background image
background image

DaniCollins

SpotkaniewWenezueli

Tłumaczenie

StanisławTekieli

background image

ROZDZIAŁPIERWSZY

Tiffany Davis udawała, że nie wzruszają jej ciężkie spojrzenia, które rzucili jej

bratiojciec,gdyweszładogabinetutegodrugiego.Czyżbynieużyławystarcza-
cejilościkorektoranabliznach?Czasemnajchętniejwyrzuciłabybutelkępłynnego
beżuwdiabłyikrzykła:„Proszę.Takterazwyglądam.Pogódźciesięztym”.

Alebraturatowałjejżycie,wyciągajączpłocegosamochodu.Iczułsięwinny,

żewogólejądoniegowsadził.Obojebyliwciążwżałobiepojejmężu,ajegonaj-
lepszymprzyjacielu.Niemiałosensusypaćnatęranęsoli

Brawo,Tiff,grzecznadziewczynka.Wyduśwreszcieto,cochceszpowiedzieć.
Pomyślała,żejużchybaczasnakolejnąwizytęupsychiatry,skoromówidosiebie.

Tymczasemjejgłębokiewestchnieniesprawiło,żeobajmężczyźnizesztywnieli.

Tak?–Zacisnęłazębywwąskimuśmiechu,próbującutrzymaćrozchwianącier-

pliwość.

Totynampowiedz.Cotojest?–Christianskrzyżowałramionaikiwnąłgło

w stronę dużego otwartego pudła stocego na biurku ojca. Pokrywka nosiła logo
międzynarodowej firmy kurierskiej, a zawartość wydawała się próbą poślubienia
krukazpawiem,przygotowanąprzezwypychaczazwierząt.

Boazpiór,októreprosiłeśwzeszłąGwiazdkę?–Marnyżart,jasne,ależaden

zmężczyznnawetniemrugnął.Patrzylitylkonaniązaciekawieni.

Bądźpoważna,TiffpowiedziałChristian.–Czytooznacza,żechceszjednak

pójśćdo?

Maska? Jej myśli aż się zakotłowały. Maska kojarzyła jej się jedynie z opatrun-

kiem,któryprzezrokmusiałanosićnatwarzypoprzeszczepieskóry.

Niewiem,oczymmówisz.
Chłódjejtonusprawił,żemężczyźnizacisnęliwargi.Dlaczegotowszystkomusi

byćtakietrudne?Napięciemiędzyniąarodzinąnarastałowkażdejminuciekażde-
godosłowniednia.

Gdzienibywaszymzdaniemchcęiść?–spytałatakspokojnie,jaktylkopotrafi-

ła.

DoQVirtus–odpowiedziałojciec.
Potrząsnęła głową i wzruszyła ramionami. Czy oni zdają sobie sprawę, że jest

w trakcie transakcji wartej pięćset milionów dolarów? Nie miała wiele, ale znów
pracowała,prowadzącmultimilionowąfirmę.

RyzardVrbancic–tłumaczyłChristian.–Poprosiliśmyospotkanieznim.
Kawałkiukładankiwskoczyłynaswojemiejsce.QVirtusbyłtymmęskimklubem,

októrymopowiadałkiedyśPaulie.

Chceciespotkaćwładcęmarioneteknajednejztychszalonychimprez?Dlacze-

go?Facetjestdespotą.

BregnowiapróbujedostaćsiędoONZ.Terazsądemokracją.
Parskłaniedowierzaco.

background image

Całyświatignorujefakt,żeukradłpieniądzeostatniemudyktatorowiikupiłso-

bieprezydenturę?

Lecząranypowojniedomowej.Musząstworzyćinfrastrukturę,którąDavis&

Holbrookmogąimzapewnić.

Rozumiem.Alepocotepodchody?Zadzwońcieizaoferujciemunaszeusługi.
Tonietakieproste.NaszkrajoficjalnienienawiązałjeszczezBregnowiąsto-

sunków,więcniemożemyotwarciezniminegocjować.Alechcemybyćpierwszym
numeremnaichliście,gdytestosunkizostanąnawiązane.

Przewróciłaoczami.Politykabyłatakazabawna.
Więcustawiliściepotajemnespotkanie
Tojeszczeniepotwierdzone.Staniesięto,gdytamdotrzesz.
Christianpodszedłdopudłaiwyjąłzniegopierzastązawartość.Właściwiebyło

todośćpiękne.Sztuka.Mieszankabłękitnoczarnych,turkusowychizłotychpiórpo-
krywała górną część na czole i nad oczami. Z obu stron zwisały wstążki, mace
ukryćblizny.Nie,niezałożytego!

Wiesz,żedoQVirtusmożnawejśćtylkowprzebraniu?–spytałbrat.–Maska

totwójbiletwstępu.

Niemój.
Atonibyco?–Odwróciłmaskę,bymogładojrzećswojeimięinazwiskowytło-

czonenawewnętrznejstroniezdopiskiem„IsladeMargarita,Wenezuela”.

Podniosławzrok,konfrontującsięzjegosuchymspojrzeniem,którezdawałosię

wić:Niepogarszajsprawy.Twójojciecjestpodwielkąpresją,więcróbgrzecz-
nie,cokaże.

Nie!przypomniałasobie.Żyłaswoimżyciem,nieczekała,ażsięspełniąmarze-

nia i oczekiwania innych. Wciąż jednak, wychowana w duchu cywilizowanych roz-
mów,niepotrafiłabyćcałkowiciekrnąbrna.

O,tujestczip–mówiłbrat,obracającmaskęwrękach.–Dziękiniemuwiedzą,

ktowchodzi.

Niewydajewamsiędziwne,żewiedzielinawet,jakukryćmojeblizny?–spyta-

ła,silącsięnauśmiech.

QVirtusjestznanezdyskrecjiiochronydanych–tłumaczyłojciec.–Cokolwiek

onaswiedzą,zachowajątodlasiebie.

Pomyślała,żetodziwnienaiwnykomentarzjaknaczłowieka,którysiedziałwpo-

lityceibiznesiewystarczacodługo,byniewierzyćnikomuiniczemu.

Tato,jeślichceszzostaćczłonkiem
Niemogę.–Wygładziłkrawat,jednazoznakzranionegoego.–Jestempopro-

stuzastarynatakieimprezy.

AChristian?
Wzruszyłramionami.
Pauliewkońcutamchodził–zauważyła.
Załatwiłytopieniądzejegoojca.Tychnigdyimniebrakowało–tłumaczyłojciec

rodu Davisów, senator, ze słabo tłumioną zawiścią w głosie. Musiało go to zjadać
żywcem, że ojciec Pauliego, jego niegdyś najlepszy przyjaciel i zarazem rywal
owzględymatkiTiffany,posiadałcoś,czegoonniemiałwnadmiarze.Niepomagało
nawetto,żepanHolbrookodniedawnanieżył;mówiono,żezmarłzezgryzotypo

background image

wypadku,któryzabrałmuukochanegosyna.

 Kiedy jeszcze byłaś w szpitalu – dodał od siebie Christian – aplikowałem tam

wtwoimimieniu,jakotwójpełnomocnik,aleniedostałemodpowiedzi.Widaćwie-
dzieli,żezachwilęwyjdziesziprzejmieszsteryDavis&Holbrook.

Tiffany zdusiła westchnienie. Czy ma przepraszać za to, że wzięła się za firmę,

gdy jako tako się wykurowała? Wprawdzie matka powtarzała jej, że prowadzenie
biznesujestniekobiece

Nierozumiemtego–wymamrotałojciec,któryjakbyczytałwjejmyślach.To

byłzawszemęskiklub.

Zerkłanamaskę,przypominającsobiehistorie,którePaulieprzynosiłzeven-

tówwQVirtus.

Tobędziejednowielkiepijaństwoiorgia–westchnęła.
Towydarzeniebiznesowe–huknąłojciec.
Christianuśmiechnąłsiędoniejukradkiem.
 To miejsce, gdzie elity biznesu mogą się trochę wyluzować – wyjaśnił. – Ale

przecieżwieleumówzamykasięuściskiemdłoniponadmartini.

TaaakWiedziaładobrze,jaktodziała.Żonyicórkistałyzbokuwperłachiob-

casach,planującpikniknaDzieńNiepodległości,aichmężowieiojcowiespiskowa-
li,jakzbićjeszczewiększefortunyniżte,którejużmieli.JejzaczynyzPauliem
byłynegocjowanemiędzysiódmymadziewiątymdołkiemtutejszegopolagolfowe-
go

Towszystkobardzointeresuce–odpowiedziałapochwili,choćtaknapraw

nieinteresowałojejtoanitrochę.–Alemampilnąrobotę.Musiciesobieztympo-
radzićsami.

Tiffany!
Surowytongłosuojcasprawił,żeodruchowoniemalstałanabaczność.
Tak?
NasiprzyjacielewkongresielicząnadobrekontaktyzBregnowią.Potrzebu

tychprzyjaźni.

Boliczyłysięwkolejnychwyborach.Dlaczegozawszetylkotomusiałobyćważ-

ne?

 Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Mam zachwalać nasze usługi w stroju

showgirl?Ktobytopotraktowałserio?Noalebezmaskitakczyinaczejniepójdę–
dodała,pokazującnamiejsce,wktórymzrekonstruowanojejuchoiwstawionoim-
plantkościpoliczkowej.Ojciecwzdrygnąłsięiodwróciłwzrok.Tozabolałobardziej
niżmiesiącewyciaodranpopoparzeniach.

Możemogęiśćjakotwójpartner?–zaproponowałChristian.–Niewiem,czy

członkowiemogąprzyprowadzaćosobytowarzyszące,ale

Mamzabraćbratajaknabalmaturalny?Ażtakźlezemną?
 Zabierz mnie i nie będziesz musiała opuszczać swojego pokoju aż do końca –

obiecałChris.

Pokoju?
 No, to trzydniowa impreza – tłumaczył.  Przyjeżdżamy o zachodzie słońca

wpiątekizostajemydoniedzielnegopopołudnia.

Jeszczeprzezchwilęzastanawiałasię,choćwgłębiduchaznałajużodpowiedź.

background image

Niemiałaprzecieżinnejrodzinypozanimi.

Dobrze–powiedziaławkońcu.–Alebędęnosićtęmaskęcałyczas.Niechcę,

żebysięgapilinamojeblizny.

Ztegocowiem,wszyscynosząmaskicałyczas–powiedziałChris,prawiepod-

skakujączradości.

Będęwmoimbiurze–wymamrotała.

Ryzard Vrbancic wyszedł po trapie na keję mariny na wenezuelskim wybrzeżu.

Wszedł po schodkach na poziom pobliskiego bulwaru, gdzie obejrzał się, by raz
jeszczespojrzećnaprezentucysięokazalenatlepurpurowegoniebaswójświeżo
zakupiony katamaran. Za chwilę zapadnie noc, więc dobrze by było w plątaninie
portowychuliczekodnaleźćzadniadrogędoQVirtus;zwłaszczażepozamknięciu
klubuniktsiętamjużniedostanie.Nibypowinienznaćtędrogęnapamięć

Cieszymysię,widzącpanaponownie,Raptorze–usłyszałmiłykobiecygłos,gdy

tylko minął dobrze zakamuflowany wykrywacz metali, który odczytał czip w jego
masce.–Mogęodprowadzićpanadopokoju?

Hostessa w czerwonej sukni była naprawdę pięknym stworzeniem, ale był zbyt

poważnymbiznesmenem,byangażowaćsięwprzygodyzhostessami.Awswoich
sferach jakoś od tygodni nie mógł sobie znaleźć kochanki. Ostatnia narzekała, że
spędzawięcejczasuwpracyniżznią,więcposzukałasobieinnego,ajedynąponiej
pamiątkąbyłyprzychodzącekolejnerachunkizaspaizakupy–niemaltakwysokie
jakjegofrustracjaseksualna.Nodobrze,powtarzałsobie,musisięuzbroićwcier-
pliwość.Sytuacjawkrótcesiępoprawi.

MapanprośbęospotkanieodŻelaznegoMotyla–mówiłaczerwonapiękność.

Mamtopotwierdzić?

Tokobieta?–spytał.
Nieposiadaminformacjiopłcinaszychklientów,sir.
NotakNawetjeśliwiedziała,niepowie.
 Nie ma innych wiadomości? – Liczył na odzew międzynarodowych instytucji

wzwiązkuzjegopetycjądoONZ.

Niestety.Czypanchciałbymożecośkomuśprzekazać?
Cholera.Przybyłtu,licząc,żenaniegoczekają.Alenajwyraźniejzmuszaligodo

grynaichwarunkach.

Nie,nieterazodpowiedział.–Zresztą,poradzęsobie.–Skinąłgłowąwstro-

nętabletu.

Wszelkieinformacjebędziemywysyłaćnapanasmartwatch.Proszędaćznać,

gdybypotrzebowałpanczegokolwiek–mówiła,otwierającprzednimdrzwiaparta-
mentu.

Usiadłwygodniewfotelu,byprzezchwilępomyśleć.Zastanowiłsię,czymawpo-

kojuwszystko,cowcześniejzawił,aleZeusbyłprzecieżpodtymwzględemnie-
zawodny.

Po kwadransie zszedł do hotelowego pubu, gdzie zobaczył około trzydziestki

osób,wwiększościmężczyznwsmokingachimaskach.Staliwotoczeniupięknych
hostessubranychwrobionenazawienieczerwonesuknie.Przyjąłdrinkapowi-
talnego–rumnalodziezodrobinąlimonkiicukremnarancieszklanki.Spojrzałna

background image

zegarek. Na jego czwartej godzinie, jak informowało zbiorowisko kropek na wy-
świetlaczu,wmałejgrupcemężczyznstałŻelaznyMotyl.

Nie miał pocia, skąd Zeus brał te niedorzeczne pseudonimy, ale musiał przy-

znać,żeRaptor,czylipołacinie„łowca”,„drapieżca”,pasujedoniegojakulał:dra-
pieżność była jego stylem w biznesie, a poza tym kości paru przedstawicieli tego
gatunkudinozaurówznalezionorównieżwjegorodzinnejBregnowii.

Obserwując grupę stocych, zastanawiał się, kto był jego kontaktem. Ale i tak

przecież nie zacznie z nim rozmowy przy ludziach, skoro miał ją zaplanowaną na
prywatną sesję następnego dnia. Poczekał, aż znalazł się poza zasięgiem zebra-
nych,wsalihazardowej,idopierotuupubliczniłswojątożsamośćkliknięciemnaze-
garku.Niemalwtejsamejsekundziedostałzaproszeniedostolikazblackjackiem.

background image

ROZDZIAŁDRUGI

Tiffanyudałosięwejść,alebramkanieprzepuściłaChristiana.
Idźizróbcoś!–syczałpoirytowany.
Pochwilibyłajużwśrodku,aprzedniąstałuwodzicielskisteward,któryprzed-

stawiłsięjakoJulio.

A ona, niegdyś doświadczona bywalczyni salonów, zaniewiła. Miły ponad

dwa lata, odkąd owdowiała w dzień swojego ślubu; nawet bez blizn byłby to zły
omen.Mężczyźniunikalijej,niedzwonili,niezapraszalinarandki.Aprzyprzypad-
kowychspotkaniachrzadkopatrzylijejwoczy,odruchowoodwracającwzrok.

 Widzę, że to pani pierwsza wizyta u nas – mówił przystojny młodzieniec po

szybkimzerknięciuwtablet.–Proszęiśćzamną.

Aletamczekamójbrat.Możemupanzałatwićmaskę?Albojakośgowprowa-

dzić?

 Wyślę zapytanie do Zeusa, ale drzwi zamykają się za parę minut. Gdy się za-

mkną,nikttujużniewejdzieanistądniewyjdzie.

Zamknąich?PrzestraszonapróbowaławysłaćesemesdoChristiana,aleJuliopo-

informowałją,żezewnętrznasiećkomórkowajestnaterenieklubuodcięta.

Niedasiętuzadzwonićaninicwysłaćpozaklub.Aleproszęsięniemartwić,

ochronazlokalizujepanibrataiprzedstawidostępnemuopcje–zapewniłJulio,po
czymwytłumaczył,żejeślijejprośbaospotkaniezostanieprzyta,czasimiejsce
zostanąwysłanenaklubowegosmartwatcha.

Gdziemyjesteśmy?–zapytała,gdyJuliopobierałjejodciskkciuka,którymmia-

łaotwieraćswójpokój.Wkraterzewulkanu?

Nie,alepróbujemytakizdobyć–odpowiedziałJuliośmiertelniepoważnie.–Po-

winna pani nosić swój zegarek podczas całego pobytu. Daje informacje nie tylko
ogodzinie.Pokazaćpani?

Wiadomość,żespotkaniezdyktatoremBregnowiiniejestwcalepewne,przynio-

sła jej ulgę. Jeśli to on odrzuci propozycję, nie będzie to jej wina. Liczyła jednak
wciąż,żebratuudasiędostaćdośrodkaisamsiętymzajmie.WypchnęłaJuliazpo-
koju,prosząc,bydalijejznać,jaktylkobędziewiadomocośwkwestiiChristiana.

Apartament był oazą zdolną ukoić nerwy. Zwłaszcza że, jak zapowiedział Julio,

ubraniaznalezionewszafiemożnabyłozabraćzesobą,adyskretnemetkinasuk-
niach informowały, że pochodzą one od najlepszych designerów z RPA, wszystkie
wolśniewacychkolorachizniesamowitychmateriałów.Niektórebyłybezramią-
czekipodkreślałyjejfigurę,zakrywającjednocześnieblizny.

No nic, pomyślała, dostała od losu prezent: może przez parę dni popracować

wspokoju.Tylkożejaknibymapracowaćbezdostępudowi-fi.Usiadłabezrad-
niewfotelu.Zdołu,przezotwartefrancuskiedrzwi,dolatywałagrananażywomu-
zykacalypso.Przypomniałasobie,żeuwielbiatańczyć.

Zapadłacałkowitaciemność,więcwślizgnęłasięwcieniezapaprotkamiwdoni-

background image

cach, patrząc tęsknie na przycie poniżej i czując się jak Audrey Hepburn w sta-
rychczarno-białychfilmach.Tambyłtakwspaniałyświat.Lśnieniewodybasenuod-
bijało się w lodowych rzeźbach ustawionych na bufetach. Kelnerzy żonglowali
otwartymi butelkami, uzupełniając braki w kieliszkach gości, podczas gdy kobiety
wczerwonychsukniachtańczyłycza-częzmężczyznamiwsmokingachimaskach.

Potrzebujęnowejtwarzy,pomyślałakwaśno,alenawetwielkispadekpomężunie

byłwstaniekupićcudu.Spojrzałanamiejsce,gdziepowiesiłanakrześleswojąma-
skę. Pomimo niepokoju z powodu niebecności brata, za maską czuła się cudownie
anonimowaiwmiarębezpieczna:kiedyszłaprzezlobbyiholdoswegoapartamen-
tu,niktsięnaniąniegapił.Wyglądaładokładnietakjakinni.

Hm.Toznaczyło,żeniemusiwysiadywaćtujakRoszpunka,zamkniętawwieży

przedprawdziwymświatem.Przecieżwystarczy,żezejdzienadół.Zsercembi-
cymzpodnieceniaitrwogiprzesułapalcamiposukniachwgarderobie.Jedwab-
nakrepawkolorzekaraibskiegobłękituodsłoniłabyjejzdrowąprawąnogę,alenie
takwysoko,byukazaćmiejsca,skądpobranoprzeszczepy.

Stojącsamotniewpokoju,podniosłasuknię,poczymodważyłasięjąprzymierzyć.

Kimkolwiek był ten cały Zeus, na pewno wiedział, jak ubrać kobietę. Zwłaszcza
taką,któramadoukryciapewnedefekty.Pojedynczyrękawzsuwałsięporamieniu,
by zakończyć się pętelką, która obejmowała środkowy palec. Gorset przylegał do
talii,uwydatniającpiersi,którebyłyjejnajwiększymatutem.Musiałaprzyznać,że
wtymstrojupoczułasiębosko.Gdyzapięłaznalezionewpokoju,idealniedopaso-
wane do jej stóp buty, które były sięgacymi niemal do nieba szpilkami z paroma
kokieteryjnymi błękitno-zielonymi paskami, poczuła się, jakby przytulała do siebie
dawnychprzyjaciół.Niemalzałkała.

Gdyspodprzymkniętychpowiekspojrzałanaswojeodbicie,zobaczyładawnąsie-

bie.Cześć,Tiff.Miłocięznówspotkać.Najwyższyczas.

Makijażniezasłaniałcałkowicieblizn,nicniemogłotegouczynić,alesprawiało

jej przyjemność przechodzenie całego starego rytuału po korektorze i poświęciła
czas,bypomalowaćsięcieniamiieyelinerem,robiącpełnymakijaż..Gdynakręcała
swoje blond włosy na lokówkę, była tak zatracona w starych dobrych czasach, że
złapałasięnamyśli:Ciekawe,conatopowiePaulie.

Alewtedywłaśnielokówkadotknęłapoliczkawmiejscupozbawionymjakiegokol-

wiek czucia. Nie jesteś już Kopciuszkiem, pamiętasz? Jesteś brzydką siostrą. Nie
wracajnaprzycie.

Zebrałagórnąpołowęwłosównadczołemizamontowałamaskęnamiejscu,po-

tempozwoliłaluźnymlokomopaśćizasłonićpasekokalacyjejgłowę.Zauważyła,
żemaskalekkoprzylegadotwarzy,niewrzynasięiniesprawia,żeczujesięuwię-
zionawciele,którewijesięjakwagonii.Osłaniałalewąpołowętwarzy,apióraza-
aranżowanewokółoczudawałyiluzjęprzesadniedługichrzęs,któreodsuwałysię
wstronęczołailiniiwłosów.Byłateżleciutkajakpiórko.

Spojrzała na siebie w lustrze i poczuła się piękna. Po umalowaniu ust koralo

szminkąprzyłapałasięnawetnauśmiechu.Założyłaciężkizegarek,któryidentyfi-
kowałjąjakoŻelaznegoMotyla.Ruszyłalekkimkrokiemnadół.

Ryzard mógł śmiało pić z najlepszymi z nich. Spędził znaczną część dzieciństwa

background image

wMonachium,udałomusięzaliczyćwinniceFrancjiiWłochiżyłprzezjakiśczas
wRosji,gdzieprzyjściebezbutelkiwódkinaimprezębyłoobraządlagospodarza.
Byłnatylezmęczony,żemogłogotozwalićznóg,alepókicowypiłtylkotyle,by
poczućsięodprężonyigłodny.Kaszmirowabryzaizapachplaży,ananasaipieczo-
nejświnipobudziłyjegogłód–wszystkiejegoapetyty.Rozebrałwmyślinajbliższą
hostessę i rozważał podejście do którejś z bawiących się tu kobiet, nawet jeśli
gdzieśobokznajdowałsięjejmałżonek.

Nabasenieułożonoszklanepanele,zmieniającgowparkiet,którylśniłkolorowy-

miświatełkamipodstopami tańczących.Ludziebawilisię cudownie,azespółgrał
szybką salsę z elementami rapu. Jednak spojrzenie perkusisty skierowane było
w lewo, a wyraz jego męskiej twarzy wyrażał fascynację. Ryzard pożył za jego
wzrokiemicałyzatrząsłsięzpodniecenia.Dalekozaświatłamibasenu,wroguza-
graconymbufetemilodowąrzeźbą,jakaśkobietakołysałasięniczymkobra,przy-
ciągającokohipnotyzucymiruchamiidealniezgranymizmuzyką.Rozczapierzone
dłoniezsuwałysięzmysłowopociele,biodraakcentowałyrytm.

Obciłasię.Ruchwzburzyłjejlokiniczymspódnicę,zanimwysułanogęizako-

łysałasięlekko.Wygięciekręgosłupadosięgłoteżbioderiotoznówporuszałasię
zmysłowo.Ryzardodstawiłdrinkairuszyłwjejstronę.Niepotrafiłpowiedzieć,czy
kobieta była tu z kimś, ale to nie miało znaczenia. Tu i teraz, na parkiecie, była
sama

Chwyciłjąwtaliiiwykorzystałzaszokowaneodepchnięciejejdłoninaswoichra-

mionach,bywymusićswojeprowadzenie,wkraczającwjejprzestrzeń,potemodsu-
wającsięiprzyciągającjądosiebie.Gdyruszyłkuniejkrokiemcza-czy,odzyskała
zmysły,powtarzająckrokzutkwionymwniegowzrokiem.Niemógłokreślić,jakie-
gokolorusąjejoczy–byłonatozamałoświatła,azresztąpierzastamaskaodsła-
niałaoczyjedyniejakodwalśniącepunkciki.Zdołałjednakdostrzecwtychoczach
wahanie:zastanawiałasię,czygoprzyjąć.

Poczuładrenalinęnamyślowyzwaniu.Poparuszybkichkrokachobciłjąwpół-

obrocie,łapiączanadgarstki,zktórychjedenbyłnagi,adrugiodzianywjedwab,
i podziwiał gołe kolano wystace z rozcięcia spódnicy. Jak tylu mężczyzn na sali
mogłojąprzegapić?Byłaprzecieżzjawiskowa!Uniósłdłońzajejgłowę,obciłją
iprzyciągnąłplecamidoswojejpiersi.Jejpośladki–gładkie,twarde,okrąglutkie–
przycisnęłysiędojegokolana.Zgiąłjąprzedsobą,wsunąłtwarzwjejwłosyiwziął
oddech,potempoddałsięjejnaciskowi,bysięwyprostować,idopasowałkołysanie
swoichbioderdojej.

SerceTiffanybiłotakszybko,żemyślała,żewyskoczyjejzpiersi.Chwilętemu

byłalekkopodpita,zatraconawradościsamotnegotańczeniasalsy.Terazkontro
nadniąprzejąłnieznajomy.Irobiłto,niedasięukryć,dobrze.Przyciągnąłjądosie-
bie jak w walcu, a potem szybko przesuwał się tak, że stykali się teraz bokami:
lewy,prawy,lewyWyrzucałanogęzakażdymrazem,zdziwiona,jakłatwoprzypo-
minasobiekroki.Mężczyznatymczasemprzesunąłjąpowolizaswoimiplecami,ła-
piąc jej dłoń z drugiej strony. Odepchnął ją do kolejnego kroku, kładąc jej dłoń na
swojejpotylicyirobiąctosamozeswoją.Parękrokówwtyłibyliterazpołączeni
wyciągniętymiramionamijednejręki,poczymobciłją,przyciągającdopiersi.

background image

Zatrzymałsię.
Rytmcongipulsowałwniej,gdyprzesunąłdłońmipojejbokach.Niepowstrzyma-

łagotobyłozbytcudowne.Opuszkijegopalcówmusnęłyskrajjejpiersi,przesu-
łysięponapiętychmięśniachtaliiizłapałybiodra,bypchnąćjekołyszącymru-
chem,którypowtórzyłzkroczemprzyciśniętymdojejpośladków.Przeszyłajązmy-
słowaprzyjemność.Niktjejjużodtakdawnaniedotykał!Potakdługimczasieby-
ciaobojętnąseksualnieznówczułasiękobietą,żywą,zdolnąuwieśćikusićmężczy-
znę!Przysuładoniegobiodra,rzucającmuszybkiespojrzenie.

Kiedyś,paręlattemuuchodziłazaflirciaręipewnietakątrochębyła,tyleżemia-

łapoczuciebezpieczeństwawynikacezeświadomości,żeprzecieżwszyscywie-
dzą,żejestzaczona.Mogłaflirtowaćbezkonsekwencji,cieszyćsięmęskąuwa
bezpoczuciazagrożenia.Aleteczasymiły,wydawałosię,bezpowrotnie.Iteraz
oto Przesuła wolną dłonią między piersiami do szyi, odruchowo wypięła pierś
iwtaktmuzykiwygięłasiędotyłu.

Odsłoniłdzikozęby,na copozwalałajegomaska, macachybaprzypominaćpi-

racwczernizezłotąobwódkąiskrzydłaminaskroniach–tyleżenanosiewy-
raźniezaginałasię,sugerującjakiegośdrapieżnegoptaka.

Łowcy.
Aonabyłazwierzyną.
Sercejejgalopowało.Chciałabyćpożądana,alezarazembałasiępoślizgnięcia.

Rozstawiłanogiipozwoliłakolanomsięrozluźnić.Rozcięciespódnicyukazałonogę,
cowykorzystała,rysującbiodramiósemkę–chwalącsięswymciałemikuszącgo
powłóczystymrytmem.Postawiłstopęmiędzyjejnogami,otaczającjąbezdotyka-
nia,zdłońmiuniesionymi,jakbyabsorbowałjejaurę.Dusznetropikalnepowietrze
niosło zapach ostrej męskiej wody kolońskiej. Tiffany sięgnęła dłońmi i pogładziła
jegotwarderamiona,poczympołożyłajenabokachjegowilgotnejszyi,przysuwa-
jącsiębliżejtak,żetańczyliterazwprzódiwtył,kołyszącsięwtaktmuzyki,ocie-
rającciałami.

Położyłswedużedłonienajejłopatkachizsunąłświadomiewzałompleców,po

czymposiadłnimijejbiodra.Jegopoważny,surowywzrokspotkałsięzjejspojrze-
niem,apochwiliTiffanypoczułanaswoimcielejegotwardąmęskość.Zalałająfala
pożądania  nie, nie jakieś nikłe zainteresowanie, które czuła i w przeszłości, ale
prawdziwy wodospad pasji, który sprawił, że członki miała teraz jak z ołowiu,
abrzuchwypełniłoseksowneciepło.Stałasięnagleświadomaswoichsfererogen-
nych.Jejpiersistałysiętkliwe,asutkistwardniałyisięuwidoczniły.

Jakbyświadomtychzmianwjejcielemężczyznaprzysunąłsięipochyliłnadnią.

Odsułagłowę,aontymczasemprzerzuciłciężarjejciałanaswojeudo.Jegonos
musnąłjejpoliczek,potemobojczyk,ustaprzesułysięmiędzyjejpiersiami.Powo-
lipostawiłjązpowrotemizniżyłustatakblisko,żedotknąłjejrozchylonychwarg.
Powtarzałasobiewrozkołatanymodemocjimózgu,żeprzecieżgoniezna,alejej
usta były spierzchnięte jak piasek pustyni, desperacko pragnący deszczu jego
warg

Naniebieeksplodowałgrzmot.
Otrząsnęłasięiodkryła,żetulisiędojegopiersi,aonobejmujejąmocnoramio-

nami,jednądłońtrzymającztyłujejgłowy,wplószyspiętepalcewjejwłosy.Prze-

background image

krzywiła się jej maska, wrzynając się w skroń. Pod policzkiem czuła, jak wali mu
serce.Odgłosyfajerwerkówstłumiłyjejcichyjękrozkoszy.

Ludziezaczęliwchodzićwichprzestrzeń,więcpoprowadziłjązdalaodtłumu,do

rogukołoprzepierzenia,gdzieschowalisięwalkowie.Tu,niesienichwilą,stalisię
jednością,onaiównieznajomy.Jegoręcewydowałynajejdłoniach,zrazuniewin-
nie, ale gdy po chwili ujął w nie jej piersi, Tiffany odważnie i świadomie zarzuciła
muramionanaszyję,rozkoszującsięnaciskiemjegodłoniinapięciemswoichsut-
ków.Przechyliłagłowęwbok,odwróciłająiuniosłatwarz,zapraszającgodopoca-
łunkurozchylonymiwargami.Pochyliłsiębezwahaniaipocałowałjądzikimpoca-
łunkiemzgłodniałego,wyposzczonegosamca,nieprzerywającpieszczotpiersi,gdy
brałwposiadaniejejwargi.

Wplotłapalcewjegowłosy,witającjegojęzykwłasnym,ajejwahaniestopniowo

tołowfaliczystegopożądania.NiebyłajużtąTiffany,którąznała.Nietąobec
i również nie tą wcześniejszą. Dzisiaj była po prostu kobietą, czystą kobiecością.
Iniemyślałaonikimanioniczym,pozatymmężczyzną.Nieobchodziłojej,żego
niezna.OnaiPaulieteżsięwkońcunieznali,niewsensiebiblijnymprzynajmniej.
Niespałaznimnigdyanizżadnyminnymmężczyzną.

Nie,żebyniechciała.Przezcałelatachciałazaznaćseksualnejbliskości.Mocna

skarękaprzesułapojejpodbrzuszuiwślizgnęłanaszczytuda.Potemzatań-
czył palcami ponad rozcięciem jej spódnicy i musiała przerwać pocałunek, żeby
wciągnąć powietrze, gdy przesuwał palce po nagim ciele do wrażliwej skóry
uszczytujejnogi.

Zamarła.
Jegoramięnajejpiersistężało,adłońnachwilęzawahałasię,zanimznówzaczął

jąpieścić,ruchemlekkim,alestanowczym.Jękłatęsknieizadrżałaprzyzwala-
co.Błyskświatłarozświetliłniebo,ajegodotykprzesunąłsiędojejcentrum,eks-
plorując satynę i koronkę, które były wilgotne od oczekiwania. Nie mogła się po-
wstrzymaćinakryłajegodłońswoją,przytrzymującjegodotyktam,gdzienajbar-
dziejpragnęła.Zamknęłaoczyioparłagłowęnajegoramieniu.Czytomożliwe,że
onaTiffany,wtymmomencieocierasięonieznajomegomężczyznę,niedbającna-
wetoto,żesąwmiejscupublicznym?

Zacząłodsuwaćrękę,więcodwróciłagłowę,azjejustwymsknąłsięjękrozcza-

rowania, ale on tylko zsuwał jej majtki w dół biodra, po czym powrócił dłonią do
pieszczotzakamarkówjejciała.

Jękłazczystejradości.
UjąłdrugąrękąjejpodbródekiprzyciągnąłtwarzTiffanydoswojejwpocałunku,

podczasgdyjegodotykmiędzyjejudamistałsięrozmyślny,intymnyizdetermino-
wany.Pozwalałanato,cosiędziało.Stałanieruchomo,lekkoopartaościanę,od-
wzajemniającpocałunekznamiętnością.Byłaskupionatylkonaprzyjemności,jaką
jejsprawiał,naciskając,kusząciprzyciskającjądosiebiecorazmocniej.Nadwodą
wybuchł największy fajerwerk, grzmiąc niczym grom. Zadrżała oszołomiona, ale
w tym momencie on lekko uszczypnął jej sutek i nagle stała się ślepa na wszelkie
doznaniapozarozpieracąjejciałoprzyjemnością.Cudownefalerozkoszyprzepły-
wałyprzezniąjednapodrugiej.

Gdy fajerwerki zmieniły się we wstęgi dymu otaczace barkę w zatoce, jej or-

background image

gazmminął,pozostawiającjąomdlałąwjegosilnychramionach.Założyłjejmajtki
izacząłjąkusobieodwracać.Poddałasięrozkazowijegodłoni,pragnącgopocało-
wać,podziękowaćmu

Bezsłowapociągnąłjąprzezbalkondopłytkichschodówprowadzącychnaplażę.

Zachwiałasię,poczęścidlatego,żenogimiałajakzwaty,poczęścizaśdlatego,że
jejszpilkiniemogłyznaleźćsolidnegooparcianapiasku.Uniósłją,niosączłatwo-
ściądokabinyplażowejotoczonejciężkimizasłonami.Wśrodkupostawiłjąiprzy-
trzymał jedną ręką, a drugą zasłonił wejście do namiotu. Bez słowa zdjął maskę
i rozpiął koszulę, zrywając ją z ramion i rzucając na bok. Nie mogła dojrzeć jego
twarzy,którabyłajedyniecieniemwśródczerni.Zrzuciłbutyirozebrałsiębezce-
remonialnie.

Podszedł bliżej. Nie mogła się teraz powstrzymać, by nie wyciągnąć dłoni i nie

przesunąćniąpopłaskichmięśniachjegobrzucha,raczejczującje,niżwidząc.Był
gocyiwilgotnyizareagowałnajejdotyknapięciemmięśni.Zakląłcichopodno-
sem,aonauśmiechłasięwciemności,cieszącsię,żemananiegowpływ.Jejdłoń
wpadłanajegorękę.Zakładałprezerwatywę.Zainteresowana,dotknęłajejdelikat-
nie.Gdytorobiła,jejmaskaprzesułasię.Sięgnąłpalcami,jakbychciałjejpomóc
zdjąćmaskę.

Zostawją–wyszeptała.
Jego dłonie opadły na jej ramiona, jedna sięgnęła brzegu jej gorsetu pod ramie-

niem.Wiedziała,czegoszuka.

Odsułajegodłońodsuwakaipociągnęłagowstronęłóżka.Taksamojakzdo-

minowałjąnaparkiecie,itymrazemprzejąłdowodzenie.Poddałamusięipochwili
leżałajużpodnimnałóżku.Jejzaskoczonewestchnieniezawisłomiędzynimi,gdy
ręka mężczyzny wsuła się pod spódnicę. Uniosła biodra, zapraszając go, by ze-
rwałzniejmajtki.Zaplątałysięnajejbucie,ależadneznichnietraciłoczasu,by
dokończyćrobotę.Zdarłzniejspódnicę,poczymułożyłjąstaranniepodsobą,roz-
chylającjejkolana.Bardziejzaskoczonaniżzaszokowanazamarła,szykującsięna
to,czegopragnęłatakbardzo.

Czekała.
Ontymczasempieściłjąicałował,głęboko,wciągającznówwodmętnamiętności.

Podniosłakolanodojegobiodraiobłagonogąwokółpośladka,inagletosięstało.
Jegociałonaparłonanią.Zabolało,alenietakbardzo.Doświadczyłajużgorsze-
gobóluniżten.Przygryzławargęiskupiłasięnaprzyciugo,oddychająciignoru-
jąckłucie,zarazemopierającsięinstynktownemunapięciu

Zakląłponownie,ajegodłońzacisnęłanawłosachTiffany.
Sprawiamciból–powiedziałtakchrapliwymtonem,żeniemogłazdecydować,

skądmaakcent.

Jestdobrze.Podobamisię.
Upojonamęskimzapachempolizałajegoszyję,pragnąc,bytensmakowity,tajem-

niczymężczyznawryłsięwjejpamięćnazawsze.

Zszerokootwartymioczamiwciemnympomieszczeniuwtuliłasięwjegotwarde

ciało, zapamiętując zagłębienie kręgosłupa i kształt pośladków. Jego napięte mię-
śnieporuszyłysię,gdywycofałsięzjejgłębi,powodującnowąfalęnieznanychjej
dotądrozkoszy.Apochwiliznówwypełniłjąsobąmiękko,ajejciałozatrzęsłosię

background image

odpróbykontrolowaniajegoruchów.Szczypiącybólwciążlekkoprzeszkadzał,ale
przyjemność zdecydowanie narastała i zdawała się brać górę. Uniosła ku niemu
biodra,pomrukując,całującgozekstrawaganckąradościąizapewniając,żepodo-
bajejsięwszystko,cozniąrobi.

Przezchwilępozwoliłjejpoczućcałyswójciężaripogęmięśni,gdyuwięziłją

pod sobą i przyszpilił mocnym, wygłodniałym pocałunkiem. Palce wplecione w jej
włosyznówjąpociągnęłyitymrazemposiadłjąbardzomocno.Jękłaodnagłego
bólu,któryjednakwułamkusekundyzamieniłsięwrozkosz.Dłońmężczyznymaso-
wałajejgłowęwdelikatnymgeścieprzeprosin,alepochwiliznówpoczułagomoc-
nowchodzącegowjej wnętrze.Wydałazsiebie krzykzmysłowejagonii, pragnąc,
by ta podniecaca gra trwała do końca jej życia. Ten orgazm przyszedł szybciej
izaskoczyłjąbardziejprzejmuconiżpierwszy.Przywarładoniego,oszołomiona,
skupionanaintensywnymdoznaniuwypełniacąjąodśrodkatwardością.Wtedyon
teżkrzyknąłizatrząsłsięnadnią,wchodzącwniątakgłęboko,żeniesądziła,żeto
możliwe.

Przepełniona rozkoszą nie poruszała się. Czekała jedynie, aż jej serce zwolni,

isłuchała,jakjegooddechsiępowoliuspokaja.Woddaligrałamuzyka,słychaćbyło
rozmowyiśmiechgości.Kiedypoczuła,żeuciskjegobioderrozluźniasię,opuściła
ręceizdjęłanogę,którągoobejmowała.

Ontymczasem,gdytylkosięuniósł,pocałowałjąwkącikust,poczymprzesunął

ustamipojejpoliczkudoucha.

Tobyłoniesamowite.Dziękuwyszeptał.
Niemogłapowstrzymaćuśmiechu,którywykwitłnajejustachwciemnościach.
Tojadziękuję.Niespodziewałamsię,żecośtakiegosiędziśzdarzy–przyznała

całkiemszczerze.

Cieszęsię,żemogłemsprawić,bytwójpierwszyrazbyłniezapomniany.
Sercejejstało.
Skądwiedziałeś,żetomójpierwszyraz?
Nimodpowiedział,usłyszeligłosyzbliżacychsiędoichkryjówkiludzi.
Powinniśmyprzejśćwjakieświększeustronie.–Uniósłjądelikatnie,szarmanc-

kopomagającjejpodsunąćwgóręspódnicę,poczymzacząłzbieraćswojągardero-
bę.

Wszystkowniejprotestowało,aleusiadłanabrzeguwąskiegołóżka.Gdyupycha-

łapiersiwgorsecieizapinałazamek,jegodłońopadłanajejramię,gocaidomi-
nuca,iprzyciągacająznówbliżejsiebie.

Mieszkamnasamejgórze.Aty?
Ja?JaNiemogę–wyszeptałazprawdziwymżalem,zezmysłamirozproszony-

miprzezotaczacytegomężczyznępiżmowyzapachiwilgotnegocojegopiersi
takbliskojejnozdrzy.Przechyliłagłowę,byodnaleźćjegoustaipocałowaćjenie-
chętnienapożegnanie.

Nieporuszyłsięizustaminadaltużprzyjejwargach,spytał:
Dlaczegonie?
Toskomplikowane.Niepowinnamwogóletuwychodzić.
Ichoddechymieszałysię.
–Mamnadzieję,żenadługomniezapamiętasz–wyszeptała,czującsiębezpiecz-

background image

nawosłaniacejwszystkociemności.

Zawszebędęsięzastanawiał,dlaczegonieposzliśmyztymdalej–powiedział

wyraźniezaniepokojonymgłosem.

Boniechcę,żebytępięknąchwilęzepsułoprawdziweżycie–wyszeptała,wsta-

jącikierującsiędowyjściaznamiotu.Pochwiliszłajuższybkimkrokiemwstro
schodów,windipokoju,podrodzemijającbasenzparkietemicorazśmielejodda-
cychsiętańcomgości.

background image

ROZDZIAŁTRZECI

ZegarekRyzardawydałprzyciszonepiśnięcie,przypominającmu,żezadziesięć

minutmaspotkanie.Wyjrzałprzezokno,mającnadzieję,żemożejeszczerazjązo-
baczy.Kobietę,którągodzinęwcześniejzdobył,przyktórejjednakpoczułcoś,cze-
goniedoznałnigdywcześniej,no,możerazjeden

Uciąłtęmyślzukłuciemwstydu.Nie,niebędzienikogoporównywaćdojedynej

kobiety,którąkiedykolwiekkochał.Niebyłotakiejmożliwości.Ajednakodruchowo
zapytałhostessę,czyniepomogłabymuodnaleźćkobietyocharakterystycznejma-
sce. Dostał jednak odpowiedź, że obsługa hotelu może mu co najwyżej pomóc za-
aranżować spotkanie przy śniadaniu, imienia natomiast czy nawet przezwiska nie
mogąmuujawnić.

Odwiłpomocyprzyaranżowaniuspotkania,niechcącwyjśćnadesperata.Za-

cząłsamsiebieprzekonywać,żeniemusitejkobietywięcejwidzieć.Żeichintymne
spotkanieniebyłoniczymznaczącym.Ot,spuszczeniemparyzkotłucegosięko-
tła,wjegoprzynajmniejprzypadku,alechybaijej–wyglądałamunasolidniewy-
poszczoną.Alekoniectego.TerazmusicałąswojąenergięskupićnasprawachBre-
gnowii.

Zastanawiałsięjednak,czywiedziała,kimonjest.Nienosiłazegarka.Kiedytylko

wyszła z altany, sprawdził swój, pragnąc odczytać jej tożsamość, zanim wyjdzie
zzasięgu,alebezskutku.Możeuciekła,bydołączyćdoswojegomężaczykochan-
ka?PrzypomniałsobieoLuizieiichplanachmałżeńskichimyśltaobudziławnim
ból.

O smartwatchu zapomniała zupełnie aż do rana. Przyniósł go jej Julio, wraz ze

śniadaniem,którezawiładopokoju.

Zostawiłagopaniwczorajwieczoremnarecepcji–tłumaczył.–Mapaniwiado-

mość.Toniebieskieświatełko.

Zostawiłagotamtaknaprawdęcelowo,gdyżmężczyźnipodchodzilidoniejjeden

po drugim, twierdząc, że zapraszała ich do siebie. Przestraszyła się więc, że coś
robinietak

TerazprzystojnyJuliopokazałjej,jakobsługiwaćsmartwatcha.Pomógłteżodczy-

taćwiadomośćospotkaniu.

Czymogęmiećnasobiemaskę?–spytała,zerkajączzapióripróbującjedno-

cześnieniezamoczyćichwsokupomarańczowym.

Oczywiście.Członkowieklubuzazwyczajnosząmaskiprzezcałypobyt.
PowyjściuJuliaTiffanyprzygryzłakciukizaczęłasięzastanawiać,czyryzykować

opuszczenie pokoju. A jeśli zobaczy jego? Poczuła goce łaskotanie, wskazuce,
jakpodniecacobyłobynaniegowpaść,alezdołałaposkromićwzarodkudzikążą-
dzę.Jejzachowanieostatniejnocybyłoskutkiemkilkuletniegowymuszonegopostu,
apozatymupiłasiętrochęrumem,bozanimzaczęłatańczyć,wypiładwadrinki.

background image

Tańczyćznieznajomym.
Jejkochankiem.
Niemalzaśmiałasięhisterycznie,gdyszła,rozmyślającoichniesamowitymspo-

tkaniu. Czuła radość, że odważyła się na coś takiego, że potrafiła być tak dzika
iniezależna.Przedwypadkiemmogłajedyniefantazjowaćoczymśpodobnym.Ate-
raz,pożałobie,całejejżyciepowinnawypełniaćpracaikariera.Choćteoretycznie,
zastanowiłasię,mogłabytuprzyjeżdżaćnaorganizowanecokwartałprzyciaiza
każdymrazemuprawiaćsekszinnymnieznajomym.Szybkoiwciemności,byko-
chanekniezauważyłjejblizn,nawidokktórychdoznałbyniewątpliwieobrzydzenia.
Nie, nie, musi być poważna i skupiona na tym, po co tu przyjechała. Ostatnia noc
była jednorazowym wybrykiem, który zostanie jej sekretem, a jego wspomnienie
rozgrzewaćjąbędzieprzezkolejnelataposuchy.Dziśreprezentowałakorporację
Davis&Holbrook,jednąznajwiększychfirmkonstruktorskichnaświecie,łączą
interesyDavisEngineeringzfirmąrodzinnąPauliego;jejślubmiałbyćsymbolicz-
nymuwieńczeniemtejfuzji.

Zatemterazweźmiesięwgarśćipójdzienaspotkanie,naktórymprzekażelist

przygotowanyprzezjejbrata,przedstawiacyichfirmęijejpotencjał.Dziesięćmi-
nutipowinnobyćpowszystkim.

Hostessa,którązagadła,wytłumaczyła,żejejspotkaniemasięodbyćwpokoju

nakońcukorytarza,któryotworzyswoimodciskiempalca.

Gdy weszła do pustego pokoju, wydało jej się, że znalazła się na dnie oceanu.

Przez wysokie aż po sufit szyby widać było dno morskie z przesuwacymi się po
nimdostojniepłaszczkami;tuiówdzieświatłoprzebijaceprzezbłękitnąwodęza-
kłócałanamomentprzepływacaławicakolorowychegzotycznychryb.Zauroczo-
napołożyłaskórzanąteczkęnastolikumiędzydwomakrzesłamiipodeszładowy-
giętej ściany. Widok był tak niesamowity, że dostała zawrotu głowy i musiała się
ostrożnie wycofać po białym dywanie w stronę krzeseł. W tym momencie cicho
skrzypnął panel drzwi i do środka wszedł on. Jej wczorajszy nieznajomy! Poczuła
paraliżucyjąniczymelektrycznyprądszok.Tak,tobyładobrzejejznanamaska
zwczoraj,rozpoznałateżpotężnąsylwetkę,mimożebyłterazubranyinaczej:jego
szarakoszulamiałakrótkierękawy,opasuceściślemuskularneramionaiakcen-
tuce twarde, opalone bicepsy. Wąski kołnierzyk był kontrastuco rudy, co przy-
ciągnęłojejspojrzeniedoszyimężczyzny.Widziała,jaknerwowoprzełyka,iuniosła
spojrzeniedojegozielonozłotychoczu.

Jakjąznalazł?
Drzwizanimzamknęłysięcicho.Dźwięktenobudziłgozszoku.Podszedłparę

kroków w głąb pokoju, wkładając dłonie do kieszeni. Zdawał się nieporuszony ich
niesamowitymotoczeniem–jakbywogóleniezauważyłścianyotwieracejsięna
morze.Jegooczynieodrywałysięodjej,gdystanąłobok,uniósłrękęizdjąłmaskę.
Rzuciłjąnajednozkrzeseł,wciążnaniąpatrząc.Jegotwarzbyłapiękna:zmoc-
nymorlimnosemiostrozarysowanymikośćmipoliczkowymi.Dotegoszorstkalinia
szczęki, sprawiaca, że usta wydawały się zmysłowe, nawet jeśli nie były aż tak
pełne.Przenikliwespojrzenieświadczyłooskupieniuiinteligencji.

Niemyśloostatniejnocy,przykazałasobie,walczączwewnętrznymdreszczem.
Mogłaśmipodaćwczorajswojeimięioszczędzićzajmowaniapokoju,skorosą

background image

takoblegane.

Gardłozacisnęłojejsię,gdyprzetwarzaławmózgujegoobcyakcent.Byłteraz

bardziejwyraźnyniżwczoraj,gdymówiłszeptem.Zaraz,zaraz,alewłaściwieskąd
onsiętuwziął,wtejsali?Przecieżprzyszłatunaspotkaniez

Onie!
RyzardVrbancic?–zdołaławykrztusić.
Jegoustaskrzywiłironicznygrymaskonsternacji.
Wewłasnejosobie.Atykimjesteś?
Jejmózgoszalał.ZatemtoRyzardVrbancic,samozwańczyprezydentBregnowii,

o którego względy tak zabiegają jej ojciec i brat, okazuje się mężczyzną, który
pozbawiłjądziewictwa.

Jejciałozareagowałonajegoobecność.Niebyłapijana,muzykajejnieuwodziła,

ajednakczuławyraźneprzyciąganie.

Musiszsięjaknajszybciejdoprowadzićdoporządku,powiedziaładosiebiewmy-

ślach.

Wczorajniewiedziałam,żetotypowiedziała.
Naprawdę?–spytałniedowierzaco.
Tak.
Aczęstosypiaszznieznajomymi?
Zabolało.Alepostanowiłasięmuodgryźć.
Napewnonieczęściejniżty.
Spojrzałnaniązuznaniem.Lubiłdziewczyny,którepotrafiłyodpowiedziećataku-

cemu.Jakowytrawnyłowca,nielubiłłatwejzdobyczy.

Kimjesteś?
Comazrobić?Uciecstąd,nieprzedstawiającmusię?
Aleon,nieczekającnawyjaśnienia,zrobiłkrokwstronęstolika,byzłapaćtecz-

kę.

Toniedlaciebie
Aleonjużprzeglądałpapiery.Tokoniec,pomyślała.Ojciecjejtegonigdyniedaru-

je.Wtymmomencieodezwałosiętajemniczebrzęknięcie.

 Pański zarezerwowany czas dobiegł końca – powiedział modulowany kobiecy

głospłycyzukrytegogłośnika.

Uff!Tiffanywypuściłapowietrze,aleVrbancicłatwosięniepoddawał.
Przedłużgo–zarządził.
Czykolejnepółgodzinywystarczy?
Niemogęzostać–jękłaTiffany.
Ponuremęskiespojrzenieprzyszpiliłojąnamiejscu.
WyślijminatabletpełenraportofirmieDavis&Holbrook,zwłaszczaojejme-

nedżerce,paniDavis.Trzydzieściminutwystarczy.

Oczywiście,sir.

Ryzard rzucił teczkę na puste krzesło i wcisnął dłonie do kieszeni, próbując po-

wstrzymaćsięprzeduduszeniemkobiety,którachciałagowykiwać.Jużto,żebyła
zamężna,byłowystarczacozłe,choćionprzecieżniebyłtubezwiny–podcho-
dzącdoniej,postanowiłniedbaćoto,czygdzieśwpobliżuznajdujesięjejewentu-

background image

alny kochanek lub mąż. Bardziej irytucy był fakt, że sądziła, że może go w ten
sposóbkupić.Musiałjednakprzyznać,żewywarłananimnieprzeciętnewrażenie.
Jegociałoreagowałonaniąnawetteraz,gdybyłaubranabiurowoikonserwatyw-
nie. Luźne spodnie w kolorze piasku sięgały podłogi ponad sandałami na obcasie,
któredostrzegł,gdysięporuszyła.Jejżółtytopbyłtaksamoluźnyilekki,zdekol-
temdoobojczyków,zasłaniającskórę,którawczorajwydawałasiębiała.Nibynic
w jej wyglądzie nie przypominało tej podniecacej, zmysłowej kobiety, którą spo-
tkałpoprzedniejnocy,nawetszalonelokibyłyzaczesanedotyłu,comogłopodkre-
ślaćładniejejkościpoliczkowe,gdybyoczywiściemógłzobaczyćjejtwarz.

Zdejmijmaskę–powiedziałgłosemnieznoszącymsprzeciwu.
Nie.
Wypowiedzianecichosłowouderzyłojegouszy.Niesłyszałgoczęsto.
Tonieprośba–wyjaśnił.
 To nie wchodzi w grę – odpowiedziała, a język jej ciała był tak agresywny, że

niemalmógłposmakowaćjejniechęci.

Ciekawe,pomyślał.
Nie.Niemożesobienatopozwolić,byjakaśkobietanimdyrygowała.Nawetjeśli

zdarzyłoimsiędosiebiezbliżyć.

Powiedzmężowi,żezawiodłaś.Mójinteresniejestnasprzedaż.Inadrugiraz

niesięgajciepotakdesperackieśrodki.

Jejostrywdech,jakbyzostaładźgniętawśrodekpłuc,zwróciłznówjegouwagę.

Jej usta były białe i drżały tak, że poczuł się nagle bezwiednie pobudzony. Zmusił
się,bywytrzymaćjejzranionespojrzenie,zaskoczony,jakefektywnabyłataznie-
waga.Jejwcześniejlśniącebłękitemoczyzmieniłysięwemanucenienawiściąba-
senygranatu.

Jaknibymammutopowiedzieć?–zapytała.–Zatrudnićmedium?–dodała,po

czymruszyławstronędrzwi.

Aleonbyłszybszy.Gdysięgałapoklamkę,złapałjązanadgarstek.Zamarł,acię-

żarżaludusiłgo,gdyprzytrzymywałjąprzezchwilę.Próbowałasięwyrwać.Obra-
ziłją,bobyłwściekły,aleprzecieżniezraniłbyjejświadomie.

 Puść mnie – powiedziała niemal błagalnie, widząc, że wyrywając się, nic nie

wskóra.

Zachwilę.
Sięgnął,byzdjąćjejmaskę,alewtymmomencieTiffanyspróbowałagougryźć.

Ledwiezdążyłucieczpalcem.

Tymałatygrysico!–Niemógłpowstrzymaćrozbawienianatenprzejawzacię-

tości. Jej odsłonięte zęby były idealne, a wąskie nozdrza tak delikatne, że aż za-
marł.

Zgłoszętojakonękanie!–powiedziałaostrzegacymtonem.
Mamprawochciećzobaczyć,wczyimcielebyłemostatniegowieczoru–odpo-

wiedział,jakgdybygroźbęoskarżeniaomolestowaniemiałzanic.

Nieprawda.Tylkojadecyduję,ktooglądamojeciało.Amożeniepokazałamci

wszystkiego,bobyłamznudzonaichciałam,żebytosięskończyło.Niepomyślałeś
otym?

Pewnienatozasłużyłem–wymamrotał,postanawiającjednakłatwosięniepod-

background image

dawać.Wsunąłpalcewwęzełjejwłosówipociągnąłlekko,odsłaniającszyję.Tiffa-
nybyłaunieruchomiona.

Powiedziałemto,copowiedziałem–próbowałtłumaczyć,przysuwającustado

jejuchatylkodlatego,żesądziłem,żejesteśmężatką.Atymnieoszukałaś.Nie
lubię,gdyktośpróbujemniewykorzystać.Zatem,bywyrównaćszanseSięgnął
powstążkę,któraprzytrzymywałajejmaskę.

Nieeee!
Przerażeniewjejgłosiezaskoczyłogo.Takczyinaczej,byłojużzapóźno:Tiffany

zatoczyłasię,próbujączłapaćopadacąztwarzymaskę,aledrżącedłoniewypu-
ściłyją,poczymchwyciłyjeszczeraz,alenatyleniefortunnie,żemaskazgięłasię
tak,żetrudnojąbyłoteraz,bezponownegodopasowania,założyć.Tiffanyzałkała.

SerceRyzardazamarło.Zobaczyłto,codziewczynapróbowałaukryć.Dotknąłjej

brody,próbująclepiejsięprzyjrzeć.Odtrąciładłoństanowczymruchemrękiispoj-
rzałananiegozfurią.Zacisnęłazsiniałąodgniewuszczękęipostanowiłazrezygno-
waćzpróbzałożeniamaski.Aco,niechmazaswoje!

Zadowolony?–rzuciłaoskarżycielsko.
AleRyzardniemógłbyćzadowolony.To,cowidziałprzedsobą,przypominałomu

poparzonetwarzeludzi,naktórenapatrzyłsięwtrakciewojnydomowejwswoim
kraju.Wojny,wktórejudałomusiępokonaćrywalaizastąpićgonaprezydenckim
fotelu.Aświat,wtymzwłaszczazachodniedemokracje,niebyłwstaniezdecydo-
wać,czyuznaćgozawybrańcaludu,czyteżbezwzględnegodyktatora.

Przyjmijzatemdowiadomości,żefirmaDavis&Holbrookniebędziewspółpra-

cować z Bregnowią, choćbyś nas o to błagał na kolanach – powiedziała, po czym
zdecydowanymruchemotworzyładrzwiiwyszła.

Tymrazemniepróbowałjejzatrzymać.

background image

ROZDZIAŁCZWARTY

PorazpierwszyodmiesięcyTiffanypłakała.Łkała,obejmująckolanapodpryszni-

cem,akafelkiodbijałyechojejpłaczu.Trzęsłasiętakbardzo,żebałasię,żezwy-
miotuje. Nienawidziła swojego życia, nienawidziła siebie, nienawidziła mężczyzny,
któryzdarłzniejmaskę.Nawetseks,któryznimprzeżyła,niebyłtegowart.Męż-
czyźni są do dupy, powtórzyła sobie w myślach. Była na tyle dorosła i na tyle wy-
kształcona,bywiedzieć,żeposiadaniemężaidzieciniejestwtychczasachrecep
naszczęściekobiety.Aleskorotak,todlaczegojestzawszetakzałamana,gdyso-
bie uświadamia, że żaden mężczyzna nigdy jej nie zechce? Że życie rodzinne nie
jestjużdlaniej?

Dźwigającsięztrudemnasłabychnogach,wyłączyłaprysznicioparłasięościa-

nę;byłojejzimnoiociekaławodą.Niewiedziała,corobić.Załojejtrochęczasu,
zanimzebrałamyślinatyle,bysięgnąćposzlafrok.Weszładopokojuipoczułasię
pusta.

Dobrze.Mogęztymżyć.
Tylkocomiałarobićprzezresztępobytututaj?Chowaćsięwpokoju,ażtennie-

dorzecznyklubotworzyznówdrzwi?Udawaćzapaleniewyrostka,żebyhelikopter
jąstądzabrał?Poczułasięchora.Byłaspoconaigoca,pulsowałyjejskronie,bo-
lało ją właściwie całe ciało, a mózg przepełniała apatia. Pomyślała, że dobrze jej
zrobisjesta.Zwiłasięwkłębeknałóżkuiuciekławnieświadomość.

Ryzard od godziny leżał nieruchomo na swoim łóżku, czytając raport, który do-

starczyłamuobsługaQ Virtus.FirmaDavis& Holbrookbyłaniezwykłą organiza-
cją, bardzo dobrze postrzeganą na międzynarodowej arenie przemysłowej. Na
pewnomógłtrafićgorzej,pomyślał,przypominającsobiezniszczonedrogiizawalo-
nebudynkiwcentrachmiastBregnowii.Wiedział,żeokontraktynaodbudowębę-
dziesięstarałowieleznanychimniejznanychkorporacji.Davis&Holbrooknależa-
łaraczejdotejdrugiejkategorii,choćjejszybkawostatnichmiesiącachekspansja
kazałaprzypuszczać,żewkrótcestaniesięfirmąpierwszejwielkości.

Resztaraportu,azwłaszczafragmentożoniePaulaDavisa,byłajeszczebardziej

interesuca.Tiffanyzaczynałajakobogatalaleczka.Jejślubzprzyjacielemrodziny
znakomicie wpisywał się w tradycję biznesowych rodów. Wspomniano też o ślub-
nym prezencie od brata panny młodej, w postaci prestiżowego sportowego auta,
któreokazałosiępokusąniedoodparciadlapodpitegopanamłodego.Rozdziłje
do stu pięćdziesięciu kilometrów między dziedzińcem a bramą klubu golfowego
irozbiłoniskimurek,zanimgościeskończyliimmachaćnapożegnanie.Następnie,
jak napisano, po niemal dwuletniej rekonwalescencji, stery korporacji z rąk ojca
ibrataprzeławdowa.

Czyżby zatem popełnił błąd, uznając, że Tiffany próbowała załatwić sobie kon-

traktwBregnowiizapomocąseksuznim?Jejfirmarozkwitała–świadczyłyotym

background image

bezdwóchzdańcorazlepszezkwartałunakwartałwyniki–anajejczeleznalazła
sięniewątpliwieinteligentna,wygadanaiwiedząca,czegochce,szefowa.Ktośtaki
niechwytałbysięraczejtakniskichmetod

Takczyinaczej,musiałprzyznać,żeprzygodazdziewczynąwmascepozostawiła

trwałyśladwjegopamięci.Niepamiętał,kiedyostatniobyłomutakdobrze.Chyba
zLuizą

Załóżmy zatem, pomyślał, że to, co się wydarzyło ostatniej nocy, było czystym

przypadkiem. Czemu więc rodzina Davisów-Holbrooków nalegała, by spotkać się
właśnietu,zadyskretnąkurtynąQVirtus?Oczywiście,spotkaniesięznimwmiej-
scupublicznymmogłobyćniewygodnedlasenatoraDavisa.Alewtakimrazie,sko-
romimowszystkozdecydowałsięposzukiwaćkontaktuzRyzardem,możetozna-
czyć, że Stany Zjednoczone skłonne są uznać Bregnowię wraz z jej prezydentem
Vrbancicemizapomocątakichspotkańjaktopróbująwybadaćnastawienieikon-
dycjędrugiejstrony?Jednobyłojasne:RyzardmusisięjeszczerazspotkaćzTiffa-
nyDavis.

Tiffanyobudziłydochodzącezsalonudźwięki,przypominacebrzęknaczyńpod-

skakucychnawózku.Wyskoczyłazłóżkaipodbiegładodrzwi,odkrywając,żeRy-
zardVrbancickierujejednązhostess,ustawiającstółnabalkonie.

Coturobisz?–krzykła,odruchowozakrywającklapąszlafrokapoliczek.
Myślałem,żesiękąpiesz–odpowiedziałnajspokojniejszymwświeciegłosem.–

Alenajwyraźniejzasnęłaś.

Co?–Tiffanyzmarszczyłabrwi.–Skądwiesz,corobiłam?Myślałam,żetepo-

koje są całkowicie bezpieczne. – Wbiła oskarżycielskie spojrzenie w dziewczy
wczerwonejsukni.

 Użyłam mojej karty, żeby przywieźć jedzenie, które pani zawiła – tłuma-

czyłahostessa,patrzącpodejrzliwienaRyzarda,aleonodpowiedziałkrótko:

Takjest,dziękujemy.Damyjużsobieradę.Możesziść.
Poczym,zwracającsiędoTiffany,dodał:
Niegańobsługizato,żemieliśmymałąsprzeczkę.
Wynośsię!–krzykła.
Hostessa,którajużotwieraładrzwi,wybiegłaprzezniegwałtownie.
Serio?–zapytałniecozaskoczonyprezydentBregnowii.–Chybaprzesadzasz.
Chcę,żebyśnatychmiaststądwyszedł!
Ajachcęcizłożyćofertęniedoodrzucenia.Przestańsięchowaćichodźtu.
Zmrużyłaoczy.Jedyne,czegomogłachciećodtegogbura,tozapewnienie,żejej

rodzinaniedowiesięotym,cosiętumiędzynimizdarzyło.

Zebrałasięwsobieipowiedziała:
Cotozaoferta?
Niesłyszę–powiedziałzbalkonu.–Przyjdźtu,proszę!
Zacisnęłazęby.Wdomubezkorektoranieodważyłabysiępójśćnawetdolodów-

kipomleko,byprzypadkiemniewystraszyćsłużby.Alemożejakzobaczyjąwta-
kimstanie,zniechęcigotododłuższegosiedzeniauniej.Poprawiłaszlafrokiwy-
szłaprzezfrancuskiedrzwinawielkitarasbalkonowy.

Nieinteresująmnietwojepropozycje.Proszę,wyjdźstąd–powiedziała.

background image

 Myślałem, że się ubierasz – zauważył, wyciskając świeżą cytrynę na surowe

ostrygi w muszlach. Były ułożone na tacy z lodem. Koło nich stał talerz owoców
iwarzyw,tortille,mięsomielone,guacamole,salsaicoś,cowyglądałojakburrito,
tyleżezawiniętewliście.

Zaburczałojejwbrzuchu.Próbowałaukryćtendźwięk,aleusłyszałgo.
Jesteśgłodna?Jedzzatem–zarządziłwspaniałomyślnie.Czułsięnajwyraźniej

jakusiebiewpokoju!

Wolęjeśćsama–odpowiedziała.
Uniósł ostrygę, wyssał ją z muszli, po czym, powoli łykając, delektował się sma-

kiem.Tiffanyprzypomniałasobie,żesuroweostrygiuchodzązaafrodyzjak.Zawsze
dziła,żesąobrzydliwe,aleto,coRyzardwłaśniezrobił,wywołałowniejewident-
ne podniecenie. Śledziła wzrokiem, jak oblizuje wargi, i poczuła, że ma nogi jak
zwaty.Ontymczasemjejsięprzypatrywałzuwagą.Przesunąłwzrokpojejpokie-
reszowanympoliczku,poczymspojrzałnadekolt,gdziespodklapszlafrokawysta-
wałyjejpełnepiersi.Studiowałnastępnieściśniętepaskiembiodra,azakończyłna
wystacychspodszlafrokasmukłychnogach.

Ico,zdałamegzamin?chciałazapytać.Mimooszpeconejtwarzy?
Podsunąłjejkrzesło.
Usiądź.
Niepowinnamsiedziećnasłońcu.
Wzruszyłramionami.
Zajdziezadwadzieściaminut.
 Słuchaj, już nie wiem, jak ci powiedzieć, żebyś spadał, bez używania ostrych

słów.Niechcęmiećztobąnicwspólnego!Odpoczątkubyłamprzeciwnadawaniuci
tegolistuiżałuję,żewogóletuprzyjechałam.Niebędziemydlaciebiepracować.

Zjadłkolejnąostrygę,nibyzestoickimspokojem,aleTiffanyczuła,żeudałojejsię

wytrącićgozrównowagi.Ajednak,gdyoblizałwargi,wyobraziłasobie,żeliżetak
ją,itownajintymniejszymmiejscu

Uspokójsię,idiotko,zganiłasięwmyślach.
Dlaczego?zapytał.
Och!Czyżbyczytałwmoichmyślach?
Szybkosięjednakzorientowała,żejegopytaniedotyczyodmowywspółpracyze

stronyDavis&Holbrook.

Boniepodobająnamsiętwojemetody.Niejesteświelelepszyodkryminalisty,

któregozastąpiłeś.

Uff,dobrze,żeprzedprzybyciemtutajprzeczytałamoBregnowiitoiowo.
Myślę,żejednakjestemodniegooniebolepszy–odparł,wzruszającramiona-

mi.Zwłaszczawdziedzinieprawczłowieka.

Żyjeszbardzowystawnie,podczasgdytwoirodacygłodują.Ileosóbzgiło,że-

byśmógłjeśćsuroweostrygiipatrzećnazachódsłońca?

Ponowniewzruszyłramionami,alewytrawneokomogłodopatrzyćsięwtymge-

ściegniewu.

Cotymożeszotymwiedzieć?–zapytał.Niewiesz,ilejastraciłem,bymoilu-

dziemoglijeśćcokolwiek–dodałgrobowymtonem.

Notak,wsumienieznałasięnaniuansachsytuacjinaBałkanach.Zresztą,jakdo-

background image

brzewiedziała,Ryzardbyłpolitykiem,anieMatkąTeresączyGhandim.

Dlaczegotuprzyszedłeś?–spytałaspokojniejszymjużtonem.
Wyciągnięta po kolejną ostrygę ręka zamarła. Nie przywykł do tego, by tłuma-

czyćsięzeswegozachowania,aletymrazemuznał,żedladobrasprawytakzrobi.

 Chciałem się dowiedzieć, Tiffany – zaczął, przełykając zawartość muszli

znacznieszybciejniżpoprzednio.Czemutwojarodzinawysłałaakuratciebiena
spotkaniezemną?

Ciężarjegospojrzeniasprawił,żezamiastwzruszyćramionami,wzdrygnęłasię.
Najwyraźniejtylkojadostałamczłonkostwowklubie.
Jegouniesionebrwizdradzałyzaskoczenie.
Odziedziczyłamfortunępomężu
Czytałemotwoimwypadku.Przykromibardzo.
Zamarła, czekając na pytanie, jak to możliwe, by zamężna kobieta była wciąż

dziewicą.AleRyzardokazałsiębardziejdyskretny,niżodruchowosądziła.

Mojemubratunatomiastodwionoczłonkostwa–tłumaczyładalej.
Dziwne–przerwałjejjabyłemczłonkiemklubunadługoprzedwojnądomo-

wą,niemówiącjużoprezydenturze.

Naprawdę?Jaktomożliwe?Przecieżtomiejscewyłączniedlaelit.
Spojrzałnanią,uśmiechającsięlekko.
Nieuwierzysz–powiedział–domajątkudoszedłem,niewyciskająckrewipot

moichrodaków,tylkopracąwłasnychrąk.

Tiffanypatrzyłananiegopełnazdumienia.
Zrobiłempieniądzenaprojekciekranudlaprzemysłunaftowego,którypodpa-

trzyłempracującwwinnicy.

Co?!Czytałamgdzieś,żejesteśzzawoduinżynierem
Owszem,alejakomłodyczłowieklubiłemsiębuntować.Uśmiechnąłsiępo-

nownie.  Gdybyś przeczytała raport tutejszego klubu na mój temat, dowiedziała-
byśsię,żerodziceposłalimniedoNiemiec,gdymiałemsześćlat.Dlamojegobez-
pieczeństwaibymizapewnićlepszeżycie.Naszkrajbyłprzejmowanyprzezjedne-
go czy drugiego sąsiada od czasów przed pierwszą wojną. Ciągle wybuchały po-
wstania,brutalniezazwyczajtłumione.Moirodziceniemogliwyjechać,aleprzemy-
cilimniedoprzyjaciół.Niemogęnarzekać.Moiprzyszywanirodzicebylidobrymi
ludźmi.Ojczymbyłinżynieremmechanikieminalegał,żebymposzedłwjegoślady.
Miałem smykałkę do rzeczy technicznych, więc poszedłem za jego radą, ale gdy
ukończyłem studia, poczułem to, co większość młodych ludzi. Że to moje życie
imogęznimrobić,cochcę.Ażebyłakuratkonieclata,ruszyłemdowinnic.Zaro-
biłemtrochęgrosza,zacopojechałemdoRosji,planujączrobićfortunęnawierce-
niachnaftowych.

Itamzastosowałeśtenkranpodpatrzonywwinnicy?
Dokładnie–potwierdził.
Hm–mrukła,sięgającbezsłowasprzeciwupowino,którejejwłaśnienalał.–

Czyresztaświataotymwie?

Uniósłobronnieramiona.
Prasawoliopowiadaćotym,cozrobiłemzpieniędzmi.
Zainwestowałeśwwojnę.

background image

Oswobodziłemmójkraj!
Stającsięjegodyktatorem.
Aletylkopoto,bydoprowadzićdowolnychwyborów.Zradościąodejdęzesta-

nowiska,wiedząc,żeBregnowiastajesięczłonkiemrodzinykrajówcywilizowanego
świata.Cosądziszonaszymwinie?

Nie była somelierem i nie przejmowała się wąchaniem i kręceniem kieliszkiem,

alekolorwydawałjejsiękuszącyiujęłająpierwszanuta,niemalowocowa,złago-
dzonaczymśziemistym.Nie,dębowym.Waniliowym?Spróbowałaznów,chcącusta-
lić,cotobyło.Alemimożewinojejsmakowało,musiałauważać,byniestracićprzy
tymmężczyźniepanowanianadsobą.Naglezdałasobiesprawę,żedrzwidojejsy-
pialnisąodnichraptemojakieśdwa,trzymetry.

Ryzardrównieżpomyślałprzedchwiląobliskościsypialni.Oszukaniesłużącej,by

dostać się do jej pokoju, było trikiem starym jak świat, ale rozmowa z Tiffany nie
przebiegałajużtakłatwo,jaksiętegopoczątkowospodziewał.

Musiałprzyznać,żejest bardzopiękna,mimoblizn, sztucznychodbarwieńipo-

szarpanej linii, która rozcinała policzek. Miała blond włosy, piękne błękitne oczy,
skórę niemowcia i figurę Heleny Trojańskiej. Jej młody mąż, a właściwie narze-
czony,bomężembyłtylkoprzezkilkaostatnichgodzinżycia,musiałbyćonieśmielo-
ny,amożeizaniepokojony,wiedząc,jakjestprzezwszystkichpożądana.

 Nieładnie się tak gapić – powiedziała, napotykając na jego badawczy wzrok

irumieniącsię.

Niegapięsię.Podziwiam.
Zacisnęłausta,płonącjeszczegorętszymrumieńcem.Onnatomiastzmusiłsię,by

odwrócićwzrokodgrubychrzęs,któreprzysłoniłyjejoczy.Przecieżnieprzyszedł,
by kontynuować tak pięknie skądinąd rozpoczęty romans. W tym momencie przy-
szedłtuwinteresach.Jegokrajbyłnapierwszymmiejscu.

Twójojciec,senator,madoskonałeznajomościwWaszyngtonie–powiedział.–

Czy wysyłając cię do mnie, chciał zasygnalizować, że twój kraj prawdopodobnie
poprzemojąpetycjęoprzyłączenieBregnowiidoONZ?Powiedziałcicośnatente-
mat?

Tiffanyzapiłasię.
Nocóż–zaczęła.–Trochę,owszem,rozmawialiśmyiotym.Wtymmomen-

cie,nailezdołałamsięzorientować,nastawieniewładzjestdotwojegokrajupozy-
tywne.Aleczytakbędziejutro,niewiem.Samwiesznajlepiej,jakjestwpolityce.

 Czy twój ojciec ma jakikolwiek wpływ na ludzi podejmucych decyzje w tym

kraju?

 Ma dość wpływowych zwolenników. Tych, którzy wierzą w jego wizję. Kiedy

wybieraliśmysiętutaj,onwłaśniewyjeżdżałdoWaszyngtonu.

Wybieraliśmy?–spytał,czując,jakodruchowopalcezaciskająmusięwpięści.
Mójbratija.
Aha
Odetchnąłzulgą.Najwyraźniejniebyłowjejżyciuinnegosamca,zktórymmu-

siałby rywalizować. Ale przecież sam nie miał wobec niej żadnych planów; ow-
szem,sekszniąbyłbardzomiły,ale

background image

Tiffanyzauważyłajegoreakcję.
Zazdrosny?–uśmiechłasięfiluternie.
 Raczej zaborczy – poprawił. – Nie lubię konkurencji, podobnie jak w biznesie

ipolityce.Jakpojawiasięrywal,muszęgousunąć.Maszkochanka,draga?

Jejustazacisnęłysięwkonsternacji,abrwiwykrzywiływbólu.
Miałam–odpowiedziałaniskimgłosem.–Aletojużczasprzeszły.I
Coniby?
Ostatnianocbyłaucieczkąodmojegoprawdziwegożycia.Nieczymś,cochcia-

łabympowtórzyć.Niesądzęzresztą,żebyś

Zamilkła.Zrozumiała,żepowiedziałaokilkasłówzadużo.
Żebymco?
Chciałapowiedziećcośmądrego,aleodruchowopokazałanaswąpokiereszowa-

nątwarz.

Ryzardwzruszyłramionami.
Toniemaznaczenia–powiedział.–Jesteśbardzopięknąkobietą.
Zatkałoją.
 Dzięku – odpowiedziała cicho. – Dawno nie słyszałem czegoś podobnego

z ust mężczyzny. W rewanżu powiem ci, że jesteś bardzo seksownym facetem.
Wieszotymzresztąbardzodobrze.Tooczywiścieniemadlanasżadnegoznacze-
nia,alecieszęsię,żezdołałamcitopowiedzieć.

Jejsłowawywołaływnimprawdziwyogień,atakże,cogorsza,wpiersi.Niedo-

brze, pomyślał. Obiecał przecież sobie po śmierci Luizy, że nigdy nie zakocha się
winnejkobiecie.Potym,jakporwanaprzezjegowrogówwolałasięzabić,niżzo-
staćwykorzystanaprzeciwniemu

Aleteraznajwyraźniejdziałysięznimrzeczy,którychnieprzewidział.Takprzy-

najmniejnależałobyodczytaćsygnałypłycezjegociała.

Niedoceniasztego,cojestmiędzynami,Tiffany–powiedział,niemogącuwie-

rzyć, że aż tak bardzo się odsłania. – Przyciąganie między nami jest prawdziwe
ibardzosilne.

Tylkominiemów,żesięzakochałeś!–udałojejsięzaśmiać.–Przecieżtymnie

nawetniepożądasz.

Po raz kolejny uświadomiła sobie, że powiedziała o kilka słów za dużo. Tyle że

byłojużzapóźno.

Mamciudowodnić?–spytałRyzard,gwałtowniewstając.
Inimzdążyłacokolwiekpowiedzieć,byłjużprzyniej,przyciskającjądoswejsze-

rokiejpiersi.

Cotywyprawiasz?–zdołaławydusić,poczymzamarła,czującnapodbrzuszu

jegopodniecenie.–Tyzaniewiłaponownie.

Pragnęcięiprzysięgam,żeniematozwiązkuzmoimipolitycznymiplanami–

powiedział,czując,jakżądzaogarniagocałego.–Pragnęciętak,jakchybanigdy
nikogoniepragnąłem.

Niebyłojejdośmiechu,alenajegopełnenamiętnościsłowaniemalparskła.
Niewierzę,Ryzard.Przecieżtymógłbyśmiećdosłowniekażdą.Aja–Znowu

przyłapałasięnatym,żerękąpróbujewskazaćnaswojeblizny.

Wziąłgłębokioddechipowiedział:

background image

Tiffany,gdybyśmiałajakiekolwiekdoświadczeniezmężczyznami,wiedziałabyś,

żewczorajszanocbyłaniezwykła.Sąpary,któresązesobąlatamiinigdynieudaje
imsiębyćzesobątakblisko.

Bardzochciałamuwierzyć.Aleteżbardzosiębała,żestracigłowę,apotemoka-

żesię,żeontylkożartowałalbopowiedziałcoś,czegotaknaprawdęnieczuł

 Ale dziś rano powiedziałeś mi coś innego – zauważyła, przywołując bolesne

wspomnienie.

Miałembłędneprzekonanieotobieizachowałemsięokropnie.Przepraszam.
Spojrzałananiego,niewiedząc,czymuwierzyć.
Nieprzepraszamczęsto–zauważył,wykrzywiająctwarzwleciuteńkimuśmie-

chu.Proponujęzatem,żebyśprzyłaprzeprosiny.

Odwzajemniłauśmiech.
Wybaczamci–powiedziała.–Ale
Ale?
Coterazznamibędzie?
Wjegooczachpojawiłysięradosneiskierki.
Teraz?–zapytał.–Teraznajlepiejbyłobypójśćdołóżka.Dalekoniemamy.
W tym momencie nie pragnęła niczego bardziej, niż przejść z tym mężczyzną

przezprógsypialniiprzeżyćjeszczerazto,coprzeżylipoprzedniegowieczoru.Ale
wjejgłowieodezwałysiędzwonkialarmowe.

Jeślimuulegniesz,srodzetegopożałujesz!
Pozwólmisiępocałować–poprosiłgłosem,wktórymjużnawetniepróbował

ukryćpodniecenia.

Nie!
Chciałbymbardzoznówsięztobąkochać–powiedziałniecospokojniej.–Tak

jakwczoraj

Wspomnienietego,corobiliwieczoremwaltanie,byłotaksugestywne,żewydało

jejsię,żeznówczujegowsobie.Alealarmyodezwałysięponownie.Zacisnęłapoły
szlafrokaipotrząsnęłagłową.

Znajdźsobiekogośinnego–powiedziałagłosemnajchłodniejszym,najakibyło

jąstać.–Janiewidzęwtympoprostusensu.

Zburzyłemtwojezaufaniedomnie?
Niebyłospecjalnieczegoburzyć.
Znowupokazujeszpazurki?–zauważyłnitorozbawiony,nipoirytowany.–Po-

czułaśsiępewniej?

Pokręciłagłową.
Nie?–zapytał,niedowierzając.
Pewniejczujęsiętylkowtym.–Wskazałanależącąnastolikuobokmaskę.
Więczałóżmaskę–nalegał.–Zejdziemynadółispróbujemyrazjeszcze.Za-

tańczymy; przecież obojgu nam się to podobało. Oczywiście, możemy zatańczyć
i tutaj – Wskazał głową na drzwi balkonowe, zza których dolatywała dyskretna
muzykazdołu.

Przypomniałasobiedotykjegodłoni,kiedypierwszyrazoparłjenajejbiodrach.

Apotem,jakwędrowałypocałymjejciele.

Nie–odpowiedziałatwardo.–Wtedybyłowtedy,aterazjestteraz.

background image

Wtakimrazie–powiedziałzagodzinęnadole?
Zawahałasię.Ontymczasemnieustępował:
Mogęsięogolićiprzebraćwpiętnaścieminut–mówiłalewy,kobiety,potrze-

bujecieconajmniejdwudziestutylkonaznalezieniebutów.

Powiedziałznawca–zadrwiła.
Nodobrze–przyznałpojednawczo.–Niekiedyjesttodziesięćminut.
Uśmiechłasię.Tajegozadziornośćzaczynałajejsiępodobać.
Zatemzagodzinę–powiedział,kierującsiędodrzwi.

background image

ROZDZIAŁPIĄTY

Ryzard szedł przez trójwymiarowe obrazy karnawału weneckiego. Musiał uwa-

żać.Bylitamteżprawdziwiludzie,klubowiczeQVirtusihostessy,aleprzezwięk-
szość czasu przechodził przez laserowe projekcje dżentelmenów w płaszczach do
ziemi,fantazyjnychkapeluszachczyskąpoodzianychkobietofryzurachzdobionych
pióropuszami. Zatrzymał się przed trupą mężczyzn w spodniach w kratę i neono-
wychsłoniowychmaskach,którzyrozpoczynaliwłaśniepokazakrobatyczny;mógł-
byniemalprzysiąc,żesąprawdziwi.

Jegozegarekzawibrował,wskazując,żeTiffanyjestwpobliżu.Alegdzie?
Musiałjąznówzobaczyć,choćwiedział,żegotoniezaspokoi.Byćmoże,jeślibę-

dziemógłjąmiećjeszczejedenraz,zdołaoniejzapomnieć.Jeślinatomiastnieuda
musięjejuwieść,jegociałooszalejezbólu.To,żeprzedgodzinąpozwoliłamusię
przytulić, było dobrym znakiem. Ale też z tego, co mówiła, nie wynikało, by miała
ochotęnakolejnąrundęamorów.Jakjąprzekonać?Dotejporyniemiałraczejta-
kichproblemówzkobietami.Kobietaminachwilę,jednąnoc–innezwiązkipoLu-
izieniewchodziływgrę.

Inaglejądostrzegł,choćzanimzdałsobieztegosprawę,podpowiedziałomuto

jegociało.Jakiśinstynktkazałmuspojrzećwjedenzkątówzaciemnionejsaliirze-
czywiścietambyła,wswojejwczorajszejmasce.Stała,patrzącnazegarekiobra-
cając się, jakby próbowała zorientować wskazówki kompasu. Dzięki temu mógł ją
obejrzećzkażdejstrony.

Była naprawdę uderzaco piękna. Wysoka i szczupła, ale ładnie zaokrąglona

tam, gdzie trzeba. Przełknął ślinę. Dziś miała na sobie kombinezon, który ściśle
przylegałdociałaodkolandołokci,aleotwierałsięnagórzeiwdole.Wjegosub-
telnymgranaciekształtnepośladkiTiffanyuwydatniałysiętaksugestywnie,żepod
Ryzardem niemal ugięły się kolana. Podszedł znienacka i stanął tuż za nią, przed
głowąmającobnażonąprawąstronęszyi;lewązakrywaływłosymaceukryćbli-
zny.

Cotymaszdziśnasobie?–zapytał.
Uniosłagłowę.
Niepodobacisię?spytała,potrząsajączarazemzegarkiemnaręce.–Tocoś

zabzyczało,aleniemogłamzrozumieć,czyjesteśtam,czytu.

Jestemjaknajbardziejtu,przytobie–powiedział,ledwiesiępohamowując,by

nieująćwswedłoniejejkształtnychpiersi.

Notak–przyznała.–Alepamiętaj,żeterazjesteśmyponownienieznajomymi.

Kupimipandrinka?Miałamstrasznydzieńznajbardziejaroganckimizadufanym
facetem,jakiegomożnasobiewyobrazić.Muszętoodreagować.

Uśmiechnąłsię.Podobałmusięjejtupet.Niebyłatakwrażliwa,jakasięwydawa-

ławpokoju.Todobrze,pomyślał.

Sampotrzebujęjednego.Nieuwierzypani,alekawałdniaspędziłemznajbar-

background image

dziejwkurzacąkobietąwpromieniustumil.Dotegoniestetyinteligentną,mimo
żejestblondynką.Bezobrazy–dodał,pociągajączajedenzjejpukli.

Przez chwilę jej usta pozostały poważne, na tyle długo, by w jego świadomość

wdarłasięwątpliwość.Potemuśmiechłasięiwybuchłaładnym,kobiecymśmie-
chem,którybrzmiał,jakbynieśmiałasięoddawna,alezainteresowałgowsposób,
któregosięniespodziewał.Natychmiastzapragnąłusłyszećgoznowu.

Oczywiście–zapewniła.–Mojewłosysąmniejwięcejtakprawdziwejakteob-

razyzWenecji.Oddawnatuprzyjeżdżasz?

Tomójdwudziestypiątyraz.Dostałemnawetnastałeprzypinkę.
Uniósłklapę,bypokazaćjejmałyzłotyguzik.
Ładnecacko–przyznałazuznaniem.–Acorobi?Napromieniowujecię?Strze-

lalaserem?

Pokazujęludziom,żegdzieśprzynależę.
Spojrzałananiegopytaco.
Wierzmi,niebyłołatwosiętuwkręcić.Nawetzpieniędzmizbityminarosyj-

skiej ropie. Moja pozycja na scenie politycznej wbrew pozorom nie zawsze tu po-
maga.Niepewnystatusmojegokrajupowodujewręcz,żeniektóredrzwisięprzede
mnązamykają.Ludziebojąsięznajomości,zktórychpóźniejbyćmożeprzyjdzieim
siętłumaczyć.

Aletutakniejest?
Tu,wWenezueli,niktniezwracanatouwagi.AledoStanówzpaszportemmo-

jegokrajupókicobymchybaniewjechał.

Notak–wymamrotała.
Chciałagopocieszyć,żesprawypewniesięwkrótcezmienią,aleugryzłasięwję-

zyk,boprzecieżniewiedziała,jaknaprawdębędzie.Postanowiłazmienićtemat.

Toświetnycoverowyzespół–powiedziała,wskazującnagracychmuzyków.
Towcaleniejestzespółcoverowy,ajedenznajlepszychbandówwAmeryceŁa-

cińskiej–tłumaczył.–Biorąniezłągażęzaprzyjazdtutaj.

Orany!–zaśmiałasię,pociągająckolejnegodrinka,któregoRyzardjejwmię-

dzyczasiezawił.–Wciążniemogęuwierzyć,żetowszystkodziejesięnaprawdę.

Tymczasemontłumaczyłdalej:
Niejestteżtak,żeludzieprzyjeżdżajątutylkodlaprzyjemności.Janaprzykład

niemal z każdego przyjazdu wyjechałem z obiecucym kontraktem, najpierw dla
swojejfirmy,aodkilkulatdlaBregnowii.Dziśrano,gdybyśniesiedziałanasana
wswoimpokoju,mogłabyś wziąćudziałwarcyciekawym wykładzienatemat per-
spektywinwestowaniawAfryce.Mójkrajjestokrokodpodpisaniaumowyowol-
nymhandluzUniąAfrykańską,adziś,wkuluarachwykładu,dowiedziałemsię,że
sprawajestprzypieczętowanaiumowazostaniepodpisanawprzyszłymmiesiącu.
Dlanas,małegokrajunadorobku,tobardzoważne.

Rozumiem–odpowiedziała.
On tymczasem odsunął się od niej na krok, najwyraźniej po to, by z oddalenia

otaksowaćpomęskujejzamaskowanątwarz.Potemniespodziewanieprzysunąłsię
tak,żeichgłowyznalazłysięoboksiebie.Odruchowoprzysułasiędoniego,do-
pasowując się kolanami i udami do jego nóg. Ponownie poczuła jego męskość na
podbrzuszu,asutkiażjązabolały,gdyprzylgnęłanimidojegoszerokiejpiersi.Cho-

background image

lera,znowuwypiłamzadużo,powiedziaładosiebiewmyślach.Noitamuzyka

Chodźmydomojegopokoju–usłyszałajegonęcesłowa.
Jakiśgłoswjejgłowiekazałjejuciekać,wracaćdoswojegopokojuizamknąćsię

tamnaczteryspusty.Alebyłtogłoscorazcichszy,bledcy,jakgdybykrzyczałktoś
zpojazdu,którysięoddalał.Ipodobniejakwczorajdoaltany,takterazdałamusię
bezwiedniezaprowadzićdowindy, wktórejzaczęlisię całowaćzmłodzieńcząpa-
sją.Minutępóźniejprzycisnąłkciukdoczytnika,któryotworzyłdrzwijegoaparta-
mentu.Mimocałegopodnieceniazdążyłazauważyć,żejestonznaczniewiększyod
jejpokoju,noaleRyzardbyłtuwkońcudwudziestypiątyraz,aonapierwszy.Se-
kundępóźniejbyławjegoramionachicałowalisięterazwjeszczedzikszysposób
niżprzedchwilą.Jegodłoniebłądziłypojejcielewgóręiwdół,bypochwilisięza-
trzymać.

Cojest,ulicha?–zapytałzdyszanymgłosem.Niemogęznaleźćsuwaka.
Zaśmiałasięwduchu.Dlategowłaśniewybrałatenkombinezon–tylkoonawie-

działa, jak go zdjąć. Planowała, że będzie mu się dzięki temu skutecznie i długo
opierać.AleterazTerazmarzyłatylkootym,bysięznimkochać.Uśmiechła
siętajemniczoizaczęłaodpinaćguzikijegokoszuli,słyszącwuszachprzyspieszone
biciesercanawidokopalonejskórynaatletycznejpiersi.Wąskaliniawłosówprze-
cinałająnaśrodku.Zlewejstronydostrzegłatatuaż:zdaniewzwojuzapisanebłę-
kitnymtuszem.Próbowałajeodczytać,mimożebyłozapisanewnieznanymjejalfa-
becie,aprzynajmniejniektóreliterymiałyjakbydziwnekształty.Wydałojejsię,że
odczytujesłowoBregnowia.

Cotujestnapisane?–spytała.
Spiąłsię.Wielewysiłkuzdawałsięwłożyćwbolesnyszept.
Luiza,męczennicazaBregnowię.
JaknaszaStatuaWolności?
Potaknął,udającuśmiech.
Tak–wychrypiał.–JestunasczczonaPrzezwszystkich.
Chciała dopytać o więcej, ale widok odsłoniętego przed nią jego boskiego ciała

zniewalał ją całkowicie. Jej dłonie nie mogły przestać gładzić gładkiej, gocej od
żądzyskóry.

Jesteśidealny,Ryzardzie!Niewiedziałam,żemężczyznamożebyćtakpiękny.
Zdejmijubranie–ponaglił,ujmującjejpiersiprzezwarstwęspandeksu.
Powiódłjejdłońzeswojejtaliidopaskainiżej.Gdynatknęłasięnajegotwardy

członek,wewnętrznemięśniezacisnęłyjejsięwyczekuco.Przełknęłaślinęiużyła
drugiejręki,byrozpiąćmuspodnie.

Tiffany–jęknąłprzeciągle,gdyjejpalcedotknęłybezpośredniojegomęskości.
Niewiedziała,corobić,izdałasięwyłącznienainstynkt.ZaczęłapieścićRyzarda

palcami,zjegowestchnieńwnioskując,jakidotyksprawiamunajwiększąrozkosz.
Gdyprzycisnęłaustadojedwabistejskóryjegoczłonka,położyłrękęnajejgłowie.
Drugapieściłatrzęcymisiępalcamijejodsłoniętypoliczek.Gdyobłagowarga-
mi,usłyszałajakRyzardmamroczecośnapółprzytomniewniezrozumiałymdlaniej
zyku.

Z największym trudem udało mu się drżącymi rękami wciągnąć spodnie. Musiał

background image

sięoprzećościanę.To,cowłaśniezrobiłaznimTiffany,powaliłogonakolana.Mu-
siałprzyznać,żejaknakogośzupełnieniedoświadczonegowtychsprawachdziew-
czyna miała nieprawdopodobną intuicję co do tego, jak sprawić mężczyźnie naj-
większąrozkosz.

Zamek w drzwiach kliknął i Ryzard odwrócił głowę. Tiffany wyszła z łazienki

wmasceiubraniu,alenajejodsłoniętympoliczkuwykwitłrumieniecsamozadowo-
lenia, a dodatkowo otaczała ją aura cudownego podniecenia. Jej sutki pod ściśle
przylegacymdociałakombinezonembyłynapięteniczymkońceołówka,asposób,
wjakisięporuszała,kołyszącbiodrami,zdawałsięzachęcaćdodalszejgry.Przed
chwilązaspokojonyRyzardpoczuł,żepodniedopiętympaskiemponowniewracado
życia.Zapragnąłjąrozebraćiułożyćpodsobą.

Zjemciężywcem–ostrzegł.
Potrząsnęłagłową.
Muszęiść.
Niemamowy!–niemalkrzyknął.Zamierzałjązwiązać,jeślibędziemusiał.
Nie,naprawdę–nalegała.
Cosięstało?–Spojrzałnałazienkę,zastanawiającsię,cosięzmieniłowciągu

tychparusekund.

Nic.JapoprostuByłobardzomiło,alechcętotakzostawić.Jakomiłewspo-

mnieniedlanasobojga.

Zgaśmyświatło,proszę.
Ryzard,proszę.–Wjejoczachzalśniłyłzy.–Tylkotyle,dobrze?
Przesunąłdłoniąpotwarzy,niewiedząc,gdziepopełniłbłąd.
Niezmuszęcię,żebyśsięzemnąkochała–powiedziałznaczniemniejpewnym

siebiegłosem.–Aleniesądzę,żebyśmusiałaterazdokądśiść.

Wiem,żeniemuszę,alechcę.Jeszczerazdziękuję.
Omiłagoszerokimłukiemiwyślizgnęłasięprzezuchylonedrzwi.

Tiffanywciążdrżała,gdypołożyłasięnaswoimłóżku.Byłanasiebiezła,ajedno-

cześnie czuła ulgę. Może powinna była z nim zostać? Może to była jej szansa, by
poradzićsobiezbliznaminatyle,bynieblokowaćsięwprzyszłościnainnegomęż-
czyznę?Aleprzecieżniechciałanikogoinnego,aniemiałaodwagi,bysięobnażyć
przedRyzardem

Nagle zabrzmiał stłumiony odgłos dzwonka. Uniosła głowę i zauważyła światło

migacenatelefonieprzyłóżku.Odebrała.

Tak?
Toja.Gdziejesteś?
Jegogłospoczułaażgdzieśwlęwiach.
Wpokoju–odpowiedziała.
Włóżku?
Tak,śpię–skłamała.
Kłamczucha.
Przewróciłaoczami.Skądonmożewiedzieć?
Comasznasobie?–spytał.
Flanelowąkoszulęiszlafmycę.

background image

Cóż,zdejmujje,draga.Zamierzamciopowiedzieć,costraciłaś,uciekającstąd.
Zmusiszmniedoseksuprzeztelefon?
Możeszsięrozłączyć,kiedychcesz.
Mogęjużteraz?
Nonie,niebądźażtakokrutna.Tiffany
Tak?
Chciałemcipowiedzieć,że
Że?
Żejesteśnajwspanialsząkochanką!
Ach,więcmiałeśjejużwszystkie?
Nie,aleintuicjamimówi,żelepszejniema.
Uśmiechła się. Lubiła te jego komplementy, nawet jeśli nie było w nich wiele

prawdyczysensu.Poczym,zupełniedlasiebieniespodziewanie,zaproponowała:

Możemysięspotkaćnaśniadaniu.Chcesz?
Przezchwilęzaległacisza.Tegosięnajwyraźniejniespodziewał.
Gdzie?–zapytał.
Przypuszczam,żenadolejestbufetalborestauracja.
Ach,miałemnamyśli:umnieczyuciebie.Alerozumiem,dobrze.Tak,mająpo-

kójśniadaniowy.Dziewiąta?

Okej.
Tylkosięnierozmyśl!
Tyteż.Pa!
Pa,draga!Nadole,odziewiątej.
Rozłączyłasięiobciłanaplecy,patrzącwciemnysufit.Coonawyprawiała?Po

comiałabysięznimspotykaćnaśniadaniutegoostatniegoporanka?Nigdysięjuż
przecieżpotemniezobaczą.Alenasamąmyślotym,żezobaczygorazjeszcze,po-
czuła radość i podniecenie. Przypomniała sobie Ryzarda, jak stoi oparty o ścia
zrozpiętymispodniami,wodzącydookołanieprzytomnymzrozkoszywzrokiem.

Czemuuniegoniezostałam?

Gdypojawiłasięwjadalni,Ryzardstałprzywejściuirozmawiałzinnąkobietą.

Tobyłbolesnyciosiniemalzmusiłjądoucieczki,aleuniosłasokoląmaskęiwycią-
gnęładoniegonapowitanierękę.Musiałaprzyznać,żewyglądałboskowprostych
czarnychspodniachibiałejkoszulirozpiętejprzyszyi.Wtejsamejchwilipoczuła
ukłucieniepewności.Kobietagestykulucaprzednimzpasjąmiałanasobielek
narzutkęnabikini,któreledwozakrywałoidealnąfigurę.Jejmaskabyładośćpro-
staibezpretensjonalna.

Proszę,kontynuuj–zwróciłsięRyzarddodrugiejkobiety,którazamilkłanawi-

dokTiffany.

Ja–Widaćbyło,żemakłopotzzebraniemmyśli.Amożeniebyłapewna,czy

przynieznajomejmożeswobodnierozmawiać?–Zastanawiamsię,czynagłepogło-
ski o nielegalnych układach i koneksjach z grecką mafią są prawdziwe. Reputacja
Zeusajestważnadlanaswszystkich,agdybysięokazało,żejestzwyczajnymoszu-
stemNiejednemuznasmogłobytopoważniezaszkodzić.

Tiffany była zbyt skupiona na wpatrywaniu się w Ryzarda, by zwrócić od razu

background image

uwagęnasensjejsłów.

KimjestZeus?–spytałaodruchowo.
Naszymgospodarzem.
No,towiem.Alepozatym?
 Nikt nie wie – odpowiedziała kobieta, zbywając ją protekcjonalnym wzrusze-

niemramion.–Iwtymwłaśnieproblem.

Tiffanypożyłazabłagalnymspojrzeniem,jakiekobietarzuciłaRyzardowi.Naj-

wyraźniej próbowała odciągnąć go na bok z powodów niekoniecznie związanych
zkłopotamiklubu.

Niemożemykazaćmuodsłonićsięprzednami,gdysamiliczymynacałkowi

anonimowość–zauważyłRyzard.-Tobytrąciłohipokryzją.

Możeitak–zgodziłasiękobieta.–Alebyćmożemymamywięcejdostracenia.

Zresztą,samaniewiem

Spojrzała jeszcze raz błagalnie na samozwańczego prezydenta Bregnowii, po

czymwidzącgocałkowiciepochłoniętegooglądaniemnowoprzybyłej,dałazawy-
graną.Pożegnałasięjakimśledwiezrozumiałympółsłówkiemipochwilijużjejnie
było.

Tiffanyuniosłapytacobrwi,aleRyzardruchemgłowydałjejdozrozumienia,że

kobietaniebyłanikimdlaniegoważnym.

Dzieńdobry–powiedział,pochylającsię,byjąpocałować.
Nadźwiękjegogłosupoczuławzbieracąwcielenamiętność.
Umieramzgłodu,aty?
Jedzeniebyłoostatniąrzeczą,ojakiejmyślała,aleposzłazanimdojadalni.Usie-

dliprzystolikunieopodalbasenuwkształcielaguny.Podanoimkawęizłożyliza-
wienie.

Podrywaszkobietynawszystkichtychimprezach?Ktotobył?–zapytała,na-

dalniemającpewności,czymożemuufać.–Jakaśtwojabyła?

Dajspokój!Członkowieklubunieodsłaniająsięprzedinnymi.
Zmrużyłaoczy.
Gdybymspojrzałanazegarek,zobaczyłabymjejpseudonim?
Pewnietak.Chybażezablokowałasięnaciebie.Rozmawiałazemnątylkodla-

tego,żespotkaliśmysięwdrzwiachirozmawialiśmyjużwcześniej.

Oczym?
Topoufne.
Widujeszjąpozatymmiejscem?
Toteżpoufne.
Więcnicminiepowiesz?
Takdziałatenklub.Alemogęcipowiedziećtyle,żenigdyniemiałemzniąsto-

sunkówintymnych.

Poczuła, jak jakiś spięty mięsień na dnie jej brzucha się rozluźnia. Spokojnie, to

tylkohormony,próbowałasobiewmówić,niechcącsiępoddaćuczuciom,któremo-
głybyćsilniejszeniżzwykłepłciowepożądanie.

Zazdroszczęjejurody–przyznałacicho,zawstydzona,żejesttakpłytka.–By-

łamkiedyśtakaitodawałomipewnośćsiebie.Niezaprzeczaj,wiemcomówię:by-
ciefizycznieatrakcyjnymdajenieprawdopodobnąsiłę.Mojamatkawciążprzyciąga

background image

spojrzenia mężczyzn i używa tego codziennie. Swoją dro do dziś się zastana-
wiam, czy nie dlatego wybrała tatę, a nie starego Holbrooka. Nie żeby ten był
brzydki,aletatamiałniemalodmłodościwyglądrasowegopolityka,jakbybyłstwo-
rzony,byubiegaćsięoprezydenturę.Mamachciała,byjejdziecibyłynajładniejsze
wstanie.Idostałaodlosuto

Znowuodruchowoprzysuładłońdoswoichblizn.Ażmusiałchwycićjązarękę.
Skończjużztym!Mówiłemci,żejesteśpiękna.Dlaczegominiewierzysz?
Uśmiechłasię.
Tatajestdobrymojcem,cudownymmężemimiłymczłowiekiem,alemamnie-

kiedywrażenie,żekarierajestdlaniegonajważniejsza.Ażona,dzieci,cóż,sątylko
dodatkiem,choćbybardzocennym,dokariery.Nauczyłamsięjużztymżyć.

Ryzardzamyśliłsię.
Czytwójmążplanowałkarierępolityczną?
Otak–odpowiedziałabezwahania.–Dlategospodobałsiętacie.
Atobie?
Mnie?–Zamknęłaoczy,pogrążającsięwniełatwychwspomnieniach.–Byłtro-

chęszalony,nietypowyjaknachłopcazdobrejrodziny.

Achtak?
Miałotoswojezłestrony.Trochęzabardzolubiłalkohol.Ażdodnia,kiedypija-

nyusiadłzakółkiem.Noaletobyłjegoślub,ktobymuzabroniłtegodniapićszam-
pana?

Zaległacisza.Ryzardniewiedział,conatoodpowiedzieć.
Straszniemiprzykro
Myślałam–kontynuowałaTiffany.–Myślałam,żejakotyptrochępostrzelony

nie będzie mimo wszystko tak strasznie oddany karierze jak mój ojciec. Bo tego
chciałamswoimdzieciomoszczędzić.Aleczytakbybyło,niezdążyłamsięprzeko-
nać.

Chceszdaćswoimdzieciomdzieciństwo,któregosamaniemiałaś?
Podniosłananiegooczy.
Chciałam.
Przyjrzał jej się uważniej. Tak, Tiffany nie miała najwyraźniej doświadczenia

wukrywaniuswychuczuć.

Wciążmożeszmiećrodzinę–zapewniłspokojnym,stonowanymgłosem.–Dla-

czegoniepróbujeszjejzałożyć?

Rękąznowuchciaławskazaćnamaskę,aletymrazemsamazdołałasiępowstrzy-

mać.

Aty?–odbiłapiłeczkę.Dlaczegoniemaszżony,dzieci?Chybażeoczymśnie

wiem?

Ja?Jajestempoślubionymojemukrajowi.Ipracy.Wszystko,corobię,robiędla

moichludzi.

Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Jego zapewnienia brzmiały trochę pate-

tycznieijaknajejgustsztucznie,alezdrugiejstronywiedziała,coonijegokraj
mielizasobą:wojnędomową,tysiącezabitych,zrujnowanemiasta.

Jakwszedłeśdopolityki?Toznaczypotejkarierzewnafcie,wRosji–spyta-

ła,gdykelnerrozstawiałprzednimijedzenie.

background image

Musiałemprzyjechaćnapogrzeb.
Pogrzeb?
Matki.Zostałazabita
OBoże!
Zresztąwprzypadkowejstrzelaninie,oiledasiętooczywiścieustalić.Napo-

grzebie zdałem sobie sprawę, jaka odpowiedzialność ciąży na rodzinie. A potem
zginąłmójojciec

Jezu!
Onjużwzaplanowanymzamachu.Powiedziałemsobiewtedy:Dość!Niemogę

siębawićwzbijaniefortuny,kiedymójkrajtoniewekrwi.

Notak–przytakłaTiffany.
Aleodtegoczasu–mówiłdalejRyzard–wszystkojestjakbyłatwiejsze.
Jakto?
Wiem,comamwżyciurobić.Mamstałyazymut:mójkraj.Bregnowia.
Znowu zabrzmiało patetycznie, ale tym razem Tiffany nie czuła już w jego sło-

wachaniodrobinyfałszu.

Przejdziemysiępogaleriisztuki?–zaproponował,naglezmieniająctemat.
Ajesttutaka?–Podniosłazdziwioneoczy.
Tak.Wśrodku,podziemią.Zdalaodsłońcaiwilgoci.
 Naprawdę? A co tam mają? Sądząc po tutejszym przepychu, spodziewam się

LeonardadaVinci.

 Gdyby był na sprzedaż, Zeus już by go zakupił. Póki co inwestuje, z tego co

wiemwsztukęwspółczesną.Tocałkiemniezłybiznes,zwłaszczateraz,kiedymamy
coraz więcej nowobogackich kolekcjonerów z Chin, Rosji czy nawet moich Bałka-
nów.

Chciałazapytać,czyionjestjednymznich,alewporęugryzłasięwjęzyk.Pomy-

ślała zresztą, że Ryzard nie trzymałby pewnie zakupionego cennego artefaktu
w prywatnej kolekcji, a oddał go do otwartego dla wszystkich muzeum w swoim
kraju.

Chwilę później chodzili już po galerii z komiksowymi obrazami, konkurucymi

zlandszaftamizestaregoświataisztukąafrolatynoskąwpostacicudacznychrzeźb
słoniczyżyraf.Zakochałasięwparasolcezbarwionegoszkła,główniezpowodujej
niedorzecznejbezużyteczności.

Iletokosztuje?–spytała,szukającceny.
Aukcjaoddziesięzaparęgodzin.
Wrócimy?
Jeślichcesz.
 Chcę tego użyć jako ochrony przed słońcem – powiedziała, ważąc parasol

wręce.Ważyładobredziesięćkiloibyłazapewnenajbardziejniepraktycznąpara-
solkąnaziemi,aleTiffanyuznała,żemusijąmieć.

 Masz piękny uśmiech – zauważył Ryzard, przyglądając się dziecięcej radości,

jakanawidokstaromodnejparasolkirozpromieniłatwarzTiffany.–Chciałbymzo-
baczyć,jakopalaszsiępodniąnago–dodałniskimtonem,któryzdawałsięwdzie-
raćpodjejskóręijąłaskotać.

Ajabymchciała

background image

Nie zdążyła dokończyć, bo poczuła na sobie jego dotyk, a po kolejnej sekundzie

jegojęzykatakucyjejusta.Próbowałasięrozejrzeć,czyniktichniewidzi,alenie
pozwoliłjejnato,apochwilizapomniałaabsolutnieowszystkimpozaogarniacym
ichszaleństwem.

Chcęcięmiećwłóżku–powiedziałchrapliwie,odnajdującpodmaskąjejnagie

uchoiwsuwającwnieczubekjęzyka.

Tego doznania jeszcze nie znała. Cała jej silna wola i resztki barier obronnych

wtymmomencieruły.Jedyne,cojąjeszczepowstrzymywało,tomyślorozebra-
niusięprzednimwświetlednia.Czyniepoczujeobrzydzenianawidokjejblizn?

Teżtegochcęprzyznałaszeptem.
Uniósł głowę. Jego zaborcze dłonie zamarły i stwardniały, zaciskając się na jej

palcach.

Tak?
Wstrzymałaoddechipotakłakrótko.

Krewszumiałajejwuszach,takżeledwosłyszała,copowiedziałdohostessy,gdy

wracalidoholu.

 Wcześniejsze wymeldowanie? – powtórzyła, gdy poprowadził ją przez drzwi,

którehostessaotworzyłaskanemkciukaorazkartą.–Przecieżstądniewypuszcza-
ją.

Złotakartaczłonkowskamaswojeplusy–powiedziałsucho.–Alezpowrotem

jużnasniewpuszczą.

Amojerzeczy?–Zatrzymałasięnarampieprowadzącejdomariny,gdziekilka

przykuwacych wzrok luksusowych jachtów podskakiwało na wodzie jak zabawki
wwannie.

Naszebagażezostanądlanasspakowane.Wkońcuzacośimpłacimy,Tiffany.
Zamachał i powiedział coś po bregnowiańsku do młodego mężczyzny koło kata-

maranu.Łódźnazywałasię„Luiza”imiałapomarańczowyżagielowiniętywokółpo-
jedynczegomasztu.Byłataklśniącobiała,żeTiffanymusiałazmrużyćoczy.

Postoimynakotwicyjeszczeparęgodzin–powiedziałRyzardwodpowiedzina

pytanie członka załogi. – Chyba że będziemy się musieli przesunąć, żeby zrobić
miejscedlakogośwypływacegoPowiedzkapitanowi,żeprzypłyliśmyizawi-
mylunch,gdybędziemygotowi,alepókiconiechcemy,bynamprzeszkadzano.

Tiffanyzarumieniłasiępodmaską.Ryzardniekryłsięwcaleztym,cozamierzali

robić. Poprowadził ją przez salon o gładkich zaokrąglonych liniach, utrzymany
wuspokajacejokokolorystycekościsłoniowejizbielałejnasłońcuziemi.Panora-
miczneoknootwierałosięnadpokojemwypoczynkowymzbarem,wpuszczającdo
pomieszczenia odbicie turkusowej wody i błękitnego nieba. Mili krótką klat
schodową,któraprowadziładokabinynawigacyjnejipochwiliznaleźlisięwkaju-
ciegłównej.

Niesamowite–westchnęła,niemogącsiępowstrzymać.Widziaławżyciuwiele

ładnychwnętrz,alebyłaoszołomionawykwintną,azarazemfunkcjonalnąelegancją
pomieszczenia. Szuflady i komody w jasnym drewnie tekowym zajmowały miejsce
podoknami,któreodsłaniaływidokokąciestuosiemdziesięciustopi.Drzwiprowa-
dziłyzjednejstronynawewnętrznypokład,azdrugiejnadziób.Wjednymzaokrą-

background image

glonymkrańcupokojuznajdowałosięskrupulatnierozplanowanemiejscepracy,po
drugiej stronie stała zaokrąglona sofa, skierowana na płaski telewizor wiszący na
ścianienaprzeciwłóżka.

Samołóżkobyłoiściekrólewskichrozmiarów–smukłeipotężne,zlnianąpoście-

lą w migdałowym kolorze przeciętym w nogach śmiałym czekoladowym pasem.
Oderwałaodniegowzrok,gdyusłyszałaszeleszczącydźwiękizmieniłosięoświe-
tlenie  to Ryzard opuszczał faluce zasłony, tak by słońce delikatnie przez nie
świeciło, zarazem zapewniając im prywatność. Jej żołądek podskoczył, a dłoń za-
częła odruchowo szukać oparcia, gdyż podłoga w tym samym czasie zafalowała.
Nieprzyzwyczajonadożycianałodziomalnieupadła.Wostatniejchwiliobłoją
mocneramięRyzarda.

Toco?Gotowa?–zapytałniecozawadiackimgłosem,wktórymdałosięjednak

wyczućnutęniepewności,jakbylękprzedodrzuceniem.Bylijużwprawdzienajego
terytorium,alemimowszystko

Delikatniezdjęłajegodłonieztaliiiodeszłaokrok.Maskawydawałasiępotrzeb-

ną ochroną, więc ją zostawiła, sięgając najpierw do guzików w marynarce. Zdjęła
ją, obnażając ramię upstrzone plamami czerwieni, różu i bieli – bliznami po prze-
szczepach.Niepatrzącnaniego,rozpięłaspodnieizdjęłaje.Jejlewanogawyglą-
dałarównieźlejakramię,aszczytprawejbyłpełenprostotów,zktórychpobra-
noskóręnaprzeszczepy.Brzuchnosiłtesameślady.Odrzuciłajedwabnytopistała
teraz o krok od niego, jedynie w wiśniowym staniku, majtkach i złotych gladiator-
kach.

Niewstydźsięswegociała,Tiffany.Niewstydźsiębólu.
Chciałausłyszeć,żejestładnamimoblizn,aleto,copowiedział,byłojeszczelep-

sze.Napełniłojąuczuciem,któregoniemogłaopisać.Wspięłasięnapalceiprzytu-
liładoniegomocno.

DłońRyzardaprzesułapojejnagichplecachwdół,gdziestringieksponowały

nagiepośladki.ZłapałzaniedłońmiiprzysunąłTiffanydosiebie.

Jesteśpodniecony!–westchnęłaoszołomiona.
Mamcięnagąkołołóżka.Jak,dodiabła,miałbymniebyćpodniecony?
Zaśmiała się, a potem pisnęła, gdy podniósł ją i delikatnie położył na materacu.

Drżącymiodżądzyrękamizacząłpospieszniezdejmowaćzjejstópbuty.

Niezniszczich.Lubięje–powiedziała,odrywającdłońodzapięciastanika,by

sięgnąćpopasekbuta.

Coto?–spytał,zaczepiającdwapalcenajejmajtkach.–Teżulubione?Bonie

mamjużcierpliwości.

Roześmiałasię.Alepochwili,gdynadniąsiępochylał,przytłaczającjąswojąsiłą,

zesztywniaławoczekiwaniunato,comiałonastąpić.Mimojegoporywczości,mimo
zaborczegospojrzenia,czułasięprzynimcałkowiciebezpiecznie:byłniecierpliwy,
alenieniezdyscyplinowany.Zdjąłjejstanikiprzyjrzałsiębliżejpiersiom.

Czytoboli?–spytał,śledzącpalcemlinięblizny,którajakpłomieńlizałabokjej

piersi.

Prawienicnieczuję.Zniszczonenerwy.Znasztouczucie,jakwracaszoddenty-

stypoznieczuleniu,idopierozaczynaschodzić?

 Jasne. Dobrze wiedzieć. Skupię się zatem na miejscach, gdzie masz jeszcze

background image

czucie.–Ująłjejlewąpierśimusnąłkciukiemsutek.

Wzdrygnęłasię.Doznaniebyłosilniejsze,niżsięspodziewała.
Mamprzestać?–spytał.
Nie,nie.Toprzyjemne,tylkonaprawZarumieniłasię.Czułasiępoprostu

nieswojo,leżącwpełnymsłońcuzpięknymnagimmężczyznąuswegoboku.Nękały
jąsprzeczneemocje:bysięwniegowtulićlubbynatychmiastwszystkoprzerwać
idaćsobieczas.Alejakiczas?Przecieżwięcejsięchybaniezobaczą

Opuścił głowę, by polizać jej sutek. Pieścił w ten sposób na przemian to jed

pierś,todrugą,sprawiając,żewiłasięnieprzerwanie.Niewiedziała,czyzakończe-
nia nerwowe w piersiach rekompensowały niedobór tych obok, ale sposób, w jaki
jegojęzykbawiłsięniądelikatnie,sprawiał,żezaciskałauda.

Lewyjestbardziejwrażliwy–wydyszała,wplatającpalcewjegokrótkie,gęste

włosy i odpychając się od jego ramion, niepewna, czy chce, żeby przestał, czy też
żebyprzeszedłdoreszty.

Zauważyłem–odpowiedziałzsamozadowoleniem.Otworzyłustaipossałdeli-

katniejejlewysutek.

Ryzard–krzykłapochwili,uginająckolana,rozchylającudaipróbującchwy-

cićgomocniej.Zsunąłsięniżej,gryząclekkownętrzejejuda.

Wiesz,ileróżnychrzeczychcęztobązrobić?
Jękła.
Rób,cochcesz.Uwielbiamkażdytwójdotyk.
Przezchwilęnierobiłnic.Zastanawiałasię,czymożepowiedziałacośnietak,ale

w tym momencie poczuła, jak delikatnie rozsuwa jej nogi. A zaraz potem poczuła
jegowargi.Przyjemnośćbyłatakintensywna,żedooczunapłyłyjejłzy.Teraznie
miałajużwątpliwości,czegopragnie.

Wejdźwemnie!–wyszeptała.
Ryzardprześlizgnąłsięponiejwgóręjakkot,achwilępóźniejTiffanyusłyszała

dźwięk rozdzieranego opakowania prezerwatywy. Gdy wszedł w nią, powitała go
zduszonymokrzykiem,wbijającwpaznokciewjegoszerokieramiona.Wsuwałsię
wniądelikatnym,alezarazemzdecydowanymruchem.

Niemogęuwierzyć,żejestemjedynymmężczyzną,którywie,jakniesamowita

jesteś – powiedział gardłowo, podtrzymując ją za ramiona, gdy sam kołysał się na
boki,wchodzącwniącorazgłębiej.Tiffanymiaławrażenie,żejejciałoprzestałodo
niejnależeć.Drżałazpodniecenia,czułajednocześnieisiłę,isłabość,przywierając
doniego.

Ryzardpocałowałją,pragnącwięcejiwięcej.Jejcałej.Nazawsze.Aletointen-

sywne,głębokieposiadanieniemogłotrwaćwiecznie.Wkońcuodsunąłsięnatyle,
byekstazaprzepłyłaprzezniego.Tiffanysmakowałajakjakiśnieziemskinarko-
tyk.

Czując, że za chwilę dojdzie, myślał tylko o tym, jak wypełnić i ją tym samym

wszechogarniacym zachwytem. Odruchowo chciał poczekać, ale Tiffany wyszlo-
chałajegoimię,cospowodowało,żebezwzględunawszystkoprzyspieszyłtempo
ipochwilizadałjejdecyduce,ostatecznepchnięcie,naktóreodpowiedziałaspa-
zmatycznymszarpnięciemciałaigłośnymkrzykiem;obojguwydałosięwtejchwili,
żeutracilirównowagęilecągdzieśwotchłań,któramiałaimprzynieśćulgę.

background image

ROZDZIAŁSZÓSTY

Ryzardodłożyłpracę,którejnatendzieńmiałjużdosyć.Wszystkozresztąbyło

pod kontrolą. Od trzech godzin byli na morzu. Wyszedł na pokład, porozmawiał
chwilęzkapitanemiprzejąłodniegoster.Przykażdymsilniejszymszarpnięciuwia-
tru gratulował sobie decyzji kupna katamaranu i rezygnacji z łodzi jednokadłubo-
wej.Wkońcu,powiedziałdosiebie,wjegostarymszkunerzeniedałobysięztakim
komfortem uprawiać seksu, nawet stojąc w porcie. Przypomniał sobie, jak przed
czteremagodzinamiTiffanygodosiadła,łamiącymsięgłosemproszącowskazówki,
jak ma to robić. Przecież na tradycyjnej łodzi spadłaby przy byle przechyle z koi!
Atakmógłsięrozkoszowaćkołysaniemsięjejidealnychwkształciepiersiiustza-
żowionychodsetekpocałunkównadswojątwarzą.

Byłomutakdobrze,żepomyślał,żemógłbywtymmomencieumrzeć.Jakżesłod-

kąmiałbywtedyśmierć!

Alepotemmusiałwrócićdorzeczywistościizająćsiępilnymisprawamizwiązany-

mizBregnowią.Wstałcicho,byniezbudzićśpiącejnaszczęściekamiennymsnem
Tifanny,ubrałsięipodszedłdoprowizorycznegobiurkazlaptopem.Byłnadalbar-
dzo rozgrzany; otarł zatem twarz chusteczką i rozpiął kołnierzyk, by owiała go
wpadacadokajutyprzezpółprzymknięteoknoożywczabryza.Agdyitoniepo-
magało,wziąłwsąsiedniejkajuciezimnyprysznic,cotrochęgouspokoiło.

Podjąłwówczasniełatwądecyzjęcodonichobojga.Zastanawiałsięnadtymjesz-

czewklubie,aleterazwreszciepostanowił.Ajeślimiałwtejkwestiijakiekolwiek
wątpliwości, to rozwiało je wspomnienie jej pożądacych go oczu, kiedy mówiła:
Uwielbiamkażdytwójdotyk

Najwyraźniejzaistniałamiędzynimijakaśchemia.Postanowiłwięcprzedłużyćich

znajomość,afakt,żeTiffanyspałatwardymsnem,jedyniemuwtymdopomógł.Je-
dyneobiekcje,jakiemiał,związanebyłyzpamięciąoLuizie–zastanawiałsię,czy
robiącto,corobi,wjakiśsposóbjejniezdradza.Jej,którakochałagotakmocno,
że wybrała śmierć z własnej ręki, by mu nie zaszkodzić. Umarła, ale wciąż żyła
wjegosnach.Czyzatemwobecniejbyłotowporządku?Alepotempomyślał,żeje-
żeli jest tamten świat i Luiza go widzi z nieba, to pewnie mu wybaczy – przecież
chciałatylkojegodobra,ateraztymdobremjestdlaniegokobieta,którąniespo-
dziewanienaswojejdrodzespotkał.Niemiałchybapowodu,byczućsięjakzdraj-
ca.PrzecieżTiffanyitakniezajmiejejmiejsca,niestaniesięjegożoną.Tąmogła
byćtylkoLuizainiebędzieniąjużnikt.

Uspokojony tą myślą zapragnął zobaczyć Tiffany. Skinął na pierwszego oficera

imłodzieniecpoluzowałżagiel,byzłapaćwięcejwiatru.

Tiffanywydawałosię,żewypadłazłóżka.
Obudziła się z krzykiem i rozpostarła ramiona, którymi zaparła się o materac.

Nie,niespadła,alebujałasiętowtę,towdrugąstronę,aopanoramicznąszybęod

background image

stronydziobucorazuderzałybryzgiwody.Załojejchwilę,zanimzrozumiała,co
siędzieje.

Orany,mypłyniemy!
Pływałajużwcześniejnażaglówkach,miaławięcdoświadczeniewchodzeniupo

bujacej się łodzi, a na dodatek katamaran, wspieracy się na dwóch płozach,
przechylał się tylko trochę. Podeszła do szyby i zobaczyła przed sobą rozległe,
lśniącewsłońcumorze.

Ryzard,cosiędzieje?–spytałanagłos,aleonjejoczywiścieniesłyszał.
Rozejrzałasięzaubraniami.Wjakimślusterkuuchwyciłakątemokaswojeodbi-

cie i aż się wzdrygnęła. Włosy miała potargane, zmierzwione jak kołtun. Razem
zbliznamipoprzeszczepachnieprezentowałosiętonajlepiej,anadodatekbolałją
bokpiersi,októryotarłsięjegozarost–nieżebytegożałowała,aletakczyinaczej
niemogłasiępokazaćwtymstanienapokładzie.

Powiodławzrokiemdookołaiodnalazławejściedokabinyprysznicowej.Popięciu

minutachbyłajużczyściutka,uczesanai,dziękiznalezionemuwkabiniedezodoran-
towiozapachu,którymożnabyłouznaćzauniseks,pachca.Wtorbiezeswoimi
ubraniami – które najwyraźniej na łódź w porcie dostarczyła obsługa klubu; choć
kiedynibyzdążylitozrobić?–znalazłaspodnieitopbezrękawów;takubranapo-
szłaszukaćswojegokochanka.I,coważne,zdecydowałasięniezakładaćmaski–
niebędziesięjużukrywaćzeswoimbólempokątach;samjądotegozachęcał.Bę-
dzie jej trochę głupio przy pierwszym kontakcie z załogą, ale trudno, muszą się
przyzwyczaić.Zresztą,tenrejstochybajakiśkróciutki,parogodzinnywypad?Tyl-
kodlaczegojejoniczymniepowiedział?Możechciał,żebytobyłaniespodzianka?

Znalazłagoodpoczywacegowcieniunarufie,opartegoowodoodpornepodusz-

kiwbudowanejwkadłubsofy,jakczytałcośztabletu,sączącdrinkazsokiempomi-
dorowym. Dwa metry dalej, przy sterze, stał młodzieniec, z którym parę godzin
wcześniejRyzardrozmawiałwporcie.

Cosięstało?–spytała.
Pomyślałem,żeparęgwałtownychzwrotówpowinnocięwyrzucićzłóżka.
No,tocisięudało–przyznała.–Płyniemy?
Jakwidać.
Amogęspytaćdokąd?
NaKubę.
NaKubę?
Tak,wzywająmnietaminteresy.Niemogłemtegoodkładać.
Inieprzyszłocidogłowymnieobudzićiotympoinformować?
Taksłodkospałaś–uśmiechnąłsię,patrzącnaniąnieconiepewnymwzrokiem.
Czyimmunitetprezydenckichroniodzbrodniporwania?
Zaśmiałsię.
–Widzę,żehumorcięnieopuszcza,zatemnieprzeżywasztegoporwaniajakoś

bardzotraumatycznie.

Janie,alemójbrat,któryczekanamnieterazpewnienalotnisku,owszem.
Wyobraziła sobie brata zamartwiacego się, co się z nią stało. I, co gorsza,

dzwoniącegodoojcaznowinąojejzniknięciu.Czyjegosercetozniesie?

TymczasemRyzardwydawałsięwogólenieprzejmowaćsytuacją.

background image

Niesądzę,bytwójbratszczególniesięzamartwiał–powiedziałzdziwnąpew-

nościąsiebie.

Osłupiała.Przyłożyładłońdoczoła,bysprawdzić,czyniemagorączki.Przezmo-

mentwydałojejsię,żetowszystkojestjakąśhalucynacją.

Moipracownicy–wyjaśniałRyzardrozmawializnim,gdyzabieralitwojerze-

czyzklubu.

Twojaobsługazabierałamojerzeczy?
Tak.Jakwyjaśnili,żepłynieszzemnąwkilkudniowyrejs,twójbratpoczątkowo

się zaniepokoił, a nawet, powiedziałbym, zdenerwował, ale po zastanowieniu się
stwierdził,żejesteśdorosłąkobietąirobisz,cochcesz.

Achtak?
NajwyraźniejzależymubardzonadobrychrelacjachwaszejrodzinyzBregno-

wią.–Ryzarduśmiechałsięoduchadoucha.

Nonie,tegobyłojużzawiele.WkurzonapoważnieTiffanysykła:
Więcniedość,żepokrzyżowałeśmojeplany,towświatposzłajeszczewieść,że

mnieuwiodłeś?

Podniósłnaniąautentyczniezdumioneoczy.
 Czyżbyś się wstydziła faktu, że jesteś gościem na moim jachcie? Uspokój się,

wszystkobędziedobrze,zobaczysz.Atwojarodzinateżznasięchybanadyskrecji?
Niejesttak,żejutrobędąonasmówićwtelewizji.

 Ryzard – powiedziała, próbując zachować spokój. – Zabierając mnie z klubu,

powiedziałeś,żezostajemywmarinie.

Naparęgodzin.Takbyło.Alezaspałaś.
Powinieneśbyłmnieobudzić!Iniepróbowaćzamnierozmawiaćzmoimbra-

tem.Jakieonmazresztąprawo,byomniedecydować?Totylkomojasprawa!

–Więcsiętymnieprzejmuj.
Jakto?
Totylkotwojasprawa.Itwojadecyzja.
Mojadecyzja?!
Tak.
Nibyjak?
Powiedziałomitotwojeciało,kiedysiękochaliśmywkajucie.
Odruchowospojrzałanamłodzieńcazasterem,aletenmiałminę,jakbywszyst-

kim,cogowtymmomenciezaprzątało,byłaliniahoryzontuprzeddziobem.

Spróbowała za wszelką cenę się uspokoić. Zauważyła, że na wspomnienie o ich

kochaniusięwkajucie,wdodatkuprzyświadku,poczerwieniałanapoliczkachjak
burak.Jakiejśczęścijejspodobałosiętotakbezceremonialnewyznanie.Anasłowa
„kochaliśmysię”cośukłułojąwdołku.

Czymogęsięskontaktowaćzmoimbratem?–spytała.
Jeślitwojakomórkaniedziała,poprośkapitanaopołączeniezlądem.Jestwka-

jucie nawigacyjnej. – Pokazał ręką na otwarte drzwi, za którymi faktycznie widać
byłomężczyznęzesłuchawkaminauszach,studiucegomapę.–Aleradziłbymnaj-
pierwsprawdzićkomórkę.Płyniemypókicowmiarębliskoląduimożebyćjeszcze
zasięg,zachwilęjednakodbijamywkierunkuKuby.

background image

Zasięgfaktyczniebył.Stojącnadtorbązeswoimirzeczami,wybrałanumerbra-

ta. Chris odebrał natychmiast. Wiedział, co się dzieje, niemniej zaniepokojony był
nienażarty.

Tiff,coty,dodiabła,wyprawiasz?–zapytałnapowitanie.
Postanowiłabyćtwarda.Potymwszystkim,coprzeszła,ostatniąrzeczą,ojakiej

marzyła,byłopłaszczeniesięprzedrodziną.

Jaktoco?Robięto,ocomniezojcemprosiliście.Zadzierzgujędobrestosunki

zBregnowią.

AleDlaczegowtensposób?
Nonie,tegojużbyłozawiele!
Co?Tymniebędzieszuczyłmoralności?–rzuciła.–Ty,którycodrugiwyjazd

służbowykończyszwłóżkujakiejśpartnerkibiznesowej?

Tiff
Nowięcprzyjmijdowiadomości,żerazzdarzyłosiętorównieżmnie.Puściłam

sięzsamozwańczymprezydentemBregnowii.

Niemogęuwierzyć
Wco?Wto,żemogęsięjeszczepodobaćjakiemuśmężczyźnie?Wyobraźso-

bie,żenajwyraźniejtaksięstało.RyzardVrbancicniedostałwymiotównawidok
moichblizn.

Tiff?
Co?
Zamądrajesteśnato.Toniewtwoimstylu.
Niewmoimstylu?Więcbyćmożepostanowiłamprzejąćtwójstyl.Terazbędę

jeździć po konferencjach biznesowych i przelatywać tabuny gości. Dlaczego tobie
tomauchodzićnasucho,amnienie?

Nastąpiłakrótkacisza.Chrisnajwyraźniejzbierałmyśli.
Tiff,nietochciałempowiedzieć–rzuciłwreszcie.
Aco?
Żejesteśzamądra,bymiećnadzieję,żecośpoważnegoztegowyjdzie.
Zaniewiła.Poczułasięwjakiśsposóbzraniona,aleteżNiemogłaodwić

bratupewnejracji:przecieżpatrzączbokunato,corobiłaaktualniezRyzardem,
musiałotowyglądaćnaczysteszaleństwo.Patrzączresztąnietylkozboku,aleiod
środka.Poczuła,jakdooczunapływająjejłzy.

Dzięki,Chris–zaszlochała.–Dzięki,żepowiedziałeś,żeniemaszans,bymmu

sięspodobała.Wiem,jestempotworemizakałąrodziny.

Niepowiedziałemtego!–próbowałprotestować.
 Ale widzę to wypisane w twoich oczach, taty zresztą też. Nie wierzycie we

mnieanitrochę,awysłaliściemnietu,żebymmogłazrobićto,czegoniepotrafiłby
żadenzwas:uwieśćprezydentaBregnowii.Nowięcmacie,cochcieliście,meldu
wykonaniezadania.

Zaległomilczenie,którecochwilaprzerywałjedyniekobiecyszloch.
Słuchajpowiedziałpochwili.
Tak?
Maszoczywiścieprawodoprywatnegożycia
Cotypowiesz!

background image

Iwieszdobrze,żeniktcitegoniezabroni.Aleczysądzisz,żeztegomoże

byćcośpoważnego?

WsensiekontraktudlaDavis&Holbrook?
Niewygłupiajsię.Wsensie,żecoświęcejniżparodniowaprzygoda?
 Pytasz, jakbyś za każdym razem poślubiał te, które w podobnych okoliczno-

ściachbzykałeś.

Pytamjakotwójbrat,którysięociebieniepokoi.
Zamyśliłasię.
Niewiem,Chris–odpowiedziałajużznaczniespokojniej.–Niechcęotymwtej

chwilimyśleć.Powiedzrodzicom,żeAzreszPowiedzim,cochcesz.

Zastanawiałasię,jakzakończyćtęrozmowę,alewtymmomencieurwałsięsy-

gnał,anaekraniekomórkipojawiłasięinformacjaobrakuzasięgu.

Klikała jeszcze kilka razy w ikonkę połączenia, ale za każdym razem dostawała

tensamkomunikat.Najwyraźniejbylijużnapełnymmorzu.

Naglepodniosłagłowęznadkomórki,bopoczułanasobieczyjśwzrok.Irzeczy-

wiście, przy wejściu do kajuty stał Ryzard. Musiał wejść w trakcie ich rozmowy,
a podekscytowana emocjami Tiffany nie zauważyła jego obecności. Więc on to
wszystkosłyszał?Onie

Szpiegujeszmnie?–zapytałaoskarżycielsko.
 Nie – odparł. – Usłyszałem, że płaczesz, i pomyślałem, że coś się stało. A po-

temgłupiomibyłowyjść,bozdałemsobiesprawę,żemnieniewidzisz.

Czylibyłeśtuprzezcałąrozmowę?Słyszałeśtowszystko.
 Odkąd zaczęłaś płakać. Przepraszam, jakoś tak zareagowałem Bardzo mi

przykro,żetegonierozumieją.

Czegoniby?
Żemaszprawodoswojegożyciaiswoichwyborów.
Przygryzławargę.TocomówiładoChrisa,niebyłoprzeznaczonedlauszuRyzar-

da.Nibyniebyłotamniczego,czegosambysięniedomyślał,alemimowszystko.

Nieważne–powiedziałazniecoudawanąbeztroską.Wzniecilibyalarmbez

względunato,zkimsięprzespałam.

Ażtakciękontrolują?
Onibytegotaknienazwali,alemająbzikanapunkciehonorurodziny,firmy,no

ifotelasenatorskiegoojca.Nienawidzętegowszystkiego!

Uważajzezbytpochopnąocenąswoichrodziców–ostrzegłRyzard.Tojedy-

ni,jakichmasz.Kiedyichjużniebędzie,możesztegobardzożałować.

Tytomówisz?–Spojrzałananiegozezdziwieniem.
Ja.
Czyżbyśkiedykolwieknienawidziłswoichrodziców?Niewyglądałonatoztwo-

ichopowieści.

Byłemnanichzły,żemnieodesłalidoAustrii.Trzymalizdalaoddomu.Czułem

sięodrzucony.Oczywiściedziświem,żezrobilitodlamojegobezpieczeństwa,ale
wtedy,jakodziecko,nierozumiałemtego.Zatem,jeślimogęradzić,postarajsiędo-
strzecdobrestronywichintencjach.

Zastanowiłasię.
Dobrestrony,mówisz?

background image

Kiwnąłpotakucogłową.
No,jednabysięznalazła.
Jaka?
Anotaka,żejeślidobrzepodsłuchałeśrozmowę,towieszjuż,żeraczejniewy-

słalimnietu,żebymcięcynicznieuwiodła,bypozyskaćkontraktydlafirmy.

Bowtedynawieśćonaszejwspólnejpodróżymorskiejjedyniebyprzyklasnęli?
Bingo.
Wtymmomenciejejtelefon,któryrzuciławcześniejnałóżko,zawibrował.Spoj-

rzałapytaconaRyzarda.

Tucochwilęzasięgznikaiznówsiępojawia.Mnóstwowysp–tłumaczył.
Skorotak–powiedziała,patrzącnawyświetlacz–tooddzwoniędoniegopóź-

niej.Terazniemamochotynarozmowyznikim.

Nikim?–Podniósłbrwiwyraźniezawiedziony.–Nikimnaświecie?
Uśmiechłasię.
Nojedenfacetmożebysięznalazł
Niemożliwe!Któżtaki?
Niemogępodaćjegonazwiska,botopoufne.Alepowiemtylko,żepłynieaktu-

alnienaKubęiświetniecałuje.

Ryzard przeglądał mejle na tablecie, czekając, aż Tiffany zakończy rozmowę.

Mielizaskakucoproduktywnyporanek,pomimoleniuchowaniawłóżkudodziesią-
tej.

Przepraszam,żetyletotrwało–powiedziała,odkładająctelefon.–Sprawyza-

wodowe.Drobiazgi,któremusząbyćzałatwione.NiemogętegozostawićChrisowi,
bozrobitogorzej.Jakprawiekażdyfacet.

 Nie przepraszaj  odpowiedział.  Oboje musimy pracować. Ja też wcześniej

kazałemcinasiebieczekać.Noapozatymporwałemcięprzecieżimuszęteraz
ponosićtegokonsekwencje.

Uśmiechła się. Co jak co, ale poczucie humoru Ryzarda uwielbiała. Usłyszała

krzątaninęnapokładzieiprzezpanoramicznąszybęspojrzałanaczłonkaekipywy-
ciągacego ze schowków w podłodze butle tlenowe. Po chwili byli już tam oboje,
przymierzającsprzętdonurkowania.Tiffanynigdywcześniejnienurkowała,aleRy-
zardzapewnił,żeznimbędziebezpieczna.Kiedybylijużniemalwwodzie,zkajuty
przezpółotwarteoknodobiegłdzwonekjejtelefonu.

 Cholera, to na pewno mój brat. Odbiorę, będę spokojniejsza, dobrze? A nuż

skontaktowałsięznimktośzfirmypomoimtelefonie

Odbierz,odbierz.Inaczejbędzieszwkółkomyśleć,czegochciał.
Pobiegładokajuty,odebrałarozmowęwideoiwyszłaponownienaosłoneczniony

pokład.

Cześć,Chris–powiedziała,podnoszącnarzutkęiowijającniąramiona.
 Jesteś naga? – przeraził się jej brat. – Jest środek dnia. Myślałem, że to bez-

piecznaporanatelefon.

Przepraszam,kochanie– powiedziałaTiffany,kierującgłos doRyzarda.– Mój

brat zadzwonił spytać, czy słońce zaszło za horyzontem. Mógłbyś unieść kołdrę
isprawdzić?

background image

Christianzacharczałzezłości,Ryzarduśmiechnąłsię,ajegozałogant,którypo-

magał przy zamocowaniu butli, z trudem ukrył śmiech w kołnierzyku koszuli. Ry-
zardodetchnął,żeTiffanynietylkojemusięodgryza.

dziemypływać,idioto–powiedziaładobrata.–Nurkować.Jestemwkostiu-

miekąpielowym.Atuwidzisz?Sąbutleztlenem.

Przesułatelefontak,bykameraujęłabutleijejgołenogi.
Nodobra,niewtrącamsię–mówiłChris.–Życzęmiłegonurkowania.Dzwonię

winnejsprawie,tej,októrejmówiliśmywczoraj,jakdomnieoddzwoniłaś.

Wczoraj?–Tiffanypróbowałasobieprzypomnieć,oczymwczorajrozmawiała

zbratem.Przypierwszejrozmowieomalsięniepokłócili,apodczasdrugiejZa-
raz

Rozmawiałemzojcem.
A,notak,przypomniałasobie.
JestwciążwWaszyngtonie?
 Tak. I wygląda na to, że jeszcze tam przez jakiś czas zostanie. Gocy czas

wpolityce.Noipowolizbliżająsięprawybory.

Ryzard,mimowolniesłuchająctejrozmowy,przypomniałsobie,żenazwiskoDavi-

sa wymieniano jako jedną z potencjalnych kandydatur demokratów w wyborach
prezydenckich. Największe szanse na nominację miał wprawdzie kto inny, ale kto
wie,coprzyniosąnajbliższemiesiące.

Noi?–ponagliłabrataTiffany.
Tatanienatknąłsięjeszczenanicprzydatnego,alepowiedział,żepopyta.Po-

wiedział,żegwarancjidaćoczywiścieniemoże,alejegozdaniemsprawyidąwdo-
brymkierunku.

Zadowolony?–spytałaRyzarda,gdytylkorozłączyłasięzbratem.
–Jaknajbardziej.Podziękujmu,proszę,przynajbliższejokazji,aprzedewszyst-

kimojcu.Jeślibędęmógł,zrobiętooczywiścieosobiście.Itobezwzględunawynik
jegostarań.Ważne,żepróbowałpomóc.

Jednakufamibardziej,niżczasemmyślę–powiedziałaniecozamyślona.
Przyokazji–zauważyłRyzard–dopieroterazsobieuświadomiłem,żezaile?

Chybaniecałyrok?MożeszbyćpierwszącórkąStanówZjednoczonych.

 Na to praktycznie nie ma szans. Ale fakt, że znalazł się wśród potencjalnych

kandydatów,bardzomniepociesza.Takczyinaczej,przygotowanajestemnato,że
wczasiekampaniibędęsamotnieprowadzićfirmę.Toznaczy,zChrisem

Wtymmomencie,porazpierwszywciąguichznajomości,Ryzarduświadomiłso-

bie,żeewentualnyślubzTiffanymógłbybyćkorzystnydlajegokraju.Córkaznane-
go amerykańskiego polityka, a jak dobrze pójdzie, nawet prezydenta. Ale nie jest
przecież aż tak cyniczny, nawet kiedy działa na rzecz Bregnowii. No i czy Luiza
udzieliłabyzgodynatakiślub?

Patrzył,jakTiffanynieporadniezakładasobiemaskędonurkowanianatwarz.Po-

mógłjejprzyzapięciach.

Bojęsię,żemiodbijetamnadole–powiedziałanosowo,bomaskazakrywała

górnączęśćjejtwarzy.Woczachzaszkłempojawiłsięniepokój.

background image

Jesteśtwardąbabą–odpowiedział.–Daszradę.
Niewiesztego.–Położyłasobiedłońnapiersi.–Mojesercewalijakoszalałe.
Ważne,żepróbujesz,mimostrachu.Aktopróbuje,tensobieporadzi–zapew-

nił.

Zastanowił się, dlaczego właściwie z nią nurkuje. Większą przyjemność miałby

z nurkowania z kimś bardziej doświadczonym ze swojej załogi; na Tiffany będzie
musiałnieustanniemiećokoiniebędziemógłpodokazywaćpodwodą,takjaklubił.
Alewolałpoświęcićtęprzyjemnośćnarzeczbyciaznią.

Toniebyłodoniegopodobne.Wcześniejnigdyniebywałodkogośzależny,przy-

najmniejodczasówLuizy.JednakperwersyjnamyślopoślubieniuTiffanywybuchła
wjegogłowieiniedawałasięłatwousunąć–widziałwtymprzedewszystkimdo-
brokraju,aleiwizjasiebieśpiącegodokońcażyciaubokuukochanejżonyniebyła
muniemiła.

Wyglądaszjakżaba–powiedziała,gdyszykowalisiędoskoku.
Więcmniepocałuj,córeczkotatusia.Zobaczymy,wcosięzmienię.
Zrobiłato,szybkoizalotnie,potemukryłauśmiechwaparacieipołożyłasię,tak

jakjejkazałRyzard,plecaminawodzie.Onzrobiłtosamo.

background image

ROZDZIAŁSIÓDMY

Tobyłofantastyczne!–powiedziałazasapanaTiffany,wciążbeztchu,potym,

jakwpłylidowrakuhiszpańskiegogaleonupokrytegokoralowcemipąklami,za-
siedlonego kolorowymi rybami wpływacymi i wypływacymi z bulajów. Ryzard
podałbutlęzałogantowiidźwignąłsię,byusiąśćnaplatformienarufiestatku.

Dogóry?–zaproponował,wyciągającdłoń.
Wciążdochodzędosiebie.Dajmichwilę–powiedziałazdyszana.
Dopieroterazzwróciłauwagę,żeRyzardmanasobieobcisłe,czarnekąpielowe

majtki;Amerykaniezichobszernymiszortamiwydalijejsięnarazstrasznieprude-
ryjni.Słyszała,żeludzieokreślaliteobcisłestrojejakobananowyhamakczyprze-
mytpapużek,alenaatletyczniezbudowanymmężczyźniewyglądałydiabelskosek-
sownie. Pod jej brodą pojawił się palec, unosząc twarz, by złączyć ich spojrzenia.
Jegostopazakradłasiępodwodąiznalazłamiędzyjejkolanami.

Co?–zapytaławyzywaco,kładącdłonienajegodrgacychmięśniach.
Zostaniemywwodzietrochędłużej?–zapytałsugestywnie.
Zerkławdółiujrzała,żeczarnymateriałmajtekwypełniłsięniemaldogranic.
 Nigdy nie pozwól nikomu powiedzieć, że nie jesteś piękna, draga. Gdy się

uśmiechasz,rozświetlaszcałypokój,agdyjesteśpodniecona,niemogęwprostode-
rwaćodciebiewzroku.

Woda powinna zaroić się bąbelkami i parować wokół niej, tak się zarumieniła

irozgrzałazradości.

PojedzieszzemnądoBregnowii?
Czyonmówiserio?
Podciągnęła się, wyprostowała ramiona i pozwoliła piersiom przylgnąć do jego

klatki,łączącsięznimwgocym,namiętnympocałunku.

Tak–odpowiedziała,zanimzdążyłasięzastanowić.
Jednazjegodłoniujęłatyłjejgłowy,adrugaowiłasięwokółtalii,unierucha-

miając ją w tej pozycji. Ich pocałunek był długi i głęboki. Westchnął sfrustrowany
iodchyliłsię.

Niemamprzysobieprezerwatywy–wymamrotał.
Co?Wtymkostiumiejestprzecieżdlaniejmnóstwomiejsca.
Ależskąd,żadnego!Idziemydokajuty.
Zaśmiałasięipozwoliławyciągnąćsięzwodyiposadzićnajegokolanach.
Przynajmniejwiemy,wcosięzmieniłeśtamnadole.
Uniósłpytacobrwi.
Wnapalonąropuchę–wyszeptała,całującgoprzytymwucho.
Uszczypnąłją,ponaglającdowejściadośrodka.

Krajobrazzlotniskaprzedstawiałkrajwodbudowie.Gdyjejbratmówił,żeBre-

gnowii przyda się ekspertyza ich firmy, nie żartował. Przejechali po połowicznie

background image

zbombardowanym asfalcie, mili spaloną winnicę i zawrócili koło zniszczonego
mostu,któryprzecinałkanion,leżączygzakiemnadnierzeki.Przejechalinastępnie
jeepem po prowizorycznym moście, a potem ostrymi zakrętami skierowali się
wgórękumiastu,którewyglądało,jakbydzieckopowywracałownimwielkiekloc-
ki.

Ale co to było za miasto! Stolica Bregnowii, Gizela, była jak wyta ze średnio-

wiecznejbaśni.Jejnajstarszaczęśćleżałanadrzeką,którąpotemzatamowano,by
czerpaćelektryczność,azarazemnawadniaćpola;wcześniejrzekatabyłałączni-
kiem handlowym z Morzem Czarnym. Poza nadrzeczną dzielnicą, która z widoku
bardziej przypominała wioskę, stały osiedla domów komunalnych, a obok nich no-
woczesnecentrahandlowe,alenicnieumknęłoprzedniedawnąwojną.Tuodfasa-
dyodstawałorumowiskocegieł,tamznówkolczasteogrodzenieodgradzałodostęp
dzieci do wacego się budynku. Zafascynowana kontrastem piękna i zniszczenia,
Tiffanyniemalsięnieodzywała,dokiniewjechaliprzezbramę,któramiałatrzy
metrywysokościidziesięćszerokości.Jejornamentowanekuteżelazozezłotymfi-
ligranemwydawałosięnoweiimponuce.

Totwójdom?WyglądajakpałacBuckingham.
Tojestpałac–potwierdziłspokojnieRyzard.–Zbudowanyjakodaczadlarosyj-

skiegoksięciazaczasówcaratu.Komuniścigooszczędzili,bopodobałsięgenerało-
wiKGB,alebyłostatnimpunktemobronymojegopoprzednika.Wciążnaprawiamy
gopoobżeniu.Będziemój,jakdługobędęprezydentem,alepłacęzajegoremont,
botomojedziedzictwo.

Pomimodziurpokulachistosiekamieni,którekiedyśmogłybyćpowozownią,pa-

łac sprawiał tak imponuce wrażenie, że Biały Dom wyglądał przy nim jak zanie-
dbanywiejskidomek.Odfrontu,naszerokimkobiercuzkwiatówwyrastałarzeźba
zbrązukobiety,którajednąrękętrzymałanapiersi,adrugąwyciągaławbłagal-
nymgeście.Kiedyprzejeżdżalioboklimuzyną,Tiffanyodczytałanapisnatablicypo-
stumentu: „Luiza”. Serce podskoczyło jej do gardła, pulsując jak szalone. Luiza
Ryzardpowiedział,żebyłamęczennicąjegokraju,symbolemtakświętymdlanich
jak dla Amerykanów Statua Wolności. Tyle że rzeźba ta nie przedstawiała żadnej
abstrakcyjnejidei,aprawdziwąkobietęzkrwiikości.

KtórejimięmiałwytatuowanenapiersiRyzard.
PowyjściuzsamochoduiwejściudośrodkapałacuTiffanynatknęłasięwprze-

stronnym pokoju kredensowym na portret olejny tej samej kobiety. Tutaj syreni
uśmiech Luizy był tak niezwykły, jak wyraz twarzy Mony Lizy, przyćmiony jedynie
przezjejmonumentalnepiękno.Znówniewyglądałotonasymbolicznyobraz,który
mógłsięznaleźćwpałacuprezydenckim,choćwłaściwszymjegomiejscembyłoby
muzeumnarodowe.Wportreciezawartabyłatęsknota;powiesiłgoktoś,ktonajwy-
raźniejkochałtękobietę.

Oczy Luizy zdawały się z uwagą śledzić ruchy Tiffany, gdy zapoznawała się ze

służbąRyzarda.Naszczęścieszybkozostawiliobrazzasobą,wchodzącnapiętro
idalejkolumnadąprzechodzącdomiejsca,któreprezydentVrbancicnazywałApar-
tamentemOgrodowym.

Tojedynypokójwskrzydlegościnnym,wktórymdasięmieszkać–powiedział

przepraszaco.–Noizarazobokjestdobremiejscedopracy.

background image

Zrozumiała,żebędzietojejmiejscezarównozamieszkania,jakipracy.Notak,

w pałacu prezydenckim nie mogli, tak jak na jachcie, pokazywać się otwarcie ra-
zem; nie wchodziło zatem w grę wspólne mieszkanie i spanie. Ale będą się chyba
gdzieśintymniespotykać?Przecieżbeztegozwariuje!

Pchnąwszypodwójnedrzwi,Ryzardwszedłdosalonu,którybyłwypełnionysprzę-

tem biurowym i repliką biurka, którego używałaby pewnie Maria Antonina, gdyby
prowadziłanowoczesnąmiędzynarodowąfirmękonstruktorską.

Niemaszproblemuzpracąpozakrajem?Tujestinnastrefaczasowa.
Mamyświatowyzasięg,ajapracujęzposiadłościrodzinnej.Plusżyciaodludka

jesttaki,żeniktnieoczekuje,żepojawięsięosoMojaparasolka!

Dziełozbarwionegoszkławisiałopodkątemprzyoknie,natylewysoko,żemogła

podniąstanąć.

Powiedziałeś,żeprzespaliśmyaukcję!–powiedziałaoskarżycielsko.
Złożyłemzawienie,zanimwyszliśmy.
Zakręciłasiępowoliizamknęłaoczy,wyobrażającsobie,żeczuje,jakkolorypa-

rasolkimuskająjejtwarz.

Rozpieszczaszmnie.
Chcę,żebyśbyłaszczęśliwa.Będziesz?
Chciała odpowiedzieć, że nigdy w życiu nie była w stanie takiej euforii, ale gdy

znalazłasieprzyoknie,zobaczyła,żewychodzionodokładnienatyłrzeźbyLuizy.
Niemogłasiępozbyćwrażenia,żetakobietasprawujejakąśsekretnąkontrolęnad
pałacemibyćmożenadRyzardem!Wkońcutojejimięmawytatuowanenapier-
si.

Ryzardzie–zapytała,odczekawszy,ażostatniztragarzyopuścisalę.
Tak,draga?
Atygdziebędzieszspać?–spytała,odchodzącodoknaiujmującgodelikatnie

zarękę.

Niestety,daleko–odpowiedział.–Wdrugimskrzydlepałacu.
Rozumiem,żeniewolnomitamprzyjść.
Nie.Mógłbybyćskandal.Aleniebójsię,niebędzieszspaćsamotnie.
Tak?–próbowałasięuśmiechnąć,choćsercejejścinałjakiśnieokreślonylęk.
Będęcięodwiedzaćizostawaćnadługo.Mniewolnochodzićwszędzie.
Notak,pomyślała,muszębyćwyrozumiała.Wyobraźmysobie,żenaszprezydent

przywozidoBiałegoDomunikomunieznanąkobie

– A teraz wybacz, ale muszę wyjść i zasalutować fladze Bregnowii. To zwyczaj,

którego przestrzegam zawsze, gdy wracam zza granicy. Tłumy zbierają się, by to
oglądać.Taceremoniazapewniaichomoimoddaniu.Alemożezałożyszcośodpo-
wiedniegoidołączyszdomnie?

Założęsię,żeLuizatakrobiła,odezwałsięwjejgłowieszyderczygłos.

Gdystałanadworzetrzydzieściminutpóźniej,ztwarząocienionąprzedzaskaku-

coostrymsłońcem,zełzamipodziwuwoczachpatrzyła,jakRyzardwprezydenc-
kimmundurzestoiwyprostowany przedmasztemzflagą irecytujeprzysięgę.Ale
potem prezydent odwrócił się i zasalutował pomnikowi Luizy, przyciskając końce
palcówdoustiposyłającpogowipocałunekprzezuniesieniedłoni.

background image

Tiffanypoczuła,jakprzeszywajągwałtownyból.Toniesamgesttakwniąude-

rzył,ilecierpienienatwarzyRyzarda.Jejpodejrzeniasiępotwierdziły.KochałLu-
izę,naprawdęjąkochał,jakkogoś,ktowprawdzienieżyje,aleowładnąłnimwca-
łości.Widząc,jakcierpi,chciałamupomóc,wyciągającinstynktowniedoniegodłoń.
Ryzardstężałpodjejdotykiem,ująłjejrękęidelikatnie,alestanowczozsunąłjąso-
biezramienia.

Gdypytałamotwójtatuaż,nigdyniepowiedziałeś
Wiem–uciął,odsuwającsięokrok.–Ciężkomiotymmówić.
Oczywiście–wydusiła,zaciskającdłoniewpięści,bokrewodpływałajejzgło-

wyiczułasię,jakbymiałazachwilęupaść.Czyprzyjechałabytu,gdybywiedziała,
żetakbędzie?

Niechcęjużnigdyprzechodzićprzezcośtakiegowił.Kochaćtakmocno

istracićNie,nigdywięcej.–Rzuciłjejspojrzeniejednocześnienieugięteizalęk-
nione.

Szybko odwrócił od niej wzrok, po czym ukłonił się w stronę bramy. Dopiero

w tym momencie Tiffany zauważyła tłum około pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu
osób z twarzami przyciśniętymi do krat, którzy obserwowali ceremonię. Nie kla-
skali, nie wiwatowali, patrzyli jedynie na prezydenta w milczeniu. A teraz pewnie
zadawalisobiepytanie,kimjesttaobcakobieta,któraośmieliłasięgodotknąć.

Gdy wchodziła za Ryzardem do pałacu, wydawało jej się, że Luiza z portretu

uśmiechasiędoniejzpoczuciemsamozadowoleniaczymożewspółczucia.

Zrozumiała,żejegosercenależałodoLuizy.Iżenicnigdytegoniezmieni.

Lekkipowiewzachwiałpłomieniemświecwnogachwielkiejwannyinagłepobu-

dzeniesprawiło,żezerkławstronędrzwi.Usiadłagwałtownie,spieniającwodę.
Ryzardopierałsięramieniemoframugęzeskrzyżowanymiramionamiiprzekrzy-
wionym biodrem. Dekadencki błysk podziwu dodał jego twarzy seksowności. Deli-
katny zapach lilii roznosił się w wilgotnym powietrzu, a niski dźwięk saksofonu
brzmiałzmysłowowtle.Przygotowałatowszystkonajegoprzycie,choćniemiała
pewności,czyjużtegowieczorująodwiedzi.

Przyszedłemprzemycićciędomojegopokoju,alewtejsytuacji–mówił,zrzu-

cajączsiebiewszybkimtempieubranie.

Pochylił się nad nią, ujmując jej podbródek, i po chwili miażdżył jej usta w moc-

nym,dzikimpocałunku,odktóregozamruczałajakgłaskanapopiersikocica.

Jużsiębałam,żenieprzyjdziesz
Podsekretarzstanutwojegokrajudzwonił.Toniebyłajeszczeobietnicagłoso-

waniazaprzyciemnaszejpetycji,aleobiecucyznak,żesiędotegoprzychylają.

Och!–Impulsywneklaśnięcieposłałowpowietrzemydlinyniczymśnieżynki.–

Tocudownie.

Todziękitobie
Wsunął się za nią do wanny, a jego muskularne ramiona obły ją i nasuły na

siebie.

Nicniezrobiłam.
Jestempewien,żetodziękidziałaniomtwojegoojca.
Mmm

background image

Oparłagłowęojegoramię,całującpalce,którepołożyłnajejobojczyku.Przeje-

chałopuszkamipojejwargach.Takchciała,bybyłszczęśliwy.Podkażdymwzglę-
dem,zatemrównieżjakowódzszczęśliwego,życegowpokojuidostatkunarodu.
Ale chciała też być szczęśliwa razem z nim, cieszyć się każdą spędzoną wspólnie
chwilą.Tymczasem,jakrozumiała,chwiletakiebędąodtądraczejnależećdowy-
jątkuniżreguły.

Todużykrok–powiedział,zsuwającdłońnajejśliskąpierś.–Wiesz,ilekrajów

wahałosię,bywykonaćruch,boniechciaływchodzićwkonfliktztwoim?JeśliAme-
ryka nas poprze, dwie trzecie pozostałych głosów zostanie natychmiast oddanych
ponaszejmyśli.A,właśnie,pomyślałem,żedobrzebybyło,żebyśwystąpiłazemną
naparuoficjalnychkolacjach.

Zdusiła parsknięcie śmiechem. Nie, nie będzie laleczką, z którą pan prezydent

możesiępokazaćtuitam.Ijakjąprzedstawi?CórkasenatoraDavisa,którywspie-
ranasząsprawęwWaszyngtonie?

Poprostupowiedz„nie”,Tiffany.
Aleodmowazagraniatejrolioznaczałazakończeniezwiązku.Aprzecieżniebyła

jeszczegotowanakoniec.Czybędziekiedykolwiek?Trudnopowiedzieć.Może,jak
sięsobąnasyPrzecieżniemożewieczniemieszkaćwjegopałacu,udająceks-
pertkędosprawodbudowy.

W tym momencie Ryzard zaczął się delikatnie bawić jej sutkiem, sprawiając, że

zamruczała z zadowoleniem. Czy on mną aby nie manipuluje?  zastanawiała się.
Chyba nie jest aż tak cyniczny? Nie znosiła się nadal za słabość i uległość wobec
tegomężczyzny,alelubiłamuulegać.Jeślimogłabysięjeszczeprzebićsięprzez
tęjegonieprzeniknionątarczęsamokontroli,zobaczyć,cosiękłębiwjegomózgu.
Alezdrugiejstrony,pomyślała,możelepiejtegoniewiedzieć?Obciłasięizębami
złapałajegodolnąwargę;wciągutychparudniprzekonałasię,żetolubiłszczegól-
nie.

Odrzuciłgłowęwtył.Złotepłatkiwjegozielonychoczachlśniłyjakbrylanty.
Tygrysica?–sapnął,całkowiciezaskoczonyatakiem.
Podniosłasię,uklękłaiusiadłamunaudach.Zaczęłagopieścićcałymciałem,
 Draga, poczekaj – wychrypiał przy jej otwartych ustach. – Zabezpieczenie! –

Odchyliłsię,bysięgnąćdospodni.

Odetchnęłaboleśnieniecozawstydzona.Notak,wyszłanawariatkę,gotowąko-

chać się z nim bez zabezpieczenia. Albo desperatkę, która pragnie zrobić sobie
dzieckozprezydentem.

Chodźmydołóżka–powiedział,wstajączwanny.–Tamjestznaczniewygodniej

–dodał,sięgającponią.Podniósłjąimokrązaniósłdosypialni.

Znówugryzłagowwargę,gdypróbowałjąpocałować.
Cowciebiewstąpiło?–zapytał,odsuwającdrapiącegopaznokcieiprzytrzymu-

jącjejdłonienadgłową.

Azciebiecowystąpiło?–zapytała,wyginająckuniemuciało.Bozabierasz

siędotegodłużejniżdotychczas.

bami rozerwał opakowanie i zabezpieczył się jednym zręcznym ruchem, po

czymwszedłwniązdecydowanie.Byłanatogotowa,alenagleszybkietempoza-
skoczyłoją.

background image

Lepiej?–spytał,wchodzącwniątakgłęboko,żeażzaszlochałacicho.Wycofał

się.–Tiffany,cosiędzieje?

Potrząsnęłagłową.
Poprostusięzemnąkochaj!

background image

ROZDZIAŁÓSMY

Tiffany próbowała zignorować fakt, że Ryzard jest zakochany w martwej kobie-

cie, i przyjąć to, co jej oferował: miłość fizyczną i chwilowe zapomnienie o życio-
wych kłopotach. Na jego katamaranie po raz pierwszy przestała się bać ludzi
i wstydzić swoich blizn. Trzy dni w Bregnowii jeszcze bardziej podbudowały jej
pewnośćsiebieipoczucie,żemimowszystkodobrzejejjestwswojejskórze,nawet
zbliznami.Nieuśmiechałojejsiępojawiaćjakojegomaskotkanaoficjalnychuro-
czystościach,alepókicoudawałojejsięznichwymigiwać.Najchętniejjednakza-
szyłaby się z nim znowu w miejscu takim jak Q Virtus; tyle że klubów tego typu
wBregnowiiniebyło.

Przyłożyładosiebiesukienkębezramiączekwkolorzezachodusłońcaizdecydo-

wała,żebędziemiećznimdzisiajudawanąrandkę.Wyobrażałasobie,że,takjak
wszyscy mężczyźni, Ryzard musi lubić krótkie sukienki i głębokie dekolty. No to
zwaligoznóg.

Godzinę później przeczesywała włosy prostownicą, a na usta nałożyła różowy

błyszczyk.Sukienkazdekoltemwkształciepółksiężycaotulałajejpiersi,zarazem
obejmowałabiodraitaliętakciasno,żeledwomogłachodzić.Gladiatorkiniebar-
dzotupasowały,aleitakwyglądałaseksownie.Fakt,żejejbliznybyływtymstroju
całkowicieodsłonięte,wcalejejniepeszył.

Po namyśle jednak nałożyła na twarz cienką warstwę korektora; skoro to miało

poprawićjejpewnośćsiebieResztyciałajednakniebędziejużniczymsmarować.
Ryzarditakuważa,żejestpięknataka,jakajest.

Uświadomiłasobiewtymmomencie,jakniebezpieczniebliskojestzakochaniasię

wnim.Todlatego,żejestjejpierwszym,wmawiałasobie.Alebyłoteżprawdą,że
Ryzardbyłpiękny,inteligentnyitakwyrozumiaływobecjejhumorówibagażuemo-
cjonalnego.Zarządzałwszystkimwokółsiebieztakąłatwością,żekażdypoczułby
sięprzynimbezpieczny,chronionyizadbany.

Prawdawyjdzienajaw,gdysięrozłączą.Niemogłaukrywaćichromansuprzed

rodzicamiwnieskończoność.Ojciecbyłzatypolityką,alematkachybacośpodej-
rzewała;możeChrisjejwypaplał?Podczasostatniejrozmowytelefonicznejzapyta-
łaTiffany,kiedywreszciezamierzapojawićsięwdomu.Tiffanyzjednejstronytęsk-
niła już za domem, rodziną, ale z drugiej Czy jeśli pojedzie, to będzie to koniec
związku z Ryzardem? Potrząsnęła głową, powtarzając sobie, że musi się nauczyć
cieszyć chwilą, żyć w teraźniejszości. Zwłaszcza że nie było przy niej nikogo ze
szklanąkulą,którapowiedziałaby,cobędzie.TerazonaiRyzardsąszczęśliwi,bę-
dącrazem;cobędziezadzień,dwa,tydzień–niewiadomo.

WzięłauspokajacywdechiposzłaposzukaćRyzarda.Gdyweszładojegobiura,

cicho zapukawszy, siedział za monitorem z bardzo poważną i skupioną na czymś
miną.

Cosiędziejenaświecie,żewyglądasztaksurowo?–spytała,podchodzącbli-

background image

żej. – Właśnie weszła piękna kobieta; cokolwiek oglądasz, zapomnij o tym i ją za-
uważ.

Objąłjąramieniemwokółtalii,przyciągającbliskoimocno,aledrugarękazłapa-

łajejdłońsięgacą,byująćjegogłowędopocałunku,któregotakbardzopragnęła.
Wyrazjegooczuniebyłłatwydointerpretacji.

Czymamytodokończyćpóźniej?–spytałwtymmomenciemężczyznawidoczny

naekraniekomputera.

Nie–odpowiedziałRyzard.
Tiffanywydałaokrzykzaskoczenia,odskakującodramieniaRyzarda.
Twarznaekranieuśmiechłasięporozumiewawczo,alekrótko.
 Nie wiedziałam, że masz wideokonferencję – powiedziała Tiffany zalęknionym

głosem.–Przepraszam–dodała,sięgającrękądotwarzyipróbujączasłonićblizny.

Domyśliłemsię,żejesteściezesobąblisko–powiedziałagłowa.Tiffanyprzyj-

rzałajejsię.Notak,byłtoprzecieżPhilR.,znanywUSAiEuropiereportertelewi-
zyjny,zajmucysięwielkimiaferamimiędzynarodowymi.NajwyraźniejRyzardbył
znimzaprzyjaźniony.

WtymmomenciezastanowiłasięnadskupionąminąRyzarda,którąmiał,gdytu

weszła.AmożePhilkontaktowałsięznimsłużbowo?Albodzwonił,żebygoprzed
czymśostrzec?CzyżbyBregnowiabyławplątanawjakąśaferę?

 Coś jest nie tak? – spytała odruchowo szeptem, choć i tak jej głos musiał być

słyszalnydlareportera.

Wyglądanato,żeodczasunaszegonurkowaniamamytowarzystwo–odpowie-

działRyzard.

Paparazzi?–wzdrygnęłasię.
Tak,aletoniemaznaczenia,Tiffany.
Oczywiście,żema!Wprzeciwnymrazietwójprzyjacielniedzwoniłby,żebycię

ostrzec.Tozdjęciaczynagranie?

Zdjęcia–odpowiedziałzekranuPhilR.–Niestety,dostałemwiadomośćotym

zdrugiejręki,więctrudniejukręcićsprawiełebwzarodku.Mamnamiarnaautora
tychzdjęćimogęspróbowaćznimponegocjować

Zaraz,zaraz–przerwałamustanowczoTiffany.–Cojestnatychzdjęciach?
 No cóż – Phil zaczął i natychmiast zawiesił głos. – Nie są to zdjęcia mile

uśmiechacejsiędoobiektywupary.

OBoże!–westchnęła,podejrzewającnajgorsze.
 Ale nie przejmujcie się – próbował pocieszać reporter. – Coś pewnie uda się

wtejkwestiizrobić.Zobaczymysię,jakrozumiem,wRzymie?–dodał,zwracając
siędoswegoprzyjacielaprezydenta.

Tak.Tonarazie,Phil.Dziękizatęinformację.

Niewystąpięprzedkamerązażadneskarbyświata!–krzyczałaTiffany.
Dobrze–zgodziłsięRyzard.–Alebędzieszmitowarzyszyćpodczaswywiadu.
Potrząsnęłagłową.
Muszęwracaćdodomu.
Zastanawiałasię,czyjejrodzicejużwiedzą.Czyzdjęciazdążyłyobiecjużświat?

Zamarła,myśląc,jaknatozareagujematka.

background image

Mojarodzinabędziewściekła.Jużterazledwiezemnąrozmawia
Uspokójsię.Jutroznówwstaniesłońce,Tiffany.Niktnieumarł.
Lepiejbybyło,gdybyumarł.
Niemówtak.Nigdy.–Złapałjązaramionailekkoniąpotrząsnął.
Przestałasięwyrywać,aleodpychałasięnadalodjegopiersi.
Niejesteśmyjednąztychrodzin,którekarmiąwidzówcałegoświatakolejnymi

skandalami,Ryzardzie.Apotym,jakmedianagłośniłymójwypadek,mamyszcze-
rzedośćprasy.

Wziąłjązaobieręceiprzyciągnąłdosiebie.
Uspokójsię!Czyteżchceszmożepowiedzieć,żeto,corobiliśmy,byłozłe?
Zaniewiła.Notak,czegośtakiegoprzecieżnigdybyniepowiedziała!
Ale
Jedynanaszawinajesttaka,żesięzasłabopilnowaliśmyprzedwścibskimfoto-

grafem.

Przezchwilęmilczeli.
Takczyinaczej–powiedziaławkońcuTiffany–powinnamwrócićdodomu.Za-

wszetamwracam,kiedydziejesięcośzłego.

Pókiconiczłegosięniestało.Ajapostaramsięoto,bytezdjęcianieujrzały

światładziennego.Alegdybyprzypadkiemmisięnieudało,tymbardziejpowinnaś
byćprzymnie.Boinaczejpowiedzą,żeporzuciłemcię,gdytylkowybuchłskandal.
Nie!Powinnaśzostaćtutaj,zemną,bezwzględunawszystko.

Opuściłagłowę.Musiałaprzyznać,żewtym,comówił,byłowieleracji.
Zadbamoto,byszumwokółtegoprzycichł–zapewniłRyzard,unoszącjejpod-

bródek.–PojedzieszzemnądoRzymu,Tiffany.

Odruchowo chciała powiedzieć, że jeździ zwykle tam, gdzie sama zaplanuje, ale

doszładowniosku,żewtychokolicznościachuwagataniemiałabywiększegosen-
su.

Dobrze–zgodziłasię,mówiąctonemniemalwiernopoddańczym.
Grzecznadziewczynka.
No,nieprzesadzaj–ostrzegła,aleodwróciłatwarzkupieszczociejegopalców,

gdyodsuwałjejwłosyzaucho.Zamknęłaoczy.

Chciałbymdostaćnumertwojegotaty.
 Och, nie, ja do niego zadzwonię. – Wyprostowała się, ale wciąż ją trzymał. –

Wyjaśnięmu,jeślitrzeba.

Nie,Tiffany,tomojawina.Powinienembyłcięlepiejchronić.Ajemukażdytaki

skandalmógłbypoważniezaszkodzićwkarierze.Pozatym

Pozatym?
Byłabytopierwszamojarozmowaztwoimirodzicami.Niechciałabyś,żebym

znimiporozmawiał?

No,wsumie
Zastanawiałasię,jakRyzardpowiniensięjejojcuprzedstawić:Dzieńdobry,panie

senatorze. Mówi Ryzard Vrbancic, prezydent Bregnowii. Chciałem powiedzieć, że
sypiamzpanacór

Z głębokim westchnieniem sięgnęła po swoją komórkę i podała mu, pokazując

wkontaktachnumerojca.

background image

Jakmógłcałowaćcośtakobrzydliwego?
No tak Na sensację była przygotowana, ale na tak skrajne okrucieństwo nie.

Ryzardbyłwściekły,gdywyszedłspodprysznicaiznalazłjązjegotabletemnako-
lanach, ze zbielałymi palcami, wyschniętym gardłem, niemocą spojrzeć mu
woczy.

Nietrujsiętym–powiedział,uspokoiwszysięnieco,zabierającjejtabletirzu-

cającgonałóżko.–Pomyśl,żejutrolecimydoWiecznegoMiastainicinnegosię
nieliczy!

Łatwopowiedzieć.PrzezcałylotdoRzymuudawała,żeśpi,boniechciałaznim

anizresztązkimkolwiekrozmawiać.Blizny,których,jakjejsięprzezkilkadniwy-
dawało, pozbyła się, przynajmniej w sensie psychicznym, ostatecznie wróciły ze
zdwojonąsiłązapośrednictwemmediów.Czyznówmanosićmaskę?

„To jak spanie ze skórą węża”, przypomniała sobie komentarz niewybrednego

wsłowachhejtera.Albo:„Jejmążmiałszczęście,żeumarłnawłasnymślubie”.

Wywiad Ryzarda był umówiony w pokoju hotelowym, którego nieskazitelna biel

ażkłułajejprzekrwionezniewyspaniaoczy.Dowszystkichinnychkłopotówdoszedł
iten,żeodkilkunastugodzinnieudawałojejsięskontaktowaćzrodzicami.Nieza-
reagowalinawetnaesemeszprośbąotelefon.Amożemożewiadomośćozdję-
ciachzałamałaichdotegostopnia,żeniechcązniąrozmawiać?Nie,tobrzmiab-
surdalnie!Ryzardteż,zestresowanyzapewnewywiadem,nieprezentowałsięnajle-
piej:wrozmowiezPhilem,jeszczeprzedustawieniemkamery,kiedyteoretycznie
powinienbyćnaluzie,wydawałsięwyraźniespięty.JakgdybydoRzymuprzyleciała
jegowoskowakopia,aonzostałwBregnowii,przyswojejLuizie.

Byłazbytprzestraszona,bypytać,oczymmabyćwywiadiczychcewnimpowie-

dziećoichromansie.Pozostałojejzatemprzysłuchiwaćsięrozmowiezzakamery.
Towarzyszyławielokrotniewpodobnychsytuacjachojcu,więcniebyłazaskoczona,
gdyzaczęliodkrążeniaporóżnychkwestiachpolitycznych,poruszającsięstopnio-
wowstronęcluewywiadu,którym,jaksięokazało,miałabyćona.Itak,podwu-
dziestupięciuminutachrozmowy,Philzapytałwkońcu:

Nasiwidzowiechcielibyzapewne,bypowiedziałpancośnatematpananowej

towarzyszki. W internecie krążą zdjęcia pokazuce pana wraz z amerykańską
dziedziczką,TiffanyDavis.Czytocośpoważnego?

Ryzardwziąłgłębszyoddechistarającsięmówićjaknajbardziejopanowanymto-

nem,powiedział:

To,żepanakoledzypróbujązbićfortunęnazdjęciachrobionychukradkiemlu-

dziomwtrakcieichprywatnychczynności?Nie,niesądzębybyłotopoważne.

Phil uśmiechnął się; najwyraźniej nie tylko Tiffany doceniała poczucie humoru

prezydentaBregnowii.

Pytałemowaszzwiązek.
Naszzwiązekjestnasząsprawą.Staramysięnimświatanieabsorbować–mó-

wiłnieprzejednanyRyzard.

Tiffanyzdusiłasuchyśmiech.Naprawdęsądzi,żetakłatwosięwywinieodtejod-

powiedzi?

Aleświatmarzy,bydowiedziećsięczegośnawasztemat–kontynuowałdzien-

background image

nikarz.Mojeźródłapodają,żepoznaliściesięwsekretnymklubieQVirtus?

Toprawda–przyznałRyzard.
 Q Virtus jest raczej ekskluzywnym klubem, prawda? Co może nam pan o nim

powiedzieć?–naciskałPhil.

Jestempewien,żekontaktującsiębezpośrednioznimi,dowiepanznaczniewię-

cejniżodemnie–odpowiedziałgładkoRyzard.

PhilR.zrozumiał,żewięcejnatentematzprezydentaBregnowiiniewyciągnie.

Jakzresztątenuprzedziłgowrozmowieprzedwłączeniemkamery.

Patrzył na Tiffany, rozsupłując krawat i zdejmując spinki z mankietów, a potem

rozpinając guziki koszuli. Widział, że posmutniała od czasu publikacji tych choler-
nych zdjęć, jakby nie była już sobą, tą radosną Tiff, którą miał na jachcie i przez
pierwszespokojnedniwGizeli.Obwiniałsięoczywiścieoto,cosięstało.Kapitan
katamaranuostrzegałgo,żenaichradarzepojawiłsięniezidentyfikowanyobiekt,
alezlekceważyłto.Żadnazjegokochanekwprzeszłościnieprzyciągałaażtakiej
uwagi,byktośmiałpłynąćzanimpomorzu.Nieuwzględniłjednak,żeteraz,kiedy
Bregnowia wystąpiła z wnioskiem o uznanie ONZ, on sam stał się figurą o wiele
ważniejszą na arenie międzynarodowej. A zatem i ciekawszym kąskiem dla tablo-
idów.

„Przelotna miłość czy coś więcej?”  zapytywał jeden z tytułów. Pytanie, musiał

przyznać, trafiało w samo sedno. Jego plany na związek z Tiffany zmieniły się od
momentu, kiedy poznał ją w Q Virtus, ale nie chciał niczego sugerować w wywia-
dzie.Poprzednimrazem,gdy swójzwiązekzkobietą upublicznił,kosztowałojąto
życie.

Musiałsięjakośtrzymać,anawetlepiejniżtylkojakoś,byTiffanymogłasięna

nim wesprzeć i dźwignąć z przygnębienia. Patrzył, jak jego ukochana siedzi naga,
z narzuconym na przygarbione plecy prześcieradłem na brzegu łóżka, wpatrzona
gdzieśwmrokzahotelowymoknem.Aprzecieżjeszczedwa,trzydnitemubyłato
rozpuszczona,zadziornaTiffany,którazklasąpotrafiłasięodgryźćnakażdyjego
docinekczychoćbyniewinnezagajenie.Obcującztamtą,odczuwałnieustanniead-
renalinę,jakbygrałwpokeranawielkiepieniądze;tanatomiast,bezbronnaTiffany,
przerażała go. Sprawiała, że czuł się tak zaciekle opiekuńczy, że gdyby przypad-
kiemdostałwswojeręcefotografa,któryzrobiłto,cozrobiłNie,wolałniemy-
śleć,jakpostąpiłbywobectejkanaliiiczynajlepsiadwokacinaświeciewybroniliby
gopotemzwięzienia.

Pomyślał,żenajlepszymsposobemnaprzełamanietejpogrzebowejniemalatmos-

ferybędziewyjścienamiasto.

Pójdziemygdzieśnakolację?–zapytał.
Westchnęłagłębokoispojrzałananiegowymownie.
Niechcę,żebypatrzylinamojeblizny
Ajachcę,żebyśonichraznazawszezapomniała.Tiffany,poznałemjużtwo

silnąwolęiwiem,żesobieporadziszztymproblemem.

Całeżyciesłyszałam:Jesteśtakapiękna!Dowypadku,potemjużniktniewypo-

wiadałsięnatematmojejurody.Ażpojawiłeśsięty,którykomplementujeszmniepo
prostuzato,jakajestem.Ajasądziłam,żestraciłamwszystko,tracącurodę.

background image

Przyciągnąłjąipocałował,delikatnieisłodko.Jegozwierzęcanaturachciałacze-

goświęcej,aledorosłymężczyznawnimwiedział,żeterazjegokobieciepotrzebne
jestprzedewszystkimwsparcie,utuleniewbólu.Jegokobiecie?Ażzdziwiłsię,że
takoniejpomyślał.Noalewkońcukimdlaniegobyła?

Wtymmomenciezabuczałajegokomórka.Wyciągnąłjąispojrzałnaekran.
Dokąddziśidziemynakolację,nadalniewiemy.Alejutromamykolacjęzszere-

giemgości,wśródktórychsąitwoirodzice.Cotynato?

Co?!–pytała,wyprostowującsię.
SąwZurychuichcielisięznamispotkać–wyjaśniał.–Niemów,żeodwisz?

Tobieteżmielizresztąwysłaćwiadomość.

–WZurychu?Nicnierozumiem.–Patrzyłananiegomętnymwzrokiem.–Totyto

zaaranżowałeś?

Niezupełnie.Jajedynierozmawiałemztwoimojcem,informującgoozdjęciach.

Wtedymiałemjeszczenadzieję,żeniewypłyną.Powiedziałem,żebędzieszzemną
wRzymie,aonnato,żewybierasięztwojąmamądoZurychu,więcwsumienieda-
lekoimożebyśmysięspotkali.Pomyślałem,żesiędobrzeskłada,bowZurychuteż
mamcośdozałatwienia,anawetplanowałemtammałybankiet.

Więctotak?Wreszciezrozumiała,dlaczegosięnieodzywali:byliwpodróży.
Odrzuciłaprześcieradłoiposzłaszukaćtelefonu;kątemokazauważyła,żewodził

za nią oczami, co poprawiło jej nieco humor. Uśmiechła się do niego zalotnie
przezramię,poczymożywiłaekran,wstukująckodiczytającnagłoswiadomośćod
rodziców:

„ZatrzymaliśmysięudeHavillandówwBernie”.Toamerykańskaambasador.

Mama chodziła z nią do szkoły. Dawni przyjaciele rodziny – tłumaczyła, po czym
wróciładoesemesa:„Awygdziesięzatrzymacie?”.

Spojrzałananiegopytaco.
 W hotelu, w którym oddzie się bankiet. Moi ludzie powinni im już wysłać

szczeły.Poproszę,żebyzaproszenieobłoteżprzyjaciółtwoichrodziców.

Sięgnąłdokieszenipotelefon.Tiffanyusłyszałatylkojednosłowoiopuściłazbie-

lałądłoń,wktórejtrzymałakomórkę.

Bankiet?–powtórzyłaniepewnymgłosem.
Spojrzałnaniąprzeciągle.
JestemhonorowymprezesemorganizacjicharytatywnejzsiedzibąwZurychu.

Usuwamyminylądoweiwalczymyoto,bynieużywanoichwogóle.Sąodraża
bronią.Wmoimkrajudoprowadziłydośmiercitysięcyiokaleczeniadziesiątekty-
sięcyludzi.

Ajamamwystąpićtamjakotwojatakzwanażyciowapartnerka?Wdodatkusie-

dzącnaprzeciwmoichrodziców?

Aleczymogłasięniezgodzić?

background image

ROZDZIAŁDZIEWIĄTY

Popowrociezkolacji,naktórejjedliwspaniałespaghettizowocamimorzawsy-

cylijskiejrestauracjinaZatybrzu,powiedziałasobie:razkozieśmierć!izaczęłasię
przygotowywać do jutrzejszego występu. Porzuciła myśl o sukni na jedno ramię,
która ukryłyby wiele z jej blizn, na rzecz kreacji bez pleców w lśniącym odcieniu
perskiegobłękitu,któraopinałapiękniejejpiersi,podkreślajączarazembiodra.

Wiedziałem,żemnieniezawiedziesz!–powiedziałzeszczerymuznaniemnajej

widok,kiedystałaprzednim,zprzewieszonąprzezramiępurpurowąkopertów-
ką.

Podszedłiozdobiłjejoszpeconeramiębransoletką,którabyłaoszałamiacąre-

plikąbluszczuzrobionązplatyny.Diamentybłyszczaływniejnieregularnie,przyku-
wającoko.

Jestpiękna–powiedziała.–Mamrozumieć,żetoprezent?
 Powiedzmy, że drobny wyraz wdzięczności za tysiące inspiracji, których do-

świadczamztwojejstrony.

Kochanyjesteś!–powiedziała,całującgowleciutkochropawypoliczek;Ryzard

miałtakintensywnyzarost,żejużwgodzinępogoleniujegopoliczkidrapały.Mu-
siała przyznać, że było to bardzo seksowne. – Ale czy ty mnie nie za bardzo roz-
puszczasz?–spytałazfiluternymuśmieszkiem.

Zamiastodpowiedzipocałowałjąwusta,zanimzdążyłaodsunąćgłowę.
Wiem,wiem,szminka–wymamrotał.–Wprzyszłościnienakładajjej,zanimnie

dzieszpewna,żeskończyłemcięcałować.

Alewtensposóbnigdyniewyjdziemyzpokoju!
Notak–przyznał,udając,żezastanawiasięnadtymproblememnapoważnie.–

Toniewiem,jaktorozwiązać.

Jaktojak?–zapytała.–Nasycićsięsobąnazapas–wyjaśniła,wskazującnapo-

bliskiełóżko.

Zatrzymalisięprzydrugimapartamenciewdrodzenadół.Zarezerwowałgodla

jej rodziców i pani ambasador. Ojciec powitał Tiffany długim uściskiem, po czym
spojrzałniepewnienaRyzarda.Szybkoichsobieprzedstawiła,anastępnieprzed-
stawiłateżRyzardowistocegoobokmężapaniambasador,doktoradeHavillan-
da,któryzwróciłsiędoprezydentaBregnowiiperWaszaWysokośćiRyzardmusiał
gozuśmiechempoprosić,bymówiłdoniegopoimieniu.

Mamanieprzyszła?–zapytałaniecozaniepokojonaTiffany.
Panierozrabiająwpokojuobok–powiedziałdoktor,całującjąwobapoliczki.

Ujął jej podbródek i spojrzał na bliznę. – Specjalista dokonał cudów, prawda? Do-
brzewidziećciępozadomem,Tiffany.Ryzard,czymsiętrujesz?Mypijemywhiskey
sour.

Przyjąłdrinka,aonaścisnęłajegoramię.

background image

Nieprzeszkadzaci,jeśli
Oczywiście,idźsięprzywitać,alemusimybyćzapiętnaścieminutwsalibalo-

wej,bypowitaćgości.

Będęzapięć–obiecałaipospieszyłaszukaćmatki.
Poszłazakobiecymigłosamiprzezsypialniędootwartychdrzwidołazienki.Kła-

dłajużdłońnadrzwiach,kiedyusłyszałatrzaskpuderniczkiigłosswojejmatki:

Czymamuwierzyć,żejestwniejzakochany?Każdygłupiecwidzi,żeużywajej

tylkodlanaszychkoneksji.

Każdygłupiecpozamną–wypaliłaTiffany,popychającdrzwi.
Matka odwróciła się gwałtownie od lustra. Szok zabarwił jej elegancko przypu-

drowane policzki. Otworzyła pomalowane obficie usta, chcąc coś powiedzieć, ale
nie wiedziała co, więc wzięła tylko głęboki wdech, po czym wzrok skierowała na
suknięcórki.

Tiff,czynapewnobędzieszsięwtymczućkomfortowo?–wypaliła,zapomina-

jąccałkowicieopoprzednimfauxpas.

 Ja tak, ale czy ty? – odparowała Tiffany i odwróciła się, by wyjść. Miała

w oczach łzy. Przywiodła ją tu tęsknota za ukochaną matką, a teraz żałowała, że
BarbaraDavisniezostaławdomu.

 Tiff, kochanie, nie bądź na mnie zła – zawołała za nią matka. – Poznałaś go

w zeszłym tygodniu, a trzy dni temu dzwonił do ojca, mówiąc, że chce się z tobą
ożenić.Comożnaokimśtakimmyśleć?

Tiffanyodwróciłasię,porażonatymstwierdzeniem.
Niezrobiłtego?
Matkazachowałaposturępanidomu,któramazbytwielegodności,bysięsprze-

czaćoto,coktośpowiedziałczyniepowiedział.

Jaznimnierozmawiałam–stwierdziła.–Aleojciecodebrałtęrozmowęjako

prośbęotwojąrękę.Alejakwidzę,tobieżadnejobietnicyniezłożył?

Tiffanyusłyszaławgłosiematkidobrzejejznanyton:„Słuchaj,dziewczyno,ma-

musi,boinaczejcięwykiwają”.Noiposłuchała,próbującpożenićzesobąinteresy
rodzinDavisówiHolbrooków.Gdybyniewypadek,byłabynadalzabawkąwrękach
matki.

Nie,niezłożyłmiżadnychpropozycji–odpowiedziałaspokojnymtonem.Pra-

gniemnietylkodlamojegociała.Jazresztąjegoteż.Lubimysiębzykać,otco.

Odwróciłasięnapięcieiwyszła.

Ryzard odstawił drinka i wyciągnął ku niej prawe ramię, by poprowadzić ją na

dół, na bankiet. Po chwili wprowadzał ją już do windy. Pozostali goście dyskretnie
pozostaliztyłu,czekającnainnewindylubdecydującsięnazejścieschodami.

Kiedydrzwizamknęłysięzanimi,wzburzonaTiffanyzapytałałamiącymsięgło-

sem:

Czytynaprawdępowiedziałeśim,żechceszmniepoślubić?
Jegotwarzwykrzywiłwyrazzaskoczenia,czyraczejpokerowygrymas.
Gdyzadzwoniłem,twójojcieczapytałmnieointencje.Powiedziałem,żesąho-

norowe.Coinnegomiałempowiedzieć?

 Powiedziałeś mi, że ten związek nie będzie prowadził do niczego stałego.

background image

Więcjaktoztobąjest?

Westchnąłgłęboko.
Ocotaknaprawdępytasz,draga?

Bankiet był dla uczczenia rocznicy założenia fundacji macej na celu usunięcie

z powierzchni ziemi min lądowych, ale Ryzard czuł się, jakby chodził cały czas po
poluminowym,razporaznatykającsięnapytacywzrokojcaTiffany,toznówjej
matki–skądinądprzepięknej,mimozaawansowanegowiekukobiety,zaktórąwszy-
scychybaobecninabankieciemężczyźniwodzilioczami–alboisamejTiffany.De
Havillandowieteżnieułatwialisprawy,apaniambasadorwpewnymmomencienie-
malwprostzapytałaprezydentaBregnowiiojegoplanywzględemdziedziczkifortu-
ny Davisów i Holbrooków. Odpowiedział coś stuprocentowo dyplomatycznego,
zczegoniedałosięniczegowywnioskować.

TaknaprawdęRyzardwalczyłzesobą,wiedząc,żeprzychodzimoment,wktórym

dzie musiał zdecydować. Było mu z Tiffany tak cudownie, ale przecież żył dla
swego kraju, żył, co więcej, pamięcią o Luizie i jej najwyższej ofierze, zatem mał-
żeństwozTiffany,jakzresztązkimkolwiekinnym,niewchodziłowgrę.Oczywiście
mogłabybyćprzydatnaijegokrajowijakocórkawpływowegoamerykańskiegopoli-
tyka,aleprzecieżniemógłbyćażtakcyniczny?

TyleżeodichpierwszegospotkaniawQVirtusmiłojużtrochęczasuiRyzard

coraz częściej przyłapywał się na pytaniu, co tak naprawdę czuje do Tiffany. Nie
umiałnaniepókicoodpowiedzieć.Wiedziałjednak,żeczegośpodobnegonieczuł
odczasówLuizy.

Wnioskujączespojrzeniatwoichrodziców–odezwałsiędoTiffany,gdynakrót-

ką chwilę zostawiono ich podczas bankietu samych  nie pochwalają naszego ro-
mansu?

 Romansu? – udała zdziwienie.  Myślałam, że jesteśmy zaczeni. Mówiłeś

przecieżmojemuojcu,żemaszwobecmniehonorowezamiary

Zacisnąłpalcenajejdłoniach.
Nietu,Tiffany.Nieteraz.
Hm.Skoronietu,toniewiemgdzieikiedy.BomamaitatawracajądoBerna

zdeHavillandamijutrozsamegorana.Ibardzochcą,żebymjechałaznimi

Jutro?Zrana?
Przestraszyłsięnienażarty.Więcraptemzaparęgodzinmiałbyjąstracićizoba-

czyćktowiekiedy,jeśliwogóle?Nie,towprostniedorzeczne!Uznał,żewtejsy-
tuacjimusipowiedziećjejprawdę.

Tiffany–powiedziałpółszeptem,rozglądającsię,czyabynapewnoniktichnie

słyszy.–Małżeństwotoniecoś,cotraktujęlekko.Samamyślopoślubieniuciebie
jestzłamaniemprzysięgi,którązłożyłemprzedsobązmarłejkobiecie.Niemasz
pocia,ilemnietokosztuje.

Westchnęłagłęboko.Niezaskoczyłjej,wiedziałaprzecież,żetakjest.
Luiza?–spytałazbielałymiwargami.
Wzdrygnąłsię.Niezdawałsobiesprawy,żeTiffanybyłajużodjakiegośczasuna

tropiejegomiłości.

Da–powiedziałgrobowymgłosem.

background image

CzyonaspytałaTiffany,kiedypozakończeniubankietupospieszniewrócili

dopokoju.–Opowieszmioniej?

Popatrzyłnanią,poczympodszedłdobarku.Stukłaszklanka,gdynalewałal-

kohol,opróżniłją,dolałsobiekolejnąinalałteżdlaTiffany.Gdyprzynosiłjejdrinka,
miałnieobecnywyraztwarzy,aoczylśniłystłumionymi,alewciążobecnymiemocja-
mi.Niczymwygasływulkan,któryjednakwkażdejchwilimożeponownieeksplodo-
wać.

Byłeśżonaty?–zapytałaszeptem.
Chciałazapytać:Kochałeśją?Alesięnieodważyła.
 Zaczony. Chcieliśmy wziąć ślub po wojnie, ale nie udało jej się tego dożyć.

Była agitatorką, idealistką, bardzo żarliwą i inteligentną osobą. Poznałem ją, gdy
wróciłemnapogrzebmojejmatki.Niepanowałemnadsobą,gotówszukaćzemsty,
awtedyLuizapomogłamirozwinąćwizję,zaktórąstalibyinni.Ifaktyczniesta-
li.Byłaaksamitnąrękawiczkąnamojejżelaznejpięści.

Powiedziałeś,żebyłaikonątwojegokraju.Którąwszyscyczcili.Cosięstało?
Uniósłszklankędoust,upiłsolidnyłykisyknął:
Zostałauprowadzona.Chcielijejużyćprzeciwkomnie.Nowięczabiłasię.
Takmiprzykro–westchnęłaTiffany,próbującpołożyćmudłońnaramieniu,ale

odruchowoodsunąłją.

 Nic się już nie da z tym zrobić. Śmierć jest ostateczna. Czasu nie cofniesz,

przeszłościniezmienisz.

Toprawda–zgodziłasięTiffany.–Czasuniezmienisz,alemożesznauczyćsię

żyćzkonsekwencjamitego,cosięstało.Ipróbowaćzachowaćpamięćotych,któ-
rzy odeszli – dodała. – Wiesz mi, ja też kogoś bliskiego straciłam, choć może
wmniejpodniosłychokolicznościach.

 Wiem, Tiffany. Ale widzisz, w moim kraju prawie każdy kogoś stracił. I Luiza

jest dla nich takim symbolem straty. Straty, którą jako naród ponieśliśmy, by móc
żyćjakowolniludzie.

Rozumiałago,współczułamu,aleczułasięteżwjakiśsposóbprzezniegoodrzu-

cona.Przecieżniebyłosensuukrywaćdłużej,żegokochała.Kochałatak,jaknig-
dy nie kochała nikogo, nawet Pauliego, za którego wyszła trochę dlatego, że tak
chciałarodzina.Ategotumężczyznękochałasamazsiebie,zato,żebył,jakibył,
izato,żepodarowałjejkawałeczeksiebie.Kochałago,cierpiałarazemznimiin-
stynktowniechciałamupomóc.AonOnteżchybaczułdoniejcośgłębokiego,ale
najwyraźniejprzyjąłzałożenie,żenatakieuczuciewjegożyciuniemajużmiejsca.
Nocóż,onateżjeszczedwatygodnietemubyłaprzekonana,żenigdyniebędziesię
przytulaćdożadnegomężczyzny.

Powtarzałemsobie–powiedziałpochwilimilczenia–żeskoroniemogępoślu-

bićLuizy,niepoślubięnikogo.

Wypiłdrinkaiodstawiłszklankę,wpychającdłoniewkieszeniesmokingowejma-

rynarki.

–Apotempoznałemciebie.
Aleprzecież
Przecieżco?
Miałeśchybainnekobiety?PoLuizie?

background image

Zapiłsię.
Miałem.Toniebyłślubcelibatu.Miewałemparękrótkichromansów,októrych

niktniewiedział.Najczęściejkończyłysięwrazzkońcemweekenduczykonferen-
cji.

ZupełniejakChris,pomyślała.Tylkożeonjestżonaty.
Tiffanypoczułanagletakibólwsercu,żepostanowiłatoskończyć.Skoronicsię

niedaztymzrobić

Przeżyłamprzytobieniezapomnianechwile,Ryzardzie.Byłeśwobecmnienie-

zwyklemiłyiwspieracy.Todziękitobiezdjęłammaskęiprzestałamsięwstydzić
blizn;prawie.Rozumiemjednak,żemusiszdbaćodobroswojegokraju,więc

Och,dajspokójztymmoimkrajem,Tiffany.Dbaniemodobrokrajuracjonalizo-

wałemtwojąobecnośćwprezydenckimłożu,alenawettoniepodziałało;widaćnie
jestem aż tak cyniczny, jak może powinienem być. Wiem, że Luiza umarła, ale
Gdybymsięztobąożenił,czułbymsię,jakbymzdradzał.

Zabolało.Ukłuło.Chociażwsumiepowiedziałto,coitakwiedziała.Awkażdym

raziedomyślałasię.

Alezakażdymrazem–dodał–gdymówiszopowrociedoAmeryki,robimisię

niedobrzeiodruchowoszukamsznurka,naktórymbymsiępowiesił.

Uśmiechłasięmimoogólniedośćpodłegonastroju.Jakośniemogłasobiewy-

obrazićRyzardawieszacegosięzmiłości.Wkażdymrazieniezmiłościdoniej.

Nieoczekuję,żebyśmniekochał–zaczęłapochwili,pragnącrozwiązaćprzy-

najmniejjednątrapiącąjąwątpliwość–alemuszęcięprosićoabsolutnąszczerość.
Powiedz mi zatem, czy przeciągnąłeś naszą weekendową znajomość ze względu
nakoneksjemojegoojca.Bojeślitak

Ryzardrozważałprzezchwiliwmyśli,cojejodpowiedzieć.
Tiffany,przepraszam,żetomówię–rzekł,kiedypozbierałjakotakomyśli–ale

czasemcholernieżałuję,żeniemiałaśinnychkochankówprzedemną,żebydocenić
szczęście,któremamy.Jajedoceniam.

Wow!Chceszpowiedzieć,żejesteśtakiświetnywteklocki?
Chcępowiedzieć,żeobojejesteśmywtymdobrzy,awkażdymrazie,żenasze

ciałasąjakbydlasiebiestworzone.

Czylitotylkoseks?
Nie,kochana.Nietylko.Aleseksjesttu,przyznaszchyba,bardzoważny.
Wzruszyłaramionami,choćoczywiścietrudnosiębyłoznimniezgodzić.
Niemamoczywiścietakichdoświadczeńjakty–powiedziałasmutnymtonem.–

Niemamwłaściwieżadnych.Alepodejrzewam,żejesttak,żenawetwnajlepszym
związkuseksprzestajezczasemmiećtakkolosalneznaczenie.Iwtedydobrzesię
oprzećnaczymświęcej.Więclepiejmiećcoświększego,głębszegoniżseks.

Przez mózg i serce Ryzarda przetaczała się w tym momencie cała kawalkada

uczuć. Oczami wyobraźni widział to siebie, jak stoi w prezydenckim mundurze na
ślubnymkobiercuzTiffany,toznówLuizę.Niemiałpocia,coodpowiedzieć.

Mogęciętylkozapewnićojednym–powiedział,rozważywszyopcje.Tobez

dwóchzdańcoświęcejniżromans.

background image

ROZDZIAŁDZIESIĄTY

TiffanypostanowiłaniewracaćzrodzicamidoStanów.Ojcieczniósłtopomęsku,

matka trochę histeryzowała, ale koniec końców musiała się z decyzją córki pogo-
dzić.

 No dobrze, ale co on właściwie chce ci zaproponować? – spytała pani Davis

przyśniadaniunazajutrzpobankiecie,kiedyzostałynamomentsame,bomężczyź-
ni, a także ambasadorowa de Havilland oddalili się, by omawiać „polityczne spra-
wy”.

Wzruszyła wtedy ramionami, ale potem myślała o tym, nie mogąc zasnąć przez

dwiekolejnenoce.Dodatkowomusiałaciągnąćnabieżącosprawyrodzinnejfirmy,
conawetwdobieinternetuniezawszebyłomożliwe,awkażdymrazierówniesku-
tecznejaktelefonyczybezpośredniudziałwspotkaniachnaWallStreet.Zdrugiej
strony, poznawała tu ważne również z biznesowej perspektywy osoby, których nie
spotkałabyłatwowAmeryce.

TerazwłaśnieRyzardciągnąłjądoBudapesztunakonferencjęwschodnioeuropej-

ską.Imprezęotwierałoeleganckieprzycie,alenawetnajlepszymakijażniepotra-
fił ukryć, jak bardzo była wyczerpana. Próbowała się uśmiechać, ignorując zasko-
czoneminynawidokjejblizn,któreodsłaniałajużbezżadnejżenady.Jeżeliktośbył
bardzodociekliwy,kwitowałatostwierdzeniem„wypadeksamochodowy”,iniezda-
rzyłsięjeszczegbur,którybypytałodalszeszczeły.

Iwłaśnietu,wBudapeszcie,Ryzardprzyłapałjąnatym,jak„całujesię”zjednym

zuczestnikówkonferencji.ByłtomężczyznastarszyodRyzarda,naokokołopięć-
dziesiątki,nieznanymu.Aleznanynajwyraźniejjej,skorotakczulesięznimprzy-
witała.MęskadumaRyzardazostaławystawionanapróbę.

 Ryzard, to Stanley Griffin z ministerstwa spraw zagranicznych Kanady, a pry-

watniekuzynmojegozmarłegomęża.

Towyjaśnieniepowinnogouspokoić,alenajwyraźniejtakniebyłoinicnatonie

mógłporadzić.Próbowałrozmawiaćz„rywalem”opolityce,aleodczułulgędopie-
ro, kiedy Griffin oddalił się, by, jak się wyraził, podtrzymać towarzyskie kontakty
Kanadyzresztąświata.

 Wydajesz się mieć szczególnie dobre stosunki z Kanadyjczykami – powiedział

śliwie później, gdy rozbierali się w pokoju hotelowym. Był zmęczony, miał już
dośćtegowyjazduiciągłychwystąpień.Marzyłotym,byznaleźćsięzpowrotem
wdomu.

Byłnamoimweselu.TotaknaprawdędalekikuzynPauliego.Niepamiętamgo,

jeślimambyćszczera.Byływtedytłumygości.Aleonoczywiściemniezapamiętał.

Itakczulesięwitaszzfacetem,któregonawetniepamiętasz?chciałzapytać.
Opowiadałowakacjach,którespędzalizPauliemwdzieciństwie
Nie,nie!–przerwałjej,łapiącsięzagłowę,jakgdybyrozsadzałająmigrena.–

Niemówonim,proszę!Niedzisiaj!

background image

Zastygła,patrzącnaniegowszoku.
 Mam nie mówić o moim byłym mężu? Podczas gdy ty trajkoczesz na okrągło

oswojejLuzie?Luizato,Luizatamto

Zjeżył się i ledwie udało mu się powstrzymać przed brutalnym słownym wybu-

chem.Nikt,nawetkobieta,zktórąsypia,niebędzieatakowaćjegoświętości!

Niemówiłem,żeniemożemyonimrozmawiać–rzekłpochwili,kiedytrochę

sięopanował.Aletewspomnienianajwyraźniejcięsmucą,więcchybapowinnaś
przestaćdonichwracać.

Wybuchłaśmiechem,wktórymjednakczaiłasięzłość.
 Cóż, jeśli mam unikać rzeczy, które mnie smucą, to powinnam przestać robić

wielerzeczy.Jaknaprzykładwystępowaćjakotwojamaskotkanaimprezach,gdzie
nadodatekniemogęsięprzywitaćzdawnymiznajomymi,botonatychmiastwywo-
łujetwojązazdrość.

Onie,pomyślał,tegojużzawiele.Tomówidoniegodziewczyna,która,jaksama

przyznała,trzytygodnietemuniemiałaodwagi,bywejśćdosklepuwswoimrodzin-
nymmieście,adziśbrylujejakojegopartnerkanaświatowejscenie.Jeślinapraw
niechcetegorobić,mogłatoodrazuwyraźniepowiedzieć.

 Jak nie chcesz się ze mną pokazywać publicznie, to nie musimy – powiedział

oschłym tonem. – Jesteś w końcu wolnym człowiekiem. Mogłaś mi to powiedzieć
przedwyjazdemdoRzymu,oszczędziłobytonamnieporozumień.

Spojrzałananiegowpełnizdumienia.
Ico,miałamzostaćiwiernieczekaćnaciebiewtwoimpałacu?Imożemodlić

sięjeszczeprzedpomnikiemLuizyotwójszczęśliwypowrót?

Wiedziała,żeprzesadza,aleponiosłoją.
Bardzocięproszę–wysyczał–niedotykajwnaszychrozmowachLuizy.
Niedotykaj?Totynieustannieoniejmówisz;mamjużjejobecnościwnaszym

życiupodziurkiwnosie!

Zacisnąłdłoniewpięści,próbującznieśćbóltakwielki,żewydawałomusię,że

zachwilęrozerwiemuserce.

 O nie, tak nie będziemy rozmawiać. Albo zejdziesz z tego tematu, albo 

urwał nagle. Właściwie sam nie wiedział, czym chciał zagrozić. Tiffany usłyszała
jednakwjegogłosiegroźbęjaknajbardziejrealną.

Wieszco–powiedziałagłosempełnymrezygnacji.–Mamtegodość.Czas,że-

bymwróciładodomu.

Potaknął raz, krótko, nie mogąc się zdobyć na inną reakcję. Jego gardło ściskał

potwornywęzełbólu,aresztauczućschroniłasięgdzieśgłębokonadniemózgu.

Dobrze!Jeślitegochcesz,niechsięto,docholery,stanie–rzuciła,wstając,po

czymwybiegłazpokoju.

Niewróciła.
Gdyniemógłjużtegodłużejznieść,poszedłjejszukaćizastałzamkniętedrzwi.

Słyszał,jakszlochawsypialni,aleniezapukał.Sambyłbliskiłez.Utopieniesmutku
wbutelcewódkizdawałosięlepszymwyjściemniżpróbarozmowywtenprzynaj-
mniej wieczór. Wyjął jedną z barku przy swojej sypialni i postawił na stoliku noc-
nym.Alenawetjejnienapoczął,czekając,byTiffanydoniegowróciła.

Onajednakbyławtymmomenciejużzupełniegdzieindziej.

background image

ROZDZIAŁJEDENASTY

BarbaraDavischciaładowiedziećsiędokładnie,cosięstało.
Mamo,dajspokój!–zaprotestowałaTiffany,czującsięfatalniezpowoduzmia-

ny czasu i złamanego serca, a tu jeszcze miała się tłumaczyć przed rodziną. – Po
prostu nadrabiam to, co moje koleżanki przerabiały dziesięć lat temu. Przeżyłam
swojepierwszezauroczenie,apotemrozczarowanie.Towszystko.

Tosobiewkażdymraziewmawiała.Byłapewnajednego:żeniechceroztrząsać

tego,cosięstałomiędzyniąaRyzardem.Tobyłozbytbolesne.Aletęskniłazanim.
Spaniesamejwydawałosięteraz,potym,coprzezostatniedwatygodnieprzeżyła,
beznadziejne,aśledzeniegowsieciwywoływałouniejbóleserca.Albośmiałasię
nagłosjakwariatka.

„PaniDavisijapozostajemywdoskonałychstosunkach”,przeczytałapewnegoso-

botniegoporankakolejnywywiadzVrbancicem.Kęsjajecznicystanąłjejwgardle.

Łżejakpies!–krzykła,zwracającnasiebieuwagępozostałych,konsumu-

cychwspólneśniadanieczłonkówrodziny.

Z drugiej strony chciała ukradkiem pocałować towarzyszące wywiadowi jego

zdjęcie. Był teraz chudszy, z nieco zapadniętymi policzkami. Nadal cholernie sek-
sowny,aletrochęmęskiegoduchajakbyzeńuleciało.

Czyżby nie spał z tęsknoty za mną? Pytanie obliczone było na żart, ale przeła

sięzmianąwjegowyglądzienapoważnie.Alecotam,powiedziałasobiewkońcu.
Mógłsiętejostatniejnocylepiejpostarać,atakpuściłjąwłaściwiebezwalki.Jak
gdybymuwcaleniezależało,nicanic.Iteraztwierdzi,żepozostają„wdoskona-
łychstosunkach”

Opowiedziałaowywiadzierodzinie,pokazałatablet.Niemogłasiępowstrzymać.

Zareagowalimilczeniem.

Àpropos,kiedysięznówznimzobaczysz?–zapytałpodłuższejchwiliojciec.
Dlaczegomiałabymsięznimzobaczyć?Czymojesypianieznimpodniosłotwój

politycznyranking?

Tiffany!–skarciłająmatka.
 Przepraszam, tato – powiedziała Tiffany.  To było nie na miejscu. Ale jestem

zmęczonaciągłymbyciempodlupą.

Nowiesz!–żachłasiępaniDavis.
Zatempostanowiłam
Wszyscyskierowalinaniąpytacywzrok.
 Siedzisz tam codziennie, odkąd wróciłaś do domu – powiedziała matka zdezo-

rientowana.

ŻeprzenoszęsiędoNowegoJorku.
Nie!–krzyklijednocześniematkaibrat.Ojciecprzyjąłtozestoickimspoko-

jem.

Co?Jakto?Kiedy?–zacząłrzucaćpytaniaChris.

background image

–Napoczątkutygodnia,wponiedziałekalbowtorek.Zatrzymamsięwmieszka-

niufirmy,apotemznajdęsobiejakieślokum.Takbędzielepiejdlanaswszystkich,
aprzedewszystkimdlafirmy.Jeślitojamamjąprowadzić,topowinnambyćtam,
gdzierobisiębiznes.Transakcjezałatwianeprzezinternetniewystarczą.

Niepomogłyjęki,anawetniemalwiktoriańskieomdleniematki.Wponiedziałek

ranobyłajużwdrodzedostolicyświata,anazajutrznajejnowyadresnaLower
Manhattan niespodziewanie dostarczono kwiaty. I to nie byle jakie. Bukiet egzo-
tycznychorchideioprzeróżnychkształtach.

Odkogoto?
Niepowiedzianomi–odparłmężczyznawuniformie,naktórymdostrzegłasub-

telnelogokorporacjiQVirtus;notak,odniedawnamieliprzecieżswójklubtakże
wNowymJorku.–Pracujęjakokurier.Zabieramidostarczampodwskazanyadres.

Zatemzklubu,pomyślała.Wtensposóbdziękujązapobytunich?Aledlaczego

takpóźno

PanZeus?–spytała.
 Nie sądzę – odparł kurier w uniformie. – Szef zazwyczaj dołącza kartecz

znapisem„ZpozdrowieniamiodZeusa”,atutakiejniema.Toraczejktóryśzklu-
bowiczów.

Bukiet nie zawierał żadnej karteczki ani znaku, który mógłby wskazywać na

nadawcę,alewiedziaładobrze,żewysłaćgomógłtylkojedenczłowiek.

Och, Ryzard, rozmarzyła się. Taki jesteś słodki. I tak łatwo mnie wypuściłeś

zręki.

AlewtymmomencieprzypomniałajejsięLuiza.Niebyłoszans,bymogłakonku-

rowaćztamtąkobietą,nawetjeślionanieżyje.Amożewłaśniedlatego?

Wykorzystując swój status klubowicza, którym, chcąc nie chcąc, stała się od

pierwszejunichwizyty,zarezerwowaławnowojorskimQVirtus–którybyłzdecy-
dowaniemniejekscentrycznymmiejscemniżjegoodpowiednikwWenezueli–stolik
nalunch,gdyjejmamaprzyjechałająodwiedzićpodkoniecmiesiąca.Umieszczono
je w penthousie z widokiem przez panoramiczne okno na Central Park. Sącząc
wodęzkryształowychczarzezłotymbrzegiem,Tiffanypomyślała,żewolałabyjuż
widoknaposągtejcałejLuizy,bytylkoznaleźćsięwjegopobliżu.Aledotakichsła-
bościniemogłasięoczywiścieprzyznać.

Plotkowały o wszystkim i o niczym, aż wreszcie pani Davis powiedziała niespo-

dziewanie:

Tiff,chciałamcięprzeprosićzateniesprawiedliweuwagioRyzardzie.
Tiffanyspojrzałananiąosłupiała.
Wtedy,wZurychu,wtoalecieIpotem.
Ależjakto,mamo?Przecieżtwójniepokójokazałsięjaknajbardziejuzasadnio-

ny.Niewyszłonamitytoodpoczątkuprzeczuwałaś.

PaniDaviswzięłagłębokiwdech.
 Tak, ale Muszę powiedzieć ci prawdę. Na twoje małżeństwo z Pauliem pa-

trzyliśmyrzeczywiściewdużymstopniujaknarodzinnąinwestycję.

Wiem.Niemamdziśotopretensji.
ZatemkiedyzobaczyłamwoczachRyzardaciepłeuczuciedociebie,wpadłam

w lęk, że nam ciebie zabiera, że wymykasz się spod naszej rodzinnej kontroli. To

background image

my wcześniej decydowaliśmy, z kim masz spędzić swoje życie, a teraz to była wy-
łącznietwojadecyzja.

Mamo
 Wiem, mówię straszne rzeczy, ale to prawda. Zało mi trochę czasu, by do

tegodojść,alepotwoimwyjeździezdomuzrozumiałam,żecośzojcemrobiliśmy
potwornienietak.

Tiffanymiałałzywoczach.Ilelatczekałanatakiewyznanie?
Padłysobiewramionaiobiezaczęłyszlochać.
Kochaszgo?–spytałamatka,gdywystarczacosięwypłakały.
Tiffanywzruszyłaramionami,alepojejtwarzyponowniepopłyłyłzy.
Niewiem
Nie mogła powiedzieć matce, że myśli o nim co noc przez długie godziny, kiedy

bezskutecznie próbuje zasnąć. Że wtedy płacze. Że dzień zaczyna od szukania
wsieciinformacjionim,jegozdjęć,czychoćbywiadomości,żekolejnykrajuznał
Bregnowię.

Iwłaśniewtymmomencie,kiedyrozmawiałazmatką,naumieszczonymwrogu

pokojuwielkimekraniezwyciszonymgłosem,naktórymnieustannieleciaływiado-
mościtelewizyjne,zobaczyłaprzesuwacysiępasekznapisem:

„WybuchkopalniwęglawpółnocnejBregnowii,dziesiątkizabitych
Zerwała się równe na nogi, po czym chwyciła za telefon i zadzwoniła do swojej

asystentki.

Nic nie wskazywało na sabotaż, ale w kraju tak niestabilnym politycznie, który

dopierocowynurzyłsięzpiekławojnydomowej,każdapodobnakatastrofagroziła
faląplotek,fałszywychoskarżeń,apotencjalniewznowieniemstarćzbrojnych.Ry-
zard wiedział, że aby temu zapobiec, musi jak najszybciej znaleźć się na miejscu.
Osobiściestarałsiękierowaćakcjąratunkową,awkażdymraziepomagaćwroz-
wiązywaniuproblemów,którewydawałysięnierozwiązywalne.Dziękiswoimznajo-
mościom załatwił natychmiastowy transport do szpitala w Szwajcarii grupy ocala-
łychpoparzonychgórników.

Zainstalowałsięwwielkimnamiociezgeneratoremprądu,któryzapewniałświa-

tłoielektrycznośćwokolicykopalni,ajemukontaktzeświatem.Tuprzyszedłpo
dwudziestugodzinachnieprzerwanejpracyijaknieżywyzwaliłsięnapryczę.

Kiedyjakiśczaspóźniejsięobudził,zobaczyłkrzątacąsięponamiociekobietę,

która wydawała mu się znajoma. Leżąc, przyjrzał jej się uważniej: miała na sobie
obcisłespodniewetkniętewczarnekozakiwysokiedokolan.Blondkucykzwisałna
plecachskórzanejczarnejkurtki.

Pomyślałwpierwszejchwili,żemazwidy.Usiadłnapryczy,poczymwstał,pod-

szedłdokobietyipołożyłrękęnajejramieniu.Odwróciłatwarz,którąprzecinała
rysadobrzeznanejmublizny.

Toniesen?–zapytał,mrugajączaspany.
Uśmiechłasięczuleipołożyładłońnajegopoliczku.Jejdotykbyłzaskakuco

ciepły,couświadomiłomu,jakbyłzziębnięty.

NawetSzwajcarianiejestprzygotowananatyleoparzeń–tłumaczyłaTiffany.

Selekcjonujemywięcrannychiwysyłamyich,gdziesięda.Mójojciecdzwonibezpo-

background image

średniodoprezydentówpaństwimówi,żeniktnieodmawiapomocy.Niegniewasz
się,żesięwtowłączyłam?

Zaniewił.Niemógłuwierzyćwswojeszczęście.Teraz,kiedyprawiejużpogo-

dziłsięztym,żenaskutekswojejewidentnejgłupotybezpowrotniejąstracił

Kazałamuusiąśćnapryczy,boledwietrzymałsięnanogach.
 Musisz się przespać – powiedziała, starając się nadać głosowi jak najbardziej

władczyton.

Powiedziałcośdoniejpobregnowiańsku,zapewneniezdającsobieztegospra-

wy;mówiłzachrypniętym,urywanymgłosem.Przytuliłjąwmocnymuścisku,oparł
głowęnajejpiersiipełnyminozdrzamichłonąłjejcudnyzapach.

Musiszsiępołożyć,Ryzardzie.
Położyłsię,pociągającjązasobąnapryczę,ażzaskrzypiałapodnimi.Pochwili

jednakzmęczeniewzięłogóręiprezydentBregnowiijużchrapał.Wyplątałapalce
Ryzardazeswychwłosówiwróciładopracy.Ostatniagrupaocalałych,naszczęście
jużnietychznajcięższymiranami,czekałanarozdysponowanie.

Ryzardobudziłsiępokilkugodzinachpewien,żewszystkotomusięprzyśniło,ale

odkrył na sobie skórzaną kurtkę, którą Tiffany musiała go okryć przed wyjściem
znamiotu.Zatemgdzieśtubyła.Znaprędcezrobionąkawąwjednejdłoni,akurt
wdrugiejposzedłnaposzukiwaniaiodnalazłją,jakpocieszałazaniepokojonążonę,
którejrannymążgórnikbyłwnoszonydohelikoptera.Kobietatuliłamalutkiedziec-
ko,aoboksiebiemiałajeszczekilkuletniegorudowłosegochłopczyka.

Och,Ryzardzie–powiedziała,gdyokryłjąkurtką.–Takbymchciałazapewnić

ją, że jej mąż przeżyje. Oparzenia ma poważne, ale na szczęście żadnych we-
wnętrznychurazów.

Ryzard zaczął mówić do płaczącej kobiety. Udało im się ją jako tako uspoko

iwsadzićdowojskowegojeepa,któryzdziećmimiałjązawieźćdodomu.Jejmąż
leciałwtymmomenciehelikopteremdoszpitalawParyżu.

Niewiem,jakmamcidziękować–powiedziałRyzard.–Ijakimisłowamiprze-

praszać?

Ciii–uspokajałagojakdziecko.–Wszystkobędziedobrze.

Pałacwyglądałlepiejniżkiedykolwiek,zauważyłaTiffany,gdyobudziłasięoświ-

cie. Poprzedniego dnia wieczorem rozesłali do szpitali ostatnich poszkodowanych
iwrócilisamochodemprezydenckimdoGizeli.

Zauważyła,żeelewacjabudynkuniejestjużpokrytadziuramipokulach,agruzo-

wiskoznikło,nadającokolicyzapraszacyiotwartycharakter.Swójpokójwpa-
łacuzastaławtakimstanie,wjakimgozostawiła.Wcześniejzastanawiałasięwie-
lokrotnie,czypoprosićgo,byodesłanojejrzeczy,alebałasięznimkontaktować.
Bałasię,żesłyszącjegogłos,stracigłowę,rzuciwszystkoiwsiądziewpierwszysa-
molot do Bregnowii. Albo że powie coś takiego, po czym już jakikolwiek kontakt
międzyniminiebędziemożliwy.

Poprzedniego dnia wieczorem skrajnie zmęczona nie protestowała, kiedy zapro-

ponował,bytuprzyjechali,terazjednakzastanawiałasię,cotodlanichznaczy.Nie
przywióbyjejtu,gdybyniechciał,ale

background image

Wtymmomencieusłyszałapukaniedodrzwi,wktórychpochwilistanąłRyzard.

Miałnasobiebiałąkoszulę,czarnygarnituriprezydenckąwstęgę.Byłświeżoogo-
lonyiumyty.

Niemusiszoczywiścietegorobić–powiedziałtrochęniepewnymgłosem.
Uśmiechłasię.
Niemuszę,alechcę–zapewniłago,zastanawiającsię,czyniejestidiotką.Dla-

czegowłaściwietorobi?Bojestjejznimtakdobrze?Bopodziwiagojakoczłowie-
kaiczerpiewielkąradośćzpatrzenia,jakrośniewpogę?

Na zewnątrz było wietrznie, pachniało wczesnojesienną burzą, a ciężkie krople

wirowaływporywachwiatru.Liściegoniłypotrawie,aichubraniaprężyłysię,gdy
szliwstronęmasztu.Flagatrzaskałazielonymiiniebieskimipaskami,gdyskładał
przysięgęisalutował.Wybuchoklaskówsprawił,żeodwrócilisięobojedotłumuze-
branego przed bramą. Ludzi było tym razem więcej, kilkuset. Poczuła świeży na-
pływdumy.

Twójpoprzednikniepociąłbysobierąk,uwalniająctychgórników–powiedzia-

ła, podnosząc jego pokrytą strupami dłoń. Była tak otarta i sponiewierana, że in-
stynktownieuniosłajądoust.

Wiwatyzagrzmiałymocniej,cosprawiło,żeszybkoopuściłarękęRyzarda.
Przepraszam.Tobyłogłupie
 Wręcz przeciwnie, podobało im się. Są tu tak samo dla ciebie, jak i dla mnie.

Wiedzą,codlanaszrobiłaś–mówił,stająctwarządotłumu,poczymwskazałnanią
dłoniąiukłonem.

Ludziewiwatowalijeszczegłośniej,machającflagamiiunoszącwgórędzieci.
Dziękująci,Tiffany–powiedział,unoszącjejdłońdoust,nacopodniósłsięko-

lejnyryk.

Stalinastępniedługozezłączonymirękami,machającdotłumu.Niktnieodcho-

dził.Czekali,ażonaiRyzardpójdąpierwsi.

Płaczesz?–spytał,gdyweszlidopokojukredensowegozpięknymidziewiętna-

stowiecznymi meblami i widokiem na morze, w którym jednak wciąż nie czuła się
komfortowo.

OdwróciłaspojrzenieodportretuLuizyiotarłałzy.
 To było bardzo poruszace. Nie spodziewałam się. Miałam wcześniej wraże-

nie,żemyśląomniejakointruzie.

NiemogłapowstrzymaćzerkaniacochwilęnaLuizę,jakbytamogłaichpodsłu-

chiwać.Ryzardpożyłzajejwzrokiem.

Tomojawina,żetaksiętupodleczułaś–powiedziałniskim,grobowymniemal

tonem.–Aleproszę,spróbujzrozumieć,coonadlamnieznaczyła.Luizapokazała
mi, że Bregnowia to mój dom. Przedtem, po tylu latach życia bez korzeni, to nie
byłodlamnieoczywiste.

Potakła.Rozumiałatoiwspółczułamutakobfitucegowtragedieżycia.
 Potrzebowałem jej miłości po stracie rodziców. Inaczej zamknąłbym się w so-

bie.Stałbymsięnarzędziemwojny,zdolnymjedyniedodestrukcji.Gdyjąstraciłem,
powiedziałem sobie, że muszę zrobić wszystko, by nie stać się zgorzkniałym, peł-
nymnienawiściądemonemzemsty.Tobyłobywkonflikciezewszystkim,wcowie-
rzyła.

background image

SłowaRyzardabyłytakszczereitakprzepojonebólem,żewoczachTiffanysta-

łyłzy.

Teżjąpodziwiam–wydusiłaześciśniętejpiersiiprzepraszam,jeślikiedykol-

wiekbyłamzła,żezaczęstooniejwspominasz.Żałuję,żejejniepoznałam.Miała
wspaniałąsiłęwoli.Niemiałabymnigdyodwagi,byzrobićto,coonazrobiła.

Popatrzyłnaniązwdzięcznością.
Gdywydawałomisię,żecięstraciłembezpowrotnie,pierwszyrazwżyciupo-

czułem,żeniechcemisiężyć.Żeoczywiściemuszę,mamobowiązki,ludzi,którzy
mniekochają,aledlasamegosiebiemisięniechciało.Itaksięcieszę,żejesteś
tuznowu.Zostańtu,proszę!Zemną.Nazawsze.

Podniosłagłowę,spoglądającnaniegooczamipełnymiłez.
Czyontonaprawdępowiedział?

background image

EPILOG

Droga mleczna na niebie Zanzibaru wydawała się jeszcze bardziej upstrzona

gwiazdami niż w jakimkolwiek miejscu na ziemi, w którym była wcześniej. Gdyby
Ryzard nie trzymał jej mocno u swego boku, gdy szli wzdłuż nadbrzeża do baru,
pewniewpadłabydowody.

Kiedyznaleźlisięwklubie,Tiffanyodwiładrinka,któregooferowałajejprze-

chodzącahostessa.Ryzardpociągnąłjądobocznegobaru.

Mrożonykokos.Bezalkoholu–powiedziałdobarmanki.
Niezrobilijeszczebadań,aleprzestaliużywaćzabezpieczeńjużtygodnietemu.

Aodwczorajbylimałżeństwem.Tiffanybyłaprawiepewna,żejestwciąży,zczego
obojebardzosięcieszyli.Barmankapochyliławjejstronęstelażzaranżacjąroż-
ków,byktóryśsobiewybrała.Wszystkiebyłyoszałamiace,niepoprostuobrane,
zmrożonekokosyzodrobinąkoloru,alesubtelniedekorowanedziełasztukiwza-
skakucejkolorystyce,smakachirodzajach.Tiffanydługoniemogłasięzdecydo-
wać,wahającsiępomiędzybukietemsłodkiegogroszku,mandaląatureckimdywa-
nem.

Właśniedomniedotarło–powiedziałRyzard–żezachwilęmabyćpokazfajer-

werków.TochybastałypunktwrepertuarzeQVirtusnacałymświecie.

Spojrzałananiego,przerywającjedzenierożka.
Naprawdę?–spytała.–Amajątujakąśustronnąaltanę?
Ryzarduśmiechnąłsięipocałowałswojążonęnajczulej,jakpotrafił.Wtymmo-

menciepełnegwiazdnieboprzeciąłpierwszyzkolorowychwybuchów.


Document Outline