background image

Lee Wilkinson 

 

Nowa sekretarka 

 

Stand–in Mistress 

Tłumaczył Krzysztof Bednarek 

background image

R

OZDZIAŁ PIERWSZY

 

 
— Czy instalacja się nie opóźni? 
— Oczywiście, że nie — odpowiedziała z pewnością w głosie Joanne. Wiedziała, że świetnie 

wygląda w popielatym kostiumie. Założyła nogę na nogę. 

Krępy prezes spółki Liam Peters zastanowił się chwilę. 
— Jeśli pani firma rzeczywiście jest w stanie wykonać usługę na poziomie, jaki mi pani opisała, 

myślę, że podpiszemy umowę — zdecydował. 

—  Może  pan  na  nas  liczyć  —  zapewniła  Joanne.  Prezes  patrzył  na  nią  przyjaźnie.  Była 

elegancka, smukła, miała niebieskie oczy, pełne usta, prosty nos, zdecydowany wyraz twarzy. 

Nie klasyczna piękność, pomyślał, ale ma interesującą urodę. Kobieta z charakterem. 
— Skoro tak, oczekuję w poniedziałek z samego rana waszych techników — zakończył. 
— Przyjdą — odparła z uśmiechem Joanne. 
Jej uśmiech sprawił, że prezes uznał ją jednak za piękność. 
Wstał i odprowadził Joanne do sekretariatu. Uścisnęli sobie dłonie. 
Wyszła  ze  świeżo  wykończonego  biurowca  spokojnym  krokiem,  choć  miała  ochotę 

podskakiwać i krzyczeć z radości. Fulham Road oświetlało złociste, wrześniowe, popołudniowe 
słońce. Ulice Londynu jak zwykle roiły się od warczących samochodów. 

Trwała recesja i założona przez brata Joanne firma Optima Business Services od kilku miesięcy 

miała kłopoty. Tego dnia Joanne cieszyła się, ponieważ wydawało się, że sytuacja wraca do normy. 

Steve  założył  firmę  przed  pięcioma  laty  i  od  tego  czasu  z  trudem  próbował  utrzymać  się  na 

rynku. Klientów było z powodu recesji niewielu. Przychody były więc skromne, a młoda firma nie 
miała dużego zaplecza finansowego. 

Pierwsze  poważne  trudności  doprowadziły  do  zastawienia  domu  Winslowów.  Następna  fala 

kłopotów, która nadeszła wkrótce potem, zagroziła im ostatecznym bankructwem. 

Jednak, właśnie tego ranka, międzynarodowa firma inwestycyjna MBL Finance, specjalizująca 

się  w  pomocy  małym  przedsiębiorstwom,  obiecała  Steve’owi  duży  zastrzyk  gotówki.  A  przed 
chwilą Joanne wynegocjowała lukratywny kontrakt na instalację dużej sieci łączności. 

Szła do metra, ale spojrzała na zegarek i zatrzymała się. Była już szesnasta czterdzieści. Nie 

było po co wracać do siedziby firmy, mieszczącej się w Kensington, jednej z eleganckich dzielnic 
miasta.  Joanne  znajdowała  się  w  pobliżu  domu.  Wróci  więc  już  z  pracy  i  przygotuje  uroczystą 
kolację. Skręciła ku ulicy Carlisle. Mieszkali razem ze Steve’em, ich siostrą Milly i jej mężem — 
Duncanem. 

Milly na pewno była w domu i pakowała się. Pobrali się z Duncanem niedawno. Był świeżo 

upieczonym  lekarzem  i  dostał  właśnie  pracę  w  Edynburgu,  skąd  pochodził.  Miał  tam  odbywać 
staż.  Nad  przychodnią  znajdowało  się  umeblowane  mieszkanie,  do  którego  mieli  zamiar  się 
wprowadzić. Tego piątkowego wieczora wyjeżdżali nocnym pociągiem, aby urządzić się w ciągu 
soboty i niedzieli. 

Jedna  z  recepcjonistek  przychodni  zwolniła  się  ostatnio,  dzięki  czemu  także  Milly  miała 

zapewnioną pracę na miejscu. Wcale się jednak nie cieszyła, że wyjeżdża z Londynu tak daleko. 
Miała teraz ciągle naburmuszoną minę i denerwowała się z byle powodu. Kłóciła się z Duncanem. 
Mówiła, że podoba jej się obecna praca — była sekretarką — i że nie ma ochoty jechać. Duncan 
odpowiadał na to spokojnie, że przecież przed ślubem mówił jej wyraźnie, iż zamierza wrócić do 
Szkocji. 

background image

Milly  nie  mogła  temu  zaprzeczyć,  płakała  więc,  a  kiedy  to  w  niczym  nie  pomagało  — 

wybuchała gniewem. Dobrze, że przynajmniej Duncan znosił wszystko ze stoickim spokojem. W 
przeciwieństwie  do  krewkiej  żony  był  z  natury  bardzo  zrównoważonym,  trzeźwo  myślącym 
człowiekiem. 

Wzdłuż ulicy Carlisle, cichej, spokojnej, ocienionej drzewami, stały stare, eleganckie domy o 

charakterystycznych  wejściach  ze  schodkami  i  kolumienkami.  Joanne  z  rodzeństwem  mieszkali 
pod  numerem  dwudziestym  trzecim.  Dom  należał  wcześniej  do  ich  rodziców.  We  frontowym 
oknie widniał wówczas szyld: JOHN I JANE WINSLOW. BIURO NOTARIALNE. Winslowowie 
byli  szczęśliwą  rodziną.  Niestety,  przed  pięcioma  laty  rodzice  Joanne  zginęli  w  wypadku 
samochodowym w Meksyku, podczas drugiej podróży poślubnej, w jaką się wybrali. 

Milly,  najmłodsza  z  rodzeństwa,  miała  wówczas  trzynaście  lat.  Joanne  przerwała  studia  i 

zatrudniła się w firmie założonej przez Steve’a. Dołączyła do niego nie tylko po to, aby mu pomóc 
w  interesach,  ale  także  dlatego,  żeby  być  blisko  obojga  rodzeństwa,  opiekować  się  Steve’em  i 
Milly. Steve był wówczas dwudziestodwulatkiem i mówił, że jest przecież dorosły, ale cieszył się, 
ż

e zajmowanie się domem spoczęło na cudzych barkach. 

Joanne  otworzyła  drzwi  i  weszła  do  mieszkania.  Spodziewała  się  usłyszeć  głośną  muzykę, 

jednak w domu panowała cisza. Widocznie Milly nie było. Joanne przebrała się w letnią bluzkę i 
spodnie,  i  weszła  do  kuchni.  Włączyła  czajnik  elektryczny  i  zaczęła  szykować  uroczystą, 
pożegnalną kolację. Tego wieczora miała przyjść także Lisa — narzeczona i sekretarka Steve’a.! 

Joanne włożyła do lodówki dwie butelki szampana i zaczęła robić zapiekankę z sera i brokułów. 

W  pewnej  chwili  w  drzwiach  kuchni  pojawiła  się  Milly.  Miała  ładną  twarz,  drobną  postać, 
złociście rude włosy, jasne; niebieskie oczy i apetyczną kobiecą figurę. Zazwyczaj ubierała się tak, 
by podkreślić swoje ponętne kształty. Była żywą, tryskającą energią osóbką. 

Teraz miała jednak na sobie stare, wytarte dżinsy i zwykłą koszulkę, która kiedyś skurczyła się 

w praniu. Usiadła ciężko na krześle, z chmurną miną. 

— Nie wiedziałam, że jesteś w domu — zdziwiła się Joanne. — Nie włączyłaś muzyki! 
— Nie jestem w nastroju — odparła Milly. 
— Smutno ci z powodu wyjazdu? — zagadnęła Joanne. Odpowiedziało jej milczenie. — Nie 

martw  się  —  próbowała  pocieszyć  siostrę.  —  Kiedy  już  się  tam  zadomowisz,  poznasz  nowych 
przyjaciół i będzie ci dobrze. 

— A moja praca? Wiesz, jak bardzo mi się podoba… 
Milly  nie  poszła  na  studia,  postanowiła  skończyć  zamiast  tego  kurs  sekretarek.  Bystra, 

inteligentna,  choć  nie  przykładała  się  zbytnio  do  nauki,  bez  kłopotów  ukończyła  kurs,  a  potem 
znalazła pracę w firmie Lancing International, zastępując jedną z sekretarek, która poszła na urlop 
macierzyński. Milly okazała się tak dobra w pracy, że podpisano z nią stałą umowę, kiedy okazało 
się, że młoda matka nie zamierza wrócić na dawne stanowisko. 

— Nowa praca na pewno też ci się spodoba — powiedziała Joanne. 
— Coś ty?! Kto chciałby siedzieć całe dnie w recepcji przychodni? 
Joanne nalała herbaty. 
— Skończyłaś się już pakować? 
— Nawet nie zaczęłam. 
— Może chciałabyś, żeby ci pomóc? 
— Nie jestem pewna, czy pojadę — oświadczyła Milly. 
— Nie masz chyba wielkiego wyboru — odpowiedziała Joanne, usiłując zachować spokój. — 

Wszystko zostało już ustalone; a przede wszystkim, Duncan jest twoim mężem. 

— Nie musisz mi o tym przypominać! Szkoda, że cię nie posłuchałam, kiedy mi mówiłaś, że 

jestem za młoda na małżeństwo. 

background image

Joanne ogarnął smutek. Sprawa była bardzo poważna. Faktycznie, Joanne uważała, że Milly jest 

zbyt niedojrzała, aby wyjść za mąż. Jednak wyglądało na to, że bardzo kochają się z Duncanem, a 
on wydawał się rozsądnym i zrównoważonym człowiekiem. 

—  Tyle  się  ostatnio  z  Duncanem  kłócimy,  że  zaczynam  się  zastanawiać,  czy  wychodząc  za 

niego nie popełniłam wielkiego błędu!… — dodała żałosnym tonem Milly. 

Ukrywając przerażenie, Joanne odpowiedziała spokojnym głosem: 
— Wiesz, że czujesz się tak tylko z powodu przeprowadzki. 
Milly pokręciła głową. 
— Nie tylko. Chyba się zakochałam. 
— Mam nadzieję. 
— Nie mówię o Duncanie. Nadal mi na nim zależy, oczywiście — ale zdaje się, że zakochałam 

się w kimś innym. 

— Jeśli w Trevorze, uzna to za wielki komplement! — próbowała żartować Joanne. 
Milly skrzywiła się, zniecierpliwiona. 
— Co ty widzisz w tym nadętym typie? — rzuciła. — Może nie jesteś Miss Świata, ale stać cię 

na kogoś lepszego niż Trevor. 

— Dzięki!… — burknęła Joanne. 
— Duncan też go specjalnie nie ceni. Trevor to przeciętniak. Nie ma w nim nic interesującego. 
— Nie przesadzaj. 
—  Może  faktycznie  przesadzam  —  nie  jest  zwykłym  przeciętniakiem,  bo  lubi  się  rządzić  i 

zadzierać nosa. W kółko mówiłby ci, co masz robić. 

— Zapamiętam to — zapewniła Joanne. — Nie chcę wyjść za nieodpowiedniego mężczyznę. 
— Jak zrobiłam ja. 
—  Nie  wygłupiaj  się!  —  zawołała  Joanne,  nie  będąc  w  stanie  dłużej  skrywać  niepokoju.  — 

Przecież nie wyszłaś za  nieodpowiedniego mężczyznę.  Potrzebujesz właśnie takiego  człowieka, 
jak Duncan. 

— Być może. Ale mówię ci: zakochałam się w kimś innym. 
Joanne wzięła głęboki oddech. 
— Może zechcesz mi powiedzieć, w kim? — zapytała. 
— W Bradzie Lancingu, moim szefie. To dopiero mężczyzna z charyzmą! 
— W Bradzie Lancingu?! 
— Jest wspaniały! Przystojny, inteligentny, niebywale czarujący!… Ma cudowne oczy i usta… 
Nic dziwnego, że Milly ma ostatnio humory i nie chce rezygnować z obecnej pracy, pomyślała 

Joanne. 

— Uważasz, że jestem głupia, prawda? — spytała wprost Milly. 
—  Z  tego,  co  mówił  mi  Steve,  Lancing  ma  żonę  i  dzieci  —  zauważyła  Joanne.  —  Dlatego 

odpowiem ci, że tak, jesteś niemądra. 

— Ależ skąd! — zaprotestowała Milly. — Brad jest kawalerem i nie ma żadnych dzieci! Wiem 

o tym. Ma trzydzieści cztery lata, ale jeszcze się nie ożenił. 

— W każdym razie ty jesteś mężatką! Osiemnastoletnią. 
— Wiek nie ma znaczenia; a kiedy przebywam z Bradem, nie czuję się mężatką. Czuję się… 

wspaniale! 

—  Milly!  —  jęknęła  bezradnie  Joanne.  —  Nie  wiesz,  ile  kobiet  zakochuje  się  we  własnych 

szefach? Za to ci szefowie ledwie zauważają swoje sekretarki. 

— Brad mnie zauważa! — zapewniła triumfalnie Milly. — W te dwa wieczory, kiedy mówiłam 

ci, że pracowałam do późna, jedliśmy razem kolację w restauracji. 

Joanne zaniemówiła na chwilę. 

background image

— Nie posunęłaś się chyba jeszcze dalej?… — wybąkała. 
— Nie. Ale z tego, co mówił i w jaki sposób na mnie patrzy, wiem, że tego chciałby. 
Joanne  zacisnęła  zęby.  Kiedy  Milly  podjęła  pracę,  Steve  wspomniał  o  tym,  że  Lancing  ma 

reputację  kobieciarza.  Nie  niepokoiło  to  jednak  zbytnio  Joanne,  ponieważ  nie  przyszło  jej  do 
głowy,  że  tak  inteligentny  i  wykształcony  człowiek,  jakim  musiał  być  Lancing,  może  choćby 
odrobinę  zainteresować  się  osiemnastolatką.  I  to  do  tego  —  świeżo  upieczoną  mężatką.  Ten 
Lancing musi być pozbawioną skrupułów świnią, pomyślała. 

— Zdajesz sobie sprawę, że taki mężczyzna chce tylko zdobyć to, co zdoła? — zapytała. — A 

kiedy już zdobędzie… 

— Nie musisz mi mówić. Wiem, o co ci chodzi. 0 to, że potem nie będzie mnie szanował — 

odpowiedziała  Milly.  —  Ale  nie  martw  się.  Mam  już  dość  tego,  że  jestem  traktowana  z 
szacunkiem.  Chcę,  żeby  w  moim  życiu  coś  się  działo,  coś  ekscytującego.  Jeśli  wyjdzie  nam  ta 
podróż do Norwegii… — Urwała nagle. 

— Jaka podróż do Norwegii? 
— Jeśli okaże się to potrzebne, Brad wyjedzie w sprawach zawodowych do Norwegii, na około 

półtora miesiąca. Poprosił mnie, żebym z nim pojechała. 

— Jako kto? — zapytała wymownie Joanne, zacisnąwszy usta. 
— Oczywiście, że jako jego sekretarka. 
— Ale przecież już u niego nie pracujesz! Złożyłaś wymówienie. 
Milly pokręciła głową. 
— Nie, nie wspominałam mu o tym, że przeprowadzam się do Szkocji. Jeszcze się w tej sprawie 

nie namyśliłam. 

Joanne odstawiła filiżankę. 
—  Chyba  nie  mówisz  poważnie?  Czy  zamierzasz  postawić  swoje  małżeństwo  w  sytuacji 

bliskiej rozpadu, z powodu zwykłego zauroczenia? 

— Ale ja… 
—  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  Brad  Lancing  prawdopodobnie  myśli  tylko  o  przelotnym 

romansie?  —  perorowała  Joanne.  —  Nawet  jeśli  mylę  się  w  sprawie  tego,  że  jest  żonaty,  ma 
reputację kobieciarza. A poza tym, niedawno złożyłaś przysięgę małżeńską! 

— Jestem za młoda, żeby wiązać się na całe życie. 
— Przed ślubem zapewniałaś mnie, że jesteś gotowa wziąć na siebie tę odpowiedzialność. 
— Tak mi się zdawało. 
—  Źle  ci  się  zdawało,  jeżeli  jesteś  na  tyle  niedojrzała,  że  zamierzasz  wskoczyć  do  łóżka 

pierwszemu  poznanemu  mężczyźnie,  którego uważasz za zachwycającego!  — zakomunikowała 
Joanne. 

Milly zaczerwieniła się. 
—  Oj,  bo  ty  zawsze  byłaś  taka  porządna!  —  odparła  z  przekąsem.  —  Jeżeli  nadal  będziesz 

zachowywać się w ten sposób, zostaniesz starą panną albo wyjdziesz za kogoś tak nieciekawego, 
jak Trevor. 

—  Może wyłączmy z całej sprawy  mnie… Rozmawiamy  o twojej  przyszłości —  zauważyła 

Joanne. — A także przyszłości Duncana. Uwielbia cię ponad wszystko. Czy pomyślałaś o tym, jak 
straszną krzywdę byś mu wyrządziła? 

— Nie mam najmniejszej ochoty go zranić… — odpowiedziała smutno Milly. — Ale chyba nie 

zdołam  się powstrzymać. Ciągle  myślę o fantastycznej podróży  do Norwegii i  o wszystkim,  co 
stracę, jeśli tam nie pojadę. 

background image

— Spróbuj zastanowić się nad tym, co stracisz, jeżeli tam pojedziesz! — poradziła Joanne. — 

Pozbawisz się kochającego cię męża, dobrego człowieka, który nigdy cię nie opuści, przyszłego 
ż

ycia rodzinnego… 

Na twarzy Milly wymalowała się niepewność. Joanne mówiła więc dalej: 
— Nie możesz oczekiwać od Duncana, żeby spokojnie czekał na twoją decyzję, czy wyjeżdżasz 

z  nim  do  Szkocji,  jako  jego  żona,  czy  też  wybierasz  się  z  innym  mężczyzną  w  podróż  do 
Skandynawii. 

— Dzisiaj wieczorem okaże się, czy ta podróż jest aktualna — odparła krótko Milly. — Brad 

wyjechał na tydzień. Ma wrócić dziś wieczorem. Będzie już wiedział, czy jego pobyt w Norwegii 
jest potrzebny. Jeśli tak, zadzwoni. 

— Tutaj? 
— Tak. Wyjechalibyśmy jutro rano. 
— Żartujesz! A jeżeli nie zadzwoni? Milly obracała nerwowo obrączkę na palcu. 
— Nie wiem — przyznała. — Może wyjadę do Szkocji… Nie jestem pewna. 
Rozległ się chrobot klucza w zamku. 
— Milly? Jestem, kochanie! — zabrzmiał radośnie głos Duncana. 
Milly wstała z krzesła i szepnęła do Joanne: 
— Nie mów mu nic, dopóki nie podejmę decyzji, dobrze? 
—  Nie  powiem  ani  słowa.  Ale  jeżeli  nie  chcesz,  żeby  sam  zaczął  zadawać  ci  niewygodne 

pytania, lepiej zacznij się pakować. Ja w tym czasie dokończę szykować kolację. 

Milly wybiegła z kuchni. Joanne rozmyślała ze złością o Lancingu. Mógł nie zapraszać Milly 

dwukrotnie do restauracji i nie nęcić perspektywą długiej podróży do Norwegii. Kiedy to zrobił, 
zaczęła poważnie myśleć o porzuceniu świeżo poślubionego męża! 

W pewnej chwili zadzwonił telefon. Joanne ode brała już pierwszym sygnale. 
— Czy panna Winslow? — spytał przyjemny męski głos. 
— Tak. 
— Mówi Brad Lancing. Wyjazd do Norwegii aktualny. Z przyjemnością zjadłbym z panią dziś 

wieczorem kolację, podczas której omówilibyśmy wszystkie szczegóły. 

Joanne już otwierała usta, żeby przedstawić się Lancingowi i powiedzieć mu, co o nim myśli, 

ale  nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  może  to  być  nie  najlepszy  pomysł.  Pozbawiony  wstydu 
mężczyzna  w  typie  Lancinga  zapewne  nie  da  od  razu  za  wygraną  i  ponownie  spróbuje 
skontaktować się z Milly. Joanne musiała zapobiec rozpadowi małżeństwa siostry! 

—  Spotkajmy się w  Somersby’s, o dziewiętnastej trzydzieści, jeśli to pani pasuje —  ciągnął 

męski głos Lancinga. 

Joanne  pomyślała,  że  najprościej  odpowiedzieć  chłodno,  iż  nie  da  rady  spotkać  się  z  nim  o 

dziewiętnastej trzydzieści, i rozłączyć się. Zawahała się jednak. Gdyby się zgodziła, Lancing bez 
protestów zakończyłby rozmowę i już by więcej nie dzwonił. Powiedziała więc szybko, naśladując 
sposób mówienia Milly: 

— Będę tam! 
— Restauracja znajduje się na Grant Street w Mayfair. Proszę wziąć taksówkę. 
Lancing odłożył słuchawkę. Był chyba małomównym człowiekiem. Dobrze się złożyło. Gdyby 

miał ochotę porozmawiać dłużej, trudno by było Joanne wciąż udawać Milly. Jeśli Milly jednak 
wyjedzie do Szkocji, sądząc, że podróż do Norwegii jest nieaktualna, jej kłopotliwe zauroczenie 
może zakończyć się w naturalny sposób. 

Nagle naszła Joanne inna myśl — jeżeli Milly nie pojawi się w restauracji o wpół do ósmej, 

Lancing  zapewne  zadzwoni,  żeby  spytać,  co  się  stało.  Milly  będzie  jeszcze  wtedy  w  domu. 

background image

Wszyscy będą siedzieć przy kolacji. Usłyszą więc telefon jednocześnie. Milly z pewnością będzie 
chciała osobiście sprawdzić, czy to Lancing dzwoni. 

Pozostawała jedyna możliwość. Joanne mogła pojechać na spotkanie z nim i sprawić, żeby nie 

zatelefonował ponownie. Będzie miała jednak okazję powiedzieć mu, co o nim myśli. 

Drzwi wejściowe otworzyły się i po chwili do przedpokoju wkroczył Steve z narzeczoną. Steve 

był  szczupłym,  ciemnowłosym  mężczyzną  średniego  wzrostu.  Miał  pociągłą,  inteligentną, 
sympatyczną twarz, niebieskie oczy. Nie był brzydki ani też przystojny. 

Przede wszystkim był jednak tak miłym człowiekiem, że Joanne niegdyś nie raz zastanawiała 

się, dlaczego jeszcze nie znalazł sobie życiowej partnerki. Chyba dlatego, że zbyt ciężko pracował, 
ż

eby mieć czas na życie towarzyskie. Ciągle pozostawał sam, aż do czasu, kiedy, przed kilkoma 

miesiącami,  w  jego  firmie  zatrudniła  się  Lisa.  Była  niezwykle  sympatyczną,  drobną,  ładną 
blondynką. Pokochali się od pierwszego wejrzenia. Niespodziewanie Lisa zaszła ze Steve’em w 
ciążę. Wprawdzie tego nie zaplanowali, jednak bardzo chcieli dziecka. Pospiesznie czynili więc 
przygotowania do ślubu, który miał się odbyć pod koniec października. 

— Jak ci poszło w Liam Peters? — spytał Steve. 
— W poniedziałek z samego rana oczekują tam naszych techników — odpowiedziała Joanne. 
Steve zakrzyknął z radości, przytulił Joanne, uniósł i wykonał z nią kilka obrotów. 
— Chyba zdarzyło się coś bardzo pomyślnego — odezwał się Duncan, który nadszedł razem z 

Milly z pokoju. 

— Zgadłeś! — odparł Steve. — Trzeba to uczcić. Powinny gdzieś być w domu dwie butelki 

szampana… 

—  Już  się  chłodzą  —  poinformowała  Joanne.  Steve  ucieszył  się,  wyjął  butelkę  z  lodówki, 

odkorkował i nalał wszystkim musującego trunku. Wzniósł toast, mówiąc: 

— Za nas wszystkich, a zwłaszcza za Joanne, której udało się wynegocjować umowę z Liam 

Peters — a potem jeszcze przygotować nam wspaniale pachnącą kolację! 

Zebrani wznieśli kieliszki i napili się. 
— Mam nadzieję, że kolacja będzie smaczna, a wieczór miły. Przykro mi to powiedzieć, ale nie 

będę  spędzać  go  dzisiaj  z  wami  —  zakomunikowała  Joanne,  wykorzystując  chwilę  wesołości. 
Widząc zdumienie na twarzach pozostałych, wyjaśniła: — Trevor zapomniał, że Milly i Duncan 
wyjeżdżają właśnie dzisiaj, i kupił bilety, bardzo drogie, na wyjątkowy koncert, na który bardzo 
chciałam pójść. 

Joanne powiedziała wyłącznie prawdę, choć nie wyjaśniła, że oddała Trevorowi pieniądze za 

swój  bilet  —  Trevor  był  oszczędnym  człowiekiem  —  i  zaproponowała  mu,  żeby  poszedł  na 
koncert z matką. 

Milly nie kryła rozczarowania obrotem spraw. Zbliżyła się do męża, a on objął ją. 
Może  się  uda!  —  pomyślała  Joanne.  Z  boską  pomocą.  Milly  jest  za  młoda,  żeby  w  pełni 

ś

wiadomie zniszczyć sobie życie. 

— Hm, skoro nie spędzisz z nami naszego pożegnalnego wieczoru, mam nadzieję, że będziesz 

pierwszym gościem, jakiego powitamy w naszym nowym mieszkaniu! — powiedział Duncan. 

— Ustalone! — zakończyła Joanne. 
Zamówiła  taksówkę  i  od  razu  poszła  wziąć  prysznic  i  przebrać  się,  żeby  nie  spóźnić  się  na 

spotkanie.  Jeśli  Brad  Lancing  jest  niecierpliwym  człowiekiem,  może  zadzwonić  od  razu  po 
dziewiętnastej  trzydzieści.  Udawała,  że  wybiera  się  na  koncert,  włożyła  więc  swój  najlepszy 
jedwabny  kostium,  zrobiła  staranny  makijaż,  nałożyła  perłowe  kolczyki,  upięła  włosy  w  kok. 
Kiedy zeszła na dół, Duncan gwizdnął, a Milly pokiwała głową na znak aprobaty. 

— Nieźle — pochwaliła. — Chociaż szkoda tak się szykować dla Trevora… Kiedy wrócisz, już 

chyba nas nie będzie… — dodała odrobinę drżącym głosem. 

background image

Zdecydowała się jechać! — pomyślała Joanne. Podziękowała w myślach Bogu. 
Przytuliła siostrę i szwagra, i powiedziała pogodnie: 
— Miłej podróży. Kiedy będziecie już gotowi na przyjmowanie gości, zawiadomcie mnie! 
— Nie omieszkamy — zapewnił Duncan. Przyjechała taksówka. Joanne uściskała pozostałych i 

wyszła. 

 

*

 

*

 

 
Somersby’s była stylową, drogą restauracją, ulokowaną nad  galerią sztuki. Joanne weszła na 

piętro po schodach wyłożonych czerwonym dywanem. Na górze były ciężkie szklane drzwi, które 
otworzył portier w uniformie. 

Joanne układała sobie w głowie to, co chciała powiedzieć Lancingowi. Wyobrażała sobie, że 

wprawi rozmówcę w zakłopotanie, po czym wyjdzie. 

To zły pomysł, stwierdziła jednak w duchu. Milly i Duncan mieli wyjechać na dworzec dopiero 

mniej więcej za trzy godziny. Trzeba było jakimś sposobem zająć Lancinga przez aż tak długi czas, 
ż

eby nie zatelefonował do Milly, zanim pociąg ruszy. Joanne nie wiedziała jeszcze, jak to zrobić. 

Zastanawiała  się,  jak  może  wyglądać  Lancing.  Na  pewno  jest  niezmiernie  przystojny,  ma 

ś

miałe spojrzenie i kształtne usta. A może wąsy? 

Milly i Joanne gustowały w zdecydowanie innych mężczyznach. Jedynie Duncan podobał się 

im obu — był blondynem o chłopięcej urodzie. Poza tym Milly ciągnęło ku osobnikom, którzy 
nosili się i patrzyli w sposób zdradzający zainteresowanie zmysłowością. 

Było dwadzieścia pięć po siódmej. Kiedy tylko Joanne weszła na salę, podszedł do niej szef 

obsługi kelnerskiej i powitał grzecznie. 

— Jestem umówiona z panem Lancingiem — oznajmiła. 
— Proszę tędy. — Kelner poprowadził ją do przytulnego stolika we wnęce. Siedział przy nim 

brunet o gęstych włosach. Wstał na widok zbliżającej się kobiety. 

Był wysoki, miał szerokie ramiona, pociągłą twarz, ciemną cerę. Jego oblicze było szlachetne, 

może tylko nazbyt surowe. Nie był ubrany z przesadą, nie miał starannie przystrzyżonego zarostu 
ani bezczelnego spojrzenia. Przez chwilę Joanne zastanawiała się, czy kelner się nie pomylił. 

— Oto pani, której pan oczekuje. Pan Lancing — szepnął i wycofał się cicho. 
Wygląd  Lancinga  zaskoczył  Joanne  na  tyle,  że  zamiast  wyćwiczonych  słów  zająknęła  się  i 

powiedziała: 

— Jestem… Rzeczywiście nazywam się Winslow, ale nie jestem tą panną Winslow, której pan 

się spodziewał. 

Brad uniósł gęste, elegancko zarysowane brwi. 
—  Faktycznie, nie pani się spodziewałem,  ale jest pani nie mniej czarująca niż  pani,  z  którą 

zamierzam się spotkać. 

Co za podrywacz! — pomyślała z oburzeniem Joanne. 
— Jestem siostrą Milly — wyjaśniła. 
— Zupełnie nie jest pani do niej podobna. 
— Nie przeczę. 
— Może zechce pani usiąść? 
— Dziękuję. 
Lancing zaczekał, aż Joanne usiądzie, i dopiero potem zajął z powrotem miejsce. 
Przynajmniej jest dobrze wychowany, pomyślała. 
— Obawiam się, że przynoszę panu złe wiadomości — zaczęła. 

background image

Patrzył  niezwykłymi  oczami.  Dużymi,  ciemnozielonymi,  inteligentnymi.  Nie  był  nieśmiały. 

Czując na twarzy jego wzrok, Joanne zaczęła oddychać odrobinę szybciej. 

— Chyba nic się nie stało? — upewnił się. 
— Milly nie może przyjść — oznajmiła pospiesznie Joanne. 
— Rozumiem… — Nagle Brad doznał olśnienia. 
— To z panią, nie z Milly, rozmawiałem przez telefon! 
Joanne wystraszyła się nieco. 
— Cóż… tak. 
—  W  takim  razie,  jest  pani  tą  panną  Winslow,  z  którą  się  umówiłem.  —  Uśmiechnął  się 

szeroko. Miał piękny uśmiech. Usta Lancinga były zmysłowe i szlachetne jednocześnie. Joanne 
nie  dziwiła  się,  dlaczego  urzekł  Milly  z  wyglądu.  Jej  także  się  podobał.  Odwróciła  na  chwilę 
wzrok. 

— Proszę mi powiedzieć, dlaczego udawała pani siostrę? — zapytał. 
— Ja… nie udawałam… — zająknęła się Joanne. 
— Ależ udawała pani. Naśladowała pani nawet jej sposób mówienia. 
— Rzeczywiście — plątała się Joanne. — Tylko dla żartu. Milly nie było, więc… 
— Postanowiła pani odpowiedzieć mi za nią? 
— Tak. 
— Zawsze pani tak robi? Mówi za siostrę? 
— Oczywiście, że nie. Wiedziałam jednak, że będzie chciała przyjść na to spotkanie, zatem… 
— W takim razie, dlaczego nie przyszła? 
— Zdarzyły się nam nagłe kłopoty rodzinne. Milly właśnie miała wychodzić, kiedy odebrała 

telefon od naszej cioci, osoby w podeszłym wieku. Ciocia przewróciła się i mocno potłukła, a bała 
się pójść do szpitala, zwróciła się więc do Milly. Milly uwielbiają, łączą je bardzo zażyłe stosunki, 
więc… 

Brad był lekko rozbawiony, ale odpowiedział: 
— Wiem, jak to bywa w rodzinie. Rozumiem… 
— Zanim wyszłam, nie byłyśmy pewne, w jakim stanie jest ciocia — zmyślała dalej Joanne — 

ale niewykluczone, że Milly będzie musiała zostać z nią na noc. 

— A pani przyjechała tu? 
—  Cóż,  pomyślałam,  że  najlepiej  będzie,  kiedy  przyjadę  i  osobiście  wyjaśnię  panu  całą 

sytuację. 

—  To rzeczywiście znacznie sympatyczniejsze niż  gdybym tylko odebrał  od pani telefon — 

skwitował oschle Brad. 

Joanne nie miała wątpliwości, że Lancing nie uwierzył. Nagle jednak przyszło jej do głowy, jak 

rozegrać  całą  sprawę.  Gdyby  połechtała  jego  próżność,  udała,  że  jest  nim  zainteresowana, 
wówczas może zdoła sprawić, że zostanie z nim w restauracji. I zajmie go przez tak długi czas, że 
Milly zdąży wsiąść do pociągu i wyjechać z Londynu. Wówczas Joanne powie Lancingowi, co o 
nim myśli. 

—  Muszę  przyznać,  że  bardzo  chciałam  pana  poznać…  —  oznajmiła  z  udawanym 

zawstydzeniem. 

— Doprawdy? — W oczach Brada błysnęło zainteresowanie. 
— Mnóstwo o panu słyszałam od Milly. 
— Cóż takiego mówiła? 
— Opowiadała ciągle, że jest pan błyskotliwy, czarujący, obdarzony charyzmą. 
— Chciałbym taki być — odpowiedział skromnie Lancing. 
Nadszedł młody kelner i podał oprawione w skórę menu. 

background image

— Och… — Joanne udała, że zamierza wstać. — Powinnam już pójść i pozwolić panu zjeść w 

spokoju kolację. 

— Może zechciałaby pani zostać i zjeść ze mną? — zaproponował Brad, spełniając jej nadzieje. 
— Hmm… 
— Chyba że pani narzeczony będzie miał o to pretensje. — Obserwował uważnie Joanne. 
— Nie, z pewnością nie będzie miał. 
— Proszę zatem zostać. Zapraszam panią. 
— Dziękuję. Z przyjemnością zostanę. 
— Może na początek napije się pani czegoś, wybierając potrawę. Szampana? — zaproponował 

Brad. 

Joanne uśmiechnęła się. Wypiła już w domu kieliszek szampana, a do tego wieczór był pełen 

emocji, czuła więc lekki szum w głowie; jednak zgodziła się. 

— Cudowny pomysł! — odparła. 
Brad  dał  znak  kelnerowi  od  win  i  zamówił  najlepszy  trunek.  Kelner  powrócił  niemal 

natychmiast, wprawnie odkorkował butelkę i nalał szampana do dwóch wysokich kieliszków, po 
czym znikł. Lancing uniósł kieliszek i uśmiechając się lekko, wzniósł toast: 

— Za ekscytujący wieczór! 
Joanne  odpowiedziała  uśmiechem  i  wypiła  mały  łyczek.  Nie  spodziewa  się,  jakich  emocji 

dostarczę mu na zakończenie, pomyślała z ironią. 

background image

R

OZDZIAŁ DRUGI

 

 
Joanne  wpatrywała  się  w  menu  tak  długo,  jak  tylko  mogła,  sącząc  powolutku  szampana. 

Wybrała  w  końcu  przekąskę  z  melona,  a  potem  awokado  z  krewetkami,  jako  danie  główne. 
Złożywszy zamówienie, Brad popatrzył jej znowu w oczy i spytał: 

— Skoro już zastępuje pani dziś siostrę, proszę mi powiedzieć, czy sądzi pani, że Milly wciąż 

jest zdecydowana wyjechać ze mną do Norwegii? 

Zaskoczona pytaniem, Joanne zawahała się, po czym odparła szczerze: 
— Cóż, sądzę, że chciałaby pojechać. 
—  Widzi  pani  —  wyjaśnił  Brad  —  czas  nagli.  Zarezerwowałem  dwa  miejsca  w  samolocie, 

który startuje z Heathrow jutro około trzynastej. Jeżeli pani siostra będzie musiała zostać do tego 
czasu… z ciocią, powinienem znaleźć sobie inną sekretarkę. 

— Jestem pewna, że Milly nie chciałaby pana zawieść — odpowiedziała Joanne, aby wprawić 

Lancinga  w  większe  zakłopotanie.  Niewiele  myśląc,  wypaliła:  —  Gdyby  przypadkiem  się  nie 
zjawiła, sama bym ją zastąpiła. 

— Trzymam panią za słowo!… — odpowiedział z błyskiem w oku Brad, napełniając powtórnie 

szam  —  panem  kieliszek  Joanne.  —  Musiałaby  pani  odpowiednio  się  przygotować.  Noce  w 
Norwegii bywają bardzo zimne. 

— Bez wątpienia dałabym sobie radę. 
— Jakie ma pani doświadczenie? — spytał Brad. 
— Wystarczające. 
— Gdzie pani obecnie pracuje? — wypytywał. 
— W Optima Business Services. 
— W firmie waszego brata, Stevena Winslowa. 
—  Zgadza  się.  —  Skąd  Lancing  słyszał  o  Stevenie,  zastanawiała  się  Joanne.  Może  Milly 

pochwaliła mu się, co robi jej brat? 

— Jak rozumiem, jest pani jego sekretarką? 
— Asystentką. Od ponad pięciu lat. 
— I uważa pani, że jest pani dobra w tej pracy? — upewnił się Brad. 
— Gdybym była niedobra, nie pracowałabym jako asystentka Steve’a. Żadne z nas nie uważa, 

ż

e wystarczy być czyimś krewnym, aby zajmować jakiekolwiek stanowisko. Ale… nie jestem aż 

tak interesującą osobą. Porozmawiajmy raczej o panu… 

— Proszę zwracać się do mnie po imieniu. Jestem Brad. 
— Bardzo chętnie. Mam na imię Joanne. 
Joanne uniosła do ust kieliszek z szampanem. Przypomniało jej się, co kiedyś powiedziała jej 

Milly. Powtórzyła to: 

—  Zawsze  podobali  mi  się  przystojni  mężczyźni,  mający  władzę.  Tacy  jak  ty  —  dodała  od 

siebie. 

W  oczach  Lancinga  pojawił  się  chyba  wyraz  rozbawienia.  Być  może  przesadziła.  Ale  ten 

egoista  musiał  ucieszyć  się  z  bezpośredniego  komplementu,  jaki  przed  chwilą  usłyszał.  Bez 
wątpienia  cieszył  się  z  rozpoczynającego  się  romantycznego  wieczoru  z  nowo  poznaną 
dziewczyną, która była nim zafascynowana. Jako kobieciarz, niewątpliwie zamierzał ją uwieść. 

Niech  się  łudzi!  —  pomyślała  Joanne.  Tym  większe  będzie  jego  rozczarowanie,  kiedy  mu 

dopiekę. 

background image

Kolacja była wyśmienita. Joanne flirtowała śmiało z Lancingiem, świetnie się przy tym bawiąc. 

Cały czas starała się unikać pytań, które dotyczyły jej, starając się jak najwięcej rozmawiać o nim. 

Nie  było  to  łatwe.  Większość  mężczyzn,  nawet  ci  najmilsi,  bardzo  się  cieszy,  kiedy  może 

opowiadać o sobie. Brad Lancing był jednak całkowicie otwarty tylko na kwestie zawodowe, nie 
chciał natomiast zdradzić niczego, co wiązało się z jego życiem osobistym. 

Może jednak jest żonaty, pomyślała Joanne. Jeśli tak, współczuję jego żonie. 
—  Zapewne  bardzo  dużo  podróżujesz?  —  zadała  kolejne  pytanie,  podczas  gdy  kelner  podał 

kawę z likierem. 

—  Kiedyś  podróżowałem  więcej  —  odpowiedział  Brad.  —  Teraz  wyjeżdżam  tylko  wtedy, 

kiedy uważam to za naprawdę konieczne. 

— Żona na pewno cieszy się, kiedy jesteś w domu… Lancing wbił w nią spojrzenie. 
— Nie jestem żonaty — odpowiedział spokojnie. — Ani nie zamierzam się żenić. 
— Coś podobnego! 
— Kto to powiedział: „Kochaj wszystkie kobiety, ale nie żeń się z żadną”? — zażartował Brad. 
— Nie wiem, ale zapewne postępujesz dokładnie według owej porady! — wypaliła Joanne. 
—  Do  tej  pory  tak  robiłem  —  przyznał  Lancing,  nie  zrażony.  —  A  ty…  pewnie  tego  nie 

aprobujesz? 

— Kto to powiedział: „Zbieraj pąki róż, póki możesz?” — odpowiedziała innym cytatem. 
— Wiem. Tak napisał Herrick. 
Joanne  domyślała  się,  że  Brad  Lancing  jest  wykształcony,  ale  nie  przyszło  jej  do  głowy,  że 

może interesować się poezją. 

— I cóż? Czy zgadzasz się z jego sentencją? — zapytał. 
—  Chyba  tak…  —  przyznała.  —  Choć  nie  miałam  w  życiu  zbyt  wiele  czasu  na  zrywanie 

kwiatków. 

— Dlaczegóż to? 
— Nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy byłam jeszcze na początku studiów. 

Przerwałam je i stałam się głową domu. 

— Ile miałaś wtedy lat? 
— Dziewiętnaście. 
— Pewnie zatrudniłaś się wówczas w firmie brata? 
— Tak… 
— Czy macie jeszcze więcej rodzeństwa? — interesował się Brad. 
— Nie, jest nas trójka. Steve jest najstarszy, a Milly najmłodsza. Kiedy rodzice zginęli, była 

jeszcze w szkole podstawowej. 

— Matkujesz jej odtąd? 
—  Można  tak  powiedzieć.  Z  tego,  co  mi  mówiła,  wyjeżdżasz  do  Norwegii  na  około  półtora 

miesiąca? — zmieniła temat Joanne. 

— Zgadza się. 
—  To  długo,  jak  na  podróż  w  interesach.  Czy  będziesz  dopilnowywał  rozwoju  nowego 

przedsięwzięcia? 

— Nie. Muszę uporządkować sprawy związane z odziedziczoną firmą, istniejącą już od stu lat. 
— Odziedziczyłeś firmę w Norwegii? Nie masz norweskiego nazwiska. 
—  Moja  mama  urodziła  się  w  Norwegii.  Dziadek  był  Norwegiem,  a  babcia  —  Angielką. 

Mieszkali w Bergen. Tam mama poznała mojego tatę. Zamieszkali w Londynie, jeździliśmy do 
Norwegii na wakacje. Mama umarła półtora roku temu. Odziedziczyłem po dziadku — który żył 
do niedawna — morską linię przewozową, a także niewielką sieć hoteli. Odkąd zabrakło dziadka, 
interesy norweskiej firmy zaczęły iść źle. Oddelegowałem tam jednego z najlepszych ludzi, ale nie 

background image

radzi sobie dostatecznie dobrze. Zwrócił się do mnie o pomoc. Wolałbym pojechać do Norwegii 
wiosną, ale nie mogę czekać tak długo. 

— Dlaczego wiosną? — spytała Joanne, której zaczynało się trochę kręcić w głowie. 
—  We  wrześniu  jest  wprawdzie  pięknie,  można  chodzić  po  górach,  ale  norweski  krajobraz 

najwspanialej wygląda wiosną, kiedy zaczynają puszczać lody i rzekami płynie kra… Chciałbym 
wykorzystać tę podróż także na urlop. Od paru lat nie miałem na to czasu, a do Norwegii jeździłem 
wyłącznie na krótko, jedynie służbowo. Bardzo lubię kraj mojej matki. 

— Czy firma ma siedzibę w Bergen? — spytała Joanne. 
— Tak, właśnie tam się wybieram. 
— Nigdy nie byłam w Norwegii. 
— Nie podróżujesz zbyt dużo, prawda? 
—  Od  śmierci  rodziców  —  niewiele.  W  tym  roku  wyjechałam  tylko  na  długi  weekend. 

Chciałam pojechać do Rzymu,  ale Trevor uparł się na Amsterdam. — Joanne zmitygowała się. 
Zaraz, po co mu to powiedziałam?! 

Brad ujął jej dłoń i uniósł ją, przyglądając się zaręczynowemu pierścionkowi z brylantem. 
— Trevor to twój narzeczony? — spytał. 
— Tak — odpowiedziała, po chwili wahania. 
Brad przesunął palcem po jej palcach, aż przeszedł ją dreszcz. 
— Ale nie jest chyba zbyt zazdrosny? — upewnił się. 
— Nie. — Joanne cofnęła rękę i spojrzała na zegarek. Milly i Duncan powinni za kilka minut 

wyjść z domu. 

— Spieszysz się? — spytał Lancing. 
Joanne nie miała po co przedłużać spotkania, kiedy tylko Milly wyjedzie. 
— Cóż, skoro jutro około południa lecisz w długą podróż… — zaczęła. 
— Masz rację — przerwał jej Brad i skinął na kelnera. — Czas wstać od stolika. 
Joanne wzięła głęboki oddech. Zamierzała powiedzieć Lancingowi, co o nim myśli. Rozejrzała 

się, pod — f czas gdy Brad płacił. Najbliższe stoliki były zajęte. Nie chciała dyskutować głośno 
przy ludziach o prywatnym życiu swojej siostry. Zrobi to więc na zewnątrz. 

Alkohol uderzył jej do głowy do tego stopnia, że wstając, zachwiała się lekko. Brad podtrzymał 

ją za ramię i nie puszczając, sprowadził ze schodów aż na dół. Na jednym ze stopni zachwiała się 
po raz drugi. 

Nadjechała  lśniąca  szara  limuzyna,  prowadzona  przez  kierowcę  w  liberii,  który  otworzył 

szeroko tylne drzwi. Zanim Joanne zdążyła zebrać myśli, siedziała już w samochodzie. 

— Miałam zamiar wezwać taksówkę — oznajmiła, kiedy ruszyli. 
— Och!… 
— Czy jedziemy prosto do domu, proszę pana? — spytał szofer, nie odwracając się. 
— Tak, Gregory, bardzo proszę. — Brad wcisnął przycisk i przed fotelami wysunęła się szyba, 

która oddzieliła jego i Joanne od kierowcy. Chwilę później rolety zasłoniły wszystkie szyby wokół 
tylnej kanapy limuzyny. 

Korzystając z chwili, Brad natychmiast ujął Joanne za kolano. Pożałowała, że wsiadła do jego 

samochodu. 

— Mieszkam w Fulham i… — odezwała się. 
— Wiem — przerwał jej Brad, po czym nachylił się, objął ją i zaczął całować. 
Zaskoczona, nie opierała się z początku. W końcu zdała sobie sprawę z tego, co robi, i cofnęła 

głowę. 

— Daj mi spokój — powiedziała. — Nie chcę, żebyś mnie dotykał. 
— Z twojego zachowania sądziłem, że tego właśnie pragniesz. 

background image

— Myliłeś się. Chcę pojechać do domu. 
— Właśnie tam jedziemy. 
— Do mojego domu! Natychmiast każ szoferowi zatrzymać samochód i wypuścić mnie. 
Brad był szczerze zdumiony. 
— Jeśli wolno spytać, po co cały czas dawałaś mi do zrozumienia, że tej nocy chcesz być ze 

mną? 

— Musiałam cię czymś zająć, żebyś nie zatelefonował do Milly! — przyznała Joanne. 
Brad uśmiechnął się smutno. 
— A zatem jest w domu? Ta historia o chorej cioci od początku wydawała mi się podejrzana. 

Czy  możesz  mi  wyjaśnić,  dlaczego  posunęłaś  się  aż  tak  daleko,  po  to,  żeby  nie  udało  mi  się 
skontaktować z sekretarką? 

— Dlatego, że gdyby odebrała twój telefon, natychmiast rzuciłaby wszystko i przyjechała na 

spotkanie. 

— Rozumiem. Czy obawiałaś się, że chciałaby spędzić ze mną noc? 
— Wiem, że by do tego doszło. 
— Skąd możesz wiedzieć cokolwiek na ten temat?! 
— Milly wyznała mi, że ją zauroczyłeś. 
— Czy winisz mnie za to? — spytał Brad. 
—  Oczywiście.  Milly  opowiadała,  jak  na  nią  patrzysz,  i  to,  że  dwukrotnie  zapraszałeś  ją  do 

restauracji.  Steve  mówił,  że  jesteś  kobieciarzem,  ale  przez  myśl  mi  nie  przeszło,  że  możesz 
próbować uwieść osiemnastoletnią mężatkę! 

— Mężatkę?!… — zdumiał się Brad. 
— Nie udawaj, że nie wiesz! Kusiłeś ją perspektywą ekscytującej podróży do Norwegii, przez 

co Milly omal nie doprowadziła do rozpadu swojego świeżo zawartego małżeństwa! Miała ochotę 
jechać z tobą, zamiast wyprowadzić się z mężem do Szkocji. 

— Do Szkocji? — dziwił się Brad. — Nic nie rozumiem. Jej mąż mieszka w Szkocji? 
—  Chwilowo  oboje mieszkali z  nami, ale w tej  chwili właśnie  wyjeżdżają do Edynburga — 

wyjaśniła Joanne. — Mam nadzieję, że tam Milly będzie poza twoim zasięgiem! 

— Chyba zaczynam pojmować — oznajmił Brad. — Chciałaś zająć mnie, dopóki nie wyjadą. 
— Właśnie. A teraz chcę wysiąść. 
— Na pewno? 
— Tak! — krzyknęła Joanne. — Zamierzasz mnie porwać?! 
— Nie. Odwiozę cię do domu. Gdzie dokładnie mieszkasz? 
Podała mu adres. 
Lancing wcisnął guzik i polecił kierowcy: 
—  Gregory,  skręć,  proszę,  do  Fulham.  Wysadzimy  panią  na  ulicy  Carlisle,  pod  numerem 

dwadzieścia trzy. 

— Dziękuję — burknęła Joanne. 
Brad popatrzył poważnie i powiedział: 
—  Twoje  przypuszczenia  na  temat  moich  zamiarów  względem  Milly  są  całkowicie  błędne. 

Uważam ją po prostu za miłą dziewczynę, a przede wszystkim, sprawną sekretarkę. 

Joanne przypomniało się, jak Brad złapał ją za kolano i zaczął całować. 
— Nie wierzę ci — odparła. — Słyszałam, jakim jesteś człowiekiem, i sama widzę. — Cofnęła 

się w kąt kanapy. Milczeli chwilę. Kiedy limuzyna zatrzymała się pod domem Winslowów, Brad 
rzucił Joanne gniewne spojrzenie. Kiedy jednak kierowca otworzył jej drzwi, Lancing natychmiast 
wyskoczył i odprowadził ją po schodkach do aż do progu mieszkania. 

background image

—  Dziękuję ci — powiedziała, otworzywszy sobie, po czym  weszła do domu i zamknęła za 

sobą  drzwi.  Była  wściekła.  „Co  za  okropny  człowiek!”  —  myślała  sobie.  Uspokoiwszy  się  po 
dłuższej  chwili,  zebrała  myśli.  W  domu  panowała  ciemność.  Widocznie  Steve  i  Lisa  już  się 
położyli. 

Kiedy weszła na piętro, drzwi sypialni Steve’a otworzyły się. 
—  Przepraszam,  że  jestem  ciekawski,  ale  przed  chwilą  widzieliśmy,  jak  wysiadłaś  z  czyjejś 

limuzyny… — powiedział Steve. 

Joanne poczuła się bezradna. Nie chciała tłumaczyć wszystkim, gdzie, z kim i po co była. Po co 

rozpowiadać o rozterkach Milly, zwłaszcza że szczęśliwie wyjechała z mężem do Edynburga? 

— Mężczyzna, który z tobą wysiadł, wydał mi się znajomy. Choć, oczywiście, to nie Trevor — 

dodała Lisa. — Milly pokazała mi raz swojego szefa, kiedy odbierałam ją z pracy. 

Joanne milczała, nie wiedząc, co mówić. 
— Powiedz coś — odezwał się znowu Steve. — Jesteśmy bardzo ciekawi, skąd wzięłaś się w 

limuzynie Brada Lancinga? 

— Byłam z nim w restauracji! — odparła śmiało Joanne. 
— Coś podobnego! — Steve aż gwizdnął. — To znaczy okłamałaś nas, mówiąc o tych biletach 

na koncert, które kupił Trevor. 

—  Niezupełnie.  Naprawdę  kupił  te  bilety,  tylko  że  powiedziałam  mu,  że  nie  mogę  pójść  na 

koncert. 

Steve zrobił kwaśną minę. 
— Wiem, że wasze zaręczyny nie są oficjalne — zaczął — ale postąpiłaś w sposób, jakiego bym 

się po tobie nie spodziewał… 

Steve myślał, że Joanne zdradza Trevora! Tego tylko jej brakowało! Po raz kolejny pożałowała, 

ż

e przyjęła oświadczyny i pierścionek zaręczynowy. Nie chciała ranić Trevora odmową, ale nie 

podjęła jeszcze ostatecznej decyzji, czy chce zostać jego żoną. 

— Dlaczego utrzymywałaś wszystko w tajemnicy? 
— zastanawiał się na głos Steve. — Wiem, nie chciałaś martwić Milly, skoro zadurzyła się w 

nim jak podlotek. 

Steve wiedział zatem o jej fascynacji Lancingiem. 
— Nie można ufać takim mężczyznom jak Brad Lancing — kontynuował. — Dobrze, że Milly 

wyjechała. Nie wiadomo, czym by się to wszystko skończyło… Słuchaj, to nie moja sprawa, ale 
skoro spotykasz się z Lancingiem, lepiej uważaj, dobrze? — poradził. 

— Mam prawie dwadzieścia pięć lat. Wiem, co robię. — Nie zabrzmiało to przekonująco. — 

Dopiero poznałam Lancinga i prawdopodobnie więcej się z nim nie spotkam — dodała Joanne. — 
Wyjeżdża zresztą jutro w interesach na półtora miesiąca do Norwegii… No, to idę spać. Dobranoc. 

Wymknęła się do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Miała nadzieję, że dopiekła Bradowi równie 

mocno,  jak  mocno  on  był  dla  niej  nieprzyjemny.  Te  parę  godzin,  które  spędziła  w  jego 
towarzystwie uznała za jedne z najokropniejszych w swoim życiu. 

Długo nie mogła zasnąć. Wciąż miała przed oczami obraz Brada Lancinga. Szczególnie mocno 

przypominał jej się jego pocałunek. Wspomnienie nie budziło jednoznacznie negatywnych odczuć, 
więc była rozdrażniona. 

Jak  mogła  reagować  na  Lancinga  i  jego  ohydne  postępki  tak,  jak  nigdy  nie  zdarzyło  jej  się 

zareagować na obecność czy zachowanie Trevora?! Czuła się zdruzgotana. Wierciła się, nie mogąc 
zasnąć przez pół nocy. 

 

*

 

*

 

 

background image

Obudził ją dzwonek do drzwi. Pomyślała, że to listonosz przyszedł w sobotni ranek. Ostatnio 

chodził ich ulicą o wczesnych porach. Joanne nie chciała, żeby Steve musiał wstawać. Tak dużo 
pracował, że przynajmniej w weekend powinien się wysypiać. 

Wstała, włożyła szlafrok i zeszła na parter, podczas gdy dzwonek cały czas brzęczał. Po co tyle 

hałasu, pomyślała. Pewnie znowu jakaś reklama. 

Nie patrząc przez wizjer, otworzyła drzwi, wołając: 
— Niech pan wreszcie przestanie dzwonić! Brat jeszcze śpi i… — Urwała. Zobaczyła przed 

sobą Brada, w pięknym garniturze, eleganckiej koszuli i jedwabnym krawacie. Musiała przyznać, 
ż

e  był  bardzo  przystojnym  mężczyzną…  Wszedł,  zanim  zdążyła  zatrzasnąć  drzwi  z  powrotem. 

Cofnęła się, a on spoglądał  na nią z  góry. Podziwiał jej twarz, włosy, patrzył, jak  wyglądała w 
szlafroku i boso… 

— Widzę, że dopiero wstałaś — odezwał się, uśmiechając się bezczelnie. 
— Co ty tu robisz? — spytała Joanne, rozzłoszczona 
— A jak myślisz? 
— Nie mam ochoty na zgadywanki. Może więc łaskawie zechcesz mi powiedzieć? 
—  Jak  wiesz,  około  trzynastej  wylatuję  do  Norwegii  i  potrzebna  mi  sekretarka  —  zaczął 

Lancing. — Nie mam już czasu na szukanie kogokolwiek; poza tym jest sobota, przyjmuję więc 
twoją ofertę. 

— Słucham?! 
— Nie zapomniałaś chyba, że powiedziałaś, iż gdyby z jakiegoś powodu Milly się nie pojawiła, 

sama byś ją zastąpiła? 

—  Nie mówiłam przecież poważnie. — Joanne cofnęła się o  kolejny  krok. — Nie  mówiłam 

poważnie! — powtórzyła. 

Brad nastroszył ciemne brwi. 
—  Szkoda,  ponieważ  ja  mówiłem  poważnie,  kiedy  odparłem:  „Trzymam  panią  za  słowo!”. 

Twoja siostra wyjechała, więc tobie proponuję pracę w Norwegii. 

— Dziękuję, ale, jak wiesz, mam już pracę. 
— Twój brat z pewnością znajdzie kogoś, kto będzie cię zastępował przez mniej więcej sześć 

tygodni — odparł Lancing. 

— Być może, lecz ja nie zamierzam przyjąć twojej propozycji. 
Brad zerknął do kuchni. Krzesła z wysokimi oparciami wyglądały na wygodne. 
—  Może,  zamiast  tu  stać,  napijemy  się  kawy  i  przedyskutujemy  szczegółowo  sprawę?  — 

zaproponował. 

Joanne z powrotem otworzyła szeroko drzwi. 
—  Nie  mam  zamiaru  robić  ci  kawy  ani  rozmawiać  z  tobą  na  żaden  temat  —  oznajmiła.  — 

Wyjdź,  proszę.  —  Brad  nie  ruszał  się  z  miejsca.  —  Wyjdź  natychmiast,  bo  zawołam  Steve’a  i 
poproszę, żeby cię wyrzucił. 

— Czy jesteś pewna, że byłoby to mądre? 
Joanne nie wątpiła, że Lancing jej grozi. Zadrżała. Zdawała sobie sprawę, że Steve nie poradzi 

sobie z o wiele potężniejszym od siebie mężczyzną. 

Widząc jej wahanie, Brad zamknął drzwi, ujął ją za łokieć i zaprowadził do kuchni. 
—  Nie  chcę  z  tobą  rozmawiać!  —  powtórzyła.  —  Jesteś  ostatnim  człowiekiem  na  świecie, 

którego asystentką chciałabym zostać. 

Brad pokręcił głową. 
— Nie masz wyboru. Chyba że nie obchodzi cię, co stanie się z firmą Steve’a… 
— Słucham?!… 
— Może zaparzyłabyś kawy… 

background image

— Już powiedziałam, że nie mam zamiaru. 
— To przynajmniej usiądź. 
— Nie chcę siadać. Powiedz natychmiast, co masz na myśli! 
Brad włączył czajnik, a potem zdjął z suszarki dwa kubki. 
— Chętnie ci wyjaśnię, kiedy będziemy spokojnie siedzieć i pić kawę. 

background image

R

OZDZIAŁ TRZECI

 

 
Joanne  czuła  się  zastraszona.  Zagryzła  wargi  i  patrzyła  na  Lancinga.  Zaskoczyło  ją,  że  tak 

bogaty,  a  przy  tym  bezczelny  mężczyzna  czuje  się  swobodnie  w  kuchni.  Przypuszczałaby,  że 
gotowaniem zajmuje się u niego służba, a on do kuchni nawet nie zagląda. 

— Mleka, cukru? — spytał uprzejmie. 
— Poproszę o mleko. 
Brad  podał  Joanne  kawę,  usiadł  i  patrzył  nieodgadnionym  wzrokiem.  Zawstydziła  się  nagle 

szlafroka i nieuczesanych włosów. Brad przyszedł do niej nadzwyczaj elegancko ubrany. 

— Skoro już siedzimy przy kawie, jak się uparłeś — odezwała się — powiedz mi, czym grozisz 

Stevenowi i jego firmie. 

— Ja? Z tego, co wiem, grozi wam bankructwo. 
— Dlaczego tak mówisz? 
— Czy nie mam racji? 
Joanne dała za wygraną. 
—  Rzeczywiście,  groziło  nam  bankructwo,  ale  ostatnio  sytuacja  znacząco  się  poprawiła  — 

powiedziała. 

— Doprawdy? 
— Tak! Steve odnalazł firmę inwestycyjną, która nie zawahała się wyłożyć pieniędzy na rzecz 

rozwoju Optima Business Services, a poza tym właśnie wynegocjowaliśmy umowę na instalację 
dużej sieci łączności. 

— Z firmą Liam Peters? — upewnił się Brad. 
—  Tak  —  przyznała  Joanne.  Była  zdumiona.  Czyżby  Milly  opowiadała  swojemu  byłemu 

szefowi o wszystkim? 

— Co zrobiłby twój brat, gdyby zarówno MBL, jak i Liam Peters wycofały się ze współpracy z 

wami?  —  zapytał  Lancing.  —  Wasz  dom  jest  poważnie  obciążony  hipotecznie,  a  wam  ledwie 
starczy na wypłacenie pracownikom najbliższej pensji… 

— Skąd wiesz to wszystko?! — Joanne zirytowała się. 
— Pierwszą rzeczą, jaką robi firma inwestycyjna, zanim zdecyduje się wyłożyć pieniądze — 

tłumaczył  Brad  —  jest  szczegółowa  analiza  sytuacji  finansowej  potencjalnego  klienta,  a  także 
perspektyw jego rozwoju. MBL nie jest wyjątkiem. Jak myślisz, skąd wziął się skrót MBL? Od 
mojego  nazwiska:  Michael  Brad  Lancing.  Formalnie  mam  na  pierwsze  imię  Michael,  chociaż 
zawsze używałem drugiego. 

— Czyżbyś był także właścicielem Liam Peters?!… 
—  Owszem,  to  firma  zależna  od  Lancing  International.  Wystarczy,  że  szepnę  słowo  w 

odpowiednie uszy. 

—  Z  pewnością  są  bardziej  etyczne  sposoby  zatrudnienia  sekretarki!…  —  powiedziała  po 

chwili Joanne, zdruzgotana. 

— Nie wątpię. Ale nie potrzebuję zwykłej sekretarki — oznajmił Brad. —  Widzisz, jadę nie 

tylko  załatwić  ważne  sprawy,  ale  także  na  urlop.  Potrzebna  mi  zatem  asystentka,  która  będzie 
jednocześnie moją towarzyszką. Nie lubię jadać, podróżować i spędzać wieczorów samemu. Lubię 
rozmawiać z kimś inteligentnym, dzielić się swoimi przeżyciami… 

A więc do tego potrzebna mu była Milly! — pomyślała Joanne. 
— Z pewnością nie lubisz także sypiać sam — dokończyła za niego. — Ale ja nie zostanę twoją 

kochanką. 

background image

— Zrobisz wszystko, o co tylko cię poproszę, jeśli naprawdę zależy ci na ocaleniu firmy Steve’a 

— odparł Brad. 

— Mam narzeczonego! 
— Wczoraj jakoś specjalnie ci to nie przeszkadzało… 
Joanne opuściła głowę, zacisnęła pięści i rzuciła gniewnie: 
— Dlaczego się na mnie uwziąłeś?! Brad roześmiał się. 
—  Nazwijmy  to  pewnego  rodzaju  sprawiedliwością  —  odpowiedział.  —  Pozbawiłaś  mnie 

znakomitej sekretarki… 

— Ale Milly nie jest całkowicie dyspozycyjna. Ma męża… 
— Poza tym osądziłaś mnie i obraziłaś, nie wiedząc, jakim naprawdę jestem człowiekiem — 

przerwał Lancing. — Moją dewizą zawsze było: „Odpłacaj pięknym za nadobne”. 

Rozumiał ją w wyjątkowo perfidny sposób! Joanne znowu zadrżała. Nie zdawała sobie sprawy, 

z jak nie — bezpiecznym człowiekiem zadarła. Być może blefował, ale nie była tego pewna. Nie 
mogła  pozwolić  na  upadek  firmy  Steve’a.  Nie  tylko  straciliby  oboje  pracę,  ale  także  i  dom.  A 
przecież Steve miał się żenić, Lisa była w ciąży, i musiał jakoś utrzymywać ją i dziecko. Lisa też 
pracowała w firmie Steve’a… 

Joanne  poczuła  nagle,  że  gdyby  Lancing  spełnił  swoją  groźbę  i  doprowadził  ich  firmę  do 

upadku,  stałoby  się  to  z  jej  winy.  Dlaczego  powiedziała  mu  zeszłego  wieczora  wszystko,  co 
powiedziała?! 

Było  za  późno  na  żale.  Czuła,  że  musi  uchronić  Steve’a,  Lisę,  ich  nienarodzone  dziecko  i 

wszystkich  pracowników  firmy  przed  poważnymi  kłopotami,  które  groziły  im  z  jej  powodu. 
Gdyby nie spotkała się z Lancingiem, do niczego takiego by nie doszło. Chociaż, z drugiej strony, 
Milly zapewne poleciałaby z nim do Norwegii, rujnując życie sobie i Duncanowi!… 

W każdym razie Joanne zdecydowała poświęcić się za wszystkich. Doszła do wniosku, że w ten 

sposób stanie się najmniej zła. Tylko ona będzie cierpiała. 

Podniosła wzrok, żeby odpowiedzieć Bradowi, kiedy do kuchni wszedł Steve, także ubrany w 

szlafrok. 

— Napiłbym się kawy, jeśli zrobiłaś — odezwał się na powitanie. 
— Zostało trochę. 
— Przepraszam, nie wiedziałem, że masz gościa!… — rzucił, spostrzegłszy Brada. 
— Chyba przyszedłem za wcześnie. Jestem Brad Lancing. — Brad wstał i wyciągnął rękę. — 

Pan musi być Steve. 

Mężczyźni uścisnęli dłonie, ale żaden z nich się nie uśmiechał. 
— Pan Lancing pojawił się w związku… — zaczęła Joanne. 
— Proszę cię, mów o mnie „Brad” — przerwał Brad. 
— Nie jesteśmy w pracy. 
— Brad przyszedł, ponieważ potrzebuje sekretarki — oznajmiła Joanne. 
— Przecież Milly jest w Szkocji — zauważył Steve. 
— Nic nie wiesz; zaszło małe nieporozumienie — powiedziała. — Nie złożyła wymówienia i 

Brad nie miał pojęcia, że Milly wyjeżdża. Właśnie dziś Brad wylatuje do Norwegii, a ponieważ nie 
dysponuje inną sekretarką, zgodziłam się polecieć w zastępstwie Milly. 

— Jak to?! — zdumiał się Steve. — A co z twoją pracą? 
— Lisa zdoła poradzić sobie z moimi obowiązkami przez kilka tygodni, kiedy mnie nie będzie. 

Nie dalej jak wczoraj powiedziała, że nie ma co robić w pracy. 

— Widząc, że Steve zamierza się sprzeciwić, Joanne szybko kontynuowała: — Lisa na pewno 

bardzo  się  ucieszy,  że  ma  okazję  nabrać  doświadczenia.  Milly  postawiła  Brada  w  kłopotliwym 
położeniu. Czuję się w obowiązku wynagrodzić mu to. 

background image

—  Nie  wydaje  mi  się,  żebyś  ponosiła  odpowiedzialność  za  nieporozumienia  wynikłe  z 

postępowania Milly — zawyrokował Steve. 

— Być może nie… Ale bardzo chciałabym wykorzystać szansę poznania Norwegii. 
—  Nie  wyobrażam  sobie,  żeby  twój  narzeczony  łatwo  pogodził  się  z  tym,  że  na  tak  długo 

wyjeżdżasz! — Steve wspomniał o tym głównie po to, aby jego słowa usłyszał Brad. 

— Zrozumie, kiedy wyjaśnię, jak zachowała się Milly. 
— Joanne wcale nie była pewna, czy Trevor ją zrozumie. 
— Mam nadzieję, że zadzwonisz do niego przed wyjazdem!… — powiedział Steve. 
— Oczywiście. 
Joanne  dobrze  wiedziała,  że  poinformowanie  Trevora  o  wyjeździe  nie  będzie  przyjemne. 

Okazał jej wyraźne niezadowolenie już wtedy, kiedy odmówiła pójścia na koncert. A teraz… 

—  Ale  nie  przed  wyjazdem  —  dodała.  —  Trevor  pojechał  z  matką  na  weekend  do 

Bournemouth. Skontaktuję się  z nim, kiedy wróci. Zastanowię się jeszcze, jaka forma przekazu 
będzie najodpowiedniejsza… 

— Twoja decyzja — zakończył z nieskrywaną dezaprobatą Steve. — O której wyjeżdżacie na 

lotnisko? 

—  Jak  najszybciej  —  odpowiedział  Brad.  —  Samolot  startuje  z  Heathrow  o  trzynastej 

piętnaście. Polecimy przez Oslo do Bergen. 

— Będziecie przebywać w Bergen? 
—  Tak,  głównie  tam.  Dam  panu  adres  i  numer  telefonu  —  oznajmił  Brad.  —  Ile  zajmie  ci 

spakowanie się i toaleta? — spytał Joanne. 

— Zdążę mniej więcej w pół godziny. 
—  Pamiętaj  przede  wszystkim  o  dwóch  rzeczach  —  paszporcie  i  dobrym  płaszczu 

przeciwdeszczowym. 

Joanne przeleciało przez myśl, żeby powiedzieć, iż nie ma paszportu. Ale, niestety, powiedziała 

przecież Bradowi o podróży do Amsterdamu! 

— Może jeszcze spakować kalosze? — zakpiła. 
— Dobry pomysł — odparł poważnie Brad. — W Bergen o tej porze roku naprawdę dużo pada. 
Joanne wyszła szybkim krokiem na korytarz. Steve podążył za nią. 
— Mam nadzieję, że wiesz, co robisz! — powiedział. 
— Jestem dostatecznie dorosła — odparła. 
— Może i tak, ale mimo wszystko — uważaj na siebie. 
— Jeśli chcesz mi powiedzieć, że Brad ma żonę i dzieci, to… 
— Nie, ktoś pomylił go z jego kuzynem, Blakiem Lancingiem, który pracuje w firmie Brada i 

ma  rodzinę  —  przyznał  Steve.  —  Ale  chcę  powiedzieć,  że  Brad  Lancing  najwyraźniej  nie  ma 
skrupułów, jeśli chodzi o życie towarzyskie, a widzę, że jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną. 

— Co z tego? 
—  Hmm…  —  Steve  był  nieco  zawstydzony.  —  Nie  sądziłbym,  że  może  interesować  się 

kobietami w twoim typie, ale mimo wszystko może mieć względem ciebie niecne plany. — Joanne 
uśmiechnęła  się,  usłyszawszy  staromodne  określenie,  jakiego  użył  jej  brat.  —  A  pod  pewnymi 
względami jesteś bardziej naiwna niż Milly — kontynuował. 

— Dziękuję! 
— Musisz zdawać sobie sprawę, że Lancing to bogacz i człowiek o ogromnych możliwościach, 

a przy tym złamał serce już niejednej kobiecie. 

— Nie martw się, wiem, jaką ma reputację — zapewniła Joanne. 
— I mimo to jesteś zdecydowana z nim jechać? 
— Tak. 

background image

Steve westchnął. 
— Nie chcę tylko, żebyś potem ciężko tego żałowała. 
— Nie będę. Na pewno. Nie martw się o mnie. — Objęli się. — Wytłumacz, proszę, wszystko 

Lisie. Przed wyjazdem zamienię tylko kilka słów przez telefon z Milly. 

—  Nie  wiedziałem,  że  chcesz  jej  o  wszystkim  powiedzieć  —  zdziwił  się  Steve.  —  Skoro 

zadurzyła się w Lancingu… 

— Spytam ją tylko, czy szczęśliwie dotarli na miejsce, żeby nie zadzwoniła, kiedy mnie już nie 

będzie. 

— Rozumiem. 
— Najlepiej, żeby nic nie wiedziała aż do mojego powrotu — ciągnęła Joanne. — Znając Milly, 

zajmie się teraz ozdabianiem nowego mieszkania. 

—  Gdyby  pytała  o  ciebie,  powiemy,  że  oddzwonisz,  a  potem  przekażemy  ci  wiadomość  — 

zaofiarował się Steve. — Zaraz… a twoje urodziny? — przypomniał sobie na głos. 

— Milly na pewno zatelefonuje, żeby złożyć mi życzenia! — stwierdziła Joanne. — W każdym 

razie  próbujcie  ukrywać,  że  pojechałam  z  Bradem  do  Norwegii.  Nie  chcę  narobić  nowych 
kłopotów Milly i Duncanowi. 

—  Wiesz co? Powiem jej, że wyjechaliście z Trevorem do Paryża! — wymyślił rozwiązanie 

Steve. Joanne pobiegła się pakować. 

Doprowadziwszy się do ładu, wrzuciła do walizki najpotrzebniejsze rzeczy. Cały czas myślała o 

tym, co ją czekało. Zniósłszy walizkę na parter, zatelefonowała do Milly. 

— Och, to ty! — ucieszyła się Milly. — Myślałam, że to kolejna pacjentka. — Zdała szybką 

relację  z podróży  i opowiedziała, jak wygląda  mieszkanie.  Faktycznie,  zamierzała zmienić jego 
wystrój. 

Z kuchni nadeszli Brad i Steve. Steve, jeden z najspokojniejszych ludzi, jakich można spotkać, 

był wyraźnie rozgniewany, aż czerwony na twarzy; za to Brad zachowywał niezmącony spokój. 
Joanne zastanawiała się, jak przebiegała rozmowa obu mężczyzn. 

— Czy nie odzywał się może Brad? — spytała tymczasem Milly. 
—  Nie — skłamała Joanne.  Lancing  popatrzył jej kpiąco w oczy.  Wiedział, na jakie pytanie 

odpowiedziała. — Jest tu Steve, chce zamienić z tobą słowo — zakończyła. —  Przekaż uściski 
Duncanowi. — Oddała bratu słuchawkę. 

Brad podniósł walizkę Joanne i wyszli razem na dwór. Joanne odwróciła się w progu i posłała 

Steve’owi pocałunek. 

Wsiadła  z  Bradem  do  limuzyny.  Szofer  włożył  walizkę  do  bagażnika.  Joanne  wciąż 

zastanawiała  się  nad  okropną  sytuacją,  w  jakiej  się  znalazła.  Rozważała,  jak  będzie  się 
zachowywać w różnych okolicznościach. 

Bała  się.  Mimo  wszystko  będzie  musiała  sobie  poradzić.  Najlepiej  ignorować  doznawane 

przykrości, a nie rozpamiętywać je, pomyślała. 

Na lotnisku była już prawie spokojna. Kiedy oddali bagaż i załatwili formalności paszportowe, 

pozostała  im  jeszcze  godzina  do  odlotu.  Brad  zaproponował,  żeby  poszli  coś  zjeść.  Joanne 
zamówiła obfite śniadanie. Była bardzo głodna. 

— Nie wiedziałem, że tyle jesz — skomentował Brad. — Po wczorajszym wieczorze sądziłem, 

ż

e jesteś jedną z tych kobiet, które potrafią żyć na surowych marchewkach i sałacie. 

— Byłam najedzona. Ale możesz wkrótce pożałować, że nie jem tylko marchewki. 
— Dlaczego? 
— W stresie zawsze jem więcej, a zapewne zamierzasz płacić za moje posiłki, więc… 
Brad roześmiał się tylko. 

background image

— Nie bój się, budżet tej podróży jest wystarczający — zapewnił. — Jak wiadomo, wykonując 

pewne hmm… czynności, spala się dużą ilość kalorii. 

Joanne zaczerwieniła się. Lancing był zdecydowanie zbyt bezpośredni. 
—  Będziemy  więc  musieli  dbać  o  to,  żebyś  odpowiednio  dużo  ćwiczyła  —  ciągnął.  — 

Twojemu bratu z pewnością nie spodoba się, kiedy wrócisz do domu pulchna jak ciasto. 

Joanne nie zamierzała pokazywać po sobie, że przerażają ją jego słowa. Odpowiedziała więc: 
—  To  niemożliwe.  Mam  taką  przemianę  materii,  że  nawet  bez  żadnych  ćwiczeń  jestem 

szczupła. Tak samo jak Steve. 

— Nie jesteś podobna do Milly, ale do Steve’a i to bardzo — zauważył Brad. — Przypuszczam, 

ż

e łączy was nie tylko fizyczne, ale i psychiczne podobieństwo — dodał oschle. 

— Dlaczego tak mówisz? 
— Byłem pewien, że miał ochotę mnie pobić. A z tego, co powiedział, wnioskuję, że ma o mnie 

równie złą opinię, jak ty. 

Joanne przeraziła się. Steve zwymyślał Brada, nie zdając sobie sprawy, że ten może zniszczyć 

Optima Business Services, jeśli tylko zechce — i że nie ma żadnych skrupułów. 

Brad uśmiechnął się smutno. 
— Wprawdzie nie krzyczał i używał względnie grzecznych słów — powiedział — ale ostrzegł 

mnie bardzo zdecydowanie, żebym trzymał się od ciebie z daleka. Wspomniał jeszcze raz, że jesteś 
zaręczona, i dodał, że jeśli choćby cię dotknę, będę miał z nim do czynienia. 

— Chyba nie powiedziałeś mu, że przymusiłeś mnie szantażem do wyjazdu? — upewniła się 

Joanne. — Nie chcę, żeby się martwił! 

— Nie. Steve martwi się tylko o to, żebyś nie zakochała się we mnie i nie straciła narzeczonego. 

Gdyby tylko wiedział, że nie możesz na mnie patrzeć… Nie znosisz mnie, prawda? 

— A jak myślisz? 
Lancing znowu się roześmiał. 
— Gdyby zdawał sobie sprawę, że zgodziłaś się pojechać ze mną tylko w wyniku szantażu — 

kontynuował — nie puściłby mi tego płazem. Przyznam, że podziwiam jego odwagę. 

— Zależy mu na mnie — odpowiedziała krótko Joanne. 
 

*

 

*

 

 
Po mniej więcej dwugodzinnym locie, którego większą część Joanne przespała, wylądowali na 

lotnisku Flesland. 

— Na wybrzeżu Norwegii nie jest tak zimno jak w głębi kraju, ale pada przez ponad dwieście 

dni  w  roku  —  poinformował  Brad.  —  Na  szczęście  zwykle  nie  przeszkadza  to  w  oglądaniu 
wspaniałych widoków. 

Faktycznie,  kiedy  wyszli  z  budynku  lotniska,  padał  słaby  deszcz.  Brad  skierował  się  do 

najbliższej taksówki, wydając kierowcy polecenia płynnym norweskim. 

— Nie przysłano samochodu — wyjaśnił Joanne — ponieważ utrzymywałem nasz przyjazd w 

tajemnicy.  Pojawię  się  w  firmie  dopiero  wtedy,  kiedy  porozmawiam  z  człowiekiem,  którego  tu 
oddelegowałem — nazywa się Paul Randall — i gdy ocenię sytuację. 

— Jak daleko od Bergen jesteśmy? — spytała Joanne. 
— Około dwudziestu kilometrów na południe od miasta. Do centrum jedzie się mniej więcej pół 

godziny, jeśli nie ma dużego ruchu — tłumaczył Brad. — Szkoda, że dzisiaj chmury są nisko, nie 
widziałaś Bergen z powietrza. Bergen jest znane jako „miasto siedmiu wzgórz” — opowiadał. — 
Poza tym przecina je siedem fiordów. Jest naprawdę pięknie położone, na samym wybrzeżu. 

background image

Deszcz i tak zasłaniał widoki za szybami samochodu. Joanne znowu poczuła się niezręcznie, 

siedząc  tuż  koło  Brada,  zamknięta  w  małej  kabinie.  Dyskretnie  cofnęła  się  w  kąt.  Lancing 
zauważył to jednak i uśmiechnął się lekko. Zaczerwieniła się. 

— Gdzie się zatrzymamy? — spytała dla odwrócenia jego uwagi. 
— W Bergen jest mnóstwo dobrych hoteli, ale jedziemy do rodzinnego domu mojej matki. Dom 

nazywa się Lofoten. Stoi niedaleko od centrum. Można z niego szybko dojść piechotą zarówno do 
siedziby  firmy,  jak  i  do  portu.  Pomyślałem  więc,  że  hotel  nie  jest  nam  potrzebny.  Lofoten  jest 
sporym budynkiem. Moi pra — prapradziadkowie mieli mnóstwo dzieci i wnuków. Duża część ich 
potomków mieszka teraz w Chicago. Po śmierci dziadka nie chciałem pozbywać się tak pięknego 
domu; nie ma też sensu, żeby stał pusty, zamieniłem więc Lofoten w pensjonat… Cieszysz się? — 
spytał Brad, widząc wyraz twarzy Joanne. 

— Tak! — odparła śmiało. Doznała niejakiej ulgi. Już się bała, że będzie mieszkać w wielkim 

domu sama z Lancingiem. W pensjonacie przynajmniej będą inni ludzie. 

background image

R

OZDZIAŁ CZWARTY

 

 
Przejechali  przez  nowoczesną  część  miasta  i  wkrótce  znaleźli  się  w  centrum.  Składało  się 

prawie  wyłącznie  z  zabytkowych  budynków.  Kiedy  minęli  długi,  wąski  basen  portowy,  Brad 
poinformował: 

—  Tu  jest  Torget,  czyli  rynek,  na  którym  do  dziś  odbywają  się  targi.  Bywa  też  zwany 

Fisketorget — „targ rybny”. Sto lat temu rybacy sprzedawali tu świeżo złowione ryby. 

W  pięknych,  starych  domach  stojących  przy  krętych  uliczkach  znajdowały  się  dziesiątki 

sklepów z antykami. W końcu taksówka dotarła do miejsca, gdzie budynki stały nieco rzadziej. 

—  Jesteśmy  na  miejscu  —  zakomunikował  Brad.  Zatrzymali  się  pod  dużym,  starym, 

drewnianym,  pomalowanym  na  czerwono  trzypiętrowym  domem  o  wysokich,  łukowato 
zwieńczonych  oknach  z  małych  szybek.  Po  obu  stronach  Lofoten  stał  mur,  otaczający  chyba 
rozległy teren. 

—  Ten  dom  należy  do  naszej  rodziny  już  od  kilkuset  lat  —  oznajmił  z  dumą  Lancing.  — 

Parokrotnie był częściowo przebudowywany, ale główna jego część stoi od wieków. 

Lofoten postawiono w pewnej odległości od ulicy, od  której oddzielały  go  grządki  kwiatów, 

otoczone żwirem. Budynek był kryty ozdobnym gontem, dach miał wystające okapy. Nad werandą 
widniał  napis  z  nazwą  domu.  Joanne  popatrzyła  w  górę,  zafascynowana.  Bezpośrednio  nad  nią 
znajdowała się rodzina pięknie wyrzeźbionych, splecionych ze sobą smoków. 

— Podobają ci się smoki? — zagadnął Brad. 
— Są wspaniałe! Nadają domowi charakter. Mają wesołe pyski, jakby się bawiły. Zaraz, ten 

jeden mały wygląda, jakby go coś bolało. 

— Nie widzisz, dlaczego? Największy nadepnął mu na ogon! 
Brad popatrzył na pełną podziwu twarz Joanne. Krople deszczu spływały jej po policzkach. 
„Jest  piękna!”  —  pomyślał  niespodziewanie.  Miał  nagle  ochotę  pocałować  Joanne. 

Powstrzymał się jednak. 

— Jaki śliczny ten maleńki! — zawołała, pełna zachwytu. 
— Rzeczywiście słodki — zgodził się Brad. — Ale pada deszcz. Za chwilę przemokniemy do 

suchej nitki. Chociaż… moglibyśmy potem wziąć gorącą kąpiel i umyć się nawzajem. 

Joanne natychmiast ruszyła do wejścia. Brad otworzył ciężkie drzwi. W dużym holu nie było 

nikogo  poza  siedzącą  za  biurkiem  recepcjonistką.  Podłoga,  sufit  i  ściany  zrobione  były  ze 
szlachetnego, jasnego drewna o złotawej barwie, trochę ściemniałego ze starości. Klatka schodowa 
była pięknie rzeźbiona, drewniane schody prowadziły na półpiętro z balustradą. Nie było żadnych 
dywanów. W kącie stał zielono–niebieski piec w kształcie ogromnego ula. Wszystko robiło bardzo 
sympatyczne, choć odrobinę surowe wrażenie. Od pieca biło przyjemne ciepło. W holu znajdowała 
się jeszcze skórzana kanapa, były też krzesła i ława. Zasłony, obicia mebli i niepalna mata przed 
piecem  miały  jednakowy,  jasnobrązowy  kolor.  We  wnęce  z  boku  piętrzył  się  pachnący  stos 
sosnowego drewna. 

Jasnowłosa Norweżka podniosła wzrok znad komputera i odezwała się świetną angielszczyzną: 
— Jak miło pana widzieć, panie prezesie! Szkoda, że akurat pada. 
— Jak się miewasz, Helgo? — spytał Lancing. 
— Dziękuję, znakomicie. Mam nadzieję, że pan prezes także. 
— Owszem. — Brad objął Joanne w pasie, pociągnął ją naprzód i przedstawił: — To jest pani 

Winslow.  —  Nie  dodał:  „moja  sekretarka”,  ani  niczego  innego.  Helga  mogła  sama  próbować 

background image

domyślać się, kim jest Joanne. Recepcjonistka zauważyła pierścionek zaręczynowy na jej palcu i 
zaczęła się zastanawiać. 

— Miło mi panią poznać — powiedziała, uśmiechając się sympatycznie. 
—  Przepraszam,  że  zawiadomiłem  o  swoim  przyjeździe  tak  krótko  przed  przybyciem  — 

powiedział Brad. 

—  Pański apartament zawsze jest  gotowy na przyjęcie  pana — zapewniła Helga. —  Wezwę 

Edvarda, żeby wniósł walizki na górę. 

— Dziękuję, nie trzeba; sam je zaniosę… — Brad spojrzał na Joanne. — Chodźmy, kochanie. 
Ruszyła do małej windy, myśląc: „Muszę jakoś to wszystko przetrwać!” Brad zaprowadził ją do 

apartamentu  na  pierwszym  piętrze.  W  apartamencie  był  wygodny  salon  —  ogromna  skórzana 
kanapa, dwa fotele, telewizor, zestaw stereofoniczny, duży, stary zegar, półki pełne książek oraz 
mały piec kaflowy zbudowany wewnątrz kominka, obok stosik drewna. 

Po lewej był mniejszy pokój z biurkiem i sprzętem komputerowym najnowszej generacji. Inne 

drzwi prowadziły do łazienki. Sypialnia była tylko jedna. Drugą Brad zamienił na biuro. Joanne 
była bliska rozpaczy. Trzymała się dotąd nadziei, że być może będzie miała własny pokój. 

Okna  dużej  sypialni  wychodziły  na  rozległy  ogród.  Pokój  urządzony  był  przyjemnie.  W 

ś

cianach  były  dwie  wielkie  szafy,  wstawiono  nowoczesne  meble.  Wzrok  Joanne  przykuło 

ogromne łóżko, zajmujące środek pomieszczenia. Obawiała się nadchodzącej nocy. Wyobrażała 
sobie,  że  Brad  położy  się  obok  niej,  nagi  —  wiedziała,  że  będzie  nagi.  Na  pewno  miał  prężne, 
umięśnione  ciało  —  nie  miał  ani  odrobiny  nadwagi.  Nie  wątpiła,  że  był  doświadczonym 
kochankiem… Ogarnęły ją erotyczne myśli. Zdumiała się. Była przecież przerażona. A jednak… 

— Zmieścimy się tu oboje — zapewnił Brad. — Po której stronie wolisz leżeć? 
— Wolałabym spać sama. — Joanne odwróciła wzrok. 
— Zawsze śpisz sama? 
— Zawsze. 
— A co z Trevorem? — wypytywał bezczelnie Lancing. 
Milczała.  Nie  miała  zamiaru  dzielić  się  z  nim  swoimi  intymnymi  sprawami.  Zadrżała,  kiedy 

kropla deszczówki spłynęła jej po szyi i plecach. 

—  Możesz  opowiedzieć  mi  o  nim  później  —  zawyrokował  Brad.  —  W  tej  chwili  powinnaś 

raczej wysuszyć włosy. 

— Chętnie wzięłabym prysznic. 
— A może masz ochotę, żebyśmy wzięli go razem? — upewnił się Brad. 
— Nie! Zgodziłam się pełnić rolę twojej sekretarki, a nie zostać twoją kochanką. 
— Szkoda. Ale to dopiero pierwszy dzień. Kiedy mnie lepiej poznasz… 
— Na pewno nie będę chciała się z tobą kochać! 
Brad uśmiechnął się tylko. Joanne pożałowała, że wdała się z nim w dyskusję. 
— Zdaje się, że deszcz słabnie i zaczyna się przejaśniać — odezwał się, wyglądając przez okno. 

— Wieczór powinien być piękny. Jeśli chcesz, zamówię stolik w jednej z restauracji. Wybierzemy 
się na spacer, pokażę ci trochę miasto. 

— To byłoby miłe — zgodziła się grzecznie. 
Potarł brodę. 
—  Najpierw  powinienem  się  ogolić;  poza  tym  chcę  załatwić  kilka  drobnych  spraw  i 

porozmawiać krótko z Paulem Randallem. W Norwegii kolację jada się wcześnie. Czy możemy 
wyjść za godzinę? — zaproponował. 

— Dobrze. 
— Nie ma potrzeby elegancko się ubierać. — Na podróż Joanne włożyła kostium, jak do pracy. 

— Wystarczy coś ładnego, zwyczajnego — poradził Brad. 

background image

Odebrała to jako polecenie, mimo że zwracał się do niej spokojnie modulowanym tonem. 
— Przyda ci się żakiet. Wieczorem może być zimno — dodał i zniknął w gabinecie. 
Joanne zajrzała do walizki. Nie miała czasu spakować wielu ubrań na specjalne okazje. Miała 

drugi  kostium,  płaszcz,  polar,  wełniane  swetry,  dżinsy,  spódnice  i  zwykłe  bluzki.  W  ostatniej 
chwili spakowała markową kurteczkę ze sztucznego futerka. Stwierdziła, że najlepiej będzie, jak 
włoży ten sam kostium, który miała na sobie. 

Łazienka  była  bardzo  luksusowo  urządzona.  Joanne  zamknęła  się,  oczywiście,  na  wszelki 

wypadek.  Kiedy  myła  włosy,  znów  naszły  ją  erotyczne  myśli.  Brad  fascynował  ją  w 
niewytłumaczalny sposób. Dziwiła się. Było to zupełnie do niej niepodobne. 

Nawet  kiedy  była  nastolatką,  w  przeciwieństwie  do  wielu  przyjaciółek  nie  miała  ochoty  na 

fizyczne  kontakty  z  chłopcami.  Ostrzegano  ją,  że  rozpoczęcie  życia  erotycznego  to  poważna 
sprawa,  która  może  prowadzić  do  różnych,  czasem  nieodwracalnych  konsekwencji.  Kilku 
starszych od niej chłopców dążyło do tego, żeby poszła z nimi do łóżka, jednak ich męskie zaloty 
raczej  ją  odrzucały,  niż  zachęcały  do  czegokolwiek.  Kiedy  stała  się  nieco  starsza,  nie  umiała 
reagować na posunięcia swoich chłopaków tak, jak by chcieli. Zaczynała już nabierać przekonania, 
ż

e ma jakiś istotny brak. Unikała erotycznych pieszczot czy nawet dotknięć, ponieważ budziły w 

niej tylko pożądanie, nie zaspokajając go, a chłopcy, z którymi była kolejno związana, i tak byli 
niezadowoleni. Po śmierci rodziców zaś w ogóle nie miała czasu na życie prywatne. Uznała, że 
widocznie nie jest jej dane znaleźć męża i założyć rodzinę. Skoncentrowała się na pracy i karierze 
zawodowej. 

Wreszcie,  na  początku  bieżącego  roku,  jeden  z  mężczyzn,  z  którymi  współpracowała, 

przedstawił jej kolegę — Trevora Wilky’ego. Zaczęli się spotykać i związali się ze sobą, choć nie 
był to związek nacechowany silnym uczuciem. Trevor był bardzo spokojnym człowiekiem i tak też 
układały się jego relacje z Joanne. Zaczęła poważnie myśleć o wspólnej przyszłości… 

Nie wiedziała, czy koszmar, jaki przydarzył jej się teraz, doprowadzi do rozpadu jej związku. 

Westchnęła i sięgnęła po ręcznik. Rozczesawszy włosy, upięła je, jak zwykle,  w schludny  kok. 
Nałożywszy  makijaż,  ubrała  się  w  ten  sam  kostium,  w  którym  przyleciała.  Brad  przebrał  się  w 
modne, codzienne ubranie. Kiedy Joanne wyszła do przedpokoju, wstał znad papierów. Obejrzał ją 
od stóp do głów. Wyglądała, jakby wybierała się do pracy. Popatrzył na nią z niezadowoleniem. 

— Powiedziałeś, że nie ma potrzeby elegancko się ubierać — powiedziała. 
—  To  prawda,  ale  mówiłem  również,  że  wystarczy  ubrać  się  w  coś  zwykłego  i  ładnego. 

Kostium, który masz na sobie, nie jest ani zwykły, ani ładny. 

— Obawiam się, że będzie musiał wystarczyć — odparła chłodno. 
Brad zdenerwował się. 
—  Jest  idealny  do  pracy,  ale  nie  można  powiedzieć,  żeby  był  odpowiedni  na  romantyczny 

spacer! Każdy od razu pomyśli, że jesteś moją sekretarką. 

— Jestem nią. 
—  Tylko  w  biurze.  Proszę,  żebyś  poza  biurem  ubierała  się  stosownie  do  tego,  o  czym 

wspominałem. Będziemy spędzać razem urlop. 

—  Obawiam  się,  że  nie  mam  nic,  w  czym  na  pierwszy  rzut  oka  wyglądałabym  na  twoją 

kochankę! 

—  W takim razie niedługo pójdziemy po zakupy  — zdecydował Brad.  — A teraz mogłabyś 

mimo wszystko nałożyć coś innego. 

— Nie mam nic odpowiedniejszego. 
— W takim razie możemy zostać w domu. Każę przynieść nam coś do jedzenia. Zastanowimy 

się, jak moglibyśmy spędzić wieczór tutaj… 

Joanne przeraziła się kolejny raz. 

background image

— Naprawdę nic ciekawego nie wzięłam! — powiedziała. — Możesz zajrzeć do mojej walizki 

i sprawdzić, jeżeli mi nie wierzysz. — Ruszyła do sypialni. 

Brad przetrząsnął szybko jej walizkę i wybrał jedwabną spódnicę w brązowomiedziane wzory, 

sandały z cienkich pasków i niby–futrzaną kurtkę. 

— To będzie dobre — zapewnił. — A może chcesz, żebym pomógł ci się przebrać? 
Joanne miała już dość. 
— Nie chcę! — odpowiedziała. — Przebiorę się tylko po to, żebyś przestał się mnie czepiać. 
Zmieniając ubranie, pomyślała, że sprzeciwianie się Lancingowi nie było mądre. Mogło jedynie 

pogorszyć  sprawy.  Przecież  od  Brada  zależał  los  firmy  Stevena,  los  ich  wszystkich.  Lancing 
trzymał Joanne w szachu. 

Niechętnie  wróciła  do  salonu.  Brad  stał  plecami  do  niej,  wyglądając  przez  okno.  Na  dworze 

zapadał zmierzch. 

Joanne  przystanęła,  zauważając,  jak  szerokie  ramiona  miał  Brad  w  porównaniu  z  biodrami. 

Zauważyła  wcześniej,  że  stąpa  lekko,  z  męskim  wdziękiem,  a  jednocześnie  zdecydowanie. 
Roztaczał aurę pewności siebie, niemal arogancji. 

Westchnęła. Jej matka z pewnością powiedziałaby, że Brad to prawdziwy mężczyzna, o jakim 

marzy każda kobieta. 

Odwrócił się i przyjrzał jej się znowu. 
— Teraz o wiele lepiej — pochwalił. 
— Cieszę się, że tak uważasz — odparła z ironią w głosie. 
Spojrzał na nią takim wzrokiem, że postanowiła więcej go nie prowokować. 
— Jeszcze jedno… — zaczął, zbliżając się. Znów zrobiło jej się nieswojo. Zanim odgadła, co 

Brad  zamierza  zrobić,  sięgnął  do  jej  włosów  i  zaczął  zręcznie  wyjmować  z  nich  szpilki.  Gęste 
włosy Joanne opadły kaskadą na jej ramiona. — Tak jest o wiele lepiej. 

Był wyraźnie zadowolony. 
Podał jej kurtkę i zeszli po schodach da holu. Było w nim teraz trochę ludzi. 
Przestało  padać,  tylko  chodniki  były  mokre.  Brad  wziął  Joanne  pod  rękę.  Nie  pytając,  sam 

przełożył jej dłoń ponad zgięciem swojego łokcia. 

— Pomyślałem, żebyśmy przeszli się aż do Wieży Rosenkrantza, aby rozprostować trochę nogi 

— powiedział. — A potem zjemy kolację na Bryggen. 

— Co to jest Bryggen? — zainteresowała się Joanne. 
— Nabrzeże. Ciąg stojących tam budynków został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa 

Kultury UNESCO. Są naprawdę stylowe, przychodzi tam wielu turystów. W budynkach mieszczą 
się teraz butiki, muzea, restauracje. 

Na ulicach było mnóstwo samochodów, a na chodnikach — roześmianych ludzi. 
—  Czy jest tu  gdzie bawić się wieczorami? Dużo ludzi  spędza czas w różnych lokalach? — 

pytała Joanne. 

—  Owszem.  W  weekendy  w  rejonie  portu  jest  wieczorem  prawdziwy  tłok.  Są  sympatyczne 

kawiarnie, dyskoteki, kluby studenckie — co kto lubi. Szczególnie godna polecenia jest kawiarnia 
Kirkenes, grają tam na fortepianie. Zabiorę cię do niej jutro — mówił Brad. 

Joanne rozglądała się ciekawie na wszystkie strony. W końcu doszli do niskiej, pękatej wieży 

Rosenkrantza. 

— Do czego służyła ta wieża? — spytała Joanne. 
—  Erik  Rosenkrantz  zbudował  ją,  w  połowie  szesnastego  wieku;  stanowiła  część  jego 

ufortyfikowanej rezydencji. 

Stojący obok turysta nadstawił z zainteresowaniem uszu. 

background image

Brad  oprowadzał  Joanne  po  malowniczej  starówce  Bergen,  opowiadając  o  wszystkim  jak 

prawdziwy przewodnik. Jasne było, że zna i kocha rodzinne miasto swojej matki. Turysta, który 
dołączył do nich pod wieżą, chodził za nimi, słuchając z zainteresowaniem słów Brada. 

Port  był  rzęsiście  oświetlony;  nieduże  drewniane  budynki  o  krytych  gontem  dachach, 

przysadzista wieża i białe jachty odbijały się w wodzie. 

—  Cudownie  tu!  —  Joanne  była  zachwycona.  Lokal  wybrany  przez  Brada,  urządzony  w 

jednym ze starych drewnianych domów, miał coś z atmosfery saloonu rodem z Dzikiego Zachodu. 
Usiedli pod balkonem z desek. 

— Dobrze, że ten facet, który chodził za nami, nie wszedł tutaj — odezwał się Brad. 
—  Rzeczywiście, był trochę  natrętny. — Rozejrzała się. — Niezwykłe  miejsce. Pełno  gości. 

Całe szczęście, że znaleźli dla nas stolik. 

— Nie znaleźliby, gdyby mnie tu nie znali — odparł z zadowoleniem Brad. — W tej restauracji 

miejsca rezerwuje się z góry. Kucharze są znakomici; serwują tu tradycyjne norweskie potrawy, na 
przykład marynowanego łosia i pieczonego renifera. 

Joanne  trochę  się  obawiała  wymienionych  przez  Brada  potraw,  wybrała  więc  pieczonego 

łososia i deser owocowy. 

Czekając  na  jedzenie,  rozmawiali  na  różne,  nie  związane  ze  sprawami  osobistymi  ani 

zawodowymi  tematy.  Joanne  była  zaskoczona  swobodą  wymowy  Brada,  jego  wiedzą  i 
inteligencją.  Wspaniale  jej  się  z  nim  rozmawiało.  A  przede  wszystkim  Brad  traktował  ją  jak 
równego partnera w rozmowie, a nie tłumaczył jej wszystkiego, wygłaszając arbitralne sądy — jak 
często  robił  Trevor.  Brad  był  obdarzony  swoistym,  cierpkim  humorem,  miał  ukształtowane, 
przemyślane opinie na większość tematów. A przy tym nie próbował ich narzucać. 

Joanne sama zgadzała się z wieloma z nich. Tokowi jego rozumowania nie można było niczego 

zarzucić. Brad był błyskotliwy. 

I tym razem zachowywał się grzecznie, a nawet uprzejmie. Wprost czarująco. Nie narzucał się 

w najmniejszym stopniu. 

W  miarę  upływu  wieczoru  Joanne  zaczęła  myśleć  z  niepokojem,  że  cieszy  się  jego 

towarzystwem. Przypomniała sobie jednak zaraz, jakiego rodzaju człowiekiem jest Lancing. I że 
nim przecież gardzi. 

— Nie musisz mi mówić, co teraz myślisz — odezwał się nagle cierpko. — Od razu widać po 

tobie wszystkie uczucia. 

Zaczerwieniła się. Dlaczego musi być taki spostrzegawczy?! Atmosfera wieczoru od razu się 

pogorszyła. Joanne żałowała, że do tego doszło. Zagryzając wargi, zastanawiała się, jak przełamać 
niewygodne milczenie. 

— Miałaś opowiedzieć mi o swoim narzeczonym — usłyszała niespodziewanie. 
Nie miała ochoty rozmawiać o Trevorze. 
— Nie ma wiele do opowiadania… — zaczęła. 
— Mogłabyś zacząć od jego wyglądu. 
Jeszcze przed chwilą Brad zachowywał się swobodnie, teraz patrzył i mówił chłodno. 
— Wysoki czy niski, gruby czy szczupły, blondyn czy brunet? — pytał. 
— Wysoki, blondyn, wygląda całkiem miło. 
— „Całkiem miło”. Czyli niezbyt porażająco — skomentował bezczelnie Brad. 
— Czy musisz od razu z niego kpić? Co tak naprawdę chciałbyś wiedzieć? 
— Najpierw powiedz, ile ma lat. 
— Trzydzieści sześć. 
— Zatem minęły już jego burzliwe, młodzieńcze lata. 

background image

Trevor był wyjątkowo spokojnym, trzeźwo myślącym człowiekiem. Joanne nie wierzyła, aby 

kiedykolwiek miał „burzliwy” charakter. 

—  A ty ile  masz lat? Dwadzieścia  pięć — upewnił się Brad,  kiedy nie  odpowiadała. — Jest 

między wami duża różnica wieku — jedenaście lat. 

— Dopiero za kilka dni skończę dwadzieścia pięć lat — poprawiła Joanne. — Ale, wracając do 

Trevora, uważam, że wiek nie ma znaczenia. 

— Czy Trevor jest jedynakiem? — spytał niespodziewanie Brad. 
— Dlaczego tak sądzisz? — Joanne była nieco wytrącona z równowagi. 
— Mam wrażenie, że jest trochę maminsynkowaty. 
— Można mieć większe wady! — burknęła Joanne. — Trevor jest przynajmniej przyzwoitym, 

uczciwym człowiekiem. O niektórych mężczyznach nie można tego powiedzieć! — zakpiła. 

—  Poza  tym,  że  jest  przyzwoity  i  uczciwy,  co  sprawia,  że  wybrałaś  go  spośród  innych?  — 

wypytywał Brad, nie zrażony. 

— Mamy te same zainteresowania. 
— Jakie? 
— Czytanie, muzyka, sztuka, zwłaszcza teatr. 
— Nie uprawiacie sportów, nie chodzicie na piesze wycieczki, i tak dalej? 
— Trevor nie jest typem sportowca. 
— Nie ogląda nawet sportu w telewizji? — chciał się dowiedzieć Brad. 
— Nie. 
— A ty? 
— Ja też nie oglądam. 
Brad uśmiechnął się z błyskiem w oku. 
— A czy lubisz uprawiać jakieś sporty? — spytał. 
— Owszem. Lubię piesze wędrówki i pływanie. 
— Jeździsz na nartach? 
— Nie. Nigdy nie miałam okazji spróbować. 
— A gdyby nadarzyła się okazja, chciałabyś? 
— Tak — zgodziła się Joanne. 
— Wyjechałabyś wtedy i zostawiła Trevora samego w domu? 
Joanne umilkła, zastanawiając się. 
— Opowiedz mi o jego wadach — nalegał Brad. — Nie można dobrze ocenić człowieka, nie 

znając jego wad. 

Cóż, Trevor miał bardzo niewiele poważnych wad. Trochę lubił się rządzić, mówił Joanne, co 

powinna robić, jak żyć. Poza tym był jednak idealnym przyjacielem i partnerem. 

Zasadnicze  znaczenie  miało  dla  Joanne  to,  że  wprawdzie  odnosił  się  do  niej  z 

zainteresowaniem,  co  było  bardzo  miłe,  ale  nigdy  nie  nalegał  na  erotyczne  zbliżenie.  Nie 
oczekiwał też od niej inicjatywy w tej sprawie. Zapewne Trevor miał mniejszy od przeciętnego 
popęd seksualny. Był w pełni zadowolony z jej towarzystwa i niezbyt namiętnych pocałunków. 

— Trevor nie ma… żadnych poważnych wad — powiedziała. 
— Istny wzór — zakpił Brad. 
— Mam szczęście, że na niego trafiłam — zapewniła Joanne z przekonaniem. 
— Od dawna jesteście razem? 
— Poznaliśmy się mniej więcej siedem miesięcy temu. 
— Jak długo jesteście zaręczeni? 

background image

Joanne zastanowiła się chwilę, czy nie powiedzieć prawdy. Właściwie sprawa zaręczyn nie była 

rozwiązana. Joanne zdecydowała jednak nie tłumaczyć tego Bradowi. Jeżeli miał choć odrobinę 
przyzwoitości, mógł mieć na względzie to, że Joanne jest zaręczona. 

— Niedługo — powiedziała. — Parę tygodni. 
— Czy jego matka zgadza się na wasz ślub? — wypytywał Brad. 
— Tak. 
—  Może  uważa,  że  już  czas,  żeby  jej  synek  ożenił  się  z  miłą  dziewczyną.  Zapewne  matka 

Trevora udaje, że nie wie, iż sprowadziłaś go na złą drogę. 

— Niczego takiego nie zrobiłam! 
— Przecież chyba sypiacie ze sobą? 
— Nie — odpowiedziała szczerze Joanne. 
— Jak to? Dlaczego nie? Nie mów mi, że Trevor nie próbował… 
—  Nie każdy  ma taką mentalność, jak ty! — wypaliła, zdenerwowana. — Trevor z radością 

czeka na czas, kiedy będziemy już małżeństwem. 

— Naprawdę? A ty? Skoro czekasz na Trevora, może spotykasz się tymczasem z innymi? 
— Nie! Wiesz co?! Jesteś obrzydliwy! 
Brad nie dawał za wygraną. 
—  Musisz  być  okropnie  sfrustrowana  —  stwierdził.  —  Nic  dziwnego,  że  zgłosiłaś  się,  żeby 

zastąpić Milly. 

— Nie o to mi chodziło! 
— Już mówiłaś — nie protestował Brad. — Jednak niewykluczone, że może ci się spodobać, że 

zastępujesz Milly. Sprawię, że ci się spodoba. 

Joanne zadrżała, ogarnięta dziwnym uczuciem. 
— Czyżbyś cieszyła się na tę perspektywę? — zainteresował się Brad. 
— Drżę z odrazy! — burknęła Joanne. 
A jednak coś ją ku niemu ciągnęło. Brad uśmiechnął się kpiąco. 
—  Nie  umiesz  kłamać  —  powiedział.  —  Wszystko,  co  czujesz,  masz  od  razu  wypisane  na 

twarzy. No proszę, boisz się nawet na mnie spojrzeć! 

background image

R

OZDZIAŁ PIĄTY

 

 
— Pozwól, że z ciekawości spytam — ciągnął Brad — kiedy się pobieracie? 
— Jeszcze nie ustaliliśmy daty. 
— Jak długo spodziewałaś się, że Trevor ci się oświadczy, zanim to zrobił? 
Joanne  w  ogóle  nie  spodziewała  się  oświadczyn.  Sądziła,  że  Trevor  jest  typem  urodzonego 

kawalera.  Choć  powinna  była  coś  podejrzewać,  kiedy  kupił  szampana  —  jak  na  niego  była  to 
daleko posunięta ekstrawagancja. Zaskoczył ją. 

— Nie spodziewałam się — przyznała Joanne. 
— Coś takiego! Skoro Trevor ma taki wzorcowy charakter, pewnie zaprowadził cię do jakiegoś 

ogrodu różanego, a kiedy usiadłaś na ławce, przyklęknął na jedno kolano — kpił Brad. 

— Nie. 
— To w jaki sposób się oświadczył? Powinienem wiedzieć, jak to się robi, na wszelki wypadek! 
 

*

 

*

 

 
Trevor zaprosił Joanne do jednej z najlepszych restauracji w Londynie, a potem odchrząknął i 

odezwał się odrobinę pretensjonalnym tonem: 

— Dobrze się między nami układa, nie uważasz? 
— Owszem — odparła Joanne, trochę zdziwiona. — A dlaczego pytasz? 
— Chcę, żebyśmy się zaręczyli — oświadczył Trevor i zanim się spostrzegła, nasunął jej na 

palec pierścionek z drogim kamieniem. 

Joanne była zupełnie zaskoczona. 
— Co na to twoja matka? — spytała. 
— Aprobuje moją decyzję. 
— Och… 
— Mam dobrą pracę — przypomniał Trevor. — Stać mnie na utrzymanie rodziny. 
— Hmm, w zasadzie… 
— Zwróciłem uwagę, jak reagujesz na bliźnięta kuzyna Jeana. Uwielbiasz dzieci! 
Była to tylko częściowo prawda. Joanne uważała różne znane sobie dzieci za cudowne, ale to 

nie znaczyło, żeby marzyła, aby jak najszybciej mieć jak najwięcej własnych! 

— Chciałabyś założyć rodzinę, prawda? — ciągnął Trevor. 
— Tak, ale… 
— Widzisz, moja mama zdecydowała, że już najwyższy czas, abym się ożenił i dał jej wnuki — 

zakończył. 

Najwidoczniej  jego  matce  nie  wystarczało,  że  rządzi  swoim  synem.  Czuła  potrzebę 

dyrygowania kimś jeszcze. 

—  Jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  chciałabym  zastanowić  się  nad  twoją  propozycją  — 

powiedziała wreszcie Joanne. 

Trevor poczuł się zawiedziony — matka zapewniła go, że Joanne będzie śpiewała z radości. 
— Naprawdę nie wiem, o czym tu myśleć! — oświadczył. 
Joanne nie chciała go zranić. 
— Zanim zdecyduję się wyjść za ciebie, muszę mieć pewność, że będę dla ciebie odpowiednią 

ż

oną — powiedziała. 

background image

— Mama najwyraźniej uważa, że jesteś znakomitą kandydatką — wyjaśnił Trevor. — Cieszy 

się, że masz właściwe zasady moralne. To znaczy, że nie zabawiasz się na prawo i lewo. 

Joanne wiedziała, że to największy komplement, jaki mogła wypowiedzieć matka Trevora i on 

sam. 

—  Pochlebiacie  mi, naprawdę — odparła. — Ale rozumiesz zatem, że zanim powiem „tak”, 

chcę mieć pewność, czy dobrze postępuję. Nie chciałabym was zawieść. 

— Rzeczywiście, lepiej mieć absolutną pewność — zgodził się Trevor. — Nie musisz spieszyć 

się z decyzją. 

Joanne chciała ściągnąć pierścionek, ale Trevor powstrzymał ją ze słowami: 
— Dużo się natrudziłem, żeby znaleźć właśnie ten pierścionek. Mama była przekonana, że ci się 

spodoba — ja także… 

— Podoba mi się! — zapewniła Joanne. — Jednak nie byłoby w porządku, gdybym go nosiła 

przed podjęciem decyzji… A gdybym tak zdecydowała nie wychodzić za ciebie? 

Trevor nie wierzył, że coś takiego może się zdarzyć. 
— Nie obawiam się tego — zapewnił z całkowitym spokojem. 
Pewnie  miał  rację.  Rozsądek  nakazywał  Joanne  wyjść  za  Trevora.  Gdzie  znajdę  równie 

przyzwoitego mężczyznę o zaletach Trevora — myślała — kogoś, kto odpowiadałby mi choć w 
połowie tak jak on? Jeśli odrzucę jego oświadczyny, prawdopodobnie nigdy w życiu nie znajdę 
męża i nie będę miała dzieci… 

— Obiecaj mi, że podczas podejmowania decyzji będziesz miała na palcu ten pierścionek — 

ciągnął Trevor. — Bylibyśmy bardzo rozczarowani, gdybym musiał zabrać go z powrotem. 

— Dobrze, obiecuję — zgodziła się niechętnie Joanne. 
— Znam cię na tyle dobrze, że nie mam wątpliwości, iż będziesz idealną żoną — oświadczył z 

szerokim uśmiechem Trevor. 

A jednak Joanne nie była do samego końca pewna, czy za niego wyjść… 
 

*

 

*

 

 
Brad nie usłyszał od razu odpowiedzi, więc spytał: 
— A może to ty mu się oświadczyłaś? 
— Trevor zaprosił mnie na obiad do restauracji, zamówił szampana, wyciągnął pierścionek i 

oświadczył mi się — wyjaśniła Joanne. 

— Jak rozumiem, powiedział, że cię kocha? — upewnił się Brad. 
Joanne przeszedł zimny dreszcz. Nigdy nie powiedzieli sobie z Trevorem „kocham cię”. 
— Oczywiście! — skłamała. 
— A ty go kochasz? 
— Czy myślisz, że inaczej zgodziłabym się wyjść za niego? 
Brad wzruszył ramionami. 
— To zależy, czy myślisz, że miłość jest ważna — odparł. 
— A ty — co o tym myślisz? — rzuciła wyzwanie Joanne. 
—  Ja  uważam,  że  jest  bardzo  ważna  —  oznajmił  Brad.  —  Miłość  scala  małżeństwo,  jeśli 

małżonków łączą także inne potrzebne rzeczy. 

— Co uważasz za „inne potrzebne rzeczy”? — zainteresowała się Joanne. 
—  Wspólne  zainteresowania,  dopasowanie  seksualne,  wzajemny  szacunek,  wzajemne 

upodobanie do przebywania w towarzystwie współmałżonka. 

Joanne była zaskoczona, że człowiek taki jak Brad ma zdrowy pogląd na małżeństwo. 
— Myślę tak samo jak ty — przyznała. 

background image

— A zatem byłaś ogromnie uszczęśliwiona i powiedziałaś mu „tak”? — wypytywał Brad. 
— Właśnie! — skłamała znowu Joanne, pomagając sobie butną miną. 
—  To,  co  mówisz,  różni  się  zasadniczo  od  wersji  przedstawionej  mi  przez  twoją  siostrę  — 

oznajmił Brad z nieprzeniknioną miną. 

— Jak to?! — Joanne przeraziła się. — A co powiedziała ci Milly? 
— Mówiła, że Trevor ci się oświadczył, ale że nie dałaś mu odpowiedzi. Miała też nadzieję, iż 

po  przemyśleniu  sprawy  powiesz  mu,  że  nie  chcesz  za  niego  wyjść.  Jeśli  dobrze  pamiętam, 
nazwała Trevora „nadętym frajerem”. 

Joanne została przyłapana na kłamstwie. 
— Nawet to jest lepsze niż hipokryzja — a ty jesteś hipokrytą! — oświadczyła. 
Brad popatrzył gniewnie, ale nie wystraszyła się go. 
—  Nie  pamiętasz,  jak  powiedziałeś  mi,  że  mylę  się  w  sprawie  twoich  relacji  z  Milly?  — 

przypomniała. — Że uważasz ją po prostu za miłą dziewczynę i sprawną sekretarkę. 

— Pamiętam — zgodził się Brad. — To wszystko prawda. 
—  Nie  wydaje  mi  się  jednak,  żeby  sekretarka  rozmawiała  ot,  tak  po  prostu  z  szefem  o 

szczegółach związku swojej siostry. 

— Faktycznie, w biurze do takiej rozmowy by nie doszło — ale w restauracji Milly nawiązała 

do tego tematu. 

— Kiedy zaprosiłeś ją na kolację! 
— Nie zapraszałem jej na kolację. 
— Mówiła, że zaprosiłeś ją, i to dwukrotnie! 
—  Jedliśmy  wspólnie  dwa  razy  kolację  w  restauracji,  ale  to  były  zawodowe  spotkania  z 

partnerem w interesach — wyjaśnił Brad. — Nie byliśmy z Milly sami. Potrzebowałem sekretarki, 
Milly robiła notatki. 

—  Nie  chcesz  chyba  powiedzieć,  że  opowiadała  o  mnie  i  Trevorze  w  obecności  obcego 

biznesmena? — upewniła się Joanne. 

—  Nie,  ów  człowiek  spóźnił  się  na  drugie  spotkanie,  więc  zamówiłem  drinka  i  ucięliśmy  z 

Milly towarzyską pogawędkę. Poplotkowaliśmy o rodzinie, i tyle, nic więcej. 

Joanne nie dowierzała Lancingowi. Milly mówiła, w jaki sposób na nią patrzył… 
— Nie wierzysz mi — stwierdził Brad. 
—  Rzeczywiście,  nie  wierzę  —  oznajmiła  Joanne.  —  Milly  przedstawiła  wszystko  trochę 

inaczej. 

— Cóż, nie dziwię się, że w takiej sytuacji uwierzyłaś raczej siostrze niż mnie… 
— Właśnie. 
— Skoro tak, zmieńmy może temat — zaproponował Brad, nieco znudzony. 
— Możemy zmienić. 
Brad spytał znowu o Trevora: 
— Powiedz mi, jakiej spodziewasz się reakcji Trevora na to, że wyjechałaś ze mną do Norwegii, 

nie mówiąc mu ani słowa? Mówiłaś, że pojechał z matką do Bournemouth? 

— Porozmawiam z nim jeszcze, kiedy wróci. 
— A może on pierwszy zadzwoni jutro do twojego domu? 
— Jeśli tak, Steven na pewno wszystko mu wytłumaczy. 
Joanne  znała  jednak  Trevora  i  wiedziała,  że  nie  będzie  dzwonił.  Czasem,  bardzo  rzadko, 

zdarzało się, że  poróżnili się w jakiejś drobnej sprawie.  Wówczas Trevor oczekiwał zawsze, aż 
Joanne  odezwie  się  pierwsza  —  ponieważ  był  przekonany,  że  racja  leży  po  jego  stronie. 
Tymczasem ostatnio zdarzyła im się poważna kłótnia. Gdy Joanne oznajmiła, że nie może pójść z 
nim na koncert, Trevor odparł, że widocznie bardziej zależy jej na Milly niż na nim. „Dlaczego jej 

background image

ciągle  matkujesz?!  —  powiedział  ze  złością.  —  Przecież  jest  mężatką  i  poradzi  sobie  przed 
wyjazdem bez ciebie!” 

— A kiedy ty zatelefonujesz do Trevora, co mu powiesz? Całą prawdę i tylko prawdę? — chciał 

się dowiedzieć Brad. 

— Nie, oczywiście, że nie. 
— Mówiłaś, że nie jest zazdrosny. 
— Nie jest przesadnie zazdrosny. Ale lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli będzie sądził, że 

wyjechałam jedynie z powodów zawodowych. 

— Rozumiem — ciągnął Brad. — Czy nie będzie się jednak martwił, że spędzasz sześć tygodni 

w Norwegii z mężczyzną, który ma reputację kobieciarza — jak mówiliście o mnie ty i twój brat? 

— Być może będzie. 
— „Być może”? 
— Trevor mi ufa — wyjaśniła Joanne. 
— W takim razie jest naiwny. 
—  Jak  śmiesz  sugerować…!  —  Joanne  urwała  i  zaczerwieniła  się.  Przypomniało  jej  się,  co 

robiła zeszłego wieczora. 

— Właśnie! — przedrzeźniał ją Brad. 
— Wczoraj wieczorem tylko udawałam — przypomniała. — Dla dobra Milly. 
— Czy naprawdę uważasz, że Milly potrzebuje opieki? — zapytał Brad. 
— Owszem, kiedy poznaje mężczyznę takiego jak ty, czyli pozbawionego skrupułów. 
— To zabawne, ale Milly wydaje mi się bardziej niż ty pewna siebie. 
Joanne była zaskoczona. Poprzedniego dnia Steve powiedział coś podobnego. 
Brad rozejrzał się. Byli przedostatnimi gośćmi lokalu. 
— Może już pójdziemy? — zaproponował. 
— Dobry pomysł. 
Brad  zapłacił,  grzecznie  podał  Joanne  kurtkę,  wziął  ją  pod  rękę.  Wyszli  na  dwór.  Świeciły 

gwiazdy, niebo było czyste. Joanne zaczęła z lękiem myśleć o dalszym ciągu nocy. 

—  Całe  szczęście,  że  nasz  znajomy  nie  śledzi  nas  teraz  —  odezwał  się  Brad.  Joanne  przez 

chwilę nie wiedziała, o co mu chodzi. 

— Czy mówisz o tym turyście, który zwiedzał miasto, depcząc nam po piętach? — upewniła 

się. 

—  Bardzo  wątpię,  żeby  to  był  turysta  —  odpowiedział  Brad.  —  Myślę,  że  moi  oponenci 

zapłacili temu człowiekowi, żeby nas obserwował. To znaczy, że wiedzą o naszym przyjeździe. 

— Co ty mówisz? 
— Nie martw się. I tak dowiedzieliby się, prędzej czy później. Nie ma sensu przejmować się 

interesami  w  takiej  chwili.  —  Brad  ścisnął  znacząco  Joanne  za  ramię.  —  Czeka  nas  tyle 
przyjemności… — dodał. — Niestety, najpierw będę musiał zadzwonić do Paula. Ale zaraz potem 
przyjdę  do  sypialni.  Ciekawe,  co  sprawia  ci  największą  przyjemność.  Mamy  całą  noc  na 
eksperymentowanie! ‘‘. — Joanne była przerażona. W dodatku miała dziwne przeczucie, że to, co 
zechce z nią robić Brad, może naprawdę być dla niej przyjemne… 

— Nie chcę z tobą sypiać! — wypaliła. 
—  Och,  chyba  nie  mówisz  prawdy.  Zawsze  troszczę  się  o  to,  żeby  kobieta  była  w  pełni 

zadowolona. Nie spieszę się z niczym. 

Joanne znowu zadrżała. Nie wiedziała, czy lepiej sprzeciwiać się Bradowi, czy dać za wygraną? 

Odwróciła temat rozmowy: 

— Właściwie niewiele wiem o twoich kłopotach z norweską firmą. 

background image

—  Czy  musimy  marnować  tak  piękną  noc  na  rozmowy  o  pracy?  —  spytał  z  westchnieniem 

Brad. 

— Jeśli mam być twoją sekretarką, muszę wiedzieć, co się dzieje. 
— Masz rację — zgodził się Brad. Spoważniał. — Problemy linii przewozowej Dragon zaczęły 

się  z  pozoru  zwyczajnie.  Ale  po  pewnym  czasie  stało  się  dla  mnie  jasne,  że  moi  pracownicy 
specjalnie  działają  na  niekorzyść  firmy  —  wyjaśnił  Brad.  —  Wysłałem  więc  Paula,  żeby 
zorientował  się  w  sytuacji.  Odnalazł  winnego.  Odpowiedzialny  za  wszystko  okazał  się  niejaki 
Mussen — specjalista od przewozów ładunków. Mścił się za zwolnienie z pracy brata, który był 
głównym recepcjonistą w hotelu mojej firmy. Został wyrzucony za podkradanie drobnych sum z 
kasy. Jego brat nie wierzył w jego winę i popadł w głęboki gniew. Po rozmowie z Mussenem — 
tym  od  przewozów  ładunków  —  poleciłem  puścić  jego  sprawę  w  niepamięć,  ponieważ,  jak  się 
okazuje, ma chorą żonę i czworo małych dzieci. Dobra praca jest mu bardzo potrzebna. Także i 
jego brata zdecydowałem się przyjąć z powrotem, choć na niższe stanowisko. Kazałem obiecać 
mu, że po półrocznym okresie próbnym, jeśli nie będzie zachowywał się podejrzanie, zostanie mu 
przywrócona posada głównego recepcjonisty. 

Na krótko zakończyło to nasze kłopoty — ciągnął Brad. — Ale potem zaczęły się nagłe awarie 

statków.  Prom  samochodowy  „Midnight  Dragon”  nie  mógł  wypłynąć,  ponieważ  jego 
wodoszczelne  wrota  nie  chciały  się  domknąć.  Potem  w  maszynowni  nastąpiła  eksplozja  z 
podejrzanych przyczyn. Dzięki Bogu, nikt nie doznał poważnych obrażeń. Ponieważ tego rodzaju 
sabotaż może mieć nieobliczalne konsekwencje, rozważaliśmy zwrócenie się o pomoc do policji. 
Tym razem Mussen i jego brat mieli alibi. Paul nie zdołał udowodnić, że wybuch w maszynowni 
był wynikiem sabotażu. 

Jednak  ostatecznie  zdecydowaliśmy  się  zachować  sprawę  w  tajemnicy  —  mówił  Brad.  — 

Gdyby  policja  rozpoczęła  śledztwo  i  dziennikarze  zwęszyliby  sprawę,  linia  poniosłaby  wielkie 
straty z powodu spadku zaufania klientów. 

Na  krótko  nastąpił  spokój,  ale  kilka  tygodni  temu  na  jednym  ze  statków  strażnik  zauważył 

intruza.  Próbował  go  zatrzymać,  ale  został  zaatakowany  i  doznał  lekkiego  wstrząsu  mózgu… 
Natomiast nie dalej jak wczoraj nad ranem wybuchł pożar w magazynie jednego z naszych hoteli. 
Tak się złożyło, że wartownik, który odebrał sygnał alarmu, był niegdyś strażakiem. Zdołał ugasić 
pożar  w  zarzewiu.  Goście  nie  dowiedzieli  się  o  niczym.  Wartownik  jest  przekonany,  że  ktoś 
specjalnie podłożył ogień. 

Brad i Joanne zaczęli zbliżać się do Lofoten. Joanne znowu pomyślała o tym, co będzie, kiedy 

znajdą  się  z  powrotem  w  apartamencie.  Drżała  z  niepokoju.  Pod  budynkiem  zadarła  głowę  i 
popatrzyła na czarne sylwetki smoków widoczne na tle nieba. 

— Chciałabyś zobaczyć resztę? — spytał Brad. 
— Jaką resztę? 
— Resztę smoków. 
Zaciekawiona,  pozwoliła  się  zaprowadzić  przez  drewnianą  bramę  do  ogrodu.  Światło  latarń 

oświetlało  zielone  liście.  Zaczarowany  ogród,  pomyślała  Joanne.  Teren  był  pofałdowany, 
ś

rodkiem  płynął  strumyczek,  ścieżki  wiodły  między  kamieniami  i  paprociami  do  zakątków 

ukrytych  pośród  drzew.  Brad  wziął  Joanne  za  rękę  i  zaprowadził  ją  do  łukowatego  mostka.  Po 
drugiej stronie strumyka stał drewniany domek z werandą, na której były dwa fotele. Usiedli na 
nich. 

— Są tam — oznajmił Brad, pokazując dłonią kierunek. — I jak ci się podoba? 
Joanne wytężyła wzrok i nagle wybuchnęła śmiechem. Całe zbocze pełnego kamieni pagórka 

roiło się od smoków najrozmaitszych rozmiarów i form. Największe wyglądały groźnie, małe — 
na bawiące się dzieci. Parę spało, jeden zerkał spod krzaków. Były zabawne. 

background image

— Cudowne! — zawołała Joanne. 
— Uwielbiałem je, kiedy byłem dzieckiem. Może są właśnie dziecinne, ale myślę, że pasują do 

tego miejsca. 

— Skąd się wzięły? 
— Te na dachu są równie stare jak dom, a te na pagórku wyrzeźbiono siedemdziesiąt parę lat 

temu, kiedy urządzano ogród. Mój dziadek był wtedy mały i uwielbiał smoki. Zrobili je dla niego. 

Historia  podobała  się  Joanne.  Chłonęła  romantyczną  atmosferę  miejsca  i  chwili.  Nie 

doświadczyła w życiu wiele romantyzmu… Westchnęła z żalem. 

— Piękna noc — odezwał się Brad. 
— Tak. 
Zerknął na nią z ukosa i dodał: 
— Jakby wprost stworzona dla kochanków, nie uważasz? — Wziął Joanne za rękę i ucałował ją. 

Joanne zadrżała znowu. Miała ochotę zbliżyć się do Brada, pragnęła, żeby ją całował, pieścił… 

— Nie! — odparła stanowczo, zabierając rękę. Zerwała się z fotela. 
Brad również się podniósł. Górował nad nią. 
— Co ci nie odpowiada? — spytał. — Sceneria? A może partner? 
— To drugie — przyznała. 
— Przynajmniej jesteś uczciwa. To pozytywna odmiana. Mówiłaś mi, że zawsze podobali ci się 

przystojni mężczyźni, mający władzę — tacy jak ja. 

Zarumieniła się. 
—  Zatem, jeśli nie chcesz, żebyśmy pocałowali  się w świetle księżyca, o czym  masz ochotę 

rozmawiać? — zagadnął Brad. 

— Nie wiem. 
— Wczoraj wieczorem wyraziłaś chęć porozmawiania o mnie — przypomniał. 
Joanne  rozzłościła  się.  Otuliła  się  kurtką.  Brad  spoglądał  na  nią  ciekawie  z  góry.  Westchnął 

teatralnie. 

— Jeśli nie wymyślimy tematu rozmowy, będę musiał cię pocałować — oznajmił. 
Patrzyła na niego z niepokojem. Brad był taki przystojny!… Była podekscytowana. Czekała na 

pocałunek. Tak, czekała. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że chce, żeby Brad ją pocałował. 

Powoli  opuścił  głowę  i  dotknął  ustami  kącika  jej  ust.  Znieruchomiała.  Po  chwili  zaczął 

delikatnie muskać ją wargami, od lewego kącika ust do prawego. Potem zaczął całować ją po szyi. 

To było bardzo przyjemne! Ale on cofnął nieoczekiwanie głowę. 
— Męka skończona — oznajmił. — Ale chyba nie było aż tak źle? 
Ogarnęła ją złość. Robił wszystko, żeby ją uwieść. 
— Wygląda na to, że chciałabyś, żebym całował cię dalej — zauważył Brad. — A może także ty 

chcesz mnie całować? 

— Nie chcę — burknęła. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę hotelu. Brad dogonił ją. 
— Możemy wejść tędy — powiedział i otworzył drzwi od strony ogrodu. Znaleźli się na sali, 

gdzie serwowano śniadania. 

— Masz ochotę na małą kolację? — spytał Brad. 
— Nie, dziękuję. 
— Wejdźmy tylnymi schodami. 
Weszli.  Gdy  znaleźli  się  w  apartamencie,  Joanne  zrobiło  się  nieswojo.  Tymczasem  Brad 

odebrał  od  niej  kurtkę,  a  potem  odgarnął  włosy  Joanne  i  pocałował  ją  w  kark.  Odwróciła  się 
gwałtownie. 

— Jeśli chcesz już się położyć, weź prysznic pierwsza, a ja zamienię kilka słów z Paulem — 

zaproponował Brad, nie zrażony. 

background image

Wahała się. Nie chciała przecież kochać się z nim — a z drugiej strony, bardzo tego pragnęła. 
— Nie musisz spieszyć się z tą rozmową — zapewniła. — Właściwie mógłbyś nie przychodzić. 
— Czyżbym ci się podobał? — zainteresował się Brad. Przesunął palcami po jej włosach. 
—  Jesteś  okropny!  —  powiedziała,  nie  cofając  się  jednak.  Było  oczywiste,  że  targają  nią 

sprzeczne uczucia. 

— Zraniłaś mnie… — przekomarzał się Brad. — Myślę, że powinnaś mnie pocałować. 
Nachylił  się  i  znów  dotknął  ustami  jej  ust.  Nie  zdołała  się  powstrzymać.  Całowała  go  z 

rozkoszą. Ogarnęło ją erotyczne pragnienie, tak silne, jak nigdy w życiu. Brad objął ją, przytulił. 
Rozkoszny pocałunek trwał, aż wreszcie Brad podniósł głowę. 

— Muszę porozmawiać z Paulem — powiedział. — Ale odprowadzę cię do sypialni. — Po tych 

słowach  wziął  ją  na  ręce  i  zaniósł  do  łóżka.  Położył  ostrożnie,  zapalił  lampkę  nocną.  Zasłonił 
zasłony. 

— Może pomóc ci się rozebrać?… — zaproponował. Joanne pokręciła głową. 
—  W  takim  razie  przyjdę,  kiedy  tylko  skończę  rozmawiać  z  Paulem.  —  Wyszedł,  cicho 

zamykając za sobą drzwi. 

background image

R

OZDZIAŁ SZÓSTY

 

 
Joanne  leżała  kilka  minut  bez  ruchu.  Czuła  się  inaczej  niż  zwykle.  Poszła  do  łazienki  i 

zmywając  makijaż,  popatrzyła  w  lustro.  Była  zdezorientowana.  Uważała  Brada  za 
zdemoralizowanego  człowieka,  a  jednak  był  interesującym  mężczyzną.  Męskim,  inteligentnym. 
Atrakcyjnym.  Obudził  w  niej  namiętności,  których,  jak  sądziła,  nie  była  w  stanie  odczuwać. 
Zawsze  miała  na  wpół  świadome  wrażenie,  że  czegoś  jej  brakuje  —  głębokiego  związku  z 
mężczyzną, z którym łączyłaby ją także erotyczna bliskość. Nigdy nie była z nikim związana w 
taki sposób i obawiała się, że może nigdy nie będzie. A tymczasem teraz czuła coś takiego, że… 
Jak gdyby nagle się zmieniła. 

Cieszyłoby  ją  to  ogromnie,  gdyby  Brad  Lancing,  który  stał  się  tego  przyczyną,  był  dobrym 

człowiekiem. Albo gdyby była w stanie czuć się w taki sposób w obecności innego, porządnego 
mężczyzny. Takiego, którego mogłaby pokochać, który byłby dobrym mężem i ojcem, z którym 
spędziłaby szczęśliwie resztę życia. 

Popatrzyła na błyszczący pierścionek zaręczynowy, który miała na palcu. I w tym momencie 

wiedziała już, że Trevor nie jest mężczyzną, o jakim właśnie zamarzyła. Nie chciała zostać jego 
ż

oną. 

Nie wywoływał w niej takich emocji jak Brad i nie miała wątpliwości, że nigdy nie będzie w 

stanie. Po prostu Trevor nie miał w sobie czaru, niczego ekscytującego. Był dobry, ale nieciekawy, 
bierny,  brakowało  mu  silnej  osobowości.  Zycie  przy  nim  byłoby  szare  i  nudne.  A  on  byłby 
zapewne zadowolony z bezpiecznej stabilności. Może poprosił o rękę akurat ją, Joanne, właśnie 
dlatego, że także wydawała mu się spokojna i mało wymagająca. 

Dlaczego  od  razu  nie  oddałam  mu  tego  pierścionka?  —  pomyślała  Joanne.  Cieszyła  się,  że 

poprosiła  Trevora  o  czas  do  namysłu.  Miała  nadzieję,  że  odrzucając  jego  oświadczyny,  zrani 
jedynie jego dumę. 

Bała  się  za  to,  że  zniweczy  swoją  jedyną  szansę  wyjścia  za  mąż.  Może  nikt  inny  już  jej  nie 

zechce? W końcu sama nie była aż taka atrakcyjna… 

A jednak nie mogła wyjść za Trevora tylko z tego powodu. Przyszło jej nagle do głowy… że 

woli romans z Bradem niż brak jakichkolwiek emocji i wydarzeń w życiu. Ruszyła do sypialni. 

Kiedy  weszła  do  pokoju,  serce  biło  jej  szybko.  Nie  była  przyzwyczajona  do  tego,  co  miało 

zacząć dziać się już niedługo. W dodatku nie wiedziała, kiedy dokładnie wejdzie Brad. Ściągnęła 
niechciany  pierścionek  od  Trevora  i  schowała  go  do  zamykanej  na  suwak  kieszeni  walizki. 
Włożyła  koszulę  nocną  —  satynową,  w  kolorze  kości  słoniowej.  Koszula  miała  cieniutkie 
ramiączka,  sięgała  do  pół  łydki,  od  pasa  w  górę  była  rozcięta  po  bokach,  przód  i  tył  łączyły 
wstążki.  Joanne  włożyła  ją  po  raz  pierwszy.  Dostała  tę  koszulę  —  a  także  drugą,  w  kolorze 
kawowym,  oraz  krótką  koszulkę  zrobioną  z  tego  samego  materiału  —  jako  prezent 
bożonarodzeniowy od Milly i Duncana. 

— Pomyślałam, że już czas, żebyś miała na noc coś modnego, zamiast tych okropnych długich 

koszul, w których wyglądasz jak sierotka Marysia — powiedziała wtedy bez ogródek Milly. 

Joanne  czuła  się  jednak  znacznie  lepiej  w  białych,  bawełnianych  koszulach  nocnych,  które 

byłyby uznane za odpowiednie nawet w epoce wiktoriańskiej. Wiedziała tylko, że nie spodobałaby 
się w takim stroju Bradowi… 

Zastanawiała się, czy usiąść na łóżku i czekać na Brada, czy lepiej zgasić lampę i udawać, że 

spokojnie wypoczywa. Wybrała to drugie. Zamknęła oczy i wyobrażała sobie, jak to będzie, kiedy 
Brad przyjdzie. 

background image

Drżała z podniecenia, a jednak martwiła ją ważna rzecz — wiedziała, że to, co będzie wkrótce 

robić, nie będzie wynikało z miłości. Obawiała się, że potem będzie gorzko żałowała tego, na co 
zdecydowała się tej nocy — lecz nie zmieniła decyzji. 

Pomyślała nagle, że teraz lepiej rozumie Milly… 
Zniecierpliwiona, zapaliła z powrotem lampę i spojrzała na zegarek. Minęła już ponad godzina. 

Czy to możliwe, żeby Brad ciągle rozmawiał przez telefon? Joanne wyszła z łóżka i ruszyła do 
salonu. Brad zasłonił zasłony, świecił tylko kominek. Drzwi gabinetu były uchylone, światło było 
zgaszone. Zajrzała do środka. Brada nie było. Musiał wyjść. 

Joanne zagryzła wargi, rozczarowana. Odwróciła się — i wtedy go zobaczyła. Rozłożył pościel 

na kanapie i leżał, przykryty do połowy, z rękami pod głową i odsłoniętym torsem. Jego otwarte 
oczy błyszczały w świetle kominka. Joanne pomyślała, że tak mogłaby wyglądać scena z reklamy 
wody kolońskiej. Przypuszczała, że Brad był nagi. Patrzyła na niego, nie wiedząc, co robić. 

— No proszę — odezwał się. — Myślałem, że już śpisz. 
— Nie mogłam zasnąć — przyznała. 
— Frustracja to okropne uczucie — odpowiedział. — Ale skoro do mnie przyszłaś, rozumiem, 

ż

e możemy się go pozbyć. — Wyciągnął rękę. 

Joanne nie śmiała się ruszyć. 
— Chodź — polecił łagodnym tonem. Stała dalej. 
—  Jeśli  będę  musiał  wstawać,  żeby  cię  tu  ściągnąć…  —  Urwał.  Joanne  wystraszyła  się  i 

zbliżyła do kanapy. 

— Bliżej — odezwał się znowu Brad. 
Kiedy stała tuż przy nim, wyciągnął dłoń i przesunął nią po jej ciele, przez satynową tkaninę. 
—  Podoba  mi  się  ta  koszula  —  powiedział.  —  Wyglądasz  w  niej  jednocześnie  atrakcyjnie  i 

niewinnie… Widzę, że zdjęłaś pierścionek od Trevora — zauważył. 

— Zdecydowałam, że to błąd, że go nosiłam — wyznała Joanne. 
— Dlaczego? 
— Hmm… Zrozumiałam, że nie zależy mi na Trevorze aż tak, jak myślałam. 
— Przecież powiedziałaś mi, że go kochasz — przypomniał Brad. 
— Być może „kocham” to w tym wypadku zbyt mocne słowo. Bardzo… lubię Trevora. 
— Ale on cię kocha? — upewnił się Brad. 
— Właściwie, nie sądzę. 
— Spytałem, czy wyznał ci miłość, i odpowiedziałaś, że tak. 
—  Skłamałam… Nigdy  nie powiedzieliśmy  sobie „kocham  cię”.  Myślę, że Trevor po prostu 

uważa mnie za odpowiednią kandydatkę na żonę. 

— Czy zatem zrywasz zaręczyny? — chciał się dowiedzieć Brad. 
— Tak naprawdę, nie zaręczyłam się jeszcze. 
— A zatem wersja, którą przedstawiła mi twoja siostra, jest prawdziwa! 
Joanne pokiwała smutno głową. Brad był wyraźnie zadowolony. 
— To dobrze — stwierdził. — Nie czułem się dobrze ze świadomością, że wyjechałem z cudzą 

narzeczoną… Powiedz, dlaczego nosiłaś ten pierścionek. 

—  Trevor  nałożył  mi  go  na  palec  i  nie  chcąc  robić  mu  przykrości,  zgodziłam  się  nosić 

pierścionek do czasu aż się namyślę — wyjaśniła Joanne. — Właśnie się namyśliłam. 

— Czy to ostateczna decyzja? — zapytał Brad. 
—  Tak.  Widząc,  co  się  teraz  ze  mną  dzieje,  zrozumiałam,  że  nie  powinnam  wychodzić  za 

Trevora. 

— A gdyby nie ja — czy wówczas wyszłabyś za niego? 
— Być może. Ale byłby to wielki błąd. 

background image

—  Muszę  powiedzieć,  że  cieszy  mnie, że za niego nie wyszłaś — oznajmił Brad. —  Wasze 

małżeństwo byłoby nieudane. 

— Dlaczego tak uważasz? — zapytała Joanne, zaciekawiona. 
— Po pierwsze, jesteś o wiele za ciepłą, zbyt uczuciową osobą, jak na tak chłodnego typa, jakim 

musi być Trevor. — Joanne była zaskoczona, słysząc od Brada, że jest ciepła i uczuciowa. — A po 
drugie,  małżeństwo powinno składać się z dwóch,  a nie z trzech osób — dokończył. — Jestem 
zdumiony, że brałaś poważnie pod uwagę przyjęcie jego oświadczyn. 

Co ciekawe, w tej chwili Joanne także była tym zdumiona. 
—  Jesteśmy  z  Trevorem  podobni  do  siebie  pod  wieloma  względami  —  powiedziała  bez 

przekonania. — Przynajmniej tak mi się zdawało. 

—  Wyobrażam  sobie,  że  ze  mną  łączy  cię  znacznie  więcej  podobieństw  —  odparł  ku  jej 

zaskoczeniu Brad. 

Nieoczekiwanie pociągnął Joanne ku sobie, aż przewróciła się na niego. Przytulił ją, zawarczał 

wesoło,  niczym  pies,  i  pocałował  ją  w  szyję.  Joanne  była  całkowicie  zaskoczona  w  pierwszym 
odruchu próbowała się uwolnić. Brad ze śmiechem przetoczył się na bok, zrzucając ją z siebie, a 
potem ugryzł ją delikatnie w ramię. Była wystraszona i podekscytowana zarazem. 

— Czy nie lubisz się bawić? — spytał poważnie Brad. 
— W porządku, zaskoczyłeś mnie tylko. 
— Myślałem, że to cię rozluźni. — Brad pocałował Joanne w koniec nosa. — Czyżby Trevor 

nie drażnił się nigdy z tobą? 

— Nie. 
— A inni mężczyźni, z którymi byłaś? 
Joanne milczała. Brad uniósł brwi. 
— Czyżbyś po raz pierwszy w życiu miała zbliżyć się intymnie z mężczyzną? — zapytał. 
Milczała dalej. 
—  Nie  martw  się.  Mnie  na  pewno  będzie  przyjemnie  i  postaram  się,  żeby  było  miło  także  i 

tobie. Na początek chciałbym zobaczyć cię całą… 

Brad wstał, wziął Joanne na ręce i ułożył delikatnie na koziej skórze przed kominkiem. Powoli 

rozwiązał wstążki i ściągnął z niej koszulę. 

Patrzył  na  jej  nagie  ciało,  oświetlone  migoczącym  światłem  kominka.  Zaparło  mu  dech  z 

podziwu.  Nie  mógł  oderwać  wzroku  od  Joanne,  taka  była  piękna.  Szczupła,  miała  długie  nogi, 
gładką skórę, nieduże, kształtne piersi, wspaniałe biodra. Pomyślał, że to najpiękniejsza kobieta, 
jaką widział w życiu. 

— Jesteś cudowna! — wyszeptał zachwycony. — Mogłabyś być modelką dla rzeźbiarza. 
— Coś ty! — szepnęła Joanne, zawstydzona. — Mam znamię. 
—  No  to  masz  —  zgodził  się  Brad,  nie  zmieniając  tonu.  —  Podoba  mi  się.  Przez  to  jesteś 

jeszcze bardziej interesująca. Prawdę mówiąc, nie chciałbym kochać się z rzeźbą. 

Pochylił  głowę  i  pocałował  Joanne  w  nieduże  znamię  na  brzuchu,  a  potem  przytulił  ją  i 

rozpoczął delikatne pieszczoty. Były bardzo przyjemne. Tak delikatne i przyjemne, że gdy złączyli 
się w jedno i dopełnili tego, co zaczęli, Joanne doznała rozkoszy, której wcześniej nawet sobie nie 
wyobrażała. Myślała, że nie jest zdolna jej odczuwać. Była szczęśliwa. 

Brad oparł głowę na jej rozsypanych włosach i spytał łagodnie: 
—  Joanne,  dlaczego  nigdy  wcześniej  z  nikim  tego  nie  robiłaś?  Czy  coś,  co  przeżyłaś, 

odstręczało cię od seksu? 

— Nie — pomyślała na głos. — Właściwie, po prostu nie zdarzyło się nic, co by mnie do niego 

zachęciło. Do tej pory nie miałam takich doznań, jak przed chwilą, i myślałam już, że nie jestem w 
ogóle do nich zdolna. Żałowałam, bo zawsze chciałam założyć rodzinę, mieć dzieci… 

background image

— To dlatego zastanawiałaś się, czy nie wyjść za takiego człowieka, jak Trevor? 
— Chyba tak. 
Brad pokręcił głową. 
— Bezbarwne życie u boku Trevora zniszczyłyby tak dynamiczną kobietę, jaką jesteś — ocenił. 

— A przynajmniej doznałabyś wielu cierpień. Ale i ja zrobiłem ci równie poważną krzywdę. 

— Nie zrobiłeś mi żadnej krzywdy — odpowiedziała Joanne, ziewając. 
— Zrobiłem. Zmuszając cię, żebyś wyjechała ze mną do Norwegii, doprowadziłem do zmiany 

dalszego biegu twojego życia. Teraz nie wyjdziesz za Trevora. 

Joanne była już niemal na krawędzi snu. 
— Całe szczęście — zakończyła, i zasnęła. 
Spała już głęboko, kiedy Brad wstał i wziął ją na ręce, a potem przeniósł na łóżko. 
— Lepiej, żebyś się nie przeziębiła — szepnął. Przykrył Joanne kołdrą i wyłączył lampę. 
 

*

 

*

 

 
Joanne  obudziła  się.  Widać  było  przez  zasłony,  że  jest  dzień.  Zastanawiała  się  chwilę,  skąd 

wzięła się w łóżku. Przypomniało jej się, jak zasnęła przed kominkiem. Wciąż czuła się wspaniale, 
jakby w jakimś cudownym transie. Realia sytuacji nie martwiły jej na razie. 

Odwróciła głowę. Brada nie było w pokoju; jego poduszka leżała wygładzona — musiał spać na 

kanapie. Dlaczego? Na pewno nie z powodów moralnych. A może? Byłoby to zaskakujące. 

Brad Lancing okazał się pod pewnymi względami innym człowiekiem, niż myślała. Powiedział, 

ż

e nie najlepiej się czuł, wyjeżdżając z narzeczoną innego mężczyzny — choć przecież szantażem 

zmusił ją do wyjazdu! 

Jeśli  zaś  chodzi  o  to,  co  Joanne  robiła  z  Bradem  w  nocy…  Cóż,  nie  była,  tak  naprawdę, 

zaręczona, i zdecydowała wczoraj, że zrywa z Trevorem. A później — sama chciała kochać się z 
Bradem, do tego jej nie przymusił. 

Sama chciała! Pomyślała, że powinna się wstydzić, ale jakoś nie czuła się zawstydzona. Mimo 

ż

e pierwszy raz w życiu postąpiła w taki sposób — podjęła ważną decyzję, nie myśląc o zasadach 

ani zdrowym rozsądku. 

Powinna była mieć wyrzuty sumienia. Ale ich nie miała. 
Brad chyba także nie żałował tego, co robili. Tylko dlaczego nie położył się obok niej, a wrócił 

na kanapę? 

Tak myśląc, Joanne poszła wziąć prysznic. Nagle pomyślała o Milly i wtedy poczuła się winna. 

Dlaczego? 

Wychodziło  na  to,  że  odebrała  Milly  potencjalnego  kochanka.  Co  za  niedorzeczna  myśl, 

zreflektowała  się  Joanne.  Przecież  uratowałam  jej  małżeństwo!  Teraz  zamieszkała  z  mężem  w 
Szkocji i być może wkrótce zapomni o przelotnym zauroczeniu byłym szefem, zauroczeniu, przez 
które mogła sprowadzić okropne skutki na siebie i Duncana! 

Ironią  losu,  ratując  siostrę–mężatkę  przed  destrukcyjnym  związkiem  z  szefem,  Joanne  sama 

wpadła w sidła Brada Lancinga. 

Ubrała  się  w  lnianą  spódnicę  i  bluzkę.  Zawahawszy  się  chwilę,  pozostawiła  włosy 

rozpuszczone. Tak, jak lubił Brad… 

Ś

wiadomość, że zbliżyła się tak bardzo do mężczyzny, w dodatku tak czułego mężczyzny jak 

Brad, była dla Joanne czymś nowym i niezwykłym. Z bijącym sercem ruszyła do salonu, ciekawa, 
w jaki sposób Brad się zachowa. Poda jej z uśmiechem rękę, jak szef? Czy może obejmie, przytuli 
i pocałuje? 

background image

Na widok Joanne Brad odłożył czytaną gazetę i z ponurą miną, uprzejmie podniósł się z fotela. 

Joanne zaczerwieniła się. Poczuła się okropnie. 

— Dzień dobry. Czy dobrze spałaś? — spytał. Nie mówił tonem kochanka. 
— T… tak — zająknęła się Joanne. — Dziękuję. 
— Właśnie miałem cię wołać. Za chwilę powinniśmy dostać śniadanie. 
Jak na zawołanie, rozległo się pukanie do drzwi. Młoda jasnowłosa dziewczyna wprowadziła do 

apartamentu wózek ze śniadaniem. 

— Dziękuję, Lys — powiedział Brad. — Sam wszystko rozstawię. 
Lys rzuciła Bradowi krótki, zalotny uśmiech, po czym wyszła bez słowa. 
— Kawy czy herbaty? — spytał Joanne Brad. 
— Poproszę o kawę. 
Joanne  pomyślała  ze  smutkiem,  że  teraz  odnoszą  się  z  Bradem  do  siebie  nawzajem  tak,  jak 

dwoje obcych ludzi. 

Na tacy był chleb, dżem, wędliny, sery i ryba. Joanne chciała sięgnąć po dżem. 
— Może spróbujesz śledzia — jeśli masz odwagę… — odezwał się Brad z nagłym błyskiem w 

oku. 

—  Z  rozkoszą!…  —  odparła  Joanne,  zadowolona  ze  zmiany  zachowania  Brada.  Nałożył  jej 

obfitą porcję śledzia. 

—  Dziękuję.  Pewnie  miałeś  nadzieję,  że  za  chwilę  nazwiesz  mnie  tchórzem?  —  zagadnęła 

Joanne. 

Brad uśmiechnął się. Nareszcie! 
— Kim jak kim, ale tchórzem z całą pewnością nie jesteś — odparł. — Choć zdziwiłem się, bo 

ż

adna ze znanych mi kobiet nie tknęłaby śledzia. A jest to coś bardzo smacznego. 

— Wiem — powiedziała Joanne. — Uwielbiam śledzie. 
Brad roześmiał się. 
— Jesteś niezwykła! — skomentował z zadowoleniem. 
Jedli. Joanne co chwila zerkała na Brada, a on wpatrywał się w nią upartym spojrzeniem.  W 

końcu poczuła się nieswojo. 

— Skontaktowałeś się z Paulem Randallem? — spytała. 
— Tak. — Brad skrzywił się. 
— Czy coś się stało? 
— Wieczorem doszło do kolejnego aktu sabotażu. Nikt nie zginął, ale jeden z marynarzy został 

lekko ranny i statek musiał zostać w porcie. Obawiam się, że w końcu komuś stanie się poważna 
krzywda. Podejrzewam też, że sprawca celowo nasila działania, żeby sprowadzić mnie na miejsce. 

— Co by mu to dało? — zainteresowała się Joanne. 
—  Zawsze  łatwiej pokonać przeciwnika,  kiedy  ma się  z nim bezpośredni kontakt.  Ale  mogę 

jeszcze zaskoczyć tego człowieka i wygrać z nim. 

— Jak to możliwe, skoro nie wiesz, kto to i gdzie może ponownie dać o sobie znać? 
— Rzeczywiście, to utrudnia sprawę — zgodził się smutno Brad. Joanne zadrżała nagle. — Nie 

martw się — dodał Brad. — Tobie nic nie grozi. 

— Jak to? Uważasz, że tobie coś grozi? 
— Niewykluczone. Paul już o mało co nie rozbił się samochodem, bo nagle przestały działać 

hamulce. Na szczęście awaria nastąpiła, kiedy wjeżdżał już do garażu, więc jedynie rozbił przednią 
lampę.  Poleciłem  mu nie wspominać o zdarzeniu  nikomu  i oddać samochód w ręce specjalisty, 
który  oceni,  czy  ktoś  majstrował  przy  układzie  hamulcowym.  —  Brad  wstał  i  przeciągnął  się 
sprężyście, niczym wielki kot. — Dość rozmowy o kłopotach — powiedział. — Jest niedziela. Nie 

background image

zamierzam dzisiaj pracować. Jest piękny dzień. Wjedźmy na Floyen. To góra, z której wierzchołka 
rozciąga się piękny widok na miasto. 

Brad był miły, choć nie odnosił się do Joanne czule. Mimo to cieszyła się z jego obecności i z 

tego, że pójdą razem na wycieczkę. 

Przeszli  kilometr  słonecznymi  ulicami  Bergen,  docierając  do  przeszklonej  stacji  kolejki 

linowej. W wagoniku Joanne wyglądała przez okno; nie mogła jednak skupić się na widoku. Wciąż 
myślała o Bradzie. Kiedy wjechali na wierzchołek Floyen, Brad podał Joanne rękę i zaprowadził ją 
na  taras  widokowy.  Bergen  wyglądało  z  góry  wprost  oszałamiająco.  Porośnięte  zielonozłotymi 
drzewami wyspy odcinały się od niebieskiej wody, przypominając kamienie naszyjnika. 

— Jaki ten świat jest piękny! — zawołała radośnie Joanne. 
— Zawsze byłem tego samego zdania — zgodził się z uśmiechem Brad. 
Podziwiali widok dłuższą chwilę, a potem przysiedli na ławce. 
— Zaczekaj chwilę — powiedział Brad. Poszedł do pobliskiego sklepiku. Po chwili wrócił z 

dwoma dużymi lodami. Podał jednego Joanne. 

— Chciałbym, żebyś spróbowała czegoś, co uwielbiałem w dzieciństwie — wyjaśnił, pokazując 

piękne zęby. 

Siedzieli w słońcu, delektując się lodami z dodatkiem pomarańczy, moreli, wiśni i orzechów. 

Joanne myślała o Bradzie. Miał złożony charakter. Był światowym, błyskotliwym człowiekiem; 
jednocześnie nosił w sobie beztroskiego chłopca. 

Joanne pomyślała, że kogoś takiego mogłaby pokochać… 

background image

R

OZDZIAŁ SIÓDMY

 

 
Co  za  myśl,  zmitygowała  się.  Przecież  to  człowiek  bezwzględny,  i  kobieciarz!  Nie  mogłaby 

jednak pokochać Brada. Był wprawdzie atrakcyjnym mężczyzną, ale to za mało. Joanne wiedziała, 
ż

e fascynacja oparta tylko na fizyczności minie. Miłość to o wiele więcej. Jest głębokim, trwałym 

uczuciem. Opiera się na trwałych podstawach, rozwija, i jeśli oboje kochający się ludzie pielęgnują 
ją — i mają szczęście — trwa całe życie. 

Joanne jeszcze nigdy nie kochała mężczyzny. Popatrzyła na Brada. Była nim zafascynowana. 

Trudno jej było mu się oprzeć. Kiedy na nią spojrzał, zarumieniła się, nie mogąc oderwać wzroku 
od  jego  oczu.  Miał  niezwykłe  oczy,  zielone,  inteligentne.  Gdy  patrzył  na  Joanne,  czuła  się  jak 
hipnotyzowana. 

Nachylił się i pocałował ją w kącik ust. Serce zabiło jej mocno. Odwróciła na chwilę głowę. 
— Pyszne lody — odezwała się w końcu. — Dziękuję. 
— Ty także jesteś smakowita — odpowiedział Brad. — Może się przespacerujemy, jeśli ci to 

odpowiada — zaproponował. 

— Odpowiada mi jak najbardziej. 
Wziął ją pod rękę. W głowie Joanne kłębiły się sprzeczne emocje. 
— Możemy przejść okrężną trasą i wrócić w to samo miejsce na późny lunch — zasugerował 

Brad. 

— Świetny pomysł. 
Dzień był piękny, chłodne, jesienne powietrze — czyste i orzeźwiające. Joanne i Brad ruszyli 

przez pachnący, sosnowy las. Szli przez kilka godzin, ciesząc się przyrodą, ruchem i wzajemnym 
towarzystwem.  Od  czasu  do  czasu  wymieniali  krótkie,  radosne  uwagi.  Przed  czternastą, 
zbliżywszy się  do  miejsca, z  którego wyszli,  dotarli do hotelu, który wyglądał jak  dom  z bajki, 
postawiony na ogromnym, skalnym występie. 

— Pomyślałem, że zjemy lunch w Trondheim — odezwał się Brad. — Z tarasu rozciąga się 

wspaniały widok. 

Joanne czuła się cudownie. Posadzono ich przy stoliku dla dwojga, pod kolorowym parasolem. 

Zamówili lekko schłodzone białe wino i wyśmienitą sałatkę. Kiedy pili kawę, podeszła wysoka, 
elegancka platynowa blondynka o idealnej figurze. 

— Brad, kochanie! — zawołała. — Gdzie się podziewałeś?! Próbowałam skontaktować się z 

tobą,  żeby  zaprosić  cię  na  moje  przyjęcie,  ale  w  twoim  biurze  powiedziano  mi,  że  wyjechałeś. 
Dlaczego mnie nie zawiadomiłeś, że przyjeżdżasz? 

— Erika… — Brad podniósł się na powitanie dziewczyny. Była młoda, miała około dwudziestu 

dwóch lat. Na obcasach dorównywała wzrostem Bradowi. Rzuciła mu się na szyję i pocałowała w 
usta. 

Znieruchomiał, a potem zsunął z karku jej ręce, cofnął się i popatrzył na nią. Erika miała owalną 

twarz, idealne lalkowate rysy, proste, błyszczące włosy, bardzo jasne, niebieskie oczy. 

—  Wyglądasz,  jak  zawsze,  pięknie  —  odezwał  się  chłodno  Brad.  —  Joanne,  pozwól,  że 

przedstawię ci panią Reiersen. Eriko — to jest moja sekretarka, pani Winslow. 

— Dzień dobry — mruknęła Joanne. 
Blondynka omiotła ją wzrokiem, z miną, która wskazywała, że uważa Joanne za osobę niegodną 

uwagi. 

— Od dawna jesteś? — spytała Erika Brada. Nie odpowiedziała Joanne na „dzień dobry”. 
— Przylecieliśmy wczoraj. 

background image

—  Gniewam się na ciebie. Przyleciałeś do Bergen,  nie powiadamiając  mnie. Tata też będzie 

niezadowolony. 

— Zupełnie nagle postanowiłem przyjechać — wytłumaczył się Brad. 
— Przebaczę ci, jeżeli przyjdziesz na moje przyjęcie — oznajmiła Erika. 
— Kiedy? 
— Dziś wieczorem. Pojawiłeś się akurat na czas. Urządzam przyjęcie z okazji rozwodu. Teraz 

jestem wolną kobietą! — To powiedziawszy, Erika zademonstrowała dłonie, na których nie było 
obrączki ani żadnych pierścionków. 

— Cóż… — zaczął Brad. 
— Wiem, że tata będzie oczekiwał twojego przyjścia… 
Brad skrzywił się. 
— Wprawdzie to impreza towarzyska, ale jestem pewna, że tata będzie chciał porozmawiać z 

tobą o interesach — dodała pospiesznie Erika. — Nie pozwolę mu jednak zajmować cię przez cały 
czas, obiecuję… Ma przyjść także Paul Randall. Nie możesz zawieść. 

Widać było, że Erice niezmiernie zależy na tym, aby Brad był na przyjęciu. Joanne pomyślała, 

ż

e  współczuje  tej  dziewczynie.  Rozwodziła  się  w  tak  młodym  wieku,  urządzała  z  tej  okazji 

przyjęcie, zapraszała atrakcyjnego mężczyznę… 

Nadszedł młody, krzepki, brodaty chłopak. Miał jasne włosy. Spojrzał wrogo na Brada, a potem 

spytał: 

— Skończyłaś już, Eriko? 
Erika  zignorowała  go  zupełnie.  Położyła  dłoń  na  ramieniu  Brada  i  powiedziała  aksamitnym 

głosem: 

— Obiecaj mi, że przyjdziesz… 
— Rozumiem, że zaproszenie dotyczy także pani Winslow? — upewnił się Brad. 
— Po co ci sekretarka na przyjęciu? — spytała niegrzecznie Erika. — Przyjdziesz? 
—  Niestety,  już  obiecałem  pani  Winslow,  że  pójdziemy  dziś  wieczorem  do  Kirkesen  — 

odpowiedział z żalem w głosie Brad. — Pani Winslow jest w Norwegii po raz pierwszy. Nie chcę 
zostawić jej samej w hotelu. 

— Na litość boską, ta pani nie jest dzieckiem i na pewno sobie poradzi! — zniecierpliwiła się 

Erika. Widziała jednak po Bradzie, że go nie przekonała. Westchnęła. — No dobrze, jeśli musisz, 
przyjdź z panią Winslow. — Zapraszam na siódmą. — Erika wystawiła usta na pocałunek. 

Brad cmoknął ją krótko w policzek, nienaturalnie. 
Odwróciła się, rozczarowana. Jej brodaty towarzysz ruszył za nią, z wymalowanym na twarzy 

głębokim niezadowoleniem. Brad usiadł z powrotem. 

— Ten chłopak nie jest zbyt towarzyski, a teraz, kiedy był zazdrosny, zachowywał się tak, jak 

było  widać  —  wytłumaczył.  —  Chciałbym  przeprosić  cię  za  zachowanie  Eriki.  Była  bardzo 
niegrzeczna. Mam nadzieję, że nie będziesz się na nią gniewała. Nie jest taka zła. — Widać było, 
ż

e Brad odnosi się do Eriki z daleko posuniętą tolerancją. — Zawsze była córeczką tatusia, który 

do tej pory pozwala jej na wszystko. 

—  Nie  będę  się  gniewała  —  odezwała  się  Joanne.  —  Przede  wszystkim  żal  mi  jej.  Rozpad 

małżeństwa to nie jest radosna okoliczność. 

— Zwłaszcza po tym, jak rozpadły się z hukiem jej dwa poprzednie związki — dodał Brad. — 

Typ  wychowania,  jaki  otrzymała  Erika,  nie  uczy  gotowości  do  kompromisu.  Ani  nie  pomaga 
osiągnąć szczęścia w małżeństwie. Niestety, Erika wyszła za kuzyna, co oznacza, że oboje mają te 
same wady. 

— Ile czasu byli małżeństwem? — spytała Joanne. 
— Przeszli w stan separacji po zaledwie kilku miesiącach. 

background image

Brad domyślał się, co myśli Joanne. Na pewno była też ciekawa jego opinii. 
—  Dla  mnie  rozwód  to  poważna  życiowa  klęska  —  powiedział.  —  Nie  uważam,  żeby  był 

odpowiednią okazją do urządzenia przyjęcia. Nie musimy być na nim długo. 

Joanne myślała o tym przyjęciu z niesmakiem. 
— Naprawdę uważam, że powinieneś pójść sam — powiedziała. 
— Nie chcę iść sam — oznajmił Brad. — Tak się składa, że chciałbym, żebyś poszła tam ze 

mną. 

— To bardzo miłe, że się o mnie troszczysz, ale naprawdę nie będę miała ci za złe, jeśli zostanę 

w hotelu — zapewniła Joanne. 

— Nie mam zamiaru zostawiać cię w hotelu — przekonywał Brad. 
Joanne wyjaśniła więc szczerze: 
— A ja nie mam ochoty iść na przyjęcie pani Reiersen, skoro ona nie chce, żebym na nim była. 
—  Erika  była  nieuprzejma,  ale  na  pewno  bardzo  się  ucieszy,  kiedy  zobaczy  nas  oboje  — 

odpowiedział Brad. 

— Akurat! 
— W każdym razie chcę, żebyś poszła ze mną na to przyjęcie — zakomunikował. 
Joanne  zagryzła  wargi.  Tym  razem  nie  miała  zamiaru  zgodzić  się  na  życzenie  Brada.  Nie 

zaciągnie jej na przyjęcie Eriki nawet końmi. 

Widząc opór na twarzy Joanne, odezwał się: 
—  Czas  na  nas.  Możemy  zejść  piechotą  przez  Fjellveien,  ale  chyba  dość  się  już  dziś 

nachodziliśmy. Zwłaszcza że dziś wieczorem z pewnością będziemy tańczyli… 

Joanne nie komentowała ostatniego zdania. Brad podał jej rękę i poszli na stację kolejki linowej. 

Okazało się, że wagonik właśnie odjechał, a następny rusza dopiero za pół godziny. Usiedli więc, 
zmuszeni czekać. Joanne rozważała  w milczeniu, jakie stosunki łączą Brada z Eriką. Sądząc po 
tym, w jaki sposób go pocałowała — bliskie. Joanne zastanawiała się, czy Brad i Erika byli kiedyś 
ze  sobą  związani,  czy  też  może  jeszcze  w  jakimś  stopniu  są?  Brad  mówił,  że  młody  towarzysz 
Eriki  jest  zazdrosny…  Ale  gdyby  Brad  ciągle  interesował  się  Eriką,  powiadomiłby  ją  o  swoim 
przyjeździe. 

Dotarli do Lofoten dopiero kwadrans po szóstej. 
— Może napijemy się herbaty? — zaproponował Brad, kiedy weszli do recepcji. 
— Czytasz w moich myślach. 
— W twoich myślach łatwo jest czytać — zapewnił. Poprosił Helgę o herbatę i usiadł z Joanne 

naprzeciw  kominka.  —  Zanim  pójdziemy  na  górę,  muszę  jeszcze  coś  zrobić  —  powiedział.  — 
Spróbuję się pospieszyć. 

Wyszedł z powrotem na dwór. Dopijając drugą filiżankę herbaty, Joanne zastanawiała się, gdzie 

podział się Brad. Wrócił wreszcie. 

— Już prawie siódma — powiedział. — Chodźmy na górę. Musisz się przygotować. 
— Jeśli myślisz, że wybieram się na to przyjęcie…! 
— Ćśś! — uciszył ją Brad, zerkając kątem oka na Helgę. — Pracownicy nie muszą wiedzieć o 

naszych sprawach. 

Kiedy znaleźli się z Joanne na górze, oznajmił: 
— Musimy umyć się i przebrać, trzeba zamówić taksówkę, więc jeśli chcesz zrobić awanturę, to 

się pospiesz. 

— Nie chcę żadnych awantur. Nie chcę również iść na przyjęcie pani Eriki. 
Brad pokręcił gtową. 
— Zapomniałaś, że liczy się to, czego ja chcę? A chcę, żebyś tam ze mną pojechała. Nie masz 

wyboru. 

background image

— Zostaję! 
Popatrzył tak groźnie, że Joanne się wystraszyła. Zastanawiała się, czy Brad zrobi z powodu jej 

odmowy coś złego. Miała tylko pewność, że nie zastosowałby fizycznej przemocy wobec kobiety. 
Przecież tylko źli i tchórzliwi ludzie wyładowują gniew na słabszych. On taki nie jest. 

— Zrób, jak ci mówię! — rzucił, przeszywając ją wzrokiem. Uciekła do łazienki. Umyła się, 

upięła  włosy  w  elegancki  kok,  nałożyła  makijaż.  Naprawdę,  starała  się,  jak  tylko  mogła,  żeby 
wyglądać jak najlepiej — zgodnie z wolą Brada. Zapomniał chyba tylko o jednym. Nie miała nic, 
w co mogłaby się ubrać na ekskluzywne przyjęcie. A nie wątpiła, że przyjęcie Eriki Reiersen takie 
będzie. 

Joanne była przekonana, że Brad będzie wolał, żeby została w hotelu, niż żeby z nim pojechała 

i wyglądała na osobę nie na swoim miejscu. 

Wyszła do salonu w haleczce i oznajmiła: 
— Nie mam się w co ubrać!… 
Wówczas ktoś zapukał do drzwi. Brad odebrał dużą płaską paczkę, podziękował przybyszowi i 

wręczył mu suty napiwek. 

— A jak podoba ci się to? — spytał Joanne, wręczając jej pudełko. 
Zaskoczył ją. Rozzłościła się. 
Wyjęła z pudełka prześliczną sukienkę i — aż dech jej zaparło. 
Sukienka  była  z  jedwabnego  szyfonu,  prosta,  ciemnoniebieska,  jak  oczy  Joanne.  Odsłaniała 

jedno  ramię,  sięgała  Joanne  do  kostek.  Dół  był  rozcięty  z  boku,  przez  stanik  aż  do  rozcięcia 
schodził drobno ulistniony pęd bluszczu, wyszyty srebrną nicią. Do sukienki dodany był szal tego 
samego koloru, przetykany srebrną nicią. Na metce było napisane „Tessin”. 

Joanne nigdy w życiu nie byłoby stać na kupienie sobie sukienki od Tessina. W pudełku były 

jeszcze jedwabne pończochy, cieniuteńkie, przejrzyste, jedwabne majteczki oraz srebrne sandały i 
mała wieczorowa torebka. Jak Brad zdołał zamówić tego rodzaju rzeczy w niedzielę? 

— Mam przyjaciółkę imieniem Ingrid, która jest właścicielką butiku — wyjaśnił. — Mieszka 

nad  nim,  przy  tej  ulicy.  Powiedziałem  Ingrid,  jaki  mniej  więcej  jest  twój  rozmiar,  wybrałem 
sukienkę. Resztę rzeczy dobrała sama. Mam nadzieję, że sukienka ci się podoba. 

—  Jest  cudowna  —  powiedziała  chłodno  Joanne  —  jednak  nie  mogę  przyjąć  od  ciebie  tak 

drogiego prezentu. 

—  To  nie  jest  prezent.  Nie  jest  to  też  zapłata  za  szczególnego  rodzaju  usługi,  jeśli  tego  się 

obawiasz… Po prostu to forma wypłaty. Do końca wyjazdu zarobisz więcej niż tyle, oczywiście 
wyłącznie jako moja sekretarka. 

Joanne zacisnęła usta. Brad wziął ją za rękę, pogładził palcem jej dłoń i odezwał się: 
— Proszę cię, Joanne. Ubierzesz się i pojedziesz ze mną? 
Była zbita z tropu tym, że poprosił. 
— Nie rozumiem, dlaczego chcesz, żebym była z tobą na tym przyjęciu — odparła. 
—  Po  pierwsze,  chciałbym,  żebyś  poznała  Paula  Randalla.  Po  drugie,  biedny  Knut  będzie 

spokojniejszy. 

— Kto to jest „biedny Knut”? 
— Ten brodaty chłopak, który był dziś z Eriką. Jest w niej od dawna zakochany. Obawiam się 

jednak, że Erika tylko go wykorzystuje. Jak myślisz, co się będzie działo, jeżeli pojawię się sam? 

Joanne nie miała wątpliwości, że Brad interesował Erikę znacznie bardziej niż Knut. 
—  Dobrze,  pojadę  z  tobą  —  zgodziła  się.  Wiedziała,  że  Erika  nie  będzie  zadowolona  z  jej 

obecności. Brad delikatnie pocałował Joanne w usta. 

—  Cieszę  się!  —  powiedział.  Pocałunek  podziałał  na  Joanne  ożywczo.  Natychmiast  wzięła 

nowe ubranie do łazienki, żeby jak najszybciej je włożyć. 

background image

Stanąwszy  w  sukience  przed  lustrem,  Joanne  aż  wstrzymała  oddech.  Wyobraziła  sobie,  jak 

zdumiałoby się jej rodzeństwo, gdyby zobaczyło ją w tym stroju! Był piękny, dopasowany, śmiały, 
ale w granicach przyzwoitości, i nadzwyczaj szykowny. 

Gdy wróciła do salonu, oczy Brada otworzyły się szeroko z podziwu. 
—  Wyglądasz  oszałamiająco!  —  skomentował.  Zeszli  do  taksówki.  Przyjęcie  odbywało  się 

poza miastem. Brad milczał przez drogę, zatopiony w myślach. Joanne zastanawiała się, o czym on 
myśli i jak przebiegnie nadchodzący wieczór. 

Dom Reiersenów był stary, ogromny, rzęsiście oświetlony; stał w lesie na szczycie pagórka. 

Właściwie był to bardziej zamek niż dom. Prowadził do niego szeroki, wijący się w górę podjazd. 
Taksówka zatrzymała się na pełnym samochodów placu. Brad podał Joanne rękę i poprowadził ją 
po kamiennych schodach do okutych żelazem wrót. 

Otworzył je lokaj w średnim wieku. Skłonił głowę i odebrał od Joanne szal. 
Weszła  z Bradem do  wyłożonego drewnem holu. Nadszedł  kelner z szampanem. Brad  wziął 

dwa kieliszki i podał jeden Joanne. 

Po prawej znajdowała się sala balowa, w której wisiały wielkie żyrandole. W środku było pełno 

ludzi, gromadzili się w grupkach, pili drinki, śmiali się. 

Noc była ciepła. Na końcu sali kilka par dwuskrzydłowych drzwi otwierało się na oświetlony 

latarniami taras i ogród. Na podwyższeniu grała orkiestra, kilka par już tańczyło. Widać było, że 
wszystkie  kobiety  mają  kosztowne  suknie  od  znanych  projektantów  mody;  mężczyźni 
prezentowali się znakomicie w nienagannych strojach wieczorowych. Suknia Joanne pasowała do 
pozostałych. 

Kiedy  tylko  weszła  z  Bradem  do  salonu,  nadszedł  szczupły  mężczyzna  o  sympatycznej, 

inteligentnej twarzy i ciemnych włosach. 

— Dobry wieczór — przywitał się. — Miło cię widzieć. 
— Dobry wieczór. Ciebie również — odpowiedział Brad. Podali sobie ręce. — Joanne, to jest 

Paul Randall. A to — Joanne Winslow, moja sekretarka. — Joanne wyciągnęła rękę. 

Paul uśmiechnął się dopiero po chwili wahania. 
— Miło mi panią poznać — powiedział. — Czy… pani jest panią Winslow? — upewnił się. 
— Tak. 
—  Proszę  wybaczyć  moje  zaskoczenie.  Myślałem,  że  znam  sekretarkę  Brada  o  nazwisku 

Winslow  —  niewysoką,  złotowłosą  dziewczynę.  Flirtowałem  z  nią  nawet…  Pani  jest  równie 
piękna, ale nie jest pani tą samą osobą… — mówił Randall. 

— Zastępuję tymczasowo siostrę na stanowisku sekretarki pana Lancinga — wyjaśniła Joanne. 
— Ach — odpowiedział Paul. — Są panie zupełnie niepodobne do siebie. Mam nadzieję, że 

pani siostra nie jest chora? 

— Nie, Milly czuje się świetnie. Wyjechała, dość nieoczekiwanie, do Szkocji razem z mężem. 
— Z mężem? — zdziwił się Paul. — Nie wiedziałem, że wyszła za mąż. Czy dawno? 
— Na wiosnę. Wkrótce po podjęciu pracy u pana Lancinga. 
— Coś takiego! — Randall wyglądał na szczerze zaskoczonego. — Nie miałem o tym pojęcia. 

Milly nie nosi obrączki. Byłem przekonany, że jest panną! 

Joanne  zmarszczyła  brwi,  zastanawiając  się,  dlaczego  Milly  zdejmowała  obrączkę  przed 

przyjściem do pracy. Tymczasem nadszedł potężny mężczyzna w wieku około siedemdziesięciu 
łat. Miał krzaczaste brwi i gęste, szpakowate włosy. Był przystojny. 

— Cieszę się, że pan przyszedł — odezwał się do Randalla, ściskając jego dłoń. 
— Dziękuję za zaproszenie — odpowiedział grzecznie Paul. 
— Jak się pan miewa, panie Bradzie? — zagadnął z kolei gospodarz. 
— Znakomicie, dziękuję bardzo. A pan? 

background image

— Wiek pomału zaczyna dawać mi się we znaki. 
Stary Reiersen uścisnął rękę Brada. Widać było, że szanują się nawzajem, choć niezbyt lubią. 

Brad pociągnął Joanne naprzód. 

— To jest pan Reiersen — powiedział. — Panie Haraldzie — moja sekretarka, pani Winslow. 
— Miło mi panią poznać. — Harald uśmiechnął się czarująco. Najwyraźniej lubił kokietować 

kobiety. 

— Mnie również. 
— Wygląda pani wprost oszałamiająco. Pani zdrowie! — powiedział Reiersen i wychylił do dna 

swój kieliszek. 

— Dziękuję bardzo. — Joanne czuła się nieswojo pod spojrzeniem tego człowieka. 
Nadbiegł kelner z tacą szampana i szybko zamienił pracodawcy pusty kieliszek na pełny. 
—  Na jak długo zamierza pani zatrzymać się w Bergen? —  spytał Reiersen, zwróciwszy się 

znowu do Joanne. 

— Nie jestem pewna… To zależy od planów pana Lancinga. 
— Niech mi pani nie mówi, że nie zna pani jego planów, będąc jego zaufaną sekretarką… — 

odparł Harald żartobliwym tonem. 

Joanne  nie  wiedziała,  co  ma  odpowiedzieć;  na  szczęście  nadeszła  Erika.  Przykuwała  uwagę 

urodą i połyskującą sukienką w kolorze akwamarynu. 

— Brad, kochanie! — zawołała. — Nareszcie jesteś! Już zaczynałam myśleć, że w ogóle się nie 

pojawisz…  —  Obrzuciła  Joanne  pobieżnym  spojrzeniem,  po  czym  położyła  dłoń  na  ramieniu 
Brada i powiedziała: — Chodź, zatańczmy. 

Brad stał nieruchomo. Erika znowu popatrzyła na Joanne. 
— Ta sukienka musiała bardzo dużo kosztować! — rzuciła obcesowo. — Niech mi pani powie, 

skąd ją pani wzięła. Z pewnością nie kupiła jej pani za pensję sekretarki… 

Joanne zaczerwieniła się, podczas gdy Brad odpowiedział: 
— Pani Winslow z pewnością chętnie ci to powie, skoro prosisz tak grzecznie… 
Joanne pożałowała, że zgodziła się przyjąć sukienkę. Nie miała zamiaru opowiadać, że Brad 

płaci za jej ubrania. Ani kłamać. 

— Może o strojach porozmawiacie później, dziewczyny — uratował sytuację Paul. — Orkiestra 

zaczęła właśnie moją ulubioną melodię. Chciałbym poprosić panią Winslow, żeby zatańczyła ze 
mną. — Wyciągnął rękę. 

Joanne była mu wdzięczna. Poprowadził ją na parkiet. 
— Nie tańczyłam od bardzo, bardzo dawna — ostrzegła. Randall chwycił ją i zaczął tańczyć. 
— Z tańcem jest jak z jazdą na rowerze — odparł. — Nie zapomina się, jak się to robi. 
Joanne uśmiechnęła się. 
— Nie jestem pewna. Ale dziękuję panu za wybawienie z nieprzyjemnej sytuacji. 
—  Do  pani  usług!  Zapewne  odpowiedziałaby  pani  tej  zepsutej  smarkuli,  żeby  pilnowała 

swojego nosa — stwierdził poważnie Paul. — Czasem mam ochotę jej przyłożyć, chociaż jest ode 
mnie większa — dodał pół–żartem. — Mówiąc serio, nie wiem, jak Brad z nią wytrzymuje. 

— O ile mi wiadomo, nie bywa w Norwegii zbyt często? 
— Nie, ale Erika znaczną część czasu spędza w Londynie. Reiersen ma dom koło Hyde Parku. 

Mieszkał  tam  zresztą  przez  kilka  lat,  kiedy  jego  żona  chorowała  i  potrzebowała  najlepszej, 
specjalistycznej opieki. Potem wrócili z żoną do Bergen. Po rozpadzie małżeństwa Eriki ojciec dał 
jej londyński dom. Hołubi ją ponad wszystko. 

— Pewnie Erika jest jego jedynym dzieckiem? 

background image

—  Tak,  i  do  tego  późnym.  Zdaje  się,  że  zanim  przyszła  na  świat,  stracił  już  nadzieję,  że 

kiedykolwiek będzie miał dziecko. Dobijał pięćdziesiątki, kiedy się urodziła. Żona pana Reiersena 
zmarła, kiedy Erika miała zaledwie kilka lat, tak więc pozostała mu tylko ona… 

— To bardzo smutne — powiedziała Joanne. 
— Rzeczywiście. Przypuszczam, że Erika mogłaby być znacznie milszym człowiekiem, gdyby 

nie  to,  w  jaki  sposób  ojciec  ją  wychowywał.  Moim  zdaniem  zepsuł  ją  do  imentu.  Pozwolił  jej 
nawet wyjść za Larsa, kuzyna, który właśnie miał ożenić się z kim innym. Jednak Erice spodobał 
się  tak  bardzo,  że  zaczęła  dręczyć  ojca  i  przekonała  go.  Zawsze  dostawała  od  niego  wszystko, 
czego chciała. 

— A Lars? Czy nie zakochał się w Erice? 
— Niezupełnie. Reiersenowie od lat byli w złych stosunkach z tą gałęzią rodziny. Ojciec kupił 

córce męża. Zainwestował ogromne pieniądze w podupadającą firmę Larsa. Reiersen nabrał przy 
tym nadziei, że  Lars stanie się jego przybranym synem,  którego nigdy się nie doczekał. Jednak 
Lars doszedł chyba po krótkim czasie do wniosku, że źle postąpił; w każdym razie nie było mu 
dobrze w małżeństwie z Eriką. Postanowił się z nią rozwieść. 

— Ciekawe, co teraz zrobi Erika? — zagadnęła, niby mimochodem, Joanne. 
— To bardzo piękna kobieta. Wielu mężczyzn chciałoby się z nią związać, nie zważając na to, 

jaka jest. Tyle że stary Reiersen nie każdego zaakceptuje… 

Paul wypowiedział powyższe słowa szczególnym tonem, tak że Joanne zapytała: 
—  Czy  pan  także  należy  do  tych  mężczyzn?…  Przepraszam,  że  zadałam  to  pytanie  — 

zmitygowała się. 

— Nie szkodzi, rozmawiamy szczerze. Ma pani rację, Erika ogromnie mi się podoba. A tak w 

ogóle, proszę mówić mi Paul. 

— A mnie — Joanne. 
Utwór skończył się i natychmiast zaczął się następny. Paul ujął Joanne mocniej i tańczył dalej. 
— Uwierz mi, wiem, jak okropny charakter ma Erika, i nie mam złudzeń, że natychmiast się 

zmieni —  powiedział. — Ale z czasem, u boku odpowiedniego  mężczyzny,  może… — Jednak 
miał  złudzenia.  —  Lecz  mam  wrażenie,  że  Erika  już  zdecydowała  się,  z  kim  chciałaby  być  — 
ciągnął. — I tym razem jest to jeden z tych niewielu mężczyzn, na których życie Harald Reiersen 
nie jest w stanie wywrzeć żadnego wpływu. 

background image

R

OZDZIAŁ ÓSMY

 

 
— Mówisz o Bradzie — odgadła Joanne. 
— Tak. Jak chyba zauważyłaś, Erika szaleje za nim. 
— Ciekawe, co on o tym myśli? 
—  Trudno  mi  powiedzieć.  Na  razie  nie  odnosi  się  do  niej  przesadnie  ciepło.  Ale  Brad  nie 

uzewnętrznia łatwo uczuć, więc nie wiem, na co się zdecyduje. W sumie, zawsze wydawał się w 
znacznym stopniu tolerować jej wybryki. 

Joanne przypomniało się, jak podczas lunchu Brad tłumaczył jej zachowanie Eriki. 
— Brad ma silną osobowość i na pewno nie psułby Eriki dalej — kontynuował Paul. 
Joanne zerknęła tymczasem na Brada i Erikę, którzy tańczyli ze sobą. Erika obejmowała Brada 

za  szyję,  opierając  głowę  na  jego  policzku.  Joanne  poczuła  ukłucie  zazdrości.  Przez  nieuwagę 
nadepnęła Paulowi na palce. 

— Przepraszam — powiedziała. 
— Nie szkodzi. — Spojrzał w stronę, w którą przed chwilą patrzyła. — Zdaje się, że cierpimy z 

tego samego powodu — stwierdził. — Nie martwmy się jednak naszymi zranionymi uczuciami, 
tylko spróbujmy cieszyć się dzisiaj tym, co mamy… O, nie! 

— Co się stało? 
— Reiersen idzie w naszą stronę. Wypił za dużo szampana; zdaje się, że zawsze miał do tego 

skłonność. Pewnie chce poprosić cię do tańca. Jeśli nie chcesz ryzykować tańca z nim, to biegnij do 
toalety, a ja spróbuję go zagadać i odprawić. 

Joanne roześmiała się. Polubiła Paula od pierwszego wejrzenia. 
— Może jego też bym podeptała — zażartowała. 
— Coś ty. Kiedy nie myślisz o czym innym, tańczysz lepiej od Eriki. 
— Mam nadzieję — oznajmił Reiersen, usłyszawszy ostatnie zdanie. — Moja córka ma dwie 

lewe nogi, dlatego staram się z nią nie tańczyć. 

— Nie mogę w to uwierzyć — odparła Joanne, spoglądając na tańczącą z Bradem Erikę. 
— Porusza się bardzo elegancko — dodał Paul. 
Reiersen wyciągnął dłoń w stronę Joanne. 
— Pokażemy tamtym dwojgu, jak się tańczy? — zaproponował. — Nie pogniewa się pan? 
— Ależ skąd — odparł z uśmiechem Paul. — Może mnie uda się zatańczyć z Eriką. 
— Wątpię — odpowiedział Reiersen. — Z tego, co widzę, Erika woli tańczyć z Bradem. Przed 

chwilą odprawiła z kwitkiem Knuta, tego młodego chłopaka. 

— Coś podobnego — skomentował Paul. — Serce nie sługa. — To powiedziawszy, odszedł. 
Reiersen  ujął  Joanne  tak  niezdarnie,  że  wytrącił  jej  torebkę,  którą  trzymała  w  dłoni. 

Rzeczywiście za dużo wypił. 

— Och, najmocniej przepraszam! — Schylił się i podniósł torebkę. 
— Powinnam ją gdzieś odłożyć, przeszkadza mi właściwie — odpowiedziała Joanne. 
— Niech pani pozwoli. — Reiersen odłożył torebkę na jeden ze stołów pod ścianą. 
— Dziękuję. 
Ku zdziwieniu Joanne, okazał się dobrym tancerzem. Świetnie prowadził i poruszał się lekko, 

mimo swoich ogromnych rozmiarów. Był cały w uśmiechach. 

— Erika mówi, że jadła pani lunch na Floyen — zagadnął. — Jak podobał się pani widok na 

miasto? 

— Jest zachwycający. 

background image

— A zatem i Bergen podoba się pani? — Bardzo. 
—  Kiedyś  było  największym  miastem  Norwegii,  stolicą  handlu  i  największym  portem.  — 

Reiersen opowiadał jeszcze przez chwilę. — Gdzie się pani zatrzymała? — zapytał. 

— W Lofoten… — odpowiedziała Joanne, zaskoczona. 
— Zapewne Brad ma tam apartament? 
Joanne milczała. Po chwili Reiersen kontynuował: 
— Erika ma otwarty umysł i nie robi Bradowi wielkich wyrzutów, że czasem zabawi się trochę 

z  kim  innym,  za  pieniądze.  Jednak  zależy  jej,  żeby  został  od  dzisiaj  u  niej,  tak  jak  robił  to  w 
przeszłości. Nie będzie więc pani miała nic przeciwko temu, jeśli Brad nie wróci z panią do hotelu? 

Słowa Reiersena zabolały Joanne wprost nie do opisania. Zorientowała się, że poprosił ją do 

tańca tylko po to, żeby przekazać jej swój okropny komunikat. 

— Skądże — odpowiedziała, opanowując się z trudem. — Zamówię sobie taksówkę. 
— To może być trudne. Wiem, że dziś wieczorem odbywa się kilka dużych imprez. Taksówki 

będą  zapewne  zajęte.  Jednak  pan  Randall  na  pewno  z  radością  odwiezie  panią  swoim 
samochodem, wynajmuje dom niedaleko Lofoten. 

— Myślałam, że jego samochód jest zepsuty — zdziwiła się na głos Joanne, niewiele myśląc. — 

Podobno wypadł z drogi. 

— Rzeczywiście, słyszałem, że zepsuły mu się hamulce. Ale widocznie już je naprawił. Paul to 

dynamiczny  młody  człowiek.  Gdyby  nie  pracował  u  Brada,  sam  chętnie  bym  go  zatrudnił.  — 
Potem Reiersen dodał, jakby do siebie: — Nie zajęło mu wiele czasu dotarcie do Mussena… Ale za 
dużo mówię. 

To z powodu szampana, pomyślała Joanne. Przypomniało jej się, kto to jest Mussen. 
—  Słyszałem  —  odezwał  się  znowu  po  chwili  Reiersen,  konspiracyjnym  tonem  —  że  firma 

Dragon ma ostatnio powtarzające się kłopoty. W jednym z ich hoteli wybuchł niedawno pożar… 
Nie  wie  pani,  co  Brad  zamierza  z  tym  zrobić?  Czy  jest  zdecydowany  zwrócić  się  o  pomoc  do 
policji? 

— Niestety nie wiem — odparła chłodno Joanne. 
— A gdyby tak miała pani czas na przemyślenie tego? W końcu, człowiek bywa czasem lojalny 

wobec  niewłaściwej  osoby.  Przecież  skoro  Brad  zabawił  się  już  z  panią,  bez  wątpienia  panią 
zostawi… — Reiersen umilkł na chwilę. — Z pewnością jest pani na tyle pojętna, aby zachować 
naszą rozmowę dla siebie — a także wie, że różne istotne informacje mogą często przynieść bardzo 
duże dochody.. Gdyby tak zechciała pani pozwolić staremu człowiekowi zaprosić się na lunch… 
Jutro albo może pojutrze? 

Joanne była przerażona. Pokręciła głową. 
— Obawiam się, że będę cały czas zajęta — odpowiedziała. 
—  Szkoda.  Chciałbym  pani  pokazać  nowe  centrum  handlowo–rozrywkowe,  które  właśnie 

zbudowałem. Jest tam galeria sklepów, w tym eleganckie sklepy z biżuterią i butiki… 

— Czy mogę wrócić do swojego partnera? — Paul wyrósł nagle jak spod ziemi. 
Reiersen zrobił wściekłą minę, a potem opanował się natychmiast, uśmiechnął i powiedział: 
— Szkoda mi rozstawać się z panią, ale nie mam wyboru. Gdyby jednak znalazła pani czas na 

spotkanie przy lunchu, proszę dać mi znać. 

— Dziękuję, ale jestem pewna, że nie znajdę czasu. 
Paul objął ją z powrotem. 
— Wyglądałaś na coraz bardziej przerażoną, więc pomyślałem, że się pojawię — powiedział. 

— Zdaje się, że w samą porę. 

background image

— Nawet nie wyobrażasz sobie, co on mówił! — Joanne zdała Paulowi dokładną relację z tej 

części rozmowy z Reiersenem, która dotyczyła firmy Brada. — Pomyślał, że jestem jedną z tych 
kobiet, które można kupić! — zakończyła. 

—  Coś  podobnego!  —  Paul  był  zaskoczony.  —  Skąd  Reiersen  tak  dokładnie  wie  o  naszych 

kłopotach?  Do  tego  kazał  ci  zachować  milczenie.  Nie  wiedziałem,  że  jest  aż  tak  strasznym 
człowiekiem. Popełnił wielką nieostrożność i pomylił się co do ciebie. To na pewno przez nadmiar 
szampana. 

— Albo moją sukienkę… 
Paul  dyplomatycznie  nie  odpowiedział.  Przez  chwilę  tańczyli  w  milczeniu,  zatopieni  w 

myślach. W pewnej chwili otwarto drzwi prowadzące do sąsiedniej sali. 

— Może zjemy kolację? — zasugerował Paul. 
Joanne zgodziła się, mimo że nie była bardzo głodna. Chciała jednak uspokoić się trochę. 
Na  sali  ustawiono  szwedzki  stół  i  małe  okrągłe  stoliki.  Nie  było  widać  Brada  i  Eriki,  ani 

Reiersena. Dobrze, że ten ostatni gdzieś przepadł… 

Joanne poczuła się zmęczona. Pojechałaby już do domu. Jednak czy miała wrócić do Lofoten 

sama?  Jeśli  Brad  zamierzał  zostać  u  Eriki,  dlaczego  tak  stanowczo  nalegał,  żeby  ona,  Joanne, 
pojechała z nim na przyjęcie? 

— Pyszny kawior — zagadnął Paul. — Spróbuj. 
Pokręciła głową. 
— Nie, dziękuję. 
— Chyba nie jesteś głodna. Czy ty aby dobrze się czujesz? 
— Wszystko w porządku, nie martw się. — Joanne zaczęła jeść, nie zwracając uwagi na smak 

wykwintnych potraw. Cały czas myślała o Bradzie. Był naprawdę zagadkowym człowiekiem… 

Nagle przyszło jej do głowy, że być może łudziła się tylko. Może Brad Lancing po prostu cały 

czas  mścił  się  na  niej  za  odebranie  mu  Milly?!  Szantażował,  a  jednocześnie  sprawił,  że  Joanne 
zaczęło  na  nim  zależeć!…  Jeśli  tak,  był  naprawdę  okrutnym,  przebiegłym  człowiekiem! 
Pomyślała, że jego groźba pod adresem firmy Stevena była tylko blefem. Postanowiła wracać rano 
pierwszym samolotem do Londynu. 

— Może zjesz coś słodkiego? Albo napijesz się kawy? — proponował z troską Paul. 
Odmówiła. 
— W takim razie wracamy na salę? — upewnił się. Spytała go, kiedy będzie wychodził. 
— Myślałem, że wkrótce, ale zaczekam, aż pojawi się Brad, żebyś nie była sama — zaofiarował 

się. 

—  Dziękuję  ci.  Jesteś  prawdziwym  aniołem.  Ale  chcę  poprosić  cię  o  coś  innego.  Czy  kiedy 

będziesz wychodził, mógłbyś podwieźć mnie do Lofoten? 

— Oczywiście. Ale jestem pewien, że Brad… 
— Pan Reiersen powiedział mi, że Brad zostanie… — Joanne urwała, zorientowawszy się, że 

może niechcący zrobić przykrość Paulowi. 

— Że zostanie z Eriką? — upewnił się jednak. — Radzę ci, nie wierz we wszystko, co mówi 

Harald Reiersen. Nie po raz pierwszy przekonałem się, że lubi manipulować ludźmi. 

Kiedy  wrócili  na  salę  balową,  wodzirej  zapowiedział  walc  dla  zakochanych.  Wówczas 

niespodziewanie nadszedł Brad. 

—  Zdaje  się,  że  teraz  będzie  nasz  taniec  —  powiedział.  Wziął  Joanne  za  rękę  ale  nadbiegła 

Erika, mówiąc coś po norwesku. 

— Ostatnim razem, kiedy cię widziałem, tańczyłaś z Knutem — odparł po angielsku. 
— Nie chcę zatańczyć tego tańca z Knutem, tylko z tobą! — oznajmiła Erika. 
— Przepraszam cię, ale właśnie poprosiłem do tańca panią Joanne. 

background image

— Jeśli musisz z nią zatańczyć, możesz to zrobić później. 
— Nie mogę. 
— Brad, proszę cię… Jak możesz?! Przecież to walc dla zakochanych! 
—  W  takim  razie  nie  wolno  nam  go  zmarnować  —  wtrącił  się  Paul,  chwycił  Erikę  i  chciał 

porwać ją do tańca. 

Zaprotestowała.  Odepchnęła  go,  mówiąc  mu  coś  po  cichu.  Cofnął  się,  a  potem  powoli 

wyciągnął rękę. 

Erika wyglądała na wstrząśniętą. Rozejrzała się, a potem ujęła dłoń Paula i zatańczyli. 
— Paul nie da się zjeść w kaszy — skomentował Brad, obejmując Joanne w talii. Ruszyli do 

tańca. 

Czy jednak nie uważa Eriki za swoją dziewczynę? — zastanawiała się. — A może tylko chce 

pokazać jej, kto jest górą? W każdym razie Joanne wiedziała już, że kocha Brada. Dotąd myślała, 
ż

e wiąże ją z nim jedynie pożądanie, ale teraz zdała sobie sprawę, że jednak na — prawdę się w 

nim zakochała. Obawiając się, jaka będzie jego reakcja, jeśli to odkryje, rozglądała się na boki. 

— Uspokój się — szepnął. — Z Paulem nie wydawałaś się taka napięta. 
Ponieważ nie była zakochana w Paulu! Joanne obawiała się, czy nie tańczy z Bradem ostatni raz 

w życiu. Tymczasem, kiedy walc się skończył, Brad pocałował ją. Zaskoczona, przytuliła się do 
niego, nie chcąc, aby ją opuszczał. Kiedy podniosła wzrok, spostrzegła, że Erika patrzy na nich z 
wściekłością.  Obok  niej  stał  ojciec,  wyglądało  na  to,  że  chce  porozmawiać  z  Bradem.  Joanne 
szarpnęła się i odbiegła. 

Nie  dostrzegła  Paula,  wypadła  więc  na  taras.  Przysiadła  na  ławce  i  popatrzyła  na  zalany 

księżycowym światłem ogród. 

Myślała o minionych trzech dniach. Tyle się w ciągu nich wydarzyło! Jej świat wywrócił się do 

góry nogami. Sądziła, że zapewne nazajutrz wróci do Londynu, jednak coś zmieniło się w niej na 
zawsze…  Wiedziała,  jak  czuje  się  człowiek  zakochany,  co  to  jest  rozkosz  seksualna,  zazdrość. 
Poznała  nowe  aspekty  życia  i  ludzkiej  psychiki…  Zaznała  zarówno  intensywnej  radości,  jak  i 
głębokiego smutku. Nigdy nie zapomni tego, co wydarzyło się w Norwegii… 

Gdy tak myślała, zobaczyła kątem oka, że nadchodzi Brad. 
— Tutaj się schowałaś! — powiedział. 
— Chciałam tylko odetchnąć świeżym powietrzem. 
— Może zatańczymy jeszcze? 
— Nie, dziękuję. 
— Wobec tego, może masz ochotę wracać do hotelu? 
— Mam. Czy ty także będziesz jechał? Poprosiłam Paula, żeby mnie podwiózł. 
—  Zauważyłem,  że  dobrze  się  wam  tańczyło…  —  mruknął  chłodno  Brad.  —  Jednak  kiedy 

wychodzę z kobietą, zawsze odwożę ją do domu. Poza tym rano wcześnie wstajemy. 

— Pomyślałam, że odlecę jutro do Londynu. 
— Naprawdę? A więc nie obchodzi cię już, co stanie się z firmą twojego brata? 
— Obchodzi. 
— Zatem dotrzymasz naszej umowy. 
— Czy zatańczyłeś ze mną i pocałowałeś mnie tylko dlatego, żeby pokazać swojej dziewczynie, 

Erice, kto tu rządzi? — zapytała Joanne. 

—  Nie.  Zobacz,  teraz  Erika  nie  patrzy.  —  Z  tymi  słowami  Brad  przytulił  Joanne  i  zaczął 

całować ją namiętnie. — Jak widzisz, po prostu lubię cię całować — oznajmił. — Zamówiłem już 
taksówkę,  powinna  akurat  być.  Podziękowałem  już  gospodarzom  i  pożegnałem  się  z  nimi  i  z 
Paulem. 

background image

Joanne ucieszyła się, że nie będzie musiała żegnać się z Reiersenem i jego córką. Brad podał jej 

ramię i Joanne ruszyła z nim przez salę balową do wyjścia. 

Jechali do Lofoten w milczeniu. Joanne próbowała zebrać myśli. Wiedziała tylko tyle, że nie 

poleci nazajutrz do domu. I cieszyła się z tego ogromnie — ponieważ będzie przebywać w pobliżu 
Brada… Ale na jakich warunkach? Znowu ją zaszantażował! 

Nie wiedziała, co on myśli. 
Pomógł jej wysiąść, zapłacił taksówkarzowi i ruszyli do hotelu. Tym razem Brad nie dotykał 

Joanne.  Widać było, że jest rozzłoszczony.  W holu przystanął i polecił młodemu recepcjoniście 
posłać do swojego apartamentu dzbanek kawy i talerz kanapek. W apartamencie odebrał od Joanne 
szal,  ściągnął  marynarkę  i  krawat,  podwinął  rękawy  koszuli  i  rozpalił  w  kominku.  Kolację 
przyniesiono błyskawicznie, akurat gdy skończył. Brad usiadł na kanapie. 

— Nie przysiądziesz się? — zagadnął. 
Joanne nie wiedziała, co ma robić. Przysiadła w pewnej odległości. 
— Kawy? 
— Poproszę. 
Brad nalał kawy. Podziękowała za kanapki, więc zaczął jeść. 
— Nic nie jadłem na przyjęciu — powiedział. — Prawie cały czas rozmawiałem z Reiersenem. 

Oczywiście, sądziłaś, że byłem z Eriką. 

— Brad, przepraszam cię! Przykro mi, jeśli się gniewasz. 
— A ja przepraszam za swój chłód, ale nie cieszę się, kiedy kobieta porzuca mnie i zajmuje się 

innym mężczyzną — choćby był nim Paul. 

— To dlatego, że myślałam, iż zostaniesz z Eriką na noc… 
— Słucham?! Skąd przyszło ci do głowy coś takiego? 
— Pan Reiersen zasugerował mi to niedwuznacznie. Brad zmarszczył brwi. 
— Naprawdę? Czy mogłabyś opowiedzieć mi dokładnie, co ten człowiek ci mówił? 
Joanne opowiedziała mu część rozmowy z Reiersenem, która dotyczyła jej, Brada i Eriki. 
— Rozumiem… — odezwał się Brad. — Reiersen to kłamca i manipulator. Zrobiłby wszystko, 

ż

eby osiągnąć swój cel — albo spełnić zachciankę Eriki. 

— Ty jesteś ostatnią zachcianką Eriki — zauważyła Joanne. 
—  Rzeczywiście,  nalegała,  żebym  został  z  nią  na  noc  i  zatrzymał  się  u  niej.  Odmówiłem. 

Rozzłościła się bardzo. Pewnie dlatego Reiersen wymyślił intrygę. 

Joanne popatrzyła uważnie na Brada. Odgadując jej myśli, dodał: 
—  Nigdy  nie  byłem  z  Eriką.  Tylko  raz  zatrzymałem  się  w  domu  Reiersenów,  na  jedną  noc, 

zeszłej  zimy.  Rozmawialiśmy  z  ojcem  Eriki  o  interesach,  zaskoczyła  mnie  burza  śnieżna  i 
zostałem. Ale spałem sam, nie z nią. 

Joanne spadł kamień z serca. 
—  Nie  podoba  mi  się,  że  znowu  podejrzewałaś  mnie  o  intymny  związek  z  kobietą,  wbrew 

faktom  —  oświadczył  Brad.  —  Nie  żyłem  jak  zakonnik,  ale  nie  jestem  też  kobieciarzem.  Nie 
wiem, dlaczego ty i twój brat uważacie mnie najwyraźniej za takiego człowieka. 

—  Tak?  —  zirytowała  się  Joanne.  —  A  jak  oceniasz  próbę  uwiedzenia  osiemnastoletniej 

mężatki? 

— Nie wiem, jakie kłamstwa naopowiadała ci Milly, ale nigdy nie próbowałem zbliżać się do 

mężatek  ani  kobiet  zaręczonych.  Chyba  żeby  ciebie  uznać  za  kobietę  zaręczoną.  Jeszcze  żadna 
kobieta nie oceniała mnie tak źle jak ty. 

— Może jeszcze dodasz, że dużo cię kosztuję, co?! 
Brad szarpnął się. 
— Jeśli zamierzasz mówić mi takie rzeczy, lepiej idź spać — powiedział chłodno. 

background image

Joanne wstała i wyszła. Była bliska płaczu. Dlaczego w ferworze sprzeczki powiedziała coś aż 

tak niemiłego? Wcale nie chciała. Przecież zamierzała tylko przeprosić Brada!… Obawiała się, że 
zepsuła wszystko. A przecież była w nim zakochana! 

Opadła na poduszkę i zaczęła płakać. Spotkało ją ostatnio zbyt wiele przykrych przeżyć. 

background image

R

OZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

 
Nie usłyszała pukania ani nawet otwierających się drzwi. 
— Joanne, przestań, nie ma sensu leżeć i płakać — odezwał się głos Brada, który wrócił spod 

prysznica, w jedwabnym szlafroku. Miał mokre włosy. — Jeśli musisz płakać, możesz to zrobić na 
moim  ramieniu.  —  Rozłożył  szeroko  ręce.  Joanne  przytuliła  się  do  niego,  a  on  gładził  ją  po 
plecach. 

— Uspokoiłaś się już? — spytał po dłuższej chwili. Uniosła głowę i cofnęła się. Brad podał jej 

chusteczkę. 

— Dziękuję. — Joanne usiadła na krześle. — Chciałabym cię przeprosić. Nie chciałam mówić 

ci  przykrości.  Miałam  zamiar  pójść  i  przeprosić  cię,  ale  bałam  się,  że  pomyślisz,  że  robię  to 
dlatego, żeby… 

— Nie martw się już — uspokajał Brad. 
— Obawiałam się, że nie będziesz więcej chciał się ze mną zadawać. 
—  Coś  ty!…  Wiesz, jutro są twoje dwudzieste piąte urodziny! — przypomniał.  W  tej samej 

chwili  zegar  wybił  dwunastą.  —  Pomogę  ci  rozpiąć  sukienkę,  a  potem,  jeśli  masz  ochotę…  — 
Podszedł i zaczął całować Joanne po spłakanej twarzy. — Bardzo chciałbym, żeby znowu było ci 
ze mną dobrze. 

— Bradzie — spytała nagle — dlaczego wczoraj w nocy wróciłeś na kanapę? 
—  Nie  byłem  pewien,  czy  będziesz  chciała,  żebym  został.  Pomyślałem,  że  może  rano 

pożałujesz tego, co zrobiłaś, i poczujesz się okropnie, obudziwszy się ze mną w jednym łóżku. 

— A dziś, czy zostaniesz ze mną? 
— Chciałabyś tego? 
— Bardzo bym chciała. 
Brad objął Joanne i ową noc znowu spędzili razem, kochając się z rozkoszą i tuląc ciepło. 
 

*

 

*

 

 
I  obudzili  się  razem,  wczesnym  rankiem.  Joanne  opierała  głowę  na  piersi  Brada,  a  on 

obejmował  ją  i  dotykał  brodą  czubka  jej  głowy.  Czuła  bicie  jego  serca.  Pomyślała,  że  jest 
szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa. 

— Dzień dobry! — odezwał się Brad. — Dzień dobry! 
Dopiero wstawał dzień, przez turkusowe zasłony przeświecało słabo światło słońca, napełniając 

sypialnię tajemniczą poświatą. 

— Czas, żebym wstał — oznajmił Brad. — Niedługo przyjedzie samochód, który wynająłem. 

Powinniśmy zjeść porządne śniadanie. 

Joanne chciała się podnieść. 
— Ty zostań w łóżku. — Brad włożył szlafrok. — Czeka cię urodzinowe śniadanie w pościeli. 
— Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek przyniesiono mi śniadanie do łóżka. — Joanne roześmiała 

się. 

— W takim razie to będzie pierwszy raz — odpowiedział ze śmiechem Brad. 
— Dlaczego musimy wstawać tak wcześnie? — spytała Joanne. 
— Mam dla ciebie specjalny prezent — zrobimy wycieczkę do Briksdal. To dość daleko. 
— Co jest w Briksdal? — zainteresowała się Joanne. 
— Nie powiem ci, żebyś miała niespodziankę. 

background image

— Jak powinnam się ubrać? 
—  Wystarczą  dżinsy  i  zwykła  bluzka.  Ach,  przydadzą  się  porządne  buty.  Spakuj  się,  bo 

zostaniemy tam na jeden nocleg. 

Tymczasem przywieziono śniadanie. Brad poszedł otworzyć i po chwili wrócił, pchając przed 

sobą wózek z tacą. 

— Czary mary… — powiedział, ściągając z tacy białą serwetkę. Znajdował się pod nią bukiecik 

kwiatów. Brad wręczył je Joanne. — Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! 

Joanne była uradowana. 
— Śliczne! — powiedziała. — Wolę takie kwiatki niż brylanty! 
—  Cieszę  się,  że  ci  się  podobają.  Wiele  kobiet  ceni  tylko  brylanty…  —  Następnie  Brad  dał 

Joanne urodzinową kartkę. Napisał na niej coś po norwesku. Joanne zrozumiała tylko jego imię. 
Kartka  przedstawiała  sympatycznego  łosia,  trzymającego  w  pysku  kwiaty.  Wręczał  je  łoszy  o 
długich rzęsach. 

Joanne roześmiała się na głos. 
— Jaka zabawna kartka! — powiedziała. — Co mi napisałeś? 
— Nie jestem pewien, czy użyłem właściwych słów. Może przetłumaczę ci je, kiedy poznamy 

się lepiej. 

Joanne  uświadomiła  sobie,  że  przecież,  choć  zbliżyli  się  intymnie,  znają  się  od  zaledwie 

czterech dni…! Poczuła się nieswojo. 

— Mam dla ciebie jeszcze jedną rzecz — oznajmił Brad, podając jej coś małego. 
Rozwinęła  prezent  z  papierka  i  znowu  wybuchnęła  śmiechem.  Zobaczyła  drewnianą  figurkę 

paskudnego, kudłatego trolla. 

— To jest troll Olaf, który przynosi szczęście! — wyjaśnił Brad. — Masz świetny gust, więc 

Olaf na pewno ci się spodoba. 

— Pokochałam go od pierwszego wejrzenia — odpowiedziała Joanne. — Dziękuję ci, to moje 

najweselsze urodziny od bardzo dawna! 

—  Dzień  się  dopiero  zaczyna.  Mam  nadzieję,  że  spotka  cię  dziś  jeszcze  dużo  więcej 

przyjemności… A teraz, zjedzmy śniadanie. 

Ś

niadanie  było  pyszne.  Niecałą  godzinę  później  siedzieli  już  w  samochodzie  terenowym  z 

napędem  na  cztery  koła.  Spakowali  małe  bagaże,  Brad  zabrał  też  kosz  jedzenia.  Ruszyli  na 
północny wschód. 

Dzień  był  piękny.  Na  niebieskim  niebie  widniały  białe  chmury,  jesienne  słońce  ogrzewało 

otaczające  skały  i  rozświetlało  czerwone  i  złote  Uście  drzew.  Wkrótce  samochód  zaczął  mijać 
potężne  góry  o  pokrytych  śniegiem  szczytach,  granatowe  fiordy,  malownicze  lasy  i  liczne 
wodospady, małe i duże. Joanne siedziała w milczeniu, oszołomiona zachwycającymi widokami. 
Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak szczęśliwa! 

Jechali długo, aż wczesnym popołudniem Brad zakomunikował: 
— Już dojeżdżamy. — Skręcił w las, a potem zatrzymał samochód na polanie. — Zmieniamy 

ś

rodek transportu — oznajmił. 

W cieniu drzew stał szereg kuców, zaprzęgniętych do dwukołowych powozików ze złożonymi 

daszkami. Na widok turystów pierwszy z przewoźników pociągnął za lejce i podjechał do Joanne i 
Brada.  Wsiedli  i  ruszyli  stromą  ścieżką  w  górę.  Przejechali  jakieś  półtora  kilometra,  kiedy  ich 
oczom ukazał się  wspaniały wodospad, niknący  w dole fiordu. Rozpadlinę przecinał drewniany 
most.  Wokół  unosiła  się  wodna  mgiełka,  rozszczepiająca  światło  słońca  na  kolory  tęczy. 
Przejechali przez mostek. Joanne była zachwycona. 

Ś

cieżka wznosiła się dalej. Po krótkim czasie wysiedli i poszli dalej piechotą. Gdy dotarli do 

skraju lasu, Brad zasłonił Joanne oczy i powiedział: 

background image

— Zatrzymaj się, kiedy ci powiem, i dopiero wtedy otwórz oczy. Chodźmy… Już! 
Joanne popatrzyła przed siebie i aż dech jej zaparło. Zobaczyła iskrzący się w słońcu lodowiec, 

spływający  do  wąskiej  doliny.  Przypominał  ogromnego,  białego  lizaka.  Wtem  od  lodowca 
oderwała się z ogłuszającym trzaskiem olbrzymia bryła lodu i runęła w dół. 

— Coś niesamowitego! — zawołała z podziwem Joanne. 
— To jest właśnie Briksdal. Najłatwiej dostępny jęzor lodowca Jostedal. 
— Pierwszy raz w życiu widzę lodowiec! 
—  Jeśli  chciałabyś  przyjrzeć  mu  się  z  bliska,  organizują  tu  wycieczki  z  przewodnikiem,  po 

bezpiecznej trasie. Jednak na taką wycieczkę będziemy mogli pójść dopiero następnym razem. 

„Następnym razem…” — pomyślała z radością Joanne. Cieszyła się, że Brad chce, żeby znowu 

wspólnie przyjechali w to miejsce. 

W dole z lodowca wypływała woda, tunelem, który wyżłobiła. Mimo ciepłego dnia po jeziorze 

pływały bryły lodu. Joanne była oczarowana. 

Usiedli  na  porośniętym  trawą  brzegu,  rozłożyli  koc  i  zaczęli  jeść,  popijając  posiłek  białym 

winem. 

— Co myślisz o Paulu? — zagadnął w pewnej chwili Brad. 
— Bardzo go polubiłam — przyznała z wahaniem Joanne. 
— Tak mi się zdawało… 
— Byłam wdzięczna, że się mną zajął, inaczej tkwiłabym na tym przyjęciu zupełnie sama. 
Brad pocałował Joanne w rękę. 
—  Przepraszam,  że  cię  zaniedbałem.  Reiersen  chciał  porozmawiać  ze  mną  o  interesach,  i 

wyczułem, że jest ważne, żebym posłuchał, co ma mi do powiedzenia. 

Po tej wymianie zdań Joanne i Brad zajęli się przyjemniejszymi sprawami — napili się kawy, a 

potem, gdy spakowali kosz, Brad objął Joanne i oparli się razem o skałę, wystawiając twarze ku 
słońcu. 

Nagle  Joanne  poczuła,  że  Brad  ją  całuje.  Otworzyła  oczy  i  popatrzyła  na  niego  czule.  Była 

szczęśliwa. 

Pomału robiło się późno. Wrócili do dwukółki. 
— Dziękuję ci za cudowny dzień! — powiedziała Joanne. 
—  Mamy  przed  sobą  jeszcze  wieczór  —  oznajmił  Brad.  —  Pojedziemy  do  Lanadal  —  to 

miasteczko odległe mniej więcej o godzinę jazdy samochodem. Pomyślałem, żeby zatrzymać się w 
przytulnym pensjonacie. Wybrałem taki, który został zbudowany przed stu dwudziestu laty jako 
prywatny dom. Zobaczysz, spodoba ci się tam. 

— Na pewno — odparła z zadowoleniem Joanne. 
 

*

 

*

 

 
Lanadal było malowniczo położonym miasteczkiem. Zbudowano je u stóp niewysokiej góry, 

nad  wąską,  wartko  płynącą  pod  kamieniach  rzeką.  Wzdłuż  uliczek  o  nawierzchni  z  polnych 
kamieni  stały  kolorowe  drewniane  domki.  Wzdłuż  chodników  stały  staromodne  latarenki. 
Atmosfera była niemal bajkowa. 

Pensjonat  stał  na  stoku  wzgórza.  Był  zielony,  kryty  gontem,  i  miał  pełno  załomów  dachu, 

wieżyczek i iglic. We wnęce nad drzwiami stała rzeźba trolla. 

Okazało  się,  że  Brad  zarezerwował  pokój  w  wieżyczce.  Całkiem  spory  pokój  był  okrągły! 

Piętro niżej znajdowała się należąca do apartamentu łazienka z ogromną wanną. 

— Co myślisz o tej wannie? — spytał Brad. — Uważam, że bez trudu zmieścimy się w niej 

razem. Masz na to ochotę? 

background image

— Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie — odparła skromnie Joanne. 
Brad ogromnie się ucieszył. 
— Potem pójdziemy do pewnej ciekawej restauracji na urodzinowy obiad — zaproponował. — 

Co ty na to? 

Joanne była uszczęśliwiona. 
 

*

 

*

 

 
Restauracja  znajdowała  się  po  drugiej  stronie  rzeki.  W  szumiącej  wodzie  migotał  odblask 

księżycowego światła. Okazało się, że restauracja została urządzona w dużej, wiejskiej chacie. W 
dwóch jej końcach stały stare piece, izbę oświetlały mosiężne lampy naftowe. Zamiast podłogi był 
piasek, stoliki zrobiono z grubo ciosanego drewna. Jedzenie, które szykowali dwaj kucharze — 
bliźniacy, było wyśmienite. Joanne i Brad uraczyli się marynowanymi karczochami, homarem w 
sosie  z  białego  masła  oraz  krumkake  —  norweskimi  ciastkami,  które  miały  cieniutką  warstwę 
ciasta,  całe  zaś  wypełnione  były  pyszną  marmoladą  jeżynową.  Napili  się  kawy,  a  później  — 
słodkiego wina domowej roboty. 

Wracali spacerkiem, trzymając się za ręce. Było późno i prawie nie było ruchu. Nagle, kiedy 

Joanne i Brad przeszli może z pięćdziesiąt metrów, zawarczał zaparkowany naprzeciw samochód. 
Kierowca  oślepił  ich  długimi  światłami  i  ruszył  gwałtownie,  prosto  na  nich,  wjeżdżając  na 
chodnik. Brad zareagował szybciej. Pchnął Joanne w wąskie przejście między budynkami, skacząc 
za nią. Samochód przemknął tuż obok i odjechał, nie zwalniając. 

Brad podniósł się z ziemi i pomógł wstać Joanne. 
— Nic ci się nie stało? — spytał. 
— Nie. 
— Na pewno? 
— Na pewno. A tobie? 
— Mnie też nie — odpowiedział Brad. — Zostań tu chwilę. Pójdę sprawdzić, czy ten człowiek 

nie czai się znów gdzieś w pobliżu. 

— Idę z tobą! 
— To nie będzie bezpieczne — zauważył Brad. 
— Nie pozwolę, żebyś poszedł sam. 
— Jesteś uparta. 
Brad wziął Joanne za rękę. Wyszli spomiędzy domów. Wówczas ruszył ku nim inny samochód, 

zatrzymując się przy  krawężniku. Joanne była przerażona. Zobaczyła, że  w samochodzie siedzi 
para,  która  była  wcześniej  w  restauracji.  Mężczyzna  wyskoczył  z  pojazdu  i  zaczął  szybko 
tłumaczyć  coś  Bradowi.  Ten  niechętnie  przyznał  mu  rację,  po  czym  wszyscy  wsiedli  do 
samochodu. Kobieta pytała Brada, czy nic im się nie stało — Joanne zdołała to wywnioskować. 
Zajechali pod pensjonat, w którym się zatrzymali. Brad i Joanne podziękowali dwojgu Norwegom 
i poszli w milczeniu do pokoju. 

Dopiero  tam,  w  jasnym  świetle,  Joanne  zobaczyła,  że  Brad  ma  rozdartą  kurtkę  oraz 

posiniaczony,  podrapany  i  zakrwawiony  policzek.  Dopiero  teraz  Joanne  zdała  sobie  w  pełni 
sprawę, że gdyby nie jego błyskawiczna reakcja, już by nie żyli. Zadrżała. 

— Masz krew na twarzy — odezwała się z troską. 
— To tylko zadrapanie. 
— W hotelu na pewno jest apteczka — mówiła Joanne. — Pójdę po nią. 
—  Dziękuję ci, nie trzeba. Zawsze noszę przy sobie własną apteczkę. — Brad wyjął z torby 

nieduże, miękkie pudełko. 

background image

Joanne oczyściła mu twarz wodą utlenioną, a potem posmarowała zadrapania maścią. 
— Dziękuję ci, Joanne. Pocałujesz mnie teraz? 
— Oczywiście! 
Po tych słowach zaczęli całować się delikatnie. Uspokoiło ich to trochę. 

background image

R

OZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

 
Rozległo się pukanie do drzwi. Kelner przyniósł kawę i brandy, które zamówił Brad. 
— Przepraszam, że przeze mnie znalazłaś się w tak niebezpiecznej sytuacji — powiedział. — 

Nasi znajomi z restauracji wyszli wkrótce po nas i zobaczyli, jak samochód rusza na nas. Chcieli 
dzwonić po policję, ale uznałem, że byłaby to strata czasu. Było ciemno, nikt nie widział numeru 
rejestracyjnego pojazdu napastnika. Nie rozpoznali nawet koloru, poza tym, że był ciemny. Policja 
uznałaby, że to pijany kierowca stracił na chwilę panowanie nad samochodem, i tyle. 

— A ty jesteś pewien, że było inaczej? — spytała Joanne. 
— Raczej tak. 
— Zatem wiążesz to, co się stało, z niepokojącymi wydarzeniami w twojej norweskiej firmie? 
— Owszem. Postanowili mnie zabić, i zrobić to z dala od Bergen. Kierowca przyjechał pewnie 

do Lanadal przed nami i czekał na okazję. 

— Skąd mógł wiedzieć, że jedziemy do Lanadal? 
—  Mówiłem  o  tym  wielu  ludziom  —  przyznał  Brad.  —  Ty  dowiedziałaś  się  jako  ostatnia. 

Kiedy Erika proponowała mi, żebym u niej został, powiedziałem w pewnej chwili, że wybieram się 
z  tobą  do  Lanadal.  Mówiłem  Heldze,  która  pakowała  nasz  kosz  z  jedzeniem.  Firmie,  w  której 
pożyczyłem  samochód,  też  wyjaśniłem,  dokąd  jadę.  Poinformowałem  Paula,  gdzie  będę.  Na 
pewno o naszym wyjeździe dowiedziały się przy okazji jeszcze inne osoby. 

— Kto może za tym wszystkim stać? 
— Przeanalizowawszy całą sprawę, doszedłem do wniosku, kto to musi być — oznajmił Brad. 

— To jedyna sensowna  wersja. Człowiek,  który  chce  mnie  zniszczyć, jest bogaty i wpływowy. 
Mało kto podejrzewałby go o zlecanie pospolitych przestępstw. 

— Czy wiesz, dlaczego próbowałby cię zniszczyć? — zapytała Joanne, zdziwiona. 
—  Ma  dwa  powody.  Po  pierwsze,  również  jest  właścicielem  morskiej  linii  przewozowej  — 

czyli moim konkurentem. Drugi powód to coś, co zaczęło się jeszcze przed pięćdziesięciu laty, 
kiedy nasi dziadkowie byli młodzi i przyjaźnili się. Już jego i mój dziadek byli właścicielami linii 
przewozowych, ale klientów starczało dla nich obu; Norwegia ma bardzo długą linię brzegową. 
Niestety, obaj młodzi mężczyźni zakochali się w tej samej dziewczynie. Każdy się oświadczył i 
dziewczyna  wybrała  mojego  dziadka.  Jego  rywal  poprzysiągł  mu  zemstę  i  odtąd  stał  się  jego 
wrogiem.  Gdy  odziedziczyłem  po  dziadku  linię  Dragon,  ów  żyjący  jeszcze  wróg  dziadka 
zaproponował  mi  kupno  firmy.  Muszę  przyznać,  że  oferował  naprawdę  wysoką  cenę.  Nie 
zgodziłem  się  jednak  sprzedać  linii  Dragon,  ponieważ  dziadek  życzył  sobie,  aby  pozostała  w 
rodzinie. Następnie człowiek, o którym mówię, złożył mi jeszcze dwie kolejne oferty kupna linii. 
Odrzuciłem je. 

— Dlaczego aż tak zależy mu na linii Dragon? — zainteresowała się Joanne. — Czy obecnie 

konkurencja jest większa niż kiedyś? 

— Nie, ale mógłby chcieć przejąć firmę dziadka i zlikwidować ją. Uznałby, że wyrównał w ten 

sposób rachunki. Widzisz, mam powody, żeby go podejrzewać, ale nie mam dowodów, na których 
podstawie mógłbym go o cokolwiek oskarżyć. 

— Rozumiem… — zafrasowała się Joanne. — Ale jeżeli nic nie zrobisz, będzie powtarzał akty 

sabotażu. 

— Jestem o tym przekonany. Ale i tak nie sprzedam firmy Dragon. 
— Czy ten człowiek nie wie, że nie poddajesz się łatwo? 

background image

— Być może nie wie. Ale i on nie poddaje się łatwo. Do tego jest bezwzględny. Skoro nie chcę 

ustąpić, posunął się do zamachu na moje — i twoje — życie. Choć mogło być to tylko ostrzeżenie. 
Może kierowca miał zamiar nas minąć. Jednak jeśli wciąż będę obstawał przy swoim… Gdyby 
mnie  zabrakło,  mój  koncern  odziedziczyłby  mój  brat,  Blake.  Z  nim  poszłoby  naszemu 
nieprzyjacielowi  o  wiele  łatwiej  —  tłumaczył  Brad.  —  Blake  jest,  niestety,  większym 
kobieciarzem niż biznesmenem. Mimo że ma żonę i dwoje dzieci! Jak się domyślasz, potrzebuje 
dużo  pieniędzy  na  swoje  rozrywki;  jestem  więc  przekonany,  że  bez  wahania  sprzedałby  linię 
Dragon. 

— Co zamierzasz zrobić? — spytała Joanne. 
—  Być  może  jedynym  wyjściem  jest  znalezienie  przeze  mnie  dowodów  obciążających 

bezpośrednio  zleceniodawcę  zamachów.  Kiedy  już  będę  je  miał,  pewnie  sam  się  wycofa.  Nie 
zaryzykuje  utraty  dobrej  reputacji.  Jest  dumą  miejscowej  społeczności  i  powszechnie  znanym 
sponsorem  kościelnych  akcji  dobroczynnych.  Jutro  po  powrocie  do  Bergen  porozmawiam  z 
Paulem, może uda nam się wypracować wspólnie jakąś strategię. 

— Czy Paul wie, kim jest twój wróg? 
— Nie. Nie mówiłem mu dotąd, bo byłem ciekaw, czy sam, niezależnie ode mnie, dojdzie do 

tych samych wniosków. Nie ma jednak czasu dłużej czekać… 

 

*

 

*

 

 
Nazajutrz był kolejny piękny, słoneczny dzień. Zaraz po śniadaniu Joanne i Brad pojechali do 

Bergen. Brad, choć z pozoru spokojny, raz po raz zerkał w lusterko i zwracał uwagę na widoczne 
wokół pojazdy. Zatrzymali się po południu na obiad, przy restauracji dla kierowców. 

— Masz ochotę zjeść w środku czy na zewnątrz? — spytał Brad. 
— Wolę na dworze. Jest tak ładnie. 
Restauracja miała taras pełen kwiatów. Usiedli przy małym stoliku, z widokiem na wijącą się po 

górach drogę. 

— Zadzwonię do Paula — powiedział Brad. 
— Oczywiście. 
Brad wybrał numer i powiedział do Paula: 
— Późnym popołudniem będziemy z powrotem w Bergen. Chciałbym z tobą pomówić… — 

Słuchał  chwilę.  —  Tak,  chyba  tak  będzie  najlepiej…  Naprawdę?…  Nie  jesteś  ranny?…  — 
zaniepokoił się. — Całe szczęście. Uważaj na siebie. Do zobaczenia. 

— Czy z Paulem wszystko w porządku?… — zaniepokoiła się Joanne. 
—  Tak, dzięki Bogu.  Wczoraj wieczorem był na jednym z naszych nabrzeży. Rozmawiał ze 

strażnikiem,  który  gonił  wcześniej  intruza.  Nagle  nad  Paulem  urwał  się  hak  dźwigu.  Spadł  tuż 
obok niego, ale nie zrobił mu krzywdy. 

Joanne zadrżała. Coraz bardziej bała się o Brada. 
— Widzę, że niepokoisz się o Paula — odezwał się. — Czyżbyś coś do niego poczuła? 
— Coś ty? Nie. Polubiłam go, to wszystko. 
— Paul i tak jest beznadziejnie zakochany w Erice. 
— Mówił mi. 
Brad uniósł brwi. 
— Myśląc, że jestem z Eriką, poprosiłaś go, żeby odwiózł cię do domu? — upewnił się. 
—  Najpierw  chciałam  wziąć  taksówkę  —  odpowiedziała  Joanne.  —  Ale  pan  Reiersen 

powiedział, że w okolicy odbywa się kilka dużych imprez i że w związku z tym nie zdołam nigdzie 

background image

znaleźć wolnej taksówki. To on zasugerował, żebym poprosiła o przysługę Paula. Myślałam, że 
samochód Paula jest w naprawie, ponieważ wypadł z drogi, ale… 

— Mówiłaś o tym Reiersenowi? — przerwał Brad. 
— Tak. Ale nie powiedziałam, że nastąpiła awaria hamulców. 
— I co na to Reiersen? — chciał się dowiedzieć Brad. 
— To on powiedział, że słyszał, iż zepsuły się hamulce i że widocznie Paul już je naprawił. 
— Co jeszcze mówił? 
— Nazwał Paula dynamicznym młodym człowiekiem i dodał, że sam chętnie by go zatrudnił, 

gdyby nie pracował u siebie. Reiersen wspomniał o Mussenie!… Powiedział, że Paulowi nie zajęło 
zbyt wiele czasu dotarcie do Mussena! 

— Czy na pewno Reiersen pierwszy wymienił nazwisko Mussena? — wypytywał Brad. 
—  Tak.  Pierwszy  i  ostatni.  Wówczas  nie  mogłam  sobie  dokładnie  przypomnieć,  kto  to  jest 

Mussen. 

— Zdaje się, że kiedy Reiersen to mówił, nie był całkiem trzeźwy? 
— Nie był… 
 

*

 

*

 

 
Gdy dojeżdżali do Lofoten, ściemniało się. W holu, przed kominkiem, czekał Paul. Brad oddał 

Heldze kosz z resztkami jedzenia, dziękując. 

— Mam nadzieję, że wycieczka się udała? — odezwała się Helga. 
— Och, zdecydowanie! — odparł. 
— Powiem Edvardowi, żeby wniósł na górę państwa bagaże. 
— Jak wypadła podróż urodzinowa? — zagadnął pogodnie Paul. 
— Wspaniale — odpowiedziała Joanne. — To był piękny dzień. 
—  Chociaż  spotkało  nas  przykre  zdarzenie  w  Lanadal  —  wtrącił  Brad.  Opowiedział  o 

niebezpiecznej przygodzie z rozpędzonym samochodem na chodniku. 

Paul aż gwizdnął. 
— To mogło skończyć się dla was fatalnie! — skomentował. — Mechanik, który oglądał mój 

samochód,  nie  ma  wątpliwości,  że  ktoś  celowo  uszkodził  układ  hamulcowy.  Próbują  zabić 
zarówno ciebie, jak i mnie. Co robić? 

— Przyszło  mi coś do głowy — uspokoił Brad. Joanne zaczęła nalewać pozostałym herbatę, 

którą przyniosła Helga. 

— Proszę, widzę, że urządziliście sobie małe spotkanie! — odezwał się nagle kpiący głos. 
Należał do Eriki. Patrzyła z góry lodowatym spojrzeniem. Dwaj mężczyźni wstali grzecznie. 
— Może do nas dołączysz? — zaprosił Brad. 
— Chciałam pomówić z tobą w cztery oczy — odparła. 
— Może w takim razie przejdziemy się — odezwał się Paul do Joanne — a oni… 
— Nie ma potrzeby — przerwał Brad. — Możecie usłyszeć to, co ma mi do powiedzenia Erika. 
— Proszę bardzo, jeśli chcesz — odpowiedziała Erika. Spojrzała na Joanne. — Mam coś dla 

pani. Zostawiła to pani na przyjęciu. — Oddała jej srebrną torebkę. 

— Dziękuję. 
— Dziwię się, że jest pani tak spokojna — zadrwiła Erika. 
— O co ci chodzi? — zniecierpliwił się Brad. 
— Nie wiem, czy wiesz, ale twoja sekretarka sprzedaje poufne informacje! — oznajmiła Erika. 

—  Tata  słyszał  plotki  o  jakichś  kłopotach  w  firmie  Dragon,  spytał  więc  o  nie  panią  Joanne. 
Odparła, że odpowie, ale nie za darmo! Był zaszokowany. 

background image

— Co za okropne kłamstwo! — krzyknęła Joanne. 
— Kłamstwo? — odpowiedziała Erika. — To skąd wzięły się pieniądze? 
— Jakie pieniądze? — zdziwiła się Joanne. 
— Zajrzyj pani Winslow do torebki, Bradzie — zaproponowała Erika. 
— Co ty sobie wyobrażasz? — zirytował się Brad. — Nie mam zamiaru grzebać w torebce pani 

Winslow. 

—  To  patrz!  —  Z  tymi  słowami  Erika  wyrwała  z  powrotem  Joanne  torebkę  i  wysypała  jej 

zawartość  na  stół.  Na  blacie,  pośród  przyborów  kosmetycznych,  znalazł  się  gruby  plik  koron 
norweskich. Joanne spojrzała na niego z zaskoczeniem. — Widzisz? — skomentowała z triumfem 
w głosie Erika. 

— Dość tego! — rzucił Brad. — Ufam pani Winslow. 
— Może powinieneś najpierw spytać ją, skąd ma te pieniądze? 
— Nie wiem, kto włożył je do mojej torebki — wtrąciła Joanne — ale przychodzi mi do głowy, 

ż

e mógł to zrobić pani ojciec. 

— Jak śmiesz?! 
— Paulu — odezwał się spokojnie Brad — czy mógłbyś odprowadzić Erikę do jej samochodu? 
— Oczywiście — zgodził się natychmiast Paul. — Za ile czasu mam się pokazać? 
— Za piętnaście minut. 
— Dobrze. 
Brad, zebrawszy rzeczy ze stołu, wziął Joanne za rękę i poszedł z nią do pokoju. 
—  Proszę  cię,  powiedz  mi  dokładnie  wszystko,  co  jeszcze  mówił  Reiersen  na  temat  firmy 

Dragon — polecił. 

— Powiedział, że słyszał plotkę o powtarzających się kłopotach. Że podobno w jednym z hoteli 

firmy wybuchł pożar. Reiersen chciał dowiedzieć się, jakie kroki w związku z tym podejmujesz. 
Pytał, czy chcesz zwrócić się do policji. Odpowiedziałam, że nie wiem, a wtedy on stwierdził, że 
być  może  potrzebuję  czasu,  aby  to  przemyśleć,  i  dodał,  że  ważne  informacje  mogą  czasem 
przynieść bardzo duże dochody. Zrelacjonowałam zresztą wszystko szczegółowo Paulowi. 

— Coś podobnego! — Bradowi błyszczały oczy. — Czy możesz spróbować powtórzyć mi całą 

rozmowę z Reiersenem, słowo po słowie — jeśli, oczywiście, wszystko pamiętasz? 

Joanne  odtworzyła  z  pamięci  rozmowę.  Była  na  tyle  szczególna,  że  Joanne  szybko  jej  nie 

zapomni… 

— Dam mu w kość! — zapowiedział z gniewem Brad, wysłuchawszy uważnie opowieści. — 

Przepraszam cię, to wszystko moja wina.  Wyłącznie przeze mnie znalazłaś się w mackach tego 
nikczemnika!  I  to  pijanego…  Całe  szczęście,  że  alkohol  rozwiązał  mu  język.  Pewnie  kiedy 
Reiersen  wytrzeźwiał,  domyślił  się,  że  powiesz  mi,  co  ci  zaproponował,  więc  włożył  do  twojej 
torebki dużą sumę pieniędzy, żeby cię skompromitować. 

Rozległo się pukanie do drzwi — minęło piętnaście minut. Wszedł Paul. 
—  Wszystko  już  wiesz?  —  upewnił  się.  Brad  skinął  głową.  —  Wiesz,  zastanawiałem  się 

ostatnio  nad  Reiersenem  —  oznajmił  Paul.  —  A  kiedy  Joanne  powiedziała  mi,  że  próbował  ją 
przekupić,  pomyślałem,  że  chyba  moje  podejrzenia  są  trafne.  Zamierzałem  o  nich  z  tobą 
porozmawiać. Teraz jeszcze doszła sprawa tych pieniędzy w torebce… 

— Nie sądzisz, żeby podłożyła je sama Erika? — spytał Brad. 
— Przyszło mi to do głowy. Erika byłaby do tego zdolna. Kiedy jednak spytałem, skąd miała 

torebkę  Joanne,  wywnioskowałem  z  tonu  opowieści  Eriki,  że  to  nie  ona.  Mówiła,  jak  jeden  ze 
służących  przyniósł  jej  torebkę,  że  zdawało  jej  się,  iż  to  torebka  Joanne,  zajrzała  do  środka, 
znalazła tam pieniądze. Przysięgała, że to nie ona je włożyła. Raczej jej wierzę. 

— Myślę, że słusznie — ocenił Brad. 

background image

— A więc ty także sądzisz, że za wszystkim stoi Reiersen? — zapytał Paul. 
— Myślałem tak już od pewnego czasu. Nie miałem tylko dowodów. Ale Reiersen wygadał się 

po pijanemu przed Joanne, a ona dobrze zapamiętała jego słowa. Teraz mamy ślad. 

Brad schował zwitek pieniędzy do kieszeni. 
— Jedziesz przyprzeć Reiersena do muru? — upewnił się Paul. 
— Chcę to zrobić, ale najpierw zamierzam porozmawiać z Mussenem. 
— Pojechać z tobą? 
— Nie, wolę, żeby Joanne nie zostawała tu sama. Uważajcie, proszę, na siebie. 
— Mnie nic się nie stanie — zaprotestowała Joanne. — Myślę, że będzie o wiele lepiej, jeżeli 

pojedziecie we dwóch. 

— Ona chyba ma rację — skomentował Paul. Brad wyglądał na zupełnie nie przekonanego. 
—  Jeśli  chcesz,  obiecuję,  że  zamknę  się  na  klucz  i  nie  będę  ruszać  się  z  apartamentu  — 

powiedziała Joanne. 

— A tobie, Bradzie, może przydać się świadek rozmów z Mussenem i Reiersenem — zauważył 

Paul. 

— Dobrze — zgodził się Brad. 
 

*

 

*

 

 
Joanne czekała, niepokojąc się bardzo. Brad i Paul wrócili po dwóch godzinach, cali i zdrowi. 
— Czy wszystko w porządku? — upewniła się. 
— Tak, dzięki tobie — odpowiedział Brad. — Dzięki temu, że zapamiętałaś nazwisko Mussena. 
— Co z nim? — spytała. 
— Porozmawialiśmy szczerze. Jak wiesz, Mussen miał głęboki żal do firmy o to, że zwolniono 

jego  brata.  Otóż  dzisiaj  Mussen  przyznał  się  nam,  że  zgłosił  się  do  niego  niejaki  Andersen  i 
zapłacił mu za zemszczenie się na firmie Dragon w zasugerowany przez siebie sposób. Trzeba ci 
wiedzieć, że Andersen to jeden z najwyżej postawionych ludzi Reiersena. 

— Coś takiego! 
— Kiedy złapano Mussena — kontynuował Brad — i przywrócono do pracy jego brata, Mussen 

zdał sobie sprawę, że źle postąpił. Powiedział Andersenowi, żeby znalazł sobie kogo innego do 
realizacji swoich niecnych planów. Wyjaśniłem Mussenowi, do jak poważnych zdarzeń ostatnio 
doszło. Przeraził się i podał nam nazwiska ludzi, którzy jego zdaniem są na usługach Andersena… 
Uzbrojeni  w  te  informacje  pojechaliśmy  z  Paulem  do  Reiersena.  Postanowiłem  posłużyć  się 
małym blefem. Najpierw oddałem Reiersenowi pieniądze, które włożył do torebki Joanne, a potem 
— nie wspominając o Mussenie — wymieniłem kilka nazwisk i oznajmiłem, że jeśli akty sabotażu 
nie ustaną, zwrócimy się do organów ścigania, oraz że dysponujemy szczegółową wiedzą na temat 
jego  działań,  którą  przedstawimy  policji.  Obawiając  się,  że  na  tym  skończy  się  jego  kariera, 
Reiersen ustąpił. Przypuszczałem, że tak zrobi. Udało się! 

—  Przyznał  się  przed  wami  do  organizowania  tych  wszystkich  zamachów?!  —  zdziwiła  się 

Joanne. 

— O, nie. Na to jest za inteligentny. Powiedział po prostu, że jest pewien, iż teraz nie będziemy 

już  mieli  więcej  kłopotów…  Wyobraź  sobie,  że  później  spytał,  czy  jednak  nie  przystanę  na 
propozycję,  jaką  złożył  mi  podczas  przyjęcia  —  ciągnął  Brad.  —  Pamiętasz,  mówiłem  ci,  że 
rozmawialiśmy z Reiersenem o interesach? 

— Pamiętam. 
—  Mówiąc  w  skrócie,  zaproponował  połączenie  naszych  koncernów  drogą  zawarcia  przeze 

mnie małżeństwa z Eriką. Miałbym kierować wszystkim i mieszkać w Norwegii. „Czas, żeby ster 

background image

firmy przejął ktoś młodszy — mówił. — Gdybym miał syna, już przekazałbym mu fotel prezesa. 
Mam  prawie  siedemdziesiąt  cztery  lata.  Kiedy  umrę,  będzie  pan  miał  absolutną  władzę  nad 
połączonym koncernem”. 

— Jak rozumiem, podczas przyjęcia odrzuciłeś jego propozycję?… — upewniła się Joanne. 
—  Owszem.  I  myślę,  że  dlatego  zaszarżował  na  nas  ten  kierowca  w  Lanadal.  A  dziś,  w 

obecności  Paula, Reiersen zaoferował oddanie  mi wszelkiej władzy nad połączoną firmą,  kiedy 
tylko  urodzi  się  pierwsze  dziecko  Eriki  i  moje  —  jego  wnuk.  Oczywiście,  odmówiłem. 
Powiedziałem Reiersenowi, że mam zamiar wrócić do Wielkiej Brytanii, poufne materiały na jego 
temat zdeponować w banku i pozostawić tu Paula, aby dalej kierował dla mnie firmą Dragon. 

— A co na to Paul? — pytała Joanne. 
— Uwielbia Norwegię i ciągle ma nadzieję zwrócić na siebie uwagę Eriki. 
— Przecież Erika kocha ciebie! 
— To tylko zepsute dziecko. Zdaje jej się, że się we mnie zakochała. Ale kiedy zniknę, może 

przekonać  się  do  Paula.  Życzę  im  tego,  choć  małżeństwo  z  nią  to  bardzo  ryzykowna  rzecz… 
Tymczasem zarezerwuję ci na jutro rano lot do Londynu. Zobaczę, może za dzień czy dwa ja także 
wrócę już do domu. Nie powinienem był zmuszać cię do przyjazdu tutaj… 

—  Może  wynikło  z  tego  coś  dobrego?…  —  odpowiedziała  niepewnie  Joanne.  Ogarnął  ją 

głęboki smutek. 

— Popełniłem tyle błędów! — ciągnął Brad, jak gdyby jej nie słyszał. — A wszystko dlatego, 

ż

e denerwowało mnie, iż z góry mnie osądziłaś, i to opierając się na pogłoskach. To Blake, nie ja, 

ma reputację kobieciarza. Naprawdę nie wiem, dlaczego jego żona jeszcze z nim jest. 

— Być może go kocha — stwierdziła Joanne. 
— Być może. Chociaż mój brat nie zasługuje na jej miłość… 
— Bradzie… Przepraszam, że tak niezasłużenie cię osądziłam! — powiedziała Joanne. Gdybyś 

nie zachowywał się w taki sposób, gdy się poznaliśmy, nie zmusił mnie do wyjazdu… — Urwała. 

—  Tego  wieczora,  kiedy  się  poznaliśmy,  gdy  zrozumiałem,  co  robisz  i  co  o  mnie  myślisz, 

postanowiłem podjąć z tobą grę… — przyznał z westchnieniem Brad. — Chciałem cię przerazić, 
ż

eby  dać  ci  nauczkę…  I,  żeby  wszystko  było  jasne:  nigdy  nie  zamierzałem  zbliżać  się  w 

jakikolwiek sposób do Milly. Szczerze mówiąc, nie jest w moim typie. Kiedy powiedziałem ci, że 
zawsze  traktowałem  ją  jedynie  jako  miłą,  dobrą  sekretarkę,  mówiłem  prawdę.  Poza  tym 
rzeczywiście nie miałem pojęcia, że jest mężatką. Nigdy nie nosiła obrączki ani nie wspominała o 
tym, że ma męża. 

— Wierzę ci — odpowiedziała Joanne. — Zresztą Paul także powiedział, że sądził, iż Milly jest 

panną. Ale nie potrzebuję potwierdzenia z jego ust, żeby ci wierzyć. Kiedy zaczęłam cię poznawać, 
zorientowałam się, że nie zachowujesz się jak kobieciarz. 

— A jednak uwiodłem cię… — stwierdził Brad. 
— Nieprawda. Postąpiłam z własnego wyboru. I nie żałuję. Żałuję natomiast, że posłuchałam 

Miłly.  Wyobrażała  sobie  tylko,  że  poważnie  się  nią  zainteresowałeś.  Przecież  mówiłeś  mi,  że 
traktujesz ją wyłącznie jako dobrą sekretarkę. Powinnam była ci uwierzyć. 

— A jednak źle z tobą postępowałem — skwitował Brad. — Nie chcę więcej tego robić. 
— Ale… Czy nie uważasz, że odesłanie mnie z powrotem do Londynu będzie złe? — zapytała 

Joanne.  Tak  bardzo  pragnęła  być  z  Bradem!  —  Mówiłeś,  że  potrzebny  ci  ktoś,  kto  by  ci 
towarzyszył, z kim przeżywałbyś wszystko, co się dzieje. Jeśli nie kochasz Eriki, to może ja mogę 
zostać taką osobą? 

—  Nie chcę  ciągnąć z tobą romansu — odparł  Brad. Ukrył twarz  w dłoniach. —  Możesz tu 

zostać tylko pod warunkiem, że naprawdę chcesz ze mną być. Wyjść za mnie. 

Joanne nie wierzyła własnym uszom. 

background image

— Czyżbyś chciał się ze mną ożenić?… — upewniła się. 
—  Bardzo  bym  chciał.  Całe  życie  czekałem  na  kobietę,  która  będzie  wyglądać  tak,  jak  ty, 

cieszyć się życiem tak, jak ty się cieszysz, śmiać się z tego samego co ja, całować mnie tak, jakby 
mnie kochała… Tylko czy mnie kocha? 

— Kocham cię! 
— Tak bardzo się cieszę! Gdybyś wróciła spokojnie do Londynu, nie wiem, co bym ze sobą 

począł. 

— Ogromnie chciałabym za ciebie wyjść! — zapewniła Joanne. — Zostanę z tobą w Norwegii. 
— Chcę tylko, żebyś odesłała od razu jutro rano pierścionek zaręczynowy Trevora. 
—  Dobrze. Już  z nim zerwałam. Nie wiesz, ale zatelefonowałam do  niego z lotniska, bo już 

wtedy zdałam sobie sprawę, że wolę być z tobą niż z Trevorem. 

—  Skoro  tak,  czuję  się  wspaniale!  —  oznajmił  Brad.  —  Mam  pomysł:  weźmiemy  razem 

prysznic, a potem pojedziemy do restauracji! 

— Wzięłam już prysznic — ale myślę, że drugi będzie bardzo przyjemny… 
Brad wziął Joanne za rękę i poprowadził przez sypialnię do łazienki.  Jego wzrok spoczął na 

urodzinowej pocztówce, stojącej na nocnym stoliku. Brad przystanął. 

— Skoro chcesz za mnie wyjść, powiem ci, co napisałem. — Uśmiechnął się. — „Wszystkiego 

najlepszego z okazji urodzin dla mojej sarenki. Postscriptum: Kocham cię!!!”