sama -
opłakiwałam  zmarłego  małżonka  i  czułam  się  tak  bezradna, 
jak  zwykle  bezradne  są  kobiety  pozbawione  silnego 
mężczyzny,  na  którym  można  się  oprzeć,  a  moje  dzieci 
cierpiały z braku ojcowskiej opieki.

Nigdy  nie  byłam  ani  nie  chciałam  być  surowa.  Jestem 

pewna,  że  dzieci  najlepiej  reagują  na  miłość.  Gdy  zmarł  ich 

background image

drogi  ojciec,  nie  miałam  serca  karać  biedactw  za  błahe 
wykroczenia  wynikające  ze  skłonności  do  psot.  Wszyscy 
czworo  tęsknili  za  ojcem - zwłaszcza  Harry.  Jest  takim 
wrażliwym chłopcem.

Kiedy  wielebny  doktor  Phelps  zaproponował  mi 

małżeństwo,  udzielając  mu  odpowiedzi,  w  pewnej  mierze 
kierowałam  się  dobrem  dzieci.  Jednak  nie  całkowicie - och, 
nie. Pan Phelps to wspaniały mężczyzna. Trzeba też przyznać, 
że wygląda doskonale jak na swoje lata - a sześćdziesiątka to
jeszcze  nie  nazbyt  poważny  wiek...  Robi  wrażenie  starszego, 
ponieważ jest taki poważny i uczony. Bardzo go szanuję.

Gdy  mu  powiedziałam,  że  zostanę  jego  żoną,  pocałował 

mnie  delikatnie  w  czoło.  Następnie  wyszedł,  obiecując,  że 
powróci  tego  samego  wieczoru,  aby  przywitać  dzieci  jako 
nowy ojciec.

Po jego wyjściu stałam w holu na dole, patrząc w górę na 

schody. Na zewnątrz było ponuro, ciemno i wprost lodowato; 
śnieg  padał  na  okna  z  szelestem,  kojarzącym  mi  się  z 
tajemniczymi  szepczącymi  głosami.  Uświadomiłam  sobie 
dziwną i niewyjaśnioną niechęć, aby wejść po tych schodach. 
Gdy  się  wahałam  z  ręką  opartą  na  poręczy,  odniosłam 
wrażenie, iż tam na górze ktoś jest, poza zasięgiem wzroku, za 
zakrętem  na  schodach.  Ciemny,  bezkształtny  cień  ukazał  się 
na ścianie na półpiętrze.

Teraz  wiem,  że  był  to  znak,  zapowiedź  wydarzeń,  które 

miały  nadejść.  To  nie  mogło  być  nic  innego.  Żadne 
niebezpieczeństwo nie czekało na mnie na górze, tylko pokój 
dziecinny  i  moja  ukochana  czwórka.  Dwoje  najmłodszych 
leżało już otulonych kołderkami w łóżeczkach, ale obiecałam 
Harry'emu, że zajrzę do niego, gdy tylko pan Phelps wyjdzie.

Cień  zniknął.  Tak  naprawdę  wcale  go  tam  nie  było; 

wiedziałam  o  tym.  Bardzo  powoli  jednak  wchodziłam  po 
schodach.

background image

Wcześniej  stałam  w  holu  w  ciemności,  więc  pokój 

dziecinny  wydał  mi  się  jasny  i  pogodny.  Ogień  trzaskał  w 
kominku. Przypomniało mi się, że mam nie nazywać sypialni 
synka  „pokojem  dziecinnym".  Harry  nie  lubił  tego  słowa. 
Upierał  się,  że  jest  za  duży  na  nianię  i  pokój  dla  dzieci.  Już 
wkrótce przecież skończy dwanaście lat!

Siedział na dywaniku przed kominkiem ze skrzyżowanymi 

nogami  i  brodą  opartą  na  rękach.  Bawił  się  małym 
teatrzykiem,  swoją  ulubioną  zabawką  spośród  wszystkich, 
jakie  mu  dałam.  Była  to  starannie  wykonana  konstrukcja, 
chociaż  zrobiono  ją  z  tektury,  a  postacie  wycięto  z  papieru. 
Miała  prawdziwe  czerwone  atłasowe  zasłony  i  małą  scenę. 
Harry  często  przygotowywał  dla  mnie  przedstawienia,  sam 
odgrywał  wszystkie  role  i  przesuwał  po  scenie  papierowe 
sylwetki. Przemawiał różnymi głosami, od bardzo grubego do 
falsetu.  „Hamlet"  i  „Juliusz  Cezar"  należały  do  jego 
ulubionych  sztuk - oczywiście  w  znacznie  skróconych 
wersjach.  Najwyraźniej  układał  teraz  intrygę  do  jakiegoś 
nowego  spektaklu,  ponieważ  na scenie  znajdowały  się  tylko 
dwie  tekturowe  postacie - wysmukła  kobieta  z  loczkami, 
zazwyczaj  grająca  główną  bohaterkę,  i  mężczyzna 
wyglądający  na  łotra,  który  wcześniej  był  już  Kasjuszem  i 
niegodziwym stryjem Hamleta.

background image

Rozdział dwudziesty trzeci
Harry  podniósł  wzrok.  Twarz  mu  się  rozjaśniła,  kiedy 

mnie  zobaczył  i  zaraz  odgarnął  lok  niesfornych  brązowych 
włosów z oczu.

- Mama! - zawołał, zrywając się na równe nogi i biegnąc, 

aby mnie objąć. - Tak długo cię nie było!

Objęłam  jego  mocne  ramionka,  zauważając  na  wpół  z 

uśmiechem,  na  wpół  z  westchnieniem,  jak  rośnie  i  jaki  jest 
wysoki  i  silny.  Już  wkrótce  nie  będzie  „ukochanym 
chłopczykiem  mamy".  Zachęcałam  go,  aby  uważał  się  za 
mężczyznę i opiekuna rodziny.

- Przykro  mi,  mój  kochany.  Pan  Phelps  dopiero  teraz 

wyszedł.

- Dlaczego  tak  często  przychodzi  i  tak  długo  siedzi? -

zapytał mój syn. - Wolałbym, aby wcale nie przychodził.

- Harry,  nie  wolno  ci  mówić  takich  rzeczy - rozległ  się 

cichy głos z kąta.

Była to Marian, moja córka. Marian zawsze siedzi w kącie 

i  mówi  cichutko,  łatwo  więc  zapomnieć  o  obecności 
dziewczynki  w  pokoju.  Jest  taka  bezbarwna  i  nie  potrafi 
zachowywać  się  w  sposób  ujmujący,  ale  ma  dobre  serce. 
Przywiązanie do brata to najwspanialsza cecha jej charakteru.

- Nic  nie  szkodzi,  Marian - odrzekłam. - Harry  chciał 

tylko  powiedzieć,  że tęskni  za swoją mamą. Ja także  za tobą 
tęsknię,  Harry.  Ale  mam  nadzieję,  że  będziecie  grzeczni  w 
stosunku  do  pana  Phelpsa.  Będziecie  go  częściej  teraz 
widywać...  Chcę  powiedzieć...  Tak  naprawdę  wcale  nie 
czujesz do niego antypatii, co, kochanie? To dobry człowiek...

- Nienawidzę go! - Harry aż się cofnął. Spoglądał na mnie 

wyzywająco z zaciśniętymi pięściami i purpurową twarzą.

Marian wstała, odkładając czytaną książkę.

- On  nie  chciał  tego  powiedzieć,  mamo.  Nie  martw  się, 

zrobił to tylko dlatego, aby cię wyprowadzić z równowagi.

background image

- No  wiesz,  Marian,  jakaś  ty  złośliwa! - zawołałam. -

Harry  nigdy  nie  miałby  ochoty  wyprowadzić  mnie  z 
równowagi.

- Nigdy, mamo. - Mój syn objął mnie mocno. - Kocham 

cię, mamo.

- I ja cię kocham, mój najdroższy.
- A  więc  powiesz  temu  strasznemu  starcowi,  aby  sobie 

poszedł i zostawił nas w spokoju?

- Kochanie, on nie jest ani stary, ani okropny.

Harry trzymał się mnie kurczowo, a twarz ukrył w fałdach 

mej  spódnicy.  Marian  odezwała  się  bezbarwnym, 
pozbawionym zupełnie wyrazu głosem.

- Czy wyjdziesz za pana Phelpsa, mamo?

Przyszłam właśnie po to, by przekazać im tę wiadomość. 

Nie wiem dlaczego, pytanie córki zabrzmiało w moich uszach 
jak  oskarżenie  czy  też  groźba.  Nie  wiem,  czemu 
sformułowanie  właściwej  odpowiedzi  zajęło  mi  tak  dużo 
czasu.

Kiedy  oznajmiłam:  „Tak,  wyjdę" - już  miałam 

przygotowane  całe  wyjaśnienie,  że  oni  potrzebują  miłości 
ojca,  a  ja  opieki  męża.  Rozpoczęłam  na  dobre  przemowę, 
zanim  uświadomiłam  sobie,  że  nie  ma  wcale  potrzeby  jej 
wygłaszać.  Takim  samym  obojętnym  głosem  Marian 
powiedziała:

- Życzę ci szczęścia, mamo.

Harry nie odezwał się ani słowem. Odsunął się ode mnie, 

usiadł  na  podłodze  przed  swoim  teatrzykiem  i  zaczął 
przesuwać  figury  po  scenie.  Po  jego  twarzy  można  było 
poznać,  że  jest  tym  pochłonięty.  Łajdak  ruszył  w  kierunku 
dziewczyny,  popchnął  i  wywrócił  ją  na  papierowe  plecy. 
Harry roześmiał się na swój chłopięcy sposób.

No proszę, powiedziałam do siebie. Widzisz, jak to jest -

wcale nie trzeba było się martwić. Dobrze to przyjął.

background image

Rozdział dwudziesty czwarty
Tylko, jeśli chodzi o pogłoski rozpuszczane przez złośliwe 

języki, że moje dzieci nie chciały zaakceptować nowego ojca. 
Jednorazowy  wybuch  Harry'ego  był  reakcją  naturalną
podobnie jak spokojna aprobata Marian. Moja córka nie bierze 
sobie  niczego  zbyt  głęboko  do  serca.  Chociaż  z  ogromną 
przykrością  mówię  tak  o  własnym  dziecku,  jest  to 
dziewczynka  o  dość  płytkim  umyśle.  Młodsze  dzieci  miały 
wtedy zaledwie lat sześć i trzy, były więc za małe, aby myśleć 
o  czymkolwiek  innym  poza  swym  własnym  światkiem. 
Jednak Harry i ja zawsze byliśmy sobie bliscy.

Oczywiście  później  nie  zapomniał  o  grzeczności  w 

stosunku do przyszłego ojczyma. Muszę szczerze przyznać, że 
część zasługi za ich dobre stosunki należy przypisać samemu 
doktorowi  Phelpsowi.  Traktował  on  moje  dzieci  jak  własne. 
No  cóż,  może  nie  całkiem;  pomimo  wszystko  jego  dzieci  są 
już przecież dorosłe i mają swoje rodziny.

Zanim  się  pobraliśmy,  poinformował  mnie,  że  nie 

będziemy, jak przypuszczałam, mieszkali w Filadelfii. Przyjął 
stanowisko  pastora  w  kościele  prezbiteriańskim  w  małym 
miasteczku w Connecticut. Wiedząc to, co wiem teraz, dziwię 
się,  że  moim  ciałem  nie  wstrząsnął  wówczas  dreszcz,  kiedy 
usłyszałam nazwę „Stratford". Wtedy - niezależnie od tego, co 
powiadają  niektórzy  ludzie - nie  czułam  niechęci  do 
przeprowadzki.  Zawsze  kochałam  Filadelfię,  ale  śmierć 
mojego pierwszego męża rzuciła cień smutku na miasto, gdzie 
mieszkaliśmy 

razem. 

Rzadko 

widywałam 

naszych 

poprzednich  przyjaciół.  Oprócz  tego  obowiązkiem  żony  jest 
nie narzekać i z ochotą podążać wszędzie za mężem.

Doktor  Phelps  uprzejmie  wyjaśnił  mi  przyczyny  swej 

decyzji.  Jego  obowiązki  pastora  parafii  w  Huntington,  w 
stanie  Nowy  Jork,  w  połączeniu  ze  stanowiskiem  sekretarza 
prezbiteriańskiego  towarzystwa  edukacyjnego  pociągały  za 

background image

sobą konieczność ciągłych podróży tam i z  powrotem. Uznał 
to za coraz bardziej męczące i teraz, kiedy miał założyć nową 
rodzinę, postanowił, że znajdzie jakieś spokojne miasteczko w 
wiejskiej okolicy, w którym się osiedli.

Zapewnił mnie, że pokocham swój nowy dom. Jego oczy 

jaśniały  wtedy  entuzjazmem,  który  jest  najbardziej 
młodzieńczą i atrakcyjną cechą mego męża.

- To  bardzo  stare  miasto,  moja  droga,  założone  na 

początku  osiemnastego  wieku.  Waszyngton  stale  tam 
przebywał.

- Wydaje  mi  się,  że  Waszyngton  przebywał  wszędzie, 

tylko nie w domu - zauważyłam.

Pan  Phelps  spojrzał  na  mnie  w  sposób  zdradzający 

zaintrygowanie.

- Ależ,  moja  droga - odrzekł  łagodnie - musiał  dużo 

podróżować, najpierw jako naczelny dowódca amerykańskich 
sił zbrojnych w czasie wojny o niepodległość, a następnie jako 
prezydent.  Obowiązki  wypływające  ze  sprawowanego 
urzędu...

- Oczywiście.  Nie  chciałam  zachować  się  w  płochy 

sposób. Niech mi pan opowie więcej o generale Waszyngtonie 
i Stratfordzie.

- Stał się do tego stopnia legendą, że łatwo zapomnieć, iż 

w ogóle umarł - a od chwili gdy tam przebywał, czyli od 1799 
roku,  minęło  już  dokładnie  pięćdziesiąt  lat.  Rozmawiałem  z 
mieszkańcami  Stratfordu,  którzy  dobrze  zapamiętali  jego 
ostatni  pobyt  w  mieście.  Pani  Benjaminowa  Fairchild  podała 
mu wyhodowane przez siebie w ogródku kartofle, które zjadł 
z apetytem.

Ciekawe,  pomyślałam,  czy  owi  mili  ludzie  ze  Stratfordu 

wciąż  jeszcze  sadzą  w  przydomowych  ogródkach  kartofle.  I 
dlaczego  niby  mieliby  tego  nie robić?  Jak  najbardziej  można 
je uprawiać w wiejskich warzywnikach.

background image

Prawdę  mówiąc,  gdy  pierwszy  raz  zobaczyłam  tę 

miejscowość,  byłam  mile  zaskoczona.  Podróż  pociągiem  nie 
należała do zbyt przyjemnych - wagony robią tyle hałasu i są 
tak  okropnie  brudne - ale  za  to  krajobraz  okazał  się  piękny: 
bujne  łąki,  wspaniałe  stare  drzewa,  malownicze  widoki  z 
majestatycznymi  wzgórzami,  wąskie  czyste  strumyki 
zmierzające do błękitnych wód rzeki Sound, która połyskiwała 
w  wiosennym  słońcu.  Na  południu  w  oddali  na  horyzoncie 
widać było Long Island, którą Indianie niegdyś zamieszkujący 
ten sielankowy region nazywali Sewanhacky - Wyspą Muszli. 
Pan Phelps, ożywiony niczym chłopiec, opowiedział mi o tym 
i o innych interesujących historycznych wydarzeniach. Dzieje 
Stratfordu są tak spokojne jak sugeruje to wygląd miasteczka; 
ominęły  go  krwawe  działania  wojenne,  wyjąwszy  potyczki  z 
tubylcami.  Dla  miasteczka  główny  tytuł  do  chwały  stanowią 
wizyty generała Waszyngtona i jego żony.

W  sposób  oczywisty  małżonka  brała  udział  w 

zwyczajowych  wędrówkach  męża - czy  raczej,  pomyślałam 
sobie,  zawsze  próbowała  go  dogonić!  Nie  podzieliłam  się  tą 
dziwaczną myślą z panem Phelpsem. Spojrzałby na mnie tylko 
z  tym  swoim  zaintrygowanym  uśmiechem.  Jednak 
podejrzewałam, że usłyszę jeszcze o generale i jego małżonce
- i to więcej, niż miałam ochotę.

Sam  Stratford  okazał  się  tak  czarujący,  jak  twierdził  pan 

Phelps,  i  nie  tak  sielankowy,  jak  się  obawiałam.  Znajdowały 
się tu dwa kościoły, wiele sklepów oraz eleganckie domostwa. 
Nasz  dom  stał  przy  Elm  Street  i  kiedy  powóz  wjechał  w  tę 
ulicę,  zobaczyłam,  że  jest  szeroka  i  przestronna,  wysadzana 
wspaniałymi  starymi  drzewami,  których  cień  staje  się  tak 
pożądany  w  ciepłe  popołudnia.  Oczywiście  nie  była 
wybrukowana,  ale  nie  można  tego  wymagać.  Domy  naszych 
sąsiadów  okazały  się  także  duże  i  ładne,  otoczone  szerokimi 

background image

zielonymi trawnikami, które tak jak nasz własny rozpościerały 
się z tyłu aż do rzeki Sound.

Byliśmy - tak  powiedział  mi  pan  Phelps - właścicielami 

posiadłości o powierzchni trzech i pół akra. Zgodziłam się, że 
to  świetnie  ze  względu  na  dzieci,  ale  wyraziłam  pewien 
naturalny dla matki niepokój związany z bliskością wody. Pan 
Phelps przeszedł jednak nad tym do porządku dziennego.

- Henry  musi  nauczyć  się  pływać.  Dobrze  mu  to  zrobi, 

uczyniła  pani  z  niego  bardzo  zniewieściałego  chłopca,  moja 
kochana.  To  całkiem  naturalne;  ale  teraz  nadszedł  czas,  aby 
nauczył  się  wielu  rzeczy,  które  przystoją  mężczyznom.  Jeśli 
chodzi o młodsze dzieci, na pewno nie wpadną do wody, gdyż 
pani będzie w pobliżu, nie wspominając już o służbie.

Chociaż na początku naszej podróży świeciło słońce, gdy 

jechaliśmy dalej, zbierały się nad nami chmury. Zachmurzone 
szare  niebo  to  zła  wróżba  dla  panny  młodej,  która  po  raz 
pierwszy ogląda swój nowy dom!

A  był  to  przyjemny  budynek  pomimo  zachmurzonego 

nieba.  Świeżo  pomalowaną  na  biało  fasadę  zdobił  wspaniały 
portyk  wsparty  na  wysokich  greckich  kolumnach.  Wewnątrz 
było  równie  nieskazitelnie.  Wysłaliśmy  wcześniej  służących, 
aby  przygotowali  wszystko  na  nasz  przyjazd,  a  pan  Phelps 
powiedział,  że  życzliwe  panie  z  parafii  niestrudzenie  im 
pomagały.  Mówił mi  niewiele  o naszym  nowym mieszkaniu, 
zapewnił  tylko,  że  jest  eleganckie  i  przestronne;  kiedy  więc 
weszłam  do  holu,  przypuszczam,  że  na  mojej  twarzy  widać 
było zaskoczenie, ponieważ pan Phelps się uśmiechnął.

- Czyż nie jest tu ładnie?
- Jak  na  razie  nie  można  mu  niczego  zarzucić -

odrzekłam. - I co za szczególny układ schodów.

Pan  Phelps  stał  z  szeroko  rozstawionymi  stopami, 

przyglądając  się  korytarzowi  z  pełną  aprobaty  dumą  nowego 
właściciela.

background image

- Zbudowano  go  dla  kapitana  statków  morskich -

wyjaśnił. - Jego żona doglądała budowy,  kiedy mąż odbywał 
swoją  ostatnią  podróż  do  Chin.  Nie  chciała,  aby  tęsknił  za 
morzem,  a  więc  kazała  zrobić  hol  wejściowy  tak,  aby  miał 
dokładnie  te  same  wymiary  co  pokład  klipera - dwadzieścia 
metrów długości i pięć szerokości. Podwójne schody powstały 
pod  wpływem  tej  samej  idei,  aby  kapitan  mógł  nadal  sobie 
wyobrażać,  że  znajduje  się  na  pokładzie  ukochanego  statku. 
Po  przemierzeniu  wolnym  krokiem  głównego  pokładu  mógł 
wejść  jednymi  schodami  na  pokład  spacerowy,  a  następnie 
zejść drugimi.

- Świetny pomysł - zauważyłam.

I bardzo  szczególny,  dodałam w duchu.  Co jest  dobre  na 

statku,  nie  zawsze  pasuje  w  domu!  Jednakże  kiedy  Harry 
zaczął  wbiegać  na  górę  po  jednych  schodach  i  zbiegać  po 
drugich,  głośno  wyrażając  swoją  aprobatę,  przyjrzałam  się 
mojemu nadzwyczajnemu holowi z większą łaskawością. Było 
to  z  pewnością  wspaniałe  miejsce  do  zabawy.  Harry  wesoło 
oznajmił nam swój zamiar biegania w górę i dół po stopniach 
przez  cały  dzień.  Kiedy  pan  Phelps  to  usłyszał,  przybrał 
zdecydowanie  poważny  wyraz  twarzy.  Pokój,  który 
przeznaczył na swą bibliotekę, znajdował się po prawej stronie 
schodów.  Jednak  wtedy  nic  nie  powiedział,  a  ja  obiecałam 
sobie, że przekonam Harry'ego, aby brał pod uwagę to, iż jego 
nowy ojciec potrzebuje spokoju.

Harry  był  równie  zadowolony  z  pozostałej  części  domu. 

Oświadczył,  że  jest  to  doskonałe  miejsce  do  zabawy  w 
chowanego - tyle tam korytarzy i pokojów.

Kiedy nadeszła zima i lodowate wiatry szalały gwałtownie 

nad  brzegami  Sound,  wyszły  jednak  na  jaw  niektóre  wady 
domu. Kominek w salonie okropnie dymił od czasu do czasu, 
a ponieważ bezsprzecznie przyczyniały się do tego szybkość i 
kierunek  wiatru,  nic  nie  dało  się  zrobić.  Był  to  zimny 

background image

budynek.  Ustawicznie  drżałam  z  chłodu  w  lodowatych 
przeciągach, których nikt inny nie wydawał się odczuwać. Pan 
Phelps  nie  oponował,  kiedy  zamówiłam  grubsze  zasłony  do 
okien  i  zatrudniłam  stolarza,  który  uszczelnił  i  ponaprawiał 
ramy  okienne;  ale  pewnego  dnia  w  połowie  stycznia 
zobaczywszy,  jak  znika  stos  drewna,  mąż  zarzucił  mi 
rozrzutność.

- Wszystko  to  wytwór  pani  wyobraźni,  moja  droga. 

Pozostali  domownicy  nie  skarżą  się  na  przeciągi.  Obawiam 
się, że jest pani istotą wymagającą cieplarnianych warunków.

Tak  więc  jako  jedyna  osoba  w  domu  uskarżałam  się  na 

zimno! Jednak nawet teraz nie wierzę, że działo się to jedynie 
w mojej wyobraźni.

Obowiązki duszpasterskie pana Phelpsa nie były uciążliwe 

i  dużo  przebywał  w  domu.  Z  uwagi  na  śnieg  oraz  mroźną 
pogodę  cały  czas  spędzaliśmy  w  mieszkaniu  i  zazdrościłam 
mężowi  umiejętności  zabawiania  się  takim  czy  innym 
zajęciem. Wszakże jednym z jego zainteresowań zaczęłam się 
trochę niepokoić, gdy długie zimowe miesiące ciągnęły się w 
nieskończoność.

Nigdy nie robił specjalnego sekretu z owego zamiłowania, 

ale nie było ono takiej natury, by ogłaszać je na prawo i lewo. 
Wiem,  że  niektórzy  z  jego  parafian  nie  pochwaliliby tego,  iż 
ich  pastor  para się  czymś,  co  nazywa „filozofią  spirytyzmu". 
Określiliby to inaczej - i ja postąpiłabym podobnie. Pewnego 
razu  zerknęłam  do  dziennika,  który  czytał  z  wielkim 
zaciekawieniem  i  odkryłam,  że pełno  w  nim aluzji  do  zjaw i 
tajemniczych stukotów, upiorów oraz niesamowitych głosów.

Z  trudem  mogłam  w  to  uwierzyć.  Uważałam  historie  o 

duchach  za  cudownie  wstrząsające  i  byłam  zdania,  że 
zabawnie  jest  słuchać  ich  przy  kominku,  gdy  na  zewnątrz 
szaleje burza, a w salonie można siedzieć spokojnie w miłym 
towarzystwie. Jednak zaskoczyło mnie to, że pan Phelps - taki 

background image

poważny i inteligentny, mógł być w równej mierze urzeczony 
tymi opowieściami. Kiedy jednakże wspomniałam coś o tym -
sądzę, iż nieumyślnie użyłam słowa „magia" - był wobec mnie 
ostry.

- Nie  interesuję  się  baśniami  dla  dzieci,  pani  Phelps,  ale 

nieznaną nauką, siłami jak dotychczas opacznie rozumianymi 
przez nasze ograniczone ludzkie umysły.

- Jednakże - ośmieliłam  się  zauważyć - słyszy  się 

opowieści  o  świecie  duchów  i  wspaniałych  dysputach  z 
apostołami  i  prorokami.  Była  też  matka,  która  otrzymała 
wiadomość od swej zmarłej córeczki.

- Ach, o to chodzi. - Pan Phelps uniósł się nagle w fotelu; 

twarz  jego  przybrała  rozmarzony  nieobecny  wyraz. - Niech 
pani  sobie  wyobrazi,  iż  słyszy  z  ust  świętego  Łukasza  czy 
Izajasza  opis  królestwa  błogosławionych!  Pokusa,  niemal 
nieodparty  urok  tej  najcudowniejszej  z  tajemnic... -
Rozmarzony  wyraz  zniknął  z  jego  twarzy,  a  w  głosie 
zabrzmiały  niemal  wesołe  nuty. - Wszystko  to  jednak  tylko 
domysły,  jak  do  tej  pory  nie  ma  rzeczywistego  dowodu,  że 
takie  porozumiewanie  się  jest  naprawdę  możliwe.  No  cóż, 
moja  kochana,  to  bardzo  poważna  dyskusja  jak  na  taką  małą 
kobietkę.  Czy  pamiętała  pani,  by  porozmawiać  z  kucharką  o 
wczorajszej pieczeni? Była, niestety, zanadto spieczona. Taka 
rzecz nie może się powtórzyć.

Nie  zajmowałam  się  już  więcej  tą  sprawą.  Pomimo 

wszystko  temat  wydawał  się  dość  nudny.  Jeszcze  jeden  rzut 
oka  do  dziennika  mego  męża  potwierdził  to  wrażenie. 
Znajdował  się  tam  jakiś  długi artykuł  dotyczący  czegoś,  co 
nazywano  patetykalizmem  lub  patetyzmem  i  co  stanowiło 
metodę leczenia chorób bez zażywania lekarstw. Brzmiało to 
co najmniej dziwnie. I chociaż często wspominano o dobroci i 
prawdzie  czy  zgodności  charakterów  oraz  innych  godnych 

background image

podziwu  cechach,  mało  było  tam  pasjonujących  opowieści, 
przyprawiających o dreszcze.

Tak wlokły się nudne dni. Zajęłam się szyciem i zabawą z 

dziećmi  oraz  grą  na  pianinie,  którą,  niestety,  zaniedbywałam 
w  Filadelfii.  Panie  w  Stratfordzie  były  niestrudzone  w 
pożytecznych  pracach;  działałam  w  kilkunastu  komitetach, 
mających  na  celu  oświecenie  pogan  i  zaopatrzenie  ich  w 
skromną  odzież  czy  też  zajmujących  się  odwiedzaniem 
chorych  (którzy  pochodząc  z  niższej  sfery,  często 
zachowywali  się  niegrzecznie  i  zupełnie  nie  doceniali  tej 
opieki) oraz moralnym odrodzeniem służby i kobiet upadłych 
oraz  wychowaniem  dzieci.  Nie  przyjmowaliśmy  gości  i  nie 
wychodziliśmy  zbyt  często.  Pan  Phelps  był  najbardziej 
zadowolony, gdy mógł całymi godzinami siedzieć sam w swej 
bibliotece.

Pewnego  wieczoru  w  lutym  zdarzyło  się  coś,  co  miało 

później tak okropne skutki.

Byłam  wtedy  na  górze  z  dziećmi,  pomagałam  układać  je 

do  snu  i  otulać  kołderką.  (Wieczorem  chyba  tylko  to  można 
było  robić).  Gdy  leżały  już  wygodnie  w  swoich  małych 
łóżeczkach,  przeczytałam  im  bajkę  i  pocałowałam  na 
dobranoc.

Harry  nie  mieszkał  już  w  pokoju  dziecinnym.  Ogłosił 

stanowczo,  że  jest  za  duży,  aby  przebywać  razem  z 
rodzeństwem  i  zażądał  własnej  sypialni.  Nie  było  w  tym  nic 
trudnego;  w  trzypiętrowym  domu  znajdowało  się  pod 
dostatkiem  wolnych  pomieszczeń.  Jako  starszemu  wiekiem 
Harry'emu  wolno  było  wieczorem  siedzieć  dłużej  niż 
młodszym dzieciom pod warunkiem, że pozostawał w swoim 
pokoju,  czytając  albo  cicho  się  bawiąc.  Zazwyczaj  szłam  do 
niego, aby porozmawiać jeszcze trochę, gdy malcy byli już w 
łóżkach.  Dla  mnie były  to  najmilsze chwile dnia i  wydawały 
się o wiele za krótkie. Wiedziałam, że mąż czeka na mnie w 

background image

salonie  i  chociaż  zazwyczaj  coś  czytał  i  mało  mówił,  lubił, 
gdy tam byłam.

Tego  wieczoru  nastąpiła  zmiana  ustalonego  porządku. 

Gdy wyszłam z pokoju dzieci, zobaczyłam, że chłopiec idzie 
korytarzem. Był kompletnie ubrany.

- Cóż to, Harry - wykrzyknęłam. - Co tutaj robisz? Wiesz, 

iż ojciec powiedział, że masz być w koszuli nocnej i w swoim 
pokoju o tej porze.

Obdarzył mnie czarującym uśmiechem.

- To  na  polecenie  ojca  dzisiaj  wieczorem  zostałem 

uwolniony  z  więzienia,  mamo.  Mam  mu  towarzyszyć  w 
bibliotece.

- Och,  Harry,  czy  znowu  byłeś  niegrzeczny?  Prosiłam 

cię...

- Nic podobnego. - Chłopięcy uśmiech Harry'ego stał się 

jeszcze bardziej promienny. - Jestem zaskoczony, że tak mało 
mi ufasz, mamo. Zapewniam cię, że nie czeka mnie lanie ani 
wykład.

- Ależ Harry...
- Och mamo, nie marudź. Zawsze marudzisz.

I  zbiegł  po  schodach.  Pełna  najstraszliwszych  obaw 

ruszyłam  za  nim.  Pan  Phelps  może  się  śmiać  z  moich 
przeczuć,  ale  zaklinam  się  na  wszystko,  że  czułam,  jak  na 
wskroś  przeszywa  mnie  lodowaty  dreszcz.  Pośpieszyłam  za 
chłopcem,  próbując  go  dogonić - wszystko,  oczywiście,  na 
próżno,  mój  gorset  okazał  się  zbyt  ciasno  zasznurowany, 
abym  mogła  głęboko  oddychać,  a  Harry  jest  bardzo  zwinny, 
zwłaszcza kiedy nie chce dać się złapać. Był w jak najlepszym 
humorze;  drażnił  się  ze  mną,  czekając,  dopóki  niemal  go nie 
dotknęłam,  a  następnie  pomknął  na  dół  jednymi  schodami, 
gdy ja zaczynałam schodzić drugimi.

Cieszyłam  się,  iż  jest  taki  wesoły,  ale  miałam  też  powód 

do  niepokoju.  Harry  nie  czuł  się  dobrze.  Fizycznie  wydawał 

background image

się  w  doskonałym  zdrowiu.  Pan  Phelps  z  zadowoleniem 
zwrócił  uwagę,  że  chłopiec  wyrósł  i  miał  zaróżowione 
policzki,  odkąd  przyjechaliśmy  do  Stratfordu.  Zachowanie 
syna w ciągu minionych kilku tygodni martwiło mnie jednak. 
Zdradzał  pewną nerwową  pobudliwość.  Zawsze był  wesoły -
wskazuje  to  na  bardzo  wysoką  inteligencję  oraz  artystyczną 
naturę - ale  ostatnio  uznałam,  iż  ulega  coraz  silniejszym 
zmianom  nastrojów.  Wezwałam  lekarza,  lecz  nie  pomógł  mi 
w  niczym.  Po  wysłuchaniu  mojego  opisu  zachowania 
Harry'ego i zbadaniu delikwenta roześmiał się i oświadczył, że 
chłopcu nic nie dolega i może uchodzić za okaz zdrowia.

- Wszystko,  czego  mu  trzeba,  proszę  pani,  to  porządne 

lanie. Ci młodzi chłopcy to diabelskie pomioty i zachowują się 
najgorzej  o  tej  porze  roku,  kiedy  uroczystości  związane  ze 
świętami  już  się  kończą,  a  urwisy  mają  przed  sobą  jedynie 
ponurą  zimową  pogodę  i  długie  miesiące  szkoły.  Należy  go 
bić,  proszę  pani,  bić  często  i  solidnie.  To  wyleczy  go  z 
kaprysów.

Czy  można  się  w  takim  razie  dziwić,  że  niepokoił  mnie 

każdy  niezwykły  postępek  łub  wydarzenie,  które  dotyczyły 
Harry'ego.  To,  że  spędzał  czas  z  ojcem  w  bibliotece,  było  z 
pewnością  niezwykłe.  Tak  jak  twierdził,  przeważnie 
odwiedzał ten pokój, aby zostać ukaranym.

Nie  trzeba  dodawać,  że  weszłam  za  nim  do  środka.  Pan 

Phelps  nie  wydawał  się  zbytnio  zadowolony,  gdy  mnie 
zobaczył.

- Mówiła  pani,  że  dzisiaj  wieczorem  ma  do  zrobienia 

jakąś pracę - przypomniał mi. - Trochę szycia dla koła kobiet, 
które należy skończyć do jutra.

- Mam dużo czasu - odparłam. - Nie może winić mnie pan 

za to, że jestem ciekawa, co też moi dwaj ukochani mężczyźni 
zamierzają robić podczas tego tajemniczego spotkania?

background image

- Nie ma w nim nic tajemniczego - wyjaśnił pan Phelps. -

Nie widziałem po prostu powodu, aby wspominać pani o tym. 
Henry  ostatnio  nie  był  sobą.  Poddałem  go  zabiegom 
medycyny patetycznej.

- Harry'ego? - wykrzyknęłam. - Zabiegom?

Chłopiec  rzucił  się  na  duży  skórzany  fotel  i  skrzyżował 

nogi.

- To świetna zabawa, mamo.
- Określenie takie jest nieco zwodnicze - mówił dalej pan 

Phelps. - Praktyka  ta  nie  wymaga  żadnych  narkotyków  ani 
lekarstw.  Jest  to  właściwie  teoria  umysłu,  wspomagająca 
duszę, aby sama się wyleczyła.

Usiadłam.

- Pomogę panu, panie Phelps.
- Trudno  mi  sobie  wyobrazić,  że  to  panią  zainteresuje, 

pani Phelps.

- Jeśli ma to coś wspólnego z Harrym, to powinno mnie 

zainteresować.  Panie  Phelps,  proszę  uwzględnić  naturalne 
uczucia matki.

Po  tych  słowach  nie  mógł  mi  już  odmówić.  Pan  Phelps 

miał zawsze bardzo dużo do powiedzenia w swoich kazaniach 
oraz  przy  wszelkich  innych  okazjach  na  temat  miłości 
rodzicielskiej.

Ze  wstydem  przyznaję,  jakie  niejasne  obawy  wypełniły 

wówczas mój umysł. Wkrótce ich się wyzbyłam; zabiegi owe 
były tak niewinne, że wydawały się niemal głupie. Cały pokój 
pogrążony  był  w  półmroku.  Pan  Phelps  wyjął  zegarek  i 
trzymał go przed oczami chłopca. Cichym, spokojnym głosem 
kazał  mu  śledzić  wzrokiem  lśniący  przedmiot,  gdy  poruszał 
nim tam i z powrotem.

Po chwili spytał łagodnym tonem:

- Czy słyszysz mnie, Henry?

background image

- Tak - padła  odpowiedź  wypowiedziana  równie 

łagodnym głosem.

- Jak się czujesz, mój chłopcze?
- Bardzo spokojnie. Bardzo dobrze.

Wymienili jeszcze kilka zdań w tej samej kolejności. Pan 

Phelps  powtarzał  słowa  „spokojnie"  i  „dobrze".  W  końcu 
powiedział:

- Jesteś  spokojny,  masz  w  sobie  spokój.  Ten  stan  nadal 

będzie w tobie trwał, Henry. Teraz się obudź.

Harry przetarł oczy.

- Czy to już wszystko?
- Tak, to już wszystko. A teraz czas do łóżka. Śpij dobrze.
- Tak, proszę pana. Dobranoc. Dobranoc, mamo.

Kiedy wyszedł, pan Phelps zwrócił się do mnie:

- No  cóż,  moja  droga,  mam  nadzieję,  że  teraz  jest  pani 

przekonana, iż nie wyrządzam krzywdy chłopcu.

- Nigdy nie pomyślałam ...
- Kłamstwo  jest  grzechem,  pani  Phelps.  Podejrzewała 

mnie pani. Przyznaję, że ogromnie mnie to boli.

Trochę zmieszana przeprosiłam go, dodając:

- Doprawdy,  panie  Phelps,  nigdy  nie  słyszałam,  aby  był 

pan  dla  kogokolwiek  niedobry,  nie  rozumiem  jednak,  co  pan 
robi. Dlaczego powiedział mu pan, aby się obudził? Nie spał 
przecież.  Rozmawiał  z  panem  i  udzielał  rozsądnych 
odpowiedzi; miał cały czas szeroko otwarte oczy.

- Stan ten jest zbyt złożony, aby mogła go pani zrozumieć

- oświadczył  mój  małżonek. - To  proces  naukowy. 
Zapewniam  panią,  że  mam  dość  znaczne  doświadczenie. 
Posłużyłem  się  tym  zabiegiem  w  przypadku  mojego  brata, 
kiedy cierpiał na chorobę serca i sprawiłem mu ogromną ulgę.

Obecnie  wiem,  że  metoda,  jaką  stosował,  nazywana  jest 

magnetyzmem lub mesmeryzmem; stosuje się ją w medycynie 
patetycznej,  aby  uzyskać  odpowiedni  stan  umysłu  pacjenta. 

background image

Andrew  wytłumaczył  mi  te  sprawy  później.  Kiedy  on  mi  to 
wyjaśniał,  rozumiałam  wszystko  bardzo  dobrze.  Chodzi  o 
magnetyzm i elektryczność potrzebne do życia, o to, że jedna 
z  owych  sił  jest  dodatnia,  a  druga  ujemna.  Pokazał  mi  za 
pomocą  prawdziwego  magnesu,  jak  jakaś  niewidzialna  siła 
przyciąga  przedmioty  do  biegunów.  Brzmiało  to  bardzo 
rozsądnie  i  istotnie  wyjaśniało  niektóre  z  rzeczy,  które 
wydarzyły się tamtej wiosny...

Och,  ale  gdyby  to  było  wszystko - gdybym  mogła 

uwierzyć,  że  nic  innego  nie  spowodowało  owych  zjawisk. 
Pewne niewidoczne drzwi prowadzą do nieprawdopodobnych 
stref.  Kiedy  raz  się  je  otworzy,  jakie  istoty  mogą  przez  nie 
wejść?

Tamtego  zimowego  wieczoru  nie  miałam  takich 

sprecyzowanych  obaw,  lecz  jedynie  niejasne  uczucie 
niepokoju.  Trudno  mi  było  zakazać  owych  eksperymentów, 
nie zobaczyłam przecież niczego, co mogłoby mi nie przypaść 
do gustu; ale uczucie niepokoju nie ustawało i następnego dnia 
przyłapałam  się  na  tym,  że  wspominam  o  całej  sprawie 
Marian.  Zazwyczaj  jej  się  nie  zwierzam,  ale  wiedziałam,  iż 
każdy problem dotyczący Harry'ego ją poruszy.

Podobnie  jak  młodsze  dzieci  wydawała  się  szczęśliwa  w 

Stratfordzie - niemal tak szczęśliwa, jak może być szczęśliwa 
istota,  która  niewiele  bierze  sobie  do  serca.  Uczestniczyła  w 
różnych  zajęciach  koła  kobiet  i  była  stale  zajęta. 
Ukończywszy edukację rok wcześniej, nie miała nic innego do 
roboty  prócz  szukania  męża i  w  tym  względzie,  muszę 
wyznać,  uznałam  Stratford  za  nie  najlepsze  miejsce  ze 
względu  na  brak  odpowiednich  kandydatów.  Marian  nie  jest 
ładna.  Aby  odnieść  sukces  w  tym,  co  musi  stanowić  główny 
cel  zabiegów  każdej  kobiety,  potrzebuje  szerokiego  kręgu 
znajomych.  W Stratfordzie zaś mieszkało niewielu mężczyzn 

background image

we  właściwym  wieku  i  o  satysfakcjonującej  pozycji 
społecznej. Marian jednakże nie narzekała.

Kiedy  wspomniałam  jej,  jak  pan  Phelps  leczy  Harry'ego, 

zaskoczyła mnie, co bardzo rzadko się zdarzało.

- Nie ma w tym nic złego, mamo. Prawdę powiedziawszy, 

uważam  te  zabiegi  za  zbawienne.  To  jak  przyjemny  sen,  a 
później czuje się taki spokój.

- Co? - wykrzyknęłam. - Czy i ciebie także poddał owym 

metodom?

- Nie  robi  nic  poza  tym,  że  wspomaga  i  zwiększa  moje 

siły duchowe. - Chude policzki Marian zarumieniły się nagle.
- Czuję się później o wiele lepiej.

- Nie wyglądasz po tym lepiej - odrzekłam nieco ostrym 

tonem. - Co  się  z  tobą  dzieje?  Jesteś  chudsza  niż  zwykle  i 
masz cienie pod oczami.

Bąknęła coś półgłosem, że źle spała.

- Jeśli to wszystko...
- To nic poważnego. Ja... czasami mam sny.
- Wszyscy miewamy sny - zauważyłam.

background image

Rozdział dwudziesty piąty
Nigdy  przedtem nie  było  takiej długiej  zimy.  Tak bardzo 

czekałam  na  wiosnę,  że  łzy  napłynęły  mi  do  oczu,  kiedy 
zobaczyłam  pierwsze  przebiśniegi  wyglądające  odważnie  z 
lodowatej nagiej ziemi. Jednak nadal było chłodno i wietrznie, 
a  drzewa  wciąż  jeszcze  nie  miały  liści  w  tamtą  niedzielę 
dwudziestego  marca,  kiedy  szykowaliśmy  się  do  kościoła. 
Data ta, jak myślę, na zawsze wyryła mi się w pamięci.

Jak  zwykle  w  niedzielny  poranek  panował  wtedy 

rozgardiasz.  Pan  Phelps,  jak  zawsze  pierwszy  gotowy  do 
wyjścia,  pytał  zdenerwowany,  dlaczego  nie  możemy 
przygotować  się  do  wyjścia  na  nabożeństwo,  na  które 
uczęszczamy  od  tak  dawna,  bez  hałasu  i  zamieszania. 
Mężczyźni  nigdy  nie  rozumieją  podobnych  rzeczy.  Mój 
pierwszy  mąż  był  identyczny.  Niechby  tylko  panowie 
spróbowali dopilnować, by czworo dzieci umyło się i ubrało! 
Marian  była  tak  samo  kłopotliwa  jak  reszta,  nie  miała  gustu, 
jeśli  chodzi  o  stroje,  i  nigdy  nie  wiedziała,  co  włożyć - a 
przecież  sama  także  starałam  się  zaprezentować  w  sposób 
możliwie godny szacunku.

Tamtego ranka włożyłam swój nowy kostium z delikatnej 

granatowej  wełny,  nieco  zbyt  lekki  jak  na  tę  pogodę,  ale  tak 
długo  czekałam  już  na  wiosnę,  że  musiałam  zrobić  coś,  aby 
przekonać  samą  siebie,  iż  naprawdę  nadchodzi.  Uznałam  ten 
model  za  dość  ładny,  kiedy  wybierałam  materiał  i  podobało 
mi  się  wspaniałe  obszycie  pokrywające  przód  żakietu. 
Jednakże  ostateczny  efekt  nieco  mnie  rozczarował.  Wiejska 
szwaczka  nie  miała  takiej  smykałki  do  igły,  jaka  zazwyczaj 
cechuje krawcowe w dużym mieście.

Zebraliśmy  się  razem  i  ustawiliśmy  rzędem  w  holu, 

czekając  na  inspekcję,  jak  to  było  w  zwyczaju.  Pan  Phelps 
stanął przed nami niczym generał podczas parady, obrzucając 
wzrokiem  każdego  po  kolei.  Nie  wygłosił  żadnej  uwagi  pod 

background image

moim adresem. Wolałabym jednak, żeby powiedział: „Bardzo 
ładnie, moja droga" lub coś w tym rodzaju.

Minął  także  Marian  bez  słowa  krytyki,  chociaż  ja 

uznałam,  że  wygląda  okropnie;  matowy  kasztanowy  kolor 
sukni  sprawiał,  że  cera  dziewczyny  wydawała  się  jeszcze 
bardziej  niezdrowa  niż  zwykle.  Harry  został  poddany 
zjadliwej  krytyce.  Wszystko  było  źle,  począwszy  od 
nieuczesanych włosów do zdartych butów. Małe dzieci, które 
mocno trzymałam za ręce, zasłużyły na ojcowskie pogłaskanie 
po głowie.

Do kościoła  nie było  daleko, ale pojechaliśmy powozem, 

zapowiadała  się  bowiem  nieprzyjemna  pogoda.  Harry  musiał 
siedzieć  na  koźle  z  woźnicą,  któremu  to  zupełnie  nie 
przeszkadzało.

Nie przypominam sobie czytań ani kazania. Pamiętam, że 

Harry  był  niespokojny - ale  nie  jakoś  nadzwyczajnie 
poruszony,  nie  bardziej  niż  każdy  normalny  chłopiec  w  jego 
wieku. Ponieważ ławka pastora znajduje się bezpośrednio pod 
kazalnicą,  zachowanie  mojego  syna  nie  mogło  ujść  uwagi 
parafian  i  musiałam  ciągle  trącać  go  łokciem  i  wyrażać 
dezaprobatę surową miną.

To  dziwne,  że  pamiętam  wszystko  z  owego 

przerażającego dnia oprócz wydarzenia, które zamieniło go w 
koszmar

-

początek  długiego  i  ciągnącego  się  w 

nieskończoność złego snu.

Zawsze  wieki  zabierało  nam  wyjście  z  kościoła  po 

nabożeństwie.  Pan  Phelps  musiał  zamienić  kilka  słów  z 
każdym,  kto  chciał  porozmawiać,  i  upierał  się,  abyśmy  mu 
towarzyszyli,  co  sprawiało  trudność  dzieciom.  Kiedy 
wsiadaliśmy do powozu, troje młodszych zachowywało się jak 
małe zwierzątka wypuszczone z klatki. Nie tylko Harry był w 
wyśmienitym  humorze;  Willy  uszczypnął  siostrę,  która 

background image

wymierzyła  mu  policzek  i  wybuchnęła  płaczem.  Pan  Phelps 
wykrzyknął, jak robił to często:

- Można by pomyśleć, że wychodzą z menażerii, a nie z 

domu Bożego!

Wszystko odbyło się tak jak zwykle. Nie zdarzyło się nic 

więcej... dopóki nie wróciliśmy do domu.

Zaczął  padać  zimny  ulewny  deszcz.  Nie  chcąc  zniszczyć 

nowego kostiumu, popędziłam, aby się schronić w środku. W 
mało przyjemny sposób mi to ułatwiono: drzwi frontowe były 
szeroko otwarte.

Stałam,  wpatrując  się  w  nie  zapewne  z  głupią  miną, 

dopóki  inni  nie  przyłączyli  się  do  mnie.  Marian  prowadziła 
młodsze  dzieci  za  rączki.  Harry  szedł  tuż  za  nią,  a  za  nim 
podążał jego ojczym.

- Dlaczego  pani  nie  wchodzi? - zapytał  pan  Phelps. 

Podniosłam rękę.

- Drzwi. Czy zapomniał pan je zamknąć?
- Z całą pewnością nie. Myślałem, że to pani...
- Nie,  były  już  otwarte,  kiedy  przyjechałam.  Mój 

małżonek zrobił niezadowoloną minę.

- Nie  będę  tolerować  podobnych  rzeczy.  Niech  pani 

pójdzie  ze  mną,  pani  Phelps,  musimy  zamienić  słowo  ze 
służbą.

Wszedł  do  domu  dużymi  krokami.  Można  było  niemal 

zmierzyć stopień irytacji pana Phelpsa długością jego kroków. 
Szłam  nieco  z  tyłu,  trzymając  męża  za  rękaw.  Dość  trudno 
znaleźć  przyzwoitych  służących  w  małym  mieście  i  nie 
chciałam ich niepotrzebnie denerwować.

- Ależ, panie Phelps, służba była w kościele. Ani też nie 

miała okazji, by tędy wejść.

- Niemniej należy ich wypytać.

Oczywiście  wszyscy  służący  bez  wyjątku  zaprzeczyli,  że 

ponoszą  za  ów  fakt  odpowiedzialność.  Wrócili  pieszo  z 

background image

kościoła  przed  nami,  skorzystali  jednak  z  tylnego  wejścia  i 
nawet  nie  zaglądali  do  przedniej  części  budynku.  Jedynym 
wyjątkiem była kucharka, która, oczywiście, została w domu, 
aby  dokończyć  przygotowań  do  obiadu.  Nikt  nie  mógł  jej 
podejrzewać;  była  to  godna  szacunku  niewiasta  w  średnim 
wieku  i  jej  oburzenie,  że  została  o  cokolwiek  oskarżona 
(nawet aluzyjnie), należało oczywiście uznać za szczere. O jej 
niewinności jeszcze wymowniej świadczyło przerażenie, które 
zastąpiło początkową urazę.

-

Włamywacze!  To  właśnie  oni,  przestępcy  i 

włamywacze! Zamordują nas we własnych łóżkach, na pewno 
tak będzie. Nie zostanę w tym domu ani minuty dłużej!

Wywoławszy takie poruszenie, pan Phelps zostawił mnie, 

abym  je  uciszyła,  a  minęło  trochę  czasu,  nim  przekonałam 
kucharkę, że nie zagraża jej śmiertelne niebezpieczeństwo, bo 
sama w głębi duszy nie byłam zbyt spokojna. Gdy wyszłam z 
kuchni,  znalazłam  mego  małżonka  w  holu,  gdy  właśnie  miał 
wejść po schodach na górę.

- Drzwi  do  biblioteki  i  małego  salonu  również  były 

otwarte - powiedział. - Jestem  pewny,  że  zamknąłem  te 
pierwsze, tak jak zawsze.

- Czy to wszystko?
- Oto dostateczny dowód, iż ktoś wszedł do domu. Teraz 

mam właśnie zamiar przeprowadzić inspekcję pomieszczeń na 
górze.

Przechodziliśmy z pokoju do pokoju, nie dostrzegając nic 

niepokojącego,  dopóki  nie  dotarliśmy  do  drzwi  naszej 
sypialni. Pan Phelps ruszył do środka przede mną. Kiedy tam 
zajrzał, wydał z siebie głośny okrzyk.

- Co się stało, co się stało? - krzyknęłam przestraszona.

W  milczeniu  stanął  z  boku.  Kiedy  zobaczyłam,  co 

wywołało jego okrzyk, doznałam tak ogromnej ulgi, że głośno

background image

się  roześmiałam.  Na  naszym  łóżku  ułożono  w  stosie  cztery 
krzesła, a ich drewniane nogi tworzyły dziwaczną plątaninę.

Pan  Phelps  nie  czul  podobnej  ulgi.  Cichym,  surowym 

głosem,  który  nabiera  siły,  gdy  mój  mąż  jest  dość 
rozgniewany, powiedział:

- Figiel zrobiony przez jakiegoś żartownisia.

I odwrócił się, aby skierować zimne wrogie spojrzenie na 

Harry'ego,  który  słysząc  nasze  głosy  i  podzielając  nasz 
niepokój, przyszedł zobaczyć, co się dzieje.

Patrząc  na  dziwną  konstrukcję  na  łóżku,  Harry  się 

roześmiał. Prawdę powiedziawszy, nie mogę go winić, jednak 
skutek tego był niefortunny. Twarz pana Phelpsa zasępiła się 
nagle. Zanim zdążył przemówić, oświadczyłam szybko:

- To nie mógł być Harry. Siedział z nami przez cały czas.
- Mógł  zrobić  to,  zanim  wyszliśmy - odrzekł  mój  mąż 

zirytowany.

- Nie  mógłby  jednak  otworzyć  frontowych  drzwi.  Sam 

pan je zamknął, kiedy wyszliśmy, i ostatni wsiadł do powozu.

Z  twarzy  chłopca  zniknął  uśmiech.  Mając  bystry  umysł, 

Harry  nie  potrzebował  bezpośredniego  oskarżenia,  aby 
uświadomić sobie, iż jest podejrzany.

- Nie zrobiłem tego! - wykrzyknął. - Doprawdy...
- To  poważna  sprawa,  Henry - powiedział  pan  Phelps. -

Daj mi słowo, że nic o tym nie wiesz.

- Naprawdę, ojcze...
- Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Wierzę ci.

Nie  można  powiedzieć,  aby  niedzielny  obiad  minął  w 

przyjemnej  atmosferze.  Wzburzenie  kucharki  objawiło  się  w 
jeszcze  jednej  źle  przyrządzonej  pieczeni,  a  służąca  była  tak 
zdenerwowana, że upuściła dwa talerze. Marian wyglądała jak 
duch.  Harry  przez  cały  czas  dokonywał  różnych  spekulacji  i 
zastanawiał się nad oboma dziwnymi wypadkami, dopóki pan 
Phelps mu nie przerwał.

background image

- To  zapewne  niegodziwi  psotni  chłopcy - powiedział 

stanowczo. - Jak  wiesz,  Henry,  nie  akceptuję  niektórych 
twoich przyjaciół. Nie, nie przerywaj mi, nie winię ciebie ani 
nie  wątpię,  że  nie  wiesz  nic  o  tych  sztuczkach;  twierdzę  po 
prostu, że niektórzy twoi koledzy mogą uważać tego typu figle 
za  zabawne.  Nie  mówmy  już  więcej  o  tym.  Poczynię  kroki, 
aby mieć pewność, że się to nie powtórzy.

Kiedy  obiad  dobiegł  końca,  poszliśmy  na  górę,  aby 

przygotować się do popołudniowego nabożeństwa. Pan Phelps 
nie  przyszedł;  udał  się  do  biblioteki.  Kiedy  byłam  gotowa, 
poszłam  go  poszukać  i  ku  mojemu  zaskoczeniu  ujrzałam,  że 
leży wyciągnięty na kanapie i czyta.

- Spóźni się pan - powiedziałam.
- Nie idę. 
- Ale...
- Jak pani wie, nie wygłaszam kazania dziś po południu. 

Zamierzam  zostać  tutaj  i  czuwać  na  wypadek,  gdyby  ci 
niedobrzy chłopcy znowu spróbowali spłatać jakiegoś figla.

Wiem,  że  celowo  zwlekał  z  oznajmieniem  mi  tego.  Nie 

chciał  dopuścić,  by  Harry  ostrzegł  swych  przyjaciół.  Nadal 
podejrzewał  mojego  syna  pomimo  solennych  zapewnień 
chłopaka.  Byłam  bardzo  urażona.  Nie  odzywając  się  już 
więcej do męża, opuściłam pokój; i nie mogę powiedzieć, aby 
pozostawiające  wiele  do  życzenia  kazanie  drugiego  pastora 
uśmierzyło cierpienia mojej zranionej duszy.

Oczywiście  nie  wspomniałam  nic  Harry'emu  o 

niesprawiedliwych  podejrzeniach  ojczyma  i  mój  syn  był  w 
wesołym  nastroju.  Jak  zwykle  narzekał  na  konieczność 
chodzenia do kościoła nie raz, ale dwa razy w ciągu tego dnia.

Kiedy  wróciliśmy,  deszcz przestał  padać,  ale niebo nadal 

było  pokryte  chmurami.  Weszliśmy  do  domu  i  bardzo  się 
zdenerwowałam,  gdyż  służba  jeszcze  nie  zapaliła  lamp.  Pan 
Phelps  nadal  przebywał  w  bibliotece.  Usiadł  gwałtownie  na 

background image

sofie na mój widok. Było zbyt ciemno, abym mogła zobaczyć 
jego twarz, ale miałam pewność, że się zdrzemnął.

- Czy coś się działo? - spytałam.

Miałam  nadzieję,  że  tak.  Harry  był  ze  mną  przez  całe 

popołudnie  i  kolejne  psoty  w  czasie  naszej  nieobecności  w 
domu dowiodłyby tylko jego niewinności.

- Było  zupełnie  spokojnie - odpowiedział  pan  Phelps, 

próbując ukryć ziewnięcie.

Zawiedziona wezwałam pokojówkę i poleciłam jej zapalić 

lampy. Wzięłam świeczkę i zaczęłam iść na górę po schodach. 
Pan Phelps wyszedł z biblioteki i ruszył za mną, ale byłam tak 
rozdrażniona, że się nie odwróciłam, aby z nim porozmawiać, 
ani też nie czekałam na niego, aby otworzył drzwi do naszego 
pokoju.

Moją  świeczkę  zgasił  lodowaty  przeciąg.  Ogień  w 

kominku  palił  się  słabo,  okrywając  pokój  cieniami.  W 
czerwonawej  poświacie  zobaczyłam  coś  leżącego  na  naszym 
łóżku - jakąś okropną nieruchomą postać okrytą całunem.

Świeczka  wypadła  mi  z  osłabłej  nagle  dłoni.  Miałam 

wrażenie,  że  za  chwilę  pochłonie  mnie  czarna  mgła.  Gdy 
zachwiałam  się  na  nogach,  poczułam,  że  podtrzymują  mnie 
ręce  męża.  Gwałtowne  zaczerpnięcie  przezeń  powietrza 
przypominało  stłumiony  okrzyk,  potwierdzając,  że  owa 
straszna wizja nie jest jedynie wytworem mojej wyobraźni.

Odsuwając  mnie  bezceremonialnie  na  bok,  pan  Phelps 

pobiegł  do  łóżka.  Wydałam  z  siebie  jęk,  kiedy  jego  dłonie 
dotknęły nieruchomej postaci. Jednak najgorsze miało dopiero 
nadejść.  Wydając

z  siebie  przytłumione  pomruki, 

przypominające  raczej  warczenie  zwierzęcia  niż  ludzki  głos, 
pan  Phelps  zaczął  rozrywać trupa  na  części.  Głowa poleciała 
w jednym kierunku, a tułów w drugim.

background image

Nie pamiętam nic do chwili, w której się obudziłam; moje 

nozdrza  uderzyła ostra  woń soli  trzeźwiących  i stwierdziłam, 
że leżę na tym samym łóżku.

Był  to  tak  ogromny  wstrząs  dla  moich  nerwów,  że  nadal 

go  odczuwam.  Zanim  zdołałam  się  poderwać  z  krzykiem  z 
tego upiornego posłania, pan Phelps przemówił:

- Była  to  tylko  imitacja  postaci  ludzkiej,  zrobiona  z 

ubrania  owiniętego  w  prześcieradło.  Na  miłość  boską,  niech 
się pani uspokoi, pani Phelps.

Ale to głos mojego drogiego chłopca ocalił mi rozum. Ze 

łzami  spływającymi  po  twarzy  Harry  ściskał  mi  kurczowo 
dłoń,  błagając,  abym  nie  umierała - ponieważ,  jak  mi 
powiedział,  byłam  tak  przeraźliwie  blada,  że  lękał  się,  iż 
jestem bliska śmierci.

- Najdroższy Harry, mama nie umrze - zapewniłam go. -

Przeraziłam  się  tylko  przez  chwilę,  lecz  teraz  czuję  się  już 
dobrze.

- Nie  zrobiłbyś czegoś  podobnego,  aby  nastraszyć  swoją 

mamę, prawda, Henry? - zapytał pan Phelps.

Przycisnęłam syna mocno do piersi.

- Harry  był ze mną całe  popołudnie,  wie pan o tym. Jak 

pan śmie!

- Zatem znakomicie! Ma pani całkowitą rację i przyznaję, 

że  się  myliłem.  Czy  teraz  czuje  się  już  pani  lepiej?  Muszę 
przeprowadzić dochodzenie i sprawdzić, jakie jeszcze kawały 
nam zrobiono.

- Moje  łóżko  zostało  wyciągnięte  na  środek  pokoju. -

Chłopiec udzielił tej informacji głosem zdławionym od łkania.
- A Marian powiedziała, że jej mały stolik z intarsją zaginął.

Jego policzki błyszczały od łez. Podniósł wzrok i spojrzał 

na  ojczyma  szeroko  otwartymi,  błyszczącymi  oczami.  Nigdy 
nie  widziałam,  aby  czyjaś  niewinność  była  tak  namacalnie 
widoczna. Nawet pan Phelps się wzruszył.

background image

- Wszystko  to  jest  bardzo  dziwne - wymamrotał. - Nie 

mogę tego wyjaśnić, chyba że... Jednak nie, tak być nie może. 
Zostań ze swoją mamą, Henry, i zaopiekuj się nią.

Jednak Harry, co jest zrozumiałe, był chory z ciekawości i 

chciał  koniecznie  zobaczyć,  co  się  stało,  więc  zmusiłam  się, 
aby  wstać  i  mu  towarzyszyć.  Dokładne  zbadanie  domu 
przyniosło  kilka  zdumiewających  odkryć.  Stolik  z  intarsją 
należący  do  Marian  wepchnięto  do  jej  szafy,  gniotąc  suknie. 
Kilka  innych  mebli  przestawiono  lub  schowano;  okazało  się, 
że  głośne  okrzyki  z  kuchni  wydała  z  siebie  kucharka,  gdy 
odkryła, że bochenek chleba, przygotowany na podwieczorek, 
zniknął. W końcu znaleziono go w małym saloniku na szafce z 
książkami.

Był  późny  wieczór,  zanim  w  domu  przywrócono 

porządek,  a  dzieci  zostały  wysłane  do  łóżek.  Siedziałam  w 
pokoju  dziecinnym  dość  długo,  obawiając  się  zostawić  je 
same.  W  końcu  pan  Phelps  polecił  jednej  z  pokojówek,  aby 
poprosiła mnie do biblioteki.

Jednakże  miał  mało  do  powiedzenia.  Spędził  większość 

wieczoru, przerzucając różne gazety w poszukiwaniu pewnego 
szczególnego  artykułu.  Kiedy  próbowałam  mówić  coś  na 
temat  okropnych rzeczy,  jakie nam  się  przydarzyły, przerwał 
mi dość szorstko.

- Poczynię odpowiednie kroki, pani Phelps, niech pani się 

tym nie zajmuje.

Nie poszłam pierwsza na górę, jak to czasami robiłam. Nie 

mogłam  sama  wejść  do  tamtego  pokoju.  Jedynie  ogromnym 
wysiłkiem  woli  zmusiłam  się  do  zajęcia  miejsca  obok  mego 
męża w łóżku. W ciemności czułam pomiędzy nami obecność 
trupa w całunie.

background image

Rozdział dwudziesty szósty
Moją pierwszą myślą, gdy obudziłam się następnego dnia 

rano, była chęć, by pobiec do dzieci. W ciągu nocy nic się nie 
zdarzyło;  jednakże  Harry  popatrzył  na  mnie  zaskoczony, 
kiedy  zapytałam, czy  dobrze się czuje,  i  odpowiedział tonem 
wskazującym na zły humor, że nie, ponieważ jest poniedziałek 
i  czeka  go  długi tydzień  szkoły. Dodał  też,  że  jest  pewny,  iż 
Pan  nie  stworzył  poniedziałku;  jakaś  inna  moc  musiała 
ponosić za to odpowiedzialność.

Uspokoiło  mnie  to - znacznie  bardziej  niż  widok  Marian 

przy  śniadaniu  przy  stole.  Kruszyła  jedzenie  zamiast  jeść  i 
wyglądała, jak gdyby nie zmrużyła oka. Pan Phelps zauważył 
jej apatyczny wygląd. Gdy Harry wyszedł, powiedział:

- Chodź  ze  mną  do  biblioteki,  Marian,  poddamy  cię 

jeszcze jednemu zabiegowi.

- Jeśli  Marian  jest  chora,  może  powinniśmy  wezwać 

lekarza - zauważyłam.

- Sama pani mi oświadczyła, pani Phelps, że człowiek ów 

jest ignorantem i sadystycznym znachorem.

- Doprawdy? Dobrze, panie Phelps. Jestem pewna, że pan 

wie lepiej.

A  więc  oddalili  się  razem,  a  ja  zajęłam  się  zwykłymi 

porannymi  obowiązkami.  Odkurzałam  w  salonie  chińskie 
ozdoby,  których  wolę  nie  zostawiać  niezgrabnym  rękom 
pokojówek, kiedy usłyszałam krzyk na piętrze.

Gdy  wybiegłam  na  korytarz,  pan  Phelps  wyjrzał  z 

biblioteki.  Krzyki  ustały,  ale  zastąpiły  je  obłędne, 
przyprawiające o dreszcz zgrozy łkania, które brzmiały niemal 
tak samo głośno.

- Marian? - spytałam.
- Właśnie ode mnie wyszła.

Krzyki  te  rzeczywiście  wydawała  z  siebie  moja  córka. 

Znaleźliśmy ją stojącą w otwartych drzwiach swojego pokoju, 

background image

miała klasyczny atak histerii. Wygląd sypialni stanowił pewne 
wytłumaczenie  rozpaczliwego  stanu  dziewczyny.  Meble  były 
poprzestawiane  w  całkowitym  nieładzie.  Umywalka, 
zazwyczaj  schowana  za  parawanem,  znalazła  się  na  samym 
środku pokoju, a na niej zawieszono ręczniki. Obok umywalki 
stał  jeden  z  pękatych,  obitych  mosiężnymi  okuciami  kufrów, 
w którym Marian przechowywała część swych strojów. Wieko 
miał  podniesione,  a  na  porządnie  złożonych  rzeczach  leżał 
stos męskich ubrań - spodnie, kamizelka, surdut - które, jak od 
razu rozpoznałam, należały do pana Phelpsa.

Mój  mąż  musiał  podnieść  głos,  aby  można  go  było 

usłyszeć, gdyż Marian łkała tak głośno.

- Są  to  części  garderoby,  którymi  posłużono  się  zeszłej 

nocy,  aby  ułożyć tę  kukłę  na  naszym  łóżku! - zawołał. - Jak 
się tutaj znalazły?

Nieprzyjemne odgłosy tłumionego płaczu, które wydawała 

moja  córka,  działały  mi  na  nerwy,  a  te,  nie  trzeba  chyba 
dodawać,  i  tak  znajdowały  się  w  okropnym  stanie. 
Odwróciłam  się  i  uderzyłam  ją  mocno  w  policzek.  Jest  to, 
oczywiście,  najlepsze  lekarstwo  na  histerię  i  odniosło 
pożądany  efekt.  Łkania  Marian  ustały.  Trzymając  rękę  na 
rozpalonym policzku, dziewczyna patrzyła na mnie z pełnym 
oburzenia  zaskoczeniem.  Nigdy  wcześniej  jej  nie  uderzyłam. 
Nie jestem zwolenniczką bicia dzieci.

- Było  to  konieczne - wyjaśniłam,  odpowiadając  na  jej 

niemy wyrzut. - Czy teraz lepiej się czujesz? Usiądź, oddychaj 
głęboko i wytłumacz nam, co się stało.

Marian posłuchała, wykonując urywane, sztywne gesty jak 

lalka. Nadal trzymając się za policzek, potrząsnęła głową.

- Zastałam pokój ... w tym stanie.
- A te ubrania? - Pan Phelps trzymał je przed sobą.
- Są  twoje,  czyż  nie,  ojcze? - Dziewczyna  wyglądała  na 

zdezorientowaną. - Nie wiem, skąd się tutaj wzięły.

background image

Mój małżonek wrzucił je z powrotem do kufra.

- To nie do uwierzenia.
- Nie możesz oskarżyć Harry'ego - zawołałam. - On...
- Mógł  to  zrobić  przed  wyjściem  do  szkoły.  Marian 

zawsze  wcześnie  przychodzi  na  śniadanie,  a  on  ciągle  się 
spóźnia.

Z  rękami  splecionymi  na  plecach  pan  Phelps  chodził  po 

pokoju, przyglądając się badawczo poprzestawianym meblom. 
Zorientowałam się , że robię to samo, jak gdyby w nadziei, że 
jakieś  rozwiązanie  tej  sprawy  nagle  samo  przyjdzie  mi  do 
głowy - rozwiązanie, które raz na zawsze oczyści z zarzutów 
mojego chłopca.

Nagle  Marian  wydała  z  siebie  jeszcze  jeden  pisk.  Byłam 

tak zdenerwowana, że sama krzyknęłam. Gdy odwróciłam się, 
zobaczyłam,  że  siedzi  sztywno,  jak  gdyby  połknęła  kij,  na 
swoim  krześle  z  wyciągniętymi  rękami  i  wskazuje  na  coś 
palcem.

- Ubranie - oddychała ciężko - zniknęło.

Z  pewnością  w  kufrze  nie  było  już  zestawu  ubrań 

dżentelmena. Marian zaczęła coś bełkotać.

- Zakryłam  twarz  rękami,  a  kiedy  je  zdjęłam,  rzeczy  te 

znikły...

- Spokój - zawołałam. - Albo będziesz cicho, albo znowu 

wymierzę ci policzek. Mój Boże, nie zniosę tego dłużej.

Pan  Phelps  znowu  przeszukał  pokój,  tym  razem  z 

większym  skutkiem.  Zagubione  ubrania  odnalazły  się  pod 
łóżkiem.

Gdy to odkryliśmy, Marian zaczęła głośno łkać. Rzuciłam 

się  i  potrząsnęłam  nią  za  ramiona.  Nie  zrobiłam  nic 
dziwacznego,  ale  pan  Phelps  uznał,  że  tracę  panowanie  nad 
sobą.

- Schowam  te  rzeczy - oświadczył  surowym  tonem. -

Bądź pewna, że tym razem pozostaną na miejscu!

background image

Wrzucił ubrania do kufra i zaniósł go do garderoby, którą 

zamknął  na  klucz.  Wyprowadził  nas  z  pokoju,  a  następnie 
przekręcił  klucz  w  zamku  i  zrobił  to  samo  z  drzwiami 
prowadzącymi do następnego pomieszczenia.

- Proszę - odezwał  się,  wkładając  klucze  do  kieszeni. -

Teraz zobaczymy.

Marian odeszła powoli, wyglądając jak przerażona mysz z 

czerwonym nosem. Czułam, że muszę się położyć. Właściwie 
powinnam  była  doznać  ulgi,  gdyż  trudno  by  teraz  oskarżyć 
Harry'ego o schowanie ubrań pod łóżko. Trzęsłam się jednak i 
nie  mogłam  tego  opanować.  W  jaki  sposób  wszystkie  te 
rzeczy - których, jak miałam szczerą nadzieję, mój małżonek 
już nigdy nie włoży - w jakiż więc sposób przemieściły się z 
kufra  na  podłogę  i  następnie  pod  łóżko?  Marian  oczywiście 
mogła  je  przenieść,  gdy  pan  Phelps  i  ja  patrzyliśmy  gdzie 
indziej.  Ale  dlaczego  miałaby  zrobić  coś  tak  szalonego?  I 
przecież  z  całą  pewnością  była  tak  samo  przestraszona  jak 
my...

Czy  mój  mąż  rzeczywiście  się  bał?  Mężczyźni  muszą 

ukrywać  swe  lęki,  jeśli  je  odczuwają;  ale  im  więcej  o  tym 
myślę,  tym  bardziej  mam  wrażenie,  że  jego  oczy  lśniły 
dziwnym  blaskiem  i  dostrzegłam  w  nich  niemal  przyjemne 
podekscytowanie.

Uznałam,  że  musiałam  się  pomylić.  Była  to  ostatnia 

emocja,  jakiej  można  się  by  spodziewać  u  tak  udręczonego 
człowieka.

Wkrótce  potem  usłyszałam  jego  kroki  przy  uchylonych 

drzwiach  pokoju.  Ku  mojemu  zaskoczeniu - ponieważ 
oczekiwałam,  że  przyjdzie,  aby  zapytać,  jak  się  czuję - nie 
zatrzymał  się,  minął  naszą  sypialnię  i  poszedł  dalej.  Kroki 
jego były bardzo ciche, jak gdyby szedł na palcach.

Najbardziej  nieprawdopodobne  domysły  zaprzątały  mój 

umysł. Wstałam, podeszłam do drzwi i wyjrzałam.

background image

Pan  Phelps  stał  przy  drzwiach  pokoju  Marian.  Gdy 

przyglądałam  mu  się,  niewidziana,  wyjął  klucz  z  kieszeni  i 
włożył  go  do  dziurki.  Usłyszałam  głośne  kliknięcie,  kiedy 
klucz się obrócił w zamku. Mój małżonek ostrożnie otworzył 
drzwi.

Odgłos,  jaki  z  siebie  wydał  pan  Phelps,  nie  był  ciężkim 

westchnieniem  bezbrzeżnie  zdumionego  człowieka,  ale 
długim,  przeciągłym  „ach!".  Mój  mąż  się  uśmiechał.  Był  to 
okropny,  złowieszczy  uśmiech.  Nie  mogłam  już  dłużej 
wytrzymać tej niepewności i podbiegłam do niego.

Na podłodze pokoju przy samych drzwiach leżał komplet 

ubrań,  które  nie  dalej  niż  piętnaście  minut  temu  pan  Phelps 
zatrzasnął w kufrze, a później zamknął na klucz w garderobie.

background image

Rozdział dwudziesty siódmy
Przeżyłam szok i mój stan wzbudzał wręcz litość. Prawdę 

mówiąc,  pamiętam  bardzo  niewiele  z  tego,  co  zdarzyło  się 
później. Jedynie chwilę, gdy znalazłam się w bibliotece, gdzie 
weszłam, wsparta na ramieniu pana Phelpsa. Posadził mnie na 
fotelu  i  nalegał,  abym  wypiła  mały  kieliszek  porto,  które 
trzymał  pod  ręką  w  celach  leczniczych.  Był  na  swój  sposób 
uprzejmy,  lecz  kiedy  poprosiłam,  aby  posłał  po  pokojówkę, 
gdyż chętnie wypiłabym filiżankę herbaty, odmówił.

- Nie  chcę  mieszać  do  tego  służby,  zanim  okaże  się  to 

nieuniknione.  Są  to  przesądni,  ciemni  ludzie  i  tylko  się 
przestraszą.

Nie  odpowiedziałam,  jednak  moje  spojrzenie,  jak  sądzę, 

było  bardzo  wymowne.  Pan  Phelps  potrząsnął  głową  niemal 
wesoło. Zupełnie nie mogłam zrozumieć jego nastroju.

- Moja droga pani Phelps, zapewniam panią, że nie ma się 

czego  obawiać.  Można  mi  zarzucać,  że  od  początku  nie 
zrozumiałem  prawdy,  jednakże  wydarzenia  tego  poranka 
sprawiają,  że  nie  mam  już  w  tym  względzie  żadnych 
wątpliwości.  Pomyśleć  tylko,  że  na  własne  oczy  ujrzałem 
zjawiska,  o  których  często  czytałem  i  w  które  często 
powątpiewałem!

Nadal  przemawiał  w  ten  okropny  sposób,  jak  gdyby 

gratulował samemu sobie, dopóki nie przerwałam, domagając 
się wyjaśnień. Jeśli mój ton był nieco ostry, myślę, że można 
mi to wybaczyć.

- Nie  dalej  jak  ubiegłej  nocy  przeczytałem  o  podobnym 

przypadku - powiedział pan Phelps. - Czy nie słyszała pani o 
dziwnych  stukotach  w  Rochester?  W  gazetach  od  miesięcy 
rozpisują się na ten temat.

Następnie  tłumaczył  dalej,  o  co  chodzi,  w  swój  nudny  i 

pedantyczny sposób. Zdaje się, że przez jakiś czas dwie młode 
kobiety (pochodzące z niższej klasy społecznej, a więc trudno 

background image

nazwać  je  młodymi  damami)  nazwiskiem  Fox  z  małego 
miasteczka w stanie Nowy Jork słyszały stale stukot i odgłosy 
skrobania.  Sprawcą owych  hałasów  była  jakaś  niewidzialna 
inteligentna  istota,  która  odpowiadała  na  pytania,  pukając  na 
„tak",  a  zachowując  milczenie  na  „nie",  i  mozolnie 
przekazywała  bardziej  złożone  odpowiedzi,  stukając,  kiedy 
osoba mówiąca alfabet doszła do właściwej litery. Zjawisko to 
dotyczyło  samych  sióstr  Fox,  a  nie  domu,  w  którym 
mieszkały.  Dowodził  tego  fakt,  że  kiedy  dziewczęta 
przebywały  gdzie  indziej,  stukanie  rozlegało  się  również  i  w 
tamtych miejscach. Inne osoby także zajmowały się rozrywką, 
jaką  było  wywoływanie  niewidzialnych „duchów" - słowo to 
pochodzi  od  pana  Phelpsa - i  otrzymywały  odpowiedzi  na 
najbardziej pasjonujące pytania teologii.

Pan  Phelps  mówiłby  dalej  o  owych  nieszczęsnych 

dziewczętach  i  niepokojących  je  odgłosach,  gdybym  mu  nie 
przerwała.

- Ale  co  to  ma  wspólnego  z  nami?  Nie  słyszeliśmy 

żadnych...

- Czy  pamięta  pani,  jak  w  zeszły  wtorek  rozległo  się 

pukanie do drzwi, a pokojówka oznajmiła, że nikogo tam nie 
ma?

- To były jakieś psotne dzieci. Sam pan tak powiedział.
- Pomyliłem się wówczas. Zjawiska, jakie zauważyliśmy 

dziś  rano  i  również  wczoraj,  są  dobrze  znane.  Ludzie  bez 
wykształcenia  przypisują  je  duchom  lub  „nawiedzonym 
domom"; aż do niedawna osoby wykształcone lekceważyły te 
sprawy  jako  wytwór  czystej  wyobraźni.  Mamy  teraz  powód, 
aby podejrzewać, że są to przejawy działania jakiejś nieznanej 
mocy.

- Mocy szatańskiej! - wykrzyknęłam.
- Nie mogę zaprzeczyć, że istnieje taka możliwość. - Pan 

Phelps wyglądał poważnie. - Ale zapewniam panią, że nie ma 

background image

się  czego  obawiać  pod  warunkiem,  że  zachowamy  spokój  i 
znajdziemy  oparcie  w  naszej  wierze.  Kto  wie,  może  właśnie 
zobaczyliśmy ostatnie z tych manifestacji.

- Och, mam nadzieję, że tak!

Jednak  jego  wyjaśnienie  mnie  nie  przekonało.  Wcześniej 

nie  chciałam  się  zgodzić,  że  to  oszustwo,  z  obawy  że  Harry 
zostanie  oskarżony,  obecnie  trzymałam  się  nowej  teorii  jak 
ostatniej  deski  ratunku.  Za  przyczyną  Marian  działy  się 
wszystkie te sprawy. Nie zastanawiałam się, dlaczego miałaby 
robić  takie  rzeczy,  jedynie  przekonywałam  samą  siebie,  że 
mogła  je  zrobić,  i  obiecałam  sobie,  że  stanowczo  się  z  nią 
rozmówię.  Jednakże  kiedy  wyraziłam  ten  zamiar  panu 
Phelpsowi  (nie  rozwodząc  się  nad  prawdziwymi  powodami, 
dla których sobie tego życzę), zabronił mi się z nią zobaczyć -
z moją własną córką!

- Jej  stan  psychiczny  jest  obecnie  bardzo  ciężki,  pani 

Phelps.  Skorzystałem  z  okazji,  aby  jeszcze  raz  poddać  ją 
kuracji  moją  metodą  i  teraz  odpoczywa.  Proszę  jej  nie 
przeszkadzać.

I jak  się  okazało, ta  przemowa wcale  nie była potrzebna. 

Tamtego  popołudnia  wyszło  na  jaw  ponad  wszelką 
wątpliwość,  że  ani  Marian,  ani  żadna  inna  żywa  istota  nie 
ponosi  odpowiedzialności  za  wszystkie  okropności,  jakie  nas 
dotknęły.

Nie  widziałam  pierwszego  z  tych  wypadków,  ale 

słyszałam  krzyki  pokojówki.  Była  w  holu.  Zapytana, 
utrzymywała, że parasolka pana Phelpsa przeleciała obok niej 
przez pół korytarza. W sąsiedztwie nie było nikogo.

Ledwie  memu  mężowi  udało  się  uspokoić  dziewczynę, 

kiedy ktoś zastukał kołatką do drzwi, a nasze nerwy były tak 
napięte,  że  nawet  pan  Phelps  drgnął.  Gdy  otworzył  drzwi, 
ujrzał małą panią Platts, nauczycielkę muzyki, która przyszła 
na lekcję z Harrym.

background image

Oczywiście  próbowałam  się  zachowywać,  jak  gdyby 

wszystko było w porządku. Pani Platts jest najgorszą plotkarką 
w Stratfordzie i nie chciałam, aby roznosiła swe opowieści po 
całym  mieście.  Zawołałam  Harry'ego - niechętnie  grał  na 
pianinie,  ukrył  się  więc  w  swoim  pokoju - i  wprowadziłam 
panią  Platts  do  pokoju  muzycznego.  W  końcu  musiałam 
zawołać Marian i poprosić ją, aby przyprowadziła brata, co też 
zrobiła.  Zabiegi  pana  Phelpsa  chyba  jej  służyły,  gdyż 
wyglądała  na  bardziej  ożywioną  niż  w  ciągu  ostatnich  kilku 
dni.

Trzeba  było  poświęcić  trochę  czasu  na  rozmowę  z  panią 

Platts, ponieważ pan Phelps nalegał, abyśmy traktowali ją jak 
pozbawioną  środków  materialnych  damę,  za  którą  sama  się 
miała. Mój mąż uważał, że powinien wychodzić i osobiście ją 
witać. Rozmawialiśmy o błahych sprawach, kiedy pani Platts 
wydała okrzyk i przyłożyła dłoń do skroni. Nie patrzyłam na 
nią,  ale  to  pan  Phelps  ze  zwinnością  mężczyzny  o  połowę 
młodszego od siebie  podbiegł do kobiety  i  podniósł szczotkę 
do włosów leżącą na podłodze.

- Czy  skaleczyła  się  pani? - spytał.  Pani  Platts  potarła 

skroń.

- Nie,  nie  było  to  mocne  uderzenie.  Przepraszam, 

obawiam  się,  że  musiałam  zrzucić  szczotkę  z  ...  hm,  jej 
poprzedniego miejsca.

Było  to  w  oczywisty  sposób  niemożliwe,  ponieważ 

jedynym  meblem  w  zasięgu  ręki  pani  Platts  był  niski  stolik. 
Gdyby leżała na nim szczotka, po prostu spadłaby na podłogę 
zamiast wznosić się w powietrze i uderzyć kogoś w głowę.

Od razu zrozumiałam, kto naraził się na podejrzenia. Nie 

mogłam  oderwać  wzroku  od  Harry'ego,  który  stał  po  drugiej 
stronie pokoju jak najdalej od pianina.

Pani  Platts  podniosła  się  i  podeszła  do  kominka, 

rozcierając ręce, a potem powiedziała coś na temat chłodnych 

background image

dni.  Gdy  tylko  wstała  z  krzesła,  rozległ  się  głośny 
nieharmonijny brzdęk tam, gdzie stało pianino. Robiło to takie 
wrażenie,  jak  gdyby  zerwano  nagle  pół  tuzina  strun.  Pani 
Platts  wrzasnęła  piskliwym  głosem.  W  innych  warunkach 
chyba  trudno  byłoby  mi  się  powstrzymać  od  śmiechu,  gdyż 
wyglądała  niezwykle  zabawnie  z  rozchylonymi  ustami  i 
wytrzeszczonymi oczami.

Najpierw należało otworzyć pianino. Pan Phelps zrobił to 

przy pomocy Harry'ego. Zajrzał do środka, wyciągnął stamtąd 
duży kloc drewna i stał, ważąc go w dłoniach.

- Czy uszkodził struny? - zapytał z nadzieją Harry.
- Trudno to uznać za grzeczne pytanie - odpowiedział mój 

mąż.

- Ale  jeśli  pianino  jest  zepsute,  nie  mogę  odbyć  lekcji -

upierał się chłopiec.

Pani Platts nagle się ożywiła.

- Całkiem słusznie. Instrument należy sprawdzić, zanim... 

To  nie  jest  odpowiednia  pora...  Wybaczycie  mi,  mam 
nadzieję, właśnie sobie przypomniałam... Nie, nie, nie musicie 
odprowadzać mnie do drzwi, poradzę sobie...

I  wyszła,  rzucając  urwane  zdania,  które  brzmiały  jak 

piskliwe krótkie okrzyki wyrażające przerażenie.

Przyglądałam się Harry'emu. Widziałam, jak jego ręka się 

unosi, na krótko zanim pani Platts krzyknęła.

Jeśli  to  jednak  on  rzucił  szczotkę,  kto  w  takim  razie 

przesunął  kloc  drewna  przez  zamknięte  wieko  pianina  i 
opuścił go gwałtownie na struny instrumentu?

To  było  już  ponad  moje  siły.  Zdołałam  się  jakoś 

opanować, dopóki pani Platts nie wyszła. Potem osunęłam się 
na podłogę w głębokim omdleniu.

background image

Rozdział dwudziesty ósmy
Następnego  ranka  byłam  chora.  Przypuszczam,  że 

zachowywałam się dziecinnie - jak gdybym chciała odciąć się 
od rzeczywistości - i jeśli miałam nadzieję, że dzięki temu uda 
mi się uniknąć wieści o nowych przerażających wydarzeniach, 
to  nie  pozwolono  mi  na  to.  Wkrótce  po  śniadaniu  nadbiegł 
Harry,  aby  oznajmić,  że  w  czasie  modlitw  nastąpiły  kolejne 
spektakularne wypadki. Klucz uderzył go w głowę, a rozmaite 
przedmioty,  włączając  blaszaną  puszkę,  przeleciały  przez 
pokój  jak  gdyby  wyrzucone  przez  niewidzialne  ręce.  Kiedy 
spytałam,  dlaczego  nie  poszedł  do  szkoły,  mruknął  coś 
nieprzekonująco  przez  zatkany  nos  i  powiedział,  że  tata 
stwierdził, iż jest coraz bardziej przeziębiony.

Pan Phelps odwiedził mnie późno tego dnia. Wyczytałam 

od  razu  z  wyrazu  jego  twarzy,  że  ma  więcej  wiadomości -
złych wiadomości.

- Właśnie znalazłem na podłodze obrus z Biblią i trzema 

lichtarzami ustawionymi...

- Nie chcę nic o tym wiedzieć.
- Jednakże  musi  pani  wstać.  Poprosiłem  doktora 

Mitchella, aby spędził z nami ten dzień, w nadziei że uzyskam 
jego radę.

Sprzeciwiłam się, on był jednak nieugięty.

- To niemożliwe, aby udało się nam zachować te sprawy 

dłużej  w  sekrecie.  Zatrzymałem  Harry'ego  w  domu,  aby 
zapobiec plotkom, ale nie może wiecznie żyć w odosobnieniu. 
Ponadto pani Platts bez wątpienia opowiedziała swoją historię 
połowie  miasta.  Jesteśmy  sobie  to  winni - potrzebne  nam 
świadectwo takiego męża jak pastor Mitchell.

- Jego żona mnie nie lubi. Zacznie się napawać...
- Czym,  na  miłość  boską?  Naszym  nieszczęściem?  Nie 

wierzę,  aby  ktoś  mógł  być  tak  nieżyczliwy.  A  teraz,  pani 
Phelps,  musi  pani  się  uspokoić.  Pani  obecny  stan  mnie 

background image

przeraża. Myślałem o tym, że mogłaby pani odnieść korzyści z 
zabiegów, jakie aplikowałem Marian i Henry'emu.

Czułam  się  za  słaba  i  zbyt  przygnębiona,  aby 

zaprotestować.

Było  to  przedziwne  doświadczenie.  Na  początku 

odczuwałam  lęk  przed  tym,  czego  nie  znałam,  a  później 
stopniowo  ogarnęła  mnie  rozkoszna  senność,  gdy  moje  oczy 
podążały  za  wolno  kołyszącym  się  zegarkiem.  W  moim 
odczuciu  minęła  tylko  chwilka,  a  już  odzyskałam  całkowitą 
przytomność,  nie  pamiętając  o  upływie  czasu.  Pan  Phelps 
siedział  na  łóżku,  przyglądając  mi  się  zaintrygowanym 
spojrzeniem,  takim  samym,  jakie  często  widziałam  u  niego, 
kiedy próbowałam żartować.

- O co chodzi? - spytałam nieprzytomnie.
- Czy pamięta pani cokolwiek z tego, co powiedziała?
- Nie pamiętam, abym w ogóle coś mówiła. A pan, czy...
- Czy czuje się pani lepiej?
- Tak. Czuję się o wiele lepiej.
- Dobrze. - Pan Phelps wstał. - Mam nadzieję, że zejdzie 

pani  na  dół  na  obiad.  Pan  Mitchell  przyjedzie  do  nas  o  tej 
porze i zostanie do końca dnia.

Jestem  przekonana,  że  bez  owej  kuracji  nigdy  nie 

zniosłabym  utrapienia,  jaką  była  obecność  pana  Mitchella. 
Ten  wysoki  dżentelmen  o  surowym  wyglądzie  zawsze 
traktował  mnie  z  rezerwą  i  gdy  mój  mąż  opowiadał  o 
dziwnych zjawiskach, które przyczyniły nam zmartwień, jego 
zimne szare oczy cały czas spoglądały w moim kierunku, jak 
gdyby chciał powiedzieć: „Oto winowajczyni".

Jednak oczyszczono mnie z zarzutów. Podczas obiadu pan 

Mitchell  został  uraczony  widokiem  noży  i  widelców  oraz 
innych przedmiotów przelatujących po jadalni. Gdy tylko jego 
zdumione  oczy odwracały  się, aby  śledzić jeden z  nich,  inny 

background image

pojawiał się tuż obok. Jedna z łyżek grzmotnęła go głucho w 
sam czubek łysej głowy, a ja musiałam opanować śmiech.

Pan Mitchell powrócił następnego dnia rano i do czwartej 

po  południu  naliczyliśmy  ponad  czterdzieści  pięć 
przedmiotów,  które  się  przemieściły,  niektóre  z  nich  nawet 
kilka  razy.  W  czwartek  poproszono  o  przyjście  kolejnego 
duchownego,  pana  Weeda.  Wtedy  po  raz  pierwszy 
usłyszeliśmy  takie odgłosy jak pukanie, o którym wspominał 
mi pan Phelps. Niektóre z nich powodował mosiężny lichtarz. 
Uderzał on o podłogę, dopóki w końcu się nie złamał.

To  również  tego  dnia  po  raz  pierwszy  pojawiły  się 

tajemnicze  napisy.  Nabazgrano  je  na  rzepie,  najbardziej 
nieprawdopodobnej  ze  wszystkich  nieprawdopodobnych 
rzeczy,  które  wrzucono  przez  okno  do  salonu,  i  krzaczaste 
szare  brwi  pana  Weeda  podniosły  się  wyraźnie,  kiedy 
wręczono mu ten przedmiot.

Mogłabym rozwodzić się przez wiele stron, opisując inne 

przedmioty,  jakie  się  przemieszczały,  włączając  w  to  ciężki 
mahoniowy stolik  z  jadalni.  Tajemnicze  napisy  nadal  się 
pojawiały,  często  w  najbardziej  dziwacznych  miejscach. 
Zostały nimi przyozdobione czapka Harry'ego, pantalony oraz 
niebieska jedwabna chustka do nosa. Mogłam tylko potrząsać 
bezradnie głową, kiedy mi je pokazano. Nigdy nie widziałam 
wcześniej  podobnych  liter,  a  duchowni  znający  tak 
ezoteryczny alfabet jak grecki czy hebrajski mówili to samo.

Wówczas  cierpieliśmy  już  na  to,  co  w  duchu  nazywałam 

plagą pastorów. Do pomocy w naszym kłopocie wezwano nie 
tylko  pana  Mitchella  i  pana  Weeda,  ale  i  kilku  innych 
duchownych ze Stratfordu, a nawet z pobliskich miast. Był to 
pomysł  pana  Mitchella.  Posunął  się  on  nawet  tak  daleko,  że 
zauważył  na  swój  pompatyczny  sposób,  iż  jeśli  w  domu  są 
jakieś złe duchy, to obecność tak wielu sług Bożych powinna 
je unieszkodliwić.

background image

Stało  się  jednak  zupełnie  na  odwrót.  Wielebni  wywołali 

jeszcze  więcej  oburzających  ekscesów.  Przedmioty  nadal 
latały  po  domu  i  stale  słychać  było  stukot  dużej kołatki  przy 
drzwiach wejściowych, bynajmniej nie pod wpływem jakiegoś 
ludzkiego  działania.  Najbardziej  irytujący  nowy  kawał 
urządzono  w  spiżarni.  Pewnego  ranka  wszystkie  znajdujące 
się w niej rzeczy zostały wrzucone do kuchni, a torby z solą i 
cukrem  opróżniono  na  bezładny  stos  cynowych  naczyń  oraz 
garnków.  Kucharka  ponownie  zagroziła,  że  odejdzie,  i 
namówiliśmy  ją,  aby  została,  jedynie  obietnicą  wygórowanej 
podwyżki.

Być  może  moja  opowieść  sprawi  wrażenie,  że  lekko 

traktuję  te  sprawy.  Dzieje  się  tak  dlatego,  że  gdy  patrzę 
wstecz, mam świadomość, iż niektóre z owych faktów wydają 
się błahe, niemal zabawne - niczym figle płatane przez jakieś 
niegrzeczne  dziecko,  nieznośne,  ale  w  gruncie  rzeczy 
nieszkodliwe.  Najdziwniejsze  jest  to,  iż  w  zaskakująco 
krótkim czasie niemal się do tych zjawisk przyzwyczailiśmy. 
Podobno  nie  jest  to,  w  gruncie  rzeczy,  zaskakujące;  ludzka 
psychika  po  prostu  potrafi  dostosować  się  do  zdumiewająco 
różnych  doświadczeń,  a  stale  powtarzana  czynność  dość 
często  może  się  stać  zwyczajem  i  w  ten  sposób  daje  się  ją 
znosić. Pan Phelps sprawiał wrażenie spokojnego. Opanowało 
go też uczucie, które ja byłam zmuszona uznać za niezdrową 
ciekawość. Te dziwne zjawiska oddziaływały nań w widoczny 
sposób i ogromnie go martwiły, jednakże choć rzucał poważne 
spojrzenia  oraz  marszczył  czoło - często  dostrzegałam,  jak 
błyszczą  mu  oczy,  gdy  przebiega  z  pokoju  do  pokoju  z 
notatnikiem  w  dłoni,  zapisując  uwagi  o  tym,  co  właśnie  się 
stało.

Nie trzeba dodawać, że taki nastrój był mi obcy. Być może 

zabiegi  pana  Phelpsa  pomogły  mi  zachować  spokój - nie 
twierdzę,  że mi  nie  pomogły - ale  sądzę,  iż  jeśli  przez  cały 

background image

czas  nie  byłam  w  stanie  histerii,  to  dlatego,  że  znajdowałam 
się w stanie otępienia jak po jakimś strasznym wstrząsie.

Nawet  teraz  zawodzi  mnie  pamięć  w  najbardziej 

niekonsekwentny  sposób.  Niektóre  wydarzenia  z  tamtych 
okropnych  miesięcy  są  już  zamazane  i  niewyraźne  jak 
wspomnienia  z  odległej  przeszłości,  inne  zaś  odznaczają  się 
szokującą  wyrazistością,  kolory  są  tak  żywe,  dźwięki  tak 
wyraźne,  jak  wtedy,  kiedy  ich  doświadczyłam.  Jeden  z 
ostatnich  wypadków  zapisał  się  szczególnie  żywo  w  mej 
pamięci.  Było  to,  jeśli  nie  najbardziej  przerażające 
doświadczenie,  to  wzbudzające  największą  grozę  i 
najdziwaczniejsze ze wszystkich.

Rzecz  wydarzyła  się  w  czasie,  kiedy  byli  z  nami 

ciekawscy  duchowni.  Pan  Mitchell  postanowił,  że  pastorzy 
muszą nieustannie pilnować całego domu. Tak więc biegali z 
pokoju  do  pokoju,  w  górę  i  w  dół  po  schodach  i  po 
korytarzach,  przypominając  swym  wyglądem  rój  bardzo 
dużych,  ciemnych  pszczół,  w  swoich  ciemnych  ubraniach  i 
okularach.  Było  to  w  najwyższym  stopniu  przerażające. 
Zazwyczaj siedziałam właśnie z robótką w saloniku, próbując 
znaleźć  choć  kilka  chwil  spokoju,  gdy  ręka  jakiegoś 
duchownego  pojawiała  się  przy  framudze  drzwi,  a  para 
lśniących  okularów  wpatrywała  się  we  mnie  uważnie.  Nie 
wątpię,  że  brzmi  to  bardzo  zabawnie.  Kulminacja 
eksperymentu okazała się jednak zupełnie inna.

Panowie  pewnego dnia  postanowili dokładnie  przeszukać 

dom od piwnicy po strychy. Bóg jeden wie, co spodziewali się 
znaleźć - być  może  jakąś  diabelską  maszynę  lub  naszych 
sprzymierzeńców,  ukrywających  się  w  ciemnych  kątach  i 
czekających  na  okazję,  aby  zrobić  jeszcze  jeden  kawał.  Gdy 
pastorzy  się  tym  zajmowali,  postanowiłam  iść  do  swojego 
pokoju,  mając  nadzieję,  że  przynajmniej  to  zaciszne  miejsce 
będzie wolne od ich obecności.

background image

Izdebka  Marian,  o  czym,  jak  sądzę,  wspominałam, 

znajdowała  się  dalej  niż  sypialnia  należąca  do  mnie  i  pana 
Phelpsa.  Gdy  weszłam  na  korytarz,  zobaczyłam,  że  moja 
córka stoi przy otwartych drzwiach.

Odwróciła  się  bardzo  wolno,  aby  na  mnie  popatrzeć.  Z 

trudem  ją  rozpoznałam.  Chociaż  ciało  Marian  było  niemal 
zupełnie  nieruchome,  a  ręce  zwisały  bezwładnie  po  obu 
stronach, cała jej twarz drżała wykrzywiona, jak gdyby każdy 
mięsień poddano silnemu wstrząsowi.

- Mamo - powiedziała  cicho. - Musisz  przyjść  i  to 

zobaczyć.

Mimowolny okrzyk zaskoczenia, jaki mi się wyrwał z ust, 

sprawił, że przybiegł mój mąż. Wezwał innych dżentelmenów. 
Nie  upłynęło wiele czasu, a zebrało  się dużo widzów. Słowo 
to  jest  odpowiednie - scena  przed  nami  przypominała  w 
znacznym  stopniu

żywy  obraz  lub  scenografię  do 

przedstawienia teatralnego z udziałem aktorów.

Większość mebli przesunięto na bok - zadanie to samo w 

sobie  wymagało  niemałej  siły.  W  tak  oto  uprzątniętym 
miejscu  ustawiono  wiele  postaci  w  najwdzięczniejszych  i 
najbardziej  naturalnych  pozycjach.  Figury  wykonano  z 
różnych  części  garderoby  tak  ułożonych,  aby  przypominały 
istoty  ludzkie.  W  większości  były  to  sylwetki  kobiece -
ubrania  należały  zarówno  do  mnie,  jak  do  Marian - w 
modlitewnych  pozach.  Niektóre  klęczały  przed  otwartymi 
Bibliami,  inne  przykucnęły,  z  „twarzami"  pochylonymi  ku 
ziemi w postawie skrajnej pokory.

Na  samym  środku  podłogi  przykucnęła  dziwna 

karzełkowata  postać,  do  której  wykonania  posłużyło  głównie 
najlepsze niedzielne ubranko małego biednego Willy'ego. Tak 
groteskowo  ozdobiono  je  sztucznymi  kwiatami  oraz 
wstążkami  i  innymi  atrybutami  kobiecej  garderoby,  że 
kojarzyło się z koszmarem sennym szaleńca. Była to wszakże 

background image

jedyna  brzydka  czy  też  odpychająca  kukła;  owa  scena 
wywoływała  niemal  wrażenie,  że  figurki  uroczych  kobiet, 
uciekając  się  do  gorliwej  modlitwy,  pragną  uchronić 
mieszkańców  domu  przed  złośliwością,  jaką,  jak  wiadomo, 
odznaczają  się  owe  zdeformowane  istoty.  Wrażenie  to 
zwiększała  jeszcze  ostatnia  postać,  która  zwieszała  się  z 
sufitu,  jak  gdyby  lecąc  czy  też  unosząc  się  w  powietrzu  i 
błogosławiąc wiernych.

Widok  był  tak  dziwny  i  mimo  to  tak  malowniczy,  że 

wszyscy  zaniemówiliśmy.  Trudno  mi  wyrazić  słowami,  jak 
bardzo  te  postacie  i  ich  pozy  przypominały  żywych  ludzi  i 
prawdziwe  gesty.  Nieznana  istota,  która  przygotowała  ową 
grupę,  z  piekielną zręcznością ustawiła  figury w taki  sposób, 
że  wypchane  twarze  były  odwrócone  albo  ukryte.  Jedna  z 
sylwetek  wymodelowana  z  mojego  własnego  stroju  klęczała 
wdzięcznie  przy  łóżku.  Na  początku  nie  rozpoznałam  sukni, 
gdyż  była stara i  nie  nosiłam jej od pewnego  czasu.  Od razu 
jednak odniosłam wrażenie, że skądś znam tę postać. - Gdzie 
wcześniej  widziałam  tę  kobietę?  Wtedy  usłyszałam,  jak  za 
mną z tyłu mój mały Willy szepce do siostry:

- Mama  odmawia  modlitwy - i  wiedziałam,  że  to  moja 

suknia i podobizna.

Do  tamtego  momentu  nie  zdawałam  sobie  sprawy  z 

własnego  lęku.  Strach  i  zdumienie  były  dominującymi 
emocjami  każdego  z  nas,  ponieważ  ten  żywy  obraz  był  w 
takim  samym  stopniu  piękny  i  poruszający  co  dziwny.  Lecz 
kiedy  rozpoznałam  postać  klęczącej  kobiety,  lodowaty  chłód 
przeniknął  me  ciało.  Przypomniałam  sobie  starą  legendę  o 
sobowtórze.  Rozpoznanie  owej  postaci,  dokładnej  kopii 
samego siebie, zapowiada wszak nagłą śmierć.

Jeden z duchownych pierwszy przerwał pełną grozy ciszę.

- Musimy zrobić szkic tej grupy. Szkic.

background image

Była to rozsądna propozycja, ale nikt się nie poruszył, aby 

ją wprowadzić w czyn. Pan Weed odpowiedział półgłosem:

- Nie  ma  potrzeby;  wątpię,  czy  ktokolwiek  z  nas  o  tym 

zapomni.  Mogę  dodać,  iż  później  wygadywał  na  nasz  temat 
najbardziej

obraźliwe  rzeczy,  zapewniając,  iż  nie  widział  nic,  czego 

nie mogłoby zrobić trzyletnie dziecko, i dając do zrozumienia, 
że sami spłataliśmy jemu i innym duchownym taki kawał. Do 
widoku, który przed chwilą opisałam, odniósł się lekceważąco 
jako  do  „wyobrażeń  ludzi  lub  ubranych  lalek  wielkości 
naturalnej".  Mogę  jedynie  powiedzieć,  że  wówczas  równie 
osłupiał ze zdumienia jak pozostali.

Wszystkich w domu, z nieszczęsnymi służącymi włącznie, 

wzięto w krzyżowy ogień pytań. Nie można było udowodnić, 
że obserwowano każdego z nas bez wyjątku przez cały dzień, 
ale  nawet  pan  Weed  przyznał,  że  nie  byłby  w  stanie 
powiedzieć,  kiedy  ani  jak  ustawiono  tę  grupę  postaci.  Nie 
słyszano  żadnego  hałasu  ani  nie  widziano  żadnej  osoby, 
biegającej  tam  i  z  powrotem  z  naręczami  ubrań,  a  ponieważ 
ubiory,  Biblie  i  inne  przedmioty  zebrano  z  całego  domu, 
wykonanie  sceny  modlitewnej,  jak  określił  ją  mój  mąż, 
musiało wymagać długiego czasu i znacznego nakładu pracy. 
Pan  Webster  powiedział,  że  nawet  trzy  kobiety  nie  dałyby 
sobie z tym rady, pracując przez wiele godzin i to tak, by nie 
zwracać na siebie uwagi i nie budzić podejrzeń energicznymi 
działaniami.

- A  przecież - dodał  pan  Mitchell,  pocierając  w 

zakłopotaniu  łysą  głowę - przez  cały  dzień  wszyscy  byliśmy 
na  nogach,  szukając  dowodów  oszustwa.  Mogę  przysiąc, 
panowie, że cały ten czas nic nie widziałem.

background image

Rozdział dwudziesty dziewiąty
Od  tamtej  okropnej  niedzieli  nie  ośmieliłam  się  wyjść  z 

domu.  Do  końca  tygodnia  rozpogodziło  się  i  pan  Phelps 
nalegał,  żebym  zrobiła  zakupy.  Chodziło  mu  o  to,  abym 
jednocześnie  zażyła  ruchu  i  wypełniła  swe  obowiązki.  Nie 
brakowało  mi  ochoty  na  przechadzkę.  Panowie  Mitchell  i 
Webster przeszukiwali cały dom, wchodząc każdemu w drogę. 
Wielebny  Weed  zaś  całkiem  nagle  wyjechał,  podając 
nieprzekonywające  usprawiedliwienia  na  temat  jakiejś  nagłej 
powinności,  o  której  nie  uważał  za  stosowne  wspomnieć 
wcześniej.  Było  oczywiste,  że  wypadki  wymknęły  mu  się 
spod  kontroli.  Człowiek  ów,  o  ograniczonej  wyobraźni  i 
ciasnym umyśle, niezdolny zarówno do tego, aby uwierzyć w 
to, co zobaczył, jak i do odrzucenia faktów, jakich dostarczały 
mu zmysły, jedyny ratunek dostrzegł w ucieczce. Później, tak 
jak  mówiłam,  twierdził,  że  w  całej  sprawie  nie  było  nic 
nadzwyczajnego.  Być  może  do  tego  czasu  zdołał  przekonać 
sam siebie, że tak jest naprawdę.

Po  porannych  zabiegach  medycznych,  jakim  poddawał 

mnie pan Phelps i do których zdążyłam się już przyzwyczaić, 
rozmyślałam  nad  wyprawą  do  miasta  z  pewną  obawą. 
Mężczyźni  nic  nie  rozumieją.  Nie  mogą  pojąć  krzywd,  jakie 
potrafią wyrządzić sobie nawzajem kobiety.  Jedno spojrzenie 
rzucone  z  ukosa,  przebiegły  uśmieszek,  na  pozór  niewinne 
uwagi, które są niczym bolesne smagnięcia batem...

Wiedziałam,  co  tutejsze  poczciwe  niewiasty  z  kościoła  o 

mnie  myślą.  Przyjaciele  przekazali  mi  uprzejmie  kilka  ich 
opinii:  „Zbyt  młoda",  „zbyt  frywolna",  „oszalał,  że  w  tym 
wieku  wziął  na  siebie  odpowiedzialność  za  rodzinę..."  „i  to 
taką  rodzinę...",  „powiadają,  że  chłopiec  jest  zupełnie 
rozwydrzony".

Padały  deszcze,  droga  była  więc  błotnista  i  musiałam 

trzymać  się  porośniętego  trawą  skraju.  Przechadzka  sama  w 

background image

sobie  okazała  się  dość  przyjemna.  Na  gałęziach  drzew 
pojawiły się duże, zapowiadające wiosnę pąki, a na niektórych 
trawnikach  piękne  rozwinięte  krokusy.  Od  czasu  do  czasu 
gdzieniegdzie wyrastał jakiś śmiały żonkil.

Mój  znacznie  lepszy  niż  w  domu  nastrój  pogorszył  się 

gwałtownie, gdy dotarłam do sklepów i zobaczyłam, że panie 
z  miasta  stoją  w  pełnym  składzie  na  chodnikach.  Mieliśmy 
pierwszy  piękny  dzień  niemal  od  tygodnia,  a  one  spragnione 
były plotek. Zobaczyłam nawet panią Mitchell, która tkwiła w 
samym  środku  grupy  pilnie  przysłuchujących  się  jej  pań. 
Zazwyczaj pozostawiała zrobienie zakupów służącym i przez 
to  oszukiwano  ją  na  niemałe  sumy.  Tego  ranka  jednak  jakiś 
silniejszy  impuls  sprawił,  że  przezwyciężyła  lenistwo,  choć 
nie sądzę, aby pomogło tu wiosenne słońce.

Pani  Platts  stała  pośrodku  innego  koła.  Jeślibym  nawet 

żywiła  jakiekolwiek  wątpliwości  co  do  tematu  rozmowy,  to 
zostałyby  one  rozwiane  na  skutek  reakcji  owej  damy  na  mój 
widok.  Przestała  mówić,  podniosła  szybko  rękę  do  ust  i 
otworzyła  szeroko  oczy.  Potem  uśmiechnęła  się  do  mnie  w 
wymuszony sposób, skinęła głową i uciekła.

Próbowałam zachowywać się jak zwykle, odwzajemniając 

z  uśmiechem  ukłon,  i  szłam  dalej.  Kobiety  nie  były  na  tyle 
niegrzeczne, aby spytać mnie o coś wprost - wówczas jeszcze 
nie.  Słychać  było  rzucane  półgłosem  pytania,  takie  jak:  „Jak 
się  pani  czuje,  pani  Phelps?",  na  które  odpowiadałam  tak 
zdawkowo,  jak  tylko  mogłam.  Zanim  doszłam  do  drzwi 
sklepu,  trzęsły  mi  się  ręce.  Doznałam  ogromnej  ulgi,  gdy 
zobaczyłam,  że  jedyną  klientką  przy  ladzie  jest  stara  pani 
Babock, której unikały jak ognia inne panie, ponieważ stałym 
tematem jej rozmów była wizyta generała Waszyngtona i jego 
żony w Stratfordzie pięćdziesiąt lat temu. Opowiedziała mi tę 
historię  przynajmniej  ze  dwanaście  razy  i  obiecałam  sobie 
solennie,  że  nie  wysłucham  jej  nigdy  więcej.  Tego  ranka, 

background image

prawdę  mówiąc,  w  istocie  sama  podjęłam  ów  temat,  aby  nie 
pozwolić pani Babock mówić o innych sprawach.

Nawet  ona  mnie  zawiodła.  Skierowana  na  odpowiednie 

tory przez pewien czas rozwodziła się głośno i chaotycznie na 
temat  powozu  pani  Waszyngton,  ciągniętego  przez  cztery 
białe konie, na których jechali czarni forysie w purpurowych i 
białych  liberiach  z  białymi  kokardami  przy  kapeluszach.  Ale 
rozprzestrzeniające  się  plotki  wniknęły  nawet  do  jej 
sędziwego  umysłu.  Przerwała  w  pół  zdania,  aby  zapytać  w 
niegrzeczny sposób, do którego czują się upoważnione starsze 
panie.

- Co  tam  słychać  na  plebanii,  pani  Phelps?  Słyszałam  o 

was wszystkich jak najbardziej osobliwe opowieści.

Nie  pamiętam,  co  odpowiedziałam.  Kiedy  w  końcu 

dotarłam do domu, dostrzegłam, że kupiłam czerwone wstążki 
zamiast  niebieskich  i  zapomniałam  o  guzikach  do  spodni 
Harry'ego.

Nawet teraz oblewam się zimnym potem na samą myśl o 

tamtym  doświadczeniu.  Pod  pewnymi  względami  sposób,  w 
jaki mnie potraktowano, był najbardziej przykrą rzeczą w całej 
tej historii. Nie miałam pojęcia, co dalej zrobić.

Wtedy  zdarzył  się  cud.  Przyjechał  Andrew  i  niczym 

miłosierny anioł przynoszący posłanie z nieba wyzwolił mnie 
z udręki.

Uśmiecham  się,  chociaż  ze  smutkiem,  przypominając 

sobie moje zdawkowe słowa, gdy po raz pierwszy padło jego 
imię. Oczywiście nie wiedziałam, kim jest. Kiedy usłyszałam 
o jego zamierzonej wizycie, jawił mi się jako jeszcze jeden z 
upiorów,  który  przybywa,  aby  zaspokajać  własną  potworną 
ciekawość naszym kosztem.

Nic  nie  rozchodzi  się  tak  szybko  jak  plotki,  a  złośliwe 

wieści  żyją  swym  własnym  diabelskim  życiem.  Umierają  w 
jednym  miejscu,  by  powstać  na  nowo  bez  żadnej  oczywistej 

background image

przyczyny  w  kilkunastu  innych.  Nie  jestem  pewna,  w  jaki 
sposób pogłoski o naszych kłopotach wyszły tak szybko poza 
granice Stratfordu. Można by sądzić, że zgodnie z głoszonymi 
przez  siebie  zasadami  osoby  duchowne  powinny  się 
powstrzymać  od  opowiadania  o  pewnych  sprawach  żonie  i 
przyjaciołom,  ale  nie  jestem  tak  naiwna,  aby  w  to  uwierzyć. 
Podejrzewam też, iż pan Phelps napisał o wszystkim do tych, 
którzy  podzielali  jego  zainteresowanie  spirytyzmem.  Nie 
przypuszczałam,  że  zrobi  coś  takiego,  ale  szybkość,  z  jaką 
pojawiły  się  żądne  sensacji  szakale,  świadczyła  o  tym 
wymownie.

Protestowałam  tak  stanowczo,  jak  pozwalały  mi  na  to 

moje biedne zszarpane nerwy, kiedy pan Phelps poinformował 
mnie, że będziemy u siebie gościć kilku dziennikarzy.

- Naszym obowiązkiem w stosunku do nauki jest mówić o 

tych  wydarzeniach - oświadczył  uroczyście. - Niech  pani 
będzie realistką, pani Phelps. Historia rozejdzie się po okolicy 
niezależnie  od  tego,  co  zrobimy.  Czy  podjęcie  działań 
mających na celu kontrolę, aby to, co zostanie wydrukowane, 
było  prawdą,  a  nie  pełną  zabobonów  fantazją,  nie  jest 
rozsądne?

Umiał tak przedstawić te sprawy, że nie mogłam się z nim 

nie zgodzić. W głębi duszy wiedziałam jednak, iż się myli, ale 
panowie nie mają wiele szacunku dla uczuć kobiet.

Tak więc gdy przez nasz dom przeszła już plaga pastorów, 

zwaliła się na nas druga plaga reporterów z gazet. Gościliśmy
u  siebie  przedstawicieli  „New  Haven  Journal  and  Courier", 
„The  Derby  Journal"  oraz  „Bridgeport  Standard".  Przybył 
nawet  ktoś  z  nowojorskiej  gazety  nazwiskiem  Beach  lub 
Shore  czy  też  coś  w  tym  rodzaju.  I  nasi  niewidzialni 
dręczyciele nigdy nie omieszkali ich zabawić.

W  gruncie  rzeczy  polubiłam  nawet  trochę  jednego  z 

reporterów - pana Newsona z „Derby Journal". Był to młody 

background image

człowiek  o  przyjemnej  powierzchowności,  o  myślących 
piwnych  oczach  i  skromnym  obejściu.  Gazeta,  którą 
reprezentował,  miała,  jak  mi  powiedziano,  znacznie  bardziej 
ograniczony  nakład  niż  inne,  a  więc  pozycja  zawodowa  jej 
przedstawiciela  w  konsekwencji,  jak  przypuszczam,  była 
gorsza.  Nie  wydaje  mi  się,  by  fakt  ten  jednakże  tłumaczył 
dobre  maniery  pana  Newsona.  Wydawał  się  on  taktownym 
młodzieńcem  o  wrodzonej  dobroci  serca,  a  jego 
niewyczerpana  uprzejmość  w  stosunku  do  mnie,  jak  również 
instynktowne  zrozumienie  cierpień,  jakich  doświadczałam  w 
obecnym położeniu, nie mogły nie zrobić na mnie korzystnego 
wrażenia.  Szczególnie  doceniałam  to,  iż  wkrótce  po  swoim 
przybyciu poprosił mnie na stronę. Zapewnił, iż ma nadzieję, 
że nie zrozumiem opacznie środków ostrożności, które on oraz 
inni reporterzy uważają za stosowne przedsięwziąć.

- Nie  oznacza  to,  że  podejrzewamy  kogoś  nawet  w 

najmniejszym stopniu, pani Phelps - oznajmił poważnie. - To 
zwykły  sposób  postępowania  w  takich  przypadkach, 
zapewniam panią. Musiałbym postąpić tak samo, nawet gdyby 
sprawa dotyczyła prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Czyż  to  nie  dziwne,  że  tak  dokładnie  pamiętam  słowa  i 

przyjemną  powierzchowność  tego  młodego  mężczyzny,  a 
zapomniałam tak wiele innych rzeczy? Nie jestem pewna, kto 
jeszcze przebywał wówczas w naszym domu - było tam wielu 
dziennikarzy - ani  nawet  kiedy  to  się  wydarzyło.  Myślę,  że 
któregoś dnia na wiosnę.

Przez  cały  wieczór  budynek  rozbrzmiewał  stukotami  i 

głuchymi  uderzeniami  rozlegającymi  się  na  przemian  raz  w 
jednej,  a  raz  w  drugiej  części  pokoju.  Dziennikarze  byli  pod 
wrażeniem,  ale  nie  dowierzali.  Jeden  z  nich  upierał  się,  aby 
usiąść  blisko  Harry'ego,  a  drugi - ktoś,  jak  sądzę,  z  gazety 
„New  Haven" - ani  na  chwilę  nie  odrywał  ode  mnie 

background image

bezczelnych  czarnych  oczu.  W  końcu  nie  mogłam  już  dłużej 
tego znieść; oznajmiłam zamiar udania się na spoczynek.

Nawet  ten  wybieg  nie  zakończył  mojej  udręki.  Przy 

pełnym  entuzjazmu  przyzwoleniu  pana  Phelpsa  komitet 
obserwatorów ogłosił, że zamierza podążyć za nami na górę i 
zająć miejsce na korytarzu. Jestem święcie przekonana, iż mój 
małżonek udzieliłby im zgody, aby weszli do naszej sypialni, 
gdyby nalegali.

W tych okolicznościach uznałam, że będzie wygodniej jak 

również bardziej stosownie, jeśli tej nocy będę dzielić pokój z 
Marian.  Pan  Phelps  nie  sprzeciwiał  się,  gdy  wzięłam  go  na 
bok  i  wyjaśniłam  swoje  powody - obecność  nieznajomych 
mężczyzn o wszystkich możliwych porach na górze i na dole. 
Plotkarki  ze  Stratfordu  będą  źle mówić  o  moralności  mojej  i 
mojej  córki,  jeśli  nie  dołożymy  jak  największych  starań,  aby 
przewidzieć i ubiec wszelkie zarzuty.

Marian  i  ja  niewiele  ze  sobą  rozmawiałyśmy,  ścieląc 

łóżko. Drzwi były zamknięte, ale ja, ujmując to najłagodniej, 
czułam  się  nieswojo,  gdy  zaledwie  kilka  metrów  oddzielało 
nas  od  obcych.  Nie  pozwolono  mi  nawet  zamknąć  się  na 
klucz.  Zakaz  ów  przedstawiono  zresztą  jako  środek 
ostrożności gwarantujący bezpieczeństwo, aby pomoc zdołała 
szybko  dotrzeć,  gdyby  nam  zakłócono  spokój  lub  gdyby  nas 
przestraszono.  Ale  ja  wiedziałam,  że  naprawdę  była  to 
demonstracja  podejrzeń.  Marian  nie  narzekała,  chociaż  jak 
sądzę,  podzielała  moje  odczucia.  Obie  pośpiesznie 
włożyłyśmy  koszule  nocne,  zdejmując  ostatnie  części 
garderoby  pod  ich  sutymi  fałdami.  Cóż  za  bolesne 
doświadczenie  dla  skromnej  kobiety;  nigdy  wcześniej  nie 
czułam się tak słaba. Kiedy nawiedziła nas plaga duchownych, 
miałam  pewność,  że  żaden  z  tych  dżentelmenów  nie  wedrze 
się  do  mojego  pokoju,  uprzednio  nie  pukając.  Nie  miałam 

background image

jednak  tego samego przeświadczenia  co  do dziennikarzy. Ich 
normy moralne, jak powszechnie wiadomo, nie są najwyższe.

Przez  cały  czas  ściszali  głosy,  szanując  naszą  potrzebę 

odpoczynku,  jednakże  od  czasu  do  czasu  słyszałyśmy  głośne 
okrzyki  oraz  ciężkie  kroki,  gdy  ktoś  biegł  po  korytarzu. 
Widocznie  pukania  i  stukoty  podążyły  na  górę  w  ślad  za 
obserwatorami.

Skończywszy  wieczorną  toaletę,  Marian  uklękła  przy 

łóżku,  aby  odmówić  modlitwy.  W  długiej  białej  sukni  i 
nocnym czepku z falbankami, gdy ukryła chudą twarzyczkę w 
dłoniach,  wyglądała  bardzo  dziecinnie  i  krucho.  Uklękłam 
obok niej, aby odmówić pacierz, i wzruszona dotknęłam lekko 
jej twarzy. Wypowiedziałabym nawet kilka czułych słów, lecz 
nie  zareagowała  i  nawet  nie  podniosła  wzroku.  Nieco 
zmrożona  odklepałam  pacierze  i  położyłam  się  do  łóżka.  Po 
wylaniu wody do mycia i zgaszeniu lampy córka dołączyła do 
mnie.

Okno  było  mocno  zamknięte,  aby  do  pokoju  nie 

przedostało się niezdrowe nocne powietrze i w pomieszczeniu 
panowała  nieprzyjemna  duchota.  Prowadzone  półgłosem 
rozmowy  oraz  odgłosy  kroków  na  korytarzu  działały  mi  na 
nerwy  i  odbierały  sen,  którego  tak  rozpaczliwie  łaknęłam,  w 
końcu jednak zaczęłam zapadać w drzemkę. Nie sądzę, abym 
twardo  spała,  drzemałam  tylko,  ponieważ  kiedy  usłyszałam 
łomot,  natychmiast  się  obudziłam.  Od  tego  rumoru  zdawały 
się  pękać  bębenki  i  miałam  wrażenie,  iż  rozlega  się 
bezpośrednio przy mnie. Następnie drzwi się otworzyły.

Czterej  mężczyźni  tłoczyli  się  przy  wejściu  do  pokoju. 

Sądzę,  ze  było  ich  tylko  czterech - w  tamtym  momencie 
wszakże  robili  wrażenie  tłumu - wszyscy  wpatrywali  się  we 
mnie tak uporczywie, ze raziło mnie to bardziej niż światło i 
bezwiednie zakryłam oczy.

Pan Newson podbiegł do łóżka.

background image

- Czy nic się paniom nie stało? - zawołał.

Marian,  wydając  z  siebie  krótkie  jęki,  przypominające 

skowyt,  wyciągnęła  ręce.  Natychmiast  przykrył  je  swoimi 
dłońmi i mówił dalej:

- Usłyszeliśmy ogromnie niepokojące uderzenie w drzwi. 

Obawialiśmy  się  o  wasze  bezpieczeństwo;  niech  to 
usprawiedliwi tak nagłe wtargnięcie do pokoju.

- Ten to przedmiot spowodował huk - odezwał się jeden z 

mężczyzn.

Podniósł  ciężki  biały  dzban  z  zestawu  toaletowego.  Nie 

był  zbyt  cenny,  ale  należał  do  mojej  rodziny  od  wielu  lat  i 
trudno  byłoby  dobrać  jeden  nowy  element,  trzeba  by  raczej 
kupić  cały  komplet.  Zmartwiłam  się,  gdy  dostrzegłam,  iż  od 
dzbanka odłamało się ucho.

- A tutaj - mówił dalej ten sam mężczyzna - tutaj widzimy 

efekt  uderzenia:  wgłębienie  w  deskach  podłogi  tam,  gdzie 
trafił. To cud, że naczynie się nie stłukło, bo uderzyło z taką 
siłą, iż podłoga mocno się ugięła.

Spojrzałam na Marian, którą pan Newson mocno trzymał 

za  ręce.  Nadal  cicho  jęczała  ze  spuszczonymi  oczami,  ale 
miałam wrażenie, że nie jest tak poruszona, jak na to wygląda.

- Gdzie znajdował się dzbanek, kiedy panie udały  się na 

spoczynek? - spytał dziennikarz przeprowadzający śledztwo.

Spojrzał  na  mnie  niemal  oskarżająco;  przesunęłam  się 

jeszcze  dalej  na  łóżku  i  podciągnęłam  przykrycie  pod  samą 
brodę.  Oburzenie  zastąpiło  pierwsze  uczucie  szoku.  Nie 
jestem  przyzwyczajona  do  prowadzenia  rozmów  z 
nieznajomymi  mężczyznami,  leżąc  w  łóżku.  Moją  irytację 
jeszcze  bardziej  zwiększył  fakt,  że  pan  Phelps  nie  próbował 
usunąć  natrętów,  ale  przypatrywał  się  nam  z  taką  samą 
ciekawością jak oni.

- Nie było go w moim łóżku - odparłam z sarkazmem. -

Mogą  panowie  uważać,  że  kobietom  brak  inteligencji,  ale 

background image

zapewniam was, iż zauważyłabym dzban nawet w ciemności, 
gdyby Marian wzięła go ze sobą do łóżka.

- W takim razie panna Phelps miała go w rękach ostatnia?

- Mężczyzna  zadawał  pytania,  nadal  niewzruszony  moim 
usprawiedliwionym oburzeniem.

- Postawiłam go w kącie - odpowiedziała Marian cicho i 

odwróciła twarz.

Pan Newson nachylił się nad nią.

- Ma pani mocno zaczerwieniony policzek, panno Phelps

- powiedział  tonem,  w  którym  brzmiał  szacunek. - Czy 
dzbanek trafił Panią, gdy przelatywał?

- Coś  mnie  uderzyło - odrzekła  płaczliwym  głosem 

Marian. - Nie wiem, co to było.

- To  nie  mógł  być  dzbanek. - Tym  razem  to  mój  mąż 

przemówił.  Stanął  w  kącie  wskazanym  przez  Marian  i  gdy 
inni  patrzyli  na  niego,  mówił  dalej  triumfującym  tonem: -
Proszę zwrócić uwagę na tor, jakim musiał polecieć dzbanek. 
Gdyby ciśnięto go stąd, przebyłby linię prostą, uderzając albo 
w kąt pokoju albo w komodę, która tam stoi. Aby dolecieć do 
drzwi, musiał polecieć półkolistym torem.

- Niemożliwe! - wykrzyknął jeden z mężczyzn.
- Ale prawdziwe. - Pan Phelps potarł ręce zadowolony z 

siebie. - Podobne  zjawisko  zaobserwowano  w  innych 
przypadkach tego rodzaju. Zauważono również, że przedmioty 
wyrzucone  w  powietrze  w  ten  tajemniczy  sposób  często 
poruszają  się  nienaturalnie  powoli.  Wyjaśniałoby  to  fakt, 
dlaczego dzbanek, który uderzył w drzwi z tak niezwykłą siłą, 
nie stłukł się wtedy. - Spojrzał na mnie, a w jego oczach nie 
było  współczucia  ani  miłości,  jedynie  zimna  ciekawość 
naukowca. - Jaka  szkoda,  pani  Phelps,  że  w  pokoju  było 
ciemno.  Jak  przypuszczam,  nie  dostrzegła  pani  nic  godnego 
zainteresowania?

- Spałam.

background image

Jeden z mężczyzn wydał z siebie krótki pomruk i znacząco 

pokiwał  głową.  Wiedziałam,  o  czym  myśli,  podobnie  jak 
odgadł to pan Newson.

- Pozwólcie  mi  stwierdzić  bezzwłocznie  i  oficjalnie -

oświadczył  stanowczo - że  żadna  z  tych  pań  nie  wyrzuciła 
dzbanka.  Ciśnięcie  go  z  taką  siłą  jest  niemożliwością  dla 
słabych  kobiecych  mięśni.  Oprócz  tego  czyż  natychmiast  nie 
wpadliśmy do pokoju i nie stwierdziliśmy, że obie damy leżą 
w łóżku przykryte kołdrą? Aby rzucić dzbankiem, musiałyby 
wstać.  Nie  zdążyłyby  do  niego  powrócić,  zanim  weszliśmy. 
Co więcej, mocno złapałem pannę Phelps za ręce.

Marian wysłuchała tego wyjaśnienia z nieco głupią miną. 

Gest pana Newsona, gdy chwycił ją za ręce, wynikał z innych 
powodów, niżby sobie życzyła. Zorientowałam się, że w jego 
rozumowaniu  jest  wszakże  kilka  słabych  punktów - bo  w 
jakim  celu  trzymał  moją  córkę  za  ręce,  skoro  dzbanek  został 
wyrzucony już wcześniej i usłyszano, jak uderza w drzwi? Nie 
widziałam powodu, aby o tym wspominać. Nie spałam mocno 
i wiedziałabym, że Marian wstaje z łóżka, gdyby to zrobiła.

Jednak wspominam pana Newsona z życzliwością. Nigdy 

nie  cofnął  oświadczenia  wygłoszonego  tamtej  nocy  i 
niezmiennie  utrzymywał,  że  nie  można  prawami  fizyki 
wyjaśnić  cudów,  jakie  oglądał.  A  przecież  niektóre  z 
pozostałych osób nie były wolne od uprzedzeń.

Znalazł się wśród nich inny reporter - z gazety „New York 

Sun". Przypominam sobie teraz jego nazwisko - brzmiało ono 
Beach.  Sądzę,  że  cieszył  się  dość  dużą  sławą,  ponieważ  pan 
Phelps, witając go, uradował się jak dziecko.

Chociaż miał dość dobre maniery, od razu zauważyłam, że 

przybył  z  nastawieniem,  aby  podejrzewać  Harry'ego.  Można 
by  pomyśleć,  że  wydarzenia  takie  jak  to,  o  którym  właśnie 
opowiedziałam,  a  także  wiele  innych  oczyszczą  mojego 
biednego  chłopca  z  zarzutów.  Ale  ludzie  są  tacy  złośliwi -

background image

żadne  fakty  nie  robią  na  nich  wrażenia,  skoro  utwierdzili  się 
już w pewnym przekonaniu. Och, przyznaję, że osoby, którym 
nieznany  był  prawdziwy  charakter  Harry'ego,  pierwotnie 
mogłyby zakładać, że to on płata nam niemiłe figle. Wiadomo, 
że  chłopcy  lubią  robić  podobne  rzeczy.  Jednakże  Harry  z 
pewnością porzuciłby takie zamysły, gdy stało się oczywiste, 
że  burzy  to  mój  spokój.  W  dodatku,  co  już,  jak  sądzę, 
przedstawiłam  bardzo  jasno,  nie  było  go  w  pokoju,  kiedy 
nastąpiły niektóre wydarzenia.

Pan  Beach  miał  własne  dzieci,  a  także  wnuki  i  z  dużą 

swadą  opowiedział  nam  kilka  historyjek  o  psikusach 
„młodych łobuziaków". Wiedziałam wtedy, kogo podejrzewa i 
upewniłam  się  co  do tego,  kiedy  później - gdy  chłopiec  udał 
się  do  swego  pokoju - nasz  gość  zapytał,  czy  moglibyśmy 
porozmawiać chwilę z moim synem.

Wszyscy poszliśmy na górę - oprócz małych dzieci, które, 

oczywiście,  już  spały.  Harry  leżał  w  łóżku  i  czytał.  Był 
zachwycony, gdy nas zobaczył.

Rozmawialiśmy  cicho - nie  przypominam  sobie  tematu -

kiedy  pan  Beach  drgnął  i  zaczął  wpatrywać  się  w  pewien 
punkt na dywanie. Nie mogłam nic zobaczyć, więc wstałam i 
przesunęłam się na lepsze miejsce.

Przedmiotem,  który  wskazywał  pan  Beach,  było  tylko 

pudełko  zapałek.  Mam  jednakże  pewność,  że  nie  leżało  tam 
wcześniej,  gdyż  inaczej  zauważyłabym  je,  ponieważ  miało 
kilka  centymetrów  długości  i  było  niemal  równie  szerokie. 
Utrzymuję dom w porządku lub przynajmniej usiłuję to robić.

Gdy  nadal  patrzyliśmy  zdziwieni  na  pudełko,  poruszyło 

się  ono  i  prześlizgnęło  po  dywanie  w  kierunku  łóżka.  Jego 
wieczko  się  otworzyło,  a  kilkanaście  lub  jeszcze  więcej 
zapałek wypadło na podłogę.

background image

Harry  był  tak  osłupiały  jak  wszyscy  pozostali.  Biednego 

chłopca  oskarżano  już  tak  często,  że  jego  pierwszy  okrzyk 
brzmiał:

- Nie zrobiłem tego! To nie ja!
- Wszystko  jest  w  zupełnym  porządku,  mój  chłopcze -

zapewnił go pan Beach.

Przemawiał 

uspokajającym 

tonem, 

jednocześnie 

przesuwając  ręką  w  powietrzu,  jak  gdyby  się  spodziewał,  iż 
znajdzie  jakiś  sznurek  albo  nić  przebiegającą  pomiędzy 
Harrym  a  pudełkiem  zapałek.  Nie  znalazł  wszakże  niczego 
takiego.  Nie  mogłam  nic  na  to  poradzić,  że  poczułam 
zadowolenie,  kiedy  na  jego  twarzy  dostrzegłam  wyraz 
zawodu.

Harry był ogromnie zmartwiony. Przewracając się i kręcąc 

na łóżku, powiedział płaczliwym głosem:

- Chcą  mnie  spalić.  Po  to  właśnie  były  te  zapałki,  aby 

spalić mnie we własnym łóżku!

- Nonsens! - wykrzyknął  pan  Phelps. - Takie  babskie 

tchórzostwo tobie nie przystoi, Henry.

- Atakowano go już wcześniej - odparłam z oburzeniem.
- Były  to  niegroźne  zaczepki,  nie  bardziej  poważne,  niż 

znosiła reszta z nas.

- Zrywano mu ubranie, a rzeczy niszczono i chowano...
- Proszę,  pani  Phelps.  Zapomniała  pani,  że  mamy  gości. 

Zawsze postępował w ten sposób, sugerując, że się denerwuję
i  zapominam  o dobrych  manierach.  Mówił  teraz  tak  głośno i 
gwałtownie jak ja.

Odwróciliśmy wszyscy wzrok i uwagę od Harry'ego, gdyż 

dyskusja stawała się coraz bardziej ożywiona. Nagle przerwał 
nam  przenikliwy  krzyk  chłopca.  Podciągnął  się  do  samej 
głowy łóżka i przytulił do poduszek. Drżącą dłonią wskazywał 
na  żółty  płomień  ognia  migoczący  na  pościeli,  niedaleko  od 
miejsca, gdzie znajdowały się jego stopy.

background image

Czułam,  że  zmysły  mnie  opuszczają.  Mój  małżonek  stał 

jak przykuty. To pan Beach rzucił się do przodu i zgasił ogień.

- Podpalono  kawałek  gazety - powiedział,  podnosząc 

częściowo  spalony  skrawek  papieru. - Niech  pani  się  nie 
niepokoi,  pani  Phelps,  nie  stała  się  żadna  szkoda,  tylko 
prześcieradło jest trochę nadpalone.

Sugestia, że nie powinnam się niepokoić, była absurdalna. 

Każda  matka  straciłaby  panowanie  nad  sobą  po  takim 
doświadczeniu. Harry również płakał i lamentował. Ogromnie 
uraziła mnie postawa pana Phelpsa. Kiedy bowiem nalegałam, 
że  spędzę  noc  przy  łóżku  mojego  syna,  zarzucił  mi,  iż 
zachowuję się jak histeryczka. Czy to histeria obawiać się, że 
coś  podobnego  może  się  ponownie  wydarzyć?  A  gdyby 
wybuchł kolejny pożar, a chłopiec twardo by spał...

Pan Beach przyszedł mi z pomocą, proponując, że weźmie 

Harry'ego do swojego łóżka. Tak więc zrobiono i, o ile wiem, 
pozostała część  nocy  minęła  spokojnie.  Kiedy  pan  Beach 
opuszczał  nas  następnego  ranka,  zapewnił  mnie,  że  zachowa 
uczciwość w swej szczegółowej relacji, i muszę przyznać, że 
dotrzymał obietnicy.

Tak więc kiedy teraz się nad tym zastanawiam, myślę, iż 

dziennikarze  nie  okazali  się  aż  tacy  źli,  jacy  mogli  być. 
„Eksperci zajmujący się spirytyzmem", jak sami się określali -
to jednak całkiem inna historia.

Jednym  z  nich  był  niejaki  pan  Sutherland,  wydawca 

ulubionej  publikacji  pana  Phelpsa  „Filozof  spirytyzmu".  Był 
na tyle bezczelny, że włączył nasz dom jako punkt programu 
trasy  objazdowej  dla  osób  interesujących  się  metapsychiką. 
Jego  główną  atrakcją  były  te  same  siostry  Fox,  o  których 
opowiedział niegdyś pan Phelps. Jak gdybyśmy byli tej samej 
kategorii  co  owe  bezwstydne  dziewczyny,  które  publicznie 
prezentowały  swoje  sztuczki,  a  nawet  brały  pieniądze  za 
występy!

background image

Czy  należy  się  więc  dziwić,  że  kiedy  po  raz  pierwszy 

usłyszałam  o  Andrew  Jacksonie  Davisie,  wzięłam  go  za 
jeszcze  jednego  z  owych  szakali?  Tamtego  ranka,  kiedy  pan 
Phelps otworzył nadesłane do siebie listy, zauważył:

- Budzimy  powszechne  zainteresowanie.  Pan  Davis  sam 

proponuje, że nas odwiedzi.

Odpowiedziałam tylko:

- Chyba nie jest to jeszcze jeden z nich?
- Jest  jedyny  w  swoim  rodzaju - odrzekł  pan  Phelps  z 

nieśmiałym uśmiechem. - Pan Davis może słusznie twierdzić, 
że jest wyjątkowy.

- Wygląda na to, że nie aprobujesz go, papo - zauważyła 

nieśmiało Marian.

- Nie  wiem,  co  o  nim  sądzić.  Nazywa  sam  siebie 

jasnowidzem  z  Poughkeepsie",  co  raczej  ma  posmak 
szarlatanerii. Liczy sobie dopiero dwadzieścia cztery lata, nie 
ma  chyba  większego  wykształcenia,  pochodzi  z  rodziny 
godnej  szacunku,  lecz  z  niższej  klasy.  Jednakże  ten 
niewykształcony  młody  człowiek  napisał  zdumiewającą 
książkę liczącą osiemset stron drobnym drukiem zatytułowaną 
„Zasady natury, jej boskie objawienia oraz głos do ludzkości". 
Składa się z wykładów wygłoszonych przez pana Davisa, gdy 
był  w  transie.  Niektóre  z  wyrażonych  tam  myśli  są  dość 
głębokie;  sugerują  znajomość  filozofii  i  nauki  powyżej 
przeciętnej wiedzy człowieka. Z pewnością może mieć rację, 
gdy  twierdzi,  że  potężne  moce  duchowe,  obdarzone 
mądrością, posługują się nim jak narzędziem.

Przynajmniej,  pomyślałam,  nie  jest  kolejnym  starym 

sceptykiem  o  siwej  brodzie.  Kto  wie,  być  może  tego  typu 
człowiek - młody,  bystry  i  uzdolniony  duchowo - zdoła  nas 
ocalić.

Tego  ranka,  kiedy  miał  przyjechać,  wszyscy  staliśmy  w 

oknie,  wyglądając  gościa.  Spodziewałam  się,  że  pan  Phelps 

background image

wyśle  po  niego  powóz,  ale  mój  mąż  odmówił,  twierdząc,  iż 
mamy piękny dzień, a droga ze stacji jest krótka i przyjemna.

- Spacer mu nie zaszkodzi - dodał. - To taki żwawy młody 

człowiek.

Ten  komentarz  miał  nieco  złośliwy  posmak.  Mężczyźni 

czasami potrafią być tak samo złośliwi jak kobiety.

Od razu można go było rozpoznać. Gdy tylko spojrzałam 

na zbliżającą się postać, wiedziałam, kto to.

Inne  wspomnienia  znikły  w  odmętach  czasu,  ale  każdy 

szczegół  jego  powierzchowności  i  sposób  mówienia 
zachowuję w pamięci w niezmienionym stanie. Przypominam 
sobie  nawet,  co  miał  na  sobie  tamtego  dnia - jego  ubiór  był 
elegancki,  świadczył  też  o  tym,  iż  należy  do  dżentelmena. 
Andrew  nosił  czarny  surdut  z  atłasowym  kołnierzykiem, 
spodnie w brązowo - czarną  kratę, miał zielony szalik wokół 
szyi  i  brązowy  filcowy  melonik.  Strój  ten  pasował  do 
wyprostowanej  młodzieńczej  sylwetki.  Stawiając  długie 
sprężyste kroki, nie musiał opierać się na lasce ze złotą gałką, 
trzymanej  w  jednej  ręce.  W  drugiej  niósł  walizkę,  którą
kołysał z chłopięcą energią, jak gdyby była lekka jak piórko. 
Rozglądał  się  dookoła.  To  oczywiste,  że  cieszył  go  piękny 
dzień,  bo  miły  uśmiech  malował  się  na  jego  twarzy.  Był 
ogolony.  Jego  ciemna  czupryna  wyglądała  spod  ronda 
kapelusza;  kiedy  go  zdjął,  jak  gdyby  chcąc  się  rozkoszować 
rześkim  łagodnym  wiosennym  powietrzem,  blask  słoneczny 
rozświetlił złote pasma w lśniących kręconych włosach.

Miałam  na  sobie  brązowo - różową  suknię  z  tafty,  z 

rozkloszowanymi  rękawami  i  haftami  na  mankietach  oraz  z 
kołnierzykiem  z  pięknego  batystu.  Była  to  jedna  z  moich 
ulubionych.

Po chwili Andrew znalazł się wśród nas. Powitał mojego 

męża  z  pełnym  wdzięku  szacunkiem  i  pochylił  się  nad  moją 
dłonią.  Marian  zachowywała  się  jak  opóźniona  umysłowo 

background image

uczennica, przewracała oczami, gapiła się zdumiona i zupełnie 
nie była zdolna do rozsądnej rozmowy. Pan Davis obdarzał ją 
dużą  uwagą  i  często  na  nią  spoglądał,  ale  wydawało  się 
oczywiste, że jego zainteresowanie jest czysto zawodowe. Od 
razu to wyjaśnił.

- Gdy tylko wszedłem do tego domu, wyczułem obecność 

duchów - oznajmił uroczyście. - A pani,  panno Phelps, czuje 
pani je także, prawda? Jest pani medium o niemałej mocy.

Mimowolnie  wydałam  z  siebie  dźwięk  wskazujący  na 

zaskoczenie  i  protest.  Nasz  gość  natychmiast  zwrócił  całą 
uwagę na mnie, wyczuwając, że trzeba mnie uspokoić.

- Niech  się  pani  nie  niepokoi,  pani  Phelps.  Nie  ma  się 

czego obawiać. Siły te są całkowicie życzliwe. Przybyły, aby 
wyświadczyć  wam  dobro.  Są  oznaką  łaski,  na  jaką  zasłużyło 
niewiele rodzin. Trudno mi opisać moje wrażenia.

- Niektórzy twierdzą, że to złe duchy - odpowiedział ostro 

pan Phelps. - Demony.

- Nonsens,  nonsens.  Jednak  omówimy  tę  sprawę  w 

późniejszym czasie. Za pańską zgodą chciałbym rozejrzeć się 
po  domu,  wchłaniając  jego  atmosferę,  i  porozmawiać 
swobodnie ze wszystkimi. Pragnąłbym również przestudiować 
notatki, które jak rozumiem, pan zrobił. Szczególnie interesują 
mnie tajemnicze napisy; czy ma pan ich kopie? Wyśmienicie. 
I oczywiście pragnę poznać młodego panicza Henry'ego.

Wszystko  zorganizowano  tak,  jak  prosił.  Spędził  część 

popołudnia, siedząc w ciszy w salonie z zamkniętymi oczami, 
z  wyrazem  anielskiego  spokoju  i  uśmiechem  na  wzniesionej 
do góry twarzy. Przerwał od razu swe rozmyślania, gdy stukot 
butów oznajmił przybycie Harry'ego, który, przynajmniej tym 
razem, punktualnie wrócił ze szkoły.

Ich  spotkanie  okazało  się  brzemienne  w  skutki.  Reakcja 

Harry'ego  na  niektórych  wcześniejszych  gości  stanowiła 
odbicie  moich  własnych  uczuć,  w  których  dominowało 

background image

poczucie urazy. Mój syn przygotowany był, aby powitać pana 
Davisa  z  pewną  zewnętrzną  grzecznością  i  wewnętrzną 
pogardą,  którą  odczuwał  wobec  innych,  ale  i  on  natychmiast 
pozbył się rezerwy, gdy ujrzał ciepły uśmiech Andrew i nasz 
gość serdecznie poklepał go po ramieniu. Ja także myślałam o 
nim jako o nowym przyjacielu, w duchu zwracając się doń po 
imieniu,  a  wkrótce  zaproponował  mi  nazywanie  go  tak 
właśnie.

Następnie  Andrew  poprosił  Harry'ego,  aby  pokazał  mu 

okolicę.  Wyruszyli  razem  i  nie  było  ich  przez  kilka  godzin, 
wrócili bardzo wygłodzeni w samą porę na podwieczorek.

Kiedy zapadł mrok i zebraliśmy się w bibliotece, Andrew 

był  na  tyle  miły,  że  podzielił  się  z  nami  swymi 
przemyśleniami.  Poprosił,  by  włączyć  Harry'ego  do 
towarzystwa.  Chłopiec  przywiązał  się  już  do  gościa  i  z 
niewinnym  zadowoleniem  zajął  miejsce  w  fotelu,  założył  też 
nogę na nogę, naśladując swój nowy ideał.

- Chcę jeszcze raz państwa zapewnić, że nie ma się czego 

obawiać - zaczął  Andrew.  Jego  uśmiechnięte  spojrzenie 
zdawało  się  zatrzymywać  na  mnie. - Duchy,  które  was 
odwiedzają,  żywią jedynie dobre zamiary. Znam je.  Pani zna 
je także, panno Phelps, o ile się nie mylę.

- Nie... nie mogę nic powiedzieć na ten temat - odrzekła 

półgłosem Marian.

- Znam je! - zawołał Harry.
- No,  no,  mój  chłopcze! - Andrew  podniósł  palec  w 

delikatnym  upomnieniu. - Podobnie  jak  siostra,  masz 
wrodzone zdolności parapsychiczne, ale nie wolno ci schodzić 
na  manowce.  Pozwólcie  mi  wyjaśnić,  jak  działają  duchy. 
Wszyscy  powiedzieliście,  że  w  niewidoczny  sposób  różne 
przedmioty  przenosiły  się  z  jednego  miejsca  na  drugie.  Nie 
było  tak  wcale!  Rzeczy  owe  wcale  nie  były  niewidzialne; 
duchy, które je przenosiły, tak oddziaływały na wasze umysły, 

background image

że nie mogliście sobie uświadomić, iż przed waszymi oczami 
przesuwają  się  przedmioty,  i  co  więcej,  iż  uwagę  waszą 
skierowano  w  inną  stronę.  Ty,  Henry,  i  twoja  siostra 
ściągnęliście  te  duchy.  Jesteście  oboje  ogromnie  naładowani 
magnetyzmem  i  elektrycznością  niezbędną  do  życia,  które 
przeplatają się ze sobą nawzajem. Kiedy przeważa w waszych 
organizmach  magnetyzm,  wtedy  gwoździe,  klucze,  książki  i 
inne tym podobne przedmioty zmierzają w waszym kierunku. 
Kiedy przeważa elektryczność, wówczas przedmioty oddalają 
się od was. Jest to tak proste, że aż śmieszne, nieprawdaż?

- Wcale tak nie jest - odrzekł pan Phelps. - Najpierw uznał 

pan, o ile dobrze zrozumiałem, że przedmioty owe przenosiły 
dłonie ducha.

- Oczywiście. Jednak kierunek, jaki obierają przedmioty, 

określa elektryczny bądź magnetyczny stan Henry'ego i panny 
Phelps.

- Rozumiem! - wykrzyknęłam.

Z wyrazu twarzy mego męża można było odczytać, iż nic 

nie rozumie, jak gdyby głośno to powiedział. Z dobrodusznym 
uśmiechem Andrew ciągnął dalej:

- Henry  jest  z  natury  pobudliwy  i  ten  stan  potęguje 

jeszcze siły magnetyczne. Panna Phelps popadła w nerwowość 
ze strachu - chociaż lęk ów wydaje się zbędny - i obecnie, jak 
sądzę, z nich dwojga jest medium o większej mocy.

Harry  kręcił  się  niespokojnie,  jak  gdyby  za  bardzo  nie 

obchodziła  go  ta  analiza.  Pan  Phelps  popatrzył  na  niego 
przenikliwie, a następnie oświadczył:

- Panie  Davis,  pańska  teoria  jest  ogromnie  interesująca. 

Jednak  nie  wyjaśnia,  co  powinniśmy  zrobić  z...  hm, 
magnetyzmem  Henry'ego.  Jak  możemy  się  pozbyć  tych 
niepożądanych efektów?

- No  cóż,  nie  możecie  tego  zrobić.  Same  miną,  kiedy 

nadejdzie oczekiwany kres.

background image

- A tym kresem jest...

Andrew wyciągnął z kieszeni kawałek papieru i poznałam, 

że była to jedna z kartek, na których pan Phelps zrobił kopie 
dziwnych napisów.

- Rozpoznaję to pismo - powiedział spokojnie. - Wygląda 

jak napis na zwoju, którym się zajmowałem jakieś siedem lat 
temu. Litery składają się na wiadomość. A ten drugi napis - na 
rzepie,  czyż  nie? - odczytuję  jako:  „Nasze  społeczeństwo 
pragnie głosić myśli różnymi środkami".

- Jakie  społeczeństwo? - spytał  pan  Phelps.  Andrew 

uśmiechnął się delikatnie.

- Czy nie może pan się domyślić?
- Społeczeństwo  szaleńców,  jak  przypuszczam.  Jedynie 

ktoś  pozbawiony  rozumu  mógłby  ułożyć  tak  dziwaczne 
błazeństwa.

Andrew  był  nieco  zaszokowany  gwałtownym  tonem 

wypowiedzi  mojego  męża  graniczącym  z  niegrzecznością. 
Panując  jednak nad  zaskoczeniem, odpowiedział z  taką  samą 
uprzejmą cierpliwością jak wcześniej:

- Ogromnie  się  pan  myli,  panie  Phelps,  i  mam  nadzieję 

już  niedługo  udowodnić  to  panu.  W  gruncie  rzeczy  jeśli 
pozwoli mi pan teraz spróbować coś zademonstrować...

- Dlaczego nie? - padła niechętna odpowiedź.

Pomimo głośnego sprzeciwu Harry'ego wysłano do łóżka, 

a  pan  Phelps na  prośbę gościa  wprawił  Marian w  stan,  który 
jak  usłyszałam  po  raz  pierwszy,  określono  jako  stan  transu. 
Andrew  wyjaśnił,  że  moja  córka  jest  bardziej  podatna  na 
odbieranie  umysłowych  fal  swojego  ojczyma  niż  na  jego 
oddziaływanie,  chociaż  było  ono  potężne  i  można  by  się 
spodziewać,  iż  powinna  reagować  lepiej  na  jego  słowa.  To 
wyróżnienie  wprawiło  mego  męża  w  lepszy  humor. 
Wyciągając  zegarek,  dobrnął  do  końca  już  mi  znanego 
przedstawienia  i  wyglądał  na  zadowolonego  z  siebie  jak 

background image

dziecko,  kiedy  twarz  Marian  natychmiast  przybrała 
rozmarzony spokojny wyraz, jaki widziałam wcześniej.

Okazało  się,  że  Andrew  miał  rację.  Spytana  o  to  Marian 

potwierdziła  obecność  pięciu  różnych  duchów.  Cechy  dwóch 
z  nich  były  jej  znane,  ale  kiedy  domagaliśmy  się,  aby  je 
opisała, zmieszała się bardzo.

- Nic  nie  szkodzi - szepnął  Andrew. - Nie zajmujmy  się 

już tą sprawą. Proszę ją obudzić.

- Ale... - zaczął pan Phelps.

Na  twarzy  Marian  nadal  malował  się  nieziemski  spokój; 

teraz jednak dziewczyna mocno ściskała ręce, które uprzednio 
swobodnie złożyła na kolanach. Dłonie mojej córki zaczęły się 
wykręcać  i  wykrzywiać,  jak  gdyby  obdarzone  były  własnym 
życiem.  Kontrast  pomiędzy  jej  spokojnym  wyglądem  a 
poruszającymi  się  gorączkowo  rękami  stanowił  widok  w 
najwyższym stopniu denerwujący.

- Spróbujemy ponownie innym razem - nalegał Andrew. -

Proszę ją obudzić.

Pan  Phelps  posłuchał  i  ręce  Marian  natychmiast  się 

rozluźniły.

Nie pamiętała nic z tego, co zaszło, ale przyznała, że czuje 

się  trochę  zmęczona.  Tak  więc  ją  także  wysłano  do  łóżka,  a 
wtedy  poczułam,  że  mogę  zadać  pytanie,  które  zaprzątało 
moje myśli.

- Powiedział  mi  pan,  panie  Phelps,  że  ów  trans, 

niezależnie  od  tego,  jak  się  go  nazywa,  jest  uspokajającą 
kuracją dla nerwów Marian. Wydaje się, że to coś więcej. Co 
pan jej robił?

Twarz  mojego  męża  oblały  ciemne  rumieńce.  Wydawało 

się,  że  brakuje  mu  słów.  Andrew  uprzejmie  przyszedł  mu  z 
pomocą.

- Owszem,  ma  to  działanie  terapeutyczne,  pani  Phelps,

doprawdy  tak  jest.  Umysł  osoby  w  stanie  transu  otwarty  jest 

background image

na  wpływy,  jakich  nie  będzie  świadomy  po  przebudzeniu. 
Panna  Phelps  otrzymuje  czyste  i  zdrowe  myśli  swojego 
mentora;  które  dobrze  na  nią  działają. - Spojrzał  na  mego 
małżonka  i  jego  usta  wygięły  się  w  figlarnym  uśmiechu. -
Myśli  mogą  również  pochodzić  od  innych  umysłów,  panie 
Phelps. Niech pan z nimi nie walczy. Proszę je wpuścić!

background image

Rozdział trzydziesty
Ku mojemu rozczarowaniu dowiedziałam się, że jutrzejszy 

dzień będzie ostatnim, jaki spędzi z nami Andrew. Miał inne 
zobowiązania i inne prace. Usłyszawszy o tym, Harry błagał, 
by  pozwolono  mu  nie  iść  do  szkoły.  I  ja  ogromnie  tego 
pragnęłam.  Przywiązanie  chłopca  do  Andrew  mogło  jedynie 
przynieść  mu  korzyść.  Kiedy  ten  również  dołączył  swoje 
prośby  do  naszych,  pan  Phelps  nie  mógł  odmówić,  chociaż 
ustąpił  niechętnie.  Nasz  gość  spędził  część  poranka  z  mym 
synem,  wydawał  się  jednakże  bardziej  zainteresowany 
Marian, która chodziła za nim po domu jak mały szczeniak.

Gdy  zebraliśmy  się  na  podwieczorek,  brakowało 

Harry'ego.  Zazwyczaj  przychodził  punktualnie  przynajmniej 
na posiłki i zaczęłam się niepokoić.

- Musimy  go  poszukać - powiedział  nasz  ekspert 

poważnie. - Bezzwłocznie.

Chłopca  nie  było  w  domu.  Andrew  zaprowadził  nas  na 

podwórze. Musiała kierować nim jakaś nadprzyrodzona istota, 
ponieważ  od razu udał się do sadu.  I tam - nadal robi mi się 
zimno,  kiedy  to  sobie  przypomnę - tam  zobaczyliśmy  ciało 
mojego chłopca zwisające bezwładnie i nieruchomo z gałęzi.

Przerażenie dodało mi sił i pierwsza do niego dobiegłam, 

ale nasz gość dogonił mnie i szybko uspokoił.

- Lina znajduje się pod jego ramionami. Nic mu nie jest. 

Objęłam mocno Harry'ego.

- Mamo - odezwał się płaczliwym głosem - krzyczałem i 

krzyczałem; dlaczego nie przychodziłaś?

Dzięki  Andrew  wkrótce  przyszłam  do  siebie.  Jak 

zauważył, nic złego się nie stało. Chciałam, aby Harry poszedł 
prosto  do  łóżka,  ale  twierdził  uparcie,  iż  czuje  się  całkiem 
dobrze  i  udowodnił  to,  pochłaniając  obfity  posiłek.  Kiedy 
skończył  jeść,  powtórzyłam  moją  propozycję  i  tym  razem
Andrew mnie poparł.

background image

- Pójdę  do  chłopca  na  górę,  aby  się  z  nim  pożegnać -

obiecał.

Kiedy mój syn wyszedł, młody człowiek przysunął krzesło 

bliżej do stołu. Twarz miał poważną.

- Muszę  was  jutro  opuścić,  ale  spróbuję  wkrótce  znowu 

przyjechać,  jeśli  pozwolą  mi  na  to  moje  obowiązki.  Jedno  z 
tych  tajemniczych  przesłań  nadal  wymyka  się  mojemu 
zrozumieniu.  Mam  nadzieję,  że  odkryję  jego  znaczenie  w 
ciągu  następnych  kilku  dni.  Niech  wolno  mi  będzie 
powtórzyć,  że  nie  ma  żadnego  niebezpieczeństwa. 
Zachowajcie podatność na wpływy, które was otaczają...

- Zamierzam  zrobić  jeszcze  więcej - przerwał  mu  pan 

Phelps. - Wysyłam stąd Henry'ego i Marian na kilka dni.

Andrew skinął głową, jak gdyby ten plan nie był dla niego 

żadnym zaskoczeniem. - A jakie są tego przyczyny?

- Sam  pan  powiedział,  że  to  dzieci  są  powodem -

niewinnym powodem - kłopotów.

- Tak  jest  w  istocie.  Zatem  chce  pan  sprawdzić  moją 

teorię,  pastorze.  Dobrze,  nie  mam  zastrzeżeń,  działanie  takie 
dyktuje zdrowy rozsądek. Zastanawiam się, czy postępuje pan 
tak z jeszcze innych pobudek?

Pan Phelps spojrzał na mnie z wahaniem.

- Proszę  mówić - ponaglał  go  nasz  gość. - Nie  docenia 

pan  swej  żony,  pastorze.  Próbuje  pan  oszczędzać  tylko  jej 
uczucia,  ale  krzywdzi  ją  pan,  nie  dowierzając,  iż  doskonale 
zrozumie sytuację.

- A  zatem  dobrze - zaczął  pan  Phelps,  rzucając  na  mnie 

jeszcze  jedno  spojrzenie  pełne  powątpiewania. - Powiem. 
Czuję  zakłopotanie  z  powodu  niektórych  okoliczności 
związanych z przerażającą przygodą Henry'ego, jaka zdarzyła 
się  dzisiaj  po  południu.  Chłopiec  twierdzi,  że  krzyczał.  Ale 
gdyby  naprawdę  tak  było,  służba  musiałaby  go  przecież 
usłyszeć; służący siedzieli w kuchni, jedząc kolację, a drzwi i 

background image

okna otwarte były na oścież. Co więcej, przyjrzałem się linie, 
na  której  wisiał,  i  jestem  zmuszony  wyciągnąć  wniosek,  że 
mógł  sam  przywiązać  się  do  drzewa.  Nie  twierdzę,  iż  to 
uczynił; mówię tylko, że mógł to zrobić.

- Ma  pan  całkowitą  rację - odrzekł  Andrew  spokojnie. -

Zrobił to.

Zachowałam  milczenie  i  siedziałam  bez  ruchu.  Nasz 

ekspert  uśmiechnął  się  do  mnie,  jak  gdyby  chciał  dodać  mi 
odwagi.

- Pani Phelps, niech mi pani pozwoli jeszcze raz odwołać 

się  do  pani  wspaniałego  zrozumienia  sytuacji.  I  niech  mi 
będzie  wolno  wyjaśnić  mechanizm  procesu,  który  zrozumie 
pani  instynktownie,  być  może  nie  będąc  w  pełni  świadomą 
jego  szczegółów. - Widzicie,  moi  przyjaciele,  Harry  nie 
wiedział,  że  przywiązuje  się  do  drzewa.  Duch  działający  w 
pobliżu  sprawił,  że  to  zrobił.  Omamił  go  tak,  iż  chłopiec 
uwierzył, że głośno krzyczał.

- I  pan  nazywa  je  duchami  przynoszącymi  dobro? -

zapytał pan Phelps z sarkazmem.

-

Tak 

jest. 

Wiem 

moich 

doświadczeń 

metapsychicznych, że Harry planował jakiś nieroztropny czyn
- być  może  chciał  popływać  w  rzece,  co  mogłoby  go 
przyprawić  o  przeziębienie.  Duch  interweniował,  aby  go 
powstrzymać.  Ta  przygoda,  która  pozornie  wydaje  się  tak 
przerażająca, w gruncie rzeczy wcale taka nie była. Nie muszą 
państwo  się  obawiać  o  chłopca.  Wyślijcie  go  gdzieś,  jeśli 
chcecie. Nie zakończy to tych pozazmysłowych doświadczeń, 
ale może okazać się pomocne, dając wam chwilę wytchnienia.

Tak więc następnego dnia pożegnałam się z moim synem i 

moim przyjacielem - mam nadzieję, że tak mogę go nazywać. 
W  pewnej  mierze  następny  tydzień  był  rzeczywiście  czasem 
wytchnienia  i  względnego  spokoju.  W  innych  aspektach 

background image

okazał  się  jednak nawet  jeszcze trudniejszy  do zniesienia  niż 
straszne poprzedzające go tygodnie.

Trudno  to  wyjaśnić,  a  być  może  jeszcze  trudniej  w  to 

uwierzyć - ale  niemal  przyzwyczailiśmy  się  do  tajemniczych 
wydarzeń  i  niesamowitych  dźwięków,  gdyż  się  powtarzały. 
Kiedy filiżanka leciała w powietrzu i rozbijała się na kawałki 
o  ścianę,  zwykłam myśleć:  Znowu to  samo.  Nie  wiedziałam, 
co to jest, i nie podobał mi się sposób, w jaki działała owa siła
- ale  przyzwyczaiłam  się  do  niej.  Kiedy  wszakże  moje 
najlepsze nożyczki zniknęły z pudełka z przyborami do szycia, 
a  później  znalazły  się  na etażerce,  nie  miałam pewności, czy 
duchy  znowu  urządzały  sobie  żarty,  czy  też  jest  to  jedynie 
przykład  roztargnienia,  jakie  może  się  przytrafić  każdej 
gospodyni.  Nadal  zdarzały  się  podobne  incydenty,  a  więc 
nadal  nie  miałam  całkowitej  pewności,  czy  to  nieobecność 
dzieci spowodowała, iż ustały inne dziwaczne zdarzenia. Jeśli 
koncepcja Andrew była słuszna - a ja żywiłam przekonanie, że 
tak - to  moje  dzieci  były  niewinnymi  narzędziami  dziwnych 
sił, na które nie miały żadnego wpływu. Nie mogły same sobie 
poradzić,  podobnie  jak  naładowany  elektrycznością  węgorz 
nie  może  się  uwolnić  od  potężnego  ładunku  prądu  (metaforę 
tę, oczywiście, sformułował Andrew).

* * *
Chociaż  pocieszająca,  teoria  owa  nie  przyczyniła  się  do 

tego,  bym  z  niecierpliwością oczekiwała  powrotu dzieci.  Nie 
można obwiniać naładowanego elektrycznością węgorza o to, 
że jego dotyk powoduje wstrząs, który poraża ryby i wszelkie 
inne  wodne  stworzenia,  ale  nikomu  nie  przypada  do  gustu 
takie doświadczenie.

Dni  nieobecności  Marian  i  Harry'ego  naznaczone  były 

jednak innymi wydarzeniami równie niepokojącej natury.

Nabrałam  zwyczaju,  by  rano  dłużej  leżeć  w  łóżku.  Od 

wielu tygodni mój zwykły odpoczynek zakłócały przerażające 

background image

zdarzenia,  a  nerwy  zostały  nadszarpnięte  przez  kolejne 
wstrząsy.  Nie  tylko  miałam  prawo  do  rekonwalescencji,  lecz 
mój organizm naprawdę jej potrzebował.

Pewnego  ranka,  leżąc  jeszcze  w  łóżku,  usłyszałam 

krzątaninę w domu i odgłosy zamieszania na zewnątrz - jakiś 
zgiełk,  który  rozlegał  się  coraz  bliżej.  Wstałam,  włożyłam 
peniuar i podeszłam do okna.

Na dworze słychać było stukot końskich kopyt oraz turkot 

kół 

wrzask 

jakiegoś 

nieokrzesanego 

człowieka, 

wykrzykującego  słowa,  które  z  oddalenia  brzmiały 
niewyraźnie.  Z  drugiego  końca  ulicy  nadjechał  powóz.  Z 
każdego  okna  wystawały  głowy.  Z  boku  pojazdu  przybito 
duży  jaskrawożółty  szyld,  a  gdy  powóz  podjechał  bliżej, 
przeczytałam  słowa  namalowane  rzucającymi  się  w  oczy 
czarnymi literami.

Napisane tam było: „Tajemnicze pukania w Stratfordzie". 

Minęła  chwila  lub  dwie,  zanim  uświadomiłam  sobie,  co  to 
znaczy.  Potem  policzki  mi  zapłonęły  nagłym  rumieńcem 
wstydu i gniewu.

Na  koźle  najemny  woźnica  wywijał  długim  batem.  Jego 

okrągła  czerwona  twarz  i  siny  jak  kartofel  nos  wskazywały 
wyraźnie,  że  jest  nałogowym  pijakiem.  Gdy  patrzyłam  na  to 
przerażona,  powóz  zatrzymał  się  nagle  przed  bramą  i  można 
było usłyszeć słowa, które wykrzykiwał ów nikczemnik.

- Tutaj,  panie  i  panowie,  znajduje  się  dom,  gdzie  to 

wszystko się zdarzyło! Oto widzicie drzwi, które otworzyła na 
oścież  ręka  kościotrupa  i  jest  tu  to  samo  miejsce,  z  którego 
urządzenie  do  ostrzenia  nożyczek  uniosło  się  w  powietrze, 
cały czas obracając tarczami szlifierskimi, dopóki nie zniknęło 
z  pola  widzenia,  by  opaść  na  ziemię  nazajutrz  w  Waterbury. 
Po państwa prawej stronie...

Mężczyzna  nadal  wykrzykiwał  swoje  horrendalne 

kłamstwa,  a  jego  słuchacze  przyglądali  się  domowi 

background image

wytrzeszczonymi  ze  zdumienia  oczami.  W  każdym  oknie 
pojazdu  pełno  było  gapiących  się  twarzy.  Ciekawość 
pozbawiła  owe  prostackie  złośliwe  oblicza  cech  ludzkich; 
nawet  buzie  dzieci  wyglądały  niczym  maski  wyrzeźbione  z 
gliny.

Zakryłam  szybko  uszy  rękami.  Gdy  odwróciłam  się  od 

okna, nadbiegła pokojówka.

- Och, pani Phelps, madame, czy słyszała pani...
- Jedynie  osoba  głucha  nie  usłyszałaby  tego.  Wołaj 

policjanta...  Wezwij  sędziego  Watsona...  Zawiadom  pana 
Phelpsa ...

- Pan pastor powiedział, że pójdzie z nimi porozmawiać, 

proszę pani.

Podbiegłam  z  powrotem  do  okna  w  samą  porę,  by 

usłyszeć,  jak  otwierają  się  frontowe  drzwi.  Wydzierający  się 
łotr  na  koźle  przerwał  w  połowie  zdania  i  aż  się  skurczył. 
Zobaczyłam,  jak  pan  Phelps  wychodzi  spod  osłony  portyku. 
Zmierzał wolno w kierunku bramy; po chwili się zatrzymał.

Nie  odezwał  się  ani  słowem;  stał  tam  tylko  z 

opuszczonymi  rękami.  Najpierw  wolno,  a  następnie 
pośpiesznie  większość  głów  schowała  się  do  środka.  Kilkoro 
ze  śmielszych  widzów,  włączając  w  to  kobietę  o  pospolitej 
wymalowanej  twarzy  bezczelnie  odwzajemniło  spojrzenie 
mego  małżonka  z  jeszcze  bardziej  nawet  żywym 
zainteresowaniem.  W  końcu  jednak  jego  spokojna  powaga 
przyniosła pożądany efekt. Rumiana fizjonomia woźnicy stała 
się jeszcze bardziej czerwona, o ile było to możliwe. Chwycił 
bat,  zaciął  nim  biedne  konie,  dopóki  nie  zaczęły  pędzić 
kłusem, i pojazd z turkotem odjechał.

Dopiero  wtedy  gdy  powóz  zniknął  wśród  drzew,  a 

ciekawscy,  którzy  podążali  za  nim  pieszo,  rozeszli  się 
zawstydzeni, pan Phelps odwrócił się i wolno wrócił do domu.

background image

Przypuszczam,  że  nie  mógł  zrobić  nic  więcej.  Godność 

duchownego  nie  pozwalała  mu  krzyczeć  ani  obrzucać  ludzi 
niegrzecznymi  wyzwiskami,  lecz  żałuję,  że  tego  nie  uczynił. 
Chciałam  coś  zrobić - sama  nie  wiem  co - potrzebowałam 
gwałtownego  działania.  Sprawiłoby  mi  ulgę,  gdybym 
zobaczyła, że ten spokojny człowiek coś jednak robi.

Miałam trudności z ułożeniem włosów, tak bardzo trzęsły 

mi  się  ręce - nie  ze  zdenerwowania  wszakże,  lecz  z 
wściekłości.  Uwagi  pokojówki,  która  pomagała  mi  włożyć 
suknię,  nie  poprawiły  wcale  mego  humoru.  Doskonale 
zdawałam sobie sprawę, że służba została tylko dlatego, iż pan 
Phelps wypłacał wszystkim duże pensje i miał opinię dobrego 
pana.  Wyraźne  aluzje  dziewczyny,  że  poświęca  własne 
bezpieczeństwo  i  spokój  umysłu,  zostając  u  nas,  niezmiernie 
mnie  rozdrażniły,  ale  nic  nie  powiedziałam,  dopóki 
dziewczyna  nie  wspomniała,  między  innymi,  o  swojej 
„reputacji".

- Co,  u  licha  możesz  mieć  na  myśli? - spytałam. -

Przecież nikt cię o nic nie oskarżył i twoja tak zwana reputacja 
nie poniosła nawet najmniejszego uszczerbku.

Nie  odpowiedziała.  Zerkając  w  lustro,  aby  upewnić  się, 

czy  mam  starannie  ułożone  włosy,  zobaczyłam  odbicie  jej 
twarzy.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  mogę  ją  zobaczyć. 
Przebiegłe  spojrzenie  i  nieśmiały,  niedorzeczny  uśmieszek 
zrobiły na mnie nieprzyjemne wrażenie.

- A  więc - spytałam,  odwracając  się  twarzą  do 

dziewczyny. - Co ma oznaczać ta wzmianka o reputacji?

Pokojówka opuściła wzrok.

- Ostatnio nie wychodziła pani dużo, madame.
- Nie czułam się dobrze.
- Tak,  proszę  pani.  Tylko...  nie  słyszała  pani,  co  mówią 

ludzie.

background image

- Nie dbam o to, co mówią. Jak śmiesz powtarzać czyjeś 

bezpodstawne  plotki!  Już  dosyć  tego;  zajmij  się  lepiej  swoją 
pracą.

Posłuchała  natychmiast,  odwracając  wzrok,  gdy  mnie 

mijała.  Byłam  dosyć  rozżalona,  starałam  się  jednak  nie 
denerwować  w  obecności  służących.  Oprócz  tego 
uświadomiłam  sobie,  że  prawdopodobnie  pokojówka  miała 
dobre intencje. Pragnęła raczej mnie ostrzec niż cieszyć się z 
naszego położenia.

Ta  wymiana  zdań  sprawiła,  że  stanowczo  postanowiłam 

bezzwłocznie rozmówić się z panem Phelpsem. Ze względu na 
swoje  obowiązki  mój  mąż  stykał  się  z  mieszkańcami 
miasteczka.  Nic  mi  nie  wspominał,  że  ludzie  zmienili  się  w 
stosunku  do  nas,  bo  nie  miał  zwyczaju  narzekać  lub  pytać 
mnie o radę.

Gdy  doszłam  do  biblioteki,  uświadomiłam  sobie,  że  pan 

Phelps  ma  gości.  Z  reguły  przy  zamkniętych  drzwiach  z 
pokoju  nie  dochodziły  żadne  dźwięki,  tym  razem  jednak 
usłyszałam  nie  jeden,  lecz  kilka  podniesionych  głosów 
przemawiających  tak  głośno,  że  słowa  doleciały  do  moich 
uszu przez grube drewniane kasetony. Pomyślałam, że jeden z 
głosów  należy  do mego  małżonka,  ale  nie  miałam pewności. 
Natychmiast ucichł i nie usłyszałam nic więcej.

Naturalnie  nie  pozostałam  w  holu,  więc  pan  Phelps  i  ja 

spotkaliśmy się dopiero na obiedzie.

Chociaż  zachowywał się równie spokojnie co zawsze,  od 

razu  dostrzegłam,  że  coś  go  niepokoi.  Obecność  służących 
powstrzymała  mnie  od  zadawania  pytań,  więc  po  posiłku 
poszłam  za  nim  do  biblioteki.  Zaskoczony  podniósł  wzrok 
znad trzymanej książki.

- Czy coś jest nie w porządku, pani Phelps?

background image

- Pyta  mnie  pan  o  to?  Po  poniżającym  przedstawieniu, 

jakiego  byłam  świadkiem  dzisiaj  rano?  Co  pan  zamierza 
zrobić w związku z tym, panie Phelps.

- Nie jestem w stanie nic uczynić. Droga jest własnością 

publiczną. Nie mogę zabronić ludziom z niej korzystać.

- Istotnie. Pan Davis powróci za kilka dni i być może on 

coś wymyśli.

Twarz mego męża się zasępiła.

- Zapomniałem, że ma przyjechać. To ogromnie przykre. 

Przypuszczam  jednak,  że  teraz  trudno  mi  będzie  cofnąć 
zaproszenie.

Gdy  usłyszałam  owe  nieuprzejme  słowa  wypowiedziane 

możliwie  jak  najchłodniejszym  tonem,  byłam  tak  zdziwiona, 
że osunęłam się z wrażenia na fotel.

- Jakżeż  to,  panie  Phelps!  Przedtem  chętnie  pan  przyjął 

pana Davisa i Bogu tylko wiadomo, że już ...

- Już  wyrządził  mi  znaczną  szkodę! - Było  to  tak 

niepodobne  do  mego  małżonka,  by  mi  przerywał  lub  ostro 
krytykował  kogokolwiek  w  taki  kategoryczny  sposób,  że 
wpatrywałam  się  w  niego  z  otwartymi  ustami,  gdy  mówił 
dalej: - W gruncie rzeczy, cóż pan Davis takiego zrobił oprócz 
tego,  że  wyrecytował  mnóstwo  nonsensów  na  temat 
magnetyzmu  i  zasugerował,  aby  oddalić  stąd  dzieci?  Już 
wcześniej sam postanowiłem, że to zrobię.

- Jego sposób bycia nadzwyczajnie podnosi nas na duchu.
- Czy rzeczywiście tak pani uważa? - Mój mąż roześmiał 

się ostro. - W takim razie niech mi wolno będzie powiedzieć, 
pani Phelps, że dziś rano przyjąłem delegację rady kościelnej, 
która  poinformowała  mnie,  iż  muszę  zakończyć  te - jak 
stwierdzono - szatańskie praktyki.

- Jednak co ma z tym wspólnego pan Davis? - zawołałam.

- Przecież  i  on,  i  my  wszyscy  nie  możemy  się  doczekać,  aż 
skończy się ta okropna historia.

background image

- Dano  mi  do  zrozumienia - oświadczył  sucho  mój 

małżonek - że  sam  spowodowałem  te  zjawiska,  zgłębiając 
tajemnice  spirytyzmu.  Pan  Davis  jest  znany  w  tych  kręgach, 
co  oznacza,  że  fanatycy  o  ograniczonych  umysłach  obłożyli 
klątwą samo nazwisko tego człowieka. - Milczał przez pewien 
czas.  Na  jego  twarzy,  na  której  początkowo  malował  się 
surowy  wyraz,  widać  było  teraz  znużenie.  W  końcu 
powiedział  wolno: - To  niesprawiedliwe  wobec  pana  Da -
visa. Grzeszę przeciwko niemu w myślach. Jest on, co do tego 
mam pewność, zupełnie szczery. Musi mi pani wybaczyć, pani 
Phelps. Zagrożenie procesem kościelnym...

- Och, nie!
- Niestety,  tak.  Była  to  po  prostu  groźba.  Mam  być 

poddany  najsurowszym  sankcjom,  jeśli  nie  uda  mi  się 
zakończyć tych zjawisk.

Wybuchnęłam  głośnym  łkaniem,  ale  to  nie  obawa  przed 

przyszłością tak mną poruszyła. Przez pewien czas pan Phelps 
zastanawiał  się  nad  rezygnacją  ze  stanowiska,  a  miał  środki 
finansowe,  aby  to  uczynić.  Jednak  żywił  nadzieję,  że 
dokończy swych dni w tym spokojnym miasteczku, ciesząc się 
miłością  i  szacunkiem  wszystkich,  którzy  go  znali.  Piętno 
bycia  heretykiem,  okropny  wstyd  spowodowany  ustąpieniem 
w takich okolicznościach... Nigdy nie ośmielilibyśmy pokazać 
się na ulicach Stratfordu.

Pocieszył  mnie  tak,  jak  zrobiłby  to  ojciec.  Nadal 

szlochając, powiedziałam z ogromnym przekonaniem:

- Nie zasługuje pan na to. Tak bardzo chciałabym coś dla 

pana zrobić.

Nie  mogłam  jednak  uczynić  tego,  o  co  mnie  prosił.  Bez 

wątpienia  stawienie  czoła  wrogim  spojrzeniom  mieszkańców 
miasteczka  wymagałoby  wielkiego  męstwa  i  poczucia 
godności - dowiodłabym  tym,  jak  oświadczył  pan  Phelps,  że 
nie  mamy  czego  się  wstydzić.  Wszakże  sama  taka  myśl 

background image

sprawiła, że poczułam się źle. Zadanie owo przekraczało moje 
możliwości.

Gdybym nawet rozważała możliwość owej konfrontacji, to 

kolejne  wydarzenie,  które  nastąpiło  dzień  lub  dwa  później, 
odebrałoby mi całą odwagę.

Stało  się  to,  gdy  udaliśmy  się  na  spoczynek.  Jeszcze  nie 

spałam,  czytając  przy  świetle  lampy,  kiedy  usłyszałam  głosy 
na  zewnątrz - jakieś  głośne  kłótnie.  Nie  zdawałam  sobie 
sprawy,  że  byli  to  mężczyźni  pozostający  pod  wpływem 
alkoholu. Pijacy nie przychodzili dotąd na tę ulicę. To okolica, 
gdzie mieszkają ludzie godni szacunku.

Krzyczeli  okropne  rzeczy  i  ciskali  kamieniami  w  okna. 

Żaden  jednak  nie  trafił  w  dom.  Niewątpliwie  celność  ich 
rzutów zniweczył wypity alkohol. Słowa jednak potrafią ranić 
mocniej, niż zrobiłyby to kamienie.

Zanim  przybył  policjant,  awanturnicy  się  rozpierzchli, 

przepędzeni  przez  naszych  służących,  i  z  największym 
oburzeniem przyjęliśmy do wiadomości, że ponieważ ludzie ci 
nie  uczynili  żadnych  szkód,  nie mogą  być  postawieni  w  stan 
oskarżenia. Nie potrafiliśmy ich nawet zidentyfikować. Myślę, 
że  policjant  miał  ugruntowane  podejrzenia  co  do  tego,  kim 
mogli  być,  ale  w  ogóle  nie  miał  ochoty  zająć  się  tą  sprawą. 
Dał  jasno  do  zrozumienia,  że  moja  obecność  nie  jest 
pożądana, a więc wysłano mnie w oburzający sposób do łóżka 
niczym  małe dziecko. Leżałam, czuwając  przez długi  czas w 
stanie nerwowego wzburzenia.

Rzucanie  kamieniami  już  się  nie  powtórzyło.  Być  może, 

pomimo  wszystko,  policjant  poczynił  kroki,  aby  ostrzec 
łotrów,  którzy  przypuszczalnie  dokonali  ataku.  Jednakże 
codziennie  w  tamtym  tygodniu  budzący  we  mnie  wstręt 
poszukiwacze  niezwykłych  wydarzeń  przechadzali  się  po 
ulicy,  przystając,  aby  otwarcie  gapić  się  na  dom.  Nie  trzeba 
dodawać,  że  nigdzie  nie  wychodziłam.  Pan  Phelps  nie 

background image

zamierzał zmieniać rozkładu swego dnia i udawał się co rano 
na  przechadzkę. Nie  zwracał  uwagi  na  wpatrujących się  weń 
gapiów, mijając ich, jak gdyby nie istnieli.

W  poniedziałek  rano  mój  małżonek  pojechał  po  dzieci. 

Spytałam, czy uważa to za rozsądne. Odpowiedział krótko, że 
nie  ma  zamiaru  obciążać  dłużej  ich  towarzystwem  swoich 
przyjaciół.  Ustalono,  że  dzieci  zostaną  u  nich  przez  tydzień, 
więc będzie to tydzień, nie więcej.

Fakt,  że  na  zewnątrz  tego  ranka  nie  zgromadziło  się  tyle 

ludzi  co  zazwyczaj,  podniósł  mnie  na  duchu.  Zachmurzone 
niebo  i  zapowiadająca  się  zła  pogoda  mogły  zniechęcić 
intruzów  i  pozwoliłam  sobie  żywić  nadzieję,  iż  najgorsze 
minęło.  Jeszcze  bardziej  pocieszający  był  fakt,  że  Andrew 
miał  przyjechać  południowym  pociągiem.  Gdyby  tylko  pan 
Phelps  nie  śpieszył  się  z  powrotem!  Dobrze  by  mi  zrobiła 
krótka rozmowa w cztery oczy z naszym gościem.

Tamtego  ranka  nakrzyczałam  na  moją  młodszą  córeczkę 

Sarę, która ma zaledwie sześć lat. Powiedziała, że nie chce iść 
dziś  do  szkoły.  Nic  nadzwyczajnego  w  tym,  że  dziecko 
zaczyna  marudzić  w  poniedziałek  rano,  ale  dziewczynka, 
która  zaczęła  naukę  dopiero  zeszłej  jesieni,  zdawała  się 
uwielbiać szkołę. Kiedy zaczęłam ją wypytywać, wybuchnęła 
płaczem  i  wyznała,  że  inne  dzieci  jej  dokuczają.  Nie  chciała 
albo nie mogła mi zdradzić, co powiedziały.

Serce  mi  się  krajało,  gdy  widziałam  rozpacz  mego 

dziecka;  rozumiałam  jednak,  że  ze  względu  na  konieczność 
kształtowania  charakteru  Sary  nie  wolno  dopuścić,  aby 
unikała  nieprzyjemnych  rzeczy.  Moje  pocałunki  i  zachęta 
uspokoiły  małą;  obiecałam  jej  też  nową  lalkę,  o  jakiej 
marzyła, jeśli zrobi, o co proszę.

Ledwie  wyszła z  domu,  a  już  powróciła  szybko biegiem, 

wymachując kawałkiem papieru.

- Mamo, patrz, co znalazłam na ziemi obok bramy.

background image

Na  kartce  widniała  wiadomość  wypisana  tymi  samymi 

dziwnymi  literami,  które  widziałam  wcześniej  na  różnych 
przedmiotach.  Ze  zdumieniem  i  dreszczem  przerażenia 
dostrzegłam, że atrament jest jeszcze mokry. Prawdę mówiąc, 
dziecko rozmazało ręką litery.

Sara  była  zupełnie  wytrącona  z  równowagi  tym 

tajemniczym  przesłaniem  i  zaczęła  głośno  szlochać,  kiedy 
próbowałam ją wyekspediować do szkoły. W końcu poddałam 
się i pozwoliłam małej wrócić do dziecinnego pokoju.

Usiadłam  przy  oknie  w  salonie.  Obawiam  się,  że  moja 

praca  nad  haftem  nie  posuwała  się  zbyt  szybko.  Po  długim 
oczekiwaniu  usłyszałam  gwizd  pociągu.  Pan  Phelps  nie 
wrócił.  Miałam  nadzieję,  że  postanowił  zostać  na  obiedzie  u 
przyjaciół.

Stacja  znajduje  się  w  niewielkiej  odległości  od  naszego 

domu - to  zaledwie  kilkuminutowy  spacer  dla  zdrowego 
młodego  człowieka.  Miałam  jednak  wrażenie,  że  upłynęło  o 
wiele  więcej  czasu,  zanim  w  końcu  zobaczyłam 
wytęsknionego  gościa.  Zdążyłam  się  już  zmartwić,  że  wcale 
się  nie  pojawi - że  pan  Phelps  napisał  doń  z  prośbą,  by  nie 
przyjeżdżał.

Dotknięcie  dłoni  Andrew,  uśmiech  na  jego  twarzy  były 

niczym  uśmierzające  ból  lekarstwo.  Kiedy  usiedliśmy, 
wręczyłam mu kartkę, pokazując rozmazane litery.

- Jeszcze  nie  wyschły,  kiedy  wzięłam  je  od  dziecka. 

Widzi pan, panie Davis, że Harry nie mógł tego zrobić.

- Wiem.  Czyż  nie  mówiłem  zawsze  pani,  że  Harry  jest 

jedynie  nieświadomym  narzędziem  działania  duchów? -
Rozważał  przesłanie  przez  pewien  czas,  jego  piękna  twarz 
była  poważna,  a  jednak  promienna.  Następnie  przymknął 
oczy. Miał bardzo długie i ciemne rzęsy. - Tak - wyszeptał. -
Teraz  rozumiem - to  tylko  ułomne,  fragmentaryczne 
tłumaczenie...

background image

Nie obawiaj się, kiedy powróci, nie lękaj się, bo wszelkie 

niebezpieczeństwo minęło.

Przybyliśmy  i  zburzyliśmy  spokój  w  twym  domu,  by 

więcej tego nie uczynić.

Nie uważaj nas za niegodziwych ani dobrych, dopóki nie 

przemówimy.

Nie przemówimy językiem miłości.
Są  to  jego  dokładne  słowa.  Przepisuję  je  z  kartki,  którą 

przysłał mi później po swoim wyjeździe. Jednak żadna kopia 
nie  może  oddać  piękna  tego  niskiego  poważnego  głosu,  w 
którym brzmiała czułość.

- Och, czy to prawda? - wyszeptałam. - Mają, oczywiście, 

na  myśli  pana; to pan  jest  osobą,  której  powrót oznacza  kres 
niebezpieczeństwa.

- Tak  sądzę - odpowiedział  skromnie. - Jednakże  pani 

wydaje  się  niezdrowa,  znużona  i  zmartwiona.  Co  wydarzyło 
się podczas mojej nieobecności?

Gwałtownie  wyrzuciłam  z  siebie  smutną  opowieść.  Być 

może trochę płakałam. Zanim skończyłam, jego dłoń spoczęła 
na moim ramieniu, delikatnie je ściskając.

- Jak  dobrze  to  znam - oznajmił,  a  bezbrzeżny  smutek 

pobrzmiewał  w  jego  głosie. - Bigoteria  ludzi  o  ciasnych 
umysłach  jest  krzyżem  niesionym  przez  tych  wszystkich 
spośród nas, którzy dążą do oświecenia.

- Dla pana także? - spytałam, ocierając oczy.
- Och,  tak.  I - dodał  cicho - bez  wątpienia  spotka  mnie 

jeszcze  więcej  podobnych  doświadczeń,  ponieważ  nie 
zamierzam  zejść  z  raz  obranej  drogi.  Ale  jest  to  jeszcze 
trudniejsze  dla  pani,  gdyż  kobieta  ma  delikatną,  wrażliwą 
psychikę...

- Och  tak,  tak  jest.  Zapewne  jednak  niewielu  mężczyzn 

ma pańską siłę charakteru.

Wzruszył ramionami, protestując.

background image

- Niewielu  też  mężczyzn  obdarzono  tak  jak  mnie -

specjalną duchową mocą.

Mogłam  przedłużać  tę  rozmowę  w  nieskończoność, 

niestety  wkrótce  pan  Phelps  przerwał  nasze  spotkanie, 
wracając z Marian i Harrym.

Mój  mąż  powitał  gościa  z  chłodną  grzecznością,  lecz 

Andrew taktownie nie zwrócił uwagi na tę zmianę.

- Jak  słyszę,  przeżył  pan  ostatnio  kilka  nieprzyjemnych 

doświadczeń z pewnymi mieszkańcami miasta - zauważył.

- Nie  ma  o  czym  mówić. - Spojrzenie,  jakim  obdarzył 

mnie pan Phelps było zdecydowanie krytyczne.

Nie uszło ono uwagi Andrew. Ukryte uczucia duszy są dla 

niego niczym otwarta księga.

- Proszę nie winić pani Phelps za to, że mi się zwierzyła -

powiedział. - Całe  miasto  opowiada  o  pańskich  kłopotach. 
Słyszałem,  jak  zupełnie  obcy  sobie  ludzie  rozmawiali  o  tej 
sprawie w pociągu, gdy dojeżdżaliśmy do Stratfordu.

Pan Phelps skrzywił się z bólu, Andrew zaś ciągnął dalej 

ze współczuciem:

- Mój drogi panie, wie pan równie dobrze jak ja, że ślepi 

nie  mogą  widzieć, a  głusi  słyszeć.  Proszę  nie zwracać  uwagi 
na  ciasne  umysły.  Przynoszę  pociechę.  Z  kieszeni  wyjął  plik 
papierów. - Oto - powiedział - pukając  w  nie  palcem - są 
tłumaczenia  wiadomości,  jakie  przepisałem  z  pańskich 
notatek.  Teraz  rozumiem  je  wszystkie  i  gratuluję  panu,  iż 
właśnie jego wybrano na głosiciela orędzia z nieba. Kiedy pan 
usłyszy...

Pan Phelps zerwał się na równe nogi.

- Przepraszam,  panie  Davis.  Nie  mogę  słuchać  tych 

tłumaczeń, jak je pan nazywa.

- Panie Phelps! - wykrzyknęłam.
- Uspokoją pana - nalegał Andrew, wyciągając kartki.

background image

-

Nie.  Doceniam  pańskie  dobre  intencje,  ale 

zastanawiałem  się  nad  tym  i  doszedłem  do  wniosku,  że  w 
pewnych  aspektach  krytyczne  uwagi  pod  moim  adresem  są 
słuszne.  Popełniłem  wcześniej  błąd.  Nie  wolno  mi  w  nim 
trwać.

- Och, papo - szepnęła Marian.

Pan Phelps drgnął. Sądzę, że tak naprawdę zapomniał, iż z 

nami była. Ja także o tym zapomniałam.

- Wyjdź, Marian. - Mój małżonek wyciągnął rękę. - Ten 

rodzaj dyskusji ci nie służy. Idź do swojego pokoju.

- Proszę  poczekać! - wykrzyknął  Andrew. - Proszę  o 

chwilę.  Wstał  wolno  z  fotela  i  odwrócił  głowę;  jego  oczy 
zdawały  się  podążać  za  jakimś  niewidzialnym  przedmiotem, 
przelatującym  przez  pokój  od  drzwi  do  okna. - Są  tutaj -
powiedział cicho.

Pan Phelps wykonał gest pełen zniecierpliwienia.

- Panie Davis...
- Jeden  z  nich  stoi  przy  pani  fotelu,  panno  Phelps. -

Spojrzenie  Andrew  skupiło  się  wyraźnie  na  przestrzeni  za  i 
nad głową Marian, która podniosła nerwowo do góry wzrok. -
Czuje  pani  jego  obecność,  prawda? - spytał  Andrew,  nadal 
obserwując  jakąś  niewidzialną  istotę.  Marian  przełknęła 
głośno,  ale  nic  nie  odrzekła,  on  zaś  mówił  dalej: - Tak, 
rozumiem.  Chce,  abym  go  pani  opisał.  Zna  go  pani,  ale  inni 
nie są świadomi jego obecności. Być może przekona ich opis 
nieznajomego. - Opadając  z  powrotem  na  fotel,  przycisnął 
dłonie  do  oczu.  Jego  głos  ucichł  i  przeszedł  w  cichy  drżący 
pomruk. - To mężczyzna średniego wzrostu i średniej budowy 
ciała,  noszący  bokobrody.  Ma  dość  długi  nos,  lekko  wygięte 
wąskie  usta,  szerokie  zdradzające  życzliwość  czoło.  Na 
brodzie widzę duże brązowe znamię.

Przycisnęłam  ręce  do  piersi.  Ciałem  Marian  wstrząsnął 

długi 

dreszcz. 

Najbardziej 

jednak 

poruszony 

tą 

background image

charakterystyką  był  pan Phelps. Biały  jak płótno, z  drżącymi 
ustami wpatrywał się w Andrew.

- Zna go pan, panie Phelps - powiedział  ten. - Twierdzi, 

że znał pana za życia.

Mój małżonek skinął głową z bólem.

- Znałem  go.  Zanim...  Był  ojcem  Marian - pierwszym 

mężem pani Phelps.

background image

Rozdział trzydziesty pierwszy
Nawet po tak imponującej demonstracji jasnowidzenia pan 

Phelps  nie  chciał  słuchać,  jak  Andrew  odczytuje  przesłanie 
tajemniczych sił. Jednakże mnie tego nie zabronił.

Owe  słowa  przynosiły  pociechę,  jak  obiecywał  Andrew, 

lecz  również  wzbudzały  lęk.  Pomyśleć  tylko,  że  zostaliśmy 
wybrani  przez  anielskie  duchy,  aby  zaświadczyć  o  wielkich 
prawdach!

- Fizyczny i emocjonalny stan Henry'ego i panny Phelps 

sprawił,  że  owa  kategoria  duchów  ujawniła  swą  obecność -
wyjaśnił Andrew. - Dzięki temu miały możność wyrazić swe 
pragnienie zawarcia bliższej znajomości z rodzajem ludzkim. 
Krótko  mówiąc,  posłużono  się  dziećmi  jak  magnetycznym 
telegrafem.

- Jednak - spytałam  nieśmiało - dlaczego  duchy  robią 

takie dziwne rzeczy? Stukają i rzucają porcelaną...

- Och,  środki  komunikacji  mogą  być  na  początku 

niedoskonałe - oświadczył  nasz ekspert.  Wyraz mojej  twarzy 
musiał  zdradzać  niektóre  z  gnębiących  mnie  wątpliwości. 
Pochylił się więc i wziął me ręce w dłonie. - Droga pani, niech 
pani spróbuje zaufać. Niektóre z tych manifestacji wydają się 
dziwne,  ponieważ  nie  rozumie  pani  ich  głębszego  znaczenia. 
Weźmy  dla  przykładu  żywe  obrazy  figur  wykonane  z  ubrań. 
Przeczytałem  w  gazecie  opis  owej  sceny  nazwanej 
modlitewną.

- Były jeszcze inne, nie tak dopracowane jak pierwsza, ale 

w podobnym stylu.

- Tak, obrazy te były dość podobne, postacie klęczały we 

wdzięcznych  modlitewnych  pozach,  czyż  nie?  Niech  pani 
uwierzy,  że  nie  są  to  sceny  pozbawione  znaczenia  lub - jak 
mogłaby  pani  podejrzewać - nie  chodzi  o  naigrawanie  się  z 
uroczystych  nabożeństw.  Przeciwnie!  Wymowa  tych  postaci 
to  przesłanie  o  ogromnym  znaczeniu.  „Patrzcie,  sama 

background image

ceremonia modlitwy nie ma większego znaczenia niż ubrania, 
z których się składamy".

Nie rozumiem, jak ktokolwiek może krytykować głęboką 

mądrość tej interpretacji.

Za  zgodą  Andrew  pobiegłam,  aby  to  wyjaśnić  panu 

Phelpsowi, który usilnie starał się nie brać udziału w naszych 
dyskusjach.  Zauważyłam,  że  zrobiło  to  na  nim  wrażenie; 
jednak  z  przyczyn,  których  nie  mogę  zrozumieć,  żywił  tak 
silne  uprzedzenie  do  Andrew,  iż  po  chwili  zastanowienia 
potrząsnął głową i oświadczył, co następuje.

- Pomysłowe,  ale  pozbawione  sensu.  Typowe,  obawiam 

się, dla sposobu myślenia pana Davisa.

- Nie może pan tak łatwo zlekceważyć tego, że rozpoznał 

Roba, ojca Marian.

- Mogę.  Obszedł  cały  dom  w  czasie  swojej  poprzedniej 

wizyty. Jak sądzę, Marian ma portret ojca u siebie w pokoju.

Trudno było spierać się z tak ograniczonym umysłem.
Andrew  zapewniał  mnie,  że  nie  skróci  wizyty  z  powodu 

jakiegokolwiek  czynu  czy  słowa  pana  Phelpsa.  Oczywiście 
nasz  gość  był  bardzo  zajęty  i  rozchwytywany  dla  swych 
zdolności...  Niemniej  wiem,  że  zostałby  dłużej,  gdyby  nie 
dotknął go chłód mego męża.

Ranek odjazdu Andrew był ciemny i ponury. Nawet natura 

zdawała się płakać wolno spływającymi kroplami deszczu.

Jego  ostanie  słowa  zwrócone  do  mnie  stanowiły 

powtórzenie  błogosławionej  wiadomości:  „Nie  obawiaj  się, 
niebezpieczeństwo minęło. Zburzyliśmy pokój w twym domu, 
by więcej tego nie uczynić".

I miał rację - wiem, że miał. Gdybyśmy tylko uwierzyli i 

zastosowali się do zalecanego przezeń sposobu postępowania! 
Jego obecność była dla nas chwilą odpoczynku. Choć czas ów 
był krótki, istotnie kłopoty wtedy ustały. To nie jego wina, że 
później  zaczęły  się  znowu,  a  duchy  były  jeszcze  bardziej 

background image

złośliwe niż uprzednio. Tym razem nie mieliśmy wątpliwości 
co do szatańskiego charakteru istot składających nam wizyty, 
ponieważ  siły  sprawiające  nam  udrękę  ujawniły  swoją 
prawdziwą naturę, posługując się metodami z piekła rodem.

Gdy Andrew wyjechał, zachorowałam na rodzaj zapalenia 

opon mózgowych, jak powiedział lekarz, i może ten jeden raz 
ów stary  szarlatan miał rację. Nadal odczuwam skutki  tamtej 
niedomogi.

Choroba  miała  jeden  nieprzewidziany  skutek:  obudziła 

współczucie w sercach ludzi, którzy odwrócili się niegdyś ode 
mnie.  Pierwszą  taką  osobą  była kobieta,  którą  uznawałam  za 
swą zawziętą nieprzyjaciółkę - pastorowa Mitchell.

To  jej  twarz  zobaczyłam  najpierw,  kiedy  w  końcu 

zbudziłam  się  ze  złego  bolesnego snu.  Byłam słaba,  ale  przy 
zdrowych  zmysłach;  przepełniało  mnie  przede  wszystkim 
uczucie  zdziwienia,  kiedy  na  jej  obliczu  zarysował  się 
sztywny, ale życzliwy uśmiech.

Dowiedziałam się później, że nieprzerwanie siedziała przy 

mym łóżku dwa dni i dwie noce, sprawując nade mną opiekę. 
Nigdy  się  nie  zaprzyjaźniłyśmy;  byłyśmy  zbyt  różne.  Nie 
jestem  pewna,  czy  rzeczywiście  mnie  akceptowała.  Jednak 
zdecydowane i oczywiste poczucie tego, co słuszne, nakazało 
jej  dać  mi  zadośćuczynienie,  kiedy  uznała,  iż  dopuściła  się 
niesprawiedliwości.

Powiedziała  to  kilka  dni  później,  kiedy  już  prawie 

powróciłam  do  zdrowia,  a  ona  przygotowywała  się  do 
powrotu  do  domu.  Będąc  żoną  pastora,  musiała  jednak 
skorzystać z okazji, aby najpierw wygłosić krótkie kazanie.

- Musi pani wybaczyć mieszkańcom naszego miasta, pani 

Phelps. Zawsze są skłonni uwierzyć w najgorsze rzeczy, jeśli 
chodzi o tych, którym zazdroszczą.

- Zazdroszczą!  Przecież  jestem  najnieszczęśliwszą  z 

kobiet.

background image

- Jeśli  tak  pani  myśli,  to  niewiele  pani  wie  o  życiu -

odparła  sucho  pani  Mitchell. - W  tym  mieście  żyją  dzieci, 
które  odżywiają  się  resztkami,  jakich  nie  dałaby  pani  nawet 
psu  ani  kotu,  oraz  młode  kobiety  z  głodu  doprowadzone  do 
czynów, o których boję się nawet myśleć.

Odwróciłam  głowę.  Już  wcześniej  słyszałam  podobne 

słowa.  Pan  Phelps  zawsze  mówił  w  kazaniach,  że  zamiast 
narzekać po -

background image

Rozdział trzydziesty drugi
Winniśmy  być  zadowoleni  z  otrzymanych  dobrodziejstw. 

Wszystko  to  jest  bez  wątpienia  prawdziwe,  lecz  jeśli  ktoś 
nieszczęśliwy  słucha  o  nieszczęściach  innych  ludzi,  jego 
zgryzota wcale nie staje się dzięki temu mniejsza.

- Była  pani  chora - mówiła  dalej  pani  Mitchell - czemu 

nie można się dziwić. Teraz jednak musi pani podjąć wysiłek. 
Pomogę  pani  i  zrobię  wszystko,  na  co  mnie  stać,  jestem  to 
pani  dłużna.  Muszę  przyznać,  że  kiedyś  żywiłam  pewne 
niesprawiedliwe podejrzenia.

- Co  sprawiło,  że  zmieniła  pani  zdanie? - spytałam  z 

ciekawości.

- Przypuszczam,  że  częściowo  wpłynęła  na  to  pani 

choroba - odpowiedziała ta uczciwa, choć nieładna kobieta. -
Cierpiała pani; najwyraźniej jest pani ofiarą. Mój mąż zawsze 
tak  uważał.  Na  początku  nie  chciałam  się  zgodzić  z  jego 
zdaniem, ale z czasem dostrzegłam, że ma rację.

- Jestem mu wdzięczna za wsparcie, a pani za dobroć.
- Gdyby  mnie  pani  potrzebowała,  natychmiast  powrócę. 

Jednak mam nadzieję, że najgorsze minęło.

Usiadłam  po  raz  pierwszy  tego  dnia.  Pani  Mitchell 

pomogła  mi  przejść  na  fotel  blisko  okna,  gdzie  mogłam 
cieszyć  się  balsamicznym  powietrzem  i  blaskiem  słońca. 
Wiosna nadeszła, kiedy leżałam na moim łożu boleści. Świeże 
zielone  liście  poruszały  się  na  wietrze,  a  trawniki  pełne  były 
różnobarwnych kwiatów. Uśmiechnęłam się do pani Mitchell.

- Wiem, że już minęło. Pan Davis zapewnił mnie o tym. 

Pomarszczona twarz pani Mitchell przybrała ogromnie dziwny

wyraz.  Po  chwili  kobieta  wzdrygnęła  się  lekko  i 

powiedziała:

- Przypuszczam, że pan Davis ma słuszność. Jednak pani 

mąż jest dobrym, mądrym człowiekiem. Niech pani mu zaufa i 
pokłada nadzieję w Bogu.

background image

Byłam o wiele bardziej skłonna pokładać nadzieję w pani 

Mitchell,  chociaż  oczywiście  głośno  tego  nie  powiedziałam; 
uznałaby  taką  uwagę  za  bluźnierczą.  Jak  wszyscy  o  silnej 
osobowości szczyciła się własną umiejętnością oceny innych. 
Stwierdziła, że zostałam niewinnie skrzywdzona i teraz nigdy 
nie  zmieniłaby  zdania,  chyba  że  zrobiłabym  coś  naprawdę 
niegodnego.

Przyrzekłam sobie szczerze, że nie zrobię niczego takiego. 

Zależy mi na dobrej opinii innych ludzi; przypuszczam, że to 
mój  słaby  punkt.  Pan  Phelps  twierdzi,  że  nie  powinniśmy 
przejmować  się  tym,  co  mówią  inni,  jeśli  sami  czujemy  się 
przekonani  o  słuszności  naszego  postępowania.  Być  może 
mężczyźni  to  potrafią.  Przewyższają  nas  rozumem - tak 
zapewnia  Pismo  Święte.  My,  kobiety,  pragniemy,  a  nawet 
potrzebujemy miłości, serdeczności i akceptacji.

Pani Mitchell istotnie udało się przywrócić mi poprzednie 

miejsce  w  społeczności.  Nie  ulegało  kwestii,  że  to  ona 
przyczyniła  się  do  tego,  ponieważ  kiedy  przyszli  goście, 
siedziała z nimi przez cały czas, bezlitośnie zmuszając ich do 
uprzejmości i ucinając niby delikatne i żartobliwe, a w istocie 
krytyczne uwagi, w jakich celują kobiety. Nie wszystkie panie 
zostały przez nią przekonane; dość duża grupa przeciwniczek 
trzymała  się  na  uboczu,  ale  jej  stronniczki  robiły  tak,  jak  im 
poleciła i po raz pierwszy od tygodni podejmowałam gości, i 
powróciłam do pracy w kole kobiet.

Ale  nie  przyjęłam  nikogo,  dopóki  nie  zadbałam  o  swój 

wygląd.  Wyglądałam  po  chorobie  okropnie - miałam 
zapadnięte oczy, byłam blada i niemal tak wymizerowana jak 
pani  Mitchell.  Straciłam  tak  bardzo  na  wadze,  że  wszystkie 
suknie  na  mnie  wisiały.  Marian  miała  zajęcie  na  wiele  dni, 
gdy  zleciłam  jej zwężanie  moich strojów.  Chociaż jest  dobra 
w niewielu rzeczach, to do igły ma talent.

background image

Wzruszyłam się, widząc zadowolenie córki, gdy zobaczyła 

mnie znowu na nogach po chorobie i zapewniła, że działania 
nadprzyrodzonych  sił  rzeczywiście  ustały.  Wybite  szkło  w 
kilku oknach, jakieś pukanie od czasu do czasu - nic ponadto.

Z  radością  przyjęłam  to  zapewnienie.  Chciałam  w  nie 

uwierzyć.

Mój drogi Harry zachowywał się na pozór normalnie i był 

o  wiele  mniej  nerwowy  niż  uprzednio,  jednakże  zdawałam 
sobie sprawę z dystansu pomiędzy nami. Kiedy tylko chciałam 
z nim porozmawiać, uciekał na jakąś wyprawę.

Wspomniałam  o  tym  panu  Phelpsowi,  ale  przeszedł  do 

porządku dziennego nad moimi obawami.

- Chłopiec dorasta, pani Phelps. Nie chciałaby pani chyba, 

aby zawsze trzymał się maminej spódnicy.

Spodziewałam  się,  że  mój  małżonek  zasugeruje,  abym 

wróciła  do  naszej  wspólnej  sypialni,  gdy  tylko  stan  mój  się 
poprawi.  Mówiąc  szczerze,  myśl  ta  budziła  we  mnie  odrazę. 
Odpoczynek  i  odosobnienie  okazały  się  bezwzględnie 
konieczne dla moich nerwów i postanowiłam przedłożyć taki 
argument,  gdyby  mąż  podjął  ów  temat.  Nie  było  jednak 
potrzeby; nie wspomniał o tym nawet. Jestem przekonana, że 
nie przeżyłabym bez tych godzin odosobnienia. Jak cudownie 
było zamknąć za sobą drzwi w nocy i odpoczywać w zupełnej 
samotności,  swobodnie  marzyć  i  czytać  oraz  snuć  własne 
myśli. Może mój mąż to wyczuł.

Lub też miał inne powody.
W  połowie  czerwca,  jak  sądzę,  pan  Phelps  zawołał  mnie 

do  biblioteki,  aby  pokazać  mi  napisany  przez  siebie  list. 
Zaadresowany był do wydawcy „New Haven Journal". Kiedy 
czytałam początkowe wiersze, serce zaczęło mi walić w piersi: 
„Niedawno  uwaga  ogółu  zwróciła  się  na  pewne  dziwne 
zjawiska,  które  nazwano  «tajemniczymi  stukotami»". 
Rzucając list na biurko, zawołałam:

background image

- Czy jest pan szalony, znowu chcąc do tego powracać?
- Proszę przeczytać zakończenie - nalegał mój mąż.

W  nieco  ponurym  usposobieniu  przewróciłam  strony  do 

wskazanego  przez  niego  miejsca  i  przeczytałam:  „Ostatnio 
owe  przykre  zdarzenia  w  moim  domu  występowały  coraz 
rzadziej i obecnie, tak jak miałem nadzieję, zupełnie ustały".

- Czułem, że dla spokoju pani umysłu będzie lepiej, jeśli 

pani  się  o  tym  dowie - oznajmił  mój  małżonek. - Mam 
wrażenie, że czuje się pani znacznie lepiej...

- Czuję się znakomicie.
- Cieszę się, że to słyszę.

Odłożyłam list na bok. Obok niego na biurku leżał otwarty 

egzemplarz 

tamtego 

nienawistnego 

czasopisma, 

zatytułowanego „Filozof spirytyzmu".

- A  jednak  nie  porzucił  pan  zainteresowania  tymi 

sprawami - powiedziałam.

- Nie ma w nich niczego szkodliwego. Zdecydowanie nie 

zamierzam przystosowywać się do żądań ludzi o ograniczonej 
umysłowości.

Gdy  wędrowałam  oczami  w  dół  po  kolumnach  druku, 

jedno  nazwisko  przyciągnęło  mój  wzrok.  Mimowolnie  usta 
ułożyły mi się, by głośno wypowiedzieć słowa:

- „Wspaniała  harmonia"  pióra  Andrew  Jacksona  Davisa. 

„Filozoficzne objawienie świata przyrody, ducha i Boga".

- Tak - zauważył  zimno  pan  Phelps. - Pan  Davis  jest 

zaiste płodnym autorem.

- Czy  nie  zamówi  pan  tego  tomu?  Cena  wydaje  się 

rozsądna - tylko dolar dwadzieścia pięć centów.

- Nie sądzę. Idee pana Davisa są mi dosyć dobrze znane.
- Zastanawiałam  się,  czy  nie  powinniśmy  do  niego 

napisać, aby mu donieść o szczęśliwym zakończeniu naszych 
kłopotów.

background image

- Obecnie znajduje się gdzieś na zachodzie kraju. Jestem 

pewien, że przestał się nami interesować.

Odpowiedziałabym, ale pan Phelps nie dał mi okazji.

- Jest  jeszcze  jedna  sprawa,  o  której  zamierzałem  pani 

wspomnieć.  Postanowiłem,  że  Henry  będzie  przez  pewien 
czas  spał  w  moim  pokoju.  Kazałem  wstawić  tam  niewielkie 
łóżko dla niego.

Zmiana tematu była tak nagła, że mogłam tylko patrzeć na 

mego  małżonka  szeroko  otwartymi  oczami.  Wziął  moje 
zaskoczenie  za  cichą  akceptację  i  z  uśmiechem  aprobaty 
mówił dalej:

- Henry jest nerwowy, jak pani wiadomo. Pani przyjaciel, 

pan Davis, wyjaśnił, że to dla niego stan naturalny. Śpi lepiej, 
jeśli ktoś jest przy nim.

Niech Bóg mi wybaczy - nie zadawałam pytań ani niczego 

nie  dociekałam.  Nie  byłam  gotowa  na  przyjęcie  prawdy.  W 
mojej cichej sypialni, w pewnej odległości od pokojów, gdzie 
spali inni, mogłam żyć w nieświadomości tego, co się działo.

background image

Rozdział trzydziesty trzeci
Pewnego  dnia  w  lipcu  pan  Phelps  uznał  za  właściwe 

poinformować  mnie,  że  będziemy  mieć  gości.  Skarżyłam  się 
na duchownych oraz dziennikarzy, ale teraz nadchodziła plaga 
najgorsza ze wszystkich - krewni pana Phelpsa. Już wcześniej 
zapowiadali swój przyjazd, lecz jak szczury, które opuszczają 
skazany  na  zagładę  okręt,  postanowili  trzymać  się  od  nas  z 
dala,  gdy  znosiliśmy  nasze  bolesne  doświadczenia.  Obecnie 
najwidoczniej zostaliśmy przywróceni do łask. Doktor Phelps 
z małżonką oraz pan Austin Phelps zaproponowali, że spędzą 
kilka tygodni w Stratfordzie.

Doktor  Phelps,  brat  mojego  męża,  był  flegmatycznym, 

pełnym  rezerwy  dżentelmenem,  który  odzywał  się  bardzo 
mało, być może dlatego, że jego żona mówiła tak dużo, iż nie 
mógł  nawet  wtrącić  słowa.  Była  najgłupszą  ze  wszystkich 
starych  dam  i  nigdy  nie  akceptowała  mnie  ani  moich  dzieci. 
Najbardziej  jednak  lękałam  się  Austina,  syna  pana  Phelpsa  z 
pierwszego małżeństwa, człowieka o absolutnie przerażającej 
powadze. Pan Phelps był bezgranicznie zeń dumny, ponieważ 
poszedł  śladami  ojca  i  zajął  się  jego  profesją,  czyli  teologią. 
Spodziewano się, że zrobi wielką karierę. Wolałabym, aby nie 
był  w  stosunku  do  mnie  tak  uprzejmy.  Lodowato  poprawny 
sposób bycia był niemal gorszy niż jawna uraza.

Przyjechali podczas gwałtownej burzy z piorunami - był to 

jeszcze  jeden  ze znaków  natury,  na  które  stawałam się  coraz 
bardziej uwrażliwiona. Austin się nie zmienił i kiedy ujął moją 
dłoń na powitanie, miałam wrażenie,  że dotykam przedmiotu 
wyrzeźbionego z kamienia.

Pani Harriet Phelps przez następnych kilka dni zajmowała 

stale mój czas. Nie była w stanie znieść własnego towarzystwa
- nic  dziwnego! - i  chodziła  za  mną  po  całym  domu, 
bezustannie  gadając.  Odkryłam,  że  nie  ona  wszakże  ponosi 
odpowiedzialność za to, iż rodzina trzymała się z dala od nas, 

background image

gdy przeżywaliśmy niedawne katusze, fascynowały ją bowiem 
duchy.

- Czy  narzędzie  do  ostrzenia  nożyczek  rzeczywiście 

wzniosło się w powietrze? - spytała z okrągłymi ze zdumienia 
oczami.

- Oczywiście, że nie. Było to całkowite kłamstwo.
- Jednakże  szyby  zostały  wybite,  a  Harry  uniósł  się  w 

powietrze.  Och - ciągnęła  dalej,  nie  zostawiając  mi  czasu  na 
odpowiedź - szalenie mnie to wszystko zaciekawiło. Chciałam 
was wtedy odwiedzić, ale wie pani, pani Phelps...

- Wiem.  Wielu  dobrych  przyjaciół  odstąpiło  nas  w 

tamtym czasie.

Panią  Harriet  można  było  obrażać  całkowicie  bezkarnie. 

Nawet tego nie zauważała.

- No  cóż - odrzekła  zadowolona  z  siebie - ludzie  są 

zupełnymi  ignorantami  w  kwestiach  duchowych.  Ja  jestem 
zupełnie  inna.  Och,  naprawdę  chciałabym,  aby  coś  się 
wydarzyło, gdy tu jestem!

Powiadają, że nie tylko Bóg wysłuchuje życzeń.
Pewnego  razu  kiedy  próbowałam  na  chwilę  uciec  przed 

mą szwagierką, przypadkowo usłyszałam rozmowę pomiędzy 
Austinem  a  panem  Phelpsem.  Panowie  spędzali  większość 
czasu  w  bibliotece,  rozmawiając,  jak  sądziłam,  na  tematy 
teologiczne.  Już  wkrótce  miałam  się  dowiedzieć,  jak  bardzo 
moje przypuszczenie było mylne.

Nigdy  przedtem nie  słyszałam,  aby  Austin podnosił głos. 

Jego  gwałtowny  ton  przyciągnął  moją  uwagę,  gdy 
przechodziłam  obok.  Zdziwiona  stałam  w  bezruchu  na  tyle 
długo, aby podsłuchać słowa pasierba.

- Jestem  zdumiony  twoim  stanowiskiem,  ojcze.  Z  całą 

pewnością  wywołujesz  zjawiska,  które  lepiej  pozostawić  w 
spokoju.

background image

- Nigdy wcześniej nie wątpiłeś w moje słowa, Austinie -

odparł pan Phelps tonem ponurego zarzutu.

- I teraz nie podaję ich w wątpliwość. Jestem pewien, że 

wszystkie  opisywane  przez  ciebie  wydarzenia  są  całkowicie 
prawdziwe. Zastanawiam się tylko nad twoją ich interpretacją.

- Przyznałeś  wczoraj,  że  nikt  z  obecnych  w  domu  nie 

mógł być sprawcą usłyszanych przez was odgłosów.

Nie  mogłam  tego  dłużej  znieść.  Gwałtownym  ruchem 

otworzyłam drzwi.

- Jakich  odgłosów? - zawołałam. - Co  się  stało?  Panie 

Phelps,  zapewniał  mnie  pan,  że  ta  sprawa  się  skończyła. 
Obiecał mi pan!

Myślę,  że  mój  małżonek  powiedział  coś  o  osobach 

podsłuchujących  cudze  rozmowy,  ale  byłam  zbyt 
zdenerwowana,  aby  zwracać  uwagę  na  jego  słowa.  Pozostali 
zdawali  się  przepraszać  i  zachowali  się  uprzejmie;  Austin 
zmusił  mnie,  abym  usiadła  w  fotelu,  a  doktor  Phelps  stanął 
obok i ujął mój nadgarstek.

- Musisz  powiedzieć  jej  prawdę,  bracie - zwrócił  się  do 

mojego  męża. - Jest  o  wiele  mniej  niepokojąca  niż  rzeczy, 
jakie może sobie wyobrazić twoja małżonka. Pani Phelps, pani 
puls jest przyśpieszony. Proszę się uspokoić.

Następnie powiedzieli mi, co się stało.
O północy Austina obudziło głębokie westchnienie, które 

dochodziło przez dziurkę od klucza, i ktoś powtórzył je kilka 
razy dość głośno. Nastąpiło po nim potężne uderzenie młotem 
w holu. Kiedy Austin wstał i zapalił światło, odkrył wygięcia 
na  poręczy,  jak  gdyby  uderzono  w  nią  młotkiem.  Wszedłszy 
na  górę,  zastał  wszystkie  dzieci  śpiące,  a  drzwi  do 
pomieszczeń dla służby zamknięte na klucz.

- Zamknięte na klucz? - przerwałam.

background image

- Od pewnego czasu zachowuję takie środki ostrożności -

wyjaśnił mój mąż. - Należało oczyścić służących z podejrzeń. 
Zrobiłem to w umiejętny sposób.

- Jednak  przypuszczam, że  moje  dzieci  są  nadal 

podejrzane!

- Nikt nie podejrzewa pani, pani Phelps - zapewnił mnie 

doktor.

- Czy nic nie słyszała pani ubiegłej nocy? - spytał Austin.
- Lekarstwo,  jakie  zażywam - na  nerwy - zawiera 

laudanum.  Spałam  bardzo  głęboko... - Nie  mogłam  dalej 
mówić.  Czy  to  dlatego  pan  Phelps  nie  sprzeciwiał  się,  abym 
miała własną sypialnię? Czy drzwi do mojego pokoju, tak jak 
te do izdebek służących, zamykano na klucz, gdy już udałam 
się na spoczynek?

Oczy  napełniły  mi  się  łzami.  Panowie  Phelps  i  Austin 

wymienili spojrzenia. Mój pasierb powiedział:

- Miała  pani  ciężkie  dni,  pani  Phelps.  Jednak  mogłaby 

pani  bardzo  dopomóc  mojemu  ojcu,  gdyby  tylko  pani 
zechciała.

- Co  mogę  zrobić?  Przysięgam,  że  jestem  niewinna! 

Jestem dobrą chrześcijanką, należę do kościoła...

- Wierzę pani. - Austin usiadł obok mnie. - Przyznaję, że 

przyjechałem  tu  z  pewnymi  podejrzeniami.  To,  co 
zobaczyłem,  przekonuje  mnie,  że  jest  pani  całkowicie 
niewinna i nie brała pani w ni - . czym udziału. Mam nadzieję, 
iż to stwierdzenie dobrze wpłynie na pani samopoczucie.

- Och tak, w istocie. Dziękuję.
- Pani aktywny udział w naszych rozważaniach byłby dla 

mnie  ogromną  pomocą - odezwał  się  mój  mąż. - Czułem  się 
zobowiązany ukryć pewne rzeczy przed panią ze względu na 
poważny stan jej nerwów.

- Okłamał mnie pan!

background image

Wyraz  surowości  i  obłudy  nie  zniknął  z  twarzy  pana 

Phelpsa.

- Nigdy  pani  nie  okłamałem.  Oświadczenie,  jakie 

wysłałem do gazety w czerwcu, było prawdziwe. Jednak kiedy 
stukoty zaczęły się znowu...

- Dlaczego się zaczęły? - spytałam. - Zrobił pan coś, aby 

je wywołać!

- Dopiero  wtedy... - Mój  mąż  przerwał  nagle. - Nie 

będziemy  się  poniżać  podobną  wymianą  zdań,  pani  Phelps. 
Czy  teraz  nie  łatwiej  pogodzić  się  z  faktami,  gdy  mamy 
wsparcie mojej rodziny i sympatię wielu naszych przyjaciół?

Spojrzałam  na  Austina.  Uśmiechał  się - ciepłym, 

dodającym  otuchy  uśmiechem,  jakiego  nigdy  wcześniej  nie 
widziałam na jego surowej twarzy.

- Fakty,  o  których  pan  wspomina,  mają  ogromne 

znaczenie - przyznałam.

- W  takim  razie  działajmy  razem - perswadował  pan 

Phelps. - Sądzę,  że  jestem  na  dobrej  drodze,  aby  obecnie 
zrozumieć te sprawy.

- Oczywiście spróbuję, naprawdę to zrobię. Jednak moje 

nerwy nie zniosą wiele więcej.

- Zjawiska  te  nie  muszą  wcale  trwać  w  nieskończoność. 

Uroczyście obiecuję, że jeśli nie zakończę tej sprawy do końca 
lata,  na  pewien  czas  wyślę  panią - może  do  Filadelfii.  Czy 
chciałaby pani tego?

- Nie  musi  pan  rozmawiać  ze  mną,  jak  gdybym  była 

dzieckiem, ani przekupywać mnie obietnicami.

Mając  poczucie  własnej  godności,  czułam,  że  jestem 

winna  owe  słowa  samej  sobie;  w  gruncie  rzeczy  jednak 
obietnica  ta  podniosła  mnie  na  duchu.  Przewidywanie 
zakończenia,  jakkolwiek  oddalonego  w  czasie,  sprawiało,  że 
łatwiej było mi znieść każdą troskę.

background image

Pan  Phelps  zmarszczył  lekko  czoło,  ale  nie  odpowiedział 

na  moje  uwagi.  Zbyt  gorąco  potrzebował  pomocy,  o  jaką 
prosił.

- Czy nazwisko D'Sauvignon mówi coś pani?

Pytanie  to  było  tak  sprzeczne  z  moimi  podejrzeniami,  że 

mogłam  się  tylko  w  mego  męża  wpatrywać  z  szeroko 
otwartymi oczami.

- Nie - odpowiedziałam w końcu. - A czy powinno?
- Zgodnie  z  uzyskanymi  informacjami  mężczyzna  o  tym 

nazwisku  pomagał  oszukać  panią  przy  rozliczeniach 
spadkowych.  Proszę  posłuchać,  przeliteruję  je  dla  pani;  być 
może moja wymowa wprowadziła ją w błąd.

Kiedy to zrobił, doznałam objawienia.

- Wymówił  je  pan  błędnie;  to  francuskie  nazwisko.  Był 

pewien  urzędnik o tym  nazwisku - lub  podobnym - w firmie 
prawniczej w Filadelfii. Ale skąd pan się o nim dowiedział?

Mój mąż wydawał się trochę zakłopotany. Po chwili próśb 

i  nalegań  wyjaśnił,  że  pewnej  nocy,  kiedy  pukania  były 
szczególnie  uporczywe,  postanowił  zadać  duchowi  pytania 
tak, jak postępowano w innych przypadkach tego rodzaju. Ku 
swemu  zaskoczeniu  otrzymał  inteligentne  odpowiedzi  z 
mozołem  odczytane  za  pomocą  liter  alfabetu - stąd  błędna 
wymowa nazwiska.

Nieznana  niewidzialna  istota  odpowiadająca  na  pytania 

poinformowała  mego  małżonka,  że  znalazła  się  w  piekle. 
Udzielono jednak jej zgody, by oznajmić panu Phelpsowi, że 
wyrządzono  mi  krzywdę,  ten  zaś  w  napięciu  oczekiwał,  aż 
sprawdzi  dokładność  informacji,  ale  nie  wiedział,  jak  zacząć 
swoje badania bez mojego współudziału.

Nie  trzeba  dodawać,  że  byłam  zdziwiona  szaleństwem 

mego  męża.  Poprzednio  był  nieugięty  i  nie  chciał 
podtrzymywać  łączności  z  życzliwymi  duchami,  jakie 
rozpoznał  pan  Davis.  Duchy  te  jednak  odeszły - Andrew  dał 

background image

mi  co  do  tego  słowo.  A  zatem  kto  odpowiedział  na  pytania 
pana  Phelpsa?  Znałam  odpowiedź.  Istota  owa  podała  się  za 
potępioną duszę.

Zdumiewająca  dokładność  informacji  napełniła  mnie 

jednak  takim  zdziwieniem,  że  na  chwilę  przezwyciężyłam 
swoje obawy.

- Tak, rzeczywiście, był taki człowiek! - wykrzyknęłam. -

Jakie to zdumiewające.

- Być  może  powinienem  jechać  do  Filadelfii,  żeby 

zobaczyć, co da się zrobić - powiedział pan Phelps.

- Być  może  powinien  pan.  Nie  chodzi  o  pieniądze -

dodałam  poważnie. - Jeśli  popełniono  niesprawiedliwość, 
powinniśmy  to  zgłosić  i  ukarać  winowajcę.  Może  oszukiwać 
innych.

- Ma pani zupełną rację. - Pan Phelps uśmiechnął się do 

mnie z aprobatą.

- Będę bardzo zadowolona - oświadczyłam - jeśli pan to 

zrobi.

background image

Rozdział trzydziesty czwarty
Przez te wszystkie dni, kiedy oczekiwaliśmy powrotu pana 

Phelpsa,  znajdowałam  ogromną  ulgę  w  rozmowach  z 
Austinem.  Jego  wsparcie  bardzo  podnosiło  mnie  na  duchu. 
Myślę,  że  choć  memu  pasierbowi  brakło  serdeczności, 
potraktował  mnie  sprawiedliwie,  a  to  było  wszystko,  czego 
pragnęłam.  Pokazał  mi  nawet  ogromnie  dziwny  list  napisany 
ołówkiem,  który  zrzucono  z  góry  na  biurko  mojego  męża. 
Zapamiętałam fragment, ponieważ był bardzo osobliwy.

Drogi  Bracie - zaczynał  się - a  był,  oczywiście 

zaadresowany,  do mojego męża. - Pan postępuje szczodrze  z 
wybranym przez siebie lu - dem. Brat Conuerse zachorował na 
cholerę,  a  brat  Fairchild  tak  bardzo  się  roztył,  że  z  trudem 
można go poznać... Stary Tiers zwariował  i został zamknięty 
w domu wariatów... - Dalej znajdowało się wiele więcej takich 
okropnych  plotek,  które  przypuszczalnie  dotyczyły  naszych 
dawnych  przyjaciół,  a  szalona  epistoła  podpisana  była 
nazwiskiem znanego pastora mieszkającego w Filadelfii!

Austin  zgodził  się  ze  mną,  że  jest  niemożliwością  coś  z 

tego  zrozumieć.  List  ten  wydawał  się  tak  absurdalny,  że  nie 
mógł  nikogo  z  nas  przestraszyć  pomimo  tajemniczego 
pochodzenia. Prawdę powiedziawszy, przyłapałam się na tym, 
że uśmiecham się, odczytując kolejne zdania.

Mój  mąż  powrócił  następnego  dnia.  Znalazł  dostatecznie 

dużo  dowodów,  aby  potwierdzić  nasze  podejrzenia,  chociaż 
nie tyle, by wnieść sprawę do sądu. To mnie zirytowało. Pan 
Phelps  wszakże  był  niezmiernie  zadowolony,  że  uzyskał 
potwierdzenie swych informacji.

Nie  można  było  ukryć  przed  panią  Harriet,  że  pukania 

zaczęły  się  na  nowo.  Była  podekscytowana  w  sposób 
przyprawiający  o  mdłości  i  nalegała,  aby  pozwolono  jej 
osobiście porozmawiać z „duchami". Próbowałam ją odwieść 
od tego zamiaru, dopóki nie wróci pan Phelps, ale nie mogłam 

background image

sprawić,  aby  zachowała  milczenie  na  ten  temat.  Pewnego 
popołudnia  podejmowałam  u  siebie  kilka  pań,  które  wpadły, 
aby  poznać  moją  szwagierkę,  kiedy  ta  niegodziwa  kobieta 
zaczęła  opowiadać  moim  gościom  o  dziwnych  listach 
spadających z nieba.

Pani  Mitchell  również  znajdowała  się  wśród  przybyłych. 

Moje  próby,  aby  zmienić  temat,  okazały  się  daremne, 
spojrzałam  więc  na  nią  przepraszająco  i  zobaczyłam,  że 
nachyla się w fotelu, nasłuchując z taką ciekawością jak inne 
panie.  Jej  usta  ściągnęły  się  potępiająco,  ale  oczy  lśniły 
podnieceniem.

Często  zastanawiałam  się,  czy  silne  pragnienie  może 

rzeczywiście  wywołać  od  dawna  wyczekiwane  zjawiska. 
Chociaż zaprzeczyłyby temu, każda z tych godnych szacunku 
i  postępujących  zawsze  właściwie  dam  tęskniła  za 
demonstracją  magicznych  sił.  Być  może  właśnie  dlatego  ich 
życzenie się spełniło.

W tamtym czasie niewiele było rozrywek przy filiżankach 

herbaty  i  nikt  naprawdę  nie  dostrzegł  kartki,  dopóki  nie 
sfrunęła w dół na dywan.

Harriet  rzuciła  się  na  nią,  wydając  z  siebie  krótki  pisk 

zdenerwowania, i przeczytała głośno:

- „Sir  Sambo  przesyła  paniom pozdrowienia  i prosi,  aby 

je  przyjąć  jako  dowud  jego  szacunku".  (W  liście  były  błędy 
ortograficzne).

Rozległy  się  pełne  ożywienia  okrzyki.  Zebrane 

przekazywały sobie z rąk do rąk brudny kawałek papieru.

Panie  tego  popołudnia  zostały  do  późna.  Jednak  nie 

wydarzyło się już nic więcej.

Gdy  tylko  pan  Phelps  powrócił,  szwagierka  pokazała  mu 

kartkę. Na jej widok potrząsnął głową, uśmiechając się lekko.

background image

- Sir  Sambo  nie  zna  zbyt  dobrze  ortografii,  nieprawdaż? 

Widocznie w świecie duchów podobnie jak w tym znajdują się 
istoty lubiące żarty.

- To musi coś oznaczać - upierała się Harriet.
- Nic nie znaczy.
- W  takim  razie  życzyłabym  sobie,  aby  napisał  do  mnie 

miły  list - mówiła  dalej  bez  ładu  i  składu. - Taki,  który 
mogłabym potem wysłać do niektórych z naszych krewnych -
niewiernych  Tomaszów,  jak  ich  nazywam - wie  pani,  kogo 
mam na myśli!

Powtórzyła  tę  prośbę  pół  żartem,  pół  serio  następnego 

popołudnia, gdy rodzina zebrała się w salonie. Zaledwie kilka 
minut później jakaś kartka spadła na stół.

Jednakże list nie był adresowany do Harriet. Zaczynał się 

od słów: „Droga Mary".

Harriet  przerwała  czytanie.  Nie  tylko  jej  spojrzenie 

zwróciło  się  z  niemym  pytaniem  w  kierunku  Marian,  która 
siedziała w swoim kącie, pochylona nad szyciem. Dziewczyna 
w  ciągu  minionych ostatnich  tygodni  stała  się  nawet  jeszcze 
bardziej milcząca niż zazwyczaj i zaczęła nosić mysie kolory -
ciemnoszary  lub  brązowawy.  Słysząc  imię,  które  można  by 
uznać za odmianę jej własnego, upuściła haft i załamała ręce.

- Mamo, doprawdy, nie prosiłam...
- Nikt  cię  o  nic  nie  oskarża - zapewniłam  ją  szybko. -

Czytaj dalej, Harriet. - Co tym razem mówi sir Sambo?

- To  nie  od  niego - stwierdziła  poważnie  Harriet. - W 

liście jest mowa o tym, że autor ma się dobrze i prosi mnie -
czy  też  Mary - aby  przekazać  jego  pozdrowienia  pannie 
Kennedy  oraz  państwu  Davis.  Czy  przypuszczacie,  że  to  ten 
sam...

-

Mniejsza  o  to

-

przerwał  jej  pan  Phelps 

zniecierpliwiony. - Jaki jest podpis, Harriet?

Oczy kobiety zrobiły się okrągłe ze strachu.

background image

- H.P.  Devil - wyszeptała. - To  przecież  moje  inicjały: 

H.P. Czy myślicie...

- Myślę,  że  to  stek  nonsensów - odezwał  się  Austin. -

Wydaje mi się zupełnie jasne, że jeśli są to w ogóle duchy, to 
chodzi o duchy, które kłamią i oszukują.

- Zgadzam  się - przyznał  mu  rację  mój  mąż  i  przeszył 

mnie odpychającym triumfalnym spojrzeniem.

Przypominał sobie zapewne o tym, jak Andrew upierał się, 

że  nasi  goście  są  przybyszami  z  wyższej  sfery.  Ta  ostatnia 
wiadomość  stanowiła  dowód,  iż  pan  Davis  się  mylił. 
Niewłaściwość  owego  rozumowania  była  tak  oczywista,  że 
nie muszę jej nawet wskazywać.

Nadal  od  czasu  do  czasu  nawiązywano  bezdennie  głupią 

łączność z duchami. Mogliśmy otrzymać nawet dwie kartki w 
ciągu dnia; następnie zaś mijał tydzień bez listu. Wiadomości 
były  tak  śmieszne,  że  nie  mogłam  traktować  ich  poważnie,  i 
chociaż stukania i głuche uderzenia się powtarzały, a od czasu 
do  czasu  wybijano  szybkę  okienną  dla  ożywienia  owych 
poczynań,  więcej  już  nie  odczuwałam  tak  wielkiej  trwogi. 
Poufałość rodzi pogardę, jak powiedział Austin. Harry stracił 
w końcu zainteresowanie tą sprawą. Przez całe dni przebywał 
poza  domem  z  kolegami,  pływając  i  grając  w  piłkę,  a  pan 
Phelps zapewniał mnie, że w nocy twardo śpi.

Nasi  goście  wyjechali  w  sierpniu.  Nigdy  nie 

przypuszczałam, że wyjazd pasierba sprawi mi taką przykrość. 
Polegałam  na  jego  opanowaniu,  rzeczowości  i  spokoju  oraz 
milczącym współczuciu.

Wszystko się zmieniło, gdy odjechali. Nie potrafię opisać 

tej  różnicy,  chociaż  odczuwałam  ją  dotkliwie.  Możliwe,  że 
pogoda - dalej  było  upalnie  i  parno - miała  coś wspólnego  z 
moim nastrojem niepokoju. W nocy było równie duszno jak w 
długie gorące dni – bez najlżejszego powiewu wiatru. Marian 

background image

zaczęła  zdradzać  oznaki  bezsenności;  z  dnia  na  dzień  miała 
coraz większe sińce pod oczami.

Powoli lato dobiegało końca i Harry narzekał, że zbliża się 

czas  szkoły,  a  ja  zaczęłam  myśleć  o  Filadelfii.  Pan  Phelps 
obiecał,  że  pojedziemy,  jeśli  stukoty  będą  się  powtarzały - a 
one  występowały  nadal,  chociaż  doszło  już  do  tego,  że 
uważaliśmy  hałasy  za  coś  zwyczajnego.  Faktycznie 
przyczyniły  się  one  częściowo  do  mojej  coraz  większej 
popularności.  Stale  gościłam  u  siebie  znajome  panie.  Gdy 
widziałam, jak siedzą z filiżankami w ręku, rozglądając się z 
nadzieją  po  pokoju  w  oczekiwaniu  na  kolejną  wiadomość  z 
zaświatów,  chciało  mi  się  śmiać.  Wśród  owych  wieści  było 
kilka  obraźliwych  głupich  plotek - podpisanych  „Sam  Slick" 
oraz „Belzebób".

Mniej  więcej  w  tym  samym  czasie  doznałam  kolejnego 

nawrotu  choroby - nie  mogę  sobie  przypomnieć,  kiedy 
dokładnie  to  nastąpiło - myślę, że  zaatakowała  mnie  ta  sama 
gorączka  co  wcześniej,  chociaż  sądzę,  że  upał  miał  z  tym 
wiele wspólnego. Pani Mitchell nie mogła mnie pielęgnować. 
Zapomniałam dlaczego. Chyba jakieś zobowiązania rodzinne. 
Nie  miało  to  żadnego  znaczenia,  całkiem  dobrze  poradziłam 
sobie  bez  niej.  W  gruncie  rzeczy  gdy  minęła  ta  niedomoga, 
przez  długi czas czułam  się  jeszcze lepiej niż przedtem.  Gdy 
obudziwszy  się  pewnego  ranka,  stwierdziłam,  że  powietrze 
jest  ostre,  a  liście  przybierają  brązowy  kolor,  ogarnęła  mnie 
ogromna  energia.  Kiedy  weszła  Marian,  przeglądałam 
wszystkie swoje ubrania, aby zobaczyć, które trzeba oczyścić, 
a które oddać biednym.

- Mamo,  nie  powinnaś  się  przemęczać - odezwała  się 

swoim  cichym,  zaspanym  głosem  moja  córka. - Usiądź  i 
powiedz mi, w czym mogę ci pomóc.

Próbowała  się  mną  opiekować,  gdy  zachorowałam - tak 

powiedział pan Phelps. Jednakże nie mogę sobie przypomnieć, 

background image

by kiedykolwiek siedziała przy moim łóżku. Nigdy nie była -
jak mam to wyrazić? - osobą zasługującą na uwagę. Tamtego 
lata,  kiedy  w  ogóle  o  niej  myślałam,  odniosłam wrażenie,  że 
jest  mniej  lub  bardziej  niewidoczna.  Bardzo  rzadko  się 
pojawiała, mówiła półgłosem jedno zdanie i znowu znikała.

- Nonsens, czuję się zupełnie dobrze - odpowiedziałam. -

Lepiej usiądź, jesteś taka blada, Marian. Czy jesteś chora?

- Nie...  Ale  może  nie  tak  zupełnie  zdrowa... 

Wypowiadane półgłosem niedokończone zdania były dla niej 
typowe. Podjęłam interesujący mnie temat.

- Będzie dla ciebie lepiej, jeśli pojedziemy do Filadelfii -

oznajmiłam. - Tam  można  by  zasięgnąć  porady  doktora 
Bishopa - zawsze  potrafił  ci  pomóc.  Tutejszy  lekarz  jest 
zupełnie do niczego.

- Do Filadelfii! Czy tam jedziemy?
- Dlaczego  pytasz?  Tak.  Pan  Phelps  zapowiedział,  że 

pojedziemy na jesieni.

- Nic mi o tym nie wspominał.
- A dlaczego miałby to robić? Zapewniał mnie jednak, że 

pojedziemy, jeśli te dziwaczne zjawiska nadal będą trwały.

Marian nie odpowiedziała. Spojrzałam na nią; siedziała ze 

splecionymi ciasno rękami i pochyloną głową.

- No cóż, ciągle się zdarzają - powiedziałam. - Nie dalej 

jak wczoraj twój ojciec znalazł jeszcze jeden list, gdy był sam 
w bibliotece.

- To  było  dwa  tygodnie  temu,  mamo.  Przecież 

chorowałaś.

- Co  to  ma  za  znaczenie?  Wyjeżdżamy. - Podniosłam 

suknię, moją najlepszą, z czarnej wełny, do światła, szukając 
śladów moli.

Zaskoczenie  Marian  wzbudziło  jednakże  wątpliwości  w 

moim  umyśle.  Uświadomiłam  sobie,  że  mąż  ostatnio  nie 
poruszał tego tematu i postanowiłam, że będzie lepiej, jeśli z 

background image

nim  porozmawiam.  Ku  mojemu  zmartwieniu  odezwał  się 
wymijająco:

- Czy  myśli  pani,  że  tak  będzie  mądrze,  pani  Phelps? 

Wszystko się obecnie uciszyło; ludzie mogą zacząć gadać.

- Dlaczego mieliby to robić? - Myślałam już wcześniej na 

ten  temat  i  przygotowałam  kontrargument. - Mam  rodzinę  w 
Filadelfii  i  upłynęło  dużo  czasu,  odkąd  ostatni  raz  ich 
odwiedziłam.

- No cóż, być może.
- Chcę stąd wyjechać.

Nie  zamierzałam  tego  powiedzieć.  Zdanie  to  wstrząsnęło 

mną niemal tak samo jak moim małżonkiem, który popatrzył z 
niepokojem.

- Czy stało się coś, o czym mi pani nie mówiła?
- Nie...  Ale  czuję,  panie  Phelps, że  to  się  nie  skończyło. 

Coś  się  wydarzy - coś  okropnego.  Drwi  pan  z  moich 
przeczuć...

- Nie,  pani  Phelps,  nie  drwię. Co  powiedziałaby  pani  na 

to, gdybyśmy wysłali Henry'ego do szkoły?

Rok wcześniej taka sugestia zbudziłaby  we mnie gniew i 

rozpacz. Obecnie rozważyłam ją spokojnie.

- Czy spytał pan Harry'ego, co o tym myśli?
- Nie dbam zanadto o jego zdanie - odparł pan Phelps. -

Dzieci  nigdy  nie  chcą  robić  tego,  co  jest  dla  nich  dobre. 
Jednakże  rozmawiałem  z  nim  i  nie  był  niechętny  memu 
pomysłowi. - Wahał  się  przez  chwilę,  a  następnie  dodał 
dziwnym stłumionym głosem: - Marian wydaje się najbardziej 
strapiona takim rozwiązaniem.

- Radził pan się w tej sprawie Marian, a nie mnie?
- Była  pani  chora,  a  należało  poczynić  określone  kroki, 

jeśli  chłopiec  miałby  zostać  przyjęty  do  szkoły  na  początku 
semestru.

background image

- Rozumiem.  Jednak  nie  wyobrażam  sobie,  dlaczego 

Marian  miałaby  mieć  coś  przeciwko  tej  decyzji.  Wprawdzie 
jest  bardzo  przywiązana  do  Harry'ego,  to  nie  ulega 
wątpliwości...

- Stan  zdrowia  Marian  pozostawia  wiele  do  życzenia. -

Pan  Phelps  wyglądał  poważnie. - Bardziej  martwię  się  o  nią 
niż o Henry'ego.

- Powinna mieć męża i własną rodzinę.
- Kobiety  zawsze  uważają  małżeństwo  za  lek  na 

wszystkie zmartwienia.

- Być  może.  Ale  w  wypadku  mojej  córki  jest  tak  w 

istocie. Nigdy tutaj nikogo nie spotka; to za małe miasteczko.

Pan  Phelps  wziął  książkę.  Już  wcześniej  dyskutowaliśmy 

na  te  tematy,  toteż  był  znudzony  i  to  okazywał.  Tak  więc 
wyszłam  z  pokoju.  Zaszczepiłam  ową  myśl  w  jego  umyśle  i 
mogłam  jedynie  żywić  nadzieję,  że  przyniesie  owoce.  Ze 
względu na Marian dobrze by było spędzić zimę w Filadelfii -
gdzie  mamy  szersze  grono  przyjaciół  oraz  opiekę  dobrego 
lekarza. Harry będzie chodził do szkoły w mieście i wszyscy 
będziemy przebywać razem.

Dobrze  pamiętam  swój  pogodny  optymistyczny  nastrój 

tamtego popołudnia. Powinnam się domyślić. Powinnam była 
zwrócić uwagę na gwałtowny atak strachu wywołany nagłym 
przeczuciem,  który  przeniknął  moje  serce,  a  który  zastąpiła 
wtedy nadzieja.

Próbuję  teraz  przypomnieć  sobie  dokładnie,  co  się  stało, 

lecz  moja  pamięć  mnie  zawodzi.  Osłabiło  ją  zbyt  wiele 
przerażających wypadków.  I tamto makabryczne  wydarzenie, 
najgorsze ze wszystkich, jakie nastąpiło po czasie względnego 
spokoju - właśnie  wtedy,  kiedy  mój  biedny  zmęczony  umysł 
żywił nadzieję, że znalazł spokojną przystań...

No cóż, nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że stało się to 

zaledwie  kilka  dni  po  rozmowie,  którą  właśnie  opisałam. 

background image

Tamtego  popołudnia  siedziałam  w  salonie  sama - nie  był  to 
jeden  z  dni,  gdy  przyjmowałam  gości - szyjąc  nową  suknię, 
kiedy usłyszałam na korytarzu jakieś zamieszanie. Podeszłam 
do  drzwi  i  zobaczyłam,  jak  pan Phelps  i  Marian wychodzą  z 
biblioteki.  Obejmował  moją  córkę,  usiłując  kierować  jej 
niepewnymi, chwiejnymi krokami, ale szarpała się i odpychała 
go.  Jej  twarz  przybrała  popielatoblady  kolor,  a  oczy  były 
szkliste;  cichym  ochrypłym  głosem  wydobywała  z  siebie 
bełkotliwy ciąg bezsensownych sylab.

Gdy  podbiegłam, aby pomóc mężowi, Marian całkowicie 

opadła z sił i upadłaby na podłogę, gdybyśmy nie podtrzymali 
razem biedaczki, stojąc po obu stronach.

Przy  pomocy  służby  zabraliśmy  dziewczynę  do  pokoju  i 

położyliśmy  na  łóżku.  Sole  trzeźwiące  przywróciły  mojej 
córce  przytomność,  ale  kiedy  zaczęłam  zadawać  Marian 
pytania,  wyjąkała  tylko  półgłosem,  że  czuje  się  niezdrowa  i 
chce spać.

Podeszłam do pana Phelpsa, który stał blisko okna.

- Co  się  stało? - spytałam. - Nigdy  nie  widziałam  jej  w 

takim stanie.

- Nie mam pojęcia. Próbowaliśmy... To znaczy poddałem 

Marian  hipnozie - tak  jak  robiłem  to  już  setki  razy - kiedy 
nagle doznała jakiegoś ataku.

- Nigdy  nie  pochwalałam  tych  pańskich  praktyk. 

Wiedziałam, że jej zaszkodzą!

- Nigdy  pani  tego  nie  powiedziała - zaprotestował  pan 

Phelps.  Jego  oczy  uciekały  przed  moim  oskarżającym 
spojrzeniem

i zwróciły się niespokojnie w stronę łóżka. Wydał z siebie 

okrzyk  przerażenia  i  przebiegł  gwałtownie  obok  mnie. 
Odwróciłam  się  szybko.  Marian  miała  głowę  całkowicie 
schowaną pod poduszką.

background image

Pan Phelps zrzucił poduszkę gwałtownym gestem. Twarz 

dziewczyny  nie  była  już  wcale  blada,  lecz  przybrała  żywy 
czerwony kolor.

- Jak to się stało? - zawołałam. - Czyżby sama to zrobiła?
- Nie sądzę, aby tak było... Wielkie nieba! Teraz z kolei to 

prześcieradło!

Prawdę  mówiąc  nie  widziałam,  jak  się  poruszyło;  ale 

nagle  znalazło  się  na  twarzy  mojej  córki.  Pan  Phelps  je 
ściągnął.  Marian  cały  czas  miała  zamknięte  oczy,  nie 
poruszała się, ale teraz długo i chrapliwie łykała powietrze.

- Agrafka - powiedział  pan  Phelps. - Niech  pani  mi  da 

agrafkę!

Znalazłam dwie duże agrafki. Rękami, które wyraźnie się 

trzęsły,  przymocował  prześcieradło  na  właściwym  miejscu. 
Marian jednak nadal się nie poruszała.

Moje  wzburzenie  było  tak  wielkie,  że  zaczęłam  nią 

potrząsać. Pan Phelps złapał mnie za ręce. Myślę, że się z nim 
szamotałam.  Musiałam  coś  robić,  ale  nie  wiedziałam  co. 
Kiedy  spojrzałam  znowu  na  moją  córkę,  jej  twarz  ponownie 
zakryta była poduszką.

Wyrwałam  ją  i  przycisnęłam  kurczowo  do  piersi,  mając 

wrażenie, że trzymam jakieś żywe zwierzę, które rzuci się na 
nas, jeśli je puszczę.

- Niech  pan  coś  zrobi! - krzyczałam. - Ona  nie  może 

oddychać!  Potrzebuje  więcej  powietrza!  Proszę  jej  odpiąć 
kołnierzyk!

Prawdę  mówiąc,  Marian  miała  na  sobie  suknię  z  małym 

kołnierzykiem,  który  w  żaden  sposób  nie  mógł  utrudniać 
oddychania.  Niemniej  pan  Phelps  odpiął  dwa  górne  guziki  i 
odchylił  kołnierzyk  z  szyi  dziewczyny.  Nadal  słychać  było 
chrapliwe  bolesne  dyszenie.  Niemal  w  geście  rozpaczy  pan 
Phelps  zdjął  czarną  wstążkę,  jaką nosiła  na  szyi,  chociaż 
aksamitna ozdoba także wydawała się luźna.

background image

Pod  wstążką  znajdował  się  wąski  kawałek  tasiemki.  Pan 

Phelps  ją  zerwał.  Pod  spodem  ukryty  był  cienki  sznurek 
zaciśnięty tak mocno, że aż wpijał się w ciało. Oddech Marian 
był niczym ciąg śmiertelnych rzężeń i nie mogłam ich słuchać.

- Nie  daję  rady  złapać  końców  palcami! - zawołał  mój 

mąż. - Nożyczki, nóż, cokolwiek, tylko szybko!

Odnalezienie  ich  zdawało  się  trwać  wieki.  W  końcu 

znalazłam  nożyczki  do  haftów.  Pan  Phelps  miał  ogromne 
trudności  z  wsunięciem  ostrza  pod  szpagat;  palce  trzęsły  mu 
się tak gwałtownie, że obawiałam się, iż zrani dziewczynę.

W  końcu  jednak  rozciął  sznurek  i  Marian  natychmiast 

zaczęła oddychać swobodnie. Otworzyła oczy.

- Czy  zemdlałam? - spytała  słabym  głosem. - Co  się 

stało?

background image

Rozdział trzydziesty piąty
W  mieście  ponownie  wrzało  od  plotek.  Czy  jednak  ten 

pomruk  niezadowolenia  kiedykolwiek  ustał?  Teraz  słyszę  go 
ustawicznie. Podąża w ślad za mną nawet do mojego pokoju.

Tym  razem  nie  mogę  winić  plotkarzy.  To  on  sprowadził 

na  nas  wszystkie  te  kłopoty  swoją  niebezpieczną  piekielną 
ciekawością.  Przemienił  moją  córkę  w  jakiegoś  potwora, 
posłużył  się  moim  synem  do  swoich  okropnych 
eksperymentów.

Pierwsze  duchy  były  aniołami,  jestem  co  do  tego 

przekonana.  Odeszły,  tak  jak  obiecały - jednakże  drzwi 
pozostały  uchylone  i  pan  Phelps  otworzył  je  szeroko  dla 
innych  gości,  potępionych  dusz  z  piekła.  Dowodem  ich 
przybycia  jest  to,  co  właśnie  nastąpiło - próba  zamachu  na 
życie Marian. Udusiłaby się, gdyby nikogo przy niej nie było. 
Nigdy  wcześniej  nic  podobnego  się  nie  wydarzyło.  I  więcej 
się nie wydarzy, jeśli tylko zdołam temu zapobiec.

Jutro  wyjeżdżamy  do  Filadelfii.  Harry  jest  zapisany  tam 

do  szkoły,  Marian  i  ja  zatrzymamy  się  u  mojej  ciotki.  Pan 
Phelps  być  może  przyjedzie  później.  Należy  jeszcze  podjąć 
decyzję co do tego.

Nie wiem, co stanie się tutaj po naszym odjeździe - naszej 

ucieczce.  Nie  sądzę,  aby  demony  podążyły  za  nami;  ale  czy 
pozostaną  w  pustych  pokojach,  dopóki  nie  wrócimy,  czy  też 
wrócą  do  ognia  piekielnego,  z  którego  przybyły?  Czy 
kiedykolwiek odważę się zamieszkać w domu, z którym łączą 
mnie tak straszne wspomnienia?

background image

Rozdział trzydziesty szósty
Po  zakończeniu  opowieści  na  chwilę  zapadła  cisza. 

Następnie  dama  wypiła  łyk  wody,  a  Doyle  odezwał  się 
życzliwym tonem:

- Jak  wspaniale  opowiedziane!  Oddała  pani  cierpienia 

tamtej  nieszczęśliwej  ze  współczującym  zrozumieniem 
kobiety. Biedactwo! Gdyby miała siłę, aby spotkać się z tymi 
anielskimi duchami, jak prosiły...

Harry  Price  okazał  się  na  tyle  niegrzeczny,  że  mu 

przerwał.

- Wiemy,  jaka  jest  pańska  interpretacja  tej  sprawy,  sir 

Arthurze. Czy mam rozumieć, że nasz gość ją podziela?

Dama otworzyła bardzo szeroko oczy.

- Wielkie  nieba,  nie,  panie  Price.  Z  jakiego  powodu 

przyszło  to  panu  do  głowy?  Skoro  jednak  to  sir  Arthur 
rozpoczął  dyskusję,  dlaczego  nie  pozwolimy  mu  przedstawić 
do końca swego punktu widzenia?

- Dziękuję  pani,  madame - powiedział  Conan  Doyle  i 

opierając  się  wygodnie  w  fotelu,  zmierzył  Price'a  surowym 
wzrokiem. - Historia  pani  Phelps  naturalnie  jest  odbiciem 
opinii  i  wiedzy  z  jej  czasów.  Oczywiście  kusi  was 
natychmiast,  aby  pokpiwać  z  ekspertów  w  dziedzinie 
metafizyki takich jak Andrew Davis...

- Jasnowidz z Poughkeepsie - wymamrotał Houdini.
- Niby dlaczego jasnowidz nie miałby pochodzić z - hm -

Poughkeepsie? - spytał  sir  Arthur. - Nie  jest  to  wcale 
śmieszniejsze  określenie  niż  jasnowidz  z  Birmingham  czy 
Berlina.  Przypuszczalnie  literackie  dzieła  Davisa,  jak  owa 
„Doskonała harmonia", są tak oszałamiająco nudne, że nie da 
się  ich  czytać,  ale  on  sam  był  człowiekiem  ogromnie 
utalentowanym,  a  nie  głupcem.  Miał  wystarczająco 
przenikliwy umysł, aby uświadomić sobie, że Henry mógł sam 
spłatać  kilka  figli  i  prawdopodobnie  to  zrobił,  ale  wiedział 

background image

również,  że  nie  da  się  tym  wyjaśnić  całej  tajemnicy.  Miał 
rację,  kiedy  powiedział  wielebnemu  Phelpsowi,  że  pierwsi 
goście  byli  anielskimi  duchami.  Niefortunnie  rodzina 
Phelpsów  nie  potrafiła  tego  zrozumieć i  im  pomóc. 
Współczesna  nauka  dotycząca  spirytyzmu  była  wtedy  w 
powijakach.  Obecnie  wiemy,  jak  przyjmować  takich  gości. 
Price aż się pochylił, a jego oczy zabłysły z ciekawości.

-

A  więc  przyznaje  pan,  że  chłopiec  ponosi 

odpowiedzialność  za  pewne  figle?  Był  to  typowy  przypadek 
poltergeista  wymyślonego  tym  razem  nie  przez  niegrzeczną 
małą dziewczynkę, lecz przez niegrzecznego małego chłopca. 
Henry podpalił własne łóżko i zawisł na drzewie - nie na szyi, 
jak  zauważyliście,  ale  na  linie  przeciągniętej  pod ramionami. 
Davis uważał, że to zrobił.

- Posługuje  się  pan  słowem  Poltergeist,  jak  gdyby 

stanowiło  ono  wyjaśnienie,  panie  Price - odrzekła  dama 
łagodnie. - Nazwa  owa  sama  w  sobie  jest  dość  współczesna, 
ale  niczego  nie  wyjaśnia,  to  tylko  hasło  wywoławcze  na 
oznaczenie  szeregu  zjawisk  o  szerokim  zakresie  znanych  na 
całym świecie, udokumentowanych niemal w każdym wieku. 
Wiemy,  co  robią  poltergeisty,  ale  nie  wiemy,  kim  są - czy 
duchami  przybywającymi  z  innego  świata,  a  może  duszami 
błogosławionych zmarłych, czy też istot potępionych? A jeśli 
to nieznane formy energii umysłowej wytworzonej przez żywe 
istoty?  Czy  też  winne  są  tu  wyłącznie  niegrzeczne  dzieci, 
płatające psikusy rodzicom?

- Całkiem  zgrabnie  wyliczyła  pani  różne  możliwości -

zauważył  Fodor, z  aprobatą  skinąwszy głową. - Z  pewnością 
jednak  nawet  Price  przyzna,  że  w  pojedynkę  żaden 
niegrzeczny 

mały 

chłopiec 

ani 

dziewczynka 

nie 

spowodowaliby  wszystkich  tych  zjawisk,  jakie  nastąpiły  w 
domu  Phelpsów.  Nie,  wszyscy  byli  w  to  zaangażowani, 
włączając samego pastora.

background image

- Ale  najbardziej  podejrzani  byli  zawsze  Henry  i  jego 

siostra - powiedział Houdini. - Niemal trzydzieści lat później 
profesor  Austin  Phelps,  syn  pastora,  który  był  wtedy 
profesorem nauk teologicznych w Andover College, przyznał, 
że  pierwotnie  podejrzewał,  iż  cała  sprawa  była  dziełem  jego 
młodej macochy oraz jej starszych dzieci. Następnie oznajmił 
jednak, że wkrótce przekonał się o ich niewinności.

- Byli  niewinni - odrzekł  Fodor - gdyż  nie  działali 

świadomie.  W  opowieści  oczywiście  padła  sugestia,  którą 
nasz miły gość wyraził za pomocą fikcyjnych sytuacji, że pani 
Phelps w końcu żałowała drugiego zamążpójścia i tęskniła za 
wesołym  życiem  towarzyskim  w  Filadelfii.  Była  kobietą 
swoich czasów, zbyt zależną i konwencjonalną, aby  otwarcie 
przeciwstawić  się  nudnym  przyzwyczajeniom  męża  oraz 
brakowi seksualnego...

- Niech to diabli! - zawołał Conan Doyle, rumieniąc się z 

zażenowania. - Wiedziałem,  że  wcześniej  czy  później 
wypowiesz  to  słowo,  Fodorze.  Czy  zapomniałeś  o  obecności 
damy?

- Ta  uwaga  jest  bardzo  uprzejma  z  pańskiej  strony,  sir 

Arthurze - odpowiedziała kobieta z uśmiechem. - Jednak znam 
to  słowo  i  wiem,  o  co  chodzi.  Zgadzam  się  również  z 
doktorem  Fodorem,  że,  hm,  fizyczny  niedobór  może  być 
decydującym czynnikiem w tej sprawie. Aczkolwiek nigdy się 
nie wspomina o wieku pani Phelps, często jednak mówiono o 
niej  jako  o  „młodszej"  lub  jego  drugiej  młodej  żonie". 
Zgadzam  się  również  z  doktorem  Fodorem,  że  nie  mogła 
przyznać się sama przed sobą ani wyjawić nikomu innemu, iż 
zaistniał taki problem. W tamtych czasach nie było właściwe, 
aby  kobieta  miała  podobne  odczucia,  a  tym  bardziej 
przyznawała się do nich.

background image

- Tak  więc  myśli  pani,  że  owe  zjawiska  były  tylko 

psikusami  i  że  płatała  je  pani  Phelps  w  zmowie  ze  swoimi 
dziećmi? - spytał Houdini.

- Wiemy, że pan tak myśli, panie Houdini.

Amerykanin  skinął  głową.  Na  jego  twarzy  widniał  cień 

żalu, gdy mówił dalej.

- Nie  zetknąłem  się  jeszcze  nigdy  ze  sprawą,  której  nie

można by wyjaśnić w taki sposób.

- A  co  z  kartką  papieru  na  biurku  pastora? - spytał 

Andrew Lang. - Jak pamiętacie, atrament jeszcze nie wysechł.

- Nie  oceniajcie  zbyt  nisko  dzieci - odpowiedział 

cynicznie magik. - Wielebny Phelps był już wtedy w nastroju, 
by uwierzyć w cuda i znaki. Wystarczyło jedynie, że odwrócił 
się  na  kilka  sekund  lub  pogrążył  w  filozoficznych 
rozmyślaniach.  Wszyscy  wiecie,  jak  szybko  i  cicho  może 
poruszać  się  młoda  osoba.  Obserwatorzy  zawsze  myślą,  że 
wszelkie działania zabierają więcej czasu, niż jest w istocie.

- Najbardziej  niezwykłym  rysem  tej  sprawy  wydaje  się 

ów  żywy  obraz  ułożony  z  ubrań - zauważył  Price. -
Wykonanie tego wymagało godzin pracy.

- Ha! - rzuciła  dama,  sięgając  po  papierosa.  Houdini  się 

roześmiał.

- Widzę,  że  w  naszych  dyskusjach  brakowało  kobiecego 

punktu widzenia. Dobrze, proszę pani, wyznaję, iż podzielam 
wątpliwości  Price'a  dotyczące  owego  incydentu.  Jak  to 
zrobiono?  Dom  pełen  był  ludzi - rodziny,  służby  oraz 
przeprowadzających  dochodzenie  duchownych - wszyscy 
wpadali  i  wypadali,  biegali  tam  i  z  powrotem,  a  pomimo  to 
podczas  ich  obecności  przygotowano  bardzo  skomplikowany 
obraz  z  postaciami  z  wypchanych  ubrań  w  odpowiednim 
układzie i jedną figurą zwisającą z sufitu.

Amerykanka wypuściła z ust chmurę dymu.

background image

- Przypuśćmy,  że  siostra  i  brat  działali  razem.  A  tak 

musiało  być.  Jedynie  Marian  mogła  zacisnąć  sobie  sznurek 
wokół szyi; jedynie Harry mógł podpalić łóżko i zawiesić się 
na  drzewie.  Postacie  oraz  inne  rekwizyty  do  owego  obrazu 
przygotowano zawczasu - ubrania „pożyczono", poszczególne 
części  garderoby  wypchano  szmatami.  Następnie  wszystko 
zostało  schowane  w  szafie  lub  pod  łóżkiem.  W  tamtym  dniu 
ułożenie  figur  zajęłoby  więc  tylko  kilka  minut.  Pan  Houdini 
miał co do tego absolutną rację; wykonanie szeregu czynności 
wymagało  o  wiele  mniej  czasu,  niż  ktoś  mógłby  sobie 
wyobrazić,  tym  bardziej  jeśli  przećwiczono  to  wcześniej. 
Zwłaszcza  jedną  sprawę  uważam  za  szczególnie  znamienną. 
Większość  relacji  sugeruje,  że  żywy  obraz  znajdował  się  w 
salonie.  Jedna,  i  tylko  jedna,  nadmienia  przypadkowo,  że 
zobaczono go „w pokoju Marian". No cóż, panowie, co na to 
powiecie?

Lokaj  przyniósł  brandy  dżentelmenom  i  jeszcze  jedną 

whiskey z sodą dla pani, która wzięła szklaneczkę, dziękując 
służącemu skinieniem głowy.

- A  więc - spytał  Fodor - czy  pani  zdaniem  należy 

oczyścić panią Phelps z zarzutów?

Dama odpowiedziała kolejnym pytaniem.

- Czy wie pan, co się z nią stało?
- Tak - odrzekł Fodor. - Dlatego sugeruję...
- Ja nie wiem - przerwał mu Lang. - Co jej się przytrafiło?
- Zacytuję - odezwała  się  dama - fragment  listu  pana 

Austina  Phelpsa.  Opisuje  on  żonę  swego  ojca  jako  kobietę 
„słabego zdrowia wskutek pierwszych objawów zbliżającej się 
choroby,  która  później  pozbawiła  ją  rozumu". - Po  raz 
pierwszy  wzruszenie  sprawiło,  że  jej  dźwięczny  głos  stał  się 
niższy. - Czy  wiecie,  panowie,  co  to  oznacza?  W  tamtych 
czasach  osoby  umysłowo  chore  trzymano  pod  kluczem  w 
posępnych  zakładach  lub  więziono  w  jakimś  pokoju  w 

background image

odległym  zakątku  domu,  gdzie  ich  krzyki  nie  przeszkadzały 
rodzinie. Był to dosłownie los gorszy od śmierci.

Wydaje się, że kobieta silniejsza niż pani Phelps również 

poddałaby się takiemu napięciu i uległa wstrząsom nerwowym 
w tamtych strasznych miesiącach. Ale czy była ofiarą, czy też 
sprawczynią  owej  skomplikowanej  mistyfikacji?  To  choroba 
mogła  ją  doprowadzić  do  popełnienia  czynów,  które 
rzeczywiście  wydają  się  dziełem  osoby  „pozbawionej 
rozumu".

- Czy  też  może  poczucie  winy  doprowadziło  ją  do 

szaleństwa - zauważył  półgłosem  Lang. - Nic  więcej  się  nie 
wydarzyło,  nieprawdaż,  po  tym  jak  razem  z  dziećmi 
wyjechała ze Stratfordu pierwszego października 1850 roku?

- Nie.  Kiedy  rodzina  powróciła  tam  wiosną  1851  roku, 

demony nie powróciły razem z nimi - odrzekła sucho dama. -
Pastor wysłał  Harry'ego do szkoły w nowym roku; jego imię 
nie pojawia się więcej w kronikach spirytystów, tak więc pan 
Price prawdopodobnie powiedziałby, że chłopak otrzymał już 
to,  czego  chciał,  a  doktor  Fodor  uznałby  zapewne,  że  pełen 
stresów  okres  dorastania  minął.  Pastor  Phelps  mieszkał  w 
tamtym domu do 1859 roku i przypuszczalnie nie powtórzyły 
się  już  żadne  dalsze  incydenty  (pomijając  krzyki  żony  na 
strychu).  Dożył podeszłego  wieku,  czyli  dziewięćdziesiątki, i 
zmarł  w  Nowym  Jorku,  gdzie  mieszkał  samotnie,  odkąd 
opuścił  Stratford.  O  jego  żonie  więcej  nikt  nie  wspominał, 
wyjąwszy tamto okropne suche zdanie Austina.

- I nic więcej nie wydarzyło się w tamtym domu? - spytał 

Doyle z nadzieją.

- Nic  tak  interesującego,  aby  to  zapisano.  Przechodził  z 

rąk do rąk, od jednego właściciela do drugiego i podobnie jak 
wiele  dużych  rezydencji  padł  ofiarą  zmieniającego  się  stylu 
życia - przede  wszystkim  faktu,  że  nisko  opłacana  służba 
przestała być już łatwo osiągalna - i w końcu przekształcono 

background image

go  w  prywatną  klinikę. - Dama,  jak  gdyby  odsuwając  od 
siebie tę myśl, wzruszyła ramionami.

- Krążyły jakieś plotki o tajemniczych odgłosach. Można 

je  prawdopodobnie  wyjaśnić  jako  połączenie  wadliwych 
instalacji oraz bujnej wyobraźni - ponieważ oczywiście nigdy 
nie  zapomniano  niesamowitej  historii  o  starym  domu 
zbudowanym bez planu.

- A  więc - podsumował  Fodor - znajdujemy  się,  tak  jak 

przedtem, w punkcie wyjścia. Doyle podtrzymuje interpretację 
metafizyczną,  Price  i  Houdini  zaś  zrzucają  winę  na 
niegrzeczne dzieci. A co pan o tym sądzi, Lang?

Dżentelmen ów potrząsnął głową.

- Jestem  najzwyklejszym  amatorem,  jak  powiedziałem,  i 

nie  ośmielę  się  niczego  rozstrzygać.  Zdaje  mi  się  jednak,  że 
oszustwo nie może wyjaśnić wszystkich zjawisk związanych z 
tą sprawą.

Nastąpiła  krótka  cisza,  później  zaś  dama  odezwała  się 

ujmującym tonem:

- Obawiam się, że ze względu na mnie tego wieczoru nie 

postępowaliście, panowie, zgodnie z waszymi zwyczajami, nie 
zastanawialiście się po kolei, jak zwykle, nad poszczególnymi 
interpretacjami  faktów.  Moja  umysłowość  nie  predestynuje 
mnie do przynależności do stowarzyszeń tego rodzaju.

- Tak  naprawdę  nie  można  wiele  więcej  powiedzieć  na 

ten temat

- przyznał  Price. - Odsuwając  na  bok  arbitralne 

przekonanie  sir  Arthura  o  łączności  ze  światem  duchowym, 
zgadzamy się, że Marian i Harry ponoszą odpowiedzialność za 
owe  psoty,  możliwe,  że  przy  niechętnym  współudziale  pani 
Phelps.  Nie  sądzę,  aby  naprawdę  pragnęła  im  pomóc,  czuję 
jednak, iż ukrywała prawdę, aby chronić dzieci.

- Ach,  trzeba  jednak  dodać  coś  jeszcze - zauważyła 

Amerykanka. - Uwolnił pan od zarzutów osobę, która była w 

background image

końcu  odpowiedzialna  za  całą  sprawę - samego  pastora 
Phelpsa.

- Nonsens - odparł  niegrzecznie  Price. - Czy  sugeruje 

pani,  że  zacisnął  sznurek  wokół  szyi  pasierbicy,  a  także 
podpalił łóżko chłopca i żadne z nich go nie oskarżyło?

Fodor się roześmiał.

- Twój - chyba  można  to  tak  określić - brak  wyobraźni 

sprowadza  cię  na  manowce,  Price.  Myślę,  że  rozumiem,  do 
czego zmierza nasz gość. Proszę mówić dalej, madame.

- Pastor Phelps bawił się hipnozą - zaczęła - patetyzmem 

czy  mesmeryzmem,  jak  to  wtedy  nazywano.  Czy 
zapomnieliście o sesjach, jakie odbywał z dziećmi - najpierw z 
Harrym,  a  następnie  z  Marian - i  ze  swoją  własną  żoną? 
Prenumerował  również  periodyki  zajmujące  się  tak  zwaną 
filozofią 

spekulatywną. 

Na  początku  był 

bardziej 

zaciekawiony  niż  przestraszony  tajemniczymi  zjawiskami  w 
swoim  domu.  Czy  rzeczywiście,  panowie,  niczego  nie 
rozumiecie? To pastor podsunął dzieciom ową myśl. Nie miał 
zamiaru  tego  robić,  jednak  gdy  amator  igra  z  młodymi 
umysłami,  jest  to  w  najwyższym  stopniu  niebezpieczne. 
Sądzę,  że w trakcie owych praktyk sam pan  Phelps uległ ich 
działaniu. Wszyscy domownicy padli ofiarą zjawiska masowej 
histerii.  Gdy  dzieci  uciekły  od  niego,  odzyskały  równowagę. 
Jego żona miała mniej szczęścia. A ten biedny głupiec nigdy 
się nie dowiedział, co uczynił! - Spojrzała na zegar szafkowy 
stojący  kącie. - Mój  Boże,  już  bardzo  późno!  Ten  wieczór 
sprawił mi ogromną przyjemność, panowie. Dziękuję.

Sir Conan Doyle wstał.

- Czy mogę odprowadzić panią do domu, madame?
- Dziękuję  panu,  sir  Arthurze,  mąż  wpadnie  tu  po  mnie 

zaraz.  Nie  ma  cierpliwości  do  moich  wycieczek  w  świat 
fantazji,  jak  to  określa.  W  gruncie  rzeczy  mało  ma 

background image

cierpliwości  do  czegokolwiek,  więc  nie  wolno  mi  kazać  mu 
czekać.

Uścisnęła  ręce  wszystkim  dokoła,  a  następnie  zebrała 

rękawiczki,  torebkę  oraz  płaszcz  i  pozwoliła  Doyle'owi 
odprowadzić  się  do  drzwi.  Gdy  wyszli  z  pokoju,  Price 
obdarzył Houdiniego kwaśnym spojrzeniem.

- Jak  to  kobieta.  Postanowiła  mieć  ostatnie  słowo  i  nie 

dała nam szansy, aby odeprzeć zarzuty.

- A  co  chciałby  pan  jeszcze  powiedzieć? - spytał 

sztukmistrz, obdarzając go szerokim uśmiechem.

- No cóż... - Price podrapał się po głowie.
- Ja  również  nie  mam  nic  do  dodania.  Jeszcze  raz 

powrócimy  z  innego  świata  bez  żadnego  konkretnego 
rozstrzygnięcia.  Był  to  jednak  zajmujący  wieczór, 
nieprawdaż?

- Hm - mruknął potwierdzająco Price.
- W  takim  razie  jeszcze  jedna  kolejka  na  zakończenie, 

moi przyjaciele - zaproponował Amerykanin. - I toast za naszą 
piękną prelegentkę, co o tym myślicie?

Fodor wzniósł toast; sir Conan Doyle wrócił w samą porę, 

aby  się przyłączyć, a  następnie rozstali się, znikając  po kolei 
w gęstniejącej mgle.