background image

Ian Fleming 

OŚMIORNICA

przełożył: Jarosław Kotarski

background image

— Wiesz co? — spytał ośmiornicę major Dexter Smythe — jeśli mi się uda, będziesz 

dziś miała prawdziwą 

ucztę.

   Ponieważ oznajmił to głośno, jego oddech zasnuł mgłą szkło maski do nurkowania, a on 

sam został zmuszony do wynurzenia się, co nie było zbyt trudne biorąc pod uwagę fakt, że 

gdy stanął na pokrytym białym piaskiem dnie woda, sięgała mu zaledwie do ramion. Zdjął 

maskę, splunął do jej wnętrza, rozprowadził ślinę po szkle starym zwyczajem płetwonurków 

i zadowolony założył ją, z powrotem zanurzając się w wodę.

Z otworu w rafie koralowej, tak jak poprzednio, obserwowało go oko umieszczone w 

fałdach brązowego worka. Teraz jeszcze dodatkowo wysunięty, był koniec macki leniwie 

kołyszącej się w wodzie jakby węszyła, co nowego w okolicy. Smythe uśmiechnął się z 

satysfakcją — jeszcze trochę, może jeszcze z miesiąc dodany do tych dwóch, które spędził 

na oswajaniu ośmiornicy i zakończy się to sukcesem. Ale wiedział, że nie będzie miał tego 

miesiąca,   a   dziś   zaryzykować   podanie   własnej   ręki   zamiast   kawałka   mięsa   na   czubku 

harpuna, jak zwykł to dotąd robić, wydawało się jeszcze zbyt wielkim ryzykiem. Nie mógł 

jej   jeszcze   zaufać   —   istniało   zbyt   duże   prawdopodobieństwo,   że   z   dziury   wyprysną 

pozostałe macki owijając się wokół ręki, a wystarczyło, by został pociągnięty nie więcej niż 

o   dwie   stopy   w   głąb,   by   zawór   maski  zamknął   się   automatycznie,   co   spowodowałoby 

uduszenie się jej właściciela. Gdyby zaś ją zdjął skończyłoby się to utonięciem — obie 

perspektywy niezbyt go ucieszyły. Oczywiście miałby czas, żeby przebić ośmiornicę har-

punem, ale na taki okaz trzeba było więcej niż jednego pchnięcia. Co prawda perspektywa 

była nęcąca — miał szanse 5:1, dokładnie takie same, jak grający w rosyjską ruletkę i 

mogłoby to być szybkim rozwiązaniem kłopotów, ale jeszcze nie teraz. Tym bardziej, że 

pozostawiłoby to nie rozwiązany problem, a obiecał profesorowi Bengry z Instytutu, że 

spróbuje mu pomóc. Powoli ruszył wzdłuż rafy nie odrywając wzroku od dna — dziś szukał 

tylko jednego kształtu, jednego jedynego mieszkańca tych okolic, który był równie brzydki, 

co groźny — Scoropaena plumieri,  jak nazwał go profesor, a ogólnie znanego jako ryba 

skorpion.

*

Emerytowany major Dexter Smythe, OBE, Royal Marines, był pozostałością niegdyś 

odważnego i rokującego duże nadzieje oficera oraz przystojnego młodzieńca, mającego na 

koncie   mnóstwo   podbojów,   szczególnie   wśród   kobiecych   służb   pomocniczych   WREN, 

WRAC i ATS, zajmujących się łącznością lub sekretariatem. Teraz miał pięćdziesiąt cztery 

lata, był łysiejącym i coraz grubszym wrakiem po dwóch zawałach.  Jego lekarz

Jimmy Greaves poznany w Queen's Club przy wysokim pokerze — określił ten drugi, 

który zdarzył się ledwie miesiąc temu, jako „drugie ostrzeżenie". Choć przyznać należy, że 

gdy   był  ubrany   (a   ubranie   miał   doskonałe),   z   zakrytymi   żyłami   na   rękach   i   brzuchem 

opiętym gorsetem, major nadal był mile widzianym gościem na przyjęciu czy obiedzie na 

Północnym Wybrzeżu.   Dla   znajomych   było   nie   wyjaśnioną   tajemnicą

dlaczego poza dwoma uncjami whisky i dziesięcioma papierosami, na które pozwalał 

mu lekarz, kopcił jak komin i co noc udawał się spać jeśli nie pijany, to przynajmniej 

uczciwie podpity.  Prawda była taka, że Dexter Smythe dotarł do granicy samobójstwa. 

Powodów tego stanu rzeczy było wiele, choć część z nich była całkiem nieskomplikowana. 

Był przykuty do Jamajki, której tropikalny klimat zupełnie rozłożył jego zdrowie, choć na 

pozór wydawało się, że doskonale go zakonserwował. Dodając do tego zadawnione uczucie 

winy, ogólną odrazę do własnej osoby i pustkę po śmierci Mary, był wypaloną skorupą, 

żyjącą praktycznie przez przypadek i siłą rozpędu. Mary zmarła dwa lata temu i od tego 

czasu nikogo nie obdarzył uczuciem. Co prawda, sam nie bardzo wiedział czy ją kochał, ale 

od   chwili   jej  śmierci   brakowało   mu   jej  miłości   i   troski,   niejednokrotnie   irytującej,   ale 

zawsze   obecnej.   Być   może   mógłby   ten   brak   zastąpić   przyjaciółmi   spośród   dawnych 

wojskowych,   teraz   właścicieli   ziemskich   czy   polityków,   ale   dzięki   różnym   czynnikom 

wewnętrznym nigdy o nich nie zabiegał i, praktycznie rzecz biorąc, takich przyjaciół nie 

miał. W efekcie doprowadziło go to prostą drogą do butelki — był śmiertelnie znudzony i 

gdyby nie jedna jedyna sprawa, dawno połknąłby zawartość butelki z barbituranami, którą 

background image

bez większych problemów uzyskał od lokalnego lekarza. I tak lina ratunkowa, która utrzy-

mywała go na granicy życia była nader cienka.

Ostre picie doprowadza bowiem do wyodrębnienia się u osób pijących jednej z czterech 

postaw: sangwinika, flegmatyka, choleryka i melancholika. Pijak sangwinik dochodzi do 

punktu, w którym zwycięża histeria i zidiocenie, flegmatyk zapada w bagno ponurości, 

choleryk  to   po   pijanemu  typowy   zawadiaka,   któremu   rysownicy   poświęcili  niezliczone 

ilości dowcipów i który większość trzeźwych dni spędza na odsiadywaniu wyroków za 

uszkodzone zdrowie czy mienie, zaś melancholik zostaje sprowadzony do rozpamiętywania 

przeszłości, rozczulania się nad sobą i rzewnych łez związanych z tymi tematami.

Major Smythe był melancholikiem, który zapadał w fantazję osnutą wokół ptaków i ryb 

zamieszkujących pięć akrów Warelets (jak nazywał tereny otaczające willęwraz z plażą i 

rafą koralową ciągnącą się wzdłuż brzegu). Szczególnymi jego ulubieńcami stały się ryby, 

do   których   przemawiał   i   które   traktował   jak   ludzi.   Ponieważ   ryby   raf   koralowych   nie 

opuszczają zazwyczaj swych terytoriów, podobnie jak czyni to większość małych ptaków, 

po dwóch latach znał je wszystkie, darząc głębokim uczuciem i wierząc głęboko, że one 

także go kochają.

One z całą pewnością go znały, podobnie jak przymusowi mieszkańcy zoo znają swoich 

opiekunów, gdyż zjawiał się codziennie, będąc regularnym zaopatrzeniowcem w świeży 

pokarm od alg zaczynając, a na mięsie kończąc. Normalne też było, że gdy płynął tak jak 

teraz, wzdłuż rafy i kanałów prowadzących w głębiny, różnokolorowe towarzystwo bez 

lęku   kręciło   się   wokół   pełne   wyczekiwania,   skubiąc   od   czasu   do   czasu   harpun,   który 

kojarzył im się jedynie z widelcem, zaglądając w szkło maski lub lekko podszczypując jego 

nogi.

Część umysłu majora rozpoznawała i witała (choć bezgłośnie) różnobarwnych tubylców. 

Jednak przede wszystkim był on zainteresowany czymś innym — znalezieniem i zabiciem 

swego jedynego wroga na rafie — ryby skorpiona.

Ryby   te   zamieszkują   większość   południowych   mórz   świata   i   choć   różnią   się   nieco 

wyglądem   i   zwyczajami,   to   pewne   generalia   są   niezmienne   niezależnie   od   terytorium. 

Odmiana, która żyje w wodach Indii Wschodnich mierzy zaledwie dwanaście cali i waży 

niewiele ponad jeden funt, ale mimo to jest jedną z najgroźniejszych i najbrzydszych istot 

zamieszkujących wody, jakby sama natura ostrzegała przed zagrożeniem z jej strony. Ma 

brązowoszarą barwę i dużą, kanciastą głowę o ostro zarysowanych naroślach, do złudzenia 

przypominających   krzaczaste   brwi   ocieniające   wściekłe,   czerwone   oczy.   Nakrapiany 

grzbiet   i   neutralny   kolor   doskonale   maskuje   ją   wśród   raf   koralowych,   a   choć   niezbyt 

wielka, jest silnie uzębiona. Posiada też paszczę, w której pomieścić się mogą w całości 

niektórzy z mniejszych od niej mieszkańców tej okolicy. Nazwę swą jednakże zawdzięcza 

czemuś innemu — płetwa grzbietowa mogąca podnosić się w razie potrzeby, a

 

właściwie 

pierwszy jej człon, działa na zasadzie strzykawki zaopatrzonej w truciznę, zdolną zabić w 

krótkim   czasie   człowieka.   Szczególnie   jeśli   trafi   w   żyłę   lub   w   okolice   serca.   Wtedy 

wystarczy tylko draśnięcie. Jest o wiele gorszym zagrożeniem dla pływaka niż barrakuda 

czy rekin. Przyzwyczajona, że omijają ją inne ryby, tak dzięki kamuflażowi jak i potężnej 

broni, nie ucieka przed niczym, nie licząc bezpośredniego dotknięcia czy bardzo bliskiego 

kontaktu, a i wtedy przeważnie rzuca się do ataku, a nie do ucieczki. Na piasku wygląda jak 

fragment   porośniętego   korala,   na   rafie   jest   prawie   niezauważalna.   Major   Smythe 

zdecydowany   był   znaleźć   ją,   zabić   i   poczęstować   nią   swoją   ulubienicę,   Osmiorniczkę. 

Celem   eksperymentu,   o  który   prosił  go   Bengry   było   stwierdzenie,   czy  ta   przyjmie   ten 

rodzaj   pokarmu  czy   też   go   odrzuci   rozpoznając   zagrożenie,   czy   spożyje   w   całości   lub 

części,   jeśli   zajdzie   ta   pierwsza   ewentualność   i   w   końcu,   czy   trucizna   wywrze   na   nią 

jakikolwiek efekt.

Ponieważ dzisiejszy dzień był początkiem końca majora Smythe'a i mógł być końcem 

ośmiorniczki, postanowił znaleźć odpowiedź na te pytania i pozostawić po sobie choć tak 

nikłą   pamiątkę,   jak   niewielka   notatka   w   zakurzonym   archiwum   Instytutu   Badań   Życia 

Morskiego.

A wszystko dzięki temu, że od paru godzin jego i tak nieciekawa egzystencja na tym 

bożym świecie zmieniła się znacznie i to zdecydowanie na gorsze — tak zdecydowanie, że 

przy niejakim szczęściu za parę tygodni mógł oczekiwać kary dożywotniego więzienia. Za 

parę   tygodni,   gdyż   wymiana   depesz   między   Gubernatorem,   Secret   Service,   Scotland 

background image

Yardem i Prokuraturą nie mogła być załatwiona w krótszym czasie, a przy szczęściu, gdyż 

mogło się skończyć karą śmierci.

I pomyśleć, że zawdzięcza to tylko i wyłącznie jednemu człowiekowi o nazwisku Bond, 

komandor James Bond, który pojawił się rankiem o dziesiątej trzydzieści w taksówce z 

Kingston...

Dzień rozpoczął się normalnie — wstał na kacu, połknął parę panadoli (stan serca nie 

pozwolił mu na używanie aspiryny), ogolił się i na tarasie spożył śniadanie, po czym przez 

kilka godzin jego resztkami dokarmiał ptaki. Następnie spożył przepisaną porcję leków 

nasercowych i do około jedenastej zabijał czas lekturą „Daily Gleanera". Czas ten sam 

sobie wyznaczył jako początek pierwszego drinka, a parę miesięcy temu przesunął go na 

dziesiątą trzydzieści. Właśnie nalał sobie pierwszą tego dnia brandy zmieszaną z piwem, 

gdy usłyszał zajeżdżający przed dom samochód.

Runa, jego kolorowa gosposia, pojawiła się w chwilę później w ogrodzie oznajmiając:

— Jakiś pan do pana, sir.

— Jak się nazywa?

— Nie   mówił.   On   powiedział,   żebym   panu   powtórzyła,   że   przybywa   z   Urzędu 

Gubernatora.

— Dobrze, wprowadź go do livingroomu i powiedz, że za chwilę będę.

Nie licząc szortów nie miał na sobie nic, toteż pośpieszył do sypialni gdzie rozczesał 

rozwichrzone resztki owłosienia i założył szare spodnie i białą koszulę. Przez cały czas 

zastanawiał się, o co tu, do diabła, chodzi.

Ledwie   znalazł   się   w   pokoju   i   zobaczył   wysokiego   mężczyznę   w   granatowym 

tropikalnym ubraniu spoglądającego przez okno na morze, przeczuł złe nowiny. A gdy ten 

się odwrócił, przyglądając mu się poważnymi, szaroniebieskimi oczyma i nie odpowiadając 

na   radosny   uśmiech,   wiedział,   że   są   to  oficjalne   złe   nowiny.   Poczuł,   jak  coś   zimnego 

wędruje mu po kręgosłupie — „Oni" jakimś cudem odkryli prawdę.

— Witam — odezwał się uprzejmie. — Rozumiem, że przybywa pan od Gubernatora. 

Jak się miewa sir Kenneth?

Jakoś automatycznie nie podali sobie rąk.

Nie spotkałem go. Przybyłem tu wczoraj i cały czas przebywałem w innych rejonach 

wyspy. Nazywam się Bond, James Bond i jestem z Ministerstwa Obrony.

Major Smythe dobrze pamiętał stary eufemizm oznaczający Secret Service.

— O, stara firma? — spytał z wymuszoną swobodą. Pytanie zostało zignorowane.

— Czy jest tu gdzieś miejsce, w którym możemy spokojnie porozmawiać? — spytał 

Bond w zamian.

Wszędzie gdzie pan ma ochotę. Tutaj albo w ogrodzie. Napije się pan czegoś? Rum i 

piwo to lokalna trucizna. Ja wolę samo piwo — kłamstwo przeszło z bezbolesną wprawą 

starego pijaka.

— Dziękuję. W takim razie możemy porozmawiać tutaj.

Bond   oparł   się   o   mahoniową   ramę,   a   sam   gospodarz   usiadł   wygodnie   w   fotelu 

przerzucając nogę przez jego oparcie, przysuwając sobie podręczny ochładzacz i umie-

szczając w otworze szklankę z napojem.

— W czym mogę panu pomóc? — spytał. — Coś niemiłego na Północnym Wybrzeżu? 

Z przyjemnością panu pomogę. Co . prawda moje dni w firmie to odległa przeszłość, ale co 

nieco pamiętam stare metody.

— Mogę   zapalić?   —   w   dłoni   mężczyzny   pojawiła   się   stalowa   papierośnica   o 

pojemności pół setki papierosów i ta oznaka innego, ale też silnego nałogu rozluźniła nieco 

gospodarza.

Proszę bardzo — zrobił ruch ku leżącej opodal zapalniczce.

— Dzięki, nie trzeba — James zdążył już zapalić. — Nie, to z czym przychodzę to nic 

lokalnego. Przybyłem tu, przysłano mnie, by prosić pana o przypomnienie sobie pracy w 

służbie pod koniec wojny... Szczególnie czasów, gdy pracował pan w Oddziale do Zadań 

Różnych — Miscellaners Objectives Bureau.

Smythe roześmiał się ostro — wiedział! Wiedział to z całkowitą pewnością, ale gdy to 

usłyszał, coś zmusiło go do tego śmiechu, tak jak nagły cios zmusza do jęku.

Oczywiście, stare, poczciwe MOB — roześmiał się ponownie czując znajomy ból 

background image

rodzący się w lewej części klatki piersiowej i błyskawicznie ogarniający ją całą.

Drżącą dłonią wyciągnął z kieszeni fiolkę i wysypał jej zawartość na oparcie fotela, 

kładąc   małą,   białą   tabletkę   nitrogliceryny   pod   język.   Z   pewną   dozą   przyjemności 

obserwował jak tamten spręża się widząc jego postępowanie — jeszcze nie zażył trucizny, 

jeszcze nie...

Serce — wyjaśnił cicho. — Efekty przyjęcia w Jamaica Inn, wczoraj... powinienem 

wreszcie przestać myśleć, że mam ciągle dwadzieścia pięć łat. Wracając do MOB, to nie 

sądzę, żeby wielu z nas pozostało. Piszecie oficjalną historię Oddziału?— Poczuł jak ból 

cofa się do swego legowiska.

— Niezupełnie o to chodzi.

— Myślę, że pan wie, że to ja pisałem kronikę i prowadziłem dziennik jednostki w 

czasie wojny. Wątpię, czy po tak długim czasie zdołam coś do tego jeszcze dodać.

— Naprawdę nic? Chodzi mi zwłaszcza o operację w Tyrolu. Miejsce nazywa się Ober 

Aurach,

 

leży

 

o

 

milę

na wschód od Kitzbiihel.

Jedna   z   nazw,   z   którą   żył   przez   wszystkie   te   lata,   której   wspomnienie   ciągle   go 

prześladowało, spowodowała kolejny wybuch chrapliwego śmiechu.

— Nigdy pan nie widział takiego bajzlu. Wszyscy ci twardziele z Gestapo i ich archiwa. 

Wszyscy pijani w sztok, ale ich papiery ładnie pochowane i w idealnym porządku. Dali je 

nam bez żadnych problemów, licząc pewnie na łagodne traktowanie. Dokładnie wszystko 

przejrzeliśmy, a ich odwieźliśmy do obozu w Monachium. Ostatnie, co o nich słyszałem, to 

wyniki procesu. Większość chyba powieszono za zbrodnie wojenne. Papiery przekazaliśmy 

Kwaterze  Głównej  w  Salzburgu...   potem  była  dolina   Mittersill  i następna  kryjówka   — 

Smythe pociągnął z ochłodzonej szklanki i zapalił papierosa. — To wszystko na ten temat.

— Był pan wtedy Numerem Drugim w zespole, prawda? Dowódcą był Amerykanin, 

pułkownik King z armii Pattona.

Zgadza   się.   Całkiem   przyjemny   facet   z   wąsikiem,   co   nie   bardzo   pasowało   do 

Amerykanina. Znał się doskonale na lokalnych winach.

— W swoim raporcie z tej operacji napisał, że przekazał panu te dokumenty do wstępnej 

oceny,   ponieważ   w   zespole   był   pan   ekspertem   od   niemieckiego.   Oddał   mu   je   pan   z 

komentarzami, prawda? — Bond przerwał na chwilę i dodał — wszystkie?

— Oczywiście — Smythe zdawał się nie zauważać aluzji. — To były w większości listy 

nazwisk. Jak słyszałem, kontrwywiad w Salzburgu wiele z nich wykorzystał. Użyto ich w 

trakcie procesów norymberskich... Tak, to były piękne dni. Najlepsze w moim życiu... 

Kobiety, wino i śpiew... tak to wyglądało.

W tej ostatniej kwestii mówił całkowitą prawdę — do tysiąc dziewięćset czterdziestego 

piątego roku  wojna  była  niebezpieczna  i  zupełnie  nie  przypominała  majówki.  Kiedy  w 

tysiąc  dziewięćset  czterdziestym  pierwszym  roku utworzono  Royal  Marinę   Commando, 

zgłosił   się   na   ochotnika   i   został   przyjęty.   Potem   przeniesiono   go   do   Sztabu   Operacji 

Połączonych   pod   dowództwem   późniejszego   Lorda   Mountbatten   of   Burma,   gdzie   jego 

doskonały   niemiecki   (matka   pochodziła   z   Heidelbergu)   spowodował,   że   dostał   niezbyt 

przyjemne zadanie — uczestniczył w rajdach za kanał La Manche jako tłumacz i osoba na 

gorąco przesłuchująca złapanych jeńców. Przez dwa lata dopisywało mu szczęście. Przeżył 

je bez kalectwa i zdobył wojskowy Order of the British Empire, który podczas tej wojny był 

dość rzadko przyznawany. Później, gdy wynik wojny był już wiadomy i walki zaczęły 

przenosić  się  na  rdzenne   terytorium  Niemiec,  utworzono  MOB.   Utworzyły  je wspólnie 

Operacje Mieszane i Secret Ser-vice, a on otrzymał czasowy stopień pułkownika i polecenie 

utworzenia   zespołu,   który,   już   po   upadku   Niemiec,   zająłby   się   odnajdywaniem  skrytek 

Abwehry   i  Gestapo.  Usłyszała  o tym OSS  i  dzięki  swym  wpływom  i amerykańskiemu 

czynnikowi   w   działaniach   wojennych   włączyła   się   do   operacji,   czego   rezultatem   było 

powstanie nie jednego, lecz sześciu zespołów, które w dniu zawieszenia broni ruszyły do 

akcji na terenach Austrii i Niemiec. Każdy zespół składał się z dwudziestu ludzi, halftrucka, 

sześciu   jeepów,   ciężarówki   z   radiostacją   i   trzech   normalnych.   Podlegały   połączonej 

kwaterze sił alianckich (SHAEF), która także wyznaczała kolejne cele. Major Smythe był 

Numerem Drugim w ,,A" Force, której terenem działania był Tyrol — obszar pełen dobrych 

kryjówek, z łatwym dostępem do Włoch i dalej poza Europę, co, jak wiedzieli dzięki OSS i 

background image

SIS, było „skrytką numer jeden" dla tych, których szukali. Przy okazji, jak to powiedział 

Bondowi, zrobili sobie wycieczkę i to wszystko bez jednego strzału — nie licząc rzecz 

jasna tych dwóch, które wystrzelił osobiście major Dexter Smythe.

— Czy mówi coś panu nazwisko Hans Oberhauser? — spytał Bond.

Gospodarz wyglądał jakby się ciężko zastanawiał.

— Nic — odparł po chwili.

Było około osiemdziesięciu stopni w cieniu (w skali Fahrenheita), ale zadrżał.

— Pozwoli pan, że odświeżę pańską pamięć. Tego samego dnia, w którym otrzymał pan 

niemieckie   dokumenty,   rozpytywał   pan   w   Tiefenbrunner   Hotel,   gdzie   mieszkaliście,   o 

najlepszego   górskiego   przewodnika   w   Kitzbuhel.   Skierowano   pana   do   Oberhausera. 

Następne go dnia poprosił pan dowódcę o dzień urlopu i wczesnym rankiem udał się pan do 

domu Oberhausera, aresztował go i wywiózł swym jeepem. Przypomina pan sobie?

„Odświeżenie pamięci" — ile razy sam używał tego zwrotu starając się złapać jakiegoś 

Niemca,   który   łgał   jak   z   nut.   Był   przygotowany   na   coś   takiego   przez   lata,   ale   mimo 

wszystko musiał nad sobą panować kosztem dużego wysiłku.

— Nie bardzo — potrząsnął ze smutkiem głową.

— Mężczyzna   z   siwiejącymi   włosami   i   krótszą   jedną   nogą.   Przed   wojną   był 

instruktorem narciarskim i stąd znał trochę angielski.

Przykro mi — Smythe spojrzał w zimne oczy swego rozmówcy — ale nadal nic. 

James wyjął z kieszeni niewielki notes oprawiony w błękitną skórę i przekartkował go 

zatrzymując się w pewnej chwili.

Jako broń boczną miał pan wtedy regulaminowy rewolwer Webley and Scot kaliber 

czterdzieści   pięć   o   numerze   seryjnym   osiem   tysięcy   dziewięćset   sześćdziesiąt   siedem 

łamane przez trzysta sześćdziesiąt dwa.

Na pewno był to Webley. Cholernie nieporęczna broń. Mam nadzieję, że teraz używa 

się czegoś lepszego w stylu Lugera czy ciężkiej Beretty, ale czy to ten numer czy nie, to nie 

mam pojęcia. Przyznam się, że wtedy nie zawracałem sobie głowy czymś takim.

— Mam tu datę wydania panu broni z tym numerem przez Sztab i datę jej zwrotu. W 

obu przypadkach podpisał pan tę czynność w księdze broni.

— W takim razie to musi być mój numer — zgodził się Smythe. — Ale co to ma do 

rzeczy?

Przywołał   złość   by   dźwięczała   w   jego   głosie   i   Bond   przyjrzał   mu   się   prawie   z 

ciekawością.

— Wie   pan   —   odparł   prawie   uprzejmie   —   coś   panu   zaproponuję.   Przejdę   się   z 

kwadrans po ogrodzie i dam panu czas na przemyślenie wszystkiego. Proszę krzyknąć, gdy 

będzie pan gotów. Będzie o wiele łatwiej, jeżeli sam mi pan opowie jak było, niż gdybym 

ja musiał wszystko wyciągać po kawałku. Widzi pan, to w sumie jest i tak formalność, a 

jeśli czegoś nie wiem, to jedynie paru szczegółów. Rozmawiałem wczoraj w Kingston z 

braćmi Foo — odwrócił się i wyszedł do ogrodu.

Coś w majorze doznało ulgi. Przynajmniej w końcu próba nerwów, starania o alibi i 

niepewność były skończone. Jeśli ten Bond dotarł do Foo, to wiedział prawie wszystko. 

Ostatnią rzeczą, jakiej życzyliby sobie bracia, był zatarg z władzami, a poza tym i tak 

zostało nie więcej jak sześć cali towaru.

Wstał i nalał sobie kolejną mieszankę — pół na pół brandy z piwem — gdyż poprzednia 

w   dziwny   sposób   już   mu   się   skończyła.   Teraz   mógł   sobie   całkowicie   pozwolić   na 

zignorowanie lekarzy — przyszłość i tak nie  istniała dla jego skromnej osoby. Usiadł i 

zapalił dwudziestego w tym dniu papierosa, spoglądając na zegarek

— jedenasta trzydzieści. Jeśli w ciągu godziny pozbędzie się gościa, to będzie miał masę 

czasu na odwiedziny w       zatoczce.       Popijając       powoli       porządkował       myśli —

mógł opowiadać długo, aż do najdrobniejszych szczegółów łącznie z pogodą i kolorem 

kwiatków mijanych po drodze, albo mógł ograniczyć się do podstawowego przebiegu i 

istotnych faktów... Zdecydował się na to drugie.

*

W tej małżeńskiej sypialni w Tiefenbrunner, w stertach papierów porozkładanych na 

background image

sąsiednim   łóżku   nie   szukał   niczego   specjalnego.   Sprawdzał   po   prostu   zawartość 

najnowszego znaleziska i koncentrował uwagę na tych, które oznaczone były czerwonym 

napisem   KOMANDOSACHE,   HOECHST   VERTRAULICH.   Nie   było   ich   wiele   i 

najczęściej   były   to   tajne   raporty   dla   najwyższych   rangą   dygnitarzy   III   Rzeszy, 

przechwycone depesze ze złamanymi alianckimi szyframi i lokalizacje innych kryjówek. 

Jako że to kryjówki były głównym obiektem zainteresowania  „A" Force.  Przeglądał je 

szczególnie  dokładnie  — żywność,  broń,  materiały  wybuchowe,  raporty  wywiadu,  akta 

personalne   Gestapo...   Było   tego  wiele   i   to  bardzo  ciekawych.   Na   samym   dnie   pakietu 

znalazł   zapieczętowaną   czerwonym   woskiem   cienką   kopertę   z   napisem   „OTWORZYĆ 

JEDYNIE W OSTATECZNEJ POTRZEBIE". Wewnątrz była tylko jedna kartka papieru z 

paroma   słowami   skreślonymi   czerwonym   tuszem   i   bez   podpisu.   Nagłówek   głosił: 

„VALUTA", zaś treść samej kartki była następująca: WILDE KAISER. FRANZISKANER 

HALT. 100 M. DESTLICH STEINHUGEL. WAFFENKISTE. ZWEI BAR 24 KT. i dalej 

wymiary   w   centymetrach.   Biorąc   je   pod   uwagę,   każda   sztaba   wyglądała   bardziej   na 

fragment   muru   niż   na   sztabkę   złota.   Pomyśleć   tylko,   że   zwykły   pojedynczy   angielski 

suweren i to jedynie z osiemnastokaratowego złota dziś osiągał cenę dwóch-trzech funtów. 

To,   co   miał   przed   oczyma,   to   była   najprawdziwsza   fortuna!   Czterdzieści-pięćdziesiąt 

funtów, a może nawet i sto! Nie bardzo wiedział, co z tym dalej zrobić, ale na wypadek 

niespodziewanych odwiedzin spalił kartkę wraz z kopertą, starł popiół na pył i wrzucił do 

klozetu.   Następnym   krokiem   było   dokładne   przestudiowanie   służbowej   sztabówki   tego 

rejonu — w niedługim czasie znalazł tam Franziskaner Halt. Był to nie zamieszkany szałas 

alpinistów   usytuowany   w   siodle   niedaleko   najwyższych   ze   wschodnich   szczytów   gór 

Kaiser — tego wzbudzającego podziw masywu skalnych zrębów, które stanowiły północny 

horyzont Kitzbiihel. Cały ten majątek leżał o niespełna dziesięć mil i może z pięć godzin 

wspinaczki od miejsca, w którym właśnie siedział!

Początki były takie, jak domyślił się ten cały Bond. O czwartej rano udał się do domu 

Oberhausera, aresztował go, oznajmiając zaskoczonej i protestującej rodzinie, że zabiera go 

do   obozu   w   Monachium   celem   przesłuchania   i   jeśli   przewodnik   będzie   miał   czystą 

przeszłość, to w ciągu tygodnia znajdzie się w domu. Jeśli zaś rodzina narobi wokół całej 

sprawy zamieszania, to tylko pogorszy sytuację zatrzymanego. Swojego nazwiska nie po-

dał, a był na tyle przewidujący, że numery jeepa zachlapał błotem — za dwadzieścia cztery 

godziny ,,A" Force ruszała w drogę, a zanim dotrą tu władze okupacyjne, cała sprawa 

zostanie zagubiona w okupacyjnym bałaganie.

Oberhauser, gdy otrząsnął się z szoku, okazał się całkiem miły, a kiedy Smythe zaczął 

opowiadać o nartach i wspinaczce ze sporą znajomością rzeczy (przed wojną, w wolnych 

chwilach, zajmował się jednym i drugim), całkiem się rozruszał. Ich droga prowadziła u 

podnóża łańcucha górskiego, a jechali niezbyt szybko przy pełnych podziwu komentarzach 

Dextera na temat szczytów różowych na tle wschodzącego słońca. W końcu pod  Złotym 

Szczytem,  jak go w myślach ochrzcił, zjechał na porośnięte krzakami pobocze i oznajmił 

swemu pasażerowi:

—   Jest   pan   człowiekiem,   który   przypadł   mi   do   serca.   Mamy   wiele   wspólnych 

zainteresowań, a to, co pan mówił, tylko potwierdza moje przypuszczenia, że nie współ-

pracował pan z nazistami. Powiem panu co zrobimy. Spędzimy dzień na łażeniu po górach, 

a potem odwiozę pana do domu i zamelduję swojemu przełożonemu, że w Monachium 

oczyścili pana z podejrzeń. Co pan na to?

Oberhauser prawie się rozpłakał z wdzięczności. Jedyną jego troską było, czy nie będzie 

potrzebował w przyszłości jakiegoś urzędowego zaświadczenia o tym, że jest porządnym 

obywatelem, na co major Smythe zgodził się bez wahania. Jeep został sprowadzony z drogi 

i dobrze ukryty w krzakach, a oni ruszyli w górę porośniętego sosnami stoku.

Major   był   doskonale   przygotowany   do   wspinaczki   —   ubrany   w   luźny   battledress   i 

amerykańskie   buty   spadochroniarskie   na   grubej,   gumowej   podeszwie,   a   jedynym 

obciążeniem był służbowy Webley and Scot. Jego towarzysz, jakby nie było, mógł okazać 

się wrogiem, a sam Oberhauser nie zasugerował jakoś, by zostawił broń za jakimś łatwym 

do odszukania kamieniem. Niemiec co prawda miał na sobie odświętne ubranie i takież 

buty, ale nie przeszkadzało mu to w niczym, a z jego zapewnień wynikało jasno, że do 

dalszej drogi nie będą potrzebowali lin czy innego wyposażenia alpejskiego. Ot, zwykły 

background image

spacer po górach i to z perspektywą odpoczynku w szałasie, który zbudowano akurat na tej 

górze. Nazywał się Franziskaner Halt. Nieco niżej był co prawda niewielki lodowiec, ale 

bez problemów można go było obejść.

Idąc   z   tyłu   Dexter   obserwował   kark   przewodnika,   po   raz   ostatni   rozważając   swoją 

decyzję. W końcu był to tylko przeklęty szwab, a co znaczy jeden mniej czy więcej po tych 

sześciu latach? Reszta była prosta — jedyne, co go martwiło, to jak znieść złoto do jeepa. 

Pozostały wyłącznie własne plecy, choć sądząc z jakości terenu, po którym szli, przez 

większość drogi będzie w stanie ciągnąć je w tej skrzyni amunicyjnej, czy w czym są tam 

zapakowane.

Wspinaczka okazała się nadzwyczaj długa i monotonna — za linię drzew dotarli koło 

południa,   gdy   słońce   zdrowo   już   przypiekało,   a   przed   nimi   rozciągało   się   dopiero 

rumowisko   skalne   prowadzące   do   szałasu.   Głazy   i   skały   pokonali   nadzy   do   pasa   i 

ociekający   potem,   ale   pomimo   utykania   Oberhausera   utrzymali   dobre   tempo,   a   gdy 

zatrzymali   się   przy   strumieniu,   by   się   napić   i   obmyć,   tenże   pogratulował   Smythe'owi 

kondycji. W odpowiedzi dowiedział się (niezbyt zresztą zgodnie z prawdą), że angielscy 

żołnierze zawsze taką mają i ruszyli w dalszą drogę.

Ostatni odcinek, na który składała się z pozoru niedostępna skalna ściana okazał się dość 

prostą   wspinaczką,   tak   zresztą   jak   przewidywał   major   —   inaczej   bez   sensu   byłoby 

budowanie szałasu za, a nie przed stokiem. Dla ułatwienia wspinaczki w skale wykuto 

otwory i wbito haki, ale sam przed sobą przyznawał, że w paru najtrudniejszych miejscach 

miałby   duże   trudności   z   ich   znalezieniem   i   pogratulował   sobie   w   duchu   pomysłu   z 

zabraniem przewodnika.

Gdy Oberhauser w pewnym momencie oderwał fragment skały, który z łoskotem runął 

w dół, Dexterowi przypomniała się jedyna kwestia, której dotąd nie miał okazji sprawdzić 

— kwestia hałasu.

— Dużo tu wokół ludzi? — spytał obserwując znikający w dole kamień.

— Ani żywej duszy do Kufstein. Tu nie ma pastwisk i jest mało wody. Przychodzą tylko 

alpiniści, a od początku wojny prawie nikt...

Podczas   obchodzenia   białoniebieskiego   lodowca   major   dokładnie   go   sobie   obejrzał. 

Szczególnie   interesował   się   wielkością   wąwozów,   teraz   wyraźnie   widocznych, 

stanowiących   w   zimie   jednolitą   całość   pokrytą   lodem   —   były   wystarczające   dla   jego 

potrzeb.   Wprost   nad   nimi,   o   jakieś   sto   stóp   prawie   pionowej   ściany,   wznosiły  się 

poczerniałe ściany szałasu. Zadowolony ruszył w dalszą drogę — co prawda mógł pozbyć 

się   już   tutaj   Oberhausera,   ale   parę   szczegółów   ostatniego   odcinka   nie   było   dlań   tak 

zupełnie jasnych. Wolał zaczekać.

W   szałasie   znaleźli   się   po   pięciu   godzinach   od   wyruszenia   w   góry   i   pod   pozorem 

potrzeby   fizjologicznej   Smythe   powędrował   już   bez   towarzystwa   wzdłuż   wschodniego 

krańca siodła, nie zwracając żadnej zresztą uwagi na wspaniałe panoramy Austrii i Bawarii, 

rozciągające się w kryształowym powietrzu po obu jego stronach na prawie pięćdziesiąt 

mil.   Dokładną   uwagę   zwracał   natomiast   na   liczenie   kroków   —   gdy   doszedł   do   stu 

dwudziestu  stanął  przed   kamiennym   kopcem,   być   może   pamiątką   po   jakimś   tragicznie 

zmarłym alpiniście. Wiedząc co zawiera, ledwie powstrzymał się, żeby go nie rozebrać. Za-

miast tego sprawdził rewolwer i ruszył z powrotem do szałasu.

Byli na wysokości dziesięciu tysięcy stóp i było więcej niż chłodnawo. Oberhauser zajął 

się więc rozpalaniem ognia, co jego towarzysza wprawiło w stan ledwie maskowanego 

przerażenia. Ostatnią rzeczą, której pragnął Smythe, to widoczny z daleka dym.

— Stąd jest wspaniały widok — odezwał się radośnie. — Mógłby pan pójść ze mną i 

pokazać mi co słynniejsze szczyty. Nigdy dotąd ich nie widziałem z bliska.

— Oczywiście, majorze — zgodził się Niemiec.

Gdy wyszli z szałasu Oberhauser sięgnął do kieszeni i wyciągnął coś owiniętego w 

papier. Tym czymś okazała się wysuszona kiełbasa.

— To nazywamy „żołnierzem" — wyjaśnił częstując gościa. — Wędzona i twarda, ale 

bardzo dobra. To coś takiego jak pokazują na waszych westernach. Jak ją tam nazywają?

Biltong — odparł zapytany dodając (co go później lekko zdegustowało) — niech pan 

zostawi   kiełbasę,   potem   ją   podzielimy.   Chodźmy   tu.   Czy   widać   stąd   Innsbruck? 

Oberhauser   zostawił   kiełbasę   w   szałasie   i   ruszył   opowiadając   o   co   ciekawszych 

background image

fragmentach krajobrazu. Smythe szedł za nim, co jakiś czas pytając o ten czy inny szczyt 

wyróżniający się kształtem lub wysokością.

Doszli tak ponad lodowiec, gdzie Anglik wyciągnął rewolwer i z odległości dwóch stóp 

wpakował dwie kule w tył głowy Niemca. Śmierć nastąpiła natychmiast, a siła uderzenia 

wyrzuciła go w przepaść. Ciało uderzyło o skały i spadło na lodowiec,  ale nie tam, gdzie 

powinno — uderzenie o głazy zmieniło tor lotu, tak że trup spoczywał w pół drogi do 

najbliższej rozpadliny na kupie starego śniegu. Odgłos strzałów odbił się głębokim echem 

od gór i zamarł, a major rzucił ostatnie spojrzenie na ciemny kształt leżący na białym 

śniegu   i   pospieszył   w   stronę   pryzmy   kamieni.   Pewne   sprawy   miały   bezwzględne 

pierwszeństwo!

Zaczął od szczytu kopca, pracując jakby się ziemia za nim paliła, odwalając na boki 

nieforemne głazy. Dłonie krwawiły, paznokcie łamały się, ale nie zwracał na to uwagi 

pochłonięty   pracą   i   przerażeniem,   gdyż   kamieni   ubywało,   a   on   nadal   niczego   nie 

znajdował. Dopiero gdy odrzucił ostatnie, ukazał się narożnik skrzyni w kolorze feldgrau. 

Skrzynka amunicyjna standardowego typu, używana przez Wehrmacht i mająca jeszcze 

ślady   napisów.   Z   westchnieniem   ulgi   opadł   na   najbliższy   fragment   skały,   z   umysłem 

wirującym wokół obrazów Monte Carlo, Bentleya, kawioru i szampana...

Siedział tak przez kwadrans, po czym przypadkowe spojrzenie na zegarek przyprawiło 

go ponownie o stan gorączkowej aktywności. Był już bowiem najwyższy czas, by pozbyć 

się   śladów  swej   działalności.   Skrzynka   miała   po   bokach   uchwyty   i  spodziewał  się,   że 

będzie ciężka

— podświadomie   porównywał   ją   z   najcięższą   rzeczą,   jaką   w   życiu   niósł   — 

czterdziestofuntowym   pstrągiem   złapanym   w   Szkocji   tuż   przed   wojną   —   ale   ważyła 

przeszło dwukrotnie więcej i ledwie zdołał ją wyciągnąć z zagłębienia na miękką, górską 

trawę. Owinął jeden z uchwytów w chusteczkę i dociągnął ją do szałasu, po czym z ulgą 

siadł na skalnym progu, nadal ani na moment nie spuszczając z niej wzroku. Pogryzając 

kiełbasę rozmyślał nad tym, jak sprowadzi na dół pięćdziesiąt tysięcy funtów — na tyle 

bowiem oszacował jej zawartość, i umieści w nowej kryjówce.

Kiełbasa była doskonała na górskie wyprawy — twarda, tłusta i doskonale doprawiona. 

Co   twardsze   kawałki   sprawiały   przy   żuciu   pewne   problemy   i   wypluł   nawet   parę,   ale 

wyszkolony   wywiadowczy   umysł   włączył   się   do   akcji   —   starannie   przeszukał   trawę   i 

kamienie, pozbierał je wszystkie i połknął. Od teraz był przestępcą. Może nie aż takim co to 

obrabował bank, ale bez wątpienia przestępcą. Policjantem, który stał się złodziejem i przez 

cały   czas   będzie   musiał   o   tym   pamiętać.   Jeśli   nie   będzie   o   tym   pamiętał,   to   zamiast 

luksusów czeka go śmierć. Sprawdził dokładnie wnętrze szałasu usuwając wszelkie ślady 

swojej   obecności,   następnie   zaciągnął   skrzynię   na   skraj   urwiska   i,   starając   się   ją   tak 

skierować, by nie upadła na lodowiec, pchnął z całych sił.

Skrzynia, powoli obracając się w locie, odbiła się od jakiegoś wystającego głazu i z 

hukiem wylądowała na piargach, usuwając się nieco w miniaturowej lawinie. Tego czy 

otwarła się przy upadku nie mógł dostrzec, ale nie bardzo go to wzruszało — prędzej czy 

później, i tak musiał ją dziś otworzyć. Z równym powodzeniem góry mogły zaoszczędzić 

mu wysiłku.

Ostrożnie, starannie sprawdzając każdy uchwyt i oparcie zanim przeniósł na nie ciężar 

ciała, ruszył w dół —

miał teraz znacznie więcej powodów, by cenić swe życie, niż 

podczas   wchodzenia   —   jakieś   pięćdziesiąt   tysięcy   powodów.   Dotarł   do   lodowca   i 

przedostał   się   do   leżącego   na   nim   trupa.   Na   odciski   stóp   nie   potrafił   nic

poradzić,   ale   parę   słonecznych   dni   powinno,   jeśli   nie   zupełnie   je   zlikwidować,   to 

przynajmniej zniekształcić na tyle, by uniemożliwiły jakąkolwiek próbę identyfikacji. W 

czasie wojny napatrzył się na wystarczającą ilość nieboszczyków, by przestało to robić na 

nim jakiekolwiek wrażenie, toteż bez jakiejkolwiek zwłoki zaciągnął trupa do najbliższej 

rozpadliny i wrzucił. By zamaskować ciemną plamę, skopał wystający na skraju śnieg i 

zadowolony wrócił, stawiając stopy w tych samych miejscach, w których robił to idąc ku 

nieboszczykowi. Bez przeszkód wrócił poza zasięg śniegu i lodu i podszedł do metalowej 

skrzyni.

Góry   zaoszczędziły   mu   jednak   wysiłku   na   podważanie   wieka   czy   mocowanie   się   z 

zamkiem. Pozostało jedynie rozedrzeć gruby papier pakowy i jego oczom ukazały się dwa 

background image

lśniące   w   słońcu   kawały   metalu.   Każdy   na   środku   oznaczony   był   swastyką   w   kole, 

trzymaną   w   szponach   orła   —   symbolem   Reichsbanku   i   datą   —   tysiąc   dziewięćset 

czterdzieści   trzy.   Zawinął   je   z   zadowoleniem   w   ten   sam  papier,   odłamem   skały 

przymocował jakoś pogięte dno i przywiązał rzemień od rewolweru do jednego z uchwy-

tów. Po wykonaniu tych czynności ruszył w dół, ciągnąc za sobą ciężki i nieporęczny 

pakunek.

Była   pierwsza   i   słońce   piekło   niemiłosiernie   gotując   go   we   własnym   pocie, 

poczerwieniałe   ramiona   zaczynały   palić,   podobnie   jak   twarz   i   dopiero   dotarcie   do 

strumienia mogło coś na to zaradzić.

W dalszą drogę ruszył nieco pokrzepiony, klnąc od czasu do czasu, gdy na większej 

stromiźnie skrzynka doganiała go obijając się o nogi. Najbardziej nieprzyjemną rzeczą była 

perspektywa tego, co go czeka, gdy zejdzie w dolinę i pozostanie mu do pokonania obszar 

dzielący go od jeepa, a to była, jak oceniał, mila i to bez siły grawitacji działającej na jego 

korzyść.

Gdy  znalazł  się  na   płaskim  terenie,   długo  odpoczywał  w cieniu drzew.   Rozłożył  na 

trawie koszulę i przeniósł na nią obie sztaby. Związał następnie brzegi koszuli z początkiem 

rękawów tak mocno, jak tylko mógł. Następną rzeczą było wykopanie płytkiego dołu i 

zakopanie w nim skrzyni, po czym nastąpiła najgorsza część zadania. Związał rękawy, 

przyklęknął   i   założył   sobie   to   prowizoryczne   nosidło   na   plecy,   podtrzymując   ładunek 

rękoma, a przewiązane rękawy opierając na czole. Przegięty do przodu tak, by ładunek go 

nie przeważył co, groziło bolesnym upadkiem, wstał i zataczając się ruszył, czując jak z 

każdym krokiem coraz bardziej   bolą go plecy i opuszczają siły w miarę skracania się 

gorączkowo   łapanego   oddechu.   W   dodatku   ścieżka   była   nierówna   i   wiła   się   między 

drzewami, co jeszcze bardziej utrudniało marsz.

Ilekroć wspomina tę część podróży, nie może się nadziwić, jakim cudem udało mu się 

dotrzeć do wozu. Co paręnaście kroków węzły nie wytrzymywały obciążenia i ładunek 

sypał się z hałasem na ziemię, boleśnie obijając mu pośladki i łydki. Za każdym razem 

odpoczywał i zabierał się znów do roboty. W końcu zaczął liczyć kroki, odpoczywając po 

każdej setce i to najprawdopodobniej doprowadziło go wreszcie do jeepa, przy którym 

zwalił się na ziemię. Po dłuższej chwili zebrał siły na tyle, by zabrać się za wyszukanie 

odpowiedniej kryjówki pośród usypiska głazów, które będzie w stanie odnaleźć bez ni-

czyjej pomocy, i zakopanie tam skarbu. Resztką sił oczyścił się i okrężną drogą (by nie 

przejeżdżać   obok   domu   Oberhausera)   dotarł   do   hotelu,   gdzie   spił   się   trzema   zaledwie 

sznapsami i runął na łóżko, zasypiając momentalnie.

Następnego dnia   „A"  Force  ruszyła   śnieżnym  tropem do  doliny  MittersilFa,   a  sześć 

miesięcy   później   major   Smythe   był   z   powrotem   w   Londynie   —   dla   niego   wojna   się 

skończyła.

Nie   dotyczyło   to   bynajmniej   jego   problemów   —   złoto   jest   towarem   trudnym   do 

przemycenia, szczególnie w ilościach jakimi dysponował, a sprawą najpilniejszą stało się 

obecnie   przewiezienie   go   przez   Kanał   i   znalezienie   nowej   skrytki.   Odłożył   więc 

demobilizację i korzystając z przywilejów, jakie dawał mu stopień, a zwłaszcza z przepus-

tek Military Inteligence, wkręcił się jako brytyjski reprezentant do Połączonego Centrum 

Przesłuchań w Monachium. Spędził tu następne sześć miesięcy nudząc się niemiłosiernie, 

ale przetransportował sztaby i trzymał je w walizce pod łóżkiem. W tej samej walizce 

przewiózł   je   pojedynczo   do   Anglii   korzystając   z   przepustek   na   weekend.   Marsz   przez 

lotniska w Monachium i Northold, przy takim niesieniu walizki jakby zawierała jedynie 

papiery, wymagał dwóch tabletek benzydryny i żelaznego opanowania, ale w, efekcie miał 

fortunę ukrytą w piwnicy mieszkania swej ciotki w Kingston i mógł spokojnie zabrać się za 

realizację kolejnego etapu swoich planów. Zrezygnował ze służby i ożenił się z jedną z 

dziewczyn, z którymi podczas niej sypiał — miłą blondynką Mary Parnell, pochodzącą z 

solidnej, mieszczańskiej rodziny. Załatwił bilety na jeden z nielicznych wówczas statków 

pływających z Aronmouth do Kingston, gdyż oboje byli zgodni co do tego, że Jamajka 

będzie rajem słońca, dobrego jedzenia i tanich drinków, szczególnie po ponurej i objętej 

restrykcjami   ekonomicznymi   powojennej   Anglii.   Zanim   odpłynęli   pokazał   jej   złoto,   z 

którego wcześniej dłutem usunął znaki Reichsbanku informując:

— Byłem sprytny, kochanie i nie zaufałem papierkom. Sprzedałem wszystko co mogłem 

background image

i zamieniłem na to. Jeśli dobrze je sprzedam, to dostanę przynajmniej dwadzieścia tysięcy 

funtów, a to powinno nam zapewnić wcale porządne życie.

Mary   nie   znała   zasad   i   tajników   operacji   bankowych   w   ogóle,   a   ceny   złota   w 

szczególności, ale widok jaki przedstawił się jej oczom podziałał na nią zupełnie jedno-

znacznie — objęła go i ucałowała gorąco.

Jesteś cudowny — oświadczyła.— Sprytny, przystojny i jeszcze w dodatku bogaty. 

Jestem najszczęśliwszą osobą na świecie.

— Faktem jest, że jesteśmy bogaci, ale obiecaj mi, że nie piśniesz o tym ani słowa. 

Inaczej wszyscy włamywacze na Jamajce nie dadzą nam chwili spokoju. Obiecujesz?

— Obiecuję.

*

Pńnce's Club położony na wzgórzach z panoramą na Kingston był faktycznie rajem — 

przyjemni członkowie,   świetna   służba,    nielimitowana żywność  i   tanie  napoje, a w 

dodatku klimat jakiego oboje nie znali. Byli popularną parą, a przebieg służby majora 

Smythe'a bez trudu wprowadził ich w środowisko elity wyspy, zamieniając ich życie w 

niekończące się pasmo przyjęć, tenisa (dla Mary) i golfa (dla niego). Wieczorem był brydż 

i poker (na wysokie  stawki).  To był w rzeczy samej raj, szczególnie w porównaniu z 

racjonowaniem żywności, inflacją i czarnym rynkiem, a w dodatku najgorszą zimą jaka od 

trzydziestu lat nawiedziła Anglię.

Wydatki pokrywali z połączonych rezerw gotówkowych odłożonych z pensji, które w 

okresie wojny były wcale wysokie. Prawie rok zajęło mu dokładne sprawdzenie i delikatne 

rozpytywanie,   zanim   zdecydował   się   na   przeprowadzenie   transakcji   z   braćmi   Foo   — 

poważnymi   i   wielce   zamożnymi   postaciami   stojącymi   na   czele   chińskiej   kolonii   na 

Jamajce. Jak głosiła plotka część ich interesów była podejrzana, ale wszystkie wywiady 

jakie   przeprowadził   niezmiennie   wskazywały,   że   są   w   interesie   jak   najbardziej   godni 

zaufania. Podpisanie Konwencji Bretton Wood ustaliło światową cenę złota, która aktualnie 

wynosiła trzydzieści pięć dolarów za uncję, ale ogólnie wiadomo było, że Macao i Tanger, 

dwa   porty,   które   z   różnych   względów,   ale   z   równym   skutkiem,   nie   podlegały   jej 

ograniczeniom, oferują cenę co najmniej stu dolarów za złoto najwyższej próby. Zupełnie 

przypadkowo bracia Foo ponownie rozpoczęli handel z Hong Kongiem, który zyskał już 

sławę  Złotych   Wrót  dla   tego   kruszcu,   przemycanego   później   do   sąsiedniego   Macao. 

Wszystko to bardzo mu odpowiadało, toteż w końcu spotkał się z nimi by omówić wspólne 

interesy.

Przebieg spotkania był bardzo miły i aż do momentu pokazania sztab nikt nie zadawał 

zbędnych pytań. Padły one, gdy okazało się, że nie ma na nich próby bankowej, choć 

przyznać trzeba, że zadano je w sposób tyle uprzejmy, co dyskretny.

—   Widzi   pan,   majorze   —   oznajmił   starszy   z   braci,   bardziej   łysy,   siedzący   za 

mahoniowym   biurkiem   —   na   tym   rynku   próby   wszystkich   szanujących   się   banków   i 

handlarzy są przyjmowane bez pytań. Gwarantują one bowiem jakość złota. Ale są również 

takie   banki   czy   handlarze,   których   metody   przetopu   są,   powiedzmy,   niezupełnie 

zadowalające.

— Ma pan na myśli stary numer z pozłacaną cegłą? Kawał ołowiu oblany złotem?

— Skądże, takie coś nie wchodzi w ogóle w rachubę. Ale jeśli pan nie zna pochodzenia 

tego złota, to nie powinien mieć pan obiekcji, że spróbujemy sprawdzić dokładnie próbę 

tych sztab. Zapewniam, że obaj z bratem jesteśmy wystarczająco kompetentni w tej materii. 

Mógłby je pan nam zostawić i przyjść powiedzmy po lunchu?

Nie mając wyjścia musiał im całkowicie zaufać. Musiał też przyjąć każdą wartość jaką 

mu podadzą, toteż wracał do ich biura po dwóch głębszych i sandwichu, który omal nie 

stanął mu w gardle.

Biuro wyglądało tak, jak w momencie gdy je opuszczał — dwóch uśmiechniętych braci, 

dwie sztaby złota, walizka przed starszym z nich i kartka papieru, na której leżał złoty 

parker.

— Rozwiązaliśmy   pański   problem,   majorze   —   powiedział   starszy   —   to   niemieckie 

background image

złoto, prawdopodobnie z rezerw Reichsbanku. Widzi pan, każda sztaba zawiera dziesięć 

procent ołowiu, co pod rządami Hitlera było typowym i nierozsądnym przyzwyczajeniem 

Reichsbanku. Zawsze mieszali złoto z ołowiem w tej proporcji, co zresztą szybko stało się 

ogólnie znanym faktem, szczególnie w Szwajcarii, gdzie go sporo trafiło. Efektem tego

posunięcia była utrata przez bank niemiecki reputacji uczciwego handlarza, jaką zyskał 

sobie przez stulecia. To bardzo złe i bardzo głupie posunięcie, majorze.

Przez chwilę zastanawiał się, czy to ostatnie zdanie dotyczyło posunięcia Reichsbanku 

czy też jego własnych poczynań, ale zdecydowała chęć poznania prawdy.

— To interesujące, ale z mojego punktu widzenia nie zbyt dobre wieści. Czy to złoto nie 

jest   dobrym   towarem,   czy   jak   inaczej   to   się   określa   na   rynku?   To   nie   ma   znaczenia, 

majorze, albo raczej ma niewielkie znaczenie. Sprzedamy pańskie złoto za jego faktyczną 

wartość, to jest około osiemdziesięciu dziewięciu dolarów za uncję. Przez nabywcę może 

zostać przetopione albo i nie, to już jego sprawa i nie nasz interes. My sprzedamy je w 

takiej postaci, w jakiej jest.

— Ale za niższą cenę.

— Tak już wypada. Ale mamy, jak sądzę, i dobre wiadomości dla pana. Na ile ocenia 

pan wartość tych sztab?

— Na jakieś trzydzieści tysięcy funtów.

Starszy Foo chrząknął z rozbawieniem.

— Myślę, że jeśli sprzedamy je powoli, to otrzyma pan więcej niż sto tysięcy dolarów 

już po odliczeniu naszych kosztów za transport i pośrednictwo, czyli inaczej mówiąc na 

czysto.

— A ile mają wynosić te koszty?

— Mamy na myśli dziesięć procent, jeśli to oczywiście panu odpowiada.

Sądził co prawda, że suma ta jest znacznie niższa, ale po pierwsze i tak nie miał wyjścia, 

a po drugie wychodziło na to, że od lunchu wzbogacił się o jakieś dziesięć tysięcy funtów 

gotówką.

— Zgoda — oznajmił wyciągając rękę nad lśniącym blatem biurka.

Od tego dnia raz na kwartał składał wizytę w biurze braci z pustą walizką. Czekało na 

niego regularnie pięćset funtów w nowych banknotach jamajskiego nominału i kartka, na 

której dokładnie wyliczono sprzedaną ilość, uzyskaną kwotę i rozliczenie z braćmi Foo. 

Wszystko to było nader proste, miłe i utrzymane w konkretnej atmosferze. Nawet jeśli 

potrącali sobie więcej niż dziesięć procent, to on ani o tym nie wiedział, ani nie mógł tego 

udowodnić, ani w końcu go to nie obchodziło — dwa tysiące rocznie to była wystarczająca 

kwota   i   jedynym   zmartwieniem   był   fakt,   że   w   końcu   mogą   się   nim   zainteresować 

specjaliści od podatków. Wspomniał o tym braciom przy kolejnej wizycie, ale uspokojono 

go i przez następny rok na stole pojawiało się tylko po czterysta funtów, ale za to nigdy nie 

poruszano już tego tematu i nikt go nie niepokoił z tego tytułu.

W ten sposób mijały pełne rozleniwienia dni, zmieniając się dostrzegalnie — obojgu 

przybywało wieku i wagi — w lata. Smythe miał pierwszy zawał i pierwsze ostrzeżenie od 

lekarza o konieczności zmniejszenia picia i palenia oraz o diecie, które Mary z początku 

starała się egzekwować, co skończyło się potajemnym sięganiem do butelki i kłamstwami, 

z początku drobnymi, potem coraz większymi. Jej starania spełzły na niczym — gdy starała 

się trafić do niego uczuciem, było już za późno — stała się dlań symbolem strażnika, 

którego   odruchowo   się   unika   i   oszukuje.   Gdy   z   tego   powodu   zaczęły   się   awantury, 

załamała   się   sięgając   po   lekarstwa   i   po   kolejnej   wzięła   zbyt   wielką   dawkę   środków 

nasennych „żeby mu pokazać".  Mimo prób ratunku dawka była zbyt silna. Co prawda 

samobójstwo   zostało   zatuszowane,   ale   ślad   na   towarzyskiej   reputacji   Dextera   pozostał. 

Przeniósł się więc na wybrzeże, które, choć oddalone od Kingston zaledwie trzy mile, w 

małym światku Jamajki było zupełnie inną planetą. Tu, po drugim zawale, był właśnie w 

trakcie zapijania się na śmierć, gdy pojawił się mężczyzna o nazwisku Bond z wyrokiem 

śmierci w kieszeni.

Major spojrzał na zegarek — było parę minut po godzinie dwunastej, gdy skończył 

background image

swoją opowieść. James wysłuchał jej siedząc pod parasolem plażowym na werandzie, po 

czym mruknął:

— To mniej więcej tak, jak sobie wyobrażałem.

— Chce pan bym to spisał i podpisał?

— Jeśli pan chce, to proszę, ale nie dla mnie, tylko dla sądu wojennego. Wszystkim 

zajmie się pana stary Korpus. Ja nie mam nic wspólnego z prawną stroną tej sprawy. Złożę 

raport o tym, co pan powiedział. Firma przekaże go Royal Marinę Corps, a potem, jak 

sądzę, do Scotland Yardu.

— Mogę o coś spytać?

— Proszę.

— Jak oni się o tym dowiedzieli?

— To był niewielki lodowiec. W tym roku, kiedy stopniały śniegi, ciało Oberhausera 

pojawiło się na nim wypchnięte ruchem lodu. Znaleźli je jacyś turyści, a pan nie zabrał jego 

dokumentów — identyfikacja była formalnością, zresztą rodzina go rozpoznała, gdyż był 

doskonale zachowany. Reszta była kwestią cofania się w przeszłość i rutynowego śledztwa. 

Kule były koronnym dowodem.

— A jak pan został w to wszystko wmieszany?

— Moja firma stała się odpowiedzialna za wyniki akcji i za same akcje MOB, skąd akta 

trafiły do nas, a ja przypadkowo je zobaczyłem. Miałem trochę wolnego i poprosiłem o 

zadanie odszukania tego, kto to zrobił.

— Dlaczego?

— Bo Oberhauser był moim przyjacielem. Nauczył mnie jeździć na nartach. Działo się 

to przed wojną, gdy byłem nastolatkiem. To był wspaniały człowiek. Dla mnie stał się kimś 

w rodzaju ojca w czasie, gdy potrzebowałem kogoś takiego.

— Rozumiem... Przykro mi.

Bond nie patrząc na gospodarza wstał.

— Wracam   do   Kingston.   Nie,   proszę   się   nie   wysilać,   znajdę   drogę   do   wozu.   Miną 

pewnie dwa tygodnie zanim kogoś po pana przyślą.

Dexter słyszał jego oddalające się kroki i szum zapalanego silnika po drugiej stronie 

domu, a następnie coraz cichszy odgłos jego pracy.

*

Szukając swej ofiary ponad rafą, Smythe zastanawiał się, co dokładnie miały znaczyć 

słowa wypowiedziane przez tego całego Bonda. W pewnej chwili uśmiechnął się — jak 

zwykle najprostsze było zawsze najtrudniejsze, a to po prostu była nowa odmiana starego 

jak świat i wojsko sposobu pozostawienia winnego jakiegoś przestępstwa oficera sam na 

sam z jego służbową bronią. Gdyby Bond chciał, mógłby zadzwonić do biura Gubernatora i 

poczekać zanim oficer z tutejszego pułku nie przyjedzie, by zabrać gospodarza do aresztu. 

To miło z jego strony, że tego nie zrobił, ale czy tylko miłe...? Samobójstwo było dla władz 

rzeczą przyjemniejszą, oszczędzało masę papierkowej roboty i pieniędzy. Miał do wyboru 

— albo zgodzić się z milczącą sugestią Bonda i dobrowolnie dołączyć do Mary (swoją 

drogą  ciekawe,  gdzie  też  trafiają samobójcy?),  albo  przejść  przez  tę  całą  procedurę  — 

nużące   formalności,   upokorzenia,   nagłówki   w   gazetach   i   nudę   wyroku   (jeśli   będzie   to 

dożywocie), zakończoną bez wątpienia trzecim zawałem. Mógł też spróbować obrony — 

czasy wojny i nienawiści, szamotanina z Oberhauserem na szczycie góry, próba ucieczki 

więźnia, normalna ludzka słabość na widok bogactwa, która wystąpiła u biednego oficera z 

nienagannym przebiegiem służby i dramatyczne zdanie się na łaskę sądu. Nagle oczyma 

wyobraźni zobaczył siebie na sali sądowej —

wyprostowaną   postać   w   mundurze 

ozdobionym   wszystkimi   odznaczeniami,   wspaniale   się   prezentującą   w   tradycyjnej 

czerwieni i błękicie galowego uniformu (chyba mole nie dostały się jeszcze do niego?). 

Nic,   Lunoi   dopilnuje   przygotowań,   wywietrzy   się   go   i   wysuszy,   a   z   pomocą   gorsetu 

zmieści   jeszcze   swoją   czterdziestojednocalową   talię   w   trzydziestoczterocalowych 

spodniach,   które   Gives   szył   mu   na   miarę   ćwierć   wieku   temu.   W   dodatku   będzie   tam 

(przypuszczalnie   w  Chatham)  wyższy  rangą   oficer  broniący  jego  sprawy.  No  i  zawsze 

można się odwołać do wyższej instancji... Cała ta sprawa może się jeszcze stać  cause 

background image

calebre

 

 

sprzeda

 

historię

 

gazetom,

 

napisze

książkę...

Poczuł jak ogarnia go podniecenie i zaraz się zganił — lekarz 

mówił o szkodliwości nagłych wzruszeń, a to była i tak tylko jedna z możliwości. Stanął na 

dnie czując przyjemne kołysanie fal — tak, po lunchu rozważy to wszystko spokojnie i 

dokładnie. Przed coctailem ze znajomymi i kolacją w Show Park Beach Club. Perspektywa 

przyjemnego i znojnego popołudnia rozwiała mroki wywołane pojawieniem się Bonda i 

skierowała jego myśli z powrotem na aktualny problem.

Ośmiorniczka czekała na lunch, toteż zanurzył się czym prędzej, koncentrując wzrok i 

uwagę   na   przesuwającym   się   dnie.   Płynął   powoli   pomiędzy   odłamkami   porośniętego 

algami korala, ku rysującej się z przodu rafie.

Prawie natychmiast dostrzegł parę czułków langusty pytająco kołyszących się z otworu 

pod luźnym koralem, zaniepokojonej turbulencją jaką powodował płynąc. Sądząc z ich 

grubości musiał to być spory okaz — trzy albo cztery funty. Normalnie zatrzymałby się 

mącąc piasek przed jamą, by ją bardziej wywabić — langusty to ciekawa rodzina — po 

czym przeszyłby ją harpunem i zabrał na obiad, ale dziś istniała dla niego tylko jedna 

zdobycz i jeden kształt, na którym koncentrował uwagę — nieforemny i brzydki kształt 

ryby skorpiona.

Dziesięć minut później dojrzał leżący na białym piasku porośnięty odłamek skały, który 

jednak nim nie był. Ostrożnie stanął na dnie obserwując jak kolce jadowe na grzbiecie 

wroga prostują się — to była spora sztuka, może trzy czwarte funta. Obserwowała go 

uważnie czerwonymi, wściekłymi oczami. Ujął mocniej harpun i sprężył się — miał tylko 

jedną szansę szybkiego i celnego ciosu wymierzonego prawie pionowo. Z doświadczenia 

wiedział,   że   grot,   choć   cienki   i   ostry,   odbije   się   i   ześlizgnie   z   rogatego,   osłoniętego 

organicznym pancerzem łba. Powoli odbił się i używając łagodnych ruchów nóg popłynął 

na spotkanie, aż znalazł się nad rybą, po czym gwałtownie runął w dół. Ofiara musiała 

poczuć  jednakże słabe, ale  istniejące drganie wywołane  zbliżaniem się harpuna,  piasek 

zakotłował się i ryba wystrzeliła prawie pionowo na kształt spłoszonego ptaka, znikając 

pod jego brzuchem.

Klnąc obrócił się, szukając gorączkowo ryby. Jest! Tak jak często robił jej gatunek, 

poszukała   osłony   przy   najbliższej,   porośniętej   algami   skale   i   ufna   w   swój   wspaniały 

kamuflaż   znieruchomiała   obok.   Podpłynął   parę   stóp,   ponownie   zaatakował   i   na   końcu 

harpuna trzepotała przebita tym razem zdobycz.

Podniecenie i wysiłek skróciły mu oddech i poczuł stary ból wychylający się na światło 

dzienne, gotowy do objęcia w posiadanie jego piersi. Stanął na dnie i powoli podążył ku 

brzegowi, trzymając tym razem ponad wodą nadal szarpiącą się rybę. Dotarł do drewnianej 

ławki   ustawionej   na   ocienionym   kawałku   swojej   plaży   i   z   westchnieniem   ulgi   usiadł. 

Harpun z drgającą jeszcze zdobyczą położył na piasku.

Mniej   więcej   w   pięć   minut   później   poczuł   dziwne   drętwienie   w   okolicy   splotu 

słonecznego. Fragment skóry, mniej więcej wielkości piłki do krykieta, zbielał pod opa-

lenizną, a w środku tej plamy widać było trzy ranki z kropelkami krwi, które automatycznie 

starł. Otwory były nie większe niż po ukłuciu szpilką, ale pamiętał ucieczkę swej ofiary po 

jego pierwszym, niezbyt udanym ataku.

— Dostałaś mnie ścierwo — mruknął głośno z uznaniem. — Naprawdę mnie dostałaś.

Siedząc w bezruchu spoglądał na ranki, przypominając sobie, co przeczytał o truciźnie 

ryby   skorpiona   w   wypożyczonej   z   Instytutu   monografii   zatytułowanej  Niebezpieczne 

zwierzęta morza. Delikatnie dotknął białej skóry — była całkowicie pozbawiona czucia, a 

teraz pojawił się tuż pod nią nieśmiały ból, pulsujący w rytm uderzeń serca. Wkrótce stanie 

się silniejszy i ogarnie całe ciało, aż zintensyfikuje się tak, że padnie na piach i zacznie 

krzyczeć targany drgawkami. Będzie wymiotował i toczył pianę z ust, potem delirium i 

konwulsje, aż straci przytomność i, co w jego wypadku jest nieuniknione, przyjdzie zawał i 

śmierć. Według książki całość nie potrwa dłużej niż kwadrans... Zostało mu więc piętnaście 

minut życia i to życia w coraz głębszej agonii. Rzecz jasna, były odtrutki na jad ryby 

skorpiona — jeśli jego osłabione serce by je wytrzymało — ale nie miał ich pod ręką, a 

nawet gdyby zdołał wspiąć się po schodach do willi a Jimmy Graves miał je u siebie, a nie 

w szpitalu, nie zdążyłby tu dotrzeć szybciej jak za pół godziny.

background image

Pierwszy atak mocniejszego bólu zgiął go we dwoje. Po nim przyszedł drugi i trzeci. 

Poczuł w ustach suchy, metaliczny smak. Jęknął i opadł na plażę. Słabe poruszenie obok 

głowy przypomniało mu o istnieniu ryby skorpiona. Czuł jakby całe ciało miał w ogniu. 

Ataki stały się  tak szybkie, że praktycznie zlały się w jedną  całość, ale umysł mu się 

rozjaśnił. Eksperyment! Jakoś musi dostać się do Ośmiorniczki i dać jej obiad!

Na  czworakach  znalazł  maskę  i  udało  mu  się  ją  założyć. Kurczowo  złapał  harpun  i 

trzymając się drugą ręką za brzuch, bardziej popełzł i zsunął się do wody niż doszedł do 

celu.

Do jej siedziby było pięćdziesiąt yardów płycizny i jęcząc z bólu jakoś udało mu się 

pokonać ten dystans (głównie na kolanach). Gdy dotarł do celu,musiał jednak wstać — było 

tu głębiej — i ból zakołysał nim ze zdwojoną siłą niczym kukiełką znajdującą się w rękach 

pijanego   animatora.   Najwyższym   wysiłkiem   woli   zapanował   nad   sobą   i   przeczyścił 

zaparowaną od krzyków maskę, po czym, przygryzając do krwi dolną wargę, ostrożnie 

nachylił się nad siedzibą swej ulubienicy. Brązowa masa tkwiła nadal na swoim miejscu, 

ale teraz nie była nieruchoma tak jak poprzednio. Teraz drgała z podniecenia. Dostrzegł 

ciemne pasmo swej krwi płynące z przegryzionej wargi, powoli rozpuszczające się w wo-

dzie i znał już przyczynę tego podniecenia — jego ulubienica poczuła krew. Kolejna fala 

bólu targnęła nim i trzymała przez chwilę, zanim zdołał stanąć na tyle nieruchomo, by 

opuścić rybę nadzianą na harpun ku otworowi wypełnionemu teraz w całości drgającym 

kłębowiskiem macek.

Gdyby tylko Bengry mógł tu być i obserwować.  Trzy  macki, drgając  z podniecenia 

wysunęły się z dziury kołysząc się wokół ryby. Pole widzenia ograniczała mu szara mgła 

—   początki   utraty   przytomności...   Potrząsnął   głową   na   chwilę   odpędzając   ją.   W   tym 

momencie macki skoczyły, ale nie ku rybie, lecz ku jego ręce. Uśmiechnął się z triumfem 

— uścisnęli sobie prawice!

Ale ośmiornica nie tylko uścisnęła jego rękę w zwojach, które przyssały się do skóry — 

po sekundowej przerwie zaczęła ciągnąć go do siebie i straszliwe zrozumienie wypełniło 

jego umysł. Przywołał resztki sił i pchnął harpunem w głąb otworu, ale jedyne, co przez ten 

cios   rozpaczy  zyskał,   to  zaoferowanie   ośmiornicy  następnego  fragmentu  swojej  ręki  w 

zasięg jej macek. Wykorzystała ten moment i następne oplotły mu kończynę ciągnąc teraz 

ze zdwojoną siłą... Zbyt późno zdjął maskę... Nad cichą zatoczką przetoczył się urywany 

krzyk  i  jego  głowa   zniknęła   pod   wodą...   Pod   powierzchnią   zakotłowało   się   od   baniek 

powietrza, po czym nad nią pojawiły się nogi, a po chwili bezwładne ciało. Było na wpół 

zanurzone w wodzie i kołysało się w rytm fal. Ośmiornica tymczasem badała jego prawą 

dłoń,   po   czym   ostrożnie   spróbowała   ją   zaczynając   od   kciuka,   uderzając   swymi 

zakrzywionymi szczękami.

*

Ciało Dextera Smythe'a znaleźli dwaj młodzi chłopcy, którzy wybrali się łódką na ryby. 

Używając harpuna, będącego do niedawna własnością majora, zabili ośmiornicę, po czym 

zgodnie z tradycją przewrócili jej ciało na drugą stronę i odcięli podobne do dzioba szczęki. 

Następnie   przewieźli   trzy   ciała   do   domu,   przekazując   zwłoki   majora   policji,   a   rybę   i 

ośmiornicę   garnkowi.   Reporter  Daily   Gleaner  doniósł,   że   major   Dexter   Smythe   został 

zabity przez ośmiornicę, ale wydrukowano „został znaleziony martwy", żeby nie odstraszać 

turystów.

Po tygodniu, w Londynie, James Bond osobiście domniemając się samobójstwo, wpisał 

ten sam werdykt wraz z datą na ostatniej stronie grubej teczki z papierami.

Jedynie   z   notatek   doktora   Greavesa,   który   przeprowadził   sekcję   zwłok,   można   było 

zrekonstruować   w   miarę   spójny   i   prawdopodobny   koniec   jednego   z   lepszych   niegdyś 

oficerów Secret Service.

„BodzioKB”